background image

JAYNE ANN KRENTZ 

Misterny plan 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Kocham cię, Travis. Obejmij mnie. 

- Juliano... 

Travis Sawyer usłyszał swój stłumiony okrzyk 

w chwili, gdy potężny dreszcz wstrząsnął jego 

ciałem. Ostatnia fala namiętności wyzwoliła się 

w nim z oślepiającą silą. Całkowicie zatracił się 

w ramionach kochanki, pozwolił, by jej żar go 

pochłonął; jednocześnie miał poczucie zwycię­

stwa. Juliana przylgnęła do niego i łagodnie 

przyciągała do siebie. Wydawało mu się, że 

znalazł się w innym świecie. 

Z nikim nie było mu tak dobrze. Miał trzydzie­

ści osiem lat i choć nie był podrywaczem, to 

background image

MISTERNY PLAN 

uważał, że żyje wystarczająco długo, by mieć 

skalę porównawczą. Coś takiego jeszcze nigdy 

mu się nie zdarzyło. 

Instynktownie wiedział, że tak właśnie powin­

no być z kobietą. Namiętnie, dziko, do końca. Po 

raz pierwszy z taką intensywnością czuł, że żyje. 

Podniecenie powoli w nim opadało, ustępując 

miejsca zadowoleniu. 

Należała teraz do niego. Niechętnie uwolnił 

się z jej objęć i odwrócił na bok, przesuwając 

ręką po łagodnej krągłości jej piersi. Juliana 

uśmiechała się do niego tym swoim niezwykłym 

uśmiechem, olśniewającym nawet w półmroku 

sypialni. 

Masa gęstych, rozrzuconych na poduszce ru­

dych włosów otaczała jej twarz jak jakaś pogańs­

ka korona. Travis z zachwytem patrzył na jej duże 

oczy ocienione długimi rzęsami, szlachetny nos, 

stanowczy, a jednocześnie delikatny zarys pod­

bródka, na pełne usta. Leniwym i zmysłowym 

ruchem wsunęła nogę pomiędzy jego uda, za­

mknęła oczy i wtuliła się w niego. 

A więc udało mi się, pomyślał triumfalnie, 

obejmując ją ramieniem. Zdobył swoją rudowło­

są królową o topazowych oczach. 

Jednak w następnej chwili rzeczywistość przy­

wołała go do porządku. Co on u diabła tu robi, i to 

jeszcze przytulając się do niej w taki sposób? 

W swojej zemście nie zamierzał posunąć się aż 

background image

Jayne Ann Krentz 7 

tak daleko, nie zamierzał skończyć w łóżku z Ju­

liana Grant. 

Wpatrywał się w cienie sypialni, jakby tam 

kryła się odpowiedź. Kiedy namiętność opadła, 

czuł się lekko oszołomiony. 

Chęć zemsty czasem wiedzie człowieka dziw­

nymi drogami. Spotkanie z Juliana Grant było jak 

nieplanowany zjazd z trasy, którą podążał od 

pięciu lat. Nie mógł sobie jednak pozwolić na 

zmianę kierunku. Za daleko już zaszedł. Odwrót 

był niemożliwy, nawet gdyby tego chciał. 

Travis Sawyer był zawsze dobry w tym, co 

robił. W jego misternym planie zemsty nie było 

najmniejszej luki. Nie pozostało żadne inne wyj­

ście, nawet dla niego samego. 

Promienie jasnego kalifornijskiego słońca 

prześlizgiwały się po wodach zatoki i radośnie 

uderzały w okno sypialni. Juliana powoli otwo­

rzyła oczy i patrzyła, jak do urządzonego na biało 

pokoju wpada wiosenne światło. Najpierw roz­

świetla puszysty biały dywan, potem ociera się 

o białe ściany, muska białe krzesło, skrzy się na 

lśniącej powierzchni stolika pokrytego białym 

lakierem i dociera do jedynego kolorowego ak­

centu w pokoju - żółtego abstrakcyjnego obrazu 

wiszącego nad białym łóżkiem. 

Jak zahipnotyzowana podążała wzrokiem za 

słonecznymi promieniami, które przeskakiwały 

background image

MISTERNY PLAN 

pomiędzy lustrem a obrazem, łagodnie opadały 

na pomięte białe prześcieradła, by wreszcie objąć 

postać mężczyzny, który poprzedniego wieczoru 

znalazł się w jej sypialni. 

Mężczyzna w jej łóżku. Już sam ten fakt mógł 

wywołać zdziwienie i ciekawość, ale w tym 

przypadku zdecydowanie chodziło o coś więcej. 

Juliana z radością wróciła myślami do swojej 

tajemnicy. 

Wiedziała bowiem ponad wszelką wątpliwość, 

że ów mężczyzna - stanowczy, szczupły, seksow­

ny, nazywający się Travis Sawyer - był tym 

właściwym, tym, na którego czekała całe życie. 

Rozkoszowała się tą myślą, leżąc nieruchomo, 

by go nie obudzić. Chciała nasycić się ekscytują­

cą pewnością, że nareszcie spotkała swoją drugą 

połówkę. 

Nie był dokładnie taki, jak sobie czasem wyob­

rażała, kiedy pozwalała sobie odpłynąć w marze­

nia. Po pierwsze, mógłby być nieco wyższy. Ona 

sama miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, 

więc w wyobraźni widziała obok siebie kogoś 

w okolicach metra dziewięćdziesiąt. Żeby mogła 

przy nim nosić buty na szpilkach. Travis miał 

niewiele ponad metr osiemdziesiąt. Na pięciocen-

tymetrowych obcasach byłaby mu równa wzros­

tem, a na ośmiocentymetrowych byłaby od niego 

wyższa. 

Szybko się jednak pocieszyła, że niedostatki 

background image

Jayne Ann Krcntz 

wzrostu nadrabiał figurą. Był fantastycznie umię­

śniony i twardy jak granitowy blok. A ostatnia 

noc dowiodła jego męskiej siły, w pełni kon­

trolowanej, co było tym bardziej ekscytujące. 

Ten mężczyzna umiał całkowicie nad sobą pa­

nować. Zawsze podziwiała tę cechę, bo dawała 

kobiecie poczucie bezpieczeństwa i pewność, 

że siła fizyczna mężczyzny nie jest zagrożeniem, 

lecz ochroną. 

Travis nie pasował do wyobrażeń Juliany o męż­

czyźnie idealnym pod kilkoma innymi, mniej 

ważnymi, względami. Na przykład u osobników 

płci męskiej Juliana zawsze była zwolenniczką 

ciepłych, brązowych lub orzechowych oczu. Na­

tomiast spojrzenie chłodnych, szarych oczu Tra-

visa nie zdradzało żadnych uczuć. No, może 

z wyjątkiem szczególnych sytuacji, jak ostatniej 

nocy, kiedy widziała w nich gorącą namiętność, 

wyzwalającą w niej dreszcz pożądania. 

Ale od dziś była gotowa zrezygnować ze swo­

ich wymagań odnośnie koloru oczu, bowiem 

w spojrzeniu Travisa odbijała się nie tylko namię­

tność, ale też inteligencja dorównująca jej włas­

nej, a także rzadko spotykany rodzaj poczucia 

humoru, który bardzo ceniła. 

Jego włosy również nie pasowały do ideału. 

Były zdecydowanie za ciemne. Juliana zawsze lu­

biła blondynów, ale musiała przyznać, że w czar­

nych, krótko przystrzyżonych włosach Travisowi 

background image

10 

MISTERNY PLAN 

było bardzo do twarzy. Zwłaszcza z tymi delikat­

nymi śladami siwizny na skroniach. 

Z pewnością dałoby się jeszcze wymienić kilka 

drobnych różnic pomiędzy realnie istniejącym 

Travisem Sawyerem a istniejącą w wyobraźni 

Juliany idealną wersją mężczyzny. Gdyby chciała 

być bardzo wybredna, mogłaby na przykład na­

rzekać, że ze swoim dość zaciętym i ponurym 

wyrazem twarzy Travis nie miałby szans na 

znalezienie się na okładce żadnego poczytnego 

męskiego magazynu. No cóż, to strata dla męs­

kich magazynów, pomyślała. W jej łóżku wy­

glądał doskonale. 

Poza tym Travis wykazywał absolutny brak 

zainteresowania dla kwestii ubrań i mody. Znała 

go od ponad miesiąca i zawsze widywała w ciem­

nych spodniach, prostej, białej koszuli, spokoj­

nym krawacie w paski i skórzanych butach. Nosił 

do tego marynarki w różnych odcieniach szarości. 

Ale Juliana uznała, że jakoś sobie z tym poradzi. 

W końcu jej gust z pewnością wystarczy dla nich 

obojga, przekonywała się. Spojrzała z uśmiechem 

na drzwi do garderoby, już widząc oczami wyob­

raźni wieszak pełen drogich, modnych garnitu­

rów i stojące pod nim pudełka z butami. Uwiel­

biała zakupy. 

W sumie Juliana gotowa była pójść na ustęp­

stwa tam, gdzie Travis Sawyer nie spełniał kry­

teriów jej ideału. Przywykła, że w życiu trzeba 

background image

Jayne Ann Krentz 

11 

zapracować na to, czego się pragnie. Wiedziała, 

że oszlifowanie tego surowego diamentu może 

wymagać czasu i wysiłku. Ale ostatnia noc prze­

konała ją w sposób ostateczny, że ten wysiłek 

warto podjąć. Świeże wspomnienia nadal przy­

prawiały ją o dreszcz podniecenia. 

Juliana skończyła swój przegląd i przeciągnęła 

się leniwie, z rozmysłem przesuwając stopą po 

łydce Travisa. Nie doczekawszy się jednak żadnej 

reakcji, uznała, że po takiej nocy jej mężczyzna 

potrzebuje więcej snu. Z pewnym rozbawieniem 

ściągnęła z siebie prześcieradło i wstała z łóżka. 

Dopiero teraz zauważyła, że jej całe ciało było 

w przyjemny sposób obolałe. Travis okazał się 

śmiałym i wymagającym, ale jednocześnie hoj­

nym kochankiem. Brał dla siebie jak najwięcej, 

odwzajemniając jednak namiętność z równą silą. 

Gdyby teraz zamknęła oczy, nadal czułaby na 

sobie jego silne, wrażliwe dłonie. Miała wrażenie, 

że jego dotyk wtopił się w nią. 

Stojąc na środku białego, jasno oświetlonego 

pokoju, Juliana pozwoliła sobie na jeszcze jedno 

czułe spojrzenie na mężczyznę śpiącego w jej 

łóżku, po czym długim, energicznym krokiem 

poszła do łazienki. 

Postanowiła, że przywita mężczyznę swojego 

życia prawdziwie kobiecym, domowym nastro­

jem. I być może pozwoli mu poczuć jeszcze raz 

przedsmak tego, czego może od niej oczekiwać. 

background image

12 

MISTERNY PLAN 

Pół godziny później, wykąpana, z włosami 

związanymi w imponujący koński ogon, ubrana 

w modne luźne spodnie i tunikę z szerokimi 

rękawami, wróciła do sypialni. Niosła przed sobą 

czarną emaliowaną tacę, na której postawiła im-

bryk w stylu art deco i dwie piękne czerwone 

filiżanki. 

- Dzień dobry. - Uśmiechnęła się promiennie, 

widząc, że Travis już nie śpi. Leżał wygodnie 

rozłożony na plecach i przyglądał się jej spod 

przymkniętych powiek. 

- Dzień dobry. - Jego głos był jeszcze ochryp­

ły od snu i bardzo seksowny. 

- Cudny dzień, prawda? Ale w Jewel Harbor 

zawsze tak jest. To jedna z tych rzeczy, do których 

trudno mi było przywyknąć, kiedy się tu sprowa­

dziłam cztery lata temu. To wprost idealne nad­

morskie kalifornijskie miasteczko. A wszystko, 

co idealne, zawsze budzi podejrzenia, nie uwa­

żasz? - Juliana krzątała się z tacą. - Nawet mgła, 

jeżeli już się pokaże, jest tu miękka, romantyczna, 

niesamowita. Zupełnie inna niż gdzie indziej. Nie 

dodajesz do herbaty mleka ani cukru, prawda? 

- Nie. - Travis usiadł powoli i oparł się na 

poduszkach. 

- Tak myślałam. Nie jesteś w tym typie. 

- A jest taki typ? - Patrzył na nią uważnie, 

jakby pochłaniała go zwykła czynność nalewania 

herbaty. 

background image

Jayne Ann Krentz 

13 

- Oczywiście. Ale ty do niego nie należysz. 

- Podała mu filiżankę. - Wiedziałam to od 

samego początku. Tak samo jak to, że pijesz 

zwykłą kawę, a nie espresso, latte czy cappuc­

cino. 

Wyraźnie zaskoczony, spojrzał na ciemną, moc­

ną herbatę, a podnosząc oczy, napotkał wyczeku­

jący wzrok Juliany. 

- Nie traktuj tego jako zarzut, ale dziwi mnie, 

że królowa miejscowego imperium kawowego 

podaje do łóżka herbatę. 

Juliana roześmiała się i napełniła swoją fi­

liżankę. 

- Wyjawię ci pewien sekret - zaczęła, sado­

wiąc się na białym krześle z chromowanymi 

nogami. -Naprawdę nie lubię kawy, a zwłaszcza 

tej podawanej na sposób włoski czy francuski. Źle 

mi robi na żołądek. 

Travis wykrzywił nieznacznie usta. 

- Poznałem większość twoich tajemnic, ale tej 

strzegłaś bardzo dobrze. Nigdy bym się nie domy­

ślił, że jesteś ukrytą wielbicielką herbaty. Co 

będzie, jeżeli dowiedzą się o tym klienci Charis­

ma Espresso? 

- Nie zamierzam nic im mówić. Przynajmniej 

do czasu, aż będę mogła otworzyć sieć herba­

ciarni. 

Travis zmarszczył brwi i potrząsnął głową 

w automatycznym geście sprzeciwu. 

background image

14 

MISTERNY PLAN 

- Daj sobie z tym spokój. Nie zapominaj, że 

twoim celem jest rozwój Charismy. W tych okoli­

cach więcej ludzi pije kawę niż herbatę. 

- To nieważne. Nie mam ochoty o tym roz­

mawiać, w każdym razie nie dzisiaj. - Juliana 

przyglądała mu się z zainteresowaniem. - Wyda­

wało ci się, że skoro od kilku tygodni zajmujesz 

się moim biznesem, to poznałeś wszystkie moje 

tajemnice? 

- Prawie wszystkie. - Travis wzruszył ramio­

nami, a w tym geście krył się niezwykły ładunek 

męskiego uroku. - Przecież jestem konsultantem 

biznesowym. I jestem w tym dobry. Wielokrotnie 

przekonałem się, że wystarczy poznać czyjeś 

tajemnice finansowe, by poznać resztę jego sek­

retów. 

- Brzmi złowieszczo. - Juliana wzdrygnęła 

się w udanym przerażeniu i wypiła łyk swojej 

herbaty. - Cieszę się, że przed nami jeszcze parę 

niespodzianek. Tak jest zabawniej, nie uważasz? 

- Nie wszystkie niespodzianki są przyjemne. 

W tych słowach kryło się łagodne ostrzeżenie, 

ale zostało zlekceważone. Juliana uznała, że Tra­

vis jest po prostu nieco śpiący. 

- Jestem pewna, że w naszym przypadku nie­

spodzianki będę co najmniej interesujące, jeżeli 

nie przyjemne - powiedziała z przekonaniem. 

- Na każdą czekam z niecierpliwością. 

Przyglądała mu się z wyraźnym zadowole-

background image

Jayne Ann Krentz 

15 

niem. W jej łóżku wyglądał naprawdę znakomi­

cie. Uwielbiała cień ciemnych włosów na jego 

szerokiej piersi. I pomyśleć, że mogła tracić czas 

na marzenia o jakimś blondynie. Aż potrząsnęła 

głową, uświadamiając sobie własną głupotę. 

- Coś jest nie tak? - spytał Travis. 

- Ależ skąd. 

- Wydawało mi się, że masz jakieś wątpliwo­

ści... - Przerwał, by spojrzeć jej w oczy. - Doty­

czące ostatniej nocy. 

Juliana patrzyła na niego ze zdziwieniem. 

- Gdybym miała jakieś wątpliwości, to przede 

wszystkim nie poszłabym z tobą do łóżka. Dosko­

nale wiedziałam, co robię. 

- Naprawdę? 

- Oczywiście. Ty chyba też. 

- Tak - odpowiedział w zamyśleniu. - Wie­

działem, co robię. Wyglądasz na bardzo zado­

woloną. 

- Bo jestem. - Juliana uśmiechnęła się szero­

ko. Rzeczywiście, była bardzo zadowolona: z nie­

go, z życia, ze świata. 

- To dobrze, że się nie rozczarowałaś. 

- Rozczarowałam? - Była niemal zszokowa­

na. - Jak mogłabym się rozczarować? Było cudow­

nie. Wspaniale. Tak jak sobie wymarzyłam. Jes­

teś fantastycznym kochankiem. Doskonałym. 

Jego policzki nagle się zaczerwieniły. Przez 

chwilę Juliana mogłaby przysiąc, że Travis nieco 

background image

16 

MISTERNY PLAN 

się zawstydził, słysząc te entuzjastyczne pochwa­

ły. Musiała przyznać, że ją to wręcz wzruszyło. 

- Nie myślę, żebym to ja zrobił coś wyjąt­

kowego - powiedział, skupiając uwagę na her­

bacie. - Po prostu coś między nami zaiskrzyło. 

Czasem tak się zdarza. Ludzie się spotykają, 

podobają się sobie, a potem wychodzi im w łóżku. 

Juliana uniosła brwi i lekko zacisnęła usta. 

- Często ci się zdarzały takie rzeczy? 

Travis zamrugał gwałtownie, a jego oczy roz­

błysły. 

- Nie - przyznał spokojnie. - Takie rzeczy nie 

zdarzały mi się często. 

Juliana natychmiast się rozluźniła, zadowolo­

na, że oboje patrzyli podobnie na to, co się 

wydarzyło. 

- To dobrze. Dla mnie ta noc była wyjątkowa. 

- Czy to oznacza, że tobie też takie rzeczy nie 

zdarzały się często? - Rzucił to pytanie niechęt­

nie, jakby nie chciał usłyszeć odpowiedzi, ale nie 

mógł się powstrzymać przed jego zadaniem. 

- Coś takiego nie zdarzyło mi się nigdy w ży­

ciu - powiedziała z całkowitą szczerością. 

Uśmiechnął się. 

- Może masz za mało doświadczeń, żeby to 

tak oceniać. 

- Mam trzydzieści dwa lata i w poszukiwaniu 

wymarzonego księcia zdarzyło mi się pocałować 

parę żab. 

background image

Jayne Ann Krenlz 1 7 

- Ale przecież nie chodziłaś ze wszystkimi 

żabami do łóżka. 

- Oczywiście, że nie. Żaby bywają czasem 

oślizłe. Kobiety muszą się mieć na baczności. 

- Fakt. Jednak w dzisiejszych czasach nie 

tylko kobiety muszą być ostrożne. 

- To prawda. Ale ty nie należysz do męż­

czyzn, którzy idą do łóżka z każdym chętnym 

ciałem, które spotkają na swojej drodze. - Juliana 

zmarszczyła nos z dezaprobatą. - Nigdy bym się 

nie zakochała w mężczyźnie, który nie byłby na 

tyle rozumny, żeby świadomie kierować swoim 

życiem seksualnym. Jeszcze herbaty? 

- Poproszę. - Wyciągnął rękę z filiżanką, 

patrząc z rozbawieniem, jak Juliana wstaje z krze­

sła, by nalać herbatę z imbryka. - Podoba mi się 

taka obsługa. 

Roześmiała się. 

- Akurat jestem w dobrym nastroju. Poza tym 

nowość tej sytuacji działa na mnie inspirująco. 

- Podała mu filiżankę, z przyjemnością czując 

przelotny dotyk jego palców. - No to co? - spyta­

ła, z trudem ukrywając niecierpliwość. - Chcesz 

porozmawiać o tym teraz czy później? 

- Porozmawiać o czym? 

- O naszej przyszłości. - Zauważyła, że Travis 

nieco zesztywniał na poduszkach, ale zigno­

rowała to. - Kiedy zamierzałeś mnie spytać? 

Nie chciałabym zepsuć całej niespodzianki, ale 

background image

18 

MISTERNY PLAN 

wolałabym wiedzieć, o jakiej dacie myślałeś, 

żebym mogła wszystko zaplanować. Jest tyle 

rzeczy do zrobienia. Chciałabym, żeby wszystko 

poszło idealnie. 

Travis patrzył na nią, nie zwracając już uwagi 

na herbatę. 

- Zaplanować? O czym ty do diabła mówisz? 

- Zawsze masz kłopoty ze zrozumieniem, czy 

tylko rano? - Uśmiechnęła się pobłażliwie. - Mó­

wię o naszym ślubie. 

- O czym? - Czerwona filiżanka wysunęła się 

Travisowi z ręki i z miękkim uderzeniem spadła 

na biały dywan. 

- Ojej! Muszę coś z tym zrobić. Te plamy po 

herbacie... - Juliana zerwała się na równe nogi, 

pobiegła do łazienki wykładanej białymi kafel­

kami i zaczęła szukać czegoś w szafce. 

- Juliano, gdzie ty idziesz? Wracaj tutaj! O co 

ci przed chwilą chodziło? Kto wspominał o mał­

żeństwie? 

Juliana odwróciła się do niego, trzymając w rę­

kach gąbkę i środek do czyszczenia dywanów. 

Z zachwytem patrzyła, jak stoi nagi w drzwiach 

łazienki. Przez chwilę zapomniała o plamach na 

dywanie. 

- Co z tego, że jesteś trochę za niski - powie­

działa miękko. - Dla mnie jesteś idealny. 

- Ja jestem za niski? - Spojrzał na nią ze złością. 

- To ty jesteś za wysoka, w tym tkwi problem. 

background image

Jayne Ann Krentz 

19 

- To nie jest żaden problem. Poradzimy sobie. 

Będę nosić buty na płaskim obcasie albo na takim 

niedużym - obiecała. Przesuwała wzrokiem coraz 

niżej wzdłuż jego ciała. - Masz też miejsca, na 

których długość nie będę narzekać. 

- Juliano, przestań! - Travis chwycił najbliż­

szy ręcznik i owinął go sobie dookoła bioder. 

- Czerwienisz się? Nie wiedziałam, że męż­

czyźni są do tego zdolni. 

- Odłóż gąbkę i zacznij wreszcie mówić z sen­

sem. O co ci chodziło z tym ślubem? 

W tym momencie Juliana przypomniała sobie 

o dywanie. 

- Poczekaj chwilę. Z białym dywanem jest 

zawsze kłopot. Jak się nie zetrze plam od razu, to 

potem trudno je usunąć. - Przecisnęła się obok 

niego i szybko podeszła do rozlanej herbaty, która 

powoli wsiąkała w grube włosie. - Miał być 

plamoodporny, ale to chyba nie oznacza, że 

zniesie każde traktowanie. Biały kolor jest nie­

praktyczny, za to wygląda rewelacyjnie. Po pros­

tu nie mogłam się powstrzymać. 

Travis wrócił powoli do sypialni i stanął nad 

Juliana, która klęcząc, pracowicie usuwała plamę. 

- Juliano, do cholery, chcę z tobą porozmawiać. 

- Ach tak, o naszym ślubie. Myślałam o tym 

i doszłam do wniosku, że nie ma powodu, żebyś­

my to odkładali. W końcu nie jesteśmy dziećmi. 

- To prawda. Jesteśmy dorośli. A to oznacza, 

background image

20 

MISTERNY PLAN 

że nie musimy mówić o ślubie tylko dlatego, że 

poszliśmy ze sobą do łóżka. 

- Znasz mnie dobrze i wiesz, że mam zwyczaj 

zmierzać prosto do celu - przypomniała mu 

beztrosko. - Kiedy sobie coś postanowię, nic 

mnie nie powstrzyma. Spytaj, kogo chcesz. 

- Juliano, przestań trzeć ten dywan i posłu­

chaj. 

- Nie ma powodu, żeby to odkładać, ale masz 

rację, że nie musimy się tak bardzo spieszyć 

- zachichotała. - Zawsze mi powtarzałeś, żebym 

spokojnie i dokładnie wszystko sobie planowała, 

prawda? 

- Prawda. 

- Więc chcę dobrze zaplanować nasze wesele. 

Marzy mi się duże, wytworne przyjęcie ze wszyst­

kimi dodatkami, jak na przykład wcześniejsze 

zaręczyny. W końcu to będzie jedyne takie wyda­

rzenie w moim życiu. Dlatego wszystko musi być 

takie, jak powinno. Chciałabym zaprosić całą 

rodzinę. Kuzynka Elly i jej mąż mieszkają nieda­

leko, a moi rodzice dojadą tu z San Francisco. 

Wuj Tony mieszka w San Diego, więc to też nie 

jest problem. A wszyscy moi znajomi i przyjacie­

le są z Jewel Harbor. Chciałabym też zaprosić 

kilku klientów Charismy. 

- Juliano... 

- Moglibyśmy zamówić tę uroczą białą kap­

licę, z której jest widok na przystań. 

background image

Jayne Ann Krentz 

21 

- Nie przyszło ci do głowy - przerwał jej 

Travis twardo - że za bardzo się rozpędziłaś? 

Przestała czyścić dywan i spojrzała na niego 

z zaciekawieniem. 

- Rozpędziłam? 

- Tak. - Był zadowolony, że wreszcie skupiła 

na nim całą swoją uwagę. - Pamiętam wszystko, 

co wydarzyło się zeszłej nocy, i wszystko, o czym 

rozmawialiśmy w ciągu ostatnich trzech tygodni. 

I jestem pewien, że nie mówiliśmy nic, powta­

rzam: nic, o małżeństwie. 

- O nie! Czyżbym wszystko popsuła? Pewnie 

planowałeś romantyczny wieczór z winem i ka­

wiorem, spacerem po nabrzeżu i prawdziwymi 

oświadczynami. - Juliana uniosła się z klęczek, 

zagryzając ze smutkiem wargi. - Tak mi przykro. 

Ale to się da naprawić. Możemy to zrobić dziś 

wieczorem albo jutro. Ta restauracja, gdzie wczo­

raj jedliśmy kolację, to świetne miejsce na oświad­

czyny. Chodźmy tam dzisiaj. 

- Skąd wiesz, że to dobre miejsce? Do diabła, 

co ja gadam! Nieważne. - Oczy Travisa rzucały 

gniewne spojrzenia. - Juliano, ja nie miałem 

zamiaru prosić się o rękę. 

W ciszy, która zapadła po tych słowach, Julia­

na próbowała przetrawić to, co usłyszała. Przez 

moment wydawało jej się, że czegoś nie zro­

zumiała. 

- Co powiedziałeś? 

background image

22 

MISTERNY PLAN 

- Słyszałaś przecież. - Travis pocierał sobie 

kark gestem wyrażającym frustrację i irytację. 

- Myślałam... Wydawało mi się... - Julianie 

zabrakło słów, co samo w sobie było dość nie­

zwykłe. Bezradnie uniosła dłoń, w której trzy­

mała gąbkę. - Przecież wczoraj... 

Travis skrzywił się ironicznie. 

- Myślałaś, że skoro spotykamy się od kilku 

tygodni, a potem idziemy do łóżka, to znaczy, że 

mam od razu poprosić cię o rękę? Daj spokój, nie 

jesteś aż tak naiwna. Wręcz przeciwnie, jeżeli 

chcesz, potrafisz być bardzo sprytna. Do diabła, 

jesteś twardą kobietą interesu. Umiesz się o siebie 

zatroszczyć. Masz trzydzieści dwa lata i jak sama 

przyznałaś, pocałowałaś już parę żab. Więc nie 

patrz na mnie jak zraniona łania. 

Te słowa dotknęły ją do żywego. Zmrużyła 

oczy, czując, jak złość zaczyna w niej pulsować. 

- No to ci powiem, że przez cały czas mia­

łam uczciwe zamiary. Od chwili, kiedy cię po­

znałam, wiedziałam, że chcę wyjść za ciebie za 

mąż. 

- Tak? Więc być może powinnaś była mnie 

ostrzec. Moglibyśmy uniknąć tej idiotycznej, że­

nującej sytuacji. Bo na razie nie zamierzam się 

z tobą ożenić. 

- Rozumiem. - Wyprostowała się dumnie. 

- Więc mnie wykorzystałeś, tak? 

- Nie wykorzystałem cię i wiesz o tym dosko-

background image

Jayne Ann Krenlz 

23 

nale. Jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi, którzy 

pociągają się fizycznie. Mamy wspólne zaintere­

sowania zawodowe, oboje jesteśmy samotni, pra­

cujemy razem, bo wynajęłaś mnie jako konsultan­

ta. Było oczywiste, że z tego musi się wywiązać 

jakiś romans. I właśnie w tym miejscu jesteśmy. 

Łączy nas romans, nic więcej. 

- Nie masz ochoty na żadne zobowiązania, 

tak? - spytała zaczepnie. 

- Czy zawsze mówisz takie rzeczy swoim 

kochankom po wspólnie spędzonej nocy? 

- Tych wspólnych nocy nie było wiele, już 

to ustaliliśmy. I nie mówiłam im takich rzeczy. 

Bo nie miałam zamiaru wychodzić za nich za 

mąż. 

- Ciekawe, ilu chciało się z tobą ożenić - rzu­

cił sarkastycznie. 

- Wielu składało mi takie propozycje. I nie­

ustannie je dostaję. Zwykle w tej restauracji, 

o której ci wspominałam. Stąd wiem, że to dobre 

miejsce na takie okazje. 

- Jeżeli miałaś tyle możliwości, to dlaczego 

żaden z tych durniów nie został łaskawie przy­

jęty? 

Juliana wpadła we wściekłość. 

- Bo żaden nie był tym właściwym. Dlatego 

wszystkim odmawiałam. Z wyjątkiem jednego, 

ale z tym akurat nie wyszło. 

- Więc jestem jednym z dwóch szczęściarzy, 

background image

24 

MISTERNY PLAN 

których uznałaś za odpowiednich, tak? A co się 

stało z tym drugim frajerem? 

Poczuła zbierające się łzy. Zamrugała szybko, 

żeby się ich pozbyć. 

- I po co jesteś taki grubiański? Nie był 

frajerem. Był miłym, uroczym człowiekiem. 

I czułym. I jeszcze był bardzo przystojny. Miał 

piękne brązowe oczy i jasne włosy. I był od ciebie 

dużo wyższy. 

- Nie obchodzi mnie, jak wyglądał. Chciał­

bym tylko wiedzieć, jak udało mu się uwolnić. 

- Po co? Żebyś mógł skorzystać z tej samej 

furtki? Ale dobrze, powiem ci, jak wyrwał się z mo­

ich szponów. Po prostu podkulił ogon i uciekł. 

Prosto w ramiona innej kobiety. Na dodatek bar­

dzo mi bliskiej. Do drobnej blondynki o łagodnej 

naturze. Ona nigdy się z nim nie kłóciła. Nawet 

nie przyszło jej do głowy, żeby mu się w czymś 

sprzeciwić. I nie przytłaczała go tak jak ja. To 

wszystko. Jesteś zadowolony? 

- Na miłość boską, Juliano, nie chciałem przy­

woływać przykrych wspomnień. - Travis znów 

zaczął pocierać sobie kark. - Chciałem jedynie 

wyjaśnić, o co mi chodzi. 

- Powiedzmy, że ci się udało. Proszę bardzo, 

możesz zrobić to samo, co mój narzeczony trzy 

lata temu. Uciekaj, jeśli się przestraszyłeś. Ale 

szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś wię­

cej po tobie. Nie sądziłam, że kobieta taka jak ja 

background image

Jayne Ann Krentz 

25 

może cię onieśmielać. Myślałam, że jesteś face­

tem z charakterem. 

- Nie zamierzam nigdzie uciekać - zaprotes­

tował. - Ale nie pozwolę wepchnąć się w małżeń­

stwo. Wyrażam się jasno? 

Juliana pokiwała ze smutkiem głową. 

- Całkowicie. Po prostu zupełnie się nie zro­

zumieliśmy. Widocznie źle odczytałam różne 

sygnały. - Pociągnęła nosem, żeby powstrzymać 

łzy. - Przepraszam. 

Twarz Travisa złagodniała. Podszedł do niej 

i podniósł rękę, żeby pogłaskać ją po policzku. 

- Nie musisz się tak tym przejmować. Znam 

cię dość dobrze i wiem doskonale, że jesteś 

impulsywna. 

- Moja kuzynka Elly mówi, że jestem spon­

taniczna. 

- To też. - Travis uśmiechnął się. 

- To takie żenujące. 

- Nie warto już o tym mówić - powiedział 

Travis pojednawczo. - Zeszłej nocy było cudow­

nie. Rozumiem, że mogłaś doszukać się w tym 

więcej, niż... 

- Niż chciałeś mi dać? 

- Więcej niż oboje chcieliśmy. 

- Mów za siebie. - Odwróciła się, unikając 

dotyku jego dłoni. - Robi się późno. Powinnam 

już się ubrać. Na pewno masz dziś wiele rzeczy do 

zrobienia. 

background image

26 

MISTERNY PLAN 

- Nic, co nie mogłoby poczekać do poniedział­

ku. - Travis patrzył na nią uważnie. - A może 

pojechalibyśmy na plażę? 

- Raczej nie. - Schyliła się, żeby do kończyć 

czyszczenie dywanu, po czym wstała, podnosząc 

czerwoną filiżankę. - Mam dzisiaj mnóstwo pra­

cy. Wiesz, jak to jest. Muszę umyć głowę, potem 

zrobić pranie. Tak, te prześcieradła nadają się już 

do prania. 

Travis nie poruszył się. 

- Będziesz się teraz obrażać? 

- Nigdy się nie obrażam - powiedziała wy­

niośle. 

- No to po co to gadanie? Przecież wczoraj się 

umawialiśmy, że spędzimy niedzielę razem. 

- Ale wszystko się zmieniło. Mam nadzieję, 

że to rozumiesz. - Weszła do łazienki i schowała 

w szafce płyn do czyszczenia dywanów. - Dlate­

go pospiesz się z ubieraniem. Trochę mnie roz­

prasza, kiedy tak stoisz w mojej sypialni jedynie 

z ręcznikiem na biodrach. 

- Ręcznik mogę zdjąć. 

Spojrzała na niego ze złością. 

- Chyba nie myślisz, że pójdę teraz z tobą do 

łóżka? 

- Czemu nie? Przecież ustaliliśmy, że było 

nam ze sobą dobrze. 

- Nie wierzę własnym uszom. - Juliana oparła 

się ramieniem o drzwi. - Naprawdę myślisz, że 

background image

Jayne Ann Krentz 

27 

mogłabym pójść z tobą do łóżka, wiedząc, że nie 

masz uczciwych zamiarów? 

- Przestań gadać jak staroświecka panienka, 

która sądzi, że została uwiedziona. 

- Ty rzeczywiście nic nie rozumiesz - po­

wiedziała spokojnie, choć gotowała się w środ­

ku ze złości. - Zabieraj się stąd. Natychmiast. 

Ubierz się i wyjdź z mojego mieszkania. Każdy 

popełnia w życiu błędy, ale rzucanie pereł przed 

wieprze po raz drugi byłoby błędem niewyba­

czalnym. Nie mam zamiaru tracić swojego cen­

nego czasu na mężczyznę tak nierozgarniętego 

i upartego jak ty. 

- Chcesz powiedzieć, że jestem idiotą? 

- Właśnie. Jestem dla ciebie najlepszą kobie­

tą, Travis. Jestem twoim przeznaczeniem, tak 

samo jak ty moim. Ale skoro jesteś na tyle tępy, 

żeby tego nie widzieć, to utrzymywanie naszej 

relacji naprawdę nie ma sensu. Wynoś się. 

Jego oczy zwęziły się jak szparki. Sięgnął po 

spodnie leżące na komodzie. 

- Czy to oznacza, że chcesz zerwać kontrakt 

z Sawyer Management Systems? 

To ją zaskoczyło. Jeżeli zrezygnuje z jego 

usług, może go już nigdy nie zobaczyć. Nad taką 

myślą nie chciała się nawet zastanawiać. 

- Nie zrywam kontraktu. SMS to najlepsza 

firma konsultingowa w tej części Kalifornii, 

a przyszłość Charisma Espresso jest dla mnie zbyt 

background image

28 

MISTERNY PLAN 

ważna. Więc nie mogę się ciebie pozbyć. Nie­

stety. 

- Rzeczywiście? - Travis podciągnął spodnie 

i zaczął zakładać koszulę. - To miłe, że pod 

pewnymi względami nadal mnie doceniasz. Nie 

boisz się jednak łączenia interesów z przyjemnoś­

cią? W końcu to doprowadziło nas do łóżka. 

- Nie mam najmniejszych obaw. - Juliana 

uniosła brodę. - Z pewnością będę umiała od­

dzielić swój interes od twojej przyjemności. 

- Naprawdę? No to przekonamy się, czy rze­

czywiście to potrafisz. - Skończył zapinać koszu­

lę i schylił się po buty. 

- Czyżbyś mi groził? 

- Gdzieżbym śmiał. - Zawiązał sznurowadła 

kilkoma krótkimi, mocnymi ruchami, po czym 

wcisnął krawat do kieszeni. - Ale oboje wiemy, 

że z naszej dwójki to ty kierujesz się emocjami. 

Na dodatek mnie pragniesz. Do diabła, przecież 

rano obudziłaś się z przekonaniem, że się we mnie 

kochasz. 

- Tego nie powiedziałam. 

- Owszem, powiedziałaś - poprawił ją chłod­

no. - W nocy, kiedy leżałaś pode mną i przytula­

łaś się do mnie tak, jakbym był jedynym męż­

czyzną na świecie. Dobrze słyszałem. 

Juliana poczuła, że robi jej się gorąco z upoko­

rzenia. 

- Niech ci będzie, powiedziałam. Nie zamie-

background image

Jayne Ann Krentz 

29 

rzam się wypierać. Nie mówiłabym o ślubie, 

gdybym nie była w tobie zakochana. Ale przy­

wróciłeś mnie do rzeczywistości. Na szczęście 

z miłością jest tak jak z grypą. Przejdzie mi, tak 

samo jak trzy lata temu. A teraz bądź uprzejmy 

stąd wyjść, zanim stracę cierpliwość. Zaczynasz 

mnie naprawdę złościć. 

Travis skierował się do drzwi. 

- Zobaczysz, jeszcze będziesz tego żałować. 

- Wydaje ci się. Życie jest za krótkie, żeby 

żałować głupstw. Naprawdę, przejdzie mi. Ale 

ostrzegam cię, że pewnego dnia, kiedy o tym 

pomyślisz, zrozumiesz, że byłeś głupcem. 

- Jesteś pewna? - Przeszedł przez jej morelo-

wo-turkusowy salon i zatrzymał się przy 

drzwiach z ręką na klamce. 

Juliana pospieszyła za nim. Za chwilę go tu nie 

będzie, pomyślała z przerażeniem. 

- Tak, jestem pewna. Jestem kobietą twojego 

życia i wkrótce sam się o tym przekonasz. 

Odwrócił się do niej gwałtownie, stojąc w ot­

wartych drzwiach. 

- Już się przekonałem, że jest nam ze sobą 

dobrze w łóżku. Czego ty więcej chcesz? 

Z efektownym poślizgiem zatrzymała się pół 

metra od niego, z trudem łapiąc oddech. 

- Chcę, żeby wreszcie do ciebie dotarło, że 

mnie kochasz. I chcę, żebyś poprosił mnie o rękę. 

- O, to naprawdę niewiele. 

background image

30 

MISTERNY PLAN 

- Nie zadowalają mnie półśrodki. Znasz mnie 

wystarczająco długo, żeby to wiedzieć. Ale -

przerwała, zbierając się na odwagę - może po­

winnam pójść na pewne ustępstwa, biorąc pod 

uwagę fakt, że jak każdy mężczyzna masz kiepski 

kontakt ze swoimi emocjami i potrzebami. 

- Wielkie dzięki, droga pani, za tę głęboką 

analizę psychologiczną. 

- Posłuchaj, Travis. Daję ci miesiąc. I ani dnia 

dłużej. Ale jeżeli nie opamiętasz się przez ten 

czas, to nie dostaniesz kolejnej szansy. 

Uniósł brwi w sposób, który miał ją onieśmielić. 

- Miesiąc na co? 

- Na to, żebyś zrozumiał, że mnie kochasz, 

i żebyś poprosił mnie o rękę. 

- Jeden miesiąc... Szczerze mówiąc, zasko­

czyłaś mnie. Znasz mnie wystarczająco długo, 

żeby wiedzieć, że źle przyjmuję każde ultimatum. 

- Więc nie traktuj tego jako ultimatum. Niech 

to będzie chwila wytchnienia, podczas której 

będziesz mógł się nad sobą zastanowić. 

Potrząsnął głową ze zdziwieniem. 

- Ty się jednak nigdy nie poddajesz. 

- Ten, kto się poddaje, nie dostaje tego, czego 

chce. 

Travis przeszedł przez próg. 

- Nie potrzebuję chwili wytchnienia. Wiem, 

czego chcę. Wiedziałem od samego początku. 

- Czego ty chciałeś ode mnie? - zapytała, 

background image

Jaync Ann Krentz 31 

stając w otwartych drzwiach. - Żebym poszła 

z tobą do łóżka? 

- Nie, Juliano. To akurat nie było ważne. 

Możesz mi wierzyć lub nie, ale wcale tego nie 

planowałem. To był miły dodatek, jak lukier na 

cieście. 

Wyszedł na jasne słoneczne światło. Juliana 

stała na ceglanych schodach prowadzących do jej 

apartamentu. Patrzyła z przerażeniem, jak męż­

czyzna, którego kochała, wsiada do brązowego, 

trzyletniego, najzwyklejszego buicka. 

Zastanawiała się, jak mogła być taką idiotką, 

żeby stracić głowę dla kogoś, kto jeździł takim 

okropnym samochodem i nosił niemodne kra­

waty. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Wszystko za bardzo się skomplikowało; skom­

plikowało w sposób niewiarygodny i katastro­

falny. 

Przecież zemsta powinna być sprawą prostą 

i oczywistą, tak samo jak emocje, które jej towa­

rzyszą, upominał siebie Travis. W tej całej sytua­

cji są tylko dwie strony, on sam i przeciwnik. 

A każdy, kto nosił nazwisko Grant, był wrogiem. 

Travis siedział za kierownicą i pogrążony 

w niewesołych myślach gapił się na Pacyfik. Ze 

szczytu wzgórza rozciągał się pocztówkowy wi­

dok. W dole migotało miasteczko Jewel Harbor, 

gdzie stare domy w hiszpańskim kolonialnym 

background image

Jayne Ann Krentz 

33 

stylu łączyły się harmonijnie z nowoczesną ar­

chitekturą kalifornijskiego wybrzeża. Wszędzie 

unosiła się atmosfera bogactwa, chwilami aż 

nierealna. To naprawdę było dobre miejsce na 

siedzibę Sawyer Management Systems. 

Wzdłuż ulic kołysały się palmy, a z ogrodów 

wprost wylewała się bujna roślinność. Większość 

naznaczona była szafirowymi plamami basenów, 

otoczonych pomarańczowymi drzewkami. Na 

szerokich podjazdach parkowały samochody, 

głównie niemieckich marek, wśród których, jak­

by dla urozmaicenia, pojawiały się modele bry­

tyjskie lub włoskie. 

Biznesowe centrum Jewel Harbor emanowało 

takim samym nonszalanckim bogactwem jak re­

szta miasta. Surowe przepisy ograniczały wyso­

kość sklepów i innych budynków, które musiały 

być utrzymane w hiszpańskim stylu, z białymi 

stiukami i czerwonymi dachówkami, podobnie 

jak dom, w którym mieszkała Juliana. Travis na 

moment zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć w ost­

rym słońcu. Mógł stąd dostrzec ruchliwe centrum 

handlowe, gdzie Juliana otworzyła Charisma Es­

presso. 

Przypomniał sobie ten brzemienny w skutki 

dzień cztery tygodnie temu, kiedy po raz pierwszy 

wszedł do różowo-szarego lokalu. Był wówczas 

przekonany, że chodzi mu jedynie o zwykły 

rekonesans. Jak generał, który sporządza szcze-

background image

34 

MISTERNY PLAN 

gółowy plan bitwy, chciał mieć pewność, że 

niczego nie pominął. Doskonale zaplanował 

wszystko w czasie. Pułapka miała się zatrzasnąć 

wtedy, gdy był w Jewel Harbor i organizował 

nowe biuro Sawyer Management Systems. 

Juliana była jedyną osobą z rodziny Grantów, 

której nie poznał pięć lat temu, jedyną niewiado­

mą w jego równaniu. Nie mieszkała wówczas 

w Jewel Harbor. Niewyraźnie przypominał sobie, 

że mówiono mu, że pracuje w San Francisco. 

Travis nie był pewien, czego się spodziewał, 

wchodząc przez szklane drzwi do Charisma Esp­

resso, ale doskonale pamiętał, że w tej pierwszej 

chwili uderzyły go dwie rzeczy. Pierwszą był 

intensywny zapach świeżo zmielonej kawy, 

a drugą, dużo bardziej niezwykłą, widok rudo­

włosej, bardzo wysokiej kobiety za ladą. Ubrana 

była w jaskrawoniebieski kombinezon, który na 

każdej innej osobie wyglądałby tandetnie. Ale nie 

na niej. Na niej wyglądał świetnie. Był tak samo 

śmiały i wyrazisty jak ona. 

Juliana nie była podobna do nikogo z rodziny 

Grantów. I to stanowiło zapewne powód, dla 

którego pozwolił, by sprawy aż tak się skom­

plikowały. Travis pamiętał, że w tej rodzinie 

mężczyźni byli średniego wzrostu, a kobiety 

drobne i delikatne. Juliana natomiast była niemal 

tak wysoka jak on. Pomyślał ze złością, że w bu­

tach na obcasie mogła być nawet wyższa. Rude 

background image

Jayne Ann Krentz 35 

włosy zapewne odziedziczyła po ojcu, ale tego 

mógł się jedynie domyślać, bo gdy poznał Roya 

Granta, ten był już zupełnie siwy. Podobnie jak 

jego brat, Tony Grant. Natomiast oczy miała 

Juliana po matce, Beth. Jednak dopiero u niej 

rodzinne geny połączyły się w niesamowitą, eg­

zotyczną całość. 

Ale to nie wygląd Juliany tak bardzo wytrącił 

Travisa z równowagi. Chodziło o nią samą. Julia­

na była po prostu inna. Nie tylko od pozostałych 

członków rodziny, ale od wszystkich kobiet, któ­

re Travis spotkał w swoim życiu. 

„Za bardzo" - te słowa przychodziły mu do 

głowy, gdy próbował ją określić czy opisać. Tak, 

Juliana była trochę „za bardzo" pod każdym 

względem. Za kolorowa, za wysoka, zbyt emocjo­

nalna, zbyt dynamiczna, zbyt pewna siebie, zbyt 

inteligentna. Tysiąc lat temu takie kobiety chwy­

tały za włócznie i ruszały na pole walki u boku 

swoich mężczyzn. Takie kobiety dawały z siebie 

wszystko i w zamian wymagały tyle samo. 

Dla większości mężczyzn Juliana była, mó­

wiąc wprost, zbyt przytłaczająca. Travis wystar­

czająco dobrze znał przedstawicieli swojej płci, 

żeby wiedzieć, że przeciętny samiec będzie się 

zachwycał Juliana przez piętnaście minut, a zaraz 

potem zacznie się gorączkowo rozglądać za ja­

kimś wyjściem awaryjnym, by ruszyć do niego 

w pełnym pędzie. 

background image

36 

MISTERNY PLAN 

Bez wątpienia Juliana onieśmielała każdego 

przeciętnego mężczyznę. 

Travis nie uważał się za przeciętnego i nie czuł 

się przez nią onieśmielony, jednak nie miał naj­

mniejszej ochoty tańczyć, jak mu zagrała. Była 

żywiołowa i nieopanowana, ale wiedział, że 

umiałby sobie z tym poradzić. Problem tkwił 

gdzie indziej. Pragnął jej, ale biorąc pod uwagę 

całą sytuację z rodziną Grantów, nie mógł sobie 

pozwolić na to, by się głębiej angażować. I tak 

sprawy zaszły za daleko. Co go do diabła pod-

kusiło, żeby zostać jej konsultantem! Chyba mu­

siał postradać zmysły. Przecież od dziesięciu lat 

nie pracował dla takich drobnych klientów jak 

Charisma Espresso. 

Wziął kilka głębokich oddechów, żeby odzys­

kać jasność myśli. Na początku wszystko wyda­

wało się proste. Juliana nosiła nazwisko Grant, 

a on poprzysiągł wszystkim Grantom zemstę. 

Tłumaczył sobie, że uwiedzenie jej będzie jak 

finalne pociągnięcie pędzlem na dziele, które 

tworzył od tylu lat. Na dodatek Juliana wcale nie 

sprzeciwiała się temu, by zostać uwiedzioną. 

Jednak patrząc na to teraz, nie był do końca 

pewien, kto kogo uwiódł. Z pewnością to ona 

zrobiła pierwszy krok, namawiając go, by został 

jej konsultantem. Kiedy tylko dowiedziała się, na 

czym polega jego praca, zarzuciła go mnóstwem 

pytań. Podjął grę, bo uznał, że warto sięgnąć po 

background image

Jayne Ann Krenlz 

37 

nagrodę: jeszcze jeden skalp Grantów do jego 

kolekcji. Skrzywił się na tę myśl. Wcale nie chciał 

skalpu Juliany. Nie miała nic wspólnego z tym, co 

wydarzyło się pięć lat temu. Nawet nie wiedziała, 

kim on jest. Miała jednak pecha, bo należała do 

rodziny. Kiedy ją poznał trzy i pół tygodnia temu, 

powiedział sobie, że mógłby ją jakoś wykorzystać 

w swoim planie. 

Ale ostatniej nocy nie myślał już o wykorzys­

taniu jej dla zemsty, tylko o zaspokojeniu prag­

nienia, które z każdym dniem w nim narastało. 

Dziś rano był zbyt oszołomiony rozwojem wypa­

dków, żeby się nad wszystkim zastanowić. Do­

piero kiedy Juliana weszła do sypialni z tym 

swoim eleganckim imbrykiem w stylu art deco 

i zaczęła snuć małżeńskie plany, gwałtownie 

wrócił do rzeczywistości. 

To, co się wydarzyło, stanowiło zagrożenie dla 

jego zamiarów. Po tylu latach cierpliwego ukła­

dania planu zemsty nie miał zamiaru tracić kon­

troli nad sytuacją. Potarł kark i włączył silnik 

buicka. Powinien był to przewidzieć. Juliana 

zakochała się w nim. Ostatniej nocy był tego 

pewien. Oddała mu się w pełni, bez zastrzeżeń. 

Taka po prostu była. Jeżeli chciał być przed sobą 

szczery, to musiał przyznać, że wziął wszystko, 

co gotowa mu była ofiarować. 

Ona należy do rodziny Grantów, powtarzał 

sobie, jadąc w kierunku swojego mieszkania. Nie 

background image

38 

MISTERNY PLAN 

ma mowy, żeby ktokolwiek z Grantów stawiał mu 

jakieś ultimatum. 

Miesiąc, żeby zrozumieć, że ją kocha? Mie­

siąc, żeby nabrać rozumu? Za kogo ona się 

uważa? Zanim minie miesiąc, dokona swojej 

zemsty na rodzinie Grantów. I tak nie byliby ze 

sobą dłużej niż tydzień. 

Kiedy lawina wreszcie ruszy, a z pewnością 

stanie się to bardzo szybko, każdy będzie musiał 

opowiedzieć się po którejś ze stron. Travis nie 

miał wątpliwości, po czyjej stronie stanie Juliana. 

Jej wybór wynikał z faktu, że należała do rodziny. 

Travis przyjął tę oczywistość ze stoickim spoko­

jem. Przywykł do tego, że jest outsiderem, że to 

nie jego się wybiera. 

Jednak jadąc krętą drogą do miasta, nie mógł 

pozbyć się myśli, że ta noc znaczyła coś więcej. 

Wiedział, że jej wspomnienie będzie go prze­

śladować do końca życia. Nadal czuł na plecach 

paznokcie Juliany. Ona należała do kobiet, które 

zostawiają po sobie niezatarte ślady. 

Poczuł nagle, że musi spędzić z nią chociaż 

jeden tydzień. 

- No i jak poszła randka? 

- Widziałem was na kolacji w Treasure Hou­

se, ale byliście tak zajęci sobą, że nie chciałem 

przeszkadzać. Pomyślałem, że może akurat facet 

zamierza zadać ci to pytanie. 

background image

Jayne Ann Krenlz 

39 

- Właśnie, szefowo, masz już na palcu pier­

ścionek? 

Juliana zatrzymała się przed długą szarą ladą 

i spojrzała ze złością na wyczekujące twarze 

swoich pracowników. 

- Nie macie nic lepszego do roboty, niż wy­

stawać tu i zadawać osobiste pytania? 

- Oho! - Sandy Oaks, z krótkimi włosami 

gładko zaczesanymi za uszy, żeby wyraźnie było 

widać trzy pary kolczyków, mrugnęła okiem do 

swojego kolegi. - Zdaje się, że nasza pani nie jest 

dziś w najlepszym humorze. Lepiej bierz się za 

mielenie kawy, Matt. 

Matt Linton, który miał włosy jeszcze krótsze 

niż Sandy, ale za to nosił tylko jeden kolczyk, 

zmarszczył brwi z nagłym zainteresowaniem. 

- Tylko żartowaliśmy. Wszystko w porządku, 

Juliano? 

- Świetnie. Rewelacyjnie. Po prostu znakomi­

cie. - Juliana rzuciła swoją skórzaną torbę na 

biurko i sięgnęła po jeden z ciemnoróżowych 

fartuchów z logo Charismy. - Gdybym wygrała 

główny los na loterii, nie byłabym bardziej szczę­

śliwa. Zadowoleni? A teraz się czymś zaj­

mijcie. Za chwilę zaczną przychodzić goście. 

Sandy, dlaczego te ciasteczka jeszcze nie są 

wyłożone? 

- Przed chwilą przywieźli je z piekarni - wy­

jaśniła Sandy kojącym tonem. - Już je wyjmuję. 

background image

40 

MISTERNY PLAN 

- Patrzyła badawczo na Julianę, układając cias­

teczka w szklanej witrynie obok kasy. 

- Matt, przynajmniej udawaj, że coś robisz. 

Na ladzie jest bałagan. I gdzie się podział cyna­

mon? 

- Aj! - Matt potrząsnął ręką, jakby ugryzł go 

wściekły pies. 

Juliana westchnęła. 

- Przepraszam, że się czepiam. Ale prawda 

jest taka, że mam kiepski nastrój. 

- Zabawne, ale tak właśnie pomyśleliśmy 

- potaknęła Sandy. - Rozumiem, że stchórzył 

i w końcu nie poprosił cię o rękę? 

- Nie tylko nie poprosił mnie o rękę, ale 

jeszcze był zaskoczony, kiedy okazało się, że 

tego się po nim spodziewałam - wyjaśniła Ju­

liana. - To było jakieś kompletne nieporozu­

mienie. Zrobiłam z siebie idiotkę. Obiecajcie, 

że przypomnicie mi o tym, jeżeli kiedykolwiek 

będę wykazywać zainteresowanie jakimkolwiek 

mężczyzną. 

Matt skrzywił się. 

- Chcesz w ogóle zrezygnować z mężczyzn 

tylko dlatego, że książę z bajki okazał się 

żabą? 

- On nie jest żabą. Po prostu nie wie, że jest 

księciem z bajki. - Juliana odwróciła się plecami 

do drzwi i zajęła się mieleniem kawy. Podniosła 

głos, usiłując przekrzyczeć hałasującą maszynę. 

background image

Jayne Ann Krentz 

41 

- Ale skoro nie ma na tyle rozumu, żeby pojąć, że 

jest księciem, to może rzeczywiście jest żabą? 

Przecież prawdziwy książę nie byłby taki głupi. 

Była tak pochłonięta logiką swojego wywodu, 

że nie usłyszała dźwięku otwieranych drzwi. 

- Juliano... - zaczął Matt nieco nerwowo, ale 

Juliana nie dała sobie przerwać. 

- Przyznaję, serce mam złamane. Ale pytam 

was: jak to świadczy o mojej inteligencji? Jak 

mogłam pozwolić, żeby jakaś żaba złamała mi 

serce? Przecież jestem na to za mądra. 

- Juliano, może lepiej... 

- Co więcej - ciągnęła dalej niezrażona -jeże­

li Travis Sawyer jest na tyle głupi, żeby nie 

widzieć, że jestem dla niego najlepszą kobietą, to 

może nie nadaje się do tego, żeby planować 

przyszłość Charisma Espresso? Wprawdzie po­

wiedziałam mu, że nie zamierzam go zwalniać, 

ale być może nie miałam racji. Zastanawiałam się 

nad tym i wcale nie jestem pewna, czy chcę 

zostawić los mojej firmy w jego rękach. 

- Juliano - Sandy wpadła jej w słowo. - Mamy 

gościa. 

- Co mówiłaś? - Juliana skończyła mielenie 

kawy i wyłączyła maszynę. 

- Mówiłam - powtórzyła Sandy głośno i wy­

raźnie - że mamy gościa. 

- No i co takiego. Idź i spytaj, co chce. 

- On chce - odezwał się spokojnie Travis 

background image

42 

MISTERNY PLAN 

Sawyer z drugiej strony lady - tego miesiąca, 

który mu obiecałaś, żeby mógł dojść do rozumu. 

- Travis! - Juliana nie wierzyła własnym 

uszom. Poczuła ulgę i szczęście jednocześnie. 

Odwróciła się gwałtownie do niego, wiedząc, że 

na twarzy ma uśmiech wiejskiego głupka, ale 

wcale się tym nie przejmowała. Serce znowu biło 

jej radośnie. - Wróciłeś! 

- Wcale nie odchodziłem. W każdym razie nie 

z własnej woli. To ty mnie wyrzuciłaś. 

- Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że 

jak minie trochę czasu, to się opamiętasz. - Julia­

na podała Mattowi torebkę ze zmieloną kawą 

i pobiegła wokół lady, żeby rzucić się Travisowi 

na szyję. Na szczęście Travis zdążył się na to 

przygotować i cofnął się tylko o krok pod jej 

ciężarem. 

- Jestem wzruszony twoim zaufaniem do mo­

jej inteligencji. - Patrzył wprost w jej błyszczące 

oczy. Miała dziś na sobie buty na pięciocentymet-

rowym obcasie. - Czy to oznacza, że nie zrywasz 

ze mną umowy biznesowej? 

- Za mało się jeszcze pokajał - odezwała się 

stanowczo Sandy, zanim jeszcze Juliana zdążyła 

odpowiedzieć. 

- Dajcie mu już spokój - wtrącił się Matt. 

-Przecież przyszedł, nie? Czego jeszcze chcecie? 

- Dziękuję - powiedział Travis ponuro, 

zwracając się do Matta. - Zgadzam się w całej 

background image

Jayne Ann Krentz 

43 

pełni. Zrobiłem już chyba wystarczająco dużo. 

- Znów patrzył na Julianę, która uśmiechała się 

radośnie, cały czas obejmując go za szyję. - Czy 

miałabyś coś przeciwko temu, gdybyśmy dokoń­

czyli tę wspaniałą scenę pojednania gdzieś na 

osobności? Lubię Sandy i Matta, ale czasem 

miałbym ochotę porozumiewać się z tobą bez 

świadków. 

- Nie zwracaj na nas uwagi - powiedziała 

szybko Sandy. - Poza tym zawsze możemy się do 

czegoś przydać. 

- Racja - przytaknął jej Matt. - Jesteśmy jak 

rodzina. 

- Niezupełnie. - Travis wziął Julianę za rękę 

i poprowadził w kierunku stolików stojących na 

zewnątrz. Poranne słońce przelewało się łagodnie 

przez kraty pergoli i układało nieregularny wzór 

na białych stolikach i krzesełkach. 

- Chcieli dobrze - powiedziała Juliana bez­

trosko, siadając naprzeciwko Travisa. 

- Wiem, ale za każdym razem, kiedy tu jes­

tem, czuję się jak złota rybka w akwarium. 

Mówisz im o wszystkim? 

- Oczywiście, że nie - zaprzeczyła szybko. 

- Ale od początku przyglądali się naszej znajo­

mości. Od pierwszego dnia, kiedy wszedłeś i za­

mówiłeś kawę, pamiętasz? Wiedzieli, co do cie­

bie czuję. A dziś rano od razu się zorientowali, że 

stało się coś okropnego. 

background image

44 

MISTERNY PLAN 

Travis westchnął i oparł się wygodnie na krze­

sełku, które zatrzeszczało pod jego ciężarem. 

- Jesteś dojrzałą kobietą, Juliano, nie jakąś 

głupiutką nastolatką. Powinnaś się chyba nau­

czyć, że czasem lepiej nie okazywać swoich 

uczuć aż tak otwarcie. 

- Jestem bardzo szczerą osobą, Travis. - Julia­

na nieco spoważniała, kiedy pierwsza euforia 

w niej opadła. - Wolę pokazać wprost, co się ze 

mną dzieje, i tego samego oczekuję od innych. 

Tak jest łatwiej. I stres przy tym mniejszy. 

- Naprawdę, masz w sobie niezwykłą kom­

binację składników. 

- Chciałeś powiedzieć, jak na kobietę? - zapy­

tała chłodno. 

- Na kobietę czy na mężczyznę, nieważne. 

Kiedy przychodzi do interesów, jesteś bystra 

i przenikliwa. Zresztą sukces Charismy mówi 

sam za siebie. 

- Ale? 

- Ale kiedy przychodzi do innych rzeczy, 

jesteś nieobliczalna. - Kąciki ust Travisa uniosły 

się w lekkim uśmiechu. - To zresztą łagodnie 

powiedziane. Jesteś jak paczka dynamitu. Nigdy 

nie wiadomo, kiedy i jak eksplodujesz. Ale za­

wsze z wielkim hukiem. 

- Nie znasz mnie tak dobrze, jak myślisz. 

- Wzruszyła ramionami. -I ja też nie znam cię tak 

dobrze, jak myślałam. Inaczej nie gadałabym 

background image

Jayne Ann Krenlz 45 

rano takich rzeczy. Ale to nie szkodzi. Mamy 

mnóstwo czasu, żeby dowiedzieć się o sobie tego, 

co konieczne. 

Travis przyglądał jej się przez chwilę. 

- Nie składam ci żadnych obietnic. Chcę, żeby 

to było jasne od początku. 

- Należysz do mężczyzn, którzy nie są zdolni 

do zobowiązań? Jeżeli tak, to powiedz to od razu, 

bo nie chcę tracić czasu z kimś, kto jest nierefor-

mowalny. 

- Do diabła, należę do mężczyzn, którym nie 

można niczego narzucać, także zobowiązań. Mó­

wię to otwarcie, zanim jeszcze spróbujemy za­

cząć od nowa. Czy nadal chcesz mi dać ten 

miesiąc? 

Juliana zastanowiła się, ale niezbyt długo. 

- Jasne, czemu nie? Jestem gotowa podjąć 

ryzyko, bo nagroda jest tego warta. 

Pokręcił głową ze zdziwieniem. 

- Jesteś lekkomyślna. 

- Tylko wtedy, gdy mi na czymś zależy. 

- Chyba powinno mi pochlebiać, że uważasz 

mnie za cenną nagrodę. 

- To się okaże. Na razie jesteś potencjalnie 

cenną nagrodą. 

- Rozumiem. Ale powtarzam: nie oczekuj 

ode mnie żadnych obietnic. Ani otwartych, ani 

ukrytych. I żadnych zobowiązań. Będziemy się 

posuwać powoli. Nie chcę, żebyś mnie ponaglała. 

background image

46 

MISTERNY PLAN 

- Ostrzeżenie przyjęłam. Teraz moja kolej. 

- Chcesz postawić jakieś warunki? - Uniósł 

brwi ze zdziwieniem. 

- Skoro nie możesz na razie podjąć żadnych 

zobowiązań, to ja nie mogę na razie chodzić 

z tobą do łóżka. 

- Nie spodziewałem się, że zechcesz użyć 

seksu, żeby dostać to, czego chcesz. 

- I wcale tego nie robię. A ty nie jesteś 

mężczyzną, który da sobą manipulować za pomo­

cą seksu. - Uśmiechnęła się promiennie. - Nawet 

by mi nie przyszło do głowy, żeby cię zatrzymy­

wać w ten sposób. 

- Bardzo rozsądnie - wymamrotał. 

- Nie idąc z tobą do łóżka, uwolnię twój 

mózg od hormonalnych obciążeń. Będziesz mógł 

z większą jasnością pomyśleć o naszej przy­

szłości. 

- Juliano - zaczął z przesadną cierpliwością 

- oboje przekonaliśmy się, jak dobrze nam ze 

sobą w łóżku. Pamiętasz? 

- Oczywiście, że pamiętam. I co z tego? 

- Dlaczego więc mielibyśmy odmawiać sobie 

akurat tego składnika naszej relacji? - Wyciągnął 

rękę i nakrył dłonią jej palce o długich, pomalo­

wanych paznokciach. 

- To proste. Dla mnie pójście z kimś do łóżka 

oznacza pewne zobowiązanie. Nie zamierzam 

składać żadnych zobowiązań, dopóki ty nie bę-

background image

Jayne Ann Krentz 47 

dziesz gotowy na zobowiązania ze swojej strony. 

Nadal chcesz tego miesiąca? 

Patrzył na nią przez długą, pełną napięcia 

chwilę. 

- Może to i lepiej. Ten związek i tak ma 

niewielkie szanse. Musiałem zwariować, myśląc, 

że można zjeść ciastko i nadal je mieć. 

- O czym ty mówisz? 

- Nieważne. - Podniósł się z krzesła. - Muszę 

wracać do biura. 

Juliana spojrzała na niego z niepokojem. 

- Zaczekaj. Nie rozumiem, chcesz się ze mną 

spotykać czy nie? 

- Tak, chcę się z tobą spotykać. 

Odetchnęła z ulgą. 

- Nawet na moich warunkach? Nie wyglądasz 

na uszczęśliwionego. 

- Myślałem, że lepiej ode mnie wiesz, czego 

chcę. 

Juliana zagryzła wargi. 

- Czasem mogę się mylić, jak każdy. Zdarzyło 

mi się popełniać błędy. 

- Tak jak z tym narzeczonym, który rzucił cię 

dla drobnej blondynki? 

- Nie jestem nieomylna. Do wczorajszej nocy 

byłam pewna, że będziemy razem. Sam przy­

znałeś, że coś między nami zaiskrzyło, nie tylko 

w łóżku. Ale jeżeli się mylę, to lepiej dajmy sobie 

spokój już teraz. 

background image

48 

MISTERNY PLAN 

- Naprawdę? 

Juliana wzięła głęboki wdech. 

- Twardy z ciebie facet. 

- A ty jesteś bardzo zmienną kobietą. 

- I może to jest niezbyt udane połączenie. 

Iskrzenie to za mało na związek. 

- Czyżbyś chciała zrezygnować? 

- Nie, daję ci ten miesiąc. 

- Dziękuję. -Pochylił się i pocałował ją prze­

lotnie w usta. - Zjemy razem kolację? Przyjadę 

po ciebie o szóstej. 

- Świetnie. - Uśmiechnęła się, próbując ode-

gnać czarne myśli. - Będę gotowa. Co byś powie­

dział na tę nową tajską restaurację przy Paloma 

Street? 

- Jesteśmy umówieni. 

Podszedł do swojego buicka i wsiadł do środ­

ka. Juliana zerwała się na równe nogi i pobiegła 

za nim. 

- Czy nadal chcesz pójść w sobotę na przyję­

cie urodzinowe mojej kuzynki? - spytała z niepo­

kojem. - Będzie cała moja rodzina, nawet wujek 

Tony. 

Travis spojrzał na nią z tak zaciętym wyrazem 

twarzy, że aż cofnęła się o krok. 

- Nie mogę się doczekać - powiedział i prze­

kręcił kluczyk w stacyjce. 

Juliana uśmiechnęła się niepewnie. To miłe, że 

Travis nie miał nic przeciwko temu, żeby poznać 

background image

Jayne Ann Krentz 

49 

jej rodzinę, pomyślała. Ale jakoś nie umiała się 

tym ucieszyć. 

Był sobotni wieczór. Zajmując miejsce pasaże­

ra w swoim ognistoczerwonym sportowym cou­

pe, Juliana rozkoszowała się morskim powiet­

rzem napływającym przez otwarty dach samo­

chodu. Travis siedział za kierownicą. Pod jego 

wprawną ręką auto z gracją pokonywało kolejne 

zakręty. Widoczny w oddali ocean stapiał się na 

horyzoncie z ciemnością nocy. Oświetlone pro­

mieniami księżyca fale rozbijały się o skały 

poniżej drogi. Jaki cudowny wieczór, pomyślała 

Juliana. Czuła się szczęśliwa. Ostatnie dni z Tra-

visem były niezwykle przyjemne, nawet pomimo 

wielu niedopowiedzeń. 

- Marnujesz swój talent, jeżdżąc buickiem 

- oświadczyła, kiedy Travis łagodnie przy­

spieszył przy wychodzeniu z zakrętu. - Chy­

ba będziesz musiał sprawić sobie porządny sa­

mochód. 

- Po co? Mój mi wystarcza. 

- Nie lubisz prowadzić? 

- Niespecjalnie. 

- Ale robisz to znakomicie - zauważyła. 

- Prowadzenie samochodu jest koniecznością, 

więc staram się to robić jak najlepiej, żeby po 

drodze nikogo nie zabić. To wszystko. 

Juliana westchnęła z irytacją. 

background image

50 

MISTERNY PLAN 

- Od paru dni jesteś w dziwnym nastroju. 

A dziś szczególnie. Naprawdę chcesz iść na 

urodziny Elly? 

- Planowałem to od jakiegoś czasu - powie­

dział, hamując przed kolejnym zakrętem. 

- Wiem, ale nie chciałabym cię do niczego 

zmuszać. Niektórzy mężczyźni nie lubią takich 

rodzinnych spotkań. 

- Trochę za późno na zmianę decyzji, nie 

uważasz? Za piętnaście minut będziemy na 

miejscu. 

- Masz rację. Wiesz, jesteś podobny do mo­

jej rodziny. Już wcześniej poznałabym cię z Da-

videm i Elly, ale nie było jej w mieście. Poje­

chała obejrzeć inne hotele na wybrzeżu, żeby 

podchwycić jakieś pomysły dla Flame Valley. 

Moi rodzice przylecieli dzisiaj do San Diego 

i zabrali wuja Tony'ego. Wszyscy powinni po­

jawić się na miejscu mniej więcej o tej samej 

porze co my. Wiem, że chcieliby cię poznać. 

David jest... 

- Juliano! 

Zauważyła, że ten ton jego głosu ostatnio coraz 

bardziej ją niepokoił. Nie mogła zrozumieć, o co 

mu chodzi. 

- Słucham? 

- Nie musisz mi zachwalać swojej rodziny. 

- W porządku. Ani słowa więcej. Obiecuję. 

Uśmiechnął się lekko. 

background image

Jayne Ann Krentz 5 1 

- I ja mam w to uwierzyć? 

- Zawsze dotrzymuję obietnic. 

- Czy ta twoja kuzynka jest od dawna za­

mężna z Davidem Kirkwoodem? - spytał po 

chwili. 

- Od trzech lat. Są doskonałą parą. Elly miała 

kogoś pięć lat temu. Nigdy go nie poznałam, 

a Elly nie chce o nim mówić. Chyba bardzo ją 

zranił. Nawet myślałam, że potem już nie bę­

dzie chciała się z nikim związać. Ale pojawił się 

David. 

- I oboje zarządzają hotelem? 

Juliana uśmiechnęła się. 

- Flame Valley Inn. Najbardziej elegancki 

hotel w okolicy. Sam zobaczysz. Mają tam wszyst­

ko: pole golfowe, korty tenisowe, centrum od­

nowy biologicznej, fantastyczny widok na ocean, 

luksusowe pokoje i znakomitą restaurację. Mój 

ojciec i jego brat, wujek Tony, zbudowali ten 

hotel dwadzieścia lat temu. 

- A teraz prowadzi go twoja kuzynka z mę­

żem. - Zabrzmiało to jak stwierdzenie, a nie 

pytanie. 

Juliana spojrzała na Travisa z zaciekawieniem. 

- To prawda. Mój ojciec sprzedał większość 

swoich udziałów wujowi jakieś cztery lata temu. 

Wuj miał prowadzić cały interes, ale rozchorował 

się na serce i nie mógł tyle pracować. Więc teraz 

hotelem zarządzają Elly i David. 

background image

52 MISTERNY PLAN 

- Większość decyzji w sprawach Flame Val­

ley podejmował mąż twojej kuzynki? 

- Tak, przynajmniej przez ostatnich parę lat. 

Miał naprawdę wielkie plany. Ale moim zdaniem 

trochę za szybko chciał je zrealizować. 

- Za szybko? 

Juliana właśnie czekała na ten objaw zaintere­

sowania. Zmarszczyła brwi z zastanowieniem. 

- David i Elly mają mnóstwo ambitnych pla­

nów. Jeżeli im się powiedzie, Flame Valley bę­

dzie jednym z najlepszych hoteli na świecie. Ale 

jeśli im się nie uda, znajdą się w poważnych 

tarapatach. 

- Rozumiem. 

- Travis, już dawno chciałam cię o to zapytać. 

Twoja firma doradza różnym klientom. Znasz się 

na branży hotelowej? 

Przez chwilę zapadła cisza. 

- Tak, mam o tym niejakie pojęcie - powie­

dział spokojnie. 

- Może mógłbyś z nimi porozmawiać? Za­

czynam się o nich martwić. 

- Czy ich sytuacja jest aż tak trudna? 

Juliana westchnęła. 

- Właściwie nie powinnam nic mówić, dopóki 

sam z nimi nie porozmawiasz. David jest bardzo 

drażliwy, jeżeli idzie o kondycję firmy, a Elly 

reaguje obronnie. Gdybym ich przekonała, żeby 

cię wynajęli, zgodziłbyś się? 

background image

Jayne Ann Krentz 53 

- Mam teraz kupę roboty. Jakoś udało mi się 

wcisnąć Charismę, ale więcej nie dam rady. 

Zwłaszcza że to całkiem spory interes. 

- Szkoda. - Juliana gładko przełknęła roz­

czarowanie. - W takim razie nic im nie będę 

wspominać. Ale może - nagle się rozpromieniła 

- znajdziesz czas za miesiąc lub dwa? 

Travis spojrzał na nią przeciągle. 

- Nigdy się nie poddajesz, prawda? 

- Chyba że sytuacja jest beznadziejna 

- uśmiechnęła się szeroko. 

- A czy ty jesteś w stanie uznać jakąkolwiek 

sytuację za beznadziejną? 

- Oczywiście, że tak. Nie jestem idiotką. Zwol­

nij trochę, na następnym skrzyżowaniu trzeba 

skręcić w prawo. 

Jechali w milczeniu wąską drogą prowadzącą 

w kierunku rzęsiście oświetlonego wzgórza. Wje­

chali na hotelowy parking i Travis zatrzymał 

samochód. Czekał spokojnie, patrząc, jak Juliana 

rozpina pas bezpieczeństwa, klęka na siedzeniu 

i sięga do tyłu po paczki z prezentami. 

- Juliano, muszę ci o czymś powiedzieć. 

- Co takiego? - Przechylona przez oparcie 

fotela, usiłowała wydostać największą paczkę, 

zastanawiając się, czy słusznie zrobiła, kupując 

Elly duży włoski wazon. W końcu nie każdemu 

musi się podobać sześćdziesięciocentymetrowy 

słup z czarnego szkła. 

background image

54 

MISTERNY PLAN 

- Cokolwiek się dzisiaj stanie, pamiętaj, że nie 

chciałem cię skrzywdzić. 

Juliana zamarła. Odwróciła się szybko z ocza­

mi szeroko otwartymi ze zdziwienia. 

- Tych samych słów użył trzy lata temu mój 

narzeczony, na chwilę przedtem nim ogłosił swo­

je zaręczyny z inną kobietą. Co mi chcesz powie­

dzieć, Travis? 

- Nieważne. Czasem nie da się powstrzymać 

biegu wydarzeń. - Ujął jej twarz w dłonie i poca­

łował gwałtownie. - Lepiej już chodźmy. - Ot­

worzył drzwi po swojej stronie i wysiadł. 

- Travis, zaczekaj. O co chodzi? - Juliana, 

obwieszona prezentami, z trudem wydostała się 

z samochodu. - Musisz mi wytłumaczyć. Nie 

wolno ci mówić takich rzeczy, a potem odchodzić 

jakby nigdy nic. 

- Uważaj, bo jeszcze coś upuścisz. - Wyciąg­

nął rękę, odebrał od niej największą paczkę, tę 

z włoskim wazonem, po czym odwrócił się i ru­

szył stanowczo w kierunku głównego wejścia. 

Juliana usiłowała go dogonić, ale w rozwi­

nięciu pełnej prędkości przeszkadzały jej pozo­

stałe paczki, wąska sukienka i czarno-różowe 

wieczorowe sandały na pięciocentymetrowym 

obcasie. 

- Nie możesz się tak zachowywać, Travis. 

Chcę wiedzieć, o co ci chodziło. Jeżeli kogoś 

masz, to, do cholery, lepiej będzie, jeżeli powiesz 

background image

Jayne Ann Krentz 

55 

mi o tym natychmiast. Dwa razy nie dam się 

porzucić. Słyszysz, co do ciebie mówię? 

- Nie mam nikogo. - Spokojnie podszedł do 

wejścia. 

Lokaj w uniformie otworzył przed nimi cięż­

kie, szklane drzwi. 

- Pan zapewne na prywatne przyjęcie właś­

cicieli - powiedział z uśmiechem. - Proszę pójść 

prosto przez hol i dalej na taras przy basenie. Na 

pewno pan trafi. - Ukłonił się przed Juliana. 

- Dobry wieczór, panno Grant. 

- Cześć, Rick. Wszystko gotowe? 

- Tak, kuchnia pracuje od trzech dni bez 

przerwy. Naprawdę będzie wielka gala. 

- Nie wątpię. Do zobaczenia. - Juliana uśmie­

chnęła się przelotnie i ruszyła pospiesznie za 

Travisem, który sunął przed siebie jak czołg. 

- Naprawdę, zachowujesz się coraz bardziej 

dziwacznie. 

Travis otworzył kolejne drzwi i z wyszukaną 

uprzejmością przytrzymał je przed Juliana. Na 

tarasie wokół turkusowego basenu zebrało się 

już sporo ludzi. Juliana zauważyła swoich ro­

dziców, wuja Tony'ego i kuzynkę Elly. Zza jej 

pleców wysunął się wysoki mężczyzna z jas­

nymi włosami i objął ją czule ramieniem. Julia­

na pomyślała, że tworzą niezwykle dobraną pa­

rę. Elly patrzyła na męża z oddaniem i miłoś­

cią. 

background image

56 

MISTERNY PLAN 

Juliana oderwała od nich wzrok i zauważyła, 

że Travis przygląda się im z niezwykłą uwagą. 

Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że poczuła 

dreszcz. 

- Travis, co się stało? 

- Chyba powinniśmy do nich podejść. Wy­

starczająco długo na to czekali. 

Zdezorientowana, Juliana przeszła przez 

drzwi. Kilka osób uśmiechnęło się do niej na 

powitanie. Zatrzymała się, by zamienić z nimi 

parę słów, wreszcie znalazła się obok Elly i Da-

vida. 

- Juliano, jesteś nareszcie! - Elly wyraźnie 

ucieszyła się na widok kuzynki. - Twoi rodzice 

przyjechali z moim ojcem parę godzin temu. 

Czekaliśmy na ciebie. 

- Jak objazd po hotelach? 

- Bardzo udany. Mam mnóstwo pomysłów. 

Ale gdzie jest ten wspaniały mężczyzna, którego 

miałaś nam przedstawić? - Kiedy spojrzenie Elly 

przeniosło się na Travisa stojącego dwa kroki 

z tyłu, w jej błękitnych oczach pojawiło się 

przerażenie. 

Wygląda, jakby zobaczyła ducha, pomyślała 

Juliana. Jej kuzynka z najwyższym trudem usiło­

wała nad sobą zapanować. Travis nie poruszył 

się, a napięcie między nimi stało się niemal 

wyczuwalne, jakby wydobywając na wierzch od 

dawna skrywane emocje i tajemnice. W tej samej 

background image

Jayne Ann Krentz 

57 

chwili podeszli rodzice Jułiany z wujem Tonym. 

Oni również byli wstrząśnięci. 

I nagle Juliana zrozumiała wszystko. To Travis 

był tym mężczyzną, który pojawił się w życiu 

Elly pięć lat temu i o którym nikt nie chciał 

rozmawiać. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- To niewiarygodne, jak szybko wszyscy zdo­

łaliście się opanować. - Po dwudziestu minutach 

Julianie udało się wreszcie znaleźć okazję do 

rozmowy z Elly na osobności. - Myślałam, że 

zemdlejesz na jego widok. A już po chwili witałaś 

się z nim, jakby był twoim starym znajomym. To 

samo wujek Tony. A tata z mamą udawali, że 

ledwo go pamiętają. 

- A co mieliśmy zrobić? - zdziwiła się Elly. 

- Z histerycznym piskiem rzucić się przez barier­

kę? Poza tym minęło pięć lat. 

- No tak. Ale obie wiemy, że jego pojawienie 

się tutaj, w takim momencie, nie jest czystym 

background image

Jayne Ann Krcntz 

59 

zbiegiem okoliczności. Ten facet nie zdaje się na 

przypadki. Wierz mi. 

- Zdążyłaś go dobrze poznać? - Elly oparła 

się o barierkę i patrzyła na ocean. Morska bryza 

rozwiewała jej jasne włosy. 

- Powiedzmy, że z każdą chwilą poznaję go 

coraz lepiej. To właśnie za niego miałaś wyjść za 

mąż pięć lat temu, prawda? To on uratował wtedy 

Flame Valley przed bankructwem? 

Elly skinęła lekko głową. 

- Tak, to on. Zależało mu na mnie i na hotelu. 

A tata i wujek Roy rozpaczliwie potrzebowali 

jego pomocy. 

- Nikt mi o tym nigdy nie mówił. Słyszałam 

jedynie, że byłaś potem załamana, i myślałam, że 

on cię uwiódł i porzucił albo coś w tym rodzaju. 

Ale to chyba nieprawda. 

- Nie - przyznała Elly słabym głosem. - To ja 

zerwałam zaręczyny. 

- Ale dopiero wtedy, gdy odegrałaś już rolę 

przynęty, tak? Pozwoliłaś mu myśleć, że wyj­

dziesz za niego za mąż i że w ten sposób wejdzie 

w posiadanie części udziałów? Tylko że wcześ­

niej musiał jakoś wyrwać was z rąk wierzycieli. 

Elly odwróciła się i spojrzała Julianie w oczy. 

- To nie było tak. Na początku rzeczywiście 

myślałam, że go kocham. I wszyscy mnie w tym 

utwierdzali, Travis także. Ale potem zaczęło do 

mnie docierać, że to tylko fascynacja, chwilowe 

background image

60 

MISTERNY PLAN 

zauroczenie. To akurat powinnaś zrozumieć. Sa­

ma tak działasz na mężczyzn. 

- Jasne. Zakochują się we mnie na jeden 

dzień, najwyżej dwa. A potem uciekają, aż się za 

nimi kurzy. Ale u ciebie to było coś więcej. 

Przecież się z nim zaręczyłaś. 

- I to był mój błąd - Elly podniosła głos. 

- Co doprowadziło cię do tak odkrywczego 

wniosku? 

- On mnie... przerażał. Był zawsze o krok do 

przodu przed innymi. Zawsze coś planował. Za­

wsze był skupiony na swoim najważniejszym 

celu. I gotowy zrobić wszystko, żeby ten cel 

osiągnąć. Uznałam, że chce mnie wykorzystać 

i zdobyć udziały w Flame Valley. Nie wierzyłam, 

że może mnie kochać. Taki mężczyzna nie jest 

zdolny do miłości. 

- Więc postanowiłaś wykorzystać jego. Nie 

powiedziałaś, że zrywasz zaręczyny, dopóki nie 

uratował Flame Valley, tak? 

- Nie wykorzystałam go - zaprotestowała El­

ly. - A nawet jeżeli, to oboje byliśmy siebie warci. 

Nie powiedziałam mu, że zrywam zaręczyny, bo 

moja rodzina była przeciwna temu małżeństwu. 

- Daj spokój, Elly! - w głosie Juliany za­

brzmiało niedowierzanie. Ale musiała przyznać, 

że było to więcej niż prawdopodobne. Anthony 

Grant miał może swoje wady, ale był wspaniałym 

ojcem. Z niezwykłym oddaniem wychowywał 

background image

Jayne Ann Krentz 

61 

córkę po śmierci żony, a Elly odpłacała mu równą 

miłością i lojalnością. Trudno byłoby wyobrazić 

sobie sytuację, w której wystąpiłaby przeciwko 

ojcu. 

- Wiem, że źle postąpiłam. - Elly mówiła 

z pewnym trudem. - Ale gdybym powiedziała 

Travisowi prawdę, hotel by zbankrutował. Zarę­

czam ci, że po zerwaniu zaręczyn Travis nie 

kiwnąłby nawet palcem, żeby nam pomóc. Tata 

mówił, że przyjął to zlecenie jedynie ze względu 

na udziały. Zawarli niepisaną umowę: w dniu 

ślubu Travis dostaje swoją zapłatę. 

- Więc nosiłaś zaręczynowy pierścionek do 

czasu, aż Travis wyprowadził interes na bez­

pieczne wody? 

- Musiałam. Czułam się odpowiedzialna wo­

bec rodziny. Chyba mnie rozumiesz. Nasi oj­

cowie ciężko pracowali, żeby zbudować ten ho­

tel. To było całe ich życie. 

- Ale musiałaś coś czuć do Travisa. Nigdy mi 

o nim nie opowiadałaś. Od czasu, kiedy się tu 

przeniosłam, nawet nie wymówiłaś jego imienia. 

- Nikt w rodzinie o nim nie rozmawiał, bo 

woleliśmy o wszystkim zapomnieć. Ta cała sytu­

acja była żenująca i bolesna, szczególnie dla 

mnie. I przyznam ci się, że się wręcz bałam, 

zwłaszcza po tym, jak Travis się o wszystkim 

dowiedział. 

- Właśnie, jak on na to zareagował? 

background image

62 

MISTERNY PLAN 

- Z kamiennym spokojem. Ten jego chłód był 

przerażający. Spodziewałam się, że wpadnie we 

wściekłość, będzie krzyczał albo straszył proce­

sem. Ale on był całkiem opanowany. Ani śladu 

emocji. Stał na środku pokoju i po prostu na mnie 

patrzył, a ja miałam wrażenie, że to najdłuższa 

chwila mojego życia. Wreszcie powiedział, że 

jeszcze wróci, żeby odebrać swoją zapłatę. Tylko 

że tym razem nie będzie to część udziałów, ale 

cały hotel. A potem odwrócił się i wyszedł. Nigdy 

go potem nie widzieliśmy. 

- Do dzisiejszego wieczoru. 

- Właśnie. - W oczach Elly pojawiły się łzy. 

- Jak mogłaś myśleć, że go kochasz? Przecież 

on nie jest w twoim typie. 

- To prawda, ale pamiętaj, że byłam wtedy 

dużo młodsza. Miałam dwadzieścia cztery lata. 

Travis był starszy, odnosił sukcesy; podobało mi 

się, że taki silny mężczyzna zwrócił na mnie 

uwagę. A na dodatek wszyscy wokół powtarzali, 

jaka z nas świetna para. Tata, wujek Roy i ciocia 

Beth chcieli go włączyć do rodziny, żeby mieć 

komu przekazać Flame Valley. Uwierzyłam, że 

go kocham, a kiedy zorientowałam się, że to 

nieprawda, było już za późno. 

- Chyba cię rozumiem. - Juliana stanęła obok 

kuzynki. - Szkoda, że mnie tu wtedy nie było. Od 

razu bym ci powiedziała, że ty i Travis nie 

pasujecie do siebie. - Przerwała na chwilę i zapy-

background image

Jayne Ann Krentz 

63 

tała z wahaniem: - Czy David wie, kim jest 

Travis? 

- Nie. - Elly pokręciła głową. - Nigdy mu 

nic nie mówiłam. Wolałam, żeby nie wiedział. 

Bałam się, że nie zrozumie. Juliano, co my te­

raz zrobimy? 

- My? 

- Nie dręcz mnie. Przecież musisz nam po­

móc. 

Juliana wzruszyła ramionami. 

- Nawet nie wiem, co moglibyśmy zrobić. 

Przynajmniej do czasu, aż dowiemy się, w jakim 

celu Travis w tak widowiskowy sposób wkroczył 

na scenę. 

- Jest tylko jeden powód jego powrotu - sy­

knęła Elly. - Wrócił, żeby się zemścić. Na 

pewno znalazł sposób, żeby odebrać nam Flame 

Valley. 

- Elly, bądź rozsądna. Jak miałby to zrobić? 

Za nimi rozległ się dźwięk czyichś kroków. 

- Powiem wam, jak zamierzam to zrobić. 

- Travis wyłonił się z cienia rzucanego przez kępę 

oleandrów. - W najprostszy możliwy sposób. 

Będę patrzył, jak Flame Valley przechodzi w ręce 

swojego największego wierzyciela. 

Elly chwyciła się za gardło. 

- O Boże! 

- Musisz podsłuchiwać? - rzuciła zaczepnie 

Juliana. Wiedziała jednak, że Travis, który z na-

background image

64 

MISTERNY PLAN 

pięciem wpatrywał się w Elly, nawet jej nie 

słyszy. Juliana poczuła się jak piąte koło u wozu 

i wcale jej się to nie spodobało. Już kiedyś miała 

to samo wrażenie. Stała wtedy obok swojej pięk­

nej kuzynki i innego mężczyzny. 

Elly nie spuszczała wzroku z twarzy Travisa. 

- Więc wiesz o wszystkim? 

- Tak. Wiedziałem od samego początku. 

- O czym wy, do diabła, mówicie? - Juliana 

patrzyła na nich ze zdumieniem. 

- Nie rozumiesz? - Elly z trudem powstrzy­

mywała się od łez. - Wrócił, bo wie, że Flame 

Valley ma znów kłopoty finansowe. Wrócił, żeby 

patrzeć, jak wszystko wali się w gruzy. 

- Ty i twój mąż mieliście wiele wspaniałych 

planów, ale nic z nich nie wyszło - zauważył 

Travis. - Gdyby to Tony i Roy Grant pilnowali 

interesu, może wszystko potoczyłoby się inaczej. 

Ale od kiedy zarządzasz nim ty i David Kirk-

wood, upadek hotelu był już tylko kwestią czasu. 

- O co ci chodzi, Travis? - Juliana była 

wściekła. - Będziesz przyglądał się, jak Flame 

Valley idzie w ruinę? Na tym ma polegać twoja 

zemsta? Skoro ty nie mogłeś go mieć, to nikt go 

nie dostanie? 

Popatrzył na nią uważnie. 

- A kto ci powiedział, że nie mogę go mieć? 

- Co to znaczy? - w głosie Elly dźwięczały 

nuty paniki. 

background image

Jayne Ann Krentz 65 

Travis spokojnie upił łyk ze swojego kieliszka. 

- Chętnie ci wszystko wyjaśnię. - Na jego 

twarzy pojawił się ponury uśmiech. - Pięć lat 

temu obiecano mi jedną trzecią udziałów we 

Flame Valley, ale zostałem oszukany. Chyba 

sobie przypominasz. Więc tym razem postanowi­

łem wziąć wszystko. 

- Ale jak? - z gardła Elly wydobywał się 

ledwie słyszalny szept. 

- Chcąc jak najszybciej zrealizować swoje 

wielkie plany rozbudowy Flame Valley, ty i Kirk-

wood zaciągaliście wiele kredytów. Ale najwięcej 

jesteście winni pewnemu konsorcjum inwestorów 

pod nazwą Fast Forward Properties, Inc. 

- Ale co to ma wspólnego z tobą? - spytała 

Elly. 

- Fast Forward to ja - powiedział Travis 

spokojnie. 

- Ty! - Elly była załamana. 

- To ja stworzyłem tę grupę inwestorów i ja 

podejmuję w jej imieniu decyzje inwestycyjne 

- ciągnął Travis chłodno. - Kiedy Flame Valley 

zbankrutuje, a stanie się to w ciągu najbliższych 

sześciu miesięcy, wpadnie wprost w moje ręce. 

Zaplanowałem to w czasie tak, żeby wszystkim 

pokierować z nowej siedziby Sawyer Manage­

ment Systems, którą otwieram w Jewel Harbor. 

- Travis, nie możesz tego zrobić - powiedzia­

ła Elly błagalnie. 

background image

66 

MISTERNY PLAN 

- Mylisz się. Mogę i zrobię. Wszystko jest 

dopięte na ostatni guzik. Los Flame Valley jest 

przesądzony. 

- O mój Boże! - Elly rozpłakała się. Łzy 

płynęły jej po twarzy, a ona nawet nie próbowała 

ich wycierać. - Mogłam się spodziewać, że kie­

dyś się pojawisz. 

- To prawda. Przecież powiedziałem, że wró­

cę, nie pamiętasz? - Travis wypił kolejny łyk ze 

swojego kieliszka. 

Elly płakała nadal. Ale dla Juliany tego było 

za wiele. Popatrzyła z gniewem na swoją ku­

zynkę. 

- Na miłość boską, Elly, zamierzasz tak stać 

i płakać? Nie pozwól siebie tak traktować! 

Travis rzucił na nią szybkie spojrzenie. 

- Nie wtrącaj się. To nie ma z tobą nic wspól­

nego. 

- Bo odegrałam już swoją rolę, tak? Wprowa­

dziłam cię na scenę. Teraz już rozumiem, co 

miałeś na myśli, mówiąc, że jestem dodatkiem jak 

lukier na cieście. Cała rodzina Grantów miała 

zapłacić za to, co wydarzyło się pięć lat temu. 

Nawet ja, chociaż mnie tu wtedy nie było. 

- Przestań - powiedział Travis z lodowatym 

spokojem. 

- Przestań? - Juliana nie umiała pohamować 

złości. - To powiem ci, że nawet jeszcze nie 

zaczęłam. Jeżeli myślisz, że uda ci się zemścić 

background image

Jayne Ann Krentz 

67 

i zrujnować Flame Valley, to się mylisz. Rzucę 

się na ciebie z pazurami. 

Oczy Travisa rozbłysły. 

- Flame Valley nie należy do ciebie. Trzymaj 

się od tego z daleka. 

- Ani myślę! To sprawa całej rodziny. Będzie­

my walczyć, prawda Elly? 

Elly pokręciła bezradnie głową. Łzy nadal 

ciekły jej po policzkach. 

- Już nic się nie da zrobić - powiedziała 

szeptem. 

- Nie mów tak! - Juliana chwyciła kuzynkę za 

ramiona i potrząsnęła delikatnie. - Przecież cho­

dzi o twoje dziedzictwo. To wszystko należy do 

ciebie i do Davida. Chyba nie zamierzasz się 

poddawać? 

Travis zrobił parę kroków i oparł się o barierkę 

tarasu. 

- Tracisz tylko czas, Juliano. Elly nie jest taka 

jak ty. Nie umie walczyć o coś, na czym jej za­

leży. Przywykła, że wszystko dostaje na srebr­

nej tacy. 

Elly gwałtownie uniosła głowę. 

- Ty draniu. Miałam szczęście, że nie wy­

szłam za ciebie pięć lat temu, bo dziś byłabym 

żoną potwora. - Wyrwała się z objęć Juliany 

i pobiegła w kierunku tłumu zgromadzonego nad 

basenem. 

Juliana z niechęcią patrzyła, jak jej kuzynka 

background image

68 

MISTERNY PLAN 

sunie przez trawnik niczym gazela uciekająca 

przed myśliwym, a potem odwróciła się do Travisa. 

- I co, jesteś z siebie dumny? Naprawdę spra­

wia ci przyjemność zadawanie bólu komuś, kto 

jest słaby i delikatny? 

- Twoja kuzynka wcale nie jest słaba i delikat­

na. Może nie umiałaby stanąć do uczciwej walki, 

ale doskonale wie, jak sięgnąć po swoje. Jest 

słaba, bo tak jest jej wygodniej. 

- Nieprawda, jest dobra i łagodna, bo taki ma 

charakter. A ty nie masz prawa mówić o uczciwej 

walce. Może tak chcesz nazwać swoją wyrafino­

waną zemstę? Bo dla mnie to jest zachowanie 

podłe i podstępne. 

- No cóż, tego akurat nauczyłem się od twojej 

rodziny. 

- Nawet nie próbuj się tak usprawiedliwiać. 

Ty się z tym urodziłeś. 

- Nie usprawiedliwiam się. Po tym, jak mnie 

potraktowali pięć lat temu, miałem pełne prawo 

walczyć wszystkimi metodami, żeby wyrównać 

rachunki. 

- Czyżbyś prowadził jakąś wendetę? 

- Możesz to tak nazwać. Tego dnia, kiedy Elly 

zerwała zaręczyny, powiedziałem jej, że wrócę, 

żeby odebrać im cały hotel. A ja zawsze do­

trzymuję obietnic. 

- Naprawdę? - Juliana dumnie uniosła brodę. 

- To dlatego byłeś tak ostrożny, kiedy rozmawia-

background image

Jayne Ann Krentz 

69 

liśmy o małżeństwie? Nawet w łóżku chciałeś 

zachować swoje wysokie standardy etyki zawo­

dowej? Bardzo szlachetnie z twojej strony. 

- Wiem, że mi nie uwierzysz, ale żałuję, że 

zostałaś w to wciągnięta. Jesteś inna niż oni. 

Powinienem był trzymać cię od tego z daleka. 

- To niemożliwe. Pamiętaj, że należę do ro­

dziny. Nazywam się Grant. 

- Pamiętam o tym. I ten fakt sprawia, że 

stajesz po ich stronie. Od początku wiedziałem, 

że tak będzie. Ale mimo to przepraszam. 

- Przestań mnie przepraszać, bo wcale ci nie 

wierzę. 

- Wiem, że mi nie wierzysz - powiedział, 

wpatrując się w ciemny ocean. 

- Gdybyś naprawdę tego żałował - zaczęła 

Juliana, wiedząc, że być może chwyta się ostat­

niej szansy - to odwołałbyś wszystko. Po prostu 

byś stąd wyszedł i na zawsze dal spokój Elly 

i Davidowi. 

Na jego twarzy pojawił się grymas nieszczere­

go uśmiechu. 

- Nie ma szans, Juliano. Zbyt długo na to 

czekałem. Nikt nie może zrobić ze mnie głupca, 

a potem odejść bezkarnie. 

- Chyba sam zrobiłeś z siebie głupca. 

- To prawda, popełniłem kilka błędów. Po­

zwoliłem, żeby sprawy osobiste połączyły się 

z biznesowymi. Dziś mi się to już nie zdarza. 

background image

70 MISTERNY PLAN 

- Tak, popełniłeś parę błędów. - Przez mo­

ment Julianę ogarnęło dojmujące poczucie straty. 

- Do diabła, Travis, jak możesz być aż tak ślepy? 

Mogłoby być nam ze sobą cudownie, jestem tego 

pewna. Jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale ty 

wolisz z tego zrezygnować, byle tylko dopełnić 

swojej zemsty. Jesteś po prostu głupcem. 

Jego twarz zastygła. Próbował zapanować nad 

gniewem. 

- Wiesz co? Nie oczekuję, że zaakceptujesz tę 

sytuację. Nie oczekuję, że mi wybaczysz. Od 

początku wiedziałem, że jak przyjdzie co do 

czego, to staniesz po stronie swojej rodziny. Ale 

znając cię, myślałem, że przynajmniej mnie zro­

zumiesz. 

- Jeżeli mówisz o swoim pragnieniu zems­

ty, to mogę to zrozumieć. - Teraz ona zaczyna­

ła tracić cierpliwość. - Ale jak mogę się na 

to zgodzić? To w końcu moją rodzinę chcesz 

skrzywdzić. 

- To prawda - przyznał, patrząc na nią z żalem 

i rezygnacją. - Ale nie może być inaczej. 

- Chciałabym ci jeszcze wyjaśnić, że to nie 

twoje rozumienie zemsty każe mi myśleć, że 

jesteś głupcem, zakutą pałą i upartym idiotą. 

- Mówiąc to, odwróciła się na pięcie i poszła 

szybko w kierunku pozostałych gości. 

- Juliano, zaczekaj! - Te słowa zabrzmiały 

tak, jakby same wyrwały się Travisowi z ust. 

background image

Jayne Ann Krentz 

71 

Nie odwróciła się. Z wysoko uniesioną głową, 

stukając głośno obcasami, szybko oddalała się od 

mężczyzny, w którym wciąż była zakochana. 

- Miano! - Travis szedł za nią z tyłu. - Po­

słuchaj, wiem, że jesteś na mnie zła, wiem, że 

nigdy mi nie wybaczysz. Może gdyby to samo 

spotkało mnie dzisiaj, zachowałbym się inaczej. 

- Akurat. - Juliana nie zwolniła nawet na 

moment. Zbliżali się do długiego stołu zastawio­

nego jedzeniem. 

- Niech ci będzie, zrobiłbym dokładnie to 

samo. Ale to nie znaczy, że nie jest mi przykro, że 

zostałaś w to wszystko wplątana. 

- Przestań jęczeć. I przestań się usprawied­

liwiać. I bez tego ta cała sytuacja nie wygląda 

najlepiej. 

- Nie jęczę i nie usprawiedliwiam się, jedynie 

staram ci się wytłumaczyć... - Zaklął pod nosem 

i ruszył szybciej, żeby dotrzymać jej kroku. - Co 

miałaś na myśli, mówiąc, że to nie mój plan 

zemsty świadczy o mojej głupocie? 

Juliana zatrzymała się przy stole i chwyciła 

dużą miskę z guacamole. Trzymając ją w rękach, 

odwróciła się do Travisa. 

- Zemstę rozumiem. W swojej wspaniałomyśl­

ności mogę nawet zrozumieć, że chciałeś mnie 

wykorzystać do realizacji swojego planu. Nie 

umiem się z tym pogodzić, ale rozumiem, dlacze­

go to zrobiłeś. Jest wielce prawdopodobne, że 

background image

72 MISTERNY PLAN 

będąc w podobnej sytuacji, zachowałabym się tak 

samo. 

- Wiedziałem, że będziesz w stanie przyjąć 

mój punkt widzenia - powiedział Travis z ponu­

rym zadowoleniem. - To oczywiste, że nie stoisz 

po mojej stronie, ale przynajmniej mnie rozu­

miesz. 

- Nie byłoby tego całego zamętu, gdybyś nie 

myślał, że kochasz Elly - ciągnęła Juliana ze 

złością. - I tego właśnie nigdy ci nie wybaczę. 

- Daj spokój, to było dawno temu. 

- Nie mam ochoty cię więcej słuchać. Jak 

mogłeś być taki tępy, Travis? Była dla ciebie za 

młoda, za delikatna. Nie liczyłbyś się z nią 

kompletnie, a potem miałbyś do niej pretensje, że 

nie jest stanowcza. Pół roku po ślubie miałbyś jej 

dość. Czy ty tego nie widzisz? 

- Juliano, może lepiej odstaw tę miskę. - Tra­

vis z niepokojem patrzył na guacamole. 

- Przecież ona nie jest w twoim typie. Ja 

jestem kobietą dla ciebie. 

- Juliano - odezwał się Travis stanowczo. 

- Miska. Odstaw ją natychmiast. 

- Odstawię ją, kiedy będę miała na to ochotę. 

Pytałeś, dlaczego uważam cię za głupca. Więc ci 

mówię. Jesteś głupcem, bo zakochałeś się w nie­

właściwej kobiecie. I wciąż nie umiesz pojąć, że 

to ja jestem tą właściwą. Mogłabym wybaczyć 

wszystko, ale nie taką bezbrzeżną męską głupotę. 

background image

Jayne Ann Krentz 

73 

- Juliano! - Wyciągną! rękę, jakby chciał 

chwycić ją za ramię. 

- Nie dotykaj mnie. 

- Do diabła, Juliano. Juliano! 

Travis zrobił krok do tyłu, ale było za późno, 

bo zielonkawa zawartość salaterki już leciała 

w jego kierunku. Instynktownie próbował się 

osłonić, ale niewiele to pomogło. Grudki guaca-

mole gęsto pokryły jego koszulę, marynarkę, 

a zwłaszcza krawat. Juliana popatrzyła na swoje 

dzieło z wyraźną satysfakcją, po czym odstawiła 

miskę na stół. 

- Teraz przynajmniej w kolorze jesteś podob­

ny do żaby. 

Szybkim krokiem odeszła od stołu, sunąc 

wśród zaskoczonych gości jak królowa pośród 

ogłupiałego ze zdumienia dworu. Jeszcze nigdy 

w życiu nie była taka wściekła, nikt tak bardzo nie 

dotknął jej do żywego. Nawet jej narzeczony, 

kiedy powiedział jej, że chce się ożenić z inną 

kobietą. 

Tym razem była całkowicie pewna swoich 

uczuć. Była też pewna uczuć Travisa. Ale jak to 

możliwe, że przy takiej pewności mogła się aż tak 

pomylić? 

- Juliano, kochanie, co się dzieje? Dobrze się 

czujesz? - Matka Jułiany, drobna, siwowłosa 

i nadal piękna kobieta, wyrosła przed nią jak spod 

ziemi. 

background image

74 MISTERNY PLAN 

- Świetnie, mamo. 

- Twój ojciec i Tony bardzo się martwią. Ten 

mężczyzna... - spojrzała przez ramię Juliany na 

Travisa pokrytego kropkami guacamole. 

- Wiem wszystko, mamo. Przepraszam, chcę 

wrócić do domu. 

- Ale kochanie... 

Juliana pocieszającym gestem poklepała mat­

kę po ramieniu i pospiesznie ruszyła do wyjścia. 

Mijając hol i w drodze na parking wzięła kilka 

głębokich oddechów. Miała nadzieję, że to ją 

trochę uspokoi, zanim usiądzie za kierownicą. 

Travis patrzył na nią tak samo osłupiały jak 

reszta gości. Nie mógł do końca uwierzyć w to, co 

się stało. Nie spotkał w życiu nikogo, kto za­

chowałby się w podobny sposób. A już na pewno 

nie na oczach setki ludzi. 

- Umawianie się z Julianą Grant to dość 

niebezpieczne hobby. - Jak na dobrego gos­

podarza przystało, David Kirkwood niemal na­

tychmiast znalazł się obok Travisa. Z nieweso­

łym uśmiechem sięgnął po leżącą na stole ser­

wetkę i podał ją Travisowi. - Jeżeli chcesz się 

z nią nadal spotykać, to lepiej bądź przygotowa­

ny na niespodzianki - poradził. - Ona ma szcze­

gólny dar wytrącania mężczyzn z równowagi. 

Gniewnymi ruchami Travis próbował wytrzeć 

guacamole z krawata, lecz z niewielkim skut­

kiem. 

background image

Jayne Ann Krentz 75 

- Wygląda na to, że wiesz, co mówisz. Czyż­

byś widział już jakiegoś faceta pokrytego guaca-

mole? 

- O nie. Juliana się nie powtarza. Ma zbyt 

bogaty repertuar. Ale widziałem wielu mężczyzn 

z takim samym wyrazem twarzy. 

- To znaczy jakim? 

- Jak u ogłupiałego młodego byka. Jeżeli cię 

to pocieszy, to powiem ci, że doskonale wiem, jak 

się czujesz. 

- A skąd ty to możesz wiedzieć? - Travis 

z obrzydzeniem patrzył na serwetkę wymazaną 

guacamole. 

- Byłem zaręczony z Julianą przez krótki, ale 

pamiętny miesiąc cztery lata temu. 

Zgniatając gwałtownie serwetkę, Travis spoj­

rzał w pełne zdziwienia oczy Davida Kirkwooda. 

Sympatyczne, brązowe oczy. Prawie metr dzie­

więćdziesiąt wzrostu, jak szybko ocenił Travis. 

Jasne włosy. Uśmiech jak z reklamy pasty do 

zębów. Drogi wioski sweter, markowa koszula 

i luźne spodnie z zaszewkami. Na palcu jednej 

ręki duży złoty sygnet, a na przegubie drugiej 

duży złoty zegarek. Travis nie miał najmniej­

szych wątpliwości: to był złoty bóg Juliany, który 

porzucił ją potem dla drobnej blondynki. A tą 

blondynką była Elly. 

- Byłeś z nią zaręczony? - Travis nadal usiło­

wał wytrzeć z siebie guacamole. 

background image

76 

MISTERNY PLAN 

- Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Trudno 

w to uwierzyć. Ona z pewnością nie jest w mo­

im typie. Nadal nie mogę pojąć, jak to się sta­

ło. Na pewno coś mnie w niej zafascynowało. 

Wszyscy mężczyźni się za nią oglądają. A po­

tem uciekają. 

- A co takiego cię w niej zafascynowało? 

- Daj spokój. Spotykasz się z nią wystarczają­

co długo, żeby wiedzieć, co mam na myśli. 

Kobiecość w niej aż kipi. Ale dla zwykłego 

śmiertelnika tej kobiecości jest trochę za wiele. 

Kto chciałby się ożenić z boginią Dianą? Przy niej 

zawsze masz wrażenie, że jesteś o krok z tyłu. 

Słuchaj, może chciałbyś się doprowadzić do po­

rządku w męskiej toalecie? 

Travis pokręcił przecząco głową. Nadal nie 

czuł się zbyt pewnie. Zanim zdążył się zastano­

wić, co powinien teraz zrobić, stanął przed nim 

ojciec Juliany w towarzystwie swojego brata. Do 

tej pory ignorowali go całkowicie, ale widocznie 

wyjście Juliany zachęciło ich do konfrontacji. 

- Co ty sobie wyobrażasz, Sawyer? - Roy 

Grant patrzył wrogo na Travisa przez szkła okula­

rów. - Co powiedziałeś mojej córce, że była taka 

zdenerwowana? 

- Może pan ją sam zapytać. W końcu to ja 

mam na sobie guacamole. - Travis zauważył, że 

Roy Grant niewiele się zmienił. Młodszy od 

swojego brata o dwa lata, nadal był w niezłej 

background image

Jayne Ann Krentz 77 

formie. Zwykle to on był bardziej spokojny i ugo­

dowy, ale dziś widocznie role się odmieniły. 

- A właściwie co ty tutaj robisz, Sawyer? 

- Twarz Tony'ego Granta aż poczerwieniała ze 

złości. - Znam cię. Na pewno coś knujesz. Ale 

radzę ci uważać. Roy i ja będziemy mieć na ciebie 

oko. 

- Wezmę to pod uwagę. - Travis zastanawiał 

się, czy jego krawat da się uratować. Nagłe 

uderzyła go pewna myśl. Przecież Juliana była 

w takim nastroju, że mogła go tu zostawić na 

pastwę losu. Pięćdziesiąt kilometrów od domu! 

- Do diabła, samochód! - zaklął niezbyt cicho. 

- Jeżeli miała kluczyki, to na pewno jest już 

daleko stąd - odezwał się David beztrosko. 

- Ja mam kluczyki. - Travis zaczął nerwowo 

szukać po kieszeniach. - Ale ona chyba należy do 

tych kobiet, które noszą zapasowe w torebce. 

- Za moich czasów tak robiła - potwierdził 

David. - Mówiłem ci, ona jest zawsze o krok do 

przodu. Cała Juliana. Może czasem nieźle czło­

wieka wkurzyć. 

- Samochód! - Na myśl, że mógłby zostać 

w hotelu bez powrotnego transportu, Travis rzucił 

się do wyjścia. 

- Zaczekaj, nie możesz tak po prostu wyjść 

- zawołał za nim Roy Grant, ale Travis nie 

zwracał już na niego uwagi. 

Przebiegł przez drzwi do holu, minął pędem 

background image

78 

MISTERNY PLAN 

zdumionego recepcjonistę i wyskoczył na ze­

wnątrz. Z oddali dobiegł go ryk silnika spor­

towego samochodu. Travis gwałtownie się za­

trzymał, patrząc, jak czerwone coupe Juliany 

pędzi w kierunku głównej drogi. 

- Ruda wiedźma - powtarzał, zaciskając bez­

radnie pięści. - Zostawiła mnie. Po prostu mnie 

tutaj zostawiła. 

- Nie wolno ci zapominać o jednej rzeczy 

- David podszedł do Travisa swobodnym kro­

kiem. - Juliana bywa nieco impulsywna nawet 

w zwykłych okolicznościach. Jedynie w intere­

sach zachowuje zimną krew. Ale potrafi też być 

hojna i uczynna. Nie umie patrzeć na czyjeś 

cierpienie. Jest pewna szansa, że po paru kilomet­

rach przypomni sobie, że nie masz jak wrócić do 

domu, i przyjedzie po ciebie. 

- Tak, jest taka szansa. Ale niezbyt wielka. 

David pokiwał głową. 

- Chyba masz rację. Wyglądało na to, że jest 

na ciebie trochę zła. Ale nie martw się, stary. 

- Klepnął Travisa przyjaźnie po ramieniu. - Za­

wiozę cię do Jewel Harbor. 

Travis zaklął miękko, płynnie i z dużym zaan­

gażowaniem uczuciowym. Perspektywa przyja­

cielskiej przysługi ze strony mężczyzny, którego 

miał zamiar doprowadzić do ruiny, wydawała mu 

się nieco absurdalna. A na dodatek ten mężczyzna 

był eksnarzeczonym Juliany, jej złotym bogiem. 

background image

Jayne Ann Krentz 

79 

Travisowi przyszło do głowy, że Juliana, przy 

swoim specyficznym poczuciu humoru, mogła 

z premedytacją zostawić go w tej mało komfor­

towej sytuacji towarzyskiej. Ta kobieta była na­

prawdę niebezpieczna. 

- Może któryś z twoich gości wraca potem do 

Jewel Harbor? - podsunął niepewnie. 

David zastanowił się przez chwilę. 

- Nikt nie przychodzi mi do głowy. 

- To może wynajmę samochód w recepcji? 

- Nie wynajmujemy samochodów. 

- A samochód przywożący gości z lotniska? 

- Travis był coraz bardziej zdesperowany. 

- Kierowca skończył już na dziś pracę. Oba­

wiam się, że masz tylko mnie. 

Travis zdjął kolejną grudkę guacamole z ręka­

wa. Ta rozmowa nie była dla niego łatwa. 

- Chyba powinienem ci powiedzieć, kim 

jestem. 

- Też tak myślę - powiedział David spokoj­

nie. - Zastanawiam się nad tym od chwili, kiedy 

moja żona o mało nie zemdlała na twój widok. 

A Tony i Roy wyglądali, jakby zobaczyli ducha. 

Travis spojrzał na niego z pewnym szacun­

kiem. Niechętnie musiał przyznać, że David Kirk-

wood zyskuje przy bliższym poznaniu. Powinien 

był się spodziewać, że ten facet ma jakieś ukryte 

zalety. W końcu Juliana była kiedyś przekonana, 

że go kocha. 

background image

80 

MISTERNY PLAN 

- To ja kieruję Fast Forward Properties, Inc. 

- powiedział krótko. 

David wziął głęboki wdech. 

- Więc mój czas już się skończył? 

- Obawiam się, że tak. Musisz zrozumieć, ja 

prowadzę interes, a nie fundację charytatywną. 

- Domyślam się. Ale to nie jest odpowiedź na 

moje pytanie. 

Travis westchnął. Nie miał ochoty na dalsze 

wyjaśnienia, ale wiedział, że prędzej czy później 

i tak sprawa wyjdzie na jaw. 

- To ja uratowałem hotel pięć lat temu, kiedy 

Tony i Roy Grant byli na krawędzi bankructwa. 

David spojrzał na niego z nagłym zaintereso­

waniem. 

- Jesteś tym konsultantem, który w zamian za 

swoje usługi miał dostać jedną trzecią udziałów? 

- Wiesz o tej umowie? 

- Nie wszystko, bo nikt o tym nie chce roz­

mawiać. Ale kiedy po ślubie przejmowałem inte­

res, znalazłem w biurze jakieś papiery i złożyłem 

kilka faktów do kupy. Rozumiem, że byłeś kiedyś 

zaręczony z moją żoną. 

- Tak. Nie wiem, czy cię to pocieszy, ale nie 

zależy mi na tym, żeby ci ją odebrać. Chcę 

jedynie Flame Valley. 

- Nie chodzi ci tylko o zapłatę. Chcesz się 

zemścić. 

Travis wzruszył ramionami. 

background image

Jayne Ann Krentz 

81 

- Wróciłem po to, co mi się należy. 

- Juliana chyba nie miała nic wspólnego 

z tym, co się wydarzyło pięć lat temu? 

- Nie. - Travis nieruchomo wpatrywał się 

w ciemność. - Nie powinienem był jej w to 

mieszać. 

- Nie mogłeś tego uniknąć. - David wyciągnął 

z kieszeni kluczyki do samochodu. - Chodź, 

odwiozę cię do Jewel Harbor. 

- Dlaczego chcesz mi wyświadczyć przy­

sługę? 

- Nie nazwałbym tego przysługą - powiedział 

David, podchodząc do białego mercedesa. - To 

raczej ostatnia, desperacka próba człowieka, któ­

ry za chwilę pójdzie na dno. Może zanim doje­

dziemy na miejsce, uda mi się przekonać ciebie 

do mojego punktu widzenia. 

- Oszczędź sobie trudu. Już ci mówiłem, nie 

jestem organizacją dobroczynną. 

- Ale powiedziałeś też, że nie chciałbyś mie­

szać w to Juliany. 

- To prawda. Na szczęście ona nie ma z tym 

nic wspólnego, przynajmniej jeżeli idzie o pie­

niądze. 

David uśmiechnął się chłodno. 

- I tu się mylisz. Juliana siedzi w tym po uszy. 

Travis spojrzał na niego ostro ponad dachem 

samochodu. 

- Co to znaczy? 

background image

82 

MISTERNY PLAN 

- Rok temu włożyła w Flame Valley znaczną 

sumę pieniędzy. 

- Co zrobiła? - Travis poczuł się, jakby dostał 

cios w splot słoneczny. 

- Słyszałeś. To była kupa kasy. Miałem ją 

spłacić pod koniec roku, ale w nowych okolicz­

nościach to nie będzie możliwe. Jeżeli zbank­

rutuję, Juliana będzie mogła pożegnać się ze 

swoimi planami wobec Charisma Espresso. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Juliana leżała już w łóżku, kiedy gong do jej 

drzwi rozdzwonił się tak, jakby ktoś oparł się 

o przycisk. Przy swojej inteligencji nie potrzebo­

wała dużo czasu, by domyślić się, kto z jej 

znajomych mógł o tej porze złożyć jej wizytę. 

I nawet ktoś o nikłych zdolnościach umysłowych 

odgadłby bez trudu, że ten gość nie zamierza 

odejść z niczym. 

Travis Sawyer łatwo się nie poddawał. Udowod­

nił to, czekając pięć lat na dopełnienie swojej 

zemsty. 

Juliana wstała i sięgnęła po jedwabny brzosk­

winiowy szlafrok. Nie zważając na natarczy-

background image

84 

MISTERNY PLAN 

we dźwięki dzwonka, zatrzymała się na mo­

ment przed lustrem i pociągnęła wargi szminką 

w odcieniu, który jej zdaniem pasował do szlaf­

roka. Miała jeszcze zamiar położyć odrobinę 

różu na policzkach, ale zrezygnowała. Wsunęła 

stopy w srebrne klapki na wysokim obcasie, 

przeszła przez salon i szybkim ruchem otworzy­

ła drzwi. 

- I tak nic od ciebie nie kupię - powiedziała 

stanowczo. - Ale możesz spróbować. 

Travis, który opierał się o przycisk dzwonka, 

wyprostował się powoli, patrząc na nią lodowato. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że utopiłaś 

tyle kasy w Flame Valley? 

- A dlaczego miałam ci mówić? To sprawa 

rodzinna, a ty miałeś mi jedynie doradzać przy 

Charisma Espresso. Poza tym do dzisiejszego 

wieczoru nie wiedziałam, że jesteś tym aż tak 

zainteresowany. 

Zmierzył ją taksującym spojrzeniem. 

- Chyba nie będziesz stać przed domem w ta­

kim stroju - powiedział. - Lepiej wejdźmy do 

środka. 

- Nie jestem pewna, czy w ogóle chcę cię 

wpuścić do mojego mieszkania. Może już zdąży­

łeś przejąć hipotekę i zamierzasz wyrzucić wszyst­

kich lokatorów na bruk? 

- Nie gadaj głupot, nie jestem w nastroju. 

Zwłaszcza po tym, jak mnie zostawiłaś w Flame 

background image

Jayne Ann Krentz 

85 

Valley. - Przecisnął się obok niej i wszedł do 

salonu. 

- Jak wróciłeś do Jewel Harbor? - spytała, 

powoli zamykając drzwi. Zauważyła, że Travis 

zdjął krawat, a na koszuli zostało mu kilka 

zielonych plam. Przez moment odezwało się 

w niej słabe poczucie winy, ale szybko się go 

pozbyła. 

Tymczasem Travis rozłożył się wygodnie na 

jej skórzanej łososiowej kanapie, opierając jedną 

nogę na chromowanym stoliku do kawy. 

- Skąd ta nagła troska o mój powrót? 

- To bynajmniej nie troska. - Juliana usiadła 

na turkusowym krzesełku. W srebrnych klap­

kach odbijało się światło stojącej obok włoskiej 

lampy. - Pytam z czystej ciekawości. 

- Przyleciałem. 

- Na miotle? 

- To ty latasz na miotle. 

- Chcesz być złośliwy? Założę się, że David 

cię podwiózł. Dba o swoich gości. Powiedziałeś 

mu o wszystkim przedtem czy potem? 

- Przedtem. 

- Bardzo szlachetnie. Twoja uczciwość może 

być wzorem dla nas wszystkich. - Juliana uśmiech­

nęła się łaskawie. 

- Nie patrz na mnie z taką wyższością. Moja 

cierpliwość wisi na cienkiej nitce. 

- Mam przynieść nożyczki? 

background image

86 

MISTERNY PLAN 

Travis zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu. 

- Lepiej przynieś mi kieliszek koniaku. 

- Koniak sporo kosztuje. Dlaczego miałabym 

częstować ciebie moim najlepszym trunkiem? 

Spojrzał jej ostro w oczy. 

- Niedługo przekonasz się, że czasem nie 

warto przeciągać struny. 

- A kto mnie tego nauczy? 

- To niewdzięczne zadanie spadnie na mnie. 

Jakoś nie widzę innych kandydatów, co zresztą 

nie jest dziwne. Przynieś koniak, musimy poroz­

mawiać. 

Zawahała się przez moment, a potem, ukrywa­

jąc uśmiech, wstała i poszła do kuchni. Wyjęła 

z szafki butelkę drogiego francuskiego koniaku, 

który trzymała na wyjątkowe okazje, i nalała do 

dwóch kieliszków. 

- Dziękuję - powiedział Travis z przesadną 

uprzejmością, zdejmując pękaty kieliszek z prze­

zroczystej akrylowej tacy. 

- Więc dobrze - zaczęła Juliana, siadając 

ponownie na krześle. - O czym to mieliśmy 

rozmawiać? 

- Jak, do diabła, zaręczyłaś się z Davidem 

Kirkwoodem? 

Juliana myślała, że jest przygotowana na każdą 

bombę ze strony Travisa, ale takiej salwy się nie 

spodziewała. 

- Jak? Niech pomyślę. Minęły cztery lata, 

background image

Jayne Ann Krentz 

87 

więc moje wspomnienia trochę się zatarły. Ale 

o ile pamiętam, to wszystko odbyło się normalnie. 

Zaprosił mnie do Treasure House, tam gdzie 

jedliśmy kolację tego wieczoru, kiedy zaciąg­

nąłeś mnie do łóżka. A potem... 

- Nie zaciągnąłem ciebie do łóżka, wiesz 

doskonale. Nie próbuj wbić mnie w poczucie 

winy, nie uda ci się. Nie obchodzi mnie, w jakich 

okolicznościach Kirkwood włożył ci pierścionek. 

Dlaczego tak nim zamanipulowałaś, że ci się 

oświadczył? Każdy idiota wie, że to nie jest facet 

dla ciebie. 

Juliana aż podskoczyła ze złości. 

- Nie manipulowałam nim. Oświadczył mi 

się, a ja się zgodziłam z normalnych powodów. 

- Daj spokój, w twoim życiu nic się nie dzieje 

z normalnych powodów. Do cholery, jak mogłaś 

nawet pomyśleć, żeby za niego wyjść? 

- David jest bardzo miły, o czym miałeś oka­

zję się dziś przekonać. Czy ktoś na jego miejscu 

odwiózłby cię, wiedząc, że zamierzasz go zruj­

nować? 

- Tobie nie jest potrzebny miły mężczyzna 

- powiedział Travis przez zaciśnięte zęby. - Po­

trzebny ci ktoś, kto ma swoje zdanie. Kto nie 

będzie ci we wszystkim ulegał. Ktoś tak silny jak 

ty, albo nawet silniejszy. 

- Pewnie masz rację - powiedziała Juliana 

z chłodnym uśmiechem. - Ale w dzisiejszych 

background image

88 

MISTERNY PLAN 

czasach kobiety nie mogą być zbyt wybredne. 

Czasem musimy obniżać swoje wymagania. 

Uśmiech Travisa był równie chłodny. 

- Czy to znaczy, że obniżyłaś swoje wymaga­

nia, wybierając mnie na swojego kolejnego narze­

czonego? 

- Ty to powiedziałeś. 

- Juliano, dosyć. Nie jestem w nastroju na 

takie przepychanki. Chcę odpowiedzi na kilka 

prostych pytań. Podobno szczerość to twoja spe­

cjalność. 

- Już ci odpowiedziałam. Zaręczyłam się 

z Davidem, bo mieliśmy ze sobą wiele wspól­

nego, bo myślałam, że go kocham, a on myślał, że 

kocha mnie. Po miesiącu oboje doszliśmy do 

wniosku, że to pomyłka. Właściwie, żeby być 

całkiem szczerą, ja to zrozumiałam po paru 

dniach. W każdym razie zerwaliśmy zaręczyny. 

Ale rozstaliśmy się w przyjaźni. 

- To chyba raczej David zerwał zaręczyny, 

kiedy zorientował się, że oszaleje, próbując za 

tobą nadążyć. Pewnie Elly wydawała mu się przy 

tobie słodkim, jasnowłosym aniołem. 

- Chcesz powiedzieć, że ja jestem wiedźmą? 

- Nie, chociaż przyznaję, nazwałem cię tak, 

kiedy zobaczyłem, jak odjeżdżasz spod hotelu. 

Jak powiedział Kirkwood, kobiecość w tobie aż 

kipi. Nie każdy mężczyzna to zniesie. David 

wiedział, że wycisniesz z niego wszystkie siły, 

background image

Jayne Ann Krentz 

89 

a potem będziesz miała do niego pretensje, że ci 

na to pozwolił. 

- Chyba mówisz o sobie i Elly. - Juliana 

wiedziała, że musi bardzo się pilnować, by nie 

stracić opanowania. 

- Ja i Elly? Możliwe. - Travis zamyślił się na 

moment ze wzrokiem utkwionym w kominek 

z czarnego kamienia. - Pewnie nawet masz rację. 

Ale to już nie ma znaczenia. To, co było między 

mną a Elly, wypaliło się kompletnie. 

- Nie jestem pewna - powiedziała Juliana 

oschle. - Widziałam, jak na siebie dziś patrzyli­

ście. W tym kryło się wiele dawnych emocji. 

Travis machnął niecierpliwie ręką. 

- Ja czułem dawną złość. A ona... chyba 

strach. Minęło pięć lat i pewnie uwierzyła, 

że o wszystkim zapomniałem. Wpadła w pa­

nikę, kiedy zrozumiała, że nadal o tym pa­

miętam. 

- Pragnienie zemsty to silne uczucie, prawda? 

- Tak, potrafi rozgrzać, kiedy się nie ma nic 

innego. - Spojrzał jej znowu w oczy. - Powiedz, 

co się wydarzyło, kiedy dowiedziałaś się, że 

David zrywa zaręczyny, bo zakochał się w twojej 

kuzynce? 

- Nie będę ci mówić, to sprawa osobista. 

- Założę się, że zrobiłaś niezłą scenę. Zapew­

ne krew polała się szerokim strumieniem. Nie 

rezygnujesz łatwo z czegoś, na czym ci zależy. 

background image

90 

MISTERNY PLAN 

Walczyłaś jak lwica o swojego przystojnego cy­

nowego boga? 

Juliana zmarszczyła nos. 

- Złotego, nie cynowego. 

- Niech ci będzie. Walczyłaś o niego? 

- A co cię to obchodzi? 

- Chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć, czy o niego 

walczyłaś. I jak bardzo. I czy może nadal o niego 

walczysz? Odpowiedz. 

- Nie muszę ci odpowiadać. A ty, walczyłeś 

o Elly? Jak bardzo? Czy sięgając po Flame 

Valley, próbujesz ją odzyskać? 

Te pytania zaskoczyły go. Był naprawdę szcze­

rze zdumiony. 

- Ja nie jestem taki jak ty. 

- Po prostu odwróciłeś się na pięcie i wyszed­

łeś, tak? Oczywiście, przysięgając zemstę. 

- Myślę - powiedział spokojnie - że powin­

niśmy zmienić temat. 

- Sam go zacząłeś. 

- Twoja logika, droga pani, jest niepodważal­

na. - Uniósł w jej kierunku kieliszek. - Masz 

rację, sam zacząłem. 

- Uwielbiam, kiedy używasz wielkich słów. 

Typowy macho. 

- Jesteś dziś bardzo drażliwa. 

- Mam swoje powody. 

- Ale to nie ty zostałaś bez samochodu na 

odludziu w środku nocy. - Znów spojrzał jej 

background image

Jayne Ann Krenlz 

91 

prosto w oczy. - Dlaczego utopiłaś tyle gotówki 

w Flame Valley? Przecież wiedziałaś, że to diabe­

lnie ryzykowna inwestycja. 

Zaskoczyła ją ta nagła zmiana tematu. 

- Więc wracamy do tej kwestii? 

- Tak. I nie wyjdę, dopóki nie udzielisz mi 

zadowalającej odpowiedzi. 

Juliana westchnęła i upiła łyk koniaku. 

- Już ci powiedziałam. To sprawa rodzinna. 

Wiedziałam, że Elly i David mają kłopoty. Poży­

czyłam im pieniądze. Moi rodzice zresztą też. 

I wujek Tony. 

Gwałtownym ruchem Travis postawił kieli­

szek na stoliku. 

- Juliano, przecież nie jesteś taka głupia. 

Zdążyłem cię poznać i wiem, że świetnie so­

bie radzisz w interesach. Musiałaś wiedzieć, że 

hotel jest w kiepskiej sytuacji. - Rzucił jej 

badawcze spojrzenie. - A może Kirkwood cię 

okłamał? 

- Nie, wiedziałam, jak sprawy stoją. 

- I mimo to pożyczyłaś mu pieniądze? 

- On i Elly próbowali walczyć o hotel. 

Chciałam im pomóc. Jedyne, czego nie wiedzia­

łam, to że ty i Fast Forward rzucicie się na 

bezbronną ofiarę, kiedy tylko poczujecie krew. 

Wydawało nam się, że Fast Forward będzie 

przychylne, kiedy David poprosi ich o odłożenie 

spłaty. Widocznie byliśmy w błędzie. 

background image

92 

MISTERNY PLAN 

- Widocznie - przytaknął Travis oschle. 

- Stracisz mnóstwo pieniędzy przez Elly i Da-

vida. 

- Jeżeli stracę pieniądze, to przez ciebie. 

Travis zerwał się na równe nogi. 

- Nawet nie próbuj mnie o to winić. - Zaczął 

przemierzać pokój długimi krokami. - Nie zrzu­

caj winy na mnie - powtórzył ochryple. - Wiesz 

doskonale, że nie powinnaś była wkładać pienię­

dzy w Flame Valley. 

W pewnym sensie miał rację i Juliana zdawała 

sobie z tego sprawę. 

- No cóż, czasem się wygrywa, a czasem 

przegrywa. 

Travis odwrócił się do niej gwałtownie i wyce­

lował w nią palcem. 

- Nie możesz tyle stracić, Juliana. Chyba że 

zrezygnujesz z rozwoju Charisma Espresso. 

Nikt nie zna lepiej twojej sytuacji finansowej 

niż ja, a ja ci mówię, że nie stać cię na taką 

stratę. 

- W porządku, nie stać mnie. Ale niewiele 

mogę na to poradzić. 

- Tylko tyle masz do powiedzenia? 

- Nie ma co płakać nad rozlanym espresso. 

- Twoje ambitne plany legły w gruzach, a ty 

mówisz, że nie ma co płakać nad rozlanym 

espresso? - Patrzył na nią ze zdumieniem. - Nie 

mogę w to uwierzyć. 

background image

Jayne Ann Krentz 

93 

- Bądź rozsądny, Travis. Co ja mogę zrobić 

w takiej sytuacji? Stało się. - Wypiła łyk koniaku, 

patrząc bezradnie przed siebie. - Jestem zruj­

nowana. 

- Nie bądź melodramatyczna. Mamy wystar­

czająco dużo problemów. 

- To nie ty masz problemy tylko ja. Jeżeli nie 

możesz być pomocny, to lepiej skończmy ten 

temat. Źle na mnie działa. 

- Pomocny? - warknął. - A niby jak miałbym 

pomóc? 

- Ty jesteś powodem problemu, więc ty 

znajdź rozwiązanie. 

- To nie ja wpakowałem Flame Valley w kło­

poty - powiedział z naciskiem. - To David i Elly. 

Z pomocą twoją, twoich rodziców i naturalnie 

wujka Tony'ego. Nie myśl, że zwrócę ci pienią­

dze, kiedy przejmę hotel. Najpierw będę musiał 

spłacić swoich inwestorów. Mam wobec nich 

zobowiązania. I zaręczam ci, że żaden z nich nie 

okaże się wspaniałomyślny. 

- Nie oczekuję, że zwrócisz mi pieniądze. 

- No to czego ty chcesz? 

Zacisnęła usta w afektowany sposób. 

- Jesteś moim doradcą finansowym - przypo­

mniała. - Bierzesz pieniądze za to, żebym unik­

nęła problemów finansowych. W twoje ręce skła­

dam całą swoją wiarę, zaufanie i nadzieje na 

przyszłość. Jestem pewna, że ocalisz moją skórę. 

background image

94 

MISTERNY PLAN 

- Juliano, co ja mam zrobić? 

- Wyrwać Flame Valley ze szponów Fast 

Forward Properties, Inc. 

W Travisa jakby piorun strzelił. Przez chwilę 

stał nieruchomo, patrząc na nią, jakby postradała 

zmysły. Juliana wstrzymała oddech. 

- Ocalić hotel? - powtórzył bezmyślnie. 

- Przed samym sobą? 

- Tak, przed tobą i tą zgrają głodnych wilków, 

którym przewodzisz. 

- I mam to zrobić dla ciebie? - Sprawiał 

wrażenie, jakby nie do końca rozumiał, o co chodzi. 

- Jestem twoją klientką, prawda? Wynajęłam 

cię, żebyś pomógł mi stworzyć sensowny plan 

rozwoju Charismy. Nasz kontrakt nadal obowią­

zuje. A sytuacja jest taka, że nie będę mogła 

rozwinąć swojej firmy, chyba że uratujesz Flame 

Valley. Więc w tym sensie oczekuję, że zrobisz to 

dla mnie. 

- Jesteś - mówił to bardzo cicho - kompletnie 

szalona. 

- Raczej zdesperowana. - Ale nie mogła mu 

pokazać, jak bardzo jest zdesperowana. Nie wal­

czyła o hotel, ani nawet o przyszłość Charismy. 

Walczyła o miłość swojego życia. - Pomożesz 

mi? Uratujesz hotel od bankructwa? 

- Już to kiedyś zrobiłem, pamiętasz? I nie 

dostałem należnej mi zapłaty. Dlaczego miałbym 

znów popełnić ten sam błąd? 

background image

Jayne Ann Krentz 

95 

- Bo tym razem ja będę płacić twoje hono­

rarium. 

- Nie stać cię na to. 

- Jak to, przecież płacę ci za konsultacje dla 

Charismy. I na razie nie mam żadnych zaległo­

ści. Zapłaciłam w terminie zaliczkę, star­

czy mi na comiesięczne zobowiązania, nie 

martw się. 

- Chodząca niewinność! - Travis z irytacją 

pocierał sobie kark, chodząc z jednego końca 

pokoju w drugi. - Juliano, będę z tobą szczery aż 

do bólu. Honorarium, które mi płacisz za prace 

dla Charismy, to zaledwie niewielka część tego, 

co normalnie wziąłbym za podobne zlecenie. 

Poza tym w normalnych okolicznościach takiego 

zlecenia w ogóle bym nie przyjął. Twoja firma 

jest za mała dla Sawyer Management Systems. 

Wyrażam się jasno? 

- Chcesz powiedzieć, że zostałam specjalnie 

potraktowana? 

- Bardzo specjalnie. 

Juliana zagryzła dolną wargę w zamyśleniu. 

- Dlaczego? Bo nazywam się Grant, a ty 

chciałeś dopaść całą rodzinę? Chodziło ci o to, 

żeby zranić i mnie, rujnując Charismę? 

- Do diabła, nigdy nie chciałem zruj­

nować Charismy. Nie rozumiem, jak to się stało. 

Wszedłem do twojego lokalu, bo chciałem zo­

baczyć tę osobę z rodziny, której nie miałem 

background image

96 

MISTERNY PLAN 

okazji poznać pięć lat temu. - Travis uniósł 

dłonie w geście całkowitej bezradności. -

I zanim się zorientowałem, siedziałem z tobą 

przy kawie i omawiałem plany rozwoju Cha-

rismy. 

- Chcesz powiedzieć, że podjąłeś się tej pracy 

z dobroci serca? 

- Nie robię interesów z dobroci serca - powie­

dział ponuro. 

- Tak czy inaczej mamy umowę. Jesteś mo­

im konsultantem, a ja stoję w obliczu finan­

sowej katastrofy. Twoim obowiązkiem jest mi 

pomóc. 

- Tak uważasz? - Patrzył na nią z nieprzenik­

nionym wyrazem twarzy. 

- Tak uważam. 

- Skoro jesteś taka mądra, to bądź uprzejma 

mi powiedzieć, jak mam cię uratować? 

- A tego to już nie wiem. To twoja sprawa. 

Travis pokręcił z niedowierzaniem głową. 

- Ty po prostu jesteś szalona. 

- Tak mi czasem mówiono. Więc jak, po­

możesz mi? 

- Nic się nie da zrobić. Jestem za dobry. 

Zaplanowałem wszystko w najdrobniejszych 

szczegółach. Nawet gdybym myślał, że mi się 

uda, i gdybym był na tyle głupi, żeby się tego 

podjąć, to jeszcze pozostaje kwestia mojego ho­
norarium. 

background image

Jayne Ann Krentz 97 

- Powiedz, jaka jest twoja cena, a ja zdecydu­

ję, czy mnie na to stać. 

Spojrzał na nią spod przymkniętych powiek. 

Wolno przesuwał wzrokiem od stóp aż po rude 

włosy. 

- A gdybyrn ci powiedział, że moją ceną jest 

romans z tobą? Że za swoją pracę, bez względu na 

to czy wygram, czy przegram, chcę mieć prawo 

wstępu do twojego łóżka? 

Juliana wstrzymała oddech na parę chwil. Wresz­

cie wciągnęła głęboko powietrze, ale nadal sie­

działa nieruchomo, żeby ukryć drżenie. 

- Moje wspaniałe ciało za twoje usługi dorad­

cze? Nie żartuj, Travis. Skoro nie angażujesz się 

w żaden interes z dobroci serca, to nie zrobiłbyś 

tego dla seksu. 

Nie poruszył się. A kiedy się odezwał, jego 

głos był bardzo cichy. 

- Ale gdybym zażądał takiej zapłaty? 

- Powiedziałabym: idź i się utop. 

Odwrócił się i patrzył przez okno w ciemność. 

- Tak się domyślałem. W porządku, sprytna 

damo, powiem ci, co chcę za podjęcie próby 

uratowania Flame Valley i tym samym przyszło­

ści Charismy. Moja stawka jest taka sama jak pięć 

lat temu. Część udziałów. 

Julianę aż zatkało, jednak tym razem nie ze 

zdziwienia, lecz z oburzenia. 

- Naprawdę myślisz, że David i Elly przyjęliby 

background image

98 

MISTERNY PLAN 

cię do spółki, gdybyś uratował hotel przed włas­

nymi inwestorami? To chyba lekka przesada. 

- Zastanowiła się szybko. - Ale może da się pójść 

tym tropem. Musiałaby to być jednak niewielka 

część udziałów. Nie oczekuj, że dostaniesz na 

przykład połowę. 

Spojrzał na nią przez ramię. 

- Źle mnie zrozumiałaś. Nie chcę Flame Val­

ley. Jeżeli jakimś cudem uda mi się uratować 

hotel, i tak trzeba będzie w niego włożyć dużo 

pracy i dużo pieniędzy. A nawet wtedy jest duża 

szansa, że za parę lat upadnie. Tym razem chcę 

udziałów w pewnym interesie. 

Przyglądała mu się uważnie wzrokiem, jakim 

się patrzy na drapieżnika. Poczuła skurcz w żo­

łądku. 

- Co masz na myśli? 

- Charismę. 

Juliana o mało nie upuściła swojego kieliszka. 

Miała wrażenie, że nie do końca rozumie, co on 

mówi. 

- Charismę? Chcesz przejąć część mojej fir­

my? Ale Charisma jest moja! Stworzyłam ją 

sama, z niczego. Nikt z rodziny mi nie pomagał. 

Chyba nie mówisz poważnie. 

- Witaj w realnym świecie. Mówię bardzo 

poważnie. I powiedziałem ci już, że moje hono­

raria są bardzo wysokie. Przyjmując moją pro­

pozycję, musisz mieć świadomość, że szanse na 

background image

Jayne Ann Krentz 

99 

uratowanie hotelu są niewielkie. Ale będziesz 

musiała mi zapłacić, nawet jeżeli mi się nie uda. 

Juliana rozpaczliwie próbowała zebrać myśli. 

Tego się nie spodziewała. Chociaż właściwie, 

patrząc wstecz, powinna być na podobne rzeczy 

przygotowana. Travis Sawyer był groźnym prze­

ciwnikiem. 

- Charisma jest moja - powtórzyła. - Sama 

sobie wszystko zawdzięczam. Kiedy prowadzi­

łam sieć barów kawowych w San Francisco, 

oszczędzałam pieniądze na pierwsze własne ma­

szyny i na lokal. Wszystko zrobiłam sama. 

- I sama zaryzykowałaś przyszłość Charismy, 

ładując pieniądze w Flame Valley. - Travis ruszył 

do drzwi. - Przemyśl to sobie. Wpadnę do ciebie 

w poniedziałek rano i powiesz mi, co postanowi­

łaś. 

- Travis, zaczekaj, porozmawiajmy. Może 

uda nam się znaleźć jakiś rozsądny kompromis. 

- Nie idę na żadne kompromisy, gdy jest 

mowa o honorarium. Tego się nauczyłem pięć lat 

temu od twojej rodziny. 

- Travis... - Juliana zerwała się na równe nogi, 

ale on już zamknął za sobą drzwi. Podbiegła do 

okna i zobaczyła, jak wsiada do swojego buicka. 

Oślepiły ją włączone światła. Po chwili już go nie 

było. 

- Ty podstępny, perfidny, bezwzględny dra­

niu - wyrzucała z siebie na głos. - Charisma jest 

background image

100 

MISTERNY PLAN 

moja. Moja! I nie oddam jej ani tobie, ani nikomu 

innemu. 

Juliana zatrzymała się w połowie swojej tyra­

dy, bo poraziła ją nagła myśl. Jeżeli odda mu 

część Charismy, będzie z nim finansowo związa­

na przez parę najbliższych lat. W dzisiejszych 

czasach łatwiej było pozbyć się męża niż wspól­

nika w interesach. A jeżeli będą musieli razem 

pracować, to z pewnością uda jej się go przeko­

nać, że są dla siebie stworzeni. 

Travis wyraźnie czuł, że jest spięty, kiedy 

parkował swojego buicka przed Charisma Espres­

so w poniedziałkowy poranek. Powtarzał sobie, że 

powinien już do tego przywyknąć. W końcu to był 

powód, dla którego przez ostatnie dwie noce 

niemal nie zmrużył oka. 

Widział palące się w środku światła i przez 

moment wydawało mu się, że dostrzega rude 

włosy Juliany. Zacisnął palce na kierownicy. 

Nadal nie mógł uwierzyć, że to robi. Chociaż 

właściwie nie powinien się temu dziwić. Odkąd 

poznał Julianę, nic nie toczyło się tak, jak sobie 

zaplanował. Więc może nie powinien przywoły­

wać się do porządku? 

Zmusił się, żeby wysiąść z samochodu. Na­

wet nie zastanawiał się, jaką usłyszy odpo­

wiedź. Juliana była kompletnie nieprzewidywal­

na. A Charisma znaczyła dla niej bardzo wiele. 

background image

Jayne Ann Krentz 

101 

Ciekaw był, czy zorientowała się, co on zamie­

rza i dlaczego. Cały ten zwariowany plan przy­

szedł mu nagle do głowy podczas ich nocnej 

kłótni. Działał instynktownie, chcąc znaleźć spo­

sób, by choć jeszcze przez jakiś czas mogli być 

blisko siebie. Czy ona odgadnie, że o to mu 

chodziło? A jeżeli tak, czy będzie z tego powodu 

wściekła, czy zadowolona? 

A nawet jeżeli przyjmie jego propozycję, to 

i tak nie będzie wiedział, co nią kieruje. De­

speracka chęć, by pomóc Elly i Davidowi? Czy 

to troska o przyszłość Charisma Espresso? 

A może zgodzi się dlatego, że jej na nim 

zależy? 

Ale równie dobrze może wylać mu na głowę 

kubek kawy i kazać się wynosić. 

Otwierając drzwi, Travis nie wiedział, czy 

idzie na spotkanie z damą, czy z tygrysicą. Życie 

z Juliana na pewno nie było nudne. 

- Juliano, przyszedł! - Sandy Oaks, potrząsa­

jąc kolczykami, odwróciła się w kierunku drzwi. 

- Możesz mu się rzucić do gardła. 

Matt Linton podniósł wzrok znad filiżanek, 

które ustawiał na barze. 

- Aha. Jest wreszcie. Można pomyśleć, że to 

chodząca niewinność. 

- Aż chwyta za serce. Biedactwo. Nawet nie 

wie, co go czeka. - Sandy pokręciła głową z uda­

wanym smutkiem. 

background image

102 

MISTERNY PLAN 

- Na jego miejscu dłużej bym tak nie stał 

- dorzucił Matt, uśmiechając się szeroko. 

Travis pomyślał, że Juliana powinna być jed­

nak nieco bardziej dyskretna. 

- Zdajecie sobie sprawę, że plany rozwoju 

Charismy niekoniecznie muszą was uwzględ­

niać? 

- Oho! - oburzyła się Sandy. - Czyżby to była 

groźba? 

- Juliano! - zawołał Matt. - Chodź tutaj, ktoś 

próbuje nas zastraszyć. 

W tej samej chwili Juliana wyszła z zaplecza, 

wycierając ręce w papierowy ręcznik. Miała na 

sobie czarny kombinezon z frędzlami i czarne, 

wysokie buty na szpilkach. Włosy spięła dwoma 

srebrnymi grzebieniami. 

- Co się tutaj dzieje? - spytała, marszcząc 

brwi. - O, to ty, Travis. Nareszcie jesteś. 

- Nie spodziewałem się, że czekasz na mnie 

z taką niecierpliwością. 

- Nie wiedziałam, że się spóźnisz - powie­

działa uszczypliwie. - Jest mnóstwo rzeczy do 

zrobienia, a ja jestem okropnie zajęta. Musisz mi 

pomóc. - Weszła do swojego biura i po chwili 

wróciła z kartką papieru. - Tu jest lista rzeczy, 

które musisz odebrać z delikatesów. Z drugiej 

strony zapisałam, co zamówiłam w sklepie z sera­

mi. Aha, czy mógłbyś przy okazji kupić gdzieś 

szampana? 

background image

Jayne Ann Krenlz 

103 

Travis patrzył tępo na listę zakupów. Miał 

wrażenie, że po raz kolejny sytuacja wymyka mu 

się spod kontroli. 

- Juliano, po co to wszystko? 

- Wydajemy dziś kolację. Idź już, mam kupę 

roboty, jak w każdy poniedziałek. Melvin nie 

przysłał mi jeszcze tej kolumbijskiej mieszanki, 

którą zamówiłam, poza tym zepsuła się maszyna 

do palenia kawy. Naprawdę nie wiem, w co ręce 

włożyć. 

Travis ani myślał ruszyć się z miejsca. 

- Co to za kolacja? - Starał się zachować 

cierpliwość. 

- Nic wielkiego, nie bój się. Zaprosiłam na 

wieczór Elly i Davida, żeby poinformować ich, że 

zamierzasz zająć się ratowaniem Flame Valley. 

Zacisnął palce na kartce papieru. A więc jego 

ryzykowne posunięcie przyniosło zamierzony 

efekt. 

- Rozumiem, że zawarliśmy umowę? 

- Tak. 

- Zdajesz sobie sprawę, że nie mogę dać 

żadnych gwarancji? Sprawy zaszły zbyt daleko, 

żebym mógł cokolwiek obiecać. 

Uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Jeżeli ktokolwiek może uratować Flame 

Valley, to tylko ty. 

- Ale jeżeli mi się nie uda, to nadal będziesz 

musiała mi zapłacić. 

background image

100 

MISTERNY PLAN 

moja. Moja! I nie oddam jej ani tobie, ani nikomu 

innemu. 

Juliana zatrzymała się w połowie swojej tyra­

dy, bo poraziła ją nagła myśl. Jeżeli odda mu 

część Charismy, będzie z nim finansowo związa­

na przez parę najbliższych lat. W dzisiejszych 

czasach łatwiej było pozbyć się męża niż wspól­

nika w interesach. A jeżeli będą musieli razem 

pracować, to z pewnością uda jej się go przeko­

nać, że są dla siebie stworzeni. 

Travis wyraźnie czuł, że jest spięty, kiedy 

parkował swojego buicka przed Charisma Espres­

so w poniedziałkowy poranek. Powtarzał sobie, że 

powinien już do tego przywyknąć. W końcu to był 

powód, dla którego przez ostatnie dwie noce 

niemal nie zmrużył oka. 

Widział palące się w środku światła i przez 

moment wydawało mu się, że dostrzega rude 

włosy Juliany. Zacisnął palce na kierownicy. 

Nadal nie mógł uwierzyć, że to robi. Chociaż 

właściwie nie powinien się temu dziwić. Odkąd 

poznał Julianę, nic nie toczyło się tak, jak sobie 

zaplanował. Więc może nie powinien przywoły­

wać się do porządku? 

Zmusił się, żeby wysiąść z samochodu. Na­

wet nie zastanawiał się, jaką usłyszy odpo­

wiedź. Juliana była kompletnie nieprzewidywal­

na. A Charisma znaczyła dla niej bardzo wiele. 

background image

Jayne Ann Krentz 

101 

Ciekaw był, czy zorientowała się, co on zamie­

rza i dlaczego. Cały ten zwariowany plan przy­

szedł mu nagle do głowy podczas ich nocnej 

kłótni. Działał instynktownie, chcąc znaleźć spo­

sób, by choć jeszcze przez jakiś czas mogli być 

blisko siebie. Czy ona odgadnie, że o to mu 

chodziło? A jeżeli tak, czy będzie z tego powodu 

wściekła, czy zadowolona? 

A nawet jeżeli przyjmie jego propozycję, to 

i tak nie będzie wiedział, co nią kieruje. De­

speracka chęć, by pomóc Elly i Davidowi? Czy 

to troska o przyszłość Charisma Espresso? 

A może zgodzi się dlatego, że jej na nim 

zależy? 

Ale równie dobrze może wylać mu na głowę 

kubek kawy i kazać się wynosić. 

Otwierając drzwi, Travis nie wiedział, czy 

idzie na spotkanie z damą, czy z tygrysicą. Życie 

z Juliana na pewno nie było nudne. 

- Juliano, przyszedł! - Sandy Oaks, potrząsa­

jąc kolczykami, odwróciła się w kierunku drzwi. 

- Możesz mu się rzucić do gardła. 

Matt Linton podniósł wzrok znad filiżanek, 

które ustawiał na barze. 

- Aha. Jest wreszcie. Można pomyśleć, że to 

chodząca niewinność. 

- Aż chwyta za serce. Biedactwo. Nawet nie 

wie, co go czeka. - Sandy pokręciła głową z uda­

wanym smutkiem. 

background image

102 

MISTERNY PLAN 

- Na jego miejscu dłużej bym tak nie stał 

- dorzucił Matt, uśmiechając się szeroko. 

Travis pomyślał, że Juliana powinna być jed­

nak nieco bardziej dyskretna. 

- Zdajecie sobie sprawę, że plany rozwoju 

Charismy niekoniecznie muszą was uwzględ­

niać? 

- Oho! - oburzyła się Sandy. - Czyżby to była 

groźba? 

- Juliano! - zawołał Matt. - Chodź tutaj, ktoś 

próbuje nas zastraszyć. 

W tej samej chwili Juliana wyszła z zaplecza, 

wycierając ręce w papierowy ręcznik. Miała na 

sobie czarny kombinezon z frędzlami i czarne, 

wysokie buty na szpilkach. Włosy spięła dwoma 

srebrnymi grzebieniami. 

- Co się tutaj dzieje? - spytała, marszcząc 

brwi. - O, to ty, Travis. Nareszcie jesteś. 

- Nie spodziewałem się, że czekasz na mnie 

z taką niecierpliwością. 

- Nie wiedziałam, że się spóźnisz - powie­

działa uszczypliwie. - Jest mnóstwo rzeczy do 

zrobienia, a ja jestem okropnie zajęta. Musisz mi 

pomóc. - Weszła do swojego biura i po chwili 

wróciła z kartką papieru. - Tu jest lista rzeczy, 

które musisz odebrać z delikatesów. Z drugiej 

strony zapisałam, co zamówiłam w sklepie z sera­

mi. Aha, czy mógłbyś przy okazji kupić gdzieś 

szampana? 

background image

Jayne Ann Krentz 103 

Travis patrzył tępo na listę zakupów. Miał 

wrażenie, że po raz kolejny sytuacja wymyka mu 

się spod kontroli. 

- Juliano, po co to wszystko? 

- Wydajemy dziś kolację. Idź już, mam kupę 

roboty, jak w każdy poniedziałek. Melvin nie 

przysłał mi jeszcze tej kolumbijskiej mieszanki, 

którą zamówiłam, poza tym zepsuła się maszyna 

do palenia kawy. Naprawdę nie wiem, w co ręce 

włożyć. 

Travis ani myślał ruszyć się z miejsca. 

- Co to za kolacja? - Starał się zachować 

cierpliwość. 

- Nic wielkiego, nie bój się. Zaprosiłam na 

wieczór Elly i Davida, żeby poinformować ich, że 

zamierzasz zająć się ratowaniem Flame Valley. 

Zacisnął palce na kartce papieru. A więc jego 

ryzykowne posunięcie przyniosło zamierzony 

efekt. 

- Rozumiem, że zawarliśmy umowę? 

- Tak. 

- Zdajesz sobie sprawę, że nie mogę dać 

żadnych gwarancji? Sprawy zaszły zbyt daleko, 

żebym mógł cokolwiek obiecać. 

Uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Jeżeli ktokolwiek może uratować Flame 

Valley, to tylko ty. 

- Ale jeżeli mi się nie uda, to nadal będziesz 

musiała mi zapłacić. 

background image

104 

MISTERNY PLAN 

- Przestań już. Jasne, że ci zapłacę. 

Travis rozejrzał się po wnętrzu Charismy, czu­

jąc w sobie wyraźną ulgę. 

- Zawsze chciałem mieć bar kawowy. 

- Ciekawe od kiedy. 

- Od soboty. Na razie, wspólniczko. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Jest jeszcze jedna ważna rzecz - odezwała 

się Juliana, dokładając garść papryczek chili do 

makaronu. - Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział 

o naszych... ustaleniach. 

Travis przestał kroić grzyby i spojrzał z ukosa 

na Julianę. 

- Dlaczego? 

- Dlaczego? - powtórzyła z irytacją. - To 

oczywiste. David i Elly czuliby się fatalnie, gdy­

by wiedzieli, że płacę za twoją pracę częścią 

udziałów Charismy. I tak mają wystarczające 

poczucie winy. 

- A dlaczego mieliby się tym przejąć? 

background image

106 

MISTERNY PLAN 

Bez skrupułów pożyczyli od ciebie pienią­

dze. 

- Wtedy sytuacja nie była jeszcze taka zła -

Juliana zajęła się przyprawianiem makaronu. 

- Wydawało się, że David jakoś sobie poradzi. 

Travis, czy rzeczywiście sprawy zaszły za da­

leko? 

- Obawiam się. Wymyśliłem wszystko tak, 

żeby nie zostawić mu pola manewru. Ale pew­

ność będę miał dopiero wtedy, jak przejrzę całą 

księgowość. Jednak na twoim miejscu nie liczył­

bym na wiele. 

Juliana była niezrażona. 

- Zobaczysz, uda się. Jestem pewna. Czy mo­

żesz mi podać te foremki na tartinki? 

- A co ty właściwie gotujesz? To wszystko 

wygląda mi na hors d'oeuvres. 

- Przestań marudzić. Przecież wiadomo, że 

przystawki są najlepsze. Jak skończysz już z tymi 

grzybami, pomóż mi nakładać masę serową do 

foremek. 

- Lubisz mi rozkazywać, co? 

- Skąd, po prostu słodko wyglądasz w tym 

fartuchu. W szafce po prawej stronie jest szklany 

półmisek. Połóż na nim warzywa. I pośpiesz się, 

oni zaraz tu będą. 

- Jak ja się dałem w to wplątać? - spytał tak 

cicho, że ledwie go usłyszała. - Jak już mi się 

wydaje, że odzyskuję kontrolę nad sytuacją, ty 

background image

Jayne Ann Krentz 

107 

nagle skręcasz w niespodziewanym kierunku. 

- Skończył krojenie grzybów szybkimi ruchami 

noża. 

- A wracając do naszej spółki... 

- Co znowu? - spojrzał na nią nieufnie. 

- Ustalmy od początku, że jesteś cichym 

wspólnikiem. Wiesz, o co mi chodzi? - Uśmiech­

nęła się porozumiewawczo. - Oczywiście będę 

się ciebie radzić przed podjęciem każdej poważ­

nej decyzji. Zresztą i tak wiesz dużo o planach 

Charismy. Ale to ja jestem starszym wspólni­

kiem. Chcę, żeby to było jasne. 

- Możesz się tak nazwać - powiedział Travis 

zgodnie - o ile nie będziesz podejmować waż­

nych decyzji bez porozumienia ze mną. 

- A co dla ciebie znaczą ważne decyzje? 

- Zobaczymy, jak się jakieś pojawią. Gdzie 

mam postawić ten półmisek z warzywami? 

- Na stoliku obok kanapy. - Juliana wyjrza­

ła przez okno i zobaczyła, że znajomy biały 

mercedes właśnie parkuje pod domem. - O mat­

ko, przyjechali. Założę się, że umierają z cie­

kawości. 

- Co ty im powiedziałaś? 

- Że uratujesz ich przed bankructwem. 

- Nie składaj pochopnych obietnic. Powie­

działem, że zrobię, co będę mógł, ale bez żadnych 

gwarancji. 

- Ufam ci bezgranicznie. 

background image

108 

MISTERNY PLAN 

- Jesteś zbyt dobrą bizneswoman, żeby jakie­

mukolwiek doradcy ufać bezgranicznie. 

- Ty nie jesteś zwykłym doradcą. - Juliana 

ruszyła do drzwi. - Otwórz szampana. Elly i Da­

vid będą zachwyceni. 

- Nie wątpię. 

Jednak Elly i David nie do końca byli za­

chwyceni. Siedząc w salonie, patrzyli na Travisa 

z wyraźną rezerwą, kiedy Juliana z entuzjazmem 

roztaczała przed nimi wspaniałe perspektywy. 

Wkrótce okazało się, co budziło ich największe 

wątpliwości. 

- Dlaczego to robisz? - zapytał David wprost. 

- Sam sobie zadaję to pytanie. - Travis sięgnął 

po grzyby, które wcześniej pokroił. 

- Co z tego będziesz miał? - David nie ustępo­

wał, a zmarszczone srogo brwi dowodziły, że 

traktuje to pytanie niezwykle poważnie. - Nie 

myśl, że nie jesteśmy ci wdzięczni, ale chciałbym 

wiedzieć, o co w tym chodzi. 

Travis spojrzał na Julianę, dając jej tym sa­

mym do zrozumienia, że to ona powinna od­

powiedzieć. 

- To proste - powiedziała z uśmiechem do 

Davida. - Travis robi mi przysługę. 

- Przysługę? - Elly otworzyła szeroko oczy ze 

zdziwienia. 

- Biznesową - wyjaśniła szybko Juliana. 

- Ktoś ma ochotę na tartinkę z serem? 

background image

Jayne Ann Krentz 

109 

- Chwileczkę. - Tym razem Elly nie dała się 

zbyć. - Dlaczego miałby ci wyświadczać przy­

sługi? 

- No właśnie - zawtórował jej David, bez­

skutecznie usiłując wyczytać coś z twarzy Tra-

visa. 

- To rzeczywiście ciekawe pytanie - wtrącił 

się Travis. - Dlaczego miałbym ci wyświadczać 

przysługi? 

Juliana uśmiechnęła się do niego czule. 

- Żeby uratować Charismę. Musicie wie­

dzieć - zwróciła się do Davida i Elly - że Travis 

został moim doradcą biznesowym, zanim dowie­

dział się, jak bardzo zaangażowałam się finan­

sowo w Flame Valley. To postawiło go w sytu­

acji konfliktu interesów. Kiedy zrozumiał, ile 

Charisma może stracić, od razu zaproponował, 

że uratuje Flame Valley. Z etycznego punktu 

widzenia czuje się odpowiedzialny za Charis­

mę. Dla niego etyka w biznesie jest bardzo 

ważna. 

- Naprawdę? - mruknął David. - Chyba zjem 

jeszcze jedną tartinkę. I poproszę o kieliszek 

szampana. 

- Oczywiście. - Juliana sięgnęła po tacę z je­

dzeniem. 

Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie, 

kiedy David zadawał Travisowi kolejne pytania, 

wszystko dobrze się ułoży. Jednak na wszelki 

background image

110 

MISTERNY PLAN 

wypadek starała się nie zwracać uwagi na pełne 

niepokoju spojrzenia Elly. 

Po dwudziestu minutach David dopadł ją 

w kuchni, dokąd poszła po kolejną porcję ma­

karonu. 

- Co tu się do diabła dzieje? - spytał przyci­

szonym głosem. 

- O co ci chodzi? 

- Wiesz dobrze. Myślisz, że uwierzę w te 

bzdury o nagłym wybuchu etycznej wrażliwości 

u Travisa Sawyera? Jesteśmy tu sami, dziecinko, 

i znamy się od wielu lat. Mów prawdę. Dlaczego 

rzucił się na ratunek Flame Valley? Tylko bez 

wykrętów. 

- David, proszę. - Juliana wyłączyła palnik 

i zaczęła nakładać makaron na półmisek. - Mów 

ciszej, bo Elly i Travis cię usłyszą. 

- Czy tym razem ty stanowisz zapłatę? - Da­

vid stanął tuż przy niej, przytłaczając ją swoim 

wzrostem. Kiedyś wydawało jej się to ekscytują­

ce, teraz jedynie irytowało. 

- Nie bądź niemądry. 

- Mówię poważnie. Co jest między wami? 

Sypiasz z nim? Na tym polega umowa? Jeżeli tak, 

to wiedz, że się na to nie zgadzam. Przyjmę każdą 

pomoc, ale nie za taką cenę. Nie pozwolę, żebyś 

się sprzedawała Sawyerowi. 

Juliana już otwierała usta, żeby powiedzieć, że 

ma się wynosić z jej kuchni, ale przerwał jej 

background image

Jayne Ann Krentz 

111 

Travis, który nagle stanął w drzwiach. Jego głos 

był twardy i lodowaty. 

- Odczep się od niej. Juliana nie potrzebuje 

twojej opieki. To nasza prywatna umowa, a to­

bie nic do tego. 

- Racja - przytaknęła szybko Juliana. - To 

umowa między mną a Travisem. Oboje jesteśmy 

z niej zadowoleni, więc nie musisz się martwić. 

Weź, proszę, te serwetki. 

- Ale... 

- Idź już stąd, makaron zaraz wystygnie. I na­

prawdę nie musisz się o mnie troszczyć. Sama 

sobie świetnie poradzę. Jak zwykle zresztą. 

- Wiem, ale nadal mi się to nie podoba. 

- Może ci się nie podobać, ale musisz się 

z tym pogodzić - powiedział Travis z nacis­

kiem. - Bo to jedyna szansa na uratowanie Fla­

me Valley. 

David patrzył mu w oczy przez chwilę, po 

czym wyszedł z kuchni. Travis odwrócił się do 

Juliany. 

- Zdajesz sobie sprawę, co wszyscy będą 

myśleć o naszej umowie? Twoi rodzice, wujek 

Tony, David i Elly będą przekonani, że ze mną 

sypiasz. 

- Ale my wiemy, jaka jest prawda. To tylko 

interesy, nic więcej. 

- Jasne, interesy. Bądź rozsądna. 

- Postawmy sprawę jasno - powiedziała, 

background image

112 

MISTERNY PLAN 

podając mu półmisek z makaronem. - Ponieważ 

udało nam się ustalić sprawy biznesowe, to 

możemy nadal pracować nad naszym związkiem 

bez konieczności zastanawiania się, co nami 

kieruje. 

Podeszła szybko do drzwi, nie zwracając uwa­

gi na osłupienie na twarzy Travisa. 

- Miano, zaczekaj. Co chcesz przez to powie­

dzieć? 

Ale Juliana zignorowała pytanie i z uroczym 

uśmiechem na ustach weszła do salonu. 

- Wszyscy gotowi na kolejną porcję makaro­

nu? Śmiało, mam jeszcze całe mnóstwo. 

- Wróćmy do naszego związku - zaczął sta­

nowczo, kiedy tylko mercedes Kirkwoodów od­

jechał z parkingu. 

Jeszcze przed chwilą Juliana była bardzo pew­

na siebie, ale kiedy została sam na sam z Travi-

sem, poczuła lekkie onieśmielenie. Żeby to 

ukryć, zaczęła zachowywać się z jeszcze więk­

szą nonszalancją niż zwykle. To był jej stary 

sposób. 

- Chcesz coś powiedzieć na ten temat? - rzu­

ciła niedbale, zbierając talerze i serwetki. 

Travis zatrzymał się blisko niej. 

- Ostatnim razem, kiedy o tym rozmawia­

liśmy, odmówiłaś pójścia ze mną do łóżka do 

czasu, aż obiecam ci małżeństwo. O ile pamię-

background image

Jayne Ann Krentz 113 

tam, dałaś mi miesiąc na opamiętanie się. Potem 

powiedziałaś wyraźnie, że nasza umowa ma cha­

rakter czysto biznesowy. Teraz znowu mówisz 

o związku. Po raz kolejny chcesz zmienić reguły 

gry? 

- Powiedzieć ci prawdę? Dobrze. W najbliż­

szym czasie będziemy spędzać ze sobą dużo 

czasu, a ja jestem w tobie zakochana od dnia, 

kiedy cię poznałam. Mówiąc szczerze i bez ogró­

dek: nie jestem pewna, czy umiałabym ci się 

jeszcze długo opierać. O ile oczywiście nadal 

próbowałbyś mnie uwieść. 

Wzięła ze stolika pustą tacę i wyszła z nią 

z salonu. 

- Juliano, co to ma znaczyć? - Travis wpadł za 

nią do kuchni i wziął mocno w ramiona. - O co ci 

tym razem chodzi? 

- Przecież powiedziałam wyraźnie. Czy nadal 

będziesz próbował mnie uwieść? - spytała, obej­

mując go za szyję i delikatnie przesuwając war­

gami po jego ustach. 

- Juliano - wyszeptał ochryple. Ujął jej twarz 

w dłonie i pocałował długo i namiętnie. 

Zareagowała instynktownie, uwalniając z sie­

bie całą tęsknotę, nad którą próbowała do tej pory 

zapanować. 

- Poczekaj. - Travis nadal mocno ją obe­

jmował. - Nadal czegoś nie rozumiem. Mówisz, 

że oddzielasz sprawy biznesowe od osobistych. 

background image

114 

MISTERNY PLAN 

I że nadal mnie kochasz. Wydaje ci się, że jak 

mnie wpuścisz do łóżka, to nagle uznam, że 

powinienem zaproponować ci małżeństwo? 

- Kto wie? W końcu to ty kierujesz się zasada­

mi etyki. 

Pokręcił głową ze zdziwieniem. 

- Czy ty się nigdy nie poddajesz? 

- Nigdy. Ale nie mam ochoty rozmawiać dziś 

o małżeństwie. 

- To świetnie, bo ja też nie. 

Pocałował ją jeszcze raz, a potem wziął za rękę 

i poprowadził do sypialni. Po drodze gasił kolejne 

światła, więc kiedy dotarli do końca korytarza, 

całe mieszkanie było pogrążone w tajemniczych 

nocnych cieniach. 

Uśmiechnęła się do niego, kiedy zatrzymali się 

obok łóżka. Przesuwała wolno palcami po jego 

ramieniu, czując kryjącą się tam siłę. 

- Niemal odchodziłem od zmysłów, nie mog­

łem się doczekać, żeby znów być tak blis­

ko ciebie. - Travis powoli odpinał guziki jej 

bluzki. 

- Chyba byłam niemądra, wyznaczając ten 

termin jednego miesiąca - wyznała Juliana, moc­

no się w niego wtulając. - Powinnam wiedzieć, że 

nie wytrzymam tak długo. 

- Wiedzieliśmy to oboje po naszej pierwszej 

nocy. - Travis odpiął ostatni guzik i jedwabna 

bluzka z lekkim szelestem zsunęła się z ramion 

background image

Jayne Ann Krentz 115 

Juliany. Patrzył na jej nagie piersi, potem ujął je 

delikatnie w dłonie. - Tak mi z tobą dobrze 

- szeptał, przesuwając wargami po jej szyi. 

- Mnie z tobą też. - Odwiązała mu krawat 

i odrzuciła na bok. Drżącymi palcami zaczęła 

rozpinać mu koszulę. Kiedy ją z niego zdjęła, 

objęła go mocno i oparła mu głowę na ra­

mieniu. Na piersiach czuła szorstki dotyk jego 

włosów. 

Travis zaśmiał się cicho. Wsunął dłonie za 

pasek jej spodni i zsunął je na dół. Po chwili stała 

w jego ramionach całkiem naga. 

- To mi się właśnie podoba - zamruczał. 

Wziął ją na ręce, położył na łóżku, a potem zaczął 

zdejmować z siebie resztę ubrań. 

- Wiem. - Juliana wpatrywała się w niego 

z zachwytem. Podobała jej się siła jego ramion 

i ud, a świadomość, jak bardzo jest podniecony, 

wywoływała w niej uczucie najgłębszego zado­

wolenia. Wiedziała jednak, że pociąga ją nie 

tylko ciało Travisa. W końcu znała mężczyzn co 

najmniej równie dobrze zbudowanych i dużo 

bardziej przystojnych niż Travis. 

- Nagle spoważniałaś - zauważył, kładąc się 

obok niej z niewielką paczuszką w dłoni. 

- Właśnie się zastanawiałam, co sprawia, że 

jesteś tak niebywale seksowny. 

Uśmiechnął się, wyjmując zawartość z opako­

wania. 

background image

116 

MISTERNY PLAN 

- Nie wiesz, dlaczego nie potrafisz mi się 

oprzeć? 

- Aha. - Pogładziła go po włosach i wsunęła 

nogę między jego uda. 

- Nie zawracaj sobie tym głowy. - Pochylił 

się, żeby pocałować zagłębienie pomiędzy jej 

piersiami. - Nie niektóre pytania nie ma od­

powiedzi. Po prostu uznaj, że tak jest i tyle. 

- Jak sobie życzysz, wspólniku. - Wypręży­

ła się zachęcająco. Dłoń Travisa zsuwała się 

coraz niżej, a kiedy Juliana poczuła ją na swo­

im udzie, westchnęła gwałtownie. Najmniejsze 

dotknięcie jego palców wywoływało w niej 

dreszcz podniecenia; gdy zaczął całować jej 

piersi, z trudem powstrzymała się od głośnego 

okrzyku. Była coraz bardziej gorąca i rozna-

miętniona. 

Przekręciła się nieco i wtuliła w niego jesz­

cze mocniej. Dotykała jego ramion, brzucha 

i ud, po raz kolejny odkrywała najbardziej in­

tymne miejsca, których tajemnice poznała pod­

czas ich pierwszej wspólnej nocy. Mięśnie ple­

ców i ramion miał mocno napięte; czuła ros­

nące w nim pożądanie. Świadomość, że tak 

bardzo jej pragnie, wyzwoliła w niej gwałtow­

ną reakcję. Przylgnęła do niego mocno, z ra­

dością i uniesieniem poddając się jego piesz­

czotom. Przeciągnęła paznokciami po jego ra­

mionach. 

background image

Jayne Ann Krentz 

117 

- Jesteś kobietą, która zostawia po sobie 

ślady - powiedział niewyraźnie, odwracając ją 

na plecy. 

- Co mówisz? 

- Nieważne. Obejmij mnie, mocno. 

Juliana przygarnęła go do siebie. 

- Teraz - wyszeptała. Przymknęła oczy i zaci­

snęła nogi wokół jego bioder. - Chodź do mnie. 

Kocham cię. 

Obchodził się z nią delikatnie, niespiesznie, 

jakby chciał przedłużyć tę chwilę; Juliana przy­

ciągnęła go gwałtownie, niecierpliwie. 

- Travis -jęknęła, wpijając się w niego. 

- Nigdzie bez ciebie nie pójdę. 

Oddychała coraz szybciej, czując, że powoli 

traci nad sobą kontrolę. Poddała się tej fali, a on 

zamarł na moment i w ostatnim pchnięciu opadł 

na nią całym swoim ciężarem. W tej długiej 

chwili cały świat przestał się dla nich liczyć. 

Po jakimś czasie Travis poruszył się lekko 

i spojrzał na Julianę w ciemności. Uśmiechała się 

sennie, rozcierając palcami drobne kropelki potu 

na jego ramionach. 

- Nie bój się - odezwała się, ziewając delikat­

nie. - Nie będę o tym wspominać. 

- O czym? 

- O małżeństwie. 

- Przecież właśnie wspomniałaś. - Pocałował 

ją lekko w czubek nosa. 

background image

118 

MISTERNY PLAN 

- Ale zmieniam temat na ważniejszy. 

- Czyli jaki? 

- Kto zrobi rano herbatę. 

- Niech ci będzie, tym razem ja. 

- Co za zgodny mężczyzna. - Ziewnęła jesz­

cze raz i zasnęła. 

Trzy dni później, o wpół do jedenastej przed 

południem Travis siedział przy swoim biurku 

w siedzibie Sawyer Management Systems i za­

stanawiał się, czy powinien zrobić sobie prze­

rwę na kawę. Do Charisma Espresso było zaled­

wie parę przecznic. Mógł się tam przejść, po­

rozmawiać chwilę z Julianą i wziąć kawę na 

wynos. Za jakieś dwadzieścia minut byłby z po­

wrotem. 

Ale gdyby napił się kawy z biurowego dzban­

ka, to oszczędziłby piętnaście minut. A pracy 

przy Flame Valley miał tak wiele, że niemal 

każda minuta była na wagę złota. Z niechęcią 

popatrzył na papiery piętrzące się na jego biur­

ku. Naprawdę wykonał kawał dobrej roboty, 

przygotowując się na przejęcie hotelu. I szcze­

rze mówiąc, nie widział sposobu, żeby go urato­

wać. Trzeba by na nieokreślony czas odłożyć 

spłatę długów, a na dodatek postawienie całego 

przedsięwzięcia na nogi wymagało potężnego 

zastrzyku finansowego. To było koszmarne za­

danie. 

background image

Jayne Ann Krentz 119 

Za każdym razem, kiedy przypominał sobie 

ślepą wiarę Juliany w jego możliwości, klął w du­

chu. Próbował nie myśleć o tym, co się stanie, 

jeżeli mu się nie powiedzie. 

Zadzwonił telefon na jego biurku. 

- Przyszła pani Kirkwood, chce z panem roz­

mawiać. 

Travis zacisnął zęby. Ostatnia rzecz, jakiej 

sobie życzył, to spotkanie z Elly. Ale nie miał 

innego wyjścia. 

- Proszę, niech wejdzie. 

Chwilę później Elly stanęła w drzwiach. Krót­

ka fryzura podkreślała jej delikatne rysy. Przy 

swojej znakomitej figurze doskonale wyglądała 

w obcisłych białych spodniach i białej jedwab­

nej bluzce. Duże niebieskie oczy, których spoj­

rzenie wydawało się kiedyś Travisowi tak jasne 

i szczere, wypełniał lęk. Przez moment aż zdzi­

wił się, że mógł kochać tę kobietę. Przy Julianie 

wyglądała jak słodka blada azalia obok pysznej 

orchidei. 

- Witaj, Elly. Siadaj, proszę. - Travis niechęt­

nie wstał i wskazał stojące obok krzesło. 

- Dziękuję. - Elly przyglądała mu się badaw­

czo. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale jed­

nocześnie bardzo zdeterminowanej. - Przyszłam, 

bo musimy porozmawiać. 

- Świetnie. Mów. - Travis usiadł i odchylił się 

do tylu na oparciu swojego krzesła. Żałował, że 

background image

120 

MISTERNY PLAN 

parę minut wcześniej nie wyszedł do Charisma 

Espresso. Uniknąłby tej szczerej, przyjacielskiej 

pogawędki. 

Elly wzięła głęboki oddech. 

- Sypiasz z Julianą. Masz z nią romans. 

Travis spojrzał przez okno. Roztaczał się stąd 

piękny widok na przystań. W oddali widać było 

nawet restaurację Treasure House. 

- To nie twój interes, Elly, i dobrze o tym 

wiesz. 

- Owszem, mój, jeżeli ją wykorzystujesz. Jest 

moją kuzynką. Nie pozwolę, żebyś ją skrzyw­

dził. 

- Szkoda, że o tym nie pomyślałaś, kiedy 

zastawiłaś sidła na Davida. 

- Nie zastawiałam na niego sideł! - powie­

działa podniesionym tonem. - Walczyliśmy z na­

szymi uczuciami, dopóki... dopóki... 

- Dopóki Juliana nie zorientowała się i nie 

pozwoliła Davidowi odejść? 

- Nie masz o niczym pojęcia. Juliana nie 

pozwoliła Davidowi odejść. 

- Walczyła o niego? - Travis z napięciem 

czekał na odpowiedź. Musiał wiedzieć, jak ważny 

był dla Juliany David Kirkwood. 

To pytanie zaskoczyło Elly. 

- Nie było żadnej walki. Oboje doszli do 

wniosku, że popełnili błąd i oboje zerwali zarę­

czyny. Wszystko odbyło się spokojnie i w cywili-

background image

Jayne Ann Krentz 

121 

zowany sposób. Jak chcesz, możesz zapytać Ju-

liany. Ale ja nie chcę rozmawiać o przeszłości. 

- Nawet o naszej przeszłości? - spytał bez 

specjalnego zainteresowania. 

- Zwłaszcza o naszej przeszłości. - Elly od­

wróciła wzrok. 

Pokiwał głową i rzucił długopis na biurko. 

- To taki nudny temat, prawda? 

Poruszyła się nerwowo. 

- Muszę wiedzieć, czy szantażujesz Julianę, 

żeby móc z nią sypiać. 

- Dlaczego chcesz to wiedzieć? 

- Bo to jest zbyt wysoka cena za uratowanie 

Flame Valley. Nie pozwolę, żeby Juliana ją płaciła. 

- Myślisz, że ona dałaby się tak zaszantażo-

wać jakiemukolwiek mężczyźnie? 

Elly zmieszała się na moment. 

- W normalnych okolicznościach nie. Ale ta 

sytuacja jest inna. 

- Co to znaczy? 

- Podobasz się jej. Myślę nawet, że ona się 

w tobie kocha. Dlatego mogłaby sobie wytłuma­

czyć, że nie ma w tym nic złego. Ale cierpiałaby, 

gdybyś ją już po wszystkim rzucił. Nie chcę, żeby 

płaciła taką cenę. 

Travis poczuł nagłą irytację. 

- Nie musisz się o nią martwić. 

- Muszę, to moja kuzynka. Po co tutaj wróci­

łeś, Travis? Jesteś niebezpiecznym człowiekiem, 

background image

122 

MISTERNY PLAN 

ale tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. David nie 

chce się temu głębiej przyjrzeć, Julianę zaślepiają 

emocje, a mój ojciec, ciocia i wuj są kompletnie 

zdezorientowani. Rozpaczliwie zależy im na ura­

towaniu Flame Valley. Kochają Julianę, ale z dru­

giej strony przywykli do tego, że ona świetnie 

sobie radzi sama. 

- Więc uznałaś, że tylko ty możesz ją przede 

mną uchronić? Daruj sobie, Juliana cię nie po­

słucha. 

Elly wstała i podeszła do okna. Stała odwróco­

na tyłem do Travisa, nerwowo ściskając swoją 

skórzaną torebkę. 

- Robisz to, żeby się na mnie odegrać? 

Travis zastanawiał się nad odpowiedzią przez 

bardzo długą chwilę. 

- Nie - powiedział wreszcie. 

- Wróciłeś nie dlatego, że nie dostałeś pięć lat 

temu obiecanej zapłaty. Powodem jest to, co 

wydarzyło się wówczas między nami. 

Travis przyglądał się Elly z uwagą. Juliana 

miała rację. Ta krucha, delikatna, płochliwa ko­

bieta nie była w jego typie. Nigdy. 

- Wróciłem, bo nie otrzymałem należnej mi 

zapłaty. To jedyny powód. 

Elly przełknęła łzy. 

- Przykro mi, że wszystko się tak potoczyło. 

Chciałam ci powiedzieć, że zrywam zaręczyny, 

jak tylko się zorientowałam, że nie pasujemy do 

background image

Jayne Ann Krentz 

123 

siebie. Ale tata był przekonany, że się wtedy 

wycofasz. Powiedział, że stracimy Flame Valley, 

że sprawy zaszły za daleko i że tylko ty możesz 

nam pomóc. Miałeś wierzyć, że wyjdę za ciebie 

za mąż i że w prezencie ślubnym dostaniesz 

udziały w Flame Valley. 

- A ty ciągnęłaś to kłamstwo. Przyznaję, że 

byłaś bardzo przekonująca. 

Elly odwróciła się do niego gwałtownie. Na jej 

twarzy malowała się udręka. 

- A co mogłam innego zrobić? Musiałam 

wybierać między tobą a moją rodziną. 

- I wybrałaś rodzinę. 

- Tak, przecież to oczywiste. Ale nie dam 

skrzywdzić Juliany za to, co musiałam zrobić pięć 

lat temu. 

- Do twarzy ci z tym poświęceniem. Ale 

możesz się uspokoić. Nie mam zamiaru skrzyw­

dzić Juliany. 

- Wykorzystujesz ją. Zamiast mnie. Wszystko 

zrozumiałam. Skoro nie mogłeś mieć jednej ko­

biety z rodziny, to sięgasz po drugą. Twoja 

zemsta będzie pełna dopiero wtedy, gdy zaciąg­

niesz którąś z nas do łóżka. 

Travis patrzył na nią, czując wzbierającą w nim 

złość. Podniósł się z krzesła. 

- Dość tego. Niczego nie rozumiesz. I zapa­

miętaj sobie: Juliana nie jest zamiast ciebie. Ani 

zamiast żadnej innej kobiety. Ona jest jedyna 

background image

124 MISTERNY PLAN 

i wyjątkowa. Lepiej będzie, jak sobie pójdziesz, 

zanim powiesz kolejne głupstwo. 

- Jeszcze nie skończyłam. - Ełly uniosła gnie­

wnie głowę, ale w tym geście bardziej przypomi­

nała przerażoną łanię. - Przejrzałam twoje sztucz­

ki. Nie ufam ci za grosz, bez względu na to, co 

myślą inni. 

- Naprawdę? Chyba będę musiał mieć się na 

baczności. 

Zrobił krok w jej kierunku. Elly wydała z siebie 

piskliwy okrzyk. 

- Nie waż się mnie tknąć, ty brutalu! - Od­

wróciła się i wybiegła za drzwi. 

Travis patrzył z niechęcią za swoją byłą narze­

czoną. Pomyślał, że Juliana nigdy by się tak nie 

zachowała. Prędzej stanęłaby do walki. 

Wrócił na swoje miejsce i sięgnął po papiery, 

które przeglądał parę minut temu. Słowa Elly 

wciąż dźwięczały mu w uszach. 

„Musiałam wybierać między tobą a moją ro­

dziną". 

Zdawał sobie sprawę, że Juliana nie jest tak do 

końca wyjątkowa: podobnie jak Elly była cał­

kowicie lojalna wobec swojej rodziny. 

Travis modlił się, żeby to, co go spotkało pięć 

lat temu z Elly, nie powtórzyło się z Julianą. 

Żeby nie musiała wybierać między nim a rodzi­

ną. Wiedział, że byłby wtedy na przegranej 

pozycji. 

background image

Jayne Ann Krentz 

125 

Znów zaczął się zastanawiać, co się stanie, 

jeżeli mu się nie powiedzie. 

Musiał przerwać te rozmyślania, bo drzwi ot­

worzyły się szeroko i do pokoju wkroczyła Julia­

na, niosąc papierową torbę z logo Charismy. 

- No i co zrobiłeś mojej kuzynce, ty bruta­

lu? - Z promiennym uśmiechem postawiła tor­

bę na biurku i wyjęła z niej papierowy kubek 

z kawą. 

Travis przyglądał się jej z nieukrywaną przy­

jemnością. Miała dziś na sobie plisowaną spód­

nicę, obcisłą kamizelkę, a pod nią koszulę z szero­

kimi rękawami. 

- Brutalu? - powtórzył, patrząc zachłannie na 

kubek z kawą. 

- Na pewno użyła tego słowa. - Juliana ot­

worzyła drugi kubek i usiadła na krześle, które 

przed chwilą zajmowała jej kuzynka. - Mieliście 

małą kłótnię? 

- Z Elly trudno się pokłócić. Ucieka, kiedy 

zaczyna się robić naprawdę interesująco. - Z za­

chwytem wciągał zapach kawy. - Tego mi było 

potrzeba. 

- Pomyślałam, że będziesz chciał sobie zrobić 

małą przerwę i postanowiłam ci oszczędzić spa­

ceru do Charismy. Poza tym musiałam wyrwać 

się na moment z pracy. Znów nie mogę się 

dogadać z Melvinem. Więc o co się pokłóci­

liście? 

background image

126 

MISTERNY PLAN 

- Elly jest przekonana, że cię szantażuję, że­

byś chodziła ze mną do łóżka. - Patrzył na 

Julianę, rozkoszując się kolejnymi łykami moc­

nej, ciemno palonej kawy. 

- Ona też? 

- Nie tylko. Z pewnością jeszcze Matt i Sandy, 

poza tym twoi rodzice i Tony Grant. Co oznacza, 

że niemal wszyscy tak uważają. 

- Szkoda, że to nieprawda - rzuciła lekko 

Juliana. - To byłoby całkiem ekscytujące. 

- Nie byłaś tym szczególnie podekscytowa­

na, kiedy ci to zasugerowałem - powiedział 

z lekką irytacją. - O ile pamiętam, kazałaś mi 

spadać, kiedy zaproponowałem, że przyjmę two­

je piękne ciało jako zapłatę za uratowanie Flame 

Valley. 

- Odmówiłam ze względu na ciebie. 

- Na mnie? 

- Oczywiście. Gdybym się zgodziła, wciąż 

byś się zadręczał domysłami. 

- Czym? 

- Domysłami co do moich prawdziwych mo­

tywów. Za każdym razem, kiedy bym cię cało­

wała albo mówiła, że cię kocham, zastanawiałbyś 

się, czy jestem szczera, czy tylko udaję, żebyś 

harował jak wół dla ocalenia Flame Valley. A tak 

sprawa jest czysta, interesy to interesy, a sprawy 

osobiste to sprawy osobiste. 

Travis zaklął z krzywym uśmiechem. 

background image

Jayne Ann Krentz 

127 

- Zawsze musisz być o krok do przodu. 

- Nic na to nie poradzę, taka już jestem. 

Musiałam zdusić w zarodku tę straszną próbę 

szantażu tylko ze względu na ciebie. - Juliana 

wstała i podeszła do Travisa. W jej spojrzeniu 

kryło się uwodzicielskie, figlarne rozbawienie. 

- Ale wiedz, że twoja propozycja wydała mi się 

cudownie ekscytująca. 

Travis uśmiechnął się szeroko, odstawił kubek 

i posadził sobie Julianę na kolanach. 

- A ty wiedz, że gdybyś przyjęła moją pro­

pozycję, wcale bym się nie zadręczał domys­

łami. 

- Nie? - spytała, całując go w szyję. 

- Nie. A następnym razem, kiedy postanowisz 

zrobić coś dla mojego dobra, skonsultuj to naj­

pierw ze mną. 

- Dobrze. - Pogłaskała go zachęcająco po 

szyi. - Kiedy masz następne spotkanie? 

- Nie mam dziś żadnych spotkań. - Travis 

przeciągnął dłonią po jej udzie, czując, że jest 

coraz bardziej podniecony. Wszystko w tej kobie­

cie działało na niego podniecająco. 

Juliana zachichotała. 

- Robiłeś to kiedyś w pracy? 

- Nie - uśmiechnął się. - A ty? 

- Nigdy. 

- No to mamy parę rzeczy do nadrobienia. 

Delikatnie podniósł ją i posadził na brzegu 

background image

128 

MISTERNY PLAN 

biurka. Powoli odsunął wysoko szarą flanelową 

spódnicę i położył dłonie na jej kolanach. Pomyś­

lał, że Juliana ma naprawdę piękne kolana, gład­

kie i okrągłe. To zabawne, że do tej pory nie 

zauważył, ile uroku kryje się w tej części kobiece­

go ciała. 

- Chyba nic złego się nie stanie, jeżeli od 

czasu do czasu będziemy udawać, że zmuszasz 

mnie do tego szantażem? - spytała. 

Uśmiechnął się i powoli rozsunął jej nogi. 

- Zawsze do usług, kochanie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Juliano, sytuacja jest bardzo poważna. Nie­

zmiernie martwi nas, co może z tego wyniknąć. 

Dlatego postanowiliśmy spotkać się i omówić to 

w rodzinnym gronie. Musimy wiedzieć, o co tu 

chodzi. 

- Jasne, mamo. Rozumiem. Ale nad wszyst­

kim panuję, zaufaj mi. - Juliana popatrzyła na 

poważne twarze wokół niej, westchnęła bezgłoś­

nie i zajęła się swoją pyszną zupą z czarnej fasoli. 

W rodzinnym gronie wyczuwało się niewiele 

zaufania, za to dużo niepokoju. Dobrze, że przy­

najmniej kuchnia w tej meksykańskiej restauracji 

jest znakomita, pomyślała z rezygnacją. 

background image

130 

MISTERNY PLAN 

Kiedy rano dotarło do niej zaproszenie na 

lunch, miała zamiar wymyślić jakiś pretekst, 

żeby grzecznie odmówić. Wiedziała jednak, że 

rodzice i wujek Tony byliby zawiedzeni, więc 

chcąc nie chcąc, postanowiła odegrać rodzinną 

psychodramę. 

- Omawialiśmy to z Tonym dokładnie - ode­

zwał się Roy Grant. Patrzył na córkę uważnie, 

z wyrazem głębokiej troski na twarzy. - Nadal nie 

wiemy, po co Sawyer tu wrócił, ale z pewnością 

nie wróży to nam nic dobrego. 

- Święta racja - przytaknął Tony, rzucając 

okiem na swój talerz, wypełniony enchiladą z kur­

czakiem i obfitą porcją gęstej śmietany. - Sawyer 

oznacza kłopoty, wiemy o tym dobrze. Odbierze 

nam Flame Valley w ten czy inny sposób. Po­

święcił pięć lat, żeby nas dopaść. Wyobrażacie 

sobie? Pięć lat! Cały czas żywił się pretensjami. 

- Już pięć lat temu było groźnie, kiedy dowie­

dział się, że ze ślubu nici - dorzucił Roy. - Próbo­

waliśmy mu jakoś zapłacić, ale nie chciał. 

Juliana podniosła wzrok znad talerza. 

- O ile rozumiem, miał dostać jedną trzecią 

udziałów we Flame Valley. Zaproponowaliście 

mu to, kiedy Elly zerwała zaręczyny? 

- Zwariowałaś? - wybuchnął Tony. - Oddać 

jedną trzecią majątku w ręce kogoś spoza rodzi­

ny? Na miłość boską, dziewczyno, gdzie się 

podział twój rozsądek? Nie było ślubu, nie było 

background image

Jayne Ann Krentz 

131 

umowy. Oczywiście chcieliśmy go jakoś wyna­

grodzić, w końcu nie jesteśmy oszustami. 

- Mhm. - Juliana sięgnęła po tortillę i umo­

czyła ją w salsie. - Zaproponowaliście mu równo­

wartość udziałów w gotówce? 

Jej matka zacisnęła usta. 

- Oczywiście, że nie. To byłby jakiś milion 

dolarów. Nie byliśmy w stanie tyle zapłacić ani 

jemu, ani żadnemu innemu doradcy. Zapropono­

waliśmy mu jednak przyzwoite wynagrodzenie. 

- Ale problem był taki, że zaproponowaliście 

mu nie tyle, na ile się umówiliście. 

Tony Grant aż poczerwieniał na twarzy. 

- To była niepisana umowa, a nie żaden praw­

dziwy kontrakt. Na dodatek uzależniona od ślubu 

z Elly. Na szczęście do ślubu nie doszło. Kiedy 

tylko pomyślę, jak nieszczęśliwa by była z tym 

człowiekiem, dostaję skurczów żołądka. O, już 

mnie zaczyna boleć. 

- To ten sos chili. Wiesz, że nie robi ci dobrze 

na żołądek - zauważyła Juliana niewinnie. 

- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi - ode­

zwał się jej ojciec szorstko. - Kochanie, nie ma co 

wracać do przeszłości, co się stało, to się nie 

odstanie. Mnie martwi teraźniejszość. 

- Zupełnie niesłusznie, tato - powiedziała Ju­

liana uspokajająco. - Mówiłam już, że nad wszyst­

kim panuję. Travis pracuje teraz dla mnie. 

A ponieważ ma zobowiązania wobec Charismy, 

background image

132 

MISTERNY PLAN 

podjął się uratowania Flame Valley. Wie, że jeśli 

hotel upadnie, stracę mnóstwo pieniędzy. 

- Kochanie, to wszystko nie ma sensu - wtrą­

ciła się Beth Grant. - Dlaczego Travis Sawyer 

miałby ci wyświadczać przysługę? 

- To też już mówiłam. Charisma jest klientem 

Sawyer Management Systems. Nie chodzi o żad­

ną przysługę, tylko o interesy. 

- Ci cholerni inwestorzy z Fast Forward Pro­

perties też są jego klientami! - zahuczał Tony. 

- I to większymi niż Charisma. Bardziej się 

dla niego liczą niż ty. 

Juliana zaczerwieniła się. 

- No dobrze, może chodzi o coś więcej niż 

zobowiązania Travisa wobec Charismy. Może on 

to robi dla mnie. 

Rodzice i wuj Tony popatrzyli na nią z otwar­

tymi ustami. Pierwsza ochłonęła Beth. 

- Dla ciebie? Co to znaczy? O co tutaj chodzi? 

- Skoro już chcecie wiedzieć, to zamierzam 

wkrótce wyjść za niego za mąż. Chyba mu się 

podobam, ale jest zbyt nieśmiały, żeby to otwar­

cie powiedzieć. 

Jej ojciec był zbulwersowany. 

- Czy ten łajdak zdążył ci już coś naobie­

cywać? 

- Właśnie ku temu zmierzamy - zapewniła go 

Juliana. 

- Do diabła, dziewczyno, czy on ci się oświad-

background image

JayneAnn Krentz 133 

czył? - spytał Tony ze świętym oburzeniem. -

Więc o to mu chodzi? Chce cię mieć zamiast 

Elly? 

- Nie, wujku, jeszcze mi się nie oświadczył, 

ale mam taką nadzieję. 

- Kochanie, chyba nie dasz się nabrać na te 

jego oświadczyny - powiedziała do córki Beth 

z wyraźną troską w głosie. - Przecież wiesz, jak to 

się kończy. Mężczyźni ciągle składają ci takie 

propozycje, ale nigdy na poważnie. 

- Dziękuję, mamo - skrzywiła się Juliana. 

- Nie chciałam cię urazić, skarbie, ale wiesz, 

jaka jest prawda. Mężczyźni proponują ci mał­

żeństwo następnego dnia po pierwszym spotka­

niu, ale zmieniają zdanie równie szybko. 

- Chcesz powiedzieć, że dają nogę? Wiem, 

mamo. Smutne, ale prawdziwe. Działam na męż­

czyzn w dziwny sposób. Chyba ich przytłaczam. 

Ale Travis jest inny. Nie daje się przytłoczyć. 

- Juliana się rozpromieniła. - Wręcz uważam, że 

to dobrze, że nie spieszy się z oświadczynami. 

-

 Dlaczego? - Jej ojciec nadal był podejrz­

liwy. 

- Wszyscy inni proponowali mi małżeństwo 

po dwudziestu czterech godzinach znajomości. 

Travis widocznie poważnie się nad tym zasta­

nawia. A to oznacza, że kiedy już mi się oświad­

czy, to będzie do tego naprawdę przekonany. 

On zawsze wie, co robi. 

background image

134 

MISTERNY PLAN 

Wujek Tony wycelował w nią widelcem z dru­

giego końca stołu. 

- I to powinnaś sobie zapamiętać. Zawsze wie, 

co robi. Dlatego jest taki niebezpieczny. 

Juliana pokręciła głową z rozdrażnieniem. 

- Ale to nie znaczy, że nie można mu ufać. Ja 

akurat ufam mu całkowicie. Tylko on może 

uratować Flame Valley. 

Nieznaczne poruszenie przy stole sprawiło, że 

Juliana rozejrzała się wokół. Travis stał za nią. 

Uśmiechnęła się do niego na powitanie. 

- Dzięki za te zapewnienia, kochanie - powie­

dział spokojnie. 

- Travis, co ty tutaj robisz? 

- Dzwoniłem do Charismy, żeby cię wyciąg­

nąć na lunch, ale Sandy powiedziała, że zostałaś 

porwana i że trzymają cię w tej restauracji dla 

okupu. - Travis patrzył na gniewne twarze zgro­

madzone wokół stołu. - Pomyślałem, że wpadnę 

i cię uratuję. 

- Ona nie potrzebuje pomocy - wymamrotał 

Tony Grant. 

- Święta racja - przytaknął mu Roy ponuro. -

Moja córka potrafi się o siebie zatroszczyć. 

- Z całą pewnością - powiedziała Beth z nutą 

macierzyńskiej dumy. 

- Każdy potrzebuje pomocy od czasu do czasu 

- odpowiedział Travis spokojnie, siadając na 

krześle obok Juliany i biorąc do ręki menu. 

background image

Jayne Ann Krentz 

135 

- Umieram z głodu. Kilkugodzinna praca nad 

finansami Flame Valley bardzo zaostrza apetyt. 

Albo przyprawia o mdłości, to zależy od punktu 

widzenia. Na szczęście mam zdrowy żołądek. 

Hotel znów jest w niezłych tarapatach, co? 

Tony Grant zbladł nagle, a potem znów poczer­

wieniał. 

- Przepraszam - powiedział niewyraźnie, 

wstając od stołu - ale muszę już iść, jeżeli mam 

dziś dotrzeć do San Diego. Wy też chodźcie, bo 

spóźnicie się na samolot. 

Beth uniosła się z miejsca i skinęła na męża. 

- To prawda, kochanie, powinniśmy już pójść. 

- Spojrzała znacząco na Julianę. - Pamiętaj, co ci 

powiedziałam. 

- Oczywiście. Miłej podróży do San Francisco. 

Rzuciwszy ostatnie niepewne spojrzenie na 

Travisa, Beth odwróciła się i wyszła za swoim 

mężem z restauracji. 

- Coś mi się wydaje - powiedziała Juliana - że 

zostawili mi rachunek do zapłacenia. 

- Stać cię na to. Od początku Charisma przy­

nosi ci mnóstwo pieniędzy. 

- Czy to oznacza, że za twój lunch też mam 

zapłacić? 

Travis odłożył menu i popatrzył na nią zna­

cząco. 

- Zwykle to klient pokrywa wydatki swojego 

doradcy. 

background image

136 

MISTERNY PLAN 

- Rozumiem. 

- Powiedz mi, ile dostałaś propozycji małżeń­

stwa? 

Juliana zmrużyła oczy. 

- Więc jednak podsłuchiwałeś? 

- Nie mogłem się powstrzymać. Poza tym 

byliście tak zajęci miłą rodzinną rozmową, że nie 

śmiałem przeszkadzać. 

- Daj spokój z tymi propozycjami małżeń­

stwa. Tak naprawdę żadna z nich nie miała zna­

czenia. 

- Skoro tak mówisz. 

Dwa dni później Juliana siedziała w restauracji 

z Travisem. 

- Jak poszło spotkanie z Davidem? - Juliana 

wzięła do ust smażoną ostrygę i skosztowała ją 

z wyraźnym zadowoleniem. To danie zawsze jej 

smakowało w Treasure House. Zmarszczyła brwi, 

nie doczekawszy się odpowiedzi na swoje pyta­

nie. - Źle? 

- Powiedzmy, że David nie jest zbyt przyjem­

nym towarzyszem zabaw. - Travis jadł swojego 

miecznika w sposób, który nie zdradzał specjal­

nego zachwytu. 

- Wiesz, Travis, ostatnio chyba jesteś w dość 

kiepskiej formie. 

- A dziwisz się? Pracuję po osiemnaście go­

dzin na dobę, żeby uratować ten cholerny hotel, 

background image

Jayne Ann Krentz 

137 

zadowolić swoich ważnych klientów i urządzić 

swoje nowe biuro. Do tego próbuję znaleźć czas, 

żeby się z tobą spotkać. 

- Może to nie był dobry pomysł, żeby iść 

dzisiaj na kolację. 

- Raczej nie. W biurze czeka na mnie stos 

papierów do przejrzenia. Ale ponieważ to był mój 

pomysł, więc nie powinienem narzekać. 

- Więc jak poszło spotkanie z Davidem? 

- Nie był zbyt zadowolony. Zaproponowa­

łem mu pewne rozwiązanie, ale chyba go nie 

przyjmie. 

- Jakie rozwiązanie? 

- Znalezienie kupca na Flame Valley. Na 

przykład którąś z dużych sieci hotelowych. Mu­

sieliby spłacić wszystkich wierzycieli i zapewnić 

Davidowi posadę managera. 

Juliana skrzywiła się lekko. 

- Nic dziwnego, że nie był zachwycony. 

Sprzedaż hotelu to ostatnia rzecz, na jaką by się 

zgodził. Za wszelką cenę chce go zatrzymać. 

- Przerwała, przypominając sobie, co powiedział 

Roy Grant podczas lunchu dwa dni temu. - To 

własność rodziny. 

- Mówił dokładnie to samo. Juliano, wszystko 

wskazuje na to, że nie uda mi się uratować Flame 

Valley. 

- Uda ci się. - Uśmiechnęła się do niego 

z bezbrzeżnym zaufaniem. 

background image

138 

MISTERNY PLAN 

- Wolałbym, żebyś nie była tego taka pew­

na. - Spojrzenie Travisa wyrażało zniecierpli­

wienie. - Do diabła, nie mam dziś ochoty roz­

mawiać na ten temat. 

- Dobrze. Wolisz porozmawiać o przyszłości 

Charismy? - Sięgnęła po ostatnią ostrygę. -

Pomyślałam, że może warto zacząć sprzedawać 

kubki z naszym logo. Reklama podprogowa. Za 

każdym razem, kiedy nasz klient będzie pił w do­

mu z takiego kubka, pomyśli o Charismie. 

- Pomysł może jest niezły, ale nie chcę teraz 

o tym rozmawiać. 

- To o czym chcesz rozmawiać? - spytała 

cierpliwie, kończąc swoją sałatkę z czosnkiem 

i anchois. 

- O nas. 

- O nas? - Przestała jeść i popatrzyła na niego 

uważnie. Naprawdę byl dziś w dziwnym nastroju. 

- A konkretnie o czym? 

Travis rozglądał się po dyskretnie eleganckim 

wnętrzu restauracji. Przy stolikach siedzieli goś­

cie ubrani z szykowną nonszalancją, z licznych 

doniczek zwieszały się liście paproci, a kelnerzy 

i kelnerki z powodzeniem mogliby pozować do 

zdjęć na okładki kolorowych magazynów. Typo­

wa kalifornijska restauracja. 

- Czy Kirkwood zaprosił cię tu, żeby ci się 

oświadczyć? - zapytał. 

- Aha. Pozostali zresztą też. 

background image

Jayne Ann Krentz  1 3 9 

- A ilu ich było? 

Spojrzała na niego ze złością. 

- Wciąż chodzi ci o liczbę? No cóż, nie tak 

wielu. Najwyżej dwóch albo trzech. Bo chyba nie 

powinnam brać pod uwagę agenta nieruchomo­

ści, który załatwił mi lokal dla Charismy, ani tego 

osiłka, od którego kupiłam mój pierwszy ekspres 

do kawy. Byli dość mili, ale bez specjalnej głębi. 

Taki typ sprzedawców. 

- To ciekawe. 

- Naprawdę to nie moja wina, że kilku męż­

czyzn zaproponowało mi małżeństwo. Mówiłam 

ci już, że żadnego nie traktowałam poważnie. 

Travis uśmiechnął się krzywo. 

- Wszystkich sterroryzowałaś, co? - Sięgnął 

do kieszeni po portfel. - Chodźmy stąd. 

- Gdzie mamy pójść? 

- Na spacer. 

- O tej porze? 

- Przecież to nie centrum Los Angeles tylko 

Jewel Harbor. Muszę z tobą porozmawiać, ale nie 

tutaj. - Travis przechwycił spojrzenie kelnera, 

który natychmiast pospieszył z rachunkiem. 

Wyszli z restauracji i skierowali się w stronę 

jachtowej przystani. Wieczór był pogodny, łagod­

na bryza niosła ze sobą zapach oceanu, fale 

z cichym pluskiem rozbijały się o drewniane słupy 

nabrzeża. W kabinach jachtów pobłyskiwały świat­

ła, wskazując, że właściciele spędzają tam noc. 

background image

140 

MISTERNY PLAN 

Travis szedł zamyślony. Zatrzymał się wresz­

cie na skraju pomostu. Nadal nic nie mówił, tylko 

patrzył na horyzont. Juliana wytrzymywała jego 

milczenie, ale wreszcie ciekawość wzięła w niej 

górę. 

- Po co mnie tu przyprowadziłeś? 

- Żeby zapytać, czy wyjdziesz za mnie za 

mąż. - Nie patrzył na nią. Jego wzrok wciąż 

utkwiony był w ciemnościach. 

Juliana nie wierzyła własnym uszom. 

- Słucham? 

- Powiedziałaś, że mam miesiąc na zastano­

wienie. Nie potrzebuję całego miesiąca. Od jakie­

goś czasu wiem, że chcę się z tobą ożenić. Tylko 

że wszystko było tak cholernie skomplikowane. 

Nadal zresztą jest. Nic się nie zmieniło. Ale nie 

mam już ochoty czekać na właściwy moment. 

A biorąc pod uwagę przyszłość Flame Valley, ten 

właściwy moment może nigdy nie nadejść. 

- Travis, spójrz na mnie. Mówisz poważnie? 

Chcesz się ze mną ożenić? 

Odwrócił się powoli, z lekkim uśmiechem na 

ustach. 

- Mówię poważnie. Nie miałem czasu, żeby 

kupić pierścionek, ale mówię poważnie. 

- Nie zmienisz jutro zdania, jak reszta? - Ju­

liana zauważyła, że trudno jej się pozbyć daw­

nych nawyków, pomimo zaufania, jakim darzyła 

Travisa. 

background image

Jayne Ann Krentz 

141 

- Zapewniam cię, że nie zamierzam zmienić 

zdania. Uwierz mi. 

- Wierzę ci - powiedziała z niepewnym 

uśmiechem. 

- Odpowiesz mi dzisiaj, czy każesz mi jeszcze 

trochę pocierpieć? 

- Nie zadawaj głupich pytań. Oczywiście, że 

za ciebie wyjdę. Właściwie pierwsza ci to za­

proponowałam, nie pamiętasz? 

- Pamiętam. 

Patrzyła na jego twarz i czuła wzbierającą 

w niej radość. Nigdy jeszcze nie była taka szczęś­

liwa. 

- Przepraszam za sałatkę z czosnkiem i an-

chois. - Rzuciła się w jego stronę, unosząc twarz 

do pocałunku. 

- Juliano, zaczekaj... 

Było już jednak za późno. Zwykle Travisowi 

bez problemu udawało się utrzymać na sobie cały 

ciężar Juliany, ale teraz pomost kołysał mu się 

pod stopami. Pomimo rozpaczliwych wysiłków 

nie zdołał utrzymać równowagi. 

W ostatniej chwili Juliana zdała sobie sprawę 

z nadchodzącej katastrofy. Wpiła się w niego, 

czując, że robi niebezpieczny krok do tyłu. Pró­

bowała sama złapać równowagę, ale jeden z jej 

pięciocentymetrowych obcasów utknął między 

deskami pomostu. 

Travis jęknął z rezygnacją, kiedy oboje prze-

background image

142 

MISTERNY PLAN 

chylili się przez krawędź przystani i z głośnym 

pluskiem runęli do wody. 

Juliana wynurzyła się po paru sekundach, wy­

pluwając słoną wodę. 

- Travis, gdzie jesteś? - Rozglądała się nie­

spokojnie dookoła. 

- Tutaj - odezwał się z tyłu, prysnął na nią 

wodą i podpłynął do pomostu. Oparł dłonie na 

krawędzi i jednym ruchem wydostał się z wody. 

Juliana uśmiechnęła się do niego z wyraźną ulgą. 

- Całe szczęście. Nic ci się nie stało? 

- Przeżyję. - Wciągnął rękę, żeby pomóc jej 

wejść na pomost. - Powinienem był wiedzieć, że 

przy tobie nawet pytanie o to, czy za mnie 

wyjdziesz, skończy się czymś takim. Chyba mu­

sisz mi zapłacić za pracę w trudnych warunkach. 

- Niech pan to doliczy do swojego rachunku, 

panie Sawyer. 

„Do swojego rachunku"... Przypomniał sobie 

te słowa nieco później, leżąc w łóżku obok 

Juliany, i doszedł do smutnej konstatacji, że 

zwykle wystawiał rachunki za pracę, która przy­

nosiła spodziewane efekty. Jednak tym razem 

miał poważne wątpliwości, czy jego klient będzie 

zadowolony. 

Zastanawiał się, czy pierścionek zaręczynowy 

wystarczy, żeby zatrzymać Julianę, gdyby okaza­

ło się, że nie uda mu się ocalić Flame Valley. 

background image

Jayne Ann Krentz 

143 

Trudno mu było przegnać myśli o nieuchronnej 

katastrofie, więc przekręcił się na bok i mocno 

objął Julianę. Wtuliła się w niego miękko. Dopie­

ro wtedy mógł zasnąć. 

Juliana siedziała na krześle, opierając stopy 

o krawędź biurka. 

- Nie, Melvin, nie chcę podwójnej ilości zwy­

kłej kawy z Sumatry - mówiła do słuchawki 

telefonu. Jej dostawca spóźniał się z realizacją 

zamówienia. - I nie próbuj mnie nabrać, bo 

potrafię odróżniać gatunki. Nie mogę zejść poni­

żej swoich standardów. 

- Przecież ty nawet nie lubisz kawy - zauwa­

żył dobrodusznie mężczyzna z drugiej strony linii. 

- Co nie znaczy, że się na niej nie znam. A co 

z tą doskonałą kawą z Gwatemali? Dostanę ją 

wreszcie? Potrzebna mi do mojej nowej mie­

szanki. 

- Robię, co mogę. Ale dwóch moich produ­

centów na razie wstrzymało dostawy. Zła pogoda 

czy coś takiego. A jak ci idą te gatunki bez 

kofeiny? 

- Sprzedają się jak świeże bułeczki. Komplet­

nie nie rozumiem, po co ludzie piją kawę bez 

kofeiny. Przecież to nie ma sensu. Melvin, znasz 

jakichś dostawców herbaty? 

- Jasne, to uboczna linia mojej działalności. 

Dlaczego pytasz? 

background image

144 

MISTERNY PLAN 

- Myślałam o tym, żeby otworzyć herba­

ciarnię. 

- Daj sobie spokój. Jest za mało klientów na 

taki interes. Na początek spróbuj wprowadzić 

herbatę do Charismy. 

- Omówię to z moim nowym wspólnikiem. 

- Masz jakiegoś wspólnika? A to niespodzian­

ka. Myślałem, że chcesz mieć Charismę tylko dla 

siebie. 

- Ten nowy wspólnik jest moim narzeczo­

nym - wyznała Juliana z wyraźną przyjemnoś­

cią. Patrzyła na czubki swoich butów z wężo­

wej skóry. Doskonale pasowały do pastelowych 

dżinsów i kusej marynarki, które miała dziś na 

sobie. 

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. 

- Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł, żeby 

mieszać małżeństwo z interesami. Spójrz tylko 

na mnie. Miałem trzy żony. Każda miała jakieś 

udziały w mojej firmie. I po każdym rozwodzie 

zostawałem bez pieniędzy i musiałem zaczynać 

wszystko od nowa. 

- Byłoby lepiej, gdybyś poświęcał tyle samo 

uwagi swoim żonom, co firmie - zganiła go 

Juliana. Rzuciła okiem przez drzwi i zauważyła 

znajomą, ciemnowłosą kobietę stojącą przy ba­

rze. - Muszę kończyć. Postaraj się o sumatrę, 

dobrze? I o te ziarna z Gwatemali. Wyświadcz mi 

tę przysługę. 

background image

Jayne Ann Krentz 145 

- Jeżeli wyświadczę ci jeszcze jedną przy­

sługę, to pójdę z torbami. 

- Ale przedtem zostaw mi listę innych impor­

terów kawy. 

- Jesteś kobietą bez serca. 

- Jestem kobietą interesu. Próbuję zarobić na 

życie i przy okazji zadowolić moich klientów. 

Pogadamy później. 

Juliana wstała z krzesła, odkładając słuchaw­

kę. Wyszła szybko z biura, żeby przywitać czeka­

jącą na nią kobietę. 

- Angelina! Nie mogłam się ciebie doczekać. 

Angelina Cavanaugh odpowiedziała uśmie­

chem. Jej arystokratyczne hiszpańskie pochodze­

nie widoczne było w pięknych ciemnych oczach 

i długich, prostych włosach, upiętych w klasycz­

ny kok. 

- Dzień dobry, Juliano. Jak się miewasz? 

- Fantastycznie. 

Sandy wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. 

- Uważaj, Angelino. Wreszcie zagnała faceta 

w pułapkę. Powaliła go na kolana i ciągle obnosi 

się ze swoim zwycięstwem. 

- To prawda? Ten twój doradca nareszcie ci 

się oświadczył? 

Matt przechylił się konspiracyjnie przez ladę. 

- Ale to nie było łatwe. Sawyer mi o wszyst­

kim opowiedział. Podstawiła biedakowi nogę 

i wepchnęła do wody na przystani. Podobno jak 

background image

146 

MISTERNY PLAN 

się tylko wynurzył, wiedział, że to koniec. Po­

stanowił się poddać, zanim Juliana podejmie 

bardziej drastyczne kroki. 

- To dość zniekształcony przebieg wydarzeń 

- sprostowała Juliana. 

- Nieprawda - zaprotestował Matt. - Znam tę 

wersję od samego poszkodowanego. 

- Nie zwracaj na niego uwagi, Angelino. Sia­

daj, muszę z tobą porozmawiać o przyjęciu zarę­

czynowym i o weselu. Zmieścisz mnie jakoś na 

swojej liście klientów? 

Czerwone usta Angeliny wygięły się w weso­

łym uśmiechu. 

- Moja firma z ochotą przyjmie nowe zlece­

nie. Mimo że mamy mnóstwo pracy z... jak by to 

powiedzieć? Ze stałymi klientami. 

- Planuję tylko jedno wesele w swoim życiu 

- obwieściła Juliana. 

- Tak wszyscy mówią, ale tylko do rozwodu. 

Ustaliliście już datę? 

- Wesela jeszcze nie. Travis jest bardzo zajęty 

naszymi... naszymi sprawami. Ale chyba mogę 

sama ustalić datę przyjęcia zaręczynowego. Tra­

vis na pewno się zgodzi. 

- Masz na myśli jakąś dużą imprezę? 

- A cóż by innego? Nie będę się w niczym 

ograniczać. Chcę, żeby Travis miał wesele swo­

ich marzeń, co oznacza, że przyjęcie zaręczyno­

we też musi być wspaniałe. 

background image

Jayne Ann Krentz 

147 

- Rozumiem - powiedziała Angelina przecią­

gle. - Rozmawiałaś już z Travisem, jak wyobraża 

sobie wesele swoich marzeń? 

- Mówiłam już, że on jest bardzo zajęty. 

Wszystkiego dopilnuję sama. 

Matt, który otwarcie się wszystkiemu przy­

słuchiwał, o mało się nie zakrztusił. 

- Biedny Travis. A już myślał, że kąpiel na 

przystani oznacza koniec jego problemów. 

- Nie słuchaj go, Angelino. Jak ci smakuje 

espresso? 

- Świetne. Pełny, wyraźny aromat. Bogate 

i mocne. 

- Wyrosną ci od niego włosy na piersi - pod­

sumowała Juliana. - Napij się jeszcze, a ja zano­

tuję parę rzeczy w sprawie przyjęcia zaręczy­

nowego. Sandy! - zawołała. - Zrób mi filiżan­

kę herbaty, proszę. Schowałam puszkę English 

Breakfast pod ladą. 

Travis, z podwiniętymi rękawami, rozluźnio­

nym krawatem i w pomiętej koszuli, patrzył na 

mężczyznę siedzącego po drugiej stronie zawalo­

nego papierami biurka. 

- Raczej nie mamy wielu możliwości, David. 

Od miesięcy balansujesz na krawędzi bankructwa 

i doskonale o tym wiesz. Powtarzam, że naj­

lepszym wyjściem będzie znalezienie jakiegoś 

kupca. 

background image

148 

MISTERNY PLAN 

- Nie ma mowy. - David wstał i podszedł do 

okna. Wyglądał na wyczerpanego. - Sprzedaż nie 

jest żadnym wyjściem. Lepiej odwołaj swoje 

wilki i daj mi trochę więcej czasu. 

- Czas niewiele ci pomoże. - Travis wskazał 

na stos papierów, w których kryła się zapowiedź 

katastrofy. - Oprócz moich inwestorów masz 

jeszcze banki na karku. No i potrzebujesz gotów­

ki. Dużo gotówki. Nawet gdyby udało mi się na 

jakiś czas powstrzymać swoich inwestorów, co 

jest mało prawdopodobne, to nie namówię ich, 

żeby wpompowali we Flame Valley kolejne pie­

niądze. 

- Fast Forward to twoja firma. Sam mówiłeś, 

że to ty podejmujesz decyzje. 

- To prawda. Ale mam zobowiązania wobec 

swoich udziałowców. I nie mogę ich zawieść. 

David odwrócił się i spojrzał na niego po­

ważnie. 

- Nie sprzedam hotelu, Travis, nawet gdyby ci 

się udało znaleźć chętnego. 

Travis przyglądał mu się przez chwilę w mil­

czeniu. 

- Chodzi ci o Elly? - spytał cicho. 

David znów patrzył na przystań. 

- Tak, chodzi o Elly - powiedział z ciężkim 

westchnieniem. - Ja też mam swoje zobowią­

zania. Obiecałem jej, że to będzie największy 

i najlepszy hotel na całym wybrzeżu. Obiecałem, 

background image

Jayne Ann Krentz 149 

że zostanie w rodzinie i że zawsze będzie z niego 

dumna. Nigdy mi nie wybaczy, jeżeli go stracę. 

- Co Elly zrobi, jeżeli nie dotrzymasz swoich 

obietnic? 

- Nie wiem. 

- Myślisz, że od ciebie odejdzie? Tego się 

właśnie obawiasz? 

- Zamknij się. Martw się o uratowanie hotelu, 

a ja będę się martwił o moje małżeństwo. 

- Jak chcesz. Ale lepiej zacznij przyzwyczajać 

się do myśli, że nie uda mi się ocalić Flame Valley. 

David zawahał się przez chwilę, a potem po­

wiedział beznamiętnie: 

- A mnie nie uda się ocalić mojego mał­

żeństwa. 

Na chwilę zapadła cisza. 

- Chyba powinniśmy wrócić do pracy - po­

wiedział wreszcie Travis. 

Po jakimś kwadransie znów podniósł wzrok na 

Davida. 

- Mówiłem ci, że zaręczyłem się z Julianą? 

David przerwał przeglądanie ksiąg rachun­

kowych. 

- Co takiego? 

- Zaproponowałem jej małżeństwo. 

David uśmiechnął się nieznacznie. 

- Jesteś pewien, że tak się to odbyło? Ty jej 

zaproponowałeś, a nie ona tobie? 

- Dała mi miesiąc, żebym jej się oświadczył. 

background image

150 

MISTERNY PLAN 

Zrobiłem to wczoraj, a ona z radości wepchnęła 

mnie do wody na przystani. 

- Bardzo romantycznie. Mam nadzieję, że 

wiesz, w co się pakujesz? 

- Też mam taką nadzieję. - Travis uśmiechnął 

się, przypominając sobie, jak oboje z Julianą 

wylądowali w wodzie. 

- Robisz to dla Juliany? - spytał David. - Nie 

dlatego, że jesteś jej doradcą, ale dlatego, że 

chcesz się z nią ożenić. Wiesz, że ją stracisz, 

jeżeli zrujnujesz hotel. 

Travis wzruszył ramionami i wrócił do prze­

glądania papierów. 

- To dziwne, ale może znów powtarza się 

sytuacja sprzed pięciu lat - ciągnął David. - Mo­

że Juliana chce wyczekać, aż uratujesz Flame 

Valley, a potem zamierza cię porzucić? 

- Przestań. 

- Wiesz, jestem przekonany, że ani ty nie 

byłeś odpowiedni dla Elly, ani ona dla ciebie 

- zauważył David lekkim tonem. 

Travis odłożył ołówek i oparł łokcie na biurku. 

- Tak myślisz? 

- Tak myślę. - David nie opuszczał wzroku. 

- Masz rację. Bylibyśmy fatalną parą. Teraz ja 

ci coś powiem. 

- Co takiego? 

- Ty i Juliana także do siebie nie pasowaliście. 

- Travis sięgnął po słuchawkę telefonu. 

background image

Jayne Ann Krentz 

151 

- Do kogo dzwonisz? 

- Znam pewnego ekscentrycznego kapitalistę. 

Ostry jak brzytwa. Ma kasy jak lodu i nawet nie 

wie, na co ją wydawać. Lubi trudne wyzwania. 

Czasem angażuje się w przedsięwzięcia, które 

wszyscy inni obchodzą z daleka. 

- Mówiłem ci, że nie sprzedam hotelu - po­

wiedział David ze złością. 

- Nie chcę mu nic sprzedawać - wyjaśnił 

Travis. - Spróbuję go namówić, żeby spłacił 

twoje największe długi i zainwestował w hotel 

trochę gotówki. 

- Myślisz, że się zgodzi? 

- Nie wiem, ale warto spróbować. Nie mamy 

innych możliwości. - Zaczął wybierać numer. 

- Mówi Travis Sawyer - powiedział, usłyszawszy 

w słuchawce przyjemny głos. - Proszę powie­

dzieć panu Samowi Bickerstaffowi, że chciałbym 

z nim chwilę porozmawiać. Tak, poczekam. 

Krótko po lunchu Elly weszła szybkim kro­

kiem do Charisma Espresso. Przeciskała się 

wśród tłumu gości, żeby znaleźć jakieś wolne 

miejsce, wreszcie zauważyła Julianę. 

Juliana od razu domyśliła się, że jej kuzynka 

już wie o zaręczynach, bo Elly wyglądała na 

wstrząśniętą. 

- Juliano, właśnie się dowiedziałam. Mój Bo­

że, jak mogłaś się zgodzić? Nie wiesz, co robisz. 

background image

152 

MISTERNY PLAN 

- Zawsze wiem, co robię, znasz mnie prze­

cież. Uspokój się, poproszę Sandy, żeby zrobiła ci 

latte. Chodź, pogadamy w moim biurze. 

- Już mi lepiej - powiedziała Elly po paru 

minutach, siedząc w biurze Juliany i ściskając 

w dłoniach kubek z kawą. - Powiedz mi naj­

pierw, czy to prawda. Zaręczyłaś się z Travi-

sem? 

- Tak, to prawda - potwierdziła Juliana radoś­

nie. - Ale jak się dowiedziałaś? Miałam do ciebie 

wieczorem zadzwonić. A co ty właściwie robisz 

w Jewel Harbor? Chyba nie przyjechałaś do 

miasta tylko dlatego, że dowiedziałaś się o moich 

zaręczynach? 

- David miał spotkanie z Travisem, więc przy­

jechaliśmy razem. Zjedliśmy lunch i David mi 

o wszystkim powiedział. Juliano, jak to się stało? 

- Wcale nie było łatwo. Travis jest teraz okro­

pnie zapracowany. Ale wczoraj wieczorem... 

- Wiedziałam! Zaciągnął cię do łóżka, ale to 

nie wystarczało, by zadowolić jego ego. Musiał 

jeszcze sięgnąć po tę sztuczkę z zaręczynami. 

- Elly pokręciła głową ze smutkiem. - Znowu 

robi to samo co kiedyś, jednak tym razem po­

stanowił wykorzystać ciebie. 

Juliana uśmiechnęła się niewyraźnie. 

- Znasz mnie wystarczająco dobrze, żeby wie­

dzieć, że nie zaręczyłabym się z mężczyzną, 

którego nie kocham. Przestań już myśleć o tym, 

background image

Jayne Ann Krentz 153 

jak zostałam oszukana, i zajmijmy się czymś 

bardziej przyjemnym. 

- To znaczy czym? 

- Moim weselem. - Juliana sięgnęła pod biur­

ko i wyciągnęła dwa opasłe tomy, które przynios­

ła z biblioteki. 

Elly zbladła, widząc książki o weselnej etykie­

cie. 

- Proszę, Juliano, przemyśl to sobie jeszcze raz. 

Nie podejmuj pochopnych decyzji. On cię chce 

wykorzystać. Nie ma zamiaru się z tobą ożenić. 

- Rozmawiałam dziś rano z Angeliną Cava-

naugh. Pamiętasz ją? Ma firmę organizującą przy­

jęcia weselne. Dała mi swój katalog i poleciła te 

książki. Ale najpierw muszę się zająć zaręczyna­

mi. Pomyślałam o czymś wytwornym w Treasure 

House. Wynajmują tam salę na podobne okazje. 

- Juliano, to szaleństwo. Posłuchaj mnie. On 

chce się jedynie zemścić. I uda mu się to, kiedy 

przejmie Flame Valley, a potem cię porzuci. 

Juliana otworzyła jedną ze swoich książek. 

- Przypominam ci, że teraz pracuje nad tym, 

jak uratować Flame Valley. 

- Nie wierzę mu - powiedziała Elly szeptem. 

- David dał się nabrać, ale ja nie. To jego gra, żeby 

tylko się zemścić. Nie znacie go. Zapytaj swoich 

rodziców albo mojego ojca. Przejrzeli Travisa na 

wylot. Wiedzą, że może być niebezpieczny. Sły­

szeli, jak pięć lat temu przysiągł nam zemstę. 

background image

154 

MISTERNY PLAN 

- Ludzie się zmieniają - powiedziała Juliana 

beztrosko. 

-

 No cóż, czuję się jak Kasandra, której ostrze­

żeń nikt nie chciał słuchać. 

- Bardzo niewdzięczna rola - przytaknęła Ju­

liana ze współczuciem. 

- To wcale nie jest zabawne - wybuchła Elly. 

- Sprawa jest śmiertelnie poważna. Travis karmi 

Davida bzdurami o pozyskaniu nowego inwes­

tora. Jakiegoś Bickerstaffa. Akurat potrzebujemy 

jeszcze jednego wierzyciela. Juliano, co my teraz 

zrobimy? 

- Travis wszystko wyprostuje. A wracając do 

mojego zaręczynowego przyjęcia. Chyba wola­

łabym bufet z mnóstwem pysznych przysta­

wek niż kolację na siedząco. Co byś powiedziała 

na orkiestrę? Ciekawa jestem, czy Travis umie 

tańczyć. 

- Dłużej tego nie wytrzymam. Nikt nie chce 

mnie słuchać. - Elly odstawiła kubek z kawą, 

przyłożyła dłonie do twarzy i rozpłakała się. 

Juliana wstała, żeby wyjąć chusteczki i podać 

je kuzynce. 

- Proszę, wytrzyj oczy. Za chwilę wrócę. 

- Gdzie idziesz? 

- Przyniosę ci herbatę. Lepiej działa na skoła­

tane nerwy niż kawa. 

Kiedy po paru minutach wróciła z kubkiem 

herbaty, Elly zdążyła się już opanować. 

background image

Jayne Ann Krentz 

155 

- Lepiej się czujesz? - spytała Juliana z troską. 

Elly pokiwała głową, sięgnęła po herbatę i za­

częła ją popijać małymi łyczkami. 

- Przepraszam, że się tak rozkleiłam, ale ja się 

naprawdę boję. 

- Właśnie widzę. Spróbuj się tak nie zadrę­

czać. Wszystko będzie dobrze. Travis uratuje 

Flame Valley i będziecie mogli spróbować z Da-

videm jeszcze raz. Zobaczysz. 

- A jeżeli mu się nie uda? Nawet David zaczął 

dziś o tym przebąkiwać. Co się wtedy z nami 

stanie? 

Juliana bębniła palcami po blacie biurka. 

- Nie będzie wam łatwo, ale mimo wszystko 

to nie będzie koniec świata. 

- To może być koniec mojego małżeństwa. 

- Chyba przesadzasz. 

- Wcale nie. David jest ostatnio bardzo zdene­

rwowany. To zupełnie do niego niepodobne. 

- Martwi się o hotel, jak my wszyscy. 

- Chodzi o coś więcej. - Elly spojrzała Julia­

nie w oczy. - Jeżeli stracimy Flame Valley, stracę 

Davida. 

Juliana siedziała bez ruchu. 

- Przecież to śmieszne. Skąd ci to przyszło do 

głowy? 

- Od początku bardzo zależało mu na tym 

hotelu. Wiesz o tym doskonale. - Elly mówiła 

ledwo dosłyszalnym głosem. 

background image

156 

MISTERNY PLAN 

- To prawda. Bardzo się zaangażował w jego 

prowadzenie i w plany na przyszłość - powie­

działa Juliana ostrożnie. - Ale... 

- Czasem myślę, że ożenił się ze mną tylko po 

to, żeby dostać Flame Valley. 

- Elly, jak możesz mówić coś takiego? To 

nieprawda. W ogóle niemożliwe. Byłam przy 

tym, jak się poznaliście, jak zrozumieliście, że 

jesteście w sobie zakochani. Tak naprawdę wie­

działam, że się kochacie, zanim to do was samych 

dotarło. 

- Próbowaliśmy ukrywać nasze uczucia. Na­

wet przed sobą. Nie chcieliśmy cię zranić. 

- Wiem o tym dobrze. A teraz posłuchaj. 

Davidowi zależy na tobie. Martwi się o Flame 

Valley, bo wie, jak bardzo jest dla ciebie ważne. 

I zrobi wszystko, żeby je dla ciebie uratować. 

- Powtarzam to sobie bez przerwy, ale ostatnio 

zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Zrozumia­

łam, że te wątpliwości zawsze we mnie były. Od 

czasu gdy... 

- Od kiedy? 

- Nie zapominaj, że już raz pewien mężczyzna 

o mało się ze mną nie ożenił dla hotelu. To był 

Travis Sawyer. Może jestem trochę przewraż­

liwiona na tym punkcie. 

Juliana przyglądała się kuzynce uważnie. 

- Wszystkie kobiety czasem mają wątpliwo­

ści co do motywów męskiej części ludzkości. 

background image

Jayne Ann Krentz 

W końcu każda z nas parę razy się sparzyła Ale 

mamy w sobie gotowość do ponoszenia ryzyka. 

Jak to mówią: nie ryzykujesz, nie jedziesz 

Elly uśmiechnęła się niewyraźnie. 

- Juliano, jesteś niewiarygodna. 

Juliana odpowiedziała uśmiechem i sięgnęła 

po kartkę, którą wcześniej odłożyła na biurko 

- Wróćmy do przyjęcia. Co myślisz o kozim 

serze w liściach winogron? 

- Tak naprawdę nikt nie lubi koziego sera. Ale 

wszyscy go jedzą, bo jest modny. 

- Modny? To chyba wystarczający powód 

żeby go podać. A poza tym ja akurat lubię ko­

zi ser. 

Elly uniosła brwi. 

- W końcu to twoje przyjęcie. 

- Właśnie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Był wieczór. Travis przekręcił klucz w drzwiach 

mieszkania Juliany i zdał sobie sprawę, jak wielką 

przyjemność sprawiła mu ta zwykła prosta czyn­

ność. Miał wrażenie, że po całym dniu pracy wraca 

do domu. Oficjalnie jeszcze się do Juliany nie 

przeprowadził, ale często u niej nocował. Dobiegł 

go przyjemny zapach z kuchni. Był pewien, że 

Juliana czeka już na niego z kieliszkiem wina. 

Czego więcej można chcieć, pomyślał, wcho­

dząc do wykładanego białymi płytkami holu i od­

stawiając ciężki neseser. Gdyby tylko mógł się 

nie martwić tym, czy to jego małe szczęście 

szybko się nie skończy. 

background image

Jayne Ann Krentz 159 

- Jestem w domu! - zawołał, wsłuchując się 

we własne słowa. Może to nie była do końca 

prawda, ale mimo to podobały mu się. 

- Już do ciebie idę - odpowiedziała mu Julia­

na z kuchni. 

Travis przeszedł przez salon i wziął do ręki 

wieczorną gazetę. Zaczął przeglądać tytuły, ale 

podniósł wzrok, bo w drzwiach do kuchni stanęła 

Juliana. Uśmiechnął się na jej widok. 

W jednej ręce trzymała kieliszek z winem, 

a w drugiej dużą łyżkę. Z wysoko związanymi 

włosami, w jasnych dżinsach i fartuchu z logo 

Charismy. Zauważył, że zdjęła już buty z wężo­

wej skóry i założyła różowe futrzane kapcie. 

Z przodu miały pyszczek królika, a z tyłu króliczy 

ogonek. Juliana tłumaczyła mu kiedyś z absolutną 

powagą, że te kapcie były „uroczo zabawne". 

Może i tak, ale dla Travisa nadal wyglądały jak 

martwe króliki. 

- Chyba jesteś zmęczony - zauważyła Juliana. 

Podeszła do niego, a ponieważ nie miała ob­

casów, musiała wspiąć się lekko na palce, żeby go 

pocałować. 

Travis poczuł na dolnej wardze delikatne łas­

kotanie jej języka i jego ciało zareagowało na­

tychmiast. 

- Jestem potwornie zmęczony. Ale znam swo­

je obowiązki i przy odpowiednich bodźcach będę 

gotowy na szybki numerek przed jedzeniem. 

background image

160 

MISTERNY PLAN 

- Wykluczone - zawołała Juliana z udawa­

nym oburzeniem. - Pary małżeńskie robią to po 

kolacji. 

- Ale my nie jesteśmy jeszcze małżeństwem 

- powiedział z żalem, wchodząc za nią do przytul­

nie urządzonej kuchni. 

- Musimy zacząć ćwiczyć. Poza tym muszę 

dokończyć sos serowy, a chleb z kukurydzy na 

pewno by się przypalił, gdybym uległa twoim 

lubieżnym namowom. 

- Wycofuję się. Może rzeczywiście jestem 

za bardzo zmęczony. Ale miałem dzień. - Tra­

vis usiadł przy kuchennym stole i wziął łyk 

wina. 

- Kolejne spotkanie z Davidem? 

- Tak. Zaczynam rozumieć, dlaczego Flame 

Valley jest na krawędzi upadku. Przejęcie hotelu 

jest łatwiejsze, niż na początku sądziłem. Pod 

pewnymi względami David jest uparty jak osioł. 

Nic dziwnego, że ma kłopoty. 

- Jest uparty tam, gdzie w grę wchodzi Elly. 

A Elly i Flame Valley to niemal jedno. 

- I tu tkwi problem. Mężczyzna, który w inte­

resach kieruje się chęcią sprawienia przyjemności 

kobiecie, sam prosi się o... - Travis przerwał, 

zdając sobie sprawę z tego, co mówi. 

- Tak, kochanie? - spytała Juliana niewinnie. 

- Chciałeś coś powiedzieć o podejmowaniu decy­

zji biznesowych ze względu na kobietę? 

background image

Jayne Ann Krentz 

161 

Travis nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 

- No dobrze, widocznie łączy mnie z Davidem 

coś więcej niż tylko fakt, że obaj się tobie oświad­

czyliśmy. 

- I tyle podobieństw wystarczy. Wolałabym 

nie przyłapać cię z jakąś drobną blondynką. 

- Nie ma mowy. Interesują mnie tylko ru-

dzielce. Wysokie rudzielce, które dobrze go­

tują. - Travis przerwał, przypominając sobie 

lęk Davida przed utratą żony i hotelu. - Bardzo 

bolało? 

- Co miało boleć? - spytała Juliana zajęta 

sosem. 

- Kiedy David rzucił cię dla Elly. 

- No cóż, to nie było szczególnie radosne 

wydarzenie w moim życiu uczuciowym. Ale 

właściwie byłam na nie przygotowana. Wiedzia­

łam, co się dzieje. Kiedy David i Elly pojawiali 

się obok siebie, wokół natychmiast rosło napię­

cie. To było wyczuwalne. Zazdrościłam im, że 

tak na siebie działają, ale od początku wiedzia­

łam, że ja nie jestem zdolna do takich emocji. 

W każdym razie nie wobec Davida. 

- Więc pozwoliłaś mu odejść i życzyłaś wszyst­

kiego najlepszego? 

- Taka już jestem. Przegrana, ale wspaniało­

myślna - zgodziła się pogodnie. 

- Ciekawe. Szkoda, że nie byłaś wspaniało­

myślna tego wieczoru, kiedy obrzuciłaś mnie 

background image

162 

MISTERNY PLAN 

guacamole. - Travis uśmiechnął się na to wspo­

mnienie. 

- To było co innego. 

- Czyżby? 

- Oczywiście. Że David jest pomyłką, wie­

działam niemal od początku. Ale ja się uczę na 

błędach. Dlatego tym razem byłam pewna, że 

spotkałam właściwego mężczyznę. Naprawdę 

rozzłościło mnie, że nie widzisz tego z taką samą 

oślepiającą jasnością. 

- W pewnym sensie też to widziałem. Ale na 

przeszkodzie stała jeszcze ta sprawa z Flame 

Valley i cały kawał przeszłości. Potrzebowałem 

czasu, żeby się z tą jasnością oswoić. 

- Rozumiem. - Juliana zmarszczyła brwi, spoj­

rzawszy na sos, i zaczęła go energicznie mieszać. 

- Gdyby znów coś się między nami popsuło, 

walczyłabyś o mnie bardziej niż o Davida? Jeżeli 

idzie o mnie, wolałbym, żebyś nie była taka 

wspaniałomyślna. 

Nie spuszczała wzroku z gęstniejącego sosu. 

Mieszała go nadal jedną ręką, a drugą wrzuciła do 

garnka z wrzącą wodą garść makaronu. 

- Jeżeli zobaczę, że zaczynasz się zadawać 

z kruchymi blondynkami, to obedrę cię ze skóry. 

Zadowolony? 

- I to bardzo. - Niestety, sprawa Flame Valley 

nie była tak prosta jak rozwiązanie ewentualnego 

problemu z drobną blondynką. 

background image

Jayne Ann Krentz 

163 

- Posunęliście się dziś z Davidem do przodu? 

- spytała Juliana, zdejmując z palnika garnek 

z sosem. 

- Nie bardzo. On jest w jeszcze gorszej formie 

niż ja, więc możesz to sobie wyobrazić. Zaryzy­

kowałem i zadzwoniłem do niejakiego Bicker-

staffa. Złożyłem mu fantastyczną propozycję, 

żeby włożył kupę kasy w rozwój hotelu i na 

dodatek spłacił jego wierzycieli. W zamian obie­

całem, że zajmę się restrukturyzacją firmy i zarę­

czyłem głową, że obecny właściciel stanie na 

nogi. 

Juliana uśmiechnęła się z zadowoleniem. 

- Wiedziałam, że coś wymyślisz. Czy ten 

Bickerstaff się zgodził? 

- Powiedział, że się zastanowi i da mi od­

powiedź. 

- A co to znaczy? 

- O ile go znam, to znaczy, że się zastanowi 

i da mi odpowiedź. 

- Aha. - Juliana ostrożnie przelała sos z garn­

ka do miseczki. - To był chyba dobry pomysł. 

A ty potrafisz być bardzo przekonujący. Założę 

się, że się zgodzi. 

Travis westchnął lekko. 

- Na naszym miejscu nie byłbym tego taki 

pewien. On lubi ryzyko, ale nie jest wariatem. 

- Zobaczymy. - Juliana otworzyła piekarnik 

i po całej kuchni rozszedł się cudowny zapach. 

background image

164 

MISTERNY PLAN 

Ukucnęła, żeby wyjąć ze środka foremkę ze 

złocistym chlebem z mąki kukurydzianej. - Mo­

żemy już jeść? 

Travis popijał wino i patrzył na dżinsy Juliany 

opięte na jej pupie. 

- Konam z głodu. Pomóc ci w czymś? 

- Nie trzeba. Wystarczająco dużo dziś praco­

wałeś. - Wyprostowała się, trzymając w rękach 

parujący chleb. 

- Wiesz, Juliano, muszę ci powiedzieć, że 

masz naprawdę kapitalny tyłeczek. Pierwsza 

klasa. 

- Dzięki. No i widzisz, każdemu potrafisz 

powiedzieć coś miłego, jeżeli się postarasz. 

Szczerze mówiąc, twój też jest całkiem niezły. 

- Szybkimi ruchami nakrywała do stołu. -

Mówiłam ci, że rozmawiałam dzisiaj z tą kobietą, 

która zajmuje się organizacją przyjęć weselnych? 

Travis poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. 

- Nic mi nie wspominałaś. Czy to trochę nie za 

duży pośpiech? W końcu oświadczyłem ci się 

dopiero wczoraj. 

- Dlaczego mamy zwlekać? 

- Właściwie nie ma powodu. - Travis był 

lekko zdezorientowany. Zastanawiał się, co by się 

stało, gdyby wzięli ślub, zanim wyjaśni się los 

Flame Valley. 

- Musimy zrobić listę gości. Zastanów się, 

kogo chciałbyś zaprosić. 

background image

Jayne Ann Krentz 

165 

- Jakoś nikt nie przychodzi mi do głowy 

- odpowiedział szybko Travis. 

- Nie wygłupiaj się. Na pewno są takie osoby. 

- Sam nie wiem. Może pracownicy z mojego 

nowego biura. I to chyba wszystko. 

- Tylko pracownicy? - Juliana spojrzała na 

niego poważnie. Siedziała po drugiej stronie stołu 

i zabierała się za krojenie kukurydzianego chleba. 

- A twoi rodzice? 

Travis wzruszył ramionami, bardziej zajęty 

widokiem dużego kawałka, który Juliana położy­

ła na jego talerzu. 

- Nie zawracaj sobie głowy zapraszaniem mo­

ich rodziców. Na mój pierwszy ślub też nie 

przyszli. 

Juliana zamarła. Wpatrywała się w Travisa 

pytającym wzrokiem. 

- Byłeś wcześniej żonaty? - spytała ochryple. 

- Dawno temu. - Travis potarł sobie kark, 

gryząc się w język. Wcale nie chciał tak jej o tym 

powiedzieć. Chyba naprawdę był bardzo zmęczo­

ny. - Miałem dwadzieścia parę lat. To była 

pomyłka. Nasze małżeństwo nie trwało długo. 

- Dlaczego? Kim ona była? Gdzie teraz jest? 

Mieliście dzieci? Jak długo byłeś żonaty? Dlacze­

go rodzice nie przyszli na ślub? 

Travis żałował, że w ogóle otwierał usta. Nie 

miał dziś ochoty na roztrząsanie tego tematu. Ale 

było już za późno. 

background image

166 MISTERNY PLAN 

- Rozwiedliśmy się po roku. Jeannie była 

sekretarką w firmie, w której dostałem pierwszą 

pracę. To było obustronne nieporozumienie. My­

ślałem, że ona chce zbudować ze mną cudowną 

przyszłość. A ona myślała, że przy mnie zapomni 

o swoim pierwszym mężu. 

- I co dalej? 

Travis sięgnął po chleb. 

- Wróciła do męża. A ja zrezygnowałem 

z pracy w firmie. Okazało się, że oboje podjęli­

śmy dobre decyzje. 

- A dzieci? 

- Nie mamy dzieci. To cała historia. Wszystko 

się skończyło dawno temu. 

- Dlaczego twoi rodzice nie przyszli na ślub? 

Uciekłeś z nią z domu? 

- Nie. 

- Nie akceptowali panny młodej? 

- Nawet jej nie znali. Chodziło o co innego. 

Nie przyszli na ślub, bo wiedzieli, że zaprosiłem 

i jedno, i drugie. 

Juliana zmarszczyła brwi. 

- Nie rozumiem. 

Travis wziął jeszcze jeden kawałek chleba. 

- Rozwiedli się, kiedy miałem czternaście lat. 

To było bardzo nieprzyjemne rozstanie. Kłócili 

się nawet po rozwodzie. Nie umieli powiedzieć 

sobie ani jednego dobrego słowa. Co nie znaczy, 

że przed rozwodem było lepiej. Kiedy zaprasza-

background image

Jayne Ann Krentz 

167 

łem ich na ślub, każde chciało wiedzieć, czy to 

drugie też zostało zaproszone. 

- Mój Boże - powiedziała Juliana ze współ­

czuciem. 

- Kiedy powiedziałem, że tak, mama oznaj­

miła, że nie przyjdzie, chyba że odwołam za­

proszenie taty. A tata domagał się tego samego. 

Odmówiłem obojgu, więc żadne się nie pojawiło. 

- Travis, to straszne. Postawili cię w okropnej 

sytuacji. Przecież nie mogłeś zaprosić tylko jed­

nego. Jak mogli tego nie rozumieć? Nie wiedzieli, 

jak byś się wtedy czuł? 

- Chyba niespecjalnie interesowały ich moje 

uczucia-powiedział Travis oschle. -Zawsze byli 

pochłonięci własnymi. Nie znosiłem jeździć do 

taty na weekendy, bo ciągle mi powtarzał, jaką 

mam beznadziejną matkę. A kiedy wracałem do 

domu, mama wypytywała mnie, co robi ojciec 

i z kim się umawia na randki. 

- Przecież to jakiś koszmar. 

- Ale w dzisiejszych czasach zdarza się dość 

często. Szczerze mówiąc, to nawet lepiej, że nie 

przyszli na mój ślub. Jestem pewien, że tym 

razem też nie przyjdą. Więc nie zawracaj sobie 

głowy zapraszaniem mojej rodziny. 

- Masz jakieś rodzeństwo? 

- Kilkoro przyrodnich braci i sióstr. Wkrótce 

po rozwodzie moi rodzice założyli nowe rodziny. 

Ja po trzech latach wyjechałem do college'u, więc 

background image

168 

MISTERNY PLAN 

nie miałem wielu okazji do spotkań i kontaktów 

z moim rodzeństwem. Mama i tata przypominali 

mi o ich istnieniu wtedy, gdy trzeba było dać 

jakieś pieniądze na ich kształcenie. 

Juliana zmarszczyła nos. 

- Jak cię znam, to chętnie płaciłeś. 

- Jasne, dlaczego miałbym nie płacić? Było 

mnie stać, a oni o tym wiedzieli. Do tej pory płacę 

rachunki za najmłodszą trójkę. Najstarsi skoń­

czyli studia w zeszłym roku i pracują w firmie, 

w której miałem paru znajomych. 

- I twoi rodzice tak po prostu zgodzili się, 

żebyś płacił za szkoły swojego rodzeństwa, żebyś 

załatwiał im pracę, ale nie mogli pofatygować się 

na twój ślub? 

- Widocznie uznali, że jako jedyny w rodzinie 

mogę rozwiązać problemy finansowe. I nie prze­

liczyli się. Ale nie musisz mi tak współczuć. Nie 

ma powodów. Co z tym sosem? Czekasz aż 

całkiem zastygnie czy podasz go z makaronem? 

Juliana zerwała się na równe nogi. 

- Makaron! Kompletnie zapomniałam. Nie 

znoszę rozgotowanego makaronu. Powinien być 

al dente. 

- Może ten sos będzie dobry z chlebem - po­

wiedział Travis, dokonując eksperymentu na 

swoim talerzu. 

- Travis - odezwała się Juliana znad zlewu, 

gdzie przelewała makaron do durszlaka - daj mi 

background image

Jayne Ann Krentz 

169 

adres do swoich rodziców. Uważam, że powin­

niśmy ich zaprosić bez względu na to, jak za­

chowali się przy twoim pierwszym ślubie. To 

było dawno temu. Może trochę złagodnieli przez 

ten czas. 

- Wątpię, ale rób, co uważasz. 

- Często widujesz swoich rodziców? 

- Raczej rzadko. Parę razy w ciągu ostatnich 

lat. Dzwonię do nich na urodziny, a oni do mnie. 

I chyba wszystkim to wystarcza. 

- Tak myślisz? 

Travis wziął jeszcze jeden kawałek chleba. 

Widocznie uznał eksperyment z sosem za udany. 

- Moi rodzice całkowicie poświęcili się swo­

im nowym rodzinom. Domyślam się, że chcieli 

zacząć nowe życie. 

Juliana spojrzała na niego szeroko otwartymi 

oczami, bo dotarł do niej głębszy sens tych 

słów. 

- A ty przypominałeś im o przeszłości, tak? 

Byłeś żywym dowodem, że już raz im się nie 

udało. Pewnie mieli poczucie winy, że stworzyli 

ci takie dzieciństwo i że przez tyle lat musiałeś 

być świadkiem ich kłótni. Ludzie nie lubią pat­

rzeć na tych, których skrzywdzili. 

- Kiedy wyjechałem do college'u, chyba 

wszyscy odetchnęliśmy w ulgą - powiedział 

Travis z zamyśleniu. - Ciekawe, że za drugim 

razem okazali się dużo lepszymi rodzicami. Moje 

background image

170 

MISTERNY PLAN 

przyrodnie rodzeństwo wygląda na całkiem 

szczęśliwe. I drugie małżeństwa moich rodziców 

też są chyba udane. 

- O cholera! - Juliana odkręciła kran i włożyła 

palec pod zimną wodę. 

- Sparzyłaś się? - spytał Travis z troską. 

- Trochę. Ale to nic takiego - powiedziała 

szybko. - Za chwilę przejdzie. Na szczęście 

makaron się nie rozgotował. 

„Całkowicie poświęcili się swoim nowym ro­

dzinom". 

Travis dość lakonicznie wyjaśnił brak bliż­

szych kontaktów z rodzicami, ale na Julianie 

zrobiło to ogromne wrażenie. Te słowa wciąż 

dźwięczały jej w uszach, kiedy siedziała w łóż­

ku, czekając, aż Travis wyjdzie z łazienki. 

Było oczywiste, że po rozwodzie rodziców 

Travis został sam. Nie stał się pełnoprawnym 

członkiem ani jednej, ani drugiej nowej ro­

dziny. 

Jego małżeństwo też się rozpadło, bo jego żona 

wróciła do swojego pierwszego męża. 

A pięć lat temu jego narzeczona wykorzystała 

go dla dobra swojej rodziny, a potem zerwała 

zaręczyny. 

Juliana musiała przyznać, że Travis nie miał 

zbyt dobrych doświadczeń. To jego porzucano. 

W sytuacji wyboru to jego wykluczano poza 

background image

Jayne Ann Krentz 171 

obręb rodziny. A jednocześnie ludzie wykorzys­

tywali go, kiedy to służyło ich interesom. 

Drzwi od łazienki otworzyły się i stanął w nich 

Travis z ręcznikiem na biodrach. Ziewnął szero­

ko, a Juliana pomyślała, że jest szalenie seksow­

ny, nawet kiedy ziewa. Wyglądał jak zwinne 

dzikie zwierzę, które jakimś cudem zawędrowało 

do jej białej sypialni. 

Travis zauważył, że Juliana mu się przygląda, 

i jego oczy rozbłysły. 

- Nadal myślisz, że jestem za niski? 

- Potrafisz to jakoś wynagrodzić. - Odłożyła 

książkę, którą właśnie czytała. - Rozmawiałam 

dziś z Melvinem. 

- Z tym dostawcą kawy? 

- Właśnie. Zapytałam, czy dostarcza też her­

batę. Powiedział, że tak. 

- Aha. - Travis nie wyglądał na szczególnie 

zainteresowanego rozmową. Podrapał się po kar­

ku i podszedł do łóżka. 

Juliana zaczęła rozwijać swój pomysł z typo­

wym dla niej entuzjazmem. 

- Ja naprawdę poważnie o tym myślę, Travis. 

Zauważyłeś, że wzdłuż całego wybrzeża aż po 

Waszyngton pojawiły się miliony barów kawo­

wych, ale ani jednej herbaciarni? 

- Widocznie jest jakiś powód - odpowiedział, 

rzucając ręcznik na krzesło. - Pieniądze robi się 

na kawie, bo nikt nie pije herbaty. 

background image

172 

MISTERNY PLAN 

- To nieprawda. Ja piję herbatę. - Widok 

nagiego ciała Travisa na chwilę rozproszył Julia-

nę. - Założę się, że mnóstwo ludzi pije herbatę. 

- W ukryciu, tak jak ty? Wątpię. - Wsunął się 

obok niej do łóżka. 

- Nie pijemy herbaty w ukryciu. Po prostu na 

mieście trudno znaleźć miejsca, gdzie podają 

dobrze zaparzoną herbatę. Nas nie zadowalają 

torebki moczone w letniej wodzie. Zamawiamy 

kawę, bo nie chcemy płacić za byle co. 

- Do czego zmierzasz? - Travis oparł się na 

poduszkach i sięgnął po papiery, które zostawił na 

nocnym stoliku. 

- Gdyby miłośnicy herbaty wiedzieli, że jest 

takie miejsce, gdzie mogą dostać naprawdę dobrą 

herbatę, na pewno by tam przychodzili. I jeszcze 

by kupowali ją do domu. Próbowaliby różnych 

gatunków z taką samą przyjemnością, z jaką inni 

wypróbowują gatunki kawy. 

Travis przebiegał wzrokiem kolumny liczb. 

Zmarszczył lekko brwi. 

- Chcesz dodatkowo serwować herbatę 

w Charismie? Nie ma problemu, zrób to. 

- Travis, nie rozumiesz. Nie chcę podawać 

herbaty w Charismie. Od paru miesięcy myślę 

o tym, żeby otworzyć lokal tylko z herbatą. 

A potem całą sieć. 

- Nie zrobisz tego. - Travis nawet nie pod­

niósł wzroku znad swoich papierów. 

background image

Jayne Ann Krentz 

173 

- Posłuchaj, mówię poważnie. To będzie pier­

wsza herbaciarnia w okolicy. 

- I ostatnia, bo wszyscy w okolicy piją kawę. 

Straciłaś na tyle dużo, że nie możesz już stracić 

ani grosza. Akurat ja to wiem. 

- Przyciągniemy bogatych klientów, tak samo 

jak do Charismy. Stworzymy modę na picie 

herbaty. Herbata pobudzająca dla biznesmenów. 

I będziemy sprzedawać herbatę z naszym włas­

nym logo. 

Travis mruknął coś z westchnieniem. Entu­

zjazm i determinacja w głosie Juliany sprawiły, 

że wreszcie na nią spojrzał. 

- Znowu czytałaś tę swoją książkę? 

- Jaką książkę? - spytała niewinnie. 

- O tej dziedziczce kawy z Bostonu, która 

miała wśród przodków czarownicę. Liście cze-

goś-tam autorstwa Lindy jakiej ś-tam. Przecież 

leży na twoim stoliku. 

- Liście fortuny Lindy Barlow - poprawiła go 

odruchowo. - To świetna powieść i bardzo mnie 

zainspirowała. 

- Raczej zaraziła złudzeniami. Nie zrobisz 

fortuny na herbacie, Juliano. Tylko kawa ma 

przyszłość, więc lepiej wykorzystaj świetne poło­

żenie Charismy. Jako twój doradca i wspólnik nie 

mogę pozwolić, żebyś trwoniła pieniądze i ener­

gię na jakiś poroniony interes. 

- Dobrze to sobie przemyślałam - powtórzyła 

background image

174 

MISTERNY PLAN 

z uporem. Nie wytrzymała jednak, widząc, że 

Travis znów pociera sobie kark. - O co ci tym 

razem chodzi? 

- O nic. Po prostu cały zesztywniałem, godzi­

nami przeglądając zeznania podatkowe Davida 

z ostatnich czterech lat. - Travis ułożył się wygod­

niej na poduszkach. 

Juliana odsunęła narzutę. 

- Połóż się na brzuchu, zrobię ci masaż. 

Zawahał się przez chwilę, a potem wzruszył 

ramionami. 

- Z przyjemnością. 

Zmienił pozycję, wzdychając ciężko, gdy Ju­

liana usiadła mu na udach. Fałdy jej koszulki 

muskały mu boki. 

Jakie ma wspaniałe mięśnie pleców, pomyślała 

Juliana, pochylając się do przodu, żeby rozmaso­

wać mu ramiona. Bardzo męskie i bardzo seksow­

ne. Na wewnętrznej części ud czuła delikatny 

dotyk włosów na jego nogach. Poruszyła się, żeby 

wygodniej usiąść. 

- Przestań się wiercić. - Głos Travisa był 

przytłumiony przez poduszki. 

- Przepraszam. - Juliana zaczęła masować 

jego barki, starając się uwolnić je od nagromadzo­

nego napięcia. 

- Cudownie. Gdybym wiedział, że potrafisz 

tak robić masaż, oświadczyłbym ci się już pierw­

szego dnia. 

background image

Jayne Ann Krentz 175 

- Chciałam, żebyś podziwiał moją inteligen­

cję, a nie zdolności manualne. A wracając do 

mojego pomysłu, to rozważałam go z każdej 

strony i mam już opracowany wstępny plan. 

Opowiem ci o nim, kiedy będziesz miał więcej 

czasu. Jestem pewna, że się uda. 

Travis nic nie odpowiedział. Zachęcona bra­

kiem negatywnej reakcji, Juliana mówiła nadal. 

Powoli jego mięśnie rozluźniały się. Gładząc jego 

plecy, Juliana zaczęła myśleć o czymś zupełnie 

innym niż otwieranie kolejnych herbaciarni. Czu­

­­ pod sobą twarde pośladki Travisa i zastanawia­

ła się, czy nadal jest zmęczony i czy masaż nie 

będzie miał również działania pobudzającego. Co 

nie przeszkadzało jej w mówieniu o herbacie. 

Kiedy po piętnastu minutach przerwała na 

chwilę swój monolog, zauważyła, że Travis już 

śpi. Była lekko rozczarowana. Masaż, który tak 

bardzo rozluźnił i uspokoił Travisa, u niej wywo­

łał wręcz przeciwny efekt. Uśmiechając się, zsu­

nęła się ze swojego śpiącego ogiera i położyła 

obok niego. 

- Nawet nie myśl, że uda ci się uniknąć 

rozmowy o moich planach - szepnęła i zgasiła 

światło. 

Travis nie zareagował. 

Dwa dni później Sandy wetknęła głowę do 

biura Juliany. 

background image

176 

MISTERNY PLAN 

- Pamiętaj, że w południe masz degustację 

- powiedziała. Zmarszczyła brwi na widok po­

gniecionych kartek papieru, które zaścielały pod­

łogę. - Co się tutaj dzieje? Piszesz swoją re­

zygnację? Chcesz przekazać Charismę mnie 

i Mattowi? Wiedziałam, że to się kiedyś stanie. 

Już nawet zaplanowaliśmy, że otworzymy salę 

z lodami. 

Juliana przekreśliła kolejną wersję listu, który 

próbowała ułożyć przez cały poranek. 

- Problem z właścicielem jest taki, że trudno 

mu się rozstać z własnym interesem. Możecie 

zapomnieć o swoim lodowym imperium. Piszę 

list do rodziców Travisa. 

- Chcesz się im przedstawić? 

- Tak. I zaprosić ich na ślub. 

Sandy popatrzyła na pomięte kartki. 

- A co w tym trudnego? 

- Muszę dobrać właściwe słowa. Nie przyszli 

na pierwszy ślub Travisa i on jest przekonany, że 

na ten też nie przyjdą. Rozwiedli się i od tego 

czasu nie są ze sobą w najlepszych stosunkach. 

Nie daliby się położyć w jednym grobie, a cóż 

dopiero przyjść razem na wesele syna. 

- Towarzysko sytuacja dość skomplikowana. 

Juliana westchnęła. Bębniła długopisem o blat 

biurka. 

- Zachowują się jak dzieci. Aż trudno w to 

uwierzyć. 

background image

Jayne Ann Krentz 

177 

- Ludzie często tak robią. Nic na to nie pora­

dzisz. 

- Rozwiedli się dawno temu i założyli nowe 

rodziny. Chyba już czas, żeby sobie przypomnie­

li, że mają też pierworodnego syna. 

Sandy wzruszyła ramionami. 

- Przypomną sobie, kiedy okaże się, że mają 

wnuka. Z moich obserwacji wynika, że im bar­

dziej ludzie się starzeją, tym bardziej zależy im na 

potomkach. 

Juliana spojrzała na nią z zainteresowaniem. 

- Wiesz co, Sandy, to nadzwyczaj bystra uwaga. 

- Przecież ci powtarzam, odkąd mnie zatrud­

niłaś, że jestem nadzwyczaj bystra. - Sandy 

skrzyżowała ramiona na piersi i oparła się o fut­

rynę. - Jak zamierzasz skłonić rodziców Travisa, 

żeby przyszli na ślub? 

- Próbowałam być miła i układna. - Juliana 

wskazała ręką na kartki leżące na podłodze. - Że 

będę wspaniałą synową, że bardzo chcę poznać 

rodziców swojego męża i tak dalej. Ale po roz­

mowie z tobą chyba zmienię taktykę. 

- Na jaką? 

- Zacznę im grozić. 

Sandy uniosła brwi ze zdziwienia. 

- Czym im będziesz grozić? 

- Jeszcze nie wiem. Muszę się zastanowić. -

Juliana wstała z krzesła. - Wszystko gotowe do 

degustacji? 

background image

178 

MISTERNY PLAN 

- Gotowe. Chciałaś dziś zrobić porównanie 

gatunków indonezyjskich, hawajskich i meksy­

kańskich, tak? 

Juliana skrzywiła się. 

- Zgadza się. 

- Twój entuzjazm jest zaraźliwy - roześmiała 

się Sandy. - Na pewno nie możesz się doczekać. 

Ale te degustacje, które prowadzisz od miesiąca, 

naprawdę zwiększyły sprzedaż. W barze już jest 

tłum ludzi. 

- Najgorsze, że podczas degustacji sama mu­

szę to pić - jęknęła Juliana. - Ale w biznesie 

trzeba się poświęcić. 

Zanim Juliana wyszła z biura, zadzwonił tele­

fon. Sięgnęła po słuchawkę, mając nadzieję, że to 

Travis. 

- O, cześć Melvin. 

- Słyszę, że jesteś rozczarowana. I to po tym 

wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? 

Juliana zachichotała. 

- Po prostu spieszę się. Za chwilę mam degus­

tację. 

- Więc będę się streszczał. Mam dla ciebie ten 

gatunek starej kawy z Sumatry. Dostarczę ci po 

południu. 

- Świetnie. Klienci ciągle o nią pytają. Chyba 

robi na nich wrażenie określenie „stary gatunek". 

- Bo pewnie kojarzy im się z winem - powie­

dział Melvin z roztargnieniem. - Chociaż stara 

background image

Jayne Ann Krentz 179 

kawa to nie to samo co stare wino. Dla mnie ma 

trochę niewyraźny smak. Ale ta Sumatra jest 

całkiem niezła. Dobra do mieszanek. A jak plany 

herbaciarni? 

- Omawiam je z moim wspólnikiem. 

- Mam rozumieć, że jeszcze nie przekonałaś 

go do swojego pomysłu? Jestem zaskoczony. 

Kim jest ten twój narzeczony? Ma chyba żelazną 

wolę, skoro nie udało ci się przerobić go na swoją 

modłę. Nie znam nikogo, kto by tak długo znosił 

kłótnie z tobą. 

- Wcale się nie kłócimy, jedynie rozważamy 

różne możliwości - powiedziała Juliana ostro, 

nieco zirytowana. - I nie rób ze mnie jakiejś 

jędzy. Myślisz, że jestem jedną z tych bezwzględ­

nych kobiet, których mężczyźni nie znoszą? 

- Tego nie powiedziałem - zaprotestował Mel-

vin pospiesznie. - Chodziło mi o to, że jesteś 

bardzo silną osobą i umiesz dostać to, na czym ci 

zależy. Zdziwiło mnie, że ten facet, z którym 

jesteś zaręczona, jeszcze się nie poddał i nie 

przyznał ci racji. 

- Do widzenia, Melvin. Dopilnuj, żeby kawa 

dotarła do mnie przed trzecią, albo znajdę sobie 

innego dostawcę. - Rzuciła słuchawkę na widełki 

i popatrzyła na Sandy. 

- Coś nie tak? - spytała Sandy grzecznie. 

- Powiedz mi prawdę. Uważasz, że jestem 

silna, a nawet nieco agresywna? Że jestem 

background image

180 

MISTERNY PLAN 

kobietą, która zdobędzie to, co chce, bez względu 

na to, ilu nieszczęsnych mężczyzn stanie jej na 

drodze? 

Sandy uśmiechnęła się szeroko. 

- Tak uważam. I bardzo cię za to podziwiam. 

Jesteś dla mnie wzorem. Kiedy będę duża, chcia­

łabym być taka jak ty. 

- To świetnie. Bo już się martwiłam, że zarę­

czyny mogły mieć niekorzystny wpływ na mój 

charakter. Chodź, wypijemy trochę kawy. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Travis ślęczał nad papierami, które porozkła­

dał na kuchennym stole. Usłyszał, że Juliana 

otwiera i zamyka drzwi lodówki tak, żeby zrobić 

przy tym jak najmniej hałasu. Kątem oka widział, 

że otwiera pudełko, które właśnie wyjęła z za-

mrażalnika. Od paru minut była czymś zajęta, ale 

stała tyłem, więc nie wiedział, co przygotowuje. 

Zauważył jedynie skórkę od banana. 

- Mam dość -powiedział, odkładając ołówek. 

- Co ty tam robisz? 

- Coś pysznego. Powinieneś odpocząć. Sie­

dzisz nad tym od kolacji. 

Travis westchnął głęboko. 

background image

182 

MISTERNY PLAN 

- Masz rację, czas na przerwę. 

- Jakieś wieści od Bickerstaffa? 

- Nie. 

- Czy to coś znaczy? 

- Tylko tyle, że się nadal zastanawia. 

- Jestem pewna, że się zgodzi. 

Travis pokręcił głową, jak zwykle nieco przy­

tłoczony bezgraniczną wiarą Juliany w jego sku­

teczność. Mógł się jedynie domyślać, co się 

stanie, kiedy ta wiara legnie w gruzach. Juliana to 

bizneswoman, oczekująca od niego wywiązania 

się z ich umowy. A jeżeli mu się nie uda, to... 

- Jak tam przygotowania do zaręczynowego 

przyjęcia? - spytał. 

- Świetnie. - Juliana wyjęła z szafki paczkę 

orzechów. - Zamówiłam w Treasure House salę 

na czternastego. 

- Dlaczego w Treasure House? 

- Z powodów sentymentalnych. Tam mi się 

oświadczyłeś. 

- Niedokładnie. W odróżnieniu od mężczyzn, 

którzy oświadczali ci się w restauracjach, ja 

wykazałem się pewną pomysłowością. Zabrałem 

cię do portu, nie pamiętasz? 

- O, to są tylko drobne szczegóły. Jesteś prze­

wrażliwiony, bo wpadłeś wtedy do wody. - Sięg­

nęła po słoik z sosem czekoladowym. 

- Nie wpadłem, tylko zostałem wepchnięty. 

Co ty tam robisz? 

background image

Jayne Ann Krentz 183 

- Niespodzianka, musisz być cierpliwy. Roz­

mawiałam dzisiaj z Melvinem. 

- No i co? - Travis zebrał się w sobie do walki. 

Wiedział, co teraz nastąpi. 

- Pytał, jak tam plany otwarcia herbaciarni. 

Powiedziałam, że nadal omawiamy ten projekt, 

ale że sprawy szybko idą do przodu. 

- Nie posunęły się o centymetr, dobrze o tym 

wiesz - powiedział Travis łagodnie. - Nie ot­

worzysz herbaciarni i tyle. 

- Jesteś oporny, bo masz na głowie tyle innych 

rzeczy. Wrócimy do szczegółów, jak tylko wyja­

śni się sprawa hotelu. 

- Nie wrócimy, bo nie ma do czego wracać. 

Żadnych herbaciarni. Gdybym się zgodził na twój 

szalony plan, nie byłbym nawet głupcem. Pono­

siłbym karną odpowiedzialność za zaniedbanie 

swoich obowiązków doradcy. 

- Ale przecież mówiłeś, że umiem prowadzić 

interesy. 

- To prawda. Jesteś bystra i trzeźwo myślisz. 

Z wyjątkiem sytuacji, kiedy się emocjonalnie 

angażujesz, czego przykładem jest pożyczenie 

pieniędzy Davidowi, a ostatnio pomysł z herbaciar­

nią. Czasami po prostu pozwalasz, żeby uczucia 

wzięły górę nad rozsądkiem. Tak się nie robi 

interesów, wiemy to oboje. - Travis wrócił do 

swoich papierów, myśląc, że sam też pozwolił, by 

uczucia pokierowały nim w interesach. 

background image

184 

MISTERNY PLAN 

- Jestem przekonana, że w herbaciarniach 

kryją się ogromne możliwości - powiedziała 

Juliana pojednawczo. Zaczęła otwierać słoiczek 

w wisienkami maraskino. 

- Herbaciarnie nie mają żadnej przyszłości. 

- Ja zrobię na nich dobry interes. 

- Nikt nie zrobi na nich dobrego interesu. 

Herbata może być co najwyżej dodatkiem do 

działalności Charismy, i to wszystko. 

- Doceniam twoje doświadczenie jako dorad­

cy. - Juliana powoli zaczynała tracić cierpliwość. 

Gwałtownym szarpnięciem otworzyła szufladę 

i wyjęła z niej łyżkę. - Zapewniam cię, że będę 

pamiętała o twoich uwagach przy podejmowaniu 

decyzji. 

- Nie możesz podejmować takich ważnych 

decyzji bez mojej zgody - przypomniał jej spo­

kojnie. - Jestem nie tylko twoim doradcą, ale 

także wspólnikiem. Nie zapominaj o tym. 

- Nie zapominam. - Juliana odwróciła się do 

niego, trzymając w rękach swoje kulinarne dzie­

ło. Oczy błyszczały jej wojowniczo. - A ty bądź 

łaskaw pamiętać, że osiągnęłam swoją pozycję 

tylko dzięki sobie. Dobrze wiem, co robię. 

- Z reguły tak. Ale każdy ma swój słaby punkt. 

Twoim są herbaciarnie. No i oczywiście Flame 

Valley. 

- Jesteś dziś wyjątkowo zrzędliwy. Może to 

poprawi ci humor. 

background image

Jayne Ann Krentz 

185 

Travis zatrzymał wzrok na najbardziej okaza­

łym deserze, jaki kiedykolwiek widział. Między 

połówkami banana leżały trzy ogromne kulki 

lodów, a wszystko było hojnie udekorowane bitą 

śmietaną, polewą czekoladową, orzechami i wi­

sienkami maraskino. 

- Jest taka szansa - zgodził się. 

- Jak ci się podoba? - Łokciem odsunęła 

papiery na bok i postawiła lody na stole. 

-

 Ostatni raz jadłem taki deser, kiedy miałem 

osiem lat. Ale tamten nie był taki wielki. - Travis 

wziął do ręki łyżkę i zastanawiał się, od czego 

zacząć. 

- Uznałam, że potrzebny ci zastrzyk energii. 

- Juliana przechyliła się przez stół i nabrała łyżką 

porcyjkę lodów. - Wróćmy do herbaciarni. 

Co za uparta kobieta, pomyślał Travis, czując 

jednak pewien podziw. 

- Już ci mówiłem, daj sobie z tym spokój. 

Twoja przyszłość i pieniądze to kawa. - Ostrożnie 

podniósł do ust dużą porcję lodów z orzechami. 

- Ale ja chcę spróbować. 

- Posłuchaj, jak będę miał więcej czasu, to 

usiądziemy spokojnie i wyjaśnię ci, dlaczego 

nie uda ci się zarobić na herbacie. Na razie 

mam po uszy roboty. 

- Do diabla! - Juliana zerwała się na równe 

nogi. Jej oczy błyszczały. - Ty mnie w ogóle nie 

słuchałeś! 

background image

186 

MISTERNY PLAN 

Travis nabrał na łyżkę następną porcję lodów. 

- Ależ słuchałem. To naprawdę kiepski po­

mysł. Jako twój wspólnik nie mogę się na niego 

zgodzić. Nie ma o czym gadać. 

- A ja i tak zrealizuję swoje plany - syknęła, 

kładąc ręce na biodrach. 

- Nie wolno ci nic zrobić bez mojej zgody. 

- A tobie nie wolno mi rozkazywać! Jeszcze 

nie zasłużyłeś na swoje honorarium. Dopóki nie 

uratujesz Flame Valley, nie jesteś moim wspól­

nikiem. 

- Mylisz się. Ustaliliśmy, że honorarium mi 

się należy, bez względu na to, co się stanie 

z Flame Valley. 

Juliana stanęła na środku kuchni z rękami 

skrzyżowanymi na piersiach. Wyglądała na goto­

wą do walki. 

- Charisma jest moja, ja ją stworzyłam. Dob­

rze, jesteś w spółce, ale to ja jestem starszym 

wspólnikiem. Radzę ci to zapamiętać. Ja będę 

podejmować decyzje dotyczące mojej firmy i ko­

niec. Nie myśl sobie, że skoro się ze mną żenisz, 

to możesz mi mówić, co mam robić. 

Travis westchnął. Wiedział, że ta rozmowa jest 

nieuchronna, ale miał nadzieję, że nie dojdzie do 

niej dzisiaj. 

- A ty nie myśl, że skoro ci się oświadczyłem, 

to możesz mnie wszędzie zaciągnąć jak bezwol­

nego byka z kółkiem w nosie - odciął się. 

background image

Jayne Ann Krentz 

187 

- Ty mułowaty, uparty, tępy sukin... Nawet 

jesteś podobny do byka. I to rogatego. - Juliana 

odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni. 

Po chwili trzasnęły drzwi do sypialni. 

Travis pomyślał, że to był wspaniały przykład 

ataku złości. Wrócił do swoich papierów, żałując, 

że przed wybuchem Juliany nie zdążył zjeść 

więcej lodów. I nawet nie ruszył jeszcze banana. 

Uśmiechnął się lekko. Przy Julianie mężczyzna 

albo zachowa wieczną młodość, albo da się 

sponiewierać. I na pewno nigdy nie będzie się 

nudził. 

Po godzinie Juliana znów pojawiła się w ku­

chni. Travis najpierw poczuł jej obecność za sobą, 

dopiero potem odwrócił się. Stała boso, oparta 

o framugę. Rude loki opadały jej na ramiona. 

Miała na sobie najbardziej seksowną - zdaniem 

Travisa - ze swoich nocnych koszulek. Czarną, 

przezroczystą, z koronkowymi kwiatkami strate­

gicznie rozmieszczonymi na najbardziej newral­

gicznych miejscach kobiecego ciała. 

- Postanowiłam, że ci wybaczam - powie­

działa nieco ochryple. 

Na dźwięk tego głosu Travis poczuł podnie­

cenie. 

- Chyba mam dzisiaj szczęście. 

- W ogóle nie powinnam była zaczynać dziś 

tego tematu. Masz na głowie Flame Valley 

background image

188 

MISTERNY PLAN 

i trudno wymagać, żebyś zajmował się teraz 

czymś innym. 

Travis uznał, że nie czas tłumaczyć, że jego 

decyzja w sprawie herbaciarni nie ma nic wspól­

nego z tym, jak bardzo jest zajęty. 

- Jesteś pewna, że nie posługujesz się seksem, 

żeby przekonać mnie do swojego fantastycznego 

pomysłu? 

Uśmiechnęła się z rozbrajającą niewinnością. 

- Taka perfidna myśl nigdy nie przyszłaby mi 

do głowy. 

- Szkoda. Chętnie bym się przekonał, jak to 

jest być ofiarą takiego traktowania. 

Juliana wyciągnęła do niego rękę zachęcają­

cym gestem. 

- Moglibyśmy trochę poudawać. 

- Czemu nie. Odgrywanie różnych fantazji 

nieźle nam idzie. - Podniósł się i podszedł do niej. 

Była naprawdę fantastyczna. Nigdy w życiu nie 

spotkał podobnej kobiety i w głębi duszy był 

pewien, że nigdy podobnej nie spotka. Nie po­

zwoli jej sobie odebrać. Tej fantazji postanowił 

trzymać się z całych sił. 

- Coś się stało? - spytała, zauważywszy zmia­

nę w wyrazie jego twarzy. 

- Nie. - Stanął tuż obok niej. - Nic się nie 

stało. 

Wiedział jednak, że to nieprawda. Każdy dzień 

bez odpowiedzi od Bickerstaffa odbierał mu ko-

background image

Jayne Ann Krentz 

189 

lejną cząstkę nadziei, że uda mu się ocalić hotel. 

Postanowił jednak dziś o tym nie myśleć. Nie 

teraz, kiedy Juliana była tak blisko. Pocałował ją 

z gwałtownością, która trochę ją zaskoczyła. 

Zawahała się przez moment, ale odpowiedziała 

jak zwykle, całą sobą. 

- Czy już jesteś gotowy zmienić zdanie 

w sprawie herbaciarni? - szepnęła, muskając go 

wargami w szyję. 

- Nie, ale uważam, że jestem szczęściarzem. 

- Zaczął pieścić jej ucho. - Czy po każdej kłótni 

będziesz mi wybaczać w ten sposób? 

- Chyba tak. Jakoś nie umiem chować urazy. 

- Rozpięła mu powoli koszulę. W jej oczach kryło 

się zmysłowe pożądanie, kiedy paznokciami deli­

katnie obrysowywała jego płaskie brodawki. 

- Wiem o tym - przyznał miękko. - Będziesz 

na mnie krzyczeć, trzaskać drzwiami, a potem 

założysz seksowną bieliznę i zaczniesz mnie 

uwodzić. Jestem bez szans. 

- Miękniesz jak wosk w moich rękach - po­

wiedziała, przyciskając się mocniej do niego. 

Odpięła mu pasek i rozsunęła suwak spodni. 

- Czy ta myśl cię nie przeraża? 

- Chyba podejmę to ryzyko. - Przesuwał dło­

nią w dół jej brzucha. Zatrzymał się na koron­

kowym kwiatku, który miał zasłaniać ciemniej­

szy trójkącik. Zacisnął lekko palce i pieścił ją 

delikatnie przez cienki materiał, aż poczuł, że 

background image

190 

MISTERNY PLAN 

topnieje w jego objęciach. Jęknął cicho, czując jej 

dotyk na sobie. Wziął ją na ręce, zaniósł do 

sypialni i położył na łóżku. 

Szybko zrzucił z siebie ubranie, objął mocno 

Julianę i przekręcił się na plecy. Z zachwytem 

patrzył jej piękne, płonące namiętnością ciało, 

pragnące go, oddające mu się bez reszty. 

Sięgnął do jej piersi i ugniatał je delikatnie, aż 

brodawki nabrzmiały jak pąki, a wtedy potarł je 

lekko dłońmi. Juliana wstrzymała oddech. Travis 

czuł, jak zaciska się wokół niego; z trudem 

utrzymywał resztki samokontroli. 

Juliana zaczęła oddychać coraz szybciej. Od­

chyliła głowę do tyłu, włosy opadały jej na 

ramiona jak wzburzona fala. Travis uniósł się 

i przełożył ją na plecy. Wyciągnęła ramiona, 

przyciągnęła go do siebie, a wtedy on poddał się 

jej i odpłynął do innego świata. 

Travis poczuł, że Juliana poruszyła się lekko. 

- Śpisz? - spytała cicho. 

- Nie. - Nie mógł zasnąć, zastanawiając się, 

czy powinien rano zadzwonić po raz kolejny do 

Bickerstaffa. Bickerstaff nie powinien się domyś­

lić, że mu na tym aż tak bardzo zależy, bo mógłby 

się spłoszyć. 

- Przepraszam za tę awanturę. Ale Charisma 

zawsze była moja. Zawsze sama podejmowałam 

wszystkie decyzje. 

background image

Jayne Ann Krentz 

191 

- Wiem - powiedział, gładząc ją po udzie. 

- Chyba tak samo jest, kiedy się samotnie 

wychowuje dziecko. Trudno potem uznać czy-

jekolwiek prawo do decydowania o jego przy­

szłości. 

Travis nic nie odpowiedział. Jak zwykle wolał 

trzymać się jak najdalej od tematów związanych 

z dziećmi. Wiedział, że za jakiś czas będzie 

musiał się nad tym zastanowić, ale chciał, żeby to 

się stało jak najpóźniej. 

-' Travis? 

- Słucham? 

- Zdaję sobie sprawę, że zależy ci na przyszło­

ści Charismy, ale... 

- Ale nie chcesz, żebym mówił, co jest dla 

Charismy dobre, o ile to nie jest zgodne z tym, co 

ty uważasz za słuszne? 

- Właśnie. 

- Podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie. 

A wiesz, że emocje przeszkadzają w robieniu 

interesów. Lepiej nie mieszać jednego z drugim. 

- Ale czasem to się zdarza, prawda? 

Travis pomyślał o swojej obecnej sytuacji. 

Zemsta, interesy i pożądanie połączyły się w taki 

węzeł, że nie był pewien, czy uda mu się go 

rozplątać. 

- Tak, czasami to się zdarza - przyznał cicho. 

Juliana odczekała kolejne dwa dni, zanim 

background image

192 

MISTERNY PLAN 

postanowiła poruszyć temat, którego jeszcze nie 

omawiali. Miała nadzieję, że Travis wyjdzie 

z nim pierwszy, ale ponieważ tak się nie stało, 

zniecierpliwiona postanowiła wziąć sprawę 

w swoje ręce. 

Uznała, że najlepiej zrobić to jakby od nie­

chcenia, w jakiejś niezobowiązującej sytuacji. 

Wyciągnęła Travisa na spacer po plaży i z wolna 

zaczęła dążyć do sedna. 

- Zamieszkasz u mnie, dopóki nie wybierze­

my czegoś na stałe? - spytała. 

- Twoje mieszkanie jest w sam raz. Jeżeli 

o mnie chodzi, możemy tam zostać na stałe. 

- Nie jest trochę za małe? 

- Dla dwojga ludzi w zupełności wystarczy 

- powiedział beztrosko. - Właściwie już się do 

ciebie przeprowadziłem i jakoś się mieścimy. 

To była prawda. Wprawdzie dla Juliany wciąż 

było pewnym zaskoczeniem, kiedy po otwarciu 

garderoby widziała na wieszaku rząd męskich 

koszul, ale powoli się do tego widoku przy­

zwyczajała. Na początku skarżyła się, że Travis 

zużywa całą ciepłą wodę, biorąc poranny prysz­

nic, ale problem sam się rozwiązał, od kiedy 

zaczęli chodzić pod prysznic razem. Ich dotych­

czasowe życie pod jednym dachem przebiegało 

bez większych zakłóceń. 

Uwagi o wielkości mieszkania nie sprowadzi­

ły rozmowy na oczekiwane przez Julianę tory, 

background image

Jayne Ann Krentz 193 

więc musiała poszukać innej drogi. Tylko delikat­

nie, powtarzała sobie, musisz to zrobić z wy­

czuciem. 

- Wszystko już jest gotowe na zaręczynowe 

przyjęcie - zakomunikowała. - W najbliższy 

piątek o siódmej wieczorem. Przyjdą niemal 

wszyscy zaproszeni goście. Nawet moi rodzice 

przylecą z San Francisco. Rozmawiałam kilka 

razy z kucharzem Treasure House. Będzie fantas­

tyczne jedzenie. 

- To świetnie. 

Obojętny ton głosu Travisa zaniepokoił Julia-

nę. Miała wrażenie, że ostatnio słyszy go coraz 

częściej. Przez chwilę szukała sposobu, żeby od 

przyjęcia przejść łagodnie do tematu, który ją 

nurtował, ale zrezygnowała. Trudno, nie będzie 

delikatna. Dłużej już nie mogła czekać. Musi 

chwycić byka za rogi. 

- A co by było - spytała znienacka - gdybym 

ci powiedziała, że jestem w ciąży? 

I niemal w tej samej chwili pożałowała tych 

słów. Travis zatrzymał się gwałtownie i spojrzał 

na nią ze złością. 

- Słucham? 

Juliana zrozumiała, że poddała Travisa praw­

dziwej terapii szokowej. 

- Zastanawiałam się, jak byś się czuł, gdyby 

się okazało, że jestem... 

- Nie jesteś w ciąży - przerwał jej ostro. - Nie 

background image

194 

MISTERNY PLAN 

możesz być w ciąży. Przecież się zabezpiecza­

liśmy. 

- Wiem, ale... 

- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś w ciąży? 

- spytał przez zaciśnięte zęby. 

- Nie, oczywiście że nie. To było pytanie 

hipotetyczne. 

- Hipotetyczne? Zwariowałaś? Takich pytań 

nie rzuca się bez powodu. 

- No dobrze, może ujęłam to niezbyt zręcznie. 

- Bardzo niezręcznie. 

Patrzył na nią z takim samym wyrazem twarzy 

jak wówczas, kiedy rozmawiał z Elly na tarasie 

przy basenie. Była wstrząśnięta, ale szybko się 

opanowała. 

- Przepraszam - powiedziała cicho. - Nie 

chciałam cię zdenerwować. Pomyślałam tylko, że 

powinniśmy wreszcie porozmawiać o dzieciach. 

Do tej pory unikaliśmy tego tematu. 

Przez chwilę przyglądał jej się z nieprzenik­

nionym wyrazem twarzy, a potem spojrzał ponad 

jej ramieniem na ocean. 

- To prawda. Ale miałem wrażenie, że nie 

jesteś szczególnie zainteresowana posiadaniem 

dzieci. Odkąd cię poznałem, byłaś pochłonięta 

jedynie planami rozwijania Charismy. Nie wspo­

minałaś, że chcesz mieć dzieci. 

- Nie myślałam o dzieciach, dopóki nie spot­

kałam ciebie - przyznała. - Nie było na to ani 

background image

Jayne Ann Krentz 

195 

odpowiedniej pory, ani odpowiedniego mężczyz­

ny. Ale mamy wziąć ślub, nie jesteśmy już zbyt 

młodzi, więc... - zawiesiła głos. 

- Więc uznałaś, że chcesz mieć dzieci. - Tra­

vis ze znużeniem przymknął na chwilę oczy. 

A kiedy je otworzył, jego spojrzenie było jeszcze 

bardziej nieprzeniknione niż zwykle. 

Juliana wzięła głęboki oddech. 

- Czy to oznacza, że ty nie chcesz? 

Zaczął pocierać sobie kark. 

- To nie jest najlepsza pora, żeby o tym 

rozmawiać. 

- A kiedy będzie lepsza pora? - Przyglądała 

mu się z niepokojem. - Jeżeli nie chcesz mieć 

dzieci, powinnam to wiedzieć teraz. 

- Dzieci bardzo komplikują życie. 

- Życie w ogóle jest skomplikowane. Czego ty 

się obawiasz? 

- Doskonale wiesz, czego. Nie bądź naiwna. 

Jeżeli między nami przestanie się układać, to ktoś 

inny będzie z tego powodu cierpiał. 

Wstrzymała oddech. 

- Już myślisz o rozwodzie? 

- Oczywiście, że nie. Ale bądźmy realistami. 

Połowa małżeństw się rozpada, a duża część 

rozstałaby się natychmiast, gdyby tylko lekko ich 

do tego popchnąć. 

- Więc co sugerujesz? Żeby ludzie w ogóle 

nie mieli dzieci? 

background image

196 

MISTERNY PLAN 

- Sugeruję, że powinni się głęboko zastano­

wić, zanim podejmą taką brzemienną w skutki 

decyzję. - Znów ruszył wzdłuż plaży. 

- Zgadzam się z tobą. Na świat powinny 

przychodzić dzieci chciane i planowane. Ale 

jeżeli dwoje ludzi chce się naprawdę ze sobą 

związać i chcą mieć razem dzieci, to nie powinni 

się tego obawiać. 

- Juliano, czy musimy teraz o tym rozma­

wiać? 

Zauważyła, że ma wilgotne dłonie, poczuła się 

słabo. Po raz pierwszy odkąd poznała Travisa, 

zaczęły ogarniać ją wątpliwości. Może rzeczywi­

ście postawiła na niewłaściwego mężczyznę? 

- Nie - powiedziała. - Nie musimy teraz o tym 

rozmawiać. 

- To dobrze. - Spojrzał na zegarek. - Muszę 

wracać do biura. Bickerstaff wciąż nie dzwoni, 

więc powinienem się odezwać do paru innych 

osób. 

- Rozumiem. Też powinnam wracać do Cha-

rismy. Mam mnóstwo pracy. Muszę porozma­

wiać z Mattem i Sandy o paleniu nowych gatun­

ków, które właśnie sprowadziłam. - Próbowała 

przywołać na twarz zwykły uśmiech, ale nie 

bardzo jej się to udało. 

Travis rzucił na nią krótkie spojrzenie, od­

wrócił się i ruszył w kierunku parkingu. Po drodze 

do miasta niewiele ze sobą rozmawiali. 

background image

Jayne Ann Krentz 

197 

Juliana odwiozła Travisa do biura i pojechała 

wolno do swojego mieszkania. Paleniem nowych 

gatunków kawy zajmie się kiedy indziej. 

Zatrzymała swoje czerwone coupe na podjeź­

dzie i weszła do mieszkania. Pierwszą rzeczą, 

jaką zrobiła, było nastawienie wody na herbatę. 

Drugą rzeczą, jaką zrobiła, było nieodebranie 

telefonu, który zadzwonił po dwóch minutach. 

Zaparzyła herbatę i usiadła przy kuchennym 

stole. Patrzyła bezmyślnie przez okno, kiedy za­

uważyła samochód Elly wjeżdżający na parking. 

Telefon mogła zignorować, ale nie dzwonek do 

drzwi. Nie mogła udawać, że jej nie ma w domu. 

- Nareszcie cię znalazłam - zawołała Elly, 

stojąc w otwartych drzwiach. - Zajrzałam do 

Charismy, ale powiedziano mi, że nie wróciłaś po 

lunchu. Nie odbierałaś telefonu, więc pomyś­

lałam sobie, że wpadnę po drodze do Flame 

Valley. Co się stało? 

- Nic. Czemu pytasz? 

- Nie udawaj. Nigdy nie wracasz do domu 

w środku dnia. - Elly minęła Julianę i poszła 

prosto do kuchni. -I pijesz herbatę w samotności. 

Mów, co się dzieje. 

- Elly, proszę, jestem zmęczona, nie mam 

nastroju na towarzyskie rozmowy. 

Elly popatrzyła na nią badawczo. 

- Coś się stało, tak? Tylko nie próbuj mnie 

okłamywać, za długo się znamy. 

background image

198 

MISTERNY PLAN 

- Miałam ciężki dzień. - Juliana usiadła przy 

stole i sięgnęła po filiżankę z herbatą. 

- Ja też. I dlatego chciałam z tobą poroz­

mawiać. Bardzo się martwię o Davida i o to, 

co się stanie, jeżeli ten Bickerstaff nie przyjmie 

propozycji Travisa. 

Juliana pokiwała głową bez specjalnego zain­

teresowania. 

- Wiem, że się martwisz. 

- Teraz jednak - ciągnęła Elly, siadając przy 

stole naprzeciwko swojej kuzynki - dużo bardziej 

martwię się o ciebie. Takie zachowanie zupełnie 

do ciebie nie pasuje. 

- Skąd wiesz? Przecież dopiero przyszłaś. 

- Wiem. Normalnie błyszczysz jak koloro­

wy neon. A teraz wyglądasz, jakby cię ktoś wy­

łączył. 

Pomimo fatalnego nastroju, Juliana zdobyła się 

na uśmiech. 

- Całkiem trafiona analogia. 

- Chodzi o Travisa, tak? Opowiadaj. 

- Nie ma o czym opowiadać. Zastanawiam 

się, czy przypadkiem nie popełniam błędu. 

Elly uniosła brwi. 

- Nie wierzę własnym uszom. Nie powstrzy­

mały cię moje prośby, zlekceważyłaś ostrzeżenia 

swoich rodziców i mojego ojca, a teraz nagle 

mówisz, że być może popełniasz błąd? Jestem 

zszokowana. No to mów. Co się dzisiaj stało? 

background image

Jayne Ann Krentz 

199 

- Spytałam Travisa, jak by się czuł, gdybym 

zaszła w ciążę. Był wściekły. 

- Jesteś w ciąży? 

- Nie. To było pytanie hipotetyczne. Próbo­

wałam jakoś delikatnie wprowadzić temat dzieci. 

- Mężczyźni nie radzą sobie z hipotetycznymi 

pytaniami - zauważyła Elly z niezwykłą trafnoś­

cią. - Facet chyba przeżył największy szok 

w swoim życiu. Ma głowę zaprzątniętą tylko tym, 

jak uratować Flame Valley, a ty nagle wyjeżdżasz 

z czymś takim. 

- Nie uspokoił się nawet wtedy, kiedy powie­

działam, że chciałam jedynie przedyskutować 

kwestię posiadania dzieci. - Juliana spojrzała 

kuzynce w oczy. - On chyba nie chce być ojcem, 

Elly. Zdaje się, że próbuje się wykręcić. 

- Co to znaczy? 

-- Chyba nie do końca jest przekonany, że 

nasze małżeństwo przetrwa. A ponieważ jako 

dziecko zapłacił wysoką cenę za rozwód swoich 

rodziców, teraz nie chce wiązać sobie rąk. 

- Chyba zaczynam rozumieć, na czym po­

lega problem. Ale dziwię się, że tak cię to 

załamało. Zwykle podejmujesz każde wyzwa­

nie. Zazdrościłam ci tej pewności siebie. Nic 

nie mogło jej zachwiać. Nawet kiedy coś ci 

się nie udało, szybko stawałaś na nogi. Zawsze 

byłaś silna. 

- Ale teraz wcale się tak nie czuję. Mówiąc 

background image

200 

MISTERNY PLAN 

prawdę, jestem przerażona. Czekałam na niego 

całe życie. Od chwili, kiedy pojawił się w Charis-

mie, byłam pewna, że jest tym właściwym męż­

czyzną. Byłam gotowa rzucić się na niego i po­

wiedzieć mu, że ma się ze mną ożenić. Panowa­

łam nad sobą do czasu, kiedy on... kiedy po raz 

pierwszy poszliśmy ze sobą do łóżka. 

Elly wpatrywała się w blat stołu. 

- Byłaś go pewna nawet po tej scenie, którą 

zrobiłam na tarasie w Flame Valley. Byłaś na 

niego wściekła, ale nadal uważałaś, że tylko on 

i żaden inny. 

Juliana skinęła głową. 

- To prawda. Okropnie mnie wtedy zdener­

wował. Nie mogłam mu darować, że nie powie­

dział mi o swoich związkach z naszą rodziną. 

A jeszcze bardziej wściekło mnie, że chciał się 

kiedyś z tobą ożenić. Przecież wy w ogóle do 

siebie nie pasowaliście. 

- W ogóle. 

- Ale każdy ma prawo popełniać błędy. 

W końcu mnie też się to parę razy zdarzyło. 

- Dzięki za wyrozumiałość. 

- A on dość szybko zauważył, że głupio po­

stępuje - ciągnęła Juliana. - Przecież zgodził 

się ocalić Flame Valley. I zaproponował mi mał­

żeństwo. 

- Zgadza się. 

- Ta rozmowa o dzieciach naprawdę wytrąciła 

background image

Jayne Ann Krentz 

201 

mnie z równowagi. Całkowicie zmieniła mój 

punkt widzenia. 

- Nie każdy chce mieć dzieci, Juliano. Do tej 

pory ty też nie byłaś nimi specjalnie zaintereso­

wana. 

- Ale wiedziałam, że to się zmieni, kiedy 

pojawi się właściwy mężczyzna. To było dla mnie 

oczywiste. 

- Taką decyzję muszą podjąć dwie osoby. 

- Masz rację - powiedziała Juliana z wes­

tchnieniem. - Mogłabym zrozumieć, gdyby cho­

dziło po prostu o to, że Travis nie chce mieć 

dzieci. Ale on tłumaczył, że nie chce nikogo 

skrzywdzić, gdyby doszło do rozwodu. Tak jakby 

biorąc ślub, przygotowywał się na najgorsze. 

Elly oparła się wygodniej na krześle, marsz­

cząc brwi. 

- A ty, ze swoją bezgraniczną ufnością i en­

tuzjazmem, wierzysz, że będziecie ze sobą na 

zawsze. 

- Właśnie. Nie mogę wyjść za kogoś, komu 

nie zależy na tym małżeństwie tak samo jak mnie. 

Za kogoś, kto chce się zabezpieczyć na wszelki 

wypadek. 

- Bądź rozsądna. Czego mogłaś się po nim 

spodziewać? Travis jest biznesmenem. Od po­

czątku ci mówiłam, że myśli chłodno i racjonal­

nie. Nie kieruje się emocjami tak jak ty. Moim 

zdaniem rozważanie ryzyka leży głęboko w jego 

background image

202 

MISTERNY PLAN 

naturze. Jest na tyle uczciwy, że nie umiałby 

zostawić cię samej z dzieckiem. 

Travis zimny i wyrachowany? Juliana wiedzia­

ła, że to nieprawda. Ale był biznesmenem i po­

trafił być bardzo uparty. Przypomniała sobie, jak 

reagował za każdym razem, kiedy pojawiał się 

temat herbaciarni. Być może patrzył na małżeń­

stwo tak samo jak na inwestycje w biznesie? Ta 

myśl niemal przyprawiła ją o mdłości. 

- Juliano, chcesz jeszcze herbaty? - Elly szyb­

ko podniosła się z krzesła. 

W każdej innej sytuacji Juliana roześmiałaby 

się, widząc, jak Elly przejmuje rolę tej, która 

wspiera i pociesza. Jednak teraz była jej po prostu 

wdzięczna. 

- Bardzo ci dziękuję - powiedziała, biorąc od 

Elly filiżankę z herbatą. 

- No cóż - zaczęła Elly, znów siadając przy 

stole - właściwie powinnam się cieszyć, że za­

czynasz mieć wątpliwości. W końcu to ja ostrze­

gałam cię przed tym małżeństwem. Ale z nie­

znanych mi powodów nie jestem przekonana, że 

popełniasz katastrofalny błąd. Tobie się to nie 

zdarza. Weź się w garść, Juliano. Z depresją nie 

jest ci do twarzy. 

- Wiem. - Juliana drobnymi łykami popijała 

swoją herbatę. Wiedziała, że herbata była za 

słaba, ale to nie miało znaczenia. Dziś nic nie 

miało znaczenia, oprócz tego, że być może cał-

background image

Jayne Ann Krentz 

203 

kiem się pomyliła w ocenie Travisa Sawyera. Nie 

chciał mieć dzieci, bo obawiał się, że ich małżeń­

stwo nie przetrwa. Czyli tak naprawdę nie był do 

niego do końca przekonany. 

- Czujesz się lepiej, Juliano? 

- Nie. 

- Tak mi przykro. 

Juliana patrzyła tępo przez okno. 

- Co ja mam teraz zrobić, Elly? 

- Nie wiem, być może powinnaś odwołać 

ślub. 

Juliana zacisnęła palce na filiżance. 

- Chyba zabraknie mi odwagi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Juliano? Tak mi przykro, ale nie zdążę dziś 

na kolację. 

- To już kolejny dzień, Travis. Jakieś nowe 

wieści w sprawie Flame Valley? 

- Na razie nie. 

- To nie zabrzmiało optymistycznie. 

Bo też nie ma we mnie optymizmu, pomyślał 

Travis, a głośno dodał: 

- Nie chcę nikomu robić zbyt wielkich nadziei. 

Muszę wracać do pracy. Nie wiem, ile mi to 

jeszcze zajmie. - Liczył na to, że Juliana powie, 

że to nie ma znaczenia, że i tak będzie na niego 

czekała. 

background image

Jayne Ann Krentz 205 

- Z pewnością będziesz potem bardzo zmę­

czony. 

- Chyba tak. - Travis zacisnął palce na słucha­

wce. Wiedział, że za chwilę usłyszy to samo co 

wczoraj: „Pewnie będziesz chciał wrócić do sie­

bie i położyć się spać". 

- Nie musisz do mnie przyjeżdżać. Rozu­

miem, że wolisz pojechać prosto do domu i od­

począć - powiedziała Juliana tonem chłodnego 

współczucia. 

Zbyt chłodnego, jak dla Travisa. 

- Tak będzie najlepiej. Zobaczymy się jutro, 

kochanie. 

- Dobrze. 

- Wszystko gotowe na piątkowe przyjęcie? 

Juliana zawahała się przez chwilę. 

- Tak, gotowe. 

Travis podjął jeszcze jedną próbę, żeby cho­

ciaż trochę przedłużyć ich rozmowę. 

- Kupiłaś sukienkę? 

- Nie. Elly namawia mnie, żebym jeszcze 

jutro spróbowała coś znaleźć. Nawet chce się 

ze mną wybrać. Powiedziałam, żeby nie robiła 

sobie kłopotu. Nie muszę mieć nowej sukienki, 

wygrzebię coś z szafy. 

Travis zacisnął szczęki, słysząc w jej gło­

sie kompletny brak entuzjazmu. W normal­

nych okolicznościach Juliana przeszukałaby 

wszystkie sklepy w całej Kalifornii, żeby znaleźć 

background image

206 

MISTERNY PLAN 

sukienkę odpowiednią na jej zaręczynowe przy­

jęcie. 

- W takim razie udanych zakupów. - Travis 

miał wrażenie, że szczęście wycieka mu przez 

palce. - Wpadnę jutro na kawę do Charismy. 

- Świetnie. Do jutra. - Juliana zawahała się. 

- Dobranoc, Travis. 

- Dobranoc. 

Travis wolno odłożył słuchawkę. Patrzył przez 

przeszkloną ścianę, jak nad Jewel Harbor zapada 

zmrok. Miękkie ciemności wydawały mu się 

bezpiecznym schronieniem. W jego biurze paliły 

się jasne światła, przez co groźba porażki stawała 

cię coraz bardziej wyraźna i realistyczna. 

To, że może mu się nie udać, przeczuwał od 

samego początku. Od chwili, kiedy podjął się 

ocalenia Flame Valley. Jednak niezachwiana 

wiara Juliany na jakiś czas udzieliła się i jemu. Ta 

jej pewność nieco go irytowała, ale jednocześnie 

dodawała mu skrzydeł. 

I nawet przez chwilę uwierzył, że da się wszys­

tko cofnąć. 

Ale od dwóch dni Juliana straciła swój zwykły 

zapał. Przestała go entuzjastycznie zapewniać, że 

wszystko dobrze się ułoży. 

No i Bickerstaff nadal nie dzwonił. 

Mimo to Travis zdawał sobie sprawę, że przy­

czyną lodowatego ucisku w żołądku nie było 

wcale coraz większe prawdopodobieństwo klę-

background image

Jayne Ann Krentz 

207 

ski, ale fakt, że Juliana odsunęła się od niego, 

zanim jeszcze nastąpiła katastrofa. 

To się zaczęło podczas spaceru po plaży, kiedy 

zapytała go, co by zrobił, gdyby powiedziała mu, 

że jest w ciąży. 

Travis przypomniał sobie, że potem nie wspo­

minała już o ustalaniu daty ślubu. Nie wracała 

też do tematu herbaciarni. A teraz jeszcze prze­

stało jej zależeć na kupieniu sukienki na zarę­

czynowe przyjęcie. To wszystko było bardzo 

wymowne. 

Ta radosna, żywiołowa, pełna entuzjazmu Ju­

liana wymykała mu się z rąk, choć przecież 

przyszłość Flame Valley nie była jeszcze roz­

strzygnięta. 

Po raz chyba setny przebiegał w myślach ich 

ostatnią rozmowę, starając się zrozumieć, co 

mogło tak Julianę odepchnąć. Dziś rano przyszło 

mu do głowy, że być może popełnił niewybaczal­

ny błąd. Juliana była w ciąży i próbowała mu 

o tym powiedzieć, a jego złość i ostre słowa 

bardzo ją zraniły. 

Ale nie, przecież zapytał ją o to wprost, a ona 

zaprzeczyła. Z pewnością w tej sprawie by go nie 

okłamała. 

A może w ciągu ostatnich paru dni zdała sobie 

sprawę, że szanse na uratowanie Flame Valley, 

i przy okazji jej pieniędzy, są naprawdę znikome? 

Bo w gruncie rzeczy Juliana była twardo stojącą 

background image

208 

MISTERNY PLAN 

na ziemi bizneswoman. Jak długo mogła karmić 

się złudzeniami? 

To wszystko oznaczało, że jeżeli nie uda się 

ocalić hotelu, Travis automatycznie znów stanie 

się „tym złym". Od samego początku wiedział, że 

ma tylko dwie możliwości: będzie albo przyczyną 

problemu, albo jego rozwiązaniem. Albo uratuje 

Flame Valley, albo będzie tym, kto go zniszczył. 

Optymizm Juliany łatwo mu się udzielał. 

A teraz musiał zmierzyć się z ponurym faktem, 

że być może przestała w niego wierzyć. 

Od początku zdawał sobie sprawę, że gdy 

przyjdzie co do czego, Juliana stanie po stronie 

swojej rodziny. Zacznie obwiniać go o doprowa­

dzenie Flame Valley do ruiny i przy okazji 

o zniszczenie małżeństwa swojej kuzynki. 

I będzie miała rację. 

Wręcz pogodził się z myślą, że znów zostanie 

odtrącony. Zdarzyło mu się to parę razy w życiu. 

W sytuacji wyboru on zawsze stał na przegranej 

pozycji. 

Próbował siebie przekonać, że to może nawet 

lepiej. Jego związek z Juliana od początku nie 

miał dużych szans. Może będzie mu łatwiej, 

kiedy rozstaną się teraz. 

Ale myśl, że mógłby ją stracić przed ostatecz­

nym rozdaniem, okazała się nie do zniesienia. 

Pogodziłby się z tym, gdyby okazało się, że nie 

ma żadnego sposobu, by uratować Flame Valley 

background image

Jayne Ann Krentz 

209 

przed bankructwem. Na razie jednak gotów był 

zrobić wszystko, żeby ją zatrzymać. 

Rozwiązał krawat i znów pochylił się nad 

dokumentami, szukając w nich jakiejś furtki, 

chociaż wiedział, że taka nie istnieje. Paradoks tej 

sytuacji polegał na tym, że próbował znaleźć 

rozwiązanie problemu, który sam stworzył. Po 

pięciu latach obsesyjnego myślenia o przejęciu 

hotelu musiał przyznać, że tak naprawdę nigdy go 

nie chciał. 

Postanowił jednak, że tak czy inaczej Juliana 

dostanie swoje pieniądze. Może nie od razu, ale 

z pewnością znajdzie sposób, żeby ją spłacić. 

Wiedział, że to mu jej nie wróci, ale mógł zrobić 

przynajmniej tyle. 

W ciągu ostatnich tygodni dała mu tak wiele, 

a on zawsze spłacał swoje długi. 

- No nie, Juliano, chyba nie chcesz tego na 

siebie włożyć? - Elly patrzyła na swoją kuzynkę, 

która właśnie wyszła z przymierzalni. 

- A co ci się w nim nie podoba? - Juliana 

miała na sobie skromny kostium ze śnieżnobiałej 

krepy, z długimi rękawami, wysokim zapięciem 

pod szyję i spódnicą do kolan. Jej wydawał się 

zupełnie odpowiedni. 

- Co mi się nie podoba? - Elly aż uniosła brwi 

ze zdziwienia. - Chyba zwariowałaś. Ten kos­

tium nie jest dla ciebie. Nie ma w nim żadnego 

background image

2 1 0 MISTERNY PLAN 

błysku, żadnej iskry. Jest nudny, nudny, nudny. 

Może pasowałby do kobiety w typie słodkiego 

anioła, ale nie do ciebie. 

Juliana poczuła lekką irytację. 

- To sama coś wybierz. Mam już dość przy­

mierzania. 

- Nigdy nie miałaś dość zakupów i przymie­

rzania. 

- Ale dzisiaj mam dość. Mogę? 

- Już dobrze, uspokój się. Jesteś dziś jakaś 

dziwna. Posłuchaj mnie. Idź do przymierzalni 

i załóż tę złoto-zieloną kieckę. Tę z głębokim 

dekoltem na plecach. 

Juliana westchnęła. Złość w niej opadła, czuła 

się jedynie zniechęcona. Wróciła do przymierzal­

ni i sięgnęła po zieloną, nieco prowokacyjną 

wieczorową suknię, którą Elly wcześniej dla niej 

wypatrzyła. 

Kiedy poprawiała ją na sobie, pomyślała przez 

chwilę, że rzeczywiście taki styl zawsze jej się 

podobał. Głęboki dekolt w kształcie litery V, 

śmiały, ale elegancki, kończył się na dole dużą 

kokardą. Obcisły krój spódnicy podkreślał kształt 

jej bioder i długie nogi. Do tej sukni świetnie 

pasowałyby buty z górskimi kryształkami, które 

zauważyła niedawno na wystawie. 

Niemal zapaliła się do tego pomysłu, ale znie­

chęcenie znów wzięło górę, kiedy przypomniała 

sobie, z jakiej okazji robi zakupy. 

background image

Jayne Ann Krentz 

211 

- Zdecydowanie lepiej - obwieściła Elly, kie­

dy Juliana wyszła z przymierzalni. - Moim zda­

niem rewelacyjnie. - Spojrzała na krążącą w po­

bliżu sprzedawczynię. - Bierzemy. 

Juliana miała zamiar zaprotestować, ale szyb­

ko zrezygnowała. Nie była w nastroju do kłótni. 

Po dwudziestu minutach znalazły się na par­

kingu, gdzie Elly zostawiła swój samochód. Julia­

na trzymała pod pachą pudełko z zieloną suknią, 

a w drugiej ręce niosła torbę z butami z kryształ­

kami górskimi. 

- Nigdy nie widziałam cię w podobnym stanie. 

- Elly usiadła za kierownicą i przekręciła kluczyk 

w stacyjce. - Naprawdę tak źle się między wami 

układa? 

- Właściwie to nawet nie wiem. Od trzech dni 

się nie widzieliśmy. A ostatnie dwie noce spędził 

u siebie w mieszkaniu. 

- Ale nie powiedział, że chce odwołać zarę­

czyny? On jest bardzo asertywny - zauważyła 

Elly, wyjeżdżając z parkingu. - Gdyby chciał 

odwołać zaręczyny, to na pewno by to zrobił. 

Widzę, że ty też nie zmieniłaś zdania? 

Juliana patrzyła przez okno. 

- Nie. Powtarzam sobie, że powinnam od­

wołać przyjęcie, póki jeszcze jest czas, ale nie 

mogę. Ja go kocham, Elly. Boże, co ja zrobię, 

kiedy okaże się, że on nic do mnie nie czuje? 

- Nie mam pojęcia. - Elly wjechała na auto-

background image

212 

MISTERNY PLAN 

stradę. - Coraz częściej sama sobie zadaję podob­

ne pytanie. 

Juliana spojrzała na nią ze współczuciem. 

- Martwisz się, co David zrobi, kiedy okaże 

się, że straciliście hotel. 

- Jakoś ostatnio trudno nam się ze sobą poro­

zumieć, mówiąc łagodnie. Chyba tak jak tobie 

i Travisowi. David albo cały czas siedzi w swoim 

biurze, albo spotyka się z Travisem. Wieczorem 

zasypia, zanim jeszcze zdążę wyjść z łazienki. 

A rano wychodzi, zanim się obudzę. Nie wiem, co 

myśli, ale widzę, że jest przygnębiony. Boję się, 

Juliano. 

- Witaj w klubie. 

Travis aż zdziwił się, ile wysiłku kosztowało 

go pojechanie do Charisma Espresso. Zwykle 

umiał stawić czoło wszystkim problemom, ale 

problem z Julianą go przerastał. 

Wysiadając z samochodu, przypomniał sobie, 

że jest południe i że za parę godzin odbędzie się 

ich zaręczynowe przyjęcie. A Bickerstaff nadal 

się nie odzywał. Travis wiedział, że zostało mu 

już niewiele czasu. Ale tym bardziej chwytał się 

resztek nadziei, że Bickerstaff zadzwoni w ostat­

niej chwili z wiadomością, że przystępuje do 

interesu. 

Irracjonalna nadzieja skazańca. 

Charisma była pełna ludzi stojących z małymi 

background image

Jayne Ann Krentz 

213 

filiżankami i niewielkimi notesikami w dłoniach. 

Travis przypomniał sobie, że dziś był kolejny 

dzień degustacji, które Juliana wprowadziła mie­

siąc temu. Zza szklanych drzwi słyszał jej głos, 

Sandy i Matt nalewali gościom kawę. 

Wszedł do środka i przez chwilę przysłuchiwał 

się słowom Juliany. 

- Musicie pamiętać, że niemal całą zawartość 

filiżanki stanowi woda, więc jej jakość jest bardzo 

ważna. Zajmijmy się teraz mieszankami, które 

przygotowaliśmy na dzisiaj. Pierwszą była ciem­

no palona kawa kolumbijska. Smak ciemno palo­

nych gatunków to przede wszystkim skutek same­

go procesu palenia, a nie rodzaju kawy. Mocno 

palona kawa wydaje się mocniejsza, ale ma w so­

bie tyle samo kofeiny, a czasem nawet nieco 

mniej niż inne. 

Travis pomyślał, że Juliana wygląda na wy­

czerpaną. Jakby była chora. 

- W drugiej filiżance mieliśmy mieszankę pod 

nazwą Kona. Kawa, która rośnie w okręgu Kona 

na Hawajach, to jedyna kawa uprawiana na ob­

szarze Stanów Zjednoczonych. Produkuje się jej 

niewiele, ale za to bardzo dobrej jakości. Jest 

średnio kwaśna, o wyraźnym, łagodnym smaku. 

Ona jest nie tylko wyczerpana, zauważył 

Travis, wyraźnie coś ją gryzie. Zwykle kiedy 

występowała przed swoimi gośćmi, wyglądała 

jak rozkwitająca na scenie aktorka. Dziś wyko-

background image

2 1 4 MISTERNY PLAN 

nywała jedynie automatyczne ruchy i wygłaszała 

tekst. Była jednak profesjonalistką, więc prowa­

dziła pokaz w takim samym stylu, jakby to była 

degustacja najlepszych win. 

- W trzeciej mieszance przeważały gatunki 

tanzańskiej arabiki uprawiane na zboczach Kili­

mandżaro. Kawa z Tanzanii ceniona jest przede 

wszystkim za swój pełny, intensywny i zrów­

noważony smak. - Juliana uśmiechnęła się do 

gości. - To wszystko na dzisiaj, kochani. Za­

praszam na przyszły tydzień. Będziemy próbo­

wać kawy parzonej różnymi metodami. Powiem 

też parę słów o jej historii. 

Juliana uśmiechnęła się jeszcze raz, ale w tym 

uśmiechu, jak zauważył Travis, brakowało zwyk­

łego blasku. Kiedy go zobaczyła, przez chwilę 

miał wrażenie, że na jej twarzy pojawiła się 

dawna radość. Ale ten moment był za krótki, by 

mógł nabrać pewności. Juliana podeszła do niego, 

uśmiechając się w sposób, który wyrażał jedynie 

uprzejmość. 

- Cześć, Travis. Masz przerwę na lunch? 

- Muszę z tobą porozmawiać. 

W jej oczach przemknął strach. 

- Dobrze. Usiądźmy przy stoliku na zewnątrz. 

Żeby wyjść na patio, musieli przeciskać się 

przez tłum ludzi, którzy zamawiali przy barze 

świeżo zmieloną kawę. Na dworze było dużo 

spokojniej. 

background image

Jayne Ann Krentz 

215 

- O co chodzi? Masz jakieś wątpliwości co do 

dzisiejszego wieczoru? - zapytała bez ogródek. 

- Nie, raczej sądziłem, że to ty zaczynasz się 

zastanawiać. - Travis patrzył jej w oczy, usiłując 

wyczytać z nich prawdę. Czuł, jakby stał na 

skraju przepaści. 

- Zaręczyny to jeszcze nie ślub - zauważyła 

Juliana chłodno. - Nie ma powodów do paniki. 

- Racja. Jesteś pewna, że nie panikujesz? 

- Jestem zdenerwowana, ale do paniki mi 

daleko - powiedziała Juliana z wyraźną złością. 

- Uspokój się, tylko pytałem. 

- A skąd to pytanie? 

- Od kilku dni zachowujesz się inaczej niż 

zwykle - powiedział spokojnie. - A właściwie od 

tego spaceru po plaży. 

- Może to nerwy. 

Nie mogąc doczekać się dalszych wyjaśnień, 

spróbował znowu. 

- Czy powiedziałem wtedy coś złego? Prze­

praszam, że tak na ciebie napadłem, kiedy wspo­

mniałaś, że mogłabyś być w ciąży. Byłem przeko­

nany, że to niemożliwe i dlatego tak osłupiałem, 

kiedy okazało się, że jednak... - Zawiesił glos 

w polowie zdania. - Chyba przesadziłem. 

- Nie przejmuj się. Ja też nie byłam zbyt 

dyplomatyczna. 

- Kiedyś porozmawiamy o dzieciach - obie­

cał Travis. 

background image

216 

MISTERNY PLAN 

- Naprawdę? 

Skinął głową, chcąc jak najprędzej zmienić 

temat. 

- Coś jeszcze cię martwi? 

Spojrzała mu w oczy. 

- Nie. 

- Pomyślałem, że niepokoi cię, co się stanie 

z Flame Valley. 

- Nie. - Za nic nie powie mu, że jej wiara 

w niego osłabła. Nie po tym wsparciu, które 

starała mu się okazywać przez ostatnie tygodnie. 

Zachowa wszystkie wątpliwości dla siebie. 

- Sytuacja nie wygląda dobrze. - Uznał, że 

powinien jej o tym powiedzieć. 

- Wspominałeś o tym parę razy - rzuciła 

z niecierpliwością. 

Travis poczuł, że ogarnia go złość. Podniósł się 

gwałtownie z krzesła. 

- Wspominałem. I może wreszcie to do ciebie 

dociera. Zobaczymy się wieczorem. Przyjechać 

po ciebie? 

- Nie, pojadę sama. Chcę być ze dwie godziny 

wcześniej, żeby wszystkiego dopilnować. - Ze­

rwała się na równe nogi. - Nie chciałam się 

odgryzać. Chyba jestem trochę spięta. 

- Ja też. 

Wyszedł na ulicę. Kiedy podszedł do swojego 

buicka, obejrzał się za siebie. Juliana wciąż na 

niego patrzyła. Zdawało mu się, że w jej oczach 

background image

Jayne Ann Krentz 

217 

widzi ból i niemal do niej zawrócił. Zawahał się 

jednak, nie będąc pewien, co miałby jej powie­

dzieć, a wtedy ona weszła z powrotem do Charis-

my. Zauważył, że wyciera sobie oczy serwetką, 

którą wzięła ze stolika. Poczuł silny skurcz w żo­

łądku. 

Spojrzał w dół klifu, w ziejącą przepaść, i po­

myślał, jak to jest, kiedy się spada na dno. 

Już wiedział, jak to jest. Odkładał słuchawkę 

po rozmowie z Bickerstaffem i czuł, że ziemia 

usuwa mu się spod stóp. Żadnej pomocy, nic, 

czego mógłby się chwycić. 

To był koniec. 

Ogarnął go nienaturalny wręcz spokój. 

Travis potarł kark i zerknął na zegarek. Parę 

minut po siódmej. Już był spóźniony na swoje 

zaręczynowe przyjęcie. Zastanawiał się, czy Ju­

liana domyśli się, dlaczego. 

Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak zmęczo­

ny. Wstał, wyszedł zza biurka i sięgnął po mary­

narkę. Nie było sensu wracać do domu, żeby się 

przebrać. I tak nie zabawi długo na przyjęciu. 

- Jeżeli to ma być wskazówka na przyszłość, 

Juliano, to lepiej przygotuj się, że przed ołtarzem 

staniesz sama. 

- To nie jest dobry znak, kiedy przyszły pan 

młody spóźnia się na swoje własne zaręczyny. 

background image

218 

MISTERNY PLAN 

- Juliano, to nie do wiary. Jak mogłaś za­

planować wszystko, z sosem do krewetek włącz­

nie, a jednocześnie zapomnieć dopilnować, żeby 

narzeczony pojawił się o właściwej porze? To do 

ciebie niepodobne. Perspektywa ślubu chyba stę­

piła twoją czujność. 

Julianie udawało się jakoś uśmiechać, słysząc 

kolejne dobroduszne żarty. Musiała to znosić od 

siódmej, kiedy goście zaczęli się schodzić, a Tra-

visa nadal nie było. Wszyscy pozwalali sobie na 

dowcipy, bo uznali, że w każdej chwili Travis 

pojawi się w drzwiach. 

Jedynie Elly i pozostali członkowie rodziny 

Grantów wykazywali zaniepokojenie. 

- Może powinnaś zadzwonić do niego do 

biura? Albo do mieszkania? Coś się musiało stać 

- powtarzała Elly bezradnie. 

- Przyjdzie, kiedy będzie gotowy. - Nawet we 

własnym głosie Juliana zauważyła rezygnację. 

Czuła się otępiała, co było niemal ulgą po całym 

tygodniu bolesnego niepokoju. 

Rozejrzała się wokół. Wszystko szło świetnie, 

jeżeli nie liczyć nieobecności przyszłego pana 

młodego. 

Duża sala w Treasure House, wynajmowana na 

podobne okazje, została bogato udekorowana 

srebrnymi balonikami, serpentynami i mnóstwem 

tropikalnych roślin. 

Na środku, niemal wzdłuż całej długości sali, 

background image

Jayne Ann Krentz 

219 

stał ogromny stół z jedzeniem. W przypływie 

nostalgii Juliana zamówiła nawet dużą miskę 

guacamole, którą kazała postawić na honorowym 

miejscu na środku. 

David i Elly przyjechali o szóstej, gotowi 

pomóc w ostatnich przygotowaniach. Juliana wi­

działa Davida po raz ostatni na kolacji u siebie 

w domu, kiedy obwieściła im, że Travis podjął się 

ratowania hotelu. Elly miała rację, David wy­

glądał na zmartwionego. Próbował to pokryć 

swoim zwykłym uprzejmym uśmiechem, lecz 

Juliana wiedziała, że to tylko poza. 

Jej rodzice i wujek Tony też zachowywali 

pozory, rozmawiając z gośćmi, ale nieustannie 

rzucali pełne niepokoju spojrzenia na drzwi. 

Juliana pomyślała, że słusznie zrobiła, zapra­

szając rodziców Travisa jedynie na ślub, a nie na 

zaręczyny. 

Westchnęła, patrząc na zgromadzony tłum. Jak 

mogła do tego dopuścić? Powinna była wszystko 

odwołać zaraz po tym nieszczęsnym spacerze po 

plaży. Po raz setny zerknęła na zegarek. Siódma 

trzydzieści. Zastanawiała się, czy Travis w ogóle 

się pojawi. 

Zaczęła rozważać myśl, żeby jakoś wymknąć 

się ukradkiem tylnymi drzwiami, kiedy przez salę 

przeszedł znaczący pomruk. Odwróciła się natych­

miast, wiedząc, że to Travis. Kiedy spojrzała na 

drzwi, poczuła przypływ radości. Przypomniała 

background image

2 2 0 MISTERNY PLAN 

sobie stare powiedzenie, że nadzieja umiera ostat­

nia. 

Travis szedł przez salę wśród powitań, żartów 

i pierwszych życzeń, jednak nie zwracał na nie 

uwagi. Zmierzał wprost do Juliany, nie patrząc na 

nikogo innego. Miał na sobie codzienne ubranie: 

białą koszulę z podwiniętymi rękawami, zwykły 

krawat w paski i ciemne spodnie. Marynarkę 

przerzucił sobie przez ramię. 

Jedno spojrzenie na jego ponurą, zaciętą twarz 

wystarczyło, by Juliana odgadła, że to koniec. 

Stała nieruchomo na środku sali, czekając, aż 

Travis do niej podejdzie. Ręce jej drżały. Goście 

zorientowali się, że stało się coś niezwykłego. 

Żarty i rozmowy powoli milkły, aż zapanowała 

całkowita niemal cisza. 

Travis zatrzymał się przed Juliana. 

- Rozmawiałem właśnie z Bickerstaffem -

powiedział zimnym, spokojnym głosem. - To 

koniec. Nie chce zainwestować w Flame Valley. 

Uważa, że ryzyko jest zbyt duże. I ma rację. 

Juliana poczuła, że zaschło jej w gardle. 

- Travis? 

- Przykro mi, że mówię ci to w ostatniej 

chwili. Przy tobie nawet ja uwierzyłem, że jest 

jakaś szansa. Bickerstaff był ostatnią nadzieją. 

- Co mi chcesz powiedzieć? - spytała Juliana. 

- Że nie uda mi się ocalić Flame Valley 

przed... przed samym sobą. Wreszcie będę mógł 

background image

Jayne Ann Krentz 221 

się zemścić, bez względu na to, czy tego chcę, 

czy nie. Przyszedłem, żebyś nie musiała odwo­

ływać zaręczyn. Oszczędzę ci tego. Sam je od­

wołuję. 

Odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z sali. 

Juliana patrzyła za nim, czując się tak, jakby 

dostała cios w żołądek. Pancerz odrętwienia, 

który chronił ją przed bólem przez ostatnie dni, 

zaczynał się kruszyć. Spod niego wylewało się 

morze cierpienia. 

Travis znikał z jej życia. 

- Juliano? - Elly natychmiast znalazła się 

obok niej. - Co się dzieje? Co Travis ci powie­

dział? 

- Że nie ma szans na uratowanie Flame Val­

ley, więc zrywa zaręczyny. Żebym nie musiała 

zrobić tego sama. 

- O Boże! - Elly zamknęła oczy. - Co się 

stanie z Davidem? - W tym momencie dotarły do 

niej ostatnie słowa Jułiany. Natychmiast uniosła 

powieki. - Travis zrywa zaręczyny? Teraz? Dzi­

siaj? Na oczach tych wszystkich ludzi? 

- Okazuje się, że niektórzy mężczyźni mają 

potrzebę odgrywania dramatycznych scen. 

- Juliano, tak mi przykro. Nie spodziewałam 

się, że to się tak skończy. Naprawdę. Ostatnio 

nawet uznałam, że on cię naprawdę kocha i że nie 

chce cię wykorzystać dla swojej zemsty. I że 

całkowicie pomyliłam się w jego ocenie. 

background image

222 

MISTERNY PLAN 

- Wiesz, że on mi nigdy nie powiedział, że 

mnie kocha? - powiedziała Juliana smutno. - My­

ślałam, że musi się do tego przygotować. 

- Co chcesz teraz zrobić? Goście, jedzenie, 

muzyka... Co im wszystkim powiesz? 

Z Juliany opadły resztki odrętwienia. Czuła 

ból, tak jak się spodziewała. Ale rosły w niej też 

inne emocje, a zwłaszcza złość. 

- Jak on śmiał mi to zrobić? - powiedziała 

przez zaciśnięte zęby. - Co on sobie wyobraża? 

Jesteśmy zaręczeni! Jeżeli myślał, że może tak po 

prostu wyjść, to chyba się przeliczył. 

Zaczęła przeciskać się przez tłum gości. 

- Juliano - syknęła Elly. - Dokąd idziesz? Co 

mam powiedzieć gościom? 

- Niech się częstują jedzeniem. Jest zapła­

cone. 

Dotarła do drzwi i wybiegła na zewnątrz. 

Zatrzymała się na moment na chodniku i rozej­

rzała po parkingu, szukając znajomego brązowe­

go buicka. Usłyszała warkot silnika, zanim zoba­

czyła samochód. 

- Wracaj natychmiast! Słyszysz? Wracaj, dra­

niu! - Podniosła do góry sukienkę i pędem ruszyła 

przez parking, co nie było łatwe w błyszczących 

pantofelkach na szpilkach. 

Minęła dwa rzędy samochodów i dopadła do 

buicka akurat w chwili, gdy Travis zahamował na 

zakręcie i oglądał się do tyłu. 

background image

Jayne Ann Kxentz 223 

Najpierw usłyszał głośny huk, a potem dopiero 

ją zobaczył. Juliana, w swojej zielonej wieczoro­

wej sukni, stała na masce samochodu. 

- Juliano! 

- Ty draniu, przecież jesteśmy zaręczeni! -

krzyknęła na cały głos. - Nie myśl, że ci odpusz­

czę. Zasługuję na jakieś wyjaśnienie. I z góry 

uprzedzam, żadne wyjaśnienie mnie nie zadowo­

li. Bo nie tylko jesteśmy zaręczeni, jesteśmy 

wspólnikami. Zapomniałeś? Zaręczyny możesz 

sobie zrywać, ale łączą nas jeszcze interesy. 

Travis wyłączył silnik i otworzył drzwi. 

- To chyba niemożliwe. Chociaż czemu nie 

- mruknął, wysiadając z samochodu. - Juliano, 

złaź stamtąd. 

Zignorowała to polecenie. Stała na masce nie­

co chwiejnie, usiłując zachować równowagę. Jej 

obcasy zostawiały na lakierze wyraźne ślady. 

Skrzyżowała ramiona na piersi i patrzyła na niego 

z ogniem w oczach. 

- Zejdę, jak będę miała ochotę. Żądam wyjaś­

nień, dlaczego zrywasz zaręczyny. Jesteś mi to 

winien, Travis. 

- Już ci wyjaśniłem. 

- Co? Bo nie udało ci się uratować Flame 

Valley? To nie wyjaśnienie tylko wymówka. 

- Nie dotarło do ciebie? Nie uratuję tego 

przeklętego hotelu dla twojej kuzynki, twojego 

byłego narzeczonego i całej reszty twojej rodzi-

background image

224 

MISTERNY PLAN 

ny. Flame Valley pójdzie na dno i nic na to nie 

poradzę. 

- Przestań wreszcie gadać o tym głupim hote­

lu. Nie obchodzi mnie to. Nasze zaręczyny są 

dużo ważniejsze. 

- Czyżby? - rzucił szorstko. - Naprawdę 

chciałabyś wyjść za mąż za kogoś, kto doprowa­

dził Flame Valley do ruiny? 

- Tak! - wrzasnęła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Travis zachował nad sobą panowanie, bo wie­

dział ponad wszelką wątpliwość, że jeżeli je teraz 

straci, to już nigdy go nie odzyska. Patrzył na 

cudowną istotę stojącą na masce jego samochodu 

i czuł, jak krew pulsuje mu w żyłach. Włosy 

Juliany nabrały pomarańczowego blasku w świet­

le parkingowych latarni, jej buty połyskiwały, 

jakby je ktoś posypał tandetnym brokatem. Ko­

kardę na plecach miała zupełnie rozwiązaną. 

Travis miał świadomość, że w całym swoim 

życiu żadnej innej kobiety nie pragnął tak bardzo 

jak tej. 

- Juliano, posłuchaj. W tej historii ja jestem 

background image

226 

MISTERNY PLAN 

złym wilkiem. Hotel należał do twojej rodziny od 

dwudziestu lat. Zniszczyłem to, co twój ojciec 

i jego brat zbudowali własnymi rękami. Zruj­

nowałem twoją kuzynkę i jej męża. Przy okazji ty 

straciłaś dużo pieniędzy. Musisz stanąć po czyjejś 

stronie. I czy ci się to podoba, czy nie, ja jestem po 

złej stronie. 

- Więc uznałeś, że dokonasz wyboru za mnie? 

O, nie! Ja sama podejmuję swoje decyzje. 

- Znienawidzisz mnie, kiedy Elly i David 

stracą hotel. 

- Nigdy cię nie znienawidzę. Chociaż zapew­

ne nie raz doprowadzisz mnie do wściekłości. 

- Juliano, czasem trzeba dokonywać wybo­

rów. Nie możesz być jednocześnie po mojej 

stronie i po stronie swojej rodziny. Musisz wybie­

rać. A ja akurat stoję po niewłaściwej stronie. 

- Nie obchodzi mnie, po jakiej stronie jesteś! 

I nie pozbędziesz się mnie tak łatwo, mówiąc, że 

muszę wybierać między tobą a moją rodziną. Bo 

ja już zdecydowałam. Tego dnia, kiedy się po­

znaliśmy. Wybrałam ciebie. 

Travis podszedł do samochodu i oparł się 

o zderzak. Gdyby wyciągnął rękę, mógłby do­

tknąć Juliany. Ale się nie ośmielił. Jeszcze nie 

teraz. 

- Czy mam rozumieć, że nadal chcesz wyjść 

za mnie za mąż? Nawet po tym, jak nie udało mi 

się uratować Flame Valley? - zapytał chrapliwie. 

background image

Jayne Ann Krentz 

227 

- Wyglądasz na inteligentnego mężczyznę, 

a czasem nie rozumiesz najprostszych rzeczy. 

Tak, właśnie to chcę ci powiedzieć. Nie zakocha­

łam się w tobie dlatego, że miałeś uratować Flame 

Valley. Pokochałam cię dużo wcześniej, zanim 

jeszcze dowiedziałam się o wszystkim. 

- Ale potem coś się zmieniło. 

- Byłam na ciebie wściekła, ale nie przesta­

łam cię kochać. Ani przez chwilę. Poza tym 

obiecałeś, że wszystko naprawisz. To mi wy­

starczyło. 

- Jednak nie udało mi się niczego naprawić. 

- To nie ma znaczenia. - Jej głos nagle złagod­

niał. - Próbowałeś. Tylko ty mogłeś uratować 

Flame Valley. 

- Próbowanie to za mało. 

- Nieprawda. A na pewno nie w tym przy­

padku. 

- Dlaczego akurat nie w tym przypadku? 

- Bo zrobiłeś to dla mnie. - Juliana rozłożyła 

szeroko ramiona. Jej uśmiech był jeszcze bardziej 

oszałamiający niż zwykle. - Zrobiłeś wszystko, 

co było w twojej mocy. Pracowałeś od rana do 

wieczora. 

- Ale mi się nie udało. Nie rozumiesz? 

- To ty nic nie rozumiesz. Nawet nie wiesz, 

jakie to miało dla mnie znaczenie. Jeszcze nigdy 

nikt nie był gotów tyle dla mnie zrobić. Wszyscy 

uważają, że sama poradzę sobie ze wszystkim. 

background image

228 

MISTERNY PLAN 

A ty chciałeś mnie ochronić. Nie chodziło ci 

o Elly, Davida, moich rodziców czy wujka To­

ny'ego, ale o mnie, prawda? 

- Prawda. Gdyby nie ty, wszystko byłoby 

prostsze. Bez wahania przejąłbym Flame Valley 

i wcale bym tego nie żałował. 

- Miałbyś do tego prawo. Ale nie zrobiłeś tego 

ze względu na mnie. Mnie do tej pory nikt nie 

pomagał, bo przecież jestem silna. Nawet nie 

wiesz, jakie to cudowne uczucie mieć przy sobie 

takiego obrońcę. 

Travisowi zabrakło słów. Myślał jedynie 

o tym, że po raz pierwszy w życiu ktoś wybrał 

właśnie jego. 

- Naprawdę mnie chcesz? - wykrztusił z tru­

dem. - Twoi rodzice, Elly, David, wujek Tony 

będą mnie obwiniać za nieszczęście, które ich 

spotkało. 

- Niech sobie winią, kogo chcą. My wiemy, że 

zrobiłeś wszystko, co możliwe - odpowiedziała 

porywczo. 

- Zapominasz, że to ja byłem przyczyną wszy­

stkich kłopotów. 

- No i co z tego? Miałeś swoje powody. 

- Zemsta to dobry powód? 

- Czasami tak. Chciałeś wyrównać rachunki 

za to, co się stało pięć lat temu. Właściwie trudno 

to uznać za zarzut. 

- Twoja logika mnie przekonała. 

background image

Jayne Ann Krentz 229 

Jej uśmiech świecił jaśniej niż parkingowe 

latarnie. 

- Czy to znaczy, że zamierzasz wrócić do 

Treasure House i zaręczyć się ze mną na oczach 

wszystkich gości? 

- Tak, droga pani, właśnie to zamierzam. 

- No to na co czekasz? - Wyciągnęła do niego 

ręce. 

Travis czuł, jak wzbiera w nim radosny śmiech. 

Tak musi smakować prawdziwe szczęście. Zdjął 

Julianę z maski samochodu, nie zwracając uwagi 

na porysowany lakier, i postawił na ziemi. Staran­

nie zawiązał jej satynową kokardę na plecach, 

a potem delikatnie przejechał palcem wzdłuż 

kręgosłupa. Miała ciepłą, gładką skórę. Zapragnął 

jej z całej mocy. Przypomniał sobie jednak, że 

w Treasure House czeka na nich tłum gości. 

Juliana wzięła go za rękę i ruszyli przez par­

king. Nagle Travis zatrzymał się. Chyba jeszcze 

nigdy w życiu nie rozpierała go taka radość. 

Chwycił Julianę na ręce i tak wszedł z nią do 

restauracji. 

Powitały ich wesołe okrzyki, a orkiestra na­

tychmiast zagrała walca. Travis postawił Julianę, 

objął ją i zanim pojęła, co się dzieje, zaczął 

wirować z nią na pustym parkiecie. 

-- Nie wiedziałam, że umiesz tańczyć walca 

- szepnęła. Oklaski wokół nich były coraz głoś­

niejsze. 

background image

230 

MISTERNY PLAN 

- Ja też nie. Ale dzisiaj jestem w stanie zrobić 

wszystko. 

Kątem oka Travis zauważył, że David, Elly 

i reszta rodziny rzucają im pełne niepokoju spoj­

rzenia. Z pewnością dotarło już do nich, że mu­

szą pożegnać się z Flame Valley, ale nikt nie 

ośmielił się zabronić Julianie, żeby z nim tań­

czyła. 

Poczuł falę radosnego zadowolenia. Nikt nie 

stanie pomiędzy nim a Juliana. Jeśli czegoś bar­

dzo zapragnęła, to nikt przy zdrowych zmysłach 

nie wejdzie jej w drogę. A dziś pokazała wszyst­

kim, że pragnie jego. 

To był jej wybór. 

Kilka godzin później Travis otwierał zamek 

w drzwiach mieszkania Juliany. Patrzył na nią 

z rozbawieniem, bo nuciła sobie pod nosem walca 

z przyjęcia. 

- Dobrze się bawiłaś? - zapytał, idąc za nią 

przez hol. 

- Cudownie. Wszystko poszło idealnie. - Ob­

róciła się parę razy na dywanie, patrząc z przyje­

mnością na swoje pantofelki, które migotały pod 

zieloną suknią. - A ty? 

Travis skrzyżował ramiona, oparł się bokiem 

o ścianę i przyglądał się, jak Juliana tańczy wokół 

salonu. 

- Przyjęcie było wspaniałe. 

background image

Jayne Ann Krentz 231 

Zatrzymała się na środku pokoju i spojrzała na 

swoją dłoń. Nieduży brylant migotał w świetle 

lampy. 

- Pamiętałeś o pierścionku. 

- Kupiłem go zaraz po tym, jak ci się oświad­

czyłem. Miałem go zawsze przy sobie. 

- I zabrałeś na przyjęcie, chociaż wiedziałeś, 

że zrywasz zaręczyny. - Juliana wyglądała na 

uszczęśliwioną. 

- Włożyłem go do kieszeni, zanim poszedłem 

do biura, żeby po raz ostatni zadzwonić do Bic-

kerstaffa - wyjaśnił Travis. 

- I przyniósł ci szczęście. 

Travis uśmiechnął się bez przekonania. 

- Ale nie zadziałał, jeżeli idzie o Bickerstaffa. 

- Daj już spokój z Bickerstaffem. Zamykamy 

sprawę Flame Valley. - Juliana podeszła do 

niego. - A skoro mamy jasność co do naszych 

zaręczyn, to możemy przejść do innych kwestii. 

- To znaczy? 

Zarzuciła mu ręce na szyję i spojrzała prosto 

w oczy. 

- Kocham cię, Travis. Czy ty mnie kochasz? 

Travis objął ją w talii. Jego spojrzenie było 

zaskakująco poważne. 

- Kocham cię. 

- Kochasz mnie na zawsze, czy tylko do 

rozwodu? 

Pocałował ją mocno w usta. 

background image

2 3 2 MISTERNY PLAN 

- Na zawsze. 

- Wierzę ci. Ale nigdy mi tego nie mówiłeś. 

I już zaczęłam się niepokoić. 

- To się stało na plaży, kiedy rozmawialiśmy 

o dzieciach, prawda? Od tego czasu zaczęłaś się 

niepokoić? Czułem, że się ode mnie odsuwasz. 

Myślałem, że w końcu zaczyna do ciebie docie­

rać, że nie uratuję Flame Valley. 

- Przestraszyłam się, ale nie tego. Po raz 

pierwszy przyszło mi do głowy, że może jed­

nak pomyliłam się. Że tak naprawdę nie zaan­

gażowałeś się do końca. Nie chciałeś rozma­

wiać o dzieciach, bo nie chciałeś mieć zobo­

wiązań. 

Zaczął delikatnie przeczesywać palcami jej 

gęste loki. 

- Będę z tobą szczery. Nie czuję się zbyt 

pewnie, myśląc o dzieciach. 

- To zrozumiale przy twoich doświadcze­

niach. Z tym umiałabym się pogodzić. Ale bałam 

się, że boisz się zobowiązań wobec mnie. To mnie 

przeraziło. 

- Nie miałem żadnych wątpliwości co do 

moich uczuć wobec ciebie. Ale kiedy po roz­

mowie z Bickerstaffem zrozumiałem, że los Fla­

me Valley jest przesądzony, nie chciałem usły­

szeć, że zrywasz zaręczyny. Powinien był wie­

dzieć, że nie pozwolisz mi tak łatwo odejść. 

Juliana musnęła wargami jego usta. 

background image

Jayne Ann Krentz 

233 

- Powinieneś był wiedzieć. Jak mogłeś to 

zrobić? Naprawdę chciałeś dziś ode mnie odejść? 

- Pomyślałem, że nie zasługuję na to, żeby się 

z tobą ożenić. Przynajmniej na razie. Ale na 

pewno nie zamierzałem zniknąć z twojego życia. 

- Bo wiedziałeś, że i tak bym cię znalazła? 

Uśmiechnął się zniewalająco. 

- Nie spodziewałem się, że rzucisz mi się na 

maskę samochodu. Ale wiedziałem, że nadal 

będziemy się widywać, bo jesteśmy wspólnika­

mi. Taka była umowa. Dostanę zapłatę bez 

względu na to, co się stanie z hotelem. A wspól­

ne interesy to najlepsza okazja do częstych kon­

taktów. 

- Bardzo sprytnie - powiedziała ze śmiechem. 

- Trzeba być sprytnym, jeżeli chce się mieć 

nad tobą przewagę. 

- A kto mówi, że masz nade mną przewagę? 

- mruknęła, z przyjemnością patrząc na refleksy 

rzucane przez jej nowy pierścionek. 

- Teraz akurat nie ma znaczenia, kto ma nad 

kim przewagę. Najważniejsze, że jesteśmy ra­

zem. Chyba powinniśmy wreszcie uczcić nasze 

zaręczyny. 

Pocałował ją i wziął na ręce, po raz drugi tego 

wieczoru. 

- Nie jestem trochę za ciężka? 

- Dla mnie jesteś w sam raz - powiedział, 

niosąc ją do kuchni. 

background image

2 3 4 MISTERNY PLAN 

- To samo myślę o tobie. Dlaczego mnie tu 

przyniosłeś? - zdziwiła się. - Sypialnia jest 

w drugą stronę. 

- Otwórz lodówkę. 

Juliana z ciekawością uchyliła drzwiczki i zo­

baczyła butelkę schłodzonego szampana. 

- O! To jest lepsze w łóżku niż krakersy. 

- Weź jeszcze kieliszki. 

Juliana chwyciła dwa kieliszki z blatu, razem 

z butelką przytuliła je do siebie i pozwoliła się 

Travisowi zanieść do sypialni. 

- Byłabyś najpiękniejszą ozdobą maski moje­

go samochodu - powiedział, kładąc się obok niej 

na łóżku. 

- Nie uważasz, że nieco zbyt krzykliwą jak na 

twojego buicka? 

- Ty zawsze jesteś w najlepszym guście. 

Pocałował ją w ramię, gładząc jednocześnie 

po nagich plecach. Juliana zadrżała, czując, jak 

jego palce przesuwają się powoli w dół jej 

kręgosłupa, a potem rozwiązują satynową ko­

kardę. 

- Masz cudowne dłonie - szepnęła wyprężona 

w namiętnym oczekiwaniu. 

- A ty cała jesteś cudowna. - Zsunął z niej 

górę sukni, odsłaniając piersi. 

Po chwili suknia leżała na podłodze obok 

błyszczących pantofelków z górskimi kryształa­

mi i przezroczystej bielizny. Juliana oddychała 

background image

Jayne Ann Krentz 235 

coraz szybciej, z trudem łapiąc powietrze, z coraz 

większym podnieceniem. 

- Uwielbiam ciebie taką - w głosie Travisa 

brzmiał zachwyt. - Nie umiem się opanować, 

kiedy widzę, jak bardzo mnie chcesz. Nikt nigdy 

nie pragnął mnie tak jak ty. 

- A ja nigdy nie pragnęłam nikogo tak jak 

ciebie. - Przywarła do niego, czując jego dłoń 

błądzącą po jej udach. 

- Od początku wiedzieliśmy, że tak będzie. 

I nie pomyliliśmy się - wyszeptał, pieszcząc ją 

coraz żarliwiej, rozpalając ją do białości. 

- Travis, nie mogę dłużej czekać. Chodź do 

mnie... 

- Nie musisz na mnie czekać. Mamy dziś dla 

siebie mnóstwo czasu. Pozwól mi tak na siebie 

popatrzeć. 

- Nie chcę bez ciebie. - Przyciągnęła go do 

siebie i przyjęła z namiętnym oddaniem. 

- Juliano, muszę ci coś powiedzieć. - Travis 

siedział nago na łóżku i nalewał szampana do 

kieliszków, które przynieśli z kuchni. 

- Co takiego? - spytała leniwie. Czuła się cu­

downie zrelaksowana i zaspokojona. Patrzyła z za­

chwytem na jego szerokie ramiona i mocne plecy. 

- Gdybyś zaszła w ciążę, mówiąc czysto hipo­

tetycznie, to byłbym najszczęśliwszym człowie­

kiem na świecie. 

background image

236 

MISTERNY PLAN 

* * * 

- Szkoda że nie widziałaś ich twarzy, kiedy 

najpierw wybiegłaś za Travisem, a po dziesięciu 

minutach on wniósł cię z powrotem do re­

stauracji. To była scena stulecia. Zdaniem ob­

sługi Treasure House przejdzie do legendy. - Elly 

popijała latte, kręcąc głową na to wspomnienie. 

- Czasem kobieta musi ruszyć w pogoń za 

tym, czego naprawdę chce. - Juliana rozkoszowa­

ła się smakiem swojej herbaty i z zadowoleniem 

patrzyła na pełną salę Charismy. 

W sobotnie przedpołudnia było tu zwykle dość 

pusto, ale trzy miesiące temu Juliana wprowadzi­

ła lekkie śniadania i zaprenumerowała kilkanaś­

cie tytułów gazet i czasopism. Od tego czasu 

goście przychodzili coraz liczniej, żeby przy 

porannej kawie i ciepłych rogalikach przeczytać 

coś tak egzotycznego, jak na przykład „New York 

Timesa". 

- Muszę przyznać, że twoi rodzice i mój ojciec 

byli nieco oszołomieni - ciągnęła Elly. - Zwłasz­

cza po tym, jak powiedziałam im, że Travisowi 

nie udało się uratować Flame Valley. I wiesz, co 

twój ojciec na to? 

- Co? 

- Że jeszcze zobaczymy. „Jeszcze nie koniec, 

póki piłka w grze". To chyba były jego własne 

słowa. 

- Ale chyba nie robicie sobie zbyt wielkich 

background image

Jayne Ann Krentz 

237 

nadziei? - spytała Juliana łagodnie. - Travis 

powiedział, że jedyne, co może zrobić, to znaleźć 

dobrego kupca. Żebyśmy przynajmniej nie straci­

li wszystkich pieniędzy. Ale ty i David nie będzie­

cie już właścicielami Flame Valley. 

- Wiem. Wczoraj mieliśmy z Davidem długą 

rozmowę na ten temat. Wyjaśniliśmy sobie wiele 

rzeczy, co właściwie powinniśmy byli zrobić 

dawno temu. 

Juliana zmarszczyła brwi. 

- No i co? Nadal obawiasz się, że od ciebie 

odejdzie? 

Elly uśmiechnęła się. 

- Skąd! Nigdy nie chciał ode mnie odejść. 

Biedak bał się, że to ja go zostawię. To dlatego był 

ostatnio taki spięty. Możesz w to uwierzyć? 

- No cóż, zawsze uważałam, że tworzycie 

świetną parę. Co zamierzacie teraz zrobić? 

- Jeżeli sprzedamy hotel, to spróbujemy ot­

worzyć coś mniejszego, na przykład jakiś pen­

sjonat na wybrzeżu. Jest jeszcze taka możliwość, 

że Travisowi uda się wynegocjować z nowym 

właścicielem kontrakt, który zagwarantuje Davi-

dowi posadę managera Flame Valley. Oczywiście 

pod nadzorem Travisa. Wolelibyśmy nie powta­

rzać dawnych błędów. 

- Myślisz, że chcielibyście zostać w hotelu po 

tym, jak przejdzie w czyjeś ręce? 

- Tak, moglibyśmy się na to zgodzić. Pewnie 

background image

238 

MISTERNY PLAN 

nie spodobałoby się to mojemu ojcu i twoim 

rodzicom. Trudno by im było przyjąć do wiado­

mości, że członkowie rodziny są w Flame Valley 

zwykłymi pracownikami. 

- Ale z drugiej strony - zauważyła Juliana - to 

jest wasza decyzja, a nie ich. W końcu chodzi 

o waszą przyszłość. 

- Właśnie to sobie wczoraj z Davidem powie­

dzieliśmy. Czuję się dużo spokojniejsza, od kiedy 

mamy to wszystko za sobą. Mam wrażenie, że 

wreszcie stanęliśmy na własnych nogach, wy­

szliśmy spod parasola taty. Cokolwiek się stanie, 

nasze małżeństwo będzie silniejsze. 

- Wujek Tony chciał dobrze - powiedziała 

Juliana. - Moi rodzice też. 

- To prawda. I wiemy, że bardzo nas kochają, 

a to najważniejsze. Jednak czasami potrafią przy­

tłoczyć tą swoją miłością. 

- Zgadzam się, to może irytować. Ale można 

mieć też rodziców, którzy w ogóle nie interesują 

się życiem swojego dziecka. 

- Kogo masz na myśli? - spytała Elly zdzi­

wiona. 

- Travisa. 

Elly spojrzała na nią. 

- Ach tak, rzeczywiście. I rozumiem, że po­

stanowiłaś to zmienić? 

Juliana uśmiechnęła się z ogromną pewnością 

siebie. 

background image

Jayne Ann Krentz 239 

- Powiedzmy, że postanowiłam dać rodzicom 

Travisa jeszcze jedną szansę zatańczenia na jego 

weselu. 

- A jeżeli nie przyjdą? 

- Przyjdą-

- Skąd możesz to wiedzieć? 

- Po rozmowie z Sandy uznałam, że nie będę 

z nimi miło rozmawiać. Po prostu ich zaszan-

tażuję. 

Elly zmrużyła oczy. 

- Zaszantażujesz? To do ciebie podobne. Kie­

dy ci na czymś zależy, nie ma dla ciebie prze­

szkód. 

- Uważam, że to jedna z moich największych 

zalet - zgodziła się Juliana. - Travis może po­

twierdzić. Wiesz, chciałabym już dzisiaj ruszyć 

do sklepów na poszukiwanie sukni ślubnej. Może 

byś się ze mną wybrała? Ta suknia będzie na­

prawdę wyjątkowa, zapewniam cię. 

- I to jest dowód, że znów wróciłaś do równo­

wagi. 

- To dziwne, ale w życiu często najbardziej 

obawiamy się czegoś, co potem okazuje się wcale 

nie takie straszne. - David pociągnął długi łyk 

piwa i popatrzył na przystań. 

- Tak, życie nas czasem zadziwia. - Travis 

siedział z Davidem przy stoliku w jednym z mod­

nych pubów przy porcie jachtowym. Spotkali się, 

background image

240 

MISTERNY PLAN 

żeby przedyskutować kwestię przyszłości Flame 

Valley, ale do tej pory rozmawiali jedynie o ko­

bietach. - Czy ty i Elly doszliście do porozumie­

nia? 

- Tak. Ona myślała, że odejdę, jeżeli stracimy 

hotel. Chyba zawsze miała w sobie cień obaw, że 

ożeniłem się z nią tylko dla Flame Valley. 

- A Juliana zawsze była pewna, że jesteście 

w sobie zakochani. 

David zaśmiał się cicho. 

- Juliana zawsze jest pewna wszystkiego. 

- To prawda. I czasem ma rację. 

- Muszę ci to powiedzieć: nie ma na świecie 

innego mężczyzny, który umiałby sobie poradzić 

z Julianą Grant. 

- A gdyby jakiś nawet próbował, to złamię mu 

kark. 

- O ile Juliana nie zrobi tego pierwsza. 

- Racja. Więc dobrze, chcesz, żebym znalazł 

kupca i spróbował wynegocjować dla ciebie po­

sadę w Flame Valley? 

David wyciągnął się wygodnie na krześle. 

- Mam propozycję dla Fast Forward Properties. 

- Jaką? 

- Co ty na to, żebyśmy z Elly nadal prowadzili 

hotel po tym, jak ty go przejmiesz? Nikt nie zna 

Flame Valley lepiej niż my. 

Travis przyglądał się swojej oszronionej 

szklance. 

background image

Jayne Ann Krentz 241 

- To jednak co innego niż być właścicielem. 

Mam zobowiązania wobec swoich inwestorów 

i będę musiał dopilnować, żeby hotel stanął na 

nogi. Będę się wam nieustannie przyglądał, będę 

śledził wasz każdy krok. Naprawdę jestem w tym 

dobry. 

- To mi akurat nie przeszkadza - powiedział 

David lekko. - Poza tym miałbym okazję czegoś 

się od ciebie nauczyć. 

- Przemyślę to i omówię z pozostałymi inwes­

torami. 

- Jasne - zgodził się David. - A kiedy wesele? 

- Juliana zamówiła wszystko na koniec mie­

siąca. 

- Koniec miesiąca? Tak szybko? Jesteście 

przecież zaręczeni, mieszkacie razem, po co jej 

ten pośpiech? 

- To raczej mój pomysł - sprostował Travis. 

- Nie chcę ryzykować. Jak coś planuję, to tak, 

żeby mieć pewność. 

David uśmiechnął się szeroko. 

- Tak samo było z Flame Valley. Juliana nie 

ma szans. 

- I o to właśnie chodziło. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- On ją znów wystawi do wiatru, jestem pew­

na. - Beth Grant niespokojnie przemierzała w tę 

i z powrotem poczekalnię dla nowożeńców na 

tyłach niewielkiego kościoła. W swojej sukni 

z koronek i jedwabiu wyglądała jak prawdziwa 

matka panny młodej. 

- Tata i wujek Roy chyba wyjmą strzelby, jeżeli 

Travis stchórzy - zauważyła Elly z uśmiechem. 

Zajęta była układaniem trenu przy sukni Juliany. 

- Uspokójcie się. Travis nie zawiedzie. - Ju­

liana uważnie przyglądała się swojemu odbiciu 

w lustrze. Niewielki okrągły dekolt rzeczywiście 

był dobrym wyborem. Wczoraj, kiedy przymie-

background image

Jayne Ann Krentz 243 

rzała suknię po raz ostatni, miała jeszcze pewne 

wątpliwości, ale dziś była zadowolona. Suknia 

kosztowała fortunę, ale była tego warta. 

- Wcale nie jestem tego taka pewna - Beth nie 

dawała się przekonać. - To byłaby zemsta dosko­

nała: najpierw przejmuje hotel, a potem zostawia 

cię samą przy ołtarzu. Gdzie on się podziewa? 

- Przyjdzie, bo nie stracił jeszcze rozumu 

- mruknęła Elly, poprawiając ostatnie fałdy. 

- Doskonale wie, co by go potem mogło spotkać. 

Do tej pory ma na masce ślady po obcasach 

Juliany. 

- Dajcie już spokój. Przyjdzie i tyle. - Juliana 

z całkowitym spokojem przysunęła się do lustra, 

żeby pomalować szminką usta. Nie mogła zdecy­

dować się na kolor. Koralowy wydawał jej się 

nieco zbyt blady. Ale z drugiej strony ślub to jest 

ślub. Przypomniała sobie słowa Angeliny Cava-

naugh: „Tylko łagodny makijaż, Juliano. Panna 

młoda ma wyglądać słodko i niewinnie, a nie jak 

królowa, która przejmuje władzę". 

- Nie obchodzi cię nic poza makijażem - wes­

tchnęła Beth, patrząc na Juliano. 

- Szczerze mówiąc, martwi mnie jedna rzecz. 

Ciekawa jestem, czy rodzice Travisa przyszli. 

Ktoś ich widział? 

- Zapytam mistrza ceremonii. - Elly, zadowo­

lona, że może się na coś przydać, wyszła szybko 

z pokoju. 

background image

2 4 4 MISTERNY PLAN 

Beth podeszła do córki i przytuliła ją z macie­

rzyńską czułością. 

- Ślicznie wyglądasz, kochanie. Jestem z cie­

bie dumna. 

- Dziękuję, mamo. 

- Jeżeli on nie przyjdzie, to uduszę go włas­

nymi rękami. 

- Przyjdzie - powtórzyła Juliana z nieza­

chwianą pewnością. - Na Travisa zawsze można 

liczyć. 

Beth pokręciła głową ze zdziwieniem. 

- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak bar­

dzo mu ufasz. Na razie nie zrobił nic, żeby so­

bie na to zasłużyć. Nawet nie uratował Flame 

Valley. 

- Zrobił wszystko, co było możliwe. I zadba 

o to, żeby przejęcie hotelu przez nowego właś­

ciciela przebiegło gładko. David mówił, że on 

i Elly nadal będą nim zarządzać. 

- No cóż, lepsze to niż nic. Może kiedyś 

znajdziemy sposób, żeby odzyskać Flame Valley. 

Twój ojciec jest wręcz przekonany, że wszystko 

dobrze się ułoży. Mnie jednak nadal dziwi, że od 

początku mu zaufałaś. 

- Bo nie znasz go tak jak ja. 

- A co ty takiego widzisz w Travisie Sawyerze? 

- Pasujemy do siebie - powiedziała Juliana, 

poprawiając niesforne loki pod welonem. - Ko­

chamy się i mamy do siebie zaufanie. To proste. 

background image

Jayne Ann Krentz 245 

- Chciałabym w to uwierzyć. Mam nadzieję, 

że wiesz, co robisz. 

- Ja zawsze wiem, co robię, mamo. Podaj mi 

wiązankę, proszę. Chyba już na nas czas. 

Beth wyglądała na bardziej zatroskaną niż 

zwykle. Podała córce bukiet pomarańczowych 

orchidei. 

- Jeżeli Travisa nie będzie w kościele, to nie 

pozwolę ci przejść do ołtarza. Nasza rodzina nie 

zniosłaby tego upokorzenia. 

- On tam będzie. 

Beth popatrzyła na córkę i zdobyła się na słaby 

uśmiech. 

- Twoja wiara jest zaraźliwa. 

- Wracaj do kościoła, mamo. Tata i wujek 

Tony zaczną się denerwować. 

- Jesteś pewna, że Travis się pojawi? 

- Jestem całkiem pewna. 

W uchylonych drzwiach ukazała się głowa Elly. 

- Przyjechali! Mistrz ceremonii powiedział, 

że rodzice pana młodego są już na swoich miejs­

cach. Wszyscy czworo. I do tego gromadka przy­

rodnich braci i sióstr. 

Juliana z zadowoleniem skinęła głową. 

- Świetnie. Oto kolejny przykład, że zastra­

szenie bywa skuteczną bronią. Mamo, idź już. 

Beth zagryzła wargi. 

- Rodzice Travisa przyszli, ale on sam jeszcze 

background image

246 

MISTERNY PLAN 

- Przyjdzie. 

- Jesteś pewna? - spytała Beth po raz ostatni. 

- Tak, mamo, jestem pewna. 

- Wspaniale wyglądasz - powiedziała Beth, 

wychodząc. 

Elly spojrzała twardo na Julianę. 

- Naprawdę jesteś pewna? 

- Naprawdę. Czy gdyby było inaczej, to stała­

bym tutaj w tej sukni? Travis nigdy by mi tego 

nie zrobił. 

- A ten wypadek z zaręczynami? - przypo­

mniała Elly nieśmiało. 

- Przyszedł, prawda? Nie wystawił mnie. Pla­

nował jedynie szybko wyjść. 

- To dość specyficzny punkt widzenia. Gdy­

byś za nim nie pobiegła i nie rzuciła się na maskę 

samochodu, to nie wiem, co by dalej było. 

- Jeżeli ci na czymś bardzo zależy, to musisz 

o to walczyć. 

- A tobie zależy na Travisie - powiedziała 

Elly ze zrozumieniem. 

Przerwało im pukanie do drzwi. 

- Wszystko gotowe, panno Grant - odezwał 

się głos z drugiej strony. 

Juliana westchnęła z zadowoleniem i nasunęła 

welon na twarz. 

- W samą porę. Weź swoje kwiaty, Elly. 

Juliana otworzyła drzwi i pewnym krokiem 

ruszyła do przedsionka kościoła. Spojrzała 

background image

Jayne Ann Krentz 247 

wzdłuż nawy w kierunku ołtarza. Nie była wcale 

zdziwiona widząc, że Travis już tam na nią czeka. 

- Przyjechał przed chwilą - mruknął Roy 

Grant, podając ramię córce. - Już mieliśmy z To-

nym go szukać. Byliśmy pewni, że nas wystawił. 

Juliana pomyślała, że wszyscy wykazują dziś 

o nią niezwykłą troskę. Chyba dlatego, że była 

panną młodą. Takie okoliczności wyzwalają 

w rodzicach instynkty opiekuńcze. 

- Niepotrzebnie się martwiliście. Przecież 

Travis powiedział, że przyjdzie. 

Rozległy się dźwięki muzyki. Juliana, z pro­

miennym uśmiechem na twarzy, ruszyła wzdłuż 

kościoła wsparta na ramieniu ojca. 

Travis ani na moment nie spuszczał z niej 

wzroku. Kiedy stanęła przed ołtarzem, wziął jej 

dłoń z rąk Roya Granta. 

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział 

cicho. - Coś zatrzymało mnie w biurze. Bicker-

staff zmienił zdanie. 

- Co zrobił? - Juliana gwałtownie podniosła 

welon, żeby móc lepiej spojrzeć w roześmiane 

oczy Travisa. 

- To, co słyszałaś. Piętnaście minut temu Fla­

me Valley wróciło do twojej rodziny. Elly i David 

są nadal oficjalnymi właścicielami. 

Juliana zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Wiedziałam, że ci się uda. Na całym świecie 

nie ma nikogo takiego jak ty. 

background image

248 

MISTERNY PLAN 

Wśród gości przeszedł lekki pomruk zdziwie­

nia na widok Juliany obejmującej Travisa. Pastor 

chrząknął, chcąc przywołać ich uwagę. 

- Czy możemy zaczynać? 

- Tak, ale najpierw trzeba coś ogłosić - po­

wiedziała Juliana z szerokim uśmiechem. 

Pastor uniósł brwi z ciekawością. 

- Co mam ogłosić? 

- Że Bickerstaff zmienił zdanie. 

Pastor przeniósł wzrok na gości. 

- Bickerstaff - zaczął uroczyście - zmienił 

zdanie. 

Julianie wydawało się, że słyszy gwałtowne 

westchnienie Elly, a potem ze strony gości panny 

młodej rozległy się brawa i głośne okrzyki rado­

ści. Nie chcąc nikogo urazić, pozostałe osoby 

przyłączyły się do oklasków. 

Kiedy gwar wreszcie umilkł, pastor spojrzał 

surowo na rozradowaną Julianę. 

- Możemy wreszcie zacząć ślubną ceremo­

nię? 

. - Oczywiście. 

- Chwileczkę. - Travis opuścił welon na 

twarz Juliany, starannie układając zwiewny ma­

teriał. Wreszcie zadowolony skinął głową. -

Pewne sytuacje wymagają poszanowania dla 

tradycji. 

- Chyba powinienem kupić udziały w tej re-

background image

Jayne Ann Kreutz 

249 

stauracji - powiedział Travis, rozglądając się 

z kieliszkiem szampana w ręku po zatłoczonej 

sali - biorąc pod uwagę fakt, jak często z niej 

korzystamy. Albo pomyśl o organizowaniu przy­

jęć w jakimś innym miejscu, tak dla odmiany. 

- Nie narzekaj, Travis. Przyjęcia w Treasure 

House są zawsze świetne. 

- Mhm. - Travis sączył swojego szampana. -

I wreszcie skończy się twój zwyczaj przyjmowa­

nia tutaj oświadczyn. 

- Jedynie twoje potraktowałam poważnie. 

- Całe szczęście. 

Juliana wręcz promieniała radością. 

- Zauważyłeś, że od początku wesela dopiero 

teraz mamy czas dla siebie? Już myślałam, że nie 

uda rai się odciągnąć cię od Davida, taty i wujka 

Tony'ego. 

- Musiałem im opowiedzieć o wszystkich 

szczegółach umowy z Bickerstaffem. 

- Wcale się nie dziwię. A właściwie dlaczego 

Bickerstaff zmienił zdanie? 

- To dość skomplikowane i nie chce mi się 

w to teraz zagłębiać. Krótko mówiąc, pewien 

znajomy bankier był mi winien przysługę. Kie­

dy dowiedział się, że Bickerstaff jest zaintereso­

wany Flame Valley, zgodził się zrestrukturyzo­

wać długi hotelu. A to z kolei przechyliło szalę na 

naszą korzyść i Bickerstaff postanowił wejść do 

interesu. 

background image

250 

MISTERNY PLAN 

Juliana gwizdnęła cichutko z podziwu. 

- Bardzo sprytne. A twoi inwestorzy? 

- Zostaną spłaceni w taki sam sposób, w jaki 

bym się z nimi rozliczył, gdyby doszło do przeję­

cia. To trochę skomplikowane, ale powinno się 

udać. O ile David będzie współpracował. 

- Na pewno będzie. 

- Też tak myślę. - Travis spojrzał ponad 

ramieniem Juliany. - Idzie do nas moja mama i jej 

drugi mąż. 

- Polubiłam twoją mamę. Tatę zresztą też. 

Ucięliśmy sobie wcześniej miłą pogawędkę. - Ju­

liana odwróciła się z uśmiechem do atrakcyjnej 

blondynki, która zbliżała się do nich w towarzyst­

wie nieco tęgiego, ale doskonale ubranego męż­

czyzny. 

- Witam. Dobrze się państwo bawią? 

Linda Riley odwzajemniła uśmiech. 

- Świetnie, kochanie. - Spojrzała na swojego 

najstarszego syna. - Znalazłeś sobie wspaniałą 

żonę, Travis. 

- To ona mnie sobie znalazła - powiedział 

Travis, nawet nie starając się ukryć zadowolenia. 

- Cieszę się, że udało się wam przyjechać - do­

rzucił szorstko. 

- Nie odmówilibyśmy sobie tej przyjemności 

za nic w świecie. - Linda Riley rzuciła Julianie 

rozbawione spojrzenie. - Za rzadko się widuje­

my, Travis. Musisz częściej do nas przyjeżdżać. 

background image

Jayne Ann Krentz 

251 

Dzieciaki wciąż pytają o tego tajemniczego star­

szego brata. Bardzo cię podziwiają. Jeremy 

chciałby z tobą porozmawiać o swoich planach 

zawodowych. 

- Naprawdę? - Travis nadal był nieufny, ale 

wyglądał na zainteresowanego. 

- Bardzo ci jestem wdzięczna, że nas zapro­

siłaś. - Linda Riley zwróciła się z uśmiechem 

do Juliany. - Czasem więzi rodzinne słabną, 

chociaż tak naprawdę nikt tego nie chce. Kiedy 

górę biorą egoistyczne emocje, łatwo się pogu­

bić. Zupełnie niepotrzebnie duma wychodzi na 

pierwszy plan. Ale na szczęście to wszystko 

można zmienić. 

- Doskonale panią rozumiem - zapewniła Ju­

liana. - Mówiłam Travisowi, że ludzie się zmie­

niają. Wesele to znakomita okazja, by rodzina 

znów mogła być razem. 

- Dużo lepsza niż pogrzeb - zauważył Travis. 

Juliana spojrzała na niego z naganą, sięgnęła 

po tartinkę i wróciła do rozmowy z teściową. 

Naprawdę była bardzo z siebie zadowolona. Tak 

jak się spodziewała, rodzice Travisa nareszcie 

przestali zachowywać się jak dzieci. 

- Powiesz mi w końcu, jak to zrobiłaś? - spy­

tał Travis, kiedy państwo Riley odeszli do innych 

gości. 

- Co zrobiłam? 

- Nie udawaj niewiniątka. Za dobrze cię 

background image

252 

MISTERNY PLAN 

znam. Jak zmusiłaś moich rodziców, żeby przy­

szli? 

- Rozsądni ludzie potrafią z czasem przyznać 

się do błędu. Minęły lata od twojego pierwszego 

ślubu. Twoi rodzice mieli wówczas do siebie 

wiele pretensji. Na szczęście dojrzeli i złagod­

nieli. 

Travis włożył sobie do ust krakersa z łososiem 

i ogórkiem. Przez chwilę zastanawiał się nad 

słowami Juliany, a potem pokręcił głową. 

- Nie kupuję tego. Może rzeczywiście doj­

rzeli, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że wysyłając 

zaproszenia, tylko na tym opierałaś swoje na­

dzieje. Chciałaś, żeby przyjechali, więc co zrobi­

łaś, żeby ich do tego zmusić? 

- Zaszantażowałam ich. 

Travis uśmiechnął się szeroko. 

- Jak? 

- Powiedziałam jasno, że nie będą mieli okazji 

zobaczyć swojego pierworodnego wnuka, o ile 

nie będą na tyle uprzejmi, żeby przyjść na nasz 

ślub. 

- Mogłem się tego spodziewać. - Odstawił 

swój kieliszek z szampanem. - Mogę prosić do 

tańca, pani Sawyer? 

- Z przyjemnością, panie Sawyer. 

Pozwoliła się prowadzić w tańcu. Dół jej ślub­

nej sukni wirował wokół satynowych pantofel­

ków na maleńkim obcasie. 

background image

Jayne Ann Krentz 253 

- Widzę, że nie założyłaś dziś szpilek - za­

uważył Travis. 

- Pomyślałam sobie, że w dniu ślubu panna 

młoda powinna okazać trochę szacunku swojemu 

mężowi - powiedziała skromnie. - Ze względu na 

tradycję. 

Travis roześmiał się. 

- A może wolałaś mieć płaskie obcasy na 

wypadek, gdyby okazało się, że nie przyszedłem 

i że znów musisz mnie gonić? 

Spojrzała na niego z miłością. 

- Ani przez chwilę nie wątpiłam, że przyj­

dziesz na ślub. 

Spojrzenie Travisa nagle spoważniało. 

- Miałaś rację. Żadna siła na świecie by mnie 

przed tym nie powstrzymała. 

- Kocham cię, Travis. 

Uśmiechnął się. 

- Nikt mnie nigdy nie kochał tak jak ty. Chcę, 

żebyś wiedziała, że ja też cię kocham. 

- Wiem. Co ty na to, żebyśmy się stąd wy­

mknęli i zaczęli nasz miesiąc miodowy? 

- To zależy, co chcesz zrobić. Wrzucić mnie 

do wody? Biegać za mną po parkingu? A może 

obrzucić mnie guacamole? 

- Nic z tych rzeczy. Ale moglibyśmy poroz­

mawiać o przyszłości Charismy. 

- Czy ty się nigdy nie poddajesz? 

- Nigdy. 

background image

254 

MISTERNY PLAN 

- Mam lepszy pomysł - powiedział Travis. -

Co ty na to, żebyśmy poszli w jakieś ustronne 

miejsce i porozmawiali o dzieciach? 

- Wprawdzie nigdy się nie poddaję, ale cza­

sem mogę odłożyć swoje plany na później. Z ra­

dością pójdę z tobą w jakieś ustronne miejsce, 

żeby porozmawiać o dzieciach. 

- No to na co czekamy? 

Travis wziął Julianę za rękę i poprowadził ją do 

drzwi. Przed nimi całe życie.