background image

Kirył Bułyczow

Czy mogę

rozmawiać z

Niną?

 (Możno poprosit’ Ninu?)

background image

- Czy mogę rozmawiać z Niną?
- To ja, Nina.
- Tak? Dlaczego masz taki dziwny głos?
- Dziwny głos?
- Nie twój. Cienki. Jesteś czymś zmartwiona?
- Nie wiem.
- Może nie powinienem dzwonić?
- A kto mówi?
- Od kiedy przestałaś mnie poznawać?
- Kogo poznawać?

Głos był młodszy od Niny o dwadzieścia lat. A w rzeczywistości głos Niny był od

niej młodszy o pięć lat.  Jeśli się kogoś nie zna, to po głosie trudno odgadnąć jego
wiek. Głosy często starzeją się wcześniej niż ich właściciele. Albo długo pozostają
młode.

- No dobrze - powiedziałem. - Słuchaj, dzwonię do ciebie poniekąd w pewnej

sprawie.

- Pan chyba pomylił numer - powiedziała Nina. - Ja pana nie znam.
- To ja, Wadim, Wadik, Wadim Nikołajewicz! Co się z tobą dzieje?
- No właśnie! - Nina westchnęła, jakby żal jej było kończyć rozmowę. - Nie znam

żadnego Wadika i Wadima Nikołajewicza.

Odczekałem chwilę, zanim wykręciłem ten numer jeszcze raz. Zdaje się, że po

prostu dodzwaniałem się gdzie indziej.  Moje palce nie chciały dzwonić do Niny. I
wykręciły inny numer. A dlaczego nie chciały?

Odszukałem   na   stole   paczkę   kubańskich   papierosów.   Mocnych   jak   cygara.

Robią je pewnie z obrzynków cygar. A jaką ja mogę mieć sprawę do Niny albo
poniekąd sprawę? Żadnej. Po prostu chciałem się dowiedzieć, czy jest w domu. A
jeśli jej nie ma, to też niczego nie zmienia. Może być na przykład u mamy. Albo w
teatrze. Wieki całe nie była w teatrze.

Zadzwoniłem do Niny.
- Nina? - zapytałem.
- Nie, Wadimie Nikołajewiczu - odpowiedziała Nina. - 

Znowu się pan pomylił. Jaki numer pan wykręca?

- 149-40-89.
- A mój to Arbat. Jeden - trzydzieści dwa - pięć trzy.
- Oczywiście - powiedziałem. - Arbat to cztery?
- Arbat to G.
- No cóż - powiedziałem. - Przepraszam, Nino.
- Proszę - powiedziała Nina. - I tak nic nie robię.
- Postaram się więcej do pani nie dzwonić - powiedziałem. 

- Gdzieś się zaklinowało i dodzwaniam się do pani. Telefon źle działa.

- Tak - zgodziła się ze mną Nina.
Odłożyłem słuchawkę.
Trzeba poczekać. Albo wykręcić setkę. Zegarynka. Coś się 

tam połączy w zaplątanych liniach na centrali. I dodzwonię się. „Dwudziesta zero
zero”   -   powiedziała   kobieta   w   zegarynce.   Nagle   pomyślałem,   że   jeżeli   jej   głos
nagrali dawno, dziesięć lat temu, to ona wykręca „setkę”, gdy jej nudno, gdy jest

background image

sama w domu i słucha swojego młodego głosu.  A może ona umarła. Wtedy jej syn
albo człowiek, który ją kochał, wykręca „setkę” i słucha jej głosu.

Zadzwoniłem do Niny.
- Tak, słucham - powiedziała Nina młodym głosem. - To 

znowu pan, Wadimie Nikołajewiczu?

-  Tak  -   powiedziałem.   -   Najwidoczniej   nasze   telefony  połączyły   się   na   amen.

Tylko   niech   się   pani   nie   gniewa,   niech   pani   nie   myśli,   że   ją   żartuję.   Bardzo
uważnie wykręcałem numer.

- Oczywiście, oczywiście - powiedziała szybko Nina. - Nawet przez chwilę tak nie

pomyślałam. Bardzo się panu spieszy Wadimie Nikołajewiczu?

- Nie - powiedziałem.
- Ma pan ważną sprawę do Niny?
- Nie, po prostu chciałem się dowiedzieć, czy jest w 

domu.

- Stęsknił się pan?
- Jakby to pani powiedzieć...
- Rozumiem, jest pan zazdrosny - powiedziała Nina.
- Pani jest zabawna - powiedziałem. - Ile pani ma lat?
- Trzynaście. A pan?
- Czterdzieści kilka. Jest między nami grubaśny mur z 

cegieł.

- I każda cegla to jeden miesiąc, prawda?
- Nawet jeden dzień może być cegłą.
- Tak - westchnęła Nina. - Wtedy to naprawdę gruby mur. O 

czym pan teraz myśli?

- Trudno powiedzieć. W tej chwili o niczym. Przecież rozmawiam z panią.
- A gdyby miał pan trzynaście lat albo nawet piętnaście, moglibyśmy się poznać

- powiedziała Nina. - To by było bardzo śmieszne. Powiedziałabym: „Niech pan
przyjedzie  jutro wieczorem  pod pomnik Puszkina. Będę na pana czekać punkt
siódma”. I byśmy się nie rozpoznali. Gdzie się pan spotyka z Niną?

- Jak kiedy.
- I pod  Puszkinem?
- Niezupełnie. Jakoś tak wyszło, że spotykaliśmy się pod 

„Rosją”.

- Gdzie?
- Pod kinem „Rosja”.
- Nie znam.
- No, na Puszkińskiej.
- I tak nie wiem. Pan pewnie żatruje. Dobrze znam plac 

Puszkina.

- Nieważne - powiedziałem.
- Dlaczego?
- To było dawno.
- Kiedy?
Dziewczynka nie chciała odkładać słuchawki. Z jakiegoś 

powodu z uporem ciągnęła rozmowę.

- Jest pani sama w domu? - zapytałem.
- Tak. Mama jest na wieczornej zmianie. Pracuje jako

pielęgniarka   w   szpitalu.   Zostanie   na   noc.   Mogłaby   wrócić   jeszcze   dzisiaj,   ale

background image

zostawiła w domu przepustkę.

- Aha - zgodziłem się. - Dobrze, kładź się spać, dziewczynko. Jutro idziesz do

szkoły.

- Powiedział pan to jak do dziecka.
- Nie, coś ty, rozmawiam z tobą jak z dorosłą.
- Dziękuję. Tylko sam niech się pan kładzie o siódmej. Do 

widzenia. I niech pan więcej nie dzwoni do tej swojej Niny.  Bo znowu się pan do
mnie dodzwoni. I obudzi mnie, małą dziewczynkę.

Odłożyłem słuchawkę. Potem włączyłem telewizor i dowiedziałem się, że pojazd

księżycowy przeszedł odcinek 337 metrów. Pojazd księżycowy pracował, a ja się
obijałem.   Postanowiłem, że ostatni raz zadzwonię do Niny po jedenastej. Całą
godzinę zajmowałem się głupstwami.  Zdecydowałem, że jeśli jeszcze raz trafię na
dziewczynkę, to od razu odłożę słuchawkę.

-   Wiedziałam,   że   pan   jeszcze   raz   zadzwoni   -   powiedziała   Nina,   gdy   odebrała

telefon.   -   Tylko   niech   pan   nie   odkłada   słuchawki.   Strasznie   się   nudzę,   słowo
honoru. I nie mam co czytać i za wcześnie na spanie.

- No dobrze - powiedziałem. - Rozmawiajmy. Dlaczego pani jeszcze nie śpi? Już

późno.

- Dopiero ósma - powiedziała Nina.
- Późni się pani zegarek - powiedziałem. - Już prawie 

dwunasta.

Nina roześmiała się. Miała ładny, miękki śmiech.
- Strasznie chce się pan mnie pozbyć - powiedziała. - 

Teraz październik, dlatego zrobiło się już ciemno i wydaje się panu, że to noc.

- Teraz pani żartuje? - zapytałem.
- Nie, ja nie żartuję. Nie tylko zegarek, ale i kalendarz 

panu kłamie.

- Dlaczego kłamie?
- Zaraz mi pan powie, że u pana jest nie październik, 

tylko luty.

- Nie, grudzień - powiedziałem. I z jakiegoś powodu sam sobie nie uwierzyłem,

spojrzałem na gazetę leżącą obok, na kanapie. Dwudziesty trzeci grudnia - było
napisane pod nagłówkiem.

Pomilczeliśmy trochę, miałem nadzieję, że ona zaraz powie „Do widzenia”. Ale

ona nagle zapytała:

- Jadł pan kolację?
- Nie pamiętam - powiedziałem szczerze.
- To znaczy, że nie jest pan głodny.
- Nie, nie jestem.
- A ja jestem głodna.
- W domu nie ma nic do jedzenia?
- Nic! - powiedziała Nina. - Pusto jak wymiótł. 

Śmiesznie, co?

- Nawet nie wiem, jak pani pomóc - powiedziałem. - Pieniędzy też nie ma?
- Są, ale bardzo mało. I wszystko jest już zamknięte. A poza tym co by można

kupić?

-  No   tak  -  zgodziłem  się.  -  Wszystko   już  zamknięte.  Chce  pani,  to  zajrzę  do

lodówki, zobaczę, co mam?

background image

- Ma pan lodówkę?
- Starą - powiedziałem. - „Siewier”. Zna pani taką?
- Nie - powiedziała Nina. - A jeśli pan coś znajdzie, to 

co potem?

- Potem? Złapię taksówkę i podwiozę pani. A pani zejdzie na podwórko i weźmie.

- A daleko pan mieszka? Bo ja na Siwcewom Wrażku, 15/25.
- A ja na Mosfilmowskiej. Przy Lenińskich Górach. Za 

uniwersytetem.

- Znowu nie wiem. Ale to nieważne. Dobrze pan to wymyślił, dziękuję panu. A co

pan ma w lodówce? Ja tylko tak pytam, niech pan sobie nie myśli.

- Żebym to ja pamiętał - powiedziałem. - Zaraz przeniosę telefon do kuchni i

zobaczymy.

Przeszedłem do kuchni, a sznur od telefonu ciągnął się za mną jak żmija.

- No więc - powiedziałem - otwieram lodówkę.
- Może pan nosić telefon ze sobą? Nigdy o takim nie 

słyszałam.

- Oczywiście, że mogę. A pani telefon gdzie stoi?
- W przedpokoju. Wisi na ścianie. No i co ma pan w 

lodówce?

- To znaczy, tak... co my tu mamy w tej torebce? Jajka, nic ciekawego.

- Jajka?

- Aha, kurze. O, chce pani, przyniosę kurę? Nie, to 

francuska, mrożona. Zanim ją pani ugotuje, zgłodnieje pani na dobre. I mama
wróci z pracy. Wezmę lepiej kiełbasę. Albo nie, znalazłem marokańskie sardynki,
sześćdziesiąt kopiejek za puszkę. Mam do nich pół słoika majonezu. Słyszy pani?

-   Tak   -   powiedziała   Nina   cichutko.   -   Dlaczego   pan   tak   żartuje?   Najpierw

chciałam się roześmiać, ale potem zrobiło mi się smutno.

- A to dlaczego? Naprawdę pani tak zgłodniała?
- Nie, pan wie.
- Co wiem?
- Wie pan - powiedziała Nina. Przez chwilę milczała, 

potem dodała: - No i dobrze! Niech mi pan powie, ma pan czerwony kawior?

- Nie, ale za to mam filety z pałtusa.
- Nie trzeba, wystarczy - powiedziała Nina twardo. - 

Zmieńmy temat. Już wszystko zrozumiałam.

- Co zrozumiałaś?
- Że pan też jest głodny. A co pan widzi z okna?
- Z okna? Domy, fabrykę lalek. Akurat wpół do dwunastej. 

Koniec   zmiany.   Sporo   dziewcząt   wychodzi   z   portierni.   Poza   tym   widzę   jeszcze
„Mosfilm”. I straż pożarną. I kolej. O, właśnie jedzie pociąg.

- I widzi pan to wszystko?
- No tak, pociąg jedzie daleko. Widać tylko łańcuszek 

ogników, okien!

- No i kłamie pan!
- Nie należy tak rozmawiać ze starszymi - powiedziałem. - 

Nie mogę kłamać. Mogę się mylić. A więc gdzie się pomyliłem?

- Pomylił się pan mówiąc, że widzi pan pociąg. Nie można go zobaczyć.

background image

- A co on niewidzialny, czy co?
- Widzialny, tylko okna nie mogą się świecić. No i w 

ogóle, pan nie wyglądał przez okno.

- Dlaczego? Stoję przy samym oknie.
- A pali się u pana w kuchni światło?
- Oczywiście. Przecież po ciemku nie zaglądałbym do 

lodówki. Spaliła mi się w niej żarówka.

- No i proszę, już trzeci raz pana przyłapałam.
- Nina, kochanie, wytłumacz mi, na czym mnie przyłapałaś?

- Jeśli patrzy pan przez okno, to odchylił pan 

zaciemnienie. A jeśli odchylił pan zaciemnienie, to zgasił pan światło. Zgadza się?

- Nie zgadza się. Po co mi zaciemnienie? Wojna czy co?
- Ojejej! Jak można się tak zapomnieć! A co, może pokój?
- No, jak rozumiem, Wietnam, Bliski Wschód... Ja nie o 

tym.

- Ja też nie o tym... Chwileczkę, czy pan jest kaleką?
- Na szczęście, wszystko mam na swoim miejscu.
- Ma pan broń?
- Jaką broń?
- To dlaczego nie jest pan na froncie?
Właśnie w tym momencie zacząłem podejrzewać coś 

niedobrego. Wyglądało na to, że dziewczynka robi sobie ze mnie żarty. Ale była
przy tym tak naturalna i poważna, że omal mnie nie przestraszyła.

- Na jakim froncie powinienem być, Nino?
- Na najzwyklejszym. Gdzie są wszyscy. Gdzie tata. Na 

froncie   niemieckim.   Mówię   poważnie,   nie   żartuję.   To   pan   tak   dziwnie   ze   mną
rozmawia. A może pan nie kłamie o kurze i jajkach?

- Nie kłamię - powiedziałem. - I żadnego frontu nie ma. 

Może ja naprawdę do pani przyjadę?

-   Ale   ja   naprawdę   nie   żartuję!   -   prawie   krzyknęła   Nina.   -   I   niech   pan   też

przestanie.   Na   początku   to   było   ciekawe   i   wesołe.   A   teraz   zrobiło   się   jakoś
dziwnie. Przepraszam. To tak jakby pan nie udawał, tylko mówił prawdę.

- Słowo honoru, dziewczynko, że mówię prawdę - powiedziałem.

-  Nawet   się   przestraszyłam.   Nasz   piec  prawie  nie  grzeje.     Jest  mało   drzewa.   I
ciemno. Tylko kaganek. Dzisiaj nie ma światła. I strasznie mi się nie chce siedzieć
samej.  Powkładałam na siebie wszystkie ciepłe rzeczy.

I w tym momencie ostro i jakoś tak gniewnie powtórzyła pytanie:

- Dlaczego nie jest pan na froncie?
- Na jakim ja mogę być froncie? - Rzeczywiście, żarty 

zaszły za daleko. - Jaki może być front w siedemdziesiątym drugim roku!

- Śmieje się pan ze mnie?
Głos znowu zmienił ton, stał się nie dowierzający, 

malutki, trzy wierszyki od podłogi. I przed moimi oczami pojawił się niesamowity,
zapomniany już obrazek: to, co działo się ze mną wiele, trzydzieści albo więcej lat
temu.  Gdy ja też miałem dwanaście lat. A w pokoju stała burżujka.  A ja siedzę
na kanapie z  podwiniętymi nogami. I pali się świeczka, a może to  była lampa
naftowa? A kura wydaje się nierealnym, bajkowym ptakiem, który jedzą tylko w

background image

powieściach. Chociaż ja wtedy nie myślałem o kurze...

- Dlaczego pan zamilkł? - zapytała Nina. - Niech pan lepiej mówi.

- Nino - powiedziałem. - Jaki mamy teraz rok?
- Czterdziesty drugi - powiedziała Nina.

Zacząłem układać sobie w głowie kawałeczki 

niedorzeczności, które były w jej słowach. Nie zna kina „Rosja”. I numer telefonu
ma tylko sześć cyfr. I to zaciemnienie...

- Nie mylisz się? - zapytałem.
- Nie - powiedziała Nina.
Wierzyła w to, co mówiła. A może głos mnie oszukał? Może 

ona nie ma trzynastu lat? Może to czterdziestoletnia kobieta, która zachorowała
jeszcze wtedy, będąc dziewczynką i wydaje się jej, że została tam, gdzie wojna.

- Niech pani posłucha - powiedziałem spokojnie. Przecież nie odłożę słuchawki.

-   Dzisiaj   jest   dwudziesty   trzeci   grudnia   1972   roku.   Wojna   skończyła   się
dwadzieścia siedem lat temu. Wie pani o tym?

- Nie - powiedziała Nina.
- Wie pani. Jest godzina dwunasta. No, jak ja mam to pani 

wytłumaczyć?

- Dobrze - powiedziała Nina pokornie. - Ja też wiem, że nie przywiezie mi pan tej

kury. Powinnam się domyślić, że francuskich kur nie ma.

- Dlaczego?
- Bo we Francji są Niemcy.
- We Francji od dawna nie ma żadnych Niemców. Chyba że 

turyści. Ale niemieccy turyści przyjeżdżają również do nas.

- Jak to? Kto ich wpuszcza?
- A dlaczego mielibyśmy ich nie wpuszczać?
- Tylko niech mi pan nie próbuje wmówić, że fryce nas 

zwyciężą. Pan pewnie jest szkodnikiem albo szpiegiem.

- Nie, pracuję w RWPG, w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Zajmuję się

Węgrami.

- No i znowu pan kłamie! Na Węgrzech są faszyści.
- Węgrzy dawno temu przepędzili swoich faszystów. Węgry 

są republiką socjalistyczną.

- Ojej, a już się bałam, że pan naprawdę jest szkodnikiem. A pan to wszystko

wymyśla.   Nie,   niech   pan   nie   zaprzecza.   Lepiej   niech   pan   opowie,   jak   będzie
potem.   Niech   pan   wymyśli,   co   pan   chce,   żeby   tylko   było   dobrze.   Proszę.   I
przepraszam,   że   tak   niegrzecznie   z   panem   rozmawiałam.   Po   prostu   nie
zrozumiałam.

Przestałem się sprzeczać. Jak to wyjaśnić? Znowu wyobraziłem sobie, że siedzę

w czterdziestym drugim roku i bardzo chcę wiedzieć, kiedy nasi zdobędą Berlin i
powieszą Hitlera. I chciałem się jeszcze dowiedzieć, gdzie zgubiłem kartki na chleb
za październik. Powiedziałem:

- Zwyciężymy faszystów 9 maja 1945 roku.
- To niemożliwe! Strasznie długo trzeba czekać.
- Słuchaj, Nino, i nie przerywaj. Ja wiem lepiej. Berlin 

zdobędziemy drugiego maja. Będzie nawet taki medal - „Za zdobycie Berlina”. A

background image

Hitler   popełni   samobójstwo.   Otruje   się.     I   da   truciznę   Ewie   Braun.   A   potem
esesmani wyniosą jego ciało na dziedziniec imperialnej kancelarii, obleją benzyną
i spalą.

Nie opowiedziałem tego Ninie, lecz sobie. Posłusznie powtarzałem fakt, jeśli Nina

nie wierzyła, albo nie rozumiała od razu. Powtarzałem, gdy prosiła o wyjaśnienie
czegoś   i   omal   znowu   nie   straciłem   jej   zaufania,   gdy   powiedziałem,   że   Stalin
umrze.   Ale   potem   je   odzyskałem,   opowiadając   o   Juriju   Gagarinie   i   nowym
Arbacie.   I   nawet   rozśmieszyłem   ją,   gdy   opowiedziałem,   że   kobiety   będą   nosić
spodnie - dzwony i bardzo krótkie spódniczki. Mówiłem też, kiedy nasi przejdą
granicę z Prusami. Straciłem poczucie realności. Dziewczynka Nina i mały Wadik
siedzieli na kanapie i słuchali. Tylko, że byli głodni jak diabli. I sprawy Wadika
wyglądały jeszcze gorzej niż Niny: zgubił kartki na chleb i do końca miesiąca on i
matka   będą   musieli   żyć   z   jednej,   robotniczej   kartki.   Dlatego,   że   Wadik   zgubił
kartki gdzieś na podwórku i dopiero po piętnastu latach przypomni sobie nagle,
jak to było. I znowu się będzie denerwował, bo kartkę można byłoby znaleźć już
po tygodniu.   Ona pewnie wpadła do piwnicy, gdy Wadik rzucił palto na kratę,
chcąc poganiać za piłką. I gdy Nina zmęczyła się słuchaniem tego, co brała za
ładną bajkę, powiedziałem:

- Znasz Pietrowkę?
- Znam - powiedziała Nina. - Nie zmienią jej nazwy?
- Nie. No więc...
Wytłumaczyłem, jak wejść na podwórze pod arkę i gdzie w 

głębi jest piwnica, zasłonięta kratą i jeśli to październik czterdziestego drugiego
roku, połowa miesiąca, to najprawdopodobniej w piwnicy leży kartka na chleb.
Zgubiłem ją, gdy graliśmy tam, na podwórku, w piłkę.

- To okropne! - powiedziała Nina. - Nie przeżyłabym tego. 

Trzeba ją natychmiast znaleźć. Musi pan to zrobić.

Ją też wciągnęła ta gra, oderwaliśmy się od realności i już ani ona, ani ja nie

wiedzieliśmy, jaki jest teraz rok - byliśmy poza czasem, bliżej jej czterdziestego
drugiego roku.

-   Nie   mogę   odnaleźć   kartki   -   powiedziałem.   -   Minęło   wiele   lat.   Ale   jeśli   ty

będziesz mogła, wejdź tam, piwnica powinna być otwarta. W razie czego powiesz,
że to ty upuściłaś kartkę.

I w tym momencie rozłączono nas.
Niny nie było. Coś zatrzeszczało w słuchawce. Kobiecy 

głos powiedział:

- 143-18-15? Połączenie z Ordżonikidze.
- Pomyłka - powiedziałem.
- Przepraszam - powiedział kobiecy głos obojętnie.
Pojawiły się krótkie sygnały. Natychmiast wykręciłem 

numer Niny. Chciałem ją przeprosić. Chciałem pośmiać się razem z dziewczynką.
Przecież to wszystko wyglądało na absurd...

- Tak - powiedział głos Niny.
- To pani? - zapytałem.
- A, to ty, Wadim? Czemu nie śpisz?
- Przepraszam - powiedziałem. - Muszę porozmawiać z inną 

Niną.

- Co?
Odłożyłem słuchawkę i znowu wykręciłem numer.

background image

- Zwariowałeś? - zapytała Nina. - Piłeś?
- Przepraszam - powiedziałem i znowu odłożyłem słuchawkę. 

Dzwonienie nie miało już sensu. Telefon z Ordżonikidze wrócił wszystko na swoje
miejsce.   A   jaki   jest   jej   właściwy   telefon?   Arbat   -   trzy,   nie,   Arbat   -   jeden   -
trzydzieści dwa - trzydzieści... Nie, czterdzieści...

Dorosła Nina zadzwoniła do mnie sama.
- Przez cały wieczór siedziałam w domu - powiedziała. - 

Myślałam, że zadzwonisz, wyjaśnisz, czemu wczoraj się tak zachowywałeś. Ale ty
najwidoczniej zupełnie straciłeś rozum. 

-   Pewnie   tak   -   zgodziłem   się.   Nie   chciało   mi   się   opowiadać   jej   o   długich

rozmowach z inną Niną.

-   I   jaka   znowu   inna   Nina?   -   zapytała.   -   To   ma   być   przenośnia?   Chcesz

powiedzieć, że chciałbyś, żebym była inna?

- Dobranoc, Nineczko - powiedziałem. - Jutro ci wszystko wyjaśnię.
,..Najciekawsze,   że   ta   dziwna   historia   miała   nie   mniej   dziwne   zakończenie.

Następnego dnia rano pojechałem do mamy.  I powiedziałem, że zrobię porządek
na antresoli. Trzy lata obiecywałem, że to zrobię, aż tu nagle przyjechałem. Wiem,
że  mama  nie  wyrzuca  niczego,   co   jak   sądzi,   może  się  przydać.     Przez   półtorej
godziny   przekopywałem   się   przez   stare   czasopisma,   podręczniki,
zdekompletowane   tomy   dodatków   do   „Niwy”.   Książki   nie   były   zakurzone,   ale
pachniały starym, ciepłym kurzem. W końcu odnalazłem książkę telefoniczną z
1950   roku.   Książka   spuchła   od   włożonych   w   nią   notatek   i   zaznaczonych
karteczkami stron o zatłuszczonych i wystrzępionych rogach. Książka wyglądała
tak znajomo, że wydawało się dziwne, że mogłem o niej zapomnieć - gdyby nie
rozmowa z Niną, nigdy bym sobie nie przypomniał o jej istnieniu. I zrobiło mi się
wstyd, tak jak przed starym garniturem, który służył wiernie, a który oddaje się
handlarzowi starzyzną na pewną śmierć.

Znalazłem   cztery   pierwsze   cyfry.   G-1-32...   I   wiedziałem,   jeśli   nikt   z   nas   nie

udawał i jeśli nie zażartowano sobie ze mnie, że telefon stał w zaułku Siwcew
Wrażek   15/25.   Nie   było   żadnych   szans   na   odnalezienie   tego   telefonu.
Wyciągnąłem   z   łazienki   stołeczek   i   rozsiadłem   się   z   książką   w   przedpokoju.
Mama nic nie zrozumiała, uśmiechnęła się tylko przechodząc i powiedziała:

- Z tobą to tak zawsze. Zaczniesz porządkować książki i po dziesięciu minutach

któraś z nich cię wciągnie. A z porządkami koniec.

Nie   zauważyła,   że   czytam   książkę   telefoniczną.   Znalazłem   ten   telefon.

Dwadzieścia lat temu stał w tym samym mieszkaniu, co w czterdziestym drugim
roku. Właścicielką była Frołowa K. G.

Przyznaję, że zajmowałem się głupotami. Szukałem tego, czego być nie mogło.

Ale   przypuszczam,   że   około   dziesięciu   procent   zupełnie   normalnych   ludzi
zrobiłoby to samo, gdyby znaleźli się na moim miejscu. Pojechałem na Siwcew
Wrażek.
Nowi  mieszkańcy  nie  wiedzieli,  gdzie  wyjechali  Frołowie.    I  czy  oni  w  ogóle  tu
mieszkali?   Ale   poszczęściło   mi   się   w   administracji   domu.   Staruszka   księgowa
pamiętała   Frołowów,   przy   jej   pomocy   dowiedziałem   się   wszystkiego,   czego
chciałem,   w   biurze   adresowym.   Ściemniło   się.   Po   nowej   dzielnicy   wśród
identycznych   wielkopłytowych   wież   hulał   przejmujący   zimny   wiatr.   W
standardowym   jednopiętrowym   sklepie   sprzedawano   francuskie   kury   w
przezroczystych   pokrytych   szronem   paczkach.   Zapragnąłem   kupić   kurę   i

background image

przynieść jej, tak jak obiecałem, chociaż z dwudziestodwuletnim opóźnieniem. Ale
na   szczęście   nie   zrobiłem   tego.   W   mieszkaniu   nie   było   nikogo.   Dzwonek
rozbrzmiewał donośnie i wyglądało na to, że nikt tu nie mieszka. Wyjechali.

Już   miałem   odejść,   ale   stwierdziłem,   że   skoro   zabrnąłem   już   tak   daleko,   to

zadzwonię do drzwi obok.

- Przepraszam, czy Frołowa Nina Siergiejewna to pańska sąsiadka? - Chłopak w

podkoszulku, z dymiącą lutownicą w ręku, powiedział obojętnie:

- Wyjechali.
- Dokąd?
- Już z miesiąc będzie, jak wyjechali na północ. Przed 

wiosną nie wrócą. I Nina Siergiejewna i jej mąż.

Przeprosiłem i zacząłem schodzić po schodach. Bardzo możliwe, pomyślałem, że

w Moskwie mieszka niejedna Nina Siergiejewna Frołowa, rok urodzenia 1939. I
wtedy drzwi sąsiadów znowu się otworzyły.

-   Niech   pan   poczeka   -   powiedział   ten   sam   chłopak.   -   Matka   chce   panu   coś

powiedzieć.

W   tym   momencie   jego   matka   pojawiła   się   w   drzwiach,   przytrzymując   poły

szlafroka.

- Kim pan dla niej jest?
- Tak po prostu - powiedziałem. - Znajomy.
- Nie Wadim Nikołajewicz?
- Wadim Nikołajewicz.
- No proszę - ucieszyła się kobieta - o mało co, a bym 

pana przegapiła. Nie wybaczyłaby mi tego nigdy. Nina tak właśnie powiedziała -
nie   wybaczę.   Nawet   kartkę   przyczepiła   na   drzwiach.   Tylko   pewnie   dzieciaki
zerwały.   Już   miesiąc   minął.   Powiedziała,   że   pan   przyjdzie   w   grudniu.   Nawet
mówiła, że postara się wrócić, ale to tak daleko...

Kobieta   stała,   patrzyła   na   mnie,   jakby   czekając,   że   zaraz   wyjaśnię   jej   jakąś

tajemnicę, opowiem o nie spełnionej miłości. Pewnie i Ninę dręczyła: kim on dla
ciebie jest? I Nina też jej powiedziała: „Po prostu znajomy”.

Po chwili zastanowienia kobieta wyjęła list z kieszeni szlafroka.

Drogi Wadimie Nikołajewiczu!
Wiem oczywiście, że pan nie przyjdzie. Bo i jak można 

wierzyć   dziecięcym   marzeniom,   które   nawet   mnie   samej   wydają   się   tylo
mrzonkami.   Ale   kartka   na   chleb   była   w   tej   piwnicy,   o   której   zdążył   mi   pan
powiedzieć...

Przełożyła Ewa Skórska