background image

„S

erce nie 

sługa” 

background image
background image

R

ozdział 

1

 

 
To było niczym uderzenie o skałę. 
Zmagając  się  z  ciężką  walizką,  Bella  nie  zauważyła  mężczyzny  wchodzącego  przez  te  same  drzwi  dworca 

lotniczego, dopóki na niego nie wpadła. Nigdy nie przypuszczała, że męskie ciało może być takie twarde. 

– Och! – Siła zderzenia wyparła jej dech z piersi i odrzuciła wstecz. Fiknęłaby pewnie kozła przez własny bagaż, 

gdyby nieznajomy nie podtrzymał jej. 

– Ostrożniej! – Rozluźnił żelazny uścisk, a dziewczyna odzyskawszy równowagę spojrzała na przyglądającego się jej 

bacznie mężczyznę. 

Był bardzo opalony, miał kasztanowate włosy i chłodne, przenikliwe oczy. W pierwszej chwili zdziwiła się, że nie 

jest wcale taki wysoki i barczysty, jak mogła sądzić po skutkach kolizji. Drobna budowa kryła jednak niezaprzeczalną 
siłę. Zauważyła też, że nie był zbyt przyjacielsko nastawiony. 

–  Nie  sądzi  pani,  że  lepiej  uważać,  gdy  się  taszczy  coś  takiego?  –  spytał,  wskazując  na  olbrzymią  walizkę,  która 

przewróciła się na bok. Głęboki głos brzmiał lodowato. 

Bella  chciała  go  właśnie  przeprosić,  lecz  poczuła  się  urażona  jego  słowami.  Wciąż  oszołomiona  zderzeniem, 

rozcierała ramiona obolałe od chwytu nieznajomego. 

– Spieszę się – odparła ostrzej, niż zamierzała. W końcu on również jej nie przeprosił. – Nie zauważyłam pana. 
– Najwyraźniej. 
Sarkazm  w  jego  głosie  sprawił,  że  spojrzała  mu  w  oczy  –  ciemne,  uważne,  zielone  z  szarym  odcieniem.  Serce 

dziwnie jej podskoczyło. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  jak  sama  wygląda.  Podróżowała  przez  trzydzieści  siedem  godzin  i  czuła  się  równie 

background image

wymięta,  jak  jej  elegancki,  londyński,  beżowy  kostium.  Złote,  dobrane  do  paska,  pantofelki  piły  niemiłosiernie 
opuchnięte stopy. 

Niezbyt  wysoka  dziewczyna  nadrabiała  zazwyczaj  brakujące  centymetry  wzrostu  dynamicznym  stylem  bycia. 

Niestety,  nawet  badawcze  spojrzenie  nieznajomego  nie  dostrzegłoby  obecnie  tej  cechy.  Widział  jedynie  drobną, 
zmaltretowaną osóbkę o twarzy zaczerwienionej po biegu przez dworzec lotniczy. 

Na pewno zauważył również pokiereszowane obcasy. 
–  Przed chwilą  wylądował  mój  samolot  z  Londynu  –  zaczęła się  tłumaczyć.  –  Mieliśmy  godzinne opóźnienie,  ale 

ktoś powiedział, że jeśli się pospieszę, zdążę jeszcze na ostatni lot do Port Lincoln. Przebiegłam całą międzynarodową 
część lotniska... – urwała. Przecież nie interesują go jej kłopoty. 

Zerknęła na zegarek. Ósma czterdzieści. Odlot za pięć minut. 
– W takim razie, bardzo nierozważnie postąpiłem wchodząc pani w drogę. 
Ukryta drwina rozwścieczyła Bellę. Zarozumiały samiec, traktujący kobiety z pobłażliwą pogardą. Ostatnimi czasy 

miała takich typków po dziurki w nosie. Że też trafił się jej zaraz po przylocie do Australii! 

Zacisnąwszy wargi, schyliła się po walizkę, która teoretycznie powinna była posłusznie dać się ciągnąć na kółkach. 

Zamiast tego zataczała się na boki, podstępnie atakując łydki i kostki. Zniszczyła jej obcasy, a jutro pewnie pojawią się 
siniaki. 

Znienawidziła te okropne kółeczka tuż po wyjściu z domu. Walizka była jednak za ciężka, żeby ją nieść. 
Nieznajomy  obserwował  jej  wysiłki.  Pochylił  się,  oferując  pomoc,  lecz  Bella  usłyszała  jedynie  zniecierpliwione 

cmoknięcie,  co  utwierdziło  ją  w  podejrzeniach.  Był  taki  sam  jak  inni  –  przekonany,  że  kobiety  nie  potrafią  sobie  z 
niczym poradzić. 

– Dam sobie radę! – parsknęła, zerkając na niego. 
– Nie wydaje mi się, nie najlepiej to pani wychodzi – zauważył zjadliwie. – Czy nie byłoby wygodniej podróżować z 

czymś mniejszym od siebie? 

Bella wojowniczo wysunęła podbródek. 
–  To,  że  jestem  nieduża,  nie  znaczy,  że  mam  kurzy  móżdżek  –  odcięła  się.  –  Dlaczego  mężczyźni  uważają,  że 

kobiety nie umieją zadbać o siebie? Przejechałam pół świata bez protekcjonalnych, męskich rad, jak mam się spakować. 

background image

Na dowód swoich słów z wysiłkiem podniosła walizkę. 
– No i co? – spojrzała na niego triumfalnie. 
Mężczyzna wydawał się nieporuszony. 
–  Przypomina to  raczej  walkę o  życie  – powiedział z  ironią.  –  Osobiście  wolałbym  raczej  zdążyć  na samolot, niż 

cokolwiek udowadniać. Jeśli zamierza pani samodzielnie dotrzeć na czas do stanowiska odpraw i złapać samolot do Port 
Lincoln, radziłbym się pospieszyć. 

– Właśnie to robię – odparła chłodno. Ujęła rączkę walizki, która wcale nie chciała toczyć się za nią jak posłuszny 

piesek. – Zechce pan wybaczyć – dodała z wyszukaną uprzejmością. 

Wytworne maniery w zestawieniu z drobną figurką w wymiętym kostiumie najwyraźniej go rozbawiły. 
– Oczywiście – rzekł równie uprzejmie. 
Boleśnie świadoma swej śmieszności, ruszyła w stronę stanowiska odpraw, lecz pełen godności odwrót zamienił się 

w klęskę, bo po paru krokach walizka znów się przewróciła. 

Nie  licujące  z  damą  słówko  wymknęło  się  jej  z  ust,  gdy  szamotała  się  z  bagażem.  Wiedziała,  że  nieznajomy  ją 

obserwuje. Policzki płonęły jej ze wstydu. Miała niejasne przeczucie, że to jego wina. 

Zanim dotarła do odpowiedniego stanowiska, powtórzyło się to jeszcze dwukrotnie i w związku z tym oczywiście nie 

zdążyła.  Młody  urzędnik  był  pełen  współczucia,  lecz  nieugięty.  Samolot  odleciał  i  aż  do  jutra  nie  będzie  żadnego 
połączenia z Port Lincoln. 

Bella wiedziała, że i tak było za późno. Miała jednak nadzieję, że i ten lot będzie opóźniony, podobnie jak wszystkie 

w drodze z Londynu. Świadomość, że zabrakło jej paru minut pogarszała jedynie sytuację. 

Zrezygnowana oparła się o stanowisko odpraw. Zaczęła żałować, że w ogóle zdecydowała się na podróż do Australii. 

Pospieszny  wyjazd,  opóźnienia  i  stracone  połączenie,  niewygodne  fotele,  podłe  jedzenie  i  wrzeszczący  dwuletni 
smarkacz w samolocie... Znosiła to z zaciśniętymi zębami, wmawiając sobie, że wszystko odbije sobie po przybyciu do 
Port Lincoln. 

Tam czekają na nią przecież Alice i Jasper, a okropną walizkę wrzuci na trzy miesiące do szafy. Tak bardzo liczyła, 

że  znajdzie  się  u  nich  jeszcze  tego  wieczoru,  że  omal  nie  rozpłakała  się  z  wyczerpania  i  zdenerwowania,  słysząc  o 
kolejnym opóźnieniu w podróży. 

background image

Kątem oka dostrzegła  mężczyznę, z którym zderzyła się w drzwiach. I tak nie zdążyłaby na samolot, więc trudno 

byłoby go o to winić, a jednak spoglądała na niego z niechęcią. 

Gawędził sobie z przedstawicielem innych linii lotniczych. Wydawał się przy tym taki spokojny i pewny siebie, że 

poczuła zazdrość. Zastanawiała się, dokąd leci. Miał doskonale skrojone spodnie, koszulę z krótkim rękawem i krawat. 
Wyglądał na kogoś zamożnego. Chyba nie wybierał się gdzieś dalej, bo za cały bagaż służyła mu skórzana aktówka. 

Czyżby wracał do domu, do rodziny? Było w nim coś, co sprawiało, że nie potrafiła wyobrazić go sobie w otoczeniu 

żony i dzieci. Zmieniła jednak zdanie, gdy uśmiechnął się rozbawiony uwagą swojego rozmówcy. 

Efekt był wręcz niesamowity. Poważny wyraz twarzy rozpłynął się w ciepłym uśmiechu, łagodzącym surowe rysy 

twarzy.  Nawet  ze  znacznej  odległości  Bella  dostrzegła  kontrastujący  z  opalenizną  błysk  białych  zębów  i  poczuła  się, 
jakby ponownie wpadła na nieznajomego. Jak mogła przeoczyć, że jest taki przystojny? 

Zdumiona  tą  przemianą  dziewczyna  zapomniała  na  chwilę  o  swych  kłopotach.  Kiedy  mężczyzna  popatrzył  w  jej 

stronę a ich spojrzenia skrzyżowały się, zmieszała się nagle. Wiedziała, jak żałośnie wygląda oparta ciężko o kontuar. 
Była przekonana, że widzi ironię w jego oczach. Na pewno zapamiętał buńczuczne przechwałki, że sama doskonale da 
sobie radę. 

Wyprostowała  się.  Postanowiła  dotrzeć  do  Port  Lincoln  jeszcze  dziś.  Za  wszelką  cenę,  byle  tylko  dowieść 

nieznajomemu  swoich  racji.  Fakt,  że  on  się  o  tym  nie  dowie,  jakoś  wypadł  z  jej  świadomości.  Liczyło  się  tylko 
wyzwanie. 

Uśmiechnęła się wdzięcznie do młodzieńca za kontuarem. Pomimo zmęczenia mała twarzyczka z zadartym noskiem 

I wielkimi, piwnymi oczyma wyglądała prześlicznie w chmurze krótko przyciętych, kasztanowatych włosów. 

– Czy istnieje jakaś możliwość, żebym dotarła do Port Lincoln jeszcze dzisiaj? – spytała ze łzami w oczach. 
Niewielu mężczyzn potrafiło oprzeć się spojrzeniu wielkich, piwnych oczu. 
–  Naprawdę  mi  przykro...  –  zaczął.  –  Chociaż...  –  Popatrzył  gdzieś  ponad  jej  ramieniem.  –  Może  się  pani  jednak 

poszczęści!  –  rozpromienił  się.  –  Jest  tu  Edward  Cullen.  Ma  własny  samolot  i  chyba  wybiera  się  do  Port  Lincoln.  Z 
pewnością panią weźmie, jeśli go pani poprosi. Edward! – Pomachał ręką. – Pozwól tu na chwilę. 

Bella nie musiała się odwracać, by zgadnąć, kto jest Edwardem Cullen’em. 
Oczywiście. To był on. Zbliżył się umyślnie niespiesznym krokiem z błyskiem ironii w oku. 

background image

Serce  jej  zamarło.  Czemu  musiał to być  właśnie on,  jedyny  człowiek, którego o nic by  nie poprosiła? Z  rozpaczą 

przypomniała sobie, jak drwiąco pomagał jej w zmaganiach z walizką, podkreślając, że bez męskiej pomocy nigdzie nie 
zdoła dotrzeć. 

Edward  przywitał  się  wylewnie  z  młodym  człowiekiem.  Widocznie  mnóstwo  czasu  spędzał  na  lotnisku,  bo  ze 

wszystkimi był na ty. Chociaż stał o kilka kroków od niej, wyczuwała siłę w jego ciele. 

Zadrżała, gdy spojrzał na nią, pytająco unosząc brew. 
– Samolot tej damy z Londynu miał opóźnienie i nie zdążyła na przesiadkę – wyjaśnił młodzieniec. – Bardzo pragnie 

dotrzeć jeszcze dzisiaj do Port Lincoln. Czy wracasz tam teraz? 

– Tak – odparł Edward, rozmyślnie nie proponując, że ją zabierze. 
Bella  zagryzła  wargi.  Nie  mogła  mieć  o  to  pretensji,  zwłaszcza  po  tym,  co  wygadywała.  Ogarnęło  ją  zmęczenie. 

Wcale się nie rwała, by schować dumę do kieszeni i prosić go o przysługę. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Tak 
naprawdę,  to  najchętniej  usiadłaby  i  rozpłakała  się.  Nie  mogła  tego  zrobić,  bo  przyglądał  się  jej  z  kpiącym  wyrazem 
twarzy. 

Pragnęła jednak dostać się do Port Lincoln. Kiedy już znajdzie się z Alice i Jasper’em, wszystko się ułoży. Tylko to 

miało w tej chwili znaczenie. 

Zacisnęła zęby, żeby ukryć zdradzieckie drżenie warg, i spojrzała Edward’owi prosto w oczy. 
– Nazywam się Bella Grant – wydusiła z trudem. – Jeśli leci pan do Port Lincoln, byłabym bardzo wdzięczna, gdyby 

pan mnie zabrał. 

–  Czy  na  pewno  potrzebuje  pani  pomocy?  –  zadrwił.  –  Sądziłem,  że  zdoła  pani  dotrzeć  do  Port  Lincoln  bez 

protekcjonalnych, męskich rad? 

– Zdołałabym, gdybym zdążyła na ostatni samolot – odparła przez zaciśnięte zęby. 
– I to z pewnością moja wina, bo panią zatrzymałem? 
– Nie – przyznała szczerze. – I tak było już za późno. 
Odgarnęła grzywkę z czoła. Kasztanowate włosy rozsypały się niesfornie, niczym u małego dziecka. Zastanawiała 

się,  czy  powinna  wyjaśnić,  że  zderzenie  w  drzwiach  było  ukoronowaniem  serii  trapiących  ją  od  sześciu  tygodni 
nieszczęść, kiedy to straciła pracę i rzuciła Mike’owi w twarz pierścionek zaręczynowy. Od tej pory wszystko układało 

background image

się beznadziejnie, ale Bella zawzięła się. Postanowiła, że się nie podda. 

Patrząc na obojętną, chłodną twarz Edward’a Cullen’a, pomyślała, że jej nie zrozumie. Przesunęła jedynie dłonią po 

twarzy w odwiecznym geście znużenia. 

– To była długa podróż – dodała. 
Edward spoglądał na drobną, spiętą postać stojącą obok wielkiej walizki. Nie była piękna, lecz wielkie, piwne oczy, 

zadarty nosek i kształtne wargi kryły w sobie dużo wdzięku, podkreślonego przez upór, z jakim powstrzymywała łzy. 
Wyglądała na zbuntowaną, zajadłą i... bardzo zmęczoną. 

– Lepiej proszę pójść ze mną – westchnął z rezygnacją, wzruszając ramionami. 
– Dziękuję – odparła nieco zaniepokojona tą nagłą zmianą w jego zachowaniu, lecz zbyt ucieszyła ją perspektywa 

dotarcia do Port Lincoln, by się nad tym zastanawiać. 

– Wyruszam natychmiast – uprzedził, jakby żałując swej decyzji. 
– Świetnie, jestem gotowa. – Sięgnęła po walizkę. 
– No to idziemy. – Edward odwrócił się na pięcie. Bella musiała jeszcze podziękować młodemu urzędnikowi. 
Jak zwykle przeszkadzała jej walizka, pomimo starań, tańcząca na wszystkie strony. Edward zatrzymał się. Czekał 

zniecierpliwiony, z niesmakiem obserwując te zmagania. Nie zamierzał jej pomóc, o co zresztą nie zamierzała go prosić. 
Wystarczy, że się upokorzyła przymawiając się o lot. 

–  Och!  –  Nie  skoncentrowała  się  i  walizka  boleśnie  uderzyła  ją  w  nogi,  zanim  upadła  z  donośnym  łoskotem, 

wzmocnionym akustyką pustego dworca lotniczego. 

– Wygląda na to, że masz kłopoty – zauważył złośliwie Edward. – Chyba, że to kolejny przykład samodzielności. 
Bella rozcierała łydki. W dziecinnym geście kopnęła walizkę. 
– Miała jeździć na kółkach – poskarżyła się. – Jednak tak się wierci, że wciąż obija mi nogi. Proszę – odwróciła się – 

zniszczyła mi obcasy. 

Edward wcale się tym nie przejął. 
– To nie wina walizki – zauważył sucho. – Nie nadaje się do takiego obciążenia. Gdyby pani mniej ją załadowała, 

sprawowałaby się lepiej. 

– Musiałabym zostawić połowę rzeczy – mruknęła Bella. – Co za sens wozić pustą walizkę? 

background image

– Po co brać walizkę, której nie można udźwignąć? 
– Potrafię... – zaczęła, ale Edward przerwał jej w pół słowa. Odsunął ją na bok i podniósł walizkę. 
– Nie potrafisz jej podnieść, prawda? 
– Nie – burknęła, patrząc w podłogę. 
– Słucham? 
–  Nie  potrafię  jej  podnieść!  –  krzyknęła.  Udało  mu  sieją  sprowokować.  –  Jest  za  ciężka  i  żałuję,  że  nie  wzięłam 

mniejszej. Zadowolony, czy mam to napisać pięćdziesiąt razy w trzech egzemplarzach? 

Edward nie roześmiał się, choć w oczach zamigotały mu wesołe iskierki. 
– Nie umiesz poddawać się z wdziękiem? 
– Nie znoszę się poddawać. – Wysunęła wojowniczo podbródek. Edward przyglądał się jej z rozbawieniem. 
– Być może trzeba się będzie tego nauczyć. 
Bella z niechęcią obserwowała, jak bez wysiłku niesie walizkę. Wydawała się pusta. Przypomniała sobie zderzenie z 

jego twardym, umięśnionym ciałem. 

Edward  otworzył  kopnięciem  wahadłowe  drzwi  i  przytrzymał  je  stopą.  Na  zewnątrz,  na  pokrytej  smołowanym 

żużlem płycie stał rząd awionetek. Edward podszedł do ostatniej maszyny ze śmigłem na dziobie, otworzył drzwiczki, 
wrzucił walizkę i wsiadł do środka. 

Bella zamarła na widok maleńkiego samolociku. 
– Mamy lecieć tym czymś? 
– A czego oczekiwałaś, Concorde’a? 
–  Myślałam,  że  masz  własny  odrzutowiec  –  wyjaśniła  zmieszana.  Nie  słyszała  dotąd  o  innych  prywatnych 

samolotach. 

– Odrzutowiec byłby zbyt okazały na loty pomiędzy Port Lincoln a Adelajdą. Ten jest bardziej odpowiedni. 
– Nie jest zbyt... wielki. – Popatrzyła z powątpiewaniem na śmigło. 
– Zabiera cztery osoby, więc zmieścimy się nawet z twoją walizką. Oczywiście, możesz zostać i czekać do jutra na 

połączenie. Mnie tam bez różnicy. 

– Nie. – Bella nie zamierzała rezygnować, gdy była tak blisko celu. – Oczywiście, że lecę. 

background image

– No to wskakuj. – Edward wyciągnął do niej rękę. 
Bella spojrzała na niego. Wejście do samolotu znajdowało się na wysokości jej ramion. 
– Nie ma schodków? 
– Nie. W budynku stoją jakieś schodki. Jeśli myślisz, że po nie wrócę, to jesteś w błędzie. 
– To jak tu wejdę? 
– Masz chyba ręce i nogi. Złap mnie za rękę i właź. 
– Właź? Musiałabym skakać o tyczce! 
– Nie bądź śmieszna – zniecierpliwił się Edward. – To przecież dziecinnie łatwe. Złap mnie za rękę. 
Bella  niechętnie  ujęła  jego  dłoń.  Wzdłuż  kręgosłupa  przebiegł  jej  dziwny,  miły  dreszcz,  gdy  tylko  dotknęła  jego 

palców. Były ciepłe, mocne, dające nieokreślone poczucie bezpieczeństwa. Ze zdumieniem spojrzała na złączone dłonie, 
dziwiąc się, że prosty uścisk może przekazać tak wiele odczuć. 

–  Nie  znam  cię  zbyt  dobrze  –  westchnął  Edward  –  ale  mam  coś  innego  do  roboty,  niż  tkwić  tu  przez  całą  noc, 

trzymając się za ręce. Jeśli wolisz zostać w Adelajdzie, to twoja sprawa, ale jeżeli chcesz lecieć do Port Lincoln, to się 
pospiesz! 

Bella  robiła,  co  mogła.  Przy  pomocy  Edward’a  wciągnęła  się  do  połowy,  ale  nogi,  skrępowane  wąską  spódnicą, 

dyndały bezradnie w powietrzu. W końcu, ku swemu upokorzeniu, upadła na ziemię. 

– Mówiłam ci, że nie dam rady – wysapała. – Nie jestem superkobietą. 
– Przedtem usiłowałaś sprawiać inne wrażenie – zauważył kwaśno. – Skoro jesteś taka samodzielna, jak twierdziłaś, 

powinnaś podróżować w innym stroju. 

– Gdybym przypuszczała, że spotkają mnie takie trudności, włożyłabym łachmany – parsknęła, zapominając, że jeśli 

chce się dostać tego wieczoru do Port Lincoln, zdana jest na dobrą wolę Edward’a. Otrzepała rękawy kostiumu, którymi 
zamiotła pas startowy. – Tego się już nie odpierze! 

Edward, mamrocząc coś pod nosem, wyskoczył z maszyny. 
– Szczerze mówiąc, twój kostium mało mnie w tej chwili obchodzi – powiedział. Wodził wzrokiem od dziewczyny 

do samolotu, oceniając dzielącą ich odległość. Potem złapał ją w pasie i podsadził. 

Zaskoczona tym Bella pisnęła, lecz zdołała złapać za poręcz przy wejściu. Mocne dłonie, trzymające ją początkowo 

background image

w pasie, przesunęły się niewinnie pod uda i Edward wrzucił ją wreszcie do środka jak worek mąki. 

Przez dłuższą chwilę leżała na podłodze, łapiąc powietrze jak wyciągnięta z wody ryba i zastanawiała się, co u diabła 

robi w tym maleńkim samolociku z nieznajomym, który obszedł się z nią tak bezceremonialnie. 

– Witamy na pokładzie – rzekł z nie ukrywanym rozbawieniem Edward. 
Bella z trudem podciągnęła się do pozycji siedzącej i spojrzała na umorusane dłonie. 
– W British Airways zupełnie inaczej traktuje się pasażerów – westchnęła, a Edward wykrzywił usta w tym samym 

zniewalającym uśmiechu, jaki widziała u niego na dworcu lotniczym. Kiedy z drwiącą galanterią pomagał jej podnieść 
się, w przyćmionym świetle zalśniły białe zęby. 

– Grunt to dobra obsługa – powiedział. 
Dziewczyna  wyrwała  rękę,  przestraszona  dziwnym  dreszczem  wywoływanym  przez  każde  dotknięcie  Edward’a. 

Denerwował ją ten uśmiech. Nie pasował do niego. Powinien być raczej chłodny, jak jego twarz, nie zaś ciepły, tak że 
zasychało jej w gardle. 

Z trudem oderwała od niego wzrok. Rozejrzała się wokół z udanym zainteresowaniem, lecz w oczach miała wciąż 

ten niebezpieczny uśmiech. Potrząsnęła głową, by się od niego wyzwolić. 

– Gdzie jest pilot? – spytała, odzyskując jasność wzroku. 
– Masz najwyraźniej dziwne pojęcie o mojej zamożności – rzekł sucho Edward, sadzając ją na fotelu drugiego pilota. 

– Nie tylko nie mam własnego odrzutowca, ale również czekającego na moje skinienie pilota. 

– To znaczy, że sam prowadzisz tę maszynę? 
– A czemu nie? 
– Nie spodziewałam się... 
– Czego się nie spodziewałaś? Że potrafię pilotować samolot? 
– Nie! – Edward Cullen wyglądał na zdolnego do wszystkiego. – Sądząc po twoim wyglądzie, myślałam, że stać cię 

na zatrudnienie pilota. 

Patrzył krytycznym wzrokiem, jak dziewczyna zapina pasy, potem usiadł na fotelu obok. 
– Co cię skłoniło do takiej opinii? 
Sposób poruszania się, trzymania głowy, nawet to, jak stał, wyglądając na opanowanego i pewnego siebie. Tego mu 

background image

jednak nie powie. 

– Wywnioskowałam to z twojego ubrania. 
– Dość śmiało, opierając się jedynie na parze spodni i koszuli – skomentował ze złośliwym błyskiem w oku. – Czy 

zawsze rozumujesz w ten sposób? 

– W końcu nie pomyliłam się aż tak bardzo – odparowała. 
– Stać cię przecież na własny samolot. 
– Australia to wielki kraj – wzruszył ramionami. Śmigło drgnęło i zaczęło się obracać, początkowo powoli, potem 

coraz szybciej. – Samolot często okazuje się najlepszym środkiem transportu. 

Edward  zaczął  sprawdzać  wskazówki  na  tablicy  przyrządów,  podczas  gdy  Bella  nerwowo  obserwowała  śmigło. 

Nigdy dotąd nie leciała niczym mniejszym od jumbo i zaczynała żałować, że poprosiła Edward’a o transport. Naprawdę 
zrobiłaby lepiej, zostając na noc w Adelajdzie. Mogłaby się przynajmniej dobrze wyspać. Wzięłaby prysznic, zmieniła 
ubranie i przybyła do Port Lincoln odświeżona. 

W ten sposób stanie u drzwi Alice niczym kupka nieszczęścia. Czemu nie pomyślała o tym wcześniej? 
Spojrzała  na  brudny,  wygnieciony  kostium  i  powstrzymała  westchnienie,  przypominając  sobie,  co  Edward 

powiedział o wyciąganiu pochopnych wniosków. Uważała się za kobietę interesu, profesjonalistkę, a naprawdę była w 
gorącej wodzie kąpana, ze skłonnościami do podejmowania natychmiastowych decyzji bez zastanawiania się, w co się 
wplątuje. 

Zerknęła na Edward’a pochłoniętego obserwowaniem tablicy rozdzielczej. Nie wyobrażała go sobie działającego bez 

zastanowienia.  Był  na  to  zbyt  rozważny.  Patrzyła na  jego  ręce,  poruszające się sprawnie  wśród przełączników.  Znów 
poczuła niepokojący dreszcz. 

Przypomniała  sobie  Mike’a,  który  wywijał  bez  przerwy  rękoma,  usiłując  zaimponować  jej  swoją  wiedzą.  Nie 

siedziałby tak spokojnie, pochłonięty rutynowymi czynnościami, nie zwracając przy tym na nią uwagi. 

Zdrętwiała,  uświadamiając  sobie,  że  nie  może  przywołać  widoku  twarzy  Mike’a.  Jeszcze  przed  sześcioma 

tygodniami byli zaręczeni. Czyżby już go zapomniała? Widziała jedynie uśmiech Edward’a. 

– Dobrze. – Głos Edward’a wyrwał ją z rozmyślań. – Gotowa? Bella spojrzała na śmigło i przełknęła ślinę. 
– Chyba tak. – Było już za późno na zmianę decyzji. Następnym razem porządnie się najpierw zastanowi. 

background image

Poczekali, aż lądujący odrzutowiec przetoczy się z rykiem przez lotnisko, potem zaczęli się rozpędzać na pasie. Bella 

zamknęła mocno oczy i zacisnęła dłonie, gdy przyspieszenie wcisnęło ją w fotel. 

Skurcz  żołądka  poinformował  ją,  że  wystartowali,  jednak  nie  otwierała  oczu  aż  do  chwili,  gdy  samolot  nabrał 

wysokości. Edward przyglądał się jej z rozbawieniem zabarwionym odrobiną goryczy. 

– Może jednak wolałabyś poczekać na poranny lot? 
Bella wysunęła podbródek, słysząc ironię w jego głosie. 
– Nie – skłamała. 
Uśmiechnął się kącikami ust. 
– Mała uparciuszka, co? 
Pomyślała o wytrwałości, dzięki której zrobiła karierę w reklamie i o tym, że niewiele to pomogło, ponieważ była 

kobietą. Jeszcze im pokaże! 

– Czasem trzeba być upartym. 
– Ale czemu się uparłaś, żeby lecieć do Port Lincoln? 
– spytał, pochylając maszynę w głębokim skręcie. 
Dziewczyna niepewnie zerknęła na rozpościerające się pod nimi światła Adelajdy. 
– Po prostu chcę tam dotrzeć jeszcze dzisiaj. 
– I zawsze osiągasz to, czego chcesz, nie licząc się z innymi. 
Zerknęła na Edward’a, zastanawiając się, skąd ta gorycz w jego głosie. 
– Nie – odparła powoli, wspominając dzień, w którym zawalił się jej świat, bo naraz straciła pracę i narzeczonego. 
– Nie zawsze. 
–  O?  –  Popatrzył  na  nią  z  niedowierzaniem.  –  Uważałem  cię  za  odnoszącą  sukcesy  dziewczynę  w  szykownym 

kostiumie. 

– Sądziłam, że niebezpiecznie jest oceniać ludzi na podstawie ich stroju – przypomniała mu. 
–  Oszacowałem  cię  na  podstawie  zachowania,  nie  ubioru  –  odparł.  –  Krucha  i  kobieca  w  razie  potrzeby,  ale  z 

żelaznymi pazurkami. 

– Nie rozumiem – obraziła się Bella. 

background image

– Daj spokój, widziałem, jak poradziłaś sobie z tym naiwnym młodzieńcem. Szeroko otwarte wielkie, piwne oczy, 

tłumione łzy... co za spektakl. Niestety, widziałem to już przedtem, a przedstawienie się skończyło, gdy tylko dopięłaś 
swego.  Możesz  dużo  gadać  o  tym,  że  nie  potrzebujesz  pomocy  mężczyzn,  ale  wiesz,  jak  ich  w  razie  potrzeby 
wykorzystać. 

– A mężczyźni to może nie wykorzystują kobiet? – zaperzyła się. – Bez żenady wysługują się naszymi zdolnościami 

i  wykształceniem,  ale  kiedy  żądamy  uznania,  to  całkiem  inna  para  kaloszy!  Praca  ma  jedynie  wypełnić  okres,  nim 
zostaniemy  matkami  i  żonami.  Czy  wiesz,  jak  ciężko  musi  harować  kobieta,  żeby  osiągnąć  sukces?  –  spytała  z  nie 
skrywaną wściekłością. – Dwa razy ciężej niż mężczyzna. Kobieta, zamiast zająć się pracą, musi udowodnić, że potrafi 
być równie bezwzględna jak jej męski kolega. Wtedy zarzuca się nam, że jesteśmy za mało kobiece. Oczywiście, nie 
możemy być również kobiece, bo to nie fair w stosunku do mężczyzn. Pozostaje tylko upór i wytrwałość. Kobiety nie są 
gorsze od mężczyzn. Dlaczego nie daje im się równych szans? 

–  Bardzo  gwałtowna  wypowiedź  –  zakpił  Edward.  –  Nie  pomyliłem  się  w  stosunku  do  ciebie.  Jesteś  dziewczyną 

sukcesu. Czyżbyś urodziła się w sobotę? 

– Nie rozumiem pytania. 
– Na pewno nie znasz uroczego wierszyka, którego nauczyła mnie moja mama. Posłuchaj: 
„Poniedziałkowe dziecię urodą jaśnieje, wtorkowe czar rozsiewa i dużo się śmieje. Środowemu dziecku los pecha 

przyniesie, czwartkowe zaś dziecko długo w górę pnie się. Piątkowe – kochające, wrażliwe i czułe, sobotnie zaś ciężko 
na życie pracuje. Za to dziecko w niedzielę urodzone, do szczęścia i radości zostało stworzone”. 

– Nie jestem pewna, czy urodziłam się w sobotę, ale rzeczywiście ciężko pracuję. I jestem z tego dumna. 
– A czym się zajmujesz? 
– Reklamą. 
– Jak można być dumnym z tego, że się pracuje w reklamie? 
– To proste. Nasze ogłoszenia skłaniają ludzi do myślenia, a my traktujemy naszą pracę z dużą odpowiedzialnością. 
Chciała mówić dalej, ale w tym momencie Edward puścił drążek sterowy i zagłębił się w fotelu. Ku jej przerażeniu, 

założył nogi na deskę rozdzielczą. 

– Co robisz? – zapytała piskliwym głosem. 

background image

– Lecimy na autopilocie – syknął z irytacją Edward. – Nie ma powodu do paniki. 
– Wcale nie wpadłam w panikę – odparła chłodno. Nie znosiła sposobu, w jaki Cullen robił z niej idiotkę. – Byłam 

tylko... zaniepokojona. 

– Na twoim miejscu niepokoiłbym się o sens robienia głupich reklam – przygadał jej i zanim zdążyła zaprotestować, 

wyjął termos zza fotela. 

Kuszący zapach kawy sprawił, że Bella zapomniała o godności i przekonujących argumentach w obronie reklamy. 

Ostatnio jadła coś na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, pomiędzy Singapurem i Adelajdą, a było to już dawno temu. 

– Chcesz? – spytał, napełniając nakrętkę służącą za kubek. Aromat był kuszący. 
– Z rozkoszą – odparła. Bolały ją stopy i z ulgą zdjęła pantofelki. 
Edward wręczył jej kubek. Ich palce spotkały się i pod wpływem elektryzującego dotyku uśmiech Belli przybladł. 
Zacisnąwszy  palce  wokół  naczynia,  usiłowała  skupić  się  na  kawie,  ale  wciąż  zerkała  na  niego  spod  rzęs.  W 

przyćmionym świetle instrumentów pokładowych studiowała jego profil i każdy detal twarzy Edward’a wydawał się jej 
niezwykle pociągający. 

Pomyślała, że musi być zmęczona bardziej, niż przypuszczała. Sytuacja, w której się znalazła, pijąc kawę z termosu 

nieznajomego  mężczyzny,  w  półmroku  kabiny  samolotu  wydawała  się  jej  nieprawdopodobna.  Realny  był  jedynie 
Edward. 

Wolała  nie  wspominać  jego  dotknięć.  Silnych  palców,  pomagających  jej  podnieść  się;  dłoni,  obejmujących  ją  w 

pasie...  ześlizgujących  się  niżej,  aby  ją  podsadzić...  Jej  ciało  drżało  przy  każdym  fizycznym  kontakcie  z  Edwardem 
Cullen’em. A jakby zareagowała, gdyby dotykając ją czule w miłosnym uścisku badał miękkość jej aksamitnej skóry? 

Na  tę  myśl  zaschło  jej  w  gardle,  czym  prędzej  więc  dopiła  kawę.  Nie  zdążyła  jeszcze  poznać  Cullen’a,  a  już 

dopatrzyła się w nim niemiłych cech. Czemu więc tak dokładnie wyobraża sobie, że się z nim kocha? 

To  skutek  choroby  lokomocyjnej  –  zmęczenia  długą  podróżą.  Jedyne  logiczne  wyjaśnienie  nagłego  przypływu 

pożądania. Bo przecież nie chce mieć z nim nic wspólnego! 

 

background image

R

ozdział

 

2

 

 
Oddała mu kubek, uważając, by tym razem nie dotknąć jego palców. 
– Dziękuję. 
Edward  uniósł  brew,  zdumiony  oficjalnym  tonem  Belli,  lecz  na  szczęście  nic  nie  powiedział.  Zamiast  tego,  nalał 

sobie kawy. 

– Co zamierzasz robić w Port Lincoln? – spytał bez ironii w głosie. – To nie jest mekka świata reklamy. A może 

zamierzasz rozreklamować w świecie tę mieścinę? 

– Jestem na trzymiesięcznym urlopie naukowym. 
Nie zamierzała się przyznać, że straciła ukochaną pracę. 
– Urlop naukowy? Czy tego przypadkiem nie nazywa się wakacjami? 
– Dłuższa przerwa w pracy pozwoli mi na podejście z dystansem do mojej kariery – oświadczyła wyniośle. Było to 

poniekąd zgodne z prawdą. 

– Port Lincoln jakoś mi do tego nie pasuje. Czy ambitne kobiety nie robią jedynie rzeczy dobrze prezentujących się 

w życiorysie? 

– Sporo wiesz o ambitnych dziewczynach. – Bella spojrzała na niego podejrzliwie. 
– Gorzkie doświadczenie – odparł niedbale. 
– Dosyć zawężone, skoro nie nauczyłeś się, że nie wszystkie jesteśmy takie same. Dla twojej wiadomości powiem, że 

wybieram się z wizytą do kuzynki, a nie po poprawienie swego życiorysu. 

– Aha... zatem jednak wakacje! 

background image

–  Częściowo  –  wycedziła.  –  Oczywiście,  chcę  odwiedzić  Alice,  ale  nie  przyjechałabym  tu,  gdyby  nie  sprawy 

służbowe. 

–  Skoro  dają  ci  wolne  trzy  miesiące,  to  może  wcale  cię  nie  potrzebują  –  zauważył  z  bezlitosną  logiką  Edward.  – 

Jesteś pewna, że po powrocie będziesz jeszcze pracować? 

– Tak i jeszcze dostanę awans. – Zadarła dumnie głowę. 
Bo  tak  będzie.  Liedermann,  Marshall  i  Jones  jeszcze  pożałują,  że  oddali  jej  stanowisko  komuś  mniej 

doświadczonemu tylko dlatego, że nosił spodnie. Bella marzyła o dniu, w którym na kolanach będą błagać ją o powrót i 
zajęcie wyższego stanowiska. 

– Tymczasem spędzisz trzy miesiące w Port Lincoln na rozmyślaniach – z niedowierzaniem zauważył Edward. 
– Tak – odparła stanowczo. Miała niemiłe wrażenie, że  Edward nie wierzy w jej błyskotliwą karierę.  – Odwiedzę 

również inne części Australii, ale większość czasu spędzę z Alice. – dodała, mając nadzieję, że w ten sposób zakończy 
dyskusję o sprawach zawodowych. 

Ku jej uldze Edward zmienił temat. 
– To twoja kuzynka? 
Skinęła głową. 
–  Jej  ojciec,  brat  mojej  matki,  przed  laty  wyemigrował  do  Australii  i  ożenił  się  tu.  Niewiele  wiedziałam  o  Alice, 

dopóki nie przyjechała z mężem na wakacje do Anglii. Zatrzymali się u mnie i od razu przypadłyśmy sobie do gustu. – 
Uśmiechnęła  się.  –  To  cudownie,  odnaleźć  w  krewnej  przyjaciółkę.  Jesteśmy  w  stałym  kontakcie,  chociaż  nie 
widziałyśmy się od pięciu lat. To tak daleko, że nie myślałam, że kiedykolwiek tu przyjadę. 

– I co cię skłoniło do zmiany zdania? 
–  Alice  przysłała  mi  zdjęcie.  –  Bella  zaczęła  przekopywać  torebkę  w  poszukiwaniu  przechowywanej  niczym 

talizman  fotografii.  Wreszcie  wymacała  ją  wetkniętą  w  paszport  i  zerknęła  na  nią  w  przyćmionym  świetle  kabiny. 
Przedstawiała  Alice  i  Jasper’a  stojących  na  łodzi  w  ostrym,  australijskim  słońcu.  Wyglądali  na  szczęśliwych,  a  wiatr 
rozwiewał im włosy. W półmroku trudno było dostrzec turkusowy kolor morza i czysty błękit nieba. 

Wręczyła zdjęcie Edward’owi. Zerknął na nie i zesztywniał. Bella niczego nie zauważyła. Pamiętała, jak podle się 

czuła, kiedy pierwszy raz zobaczyła tę fotografię. 

background image

– Wiem, że to zwyczajna fotka, ale dostałam ją w paskudny grudniowy dzień. Było zimno, a wszystko wydawało się 

takie ponure i okropne. 

– Rozumiem, że gdy patrzyłeś na zdjęcie Australia wydała ci się prawdziwym rajem. Zapragnęłaś nagle wygrzewać 

się na słońcu i kąpać w ciepłym morzu – powiedział Edward dziwnym tonem i oddał zdjęcie. 

– Może, gdybym dostała ją w jasny, słoneczny dzień, nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia – zastanowiła się Bella. 

Zdjęcie było tak sugestywne, że niemal czuła gorące słońce i słoną, morską bryzę. – Zawsze byłam dziewczyną z miasta, 
ale kiedy to zobaczyłam, zapragnęłam być razem z nimi. 

Chciała  się  wyrwać  z  szarości,  zapomnieć  o  Mike’u,  utracie  pracy  i  innych  nieprzyjemnych  rzeczach.  Pragnęła 

cieszyć się słońcem i morzem. 

–  A  tu  trzymiesięczny  urlop  naukowy  trafił  się  jak  znalazł.  –  Edward  nawet  nie  próbował  ukryć  drwiny,  a  Bella 

zaczerwieniła się, dziękując Bogu za panujący w kabinie półmrok. 

– Mniej więcej. Jeszcze nie zdecydowałam, co będę robić. 
Myślała tylko, jak udowodnić LMJ i Mike’owi, że się mylą, ale serdeczne zaproszenie od Alice zmieniło wszystko. 
Nie widziała powodu, by nie wybrać się do Australii. Zarabiała dużo pieniędzy, a pracowała tak ciężko, że nie miała 

czasu  ich  wydać.  Odkąd  wyprowadziła  się  od  Mike’a,  nic  jej  nie  trzymało.  Zamiast  marznąć  w  styczniu,  będzie 
wylegiwać się na słońcu i opalona wróci, by dowieść swych racji. 

– Mogłam się wybrać dokądkolwiek, ale to zdjęcie przypomniało mi, że mam okazję spotkać się z Alice i Jasper’em. 
– Wyglądają na zadowolonych z życia – wtrącił Edward. , Bella nachmurzyła się. 
– Wówczas byli. Ciekawe, czy cieszą się życiem po tym, co ich spotkało. 
– Tak? – Zerknął na nią. – A cóż to takiego? 
–  Jasper  zawsze  był  niespokojnym  duchem,  ale  w  końcu  się  osiedlili  i  zajęli  się  tym,  o  czym  zawsze  marzyli: 

wynajmowaniem swoich dwóch jachtów. To mały interes, ale należał do nich, dopóki nie pojawiła się konkurencja, która 
postanowiła ich zniszczyć. 

Bella wyprostowała się, przypominając swoje wzburzenie, kiedy czytała list od Alice. 
– Alice i Jasper nie zagrażali nikomu, ale nie zważał na to człowiek, który ich wykupił. On dba tylko o pieniądze. Nie 

obchodzi  go  wcale,  że  w  to  przedsięwzięcie  włożyli  mnóstwo  pracy  i  wszystkie  pieniądze.  Ludzie  dla  niego  nic  nie 

background image

znaczą – rzekła z goryczą. – Zmiata każdego, kto stanie mu na drodze. 

– Nie miałem pojęcia, że w Port Lincoln działa taki bezwzględny człowiek  – zdumiał się Edward. – Czy kuzynka 

powiedziała ci, jak się nazywa? Unikałbym go na wszelki wypadek w przyszłości. 

Miał poważną minę, lecz Bella zauważyła lekkie rozbawienie w jego głosie. Może dla niego brzmiało to jak żart, ale 

Alice i Jasper’owi nie było wcale do śmiechu. 

– Powiedziała tylko, że wykupiła ich większa firma. Nie podała żadnych szczegółów. Wiem, jak to jest, gdy duża 

firma przejmuje małą i nie sądzę, żeby tu było inaczej. 

– Może się zdziwisz – odparł rozdrażniony i ubawiony Edward. – Port Lincoln to nie Londyn. 
 
Lotnisko w Port Lincoln było położone z dala od miasta. Bella patrzyła na znikające za nimi światła, gdy awionetka 

zniżała się w stronę podejrzanie pustych budynków. 

– Czy kuzynka będzie czekała na ciebie? – spytał Edward, gdy maszyna przestała kołować. – Chyba spodziewała się, 

że przybędziesz lotem o ósmej czterdzieści pięć. 

– Nie wie, że przyjeżdżam. – Bella przeraziła się na myśl, że jej podróż jeszcze nie dobiegła końca. – To znaczy wie, 

że  przyjadę,  choć  nie  zna  dokładnego  terminu.  Wszystkie  miejsca  na  lot  do  Australii  w  grudniu  i  styczniu  były 
zarezerwowane,  więc  trafiłam  na  listę  rezerwową.  Miejsce  zwolniło  się  w  ostatniej  chwili.  Ledwo  zdążyłam  się 
zapakować. Usiłowałam dodzwonić się do Alice, ale nikogo nie było w domu. Nie chciałam się spóźnić na samolot. No i 
jestem. .. 

Edward uniósł brwi, spoglądając na nią. 
– Zatem zdecydowałaś się na wyjazd bez chwili namysłu? Dziwny sposób organizowania urlopu naukowego. 
–  Zorganizowałam  wszystko  wcześniej.  –  Bella  zastanawiała  się,  czemu  się  przed  nim  tłumaczy.  –  To  nie  była 

nieprzemyślana decyzja. 

Minęły trzy tygodnie, zanim agent biura podróży, zmęczony jej natręctwem, znalazł miejsce na liście rezerwowej. 

Uprzedził, że czterokrotnie będzie musiała zmieniać samoloty w różnych zakątkach Azji, ale Bella tak się zawzięła, że 
zgodziła się na wszystko. 

Silnik ucichł i śmigło przestało się obracać. Edward odpiął pasy, sięgnął na tylne siedzenie po walizkę i spuścił ją na 

background image

płytę  lotniska.  Dziewczyna  struchlała,  słysząc  głośne  stuknięcie.  Przypomniała  sobie,  ile  szamponów,  toników  i 
zmywaczy poupychała pomiędzy ubraniami, butami i bielizną. Jeśli bagażowi na całej trasie z Londynu obchodzili się z 
jej walizką tak samo jak Edward, wolała nie myśleć, co ujrzy w środku, gdy ją otworzy. 

Z westchnieniem sięgnęła po stojące pod siedzeniem pantofle. Kiedy próbowała je włożyć, okazało się, że napuchły 

jej stopy. Do diabła z elegancją, pomyślała, pójdę boso. 

Wejście do samolotu nie było łatwe, ale wydostanie się z niego wydawało się jeszcze trudniejsze. Bella, ściskając w 

jednej  ręce  torebkę,  a  w  drugiej  pantofle,  spoglądała  na  stojącego  w  dole  Edward’a,  który  niecierpliwił  się  coraz 
bardziej. 

–  Możesz  przejść  na  skrzydło  i  zejść  stamtąd  na  ziemię,  jeśli  wolisz  –  rzekł  z  rezygnacją.  –  Jednak  obojętne,  co 

wybierzesz, pospiesz się. 

Dziewczyna spojrzała podejrzliwie na skrzydło. Zejście tamtędy wymagałoby niebezpiecznych akrobacji w ciasnej 

spódniczce. Nie, już raczej wyskoczy z kabiny. 

Ze  stłumionym  westchnieniem  zrzuciła  na  dół  buty  i  torebkę,  potem  podkasawszy  nieco  spódniczkę  usiadła, 

wystawiając nogi na zewnątrz. Do ziemi nie było daleko, lecz powstrzymywała ją myśl o zeskoku na obolałe stopy. 

Edward mruknął coś pod nosem. 
– Myślałem, że spieszy ci się do Port Lincoln. 
– Owszem. 
– W takim razie przestań się wiercić i skacz! 
Nie miała najmniejszego zamiaru, lecz pod wpływem rozkazującego tonu przesunęła się bliżej krawędzi. 
Nagle  objęły  ją  mocne  dłonie  Edward’a  i  znalazła  się  na  ziemi.  Przywarła  do  niego  mocno,  usiłując  odzyskać 

równowagę. Przez bawełnianą koszulę czuła mocne mięśnie i twarde ciało mężczyzny. Starała się o tym nie myśleć. 

Pragnąc  podziękować,  spojrzała  mu  w  oczy  i  gdy  zobaczyła  nieodgadniony  wyraz  twarzy,  słowa  uwięzły  jej  w 

gardle. Dotyk dłoni Edward’a palił ją przez kostium, wpiła się palcami w jego ramiona. 

Przerażona własnymi myślami odskoczyła do tyłu. Jej policzki pokrył rumieniec. 
– Nie rozumiem, czemu nie zabierasz ze sobą schodków – mruknęła, zamiast podziękować mu, jak zamierzała. 
– Na ogół mogę polegać na odpowiednim stroju moich pasażerów – odparł nie speszony. 

background image

W jego wzroku kryło się coś niepokojącego. Bella była przekonana, że w duchu się z niej naśmiewa. A jeśli odkrył, 

jak bardzo pragnie, by ją dotykał, przytulał i pieścił? Szybko schyliła się po torebkę i pantofle. 

– No cóż – odchrząknęła. – Dziękuję za przysługę. Jestem bardzo wdzięczna. 
Postawiła walizkę na kółkach, przewiesiła torbę przez ramię, a w lewej ręce trzymała pantofle. Pożegnała się ozięble. 
– Dokąd się wybierasz? – spytał z nie ukrywanym rozbawieniem. 
– Nie chcę nadużywać twojej uprzejmości – odparła wyniośle. – Wezmę taksówkę. 
– Będziesz miała dużo szczęścia, jeśli znajdziesz tu jakąś w środku nocy. To nie Heathrow. 
– Coś wymyślę – upierała się. 
– Wciąż usiłujesz udowodnić, że sama dasz sobie radę, prawda? – spytał z rezygnacją. 
– Bo potrafię sobie sama poradzić. Do widzenia – rzekła i oddaliła się, ciągnąc za sobą walizkę. 
Bose, obolałe stopy nie pozwalały jej poruszać się dostojnie. Jednak, ponieważ szła wolniej, walizka była bardziej 

posłuszna. Przewróciła się tylko raz. Gdy schylała się, by ją podnieść, zerknęła za siebie. Edward Cullen, nie zwracając 
na nią najmniejszej uwagi, podkładał pod koła samolotu kliny blokujące. 

Postanowiwszy nie oglądać się więcej, dotarła wreszcie do budynku dworca lotniczego – najmniejszego, jaki w życiu 

widziała. Hala, niewiele większa od jej bawialni, była jednak nowoczesna, czysta i zupełnie pusta. Pchnęła szklane drzwi 
i wbrew samej sobie obejrzała się. Ani śladu Edward’a. 

Świetnie! To był najbardziej denerwujący i niemiły człowiek, z jakim się zetknęła. Jest zadowolona, że już go więcej 

nie spotka. Wręcz szczęśliwa. 

Przeszła  na  drugą  stronę  budynku.  Przed  frontem  znajdował  się  podjazd,  na  którym  powinny  stać  taksówki,  ale 

oczywiście o tej porze nie było ani jednej. Edward miał rację. 

Utknęła. 
Gdyby  Bella  była  w  stanie  jasno  rozumować,  domyśliłaby  się,  że  Edward  ma  tu  samochód.  Mogła  przynajmniej 

spróbować znaleźć telefon i zadzwonić do Alice czy też wezwać taksówkę. Jednak zmęczona długim lotem, nie potrafiła 
się  skupić.  Wiedziała  jedynie,  że  upiorna  podróż  trwa  nadal  i  rozglądała  się  wokół  bezradnie,  nie  wierząc,  że  ten 
koszmar kiedyś się skończy. 

Ogarnęło  ją  przerażające  uczucie,  że  wpadła  w  pułapkę  i  jest  skazana  na  spędzenie  reszty  życia  na  opustoszałym 

background image

lotnisku. 

Ciężko usiadła na walizce. Nie płakała, kiedy straciła pracę ani gdy zerwała z Mike’em. Doznane krzywdy rozpaliły 

w niej jedynie chęć udowodnienia wszystkim, że się mylili. Nie zamierzała dać im satysfakcji, płacząc ani pogrążając się 
w rozpaczy. 

Niedawno  nawalił  jej  samochód,  pralka  zalała  całą  kuchnię,  zgubiła  ulubione  kolczyki...  Zwykłe  drobiazgi,  bez 

większego znaczenia, dołączyły do pasma trapiących ją nieszczęść. 

Bella jednak nie poddała się. Zacisnęła zęby i myśląc o słońcu i morzu na zdjęciu Alice, nie uroniła ani łezki. Zawsze 

pogardzała  dziewczynami  płaczącymi  z  byle  powodu,  ale  teraz  problem  przebycia  paru  kilometrów  do  centrum  Port 
Lincoln  urósł  do  rangi  katastrofy.  Zakryła  twarz  dłońmi  i  zalała  się  łzami,  odreagowując  tygodnie  zmęczenia  i 
zdenerwowania. 

Z tyłu otworzyły się drzwi i usłyszała kroki. Edward. 
Bella  nie  widziała  go,  lecz  delikatny  dreszcz  przebiegający  wzdłuż  jej  kręgosłupa  nieomylnie  potwierdził 

przypuszczenie. Zesztywniała, otarła łzy i schowała twarz w cieniu. 

– Co się stało? – spytał, a ona nie potrafiła się opanować. 
– A jak myślisz? – spytała z wściekłością. – Po najgorszym miesiącu w moim życiu odbyłam równie okropną podróż 

i utknęłam w środku głuszy, a chcę tylko dotrzeć do Alice. Miałeś rację, nie ma żadnych taksówek i chyba będę musiała 
spędzić tu noc. Jestem zmęczona, głodna i zziębnięta, a w dodatku bolą mnie stopy! 

Znów się rozpłakała, zakrywając twarz dłońmi. 
– Ja nigdy nie płaczę – szlochała. – Jestem tylko nieludzko zmęczona... 
– Niełatwo być samodzielną, prawda? 
Bella usłyszała znienawidzony śmiech w jego głosie. Bawiło go jej żałosne położenie! 
– Odejdź! 
W odpowiedzi usłyszała jedynie ciężkie westchnienie i gdy zerknęła przez palce, z niedowierzaniem stwierdziła, że 

dosłownie potraktował jej słowa. Po prostu ją zostawił. Jak mógł być tak bezlitosny? 

Płakała  tak  gorzko,  że  nie  usłyszała  uruchamianego  na  parkingu  silnika  samochodu.  Podniosła  głowę  dopiero  w 

chwili,  gdy  omiotło  ją  światło  reflektorów.  Duże  auto  z  napędem  na  cztery  koła  skręciło  w  stronę  drobnej  figurki 

background image

skulonej w bezlitosnym świetle neonów. 

Trzasnęły drzwi i Edward, obchodząc maskę, podszedł do niej. 
– Daj mi spokój – mruknęła i pospiesznie wytarła rozmazany makijaż. 
Edward zignorował jej wypowiedź i podniósłszy dziewczynę na nogi, schylił się po walizkę. 
– Co robisz? 
– A jak ci się zdaje? Tylko w ten sposób mam okazję powiedzieć ci, że również miałem ciężki, wyczerpujący dzień 

zwieńczony podróżą z dziwną kobietą w moim samolocie. Jednak nie zamierzam urządzać histerii z tego powodu. Co to, 
to nie! 

– Nie jestem histeryczką – odparła zdenerwowanym głosem Bella. – Jestem po prostu zmęczona... 
– Wiem. Bolą cię też stopy – odparł niewzruszenie. – Jeśli przestaniesz o nich myśleć, będą bolały o wiele mniej. 
– Gdybyś wiedział, jak bardzo mi dokuczają, nie doradzałbyś mi takich rzeczy – rzekła ponuro, patrząc, jak wrzuca 

walizkę na tył samochodu. Mimo wszystko na jego widok przestała płakać, uświadamiając sobie, że istotnie znajduje się 
na krawędzi histerii. 

Zdając sobie sprawę ze swego niezbyt efektownego wyglądu, otarła resztę łez wierzchem dłoni i poprawiła włosy. 
–  Nic  nie  odwróci  mojej  uwagi  od  stóp  –  oświadczyła  i  uniosła  jedną,  by  zobaczyć,  czy  kiedyś  będzie  jeszcze  w 

stanie normalnie chodzić. 

– Pomyśl o czymś, co pozwoli ci przestać się nad sobą użalać – upierał się z lekkim rozbawieniem w głosie. 
– To wymyśl coś, jeśli jesteś taki mądry – warknęła, spoglądając na czerwone pręgi odciśnięte pantoflami. 
– Dobrze – odparł Edward, bezceremonialnie biorąc ją w ramiona. – I co ty na to? 
Bella, wciąż balansując na jednej nodze, przywarła odruchowo do niego, a Edward schylił się i pocałował ją. 
Dotknięcie  chłodnych,  mocnych  warg  zelektryzowało  ją.  Dziwna,  ogarniająca  ją  rozkosz  tak  nią  wstrząsnęła,  że 

dziewczyna wczepiła się w koszulę Edward’a, bojąc się, że nie utrzyma się na nogach. Uwodzicielski pocałunek zastał ją 
kompletnie nie przygotowaną. 

Nagle  jakby  straciła  panowanie  nad  własnym  ciałem,  które  nawet  nie  próbowało  protestować  przeciwko 

narastającemu  pożądaniu.  Umysł  nakazywał  natychmiastowe  odepchnięcie  natręta,  lecz  wargi  rozchyliły  się  pod 
naciskiem ust Edward’a, a dłonie Belli zdradziecko przesunęły się z pleców i objęły łapczywie biodra mężczyzny. 

background image

Zatraciła poczucie rzeczywistości. Zapomniała o zmęczeniu; o tym, że Edward Cullen zrobił to z premedytacją, a w 

dodatku wcale go nie znała. 

Nie wiedziała, jak długo trwał pocałunek – sekundy czy godziny. Kiedy Edward puścił ją wreszcie, wpatrywała się w 

niego z oszołomieniem. 

– No i jak tam stopy? – uśmiechnął się. 
– Stopy? 
–  Przypuszczałem,  że  to  pomoże  –  rzekł  z  satysfakcją,  otwierając  przed  nią  drzwi  auta.  –  Potrzebowałaś  innego 

bodźca. 

–  Innego  bodźca?  –  powtórzyła  bezmyślnie.  Potrząsnęła  głową,  by  wyrwać  się  z  oszołomienia,  a  rzeczywistość 

wstrząsnęła nią niczym wymierzony policzek. 

Edward pocałował ją najzwyczajniej w świecie, a ona zareagowała na to z upokarzającą łapczywością. Co sobie o 

niej pomyśli? 

Pod  wpływem  szoku  najpierw  zbladła,  lecz  teraz  oblała  się  gorącym  rumieńcem  wstydu.  Na  szczęście  Edward, 

zachwycony skutecznością swej metody, niczego nie zauważył. 

–  Musisz  sama  przyznać,  że  zadziałało  –  powiedział.  –  Zapamiętam  to  sobie  jako  doskonałe  remedium  na  stany 

histeryczne. 

Bella już otwierała usta, by zaprotestować przeciwko posądzaniu jej o histerię, przypomniała sobie jednak w porę o 

tym, że nie potrafiła nad sobą zapanować i zaniknęła je na powrót. Wolała, żeby Edward sądził, że nie bardzo wiedziała, 
co robi. Fakt, że nie stawiła oporu dowodził, że najwyraźniej nie była sobą. 

Powinna być zła... W istocie, im dłużej o tym myślała, tym bardziej robiła się wściekła. Zawrzało w niej na myśl, jak 

łatwo ją wykorzystał, z jaką wprawą wpił się w nią ustami. A teraz jeszcze się z niej naśmiewa! 

– Jedziesz? – zapytał, wciąż trzymając otwarte drzwi. 
– Nie wsiądę do samochodu z człowiekiem, który mnie tak... obłapił! 
–  Zrobiłem  to  wyłącznie  dla  twojego  dobra  –  zauważył  z  miną  skrzywdzonego  niewiniątka.  –  Namawiałem  cię, 

żebyś pomyślała o czymś innym, a ty sama poprosiłaś mnie o pomoc. 

– Nie chodziło mi wcale o pocałunek! 

background image

– Ale pomogło, prawda? Zamiast biadolić nad obolałymi stopami, narzekasz teraz, że cię pocałowałem. 
– Czego oczekujesz w związku z tym? Że padnę ci do nóg? 
– Cóż, mogłabyś okazać odrobinę wdzięczności. 
– Nie czuję się zobowiązana. 
–  Za  to  pewnie  czujesz  się  lepiej.  Chyba  tak,  skoro  nie  chcesz  wsiąść  do  samochodu.  Jeśli  wolisz  iść  pieszo,  to 

uprzedzam, że autem jedzie się około dwudziestu minut, zatem dojdziesz o świcie. O tej porze nie ma wielkiego ruchu. 
Nie licz na okazję. Nie bądź niemądra i wsiadaj! 

Bella  zawahała  się,  przygryzła  wargi  i  nie  patrząc  na  Edward’a,  wspięła  się  na  siedzenie  pasażera.  Z  drwiącą 

galanterią zatrzasnął drzwi. 

Prowadził samochód z pewnością i wprawą równą tej, z jaką pilotował awionetkę. Bella, nie wiedzieć czemu, czuła 

się bezpieczna w jego obecności. Nie wiedziała, czym się zajmuje Edward Cullen ani gdzie mieszka, lecz mimo to nie 
wydawał się jej obcy. 

To tak, jakby od zawsze znała towarzyszącą mu atmosferę spokoju, moc emanującą z jego twardego ciała, ciepłą siłę 

dłoni i uśmiech kryjący się w leciutkim uniesieniu kącików ust. 

Te  usta...  Coś  wrzało  w  niej  na  wspomnienie  zetknięcia  się  ich  warg.  Coś  mąciło  jej  wewnętrzny  spokój  i 

wywoływało  przechodzące  po  plecach  ciarki.  Usta  miał  równie  wprawne  jak  dłonie,  zdumiewająco  ciepłe  i 
niebezpiecznie kuszące. Doszła do wniosku, że bezpieczniej byłoby myśleć o obolałych stopach. 

Wydawało  się,  że  jadą  bez  końca  ciemną,  prostą  jak  strzelił  drogą.  Pochłonięta  własnymi  myślami  nie  zwracała 

uwagi na mijaną okolicę, lecz wreszcie światła Port Lincoln rozbłysły przed nimi. Rozciągały się wzdłuż łuku zatoki, 
odbijały od olbrzymich silosów i ciemnej sylwetki wyspy Boston. 

Świadoma,  że  niezbyt  uprzejmie  przyjęła  propozycję  podwiezienia,  wykrztusiła  z  zażenowaniem  adres  Alice. 

Edward skinął głową, a ją ogarnęło podejrzenie, że było to zbędne. W parę minut później zatrzymał się obok schludnego 
domku. 

– Proszę uprzejmie, oto numer czterdzieści trzy – rzekł nie odwracając głowy. Bella spojrzała na niego z wyrzutem. 
– Wiedziałeś, gdzie to jest. 
Edward uśmiechnął się, wyciągając walizkę z samochodu. 

background image

– Przyznaję, że byłem tu już przedtem. 
– Znasz Alice i Jasper’a? 
– Bardzo dobrze. Rozpoznałem ich na fotografii. 
– Nic mi nie powiedziałeś! 
– Rzeczywiście. Pomyślałem jednak, że wcześniej czy później dowiesz się o wszystkim. 
– To znaczy, że jeszcze się spotkamy? – spytała gniewnie. Pocałował ją, wiedząc, że się znów zobaczą! 
– Obawiam się, że tak – roześmiał się. – Mniejsza z tym. Wreszcie udało ci się dotrzeć, w oknach pali się światło, 

zatem Alice jest w domu. Nie zamierzasz wejść? 

Na  twarzy  dziewczyny  malowała  się  rozterka.  Chciała  powiedzieć  mu,  co  sądzi  o  jego  dwulicowości,  lecz 

przeszkadzała jej świadomość, że jest przyjacielem Alice. W końcu znalazła się tu dzięki niemu. Bardzo trudna sytuacja. 

Edward  spoglądał  z  rozbawieniem,  bez  trudu  czytając  z  jej  miny.  Bella  zebrała  w  sobie  resztki  sponiewieranej 

godności. 

– Tak... pójdę już. – Podała mu rękę. – I, hm... dziękuję za wszystko. 
– Wszystko? – zapytał drwiąco. 
– Niezupełnie. – Wyrwała dłoń z elektryzującego uścisku. Wiedziała, że miał na myśli ten okropny pocałunek. 
– Miłego pobytu w Port Lincoln – uśmiechnął się Edward i odjechał. 
Bella  była  nieco  rozczarowana,  że  nie  próbował  pocałować  jej  po  raz  drugi.  Pokręciła  głową,  usiłując  pozbyć  się 

dziwnego uczucia, jakie wzbudził w niej dotyk dłoni Edward’a. Pozbierała rzeczy, pchnęła furtkę i kuśtykając, przeszła 
ostatnie metry dzielące ją od drzwi Alice. 

 

background image

R

ozdział

 

3

 

 
Pół godziny później Bella siedziała wtulona w fotel z kieliszkiem szampana w dłoni. Serdeczne powitanie zgotowane 

jej przez Alice wynagrodziło trudy upiornej podróży. 

Alice  była  szczupłą  blondynką  o  klasycznej  urodzie.  Trudno  było  o  dwie  bardziej  różniące  się  pod  względem 

powierzchowności i temperamentu kobiety. 

Całkowicie  pozbawiona  próżności  Alice  ubierała  się  wygodnie  i  praktycznie,  podczas  gdy  Bella  słynęła  z 

ekstrawaganckich  kolczyków  i  niewygodnych  pantofli.  Alice  była  miłośniczką  przyrody,  a  Bella  miejską  dziewczyną 
pędzącą  z  sali  gimnastycznej  do  biura,  z  biura  do  winiarni,  z  winiarni  na  przyjęcie  –  w  nieustannym  gorączkowym 
ruchu. Jednak mimo tych przeciwieństw obie kuzynki łączyła niekłamana przyjaźń. Nie widziały się pięć lat, lecz miała 
wrażenie, że rozstały się zaledwie przed tygodniem. 

Bella  stęskniła  się  również  za  Jasper’em,  który  akurat  wyjechał  do  Queensland,  ponieważ  rysowała  się  tam 

możliwość założenia nowej firmy czarterującej jachty. 

–  To  musiało być  dla  was okropne  –  zauważyła  ze  współczuciem,  gdy  Alice opowiadała  o  tym,  jak  wykupiła  ich 

firma Sailaway. 

– Mogło być gorzej – odparła spokojna jak zawsze Alice. – Dostaliśmy niezłą cenę za nasze łodzie i nie znaleźliśmy 

się z dnia na dzień bez pracy. Jasper pływa z niedoświadczonymi klientami, a kiedy to nie wystarcza, Edward zatrudnia 
również mnie. 

Bella poczuła gwałtowny skurcz serca i z wrażenia oblała się szampanem. 
– Edward? 

background image

– Edward Cullen. Jest właścicielem Sailaway.  – Alice spojrzała z niepokojem na pobladłą nagle kuzynkę.  – Co ci 

jest? 

– Nic – drżącym głosem odpowiedziała Bella. Boże, czemu to musiał być akurat on? 
– Edward jest cudowny – opowiadała z entuzjazmem Alice. – Nie musiał nas wykupywać. Bardziej opłacało mu się 

poczekać,  aż  zbankrutujemy,  ale  złożył  nam  ofertę,  zanim  straciliśmy  wszystko.  Nie  musiał  również  angażować 
Jasper’a.  Tu  jest  mnóstwo  doświadczonych  kapitanów,  marzących  tylko  o  współpracy  z  nim.  Sam  jest  zresztą 
wspaniałym żeglarzem. Dwukrotnie wygrał regaty Sydney-Hobart. 

–  Co  takiego?  –  Bella  gorączkowo  usiłowała  przypomnieć  sobie,  co  mówiła  Edward’owi  o  firmie,  która  przejęła 

interes Alice i Jasper’a. Alice nie skarżyła się w listach na swój los, ale Bella w oparciu o własne smutne doświadczenia 
pojęła wszystko opacznie. Nic dziwnego, że  Edward wyglądał na szczerze ubawionego jej oskarżeniem. Dlaczego nie 
trzymała języka za zębami? 

Powinien wszystko wyjaśnić, pomyślała ze złością. Zamiast tego, pozwolił jej zrobić z siebie idiotkę. 
–  To  jedne  z  najtrudniejszych  regat  na  świecie  –  wyjaśniała  Alice.  –  Warunki  pogodowe  na  Bass  Strait  bywają 

koszmarne. Kocham żeglarstwo, ale za nic bym tam nie popłynęła. Jednak Edward to uwielbia. Na jachcie czuje się jak 
w  domu.  Pochodzi  z  bardzo  bogatej  rodziny.  Cullen’owie  mają  jedno  z  największych  przedsiębiorstw  w  Nowej 
Południowej Walii. Edward prowadził je przez pewien czas, ale teraz tylko nadzoruje wszystko z Adelajdy. Twierdzi, że 
szkoda marnować życie za biurkiem, skoro można żeglować. 

Cóż, to wyjaśnia własny samolot oraz otaczającą go atmosferę zamożności i pewności siebie, pomyślała  Bella. W 

jaki  sposób  mogła  w  człowieku  uważanym  za  bogatego  przedsiębiorcę,  którym  zresztą  był,  rozpoznać  kogoś,  kto 
zajmuje się czarterem jachtów? 

– Mówisz, jakby był wzorem wszelkich cnót – powiedziała obojętnym tonem. Chciała zapytać o coś więcej, ale nagłe 

zainteresowanie człowiekiem, którego nigdy nie spotkała, mogłoby wydać się dziwne. 

– Bo tak jest – odparła wesoło Alice. – Gdybym nie kochała Jasper’a, z pewnością wybrałabym Edward’a. A skoro 

mówimy o miłości, to co się stało z Mike’em, o którym mi tyle pisałaś? Myślałam, że jesteście zaręczeni. Czemu z tobą 
nie przyjechał? 

– Nie został zaproszony – powiedziała z gorzkim uśmiechem Bella. 

background image

–  Kochanie!  Co  się  stało?  Napisałaś  tylko,  że  postarasz  się  przylecieć  najbliższym  lotem,  na  jaki  zdobędziesz 

miejsce. 

– Nie wspominałam, że mnie wylali? 
– Nie! – Alice aż podskoczyła i wbiła wzrok w kuzynkę. – Niemożliwe! Przecież uwielbiałaś tę pracę. 
– Owszem, ale Pritchard Price była tylko małą agencją reklamową. Kiedy przejął ich Liedermann, Marshall i Jones, 

doszli  do  wniosku,  że  głównym  księgowym  może  być  jedynie  mężczyzna.  Mieli  zresztą  kogoś  swojego  na  to 
stanowisko. Fakt, że radziłam sobie doskonale przez dwa lata, nie miał dla nich żadnego znaczenia – dodała z goryczą. – 
Powiedzieli mi, że jest to część reorganizacji związanej z fuzją firm i gdybym była mężczyzną, wszystko zostałoby po 
staremu. 

Alice zasępiła się. Wiedziała, ile ta praca znaczyła dla Belli. 
– Mike zdaje się nie pracował w twojej firmie, prawda? 
– Mike? Nie, jest handlarzem win. Bardzo zdolny, ale niesłychanie konserwatywny: stare szkolne krawaty i takie tam 

rzeczy. To powinno być wystarczającym ostrzeżeniem. 

– Jak to? 
– Kiedy usłyszałam o mojej pracy, wściekłam się i pobiegłam do  Mike’a. Myślałam, że mnie zrozumie, a on miał 

czelność powiedzieć, że dobrze się stało! – Bella zatrzęsła się z oburzenia, przypominając sobie reakcję narzeczonego. – 
Byliśmy zaręczeni dość krótko i nie wyznaczyliśmy jeszcze daty ślubu ani nie planowaliśmy przyszłości. Ja sądziłam, że 
nic się nie zmieni, ale Mike uważa, że miejsce żony jest w domu. Dlatego utrata pracy i kres „głupich ambicji” były mu 
na rękę. 

Pokręciła z niesmakiem głową. 
– Widzę, że znaliśmy się za mało i nasze małżeństwo skończyłoby się totalną katastrofą. Zerwałam z nim, rzucając 

mu pierścionek w twarz. 

– Och, Bell, tak mi przykro – współczująco powiedziała Alice. – Dwa nieszczęścia tego samego dnia. 
– Najokropniejsze w tym wszystkim było to, że gdy nieco ochłonęłam, doszłam do wniosku, że bardziej boli mnie 

utrata pracy niż narzeczonego – wyznała Bella. 

– Wydawał się wprost stworzony dla ciebie – westchnęła Alice. – Może jednak, podobnie jak ja, potrzebujesz kogoś 

background image

zupełnie innego. 

Z niewytłumaczalnych przyczyn Bella ujrzała w wyobraźni Edward’a Cullen’a. Widziała go niepokojąco wyraźnie: 

arystokratyczne rysy, stanowcze spojrzenie i ten wprawiający ją w zakłopotanie uśmiech, czający się w kącikach ust... 

– Jedyne, czego naprawdę teraz potrzebuję, to oderwać się od tego wszystkiego. 
– W takim razie nie mogłaś lepiej trafić – rozpogodziła się Alice. – Niestety, mamy sporo pracy w porcie i jestem 

zajęta, ale możesz pójść ze mną. To ciężka praca, jednak zabawna. No i poznasz Edward’a. 

Nadeszła  właściwa  chwila,  by  wyjawić  Alice,  że  już  zdążyła  poznać  Edward’a  i  wcale  go  nie  polubiła,  ale  słowa 

uwięzły jej w gardle. Alice uważa go za cudownego człowieka i Bella wolała nie psuć sprzeczką atmosfery powitalnego 
wieczoru. Zresztą była tak zmęczona, że zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Spała do białego dnia. 

Gdzieś dzwonił telefon. Bella zorientowała się, że to on ją obudził. Telefon umilkł. Najwyraźniej Alice była jeszcze 

w domu i podniosła słuchawkę. 

Bella leżała w łóżku, usiłując przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni widziała takie ostre słońce. Jej myśli błądziły 

jednak wokół wczorajszej nocy. W dziennym świetle podróż z Adelajdy jawiła się jako coś nierealnego. Czy naprawdę 
leciała nocą w maleńkiej awionetce? Czy łkała, siedząc na walizce? Czy  Edward Cullen rzeczywiście ją pocałował, a 
ona odwzajemniła pocałunek? 

Gwałtownie  usiadła  na  łóżku.  Wolałaby  uznać  to  wszystko  za  koszmar  senny,  ale  wspomnienie  Edward’a  było 

niezwykle żywe, aż nazbyt realne. 

Wstała i leniwie włożyła szlafrok. Chciała zostać jeszcze w łóżku, lecz nie miała zamiaru leżeć i rozmyślać o nim. 
Ziewając zeszła do kuchni. Alice rozmawiała przez telefon. Odłożyła słuchawkę i odwróciła się w stronę Belli. 
Wyraz jej twarzy sprawił, że dziewczyna natychmiast zapomniała o Tregowanie. 
– Alice, na litość boską, co się stało? Wyglądasz okropnie. 
– To Jasper – odparła pobladła Alice. – Jest w szpitalu w Brisbane. Miał wypadek. Och, Phyl, co ja teraz zrobię? 
 
Bella zapłaciła taksówkarzowi i odwróciła się, by spojrzeć na przystań. Na wprost niej ciągnął się pomost, oparty na 

drewnianych pontonach, wzdłuż którego cumowały kołyszące się lekko na wodzie jachty. Przy końcu pomostu widać 
było mały, drewniany budynek z napisem „Sailaway”. Przełknęła ślinę i wytarła dłonie w spodnie. Podczas rozmowy z 

background image

Alice sprawa wyglądała bardzo prosto, lecz na myśl o spotkaniu z Edwardem Cullen’em serce biło jej niespokojnie. 

Chwyciła  głęboki  oddech.  To  śmieszne!  Radziła  sobie  w  znacznie  trudniejszych  sytuacjach,  ujarzmiała 

rozwścieczonych  klientów,  rozwiązując  pozornie  niemożliwe  do  rozwiązania  problemy,  więc  powinna  dogadać  się  z 
Cullen’em. Obiecała to Alice. 

Poczuła nagły dreszcz. Twarda i pełna życia Alice załamała się, gdy usłyszała o wypadku Jasper’a i to właśnie Bella 

załatwiła jej lot do Brisbane, pomogła spakować rzeczy i wezwała taksówkę. A teraz musi spełnić to, co jej obiecała, gdy 
żegnały się na lotnisku. 

Ruszyła  w  stronę  budyneczku.  Drzwi  były  otwarte.  Nie  ma  się  czym  denerwować,  myślała.  Wczoraj  była  tak 

zmęczona, że wyolbrzymiła postać Edward’a. Dziś, w blasku dnia, okaże się, że to zwykły, nieszkodliwy człowiek. 

Kiedy jednak weszła do środka i ujrzała Edward’a przy szafce z aktami, zrozumiała, że niczego sobie nie wymyśliła. 

Edward odwrócił się, gdy padł na niego cień Belli i ze zdziwienia uniósł brwi. 

Miał  na  sobie  dżinsy  i  podkoszulek  i  wyglądał  jeszcze  bardziej  męsko,  niż  zapamiętała  z  poprzedniego  wieczoru. 

Jego  zielone  oczy  z  odrobiną  szarości,  były  nieco  bardziej  zielone,  lekko  tylko  przełamane  szarością,  bystre  i 
przenikliwe jak poprzednio. 

Cisnął trzymane w ręku akta na wierzch szafki i zamknął szufladę. 
– Proszę, proszę – powiedział. – Co za niespodzianka. Chyba nie chcesz, żebym cię gdzieś podwiózł? 
–  Nie  –  odparła,  tracąc  oddech.  Miała  wyglądać  na  opanowaną  kobietę  interesu,  nie  zaś  na  idiotkę  speszoną 

ironicznym wzrokiem Edward’a. Odchrząknęła. – Przyszłam z tobą porozmawiać. 

– Jestem wstrząśnięty. – Zrzucił z krzesła stos broszurek i wskazał jej miejsce z przesadną galanterią. – Lepiej usiądź. 
Bella, nie wiedząc od czego zacząć, rozejrzała się wokół. Okna z trzech stron zapewniały doskonałą widoczność na 

cały  port.  Za  drzwiami  wiodącymi  na  zaplecze  leżały  stosy  ręczników,  prześcieradeł  i  środków  czystości.  Na  biurku 
morskie radio podawało prognozę pogody. Edward wyłączył je. 

–  Pewnie  Alice  powiedziała  ci,  gdzie  można  mnie  znaleźć,  ale  nie  spodziewałem  się  ciebie  tak  szybko.  Kiedy 

rozstawaliśmy się wczorajszej nocy, miałem wrażenie, że nie chcesz mnie więcej widzieć. 

– To było wczoraj. – Bella zarumieniła się lekko na wspomnienie, jak niewdzięcznie się zachowała. – Jestem tu w 

sprawie Alice. Musiała polecieć do Brisbane. Jasper miał wypadek. 

background image

– To straszna wiadomość. Czy jest ciężko ranny? – spytał szczerze zmartwiony. 
– Nie znamy szczegółów. Powiedzieli, że nie odzyskał jeszcze przytomności. 
– Czy wiadomo, jak do tego doszło? 
–  Jasper  wracał  z  Brisbane  do  domu.  Świadkowie  powiedzieli  policji,  że  skręcił,  by  uciec  przed  nieprawidłowo 

wyprzedzającą ciężarówką. Samochód Jasper’a dachował w rowie. Biedna Alice jest w strasznym stanie. Przed godziną 
wsadziłam ją do samolotu do Brisbane. Zadzwoni do mnie wieczorem i wszystko opowie. 

– Czy mogę coś zrobić? – Edward ochłonął nieco i zaczął spacerować po pokoju. 
– Tak – odparła Bella. – Przyjąć mnie na miejsce Alice. 
– Co? 
– Alice martwi się o swoją pracę – wyjaśniła spokojnie. 
– Jasper jest nieprzytomny, a to ich jedyne źródło utrzymania. Alice boi się, że mógłbyś przyjąć kogoś na jej miejsce. 

Podobno to środek sezonu. 

–  Owszem,  ale  nie  ma  mowy,  żeby  Alice  straciła  pracę  –  zdenerwował  się  Edward,  zerkając  groźnie  na  Bellę.  – 

Odpowiadam za to jako pracodawca, a poza tym Alice i Jasper są moimi przyjaciółmi. 

– Nie musisz wyżywać się na mnie. To nie był mój pomysł. Tłumaczyłam Alice, że nie jesteś takim potworem, ale 

nie potrafiła rozsądnie myśleć. Wpadła w panikę w związku z wypadkiem Jasper’a. W takiej sytuacji traci się poczucie 
proporcji. Najprostsze sprawy stają się problemem... 

Bella urwała, widząc drwiący wzrok Edward’a. Przypomniała sobie, jak łkała, siedząc na walizce. Jej własne kłopoty 

wydały się nagle błahostką w porównaniu z nieszczęściem, które dotknęło Alice. 

– Alice była zdenerwowana – dodała, starając się zachować rzeczowy ton. – Chciała jechać do Jasper’a, a z drugiej 

strony  obawiała  się  sprawić  ci  zawód.  Zamierzałam  lecieć  z  nią  do  Brisbane,  jednak  uspokoiła  się  dopiero,  gdy 
przyrzekłam, że zastąpię ją w pracy. 

Edward  włożył  ręce  do  kieszeni  i  z  ponurą  miną  wyglądał  przez  okno.  Przepłynął  jacht  motorowy  i  rozkołysał 

cumujące łodzie. 

– Wystarczy, że powiesz Alice, że nie ma się o co martwić. Na te parę tygodni znajdę sobie jakieś zastępstwo, a jej 

będę  płacił  normalnie,  więc  nie  ma  problemu  finansowego.  W  każdej  chwili  może  wrócić  do  pracy,  Jasper  zresztą 

background image

również. Ponieważ jest prawdopodobnie ciężko ranny, minie chyba trochę czasu, zanim znów będzie mógł żeglować. 

Bella odwróciła się w jego stronę. 
– Zatem nie chcesz, żebym u ciebie pracowała? 
– Szczerze mówiąc, wolałbym kogoś odpowiedniejszego. 
– Odpowiedniejszego? Co ci się we mnie nie podoba? 
– Po pierwsze, jesteś Angielką. Przyjąłem w listopadzie zeszłego roku angielską dziewczynę do pracy.  Wydawało 

się, że ma pewne doświadczenie, ale nie przykładała się do roboty i po paru tygodniach zrezygnowała, twierdząc, że jest 
za ciężka. Wyjechała do Adelajdy. Gdyby nie Alice, miałbym kłopoty. Niezbyt przepadam za Angielkami. 

– No to co? – spytała Bella. – Nie proszę przecież, żebyś mnie lubił. 
– Mniejsza z tym. Zastanawiam się, czy wiesz, w co się pakujesz? 
– Alice nie miała czasu na drobiazgowe wyjaśnienia, wiem jednak, że chodzi o gotowanie i sprzątanie. 
– O wiele więcej – odparł Edward, w zamyśleniu przeczesując palcami włosy.  – Dysponuję piętnastoma jachtami. 

Niektóre wynajmują doświadczeni żeglarze, z innymi musi płynąć ktoś taki jak Jasper. Czasami przywożą wszystko ze 
sobą,  ale  na  ogół  klienci  proszą  nas  o  przygotowanie  zaopatrzenia.  Bywa  różnie.  Albo  gotują  sobie  sami,  albo  Alice 
przygotowuje im posiłki wymagające potem jedynie podgrzania. Umiesz gotować? 

– Oczywiście – odparła wyniośle. – Moje przyjęcia były słynne. * 
–  Mówimy  o  dobrym,  zwykłym  jedzeniu,  nie  o  wymyślnych  frykasach.  –  Edward  spojrzał  na  nią  z  wyrzutem.  – 

Żeglarze nie przepadają za nowościami na stole. 

– Chyba mogę przyrządzić coś nieskomplikowanego, jeśli o to ci chodzi. Nic prostszego. 
– Może cię zdziwię, ale Alice nie tylko układa menu dla wszystkich łodzi, ale również robi zakupy, uzupełnia zapasy 

w  lodówkach  i  magazynkach.  Oprócz  tego  sprząta  łodzie  po  rejsach,  żeby  były  gotowe  dla  następnych  klientów.  To 
oznacza zmianę pościeli w kabinach, sprawdzenie i uzupełnienie wszystkich braków. Wszystko musi lśnić. Pomaga mi 
jeszcze w biurze, odbiera telefony, załatwia korespondencję i tak dalej. 

– To nie jest praca, lecz niewolnicza harówka! – przeraziła się Bella. 
– Wiedziałem, że ci się nie spodoba. Nie przywykłaś do pracy. 
–  Wręcz  przeciwnie!  Pracowałam  dużo  i  bardzo  ciężko.  –  Przypomniała  sobie  o  wieczorach  spędzonych  nad 

background image

papierami w biurze. 

– Wysiadywanie za biurkiem to nie wszystko. Potrzebuję kogoś, kto nie boi się zakasać rękawów i pobrudzić sobie 

rąk. 

– Może do tej pory nie brudziłam sobie rąk, ale musiałam walczyć o przetrwanie. Zamiast narzekać, zastanów się, jak 

wykorzystać moje wysokie kwalifikacje. 

–  Niezbyt  przydadzą  ci  się  przy  szorowaniu  łodzi.  –  Edward  pochwycił  ją  za  ręce  i  odwrócił  dłonie  do  góry, 

przeciągając  po  nich  kciukami.  –  Popatrz,  są  za  delikatne,  by  wytrzymały  parę  tygodni  szorowania,  skrobania  i 
polerowania. 

Bella poczuła  suchość  w  ustach.  Pod  wpływem  dotyku  ciało stawało się boleśnie wrażliwe.  Czuła każdy  milimetr 

skóry, o który otarły się jego palce. 

– Przywykną – wykrztusiła z trudem. 
– A ty? – Edward puścił jej dłonie i usiadł. Patrzył na dziewczynę, jakby była kłopotliwym przedmiotem, z którym 

nie wiadomo, co zrobić. 

–  Jestem  twardsza,  niż  ci  się  wydaje.  –  Świadoma  komicznego  wrażenia,  jakie  musiała  sprawiać  poprzedniego 

wieczoru,  ubrała  się  dziś  schludnie  i  praktycznie  w  spodnie  w  biało-niebieskie  paski  i  białą  bluzkę.  Wciąż  jednak 
podejrzewała, że Edward zapamiętał ją szlochającą na walizce. 

– Chyba jednak nie aż tak bardzo twarda, za jaką chcesz uchodzić – westchnął Edward, a Bella oblała się rumieńcem. 
– Przekonaj się! 
Cień zdenerwowania przemknął po jego twarzy. 
–  Ubiegłej nocy  chwaliłaś  się,  jakie  ważne  zajmujesz  stanowisko i  jak  bardzo  zależy  ci  na  zrobieniu kariery.  Czy 

naprawdę chcesz, bym uwierzył, że będziesz szczęśliwa, krojąc cebulę i szorując pokłady? 

– Owszem, jeśli to pomoże uspokoić się Alice – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Nie zamierzam spędzać 

czasu w Australii, pracując u ciebie dłużej niż to konieczne, ale obiecałam to  Alice. Nie rozumiem twoich zastrzeżeń. 
Powiedziałeś, że chcesz jej pomóc, a to najlepsza metoda. Może nie jestem najlepszą kandydatką, ale oszczędzisz sobie 
trudu szukania kogoś innego, mógłbyś więc przynajmniej dać mi szansę. 

Nastąpiła pełna napięcia cisza. Edward przyglądał się jej przymrużonymi oczyma. 

background image

– Mógłbym – rzekł wreszcie, a jej mocniej zabiło serce. Atmosfera robiła się wprost nie do zniesienia. – Czemu tak 

się upierasz? Przecież nie musisz tego robić. Znajdę kogoś innego, a ty powiesz Alice, że u mnie pracujesz. 

– Nie mogłabym jej okłamać – zaprotestowała. 
–  No  a  co  z  twoimi  wakacjami?  Przepraszam,  z  twoim  urlopem  naukowym.  Przecież  zamierzałaś  przez  te  parę 

tygodni zastanowić się nad kierunkiem rozwoju swojej błyskotliwej kariery. 

Bella spuściła oczy. Zapomniała o swoim kłamstwie. Gdyby Edward nie był taki sceptyczny w stosunku do kobiet, 

może nawet powiedziałaby mu prawdę. Jednak za nic nie da mu tej satysfakcji. 

– Przyjechałam tu, gdyż potrzebuję czasu do zastanowienia, a myśleć mogę nawet szorując pokłady, chyba że jest to 

zabronione. 

–  Myślenie  jest  dozwolone  –  uśmiechnął  się  Edward.  –  Kłótnie  nie.  Swoje  zadęcia  zostaw  w  domu.  Nie  chcę 

wysłuchiwać, jaka jesteś ważna. Większość prac jest nudna i męcząca, więc nie narzekaj, że cię nie ostrzegałem. 

– To znaczy, że mnie zatrudnisz? 
– Tylko przez wzgląd na Alice. Musisz jednak pracować równie ciężko jak ona. 
– Będę – przyrzekła gorąco. 
– Mam nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo – rzekł z rezygnacją Edward. – Kiedy wrócą Alice i Jasper, na pewno 

oboje powitamy ich z otwartymi ramionami, ale na razie wygląda na to, że jesteśmy skazani na siebie. 

 

background image

R

ozdział

 

4

 

 
Po podjęciu decyzji Edward przeszedł do razu do rzeczy. 
– Masz prawo jazdy? 
– Nie zabrałam – odparła z zażenowaniem  Bella. – Pakowałam się w takim pośpiechu, że zupełnie nie miałam do 

tego głowy. 

– Sądząc z rozmiarów walizki, pamiętałaś o wszystkim innym – zauważył złośliwie. – Myślałem, że jesteś bardziej 

zorganizowana. 

– Niczego nie zapomniałam. Skąd mogłam wiedzieć, że przyda mi się prawo jazdy? 
– Więc chyba liczyłaś na to, że Jasper i Alice będą ci służyli za darmowych kierowców. 
–  Nie  wiedziałam,  czego  się  spodziewać  –  zgrzytnęła  zębami  Bella.  –  A  już  najmniej  przesłuchania  z  powodu 

zapomnianego kawałka papieru. Czy to ma jakieś znaczenie? 

– Zamierzałem dać ci furgonetkę, żebyś mogła pojechać po zakupy. Tymczasem wygląda na to, że będę musiał cię 

wszędzie wozić. To zaczyna się stawać regułą! 

– Zapewniam, że nie z mojej woli. 
–  Słusznie,  zapomniałem,  że  jesteś  kobietą  samodzielną  –  zakpił  Edward.  –  To  zabawne,  ale  zawsze  znajdziesz 

kogoś, kto wykona za ciebie robotę. 

–  Mówimy  tylko  o  sporadycznych  wyjazdach  po  zakupy  –  parsknęła.  –  Skoro  stanowi  to  dla  ciebie  taki  wielki 

problem, znajdę inny sposób, żeby się tu dostać. 

– Taki, jak zeszłej nocy? 

background image

– To było coś innego. Ubiegłej nocy nie byłam sobą i dobrze o tym wiesz! Taka podróż wykończyłaby każdego i 

niezbyt mi pomogłeś, będąc taki... 

– Jaki? – spytał z rozbawieniem w oczach. 
– Niemiły! – wypaliła niezbyt dyplomatycznie. 
Edward nie zamierzał puścić tego płazem. 
–  Niemiły?  –  zdumiał  się  nieszczerze.  –  Taszczyłem  twoją  walizkę,  zabrałem  cię  samolotem  do  Port  Lincoln, 

podwiozłem pod drzwi Alice... Cóż w tym było niemiłego? 

Bella, czując się zapędzona w kozi róg, gorączkowo szukała w pamięci przykładu jego niemiłego zachowania. Rzecz 

tkwiła  nie  w  tym,  co  robił,  ale  w  jego  drwiących  spojrzeniach,  uśmieszkach,  kpiącym  tonie.  Tego  jednak  nie  mogła 
powiedzieć. 

– Pocałowałeś mnie. – Był to jedyny zarzut, jaki mogła wysunąć. 
– Wtedy nie było to wcale dla ciebie niemiłe – oświadczył zuchwale. 
– Wykorzystałeś sytuację – nie ustępowała, lecz Edward spojrzał na nią obojętnie. 
– W takim razie jesteśmy kwita. 
To Bella spuściła oczy. Po co wracała do sprawy pocałunku? Jego wspomnienie zagęściło nagle panującą w pokoju 

atmosferę, znów po plecach przebiegły jej ciarki. Wciąż czuła dotyk mocnych dłoni Edward’a i ekscytujące spotkanie się 
ich warg. 

–  Musi  być  jakiś  sposób  na  poruszanie  się  po  okolicy  –  powiedziała,  usiłując  sprowadzić  rozmowę  na 

bezpieczniejsze tory. – Chyba są tu jakieś autobusy? 

– To nie Londyn – odparł Edward. – Może nawet uda ci się dotrzeć do sklepów, ale nie zabierzesz się z zakupami. 
– Mogę wziąć taksówkę – rzekła niechętnie. 
– Możesz – zgodził się. – Pod warunkiem, że za nią zapłacisz, bo ja, mając stojącą bezczynnie furgonetkę, nie dam 

ani grosza. Czy również zamierzasz przyjeżdżać tu co rano taksówką? 

– Jeszcze tego nie przemyślałam. 
– To się lepiej zastanów. Przystań leży daleko od domu Alice i zapewniam cię, że nie ma bezpośredniego połączenia 

autobusowego. 

background image

Bella zacisnęła wargi. 
– Potrafiłam przez parę lat utrzymać się sama w Londynie – odparła chłodno. – Z pewnością jakoś przeżyję w Port 

Lincoln. 

– To zależy od punktu widzenia – zauważył Edward, pokazując jakiś punkt za oknem. – Mieszkam na szczycie tego 

wzgórza obok przystani. Wystarczająco blisko, by dojść tu na piechotę. Chyba najlepiej zrobisz, mieszkając u mnie – 
dodał z rezygnacją. 

– Miałabym mieszkać u ciebie? – przeraziła się Bella. 
– Wolałabym raczej spać na plaży! 
Edward aż cmoknął z wrażenia. 
– Nie wiem, jak udało ci się zrobić oszałamiającą karierę, ale na pewno nie z powodu nadmiaru taktu. 
– A tobie nie dzięki urokowi osobistemu – odgryzła się. 
– Wyjątkowo serdeczny sposób zapraszania gości! Nie ma mowy, żebym przeprowadziła się do ciebie! 
– Nie ma w tym żadnej próby uwiedzenia ciebie, jeśli to cię trapi – westchnął Edward. – Nie musisz więc reagować 

jak  przerażona  stara  panna.  Szczerze  mówiąc,  mogę  się  postarać  o  bardziej  odpowiednie  towarzystwo  i  niezbyt  bawi 
mnie perspektywa spędzenia paru tygodni z osóbką w gorącej wodzie kąpaną, ale nie widzę innego wyjścia. 

– A ja owszem. Będę mieszkała u Alice i Jasper’a. 
– Jak się tu dostaniesz codziennie rano? 
– Znajdę jakiś sposób! 
– Dom jest wystarczająco duży, żebyśmy się pomieścili. 
– Raczej zostanę tam, gdzie jestem – upierała się. Sama myśl o dniach spędzonych w towarzystwie  Edward’a była 

już dość irytująca, ale żeby z nim mieszkać... 

Edward przyjrzał się z uwagą małej, upartej osóbce. 
– Czemu zawsze się upierasz przy najgorszych rozwiązaniach? 
– A dlaczego ty nie chcesz uznać, że jestem samodzielna? Jeśli wspomnisz choć raz o zeszłej nocy, zacznę krzyczeć. 

Wiem, że zachowałam się pretensjonalnie, ale uwierz mi, to się już nie powtórzy. Jestem dobra w tym, co robię, więc 
poradzę sobie i tutaj. Zobaczysz. 

background image

–  Zaraz  będziesz  miała  okazję  się  przekonać  –  zgodził  się  niechętnie  Edward.  Wstał.  –  Oprowadzę  cię,  a  potem 

zabieramy się do roboty. W tym tygodniu mamy jej aż nadto. 

Pokazał jej składzik i wyjaśnił, jak działa radio. 
– Prowadzimy całodobowy nasłuch naszych łodzi. Tak więc, jeśli usłyszysz, że ktoś się zgłasza, a mnie nie będzie w 

pobliżu, musisz odebrać wezwanie. Być może trzeba będzie udzielić jakichś rad. Masz jakieś doświadczenie żeglarskie? 

– Czy liczy się jednodniowy rejs do Boulogne? 
– Niezwykle pomocne! – westchnął Edward. – Przecież chyba musiałaś żeglować. 
–  Nie  było  takiej  potrzeby.  W  kraju  żeglarstwo  zawsze  pachniało  zimnem,  wilgocią  i  niewygodą.  Alice  i  Jasper 

uwielbiają to, ale dla mnie kontakt z przyrodą, to opalanie się na tarasie. 

– Niezbyt przypominasz Alice, co? – Spojrzał na ożywioną twarz dziewczyny. 
– Nie. Trudno uwierzyć, że jesteśmy spokrewnione. Może właśnie dlatego polubiłyśmy się tak bardzo. Wolałabym 

być bardziej podobna do Alice – przyznała, zastanawiając się, jak najlepiej opisać kuzynkę. – Jest taka... niestrudzona. 

– Z pewnością to określenie nie pasuje do ciebie – zaczepnie powiedział Edward. 
– Tak? A jakie? 
– Gadatliwa – uśmiechnął się nieoczekiwanie. 
Zbił tym  Bellę z tropu. W chwili gdy  miała już dojść do wniosku, że jest bardziej nieznośny, niż jej się zdawało, 

zrobił to ponownie! Jeśli w półmroku kabiny uśmiech Edward’a budził jej zaniepokojenie, to w blasku dnia zamarło jej 
serce. 

Widziała, jak wokół oczu pojawiają mu się mimiczne zmarszczki, jak zmienia się zarys policzków. Białe zęby na tle 

opalenizny wyglądały wręcz zabójczo. W głowie dziewczyny zadźwięczał alarmowy dzwonek. Z wrażenia wstrzymała 
oddech i otrząsnęła się z tego dopiero po chwili, wracając do rzeczywistości. 

 
Na  zewnątrz  niebieskie niebo  rozświetlało  ostre  słońce.  Bella,  idąc  za  Edwardem,  mrużyła  oczy.  Silny  wiatr  znad 

morza  rozsypywał  jej  włosy  wokół  twarzy,  spoglądając  na  molo,  przytrzymywała  je  jedną  ręką.  Uśmiech  Edward’a 
wciąż mącił jej spokój. 

Lśniąca  woda  wyglądała  niemal  bezbarwnie,  lecz  dziewczyna  słyszała  plusk  fal  obmywających  molo.  Jachty 

background image

tańczyły  w  górę  i  w dół.  Przypatrywała  się  temu  jak  zahipnotyzowana,  jakby  nigdy  przedtem  nie  widziała  żaglówek, 
ujęta krzywizną kadłubów, kontrastującą ze strzelistymi masztami i wymyślną geometrią olinowania. 

Doszła do wniosku, że coś niezwykłego emanuje z tej pełnej światła przestrzeni, w przeciwieństwie do delikatnego 

angielskiego  słońca.  Wszystko  wydawało  się  nieprawdopodobnie  różnorodne.  Każda  łódź  była  inna.  Eleganckie 
żaglówki sąsiadowały z wielkimi jachtami motorowymi, szybkie ślizgacze z wysłużonymi łodziami rybackimi, a cała ta 
flotylla kołysała się w hipnotyzującym ruchu, jakby przytakując kuszącej obietnicy morskiej swobody i świeżości. 

Zamknęła  oczy  i  zwracając  twarz  ku  słońcu,  wdychała  niesiony  wiatrem  ostry  zapach  morza.  Uśmiechnęła  się, 

słysząc nawoływanie mew, zgrzyt cum i łopot fałów o setki masztów. 

Wszystko  to  różniło  się  od  dźwięków,  do  których  przywykła  –  dzwonków  telefonów,  pisku  drukarek,  gorących, 

głośnych  sporów  lub  śmiechów,  dudnienia  ruchu  ulicznego  za  oknem  i  odległego  zawodzenia  syren.  Przystań 
rozbrzmiewała obco i dziwnie swojsko zarazem. 

Bella  poczuła  nagle  olbrzymią  radość,  że  się  tu  znalazła.  Otworzyła  oczy  i  z  uśmiechem  odwróciła  się  w  stronę 

Edward’a. 

Przyglądał się jej z tym swoim dziwnym wyrazem oczu. 
– Myślałem, że zasnęłaś – powiedział, siląc się na zwykłą kąśliwość. 
Bella pokręciła głową i kolczyki ze sztucznymi diamentami błysnęły w słońcu. 
– Po prostu... zamyśliłam się. 
– To wszystko zmienia – rzekł sucho Edward. 
Odwrócił  się  i  ruszył  wzdłuż  mola.  Pontony  chwiały  się  im  pod  stopami,  gdy  pokazując  na  łodzie,  z  uczuciem 

wymieniał ich nazwy. 

–  Większość  jest  teraz  w  morzu.  Oto  „Persephone”,  obok  niej  „Dora  Dee”,  piękna,  prawda?  Dalej  „Calypso”. 

Wróciła wczoraj i wymaga czyszczenia, podobnie jak „Valli”. – Pokazał na cumujący obok „Calypso” jacht. 

Nazwy dwóch ostatnich jachtów zabrzmiały dość swojsko. 
– Te dwa należały do Alice i Jasper’a? 
– Owszem, do chwili, kiedy podstępnie je wykupiłem i przejąłem ich firmę. 
Bella zalała się rumieńcem. 

background image

–  Przepraszam  –  powiedziała  nieśmiało,  wstydząc  się  pasji,  z  jaką  opowiadała  o  nieszczęściu,  które  spotkało  jej 

kuzynkę. – Alice opowiedziała mi, jak to było naprawdę. Jest ci bardzo zobowiązana. Po prostu wyciągnęłam pochopne 
wnioski z jej listu. 

– Czy to znaczy, że teraz wyciągniesz właściwe wnioski odnośnie mojej osoby? – spytał Edward. 
Stał  z  wyzywającym  spojrzeniem  zielonych  oczu,  w  uniesionych  kącikach  ust  czaił  się  skrywany  uśmiech.  Ręce 

trzymał  niedbale  w  kieszeniach  dżinsów,  a  wiatr,  rozwiewający  jego  kasztanowate  włosy,  napiął  podkoszulek, 
uwypuklając umięśnioną budowę ciała. 

Przez ułamek sekundy Bella poczuła, że mięknie wewnętrznie na ten widok. To nie fair z jego strony, że stoi sobie 

tak niedbale i spogląda na nią spod przymrużonych powiek. 

– Mój osąd odłożę do chwili, kiedy cię lepiej poznam. – Przypływ niechęci spowodował, że powiedziała to ostrzej, 

niż zamierzała. 

– Taka ostrożność niezbyt do ciebie pasuje. 
– Skąd wiesz, jaka naprawdę jestem? – zapytała podejrzliwie, podążając za nim wzdłuż mola. 
– Z obserwacji – odparł, przeskakując z pomostu na pokład „Ariadnę”. Wyciągnął rękę, by pomóc Belli. – Sama mi 

powiedziałaś,  że  jesteś  bardzo  impulsywna.  Wszystko,  co  dotąd  widziałem,  wskazuje  na  to,  że  masz  tendencję  do 
działania bez namysłu. 

Chwiejąc  się  na  skraju  pomostu,  Bella  doszła  do  wniosku,  że  jeśli  przechodząc  na  łódź  nie  skorzysta  z  pomocy 

Edward’a, zrobi z siebie kompletną idiotkę. Z ociąganiem podała mu rękę i pozwoliła się przytrzymać, kiedy niezgrabnie 
gramoliła się przez reling. Nagły powiew wiatru szarpnął jachtem, rzucając ją na twarde ciało Edward’a. 

Odskoczyła z palącym rumieńcem i potknęła się o zwój lin sklarowanych w pobliżu kokpitu. 
– Jest dla mnie nieustanną niespodzianką, jak ktoś tak krucho i delikatnie wyglądający może być aż tak niezdarny – 

rzekł złośliwie Edward, stawiając ją na nogi. 

– Nie jestem niezdarą! Każdy potknąłby się o te głupie sznurki. 
– Wczoraj nie widziałem żadnych sznurków, a jednak potykałaś się, ciągnąc walizkę – zauważył podle. – A tak dla 

porządku, to wcale nie są sznurki tylko olinowanie łodzi. 

–  Dla  mnie  wyglądają  jak  sznurki  –  mruknęła  pod  nosem  Bella.  Zeszła  w  ślad  za  Edwardem  po  drewnianych 

background image

schodkach  do  zdumiewająco  przestronnego  i  jasnego  pomieszczenia,  wystarczająco  wysokiego,  by  mogli  stać 
swobodnie. Znajdował się tam stół, a po obu jego stronach wygodne, wyściełane kanapy. W kącie mieściła się niewielka 
kuchenka umocowana na przegubach i pokrywa z metalową rękojeścią. Bella podniosła ją i zajrzała w głąb schowka z 
jakimś urządzeniem przytwierdzonym do bocznej ścianki. 

– Co to jest? 
– Lodówka akumulatorowa. Oprócz tego wkładamy do niej kawał lodu i to wystarcza na przechowywanie żywności 

przez tydzień. Musisz pamiętać o tym, zanim zaczniesz ją napełniać. 

–  Czyli  to  jest  kuchnia?  –  Dziewczyna  rozglądała  się  z  zaciekawieniem.  W  rozsuwanych  szafkach  stały  czyste 

nakrycia i szklanki. 

– Nie, to jest kambuz – z naciskiem wyjaśnił Edward, wznosząc oczy do nieba. 
– No dobrze, kambuz. 
Szybko  pogubiła  się  w  żeglarskich  terminach,  którymi  zasypywał  ją  Edward.  Zwiedziła  trzy  nieskazitelnie  czyste 

kabiny  i  maleńkie  pomieszczenie,  w  którym  był  prysznic,  wanna  i  ubikacja.  Twarz  Edward’a  promieniała,  gdy 
pieszczotliwie  gładził  drewniane  wykończenia,  pokazywał  radia,  mapy  i  kompasy  oraz  rząd  zawiłych  instrumentów 
nawigacyjnych. Bella obdarzyła je nikłym zainteresowaniem, aż w końcu Edward stwierdził, że go wcale nie słucha. 

– Słucham – zaprotestowała. – To wszystko jest jednak szalenie skomplikowane dla osoby będącej po raz pierwszy 

na łodzi. – Nie dodała, że rozpraszała ją konieczność nieustannego odsuwania się od Edward’a. Pod pokładem było mało 
miejsca i co chwila stwierdzała, że się o niego ociera. 

Krępowała ją bliskość jego silnego, umięśnionego ciała i mocnych dłoni, żywe wspomnienie pocałunku i wiążących 

się z tym wszystkich szczegółów – to, jak przytulił ją do siebie, smak jego męskich, twardych warg i żarliwość, z jaką 
ten pocałunek przyjęła. 

Wszystko  to  bardziej  mąciło  jej  w  głowie  niż  pompy  zęzowe,  echosondy  czy  instrumenty  podające  w  węzłach 

prędkość wiatru. 

Ulżyło jej, gdy w końcu wyszli na pokład. 
– No i jak ci się podoba? – zapytał, z nie ukrywaną czułością poklepując przezroczystą, plastikową zasłonę. 
Bella popatrzyła na kadłub i zastanowiła się, czy on również drży, gdy Edward go dotyka. 

background image

– Myślę, że wolisz jachty od kobiet – powiedziała zgryźliwie. – To ciekawe, że wszystkie mają żeńskie nazwy. 
– Nic w tym niezwykłego – uśmiechnął się Edward. – A skoro o tym wspomniałaś, to rzeczywiście wolę jachty od 

kobiet. Są równie kosztowne w utrzymaniu, ale żadna kobieta nie zapewni mi obcowania z żywiołem. Jacht pruje fale, 
jest tylko on, morze i ja. Nie ma ze mną nikogo, kto by marudził i narzekał, że wiatr burzy mu fryzurę! 

W jego wypowiedzi zabrzmiało nagle tyle goryczy, że Bella odniosła wrażenie, iż miał na myśli konkretną kobietę. 

Zastanawiała się, jaka była dziewczyna Edward’a. Nie mogła wprost uwierzyć, że będąc z nim, mogła się troszczyć o 
fryzurę. 

– Zatem nie ma miejsca na kobiety w twoim życiu? – zapytała, gdy pomagał jej wejść na molo. 
Edward zerknął na nią nieodgadnionym wzrokiem. 
– Tego bym nie powiedział. 
– Ale nie spotkałeś jeszcze żadnej, która mogłaby rywalizować z żeglarstwem? – Miało to zabrzmieć złośliwie, ale 

wypadło raczej blado, bo akurat usiłowała wyswobodzić dłoń z jego uścisku. 

Edward rozważał jej słowa, wpatrując się w dziecinną buzię Belli, jej wielkie, piwne oczy i rozwiane wiatrem włosy. 

Wyglądała jak małe, żywe i nieco nieufne stworzenie. 

– Jeszcze nie – odparł powoli. 
Bella  poczuła,  jak  robi  się  jej  gorąco,  gdy  Edward  prześlizgiwał  się  wzrokiem  wzdłuż  linii  jej  odsłoniętej  szyi,  a 

potem po szczupłej, zwodniczo delikatnej figurze. 

– Czy masz własną łódź, czy wynajmujesz wszystkie? 
– Ta przycumowana na końcu jest moja.  – Edward wskazał na elegancki jacht o lśniącym drewnianym pokładzie. 

Mosiężne okucia lśniły w słońcu. – To „Ali B”. Ładny, prawda? 

– Wspaniały – przyznała Bella, lecz w jej głosie prócz ironii kryła się nutka zazdrości. 
– Też tak uważam – roześmiał się, nie zrażony tym Edward. – Chcesz go obejrzeć? 
– Myślałam, że mamy pracować – odparła, nie mając zamiaru przyglądać się, jak Edward znów będzie się rozczulał 

nad jakąś głupią łódką. – Od czego zaczynamy? 

– Możesz zacząć od czyszczenia „Calypso”  – powiedział. Wrócili do biura, gdzie Edward wręczył jej aluminiowe 

wiadro pełne szmat, płynów i proszków. – Krany z wodą znajdziesz wzdłuż całego mola. 

background image

Bella wzięła wiadro i podejrzliwie obejrzała zawartość. 
– Czy to wszystko? – spytała, kiedy Edward usiadł bez słowa za biurkiem. 
– O co ci jeszcze chodzi? 
– Nie powiesz mi, co mam robić? 
– Jesteś kobietą sukcesu, Bello. Użyj swoich wysokich kwalifikacji umysłowych. Twierdziłaś, że możesz wykonać tę 

pracę nie gorzej od innych, masz okazję to udowodnić. Sprawdzę wszystko, kiedy skończysz i powiem ci, jak wyszło. 

Bella  dumnie  uniosła  głowę  na  myśl,  że  Edward  Cullen  będzie  ją  kontrolował.  Czyżby  się  spodziewał,  że  narobi 

bałaganu? Ona mu jeszcze pokaże! 

Idąc po molo, zbliżała się do pierwszej przeszkody. Musi sama wejść na pokład. Nie był to może wielki skok, ale 

łódka tańcząc na cumie oddalała się złośliwie od pomostu, w chwili gdy Bella szykowała się do zrobienia kroku. Kiedy 
wreszcie  przełożyła  jedną  nogę  nad  relingiem,  łódka  znów  odsunęła  się,  i  dziewczyna  zrobiła  głęboki  rozkrok.  Z 
najwyższą trudnością utrzymała równowagę i niezgrabnie wdrapała się na pokład, nie wypuszczając wiadra z ręki. Miała 
nadzieję, że nikt nie widział tych wygibasów. 

–  Czy  chcesz,  żebym  ci  przyniósł  wody  w  wiadrze?  –  Głos  Edward’a  sprawił,  że  odwróciła  się  gwałtownie.  – 

Wygląda na to, że wejście na łódkę przysparza ci nieco kłopotów. 

Oczywiście ją obserwował! Bella już zamierzała powiedzieć mu, co może sobie zrobić z tą swoją wodą, ale w porę 

doszła do wniosku, że z pełnym wiadrem będzie jej jeszcze trudniej. 

– Dziękuję – odparła lodowatym tonem i wysypawszy do kokpitu zawartość wiadra, podała mu je. 
–  Jestem  pewien,  że  taka  profesjonalistka  jak  ty  wymyśli  parę  sztuczek,  by  doprowadzić  łódź  do  porządku  w  jak 

najkrótszym czasie – zauważył ironicznie, stawiając obok niej pełne wiadro. 

Trochę wody wylało się i  Bella z trudem pohamowała się, by nie chlusnąć resztą w uśmiechniętą twarz Edward’a 

Cullen’a. Zadowoliła się pogardliwym spojrzeniem i twardo postanowiła, że wyszoruje łódź tak, że Edward nie znajdzie 
najdrobniejszej plamki. 

Wymagało  to  cięższej  pracy,  niż  się  spodziewała.  Słońce  przygrzewało  przez  plastikową  kopułę,  a  bez 

orzeźwiającego wiaterku zrobiło się duszno. Ubranie przykleiło się do niej, a po plecach spływały strużki potu. 

Na  „Calypso”  mieszkało  sześć  osób,  schodzących  bez  przerwy  na  plażę,  o  czym  świadczyły  ogromne  ilości 

background image

wymiatanego piasku. Równie dużo czasu zajmowało im jedzenie i picie. Musiała odskrobywać większość garnków, a 
zainstalowany na rufie grill był tak zaświniony, że odstawiła go na bok, by wyszorować go potem w ciepłej wodzie. 

Zdjęła  brudną  pościel,  wytarła  zlew  i  muszlę,  wyginając  się w  nieprawdopodobny  sposób,  by  dotrzeć  do  każdego 

zakamarka, wyczyściła kuchenkę do połysku i umyła podłogę. Kiedy już nie mogła wytrzymać gorąca, wyniosła brudną 
pościel do kokpitu, wystawiając się na ożywczy powiew wiatru. 

Twarz  miała  zaczerwienioną,  włosy  zmierzwione.  Czuła  się  jak  wyżęta  ścierka.  Widok  Edward’a  rozpartego 

wygodnie  na  sąsiedniej  łódce  nie  poprawił  jej  humoru.  Siedział  na  wyższej  części  kokpitu,  nogi  oparł  o  schowki  i 
polerował  jakieś  metalowe  przedmioty.  Słońce  igrało  w  wodzie,  jacht  kołysał  się  łagodnie  na  wietrze.  Wyglądał  na 
odprężonego i zadowolonego z życia. 

–  Widzę,  że  dajesz  personelowi  przykład  ciężkiej  pracy  –  odezwała  się  jadowitym  tonem,  wpychając  pościel  do 

schowków. 

Edward  przyglądał  się  jej  z  rozbawieniem.  Trudno  byłoby  rozpoznać  w  niej  elegancką  dziewczynę  z  lotniska  w 

Adelajdzie. Była spocona i całkiem wykończona. 

– Muszę słyszeć radio i telefon – wyjaśnił, odkładając szmatę. – W ten sposób, zamiast siedzieć w biurze, robię coś 

pożytecznego. 

–  Tu  również  usłyszałbyś  wszystko  –  powiedziała,  wskazując  na  duszną  kabinę.  –  A  ja  mogłabym  posiedzieć  na 

pokładzie. 

– Umiesz poskładać z powrotem kołowrót? – spytał uprzejmie, pokazując na porozkładane części. 
– Nie. 
–  To  dlatego  ja  jestem  tu,  a  ty  tam.  Jeśli  pragniesz  lżejszej  pracy,  musisz  się  nauczyć  więcej  o  łodziach.  –  Znów 

zabrał się do polerowania. 

– Wystarczająco nauczyłam się o tym, co jest pod pokładem – mruknęła, wracając na dół. 
Wreszcie skończyła. Dźwigając ostrożnie wiadro, wylała brudną wodę za burtę i powkładała do środka otrzymane od 

Edward’a przybory. Potem zaprosiła go na inspekcję. 

Z  gracją  kota  przeskoczył  z  łódki  na  łódkę.  Bella  pomyślała  o  własnej  niezdarności.  Obserwowała,  jak  Edward 

metodycznie sprawdza kabiny. 

background image

– Nie wyczyściłaś lodówki, jest pełna wody. W schowkach pod siedzeniami bałagan, ale ogólnie nieźle. 
Nieźle! Bella odsunęła kosmyki z czoła. Nigdy w życiu nie pracowała tak ciężko, a pochwałą było jedynie „nieźle”. 
– To tylko pod pokładem – dodał, sadowiąc się obok niej w kokpicie. – Do wyszorowania pozostał jeszcze pokład i 

kokpit. Trzeba też przejrzeć wyposażenie. 

– Teraz? – Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Nie miała siły nawet wstać, a co dopiero mówić o dalszym 

sprzątaniu. 

– Jutro – nachmurzył się Edward. – Wyglądasz, jakbyś wpadła pod ciężarówkę. Dobrze się czujesz? 
– Skoro o tym  mowa, to dziwnie się czuję  – powiedziała. Czuła się dobrze, dopóki nie usiadła, a kołysanie nagle 

przyprawiło ją o nudności. 

– Morska choroba – jęknął Edward. – Tylko tego nam brakowało. 
– Nic mi nie jest. Wystarczy, że posiedzę sobie pięć minut – upierała się, postanawiając nie dać mu żadnego powodu, 

by uznał ją za słabą i rozczulającą się nad sobą. 

Edward zlekceważył jej protesty i postawił ją na nogi. 
– Daj spokój, zawiozę cię do domu. 
– Do domu Alice – przypomniała, nie chcąc, by korzystając z jej stanu, zabrał ją do siebie. 
– W porządku – westchnął Edward. – Do Alice, jeśli tak bardzo tego pragniesz. Czy zawsze jesteś taka uparta? 
– Nie jestem twoją niewolnicą – odparła. – Mam własny rozum. 
– Szkoda, że go nie używasz – odciął się. – Zawiozę cię do Alice, ale to po raz ostatni. Jutro musisz sama dotrzeć na 

przystań, a jeśli sądzisz, że zapłacę za taksówkę, to się mylisz. 

– Nie potrzebuję taksówki – rzekła wyniośle, kiedy zatrzymali się przed domem Alice. – Przyjdę pieszo. 
 

background image

R

ozdział

 

 
– Spóźniłaś się! 
Bella oparła się o otwarte drzwi i zmierzyła Edward’a nienawistnym spojrzeniem. Rano szybko pożałowała swojej 

buńczucznej  zapowiedzi,  że  przyjdzie  pieszo.  Obudziła  się  z  głębokiego  snu  nieprzytomna  i  obolała.  Już  sięgała  po 
telefon, by wezwać taksówkę, gdy uświadomiła sobie, że w pośpiechu, z jakim dotarła do Port Lincoln, nie wymieniła 
pieniędzy. 

Alice  dała  jej,  co  miała  pod  ręką,  ale  wystarczyło  to  zaledwie  na  opłacenie  wczorajszego  kursu  na  przystań. 

Wyglądało więc na to, że będzie musiała iść pieszo. 

Odsunęła z czoła kosmyk włosów, zastanawiając się, czy wygląda równie okropnie, jak się czuje. 
– Przepraszam, ale dotarcie tutaj zajęło mi ponad godzinę. 
Wydawało się jej, że idzie dwa razy dłużej pustymi, szerokimi ulicami. Buty boleśnie obcierały jej pokiereszowane 

stopy. Dobrze przynajmniej, że pamiętała o kapeluszu i teraz wachlowała nim zaczerwienioną twarz. 

Edward był wyjątkowo niemiły. 
– Skoro zdecydowałaś się przychodzić tu na piechotę, powinnaś wziąć to pod uwagę. Pojutrze zgłaszają się klienci na 

te łodzie i jeśli będziesz spóźniać się codziennie, nie zdążymy ich przygotować. 

–  Przecież  powiedziałam,  że  przepraszam  –  zgrzytnęła  zębami  Bella,  ściągając  niewygodne  buty.  –  Jutro  się  nie 

spóźnię. 

–  Mam  nadzieję  –  odparł  chłodno  Edward.  –  Jeśli  chcesz  utrzymać  tę  pracę  dla  Alice,  musisz  się  bardziej  starać. 

Teraz dokończ porządki na „Calypso” a potem przeniesiesz się na „Valli” i „Dorę Dee”. 

background image

Z  wściekłością  złapała  wiadro  i  ruszyła  na  molo.  Miała  ochotę  powiedzieć  Edward’owi,  gdzie  ma  jego  pracę,  ale 

wczoraj  wieczorem  dzwoniła  Alice.  Miała  zmęczony  głos  i  bardzo  martwiła  się  o  Jasper’a,  więc  Bella  nie  chciała 
przysparzać jej dodatkowych kłopotów. 

Zdenerwowało  ją  to,  że  Alice  rozmawiała  z  Edwardem  i  entuzjastycznie  odniosła  się  do  pomysłu,  by  Bell 

przeprowadziła się do niego. 

– Będę czuła się o wiele lepiej, wiedząc, że mieszkasz u niego, zamiast siedzieć sama. To piękny dom, a  Edward 

powiedział, że się tobą zaopiekuje. 

Doprawdy?  Bella  odparła  Alice,  że  się  zastanowi,  ale  nie  pragnie,  być  pod  czyjąkolwiek  opieką,  zwłaszcza 

Edward’a. 

Wściekłość pozwoliła jej przeskoczyć przez reling bez obawy, że wpadnie do wody. Szorowanie pokładu okazało się 

doskonałą  terapią  na  wzburzone  nerwy  i  skończyła  pracę  w  błyskawicznym  tempie.  Potem  nabrała  czystej  wody  do 
wiadra  i  przeszła  na  „Valli”.  Nie  był  to  może  najzręczniejszy  manewr,  ale  przynajmniej  dokonała  tego  bez  niczyjej 
pomocy. 

Czyściła, szorowała i polerowała zawzięcie, wyobrażając sobie, że trze szczotką twarz Edward’a. Marzyła, by móc z 

równą łatwością wymazać z pamięci ten okropny pocałunek, smak jego warg, dotknięcie rąk, dreszcz podniecenia... 

Wspomnienia wracały natrętnie, w najmniej spodziewanych chwilach. Wówczas ze złością brała się ostro do roboty. 

Czas minął jej przy tym nadspodziewanie szybko. 

Kiedy Edward zawołał ją i spojrzała na zegarek, nie mogła wprost uwierzyć, że już dochodzi pierwsza. 
– Chodź na lunch – powiedział. – Masz teraz przerwę. 
Bella  otarła  czoło  wierzchem  dłoni.  Udało  się  jej  stłumić  złość  i  doszła  do  wniosku,  że  obwinianie  Edward’a  o 

wszystko było głupie i dziecinne. W końcu to ona spóźniła się prawie o godzinę. 

–  Nie  mam  pieniędzy  –  odparła,  prostując  zdrętwiałe  nogi.  –  Czy  jest  tu  gdzieś  bank,  gdzie  mogłabym  wymienić 

funty? 

–  Załatwisz  to  jutro,  kiedy  wybierzemy  się  po  zakupy.  Dziś  ja  stawiam.  Wyglądasz  na  kogoś,  kto  potrzebuje 

solidnego posiłku. Kiedy jadłaś ostatnio? 

– Na śniadanie zjadłam trochę owoców, wczoraj byłam niezbyt głodna – przyznała. – Chyba po raz ostatni miałam 

background image

coś porządnego w ustach w samolocie. 

– Trudno to nazwać przyzwoitym jedzeniem – mruknął Edward. – Pójdziemy do restauracji na przystani. 
–  Nie  mogę  iść  tak  ubrana!  –  zaprotestowała,  pokazując  na  szorty  i  podkoszulek.  Włożyła  je,  bo  to  były  jedyne 

rzeczy nadające się do brudnej pracy. Poza tym była spocona i umorusana. 

– Bez paniki. To nie żaden pięciogwiazdkowy lokal – parsknął Edward. Urwał, patrząc, jak dziewczyna zawiązuje 

sznurkowe sandałki. 

Pomimo  ciężkiej  pracy,  żółty  podkoszulek  i  białe  szorty  prezentowały  się  dość  świeżo  i  nawet  podkreślały  jej 

wdzięki. Bella nie upięła włosów w kok, pozwalając, by swobodnie rozsypały się wokół głowy. 

– W rzeczywistości – ciągnął dalej, gdy już się wyprostowała  – wyglądasz nawet ładnie, o wiele lepiej niż w tym 

śmiesznym kostiumie. Szykowny miejski wygląd absolutnie do ciebie nie pasuje. 

– A właśnie, że pasuje! – sprzeciwiła się natychmiast, dotknięta określeniem „nawet ładnie”. Też ci komplement! – 

Może nie zwracasz uwagi na strój, ale w mojej pracy wygląd jest niezwykle ważny. 

– W takim razie może to nie jest praca dla ciebie. 
– Właśnie że jest. – Praca w Pritchard Price była absorbująca, wciągająca, nawet podniecająca. Taka, jaka powinna 

być praca. Uwielbiała to. – Praca jest najważniejszą częścią mojego życia. 

– Rzekłbym raczej, że najważniejszą twoją cechą jest to, że byłaś gotowa pobrudzić sobie ręce przy ciężkiej pracy, 

byle pomóc swojej kuzynce – powiedział i ruszył wzdłuż mola. 

Bella  patrzyła  w  ślad  za  nim  w  zdumieniu.  Stwierdziła,  że  Edward  jest  jakiś  nieswój.  Skąd  wzięła  się,  pomimo 

zwykłej niechęci, ta nagła nuta podziwu w jego głosie? 

Mike miał zawsze na podorędziu całą litanię komplementów. Co prawda parę razy podejrzewała, że wyrecytował je 

machinalnie,  bo  nawet  nie  spojrzał,  w  co  się  ubrała,  ani  nie  skosztował  przygotowanych  przez  nią  potraw.  O  wiele 
trudniej  było  zasłużyć  sobie  na  komplement  od  takiego  mężczyzny  jak  Edward.  Być  może  nie  doceniła  w  pierwszej 
chwili tego „nawet ładnie”. 

Zgodnie  z  tym,  co  zapowiadał  Edward,  restauracja  była  niezbyt  elegancka,  za  to  jedzenie  wyśmienite.  Usiedli  na 

tarasie,  skąd  rozciągał  się  widok  na  całą  przystań,  a  Bella  stwierdziła,  że  jedzenie  od  dawna  jej  tak  nie  smakowało. 
Kiedy podano miejscowe owoce morza z kruchą sałatą, rzuciła się na nie zachłannie. 

background image

Edward z rozbawieniem przyglądał się, jak dokłada sobie kolejną porcję. 
– Czy do wszystkiego zabierasz się z taką zajadłością? 
Bella z zażenowaniem spostrzegła, że zachowuje się w niezbyt dystyngowany sposób. 
– Nie miałam pojęcia, że jestem taka głodna – uśmiechnęła się przepraszająco. 
– Och, nie chodzi mi wyłącznie o jedzenie. Zwróciłem uwagę, jak dziś pracowałaś. Natarłaś na jacht z taką furią, że 

bałem się, że przetrzesz kadłub na wylot. 

– To dlatego, że... – urwała nagle. Omal nie przyznała się, że myślała o nim przez cały ranek. – Zawsze wierzyłam w 

zasadę: , Jeśli coś robisz, zrób to porządnie”  – wykręciła się w ostatniej chwili. Była to zresztą prawda. Nie cierpiała 
fuszerki i raczej gotowa była poniechać czegoś, co nie byłoby wykonane bezbłędnie. 

– Czyli wszystko albo nic. 
– Można to i tak określić – odparła, znów zerkając do talerza. – Pracy na ogół poświęcam się bez reszty. 
– No a co z miłością? Czy również angażujesz się w nią bez reszty, czy jesteś zbyt zajęta robieniem kariery? 
W głosie Edward’a znów usłyszała odrobinę goryczy i spojrzała na niego z zainteresowaniem. Ściskał szklankę tak 

mocno, że aż mu pobielały palce. Zielone oczy pociemniały. Gdy zauważył, że mu się przygląda, zmienił wyraz twarzy. 

– Czemu o to pytasz? 
– Bo zastanawiam się, czy odpowiadasz pewnemu typowi. 
– Jakiemu typowi? ^ 
– Typowi kobiety ogarniętej obsesją na punkcie swej kariery, gotowej zrobić ją za wszelką cenę. 
– Co za bzdury! – oburzyła się Bella. – Co ty w ogóle wiesz o takich kobietach? 
– Wiem sporo. Byłem z taką żonaty przez pięć lat. 
Żonaty? Bella odłożyła nóż i widelec wstrząśnięta myślą, że Edward żył z inną kobietą, że ją kochał... 
– Nie wiedziałam, że byłeś żonaty. 
– To doświadczenie, którego wolałbym nie powtarzać. Moja żona kochała swoją karierę bardziej niż mnie. 
Bella  przypomniała  sobie  chwilę,  gdy  stwierdziła,  że  utrata  pracy  boli  ją  bardziej,  niż  zerwanie  z  Mike’em  i 

niespokojnie poruszyła się na krześle. 

– Może pragnęła osiągnąć sukces równie mocno jak ty? 

background image

–  powiedziała,  starając  się  wejść  w  skórę  żony  Edward’a,  chociaż  niezbyt  mogła  sobie  to  wyobrazić.  Jego  żona 

musiała być niezwykle stanowcza, a może Edward, niczym typowy mężczyzna, zazdrościł jej sukcesów zawodowych? – 
Mężczyznom wolno łączyć małżeństwo z karierą. Czemu odmawia się tego kobietom? Przecież też są do tego zdolne. 

– Oczywiście, ale tylko do momentu, kiedy praca nie zmienia się w obsesję, a wszystko inne przestaje się liczyć. 
– Kapitalne! I mówi mi to mężczyzna, wolący łodzie od kobiet! 
– Nie przejmuj się – roześmiał się nagle Edward. – Pozostaje mi jeszcze mnóstwo wolnego czasu, który poświęcam 

innym zainteresowaniom, z kobietami włącznie. 

– To, co robisz w wolnym czasie, niezbyt mnie interesuje – nieszczerze odpowiedziała Bella. 
– No pewnie, że nie. – Rozbawiony wzrok Edward’a dotknął ją do żywego. 
Wbiła  wzrok  w  talerz,  lecz  prześladowało  ją  dziwne  spojrzenie  Edward’a.  Czuła  się  bardzo  niepewnie.  Raz  była 

przekonana, że jej nie znosi, to znów, że polubił ją na przekór wszystkiemu. Ta rozterka była bardzo męcząca. 

Z drugiej strony sama nie wiedziała, co do niego czuje. Nie to, by go nie lubiła, ale zawsze złościli ją mężczyźni 

niechętnie odnoszący się do robiących karierę kobiet. Sprawę pogarszał fakt, że Mike okazał się jednym z nich. Edward 
jednak  nie  miał  żadnych  zalet  Mike’a.  Nie  marnował  czasu  na  komplementy,  chwilami  zachowywał  się  nieznośnie  i 
wręcz prowokująco, a w dodatku nie krył, że ośmieszyła się na samym początku znajomości. A jednak... 

Niechętnie przyznała, że było w nim coś intrygującego. Nie wysilał się, by imponować. Zaczynała się zastanawiać, 

czy  rzeczywiście  jest  taki,  jakim  wydawał  się  jej  na  dworcu  lotniczym  w  Adelajdzie.  Czuł  się  dobrze  w  dżinsach  i 
zwykłej koszuli, a spędzanie całego dnia na grzebaniu się w silniku, sprawiało mu wyraźną przyjemność. 

Nie  tak,  zdaniem  Belli,  powinien  się  zachowywać  właściciel  flotylli  jachtów,  nie  wspominając  o  samolocie  i 

olbrzymim samochodzie terenowym. Od Alice wiedziała, że pieniądze nie są dla niego problemem. Musiał zatem mieć 
zmysł do interesów, skoro bez wysiłku zarządzał własną firmą i majątkiem Tregowanów w Południowej Australii. 

Czemu nie wynajmie sobie kogoś do naprawy silników i do prac biurowych? Skoro nie ma sekretarki, to dlaczego nie 

kupi sobie przynajmniej telefonu komórkowego, zamiast pędzić do biura przez całe molo? Prawdę mówiąc, Bella nigdy 
nie  widziała,  żeby  biegł  do  telefonu.  Na  dźwięk  dzwonka  spokojnie  wycierał  ręce  w  szmatę  i  niespiesznym  krokiem 
szedł, by podnieść słuchawkę. Zdarzyło się to trzykrotnie i za każdym razem rozmówca czekał cierpliwie, aż Edward się 
zgłosi. 

background image

Kiedy  po  południu  skończyła  pracę,  czuła  się  słaba  i  zmęczona.  Edward  siedział  w  biurze,  pochłonięty  jakimiś 

rachunkami. Gdy spytała go, czy ma jeszcze coś zrobić, pokręcił głową oświadczając, że na dziś wystarczy. 

– Idź do domu – dodał machinalnie. 
Bella zawahała się. Gdyby miała latający dywan! Niestety, wciąż była bez grosza, a  Edward najwyraźniej nie miał 

zamiaru jej odwozić, tak więc pozostawała jej wędrówka na obolałych stopach. Nieciekawa perspektywa. 

Klnąc po cichu własny upór, pożegnała się chłodno, wyprostowała i wyszła. 
Ucichł poranny wiatr. Powietrze było gorące i nieruchome. Dokuśtykała do głównej drogi i rozejrzała się. Niewiele 

samochodów,  głównie  furgonetek,  jechało  w  przeciwnym  kierunku.  Ulice  również  wydawały  się  puste.  Czy  ci 
Australijczycy kiedykolwiek wysiadają z samochodów? Na podwiezienie do miasta nie było co liczyć. 

Bella westchnęła i ruszyła przed siebie. Nagle przystanęła. 
– Co za głupota! – powiedziała głośno i zawróciła w stronę przystani, mola i drewnianego domku Edward’a. 
Siedział wyciągnięty na krześle, z nogami na biurku. Na widok Belli odłożył trzymaną w ręku kartkę. 
– Zapomniałaś czegoś? 
– Nie. – Nie wiedziała od czego zacząć. 
– W takim razie, czym mogę ci służyć? – Wiedział doskonale, po co wróciła. Mimo poważnego wyrazu twarzy w 

zielonych oczach czaił się uśmiech, który zawsze wprawiał ją w zakłopotanie, złość i pragnienie, by uśmiechnął się do 
niej naprawdę. 

Jak zwykle dała upust złości, tak było jej najłatwiej. 
– Na początek może przestałbyś być taki złośliwy! – parsknęła. – Doskonale wiesz, czemu wróciłam. A teraz... zanim 

cokolwiek powiesz, wysłuchaj mnie. 

Edward już otwierał usta, ale Bella uniosła ostrzegawczo dłoń. Nagle minęła jej cała złość. 
– Odrzuciłam twoją propozycję, żeby zamieszkać u ciebie bez żadnych zobowiązań i nie mam prawa prosić, abyś ją 

ponowił. Byłam uparta, nierozsądna i niegrzeczna od naszego pierwszego spotkania i przyznaję, że jeśli nie mam siły iść 
do domu, to wyłącznie moja wina. Jeśli jednak dasz się przekonać, że jest mi naprawdę bardzo przykro, że byłam taka 
niewdzięczna i głupia, czy podtrzymasz swoją wielkoduszną ofertę i pozwolisz, żebym się u ciebie zatrzymała? 

Edward zdjął nogi z biurka. Kpiące spojrzenie zamieniło się w nieodgadniony wyraz oczu. 

background image

–  Nogi  muszą  cię  bardzo  boleć  –  zażartował,  lecz  w  jego  głosie  zabrzmiała  jakaś  cieplejsza  nutka.  Bella 

przypomniała sobie, co stało się poprzednim razem, gdy skarżyła się na obolałe stopy. 

– Owszem – odparła niepewnie. 
– Ja również jestem ci winien przeprosiny – powiedział nieoczekiwanie Edward. – Wręczenie kubła i pozostawienie 

własnemu losowi nie było zapewne wymarzonym powitaniem na australijskiej ziemi. 

– Niezupełnie – przyznała. – Nie jestem również szczególnie dumna z mojego zachowania tamtej nocy. Na ogół nie 

płaczę i daję sobie radę. Czy sądzisz, że możemy zapomnieć o wszystkim i udawać, że właśnie się poznaliśmy? 

–  Nie  jestem  pewien,  czy  zdołam  zapomnieć  o  wszystkim  –  podkreślił  z  naciskiem,  wpatrując  się  w  jej  usta.  Nie 

wykonał najmniejszego gestu, ale nagle wspomnienie tamtego pocałunku wypełniło dzielącą ich przestrzeń. – A ty? 

Bella poczuła, że cała się trzęsie i usiadła. To śmieszne, powtarzała sobie rozpaczliwie. On tylko na ciebie patrzy, 

nawet  cię  nie  dotknął.  Nie  ma  żadnego  powodu,  by  drżały  ci  nogi  a  po  skórze  przebiegały  ciarki.  Jeden  zwyczajny 
pocałunek nie może doprowadzać cię na skraj histerii. Musisz wziąć się w garść. 

–  Jestem  gotowa?  jeśli  i  ty  jesteś  gotów.  –  Zdumiało  ją  gardłowe  brzmienie  własnego  głosu.  Odchrząknęła. 

Zachowuję się tak, jakby mnie nikt przedtem nie całował! 

– Zgoda, zatem zacznijmy od początku – powiedział Edward i wyciągnął rękę. 
On  to  chyba  robi  naumyślnie!  Czyżby  nie  wiedział,  jak  krępuje  ją  dotyk  jego  palców,  nie  czuł,  jak  drży?  Bella 

zmobilizowała całą wolę, ale i tak dziwne uczucie ogarnęło ją od stóp do głów. Przez jedną straszną chwilę pomyślała, 
że znów chce ją pocałować, lecz Edward tylko spojrzał na ich złączone dłonie. 

– W jednym miałaś rację. 
– Tak? – wydusiła z trudem. 
– Jesteś twardsza, niż się wydaje. Z dużym wysiłkiem przyznałaś się  do błędu, lecz jeśli ci to pomoże, zaczynam 

myśleć, że też myliłem się w stosunku do ciebie. 

 
Bella  siedziała  na  werandzie  z  kieliszkiem  wina  w  dłoni  i  niewidzącym  wzrokiem  spoglądała  na  odbijające  się  w 

wodzie światła przystani. 

Cieszyła się, że przeprosiła Edward’a, ale atmosfera zamiast się oczyścić, robiła się coraz bardziej napięta. 

background image

Obecność  Edward’a  dokuczała  jej  boleśnie.  Jego  palce  trzymające  butelkę  z  winem,  niespieszne  gesty  czy  ruchy 

głowy, moc emanująca z jego umięśnionego ciała... 

Kiedy czuła, że zaczyna ją to dusić, odwracała wzrok. Jeśli tak dalej pójdzie, nie będzie czym oddychać. 
Wszystko  powinno  być  inaczej.  Miała  nadzieję,  iż  zdoła  udowodnić  Edward’owi,  że  jest  chłodna  i  opanowana. 

Tymczasem zachowywała się niezręcznie, niczym uczennica na pierwszej randce. 

Edward  zawiózł  ją  do  domu  Alice,  żeby  mogła  zabrać  walizkę,  a  potem  wrócili  do  pięknej,  przestronnej  willi 

ulokowanej  na  szczycie  wzgórza  nad  zatoką.  Bella  polubiła  ją,  gdy  tylko  weszła  do  chłodnych  pokoi  o  lśniących, 
drewnianych podłogach i szerokich, otwartych na werandę oknach. 

Edward doskonale radził sobie w kuchni. Przygotował na werandzie rybę z rusztu i sałatkę, przypominając Belli, że 

jest mężczyzną, który sam musi troszczyć się o siebie. Przyglądając się jego twarzy, oświetlonej  kinkietem na ścianie 
obok rusztu, zastanawiała się, czy nadawałby się do szczęśliwego życia rodzinnego. 

Kiedyś  pewnie  był  szczęśliwy  z  żoną,  ale  teraz,  gdy  rozczarowany  zasmakował  na  powrót  wolności,  trudno  było 

wyobrazić go sobie w małżeńskim stadle. Bella mimowolnie westchnęła. 

Gorączkowo poszukiwała jakiegoś tematu do rozmowy. Jemu najwyraźniej nie przeszkadzała przedłużająca się cisza, 

ale  dla  Belli  była  to  istna  męka.  Wspomniała  już  coś  o  rozciągającym  się  przed  nimi  widoku,  pogodzie,  o  winie  i  w 
końcu doszła do wniosku, że pewnie uważa ją za nudną I przemądrzałą. 

Dzwonek telefonu przyjęła z ulgą. Edward przeszedł do sąsiedniego pokoju i z rozmowy zorientowała się, że dzwoni 

Alice. Cóż, przynajmniej będzie o czym porozmawiać. 

– Tak, przekażę jej – usłyszała i Edward odłożył słuchawkę. – To Alice – potwierdził jej przypuszczenia, wracając na 

taras. – Powiedziałem, że przeprowadziłaś się do mnie, co bardzo ją ucieszyło. Przesyła ci moc serdeczności. 

– Jak Jasper? 
– Wciąż na oddziale intensywnej terapii, ale odzyskał już przytomność, co jest dobrym znakiem. Alice miała o wiele 

weselszy głos. 

– Czy wiadomo, jak długo pozostanie w szpitalu? 
Edward usiadł obok niej i popatrzył w zamyśleniu na przystań. 
– Jeszcze nie. – Spojrzał na Bellę. – Wygląda na to, że będziesz musiała zostać tu dłużej, niż przypuszczałaś. 

background image

– Och! 
– Niezbyt udały ci się te wakacje, prawda? 
– Nie o to chodzi – powiedziała niechętnie, zaniepokojona jego bliskością. 
Wystarczyło,  by  uniosła spoczywającą  na  oparciu  wiklinowego fotela dłoń  i  przesunęła  ją o kilka  centymetrów  w 

lewo, by go dotknąć. Na tę myśl poczuła mrowienie w koniuszkach palców. Złożyła obie ręce na podołku, w obawie, że 
mogłaby niechcący wykonać taki gest. 

– Miałam na myśli ciebie. Pewnie nie spodziewałeś się, że utknę u ciebie na dłużej. 
Edward odwrócił się w jej stronę. 
– Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem... 
W  ciszy,  która  teraz  nastąpiła,  Bella  odwzajemniła  jego  spojrzenie.  Nie  chciała  na  niego  patrzeć,  nie  chciała,  by 

wewnętrzne drżenie narastało w niej aż do pulsującego, gorącego rytmu, nie chciała, by zauważył, że pod uporem, dumą 
i niezależnością jest delikatna i bezbronna. Nie  mogła oddychać, wykonać żadnego ruchu i jedynie wpatrywała się w 
niego bezradnie. 

– Ale nie ma problemu – ciągnął cicho Edward. – Dom jest olbrzymi i możesz zostać, jak długo zechcesz. 
– Dziękuję – szepnęła Bella, wypuszczając resztkę powietrza z płuc. 
Nadludzkim  wysiłkiem  dźwignęła  się  na  nogi,  poważnie  zaniepokojona  własnym  dziwnym  zachowaniem  i 

przemożną chęcią dotknięcia Edward’a. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, rozumiała jednak, że jeśli nie pójdzie sobie 
teraz, zrobi coś, czego będzie gorzko żałowała. 

Ku jej przerażeniu, Edward wstał również. 
– Dokąd idziesz? 
– Myślałam, że... to znaczy... chciałam napisać parę listów – plątała się Bella. 
– Do narzeczonego? – spytał ostro. 
– Narzeczonego? – Ze zdumienia stanęła jak wryta. 
– Alice wiele mi o tobie opowiadała. Dowiedziałem się mnóstwa rzeczy o jej angielskiej kuzynce, o tym, jaką ma 

odpowiedzialną pracę, elegancko urządzone mieszkanie i że zaręczyła się z pewnym elegancikiem. 

Gdyby nie znała Edward’a, gotowa byłaby przysiąc, że pod tym kpiącym tonem kryje się zazdrość. 

background image

– Tyle mówiłaś mi o swojej pracy, a nie powiedziałaś ani słówka o tym, że jesteś zaręczona. Dlaczego? 
–  Nie  poruszaliśmy  tego  tematu  –  odparła  niepewnie.  Mogła  wyznać,  że  nie  zamierza  poślubić  Mike’a,  ale  coś 

podpowiadało jej, że lepiej udawać, że wciąż jest zaręczona. 

–  O  problemach  uczuciowych  rozmawialiśmy  nie  dalej,  jak  podczas  lunchu.  Może  nie  kochasz  już  swego 

narzeczonego? 

– Oczywiście, że go kocham  – powiedziała wyniośle, zadowolona, że powróciła atmosfera wzajemnej niechęci. O 

wiele lżej było kłócić się z Edwardem niż kontemplować rysy jego twarzy. – Mike jest kimś szczególnym w moim życiu 
I nie zamierzam rozmawiać na jego temat. 

– Mike? – zadrwił Edward, przedrzeźniając jej angielski akcent. – Naprawdę ma tak na imię? 
– Nie podoba ci się imię Mike? – uniosła się. 
– Jest takie... angielskie. 
–  Być  może  to  umniejsza  jego  wartość  w  twoich  oczach,  ale  ja  jestem  przeciwnego  zdania.  Jeśli  zapomniałeś, 

łaskawie przypominam ci, że ja również jestem Angielką. 

– Trudno tego nie zauważyć. To widać, zanim jeszcze otworzysz usta. Unosisz zaczepnie głowę i spoglądasz na mnie 

z góry! 

– W takim razie zapewne przyznasz, że Mike i ja doskonale do siebie pasujemy. 
–  Czy  ja  wiem?  Rzekłbym  raczej,  że  potrzebujesz  mężczyzny  silniejszego  psychicznie  od  ciebie,  a  o  takich  dziś 

niełatwo. 

Wściekłość ogarnęła Bellę, choć przed chwilą umierała ze strachu. 
– A skąd wiesz, jaki jest Mike? 
– No cóż, gdybyś była moją narzeczoną, nie pozwoliłbym ci samotnie włóczyć się po Australii. Wolałbym mieć cię 

na oku. 

–  A  może  Mike  mi  ufa?  –  powiedziała  słodziutko  Bella.  –  Może  podziwia  moją  niezależność,  na  co  ty  się  nie 

zdobyłeś w stosunku do swojej żony. 

Był to cios poniżej pasa. Edward zmrużył oczy, ale nie zrezygnował z walki. 
– A więc ufa ci, co? Ciekawe, czy byłby równie spokojny, gdyby wiedział, że mieszkasz teraz ze mną? 

background image

Bella  w  głębi  duszy  podejrzewała,  że  gdyby  nadal  byli  zaręczeni,  Mike  szalałby  z  zazdrości,  ale  nie  zamierzała 

mówić o tym Edward’owi. 

– Oczywiście. Zamierzam napisać mu, gdzie mieszkam i jaki jest mój gospodarz, co w zupełności wystarczy, żeby 

był zupełnie spokojny i wcale się o mnie nie martwił. 

Powinna była szybciej się połapać. Gdyby nie była taka przerażona, że zachowuje się jak spłoszona uczennica, nie 

wpadłaby w gniew. Wówczas być może nie ośmieliłaby się drwić z Edward’a, który z niewiadomych przyczyn wściekł 
się niemal tak mocno, jak ona. 

– To będzie wyjątkowo nudny list – parsknął, zbliżając się do niej. 
Bella próbowała schować się za stół, ale krzesło zagrodziło jej drogę i utknęła przyparta do poręczy werandy. 
– Nie chcemy, żeby Mike sądził, że kiepsko się bawisz w Australii, prawda? – Ujął jej twarz w obie dłonie i niczym 

koneser podziwiający dzieło sztuki, przesunął kciuki po policzkach dziewczyny. Uśmiechnął się.  – Myślę, że możemy 
zająć się czymś bardziej podniecającym od pisania listów. 

Bella nie zdążyła nic odpowiedzieć.  Edward zamknął jej usta długim, namiętnym pocałunkiem. Złość natychmiast 

ustąpiła, zmieniając się w nieoczekiwany przypływ namiętności, który obojgu zawrócił w głowie. 

Edward uniósł nieco głowę i popatrzył na  Bellę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Spoglądała na niego w 

oszołomieniu,  równie  jak  on  zdumiona  eksplozją  uczuć  wywołaną  zetknięciem  się  ich  warg.  Całe  ciało  dziewczyny 
płonęło pod wpływem tego niebezpiecznego doznania. Z jednej strony bała się swej żywiołowej reakcji; z drugiej tego, 
że Edward przestanie ją całować. 

Przez długą chwilę stali w bezruchu, przyglądając się sobie nawzajem, potem uścisk  Edward’a osłabł. Na myśl, że 

teraz odejdzie, Bella poczuła rozczarowanie i przytuliła się do niego, zapominając o całej złości. 

Usta  dziewczyny  miękko  poddawały  się  wargom  Edward’a.  Oboje  rozkoszowali  się  wzajemnym  smakiem, 

wspólnym oddechem, uściskiem. 

Bella  objęła  go  mocno.  Miał  takie  silne  ciało.  Przez  cienki  materiał  koszuli  czuła  twarde  mięśnie.  W  kręgosłup 

wpijała się jej balustrada werandy, ale nie zwracała na to uwagi. Jakiś głos podpowiadał jej, by przestała, zanim zabrnie 
za daleko, lecz zagubiła się w ogarniającym ją uczuciu rozkoszy. 

Edward bardzo powoli podniósł głowę. Oczy błyszczały mu z podniecenia, kiedy ostrożnie odsuwał od siebie Bellę. 

background image

–  Przekaż  Mike’owi  serdeczne  pozdrowienia  ode  mnie  –  rzekł  zduszonym  głosem.  –  Jest  albo  bardzo  odważnym 

człowiekiem, albo wyjątkowym idiotą, skoro puścił cię samą! 

Odwrócił się i bez słowa wszedł domu. 
 

background image

R

ozdział

 

6

 

 
Przez  trzy  następne  tygodnie  nie  wracali  do  tego  pocałunku.  Pierwszej  nocy  Bella  wstrząśnięta  swoim  własnym 

zachowaniem  nie  mogła  długo  zasnąć.  Jak  mogła  się  na  to  zgodzić?  Czemu  sama  pozwoliła  sobie  na  tak  żarliwe 
przyjęcie pocałunku? 

Płonęła  ze  wstydu,  rozpamiętując  to  wszystko.  Wciąż  czuła  dreszcz  podniecenia,  gdy  Edward  brał  ją  w  ramiona, 

ciepło jego natrętnych warg i czerpaną z tego rozkosz. 

Gdyby nie to, całą swoją złość skierowałaby przeciwko Edward’owi. O ile łatwiej byłoby go oskarżyć... Jednak nie 

potrafiła zapomnieć, jak jej ciało zachowywało się pod jego dotknięciem, jak wpiła się w jego usta. Za to  Edward nie 
mógł być odpowiedzialny... 

Bella miała wiele wad, ale nie była hipokrytką. Wiedziała, że sama nie jest bez winy. To złościło ją najbardziej. Po 

nocnych  przemyśleniach  doszła  do  wniosku,  że  zamiast  robić  mu  awanturę,  lepiej  zlekceważyć  całe  to  wydarzenie. 
Zachowa się chłodno i uprzedzająco grzecznie, a przy odrobinie szczęścia  Edward pomyśli, że jej namiętność zrodziła 
się wyłącznie w jego wyobraźni. 

W ciągu następnych tygodni mieli mnóstwo pracy. Bella wypisywała długie listy zakupów, sortowała zaopatrzenie 

dla łodzi i spędzała wiele godzin w kuchni, przygotowując potrawy do odgrzania przez załogi. Edward rzadko jej w tym 
przeszkadzał, więc przyjęła, że zapomniał o pocałunku. 

Nieco trudniej było zachować spokój podczas pracy na przystani. Czyściła łodzie, wysyłała foldery, odpowiadała na 

telefony i segregowała zapasy, ale nawet w natłoku zajęć nie potrafiła obojętnie znosić wszechobecnego Edward’a. 

Bez przerwy kręcił się obok niej, równie zapracowany jak Bella, jednak robił wszystko z irytująco powolną wprawą. 

background image

Nie mogła się oprzeć myśli, że w przeciwieństwie do niego, miota się w gorączkowym pośpiechu. 

Następnego ranka po pocałunku nie wiedziała, jak ma się zachować, ale Edward udawał, że nic się nie stało. Nadal 

traktował ją z lekkim rozbawieniem. Nawet jeśli serce  Edward’a zabiło mocniej na jej widok  – jak to przytrafiało się 
bezustannie Belli – nie dawał niczego po sobie poznać. 

Z goryczą stwierdziła, że przychodzi mu to bez wysiłku. Dla niej było to o wiele trudniejsze. Owszem, była nawet 

dumna  ze  swego  opanowania,  ale  Edward  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Zdenerwowana,  że  nie  potrafi  wywrzeć  na  nim 
wrażenia, próbowała rozładować napięcie, czyszcząc łodzie. 

Kiedy mijały dni i stawało się coraz bardziej oczywiste, że Edward nie zamierza jej całować, zawstydzenie powoli 

ustępowało, a wraz z nim chłodne zachowanie. Czasem zapominała o wszystkim, a wtedy rozmawiali i śmiali się wesoło 
do chwili, gdy spojrzała przypadkowo na jego usta lub ręce. 

Powoli pokochała codzienne życie przystani, kołyszące się łodzie, śpiew wiatru i ostre słońce. Polubiła swobodę, z 

jaką zachowywali się żeglarze, którzy przybijali, by pogadać z Edwardem. Zazdrościła im lekkości, z jaką wskakiwali na 
jachty I rozwijali żagle, gdy z powrotem wyruszali w morze. 

Byli mili i zabawni, lecz czuła, że nie należy do ich grona. Nie umiała rozmawiać o stawaniu na wiatr, halsowaniu 

czy dryfowaniu. Nie znała się na spinakerach, genuach i fokach. Bez przerwy podpadała  Edward’owi, nazywając koje 
łóżkami, takielunek sznurkami, schowki szafkami, a kiedy skompromitowała się kompletnie, myląc bukszpryt ze sterem, 
doszła do wniosku, że czas najwyższy pogłębić swoją wiedzę na ten temat. 

Kiedy  następnym  razem  Edward  wziął  japo  zakupy,  wymknęła  się  i  kupiła  sobie  podręcznik  żeglarstwa  dla 

początkujących, postanawiając udowodnić, że nie jest wcale taka głupia. Próbowała uczyć się po cichu, ale bez praktyki 
nie  miało  to  większego  sensu.  Całe  dnie  spędzane  na  jachtach  nauczyły  ją  jedynie,  jak  w  ciągu  tygodnia  można 
zapaskudzić łódź. 

– O, Bella, dziewczyna, której właśnie szukam – powiedział pewnego dnia, gdy weszła do biura z naręczem brudnej 

bielizny. – Mam łączność z „Valli”. Odkryli pudło pełne koperku i nie wiedzą, co z tym zrobić. 

Bella rzuciła tobół na krzesło. 
– To dla ozdoby – odparła zdumiona pytaniem. 
– Ozdoba? – Edward złapał się za głowę. – Że też na to nie wpadłem! 

background image

– Cóż, wydawało mi się to oczywiste – obraziła się Bella. 
–  Ale  nie  dla  czterech  mężczyzn,  którzy  wybrali  się  na  kilka  dni  na  ryby  –  rzekł  złośliwie  Edward.  –  Czy  nie 

mówiłem ci, że wystarczy im mnóstwo piwa, trochę chleba i ziemniaków? 

–  Tak  też  zrobiłam,  ale  skoro  wspomniałeś,  że  będą  jedli  ryby,  pomyślałam,  że  ładnie  byłoby  ugarnirować  je 

koperkiem. 

–  Bello,  ci  faceci  nie  są  zainteresowani  artystycznym  przyozdabianiem  talerzy.  Nie  zaopatrujemy 

pięciogwiazdkowych  restauracji.  Podczas  rejsu  potrzeba  tylko  dużo  pożywnego  jedzenia.  Czy  tak  samo  zadbałaś  o 
pozostałe jachty? 

–  Owszem  –  broniła  się  Bella.  –  Koperek  pasuje  do  ryby.  Zresztą  nie  muszą  nim  posypywać  ryby.  Wystarczy 

posiekać, zmieszać z majonezem i... 

–  Daruj  sobie  przepis.  –  Edward  uniósł  rękę  i  odwrócił  się  w  stronę  radia.  –  „Valli”,  tu  Sailaway.  Potwierdzono 

załadunek koperku. Bella twierdzi, że możecie zmieszać go z majonezem albo dodać do ryby. Odbiór. 

Po chwili ciszy, w głośniku rozległ się rozbawiony głos: 
– Zastosujemy się. Jeśli ta twoja Bella przygotowała wczorajszą kolację, powiedz jej, że była wyśmienita. Szkoda, że 

nie zamówiliśmy jedzenia na cały rejs. „Valli” bez odbioru. 

Edward odłożył mikrofon i pokręcił głową. 
– Garnirowanie potraw. I co jeszcze? Koktajle i tartinki? 
– To świetny pomysł – ucieszyła się Bella. – Moglibyśmy. .. 
– W żadnym wypadku – przerwał jej Edward surowo, choć oczy mu się śmiały. – Moja reputacja może wytrzyma 

plotki o koperku, ale nie ma mowy o kanapkach. Czy chcesz, żebym się stał pośmiewiskiem w kręgu żeglarzy? 

– Wygląda na to, że do niczego się nie nadaję – westchnęła zasmucona. 
– Nie poznaję cię, Bello – droczył się Edward. Odsunął krzesło i wstał. – Co się stało z twoim uporem? Przysięgałaś, 

że  udowodnisz,  że  jesteś twardsza, niż przypuszczam  i  dopięłaś swego.  –  Uśmiechnął  się lekko.  – Pracowałaś  ciężko 
przez  ostatnie  trzy  tygodnie.  Słyszałaś,  co  mówili  ludzie  z  „Valli”  i  nie  jest  to  pierwsza  pochwała  twojej  kuchni. 
Myślałem, że nie dasz sobie rady, ale myliłem się. 

Bella stała spokojnie, ale serce biło jej gwałtownie, a po całym ciele rozlała się fala ciepła. 

background image

Atmosfera stała się coraz bardziej napięta. Edward postąpił krok w jej stronę i... rozległo się głośne pukanie do drzwi. 

W progu stanął olbrzymi, brodaty mężczyzna. 

– Edward, nic nie mówiłeś, że masz nową asystentkę. 
– James! – Edward z trudem opanował się i podał rękę przybyszowi. – Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. 
– Dostałem się na wcześniejszy lot – odparł mężczyzna, przyglądając się Belli z nie ukrywanym zainteresowaniem. – 

Nie przedstawisz nas sobie? 

–  Bello,  to  jest  James  Franklin.  –  Edward  czynił  to  z  wyraźną  niechęcią.  –  Będzie  szyprem  na  „Persephone”  dla 

załogi, która przybywa jutro. James, to Bella Grant. 

Opowiedział Jamesowi o wypadku Jasper’a i o tym, jak Bella musiała zastąpić Alice. 
– Tym gorzej dla Jasper’a – powiedział James, podając dziewczynie masywną dłoń. Miał wesołe, niebieskie oczy. 
– Tym lepiej dla nas. Dużo żeglowałaś? 
– Bella wciąż uczy się odróżniać dziób od rufy  – skłamał złośliwie  Edward. Spojrzał na nią i dziewczyna szybko 

wyrwała dłoń z uścisku Jamesa. 

Rozzłoszczona własną reakcją uśmiechnęła się promiennie do przybysza. 
– Bardzo chciałabym się nauczyć żeglować. 
– Nie ma sprawy. Moja załoga zjawi się dopiero jutro po południu. Mogę zabrać cię z samego rana. 
– Mamy mnóstwo roboty – wtrącił z ponurą miną Edward. 
– Cóż – odparł James, spoglądając na nich w zdumieniu. 
– To może innym razem. 
– Czekam z niecierpliwością. – Tym razem Bella ubiegła Edward’a. 
– Nigdy nie mówiłaś, że chcesz się uczyć żeglarstwa – zaatakował ją, gdy James wyszedł z biura. 
– Bo nigdy mnie nie spytałeś  – odcięła się, wrzucając tobół do worka na brudną bieliznę. Ciepła atmosfera, która 

wytworzyła się pomiędzy nimi przed przybyciem Jamesa, zniknęła zastąpiona starą wrogością. Choć Edward przyznał, 
że mylił się w stosunku do niej, najwyraźniej nie przestał traktować jej jak niewolnicy.  – Nie martw się. Pamiętam, że 
jestem tu, by pracować, a nie dla przyjemności. 

James,  zgodnie  z  wcześniejszymi  ustaleniami,  miał  nocować  w  domu  Edward’a.  Był  wręcz  zachwycony,  kiedy 

background image

dowiedział  się,  że  Bella  też  tam  mieszka.  Okazał  się  wspaniałym  kompanem.  Jak  z  rękawa  sypał  ciekawymi 
historyjkami i chociaż większość z nich wiązała się z żeglarstwem, bardzo podobały się Belli. Tylko Edward był w złym 
humorze. 

Uparł się, że zabierze wszystkich na obiad, twierdząc, że Bella wystarczająco dużo czasu spędzała ostatnio w kuchni, 

lecz jej radość osłabła, gdy dowiedziała się, że zaprosił jeszcze kogoś. 

Zmarkotniała  do  reszty,  kiedy  tym  kimś  okazała  się  wysoka,  posągowo  zbudowana  blondynka  o  imieniu  Jessica. 

Edward wybrał ją jako kontrast dla Belli. Jessica przypominała nieco Alice. Z tym, że brakowało jej ciepła i poczucia 
humoru kuzynki. 

Jessica była również doświadczoną żeglarką, brała udział w regatach Sydney-Hobart jako członkini żeńskiej załogi. 

Widać też było, że jest zainteresowana Edwardem, choć ten udawał, że niczego nie zauważa. 

Bella doszła do smutnego wniosku, że Jessica byłaby bardziej w typie Edward’a niż ona, co wprawiło ją w ponury 

nastrój. 

Wymówiwszy  się  od  rozmowy,  obserwowała  podejrzliwie  Edward’a.  Pochylając  głowę  w  stronę  Jessicy,  słuchał 

uważnie relacji o warunkach pogodowych panujących na Bass Strait. Bella wodziła wzrokiem po jego twarzy, wpatrując 
się w kuszącą opaleniznę. Palce zadrżały jej na myśl, że mogłaby dotknąć jego policzków. 

Edward,  podchwytując  jej  nastrój,  spojrzał  na  nią  swymi  zielonymi  oczami,  a  Bellę  coś  ścisnęło  za  serce. 

Odwrócenie  wzroku  od  Edward’a  wymagało  od  niej  dużego  wysiłku.  Jessica,  widząc,  że  Edward  przestał  się  nią 
interesować, zmierzyła Bellę nienawistnym spojrzeniem. Dziewczyna uśmiechnęła się do swej rywalki i odwróciwszy 
się w stronę Jamesa, przez resztę wieczoru skupiła się wyłącznie na nim. 

James  był  jedynym,  który  się  dobrze  bawił.  Nie  ukrywał,  że  podoba  mu  się  Bella.  Schlebiał  jej,  co  irytowało 

Edward’a. Jessica, potrząsając burzą blond włosów, usiłowała nawiązać do żeglarstwa, ale Edward zajął się tymczasem 
Bella. Dziewczyna doszła do wniosku, że o to jej właśnie chodziło. 

James  odpłynął  następnego  popołudnia,  a  przez  kilka  następnych  dni  Edward  i  Bella  unikali  siebie  nawzajem. 

Edward  wychodził  wieczorami,  nie  mówiąc  dokąd.  Bella  wyobrażała  sobie,  że  wspólnie  z  Jessicą  natrząsają  się  z 
głupiutkiej Angielki, która nie odróżnia dziobu od rufy i nie potrafi zawiązać najprostszego węzła. 

Siedziała wieczorami w domu, czując się bardzo samotna, i nawet nie pocieszyły jej wieści od Alice i Jasper’a. Alice 

background image

sądziła,  że  wróci  za  dwa  tygodnie  i  wtedy  Bella  będzie  mogła  zacząć  swoje  wakacje.  Koniec  z  czyszczeniem, 
szorowaniem i gotowaniem. 

Bella usiłowała wzbudzić w sobie entuzjazm podczas rozmowy z kuzynką, ale kiedy odłożyła słuchawkę, ogarnął ją 

smutek. Koniec sprzątania oznaczał koniec życia na przystani. 

Koniec obecności Edward’a. 
Żeby  czymś  wypełnić  czas,  przesiadywała  w  kuchni,  przygotowując  kolejne  zestawy  potraw  dla  załóg  jachtów. 

Dzięki temu  nie  wychodziła na  werandę, kojarzącą  się  jej  z  pocałunkiem.  Jedzenie  gotowało  się,  a  ona  rozkładała na 
kuchennym stole podręcznik żeglarstwa i za pomocą sznurka do bielizny ćwiczyła wiązanie węzłów marynarskich na 
oparciu krzesła. 

Pewnego  wieczoru  zmagała  się  z  węzłem  przesuwnym,  gdy  Edward  wszedł  niespodziewanie  do  kuchni.  Wrócił  z 

Adelajdy  i  miał  na  sobie  dobrze  skrojone  ubranie,  co  przypomniało  Belli  ich  pierwsze  spotkanie.  Całymi  tygodniami 
widywała  go  w  wypłowiałych  podkoszulkach  i  dżinsach,  a  teraz  przypomniała  sobie,  że  Edward  jest  bogatym 
przedsiębiorcą. 

Pospiesznie wcisnęła podręcznik pod książkę kucharską i zajęła się garnkami. 
– Wcześnie wróciłeś – powiedziała bez tchu, zastanawiając się, czemu w jego obecności oddychanie przychodzi jej z 

takim trudem. Powinna się już do niego przyzwyczaić! – Spodziewałam się ciebie o wiele później. 

– Nie spotkałem na szczęście żadnej Angielki z olbrzymią walizką – odparł. – To usprawniło całą podróż. 
– Niezbyt się ubawiłeś. – Bella zaczepnie wysunęła podbródek. 
– Niezbyt – rzekł niechętnie. – W samolocie było bardzo pusto bez ciebie. – Podsunął sobie krzesło, rozluźnił krawat 

i  usiadł.  Nachmurzył  się,  widząc,  że  Bella  jest  wciąż  w  fartuszku.  –  Nie  musisz  pracować  wieczorami,  mamy  trochę 
luzu. 

–  Nieważne  –  odpowiedziała,  zastanawiając  się,  czy  się  nie  przesłyszała.  Czyżby  Edward  stęsknił  się  za  nią?  – 

Gotuję na zapas, żeby Alice miała mniej pracy po powrocie. 

– Rozumiem... – zawahał się. – Czy orientujesz się, kiedy Jasper wyjdzie ze szpitala? 
– Chyba za dwa tygodnie. Alice dzwoniła dziś wieczorem. 
– Dwa tygodnie – powtórzył obojętnym tonem Edward. – To wspaniała wiadomość. 

background image

– Tak – zgodziła się bez przekonania. 
– Pewnie nie możesz się już doczekać wakacji. 
– Tak. 
Po  chwili  krępującej  ciszy  Edward  spojrzał  na  nią,  jakby  chciał  coś  dodać,  ale  rozmyślił  się.  Sięgnął  do  oparcia 

krzesła. 

– Co to? 
–  Nic  takiego.  –  Bella  chciała  schować  podręcznik  żeglarstwa,  jednak  Edward  był  szybszy.  Wyciągnął  go  spod 

książki kucharskiej, popatrzył na okładkę i uniósł kąciki warg. 

– Odrabiasz lekcje? 
– Pomyślałam sobie, że warto przećwiczyć kilka węzłów. 
– A to niby, co jest? – zapytał, spoglądając na węzeł. 
– Przesuwny. 
Edward uśmiechnął się, a Belli serce podeszło do gardła. 
– Ta plątanina ma być według ciebie węzłem przesuwnym? 
– Pomyliłam się – tłumaczyła Bella. – Instrukcje są takie zawiłe, że ciężko się w nich połapać. 
– Bzdura. Węzeł przesuwny jest niezwykle prosty. Siadaj, pokażę ci. – Zaczął rozsupływać sznurek. 
Usiadła naprzeciwko, tak stawiając krzesło, by nie stykali się kolanami. 
– Zobacz, tu zawijasz, przeciągasz tędy pod spodem i gotowe. 
Bella nie mogła się skupić na sznurku. Przyglądała się wprawnym palcom, przypominając sobie ich dotyk na twarzy. 
– Łatwe, prawda? 
Skinęła głową. 
– Teraz ty, spróbuj. – Wręczył jej sznurek. 
Wzięła go drżącymi dłońmi, niezdolna myśleć o niczym innym, prócz ogarniającej ją nagłej fali pożądania. Zaczęła 

coś splatać, ale Edward cmoknął z niezadowoleniem i zabrał jej sznur. 

– Co za bałagan! Zacznij od nowa. 
Tym razem prowadził jej palce.  Bella odczuwała jego dotknięcia jak serię drobnych, elektrycznych wstrząsów, co 

background image

zatykało jej dech w piersiach. Zamiast skupić się na sznurze, znów wpatrywała się uważnie w jego palce. 

–  Rozumiem  –  wydusiła, gdy  cierpliwie, krok po kroku pokazywał  jej,  jak  zawiązać  węzeł.  Ku  jej  uldze,  Edward 

rozparł się w krześle. 

–  Węzły  bez  praktyki  morskiej  nie  są  zbyt  przydatne.  Najwyższy  czas,  żebym  zabrał  cię  na  żagle.  Co  powiesz  o 

kilkudniowym rejsie na „Ali B”? 

– Nie jesteś zbyt zajęty? – spytała, pamiętając, jak zgasił zapał Jamesa. 
– To było w zeszłym tygodniu – odparł, unikając jej wzroku. – Przez parę dni nie będziemy mieli żadnych łodzi do 

obsługi, a nasłuch radiowy mogę prowadzić na pokładzie „Ali B”. Zresztą, obiecałem Alice, że się tobą zajmę. – Zerknął 
jej w oczy z dziwnym uśmieszkiem. – Chociaż radzisz sobie sama... 

– Owszem. – Tym razem nie zabrzmiało to równie buńczucznie jak zwykle. – Bardzo bym chciała, chociaż nie wiem, 

czy... sobie poradzę. 

– Musisz spróbować, żeby się przekonać – powiedział wstając. – A to nie powinno być zbyt trudne, nawet dla ciebie. 
Bella stała na molo, szczelnie owijając się kamizelką ratunkową. Błękitne niebo cieszyło jej oczy, lecz niepokoił ją 

gwiżdżący  w  uszach  wiatr.  Edward  ładował  rzeczy  do  łodzi.  Żeglujące  w  zasięgu  wzroku  jachty  nachylały  się  pod 
zastanawiającym kątem. Nagle cały ten pomysł przestał się jej podobać. 

– A może posprzątałabym biuro? – spytała, gdy Edward gestem zapraszał ją na pokład. 
– Myślałem, że chcesz się nauczyć żeglować. 
–  Przypomniałam  sobie  nagle,  że  nie  jestem  sportsmenką  –  powiedziała,  obserwując  pochylone  łodzie.  –  Czy  to 

będzie bezpieczne? Okropnie wieje. 

– Wieje? Skądże. Ledwo dmucha – zniecierpliwił się Edward, więc niechętnie weszła na pokład. – Idealne warunki 

do żeglowania. 

– A jeśli okaże się, że cierpię na morską chorobę? 
– Jeśli zrobi ci się niedobrze, pamiętaj, żebyś wybrała właściwą burtę – odparł niezbyt zachwycony taką perspektywą 

Edward i uruchomił silnik. 

Odbił  od  mola,  manewrując  „Ali  B”  z  właściwym  sobie  spokojem.  Bella  usiadła,  czując  się  obco  w  świecie 

sklarowanych lin, opuszczonych żagli i luźnego bomu, co jej zdaniem bardzo przeszkadzało w przepływaniu obok desek 

background image

z  żaglem,  narciarzy  wodnych,  rybackich  pontonów,  o  małych  żaglówkach,  motorówkach  i  innych  jachtach  nie 
wspominając. Zamknęła mocno oczy, czekając, aż z kimś się zderzą, ale Edward sterował pewnie. 

Kiedy  znaleźli się  na  otwartych  wodach,  wiatr  wzmógł się  jeszcze.  Edward powiedział  Belli,  jak  podnieść grota i 

foka, co udało się jej z dużym wysiłkiem, choć poddawał jej wolną ręką płótno żagla. 

– Jestem za słaba – poskarżyła się, siadając obok niego. Kurczowo złapała się relingu, gdy wiatr, wypełniając żagle, 

pchnął jacht przez spienione fale. 

Edward  zerknął  na  Bellę.  Włosy  miała  rozwiane,  twarz  zaczerwienioną  od  wysiłku,  lecz  oczy  błyszczały  jej  z 

podniecenia. 

– Przyzwyczaisz się – powiedział pocieszająco. 
Następna lekcja była o wiele mniej udana. Edward polecił jej poluzować foka. 
– Po co? – spytała. 
– Ponieważ chcę zrobić zwrot. 
Spojrzała na rozciągający się przed nimi bezmiar wód. 
– Jaki zwrot? Po co? 
– Chcę popłynąć innym kursem – westchnął. 
– A ten jest niedobry? 
– Posłuchaj, to jest jacht, a nie klub dyskusyjny – parsknął ze złością. – Kapitan podejmuje decyzje, a załoga, w tym 

przypadku ty, wykonuje je bez gadania. 

– To niesprawiedliwe! Dlaczego załoga nie ma nic do powiedzenia? 
– Ponieważ, zanim by coś uzgodnili, okręt dawno rozbiłby się o skały. W razie zagrożenia nie będę miał czasu spytać 

cię, czy zgadzasz się, by bom wyrzucił cię za burtę albo czy nie zakręciło ci się w głowie, bo moglibyśmy wpaść, na 
przykład na tankowiec. Jeśli chcesz żeglować, musisz się nauczyć szybko wypełniać rozkazy. 

–  Gdybym  chciała,  żeby  ktoś  mną  rządził,  mogłam  wstąpić  do  armii  –  burknęła  Bella,  ale  posłusznie  poluzowała 

foka. 

Żagiel załopotał gwałtownie, kiedy zmieniali kurs, a potem Edward krzyknął, żeby wybrała szoty z drugiej strony. 

Bella  miotała  się  po  kokpicie,  gubiąc  w  pośpiechu  uchwyt  kołowrotu.  Po  paru  manewrach  Edward  był  wyraźnie 

background image

zdegustowany. 

– Jakbym miał młodego słonia na pokładzie! – zawołał, gdy wpadła na niego po raz kolejny, omal nie zbijając go z 

nóg. 

– Nie jestem przyzwyczajona do działania w takim przechyle – zauważyła Bella, gramoląc się na nogi. Jedną ręką 

trzymała rękojeść kołowrotu, drugą ściskała reling. Edward miał dość długie nogi, by zaprzeć się o drugą burtę. 

Minęli Boston Island i obrali spokojniejszy kurs. „Ali B” z uniesionym dziobem sunął lekko po falach, zostawiając 

za sobą spieniony odkos. Wiatr wypełnił żagle, a jacht wyprostował się i Bella mogła usiąść obok Edward’a, podziwiając 
błękit wód. 

Minęło  jej  zdenerwowanie,  zapomniała  o  lęku  przed  morską  chorobą  i  cieszyła  się  obecnością  Edward’a,  który 

wydawał się odprężony. 

Twarz  częściowo  przesłaniał  mu  kapelusz,  ale  dziewczyna  spoglądała  na  jego  policzki  i  usta.  Widziała  już,  jak  z 

wprawą prowadzi awionetkę i samochód, ale tu wydawał się być w swoim żywiole. 

Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  Edward  jest po  prostu szczęśliwy,  tak  jakby  stał się  częścią  nieba,  morza,  słońca i 

wiatru. 

A ona? Wątpliwości rzuciły cień na jej dobry nastrój niczym chmury przesłaniające słońce. Ona była dziewczyną z 

miasta. Jej żywiołem były tłoczne ulice, winiarnie, zaciszne salony, wszystko doskonale odizolowane od natury. 

Czemu  zatem  czuje  się  szczęśliwsza  niż  kiedykolwiek  w  życiu?  Odkąd  dostała  na  święta  zdjęcie  Alice,  morze  i 

słońce przyzywały ją. Marzyła, by się tam znaleźć i to życzenie wreszcie się spełniło. 

Woda,  promienie  słońca  i  wiatr  głaszczący  jej  policzki  rozwiały  wszelkie  wątpliwości.  Bella,  zapominając  o 

przyszłości i przeszłości, dała się unieść chwili, szumowi fal, błękitowi nieba i morza. 

Piana z odkosu wyższej fali trysnęła jej w twarz i dziewczyna poczuła na policzkach drobinki słonej wody. Mocniej 

ujęła rękojeść kołowrotu i uśmiechnęła się do Edward’a. Odwzajemnił uśmiech. Patrzyła na zapierające dech w piersiach 
usta mężczyzny, na jego białe zęby. W jej sercu radość wezbrała niczym szampan w kieliszku. – Spójrz. 

Za nimi w kilwaterze jachtu pląsał delfin. 
Przejęta odwróciła głowę, obserwując wysmukły, szary grzbiet wynurzający się z fal, błysk oka i absurdalny uśmiech 

stworzenia.  Nagle  wokół  pojawiły  się  jeszcze  trzy  ciekawskie  delfiny,  zaintrygowane  jachtem.  Wydawało  się,  że  bez 

background image

wysiłku wyrzucają swoje ciała wysoko ponad wodę i śmieją się do nich. 

Bella poczuła się, jakby dostała niespodziewany prezent. Delfiny niosły w sobie jakąś magię wdzięku i radości, a gdy 

w końcu zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły, pozostawiły po sobie atmosferę zauroczenia. 

Wiatr  przycichł,  kiedy  zakotwiczyli  w  pustej  zatoce  przy  Reevesby  Island.  Była  to  jedna  z  największych  wysp  w 

grupie  Sir  Joseph  Banks  o  piaszczystym,  ciągnącym  się  aż  po  horyzont  brzegu  postrzępionym  szmaragdowymi 
zakolami. „Ali B” stał na głębszej wodzie, gdzie błękit morza mieszał się z zielenią piaszczystego dna. 

Edward opuścił z jednej burty drabinkę sznurową, zdjął słomkowy kapelusz i zarzucił wędkę. 
Bella zazdrościła mu spokoju. Przez ostatni miesiąc pracowała tak ciężko, że zapomniała już, jak to jest, gdy siedzi 

się bez ruchu, rozkoszując się spokojem. Usiłowała zabrać się do pisania listu, ale skończyła na słowie „Kochany”. 

Nie  mogła  się  zdecydować,  do  kogo  ma  napisać.  Przyjaciele  w  Anglii  jawili  się  jej  jako  szereg  bezbarwnych, 

zabieganych i zmarzniętych postaci, podczas gdy ona pod koniec stycznia zażywa słonecznych kąpieli, siedząc w ciszy 
zmąconej jedynie przez plusk fal i krzyki mew. 

Nagle  zapragnęła  pomalować  paznokcie  u  nóg  na  jaskrawoczerwony  kolor.  Wysunąwszy  język  w  skupieniu 

nakładała  lakier,  lecz  coś  sprawiło,  że  podniosła  głowę.  Edward  obserwował  ją  z  niedowierzaniem,  rozbawieniem, 
irytacją i czymś jeszcze, co zaparło jej dech w piersiach – O co chodzi? – spłoszyła się. 

– O nic – odparł, odwracając wzrok. – Zupełnie o nic. 
Bella  speszyła  się  tak  bardzo,  że  schowała  lakier  do  torby.  Gdy  paznokcie  już  wyschły,  odłożyła  podręcznik, 

papeterię i wyciągnęła się na pokładzie. 

Kiedy  podniosła  głowę,  Edward  był  w  kabinie  i  rozmawiał  przez  radio  z  załogami  pozostałych  jachtów.  Głęboki 

tembr jego głosu wibrował pod pokładem, tak że mogła wyczuć drżenie desek. Otworzyła oczy i zobaczyła wznoszący 
się nad głową maszt. 

– Umiesz już odpoczywać – odezwał się Edward, wychodząc z kabiny. – Ale i to robisz z właściwą sobie przesadą. 
Bella podniosła się niechętnie. Uśmiech Edward’a łagodził sarkastyczny ton wypowiedzi. Wiatr ucichł do reszty, a 

słońce, chyląc się ku zachodowi, straciło ostry blask. 

– Chodźmy rozprostować nogi na plaży – zaproponował z rozbrajającym uśmiechem. 
Bella  poszła  się  przebrać  w  kostium  kąpielowy.  Spojrzała  do  lustra.  Włosy  miała  zmierzwione,  podkoszulek 

background image

wymięty, lecz twarz i oczy promieniały radością, jakby coś przeczuwała. 

Przeczuwała? Edward zaprosił ją jedynie na spacer. 
–  Uważaj  –  powiedziała  głośno.  –  To  człowiek,  który  pogardza  wszystkim,  na  czym  ci  w  życiu  zależy  i  sam  jest 

ucieleśnieniem  tego,  czego  nie  cierpisz.  Arogancki,  zarozumiały  i  złośliwy.  Kiedy  wreszcie  wrócą  Alice  i  Jasper,  nie 
będziesz  musiała  go  oglądać.  Idziesz  tylko  na  spacer,  nie  na  romantyczną  schadzkę,  więc  zgaś  lepiej  ten  uśmiech  i 
przypomnij sobie, że go nie znosisz. 

Bella zrobiła ponurą minę, lecz głupie, nieposłuszne serce biło jej radośnie, gdy wychodziła z kabiny. 
 

background image

R

ozdział

 

7

 

 
Edward  czekał  w  pontonie  przywiązanym  za  rufą.  Popatrzył  na  nią  ze  swego  miejsca  przy  zaburtowym  silniku. 

Refleksy odbitego od wody światła igrały mu na twarzy. 

– Ostrożnie – rzekł szorstko, gdy przechodziła nad relingiem.  – Schodź powoli na dół i pod żadnym pozorem nie 

skacz, bo oboje znajdziemy się w wodzie. 

Szło  całkiem  dobrze  do  chwili,  kiedy  podał  jej  rękę.  Nagły,  spowodowany  dotknięciem  dreszcz  sprawił,  że  się 

potknęła. Zwaliłaby się do wody, gdyby Edward nie przytrzymał jej w pasie. 

– Uprzedzałem, niezdaro – powiedział, lecz oczy mu się śmiały i Bella nie mogła nie odwzajemnić uśmiechu. 
Czuła mocne, pewnie trzymające ją dłonie, lecz nie cofnęła się. Byli tak blisko siebie, że mogła dostrzec zmarszczki 

w kącikach oczu Edward’a i wyłaniający się z rozpiętej koszuli ciemny zarost na piersi. Fala pożądania zbiegła się z falą, 
która zakołysała pontonem, rzucając ich na siebie. 

Śmiejąc się, usiedli i  Edward szarpnięciem linki uruchomił silnik. Bella zastanawiała się, czy to rzeczywiście fala 

popchnęła ich ku sobie. Paliły ją miejsca, w których dotykał jej Edward, drżała z niepokoju i podniecenia. 

Nie powinnaś go nawet lubić, zganiła się w myślach, ale kiedy ponton wylądował na plaży i boso ruszyli po piasku, 

nie  pamiętała  dlaczego.  Światło  stawało  się  coraz  bardziej  łagodne,  przechodząc  w  srebrzysty  odcień  purpury,  fale 
szumiały cicho, pełzając po piasku. 

Wspięli się po niskiej wydmie porośniętej kępkami ostrych traw, a gdy się obejrzała, ujrzała na piasku jedynie ślady 

ich  stóp.  Może  byli  tu  pierwszymi  ludźmi?  „Ali  B”  kołysał  się  łagodnie  na  turkusowej  głębi.  Ponton  odcinał  się 
jaskrawym kolorem od przybrzeżnego piasku. Prócz nich nie było tu śladu człowieka. 

background image

Później Bella nie mogła sobie przypomnieć, o czym rozmawiali, spacerując po srebrzącej się plaży. 
Szli obok siebie, nie dotykając się nawzajem. Z magiczną mocą odbierała wszystkie wrażenia, czując wręcz każde 

ziarnko piasku pod stopami. Kiedy Edward uśmiechał się do niej, robiło się jej ciepło wokół serca. 

Wrócili na, , Ali B”, gdy słońce kryło się już za horyzontem.  Siedzieli na pokładzie, wpatrując się w ciemniejące 

niebo. 

–  Chciałabym  zachować  tę  chwilę  w  pamięci  –  westchnęła,  opierając  się  o  występ  kabiny.  –  Cudownie  byłoby 

zatrzymać czas i zostać tu na zawsze, nie troszcząc się o wizy, rachunki i poszukiwanie pracy. 

Powiedziała  to  bez  zastanowienia.  Edward  smażący  na  grillu  złowioną  przez  siebie  rybę,  spojrzał  na  nią  ze 

zdumieniem. 

– Myślałem, że masz pracę. 
–  Nie.  –  Bella  utkwiła  wzrok  w  ostatnich  promieniach  zachodzącego  słońca.  –  Byłam  główną  księgową  w  firmie 

reklamowej. Lubiłam tę pracę. Może brakowało mi doświadczenia, ale dokładałam wszelkich starań, żeby być najlepszą. 
Potem  przejęła nas większa firma  i  moją  pracę  przydzielono komuś innemu.  Powiedziano  mi,  że  występują konflikty 
pomiędzy ich starymi klientami a mną i niezbędna jest reorganizacja. W praktyce oznaczało to, że moje stanowisko objął 
młodszy stażem pracownik, który miał poparcie góry i szczęście, żeby urodzić się mężczyzną. Pewnego dnia polecono 
mi zwolnić biurko i już. Edward nachmurzył się. 

– To czemu powiedziałaś mi, że jesteś na urlopie naukowym? 
– Właściwie to sama nie wiem. – Potarła w zamyśleniu podbródek. – Chyba nie mogłam pogodzić się z prawdą. Całe 

swoje życie poświęciłam pracy i kiedy ją straciłam, było to tak, jakbym przestała istnieć. Przysięgłam sobie, że znajdę 
lepszą  posadę,  a  Liedermann,  Marshall  i  Jones  pożałują,  że  mnie  zwolnili,  ale...  Cóż,  Boże  Narodzenie  nie  jest 
najlepszym okresem na szukanie nowego zajęcia. Postanowiłam więc skorzystać z okazji, odwiedzić Alice i zastanowić 
się, czego naprawdę chcę. W pewnym sensie jest to urlop naukowy. 

– A teraz? 
– Co teraz? 
– Czy zmieniłaś decyzję w sprawie powrotu do agencji reklamowej? 
–  Cóż...  –  Pytanie  Edward’a  zaskoczyło  Bellę.  Zdała  sobie  sprawę,  że  nie  bardzo  wie,  co  dalej  robić.  W  ciągu 

background image

ostatnich tygodni była tak zajęta, że nie miała czasu zastanowić się nad tym. Kochała pracę w Pritchard Price, ale czy 
naprawdę zależało jej na powrocie do reklamy? Nie może zostać na zawsze w Australii. Kiedy skończy się wiza, będzie 
musiała wrócić i rozejrzeć się za czymś. Chyba jednak w reklamie, bo tylko na tym się znała. – Pewnie wrócę do Anglii. 

– Nie słyszę w twoim głosie zwykłego entuzjazmu. Myślałem, że jesteś zdecydowana podjąć wyzwanie. 
– Jestem – odparła bez przekonania i zebrawszy się w sobie, dodała twardo: – Jestem zdecydowana. 
Edward odwrócił rybę na drugą stronę. 
– Jak długo zamierzasz zostać w Australii? – spytał z napięciem. Bella spojrzała na niego zdziwiona. 
– Nie wiem jeszcze. – Odpychała od siebie myśl o wyjeździe. – Może z miesiąc. 
– Mike musi być bardzo cierpliwym człowiekiem – zauważył oschle Edward. 
– Nie – powiedziała i Edward gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. – Tu również nie byłam szczera – dodała, 

spuszczając  wzrok.  –  Zerwałam  zaręczyny,  kiedy  zorientowałam  się,  że  nie  będę  dla  niego  odpowiednią  żoną. 
Wydawało mu się, że znajdę szczęście, siedząc w domu i cerując mu skarpetki. Dla niego cała moja kariera to jedynie 
gra, zabicie czasu do chwili, kiedy zostanę panią Mike’ową, ozdobą bez własnego zdania. 

– Bella bez własnego zdania? – roześmiał się rozbawiony Edward. – Tego nie potrafię sobie wyobrazić. 
– Mike potrafił  – rzekła z goryczą.  – Czasem  wydaje  mi się, że wszyscy  mężczyźni chcieliby za żony  bezmyślne 

lalki. 

Edward odwiesił szczypce obok grilla i przysiadł się bliżej. 
– Wiesz, że to nieprawda – odparł, biorąc piwo. 
– Naprawdę? Przecież sam nie mogłeś wytrzymać z ambitną żoną. 
Edward zamilkł na dłuższą chwilę i Bella przestraszyła się, że posunęła się za daleko. 
–  Nie  przeszkadzało  mi,  że  Lauren  robi  karierę  –  odezwał  się  w  końcu  spokojnym  tonem.  –  Denerwowało  mnie 

jedynie,  że  przedkłada  sukces  ponad  wszystko.  Nie  chciałaś być  panią  Mike’ową,  rozumiem,  ja  też  nie  chciałem  być 
mężem  swojej  żony.  Lauren  nigdy  nie  widziała  tego  układu  inaczej.  To,  co  pozwoliło  odnieść  jej  sukces,  stało  się 
grobem naszego małżeństwa. Teraz widzę, że nie powinniśmy się pobierać. Niestety, poniewczasie. 

– Więc czemu się pobraliście? 
Edward bawił się butelką piwa, zastanawiając się nad odpowiedzią. 

background image

– Lauren była... jest bardzo piękna. Długie blond włosy, zielone oczy, zgrabne nogi... Wiedziałem, jaka jest, znaliśmy 

się  od  dziecka,  ale  uważałem,  że  skoro  się  kochamy,  to  wystarczy.  Wkrótce  okazało  się,  że  to  złudzenie.  Różnice  w 
charakterach były zbyt wielkie – rzekł z goryczą. – Och, na początku było wspaniale. Mieszkaliśmy w Sydney, a Lauren 
pracowała  w  agencji  artystycznej.  Nigdy  nie  lubiłem  miasta,  ale  ojciec  ciężko  zachorował  i  prosił  mnie,  bym  w  jego 
zastępstwie prowadził interesy. Nie mogłem mu odmówić, widząc, w jakim jest stanie. Lauren wykorzystywała w pracy 
stosunki uzyskane dzięki wejściu do rodziny Cullen’ów. Była dobra w tym, co robiła, nie ma dwóch zdań, ale im wyżej 
sięgały  jej  ambicje,  tym  rzadziej  ją  widywałem.  Spędzała  mnóstwo  godzin  w  agencji,  a  potem  uczestniczyła  w 
przyjęciach „dla poszerzania kontaktów”, jak to nazywała. – Pokręcił głową i pociągnął łyk piwa. 

– Pewnie również byłeś bardzo zajęty – zauważyła Bella. – Może nudziło ją czekanie w domu na twój powrót. 
– Dlatego też zachęcałem ją do podjęcia pracy – wyznał Edward. – Gdyby nie to, pewnie zajęłaby się czymś innym. 

Początkowo  wyciągała  mnie  na  te  przyjęcia,  ale  nie  pasowałem  do  towarzystwa,  więc  przestała  mnie  zapraszać. 
Usiłowałem wszystko uładzić, ale Lauren nie miała do tego serca. Trzymałem jacht koło Pittwater, myśląc, że wspólne 
weekendy  wszystko  naprawią,  tylko  że  Lauren  nie  lubiła  żeglować.  Narzekała  na  niewygody,  a  brak  telefonu  i  faksu 
przyprawiał ją o rozpacz. – Wzruszył ramionami. – Pewnie ciągnęlibyśmy tak dalej, ale udało się jej zaspokoić ambicje i 
zdobyć pracę w Kalifornii. W tym czasie umarł mój ojciec, a Lauren nawet nie została na pogrzebie. Nic nie mogło jej 
powstrzymać. 

–  Uśmiechnął  się  gorzko.  –  Zamierzałem  pojechać  do  niej  po  uporządkowaniu  spraw  ojca,  ale  napisała  do  mnie, 

żebym się nie fatygował, bo znalazła sobie lepszego partnera, Amerykanina. 

–  Bardzo  mi  przykro  –  wybąkała  Bella.  Żałowała,  że  nie  ma  odwagi  go  objąć.  Edward  opowiadał  to  wszystko 

beznamiętnym głosem, ale odejście Lauren musiało bardzo zaboleć tak dumnego człowieka. 

– Daj spokój. Ciesz się raczej, że ty i Mike w porę stwierdziliście, jak wiele was dzieli. 
Bella  milczała,  zastanawiając  się  nad  Edwardem.  Pojęła  niechęć,  z  jaką  ją  początkowo  traktował.  Ujrzał  w  niej 

kolejną Lauren, zainteresowaną jedynie swoją karierą. Niechętnie przyznała, że tak w istocie było. Przedtem nigdy nie 
przystanęła,  by  się  rozejrzeć  wkoło,  poczuć  zapach  wiatru  i  popatrzeć,  jak  słońce  złoci  trawy.  Dopiero  przyjazd  do 
Australii uświadomił jej, ile straciła. 

Spojrzała na Edward’a. Siedział z ponurą miną nad butelką piwa. 

background image

– Mało budująca historyjka, prawda? Niech cię to nie odstrasza od małżeństwa. Popatrz na  Alice. Wie, że nic nie 

przychodzi łatwo, ale stara się. Jest miła, lojalna i uczciwa. 

– Kocha Jasper’a. 
– Owszem i jest szczęśliwa, bo kocha go pomimo jego wad. Nie oczekuje, żeby Jasper był ideałem. 
– Uważałam Mike’a za ideał – uśmiechnęła się nieśmiało. 
– Nie wyszło mi to na dobre. 
– Wszystko albo nic – podsumował Edward. 
– Owszem – przyznała niechętnie. – Obawiam się, że w miłości 

również  nie  potrafię  iść  na  kompromis.  Jeżeli  nie  kocham  do 
szaleństwa i bez granic, to wolę nie kochać wcale. 

–  To  czemu  udawałaś,  że  wciąż  jesteś  zaręczona  z  Mike’em, 

kiedy cię o to spytałem? 

To pytanie wytrąciło Bellę z równowagi. Starała się zapomnieć 

o tamtym wieczorze, ale wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą, 
tamta  uwodzicielska  atmosfera,  podmuch  gniewu  i  upojny 
pocałunek. Czy Edward również to pamięta? Nie śmiała spojrzeć na 
niego, by nie wyczytał prawdy z jej oczu. 

Skłamała, ukrywając własną słabość. Myślała, że powstrzyma w 

ten sposób Edward’a. Bezskutecznie. 

Starała się nie dopuścić do siebie myśli, że woli go od Mike’a, chce znów znaleźć się w jego ramionach, poczuć jego 

usta na swoich wargach i silne dłonie na swoim ciele. 

Bella aż się zachłysnęła przerażona prawdą, którą właśnie odkryła. Edward spoglądał na nią wyczekująco. 
– Ja... uznałam to wtedy za właściwe. 
We  wzroku  Edward’a  niedowierzanie  mieszało  się  z  rozbawieniem.  Czyżby  tak  łatwo  potrafił  ją  rozszyfrować? 

Gorączkowo zastanawiała się nad zmianą tematu. 

– W jaki sposób trafiłeś do Port Lincoln? – spytała tak sztucznym głosem, że nie zdziwiło jej zdumione spojrzenie 

background image

Edward’a. Na szczęście zgodził się zmienić temat. 

– Po odejściu Lauren nic nie trzymało mnie w Sydney. Miałem dość miejskiego życia. Nadal nadzorowałem interesy 

Cullen’ów, ale bieżące sprawy powierzyłem młodszemu bratu i kupiłem „Ali B”. – Poklepał kadłub. – Mnóstwo czasu 
spędziliśmy razem. Upłynęliśmy wyspy południowego Pacyfiku i całą Australię. Przenosiłem się z miejsca na miejsce, 
ale kiedy dotarłem do Port Lincoln, postanowiłem zatrzymać się tu na jakiś czas. Założyłem firmę, mając kilka jachtów, 
a tymczasem interes rozrósł się niepostrzeżenie. Wciąż jeżdżę regularnie do Sydney i zajmuję się naszymi interesami w 
Adelajdzie, ale wracam tu, nawet gdy nie jestem zmęczony. Na pokładzie, pod gwiazdami, jest mój prawdziwy dom. 

– Nie czujesz się samotny? 
Edward popatrzył na skuloną, obejmującą rękoma kolana Bellę. 
– Nie. Ale nie twierdzę, że tak będzie zawsze. 
Nastąpiła długa chwila ciszy, zakłóconej jedynie skrzypieniem liny kotwicznej ocierającej się o kadłub. Bella wręcz 

czuła,  jak  cisza  wyostrza  jej  wszystkie  zmysły.  Serce  zwolniło  rytm  i  zorientowała  się,  że  zbyt  długo  wstrzymywała 
oddech. 

Chciała  coś  powiedzieć,  by  rozładować  panujące  między  nimi  napięcie,  ale  nic  nie  przychodziło  jej  do  głowy. 

Zamiast tego wpatrzyła się w wodę, choć nic nie było tam widać oprócz odbicia gwiazd. 

Wreszcie Edward uratował sytuację, oświadczając, że ryby się upiekły i kolacja gotowa. Bella zeszła pod pokład po 

sałatkę. Czuła się nieco zawiedziona tym, że proza życia rozwiała nagle ten miły nastrój. 

W nocy, leżąc na dziobowej koi, spoglądała na drzwi kabiny i zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby niespodziewanie 

wszedł Edward. Znów zmagała się z ogarniającym ją pożądaniem. 

Jednak  drzwi  nie  otworzyły  się.  Najwyraźniej  Edward  wolał  długonogie  blondynki  od  małych  kasztanowłosych, 

zwłaszcza takich, które z charakteru przypominały jego poprzednią żonę. 

Po co oddawać się głupim marzeniom? Nawet gdyby była pociągająca dla Edward’a, do czego by to doprowadziło? 

Kilka wspólnych nocy i niezręczne pożegnanie? Wszystko albo nic, przypomniała sobie ze smutkiem słowa  Edward’a. 
Miał rację. 

W głębi serca wiedziała, że nie zadowoliłaby ją rola tymczasowej kochanki  Edward’a. Skoro nie może mieć go na 

zawsze, to lepiej wcale nie zaczynać. Prędzej czy później będzie musiała wyjechać, a tak łatwiej o nim zapomni. 

background image

Ranek  był  ładny  choć  chłodny,  a  Edward  tak  opryskliwy,  jakby  nigdy  nie  istniała  ciepła  atmosfera  wczorajszego 

spaceru.  Jeden  z  jachtów,  zacumowany  po  drugiej  stronie  Reevesby,  zgłosił  przez  radio  usterkę  silnika  i  Edward 
popłynął tam pontonem. 

W pierwszej chwili Bellę ucieszyła jego nieobecność, lecz ten stan nie trwał długo. Irytujący Edward był lepszy niż 

jego brak. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, zasiadła przy stole i na przekór wszystkiemu napisała szereg pogodnych 
listów do rodziców, brata, przyjaciół ze starej pracy i wreszcie, ociągając się, do Mike’a. 

Historia  małżeństwa  Edward’a  skłoniła  ją  do  zmiany  poglądów  i  miała  wyrzuty  sumienia  z  powodu 

wypowiedzianych  ostrych  słów.  Oboje  zachowali  się  niewłaściwie.  Bella  nie  żałowała  samego  zerwania  zaręczyn. 
Wolałaby jednak, by nie wypadło to tak nieprzyjemnie. 

To był trudny list i zmięła mnóstwo kartek papieru, zanim go wreszcie skończyła. Napisała w nim, że cieszy się, iż 

zorientowali  się  w  porę,  że  do  siebie  nie  pasują,  niemniej  przyznaje,  że  do  tej  pory  myślała  wyłącznie  o  sobie,  nie 
przejmując się wcale uczuciami Mike’a. Dodała, że ma nadzieję, iż nie jest za późno, by go przeprosić i że kiedy wróci 
do Anglii, zostaną przyjaciółmi. 

Adresując kopertę, poczuła się o wiele lepiej, gdy nagle usłyszała warkot silnika. Pospiesznie ukryła korespondencję 

w schowku pod siedzeniem i wybiegła na pokład. Edward przycumowywał ponton do rufy. Wstrząśnięta radością, jakiej 
doznała na jego widok, odezwała się wymuszenie wesołym głosem: 

– Uporałeś się z tym problemem? 
– Tak – odburknął Edward, wspinając się na pokład z typową dla niego oszczędnością ruchów. 
– Co nawaliło? 
– Znasz się na silnikach diesla? 
– Nie – przyznała. 
– To nie ma sensu, żebym ci tłumaczył. 
Bella  zacisnęła  zęby.  Zamierzała  zachowywać  się  uprzejmie,  ale  skoro  tak,  to  proszę!  Tylko  pomógł  jej 

przezwyciężyć nowy przypływ pożądania wywołany pewnie chwilową słabością umysłu. 

Przygotowując się do odbicia od wyspy, powarkiwali na siebie nawzajem. Edward wykrzykiwał rozkazy i złościł się, 

gdy Bella ociągała się z ich wykonaniem. 

background image

– Myślałem, że chcesz się czegoś nauczyć! – zirytował się w końcu. 
– Byle nie poganiania przez niewyżytego kaprala – drażniła się Bella. – Następnym razem zostanę na lądzie. 
– Jak chcesz, ale teraz jesteś załogą, a to oznacza, że masz robić, co ci każę! 
W sumie rejs był denerwujący. Wiatr to się zrywał, to zamierał i Edward wściekał się. Nie trzeba było balastować 

łodzi, Bella usiadła więc demonstracyjnie jak najdalej od niego. Na próżno wypatrywała dziś delfinów. Ich pojawienie 
się wynagrodziłoby choć trochę cierpliwość, z jaką słuchała narzekań Edward’a. 

Atmosfera  popsuła  się  do  tego  stopnia,  że  spodziewała  się,  iż  wrócą  do  przystani,  gdy  Edward  oświadczył,  że 

popłyną na południe, do zatoki Memory, przylądka wystającego z półwyspu Eyre. 

– Alice chciałaby na pewno, żebym tam cię zabrał – dodał, jakby się usprawiedliwiając. 
Bella wolałaby, żeby była to jego inicjatywa, ale nie przyznałaby się do tego nawet sama przed sobą. 
– Czemu ta zatoka nazywa się Memory? – zapytała tylko. 
–  W  1802  odkrył  je  Matthew  Flinders  –  wyjaśnił  Edward.  –  Był  wielkim  podróżnikiem  i  parę  wysp  z  grupy  Sir 

Josepha Banksa nosi nazwy okolic jego rodzinnego Lincolnshire. W wywrotce łodzi stracił ośmiu ludzi. Ciał nigdy nie 
odnaleziono, więc tak upamiętnił zatokę. 

– Wyjątkowo ponure miejsce – skrzywiła się Bella. 
Kiedy  jednak  zakotwiczyli,  wrażenie  było  wprost  przeciwne.  Skały  ukryte  w  gąszczu  eukaliptusów,  dęby  i  pinie, 

schodzące  aż  na  brzeg,  otaczały  łagodnym  łukiem  biały  piasek  plaży,  odbijając  się  w  krystalicznej  wodzie.  Jaskrawe 
kolory i ostre światło raziły oczy Belli. 

Edward przewiózł ją pontonem przez linię dzielącą głęboką, błękitną wodę od jasnozielonej zatoki tak przejrzystej, 

że widać było najmniejsze ziarnko piasku. Oznajmił, że musi popracować przy jachcie, ale może wysadzić ją na brzeg. 
Bella zrozumiała, że nie chce, by się koło niego kręciła. I bardzo dobrze! 

Stojąc po kolana w wodzie, tuliła do piersi sandałki i książkę i z niechęcią obserwowała, jak Edward zawraca ponton 

w stronę, Ali B”. Przypomniała sobie, że woli siedzieć sama, niż narażać się na utyskiwania Cullen’a. Odwróciła się i 
zaczęła brodzić po wodzie, kierując się do brzegu. 

Po chwili siedziała na gorącym suchym piasku i usiłowała skupić się na kryminale, lecz bez przerwy zerkała w stronę 

jachtu i kręcącego się po nim Edward’a. Ani razu nie spojrzał na nią. Dotknięta tym do żywego Bella zamknęła książkę, 

background image

wytarła piasek ze stóp i włożywszy buty, udała się na zwiedzanie okolicy. 

Wyboista, zarośnięta i pokryta kurzem ścieżka prowadziła wśród krzewów w głąb lądu.  Bella dostrzegła też ślady 

starego pożaru buszu. Spalone drzewa wyciągały ku słońcu poczerniałe konary. Wszystko wokół było brązowe, szare lub 
pokryte jednostajną zielenią, nad którą widać było jedynie niezmącony błękit nieba. Pod stopami dziewczyny wzbijały 
się kłęby pyłu. Zerwała parę liści eukaliptusa, roztarta je w dłoni i przez chwilę napawała się ich ciężkim aromatem. 

Żałowała,  że  nie  ma  z  nią  Edward’a.  Przytłaczała  ją  pustka  i  cisza  spotęgowana  jego  nieobecnością.  Stanęła  w 

bezruchu i popatrzyła na rozkruszone liście. 

Kochała Edward’a. 
Długo  trwało,  zanim  zdała  sobie  z  tego  sprawę.  To,  co  do  niego  czuła,  było  czymś  więcej  niż  tylko  fizycznym 

pożądaniem. Owszem, pragnęła go, dotyku jego ust, mocnego ciała, ale za tym kryło się coś jeszcze. 

Z  niechęcią  stwierdziła,  że  sama  obecność  Edward’a  wpływa  na  nią  kojąco.  Zawsze  szczyciła  się  swoją 

niezależnością, ale teraz czuła się nieco zagubiona. Nieważne, czy uśmiechał się do niej, czy na nią krzyczał, bo dawał 
jej poczucie bezpieczeństwa. Edward stał się jej przystanią, kotwicą... 

Życie  przed  poznaniem  go  było  bezładną  bieganiną.  Wyrwał  ją  z  tego  bezsensownego  kręgu  i  bez  niego  znów 

wpadnie w ten wir. Bella zadrżała na tę myśl. 

Szła przed siebie, pochłonięta rozmyślaniami, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Przyznanie się przed sobą, że 

pragnie  Edward’a  było  wystarczającym  nieszczęściem,  ale  zakochanie  się  w  nim,  to  po  prostu  katastrofa!  Jak  to  się 
mogło stać? W jaki sposób wplątała się w sieć uczuć i pożądania? Ogarnęło ją przerażenie. Czy zdoła się uwolnić i żyć 
bez niego? 

Bella  nie  wiedziała,  jak  długo  szła,  dopóki  nie  znalazła  się  na  skraju  cypla  nad  piękną  dziką  plażą.  W  dali  ocean 

załamywał się na podwodnej rafie. Patrzyła, jak fale gromadzą się nad błękitną głębią, wzbierają i wreszcie załamują się 
łagodnym łukiem, spływając zieloną kaskadą ku plaży. 

Życie bez Edward’a. Jak uda się jej przetrwać kolejny wieczór ze świadomością, że go kocha, nie mogąc mu o tym 

powiedzieć? Nie, on nie może się niczego domyślić. 

Poniżej, na plaży, skrzył się biały piasek otoczony ostrymi, przybrzeżnymi skałami z jednej strony, a falą przyboju z 

drugiej. Zupełnie jak ona, unieruchomiona pomiędzy świadomością, że kocha Edward’a, a świadomością, że nigdy ta jej 

background image

miłość nie będzie spełniona, pomyślała z goryczą. 

W  pierwszej  chwili  wydało  się  to  złudzeniem,  lecz  gdy  wpatrzyła  się  uważniej,  zauważyła  coś  w  rodzaju  ścieżki 

prowadzącej z urwiska na plażę. Można zejść i wejść. 

Bellę ogarnęła nagle pokusa skorzystania z nowo odkrytej drogi, choćby po to, by udowodnić sobie, że jej sytuacja 

wcale  nie  jest  beznadziejna.  Wszystko  może  się  zmienić,  nawet  Edward.  Jeśli  uda  się  jej  dotrzeć  na  plażę,  może  nie 
będzie musiała żyć w rozpaczy. 

Ostrożnie  ruszyła przed siebie.  Z początku  nawet nie było  tak  źle.  Potykała się  wprawdzie  o  krzaki,  ale  grunt, po 

którym stąpała, wydawał się mocny. Niestety, niżej sucha ziemia zaczynała się kruszyć i osypywać spod stóp. Popatrzyła 
w dół i przełknęła ślinę. Nie zdawała sobie sprawy, jak wysoko znajdowała się na początku drogi. Może to błąd? Może 
powinna nauczyć się żyć z tą beznadziejną miłością? 

Zacisnęła zęby i spojrzała w górę. Oddaliła się znacznie od szczytu urwiska i wspinaczka nie wyglądała zachęcająco. 

Zaczęła żałować swojego pomysłu. Znów się wygłupiła, działając pod wpływem impulsu. 

Niezręcznie  odwróciła  się,  ale  zanim  zdała  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa,  noga  osunęła  się  jej  na  sypkim 

podłożu i straciła równowagę. Potoczyła się po krzewach, rozkładając szeroko ramiona. Krzaki były dość rzadkie, lecz 
zdołała się złapać, by złagodzić skutki upadku. Przez dłuższą chwilę leżała, przytulając twarz do brudnej ziemi. Serce 
waliło jej jak młotem. Nie śmiała spojrzeć w górę ani w dół. Nagle nastąpił cud i ze szczytu rozległo się wołanie: 

– Bella! 
– Edward! – próbowała odkrzyknąć, lecz wydała z siebie jedynie zduszony pisk. 
– Nie ruszaj się! – Schodził ku niej ze zwykłą gracją. 
Bella nie zamierzała nawet drgnąć. Leżała, czekając na Edward’a. 
Zdawało się jej, że trwa to wieczność. Każdy jego krok wywoływał osypywanie się ziemi, która spadała grudkami na 

jej twarz. Wreszcie zjawił się i ogarnęły ją mocne ramiona. 

– Nic ci się nie stało? – spytał szorstko, poklepując ją, jakby chciał się upewnić, że jest cała. 
– Nic. – Przywarła do niego. – Jestem tylko trochę podrapana. 
–  No,  to  przynajmniej  dobra  wiadomość.  Możesz  wstać?  Nogi  uginały  się  pod  nią  ze  strachu,  lecz  z  pomocą 

Edward’a zdołała wrócić na szczyt. 

background image

Edward  miał  groźny  wyraz  twarzy,  ale  nie  powiedział  ani  słowa,  dopóki  nie  znaleźli  się  z  powrotem  na  ścieżce 

prowadzącej przez gąszcz. 

– Na pewno nic ci nie jest? 
– Czuję się świetnie – odparła niepewnym głosem. 
Wiedziała,  że  miała  wyjątkowe  szczęście,  wychodząc  z  tego  bez  szwanku.  Podkoszulek  i  szorty  były  brudne,  na 

rękach i nogach pojawiły się drobne zadrapania, ale wszystko skończyło się na strachu. 

– W takim razie, czy mogłabyś mi wyjaśnić, co u diabła tam robiłaś? – Nigdy przedtem nie słyszała, żeby Edward 

był taki wściekły. Usta mu zbielały, nozdrza rozdęły się, oczy miotały błyskawice. 

– Chciałam zobaczyć plażę. 
– Plażę? – zdumiał się. – A po co? 
Spojrzała na niego bezradnie, co tylko podsyciło jego gniew. 
–  Nie  podobało  ci  się  tam,  gdzie  siedziałaś  wcześniej?  Większość  ludzi  byłaby  zachwycona  białym  piaskiem  i 

błękitnym niebem, ale nie Bella! Nie, musiała wybrać najbardziej niedostępne miejsce i spróbować skręcić kark, usiłując 
się tam dostać! Co cię opętało? 

Bella nie mogła mu powiedzieć, że przerażała ją perspektywa życia bez niego i schodząc na dół, chciała wszystko 

odmienić. 

– Nie pomyślałam – odparła, co jeszcze bardziej rozjuszyło Edward’a. 
– Jak zwykle, co? Przychodzi ci coś do głowy i pakujesz się w tarapaty, nie zastanawiając się nad konsekwencjami! 

Co by było, gdybym nie dostrzegł cię na szczycie urwiska? Mogłabyś leżeć bardzo długo ze złamanym karkiem, zanim 
ktoś by cię odnalazł! 

– Wiem, wiem, przepraszam. 
Bella zasłoniła oczy dłońmi. Chciała rzucić się Edward’owi na szyję i rozpłakać, usłyszeć, że jest zły dlatego, że bał 

się o nią, że mu na niej zależy. Jednak Edward był wciąż wściekły. 

– Wciąż podkreślasz, jaka to jesteś mądra i samodzielna, tymczasem nie można spuścić cię z oczu na pięć minut. 

Poszedłem  za  tobą,  kiedy  zobaczyłem,  że  oddalasz  się  od  plaży,  ale  nie  przypuszczałem,  że  przyjdzie  ci  do  głowy 
pomysł rzucenia się z urwiska! 

background image

– Wcale nie chciałam się rzucić! 
– A szkoda i gdybym miał trochę oleju w głowie, zostawiłbym cię tam. 
Edward  przez  całą  drogę  pastwił  się  nad  Bella,  zarzucając  jej  lekkomyślność,  głupotę,  samolubność  i  wołającą  o 

pomstę do nieba nieodpowiedzialność. 

Bella milczała. Miał rację. Ze wstydu gotowa była zapaść się pod ziemię. Szła za nim przygarbiona, ze spuszczoną 

głową,  wciąż  wstrząśnięta  niedawną  przygodą,  załamana  gniewem  i  pogardą  Edward’a.  Z  całej  siły  powstrzymywała 
napływające do oczu łzy. 

Gdy dotarli do zatoki, Edward wyczerpał wreszcie cały zapas obelg, lecz wroga cisza raniła ją jeszcze mocniej. Bella 

podeszła  do  brzegu  i  przemyła 
twarz wodą. Chciała umrzeć. 

Kiedy  opuściła  ręce,  Edward 

zobaczył 

wielkie 

oczy 

śmiertelnie  bladej  twarzy.  Minęła 
mu 

cała 

wściekłość. 

Objął 

dziewczynę i przytulił do siebie. 

– Bello – rzekł. – Ja nie... 
 

background image

R

ozdział

 

8

 

 
Bella nigdy się nie dowiedziała, co Edward chciał jej powiedzieć. Od strony morza rozległo się nagle wołanie i oboje 

odwrócili się gwałtownie. Przez zatokę pędził w ich stronę ponton ze znajomą rosłą postacią przy sterze. 

– James – westchnął Edward i puścił dziewczynę. 
James  i  jego  załoga  byli  tak  zachwyceni,  mogąc  gościć  Bellę  i  Edward’a,  że  zdawali  się  nie  dostrzegać  ich 

wymuszonych uśmiechów. Przycumowali, żeby urządzić barbecue na plaży, co nie groziło przypadkowym podpaleniem 
buszu i nalegali, by Edward i Bella dotrzymali im towarzystwa. 

Pięciu mężczyzn cieszyła obecność kobiety. Nasycili się tygodniowym łowieniem ryb pod czujnym okiem Jamesa i 

taka odmiana wydawała im się bardzo atrakcyjna. 

Belli ani w głowie było przyjęcie na plaży, lecz perspektywa kolejnego wieczoru z Edwardem, nawet bez uprzedniej 

awantury, sprawiła, że z wdzięcznością przyjęła zaproszenie. Ku jej zdumieniu  Edward nie podzielał tego entuzjazmu. 
Odnosiła wrażenie, że choć marzyła mu się odmiana towarzystwa, to wolałby przez cały wieczór prawić jej morały. 

Nie skorzystała z pontonu Edward’a i w ubraniu popłynęła do łodzi, zmywając z siebie brud i kurz w krystalicznej 

wodzie.  Sól  piekła  ją  w  zadrapanych  i  pokaleczonych  miejscach.  Kiedy  na  „Ali  B”  weszła  wreszcie  pod  prysznic  i 
przebrała się w świeże ubranie, poczuła się znacznie lepiej. 

Szczotkując włosy, doszła do wniosku, że Edward nie miał prawa tak na nią wrzeszczeć. Zgoda, pomysł zejścia na 

plażę był wyjątkowo idiotyczny, ale nic by się nie stało, gdyby nie obsunęła jej się noga. Z jego zachowania można by 
wyciągnąć wniosek, że doszło do jakiejś strasznej tragedii! 

Zanim dotarli na barbecue, Bella znów wmówiła w siebie niechęć do Edward’a. Wydarzenia ostatniego popołudnia 

background image

udowodniły  jej  niezbicie  jak  bezsensowna  była  myśl,  że  się  w  niej  kiedyś  zakocha.  Przekonała  się,  że  jedynie  nią 
pogardza i postanowiła, że nigdy nie dowie się o jej uczuciach. 

Pozostali uczestnicy przyjęcia nie zauważyli napiętej atmosfery panującej pomiędzy Edwardem a Bella. Siedzieli na 

plaży w gasnącym świetle dnia i spoglądali na dwa jachty zakotwiczone na drugim końcu zatoki. Morze było spokojne, o 
mlecznej, opalizującej barwie, a piasek delikatny i chłodny.  Bella usiadła jak najdalej od Edward’a, pilnując wszakże, 
żeby widział, jak się świetnie bawi. 

W  radosnym  nastroju  śmiała  się  i  flirtowała,  usiłując  przekonać  samą  siebie,  że  nie  obchodzi  ją  jego  obojętność. 

Pozostali mężczyźni jawili się jej jak we mgle, a w przyćmionym świetle tylko Edward był wyraźnie widoczny i złościło 
ją to, że dostrzega każdy grymas na jego twarzy. 

Usiłował być  uprzejmy  dla  załogi  drugiego  jachtu, lecz dziewczyna  widziała,  jak  nerwowo  zaciska  zęby  i  aż  cały 

drży  z  wściekłości.  Zamiast  się  tym  ucieszyć,  poczuła  nagły  niepokój  i  na  przekór  sobie  zaczęła  śmiać  się  jeszcze 
głośniej. 

Przyjęcie skończyło się późno. Bella życzyła wszystkim dobrej nocy i pomachała im na pożegnanie, gdy  Edward z 

ponurą miną wiózł ją pontonem na „Ali B”. 

– Uroczy wieczór, prawda? – spytała zaczepnie, by ukryć zdenerwowanie, kiedy wspinała się po trapie. – Byli bardzo 

mili. 

–  Pewnie  takie  odniosłaś  wrażenie  –  parsknął  gniewnie  Edward.  –  Ja  jednak  nie  widziałem  nic  miłego  w  grupie 

mężczyzn śliniących się do jednej dziewczyny! 

– Nie pleć bzdur – zaperzyła się Bella. – Przecież sam widziałeś, tylko rozmawialiśmy. 
–  Trudno  nazwać  twój  występ  rozmową  –  zdenerwował  się  Edward.  –  Te  chichoty,  strzelanie  oczyma, 

uwodzicielskie uśmiechy... Nie widziałem nic równie oburzającego. 

– Myślałam, że chcesz, abym była miła dla twoich klientów – odparła, odgarniając włosy z twarzy. – Bo ty nie byłeś. 

Nie słyszałeś nic o poprawnych stosunkach między ludźmi? 

– Trudno to tak określić. Pewnie ciągną losy, komu pierwsza przypadniesz w udziale. 
– Jak śmiesz! – oburzyła się Bella. 
– Prawda nie poszła ci w smak? To pewnie skutek długotrwałej pracy w reklamie. Wolisz udawać sama przed sobą, 

background image

niż spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. 

– Lepsze to niż być upartym i podejrzliwym! – wypaliła. 
–  Ale  nie  przejmuj  się.  Alice  i  Jasper  szybko  wrócą  i  nie  będziesz  musiał  dłużej  znosić  mojego  skandalicznego 

zachowania! 

Policzki Edward’a drgnęły nerwowo. 
–  Możesz  mi  wierzyć,  nie  mogę  się  już  doczekać  –  rzekł  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Zanim  się  pojawiłaś,  wiodłem 

spokojne, miłe życie. Teraz na przemian chcę cię udusić albo... 

– urwał. 
– Albo co? – spytała prowokująco. 
Znalazł  się  tuż  obok  niej.  Podniosła  głowę  i  na  widok  tego,  co  zobaczyła  w  jego  oczach,  minęła  jej  cała  złość. 

Zadrżała. Edward bardzo powoli przyciągnął ją do siebie. 

– Z drugiej strony, pragnę tego – dokończył cicho i pocałował ją. 
Świat  rozpłynął  się  wokół  dziewczyny  wraz  z  jej  mocnym  postanowieniem,  że  zachowa  się  godnie,  utrzymując 

dystans.  Duma  nic  nie  znaczyła  wobec  faktu,  że  Edward  trzymał  ją  w  ramionach.  Przyszłość  zniknęła  wraz  z 
dotknięciem  jego  warg.  Opór  zgasł  niczym  wątła  świeczka  w  huraganie  uczuć  wywołanych  pocałunkiem,  najpierw 
nieśmiałym, jakby obie strony obawiały się wzajemnej niechęci, potem coraz bardziej namiętnym. 

Edward  smakował  jej  usta,  przeciągając  niecierpliwymi  dłońmi  po  jej  ciele,  a  Bella  mdlała  pod  tym  dotknięciem, 

bezwiednie  szepcząc  jego  imię.  Zniewoliło  ich  pożądanie.  Nie  było  czasu na  rozmowy,  wyjaśnienia,  zwierzenia  bądź 
zdziwienie,  że  panujące  przez  cały  dzień  napięcie  znalazło  ujście  w  taki  właśnie  sposób.  Gorączkowo  przywarli  do 
siebie,  dotykając  się  i  całując  na  wpół  uśmiechnięci,  a  na  wpół  zażenowani,  posłuszni  własnym  zmysłom,  bezradni 
wobec pragnień. 

Palce Edward’a zręcznie wyłuskały ją z ubrania, potem sam się rozebrał i bez słowa poprowadził do szerokiej koi w 

kabinie z odsłoniętym na rozgwieżdżone niebo dachem. Uśmiechnięci sięgnęli po siebie nawzajem. Edward wsunął się 
na nią, rozkoszując się dotykiem jedwabistej skóry. 

Bella zadrżała z podniecenia, zetknięcie nagich ciał wzmogło pragnienie pieszczot. Jak Cudownie było móc gładzić 

muskularne ciało Edward’a, wodzić dłońmi po jego plecach. Wreszcie mogła nacieszyć się nim do woli i to dawało jej 

background image

dziwne ukojenie. 

Podmuch wiatru zakołysał lekko „Ali B”, a fala delikatnie plusnęła o burtę, lecz ani Edward, ani Bella niczego nie 

zauważyli. Pochłonięci sobą, szeptali czułe słówka niczym największy sekret, potwierdzając każde słowo rozkosznym 
pocałunkiem. 

Bella prężyła się w jego ramionach, poddając się uniesieniu, aż wreszcie zatopiwszy palce we włosach  Edward’a, 

wykrzyczała długo skrywane pragnienie. 

Edward uśmiechnął się, wyszeptując kolejne miłosne zaklęcie, i wszedł w nią, a ona, przyjmując go, popatrzyła mu 

w oczy przez tę jedną chwilę doskonałego bezruchu, nim w końcu zaczęli się kochać. 

W  narastającym  rytmie  doszli  wreszcie  do  momentu,  w  którym  było  już  tylko  spełnienie,  a  księżyc  srebrnym 

blaskiem zdobił ich nagie ciała. 

 
Obudziło  ją  delikatne  kołysanie  łodzi  i  refleksy  odbitego  od  wody  światła,  tworzące  dziwne  wzory  na  ścianach 

kabiny. 

Przeciągnęła się, wciąż pełna cudownego snu i kiedy odwróciła się na drugi bok, zobaczyła, że obok leży  Edward. 

Wsparty na łokciu obserwował ją. Słońce zmieniło mu kolor oczu na bardziej zielony. W źrenicach igrały złote błyski. 
Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu, rozpamiętując tę długą, pełną rozkoszy noc. 

Bella  nagle  zawstydziła  się  tego,  co  między  nimi  zaszło  i  policzki  pokrył  jej  lekki  rumieniec.  Chciała  odwrócić 

wzrok, lecz błyszczące oczy Edward’a przyciągały jak magnes. 

– Cześć – powiedziała. 
– Cześć – odparł Edward i jednym uśmiechem rozproszył całe zażenowanie. 
Pochylił się, aby ją pocałować, a Bella objąwszy go ramionami, przywarła do niego, poddając się dłoniom kochanka. 
– Nadal chcesz mnie udusić? – spytała, gdy całował jej szyję. 
Edward uśmiechnął się, przesuwając usta ku jej piersiom. 
– Pewnie doprowadzisz mnie do takiego stanu, ale na razie mam względem ciebie całkiem inne plany. 
Uradowana taką odpowiedzią Bella wyciągnęła się wygodnie na koi, przeciągając palcami po ramionach Edward’a. 

Lubiła czuć prężące się pod ciepłą, gładką skórą mięśnie. 

background image

Podziwiała  skumulowaną  w  nich  siłę,  połączoną  z  niespotykaną  płynnością  ruchów.  Nigdy  się  nie  spieszył,  nie 

miotał, robił wszystko ze spokojną pewnością siebie. Uwielbiała przytulać twarz do jego piersi, wdychać jego zapach, 
czuć na sobie ciężar jego ciała. Kochała go. 

Pozostając pod urokiem wspólnie spędzonej nocy, zapomniała o wczorajszych postanowieniach. Odsunęła od siebie 

myśl  o  rozstaniu,  zlekceważyła  fakt,  że  Edward  nic  nie  wspomniał  jej  o  swoich  uczuciach.  Słońce,  rozświetlające 
spoczywającą na jej piersi ciemną głowę Edward’a, odsunęło w cień wszelkie obawy i wątpliwości. 

Jednak rzeczywistość nie dała się tak łatwo zlekceważyć. Płomienne pocałunki przerwało nagle gwałtowne walenie 

w burtę. 

– Ahoj na pokładzie! Obudziliście się już? – zawołał jakiś głos. 
Edward zamarł w objęciach Belli. 
– Chyba lepiej wyjrzę – powiedział, całując ją w ramię. – W przeciwnym razie wejdą na pokład, żeby to sprawdzić. 
Bella położyła się na wznak i obserwowała refleksy światła na ścianach. Słyszała, jak Edward rozmawia z kimś na 

pokładzie, ale nie chciało się jej wyjrzeć. Przeleżałaby tak najchętniej cały dzień. 

–  Zapraszają  nas  na  śniadanie  –  oznajmił  Edward,  stając  ubrany  w  drzwiach.  –  Nie  udało  mi  się  znaleźć 

odpowiedniej wymówki, a twoi zazdrośni zalotnicy za nic nie odpłyną, nie ujrzawszy cię ponownie. 

Zarumieniła się i roześmiała, przypominając sobie, jak uparcie usiłowała przekonać Edward’a, że się nim wcale nie 

interesuje. Zastanawiała się nad tym, wkładając szorty i bluzkę. Twarz odświeżyła zimną wodą. Dawniej nie ruszyłaby 
się z domu bez eleganckiego stroju i pełnego makijażu. 

Pospiesznie wybiegła z kabiny i zobaczyła, że Edward porządkuje salon. 
– Wszystko sprzątnięte na tip-top? – zażartowała, głaszcząc go po plecach, kiedy schylił się, by podnieść jej rzucony 

wczoraj w pośpiechu podkoszulek. 

– Zmniejszam racje żywnościowe obsłudze mesy – odparł, wręczając go jej. 
– Nie wiem, skąd on się tutaj wziął, kapitanie – powiedziała z niewinną minką. – Ręczę, że to się już nie powtórzy. 
–  Nie  domagam  się  aż  tak  rygorystycznej  schludności  –  uśmiechnął  się  znacząco.  –  Zostało  coś  jeszcze  –  dodał, 

rzucając jej szorty i majteczki. – A skoro mowa o porządkach, zabierz to stąd. 

Wziął z półki notes i stertę napisanych przez Bellę listów. 

background image

– Walały się wczoraj po całej podłodze. 
– Rozkaz, kapitanie. – Bella zasalutowała, strącając przy tym leżący na wierzchu list. Edward schylił się po niego i 

przestał się uśmiechać. Podał go jej z taką miną, że dziewczynie przebiegły ciarki po plecach. 

Spojrzała na kopertę. Wielkimi literami widniało na niej: Mike Newton. 
– Napisałam też do Mike’a... – wybąkała niepewnie. 
– Widzę. 
– Należą ci się pewne wyjaśnienia... 
Edward przerwał jej, unosząc dłoń. 
– Niczego nie musisz mi wyjaśniać, Bello – rzekł przerażająco zimnym tonem. 
– Ależ, Edward, nie rozumiesz... – Ku jej rozpaczy tym razem przerwał jej głos zza burty: 
– Kawa gotowa! Idziecie, czy nie? 
Edward bez słowa odwrócił się i wyszedł na pokład. W milczeniu wsiedli do pontonu. 
Bella nie była  w  stanie  pojąć,  jak łatwo zniknęła  radosna  atmosfera poranka.  Powróciły  wszystkie  dotychczasowe 

wątpliwości. Gdyby Edward ją kochał, nie odwróciłby się od niej z powodu takiej błahostki. Nie mógł jaśniej dowieść, 
że wczorajsza noc niczego pomiędzy nimi nie zmieniła. 

– Wyglądasz niezbyt zdrowo – powiedział współczująco James. – Czy przypadkiem nie żałujesz, że wczoraj wypiłaś 

za dużo wina? 

Przez sekundę spojrzenia Edward’a i Belli skrzyżowały się. 
– Żałuję wielu rzeczy z wczorajszego wieczoru – odparła twardo, a rysy twarzy Edward’a znów stężały. 
Pomimo protestów zeszli jak najprędzej z drugiego jachtu.  Edward twierdził, że musi wracać na przystań, a  Bella 

poparła go, uśmiechając się promiennie. 

Nie  patrzyli  na  siebie  płynąc  do  „Ali  B”.  Edward  przygotował  jacht  do  wypłynięcia  w  tempie,  które  zatrwożyło 

dziewczynę. 

background image

Doszła do wniosku, że oboje zachowują się idiotycznie. 
– Posłuchaj, jeśli chodzi o Mike’a... – zaczęła, gdy Edward szykował grota do postawienia, ale najwyraźniej nie był 

w nastroju do rozmowy. 

–  Nie  chcę  niczego  słuchać  o 

Mike’u –  warknął. –  Do kogo piszesz, 
to  twoja  sprawa.  Nie  interesują  mnie 
twoje zerwane zaręczyny ani co zrobisz 
z tym fantem po powrocie do Anglii. 

Zanim  zdołała  coś  powiedzieć, 

przeszedł  na  dziób,  by  podnieść 
kotwicę. 

Urażona 

do 

żywego 

poczekała, aż wróci na rufę i uruchomi 
silnik. 

– Czy wczorajsza noc nic dla ciebie 

nie znaczy? – spytała cicho. 

–  Była  fantastyczna  –  odparł  z 

przerażającą obojętnością. – Nie będę udawał, że nie. Niemniej nie zmieni to faktu, że mieszkasz  w Anglii, nie tutaj. 
Jeśli chodzi ci tylko o przelotny flirt, to bardzo mi to odpowiada, ale nic więcej. Przerobiłem już lekcję małżeństwa z 
Lauren.  Nie  chcę  stać  się  jednym  z  elementów  twojego  życia,  wciśnięty  pomiędzy  pracę  a  inne  zajęcia.  Do  tego 
wystarczy ci Mike. 

– Edward, ty nic nie rozumiesz – powiedziała błagalnym tonem, lecz tylko rozdrażniła go jeszcze bardziej. 
– Dajmy sobie z tym spokój, dobrze? 
Bella poddała się. „Nie chcę stać się jednym z elementów twojego życia”. A czego się spodziewała? Wczorajsza noc 

miała wszystko zmienić? Te wspaniałe chwile uniesienia nie wystarczyły do odmiany rzeczywistości. Edward miał rację. 
Nie należała do świata wiatru i otwartych przestrzeni. Nadawała się jedynie do przelotnego flirtu. 

To określenie zabolało ją najbardziej. Być może dla niego była to jedynie przygoda, lecz dla  Belli stanowiła istotę 

background image

miłości. Czyż nie powtarzał jej, że ją kocha? Widziała to również w jego wzroku. 

Tępo wpatrywała się w fale, czując się biedna, chora i nieszczęśliwa. 
Wiatr był łagodny.  Wiał od strony rufy, więc  Edward skierował grota maksymalnie w prawo, tak że bom tworzył 

niemal idealny kąt prosty z kadłubem. Zasłonięty w ten sposób fok trzepotał niespokojnie. 

Edward nachmurzył się. Siedział przy sterze w milczeniu, z ponurą miną, odruchowo zerkając na żagle i sprawdzając 

wiatr.  Bella nie miała nic do roboty, ale chemie słuchałaby komend  Edward’a, byle tylko przerwać tę męczącą  ciszę. 
Gdy się wreszcie odezwał, omal nie podskoczyła. 

– Przejmij ster – rzekł oschle. 
Bella nerwowo wykonała polecenie. 
– Co chcesz zrobić? 
–  Przejdę  na  dziób,  żeby  przygotować  fok  do  żeglowania  „na  motyla”.  Jeśli  odwrócę  go  w  przeciwną  stronę  i 

zamocuję do spinakera, również złapie wiatr i będziemy płynęli szybciej. 

– A co ja mam robić? 
Edward pokazał jej kompas. 
– Utrzymuj kurs i nie pozwól, żeby łódź minęła rufą linię wiatru, jasne? 
Skinęła głową. Niewiele z tego rozumiała, ale gdyby się dalej dopytywała, Edward niechybnie odgryzłby jej głowę. 
Edward  odwiązał  drążek  spinakera  i  wspiął  się  na kokpit,  żeby  przejść  na  dziób.  Bella  odruchowo  wiodła  za nim 

wzrokiem.  Nie  patrzyła  na  niego  od  chwili  kłótni,  ale  teraz,  gdy  odwrócił  się  do  niej  tyłem,  wpatrywała  się  w  jego 
szerokie ramiona, wąskie biodra i mocne, ogorzałe nogi. Niestety, spuściła przy tym z oczu kompas. 

Zatopiona we wspomnieniach nie zauważyła, że słabiej trzyma ster. „Ali B” minął linię wiatru i ciężki bom przeleciał 

na drugą stronę łodzi. Z przerażającym trzaskiem uderzył Edward^ w plecy i ten wyleciałby jak nic za burtę, gdyby nie 
upadł na reling. Leżał bez ruchu. 

– Edward! – Bella złapała kiwający się bom i podeszła do Edwarda. – Edward... o mój Boże! Edward, nic ci nie jest? 
Przez jedną straszną chwilę pomyślała, że go zabiła, lecz poruszył się i jęknął. Bella zalała się łzami. 
– Edward, przepraszam... nie wiedziałam... jesteś ranny? 
Edward z dużym wysiłkiem usiadł i odepchnął ją od siebie. 

background image

– Co się stało? – jęknął, łapiąc się za głowę. 
– To bom... przeleciał na drugą stronę, zanim zdołałam cokolwiek zrobić. 
– Mówiłem ci, żebyś nie przechodziła linii wiatru. – Edward zdołał wrócić do kokpitu i ciężko opadł na siedzenie. 
Łódź kręciła się na wietrze. Oba żagle zwisały w łopocie. 
– Co mam robić? – spytała przerażona Bella. 
Rozglądała się nerwowo, wypatrując innego jachtu. Jeśli Edward jest ciężko ranny, nie zdoła sama doprowadzić „Ali 

B” do portu. Nigdy w życiu nie czuła się taka bezradna. 

– Niczego nie ruszaj – jęknął, zamykając oczy. 
– Ale my dryfujemy! 
Edward, krzywiąc się z bólu, wstał i rozejrzał się. Brzeg był oddalony o parę mil. 
–  Na  nic  nie  wpadniemy  –  powiedział  z  trudem  i  położył  się,  znów  zamykając  oczy.  –  Będę  czuł  się  o  wiele 

bezpieczniej, jeśli usiądziesz spokojnie i nie będziesz nic robić. 

Upłynęło  sporo  czasu,  zanim  się  podniósł.  Nie  chciał,  by  mu  w  czymkolwiek  pomagała.  Nie  pozwolił  się  nawet 

dotknąć. Odtrącona, przerażona i pełna poczucia winy  Bella przycupnęła w kącie, patrząc, jak Edward zmusza się, by 
zasiąść przy sterze. 

– Może zejdziesz na dół i położysz się – zaproponowała. 
– A kto będzie sterował? Może ty? – mruknął w odpowiedzi. – Gdybym wyleciał nieprzytomny za burtę, utonąłbym, 

a ty nawet nie umiałabyś zrobić zwrotu, żeby mnie wyłowić. 

– Przepraszam... 
Edward zignorował przeprosiny. 
– Miałaś tylko trzymać ster i nie schodzić z kursu, ale nie potrafiłaś się skupić nawet przez dwie minuty! 
– Nie wiedziałam, o co ci chodzi  – odparła ze łzami w oczach.  – Po raz pierwszy weszłam na łódź przed dwoma 

dniami, więc nie spodziewaj się, że będę zaraz kapitanem Cookiem! 

– Jeśli nie rozumiałaś, czemu mnie nie spytałaś? 
–  Ponieważ  zachowujesz  się  wtedy  bardzo  nieprzyjemnie.  Jak  mam  się  czegoś  nauczyć,  skoro  ciągle  na  mnie 

krzyczysz? 

background image

Bella nie pamiętała, jak udało im się wrócić na przystań. Wiedziała tylko, że nigdy już nie chciałaby przeżyć tego po 

raz drugi. 

Bała się o  Edward’a, który uporczywie odmawiał przyjęcia jakiejkolwiek pomocy. Był cały obolały, lecz oskarżał 

Bellę o wszystko, od charakteru począwszy, na aprowizacji jachtów kończąc. Najwyraźniej sprawiało mu to ulgę. Zanim 
dobili do pomostu, była blada z wściekłości, wstydu i upokorzenia. 

Edward nie chciał, żeby towarzyszyła mu w drodze do szpitala, więc zajęła się czyszczeniem łodzi. Pomyślała przy 

tym ze smutkiem, że tylko do tego się nadaje. Po skończonej pracy zastała w domu Edward’a. 

– Co powiedział lekarz? 
– Trzy złamane żebra, głębokie otarcia i lekki wstrząs mózgu. Czuję się jak spracowany worek treningowy. Kazał mi 

odpocząć, więc idę do łóżka. 

– Czy mogę coś dla ciebie zrobić? – spytała nieśmiało. 
Odwrócił się w progu sypialni. 
– Owszem – rzekł z brutalną szczerością. – Choć na chwilę zejdź mi z oczu. 
Bella osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Gorące łzy spłynęły jej po policzkach. Jeszcze rano całował ją i 

szeptał  czułe  słówka,  a  teraz  znów  stał  się  obcym  człowiekiem.  Czuła,  jakby  w  sercu  przewalały  się  ostre  muszelki 
drapiąc  i  raniąc,  gdy  obmywała  je  wzbierająca  fala  rozpaczy.  Jakże  naiwnie  wierzyła,  że  wspólnie  spędzona  noc 
rozwiąże wszystkie problemy! Liczyła się tylko miłość fizyczna, a teraz wszystko układało się jak najgorzej. 

Przesiedziała tak cały wieczór, rozpamiętując wczorajszą noc i myśląc o tych następnych samotnych, które przyjdzie 

jej spędzić bez Edward’a. Będzie musiała zadowolić się jedynie wspomnieniem jego ust, rąk, ciała... Kiedy zadzwonił 
telefon, w pierwszej chwili nie chciała podnosić słuchawki, lecz przemogła się w końcu. 

– Bella? – usłyszała głos Alice. – Co się tam, u diabła, dzieje? 
–  Nic  –  odparła  z  wysiłkiem.  –  Jestem  po  prostu  zmęczona.  Miałam  ciężki  dzień.  Jak  się  czuje  Jasper?  –  spytała 

szybko, zanim Alice zaczęła wypytywać ją o szczegóły. 

– Słaby, ale wreszcie wstał z łóżka. Dlatego właśnie dzwonię. Wracamy za tydzień. 
Pogadały przez chwilę. Alice była taka rozradowana, że Bella również usiłowała zdobyć się na pogodniejszy ton. Nie 

zwiodła jednak kuzynki. 

background image

– Coś cię jednak trapi – zauważyła podejrzliwie. 
Bella zawahała się. Nie chciała opowiadać  Alice o Edward’u. Zmartwiłaby się, wiedząc, jak nieszczęśliwa jest jej 

kuzynka,  a  poza  tym,  sprawy  związane  z  Edwardem  były  zbyt  świeże  i  bolesne.  Musiała  jednak  powiedzieć  coś,  co 
zabrzmiałoby w miarę wiarygodnie. 

– Tęsknię do Mike’a – skłamała na poczekaniu. 
– Mike? Wydawało mi się, że to ty zerwałaś zaręczyny. 
– Owszem, ale... – plątała się przez chwilę. – Miałam dość czasu, żeby wszystko przemyśleć. Nie sądziłam, że będzie 

mi go brakowało. – Mało przekonująco, ale mniejsza z tym. Teraz już nic nie miało znaczenia. 

Alice zdziwiła się, jednak wyraziła swoje współczucie i Bella poczuła się głupio, że ją oszukuje. 
– Nie chciałabym cię obarczać moimi problemami – rzekła, pragnąc zakończyć rozmowę. 
– Nic nie szkodzi. To dla mnie miła odmiana pomartwić się o kogoś innego niż Jasper – odparła radośnie Alice. 
 
Edward  był  naburmuszony  i  zgryźliwy  przez  kilka  następnych  dni.  Powarkiwał  na  wszelkie  sugestie  ponownego 

skonsultowania  się  z  lekarzem.  Załamana  dziewczyna  odgrodziła  się  od  niego  barierą  niechęci  i  w  miarę  możliwości 
schodziła mu z drogi. 

Nie  mogła,  rzecz  jasna,  unikać  go  zupełnie.  Spotykali  się  w  biurze,  dokąd  przychodziła  po  czystą  bieliznę 

pościelową, ocierali się też o siebie na wąskim pomoście. Myślała wtedy, że popłacze się z żalu i chęci, by się do niego 
przytulić. 

Edward  prawie  sienie  odzywał  i  jakby  celowo  jątrząc  jej  rany,  mnóstwo  czasu  spędzał  z  kręcącą  się  po  przystani 

Jessica, bezlitośnie dopatrując się wszelkich uchybień w pracy Belli. Dziewczyna zaciskała zęby i harowała jak koń. Nie 
płakała. 

Nocami leżała w łóżku i wpatrując się w sufit, wspominała wpadające przez otwarty luk „Ali B” światło księżyca. 

Nie stać jej było nawet na łzy. Usiłowała optymistycznie spoglądać w przyszłość i układać nowe plany, ale runął jej cały 
świat i nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez Edward’a i kołyszących się w przystani jachtów. 

Jasper przychodził coraz szybciej do zdrowia i niebawem miał wrócić razem z Alice. Bella nie wiedziała, czy cieszyć 

się z tego, że skończy się ta koszmarna sytuacja, czy martwić zbliżającym się rozstaniem z Edwardem. 

background image

Na trzy dni przed powrotem kuzynki znów czyściła „Valli”. Znała już wszystkie łodzie jak starych przyjaciół i czuła, 

że będzie jej ich brakowało tak samo jak niebieskiego nieba, jaskrawego słońca i szumu fal. 

Zwinęła brudną bieliznę w wielki węzeł i zaniosła do biura.  Edward siedział nad rachunkami. Nie spojrzał na nią, 

lecz nagłe napięcie mięśni powiedziało jej, że zdaje sobie sprawę z jej obecności. 

Chciałaby  podejść  do  niego,  objąć  i  powiedzieć,  że  go  kocha.  Pragnęła,  by  w  zamian  uśmiechnął  się  do  niej, 

pocałował. .. 

Na  co  komu  marzenia?  Niczego  nie  naprawią.  Zamiast  objąć  Edward’a,  przycisnęła  mocniej  brudną  bieliznę. 

Zaniosła ją do składziku, wrzuciła do kosza i zaczęła przygotowywać czystą zmianę. 

W sąsiednim pokoju skrzypnęło krzesło Edward’a, który wstał, by powitać jakiegoś przybysza. 
– W czym mogę pomóc? – spytał zmęczonym, niezbyt zachęcającym głosem. 
Wywiązała  się  rozmowa,  w  trakcie  której  padło  imię  Belli.  Zdumiona  podeszła  do  drzwi,  a  stos  czystej  bielizny 

wypadł jej z rąk na podłogę. 

– Mike! 
 

background image

R

ozdział

 

 
Mike uśmiechał się. W porównaniu z Edwardem wyglądał na opanowanego, pełnego godności i nieco nierealnego, 

bladego dżentelmena. 

– Bello, kochanie. 
Edward popatrzył najpierw na patrycjuszowską głowę Mike’a, potem na dziewczynę. Rysy mu stężały. 
– To chyba bardzo poufały zwrot – rzekł lodowatym tonem. 
– Owszem, wyjątkowo osobisty – odparł Mike i odwrócił się w stronę Belli. – Kochanie, czy jest tu gdzieś miejsce, 

gdzie będziemy mogli porozmawiać na osobności? 

Zerknęła bezradnie na Edward’a. Jego oczy miotały błyskawice. Szurnął głośno krzesłem, wstając z miejsca. 
–  Możecie zostać tutaj,  byle  nie  za długo.  Bella  ma  mnóstwo roboty,  a  ja  nie płacę  jej  za  plotkowanie przez  cały 

dzień – rzucił z wściekłością. 

Mike spojrzał na niego ze źle skrywaną niechęcią. 
– To coś poważniejszego niż plotki – powiedział. – Nie widziałem Belli przez dwa miesiące i mamy mnóstwo spraw 

do omówienia. 

– W takim razie proponowałbym, żeby omawiała je w czasie wolnym od pracy. Macie pięć minut, ale z resztą spraw 

będzie pan musiał wstrzymać się, dopóki nie skończy roboty. – Popatrzył kamiennym wzrokiem na Bellę. – Gdyby ktoś 
mnie potrzebował, będę na „Calypso”. 

To  ja  cię  potrzebuję,  chciała  krzyknąć.  Patrzyła  w  ślad  za  nim,  jak  idzie  wzdłuż  pomostu.  Zniknęła  gdzieś 

nienaturalna sztywność ruchów i wydawało się jej, że Edward bez słowa jakby odpływał z jej życia. 

background image

– Wyjątkowo ponury facet – stwierdził Mike, zamykając drzwi. – Jak doszło do tego, że pracujesz dla takiego typka? 
– To długa historia. 
Pochyliła  się  i  zaczęła  zbierać  upuszczoną  na  podłogę  bieliznę.  Przycisnęła  ją  do  piersi,  nim  znów  spojrzała  na 

Mike’a. Jego obraz zatarł się w pamięci dziewczyny przez ostatnie kilka tygodni, jednak na pierwszy rzut oka wcale się 
nie zmienił. 

Te same ciemnozłote włosy, które niegdyś kochała, takie same niebieskie oczy i nieco arogancki wyraz twarzy. Był 

najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego  spotkała.  Przyznała  w  duchu,  że  choć  tak  jest  nadal,  w  przeciwieństwie  do 
Edward’a, jego widok nie wywołuje u niej przyspieszonego bicia serca ani innych sensacji. 

– Co za niespodzianka – powiedziała z wysiłkiem. Czuła się zbita z tropu zjawieniem się Mike’a. – Jak, u licha, mnie 

znalazłeś? 

Mike wyglądał na nieco rozczarowanego, bo chyba spodziewał się, że Bella rzuci mu się na szyję. 
– Po prostu przyleciałem z Londynu  – wyjaśnił. – Sądziłem,  że zastanę cię u kuzynki, ale sąsiedzi poinformowali 

mnie, że najprawdopodobniej jesteś na przystani. Tak więc – uśmiechnął się i rozłożył ręce – jestem. 

– Zawsze wyrażałeś się pogardliwie o Australii – zaśmiała się, kładąc pościel na krześle. 
Pewnego razu, gdy byli jeszcze zaręczeni, zaproponowała mu, by tu przyjechali i żeby Mike poznał Jasper’a i Alice. 

Wyśmiał ten pomysł, twierdząc, że to barbarzyński kraj i ma dużo ciekawszych rzeczy do zrobienia, niż spędzać wakacje 
fotografując kangury, oganiając się przy tym od milionów much. 

– Nie przyjechałeś tu chyba w interesach? 
– W sprawie  prywatnej  – powiedział  Mike. Podszedł bliżej i wziął ją za rękę.  – Przyjechałem, żeby cię odnaleźć, 

Bello. Chcę zabrać cię do domu. Byłem zły po tej okropnej kłótni, ale po twoim odejściu zrozumiałem, jak bardzo mi cię 
brakuje. Przemyślałem wszystko i wiem, że powinienem bardziej współczuć ci po stracie pracy. Teraz rozumiem, ile to 
dla ciebie znaczyło i jeśli po ślubie chcesz nadal pracować, nie mam nic przeciwko temu. 

Bella spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– To znaczy, że nadal chcesz się ze mną ożenić? – Nie mogła wprost uwierzyć, że jest to dla niego oczywiste. 
– No jasne, że tak. – Mike objął ją, oczekując gorącego powitania. Zrobił zbolałą minę, kiedy się wyrwała. – W czym 

problem, kochanie? 

background image

W tym, że nie był Edwardem. Bella obronnym gestem skrzyżowała ręce. 
Kiedy cisnęła pierścionek Mike’owi w twarz, zapragnęła, by pożałował, że nie współczuł jej. Owszem, pożałował. 

Jej  życzenie  się  spełniło.  Powiedział,  że  ją  kocha  i  docenił  jej  ambicje  zawodowe.  Dokładnie  tak,  jak  tego  wówczas 
pragnęła.  To  powinno  stać  się  wspaniałym  zakończeniem  dzielącego  ich  nieporozumienia.  Baśń  stała  się 
rzeczywistością, ale Bella przestraszyła się, widząc, że to nie o tego księcia jej chodzi. 

Jak  ma  to  wytłumaczyć  Mike’owi?  Zawahała  się.  Pragnęła  wyznać  mu  prawdę,  nie  raniąc  przy  tym  jego  uczuć. 

Przyleciał  aż  z  Anglii,  żeby  się  z  nią  zobaczyć.  Nieuprzejmością  byłoby  zakomunikować  mu  na  wstępie,  że 
niepotrzebnie się fatygował. Musi mu o tym powiedzieć w bardziej odpowiedniej chwili, zasługiwał przynajmniej na to. 

Rozejrzała się po biurze. 
–  To  nie  jest  właściwe  miejsce  do  rozmowy  –  wykręciła  się.  –  Jesteś  zmęczony.  Może  lepiej  porozmawiajmy  o 

wszystkim, kiedy się porządnie wyśpisz. 

–  Oczywiście  –  uśmiechnął  się  Mike,  przekonany  że  Bella  łatwo  się  z  nim  zgodzi.  –  W  końcu  zjawiłem  się  bez 

uprzedzenia. Pewnie dlatego tak dziwacznie się zachowujesz. 

Miała  już  na  końcu  języka,  że  w  jej  zachowaniu  nie  ma  niczego  dziwacznego,  ale  pohamowała  się.  Nie  chciała 

wszczynać kłótni. 

Edward’a zastała na „Calypso” z furią polerującego słupki relingu. Zobaczył, że nadchodzi i wytarł dłonie w szmatę. 
– A więc to jest Mike – parsknął. – Bardzo arystokratyczny! Mam nadzieję, że się nie obraził, bo zapomniałem przed 

nim dygnąć? 

Bella zacisnęła dłonie w pięści. 
– Nie wspominał o tobie. 
– A swoją drogą, co on tu robi? 
– Wydaje mi się, że to nie twój zakichany interes! – uniosła się. 
–  Może  jednak  zgadnę  –  powiedział  ironicznie  Edward,  zabierając  się  znów  do  polerowania.  –  Przyjechał  tu,  by 

wyswobodzić  cię  z  niewoli  i  przywrócić  na  łono  rodziny,  gdzie  będziesz  mogła  skorzystać  ze  swoich  zdolności 
organizacyjnych, opiekując się starszyzną rodową. Koniec z gotowaniem i sprzątaniem! Niestety, nie mogę się oprzeć 
wrażeniu, że szybko ci się to znudzi, Bello. Mike nie jest odpowiednim mężczyzną dla takiej kobiety, jak ty. 

background image

– Wystarczyło mu odwagi, żeby przyznać się do błędu, na co ciebie nie stać! – wypaliła bez zastanowienia. Chwyciła 

głęboki oddech i policzyła do dziesięciu. – Mike jest zmęczony – dodała spokojniejszym tonem. – Zabiorę go do domu 
Alice, żeby mógł się wyspać. Wynajął samochód, więc skorzystam z okazji i wezmę od ciebie swoje rzeczy. 

– Bardzo sprytnie! – zadrwił Edward. – Jesteś pewna, że poradzi sobie bez lokaja? 
Bella zignorowała tę zaczepkę. 
– Wrócę po południu taksówką. 
– Nie trudź się. Nie zamierzam wyrywać cię z ramion kochanka, który przebył taki szmat drogi, żeby cię utulić. 
– Myślałam, że nawał pracy nie pozwala mi oderwać się na dłużej niż pięć minut. 
Edward nałożył trochę pasty na szmatę i zabrał się za następny słupek. 
– Firma nie zawali się bez ciebie. Przedtem radziłem sobie sam, poradzę więc i teraz. 
Tylko czy ona poradzi sobie bez niego? 
– W takim razie będę tu z samego rana. 
Ponieważ Edward nie odpowiadał, westchnęła i poszła. Kiedy się obejrzała, zobaczyła jednak, że odłożył szmatę i 

patrzy w ślad za nią. 

Podczas  gdy  Mike  spał,  Bella  siedziała  na  ocienionym  tarasie  i  przyglądała  się  różowym  i  szarym  australijskim 

kaktusom, pieniącym się dziko wzdłuż drogi pomiędzy wysokimi kauczukowcami. Poprosiła go o czas do namysłu, a 
Mike zgodził się nie nalegać. 

Wiedziała, że musi wszystko przemyśleć. Przedtem  myliła się, skąd pewność, że i tym razem nie popełnia błędu? 

Być może Edward miał rację i było to tylko chwilowe zauroczenie, które minie, gdy wróci do dawnego trybu życia. Dla 
przyzwoitości powinna dać Mike’owi szansę ma przypomnienie jej o ważnych niegdyś dla niej sprawach. 

Przed  przeprowadzeniem  się  do  Edward’a  opróżniła  lodówkę,  więc  musieli  pójść  coś  zjeść.  Wiedząc,  jakim  jest 

snobem, zaprowadziła go do najlepszego lokalu w mieście, lecz drażnił ją jego chłodny ton i wyniosłe spojrzenie. 

– Liedermann, Marshall i Jones dopytywali się o ciebie – powiedział, gdy już złożyli zamówienie. – Chodzą słuchy, 

że  chcą  cię  na  nowo  przyjąć.  W  istocie  Barry  Shillingworth  prosił,  żebyś  skontaktowała  się  z  nim  natychmiast  po 
powrocie. – Dotknął jej dłoni. – Jak widzisz, kochanie, wszyscy cię potrzebujemy. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Edward’a,  pomyślała  z  żalem.  Delikatnie,  by  nie  urazić  Mike’a,  cofnęła  dłoń.  Odwróciła 

background image

wzrok i natrafiła na znajome spojrzenie zielonych oczu. 

Doznała szoku. Poczuła się tak wstrząśnięta, jakby nagle stanęła nad przepaścią. Przez chwilę pragnęła, by jej myśli 

dotarły do Edward’a, lecz spostrzegła, że siedzi w towarzystwie Jessica, a kelner podaje im jedzenie. 

To tu właśnie z nią przychodził! Chora z zazdrości popatrzyła niechętnie na  Edward’a. Jej spojrzenie było wrogie, 

jego chłodne i oskarżycielskie. 

– Jakoś nie wyrażasz nadmiernego entuzjazmu – zauważył Mike i Bella zmusiła się, by zwrócić na niego uwagę. 
– Bujasz gdzieś w obłokach! Zawsze miałaś fioła na punkcie tej cholernej pracy. 
– Przepraszam, Mike’u. – Bezradnie wzruszyła ramionami. – To wszystko dzieje się zbyt szybko. Muszę się z tym 

oswoić. 

– Nie bardzo rozumiem, z czym – zdenerwował się nieco. 
– Nie ma nad czym deliberować. Po powrocie wszystko będzie tak jak dawniej. Chyba tego właśnie chciałaś. 
– Od przyjazdu do Australii miałam mnóstwo czasu na przemyślenia  – próbowała wyjaśnić. – Nie rozumiesz? Nie 

mogę po prostu udawać, że LMJ mnie nie wylali ani że się nie posprzeczaliśmy. 

Mike spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
–  Taka  okazja  już  się  nie  powtórzy.  Z  tego,  co  mówił  Barry,  możesz  nawet  spodziewać  się  awansu.  Nigdy  nie 

ociągałaś się z chwytaniem takich możliwości. 

– Nie – przyznała niechętnie. – Wiem, że oparłam całe moje życie na pracy. Ale teraz miałam okazję spojrzeć na to 

wszystko z dystansu. Nie wiem, czy chcę jeszcze wrócić do reklamy. 

Twarz Mike’a pojaśniała z zadowolenia. 
– To znaczy, że nie chcesz już pracować? W takim razie możemy się pobrać natychmiast po powrocie. 
– Nie w tym sensie – powiedziała szybko, zanim Mike zabrnął zbyt głęboko w niebezpieczny dla niej temat.  – Po 

prostu w tej chwili sama nie wiem, czego chcę. 

– Zmieniłaś się. – Mike spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. 
Bella znów napotkała spojrzenie Edward’a. 
– Owszem, zmieniłam się. 
Mike był uszczęśliwiony zmianą nastawienia Belli do jej kariery, ale nie mógł wprost uwierzyć, że dziewczyna unika 

background image

jakiejkolwiek wiążącej odpowiedzi. 

– Za parę dni możemy być z powrotem w Anglii – powiedział. – W tej sytuacji, nic cię tu już nie trzyma. 
–  To  nie  żarty  –  odparła  ostrożnie.  –  Muszę  się  przespać  z  tym  problemem,  Mike’u.  Nie  chcę  w  pośpiechu 

podejmować kolejnej decyzji. 

Kolacja dłużyła się w nieskończoność. Bella z całych sił starała się nie spuszczać wzroku z Mike’a, lecz odruchowo 

zerkała wciąż w stronę Edward’a i Jessica. 

Wreszcie, ku jej uldze, Edward i Jessica wstali. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że muszą przejść obok nich i 

znów się najeżyła. 

Jessica zatrzymała się zdumiona na widok Belli. 
– Cześć, nie wiedziałam, że tu bywasz. 
– Świat jest mały – uśmiechnęła się niepewnie Bella. Spojrzała na Edward’a. – Cześć – dodała chłodno, jakby nie 

rozstali się przed paroma godzinami. 

– To jest narzeczony Belli – zaanonsował ironicznie Edward. – Mike, prawda? 
– Mike Newton – powiedział z godnością Anglik. Spojrzał na Edward’a, nie wiedząc, czy ma się obrazić z powodu 

kpiącego tonu, jakim został przedstawiony uroczej blondynce. 

– Myślałem, że chcieliście zostać sam na sam – nacierał Edward. – Czyżby zabrakło już wspólnych tematów? 
– Oczywiście, że nie – odparł Mike z godnością. – Jednak człowiek musi jeść. 
–  Gdybym  to  ja  nie  widział  narzeczonej  przez  dwa  miesiące,  nie  zwracałbym  uwagi  na  jedzenie  –  powiedział 

Edward. – W dodatku, gdyby tą narzeczoną była Bella, nie puściłbym jej samej nawet na miesiąc. 

– Co to ma znaczyć? – spytał wojowniczo Mike, unosząc się z krzesła. 
– Tylko tyle, że sam nie ma narzeczonej, bo żadna dziewczyna nie chciałaby wyjść za mąż za takiego podejrzliwego i 

zaborczego osobnika – wtrąciła Bella, spoglądając nienawistnie na Edward’a. Posadziła Mike’a z powrotem na krzesło. 
Usiadł, mamrocząc coś gniewnie. 

– Nie wiedziałam, że jesteś zaręczona – powiedziała szybko Jessica, by zdusić w zarodku kiełkującą awanturę. 
– Naprawdę? – Bella spojrzała z irytacją na Edward’a. 
Czemu nazwał Mike’a jej narzeczonym? Przecież powiedziała mu prawdę na jachcie. Nie śmiała jednak zaprzeczyć 

background image

w obecności Mike’a. Wolała wyjaśnić mu w cztery oczy, że nie zmieniła zdania w sprawie ich małżeństwa. 

– Gdybym wiedziała, że tu jesteście, zaprosiłabym cię wraz z narzeczonym do naszego stolika  – ciągnęła  Jessica, 

poprawiając dłonią jasne włosy. – Planujemy podróż dookoła świata i przydałyby się nam twoje porady kulinarne. Żadne 
z nas nie zastanawiało się nad tą stroną rejsu, prawda, Edward? 

Dla  Belli  był  to  kolejny  cios.  Edward  i  Jessica  planowali  wspólny  rejs  dookoła  świata?  Co  noc  będą  leżeć  na 

szerokiej koi, a światło księżyca będzie opromieniało ich swym blaskiem. Edward i Jessica błądzący po pustych plażach 
w promieniach zachodzącego słońca. Chciała się zerwać i krzyknąć: „Nie”, by zetrzeć ten głupawy uśmieszek z twarzy 
Jessica i oświadczyć, że Edward należy do niej. 

Usta miała zdrętwiałe, gardło ściśnięte i suche. 
–  Czyżby  Edward  ci  nie  wspominał,  że  jestem  niezbyt  przydatna  na  jachcie?  –  Popatrzyła  na  niego,  pragnąc  mu 

przypomnieć,  jak  przytuleni  do  siebie  obserwowali  wyskakujące  z  wody  delfiny,  jak  rozmawiali  o  zmierzchu  i  jak 
namiętnie kochali się owej nocy pod gwiazdami. 

Edward odwzajemnił spojrzenie, w pociemniałych z gniewu oczach wyczytała, że pamięta wszystko aż za dobrze i 

jest zły, że mu to przypomina. 

Mike roześmiał się z niedowierzaniem. 
–  Nie  mów  mi,  że  żeglowałaś,  kochanie.  Wobec  tego,  najwyższy  czas  zabrać  cię  do  domu,  zanim  staniesz  się 

prawdziwą sportsmenką. Wolę cię jako domatorkę, szczególnie w łóżku! 

Edward zrobił straszną minę, a Bella przestraszyła się, że rzuci się na Mike’a. Jednak tylko ścisnął rękę Jessica tak 

mocno, że dziewczyna jęknęła. 

– Wobec tego nie będziemy cię fatygować – oznajmił twardo. – Pewnie chcesz jak najszybciej wrócić do domu. 
– Coś takiego – powiedział Mike, spoglądając z wściekłością w ślad za Edwardem. – Za kogo ten śmieć się uważa? 
Bella odprowadzała wzrokiem wychodzącego z restauracji Edward’a. Bez niego sala wydawała się zimna i pusta. 
– Nie zawsze jest taki. – Przypomniała sobie uśmiech Edward’a, szeptane przez niego miłosne zaklęcia. 
– Nie wiem, co ta jego przyjaciółka w nim widzi – warknął Mike, wciąż poruszony zajściem. 
Jego przyjaciółka Jessica. Szczęściara, będzie mogła co rano budzić się w jego ramionach. 
– Pewnie wie swoje – powiedziała cicho. Nieważne, jak niemiły potrafił być Edward. Ona też wiedziała. 

background image

–  Zaczynam  myśleć,  że  między  wami  coś  zaszło  –  wyznał  Mike.  –  Jak  on  patrzył  na  ciebie  i  na  mnie!  Gdyby 

spojrzenie  mogło  zabijać,  zostałaby  ze  mnie  mokra  plama  na  ścianie.  No,  ale  skoro  wybiera  się  z  tą  dziewczyną  w 
podróż dookoła świata, to chyba nie jest tobą zainteresowany. Więc jednak doszło między wami do czegoś, czy nie? 

– Nie – powiedziała ze smutkiem Bella. – Do niczego nie doszło. 
 
Rano zamówiła taksówkę. 
– Ale przecież ja tu jestem! – zaprotestował Mike, gdy poinformowała go o tym. – Ten osobnik chyba się ciebie nie 

spodziewa? 

–  Łodzie  wymagają  przygotowania  –  odparła,  chociaż  skończył  się  gorący  okres  i  na  ten  weekend  nikt  nie 

wyczarterował  żadnego  jachtu.  –  Nie  ma  sensu,  żebym  siedziała  tu  z  założonymi  rękoma,  kiedy  będziesz  odsypiał 
różnicę czasu. Wpadniesz po mnie później. 

Mike marudził, lecz Bella uparła się. Przystań była obecnie jedynym miejscem, gdzie czuła się jak w domu, poza tym 

aż  do  bólu  pragnęła  spotkać  Edward’a.  Być  może  nigdy  więcej  do  niczego  między  nimi  nie  dojdzie,  ale  musiała  go 
zobaczyć. Nawet nie musiała na niego patrzeć, wystarczała jej świadomość, że będzie w pobliżu. 

Do późna w nocy przekręcała się z boku na bok, katując się myślą o Edwardyizie i Jessice. Czy zmieniłoby to coś, 

gdyby  wiedziała,  że  naprawdę  są  sobie  bliscy?  Czy  kiedy  się  z  nią  kochał,  układał  w  myślach  wyprawę  z  Jessicą? 
Zmęczony  umysł  Belli  nie  potrafił  znaleźć  żadnej  odpowiedzi.  Wiedziała  tylko,  że jej  marzenie o  życiu  z  Edwardem 
legło w gruzach, podobnie jak i wiele innych. 

Edward miał jeszcze bardziej niemiły wyraz twarzy i unikał Belli, jak tylko mógł. Kiedy pod koniec pracy odnosiła 

kubeł, odezwał się do niej wreszcie: 

– Przed chwilą dzwoniła Alice. Wraca z Jasper’em do domu, przyjadą jutro rano. 
Jutro? Bella przeraziła się na myśl, że nadszedł już koniec. 
– To wspaniała wiadomość – mruknęła. 
– Odbiorę ich z lotniska – dodał Edward. – Powinnaś być w domu, żeby ich przywitać. Nie musisz tu przychodzić. 

Nie ma wielkiego ruchu i sam dam sobie radę, póki nie wróci Alice. 

– Rozumiem. – Nie ma przed nią nawet jutra. Koniec nastąpił dziś. Teraz. Jak w transie sięgnęła po torebkę. – Więc 

background image

rozstajemy się? 

Edward zerwał się z krzesła. 
– Ja... tak, chyba tak... – Zawahał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale kiedy odezwał się ponownie, zabrzmiało to 

sztywno i formalnie: – Dziękuję za współpracę. 

– Nie ma za co. – Belli wydawało się, że przebywa w obcym ciele. Nie mogła tak zwyczajnie odejść, nie mówiąc mu, 

co czuje! Odwróciła się. – Edward... 

– Słucham? – Nie wyglądało to zachęcająco. 
– Edward, ja... – urwała. Wyznanie, że go kocha, potrzebuje i że serce jej pęka na myśl o rozstaniu, powinno pójść 

gładko,  ale  słowa uwięzły  jej  w  gardle. Mógłby  roześmiać  się  jej  prosto  w  twarz,  strzelić  palcami  i  dodać,  że  miłość 
powinna zarezerwować dla swej bezcennej kariery. 

Jej wahanie obudziło czujność Edward’a. 
– O co chodzi? – spytał. 
A niech się śmieje, postanowiła Bella. Przynajmniej ulżę sobie. 
– Edward, chciałam ci powiedzieć... 
Przerwał  jej  donośny  dźwięk  klaksonu.  Przez  okno  zobaczyła  Mike’a  siedzącego  za  kierownicą  wynajętego 

samochodu i bezradnie opuściła ręce. Wzrok Edward’a stężał. 

– Lepiej już idź. Nie możemy pozwolić, żeby jego lordowska mość czekał. 
Bella  przygryzła  wargi  i skinęła  głową.  Nie  potrafiła  zdobyć  się  na  wyznanie,  kiedy  obserwował ich  Mike.  Może 

było to bez znaczenia, może za jakiś czas będzie się cieszyła, że zdobyła się jedynie na zdawkowe: 

– Do widzenia. 
Szybkim krokiem ruszyła w stronę samochodu. Mike czuł się urażony, że zostawiła go samego na cały dzień. Wciąż 

narzekał w drodze do domu. 

– Nadal nie rozumiem, czemu musiałaś pójść do pracy – powiedział, otwierając drzwi. – Nawet ci nie zapłacił! 
– Nie o to chodzi – rzekła zmęczona. 
– Tak? A o co? To nie działalność dobroczynna i nie podoba mi się, że moja narzeczona spędza całe dnie, pracując za 

darmo, zwłaszcza dla takiego typka jak Cullen. 

background image

–  Nie  jestem  twoją  narzeczoną  –  powiedziała,  rzucając  torebkę  na  krzesło.  –  Przestałam  nią  być  w  chwili,  kiedy 

oddałam ci pierścionek. 

Mike nasrożył się. 
– Myślałem, że postanowiliśmy puścić to wszystko w niepamięć. 
– To ty tak postanowiłeś. 
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że odbyłem tę całą podróż na próżno? – zdumiał się. 
Westchnęła. 
–  Byłam  bardzo  rozgoryczona  po  tamtej  kłótni.  To  normalne.  Gdybyś  przyszedł  do  mnie  następnego  dnia  i 

powiedział  to,  co  usłyszałam  od  ciebie  wczoraj,  pewnie  rzuciłabym  ci  się  w  ramiona.  Teraz  cieszę  się,  że  tego  nie 
zrobiłeś. 

– Cieszysz się? 
– Teraz wiem, że pobierając się, popełnilibyśmy straszny błąd.  – Starała się wytłumaczyć mu to najdelikatniej, jak 

tylko potrafiła. – Nie znaliśmy się tak naprawdę. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo różnimy się od siebie. 

–  Wcale  nie  –  zaprotestował.  –  Prowadzimy  podobny  tryb  życia,  mamy  wspólne  zainteresowania,  wspólnych 

przyjaciół. .. W czym tkwi ta różnica? 

Bella spojrzała na niego bezradnie. 
– W sposobie myślenia. 
– Co za bzdury! – obruszył się Mike. – Najwyraźniej Australia pomieszała ci w głowie. Zmienisz zdanie, gdy tylko 

wrócimy do domu. 

– Nie zamierzam zmienić zdania. – Chwyciła głęboki oddech. – Przykro mi, Mike’u, ale nie wyjdę za ciebie, bo cię 

nie kocham. Chyba nigdy cię nie kochałam. 

Mike wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć. 
– Czy zdajesz sobie sprawę, z czego musiałem zrezygnować, żeby pojechać w ślad za tobą? Utknąłem na dwa dni w 

tym paskudnym miejscu i mój kręgosłup pewnie nigdy nie dojdzie do siebie po najbardziej niewygodnym łóżku, w jakim 
miałem nieszczęście spać, a wszystko to dla ciebie! 

– Nie prosiłam, żebyś przyjeżdżał – zauważyła Bella rozdrażniona próbą obwiniania jej za wszystko. – Przepraszam, 

background image

że trudziłeś się na próżno, ale mogłeś napisać, tak jak ja to zrobiłam. 

– Nie dostałem od ciebie nawet zakichanej pocztówki! 
– Nie – przyznała – ponieważ nie zdążyłam wysłać listu. Wygładziła wyjętą z torebki zmiętą kopertę. 
Kiedy spojrzała na nią, stanął jej przed oczyma moment, gdy list upadł na podłogę kabiny, wyraz twarzy Edward’a, 

kiedy go podnosił i rozsypujące się jak domek z kart jej szczęście. Nie zmieniła zdania w sprawie tego, co napisała w 
liście, tylko jej serce nie biło już tak radośnie. 

Wręczyła kopertę Mike’owi. 
– Masz, możesz go przeczytać. Jest zaadresowany do ciebie. Mike spojrzał podejrzliwie na list i otworzył kopertę. 
– Wszystko jasne – rzekł głucho, kiedy skończył lekturę. – Mogłem spokojnie oszczędzić sobie podróży. Już podjęłaś 

decyzję? 

– Tak. Nie miałam pojęcia, że się zjawisz. 
– Pewnie, że nie – powiedział z goryczą Mike. – Tylko czemu nie powiedziałaś mi o tym zaraz po przylocie, zamiast 

podsycać moje nadzieje i robić ze mnie głupka? 

Mike nie robił sobie żadnych nadziei, zreflektowała się Bella. Był wręcz przekonany, że jak zwykle dostosuję się do 

jego planów. Westchnęła. 

– Przepraszam – powtórzyła. 
– Nie rozumiem cię – ciągnął uparcie. – Oferuję ci szansę, o jakiej zawsze marzyłaś, a ty ją odrzucasz. Chyba nic cię 

tu nie trzyma? Trudno zresztą uwierzyć, żeby podobało ci się w tej dziurze. 

Dziewczyna  pomyślała  o  błękitnym  morzu,  słońcu  igrającym  w  wodzie,  o  turkusowych  falach  obmywających 

śnieżnobiałe  plaże.  Przypomniało  się  jej  niebo,  wiatr  i  szum  wody  rozcinanej  kadłubem  jachtu.  Zobaczyła  twarz 
Edward’a, jego uśmiech i zielone oczy. 

– Podoba mi się tutaj – odparła. 
– Nie możesz zostać tu na zawsze. Wiesz o tym, prawda? I co zamierzasz w związku z tym? 
– Jeszcze nie wiem – odparła ze ściśniętym sercem. 
Czułaby się bardziej winna wobec Mike’a, gdyby nie wiedziała, że głównie ucierpiała jego miłość własna. Zawsze 

uwielbiał  teatralne gesty,  a  lot  do  Australii  w  celu odzyskania  narzeczonej  był  ukoronowaniem  tej  maniery.  Niestety, 

background image

rachuby zawiodły, więc stracił poczucie humoru. 

Oświadczył, że dał ostatnią szansę Belli, i ma nadzieję, że jeszcze tego pożałuje. Tymczasem nie może się doczekać, 

by strząsnąć z butów kurz Port Lincoln. 

W  sumie  ulżyło  jej, kiedy  zdołała  zamówić  mu  ostatni lot do Adelajdy.  Na  odchodnym  zakomunikował,  że skoro 

odbył tak daleką podróż, nie zawadzi załatwić przy okazji paru interesów, w związku z czym zwiedzi winnice w Barossa 
Valley. 

Bella  z  obrzydzeniem  zastanawiała  się  potem,  czy  ten  romantyczny  gest  Mike’a  nie  był  jedynie  przykrywką  dla 

podróży służbowej, co pozwoli odliczyć mu koszty od podatku. Spędziła samotnie noc w domu Alice, zastanawiając się, 
czy  Edward  siedzi  na  werandzie,  spoglądając  na  morze.  Czy  myśli  o  niej,  czy  wspomina  wspólnie  spędzoną  noc?  A 
może razem z Jessicą ustala szczegóły wyprawy dookoła świata? 

Obraz Edward’a stale jawił się jej przed oczyma. Edward wznoszący w rozpaczy oczy do nieba, Edward pomagający 

jej wsiąść do łodzi, pochylający się nad nią, by ją pocałować... Usiłowała odgonić te wspomnienia, lecz przeszkadzał jej 
w  tym  mrok  nocy.  Przypomniała  sobie,  jak  ją  odtrącił,  jakim  zimnym  i  złym  spojrzeniem  obrzucił  ją  wczorajszego 
wieczoru. 

„Nie chcę stać się elementem twojego życia” – te słowa gorzko dźwięczały jej w uszach. Wybrał Jessice. 
Nawet nie zdążyła mu powiedzieć, jak bardzo go kocha. Była tak przejęta chwilą rozstania, że zupełnie zapomniała o 

rywalce. Nie mogła znieść myśli, że teraz śmieją się oboje z głupiutkiej Angielki. 

 
Obudziła się wcześnie rano. Spała źle, nękał ją koszmar, w którym Edward podchodzi do niej i jest rozczarowany, że 

to nie Jessica. Posprzątała dom i przygotowała wszystko na przyjazd Alice i Jasper’a. 

Układała lilie w wazonie, kiedy usłyszała zbliżający się samochód. Drżącymi dłońmi odstawiła wazon. Był z nimi 

również  Edward.  Powinna  przywitać  się  z  nim  obojętnie,  jakby  nic  między  nimi  nie  zaszło.  Nic  nie  może  zakłócić 
powitania Jasper’a i Alice. 

Chwyciła głęboki oddech i otworzyła drzwi frontowe. Najpierw dostrzegła Edward’a. Pomagał Jasper’owi wysiąść z 

auta. Odwrócił głowę na dźwięk otwieranych drzwi i napotkał wzrok Belli. Miał obojętny wyraz twarzy. Postąpiła krok 
w jego kierunku. 

background image

Z drugiej strony samochodu pojawiła się Alice i ze łzami radości podbiegła do Belli, ściskając ją serdecznie. 
– Wyglądasz zupełnie inaczej – zawołała, odsuwając się od niej na wyciągnięcie ręki. – Być może przyczyniłam się 

do tego, a może to słońce? Nie zmieniłaś uczesania? Nie, to coś innego... 

Bella spojrzała zdumiona na kuzynkę. Cała Alice, od razu wykryła prawdę? Roześmiała się z wysiłkiem. 
– Nie miałam czasu wysuszyć włosów, ale wciąż jestem taka sama. Naprawdę! 
Poszła  przywitać  się  z  Jasper’em,  unikając  wzroku  Edward’a.  Jasper,  wysoki,  barczysty  mężczyzna,  miał  nieco 

kłopotu z kulami, lecz ucałował Bellę i podziękował jej za zachowanie pracy dla Alice. 

– Bardzo jej na tym zależało – dodał. 
– Wejdziesz, Edward? – zaproponowała Alice. – Nawet nie zdążyliśmy ci podziękować. 
–  Chyba nie.  –  Uśmiechnął się przelotnie.  –  Musicie się  zadomowić,  a  poza  tym  Bella  ma  dla  was niespodziankę 

związaną z Mike’em. 

Wsiadł do samochodu i szybko odjechał. 
 

background image

R

ozdział

 

10 

 
– Co on właściwie miał ma myśli? – spytała zaintrygowana Alice. – I jaki ma to związek z Mike’em? 
– Nic ważnego. – Bella schyliła się, by wziąć walizkę. – Opowiem ci potem, na razie wejdźmy do środka. 
Minęło trochę czasu, zanim usiedli przy powitalnym drinku na tarasie za domem. Bella starannie unikała opowieści o 

tym, co robiła, słuchając o pobycie Jasper’a w szpitalu. 

– Miałem mnóstwo czasu na przemyślenia – powiedział Jasper. – Zdałem sobie sprawę, jakim byłem egoistą, ciągnąc 

za sobą Alice po całym kraju i rzucając w połowie wszystko, co zacząłem. – Wziął Alice za rękę. – Ale to się zmieni. 

– Przeprowadziliśmy długą rozmowę – zaczęła opowiadać Alice. – Postanowiliśmy jeszcze raz zacząć od nowa, aby 

tym razem doprowadzić wszystko do końca i w miarę możności najlepiej. Jasper znalazł małą firmę czarterującą jachty 
w Whitsundays. Kupimy ją za pieniądze ze sprzedaży domu I zarobione u Edward’a. Spróbujemy – wzorem Edward’a – 
postawić wszystko na najwyższym poziomie. Na początku będzie ciężko, ale musi się udać. 

–  Tak  –  przyznał  Jasper.  –  Ten  wypadek  pomógł  mi  zmienić  hierarchię  wartości.  Zawsze  byłem  niespokojnym 

duchem, pragnącym robić coś zupełnie innego. Teraz wiem, co jest najważniejsze, Alice i ja mamy siebie nawzajem. 

Mówiąc to, popatrzył z miłością na żonę. Oboje wyglądali na tak szczęśliwych, że Belli łzy stanęły w oczach. 
Edward nigdy tak na nią nie patrzył. Nigdy nie będzie tak szczęśliwa jak kuzynka, nie będą dzielić wspólnych trosk i 

radości. Zamrugała gwałtownie, starając się powstrzymać od płaczu. Nie warto tracić czasu na rozważanie, co by było, 
gdyby... 

– Cieszę się – powiedziała serdecznie. 
– Teraz opowiedz nam o Mike’u – zażądała Alice. – Co miał na myśli Edward, mówiąc o rewelacjach? 

background image

– Mike pojawił się tu zupełnie niespodziewanie. – Roześmiała się, widząc minę kuzynki. 
– Przyleciał aż z Londynu, żeby cię zobaczyć? – wykrzyknęła podniecona Alice. 
– Mnie i kilka winnic – odparła ironicznie Bella. 
– Ależ, Bello, to wspaniała wiadomość! Czemu nic nam o tym nie powiedziałaś...  – Urwała, widząc dziwną minę 

kuzynki. – Czy błagał cię, żebyś do niego wróciła? 

– Powiedział, że wciąż chce, żebym za niego wyszła. – Starannie ważyła każde słowo. 
–  Czyż  nie  tego  właśnie  pragnęłaś?  Przecież  powiedziałaś  mi,  że  za  nim  tęsknisz.  –  Alice  była  wyraźnie 

zbulwersowana obojętnością Belli. 

Dziewczyna zaczerwieniła się. Wymieniła imię Mike’a, bo nie śmiała powiedzieć, że chodzi jej o Edward’a. 
–  Byłam  wówczas  przygnębiona  z  zupełnie  innego  powodu  –  tłumaczyła  się  niezręcznie.  –  Mike  był  jedynie 

wymówką. Kiedy się zjawił, utwierdziłam się w tym, że nic do niego nie czuję. 

– Rozumiem – oświadczyła bez przekonania Alice. 
– Kiedy zamierzacie przenieść się do Whitsundays? – zapytała, zmieniając temat. 
– Jak tylko sprzedamy dom – rzekł Jasper. – Kłopot w tym, że wystawimy Edward’a do wiatru. Głupio nam było, że 

trzymał miejsce dla Alice, ale kiedy opowiedzieliśmy mu o naszych planach, ucieszył się. 

– Szczerze mówiąc – zastanowiła się Alice – to Edward był bardzo czymś zaaferowany. 
– Pewnie ma jakieś inne problemy – podpowiedział Jasper. 
– Bella będzie wiedziała coś więcej na ten temat. W końcu pracowałaś dla niego, prawda? Jak mu leci? 
– O ile wiem – powiedziała obojętnym tonem – nie był specjalnie zajęty w ostatnim tygodniu. 
– A jak układało ci się z Edwardem? – zaciekawiła się Alice. 
– Dobrze. 
– Zabawne, ale Edward powiedział to samo – zauważył Jasper. 
– Zabrzmiało to równie nieszczerze. Chyba nie układało się wam najlepiej – roześmiał się. 
– Skądże – próbowała się uśmiechnąć Bella. 
– Jasper – odezwała się nagle Alice. – Powinieneś się położyć i odpocząć. 
– Wcale nie jestem zmęczony – zaprotestował. 

background image

– Mieliśmy długą podróż, a ty dopiero co wyszedłeś ze szpitala – oświadczyła, pomagając mu wstać. 
Kiedy Alice układała męża do snu, Bella ochłonęła nieco I spokojnie popijając drinka, czekała na powrót kuzynki. 
– Mów. – Alice usiadła obok niej. 
– O czym mam mówić? – zapytała nonszalancko Bella. 
– O tym, co zaszło pomiędzy tobą a Edwardem. 
– Nic. 
– Daj spokój, Bell! Tylko na ciebie spojrzałam, już wiedziałam, że z tobą jest coś nie tak, podobnie jak z Edwardem! 
– Nic się nie stało! – upierała się Bella. 
– To czemu udajesz, że nie masz złamanego serca? 
– Bo nie. – Ze zdenerwowania zadzwoniła zębami o szklankę. 
–  Myślałam,  że  chodzi  o  Mike’a,  ale  skoro  twierdzisz,  że  on  się  nie  liczy,  pozostaje  tylko  Edward.  Nawiasem 

mówiąc, miał taką minę, jakby ktoś walnął go w brzuch. 

–  Ale  to  nie  ma  nic  wspólnego  ze  mną.  –  Bella  nie  mogła  już  dłużej  robić  dobrej  miny  do  złej  gry.  –  On  mnie 

nienawidzi – rozpłakała się. 

Alice podała jej chusteczkę. 
– Najlepiej będzie, jak mi wszystko opowiesz. 
Stopniowo wyciągnęła z kuzynki całą prawdę. Jak się spotkali, jak się pokłócili, jak  Bella nieświadomie zakochała 

się  w  nim.  Dowiedziała  się,  jak  zmieniła  się  atmosfera  między  nimi  podczas  pamiętnego  rejsu  i  jak  potem  wszystko 
znów się odmieniło. 

Bella  gładko  prześlizgnęła  się  nad  kwestią  wspólnej  nocy,  lecz  Alice  chyba  wyczuła,  co  się  stało,  bo  ze 

zrozumieniem skinęła głową, kiedy dowiedziała się o gwałtownej reakcji Edward’a na widok listu do Mike’a. 

– Drobna uwaga, był bardziej zmieszany od ciebie? 
– Chyba nie, powiedział, że nie chce się ze mną wiązać, a kiedy grzmotnął go bom, wpadł w furię! 
Alice z trudem powstrzymała się od śmiechu, kiedy kuzynka opowiedziała jej szczegóły wypadku. 
– Gdyby ciebie trafił bom, też nie byłabyś zachwycona. Z drugiej strony, Edward był również wściekły na siebie, że 

nie  wyjaśnił  ci  wszystkiego  dokładnie.  Nie  ma  się  czym  przejmować.  Wygląda  mi  na  to,  że  ten  biedak  szaleje  z 

background image

zazdrości. 

– Wątpię. Planuje z Jessicą rejs dookoła świata. 
– Skąd wiesz? 
– Jessica mi powiedziała. 
– Nie uwierzę, póki nie usłyszę tego od Edward’a – upierała się Alice. – Jessica jest fajna i nie przeczę, że Edward 

lubi z nią przebywać, ale żeby porzucać wszystko dla niej? Co to, to nie. 

– Był przy tym i nie zaprzeczył. 
–  Pewnie  myślał,  że  pogodziłaś  się  z  Mike’em.  To  wprost  niesamowite,  jak  dwoje  inteligentnych  ludzi  potrafi 

skomplikować sobie życie! Nie lubię wtrącać się w nie swoje sprawy, ale gdybym była na miejscu, nigdy bym do tego 
nie dopuściła. Jeśli chcesz wysłuchać mojej rady – dodała, widząc, że Bella otwiera usta, by zaprotestować – powinnaś 
natychmiast pojechać do Edward’a i powtórzyć mu to, co mi przed chwilą powiedziałaś. 

– Nie mogę! 
– Owszem, możesz. – Kuzynka była nieprzejednana. – Kochasz go? 
– Tak – szepnęła. – Bardzo. 
– To mu to powiedz. – Alice zerwała się z krzesła. – Nie mamy samochodu, ale zadzwonię po taksówkę. Tymczasem 

umyj twarz zimną wodą. 

– Alice, ja nie wiem... 
Kuzynka pozostała głucha na jej obawy i protesty. Przypilnowała, by Bella doprowadziła się do porządku i poleciła 

kierowcy, żeby jechał na przystań, nie zatrzymując się po drodze. 

Kiedy  Bella  płaciła  taksówkarzowi,  entuzjazm  wzbudzony  w  niej  przez  Alice  gdzieś  się  ulotnił.  Nie  tak  łatwo 

przyjdzie wyznać Edward’owi, że go kocha. Nawet nie wiedziała, od czego ma zacząć. 

Stała przez chwilę, spoglądając na przystań. Słońce odbijało się w wodzie, jak wtedy, gdy stanęła tu po raz pierwszy. 

Łodzie kołysała drobna fala, powietrze było ostre i przejrzyste. Tylko ona się zmieniła. Powoli ruszyła w stronę biura. 

Edward’a  nie  było  w  środku.  Nagle  zadzwonił  telefon.  Włączyła  się  automatyczna  sekretarka  i  w  pustym 

pomieszczeniu  rozległ  się  jego  głos.  Bella  zamarła.  Nigdy  nie  uruchamiał  sekretarki,  chyba  że  oddalał  się  na  dłużej. 
Czyżby przyjechała tu na próżno? 

background image

Z przyzwyczajenia przespacerowała się po pomoście, mijając  znajome jachty: „Valli”, „Persephone”, „Dorę Dee”, 

„Calypso”... Wszystkie czysto wyszorowane lśniły w słońcu. 

I wtedy zobaczyła Edward’a. 
Siedział samotnie na „Ali B” z tak posępną miną, że Belli ścisnęło się serce. Widocznie chciał wypolerować mosiądz 

wokół  kompasu,  lecz  pogrążony  w  niewesołych  myślach  odłożył  szmatę,  wpatrując  się  w  morze.  Nie  zauważył 
zbliżającej się Belli. 

– Edward. 
Odwrócił się i popatrzył na nią z niedowierzaniem. 
– Bella – powiedział wstając. 
Nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia. Po raz pierwszy  Bella widziała Edward’a zbitego z tropu. Sama również 

nie wiedziała, co powiedzieć. 

– Czy mogę wejść na pokład? – przemogła się wreszcie. Ku jej rozpaczy zabrzmiało to wyjątkowo angielsko. 
– Oczywiście – ocknął się Edward i wytarł zabrudzone dłonie. – Nauczyłaś się wchodzić na jacht – dodał, patrząc jak 

zwinnie przechodzi nad relingiem. 

– Tak. – Usiadła w kokpicie naprzeciwko Edward’a. Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. 
– Gdzie Mike? – przerwał milczenie Edward. 
– Odszedł. 
– Nie pojechałaś razem z nim? – spytał z napięciem, a Bella zwilżyła wargi. 
– Prosił mnie o to, ale... postanowiłam zostać. 
– Dlaczego? Chciałaś robić karierę w Anglii. Pragnęłaś Mike’a... Idealnie do siebie pasujecie, jest rzutki, inteligentny 

i gotów w razie czego cię przeprosić – rzekł z goryczą. 

– Należycie do siebie. 
– Tak myślałam, ale nie. – Spojrzała mu prosto w oczy. 
– Moje miejsce jest tutaj. 
Edward znieruchomiał. Sens jej słów docierał do niego powoli i w oczach zamigotał nieśmiały uśmiech. 
– Chcesz zostać? 

background image

Skinęła głową. Wziął ją za rękę i oboje wstali. 
– Naprawdę chcesz tu zostać? – powtórzył, jakby nie dowierzając własnym uszom. 
– Tak. 
– Ze mną? 
– Tak, jeśli... mnie zechcesz. 
– Czy cię zechcę? – roześmiał się nieoczekiwanie Edward. 
–  Siedziałem  tu,  pogrążony  w  czarnej  rozpaczy,  bo  myślałem,  że  już  cię  nigdy  nie  zobaczę,  a  ty  pytasz,  czy  cię 

zechcę? 

– Uśmiechnął się do niej. – Przeklinałem sam siebie za to, że pozwoliłem ci odejść z Mike’em. Zastanawiałem się, 

czy nie jest za późno, by pojechać do Anglii i błagać, żebyś wróciła, ale bałem się odmowy. Musiałbym cię prosić o 
zrezygnowanie z kariery i światowego stylu życia. 

– Już mi na tym nie zależy – powiedziała z ulgą Bella. 
– Pragnę tylko ciebie. 
Nagle znalazła się w jego ramionach i Edward całował ją a ona jego, jakby się bali, że w przeciwnym razie wszystko 

pryśnie niczym bańka mydlana. W końcu Edward oderwał się od niej. Ujął jej twarz delikatnie w obie dłonie i popatrzył 
na nią tak, jak nikt dotąd. 

– Kocham cię – powiedział z powagą, choć uśmiechał się nadal. – Czy ty naprawdę mnie kochasz? 
– Tak – odparła, łkając ze szczęścia. – Tak, tak, tak! 
– Wyjdziesz za mnie i zostaniesz tu na zawsze? 
– Tak – odparła, uśmiechając się przez łzy. Przyciągnęła go bliżej i znów się pocałowali. 
W jakiś czas później siedzieli przytuleni w kokpicie. 
– Byłam taka nieszczęśliwa – wyznała. – Myślałam, że mnie nie cierpisz. 
– Próbowałem  – rzekł  Edward. – Po raz pierwszy, kiedy  spotkałem cię taką wyelegantowaną, myślałem, że jesteś 

drugą Lauren – kobietą obsesyjnie pochłoniętą swoją karierą. Nie chciałem wiązać się z kimś takim. Przestraszyłem się, 
kiedy przyszłaś prosić o pracę, ale mimo uprzedzeń, nie mogłem nie dostrzec, że jesteś zupełnie inna. – Pogładził jej 
włosy  bardziej  przypominające  wzburzone  fale  niż  wymyślną  fryzurę.  Wciąż  były  miękkie  i  lśniące.  –  Lauren  nie 

background image

zrezygnowałaby ze swoich planów dla nikogo, a z pewnością nie szorowałaby na kolanach pokładu. Wiem, że kazałem 
ci  ciężko  pracować.  Chyba  chciałem,  żebyś  zrezygnowała  i  w  ten  sposób  przekonała  mnie,  że  jesteś  taka  sama  jak 
Lauren. Łatwiej byłoby mi zapomnieć, jak lśnią twoje oczy i jak rozjaśnia ci się twarz, gdy się śmiejesz. 

Owinął sobie kosmyk włosów dziewczyny wokół palca. 
–  Ale  ty  jednak  nie  zrezygnowałaś,  prawda?  W  niezwykle  uroczy  sposób  upierałaś  się  nie  uznawać  własnych 

porażek.  Byłem  wobec  ciebie  grubiański,  złośliwy  i  niesprawiedliwy,  a  ty  po  prostu  zadzierałaś hardo głowę.  Lauren 
działała bardziej subtelnie. Potrafiła być urocza, jeśli chciała ukryć swoją nieugiętą wolę. Jesteś o wiele uczciwsza od 
niej. Powiedziałem kiedyś, że podziwiam  twój upór, wkrótce jednak zrozumiałem, że żywię dla ciebie coś więcej niż 
podziw. 

– Byłam przekonana, że się wciąż ośmieszam. 
– Przyznaję, że mnie rozbawiłaś. To połączenie uporu i przerażenia. Do tego jeszcze uroda! 
Bella zadrżała z radości. 
– Myślałam, że wolisz długonogie blondynki. 
– Już nie – Edward pocałował ją pieszczotliwie za uchem. – W moim typie są obecnie małe, czupurne kasztanowłose, 

o dziecięcych buziach i słodkich usteczkach... 

Przesuwał usta po jej policzku, a Bella odwróciła ku niemu uśmiechniętą twarz. Ich wargi złączyły się. 
–  Po  raz  pierwszy  pocałowałem  cię  pod  wpływem  impulsu  –  mrukną)  po  chwili.  –  Nie  spodziewałem  się,  że 

wywrzesz na mnie takie wrażenie i nie będę mógł o tobie zapomnieć. Z dnia na dzień kochałem cię coraz bardziej, choć 
walczyłem z tym uczuciem. Lauren nauczyła mnie ostrożności w tym względzie. 

–  Ja  również  nie  chciałam  się  zakochać  –  powiedziała  Bella,  przysuwając  się  bliżej  do  Edward’a.  –  Po  historii  z 

Mike’em postanowiłam być niezależna. 

– Tak właśnie sądziłem. Opowiadałaś o karierze, jaka czeka cię po powrocie do domu i to właśnie przekonało mnie, 

że traktujesz Australię jedynie jako przejściowy etap w swoim życiu. Jednak nie mogłem się powstrzymać. Kiedy cię 
całowałem, kiedy błądziliśmy po plaży, kiedy siedzieliśmy razem w ciemnościach, wszystko wydawało się takie proste. 
Prawie złamałem się tego wieczoru w Reevesby, ale zaczęłaś mówić o powrocie do domu i pomyślałem, że nie warto 
angażować się w coś, czego potem będę żałował. To ostatecznie wyprowadziło mnie z równowagi. 

background image

– Dlatego byłeś dla mnie taki niedobry następnego dnia? 
– Chyba tak. Wysadziłem cię na brzeg, bo obawiałem się, że nie zdołam utrzymać rąk przy sobie. No a potem, kiedy 

zobaczyłem, że cię tam nie ma, straciłem resztki opanowania. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, pomyślałbym, że 
poszedł sobie na spacer, lecz to byłaś ty i pobiegłem sprawdzić, czy nic ci się nie stało. 

–  Cieszę  się,  że  tak  postąpiłeś  –  wyznała.  –  Wiem,  że  próba  zejścia  na  tamtą  plażę  była  głupotą  z  mojej  strony. 

Potraktowałam to jednak jako rodzaj sprawdzianu, wróżby, czy będziemy razem i... poślizgnęłam się. Byłeś tak wściekły 
na mnie, że straciłam resztkę nadziei. 

– Przyznaję, że powiedziałem wiele niepotrzebnych słów – przepraszającym tonem odparł Edward. – Przestraszyłem 

się,  widząc  cię  leżącą  w  dole.  Wszystko  we  mnie  zamarło,  dopóki  nie  wyprowadziłem  cię  bezpiecznie  na  ścieżkę,  a 
potem coś we mnie wstąpiło. Byłem zły na ciebie, że napędziłaś mi takiego strachu, a jeszcze bardziej na siebie, że do 
tego dopuściłem. 

– Gdybym to wiedziała – westchnęła, kładąc mu głowę na ramieniu. – Tego wieczoru byłam bardzo nieszczęśliwa. 
– Czy z tego powodu kokietowałaś wszystkich poza mną? 
– Nie chciałam, żebyś się domyślił, jak bardzo cię kocham – wyjaśniła szczerze. 
Edward pocałował ją. 
–  Udało  ci  się.  Byłem  tak  zazdrosny,  że  nie  potrafiłem  jasno  myśleć.  Wiedziałem  tylko,  że  cię  pragnę  i  kiedy 

wróciliśmy na jacht, przestałem nad sobą panować. 

Uśmiechnęła się na to wspomnienie, a Edward przytulił ją mocniej. 
– Było cudownie. Czy nie domyśliłeś się wtedy, że cię kocham? 
–  Miałem  taką nadzieję.  Wydawało  mi  się  nawet,  że  wszystko  się ułoży,  aż  tu nagle zobaczyłem  list do  Mike’a  i 

pomyślałem  sobie,  że  wyszedłem  na  durnia.  Nie  mogłem  sobie  darować,  że  zaangażowałem  się  tak  mocno  i  że 
zdradziłem się z tym, a ty wciąż kochasz Mike’a. 

– Nie miałam o tym pojęcia – zdziwiła się szczerze Bella. – Wiem tylko, że ni stąd, ni zowąd zrobiłeś się bardzo 

niemiły. 

– Myślałem, że w ten sposób łatwiej z tym skończę. Zasłużyłem sobie na to, żebyś grzmotnęła mnie bomem. 
– Nie zrobiłam tego naumyślnie! 

background image

– Wiem – uśmiechnął się. – Bardziej mnie zabolało, kiedy powiedziałaś Alice, że tęsknisz do Mike’a. Wstałem, żeby 

odebrać telefon i stałem w drzwiach, kiedy rozmawiałyście. Wstydzę się tego, że podsłuchiwałem, ale miałem nadzieję, 
że dowiem się czegoś o twoich uczuciach w związku z tamtą nocą. Wścibstwo zostało ukarane. Załamałem się, słysząc, 
że mówisz o nim, nie o mnie. To tylko potwierdziło moje najgorsze obawy. 

– Powiedziałam tak, bo wstydziłam się przyznać, że za tobą szaleję. 
– To czemu mi tego nie wyznałaś? – spytał, odwracając ją w swoją stronę. 
– A ty, czemu mi tego nie wyznałeś? – droczyła się z uśmiechem. 
–  Chyba  z  powodu  głupiej  dumy.  Unikałem  cię,  sądząc,  że  chcesz  wrócić  do  Mike’a.  Kiedy  się  jednak  zjawił, 

oszalałem z zazdrości. Wyglądał na wręcz stworzonego dla ciebie”. 

–  Może kiedyś  tak  rzeczywiście  było.  – Pogłaskała  go po policzku.  –  Zmieniłam  się, odkąd  cię poznałam.  Nawet 

Alice to zauważyła. 

Edward odsunął ją od siebie, jakby chciał porównać dziewczynę w złotych pantofelkach, którą spotkał na lotnisku w 

Adelajdzie, z tą, która nie dbając o makijaż uśmiechała się, patrząc na niego oczyma pełnymi miłości. 

– Może naprawdę się zmieniłaś! 
–  Myślę,  że  zawsze  taka  byłam,  tylko  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy.  Kiedy  tylko  zobaczyłam  Mike’a, 

zrozumiałam, że nigdy go nie kochałam, przynajmniej nie tak, jak ciebie. Uważałam jednak, że nie wypada wygarnąć 
mu tego prosto w oczy w chwilę po tym, jak wysiadł z samolotu. 

– Czy dlatego powiedziałaś Jessice, że jesteście zaręczeni? 
– O, przepraszam – sprostowała. – To ty się z tym wyrwałeś. 
– Ale nie zaprzeczyłaś. – Edward miał głupią minę. 
–  Bo  nie  mogłam.  Obiecałam  Mike’owi,  że  się  zastanowię,  więc  nie  mogłam  dać  mu  publicznie  kosza.  A  swoją 

drogą, nie sądziłam, że ma to dla ciebie jakieś znaczenie. Wyglądało na to, że jesteś zainteresowany Jessicą. 

– Jessicą? – zdumiał się Edward. 
– No, a ta planowana wspólna podróż dookoła świata? – wypomniała mu. 
– Wspólnie tylko planowaliśmy szczegóły. Jessica chce odbyć samotny rejs, a ja tylko doradzałem jej, co powinna 

zabrać.  Kiedy  zobaczyłem  cię  z  Mike’em,  omal  nie  udławiłem  się  kolacją.  Byłem  wprost  chory  z  zazdrości.  Nie 

background image

zdawałem sobie sprawy, że jestem zdolny do tak prymitywnych odruchów. Myślałem, że go zabiję, a ciebie zawlokę w 
jakiś kąt, gdzie będę się z tobą kochał jak wariat. – Pokręcił głową. – A ty myślałaś, że chodzi mi o Jessicę! Skąd ten 
pomysł? 

– Bo ona ma długie nogi – broniła się Bella. – No i zna się na żeglarstwie. 
– To prawda – przyznał Edward. – Jednak umiejętność odróżnienia bomu od pompy zęzowej nie może konkurować z 

parą gniewnych, piwnych oczu. Jessica to miła dziewczyna i bardzo ją lubię, ale nie chciałbym spędzić z nią roku na 
jachcie. 

– To samo powiedziała Alice. 
– A więc wygadałaś wszystko Alice? – droczył się. 
– Z początku wszystkiemu uparcie zaprzeczałam, ale 

tak  mnie  maglowała,  aż  wydusiła  ze  mnie  wszystko. 
Przysłała  mnie  tutaj  z  poleceniem,  żebym  nie  wracała, 
dopóki  oboje  nie  przestaniemy  się  głupio  zachowywać. 
Oświadczyła,  że  jest  absolutnie  przekonana,  że  mnie 
kochasz. 

–  Mądra  Alice  –  powiedział  Edward  i  pocałował 

Bellę. – Czy możemy już do niej pojechać i powiedzieć, 
że miała rację? 

Bella niechętnie oderwała się od Edward’a. Wstała i 

przeciągnęła się z lubością. 

Niebo  przybrało  barwę  kobaltu,  słońce  raziło  ją  w 

oczy.  Wszystko  stało  się  jaśniejsze,  bardziej  wyraźne, 
jakby rozpromienione radością – kołyszące się łodzie, fale i nawet wiatr. 

Z uśmiechem pocałowała Edward’a i trzymając się za ręce, poszli pomostem ku brzegowi, żeby podzielić się z Alice 

i Jasper’em dobrą nowiną. 

Na przystań wrócili w niespełna trzy godziny później. Rozradowana Alice usiłowała nakłonić ich, żeby zostali, ale 

background image

Edward i Bella mieli zupełnie inne plany. 

Słońce złociło późne popołudnie, kiedy „Ali B” odbił od pomostu i pod pełnymi żaglami skierował się na południe, 

w stronę zatoki Memory. 

 


Document Outline