background image

SAMANTHA DAY 

 

Nasza trójka 

(The three of us) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Późnym  wieczorem  było  duszno  i  parno.  Wydawało  się,  że  nadchodzi  burza.  Tysiące 

gwiazd rozjaśniało nadal jednak bezchmurne niebo.  

Deanna  Hamilton  bezskutecznie  próbowała  zatrzymać  senne  marzenia.  Zdawały  się 

ulatywać, nieposłuszne jej woli.  

Usiadła  z  ciężkim  westchnieniem.  Wzrok  jej  padł  na  stojące  na  nocnym  stoliku  zdjęcie 

Ryana. Jego rysy rozmywały się w mroku. Strzępki wspomnień zaczęły powoli układać się w 

obrazy. Oto Ryan, pełen życia, zdrowy, radosny, pragnący jej i kochający ją...  

Podniosła  się  ociężale.  Oparła  się  o  futrynę  okna  i  patrzyła  na  sąsiednią  posesję.  Przez 

stojące  w  szeregu  drzewa  zamigotała  powierzchnia  basenu.  Odbijały  się  w  niej  światła 

pobliskich latarni.  

Opanowała ją nagła chęć zanurzenia się w chłodnej wodzie. Czuła niemal, jak czysta toń 

pochłania  ją,  zamyka  się  nad  jej  rozgrzanym  ciałem,  sprawia,  że  gorące  myśli,  dręcząca 

tęsknota  oddalają  się.  Spostrzegła,  że  myśli  o  czymś,  co  w  zasadzie  było  zakazane.  Woda 

jednak kusiła. Nikt przecież nie musi się o tym dowiedzieć. Jej nowy sąsiad rzadko bywa w 

domu, a od kilku dni w ogóle nie dawał znaku życia.  

Długo nie mogła się zdecydować. Na pewno nie było to rozsądne. No! Dalej, nie bój się, 

rozbrzmiewało jej w głowie coraz głośniej.  

Nie  była  w  stanie  dłużej  się  opierać.  W  górnej  szufladzie  komody  wyszperała  kostium 

kąpielowy i po cichu wymknęła się z domu. Za nią, przez szparę w drzwiach, wyśliznęły się 

dwa małe kociaki i natychmiast zniknęły wśród krzewów ogrodu.  

Podeszła szybko do muru odgradzającego obie posesje i wspięła się na stojącą tam ławkę. 

Wyjrzała ostrożnie. Zgodnie z przypuszczeniami po tamtej stronie nie było nikogo. W oknach 

sąsiedniego domu nie paliło się światło.  

–  W  porządku.  Spróbujemy  –  mruknęła  do  siebie  i  zdecydowanym  ruchem  podciągnęła 

się na rękach.  

Przerzuciła obie nogi na drugą stronę i usiadła na szczycie muru, uważnie nasłuchując i 

rozglądając  się.  Tu,  na  zewnątrz,  było  chłodno  i  przyjemnie.  Przez  chwilę  zastanawiała  się, 

czy nie powinna wrócić  do siebie i zadowolić się odświeżającym prysznicem. Skoro jednak 

dotarła aż tutaj, nie było sensu wracać. Migocąca powierzchnia basenu stanowiła pokusę nie 

do odparcia.  

Wyciągnęła stopę tak daleko, jak tylko mogła, by dosięgnąć trawnika. Lekko zeskoczyła, 

otrzepując  z  rąk  okruchy  cegły.  W  sekundę  później  bezszelestnie  zanurzyła  się  w 

krystalicznej toni.  

Przepłynęła  parę  metrów  pod  wodą.  Wynurzyła  się,  by  zaczerpnąć  powietrza  i  obróciła 

się na plecy. Woda była chłodna i przynosiła oczekiwane orzeźwienie.  

Patrzyła  w  niebo,  myśląc  o  swoich  snach.  Dzięki  nim  Ryan  był  znów  blisko  niej.  Choć 

przez chwilę... Westchnęła i zaczęła pływać znowu.  

Wróciły wspomnienia – ostatni weekend, zanim ich świat się zawalił, wyprawa na narty 

background image

do Quebec, przytulne schronisko. Mogli zajmować się wyłącznie sobą, beztroscy i szczęśliwi.  

Deanna dała nurka, chcąc obmyć cisnące się do oczu łzy. Płynęła pod wodą do momentu, 

aż jej płuca nie mogły już znieść braku powietrza. Wynurzyła się, by je łapczywie zaczerpnąć. 

Podpłynęła  do  krawędzi  basenu  i  oparła  głowę  na  rękach.  Czuła  się  rześko.  Wspomnienia 

odpłynęły. Tym razem na pewno z łatwością zapadnie w sen.  

Otarła z twarzy krople wody i spojrzała w górę. Nad nią stał mężczyzna... Serce skoczyło 

jej do gardła. Odepchnęła się gwałtownie od brzegu, patrząc na niego przerażonymi oczami. 

Zrobił  szybki  krok  do  przodu.  Ubrany  był  jedynie  w  białe  szorty,  a  jego  twarz  pozbawiona 

była wyrazu.  

– Kim... kim pan jest? 

Głos Deanny drżał nieco i brzmiał nienaturalnie głośno w ciszy wieczoru. Powoli starała 

się przesunąć w płytszy kraniec basenu.  

–  Wolałbym  raczej  wiedzieć  kim  pani  jest  i  co,  u  licha,  robi  pani  w  moim  basenie?! 

Proszę natychmiast wyjść! 

Obserwował, jak w panice gramoliła się z wody.  

Idąc  w  kierunku  ogrodzenia,  czuła  w  sobie  lęk  mieszający  się  z  poniżającym  uczuciem 

wstydu. Gdy szła, zostawiała za sobą na chodniku błyszczący, mokry ślad.  

– Bardzo przepraszam. Więcej już tego nie zrobię – wyjąkała, oglądając się z wahaniem.  

Wyraz jego twarzy przekonał ją, że przeprosiny nie uspokoiły go. Nadal stał sztywno, ze 

zmarszczonymi  brwiami,  a  gdy  poruszył  się  nagle,  Deanna  poczuła  skurcz  w  żołądku.  Był 

silny i wystarczająco wściekły, by ją zaatakować. Przyśpieszyła kroku.  

– Uciekaj, póki możesz. Zaraz zadzwonię po policję. Deanna nie potrzebowała dalszych 

ostrzeżeń. Strach dodał jej sił. Podciągnęła się na rękach, przełożyła szybko nogi przez mur i 

zeskoczyła na swój teren. Pozbierawszy się, choć od skoku bolały ją kolana i stopy, pomknęła 

do tylnych drzwi. Jeszcze zanim je otworzyła, dobiegł ją złośliwy śmiech.  

Chodziła teraz po kuchni w tę i z powrotem, przeklinając się w duchu za szalony pomysł. 

Czuła  nie  tylko  wstyd.  Owszem,  jej  sąsiad  miał  prawo  złościć  się,  jednak  jego  zachowanie 

przekroczyło  pewne  normy.  Był  prawie  nieprzytomny  z  wściekłości,  a  w  jego  postawie,  w 

tym śmiechu było coś przerażającego.  

Zwykle  po  czymś  takim  poszłaby  rano  przeprosić  za  incydent.  Tym  razem  postanowiła 

trzymać się jak najdalej od tego człowieka.  

Niezły  sposób  na  rozpoczęcie  znajomości,  nie  ma  co,  pomyślała.  Po  chwili  wzruszyła 

ramionami. Najlepiej było chyba zapomnieć o tej sprawie.  

Zbyt była wzburzona, by  wrócić do łóżka. Włożyła krótki bawełniany szlafrok i usiadła 

przy stole.  

Przed  nią  piętrzyły  się  stosy  zapisanych  kartek.  Kreśliła  coś  bezładnie  na  jednej  z  nich, 

próbując  przypomnieć  sobie,  co  napisała  poprzedniego  dnia.  Jej  myśli  jednak  mąciło 

wyobrażenie,  jak  też  musiała  wyglądać,  przyparta  dosłownie  do  muru,  cała  mokra,  w 

kostiumie kąpielowym, w świetle lamp ogrodowych, przeskakująca potem w pośpiechu mur. 

Jego  śmiech  brzmiał  ciągle  w  jej  uszach  tak  wyraźnie,  jakby  stał  tuż  za  jej  oknem.  Na  to 

wspomnienie skurczyła się w sobie.  

background image

Z  wysiłkiem  skupiła  się  ponownie  nad  tym,  co  dotychczas  napisała.  Upłynęło  nieco 

czasu, zanim zdołała przejść ze świata realnego do tego, który był wytworem jej wyobraźni. 

Zrobiła kilka małych poprawek i po chwili zastanowienia zaczęła pisać.  

Po jakimś czasie usłyszała natarczywe skrobanie do drzwi. Uniosła głowę, jakby budząc 

się ze snu. Wstała, przeciągając się i ziewając otworzyła drzwi. Dwa małe kociaki wpadły z 

impetem do kuchni, kierując się natychmiast do swojej miski.  

–  Cześć,  zwierzaki  –  powiedziała  i  zamknęła  drzwi.  Z  szafki  wyjęła  pudełko  karmy  dla 

kotów i dosypała do miski. Słysząc odgłos chrupania, do kuchni wszedł dostojnym krokiem 

starszy  kot.  Zatrzymał  się  na  chwilę,  by  rzucić  spojrzenie  na  swą  panią,  po  czym 

pomaszerował dalej.  

Uśmiechnęła się, widząc z jaką niechęcią patrzył na małe kociaki.  

– Musisz się do tego przyzwyczaić, Leo – mruknęła, a on próbował wepchnąć swoją szarą 

głowę pomiędzy dwie małe, czarne. – One będą z nami mieszkać.  

Kiedy skończyły jeść, wypuściła dużego kocura na zewnątrz i zgasiła światło. Weszła na 

górę do sypialni i natychmiast się położyła, walcząc z pokusą spojrzenia przez okno na dom 

sąsiada. Chciała szybko zapomnieć o całej tej przygodzie.  

Następny  dzień  zaczął  się  o  wiele  za  wcześnie.  Obudził  ją  telefon  z  ofertą  szczególnie 

korzystnego  rabatu  na  czyszczenie  dywanów.  Odmówiła  na  tyle  grzecznie,  na  ile  pozwalała 

jej na to złość. Nie znosiła tych telefonicznych domokrążców.  

Przytuliła się znów do poduszki, próbując przywołać sen. Po chwili pomyślała jednak, że 

właściwie  miło  byłoby  rozpocząć  dzień  tak  wcześnie.  Miała  trochę  korekty  do  zrobienia. 

Gdyby udało się jej przebrnąć przez to teraz, wieczorem mogłaby pisać dalej.  

Wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła  piękne,  bezchmurne  niebo.  Zanosiło  się  na  wspaniałą 

pogodę. Wzięła prysznic i ubrała się. Założyła spodnie khaki i czarną koszulkę. Spięła mokre 

włosy  spinką,  mając  nadzieję,  że  poskromi  to  niesforne  loczki,  pojawiające  się  po 

wyschnięciu.  Nastawiła  kawę  i  zdjęła  pokrowiec  z  wiszącej  przy  oknie  klatki  z  papugami. 

Dwa  ptaszki  natychmiast  zaczęły  świergotać  z  ożywieniem,  drepcząc  to  w  tę,  to  w  drugą 

stronę po drewnianej poprzeczce.  

– Hej, wy tam! Dajcie spokój! Za wcześnie trochę na tyle hałasu.  

Nalała sobie kawy i zaczęła przeglądać to, co wczoraj napisała. Do głowy przyszły nowe 

pomysły. Wzięła długopis i zaczęła pisać.  

Z głębokiego zamyślenia wyrwało ją natarczywe pukanie do tylnych drzwi. Poderwała się 

od stołu zaskoczona, wychlapując przy okazji kawę z kubka prosto na rękopis.  

– Psiakrew! – Rzuciła na stół papierowy ręcznik, by zapobiec zupełnej katastrofie.  

Pukanie powtórzyło się, tym razem donośniej. Deanna podbiegła do drzwi.  

Za nimi stał wysoki, przystojny mężczyzna – okropnie... wściekły. Jego oczy, zwężone w 

szparki, aż błyszczały z irytacji.  

O, mój Boże, pomyślała. To znowu sąsiad. Może w nieco bardziej kompletnym stroju, ale 

tak samo zły! O co chodzi tym razem? 

–  Za  tylnym  kołem  mojego  wozu  leży  szary  kot  –  wycedził,  aż  nazbyt  wyraźnie.  –  Nie 

wygląda na to, że chce się stamtąd ruszyć. – Podniósł rękę i pokazał świeże, czerwone pręgi 

background image

po kocich pazurach. – Czy to pani zwierzę? 

No wspaniale! Po prostu rewelacja! – pomyślała. To oczywiście Leo! Był stary i uparty. 

Czemu jednak upatrzył sobie tego człowieka za cel swoich fochów? 

– A więc? – sąsiad zmarszczył czoło niecierpliwie.  

– Uch, tak, sądzę, że to może być mój kot. Mogę go zobaczyć? 

– Owszem, i to szybko. Jestem już spóźniony i nie obchodzi mnie, czy przejadę tę bestię 

czy nie.  

Deanna spojrzała na niego zmrożona.  

– Pan chyba żartuje...  

Zaśmiał się. To był ten sam złośliwy śmiech, który ścigał ją uciekającą do domu zeszłej 

nocy.  

– Niech go pani zabiera i koniec! Muszę się przebrać. – Odwrócił się i szybkim krokiem 

odszedł w kierunku domu.  

Deanna, klnąc pod nosem, poszła szukać kota. Zarozumialec siedział oparty o tylne koło 

sportowego  samochodu.  Błyszcząca  czystością  maska  była  cała  „ostemplowana” 

zakurzonymi kocimi łapami.  

Deanna przyklękła i pstryknęła palcami.  

– No, Leo, chodź tu! Chodź, zanim zrobi z ciebie hamburgera! – Weszła pod samochód i 

wyciągnęła  rękę,  by  go  chwycić.  Odsunął  się.  Zebrała  się  w  sobie  i  nagłym  wysunięciem 

ramion  zdołała  go  złapać  za  futro.  –  Mam  cię,  podły  dachowcu!  Chodźmy  stąd,  zanim  on 

wróci.  

– Za późno! 

Deanna  aż  mruknęła  z  wściekłości.  Cała  była  czerwona  z  wysiłku  i  ze  wstydu. 

Wyobraziła  sobie,  jak  też  musiała  wyglądać,  wczołgując  się  pod  samochód,  z  siedzeniem 

wystawionym na zewnątrz. Trzymając kota mocno w ramionach, spojrzała na niego.  

– Nie było o co robić tyle hałasu. Wystarczyło włączyć silnik. Przestraszyłby się i poszedł 

sobie.  

– Gdy zobaczyłem, co zrobił z moją maską, zastanawiałem się,  czy nie  włączyć biegu i 

nieco  go  nie...  spłaszczyć.  –  Spojrzał  szybko  na  zegarek  i  potrząsnął  głową.  –  Jestem  już 

spóźniony. Następnym razem proszę trzymać to zwierzę z dala ode mnie.  

Przeszedł obok niej, wsiadł do wozu, włączył silnik i szybko wyjechał na ulicę.  

Mam  nadzieję,  że  dostanie  mandat  za  zbyt  szybką  jazdę,  pomyślała  Deanna  ze  złością. 

Spojrzała na kota i wykrzywiła się do niego.  

–  Wielkie  dzięki,  Leo!  Wiesz,  nie  mogłam  się  wprost  doczekać,  kiedy  znów  z  nim 

porozmawiam! 

Wróciła  do  domu  i  postawiła  kota  na  ziemi.  Nalała  sobie  świeżej  kawy  i  usiadła  przy 

stole.  

Jeszcze  parę  dni  temu  zamierzała  pójść  i  mu  się  przedstawić.  Z  poprzednimi  sąsiadami 

stosunki układały jej się bardzo dobrze i chciała kontynuować tę tradycję. Teraz wydawało się 

jej  to  niemożliwe.  Dwa  spotkania  –  dwa  zderzenia.  Miała  powyżej  uszu  jego  arogancji  i 

zarozumialstwa.  

background image

 

Kilka dni później Deanna znalazła się na terenie swego sąsiada. Stary koszyk wypełniony 

narzędziami wisiał jej na ramieniu. U stóp, na ziemi leżała mała drabinka i wiadro.  

Poprzedniego  dnia  otrzymała  telefon.  Jakaś  kobieta  szukała  kogoś  do  wytapetowania 

pokoju. Dzwoniła do Deanny, bo zarekomendował ją znajomy jej znajomej.  

Deanna  chętnie  się  zgodziła.  Potrzebowała  pieniędzy.  Wątpliwości  obudziły  się  w  niej 

dopiero  wtedy,  gdy  zapisała  adres.  To  była  jej  ulica,  a  numer  wskazywał  na  któryś  z 

pobliskich domów. Czyżby to TEN? 

A więc jednak! Westchnęła i przełożyła koszyk na drugie famie. W końcu to dla niej nie 

pierwszyzna. Wytapetowała w życiu wiele mieszkań. Znana była z tego, że pracowała szybko 

i fachowo. Poza tym wiele osób wolało, by w ich domu pracowała kobieta.  

Właściwie  to  miała  ochotę  oddzwonić,  że  rezygnuje  ze  zlecenia,  ale  naprawdę  każdy 

grosz się dla niej liczył. Poza tym był to przecież tylko biznes.  

Pozbierała swoje rzeczy i zadzwoniła do drzwi.  

Niemal natychmiast otworzyła jej kobieta ze śpiącym dzieckiem na rękach.  

– O, dobrze, że pani już jest! Proszę wejść – uśmiechnęła się miło.  

Deanna weszła do chłodnego, wyłożonego posadzką przedsionka. Hm, a więc był żonaty 

i miał dziecko, pomyślała. To trochę dziwne, że nigdy przedtem nie widziała ich razem.  

Uśmiechnęła się tym swoim szerokim, przyjaznym uśmiechem.  

– Jestem Deanna Hamilton.  

–  A  ja  Sybil.  Proszę,  pokażę  pani,  który  pokój  Lee  chce  wykończyć.  Przepraszam,  ale 

nieco się śpieszę – dodała, gdy szły przez hol. – Muszę zawieźć Davy’ego do pediatry.  

Weszły  do  dużego,  jasnego  pomieszczenia.  Deanna  złożyła  na  podłodze  swój  bagaż  i 

rozejrzała się. Zwykłe, proste ściany pomalowane matową farbą. Łatwizna.  

– To pokój Lee – powiedziała Sybil. Potarła policzkiem główkę dziecka. – Obiecałam mu 

pomóc w jego urządzeniu, ale do tej pory nie mogłam znaleźć na to czasu. Pomyślałam więc, 

że chociaż pokażę mu próbki tapet, żeby coś  wybrał i zatrudnię kogoś, kto je ułoży. Tapeta 

jest tam, pod oknem. – Palcem wskazała piętrzący się stos rolek. – Strasznie długo to trwało, 

zanim  zrealizowali  zamówienie.  Myślałam,  że  już  nigdy  to  do  nas  nie  dotrze.  Dużo  czasu 

zajmie pani praca? 

– Nie sądzę. Którą ścianę mam zrobić? 

– Tę za biurkiem i tę z oknami. Pomóc pani trochę z meblami? 

Stały tam tylko dwa kryte czarną skórą fotele i stylowe biurko z komputerem.  

– Nie, dam sobie radę. Dziękuję.  

–  To  dobrze  –  westchnęła  Sybil.  –  Powiedziałam  Lee,  że  zostanę,  ale  muszę  już  iść  do 

lekarza.  Dziś  Dave  dostaje  swoją  pierwszą  szczepionkę  –  dodała,  przytulając  chłopca 

mocniej. – Wiem, że to głupie, ale nie znoszę tego. Zwykle mdleję na widok igły. Nie wiem, 

co  zrobię,  jak  zobaczę,  że  wbijają  to  coś  w  Davy’ego  –  skrzywiła  się.  –  Powiedziałam 

Rickowi,  żeby  po  nas  przyjechał  do  przychodni.  Lee  miał  mu  o  tym  przypomnieć  w  pracy. 

Mam nadzieję, że będzie pamiętał. Oni tam teraz zupełnie wariują, tyle mają roboty.  

Deanna zaczynała powoli rozumieć sytuację.  

background image

– To znaczy, że to nie jest pani dom? 

Sybil wyglądała na zaskoczoną. Nagle wybuchnęła śmiechem.  

–  Ja  z  Lee?  Nie!  Dobry  Boże,  tylko  nie  to!  Mój  mąż  i  on  pracują  razem.  Jesteśmy 

dobrymi  znajomymi  od  czasu  studiów.  Ale  teraz  już  muszę  iść.  Ma  pani  wszystko,  co 

potrzebne? 

– Wszystko, oprócz wody.  

–  Kuchnia  jest  tam.  W  lodówce  są  zimne  napoje.  Och,  prawie  zapomniałam!  W  razie 

gdybym  się  spóźniła,  czek  dla  pani  leży  na  biurku.  Mam  parę  rzeczy  do  załatwienia  w 

mieście, ale powinnam zdążyć do popołudnia.  

– A właściciel?... To znaczy kiedy wraca z pracy? 

– Znając Lee myślę, że dopiero pod wieczór. U niego to tylko praca, praca i praca. – Sybil 

zrobiła cierpiętniczą minę i pokręciła głową. – W każdym razie, gdyby musiała pani wyjść, a 

mnie by jeszcze nie było, proszę tylko zatrzasnąć dobrze drzwi za sobą, okay? Muszę lecieć. 

Pa! 

Deanna  westchnęła.  Oto  więc  stała  w  JEGO  domu.  Musiała  wykonać  robotę  szybko  i 

perfekcyjnie, zanim on wróci. W ten sposób może nawet się nie zorientuje, że to ona maczała 

w tym palce. Była przekonana, że jeśli odkryje kto był wykonawcą, z pewnością postara się 

znaleźć jakieś defekty.  

Zaczęła od rozłączenia komputera i przesunięcia biurka na środek pokoju. Nie wiedziała 

zbyt  wiele  o  komputerach.  Miała  nadzieję,  że  nie  skasowała  w  ten  sposób  czegoś 

bezpowrotnie.  Przewód zawadzałby  jej  jednak  i musiała  go  odłączyć.  Na  grubym,  ciemnym 

dywanie  rozłożyła  płachtę  foliową  i  poszła  do  kuchni  po  wiadro  wody.  Gdy  już  wszystko 

miała pod ręką, rozwinęła pierwszą rolkę.  

Kolor i wzór były szokujące. Małe, złociste rybki, wypuszczające pyszczkami strumienie 

bąbelków  pływały  pomiędzy  poziomymi,  wijącymi  się  pasmami  ciemnopurpurowych 

wodorostów. Pasowało do tego tylko jedno słowo: szkaradne! 

– O, rany! To jest to? – powiedziała do siebie.  

Ten  człowiek  miał  na  pewno  o  wiele  lepszy  gust.  Mogłoby  to  od  biedy  pasować  do 

łazienki,  ale  do  pracowni?!  Nie  ma  mowy!  Mimo  sprzecznych  uczuć,  musiała  jednak 

przyznać,  że  nie  pierwszy  raz  miała  tapetować  pokój  czymś  tak  okropnym.  Każdy  ma 

przecież inne upodobania i nie jej rzeczą było to kwestionować.  

Zwinęła  rolkę  i  sprawdziła  następną.  Wzór  był  identyczny.  Wszystkie  były  jednakowe. 

Zajrzała do torby, w której je dostarczono i znalazła kwit. Numer wzoru zgadzał się. A więc 

to nie pomyłka. Wzruszyła ramionami i zabrała się do pracy.  

– Mam tylko nadzieję, że nie dostanę od tego choroby morskiej – mruknęła i przyłożyła 

pion do ściany.  

Praca  poszła  szybko.  Zawsze  tak  było  z  nudną  robotą.  Myślała  wtedy  o  swoim  pisaniu. 

Gdy  tylko  przychodziła  jej  do  głowy  ciekawa  myśl,  zapisywała  ją  zaraz  w  notesie,  który 

miała zawsze pod ręką.  

Miała nadzieję, że nie będzie musiała już nigdy podejmować żadnych dorywczych zajęć. 

Kiedy  odeszła  z  pracy  w  firmie  reklamowej,  myślała,  że  nareszcie  będzie  miała  mnóstwo 

background image

wolnego  czasu  na  pisanie.  Okazało  się  jednak,  że  w  domu  trzeba  było  dokonać  paru 

większych  napraw  i  to  poważnie  naruszyło  jej  oszczędności.  Od  tego  czasu  starała  się 

wykorzystać każdą okazję do zarobienia pieniędzy.  

Wydanie  dwóch  książek  dla  dzieci  nie  wzbogaciło  jej  zbytnio.  Pracowała  teraz  nad 

trzecią książką z tej serii. Miała nadzieję, że czytelnicy pozostaną jej wierni. Nowe wydanie w 

Stanach  lub  w  Europie  było  możliwe,  ale  trwało  to  zawsze  tak  długo...  Przynajmniej  jej 

pierwsza książka nadal sprzedawała się dobrze. Czas na większe rzeczy dopiero nadchodził.  

Po  przyklejeniu  ostatniego  paska  Deanna  odeszła  parę  kroków,  by  ocenić  jak  wypadło. 

Potrząsnęła głową ze złością. Wyglądało to po prostu okropnie! W całym pokoju roiło się od 

małych,  paskudnych  rybek!  Miała  nadzieję,  że  jej  sąsiad  rozchoruje  się  na  dobre  w  tym 

wnętrzu.  

Sprzątnęła szybko i jeszcze raz rzuciła okiem na swoje dzieło. Zauważyła, że róg tapety, 

tuż  przy  suficie,  lekko  odstaje.  Wspięła  się  z  powrotem  na  drabinkę  i  nożem,  delikatnie 

doprowadziła to miejsce do porządku.  

– Co tu się, do licha, dzieje?! 

Zaskoczona  odwróciła  się  i  stopa  ześlizgnęła  się  jej  ze  szczebla.  Wykonała  kilka 

chaotycznych ruchów i zdołała złapać równowagę. Mimo to z dłoni wyleciał jej nóż i uderzył 

o blat biurka. Na jego lustrzanej powierzchni pozostało widoczne zadrapanie.  

Z  bijącym  sercem  Deanna  spojrzała  na  rozsierdzonego  sąsiada.  Jego  oczy  najpierw 

rozszerzyły się ze zdumienia, a następnie zwęziły z wściekłości.  

– To pani? Co pani robi w moim domu?! 

– Tapetuję ściany – odpowiedziała zadziornie.  

– Sybil wspominała mi, że ktoś ma przyjść, ale... – rozglądał się z niesmakiem. – Co ona 

wymyśliła? Chodziła chyba od drzwi do drzwi szukając kogoś, kto zrobi to najgorzej jak się 

da. A może to pani sama zdecydowała się mi dokuczyć? 

Deanna zeszła z drabiny i stanęła tak, żeby rozdzielało ich biurko.  

–  Wyszło  mi  całkiem  nieźle  –  rzekła,  siląc  się  na  spokój.  –  Do  licha,  wygląda  prawie 

idealnie! 

–  Idealnie?!  W  życiu  nie  widziałem  nic  bardziej  obrzydliwego!  Skąd  to  się  wzięło?  Z 

wyprzedaży braków? 

Deanna uniosła podbródek i spojrzała na niego.  

– Nie ja wybieram tapety. Jeśli się panu nie podobają, to czemu pan je kupił? 

–  Ja?  Nie  mam  pojęcia  kto  to  wybierał!  Ja  wybrałem  zupełnie  co  innego!  Przecież 

musiała pani chyba zauważyć, że zaszła jakaś pomyłka? A może pani specjalnie dokonała tu 

małej zamiany, co? – zapytał nagle, uważnie się jej przyglądając.  

– Dość tych bredni. Nie jest pan wart takiego wysiłku – wzięła głęboki oddech i powoli 

wypuściła powietrze.  

– Wczoraj dostałam telefon z zapytaniem, czy nie wytapetowałabym pokoju. Zgodziłam 

się. Potem stwierdziłam, że to ten dom, ale powiedziałam sobie: cóż z tego? 

Obiecałam,  to  zrobię.  Przyszłam  tu  dziś  rano,  wpuściła  mnie  pana  znajoma,  Sybil.  Dała 

mi te tapety i wyszła. Przykleiłam je, bo o to mnie proszono i tyle. Jeśli sklep dostarczył panu 

background image

nie to, co trzeba, to sprawa miedzy panem a nimi. Ja nie mam z tym nic wspólnego.  

– Owszem, ma pani. Pani to przykleiła i pani to zdejmie.  

–  Nie  ma  mowy  –  zaprotestowała  hardo.  –  Niech  pan  dzwoni  do  sklepu,  niech  oni  to 

zdejmą. To nie moja wina.  

Spojrzał raz jeszcze po ścianach.  

– Musiała pani wiedzieć, że to zła tapeta. Dlaczego pani to nakleiła? 

–  Skąd  mogę  wiedzieć,  jaki  pan  ma  gust?  Powtarzam  jeszcze  raz:  proszono  mnie  o 

położenie tej tapety i to zrobiłam. Wykonałam pracę, do której mnie wynajęto. To wszystko.  

Jego wzrok padł na fatalną rysę na biurku.  

– Przypuszczam, że mój zniszczony stół to też nie pani wina? 

–  Przykro  mi  z  tego  powodu,  ale  pana  wejście  z  tymi  impertynencjami  tak  mnie 

przeraziło. Ma pan szczęście, że nie spadłam z drabiny i nie rozbiłam sobie głowy.  

– To by już zupełnie wykończyło ten mebel – wymamrotał pod nosem. – Szybko się pani 

uwinęła z tym czekiem, który tu zostawiłem – dodał zaraz.  

Deanna poklepała się po tylnej kieszeni spodni.  

– Praca wykonana, czek jest mój.  

Wiedziała jednak, że gdyby zaczął się kłócić i nalegać, oddałaby go bez wahania. Sprawa 

nie była warta wojny.  

Sąsiad patrzył ciągle na ściany z wyrazem rozpaczy na twarzy.  

– Nie, to nie może tak zostać. Nie będę mógł nic zrobić w takim pomieszczeniu. Coś pani 

powiem.  Może  pani  zatrzymać  całą  zapłatę,  jeśli  zdejmie  to  pani  z  powrotem.  Najlepiej  od 

razu.  

Deanna wahała się. Tak naprawdę nie była mu nic winna. Mało tego, to on winien był jej 

lunch i jakiś napój. Pomyślała jednak, że dzięki jej ustępstwu ta idiotyczna sytuacja między 

nimi stałaby się może nieco mniej napięta.  

–  W  porządku  –  powiedziała,  odgarniając  włosy  z  czoła.  –  Ale  bez  mycia  ścian.  To 

zostawię panu.  

Spojrzał na nią z cieniem rozbawienia w oczach.  

– Dużo czasu to pani zajmie? 

–  Nie  więcej  niż  przyklejanie.  Jeśli  zostawi  mnie  pan  teraz  samą,  będę  mogła  od  razu 

zacząć.  

– Może lepiej zostanę i dopilnuję, żeby tym razem wszystko było tak jak trzeba? 

– Z mojej strony wszystko było w porządku. Wolałabym jednak pracować bez widowni. 

Krytycznej widowni – dodała i kciukiem wskazała drzwi. – Jeśli pan pozwoli...  

Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.  

– Jestem w kuchni, jeśli będzie pani czegoś potrzebować.  

Nagle poczuła gwałtowną potrzebę, by zobaczyć, jak ten uśmiech wygląda w pełni.  

– Nie będę niczego potrzebować – powiedziała, a gdy wyszedł, zastanawiała się, ileż ta, 

tak bardzo przystojna przecież twarz zyskałaby, gdyby nie była tak pochmurna.  

Złapała  za  róg  pierwszego  pasa  tapety  i  wzdychając,  powoli  odciągnęła  go  od  ściany. 

Cała robota na marne. No, ale przynajmniej miała ten czek. Mogło być gorzej.  

background image

 

Budzik zadzwonił o wiele za wcześnie. Wyłączyła go i mrucząc pod nosem zwlokła się z 

łóżka. Miała nadzieję, że dane jej będzie pozostać dziś w domu i cały dzień pisać. Zatrzymała 

się na chwilę, by pogłaskać zwinięte w nogach łóżka kociaki.  

–  No,  Alfie!  I  ty  też,  Imp.  Zabierajcie  się  stąd.  Jak  mogę  pościelić,  skoro  się  tu 

wylegujecie? 

Koty  wstały,  przeciągając  się  i  ziewając.  Na  dzień  dobry  jeden  polizał  drugiego  w 

pyszczek. Po tej krótkiej ceremonii umościły się znowu i natychmiast usnęły.  

– Tacy to pożyją – westchnęła, idąc do kuchni.  

Na  dole  stary  kocur,  usłyszawszy  budzik,  jak  co  rano  czekał  z  nosem  przy  drzwiach. 

Wypuściła go na zewnątrz, na jaskrawe poranne słońce.  

– Tylko zostaw ptaki w spokoju, Leo! – krzyknęła za nim.  

Rozsunęła zasłony nad zlewem, a później zdjęła pokrowiec z klatki z papugami. Ptaszki 

powitały ją rozgorączkowanym poskrzekiwaniem.  

– Może by tak trochę ciszej? – mruknęła, przeczesując palcami włosy.  

Godzinę  później  wyszła  z  domu.  Był  piękny  poranek,  powietrze  świeże,  niebo 

ciemnobłękitne,  nie  zmatowione  jaszcze  spalinami  i  upałem.  Z  odległości  kilku  przecznic 

dochodził  tu  szum  samochodów  wjeżdżających  na  most  na  Osborne  Street  w  drodze  do 

śródmieścia.  

Rzuciła szybkie spojrzenie na dom sąsiada. Wspaniale utrzymany teren był na szczęście 

pusty.  Ani  śladu  człowieka.  Miała  nadzieję,  że  nie  pojawi  się  do  końca  dnia.  Nie 

potrzebowała kolejnej konfrontacji.  

 

„Special  Moments”  była  kwiaciarnią  w  dzielnicy  Osborne  Village  w  Winnipeg.  Ładne, 

ekskluzywne sklepiki i restauracje stały po obu stronach ulicy, aż do samego mostu nad rzeką 

Assiniboine.  

W  tej  dzielnicy  mieszkali  różni  ludzie.  Skromne  bloki  stały  na  przemian  z  pięknymi 

willami.  Sporo  było  starych,  dużych  domów.  Niektóre  pięknie  odnowione,  inne  z  kolei 

podzielone  na  szereg  pokoi  do  wynajęcia  dla  studentów  i  uboższych  rodzin.  W  odróżnieniu 

od przedmieść, te ulice pełne były życia przez całą dobę.  

Deanna  weszła  do  sklepu  przesiąkniętego  zapachem  kwiatów.  Przesunęła  wzrokiem  po 

roślinach. Tak, to naprawdę było miłe miejsce pracy.  

–  Pat,  to  ja!  –  zawołała,  idąc  w  kierunku  zaplecza.  Pat  Hahn  wystawiła  głowę  z 

magazynka.  

– Dzień dobry, Deanna! Piękny dzień, co? 

– Wspaniały! Będzie dziś sporo roboty, prawda? 

–  Myślę,  że  tak  –  odrzekła  Pat  z  satysfakcją.  –  Kwiaty  na  ślub  państwa  Symcko  już 

przyszły.  Jak  tylko  je  posortuję,  zacznę  układać.  W  tym  czasie  chciałabym,  żebyś  zajęła  się 

klientami.  Czy  mogłabyś  też  wystawić  przed  sklep  nasz  bukiet  reklamowy?  To  przyciąga 

klientów.  Sporo  sprzedałyśmy  ich  wczoraj.  Potem  przyjdź  tutaj.  Kawa  jest  gotowa  i 

przyniosłam  trochę  tych  duńskich  ciasteczek  z  piekarni.  Są  jeszcze  ciepłe.  –  Schowała  się z 

background image

powrotem na zaplecze.  

Deanna  uśmiechnęła  się.  Odłożyła  torebkę  i  wzięła  w  ręce  bukiet.  Pat  była  osobą  po 

czterdziestce, tęgawą i nieco już siwiejącą. Miała wesołe, choć nieco wścibskie usposobienie. 

Miło było z nią pracować, była dobrą przyjaciółką.  

Deanna otworzyła nogą drzwi i ustawiła bukiet tak, by nie tamował ruchu, ale by każdy, 

kto  przechodził,  mógł  go  zobaczyć.  Zadowolona  wróciła  do  środka.  Nalała  sobie  kubek 

gorącej kawy i przysiadła na brzegu długiego stołu. Wzięła podane jej ciastko.  

– Mmm – mruknęła z rozkoszą. – Fantastyczne! Dzięki, Pat.  

Pat zjadła właśnie ostatnie okruchy pierwszego ciastka i sięgnęła po następne.  

–  Wiem,  nie  powinnam  –  powiedziała  z  westchnieniem.  –  Nie  mam  jednak  za  grosz 

charakteru. Ty z kolei mogłabyś zjeść ich tuzin i nie utyjesz ani grama! 

– Może bym i nie utyła, ale na pewno zrobiłoby mi się niedobrze. – Deanna wzięła do ust 

ostatni  kęs  i  zlizała  z  palców  lukier.  –  Nie  miałabym  nic  przeciwko  przybraniu  trochę  na 

wadze – dodała.  

– Może i tak, ale wyglądasz świetnie właśnie tak! Wysoka i wiotka.  

– Wysoka i chuda! – zaprzeczyła z przekąsem. Miała prawie metr osiemdziesiąt i mimo 

swego apetytu nie mogła w żaden sposób przybrać na wadze.  

– O, nie! Ty masz styl! Wyglądasz doskonale.  

– Dziękuję – mruknęła nieco onieśmielona komplementami.  

Tylko jeden człowiek sprawiał, że była piękna. Nie było go już w jej życiu. Pozostał tylko 

w mglistych wspomnieniach.  

–  Ale  rzeczywiście,  wyglądasz  na  nieco  zmęczoną.  –  Pat  połykała  kolejne  ciastko.  – 

Pisałaś wczoraj w nocy, co? 

Deanna pokiwała głową.  

– Tak, nie mogłam usnąć. Nadziałam się znowu na mojego ulubionego sąsiada.  

– Co takiego zrobiłaś tym razem? 

–  Nic  nie  zrobiłam.  No,  w  każdym  razie  nie  celowo.  Gdybyś  go  jednak  posłuchała, 

mogłabyś sądzić, że byłam wmieszana w poważne przestępstwo kryminalne.  

– A wiec o co poszło? 

– Żona jednego z jego współpracowników najęła mnie do wytapetowania pokoju w jego 

domu. Dostała mój telefon od Cynthii. Tapetowałam pokój jej dziecka, pamiętasz? 

Pat skinęła głową twierdząco.  

– No i? 

– Zrobiłam, co miałam zrobić, ale, jak każe moje psie szczęście, sklep dostarczył mu zły 

wzór. Oczywiście, był to najokropniejszy wzór, jaki kiedykolwiek widziałam, wliczając w to 

ten w wielkie dynie, jaki kiedyś kładłam komuś w kuchni, pamiętasz? 

–  Och,  to  było  straszne!  –  Pat  pamiętała  próbkę,  którą  Deanna  jej  pokazywała.  –  I 

mówisz, że to było jeszcze brzydsze? 

Deanna pokiwała głową.  

–  O  tak!  Małe,  obrzydliwe  rybki  z  bąbelkami  pływające  między  purpurowymi 

wodorostami! W każdym razie, właśnie skończyłam kleić, gdy on wrócił.  

background image

– I co? 

– Właściwie to dostał kręćka! I, oczywiście, oskarżył mnie o celowe położenie złej tapety. 

Nie rozumiem tego człowieka, Pat! – pokręciła głową. – Jednego uśmiechu, jednego miłego 

słowa! Co za facet! 

– Zapłacił ci chociaż? 

–  Czek  miałam  już  w  kieszeni.  Uspokoił  się  w  końcu  na  tyle,  że  zgodził  się,  żebym  go 

zatrzymała, jeśli ściągnę to paskudztwo ze ściany.  

– Zrobiłaś to? 

–  Mhm.  I  zostawiłam  ściany  całe  pokryte  tą  kleistą  mazią  –  skrzywiła  się.  –  Mam 

nadzieję, że zeskrobanie tego zajęło mu całą noc – westchnęła. – Musi być chyba jakiś lepszy 

sposób na zarabianie pieniędzy.  

– Jest! – Pat uśmiechnęła się na dźwięk dzwonka u drzwi. – Idź i sprzedaj wreszcie trochę 

kwiatów.  

– Tak jest, szefie! – zasalutowała Deanna.  

Wstała z miejsca i wyszła powitać pierwszego klienta.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Minęły  prawie  dwa  tygodnie,  od  kiedy  Deanna  ostatni  raz  widziała  swego  sąsiada. 

Przypuszczała, że znów wyjechał służbowo i ani trochę jej to nie przeszkadzało.  

Pewnego  dnia  wracała  późnym  popołudniem  z  kwiaciarni.  Było  ciepło.  Powietrze, 

zwykle  klarowne  i  świeże,  tego  dnia  było  zamglone  spalinami,  a  hałas  uliczny  bardzo 

meczący. Przeszła na drugą stronę, gdzie w cieniu drzew lżej się oddychało.  

Kilka kroków przed nią szła mała dziewczynka z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie 

krótkich  spodenek.  Kopała  przed  sobą  jakiś  drobny  kamyk.  Widać  było,  że  się  nudziła.  W 

pewnej  chwili  spojrzała  przez  ramię  wyczuwając,  że  ktoś  za  nią  idzie.  Zaraz  też  skręciła  w 

ulicę, przy której mieszkała Deanna.  

Myśli  Deanny  krążyły  wokół  kolejnej  sceny  powieści.  Palce  wprost  swędziały  ją  do 

pisania. Niecierpliwie przyśpieszyła kroku.  

Przechodząc obok sąsiedniej posesji, zauważyła, że dziewczynka siedzi teraz na stopniach 

przed domem sąsiada i w skupieniu delektuje się lizakiem. Gdy Deanna przechodziła, rzuciła 

jej przelotne spojrzenie.  

Deannie  wydało  się  dość  dziwne,  że  dziewczynka  wybrała  właśnie  ten  dom  na  miejsce 

odpoczynku. Zatrzymała się na moment, by coś powiedzieć, gdy przyszło jej do głowy, że tak 

naprawdę to ta mała nic złego nie robi. Po prostu... siedzi sobie. Zmęczyła się spacerem, więc 

przysiadła tam, gdzie znalazła wygodne miejsce.  

Weszła wreszcie na swoją działkę. Chwilę grzebała w torbie w poszukiwaniu kluczy. W 

domu  panował  miły  chłód.  Zrzuciła  sandały  i  poszła  wprost  do  kuchni,  by  szybko  zapisać 

scenę, którą przed chwilą obmyśliła.  

Po  jakimś  czasie  przypomniała  sobie  o  dziewczynce.  Odłożyła  długopis  i  wyszła  na 

zewnątrz.  Tak  jak  się  spodziewała,  nie  było  jej  tam.  Gdy  jednak  podeszła  do  muru 

oddzielającego obie działki, by wyrwać kilka chwastów rosnących wśród kwiatów pod ścianą, 

z  drugiej  strony  doszedł  ją  stłumiony  plusk.  Później  jeszcze  jeden  i  coś,  co  przypominało 

pomruki  zadowolenia.  Może  to  on,  pomyślała,  a  może...  może  to  była  ta  dziewczynka! 

Pamiętając o swojej przykrej przygodzie, Deanna postanowiła ostrzec dziecko i – jeśli będzie 

trzeba – przegonić je stamtąd. Ostrożnie wspięła się na ławkę.  

Dziewczynka  chodziła  wokół  basenu  i  siatką  na  kiju  wybierała  z  wody  liście  i  drobne 

patyczki. Nuciła sobie przy tym pod nosem.  

Deanna  podciągnęła  się  wyżej  na  rękach.  Dziecko  nie  powinno  w  żadnym  razie 

przebywać na obcym terenie i do tego bawić się tak blisko dość głębokiej wody. Przerzuciła 

nogi  na  drugą  stronę  i  –  tak  jak  owej  pamiętnej  nocy  –  zeskoczyła  na  drugą  stronę. 

Dziewczynka nawet jej nie usłyszała.  

– Hej, ty, mała! 

Dziewczynka  omal  nie  straciła  równowagi.  Zaskoczona  spojrzała  na  Deannę.  Nie  miała 

więcej  niż  osiem,  dziewięć  lat.  W  jej  okrągłych,  niebieskich  oczach  dało  się  dostrzec  cień 

zadziorności i uporu.  

background image

– Nie powinnaś tutaj spacerować, wiesz? 

– Dlaczego? 

–  To  nie  jest  twój  dom. A  poza  tym,  to  niebezpieczne  bawić  się  w  pobliżu  basenu,  gdy 

wokół nie ma nikogo.  

Dziewczynka zacisnęła usta i odrzuciła opadające jej na oczy kosmyki włosów.  

– Ja tu mieszkam – powiedziała. – A poza tym umiem nieźle pływać...  

– Być może, ale mimo to nie powinnaś tu być.  

– Powiedziałam, że tu mieszkam.  

Deanna założyła ręce i spojrzała na nią z góry.  

– Ależ nie, nie mieszkasz tu.  

– Owszem, mieszkam! 

Deanna omal się nie uśmiechnęła na widok jej determinacji. Spróbowała z innej beczki.  

– Jak ci na imię? 

– Mickey – skrzywiła się mała.  

– A jak dalej? 

– Wescott – parsknęła zniecierpliwiona.  

– W porządku, Mickey Wescott, a teraz: gdzie mieszkasz naprawdę? 

– Przecież mówiłam! 

– W porządku. A może mogłabym skontaktować się z twoimi rodzicami? 

Zamrugała oczami.  

– Nie mam rodziców.  

W jej głosie było coś, co kazało Deannie uwierzyć.  

– A kto się tobą opiekuje? – zapytała nieco łagodniej.  

– Mój wujek, ale teraz jest w pracy.  

– A jak twój wujek ma na imię? 

– Lee.  

– A na nazwisko? 

– Hm... Stratton.  

Lee  Stratton.  To  nazwisko  widniało  na  czeku,  który  wręczył  jej  sąsiad.  A  więc 

dziewczynka mówiła prawdę. Deanna spojrzała na nią z sympatią.  

– Niedawno się tu wprowadziłaś? – Mhm. Wczoraj.  

– A kto ma się tobą opiekować, gdy twój wujek jest w pracy? 

Nie  zostawiłby  chyba  jej  samej...  Była  o  wiele  za  mała,  by  pozostawać  tak  długo  bez 

opieki. Mickey skrzywiła się.  

–  Kyra  była  ze  mną,  ale  przyszedł  jej  chłopak  i  mu  się  tu  znudziło.  Powiedział,  żeby  z 

nim poszła na jakąś wystawę... – rzuciła na Deannę niepewne spojrzenie.  

– Na Red River Exhibition. To taki wielki targ organizowany zwykle w  Winnipeg o tej 

porze roku. Założę się, że ta Kyra nie jest dorosła, co? 

–  Jest  starsza  ode  mnie,  ale  ja  sama  nigdy  nie  zostawiłabym  kogoś  takiego  jak  ja  bez 

opieki. Ma chyba niezłego fioła! 

– Na to mi wygląda – zgodziła się Deanna, nie próbując już ukrywać rozbawienia. – A ile 

background image

masz lat? 

– Dziewięć. A raczej prawie dziewięć – poprawiła się. – Mam urodziny w sierpniu.  

– Może powinnaś zadzwonić do wujka i powiedzieć mu, że Kyra sobie poszła? 

–  Mhm,  ale  kiedy  wyszłam  na  dwór,  drzwi  się  zatrzasnęły  i  nie  mogę  teraz  wejść  do 

środka.  

– W takim razie możemy zadzwonić z mojego domu.  

– Nie znam numeru. Leży przy telefonie, ale jeszcze się go nie nauczyłam na pamięć.  

– A może pamiętasz nazwę firmy, w której pracuje twój wujek? 

– Nie.  

– A znasz kogoś innego, z kim mogłybyśmy porozmawiać? 

– Nie – powiedziała powoli. – Mieszkałam u znajomych wujka. Później, gdy on wrócił, 

przywiózł mnie tutaj razem z moimi rzeczami.  

– Jak oni się nazywają? 

–  Rick  i  Sybil.  Mają  teraz  małe  dziecko  i  pieska.  Sybil  pozwoliła  mi  pomagać  przy 

dzidziusiu. Fajnie było.  

– Pamiętasz, jak mają na nazwisko? 

Mickey usiadła na jednym z ogrodowych foteli stojących w pobliżu. Zmarszczyła brwi i 

myślała z widocznym wysiłkiem, opierając głowę na rękach.  

– Nie – powiedziała po chwili.  

– A wiesz gdzie mieszkają? 

– Gdzieś za miastem. Niedaleko, ale nie wiem, jak tam dojechać – wzruszyła ramionami. 

– Przykro mi.  

–  Nic  się  nie  martw.  –  Deanna  usiadła  przy  niej  i  lekko  dotknęła  jej  ramienia.  – 

Poczekamy, aż wróci twój wujek. To na pewno nie potrwa długo.  

Mickey spojrzała na nią z ukosa.  

– Jestem trochę głodna... – powiedziała cicho.  

– Wiesz, właściwie to ja też. Chodźmy do mnie. Zrobimy sobie coś na kolację.  

Mickey rzuciła jej czujne spojrzenie.  

– W porządku. Masz dzieci? – zapytała wstając.  

– Nie, ale mam trzy koty i dwie papużki.  

– Super! Chodź, chcę je zobaczyć! 

Deanna uśmiechając się poszła za podskakującą z radości Mickey.  

Wiedziała,  że  postępuje  właściwie.  Nie  mogłaby  świadomie  zostawić  tego  dziecka 

samego.  Jedyne,  co  mogła  teraz  zrobić,  to  zabrać  ją  do  siebie.  Nawet,  jeśli  miałoby  to 

oznaczać  ponowną  konfrontację  z  sąsiadem.  Raczej  niemiła  perspektywa,  lecz  tym  razem 

wina była po jego stronie. I to bez cienia wątpliwości! 

Mickey weszła do domu za Deanną i zaciekawiona rozejrzała się wokół. Oczy jej zalśniły 

na widok dwóch kotków, które weszły do pokoju z podniesionymi ogonami.  

– Wyglądają jak bliźniaki.  

– To braciszkowie – Deanna uśmiechnęła się na widok Mickey, która już klęczała bawiąc 

się  z  kociakami.  –  To  Alfie,  a  tamten  nazywa  się  Imp.  Leo  na  pewno  czeka  przy  tylnych 

background image

drzwiach, aż go ktoś wpuści. Chodź, otworzymy mu.  

Gdy  przechodziły  przez  kuchnię,  w  klatce  odezwały  się  papugi.  Mickey  podbiegła  i 

zajrzała do nich.  

– One też mają jakieś imiona? 

– Jasne. Whirlybird i Tinkerbell. Dziewczynka zachichotała.  

– Ale fajnie! Czemu masz tyle zwierzaków? 

–  Leo  i  papużki  należały  kiedyś  do  mojej  cioci.  To  jest  jej  dom.  W  zeszłym  roku 

przeniosła się do Victorii i zostawiła je tutaj. A te dwa małe kociaki znalazłam w zimie. Ktoś 

porzucił je na ulicy.  

Uchyliła drzwi i wpuściła starego kota. Położone po sobie uszy i powoli poruszający się 

koniec ogona wskazywały, że Leo nie był w najlepszym humorze. Deanna roześmiała się.  

–  Jest  wściekły,  bo  siedział  cały  dzień  na  zewnątrz.  Ale  gdybym  go  wpuściła,  byłby 

nieszczęśliwy, że nie jest na dworze. On chyba myśli, że zatrudnię odźwiernego specjalnie dla 

niego.  

– Co on robi? – Mickey patrzyła zafrapowana, jak Leo wchodzi na kredens i zamiera w 

bezruchu z nosem przy drzwiczkach.  

– W środku jest jego jedzenie. W ten sposób mówi mi, żebym dała mu jeść. Jeśli chcesz, 

możesz wziąć jego miseczkę i nasypać mu trochę.  

–  Świetnie.  Pewnie,  że  chcę.  Sprytny  kot!  –  Wyjęła  z  szafki  pudełko  i  nasypała  do 

miseczki nieco kociej karmy. – Tyle wystarczy? – spojrzała na Deannę.  

– Jeszcze troszeczkę. O, tyle.  

Śmiejąc się obserwowały, z jakim pośpiechem małe kociaki przybiegły do miski.  

– Patrz, jak fajnie! Wielka, szara głowa pośrodku, a dwie czarne po bokach! – zauważyła 

Mickey. Odłożyła pudełko z kocim jadłem i uklękła przy kotkach, głaszcząc je delikatnie. – 

Zawsze chciałam mieć kotka, ale tam, gdzie mieszkaliśmy, nie mogliśmy trzymać zwierząt w 

domu.  

– A gdzie mieszkałaś? 

– W Edmonton, a przedtem w Calgary. Mieszkaliśmy też w Saskatoon przez jakiś czas, 

ale nie pamiętam tego zbyt dobrze.  

–  To  ładne  miasta.  –  Deanna  chciałaby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej,  ale  czuła,  że  nie 

powinna męczyć małej pytaniami. – Myślałam o spaghetti na kolację, co ty na to? 

–  Wspaniale!  Bardzo  lubię  spaghetti.  Z  chlebem  czosnkowym.  Mogę  go  zrobić,  jeśli 

chcesz.  

– Ale przyrzeknij, że dasz dużo czosnku.  

– Jasne! 

– W takim razie możesz to zrobić. Jazda, umyjemy ręce i możemy zaczynać. Umieram z 

głodu.  

Mickey w skupieniu nawinęła spaghetti na widelec. Zanim jednak kłębek makaronu trafił 

do jej ust, spojrzała poważnie na Deannę.  

– Przecież ja nawet nie wiem, jak ci na imię.  

– Przepraszam, Mickey, nazywam się Deanna Hamilton. Oczywiście, możesz mówić mi 

background image

Deanna.  

Mickey kiwnęła głową i podniosła odłożony przed chwilą widelec.  

– Okay – nabrała pełne usta spaghetti. – Mhm! Pyszne! Świetnie gotujesz! 

– Dziękuję. Twoje grzanki z czosnkiem też są wspaniałe. Umiesz jeszcze coś robić? 

Mickey wzruszyła ramionami.  

– Mnóstwo rzeczy. Zawsze robiłam kolację, gdy mama była w pracy.  

– Założę się, że jej się to podobało.  

–  O  tak,  owszem...  –  powiedziała  cicho.  Przez  chwilę  siedziała  zamyślona  z  oczami 

utkwionymi  w  jakimś  nieokreślonym  punkcie.  Nagle  odłożyła  widelec  i  wstała.  –  Nie  zjem 

już więcej. Mogę wyjść na dwór? 

–  Oczywiście!  W  ogrodzie  na  jabłoni  wisi  huśtawka,  a  jak  dobrze  poszukasz,  to  w  tych 

krzakach  przy  ścianie  znajdziesz  małe  gniazdko  gila.  Czasami  wychylają  się  z  niego  małe. 

Trzeba tylko być bardzo cicho i cierpliwie czekać.  

– Dobrze. Dziękuję bardzo za kolację – powiedziała Mickey grzecznie, wsuwając swoje 

krzesło pod stół.  

–  Proszę  bardzo  –  odpowiedziała  Deanna.  Odprowadziła  wzrokiem  małą  do  drzwi  i 

poczekała,  aż  je  za  sobą  zamknie.  Wtedy  odsunęła  od  siebie  talerz  z  jedzeniem.  Biedny 

dzieciak, pomyślała. Ciekawe, jak to się stało, że znalazła się w takiej sytuacji? 

Gdy  posprzątała  stół  po  posiłku  i  ustawiła  brudne  naczynia  w  zmywarce,  uświadomiła 

sobie  nagle,  że  przecież  jej  sąsiad  nie  będzie  wiedział,  co  stało  się  z  jego  siostrzenicą. 

Napisała szybko wiadomość na kartce i poszła przykleić ją do drzwi. Tego jeszcze brakowało, 

żeby oskarżył ją o kidnaperstwo czy inną podobną bzdurę.  

Wróciła  do  kuchni  i  wyjęła  z  szafki  dwie  miseczki.  Nałożyła  do  każdej  porcję  lodów 

czekoladowych  i  wyniosła  je  na  zewnątrz.  Jak  na  miejskie  standardy  miała  przed  domem 

całkiem  spory  ogród,  otoczony  ładnym  murem  z  gładkich  granitowych  głazów.  Optyczny 

ciężar  muru  był  nieco  złagodzony  rosnącymi  wzdłuż  niego  kwiatami.  W  tylnej  części  rosły 

dwie  śliwy  i  jabłoń.  Mały  warzywnik  przyciągał  wzrok  równymi,  wypielonymi  do  czysta 

grządkami. Nieco bliżej domu rosły bladoczerwone róże, wypełniające teraz powietrze swym 

słodkim zapachem.  

Mickey siedziała na huśtawce. Kołysała się powoli, zamyślona, ze wzrokiem utkwionym 

w  ziemię.  Dopiero  teraz  widać  było,  jak  bardzo  jest  zaniedbana.  Jej  włosy  domagały  się 

szybkiej  interwencji  fryzjera.  Pozlepiane  w  strąki  opadały  jej  na  twarz.  Gdy  wpadały  jej  do 

oczu, odrzucała je ruchem głowy. Na kolanie goiło się brzydkie zadrapanie. Ogólnie mówiąc, 

przydałoby  się  jej  dobre  szorowanie  w  wannie.  Oczywiście,  Deanna  wiedziała,  jak  szybko 

dzieci  brudzą  się  przebywając  na  dworze,  ale  Mickey  wyglądała  jakby  nikt  o  nią  nie  dbał 

przez dłuższy czas.  

Poprzednio miała okazję zauważyć, jak dobrze utrzymanym mężczyzną był Lee Stratton. 

Od  idealnie  przystrzyżonych  włosów,  przez  modne  ubranie,  aż  po  czubki  lśniących  butów. 

Widząc  to  można  by  się  spodziewać,  że  dba  również  o  swoją  siostrzenicę.  Skoro  jednak 

wyglądała tak jak wyglądała, to ciekawe, jak dużo troski jej poświęcał? 

– Mickey, mam coś na deser! – Podała jej jedną miseczkę i usiadła po turecku na trawie. 

background image

– Mam nadzieję, że lubisz czekoladowe? 

– Tak! To moje ulubione! Dziękuję.  

–  Moje  też.  A  szczególnie  w  takie  gorące  dni  jak  ten.  –  Wzięła  pełną  łyżkę  lodów  i 

mrucząc z zadowolenia zaczęła jeść. – Powiedz mi, kim jest twój wujek? 

– Robi komputery. On i Rick. Oni pracują razem. To Rick i Sybil mają ten komputer, na 

którym mogę sobie grać. Mają mnóstwo fajnych gier. Wujek Lee też ma chyba komputer, ale 

nie  wiem  jeszcze  na  pewno.  Może  też  pozwoli  mi  go  używać?  –  W  jej  głosie  było  jednak 

sporo wątpliwości.  

– Czy to jakaś duża firma? 

– Chyba tak! Mama mówiła, że zarabia tam dużo pieniędzy.  

Z pewnością tak było. Deanna wiedziała, że sąsiedni dom był drogi. Nawet dom jej ciotki, 

choć  znacznie  skromniejszy,  był  wart  sporo  pieniędzy,  głównie  z  racji  dobrej  lokalizacji  i 

dużego ogrodu.  

Mickey skończyła swoją porcję.  

– Mogłybyśmy pójść na spacer? – zapytała.  

– Chciałabym się gdzieś przejść, ale powinnyśmy być tu, gdy wróci twój wujek.  

– Racja. A która teraz godzina? 

– Gdy przyniosłam lody była prawie siódma.  

– Mogłabym pooglądać telewizję? 

– Jeśli chcesz...  

–  Fajnie!  Chodźmy!  –  Mickey  zeskoczyła  z  huśtawki  i  ruszyła  w  stronę  domu  z  pustą 

miseczką po lodach w ręce.  

 

Było  wpół  do  dziesiątej,  gdy  Deanna  wyłączyła  telewizor.  Miała  dość  tych  tandetnych 

filmów, powtarzanych już chyba po raz dziesiąty. Mickey natomiast wyglądała, jakby mogła 

spędzić całą noc przed ekranem.  

Oderwała wreszcie wzrok od telewizora i spojrzała na Deannę.  

– Wujek Lee nieźle się spóźnia, co? 

– Na pewno myśli, że siedzisz z opiekunką.  

– Chyba tak. Mówił jej kiedyś, że czasem będzie wracał późno i że wtedy będzie płacił jej 

więcej. Ona się na to zgodziła – Mickey skrzywiła się. – Wszystko było  dobrze, dopóki nie 

wpadło jej do głowy, by sobie gdzieś pójść z tym chłopakiem.  

– To bardzo nieodpowiedzialnie z jej strony. Mickey skinęła  głową. Przez chwilę jakby 

się wahała, drapiąc Impa pod brodą.  

– Czy... czy sprawiam ci kłopot? 

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedziała Deanna szybko.  

Powiedziała  to  zupełnie  szczerze.  Dziewczynka  była  śmiała,  wygadana,  z  pewnością 

przyzwyczajona do kontaktów z dorosłymi.  

– Podoba mi się u ciebie – Mickey uśmiechnęła się do niej smutno. – Miło tu.  

–  Mnie  też  się  tu  podoba,  wiesz?  Przypomniała  sobie,  jak  miły  był  to  dom,  gdy  ciotka 

przygarnęła ją zaraz po śmierci Ryana. To tu właśnie powoli dochodziła do siebie. Spojrzała 

background image

na Mickey.  

– Wyglądasz na zmęczoną.  

– Tak, nie spałam zbyt dobrze ostatniej nocy.  

– A co byś powiedziała na chłodny, miły prysznic i na małą drzemkę w moim łóżku? 

– Naprawdę nie miałabyś nic przeciwko temu? 

–  Ależ  to  żaden  problem.  Miło  mieć  towarzystwo.  A  poza  tym,  to  przecież  bez  sensu, 

żebyś czekała nie wiadomo jak długo, aż wróci twój wujek.  

– Fajnie! Może mogłybyśmy popływać w basenie zamiast prysznica? 

–  O,  nie.  Lepiej  nie...  –  odpowiedziała  Deanna  szybko,  poganiając  Mickey  w  kierunku 

łazienki.  

Przed  oczami  stanęła  jej  natychmiast  kompromitująca  scena  kąpieli  w  basenie  sąsiada  i 

tego, co było potem.  

Dała  Mickey  jedną  ze  swoich  bawełnianych  koszulek  jako  strój  po  kąpieli.  Po 

podwinięciu rękawów doskonale posłużyła za długą, nocną koszulę.  

–  To  twoja  piżama  na  dzisiaj  –  powiedziała,  prowadząc  małą  do  swej  sypialni.  –  Tu 

będzie ci chłodniej i przyjemniej niż w pokoju gościnnym.  

Pokój  Deanny  był  niedawno  odnawiany.  Wyglądał  świeżo  i  atrakcyjnie  dzięki 

pastelowym kolorom tapet i nowym, stylowym białym meblom.  

– Czy to twój mąż? – zapytała Mickey, wskazując na zdjęcie na nocnym stoliku.  

– Tak, to był mój mąż – Deanna pokiwała głową powoli.  

– Rozwiodłaś się? – Mickey wsunęła się pod koc podkulając nogi.  

– Nie. On umarł kilka lat temu. Długo chorował.  

– Tak jak mamusia... – powiedziała cicho. Deanna usiadła przy niej na brzegu łóżka.  

– Twoja mama była chora? 

– Tak. A później umarła.  

– Och, Mickey, tak mi przykro! 

Co to za straszna strata dla tak małego dziecka! 

– Rozmawiała ze mną o tym dużo, gdy jeszcze była w szpitalu, ale i tak strasznie mi jej 

brak.  

– Na pewno. Dobrze wiem, jak to jest – wyszeptała Deanna i wzięła dziewczynkę za rękę. 

– To nie takie łatwe pożegnać się na zawsze z kimś, kogo się kocha.  

Mickey popatrzyła na nią w ciemności.  

– Czy tęsknisz jeszcze do swego męża? 

– Już nie tak jak na początku – odpowiedziała.  

Z  wyjątkiem  tych  długich  nocy,  kiedy  nie  mogę  spać,  dodała  w  myśli,  no  i  wtedy,  gdy 

robię jakieś plany na przyszłość. Już bez niego... Westchnęła cicho.  

–  Potem  jest  już  lżej,  Mickey.  Przyrzekam  ci.  –  Zawahała  się,  –  A  co  z  twoim  tatą?  – 

zapytała po chwili.  

– Odszedł od nas, jak miałam cztery lata. Dawno go już nie widziałam.  

– Czy twój wujek jest bratem mamy? Mickey pokiwała głową twierdząco.  

– Mama sądziła, że on będzie mógł się mną zająć. Deanna szczerze w to wątpiła. Nie był 

background image

nawet w stanie załatwić jej dobrej opiekunki.  

– A masz jakąś inną rodzinę? 

–  Nie.  Chyba  że  mój  tata  wróci  –  dodała  z  nadzieją  w  głosie.  Potem  jednak  wzruszyła 

ramionami. – Wujek Lee jest w porządku. Po prostu jest mi teraz trochę samotnie...  

–  Nie  przejmuj  się.  –  Deanna  ścisnęła  mocniej  jej  dłoń  w  swojej.  –  Musi  minąć  trochę 

czasu, zanim się przyzwyczaisz do nowego domu i zanim poznasz nowych przyjaciół.  

– Masz chyba rację. Jak na razie nie mam tu żadnych przyjaciół.  

– Owszem, masz. Mickey zmarszczyła brwi.  

– Kogo? 

– Mnie, głuptasku! 

Twarz Mickey rozjaśniła się.  

– Tak! I Leo, i Impa, i Alfa! – dodała.  

– Nie zapomnij o papużkach! Dziewczynka zachichotała.  

– Śmiesznie się nazywają.  

– Bo to śmieszne ptaszki – odpowiedziała Deanna.  

– A teraz postaraj się już usnąć. Zrobiło się późno.  

Mickey położyła głowę na poduszce.  

– Wujek Lee powinien już tu być – powiedziała nieco zmartwiona.  

– Na pewno niedługo wróci. Nic się nie przejmuj.  

– Deanna otuliła ją kołdrą. – Miło mi, że jesteś u mnie. Możesz tu zostać tak długo, jak 

będziesz potrzebować.  

– Odruchowo pochyliła się i pocałowała ją w policzek.  

– Zobaczysz, wszystko się dobrze ułoży.  

Powoli  zeszła  na  dół,  mając  nadzieję,  że  jej  słowa  się  spełnią.  Czy  sąsiad  był  w  stanie 

zapewnić opiekę tej małej, zbolałej dziewczynce? Przecież ona potrzebowała ciepła, miłości. 

Czy  on  mógł  jej  to  dać?  Deanna  poważnie  w  to  wątpiła.  Wyglądał  na  człowieka  zbyt 

aroganckiego i zbyt pobudliwego.  

Z  westchnieniem  opadła  na  kanapę.  Wkrótce  znów  będzie  musiała  go  spotkać  i  z  nim 

rozmawiać. O nie, nie była to na pewno miła perspektywa! 

Deanna nie mogła się odprężyć. Nic nie pomagało ani leżenie, ani cicha, kojąca muzyka, 

ani przygaszone światło.  

W  tej  atmosferze  zaczęły  ją  nachodzić  wspomnienia.  Przypomniała  sobie  z  bólem,  jak 

bardzo chcieli z Ryanem mieć dziecko. Jego choroba, w połączeniu z bardzo silnymi lekami 

obróciły wniwecz ich marzenia.  

By oderwać się od raniących myśli i wspomnień, podniosła się powoli i poszła na górę. 

Mała spała spokojnie, z piąstką wciśniętą pod policzek.  

Deanna  westchnęła  znowu  i  zeszła  z  powrotem  na  dół,  ostrożnie  stawiając  kroki,  by 

schody nie skrzypiały.  

Z  płytkiej  drzemki,  w  którą  zapadła,  wyrwał  ją  dzwonek  do  drzwi.  Zanim  zdążyła 

podejść,  zabrzmiał  ponownie,  bardziej  natarczywie.  Trzeci  raz  zadzwonił,  gdy  trzymała  już 

rękę na klamce.  

background image

Za drzwiami stał, rzecz jasna, jej zdenerwowany sąsiad.  

– Gdzie jest Michelle? – zapytał bez wstępów.  

– Michelle? Mówi pan o Mickey? 

–  Ile  jeszcze  małych  dziewczynek  udało  się  tam  pani  zgromadzić?  Co  ona  tu  w  ogóle 

robi? 

Deanna spojrzała na niego surowo.  

–  Ostatecznie  mogłam  pozwolić,  by  siedziała  na  stopniach  pana  domu  do  czasu,  gdy 

zdecyduje  się  pan  na  powrót.  Mogłam  też  zadzwonić  na  policję,  by  zabrali  ją  do  przytułku. 

Musiałby się pan później gęsto tłumaczyć, dlaczego zostawił ją pan na dworze do tak późnej 

godziny.  Ale  tak  się  stało,  że  się  polubiłyśmy.  Myślę,  że  to  lepiej.  Dla  niej  –  dodała  z 

naciskiem.  

Patrzyła  na  niego  wyzywająco,  niemal  pogardliwie.  Jego  brązowe  oczy  zwęziły  się  w 

szparki.  

– O co tu, u licha, chodzi? 

–  Jak  tylko  zapanuje  pan  nieco  nad  swoimi  nerwami,  postaram  się  wszystko  wyjaśnić. 

Proszę jednak wejść do środka, bo już teraz połowa naszych sąsiadów przygląda się nam ze 

swych okien – odsunęła się, by umożliwić mu wejście.  

Wszedł i odwrócił się szybko.  

– Nic jej nie jest? 

–  Wszystko  w  porządku.  Śpi  sobie  spokojnie  na  górze.  Gdyby  mógł  pan  mówić  trochę 

ciszej, to pospałaby jeszcze trochę, gdy my będziemy rozmawiać.  

– No więc, niech pani wreszcie mówi – sapnął ze złością.  

– Przejdźmy do salonu.  

Ręką wskazała mu drogę i poszła za nim.  

Stanął  przy  biblioteczce.  Widać  było,  że  jest  zły  i  zmęczony.  Miał  podwinięte  rękawy 

koszuli, rozpięte górne guziki, poluzowany i przekrzywiony krawat oraz spocone włosy.  

Pracował do tej pory czy siedział w pubie? Deanna usiadła na brzegu kanapy.  

– Proszę, niech pan spocznie – powiedziała chłodno.  

Miała mu co nieco do powiedzenia i musiał tego wysłuchać.  

– Ciekaw jestem, co też pani teraz wymyśliła? 

Tylko  świadomość,  że  na  górze  śpi  dziecko,  powstrzymała  ją  przed  całkowitą  utratą 

kontroli  nad  sobą.  Przełknęła  ślinę,  a  wraz  z  nią  wszystkie  cisnące  się  jej  na  usta 

przekleństwa.  

W krótkich, zwięzłych słowach opisała mu, jak znalazła Mickey, która nie mogła dostać 

się do domu, pozostawiona bez opieki.  

Gdy skończyła, oczy miał zamknięte, ręką tarł czoło, jakby dostał ataku migreny.  

–  Dziękuję  –  powiedział  cicho.  –  Przyznam,  że  nieco  się  zapędziłem.  Bardzo  się 

zmartwiłem, gdy jej nie zastałem. Zabiorę ją teraz do siebie. – Powoli uniósł się.  

Deanna podniosła dłoń do góry.  

– Jeszcze nie skończyłam.  

– Słucham? – opadł z powrotem na poduszki.  

background image

–  To  dziecko  zostało  bez  jakiejkolwiek  opieki.  Mogę  zrozumieć,  że  nie  mógł  pan  tego 

przewidzieć.  Mógł  pan  jednak  przygotować  ją  na  wypadek  różnych  niespodziewanych 

sytuacji.  Nie  powinna  była  nigdy  wyjść  sama  z  domu.  Powinna  natychmiast  zadzwonić  do 

pana do pracy. Nie wolno jej było pójść za mną, wejść do mojego domu, do domu zupełnie 

obcej osoby. Miała dużo szczęścia!  I pan również. Dzieci znikają codziennie i mógł pan jej 

już nigdy nie zobaczyć! 

Uff! Wyrzuciła to z siebie. Teraz może się na nią gapić! 

– Koniec wykładu? – zapytał.  

– Owszem – wysyczała w odpowiedzi na jego zimną arogancję.  

– To świetnie. Gdzie ona jest? Deanna wstała z zaciśniętymi ustami.  

– Tędy proszę.  

Weszli na górę. Uchyliła drzwi do sypialni i wpuściła go do środka. Dwa czarne kociaki 

otworzyły  oczy,  mrugając  oślepione  światłem  z  korytarza.  Leo  otarł  się  o  nogi  Deanny  i 

miaucząc poprosił, by go wypuściła na dwór.  

– Co to, zoo? – wymamrotał, podchodząc do łóżka. Odsunął przykrycie i pochylił się, by 

wziąć małą na ręce. Mickey wyprężyła się odpychając go.  

– To ja, wujek Lee, Michelle – powiedział. – Zabieram cię do domu.  

Otworzyła  oczy  i  patrzyła  na  niego  przez  chwilę  półprzytomnie.  Poznała  go  w  końcu  i 

westchnęła uspokojona.  

Alfie  i  Imp  zeskoczyli  z  łóżka  i  przemaszerowali  przed  nim  z  wysoko  podniesionymi 

ogonami.  Deanna  przegoniła  ich  po  cichu  schodami  w  dół,  do  kuchni  i  poszła  otworzyć 

frontowe  drzwi.  Wyszła  na  podest,  by  przepuścić  Lee  z  Mickey.  Odwróciła  się  i  napotkała 

chłodne  spojrzenie  jego  zielonych  oczu.  Dziewczynka  spała,  opierając  głowę  na  jego 

ramieniu.  

–  Dziękuję  –  powiedział  sucho  i  skinął  głową.  Słowo  to  z  trudem  przeszło  mu  przez 

gardło.  

Deanna spojrzała na niego.  

– Nie ma za co – szepnęła.  

Zatrzasnęła  drzwi  i  kręcąc  głową  z  niedowierzaniem,  przeszła  do  salonu.  Z  impetem 

usiadła na kanapie. Co za arogancki i uparty typ! Już na samą myśl o nim cała aż się burzyła 

w środku! 

Myśl o Mickey uspokoiła nieco jej nerwy. Biedne dziecko. Jak mogło wyglądać jej życie 

z  tym  człowiekiem  pod  jednym  dachem?  I  to  jeszcze  teraz,  gdy  tak  świeża  była  rana  po 

śmierci  matki!  Czy  on  był  w  stanie  zapewnić  jej  miłość  i  ciepło,  którego  tak  teraz 

potrzebowała?  Był  twardymi  niedostępnym  człowiekiem.  Na  pewno  nie  był  ^odpowiednim 

opiekunem dla dziecka w wieku Mickey.  

Z  jakichś  zakamarków  wyszedł  Leo.  Wtulając  głowę  w  jej  rękę,  domagał  się  pieszczot. 

Drapała go za uszami i myślała, jak potoczy się dalsze życie Mickey. Była miłym dzieckiem, 

inteligentnym i wrażliwym... A jednocześnie tak samotnym, dodała w myślach.  

– Mam nadzieję, że wolno będzie jej nas odwiedzać, Leo – mruknęła do kota, drapiąc go 

pod brodą.  

background image

Pościel  na  jej  łóżku  była  zmięta.  Wygładziła  fałdy  i  przysiadła  na  brzegu.  Odruchowo 

wzięła do ręki zdjęcie Ryana. Spojrzał na nią z fotografii.  

Minęły już prawie trzy lata, od kiedy przegrał swą walkę z białaczką, a ona czuła, jakby 

nadal był częścią jej życia, jakby ciągle dzielił jej marzenia i radości.  

Uśmiechnęła się i odłożyła zdjęcie na stolik. Wślizgnęła się pod koc i zgasiła lampę.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Następnego  dnia  około  południa  odezwał  się  dzwonek  do  drzwi.  Deanna  odłożyła 

długopis, wstała od stołu i ziewnęła.  

Za drzwiami stała Mickey, trzymając bawełnianą koszulkę w rękach.  

– Chciałam ją oddać – powiedziała nieśmiało.  

– Dziękuję, Mickey. Możesz wejść na chwilę?  

Mickey zmarszczyła brwi.  

– Myślę, że tak. Wujek nie kazał mi być szybko z powrotem. Mogę zobaczyć kotki? 

– Jasne. Bawią się za domem. Na pewno próbują dostać się jakoś do gniazda gila.  

– Ojej! Naprawdę? 

– Nie przejmuj się. Nie mają się tam po czym wspiąć. Lubią jednak ostrzyć sobie pazurki. 

O, są tam, widzisz? 

Deanna patrzyła, jak Mickey przykucnęła, przywołując kociaki. Wystrzeliły natychmiast 

spod krzaka, jak dwa cienie. Za nimi dumnie wytoczył się ten stary zrzęda Leo, powoli kręcąc 

koniuszkiem ogona.  

– Lepiej zostawcie te pisklaki w spokoju! – pogroziła im Mickey. – Macie przecież swoje 

jedzenie w kredensie.  

Deanna usiadła na trawie.  

– Co robiłaś rano? 

– Wujek wziął mnie do pracy. Właściwie było trochę nudno, ale pozwolił mi pograć na 

komputerze.  Zadzwonił  też  do  Kyry  i  zwolnił  ją  za  to,  że  zostawiła  mnie  samą.  Długo 

rozmawiał z jej matką. Założę się, że się jej nieźle dostało! 

– A z tobą też rozmawiał? 

–  Tak!  To  była  cała  lekcja!  Teraz  już  wiem,  jaki  jest  numer  do  niego  do  pracy  i  że  nie 

wolno  chodzić  do  obcych  –  zmarszczyła  brwi  i  spojrzała  na  Deanne.  –  Czy  jesteś 

porywaczką? 

– A jak myślisz? 

–  Raczej  nie.  Ale  wujek  Lee  powiedział,  że  muszę  być  bardziej  ostrożna  i  że  z  tymi 

zwierzakami i takimi włosami mogłabyś być czarownicą. Powiedział też, że mam szczęście, 

że  mnie  nie  wsadziłaś  do  pieca  i  nie  upiekłaś...  To  ostatnie  to  żart!  –  zachichotała.  – 

Powiedziałam mu, że jesteś za ładna na czarownicę.  

–  Wielkie  dzięki!  –  odparła  Deanna,  zastanawiając  się,  jak  jej  sąsiad  zareagował  na  tę 

ostatnią uwagę.  

Nie  zapytała  o  to  jednak.  Ręką  przygładziła  swe  niesforne  włosy  o  jasnym, 

rudobrązowym  odcieniu.  Kręciły  się  i  nigdy  nie  dawały  się  ułożyć.  Były  tak  podcięte,  by 

bałagan zdawał się być zgodny z zamysłem.  

– A wiec będziesz teraz miała nową opiekunkę? – zapytała.  

–  Może...  Jeśli  wujkowi  uda  się  kogoś  znaleźć.  –  Mickey  postawiła  na  ziemi  jednego 

kotka i wzięła na ręce drugiego. – Najlepiej, gdybym nie musiała mieć opiekunki – spojrzała 

background image

na Deannę z ukosa – i gdybym mogła tu przychodzić, i żebyś ty się mną opiekowała.  

–  Twój  wujek  na  pewno  ma  inne  zamiary,  jeśli  o  to  chodzi.  Ale  wiesz  co?  Możesz 

przecież  przychodzić  tu,  kiedykolwiek  zechcesz!  Tylko  musisz  najpierw  zapytać  go  o 

pozwolenie. I nie martw się tak bardzo. On na pewno znajdzie tym razem kogoś fajnego dla 

ciebie.  

Mickey rzuciła jej niepewne spojrzenie.  

– Może i tak. Nie lubię sprawiać mu kłopotu.  

– Na pewno nie sprawiasz mu żadnego kłopotu! 

–  zareagowała  Deanna.  Zastanawiała  się  jednak,  czy  mówi  prawdę.  Teraz  Mickey 

powinna raczej czuć się jak członek jego rodziny niż jak źródło nowych utrapień.  

–  Zajmie  wam  to  nieco  czasu,  zanim  się  do  siebie  przyzwyczaicie.  Przecież  upłynęło 

dopiero parę dni! 

–  To  prawda.  –  Mickey  w  zamyśleniu  potarła  brodą  o  główkę  kota.  –  Mimo  to 

chciałabym, by znów było jak dawniej. Żeby mama nie musiała umrzeć.  

– Wiem, wiem, aniołku.  

Deanna  poczuła  łzy  napływające  jej  do  oczu.  Położyła  rękę  na  ramieniu  Mickey  i 

przytuliła ją serdecznie.  

– Myślę, że moglibyśmy pójść na lody do tej budki na rogu. – Odezwała się po dłuższej 

chwili milczenia. – Chcesz, to zapytamy twojego wujka, czy nie poszedłby z nami? 

Mickey rozpromieniła się.  

– Świetnie! – postawiła kota na ziemi. – Chodźmy! 

Deanna  poszła  powoli  za  nią.  Czoło  miała  zachmurzone  od  trosk.  Widać  było,  że 

dziewczynka potrzebowała teraz dużo ciepła i miłości.  

Zatrzymała się przed domem, czekając na Mickey, która weszła zapytać o pozwolenie. Po 

krótkiej chwili mała pojawiła się w drzwiach. Jej wujek tuż za nią.  

Oparł się o framugę drzwi z założonymi rękami.  

– Chce pani zabrać Mickey na lody? – zapytał niechętnie.  

– Czy to dozwolone? – Deanna znów poczuła złość na tego człowieka.  

Wyprostował się i spojrzał na zegarek.  

–  Proszę  ją  przyprowadzić  za  pół  godziny  –  powiedział,  po  czym  obrócił  się  i  zamknął 

drzwi.  

Deanna patrzyła na nie jeszcze przez chwilę, zupełnie zaskoczona.  

–  Wujek  Lee  jest  trochę  zmęczony  –  zaznaczyła  Mickey  z  obawą  w  głosie.  –  Bardzo 

ciężko pracuje. Powiedział mi, że robi teraz coś bardzo ważnego i że to już niedługo musi być 

skończone.  

– Owszem, wygląda na zmęczonego. – Deanna starała się, by jej głos brzmiał spokojnie i 

naturalnie, choć wewnątrz aż się gotowała. – No, to co? Idziemy na lody? 

Mickey podskoczyła w miejscu. Jej oczy zaiskrzyły się radością.  

– Jasne! 

 

Gdy doszły do domu Mickey, Deanna schrupała właśnie ostatni kawałek wafla.  

background image

–  Chciałabym  porozmawiać  przez  chwilę  z  twoim  wujkiem  –  powiedziała,  wycierając 

lepkie palce w serwetkę.  

Mickey dogoniła językiem uciekającą po waflu białą kroplę i spojrzała na nią.  

– Czy zrobiłam coś złego? 

Deanna pociągnęła ją za jeden z loczków.  

– Oczywiście, że nie. Chciałabym go tylko o coś zapytać.  

Mickey pobiegła do drzwi i otworzyła je przed Deanną.  

– Pójdę i zawołam go.  

Deanna  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  czekała,  rozglądając  się  wokół.  Dużo  przestrzeni, 

nowoczesny wystrój, jasne kolory tapet, to wszystko sprawiało, że czuło się tu chłód, nawet 

bez klimatyzacji.  

Mickey  wracała  jasnym  korytarzem,  oświetlonym  naturalnym  światłem.  Za  nią  bez 

pośpiechu szedł wujek. Widocznie w czasie, gdy ich nie było, wziął prysznic i przebrał się, bo 

wyglądał nieco porządniej i był spokojniejszy. Jednak niechętny grymas na twarzy pozostał.  

Deanna uśmiechnęła się do Mickey.  

– Cała się umazałaś tymi lodami.  

Mała wytarła skwapliwie buzię wierzchem dłoni.  

– Nic nie pomogło. Lepiej idź do lusterka. Mickey spojrzała na nią rezolutnie i pokiwała 

głową.  

– Zaraz wrócę – powiedziała i odeszła w głąb korytarza.  

Lee Stratton stał przed nią z rękami w kieszeniach. Ostro zarysowana linia brwi odcinała 

się śmiałym łukiem nad jego zielono-brązowymi oczami.  

– Słucham – powiedział, siląc się na uprzejmość.  

– Mickey nieco się boi zmiany opiekunki – zaczęła Deanna, jak zwykle bezpośrednio. – 

Może powinien pan pomyśleć o tym, by poświęcić jej nieco więcej czasu albo może brać ją 

do pracy przez jakiś czas. Chodzi o to, by ułatwić jej zaadaptowanie się.  

Lee zmarszczył brwi jeszcze bardziej.  

– To, co robię z moją siostrzenicą, nie powinno nikogo obchodzić, oprócz mnie.  

– Ale ktoś musi panu powiedzieć o pewnych sprawach. Mickey na pewno sama tego nie 

zrobi. Nie chcę się wtrącać, ale...  

– Otóż właśnie: wtrąca się pani – uciął ostro. Deanna westchnęła bezsilnie.  

– Znalazł już pan opiekunkę? 

– Ciekaw byłem, kiedy o tym zaczniemy rozmawiać! 

– Słucham? – spytała Daenna zmieszana.  

– Michelle od rana nie robi nic innego, tylko chodzi za mną i plecie, jak bardzo chciałaby, 

aby  pani  się  nią  zajmowała.  Nie  mam  wątpliwości,  że  pani  jej  to  zasugerowała.  Dla  mnie 

byłoby  to  właściwie  niepojęte,  jak  kobieta  w  pani  wieku  mogłaby  chcieć  spędzić  lato, 

opiekując się czyimś dzieckiem.  

Oczy  Deanny  były  teraz  szerokie  jak  spodki.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale  nie  wiedziała 

co. Odezwała się po chwili.  

– Ależ to jest zwariowany pomysł! Pan chyba oszalał! 

background image

– Tak. Mnie też się tak wydaje – wzruszył ramionami. – Ostatnio jednak myślałem o tym 

dość  poważnie.  Nie  widzę  powodu,  dla  którego  pani  miałaby  być  gorsza  od  jakiejś 

nastoletniej  podfruwajki.  A  poza  tym  mogłoby  to  być  nawet  dość  wygodne  ze  względu  na 

bliskość pani domu.  

Deanna patrzyła na niego, nie mogąc przemówić słowa. A więc mówił poważnie! Mimo 

tych  wszystkich  zarzutów,  jakie  miał  przeciwko  niej,  myślał,  by  powierzyć  jej  opiekę  nad 

Mickey! 

– No więc? Zgadza się pani? – Nie.  

– Dlaczego? Mam wrażenie, że pani nie pracuje. Opłaciłoby się to, zapewniam.  

– Owszem, pracuję w kwiaciarni na część etatu, a poza tym tapetuję mieszkania od czasu 

do czasu.  

– To pamiętam – potwierdził dość oschle. – A więc mówi pani, że nie mogłaby pani zająć 

się Michelle do czasu kiedy zacznie się szkoła? 

Ten  facet  miał  charakter!  Deanna  otworzyła  właśnie  usta,  by  mu  powiedzieć,  co  może 

sobie  zrobić  z  tą  całą  swoją  arogancją  i  propozycjami  w  tym  rodzaju,  gdy  ujrzała  Mickey 

wracającą korytarzem. Podeszła do nich, patrząc pytająco to na jedno, to na drugie.  

W tym momencie złość Deanny ustąpiła miejsca trosce. Pomyślała, że skoro Lee wystąpił 

z tą propozycją do niej, czyli do kogoś, kogo ani nie znał, ani zanadto nie poważał, to kogóż 

lepszego  byłby  w  stanie  zapewnić  swej  małej  siostrzenicy  do  opieki,  jeśli  ona  na  to  nie 

przystanie? 

Lee dobrze wyczuł jej chwilę wahania.  

– A więc? – zapytał.  

Deanna westchnęła zniecierpliwiona.  

–  A  może  lepiej  byłoby  porozmawiać  o  tym  nieco  później?  –  znacząco  spojrzała  na 

Mickey.  

– To cóż, może jutro około wpół do dziesiątej? 

– W porządku – wymamrotała i uśmiechnęła się do małej.  

– Idziesz już, Deanna? 

– Tak. Muszę wracać do moich kotów. Być może zobaczymy się znów jutro.  

– Chciałabym... Wyjdę z tobą na dwór.  

– Do zobaczenia, panie Stratton – pożegnała go Deanna chłodno.  

– Do widzenia. Ach, jeszcze jedno. Proszę przynieść ze sobą referencje.  

Deanna  rzuciła  mu  wściekłe  spojrzenie.  Chciała  odpowiedzieć  coś  na  tę  impertynencję, 

ale on odwrócił się i odszedł.  

– Dałam wam dość czasu? – zapytała Mickey poufnie.  

– Wiem, że mnie odesłałaś, bo chciałaś z nim sama porozmawiać.  

–  Tak.  Rzeczywiście  miałam  mu  do  powiedzenia  parę  rzeczy.  Dziękuję,  że  to 

zrozumiałaś. Nie przejmuj się, nie zrobiłaś nic niewłaściwego.  

–  Nie?  O,  to  dobrze  –  odetchnęła  z  ulgą.  –  Zastanawiałam  się  właśnie,  co  takiego 

mogłoby to być, ale nic sobie nie mogłam przypomnieć. W każdym razie nie dzisiaj.  

– I z pewnością od razu poczułaś się lepiej, co? 

background image

–  Deanna  zaśmiała  się  i  pociągnęła  dziewczynkę  żartobliwie  za  jeden  z  jej  niesfornych 

loczków. – Do widzenia. Zobaczymy się jutro! 

– Do widzenia! – uśmiechnęła się Mickey tym uśmiechem, który u Deanny powodował 

przypływ ciepłych uczuć.  

Po powrocie do domu czuła, że gdzieś w głębi duszy ciągle pali ją złość do Lee Strattona. 

Odłożyła klucze na półeczkę pod lustrem w holu i weszła do kuchni.  

Nalała sobie szklankę mrożonej herbaty. Wypiła duży łyk i zaczęła niespokojnie chodzić 

po kuchni. O mały włos, a powiedziałaby Lee w oczy, co o nim myśli. Gdyby Mickey wtedy 

nie weszła...  

Miał  ją  za  dziecinną  i  złośliwą,  a  mimo  to  chciał  zatrudnić  ją  jako  opiekunkę  swojej 

siostrzenicy! Ciekawa była kogo innego mógłby przyjąć? Jeśli nie byłaby to właściwa osoba, 

na pewno ucierpiałaby na tym tylko Mickey.  

Nie  mogła  zaprzeczyć,  że  pomiędzy  nią  i  małą  nawiązała  się  jakaś  więź.  Wiedziała,  że 

Mickey  też  tak  czuje.  A  więc  jej  wątpliwości  co  do  pracy  były  związane  jedynie  z  osobą 

sąsiada. Był arogancki, zarozumiały, a jego zachowanie doprowadzało ją wprost do szału. Jak 

się  to  miało  do  Mickey,  która  potrzebowała  miłości  i  serdeczności  po  tak  ciężkim 

doświadczeniu, jakim była dla niej śmierć matki? 

Intuicyjnie  Deanna  wyczuła,  że  byłaby  w  stanie  wnieść  do  życia  Mickey  nieco  ciepła. 

Sumienie nakazywało jej podjąć tę próbę.  

Ich  kontakty  mogły  przynosić  obopólne  korzyści.  Miło  byłoby  jej  spędzać  czas  z  kimś 

takim jak Mickey. Była ona tylko trochę młodsza niż dzieci, dla których pisała książki. Mogła 

dostarczać jej ciekawych spostrzeżeń i pomysłów. Na pewno obie świetnie by się bawiły.  

Mickey  z  pewnością  też  odpowiadałby  taki  układ.  Potrzebowała  kogoś,  z  kim  mogłaby 

porozmawiać,  wyżalić  się.  A  jej  wujek  do  tej  roli  się  nie  nadawał.  Chciał  jedynie  wypełnić 

swoje obowiązki wobec niej, ale nie stać go było na zrobienie kroku dalej.  

Deanna zdecydowała się. Spojrzała na zegarek i zadzwoniła do Pat Hahn.  

Pat gotowa była bez większych ceregieli iść jej na rękę.  

–  Jak  przestaniesz  u  mnie  pracować,  to  będę  miała  pretekst,  żeby  wreszcie  wyciągać  z 

łóżka moją córkę Kendrę. Za bardzo lubi wylegiwać się z rana – mówiła.  

–  Dzięki  temu  popracuje  trochę,  zamiast  latać  po  mieście,  wydawać  forsę  i  podrywać 

pryszczatych chłopaków.  

–  Nie  zamęcz  jej,  Pat.  Spróbuj  sobie  przypomnieć  swoje  młode  lata!  –  zaśmiała  się 

Deanna.  

– Próbuję, próbuję,  ale to nie takie łatwe. Dawno to było,  gdy miałam szesnaście lat. A 

więc jesteś już pewna tego? To znaczy pewna, jeśli chodzi o niego? 

–  Z  nim  jakoś  wytrzymam,  ale  robię  to  przede  wszystkim  dla  Mickey.  To  wspaniały 

dzieciak, Pat, i potrzebuje naprawdę dobrej opieki. Mam nadzieję, że on nie zmieni zdania, ot 

tak, z przekory.  

–  Byłby  stuknięty,  gdyby  tak  zrobił.  Cokolwiek się  stanie,  wpadnij  do  mnie  jutro.  Chcę 

usłyszeć szczegóły. Wiesz, jak lubię ich słuchać.  

– Masz na myśli plotki...  

background image

– Skoro tak wolisz to nazwać – roześmiała się Pat.  

– Zobaczymy się jutro! 

– Cześć! 

Deanna odłożyła słuchawkę śmiejąc się. Po chwili wstała, podeszła do lodówki i wzięła 

jeszcze  jedną  kostkę  lodu  do  szklanki.  Popijając  zimny  napój  myślała,  czy  Lee  zmieni  swe 

plany, czy nie. Kto to mógł wiedzieć? 

Jedno  wiedziała  na  pewno.  Nie  będzie  już  dłużej  tolerować  jego  nieuprzejmości.  Mimo 

wszystko mógł zachowywać się wobec niej w bardziej kulturalny sposób.  

 

Po  sposobie,  w  jaki  Lee  Stratton  przywitał  ją  w  drzwiach  widać  było,  że  będzie  tę 

rozmowę traktował poważnie. Ucieszyła się w duchu, bo dawało to szansę na porozumienie 

bez zbytecznego ładunku emocji. Uspokojona weszła za nim do gabinetu.  

Rozejrzała się. Wszystko było tu w takim stanie, jak poprzednio, tylko na biurku piętrzyły 

się w nieładzie stosy wydruków komputerowych. Ściany były już wymyte z kleju.  

Przysunęła sobie krzesło i usiadła naprzeciwko niego.  

–  Ładne  ściany.  Czyste...  –  zaznaczyła  nieśmiało.  Lee  rzucił  jej  krótkie  spojrzenie  i 

uśmiechnął się. Był to bardzo atrakcyjny uśmiech. Wyglądało na to, że gościł na jego twarzy 

częściej, niż się z początku mogło wydawać. Uświadomiła sobie, że ma ochotę zobaczyć go 

jeszcze raz i szybko odwróciła spojrzenie.  

– Prawda, że nieźle się prezentują? – odparł dość sucho, zasiadając za biurkiem.  

Wziął do ręki długopis i przez chwilę pukał nim bezmyślnie w klawiaturę komputera.  

– Sądzi pani, że istnieje jakakolwiek szansa na to, byśmy mogli spokojnie porozmawiać? 

– zapytał wreszcie z ledwie wyczuwalną nutką rozbawienia w głosie.  

Ta nieoczekiwana zmiana nastroju zupełnie zaskoczyła Deannę.  

– To zależy całkowicie od pana – odrzekła śmiało i, nie mogąc oprzeć się urokowi jego 

uśmiechu, odwzajemniła go.  

–  Nie  jest  to  tak  całkowicie  jednostronne,  jak  pani  sądzi  –  oparł  się  wygodnie  i 

obserwował ją spod przymkniętych powiek.  

Czy  to  była  aluzja,  czy  tylko  jej  się  zdawało?  Nie,  to  tylko  wyobraźnia,  odpowiedziała 

sama sobie.  

– Owszem, sądzę, że jest to jednostronne. A teraz co do Mickey...  

– Właśnie, czy chciałaby pani przejąć nad nią opiekę do końca lata? 

– Być może – odparła.  

Nie chciała dać po sobie poznać, że właściwie już się zdecydowała.  

– Dobrze. Chciałbym jednak wiedzieć, dlaczego przyjmuje pani moją propozycję? 

Pytanie było całkiem uzasadnione i zadane bez podtekstów.  

–  A  wiec,  po  pierwsze,  piszę  książki.  Są  to  książki  dla  dzieci  mniej  więcej  w  wieku 

Mickey. Nie mam zbyt częstego kontaktu z dziećmi, nie na co dzień w każdym razie. Byłaby 

to dla mnie szansa lepszego poznania ich świata. Po drugie, bardzo polubiłam Mickey i miło 

mi z nią przebywać.  

Deanna czuła, że Lee może w każdej chwili przerwać jej jakąś kąśliwą uwagą. On jednak 

background image

słuchał jej z zainteresowaniem.  

– To są referencje, o które pan prosił – powiedziała, podając mu papiery.  

Rzucił okiem na nazwiska.  

– Mhm – mruknął z zadowoleniem. – Dobrze. Proszę powiedzieć mi teraz coś o sobie.  

Deanna spojrzała na niego pytająco.  

– A co chciałby pan o mnie wiedzieć? 

– Wszystko. Po prostu wszystko. Raz zrobiłem błąd i to w zupełności wystarczy.  

Deanna  pomyślała,  że  popełnianie  błędów  nie  było  w  stylu  tego  faceta.  Nie  miał  też  w 

sobie za grosz tolerancji. Obudziło się w niej współczucie do Mickey.  

–  Mam  dwadzieścia  osiem  lat  –  zaczęła.  –  Od  trzech  lat  mieszkam  w  domu  obok. 

Wynajmuję go od mojej ciotki, która teraz mieszka w Victorii. Do zeszłego roku pracowałam 

w  agencji  reklamowej.  Nazwa  i  adres  są  w  papierach.  Teraz  dorabiam  sobie  w  kwiaciarni  i 

biorę różne prace dorywcze.  

– A więc będzie to dla pani po prostu kolejna forma dorobienia sobie, czy tak? 

–  Niezupełnie.  Jak  już  powiedziałam,  lubię  Mickey.  Razem  mogłybyśmy  mieć  fajne 

wakacje.  Poza  tym  myślę,  że  Mickey  potrzebuje  kogoś  więcej  niż  dziewczyny  do  dziecka. 

Powinna  mieć  kogoś,  komu  mogłaby  zaufać...  przyjaciela.  Sądzę,  że  nadawałabym  się  do 

tego.  

Lee pochylił się w jej kierunku i spojrzał jej czujnie w oczy.  

– Czy rozmawiała z panią o swojej matce? 

– Niewiele. Wspomniała też, że nie wiadomo gdzie w tej chwili jest jej ojciec.  

Lee zacisnął usta.  

– Owszem. To dla niej nawet lepiej, że go tu nie ma. Mojej siostrze też lepiej by się bez 

niego  żyło  –  przerwał  nagle.  –  Tak,  ma  pani  rację.  Mickey  z  pewnością  potrzebuje  kogoś 

bliskiego. Ja sam nie mogę jej teraz tego zapewnić. Zbyt dużo czasu pochłania mi praca.  

– Czym się pan zajmuje? – Deanna nie mogła powstrzymać się od tego pytania.  

– Jestem jednym ze wspólników Winntech Computer Graphics – odparł.  

– Słyszałam już tę nazwę.  

Deanna  przypomniała  sobie  artykuł  o  tej  firmie,  jednym  z  najlepiej  prosperujących 

przedsiębiorstw  w  Winnipeg.  Rozpoczęli  swą  działalność  od  programowania  wymyślnych 

gier  komputerowych.  Teraz  zaczęli  także  produkować  programy  graficzne  dla  architektów, 

plastyków  i  projektantów.  Łatwo  było  sobie  wyobrazić,  jak  wyczerpująca  musiała  to  być 

praca.  

– Często zostaję po godzinach – powiedział. – Nie będę wracał codziennie o piątej. Czy 

jest pani na to przygotowana? W grę wchodzą także niektóre weekendy. Czasem wyjeżdżam 

też w delegację.  

– Z pewnością dam sobie radę. Jeśli zajdzie taka konieczność i będę musiała wyjść, sama 

postaram się o właściwe zastępstwo.  

– Jakiej zapłaty pani oczekuje? 

– A co może pan zaoferować? 

Gdy wymienił sumę, oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia.  

background image

–  To  obejmuje  także  wieczory.  Będę  pani  płacił  dodatkowo  za  dni,  kiedy  będę  musiał 

wyjechać. Chciałbym także, by kupiła pani dla niej jakieś ubrania. W tej chwili po prostu nie 

mam jej w co ubrać. Dam na to pieniądze oddzielnie. Przy okazji możecie także kupić trochę 

jedzenia.  Cieszyłbym  się,  gdyby  udało  się  pani  wmusić  w  nią  czasem  jakiś  posiłek.  Jest 

strasznie grymaśna. Myślę, że przydałoby się jej też trochę książek. Zresztą, proszę kupić jej 

to,  co  uważa  pani,  że  jest  jej  potrzebne  –  mówił  władczym  tonem,  zupełnie  jakby  wydawał 

polecenia w pracy. Spojrzał raz jeszcze na referencje Deanny. – Będę dzwonił do tych osób 

jutro. Jeśli wszystko będzie w porządku, ma pani pracę. – Złożył kartkę i wsunął ją sobie do 

kieszonki  koszuli.  –  Dam  pani  znać  jutro  wieczorem  –  powiedział  wstając.  –  Jutro  zabiorę 

Michelle do biura. Jeszcze jeden raz nie zaszkodzi.  

Jemu czy dziecku? – pomyślała Deanna wstając szybko.  

– To chyba już wszystko, prawda? – zapytała.  

–  Tak.  A  więc  do  usłyszenia  jutro  późnym  wieczorem.  Deanna  odwróciła  się  jeszcze  w 

drzwiach i spojrzała mu prosto w oczy.  

–  Och,  omal  nie  zapomniałam.  Postaram  się  trzymać  Mickey  z  dala  od  mojego  pieca  – 

powiedziała, nie mogąc się wprost powstrzymać. – I nie zabiorę jej na przejażdżkę na miotle, 

choćby nie wiem jak o to błagała – podniosła dwa palce jak do przysięgi. – Słowo wiedźmy! 

Prześlizgnęła  się  przez  drzwi  zanim  zdążył  cokolwiek  powiedzieć.  Dusząc  się  od 

tłumionego śmiechu, przeszła przez korytarz i wyszła frontowymi drzwiami.  

Mimo  złośliwości,  którymi  go  poczęstowała  na  odchodne,  była  pewna,  że  otrzyma  tę 

pracę. Mógł sobie robić z tymi referencjami, co chciał, ale ona i tak wiedziała, że ją zatrudni. 

Czuł,  że  Mickey  potrzebuje  kogoś  bliskiego.  Chciał  pozbyć  się  części  swojej 

odpowiedzialności  i  był  gotów  nieźle  za  to  zapłacić.  Mickey  miała  może  miejsce  w  jego 

domu, ale nie w sercu.  

 

Pat  zapakowała  właśnie  bukiet  pięknych  róż  i  przyczepiła  do  nich  adres  klienta  dla 

kierowcy.  

– Ktoś dzwonił do mnie dziś rano w twojej sprawie – powiedziała i zerknęła na Deannę 

znad okularów.  

– Tak myślałam. Powiedziałaś mu, jaka jestem wspaniała? 

–  Zasypałam  go  wprost  komplementami  na  twój  temat.  No  i  co?  Głos  ma  całkiem 

seksowny, a jaki jest naprawdę? 

Deanna wyglądała na zamyśloną. Przesuwała zwiędły płatek róży w dłoni.  

–  Jest  całkiem  niczego  sobie  –  powiedziała  w  końcu.  Zabrzmiało  to,  jakby  mówiła  do 

siebie, a nie do Pat.  

–  Och,  Deanna!  Szczegóły!  Szczegóły!  Jaki  jest?  Niski?  Wysoki?  Gruby?  Chudy?  No, 

powiedzże coś! 

Deanna roześmiała się.  

– No dobrze. A więc nie jest dużo wyższy ode mnie.  

– To znaczy kto? – przekomarzała się Pat.  

– Poczekaj! Chcesz znać szczegóły, to nie przerywaj! 

background image

– Dobrze, już dobrze. A więc jest całkiem wysoki, no i... – popędzała ją niecierpliwie.  

–  Nieźle  zbudowany,  choć  nie  do  przesady.  Bardzo  elegancko  i  prosto  się  trzyma. 

Wygląda na nieźle wysportowanego – ciągnęła Deanna, przypominając sobie jego sylwetkę, 

gdy  stał  na  brzegu  basenu.  –  Ma  brązowe,  ciemne,  świetnie  przystrzyżone  włosy,  trochę 

jaśniejszych kosmyków od słońca. Ma piwne oczy, ale o nieco zielonkawym odcieniu. Twarz 

ma...  no  tak,  w  końcu  chyba  bardzo  przystojną.  Mocno  zbudowany,  ale  w  typie 

intelektualisty.  

Pat chrząknęła znacząco.  

– Albo mi się zdaje, albo słyszę nutkę zadurzenia w twoim głosie? 

Deanna pokręciła szybko głową. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak szczegółowe 

były jej obserwacje Lee Strattona. Owszem, był atrakcyjny, no ale w końcu...  

–  Wiesz,  żeby  ktoś  cię  pociągał,  najpierw  musisz  go  polubić  –  powiedziała  z 

przekonaniem.  –  Może  on  i  jest  przystojny,  ale  okropnie  niemiły.  Nieuprzejmy  i  arogancki. 

Nieczuły. To całkiem jasne, że wziął do siebie Mickey tylko dlatego, że nie miała się gdzie 

podziać. Jest teraz dla niego tylko jednym z wielu obowiązków. I ona biedna to wyczuwa.  

– Na to potrzeba trochę czasu, Deanna. Miłość nie zjawia się na życzenie.  

–  Ale  to  taki  fajny  dzieciak,  mówię  ci!  Naprawdę  trudno  byłoby  jej  nie  kochać!  Mam 

wrażenie, że dla niego liczy się tylko jego własna praca i niewiele więcej.  

– Skoro z niego taki przystojniak, jak mówisz, to na pewno kreci się wokół niego jakaś 

dziewczyna albo dwie.  

Może  się  niedługo  ożeni  i  będą  wszyscy  żyć  długo  i  szczęśliwie?  Nie  przejmuj  się  tym 

tak bardzo. Deanna westchnęła ciężko.  

–  Może  i  rzeczywiście  nie  powinnam  się  tak  martwić.  Nie  mogę  zapewnić  Mickey 

szczęśliwego domu, to przynajmniej będziemy miały fajne wakacje.  

– Mam co do tego dobre przeczucia – przyznała Pat, patrząc na Deannę z troską.  

– Co masz na myśli? 

– Wiesz, jest coś takiego w twoim głosie, gdy mówisz o tym swoim sąsiedzie, że węszę tu 

jakiś romans...  

Deanna spojrzała na nią zdziwiona.  

– Kwiatki ci pachną, a nie żaden romans! – zawołała.  

– Jeden już mam za sobą i to się więcej nie powtórzy! Nie z nim, w każdym razie.  

Pat pokiwała głową ze zrozumieniem, ale bez wielkiego przekonania.  

 

Mickey stała na tarasie, przeskakując z podniecenia z nogi na nogę. Pół kroku za nią stał 

Lee.  

–  Wujek  Lee  mówi,  że  będziesz  się  teraz  mną  zajmować  –  zacwierkała  z  rozradowaną 

buzią. – To fajnie! 

– I ja tak myślę. Będziemy miały superwakacje, prawda? 

– Jasne! Mogę zobaczyć koty? 

– Tak. Możesz też zmienić wodę papugom, jeśli chcesz. Właśnie sama miałam zamiar to 

zrobić.  

background image

– W porządku! – Mickey przecisnęła się obok Deanny i znikła w głębi korytarza.  

Deanna spojrzała na Lee.  

– Zechce pan wejść? 

– Nie, nie. Dziękuję – przyglądał się jej w zamyśleniu.  

– To godne podziwu! Co za wzór odwagi i pracowitości! 

Deanna zignorowała tę drobną prowokację. Dla dobra Mickey chciała utrzymać spokój w 

ich wzajemnych relacjach. Spokój, bo o zażyłości nie mogło być, rzecz jasna, mowy.  

– Dziękuję – usiadła na poręczy, kołysząc jedną nogą w powietrzu. – Czyli zaczynam od 

jutra? 

– Przyprowadzę Mickey około ósmej trzydzieści, przed wyjazdem do pracy.  

– W porządku.  

Stratton wyprostował się i sięgnął do kieszeni.  

– Proszę – powiedział, podając jej klucz. – To klucz od moich drzwi frontowych. Może 

pani korzystać z mojego domu, kiedy pani zechce. Chyba nie będziecie siedzieć tutaj całymi 

dniami. Myślę, że skorzystacie też z basenu... – znów zupełnie niespodziewanie pojawiła się 

w jego głosie nutka rozbawienia.  

Zaskoczona żartobliwym tonem wzięła klucz z jego ręki. Sięgnął raz jeszcze do kieszeni, 

tym razem po portfel.  

–  Tak  jak  mówiłem  wczoraj,  Mickey  potrzebuje  ubrań  i  wielu  innych  drobiazgów. 

Chciałbym, żeby wzięła ją pani na zakupy – podał jej zwitek banknotów.  

Deanna stała nieco zmieszana z pieniędzmi w wyciągniętej dłoni. Mimo wszystko zakupy 

były koniecznością. Wszystko, co Mickey miała, było już na nią za małe.  

– O której zwykle będzie pan wracał z pracy? – zapytała.  

–  To  doprawdy  trudno  powiedzieć  –  wzruszył  ramionami.  –  Podpisujemy  właśnie 

kontrakt z firmą w Kalifornii. Wolę być w biurze dopóki oni tam nie skończą pracy, czyli do 

siódmej  naszego  czasu.  Och,  byłbym  zapomniał,  prawdopodobnie  wybiorę  się  tam  w 

przyszłym tygodniu. Szczegóły nie zostały jeszcze co prawda uzgodnione, ale wygląda na to, 

że nie będzie mnie przez dwa, trzy dni. Czy będzie to kłopot dla pani zająć się wtedy Mickey? 

Oczywiście za dodatkową zapłatą.  

– To żaden kłopot. Nie mam planów na przyszły tydzień.  

No i trochę więcej gotówki też się przyda, pomyślała w duchu. Jeśli szczęście jej dopisze, 

może  uda  się  odrobić  oszczędności  jeszcze  zanim  Mickey  wróci  do  szkoły.  To  z  kolei 

pozwoliłoby jej na pisanie bez konieczności dorabiania sobie gdziekolwiek indziej.  

Lee spojrzał w kierunku ulicy.  

– Jeśli nie ma pani teraz więcej pytań, zabiorę ją do domu.  

–  Wolałabym  raczej  odesłać  ją  za  parę  minut,  jeśli  nie  ma  pan  nic  przeciwko  temu  – 

odparła.  

– Jak pani wygodniej – zgodził się. – Zatem, do zobaczenia jutro rano.  

Przechodząc przez kuchnię Deanna rzuciła na stół zwitek banknotów. Było stąd słychać, 

jak Mickey mówi do ptaków. Weszła do pokoju.  

– Zmieniłaś im wodę? 

background image

– Tak. Popatrz, Whirlybird się mnie boi, a Tinkerbell nie. Usiadła mi na palcu. Bo ona to 

jest... „ona”, prawda? 

– Obie są „one” – roześmiała się Deanna i odgarnęła włosy opadające Mickey na czoło. – 

A  więc,  jak  rozumiem,  podoba  ci  się  ten  pomysł,  żebym  opiekowała  się  tobą  w  czasie 

wakacji? 

Mickey przytaknęła skwapliwie.  

– Wiesz, już się bałam, że znajdzie kogoś innego, takiego jak Kyra, albo że będę musiała 

chodzić z nim codziennie do pracy. To straszna nuda. Czy on już poszedł do domu? – spytała, 

patrząc w kierunku drzwi.  

– Poszedł, ale ty możesz tu jeszcze zostać przez parę minut. Chcesz lemoniady? 

– Tak, poproszę. – Mickey wspięła się na wysoki stołek i usiadła, huśtając nogami. – Co 

będziemy robić jutro? 

Deanna napełniła dwie wysokie szklanki i podała jedną z nich Mickey.  

–  Wujek  Lee  chciał,  żebym  wzięła  cię  na  zakupy.  Może  powinnyśmy  przejrzeć  twoje 

rzeczy i zobaczyć, czego potrzebujesz. A może znajdziemy też trochę czasu na fryzjera? 

Twarz Mickey rozjaśniła się. Skinęła głową.  

– Świetny pomysł! – zawołała. Zaraz jednak zachmurzyła się i posmutniała, wpatrzona w 

kostki lodu w szklance. – Włosy zawsze obcinała mi mama – powiedziała po chwili cicho.  

– Na pewno dobrze to robiła – Deanna poczuła nagły przypływ litości.  

Mickey pokiwała głową. Westchnęła ciężko i opuściła ramiona.  

– Chyba już nie chcę – powiedziała, wyciągając rękę ze szklanką.  

Deanna wzięła ją i odłożyła na stół.  

–  Myślisz,  że  pomogłoby,  gdybym  cię  przytuliła?  Mickey  spojrzała  na  nią,  nic  nie 

mówiąc.  Deanna  już  wiedziała...  Podeszła  i  objęła  ją  mocno.  Przez  moment  Mickey  była 

spięta. Po chwili jednak poddała się, objęła Deannę za szyję i wtuliła głowę w jej ramię.  

Deanna  poczuła,  że  łzy  cisną  się  jej  do  oczu.  Biedne  dziecko,  pomyślała.  Była  zupełnie 

sama na tym świecie.  

– Dawno nikt mnie tak nie przytulał – powiedziała Mickey stłumionym głosem.  

– Mnie też. To miłe uczucie, prawda? 

Jakoś  nie  zaskoczyło  jej  to,  że  Lee  Stratton  nie  przytulał  swojej  siostrzenicy.  Nie 

wyczuwała bowiem pomiędzy nimi żadnej więzi. Zaopiekował się nią ze zwykłego poczucia 

obowiązku, i to wszystko.  

Uścisnęła ją mocno raz jeszcze.  

–  A  wiec  umowa  stoi:  jutro  zaczynamy  od  dużych  zakupów.  Wstajemy  wcześnie,  w 

porządku? 

–  W  porządku!  –  odrzekła  Mickey.  Sięgnęła  po  swoją  szklankę  i  wzięła  łyk  napoju.  – 

Możemy zjeść lunch poza domem? 

– Żaden problem! 

– McDonald? 

– A gdzieżby indziej! 

– Mniam, mniam, świetnie! Może już pójdę do domu, wykąpię się i przygotuję wszystko 

background image

na jutro? 

Gdy szły do drzwi, spojrzała na Deannę.  

–  Wiesz,  jak  to  jest:  jak  wcześnie  idziesz  spać,  to  noc  prędzej  mija  i  jutro  szybciej 

przychodzi.  

–  Wiem,  wiem  –  uśmiechnęła  się  Deanna.  –  Do  zobaczenia  rano,  duży  bobasie!  – 

cmoknęła ją w czubek głowy.  

– Dobranoc – odpowiedziała Mickey i w podskokach pomknęła do siebie.  

Deanna  stała  jeszcze  w  drzwiach.  Obserwowała  dwóch  chłopców,  ścigających  się  na 

małych  rowerkach  po  chodniku  po  przeciwnej  stronie  ulicy.  Myślała  o  matce  Mickey.  Z 

pewnością nie była podobna do Lee. By wychować tak kochające i troskliwe dziecko, musiała 

sama być szczera i bardzo uczuciowa.  

On,  owszem,  był  całkiem  przystojny.  Nie  miał  jednak  za  grosz  czułości.  Ciekawe,  czy 

także  w  relacjach  z  kobietami  był  tak  chłodny?  Czy  w  ogóle  poza  pracą  miał  potrzebę 

prywatnych kontaktów i przyjaźni? Deanna miała nadzieję, że tak, że w jego życiu była jakaś 

kobieta, która skruszyłaby jego charakter, która pomogłaby mu stworzyć dom dla Mickey.  

Westchnęła i weszła do domu. Musiała zabrać się za pisanie.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Usłyszała przez sen, że ktoś dzwoni do drzwi. Otworzyła oczy i trochę zdezorientowana 

rozglądała się wokół. W pokoju było już jasno. Rzuciła okiem na budzik i stwierdziła, że jest 

prawie  wpół  do  dziewiątej.  Wyskoczyła  prędko  z  łóżka,  klnąc  sama  na  siebie  przy 

akompaniamencie kolejnego dzwonka.  

Przywdziała  krótki  szlafrok.  Pasek  wiązała  już  w  drodze  na  dół.  Na  pół  sekundy 

zatrzymała  się,  by  zerknąć  w  wiszące  w  holu  lustro.  Skrzywiła  się,  desperacko  próbując 

zrobić  coś  z  nieposłusznymi  włosami.  Wyprostowała  jeszcze  tylko  kołnierz  szlafroka  i 

otworzyła drzwi.  

Lee i Mickey stali na tarasie. Uśmiechnęła się sennie do małej i spojrzała na Lee.  

–  Bardzo  mi  przykro  –  powiedziała  prędko.  –  Zaspałam.  Pisałam  do  późna  w  nocy  i 

powinnam była nastawić budzik.  

Zielonkawe  oczy  przyglądały  się  jej  uważnie,  a  teraz  właśnie  oceniały  jej  długie  nogi. 

Deanna poruszyła się zmieszana. Lepiej by się czuła, gdyby mogła wziąć prysznic i ubrać się. 

A poza tym w jego spojrzeniu było coś zbyt osobistego, jak na tę sytuację.  

Natomiast  Lee był  elegancki do najdrobniejszego szczegółu. Każdy włos na właściwym 

miejscu,  idealnie  skrojony  garnitur,  podkreślający  jego  mocną  figurę,  a  z  drugiej  strony 

nadający mu wygląd profesjonalisty. Do licha, ależ z niego przystojny gość, pomyślała.  

Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. W jego spojrzeniu nie było tym razem tak dobrze 

znanej  jej  ironii  i  krytycyzmu.  Było  nieco  ciepła  i  akceptacji,  coś  jak  nie  wypowiedziany 

komplement. Szybko odwróciła wzrok, zaskoczona swoją reakcją.  

Poprawiła włosy i spojrzała na Mickey.  

– Widzę, że jesteś gotowa, żeby dobrze dziś wystartować? 

Mickey skinęła głową.  

– Śniadanie już zjadłam.  

–  Świetnie.  Wejdź  do  środka  –  odsunęła  się  i  przepuściła  dziewczynkę.  –  A  więc  do 

zobaczenia wieczorem – zwróciła się do Lee.  

Im szybciej odejdzie, tym lepiej. Nie tyle gapił się na nią, co po prostu przyglądał się jej z 

nadspodziewanym zainteresowaniem.  

–  Zadzwonię  po  południu  i  powiem  dokładniej,  kiedy  wracam.  Jeśli  nie  będzie  was  w 

domu, zostawię informację na taśmie.  

– Nie mam automatycznej sekretarki – powiedziała Deanna.  

– W takim razie nagram się na swojej. Może pani sprawdzić później – zerknął na zegarek. 

– Muszę pędzić. Do zobaczenia, Michelle! – uśmiechnął się do małej i odszedł.  

Odetchnąwszy z ulgą Deanna weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi.  

– Muszę napić się kawy – powiedziała. – Chodźmy do kuchni.  

Zdjęła  pokrowiec  z  klatki  z  papugami.  Uśmiechnęła  się,  widząc  zaskoczenie  Mickey 

świergotem i podskokami rozbudzonych ptaków.  

W czasie, gdy parzyła się kawa, uprzątnęła stół z papierów. Mickey przyglądała się temu 

background image

z zaciekawieniem.  

– Co to jest? – zapytała, wskazując papiery.  

–  To  jest  książka,  którą  piszę.  –  Deanna  położyła  stos  kartek  na  lodówce.  –  To  historia 

małej dziewczynki, która żyje w przyszłości. W kosmosie.  

Mickey usiadła za stołem, opierając podbródek na rękach.  

– To książka dla dzieci? 

– Tak, dla dzieci trochę starszych od ciebie. – Niecierpliwie rzuciła okiem na ekspres do 

kawy. Ciągle jeszcze nie była gotowa! Nie wyspała się ani trochę i dawka kofeiny przydałaby 

się,  jak  nigdy.  –  Jedna  moja  książka  została  już  wydana.  Może  będziesz  mogła  ją  kiedyś 

przeczytać.  

– Nie za bardzo lubię czytać – skrzywiła się Mickey. – To nudne.  

–  O,  szkoda.  –  Deanna  nalała  sobie  kawy  i  dodała  mleka.  Upiła  duży  łyk  i  odetchnęła 

głęboko.  Kawa  była  wyśmienita.  –  Myślałam,  że  w  te  wakacje  mogłybyśmy  sobie  trochę 

poczytać, siedząc w ogrodzie. Bardzo lubiłam to robić, jak byłam mała.  

– Twoja mama też ci czytała? 

Deanna pokręciła głową. Żadne z jej rodziców nie miało ani czasu, ani chęci, by spędzać 

z nią czas w ten sposób.  

– Myślałam jednak, że fajnie byłoby czytać na głos na zmianę, raz ty, raz ja. Powinnyśmy 

kiedyś spróbować. Może ci się spodoba, kto wie? 

Oto i zadanie na wakacje, pomyślała.  

– Gdzie jest Alfie i Imp? – zapytała Mickey, by zmienić temat.  

– Są za domem. Możesz iść się z nimi pobawić, a ja w tym czasie wezmę prysznic.  

– Dobrze – Mickey zeskoczyła ze stołka i skierowała się do drzwi.  

– Nie wychodź poza ogród, to nie zajmie mi dużo czasu.  

Przez  chwilę  stała  oparta  o  kredens  patrząc,  jak  Mickey  wywołuje  koty  spod  krzaków. 

Dopiła resztkę kawy, a potem przeciągając się i ziewając poszła do łazienki.  

Deanna  zrzuciła  z  nóg  sandały  i  usiadła  po  turecku  na  podłodze  w  pokoju  Mickey. 

Wytrząsnęła z torby kilka kolorowych podkoszulków, obcięła im metki i podała je Mickey.  

Dziewczynce  bardzo  podobały  się  zakupy.  Oczy  jej  ciągle  jeszcze  błyszczały,  a  z 

policzków nie schodził rumieniec. Wizyta u fryzjera poprawiła znacznie jej wygląd. Zniknęły 

brzydkie,  ciągle  wpadające  do  oczu  kosmyki  włosów.  Teraz  fryzura  była  ładna  i  łatwa  do 

utrzymania.  

Po kilku minutach wszystkie nowe rzeczy znalazły się w szafie.  

– Kupiłaś mi mnóstwo ubrań – powiedziała Mickey.  

– Twój wujek ci je kupił. Ja tylko pomogłam wybrać to, czego potrzebowałaś. Pamiętaj, 

żeby mu podziękować, kiedy wróci do domu. A teraz zamówimy pizzę. Umieram z głodu.  

W oczekiwaniu na dostawę rozwinęły nowe plakaty Mickey i zastanawiały się,  gdzie je 

przyczepić. Trzy z nich były z kotami, a jeden z jednorożcem.  

–  Jednorożca  możemy  dać  nad  łóżko  –  oświadczyła  Mickey.  –  Koty  na  tę  ścianę  koło 

okna. Te trzy białe w koszyku powiesimy w środku.  

– Dobry pomysł. Gdzie są nasze pinezki? 

background image

–  Tutaj!  –  Mickey  podała  jej  małą  torebkę.  Deanna  przypinała  plakaty  do  ściany,  a 

Mickey mówiła jej, czy wiszą prosto.  

– No i co? Jak to wygląda? – zapytała.  

– O wiele lepiej – ucieszyła się Mickey. – Od razu przyjemniej się tu zrobiło.  

– Nie przywiozłaś ze sobą żadnych swoich rzeczy? – spytała Deanna.  

Pokój wyglądał tak samo sterylnie, jak inne w tym domu: ani pluszowych zabawek, ani 

lalek, ani półek z książkami i grami.  

–  Przywiozłam  tylko  trochę  moich  ubrań  i  parę  drobiazgów.  Tylu  rzeczy  zapomniałam 

zabrać,  gdy  wujek  Lee  przyjechał  po  mnie  do  tej  pani,  u  której  mieszkałam.  Teraz  już  nie 

wiem, gdzie one mogą być. Nie wiem też, co stało się z rzeczami mamy – usiadła ciężko na 

brzegu  łóżka  kołysząc  nogą.  –  Wszystko  zostało  w  domu,  kiedy  musiała  pójść  do  szpitala. 

Chyba teraz ma to ktoś inny.  

Mickey wyjęła z pudełka małe radio z budzikiem, które kupiły, i postawiła je ostrożnie na 

komódce. Podłączyła je do prądu i znalazła jakąś stację z muzyką rockową. Podkręciła nieco i 

uśmiechnęła się do Deanny.  

– Teraz nie będzie już tu tak cicho – oświadczyła.  

– No dobrze. A teraz zbierzmy te papiery i wyrzućmy do kosza. Masz, tu jest duża torba. 

Zbierz  do  niej  te  śmieci.  Sprawdź  też,  czy  na  podłodze  nie  leżą  gdzieś  szpilki.  Lepiej  nie 

nadepnąć na taką rano bosą nogą.  

Zanim  zabrały  się  na  dobre  do  sprzątania,  odezwał  się  dzwonek  u  drzwi.  Mickey 

poderwała się pierwsza.  

– Pizza! 

–  Lepiej  się  pośpiesz,  zanim  wystygnie  –  powiedziała  Deanna  ze  śmiechem  i  dała  jej 

pieniądze.  

Chyba  nic  się  nie  stanie,  jeśli  zjemy  tutaj,  pomyślała,  gdy  mała  zniknęła  za  drzwiami. 

Jadalnia, gdzie stał nowoczesny stół ze szklanym, kryształowo czystym blatem i wymyślnymi 

nowoczesnymi krzesłami, nie była dobrym miejscem na tłustą pizzę w rozmiękłym pudełku. 

Także i kuchnia, lśniąca jak sala operacyjna z nieskazitelnie czystym wyposażeniem, nie była 

ani trochę przytulniejsza.  

Ten  dom  potrzebował  ożywienia,  ciepła.  Jej  dom  na  pewno  nie  wygrałby  konkursu  na 

projekt wnętrza, ale przynajmniej przyciągał miłą atmosferą. Był to dom, w którym czuło się 

obecność jego mieszkańców.  

Zastanawiała  się,  czy  Lee  był  zwolennikiem  takiego  surowego  wystroju,  czy  też  nie 

starczało  mu  gustu  i  odwagi,  by  wprowadzić  tu  i  ówdzie  akcenty  własnego  pomysłu. 

Uśmiechnęła się do siebie. Na widok tych małych, purpurowych rybek niejednemu odeszłaby 

wszelka ochota do eksperymentów z dekoracją wnętrz.  

Mickey wróciła, niosąc ostrożnie pudełko z pizzą i brązową torebkę z napojami.  

–  Oto  i  nasze  jedzenie  –  powiedziała  i  położyła  pudełko  na  komódce.  –  Mmm,  pachnie 

wspaniale! 

– No to jedzmy już.  

Usiadły obie na dywanie, kładąc pizzę pomiędzy sobą. Za obrus posłużył im duży ręcznik 

background image

kąpielowy. Grało radio,  a Mickey  poruszała  głową w takt muzyki. Pociągnęła przez słomkę 

łyk mrożonego kakao z kubka.  

– Wspaniale smakuje pizza z czekoladą – orzekła.  

– O tak! Zawsze to lubiłam. Także z cheeseburgerami i chipsami! 

– Mhm. Kupimy sobie to jutro – uśmiechnęła się Mickey.  

– Może lepiej byłoby jednak coś ugotować? 

– Cheeseburgery! Uwielbiam takie niezdrowe jedzenie! 

Deanna podniosła do oczu kawałek pizzy i przyjrzała się mu uważnie.  

– Dla mnie nie wygląda to wcale tak niezdrowo – powiedziała i ugryzła porządny kęs. – 

Patrz jak się to ciągnie! – Bełkocząc z pełnymi ustami, starała się złapać językiem zwisające 

nitki gorącego sera.  

– A, to tutaj jesteście.  

Zaskoczone podniosły głowy. Lee stał w drzwiach z założonymi rękami. Miał jeszcze na 

sobie  garnitur,  ale  krawat  był  poluzowany,  a  dwa  guziki  koszuli  rozpięte.  Właściwie  to  nie 

wyglądał wcale tak groźnie.  

Deanna przełknęła spiesznie i wytarła usta serwetką.  

– Witam – uśmiechnęła się trochę sztywno. – Widzę, że jest pan trochę wcześniej.  

– Skończyłem szybciej niż myślałem. – Wzruszył ramionami i rozejrzał się po pokoju. – 

Zdaje się, że wydałyście trochę pieniędzy, co? 

W oczach Mickey pojawiła się niepewność.  

– Tak. Czy może kupiłyśmy za dużo? 

– Chyba raczej nie, prawda? – zwrócił się do Deanny. Deanna wstała z podłogi.  

–  Mam  wszystkie  kwity  –  powiedziała  cicho,  sięgając  do  tylnej  kieszeni  spodni.  – 

Kupiłyśmy  tylko  potrzebne  jej  rzeczy,  ubrania  i  buty,  a  także  parę  drobiazgów,  by  mogła 

poczuć  się  trochę  bardziej  jak  u  siebie  w  domu.  –  Uśmiechnęła  się  do  Mickey.  –  Ja  się  już 

najadłam, a ty? 

Mickey przytaknęła.  

–  No  to  teraz  posprzątajmy.  Włożę  te  resztki  do  lodówki,  a  ty  w  tym  czasie  wyrzuć 

papiery  –  zwróciła  się  do  dziewczynki,  ignorując  obecność  Lee.  –  Chcesz  wypić  resztę 

czekolady? – zapytała.  

– Nie, nie jestem już głodna. Te torby też są do wyrzucenia? 

– Raczej tak. Przepraszam – zwróciła się do Lee, chcąc wyjść z pokoju.  

Odsunął się, ale i tak otarła się o niego ramieniem. Poczuła zapach jego wody po goleniu. 

Natychmiast jednak zgasiła w sobie rozbudzone uczucie zainteresowania.  

Do licha z nim! – pomyślała. Czemu nie wrócił do domu choćby z miłym uśmiechem na 

twarzy, chwaląc Mickey za jej nowe uczesanie i wystrój pokoju? Biedny dzieciak martwi się 

teraz,  czy  czasem  nie  wydały  za  dużo  pieniędzy  na  to  wszystko!  Chciała  przecież  sprawiać 

jak najmniej kłopotu swojemu wujkowi.  

Deanna  podejrzewała,  że  Mickey  podświadomie  wyczuwała  reakcje  Lee.  Była 

przekonana, że nie do końca akceptował jej obecność w domu.  

Lee wszedł do kuchni w chwili, gdy Deanna owijała folią resztki pizzy. Stał w drzwiach i 

background image

przyglądał  się  jej  przez  chwilę.  Zdjął  już  marynarkę  i  krawat,  podwinął  rękawy  koszuli. 

Wyglądał  raczej  przystępnie,  jeśli  nie  bezbronnie.  Jedynie  w  oczach  miał  znów  ten  chłodny 

błysk.  

– Nie miałem na myśli tego, że wydałyście za dużo pieniędzy – powiedział z oporem.  

Deanna zamknęła lodówkę i odwróciła się do niego.  

–  Tu  nie  chodzi  o  mnie.  Mickey  bardzo  się  tym  przejęła.  To  przecież  całkiem  jasne,  że 

ona  i  jej  matka  nie  miały  żadnych  oszczędności.  Teraz  ona  martwi  się,  że  to  samo  będzie 

tutaj. Myślę, że powinien pan z nią na ten temat porozmawiać.  

Zobaczyła, że jego oczy zwęziły się w szparki, a usta zacisnęły, zupełnie jakby miał jej 

zamiar powiedzieć, by zajęła się lepiej własnymi sprawami. Jednak w tej samej chwili weszła 

Mickey, niosąc wielką torbę wypchaną śmieciami.  

– To już wszystko. Mam to wynieść do śmietnika? 

– Twój wujek tym się zajmie. Odprowadź mnie. Muszę już iść. – Wzięła Mickey za rękę i 

uśmiechnęła  się,  mijając  Lee.  –  Nie  zapomni  pan  o  tej  rozmowie,  którą  chciał  pan  z  nią 

przeprowadzić, prawda, panie Stratton? – Pacnęła Mickey palcem w czoło. – Nie martw się, 

to  nie  będzie  żadne  kazanie.  Wujek  powie  ci  po  prostu  trochę  o  pieniążkach,  żebyś  się  już 

więcej  nie  przejmowała  –  tu  posłała  Lee  władcze  spojrzenie.  Przecież  Mickey  powinna 

zdawać sobie sprawę, że wujka stać na jej utrzymanie. – Do widzenia.  

Uśmiech,  którym  go  obdarzyła,  był  tak  samo  fałszywy,  jak  i  spokojny  ton  głosu,  który 

starała się utrzymać. Wyszła z podniesioną głową.  

Następnego  ranka  Deanna  wstała  wcześnie.  Siedziała  właśnie  na  stopniach  tarasu, 

popijając  kawę  i  susząc  swoje  rudawe  włosy  w  promieniach  rannego  słońca,  gdy  z 

sąsiedniego domu wyszła Mickey i Lee.  

Gdy nadeszli, wyprostowała się. Powitała Lee chłodnym uśmiechem, który nabrał ciepła 

natychmiast, gdy jej wzrok spoczął na Mickey.  

– Cześć, dzieciaku! – powiedziała. – Co słychać? 

– Wszystko w porządku. Co będziemy dziś robić? 

– A co byś powiedziała na mały piknik w zoo? 

– Świetnie! Możemy wziąć ze sobą kanapki z masłem orzechowym i bananami! 

– Fuj, to musi okropnie smakować! No, ale skoro musisz...  

– Jasne, że muszę! Gdzie koty? – zapytała.  

– Leo wyleguje się na moim łóżku, a Alfie i Imp są za domem.  

Mickey wspięła się szybko po schodach i zniknęła w głębi domu. Deanna patrzyła za nią 

przez moment, po czym odwróciła się. Lee zbierał się do odejścia.  

– Chwileczkę – powiedziała. – Zapomniałam pana o coś spytać wczoraj.  

– Coś takiego, nie wierzę własnym uszom! – odparł z ironią.  

Zignorowała jego ton i ciągnęła dalej.  

–  Zauważyłam,  że  w  pokoju  Mickey  nie  było  nic  z  jej  dawnego  domu.  Ani  lalki,  ani 

żadnego miśka, nawet zdjęcia jej matki. To ważne, żeby miała jakieś rzeczy z przeszłości. Jej 

życie nie rozpoczęło się przecież w dniu, kiedy się do pana przeniosła.  

Deanna  robiła  wszystko,  by  nie  brzmiało  to  jak  oskarżenie.  Z  wyrazu  twarzy  Lee 

background image

wnioskowała jednak, że niezbyt jej się to udawało.  

Wpatrywał się w nią, z trudem panując nad sobą.  

–  Płacę  pani  za  opiekę  nad  Michelle,  a  nie  za  interesowanie  się  nie  swoimi  sprawami  – 

odrzekł, siląc się na spokój.  

– Ależ to właśnie jest związane z opieką nad nią – odparła Deanna z naciskiem.  

– Niech pani lepiej nie próbuje przeciągać struny, bo...  

– Bo zwolni mnie pan? – wpadła mu w słowo.  

–  W  porządku,  ale  będzie  pan  tego  żałował  i  dobrze  pan  o  tym  wie.  Tak  czy  owak, 

Mickey jest teraz pod pana opieką i to pan odpowiada za jej rozwój wewnętrzny.  

– Czy to już wszystko? 

– Na teraz tak – odpowiedziała.  

Miała nadzieję, że nie zdobędzie się na to, by rzeczywiście ją zwolnić.  

–  A  więc  proszę  zapamiętać,  że  zatrudniłem  panią  jako  opiekunkę  do  dziecka,  a  nie 

psychologa – powiedział chłodno. – Późno dziś wrócę – dorzucił.  

Zerknął na zegarek, odwrócił się i odszedł. Deanna patrzyła za nim przez chwilę. Miała 

ochotę rzucić czymś w tego twardziela. Mrucząc przekleństwa pod nosem weszła do domu i 

zatrzasnęła za sobą drzwi.  

Mickey  stała w holu  w  pobliżu drzwi. Jeden z kotków kurczowo trzymał się pazurkami 

jej bluzki. Ciekawe, ile z tej rozmowy dotarło do jej uszu, myślała Deanna ze złością.  

– Kłócicie się, ty i wujek? – zapytała dziewczynka spokojnym głosem.  

– Tak jakby... – przyznała Deanna. Nie warto było udawać, że jest inaczej.  

– O mnie? 

– Nie, Mickey – Deanna potrząsnęła głową. – Nie o ciebie. Po prostu nie zgadzamy się 

czasem i to wszystko. Dorosłym się to zdarza.  

Mickey pokiwała głową ze zrozumieniem.  

–  O  tak,  moja  mama  i  mój  tata  kłócili  się  czasem,  pamiętam.  Wcale  mi  się  to  nie 

podobało.  

–  Z  pewnością  –  odparła  Deanna.  Musieli  się  nieźle  kłócić,  skoro  Mickey  do  dziś  to 

pamięta.  –  Ja  i  twój  wujek  nie  kłócimy  się  aż  tak.  Już  po  wszystkim.  Nie  musisz  się  tym 

przejmować, dobrze? 

– Zgoda – odpowiedziała mała.  

Deanna  wyczuwała,  że  Mickey  bała  się,  że  Lee  mógłby  zaangażować  inną  opiekunkę. 

Zamyślona przytuliła dziewczynkę do siebie.  

 

Siedziała  przed  domem  w  fotelu  ogrodowym.  By!  cichy  wieczór.  Od  zachodu  zaczęły 

napływać  ciężkie,  ciemne  chmury.  Po  chwili  przesłoniły  ostatnie  promienie  zachodzącego 

słońca.  Gdzieś  w  oddali  błysnęło  po  raz  pierwszy.  Stłumiony  pomruk  burzy  przetoczył  się 

przez okolicę. Powietrze było ciężkie od duchoty.  

– Deanna...  

Zaskoczona rozejrzała się wokół. Przy furtce ogrodu stał Lee. Wyprostowała się w fotelu 

i lekko uśmiechnęła. Czego on mógł chcieć? 

background image

–  Zdawało  mi  się,  że  mówiła  pani  do  kogoś  –  powiedział,  podchodząc  bliżej.  Miał  na 

sobie krótkie spodenki i rozpiętą bawełnianą koszulę.  

–  Tak,  mówiłam  do  kotów  –  odrzekła  niepewnie.  Była  zmęczona  i  nie  miała  ochoty  na 

kolejną dyskusję. – Słucham pana – zapytała w końcu.  

– Mogę usiąść? 

– Oczywiście – wskazała mu ręką drugi fotel. Lepsze było to, niż gdyby miał nad nią stać.  

– Jak się ma Mickey? 

– Śpi teraz.  

Deanna spojrzała na zasnute chmurami niebo. Wraz z nadchodzącą burzą wzmagał się i 

wiatr, wprawiając liście drzew w szalony taniec.  

– Burza może ją obudzić. Powinien pan przy niej być.  

– To nie potrwa długo. Nie zajmę pani dużo czasu.  

– Nowe rozkazy? – zapytała.  

–  Owszem  –  przyznał,  marszcząc  brwi.  –  Pojutrze  muszę  wyjechać  do  Kalifornii.  Czy 

sprawiłoby pani kłopot wziąć Michelle do siebie na ten czas? 

–  Żaden  problem  –  odpowiedziała,  ciesząc  się  w  duchu,  że  przynajmniej  nie  będzie 

musiała  go  widywać  przez  parę  dni.  –  Jej  towarzystwo  nie  sprawia  mi  kłopotu.  –  Wiatr 

zarzucił jej na twarz kosmyk włosów. – Jak długo pana nie będzie? 

–  Nie  mogę  tego  teraz  dokładnie  określić.  Prawdopodobnie  cztery,  może  pięć  dni.  – 

Spojrzał w niebo. Na południu kłębiły się ciemne chmury. Na zachodzie, gdzie przed chwilą 

zniknęło słońce, było nieco jaśniej. – Może przejdzie bokiem – powiedział Lee.  

– Mam nadzieję, że nie. Nie mieliśmy ani jednej porządnej burzy tego lata.  

– Pani lubi burze, czy dobrze zgadłem? 

Blask następnej błyskawicy i grzmot nadał jego słowom tajemniczości.  

Deanna wstała, podniósłszy twarz na spotkanie pierwszych kropel deszczu. Spojrzała na 

niego i roześmiała się, zapominając na chwilę o dzielącym ich konflikcie.  

– Wspaniale, prawda? – Znów uniosła twarz, pozwalając, by obmywały ją wielkie krople 

wody.  

– Wiedziałem, że jest pani czarownicą – mruknął i podniósł się z fotelika. – Założę się, że 

wywołała pani tę burzę za pomocą swych czarodziejskich mocy.  

Spojrzała na niego roześmianymi oczami.  

– To nic trudnego. Bierze się po prostu oko jaszczurki i palec ropuchy! 

Odwzajemnił jej uśmiech i stał teraz koło niej w coraz bardziej ulewnym deszczu. Wiał 

cudownie  chłodny  wiatr,  niosąc  zapach  świeżo  nawilżonej  ziemi.  Ciemność  nieba  przecięły 

postrzępione odnogi kolejnej błyskawicy. Huk grzmotu wstrząsnął okolicą.  

–  Ta  była  niezła,  co?  – zapytała  Deanna  z  zachwytem.  Lee  stał  wpatrzony  w  niebo,  jak 

ona. Deszcz obmywał mu twarz, szyję i spływał za koszulę. Jego szorty, poczynając od paska, 

powoli nasiąkały wodą. Także nogi miał już całkiem mokre.  

Deanna  spostrzegła  nagle,  że  przygląda  mu  się  z  rosnącym  zainteresowaniem.  Był 

niewątpliwie atrakcyjnym mężczyzną.  

Podniosła  oczy.  Patrzył  na  nią,  na  jej  mokre,  przylegające  do  ciała  ubranie.  Szybko 

background image

odwróciła wzrok. Serce zaczęło jej bić szybciej. Poczuła dotyk jego palców, odsuwających z 

policzka kosmyk jej włosów.  

Cofnął  rękę,  zanim  mogła  zareagować.  Wciąż  jednak  czuła  ciepły  ślad  pozostawiony 

przez  jego  palce  na  swej  chłodnej  od  deszczu  skórze.  Z  trudem  powstrzymała  się,  by  nie 

potrzeć ręką tego miejsca.  

Spojrzała na niego.  

– Lepiej będzie... – zaczęła.  

– ... jak wrócę do Michelle – dokończył cicho, przyglądając się jej z bliska. – Wiem, tak 

będzie rzeczywiście lepiej.  

Wahał się przez chwilę, jakby chcąc jeszcze coś powiedzieć. Pokręcił głową z rezygnacją 

i powoli oddalił się w kierunku furtki. Kilka kroków przed nią zatrzymał się i odwrócił.  

– Dobranoc, Deanna.  

– Dobranoc, Lee – odrzekła.  

Drżąc  nieco  z  chłodu,  potarła  rękami  swe  odkryte  ramiona.  Potem  dotknęła  pobczka, 

jakby chcąc zetrzeć ślad jego palców. Westchnęła ciężko.  

Była już zupełnie przemoczona i zziębnięta, ale mimo to stała jeszcze chwilę, rozmyślając 

o  swoich  reakcjach.  To,  że  jej  się  spodobał  było  zupełnie  naturalne,  powiedziała  sobie  z 

przekonaniem. Była normalną, młodą kobietą. Mimo że w duchu ciągle czuła silny związek z 

Ryanem, miała przecież prawo do obdarzania innych mężczyzn zainteresowaniem.  

Dotknął jej. No i cóż z tego? Delikatne dotknięcie. Nic w tym nie było z erotyki. Prawda, 

ale z kolei nie był to taki zupełnie obojętny odruch. W jego oczach widać było, że coś do niej 

czuł.  

W porządku, zgodziła się w końcu. Może i było to jakieś wzajemne zainteresowanie, ale 

tylko zewnętrzne. Przecież nawet nie lubili się.  

Zamyślona  poszła  w  stronę  domu.  Za  nią  spod  stolika  wyskoczył  Leo,  zły  na  deszcz 

moczący mu sierść.  

Po raz pierwszy rozstali się bez złości i kłótni. Przy okazji przeszli nawet na ty. Zamiast 

ulgi  zawładnęło  nią  jednak  dziwne  uczucie  niepewności.  Nie  miała  żadnej  wątpliwości,  że 

przed chwilą zaszła w ich stosunkach jakaś znacząca zmiana.  

Tej nocy upewniła się, że naprawdę zaczyna coś do niego czuć. Zupełnie coś innego niż 

złość i niechęć.  

background image

ROZDZIAŁ PIATY 

 

Deanna myliłaby się sądząc, że sprawy od teraz potoczą się inaczej.  

Gdy poszła rano po Mickey, Lee zachowywał się jak zwykle chłodno. Bez słowa wręczył 

jej zwitek banknotów jako wynagrodzenie i wyszedł, w roztargnieniu pogłaskawszy Mickey 

na do widzenia.  

W chwili gdy drzwi zamykały się za nim, Deanna uchwyciła smutny wyraz oczu Mickey. 

Tych dwoje nie zbliżyło się do siebie ani trochę. Z tego też powodu dziewczynka była cicha i 

nieśmiała  w  stosunku  do  swego  opiekuna.  Wydawało  się,  że  Lee  niewiele  miał  dla  niej 

uczucia, poza poczuciem obowiązku. Wszystko to było takie przykre.  

Deanna pociągnęła Mickey za jeden z jej niesfornych loczków.  

–  No,  mała,  wiesz  już  od  czego  chciałabyś  zacząć?  Możemy  przejechać  się  statkiem  po 

rzece albo pójść do muzeum i planetarium.  

Mickey wzruszyła obojętnie ramionami. Nie było w niej dziś entuzjazmu.  

– Wszystko mi jedno – odpowiedziała.  

– A może – zaczęła Deanna i przytuliła ją – spędzimy sobie po prostu spokojnie dzień w 

ogrodzie z basenem, co? 

–  Tak,  to  byłoby  nieźle.  –  Głos  Mickey  był  przytłumiony.  Cały  czas  trzymała  Deannę 

mocno za szyję. – Mogłabyś poczytać mi trochę, gdybyś chciała.  

–  To  nawet  całkiem  dobry  pomysł.  –  Deanna  pocałowała  ją  w  policzek  i  wyprostowała 

się.  –  Pójdę  teraz  do  domu  i założę  kostium  kąpielowy.  Ty  też  idź  do siebie  na  górę  i  włóż 

swój. Spotkamy się przy basenie.  

Mickey pokiwała głową i odeszła powoli.  

Mój Boże, ona przecież tak bardzo potrzebuje miłości, pomyślała Deanna. Chce czuć się 

potrzebna.  

Dobrze znała to uczucie z własnego dzieciństwa. Zawsze miała wrażenie, że jej rodzice 

przede wszystkim kierowali się poczuciem obowiązku wobec niej.  

Rozczarowała  ich  od  samego  początku.  Urodziła  się  jako  drugie  dziecko,  i  do  tego 

dziewczynka.  Jej  siostra  była  od  niej  o  trzy  lata  starsza.  Rodzice  planowali,  rzecz  jasna, 

chłopca. Cały pokój był już przystrojony na niebiesko. Pościel w kołysce też była niebieska. 

Urodzenie się Deanny rozczarowało ich. Po niecałych dwóch latach mama urodziła wreszcie 

upragnionego syna.  

Może gdyby odziedziczyła po rodzicach bystrość, spryt, upór w dążeniu do celu, jej życie 

wyglądałoby  teraz  inaczej.  Była  jednak  dzieckiem  cichym,  nieśmiałym.  Większość 

dzieciństwa  przeżyła  zatopiona  w  książkach,  snując  marzenia  o  nowych  lądach  i  obcych 

cywilizacjach.  W  odróżnieniu  od  swej  siostry,  która  została  lekarzem,  i  brata,  który 

ukończywszy uniwersytet został prawnikiem, ona przerwała naukę przed uzyskaniem stopnia 

naukowego.  

Może i rodzice mogliby być z niej dumni, gdyby napisała jakąś książkę, zaakceptowaną 

później przez kanadyjską elitę literacką. Książki dla dzieci, książki science-fiction nie liczyły 

background image

się jednak dla nich jako życiowe osiągniecie.  

Weszła  do  domu  i  poszła  po  kostium.  Współczuła  bardzo  Mickey.  Jacy  by  nie  byli  jej 

rodzice, z pewnością nie odpychali jej od siebie i nie traktowali ozięble. Może czasem byli na 

nią  źli,  ale  nigdy  obojętni.  Może  nie  mogli  dać  jej  wszystkiego,  czego  potrzebowała,  lecz 

nigdy nie odmawiali jej uczucia.  

Biedna  Mickey.  Jakie  życie  ją  czekało?  Na  kogo  ona  wyrośnie?  Ile  czasu  upłynie,  nim 

stanie się zamknięta, smutna, pozbawiona energii? Jak Lee będzie na to reagował? 

Z westchnieniem otworzyła bieliźniarkę i wyciągnęła duży  ręcznik kąpielowy. Czy tych 

dwoje  zrozumie  się  kiedyś?  Czy  Deanna  oszukiwała  tylko  samą  siebie,  sądząc,  że  może  im 

pomóc? 

 

Dwa  dni  później  przygotowywała  w  domu  Lee  lekką  kolację  dla  siebie  i  Mickey.  Mała 

siedziała przed domem i czytała książkę.  

Deanna wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak Mickey w skupieniu przewraca kartkę. Aż 

miło było popatrzeć, jak wciągnęły ją przygody Tashy Tran z planety Plenitude, choć książka 

była zbyt trudna na jej wiek.  

Deanna  otworzyła  lodówkę  i  wyciągnęła  sałatę.  Pokroiła  warzywa  ze  swego  ogrodu  i 

zrobiła pyszną sałatkę. Właśnie zaczęła smarować chleb masłem, gdy zadźwięczał dzwonek u 

drzwi. Wciągnęła na siebie pierwszy z brzegu podkoszulek i poszła otworzyć.  

Za drzwiami, z rękami w kieszeniach, stał obcy mężczyzna.  

– Dzień dobry, słucham pana – zagadnęła Deanna.  

– Czy Lee jest w domu? – zapytał ostrożnie.  

– Nie, nie ma go w tej chwili.  

– A kiedy wróci? 

– Trudno powiedzieć. Właściwie może wrócić w każdej chwili.  

Nie miała przecież zamiaru powiedzieć temu facetowi, że Lee wyjechał z kraju.  

– Pani jest jego... żoną? 

– Nie, zajmuję się jego siostrzenicą w czasie, gdy go nie ma.  

– O, a więc Mickey jest tutaj? 

– Kim pan jest? – zapytała Deanna wprost, choć znała już odpowiedź.  

Zdradzały go ciemne włosy, jasnoniebieskie oczy i śmiało zarysowany podbródek.  

– Wadę Wescott. Jestem ojcem Mickey. Chciałbym się z nią zobaczyć.  

Wspaniale! – pomyślała Deanna z goryczą. Dlaczego po tak długiej nieobecności musiał 

pokazać się akurat teraz? Żałując, że nie ma w domu Lee, zastanawiała się, co ma właściwie 

zrobić.  

– To moje dziecko i mam prawo ją widywać, kiedykolwiek zechcę – powiedział Wescott 

z odrobiną wyzwania w głosie.  

– Mickey nie widziała pana od wielu lat. Nie jestem nawet pewna, czy pana pozna. Może 

byłoby  lepiej,  gdybym  przygotowała  ją  na  pana  odwiedziny.  Mógłby  mi  pan  podać  numer 

telefonu do siebie? 

– Deanna? – Mickey nadeszła z otwartą książką w ręce. Palcem pokazywała jakieś trudne 

background image

słowo, którego nie mogła zrozumieć. – Co to znaczy? 

Gdy Deanna odwróciła się do niej, Wescott otworzył szerzej drzwi.  

– Mickey, to ty? – Uśmiech rozjaśnił mu twarz. – Ho, ho! ależ ty wyrosłaś! 

Mickey patrzyła na niego zmieszana. Niepewność powoli ustępowała z jej twarzy.  

– Jest pan moim ojcem? 

– Jasne! Jak się miewasz? – rozpromienił się.  

Deanna  przyglądała  się  reakcjom  Mickey.  Dziewczynka  zbladła,  posmutniała  i 

wpatrywała się w ojca wielkimi oczami.  

–  Mama  umarła  –  powiedziała  cichym  głosem.  Wadę  kucnął  i  z  wahaniem  położył  jej 

rękę na ramieniu.  

– Słyszałem. Zadzwonili do mnie z wydziału opieki i powiedzieli mi. Dlatego właśnie tu 

przyjechałem. Bardzo mi przykro.  

Mickey  stała  sztywno,  przygnieciona  jego  ręką.  Być  może  rozpoznała  go  jako  swego 

ojca, ale nie widziała go zbyt długo, by żywić do niego jakieś uczucia.  

Deanna  delikatnie  przyciągnęła  Mickey  do  siebie.  Poczuła,  jak  dziewczynka  rozluźniła 

się opierając się o nią.  

– Panie Wescott, jak pan widzi, dla małej jest to bardzo zaskakujące spotkanie. Myślę, że 

powinniśmy postępować nieco ostrożniej.  

Wadę wyprostował się i spojrzał na Deannę. Przez chwilę myślała, że będzie się kłócić.  

– W porządku – powiedział z ociąganiem. Spojrzał znów na małą. – Zobaczymy się jutro, 

dobrze? 

–  Dobrze  –  odpowiedziała  Mickey,  przywierając  mocniej  do  Deanny.  Stała  spokojnie, 

patrząc, jak ojciec odchodzi.  

Deanna  poczekała,  aż  Wadę  wejdzie  do  swojego  starego  samochodu,  pokrytego 

wyblakłym  lakierem,  spod  którego  gdzieniegdzie  wyzierała  rdza.  Gdy  zatrzasnął  drzwi  i 

włączył silnik, przykucnęła przy małej i objęła ją mocno.  

Mickey westchnęła.  

– No i co? Jak się czujesz? – zapytała Deanna. Mickey wzruszyła ramionami, ale nic nie 

powiedziała. Odsunęła ją nieco od siebie i spojrzała jej w oczy z ciepłym uśmiechem.  

– Trochę zaskoczona, co? 

Mickey pokiwała głową w milczeniu. Do oczu napłynęły jej łzy.  

– Myślałam, że się ucieszę, gdy go zobaczę, ale...  

– Głos się jej załamał i pociągnęła nosem.  

– Tak naprawdę to przecież ty go wcale nie pamiętasz...  

– Nie wiedziałam nawet, że to on – pokręciła głową.  

– I co ja mam teraz zrobić? 

Deanna odsunęła jej kosmyk włosów z policzka i przytuliła do siebie.  

–  Po  pierwsze,  możesz  zacząć  go  odwiedzać  i  w  ten  sposób  trochę  lepiej  go  poznać. 

Chciałabyś? 

– Może. Czy... czy będę musiała z nim mieszkać? 

– Nikt nie może cię do niczego zmuszać. W tej chwili twój dom jest tutaj, u wujka.  

background image

– Myślę, że ucieszyłby się, gdybym zamieszkała z tatą.  

– Tylko gdybyś sama tego chciała.  

Wcale  jednak  nie  była  tego  taka  pewna.  Mickey  mogła  mieć  rację.  Lee  mógłby  się 

ucieszyć, gdyby zechciała zamieszkać ze swoim ojcem.  

Poczuła, jak dziewczynka wzdrygnęła się z zimna.  

–  Wiesz  co?  Wyskakuj  już  z  tego  mokrego  kostiumu.  Weź  prysznic,  żeby  się  trochę 

rozgrzać. Jak skończysz, kolacja będzie już gotowa, dobrze? 

– Dobrze – zgodziła się Mickey słabym głosem.  

Gdy odchodziła korytarzem, książka trzymana w bezwładnej ręce obijała się o jej kolana. 

Mała postać ze zwieszoną główką i opuszczonymi bezradnie ramionami.  

Deanna  odczekała,  aż  dotarł  do  niej  szum  prysznica  z  łazienki  na  górze  i  poszła 

zadzwonić do Lee.  

Gdy połączono ją z jego pokojem hotelowym, w słuchawce zabrzmiał miły żeński głos. 

Kobieta poinformowała ją, że Lee właśnie jest na spotkaniu i zapytała co ma mu przekazać, 

jak wróci.  

– Proszę mu powiedzieć, że przyjechał ojciec Mickey – powiedziała z naciskiem, żałując, 

że nie może rozmawiać bezpośrednio z nim. – Naprawdę muszę pilnie porozmawiać o tym z 

Lee  –  dodała.  –  Bardzo  proszę  przekazać  mu  tę  wiadomość  najszybciej,  jak  tylko  będzie  to 

możliwe. – Podziękowała i odwiesiła słuchawkę.  

Przez chwilę zastanawiała się, kim mogła być ta kobieta. Pomyślała, że prawdopodobnie 

Lee  wynajął  lub  zabrał  ze  sobą  asystentkę.  W  myśl,  że  przygruchał  sobie  jakąś  piękną 

blondyneczkę z plaży, jakoś nie chciała uwierzyć. Miała tylko nadzieję, że szybko oddzwoni.  

 

Do południa następnego dnia Lee nie odezwał się. Deanna wywnioskowała z tego, że nie 

przejął się zbytnio obecnością Wade’a. Potwierdziło to tylko jej przypuszczenia, że nie zależy 

mu  wcale  na  Mickey.  Może  w  takim  razie  nie  byłoby  tak  źle,  gdyby  ojciec  Mickey  znów 

pojawił  się  w  jej  życiu?  To  prawda,  że  nie  miał  z  nią  kontaktu  przez  ostatnie  parę  lat,  ale 

przecież  Deanna  na  pewno  nie  znała  wszystkich  faktów.  Może  to  matka  Mickey  uczyniła 

małżeństwo  trudnym  do  utrzymania?  Teraz  wyglądało  na  to,  że  on  chce  naprawić  ten  błąd. 

Lepiej późno niż wcale, pomyślała.  

Gdy  późnym  popołudniem  Wadę  Wescott  pojawił  się  znowu  w  drzwiach,  Deanna 

zaprosiła go, by usiadł z nimi koło basenu w ogrodzie.  

Mickey,  ciągle  osowiała  i  zamknięta  w  sobie,  cichym  głosem  odpowiedziała  na 

przywitanie ojca i usiadła skulona w jednym z foteli ogrodowych. Obok niej ułożył się jeden 

z  kotków.  Deanna  pozwoliła  Mickey  przynieść  go  tu,  gdyż  wiedziała,  że  zwiększy  to  jej 

poczucie bezpieczeństwa.  

– Napije się pan czegoś? – zapytała Wade’a, gdy ten usiadł.  

– Owszem. Piwka bym nie odmówił, jeśli je macie – sapnął.  

– Nie mamy piwa. Może jakiś zimny napój? Wzruszył ramionami i uśmiechnął się nawet 

dość przyjemnie.  

– Może być. Cokolwiek. Byle zimne.  

background image

Gdy Deanna wróciła ze  szklankami, zauważyła,  że Wadę przysunął swoje krzesło nieco 

bliżej  Mickey.  Pochylony  do  przodu,  z  łokciami  opartymi  na  kolanach,  mówił  coś  do  niej 

przyjaznym tonem.  

Nie  wygląda  na  aroganta,  pomyślała  Deanna,  stawiając  przed  nim  szklankę  z  napojem. 

Co  prawdajego  ubranie  nie  było  zbyt  schludne,  a  włosy  dopominały  się  o  fryzjera,  ale  z 

pewnością  miał  w  sobie  pewien  urok.  Deanna  widziała,  że  Mickey  powoli  się  do  niego 

przekonuje. To dobrze, pomyślała. Może tego właśnie potrzebowała.  

Wadę podniósł szklankę do ust i pociągnął duży łyk.  

– Nie jest to piwo – skrzywił się nieco – ale w tym skwarze lepsze to niż nic. Mickey, co 

byś powiedziała na kąpiel, co? – Kciukiem wskazał za siebie, na gładką powierzchnię basenu. 

– Póki jeszcze tu jestem, powinienem z tego skorzystać.  

Wstał, zdjął z siebie koszulę. Wyjął potrfel i dokumenty z kieszeni szortów i położył je na 

stole.  Usiadł  na  brzegu  basenu,  wymachując  przez  chwilę  stopami  w  wodzie  i  skoczył  z 

wielkim pluskiem. Po chwili wynurzył się.  

– Ho, ho, ho! Wspaniale! Wskakuj, Mickey, na co czekasz? 

Mickey poruszyła nieznacznie ramionami i pokręciła głową. Deanna przyglądała się im. 

Czy polubią się kiedyś? Odniosła wrażenie, że Wadę pragnie swej córki. Czy Lee pozwoliłby 

jej odejść? A czy miałby jakiś wybór? Wadę zajmował z pewnością silniejszą pozycję, jeśli o 

to chodzi. Miała tylko nadzieję, że cały ten problem da się rozwiązać spokojnie.  

Nadeszła  już  godzina  kolacji,  a  nic  nie  wskazywało  na  to,  że  Wadę  chce  zakończyć 

wizytę.  Deanna  zastanawiała  się  przez  chwilę,  po  czym  spytała  go,  czy  zechciałby  z  nimi 

zjeść  posiłek.  Przystał  na  to  chętnie,  co  potwierdziło  jej  przypuszczenie,  że  oczekiwał 

zaproszenia.  

– Umieram z głodu – przyznał bez żenady, wycierając sobie twarz ręcznikiem Mickey. – 

Co macie do jedzenia? 

– Myślałam o hot dogach z grilla. Skrzywił się nieco.  

– Befsztyki z makulatury, co? Zwykle wolę prawdziwe, ale cóż, dobre i to.  

A  żebyś  wiedział,  że  to  cholernie  dobre,  pomyślała  Deanna  ze  złością  w  drodze  do 

kuchni.  

Zaczynał robić na niej wrażenie człowieka nieco gburowatego i hałaśliwego. Tutaj liczą 

się  uczucia  Mickey,  a  nie  moje,  powiedziała  sobie  jednak  twardo.  Może  Wadę  nie  był 

wzorem elegancji, jak Lee, ale jeśli mógł dać Mickey prawdziwą miłość i opiekę, to tylko to 

się liczyło.  

–  Nie  macie  piwka,  co?  –  upewnił  się  Wadę,  przyjmując  z  jej  rąk  oszronioną  szklankę 

lemoniady.  Wziął  łyk  i  skrzywił  się.  –  „Spożywane  w  nadmiarze  może  być  groźne  dla 

zdrowia”! – zachichotał.  

– Mogę zrobić herbatę albo kawę, jeśli pan woli. – Deanna starała się mówić obojętnym 

tonem.  

–  W  ten  upał?!  Dziękuję,  ale  dziękuję  –  uśmiechnął  się  do  własnego  dowcipu,  jakby 

zdając sobie sprawę z coraz większej irytacji Deanny.  

Deanna odwróciła się od niego i zdjęła parujące kiełbaski z grilla.  

background image

– Kolacja gotowa, Mickey! – zawołała. Mickey postawiła kotka na ziemię.  

– Nie jestem bardzo głodna – powiedziała, prostując się powoli.  

Deanna przytuliła ją lekko.  

– Wiem, że nic nie smakuje w taki upał. Spróbuj jednak zjeść choć trochę. Zobaczysz, że 

lepiej się poczujesz.  

– Może i tak – wymamrotała mała.  

Wzięła  od  Deanny  talerzyk  i  usiadła  przy  stole  naprzeciwko  ojca.  Z  plastikowej  butelki 

wycisnęła sobie na talerz trochę ketchupu.  

– Mickey, możesz mi to podać? – Wadę wyciągnął rękę po sos. – Ten smak trzeba czymś 

zabić.  

Mimo że chciała lubić tego człowieka, z każdą chwilą coraz bardziej ją drażnił. Trzymała 

jednak  język  za  zębami.  Wzięła  swój  talerz  i  podeszła  do  stołu.  Sama  też  nie  była  bardzo 

głodna i ledwie ruszyła jedzenie. Wadę natomiast pochłaniał porcję za porcją, jakby nie jadł 

od tygodnia.  

– Gdzie pan pracuje? – zapytała. Rzucił jej przelotne spojrzenie.  

–  Państwowa  robota  –  burknął  i  łypnął  na  nią  okiem.  –  Departament  bezrobocia:  płacą 

marnie, ale za to godziny pracy wspaniałe! 

Deanna uśmiechnęła się bez entuzjazmu.  

– A wcześniej? 

– Pracowałem tu i tam, nic ciekawego.  

– Tu, w Winnipeg? 

– Nie – pokręcił głową. – To było w Yellowknife. Próbowałem znaleźć coś na Północy. 

Tam też doszła do mnie wieść o... – spojrzał znacząco na Mickey.  

Deanna też spojrzała na Mickey, ale mała nie słuchała. Alfie i Imp siedziały pod stołem, 

czekając na małe kęsy hot doga, które im rzucała. Deanna zwróciła się do Wade’a: 

– A jak z poszukiwaniem pracy? – zapytała.  

–  Jeśli  coś  ciekawego  wpadnie  w  ręce,  to  czemu  nie,  ale  jeśli  nie,  to  cóż?  Dłuższe 

wakacje nigdy nikomu nie zaszkodziły. Znaleźć jakieś lokum, to jest problem.  

Deanna wyczuła podtekst tego stwierdzenia.  

– A gdzie teraz pan mieszka? 

– U kumpla z Północy. Pracowaliśmy razem przez kilka lat. Jego starej jest to jednak nie 

na rękę. Jęczy mu o to nad głową bez przerwy. Nie wiem, jak on może tego słuchać! 

Deanna  nie  dziwiła  się  tej  kobiecie  ani  trochę.  Nawet  niewielka  dawka  Wade’a 

wystarczała  na  długo...  Ulotniło  się  gdzieś  to  dość  sympatyczne  wrażenie,  jakie  sprawiał  na 

początku.  

Wadę patrzył na nią zamyślony.  

–  A  gdybym  tak  pomieszkał  tu  przez  parę  dni,  co?  Mickey  by  się  to  podobało,  prawda, 

Mickey? 

–  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  na  to  przystać  –  odrzekła  Deanna,  zanim  mała  zdołała 

otworzyć usta. – Lee musiałby się na to zgodzić.  

– Taak. No cóż, on nigdy by na to nie przystał. Od kiedy poznałem Teri, zawsze coś do 

background image

mnie  miał.  Chyba  sądził,  że  nie  jestem  odpowiednim  partnerem  dla  jego  cudownej 

siostrzyczki.  

W jego głosie czuło się gorycz. Mickey patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.  

–  To  było  tak  dawno  –  ucięła  jego  wywód  Deanna.  Nie  chciała,  by  Mickey 

przysłuchiwała  się  tyradom  Wade’a  na  temat  jej  wujka.  –  Teraz  to  już  nie  ma  znaczenia. 

Jestem  przekonana,  że  znajdzie  pan  coś  niedrogiego  do  wynajęcia  w  okolicy.  No  i  zawsze 

będzie pan miał bliżej do Mickey.  

– Hmm. No cóż, może coś by z tego wyszło, co? Jak myślisz, Mickey? 

Mickey spojrzała na niego z ukosa.  

– Czemu nie – powiedziała.  

– Taak. Moglibyśmy robić razem wiele fajnych rzeczy. Na przykład pójść do zoo. Założę 

się, że całe wieki nie byłaś w zoo, co? Moglibyśmy pokarmić małpy.  

Mickey spojrzała na Deannę, a później na ojca.  

– W zoo nie wolno karmić małp – odparła.  

– A tam! Nikt by nie zobaczył.  

–  Ale  one  mogłyby  się  rozchorować.  Lepiej  karmić  kaczki  –  dodała  szybko.  –  Tam  są 

takie maszyny, że wkłada się pieniążek i dostaje się za to jedzenie dla nich.  

– W porządku. Oczywiście! A wiec zgoda. W ciągu najbliższych paru dni pójdziemy do 

zoo – powiedział, nie chcąc widocznie wyznaczać żadnego konkretnego terminu.  

Kiedy skończyli jeść, Deanna zebrała naczynia na tacę i odniosła je do kuchni. Zostawiła. 

ich samych licząc, że Wadę i Mickey bardziej zbliżą się do siebie. Zwykle Mickey była dość 

gadatliwa.  Jej  milczenie  tego  popołudnia  było  bardzo  znaczące.  Deanna  mogła  sobie  tylko 

wyobrazić, jakie myśli kłębiły się w głowie tego dziecka.  

Wycierała  właśnie  blat  stołu,  gdy  usłyszała  za  sobą  szmer.  Odwróciła  się,  ciągle 

trzymając  zmywak  w  ręce.  W  drzwiach  stał  Lee  i  przyglądał  się  jej.  Wyraz  jego  oczu  był 

podobny  do  tego,  jaki  miał  wtedy,  podczas  burzy.  Zaskoczona  i  speszona  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć. Nieświadomie przygryzła dolną wargę. Serce zabiło jej mocniej.  

– Już jesteś – wykrztusiła wreszcie, starając się, by zabrzmiało to naturalnie. – Myślałam, 

że wrócisz dopiero jutro.  

Wyglądał na zmęczonego. Czyżby negocjacje nie wypadły pomyślnie? 

– Udało się nam załatwić wszystko wczoraj wieczorem, a ściślej mówiąc, dziś rano.  

Wszedł  dalej,  wziął  stołek  i  usiadł  na  nim.  Oparł  głowę  na  rękach  i  najspokojniej  w 

świecie zaczął się jej przyglądać rozleniwionym spojrzeniem.  

– Co się tak przypatrujesz? – zapytała niepewnie. Jego śmiech zabrzmiał, o dziwo, dość 

ciepło.  

–  Właśnie  sobie  pomyślałem,  jak  to  miło  przyjść  do  domu  i  ujrzeć,  jak  na  wpół  ubrana 

nimfa przygotowuje ci kolację. Od biedy mógłbym się do tego przyzwyczaić.  

–  To  kolacja  dla  Mickey  –  poprawiła  Deanna,  tłumiąc  uśmiech.  –  A  poza  tym  już 

zjedliśmy. Może i coś bym ci zrobiła, gdyby nie ta nimfa. Jeszcze parę takich uwag i będziesz 

jadł gdzie indziej. Sam.  

Gdy się śmiał, w kącikach jego oczu pojawiały  się zmarszczki. Bez wątpienia wyglądał 

background image

dużo bardziej przystępnie. A także bardziej atrakcyjnie, na tyle, że Deanna musiała odwrócić 

wzrok.  

– Gdzie Michelle? – zapytał.  

– Jest na zewnątrz ze swoim ojcem.  

Twarz Lee stężała momentalnie. Wyprostował się, patrząc na nią z niedowierzaniem.  

– Z ojcem? Wescott tu jest?! 

O, mój Boże, pomyślała Deanna skupiwszy się nagle na czyszczeniu jakiejś małej plamki 

w zlewie.  

– Tak. Pokazał się tu wczoraj.  

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?! Deanna obróciła się do niego.  

– Dzwoniłam przecież do ciebie. Zostawiłam informację jakiejś kobiecie. Powiedziałam, 

żebyś  pilnie  oddzwonił.  Skoro  nie  dzwoniłeś,  sądziłam,  że  mało  cię  to  obchodzi.  Przyszedł 

dzisiaj i zaproponowałam mu kolację.  

Lee wstał, gwałtownie odsuwając stołek.  

– Nie chcę widzieć tego człowieka w moim domu – powiedział przez zaciśnięte zęby.  

– Skąd miałam o tym wiedzieć? Trzeba było oddzwonić, jak prosiłam! 

– Nie otrzymałem żadnej informacji. Na pewno dzwoniłaś? 

Deanna rzuciła zmywak do zlewu i założyła ręce.  

– Dzwoniłam – oświadczyła stanowczo. – Jeśli nie wierzysz, możesz sprawdzić wydruk 

telefoniczny  pod  koniec  miesiąca.  A  poza  tym  nie  wiem,  dlaczego  miałoby  go  tu  nie  być. 

Wygląda  na  to,  że  Mickey  tego  potrzebuje.  Nie  mając  żadnych  instrukcji  od  ciebie, 

zaryzykowałam.  

– Zaryzykowałaś o wiele za dużo, dziewczyno. Nie chcę, aby ten człowiek zbliżał się do 

Michelle! 

– Ale to przecież jej ojciec! Co złego może przynieść ich spotkanie? 

Lee bez słowa odwrócił się, pchnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Deanna poszła za nim.  

Wadę przeciągnął leżak na słońce i leżał spokojnie z rękami za głową. Mickey siedziała 

na  brzegu  basenu  i  pluskała  nogami  w  wodzie.  Obejrzała  się,  gdy  usłyszała  odgłos 

zamykanych drzwi.  

Wadę otworzył oczy i zauważył Lee. Podniósł się powoli i przeciągnął.  

–  A  któż  to  taki?  Czy  to  nie  nasz  Wielki  Rycerz  powraca  z  pola  bitwy  o  pieniążki?  – 

powiedział zaczepnie.  

– Ciekaw byłem, ile czasu ci zajmie, by się tu pojawić – odparł Lee zimnym głosem.  

Wadę wstał.  

– Musiałem sprawdzić, czy dobrze zajmujesz się moim dzieckiem.  

– Ona teraz jest moja, Wescott. Tak mówi prawo.  

– Doprawdy? – Wescott uczynił krok w kierunku Lee.  

– Będę musiał to sprawdzić.  

Usta Lee zacisnęły się.  

– Możesz śmiało sprawdzać. Żaden sąd i tak nie przyzna dziecka bezrobotnemu pijakowi, 

który nie ma nawet gdzie mieszkać.  

background image

Twarz Wade’a stała się purpurowa z wściekłości.  

– Ja jestem jej ojcem – wycedził, zaciskając dłonie.  

– Ten fakt nadaje mi prawa.  

Deanna  wyczuwała  rosnące  z  każdą  chwilą  napięcie.  Nie  mogła  przemówić  ani  słowa. 

Miała tylko nadzieję, że nie dojdzie do rękoczynów.  

– Nie masz żadnych praw do Michelle – mówił przez zaciśnięte zęby Lee. – Już ich nie 

masz! Pozbyłeś się ich dawno temu. A teraz zabieraj stąd swoje rzeczy i idź do...  

–  Przestańcie!  Przestańcie!  –  Mickey  stała  na  brzegu  basenu,  cała  się  trzęsąc.  –  Nie 

kłóćcie  się  już!  –  Szeroko  otwartymi  oczami  patrzyła  to  na  jednego,  to  na  drugiego. 

Odetchnęła głęboko. – Przestańcie już! – krzyknęła jeszcze, trzymając się rękami za brzuch.  

Nagle zakrztusiła się, spojrzała z przerażeniem na Deannę i zakrywając ręką usta wbiegła 

do domu.  

– Jesteście po prostu obrzydliwi! – krzyknęła Deanna w ich stronę.  

Znalazła małą w łazience, skuloną nad toaletą. Wstrząsały nią gwałtowne wymioty.  

– Biedne dziecko – Deanna przysiadła koło niej, głaszcząc jej plecy.  

– Jest mi niedobrze. Jestem chora. – Mickey spojrzała na nią oczami pełnymi łez.  

– Na pewno – powiedziała Deanna, kładąc rękę na jej czole.  

Mickey cała się trzęsła, a jej usta nabrały sinego koloru. Ręce jednak miała ciepłe.  

– Chodź, pomogę ci się umyć i położysz się do łóżka. Przeszły na górę. Mickey przebrała 

się  z  mokrego  kostiumu  w  piżamę,  i  ciągle  trzęsąc  się  z  zimna,  weszła  pod  koc.  Deanna 

usiadła na brzegu łóżka i delikatnie głaskała ją po rozpalonym czole.  

– Zaraz będzie ci lepiej – pocieszała ją. – Czujesz może, że znowu będzie ci niedobrze? 

– Ciągle jeszcze gniecie mnie w brzuchu.  

–  Zaraz  znajdę  jakąś  miskę,  żebyś  nie  musiała  chodzić  do  łazienki.  Poleżysz  chwilkę 

sama? 

Mickey  pokiwała  słabo  głową.  Westchnęła  i  zamknęła  oczy.  Deanna  pochyliła  się, 

pocałowała ją delikatnie w policzek i wyszła z pokoju.  

W holu stał Lee.  

– Jak ona się czuje? 

Deanna nareszcie mogła dać upust swoim hamowanym uczuciom.  

– A jak może się czuć, skoro widziała, że kłócicie się o nią jak psy o kość? Jest chora i 

załamana. Na pewno nie potrzebowała takich atrakcji po tym, co ostatnio przeżyła – ominęła 

go i przeszła do kuchni.  

Pod  zlewem  znalazła  plastikową  miseczkę,  do  drugiej  ręki  wzięła  szklankę  wody. 

Ignorując przyglądającego się jej Lee, pośpieszyła na górę.  

Mickey  leżała  skulona  pod  kocem.  Co  chwila  jej  ciałem  wstrząsał  dreszcz.  Deanna 

postawiła miseczkę w zasięgu ręki, a szklankę z wodą na nocnym stoliczku.  

– Jak się czujesz? – zapytała.  

– Zimno mi, Deanna.  

– Przyniosę ci z domu termofor, to się rozgrzejesz. Poczekasz chwileczkę? 

– Tak, ale pośpiesz się – wyjąkała Mickey.  

background image

– To potrwa sekundę.  

W drzwiach stał Lee. Na jego twarzy malował się nie tylko strach o Mickey, ale i wstyd. 

Deanna  rada  była  to  widzieć.  Nigdy  nie  powinien  był  kłócić  się  z  Wade’em  w  obecności 

Mickey.  

Delikatnie wypchnęła go z pokoju i zamknęła za sobą drzwi.  

– Ma dreszcze. Powinniśmy zmierzyć jej temperaturę. Masz termometr? 

– Jeden jest w szafce w mojej łazience. Zaraz przyniosę.  

– A termofor? Pokręcił głową.  

– W takim razie idę po mój, a ty zmierz jej gorączkę. Lee skrzywił się niepewnie.  

– Sądzisz, że pozwoli mi teraz do siebie podejść? 

– Oczywiście, że tak. Zaraz wracam.  

Gdy wyszła z domu, rozejrzała się wokół. Nie było tu ani Wade’a, ani jego samochodu. 

Jakoś nie zdziwiło jej to, że odjechał, nie chcąc się nawet przekonać, jak ma się jego córka. 

Lee  może  nie  był  wzorowym  opiekunem  dla  Mickey,  ale  Wadę  przekraczał  już  wszelkie 

normy.  

Czekając,  aż  zagotuje  się  woda,  przebrała  się  z  kostiumu  kąpielowego  w  miękką, 

bawełnianą  bluzkę  i  dobrała  do  tego  spódnicę.  Spięła  też  swoje  niesforne  włosy.  Po  chwili 

napełniła wrzątkiem termofor i pośpieszyła z powrotem.  

Gdy weszła do pokoju, Lee siedział na brzegu łóżka. Mała pochlipywała z cicha. Widać 

znów miała atak. Deanna dostrzegła wyraz zatroskania na jego twarzy.  

Poszła do łazienki po myjkę i podała ją Lee.  

– Wytrzyj jej twarz, a ja pójdę umyć miseczkę – powiedziała szeptem.  

Mickey miała zamknięte oczy. Gdy koniuszkiem wilgotnej myjki dotknął kącików jej ust, 

spojrzała na niego.  

– Przepraszam – wyszeptała, a oczy jej zaszkliły się od łez.  

– Nie musisz za nic przepraszać – oświadczył Lee zdecydowanie. – To po prostu początki 

grypy. Jutro na pewno poczujesz się dużo lepiej. Spróbuj teraz trochę odpocząć.  

Mickey  wpatrywała  się  w  jego  twarz  szeroko  otwartymi  oczami.  Gdy  weszła  Deanna  z 

miską i termoforem, odwróciła głowę i spojrzała na nią.  

– Zimno ci jeszcze, mała? – spytała Deanna.  

– Tak. Jeszcze troszkę.  

– Masz, potrzymaj trochę. – Podała jej termofor zawinięty w ręcznik. – To cię rozgrzeje.  

Dziewczynka wzięła zawiniątko i przycisnęła do siebie.  

– Dziękuję – wyszeptała i zamknęła oczy.  

Lee podniósł się powoli. Skinął na Deannę głową, by poszła za nim.  

– Co się z nią dzieje? – zapytał natarczywie, gdy tylko wyszli z pokoju.  

–  Wygląda  na  grypę,  chociaż  –  ciągnęła,  dalej  patrząc  na  niego  wymownie  – 

niewykluczone, że ma to coś wspólnego z przedstawieniem, jakie daliście tu z jej ojcem.  

– Powtarzasz się – powiedział niechętnie. – Myślisz, że powinniśmy wezwać lekarza? 

– A czy załatwiłeś dla niej stałego pediatrę? 

– Hmm, prawdę mówiąc nie.  

background image

–  W  takim  razie  zadzwoń  do  przychodni  i  porozmawiaj  z  jakimś  lekarzem.  Ja  posiedzę 

przy niej dopóki nie uśnie.  

Niech teraz i on poczuje jakąś odpowiedzialność za małą, pomyślała.  

Po cichu otworzyła drzwi sypialni. Usiadła ostrożnie na brzegu łóżka. Mickey poruszyła 

się i powiedziała coś niewyraźnie, gdy poczuła jej dłoń na swym czole. Nie otworzyła jednak 

oczu.  

Deanna  odczekała  jeszcze  chwilę,  po  czym  pewna,  że  dziewczynka  już  śpi,  wyszła  z 

pokoju.  

Gdy weszła do kuchni, Lee właśnie odwieszał słuchawkę telefonu.  

– Więc? – spytała, wyciągając sobie stołek spod stołu.  

–  Tak  jak  mówiłaś,  prawdopodobnie  grypa.  Musi  mieć  teraz  dużo  spokoju  i  musimy 

pilnować, by nie wróciła jej gorączka.  

Deanne zaskoczyło to „my” w jego wypowiedzi. Pomyślała sobie, że ta historia z ojcem 

Mickey,  obrzydliwa  kłótnia  i  w  końcu  tak  drastyczna  reakcja  dziewczynki  na  tę  sytuację, 

musiało  dać  w  końcu  Lee  do  myślenia.  W  jego  zachowaniu  zaszła  jakaś  zmiana.  Mogła  to 

stwierdzić już tam, w sypialni, przy łóżku Mickey. Także i teraz, po rozmowie z lekarzem, w 

jego oczach widać było troskę.  

– Małe biedactwo – westchnęła Deanna cicho, po długiej chwili milczenia. – Martwi się, 

czy nie rozchoruje się czasem tak jak jej mama.  

W  głuchej  ciszy,  jaka  znów  zapadła  w  kuchni,  słychać  było  miarowe  tykanie  zegara  w 

holu.  

–  Deanna...  Czy...  czy  ty  jesteś  wdową?  Odwróciła  oczy  i  patrząc  gdzieś  w  dal  powoli 

skinęła głową.  

– Przepraszam – powiedział szeptem, kładąc rękę na jej ramieniu. – Nie wiedziałem.  

–  To  nie  ma  znaczenia.  –  Wolała  nie  odpowiadać  na  pytania,  które  na  pewno  chciał  jej 

zadać. Nie teraz...  

– Pójdę i prześcielę Mickey łóżko.  

–  Nie.  Ja  to  zrobię  –  poderwał  się  z  miejsca  i  ruszył  korytarzem  do  sypialni  małej.  – 

Naprawdę chcesz z nami zostać na noc? – rzucił przez ramię.  

– Dla mnie to żaden problem – Deanna wzruszyła ramionami i poszła za nim. – Gdybym 

była pewna, że prześpi spokojnie całą noc, nie przejmowałabym się tak bardzo. Jednak z tego, 

co widzę, będzie się często budzić. Z dzieciakami tak jest. Położę się przy niej. W ten sposób 

będę pod ręką w razie potrzeby... – przerwała nagle i spojrzała na niego. – Mam nadzieję, że 

nie masz nic przeciwko temu? 

– A nawet gdybym miał, czy coś by to zmieniło? 

– spytał oschle.  

– Raczej nie – odrzekła.  

–  Tak  też  sądziłem.  Możesz  zostać.  Żaden  problem.  Mickey  na  pewno  będzie 

spokojniejsza, gdy tu będziesz.  

Gdy  weszli,  dziewczynka  spała  spokojnie.  Obie  dłonie  miała  ułożone  pod  policzkiem. 

Wyglądała jak niemowlę.  

background image

Lee  wziął  ją  delikatnie  na  ręce  i  ostrożnie  przeniósł  do  swojej  sypialni,  by  można  było 

zmienić przepocone prześcieradło i poszewki.  

W czasie, gdy on brał z szafki świeży komplet pościeli, ona zdjęła starą. Chwyciwszy za 

dwa rogi pomogła mu naciągnąć czyste prześcieradło na materac.  

Poruszała  się  powoli,  obserwując  go.  Nadal  wyglądał  na  zmęczonego,  ale  napięcie  już 

ustąpiło.  Zdjął  krawat  i  zawinął  rękawy  koszuli.  Całe  jego  przedramiona  były  pokryte 

złotobrązowymi włosami, aż do samych dłoni. Miał ładne ręce. Długie, gładkie, o kanciastych 

końcach palców. Takie właśnie lubiła.  

Nagle  uświadomiła  sobie,  jak  intymną  czynność  wykonują  razem.  To  było  takie  jakieś 

dziwne: słać łóżko razem z nim, z kimś, kogo ledwie przecież znała i niekoniecznie lubiła... A 

może jednak tak? Może jednak go lubiła?...  

Wyprostował  się  i  przeciągnął,  masując  sobie  kark.  W  kącikach  oczu  pojawiły  się  teraz 

drobne zmarszczki, których wcześniej nie zauważyła.  

– Muszę wpaść na chwilkę do domu po parę rzeczy. Za moment będę z powrotem.  

– W porządku – pokiwał głową. – Poczekam tu, przy Mickey.  

 

Deanna weszła do swego domu. Zatrzymała się na chwilę w holu, by podrapać za uszami 

Leo, który łasił się do niej od progu.  

Powoli, ciągle zamyślona, poszła na górę. Jakaś zmiana zaszła w Lee tego wieczoru. Był 

zdecydowanie  bardziej  sympatyczny.  Myślała,  że  potraktuje  chorobę  Mickey  i  jej  objawy  z 

obrzydzeniem,  ale  on  wykazał  zadziwiająco  dużo  zrozumienia  i  cierpliwości.  Z  pewnością 

więcej  niż  ojciec  małej. Gdyby  Wadę  choć  trochę  się  przejął,  zostałby  przy  niej  niezależnie 

od tego, jak wściekły był Lee.  

Deanna usiadła na łóżku. Za nią  wskoczył kocur. Z położonymi po sobie  uszami zaczął 

dopominać się pieszczot, wciskając puchatą głowę w jej dłoń.  

– Leo, ty stary pieszczochu – powiedziała cicho, w zamyśleniu drapiąc go za uszami.  

Spojrzała  na  zdjęcie  Ryana  i  poczuła  nagłe  ukłucie  w  sercu.  Tak  bardzo  go  przecież 

kochała, tak strasznie rozpaczała, gdy umarł! Od tamtej chwili nigdy nie potrzebowała innego 

mężczyzny! 

–  Daj  spokój!  –  jęknęła  do  siebie  i  potrząsnęła  głową.  Wstała,  spuszczając  kota  na 

podłogę.  Lee  Stratton  mógł  przyciągać  jej  uwagę.  To  dało  się  zaakceptować.  Przecież  to 

nieprawda,  że  jako  kobieta  nie  miała  żadnych  potrzeb...  Nie  znaczyło  to  jednak,  że  pod 

wpływem  chwili,  przelotnych  uczuć,  będzie  podejmować  ważne  decyzje!  Doświadczyła  już 

kiedyś prawdziwej miłości i miała naprawdę piękne wspomnienia, które nigdy nie zatrą się w 

jej duszy.  

Nikt nigdy nie byłby w stanie dać jej tego, co Ryan i ona nikogo już nigdy nie pokocha 

tak jak jego.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Deanna  zostawiła  swoją  kosmetyczkę  w  pustym  pokoju  Mickey  i  przeszła  do  sypialni 

Lee. Uchyliwszy drzwi, zajrzała do środka.  

Lee  siedział  na  brzegu  łóżka  i  patrzył  na  śpiącą  dziewczynkę.  Jego  twarz  była 

nieruchoma,  jakby  wyrzeźbiona  z  kamienia.  Oczy  mu  błyszczały.  Poruszył  się  nagle  i 

westchnął  głęboko.  Uniósł  rękę  niepewnym  ruchem  i  koniuszkami  palców  pogłaskał  lekko 

Mickey.  

Deanna  poczuła  ciepło  koło  serca.  Po  raz  pierwszy  widziała  Lee  zatroskanego  o  swą 

siostrzenicę. Może więc Mickey nie była skazana na życie w samotności i wieczne poczucie 

odrzucenia? 

Weszła do pokoju.  

–  Cześć,  już  jestem  –  szepnęła  i  stanęła  jak  wryta.  W  nogach  łóżka  leżały  zwinięte  w 

kłębek Alfie i Imp.  

– Wpuściłeś je?! – zapytała z niedowierzaniem. – Na swoje łóżko? 

– Nie mam nic przeciwko kotom – odrzekł z pewnym wahaniem. – W każdym razie nie w 

takich  ilościach.  Siedziały  na  tarasie  i  pomyślałem  sobie,  że  Mickey  chciałaby  mieć  je  przy 

sobie.  

– Z pewnością – zgodziła się Deanna. Ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałaby się po Lee, to 

to, że wpuści jej koty do swego domu. – Jak ona się czuje? 

–  Śpi  spokojnie,  od  kiedy  wyszłaś.  –  Wstał  powoli,  pocierając  dłonią  kark.  –  Skoro  już 

jesteś, chciałbym wziąć prysznic i przebrać się.  

– Jasne – powiedziała. – Wyglądasz na zmęczonego.  

– Jestem skonany. To był strasznie długi dzień. A właściwie to cały ten tydzień był ciężki. 

Wszystko naraz! Mam wrażenie, że niczego do końca nie zrobiłem – spojrzał na Mickey. – A 

już  najmniej  w  jej  sprawach.  Złość,  jaką  do  niego  czuła,  zaczęła  natychmiast  topnieć,  gdy 

zobaczyła troskę w jego spojrzeniu. Uśmiechnęła się do niego łagodnie.  

–  Idź,  weź  prysznic.  Ja  przy  niej  posiedzę.  Deanna  patrzyła,  jak  zamykają  się  za  nim 

drzwi.  

Teraz  nie  było  już  cienia  wątpliwości.  Nastawienie  Lee  uległo  wielkiej  zmianie. 

Przyszłość  Mickey  zaczęła  rysować  się  lepiej,  chyba  że  jej  ojciec  zdecyduje  się  coś  tu 

naplątać. Zamyślona przysiadła na brzegu łóżka i spojrzała na spokojną twarz dziewczynki.  

Nie wątpiła już teraz, że Wadę nie był odpowiednim opiekunem dla Mickey. Brak stałej 

pracy  nie  zdawał  się  go  wcale  niepokoić.  A  poza  tym,  jeśli  faktycznie  miał  problemy  z 

alkoholem,  o  czym  wspomniał  Lee...  Nie,  z  pewnością  dom  Lee  był  bardziej  odpowiednim 

miejscem dla Mickey.  

– Dasz sobie radę, dzieciaku – mruknęła Deanna pod nosem.  

Czule  dotknęła  gładkiego,  rumianego  policzka.  Jeden  z  kotów  otworzył  zielone  oko  i 

patrzył na nią przez chwilę. Zaraz też ziewnął, zwinął się w kłębek i zasnął znowu.  

Deanna  uśmiechnęła  się.  Mickey  cieszyłaby  się,  widząc  te  koty.  Na  pewno  byłaby  nie 

background image

mniej zaskoczona niż ona.  

Podniosła się i podeszła do drzwi balkonowych. Łagodny, ciepły powiew, który przez nie 

docierał, mieszał się z chłodnym powietrzem z klimatyzacji. Na zewnątrz pachniało różami. 

Lekki  wiaterek  marszczył  delikatnie  powierzchnię  basenu.  Na  pięknie  ukwieconym  drzewie 

wiśni  gil  wyśpiewywał  swoją  ostatnią  piosenkę  tego  wieczoru  –  wspaniały  akompaniament 

dla  czerwonej  kuli  słońca  powoli  tonącej  za  linią  horyzontu.  Deanna  oparła  się  o  framugę 

drzwi, napawając się spokojną atmosferą.  

Szum prysznica ustał. Po chwili otworzyły się drzwi łazienki. Odwróciła się.  

Lee  wszedł  do  pokoju,  wycierając  ręcznikiem  włosy.  Miał  narzucony  na  siebie  krótki, 

biały  szlafrok,  przewiązany  dość  niedbale  paskiem  w  talii.  Od  bieli  szlafroka  wspaniale 

odcinały się jego brązowe, dobrze umięśnione nogi.  

Deanna zdawała sobie sprawę, że przypatruje mu się może nazbyt wnikliwie. Widziała go 

już  przecież  w  większym  negliżu  wtedy,  w  świetle  księżyca  przy  basenie,  gdy  postanowiła 

sobie popływać. Albo podczas burzy, gdy deszcz obmywał jego ciało. Żadna z tych sytuacji 

nie miała jednak tej intymności co ta.  

Oczy  ich  spotkały  się.  Długo  wytrzymywał  jej  spojrzenie.  Po  chwili  dała  za  wygraną  i 

odwróciła wzrok. To, co czuła, mogłoby niepotrzebnie wyjść na jaw.  

– Mickey jeszcze śpi – odezwał się w końcu Lee. Nie patrzył jednak na swą siostrzenicę, 

lecz na Deannę. Coś nieodgadnionego czaiło się w jego oczach. Deanna skinęła głową.  

– Teraz najlepiej będzie dla niej, jak trochę pośpi.  

– Jej głos był zaskakująco spokojny. Zauważyła, że znowu przygląda mu się otwarcie. – 

Wyjdę na chwilę na zewnątrz – powiedziała pośpiesznie.  

Narzucił na ramiona ręcznik i otworzył szufladę komódki.  

–  Dobrze.  Ja  też  zaraz  tam  zejdę  –  odrzekł.  Deanna  odsunęła  drzwi  na  taras.  Wyszła  i 

usiadła w jednym z foteli. Potrząsnęła głową. To nie do wiary! 

–  pomyślała.  Zainteresowanie  tym  człowiekiem  –  uczucie,  któremu  tak  mocno  się 

sprzeciwiała – rosło z każdą chwilą, mimo jej woli. Lee wyszedł na taras po kilku minutach. 

Miał  na  sobie  starą  bawełnianą  koszulkę  i  wyblakłe  szorty.  Jego  stopy  wciąż  były  bose,  a 

włosy dosychały w ostatnich promieniach słońca.  

Usiadł naprzeciwko niej, wyciągając przed siebie nogi. Zamknął na chwilę oczy, po czym 

otworzył je leniwie.  

– Miły wieczór – powiedział powoli, rozglądając się wokół.  

– Mhm i nie ma komarów – odrzekła.  

–  Taak.  Całkiem  przyjemnie.  Chciałem  kiedyś  odgrodzić  cześć  tego  tarasu  ekranem  z 

siatki, ale do tej pory nie miałem na to czasu.  

Zamilkł. Siedział tak z rękami założonymi na brzuchu i przymkniętymi oczami.  

– Opowiedz mi o swojej siostrze – poprosiła Deanna cicho.  

–  Teri...  –  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  w  ogóle  powie  coś  więcej.  Przerwa  nie 

trwała jednak zbyt długo.  

–  Była  o  sześć  lat  młodsza  ode  mnie.  Jako  dzieci  byliśmy  sobie  bardzo  bliscy. 

Szczególnie  po  śmierci  naszej  mamy.  Tata  był,  no,  delikatnie  mówiąc,  nie  najlepszym 

background image

materiałem na ojca.  

– Żyje jeszcze? – wtrąciła Deanna Lee skinął głową twierdząco.  

–  Tak,  na  Florydzie.  Przynajmniej  tak  ostatnio  słyszałem.  Raczej  nie  należy  do  tych, 

którzy utrzymują ścisłe więzi z rodziną. Chyba że czegoś potrzebuje.  

– W jego głosie nie było goryczy, tylko nuta rezygnacji.  

– Mickey nie wspominała mi nigdy o kimkolwiek ze swej rodziny oprócz ciebie.  

–  Wcale  się  nie  dziwię.  Tata  wyrzucił  Teri  na  bruk,  gdy  zaszła  w  ciążę  w  wieku 

osiemnastu  lat.  Próbowałem  na  wszystkie  możliwe  sposoby  skłonić  ją  do  zamieszkania  ze 

mną.  Ona  jednak  poszła  wprost  do  Wadę’a.  Wadę  z  kolei  włóczył  ją  za  sobą  od  miasta  do 

miasta, szukając zawsze najłatwiejszego sposobu na życie. Nigdy nie zapracował na to, czego 

chciał.  Nigdy  nie  podjął  pracy  na  dłużej,  niż  na  czas,  który  upoważniał  go  do  otrzymania 

zasiłku dla bezrobotnych.  

– Czy wy... czy wtedy także, ty i Teri, byliście sobie bliscy? 

–  Nie.  Wtedy  było  już  inaczej.  Wyrośliśmy  nieco  i  każde  poszło  w  swoją  stronę.  Ona 

dobrze  wiedziała,  jak  bardzo  nie  lubiłem  Wade’a.  Gdy  go  rzuciła,  próbowaliśmy  wrócić  do 

naszej  dawnej  zażyłości.  Często  i  długo  rozmawialiśmy  przez  telefon.  Kiedykolwiek  jednak 

proponowałem jej, by mnie odwiedziła lub kiedy sam chciałem do niej wpaść, zbywała mnie 

jakąś wymówką.  

Pozwalała  na  to,  bym  przysyłał  jej  co  jakiś  czas  pieniądze.  Zdawała  sobie  po  prostu 

sprawę,  że  od  Wade’a  nie  może  się  niczego  spodziewać.  Mimo  to  nieźle  się  namęczyłem, 

zanim  udało  mi  się  ją  do  tego  przekonać.  Proponowałem,  by  obie  zamieszkały  ze  mną,  ale 

Teri nie chciała nawet o tym słyszeć! 

– Pewnie chciała udowodnić sobie samej, że da sobie radę – wtrąciła Deanna.  

Ona rozumiała to aż za dobrze.  

–  Tak  przypuszczam.  Właściwie  całkiem  nieźle  jej  szło.  Gdy  z  nią  rozmawiałem, 

wyglądała  na  szczęśliwą.  Miałem  wrażenie,  że  jej  życie  zaczęło  znów  iść  w  sensownym 

kierunku. Okazało się jednak, że miała problemy, którymi nie podzieliła się ze mną aż... aż do 

chwili, kiedy umierała. – Głos Lee zrobił się jakiś bardziej szorstki, ale mówił dalej. – Nawet 

wówczas  powiedziała  mi  o  tym  dopiero,  gdy  przyrzekłem,  że  zrobię  wszystko,  by  Wadę 

nigdy nie przejął opieki nad Mickey.  

Myśl, że Wadę mógł zostać opiekunem Mickey, nie była zbyt optymistyczna.  

– A czy według prawa ma on na to jakieś szanse? Lee westchnął i ukrył twarz w dłoniach.  

–  Uczynię  wszystko,  by  ich  nie  miał.  Postaram  się  dotrzymać  mojego  przyrzeczenia, 

choćby  nie  wiem  co.  Nie  byli  małżeństwem,  a  on  nie  miał  kontaktu  z  Mickey  od  ponad 

czterech lat. Teri mnie wyznaczyła na opiekuna. Mam tylko nadzieję, że on nie zdecyduje się 

tego prawnie zakwestionować.  

– Dlaczego Teri tak bardzo nie chciała, by Wadę zajmował się małą? 

–  To  ten  jego  styl  życia,  picie,  gwałtowny  charakter  –  Lee  zacisnął  zęby.  –  Podobno 

czasem bił Teri. Ona jednak trzymała się go, dopóki nie zaczął wyładowywać się na Mickey. 

Nigdy właściwie jej nie uderzył, ale Teri była przekonana, że wcześniej czy później do tego 

dojdzie. Wtedy go rzuciła. Lepiej byłoby, gdyby... – zamilkł na chwilę.  

background image

– Co? – zapytała cicho.  

– ... gdyby nie chciała być tak cholernie niezależna i żeby pozwoliła sobie pomóc, żeby 

zaczęła leczyć się wcześniej. Może wtedy... – przerwał nagle.  

Deanna poczuła, że oczy zaczynają ją piec od łez.  

–  Och,  Lee!  Nie  wiesz  przecież,  jak  potoczyłyby  się  wypadki.  Nie  możesz  siebie 

obwiniać za jej decyzje.  

–  Tak.  To  prawda  –  odrzekł  powoli.  –  Ale  przynajmniej  mogę  starać  się  wypełnić 

przyrzeczenie  i  trzymać  Mickey  z  dala  od  Wade’a.  Teraz,  gdy  pojawił  się  na  horyzoncie, 

sprawy mogą się nieco skomplikować.  

– Cóż, pozostaje nam pilnować, by mu się nie powiodło – powiedziała Deanna.  

– Nam? 

Było już za ciemno, by zobaczyć jego twarz, ale łatwo mogła sobie wyobrazić uniesione i 

szeroko otwarte oczy. Może faktycznie zabrzmiało to trochę na wyrost, ale cóż z tego? 

– Z tego, co zobaczyłam dzisiejszego wieczoru oraz z tego, co właśnie mi powiedziałeś, 

sądzę, że Mickey najlepiej miałaby przy tobie. A szczególnie teraz, gdy zdecydowałeś się...  

– ... spędzać z nią więcej czasu? – dokończył za nią.  

– Tak. Właśnie tak. To jest przemiła mała dziewczynka, Lee, która bardzo chce czuć się 

potrzebna i kochana.  

Deanna żałowała, że nie może dojrzeć wyrazu twarzy Lee. Jego milczenie niepokoiło ją. 

Czyżby znowu poszła za daleko? 

–  Myślę,  że  masz  rację  –  odezwał  się  w  końcu  dość  obojętnym  tonem.  –  Chyba 

powinniśmy zobaczyć, co się z nią dzieje – podniósł się z miejsca i poszedł w stronę domu.  

Deanna poszła za nim.  

–  Mogłabym  zrobić  coś  do  jedzenia,  co  ty  na  to?  –  powiedziała.  –  Mało  zjadłam  na 

kolację. Miałbyś ochotę na kanapkę? 

– Owszem, chętnie.  

– Masz jakieś szczególne życzenia? 

– Cokolwiek, byle nie masło orzechowe z bananami.  

Wyobraziła  sobie  teraz  raczej,  niż  zobaczyła,  jego  szelmowski  uśmiech  i  sama  się 

uśmiechnęła.  

Myśląc  o  Lee,  weszła  do  kuchni.  O  ileż  spokojniejszy  i  delikatniejszy  wydawał  się  jej 

teraz. Nie starała się już zaprzeczać, że robił na niej duże wrażenie.  

Stanęła nagle w bezruchu z ręką na drzwiach lodówki. Nie była zadowolona, że jej myśli 

schodziły  na  taki  temat.  Chciała  lubić  Lee,  czuć  się  dobrze  w  jego  towarzystwie.  To  mogło 

pomóc Mickey. Nie chciała natomiast, by pociągał ją jako mężczyzna.  

Potrząsnęła  głową  w  rozterce.  Otworzyła  lodówkę  i  zaczęła  przygotowywać  posiłek. 

Postanowiła  dbać  o  to,  by  jej  uczucia  do  Lee  pozostawały  zawsze  pod  kontrolą  rozsądku. 

Przyjaźń zupełnie jej wystarczała.  

Mickey spała dość spokojnie przez pierwszą część nocy. Później do samego rana budziły 

ją nagłe ataki bólu brzucha i wymioty. Deanna spała w przerwach, skulona na brzegu łóżka.  

Gdy  Mickey  zapadła  wreszcie  w  spokojniejszy  sen,  na  wschodzie  jaśniała  już  złocista 

background image

kula  słońca.  Deanna  wstała  jeszcze,  by  wypuścić  koty  do  ogrodu  i  wróciła  do  łóżka. 

Wyglądało na to, że najgorszy etap choroby Mickey był już za nią.  

Gdy  obudziła  się  ponownie,  była  sama  w  łóżku.  Z  prześwitującego  przez  zaciągnięte 

zasłony  słońca  wywnioskowała,  że  musi  być  dość  późno.  Zerknęła  na  budzik.  Było  prawie 

wpół do dwunastej. Przeciągnęła się, ziewnęła, po czym skuliła znowu w ciepłej pościeli. Sen 

ogarniał momentalnie, ale trzeba już było zacząć nowy dzień. Z wysiłkiem usiadła na brzegu 

łóżka. Ziewnęła i przeczesała palcami splątane włosy.  

Z  otwartych  drzwi  do  ogrodu  dochodziły  stłumione  odgłosy  rozmowy.  Wstała  i, 

rozchylając żaluzje, wyjrzała na zewnątrz.  

Lee siedział wygodnie w jednym z foteli i popijał kawę. Uśmiechał się do Mickey, która 

coś do niego mówiła.  

Mała,  ciągle  jeszcze  w  piżamie,  wyglądała  o  niebo  lepiej  niż  wczoraj.  Ze  zdumieniem 

Deanna  spostrzegła  kubek  jogurtu  w  jej  ręce.  Ona  po  takiej  nocy  nie  tknęłaby  niczego,  co 

przypominałoby jedzenie! Nie ma to jak żołądek dziecka.  

Uśmiechnęła  się.  Mogła  spokojnie  wziąć  prysznic  i  ubrać  się.  Sprawy  Mickey  zaczęły 

wreszcie toczyć się właściwym torem.  

Odświeżona i odziana w lekką, bawełnianą koszulkę wyszła do ogrodu.  

– Dzień dobry! – przywitała ich radosnym głosem. Lee spojrzał wymownie na zegarek i 

podniósł na nią oczy.  

–  No  wiec  dobrze,  wiem,  że  to  już  popołudnie  –  powiedziała  i  usiadła  naprzeciwko 

Mickey. Uśmiechnęła się do niej. – Nawet nie ma co pytać, widać, że ci przeszło, co? 

– Pewnie! Czuję się świetnie – przyznała dziewczynka, choć jej policzki bywały bardziej 

różowe. – Alfie i Imp byli ze mną przez całą noc! 

– A przed chwilą jedli jogurt na śniadanie. Widziałam, jak ich karmiłaś.  

–  A  ty,  Deanna,  jak  się  czujesz?  – spytał  Lee  niespodziewanie.  –  Pomyślałem  sobie,  że 

zjem coś i zaraz pójdę do pracy. Naprawdę muszę się dziś pokazać w biurze choć na chwilę.  

– Umiesz gotować? 

– Owszem.  

– Wspaniale! Umieram z głodu. – A ty, Mich... Mickey? 

– Też bym coś zjadła.  

– W porządku. Zrobię francuskie tosty. Zawołam was, kiedy będą gotowe.  

Deanna odprowadziła go wzrokiem do drzwi domu. Coś się z nim stało. Albo zmienił się 

w  ciągu  jednej  nocy,  albo  stresy  związane  z  sytuacją  Mickey  i  nerwowa  praca  sprawiły,  że 

jego prawdziwa osobowość nie mogła się do tej pory ujawnić.  

Nie miało to większego znaczenia, pod warunkiem, że taki pozostanie już na zawsze.  

– Fajny jest – odezwała się Mickey. – Milszy niż poprzednio. Nawet nie mrugnął okiem, 

kiedy  poprosiłam  go,  by  nazywał  mnie  Mickey,  a  nie  Michelle  –  skrzywiła  się  troszkę.  – 

Nazywano mnie Michelle tylko wtedy, gdy zrobiłam coś złego.  

– A wiec, Michelle...  

Mickey zaskoczona podniosła oczy.  

– Nic, nic, żartowałam – zaśmiała się Deanna i poczochrała małą po włosach. – Idź już i 

background image

ubierz się wreszcie. Weź prysznic, jeśli chcesz.  

– Okay – Mickey poderwała się z ziemi. Tuż przed drzwiami zatrzymała się. – Czy mój 

tata ma tu jeszcze wrócić? – zapytała.  

– Tego nie wiem, Mickey, ale wiem jedno: twój dom jest teraz tutaj. Twoja mama prosiła 

wujka Lee, by się tobą zaopiekował i tak też się stanie. Nie musisz mieszkać ze swoim ojcem.  

– To dobrze. To znaczy... to wszystko jest takie dziwne – Mickey westchnęła, pokazując 

ręką  na  ogród  i  dom.  –  Jak  na  razie  jednak  tu  mi  jest  najlepiej.  Z  tobą  i  z  wujkiem  Lee  – 

dodała i powoli skierowała się w stronę domu.  

„Z  tobą  i  z  wujkiem  Lee”  –  te  słowa  obudziły  w  Deannie  jakiś  wewnętrzny  niepokój. 

Była  przecież  tylko  sąsiadką  i  płatną  opiekunką  dziecka.  Cokolwiek  miałoby  się  wydarzyć, 

będzie z Mickey jeszcze tylko przez jakiś czas.  

To  naprawdę  dobrze,  że  Lee  zdecydował  się  poświęcić  swej  siostrzenicy  nieco  więcej 

czasu. To przekona Mickey, że jej przyszłość związana jest z nim i tylko z nim.  

 

Dwa  dni  później  siedzieli  na  pięknej  plaży  jeziora  Winnipeg.  Propozycja  tego  wyjazdu 

była  zupełną  niespodzianką  dla  Deanny.  Po  prostu  Lee  stwierdził,  że  nadszedł  najwyższy 

czas,  by  wziąć  kilka  dni  wolnego.  Akurat  część  projektu,  nad  którym  pracowali,  została 

sfinalizowana i był to idealny moment na małą przerwę.  

Popołudnie powoli przechodziło w wieczór. Deanna cieszyła się, że Lee nie śpieszy się z 

powrotem  do  miasta.  Powietrze  stawało  się  coraz  bardziej  łagodne  i  aromatyczne.  Rybitwy 

krążyły  niedaleko  brzegu,  wypatrując  srebrzystych  ryb  pod  powierzchnią  wody. 

Pomarańczowa  tarcza  słońca,  chyląc  się  leniwie  w  kierunku  horyzontu,  przybierała  coraz 

ciemniejszą  barwę.  Jezioro  uspokoiło  się  już  i  tylko  małe,  łagodne  fale  cichutkim  pluskiem 

urozmaicały ciszę. Mickey zamyślona siedziała opodal brzegu i pluskała nogami w wodzie.  

– Opowiedz mi o swoim mężu – poprosił cicho Lee. Podniosła głowę i spojrzała na niego 

zdziwiona.  

– Słyszałem kiedyś, jak Mickey mówiła, że chorował tak jak jej matka – dodał. – Wczoraj 

też coś o tym napomknęła. Jeśli trudno ci o tym mówić, to...  

– Nie, nie o to chodzi. Zaskoczyłeś mnie po prostu.  

Odłożyła magazyn, który przeglądała. Usiadła, podkuliwszy kolana pod brodę. Zapatrzyła 

się gdzieś daleko, przed siebie.  

– Miał białaczkę – odezwała się w końcu. – Męczył się całymi miesiącami.  

Nic  w  jej  głosie  nie  zdradziło  bólu,  jaki  powodowała  w  niej  choroba  Ryana,  bólu 

straszliwej, upokarzającej bezsilności.  

– Kiedy się to stało? 

– Niedawno minęły trzy lata.  

– Tęsknisz za nim jeszcze...  

Deanna  zmarszczyła  czoło.  Zamyślona  bawiła  się  piaskiem,  przesypując  go  między 

palcami.  

– Tak. Tęsknię do dzielenia z nim życia. Kiedy wydałam moją pierwszą książkę, on był 

jedynym człowiekiem, który wiedział, jak bardzo było to dla mnie ważne. Byliśmy naprawdę 

background image

dobrymi  przyjaciółmi  –  dodała  cicho,  wpatrując  się  w  horyzont.  –  Nadal  często  czuję  się 

samotna.  Może  byłoby  inaczej,  gdybyśmy  mogli  mieć  dziecko.  Tak  bardzo  go  pragnęliśmy. 

W  ten  sposób  przynajmniej  mogłabym  mieć  przy  sobie  jakąś  jego  część,  ale...  –  przerwała 

nagle, jakby spostrzegła, że za dużo powiedziała. Lee chciał znać po prostu kilka faktów z jej 

życia, a nie słuchać lirycznej opowieści. – Przepraszam – wyszeptała nieco zawstydzona.  

– Nie przepraszaj – zaprotestował łagodnie, przerzucając mały kamyk z ręki do ręki.  

Deanna  zerknęła  na  niego.  Wyraz  jego  twarzy  zmienił  się.  Widziała  już  taką  zmianę  u 

innych  mężczyzn,  którzy  dowiadywali  się,  że  była  wdową.  Traktowali  ją  później  trochę  z 

dystansem, może trochę bardziej delikatnie... Zwykle od tego momentu nie było już mowy o 

flirtach.  Może  to,  że  podzieliła  się  swym  bólem  z  Lee  pomoże  im  zostać  przyjaciółmi? 

Zauważyła, że Mickey na brzegu zabrała się do robienia zamku z piasku.  

– A twoja rodzina? – odezwał się znowu. – Mieszkają w Winnipeg? 

–  Nie,  w  Toronto  –  odpowiedziała.  Była  zadowolona,  że  Lee  nie  pytał  już  więcej  o 

Ryana. – Moi rodzice są prawnikami. Teraz są już na emeryturze. Mój młodszy brat też jest 

prawnikiem, a siostra lekarzem.  

– A ty jak tu dotarłaś? 

–  Przyjechałam,  żeby  zamieszkać  razem  z  ciotką.  Jestem  bardziej  związana  z  nią  niż  z 

resztą rodziny. Ciotka pomogła mi pozbierać się po śmierci Ryana.  

– Chodźcie zobaczyć! Już skończyłam! – zawołała Mickey.  

Deanna pomachała jej ręką na znak, że już idą. Podniosła się, przeciągnęła i otrzepała z 

piasku.  

–  Ty  też  już  chodź.  Teraz  czas  na  ochy,  achy  i  inne  objawy  zachwytu  nad  twórczością 

małej.  

Lee leniwie wyciągnął rękę w jej kierunku.  

– Musisz mi pomóc – jęknął.  

Deanna  z  wahaniem  wyciągnęła  do  niego  swoją  dłoń.  Ich  palce  splotły  się.  Pociągnęła 

lekko.  

– Mocniej – mruknął, patrząc na nią spod przymrużonych powiek.  

Deanna  złapała  jego  dłoń  obiema  rękami,  zaparła  się  mocno  stopami  w  piasku  i 

pociągnęła z całej siły. W tej chwili Lee poderwał się, a ona straciła równowagę. Z impetem 

wylądowała na piasku.  

– Oho, poczekaj! Na pewno ci jeszcze kiedyś pomogę! – powiedziała ze złością.  

Z szelmowskim uśmieszkiem wyciągnął do niej rękę.  

– Pomóc ci? – zapytał słodkim głosem.  

– Wypchaj się.  

Wstała  sama  i,  z  dobrze  udawaną  nonszalancją,  otrzepała  nogi  z  piasku.  Czuła,  że  Lee 

śledzi z uwagą każdy jej ruch.  

Mickey spojrzała na nich.  

– Idziecie, czy nie? Ile mam na was czekać? – zawołała niecierpliwie.  

Lee spojrzał na Deanne i wymownie zmrużył oko. Deanna poszła za nim powoli, dziwiąc 

się sama sobie. To niesłychane, jak szybko jej nastawienie do tego człowieka uległo zmianie.  

background image

Obejrzeli  dzieło  Mickey,  wyraźnie  podkreślając  swój  podziw,  co  sprawiło  jej  widoczną 

przyjemność.  

– Może zostaniesz architektem jak dorośniesz, co? 

– spytał Lee.  

– A co to znaczy? – Mickey spojrzała na niego niepewnie.  

– Architekt to ktoś, kto projektuje drogi, mosty, budynki i tak dalej.  

– Nie, to by mi się chyba nie podobało. Ja będę pisać książki, jak Deanna. Albo zostanę 

astronautą.  

– W szczyt wieżyczki zamku wetknęła muszlę małży.  

– To chyba strasznie fajne być w kosmosie.  

–  Brzmi  nieźle  –  odezwała  się  Deanna.  Obejrzała  się  i  spojrzała  na  jezioro.  Słońce 

posyłało  im  właśnie  swe  ostatnie  świetliste  promienie  znad  horyzontu.  –  Robi  się  późno. 

Chodźcie, zrobimy sobie mały spacer, zanim wrócimy do domu.  

–  Świetnie  –  zgodził  się  Lee.  –  Nie  śpieszy  mi  się  jakoś  z  powrotem.  A  ty  Mickey? 

Chcesz? 

– Okay – powiedziała mała wstając. Cofnęła się o kilka kroków, wzięła rozbieg i obiema 

nogami wskoczyła w środek swej budowli. – Po co zostawiać tę przyjemność komuś innemu, 

nie? – Weszła miedzy nich i wzięła ich za ręce. – Chodźmy.  

Było  już  prawie  ciemno,  gdy  wrócili  po  swoje  rzeczy.  Tylko  na  zachodzie  piękne, 

ciemnoczerwone  i  fioletowe  pasma  chmur  rozpościerały  się  jak  kołdra  nad  uśpionym 

słońcem.  Cała  ta  feeria  kolorów  podwajała  się,  odbijając  w  wodzie.  W  kierunku  wschodu, 

tam,  gdzie  niebo  było  najciemniejsze,  widać  było  pierwsze  gwiazdy.  Było  cicho, 

bezwietrznie.  

Mickey wciągnęła przez głowę koszulkę, a Deanna i Lee zaczęli się pakować.  

Deanna  włożyła  wszystkie  drobiazgi  do  torby  i  spojrzała  na  małą.  Mickey  stała  z 

przyciśniętymi do piersi rękami i wpatrywała się w najjaśniejszą gwiazdę. Deanna posłyszała 

ciche słowa wypowiadanego życzenia. Jej wzrok podążył za wzrokiem Mickey.  

– „Gwiazdko mała, gwiazdko złota...” – zaczęła szeptać.  

Przerwała  po  chwili.  Ona  też  miała  życzenie,  ale  póki  co,  bała  się  go  jeszcze 

wypowiedzieć...  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Gdy  wjeżdżali  do  Winnipeg,  blask  latarni  przyćmiewał  nieco  światło  gwiazd.  Z  radia 

płynęły  ciche  dźwięki  muzyki,  Mickey  zaś  spała  na  tylnym  siedzeniu.  Deanna  siedziała  z 

przodu obok Lee.  

Mieli  za  sobą  bardzo  miły  dzień.  Jedyne,  co  dręczyło  Deannę,  to  jej  rosnące 

zainteresowanie  Lee.  Zaczynało  jej  się  podobać,  jak  się  z  nią  przekomarzał  z  tym 

charakterystycznym błyskiem w zielonych oczach. Już nie drażniło jej to tak jak kiedyś.  

Byli  na  dobrej  drodze,  by  zostać  przyjaciółmi.  Coś  jej  jednak  mówiło,  że  mogli  zajść 

dużo dalej. Co zrobić, gdy on wykona następny krok? 

Lee zwolnił i zatrzymał  się na czerwonym świetle. Obrócił się za siebie, by spojrzeć na 

Mickey.  

–  Śpi  jak  suseł  –  powiedział.  –  Może  trochę  przedobrzyliśmy  z  tymi  atrakcjami,  co? 

Przecież dopiero wyzdrowiała.  

–  Nic  jej  nie  będzie.  Po  prostu  padła  ze  zmęczenia.  Świetnie  się  dziś  bawiła  przez  cały 

dzień. Na pewno więcej jej to przyniosło dobrego niż złego.  

–  Miło  było,  prawda?  –  spytał  ruszając.  Prowadził  płynnie,  bez  szarpania,  łagodnie 

zmieniając biegi.  

Deanna  nie  odpowiedziała.  Pozwoliła,  by  znów  zapadła  między  nimi  cisza.  Jednak  jej 

wewnętrzny spokój znikł. Lee siedział zdecydowanie za blisko, by tego nie czuła. Nie dotykał 

jej co prawda, a przecież cały jej lewy bok pokrywała gęsia skórka. Była świadoma każdego 

ruchu jego rąk, ramion, oczu.  

Odsunęła się nieco w stronę drzwi. Skuliwszy się w fotelu, potarła dłonią odkryte ramię.  

– Zimno ci? – spytał Lee, rzucając jej szybkie spojrzenie.  

– Nie, nie. Wcale – odpowiedziała szybko.  

– Tak czy inaczej zaraz będziemy w domu.  

– To dobrze. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zmyję z siebie ten piasek i krem do 

opalania.  

– Mnie też przydałby się prysznic. Czuję się, jakbym miał połowę plaży na plecach.  

Deanna przypomniała sobie gładkość jego skóry pod palcami, kiedy smarowała mu plecy 

kremem. Senność ledwie pozwoliła jej na walkę z tym wspomnieniem.  

Było już sporo po jedenastej, kiedy zaparkowali na podjeździe przy domu. Mickey nadal 

spała twardym snem. Lee wziął ją na ręce, a Deanna poszła przodem, by otworzyć drzwi.  

 

Odgarnęła koc z łóżka Mickey, a Lee położył małą na prześcieradle.  

–  Nie  powinna  spać  w  tym  kostiumie.  Znajdź  jej  koszulę  nocną  w  drugiej  szufladzie 

komódki, a ja ją rozbiorę.  

– Jestem zmęczona – zaprotestowała Mickey półprzytomnie, nie otwierając oczu.  

–  Tak,  wiem  kochanie  –  szepnęła  Deanna.  –  To  tylko  chwilka.  Zobaczysz,  że  lepiej  ci 

będzie w twojej koszulce. No, rączki do góry, o tak. Ściągamy to wszystko. A teraz koszulka. 

background image

Widzisz, jak sucho i jak dobrze? 

Mickey  opadła  na  poduszkę  i  natychmiast  zasnęła.  Deanna  uśmiechnęła  się  łagodnie. 

Wygładziła jeszcze fałdy na prześcieradle i przykryła ją.  

– Dobranoc, mała, śpij dobrze.  

– Dobranoc, Mickey – Lee pogłaskał ją delikatnie po czole. – Mieliśmy dziś fajny dzień.  

Mickey z westchnieniem przewróciła się na drugi bok i wsunęła sobie dłoń pod policzek. 

Lee i Deanna wyszli z pokoju, zamykając za sobą drzwi.  

– Był to dla mnie bardzo miły dzień, Lee – powiedziała Deanna. – Dziękuję.  

–  Dziękuję,  że  pojechałaś  –  odrzekł  Lee.  –  Bardzo  mi  pomogłaś  przy  Mickey.  To 

naprawdę miło z twojej strony.  

–  Cieszę  się,  że  sprawy  zaczynają  się  dobrze  układać  między  wami.  –  Uśmiechnęła  się 

nagle. – Mickey uważa, że zmieniłeś się na lepsze, odkąd wróciłeś z Kalifornii.  

Lee zdziwiony podniósł brwi.  

– Powiedziała ci o tym? 

– Mhm. Myśli, że coś się w tobie odmieniło. – Oczy Deanny. iskrzyły się śmiechem. – Co 

to było, Lee? 

– Podpisałem umowę mojego życia.  

– To wszystko? Nic osobistego? 

Żartowała,  ale  tak  naprawdę  chciała  się  dowiedzieć.  Myślała  o  tej  kobiecie,  która 

odebrała telefon w jego pokoju hotelowym.  

Lee zaśmiał się krótko.  

–  Nie  mam  życia  osobistego.  Do  czasu,  kiedy  Mickey  tu  zamieszkała  zajmowałem  się 

wyłącznie pracą.  

A jak miało być teraz? – pomyślała Deanna, ale nic nie powiedziała. Spojrzała na zegar 

wiszący na ścianie.  

– Muszę już wracać – podniosła się. – Zabiorę resztę swoich rzeczy z samochodu.  

–  Zostaw  je  do  jutra  –  powiedział  Lee.  –  Słuchaj,  miałem  nadzieję,  że  zostaniesz  na 

chwilę. Moglibyśmy odpocząć przy drinku. Nie miałabyś na to ochoty? 

Deanna zawahała się, zaskoczona propozycją.  

– Tylko jeden mały drink – nalegał. – Co lubisz? Gin z tonikiem? 

– Hm... No dobrze. Prysznic może w końcu poczekać.  

– Świetnie. Usiądź sobie przy basenie, a ja zaraz wszystko przygotuję.  

– Dla mnie zrób słabszy. Wlej więcej toniku i daj więcej lodu. Nie piję za dużo alkoholu.  

Lee wystawił z kredensu dwie wysokie szklanki.  

– Chcesz coś zjeść? – zapytał.  

– A co masz? 

– Mam jeszcze puszkę dobrych orzeszków, co ty na to? 

–  Doskonale.  To  wystarczy  –  odpowiedziała.  Wyszła  do  ogrodu.  Gdy  usiadła  w  fotelu, 

zapaliły  się  lampy  podwodne.  Prześwietlona  chłodnym  światłem  woda  wyglądała  bardzo 

zachęcająco.  

Deanna  wstała,  zrzuciła  z  siebie  koszulkę  i  szorty.  Pozostała  tylko  w  kostiumie 

background image

kąpielowym.  Podeszła  do  krawędzi  basenu  i  wślizgnęła  się  do  wody.  Przez  chwilę  czuła 

zimno,  które  jednak  szybko  zmieniło  się  w  jedwabiste  uczucie  świeżości.  Zanurkowała, 

rozkoszując  się  chłodem  wody.  Wypłynęła,  by  zaczerpnąć  powietrza  i  przewróciła  się  na 

plecy.  Odpoczywała  chwilę,  niemal  w  zupełnym  bezruchu.  Potem  przepłynęła  szybkim 

kraulem  w  stronę  głębokiego  krańca  basenu  i  z  powrotem.  Dopłynąwszy  do  końca, 

podciągnęła się na rękach i usiadła na krawędzi. Przechyliła głowę na bok i wycisnęła wodę z 

włosów.  

W drzwiach domu pojawił się Lee, niosąc tacę z napojami i parę ręczników.  

–  Wiedziałem,  że  nie  będziesz  się  mogła  oprzeć  –  roześmiał  się,  kładąc  jej  ręcznik  na 

ramieniu.  

–  Dziękuję  –  powiedziała,  wycierając  sobie  twarz.  Lee  obszedł  basen  i  stanął  na  końcu 

trampoliny.  

Przez chwilę stał nieruchomo, po czym rozhuśtał się i wykonał piękny, klasyczny skok do 

wody.  Deanna  przyglądała  się  nienagannym  proporcjom  jego  ciała.  Po  chwili  wstała  z 

westchnieniem i przeniosła się do stolika.  

Pociągnęła łyk zimnego napoju ze szklanki. Chłód i pikantny smak drinka były dokładnie 

tym, czego teraz potrzebowała. Jeszcze raz podniosła szklankę do ust i oparła się wygodnie w 

fotelu.  

Przyglądała się Lee rozleniwionym spojrzeniem. Ależ ten facet był przystojny! Nie mogła 

zaprzeczyć,  że  się  jej  podobał.  Co  gorsza  jednak,  zauważyła,  że  od  jakiegoś  czasu  czuła  do 

niego coś więcej niż tylko sympatię. Świadomość tego niepokoiła ją. Nie chciała zakochać się 

w  nim  i  narazić  na  cierpienia.  Pociągnęła  następny  łyk,  wsysając  powoli  chłodną  ciecz. 

Zamyśliła się.  

Lee wyszedł z wody, chlapiąc wokół i prychając.  

– Wspaniale! Co za ulga! – Otarł twarz ręcznikiem, zarzucił go sobie na ramiona i usiadł 

naprzeciwko Deanny. Sięgnął po swoją szklankę i spojrzał na nią.  

– Coś się stało? – zapytał.  

–  Nic  –  odrzekła  pośpiesznie.  –  Po  prostu  jestem  zmęczona.  Muszę  już  iść.  –  Odłożyła 

szklankę i podniosła się. – To był rzeczywiście długi dzień – dodała.  

Lee także wstał z fotela i postawił swoją szklankę na stole.  

– Odprowadzę cię do domu – zaproponował. – Chyba, że chcesz przeskoczyć przez mur? 

–  Nie...  Chyba  nie  dzisiaj.  –  Deanna  zmusiła  się  do  uśmiechu  i  zaczęła  zbierać  swoje 

rzeczy. Wsunęła stopy w sandały. – Nie musisz mnie odprowadzać – powiedziała.  

– Ale chcę – odparł. – Masz klucze? 

Deanna  zajrzała  do  torebki  i  po  krótkim  szperaniu  wyjęła  klucze  od  domu.  Wolałaby, 

żeby został tu, ale nie miała siły spierać się z nim.  

– Klucze są, a po resztę zajrzę tu jutro.  

Noc  była  cicha.  Tylko  czasem  słychać  było  szum  samochodu  przejeżdżającego  główną 

ulicą. Powietrze było łagodne i ciepłe.  

Otworzyła drzwi i odwróciła się do Lee, otulając się nieco ciaśniej ręcznikiem.  

– To był bardzo miły dzień. Dziękuję.  

background image

Stał przed nią. Był odwrócony plecami do świateł ulicy tak, że trudno było dostrzec jego 

twarz. Podniósł rękę i odsunął jej z czoła mokry kosmyk włosów.  

– Faktycznie miły. Dzięki tobie...  

Pochylił się z łagodnym uśmiechem. Musnął jej usta lekkim pocałunkiem.  

Deanna  wzdrygnęła  się,  zaskoczona.  Czuła,  jak  promieniujące  od  niego  wilgotne  ciepło 

ciała miesza się z jej własnym. Ciągle czuła dotyk jego warg.  

Odsunęła się nagle, zmieszana i pełna sprzecznych uczuć.  

– Nie wyszeptała. – Proszę, nie. Nie jestem jeszcze... Po prostu nie mogę...  

Zagryzła wargę i odwróciła się nagle. Wpadła do domu, zatrzaskując za sobą drzwi.  

Stała  teraz  sama  w  ciemnym  holu,  opierając  się  plecami  o  ścianę.  Łzy  piekły  ją  pod 

powiekami.  

Był  pierwszym  mężczyzną,  który  pocałował  ją  od  czasu  śmierci  Ryana.  Nie  byłoby  w 

tym  nic  takiego,  gdyby  przyjęła  to  obojętnie.  Ale  ten  pocałunek,  zupełnie  niewinny, 

pozostawił ją przepełnioną uczuciem winy i pożądania.  

Nie  od  dziś  wiedziała,  że  się  jej  podoba.  Jednak  tak  wielka  siła  doznań,  wzbudzonych 

dotykiem jego ust, była dla niej ogromnym zaskoczeniem. Było to o wiele za dużo. I o wiele 

za wcześnie.  

 

Ta  noc  była  dla  niej  męczarnią.  Nie  zmrużyła  oka  na  dłużej,  niż  na  kilkanaście  minut. 

Wstała dużo wcześniej niż zazwyczaj. Zrobiła sobie kawę i wyszła na zewnątrz, by wypić ją 

w  towarzystwie  kotów.  Przez  jakiś  czas  przyglądała  się,  jak  gile  karmią  swoje  małe  w 

gnieździe.  

Myśli  jej  zaczęły  krążyć  wokół  Lee  i  wczorajszej  sytuacji.  Przecież  to  był  zupełnie 

zwykły  pocałunek.  Dlaczego  nie  mogła  zdobyć  się  na  to,  by  się  roześmiać,  powiedzieć  coś 

dowcipnego,  by  rozładować  napięcie?  Teraz  będzie  ono  nękać  ich  oboje,  jak  jakieś  fatum, 

nadając temu pocałunkowi dużo większą wagę, niż naprawdę miał.  

Nagle uniosła głowę. Furtka jej ogrodu otworzyła się i wszedł Lee, zmierzając wprost do 

niej. Odłożyła kubek i nerwowo wygładziła fałdy spódnicy.  

– Dzień dobry – powiedziała, siląc się na spokojny ton głosu.  

Kiwnął głową w odpowiedzi. Miękkie kosmyki włosów zasłaniały mu czoło. Usiadł przy 

niej.  

– Mogę z tobą porozmawiać? – zapytał.  

Byle tylko nie o wczorajszym wieczorze, błagała w myślach.  

– Chciałbym cię przeprosić.  

Deanna pośpiesznie pokręciła głową.  

–  Nie  ma  za  co.  Wiem,  że  zareagowałam  przesadnie.  Chodzi  o  to,  że...  –  przerwała  i 

zawstydzona opuściła głowę, szukając właściwych słów.  

– Nie miałaś jeszcze nikogo, odkąd umarł twój mąż, prawda? – Lee starał się przyjść jej z 

pomocą.  

– Tak – rzekła cicho, nie podnosząc głowy.  

– Kochałaś go bardzo.  

background image

Deanna  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Nie  była  już  w  stanie  dłużej  ukrywać  swej 

bezradności.  

Patrzył na nią uważnie. Potem uniósł dłoń i palcem dotknął delikatnie jej policzka.  

–  Bardzo  cię  przepraszam  –  powiedział  łagodnie.  Deanna  wiedziała,  że  miał  na  myśli 

dużo  więcej,  niż  ten  nieszczęsny  pocałunek  zeszłej  nocy.  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem  i 

kiwnęła głową.  

Lee pochylił się i oparł swe łokcie na kolanach.  

– Jest jeszcze coś, o czym chcę z tobą porozmawiać: Mickey.  

– Gdzie ona jest? – zapytała, zadowolona ze zmiany tematu.  

– Śpi jeszcze. Zostawiłem jej kartkę, że tu jestem. Chciałem z tobą pomówić, zanim się 

obudzi.  

– W porządku. Wejdźmy może do domu. Zrobiłam właśnie świeżą kawę.  

Lee poszedł za Deanna i poczekał, aż przygotuje dla niego kubek.  

Podała mu kawę i czekała, aż zacznie mówić. Nigdy nie przypuszczała, że może być tak 

wyrozumiały  i  delikatny.  Innych  mężczyzn  taka  reakcja  odstraszyłaby  od  niej  na  dobre.  On 

jednak zaakceptował jej uczucia. Znów poczuła ciepło wokół serca.  

Lee wziął sobie krzesło i usiadł przy stole.  

– Dziś rano przesłuchałem taśmę z sekretarki – odezwał się wreszcie. – Dzwonił Wescott. 

Chce wziąć Mickey na jeden dzień.  

–  O  nie!  –  Deannie  udzieliło  się  jego  napięcie  i  niepokój.  Miała  nadzieję,  że  ojciec 

Mickey zniknął już z pola widzenia. – Co zamierzasz zrobić? 

–  Wiem,  co  chciałbym  zrobić  –  odrzekł  z  niechęcią  w  głosie  –  ale  nie  wiem,  co 

powinienem zrobić. Dla dobra Mickey, rzecz jasna.  

Deanna  z  zadowoleniem  spostrzegła,  że  nie  miał  skłonności  do  pochopnego  działania. 

Nalała sobie kawy i usiadła po drugiej stronie stołu.  

– Ciekaw byłem, co ty o tym myślisz? – zapytał.  

– Rozmawiałeś z prawnikiem? 

–  Oczywiście.  –  Nerwowo  przeczesał  włosy  palcami.  –  Powiedział,  że  wzbranianie 

Mickey kontaktów z ojcem nie pomoże mi, jeśli ta sprawa kiedykolwiek trafi do sądu. Muszę 

udowodnić, że starałem się, by Mickey nawiązała z nim normalne relacje.  

– A wiec na dłuższą metę nie masz zbyt dużego wyboru.  

– To widzę, ale co będzie, gdy on zechce ją zatrzymać na dłużej? 

– Naprawdę sądzisz, że zechce? Lee westchnął i pokręcił głową.  

– Tak naprawdę to myślę, że nie zależy mu na Mickey, tylko na tym, by napsuć mi krwi.  

– Ja myślę, że prawnik ma rację. Nie możesz nie pozwolić jej się z nim zobaczyć – rzekła 

Deanna po namyśle. – Bądź co bądź to przecież jej ojciec.  

– Dawno już zrzekł się swoich praw rodzicielskich...  

–  Ale  Mickey  postrzega  to  inaczej,  nie  tak  jak  my.  Przynajmniej  nie  na  tym  etapie 

swojego  życia.  Sądzę,  że  powinna  mieć  chociaż  szansę  poznania  go.  Ze  swej  strony  jestem 

przekonana, że gdy go pozna, nie będzie chciała z nim przebywać.  

Lee, z grymasem na twarzy, masował dłonią kark.  

background image

– Jeśli tylko jest tak sprytna, jak sądzę... Mimo to ten pomysł mi się nie podoba. Po prostu 

nie ufam temu facetowi.  

– I pewnie masz rację. – Wskazującym palcem przesuwała po obrzeżu kubka, wpatrując 

się weń, jakby na jego dnie mogła znaleźć rozwiązanie. – Musisz dowiedzieć się dokładnie, 

gdzie  on  chce  ją  zabrać,  wziąć  adres,  telefon  i  tak  dalej.  –  Spojrzała  na  niego.  –  Ja  też  nie 

sądzę, że mu na niej zależy. Chyba faktycznie chce ci po prostu wejść w drogę. Dlatego nie 

prowokuj go. Nie pokazuj, że cię to wzrusza. Uśmiechnij się i życz mu wszystkiego dobrego.  

Lee skrzywił się z takim obrzydzeniem, że aż się roześmiała.  

– Poćwicz trochę przed  lustrem – rzekła,  ciągle  się śmiejąc. –  Z taką miną  go na to nie 

nabierzesz! 

Zwinął usta w trąbkę, udając groteskowy uśmiech.  

– A teraz? – wybełkotał.  

– Przestań! To okropne! – zachichotała.  

Nagle usłyszeli, jak otwierają się frontowe drzwi.  

–  To  ja!  –  Głos  Mickey  zabrzmiał  w  holu.  Po  chwili  weszła  do  kuchni.  –  Zobaczyłam 

twoją kartkę – zwróciła się do Lee – i od razu przyszłam.  

– Nietrudno to zauważyć – uśmiechnął się.  

Była  ubrana  w  czyste  szorty  i  bawełniany  podkoszulek.  Włosy  jednak  nie  widziały 

jeszcze szczotki. Były splątane i sterczały na wszystkie strony.  

Mickey stała i przyglądała się im z zatroskaną miną.  

– Spałeś tu, wujku? – zapytała w końcu.  

Lee omal nie udławił się kawą. Przełykając pośpiesznie, wytarł usta wierzchem dłoni.  

– No więc? – nalegała mała.  

– Oczywiście, że nie – odpowiedziała za niego Deanna widząc, że Lee jeszcze się krztusi 

i nie może przemówić słowa.  

– O... – na twarzy Mickey odmalowało się rozczarowanie.  

–  Twój  wujek  i  ja  jesteśmy  po  prostu  przyjaciółmi  –  wytłumaczyła  Deanna.  –  Tylko 

zakochani spędzają noce razem.  

– Chyba masz rację – westchnęła Mickey. – Koty są w ogrodzie? – spytała po chwili.  

– Tak. Wszystkie trzy. Możesz iść się z nimi pobawić, jeśli chcesz.  

– Okay – podeszła do drzwi. – Nie jadłam jeszcze śniadania – dodała znacząco.  

– W takim razie zrobię coś dla nas wszystkich – zapewniła ją Deanna. – Zawołam cię, jak 

już będzie gotowe.  

– Skąd przychodzą jej do głowy takie rzeczy? – zapytał Lee, gdy dziewczynka wyszła.  

Deanna  przypomniała  sobie  jego  pocałunek  i  to  uczucie,  które  przez  chwilę  nią 

zawładnęło. Tak łatwo byłoby teraz... Nie. Porzuciła tę myśl, zbyt późno jednak, by  ustrzec 

się przed wyobrażeniem sobie ich obojga splecionych w uścisku.  

Starała się, by jej głos brzmiał spokojnie.  

–  Dzisiaj  dzieci  wiedzą  o  wiele  więcej  niż  my  w  ich  wieku  –  powiedziała,  wstając  by 

dolać kawy.  

– A może i Teri miała... znajomych.  

background image

–  Niekoniecznie.  Mogła  to  wziąć  z  telewizji,  a  może  od  innych  dzieciaków.  Nic 

wielkiego.  

Wiedziała jednak, o co chodziło Mickey.  

– A więc co? Masz ochotę na śniadanie? – spytała.  

– Jeśli nie sprawi ci to dużego kłopotu.  

– Żaden problem. Sama umieram z głodu. Co byś powiedział na omlet z serem i szynką? 

– Fantastycznie! Mogę ci w czymś pomóc? 

– Nie, dziękuję. Sama dam sobie radę. Idź lepiej do Mickey i spróbuj porozmawiać z nią 

o ojcu.  

Lee skrzywił się.  

– Masz rację. Powinienem chyba spróbować.  

– Postaraj się też trzymać emocje na wodzy – poradziła mu jeszcze. – Myśl o niej, nie o 

sobie.  

–  Właśnie  to  robię  –  powiedział  niewyraźnie.  –  Dlatego  też  najchętniej  pozbyłbym  się 

Wescotta na dobre.  

Zaraz  po  ósmej  tego  wieczoru  zadzwonił  telefon.  Deanna  odłożyła  długopis  i  wstała  od 

stołu. Gdy przechodziła obok klatki, papugi jak zwykle podniosły głośny rwetes.  

Dzwonił Lee.  

– Deanna? Mogłabyś do mnie zajrzeć? 

Ton jego głosu sprawił, że nie zadawała więcej pytań.  

–  Zaraz  będę.  –  Odwiesiła  słuchawkę  i  wyszła  z  domu.  Lee  stał  na  progu  w  otwartych 

drzwiach. Wyglądał na zmartwionego. Spodnie i koszulę miał pogniecione, a spocone włosy 

opadały mu na czoło.  

– Nie odprowadził jeszcze Mickey – powiedział.  

– O której kazałeś mu ją odwieźć? 

– Najpóźniej o ósmej. Wiem, ósma dopiero co minęła, ale dzwoniłem pod numer, który 

mi  zostawił  i  nie  ma  tam  nikogo!  Wygląda  na  to,  że  wynajmował  u  kogoś  pokój.  Oni 

powiedzieli, że wczoraj się wyprowadził i że miał przenieść się  gdzie indziej. Nie wiedzieli 

jednak  gdzie.  Wyczułem,  że  mało  ich  to  w  ogóle  obchodzi.  –  Przyczesał  włosy  ręką.  –  Do 

licha! Powinienem słuchać swojego przeczucia, a nie rad jakiegoś tam prawnika! 

– Lee, skąd mogłeś wiedzieć... ? 

– Mogłem i wiedziałem. Nigdy nie powinienem był jej tam puścić. Jak ja teraz mam jej 

szukać? W mieście są przecież tysiące tanich pokoi i mieszkań do wynajęcia! 

– Jestem pewna, że niedługo ją odwiezie, Lee – zapewniała Deanna, choć i ona zaczynała 

się niepokoić. – Pewnie specjalnie chce się trochę spóźnić, żeby pograć ci na nerwach.  

–  Mam  nadzieję,  że  się  nie  mylisz.  Czy  mogłabyś  podzwonić  trochę  od  siebie  po 

administracjach  okolicznych  osiedli? Chętnie  sam  bym  to  zrobił,  ale  chcę,  żeby  mój  telefon 

był wolny, jeśli zadzwonią.  

– Nie ma sprawy. Zaraz się za to zabiorę. – Odwróciła się i zaczęła schodzić po stopniach 

podestu. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze.  

– Mam nadzieję.  

background image

 

Deanna  dzwoniła  gdzie  się  dało.  Bez  rezultatu.  Nikt  nie  słyszał  o  Wescotcie. 

Zaniepokojona pobiegła z powrotem do Lee.  

Chodził tam i z powrotem po podeście przed domem. Zatrzymał się, gdy ją ujrzał.  

–  Przykro  mi.  Żadnego  skutku  –  powiedziała.  Spojrzał  na  nią  zmęczonym  wzrokiem  i 

oparł się plecami o ścianę.  

– Chcę ją mieć z powrotem. – W jego głosie brzmiało poczucie winy.  

–  Ja  też  chcę,  by  wróciła.  –  Deanna  współczująco  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  – 

Napiłbyś się czegoś zimnego? – spytała.  

– Chętnie – odrzekł w zamyśleniu.  

– Na co masz ochotę? 

– Cokolwiek zimnego.  

– W porządku, zaraz wrócę.  

W kuchni nalała soku pomarańczowego do wysokich szklanek, dodała dużo lodu i trochę 

wody sodowej.  

Wciąż  miała  nadzieję,  że  Mickey  nic  się  nie  stało  i  że  Wadę  po  prostu  się  spóźniał. 

Wprost nie mieściło się jej w głowie, że mogło być inaczej! Mickey musiała wrócić do tego 

domu! Tu było jej miejsce.  

Lee siedział przygnębiony na schodku. Podała mu oszronioną szklankę.  

W ślad za Deanną przyczłapał stary Leo. Nadchodził powoli i ostrożnie. Podszedł do Lee 

i z uwagą obwąchał czubek jego buta. Po chwili zdecydowanie odwrócił się i z zamaszystym 

machnięciem ogona znikł w zaroślach.  

– Nadal nie może się do ciebie przekonać – powiedziała Deanna, chcąc odciągnąć go od 

ponurych myśli.  

– Może nie podoba mu się twoje imię? Jest tak podobne do jego. On nie za bardzo lubi 

obcych. Ja, to co innego, ja go karmię. Tak samo Mickey. Wszystkie koty ją lubią.  

Lee pociągnął łyk ze szklanki.  

–  Wspaniałe!  Dziękuję  ci  –  powiedział.  –  Właśnie  myślałem,  żeby  wziąć  kociaka  dla 

Mickey.  

– A Alfie i Imp? – zapytała Deanna spontanicznie.  

–  Ona  je  uwielbia.  I  już  się  przyzwyczaiły  do  twojego  domu.  Poza  tym  mają  wszystkie 

konieczne szczepienia.  

–  Mówisz,  że  masz  zamiar  się  ich  pozbyć,  co?  –  zapytał,  lecz  duchem  był  zupełnie 

nieobecny.  

– To niezupełnie tak. Wzięłam je dlatego, że nikt inny ich nie chciał. Moja ciotka wystawi 

ten  dom  na  sprzedaż  raczej  prędzej  niż  później,  a  mnie  trudno  będzie  znaleźć  mieszkanie, 

gdzie  zechcą  mnie  z  kotem,  a  co  dopiero  mówić  o  trzech.  Jeśli  chcesz,  podaruję  Mickey  te 

kociaki na jej urodziny w przyszłym tygodniu? 

–  Skoro  tak  wolisz,  nie  widzę  problemu.  Na  pewno  będzie  zachwycona.  –  Znów  łyknął 

zimnego napoju.  

– Mówisz, że ciotka będzie to sprzedawać? – wskazał na jej dom.  

background image

–  Taki  miała  plan.  Najpierw  chciała  przez  rok  pomieszkać  w  Victorii,  by  zobaczyć,  jak 

się  jej  tam  będzie  podobało.  Z  tego,  co  widzę,  podoba  się  jej  tam  bardzo.  Moim  zdaniem, 

sprzeda ten dom jeszcze tej jesieni. Założę się, że znajdzie kupca błyskawicznie.  

– W tej okolicy chyba tak będzie. A ty nie zamierzasz go kupić? 

Deanna roześmiała się i pokręciła głową.  

– W żaden sposób nie byłoby mnie na to stać! 

– Co więc chcesz ze sobą zrobić? 

– Tak naprawdę to jeszcze nie wiem. Być może sama przeniosę się do Victorii. Poczekam 

z decyzją, aż przyjdzie czas – zamyślona pukała palcem w kostkę lodu, pływającą w szklance.  

Jeszcze  tak  niedawno  perspektywa  przeprowadzenia  się,  dokądkolwiek  tylko  zechce  w 

Kanadzie, wydawała się jej atrakcyjna. Ostatnio jednak myśl o konieczności opuszczenia tego 

miejsca  stawała  się  coraz  cięższa.  Spojrzała  na  Lee  i  uświadomiła  sobie  nagle,  że  odejście 

stąd – od niego – było w tej chwili czymś nie do pomyślenia.  

– Mickey będzie za tobą tęsknić – odezwał się Lee.  

– I ja będę za nią tęsknić. – A ty? – chciała zapytać. Czy Lee tęskniłby za nią tak jak ona 

za nim? – Będzie już wtedy chodzić do szkoły. Spotka nowych przyjaciół. Poza tym przecież 

ma ciebie.  

Lee zmarszczył brwi i spojrzał na zegarek.  

–  Nie  mam  pojęcia,  co  knuje  Wescott.  Psia  kość!  Mam  dość  takiego  bezczynnego 

siedzenia.  

Zerwał  się  na  nogi  i  znów  zaczął  szybkimi  krokami  przemierzać  podest.  Do  pasji 

doprowadzała go sytuacja, której nie był w stanie kontrolować.  

– Odwiezie ją, Lee – próbowała go uspokoić Deanna. Sama była bardzo zaniepokojona, 

ale starała się tego nie okazywać.  

–  Tak  sądzisz?  –  Zatrzymał  się  nagle  i  spojrzał  na  nią  z  góry.  –  A  co,  jeśli  zechciał  ją 

zatrzymać?  Mógłby  być  już  w  połowie  drogi  do  Saskatchewan  albo  dokądkolwiek  indziej. 

Muszę zadzwonić na policję. Mogliby już zacząć jej szukać! Zapisałem rejestrację jego wozu.  

–  Poczekaj,  Lee  –  wtrąciła  Deanna.  –  Jeszcze  na  to  za  wcześnie.  Nie  masz  żadnej 

pewności, że ją porwał.  Poczekaj jeszcze trochę. Jestem przekonana, że  celowo się spóźnia, 

by  w  ten  sposób  zademonstrować  swą  przewagę  nad  tobą  i  wyprowadzić  cię  z  równowagi. 

Poczekaj jeszcze przynajmniej z godzinę. W tym czasie odwiezie ją, zobaczysz.  

– Mam nadzieję, że masz rację – westchnął Lee nieco uspokojony.  

– Na pewno mam rację.  

Z krzaków wyszedł Leo. Trzymając ogon prosto do góry, podszedł do Deanny i zaczął się 

do niej łasić. Podrapała go za uszami. Obserwowała nieustanny, wahadłowy spacer Lee. Tam 

i z powrotem, tam i z powrotem po podeście, patrzył na zegarek niemal za każdym nawrotem.  

– Dziewiąta – stwierdził przystając.  

Deanna  wyczuwała  napięcie.  W  każdej  chwili  mogło  ujawnić  się  w  postaci  wybuchu 

wściekłości.  Miała  jednak  nadzieję,  że  Lee  potrafi  zapanować  nad  nerwami.  Dla  dobra 

Mickey. To dziecko z pewnością miało dość widoku dwóch mężczyzn, skaczących sobie do 

oczu z jej powodu.  

background image

– Lee – odezwała się ostrożnie. – Wiem, że masz tego dość. Spróbuj jednak nie okazywać 

złości. Nie stawiaj Mickey w sytuacji, w której będzie musiała wybierać ciebie albo Wade’a.  

Lee spojrzał na nią. W jego oczach czaił się gniew.  

– Nie przejmuj się – powiedziała delikatnie. – Nie chodzi mi o to, żebyś mile uśmiechał 

się  do  tego  draba.  Gdyby  jednak  do  czegoś  doszło,  daj  mi  chociaż  czas  na  odprowadzenie 

Mickey na górę. Potem rób sobie z nim co chcesz.  

Lee niespodziewanie zaśmiał się. Usiadł koło niej na stopniu. Pochylony do przodu oparł 

łokcie na kolanach.  

– Nie spiorę go – oświadczył. – Przyrzekam.  

– W porządku – położyła mu przyjaźnie dłoń na ramieniu.  

W ich zaułek wjechał nagle jakiś samochód. Oboje w napięciu obserwowali każdy metr 

jego trasy. Rozcinając reflektorami ciemność, przejechał jednak przed furtką i pojechał dalej.  

Deanna westchnęła i opuściła ramiona.  

– Widzę, że martwisz się co najmniej tak jak ja – odezwał się Lee.  

– To prawda – przyznała. – Chcę, by Mickey wróciła tam, gdzie jest jej miejsce.  

– Podobnie jak... – przerwał nagle.  

Deanna podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.  

Ulicą szła Mickey, oświetlana przez mijane latarnie. Gdy Lee zawołał na nią, zaczęła biec 

w ich kierunku.  

Całą  buzię  miała  umorusaną.  Widać  było,  że  płakała.  Wyglądała  na  bardzo  zmęczoną  i 

nieszczęśliwą.  

– Mickey... – Deanna przyglądała się jej z niepokojem.  

Mała podbiegła i wtuliła twarz w jej ramię.  

– Chcę, żeby moja mama wróciła – załkała. – Po prostu chcę ją znowu mieć! 

–  Och,  mój  mały  misiaczku  –  wyszeptała  Deanna,  przytulając  ją  mocniej.  –  Wiem, 

wszystko wiem.  

Kołysała ją w ramionach. Oczy nabiegły jej łzami. Spojrzała na Lee.  

– Co się stało, Mickey? – zapytał. – Gdzie jest twój tata? 

Mickey powoli podniosła głowę i westchnęła. –  Jest u... u siebie – odrzekła, wycierając 

łzy wierzchem dłoni.  

– Ale co się takiego stało? – spytał znowu Lee. Z jego twarzy Deanna mogła odczytać, że 

obawiał się tego samego co i ona. – Co dziś robiłaś? 

– Nic – Mickey pokręciła głową. – Po prostu on i ten jego kumpel siedzieli tam cały czas 

i  pili  piwo.  Nie  robiliśmy  nic!  Nie  poszliśmy  wcale  do  zoo  ani  nic  takiego...  Musiałam  tam 

siedzieć i patrzeć, jak się wygłupiali – usta jej wygięły się znów do płaczu.  

Deanna odgarnęła jej włosy z czoła.  

– Nie wygląda mi to na dobrą zabawę, co? 

– To było okropne – zgodziła się Mickey. – A kiedy powiedziałam, że chcę już wracać do 

domu,  on  się  naprawdę  wściekł  i  powiedział,  żebym  się  zamknęła  i  że  odprowadzi  mnie, 

kiedy będzie chciał, to znaczy może nawet nigdy – wyrzuciła z siebie jednym tchem.  

Lee rzucił Deannie spojrzenie przepojone nienawiścią.  

background image

–  Mickey,  czy  twój  tata  cię  skrzywdził?  –  zadał  pytanie,  które  obojgu  im  nie  dawało 

spokoju.  

Mickey pokręciła głową przecząco.  

–  Nie.  Wściekał  się  tylko  czasami.  To  mi  się  wcale  nie  podobało.  –  Obróciła  się  w 

ramionach  Deanny  tak,  że  teraz  patrzyła  na  ulicę.  –  On  nie  jest  za  bardzo  miły  –  dodała  z 

przekonaniem w głosie.  

– Ludzie zwykle przestają być mili, jak wypiją – powiedziała Deanna.  

W  tonie  Mickey  można  było  usłyszeć  echa  zawiedzionych  nadziei.  Wszystkie 

wyobrażenia, jakie mogła mieć o ojcu, legły w gruzach.  

Lee pogładził ją delikatnie po policzkach i uśmiechnął się. Odwróciła się, by spojrzeć na 

niego.  

– Daleko musiałaś iść? – zapytał. Znowu pokręciła głową.  

– Tylko z pięć przecznic. Liczyłam.  

– Czy on wie, że tu wróciłaś? 

–  Myślę,  że  tak.  Na  stole  leżał  długopis,  więc  napisałam,  że  idę  do  domu.  Potem 

wymknęłam  się  na  dwór,  gdy  wyszłam  do  łazienki.  Chciałam  zadzwonić,  żebyś  po  mnie 

przyjechał, ale nie było tam nawet telefonu. A poza tym wiedziałam, że trafię z powrotem.  

– Cieszę się, że przyszłaś – powiedział Lee ciepło.  

– Tęskniłem za tobą.  

Dziewczynka uśmiechnęła się trochę nieśmiało.  

– Ja też – powiedziała. – Czy... czy będę musiała tam wrócić? – zapytała niepewnie.  

– Nie – odparł Lee zdecydowanie, a jego oczy nagle pociemniały.  

Deanna  miała  nadzieję,  że  będzie  mógł  dotrzymać  tego  przyrzeczenia.  Przyciągnęła  do 

siebie Mickey i przytuliła ją. Cieszyła się, że mała jest już bezpieczna.  

Mickey oparła brodę o ramię Deanny.  

– Mówił, że może tu przyjść po mnie w każdej chwili – powiedziała cicho. – I że on jest 

moim tatą, a ty tylko moim wujkiem – dodała po chwili.  

–  Twoja  mama  chciała,  żebyś  mieszkała  ze  mną  –  odparł  Lee  spokojnie,  głaszcząc  ją 

delikatnie po głowie.  

– Obiecałem jej, że tak będzie. Nikt cię nie zabierze, jeśli nie będziesz tego chciała.  

– To dobrze – westchnęła Mickey. – Chcę zostać z tobą i z Deanną.  

Deanna poczuła skurcz w sercu. Mała Mickey już wkrótce będzie musiała się przekonać, 

że jej opiekunka nie była częścią tego domu, który Lee przyrzekł jej stworzyć.  

– Nie chcę odejść – powtórzyła Mickey, jakby chcąc się jeszcze raz upewnić.  

–  Nie  będziesz musiała –  powiedział  Lee.  Trudnym  do  odgadnięcia  spojrzeniem  patrzył 

przez chwilę w oczy Deannie. – Zrobię, co w mojej mocy, żebyś została ze mną. Nie musisz 

się już o to martwić.  

Deanna spojrzała w bok. Nie chciała, by odkrył w jej oczach to, o czym teraz myślała.  

Kiedy  wróciła  do  swego  domu,  większą  część  nocy  przesiedziała  na  schodach  przed 

wejściem.  Nie  mogła  już  dłużej  opierać  się  uczuciu,  które  powoli  zawładnęło  jej  sercem. 

Westchnęła zatroskana. Pomyślała o Ryanie, ale po raz pierwszy zamiast jego twarzy, ujrzała 

background image

twarz  innego  mężczyzny.  Widziała  zielone  ogniki  w  roześmianych  oczach  Lee,  jego  ciepły 

uśmiech i ten kosmyk włosów opadający mu na czoło...  

Czyżby się w nim zakochała? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Jeśli idziecie gdzieś razem, to to jest randka – powiedziała Mickey.  

Siedziała  po  turecku  na  łóżku  Deanny  i  manipulując  ostrożnie  pędzelkiem  malowała 

sobie paznokcie. Buteleczka z lakierem niebezpiecznie chybotała się na jej kolanie.  

Deanna odwróciła się od lustra i spojrzała na nią.  

–  Nie,  to  nie  jest  randka.  Twój  wujek  po  prostu  zaprosił  mnie  na  kolację.  To  wszystko. 

Nic więcej.  

W głębi ducha chciałaby jednak, by Mickey miała rację i by była to prawdziwa randka, a 

nie tylko okazja do omówienia na osobności spraw Mickey i jej ojca.  

Dziewczynka  wyciągnęła  przed  siebie  dłoń,  rozpostarła  palce  i,  z  miną  znawczyni, 

oceniała swoje dzieło.  

– A jednak muszę zostać w domu – powiedziała z przekąsem.  

Deanna w ostatniej chwili złapała buteleczkę lakieru, zsuwającą się wprost na łóżko.  

–  Nie  idziesz  dzisiaj  z  nami,  bo  to  będzie  pływające  party  na  statku.  To  nie  jest  raczej 

miejsce dla dzieci.  

–  Tańce?  –  uśmiechnęła  się  Mickey  i  oddała  Deannie  pędzelek.  –  W  takim  razie  to jest 

randka – upierała się z naciskiem.  

Deanna dała za wygraną i znów odwróciła się do lustra. Mickey chciała wierzyć, że była 

to randka, a ona z równą determinacją nie chciała pozwolić sobie na takie oczekiwania.  

W czasie ostatnich kilku dni Lee prawie nie bywał w domu. W rzadkich momentach, gdy 

się  widywali,  informował  ją  tylko,  że  pracuje  teraz  nad  ostatecznym  rozwiązaniem  sprawy 

Mickey. Mówił, że widział się kilkakrotnie ze swoim prawnikiem i z Wade’em. Deanna miała 

nadzieję, że dziś właśnie dowie się o efektach jego działania.  

Mickey zachwycała się teraz kolorem swoich paznokci, rozłożywszy obie dłonie na białej 

pościeli.  

– Jeśli wujek Lee się ożeni, to jego żona będzie moją ciocią, tak? – zapytała.  

– Zgadza się – przyznała Deanna, myślami błądząc już w towarzystwie Lee.  

–  To  ich  dzieci  byłyby  moimi  kuzynami?  Właściwie  to  byłyby  prawie  moimi  braćmi  i 

siostrami, bo wujek Lee jest dla mnie kimś więcej niż wujkiem. Mieszkam przecież u niego.  

Deanna nie mogła powstrzymać uśmiechu.  

– Nie myśl sobie za wiele, dziaciaku – powiedziała.  

– Z tego, co wiem, twój wujek nie ma jeszcze nawet koleżanki. – Tak, to była właściwie 

całkiem  miła  myśl.  Skoro  nie  miał  jeszcze  nikogo,  to  może  było  tu  miejsce  dla  niej.  –  Być 

może długo jeszcze będziecie mieszkać tylko we dwoje.  

– I z tobą – dopowiedziała Mickey poufnym tonem. Leżała teraz na brzuchu, podpierając 

głowę rękami.  

– Nie będę z wami zawsze – rzekła Deanna, ale w głębi serca pragnęła, by jej słowa się 

nie sprawdziły.  

– Kiedy moja ciocia sprzeda ten dom, będę się musiała przeprowadzić. Teraz jeszcze nie 

background image

wiem dokąd.  

– A ja myślę, że powinnaś się przenieść do nas.  

– Ho, ho, ho – pokręciła głową. – A co będzie, jeśli twój wujek zechce zamieszkać z tą 

ciocią, której tak chcesz? 

Obie powinny być przygotowane na taką ewentualność. Nie było żadnej pewności, że Lee 

nie spotka kogoś i że się nie zakocha.  

– Ale ja myślę, że to powinnaś być ty! – Mickey spojrzała na zdjęcie Ryana. – Twój mąż 

nie miałby chyba nic przeciwko temu, żebyś wyszła za kogoś? 

To  pytanie,  zadane  tak  niespodziewanie,  dotykające  bolesnego  miejsca  w  jej  sercu, 

zaskoczyło  Deannę.  Podążyła  za  spojrzeniem  Mickey.  Ryan  nieruchomo  patrzył  na  nią  zza 

szkła.  

– Myślę, że nie – odrzekła cicho.  

Ryan  powiedział,  żeby  starała  się  iść  w  życiu  naprzód,  nie  patrząc  zbyt  długo  w 

przeszłość. Do tej pory realizowała jego życzenie. Starała się żyć pełnią życia. Z wyjątkiem 

związku z mężczyzną.  

– A więc mogłabyś  wyjść za wujka  Lee! – Mickey zwykle lubiła się przekomarzać, ale 

tym razem jej głos brzmiał poważnie.  

Deanna mogła spodziewać się takiej reakcji ze strony małej. Wydarzenia ostatnich kilku 

miesięcy wywróciły przecież jej świat do góry nogami. To naturalne, że pragnęła, by dwoje 

dorosłych, którym przyszło się nią opiekować, i których akceptowała, zostało ze sobą razem 

na zawsze.  

Deanna uśmiechnęła się i pokręciła głową.  

– Dzięki za dobry pomysł, ale nie skorzystam. Widzisz, tylko ludzie, którzy się kochają 

pobierają się, a twój wujek i ja jesteśmy po prostu dobrymi przyjaciółmi.  

I to na dzisiaj wszystko, pomyślała. Jak do tej pory, Lee nie dał jej poznać, że jest w niej 

zakochany. Owszem, dawał takie czy inne oznaki zainteresowania, ale miłości? Nigdy.  

Mickey westchnęła smutno.  

– Chciałam chociaż spróbować – mruknęła bardziej do siebie niż do niej.  

Deanna  spojrzała  na  zegar.  Lee  powinien  zaraz  wrócić  z  opiekunką  z  agencji.  Czas,  by 

kończyć toaletę i odprowadzić Mickey do domu.  

Ubrała się w lekką bluzeczkę na ramiączkach i piękną czarną spódnicę w duże kwiaty o 

subtelnych  kolorach.  Na  ramiona  zarzuciła  biały  wełniany  sweterek  na  wypadek,  gdyby 

zrobiło się chłodniej.  

Makijaż  miała  dużo  staranniejszy  niż  co  dzień.  Linia  jej  szaroniebieskich  oczu  była 

umiejętnie podkreślona ciemną kredką, włosy mieniły się złotorudymi odcieniami i łagodnie 

spływały na odkryte ramiona.  

– Wyglądasz świetnie – oceniła Mickey. – Założę się, że wujkowi też się spodobasz.  

–  Dziękuję  –  Deanna  posłała  jej  ciepły  uśmiech.  Chciała  podobać  się  Lee.  Chciała,  by 

zobaczył ją w nieco innym świetle niż dotychczas. Może wówczas zainteresowanie, jakie jej 

okazywał, przerodziłoby się w coś głębszego...  

 

background image

Ta kolacja dała im szansę na wspaniały odpoczynek. Jedli przy akompaniamencie dobrej 

muzyki. Po obu stronach statku powoli przesuwały się brzegi Red River.  

–  Płynęłam  już  kiedyś  parowcem.  –  Deanna  oderwała  wzrok  od  rozmigotanych 

odblasków  na  wodzie.  –  Nigdy  jednak  w  nocy.  To  był  naprawdę  wspaniały  pomysł,  Lee. 

Dziękuję.  

Lee  usadowił  się  wygodnie  w  fotelu,  ze  szklanką  koniaku  w  dłoniach.  Uśmiechnął  się 

lekko i pociągnął łyk złocistego napoju.  

– To był męczący tydzień – powiedział powoli. Deanna zaczęła się trochę niecierpliwić. 

Chciała się dowiedzieć, jak posunęły się sprawy Mickey.  

– Opowiedz mi o tym – zachęciła go.  

– Zapłaciłem mu.  

Deanna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.  

– Co takiego? 

– Dałem mu dokładnie tyle, ile chciał. Za dziesięć tysięcy kupiłem jego przyrzeczenie, że 

zostawi  Mickey  w  spokoju.  –  Pokręcił  głową.  –  Ten  gość  to  szmata,  Deanna.  Tylko  o  to 

właśnie chodziło mu przez cały czas. O pieniądze. Mickey nic go nie obchodzi.  

– Tak sądziłam – mruknęła Deanna. Nie podobała się jej cała ta sytuacja. – Wierzysz mu? 

To znaczy, myślisz, że nie wróci po więcej? Tych pieniędzy nie starczy mu na długo.  

– Powiedziałem mu, że  to koniec, żeby się więcej nie spodziewał. Kazałem mu napisać 

oświadczenie, że to ja zostaję prawnym opiekunem Mickey, i że on zrzeka się wszelkich praw 

do  niej.  Napisał  też,  że  to  on  prosił  o  pieniądze.  Nie  chcę  być  później  posądzony  o 

przekupstwo. – Lee zaśmiał się krótko. – Szkoda, że tego nie widziałaś! Ten człowiek byłby 

gotów zrobić wszystko, byle szybciej mieć czek w kieszeni. To było naprawdę wstrętne! 

Deanna  łatwo  mogła  sobie  wyobrazić  twarz  Wade’a  w  tym  momencie.  Miała  tylko 

nadzieję, że Mickey nie dowie się, do czego posunął się jej wujek.  

– Ale przecież wiesz, że on wróci, prawda? – spytała przyciszonym głosem.  

Lee westchnął.  

–  Pewnie  wróci,  bo  będzie  chciał  więcej  pieniędzy.  Ale  mówię  ci:  więcej  nie  dostanie. 

Może sobie mnie szantażować do woli.  

– Rozmawiałeś ze swoim prawnikiem? 

– Tak, ale już po fakcie. Oczywiście oświadczenie Wade’a nie ma mocy prawnej, ale jego 

treść postawi go w złym świetle, gdyby chciał się ubiegać o prawo do opieki.  

– Myślisz, że będzie jeszcze próbował? 

–  Wróci,  kiedy  skończy  się  zabawa  –  odrzekł  Lee  spokojnie.  –  A  gdy  nie  dam  mu 

pieniędzy, odda sprawę do sądu.  

– Ale nigdy nie uda mu się odzyskać Mickey, prawda? Nikt mu jej nie odda po tym, co 

uczynił.  

–  Nigdy  nie  ma  nic  pewnego,  Deanna.  Ja  wiem,  że  moje  szanse  są  większe,  ale  fakt 

pozostaje  faktem:  on  jest  jej  ojcem.  Kto  wie,  jaki  teatr  odstawi  przed  sądem?  To  wstrętny, 

leniwy łajdak, ale nie jest tępakiem.  

– To mnie przeraża – powiedziała Deanna.  

background image

Nie mogła sobie wyobrazić Mickey pod opieką Wade’a.  

–  Straszne,  prawda?  –  Lee  pochylony  nad  stolikiem  patrzył  jej  teraz  prosto  w  oczy.  – 

Deanna... – zaczął i nagle przerwał. – Nie napiłabyś się jeszcze czegoś? 

– Może trochę później – odparła.  

Czuła, że nie o to chciał ją spytać. Była tego pewna.  

– Skoro tak, to chodźmy przejść się po pokładzie. Wstał, odsuwając krzesło.  

Deanna  wyszła  za  nim  na  zewnątrz  przez  szklane  drzwi.  Oboje  stanęli  przy  relingu, 

opierając  się  łokciami  o  poręcz.  Pod  nimi,  wzdłuż  burt,  szumiała  woda  rozcinana  dziobem 

statku.  Stado  rybitw  unosiło  się  w  powietrzu  za  rufą,  w  nadziei  otrzymania  pożywienia. 

Ciepła,  przyjemna  bryza  niosła  ze  sobą  wilgotny  zapach  wody  i  lata,  a  zachodzące  słońce 

rzucało na wodę pomarańczowoczerwone, świetliste pasma.  

Deanna wyczuwała obecność Lee u jej boku. Spojrzała na niego kątem oka. Dobry Boże! 

Ależ z niego przystojny facet, pomyślała. Znowu dała się zaskoczyć temu uczuciu – uczuciu 

pożądania.  Nie  pogodziła  się  jednak  do  końca  z  faktem,  że  jest  w  nim  zakochana,  choć  to 

uczucie zdawało się w niej rosnąć z dnia na dzień.  

Ciekawe,  pomyślała,  czy  gdyby  nie  chodziło  tu  o  Mickey,  ich  zażyłość  miałaby 

jakąkolwiek  szansę  na  rozwój?  Czy  chciał  ją  przy  sobie  mieć  tylko  ze  względu  na  swoją 

siostrzenicę, czy też żywił jakieś głębsze uczucia do niej samej? 

Poruszyła się niespokojnie, czując ciepło jego ramienia obok swej ręki.  

W  restauracji,  wewnątrz  nadbudówki,  zespół  zaczął  grać  nową  melodię.  Jej  dźwięki 

mieszały się z gwarem ludzi i cichym, miarowym pomrukiem silnika.  

Deanna drgnęła nagle. Poczuła, rękę Lee na swoim ramieniu. Odwróciła głowę i spojrzała 

na niego.  

– Deanna, ja... – zaczął. Widać było, że coś go trapi. Powoli zdjął rękę z jej ramienia. – 

Chcesz zatańczyć? – zapytał w końcu.  

Znowu miała wrażenie, że nie to chciał powiedzieć.  

– Chętnie, chodźmy – odrzekła, siląc się na spokojny ton głosu.  

Uśmiechnął się jakoś dziwnie niemrawo i ujął ją delikatnie pod rękę.  

Weszli do środka i przyłączyli się do innych, tańczących już par.  

Deanna  czuła  się  trochę  nieswojo.  Tak  dawno  przecież  nie  tańczyła,  a  taniec  z  Lee 

wydawał się jej tym bardziej niezwykły. Prowadził bardzo spokojnie, z wyczuciem, delikatnie 

obejmując  ją  wpół.  Spojrzała  na  niego.  Wyglądało  na  to,  że  myślami  jest  zupełnie  gdzie 

indziej.  Stało  się  dla  niej  jasne,  że  tak  naprawdę  wcale  nie  miał  ochoty  na  taniec.  Czynił  to 

zupełnie mechanicznie.  

– Nie musimy tańczyć, jeśli nie chcesz – odezwała się cicho.  

– Przepraszam cię. To prawda. Zbyt dużo rzeczy kłębi mi się teraz w głowie – odrzekł.  

– Wcale się nie dziwię. Po takim tygodniu.  

Była jednak nieco rozczarowana, a nawet dotknięta. Być w jego ramionach znaczyło dla 

niej wiele i nie chodziło tu tylko o taniec. Jego uwaga była jednak tak rozproszona, że prawie 

w ogóle jej nie zauważał. W każdym razie nie w sposób, w jaki chciałaby być zauważona.  

– Chodź, usiądziemy – zaproponowała.  

background image

– Dobry pomysł. Weźmy jakiegoś drinka i wyjdźmy na zewnątrz – odrzekł z ulgą.  

Już  od  dłuższego  czasu  zastanawiała  się  nad  jego  niespokojnym  zachowaniem.  Czy  to 

tylko wrażenia i zmęczenie całym tygodniem, czy też miał dosyć jej towarzystwa? 

Znaleźli  wolną  ławkę  w  dość  zacisznym  miejscu.  Deanna  usiadła  wygodnie,  popijając 

drinka. Lee nie odzywał się przez dłuższą chwilę.  

– O co chodzi, Lee? – zapytała wreszcie.  

– Co masz na myśli? 

– Widzę przecież, że myślami jesteś tysiące mil stąd. Co cię trapi? 

Oparł  się  wygodniej.  Siedział  tak  blisko,  że  ich  ramiona  stykały  się.  Zamyślony  stukał 

palcem w szklankę.  

– Chciałem cię o coś spytać – odezwał się po dłuższej chwili.  

– Słucham.  

– Nie wiem, czy powinienem.  

– Dlaczego? 

– Nie wiem, jak zareagujesz.  

– Teraz już musisz, bo oszaleję z ciekawości! No, śmiało! 

–  W  porządku.  –  Wziął  głęboki  oddech  i  spojrzał  na  nią.  Światła  statku  odbijały  się  w 

jego oczach. – Deanna, chciałbym, żebyś mnie wysłuchała i przemyślała to, zanim cokolwiek 

zdecydujesz.  –  Zrobił  pauzę,  zastanawiając  się  ciągle,  jak  sformułować  to  zdanie.  –  Czy 

wyjdziesz za mnie za mąż? 

Deanna  aż  drgnęła,  zaszokowana  tą  niespodziewaną  propozycją.  Wyprostowała  się, 

marząc  o  tym,  żeby  nie  zemdleć  i  nie  spaść  z  ławki.  Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi 

oczami. Nie była w stanie przemówić ani słowa.  

Lee uśmiechnął się nerwowo.  

–  Wiem,  że  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  mogłabyś  się  po  mnie  spodziewać,  ale  mówię 

poważnie.  

Deanna odzyskała wreszcie głos.  

– Chodzi ci o Mickey, prawda? 

– Oczywiście – przyznał z taką pewnością, jakby żadne inne powody nie mogły wchodzić 

w rachubę.  

– Czy to sugestia twojego prawnika? 

Trudno było jej kontrolować swój głos na tyle, by nie brzmiała w nim ironia.  

– Owszem. Powiedział mi, że to mogłoby pomóc sprawie – potwierdził. – Ale, widzisz, 

dobro Mickey zależy od nas obojga. Ona czuje, że oboje się nią opiekujemy. Dobrze wiesz, 

jak bardzo by przeżyła, gdybyś się wyprowadziła.  

Nietrudno  było  Deannie  wyobrazić  sobie  twarz  Mickey  przy  pożegnaniu.  Mimo  to  jego 

sugestia  była  dla  niej  nie  do  przyjęcia.  Nie  w  momencie,  gdy  robił  to  tylko  ze  względu  na 

małą. Zmarszczyła brwi w zakłopotaniu i spojrzała na niego.  

– Lee, ależ to... szaleństwo – wyszeptała.  

– Naprawdę? Myślę, że moglibyśmy stworzyć dobry dom dla Mickey.  

– Być może, Lee, ale w małżeństwie chodzi chyba o coś więcej, niż o stworzenie domu 

background image

osieroconemu dziecku. Pomyśl sam.  

– Już to przemyślałem. Teraz ty pomyśl: żadnych dorywczych prac na pokrycie czynszu i 

innych wydatków, dużo czasu na pisanie, gdy tylko Mickey pójdzie do szkoły. Mało? 

– Ależ ludzie nie pobierają się z takich powodów! Gdzie w tym wszystkim jest miejsce 

dla nas? 

Lee  wyciągnął  rękę  i  pogładził  ją  delikatnie  po  policzku.  Uśmiechnął  się  łagodnie,  gdy 

cofnęła się odruchowo.  

– Och, myślę, że znajdziemy w tym coś także dla siebie – powiedział.  

Pochylił się i pocałował ją.  

Jego  usta  ledwie  musnęły  jej  wargi,  ale  poczuła  ich  ciepło.  Nie  mogła  się  odwrócić. 

Pożądanie owładnęło nią jeszcze silniej, niż poprzednio i odwzajemniła pocałunek.  

Gdy  Lee  odsunął  się,  spojrzała  mu  w  twarz.  Otworzyła  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  on 

położył palec na jej wargach.  

– Przemyśl to, proszę. Teraz nie mów nic. Pozostało jej tylko skinąć głową.  

 

Oczywiście,  taki  układ  w  ogóle  nie  wchodził  w  rachubę  i  powinna  była  mu  to  od  razu 

powiedzieć.  Zamiast  jednak  tak  zrobić,  zgodziła  się  to  przemyśleć  i  teraz  musiała 

przynajmniej udawać, że się zastanawia.  

Co  za  propozycja,  myślała  z  goryczą,  układając  się  do  spania.  Gdy  Lee  wyliczał 

wszystkie  zalety  układu,  brzmiało  to  raczej  jak  oferta  biznesowa.  Mickey  zyskałaby  dwoje 

oddanych „rodziców”, a Lee miałby większe szanse na uzyskanie statusu prawnego opiekuna 

i w ten sposób mógłby dotrzymać swego przyrzeczenia złożonego siostrze. Deanna natomiast 

mogłaby się bardziej skupić na pisaniu. Idealny układ! Wygrana dla wszystkich! Dla Lee był 

to plan czysto praktyczny.  

Deanna  z  westchnieniem  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Zastanawiała  się,  czy  tylko  o  to  mu 

chodziło.  Chyba  tak,  stwierdziła  w  duchu.  Gdyby  mu  na  niej  zależało,  gdyby  ją  kochał, 

powiedziałby to przecież.  

Oparła się plecami o wezgłowie łóżka. Podciągnęła kolana pod brodę, objęła je rękami i 

zamyśliła  się,  wpatrzona  w  ciemny  kąt  pokoju.  Wiedziała,  że  powinna  zdecydowanie 

odmówić.  Każde  inne  rozwiązanie  byłoby  szaleństwem.  Uśmiechnęła  się  do  siebie  ze 

smutkiem.  

Miała właściwie tylko dwa wyjścia: żyć sama albo dzielić życie z Lee i Mickey. Nawet 

jej nie kochając,  Lee mógł dać jej przecież swoją obecność. Może miałaby  nareszcie szansę 

zaznać szczęścia? 

Przyszła jej nagle na myśl sytuacja jednej z jej dawnych koleżanek – Eve. Jej mąż odszedł 

i zostawił ją samą z córeczką. Eve musiała więc znaleźć pracę, by zarobić na utrzymanie,  a 

ponieważ była bardzo ambitną, energiczną profesjonalistką, a do tego była ładna, nie miała z 

tym  kłopotu.  Teraz  obracała  się  w  wielu  różnych  środowiskach,  wśród  ciekawych  ludzi, 

intelektualistów  i  biznesmenów.  Mężczyźni  lgnęli  do  niej.  Mogąc  przebierać  w  nich  jak  w 

ulęgałkach,  była  jednak  ciągle...  samotna.  Zwierzyła  się  kiedyś  Deannie,  że  zawsze  brak  jej 

pewności, że jej aktualny partner to właśnie ten jedyny, dla niej przeznaczony. I tak szła przez 

background image

życie  w  ciągłej  niepewności,  nie  wiedząc,  co  przyniesie  jutro  i  nie  zaznając  nigdy  pełnej 

satysfakcji.  

Co  za  świat,  pomyślała  Deanna.  Jedni,  jak  ona,  cierpią  na  niedobór,  innym  źle  jest  w 

nadmiarze... I gdzie tu jest szczęście? Zrozumiała, że wahanie, wątpliwości, walka i cierpienie 

nie  są  tylko  jej  udziałem.  Jej  szczęście  i  przyszłość  są  w  jej  własnych  rękach.  Wszystko 

zależy  od  tego,  jak  wykorzysta  dawane  jej  przez  życie  możliwości.  Myśl  ta  uspokoiła  ją 

nieco. Zgasiła lampkę i ułożyła się do snu.  

 

Deanna wsunęła głowę przez zasłonę z paciorków na zapleczu kwiaciarni.  

– Cześć, Pat – powiedziała.  

Pat podniosła oczy znad świeżej wiązanki, którą właśnie układała.  

–  Jak  się  masz,  Deanna!  –  przywitała  ją  jak  zwykle  radośnie.  –  Najwyższy  już  czas  na 

odwiedziny. Dzwoniłam do ciebie kilka razy. Chciałam dowiedzieć się, jak ci idzie, ale nigdy 

nie mogłam zastać cię w domu.  

– Sporo czasu przebywam teraz u sąsiada – wyjaśniła Deanna. – Tak jest gorąco ostatnio, 

że większość czasu spędzamy w ogrodzie i na basenie.  

– Kto „my”? – Pat spojrzała na nią zdziwiona.  

– Mickey i ja.  

Deanna podniosła z podłogi złamaną różę.  

– A co z wujkiem tej małej? 

–  Lee?  Bywa  czasem  w  domu,  nawet  dość  często.  Zaprosił  mnie  wczoraj  na  kolację  – 

dodała ot tak sobie.  

Pat spojrzała na nią z zaciekawieniem. – No i? 

– O tym właśnie chcę z tobą porozmawiać – odrzekła Deanna, odkładając różę. – Masz 

czas? 

– No chyba żartujesz! Zawsze będę miała czas na takie sprawy! Choćbym miała umrzeć! 

Słuchaj, nie piłam jeszcze dziś kawy. Chodźmy naprzeciwko na dobrą kawusię, co? 

– Na pewno masz na to ochotę? 

– Oczywiście! Z twoich oczu widzę, że to jakaś superhistoria! 

– Zgadłaś.  

– Wspaniale! Potrzebuję przecież trochę radości w tym moim życiu. Przyzwoitej czy też 

nie, wszystko jedno. Czekaj, złapię tylko torebkę i powiem Kendrze, że wychodzę.  

Usiadły na tarasie małej restauracyjki. Gdy tylko podano im kawę, Pat pochyliła się nad 

stołem i nadstawiła ucha.  

– No więc? 

Deanna uśmiechnęła się. Pat miała niezaspokojoną ciekawość życia innych ludzi. Umiała 

jednak wspaniale słuchać, a tego właśnie Deanna bardzo teraz potrzebowała.  

–  Lee  oświadczył  mi  się  wczoraj  –  powiedziała  krótko.  Pat  omal  nie  spadła  z  krzesła. 

Była nie mniej zaskoczona niż Deanna, gdy usłyszała propozycję.  

– Co takiego?! – zawołała.  

– To, co powiedziałam. Oświadczył mi się.  

background image

–  Nie  wiedziałam,  że  miedzy  wami  jest  aż  tak  poważnie,  Deanna.  Ukrywałaś  to  przede 

mną.  

Deanna nie mogła powstrzymać się od śmiechu.  

–  To  niezupełnie  tak,  jak  myślisz,  Pat.  –  I  opowiedziała  jej  o  Wescottcie.  –  ...  no  i  Lee 

chce zatrzymać Mickey przy sobie – zakończyła. – Dowiedział się od swojego prawnika, że 

ożenek może mu w tym pomóc.  

–  Och!  –  Na  twarzy  Pat  odmalowało  się  rozczarowanie.  –  W  takim  razie,  oczywiście, 

odmówiłaś? 

– Jeszcze nie. Prosił, żebym to przemyślała.  

– Ale odmówisz, prawda? – zapytała. – Chyba... chyba, że się w nim zakochałaś? 

Deanna  zawahała  się,  ale  pokiwała  w  końcu  głową.  Pat  miała  rację.  Nie  warto  było  już 

temu zaprzeczać. Jej zainteresowanie przerodziło się w miłość.  

– W takim razie w czym problem? Aha. A czy... czy on też jest w tobie zakochany? 

– W każdym razie nie da się tego zauważyć...  

– Więc czemu w ogóle bierzesz to pod uwagę? 

–  Nie  wiem.  Myślałam  o  tym  przez  całą  noc.  Cześć  mojego  sumienia  woła  wyraźnie  i 

głośno „nie”, ale...  

– Deanna westchnęła i potrząsnęła głową w rozterce.  

–  Zaskoczył  mnie,  Pat.  Powinnam  mu  była  od  razu  odmówić,  ale  on  prosił,  żebym  się 

zastanowiła, a ja im dłużej o tym myślę, tym... – urwała nagle.  

Podniosła do ust filiżankę z kawą. Pat patrzyła na nią w skupieniu.  

– Tak naprawdę, to chcesz powiedzieć „tak”, nieprawdaż? 

– Tak. Chyba tak. – Deanna odstawiła kawę i spojrzała na Pat z odrobiną przekory.  

– Nie będąc pewna jego miłości? Czujesz chyba, że to nie będzie pełny związek. Czegoś 

zawsze będzie ci brakowało.  

–  Tak  samo  będę  się  czuła  bez  niego,  a  raczej  bez  nich.  Utraciłam  kiedyś  wszystko  i 

trudno mi teraz żyć samotnie nie z własnego  wyboru. Może powinnam brać to, co mi życie 

oferuje. To musi okazać się lepsze, niż nic.  

– Może i będzie – powiedziała cichym głosem Pat, kładąc rękę na dłoni Deanny.  

– Wiesz, Pat. Naprawdę myślałam o tym przez całą noc i w końcu nie wydaje mi się to aż 

takie złe. Kocham jego i Mickey. To wspaniałe dziecko, które bardzo potrzebuje mnie w tej 

chwili. Dobrze jest czuć się potrzebną, mówię ci.  

– Możesz być z Mickey, niekoniecznie wychodząc za Lee – zauważyła Pat.  

– A co będzie, jeśli jej ojciec odda sprawę do sądu? Nikt nie może dać gwarancji, że nie 

wygra.  

– A wy? Co z tobą i Lee? 

Deanna przypomniała sobie, jak wczoraj Lee odpowiedział na to pytanie.  

– Kocham go. Miło mi z nim przebywać. Poza tym jest dobry dla Mickey. Jestem pewna, 

że  będzie  dobrym  ojcem,  Pat,  a  ja  bardzo  chcę  mieć  dzieci.  Naprawdę,  jeśli  się  trochę 

zastanowić, to może być to bardzo dobry układ! 

Pat spojrzała na nią, jakby nie wierzyła własnym uszom.  

background image

– Nie jestem tego taka pewna, Deanna. Myślisz głową, a nie sercem.  

–  Nie  –  odpowiedziała  Deanna  po  chwili.  –  Gdybym  używała  tu  rozsądku,  w  ogóle  nie 

rozważałabym tej możliwości.  

– A wiec masz zamiar powiedzieć „tak”? 

– Tego jeszcze nie wiem, Pat. Naprawdę, jeszcze tego nie wiem...  

 

Był  już  zmrok,  gdy  Deanna  przeszła  przez  furtkę  w  ogrodzie  na  sąsiednią  posesję.  Lee 

siedział na tarasie z wyciągniętymi przed siebie nogami. W dłoniach trzymał szklankę.  

– Cześć – powitała go przyciszonym głosem. Podniósł raptownie głowę i spojrzał na nią. 

Poczuła skurcz w żołądku.  

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Musimy porozmawiać.  

–  Czekałem  na  ciebie  –  powiedział  niskim,  pozbawionym  wyrazu  głosem.  –  Chodź, 

usiądź sobie.  

Deanna  usiadła  w  foteliku  naprzeciwko  niego.  Założyła  nogę  na  nogę  i  wygładziła 

spódnicę na kolanach.  

– Chcesz czegoś do picia? – zapytał.  

– Tak, chętnie – odrzekła.  

– Może być sangria? 

Na stole przygotowana już była druga szklanka. Widocznie oczekiwał jej.  

– Doskonale. Dziękuję. Uniósł się, by nalać drinka.  

– To nie jest nic mocnego – zapewnił i podał jej oszronioną szklankę.  

–  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu...  –  mruknęła  pod  nosem  i  uśmiechnęła  się  z 

wysiłkiem. – Mickey już śpi? 

– Śpi jak suseł. Mieliśmy dziś dzień pełen wrażeń.  

– Co robiliście? 

Jak okropnie sztucznie brzmiał teraz jej głos! Po raz pierwszy od dość dawna trudno jej 

było z nim rozmawiać.  

–  Wziąłem  ją  do  biura  na  parę  godzin,  a  resztę  popołudnia  spędziliśmy  przeglądając 

rzeczy jej mamy. Przewieziono mi je do firmy po tym, jak... – zamilkł nagle. – To nie było 

takie proste, Deanna – podjął po chwili, rozcierając sobie kark.  

– Domyślam się – powiedziała. – Ale bardzo potrzebne. Tak czy inaczej dobrze się stało, 

że zrobiliście to razem. Jak ona to zniosła? 

–  Całkiem  dobrze.  Było  dużo  łez,  rozumiesz,  ale  były  one...  nie  wiem...  chyba 

oczyszczające.  

Deanna wiedziała, że nie były to tylko łzy Mickey.  

–  Cieszę  się.  To  pomaga  goić  się  ranom.  Spojrzał  na  nią  spod  nieco  zapuchniętych 

powiek.  

– Tobie też kiedyś pomogło? 

– Dużo czasu minęło, zanim się do tego zabrałam – przyznała. – Nie mogłam się nawet 

zdobyć, by posprzątać nasze mieszkanie. Rodzina musiała się tym zająć. Ale kiedy już byłam 

w stanie przejrzeć jego rzeczy i nawet część z nich rozdać, wiedziałam, że najgorsze jest już 

background image

za mną.  

Nie o tym chciała z nim teraz rozmawiać. Stwierdziła jednak z zadowoleniem, że może 

już o tym mówić bez bólu.  

– I co? Przeszło ci wtedy? 

–  Ból  i  gorycz  tak,  ale  tęsknota,  pragnienie,  to  trwało  dłużej.  Dużo  dłużej.  Najgłębsze 

rany pozostaną chyba na zawsze. Może nieco mniej bolą, ale zawsze są.  

Zapadła  cisza. Przez długą chwilę przyglądał się jej uważnie. Potem wstał i z rękami w 

kieszeniach zaczął niespokojnie przemierzać taras. Nagle zatrzymał się i obrócił do niej.  

– Czy myślałaś o tym, o czym rozmawialiśmy zeszłego wieczoru? 

– Prawie bez przerwy – odrzekła.  

Czuła się dziwnie nieswojo, a to, że stał nad nią, nie dodawało jej odwagi.  

– No i? 

Słychać było, że jest spięty. Wzięła głęboki oddech i... słowa popłynęły same.  

–  Nie  mogę,  Lee  –  zaczęła.  –  Tak  bardzo  mi  przykro.  Naprawdę  chciałabym,  żeby  to 

wyszło, ale... po prostu nie dam rady. – W jej głosie słychać było błaganie o wyrozumiałość.  

– Rozumiem – rzekł matowym głosem. Usiadł znowu w fotelu. – Czy cokolwiek jest w 

stanie zmienić twoje zdanie? 

Powiedz, że mnie kochasz, pomyślała.  

– Nie – powiedziała.  

– A wiec to koniec. – Podniósł swoją szklankę do ust. Deanna poczuła lekki skurcz serca. 

Te słowa zabrzmiały tak definitywnie...  

–  Czy  możemy  być  nadal  przyjaciółmi?  –  zapytała.  Uśmiechnął  się  niespodziewanie. 

Wziął jej dłoń w swoje ręce.  

–  Oczywiście  –  powiedział  delikatnie.  –  Nie  przejmuj  się  tym.  Nie  chciałem  cię 

zdenerwować. Myślałem tylko, że warto spróbować.  

–  Bardzo  mi  przykro  –  powtórzyła.  Czuła  teraz  tyle  ciepła  w  sobie!  Dotyk  jego  rąk 

jeszcze  bardziej  ją  roztkliwiał.  –  Chciałabym  móc  to  zrobić  dla  Mickey  –  dla  ciebie, 

przebiegło jej przez myśl. – Naprawdę.  

– Rozumiem cię. Chciałbym, żebyś podjęła inną decyzję, ale cię rozumiem. Postaram się 

poradzić sobie jakoś sam. – Puścił jej rękę i oparł się wygodnie.  

Deanna nerwowo sięgnęła po swoją szklankę. O ile łatwiej byłoby jej znieść jego gniew, 

zamiast tego ciepłego, niemal czułego zrozumienia i współczucia. Przez krótką chwilę miała 

ochotę powiedzieć mu, że zmieniła zdanie i że się zgadza.  

–  Powinnam  już  iść  –  odezwała  się  i  wstała.  Trudno  było  jej  siedzieć  koło  niego  ze 

świadomością,  że  przecież  sprawiła  mu  zawód.  –  Chciałam  jeszcze  trochę  napisać  tego 

wieczoru.  

To  była  czysta  wymówka.  Wiedziała,  że  nie  będzie  dziś  już  w  stanie  skreślić  nawet 

marnego słowa. Skinął głową i podniósł się także.  

– Deanna... Spojrzała na niego.  

Położył rękę na jej ramieniu i przyciągnął do siebie. Trzymał ją teraz lekko w ramionach. 

Uśmiechnął się i musnął jej usta pocałunkiem.  

background image

Krew  uderzyła  jej  do  głowy.  Zupełnie  podświadomie  objęła  go  rękami  za  szyję  i 

przywarła  do  niego  mocno.  Trwali  tak  długo  w  głębokim,  upojnym  pocałunku.  Mocno 

obejmując  się  ramionami,  czuli  każdy  cal  swoich  ciał.  Przez  chwilę  jedynym  marzeniem 

Deanny było spleść się z nim w miłosnym zapamiętaniu.  

Nagle  odsunął  ją  od  siebie.  Patrzyła  na  niego  bez  tchu.  Jego  oczy  błyszczały 

powstrzymywanym pożądaniem. Cofnął się o krok.  

– Deanna – zaczął zachrypniętym głosem. – Pewna jesteś swojej decyzji? 

Zrobiła  krok  w  jego  kierunku.  Przez  ułamek  sekundy  wahała  się,  po  czym  pochyliła 

głowę  i  potrząsnęła  nią  gwałtownie.  Z  pięścią  przywartą  do  ust  odwróciła  się  na  piecie  i 

pobiegła w stronę furtki.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Była  to  kolejna  bezsenna  noc  Deanny  w  ostatnim  czasie.  Gdy  tylko  zamykała  oczy, 

natychmiast  widziała  przed  sobą  twarz  Lee,  czuła  obejmujące  ją  ramiona  i  ciepło  jego  ust. 

Pragnęła go teraz tak bardzo! 

Gdyby tylko był w stanie odpowiedzieć na jej miłość...  

Wstała wcześnie i zaparzyła kawę. Z kubkiem w dłoni usiadła przy stole i przyglądała się 

skrzeczącym  papużkom.  Westchnęła  ciężko  i  potarła  dłonią  czoło,  jakby  masując  bolące 

miejsce.  

Trudno było odmówić Lee. Nie mogła oprzeć się myśli o rodzinie, jaką mogliby stworzyć 

we troje. Po jakimś czasie ta rodzina mogłaby się przecież powiększyć. Dla Mickey miałoby 

to ogromne znaczenie. No i ta myśl, że nie żyłaby już dłużej samotnie...  

Ciszę poranka przerwał dźwięk dzwonka u drzwi. Papugi skomentowały to głośniejszym 

skrzeczeniem i wesołymi podskokami na poprzeczce.  

Deanna odstawiła kubek i poszła otworzyć.  

Za drzwiami stała Mickey, cała spocona i czerwona z podniecenia.  

– Deanna! – zawołała i przypadła do niej, obejmując ją mocno rękami. – Tak się cieszę! 

– Co się stało? – spytała Deanna zaskoczona.  

–  Ty  i  wujek  Lee  jednak  się  pobieracie!  Tak  jak  chciałam,  będziesz  moją  ciocią!  – 

Mickey  odsunęła  się  od  niej  na  odległość  ramienia.  –  Dzisiaj  rano  było  mi  tak  źle.  Tak 

tęskniłam za moją mamą. I wtedy właśnie usłyszałam, jak wujek Lee mówi przez telefon, że 

będzie się żenił! – Westchnęła.  

Cała aż drżała z przejęcia. Znów przytuliła się do Deanny.  

Deanna  wyprostowała  się.  Była  kompletnie  zdezorientowana.  Co,  u  licha,  Lee  miał  na 

myśli?  Zobaczyła  przez  okno,  jak  biegiem  przemierzał  dróżkę  do  jej  domu.  Czekała,  nie 

mogąc wykonać żadnego ruchu. A więc zrobił to, by ją zmusić? 

Zdenerwowana, czekała aż nadejdzie. W chwili, gdy stanął przed nią, zaczęła coś mówić, 

ale przestała. Nie mogła przy Mickey powiedzieć mu, co o nim myśli. Biedny dzieciak. Jak 

Lee mógł tak rozbudzić jej nadzieje? Spojrzała mu w oczy z wściekłością.  

Milcząc stał przed nią, oparty plecami o poręcz schodów.  

Deanna przytuliła Mickey do siebie jeszcze raz.  

–  Koty  poszły  do  ogrodu,  kochanie.  Spróbuj  je  odnaleźć,  może  będą  głodne?  Nie  jadły 

jeszcze dziś śniadania.  

– Okay – uśmiechnęła się dziewczynka, odwróciła się i odeszła.  

Deanna założyła ręce na piersi.  

– Wytłumacz się – zażądała chłodnym głosem. Wzruszył lekko ramionami. Wyglądał na 

zakłopotanego.  

– Rozmawiałem z Wescottem – zaczął niepewnie. – Ten gość działa mi na nerwy, jak nikt 

dotąd.  Wymknęło  mi  się  to  w  gniewie.  Myślałem,  że  odczepi  się,  gdy  to  powiem.  Nie 

wiedziałem, że Mickey to usłyszała, dopóki cała rozszczebiotana nie wystrzeliła z domu, jak z 

background image

procy  –  uśmiechnął  się  trochę  krzywo.  –  Dobiegła  tu,  zanim  ją  dogoniłem  i  zanim  jej 

wytłumaczyłem. Przykro mi, Deanna, ale może jednak powinniśmy dać tej myśli pożyć przez 

jakiś czas? 

– Raczej w to wątpię, Lee – Deanna pokręciła głową zdecydowanie. – To nie to samo, co 

przyrzec  jej  pójście  do  kina  czy  nowy  rower.  Wczoraj  powiedziałam  „nie”  i  dokładnie  to 

miałam na myśli.  

– Nadal jesteś o tym przekonana? – spojrzał na nią chmurnym wzrokiem.  

Deanna zmusiła się, by patrzeć mu prosto w twarz.  

– Widziałeś, co ona wyprawia. Zupełnie oszalała z radości. Myśli, że to już załatwione! 

Że od dziś stworzymy jeden, wspaniały dom i jedną wspaniałą rodzinkę. Na zawsze! To nie 

fair pozwolić jej, by cieszyła się z niczego! 

Lee zmarszczył brwi rozczarowany.  

– Deanna, przecież chciałaś już powiedzieć „tak”. Do licha, wiem, że chciałaś! Czy ty w 

ogóle wiesz, czego chcesz? 

– Jedno, co wiem, to to, że nie chcę być wmieszana w żaden układ, panie Stratton.  

I  tak  było  już  za  późno,  żeby  odkręcić  całą  tę  historię  nie  raniąc  Mickey.  Z  bólem 

myślała, jakim ciosem będzie to dla dziewczynki.  

–  Gdy  Wescott  dzwonił,  u  niego  w  domu  właśnie  trwała  libacja  –  odezwał  się  Lee  po 

chwili.  –  Nawet  o  tak  wczesnej  porze...  Znów  chciał  wziąć  Mickey  na  dzień.  Po  tym,  co 

zrobił  ostatnio  po  prostu  powiedziałem  „nie”,  tym  bardziej  że  pił.  Odpowiedział,  że  postara 

się spotkać dziś ze swoim prawnikiem.  

Deanna znowu poczuła, że złość na Lee natychmiast ją opuszcza.  

– O nie, tylko nie to! – zawołała. – Nie dzisiaj! – Ależ tak! Teraz czuje się silny, Deanna. 

Dostał  pieniądze,  ale  to  mu  już  nie  wystarcza.  On  mnie  chce  pognębić.  Mickey  się  tu  nie 

liczy.  Muszę  udowodnić,  że  jestem  w  stanie  zapewnić  jej  najlepszy  dom  i  opiekę.  Jestem 

pewien, że wygram. Nawet bez ciebie. Byłoby jednak dużo lepiej, gdybyś zgodziła się wziąć 

udział w realizacji tego planu.  

– Na pewno tak, Lee, ale... – Deanna westchnęła z żalu i bezsilności.  

Lee podniósł dłoń, chcąc jakby zatrzymać jej słowa.  

–  Posłuchaj.  Zrobię  wszystko,  byś  nie  musiała  czynić  wielu  poświęceń.  –  Jego  głos  był 

przepojony  determinacją.  –  Moja  firma  zaczęła  mnie  teraz  nieźle  wynagradzać.  Będą 

pieniądze  na  wszystko.  Jestem  pewien,  że  jak  tylko  oswoisz  się  z  tą  myślą,  zobaczysz,  że 

wyniesiesz z tego sporo korzyści.  

Deanna  słuchała  go  i  kręciła  głową.  Oswoić  się,  korzyści,  te  słowa  nie  kojarzyły  się 

przecież  z  wychodzeniem  za  mąż.  Powiedz  mi,  że  mnie  kochasz,  Lee,  pomyślała.  Wtedy 

wszystko będzie tak jak trzeba.  

–  Wiesz,  to  nie  musi  być  układ  na  stałe.  Chodzi  tylko  o  to,  aby  nadać  bieg  tej  sprawie. 

Gdybyś  chciała się później wycofać, nie ma problemu. Zgódź się, Deanna – nalegał. – Jeśli 

już nie dla czegokolwiek innego, to chociaż dla dobra Mickey! 

„Dla  czegokolwiek  innego”...  A  ona  chciała  wszystko!  Jak  mogłaby  przystać  na  coś 

takiego? 

background image

– Powiedz „tak”, Deanna. Dla dobra Mickey – powtórzył cichym głosem.  

–  To  nie  jest  czysta  gra,  Lee  –  odrzekła  w  końcu.  Kącik  jego  ust  uniósł  się  prawie 

niezauważalnie.  

– Czy to oznacza twoje „tak”? 

Stała z pochyloną głową i założonymi rękami, wpatrzona w deski podestu.  

Właściwie  to  powinna  być  wściekła  na  Lee,  że  wykorzystuje  jej  uczucia  do  Mickey  do 

swoich własnych celów. Czuła w sobie jednak jakiś dziwny spokój. Może nie podobały jej się 

jego  metody,  ale  jednak  pozostawał  uczciwy  w  swych  intencjach.  Serce  miał  więc  na 

właściwym  miejscu.  Rozumiała  jego  starania,  by  zaoszczędzić  Mickey  dalszych  cierpień. 

Chciał też w końcu wypełnić przyrzeczenie złożone siostrze.  

Podniosła oczy i spojrzała na niego.  

– Pod jednym warunkiem – rzuciła. Uśmiechną} się z widoczną ulgą.  

– Mów śmiało! 

Może i nie mógł dać jej miłości, której chciała. Było jednak coś, co mógł jej ofiarować. 

Podniosła dumnie czoło.  

– Nie zależy mi na twoich pieniądzach – powiedziała.  

– Chcę mieć... dziecko.  

Na jego twarzy odmalowało się osłupienie. Spojrzał na ni$ zdumiony.  

–  Żaden  problem  –  oświadczył  po  chwili.  Pochylił  się  i  musnął  pocałunkiem  jej  usta.  – 

Naprawdę, żaden problem.  

Okręcił sobie wokół palca kosmyk jej włosów i przyglądał się jej twarzy.  

– Wszystko będzie dobrze, Deanna – zapewnił. W jej oczach czaiła się podejrzliwość.  

– Jesteś pewien? – zapytała.  

–  Jestem  pewien  –  odrzekł.  –  A  teraz  chodź,  trzeba  poszukać  Mickey.  Zabiorę  was  na 

śniadanie, zanim pojadę do pracy.  

Deanna poszła za nim, zastanawiając się, na co tak naprawdę się zgodziła. Miała świetną 

okazję,  by  się  z  tego  wycofać  i  powiedzieć  Mickey  całą  prawdę.  Dla  Mickey  byłoby  to 

trudne, ale ból minąłby szybko.  

 

Poddała  się  tak  jakoś  łatwo,  bez  złości,  do  której  miała  przecież  prawo.  Była  niemal 

zadowolona z tego, że decyzję tę Lee podjął za nią.  

Może  nie  będzie  aż  tak  źle,  myślała.  Kochała  Mickey.  A  jeśli  chodzi  o  Lee...  poczuła 

mocniejsze uderzenie serca. Może i on poczuje coś do niej, może choć trochę uczucia.  

Mickey weszła do kuchni i spojrzała na nich.  

–  Właśnie  sobie  pomyślałam  –  rzekła  –  że  Alfie,  Imp  i  papugi  też  się  mogą  do  nas 

przenieść! 

– Fantastycznie! – mruknął Lee, robiąc minę męczennika.  

–  Nieprawdaż?  –  podjęła  Deanna,  nie  zważając  na  jego  udawane  oznaki  cierpienia. 

Poczuła, że radość Mickey oczyszcza jej duszę z wszelkich trosk i wątpliwości. Przynajmniej 

w tej chwili. – Wiecie co? – ciągnęła dalej. – Myślałam nawet, żeby wziąć jeszcze psa! Albo i 

dwa! 

background image

– Taak! – zawołała Mickey, skacząc z radości po dywaniku. – Pudla i jamnika! 

– Mhm – Deanna uśmiechnęła się i spojrzała na Lee. – Nazwalibyśmy ich Mitzi i...  

– I Fred! Mitzi i Fred! Pozwolisz, wujku? Proszę.  

–  Nie  –  odpowiedział  Lee  spokojnie  –  ale,  jeśli  przestaniesz  udawać  sprężynę,  to 

zabierzemy cię na śniadanie.  

– Ciasteczka truskawkowe? 

– Cokolwiek zechcesz, ale już musimy jechać. Powinienem być w biurze przed jedenastą.  

Wieczorem  Deanna  przeszła  przez  furtkę,  dzielącą  jej  ogród  od  ogrodu  Lee,  niosąc  pod 

pachą  małą,  ładnie  opakowaną  paczuszkę.  Siedzieli  właśnie  przy  stole  nad  książką.  Deanna 

przypatrywała się im przez chwilę. No cóż, na dobre czy na złe, mieli zostać rodziną.  

– Cześć! – zawołała w końcu. – Co czytacie? 

–  Twoją  książkę  –  odrzekła  Mickey.  –  Wujek  Lee  prosił,  żebym  mu  przeczytała 

najfajniejsze kawałki. Być może Dave zrobi z tego nową grę komputerową.  

Deanna przysunęła sobie fotelik i usiadła. Lee posłał jej miły uśmiech.  

– Dave chciałby wykorzystać niektóre sceny i prosił mnie, żebym spytał Mickey, co się 

jej najbardziej podoba. Z tego może wyjść całkiem niezła gra, Deanna.  

– Cieszę się – odpowiedziała.  

–  Chciałabym,  żeby  wzięli  tę  część,  w  której  Tasha  jedzie  na  tęczowym  smoku,  ucieka 

przed  człekopodobnymi  potworami  i  wtedy  musi  wybrać  właściwy  wodospad,  tam,  gdzie 

kryje się wejście do jaskini, która wyprowadzi ich na wolność. To fajna część i będzie z tego 

niezła zabawa! – Mickey spojrzała na leżącą na stole paczuszkę. – A co to? – zapytała.  

– To dla ciebie – uśmiechnęła się Deanna. – Otwórz. Mickey ostrożnie rozerwała papier.  

– O! To twoja nowa książka! 

–  Dostałam  dziś  kilka  autorskich  egzemplarzy  i  pomyślałam,  że  chciałabyś  sobie 

poczytać.  

– Jasne, że chcę! Dziękuję! Nie mogę się doczekać, kiedy zacznę.  

– Myślałam, że czytanie jest nudne... – zauważyła Deanna z przekąsem.  

– Kiedyś było. Teraz lubię czytać! 

–  No  więc  –  zaczął  Lee  i  rzucił  okiem  na  zegarek.  –  Połóż  się  już  do  łóżka,  a  leżąc 

możesz sobie czytać, aż uśniesz.  

– W porządku – zgodziła się Mickey.  

Zabrała  ze  stołu  obie  książki  i  przytulając  je  do  siebie  skierowała  się  w  stronę  domu. 

Zanim jednak doszła do drzwi, odwróciła się jeszcze.  

– Chyba chcecie teraz zostać sami, co? Skoro macie się pobrać.  

– Chyba tak – powiedział Lee. – Uciekaj prędko na górę! 

– Już idę, idę. – Posłała im jeszcze całusa i chichocząc weszła do środka.  

–  Wiesz  –  Lee  z  uśmiechem  patrzył  za  dziewczynką  –  Teri  opowiadając  mi  o  Mickey 

mówiła, że jest słodka jak miód i ostra jak chilli.  

– Bo dokładnie taka właśnie jest – przyznała Deanna.  

– Czy dużo miałeś okazji do rozmów z Teri, zanim... zanim umarła? – zapytała po chwili.  

– Kilka dni, niedużo – odrzekł. – Była bardzo słaba, ale mogliśmy rozmawiać. Głównie o 

background image

Mickey.  W  tamtej  chwili  najgorsza  była  dla  niej  chyba  świadomość,  że  nie  zobaczy,  jak 

Mickey dorasta.  

Deanna  myślała  o  Lee,  który  przyglądał  się  swojej  umierającej  siostrze.  Nazbyt  dobrze 

znała to uczucie złości i bezsilności, które z pewnością było i jego udziałem.  

–  To  były  trudne  chwile,  prawda?  –  zapytała  cicho,  wspominając  swoje  ostatnie  dni  z 

Ryanem.  

– Tak – odpowiedział. – Mówiła dużo o tym, jak wyobraża sobie przyszłość Mickey. Nie 

chodziło jej jednak o wybór kariery dla niej. Chciała po prostu, by mała była szczęśliwa. Bóg 

jeden wie, jak mało sama zaznała tego szczęścia.  

– Z Mickey wszystko będzie dobrze – powiedziała Deanna z przekonaniem w głosie.  

– Jeśli tylko uda nam się utrzymać ją z dala od jej ojca – dodał Lee.  

– Masz od niego jakieś nowe wieści? 

–  Ani  słowa.  Blefował,  gdy  dzwonił  ostatnim  razem.  Zanim  spotka  się  z  prawnikiem, 

forsa przeleci mu przez palce... – Przerwał nagle. – Dziękuję ci bardzo, że poszłaś mi na rękę 

dzisiaj rano. Wiem, że dałoby się wszystko wytłumaczyć Mickey. Mnie jednak zależy na tym, 

by  w  razie  czego  w  sądzie  zjawić  się  z  pełną  rodziną.  Myślę,  że  to  będzie  najlepsze 

rozwiązanie.  

–  Może  i  tak  –  odparła  Deanna  powoli.  –  Wiem  tylko  jedno:  nie  chcę,  by  Mickey 

mieszkała z Wade’em. To byłaby dla niej katastrofa.  

Lee  przypatrywał  się  twarzy  Deanny.  Jej  włosy  mieniły  się  pięknie  złotymi  odblaskami 

zachodzącego słońca.  

–  A  więc  jednak  wyjdziesz  za  mnie?  –  zapytał.  Deanna  opuściła  wzrok  i  spojrzała  na 

swoje splecione dłonie.  

– Powiedziałam, że wyjdę – mruknęła cicho.  

– Ale masz jednak wątpliwości.  

–  Oczywiście,  że  mam.  –  Spojrzała  na  niego.  Przypomniała  sobie,  jak  cudowna  była  to 

chwila,  gdy  zakochała  się  w  Ryanie.  Z  jaką  radością  snuli  wtedy  swe  plany  na  przyszłość! 

Tego też chciała od Lee. Bardziej niż czegokolwiek innego. Czy nadejdzie taki dzień, kiedy 

życie  z  nim  stanie  się  nie  do  zniesienia,  skoro  nie  będzie  on  w  stanie  odwzajemnić  jej 

miłości? 

– To nie jest zupełnie normalna sytuacja, prawda? 

– zapytała, z trudem opanowując nutę rozczarowania w głosie.  

– Masz na myśli to, że nie jesteśmy w sobie zakochani – stwierdził otwarcie.  

Ty nie jesteś zakochany, przeszło jej przez myśl.  

– Zwykle to zakochani się pobierają – powiedziała. – A ile z nich rozwodzi się po kilku 

latach? My wchodzimy w to z otwartymi oczami, Deanna. Nie będzie żadnych niespodzianek.  

O tak, będzie ich dużo, pomyślała. Lee nie był nudnym człowiekiem.  

– A co się stanie, jeśli pewnego dnia zakochasz się w kimś innym. Może się tak przecież 

zdarzyć, nieprawda? 

– Nie zakocham się – odparł Lee zdecydowanie. – A ty? 

– Ja też nie – powoli pokręciła głową.  

background image

Zapadła cisza. Deanna wiedziała, o co chodzi. Myślał, że ona ciągle kocha Ryana. Niech 

sobie  tak  myśli  jeszcze  przez  jakiś  czas,  zdecydowała  Lee  przyglądał  się  jej  przez  chwilę. 

Siedziała,  wpatrzona  w  ciemny  już  o  tej  porze  kąt  ogrodu.  Wstał  i  podszedł  do  niej  z 

wyciągniętą ręką.  

– Chodź do mnie – powiedział.  

Deanna podała mu rękę, by pomógł jej podnieść się z fotela.  

Delikatnie pogłaskał ją po głowie i spojrzał jej w oczy.  

– Myślę, że tak będzie najlepiej – wyszeptał. – Będzie dobrze nam wszystkim.  

Wygładził palcami jej zmarszczone czoło i delikatnie musnął pocałunkiem jej usta.  

Deanna  przytuliła  się  do  niego  mocniej.  Ufnie  poddawała  się  jego  coraz  to  gorętszej 

namiętności. Ileż to już czasu? Ile czasu?...  

Nagle  poczuła  przeszywające  ją  uczucie  paniki.  Omal  nie  zatraciła  się  w  pożądaniu! 

Odepchnęła go gwałtownie, pełna lęku.  

– Przestań. Proszę, przestań – wyszeptała, próbując odzyskać kontrolę nad sobą.  

Lee przyglądał się jej zaskoczony. Jedną rękę trzymał na jej ramieniu tak, że nie mogła 

się odwrócić.  

– O co chodzi, Deanna? – zapytał z troską w głosie. Jakże miała mu wyjaśnić swój ból, 

nie mówiąc mu, jak bardzo go kocha! Przecież nie takich słów od niej oczekiwał.  

Wyzwoliła  ramię  z  jego  uchwytu.  Nie  protestował.  Odwróciła  się  i  wbiła  wzrok  w 

ciemność ogrodu.  

– Potrzebuję jeszcze czasu – szepnęła. – Potrzebuję czasu... – Czasu, na pogodzenie się z 

tym, że nie ożeni się z nią z miłości, że jego zainteresowanie ma czysto fizyczny charakter, że 

brak mu mocy prawdziwego uczucia.  

Lee  podszedł  do  niej.  Był  wyraźnie  podniecony  i  wzburzony.  Wziął  ją  w  ramiona.  Nie 

poddała się tym razem. Pozostała sztywna i chłodna.  

Obrócił ją do siebie tak, że musiała na niego patrzeć. Miał szeroko otwarte oczy. Lśniły 

jak w gorączce.  

Oparła ręce o jego pierś. Pozwoliło jej to zachować dystans.  

– Ile czasu jeszcze potrzebujesz? – zapytał.  

Jego głos był łagodny, ale wyczuwało się w nim niecierpliwość.  

Deanna spojrzała na swe ręce, odcinające się pięknym brązem na jego białej koszuli.  

– Nie wiem – pokręciła głową.  

Ile  czasu  zajmie  jej,  by  zobojętnieć  na  fakt,  że  jej  miłość  nigdy  nie  zostanie 

odwzajemniona? 

Lee  powoli  zwolnił  uścisk.  Delikatnie  odsunął  się,  odwrócił  i  znów  zaczął  przemierzać 

taras tam i z powrotem.  

– Przykro mi, Lee. Naprawdę, nie dlatego, że chcę się z tobą drażnić czy przekomarzać. 

Po prostu nie wiem. Jeszcze nie teraz.  

Lee zatrzymał się na chwilę. Widać było, że nie zachowywał się naturalnie.  

– To on jest przyczyną, prawda? Chodzi o twojego męża. To jego pragniesz, a nie mnie, 

prawda? 

background image

Otuliła się mocno ramionami. Nigdy przedtem Ryan nie był od niej tak daleko...  

– Ale nie możesz go mieć – ciągnął Lee. – I dlatego zdecydowałaś się na mnie. Będziesz 

miała dom, męża, dzieci, ale zawsze będziesz tęsknić za nim.  

– To nie jest tak, Lee – powiedziała cichym głosem. – Nie będzie tak, jak mówisz.  

– Nie? – zapytał z niedowierzaniem w głosie.  

– Lee, proszę cię tylko o czas. Potrzebuję czasu, zanim zrobimy następny krok. Chyba nie 

proszę o zbyt wiele w takich okolicznościach? 

Lee  patrzył  na  nią.  Z  jego  twarzy  nie  dało  się  nic  odczytać.  Po  chwili  westchnął 

zmęczony i pokiwał głową.  

–  W  porządku.  Będę  czekał.  Ale  nie  będzie  to  łatwe.  Pragnę  cię,  Deanna,  i  to  bardzo  – 

dodał. – A teraz lepiej chyba będzie, jak już pójdziesz.  

Deanna wahała się. Nie chciała zostawiać go w takim stanie. Po chwili jednak odwróciła 

się i odeszła. W tym momencie było to chyba najrozsądniejsze wyjście.  

Idąc spojrzała jeszcze wstecz, przez ramię. Nie patrzył za nią.  

– Dobranoc – powiedziała, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi.  

Zagryzając wargę, pobiegła do domu.  

 

Od  dłuższego  już  czasu  siedziała  na  brzegu  łóżka,  trzymając  w  rękach  oprawione  w 

ramkę  zdjęcie  Ryana.  Wstała  powoli.  Z  szafy  wyjęła  małe  pudełko  z  pamiątkami  z  różnych 

okresów jej życia. Odwiązała wstążki i otworzyła wieczko. Nie zaglądając nawet do środka, 

położyła  zdjęcie  na  wierzchu,  po  czym  zamknęła  je,  i  odłożyła  na  miejsce.  To  było  jej 

ostatnie pożegnanie.  

Tyle lat zdjęcie to było pierwszą rzeczą, jaką widziała z rana, i ostatnią, na którą patrzyła 

przed zaśnięciem.  

A  teraz  wszystko  się  zmieni.  Niedługo  poślubi  Lee.  To  jego  twarz  będzie  oglądać 

każdego  rana  obok  siebie.  To  Lee  będzie  ją  przytulał,  pieścił  i  kochał  się  z  nią  w  nocy.  On 

teraz będzie jej mężem.  

Nie będzie jej jednak kochał. Myśl o tym bolała ją: żyć w ciągłej obawie, że Lee może się 

zakochać w kimś innym. Albo też i nie zakocha się. Będzie zawsze z nią, nie kochając jej. To 

pierwsze byłoby dla niej tragedią. Drugie zaś dręczyłoby ją powoli narastającą, beznadziejną 

tęsknotą.  

A  jaka  była  trzecia  możliwość?  Czy  zwykłe  fizyczne  zainteresowanie  mogło  się  kiedyś 

przerodzić w miłość? Ta myśl była jej jedyną nadzieją. Bez niej nie będzie umiała poradzić 

sobie w tym małżeństwie.  

Podeszła do okna i uklękła, opierając łokcie o parapet. Światło z sypialni Lee kładło się 

jasną smugą na tarasie. Zastanawiała się, co nie pozwala mu jeszcze spać? Pracował czy też 

przemierzał  pokój  swym  długim,  miarowym  krokiem,  myśląc  o  zmianach,  które  wkrótce 

miały nastąpić w jego życiu? 

Jeszcze  kilka  tygodni  temu  nie  musiał  się  o  nikogo  troszczyć,  oprócz  siebie  i  swojej 

pracy.  Teraz  czekało  go  życie  pod  przysięgą  do  grobowej  deski.  Z  pewnością  dotrzyma  jej, 

choćby  było  to  jednoznaczne  z  małżeństwem  jedynie  w  celu  zapewnienia  Mickey 

background image

prawdziwego domu.  

Następnego poranka Lee zadzwonił do jej drzwi. Wyglądał na zmęczonego. Ręce trzymał 

w  kieszeniach  swoich  bawełnianych  spodni,  oczy  miał  podkrążone  i  pozbawione  swego 

zwykłego blasku.  

– Deanna – odezwał się. – Musimy porozmawiać.  

– Gdzie jest Mickey? – zapytała, prowadząc go przez hol do salonu.  

– Ogląda Piotrusia Pana na wideo – odrzekł. – Może zostać sama przez chwilę.  

Deanna usiadła. On jednak stał nadal, mierząc ją przenikliwym spojrzeniem.  

– O co chodzi? – spojrzała na niego. – O jej ojca? Lee pokręcił głową.  

– Nie. Tym razem chodzi o ciebie. O nas – poprawił. Deanna spuściła wzrok.  

–  Dużo  myślałem  ostatniej  nocy  i...  Wiesz,  stwierdziłem,  że  to  chyba  nie  jest  dobry 

pomysł. Zaskoczona podniosła głowę.  

– Co takiego? 

– Nakłaniam cię do czegoś, do czego nie jesteś jeszcze gotowa – wyrzucił z siebie.  

Oczy mu pociemniały, a twarz stężała z napięcia.  

– Nie chcesz, żebyśmy się pobrali – stwierdziła z rezygnacją.  

Znowu pokręcił głową.  

Deanna zerwała się nagle na równe nogi.  

–  Do  licha,  Lee!  W  co  ty  się  ze  mną  bawisz?  Ja  mówię  nie,  a  ty  za  chwilę  pozwalasz 

Mickey  wierzyć,  że  jednak  tak!  Ja  staram  się  iść  ci  na  rękę,  to  ty  mi  teraz  mówisz,  że 

wszystko przemyślałeś i jednak nie! O co tutaj chodzi? 

Lee zaczerwienił się i odwrócił spojrzenie.  

– Tak. Masz rację. Nie mogę jednak wejść w ten układ.  

– Dlaczego? 

Deanna  stała  przed  nim  z  dumnie  uniesioną  głową.  Wewnątrz  trawił  ją  ból  nie  do 

zniesienia.  

Kąciki  jego  ust  uniosły  się  w  półuśmiechu.  Podszedł  do  niej  i  położył  jej  ręce  na 

ramionach.  

– Nie chodzi tu o ciebie – zaczął przyciszonym głosem. – No może w jakimś sensie tak... 

Mam jednak poczucie, że nakłaniam cię do tego, a to nie jest w porządku.  

Gdy był znów tak blisko niej, poczuła, że złość i rozczarowanie topnieją w niej jak wosk, 

a na ich miejsce pojawia się tęsknota i miłość.  

– Ależ Lee, przecież nie zgodziłabym się na to, gdyby nie...  

Cofnął się o krok i uniósł dłoń, jakby chciał zatrzymać jej słowa.  

– Nieważne. Wytłumaczę to Mickey. Będzie to dla niej trudne, ale zrozumie. Zabieram ją 

stąd na pewien czas. W ten sposób łatwiej jej będzie się z tym pogodzić.  

– W jego głosie było tyle rezygnacji...  

– Czy zobaczę was jeszcze? – zapytała skonsternowana.  

– Trudno będzie tego uniknąć – odrzekł zamyślony.  

– Ale może powinnaś spróbować oddalić się nieco od Mickey. Ten dom znajdzie klienta, 

gdy tylko zostanie zgłoszony do agencji i co wtedy zrobisz? 

background image

O co tu chodzi? Skąd ta nagła zmiana u niego?, pomyślała Deanna.  

– A co z ojcem Mickey? 

–  Będę  musiał  zaufać,  że  sąd  weźmie  pod  uwagę  wszystkie  okoliczności  i  wyda 

sprawiedliwy wyrok – odrzekł, wzruszając ramionami.  

Podeszła do niego i wzięła go za ramię.  

– Lee, nawet jeszcze nie spróbowaliśmy – szepnęła.  

– Musimy dać sobie trochę czasu na dopasowanie się.  

Pieszczotliwie przesunął palcem po jej podbródku, a potem wzdłuż linii ust. Znowu zrobił 

krok do tyłu. Myślami był daleko.  

– Tu nie chodzi o czas, Deanna – powiedział. – Zrozumiałem, że nie mogę angażować się 

w połowiczny związek. Pragnę mieć wszystko. Całość. – Westchnął głęboko. – Przykro mi – 

zakończył i odwrócił się do wyjścia.  

– Lee, zaczekaj! 

Deanna  poszła  za  nim.  On  jednak  nie  odwrócił  się  i  zamknął  za  sobą  drzwi.  Tak  nagle 

opuścił jej życie, jak nagle w nie wszedł.  

Bezsilna  opadła  na  fotel.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Teraz  nie  została  jej  już  nawet 

nadzieja, że kiedykolwiek ją pokocha. Co za gorzkie i beznadziejne uczucie! 

Przez  znaczną  część  dnia  siedziała  bezczynnie,  nie  mogąc  zmusić  się  do  żadnej  pracy. 

Pod wieczór poczuła, że nie może już tego dłużej znieść i że musi porozumieć się z Lee. Poza 

tym chciała zobaczyć, jak się miewa Mickey. Nie mogła przecież w taki sposób odsunąć się 

od tego dziecka, nawet gdyby Lee sądził, że tak właśnie będzie najlepiej.  

Z bijącym sercem poszła tam i nacisnęła dzwonek. Nikt nie otwierał. Spróbowała jeszcze 

raz.  Znowu  cisza.  Przez  chwilę  wahała  się.  Potem  wyjęła  z  kieszonki  klucz,  który  dostała 

kiedyś od Lee i otworzyła drzwi.  

Wewnątrz  było  chłodno  i  cicho.  Światło  docierało  z  zewnątrz  przez  zasunięte  zasłony. 

Wszędzie panował półmrok. Zawołała niepewnie. Jej głos odbił się echem w pustym wnętrzu. 

Nikogo tu nie było! 

Poszła do pokoju Mickey. Szybkie spojrzenie na szafę i komódkę upewniło ją, że nie ma 

większości ubrań małej. Poczuła rosnącą desperację. Co się stało? Czy rzeczywiście zabrał ją 

i wyjechał? Tak po prostu?! 

Stanęła  w  drzwiach  jego  pokoju.  Ciemno  i  chłodno.  Wyczuwała  jednak  jego  obecność. 

Zamknęła  oczy  i  wciągnęła  powietrze.  Poczuła  delikatny  zapach.  Tak,  to  był  on.  Jeszcze 

jeden oddech i oczami wyobraźni ujrzała przed sobą jego twarz.  

Który to już dzisiaj raz łzy płynęły jej po policzkach? Dlaczego odjechał? Mogli przecież 

wymyśleć razem jakieś rozwiązanie. W każdym razie mogli zostać przyjaciółmi! 

 

Już  wkrótce  Deanna  poczuła,  jak  puste  stało  się  jej  życie  bez  Lee  i  Mickey.  Była 

niespokojna  i  niezdolna  do  żadnej  pracy.  Pod  koniec  tygodnia  cisza  i  chłód  wionący  z 

sąsiedniej posesji stały się nie do zniesienia. Chciała, by wrócili. Natychmiast! 

Od  czasu,  gdy  rano  otwierała  oczy,  aż  do  zaśnięcia  myślała  o  Lee.  Próbowała  szukać 

zapomnienia  w  pisaniu,  ale  jego  twarz  stała  ciągle  przed  nią  –  jego  zielonkawe,  błyszczące 

background image

oczy,  opadający  niesfornie  na  oczy  kosmyk  złotawych  włosów.  Myślała  o  tym,  jaki  potrafił 

być delikatny. Przypomniała sobie jego pocałunki, namiętność, z jaką przygarniał ją do siebie 

i pieścił. Jakże tęskniła za dotykiem jego dłoni! 

Myślała  też,  jak  pewna  była  kiedyś,  że  już  nigdy  nie  będzie  w  stanie  nikogo  pokochać. 

Szkoda,  że  nie  stało  się  inaczej!  Uczucie  nieodwzajemnionej  miłości  było  dla  niej  nie  do 

zniesienia.  

Powiedział, że nie chce  połowicznego układu, że pragnie wszystkiego! Dlaczego nie od 

niej? 

Gdy  tak  bazgrała  bezmyślnie  po  papierze,  nagle  olśniła  ją  pewna  myśl.  Przecież  to  ona 

pozwoliła Lee uwierzyć, że ciągle kocha Ryana, że to wspomnienie o nim powstrzymywało ją 

przed pełnym oddaniem się! Czy to możliwe? 

Lee powiedział, że nie chce części. Czyżby miał na myśli jej uczucie do niego? 

Pamiętała  teraz,  jak  zachowywał  się  w  jej  ramionach.  Mogła  wtedy  wyczuć,  że  chciał 

zbliżyć  się  do  niej  jeszcze  bardziej.  Przypomniała  sobie  jego  reakcję,  gdy  niespodziewanie 

zaczęła odwzajemniać jego pieszczoty.  

A  zaraz  potem  odsunęła  się  od  niego,  prosząc  o  więcej  czasu  na  zastanowienie. 

Powiedziała mu, że nie jest jeszcze gotowa zaakceptować go jako kochanka. A przecież to on 

jej pragnął całym sobą! Ona zaś odrzuciła go.  

Wiedział,  że  jest  wobec  niego  szczera  i  otwarta,  dlatego  tak  łatwo  uwierzył,  że  ciągle 

kocha Ryana.  

Deanna odprężyła się. Z jej twarzy znikł grymas napięcia. Uśmiechnęła się lekko. Wstała 

i zaczęła powoli chodzić po kuchni. Musiała sobie to wszystko poukładać.  

Po chwili zaśmiała się i  wykonała na posadzce piruet radości.  Zagwizdała do papużek i 

zachichotała, gdy odpowiedziały jej entuzjastycznym skrzeczeniem.  

Usiadła  z  powrotem  na  krześle.  Powoli  się  uspokajała.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  jej 

założenia  nie  są  całkiem  pewne.  Czy  jeśli  otworzy  się  przed  Lee  i  opowie  mu  o  swoich 

uczuciach  wobec  niego,  czy  i  on  uczyni  to  samo?  Przypominało  to  trochę  hazard.  Można 

sporo przegrać, ale wygrana była przecież nieporównanie większa! Musiała spróbować! 

 

Minęły prawie dwa tygodnie, zanim coś zaczęło się dziać na sąsiedniej posesji.  

Cały  dzień  przesiedziała  u  Pat,  pomagając  jej  układać  wiązanki  ślubne.  Wróciwszy  do 

domu  otworzyła  tylne  drzwi  i  wypuściła  koty  do  ogrodu.  Właśnie  wtedy  usłyszała  głos 

Mickey. Wzywała Lee do telefonu.  

Serce podskoczyło jej do gardła. Tęskniła za nimi tak bardzo, że chciała ich natychmiast 

znowu  zobaczyć!  Pohamowała  się  jednak.  Późnym  popołudniem,  powiedziała  sobie 

stanowczo.  

Czas wlókł się niesłychanie wolno. Czuła, jak z minuty na minutę rośnie w niej napięcie.  

W  końcu,  gdy  nadeszła  właściwa  chwila,  wstała  z  fotela.  Przeszła  przez  swój  trawnik  i 

zajrzała przez furtkę w ogrodzie. Stała tak i przyglądała się im przez chwilę.  

Byli  na  tarasie.  Lee  czytał  gazetę,  siedząc  przy  stole,  a  Mickey  leżała  na  kocu  cała 

obłożona komiksami.  

background image

Deanna poczuła, jak zalewa ją fala czułości. Wzięła głęboki oddech i ruszyła naprzód.  

– Cześć – zawołała.  

Mickey podniosła głowę i, ujrzawszy ją, zerwała się na nogi.  

– Deanna! – krzyknęła.  

Lee odłożył gazetę. Na jego twarzy widać było zmieszanie.  

Mickey podbiegła do niej i śmiejąc się wpadła w jej ramiona. Deanna przytuliła ją mocno 

do siebie.  

– Dobrze cię znów widzieć, robaku! – powiedziała czule. – Fajne miałaś wakacje? 

–  O,  tak!  Pojechaliśmy  do  chaty  nad  jeziorem.  Pływaliśmy  łodzią  i  w  ogóle!  Wiesz, 

jeździłam  nawet  na  nartach  wodnych!  No,  w  każdym  razie  próbowałam.  To  trudne.  Ale 

wujkowi się udało! 

Deanna  zerknęła  na  Lee.  Siedział  w  fotelu  wyprostowany.  Przyglądał  się  im  spod 

przymrużonych  powiek.  Po  chwili  uśmiechnął  się  niepewnie,  odprężył  się  nieco  i 

odwzajemnił jej uśmiech.  

– Witaj, Deanna.  

Skinęła głową w odpowiedzi i znów zwróciła się do Mickey, która mocno trzymała ją za 

ramię.  

– Co jeszcze robiliście, jak was nie było? 

– Mnóstwo różnych rzeczy! Złowiłam kiedyś rybę. Okonia. Była całkiem duża, ale wujek 

Lee powiedział, że trzeba ją będzie oczyścić i zjeść. Uch, to przecież wstrętne! Potem już nie 

łowiłam ryb. Aha! Widziałam też jelenia z małymi jelonkami. Kąpały się w wodzie. To było 

fantastyczne! 

Deanna spojrzała na nią.  

– A więc nieźle się bawiłaś, co? Mała podniosła na nią oczy.  

– Tak. Szkoda tylko, że ciebie z nami nie było.  

– Masz rację, ale dobrze się stało, że mieliście z wujkiem trochę czasu dla siebie.  

Spojrzała  na  Lee.  Chciała,  żeby  teraz  on  coś  powiedział.  Cokolwiek,  co  pomogłoby  jej 

rozpoznać jego myśli.  

– Powiedział, że jednak się nie pobieracie – głos Mickey zabrzmiał smutno.  

Deanna pogłaskała ją po głowie.  

– Wiem. Chciałabym jednak pomówić z nim jeszcze o tym – powiedziała, nie odrywając 

wzroku od twarzy Lee.  

W oczach Mickey pojawiła się iskierka nadziei. Spojrzała na wujka i znowu na Deannę.  

– Czyli co? Powinnam chyba pójść się pobawić, prawda? 

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – odparła Deanna.  

– Świetnie. Pójdę obejrzeć drugi odcinek „Wojen gwiezdnych” na wideo – podskoczyła z 

radości i pobiegła do domu.  

– Wygląda na to, że mieliście miły wypoczynek? 

– Usiadła po przeciwnej stronie stołu, założyła nogę na nogę i wygładziła spódnicę.  

– Nie było źle – wzruszył ramionami Lee. – Dużo napisałaś przez ten czas? 

Deanna  powstrzymała  westchnienie.  Nie  znosiła  takich  milutkich,  jałowych  rozmówek. 

background image

Zaczerpnęła powietrza w płuca.  

– Nie podoba mi się, że mnie w ten sposób zostawiłeś – wyrzuciła z siebie.  

Siedział i patrzył na nią. Nie padła z jego ust żadna odpowiedź. Deanna spuściła wzrok. 

To  była  trudna  rozmowa.  Nie  zamierzała  jednak  pozwolić,  by  całe  to  uczucie,  jakim  go 

darzyła, poszło na marne. Nie wykorzystała jeszcze wszystkich sposobów.  

Spojrzała na niego. Nadszedł czas, by postawić wszystko na jedną kartę. Życie jest zbyt 

krótkie, by się nad tym zastanawiać, przeszło jej przez myśl.  

– Wiesz, Ryan zmarł tak dawno temu. Istnieje teraz dla mnie jako czułe wspomnienie i to 

wszystko. Nie jestem w nim zakochana. Już nie.  

Lee nadal siedział wyprostowany. Widać było, że słucha jej z wielkim napięciem.  

– Skąd możesz być tego pewna? – zapytał, siląc się na spokój.  

Uśmiechnęła się do niego, zachęcona tym, że zaczął mówić.  

–  Wiem,  ponieważ  nie  chcę  spędzić  reszty  życia  zapatrzona  w  przeszłość.  Chcę  iść  do 

przodu i myśleć o tym, co będzie. A gdy o tym myślę, widzę ciebie i Mickey. Chcę dzielić z 

wami moje życie.  

Lee przyglądał się jej przez chwilę uważnie. – Potrzebuję twojej miłości, Deanna. Pełnej. 

Nie jej części.  

Deanna odetchnęła z ulgą.  

– To dobrze – powiedziała – ponieważ ja potrzebuję dokładnie tego samego od ciebie. – 

Patrzyła na niego teraz bez żadnych oporów. – Kocham pana, panie Stratton. Tak, to prawda, 

kocham cię.  

Lee  podniósł  się  powoli.  Podszedł  do  niej  i  wyciągnął  ręce.  Podała  mu  swoje.  Stali  tak 

przez chwilę w milczeniu, dopóki Deanna nie zarzuciła mu rąk na szyję. Przywarła do niego 

mocno, jakby chcąc wycisnąć z siebie całą tęsknotę, jaką do tej pory czuła.  

– A więc? – spytała.  

– Co „a więc”? Parsknęła niecierpliwie.  

– Więc czy mnie kochasz, czy ożenisz się ze mną? Ot takie sobie proste pytanka...  

Jego  oczy  odnalazły  jej  spojrzenie.  Odpowiedział  czułym  i  namiętnym  pocałunkiem, 

który wprost odebrał jej oddech.  

–  Tak,  kocham  cię.  Tak,  ożenię  się  z  tobą.  –  Jego  głos  drżał  od  powstrzymywanej 

namiętności.  Pocałował  ją  znowu  gorącymi  ustami.  –  Tęskniłem  za  tobą  tak  strasznie  – 

szepnął, trzymając ją mocno w uścisku.  

– Jedyne, co mogłem uczynić, to wyjechać, by cię nie ranić.  

Deanna gładziła dłońmi jego mocne ramiona.  

–  I  ja  za  tobą  tęskniłam.  Sami  sobie  jesteśmy  winni,  bo  nie  byliśmy  wystarczająco 

szczerzy. Twoje odejście uświadomiło mi jednak, jak bardzo potrzebuję cię w moim życiu. I 

jak bardzo cię kocham – dodała.  

– Och, Deanna – westchnął Lee. – Nawet nie wiesz, jak czekałem na te słowa! 

– Pokaż mi, jak bardzo.  

–  Chciałbym,  ale  jest  tu  też  i  taka  mała,  ciekawska  dziewczynka,  która  może  zechcieć 

sprawdzić, czy tym razem idzie nam jak trzeba. – Gładził ją czule po włosach. – Kocham cię i 

background image

pragnę  cię  w  moim  życiu  –  powiedział,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  –  Pobierzmy  się  jak 

najszybciej.  

Deanna  zamknęła  oczy,  wtulając  się  w  jego  pierś.  Czuła,  że  łzy  znów  płyną  jej  po 

policzkach.  

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się wzruszona.  

–  Jak  najszybciej  –  powtórzyła  za  nim  jak  słowa  przysięgi.  –  Kocham  cię  tak  bardzo  – 

pocałowała go delikatnie.  

Zza węgła wychynęła czupryna Mickey.  

– Okay! – zawołała, widząc ich oboje w objęciach.  

Powietrze, spokojne i przesiąknięte upojną wonią zwilżonej rosą zieleni, wpływało przez 

otwarte okno do sypialni Lee.  

To była wspaniała noc pieszczot, pełna niespodzianek i cudownych odkryć. W objęciach 

Lee nie było miejsca na smutne wspomnienia.  

Deanna obróciła się w jego ramionach. Miło było czuć blisko siebie ciepło jego ciała.  

– Powinnam już iść – mruknęła.  

– Mmm? Czemu? – zapytał sennie.  

– Zanim Mickey się zbudzi. Lee przygarnął ją do siebie.  

– Przecież ona nie będzie miała nic przeciwko temu, że tu jesteś.  

–  Wiem  –  powiedziała,  czule  przesuwając  dłonią  po  jego  gładkim  torsie.  –  Mimo  to 

jednak... lepiej bym się czuła wobec niej.  

– Skoro tak uważasz – zgodził się szeptem. – Zanim jednak odejdziesz...  

Jego pocałunek był ciepły i rozkosznie senny. Deanna przytuliła się do niego mocniej.  

– Kocham cię, Deanna – mówił Lee, całując jej szyję.  

– Ja też cię kocham – odrzekła i odgarnęła mu włosy z czoła.  

Skuliła się w jego ramionach jak mała dziewczynka.  

– Kiedy się pobierzemy? – spytał Lee.  

– Im szybciej, tym lepiej – odpowiedziała. – Zaczniemy planować jutro. A może już dziś? 

– Jej wzrok padł na coraz bardziej jaśniejące zasłony. Przeciągnęła się z lubością jak kotka. – 

Muszę już iść – powtórzyła, ale już mniej stanowczo.  

– Poczekaj jeszcze trochę – nalegał Lee i objął ją mocniej.  

–  Dobrze.  Jeszcze  chwilę  –  zgodziła  się  chętnie.  Gdyby  nie  chodziło  o  zachowanie 

pozorów wobec Mickey, zostałaby przecież do samego rana, a nawet i dłużej! 

Przez kilka chwil leżeli nieruchomo, bez słowa, napawając się swą obecnością.  

–  Nie  chce  mi  się  teraz  o  tym  myśleć,  ale  czy  Wadę  odzywał  się  ostatnio?  –  spytała  w 

końcu Deanna.  

Nie mieli okazji porozmawiać o tym wcześniej.  

–  Zupełna  cisza  –  odparł  Lee.  –  Jeszcze  kilka  miesięcy  i  pozbędzie  się  tej  forsy  co  do 

grosza. Kiedy przyjdzie po więcej, po prostu zaśmieję mu się w twarz.  

– A co będzie, jeśli odda sprawę do sądu? 

– Nikt przecież nie uwierzy, że zapewni Mickey lepszy dom niż my. Poza tym ona będzie 

wolała  zostać  z  nami,  a  to  bardzo  się  liczy.  –  Pocałował  ją.  –  Deanna,  myślę,  że  powinnaś 

background image

wiedzieć, że byłem w tobie po uszy zakochany od czasu mojej pierwszej propozycji zaręczyn. 

Nie prosiłem cię wtedy o rękę tylko dla dobra Mickey. Pragnąłem cię dla siebie. – Przytulił ją 

mocno.  –  Pragnąłbym  cię,  nawet  bez  Mickey  –  dodał.  Pocałunek  zmieszał  jego  słowa  z  jej 

oddechem. – Byłem tobą zafascynowany, od kiedy zobaczyłem, jak przechodzisz przez mur! 

Te twoje dłuuugie nogi i wielkie, niebieskie oczy...  

– W takim razie trochę mnie oszukałeś – powiedziała.  

–  Wystraszyłeś  mnie  śmiertelnie.  Od  tamtej  pory  myślałam,  że  jesteś  po  prostu 

niesympatycznym sąsiadem.  

– Pocałowała go w szorstki podbródek. – Później doceniłam jednak twoje zalety.  

–  Tak  się  cieszę,  że  będziemy  jedną  rodziną  –  odezwał  się  Lee  po  chwili.  –  Tworzymy 

naprawdę wspaniałą trójkę. Ta nasza trójka to po prostu cud...  

Deanna skinęła głową.  

–  Ale  czy  musi  być  to  zawsze  trójka?  Myślałam,  że  nie  zaszkodziłoby  dodać  kilkoro 

nowych członków do naszej rodziny, co? 

– Jak sądzę, nie masz teraz chyba na myśli tych, jak im tam, pudla i jamnika? 

Deanna podniosła głowę i spojrzała na niego z uśmiechem.  

–  Zgadza  się.  Pamiętaj,  już  raz  przyrzekłeś.  A  Mickey  na  pewno  będzie  wolała  parę 

kuzyniątek od pary piesków, prawda? 

– Oczywiście – odparł z przekonaniem. – To co? Chcesz to załatwić od razu? Teraz? 

– Hm, myślę, że przydałoby się nam jeszcze trochę poćwiczyć – szepnęła chichocząc.  

– A więc do roboty! 

Przygniótł jej usta gorącym pocałunkiem. Po chwili odsunął się i spojrzał jej w oczy.  

– Kocham cię, Deanna – szepnął. – Tak bardzo się cieszę, że weszłaś w moje życie.  

Oczy Deanny błyszczały ze wzruszenia i radości.  

– Och, Lee, taka jestem szczęśliwa. Tak bardzo, bardzo cię kocham.  

Przygarnęła go mocno do siebie, rozkoszując się cudem jego miłości.  


Document Outline