background image

MARGIT SANDEMO 

SKRZYDŁA KRUKA 

SAGA O LUDZIACH LODU 

Tom XX 

background image

ROZDZIAŁ I 

W  roku  1793  w  miasteczku  Stregesti  w  Siedmiogrodzie  zniknęli  bez  śladu  dwaj 

mężczyźni.  Nie  ich  pierwszych  spotkał  taki  los.  W  nieustającym  szepcie  wiatru  żyły 

opowieści o tych, którzy przepadali i których nigdy już więcej nie widziano. 

Ale jeden z potomków Ludzi Lodu sprawił, że ci dwaj byli ostatnimi... 

Ów  dotknięty  z  Ludzi  Lodu,  wykorzystując  swe  niezwykłe  zdolności,  nawiązał 

kontakt z wieloma szczególnymi  istotami,  których normalnym śmiertelnikom nie  było  dane 

ujrzeć. Nikt jednak z Ludzi Lodu nie przeżył dotychczas nic równie straszliwego jak to, co 

wydarzyło się w Stregesti. 

Niezwykły  był  to  las.  Wydawało  się,  że  trwa  tak  już  od  dziesiątków  tysięcy  lat, 

pogrążony w głębokim śnie, oczekując, aż zbudzą go trąby sądnego dnia. 

Przez  leśny  gąszcz  ledwie  przedostawało  się  światło.  Ziemię,  kamienie  i  połamane 

konary porastał mech i pnącza, pnie drzew pokrywał bluszcz. Wszystko zlewało się w jedno, 

tworząc pofałdowany, falujący krajobraz, spowity w miękki, zielony całun. 

Całun... Nieprzyjemne słowo, które niestety pasowało aż nazbyt dobrze... 

Zielone  gałęzie  drzew  prastarego  lasu  sennie  zwisały  nad  ziemią.  Nie  śpiewał  tutaj 

żaden  ptak.  Nawet  mały  niepozorny  słowik  nie  ośmielił  się  swym  cudnym  głosem  zmącić 

zaległej w gąszczu ciszy. 

Las  ten  rósł  w  Siedmiogrodzie,  na  wschodnim  krańcu  Austro-Węgier.  W  tej  dzikiej 

górskiej krainie nadal żyły niesamowite podania i legendy, mrożące krew w żyłach historie o 

wilkołakach,  wampirach  i  innych  siłach  ciemności  tak  strasznych,  że  obcy  przybysze 

wzdragali się przed zapuszczeniem w głębokie, pełne tajemnic doliny. 

Miejscowa  ludność  stanowiła  konglomerat  Wołochów,  madziarskich  Szeklerów, 

Saksów, Rumunów oraz resztek plemion, które przywędrowały tu w pradawnych czasach, jak 

Goci, Hunowie, Gepidzi i Awarowie z Azji Środkowej. Dominującą grupą byli Rumuni wraz 

z Madziarami czy, jak mówiono, Węgrami. 

Rumuni  zwali  swój  kraj  Ardeal,  Węgrzy  -  Erdely.  Inni  powiadali  -  Transylwania. 

Jednakże  oficjalną  nazwą  nadaną  krainie  przez  jej  ostatnich  władców,  Habsburgów,  był 

Siedmiogród, ze względu na siedem wielkich miast. 

Martwy,  choć  jednocześnie  żywy  las  otaczał  niewielkie,  położone  na  uboczu 

miasteczko Stregesti. 

Trudno  dociec,  skąd  wzięła  się  taka  nazwa,  jako  że  przez  wieki  wiele  plemion 

background image

podbijało te tereny, faktem jednak pozostawało, że słowo „strega” w języku włoskim oznacza 

czarownicę. 

Dwaj obcy przybysze dotarli do Siedmiogrodu dziwnymi drogami. Jednym z nich był 

francuski szlachcic, zbiegły przed trwającą od czterech lat w jego ojczyźnie rewolucją. Wielu 

arystokratów zawarło bliższą znajomość z gilotyną, ale ów mężczyzna, baron de Conte, zdołał 

umknąć z kraju wraz ze swym bratankiem Yvesem. 

Kto wie, może lepiej byłoby dla nich, gdyby wybrali gilotynę? 

Z  początku  byli  tak  przerażeni  samą  myślą,  że  mogliby  wpaść  w  ręce  francuskiego 

pospólstwa,  iż  nie  śmieli  zbliżyć  się  do  ludzi  i  ukrywali  się  po  lasach  wśród  gór.  Dlatego 

właśnie nie wiedzieli, że w drodze na wschód dawno już przekroczyli granice Francji. 

Cała  Europa  znajdowała  się  w  stanie  wrzenia  -  rewolucja  francuska  zataczała  coraz 

szersze  kręgi.  Podobnie  było  i  w  Wiedniu,  który  pod  gilotyną  stracił  swą  Marię  Antoninę. 

Dwaj szlachcice parli więc do przodu z nadzieją na znalezienie bodaj odrobiny spokoju. 

Z czasem, naturalnie, zrozumieli, iż dotarli do obcych krajów. Nerwy jednak mieli już 

do tego stopnia zszarpane, że nie byli w stanie nikomu zaufać. 

Zabłąkali się aż do Siedmiogrodu... 

O,  tu  nareszcie  znaleźli  spokój!  Nigdzie  nie  mogło  być  spokojniej  niż  w  tutejszych 

milczących, tajemniczych dolinach. 

Kiedy  szuka  się  jakiegoś  większego  miasta  we  wschodniej  części  Siedmiogrodu,  po 

przekroczeniu doliny rzeki Maruszy nietrudno zabłądzić. Baronowi i jego bratankowi okolice 

te  były  całkiem  nieznane  i  powtórzyli  błąd,  który  przed  nimi  popełnili  już  inni,  nawet  ci 

bardziej obeznani z terenem. Nagle znaleźli się na obszarze Karpat Transylwańskich, a wtedy 

byli już straceni... 

Jechali  przez  dwa  dni,  mijając  kolejne  doliny,  coraz  głębsze  i  bardziej  dzikie.  Od 

czasu  do  czasu  napotykali  maleńkie  wioski,  ale  trudności  z  porozumiewaniem  się  z  ich 

mieszkańcami  okazały  się  zbyt  wielkie.  Nie  zdołali  nawet  wyjaśnić,  że  pragną  dotrzeć  do 

dużego cywilizowanego miasta, wszystko jedno jakiego. Tu właśnie bowiem, w tej krainie, z 

dala od zamętu rewolucji, pragnęli się osiedlić. 

Nie mieli jednak zamiaru zostawać na takim pustkowiu! 

A potem nadszedł dzień, kiedy to po raz ostatni obrali niewłaściwą drogę. Znaleźli się 

w  kolejnej  przełęczy  -  głębokiej  szczelinie,  do  której  ledwie  docierało  światło  słońca. 

Przełęcz leżała wysoko w górach, a gdy ją pokonali, byli już w zaczarowanym lesie. 

Wstrzymali konie. 

Powoli  chłonęli  atmosferę  ciepłego,  wilgotnego  popołudnia.  Gałęzie  drzew  opadały 

background image

prawie na ich głowy, gałęzie tak ciężkie i pradawne, jakby liczyły sobie co najmniej tysiąc lat. 

Zwisający  z  nich  mech  był  lepki,  oślizgły  od  starości  i  stęchłego  powietrza.  Znikąd  nie 

dochodził żaden dźwięk, panowała absolutna cisza, która zdawała się bezgłośnie oddychać. 

Jakby las oniemiał z chwilą, gdy się w nim znaleźli. 

-  Ruszajmy  dalej  -  mruknął  baron.  -  Jestem  głodny.  Ta  droga  musi  wszak  dokądś 

prowadzić. 

I tak w istocie było. Jeszcze pół godziny przedzierali się przez upiorny las, gdy nagle 

otworzyła się przed nimi dolina i roztoczył widok na niewielkie miasteczko. 

Dolina  stanowiła  jakby  kocioł  między  górami,  ale  nie  było  widać  żadnego  traktu, 

który  wiódłby  dalej.  Baron  zadrżał;  spłynęło  nań  przeczucie,  że  znaleźli  się  u  kresu  drogi, 

kresu swej podróży. 

Miasteczko leżało na samym dnie kotła. Gęsta zabudowa sprawiała wrażenie, że domy 

tulą  się  do  siebie  ze  strachu.  Z  lęku  przed  wznoszącymi  się  wokół  masywami?  Czy  przed 

czymś innym? 

- Ależ tak, droga prowadzi dalej - wskazał Yves. - Popatrz, tam zakręca i ginie za tym 

wielkim urwiskiem po drugiej stronie doliny. 

-  Tak,  być  może  -  w  głosie  barona  zadrgało  powątpiewanie.  -  Ale  to  najwidoczniej 

rzadko uczęszczany trakt. 

Pomimo sporej odległości Yves także to dostrzegał. Nie dawało się rozróżnić kolein, 

które kiedyś musiały być wyraźne. 

A może właśnie dlatego, że stali tak daleko, mogli w ogóle dostrzec drogę? Może z 

bliska, wśród rosnącej wokół trawy, w ogóle nie było jej widać? 

Yves, który najwyraźniej czuł się nieswojo, zauważył: 

- Ten straszny las ciągnie się także i po drugiej stronie miasteczka. 

- Otacza całą dolinę - przyznał baron. - Obawiam się, że będziemy musieli wrócić tą 

samą  drogą,  którą  przyjechaliśmy.  Nie  brzmi  to  szczególnie  przyjemnie,  bo  sporo  czasu 

upłynęło,  odkąd  minęliśmy  ostatnie  rozstaje.  Ale  skoro  już  tu  jesteśmy,  jedźmy  do 

miasteczka.  Dostaniemy  tam  coś  do  jedzenia  i  jakiś  nocleg.  Wczesnym  rankiem  zawsze 

wyrusza się w drogę w lepszym nastroju, z nową porcją nadziei i sił. 

Yves  w  pełni  się  z  nim  zgadzał.  Spięli  więc  konie  i  powoli,  ostrożnie,  zaczęli 

spuszczać się w dół wąską, krętą drogą, nie będącą właściwie niczym więcej niż ścieżką. 

Baron i jego bratanek byli przystojnymi mężczyznami, mieli orle nosy i czarne oczy. 

We  Francji  prowadzili  gnuśne,  leniwe  życie.  Moralnie  zdegenerowani,  jak  zresztą  większa 

część  arystokracji,  byli  aroganccy  i  do  cna  zblazowani.  Pełna  trudów  podróż  przez  Europę 

background image

jednakże  zahartowała  ich,  czyniąc  z  nich  niemal  prawdziwych  mężczyzn.  Udało  im  się 

potajemnie  wywieźć  ze  sobą  ogromne  bogactwa,  nigdy  więc  nie  cierpieli  biedy,  a 

przynajmniej nie powinni. Ale na cóż mogły zdać się bogactwa w tej dzikiej, górskiej krainie? 

Ciągle jeszcze mieli większą część majątku zaszytą w pasach, bo z początku nie śmieli stykać 

się z ludźmi. Przezornie zabrali ze sobą prowiant i nim w samotności się pożywiali. 

Ale  zapasy  dawno  się  skończyły.  Tego  dnia  jechali  już  tak  długo,  że  w  całym  ciele 

wyraźnie czuli skutki wyczerpania. Obydwaj byli poirytowani dającym się we znaki głodem i 

zmęczeniem, a zwłaszcza niekończącą się jazdą przez dzikie ostępy, jazdą, która, jak słusznie 

przeczuwali, nie przybliżyła ich wcale ku wymarzonym miastom. Las, który właśnie opuścili, 

zdawał się niczym lepki ciężar przytłaczać ich ramiona. 

Przystanęli  w  punkcie,  skąd  roztaczał  się  znacznie  lepszy  widok  na  miasteczko 

położone na dnie doliny. 

Podnieśli  oczy  ku  niebu,  śledząc  wzrokiem  dwa  krążące  w  powietrzu  kruki.  Czarne 

ptaszyska poderwały się do lotu z urwiska, groźnie wznoszącego się po drugiej stronie osady. 

Bezszelestnie przecinały powietrze, zataczając koła coraz bliżej mężczyzn na ścieżce. 

Francuzi obserwowali je z zapartym tchem. 

W końcu jeden z kruków znalazł się tak blisko, że magli spojrzeć prosto w błyszczące, 

czarne jak węgiel ptasie oko. A potem jeden ruch silnych, lśniących skrzydeł i ptaki, uznając 

swą wyprawę zwiadowczą za zakończoną, zawróciły do gniazda, które musiało znajdować się 

gdzieś na porośniętej lasem skale. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia i popędzili konie. 

- Miasteczko sprawia wrażenie wymarłego - zauważył Yves. 

- Mamy już późne popołudnie. Ludzie pewnie poszli na nieszpory. 

W  gromadzie  domów  dostrzegli  nieduży  kościółek;  ale  nie  był  on  podobny  do  ich 

rzymskokatolickich świątyń. W tym kraju ludzie najwyraźniej byli wyznania prawosławnego, 

stwierdzili. 

Znaleźli  się  teraz  na  dnie  doliny  i  nareszcie  mogli  poruszać  się  po  płaskim  terenie. 

Jechali powoli, jakby niechętnie, z wahaniem. 

To sprawił ten las, myślał Yves, trzydziestoletni kawaler. Ten las jakby odebrał nam 

całą odwagę i pozostawił jedynie niewiarę we własne siły i zniechęcenie. 

Stryj  był  starszy  od  niego  jedynie  o  dziesięć  lat.  I  on  także  był  zatwardziałym 

kawalerem.  We  Francji  cieszyli  się  wielką  sławą  niepoprawnych  uwodzicieli  i  to  napawało 

ich dumą. Teraz wszystko, co łączyło się z ojczyzną, stało się tak odległe, zarówno w czasie, 

jak i przestrzeni... 

background image

Zdawali sobie sprawę, że nigdy nie będą mogli tam powrócić. 

- Wiem, że w tym przeklętym kraju jest gdzieś duże miasto - rzekł baron. - Nazywa się 

Kluż albo Klausenburg i jest stolicą Siedmiogrodu. Jeszcze inne nazywa się Sybin, a w obu 

miastach  mówi  się  i  po  niemiecku,  i  po  węgiersku.  Niemiecki  przynajmniej  choć  trochę 

znamy.  Ale  dlaczego,  dlaczego  nie  możemy  tam  dotrzeć?  Jak  długo  będziemy  musieli 

wałęsać  się  po  tych  lasach  i  dolinach,  z  dala  od  wszelkiej  cywilizacji,  wśród  ludzi  tak 

prymitywnych, że nie rozumieją nawet mowy gestów? 

Miły baron oceniał sytuację cokolwiek niesprawiedliwie. Można się było domyślić, że 

mieszkańcy  tutejszych  okolic  nie  lubią  być  traktowani  przez  obcych  niczym  krowie  łajno. 

Dlaczego więc mieliby odpowiadać arogantom? Jeśli ci dwaj chcą się pysznić i spoglądać z 

pogardą, to niech radzą sobie sami! 

Tak  jak  ten  ostatni  człowiek,  którego  spotkali  niedaleko  rozstajów.  Z  pewnością 

widział,  że  zadzierający  nosa  obcy  przybysze  o  wyszukanych  manierach  pojechali  w  złą 

stronę, kierując się ku pustkowiom. Ale to wyłącznie ich sprawa. Jeśli oni chcą jechać przez 

bezdroża,  mnie  to  nie  obchodzi,  pomyślał  góral,  nie  przerywając  wędrówki.  Nie  był  wcale 

człowiekiem o kamiennym sercu, ale czy musi godzić się na to, by przywoływano go niczym 

psa? 

Dlatego właśnie baron i Yves znaleźli się teraz w drodze ku przylegającym do siebie 

domom  wyrosłym  prosto  z  ziemi,  o  dachach  krytych  poczerniałym  pofałdowanym  gontem. 

Ponieważ  większość  domów  nie  miała  okien  wychodzących  na  ulicę,  z  początku  osada 

sprawiała  wrażenie  wymarłej.  Jechali  powoli  małą  uliczką,  rozglądając  się  uważnie  dokoła, 

gdy nagle zauważyli, że droga na przeciwległym krańcu doliny pnie się w górę. 

- Spójrz! - zawołał Yves. - Droga, która z daleka wyglądała na całkiem zarośniętą, w 

rzeczywistości jest porządnym traktem! 

-  Tak,  to  prawda!  Znika  w  dali  za  tą  skałą.  Prawdopodobnie  jutro  będziemy  mogli 

ruszyć dalej. Musimy tylko najpierw się dowiedzieć, jak dotrzeć do Klausenburga. 

- Kluża - poprawił Yves. 

-  Tak,  oczywiście.  Ci  tubylcy  nie  rozumieją  cywilizowanego  języka,  jakim  jest 

niemiecki. O, słońce zniknęło za grzbietem górskim i w tej zapomnianej przez Boga dolinie 

zrobiło  się  nagle  wprost  makabrycznie.  Czyżbyśmy  naprawdę  trafili  na  opuszczone 

miasteczko? Tego jeszcze brakowało! 

Yves odpowiedział w zamyśleniu: 

- Jedno mnie niepokoi. Cesarstwo austro-węgierskie nie ciągnie się w nieskończoność. 

Musimy uważać, byśmy nie dotarli do krainy barbarzyńców. 

background image

- Masz rację - kiwnął głową baron. - Rozmawialiśmy wszak z owym cywilizowanym 

człowiekiem w Peszcie. To on poradził nam, byśmy skierowali się tutaj, jako że i w Peszcie 

dało  się  odczuć  niepokój  niesiony  prądem  rewolucji.  Mówił  także,  że  na  wschód  od 

Siedmiogrodu rozciąga się chanat turecki, na południu także. Musimy się strzec, by nie wpaść 

w ręce Turków, z nimi nie ma żartów. 

- Ale spójrz, tam! Tam są przecież ludzie! 

Dotarli do niewielkiego, wyłożonego brukiem rynku. Najwyraźniej tu właśnie zbierali 

się  po  całodziennym  znoju  mieszkańcy  osady.  Francuzi  dostrzegli  także  karczmę,  a  jej 

najbardziej potrzebowali. Znów obudziła się w nich iskra życia. 

Stukot  końskich  kopyt  zgasił  rozmowy  zgromadzonych  ludzi  i  wszystkie  twarze 

zwróciły się ku obcym. 

Baron  i  Yves  podczas  swej  wędrówki  po  Europie  widzieli  wiele  rozmaitych 

kolorowych  strojów  ludowych.  Tutaj  jednak  królował  smutek.  Czerń,  niemal  tylko  czerń, 

gdzieniegdzie  przełamana  brązowymi  lub  szarymi  wstawkami  w  kamizelce  czy  koszuli. 

Kobiety  całe  spowite  były  w  czerń,  spod  chustek  ledwie  dostrzec  się  dało  jaśniejsze  plamy 

niechętnych,  surowych  twarzy.  Oblicza  i  sylwetki  mężczyzn  przypominały  skamieniałe 

drewno. 

Mężczyzn  zresztą  znalazła  się  ledwie  garstka,  wśród  ludzi  zebranych  na  rynku 

ogromną większość stanowiły kobiety. 

Francuscy  szlachcice  wstrzymali  konie  i  przyglądali  się  zgromadzonym.  Na  rynku 

zaległa  cisza,  gdy  tak  na-wzajem  mierzyli  się  wzrokiem.  Nadspodziewanie  szybko  zapadł 

zmierzch. 

-  Ty  tam  -  władczo  odezwał  się  baron  do  człowieka,  który  wyglądał  na  właściciela 

karczmy. Na wydatnym brzuchu zawiązany miał fartuch. - Podejdź tutaj. 

Mężczyzna usłuchał bardzo niechętnie. Górale nie lubili, gdy im rozkazywano. 

-  Mówisz  po  niemiecku?  -  wrzasnął  baron,  przekonany,  że  krzyk  jest  najlepszym 

sposobem osadzania ludzi na właściwym miejscu. 

Karczmarz wzruszył ramionami. Nikt inny nie zareagował, baron zrozumiał więc, że 

tutaj  mówiono  tylko  miejscowym  językiem,  musiał  zatem  poprzestać  na  władczych, 

wymownych gestach. Nocleg, posiłek... Tylko na jedną noc. 

Tyle zrozumieli. To dało się załatwić. 

Yvesowi  jednak  nie  spodobał  się  złośliwy  uśmieszek,  który  na  ułamek  sekundy 

zagościł na twarzy jednego ze stojących bliżej mężczyzn. 

Baron wolał jak najdłużej nie schodzić z końskiego grzbietu. Czuł się wtedy pewniej, 

background image

patrzył na innych z góry. 

- Czy możecie nam powiedzieć, jak daleko jest do Klausenburga? 

- Kluża - poprawiając go mruknął Yves. 

- Tak, naturalnie, Kluża. 

Baron  pytającym  tonem  powtórzył  nazwę  miasta,  wskazując  przy  tym  na  wszystkie 

strony świata. 

Ludzie spoglądali po sobie, nie odzywając się ani słowem. 

- Hermannstadt - spróbował baron. 

- Sybin - poprawił Yves. 

- Tak, tak, Sybin - parsknął gniewnie jego stryj. - Kto prowadzi tę rozmowę, ty czy ja? 

Yves z doświadczenia wiedział, że najmądrzej będzie, gdy zachowa milczenie. 

Nazwa  „Sybin”  wywołała  jednak  pewien  oddźwięk  wśród  zebranych.  Francuzi 

usłyszeli,  jak  ktoś  mruknął  słowo  Nagyszeben,  węgierską  nazwę  Sybina;  czy,  jak  mówili 

Niemcy, Hermannstadt. 

-  Jesteście  Madziarami?  -  zapytał  zdumiony  baron,  sądził  bowiem,  że  tych  można 

spotkać dalej na wschodzie. 

Pokręcili głowami, miał więc mimo wszystko rację. 

- Czy Sybin jest madziarskim miastem? 

- Nie, niemieckim - odparł karczmarz swym własnym językiem, ale jednak zrozumiale 

dla Francuzów. 

Tak,  to  właśnie  słyszeli:  Sybin  było  ponoć  całkowicie  niemieckie,  założone  przez 

Niemców wiele setek lat temu. Słyszeli także, że duże obszary Siedmiogrodu zamieszkiwali 

Madziarzy; nie dotarli oni jednak aż tak daleko na zachód. 

Czy los nie mógłby choć trochę im sprzyjać i zetknąć z ludźmi, z którymi można się 

porozumieć? 

Widać  jednak  mieszkańcy  wioski  wiedzieli,  gdzie  leży  Sybin,  zaczęli  bowiem 

przekrzykiwać się teraz nawzajem, wpadając sobie w słowo. Towarzyszyły temu zamaszyste 

ruchy rozłożonych rąk... 

Ze  słów  i  gestów  wynikało,  że  Sybin  znajduje  się  daleko,  Francuzi  będą  musieli 

zawrócić  i  odjechać  tą  samą  drogą,  którą  przybyli,  a  później  -  to  pozostawało  niejasne  -  w 

jakimś miejscu skręcić. 

Baron  dał  do  zrozumienia,  że  zastanawia  się,  czy  nie  mogliby  się  trzymać  drogi 

wiodącej przez dolinę. 

Uśmiechnęli się wtedy tylko, kręcąc głowami. 

background image

- Jak nazywa się to miasteczko? - zapytał Yves. 

Zanim otrzymał odpowiedź, musiał powtórzyć pytanie na wiele sposobów. 

- Targul Stregesti. 

Baron niepewnie popatrzył na bratanka. 

-  Targul  oznacza  miasteczko,  tyle  zdążyliśmy  się  już  nauczyć.  Ale  to  wskazuje,  że 

istnieje również coś innego, co nosi nazwę Stregesti. 

Yves skinął głową. 

- Zwykle bywa to twierdza albo jezioro. 

- Ale tu przecież nie ma żadnego jeziora, nie widzę także twierdzy. Niemniej faktem 

pozostaje, że określenia 

„Targul”  używa  się  tutaj  tylko  wtedy,  gdy  chce  się  odróżnić  miasteczko  od  czegoś 

innego. 

- Może chodzi o las lub o rzekę, która przepływa przez miasteczko. Ale cóż, idziemy 

do karczmy? 

W  tej  samej  chwili  dobiegł  ich  zbliżający  się  tętent  końskich  kopyt  i  turkot  kół 

powozu.  Oczy  wszystkich  skierowały  się  na  ulicę,  na  której  zza  zakrętu  wyłonił  się 

zmierzający w kierunku rynku czarny ekwipaż. Ludzie wstali i skłonili się głęboko. Francuzi 

nareszcie zsiedli z koni. 

Ubrany ciemno woźnica był blady i tak chudy, jakby składał się z samej tylko skóry i 

kości.  Zasłony  w  oknie  krytego  powozu  zostały  odciągnięte  na  bok  i  pojawiła  się  w  nim 

głowa zawoalowanej damy. Woźnica zsiadł z kozła i otworzył drzwi. Baron i Yves do tego 

stopnia  zaciekawieni  byli,  któż  to  mógł  przyjechać,  że  zrazu  nie  zauważyli,  iż  mieszkańcy 

miasteczka jeden za drugim znikali z rynku. Kiedy się wreszcie zorientowali, został przy nich 

już tylko karczmarz. I on także nie wyglądał na zachwyconego. 

Francuzi  nie  byli  w  stanie  oderwać  oczu  od  dwóch  dam,  które  wysiadły  z  powozu. 

Jedna z nich pełnym gracji ruchem uniosła woalkę przysłaniającą twarz, ukazując nadzwyczaj 

piękne  oblicze.  Mogła  mieć  około  czterdziestu  lat  i  widać  było  wyraźnie,  że  przywykła  do 

rządzenia i wydawania rozkazów. Włosy miała czarne, jedwabiście błyszczące niczym ptasie 

skrzydła, a oczy warte były opisu z „Pieśni nad Pieśniami”. 

Druga  kobieta,  właściwie  bardzo  młoda  jeszcze  dziewczyna,  miała  w  ciemnych 

oczach  wyraz  onieśmielenia,  niemal  wręcz  strachu.  Bez  wątpienia  musiały  być  ze  sobą 

spokrewnione,  miały podobną karnację i  tak samo piękne rysy. Znać też było,  że starsza w 

pełni  zdominowała  młodszą.  Tak,  Yves  nawet  odniósł  wrażenie,  że  oczy  młodej  piękności 

desperacko błagały go o pomoc. 

background image

To obudziło w nim instynkty rycerza. 

Władcza dama zwróciła się do karczmarza: 

- Zeno, widzę, że mamy gości. Przedstaw nas. 

Karczmarz Zeno sprawiał wrażenie zmieszanego. Baron, który nie rozumiał tych słów, 

lecz mimo to pojął ich znaczenie, odwrócił się ku niej. Uprzejmie się ukłonił i powiedział po 

niemiecku, zakładając, że dama jest osobą na tyle kulturalną, by znać ten język: 

-  Madame,  nasz  przyjazd  nastąpił  tak  niedawno,  że  ten  dobry  człowiek  jeszcze  nie 

zdążył  poznać  naszych  imion.  Pozwólcie  nam  się  przedstawić.  Jesteśmy  francuskimi 

szlachcicami; baron de Conte, a to mój bratanek Yves. Do waszych usług, madame! 

Ku wielkiemu zdumieniu barona dama odpowiedziała w jego ojczystym języku: 

-  Ach,  Francuzi!  Cóż  za  wspaniała  wizyta  w  tej  odciętej  od  świata  dolinie!  Moi 

panowie,  jestem  księżniczka  Feodora,  córka  wojewody  tej  części  kraju,  a  to  moja  kuzynka 

Nicola. Czy zamówiliście już nocleg w gospodzie? 

- Tak, księżniczko - odparł baron, z ulgą przyjmując fakt, iż nie musi już posługiwać 

się swym jakże nieporadnym niemieckim. 

-  Cóż,  nie  będziemy  więc  sprawiać  zawodu  temu  dobremu  człowiekowi.  Ale  jutro 

musicie koniecznie nas odwiedzić. Wystarczy trzymać się drogi, którą przybyłyśmy. 

Pobiegli  oczami  za  jej  wzrokiem  ku  skalnemu  urwisku  i  gorąco  podziękowali  za 

zaproszenie.  Ustalono  porę  odwiedzin  i  damy  natychmiast  się  pożegnały,  tłumacząc  się 

koniecznością załatwienia spraw, dla których przybyły do miasteczka. Powóz wytoczył się z 

rynku. 

Po  kolacji  dwaj  szlachcice  udali  się  do  zaoferowanej  im  przez  karczmarza  izby,  co 

prawda  urządzonej  skromnie  i  staroświecko,  lecz  czystej  i  schludnej.  Już  leżąc  w  łóżkach 

wsłuchiwali się w niesamowitą ciszę, zaległą wśród gór. 

- Czy nic cię nie zastanowiło na dole, w jadalnej, Yvesie? 

Yves, który już zasypiał, drgnął i zapytał sennie: 

- Nie, a co? 

-  Chodzi  mi  o  to,  że  przemierzając  tak  długo  wschodnie  krańce  cesarstwa 

habsburskiego często spotykaliśmy się z ich jakże powszechnymi przesądami. Ślady... 

-  Ależ  tak!  -  wykrzyknął  Yves.  -  Wiem  już,  co  masz  na  myśli,  stryju.  Te  wielkie 

warkocze czy też wiązki czosnku które oni tak kochają wieszać po gospodach jako ochronę 

przed wampirami. Tutaj tego nie ma! 

- No właśnie, a w każdym razie nie więcej niż kucharz potrzebuje w kuchni. O czym 

by to zatem świadczyło? 

background image

- Że możemy czuć się bezpieczni i nie bać się wampirów - roześmiał się Yves. 

- Podzielam twoją wesołość - odparł baron. - Dla nas Francuzów, wampiry i wilkołaki 

to  jedynie  przesądy.  Muszę  jutro  zapytać  księżniczkę  Feodorę,  czy  te  okolice  uchroniły  się 

przed takimi zabobonami. 

-  Tak  musi  być  -  stwierdził  Yves.  -  Bo  przecież  na  ogół  mieszkańcy  Siedmiogrodu 

wprost panicznie boją się tych powstających z grobów krwiopijców, Wszędzie napotykaliśmy 

czosnek; krzyże i rozsypane ciernie róży. A tutaj tego nie ma. 

- No cóż, dobrze to wiedzieć - zaśmiał się baron. - Wspaniale, że spotkała my kogoś, 

kto  zna  francuski;  Księżniczka  sprawia  wrażenie  osoby  bardzo  kulturalnej.  Cieszę  się  na 

jutrzejszą wizytę. 

-  Mmm  -  w  głosie  Yvesa  zabrzmiała  nuta  powątpiewania.  -  Czy  zauważyłeś,  stryju, 

jak  despotycznie  zachowywała  się  w  stosunku  do  tej  biednej  młodej  dziewczyny?  To 

nieszczęsne dziecko było tak wystraszone, że aż wstyd. 

- Nie zastanawiałem się nad tym. Miałem oko tylko na piękną Feodorę. 

Yves nadal był zamyślony. 

- Czy nie planowaliśmy jechać dalej, gdy tylko nastanie świt? 

- To prawda, ale nie możemy urazić tak dostojnej damy. 

- Córka wojewody... - powiedział Yves. - Kto to jest wojewoda? 

- To bardzo wysoki tytuł. Kiedyś był to dowódca, osoba, która wodziła woje. Obecnie 

oznacza chyba wybranego księcia lub władcę. Są panami wielkich obszarów. 

- I osiedlają się w zapomnianym przez Boga górskim miasteczku, takim jak to? Coś tu 

się nie zgadza. 

- To jej ojciec był władcą. Ona mogła zamieszkać tutaj z przyczyn, których nie znamy. 

Ale  zaraz  po  wizycie  u  owych  dwu  dam  opuścimy  miasteczko.  Z  pewnością  będą  umiały 

wytłumaczyć nam, jak dojechać do Hermannstadt, Sybina albo Nagyszeben czy też jak oni je 

zwą. 

W głosie barona drgała nuta irytacji. Jak większość Francuzów nie potrafił pojąć, że 

nie wszyscy ludzie na świecie mówią w jego języku. 

W chwilę później równy oddech zdradzał, że baron śpi. Yves jednak nie mógł zasnąć. 

Po  pierwsze  znów  dręczył  go  ból  w  prawym  boku;  bóle  w  czasie  podróży  wielokrotnie  się 

powtarzały,  a  ostatnio  występowały  coraz  częściej.  A  po  drugie,  jego  myśli  nie  mogły 

oderwać się od młodej Nicoli, która wyraźnie błagała go o pomoc. 

Kim  jest?  Żądną  przygód  młodą  damą,  której  nie  podoba  się,  iż  założono  jej  zbyt 

krótkie cugle? Czy też naprawdę dzieje się jej krzywda? 

background image

Yves skłonny był przypuszczać raczej to drugie. 

Wokół panowała przerażająca cisza. Daleko, daleko wznosiły się wierzchołki Karpat, 

jakby trzymając straż. Tu w najbliższej okolicy, krajobraz nie był wysokogórski, dominowały 

wzgórza, co prawda dość wyniosłe, ale porośnięte lasem. 

O  właśnie,  las.  Nieprzyjemne  uczucie  owładnęło  Yvesem  na  samą  myśl,  że  chcąc 

wydostać się z doliny, ponownie będą musieli przejechać przez ten przeklęty obszar. 

No cóż, jeśli zdołają ruszyć w drogę jeszcze za dnia, jakoś to pewnie przeżyją. 

Wysoko w górach rozległo się wycie, zaraz odpowiedziały mu inne. Yves pamiętał, że 

Siedmiogród był ostoją dzikiej zwierzyny. W lasach i na wyżynach roiło się od wilków. 

To  przynajmniej  jakaś  oznaka  życia,  pomyślał  z  iście  wisielczym  humorem.  Nigdy 

jeszcze nie doświadczył podobnie kamiennej, grobowej ciszy. 

Wampiry...  Yves  czuł,  że  w  tej  krainie  mogą  już  nie  przejmować  się  owymi 

paskudnymi stworami. 

Ale jest coś innego... 

W  całej  okolicy  unosiła  się  atmosfera  jakby  czegoś  chorego.  Las  był  tego 

najokropniejszym przykładem. 

I ta młodziutka dziewczyna, przerażona do obłędu! 

Nicola musiała o czymś wiedzieć. 

Yves  postanowił  uczynić  wszystko,  by  zabrać  ją  z  tego  strasznego,  tajemniczego 

miejsca. 

Stryj może mówić, co chce, Yves i tak porwie dziewczynę! 

background image

ROZDZIAŁ II 

Yves przebudził się o świcie, odczuwając ból silniejszy niż kiedykolwiek. Że też atak 

musiał przyjść akurat w tym odciętym od świata miasteczku! Na pewno nie ma tu nikogo, kto 

by choć trochę znał się na leczeniu, a jeżeli już, to najwyżej jakiś znachor, który zajmuje się 

czarami. 

Yves nie miał ochoty mieć do czynienia z kimś takim. 

Czuł się na tyle źle, że musiał obudzić stryja. Przez cały ranek baron robił mu gorące 

okłady albo biegał, by opróżnić drewniane wiadro, które stało przy łóżku Yvesa. 

Stryj nie był szczególnie zachwycony koniecznością wypełniania takich zadań. 

Choroba bratanka budziła jego niepokój. Myśl o utracie towarzysza podróży stała się 

nagle nieznośna. 

Obydwaj  więc  odetchnęli  z  wyraźną  ulgą,  gdy  około  pory  obiadowej  atak  zaczął 

mijać. 

Yves wycieńczony opadł na poduszki. Wargi miał pobielałe, głos słaby. 

- Czuję, że to przechodzi, stryju. Ale nie sądzę, bym był w stanie iść z wizytą do dam. 

- Nie, nie, rozumiem. Czy chcesz, bym został przy tobie? 

-  Tym  razem  atak  już  minął,  ale  gdy  tylko  dotrzemy  do  ludzi,  muszę  iść  do  lekarza. 

Szkoda  jedynie...  Tak  bardzo  chciałem  zrobić  coś  dla  tej  udręczonej  istoty,  Nicoli.  Czy 

mógłbyś, stryju, wybadać, jak się sprawy mają? A jeśli zorientujesz się, że dziewczynie dzieje 

się krzywda, to postaraj się zabrać ją z tego miasteczka! 

Baron ukrył grymas zniecierpliwienia. 

-  Zobaczę,  co  się  da  zrobić  -  obiecał  pospiesznie.  -  Nie  rozumiem  jedynie,  gdzie  też 

one  mieszkają.  Pozostaje  tylko  trzymać  się  drogi,  a  dotrę  pewnie  do  jakiegoś  domu  lub 

kolejnej wioski. 

-  Nie  wygląda  na  to,  by  za  urwiskiem  było  szczególnie  wiele  miejsca  -  stwierdził 

Yves. - Czy zechcesz przeprosić damy w moim imieniu? 

- Naturalnie! Spróbuj teraz zasnąć! 

- To chyba nie będzie trudne. 

Wkrótce okazało się, że miał rację. Sen nadszedł natychmiast, gdy tylko baron opuścił 

izbę. 

Gdy się przebudził, było ciemno. 

A właściwie nie tak całkiem ciemno. Niebo na wschodzie zaczęło się już rozjaśniać w 

background image

oczekiwaniu na pojawienie się słońca. 

Spałem niemal całą dobę, pomyślał przerażony Yves. Co powie na to stryj, na pewno 

jest rozgniewany. 

Barona jednak nie było w łóżku, wydawało się, że od poprzedniej nocy nikt nie ruszał 

pościeli.  Kamizelka,  którą  nosił  na  co  dzień,  i  kordzik  leżały  na  kapie,  tam  gdzie  stryj  je 

położył, zanim wyszedł. 

Z  podwórza  dobiegał  gwar,  ludzie  z  karczmy  przygotowywali  się  do  nowego  dnia. 

Yves  szybko  się  zebrał.  Z  ulgą  stwierdził,  że  ból  w  boku  był  teraz  już  tylko  tępym 

pobolewaniem, i pospieszył do jadalni. 

Żona karczmarza właśnie tam sprzątała. 

Do diaska, że też nie znał tutejszego języka! A raczej że też oni nie znali francuskiego! 

Dostrzegł także kilka dziewcząt zajętych pracą w kuchni i wynoszących pomyje. Na 

podwórzu podstarzały parobek ładował warzywa na wóz. 

I znów uderzyło go niezwykłe zjawisko: było tu tak wiele kobiet i tak mało mężczyzn. 

A  mężczyźni,  których  widział,  to  albo  starcy,  albo  wręcz  jeszcze  dzieci  lub  też  osobnicy 

wyjątkowo mało pociągający. 

Gdyby nie owych kilku względnie młodych, choć z wyglądu odpychających, których 

widzieli  na  rynku  w  dniu,  gdy  przybyli  do  wioski,  Yves  sądziłby,  że  kraj  niedawno  był  w 

stanie wojny i stracił w niej wszystkich mężczyzn w sile wieku. 

Nieporadnie zaczął wypytywać karczmarkę o swego towarzysza. 

Nie zrozumiała go. 

- Mój stryj! Baron. 

Wskazał obok siebie, jak gdyby chciał przedstawić niewidzialnego przyjaciela. 

Kobieta tylko potrząsnęła głową i znów zabrała się za zamiatanie podłogi w jadalni. 

Z kuchni wyszedł karczmarz i dość zrozumiale zapytał, czy Yves chce jeść. 

Nie, pragnął tylko się dowiedzieć, gdzie jest baron. 

- Aha - rozjaśnił się karczmarz. 

Nastąpiła długa tyrada w owym niepojętym języku. Yvesowi udało się jednak wyłapać 

z  niej  kilka  słów.  Nic  dziwnego,  przecież  rumuński  i  francuski  należą  do  tej  samej  grupy 

języków romańskich. 

Mężczyzna wskazał ręką na skalne urwisko. Ach tak, pomyślał Yves i podziękował. 

Najwyraźniej widzieli, jak stryj jechał tamtą drogą, lecz nie spostrzegli, by wracał. 

Ale to było poprzedniego dnia! Baron miałby tam zostać przez pół dnia i całą noc, nic 

nie mówiąc o tym choremu Yvesowi? 

background image

Karczmarz  powrócił  do  swoich  zajęć,  nie  zwracając  już  na  Yvesa  uwagi.  Dotknięty 

obojętnością  gospodarza  Francuz  miał  ochotę  powiedzieć  mu  parę  słów  do  słuchu,  ale 

karczmarz zniknął już z pola jego widzenia, a zresztą gdyby nawet go odnalazł i wygarnął, co 

myśli o takim lekceważeniu, i tak przecież nie zostałby zrozumiany. 

Yves  był  poruszony.  Czy  trafił  do  jakiegoś  przeklętego  gniazda  złoczyńców, 

napadających na swoich gości i ograbiających ich z majątku? Czy oni...? 

Nie, to Yves trzymał podróżną kasę. Schował ją w izbie sypialnej. Pospieszył na górę, 

by ją sprawdzić. 

Leżała nie naruszona. 

Osłabiony,  lecz  silny  na  tyle,  by  wyruszyć  w  drogę,  wyjaśnił  domownikom,  że  ma 

zamiar jechać w ślad za stryjem. Pokiwali tylko głowami, niemal nie odrywając się od swoich 

zajęć.  Jedynie  w  oczach  młodziutkiej  dziewczyny  dojrzał  coś  na  kształt  prośby.  Prośby  i 

ostrzeżenia? 

Głupstwa!  Jeśli  nawet  księżniczka  albo  stryj  będą  się  gniewać,  to  co  z  tego?  Yves 

musi przecież wykazać bodaj odrobinę zainteresowania losem starszego krewniaka! 

A  poza  tym  stryj  powinien  się  wstydzić,  że  spędza  czas  nie  wiadomo  gdzie, 

prawdopodobnie  na  zabawie  i  przyjemnościach,  nie  poświęcając  ani  jednej  myśli  swemu 

biednemu, choremu bratankowi. 

Yves  nie  chciał  teraz  nic  jeść  i  wcale  się  tym  nie  przejmował.  Jeśli  zgłodnieje,  z 

pewnością  ugoszczą  go  tam,  dokąd  zmierzał.  Księżniczce  ani  chybi  świetnie  się  powodzi, 

sądząc po ponurym, co prawda, lecz jakże wytwornym ekwipażu. 

Słońce zdążyło już wstać; ukośnie padające promienie rozjaśniały niewielki rynek. W 

świetle dnia miasteczko, utrzymane w dość staroświeckim stylu, jak zresztą większość osad 

tutaj w Siedmiogrodzie, wyglądało naprawdę ładnie. Nowe prądy mody późno docierały do 

odległej,  ukrytej  pośród gór  doliny. Cały Siedmiogród, czy  też, jak  kto woli,  Transylwania, 

leżał na rozległym płaskowyżu... Mon Dieu, jakież to skomplikowane: tak wiele nazw na to 

samo miejsce! 

Z leżących po drugiej stronie łąk, na których się znalazł, unosiły się opary. Przeklęty 

las, jak go zwał w myślach, także był jakby spowity w chmury. Wstawała poranna mgła. 

Nadchodził nowy, wilgotny, ciepły dzień. 

Yves  zmarnował  całą  poprzednią  dobę.  Nigdy  dotąd  mu  się  to  nie  zdarzyło,  co 

oznaczało,  że  choroba  osiągnęła  poważne  stadium.  Dobrze  byłoby  jak  najszybciej  poradzić 

się lekarza! 

Kręta droga pięła się w górę, do stóp urwiska. Przez dolinę leniwie płynął niewielki 

background image

strumień. Yves miał teraz miasteczko za plecami. 

Piękna  to  była  okolica,  to  prawda,  lecz  zbyt  zduszona,  zbyt  szczelnie  otoczona  ze 

wszystkich stron gęstwiną lasu, by przypaść Yvesowi do gustu.  Tęsknił ogromnie  za  swym 

francuskim  miastem,  rządzonym  teraz  przez  rewolucjonistów.  Prawdopodobnie  ich  dwór 

także wpadł w ręce tych nędznych plebejuszy. 

Nie,  nie  chciał  myśleć  o  rewolucji,  wspomnienia  wywoływały  rozdzierający  ból. 

Zamierzali  teraz  rozpocząć  nowe  życie  w  Klużu  albo  Sybinie,  z  dala  od  łajdaków,  którzy 

przepędzili francuską szlachtę. 

Droga skręciła i za zakrętem wyłoniła się kolejna łąka. I na niej, wśród wysokich traw, 

pasł się wierzchowiec stryja! Doprawdy, jakaż pogodna to oznaka życia! 

Koń zarżał radośnie. Bijąc kopytami rączo podbiegł, ucieszony z towarzystwa. Yves 

przemówił  do  zwierzęcia  i  przyjaźnie  poklepał  je  po  grzbiecie.  Koń  poczłapał  za  jego 

wierzchowcem. 

U stóp urwiska droga gwałtownie skręciła. Yves zdumiony, ściągnął wodze. 

Przed  jego  oczami  wyrósł  zamek!  Zamek,  którego  poszukiwali!  Twierdza  Stregesti; 

bez wątpienia nosiła taką nazwę. Była to zdecydowanie bardziej twierdza aniżeli zamek, gdyż 

budowlę utrzymano w starym stylu: czworoboczna, bez nadmiernej liczby ozdób, wieżyczek, 

powiewających chorągwi i zwodzonych mostów. 

Kiedy po raz pierwszy, ledwie kącikiem prawego oka, dostrzegł twierdzę, wydała mu 

się  olbrzymią  ruiną,  wznoszącą  się  nad  jego  głową  na  szczycie  stromizny.  Było  to  jednak 

tylko pierwsze wrażenie. Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że budowla w pełni nadawała się do 

zamieszkania.  Stara,  to  prawda,  zbudowana  z  grubo  ciosanych  kamiennych  bloków,  lecz 

dobrze utrzymana. Wielki portal zamykał drogę, którą jechał Yves, a liczne małe okienka w 

murze  jakby  zapraszały  do  środka.  Piękne  drzewa,  najwyraźniej  zasadzone  ręką  człowieka, 

rosły po obu stronach drogi na ostatnim jej odcinku, tworząc aleję wiodącą ku portalowi. 

Przejechawszy  końcowy  fragment  drogi,  Yves  zobaczył,  jak  niezwykły  widok 

roztacza  się  z  twierdzy.  Pod  jego  stopami  w  tej  części  doliny  znajdowało  się  małe  jezioro, 

wokół  którego  dostrzegł  resztki  fundamentów  -  ślady  po  dawnej  zabudowie.  Może  kiedyś 

przeniesiono stąd całe miasteczko, a może było znacznie większe niż obecnie... Musi wypytać 

o to damy. 

Dzięki Bogu, że księżniczka zna francuski! Miał nadzieję, że młodziutka Nicola także 

włada  jego  ojczystym  językiem.  Wszystko  stałoby  się  wówczas  o  wiele  łatwiejsze.  Choć 

naturalnie język miłości często obywa się bez słów... 

Dużo  myślał  o  Nicoli  i  o  tym,  co  mógłby  dla  niej  zrobić.  Przede  wszystkim  musi 

background image

wyrwać ją spod władzy pięknej, ale jakże apodyktycznej księżniczki. 

Brama  była  ciężka,  masywna,  wykonana  z  pociemniałego  dębu.  Yves  zsiadł  z 

wierzchowca  i  puścił  go  wolno.  Konie  od  razu  znalazły  dla  siebie  miejsce:  łąkę,  na  której 

rosła soczysta trawa. 

Yves podszedł do bramy i zastukał w ciężkie odrzwia. 

Uderzenia  w  drewno  rozniosły  się  głuchym  echem  wśród  murów.  Niemal  od  razu 

pojawił się kościsty woźnica i otworzył bramę. Bez słowa skłonił się przed Yvesem. 

Co można rzec komuś, kto nie zna żadnego cywilizowanego języka? zastanawiał się 

młody Francuz. 

- Mój stryj? Czy jest tutaj? I czy mogę złożyć damom wizytę? 

Nie wiadomo, czy woźnica zrozumiał słowa młodzieńca, czy też nie, w każdym razie 

płynnym  ruchem  chudej  dłoni  zaprosił  Yvesa  do  środka.  Francuz  podziękował  skinieniem 

głowy i wszedł na niewielki dziedziniec otoczony budynkami. 

Śliczne  wykusze  z  oknami  o  małych  szybkach  tu  i  ówdzie  ożywiały  monotonię 

kamiennych murów. Yves dojrzał też nieduży balkon. Twierdza miała dwa poziomy; najbliżej 

bramy  usytuowane  były  budynki,  w  których  pewnie  musiały  się  mieścić  stajnie,  kuchnia  i 

pokoje  służby.  Woźnica  wskazał  Yvesowi  drzwi  znajdujące  się  dokładnie  naprzeciwko 

portalu, prowadzące najwyraźniej do głównej części budowli. 

Młodzieniec  znalazł  się  w  ciemnym  hallu.  Z  początku  niczego  nie  widział,  gdyż 

przejście z jasności słonecznego dnia w mrok było zbyt gwałtowne. Ale woźnica szedł przed 

nim,  wskazując  mu  drogę,  i  zaraz  otworzył  drzwi  do  wielkiej,  utrzymanej  w  starodawnym 

stylu  sali.  Yvesowi  nasunęło  się  na  myśl  określenie  „sala  rycerska”.  Nie  przestawał 

porównywać  twierdzy  ze  swym  jakże  wygodnym  domem  we  Francji  i  stwierdził  po  raz 

kolejny, że mieszkańcy tych okolic nie nadążają za modą. 

Ale przecież nie wolno mu było zapominać, że znalazł się w barbarzyńskim kraju! 

Dla Yvesa wszystko, co nie francuskie, równało się barbarzyństwu. 

W  drzwiach  prowadzących  do  sąsiedniego  pomieszczenia  ukazała  się  księżniczka 

Feodora i rozpromieniona wyciągnęła ku niemu ręce. 

- Ach, monsieur Yves, czy nic już wam nie dolega? Słyszałam od waszego stryja, że 

chorowaliście. 

- To prawda, łaskawa pani - odparł Yves i ucałował jej dłoń. - A jak wy się czujecie? 

- Dziękuję, wyśmienicie. 

- Mój stryj...? Czy nadal przebywa tutaj? - zapytał uprzejmie Yves. 

Księżniczka Feadora wybuchnęła dźwięcznym śmiechem. 

background image

- O, z waszego stryja ranny ptaszek! Musicie wybaczyć jemu i nam, Yvesie, lecz tak 

długo  zasiedzieliśmy  się  wieczorem,  zagłębieni  w  rozmowie,  iż  nie  było  sensu,  by  baron 

wracał do gospody. Dla mnie i dla Nicoli to wyjątkowe przeżycie: spotkać tak wykształconą i 

kulturalną  osobę.  Bardzo  jesteśmy  spragnione  kultury.  A  więc,  gdy  tylko  zaświtał  nowy 

dzień, wasz stryj wstał promienny jak skowronek i uparł się, by obejrzeć nasze wielkie tereny 

łowieckie,  rozciągające  się  wokół  jeziora.  Nie,  nie  kryją  one  w  sobie  żadnego 

niebezpieczeństwa, tu w dolinie bowiem nie ma żadnej dzikiej zwierzyny, można ją natomiast 

spotkać w otaczających lasy górach. Powiedział, że wróci za godzinę, licząc od teraz, i wtedy 

zje  z  nami  skromne  śniadanie.  Gdybyście  wy  nie  przyszli  tutaj,  udałby  się,  rzecz  jasna,  do 

karczmy,  by  was  doglądać.  Ale  po  prawdzie  nie  niepokoił  się  tak  bardzo  waszym  stanem; 

kiedy wychodził, czuliście się już o wiele lepiej, prawda? 

- Owszem. A zatem spodziewaliście się mnie? 

- O, tak. Nicola! 

Skierowała  okrzyk  w  stronę  komnaty,  z  której  wyszła.  Natychmiast  też  pojawiła  się 

nieśmiała  dziewczyna  i  skłoniła  przed  Yvesem,  który  ucałował  także  i  jej  dłoń.  Zwrócił 

uwagę, że Nicola drży. 

Księżniczka Feodora zaproponowała tonem nie znoszącym sprzeciwu: 

-  Może  dotrzymasz  towarzystwa  panu  Yvesowi,  podczas  gdy  ja  pójdę  wydać 

polecenia o dodatkowym nakryciu do śniadania? 

- Oczywiście - szepnęła dziewczyna. 

Była jeszcze bardziej zachwycająca, niż ją zapamiętał. Poprosiła, by usiadł na pokrytej 

aksamitem ławie pod oknem, przysłoniętym kotarami. 

Po krótkiej chwili Yves zagadnął: 

- Czy mówicie po francusku? 

Skinęła  głową,  śląc  pełne  lęku  spojrzenie  za  ciotką,  czy  też  kim  była  księżniczka  w 

stosunku do młodej dziewczyny. 

Yves  przyglądał  się  Nicoli  ukradkiem.  Widać  było  wyraźnie,  że  jest  ona  dzieckiem 

dręczonym  rozmaitymi  troskami,  bez  przerwy  bowiem  ogryzała  i  tak  już  ogryzione 

paznokcie.  Zresztą  niewłaściwe  było  używanie  w  stosunku  do  niej  określenia  „dziecko”,  z 

pewnością  skończyła  już  dwadzieścia  lat,  lecz  jakże  często  się  zdarza,  że  dziewczęta 

wychowywane tak surowo zatrzymują się w rozwoju gdzieś na progu dzieciństwa. 

Yves nie przestawał się zastanawiać, dlaczego dziewczyna tak lęka się swej kuzynki, 

księżniczki. 

Nicola była bardzo pociągającą młodą panną. Miała nieco wystające zęby, akurat na 

background image

tyle,  by  usta  układały  się  w  słodką  podkówkę,  co  sprawiało  nad  wyraz  czarujące  wrażenie. 

Oczy  miała  wielkie,  ciemnobrązowe,  a  włosy  czesane  z  przedziałkiem,  lśniąco  czarne  i  z 

pewnością bardzo długie. Teraz splecione były w ciężki węzeł na karku, dokładnie taki sam, 

jaki nosiła jej kuzynka. 

Poza tym jednak bardzo różniły się od siebie. Jak księżniczka Feodora była władcza i 

pewna  siebie,  tak  Nicola  nieśmiała  i  wystraszona.  Yves  odczuł  przemożną  chęć,  by 

przygarnąć ją do serca, utulić i zapewnić, że już na zawsze będzie jej strzegł. 

Nigdy dotąd nie spotkał dziewczyny, która w tak bezpośredni sposób poruszyłaby jego 

uczucia. 

- Tu... tutaj jest bardzo pięknie - zaczął. 

Uśmiechnęła się słodko, poczuł, że za ten uśmiech mógłby oddać życie. Spłynęło na 

niego przeświadczenie, że właśnie dlatego księżniczka Feodora tak surowo traktowała Nicolę: 

widziała w dziewczynie swą rywalkę. Niczym Śnieżka i zła królowa? 

Takich wyroków nie można jednak wydawać, znając osobę ledwie kilka minut. Yves 

zawstydził się przed samym sobą. 

Woskowe  świece  płonące  w  srebrnych  kandelabrach  oświetlały  pomieszczenie,  do 

którego nie docierał blask słońca, powstrzymywany przez zaciągnięte zasłony. 

Komnata,  w  której  siedzieli,  była  ponura.  Ściany  nie  zostały  wykonane  z  kamienia, 

lecz  z  grubych  drewnianych  bali.  Pokrywały  je  rustykalne  gobeliny.  Pomieszczenie 

umeblowano  sprzętami  utrzymanymi  w  starym  wiejskim  stylu,  jak  zresztą  można  się  było 

tego spodziewać tutaj, w górskim pustkowiu Siedmiogrodu. Stoły i ławy wyciosane zostały z 

niezwykle grubych desek. Na podłodze z bali tak szerokich,  że trudno sobie wyobrazić, jak 

ogromne musiały być drzewa, z których je zrobiono, leżały skóry. Yvesa zdumiało zatęchłe 

powietrze  w  komnacie.  Chociaż  nic  to  pewnie  dziwnego  w  kamiennej  twierdzy.  Miał 

wrażenie,  że  wyczuwa  wilgoć,  spływającą  kroplami  po  kamiennych  murach,  ukrytych  za 

gobelinami  i  drewnianymi  belkami.  Z  pewnością  niezdrowo  jest  mieszkać  tu  przez  dłuższy 

czas, pomyślał. 

Znów ogarnęło go pragnienie, by zabrać stąd dziewczynę... 

Nie  był  w  stanie  oderwać  od  niej  oczu.  Miała  taką  cudowną  szyję,  co  podkreślał 

jeszcze ciężki węzeł włosów. 

Długą,  łagodnie  wygiętą,  pełną  gracji  szyję,  o  skórze  tak  gładkiej,  że  chciało  się  ją 

pieścić, poczuć pod palcami. Od tej szyi biła nieprawdopodobna zmysłowość, choć należała 

ona przecież do tak skromnego młodego stworzenia. 

Nicola  ubrana  była  w  sposób  dalece  odbiegający  od  najświeższej  mody,  jaką  Yves 

background image

znał  z  Paryża.  Suknia  z  pewnością  utrzymana  była  w  tonie  strojów  odpowiednich  dla 

wyższych  sfer  tej  części  krainy,  dostojna,  w  nieco  staroświeckim  stylu.  Spodnia  suknia  z 

ciemnego złotogłowiu, a na niej kaftan czy sarafan, jak zwano owe proste, do stóp sięgające 

wierzchnie  szaty  bez  rękawów.  Myliły  mu  się  te  nazwy,  a  po  prawdzie  też  niewiele  go 

obchodziły. Strój w każdym razie nie krył, że Nicola ma wyjątkowo piękne ciało, drażniące 

zmysły i niewinne zarazem. 

-  Panno  Nicolo...  -  zaczął  mówić,  jąkając  się  z  przejęcia.  -  Czy  wiele  świata 

widzieliście? 

- Nie! Nic poza tą doliną. 

- Och - szepnął Yves. - Tak bardzo chciałbym pokazać wam wszystkie cuda, jakie na 

nim istnieją... 

Pochyliła się w przód, a w jej oczach zapłonęła nagle gorąca tęsknota. 

-  A  więc  zabierzcie  mnie  ze  sobą!  Nie  odjeżdżajcie  beze  mnie!  Tak  bardzo  proszę, 

żyję tutaj jak w więzieniu, ja... 

Wystraszona  rozejrzała się  dokoła,  jakby  obawiając się,  że  ściany  mają  uszy.  Potem 

szepnęła: 

- Moja ciotka... Właściwie nie jest moją ciotką, lecz znacznie dalszą krewną, ale tak ją 

nazywam.  Ona  mnie  pilnuje!  Nie  wolno  mi  niczego  robić!  Tak  bardzo  chciałabym  się  stąd 

wydostać! 

Yves  poczuł,  jak  nagły strach  pełznie  mu  wzdłuż  kręgosłupa.  W  głosie  i  panicznym 

lęku,  bijącym  z  oczu  dziewczyny,  było  coś,  co  sprawiało,  że  wyczuwał  niebezpieczeństwo. 

Mimo wszystko jednak powiedział: 

- Ale wasza ciotka wydała mi się taka życzliwa? 

- Ona jest niebezpieczna - szepnęła Nicola. - Potrafi... 

- No, co takiego? - dopytywał się Yves, gdy głos dziewczyny jakby zamarł. 

- Nie, nic. O tym nie powinno się głośno mówić. 

- Czarować? - podsunął z wesołym uśmiechem. 

Nicola jednak potraktowała jego słowa poważnie. 

- Ciii... - szepnęła, kładąc palec na ustach i z przerażeniem rozglądając się dokoła. - Ja 

nic nie mówiłam! Bardzo proszę! 

- Będę milczał jak grób. Ale wy, panienko, nie możecie tu zostać... 

-  Tak,  teraz,  kiedy  was  spotkałam,  nie  wytrzymam  tutaj  ani  jednego  dnia  dłużej! 

Musimy... 

Urwała  nagle  na  widok  nadchodzącej  księżniczki  Feodory.  Yves  natychmiast 

background image

poderwał się z miejsca. 

-  Śniadanie  czeka  w  jadalni,  dzieci  -  zwróciła  się  księżniczka  do  młodych.  -  Choć 

może nie należałoby nazywać tego posiłku śniadaniem, pora wszak już tak późna. 

- Mój stryj...? - zaczął Yves. 

Księżniczka uniosła dłoń. 

-  Nie  lękajcie  się,  proszę.  Tak  łatwo  tutaj  zapatrzeć  się  w  uroki  natury.  Bywali  tu 

goście, którzy krążyli po okolicy przez dwa dni tylko dlatego, że po prostu nie byli w stanie 

oderwać się od tego cudownego lasu. 

Cudownego? powtórzył w myślach Yves, drżąc na samo wspomnienie gąszczu, przez 

który  przejeżdżali.  Wciąż  miał  w  pamięci  to  wrażenie  śmierci  i  zagłady...  Wokół  twierdzy 

rósł  podobny las. Przedziwny, zarośnięty, z wilgocią skapującą z gałęzi  drzew, otaczał całą 

dolinę, tworząc jakby ochronny mur wokół niej. 

Yvesowi ten las wcale się nie spodobał i nie potrafił zrozumieć, czemu stryj tak nagle 

miałby się nim zachwycić. 

Yves pospieszył za damami do jadalni, nie przestając troskać się o barona. Najchętniej 

wyprawiłby  się  na  poszukiwania,  i  to  od  razu,  ani  chwili  nie  zwlekając!  Ale  może  stryj 

powrócił już do karczmy? Ta myśl nieco go uspokoiła. 

Księżniczka  odwróciła  się  ku  Yvesowi,  a  jemu,  ostrzeżonemu  już  słowami  Nicoli, 

wydało się, że jej czarne oczy skrywają tajemnice uroków i zaklęć. Ale nie wolno mi być tak 

niesprawiedliwym, pomyślał. Nie można osądzać ludzi, nie mając ku temu żadnych podstaw! 

Księżniczka  odezwała  się  łagodnym,  lecz  znać  nawykłym  do  wydawania  rozkazów 

głosem: 

- Poleciłam służącym, by nakryli do stołu i później już nie zakłócali naszego spokoju. 

Nie chcemy, by nam przeszkadzano teraz, gdy mamy takich dostojnych, kulturalnych gości. 

Mruknął, że to, zbyt łaskawie powiedziane, choć właściwie w pełni się z nią zgadzał. 

Stryj  i  on  byli  z  pewnością  nadzwyczaj  kulturalni,  zwłaszcza  w  tej  barbarzyńskiej  części 

Europy. 

Kiedy  szedł  za  księżniczką  Feodorą,  zwrócił  uwagę  na  to,  że  jej  wysoko  ułożone 

włosy muszą być jeszcze dłuższe niż włosy Nicoli. Czarne, niezwykle lśniące, przywiodły mu 

na  myśl  kruki  krążące  nad  ich  głowami  i  trzepoczące  czarnymi  skrzydłami.  Księżniczka 

nosiła podobny strój jak Nicola, różniący się tylko kolorami, lecz równie ciemny i tajemniczo 

powabny. 

Czary, powiedziała Nicola czy też raczej on sam to powiedział. 

No  cóż,  to  wcale  nie  takie  bezsensowne.  Księżniczka  Feodora  sprawiała  wrażenie 

background image

osoby, która niejedno potrafi. 

Stół  do  śniadania  gustownie  nakryto,  na  posiłek  składały  się  dania  pochodzące  z 

doliny:  warzywa,  mięso, ryby.  Ale Yves, który nawet  w domu był  ogromnie  wymagający i 

wybredny, uważał, że wszystko smakuje jak siano. To z pewnością niepokój o stryja sprawiał, 

że nie mógł się w niczym rozsmakować. Bezustannie myślał też o Nicoli. Przez cały czas! W 

jaki sposób zabrać ją ze sobą, gdy będą stąd odjeżdżać? Jasne było, że księżniczka nie może o 

niczym  wiedzieć.  Wydawała  się,  jak  ostrzegła  Nicola,  prawdziwie  niebezpieczna.  Czarne 

oczy, w których czaiły się błyskawice, głos, który w jednej chwili był łagodny, przymilny, by 

zaraz  zmienić  się  w  kamień.  I  ta  straszliwa  ostrość  we  wzroku,  za  każdym  razem  gdy 

spoglądała na Nicolę! Niemal jak nienawiść! 

Dlaczego?  Yves  nie  musiał  wcale  mieć  zbyt  wielkiego  mniemania  o  sobie,  by 

zauważyć,  że  Feodora  pragnie  wzbudzić  jego  zainteresowanie  jako  mężczyzny.  Innymi 

słowy, między dwiema kobietami toczyła się walka o jego względy! 

Choć,  oczywiście,  Nicola  nie  walczyła.  Nie  musiała.  I  tak  był  nią  całkowicie 

zauroczony. Poza tym w jej nieśmiałej, cnotliwej, dziewczęcej naturze nie leżało narzucanie 

się mężczyźnie. 

Natomiast księżniczka Feodora! Jedyne, co przemawiało przeciw niej, to wiek. Yves 

był co prawda o kilka lat od niej młodszy, lecz nie na tyle, by w innych okolicznościach bez 

skrupułów nie nawiązać z nią flirtu. Była wszak olśniewająco piękną kobietą, promieniującą 

silną zmysłowością. 

On jednak już dokonał wyboru. Nicola albo żadna! 

Dlatego  miękka  dłoń  starszej  kobiety,  spoczywająca  na  jego  ramieniu,  jej  wiele 

mówiące  spojrzenie  i  wyraźne  zaproszenia  nieco  go  zawstydzały.  Chociaż  z  drugiej  strony 

dumny był jak paw z okazywanego mu przez Feodorę podziwu, bo prawdę mówiąc Yves miał 

dość wysokie mniemanie o sobie. 

A może tak obydwie? Księżniczka taka pociągająca... 

Och,  nie,  nie,  o  czymże  to  on  myśli?  Nicola  była  przecież  dla  niego  wszystkim,  a 

ponadto przypuszczał, że stryj wybrał już starszą z dam dla siebie. 

Dlaczego stryj nie nadchodził? 

Yves zaczął wypytywać o ruiny nad jeziorem leżącym u stóp twierdzy. 

Tak,  potwierdziła  księżniczka.  Snuł  właściwe  przypuszczenia.  Kiedyś  ta  właśnie 

dolina  stanowiła  centrum  regionu,  tu,  w  tej  twierdzy,  wojewoda  miał  swą  siedzibę.  Ale  na 

dolinę spadło nieszczęście.... 

- Zaraza? - zapytał Yves. 

background image

-  Hm,  w  pewnym  sensie  -  dość  niejasno  odparła  Feodora.  -  Mieszkańcy  miasteczka 

wymarli  -  mówiła  dalej  -  a  nieliczni,  którzy  zdołali  przeżyć,  przenieśli  się  do  drugiej  jego 

części.  Tej,  którą  poznaliście,  tam  gdzie  mieści  się  gospoda.  Nicola  i  ja  jesteśmy  ostatnimi 

potomkami dumnego rodu wojewody i nie chcemy opuszczać Stregesti. 

No cóż, pomyślał Yves. To ty nie chcesz stąd odejść. Ale Nicola...? Czy kiedykolwiek 

pytałaś ją o zdanie? 

- Miasteczko musiało wymrzeć już dawno temu - zauważył Yves. - Widziałem, że las 

wdziera się pomiędzy fundamenty zniszczonych domów, a bluszcz obrósł welonem ruiny. 

- Tak, to już dawno temu - odparła Feodora łagodnie. 

Yves  nie  powiedział  głośno  tego,  co  ciążyło  mu  na  sercu:  że  las  usiłuje  wedrzeć  się 

także do twierdzy. Niczym groźba czai się pod murami, gotów w każdej chwili pochłonąć je i 

zdusić w swych zielonych objęciach. 

Przypuszczał, że z daleka twierdza musi wywierać odpychające wrażenie: niezgrabna, 

czworokątna  wieża,  blanki  z  szeregiem  otworów  strzelniczych,  wieńczące  kamienne  mury, 

wyłaniające się z lasu, który zdawał się żyć własnym życiem. 

Ale wewnątrz była piękna. Ponura, przytłaczająca, lecz piękna. 

Po posiłku damy zabrały go na zwiedzanie twierdzy, prawdopodobnie by odwieść jego 

myśli od ciągłej nieobecności stryja. 

Stali w komnacie oświetlonej kandelabrami i rozmawiali. Yves czuł się oszołomiony 

kobiecością  emanującą  od  obu  dam.  Od  księżniczki  promieniował  czysty  erotyzm,  Nicola 

sprawiała wrażenie bardziej przytłumionej. 

- A więc tędy nie da się dojechać do Sybina? - zapytał Yves wskazując wzdłuż doliny 

ku  wschodowi.  W  każdym  razie  sądził,  że  tam  właśnie  ciągnie  się  dolina;  na  tę  stronę  nie 

wychodziły  żadne  okna.  -  Musimy  wrócić  do  gospody  i  jechać  tą  samą  drogą,  którą 

przybyliśmy? 

Księżniczka  Feodora  utkwiła  w  nim  swe  wyraziste  oczy.  Spoglądając  prosto  w  nie 

czuł zawrót głowy. 

-  Oczywiście,  da  się  tędy  przejechać!  Jest  tu  stara,  zarośnięta  droga.  Przypominam 

sobie  teraz,  że  wasz  stryj,  baron,  pytał  dokładnie  o  to  samo.  Nie  zdziwiłoby  mnie  wcale, 

gdyby starał się odszukać tę drogę i dlatego tak się spóźnia. 

- Ale to może być dla niego niebezpieczne! 

- Skądże, na pewno nie! Widzieliście nasze owce w dolinie, prawda? Jak spokojnie i 

bezpiecznie się pasły! Wierzcie mi, gdyby w okolicy pojawiły się drapieżniki, owce od razu 

szukałyby schronienia tutaj w domu, w twierdzy. 

background image

Yves  nie  chciał  głośno  przyznać  się  do  tego,  ale  przeraziły  go  jego  własne  myśli. 

Wcale nie brał pod uwagę drapieżników. 

Chodziło mu o las. 

Mijali kolejne piękne komnaty, a księżniczka nie przestawała opowiadać i wyjaśniać. 

Yves poznał całą historię twierdzy. 

Zwrócił  jednak  uwagę,  że  choć  szczodrze  pokazywała  mu  wszystko,  co  miało 

jakąkolwiek  wartość  historyczną,  a  było  tego  niemało,  to  starannie  omijała  jedną  komnatę, 

mimo że wielokrotnie przechodzili obok wiodących do niej ciemnych rzeźbionych drzwi. Z 

tej właśnie komnaty wyszły księżniczka i Nicola, by powitać Yvesa. I jeśli się nie mylił, w 

głębi za owymi drzwiami musiało znajdować się jeszcze jedno pomieszczenie, a może nawet 

było  ich  więcej?  Prawdopodobnie  sypialnie  dam.  Doskonale  rozumiał,  że  nie  wypadało 

pokazywać mężczyźnie prywatnych komnat. 

Wiele się jednak dowiedział o twierdzy i zagmatwanej historii kraju. Niegdyś Stregesti 

było  bardzo  ważnym  punktem  strategicznym,  broniła  kraju  przed  zajęciem  go  przez 

napierające  obce  ludy.  Teraz  dolina  przestała  już  mieć  tak  ogromne  militarne  znaczenie. 

Turcy wciąż jednak nie byli daleko, władali Wołoszczyzną, ledwie kilka dolin stąd. 

W  twierdzy  znajdowały  się  niezwykłe  wprost  drogocenności.  Yves  obejrzał  koronę 

ojca  Feodory,  piastującego  urząd  wojewody  tej  części  krainy.  Księżniczka  pokazała  mu  też 

szablę, której używał  podczas bitwy i  którą obciął  głowę piętnastu  wrogom. Yves  z bardzo 

umiarkowanym podziwem potraktował chłód, z jakim mu to relacjonowała. 

Większe  poruszenie  wykazała  opowiadając  legendę  o  Anciol,  młodziutkiej  pannie 

młodej z dawnych czasów. Pokazała mu też suknię ślubną, która nadal wisiała na wieszaku. 

Suknia,  choć  teraz  tknięta  zębem  czasu  i  cienka  jak  pajęczyna,  była  prawdziwym  dziełem 

sztuki z brokatu i złotogłowiu, zdobiona koronkami i szlachetnymi kamieniami. 

-  Nigdy  nie  została  założona  -  rzekła  Feodora  ze  smutkiem  w  głosie.  -  Anciol  na 

próżno czekała na pana młodego. W dniu ślubu porzucił ją dla innej kobiety. Przez tydzień 

leżała jak rażona gromem, cierpiąc nieznośny wstyd. A potem podniosła się z łoża i rzuciła ze 

skały w przepaść. 

Feodora przeszła dalej i zatrzymała się przy ogromnym stole. Teraz się uśmiechała. 

-  Zauważyliście  te  znaki  na  stole?  To  ślady  Dzikiego  Bogdana,  również  jednego  z 

moich  przodków;  on  także  był  wojewodą.  Wjechał  do  tej  sali  na  koniu  podczas  wielkiej 

uczty,  na  której  mieli  się  pojednać  jego  wrogowie.  A  kiedy  wszyscy  zebrani  siedzieli  przy 

tym  właśnie  stole,  objedzeni  i  pijani,  wjechał  konno  na  stół  i  wielu  powalił.  Ci,  którzy 

usiłowali  uciec,  zostali  pojmani  przez  jego  wiernych  wojowników  i  powieszeni  za  nogi. 

background image

Wisieli w palących promieniach słońca tak długo, aż pomarli. Za bramą ciągle jeszcze można 

znaleźć ślady miejsc, w których wbito słupy... 

Yves  uznał,  że  opowieści  księżniczki  stały  się  makabryczne,  zwłaszcza  że  w  jej 

oczach pojawił się błysk zadowolenia. 

Nicola nie odzywała się ani słowem, wydawało się, że źle się w tym wszystkim czuje. 

Jej wzrok często  szukał oczu  Yvesa. Młodzieniec  uśmiechał  się do niej, a w uśmiechu tym 

tkwiła obietnica, że zabierze ją z niewoli w Stregesti. 

Wszedł wychudzony woźnica i mruknął coś do Feodory. Księżniczka rozjaśniła się i 

odwróciła do Yvesa. 

-  Jak  dobrze!  Wasz  stryj  przekazał  właśnie  wiadomość  że  powrócił  do  gospody. 

Ponieważ  był  śmiertelnie  zmęczony,  po  prostu  położył  się  spać.  Przesyła  pozdrowienia  i 

mówi,  że  czuje  się  dobrze.  Spodziewa  się  was  jutro  rano,  jest  bowiem  przekonany,  że 

rozmowa z nami zainteresuje was na tyle, że przeciągnie się i na wieczór. 

Yves wcale nie był tego taki pewien. Dość już miał krwawych opowieści związanych 

z  historią  twierdzy,  którymi  tak  hojnie  raczyła  go  Feodora.  Pragnął  jednak  zostać,  choć 

zupełnie  z  innych  powodów.  Być  może  nadarzy  się  sposobność,  by  mógł  zabrać  Nicolę  ze 

sobą. 

Uradowała go wiadomość, że stryj jest bezpieczny. 

-  Wasz  stryj  powiedział,  że  macie  zamiar  wyruszyć  w  dalszą  drogę  już  jutro  rano. 

Och, jakże będzie nam was brakowało! Rozumiem jednak, że nie możemy was zatrzymywać. 

Yves uśmiechnął się przepraszająco i rozłożył ręce. 

- To prawda, musimy jechać dalej - stwierdził nie bez ulgi. - Ale muszę przyznać, że 

ta nieoczekiwana przerwa w podróży okazała się nadzwyczaj przyjemna! 

Późnym  popołudniem  wreszcie  nadarzyła  się  okazja,  by  porozmawiać  z  Nicolą  w 

cztery oczy. Ciotka otaczała ją bardzo surowym nadzorem, jakby wciąż o coś podejrzewając. 

Młodzi  odbyli  szybką,  prowadzoną  podnieconym  szeptem  rozmowę.  Po  krótkiej 

naradzie ustalili, że Nicola późnym wieczorem wślizgnie się do jego komnaty i tam zaczeka, 

aż o szarym cichym świcie, kiedy wszyscy śpią, będą mogli się wymknąć. 

- Ale będziemy musieli zachowywać się w waszej komnacie bardzo cicho  - szepnęła 

Nicola.  -  Księżniczka  Feodora  sypia  obok  i  maże  wejść  w  każdej  chwili,  jeśli  nie 

zabarykadujemy drzwi. Ona ma wiele metod. 

Ta  informacja  sprawiła,  że  Yves  przeraził  się  nie  na  żarty,  wiedział  bowiem,  że 

Feodora ma na niego chrapkę. 

Możliwe, że będzie chciała odwiedzić go w wiadomej sprawie. 

background image

- Czy nie moglibyśmy zaczekać w waszej komnacie? - zapytał. 

-  Och,  nie  -  szepnęła  przerażona.  -  Nie  przejdziecie  tam  pozostając  niezauważonym. 

Bądźcie spokojny, ja przyjdę! 

I będziemy mieć dla siebie całą, calutką noc, pomyślał Yves zachwycony. Nie mam 

zamiaru zmarnować tego czasu. 

Nad doliną łagodnie zapadał zmierzch, otulając ją welonem tajemnicy. Biedny Yves, 

niczego się nie spodziewając, z niecierpliwością wyglądał księżyca. Nie zdawał sobie sprawy, 

co oznacza spędzenie nocy w twierdzy Stregesti... 

background image

ROZDZIAŁ III 

Długo  siedzieli  we  troje,  pochłonięci  rozmową.  Zbyt  długo,  zdaniem  Yvesa. 

Wieczorna mgła niczym wilgotny dym już dawno podniosła się z doliny i lasu. Ciemności nie 

pozwalały  jej  dostrzec,  lecz  bez  trudu  można  sobie  było  wyobrazić  zimne,  zwiewne  pasma 

ślizgające  się  i  przylepiające  do  ukrytych  za  zasłonami  okien  jak  gdyby  w  poszukiwaniu 

ludzkiego ciepła. 

Wewnątrz było zacisznie, ale Yves nie mógł pozbyć się nieprzyjemnej świadomości, 

że w powietrzu, mimo wielu zapalonych woskowych świec, dominuje wilgoć. Miał wrażenie, 

że za gobelinami i boazerią z drewnianych bali zbiera się w krople, spływa po kamiennych 

murach i paruje z każdej szpary w podłodze pokrytej zwierzęcymi skórami. 

W  komnacie  panowała  jeszcze  bardziej  ponura  atmosfera,  jeszcze  straszniejsza.  Jak 

gdyby  przesiąknięta  zapachem  grobu  i  zgniłej  ziemi.  Wraz  z  zapadnięciem  nocy  stęchlizna 

stawała się coraz silniejsza, co było dość naturalne, albowiem nocny chłód wdzierał się przez 

stare nieszczelne mury. 

Konwersację  prowadziła  księżniczka  Feodora,  czarująca,  pociągająca  i  tajemnicza. 

Siedziała  bardzo  blisko  Yvesa,  a  płomienie  świec  odbijały  się  w  jej  oczach  i  tańczyły  na 

strojnej  jedwabnej  sukni.  Młodzieniec  starał  się  jak  mógł,  był  szarmancki,  elokwentny  i 

czarował  ją  może  nawet  aż  za  bardzo.  Musiał  się  pilnować,  by  przypadkiem  to  nie  ona 

zawitała nocą do jego komnaty. 

Młodziutka  Nicola  siedziała  w  milczeniu  z  dłońmi  splecionymi  na  kolanach.  Robiła 

wrażenie  istoty  przygnębionej  i  głęboko  nieszczęśliwej.  Próby  włączenia  jej  w  rozmowę, 

podejmowane  przez  Yvesa,  za  każdym  razem  wypadały  niepomyślnie.  Nieodmiennie 

inicjatywę  przejmowała  księżniczka  i  odpowiadała  na  pytania  zamiast  Nicoli.  Niezmiernie 

irytowało to Yvesa. 

Z  drugiej  jednak  strony  nie  mógł  okazywać  Nicoli  zbyt  wyraźnego  zainteresowania. 

Rozmowa  jako  żywo  przypominała  taniec  na  linie  pomiędzy  uwodzącą  go  zazdrosną 

księżniczką a osamotnioną Nicolą. Yves ku swemu wielkiemu rozżaleniu był świadom, że z 

tym tańcem sobie nie radzi. 

Księżniczka  Feodora  zadziwiająco  dobrze  znała  stare  dzieje  i  doprawdy  słuchało  jej 

się z niekłamanym zainteresowaniem, ale przecież nie w nieskończoność! Yves niecierpliwił 

się coraz bardziej. 

Opowiadała łagodnym, usypiającym głosem o czasach, gdy twierdza została oblężona 

background image

przez  Turków,  o  zwycięskim  odparciu  napastników  i  uratowaniu  całego  Ardeal  przed 

jarzmem  tureckim.  Władał  tutaj  wówczas  wojewoda  Borys.  Miał  on  cztery  małżonki,  które 

trzymał  w  zamknięciu,  każdą  oddzielnie,  gdyż  inaczej  pomordowałyby  się  nawzajem,  tak 

wielkie  wzbudzał  pożądanie.  Właśnie  w  komnacie  należącej  niegdyś  do  jednej  z  jego  żon 

miał nocować Yves. Księżniczka wspomniała także wojewodę, który brał udział w bitwie pod 

Mohaczem w roku 1526, kiedy to część Ardeal dostała się pod panowanie tureckie, ale nie był 

to rejon, w którym się teraz znajdowali. 

-  Ale  Ardeal  znalazł  się  w  końcu  pod  wpływem  Austro-Węgier  -  wtrącił  Yves.  -  I 

został przemianowany na Siedmiogród. 

Nie powinien był tego mówić. Feodora najwyraźniej nie lubiła, by przypominano jej o 

tej hańbie. 

Wolałby, aby księżniczka nie siedziała przy nim tak blisko. W całym ciele odczuwał 

przedziwny  niepokój,  którego  źródeł  nie  potrafił  ustalić.  Ogarniały  go  dreszcze,  do  głowy 

przychodziły niezwykłe myśli o śmierci. Z wielkim trudem zachowywał opanowanie. 

Dlatego właśnie, że czuł się tak poirytowany, zapytał dość ostro: 

-  Ale  skąd  wzięła  się  nazwa  Transylwania?  I  tak  wiele  sposobów  jej  pisania?  Jedno 

lub dwa „s”, „i” lub „y” we wszelkich możliwych kombinacjach. 

-  Dla  mnie  kraj  nazywa  się  Ardeal  -  przerwała  mu.  -  Wszystkie  inne  nazwy  są 

wymyślone. 

Aha,  a  więc  nie  jest  Madziarką,  pomyślał  Yves.  Węgrzy  bowiem  zwali  tę  krainę 

Erdely. Ardeal to rumuńska nazwa Transylwanii, czy też, jak kto woli, Siedmiogrodu. 

Wreszcie  Feodora  wstała  i  tym  samym  dała  znak,  że  rozmowa  została  zakończona. 

Nastały  już  najczarniejsze  godziny  nocy.  Yves  był  przekonany,  że  gdyby  w  tym  prastarym 

zamczysku znalazła się taka nowinka jak zegar, z pewnością usłyszałby, jak wybija północ. 

Wkrótce  noc  przerodzi  się  w  początek  nowego  dnia.  Dnia,  w  którym  miał  stąd 

odjechać, trzymając przed sobą na siodle Nicolę. 

Ale najpierw spędzą resztę nocy razem, w jego komnacie... 

Na tę myśl Yvesa oblało gorąco. 

Jej  drobne,  kuszące  ciało  było  tak  blisko  niego,  gdy  trzymając  świece  szli  do  jego 

pokoju. 

Idąc zadumał się nad tym, jak zastanawiająco mało księżniczka Feodora interesowała 

się teraźniejszością, a zwłaszcza  tym, co dzieje  się na świecie. Raz po raz usiłował wtrącić 

coś o swym ojczystym kraju i o Europie, którą przemierzali ze stryjem w swej podróży, ale jej 

wszystko to było obojętne. Żyła przeszłością i nie chciała się od niej oderwać. Przyznawał, że 

background image

zamierzchłe  czasy  były  fascynujące,  owszem,  ale  izolacja  małej  Nicoli  była  w  ten  sposób 

jeszcze głębsza. 

Wkrótce jednak dziewczyna opuści to zamczysko przeszłości. Jakaż to dla niej będzie 

radość? 

Na moment Yves przestał myśleć wyłącznie o sobie. Ale czy na pewno? Był przecież 

zauroczony dziewczyną, pragnął jej, a jednocześnie chciał się poczuć jak szlachetny rycerz. 

Ale  czy  są  uczynki,  które  nie  wywodzą  się  z  egoistycznych  pobudek?  Yves  nie  był 

chyba gorszy od większości ludzi. A w każdym razie nie dużo gorszy. 

Nocą  zamczysko  wydało  się  straszniejsze  niż  kiedykolwiek.  W  migotliwym  blasku 

świec sale i komnaty stawały się jeszcze bardziej niesamowite. Znów szli przez galerię, gdzie 

zmarli członkowie rodu zerkali na nich z zawieszonych na ścianach malowideł. Podczas gry 

światła i cienia portrety zdawały się ożywać. 

Był  tam  Bogdan  Dziki,  który  konno  wjechał  na  stół,  by  wyciąć  w  pień  swych 

nieprzyjaciół. Jakiż musiał być to okrutnik! Lodowate spojrzenie śledziło trzyosobową grupę 

wędrującą korytarzem. A oto Borys i jego cztery żony. Czy ich oczy się nie poruszyły? Do 

której z nich należała kiedyś sypialnia przeznaczona na nocleg dla Yvesa? Do tej w czarnym 

nakryciu  głowy,  której  usta  wykrzywiały  się  w  pogardliwym,  jakby  wszystkowiedzącym 

grymasie? 

Ale wizerunku Anciol, wzgardzonej narzeczonej, nie było  na galerii, jej portretu nie 

zdążono namalować. A tu piękna władczyni, tak bardzo przypominająca Feodorę. Nic w tym 

dziwnego, wszak była jej potomkinią. I podobizny dwóch braci, zgładzonych przez Turków 

pod  Mohaczem.  O  wszystkich  tych  postaciach  i  wydarzeniach  księżniczka  opowiadała  już 

wcześniej z jawnym zachwytem. 

Yves odetchnął z ulgą, kiedy nareszcie minęli niewielkie drzwi kończące galerię. 

Jakże zdoła, uciekając bladym świtem, odnaleźć ze swej komnaty drogę do wyjścia? 

Ach, będzie z nim przecież Nicola, o to więc nie musi się martwić. 

Oby tylko udało im się ujść cało i zdrowo! 

Nareszcie dotarli do jego sypialni. 

Yves poczuł, jak ciarki przebiegają mu po plecach. Cóż, u licha, mogło się tu kryć, że 

wystraszyło go niemal do szaleństwa? 

Jeśli go wzrok nie mylił, nic. 

Pokój  nie  był  duży.  Królowało  w  nim  łoże  z  baldachimem,  wsparte  na  czarnych, 

rzeźbionych nogach. Ściany, tak jak gdzie indziej, pokryte były gobelinami, tutaj z motywami 

myśliwskimi.  Ponieważ  jednak  Yves  nigdy  nie  darzył  zwierząt  szczególnym  uczuciem, 

background image

krwawe sceny wcale go nie poruszyły. 

Nie,  przeraziła  go  raczej  owa  chorobliwa  atmosfera  panująca  w  komnacie.  Jakiś 

zapach czy też zatęchłe, stojące powietrze? Nie potrafił tego określić. 

-  Powinniście  znaleźć  tu  wszystko,  czego  wam  potrzeba  -  powiedziała  Feodora  z 

nieskrywaną  namiętnością  w  głosie,  podejmując  ostatnią  próbę  pozyskania  jego  względów. 

Tak przynajmniej Yves rozumiał jej przymilne słowa i fakt, że nie odstępowała go ani o krok. 

Na  próżno,  moja  śliczna,  nie  ciebie  wybrałem,  powinnaś  to  mimo  wszystko 

zrozumieć! 

Trochę się też bał. Z księżniczką Feodorą nie ma żartów! A jeśli ona rzeczywiście zna 

się na czarach? Będzie z nim wtedy krucho! 

Och,  cóż  za  głupstwa,  zawsze  przecież  byłem  trzeźwa  myślącym  realistą.  Teraz  z 

pewnością  udziela  mi  się  posępny  nastrój  panujący  w  starym  zamczysku,  uspokajał  sam 

siebie. 

Nareszcie odeszły, zastawiając go w ogromnej, niezwykłej ciszy. Teraz znajdował się 

daleko, bardzo daleko od bramy. Trzeba przejść przez galerię... 

Oby tylko Nicola przyszła szybko! 

Nie wiedział, czy ma się rozebrać, czy też nie, spodziewał się wszak wizyty damy! W 

tym  barbarzyńskim  świecie  nie  było  widać  nocnego  stroju,  wcale  go  zresztą  się  tu  nie 

spodziewał. 

Zdjął więc tylko wierzchnie części garderoby i został w koszuli i spodniach. Dojrzał w 

kącie  prastare  lustro  o  nierównej  powierzchni,  przyjrzał  się  swemu  krzywemu  odbiciu  i  z 

samouwielbieniem uznał, że miło na niego patrzeć. 

Nagle nadstawił uszu. 

Głosy? W sąsiedniej komnacie? 

To przecież głosy dam! Najwyraźniej się spierały w swym niezrozumiałym dla niego 

języku. Rozróżniał ostry, kąśliwy głos księżniczki i słaby, rozszlochany Nicoli. 

Bez wątpienia kłóciły się o niego! 

Usiłował  ocenić,  gdzie  się  znajdują,  starał  się  wyobrazić  sobie  rozkład  twierdzy. 

Czworoboczna budowla, zamykająca dziedziniec... Którędy doszli do tego punktu? 

Nie,  nie  mógł  zorientować  się  w  tych  zawiłościach,  zwłaszcza  że  na  zewnątrz 

panowała nieprzenikniona ciemność. Ale możliwe... Tak, absolutnie możliwe, że wydzielona 

część twierdzy należąca do dam graniczyła z jego sypialnią. 

Wpatrywał się w ścianę, zza której dochodziły głosy. 

Wisiał  na  niej  ogromny  gobelin,  przedstawiający  jedną  z  owych  ociekających  krwią 

background image

scen  myśliwskich,  w  których  tak  lubowano  się  w  piętnastym  wieku.  Yvesa  doszły  odgłosy 

stłumionej walki, usłyszał uderzenie, a zaraz po tym łkanie Nicoli. 

Miał  ochotę  rzucić  się  na  bezwzględną  księżniczkę  w  obronie  swej  wybranki. 

Naturalnie  nie  mógł  tego  zrobić.  Oby  tylko  Feodora  nie  powstrzymała  Nicoli,  oby  nie 

udaremniła ich spotkania! On sam nie mógł wyruszyć na poszukiwanie dziewczyny, od razu 

by zabłądził. 

Ściana?  Podszedł  bliżej.  Samotna  woskowa  świeca  którą  mu  zostawiono,  słabo 

oświetlała komnatę, ale musiała wystarczyć. 

Bardzo  ostrożnie  poruszył  gobelin,  jak  gdyby  lękiem  napawał  go  sam  fakt,  że  musi 

dotykać  materii.  Pod  palcami  wyczuł  nieprzyjemną  chropawość,  podobną  do  tej,  jaką  czuje 

się dotykając warzyw korzennych, oblepionych wyschniętą ziemią. 

Gdy  poruszył  krawędź  gobelinu  odsuwając  go  od  ściany,  buchnął  i  zawirował  w 

powietrzu szary pył. Yves zajrzał pod materię. 

Drzwi!  Za  gobelinem  znajdowały  się  drzwi,  zamaskowane  i  zapieczętowane.  Głosy 

słychać było teraz wyraźniej. Nicola nadal usiłowała słabo protestować, lecz stale przerywał 

jej ostry głos księżniczki. 

Do czorta, czy miało to znaczyć, że ich plan został odkryty? I Nicola nie będzie mogła 

przyjść do niego? Nie uciekną razem dziś w nocy? A może Feodora wygrała walkę i  sama 

zamierza odwiedzić komnatę Yvesa? 

Przekleństwo! 

Przyjrzał  się  drzwiom,  pieczęcie  jednak  wydawały  się  zbyt  solidne,  by  mógł  je 

złamać. 

Czy powinien zapukać? Chyba nie, mógłby pogorszyć i tak trudną sytuację Nicoli. 

Biedna,  nieszczęśliwa  istota!  Z  każdą  upływającą  minutą  czuł  się  coraz  bardziej  do 

niej przywiązany. 

Musiał  się  opanować,  pozostawało  jedynie  mieć  nadzieję,  że  sprawy  przyjmą 

pomyślny obrót. Wszystko zależało teraz tylko od niej. Czuł się bezsilny, jakby związano mu 

nogi i ręce w tym straszliwym zamczysku, w którym nie potrafił odnaleźć drogi. Jedyne, co 

mógł  zrobić,  to  czekać.  Do  głowy  przyszła  mu  przerażająca  myśl:  nawet  jeśli  on  nie  może 

otworzyć tych drzwi od swej strony, to może jednak da się to uczynić od drugiej? Jeśli ktoś 

niezauważenie wślizgnie się tu do niego nocą? Ze wszech miar niepożądany gość? 

Nie,  nie  chciał  w  to  uwierzyć.  Drzwi  wyglądały  tak  solidnie,  nie  może  myśleć  jak 

wystraszony dzieciak! 

Głosy umilkły, najwyraźniej kobiety udały się na spoczynek. 

background image

Poza  chudym woźnicą nie  spotkał nikogo  ze  służby. Księżniczka  dała im  wychodne, 

by nikt nie przeszkadzał w podejmowaniu dostojnych gości. 

Yves  zastanawiał  się,  gdzie  mogli  przebywać  służący.  Część  budowli,  mieszcząca 

pokoje dla służby, przez cały wieczór pogrążona była w ciemnościach. 

Może poszli do wioski? Do karczmy? 

Właściwie im zazdrościł, pragnął w tej chwili znaleźć się na ich miejscu. 

Ale była przecież Nicola! 

Z  pewnością  wprawi  stryja  w  zdumienie,  gdy  wczesnym  rankiem  przyprowadzi  ze 

sobą dziewczynę. Baron jednak nie powinien się gniewać. Dobra partia, świetne nazwisko w 

kraju,  w  którym  zamierzali  się  osiedlić.  Panna  z  rodu  wojewody.  Przypuszczał,  że  to  zrobi 

dobre wrażenie. 

A  może  jednak  stryjowi  wcale  się  to  nie  spodoba?  Może  poprzedniej  nocy  on  i 

księżniczka  przeżyli  wspólnie  miłosną  przygodę?  I  dlatego  baron  będzie  zły  na  Yvesa,  że 

sprzeciwił się pięknej czarownicy? 

Nie  zdając  sobie  sprawy,  że  nazwa  „Stregesti”  pochodzi  właśnie  od  słowa 

„czarownica”, Yves nazwał tak księżniczkę Feodorę. Przedziwny zbieg okoliczności. 

Yves  stał  przez  chwilę,  nie  mogąc  się  zdecydować  co  do  dalszych  działań.  Kiedy 

jednak zza ściany nie dobiegały już żadne odgłosy i nic więcej się nie wydarzyło, niechętnie 

podszedł  do  łoża.  Miał  wrażenie,  że  powinien  całkowicie  zarzucić  szlachetne  myśli  o 

ratowaniu  zadręczanej  panny.  Pozostawała  jedynie  nadzieja,  że  ranek  przyniesie  nowe 

możliwości, ale szanse na to były raczej nikłe. 

Yves przysiadł na brzegu łoża, nie miał wcale ochoty się kłaść. Wydawało mu się, że 

sufit  z  grubych  bali  zaraz  go  przygniecie,  przerażały  go  także  ciemne,  zakurzone  fałdy 

baldachimu. 

A najmniejszą już miał ochotę na zgaszenie świecy! 

Zastanawiał się, czy będzie się palić przez całą noc, czy wystarczy jej do chwili, gdy 

wstanie świt? 

Jesteś  durniem,  Yves,  powiedział  sam  do  siebie.  Mieszkasz  tu  jak  książę,  ty,  który 

sypiałeś po stodołach i w przydrożnych rowach w czasie wędrówki przez Europę. Nie bądź 

śmieszny! 

Wokół  twierdzy  zapadła  cisza,  jak  gdyby  nagle  ustały  wszystkie  wichry  świata  i 

umilkły wszelkie odgłosy życia. 

Zesztywniał. Czy nie słyszał przypadkiem czyichś drobnych kroków? 

W  korytarzu?  Jakby  z  galerii?  Ktoś  przechodził  przez  nią  i  zbliżał  się  do  jego 

background image

komnaty? 

Nadchodziła jedna z kobiet. Ale która? 

Odczuł niewypowiedzianą ulgę, gdy w drzwiach pojawiła się wdzięczna postać Nicoli. 

Chciał podbiec do niej i porwać ją w ramiona, ale ona położyła palec na ustach, wskazując 

dłonią na ścianę zakrytą gobelinem. 

W  jej  oczach  igrały  szelmowskie  błyski.  W  milczeniu,  bezszelestnie  podeszła  do 

niego,  ubrana  tylko  w  zwiewną  przezroczystą  koszulę.  Cienka  niczym  welon  materia 

wdzięcznie falowała wokół jej ciała. Dziewczyna uniosła ramiona i wpadła w jego objęcia. 

Jakaż ona lekka! Niczym leśny elf! Przyciskając usta do jej ucha szepnął: 

- Czy to wszystko, co masz zamiar zabrać ze sobą podczas ucieczki? 

- Och, nie, nie - odszepnęła i gestem wskazała, że bagaż zostawiła za drzwiami. 

Nieco ryzykowne w wypadku, gdyby księżniczka wybrała się na nocną przechadzkę, 

lecz  Yves  był  tak  upojony  bliskością  Nicoli,  którą  trzymał  w  ramionach,  że  nie  dbał  o 

niebezpieczeństwo.  Nareszcie  byli  razem,  życie  stało  przed  nimi  otworem,  we  dwójkę  byli 

niezwyciężeni! 

Nicola rozpuściła swe gęste czarne włosy, sięgały jej teraz do bioder. Yves był jednak 

przekonany,  że  włosy  księżniczki  są  jeszcze  dłuższe,  aż  do  kolan.  Pieścił  gęste  sploty 

dziewczyny,  nareszcie  mógł  poczuć,  jak  są  gładkie.  W  kobiecych  włosach  jest  coś 

zmysłowego,  myślał.  To  ich  atut  w  uwodzeniu  wielkich,  silnych  mężczyzn.  Zawsze  miał 

słabość do długich, ciemnych loków; już gdy ich dotykał, jego ciało reagowało podnieceniem, 

snuł fantazje o tym, co później może się wydarzyć... 

- Zimno mi - szepnęła. 

O, tak, ucieszył się. Przemykała przez zionące chłodem korytarze twierdzy tak cienko 

ubrana. Czuł chłód jej skóry przy swojej. 

-  Chodź,  ogrzeję  cię  -  szepnął  i  poniósł  ją  do  łoża,  tak  jak  przed  nią  nosił  wiele 

młodych i trochę starszych kobiet. Ale teraz tkwiło w tym coś szczególnego. Nigdy dotąd nie 

trzymał  w  objęciach  tak  tajemniczej,  podniecającej  dziewczyny!  Ogromną  rolę  w  jego 

odczuciach odgrywało z pewnością otoczenie i niezwykła sytuacja. Wyrwać ją spod władzy 

pięknej acz złej czarownicy, uratować i przywrócić do życia wśród ludzi, pojąć za żonę - ją, 

pannę  z  książęcego  rodu...  A  przede  wszystkim  kobietę,  którą  naprawdę  mógł  nauczyć 

kochać! Do tej pory miłosne przygody Yvesa były bardzo zwyczajne. Teraz wszystko będzie 

inaczej! 

Był pewien, że młodziutka Nicola stanie się miłością jego życia! 

Okrył ją starannie i ułożył się obok niej pod kołdrą. W blasku świecy obserwował jej 

background image

regularny, delikatny profil. 

Położyła mu dłonie na piersiach. 

-  Bardzo  proszę  -  odezwała  się  błagalnie.  -  Jestem  cnotliwą  dziewczyną!  Bądź  dla 

mnie dobry! 

Jeśli dobrze zrozumiał jej słowa, nie była mu wcale niechętna. On sam wprost płonął z 

pożądania, ale wiedział, że dziewice zdobywa się łagodnością. 

-  Najdroższa  -  szepnął  czule.  -  Nawet  przez  myśl  by  mi  nie  przeszło  zhańbić  twoją 

czystość!  Przy  mnie  możesz  czuć  się  całkiem  bezpieczna.  Moja  miłość  do  ciebie  jest  tak 

wielka, że nie śmiem cię tknąć. 

Pod  przykryciem  było  chłodno,  a  ona  nie  dawała  z  siebie  ani  odrobiny  ciepła,  tak 

bardzo zdążyła przemarznąć. To on musiał rozgrzać ich oboje. 

Wydawało się właściwie, że słowa młodzieńca sprawiły Nicoli zawód. Uśmiechnął się 

ukradkiem. Zrozumiał, że jest ona kobietą o gorącej krwi, zmuszoną do życia w cnocie przez 

swą zaborczą ciotkę. Teraz była bardziej niż dojrzała do miłosnej przygody, lecz jej kawaler 

okazał się nazbyt rycerski. Cóż za szkoda! 

Kiedy Yves pojął, z jaką kobietą ma do czynienia, zdecydował się zagrać w otwarte 

karty. 

- Ach, najdroższa! - jęknął. - Myślę, że nie będę mógł nas rozgrzać! 

- Ale dlaczego? 

- Delikatność zabrania mi o tym mówić. 

- Drażnisz moją ciekawość! Chcę to usłyszeć! 

Uniósłszy się nieco, wsparła się na łokciu, a prześliczne włosy miękko spadały jej na 

twarz. Ach, Boże, jakże pragnął się w nie zanurzyć; rozpalił się jeszcze bardziej, aż mówienie 

przychodziło mu z trudem. 

- Droga panno Nicolo, rozumiesz chyba, co się ze mną dzieje? 

- Ależ nie, skąd mogłabym wiedzieć - odparła naiwnie. 

- Twoja bliskość... Jestem tak wzburzony, iż obawiam się, że nie będę mógł dotrzymać 

danej ci obietnicy, ja... 

Odwrócił się, udając, że zaraz wybuchnie płaczem. 

-  Ależ,  najdroższy  przyjacielu  -  powiedziała  zmartwiona.  -  Nie  chcę,  byś  musiał  ze 

względu na mnie opuścić łoże! Już raczej ja wstanę. 

- Och, nie, nie! - wykrzyknął. Znów pochwycił ją w objęcia i nie wypuszczał. A potem 

odegrał cały przećwiczony już wcześniej rytuał: z trudem chwytał oddech, jak osoba porażona 

miłością  i  pożądaniem,  drżąc  na  całym  ciele  przyciągnął  jej  głowę  jak  najbliżej  do  swojej. 

background image

Właściwie  w  jego  zachowaniu  nie  było  nic  nienaturalnego,  gdyż  wcale  nie  udawał 

namiętności. Grać musiał jedynie rozpacz, którą odczuwał na myśl o zhańbieniu jej czystości. 

Nicola  jednak  zrezygnowała  już  z  walki,  sama  ogarnięta  namiętnością  i  gwałtowną 

burzą  doznań,  jaką  wzbudziła  w  niej  bliskość  mężczyzny.  Yves  pochlebiał  samemu  sobie, 

myśląc, że nie każdemu oddałaby się tak gorączkowo. Wzdychała cicho, jak gdyby wstydziła 

się  własnych  uczuć,  ale  była,  tak  jak  i  on,  bezpowrotnie  stracona.  Jeszcze  tylko  odrobina 

wahania...  Odegnał  resztki  niepewności  czułymi  pocałunkami,  obsypał  nimi  jej  twarz, 

ramiona i piersi, osłonięte cieniutkim płótnem. Nawinął jej włosy na dłoń i poczuł, że tonie w 

zmysłowej ekstazie. 

- Bardzo proszę - szepnęła. - Tak bardzo, bardzo proszę. 

A on nie wiedział, czy błaga go o litość, czy też prosi, by się pospieszył... 

Niezwykła  była  to  noc.  Yves  nigdy  jeszcze  nie  znalazł  takiej  rozkoszy  w  objęciach 

kobiety.  Choć  miał  trudności  z  rozgrzaniem  jej  biednego  zziębniętego  ciała,  to  jednak 

wydawało mu się, że całe łoże wibruje z gorąca. On sam był spocony i rozpalony niczym w 

gorączce,  przechodził  samego  siebie  w  dawaniu  jej  dowodów  miłości.  Z  początku, 

oczywiście, była wystraszona i onieśmielona, ale Yves okazał cierpliwość i wyrozumiałość, 

aż w końcu poddała się, przełamując wszelkie bariery. 

Ach, cóż to była za noc! 

W końcu zasnęli, po prostu z wycieńczenia, nie myśląc wcale o tym, że o świcie mają 

wyruszyć, zanim jeszcze ciemność ustąpi miejsca światłu czy zapieje kogut. 

Yves  miał  wrażenie,  że  znajduje  się  w  niebie, na  miękkiej  chmurze,  i  zapadał  coraz 

mocniej w głęboki, zasłużony sen. 

Obudził się z wrażeniem, że w komnacie unosi się jakiś dziwny zapach. 

Szare  światło  poranka  sączyło  się  przez  pomarszczoną  szybę  małego  okienka, 

delikatnie  oświetlając  przeciwległą  ścianę.  Nicola  jeszcze  spała,  głęboko  zakopana  w 

poduszki. 

Na miłość boską! pomyślał. Mieliśmy przecież wyruszyć! Musimy się spieszyć! 

W komnacie jednak znajdowało się coś obcego, coś, co go obudziło. 

Szeleszczący, ledwie słyszalny dźwięk... Dochodził od strony ściany z gobelinem. 

Yvesa zdjął przedziwny lęk, nieodparta, gwałtowna chęć ucieczki. 

Nie może zbudzić Nicoli, zanim nie dowie się, co się wokół niego dzieje. Nie chciał 

jej niepotrzebnie straszyć. 

Kiedy  ostrożnie  usiadł  i  zwiesił  nogi  nad  krawędzią  łoża,  zauważył  jeszcze  jedną, 

bardziej  zdumiewającą  okoliczność.  Nadal  był  -  jeśli  można  tak  powiedzieć  -  zdolny  do 

background image

kochania.  To  prawda,  w  ciągu  nocy  zwrócił  uwagę,  że  siła  jego  męskości  zdawała  się 

niewyczerpana, ale spodziewał się, że zmęczenie, a później sen położą kres jego podnieceniu. 

Ale nie, tak się nie stało. 

Choć, naturalnie... to przecież powszechnie znany fenomen poranny, wkrótce więc ten 

stan ustąpi. 

Gorzej przedstawiała się sprawa z tym, co działo się przy gobelinie. 

W  komnacie  było  zbyt  ciemno,  by  mógł  rozróżnić  szczegóły.  Ale  tam  wyraźnie coś 

było. 

Z lękiem przypomniał sobie, z jaką łatwością tkanina odsuwała się od ściany. A drzwi 

ukryte za nią... Może od tamtej strony dało się je otworzyć? 

Gniew  zazdrosnej  kobiety  jest  niebezpieczniejszy  niźli  wszystko  inne  na  ziemi, 

wiedział  o  tym  z  doświadczenia.  Yves  był  we  Francji  bardzo  popularnym  mężczyzną. 

Kobiety,  które  czuły  się  przez  niego  pominięte  lub  oszukane,  często  wyładowywały  swój 

gniew na nim lub jego aktualnej wybrance. 

Musiał ochronić Nicolę. 

Nie  mógł  tego  uczynić  nagi  i  bez  broni.  Po  omacku  szukał  swej  garderoby  i  korda, 

zanim  jednak  je  odnalazł,  zamarł  w  półruchu  i  stanął  jak  skamieniały  ze  wzrokiem 

utkwionym w gobelinie. 

Tam, wysoko na ścianie, między twarzą myśliwego a rogami jelenia, znajdowało się 

coś,  co  poruszało  się  i  przesuwało  po  tkaninie.  I  nagle  z  szumem  oderwało  się  od  ściany, 

uderzyło o jego twarz i upadło na łoże. 

- Nicola - szepnął Yves przerażony. 

Nadal nie mógł zobaczyć, co to jest, ale zakładał, że ma do czynienia ze zwierzęciem. 

- Nicolo! 

Dziewczyna nie budziła się. W geście rozpaczy zerwał z niej przykrycie. 

Nic więcej nie zdążył uczynić, gdyż owo coś ze straszliwym szelestem rzuciło się na 

niego, oplatając go tak ciasno, że całą energię musiał skoncentrować na obronie przed lepkim, 

duszącym uściskiem. 

Teraz Yves rzeczywiście bliski był utraty zmysłów z przerażenia. Krzyczał bezradnie, 

rozdzierająco, walił rękami na oślep, walczył z całych sił, chcąc się uwolnić i uciec. 

Albowiem teraz zobaczył. 

Półmrok  świtu  nie  skrywał  już  przed  nim  tego,  co  rozgrywało  się  w  tej  komnacie 

grozy. 

- Nicolo! - wrzasnął oszalały z przerażenia. - Nicolo! 

background image

To  coś  legło  mu  na  ustach  i  zdusiło  krzyk.  Oplotło  ciało,  uniemożliwiając 

zaczerpnięcie  powietrza.  Rozpaczliwym  wysiłkiem  udało  mu  się  to  pochwycić,  oderwać  i 

odrzucić daleko od siebie. 

Do łoża już się nie zbliżał. Uciekał, nie oglądając się na Nicolę. Jedyne co mógł robić, 

to ratować własną skórę. Serce waliło mu w piersi, jakby miało zaraz ją rozsadzić. Wytoczył 

się  przez  drzwi  bez  ubrania  i  broni,  mając  przed  sobą  jeden,  jedyny  cel:  uciec,  uciec  jak 

najdalej! 

Potykając się, z dławiącym szlochem w gardle biegł przez galerię. 

W  tym  samym  momencie  usłyszał  przerażający  syk  tego,  co  go  ścigało,  poczuł,  jak 

śmignęło mu nad głową i znalazło się na końcu galerii przed nim. Szszuuu, i znów zawisło 

mu na szyi. 

Yves  charczał  i  wrzeszczał,  rozpaczliwie  walczył  ze  straszliwym  przeciwnikiem,  aż 

wreszcie zdołał się wyrwać. Zatrzasnął drzwi do galerii za sobą, ale nie miał pojęcia, gdzie się 

znajduje, zapomniał, którędy szli poprzedniego wieczoru. 

Biegnąc na oślep mijał komnatę za komnatą, pędził korytarzami, skręcał. Przez małe 

okienka nadal wpadało zbyt mało światła, by mógł się rozeznać, gdzie jest. 

Zatoczył się pod jakieś drzwi i otworzył je mocnym szarpnięciem. 

Zbyt  późno  uprzytomnił  sobie,  że  ledwie  widoczne  rzeźbienia  na  płycie  odrzwi 

wskazywały, iż prowadzą one do tajemnych kobiecych komnat. 

Natychmiast  usiłował  wydostać się stamtąd,  lecz drzwi się zatrzasnęły.  Nie  pomogło 

szarpanie i ciągnięcie, nie dawały się otworzyć. 

No, cóż, w każdym razie uchronił się od tego okropieństwa! Stąd na pewno nie było 

innego wyjścia, chyba że połączenie z pokojami dla służby. 

Służba! Cóż za cudowne słowo! Oni go uratują... 

Oczy powoli przywykły do panujących tu ciemności. Szedł dalej, minął jeszcze jedne 

drzwi i wszedł do... 

Ale co tam leży pod następnymi drzwiami? Tymi, które z pewnością muszą prowadzić 

do wyjścia? 

To  człowiek!  Człowiek  wpatrujący  się  w  przestrzeń  pozbawionymi  życia  oczami. 

Uduszony, martwy, z paznokciami zdartymi do krwi o drzwi... 

Nagi, ze znakami na skórze pozostawionymi jakby przez zaciśnięte, cienkie sznurki... 

Ze swą męską dumą w pełnej gotowości. Dokładnie tak samo jak on! Pomimo opętańczego 

strachu, mimo męczącej ucieczki korytarzami twierdzy jego męskość nadal przedstawiała się 

imponująco. Niepojęte, to... to... 

background image

Słabe światło wschodzącego słońca wydobyło z mroku twarz leżącego mężczyzny. 

- Stryju! - krzyknął Yves w przypływie bezdennej rozpaczy. 

Coś z szumem opuszczało się z belek na suficie... 

Parę dni  później  karczmarz Zeno  wybrał się do ogrodu  po warzywa. Wtedy  właśnie 

zauważył dwa konie pasące się na łące nad rzeką. 

Zeno westchnął głęboko. 

-  Matko!  -  zawołał  do  żony,  stojącej  w  oknie  na  piętrze.  -  Możesz  sprzątnąć  izbę 

Francuzów.  Sprawdź,  czy  w  ich  rzeczach  nie  ma  czegoś,  co  nam  się  przyda.  Resztę 

wyrzucimy. 

Do  tego  właśnie  miasteczka  późnym  latem  tego  samego  roku  przybył  Heike  Lind  z 

Ludzi Lodu. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Heikemu dobrze się wiodło u przybranych rodziców. 

W  ogromnym  stopniu  było  to  jego  własną  zasługą,  ale  też  nie  bez  znaczenia  była 

dobroć i wyrozumiałość Eleny oraz Milana. 

Kiedy ta para wraz ze swym przybranym synem osiedliła się w Planinie w Słowenii, 

nie obyło się, rzecz jasna, bez kłopotów. W wiosce niechętnym okiem patrzono na odmieńca. 

Pięciolatek nie był wszak podobny do ludzi. A sądząc po jego złym ojcu... Wielu uważało, że 

jest on dzieckiem samego diabła. 

Naturalnie  chłopcu  niełatwo  było  przystosować  się  do  świata  ludzi.  Spędziwszy  tak 

wiele  lat  w  ciasnej  klatce,  nie  od  razu  stał  się  grzecznym  dzieckiem.  Elena  przeżyła  wiele 

gorzkich  chwil,  często  zastanawiając  się,  czy  słusznie  postąpiła,  podejmując  się  jego 

wychowania. 

Pierwsze, co musiała zrobić, gdy już znaleźli się w domu, to odebrać chłopca z ramion 

Milana i wykąpać go w gorącej wodzie. Milan przyniósł nożyce do strzyżenia owiec i ściął 

malcowi  skołtunione  włosy  do  gołej  skóry.  Wydawać  by  się  mogło,  że  nie  są  to  czynności 

wymagające  wielkiego  trudu,  ale  tym  razem  było  inaczej.  Zarówno  kąpiel,  jak  i  strzyżenie 

Heike  uznał  za  straszliwe  tortury  i  jedynie  dzięki  sile  i  cierpliwości  Milana  udało  się  te 

zabiegi doprowadzić do szczęśliwego końca. 

Pierwszy dzień był dla wszystkich koszmarem. 

Elenę i Milana przerażała także mistyczna mandragora. Bali się jej dotykać, gdyż tam, 

tak  niedaleko  Morza  Śródziemnego,  dobrze  znano  opowieści  o  niezwykłej  mocy  alrauny. 

Pozwolili jednak chłopcu ją zatrzymać, nie śmieli się przeciwstawiać. 

Tej  nocy Heike nareszcie  spał  w prawdziwym łóżku.  Leżąc już,  z policzkami  ciągle 

mokrymi  od  łez,  wpatrywał  się  w  Elenę  i  Milana  oczami  połyskującymi  żółto  w  brzydkiej, 

zdeformowanej twarzy i czuł się bardzo, bardzo nieszczęśliwy i zagubiony, choć jednocześnie 

ciało było pełne nowych, rozkosznych wrażeń. 

Z czasem się przyzwyczaił. Przywiązał się da obojga i wprost śmiertelnie się bał, gdy 

nawet na chwilę znikali z pola jego widzenia. 

W wiosce jednak nie układało się równie łatwo po tym, jak Elena i Milan pobrali się i 

przenieśli  do domu Milana.  Ludzie znaczyli krzyżem drzwi swych domostw, Milan i  Elena 

czuli się odsunięci od wspólnoty, a wychowanie tak bardzo zaniedbanego Heikego sprawiało 

im naprawdę nie lada kłopoty. 

background image

Tak upłynął pierwszy rok. 

Później  zaczęto  akceptować  chłopca,  zwłaszcza  że  wokół  niego  nie  działo  się  nic 

niesamowitego. 

A potem przyszły na świat kolejne dzieci, własne potomstwo Milana i Eleny. Rodziły 

się  co  rok  i  nikt  chyba  nie  miał  lepszego  opiekuna  niż  one.  Heike  gotów  był  nieba  im 

przychylić  i  wprost  nie  wiedział,  co  dobrego  maże  jeszcze  uczynić  dla  swego  młodszego 

rodzeństwa. Zajmował się nim od urodzenia, pomagał Elenie w domu i Milanowi w pracach 

na polu. Dzieci rosły i z czasem zaczęły traktować starszego brata jak bohatera. Również inni 

malcy  z  wioski  uwielbiali  Heikego.  Dzieci  nie  dostrzegały,  jak  bardzo  zniekształcona  jest 

jego  twarz.  Heike  urósł,  nabrał  niezwykłej  siły,  a  jego  włosy  odzyskały  normalną  długość. 

Dzieci były przekonane, że Heike może „wszystko”. 

Wkrótce  Heike  nawet  pozyskał  w  wiosce  przyjaciela.  Był nim  młody  chłopak,  obcy 

tak  jak  on  przybysz,  który  z  pewnych  przyczyn  musiał  opuścić  swe  rodzinne  strony, 

Wołoszczyznę. Z początku wszyscy mieszkańcy Planiny byli przeciwni przyjęciu Dimitriego 

-  takie  bowiem  imię  nosił  chłopak  -  do  wioskowej  wspólnoty,  przede  wszystkim  dlatego, iż 

nie rozumiano, co mówił. 

Mały  Heike  postanowił  więc  zająć  się  chłopcem,  by  ten  nie  czuł  się  tak  bardzo 

samotny. Na początku Dimitrie opędzał się od niego jak mógł, nie chcąc mieć do czynienia z 

takim stworem. Wkrótce jednak zostali przyjaciółmi. 

Heike nauczył Dimitriego mowy mieszkańców Planiny, jednocześnie, co było wszak 

naturalne,  ucząc  się  języka,  jakim  posługiwano  się  na  Wołoszczyźnie,  czyli  po  prostu 

rumuńskiego. Później miało mu się to bardzo przydać! 

Rzecz jasna mały Heike na razie nic o tym nie wiedział. 

Jego  talent  językowy  był  niespotykany.  W  niezwykle  krótkim  czasie  nauczył  się 

słoweńskiego, wcześniej opanował szwedzki i niemiecki, a teraz dołączył jeszcze rumuński. 

Oczywiście  nie  znał  tego  języka  doskonale,  ale  wystarczająco,  by  porozumiewać  się  z 

Dimitriem. 

Przez  trzy  lata  spędzili razem  wiele  czasu,  a  później  Rumun  zapragnął  wyruszyć  do 

Wenecji, by tam szukać szczęścia. Z jego decyzją łączyła się pewna historia, z dziewczyną z 

wioski,  która  wybrała  innego.  Dimitrie  ciężko  to  przeżył  i  Heike  przez  całą  noc  musiał  go 

pocieszać,  podczas  gdy  Dimitrie  wlewał  w  siebie  śliwowicę  i  wpadał  w  coraz  bardziej 

sentymentalny nastrój. Powiedział nawet o Heikem „mój kochany diabeł” w swoim języku. 

Rozstanie było bardzo smutne, Heike jeszcze długo tęsknił za przyjacielem. 

Ale  nie  miał  na  co  narzekać  w  domu  Eleny  i  Milana,  którzy  naprawdę  potrafili 

background image

docenić  tego  chłopca  o  straszliwie  zniekształconej  twarzy,  lecz  gorącym  sercu.  Nie  umieli 

sobie wyobrazić, co zrobiliby bez niego. 

Heikego zaakceptowali także dorośli mieszkańcy wioski, no, może z wyjątkiem kilku 

starców, którzy upatrywali w nim wroga kościoła. Ale ich i tak nikt nie słuchał. 

Gdy zdarzyło się, że jakaś owca zabłąkała się w niebezpiecznym lesie, wysyłano po 

nią  Heikego, on bowiem ani  trochę  nie  obawiał  się lasu i zawsze  udawało mu się odnaleźć 

zagubione zwierzę, i to najczęściej żywe. Ale nawet jeśli było martwe, przynosił je do wioski, 

by ludzie wiedzieli, co się wydarzyło. 

Jego wyprawy do lasu  dziwiły wielu. Nigdy natomiast nie zapuszczał się do gęstwin 

wokół Adelsbergu. Były to, co prawda, najbardziej niebezpieczne okolice, ale większość ludzi 

uważała, iż niechęć Heikego wynikała z faktu, że tam właśnie powieszono jego ojca. 

Nic nie wiedzieli o przyjacielu Heikego, tym, którego zwano Wędrowcem w Mroku. 

Widywano  go  teraz  rzadziej  i  nikt  nie  przypuszczał,  że  to  właśnie  owa  postać 

powstrzymywała Heikego od zbliżania się do miejsca, w którym spoczywał Tengel Zły. Gdy 

tylko chłopiec znalazł się zbyt blisko adelsberskich lasów, pojawiał się tajemniczy, milczący 

olbrzym i ostrzegając, wstrzymywał go przed dalszą wędrówką. Heike uśmiechał się wtedy, 

kiwał głową i posłusznie zawracał. 

Można  by  przypuszczać,  iż  to  Tengel  Dobry  trzymał  chroniącą  dłoń  nad  swym 

dalekim krewnym, ale tak nie było. Kim naprawdę był ów tajemniczy wędrowiec, okaże się 

dopiero  znacznie  później,  a  wówczas  zagadka  Ludzi  Lodu  zacznie  układać  się  w  bardziej 

logiczną całość. 

Kiedy Heike miał czternaście lat, zaszły osobliwe wydarzenia. Jedynie on wiedział, co 

działo się naprawdę, ale wszyscy w wiosce i tak łączyli owe wydarzenia z nim. 

Elena  i  Milan  mieli  już  dużo  dzieci  i  Milan  wielce  się  trudził,  by  wyżywić  całą 

rodzinę.  Ogromną  pomocą  był  mu  przybrany  syn,  który  pracował  od  świtu  do  nocy,  by 

jałowa, kamienista ziemia Milana wydała plon. 

Zagroda  Milana  zawsze  należała  do  najbiedniejszych  w  całej  wiosce.  Gospodarstwo 

było  nawet  dość  spore,  ale  co  z  tego,  jeśli  zamiast  ziemi  miał  twardą  skałę  i  usłane 

kamieniami pola. 

Pewnego  dnia,  kiedy  cały  drobiazg  ułożono  już  spać,  Heike  i  jego  przybrani  rodzice 

siedzieli  przy  stole  w  kuchni.  Na  podłodze,  w  łóżkach i  gdzie  tylko  znalazło  się  miejsce  w 

małej ciasnej chatce leżały dzieci. 

Elena i Milan tracili nadzieję. Plony w tym roku okazały się marne, z pożywieniem na 

zimę mogło być krucho. 

background image

-  Ojcze  i  matko  -  odezwał  się  Heike;  tak  właśnie  bowiem  zwracał  się  do  swych 

przybranych rodziców. - Wiecie, że pochodzę z niezwykłego rodu... 

Pokiwali głowami. Nie musiał przekonywać, to widać było już na pierwszy rzut oka. 

-  Solve  wiele  opowiadał  o  moich  przodkach  -  ciągnął  Heike.  -  Noszę  w  sobie  złe 

dziedzictwo,  ale  byłem  świadkiem,  co  uczyniło  ono  z  Solvem.  Wiem  też,  że  najwięksi  z 

moich przodków zdołali zwalczyć zło i przemienić je w równie silne dobro. 

Milan przykrył dłonią kościstą, brązowoszarą rękę chłopca. 

- Sądzę, że idziesz w ich ślady, Heike - rzekł ciepło. 

- Staram się. Ale to trudniejsze, niż wam się wydaje. Zdarza się, że narasta we mnie 

ogromna chęć czynienia zła. To bardzo niszczące uczucie i wykorzystuję całą siłę swej woli, 

by je zdławić. W ostatnich latach tkwiące we mnie zło staje się coraz słabsze. 

-  Wiemy  o  tym  -  roześmiała  się  Elena.  -  Na  początku  rzeczywiście  umiałeś  się 

gniewać. Kiedy coś nie szło po twojej myśli, kubki i talerze tylko świstały nam koło uszu. Ale 

to było już dawno, teraz jesteś naszym największym skarbem, Heike. 

- Zaraz po dzieciach. 

- Jesteś jednym z dzieci, Heike. 

- Dziękuję - mruknął wzruszony. - Ale nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że złemu 

dziedzictwu towarzyszy coś jeszcze: zdolność dokonywania rzeczy, których nie potrafią inni 

ludzie. 

-  Tak -  w głosie Milana zabrzmiał smutek.  - Zauważyłem to  i  owo, ale nie  chciałem 

się wtrącać. Tak jak wtedy, gdy Elena wydała na świat najmłodszego chłopczyka... Gdybyś 

nie był wówczas przy niej i nie przyłożył do niej dłoni, żadne nie żyłoby dzisiaj. Co wtedy 

mruczałeś pod nosem? 

-  To  było  w  moim  języku  -  odparł  Heike  wymijająco.  -  Ale  nigdy  nie 

wykorzystywałem swoich zdolności, by czynić zło. 

- O tym wiemy. 

-  No,  cóż,  wszyscy  teraz  jesteśmy  świadomi,  że  głód  puka  do  naszych  drzwi.  Czy... 

czy  pozwolicie  mi  spróbować?  Czegoś,  czego  nigdy  dotąd  nie  robiłem,  a  co  według  słów 

Solvego da się zrobić? 

Wiedzieli,  że  Heike  nigdy  nie  nazywał  Solvego  ojcem,  nie  miał  zresztą  ku  temu 

powodów.  Człowiek,  który  przez  pięć  lat  dręczył  i  zadawał  cierpienia  dziecku,  nie  ma 

żadnego prawa, by zwać się jego ojcem. 

Milan zapytał z wahaniem: 

- To, o czym myślisz... czy może wyrządzić komuś krzywdę? 

background image

- Nie. 

- A czy łączy się z jakimkolwiek niebezpieczeństwem? 

- Nie sądzę. Wiem jedynie, że muszę złamać wszelkie przyjęte normy, nie powinniście 

więc rozpowiadać o tym w wiosce. A zwłaszcza nie mówić nic księdzu! 

- Nie zgadzamy się na czczenie Szatana. 

Heike potrząsnął głową. 

- To nie ma nic wspólnego z Szatanem. 

- Czy nie mógłbyś powiedzieć nam...? 

-  Nie  wolno  mi  -  odrzekł  Heike.  - Inni mogliby się o tym dowiedzieć i zapragnęliby 

zdobyć... 

Milan domyślił się już, jakie zamiary ma Heike. Skinął głową z przyzwoleniem. 

Elena przyglądała im się pytająco, ale nie powiedzieli już nic więcej. 

Tego wieczoru Heike poszedł spać do małej obórki, musiał bowiem zostać sam. Milan 

pomógł  mu  przygotować  posłanie  obok  przegrody  dla  owiec,  a  potem  kiwnął  głową, 

wyrażając tym zrozumienie dla tajemnego przedsięwzięcia, i wrócił do domu. 

Heike  miał  zaledwie  czternaście  lat.  Bał  się,  ale  musiał  pomóc  tym,  którzy  tak 

wielkodusznie zajmowali się nim od wielu lat. 

Kiedy  w  całym  gospodarstwie  zapadła  cisza,  Heike  zdjął  mandragorę,  którą  zawsze 

nosił na szyi. Zapatrzył się w stary, pokrzywiony korzeń, którego nie czuł podczas noszenia. 

A Solve prawie nigdy nie mógł go nawet dotknąć. 

Mandragora  była  świadkiem  wielu  wydarzeń.  Większość  z  nich  przesłaniała  przed 

Heikem mgła tajemnicy. Wiedział, że kiedyś należała do Tengela Złego, ale on musiał się jej 

pozbyć.  Tym  samym  mandragora  dała  dowód,  że  stoi  po  stronie  dobra,  zwalcza  Tengela 

Złego. 

Później  następowała  ogromna  przepaść  w  czasie  aż  do  chwili,  gdy  pojawiła  się  u 

Tengela Dobrego. Następnie odziedziczyła ją Sol, w której przekleństwo Ludzi Lodu tkwiło 

zbyt  mocno,  by  odpowiadało  to  mandragorze.  Tarjei  nie  miał  żadnej  pociechy  ze  starego 

korzenia, może dlatego, że nie wierzył w jego działanie. Ale Kolgrim, biedny Kolgrim, zabrał 

mandragorę ze sobą do grobu. Zniknęła wtedy z powierzchni ziemi na całe osiemdziesiąt lat 

aż do czasu, gdy ci szaleńcy, Ulvhedin, Ingrid i Dan, wyprawili się do Doliny Ludzi Lodu na 

jej poszukiwanie. 

Odkryli  wówczas  przerażającą  prawdę:  mandragora  o  własnych  siłach,  bez  niczyjej 

pomocy, zdołała wydostać się z grobu i usiłowała dotrzeć do ludzi. 

Nie zaszła daleko. Przejście kilku zaledwie łokci zajęło jej osiemdziesiąt lat. 

background image

Dostała  ją  Ingrid.  A  potem  mandragora  okazała  wyraźnie,  że  pragnie  należeć  do 

Daniela,  syna  Ingrid  i  Dana.  Wielokrotnie  ratowała  mu  życie  i  pośrednio  dzięki  niej  Shira 

mogła  odbyć  swą  śmiertelnie  niebezpieczną  wędrówkę  przez  grotę  w  Górze  Czterech 

Wiatrów. 

Daniel  przekazał  mandragorę  swemu  synowi  Solvemu  -  dlatego  że  chłopak  o  to 

błagał.  Potężny  talizman  nie  czuł  się  jednak  dobrze  u  Solvego,  nie  pomagał  też  dłużej 

Danielowi. 

Dopiero  gdy  przyszedł  na  świat  Heike,  mandragora  obudziła  się  do  życia  z  nową 

mocą.  Z  całych  sił  chroniła  bezbronnego  malca  przed  Solvem,  a  także  przed  bliskością 

Tengela Złego. 

Bez wątpienia należała teraz do Heikego. 

Oznaczało to, że ma w tym jakiś cel, podobnie jak wówczas gdy wspomagała Daniela 

w jego wyprawie do odległej krainy Taran-gai. 

Teraz Heike po raz pierwszy pragnął wystawić ją na próbę. 

Dokładnie  wiedział,  do  czego  może  jej  użyć.  Solve  opowiedział  mu  o  tym.  Wśród 

wielu  właściwości  mandragory  znajdowała  się  także  i  ta,  że  potrafiła  ona  dopomóc  swemu 

właścicielowi w zdobyciu bogactwa. 

Heike  nie  chciał  robić  niczego,  co  mogłoby  wyrządzić  krzywdę  innym,  nie  życzył 

sobie na przykład, by mandragora przyciągnęła do niego cudzy majątek. 

Z powagą wpatrywał się w korzeń i powiedział łamiącym się głosem czternastolatka: 

- Jesteś moim przyjacielem, tak jak ja jestem twoim. Wiesz o tym. Musimy zrobić coś 

dla ludzi, którzy przez tyle lat użyczali nam schronienia, ofiarowali życzliwość. Daj mi znak, 

w  jaki  sposób  mam  im  pomóc!  Pragnę  dokonać  tego  uczciwie,  dzięki  sile  swych  własnych 

rąk, ale nie wiem, jak. Za to ty możesz rozpalić we mnie iskrę działania. Czy obiecujesz mi, 

że to uczynisz? 

Mandragora  nie  poruszyła  się,  zresztą  Heike  wcale  się  tego  nie  spodziewał.  Tak 

wyraźne znaki dawała tylko w wypadkach, gdy zaistniało prawdziwe niebezpieczeństwo. 

Heikego uderzyła nagle pewna myśl: 

- A może oszczędzasz siły czekając, aż dorosnę na tyle, by powędrować w świat? Do 

domu,  do  Skandynawii?  Może  nie  masz  ochoty  nic  teraz  robić?  Ale  musimy  przecież  im 

pomóc,  tak  dobrze  nas  traktowali.  Ja  sam  sobie  z  tym  nie  poradzę.  Proszę  cię,  przyjacielu, 

który  towarzyszyłeś  mi  we  wszystkim  przez  te  długie  lata,  których  wspomnienie  nawiedza 

mnie w koszmarach i które sprawiły, że nie znoszę pozostawać w jakimkolwiek zamknięciu. 

Wiesz o tym, prawda? Wiesz, że ogarnia mnie paniczny lęk, gdy przestrzeń wokół mnie staje 

background image

się za ciasna, gdy muszę wejść do jam pod ziemią lub zostanę zamknięty. Matka i ojciec mają 

tego świadomość; musieli mnie bić po twarzy, bym się uspokoił, po tym jak znalazłem się w 

pomieszczeniu bez wyjścia, przytrzymywany tam siłą, albo gdy dręczyły mnie złe sny. 

Heike  wpatrywał  się  w  korzeń  mandragory,  korzeń  tak  przerażająco  podobny  do 

ludzkiej  istoty.  W  niezwykle  dobrym  stanie  trwał  przez  stulecia.  Choć  często  musiał  być 

używany i dotykany, nie było tego jednak po nim widać. 

Dlatego właśnie sprawiał wrażenie, że żyje. 

Heike powiesił amulet na haczyku obok posłania i wsunął się pod przykrycie. Czy i w 

jaki sposób mandragora zareaguje, zależało tylko od niej. 

Nawet  przez  moment  nie  czuł,  że  postępuje  śmiesznie.  Zwyczajny  człowiek, 

ujrzawszy  chłopca  przemawiającego  do  starego,  poskręcanego  korzenia,  uznałby  go  za 

szaleńca. Ale Heike nie miał takich myśli. 

W  nocnej  ciszy,  przerywanej  jedynie  przez  zwierzęta,  które  przeżuwały  czy  też 

przekręcały się w swych przegrodach, Heike śnił. 

Sen  był  jedną  z  możliwości,  jakie  brał  pod  uwagę.  Z  opowieści  wiedział,  że 

mandragora  często  przemawia  podczas  snu.  Tak  było  z  Ingrid,  jego...  kim  ona  była? 

Prababką, matką jego dziada. 

To właśnie przydarzyło się Heikemu, małemu pączkowi na pniu drzewa Ludzi Lodu, 

który  znalazł  się  daleko  od  swego  rodu,  a  tak  bardzo  tęsknił  do  Północy,  do  innych  jemu 

podobnych, którzy by go zrozumieli. 

We śnie ukazała mu się stara chata Eleny, wokół której nadal na jałowych zboczach 

wypasali kozy. Domu Solvego, gdzie Heike cierpiał tak nieludzko, w ogóle tam nie było. 

Ujrzał natomiast zbocza porośnięte dziwnymi roślinami, jakby krzewami... Z początku 

nie mógł się zorientować, cóż to takiego, ale w końcu zrozumiał, że widzi krzewy winorośli. 

Jęknął we śnie. Jakiej ciężkiej pracy wymagać będzie ich uprawa na tych suchych zboczach! 

Nikt  w  Planinie  nie  uprawiał  winorośli,  nie  dało  się.  Owszem,  w  bogatych  rejonach 

południowej Słowenii, ale nie tutaj! 

Heike  śnił,  że  Milan  i  on  tyrają  jak  woły,  by  osiągnąć  możliwie  dobre  zbiory.  Ale 

później  pojawiła  się  cała  gromada  ludzi,  którzy  podziwiali  ich  i  chwalili,  kupowali  od  nich 

wino, dziękując, iż spróbowali dokonać niemożliwego. 

Potem  sen  był  już  tylko  bezładną  mieszaniną  zdarzeń  i  postaci,  z  której  na  ogół 

składają się wszystkie sny i z której następnego ranka niewiele się pamięta. 

Ale sen o winnicy pozostał w pamięci Heikego, gdy rano się zbudził. Opowiedział o 

nim przybranym rodzicom. 

background image

Elena zaczęła wymachiwać rękami, nie mogła zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. 

Ale Milan uważnie wpatrywał się w swego zadziwiającego wychowanka. Przez długą chwilę 

nie spuszczali z siebie wzroku. 

W końcu Milan zdecydował: 

- Spróbujemy. 

- Oszaleliście! - jęknęła Elena. 

Ale  stało  się  tak,  jak  postanowił  Milan.  Nie  zważając  na  prześmiewki  i  drwiny, 

sprowadził  z  południa  krzewinki  winorośli,  w  pierwszym  roku  niewiele,  i  zasadził  je  w 

przygotowanej  przez  Heikego  ziemi  na  zboczach,  przylegających  do  chaty  Eleny.  Dom 

Solvego  zburzono,  tym  zajął  się  Milan  sam,  by  zaoszczędzić  chłopcu  złych  wspomnień,  i 

przygotowano więcej ziemi pod uprawę. Nigdy jeszcze nie nanosili się tylu kamieni co tego 

lata! Milan cierpiał na bóle w krzyżu, Heike więc często musiał pracować samotnie. 

Ale plantacja winorośli powstała. 

Pięć  lat  później  Milan  był  najbogatszym  człowiekiem  w  Planinie.  Inni  również 

spróbowali  uprawy  winorośli,  i  to  z  powodzeniem,  nikt  jednak  nie  miał  tak  rozległych 

plantacji  jak  Milan.  Sława  jego  wina  rozciągała  się  poza  region.  Nazwano  je  imieniem 

Heikego, a ceniono za szczególny, pełny aromat, który cieszył się ogromnym uznaniem. 

Heike  wyrósł  na  przystojnego  młodzieńca,  co  prawda  przystojnego  z  daleka,  kiedy 

patrzyło  się  na  jego  wysoką,  mocno  zbudowaną  sylwetkę,  o  niezwykle  szerokich,  ostro 

zakończonych  ramionach,  które  odebrały  życie jego  matce.  Z  bliska  natomiast  odpychająco 

działała straszliwie brzydka twarz - aż do chwili, gdy spojrzało się w żółte oczy i dostrzegło 

promieniujące  z  nich  ludzkie  ciepło.  W  piersiach  wzbierał  nagle  jakby  płacz,  rozsadzały 

uczucia,  jakich  nie  dawało  się  wyjaśnić.  Oszołomienie  szczęściem,  wzruszenie?  Trudno  to 

było wyrazić. 

Włosy Heike miał czarne, szczeciniaste, dłonie duże, dające poczucie bezpieczeństwa. 

Nosił  w  sobie  wielką  moc,  a  była  nią  miłość  do  wszystkich,  których  uważał  za  swych 

najbliższych. Eleny, Milana i licznego rodzeństwa. 

Wiedział  jednak,  że  zbliża  się  moment  rozstania.  Dom  pełen  był  dorastających  już 

dzieci, a i tęsknota Heikego do rodzinnej krainy, do Ludzi Lodu, prawdziwych krewnych, z 

dnia na dzień stawała się coraz silniejsza. 

Elena płakała. 

- Nie możemy cię utracić, Heike! 

- Takie są prawa życia, matko. Dzieci opuszczają rodzinny dom, kiedy są już dorosłe. 

I będziecie mieć o jedno miejsce do spania więcej i mniej o jedną gębę do wyżywienia. 

background image

-  Nie  mów  tak,  chłopcze  -  rzekł  Milan  nabrzmiałym  od  łez  głosem.  Jak  zwykle 

wieczorem siedzieli razem przy stole rozmawiając. Heike był o wiele starszy od pozostałych 

dzieci,  zawsze  traktowano  go  raczej  jak  jednego  z  dorosłych.  -  Mieliśmy  nadzieję,  że 

osiądziesz tutaj, w wiosce. Wybierzesz sobie dziewczynę... 

Heike uśmiechnął się krzywo. 

-  To  wcale  nie  najgorsze  rozwiązanie,  ale  moim  obowiązkiem  jest  wrócić  do 

Skandynawii. Solve przejąć miał gospodarstwo w Norwegii, a jego siostra nic nie wie o tym, 

co się z nim stało. Nie mam zamiaru opowiadać szczegółowo o jego losach, ale przynajmniej 

powinna  dowiedzieć  się,  że  on  nie  żyje.  Moje  miejsce  jest  teraz  przy  moim  rodzie. 

Gospodarstwo stoi być może opuszczone, bez właściciela. To moje dziedzictwo. 

-  Rozumiemy  cię  -  powiedział  Milan.  -  Ale  twoje  rodzeństwo  będzie  za  tobą  gorzko 

tęsknić. Cała wioska także! Dzieci, starcy... 

- Jak sobie dasz radę w tak długiej podróży? - płakała Elena. 

- Oczywiście dostaniesz ode mnie konia - rzekł Milan. - Tyle przynajmniej mogę dla 

ciebie zrobić. 

-  Nie  o  tym  myślałam  -  załkała  Elena.  -  Czy  ludzie  cię  zrozumieją?  Czy  nie  będą 

zważać  jedynie  na  twój  wygląd,  nie  dostrzegając  wspaniałego  wnętrza,  które  kryje  się  pod 

paskudną maską? 

Heike uśmiechnął się. 

- Myślałem już o tym, matko. Wiem, że nie jestem szczególnie urodziwy. 

- To nie tylko to. Na pierwszy rzut oka nie wydajesz się ludzką istotą. Na tym polega 

twoje nieszczęście. Ogromna niesprawiedliwość losu. 

-  Nie  troskaj  się, matko  -  odparł  Heike.  -  Mam  przy sobie bardzo możnego  obrońcę, 

wiecie o tym oboje. 

Milan kiwnął głową. 

- Tak, i dobrze o tym wiedzieć. I... Heike... nie chciałem przedtem o tym mówić, ale ty 

potrafisz o wiele więcej, prawda? 

Heike zapatrzył się przed siebie. 

- Tak. To prawda. Ale boję się wykorzystywać swe zdolności. 

Teraz Elena utkwiła w nim wzrok. 

-  Drogie  dziecko,  tak  wiele  razy  zastanawiałam  się...  Kiedy  byłeś  mały,  śpiewałeś 

jakieś przedziwne zaklęcia, z których nie mogłam zrozumieć ani słowa. Później przestałeś je 

powtarzać. Dlaczego tak się stało i co one miały znaczyć? 

- Noszę je w sobie - odpowiedział ze spokojnym uśmiechem. - Są we mnie, ale teraz 

background image

pozostają nieme. - Roześmiał się. - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co znaczą. Nie są w 

języku Solvego, ja też ich zupełnie nie rozumiem. Po prostu są. 

- Pewnego dnia je zrozumiesz - orzekł Milan. 

- Ja też tak sądzę. Jeden z moich przodków, nazywał się Ulvhedin, także znał podobne 

zaklęcia, które nie wiadomo skąd się brały. I jeszcze Hanna, ona żyła bardzo, bardzo dawno 

temu. Ulvhedin posłużył się nimi w walce ze złymi istotami, które wyszły z pogańskiej ziemi 

w kraju daleko stąd. 

Elena zadrżała. 

- Strasznie to brzmi. Cieszę się, że nie posłużyłeś się swymi zdolnościami tutaj, Heike. 

Nie spodobałoby się to sąsiadom. 

Nadszedł dzień pożegnania. Ponieważ chwila była niezmiernie trudna dla wszystkich, 

nie będziemy się nad nią rozwodzić. 

Wszyscy wiedzieli, że szanse, by mogli się zobaczyć jeszcze raz, są znikome. Droga 

Heikego  do  domu  była  daleka,  poza  tym  chłopiec  miał  zamiar  osiedlić  się  tam  na  stałe  na 

dworze noszącym długą, zawiłą nazwę, której nie potrafili powtórzyć: Grastensholm. 

Oblicza smutku bywają różne. Tego dnia objawił się jako łagodny, chmurny żal, lecz i 

wdzięczność, że los zetknął ze sobą Heikego i jego przybraną rodzinę. Że przeżyli wspólnie 

czternaście pięknych lat. 

Kiedy  Heike  znalazł  się  na  szczycie  jednego  ze  wzgórz,  otaczających  wioskę, 

przystanął i odwrócił się. Długo spoglądał na garstkę domostw, których nigdy więcej miał już 

nie oglądać. 

Potem skierował wzrok na las. 

Tak jak oczekiwał, na jednym ze wzgórz pojawiła się tajemnicza postać. Jakże często 

w  ciągu  tych  lat  spotykał  ją  w  lesie!  Nigdy  nie  zamienili  ani  słowa,  bo  przecież  nie  da  się 

rozmawiać z cieniem. 

Ale teraz Heike szepnął stojącemu daleko Wędrowcowi w Mroku: 

- Do zobaczenia! 

Mroczna postać uniosła dłoń w geście pożegnania. 

Było to jakby potwierdzenie. 

Heike uśmiechnął się uspokojony i ruszył naprzód. 

Opuszczając  Słowenię  popełnił  jeden  wielki  błąd.  W  jego  pamięci  długa  podróż  z 

Wiednia do Salzburga, która miała miejsce tak dawno temu, jawiła się jako ciągła wędrówka 

na zachód, w stronę gdzie słońce znika za horyzontem. 

Jak  mógł  pięciolatek,  przez  cały  czas  zamknięty  w  ukrytej  w  powozie  klatce, 

background image

zauważyć, że posuwają się także na południe? A w Planinie nic nie wiedziano o świecie. 

Pomyłka  ta okazała się fatalna w skutkach dla Heikego.  Wkrótce bowiem przekonał 

się, że nikogo nie może spytać o drogę. Ludzie na jego widok przerażeni odskakiwali w tył, a 

potem uciekali w popłochu. 

Dlatego  jechał  teraz  na  koniu,  którego  podarował  mu  Milan,  kierując  się  prosto  na 

wschód.  Minął  Zagrzeb  i  węgierski  Segedyn,  a  po  długim  miesiącu  wędrówki  przekroczył 

dolinę  Maruszy  i  znalazł  się  w  Siedmiogrodzie.  Posuwał  się  śladem  dwóch  Francuzów, 

zapuszczając się zbyt daleko na wschód. 

Kiedy lato z wolna zaczynało przeradzać się w jesień, znalazł się na przełęczy, którą 

zamykał straszny, chory las... 

Ale wtedy nie był już sam. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Właśnie wchodząc w dolinę Maruszy spotkał swego towarzysza podróży. Nad rzeką, 

akurat  w  miejscu,  gdzie  spływała  ona  z  wyżyn  Siedmiogrodu  w  węgierską  pusztę, 

usytuowane było nieco większe miasteczko. 

Heikemu  doskwierał  głód  i  szukał  jedzenia.  Zapasy  podróżne  już  się  wyczerpały.  Z 

bolesnego doświadczenia wiedział, że jego wygląd przeraża ludzi, nieodmiennie spotykał się 

z gestem oznaczającym „zgiń, przepadnij, Szatanie!” 

Teraz  nie  było  już  rady,  musiał  się  pożywić.  Ale  długo  stał  przyczajony  w  cieniu 

drzew przy rynku, wahając się, czy wyjść z ukrycia. Czuł się jak w matni, opuszczony przez 

cały świat. Nie mógł pojąć odrazy, jaką wywoływał w ludziach jego widok. Heike miał dobrą, 

życzliwą duszę i bolało go takie traktowanie. Przecież w domu, w wiosce, wszyscy go lubili. 

Wielokrotnie już żałował, że w ogóle ją porzucił. 

Ale innego wyjścia nie było, musiał się na to zdobyć, o tym dobrze wiedział. 

Zdał sobie także sprawę, że podróż na Północ będzie znacznie trudniejsza, niż mu się 

wydawało. 

W  miasteczku  odbywał  się  akurat  jarmark.  Tłoczyły  się  kramy,  pełno  było  krów  i 

wędrownych kuglarzy. Heike ogromnymi oczami wpatrywał się w owo nowe, niespotykane 

zjawisko, Planina była wszak bardzo małym i spokojnym zakątkiem świata. Tutaj panowały 

zgiełk i rwetes, tętniło życie. 

Jego szczególne zainteresowanie wzbudził pewien obrazek. Na małej scenie stał jakiś 

młody  człowiek  i  usiłował  zaimponować  tłumowi  czarodziejskimi  sztuczkami.  Heikemu 

spodobała się jego twarz - otwarta, inteligentna i po szelmowsku uśmiechnięta, z opadającą 

gęstą  grzywą  brązowych  włosów,  która  dawno  już  nie  widziała  nożyc.  Oczy  chłopaka  były 

piwne,  bystre,  usta  szerokie  i  uśmiechnięte,  a  nos  dość  frywolnie  zadarty,  nadający  całemu 

obliczu wyraz optymizmu. Młodzieniec skakał po scenie jak piłka z gutaperki i wykonywał 

niezwykle proste sztuczki równie niezwykle niezgrabnie. 

Publiczność  wyraźnie  nie  była  zadowolona.  W  powietrzu  fruwały  zgniłe  pomidory  i 

inne  owoce.  Okrzyki  gniewu  i  dezaprobaty  zagłuszały  wypowiadane  po  niemiecku  tyrady 

kuglarza, w końcu chłopak musiał się schować. 

Heike  z  wahaniem  przeszedł  na  tyły  podartego  namiotu,  będącego  tłem  dla  sceny. 

Zastał  tam  młodzieńca,  którego  opuścił  już  cały  zapał.  Pracowicie  ścierał  z  twarzy  sok 

pomidorowy. 

background image

Kiedy ujrzał buty Heikego koło siebie, oblizał palce i rzekł z wisielczym humorem: 

- Coś w każdym razie człowiekowi skapnie! - Roześmiał się. 

- Czy chcesz, bym ci pomógł? - zapytał Heike. 

Kuglarz podniósł wzrok i zaraz zerwał się na równe nogi. 

- Kim jesteś? - zapytał, cofając się i ruchem dłoni jak gdyby odpędzając przybysza. - 

Czy to sam Kusy oferuje mi swe usługi? W zamian za co? Za moją duszę? 

- Duszę możesz sobie zatrzymać - uśmiechnął się Heike. - Nie mam nic wspólnego z 

diabłem. Ale jeśli możesz zdobyć dla mnie jedzenie, spróbuję pomóc ci w czarach. 

Chłopak dokładnie rozważał jego słowa, nadal zachowując rezerwę. Potem zadał dość 

logiczne pytanie: 

-  Jeśli  jesteś  czarownikiem,  to  dlaczego  nie  zdobędziesz  pożywienia  za  pomocą 

czarnej magii? 

-  Nie  przeszłoby  mi  przez  gardło  -  łagodnie  odparł  Heike.  -  Ale  sam  widzisz,  jak 

wyglądam, i ciebie także to przeraziło. Trudno jest mi pomówić z kimkolwiek i dlatego mam 

kłopoty ze zdobyciem czegoś do jedzenia. 

- Nie jesteś w tym osamotniony. 

- Wiem, widziałem. A może pomożemy sobie nawzajem? 

- W jaki sposób? - z wyczekiwaniem w głosie zapytał chłopak. 

- Czy jeszcze wracasz na scenę? 

- Tak, niedługo. 

-  Nie  wiem,  ile  potrafię,  bo  nigdy  właściwie  nie  czarowałem,  ale  myślę,  że  poradzę 

sobie  z  prostą  sztuczką.  Musisz  patrzeć  mi  prosto  w  oczy  ze  sceny,  a  jednocześnie 

publiczność nie może mnie widzieć. 

- To da się zrobić. - Chłopak był teraz wyraźnie zaciekawiony. - Możesz ukryć się za 

zasłoną, nieznacznie odsuniętą, a ja stanę odwrócony w twoją stronę. 

Heike z aprobatą skinął głową. 

- Doskonale! Tylko nie możesz stać, musisz siedzieć. 

- Co masz zamiar zrobić? Nie na wszystko się zgodzę. Nie chcę żadnego rżnięcia piłą! 

-  Nie,  nic  z  tych  rzeczy.  Ale  najpierw  musimy  spróbować,  czy  to  potrafię  i  czy  ty 

przyjmiesz moje impulsy, a dopiero potem urządzimy przedstawienie. Czy możemy wejść do 

namiotu? Tutaj jeszcze ktoś nas zobaczy. 

- Oczywiście. A po występie po równo podzielimy się zgniłymi pomidorami. 

Heike uśmiechnął się. Był pewien, że polubi chłopca. 

Nadszedł  czas,  by  rozpocząć  przedstawienie.  Peter,  bo  tak  na  imię  miał  chłopak, 

background image

wyszedł na scenę i skłonił się zgromadzonym. Wyraźnie znać było po nim zdenerwowanie. W 

czymś takim nigdy nie brał udziału. Od strony gawiedzi natychmiast rozległy się gwizdy. 

-  Moje  panie  i  panowie!  -  zawołał.  -  Spróbuję  teraz  przeprowadzić  pewien 

eksperyment. Potrzebna mi jest chwila skupienia, proszę więc o ciszę. 

Niewiele  osób  rozumiało  jego  niemiecki,  ale  po  pewnym  czasie  wśród  publiczności 

zapanował jako taki spokój. 

Peter  usadowił  się  na  podłodze  z  nogami  skrzyżowanymi  po  turecku.  Intensywnie 

wpatrywał się w Heikego, ukrytego za zasłoną. 

Część publiczności, która nie zrozumiała zapowiedzi Petera, z zaciekawieniem zaczęła 

się  przyglądać  i  zastanawiać,  co  też  z  tego  wyniknie.  Wśród  widzów  rosło  napięcie. 

Najbardziej hałaśliwym zawadiakom znudził się już kuglarz, odeszli więc gdzieś dalej. 

Jakiś  mały  chłopiec  z  publiczności  już  uniósł  rękę,  by  posłać  ku  scenie  naprawdę 

wielkiego,  wyjątkowo  soczystego  pomidora,  ale  ramię  dorosłego  powstrzymało  go  w  pół 

ruchu. 

- Poczekaj i popatrz! Jeśli nic się nie stanie, dopiero wtedy rzucisz. 

Nagle  oczy  Petera  ze  zdziwienia  zaczęły  otwierać  się  coraz  szerzej  i  szerzej,  w 

następnej chwili jakiś pomruk, jak gdyby westchnienie, przepłynął po tłumie. 

Rozległy się piski kobiet. 

Peter siedział całkiem nieruchomo, ale powoli, bardzo powoli unosił się znad podłogi, 

aż wreszcie zawisł w powietrzu dobry łokieć nad sceną. 

Heike  był  co  najmniej  równie  zadziwiony.  Zdał  sobie  sprawę,  że  do  tej  chwili  tak 

naprawdę nie wierzył w możliwość powodzenia sztuczki. Efekt tak go przeraził, że wypadł z 

transu i Peter z hukiem wylądował na podłodze. 

Wstał,  krzywiąc  się  z  bólu,  ale  zaraz  triumfalnie  zamachał  do  publiczności,  która 

tymczasem oszalała z zachwytu. Posypały się monety, mniejsze i większe, a Peter starannie je 

pozbierał. Ludzie najwyraźniej pragnęli dalszych pokazów. 

Na  dzisiaj  jednak  było  już  dosyć.  Peter  twierdził,  że  wykonywanie  sztuki  do  tego 

stopnia pozbawiło go sił, iż przez resztę dnia musi odpoczywać. 

Zaciągnął więc zasłonę i dwaj chłopcy zajęli się liczeniem pieniędzy. 

Niedługo  było  im  dane  posiedzieć  w  spokoju,  gdyż  zaraz  nadbiegł  jakiś  człowiek. 

Heike zaszył się w kącie, zasłaniając się połami namiotu. 

Mężczyzna  chciał  zatrudnić  Petera  na  stałe  jako  artystę.  Mogliby  wtedy  jeździć  po 

kraju  i  zarabiać  wielkie  pieniądze.  Peter,  który  był  inteligentnym  młodym  człowiekiem, 

zapytał natychmiast, jak ów pan wyobraża sobie swoją rolę. 

background image

- Oczywiście będę się tobą zajmował - odparł mężczyzna. - Będę pilnował, by nikt nie 

zabrał ci twoich pieniędzy, zapowiadał twój numer i rozgłaszał o nim wszem i wobec. 

-  Serdeczne  dzięki  -  uprzejmie  odrzekł  Peter.  -  Ale  do  tej  pory  radziłem  sobie 

doskonale sam, niepotrzebni mi są wyzyskiwacze. Dziękuję, ale teraz muszę jechać dalej. 

Mężczyzna zmienił ton i chciał zmusić Petera do posłuchu groźbami. Chłopak odparł 

na to, iż jest niezwykle wrażliwy i gdy ktoś wywoła jego wzburzenie, nie może występować. 

W końcu mężczyzna odszedł z przekleństwem na ustach, zapowiadając, że wkrótce wróci. 

- Musimy się stąd zabierać jak najprędzej - szepnął Peter Heikemu. - Jadę na wschód... 

- Bardzo mi to odpowiada - ucieszył się Heike. - Ja także zmierzam w tym kierunku. 

W pośpiechu zwinęli płótno i biegiem opuścili rynek. Ponieważ Peter nie miał konia, 

załadowali prymitywny namiot na wierzchowca Heikego, a sami szli po bokach zwierzęcia. 

Rączym krokiem opuścili miasteczko i wkrótce droga zaczęła się wznosić. 

- Razem wiele możemy zdziałać - radował się Peter. - Ty pokażesz mi sztuczki, a ja je 

wykonam. To chyba nie będzie wyzysk? 

- Oczywiście, że nie, ja sam nie mogę pokazać się na scenie. Ludzie gotowi pomyśleć, 

że to sam Zły urządza sobie zabawę. O, ale teraz to już naprawdę jestem głodny. 

Dotarli  do  małej  wioski,  przycupniętej  u  stóp  wzgórza.  Peter  od  razu  pobiegł  w 

kierunku domostw i kupił trochę chleba, mięsa i mleka. Później siedli na porośniętym lasem 

zboczu i zabrali się do jedzenia. 

Dzień  się  kończył,  zaczynało  zmierzchać.  Nie  mogli  za  długo  odpoczywać,  chcieli 

bowiem dotrzeć do położonej nieco wyżej wsi, o której ktoś poinformował Petera. Podobno 

była tam gospoda. 

- Dokąd właściwie zmierzasz? - zapytał Peter. -”Na wschód” to bardzo ogólne pojęcie. 

ja jadę do miasta, które nazywa się Klausenburg, mam tam krewnych. 

- A ja do Wiednia - odrzekł Heike z dumą. - Tam się urodziłem i dlatego znam twój 

język  na  tyle,  by  się  z  tobą  dogadać.  Ale  Wiedeń  będzie  tylko  pośrednią  stacją.  Później 

wyruszam do... 

Pomimo zapadającego zmroku dostrzegł, że Peter od dobrej chwili wpatruje się weń 

ze zdumieniem. 

- Do Wiednia? - powtórzył Peter. - Ale ja właśnie stamtąd przybywam! 

Heike zastygł w pół ruchu. 

- Co takiego? 

- No tak! Z każdą chwilą coraz bardziej oddalasz się od tego miasta! 

- Co ty  mówisz? Ale byłem pewien, że Solve i ja... No, cóż, takie są skutki, gdy nie 

background image

można spytać ludzi o drogę. 

Przysiadł na kępie trawy. 

- I co mam teraz robić? - zapytał zniechęcony. - Zawrócić? 

- To niekonieczne. Chyba że chciałeś jechać do samego Wiednia. 

-  Nie,  wybieram  się  daleko  na  północ.  Do  Skandynawii.  Do  kraju,  który  nazywa  się 

Norwegia, i do innego, do Szwecji. Tam mieszka moja ciotka. A nie wiem nawet, gdzie leżą 

te kraje! - Ukrył twarz na kolanach. 

-  Przestań  się  tak  roztkliwiać,  na  pewno  zdołamy  sprowadzić  cię  na  właściwy  kurs. 

Nie możesz zawrócić samotnie, to niebezpieczna okolica. Dojedziemy do wioski, w której jest 

gospoda,  tam  prześpimy  się  z  problemem,  a  rano  będziesz  widział  świat  w  jaśniejszych 

barwach. 

Heike  wstał  z  westchnieniem.  Wszystko  wydawało  mu  się  takie  bezsensowne.  Cały 

miesiąc jazdy, a był dalej od celu swej podróży niż kiedykolwiek przedtem! 

Podjęli  wędrówkę.  Zapadła  już  noc,  w  ciemności  z  trudem  odnajdowali  drogę.  Nie 

mieli odwagi jednak się zatrzymać, potrzebowali dachu nad głową. 

Peter  opowiadał  o  sobie.  Studiował  w  Wiedniu  i  był  bardzo  światłym  i  oczytanym 

młodzieńcem.  Rodzina  jednak  zaczęła  mieć  kłopoty  i  rozpadła  się,  Peter  musiał  więc 

przerwać studia. Wyruszył na wędrówkę do krewnych w Siedmiogrodzie i aby po drodze nie 

umrzeć z głodu, próbował pokazywać czarodziejskie sztuczki, całkiem bez powodzenia, aż do 

chwili pojawienia się Heikego. 

- A ja myślałem, że jesteś kuglarzem - śmiał się Heike. - Na takiego wyglądasz. 

- Mam to potraktować jako komplement czy obelgę? 

- Moim zdaniem kuglarze to sympatyczni ludzie - wielkodusznie odparł Heike. 

Rozmawiali dalej. Peter rzeczywiście był bardzo miłym kompanem, optymistą jakich 

mało  i  wkrótce  humor  poprawił  się  Heikemu  na  tyle,  że  nie  patrzył  już  w  przyszłość  tak 

czarno.  Mógł  zatrzymać  się  u  krewnych  Petera  w  Klausenburgu  do  czasu,  gdy  dowie  się 

dokładnie, którędy ma jechać, i... 

Peter zatrzymał się. 

-  Zadziwiające!  Do  gospody  nie  miało  być  aż  tak  daleko!  Z  tego,  co  mówili  w 

poprzedniej wiosce, powinniśmy już tam dotrzeć. 

Rozejrzeli  się  dokoła  w  ciemnościach,  ale  zdołali  jedynie  zobaczyć  postrzępione 

szczyty  gór,  rysujące  się  czarno  na  tle  granatowego  nieba.  W  pobliżu  szumiała  rzeka  lub 

strumień, poza tym panowała cisza. 

-  Droga  jest  zastanawiająco  wąska  -  mruknął  Peter,  pochylając  się.  -  Sądzisz,  że 

background image

zabłądziliśmy w ciemności? 

- To możliwe - przyznał Heike. 

- Co teraz zrobimy? - zapytał Peter już nie tak pewnym głosem.  - Okolica pełna jest 

dzikich zwierząt. Krucho będzie i z nami, i z koniem, jeśli nas zwietrzą. 

Heike rozejrzał się dokoła. 

-  Nie  przejmuj  się  drapieżnikami  -  rzekł  w  zamyśleniu.  -  Długo  już  podróżuję,  i  z 

bardzo  daleka.  Mijałem  najdziksze  górskie  pustkowia,  gdzie  dokoła  wyły  wilki.  Żaden  nie 

tknie ani nas, ani konia, Peterze. 

Kompan popatrzył nań badawczo. 

- Masz może Anioła Stróża? A może jakiś amulet? 

- To drugie - spokojnie odparł Heike. 

Peter nie pytał już więcej. Uznał swego towarzysza za niezwykłą osobę, ale jeśli miał 

on powiązania z jakimś innym światem, na pewno nie było to królestwo Szatana! 

Wszystko jedno więc, co to było. 

Pod  półką  skalną  rozpięli  płótno  namiotu,  osłaniające  zarówno  ich,  jak  i  konia  ze 

wszystkich  stron.  Ułożyli  się  do  snu,  słysząc,  jak  dokoła  krążą  w  poszukiwaniu  zdobyczy 

wszystkie drapieżniki Transylwanii. Heikego i jego towarzyszy zostawiły jednak w spokoju. 

Wokół jamy nad półką skalną zataczały wielki łuk. 

- Kim jesteś, Heike? - szepnął Peter w ciemnościach. 

Upłynęła dobra chwila, zanim otrzymał odpowiedź. 

- Nie wiem, Peterze. Właśnie dlatego jadę do Skandynawii. Muszę poznać prawdę. Bo 

widzisz,  należę  do  rodu,  który  nosi  w  sobie  zarówno  dobre,  jak  i  złe  dziedzictwo.  I,  na 

wszystkie moce, żywię nadzieję, że mam w sobie owe dobre siły. 

Następnego dnia stało się dla nich całkiem jasne, że zbłądzili. Odeszli tak daleko od 

ścieżki, że nawet jej nie znaleźli. W jaki więc sposób mieli odnaleźć gościniec? 

Rozglądali  się  za  głębokim  korytarzem  wydrążonym  w  ziemi,  doliną  Maruszy,  ale 

wokół  nich  rozciągał  się  jedynie  lekko  pofałdowany  krajobraz:  łagodne  trawiaste  wzgórza, 

głębokie lasy i doliny. Doliny i doliny, jak okiem sięgnąć doliny. 

Pogubili  się  ze  szczętem,  nie  wiedzieli  nawet,  czy  znajdują  się  na  północ,  czy  na 

południe od Maruszy. 

-  Na  południe  od  rzeki  znajduje  się  część  Karpat,  zwana  Alpami  Transylwańskimi  - 

wyjaśnił Peter. - Na północy leżą Góry Bihorskie. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy! 

- Dużo wiesz. - Peter wyraźnie zaimponował Heikemu. 

-  Mówiłem już,  że jestem bardzo oczytany  - roześmiał się Peter, ale w jego  śmiechu 

background image

zabrzmiał wyczuwalny lęk. Zdawali sobie sprawę, że jeśli obiorą zły kierunek marszu, będą 

się coraz bardziej oddalać od doliny Maruszy. 

Można  by  sądzić,  że  powinni  przynajmniej  wiedzieć,  po  której  stronie  rzeki  się 

znajdują, ale w ciemnościach nocy przechodzili przez tak wiele mostów, że stracili rachubę, a 

na ich usprawiedliwienie trzeba dodać, że byli przy tym zmęczeni i wystraszeni. 

- W każdym razie dobrze, że zdobyłeś aż tyle jedzenia - powiedział Heike. 

-  Tak,  nieźle  zarobiliśmy  na  tym  numerze  z  unoszeniem  się  w  powietrzu.  Ale 

lądowanie było doprawdy twarde, nie wolno ci tego powtarzać! Choć pewnie nigdy już nie 

nadarzy się możliwość, by występować... 

Pesymistyczny nastrój Petera nigdy nie trwał długo. 

-  Głupstwa  plotę!  Nie  jesteśmy  jeszcze  straceni!  Mamy  jedzenie,  jesteśmy  młodzi, 

silni i bardzo mądrzy. Prawda? 

- Oczywiście, że tak - uśmiechnął się Heike. 

Tak  bardzo  się  cieszył,  że  znalazł  sobie  towarzysza  podróży.  Peter  był  co  prawda 

ubogi,  ale  i  Heike  nie  był  bogaczem.  Moralność  Petera  być  może  pozostawiała  wiele  do 

życzenia, ale był wesołym kompanem, i to wystarczyło. 

Nie wolno im było martwić się na zapas, każdy dzień musieli traktować oddzielnie. 

Górskie  pustkowia  zdawały  się  nie  mieć  końca.  Nigdzie  nie  widać  było  bodaj  śladu 

ludzkich osad. 

Ale późnym popołudniem, kiedy słońce zawisło niepokojąco nisko nad horyzontem, a 

cienie stawały się coraz dłuższe i posępniejsze, Peter nagle zawołał: 

-  Spójrz,  tam,  na  kolejnym  wzgórzu!  Jeśli  to  nie  droga,  to  gotów  jestem  oddać  cały 

swój majątek! 

-  Taka  obietnica  z  łatwością  przychodzi  komuś,  kto  w  ogóle  go  nie  ma!  Ale  masz 

rację. Chodźmy! 

Wstąpiły w nich nowe siły, przemierzyli kolejną dolinę i... 

Rzeczywiście była tam dróżka. Peter z radości aż uklęknął i ucałował zarośniętą trawą 

ziemię. 

Rozejrzeli się dokoła. Heike zwrócił się do towarzysza: 

- Jak sądzisz, w którą stronę? 

Peter wahał się chwilę. 

Stali  właśnie  na  drodze,  którą  wcześniej  tego  lata  jechali  dwaj  Francuzi.  Chłopcy 

jednak nic o tym nie wiedzieli. 

- Tędy - orzekł Peter i dokonał złego wyboru. 

background image

Nie zdążyli ujść daleko, gdy na skraju drogi ujrzeli coś przed sobą. 

- To ludzie! - zawołał Heike zdumiony. - A już prawie uwierzyłem, że jesteśmy sami 

na ziemi. 

- I ja także. To dziewczyna... Pochyla się nad leżącym mężczyzną. Chodź, pospieszmy 

się! 

Dziewczyna zauważyła podróżnych i podbiegła w ich stronę. 

- Ach, czy jesteście aniołami, które przybywają w potrzebie? - zawołała po niemiecku. 

Nagle  zatrzymała  się.  Obrzuciwszy  Heikego  spojrzeniem  stwierdziła:  -  Nie,  nie  jesteście 

aniołami. 

Bez wątpienia w jej glosie brzmiała trwoga. 

-  Nie  bój  się  -  uśmiechnął  się  Peter.  -  To  jagnię  w  wilczej  skórze.  Jeśli  ktoś  jest 

aniołem, to jest nim na pewno mój towarzysz Heike. Czy możemy ci w czymś pomóc? 

Dziewczyna  nie  była  pięknością,  wydawała  się  jednak  szczera  i  miła.  Miała  prostą, 

chłopską  twarz,  bez  śladu  duchowego  wyrafinowania,  ale  na  co  ono  komu  na  takim 

pustkowiu? 

-  Mój  ojciec  -  powiedziała.  -  On  nie  żyje.  Zabłądziliśmy  i  nie  mógł  już  znieść 

męczącej wędrówki. 

- Przykro nam o tym słyszeć - powiedział Peter. 

Dziewczyna wcale nie sprawiała wrażenia pogrążonej w głębokim żalu. 

- Ani słowa złego o zmarłych - rzekła krótko. - Czy możecie mi pomóc go pochować? 

Kiedy podeszli bliżej, lepiej ją zrozumieli. Leżący na ziemi mężczyzna cuchnął podłą 

gorzałką,  choć  przecież  już  nie  oddychał.  Nieboszczyk  wydawał  się  wulgarną,  nędzną 

kreaturą.  Na  pierwszy  rzut  oka  widać  było,  że  to  wędrowny  oszust.  Twarz  poorana  zbyt 

wczesnymi  zmarszczkami,  sterana  rozpustnym,  łajdackim  życiem.  Wystrojony  w  barwne 

szatki, pomimo prostackiej pseudoelegancji był niewiarygodnie brudny i zaniedbany. 

Młodzieńcy  niewielkie  mieli  pole  do  popisu.  Zaraz  zabrali  się  za  przygotowywanie 

odpowiedniego  grobu,  co  okazało  się  wcale  niełatwe,  gdyż  nie  mieli  łopat  ani  żadnych 

narzędzi,  mogących  im  ułatwić  kopanie.  Pochówek  odbył  się  w  milczeniu;  w  ten  sposób 

okazali szacunek zmarłemu. Peter odmówił krótką modlitwę, po czym szybko oddalili się z 

tego miejsca. 

Dziewczyna, nazywała się Mira, nie miała pojęcia, gdzie się znajdują. Ona i jej ojciec 

przybyli  mniej  więcej  z  tej  samej  strony  co  chłopcy.  Zostali  przepędzeni  z  małej  górskiej 

wioski,  w  której  ojciec  przywłaszczył  sobie  zbyt  wiele  rzeczy,  należących  do  jej 

mieszkańców. 

background image

Ku  jego  wielkiemu  zmartwieniu  wieśniacy  zdołali  odebrać  mu  wszystko,  co  tak 

uczciwie  nakradł,  tak  więc  ani  on,  ani  córka  nie  posiadali  już  nic.  Mira  przyrzekła  kiedyś 

matce,  że  będzie  zajmować  się  ojcem,  ale  zadanie  to  okazało  się  nad  wyraz  trudne,  gdyż 

ojciec pomiatał nią, rozkazywał i bił, kiedy za dużo wypił, a tak było ciągle. 

- Wybaczcie, że tak mówię - urwała. - Mimo wszystko był moim ojcem. 

Peter uśmiechnął się do niej czarująco. 

- Czasami ma się prawo wylać całą żółć, jaka nagromadzi się w człowieku. 

- Tak, ale nie jest dobrze... 

Lękliwie  rozejrzała  się  dokoła.  Wiedzieli,  o  co  jej  chodzi.  Gdy  źle  mówi  się  o 

zmarłym, jego duch może prześladować tego, kto nierozważnie wypowiadał takie słowa. 

Peter odwrócił się i przez chwilę szedł tyłem mówiąc głośno i wyraźnie: 

- Pokój twej duszy, niech spoczywa w pokoju! 

Po  czym  dostojnie  uczynił  w  powietrzu  święty  znak  krzyża,  taki,  jak  czynią  księża, 

kierując go ku drodze, która znikała za nimi w ciemnościach. 

Dwie  godziny  później,  kiedy  naprawdę  zaczęło  zmierzchać,  znaleźli  się  w  pobliżu 

położonej wysoko przełęczy, którą jakiś czas temu sforsowali Yves i jego stryj. A kiedy z niej 

wyszli... 

- Do licha - szepnął Peter. - Czy to las, czy żywy trup? 

Wypowiedź tę można było uznać za absurdalną, lecz Heikemu wydała się całkiem na 

miejscu.  Przez  chwilę  stali  nieruchomo,  wdychając  wilgotne,  duszne  powietrze  zaległe 

między drzewami. Przerażony koń zarżał i położył uszy po sobie. 

Było  już  późne  lato  i  rozpad  lasu tym  bardziej  rzucał  się  w oczy.  Mira, siedząca  na 

końskim grzbiecie, zadrżała. 

- Czuć tu śmiercią - bezgłośnie powiedział Peter. 

- Tak - odmruknął Heike. 

- Czy las może być tak...? 

Peter nie dokończył zdania, ale Heike świetnie go zrozumiał. 

- Jak gdyby miał oczy - dodał, bardzo cicho ze względu na Mirę. 

- Może zawrócimy? - bąknął Peter. 

- Nie wiem - odparł Heike. - Coś się tutaj kryje. 

- Dlaczego tak jęknąłeś? 

- Mój... amulet. 

- Co on ma z tym wspólnego? 

- Nie spodobało mu się, że chcę zawrócić. 

background image

Peter wpatrywał się w przyjaciela. 

- Cóż ty, u diabła, wygadujesz? 

Heike rozpiął koszulę i pokazał mu amulet. 

Peter ze zdumienia rozdziawił usta. 

- Mandragora? Święty Boże! 

- Czuwała nade mną przez dziewiętnaście lat, Peterze. 

- I teraz życzy sobie, byśmy jechali dalej? 

- Tego nie powiedziałem. Wiem jedynie, że skuliła się na znak protestu. 

- Nic z tego nie pojmuję! 

- Boję się! - rozpłakała się Mira. - O czym wy mówicie? 

- O niczym - uciął Peter. 

-  Zostałem  do  czegoś  wybrany  -  mówił  Heike.  -  Wszyscy,  do  których  mandragora 

pragnęła należeć, zostali wybrani do zwalczania złych mocy. Nie wiem teraz, co mam robić. 

Nie śmiem się jej sprzeciwiać. 

- Sądzisz, że las jest złą mocą? 

Heike patrzył na niego żółtymi jak siarka oczami. 

- A jak ty sądzisz? 

Peter zaśmiał się nerwowo. 

-  No,  w  każdym  razie  nie  jest  dobry!  -  Westchnął.  -  Ale  masz  rację.  Nie  wiadomo, 

dokąd zajedziemy, gdy zawrócimy. A las musi się przecież kiedyś kończyć. 

- Właśnie - cicho odparł Heike. - Tego właśnie się obawiam. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Peter, jak zawsze bystry. 

- Chodzi mi o to, co może kryć ten las. 

Odpowiedź  ta  odebrała  Peterowi  mowę.  W  milczeniu  posuwali  się  naprzód, 

prowadząc między sobą opierającego się konia. Mira ze strachu zamknęła oczy. 

Czuli  się  bardzo  niepewnie,  gorzej  nawet  niż  Francuzi.  Trójka  młodych  ludzi  była 

bowiem  bardziej  wrażliwa  niż  francuscy  szlachcice.  Tamci,  siedząc  na  koniach,  byli 

bezpieczniejsi niż bezbronni chłopcy. Przyznać też trzeba, że czuć już było jesienną zgniliznę, 

odór  unosił  się  z  nasiąkniętej  wilgocią  ziemi  i  zatrzymywał  w  powietrzu.  Bluszcz  przybrał 

chorobliwie żółtą barwę, a wstęgi porostów zwisające z gałęzi wydawały się bardziej lepkie 

niż normalnie. 

Wszystko  to  wywarło  niesamowite  wrażenie  na  chłopcach,  a  zwłaszcza  na  Heikem. 

Mira zasłaniała teraz rękami także i uszy. Nie patrzeć, nie słyszeć, nie wiedzieć! 

- Wyczuwa się tutaj coś niezdrowego, Peterze - powiedział cicho Heike. 

background image

- Nie musisz mi o tym mówić! 

-  Chodzi  mi  o  coś  głębszego.  Wszystko  inne  widzimy.  Ale  jest  coś,  czego  nie 

dostrzegamy, a co jest o wiele bardziej niebezpieczne. Las jest jedynie osłoną. 

-  Osłoną?  Chcesz  powiedzieć,  że  coś  znajduje  się  w  głębi,  pod  tym  ohydnym 

poszyciem? 

Heike zastanawiał się. 

- Albo w środku - powiedział wolno. - W głębi lasu. 

- I twierdzisz, że mamy to zbadać? 

- Jeśli się wahasz, to nie. 

- Do diaska! Rozbudziłeś moją ciekawość. Idę z tobą! 

Przeszli jeszcze kawałek, ale Heike znów przystanął. 

- Nie, nie chcę was w to wciągać. Zawracamy! 

- Nigdy w życiu - sprzeciwił się Peter. - Nie widzisz, że ta napuchnięta wodą gęstwina 

zaczyna rzednąć? Przeszliśmy przez nią, nie natykając się na nic okropnego! 

Jego optymizm zaraził Heikego. 

- A więc dobrze, jedźmy dalej. Właściwie to dość podniecające, prawda? 

-  Najciekawsza  przygoda,  w  jakiej  brałem  udział  -  stwierdził  Peter.  -  W  twoim 

towarzystwie  zdarzy  się  człowiekowi  co  nieco  przeżyć.  Zastanawiam  się,  jakbym  się  czuł, 

gdybym musiał iść tędy sam! 

-  Mnie  także  nie  przypadłoby  to  do  gustu  -  zapewnił  go  Heike  na  swój  powolny, 

dający poczucie bezpieczeństwa sposób. - A teraz mamy jeszcze pod opieką dziewczynę! 

Uśmiechnęli się do siebie. 

Ich  dusze  przenikał  jednak  lęk,  ale  starali  się  go  nie  okazywać.  Las  nie zdjął  z  nich 

jeszcze swego dławiącego uścisku, choć na horyzoncie wyraźnie zaczęło się przejaśniać. 

Niedługo potem zostawili za sobą ostatnie drzewa i roztoczyła się przed nimi nieduża 

dolina. Na jej dnie usytuowane było miasteczko. 

- Hura! - zawołał Peter. - Dotarliśmy do ludzi! 

- Gdzie? - spytał Heike. 

- Nie widzisz? Tam, w dole widać gromadkę domostw! 

Teraz także i Mira ośmieliła się odjąć dłonie od uszu i otworzyć oczy. 

- Naprawdę nie widzisz, Heike? - wykrzyknęła. - Ach, mój Boże, dotarliśmy do ludzi! 

Dzięki ci, Święta Mario! 

-  Tak,  teraz  widzę  -  uśmiechnął  się  Heike.  -  Wydawało  mi  się,  że  to  rozrzucone 

kamienie. Ale tam przecież jest nawet kościół! 

background image

-  O  zmroku  lepiej  widzę  niż  ty,  zauważyłem  to  już  wczoraj.  Chodźmy,  pospieszmy 

się, zanim zapadną ciemności! 

W pół drogi Heike jeszcze raz wstrzymał prowadzonego przez siebie konia. 

- Słyszeliście? 

- Nie - zdziwił się Peter, który szedł przodem i teraz odwrócił się, nasłuchując. 

- Uderzenia skrzydeł jakiegoś wielkiego ptaka, a raczej dwu. Ale jest tak ciemno... 

Mira uderzyła w krzyk: 

- Coś koło mnie przeleciało ze świstem, a potem coś żywego uderzyło we mnie, otarło 

się o moją twarz! Chcę zejść na dół, do was! 

Heike pomógł jej zsiąść z konia. 

- Już odleciały - powiedział cicho do dziewczyny. 

- Nic nie słyszałem - wyznał Peter. 

- Były bardzo blisko - rzekł Heike w zamyśleniu. 

Jedynie jemu nie przyniosła ulgi świadomość, że wydostali się ze strasznego lasu. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Mira w dalszym ciągu nie ufała Heikemu, nie chciała patrzeć na jego ogromną postać, 

która w milczeniu posuwała się z tyłu. Kurczowo ściskała Petera za rękę, jak gdyby on był 

jedyną  ostoją  w  tym  przerażającym  świecie.  Heike  prowadził  konia  i  tak  schodzili  w  dół, 

niewygodną, wąską ścieżką, w ciemności. 

-  Aach!  -  jęknęła  Mira.  -  Byłam  naprawdę  bliska  śmierci  w  tym  straszliwym, 

podmokłym  lesie!  Wydawało  mi  się,  że  zewsząd  obserwują  nas  złe  ślepia,  czają  się  w 

drzewach, w mchu, czyhają w bagnie. Musiałam zamknąć oczy, by nie natrafić na żaden zły 

wzrok. 

-  Ale  to  już  minęło  -  uśmiechnął  się Peter.  -  Wiesz,  człowiek  potrafi tak wiele sobie 

wmówić. Dopiero później widzi, jak histerycznie się zachowywał. Ale posłuchaj, coś przyszło 

mi do głowy... Nie będzie zbyt dobrze wyglądało, gdy nagle pojawimy się w wiosce jako troje 

zupełnie obcych sobie ludzi. Może powiemy, że ty, Miro, jesteś siostrą jednego z nas? 

-  Tak,  twoją!  -  wykrzyknęła,  przysuwając  się  do  Petera.  W  następnej  chwili  zdała 

sobie sprawę, że palnęła głupstwo, bo wcale nie marzyła  o tym, by być siostrą czarującego 

Petera. Ale z drugiej strony nie chciała, by ktoś pomyślał, że jest spokrewniona z Heikem. Był 

tak odmienny od niej, jej zdaniem właściwie niepodobny do nikogo na świecie. 

Kiedyś, w pradawnej przeszłości, musiał wynurzyć się z jakiejś otchłani... 

Choć przecież Peter ręczył za niego. 

I  tak  delikatnie  zdjął  ją  z  grzbietu  konia,  mimo  że  wzbraniała  się  przed  jego 

dotknięciem. 

Ale jak szkaradnie wygląda! 

Właściwie  nie  miało  większego  znaczenia,  za  czyją  siostrę  będzie  uchodzić,  wszak 

potrzebowali schronienia zaledwie na jedną noc. 

Tak przynajmniej wydawało się Mirze... 

Późna pora odebrała jej siły. Myśli kłębiły się w głowie. Ojciec... Ojciec, śpiący teraz 

wiecznym snem w grobie, którego nikt nie odnajdzie! Sam... 

Nie,  nie  chciała  płakać!  Raczej  powinna  myśleć  o  wszystkich  tych  dniach,  gdy 

musiała  ratować  ojca  z  opresji,  w  które  się  wplątał,  wypraszała  wolność  u  władz,  odnosiła 

skradzione przedmioty, uprzedzała wspólników, by wystrzegali się jego matactw, zajmowała 

się cuchnącym gorzałą bezwładnym cielskiem, jakim stawał się po hałaśliwych biesiadach z 

podobnymi sobie... 

background image

A  te  wszystkie  razy,  które  na  nią  spadły!  Po  jednej  z  kolejnych  awantur  ogłuchła  na 

jedno  ucho.  Tylko  dlatego,  że  nie  zgadzała  się  sprzedawać  swego  ciała,  gdy  brakło  mu 

pieniędzy. 

On  jednak  i  tak  zdołał  ją  upokorzyć.  Sprowadzał  dla  niej  „klientów”,  natrętnych, 

ohydnych mężczyzn, których wpuszczał do jej izdebki, do szopy czy gdzie tam zdobyli dach 

nad  głową.  Wybuchał  śmiechem,  słysząc  jej  rozdzierające  krzyki  i  wołanie  o  ratunek. 

Dostawał przecież pieniądze, za które mógł kupić sobie więcej wódki. 

Nad tym, owszem, mogła płakać, ale nie nad nim. 

Czy też może powinna odczuwać żal? Czyż nie jest obowiązkiem córki szanować ojca 

nawet po jego śmierci? Czy nigdy nie zdoła się od niego uwolnić? 

I jeszcze śmiała snuć marzenia o Peterze! 

Odruchowo wysunęła dłoń z jego dłoni. 

Przedziwne, ale miała wrażenie, że od tyłu napływa ciepło i poczucie bezpieczeństwa. 

Jak gdyby ten okropny Heike... rozumiał? 

Niemądre myśli 

- Dokąd zmierzaliście? - zapytał ją Peter. - Ty i twój ojciec? 

-  Och,  dokądkolwiek.  Kiedy  taki  człowiek  jak  on  da  się  poznać  we  wszystkich 

cywilizowanych okolicach, pozostają tylko bezludne pustkowia. 

- Wiele jest takich niebieskich ptaków - stwierdził Peter. - Ja byłem jednym z nich. 

- Ty? Ależ ty wyglądasz na szlachetnie urodzonego! 

- Naprawdę? - roześmiał się. - Ja mam jedynie szlachetne serce, ale z powodu ubóstwa 

nie  mogę  z  niego  korzystać.  Miałem  być  profesorem,  a  zamiast  tego  zostałem  marnym 

kuglarzem. Heike mnie uratował. 

- Czy... czy on także jest błędnym rycerzem? 

-  Heike?  Nie,  on  zmierza  do  domu,  na  Północ,  do  Skandynawii.  Tam  ma  przejąć 

rodowy dwór albo nawet dwa dwory. 

Mira  odwróciła  się  i  szeroko  otwartymi  oczami  wpatrywała  się  w  Heikego.  W 

ciemności  dostrzegała  jedynie  olbrzymią  sylwetkę  z  niezwyczajnie  szerokimi  ramionami. 

Twarz szczęśliwie skrywał cień, nie miała ochoty znów jej zobaczyć. 

Czy naprawdę uśmiechnął się do niej przyjaźnie, czy też było to tylko złudzenie? 

Peter westchnął: 

- Czeka nas jeszcze jeden kłopot. W jaki sposób mieszkańcy miasteczka zrozumieją, o 

co nam chodzi? I jak my pojmiemy ich mowę? 

-  W  wiosce,  w  której  byliśmy  z  ojcem  ostatnio,  nie  zrozumieliśmy  ani  słowa  - 

background image

przyznała Mira. - I tutaj też pewnie mówią tym samym językiem. 

- Wielce obiecujące - cierpko rzekł Peter. 

Kiedy  nareszcie  dobrnęli  do  miasteczka,  zapadła  już  głęboka  noc,  ale  okna  świeciły 

ciepłym,  żółtym  blaskiem.  Wkrótce  dotarli  do  rynku,  przy  którym  mieściła  się  karczma. 

Uwiązali konia i weszli do izby szynkowej. 

Siedząca tam garstka mężczyzn umilkła, zwracając ku nim zastygłe nagle twarze. Po 

pierwsze,  było  już  podejrzanie  późno,  a  po  drugie,  tu,  na  południu,  nigdy  nie  akceptowano 

obecności  kobiet  w  tak  męskim  rejonie,  jakim  była  izba  szynkowa.  Wszyscy  czterej 

poderwali  się  z  miejsc,  gdy  tylko  Heike  znalazł  się  w  kręgu  światła.  Energicznie  zaczęli 

czynić  znak  krzyża,  a  potem  ruchy  mające  powstrzymać  Heikego  przed  zbliżeniem  się  do 

nich. 

- Gruss Gott - powiedział swym jasnym głosem Peter. 

Zalali go potokiem wzburzonych słów, wskazując przy tym na Heikego. Najwyraźniej 

życzyli  sobie,  by  jak  najszybciej  opuścił  ich  przybytek.  I  Mira  także,  tak,  właściwie  cała 

trójka powinna w jednej chwili odejść z miasteczka. 

Ale Heike drgnął, słysząc ich głosy. Przecież to język Dimitriego! pomyślał. 

Pozdrowił obecnych, lekko się kłaniając, i rzekł w ich mowie: 

- Nie zwracajcie uwagi na mój nieszczęsny wygląd, nikt nie pytał mnie o zdanie, gdy 

przyszedłem na świat. Zapewniam was, że nie macie do czynienia z siłami ciemności, ale nie 

zaprzeczam, że moja twarz zawsze utrudniała mi nawiązywanie kontaktów z ludźmi. Bardzo 

proszę, sądźcie mnie według mego usposobienia, nie po wyglądzie! 

Natura  obdarzyła  Heikego  głębokim,  przyjemnym  głosem,  który  zawsze  wywierał 

dobre wrażenie. Było tak i teraz. Mężczyźni nieco się uspokoili, ale nadal stali, gotowi rzucić 

się do ucieczki na pierwszą oznakę niebezpieczeństwa. 

- Ja i moi przyjaciele, rodzeństwo Peter i Mira, jedziemy z daleka i zabłądziliśmy. Czy 

możecie  powiedzieć  nam,  gdzie  jesteśmy,  i  czy  moglibyśmy  dostać  coś  do  jedzenia  i 

schronienie na dzisiejszą noc? 

Mężczyźni,  z  ulgą  przyjmując  możliwość  złożenia  kłopotu  na  barki  kogoś  innego, 

zawołali zaraz: 

- Zeno! 

Wyszedł karczmarz w swym wielkim fartuchu i jeden z mężczyzn rzekł, wskazując na 

Heikego: 

- On twierdzi, że nie jest niebezpieczny i, na Boga, niemal mu wierzę. Chcą coś zjeść i 

przenocować. 

background image

Zeno  w  milczeniu  przyglądał  się  gościom,  szczególnie  długo  zatrzymując  badawcze 

spojrzenie na Heikem. 

Wreszcie  skinął  lekko  głową  i  dłonią  dał  znać,  że  mają  usiąść  i  czekać  na  podanie 

posiłku. 

Mężczyźni  zaprosili  ich  do  dużego  stołu,  obcy  przybysze  wyraźnie  wzbudzili 

ciekawość miejscowych. 

Przez  chwilę  panowało  milczenie,  wszyscy  obecni  mierzyli  się  tylko  wzrokiem.  W 

końcu Heike odezwał się łagodnie: 

- Zdaje się, że macie tu w wiosce jakieś kłopoty? 

Peter  i  Mira  naturalnie nic  nie  zrozumieli,  ale  mężczyźni  gwałtownie zadrżeli.  Zeno 

wyszedł właśnie z kuchni i usłyszał słowa Heikego. 

Nikt mu nie odpowiedział. Popatrzyli po sobie, niepewni i podejrzliwi. 

Zeno usiadł przy stole i zachowując kamienny wyraz twarzy, ze wzrokiem utkwionym 

w Heikego, zapytał: 

- Dlaczego tak uważasz? 

Z żółtych oczu Heikego promieniowała łagodność. 

- Trudno na to odpowiedzieć, ale jeśli dowiem się czegoś więcej, być może będę mógł 

wam pomóc. 

Wsłuchiwali się z uwagą, ale jakby napięcie nieco z nich opadło. Siedli wygodniej i 

odetchnęli. 

-  Jak  ty,  taki  młody  chłopak,  możesz  mówić  nam  takie  rzeczy?  -  Na  twarzy  Zeno 

malowała się surowość. 

- Ponieważ wywodzę się z rodu, który posiadł moc zwalczania zła. 

Z trudem chwytali oddechy, lękliwie rozglądając się dokoła, jak gdyby coś mogło kryć 

się w zakamarkach izby. 

-  Tu  nie  ma  niczego  złego  -  stwierdził  Zeno,  ale  wyraz  jego  oczu  przeczył  tym 

słowom. - Tu nie ma absolutnie nic złego, nie pojmuję, jak mogła przyjść ci do głowy taka 

absurdalna myśl! 

Heike wzrokiem omiótł pomieszczenie. 

-  Ten  las...  -  rzekł  powoli.  -  Czarne  ptaki,  krążące  nocą...  I  dlaczego  nie  ma  u  was 

wianków z czosnku, jak we wszystkich gospodach Słowenii, Węgier i tutejszych okolic? 

- Nie rozumiem, o czym mówisz - mruknął Zeno. 

- Powiedz więc przynajmniej, gdzie jesteśmy! 

- Miasteczko nazywa się Stregesti i leży w Ardeal. 

background image

Peter, który na próżno usiłował zrozumieć rozmowę, nagle się ocknął. 

- Ardeal to rumuńska nazwa Siedmiogrodu, a „strega” oznacza, Boże, zmiłuj się nad 

nami, czarownicę! 

Heike odetchnął z ulgą. 

-  Ach,  tak  -  rzekł  po  prostu.  I  dalej  mówił  po  niemiecku:  -  Wyraźnie  widzę,  że  ci 

mężczyźni pragną podzielić się ze mną jakimiś troskami, ale nie mają odwagi tego uczynić. 

Boją się kogoś lub czegoś. Prawdopodobnie osobie, która ma za długi język, grozi straszliwa 

kara. 

- Ale o czym rozmawialiście? Oni wyglądają na śmiertelnie wystraszonych! 

- Później ci to wyjaśnię. 

Znów zwrócił się do mężczyzn: 

-  Nie  ma  tu  czosnku  powiązanego  w  wianki...  Czy  to  znaczy,  że  nie  ma  tu  również 

wampirów? 

Znaleźli  się  teraz  na  bezpiecznym  gruncie.  Na  twarzach  mężczyzn  odmalowała  się 

ulga. 

- Nie! Nie ma żadnych wampirów! 

- Ale jest za to coś innego? 

I znów dało się wyczuć strach, choć twarze pozostały kamienne, nieprzeniknione. 

- Co innego? - niefrasobliwie powtórzył Zeno. - A cóż by to miało być? No, jedzenie 

już chyba goto... 

Urwał w pół słowa. Wszyscy nasłuchiwali. Na twarzach widać teraz było już wyraźny 

strach. 

Z zewnątrz dobiegł odgłos wtaczającego się na rynek powozu. 

Peter uśmiechnął się. 

- Któż to urządza sobie przejażdżkę o tak późnej porze? 

Mężczyźni  wyglądali,  jakby  mieli  ochotę  rozpłynąć  się  w  powietrzu,  a  nie  mogli 

wyjść z szynku, nie napotykając w drzwiach pasażerów powozu. 

Otworzyły się drzwi, do środka weszły dwie damy. Wyższa i starsza gwałtownie się 

zatrzymała.  Nosiła  czarną  woalkę,  ale  pod  nią  można  było  dostrzec  niezwykle  urodziwą 

twarz, parę wielkich czarnych oczu i drgające nozdrza. 

Starsza  dama  zawróciła  na  pięcie  i  popychając  przed  sobą  młodszą,  prześliczną 

dziewczynę, opuściła karczmę.  Wkrótce dało  się słyszeć  turkot odjeżdżającego w szalonym 

pędzie powozu. 

W karczmie zapadła grobowa cisza. Mężczyźni stali jak wryci, spoglądając na siebie z 

background image

niedowierzaniem. Później zwrócili oczy ku Heikemu. 

Nie spuszczali z niego wzroku. 

- Cóż to za piękne damy? - zapytał Peter. 

Heike przetłumaczył jego pytanie. 

Mówienie sprawiało Zeno wyraźną trudność. 

- To księżniczka Feodora i jej kuzynka Nicola. Mieszkają w pobliżu. 

W izbie znów zapanowało milczenie. 

I nagle Zeno przemówił do Heikego, powoli, jak gdyby się budził: 

- Zaiste, z niezwykłego musisz wywodzić się rodu. Nigdy dotąd się to nie zdarzyło. 

Mężczyźni rozeszli się do domów i goście w samotności spożywali posiłek. 

Zeno  krążył  między  kuchnią  a  izbą  szynkową  niczym  zdezorientowana  kura,  nie 

mając odwagi odezwać się do Heikego. 

Dopiero  gdy  zaprowadził  ich  na  piętro,  by  pokazać  pokoje,  zdobył  się  na  kilka 

znaczących słów. 

-  Ta  izba  nada  się  może  dla  młodych  panów?  -  zapytał  otwierając  drzwi  do  pokoju 

będącego kiedyś sypialnią Yvesa i barona. - A panienka niech zajmie sąsiedni pokój? 

- Dziękujemy - powiedział Heike. - Bardzo nam to odpowiada. 

Zeno podszedł bliżej i mruknął tak cicho, że ledwie było go słychać: 

- Najlepiej będzie, jeśli panienka będzie miała okno zamknięte. Tyle tu robactwa... 

Mira,  zorientowawszy  się,  czego  dotyczy  rozmowa,  gdyż  Zeno  dokładnie  sprawdzał 

okno, zawołała z żalem: 

- Ale tutaj jest tak gorąco! 

Heike wtrącił się natychmiast: 

-  Zrób  tak,  jak  mówi  gospodarz,  Miro!  To  bardzo  ważne.  Bez  względu  na  wszystko 

nie otwieraj okna! Mają tu pewien gatunek niebezpiecznej muchy... 

Dziewczynę  zadowoliło  to  wyjaśnienie  i  przyglądała  się  już  tylko  w  milczeniu,  jak 

Zeno i Heike starannie zatykają szczeliny w oknie. 

-  Naturalnie  drzwi  także  nie  wolno  ci  otwierać  -  nakazał  Heike.  -  Jest  tu  nocnik,  nie 

będziesz więc musiała wychodzić. Zostań u siebie aż do czasu, gdy rano cię obudzimy. 

Odwrócił się ku karczmarzowi Zeno. 

- A więc ta... mucha jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet? 

- Tak - mruknął Zeno. - Nie lubi młodych dziewcząt. 

Heike zrozumiał teraz, że karczmarz dopuścił się czegoś niezwykłego. Po raz pierwszy 

usiłował ostrzec swoich gości! 

background image

Wielkie nadzieje pokładał widać w Heikem. 

Ogromny był to ciężar dla kogoś, kto nigdy nie miał okazji wypróbować siły swych 

wrodzonych zdolności. Ale takie zaufanie również zobowiązywało. 

Gdyby tylko Heike mógł dowiedzieć się czegoś więcej! 

Kiedy wrócił do swojej izby, natychmiast i w niej zabrał się za uszczelnianie okien i 

drzwi. 

Peter,  który  już  się  położył,  wysunął  głowę  spod  przykrycia  i  zapytał 

zniecierpliwiony: 

- Co tu się właściwie dzieje? 

- Nie wiem jeszcze - odparł Heike. Przysiadł na brzegu łóżka i zaczął ściągać buty. - 

Ale musimy uważać na Mirę, nie wolno zostawiać jej samej. 

- Ale przecież właśnie teraz została sama! 

- Zamknęła się od środka i obiecała, że nie ruszy się z łóżka przez całą noc. 

Heike zadumał się z jednym butem w dłoni. 

- To ma coś wspólnego z owymi dwiema damami. 

Peter natychmiast usiadł na łóżku. 

- Na pewno nie z tą śliczną. Sprawiała wrażenie takiej stłamszonej. 

- Nie zwróciłem na nią uwagi, przyglądałem się tej dominującej osobowości. 

- Piękna smoczyca - zachichotał Peter. - Ale ja patrzyłem tylko na Nicolę. Może ona 

jest w niewoli u smoka? Biedna istota, wyglądało, jakby szukała ratunku. 

-  Być  może.  Ale  sądzę,  że  nie  powinieneś  mieszać  się  w  ich  stosunek  strażnika  i 

więźnia, w każdym razie dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. 

Peter z powrotem opadł na poduszki. 

- Nicola... - powiedział rozmarzony. - Takie cudowne imię... 

- Myśl raczej o bezpieczeństwie Miry! 

-  Mira!  Ta  krowa!  Za  dużo  fantazjujesz,  Heike,  to  wszystko  nie  może  być  aż  tak 

niebezpieczne!  Stary,  niszczejący  las,  czego  tu  się  bać?  -  Westchnął.  -  Nie  mogę  oderwać 

myśli  od  Nicoli.  Taka  delikatna  postać,  te  wystraszone  oczy  błagalnie  wpatrujące  się  w 

moje... 

- Doprawdy, wiele zdołałeś zaobserwować przez tak krótką chwilę! 

- To był moment, w którym czas jakby się zatrzymał. Jej los wydał mi się taki gorzki. 

Muszę jej pomóc, muszę! 

Heike stłumił westchnienie i wsunął się do łóżka, dręczony niepewnością. Jego myśli 

wciąż zaprzątało zło kryjące się w dolinie, nie mógł zasnąć. 

background image

Udręką  było  dla  niego  także  przebywanie  w  ciasnej,  zamkniętej  izbie,  ale  powtarzał 

sobie,  że  na  zewnątrz  jest  jeszcze  gorzej,  a  to  trochę  pomogło  przezwyciężyć  atak 

klaustrofobii. 

Bezgranicznie  tęsknił  także  za  domem,  za  Eleną  i  Milanem,  za  młodszym 

rodzeństwem. Czuł się zbyt młody i niedoświadczony, by podjąć walkę ze złem zalegającym 

w miasteczku, w całej dolinie. 

Uczynił więc to, co zwykle robił wtedy, gdy siedział w klatce, czując się zagubiony i 

nieszczęśliwy. Delikatnie ujął mandragorę i ułożył ją blisko siebie, nie wypuszczając z dłoni. 

Potrzebował teraz jej wsparcia. 

Mira śniła. 

We śnie rzucała się na łóżku, cicho pojękując. Wokół niej rozlegały się ciche kroki i 

tajemnicze  szepty.  Znajdowała  się  w  pomieszczeniu  najbardziej  przypominającym  komorę 

grobową. Nad nią stali zmarli i mamrotali coś głuchymi głosami, kołysząc się powoli raz w 

jedną, raz w drugą stronę. Wpatrywali się w nią leżącą na łóżku. 

Chwilami  wzrok  jej  padał  na  okno,  znajdujące  się  za  nimi.  Na  zewnątrz  było  coś 

jeszcze... 

Blade  twarze?  Dłonie  przesuwające  się  po  szybie,  pragnące  dostać  się  do  środka? 

Nie... 

Nie  widziała  dobrze.  We  śnie  panował  półmrok.  Zza  okna  także  dochodziły  kroki  i 

szepty, ale jakieś inne. 

Ptasie oczy? Małe, połyskujące czarno? Złośliwie patrzące z ukosa? 

Nie. 

Ale tam bez wątpienia coś było. Kołyszący się ludzie, którzy tak bezradnie wzdychali, 

znów przesłonili jej okno i cały widok. 

Teraz to  widziała,  tak, bez  wątpienia.  Coś  z  całych  sił  próbowało  wedrzeć się  przez 

okno. Szumiało, szeleściło. 

Cóż to, na Boga, mogło być? 

W pomruku brzmiała coraz wyraźniejsza groźba, coraz bardziej przerażająca, narastała 

aż do crescendo. Mira wiła się po łóżku, jęczała, aż w końcu się obudziła. 

Na moment wstrzymała oddech. W izbie panował dławiący zaduch. 

Było  cicho,  spokojnie.  Powoli  wracała  do  rzeczywistości  i  nocny  koszmar  zaczął 

mijać, łagodnie wycofywał się do ukrytych zakamarków jej podświadomości. 

Była mokra od potu. Koniecznie trzeba otworzyć okno, pomyślała. 

Uczyniła już ruch, by usiąść, gdy nagle przypomniała sobie ostrzeżenie Heikego. 

background image

Z powrotem się położyła. Tym razem traktowała jego słowa poważnie. 

Leżała  nasłuchując  dźwięków  doliny,  ale  było  cicho  jak  w  grobie.  Ogarnęło  ją 

uczucie, że przekroczyła już granicę, dzielącą ją od świata zmarłych. Odmówiła pospiesznie 

modlitwę, ale jej słowa zabrzmiały dziwnie mało znacząco. 

To  śmierć  ojca  tak  na  mnie  wpłynęła,  tłumaczyła  sobie  w  myśli.  Nic  dziwnego,  że 

dręczą mnie koszmary o zmarłych. 

Gdyby tylko nie była tak bardzo sama! Czy mogła zapukać w ścianę, do chłopców? 

I co by im powiedziała? Chodźcie, trzymajcie mnie za rękę, mam takie straszne sny? 

Zorientowała  się  nagle,  że  drży  na  całym  ciele  i  że  stan  ten  trwa  już  od  momentu 

przebudzenia. 

Przypomniała sobie, że karczmarz Zeno dokładnie zatkał także i dziurkę od klucza w 

jej drzwiach! 

Nie wiedziała, czy uznać ten fakt za niepokojący, czy może raczej uspokajający. 

Chyba i taki, i taki. 

Dopiero gdy światło poranka zajrzało przez małe okienko, Mira zasnęła. 

Peter  przez  całą  noc  spał  spokojnie.  Często  na  wargach  wykwitał  mu  uśmiech 

zadowolenia,  jak  gdyby  śnił  cudowne  sny,  w  których  nikomu  innemu  nie  wolno  było 

uczestniczyć. 

Tylko  Heike  na  krótką  chwilę  przebudził  się,  zatrzymując  stan  świadomości  w 

połowie drogi pomiędzy jawą a snem. 

W  jego  wrażliwą  duszę  wryła  się  atmosfera  zalegająca  w  dolinie.  Gnijąca  śpiączka 

milczącego  lasu,  wilgoć  spływająca  kroplami  po  gałęziach,  miarowy  chlupot  wody  przy 

bagnistych brzegach rzeki, cisza, wyczekująca w próżnej nadziei, westchnienia wszystkiego, 

co trwało, pojękując... 

I jeszcze do tego ten drażniący niepokój, biorący swój początek u nieznanego źródła. 

Heike  obrócił  się  w  łóżku.  Jego  dłoń  instynktownie  mocniej  zacisnęła  się  na 

mandragorze. 

Niejasne, niepewne myśli zaczęły się formułować. 

Muszę ich stąd zabrać. Jak najprędzej. Nie możemy zostać tu nawet o moment dłużej, 

niż  to  konieczne.  Jestem  tylko  młodym,  niedoświadczonym  chłopakiem.  Jak  mam  się  temu 

przeciwstawić? 

Peter i Mira... 

Trzeba się spieszyć. Obydwoje są w niebezpieczeństwie, każde na swój sposób. To ja 

muszę być silny, przeprowadzić ich przez las. Natychmiast! 

background image

Tyle tylko zdążył pomyśleć, nim sen znów nie ukołysał go w swych objęciach. Prawie 

nie dotarło do jego świadomości, że w ogóle się obudził. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Heike wstał przed Peterem. 

Ubrał  się  po  cichu,  tak  by  nie  zbudzić  towarzysza,  i  chwilę  później  znalazł  się  w 

drzwiach  prowadzących  na  rynek.  Pobielona  wapnem  gospoda  skąpana  była  w  porannym 

słońcu. Na opustoszałym rynku wokół studni fruwało kilka pożółkłych liści, a ostatnie kwiaty 

lata  barwną  plamą  rozświetlały  balkon  domu  naprzeciwko  karczmy.  Ten  bardziej  elegancki 

budynek miał także niewielkie wybrukowane podwórko, na którym drobne kamyki układały 

się  w  delikatny  mozaikowy  wzór.  Heikemu  przyszło  do  głowy,  że  może  właśnie  tutaj 

mieszkają dostojne damy. Ale nie, przecież przyjechały powozem. 

Śliczne miasteczko, ale stare, jakież stare... 

Szedł  dalej  przez  rynek,  aż  dotarł  do  miejsca,  gdzie  między  dwoma  domami  było 

nieco  wolnej  przestrzeni.  Łączyła  je  tylko  balustrada,  za  którą  roztaczał  się  widok  na  łąki 

ciągnące się nad rzeką. 

Pasły się na nich dwa konie. 

Heike patrzył na rozpościerającą się dalej dolinę. Poranek niósł już wieść o kolejnym 

ciepłym dniu i opary unoszące się między chłodną od nocy ziemią a nagrzanym powietrzem 

skrywały krajobraz w coraz bledszej, łagodniejszej im dalej, szarozielonej mgle. 

Dzień miał być wilgotny, ciepły niemal nieznośnym upałem. Jakby lato brało ostatni 

oddech pełną piersią, zanim umrze, zginie, podcięte skradającym się chłodem jesieni. 

Nad najdalszą częścią doliny dominowało ogromne urwisko. Heike zastanawiał się, co 

też może kryć się za nim. Prawdopodobnie nic, pomyślał. Nad urwiskiem zataczały kręgi dwa 

czarne ptaszyska, głodne kruki, wypatrujące zdobyczy w dolinie. 

Niepostrzeżenie zjawił się Zeno, karczmarz. Stanął obok Heikego. 

- Piękne zwierzęta - rzekł chłopak, wskazując na konie. - Niepodobne do tutejszych. 

-  To  prawda.  Należały  do  dwóch  francuskich  szlachciców.  Powinniście  zabrać  je  ze 

sobą, jeśli opuścicie Stregesti. Nie mamy dla nich miejsca w stajni ani też paszy. Nie przeżyją 

surowej zimy. 

Heike  zwrócił  uwagę,  że  Zeno  powiedział:  jeśli  opuszczą  miasteczko,  nie  chciał 

jednak  czepiać  się  akurat  tego  słowa.  Zeno  wyraźnie  pragnął  nawiązać  z  nim  kontakt,  ale 

musiał uważać na to, co mówi, i Heike miał tego świadomość. 

Wobec tego zapytał, może zbyt bezpośrednio, ale na to nie było już rady: 

- Dlaczego Francuzi nie zabrali ze sobą koni? 

background image

Zeno zawahał się odrobinę, zanim odparł dwuznacznie: 

- Zniknięcie. 

Heike pojął, że karczmarz ma na myśli Francuzów, ale celowo udał, że źle zrozumiał. 

- Czy... wiele koni już zniknęło? 

- Tak - krótko odparł Zeno, także świadom faktu, iż obaj porozumiewają się właściwie 

poza słowami. 

- W lesie? 

- Prawdopodobnie. 

Wahanie Zeno wskazywało na co innego. Heike rzekł bardziej otwarcie: 

-  Moi  towarzysze  jeszcze  śpią.  Mam  ochotę  przejść  się  trochę  po  miasteczku  przed 

śniadaniem. Czy jest tu coś szczególnego, co powinienem zobaczyć? 

Zeno odruchowo przeniósł wzrok na urwisko, ale spłoszony zaraz znowu spojrzał na 

Heikego. 

- Może kościół? - rzekł powoli, jakby niechętnie. 

Co  takiego  ten  człowiek  starał  się  przekazać  Heikemu?  Chłopak  nie  mógł  tego 

uchwycić. 

- Masz czas, by pójść tam ze mną? - zapytał. 

Zeno odwrócił się ku gospodzie. 

- Jeszcze nie teraz. Ale później przyjdę. 

- Dobrze. 

Rozstali się. Heike powędrował dalej w prześwietlonej promieniami słońca delikatnej 

mgle. Miasteczko nie było duże. Dwa czy trzy przyzwoite domy stały wokół rynku; na resztę 

zabudowy  składały  się  nędzne  gliniane  chałupy,  ciągnące  się  po  obu  stronach  nieopisanie 

brudnych,  cuchnących  zaułków.  Kobiety  we  wdowich  welonach,  wynoszące  pościel  do 

wietrzenia,  szybko  znikały  w  głębi  domostw,  przerażone  niezwykłym  wyglądem  Heikego. 

Stały potem schowane, przyglądając mu się ukradkiem. 

Jedynymi  mężczyznami,  których  widział  od  czasu,  gdy  przybył  do  miasteczka,  był 

Zeno  i  owi  czterej  spotkani  w  karczmie  poprzedniego  wieczoru.  Wszyscy  oni  osiągnęli  już 

podeszły wiek i byli bardzo mało pociągający, no, może z wyjątkiem Zeno. 

W tym miasteczku musi być wiele wdów, pomyślał Heike. 

Zrobił  zaledwie  kilka  kroków  i  już  znalazł  się  przy  kościele.  Był  to  malutki, 

prawosławny, jak przypuszczał, kościółek. 

Heike  dokładnie  oglądał  go  z  zewnątrz,  gdyż  jako  jednemu  z  dotkniętych  z  Ludzi 

Lodu z trudem przychodziło mu przestępowanie progu świątyni. Ta niechęć doprowadzała do 

background image

wielu  konfliktów  w  domu,  w  Planinie,  ale  w  końcu  Elena  i  Milan  musieli  przystać  na 

kompromis. 

Heike pokazywał się w kościele dwa razy w roku. Na tym koniec. Jeśli chciał, mógł 

oczywiście wejść do środka, ale zawsze było to dla niego ogromnie trudne. 

Przez  chwilę  przyglądał  się  budynkowi  z  zewnątrz,  ale  nie  znalazł  w  nim  nic 

szczególnie interesującego. Następnie wszedł na cmentarz, nieduży, ogrodzony żelazną kratą. 

Cmentarz  był  bardzo  stary,  najwidoczniej  nowy  musiał  mieścić  się  zupełnie  gdzie 

indziej. Grube korzenie i rozłożyste pnącza dzikiego wina otulały płyty nagrobne, skrywając 

je pod misterną plecionką brązu i zieleni. Wystawało spod niej kilka kamieni nagrobnych, ale 

ku zdumieniu Heikego napisy - czy też raczej to, co zdołał dostrzec - wyryte były nieznanym 

mu alfabetem, nie umiał powiedzieć jakim. 

Cmentarz więc niewiele mu pomógł w rozwikłaniu tajemnicy miasteczka. 

Nagle  u  jego  boku  pojawił  się  Zeno.  Nadszedł  bezszelestnie  przez  miękkie  listowie, 

zalegające cmentarz. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego. 

- Czy możemy wejść do kościoła? 

Krew  Ludzi  Lodu,  płynąca  w  żyłach  Heikego,  gwałtownie  protestowała.  Wydawało 

się  jednak,  że  dla  Zeno  ma  to  ogromne  znaczenie,  kiwnął  więc  głową  i  wszedł  za  nim  do 

wnętrza małej świątyni. 

Zeno odmówił szeptem modlitwę pod starym wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. 

Prawdę powiedziawszy, Heike nigdy jeszcze nie widział tak zniszczonego krucyfiksu. Niemal 

cała farba gdzieś zniknęła, a drewno zdawało się wytarte, wprost wypolerowane do połysku 

tysiącami dłoni. 

A kiedy ujrzał, jak Zeno z całych sił uchwycił się ręką figury na krzyżu, zrozumiał, że 

tak  właśnie  musiało  się  dziać  przez  dziesiątki  czy  może  nawet  setki  lat.  Czy  kościół  był 

jedynym miejscem, w którym nieszczęśliwi ludzie z miasteczka mogli odnaleźć spokój? 

Nieszczęśliwi,  pomyślał  Heike.  A  przecież  nie  widział  jeszcze  nic  z  tego,  co  ujrzał 

Yves. 

- Tutaj jesteśmy bezpieczni - wyszeptał Zeno z przerażeniem w oczach. - Czy chciałeś 

się czegoś dowiedzieć? 

-  Bardzo  wiele!  Przede  wszystkim  o  tych  zaginionych  mężczyznach.  Co  się  z  nimi 

stało? 

- Skąd możemy wiedzieć, gdzie znajdują się ludzie, którzy zniknęli? 

- Nigdy żadnego nie odnaleźliście? 

-  Owszem,  jednego.  Żył  jeszcze,  ale  tylko  przez  moment.  Wiele  już  lat  upłynęło  od 

background image

tamtej pory. 

Żył?  Czy  miało  to  oznaczać,  że  inni  umarli?  Czy  Zeno  wiedział  więcej,  niż  chciał 

wyjawić? 

- Ten, który żył...? - zapytał Heike. - Czy udało się wam coś z niego wyciągnąć? 

- Tylko dwa słowa, to wszystko. 

- Jakie dwa słowa? 

Zeno ogromnie pobladł. Wyrzucał z siebie wyrazy, jąkając się, jakby nie był w stanie 

uporać się z przywołanym w myślach obrazem. 

-  Wyglądał  strasznie.  Przerażająco.  Znaleźliśmy  go...  całkiem  nagiego.  Całe  ciało 

pokryte miał dziwnymi  znakami, pręgami. A najdziwniejsze ze wszystkiego było, że jego... 

męskość... była całkiem... 

Dalsze słowa najwyraźniej nie mogły przejść mu przez gardło, mocno zawstydzony, a 

zarazem wstrząśnięty, 

Wyprostował tylko palec wskazujący. 

Heike zarumienił się. 

- Mów dalej! Jak brzmiały te dwa słowa? 

-  No  tak.  On  przecież  umierał.  Był  niezwykle  wysokim,  silnym,  przystojnym 

mężczyzną. To, co mu się przydarzyło, przeżył z pewnością tylko dzięki sile swej woli. Ale 

wpatrywał  się  w  nas  z  nieopisanym  wprost  przerażeniem  wyrytym  na  twarzy,  a  następnie 

wydusił z siebie słowa: „Skrzydła kruka!” Patrzył na nas z rozpaczą, jak gdyby chciał przed 

czymś przestrzec, a potem zgasło w nim życie. 

Heike  miał  na  końcu  języka  pytanie,  gdzie  go  znaleziono,  gdy  otworzyły  się  drzwi 

kościoła i do środka weszła żona Zeno. 

-  A  więc  tutaj  jesteś  -  szepnęła  do  męża,  zdjęta  panicznym  lękiem.  -  Chodź,  zanim 

sprowadzisz nieszczęście na nas wszystkich! 

- Ale ja bardzo chciałbym się dowiedzieć... - zaczął Heike. 

- Ani słowa więcej - ucięła ostrym tonem, spoglądając nań surowo. 

Na nic zdały się prośby! Zeno, jak skarcony dzieciak, w poczuciu winy poczłapał za 

żoną.  Normalnie  wrzasnąłby  pewnie:  „Nie  wtrącaj  się,  babo!”,  ale  tym  razem  sprawa  była 

najwyraźniej zbyt poważna. Takich tajemnic nie wolno zdradzać! 

Zanim  jednak  mężczyźni  wyszli  z  kościoła,  Heikemu  udało  się  szepnąć  do 

karczmarza: 

- Te dwie kobiety...? 

- Ciii! - syknął śmiertelnie przerażony Zeno i Heike wiedział, że to wcale nie obawa 

background image

przed żoną powodowała nim w tej chwili. 

Heike postanowił być nieugięty 

- Muszę to wiedzieć! 

Zeno uczepił się rzeźbionej kolumny, podtrzymującej galerię niedaleko od drzwi, jak 

gdyby musiał mieć łączność z jakimkolwiek świętym elementem, by o tym mówić. Podczas 

gdy jego żona już znikała w przedsionku, szepnął do Heikego: 

- Księżniczka... śmiertelnie niebezpieczna! Gwałtem trzyma tę drugą biedaczkę. 

- Dlaczego księżniczka jest niebezpieczna? 

Zeno,  w  największej  tajemnicy,  z  oczami  okrągłymi  z  przerażenia  i  podniecenia, 

odparł szeptem: 

- Oszalała na punkcie mężczyzn. 

-  Zeno?  -  Z  zalanego  słońcem  dziedzińca  dobiegł  gniewny  głos  żony  karczmarza.  - 

Gdzie ty się podziewasz? 

Wyszli  z  kościoła.  Heike  podążał  za  parą,  starając  się  zapanować  nad  wzburzonymi 

myślami. 

Heike  był  młodym  chłopcem  o  czystym  sercu.  W  domu  Eleny  nie  rozmawiano  z 

dziećmi o stosunkach pomiędzy mężczyzną a kobietą. To było tabu, mówienie na ten temat 

równało  się  grzechowi.  Dlatego  Heike  wiedział  tak  mało.  Nie  był  wprawdzie  całkiem 

nieświadom,  lecz  to,  co  wiązało  się  z  erotyką,  pozostawało  dla  niego  mroczne,  niejasne  i 

zakazane.  Informacje przekazane mu przez  Zeno wstrząsnęły więc  nim  do głębi. Znaczenia 

słów „oszalała na punkcie mężczyzn” z pewnością nie zrozumiał do końca. 

Dogonił małżonków nieco poirytowany. 

- Po śniadaniu opuszczamy miasteczko - rzekł krótko. 

- Doskonale - odparła karczmarzowa, ale Zeno jęknął z rozpaczą. 

- Ale dlaczego? Sądziłem... - zaczął. 

Heike był zdecydowany. 

-  Jestem  odpowiedzialny  za  tamtych  dwoje.  A  skoro  nie  mogę  się  od  was  niczego 

dowiedzieć, nie mogę też wam pomóc. 

- Sama słyszysz - ze złością zwrócił się karczmarz do żony. 

-  Nie  przypuszczasz  chyba,  że  ten  gołowąs  jest  w  stanie  coś  dla  nas  zrobić?  - 

odparowała. 

Znaleźli się już przy karczmie; w miasteczku wszędzie było blisko. 

Mira  przywitała  ich  w  drzwiach,  w  blasku  słońca  widać  było,  że  jest  wyspana  i 

świeża. W swej młodzieńczej żywiołowości doprawdy wyglądała ślicznie. 

background image

-  Nareszcie  jesteś  -  nieśmiało  uśmiechnęła  się  do  Heikego.  -  Pukałam  do  waszych 

drzwi, ale nikt nie odpowiadał. 

Heike uśmiechnął się. 

- Peter najwyraźniej mocno śpi. Zaraz go obudzę. 

Kilkoma susami pokonał schody i zapukawszy, otworzył drzwi. 

Izba była pusta. 

Zaskoczony  wrócił  na  dół.  Mira  przestraszyła  się  nie  na  żarty,  widząc  jego  wyraz 

twarzy. 

- Nie ma go tam - oznajmił Heike zdumiony. - Zaraz się rozpytam. 

Zeno naturalnie nic nie wiedział, wszak nie było go w karczmie, jego żony także. Ale 

jedna  z  podkuchennych  wyraźnie  zareagowała  wzburzeniem  na  pytanie  Heikego. 

Zaczerwieniła się i głęboko pochyliła nad jarzynami, których krojeniem właśnie była zajęta. 

- Mów, co wiesz - nakazał Zeno. 

- On... pytał o... 

- Peter nie mógł o nic pytać, nie zna przecież tutejszego języka - wtrącił się Heike. 

- On zapytał tylko... Wypowiedział jedno jedyne słowo. Imię. 

Heike wiedział już wszystko, zanim jeszcze dziewczyna zdążyła skończyć. 

- Nicola? 

Ze  łzami  w  oczach  pokiwała  głową.  Była  to  ta  sama  dziewczyna,  która  kiedyś  tak 

długo, z żalem, spoglądała za Yvesem. 

- Pan Peter był takim ślicznym chłopcem - szepnęła. - Oni wszyscy tacy byli. 

Był? Heike poczuł, jak strach pazurami chwyta go za serce. 

- I potem poszedł? Pokazałaś mu drogę? 

Odpowiedzią było kolejne mokre od łez skinięcie głową. 

- Dokąd? 

Zeno odparł za dziewczynę: 

- Młoda Nicola zawsze błaga o pomoc. Zawsze. I to z rozpaczą, która rozdziera wprost 

serce. I za każdym razem to się źle kończy. Księżniczka... 

-  Milcz?  -  zawołała  jego  żona  głosem  nabrzmiałym  histerią.  -  Chcesz  sprowadzić 

zagładę na nas wszystkich? My nic nie wiemy? Nic! Dotarło to do was, panie Heike? 

Heike pozostał niewzruszony. 

- Dokąd on poszedł? 

- Musisz wyjść z Targul Stregesti - odparł Zeno wyczerpany. - Potem trzeba iść dalej 

wzdłuż doliny, a dotrzesz na miejsce. Ale czy naprawdę masz zamiar...? 

background image

-  Niech  idzie!  -  wrzasnęła  karczmarzowa.  -  On  tylko  napyta  nam  wszystkim  biedy, 

sprowadzi na nas nieszczęście! 

Heike natychmiast ruszył z miejsca, ale zaraz podbiegła do niego Mira. 

- Będziesz szukał Petera? Idę z tobą. 

- Nie, ty... 

Przyjrzał się dziewczynie uważniej, dostrzegł wyraźny strach bijący z jej oczu. 

- Czy w nocy coś się wydarzyło? - zapytał cicho po niemiecku. 

Z powagą skinęła głową. 

- Okno... Oczywiście tylko śniłam, ale... 

- A więc chodź ze mną - postanowił Heike. 

Gospodarz  uznał,  że  najpierw  powinni  zjeść  śniadanie.  Zgodzili  się  w  końcu  wypić 

kilka łyków mleka i wzięli też w rękę po kawałku chleba na drogę. 

Zeno spoglądał za nimi z troską. Snuł swoje marzenia o tym, jak Heike zdoła ocalić 

Petera i Targul Stregesti. 

Jego żona natomiast nie miała żadnych złudzeń. 

Kiedy wyszli z karczmy, Heike poprosił Mirę: 

- Opowiedz mi o tym, co ci się śniło! 

- Ale to był tylko koszmarny sen! 

- Pozwól mnie o tym zdecydować. Mów! 

Heikego  zdumiała  stanowczość,  która  tak  nagle  się  w  nim  ujawniła.  W  nim, 

dobrodusznym Heikem, któremu wszyscy rodzice w Planinie powierzali opiekę nad dziećmi! 

Teraz stanął wobec nowego wyzwania i uświadomił sobie, że tkwi w nim nieznana siła. 

Nigdy nie zastanawiał się, jakie właściwie moce nosi w sobie, ale też nigdy dotąd nie 

było takiej potrzeby. 

Co innego teraz... 

Boże, dopomóż nam, myślał. To miasteczko, ta dolina przeraża mnie ponad wszelkie 

granice! 

Mira  opowiedziała  mu  o  zmarłych  i  owym  niewyraźnym,  strasznym,  co  we  śnie 

usiłowało  wedrzeć  się  przez  jej  okno.  Ku  jej  zdumieniu  Heike  odniósł  się  do  jej  słów  z 

powagą. 

- Że też Peter wyszedł akurat teraz - rzekł głęboko wstrząśnięty. - Musimy stąd odejść! 

Jak  najprędzej!  Przeceniałem  swoje  możliwości,  sądząc,  że  wybawię  mieszkańców 

miasteczka z kłopotów. Teraz czuję, że żadną miarą sobie z tym nie poradzę. 

- Ale przecież Peter? Czy nie...? 

background image

- Tak, tak, oczywiście! Musimy go przyprowadzić i wtedy wyruszymy jak najprędzej 

w  dalszą  drogę!  Widzisz  te  konie?  Są  bezpańskie  i  właściwie  już  nam  je  podarowano  - 

dokończył Heike, kiedy wyszli na łąki. 

- Naprawdę? Dostaliśmy je? 

- Tak. Oni nie mogą się nimi zająć. 

-  Ach,  to  wspaniale!  Wszyscy  troje  będziemy  więc  mogli  jechać  konno!  Nigdy  nie 

miałam własnego konia, choć oczywiście także i teraz nie będzie on mój... 

- Naturalnie, że będzie! Zasłużyłaś na to, przez tyle lat zajmując się ojcem. 

- Och - westchnęła. - A1e czy one nie są bardzo drogie? 

- Tak, to rasowe wierzchowce. Myślisz, że będą miały ochotę na chleb? 

Zawołał je. Konie zastrzygły uszami i odbiegły dalej. 

Kiedy Heike usiłował się zbliżyć, uciekały. 

-  Ależ,  na  litość  boską,  one  niemal  całkiem  zdziczały  -  powiedział  zdumiony.  - 

Czyżby nikt się nimi nie zajmował? 

Zostawił konie w spokoju i rozejrzał się po dolinie. 

- No tak... Którędy teraz pójdziemy? 

- Dalej drogą - powiedziała Mira, jakby to było oczywiste. 

Spojrzał za jej oczyma. 

- Ach, tak, drogą, naturalnie! 

Mira popatrzyła na niego badawczo. 

- Chyba nie za dobrze widzisz? 

- Tak - odparł Heike zatopiony w myślach. - Chyba nie najlepiej. 

Śledził wzrokiem dwa kruki, które zerwały się z porośniętego lasem urwiska i krążyły 

nad ich głowami. 

Ciekawe,  czy  to  one  zaatakowały  Mirę  wczoraj  wieczorem,  zadawał  sobie  pytanie. 

Wtedy, na drodze do miasteczka. Są dość duże. 

„Skrzydła kruka”? 

Mira  nie  przestawała  mówić.  Jej  niepokój  o  Petera  był  rozczulający,  wprost 

wzruszający. 

A Peter powiedział o niej: „ta krowa”... 

Jakie to niesprawiedliwe! Choć Heike nie zdążył poprzedniego wieczoru przyjrzeć się 

Nicoli,  rozumiał,  że  Peterowi  z  pewnością  żal  dziewczyny,  która  nie  może  wyrwać  się  ze 

szponów księżniczki, ale jeśli nie dostrzegł zalet Miry, to chyba jest po prostu ślepy i głupi. 

Odjechali skalne urwisko. Wzgórza zamykające dolinę ginęły w błękitnej mgle. 

background image

- Spójrz! Ach, zobacz! - zawołała Mira. 

Heike patrzył. 

- Och, mój Boże - szepnął. - Och, mój Boże! 

Poczuł, że nogi miękną mu w kolanach, musiał wesprzeć się na ramieniu Miry. 

- Ach, Boże! - powtórzył drżącym głosem. 

- Tak, czyż to nie wspaniałe? - szepnęła w uniesieniu. - Popatrz tylko! 

- Ja... ja nie widzę tak wyraźnie - skłamał Heike. 

- Naprawdę nie widzisz? Prawdziwy zamek, a raczej twierdza! Z murami obronnymi, 

zwieńczonymi  blankami,  i  olbrzymią  bramą!  Droga,  która  do  niej  prowadzi  obsadzona  jest 

drzewami. To prawdziwa aleja! Z pewnością tu właśnie musiał przyjść Peter! 

Heike spojrzał na nią z ukosa. Oddychał z trudem. Dopiero teraz musiał przyznać, że 

on  widzi  co  innego  niż  Mira  i  Peter.  Jego  oczy  umiały  patrzeć  przez  zasłony  zawieszone 

przed wzrokiem innych. 

Wielokrotnie  przełykał  ślinę,  by  powstrzymać  mdłości.  Peter,  ach,  kochający  życie, 

miły Peter, jego ulubiony towarzysz podróży! Co się z nim stanie? 

Heike jak zaczarowany wpatrywał się w straszliwy, budzący grozę obraz, roztaczający 

się  przed  jego  oczami.  Nie  był  w  stanie  oderwać  od  niego  wzroku,  choć  najbardziej  tego 

właśnie pragnął. 

Ale to wcale nie on został zaczarowany, lecz Mira, Peter, Francuzi i wszyscy inni, po 

których wszelki ślad zaginął z chwilą, gdy przeszli przez bramę. 

Peter? Ach, mój Boże! 

Mira  dostrzegła,  jak  bardzo  zafascynował,  wręcz  oszołomił  Heikego  ten  widok  i 

oczywiście źle go zrozumiała. 

- Prawda, że to fantastyczne? Chodźmy, szybko, idziemy na górę! 

-  O,  nie  -  jęknął  zduszonym  głosem.  Strach  chwytał  go  za  gardło.  -  Nie,  nie, 

zawracamy! 

Chwycił  ją  za  ramię  i  z  całej  siły  pociągnął  za  sobą  z  powrotem  ku  miasteczku,  aż 

minęli urwisko. 

- Ale Peter...? 

- Spróbuję go uratować, ale muszę to zrobić sam. 

- Uratować? 

- Tak. Nie pytaj więcej. 

Mira  widziała  jego  wzburzenie  i  nie  śmiała  się  mu  sprzeciwiać.  Jakby  chodziło  o 

życie, biegł ku Targul Stregesti, ciągnąc ją za sobą, i wcale nie dostrzegał, że dziewczyna z 

background image

trudem wytrzymuje przekraczające jej możliwości tempo. 

Gdy dotarli do łąki, na której pasły się konie, Heike nareszcie się zatrzymał. 

Mira  nie  była  w  stanie  zrozumieć,  czemu  wcześniej  lękała  się  jego  osobliwego 

wyglądu. Teraz już popatrzyła w jego oczy i poznała go... 

- Weź, Miro, pożyczę ci... 

Przyglądała się zaskoczona, jak zdejmował z szyi rzemień, na którym zawieszona była 

mandragora. 

- Ach - szepnęła, szeroko otwierając oczy. - Cóż to takiego? 

- To najcenniejsze, co posiadam - odparł. - Miro, to miejsce jest zauroczone, przeklęte, 

śmiertelnie  niebezpieczne!  Zawieś  ją  na  szyi  tak,  by  nikt  jej  nie  widział.  Dopóki  ją  nosisz, 

jesteś  bezpieczna.  Ona  będzie  cię  chronić,  by  nie  dosięgło  cię  to,  co  chciało  dostać  się  do 

ciebie dziś w nocy. 

Mira tym razem z powagą potraktowała słowa Heikego. 

- Czy wiesz, co to było? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Ale  dowiem  się.  Weź  teraz  ten  amulet,  to  korzeń  mandragory, 

alrauna. To ona sprawiła, że księżniczka Feodora zawróciła w drzwiach wczoraj wieczorem. 

Nie  mogę  jej  teraz  nosić,  bo  z  nią  nigdy  nie  dostanę  się  do  twierdzy,  jestem  o  tym 

przekonany. 

O ile rzeczywiście przyczyną tego była mandragora, pomyślał z powątpiewaniem. A 

może to on sam? Krew Ludzi Lodu płynąca w jego żyłach? 

Nie,  to  mandragora!  Teraz,  gdy  się  odwrócił,  tam  gdzie  wcześniej  widział  jedynie 

zarośnięte  trawą  ślady  kół,  ujrzał  szeroką  dobrze  utrzymaną  drogę  prowadzącą  w  stronę 

urwiska. 

Głośno powiedział: 

- Czy wiesz, jaką ona ma moc? 

Mira skinęła głową. Mandragora łaskotała jej skórę, ale była ciepła! 

- Zdołasz uratować Petera? - zapytała z błyszczącymi oczami. 

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, obiecuję. 

- I tę biedną, nieszczęśliwą dziewczynę? Tę o pięknych, smutnych oczach? 

- Nicolę? To będzie znacznie trudniejsze, bo ona jest jak w niewoli u tej księżniczki. 

Ale oczywiście, będę się starał. Tylko nie oczekuj ode mnie zbyt wiele! Nie mam pojęcia, jak 

powinienem postępować. Wiem jedynie, że muszę uwolnić Petera. 

Mira zerknęła na niego ukradkiem. 

- Czy ty się... boisz? 

background image

- Tak. Bardzo się boję. 

- Ale twierdza wyglądała tak pięknie. 

Heike nie odpowiedział. Mira zauważyła tylko oznaczające napięcie drganie w kąciku 

ust. 

Kiedy Heike wraz z nią skierował się ku karczmie, szybko zaprotestowała. 

- Nie, nie trać czasu na mnie, sama sobie poradzę! 

- I tak muszę pomówić z Zeno. 

- Ale Peter... 

Zmarszczył czoło. 

- Może to niemądre z mojej strony, ale sądzę, że prawdziwe niebezpieczeństwo budzi 

się dopiero po zapadnięciu ciemności. Takie mam przeczucie. 

Szybko przeszli przez rynek. 

- Niech cię nie zwiedzie jasny blask słońca - powiedziała Mira. 

- jesteś mądrą dziewczynką - uśmiechnął się Heike, ale przez cały czas widać było, że 

jest bardzo spięty. 

- Postaram się nie ulegać omamom. No, jesteśmy na miejscu. 

Szybko rozmówił się z Zeno i jego żoną. 

-  Zostawiam  dziewczynę  pod  waszą  opieką.  Nie  pozwólcie  jej  wychodzić  samej!  I 

przestrzegajcie  tych  reguł  bezpieczeństwa,  co  wczoraj  wieczorem.  Teraz  sam  pójdę  do 

twierdzy. Gdybym nie wrócił, wsadźcie ją na konia i wyprowadźcie z lasu. 

- Jak długo mamy czekać? 

- O ile dobrze rozumiem, mam tylko tę jedną noc. Gdybyście tylko chcieli powiedzieć 

mi coś więcej! 

Twarze ich zastygły w kamiennym wyrazie. 

- Nie możemy - cicho powiedział Zeno. 

Dali mu jedzenie i napitek na drogę, i poszedł. 

Ale  tym  razem  wszyscy  mieszkańcy  miasteczka  stali  w  drzwiach  lub  oknach, 

odprowadzając go wzrokiem. W oczach mieli coś, czego nie można było nazwać nadzieją, ale 

nie było też całkowitym zwątpieniem. 

Już raczej i jednym, i drugim. 

Przypuszczali,  że  jeśli  ktokolwiek  może  ocalić  ich  przeklęte  miasteczko,  uczyni  to 

tylko ten za młody na to chłopak o diabelsko dzikim wyglądzie i łagodnym spojrzeniu. 

Heike  szedł  przez  łąki,  skąpane  teraz  w  gorącym,  prażącym  słońcu.  Rozgrzane 

powietrze drgało, wibrowało, aż wzgórza w oddali wydawały się bladą, błękitnozieloną żywą 

background image

masą,  spowitą  w  chmury.  Zaczarowaną.  Jasny  przejrzysty  dzień  powinien  sprzyjać 

opanowaniu  i  trzeźwości,  ale  na  Heikego  sprowadzał  jedynie  poczucie  coraz  większego 

zagubienia. 

Bez  mandragory  był  jak  nagi,  miał  uczucie,  że  ją  zdradził.  Ale  mając  amulet  przy 

sobie nigdy nie zdołałby dostać się do twierdzy, nie mógłby wczuć się w iluzoryczny świat 

Petera, nie odnalazłby go na czas. 

Kruki krążyły wysoko, wysoko nad jego głową. Nie przejmował się nimi, nie na kruki 

powinien zwracać uwagę. Tak przynajmniej sądził. 

Ale jeśli w tym momencie popełnia fatalny w skutkach błąd? 

Nie,  odrzucił  tę  myśl  od  siebie.  Z  pewnością  chodzi  tu  o  księżniczkę.  La  strega. 

Czarownica... 

Dotarł  do  wznoszącego  się  w  górę  urwiska,  minął  zakręt.  Z  ogromną  niechęcią 

podniósł wzrok. 

Wówczas ujrzał twierdzę - taką, jaką widzieli ją inni? Majestatyczną, dostojną powagą 

lat, prastarą. Patrzył na nią oczyma Miry, Petera, Francuzów i wszystkich pozostałych, teraz 

bowiem nie miał mandragory, która ujawniłaby prawdę. 

Twierdza  była  naprawdę  piękna.  Grube  mury  zbudowano  z  białego  i  szarego 

kamienia. I ten imponujący portal... 

A jeżeli to właśnie jest prawdą? Jeśli twierdza rzeczywiście wygląda tak, jak ją teraz 

ujrzał? Byłoby to przecież logiczniejsze. Siedziba naprawdę godna księżniczki. 

Cóż więc takiego oglądał wcześniej? Alegorię, porównanie, które pokazać mu chciała 

mandragora  jako  ostrzeżenie,  by  postępował  rozważnie?  Był  ostrożny?  To  najbardziej 

prawdopodobne.  To  mandragora  odmieniła  jego  wzrok,  a  nie  czarownica  omamiła  oczy 

wszystkich innych. 

Tak,  tak  właśnie  musiało  być,  myślał.  Twierdza  bowiem  sprawiała  wrażenie 

rzeczywistej, solidnej. I jakże by inaczej Peter mógł wejść do środka? 

Aleja prowadząca do masywnej, dostojnej bramy... 

Tam w środku był Peter. Heike musi go odnaleźć. Jeśli księżniczka Feodora pozwoli 

mu na to... 

Poczuł,  jak  ciarki  przebiegają  mu  po  krzyżu,  i  westchnął.  Odruchowo  sięgnął  do 

piersi, ale dłoń szukająca niosącej otuchę mandragory natrafiła na pustkę. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Heike  przymknął  oczy,  przez  moment  stał  nieruchomo  na  więdnącej,  prześwietlonej 

słońcem łące. 

Nie ma mandragory. Nie ma przyjaciół takich jak w Planinie. 

Czyż można być jeszcze bardziej samotnym? 

-  Nocny  wędrowcze,  który  byłeś  mi  przyjacielem  i  obrońcą  przez  tak  wiele  lat  - 

szepnął. - Gdybyś mógł mnie usłyszeć! Jestem taki osamotniony, taki niedoświadczony. Nic 

nie  wiem  i  muszę  przyznać,  że  śmiertelnie  się  boję!  Przedtem,  kiedy  jakieś  dziecko  lub 

zwierzę zgubiło się w wiosce lub gdy nękały mnie inne troski, mogłem zwrócić się do ciebie. 

Ale teraz jesteś tak daleko! 

Heike  czuł  się  rozpaczliwie  opuszczony.  Nie  wiedział  już,  gdzie  jest  jego  miejsce. 

Nikt nie będzie się o niego dopytywał, gdy nie zdoła wydostać się z miasteczka. Rodzinę w 

Słowenii  opuścił  już  na  zawsze.  Ludzie  Lodu  w  Norwegii  i  Szwecji  nie  wiedzieli  nawet  o 

jego istnieniu. 

Czy  w  ogóle  są  na  tym  świecie  bardziej  zagubione  dusze?  Wyrwane  z  korzeniami, 

bezdomne, unoszące się gdzieś w przestrzeni? 

I jak tu jeszcze porywać się z motyką na słońce? 

Ale  któż  zatroszczy  się  o  Petera?  Może  jedna  Mira,  ale  ona  przecież  w  niczym  nie 

może mu pomóc. 

Heike  był  świadom,  że  jedynie  on  może  uratować  tego  młodego,  kochającego  życie 

chłopaka. 

W  gardle  uwiązł  mu  suchy  szloch,  z  wysiłkiem  przełknął  ślinę.  Wspominał  wizję, 

która nawiedziła go tak niedawno. 

Nagle coś niezwykłego przywołało go do rzeczywistości. 

Spłynęło nań łagodne, dające poczucie bezpieczeństwa ciepło. 

Ktoś przy nim był! 

- Czy to ty, Wędrowcze w Mroku? - szepnął. 

Poczuł  dłoń  na  ramieniu,  ale  wcale  jej  się  nie  obawiał.  To  była  dobra  moc.  Nie 

dostrzegał dłoni, gdyż tkwiące w nim nadprzyrodzone zdolności nie były jeszcze dostatecznie 

rozwinięte.  Ale  usłyszał  głos,  głęboki  i  ciepły,  przemawiający  doń  w  języku  bardzo 

podobnym do tego, w jakim Solve dawno, dawno temu opowiadał mu historię Ludzi Lodu. 

Do języka zwanego szwedzkim ta mowa była tak podobna, iż bez trudu ją rozumiał. 

background image

-  Nie,  Heike  z  Ludzi  Lodu.  Twój  Wędrowiec  w  Mroku  nie  może  teraz  dotrzeć  do 

ciebie,  ma  bowiem  do  spełnienia  swoją  misję.  Ale  nie  jesteś  sam.  Zadanie,  które  czeka  cię 

tutaj,  jest  trudne.  Zbyt  trudne  dla  samotnego  młodego  chłopca.  Ale  my  nie  pokonamy 

królującego  tu  zła,  gdyż  nie  jesteśmy  w  stanie  do  niego  dotrzeć.  Możemy  jednak  działać 

poprzez ciebie, jeśli oczywiście będziesz dość silny i nie zlękniesz się. 

Heike kiwnął głową. 

-  Dziękuję  -  wyjąkał.  -  Mówiono  mi,  że  moja  prababka  Villemo  także  otrzymała 

pomoc  od  zmarłych  dotkniętych,  którzy  zwalczyli  zło,  rozumiem  więc,  że  i  mnie  się  to 

przydarzyło. Kim jesteście? 

-  Jest  nas  troje.  Połączyliśmy  najsilniejsze  moce,  jakie  możemy  poświęcić  zadaniu, 

przed którym stoisz. Z pewnością o nas słyszałeś. 

- Ty jesteś... Tengel Dobry? 

-  Zgadłeś.  Jest  ze  mną  Sol,  która  lubi  krzyżować  plany  bezwzględnym  kobietom. 

Trzecim jest Mar, on wie wszystko o sile i słabości zła. Idź już! Jesteśmy tu, by ci pomóc, ale 

od  tej  chwili  nie  wyczujesz  już  naszej  obecności.  Będziesz  musiał  myśleć  i  działać 

samodzielnie. Bądź ostrożny, by ona cię nie przechytrzyła! 

Dłoń zniknęła. Heike poczuł, że znów stoi sam na łące. 

Trzy razy odetchnął głęboko i podjął wędrówkę w górę ku twierdzy. 

Peter był w siódmym niebie. 

Siedział wraz z obiema damami, księżniczką Feodorą i młodziutką, przerażoną Nicolą, 

przy  stole  nakrytym  w  wielkiej  sali  na  zamku.  Co  prawda  jedzenie  wydawało  mu  się  bez 

smaku,  niczym  trawa,  ale  nic  w  tym  dziwnego,  był  przecież  tak  podniecony,  że  w  ustach 

odczuwał jedynie suchość. 

Księżniczka Feodora prowadziła konwersację z lekkością i wydawała się zachwycona 

obecnością tak oczytanego i wykształconego gościa. 

Peter  brylował.  Czuł  się  wyśmienicie;  żonglował  słowami,  błyskotliwie  operował 

cytatami i wygłaszał głębokie refleksje. 

W każdym razie on sam uważał je za głębokie. 

Tak bardzo zależało mu, by wywrzeć wrażenie na młodej, cichutkiej Nicoli. 

Raz  po  raz  ich  spojrzenia  krzyżowały  się  nad  stołem;  uśmiechał  się  wtedy,  chcąc 

podtrzymać  ją  na  duchu.  Kiedy  bowiem  przez  moment  został  z  nią  sam  na  sam  chwilę  po 

tym, jak przyszedł, uczepiła się jego dłoni i z wyrazem oczu jak u zranionej sarny szepnęła: 

-  Zabierz  mnie  stąd,  tak  bardzo  cię  proszę!  Ona...  ona  jest...  czarownicą!  Uwięziła 

mnie tutaj. Nie mogę się uwolnić własnymi siłami, zostałam zauroczona! 

background image

Peter uroczyście przysiągł, że ją uratuje. Od tej chwili dziewczyna wpatrywała się weń 

oczyma pełnymi uwielbienia, a młody student z Wiednia czuł, jak serce mu rośnie, pierś zaś 

rozsadza duma i budzący się instynkt rycerski. 

Feodorze najwidoczniej przestała się podobać jego obecność, choć naturalnie była na 

tyle  uprzejma,  by  tego  nie  okazywać.  Widać  poczuła,  że  ma  w  nim  wroga  -  groźnego, 

zdecydowanego na wszystko wroga. 

Nicola mogła poczuć się bezpieczna: Peter nie wyjedzie bez niej! 

Momentami  odczuwał  ukłucia  wyrzutów  sumienia.  Wymknął  się  wszak  z  gospody 

pod nieobecność Heikego. 

Heike zabronił mu poszukiwać Nicoli, w każdym razie samodzielnie. Mieli wspólnie 

uzgodnić plan uratowania nieszczęsnej dziewczyny. 

Ale  Peter  nie  miał  czasu,  by  czekać  na  Heikego.  Ogień  miłości  już  w  nim  płonął, 

dłonie  zaczęły  poruszać  się  nerwowo,  nawet  ustać  nie  mógł  spokojnie.  Wysłuchawszy 

wskazówek podkuchennej, jak podcinany batem pognał przez łąki. 

Jakim  błagalnym  wzrokiem  wpatrywała  się  w  niego  mała  służąca!  Jak  gdyby  nie 

chciała,  by  szedł  do  Nicoli.  Oczywiście,  zakochała  się  w  nim.  Nieszczęsna  dziewczyna!  I 

biedna Mira, która jawnie go uwielbiała. On jednak nie był w stanie zainteresować się żadną z 

nich. 

Ten, kto raz zobaczył Nicolę, nie patrzył już na inne. 

Dzięki  Bogu,  że  Heike  nie  przyjrzał  się  jej  uważniej  poprzedniego  wieczoru.  Jak 

nieszczęśliwy poczułby się ten poczciwiec! Wyraźne bowiem było, że Nicola świata nie widzi 

poza Peterem. 

Wszedł ów przerażająco chudy woźnica i szepnął księżniczce parę słów. Z wyraźnym 

lękiem  zatrzepotała  powiekami  i  ostro,  a  potem  pytająco  odpowiedziała  coś  w  ich  języku. 

Woźnica  wyglądał  na  zmartwionego,  przez  dobrą  chwilę  wymieniali  pytania  i  odpowiedzi. 

Ale  w  końcu  uśmiechnęła  się.  Nie  był  to  przyjemny  uśmiech,  mieszało  się  w  nim 

wyczekiwanie i triumf. Wreszcie księżniczka dała znak woźnicy. 

Odwróciła  się  ku  dwojgu  młodym.  Miękkim  głosem  odezwała  się  po  niemiecku, 

którym to językiem obie damy dobrze władały. 

-  Przybywa  gość,  muszę  się  nim  zająć.  Kochana  Nicolo,  bądź  tak  dobra  i  zabierz 

młodego Petera do sali rycerskiej. Opowiedz mu o historii naszego zamczyska. 

I znów w oczach Nicoli pojawił się strach. 

- Oczywiście, ciotko Feodoro. 

Ujęła Petera za rękę i pociągnęła do wielkiej, mrocznej sali, w której belki w suficie - 

background image

olbrzymie,  pociemniałe  i  wypaczone  -  zwielokrotniały  jeszcze  wrażenie  przytłaczającego 

ciężaru. 

Nicola na moment oparła się o Petera. 

- Tak bardzo się cieszę, że to ty przyszedłeś, a nie twój straszny towarzysz. 

Peter,  który  poczuł,  jak  promiennym  szczęściem  napełniają  go  jej  słowa,  uznał,  iż 

postępuje nielojalnie wobec przyjaciela. 

- Heike to bardzo dobry chłopak - bąknął, pragnąc stłumić wyrzuty sumienia. 

Nicola gwałtownie zadrżała. 

- Ale tak okropnie wygląda! Jest taki brzydki! Ty jesteś przystojny, Peterze! 

Objął ramieniem delikatną kibić i popatrzył w jej błagające oczy. 

- Opuścimy Targul Stregesti we czworo! Ty i ja, Heike i Mira. 

- Tylko ty i ja! Tylko ty i ja! - załkała żałośnie. 

- Dobrze, dobrze, tamci i tak znajdą drogę - zgodził się. - Bylebym w ogóle zdołał cię 

stąd zabrać! 

- Ach, tak, postaraj się, Peterze! Wiem że to potrafisz! 

- Może uciekniemy już teraz? 

-  Nie,  to  się  nie  uda.  Woźnica  strzeże  bramy.  Ale  w  nocy,  o  szarym  świcie,  kiedy 

wszyscy będą spać... 

Peter czuł się jak w upojnym transie. Fakt, iż Heike, Mira i on nie mogą czekać aż tak 

długo, przestał mieć dla niego znaczenie w momencie, gdy stawką stało się życie Nicoli. 

Peter  niewiele  się  dowiedział  o  dziejach  twierdzy.  Młodzi  całkiem  pochłonięci  byli 

sobą.  Przysiedli  na  ławie  i  szeptem  omawiali  plany  na  przyszłość,  delikatnie  dotykali  się 

koniuszkami  palców;  ustami  i  wzrokiem,  zdradzającym  o  wiele  więcej  niż  ich  niezdarne 

ruchy. 

Peter  nie  mógł  się  napatrzeć  na  dziewczynę.  Jej  usta  przywodziły  na  myśl  płatki 

dzikiej róży, czarne jak noc włosy były niczym najdelikatniejszy jedwab, a oczy błyszczące 

jak gwiazdy. 

- Ach, Peterze, jakże pragnę, by się nam poszczęściło. Zawsze, zawsze udawało jej się 

w ostatniej chwili udaremnić każdą próbę ucieczki, ale tym razem... 

- Zawsze? - zapytał Peter z zazdrością. 

-  Usiłowałam,  oczywiście,  uciec  w  pojedynkę,  to  chyba  jasne!  Nie  zaprzeczę,  że 

znaleźli  się  i  inni,  którzy  pragnęli  mi  pomóc.  Ale  ciotka  Feodora  nieodmiennie  obraca 

wniwecz każdy plan. Ach, Peterze, nie masz pojęcia, jakie to straszne, nie da się tego opisać. 

To zła, przewrotna czarownica! 

background image

Nicola wybuchnęła płaczem, wspierając się na jego silnym ramieniu. 

Peterowi z gniewu pociemniały oczy. 

- Gotów jestem zabić tę wiedźmę! Co za despotka! 

-  Tak  -  łkała  Nicola.  -  Bo  widzisz,  jej  się  wydaje,  że  jest  taka  piękna.  Chciałaby 

zagarnąć wszystkich mężczyzn, którzy odwiedzają twierdzę, mieć ich tylko dla siebie... 

- Owszem, zauważyłem, jak z początku usiłowała mnie uwieść - przytaknął Peter. - A 

kiedy zorientowała się, że poza tobą świata nie widzę, wręcz się na mnie rozgniewała. . 

- Nienawidzi mnie właśnie dlatego, że jestem młoda i mam życie przed sobą. Obawia 

się, że odbiorę jej mężczyzn, jest zazdrosna i posługuje się najohydniejszymi wybiegami. Nie 

uwierzyłbyś, jakimi! 

Popatrzył na nią czule. 

- Jutro rano będziesz już daleko stąd, obiecuję ci. 

- Ach, Peterze! Chodź! Przejdziemy do innej komnaty. 

Heike  nie  spodziewał  się,  że  zostanie  wpuszczony  do  twierdzy.  Stało  się  jednak 

inaczej. 

Długo  rozmyślał  pod  bramą,  nie  mogąc  się  zdecydować.  Przyglądał  się  grubym 

murom,  zbudowanym  jedynie  z  wielkich  bloków  kamiennych,  bez  śladów  żadnego  spoiwa. 

Wielokrotnie już wyciągał palce, by ich dotknąć, ale nie śmiał. Obraz, który ujrzał wcześniej 

tego  dnia,  przez  cały  czas  stał  mu  przed  oczami.  W  końcu  zebrał  się  na  odwagę  i 

błyskawicznych  ruchem  dotknął  kamienia,  by  zaraz  przyciągnąć  dłoń  do  siebie,  jakby  się 

sparzył. 

Ale kamień był tylko kamieniem i niczym innym. Znów przyłożył więc dłoń, gładząc 

chłodną powierzchnię. 

A zatem tamten straszny widok był tylko iluzją, wywołaną przez mandragorę. Prosiła 

go,  by  postępował  ostrożnie,  niezwykle  sugestywnie  przedstawiała  niebezpieczeństwo  tylko 

po to, by nie podejmował zbędnego ryzyka. 

Heike nadal pamiętał tamten dźwięk... Ohydny, niosący się echem skrzek drapieżnych 

ptaków.  A  może  były  to  ptaki  żywiące  się  padliną,  nie  umiał  tego  rozstrzygnąć,  jako  że  w 

upiornej wizji, którą nadal miał w pamięci, nie dostrzegł żadnych ptaków. 

W końcu zdecydował się zapukać do bramy. 

Otworzył  mu  niezwykle  blady  i  wychudzony  mężczyzna.  Heike  wyłożył  sprawę,  w 

jakiej  przybywa.  Rzekł,  iż  spodziewa  się  zastać  tu  swego  przyjaciela,  z  którym  pragnie 

pomówić. 

Mężczyzna  w  skupieniu  wysłuchał  Heikego,  po  czym  poprosił  go  o  chwilę 

background image

cierpliwości, a następnie zamknął bramę i zniknął. 

Heike czekał. 

Spoglądał w dół, w dolinę, patrzył na ruiny miasteczka znacznie większego niż Targul 

Stregesti. Widział owce pasące się między fundamentami i wstrętny las, wżerający się coraz 

głębiej w dolinę, podkradający się aż do murów twierdzy. 

Dreszcz  odrazy  przebiegł  mu  po  krzyżu.  Musi  wyciągnąć  stąd  Petera,  a  potem 

odjechać tak szybko, jak konie poniosą. 

No właśnie, konie... W jaki sposób zdoła je pojmać? Są niemal zdziczałe. 

Powrócił chudy jak śmierć odźwierny. Jeśli pan będzie tak uprzejmy i... 

Heike przeszedł przez bramę. 

A  więc  znalazł  się  we  wnętrzu  twierdzy.  Sycił  oczy  jej  widokiem,  starając  się 

zapamiętać każdy swój krok, każdy zakamarek. Być może okaże mu się to pomocne. 

Jakże przydałby mu się teraz jego najdroższy, najwierniejszy przyjaciel - mandragora. 

Heike był jednak przekonany, że postąpił właściwie pożyczając ją Mirze. Po części dla dobra 

dziewczyny, a po części dla własnego. 

Dlaczego, na Boga, zgodzili się wpuścić go do środka? 

Czyżby wiedzieli, że nie ma przy sobie mandragory? 

A może powód był inny? 

Nie był pewien, czy rzeczywiście pragnie poznać odpowiedź na to pytanie. Mogła ona 

się okazać, łagodnie rzecz ujmując, nieprzyjemna. 

A jeśli dał się złapać w pułapkę? On, jedyny, który może tu pomóc? 

Wiedział  jednak,  że  z  zewnątrz  nic  nie  był  w  stanie  zdziałać.  Jeśli  miał  uratować 

Petera, musiał wejść do środka, i to zanim nie będzie za późno. 

Heikego wprowadzono do wielkiej sali, najwyraźniej służącej jako jadalnia. Dostojna 

dama, którą widział już poprzedniego wieczoru, wyszła mu na spotkanie. 

Nigdzie ani śladu Petera. Nie widać też młodej Nicoli, której nie zdążył przyjrzeć się 

uważnie. 

I znów nawiedziła go myśl: czy mają zamiar go przechytrzyć i unieszkodliwić? 

Myśląc  „oni”  miał  na  myśli  księżniczkę  Feodorę  i  dziwnego  odźwiernego,  jej 

oddanego sługę. 

Uśmiech wytwornej damy był doprawdy promienny. 

-  Witam,  młody  człowieku!  Widzieliśmy  się  już  wczoraj  wieczorem  w  gospodzie, 

kiedy to moja młoda kuzynka nagle źle się poczuła. 

Źle  się  poczuła?  Nie  składaj  winy  na  innych,  to  tobie  spieszyło  się  do  wyjścia, 

background image

pomyślał Heike. Wyciągnęła do niego dłoń, by mógł ją ucałować, gdyby zechciał, ale Heike 

nie  został  wychowany  w  wyższych  sferach.  Znał  tylko  proste,  zgodne  z  naturą  życie 

słoweńskich chłopów, ujął więc ją za rękę, ukłonił się głęboko, uprzejmie, i puścił dłoń. 

Księżniczka, rzecz jasna, zwróciła uwagę na jego prostackie zachowanie i tym samym 

Heike został odpowiednio zaklasyfikowany. 

W jaki sposób należy się do niej zwracać? Po raz pierwszy zrozumiał, jak wielkie ma 

braki  w  wychowaniu.  Gdy  chodziło  o  miłość  bliźniego,  nauczył  się  bardzo  wiele,  ale  z 

zasadami etykiety zdecydowanie pozostawał na bakier. 

- Wasza książęca wysokość - powiedział i nie był to wcale zły początek, przynajmniej 

nie  powinna  poczuć  się  urażona.  -  Wybaczcie,  iż  ośmieliłem  się  zakłócić  spokój  waszego 

pięknego domostwa, ale mój przyjaciel przybył tutaj dziś rano, a że musimy opuścić Targul 

Stregesti wcześniej, niż nam się wydawało, przyszedłem po niego. Czy znajdę go tutaj? 

Jeśli to oszustwo czy jakieś diabelskie sztuczki, to księżniczka z pewnością zaprzeczy. 

Stało się jednak inaczej. Księżniczka Feodora zdumiała go po raz kolejny. 

-  Ach,  tak,  młody  Peter  -  uśmiechnęła  się.  -  Jest  tutaj,  ale  właśnie  zwiedza  twierdzę 

wraz  z  Nicolą.  Wkrótce  będą  tu  z  powrotem.  Czy  w  tym  czasie  wolno  mi  będzie 

zaproponować wam mały poczęstunek? 

- Serdecznie dziękuję, ale dopiero co jadłem. 

-  Wiem  zatem,  co  zrobimy!  My  także  pójdziemy  się  rozejrzeć.  Może  ich  spotkamy, 

choć  twierdza  jest  taka  wielka.  Opowiadanie  o  dawnej  świetności  jest  moim  ulubionym 

zajęciem, a tak rzadko bywają tu goście. 

Poufale  ujęła  go  pod  ramię  i  przeprowadziła  do  następnej  komnaty.  Heike  zwrócił 

uwagę na promieniującą od niej zmysłowość, niezwykle silną, zwłaszcza dla kogoś, kto tak 

mało miał do czynienia z kobietami. 

Przechodzili coraz dalej i dalej, a Feodora nie przestawała mówić. Niczym wyuczoną 

lekcję  recytowała  jednym  tchem  opowieść  o  Dzikim  Bogdanie,  który  sprosił  do  siebie 

nieprzyjaciół i wyrżnął ich w pień, wjeżdżając przedtem konno na stół. Opowiadała o sukni 

ślubnej  Anciol,  o  Borysie,  wojewodzie,  który  uratował  Ardeal  przed  Turkami,  i  o  jego 

czterech  żonach,  szukających  okazji,  by  wydrapać  sobie  oczy.  O  dwóch  braciach, 

zgładzonych przez Turków pod Mohaczem w roku 1526... 

-  Jak  rozumiem,  wywodzicie  się,  dostojna  pani,  z  rodu  wojewodów  -  uprzejmie 

zauważył Heike. 

Stali  właśnie  podziwiając  wspaniałą  suknię  ślubną  Anciol.  Feodora  ze  smutkiem 

dotknęła delikatnego jedwabiu sukni. 

background image

- Tak, to prawda. Mój ojciec był ostatnim wojewodą w tym wspaniałym rodzie. 

Heike nie potrafił dopatrzeć się niczego wspaniałego w obcinaniu ludziom głów czy 

też zamykaniu małżonek w komnatach - celach. 

-  Jak  udało  wam  się  zachować  suknię  Anciol  przez  tyle  setek  lat?  -  zapytał  z 

wyraźnym podziwem w głosie. 

-  Ponieważ jest  ona  nieskończenie piękna  - łagodnie  odparła Feodora.  -  I  dlatego,  że 

Anciol  przysięgła  sobie,  że  założy  ją  dopiero  w  dniu  swego  ślubu,  który,  jak  wiadomo,  nie 

doszedł do skutku. 

Heike ze zrozumieniem pokiwał głową: 

-  Z  tego,  co  opowiadaliście,  wnoszę,  iż  Anciol  musiała  być  bardzo  pociągająca. 

Dlaczego więc została porzucona? 

- Ach, z pewnością wiecie, że miłość potrafi mieć swoje humory. Zwraca się czasami 

ku całkiem niegodnym tego osobom, jaką na przykład była nowa wybranka jej narzeczonego, 

nic nie warta w porównaniu z Anciol. Choć i Anciol miała pewną słabostkę... 

Urwała, jak gdyby powiedziała za dużo. 

Żółte oczy Heikego z zaciekawieniem wpatrywały się w księżniczkę. 

- Jaką słabostkę? 

-  Nic  takiego.  -  Feodora  machnęła  ręką  i  odwróciła  się  od  niego.  -  Po  prostu  zbyt 

otwarcie  dawała  do  zrozumienia,  że  pragnie  być  kochana.  To  może  czasem  działać 

odstraszająco.  Ale  proszę  spojrzeć  tutaj,  to  książęca  korona  mego  ojca,  o,  jakże  pięknymi 

kamieniami wysadzana! Sam tylko rubin wart jest dzisiaj fortunę... 

- Oczywiście - przytaknął Heike w roztargnieniu. 

Cóż takiego Zeno powiedział o księżniczce? Oszalała na punkcie mężczyzn? 

Owszem,  już  sam  sposób,  w  jaki  się  poruszała  w  obecności  brzydkiego, 

niedoświadczonego Heikego na to wskazywał, nawet on to zrozumiał. 

A jej słowa dotyczące Anciol... „Zbyt otwarcie dawała do zrozumienia, że pragnie być 

kochaną.” Słowo „kochać” ma dwa znaczenia, tyle to i on wiedział. Jedno dotyczące uczuć, i 

to drugie, bardziej ziemskie. 

Oszalała na punkcie mężczyzn - pragnęła być kochaną, w łóżku, nazywając rzecz po 

imieniu. Czy to nie to samo? 

A jeśli chodzi o tę samą osobę? 

Heike,  idąc  z  Feodorą,  poczuł,  jak  strach  niczym  zimna  jaszczurka  pełznie  mu  po 

krzyżu.  Biodra  damy  kołysały  się  wyzywająco,  ciemna  jedwabna  suknia  doskonale 

podkreślała  kształty,  a  ciężki  węzeł  włosów  dodawał  uroku  smukłej  białej  szyi,  wprost 

background image

zachęcając do pieszczot. Pomyślał sobie, że włosy z pewnością sięgają jej dalej niż do kolan, i 

po  raz  pierwszy  w  życiu  odniósł  wrażenie,  iż  wie,  czym  może  być  pociąg  do  kobiety.  On, 

który dotychczas wiódł tak cnotliwe życie, któremu Elena nie pozwalała nawet popatrzeć na 

wiejskie dziewczęta. 

I Heike rozumiał, że robiła to, by nie został odtrącony i tym samym głęboko zraniony. 

Heike  nie  miał  żadnych  złudzeń  co  do  własnej  atrakcyjności,  od  czasu  do  czasu  oglądał 

przecież swoje oblicze w kałużach i wypolerowanych metalowych przedmiotach. 

Dłoń Feodory pieszcząca materię sukni Anciol... Tak czule, z takim smutkiem! Heike 

nie mógł oderwać się od tej myśli. 

Jak gdyby to była jej własna suknia, w której miała iść do ślubu! 

- Pójdziemy teraz obejrzeć galerię przodków - Feodora radosnym głosem wyrwała go 

z zamyślenia. - Może i młodzi tam się znajdą? 

Odwróciła się do niego. 

- Uważam, że koniecznie powinniście jak najszybciej zabrać stąd Petera  - oznajmiła, 

po kociemu mrużąc oczy. - Spróbujemy go znaleźć. 

W tym momencie Heike pojął dwie istotne sprawy: 

Feodora  była  zazdrosna  o  Nicolę!  Pragnęła  mieć  młodych  mężczyzn  wyłącznie  dla 

siebie  -  jeśli  nie,  mogli  iść  do  diabła.  Jeśli  udało  się  jej  odebrać  młodzieńca  Nicoli,  była 

szczęśliwa.  Osoba  Heikego  nie  miała  w  tym  momencie  żadnego  znaczenia,  wszak  Nicola 

także ani trochę nie była nim zainteresowana. 

Drugą myślą, jaka uderzyła Heikego, było przekonanie, iż musi opuścić twierdzę. Tu, 

w zamczysku, nie mógł zwyciężyć złej mocy. 

Musiało  się  to  dokonać  na  starym  zarośniętym  cmentarzu,  miejscu  wiecznego 

spoczynku panów twierdzy, ogrodzonym misternie wykutą w żelazie kratą. 

Tam  powinien  odnaleźć  grób  nieszczęsnej  Anciol,  czyli  -  jak  należało  uściślić  - 

księżniczki Feodory. Jednej i tej samej osoby! 

To  przekonanie  natychmiast  przywiodło  mu  na  myśl  straszliwą  wizję,  jakiej 

doświadczył  rano.  I  poczuł  dławiący  strach,  idąc  za  księżniczką  wiodącą  go  krętymi 

korytarzami  ku  galerii.  Miał  wrażenie,  że  ponownie  słyszy  ochrypły  skrzek  padlinożernych 

ptaków. Czuł, że ciemny belkowany sufit sal i korytarzy zaraz spadnie mu na głowę. Słyszał, 

jak odgłos spływającej kroplami wilgoci odbija się echem od zapleśniałych ścian, wydawało 

mu się, że zwierzęce skóry na podłodze na jego oczach gniją, odsłaniając wijące się pod nimi 

robactwo.  Bezustannie  powtarzał  sobie,  że  to  wszystko  jest  tylko  wytworem  jego 

makabrycznej wyobraźni. 

background image

Ale jednemu nie dało się zaprzeczyć. 

Gdzieś  na  samym  początku  przechadzki  po  twierdzy  minęli  piękne rzeźbione  drzwi. 

Feodora nawet się do nich nie zbliżyła. Przez cały czas tłumaczyła mu coś z ożywieniem, jak 

gdyby z całych sił starając się odwrócić jego uwagę, byle tylko nie zapytał o te drzwi. 

Ale  Heike,  dzięki  swym  ostatnio  niezwykle  wyostrzonym  zmysłom,  natychmiast 

wyczuł,  że  za  owymi  drzwiami  kryć  się  musi  coś  szczególnego.  Tam,  w  głębi,  zapewne 

znajduje się jądro twierdzy, samo serce, źródło panującego tu zła. 

Starał się połączyć wrażenie z tym, co ujrzał rano, kiedy miał przy sobie mandragorę. 

W jaki sposób powiązać to w całość? Gdyby oba obrazy, ohydne ruiny i przepiękną twierdzę, 

nałożyć na siebie, to w którym miejscu znalazłoby się owo jądro? 

Nie  mógł  dłużej  się  nad  tym  zastanawiać,  gdyż  Feodora  mówiąc  nieprzerwanie, 

otwierała łukowato sklepione drzwi do galerii. 

Jednej wszak rzeczy był pewien: musi iść na cmentarz. 

Do grobu Anciol, zdradzonej narzeczonej. 

To ona jest upiorem, którego należy unicestwić. 

Później, jeśli zajdzie taka potrzeba, zajmie się twierdzą, ale wtedy, miał nadzieję, zła 

moc zostanie już pokonana. 

Nie mający doświadczenia Heike nie brał jednak pod uwagę, że żaden upiór nie odda 

swej mocy bez walki! 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Nowe  odkrycie  Heikego  wzburzyło  go  tak  bardzo,  iż  w  pierwszej  chwili  nie 

zorientował się, że Peter i Nicola są w galerii. Młodzi odskoczyli od siebie jak oparzeni, jakby 

przyłapano ich na gorącym uczynku. 

Peter zaczerwienił się i powitał przyjaciela. 

A Heike nareszcie miał okazję przyjrzeć się Nicoli. 

Łzy  wzruszenia  napłynęły  mu  do  oczu.  Taka  młoda  i  bezbronna!  Nie  mogła  mieć 

więcej niż szesnaście lat, choć Feodora twierdziła, że jej kuzynka skończyła już dwadzieścia. 

Nicola  była  tak  zachwycająca,  tak  śliczna,  że  dotknęła  milczących  dotąd  czułych  strun  w 

duszy  Heikego.  Z  bolesną  rezygnacją  musiał  jednak  przyznać,  iż  nie  mógłby  odebrać  jej 

swemu  przyjacielowi  Peterowi.  Nie  pragnął  tego  i  prawdopodobnie  nie  przystałby  na  to, 

nawet gdyby Nicola nagle zmieniła zdanie i wolała go od Petera. Cieszył się jedynie, że nie 

przyjrzał się jej uważniej poprzedniego wieczoru, marnowałby tylko czas na płonne, gorzkie 

marzenia. A tak Nicola dokonała już wyboru i Heike z większym spokojem przyjął fakt, że 

dla niego jest nieosiągalna. 

Muszę ją stąd wydostać. To niezwykle ważne! 

Zastanawiał się nad źródłem przemożnego wpływu, jaki ma na nią Feodora. Dlaczego 

upiór trzyma w niewoli młodziutką, żywą dziewczynę? 

Heike nabrał pewności siebie. Teraz naprawdę ma o co walczyć. Przed nim szlachetny 

bój o przyjaciela i najcudowniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać. 

Nieważne,  że  nie  ma  żadnych  szans  u  Nicoli,  to  tylko  czyni  jego  misję  jeszcze  bardziej 

wzniosłą. 

Ach, tak, tu jesteście przywitała ich Feodora. 

Pozwólcie, panie Heike, że przedstawię wam moją młodszą kuzynkę Nicolę. Nicolo, 

to przyjaciel Petera. 

Heike  miał  zamiar  podać  Nicoli  rękę,  ale  dziewczyna  odsunęła  się  z  niesmakiem. 

Nigdy dotąd nie poczuł się tak odrażający jak teraz! 

Peterze,  twój  przyjaciel  przybył,  by  cię  stąd  zabrać  -  rzekła  księżniczka.  -  Najlepiej 

chyba będzie, jeśli z nim pójdziesz. Ale najpierw chciałabym pokazać panu Heikemu z Ludzi 

Lodu naszych przodków... 

Peter solidarnie stanął u boku Nicoli. Atmosfera stała się wyraźnie napięta. 

-  Nie  wyjdę  stąd  bez  Nicoli  -  zdecydowanie  oświadczył  Peter,  ale  kiedy  usiłował 

background image

popatrzeć  w  oczy  księżniczki,  drżące  powieki  zdradziły  jego  strach.  Dziewczyna  także 

wyglądała na panicznie przerażoną. 

- Peterze, poczekaj - szepnęła, zakładając, być może, że nikt inny jej nie słyszy. - Nie z 

nim! 

Heikego słowa te ubodły tak dotkliwie, tak niewiarygodnie mocno, iż nie był w stanie 

poprzeć  Petera,  choć  jeszcze  przed  chwilą  uważał,  że  zabranie  stąd  Nicoli  jest  jego 

najświętszym obowiązkiem. 

- Dziewczyna zostanie tutaj - oznajmiła księżniczka głosem ostrym jak uderzenie bata. 

- Ale... - zaczął Peter. 

Nicola błagała cichym szeptem, który jednak dzięki świetnej akustyce pomieszczenia 

dotarł do wszystkich. 

- Nie teraz, Peterze! Wracaj! Pamiętasz naszą umowę? 

Potakująco skinął głową. 

Heike nie wiedział, co robić. Ogromnie ważne było wyprowadzenie Petera z twierdzy 

i niedopuszczenie, by tutaj powrócił. A przecież muszą zabrać ze sobą Nicolę! 

Feodora  pokazała  swoją  siłę.  Nie  wyrzekła  już  ani  słowa,  ucinając  dalszą  dyskusję. 

Swym dostojnym i władczym milczeniem pokonała wszystkich. Heike zaczął pojmować, jaką 

władzę miała nad dziewczyną. 

Ale  dlaczego,  dlaczego?  W  jaki  sposób  zostały  ze  sobą  związane?  Czy  są 

spokrewnione?  A  może  Nicola  była  zwykłą,  wcale  nie  wywodzącą  się  ze  szlachty 

dziewczyną,  wybraną  przez  księżniczkę  po  to,  by  przyciągała  do  twierdzy  młodych 

mężczyzn? Których później Feodora odbierała jej i niszczyła, odnosząc w ten sposób triumf 

nad młodszą kobietą? 

Heike nie miał już czasu na dalsze rozmyślania. Feodora znów ujęła go pod ramię i 

zaczęła  oprowadzać  po  galerii.  Peter  i  Nicola  szli  za  nimi  w  bezpiecznej  odległości,  ale 

księżniczka udawała, że ich nie widzi. 

-  To  musi  być  Bogdan  Dziki.  -  Heike  wskazał  na  dziarsko  wyglądającego  wojaka  z 

olbrzymim  wąsem,  w  futrzanej  czapce  na  bakier  i  szpicrutą  w  dłoni.  Oczy  spoglądające  z 

portretu  zdawały  się  na  wskroś  przenikać  patrzącego,  ale  mogło  to  być  winą  kiepskiej 

techniki artysty albo sztucznego stylu malarskiego epoki. 

- Piętnasty wiek - mruknął znający się na sztuce Peter. 

-  To  prawda  -  chłodno  odparła  księżniczka.  -  Był  synem  Borysa,  tego  tutaj 

przystojnego wojewody, który miał cztery żony! 

Istotnie,  oczy  Borysa  miały  ten  osobliwy  wyraz,  który  tak  bardzo  pociągał  płeć 

background image

piękną. 

- Interesują mnie kobiety - wtrącił Heike. Masywna podłoga aż drżała od jego ciężkich 

kroków. - Wydaje się, że wszystkie w waszym rodzie jesteście niespotykanymi pięknościami. 

Rzekł  to  w  głębokiej  zadumie,  a  jednocześnie  z  takim  przekonaniem,  iż  nie  można 

było potraktować jego wypowiedzi jak czczą galanterię. Księżniczka gorąco podziękowała za 

komplement. 

Z ożywieniem zaczęła opisywać nieliczne portrety kobiet. 

-  A  to  -  Heike  wskazał  na  obraz  przedstawiający  kobietę  uderzająco  podobną  do 

Feodory. - To musi być Anciol. 

- Nie, jej portretu, niestety, nie zdążono namalować. To jedna z wielu przedstawicielek 

naszego rodu, noszących imię Feodora. Żyła stosunkowo niedawno. Gdy popatrzycie tutaj, na 

ukochaną żonę Borysa, z pewnością dostrzeżecie podobieństwo, prawda? Pochodziła z Rusi. 

To pierwsza Feodora, później jej imieniem chętnie nazywano dziewczynki w naszym rodzie. 

-  Owszem,  dostrzegam  podobieństwo  -  odparł  Heike.  -  Między  tymi  dwoma 

portretami a wami. 

Był  przekonany,  że  i  Anciol  była  do  nich  uderzająco  podobna.  Zwłaszcza  do 

księżniczki... 

Nabierał coraz większej pewności, że są one jedną i tą samą osobą. 

Pewien  był  także  czego  innego,  choć  przecież  wcale  nie  znał  się  na  sztuce. 

Zorientował się, że wszystkie portrety muszą sobie liczyć po kilkaset lat. Nie widział żadnych 

współczesnych obrazów. 

To spostrzeżenie ugruntowało teorię, która powoli zaczynała krystalizować się w jego 

głowie. 

Gdyby  rano  nie  miał  tej  ohydnej  wizji,  jak  inni  przypadkowi  goście  sądziłby,  iż 

znalazł się w całkiem zwyczajnej twierdzy, z wizytą u całkiem zwyczajnych dam. 

Teraz jednak dojrzała w nim myśl, iż Feodora była dawno zmarłą Anciol, Nicola zaś 

młodą dziewczyną, którą nienasycony upiór wziął w niewolę, by przyciągała dlań mężczyzn. 

Heike był odpowiedzialny za życie Petera i tej młodej panny. To on musiał wydostać 

ich z twierdzy, nie wzbudzając przy tym podejrzeń Feodory. 

Otrzymał pomoc. Wiedział, że troje dotkniętych z Ludzi Lodu wesprze jego działania. 

Ale to on musiał myśleć! 

A  jeśli  jego  teoria  okaże  się  nieprawdziwa?  Jeśli  Feodora  jest  rzeczywistą,  żywą 

kobietą, a poranna wizja była jedynie omamem? 

Heike postanowił sprowokować księżniczkę: chciał, by się przed nim odkryła. 

background image

- I wszyscy wasi przodkowie pogrzebani zostali przy kościółku w Targul Stregesti? 

- Prawie wszyscy. Zbyt trudno było zbudować kryptę tu na górze, na urwisku. 

Heike pokiwał głową. 

- Mam ochotę po południu zwiedzić cmentarz. 

Po raz kolejny księżniczce udało się wprawić go w zdumienie: ujrzał łzy napływające 

jej do oczu! 

-  Ach,  jakże  będę  wam  wdzięczna,  jeśli  to  uczynicie!  Może  uda  wam  się  trochę 

pogonić kościelnego, nasze biedne groby są takie zaniedbane. Bardzo mnie to boli! Ach, jak 

się cieszę, że zechcieliście nas odwiedzić! 

Doprawdy? pomyślał Heike z goryczą. Cóż to za przebiegła gra! 

Lepiej zrozumiał ją, słysząc kolejne słowa: 

- Nie będę was już dłużej zatrzymywać. Zabierzcie także waszego przyjaciela, ale jeśli 

będziecie mieć czas, panie Heike, to serdecznie zapraszamy do nas wieczorem! 

Tu cię mam! Nie zaprasza Petera, to mnie chce pochwycić w szpony, bo dopiero nocą 

ożywa jej siła. Właśnie w nocy znikają tu wszyscy mężczyźni. 

Chce mnie zwabić i rozprawić się ze mną! 

Ciekawe, czy wie, że wywodzę się ze szczególnego rodu? Nie wydaje się, by miała tę 

świadomość. 

A zatem czeka ją niespodzianka! 

Kiedy  wszyscy  czworo  szli  ku  wyjściowym  drzwiom,  Peter  słał  mu  wściekłe 

spojrzenia.  Ale  Heike  uśmiechał  się  tylko  swym  spokojnym  i  teraz  także  przepraszającym 

uśmiechem, udając, że nic nie rozumie. Miał zamiar rozmówić się z Peterem, gdy znajdą się 

w bezpiecznym miejscu. 

Księżniczka  nie  wyszła,  przytrzymała  także  Nicolę  i  obie  zostały  w  ponurym, 

ciemnym  przedsionku,  pozbawionym  okien.  Nic  dziwnego,  upiory  przecież  unikają 

dziennego światła i słońca. 

Natomiast  gdy  żegnali  się  z  damami,  Heikego  czekała  kolejna  niespodzianka.  Nie 

zdziwiło  go,  że  księżniczka  Feodora  okazała  mu  nadzwyczajną  wprost  życzliwość  i  gorąco 

prosiła,  by  powrócił  wieczorem.  Ta  kobieta  po  prostu  czyniła  wszelkie  niezbędne 

przygotowania, by zadać mu śmiertelny cios. 

Ale Nicola... 

Ta  cudownie  piękna,  łagodna  dziewczyna  przez  cały  czas  powstrzymująca  się  od 

płaczu z rozpaczy, patrzyła teraz na Heikego, jak się wydawało, całkiem nowymi oczami. Nie 

wzięła go za rękę, ale jej wzrok przemawiał wyraźnie, a zaraz potwierdziły to wypowiadane 

background image

szeptem słowa: 

-  Błagam,  byście  przyszli  tu  dziś  wieczorem  z  Peterem!  Wybaczcie,  iż  niewłaściwie 

was oceniłam. Teraz wiem, że w waszej piersi bije gorące, szlachetne serce. Wybaczcie więc, 

że tak po dziecinnemu patrzyłam jedynie na wasz wygląd! 

Powiedziała to szybko, jednym tchem, nie chciała, by ciotka usłyszała jej słowa. Zaraz 

też dodała, jeszcze ciszej i jeszcze szybciej: 

- I nie chodźcie na cmentarz, ani wy, ani Peter! Nie wierzcie jej prośbom i zachętom. 

To  przywiedzie  was  do  zatracenia.  Ludzie  z  miasteczka  twierdzą,  że  nad  grobami  czuwają 

duchy zmarłych i ci, którzy zakłócą ich spokój, są dręczeni i kaleczeni w najbardziej okrutny 

sposób. Nie chcę, by któremuś z was stała się krzywda! 

W jej oczach błyszczały łzy. Heike walczył z ogarniającą go nagle słabością. 

- Poradzimy sobie - uśmiechnął się. - Chyba mieszkańcy wioski odwiedzają cmentarz, 

i to w różnych porach dnia? 

-  Nie  starą  jego  część,  tę,  gdzie  mieszczą  się  groby  mieszkańców  Cetatea  de  Strega, 

groby wojewodów i ich potomków... 

A więc nareszcie poznał nazwę twierdzy! Cetatea de Strega - Twierdza Czarownicy. 

Peter  z  wielkim  zapałem  opowiadał  mu  o  językach  romańskich  i  o  związkach  istniejących 

między  nimi.  Nic  dziwnego,  że  nazwa  miasteczka  i  twierdzy  wywodziła  się  z  włoskiego 

słowa  „czarownica”,  wszak  w  dawnych  czasach  właśnie  cesarstwo  rzymskie  zagarnęło  tę 

krainę, zwaną wówczas Dacją. Później coraz bardziej znaczące stały się wpływy słowiańskie, 

zarówno  jeśli  chodzi  o  język,  jak  i  zwyczaje,  i,  jak  Heike  ośmielił  się  zgadywać,  także  o 

alfabet  cyrylicki,  który  widział  na  nagrobkach  w  Targul  Stregesti.  Pierwsza  Feodora 

pochodziła przecież z Rusi. 

Heike  jednakże  nie  umiał  czytać  nawet  łacińskich  liter,  właściwie  więc  było  mu 

obojętne, jakim alfabetem posługiwano się tutaj. 

Dłoń Nicoli delikatnie dotknęła jego ramienia. 

- Bardzo proszę, uważajcie na siebie, nie chodźcie tam! Jeśli okaże się, że nie wrócicie 

wieczorem, nie będę miała po co żyć! 

Heike  lękliwie  obejrzał  się  na  księżniczkę,  ale  ona,  pogrążona  w  wyraźnie  chłodnej 

rozmowie z Peterem, niczego nie słyszała. 

Heike,  któremu  obcy  był  egoizm,  z  rozkoszą  wsłuchiwał  się  w  łagodny,  ciepły  głos 

Nicoli i cieszył się, że Peter, jego przyjaciel, znalazł tak cudowną dziewczynę. Wpatrywała 

się teraz w Heikego oczami, w których malowała się ufność, ba, nawet podziw. Ta delikatna 

istota tak bardzo niepokoiła się o los Petera i prosiła Heikego, by go chronił! Błagała także o 

background image

pomoc  dla  siebie,  o  pomoc  w  wyrwaniu  się  spod  uroku  rzuconego  na  nią  w  twierdzy.  Ale 

lękała się także o Heikego! Miał uważać na siebie! 

W uniesieniu odetchnął głęboko, pragnąc stłumić wzruszenie, ściskające go w piersi. 

Ta  cudowna  dziewczyna  bała  się  o  niego!  To  było  o  wiele  więcej,  niż  mógł  się 

spodziewać. 

Wkrótce schodzili aleją w dół ku łąkom. Słońce dawno już minęło zenit i pochylało 

się coraz niżej nad horyzontem. Nadal jednak było duszno i upalnie. 

Peter był zawiedziony i rozgniewany. 

-  Po  co  przyszedłeś  i  zabrałeś  mnie  z  zamku?  Nie  mogłeś  darować  mi  jednego  dnia 

spędzonego razem z Nicolą? 

- Peterze, musisz mnie zrozumieć! Znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! 

Przyjaciel  w  odpowiedzi  tylko  parsknął.  Nie  przestawał  słać  tęsknych  spojrzeń  za 

siebie, w kierunku twierdzy. 

- Śmiertelne niebezpieczeństwo?! Jakie masz na to dowody? 

Heike już otworzył usta, ale zaraz zamknął je znowu. Peter, żądając dowodów, zasiał 

w  nim  niepewność.  Cóż  miał  powiedzieć?  W  zamczysku  wszystko  przebiegało  normalnie, 

zupełnie naturalnie. Życzliwa gospodyni z dumą oprowadzała ich po twierdzy. 

Przecudna  młoda  dziewczyna,  która  usiłowała  sprzeciwić  się  swej  opiekunce  i 

nazywała ją czarownicą... Cóż w tym wyjątkowego? Ile takich historii miało już miejsce? 

W  ostrych,  gorących  promieniach  popołudniowego  słońca  Heike  zaczął  zastanawiać 

się, czy nie maluje diabła czarniejszym, niż jest w rzeczywistości. 

Podczas  gdy  Peter,  idąc,  złorzeczył  mu  w  coraz  bardziej  gorzkich  słowach,  Heike 

stopniowo  nabierał  przekonania,  że  się  omylił.  Księżniczka  Feodora,  która  tak  poufale 

trzymała go pod ramię, miałaby być zjawą? Niewiarygodne! Przecież cały czas czuł jej rękę! 

Całą  swą  wiedzę  o  siłach  ciemności,  z  jakimi  może  zetknąć  się  człowiek,  Heike 

wyniósł ze Słowenii. W tej dziedzinie otrzymał niezwykle staranną edukację. 

Wiedział,  że  należy  odróżnić  zjawę  od  upiora.  Zjawa  to  dusza  człowieka,  twór 

bezcielesny, ciało astralne. Upiór natomiast jest jakby żywą istotą, która nigdy tak naprawdę 

nie  umarła,  nie  obróciła  się  w  proch.  Do  upiorów  zalicza  się  wampiry,  a  także  niektóre 

czarownice. 

Istnieje  jeszcze  wiele,  wiele  innych  istot  ze  świata  cieni,  które  także  należą  do  tej 

grupy. Wszystkie one, by przetrwać, muszą się posilać, na przykład krwią żywych ludzi lub w 

inny równie osobliwy sposób. 

Heike dotychczas sądził, że taką właśnie istotą jest księżniczka Feodora, ale nie mógł 

background image

pojąć, w jaki sposób - jeśli można to tak określić - utrzymuje się ona przy życiu. Teraz czuł 

się zdezorientowany, być może omylił się w ocenie jej osoby, być może jest ona zwykłym, 

niewinnym człowiekiem, a twierdza tym, na co wygląda: piękną, dobrze utrzymaną budowlą. 

W  takim  razie  bez  powodu  wdarł  się  brutalnie  w  miłosną  przygodę  Petera.  Było  to 

ostatnie, co chciał zrobić, i myśl o tym sprawiła mu ogromną przykrość. 

Co właściwie miał na poparcie swej chorej idei? 

Prymitywne  przesądy  mieszkańców  Stregesti?  Słowa  Nicoli  o  tym,  że  ciotka  jest 

czarownicą? Poranne przywidzenie? Boże, jakże to było dawno! 

Co  jeszcze?  Mira,  która  twierdziła,  że  ktoś  usiłował  wedrzeć  się  do  jej  izby  w 

gospodzie? Ale przecież to był sen! 

Droga,  której  najpierw  nie  było,  a  potem  się  pojawiła.  Nie,  to  znów  sprawka 

mandragory, tego nie można brać pod uwagę. 

Las? 

Las,  tak,  to  prawda,  ale  czy  wydarzyło  się  w  nim  coś  poza  tym,  że  zdjął  ich 

niewytłumaczalny strach? 

Opowiadanie  Zeno  o  człowieku,  którego  znaleźli.  Wyszeptał  dwa  słowa:  „skrzydła 

kruka”... 

Wszyscy mężczyźni, którzy zniknęli. Bezpańskie konie... 

Ptaki w ciemnościach... 

Było coś jeszcze, czego nie mógł sobie przypomnieć, wydarzyło się już tak dawno... 

I najważniejsze ze wszystkiego: troje z Ludzi Lodu twierdziło, że grozi mu tak wielkie 

niebezpieczeństwo, iż będą musieli mu pomagać. 

Ich Heike nie mógł zlekceważyć, choćby wszystko pozostałe wydawało się niejasne. 

W jego głosie znów zabrzmiała stanowczość: 

-  Peterze,  posłuchaj  mnie!  Spotkasz  się  jeszcze  z  Nicolą  i  wyprowadzimy  ją  z 

twierdzy.  Ale  później,  wieczorem,  jak  proponowałeś.  Najpierw  musimy  unieszkodliwić 

straszną Feodorę. Dlatego chciałbym, byś poszedł ze mną na cmentarz i odnalazł jej grób... 

- Chyba oszalałeś! 

- Nie, mówię poważnie. Nie wydostaniemy Nicoli z twierdzy, dopóki czarownica nie 

zginie. Dziewczynę przytrzymują zaklęte więzy, których nie będziemy w stanie rozerwać. 

- Wydaje mi się, że przed chwilą powiedziałeś, że czarownica nie żyje. 

-  Proszę,  nie  drwij  ze  mnie!  To  nie  pora  na  żarty.  Nie  będę  już  więcej  nudził  na  ten 

temat,  rozumiem  tak  samo  niewiele  jak  ty.  Ale  czy  widzisz  te  konie?  Są  teraz  nasze,  ich 

właściciele zniknęli już dawno temu, prawdopodobnie w lesie. Tak więc Mira i ty będziecie 

background image

mieć  każde  swojego  wierzchowca,  a  Nicolę  możesz  posadzić  na  siodle  przed  sobą,  kiedy 

będziemy stąd odjeżdżać. 

Heike bardzo się cieszył, że może przekazać przyjacielowi tak radosną nowinę. 

- Co ty mówisz? Konie są nasze? Kto... 

Heike jeszcze raz opowiedział o zaginionych Francuzach i mieszkańcach miasteczka, 

którzy nie mieli dla koni miejsca w stajni ani też paszy na długą, mroźną zimę. 

- To naprawdę fantastyczne! Muszę opowiedzieć o tym Nicoli. 

- Przyjdzie na to czas. Kłopot w tym, że zwierzęta zdziczały, nie dają się złapać. 

- Ja się tym zajmę. Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec miał zawsze wiele koni. 

Peter włożył dwa palce do ust i gwizdnął. Konie natychmiast zastrzygły uszami. 

- Och, naprawdę... - Heike wyraził szczere zdumienie. 

Piękne zwierzęta były lekko spłoszone, ale Peter najwyraźniej umiał odpowiednio je 

podejść, kusił i wabił, aż w końcu znalazły się tak blisko, że czuł na dłoniach ich oddech. 

Delikatnie, ostrożnie pogłaskał jednego, przemawiając pieszczotliwie jak do dziecka. 

-  Nigdy  czegoś  podobnego  nie  widziałem  -  zachwycił  się  Heike.  -  Mnie  by  się  to  z 

pewnością nie udało. 

-  Jeśli  nie  wiem  czegoś  o  koniu,  to  znaczy,  że  nie  warto  tego  wiedzieć.  -  Peter 

uśmiechnął się z zadowoleniem. 

-  Ponieważ  i  tak  nie  mamy  uprzęży,  niech  sobie  tutaj  chodzą.  Sprowadzę  je  później. 

Dokąd idziemy teraz? 

-  Najpierw  do  karczmy.  Później  musimy  iść  na  cmentarz,  czy  tego  nie  pojmujesz? 

Jeśli nie, to dziś w nocy ja wyprowadzę stamtąd Nicolę, nie ty. 

- Dlaczego? - oburzył się Peter, nadzwyczaj czujny, gdy padło imię Nicoli. - Czego ty 

chcesz od mojej dziewczyny? 

- Uspokój się! Jeśli nie zdołamy unieszkodliwić księżniczki Feodory, nocą w twierdzy 

będzie dla ciebie zbyt niebezpiecznie. 

- I znów zaczynasz - westchnął Peter. - Powtarzasz to już chyba po raz setny. Dobrze, 

pójdę z tobą na cmentarz, żebyś mógł się przekonać, jak bardzo się mylisz. 

- Nic by mnie bardziej nie uradowało, niż gdybym się mylił. 

Peter potrząsnął głową. 

- Dziwny jesteś, Heike. Czy naprawdę nic nie zdoła wprawić cię w gniew? 

- O, tak - dobrodusznie odparł Heike. - Z pewnością. W tej dolinie jest coś, co porusza 

we mnie struny gniewu. Dlatego właśnie postanowiłem to zwalczyć. 

- Bóg z tobą - rzekł Peter cierpko. 

background image

Ludzie  z  miasteczka  nie  wierzyli  własnym  oczom,  gdy  ujrzeli  dwóch  młodzieńców 

idących ulicą i wchodzących na rynek. Szeptem coraz dalej przekazywano sobie niecodzienną 

nowinę. 

Zeno  i  jego  żona  dosłownie  otworzyli  usta  ze  zdumienia,  gdy  chłopcy  stanęli  w 

drzwiach karczmy, a Mira przypadła do nich uszczęśliwiona. 

- Odnalazłeś Petera, Heike! Dziękuję ci, dziękuję! 

-  Odnalazł  -  mruknął  Peter  z  kwaśną  miną.  -  Czyżby  ta  miała  być  aż  tak  wielka 

sztuka? 

-  Naprawdę,  wróciliście?  -  Zeno  i  cała  obsługa  kuchenna  nie  posiadali  się  ze 

zdumienia. - A może wcale tam nie byliście? 

Heike uśmiechnął się. 

- Jeśli chodzi o Cetatea de Strega, to owszem, byliśmy w niej. Mówiłem przecież, że 

sprowadzę Petera do domu. 

W izbie szynkowej zapadła cisza, w której wyczuć się dało zaskoczenie i zdumienie. 

- Ale... ale... nikt dotąd... 

Heike przerwał karczmarzowi: 

- Czy możemy dostać teraz solidny posiłek? Później pójdziemy na cmentarz. 

Zeno odetchnął głęboko. 

-  Kim  ty  właściwie  jesteś?  Bo  rozumiem,  że  to  twoja  zasługa,  a  nie  twego 

sympatycznego, ale całkiem zwyczajnego kompana? 

- Tego nie wiem - roześmiał się Heike, potrząsając głową. 

W karczmarza nagle jakby wstąpił nowy duch. 

-  Dziewczęta,  dalej!  -  wołał.  -  Na  co  czekacie?  Ruszajcie!  Podajcie  to,  co  mamy 

najlepszego! 

Kiedy zasiedli do wystawnego posiłku, Heike wypytywał Zeno. 

-  Muszę  znaleźć  kogoś,  kto  dobrze  zna  stary  cmentarz.  Ksiądz?  A  może  kościelny? 

Albo ktoś inny? 

- Zajmę się tym - zapewnił go karczmarz. - Zaufaj mi. 

Mira, siedząca między chłopcami, użaliła się: 

-  Peter  jest  taki  odmieniony!  Gdzie  się  podział  miły,  rozgadany  chłopak,  którego 

poznałam? 

- Wcale się nie zmieniłem - parsknął Peter. 

Heike uniósł głowę. 

- Owszem, właśnie, że tak - odparł spokojnie. - Teraz nie jesteś sobą. 

background image

- Ach, tak? A jaki niby jestem? 

Odpowiedziała mu Mira: 

-  Masz  kwaśną  minę.  Jesteś  zły  i  rozgniewany,  niedobry  i  niemiły.  Wczoraj  taki  nie 

byłeś. 

- On jest po prostu niespokojny, Miro - usprawiedliwił przyjaciela Heike. - Wówczas 

tak właśnie człowiek się zachowuje. 

Sam martwił się nagłą zmianą, jaka zaszła w przyjacielu. To nie był ten Peter, którego 

znał i lubił. 

Skończyli  posiłek  najszybciej  jak  mogli,  nie  mieli  czasu  do  stracenia.  Słońce  stało 

niepokojąco nisko nad górami, a żadne z nich nie miało ochoty na spędzenie kolejnej doby w 

Targul Stregesti. 

Zanim opuścili gospodę, Heike ujął Mirę za ręce i zapytał cicho: 

- Jak się miewasz? 

Dziewczyna przymknęła oczy. 

- Czuję się tak cudownie bezpieczna, Heike. Ten amulet... Powiedz mi, czy on żyje? 

Wiem, że to brzmi niemądrze, ale mam wrażenie, że chce mi powiedzieć: „Nie bój się!” 

- To wcale nie jest niemądre. Jak sądzisz, dlaczego ci go pożyczyłem? 

-  Dziękuję,  Heike!  Wiesz,  w  innej  sytuacji  odrzuciłabym  go  daleko  od  siebie,  bo 

jestem bardzo wierząca. Ale wydaje mi się, że jesteś szlachetnym człowiekiem, który niesie 

ze sobą samo dobro. 

Heike poczuł ogarniające go wzruszenie. 

-  Twoje  słowa  cieszą  mnie  bardziej,  niż  przypuszczasz,  bo  właściwie  zrodzony 

zostałem, by służyć ciemności. Ale moje przeżycia w dzieciństwie sprawiły, że z całych sił 

staram się zwalczyć zło istniejące na świecie, a przede wszystkim to, które tkwi we mnie. 

Mira  nie  bardzo  pojmowała,  co  mówił  Heike,  nie  znała  bowiem  historii  jego  życia. 

Powiedziała tylko ciepło: 

- W takim razie udało ci się, Heike! 

To  się  jeszcze  okaże,  pomyślał.  Czeka  mnie  długie  życie,  przynajmniej  taką  mam 

nadzieję. 

-  Uważajcie  teraz  na  siebie  -  szepnęła.  -  Pilnuj  Petera,  zrób  to  dla  mnie!  A  może 

chcesz, bym poszła z wami? 

- Nie, pod żadnym pozorem nie wolno ci wyjść za te drzwi! Pamiętaj o tym! A nocą 

dobrze się zamknij, tak jak wczoraj wieczorem, to ogromnie ważne! 

Przeraziła się. 

background image

- Czy nie wrócicie przed zapadnięciem ciemności? 

-  Nie,  kiedy  uporamy  się  ze  wszystkim  na  cmentarzu,  pójdziemy  do  twierdzy,  by 

wydostać Nicolę. 

Na szczerej buzi Miry odmalował się żal. 

-  Ach,  tak,  Nicola!  Oczywiście,  musimy  jej  pomóc.  Ale  czy  nie  chcesz  z  powrotem 

swego amuletu... Jak go nazwałeś? 

-  Alrauny?  Wiele  bym  dał,  by  móc  mieć  ją  przy  sobie,  ale  tym  razem  ona  mi 

przeszkadza.  Nie  pozwala  mi  widzieć  tego  samego  co  Peter,  a  w  dodatku  księżniczka  nie 

znosi jej obecności, jakże więc mógłbym coś zdziałać? 

Tobie przyda się bardziej, jesteś tu całkiem bezbronna, a księżniczka traktuje cię jak 

rywalkę. Pragnie mieć wszystkich mężczyzn tylko dla siebie, dlatego tak straszliwie dręczy 

Nicolę. 

- Rozumiem. Zaczyna się starzeć i boi się, że nie będzie już mogła uwodzić. 

- Tak, tak właśnie jest. 

Nie  chciał  wyjaśniać,  że  Feodora  to  Anciol,  zdradzona  narzeczona,  która  pragnie 

zemścić  się  na  wszystkich  przedstawicielach  męskiego  rodu  i  na  wszystkich  młodych 

kobietach, ponieważ jedna z nich odebrała jej przyszłego męża. To przecież była tylko jego 

teoria. 

Uścisnął ręce Miry. 

- Bądź przy nas myślami, Miro! 

- Obiecuję. Pomodlę się do Boga za was obu. 

Heike odchodząc uśmiechał się ze smutkiem. Bardzo pragnął należeć do świata Boga, 

ale  był  on  przed  nim  zamknięty.  Złe  dziedzictwo  nie  pozwalało  mu  przestąpić  jego  progu. 

Musiał  więc  żyć  najlepiej  jak  potrafił  i  mieć  nadzieję,  że  litościwy  Stwórca  w  swym 

miłosierdziu dostrzeże jego dobre uczynki i nie osądzi go zbyt surowo. 

Heike nie należał do świata zwykłych ludzi. Akurat w tej chwili był przez to bardzo 

samotny. 

Dotknięci z Ludzi Lodu zwykle odczuwali dumę ze swego szczególnego pochodzenia, 

z  możliwości  służenia  złu,  ale  nie  Heike.  On,  tak  jak  kiedyś  dawno  temu  Tengel  Dobry, 

musiał zupełnie sam toczyć walkę o swoje człowieczeństwo. 

Tengelowi powiodło się, zwłaszcza po tym, jak spotkał Silje. Ale Heike? 

Któż  mógł  być  bardziej  samotny  niż  on  owego  sądnego  dnia  w  nawiedzonym 

miasteczku Stregesti, w Siedmiogrodzie, w roku 1793? 

Przez moment zbierał siły, po czym skinął na Petera i opuścili względnie bezpieczną 

background image

przystań, jaką była gospoda. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Kiedy wyszli z karczmy, ujrzeli wszystkich mieszkańców miasteczka stojących wokół 

rynku:  wiele  kobiet  we  wdowich  welonach  i  garstkę  mężczyzn  o  mniej  lub  bardziej 

odpychającym wyglądzie. 

Wpatrzeni w Heikego i Petera skrywali nieśmiało rodzącą się nadzieję. Potomek Ludzi 

Lodu  dostrzegł  jednak  w  ich  oczach  rozpaczliwe  błaganie,  niemą  prośbę,  by  przerwał 

niekończące  się  pasmo  udręki  i  cierpienia,  trwające  od  tak  wielu  lat,  że  trudno  wyobrazić 

sobie jego rozmiary. 

Po  plecach  przebiegły  mu  ciarki.  A  jeśli  mu  się  nie  powiedzie?  Jeśli  nie  spełni  ich 

oczekiwań? Przecież niczego tak naprawdę nie wiedział. 

Ku  zaskoczeniu  chłopców  od  zachodu  nadciągnęły  lekkie  chmury.  Niedobrze, 

pomyśleli  obaj.  Przydałby  się  blask  księżyca  w  pełni,  choć  po  prawdzie  bardzo  jeszcze 

bladego, gdyż słońce dopiero znikało za górskim grzbietem. 

- Powinniśmy byli zabrać pochodnię - mruknął Peter. 

- Przy cmentarzu jest latarnia - odparł Heike. - Zeno mi o tym powiedział. 

-  Wspaniale!  Ale  mam  nadzieję,  że  sporo  zdążymy  zdziałać  jeszcze  przy  dziennym 

świetle. 

- Oczywiście. Ciemności nie zapanują tak od razu. 

Gdy wyszli zza węgła domu, przed oczami mieli już kościół. W wejściu oczekiwał ich 

jakiś człowiek, prawdopodobnie przewodnik, którego ugodził Zeno. 

W tej samej chwili zaszło słońce i na dolinę padły długie cienie. Nagle jakby śmierć 

wzięła ich w swoje chłodne objęcia... Peter gwałtownie zawrócił. 

- Chyba jednak nie pójdę. Nie chcę błąkać się wieczorem między grobami, zwłaszcza 

że wiem, o czym myślisz. 

- I o czym to ja myślę? 

-  Sądzisz,  że  nie  słyszałem,  jak  postępuje  się  z  upiorami?  W  jaki  sposób  się  je 

unicestwia? 

- A więc dobrze, odjedziemy stąd. Bez Nicoli. 

- Nie! - gwałtownie sprzeciwił się Peter. - Chodźmy, niech to się już wreszcie raz na 

zawsze skończy! 

Przywitali się ze starym, zgiętym wpół mężczyzną. 

- Jesteś księdzem? - zapytał Heike. 

background image

-  Nie,  nie  mamy  już  księdza,  księżniczka  się  na  to  nie  godziła.  Opiekuję  się 

cmentarzem. Właściwie to już prawie nie wstaję z łóżka - drżącym głosem wyjaśniał starzec. 

- Ale kiedy dowiedziałem się, o co chodzi, to... Ale nie chcę iść z wami! 

- Nie musisz. Jeśli tylko wskażesz nam groby, sami poradzimy sobie z resztą. 

Kiedy obchodzili kościół, kierując się do ogrodzonego cmentarza, Peter wyraźnie czuł 

się nieswojo. Bezustannie rozglądał się dokoła i Heike z niepokojem zauważył, że spojrzenia 

przyjaciela kierują się ku twierdzy. 

-  Późno  przyszliście  -  rzekł  staruszek  ze  strachem.  -  Słońce  już  zaszło,  tak  być  nie 

powinno. 

Heike  rozumiał  jego  obawy.  Za  dnia  upiory  są  bezbronne,  można  je  pojmać  w 

grobach. Nocą budzą się do życia, a wówczas nie ma na nie siły. 

Na  razie  jednak  było  jeszcze  widno.  Za  górami  słońce  nadal  świeciło  mocnym 

blaskiem, tylko tutaj, w wąskiej dolinie Stregesti, królowały cienie. 

Kiedy jednak ciemności ostatecznie zwyciężą, z twierdzy może nadjechać powóz. A 

wówczas nikt już nie oprze się damie z wysokiego rodu i jej dziwacznemu woźnicy. 

- Musimy się spieszyć - Heike wpadł w popłoch. 

Starzec pokiwał głową. Wykrzywione palce mocowały się z zamkiem przy bramie. 

Nareszcie stanęła otworem, zaskrzypiała, jakby lata całe jej nie otwierano. Weszli na 

cmentarz. 

-  Nie  potrafię  odczytać  napisów  -  oznajmił  Heike,  przemilczając  fakt,  że  nie  zna 

żadnych liter. 

- Ja sobie z tym poradzę - odrzekł Peter. - Dobrze, że mogę się na coś przydać! 

Powiedział  to  z  nieskrywanym  gniewem.  Przez  cały  czas  w  Stregesti  tak  się 

zachowywał.  Heike  miał  wyrzuty  sumienia,  że  zmusza  Petera  do  udziału  w  makabrycznym 

przedsięwzięciu, ale sam nie dałby sobie rady z ogromnymi ciężarami, jakie prawdopodobnie 

trzeba będzie dźwigać. 

Cmentarz był straszliwie zaniedbany, Feodora miała rację. Korzenie, grube jak ramię 

dorosłego  mężczyzny,  wiły  się  wszędzie.  Przerażony  Heike  nagle  zrozumiał,  że  to  był  las. 

Wdarł  się  aż  na  tyły  murów  cmentarza  i  stał  tak,  ociekając  wilgocią,  oślizły,  z  gałęziami 

zwisającymi nad grobami, z korzeniami zaciskającymi pętle na nagrobkach. Las chciał i tutaj 

wedrzeć się podstępnie, tak by nikt tego nie zauważył. 

Napisy na stojących pionowo kamieniach nagrobnych nietrudno było odczytać, ale nie 

te  mogiły  są  teraz  najważniejsze,  wyjaśnił  staruszek.  Bardziej  czcigodni  członkowie  rodu 

pogrzebani zostali pod płytami leżącymi na ziemi. 

background image

- Czy ten cmentarz jest bardzo stary? - zapytał Heike. 

- O, tak! Wiekowy, tak stary, że nawet nie warto o tym myśleć. 

Heike pod kubrakiem miał ukryty kołek, a także niewielki młotek. Nie chciał nikomu 

pokazywać  narzędzi,  znalazł  je  na  podwórzu  gospody  i  przez  nikogo  nie  zauważony, 

pożyczył bez pytania. Nawet Peter o tym nie wiedział. 

Peter rozgarnął nogą przegniłe liście na najbliższej płycie nagrobnej i odczytał napis: 

- ”Sabin de Muntele”. Czy ci wojewodowie nazywali się Muntele? 

Heike musiał przetłumaczyć pytanie przyjaciela. 

- Tak - kiwnął głową starzec. - Wzięli nazwisko od szczytu tam dalej na południu. To 

także był wojewoda, niech jego dusza spoczywa w pokoju. 

Słowom towarzyszył szybki znak krzyża. 

Heike znów musiał przetłumaczyć te słowa Peterowi. 

Ich  przewodnik  wyraźnie  był  zdenerwowany,  dreptał  w  kółko  niepewnym  krokiem 

starego człowieka, rozglądał się na wszystkie strony, bez przerwy oblizywał wargi. 

Peter szedł dalej. 

-  ”Wojewoda  Mihail  de  Muntele”...  Uff,  zawsze  miałem  kłopoty  z  odczytywaniem 

dat! „Zmarł MDLXXIV”. Który to rok? Tysiąc pięćset siedemdziesiąty czwarty? 

- To by się zgadzało - drżącym głosem odparł staruszek, gdy Heike mu przetłumaczył. 

- Ale jeśli pójdziecie teraz ze mną, to znajdziemy właściwe groby... 

Szli za nim aż do chwili, gdy przystanął tak gwałtownie, że wpadli na niego. 

-  Nie  mogę  zostać  tu  dłużej  -  szepnął,  rozglądając  się  dookoła  z  przerażeniem.  -  To 

zbyt niebezpieczne dla mnie i dla mojej rodziny. Groby znajdziecie tam, najbliżej muru, sami 

się  zorientujecie,  o  które  chodzi  -  poinformował  tak  ściszonym  szeptem,  iż  ledwie  go 

dosłyszeli,  gestem  wskazując  przy  tym  najbardziej  zniszczoną  część  cmentarza.  Tutaj  las 

jakby wspiął się po murze i skrył groby w plątaninie gałęzi i korzeni. 

Sędziwy przewodnik umknął tak szybko, jak tylko pozwalały na to jego stare nogi. 

Heike  z  lękiem  spojrzał  na  niebo,  na  którym  widniała  teraz  cała  paleta  barw  -  od 

bladoszarej przez pomarańczową aż do ognistej czerwieni. Ku tej feerii kolorów nadciągały z 

północy  czarne  ptaki.  Wrony  i  kruki  płynęły  w  powietrzu,  kierując  się  na  urwisko  dzielące 

dolinę na dwie części, na żywe i wymarłe miasteczko. Między nimi, z lasu wysoko po drugiej 

stronie urwiska, wznosiła się Cetatea de Strega. Stąd oczywiście nie było jej widać. 

Części miasteczka, usytuowanej bezpośrednio pod twierdzą, nie dane było przeżyć... 

-  Musimy  się  spieszyć  -  rzekł  Heike  przytłumionym  głosem.  -  Na  razie  jest  jeszcze 

jasno. Później być może zjawi się... 

background image

- Powóz? - równie cicho dopowiedział Peter. - Cały czas nasłuchuję jego turkotu. 

Ale z zupełnie innego powodu niż ja, przyszło do głowy Heikemu. Masz nadzieję raz 

jeszcze ujrzeć swą Nicolę. 

Heike  był  w  stanie  zrozumieć  Petera,  ale  przyjaciel  powinien  okazać  cierpliwość. 

Wszystko w swoim czasie! 

Peter,  wyraźnie  podenerwowany,  poganiany  niepokojem,  już  doszedł  do  splątanych 

korzeni. W ręku trzymał siekierkę, którą dostał od staruszka. 

- Tutaj! - zawołał cicho. - Chodź tutaj! 

Heike  wdrapał  się  na  potężny  korzeń,  przypominający  żywego  węża,  i  pochylił  nad 

ledwie widoczną marmurową płytą. 

Peter odsunął warstwę przegniłych liści I usiłował podnieść kilka mniejszych korzeni, 

ale te trzymały się mocno. 

- Spójrz, co tu jest napisane! „[Fiodoro]”. 

- Och - szepnął Heike. 

Peter powiedział cierpko: 

-  To  wcale  nie  takie  dziwne:  Popatrz  na  tamten  nagrobek,  ten  skrzywiony.  Na  nim 

wyryto takie samo imię. 

Nadzieje Heikego prysnęły jak bańka mydlana. 

-  Nic  dziwnego,  sama  przecież  powiedziała,  że  to  imię  popularne  w  rodzie.  Ale  nie 

tego imienia szukamy, Peterze. 

- Wiem o tym. Patrzmy dalej! 

Petera  ogarnęła  gorączka  poszukiwania.  Rzucił  się  na  kolana,  odgarniając  liście  i 

gałęzie. Heike pomagał mu jak umiał. 

Odnaleźli olbrzymi grobowiec, niemal całkowicie ukryty wśród roślinności. 

- ”Bogdan” - odczytał Peter. - Bez wątpienia Bogdan Dziki. 

-  A  tu  musi  spoczywać  Borys  i  jego  cztery  żony  -  zawyrokował  Heike.  -  Jest  jedna 

wielka płyta, a wokół niej cztery mniejsze. Ale gdzie... 

Najwyraźniej  znaleźli  się  w  samym  sercu  cmentarzyska.  Kolejne  nagrobki,  coraz 

większe i bardziej zdobione, znakomicie odzwierciedlały czasy świetności rodu. 

-  Heike,  podejdź  tutaj!  -  ochrypłym  głosem  nakazał  Peter.  -  Spójrz  tu,  przy  samym 

murze! 

Z trudem dokopał się do ogromnej płyty nagrobnej, będącej, jak przypuszczał, jedną z 

najnowszych na cmentarzu, choć i ona wydawała się prastara. 

- Znaleźliśmy - szeptem oznajmił Heikemu, jak gdyby obawiał się, że ktoś może ich 

background image

usłyszeć. - Zobacz! To podwójny grób! Imię na górze rozpoznajesz, prawda? 

- Tak. Kolejna Feodora. 

- A drugie... - Peter przeliterował: -A-n-c-i-o-l! 

-  A  więc  jest!  Jest!  -  zawołał  podniecony  Heike.  -  Teraz  szybko!  Siekiera,  zanim 

zniknie światło dzienne. Zobacz, niebo szarzeje coraz bardziej! 

Las, który zdołał przedrzeć się przez mury, niewiele grobów opanował tak zachłannie 

jak  ten.  Niesamowita  plątanina  korzeni  skrywała  mogiłę,  a  czego  nie  zdołała  przykryć, 

przysłoniły  wieloletnie  pokłady  butwiejących  liści.  Peter  naprawdę  dzielnie  się  spisał, 

odnajdując prawie niewidoczną płytę. 

- Siekierą nie dam rady - poskarżył się. - Odbija się jak od grubej skóry. 

- Powinna być dostatecznie ostra. Poczekaj, pozwól mnie spróbować! 

Heike,  rozgorączkowany  pośpiechem,  chwycił  siekierę  i  zamachnął  się  na  pierwszy 

torujący drogę korzeń. Na powierzchni nie pojawił się nawet ślad zadrapania. 

Spróbował jeszcze raz. 

- To bez sensu - mruknął Peter. Pochylony badał ziemię wokół nagrobka. 

- Co robisz? - zapytał Heike. 

- Szukam dziury. 

Heike  popatrzył  na  niego  ze  zrozumieniem.  Doskonale  wiedział,  do  czego  pije  jego 

towarzysz.  Gdy  chodziło  o  wampiry,  wokół  ich  grobów  szukano  zwykle  małych  otworów 

pozostawionych  jakby  przez  węże  lub  dżdżownice,  by  sprawdzić,  którędy  przedostają  się 

nocą. Wampiry mogły przybrać niemal każdą postać. 

Ale  Anciol-Feodora  nie  była  wampirem,  wszyscy  w  miasteczku  gotowi  byli  to 

przysiąc. 

- Znalazłeś coś? 

- Nie, zresztą specjalnie na to nie liczyłem. 

Heike  tylko  kiwnął  głową.  Znów  wycelował  w  korzeń  siekierą,  ale  równie  dobrze 

mógł walić głową m mur. 

- Chyba będziemy musieli się poddać - Peter nie ukrywał, że pragnie opuścić cmentarz 

i pobiec do Nicoli. 

Ale  w  tej  chwili  Heikego  naszło  wspomnienie,  wspomnienie  długich  godzin,  kiedy 

pozostawiony  samemu  sobie  siedział  zamknięty  w  klatce.  Wspomnienie  pieśni, 

napływających mu do ust, słów, których sensu nie rozumiał. 

- Poczekaj - rzekł do Petera. 

Towarzysz usłuchał niechętnie. 

background image

Nieznane słowa powróciły do Heikego, układały się w sekwencje. Same cisnęły się na 

usta, zrazu ciche nieporadne... 

Peter wpatrywał się w Heikego jak urzeczony. 

- Boże - wyszeptał w końcu. - To są przecież zaklęcia! Zauberlieder! Du bist doch ein 

Mahner! 

Heike jednym tylko uchem słuchał, jak Peter nazywa go zaklinaczem duchów, a jego 

śpiew  -  czarami,  zaklęciami.  Heike  nie  był  teraz  całkiem  sobą,  porwała  go  pieśń,  tak  jak 

kiedyś porwała Ulvhedina i jak umiała zatracić się w niej Hanna. 

Peter  ciągle  w  osłupieniu  patrzył  na  przyjaciela,  nie  będąc  w  stanie  podjąć  żadnych 

rozsądnych  działań,  na  przykład  sięgnąć  po  siekierę.  Dopiero  Heike  ją  uniósł  i  nie 

przerywając zaklęć, uderzył. 

Korzeń pękł z trzaskiem, zwinął się jak w przedśmiertnym skurczu. Peter na ten widok 

tylko z niedowierzaniem potrząsnął głową. Nadal nie mógł zrobić choćby kroku. Heike ciął 

korzeń  za  korzeniem.  Wokół  grobu  powstał  stos  na  kształt  wijącego  się  kłębowiska 

splątanych ze sobą węży. 

Korzenie w konwulsyjnych drgawkach skręcały się wśród szelestu opadłych liści. 

W końcu kamienna płyta była wolna. Peter nareszcie ocknął się i pospiesznie zaczął 

odgarniać liście. Były tak przegniłe, oślizłe, że z obrzydzeniem ocierał ręce. 

Popatrzyli po sobie, obaj równie przerażeni. Zaklęcia Heikego ucichły. 

Mocno chwycili płytę. 

Okazała się niezwykle ciężka, stanęli więc obok siebie i unosili ją w stronę muru, tak 

jak podnosi się klapę od piwnicy. 

Szare światło zmierzchu pozwoliło im zajrzeć do grobu. 

Wewnątrz ujrzeli wielką, ciemną trumnę, niezwyczajnie szeroką. 

-  Pochowano  je  w  tej  samej  trumnie  -  z  niedowierzaniem  jęknął  Peter.  -  Nigdy  nie 

słyszałem o czymś podobnym! 

- Ja także nie. Ale to musi być nasza Anciol. 

- Na pewno. 

Znów popatrzyli po sobie pytająco, a potem zeskoczyli w dół do niezbyt głębokiego 

grobu, by dokładniej przyjrzeć się trumnie. Nie potrafili rozpoznać naruszonego zębem czasu 

materiału, z którego została wykonana. 

-  Nie  z  drewna  -  szepnął  Peter  i  Heike  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi.  Najwidoczniej 

chciano mieć gwarancję, że zmarły nie powstanie z grobu. 

Trumna była tak stara, że liczne zabezpieczenia z upływem czasu przegniły, nie było 

background image

więc  większych  kłopotów  z  jej  otwarciem.  Ostrożnie  unieśli  wieko,  przestraszeni  tym,  co 

mogą  pod  nim  ujrzeć.  Jeśli  w  środku  był  wampir,  zwłoki  wyglądałyby  jak  ciało  żywego 

człowieka, być może ze śladami świeżej krwi. Wszelkie inne upiory także byłyby pozbawione 

piętna śmierci. 

Pokrywa została zdjęta. 

Nic takiego nie zobaczyli, ale mimo wszystko widok wprawił ich w zdumienie. 

W środku znajdowały się dwa szkielety. Jeden z nich był szkieletem dorosłej kobiety, 

która ciągle, nawet po śmierci, obejmowała ramieniem mały szkielet dziecka. 

Zrazu niczego nie mogli zrozumieć. 

- Czy Anciol miała dziecko? - szeptem zapytał Peter. - Zanim wyszła za mąż? 

- Najwyraźniej. Nikt nic nam o tym nie powiedział. 

Heike, wpatrując się we wzruszający obraz, rzekł przygnębiony: 

- Nic nam to nie dało, tutaj nie ma upiora. Zbezcześciliśmy tylko grób! 

- I nasza teoria okazała się błędna. 

-  Tak.  A  może  niezupełnie,  sam  nie  wiem.  Bo  jeśli  mamy  do  czynienia  ze  zjawą,  to 

pamiętaj, że ich doczesne szczątki gniją. 

- Może powinniśmy położyć tu żelazo? 

-  Mam  ze  sobą  kołek  -  przyznał  Heike.  -  Wziąłem  go,  by  wbić  go  prosto  w  serce 

upiora.  Ale  w  tym  wypadku  nic  to  nie  pomoże.  Nie,  gdybym  był  chrześcijaninem, 

położyłbym tu krzyż jako zadośćuczynienie za naruszenie pokoju grobowca. 

Peter już przekładał przez głowę łańcuszek; wisiał na nim mały krzyżyk. 

- Ja także mam wyrzuty sumienia - wyznał. - Położę go między zmarłe. Czy mam się 

pomodlić? 

- A potrafisz? 

- Oczywiście! 

Położył  krzyżyk  w  trumnie,  a  kiedy  ją  na  powrót  zamknęli  i  wyszli  z  grobu,  złożył 

ręce  i  odmówił  krótką  modlitwę  za  dusze  zmarłych,  prosząc  jednocześnie,  by  grzech 

popełniony przez  naruszenie grobu został  im wybaczony. Później znów nakryli grób  ciężką 

płytą. Na Heikego spłynęło uczucie niezwykłego spokoju. 

- Nie rozumiem tego - powiedział Peter, ponownie przyglądając się napisom na płycie. 

- O, ale co to? 

- Co się stało? 

-  Teraz  już  niczego  nie  pojmuję!  Popatrz!  „Feodora  -  urodzona  1580,  zmarła  1618, 

Anciol - urodzona i zmarła w roku 1618”. 

background image

- Ty i te twoje cyfry, z którymi sobie nie radzisz! To znaczy, że tym małym dzieckiem 

była Anciol! 

- Ale to z niczym się nie zgadza! 

- To prawda - Heike zatroskany rozglądał się dokoła. - Musimy szukać dalej właściwej 

Anciol, zdradzonej narzeczonej. 

-  Dziś  wieczorem  nic  już  nie  zdziałamy,  chyba  sam  rozumiesz  -  z  irytacją 

zaprotestował Peter. - Dzień się skończył. Niebo poszarzało, niedługo całkiem się ściemni. 

- Ależ my musimy ją odnaleźć, Peterze! Jak inaczej masz zamiar uwolnić Nicolę? 

-  Z  pewnością  jakoś  sobie  poradzę.  To,  co  mówisz,  że  księżniczka  Feodora  jest 

zdradzoną Anciol, jest tylko bzdurną teorią. 

- To więcej niż teoria, nie widziałeś, jak Feodora pieściła suknię ślubną! 

- Ale ja nie mogę już dłużej czekać! Muszę iść do Nicoli, czy tego nie rozumiesz? Tak 

jak musiałem iść rano. Przecież ja ją kocham! 

Heike zbliżył się do niego o krok. 

-  Nie  wolno  ci  tam  iść  dziś  wieczorem.  Chyba  postradałeś  zmysły,  człowieku!  To 

właśnie  nocą  giną  ludzie!  Dzisiaj  nas  wypuszczono,  to  niepojęte  dla  nikogo  z  miasteczka. 

Nikt  inny  dotychczas  nie  uszedł  z  twierdzy  z  życiem!  Nie  rozumiem,  dlaczego  księżniczka 

pozwoliła  nam  odejść,  ale  obawiam  się  najgorszego.  Chodź,  poszukamy  dalej,  gdzieś  przy 

bramie podobno jest latarnia. 

- Nic mnie to nie obchodzi - odparł wściekły Peter. 

- Nie komplikuj sytuacji jeszcze bardziej - prosił Heike. 

- Wszystko malujesz w czarnych barwach! 

- Bo nie chcę ryzykować, że coś przeoczę. 

Od strony gór podstępnie nadciągnął nocny chłód. Heike zrozumiał, dlaczego piękne 

konie mogą nie przetrzymać tutaj zimy. 

Znów zaczął się zastanawiać, co właściwie przydarzyło się Francuzom. 

Wraz z nadejściem wieczoru powrócił strach, trzymany do tej chwili w szachu przez 

światło dnia. 

Gdyby  tylko  Peter  okazał  większą  gotowość  do  współdziałania!  On  jednak 

zachowywał  się,  jak  gdyby  rzucono  nań  urok,  a  stan  ten  wraz  z  zapadnięciem  ciemności 

jeszcze się pogłębił. 

Księżyc  świecił  teraz  jaśniej,  ale  jego  blask  nie  był  szczególnie  pomocny,  gdyż 

wzmagający  się  wiatr  od  gór  przygnał  chmury.  Heike  zrozumiał,  że  tego  wieczoru  światło 

księżyca będzie na przemian pojawiać się i znikać. 

background image

Nie  uświadamiał  sobie,  jak  imponujące  sprawia  wrażenie,  kiedy  tak  pogrążony  w 

myślach  stoi  na  małym,  strasznym  cmentarzu.  Teraz,  gdy  półmrok  skrywał  jego 

niespotykanie  brzydką  twarz,  wyglądał  na  nadzwyczaj  przystojnego.  Peter  nagle  dostrzegł 

niezwykłe  walory  swego  przyjaciela  i  obudziła  się  w  nim  zazdrość,  o  której  istnieniu  nie 

wiedział, dopóki nie przybył tu do Stregesti i nie spotkał Nicoli. 

Ach, Nicola, jego nieszczęśliwa ukochana! 

Ogarnięty  nieznanymi  wcześniej  uczuciami  zerkał  z  ukosa  na  Heikego.  Potomek 

Ludzi  Lodu,  niezwykle  barczysty,  o  wąskich  biodrach,  podkreślonych  jeszcze  pasem 

ściągającym kurtkę, z czarnymi, dziko wzburzonymi włosami do ramion, przedstawiał teraz 

sobą  uosobienie  erotyzmu.  I  te  powolne,  po  kociemu  miękkie  ruchy...  Peter  zrozumiał,  że 

Heike,  zupełnie  nieświadom  siły  przyciągania  emanującej  od  jego  sylwetki,  wciąż  trwa  w 

przeświadczeniu, że wygląda jak przerażająco wstrętny dzikus. Ale Peter już wiedział, że gdy 

ten chłopak za kilka lat przeistoczy się w dojrzałego mężczyznę, posiądzie niezwykłą moc. 

Jakież znaczenie będzie wówczas miało szatańsko brzydkie oblicze? 

Doda mu tylko tajemniczości! 

Zazdrość w duszy Petera rozgorzała mocniejszym płomieniem. 

- Musimy szukać dalej. - Heike ocknął się z zamyślenia i postanowił działać. - Gdzie 

jest latarnia? Widziałeś ją? 

Peter westchnął. 

- Tak, była przy bramie. Ale czy naprawdę...? 

Teraz  w  miejscu  wiecznego  spoczynku  rodu  Muntele  było  naprawdę  strasznie. 

Dopiero w tej chwili Heike uświadomił sobie, jak stary jest cmentarz. 

- Peterze, z którego roku pochodzi najświeższy grób, który znalazłeś? 

- Nie sprawdziliśmy przecież wszystkich, ale to chyba ten, który oglądaliśmy ostatnio. 

Z tysiąc sześćset osiemnastego. 

- Czy sądzisz, że istnieją jakieś nowsze mogiły? 

-  Nie  mów  takich  makabrycznych  rzeczy!  Księżniczka  Feodora  żyje  przecież  w 

twierdzy. I Nicola także. A ojciec Feodory był wojewodą! 

-  Nicola  z  pewnością  nie  jest  żadną  krewną  Feodory,  przypuszczam  raczej,  że  to 

dziewczyna  z  miasteczka  schwytana  w  niewolę  przez  czarownicę  -  rzekł  Heike.  -  A  to,  że 

ojciec  Feodory  był  wojewodą...  Kiedy  właściwie  skończyło  się  panowanie  wojewodów  w 

Siedmiogrodzie? Co nam o tym wiadomo? 

- Chyba masz rację. - Słowa Heikego najwyraźniej zbiły Petera z pantałyku. - A może 

nadal istnieją wojewodowie? A w ogóle to przestań mnie straszyć - syknął rozzłoszczony nie 

background image

na żarty. - Chcę stąd odejść. 

Heike  jednak  był  uparty  i  w  końcu  Peter  przystał  na  to  by  jeszcze  przez  jakiś  czas 

prowadzić poszukiwania. 

Kiedy  księżyc  w  pełnej  krasie  pojawił  się  na  sklepieniu  niebieskim,  chłopcy 

pospiesznie  sprawdzali  groby  na  cmentarzu  wojewodów.  Peterowi  ciarki  przechodziły  po 

plecach, gdy raz za razem natykali się na imię Feodory. 

Nigdzie jednak nie znaleźli żadnej innej Anciol. 

Wiedzieli, że nie wszystkie groby obejrzeli. Niektóre płyty okazały się tak zniszczone, 

że  nie  sposób  było  odcyfrować  wyrytych  na  nich  napisów.  Inne  pokrywały  straszliwe, 

zdradzieckie  pnącza.  Jeszcze  inne,  najstarsze,  nie  miały  żadnych  napisów,  grób  zaznaczony 

był jedynie płytą. 

Został  im  tylko  niewielki  fragment  cmentarza,  ale  Peter  wykazywał  coraz  mniejszą 

chęć do współpracy. Nagle Heike uniósł głowę. 

- Posłuchaj! 

Peter  nastawił  uszu,  ale  dotarł  do  nich  jedynie  cichy  szelest  liści  i  coś,  co  mogło 

wydawać się szeptem zmarłych, którzy ze smutkiem żalili się, iż ktoś ośmielił się zakłócić ich 

spokój.  Peter  każdym  nerwem  wyczuwał  strach,  nie  śmiał  się  odwrócić,  przekonany,  że  za 

jego plecami czyha coś potwornego. 

- Nie, nic nie słyszę. 

Heike starał się napotkać w ciemnościach jego wzrok. 

- Nie słyszysz skrzeku padlinożernych ptaków? 

- Padlinożernych ptaków? Oszalałeś? 

-  Wsłuchaj  się  w  te  rozdzierające  dźwięki!  Jak  się  niosą  echem  wśród  ścian  doliny! 

Ptaszyska szukają czegoś po ciemku! Zbierają się, krążą wokół zdobyczy. 

- Zdobyczą padlinożernych ptaków są zmarli - z przerażeniem w głosie rzekł Peter. 

- Tak - odparł Heike. - Albo skazani na śmierć. Nie słyszysz ich? 

- Żadnego dźwięku! 

- Nie rozumiem... - zadumał się Heike. 

- Specjalnie mnie straszysz! 

- Cóż za pomysł... Ciii! Co to? Teraz słyszę co innego! A ty? 

Peter nasłuchiwał, ale tylko dlatego, by już nie sprzeciwiać się towarzyszowi. Nagle 

drgnął. 

Teraz  obaj  usłyszeli  to  samo:  ostry  turkot  kół  po  żwirze  i  kamieniach,  odgłos  kopyt 

koni biegnących ostrym kłusem. 

background image

-  Powóz!  -  krzyknął  Peter,  niespokojny.  -  Powóz  się  zbliża.  Dojeżdża  teraz  pod 

gospodę! Po mnie! A mnie tam nie ma! 

Heike złapał chłopaka za ramię w momencie, gdy ten już chciał puścić się biegiem. 

- Zaczekaj! Co robisz, chcesz wpaść wprost w objęcia śmierci? 

- Puść mnie! 

- Nie odnaleźliśmy czarownicy! 

- Głupstwa! I tak jest za późno, zapadły ciemności, już jej tutaj nie znajdziemy! 

Heike musiał przyznać mu rację. Upiór nigdy nie spoczywa w swym grobie nocą. A 

mimo wszystko za wszelką cenę powinien powstrzymać przyjaciela. 

- Peterze, zaczekaj! 

- Puść, mówię! 

- Nie chcę, byś zginął. 

-  Nie  zginę.  Nicola  mnie  potrzebuje.  Och,  nie,  powóz  odjeżdża!  -  zawołał 

zrozpaczony. - Czekaj! Zaczekaj na mnie, tu jestem! 

Ale dłoń Heikego trzymała jego ramię w żelaznym uścisku. Peter, jakby postradawszy 

wszystkie zmysły, uderzył przyjaciela obuchem siekiery. Heike zdążył się nieco uchylić, ale 

uderzenie i tak było dość mocne. Puścił Petera i skulił się w przypływie bólu, sięgając rękami 

głowy. 

Cios  trafił  go  przy  uchu,  siekiera  ześlizgnęła  się  następnie  po  mięśniach  szyi  i 

zatrzymała na ramieniu. 

Heikemu w oczach pokazały się gwiazdy. Jęknął cicho, czując, że uginają się pod nim 

nogi. Mimo to starał się złapać oszalałego Petera i zatrzymać go. 

Peter spostrzegł, że Heike bliski jest utraty przytomności. Przez chwilę stał, nie mogąc 

podjąć decyzji. 

A  potem  powlókł  oszołomionego,  słaniającego  się  na  nogach  przyjaciela  do  małej 

kostnicy,  usytuowanej  niedaleko  miejsca  spoczynku  wojewodów,  wepchnął  go  do  środka  i 

zamknął drzwi od zewnątrz. 

Co sił w nogach pobiegł za powozem, który opuścił już miasteczko. 

-  Poczekaj!  Poczekaj  na  mnie,  już  idę!  Jestem  tutaj!  -  wołał  tak  głośno,  że  wszyscy 

mieszkańcy musieli go słyszeć. 

Ale powóz zniknął już w ciemnościach za wystającym grzbietem urwiska. 

Peter pędził jak mógł najszybciej, potykając się o niewidzialne przeszkody. W gardle 

czuł  narastający  szloch.  Sam  zdoła  wyrwać  Nicolę  ze  szponów  Feodory!  Miłość  wszystko 

zwycięży! 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Heikego otaczał gęsty mrok. 

Nie zdawał sobie sprawy, gdzie jest i jak się w tym miejscu znalazł, na przemian tracił 

i odzyskiwał przytomność. Zapamiętał jednak głuchy dźwięk, jak gdyby ktoś zatrzasnął jakieś 

drzwi, a potem zgrzyt i szczęk, świadczące o tym, że zostały zamknięte od zewnątrz. 

Teraz wokół panowała cisza. 

Z jednej strony karku odczuwał silny ból, nie mógł poruszyć głową. 

Musiał przez jakiś czas poleżeć spokojnie, poczekać, aż ból nieco ustąpi lub raczej aż 

on się z nim oswoi. 

Pod  palcami  poczuł  ubitą  ziemię.  Ohydny  zapach  zatęchłego  powietrza  i  zgnilizny 

zaświdrował mu w nosie. 

Z  trudem  zebrał  siły  i  stanął  na  nogi.  Głową  uderzył  w  sufit;  wokół  posypało  się 

próchno. Jęknął, odczuwając kolejny przypływ ostrego bólu, choć przecież wcale mocno się 

nie uraził. 

Gdzie jest? 

Cmentarz... Peter... To ostatnie, co pamiętał. 

Najważniejsze - odnaleźć drzwi. 

Postąpił  krok  naprzód,  roztropnie  pochylając  głowę  i  wyciągając  przed  siebie  ręce. 

Palce  natychmiast  napotkały  przeszkodę,  ścianę.  Dotykając  nierównej  powierzchni  wkrótce 

dotarł  do  rogu.  Potem  przesuwał  dłoń  po  kolejnej  pokrytej  kurzem  ścianie,  tak  samo 

nierównej jak poprzednia, zbudowanej z nie heblowanych, pionowo ustawionych belek. 

Następny róg, w odległości zaledwie kilku łokci od pierwszego. I znowu ściana. 

Heikemu na czoło wystąpił zimny pot. Jeśli natknie się na jeszcze jeden róg... 

Tak się właśnie stało, i to niemal natychmiast. 

Ręce  zaczęły  mu  drżeć,  tracił  panowanie  nad  sobą.  Pozostawała  jeszcze  tylko  jedna 

ściana, przeraźliwie krótka jak tamte. Tu musiały być drzwi. 

Rzeczywiście, były. Heike po omacku szukał zamka. 

Nie ma! 

Dłonie  nerwowo  przesuwały  się  po  drewnianej  powierzchni,  w  górę  i  w  dół,  palce 

obmacywały futrynę, oddech stawał się coraz szybszy i świszczący, pot zalewał twarz. 

Nigdzie ani szpary. 

Rzucił  się  na  drzwi  całym  ciałem,  ale  znów  zabolało  go  ramię,  a  ból  w  głowie 

background image

wybuchł pełną siłą. 

Drzwi ani drgnęły. 

Wiedział  już,  gdzie  jest.  Kiedy  przyszli  na  cmentarz,  dostrzegł  małą  kostnicę,  ale 

nawet się jej nie przyglądał. Wówczas go nie interesowała. 

- Peterze! - krzyknął przerażony. 

Na zewnątrz panowała jednak iście cmentarna cisza. 

Heike cierpiał na klaustrofobię. To była jego największa słabość. Gorzkie przeżycia w 

dzieciństwie, kiedy to przez całe lata siedział zamknięty w małej drewnianej klatce, odcisnęły 

piętno na jego duszy. Teraz znalazł się w sytuacji, która była dla niego koszmarem. 

Z trudem chwytał oddech. Wpatrując się w ciemność nic nie widzącymi oczami, czuł, 

jak ogarnia go paniczny wprost lęk. Z gardła wyrwał mu się dziki, przeciągły krzyk. 

Oszalały ze strachu miotał się od ściany do ściany, obijał o drzwi, zdzierał palce do 

krwi  o  nierówną  powierzchnię  ścian  i  sufitu,  próbował  podnieść  dach,  wyważyć  drzwi, 

podkopać się dołem. Nie przestawał krzyczeć ogarnięty przerażeniem. Głowa bolała go tak, 

jak  gdyby  zaraz  rozpaść  się  miała  na  kawałki,  ale  nawet  o  tym  nie  myślał,  opętany  jedyną 

szaleńczą ideą: wyjść! wydostać się! Z gardła wyrywał mu się histeryczny, bezradny szloch, 

kopał  i  walił  w  belki,  wzbijając  tumany  kurzu,  biegał  w  kółko  jak  wiewiórka  w  klatce, 

kaszlał, jęczał... Słyszał uderzenia własnego serca bijącego w oszalałym tempie. 

Do zupełnie już zamroczonego strachem chłopaka dotarł nagle głęboki, uspokajający 

głos: 

- Heike! 

Upłynęło kilka sekund, zanim zdołał się trochę opanować. 

- Heike - powtórzył głos, dochodzący z bliska. - Uspokój się, zaraz nadejdzie pomoc. 

Już jest w drodze. 

Płuca nie zdołały jeszcze odnaleźć właściwego rytmu, ale Heike z całych sił starał się 

odzyskać spokój. Wcisnął się plecami w kąt. Gdy pojął, że ktoś doń przemawia, bezwładnie 

osunął się na ziemię. 

Znów był dzieckiem prowadzącym przegraną z góry walkę z samotnością, strachem i 

złem. Po raz kolejny ogarnęło go przeświadczenie, że nigdy nie zdoła się uwolnić, wydostać 

na zewnątrz. 

Dla Heikego było to niczym piekło. 

- Już dobrze, Heike - powiedział życzliwy głos. 

- Tengel Dobry? - spytał szeptem. 

-  Tak,  to  ja.  Nie  mieliśmy  już  zamiaru  ingerować  w  twe  poczynania,  ale  to  nie  w 

background image

porządku  wobec  ciebie.  Masz  przecież  tak  bolesne  wspomnienia!  Nie  możesz  już  dłużej  tu 

pozostawać, a przede wszystkim musisz zachować trzeźwość umysłu. 

- Muszę stąd wyjść, natychmiast, nie wytrzymam... 

- Pomoc już nadchodzi, jest już niedaleko. 

- Czy ty nie możesz...? 

- Nic, drzwi otworzyć może tylko osoba ze świata żywych. 

Heikego znów ogarnęła panika, rzucił się na drzwi. 

-  Oszczędzaj  siły!  Dziś  w  nocy  będziesz  ich  potrzebował.  A  więc...  Spokojnie,  nie 

jesteś sam. 

Heike  znów  skulił  się  w  rogu.  Głowę  oparł  o  ścianę,  raz  po  raz  wstrząsały  nim 

dreszcze.  Starał  się  uspokoić,  ale  bez  Powodzenia.  Szloch  wyrywał  mu  się  z  piersi,  zęby 

szczękały. Mówił z najwyższym trudem. 

- Zostań ze mną - szepnął bezradny. - Inaczej on... znów przyjdzie ze szpikulcem... i 

będzie mnie kłuł... 

Silna, dająca poczucie bezpieczeństwa dłoń dotknęła jego ramienia. Heike pochylił ku 

niej głowę, z piersi wciąż dobywał mu się głęboki, bolesny szloch. 

Peter  spoglądał  w  najpiękniejsze  oczy,  jakie  kiedykolwiek  widział.  Stali  w  sali 

rycerskiej Cetatea de Strega, a on trzymał w dłoniach delikatnie ręce Nicoli, tuląc je do piersi. 

Dziewczyna znajdowała się tak cudownie blisko niego. 

- Mojej ciotki nie ma - szepnęła. - Nie wiem, gdzie się podziała, ale z nią nigdy nic nie 

wiadomo. Miewa najprzedziwniejsze pomysły. 

-  Czy  wobec  tego  nie  możemy  uciec  od  razu?  -  odszepnął.  -  Muszę  się  spieszyć, 

zamknąłem  mojego  przyjaciela  w  pomieszczeniu  bez  wyjścia.  On  nie  może  siedzieć  tam 

przez całą wieczność! 

Z lekkim zawstydzeniem zaśmiał się na wspomnienie swego czynu. 

-  Nie,  nie  możemy,  jeszcze  nie.  -  W  wielkich  oczach  Nicoli  znów  objawiło  się 

przerażenie. - Jest jeszcze on! Nasz woźnica i odźwierny... On nie śpi. Musimy czekać aż do 

świtu, bo to jej sprzymierzeniec, oddany sługa. Natychmiast nas zatrzyma. Poza tym ciotka 

Feodora znajduje się gdzieś tutaj w twierdzy, pewnie się ukryła. W takich sytuacjach bywa 

najbardziej  niebezpieczna,  zwykle  wówczas  coś  warzy,  coś  przygotowuje  albo  też  planuje 

kolejne okropieństwo. Och, dobrze ją znam i boję się teraz, Peterze! Bądź przy mnie, zostań 

ze mną dziś w nocy! Spróbujemy wykraść się stąd przed świtem! 

Miłość malująca się na twarzy Nicoli sprawiła, że Peter przestał myśleć o Heikem. 

Wydawało  mu  się,  że  tej  nocy  po  twierdzy  hulają  przeciągi.  Lodowaty  wiatr  od  gór 

background image

świszczał w komnatach przenikał do szpiku kości, wzdychał i jęczał wśród starych kamieni w 

murach.  Niósł  też  ze  sobą  wstrętny  odór  pleśni,  najwidoczniej  wydobywający  się  gdzieś  z 

dołu,  spod  podłogi.  Prawdopodobnie  twierdza  miała  także  piwnice,  choć  nie  pokazano  mu 

ich, gdy zwiedzał zamczysko. 

- Dziękuję ci, Nicolo, że po mnie przyjechałaś - powiedział. - Przykro mi, że nie było 

mnie wówczas w karczmie ale spieszyłem się tu jak mogłem. Szkoda, bo gdybyś mnie tam 

zastała, moglibyśmy być już daleko stąd. 

- Nie z woźnicą - przypomniała mu. - Przecież to on mnie zawiózł do miasteczka. A 

więc zamknąłeś gdzieś Heikego? To nieładnie z twojej strony - roześmiała się. - Ale chodź, 

wskażę ci twoją sypialnię. Możesz zaczekać w niej, a ja w tym czasie spróbuję odnaleźć moją 

ciotkę i zorientować się, czym się teraz zajmuje. Ogromnie niepokoi mnie jej zniknięcie! 

Przytuleni, spleceni ramionami szli przez mroczną galerię. Nicola zapytała: 

- A więc jednak poszliście na cmentarz? Chociaż was przestrzegałam? 

- To Heike nalegał. 

Utrzymanie  świecznika  w  jednej  ręce,  podczas  gdy  drugą  usiłuje  się  jak  najmocniej 

przytulić  do  siebie  dziewczynę,  jest  sztuką  niezwykle  trudną.  Peter  miał  okazję  się  o  tym 

przekonać. Ale gdy naprawdę się czegoś pragnie, można dokonać rzeczy niemożliwych. 

- Czy na cmentarzu znaleźliście coś interesującego? 

- Nic! Absolutnie nic! Nie wiem, czego Heike tam szukał! 

- Nie goniły was duchy zmarłych? 

-  Nie,  ale  las  był  paskudny.  Heike  musiał  uciec  się  do  czarodziejskich  zaklęć,  by 

porąbać korzenie. 

Nicola przystanęła. Bardzo pobladła, a w świetle księżyca wpadającym do galerii jej 

drobna twarzyczka wydawała się jeszcze bielsza. 

- Czarodziejskie zaklęcia? Nie chcesz chyba powiedzieć, że on jest czarownikiem? 

- Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. 

Nicola ruszyła dalej. 

-  Co  prawda  ma  niezwykły  wygląd.  Dobrze,  że  go  zamknąłeś.  Nie  chcę  tu  widzieć 

żadnych pogan, pomyśl, jakie zło mogą sprowadzić. A oto i twoja komnata, będziesz w niej 

bezpieczny. Czy mógłbyś zaczekać tu na mnie? 

- Tak, oczywiście - odparł Peter z pewnym wahaniem w głosie, gdyż ogromny gobelin 

przedstawiający ociekającą krwią scenę myśliwską sprawił, iż poczuł się nieswojo, zwłaszcza 

patrząc nań w migotliwym blasku świecy. 

Podszedł do łoża i dotknął ciemnych, rzeźbionych kolumn. 

background image

- Wspaniałe łoże! 

- Było kiedyś przeznaczone dla świeżo poślubionych małżonków - rzekła obojętnie. - 

Ale nigdy nie odegrało swej roli. 

Ślubne łoże Anciol! 

- Czy nie jest trochę ryzykowne kłaść się do niego? - wyrwało się Peterowi. 

Roześmiała się. 

-  Ryzykowne?  A  cóż  to  ma  znaczyć?  Chcesz  powiedzieć,  że  zachęciłoby  nas  do...? 

Och, nie, chyba pomyliłeś się co do mojej osoby! Dla mnie dzielenie łoża z mężczyzną nie 

jest zwyczajnym wydarzeniem. 

- Ach, oczywiście nie to miałem na myśli. Właściwie nie wiem, o co mi chodziło. 

Wpatrywał się jednak w łoże nieufnie. Ślubne łoże księżniczki, do którego nigdy nie 

wstąpiła! 

Znał przyjemniejsze miejsca do spania. 

Nicola wyczuła jego wahanie. 

-  Mój  drogi,  od  tamtego  czasu  sypiało  na  nim  wiele  pokoleń!  Poczekaj  tu  na  mnie, 

przeszukam  całą  twierdzę.  Nie  uspokoję  się,  póki  nie  zobaczę,  czym  zajmuje  się  ciotka 

Feodora. 

Peter ujął jej prześliczną twarz w dłonie. 

- Widzę, że naprawdę niepokoisz się jej zniknięciem - rzekł ze zdziwieniem. 

- Tak, to prawda. Dotychczas nigdy nie przepadała na tak długo. Na pewno w głowie 

zalągł  jej  się  jakiś  szatański  pomysł,  jestem  o  tym  przekonana!  Zamyka  się  wtedy  w  swej 

tajemnej komnacie, a to nigdy nie wróży nic dobrego! 

Tajemna  komnata?  Peter  natychmiast  pomyślał  o  rzeźbionych  drzwiach,  za  które 

podczas zwiedzania twierdzy nie wpuszczono ani jego, ani Heikego. 

-  Nie  zostawiaj  mnie  na  długo  -  powiedział,  gdy  odchodziła.  Nagle  poczuł lęk  przed 

mrokiem,  piękna  komnata  wcale  mu  się  nie  podobała.  Było  w  niej  tak  ponuro  i  zimno, 

zewsząd ciągnęło chłodem, a kiedy lepiej się wsłuchał, jego uszu doszedł osobliwy dźwięk, 

który, jak mu się wydawało, słyszał gdzieś całkiem niedawno. Tajemnicze szelesty i trzaski. 

Ach,  tak,  jasne,  już  sobie  przypomniał  i  roześmiał  się  z  ulgą.  Stare  korzenie  na 

cmentarzu  wydawały  podobne  dźwięki,  z  udręką  wijąc  się  wśród  liści,  gdy  Heike  je  rąbał. 

Szczęśliwie nie mają one nic wspólnego z twierdzą. 

Stał  niezdecydowany  na  środku  komnaty,  nie  wiedząc  właściwie,  czego  się  po  nim 

teraz spodziewano. Czy ma się położyć, czy raczej nie? Z niesmakiem odwrócił się plecami 

do gobelinu, uznając przedstawioną na nim scenę za makabryczną. Cóż za gust mieli kiedyś 

background image

ludzie! 

Teraz właściwie nie było wcale lepiej, ale Peter lubił zwierzęta i nie chciał przyglądać 

się  ich  cierpieniom.  Przeklinał  gobelin,  który  wzburzył  go  w  takiej  chwili,  gdy  czekał  na 

Nicolę, swą pannę młodą... 

Och, nie, co za niezręczne porównanie przyszło mu do głowy w tej komnacie! Ale tak 

bardzo za nią tęsknił, przeczuwał, że trudno mu będzie utrzymać się w ryzach, jeśli miałaby 

czuwać wraz z nim tej nocy. A na to się przecież zanosiło! 

Wzdragał się na myśl o jej powrocie, zdając sobie sprawę, jak może na niego wpłynąć 

jej bliskość, a zarazem drżał z podniecenia, nie mogąc się doczekać, kiedy ją znów zobaczy. 

Nareszcie przyszła. 

Peter  nie  był  w  stanie  oczu  od  niej  oderwać,  gdy  stanęła  w  drzwiach  ze  świecą  w 

dłoni.  Przebrała  się.  W  nocnej  koszuli  z  koronkami,  z  głębokim  dekoltem  i  delikatnymi 

falbankami wyglądała tak prześlicznie, że łzy zakręciły mu się w oczach. 

Moja panna młoda! Moja własna panna młoda! Pragnę tylko jej, żadnej innej! 

W  pierwszej  chwili  ledwie  ją  poznał,  bo  rozpuściła  węzeł  włosów  i  czarne  lśniące 

sploty  niczym  welon  okrywały  jej  wiotkie  ciało.  Uśmiechnęła  się  do  niego  nieśmiało, 

odsłaniając  śliczne,  odrobinę  wystające  zęby,  które  nadawały  jej  twarzy  frywolny,  nieco 

dziecinny wyraz. 

-  Jeszcze  nie  śpisz?  -  szepnęła,  czerwieniąc  się,  i  zrozumiał,  że  zawstydziło  ją  to,  że 

był zupełnie ubrany. - Noc będzie długa, nie możemy tak siedzieć i czekać chłód jesieni daje 

się już we znaki. Chodź, położymy się. Nie ma w tym nic złego, mój drogi! 

Powiedziała  to  figlarnie,  jak  dziecko,  które  psoci  w  świecie  dorosłych,  lecz  nie 

pojmuje, jak niebezpieczne mogą być tego następstwa. Ciągnęła: 

- Łoże jest tak szerokie, iż nikt nie powinien pomyśleć sobie o nas nic złego, mimo że 

je dzielimy. Wiem, że szanujesz mnie na tyle, że nic nieprzystojnego się nie wydarzy. 

- Oczywiście, nie! - wyjąkał Peter dość dwuznaczną odpowiedź, ale ściągnął ubranie, 

nieco zawstydzony i onieśmielony, gdyż do tej pory nie leżał w łóżku z dziewczyną. Przeżył 

coś kiedyś w stogu siana w pewną letnią noc, ale to zupełnie inna sprawa. 

- Czy znalazłaś swoją ciotkę? - zapytał, wślizgnąwszy się do lodowatego łoża. Ona już 

tam była, skromnie ułożona po swojej stronie. 

-  Nie,  nigdzie  jej  nie  widziałam  i  bardzo  mnie  to  niepokoi.  Ale  nie  myślmy  teraz  o 

tym! Ach, takie nadzieje wiążę z tą nocą, może nareszcie tym razem się uda! 

- O czym mówisz? 

- Rozmawialiśmy już o tym. Jak dotąd nie powiodła mi się ucieczka, ona zawsze mnie 

background image

powstrzymuje.  Za  każdym  razem  wymyśla  coraz  straszniejsze  i  ohydniejsze  sposoby.  Ale 

teraz mam przecież ciebie! 

Petera  zdjął  strach,  obudziły  się  także  dotkliwe  wyrzuty  sumienia.  Jeśli  Feodorze 

zawsze udawało się udaremnić ucieczkę Nicoli... Może i tym razem do niej nie dopuści? A on 

z pewnością nie będzie w stanie odparować ciosów zadanych przez czarodziejskie moce tej 

kobiety. 

Może Heike by to potrafił? 

Prawdopodobnie! 

A ja zamknąłem go w kostnicy! 

Jak mogłem zrobić coś takiego! jęknął w duchu. 

Zaraz  jednak  jego  myśli  obrały  inny  kierunek.  Przecież  Heike  nie  mógł  mu 

towarzyszyć w takiej chwili... teraz, kiedy był razem z Nicolą! 

A więc jednak postąpił słusznie. 

Uśmiechnął  się  pod  nosem.  Cóż  miałby  zrobić  z  Heikem  w  takiej  chwili  upojnego 

szczęścia, kiedy spełnić się mają miłosne marzenia? Pozostawić go na pastwę księżniczki, by 

opóźnił jej niecne działania? Czy to byłoby w porządku wobec przyjaciela, który tak dobrze 

mu życzył? 

-  Mój  najdroższy,  dokąd  uciekają  twoje  myśli?  -  zagruchała  Nicola,  w  swej 

bezbronności bardziej niż kiedykolwiek przypominająca zranionego ptaka. Jej dłoń delikatnie 

pogładziła go po głowie i od razu zapomniał o Heikem. 

Uniósł się na łokciu i czule popatrzył na dziewczynę. Długie włosy niby połyskliwy 

welon obramowały ukochaną twarz. 

Peter dotknął  ich ostrożnie,  jego dłoń wyczuła kształt głowy. Jak jedwabiste były to 

włosy, jak lśniąco czarne w blasku woskowej świecy! I jeszcze przyszło mu do głowy, że z 

kobiecych  włosów  emanuje  szczególna  zmysłowość,  zwłaszcza  gdy  są  takie  długie  i 

wypielęgnowane jak włosy Nicoli. 

- Podobają ci się? - zapytała szeptem, jakby z lękiem. 

- Są cudowne! - odszepnął. - Wspaniałe! Najpiękniejsze, jakie widziałem! 

-  Dziękuję  ci,  mój  drogi,  to  bardzo  miło  słyszeć!  Ktoś,  kto  chciał  być  dla  mnie 

niedobry, powiedział, że nie ma w nich nic szczególnego. 

Peter w lot zrozumiał, o kim mowa: to zazdrosna księżniczka Feodora! Jej włosy były 

jeszcze  dłuższe  i  bardziej  czarne.  Że  też  ktoś  mógł  postąpić  tak  podle  wobec  tej  młodej, 

nieśmiałej dziewczyny! 

- Nie słuchaj takich głupstw - pocieszał ją. - To wszystko z zazdrości. 

background image

Pieszcząc kruczoczarne sploty poczuł, jak rośnie jego pożądanie, ale się hamował. Nie 

chciał  wystraszyć  tego  małego  pisklęcia,  które  znalazło  się  pod  jego  opieką!  Nicola 

powierzyła mu swą duszę i swoje ciało, przeświadczona, że jest silny i dobry, że nie wyrządzi 

jej krzywdy. Musi okazać się godny jej zaufania. 

A nie było to wcale łatwe! 

Prawdę  powiedziawszy,  Peter  tak  samo  szukał  ochrony  i  pociechy  u  niej,  jak  ona  u 

niego.  Cała  twierdza,  a  w  szczególności  ta  komnata,  budziła  w  nim  grozę,  a  jeszcze  gorzej 

było  teraz,  gdy  zabrakło  przy  nim  Heikego.  Zrozumiał,  jaką  siłę,  jaki  spokój  miał  w  sobie 

przyjaciel.  Obecność  Heikego  dawała  mu  poczucie  bezpieczeństwa  nawet  w  tym 

średniowiecznym otoczeniu. W twierdzy czaiło się coś rzeczywiście straszliwego, coś, czego 

nie  umiał  nazwać.  Miał  wrażenie,  że  to  coś  skryło  się  tuż  za  łożem  z  baldachimem.  Jak 

wygląda - tego Peter nie umiał sobie nawet wyobrazić, nie dostawało mu fantazji. Ale czuł, 

jak  dreszcz  przebiega  mu  po  plecach,  i  odruchowo  szukał  bliskości  Nicoli.  Rozumiał  teraz, 

jakim piekłem musiało być dla niej życie tutaj razem z czarownicą, czy, jak twierdził Heike, 

upiorem.  To,  co  mówił  Heike,  wydawało  mu  się  absolutnie  niemożliwe,  przerastało 

możliwości jego pojmowania, ale już sam fakt, że dziewczyna mieszka pod jednym dachem z 

kimś takim, to dosyć, by pragnęła stąd uciec. Nietrudno to zrozumieć. 

Ciekawe, gdzie przebywa teraz księżniczka? A jej straszny sługa, woźnica? I gdzie są 

wszyscy służący? 

Młodzi leżeli razem, poszeptując od pół godziny, i nie było wyłącznie winą Petera, iż 

po  pewnym  czasie  znaleźli  się  bliżej  siebie,  bardziej  pośrodku  łoża.  W  lodowato  zimnym 

pokoju  trudno  było  się  rozgrzać,  zrozumiałe  więc,  że  starali  się  skraść  od  siebie  nawzajem 

choć trochę ciepła. 

Zrozumiałe jest także, że po następnej połowie godziny leżeli już w swoich objęciach i 

mało  doświadczony  Peter  przeżył  swe,  jak  dotychczas,  najszczęśliwsze  chwile  w  życiu. 

Wstydził się tylko, że tak niewiele wie o postępowaniu w miłości cielesnej. 

Dziewka w stogu siana nie była wszak mistrzynią godną naśladowania. 

Starał  się  jednak  okazać  jak  najwięcej  czułości  i  delikatności  tej  młodziutkiej 

dziewczynie,  której  sprawił  tyle  bólu.  Wydawało  się,  że  Nicola  bardzo  sobie  ceni  jego 

troskliwość,  choć  wypłakiwała  gorzkie  łzy  ze  wstydu  i  strachu,  że  tak  dała  się  ponieść 

uczuciom. Mimo jego zapewnień, że się z nią ożeni! 

Wreszcie, wyczerpana, zasnęła w jego ramionach. 

- Obudź mnie na czas - poprosiła. - Musimy uciec przed świtem, w ostatniej godzinie 

nocy. Wtedy wszyscy będą spać. 

background image

Peter obiecał, że zbudzi ją o właściwej porze. Wkrótce zasnął. 

W  karczmie  Mira  siedziała  razem  z  Zeno  i  jego  żoną,  w  napięciu  wyczekiwali  na 

powrót  chłopców.  Małżonkowie  obiecali  nie  spuszczać  oka  z  Miry  i  dotrzymywali  słowa. 

Zeno był odpowiedzialnym człowiekiem. 

- Nigdy już ich nie ujrzymy - z przekonaniem rzekła karczmarzowa. 

- Milcz, babo! Widziałaś, co się wydarzyło? Był tutaj powóz i musiał wrócić bez nich, 

bo nie zdradziliśmy, gdzie są. Nie odkryli, że chłopcy poszli na cmentarz! 

-  Ale  ten  durny  chłopak  mówił  przecież,  że  później  mają  zamiar  iść  do  twierdzy! 

Całkiem oszalał? 

- Zamknij wreszcie tę przeklętą jadaczkę! Tamten drugi może nas uratować, wierz mi! 

Posiada  niezwykłą  moc,  sama  to  chyba  zauważyłaś!  Czy  komukolwiek  udało  się  ujść  z 

życiem  z  twierdzy?  Nigdy,  powtarzam,  nigdy!  Przypomnij  tytko  sobie  wszystkich 

młodzieńców z miasteczka, których straciliśmy! Zaciągnięci do twierdzy przez siły niepojęte 

dla nikogo z nas. Ona ma w sobie taką zmysłowość, ta księżniczka, że... 

-  Ciii,  przestań  o  tym  mówić,  nie  wiesz,  że  to  niebezpieczne?  Pamiętasz  tę,  która 

próbowała powiedzieć kilka ostrzegawczych słów obcemu przybyszowi? Pamiętasz, w jakim 

stanie ją znaleźliśmy? Była rozszarpana na strzępy jakby przez dzikie zwierzęta! A przecież 

zamknęła się w swej izbie! 

Mira  rozumiała  niewiele  z  tego,  co  mówili,  ale  dostrzegała  ich  wzburzenie  i 

wielokrotnie  słyszała  powtarzające  się  słowo  „cetate”,  twierdza.  Miała  więc  jako  takie 

pojęcie, co jest przedmiotem rozmowy. 

- Mnie nigdy nie ruszyła - mruknął Zeno. 

- To prawda. A to dlatego, że jesteś taki szpetny, że żadna oprócz mnie cię nie chciała. 

Poza  tym  jesteś  jej  potrzebny,  karczma  przyciąga  mężczyzn,  młodszych  i  starszych.  Może 

sobie  wybrać,  kogo  tylko  jej  się  spodoba.  Ale  dość  już  o  tym!  To  sprowadzi  na  nas 

nieszczęście! 

Obydwoje zwrócili się ku Mirze, która nagle jęknęła. 

Najpierw  dziewczyna  przeraziła  się,  czując  na  ramieniu  czyjąś  dłoń:  lekką,  miękką 

dłoń  kobiety.  Wkrótce  jednak  odkryła,  jak  uspokajająco  podziałał  dotyk  tej  ręki  na  stan 

wzburzenia, w jakim znajdowała się przez cały wieczór. 

- Co się stało? - zapytała karczmarzowa. 

Ale Mira nie mogła odpowiedzieć, gestem dała tylko znak, by poczekali i przez chwilę 

byli cicho. 

Mandragora  już  od  dłuższego  czasu  zachowywała  się  niespokojnie i  dziewczyna  nie 

background image

wiedziała, co ma robić. Doprawdy przerażającą rzecz zostawił Heike pod jej opieką, ale jeśli 

amulet ma ją chronić, ona musi przyjąć go na dobre i na złe. 

Ogromnie  się  jednak  przelękła,  czując,  że  korzeń  zgina  się  wpół  jakby  ze  strachu  i 

bólu. A nie mogła, ani też nie chciała, mówić o tym Zeno i jego rozkrzyczanej żonie. 

Ale  teraz...?  Teraz  ktoś  jej  pomagał,  wyczuwała  to,  choć  nie  mogła  pojąć,  kto.  Nie 

księżniczka,  gdyż  spływała  na  nią  dobra  moc,  to  było  wyraźne.  Nicola?  Nie,  Nicola  jest 

zwyczajną dziewczyną i nie ma żadnych powodów, by pomagać Mirze. 

Ach, ten Heike, cóż za dziwna istota! Mira nie miała nawet cienia wątpliwości co do 

tego,  że  jest  on  czarownikiem,  ale  ufnie  przyjęła  amulet,  choć  drżała  na  samą  myśl  o  jego 

wielkiej mocy. Dłoń spoczywająca na ramieniu dziewczyny nie budziła jej zdumienia, jak nie 

zaskoczyłoby jej chyba nic, co miało związek z Heikem, ale w jaki sposób mogła zrozumieć... 

- Poczekaj - powiedziała w swoim języku. - Teraz coś nadchodzi... 

Małżonkowie  przyglądali  się  jej  badawczo,  niczego  nie  pojmując,  nie  rozumiejąc 

nawet jej słów. 

Nagle na Mirę spłynęła pewność. 

Poderwała się z miejsca. 

- Chodźmy, panie Zeno. Heike jest w niebezpieczeństwie! 

Karczmarz  wyłowił  imię  Heikego  i  poruszył  się  niespokojnie,  lecz  jego  żona 

zareagowała  gniewem  i  szorstko  zapytała,  dlaczego  dziewczyna  zachowuje  się  tak 

dziwacznie. 

Mira była teraz rozedrganym kłębkiem nerwów. 

-  Heike!  -  zawołała  do  nich  wielkim  głosem  jak  do  głuchych.  -  Chodźcie,  prędko! 

On... on... Poczekajcie, już wiem! Tak! Został gdzieś zamknięty i potrzebuje mojej pomocy. 

Otrzymałam przesłanie, muszę mu pomóc, natychmiast! 

Nie zrozumieli, ale Mira chwyciła Zeno za rękę i pociągnęła za sobą. 

-  Co  ty  wyprawiasz?  -  zaniosła  się  krzykiem  karczmarzowa.  -  Chcesz  uciec  z  moim 

mężem? 

Na szczęście Zeno pojął, że dziewczyna z niepokoju wprost odchodzi od zmysłów, i 

ruszył za nią. Żona pobiegła za obojgiem, ale zatrzymała się w drzwiach oświetlona blaskiem 

bijącym z wnętrza gospody. 

-  Nie  do  twierdzy!  Nie zabieraj  go do  twierdzy!  -  płakała.  -  Jest  jednym  z  ostatnich, 

jacy nam pozostali! 

Zeno, którego Mira ciągnęła w przeciwnym kierunku, odpowiedział: 

- Nie, chyba raczej idziemy na cmentarz. Zobaczę, czego ona chce. 

background image

- Na cmentarz? - załkała karczmarzowa. - To jeszcze gorzej! 

Krzyki obudziły mieszkańców miasteczka. We wszystkich oknach Targul Stregesti tej 

nocy rozbłysły światła. 

Mira  i  Zeno  biegiem  pokonali  krótki  odcinek  dzielący  ich  od  kościoła.  Dziewczyna 

nie próbowała nawet niczego tłumaczyć, bo przecież i tak by się nie zrozumieli, ale czuła, że 

nie są sami. Wąska, delikatna kobieca dłoń trzymała ją za rękę, wskazując drogę. 

Wkrótce znaleźli się na cmentarzu i Mira została podprowadzona do kostnicy. 

- To tutaj! - zawołała i Zeno ją zrozumiał. 

Biegli  tak  szybko,  że  latarnia,  którą  niósł  karczmarz,  omal  nie  zgasła.  Szczęśliwie 

nadal się paliła i Zeno uniósł ją do góry, oświetlając drzwi. 

Nie  musieli  pytać,  czy  Heike  jest  w  środku.  Usłyszał,  jak  nadchodzą,  i  od  dłuższej 

chwili  rozlegało  się  walenie  w  drewniane  ściany,  świadczące  o  panicznym,  histerycznym 

lęku. Zachowanie Heikego ogromnie zdumiało Mirę i Zeno. Nikt, rzecz jasna, nie lubi, by go 

zamykano na cmentarzu, ale żeby do tego stopnia! 

I to Heike, noszący w sobie tak wielki spokój! 

Zeno potrzebował zaledwie paru sekund, by poradzić sobie z drzwiami. 

Stanął  w  nich  Heike,  ale  musiał  wesprzeć  się  o  futrynę.  Oddychał  głęboko,  ciężko. 

Przyglądali  się  jego  twarzy.  Mimo  grubej  warstwy  kurzu,  oblepiającej  całego  chłopaka, 

widoczne było jego wzburzenie, ślady panicznego lęku i łez. 

- Co się stało? - drżącym głosem spytał 2eno. - Czy jakiś zmarły powstał z grobu? 

-  Nie  -  jęknął  Heike.  -  Wspomnienie  z  dzieciństwa...  przez  cztery  lata...  byłem 

zamknięty... w klatce. 

- Święta Matko Boża! - westchnął Zeno. 

- Co takiego się stało? - dopytywała się Mira. 

Heike musiał jeszcze raz wyjaśnić, tym razem po niemiecku. 

- Ach! - westchnęła współczująco. - I teraz tu cię uwięziono! Jakie to okropne! 

- Dziękuję, że przyszliście - powiedział Heike. - Ale teraz musimy... Gdzie jest Peter? 

W gospodzie? 

- Sądziliśmy, że jest razem z tobą - odparł Zeno. 

- Niestety, nie - odparł Heike z goryczą. 

Mira chustką usiłowała obetrzeć mu twarz. 

- Czy to on...? - zapytał Zeno. 

-  Tak,  ale  nie  był  wtedy  sobą  -  usprawiedliwiał  przyjaciela  Heike.  -  Chciał  iść  do 

twierdzy. 

background image

- Wszyscy się tacy stają - mruknął Zeno. - To znaczy, że jest stracony. 

-  Będzie  nas  dwóch  -  powiedział  Heike  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Przeklęci  z  Ludzi 

Lodu nie poddają się tak łatwo. Ale najpierw muszę się dowiedzieć... Czy wiesz, gdzie znajdę 

grób Anciol? Przeszukaliśmy prawie cały cmentarz. 

Twarz  Heikego  była  teraz  już  niemal  czysta  i  w  blasku  latarni  ukazała  się  cała  jej 

szpetota. Jednak i Mira, i Zeno przestali się jej bać. Nauczyli się słuchać łagodnego, ciepłego 

głosu i dostrzegali głęboką, zabarwioną smutkiem życzliwość w oczach chłopca. 

Prawdą  było,  że  Zeno  widział  w  nim  zbawcę,  szczególnego  zbawcę,  który  mógł 

uwolnić Targul Stregesti od zła. 

- Nie, księżniczka Anciol nie została pochowana tutaj - powoli odparł karczmarz. - To 

wykluczone, przecież była samobójczynią! 

Heike puknął się palcem w głowę. 

- Naturalnie! Cóż ze  mnie za idiota, nie pomyślałem o tym wcześniej! Rzuciła się w 

dół ze skały, czyż nie tak? 

- Właśnie. 

-  Ale  czy  wiesz,  gdzie  złożono  jej  ciało?  To  niezwykle  istotne.  Bo  to  ona  jest 

czarownicą, prawda? 

-  Oczywiście,  to  Anciol,  zdradzona narzeczona!  Mówię,  jak  jest,  rozumiem  bowiem, 

że jeśli masz nam pomóc, musisz o wszystkim wiedzieć. Niech już raczej przyjdzie i rozerwie 

mój nędzny zewłok na kawałki! 

- Dobrze, że o tym mówisz! Czy to dzikie zwierzęta rozszarpały kobietę, która miała 

za długi język? Wspomniałeś kiedyś o tym przypadkiem. 

- Nie - krótko odparł Zeno. - To nie dzikie zwierzęta. To było to c o ś. 

-  To,  przed  czym  usiłujecie  uszczelnić  okna  i  zatkać  dziurki  od  klucza?  Co  to 

właściwie jest? 

- My tego nie wiemy. Jedynie zmarli wiedzą. 

Ta informacja niewiele pomogła Heikemu. 

- A więc gdzie znajduje się grób Anciol? 

Zeno zniżył głos. 

- Powiadają, że pochowano ją w piwnicach twierdzy. 

Heike odetchnął głęboko, zapatrzony w ciemność. 

- Tak, to przecież jedyne logiczne rozwiązanie. Piwnice twierdzy... 

Przypomniał  sobie  straszliwą  wizję,  która  nawiedziła  go  rano.  Wiedział  teraz,  że 

mandragora  ukazała  rzeczywisty  obraz.  Wszystko  inne  było  tylko  omamem,  wywołanym 

background image

czarami księżniczki. 

-  Muszę  tam  iść  -  powiedział  zdecydowanie.  -  Trzymaj  się  blisko  Miry,  ona  ma 

amulet, który chroni ją przed złą mocą. Gdybyście ty lub twoja żona mieli jakieś trudności, 

poproście, by Mira wyjęła amulet. Wówczas będziecie bezpieczni. 

Karczmarz na dowód, że ufa jego słowom, natychmiast ujął Mirę za rękę i ukłonił się 

niezwykłemu młodzieńcowi. 

Mira natomiast, zorientowawszy się w zamiarach Heikego, wybuchnęła płaczem. 

- Nie, nie! Ty także?! Nikt mi już nie zostanie! 

- Czy chcesz, bym ci z powrotem przyprowadził Petera? - zapytał Heike z uśmiechem. 

- On jest już stracony. Nie wolno ci iść w jego ślady! 

- Mam większe możliwości niż on. I mam także pomocników. 

- Wiem o tym - rozpromieniła się Mira. - Przyszła do mnie pewna szlachetna dama i 

przyprowadziła mnie tutaj. Ale nie mogłam jej zobaczyć... 

- A więc to ona - Heike uśmiechnął się szeroko. - Miała na imię Sol, była czarownicą i 

żyła w szesnastym wieku. Ale ona była dobrą czarownicą. Czasami - dodał w zamyśleniu. 

Wszak po Sol można się było wszystkiego spodziewać. 

Ale z pewnością dobrze jest mieć ją blisko. 

-  Jest  jeszcze  dwóch  moich  pomocników  -  wyjaśnił  najpierw  Mirze,  a  potem 

przetłumaczył  swoje  słowa  karczmarzowi.  -  Jeden  z  nich  to  najlepszy  człowiek,  jaki 

kiedykolwiek stąpał po ziemi. Czarownik w służbie dobra. I jeszcze jeden, o którym nie wiem 

zbyt  wiele,  lecz  on  najlepiej  zna  istotę  zła,  gdyż  sam  mu  kiedyś  służył.  Zdołał  się  jednak 

wyratować i należy do najsilniejszych duchem z moich przodków. 

- Masz naprawdę możnych sprzymierzeńców - rzekł Zeno. 

-  Owszem  -  zgodził  się  Heike  i  dodał  z  autoironią:  -  Nie  wolno  mi  też  zapominać  o 

mych  własnych  zdolnościach.  Zaczynam  rozumieć,  na  czym  one  polegają.  Księżniczka 

przeżyje dziś w nocy piekło! 

Życzył im wszystkiego dobrego i zniknął w ciemnościach, zanim zdążyli pomodlić się 

za niego. Zawołali jedynie: 

- Niech wszystkie dobre moce mają cię w opiece, Heike! 

Nie dostrzegli już jego krzywego uśmiechu. Co sił w nogach biegł do twierdzy. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Kiedy Heike wyszedł na łąkę po drugiej stronie urwiska, chmury odsłoniły księżyc i 

oświetlona jego blaskiem twierdza wynurzyła się z ohydnego lasu niczym odwieczna groźba. 

Objawiła mu się tak samo jak wszystkim innym, ani trochę nie przypominała porannej 

wizji. Teraz Heike musiał postrzegać ją właśnie w ten sposób, inaczej nigdy nie odnalazłby 

Petera. 

Zatrzymał  się  na  chwilę,  zbierając  siły  i  odwagę.  Czuł  się  jak  zagubione  dziecko, 

bojące się ciemności. 

Ale troska o Petera, który znajdował się tam, na górze, być może jeszcze żywy, dodała 

mu sił. 

Szedł naprzód, a kłębiące się myśli wciąż nie dawały mu spokoju. Czuł, że jest coś, o 

czym  powinien  pamiętać.  Jakieś  ulotne  wrażenie,  które  nawiedziło  go  na  cmentarzu... 

Instynkt podpowiadał mu, że jest bardziej istotne, niż mu się to zrazu wydało. I jeszcze słowa 

Zeno, które nie wiedzieć czemu tak go zdumiały... 

Nie mógł sobie jednak nic przypomnieć. Był pewien jedynie, że to ważne, ale jak do 

tego dojść? 

Grzebał w zakamarkach pamięci, ale nic z nich nie wydobył. W końcu zrezygnował. 

W miarę zbliżania się do twierdzy jego kroki stawały się wolniejsze. Wmawiał sobie, 

że  to  droga  prowadząca  pod  górę  odbiera  mu  siły.  Na  próżno  jednak  starał  się  oszukać 

samego siebie. 

-  Pomóż  mi,  Tengelu  -  szeptał.  -  Tengelu,  Sol,  Marze,  wesprzyjcie  mnie!  Chyba 

rozumiecie,  że  niełatwo  jest  znaleźć  wyjście  z  takiej  sytuacji  komuś,  kto  wcześniej  nie 

wypróbował swoich mocy. 

I  wtedy  zorientował  się,  że  w  tej  wędrówce  pod  górę  ku  czarnej,  rozdziawionej 

paszczy  bramy  nie  jest  już  sam.  Słyszał  nawet  odgłos  kroków.  Odróżniał  ciężkie  stąpanie 

dwóch mężczyzn i lekkie, kobiece. Wszyscy w miękkich trzewikach... Heike uśmiechnął się 

do siebie. No, księżniczko, już możesz sobie ostrzyć pazury! To dopiero będzie walka! 

Pierwszą przeszkodę stanowiła brama. W jaki sposób ją pokonać? 

Kiedy rano wraz z księżniczką i Nicolą zwiedzali twierdzę, nie pokazano im części, w 

której  mieściły  się  pokoje  służby.  Heike  nie  wiedział  więc,  gdzie  mieszka  woźnica  - 

odźwierny. 

Uprzytomnił sobie, że nie widział żadnego innego służącego. 

background image

Teraz  głębiej  się  nad  tym  zastanowił.  Gdzie  są  konie,  ciągnące  ów  upiorny  powóz? 

Wszak konie to żywe istoty. Ale rankiem ani ich nie widział, ani nie słyszał. 

Rankiem?  A  gdzie  właściwie  podziało  się  przedpołudnie,  południe  i  popołudnie? 

Poszedł  do  twierdzy  rano,  by  sprowadzić  Petera,  i  to  mu  się  udało.  Ale...  kiedy  wyszli  z 

zamczyska, słońce dawno już minęło zenit i chyliło się nad horyzontem. Dopiero teraz zdał 

sobie z tego sprawę. 

Jeszcze  jedna  czarodziejska  sztuczka,  to  jasne.  Przez  moment  przeraził  się,  że  w 

trakcie  ich  „krótkiego”  pobytu  w  twierdzy  mogły  upłynąć  lata,  ale  nie,  Mira  i  Zeno 

powiedzieliby coś o tym. No i były przecież konie, które wciąż pasły się na łące. 

Wiedział,  że  żadne  z  trojga  jego  towarzyszy  nie  będzie  w  stanie  otworzyć  bramy,  z 

tym musi poradzić sobie sam. 

Brama, jak zresztą było do przewidzenia, okazała się zamknięta, a przecież nie mógł 

zapukać! Trzeba zachować ostrożność. Wszak licho nie śpi! Czy nie tak się mówi? Ale jedna 

zamknięta brama nie mogła pokrzyżować planów Heikego. Poczekał, aż księżyc schowa się 

za wielką chmurą, i podjął wspinaczkę pod górę ku dwóm nierównym, wystającym z muru 

kamieniom niedaleko bramy. 

Był młody, silny i wytrzymały, na razie więc wszystko szło gładko. 

Ale mur był wysoki. W tym miejscu zdawał się sięgać nieba. No cóż, musiał wspinać 

się wyżej z nadzieją, że nie spadnie. 

Księżyc wyłaniał się zza chmur i znów zachodził, niewielką niosąc pomoc Heikemu. 

Najwyraźniej  zawarł  pakt  z  księżniczką,  bo  gdy  tylko  Heike  znalazł  w murze  szczelinę lub 

wystający kant, którego mógł się uchwycić i posunąć choć trochę dalej, znikał. Heike musiał 

czekać,  aż  spoza  chmury  wychyli  się  choć  jego  rąbek.  Powtarzało  się  to  po  wielekroć, 

utrudniało wspinaczkę i pochłaniało wiele sił. 

Raz  wydawało  mu  się,  że  utknął  w  martwym  punkcie,  zawieszony  nad  ziemią,  bez 

możliwości posuwania się w górę. Przemieścił się jednak nieco w bok i szczęśliwie otworzyły 

się przed nim nowe drogi. 

Nareszcie  dłoń Heikego dosięgła górnej krawędzi  muru  i  mógł  wciągnąć się na sam 

szczyt. 

Znalazł  się  teraz  na  zębatym  zwieńczeniu  murów  wśród  blanków,  za  którymi 

rozpościerał  się  dach  twierdzy,  okrążający  otwarty  dziedziniec.  A  więc  wspiął  się  tu 

niepotrzebnie! 

I co dalej? 

Co robić? Gdzie szukać Petera? 

background image

I, najważniejsze, gdzie znajduje się księżniczka? 

Heike wytężał słuch. 

Jeśli miał nadzieję usłyszeć rozmowy lub też inne dźwięki, które by oznaczały, że żyją 

tu  ludzie,  czekało  go  rozczarowanie.  Do  jego  uszu  doszły  natomiast  bardziej  przerażające 

odgłosy:  przytłumione  głuche  bulgotanie  zmieszane  z  żałosnym,  przepojonym  skargą 

tajemniczym szelestem, jakby węże przekradały się przez zgniłe listowie. 

Takie same odgłosy, jakie wydawały korzenie, które porąbał na cmentarzu! 

Zimny dreszcz wstrząsnął ciałem Heikego, gdy pojął prawdę. 

Księżniczka  rzuciła  zaklęcie  na  wszystkich,  widzieli  więc  twierdzę  taką,  jaką  była 

teraz.  Ale  poprzez  moc  uroku  przedzierały  się  dźwięki  identyczne  jak  w  wizji,  która 

nawiedziła go rano - dźwięki z prawdziwej Cetatea de Strega. 

Gdy Heike to zrozumiał, poczuł, że nagle posiadł moc spojrzenia na przestrzał przez 

mury  twierdzy.  Nie  na  długo  i  niezbyt  wyraźnie,  ale  widział,  i  dziwnym  zrządzeniem  losu 

patrzył prosto w miejsce, w którym znajdował się Peter. Peter i Nicola. 

Obraz  zniknął  błyskawicznie.  Czarownica  wygrała  z  potomkiem  Ludzi  Lodu.  On 

przecież był tak niedoświadczony, taki młody, ale wewnętrzny głos podpowiadał mu, że tej 

nocy jego siły rozkwitną w pełni - tajemne moce kolejnego dotkniętego w rodzie. 

To przekonanie dodało mu otuchy. W walce, którą miał dzisiaj stoczyć, dziedzictwo 

mogło okazać się zbawienne. 

- Ach, Peterze, mój biedny przyjacielu - szepnął. - W coś ty się wplątał? 

Peter pogrążony był we śnie, tyle Heike zdążył zauważyć. Spał, obejmując prześliczną 

Nicolę, ale niebezpieczeństwo czyhało. Heike wyczuł je raczej niż zobaczył, na razie bowiem 

niczego konkretnego nie dostrzegał. 

Było mu przykro, że musi przerwać tę idyllę, ale jeśli miał uratować czyjeś życie, nie 

było innego wyjścia. Wiedział teraz, w której komnacie przebywa Peter. Ostrożnie przesuwał 

się wzdłuż dachu, aż natrafił na otwarte okno, wychodzące na dziedziniec. Opuścił się w dół i 

stanął na krawędzi okna. Wsunął stopy do środka. 

Jeśli  czarownica  pociągnie  mnie  teraz  za  nogi,  zacznę  wrzeszczeć,  pomyślał  Heike, 

pragnąc  żartem  zagłuszyć  lęk.  Nic  takiego  jednak  się  nie  stało.  Wślizgnął  się  przez  wąski 

otwór do niskiego pomieszczenia na piętrze, którego rano nie zwiedzali. 

Była  to  najwyraźniej  nie  używana  kondygnacja,  przypominająca  raczej  strych  w 

zwykłych domach. Heike odnalazł schody i zebrał się na odwagę, by zejść w dół. Odruchowo 

sięgnął ręką do piersi, by sprawdzić, czy mandragora jest na swoim miejscu, ale oczywiście 

dłoń trafiła na pustkę. 

background image

Ruch  ten  jednak  przywołał  wspomnienie.  Przypomniał  sobie  nagle  uczucie,  jakie 

spłynęło  nań  na  cmentarzu,  nagłe  wrażenie  spokoju  i...  czyjejś  wdzięczności?  A  potem  w 

uszach zadźwięczały mu słowa Zeno: „Wszyscy się tacy stają”. 

-  Ach!  -  jęknął  Heike,  tłumiąc  okrzyk  dłonią  przyciśniętą  do  ust.  -  Ach,  Peterze, 

Peterze! 

Jakimż durniem się okazałem, że też wcześniej nie zrozumiałem prawdy! 

W jaki sposób teraz uratuję Petera? 

- Tengelu! Sol! Marze! Pomóżcie mi, nigdy sobie z tym nie poradzę - wyrwało mu się 

z głębi duszy. 

Lekkie, jakby szydercze klepnięcie w ramię poderwało go do przodu. Zrozumiał, że to 

Sol. 

Znalazł się w pobliżu galerii. W zimnym niebieskim świetle księżyca oczy z portretów 

śledziły każdy jego krok, gdy jak kot przemykał się korytarzem. Musiał się spieszyć, Peterowi 

groziło niebezpieczeństwo - większe, niż mógł sobie wyobrazić. 

Ale na czym polegało? Czym było owo coś, o którym mówili wszyscy? Co przyśniło 

się Mirze, co z sykiem usiłowało wedrzeć się przez jej okno? Co okaleczyło i zabiło tak wielu 

mężczyzn? 

„Skrzydła kruka”. 

Zmarli,  znalezieni  z  pręgami  na  ciele?  Z  oczami  wytrzeszczonymi  z  przerażenia  i  z 

męskością gotową do miłosnych uciech? 

Nie ma co, przyjemna perspektywa! 

Kiedy  tak  Heike  szedł  przez  galerię,  cały czas  słyszał  stąpanie  czterech  par  stóp.  W 

pewnej  chwili  dotarł  do  drzwi,  które  przypomniały  mu  o  innych  drzwiach  widzianych 

wcześniej w odległej części zamczyska - tych wiodących wprost do serca twierdzy. Niestety, 

nie  dostrzegł  ich  podczas  ulotnej  wizji,  której  doznał  stojąc  na  dachu.  Postanowił,  że  jeśli 

nadarzy się okazja, zbada, co kryje się za nimi. „Jeśli nadarzy się okazja?” Cóż za posępne 

przewidywania? Przecież jeszcze nie przegrał. 

Nie,  ale  wciąż  nie  znał  mocy  przeciwnika.  Przeczuwał  jedynie,  że  może  okazać  się 

straszliwa! 

Znalazł  się  w  kolejnej  komnacie,  tu  nie  było  okien,  nie  zaglądało  więc  światło 

księżyca. Musiał zatrzymać się na chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do ciemności. 

Gdyby  miał  latarenkę  Zeno!  Choć  może  by  mu  tylko  zawadzała?  Przestraszyłaby 

wroga i sprawiła, że Heike musiałby zrezygnować ze swych działań? 

Nareszcie  w  mroku  rozróżnił  kontury  drzwi.  O  ile  dobrze  pamiętał,  powinien 

background image

znajdować się dokładnie pod tym miejscem, w którym stał na dachu i rozglądał się dokoła. 

Za tymi drzwiami musiał znajdować się Peter. 

Heike  nie  mógł  ot  tak,  po  prostu,  gwałtownie  wedrzeć  się  do  komnaty  i  krzyknąć 

przyjacielowi, by wychodził stąd jak najszybciej. To było niemożliwe. Musiał wślizgnąć się 

niepostrzeżenie. 

Kochankowie spali. Jeśli Heike będzie miał szczęście, nie usłyszą go. Może wówczas 

zdoła znaleźć sobie kryjówkę, w której poczeka, aż nadejdzie owo nieznane, tajemnicze coś. 

Żywił tylko nadzieję, że Peter i Nicola nie zaczną od nowa miłosnych igraszek. Heike 

nie miał najmniejszej ochoty być świadkiem ich rozkoszy. 

Drzwi  pod  naciskiem  dłoni  otworzyły  się  bez  szmeru.  Wszedł  do  przestronnej 

sypialni, w której uwagę przykuwało ogromnych rozmiarów łoże z baldachimem. Widział je 

wyraźnie,  gdyż  okno  było  dość  duże  i  wpadał  przez  nie  blask  księżyca,  a  poza  tym  w 

świeczniku płonęła jeszcze woskowa świeca. 

Jakie to nierozważne z ich strony, ale tym lepiej dla mnie! pomyślał. 

Wzrok  jego  przyciągnął  olbrzymi  gobelin,  zawieszony  na  jednej  ze  ścian.  Zaraz 

jednak  odwrócił  się  z  grymasem  bólu  i  odrazy.  Heike  kochał  zwierzęta,  były  jego 

przyjaciółmi  i  nie  mieściło  mu  się  w  głowie,  jak  ktokolwiek  mógł  zawiesić  w  sypialni 

tkaninę, przedstawiającą tak obrzydliwą scenę. 

Peter spał głęboko, na ustach malował mu się błogi uśmiech szczęścia, Nicolę niemal 

bez  reszty  przykrywały  włosy,  układające  się  w  fale.  Heike  dojrzał  jedynie  cudownie 

ukształtowane okolice oczu i nosa dziewczyny. 

Rozejrzał  się  po  komnacie.  Tam,  wysoko,  na  zwieńczeniu  jednej  z  belek 

wspierających sufit, mógł usiąść. Uznał, że to będzie dobra kryjówka. 

Przekradł się na palcach i wspiął na górę. Miał teraz widok na całą komnatę i prędko 

mógł zeskoczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. 

Poza tym człowiek zawsze czuje się pewniej, gdy spogląda na innych z wysokości. 

Odwrócił się plecami do gobelinu, nie chciał na niego patrzeć. 

Usadowił się wygodnie, opierając o słup. Zastanawiał się, jaka to może być pora, choć 

w Planinie nie było zegarów, a czas odmierzano według słońca i własnego wyczucia. 

Przypuszczał, że wkrótce nastanie świt, północ bowiem minęła już jakiś czas temu. 

Mógł  oczywiście  zbudzić  Petera  i  w  ciszy  wyprowadzić  go  z  komnaty,  ale  w  ren 

sposób  straciłby  jedyną  szansę  rozprawienia  się  ze  złem.  Teraz  życie  Petera  było  w 

niebezpieczeństwie, na niego miał się skierować kolejny atak. 

Heike mógł jedynie czekać. 

background image

Gdyby tylko wiedział, na co! 

Poza tym wątpił, że zdoła wyciągnąć stąd Petera po cichu, a wyczuwał, że zachowanie 

spokoju jest niezbędne. 

Czy scena myśliwska na gobelinie mogła odgrywać jakąś rolę? 

Heike  nie chciał się odwracać i  oglądać  jej jeszcze  raz. Nie przypuszczał,  by w niej 

tkwiła  tajemnica.  Gobelin  był  po  prostu  okropny,  wręcz  odrażający.  Obnażał  ludzkie 

okrucieństwo. 

Księżyc nie był  wiernym sprzymierzeńcem. Świecił tylko przez  krótkie  chwile, a za 

każdym  razem,  gdy  chował  się  za  chmurami,  Heikego  ogarniał  lęk,  gdyż  płomień  świecy 

migotał już niebezpiecznie blisko świecznika i światło w każdej chwili mogło zgasnąć. 

Jeśli  w  krytycznym  momencie  księżyc  skryje  się  za  chmury,  Heike  nie  dojrzy 

absolutnie nic z tego, co wydarzy się w komnacie, i przegra walkę o życie Petera. 

Uf, w jakże czarnych barwach wszystko widzi! To ponura atmosfera zamczyska tak na 

niego działa! 

W komnacie panował chłód, Heike nie rozumiał, jak Peter może to znieść. Co prawda 

przyjaciel  był  otulony  ze  wszystkich  stron  ciepłą  kołdrą,  osłonięty  od  przeciągów 

zakurzonymi draperiami łoża. 

Jaka brudna jest ta komnata! Czy kiedykolwiek ścierano tutaj kurze? 

Uprzytomnił  sobie  nagle,  że  kiedy  się  tu  znalazł,  pierwsze  wrażenie  było  zupełnie 

inne. Gdy wszedł, komnata wydawała się ładna, czysta i dobrze utrzymana. 

Teraz obserwował, jak stopniowo, powoli  rozpada  się na jego oczach. Nie wiadomo 

skąd zaczął nagle dobywać się przykry zapach. 

Heike  ostrożnie  zmienił  pozycję.  Siedział  już  tak  długo,  że  nogi  zupełnie  mu 

zdrętwiały i rozbolały wszystkie mięśnie. 

Marzł nielitościwie, a w dodatku z wolna ogarniało go przedziwne znużenie. Owszem, 

zwrócił  uwagę  na  ciężki  oddech  Petera.  Jego  sen  nie  był  całkiem  naturalny,  najwidoczniej 

komnata miała taki właśnie wpływ na parę w łożu. 

Albo... 

Nie był o tym przekonany. Wiedział jedynie, że z całych sił musi przeciwstawić się tej 

niezwyczajnej senności. A jeśli naprawdę zapadnie w sen? Siedząc tu, pod sufitem! Dopiero 

byłaby heca, gdyby zleciał na podłogę jak pijany cietrzew! 

Zaiste, poczucie humoru objawiało się u Heikego w niezwykłych momentach. 

Czas płynął. Niebo, a wraz z nim księżyc, bladło, a nic się nie działo. Świeca dawno 

już się wypaliła, kiedy nagle Heike ocknął się z drzemki i gwałtownie wyprostował. 

background image

Lekko  szara  poświata  brzasku  wpadała  do  komnaty,  wypełniając  ją  tajemniczym, 

czarodziejskim półmrokiem. Scena myśliwska na gobelinie straciła nagle barwy, wszystko na 

niej  wyblakło,  przybrało  odcienie  bieli,  szarości  i  czerni.  W  całej  komnacie  zapanowała 

atmosfera rozkładu. 

Najsilniej  jednak  Heike  zareagował  na  unoszący  się  w  powietrzu  odór,  odór 

przywodzący na myśl zgniliznę i śmierć. 

Był  tak  ohydny,  że  przyprawiał  o  mdłości.  W  szarym  półmroku  oczy  Heikego 

poszukiwały łoża. W końcu znalazł je i dech mu zaparło ze zdumienia. 

- Peterze - szepnął. - Peterze! 

Kiedy  towarzysz  najmniejszym  bodaj  drgnieniem  nie  okazał,  że  się  budzi,  zawołał 

gwałtownie: 

- Peterze! Strzeż się! 

Zaspany Peter uniósł powieki, a w tej samej chwili Heike zeskoczył na podłogę. 

- Cóż ty, u diabła, tutaj robisz? - krzyknął Peter rozgniewany, ale Heike już był przy 

nim i wyciągał go z łoża. 

- Spójrz! - zawołał. - Uważaj! Uciekaj stąd! Szybko! 

Oszołomiony Peter odwrócił głowę, patrząc za wzrokiem Heikego, i otworzył usta, by 

krzyknąć  z  przerażenia,  ale  żaden  dźwięk  nie  wydostał  się  spomiędzy  jego  warg.  Jak 

sparaliżowany wpatrywał się w łoże i w tę, z którą przed chwilą je dzielił. 

Światło  świtu  było  już  dostatecznie  silne,  by  ujawnić  owo  niepojęte.  Leżała  tam 

szczerząca zęby czaszka z pustymi oczodołami, a kościotrupie ramię spoczywało na narzucie 

w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się piękna, kształtna ręka Nicoli. 

Nie to jednak było najgorsze. 

Po  łożu,  ku  Peterowi,  sunęły  przecudnie  piękne  włosy,  czarne  jak  skrzydła  kruka. 

Świadome  celu  przemieszczały  się  powoli,  torując  sobie  drogę  i  grożąc  śmiertelnym 

niebezpieczeństwem oniemiałemu kochankowi. 

-  Uciekaj  stąd!  -  krzyknął  Heike,  ciągnąc  Petera  za  sobą.  Biedny  chłopak  był 

oczywiście nagi, a jego męska duma wyraźnie wskazywała, iż gorąco pragnąłby kontynuować 

miłosne  igraszki.  Heike  porwał  ubranie  Petera  leżące  na  krześle,  i  wcisnął  mu  je  do  rąk. 

Potem pchnął przyjaciela ku drzwiom. 

Niestety,  za późno. Ze straszliwym sykiem włosy prześlizgnęły  się  po podłodze, jak 

strzała  popędziły  ku  wyjściu,  odcinając  chłopcom  drogę,  i  niczym  wąż  owinęły  się  wokół 

ciała Petera. 

Chłopak w amoku, nie przestając krzyczeć, ciągnął i szarpał za włosy, które owinęły 

background image

mu  się  wokół  głowy  i  szyi.  Wypluwał  długie czarne  kosmyki,  wciskające  mu  się  w  usta,  z 

całych sił czepiał się Heikego, aż ten musiał go od siebie odepchnąć. 

Heike jednym ruchem uchwycił zmierzwione kłębowisko włosów i odrzucił je daleko 

w głąb komnaty. Poczuł, jak zaciskają się wokół jego dłoni, ale udało mu się otworzyć drzwi i 

wypchnąć przez nie Petera. Sam także wybiegł. 

Kiedy  jednak  usłyszał  wściekły  szum  i  trzask  jakby  błyskawicy,  zorientował  się,  że 

drzwi zamknął za późno. Włosy przecisnęły się wraz z nim i Peterem. 

Heike  chwycił  przyjaciela  za  rękę  i  jak  szaleniec  ruszył  pędem  przez  galerię.  Obok 

nich po podłodze sunęło czarne, przypominające węża niepojęte zjawisko. 

Peter nie przestawał histerycznie krzyczeć. 

- Nie zdołamy uciec, zginiemy! To już koniec, koniec! 

- Przestań wrzeszczeć! Otwieraj drzwi, a ja zajmę się tą zmorą! 

Ale włosy ścigały Petera, kochanka. Kiedy dotarli do drugiego końca galerii, nigdzie 

nie było ich widać. Peter już odetchnął z ulgą i otworzył drzwi. Biegli przez kolejne komnaty, 

jakby czuli na plecach lodowaty oddech śmierci. 

Nagle Heike przystanął: 

- Gdzie my jesteśmy? Znaleźliśmy się w ślepym zaułku, tu dalej nie ma już żadnych 

drzwi. 

Odwrócili  się.  Poranek nadal  był  jedynie  szarą zapowiedzią,  lecz  chłopcy  doskonale 

widzieli, co powoli zsuwa się z belki przy drzwiach. 

- Do diabła! - zaklął Heike. 

Ze  świstem  włosy  przeszyły  powietrze  i  znów  rzuciły  się  Peterowi  do  gardła. 

Błyskawicznie oplotły całe ciało, wpiły się we wszystkie jego części, lecz przede wszystkim 

skupiły się na szyi. 

- Ratuj mnie, Heike, ratuj! - zawołał bezradny nieszczęśnik zduszonym głosem. 

Mam  mało  czasu,  myślał  zrozpaczony  Heike.  Wiedział  jednak,  że  musi  spróbować, 

nie miał innego wyjścia. przymknął oczy i starał się skupić. 

O, wszystkie moce Ludzi Lodu, ześlijcie na mnie teraz zaklęcia! 

Peter  wydał  zduszony  jęk  i  osunął  się  na  podłogę,  spętany  obrzydlistwem,  które  z 

okrutną konsekwencją zaciskało się coraz ciaśniej wokół niego. 

Heike  wyczuwał  bliskość  swoich  przodków,  tych,  którzy  sami  niczego  nie  byli  w 

stanie zrobić, ale mogli działać poprzez niego. 

Napłynęły słowa, których znaczenia nigdy nie nauczył się rozumieć. 

Usłyszał teraz, że nie recytuje ich sam. Ktoś jeszcze odmawiał zaklęcia wraz z nim, 

background image

ktoś, kto doskonale znał język magicznych formuł. To musi być Mar, pomyślał Heike. Solve 

opowiadał przecież o plemieniu z syberyjskiej tundry. Dzięki! Dzięki, Marze! 

Słowa  same  cisnęły  się  na  wargi  Heikego.  I  już  po  chwili  Peter  mógł  odetchnąć 

swobodniej. Włosy bezwładnie upadły na podłogę. 

Heike przestał odmawiać zaklęcia. Pomógł przyjacielowi  stanąć na nogi i ujął go za 

rękę. 

- Chodź! Nie mamy czasu do stracenia. 

Głos Petera był ochrypły. 

- Czy pokonaliśmy tę ohydę? 

- Wątpię. To było jedynie zaklęcie, które na chwilę powstrzymało atak. Chodź! 

Biegali jak szaleni po komnatach i korytarzach twierdzy, ale wydawało się, że jakaś 

tajemna siła skrywa przed nimi wyjście. 

A  potem  powtórzyli  błąd,  który  popełniło  przed  nimi  tak  wielu  kochanków  Anciol: 

przekroczyli próg drzwi znaczonych rzeźbieniami. 

Błąd  ten  nietrudno  wytłumaczyć,  ich  wzrok  bowiem  został  omamiony  tak,  że  nie 

dostrzegli  czarodziejskich  runów  wyrytych  w  mrocznym  rogu.  Widzieli  jedynie  drzwi, 

których  wcześniej  nie  otwierali,  a  drzwi  oznaczały  dla  nich  możliwość  wydostania  się  na 

wolność. 

Zamiast tego znaleźli się w sercu twierdzy. 

-  Wychodzimy!  -  krzyknął  Heike,  nareszcie  zrozumiawszy,  gdzie  są.  -  Wychodź, 

szybko, jeśli ci życie miłe! 

Niewiele będzie mógł  zdziałać i nie zwalczy złej mocy ukrytej  w twierdzy, jeśli  nie 

wyprowadzi  Petera  w  bezpieczne  miejsce.  To  jednak  zdawało  się  niemożliwe.  W 

którąkolwiek stronę się obrócili, wszędzie napotykali przeszkody. 

Peter, ostatni kochanek Anciol, miał umrzeć. 

I tym razem także wpadli w pułapkę. Drzwi zatrzasnęły się za nimi i nie dawały się 

poruszyć bodaj o ćwierć palca. To było do przewidzenia, pomyślał Heike. 

Do cna wyczerpany dziką ucieczką przez komnaty w poszukiwaniu wyjścia nie miał 

pojęcia, co czeka ich teraz, ale obawiał się najgorszego. 

Anciol z pewnością tak łatwo nie zrezygnuje. 

Zirytowany mruknął do Petera: 

- Mógłbyś przynajmniej się ubrać! Wyglądasz idiotycznie! 

Nieszczęsny  Peter  starał  się  ukryć  swój  żenujący  wygląd,  choć  tu,  co  prawda,  nie 

miało  to  większego  znaczenia,  gdyż  wokół  panowały  ciemności.  Z  sąsiedniej  komnaty 

background image

sączyła się ledwie odrobina światła. Podczas gdy Peter po omacku zakładał nieliczne części 

garderoby, Heike pospieszył zbadać kolejne pomieszczenie. Już w drzwiach stanął jak wryty. 

- Aaach! - jęknął. - Och, nie, nie! 

Peter,  podskakując  na  jednej  nodze,  ruszył  za  nim,  usiłując  w  biegu  dokończyć 

ubieranie, i zatrzymał się na progu. 

- Ach... Heike, niedobrze mi! 

-  Przestań  -  cierpko  odrzekł  Heike.  -  Wstrzymaj  się  chociaż  do  czasu,  dopóki  nie 

wyjdziemy na zewnątrz. 

Jeśli w ogóle wyjdziemy? dopowiedział w myślach. 

I tu było ciemno, nie na tyle jednak, by nie zobaczyli tego, co leżało na podłodze pod 

kolejnymi  drzwiami.  Zwłoki  dwóch  mężczyzn:  jedne  zaczynały  się  już  rozkładać,  drugie 

wyglądały nieco lepiej. 

-  Dobry  Boże  -  szepnął  Peter.  -  Dobry  Boże!  Zostali  uduszeni,  wiesz  przez  co. 

Usiłowali wydostać się przez te drzwi, bez powodzenia. Spójrz na te wąskie smugi na ciele! I 

wokół szyi! Heike, ja także mógłbym teraz tu leżeć, gdybyś nie przyszedł w porę! 

- Jeszcze nie wyszliśmy - przypomniał mu przyjaciel, sam do głębi wstrząśnięty. - Ale 

jest ich tylko dwóch Peterze, tylko dwóch! 

- To najpewniej Francuzi. 

-  Bez  wątpienia.  Ale  gdzie  są  pozostali?  Z  tego,  co  nam  wiadomo,  ci  na  pewno  nie 

byli pierwszymi, wprost przeciwnie! Przecież ona w swej żądzy miłości pochłonęła połowę 

miasteczka, nie mówiąc już o przyjezdnych, tych, którzy zabłądzili do tej przeklętej doliny. 

Peter słuchał go jednym uchem. 

- Oni mają... Oni nadal są gotowi do kochania! - rzekł z niedowierzaniem, na próżno 

starając się wygładzić spodnie, by ukryć swój godny pożałowania stan. - W każdym razie ten 

ostatni. Ten drugi zaczyna już być nieco... 

Nie mógł dokończyć zdania. 

Heike myślał bardziej trzeźwo. 

- Prawdopodobnie przez jakiś czas wykorzystywała ich jako swoich kochanków. Tutaj 

jest dostatecznie sucho i chłodno, by zwłoki mogły zachować się stosunkowo długo. 

Peter odwrócił się, pozieleniały na twarzy. 

- Zamilcz - wymamrotał. - Pomyśl, że ja mógłbym... 

- Przepraszam - powiedział Heike. - Ale musimy się stąd wydostać, przynajmniej ty. 

- A co z tobą? 

-  Obiecałem  zdjąć  przekleństwo  wiszące  nad  doliną.  A  ty  mi  w  tym  najbardziej 

background image

przeszkadzasz. 

Peter odetchnął głęboko. 

- Będę już teraz silny. Chciałbym ci pomóc. 

-  Dziękuję.  -  Heike  był  naprawdę  wzruszony.  -  Ale  wiesz  przecież,  że  ona  ściga 

właśnie ciebie? Tobie będzie trudniej... 

Nie dokończył zdania, bowiem Peter wrzasnął: 

- Heike! Nad twoją głową! 

Heike  odruchowo  uskoczył,  Z  belki  w  suficie  zwieszał  się  śliski  węgorz,  czarny, 

połyskujący. 

- No, źle z nami teraz - zawołał Heike, odciągając Petera. - Bo stąd nie ma wyjścia! 

- To niemożliwe, jakieś wyjście musi być! 

-  A  jak  sądzisz,  dlaczego  ci  dwaj tutaj leżą?  Nie,  teraz  już  utknęliśmy  na  dobre.  Ale 

nie mam zamiaru się poddawać. 

Uskoczył znów wraz z Peterem, gdy włosy ponowiły atak. 

- Tengelu! Sol! Marze! - krzyknął. - Nie wiem, co mam robić! 

Słyszał  o  wszystkim,  co  przodkowie  z  Ludzi  Lodu  uczynili dla  swych  potomków,  o 

tym,  jak  pewnego  razu  zauroczyli  kapitana  piratów,  nakazując  mu  wierzyć  w  niesamowite 

wizje, o ich walce o nawrócenie Ulvhedina na dobrą drogę. Ale zawsze mieli do czynienia ze 

zwykłymi, żywymi ludźmi. Teraz było inaczej. 

Anciol to czarownica, zmarła jak oni sami. Musieli działać poprzez Heikego, od niego 

wszystko zależało, od jego umiejętności współpracy z nimi. 

Jasne  było,  że  Anciol  nie  chce  z  nim  zaczynać,  że  czuje  wobec  niego  respekt,  być 

może nawet obawia się jego mocy. 

A  może  raczej  tych,  którzy  za  nim  stoją.  Nie  wolno  mu  przeceniać  własnych 

możliwości! 

Peter  znowu  się  bronił.  Krzycząc  z  całych  sił,  starał  się  uwolnić.  Co  prawda  Heike 

zdołał wyrwać kilka pasem włosów i odrzucić je daleko, ale z ohydnym świstem znów rzuciły 

się na Petera. 

Ani jeden kochanek nie ujdzie przed straszliwą żądzą zemsty Anciol! 

Heike westchnął, poczuł się bezsilny. Tak dłużej nie można, aż nazbyt jasne było, kto 

wygra tę walkę. W końcu chłopcy będą zupełnie wyczerpani, a wówczas zdradzieckie włosy 

zdecydowanie ruszą do ataku. 

Gdyby  tylko  miał  czas,  by  spokojnie  pomyśleć...  Nic  było  jednak  ani  chwili 

wytchnienia, wiedźma nawet na moment nie ustawała w atakach. 

background image

Tak, tak właśnie Heike myślał o włosach: ona, wiedźma. 

W tym momencie zaczęły torować sobie drogę przesłane do jego świadomości myśli. 

Z początku niejasne, niewyraźne, trudne do zrozumienia, z wolna nabierające kształtu. 

„Słońce, Heike, słońce!” 

Niewiele mówiąca była to wskazówka, zwłaszcza tu, w tej ciemnej komnacie! 

Skoncentrował się i wreszcie sobie przypomniał. 

Twierdza  nie  miała  żadnych  okien  czy  bodaj  otworów  wychodzących  na  słoneczną 

stronę. Ani jednego! 

Że też nie pomyślał o tym wcześniej! 

Owszem, gdy patrzyło się na budowlę z dołu, uderzała mnogość zapraszających okien. 

Ale to było jedynie złudzenie jak wszystko inne. Wędrując po zamczysku odkryli, że okna od 

słonecznej strony były ślepe. W żadnym miejscu nie dało się wyjrzeć na dolinę. 

Skąpe światło wpadało do twierdzy od strony wychodzącej na góry, tam gdzie nigdy 

nie było słońca, albo też od pogrążonego w wiecznym cieniu dziedzińca. 

Tak więc wąziutki otwór, jaki znajdował się w tej komnacie, wychodził albo na góry, 

albo na dziedziniec, gdzie dokładnie - to już obojętne. Z pewnością jednak nie na dolinę, w 

której musiało już wzejść słońce. 

Walcząc  o  uwolnienie  słaniającego  się  na  nogach  Petera,  myślał  dalej.  Bacznie 

przypatrywał  się  przeciwległej  ścianie,  która  musiała  według  jego  obliczeń  wychodzić  na 

dolinę. 

Wydawała się nie do ruszenia. Kolosalne kamienne bloki... 

- Dobrze, Heike! - pochwalił go szepcząc wprost do ucha Tengel Dobry. - Jesteś silny, 

poczwórnie silny! 

-  Peterze!  -  zawołał  Heike,  przekrzykując  zduszone  jęki  przyjaciela.  -  Podciągnij  się 

tutaj! I staraj się przez moment wytrzymać! Ja zaraz... 

- Tak! Właśnie ten kamień! - powiedział głos Tengela. - Teraz, szybko! 

Heike podparł ramieniem kamienny blok w ścianie i natychmiast ból przypomniał mu 

o wczorajszym zajściu. Zagryzł jednak zęby i parł dalej. 

Poczuł, jak wzbiera w nim olbrzymia siła. Nie był sam! 

Z gardła Petera dobywał się charkot, chłopak dławił się, walcząc o każdy oddech. 

Kamień zaszurał, zazgrzytał i przesunął się kawałeczek w przód. 

-  Heike!  Pomocy!  -  wykrztusił  Peter  ostatkiem  sił.  -  Nie  dam  już  rady,  tym  razem 

mnie dopadła! 

- Wytrzymaj jeszcze tylko trochę! 

background image

W  tej  samej  chwili  zły  duch  jakby  nagle  zorientował  się  w  poczynaniach  Heikego. 

Cała  masa  włosów  przerzuciła  się  teraz  na  niego,  zatykając  mu  usta  i  nos  i  starając  się  go 

zadusić. 

-  O,  tego  już  doprawdy  za  wiele  -  usłyszał  spokojny  głos  Sol.  -  Słyszysz,  przeklęta 

babo?  Łapy  precz  od  naszego  chłopca!  Marze,  odmów  „modlitwę”,  chłopak  nie  może 

przecież wydusić z siebie ani słowa! 

W komnacie rozległy się niesamowite, monotonne zaklęcia, wypowiadane przez głos, 

który wcale nie był głosem, lecz jedynie ułudą. Język owych zaklęć był tak całkowicie obcy 

Peterowi, iż, półprzytomny, sądził, iż przeniósł się do świata demonów. Ale Heike zdołał się 

uwolnić, włosy bezwładnie opadły z jego twarzy. 

Zaklęcia umilkły. Ciemna, kipiąca masa rzuciła się znów na Petera; nie podejmowała 

już więcej prób unicestwienia mocy Heikego. 

W tej chwili nikt nie miał czasu dla Petera, musiał radzić sobie sam. Był to może dość 

brutalny, lecz niestety jedyny sposób, by go ocalić. 

Heike ponowił próbę. Kamień nagle przechylił się i ze straszliwym łomotem runął ze 

skały aż na samo dno doliny. 

Do  środka  wpadły  ostre  promienie  porannego  słońca,  które  właśnie  wstało  na 

wschodzie; złote, rozgrzewające i tak prawdziwe, że Heike głęboko westchnął z ulgą. 

Nie  tracąc  czasu  rzucił  się  na  pomoc  Peterowi,  całkiem  już  oplątanemu.  Cienkie 

pasma włosów zaczynały przecinać ubranie i wpijać się coraz głębiej w skórę biedaka. 

Heike,  świadom  konieczności  bezwzględnego  działania,  powlókł  przyjaciela  ku 

światłu,  mocno  chwycił  czarne  pasmo  obejmujące  jego  szyję  i  gwałtownym  ruchem 

pociągnął, tak iż cały pęk - każdy, jak sądził, co do ostatniego włosa - oderwał się od ciała 

Petera. Wówczas wyrzucił ohydztwo przez dziurę w murze. 

Nie  poddało  się  ono  dobrowolnie,  o,  nie!  Stawiało  tak  zaciekły  opór,  że  Heikemu 

powiodło się zaledwie częściowo, choć nie tylko jego siły zostały zaangażowane w tę walkę. 

Obrzydliwie  żywa  wiązka  włosów  leżała  na  samym  brzegu  w  dziurze  po  kamieniu. 

Przez moment przerażonemu Heikemu wydawało się, że włosy zwiną się i znów wpadną do 

komnaty, ale było już za późno. Moc słońca zwyciężyła. 

Chłopcy szeroko otwartymi oczyma patrzyli, jak skręcają się w świetle z sykiem, jak 

gdyby się spalały. Długie, połyskliwe włosy kurczyły się niby w ogniu, ostry, nieprzyjemny 

zapach  uderzył  ich  w  nozdrza.  Nie  upłynęła  nawet  minuta,  a  włosy  obróciły  się  wniwecz, 

została po nich jedynie niewielka, lepka plama. 

Peter osunął się na podłogę, z trudem chwytając oddech. 

background image

- Jak się czujesz? - zapytał Heike. 

- Dobrze - jęknął Peter. - Najgorsze już minęło, prawda? Ach, jak mnie wszystko boli! 

I tak mnie mdli! 

-  Nic  dziwnego,  musi  cię  boleć.  Całe  ciało  masz  pokryte  długimi,  czerwonymi 

pręgami. 

Heike podszedł do kamiennej ściany i badał ją palcami. 

-  Twierdza  stoi  jak  stała  -  stwierdził  z  niedowierzaniem.  -  Peterze...  Wybacz  mi 

obcesowe pytanie, ale czy nadal... Czy ciągle jeszcze masz... Wiesz, o co mi chodzi? 

Peter z zażenowaniem skinął głową, usiłując dłońmi zasłonić swój wstyd. 

- I ci zmarli mężczyźni również. To ogromnie niepokojące. Tak, bardziej przerażające, 

niż mogę wyrazić! 

- O czym mówisz? 

- Można z tego wyciągnąć tylko jeden wniosek, prawda? 

- Jaki? - spytał Peter i niemal w tej samej chwili krzyknął przerażony. 

Heike  zaraz  zobaczył,  co  się  stało.  Pojedynczy  włos,  ostatni,  owinął  się  wokół  szyi 

chłopaka  i  zacisnął  tak  mocno  jak  napięta  struna  skrzypiec.  Heike  nie  mógł  sobie  z  nim 

poradzić, włos wyślizgiwał mu się spomiędzy palców. Peter posiniał już na twarzy, gdy znów 

rozległ się monotonny, gardłowy głos. Włos rozluźnił uścisk. Heike zdołał nawinąć go sobie 

na dłoń i wynieść na słońce. Spalił się z sykiem. Odrażający napastnik przestał istnieć. 

Peter oddychał z trudem: 

- No więc jaki wniosek należałoby wyciągnąć? 

-  Że  Anciol,  którą  Sol  nazwała  przeklętą  babą,  nadal  żyje.  Jeśli  oczywiście  można 

mówić  o  życiu,  gdy  ma  się  do  czynienia  z  upiorem.  Wskazuje  na  to  fakt,  że  nic  się  nie 

zmieniło. Musimy ją odnaleźć, Peterze! 

- Ale czy ona... nie leżała w tym łożu? 

-  Tak,  w  swym  własnym  ślubnym  łożu!  Do  niego  zaciągała  wszystkich  kochanków. 

Ale  teraz  na  pewno  już  jej  tam  nie  ma.  Obawiam  się,  że  czeka  cię  kolejny  wstrząs.  To 

nieuniknione. Muszę ci pokazać, co widziałem wczoraj rano. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

- Nie chcę już więcej żadnych wstrząsów - stwierdził Peter, ledwie powstrzymując się 

od płaczu. - Chcę się stąd wydostać! Ale jak my wyjdziemy? 

Dobre  pytanie,  pomyślał  Heike,  nie  mogli  bowiem  zostać  w  tych  dwu  małych 

komnatach, a oba wyjścia były na amen zamknięte. 

Heike  zdążył  już  sprawdzić  jedne  i  drugie  drzwi.  Najpierw  te  w  zewnętrznej 

komnacie, te, które od strony korytarza naznaczone były magicznymi runami. Potem drugie. 

Stąpał koło nich ostrożnie, by ominąć trupy. Jak można się było spodziewać, drzwi okazały 

się zamknięte, i to tak, jakby nigdy ich nie otwierano. Ale Peterowi nie podobał się sposób, w 

jaki Heike się o nie opierał, jak gdyby nasłuchiwał albo... 

- Co się stało, Heike? 

-  Ciiicho!  Wyczuwam  trzy  rzeczy.  Po  pierwsze,  tutaj  najwyraźniej  słychać  owe 

przytłumione  trzaski  i  szelesty.  Po  drugie,  czuje  się  tu  przeciąg,  dochodzący  jak  gdyby  od 

dołu.  A  po  trzecie,  aż  nos  mi  zatyka  ten  wstrętny  odór,  z  pewnością  właśnie  tędy  się 

wydostaje. 

- Chcesz powiedzieć, że tu znajduje się jądro twierdzy? 

- Tak. A może raczej należałoby powiedzieć: jądro wszelkiego zła? 

- Heike, chyba nie mam ochoty tędy przechodzić! 

- Ja także. Ta droga nie prowadzi do wyjścia, lecz dalej w głąb, do środka. 

- Może w dół, do samego piekła? 

- Jeśli chcesz, możesz to tak nazwać. 

- Ale jak się stąd wydostaniemy? 

Peter naprawdę był bliski łez. 

Ale Heike nie rezygnował, już położył się na brzuchu w dziurze, która pozostała po 

kamieniu, by poszukać jakiejś drogi wyjścia. Peter zauważył, że Heike bardzo uważa, by nie 

dotknąć lepkiej plamy. 

W końcu Heike wsunął się z powrotem do komnaty. 

- To da się zrobić - rzekł z wahaniem. - Tuż poniżej jest gzyms, ale straszliwie wąski. 

- Nie ma innej rady. Każdą możliwość wydostania się stąd trzeba przyjąć z otwartymi 

ramionami. Czy daleko do ziemi? 

-  Nie,  dalej,  z  boku,  nie.  Ale  w  tym  miejscu  dolina  jest  bardzo,  bardzo  głęboka. 

Podejrzewam, że właśnie stąd Anciol rzuciła się w dół, oczywiście z samego szczytu murów. 

background image

- Bardzo proszę, nie wspominaj tego imienia  - Peter zadrżał. - I tak jestem już bliski 

utraty zmysłów, chyba to rozumiesz? 

- Naturalnie, wybacz mi moją bezmyślność! 

Nie było na co czekać, postanowili więc ruszyć natychmiast. Peter jako pierwszy, nie 

mógł  bowiem  znieść  myśli,  że  pozostanie  choćby  przez  moment  sam  we  wnętrzu  upiornej 

budowli. On także starał się nie dotknąć obrzydliwej plamy. 

Heike pomógł mu stanąć na gzymsie. 

- Wszystko w porządku? 

- Tak - odparł Peter. - Na razie. Ale w jaki sposób zdołamy zejść na ziemię? Czego się 

trzymać? 

-  Rozglądaj  się  za  nierównościami  w  murze!  Za  szczelinami  i  występami.  Musimy 

przejść tylko kawałeczek, zaledwie parę łokci. 

-  Zaczekam  na  ciebie  -  Peter  nie  śmiał  podejmować  tak  ryzykownej  wyprawy 

samodzielnie. 

Heike nie bez ulgi opuścił twierdzę i rozpoczęła się żmudna przeprawa. Balansowali 

jak na linie, cały czas z sercem w gardle. 

Nigdy dotąd nie pokonywali tak krótkiego odcinka przez tak długi czas. A kiedy Peter 

i zaraz za nim Heike nareszcie mogli zeskoczyć na zbocze, w milczeniu podali sobie ręce i 

razem ruszyli ku płaskiemu terenowi przed bramą. 

-  Jak  to  możliwe,  by  takie  piękne  zamczysko  kryło  w  sobie  tyle  zła?  -  zadumał  się 

Peter. 

Na jego twarzy nadal odbijały się przeżyte chwile grozy i szaleństwa; wciąż nie mógł 

zapanować nad głosem. 

-  Piękne?  -  powtórzył  Heike.  -  Poczekaj,  aż  zabierzemy  z  gospody  mandragorę, 

ujrzysz wówczas twierdzę taką, jaka jest naprawdę. 

-  Jeśli  dojdę  do  gospody,  to  nigdy,  przenigdy  tu  nie  wrócę  -  zapewnił  Peter  z 

niezwykłym przekonaniem w głosie. 

- I ja także nie - rzekł Heike zadumany. - Ja także nie, nie zniósłbym tego. Ale w jaki 

sposób zdołamy pokonać czarownicę? Trzeba to zrobić teraz. Nie możemy wejść do środka 

tak  jak  poprzednio.  Nie  jestem  w  stanie  tego  zrobić.  Brama  jest  zamknięta,  wspinaczka  na 

dach była niebywale trudna. Nie mam zamiaru tego powtarzać! 

Podświadomie zaczęli schodzić w dół ścieżką oświetloną porannym blaskiem słońca, 

nie mieli odwagi zostać w tym miejscu ani chwili dłużej. 

-  Ale  Feodora?  Księżniczka?  Nic  z  tego  nie  rozumiem,  Heike.  Wszyscy  przecież 

background image

mówili, że Feodora jest czarownicą. Czy to znaczy, że były dwie czarownice? I co się z nią 

stało? 

- Nie było dwóch czarownic, Peterze, były natomiast dwie księżniczki. Anciol to także 

księżniczka,  lecz  ani  ty,  ani  ja  nie  zastanawialiśmy  się  nad  tym.  Sądziliśmy,  że  Nicola  jest 

niczemu  niewinną  dziewczyną  z  tych  okolic. Ale  kiedy  Zeno  i  inni mieszkańcy  miasteczka 

mówili o czarownicy i księżniczce, nigdy nie wymieniali przy tym imienia Feodory. Myśleli o 

Nicoli. Ale skąd my mogliśmy o tym wiedzieć? 

Peter dyskretnie otarł ręką oczy. 

- Ale gdzie ona teraz jest? - zapytał niewyraźnie. 

-  Feodora?  Jeszcze  tego  nie  zrozumiałeś?  -  zapytał  Heike  ze  zdumieniem.  -  Nie 

pojąłeś, że sam uwolniłeś ją od uroku, który najprawdopodobniej rzuciła na nią Anciol? 

- Ja? 

-  Tak.  Kiedy  położyłeś  swój  krzyżyk  w  jej  grobie,  wówczas  odnalazła  spokój.  To 

musiała  być  „nasza”  Feodora.  Natychmiast  zniknęła  z  twierdzy  i  Nicola  nie  na  żarty  się 

zaniepokoiła, prawda? 

- Tak, masz rację. Wiesz, ja, który umiem czytać i pisać, powinienem był zrozumieć, 

kim była Anciol. Jeśli A z początku przeniesie się na koniec jej imienia i zamieni na miejsca I 

i C, to wyjdzie z tego dokładnie Nicola. Poza tym i wiekiem także lepiej pasowała na pannę 

młodą, prawda? 

Heike  milczał.  On  przecież  nie  znał  liter.  Co  prawda  także  zastanawiał  się  nad 

podobieństwem  imion,  ale  coś  mu  się  jednak  nie  zgadzało.  Nie  wiedział,  że  w  jednym 

przypadku C wymawia się jak C, a w drugim jak K. Niełatwo to zrozumieć komuś, kto nie 

umie czytać. 

Peter ciągnął podniecony: 

-  Pomyśl  tylko,  że  mój  krzyżyk  mógł  pomóc  udręczonej  duszy.  Jednak  na  coś  się 

przydałem. 

- Nie poradziłbym sobie bez ciebie. 

-  Beze  mnie  nigdy  byś  nie  wpadł  w  takie  tarapaty  -  sucho  przerwał  mu  Peter.  -  Ale 

wobec tego Feodora musiała być zjawą? 

- Tak, ona była zjawą. To Anciol jest upiorem. 

- A woźnica? 

- Nie wiem nic o nim ani o jego ekwipażu. Zgaduję jednak, że był związany z Nicolą 

w ten sam sposób co Feodora, musiał jej służyć. 

-  A  kruki?  -  Peter  śledził  wzrokiem  parę  krążących  wysoko  ptaków.  -  One  mnie 

background image

zwiodły. 

- Mnie także. Słowa o skrzydłach kruka nawiązywały jedynie do włosów upiora. 

-  Uff,  nie  przypominaj  mi  o  tym  -  zadrżał  Peter.  -  Czy  wiesz,  że  ja  sam,  dureń, 

paplałem o tym, że jej włosy błyszczą równie pięknie jak skrzydła kruka? Nie umiejąc dodać 

dwa do dwóch! 

-  Chyba  można  ci  to  wybaczyć  -  uśmiechnął  się  Heike.  -  Nie,  myślę,  że  ptaki  to 

zwyczajne kruki, być może mają za zadanie szpiegować dla Anciol, ale to tylko domysły. 

Peter pokiwał głową. 

- Jak sądzę, dość bliskie prawdy. 

Jeszcze  nie  doszedł  do  siebie.  Szczególnie  trudno  było  mu  mówić  o  chwilach 

miłosnych uniesień, jakie spędził z Nicolą. Heike doskonale go rozumiał. 

-  A  ludzie  z  miasteczka?  -  zapytał  Peter.  -  Dlaczego  żyją  tutaj  w  ciągłym  strachu? 

Dlaczego nie opuszczą doliny? 

- Podejrzewam, że nie mogą. Myślę, że las ich nie puszcza. 

- Chcesz powiedzieć, że zagradza im drogę, zamyka dolinę? Że nie ma stąd żadnego 

wyjścia? 

-  Tak  właśnie  uważam.  Istnieje  jedynie  droga  prowadząca  do  środka,  taka  jak 

otworzyła się przed nami. Niczym morskie anemony, słyszałeś o nich? To stworzenia, które 

żyją na dnie  morza, otwierają  swe przepiękne, przypominające  kwiaty  kielichy, zapraszając 

do środka niczego nie podejrzewające ryby, a potem kielich się zamyka. Ryba nie może się 

wydostać, a anemon najada się do syta. 

-  Opowiadasz  makabryczne  historie,  Heike.  -  Peter  był  wzburzony.  -  Ale  w  jaki 

sposób my się wydostaniemy? 

-  Dlatego  właśnie  musimy  unieszkodliwić  upiora.  Dla  własnego  dobra  i,  rzecz  jasna, 

dla dobra mieszkańców miasteczka. 

Znajdowali się teraz na niewielkim płaskim terenie, mniej więcej w połowie drogi ku 

łąkom. Przystanęli i popatrzyli w górę na majestatyczną budowlę twierdzy. 

-  Upiór  -  powiedział  Heike  w  zamyśleniu.  -  Gdzieś  tutaj  odłożyłem  w  nocy  kołek  i 

młotek. Muszę rozprawić się z czarownicą Anciol teraz, za dnia, kiedy jeszcze jest bezbronna. 

- Ale przecież miałeś nie wracać do twierdzy - ostro zaprotestował Peter. 

-  Nie  do  takiej  twierdzy,  jaką  teraz  widzimy  -  odparł  Heike.  -  Spotkalibyśmy  wtedy 

wdzięczną  i  powabną  Nicolę,  taką,  jak  widzieliśmy  ją  wczoraj.  Nic  byśmy  nie  mogli  jej 

zrobić,  choć  co  prawda  jest  teraz  sama,  Feodora  spoczywa  w  pokoju.  Nie,  muszę  ujrzeć 

prawdziwą twierdzę. 

background image

-  Prawdziwą  twierdzę?  Nie  rozumiem,  o  czym  mówisz  -  Peter  zaczynał  się 

niecierpliwić. 

Heike westchnął. 

-  Jedynie  mandragora  jest  dostatecznie  silna,  by  zniszczyć  fałszywy  obraz.  A  ja  nie 

mam ochoty... 

Zastanawiał się przez chwilę. 

-  Chyba  że...?  Moi  sprzymierzeńcy!  -  zawołał  cicho.  -  Czy  jeszcze  tu  jesteście? 

Możecie się na coś przydać? Czy posiadacie dostateczną moc, by zerwać zasłony z naszych 

oczu? Czy jesteście silniejsi od Anciol? 

Odpowiedzią był cichy śmiech kilku osób. 

- Zrozumieliśmy prowokację! - zawołała żartobliwie Sol. 

-  Będzie,  jak  sobie  życzysz  -  powiedział  Tengel.  -  Ale  czy  twój  przyjaciel  zniesie 

prawdę? 

Heike starał się nakłonić Petera, by sam wrócił do gospody, ale chłopiec za wszelką 

cenę pragnął teraz zachować się lojalnie wobec przyjaciela. Twierdził, że musi odpokutować. 

Z  miejsca,  w  którym  stali,  roztaczał  się  doskonały  widok  na  twierdzę.  Stąd  droga 

zakrętami schodziła w dół ku dolinie. 

-  Przyjrzyj  się  teraz  dokładnie,  Peterze  -  zapowiedział  Heike.  -  Bo  już  ostatni  raz 

widzisz twierdzę w pełnej krasie. Teraz nastąpi powrót do gorzkiej rzeczywistości. 

- Nie chcę jej oglądać! - wyrwało się Peterowi. Odwrócił się plecami, a Heike wbił w 

niego wzrok, prosząc, by przyjaciel wziął się w garść. 

Kiedy razem spojrzeli na twierdzę, Peterowi zaparło dech w piersiach i musiał złapać 

Heikego za ramię, by się nie przewrócić. Heike widział ten przerażający obraz już wcześniej, 

lecz mimo to był równie głęboko wstrząśnięty. 

Same  już  tylko  dźwięki  budziły  grozę.  Jakby  całe  stado  padlinożernych  ptaków 

unosiło się nad doliną, skrzek i wrzask echem odbijał się od skał. A spoza ptasich krzyków 

przedostawał się jeszcze inny odgłos, ten, który wielokrotnie przedtem już słyszeli, tym razem 

głośniejszy. 

Trzask i szelest korzeni wijących się wśród liści, torujących sobie drogę. 

A widok! 

Peter otwierał oczy coraz szerzej i szerzej. 

- Boże - szepnął. - Święty Boże, co to takiego? 

Widok,  jaki  roztaczał  się  przed  nimi,  był  całkowicie  niepojęty,  trudno  go  opisać 

słowami.  Z  tego,  co  z  pewnością  było  kiedyś  zachwycającą  budowlą,  pozostały  zaledwie 

background image

resztki murów. Na oczach chłopców ciągle jeszcze sypały się w dół kamienie i ogromne bloki 

skalne,  toczyły  się  w  głąb  doliny.  Kikuty  ścian,  wyszczerbione  mury  niczym  szczęka 

potwora...  Zrozumieli,  jak  wiele  czasu  musiało  upłynąć  od  chwili,  gdy  twierdza  była 

zamieszkana. Setki lat! 

Nie to jednak było najgorsze. 

Z  postrzępionych,  wyszczerbionych  ruin  wylewała  się  masa  tak  straszliwa,  że  nigdy 

im się o czymś takim nie śniło. To był las, ten ohydny, przerażający las, który tu właśnie brał 

swój początek, tu miał swoje jądro. Nie było więc wcale tak, jak kiedyś sądzili - że to las stara 

się  przysunąć,  przekraść  jak  najbliżej  twierdzy.  On  właśnie  z  niej  wyrastał,  z  trzaskiem  i 

jękiem  rozprzestrzeniał  się  coraz  dalej  i  dalej,  zagarniając  nowe  obszary.  Otoczył  już  całą 

dolinę, pochłonął miasteczko w dole i wkrótce w swej nieprzerwanej wędrówce naprzód miał 

dotrzeć także do Targul Stregesti. 

I jeszcze ta straszna mgła unosząca się z jądra twierdzy. Widzieli snujące się opary, 

wyczuwali odór: mdły, duszący zapach śmierci. Odruchowo uskoczyli w tył. 

- Och, nie - szepnął Peter, pozieleniały na twarzy. - Och, nie, to nie może być prawda! 

- To właśnie jest najprawdziwsza prawda. I mam teraz zamiar tam pójść, z kołkiem i 

młotkiem... 

- Nie, nie wolno ci! Chodź, musimy stąd uciekać! 

- Dokąd? Nie przedrzemy się przez las. Chcesz umrzeć, zduszony przez gałęzie? 

- Czy twoi przyjaciele nie pomogą nam się wydostać? 

- Oni mają swoje poczucie honoru i ja także. A Mira? A mieszkańcy miasteczka? Czy 

mamy ich zostawić na pastwę okrutnego losu? 

Peter wyprostował się, raz po raz przełykał ślinę. Oczy podejrzanie mu błyszczały. 

- Idę z tobą. 

Heike zawahał się. 

-  Prawdopodobnie  poradziłbym  sobie  lepiej,  gdyby  nie  ciążyło  na  mnie  poczucie 

odpowiedzialności za ciebie. Ale potrzebuję cię, Peterze, jestem teraz tak bezradny i samotny. 

- No, no, z tego co wiem, nie zostałbyś sam - mruknął Peter. - Ale rozumiem, o czym 

mówisz. Chodź, idziemy! 

Heike  wziął  głęboki  oddech  i  ruszyli  ku  straszliwemu  zjawisku.  Trudno  było  na  ich 

twarzach odnaleźć bodaj odrobinę zapału. 

- Heike, muszę ci się do czegoś przyznać. Wczoraj byłem o ciebie tak niewiarygodnie 

zazdrosny,  ponieważ  Nicola...  Ach,  Boże,  jakże  brzydzi  mnie  wymawianie  tego  imienia! 

Ponieważ  Nicola  rozmawiała  z  tobą,  gdy  już  wychodziliśmy,  i  prosiła,  byś  wrócił  do 

background image

twierdzy. 

-  Nie  było  powodu  do  zazdrości  -  krzywo  uśmiechnął  się  Heike.  -  Jej  nagłe 

zainteresowanie moją osobą wzięło się stąd, że wyraziłem chęć odwiedzenia cmentarza. 

-  To  prawda,  ostrzegała  nas,  byśmy  tam  nie  szli.  Twierdziła,  że  możemy  paść  ofiarą 

złych duchów. To oczywisty nonsens! 

-  Naturalnie!  Obawiała  się,  że  odnajdziemy  grób  Feodory  i  pokonamy  moc 

czarodziejskiego uroku, jaki ona sama rzuciła. I dokładnie tak się stało. 

-  Pytała  mnie  później,  czy  znaleźliśmy  coś  na  cmentarzu.  Powiedziałem,  że  nic, 

absolutnie nic. 

- Mądrze postąpiłeś - pochwalił go Heike. - A to, że chciała, bym wrócił do twierdzy... 

Myślę,  że  moja  osoba  zasiała  w  niej  niepewność.  Zorientowała  się,  że  wspierają  mnie 

niebezpieczne moce, i chciała trochę powęszyć. 

- Z pewnością! Ale czy pamiętasz, jak siedzieliśmy w karczmie pierwszego wieczoru? 

Przybyły damy i zaraz w drzwiach zawróciły. 

-  Tak,  z  powodu  mandragory.  To  właśnie  mnie  zwiodło.  Bo  przecież  to  Feodora 

zareagowała tak szybko! 

- Mówisz tak, bo nie patrzyłeś wtedy na Nicolę. Za to ja nie spuszczałem z niej oczu. I 

to  ona  powiedziała  coś  cicho,  ale  stanowczo  do  ciotki.  Wówczas  Feodora  odwróciła  się  i 

wypchnęła dziewczynę przed sobą. 

-  Ach,  tak!  To  wiele  wyjaśnia!  A  zatem  to  Nicola  nie  mogła  znieść  obecności 

mandragory.  A  tak  w  ogóle,  „ciotka”...  Ciekaw  jestem,  w  jakim  stopniu  były  ze  sobą 

spokrewnione, to dość interesujące. Ale pewnie nigdy się tego nie dowiemy. 

Znaleźli się już na górze przy twierdzy i ze zgrozą popatrzyli na panujący wokół niej 

chaos. Korzenie wijące się pośród ruin, opary spowijające wszystko w niesamowitej mgle... 

- Jakże chciałbym mieć przy sobie mandragorę - westchnął Heike. 

- Cicho, tchórzu, masz przecież nas - rozległ się wesoły szczebiot Sol. - No, dalej, do 

roboty! Czas płynie, a dzień nie będzie trwał wiecznie! 

Chłopcy  byli  tego  świadomi.  Wraz  z  nastaniem  ciemności  budziła  się  na  nowo  moc 

upiora. 

Po bramie został jedynie ślad w postaci przerwy w murze. Wypełniały ją jednak pnie 

drzew i pełzające po ziemi korzenie. 

- Tędy, kawałek dalej, możemy wejść do środka - stwierdził Peter, już spokojniejszy, 

przynajmniej na pozór. 

Doszli do tego miejsca, wdrapując się na rozsypane kamienie. 

background image

- O, do licha! - zdenerwował się Peter. - Spójrz na tę gmatwaninę! Jak zdołamy się w 

tym połapać? Jak się nie zaplątać? 

Odór  był  nie  do  zniesienia.  Korzenie  i  cieńsze  konary  zdawały  się  żywe,  w  każdej 

chwili gotowe przypuścić atak i pochłonąć chłopców. 

Heike zastanawiał się nad czymś. 

-  Pamiętasz,  że  kiedy  stałem  na  dachu,  przez  moment  mogłem  spojrzeć  przez  całą 

twierdzę na przestrzał? 

- Wspomniałeś o tym. 

-  Nie  interesuje  cię,  co  widziałem  w  twojej  komnacie?  Właśnie  wtedy  ujrzałem 

prawdziwy obraz ciebie i jej, leżących w łożu z baldachimem, nie fałszywy omam. 

Peter odwrócił się i spoglądał z wyczekiwaniem. 

- A więc...? 

Kącik ust Heikego zadrgał nerwowo. 

-  Najpierw  zobaczyłem  twoje  ubranie,  ułożone  na  porośniętym  mchem  kamieniu. 

Później popatrzyłem na ciebie. Leżałeś na ziemi, przykryty świerkowymi gałęziami. 

- Nic dziwnego, że zmarzłem - ironicznie zauważył Peter. - A... ona? 

-  Nie  zdążyłem  przyjrzeć  się  jej  dokładnie,  zauważyłem  tylko,  że  nie  jesteś  sam  w 

„łożu”. 

-  Ach,  tak!  A  teraz  chcesz  powiedzieć,  że  mamy  szukać  kamienia,  i  w  ten  sposób 

trafimy do tej komnaty. 

- Tak, ale to właściwie zbędne. Wiemy przecież, w którym miejscu wybiliśmy dziurę 

w murze. Niedaleko stamtąd powinno znajdować się jądro twierdzy. Za tamtymi zamkniętymi 

drzwiami musi być zejście do piwnic. 

- Czy nie mówiono ci, że Anciol została pochowana w piwnicy? 

- Tak właśnie przypuszczano. Musimy odnaleźć jej grób. 

Rozmawiali  nie  ustając  we  wspinaczce  wśród  skalnych  odłamków  i  plątaniny 

oślizłych korzeni i gałęzi. 

-  Wiesz,  Heike,  zastanawiam  się,  czy  Feodora  czasami  nie  próbowała  się  sprzeciwić 

swej złej władczyni. 

-  Jestem  o  tym  przekonany.  Na  pewno  nie  raz  dochodziło  do  ostrych  kłótni.  Och, 

chyba  nigdy  nie  odnajdziemy  właściwej  drogi.  -  Heike  z  rezygnacją  popatrzył  na 

wszechogarniający chaos. - W jaki sposób zdołamy odkryć jakąkolwiek piwnicę? 

- Niestety, chyba masz rację - przyznał Peter. 

Zadanie  wydawało  się  zaiste  nadludzkie.  Gdziekolwiek  znajdowała  się  Anciol, 

background image

obwarowała się znakomicie. 

-  To  podobno  normalne  -  stwierdził  Peter.  -  Słyszałem,  że  wampiry  postępują  tak 

samo. Niemożliwością jest odnalezienie ich grobów. 

- Ale nie mamy do czynienia z wampirem. 

- Niedaleko jej do tego - mruknął Peter i Heike musiał przyznać mu rację. 

Ogarnęło  ich  zniechęcenie  i  właściwie  już  skłonni  byli  się  poddać.  Kopanie  i 

przerąbywanie  się  przez  taką  gęstwinę  wydawało  się  całkiem  bez  sensu,  ani  trochę  nie 

przybliżało ich do celu, zwłaszcza że mieli na to tylko jeden dzień. 

Ale nagle całkiem nieoczekiwanie wydarzyło się coś dziwnego. 

Daleko  przed  sobą  ujrzeli  wysoki,  wąski  cień.  Był  to  naprawdę  jedynie  cień,  ale 

zdawało się, że na nich czeka. 

Stał  osłonięty  mrokiem  muru,  jakby  obawiał  się  ostrego  słońca.  Stanowił  jedynie 

ciemniejszą smugę. 

- Chodź, Peterze - rzekł Heike niemal bezgłośnie. 

Peter zawahał się, ale powoli ruszył za przyjacielem. 

Gdy się zbliżyli, Peter ujrzał, jak Heike kłania się cieniowi. Cień odkłonił się i ruchem 

dłoni wskazał na splątane gałęzie. Zaraz potem zniknął. 

- To przyjaciel czy wróg? - zapytał Peter, gdy kierowali się we wskazane miejsce. 

- Woźnica - krótko odparł Heike. - I gotów jestem oddać duszę w zastaw, że widzi w 

nas swych wybawców. 

Nie  było  czasu  na  dalsze  rozważania.  Przed  sobą  ujrzeli  wąską  jamę  prowadzącą 

gdzieś w głąb. 

Popatrzyli po sobie. Czy będą mieli dość odwagi? 

Heike skinął głową i zaczął spuszczać się w dół. Peter za nim, święcie przekonany, że 

gałęzie zaraz zasuną się za nimi, chwytając ich w pułapkę. Nie miał odwagi obejrzeć się za 

siebie. 

Schodzenie  w  dół  okazało  się  wcale  niełatwe.  Kilkakrotnie  omal  się  całkiem  nie 

zakleszczyli, ale nie zrezygnowali. I wkrótce stanęli na twardym gruncie. 

Kiedy Heike nogą odsunął nasiąknięty wodą mech, wyłoniła się spod niego kamienna 

posadzka. Trudno właściwie powiedzieć, że chłopcy stali, musieli kucać, a miejscami nawet 

się czołgać. 

Nagle Peter krzyknął: 

- Heike! Spójrz! 

Niedaleko  od  nich  leżały  zwłoki  dwóch  Francuzów,  dokładnie  w  takiej  pozycji,  jak 

background image

widzieli je wcześniej, tyle że teraz w nieco innym otoczeniu. 

-  No,  cóż,  wiemy  więc,  gdzie  są  drzwi  -  powiedział  Heike.  -  Musiały  być  tutaj,  tuż 

przy dłoni starszego z mężczyzn... 

-  I  tu  jest  zejście  w  dół!  -  zawołał  Peter.  -  Po  drugiej  stronie  drzwi,  tak  jak 

przypuszczaliśmy! 

W kamiennej podłodze zionęła jama. Być może kiedyś w dół prowadziły schody, teraz 

nie było już niczego. Jedynie otchłań. 

-  Czy  naprawdę  musimy  tam  zejść?  -  szepnął  Peter.  -  A  w  jaki  sposób  wrócimy  na 

górę? 

Heike  rozejrzał  się  dokoła.  Nie  ufał  pełzającym,  płożącym  się  gałęziom.  Na  nie 

rzucone były czary. Jej czary. 

- Sprawdzimy najpierw, jak tu głęboko! 

Wyszukał odpowiednio duży kamień i wrzucił go w otwór. Łomot rozległ się bardzo 

szybko. 

-  Pomagając  sobie  nawzajem  poradzimy  sobie  z  wyjściem  -  oświadczył.  -  Chodź! 

Trzymaj mnie mocno za rękę, spróbuję spuścić się w dół! 

Peter jęknął ze strachu, ale usłuchał Heikego. Wkrótce z dołu dobiegło wołanie: 

-  Chodź,  wszystko  w  porządku.  Tylko  strasznie  tu  ciemno!  Co  prawda  tego  właśnie 

należało oczekiwać. Mamy do czynienia z istotami, które panicznie boją się światła. 

Peter  życzyłby  sobie,  by  Heike  tak  wyraźnie  nie  okazywał  braku  szacunku  dla 

przeciwnika, ale nagle uderzyła go pewna myśl. 

-  Heike,  mam  przy  sobie  krzesiwo!  Czy  rozpalić  ogień  tu  na  górze?  Chciałem 

powiedzieć, w słońcu, ale, doprawdy, nie ma go za wiele. 

- Niech cię Bóg błogosławi, chłopcze! Ale pospiesz się, nie czuję się tu najlepiej. Nie 

wiem, co mam wokół siebie. 

Nerwowo, drżącymi palcami Peterowi udało się zsunąć na kupkę trochę suchych liści, 

znalazł  też  kawałek  drewna,  który,  jak  się  wydawało,  nie  pochodził  z  diabelskiego  lasu. 

Najpierw zatliły się liście, zaraz potem rozżarzyło się drewienko. 

- Już idę! 

Skoczył do dziury, ufając, że Heike wie, co robi. 

Kiedy blask prymitywnej pochodni rozświetlił kryptę Anciol, chłopcy zastygli w pół 

ruchu. Skamienieli. Pomieszczenie było co prawda niskie, ale dosyć spore. To, co się w nim 

znajdowało, przerastało granice najbardziej chorej wyobraźni. 

Na  samym  środku  omszałej  kamiennej  posadzki  stał  wielki  sarkofag  z  żelaza  albo 

background image

ołowiu,  chłopcy  nie  mogli  rozpoznać  materiału.  Kiedyś  pokrywa  sarkofagu  musiała  zostać 

szczególnie starannie przymocowana, nadal widoczne były tego ślady. Ale pieczęcie zostały 

złamane - od środka! Pokrywę zwalono na podłogę. 

Wewnątrz metalowego sarkofagu znajdowała się nieco mniejsza drewniana trumna, a 

z jej ścian wyrastały długie czułki, wijące się z trzaskiem w ciągłym ruchu. Jądro lasu! Tutaj 

znajdowały się główne korzenie, stąd rozprzestrzeniały się coraz dalej i dalej. Już dawno temu 

przedarły się przez sufit i kamienne ściany, pochłaniając coraz większe obszary. Olbrzymie 

pnie, drzewo-matka! Żywiące się zawartością trumny i... 

Peter znów odczuł falę mdłości. Wokół trumny leżały stosy ludzkich zwłok. Niektóre 

były już tylko szkieletami, na innych trzymały się jeszcze resztki mięśni i skóry. Ale wszędzie 

wpijały się w nie owe straszliwe korzenie, wyrastające z trumny. 

-  Las  żywi  się...  -  niedowierzająco  zaczął  Peter  z  twarzą  ściągniętą  grymasem 

obrzydzenia. 

- Tak - przerwał mu Heike. - Ale ci dwaj Francuzi są jeszcze dostatecznie świeży, by... 

dało się ich wykorzystać. Nie marnujmy czasu, bierzmy się do roboty, Peterze! 

Heike podszedł do trumny. Peter musiał wytężyć całą siłę woli, by pójść w jego ślady. 

Kiedy  przecisnęli  się  wreszcie  między  korzeniami  i  gałęziami,  Peter  poświecił  do 

wnętrza trumny. Z ust wyrwał mu się okrzyk przerażenia. 

W drewnianej skrzyni leżała z przymkniętymi oczami jego najdroższa Nicola. Z jedną 

tylko drobną różnicą w wyglądzie... 

Peter  usłyszał  gdzieś  koło  siebie  perlisty  śmiech,  Zrozumiał,  że  to  towarzyszka 

Heikego,  którą  nazywał  imieniem  Sol.  Śmiech  był  szczery,  nieopanowany  i  niezwykle 

zaraźliwy.  Peter  zobaczył,  że  Heike  się  uśmiecha,  w  końcu  i  jemu  samemu  zadrgały  kąciki 

ust. 

Nicola, czy raczej Anciol, bo przecież tak naprawdę miała na imię, leżała w trumnie 

całkiem  naga.  Skończenie  piękna,  budząca  pożądanie.  Ale  włosów,  swej  najważniejszej 

ozdoby, już nie miała. 

Sol zanosiła się śmiechem. 

- Ach, nigdy nie widziałam czegoś zabawniejszego! - szczebiotała. - Ta niebezpieczna 

kusicielka całkiem łysa! 

Wtedy Anciol otworzyła oczy. Nie mogła się poruszyć, nie mogła nic zrobić, ale jej 

nienawistny  wzrok  utkwiony  był  w  Sol,  która  ukazała  się  teraz  u  boku  Heikego  wraz  z 

dwoma mężczyznami o niezwykłym wyglądzie. Peter nie spuszczał z nich oczu. 

-  Dzie-dzie-dzie-dzień  dobry  -  wyjąkał  onieśmielany.  -  Sol...  Jesteś  najpiękniejszą 

background image

kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem! Jakie przecudne włosy! 

Komplement jeszcze bardziej rozbawił Sol. 

- Słyszałaś, stara diablico? Tak, tak, widzę, że gdyby wzrok  mógł zabijać, byłoby ze 

mną źle. Ale, rozumiesz, ja już umarłam, więc z twojej strony nic mi nie grozi! Podczas gdy 

ty... ty nie umarłaś, upiorze! 

Peter niemal zapomniał o straszliwej istocie w trumnie. Nie mógł oderwać wzroku od 

przodków  Heikego.  Heike  także  spoglądał,  oniemiały.  Stali  tak,  wpatrując  się  w  sobowtóra 

Heikego, tylko nieco starszego. 

- Tengel Dobry? - szepnął Heike. 

-  Tak, to ja. Jak  widzisz, nie ty  jeden przeżywałeś udręki  z powodu swego wyglądu. 

Moje  dzieciństwo  i  młodość  także  były  naznaczone  cierpieniem.  Ale  jakoś  udaje  nam  się 

przetrwać. Kiedy już pozyskamy ludzki szacunek, rany się zabliźniają, już tak nie bolą. 

Heike pokiwał głową. Obaj chłopcy przenieśli wzrok na drugiego mężczyznę. 

- Demon? - szeptem zapytał Peter, mimowolnie dając krok do tyłu. 

- To Mar - odparł Tengel Dobry. - Podpora Shiry, mistrz w zaklinaniu duchów. A tutaj 

jego umiejętności mogą się bardzo przydać! 

- Tak - odparł Heike całkowicie oszołomiony. 

Wokół nich znów bulgotało z sykiem, trzeszczało i skowyczało, wszystko rosło na ich 

oczach, wiło się bez przerwy. 

- Kiedy już będzie po wszystkim, uciekajcie, chłopcy. Uciekajcie stąd najszybciej, jak 

się  da!  -  ostrzegł  Tengel.  -  Inaczej  możecie  zostać  tu  żywcem  pogrzebani,  bez  możliwości 

odwrotu. 

- Będziemy o tym pamiętać - zapewnił Heike. - Ale wyjaśnij, kto wskazał nam drogę 

tutaj? Ta woźnica, prawda? Ale kim on jest naprawdę? 

- Nie zrozumieliście tego? To człowiek, który miał ją poślubić, lecz zdradził. 

- Ale on był przecież taki stary i chudy! 

-  Pozwoliła  mu  przeżyć  życie  do  końca,  dopiero  potem  zapanowała  nad  nim, 

upokorzyła, zmuszając, by służył jej przez całą wieczność. No, ale bierz się do roboty. To ty 

musisz tego dokonać, Heike! 

Chłopak  z  wahaniem  wyjął  zza  pazuchy  kołek  i  młotek.  Starał  się  nie  spoglądać  na 

Anciol; wiedział, że jej wzrok poszukuje teraz jego oczu, jest ostry, morderczy. 

- Nie patrz na nią, Peterze! - uprzedził. 

- Nie mam na to wcale ochoty - odparł przyjaciel. - Co teraz zrobisz? Nie masz chyba 

zamiaru... 

background image

Sol pomagała Heikemu. 

- Tutaj, Heike, tu ma serce ta wiedźma, jeśli w ogóle coś tam bije! 

Heike ustawił kołek. Mar, stojący u wezgłowia trumny, zaczął odmawiać zaklęcia. Z 

ust popłynęła mu tajemnicza pieśń. 

- To konieczne - wyjaśnił Tengel. - Cały las na wskroś przesiąknięty jest złem. Jedyne, 

co trzymało tę kobietę przy tym dość szczególnym życiu, to żądza zemsty. A to straszliwie 

niszcząca siła. Mar stara się ujarzmić wszechobecne zło. Ty zajmij się nią. 

Sol nie przestawała drażnić upiora. 

- No, kochaniutka, teraz dopiero będziesz piękna! Wiek zaraz da ci się we znaki, a jest 

o  czym  mówić,  prawda?  Dwieście  lat?  Trzysta?  A  może  jeszcze  więcej?  Pomyśl  sobie  o 

zmarszczkach,  które  zaraz  naznaczą  ci  twarz!  Pomyśl  o  tych  przystojnych  mężczyznach, 

którzy  wkrótce  będą  świadkami  twojej  przemiany.  Gdzie  się  podzieje  twoja  słynna 

zmysłowość? Ty, która za życia nie mogłaś ani przez mgnienie oka obejść się bez mężczyzny, 

czyż nie tak było? I nawet po śmierci nie byłaś w stanie zaprzestać tych praktyk! Nie będzie 

to dla ciebie miły koniec, o nie! Już my się o to postaramy! 

Anciol z całych sił starała się ściągnąć wzrok Heikego, by zdobyć nad nim władzę, ale 

żaden  z  chłopców  nie  patrzył  w  jej  stronę.  Widać  było,  że  nienawidzi  także  Mara  za  jego 

czarodziejskie zaklęcia. Patrzyli, jak się wije, jak stara się poruszyć, ale tak naprawdę nie jest 

w stanie tego uczynić. Była uwięziona w swej trumnie, jak zawsze bywa z upiorami za dnia. 

Nie mogła przywołać wizji Nicoli ani też fałszywego obrazu pięknej twierdzy, gdyż wszyscy 

obecni już ją przejrzeli, dotarli aż do samego rdzenia. A najsłabszy z nich, Peter, znajdował 

się pod opiekuńczymi skrzydłami Ludzi Lodu. 

Była bezsilna! Wszyscy w krypcie odczuwali wzbierający w niej gniew. 

Heike trzykrotnie głęboko odetchnął i wzniósł młotek. 

-  Nie  patrzcie  na  nią  później  -  ostrzegł  Tengel.  -  Wyjdźcie  na  górę  i  biegnijcie,  nie 

myśląc o niczym innym! 

Heike  kiwnął  głową.  Peter  stał  już  gotowy  do  ucieczki.  Zobaczył  teraz  tkwiące  w 

murze uchwyty, ułatwiające wyjście. 

Zaklęcia Mara nabrały mocy, choć wciąż brzmiały jednakowo monotonnie. 

Heike starannie wycelował i uderzył ze wszystkich sił. Potem puścił młotek i rzucił się 

do ucieczki. 

Krzyk,  wycie  tak  straszliwe,  iż  zdawało  się,  że  popękają  im  bębenki  w  uszach, 

przeszył kryptę. Podobnym wrzaskiem odpowiedziały rośliny skręcające się w śmiertelnych 

skurczach niczym ranne węże. Peter już wspinał się do góry, Heike za nim, w głowę uderzył 

background image

go wijący się w agonalnych drgawkach korzeń, ale zdołali wyjść. O troje z Ludzi Lodu nie 

musieli się martwić, oni bowiem byli nietykalni, potrafili się przemieszczać tak jak chcieli. 

Na  górze  zapanował  najdzikszy  chaos.  Korzenie  wyrywały  ze  ścian  bloki  skalne  i 

wywracały kamienie, mury waliły się z hukiem. Drzewa splatały się ze sobą, budując zapory 

przed  chłopcami,  którzy  raz  po  raz  musieli  się  uchylać,  wyrywać  z  oślizłych  objęć,  omijać 

śmiertelnie  niebezpieczne  pułapki.  Kiedy  jednak  wydostali  się  na  powierzchnię,  poszło  im 

łatwiej. 

Nareszcie byli za bramą i nie rozglądając się, co sił w nogach gnali ku dolinie. Peter 

wpadł w jakąś dziurę, zranił się w nogę i teraz kulał, ale nawet słyszeć nie chciał o tym, by się 

zatrzymać. 

W całej dolinie rozbrzmiewało dudnienie wydobywające się z twierdzy. Konie na łące 

spłoszyły się, ale Peter zdołał je uspokoić. Przywołał zwierzęta i chłopcy na oklep wjechali do 

Targul  Stregesti.  Oczekiwali ich  już  wszyscy  mieszkańcy,  pragnący  godnie  powitać  swoich 

bohaterów. 

Przybiegła także Mira i rzuciła się na szyję Peterowi, który całkowicie zapomniał już o 

jej istnieniu. 

-  Och,  dziękuję,  Heike,  dziękuję  -  ze  łzami  w  oczach  szeptała  przez  ramię  Petera.  - 

Dziękuję, że go przyprowadziłeś! 

Heike był rozgorączkowany. 

-  Musimy  natychmiast  stąd  odjechać  -  powiedział.  -  Czy  nasze  rzeczy  są 

przygotowane, Miro? 

Dziewczyna skinęła głową i zaraz zajęła się bagażem. 

Poświęcili chwilę na pożegnanie ze wzruszonym Zeno i jego żoną. 

-  Nareszcie  odzyskamy  spokój  -  rzekł  karczmarz,  potrząsając  dłonią  Heikego.  -  Nie 

macie pojęcia, jakie to dla nas ma znaczenie. 

- Owszem - cicho powiedział Heike. - Ja mam pojęcie. 

Teraz  wiedział  już  bowiem,  co  powinien  był  pamiętać  -  to,  co  wydarzyło  się  tak 

dawno temu. Może byłoby lepiej, gdyby jednak o wszystkim zapomniał! 

Podczas gdy trzaski i dudnienia wzmagały się i przenosiły na las wokół całej doliny, a 

drzewa zaczynały umierać, opuścili miasteczko, machając na pożegnanie tym, których mijali. 

Mira pożyczyła konia od Heikego, a chłopcy dosiedli pół dzikich francuskich wierzchowców. 

Dopiero  gdy  zaczęli  wspinać  się  po  zboczu  w  stronę  umierającego  lasu,  Peterowi 

wpadła  do  głowy  pewna  myśl.  Powiedział  o  niej  Heikemu,  który  w  zamyśleniu  pokiwał 

głową. 

background image

Wtedy,  w  twierdzy,  nie  zastanawiali  się  nad  tym,  ale  teraz  stwierdzili,  że  obaj 

rozumieli wszystko, co mówili przodkowie Heikego. A przecież mówili w obcym języku! I 

Anciol  także  rozumiała  Sol,  wyraźnie  było  przecież  widać,  jak  bardzo  rozgniewała  się 

czarownica w trumnie. 

A więc niezwykła trójka musiała przemawiać raczej za pomocą myśli niż słów. 

Skołatany  umysł  Petera  nie  mógł  tego  wszystkiego  objąć,  zakręciło  mu  się  tylko  w 

głowie. 

Kiedy  byli  już  pod  lasem,  Peter  i  Mira  wstrzymali  konie.  Heike  postąpił  jak  oni, 

aczkolwiek uczynił to niechętnie. Znajdowali się teraz w miejscu, z którego po raz pierwszy 

ujrzeli miasteczko w dolinie w dniu, w którym tu przybyli. 

- Nie odwracajcie się! - szybko powiedział Heike. 

Naturalnie słysząc to od razu odwrócili głowy. 

Mira uderzyła w krzyk. 

- Ale... - zdumiał się Peter. - Tam jest tylko zbiorowisko szarych kamieni... 

-  Ruiny  domów  -  sucho  powiedział  Heike.  -  Targul  Stregesti  jest  z  dawien  dawna 

wymarłym miasteczkiem. Ruszajmy, musimy jak najprędzej przedrzeć się przez las. 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Las  umierał  na  ich  oczach.  Pnie  z  trzaskiem  waliły  się  na  ziemię,  wypełniając 

straszliwym  odgłosem  całą  dolinę.  Patrzyli  na  agonię  lasu,  pragnąc  tylko  jednego:  jak 

najprędzej opuścić to upiorne miejsce. 

Przed nimi panował coraz dzikszy chaos. 

Było  rzeczywiście tak  jak  ktoś,  być  może  nawet  sam  Heike,  wspomniał:  nie  istniała 

droga prowadząca do wyjścia, była tylko ta, która wiodła do wewnątrz. W miejscu, gdzie bity 

trakt docierał do skraju lasu, zaczynał się gąszcz. 

Ale  moc  czarownicy  została  złamana.  Teraz  musieli  wykrzesać  z  siebie  resztki 

odwagi, by przejść przez zielone piekło. 

I nie zabłądzić. 

Spłoszone konie wierzgały i stawały dęba, nie chciały wejść w gęstwinę spadających 

gałęzi, które czyniły piekielny wprost hałas. 

-  Miro! - zawołał  Heike przekrzykując dudnienie  dobiegające  z  lasu.  -  Czy nie  masz 

przypadkiem czegoś, co należy do mnie? 

- Koń? - powiedziała na próbę. 

- Wiesz dobrze, że nie o niego chodzi. 

Westchnęła. 

-  Och,  Heike,  miałam  nadzieję,  że  nie  zapytasz!  Czy  naprawdę  nie  mogę  jej 

zatrzymać? 

-  Niestety,  Miro,  możesz  dostać  ode  mnie  wszystko,  tylko  nie  mandragorę!  Ona  i  ja 

należymy  do  siebie,  zrozum  to,  a  poza  tym  ona  musi  pozostać  w  rodzie.  Jesteśmy  panem  i 

sługą; nie wiem jedynie, kto jest kim. Łączą nas nierozerwalne więzy! 

-  Z  nią  czułam  się  tak  bezpieczna.  Wiedziałam  nawet,  że  będę  miała  odwagę,  by 

przejechać przez ten las. Pogodziłam się także ze świadomością, że tyle czasu spędziłam w 

gospodzie, której nie było. Wszystko tylko dlatego, że miałam ją przy sobie. 

Z  głębokim  westchnieniem  zdjęła  mandragorę  z  szyi,  podjechała  bliżej  i  podała  ją 

Heikemu. 

-  W  każdym  razie  dziękuję  ci  za  to,  że  mi  ją  pożyczyłeś!  Nie  wiem,  gdzie  takiej 

szukać? 

- Popytaj u drogisty - wtrącił się Peter. - Na pewno coś będą wiedzieli, ale pamiętaj, że 

nie wszystkie mają taką moc. Żeby mandragora spełniała swą magiczną funkcję, musi mieć 

background image

odpowiednią  człekokształtną  formę.  A  poza  tym  powinna  zostać  wyciągnięta  z  ziemi  pod 

szubienicą przez czarnego psa, któremu przywiązuje się ją do ogona. Czarny pies zdycha od 

krzyku alrauny, kiedy korzeń zostaje wyciągnięty z ziemi. 

- Czy z tą mandragorą było tak samo, Heike? - zapytała Mira z powątpiewaniem. 

- Nic mi o tym nie wiadomo. Wiem jedynie, że jest niezwykle stara. Ma co najmniej 

pięćset lat, a może i więcej. 

- Ale wcale nie wygląda na tak starą! 

- Tak, to prawda. 

Bo przecież ona żyje, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno. 

Mandragora  Ludzi  Lodu  charakteryzowała  się  pewnym  niezwykłym  szczegółem. 

Rozetka,  z której  wyrastają liście,  ta część, która  znajdowała  się nad ziemią,  została kiedyś 

poszarpana,  pozostały  na  niej  jedynie  nerwy  liści.  Przypominały  one  teraz  do  złudzenia 

prawdziwe włosy, grzywą spadające na „głowę” i „twarz”. 

Mandragora nabrała przez to jeszcze bardziej „ludzkiego” wyglądu. 

A może włosy były jedynie delikatnymi korzeniami? Tego Heike nie wiedział. 

- Pokochałam ten korzeń - wyznała Mira. - Nie powinieneś był mi go pożyczać. 

- Wydaje mi się, że uratował ci życie - roześmiał się Heike. 

- To prawda - odparła poważnie. - Jestem o tym przekonana. 

Wszyscy  troje  wymienili  spojrzenia.  Heike  z  nieskrywanym  zadowoleniem  wsunął 

mandragorę pod koszulę i byli już gotowi do przekroczenia progu lasu. 

Gdyby  dało  się  dojrzeć  słońce,  stałoby  teraz  w  zenicie,  ale  nie  wiadomo  skąd 

napłynęły gęste chmury. Nic już nie było jasne, przejrzyste, rozświetlone promieniami. 

Konie  za  nic  nie  chciały  wejść  w  gęstwinę,  musieli  je  zmuszać  do  marszu.  Dla 

pewności związali wszystkie trzy wierzchowce razem, by żaden przypadkiem nie poniósł. 

Jako  pierwszy  gałęzią  w  głowę  dostał  Peter.  Zatrzymali  się  na  chwilę  i  rozejrzeli 

dookoła.  Drzewa  poddawały  się  i  waliły  na  ziemię,  korzenie  wiły  się  konwulsyjnie,  a 

rozedrgane  opary  unosiły  się  z  podmokłego  gruntu  pośród  głośnego  trzasku  łamiących  się 

omszałych gałęzi. 

Las  konał.  Zewsząd  czyhało  niebezpieczeństwo,  ale  nie  pozostawało  im  nic  innego, 

jak wydostać się z gąszczu, choć obawiali się, że będą kręcić się w kółko i znów znajdą się w 

dolinie grozy. 

Teraz już wiedzieli, że tam w dole nie ma żadnych ludzi, owce nie pasą się i nie pasły 

od wielu już setek lat, nie ma domów; nie ma gospody i kościoła... Zostały jedynie skrzeczące 

kruki. 

background image

Tam  skubały  trawę  na  łąkach  samotne  i  opuszczone  dwa  francuskie  konie...  W  tej 

dolinie bez wyjścia, w której nie było żadnej żywej istoty, póki nie zjawił się Heike ze swymi 

towarzyszami! 

Zadrżał na myśl o wielkiej pustce, jaką zostawiali za sobą. 

Wśród ruin zapewne tylko cmentarz pozostał taki, jakim go widzieli. A na cmentarzu, 

pośród swych przodków, spoczywała księżniczka Feodora ze swą małą córeczką. Woźnica i 

jego koń, gdziekolwiek teraz przebywali, odnaleźli nareszcie spokój. A okrutna Anciol miała 

kołek wbity w serce i nie mogła wyrządzić już więcej zła. 

Las,  ucieleśnienie  jej  żądzy  zemsty,  inkarnacja  nienasyconych  erotycznych  żądz, 

umierał na ich oczach, wijąc się w śmiertelnych skurczach. Niedługo, za rok albo dwa, nowy, 

prawdziwy las zapuści tu korzenie i przejmie okolicę we władanie. 

Przeklęta dolina została oczyszczona. 

Kiedy  przedzierali  się  przez  mokradła,  omijając  drzewa  z  pluskiem  wpadające  w 

bagniska, Heike cicho odezwał się do Petera: 

- A jak z twoją...? Czy nadal masz trudności z...? 

Nieśmiałość nie pozwalała mu nazwać rzeczy po imieniu. 

-  Nie,  nie  -  pospieszył  z  odpowiedzią  Peter.  -  Nareszcie  się  uspokoiło.  Stało  się  to 

wkrótce po tym, jak wbiłeś kołek w jej serce. 

- To dobrze - pokiwał głową Heike. - Mamy zatem pewność, że ona nie żyje. Cieszę 

się, że mimo wszystko poszło nam tak łatwo. Istnieją bowiem pewne stwory, którym trzeba 

oddzielić głowę od ciała, by zniszczyć ich moc. 

-  Uff  -  zadrżał  Peter.  -  Wiesz,  myślałem  o  Francuzach  i  innych  zmarłych,  których 

zwłoki znaleźliśmy w krypcie... Powinniśmy chyba coś dla nich zrobić? Może porozmawiać 

gdzieś z księdzem... 

- Pewnie masz rację - Heike nie w pełni podzielał zdanie przyjaciela. - Ala ja nie mam 

zamiaru wracać tam, by wskazać drogę. 

- Ja także nie. Coś wymyślimy. 

Podniósł  głos  do  normalnego  tonu,  schylając  jednocześnie  głowę  pod  spróchniałą, 

porośniętą mchem gałęzią, która w każdej chwili groziła złamaniem. 

- Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem bystry - stwierdził. - Ja, który tyle czytałem, 

zetknąłem się już kiedyś z podobną historią! Legendą ze wschodnich krain... 

- Naprawdę? 

Zsiedli z koni, by poprowadzić je bezpieczniejszą drogą. W tym miejscu gęstwina była 

niemal nie do przebycia, przewrócone drzewa prawie bez reszty zagradzały drogę. 

background image

-  Tak  -  mówił  Peter.  -  Nazywała  się  chyba  „Czarne  włosy”  i  brała  swój  początek  w 

odległej  krainie  położonej  na  wschodzie,  którą  nazywają  Japonią.  Legenda,  czy  też  raczej 

prawdziwa  historia  o  duchach,  opowiadała  o  mężczyźnie,  który  na  jakiś  czas  opuścił  swą 

żonę,  by  dla  ich  wspólnego  dobra  związać  się  z  bogatszą  kobietą.  Żona  wiernie  czekała  na 

niego, bo obiecał przynieść majątek. Mężczyzna powrócił po wielu latach, przeżyli wspaniałą 

miłosną noc, a rano znalazł jej kości przy łóżku i sam został uduszony przez jej włosy. 

- Ależ to przecież prawie dokładnie to, co wydarzyło się tutaj! - wykrzyknął Heike. 

- To prawda, ale nie mogłem sobie wyobrazić, że ta cudowna Nicola... Przecież tamto 

było tylko historią o duchach! 

- Z pewnością tkwiło w tym coś więcej - stwierdził Heike. - To, co może zdarzyć się 

w jednym miejscu, może również wydarzyć się gdzie indziej. 

Nagle Mira zawołała: 

-  Patrzcie  w  górę!  Wysokie  zbocza  po  obu  stronach!  Jak  myślicie,  czy  to  może  być 

przełęcz? 

- O ile tylko nie jest to „nasza” dolina, to jest mi wszystko jedno - oświadczył Peter. - 

Ale tak, to przełęcz, poznaję tamten szczyt! Wychodzimy z lasu! Heike, udało się! 

- Trudno mi w to uwierzyć - powiedział Heike spokojnie, ale wyczuli radość i ulgę w 

jego głosie. 

Rzeczywiście była to przełęcz. Ta, która prowadziła ich z powrotem do świata żywych 

ludzi. 

Co prawda nie od razu. Kiedy nareszcie zostawili za sobą trzaskający i bulgoczący las, 

stanęli  w  najwyższym  punkcie  przełęczy  i  zobaczyli  rozciągające  się  przed  nimi  bezdroża, 

wzgórza  i  doliny,  zaczęli  podejrzewać,  że  ich  kłopoty  jeszcze  się  nie  skończyły.  Po  drodze 

bowiem, którą tu przybyli, nie było ani śladu. 

Fakt,  że  moc  czarownicy  rozciągała  się  także  i  za  przełęcz,  podziałał  na  nich 

deprymująco. 

Szczęśliwie  jednak,  gdy  zjechali  w  najbliższą  dolinę,  napotkali  prawdziwą  drogę. 

Jedynie  ostatni  jej  odcinek  -  prowadzący  do  przełęczy  i  dalej  w  głąb  lasu  -  okazał  się 

omamem. Kiedyś, wieki temu, z pewnością wiódł tędy trakt, ale obecnie należał on jedynie 

do świata zjaw i upiorów. 

Łatwo  było  teraz  obrać  kierunek  dalszej  podróży,  gdyż  w  jedną  stronę  droga 

przemieniała  się  w  wyraźnie  rzadko  uczęszczaną  ścieżkę,  w  drugą  zaś  była  wydeptana  i 

wyjeżdżona, co oczywiście wydało im się niezwykle obiecujące. 

- Czy naprawdę mamy w to uwierzyć? - z wahaniem zapytał Peter. 

background image

-  Peter  Niedowiarek  -  uśmiechnął  się  Heike.  -  Tak,  sądzę,  że  tym  razem  ta  droga 

zaprowadzi nas do ludzi. 

Mira  nic  nie  mówiła,  nie  spuszczała  tylko  wzroku  z  pleców  Petera  i  potakiwała  z 

uwielbieniem każdemu jego słowu. 

Długo jechali tego popołudnia, momentami cisi i zamyśleni, to znów zajęci ożywioną 

rozmową. O dziwo, najbardziej posępny wydawał się wesołek Peter, on najczęściej popadał w 

przygnębienie. A może to wcale nie takie dziwne, pomyślał Heike. Był przecież tak bardzo 

zakochany, a potem przeżył zawód i wstrząs! 

Co  do  jednego  wszyscy  byli  zgodni:  doskwierał  im  nieopisany  głód,  a  ich  kasa 

podróżna świeciła pustkami. 

-  Kiedy  tak  naprawdę  jedliśmy  po  raz  ostatni?  -  zastanawiała  się  Mira,  gdy 

odpoczywali na zboczu nad małym jeziorkiem. Nazbierali jagód, a Peterowi gołymi rękami 

udało się złowić rybę. Piekli ją właśnie, z niecierpliwością czekając, aż będzie gotowa. 

- Nie myśl o tym - ostrzegł ją Peter. - Jeśli zaczniesz zadawać sobie podobne pytania, 

niedługo dojdziesz do wniosku, że oszalałaś. 

-  Sądzę,  że  jedliśmy  w  Targul  Stregesti  -  powiedziała  Mira.  -  Ale  co?  Nie,  na  to  nie 

śmiem odpowiedzieć. 

Heike rozwiązał ich zagadkę. 

- Kiedy przed kilkoma dniami znaleźliśmy się na tej prastarej drodze, wiodącej przez 

przełęcz,  przeszliśmy  po  prostu  w  minioną  epokę  -  stwierdził.  -  Przenieśliśmy  się  aż  do 

czasu... Jak sądzisz, Peterze? 

Przyjaciel zdjął rybę z węgli, podmuchał na sparzone koniuszki palców i odparł: 

-  To  trudno  powiedzieć.  Feodora  zmarła  w  roku  tysiąc  sześćset  osiemnastym,  to 

wiemy  na  pewno.  Miasteczko  istniało  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Nie,  nie  wiem,  czy  było  to 

przed, czy po tym roku. Mów dalej, Heike! 

-  Moim  zdaniem  w  karczmie  dostaliśmy  prawdziwe  jedzenie;  jedzenie  mieszkańców 

miasteczka. Ale w twierdzy... 

-  Tam  wszystko  smakowało  jak  siano  -  dokończył  Peter.  -  Masz  rację,  Heike.  W 

minionych  czasach,  w  jakich  się  znaleźliśmy,  Feodora  i  Nicola  już  były  duchami, 

nawiedzającymi  miasteczka.  Och,  nie,  to  zbyt  trudne  do  pojęcia!  Miasteczko  duchów,  w 

którym  grasują  jeszcze  starsze  duchy!  No  cóż,  w  każdym  razie  uwolniliśmy  ich  od 

przekleństwa i uratowaliśmy dusze, które nie mogły znaleźć spokoju, prawda? A właściwie to 

ty tego dokonałeś, Heike. 

Ku  zdumieniu  swych  towarzyszy  Peter  wybuchnął  płaczem.  Starał  się  to  ukryć, 

background image

zasłaniając twarz, ale słyszeli jego łkania. Ze zrozumieniem czekali, aż chłopak się uspokoi. 

Mimo wszystko odczuwali zażenowanie, jak zawsze bywa, gdy jest się świadkiem wybuchu 

czyichś silnych uczuć. W końcu udało mu się stłumić płacz, kilka razy odetchnął głęboko, a 

potem pociągał już tylko nosem. 

- Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny - usprawiedliwiał się, ocierając oczy. - 

Jak mogłem, ja, który tak bardzo cię podziwiam, Heike, zachowywać się tak w stosunku do 

ciebie? Złościłem się, byłem nieprzyjemny i jeszcze zaatakowałem cię siekierą! Mogłem cię 

przecież zabić, niewiele brakowało! To wcale do mnie niepodobne nie mogę tego zrozumieć. 

Tak żałuję tego, co zrobiłem, że gotów jestem umrzeć! 

- Anciol rzuciła na ciebie miłosny czar - usprawiedliwiał przyjaciela przed nim samym 

Heike.  -  Rozumiałem  to  przez  cały  czas,  dlatego  potrafiłem  wytłumaczyć  sobie  twoje 

zachowanie.  Omyliłem  się  jedynie  sądząc,  że  chodzi  o  zwykłą,  ziemską  miłość  i  że  ona 

potrafi opętać człowieka do szaleństwa. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Nicola jest upiorem 

i że rzuciła na ciebie urok. 

-  Czy  możesz  mi  to  wszystko  wybaczyć?  -  zapytał  Peter,  kładąc  rękę  na  dłoni 

przyjaciela. 

- Już ci wybaczyłem. Czy myślisz, że inaczej tak bardzo bym się starał wyrwać cię z 

twierdzy? 

- Dziękuję ci, Heike! Dziękuję za moje życie! A ty, Miro, czy ty mi przebaczysz? I dla 

ciebie byłem nieznośny. 

Promienny  blask  jej  oczu  dał  wystarczającą  odpowiedź.  Peter  był  zaskoczony 

podziwem, z jakim patrzy na niego dziewczyna. A on nazwał ją krową! 

Aby ukryć zdumienie, zajął się dzieleniem ryby na trzy części. 

Zaspokoili głód i to dodało im otuchy. A kiedy szarość wieczoru zapanowała już nad 

światem, roztoczyła się przed nimi duża dolina, przez którą wiodła o wiele szersza droga. Tu i 

ówdzie widać było rozsypane nad szeroką rzeką wioski. 

- To nie może być złudzenie - z niedowierzaniem powiedział Heike. 

- Nie, te wsie są prawdziwe - stwierdził Peter. - Wróciliśmy do doliny Maruszy, moi 

drodzy, a to znaczy, że do cywilizacji już niedaleko! 

Uszczęśliwieni  zjechali  w  dolinę,  która  co  prawda  nie  była  jeszcze  ostatnią,  którą 

mieli  pokonać,  ale  to  nie  miało  już  większego  znaczenia.  Znaleźli  się  na  właściwej  drodze, 

czego im więcej było trzeba? 

- Powiedzcie mi - śmiał się Peter. - Czy naprawdę przeżyliśmy to wszystko? Byliśmy 

w Targul Stregesti i w Cetatea de Strega? 

background image

-  Tak,  teraz  wydaje  się  to  nierzeczywiste  -  uśmiechnął  się  do  niego  Heike.  -  Ale 

wszystkim trojgu zadano tam rany na ciele i na duszy. 

- Tak, masz rację - przyświadczyła Mira. 

Dwa  dni  później  dotarli  nareszcie  do  krewnych  Petera,  mieszkających  w  wielkim 

mieście.  Przyjęto  ich  serdecznie  i  szczodrze  ugoszczono.  Nareszcie  mogli  odpocząć  w 

prawdziwych łóżkach. 

Po długiej i wyczerpującej podróży uznali to za niezwykły luksus! 

Następnego dnia Peter zwrócił się do swego krewniaka z prośbą o radę i otrzymał od 

niego  adres  pewnego  historyka,  który  zajmował  się  dziejami  Siedmiogrodu.  Człowiek  ten 

prowadził muzeum i chłopcy postanowili tam go odwiedzić. Mira wolała zostać w domu, nie 

chciała słyszeć już ani słowa o strasznej dolinie. 

Profesor, skurczony, łysy człowieczek, zaprosił ich do swego wypełnionego książkami 

gabinetu i zapytał, w jakiej sprawie przybywają. 

Cóż, chcieli się dowiedzieć, czy istniało  kiedyś  miasteczko zwane Targul Stregesti i 

twierdza, pod zarząd której podlegało miasteczko. 

-  Ach,  o  to  wam  chodzi!  -  roześmiał  się  profesor,  który  dobrze  znał  niemiecki.  -  To 

przecież tylko legenda! 

- My nie jesteśmy tego tacy pewni - rzekł Peter. 

Historyk  przeniósł  wzrok  na  swego  drugiego,  niezwykłego,  gościa.  Chłopcy  musieli 

opowiedzieć wszystko od początku. 

Niewiele zdążyli przekazać, gdy profesor wstał i podszedł do drzwi. 

- Poczekajcie chwilę, moi koledzy muszą to także usłyszeć. 

Sprowadził  etnografa,  specjalistę  od  folkloru  Siedmiogrodu,  i  drugiego,  geografa. 

Chłopcy powtórzyli początek historii i dopiero potem pozwolono im mówić dalej. 

Trzej  uczeni  słuchali  w  napięciu,  na  początku  z  rozbawieniem,  później  ze 

zmarszczonymi czołami i ze zdumieniem na twarzach. Znawca folkloru wykazał szczególne 

zainteresowanie. Surowo pytał, czy chłopcy słyszeli wcześniej legendę o złej czarownicy ze 

Stregesti,  ale  obydwaj  zapewnili,  iż  przybywają  z  daleka  i  nigdy  przedtem  nie  byli  w  tym 

kraju. 

Kiedy skończyli opowiadać, uczeni popatrzyli po sobie. 

- Gdzie leży ta dolina? - dopytywali się. 

-  Nie  wiemy  -  odparł  Peter.  -  Odeszliśmy  od  doliny  Maruszy  i  zabłądziliśmy.  Przez 

długi czas nie spotkaliśmy ludzkich osad. 

-  Oficjalnie  nie  istnieje  miasteczko  o  takiej  nazwie,  ale  historia  o  nim  należy  do 

background image

bogatego skarbu legend Ardeal - rzekł geograf. 

-  To  prawda  -  wtrącił  się  etnograf.  -  Legenda  głosi,  że  miasteczko  znajduje  się  w 

górach na południowym zachodzie. Ale nikt do tej pory nigdy go nie widział. 

-  Nie  ma  się  czemu  dziwić  -  sucho  powiedział  Heike.  -  Nikt  nigdy  nie  wydostał  się 

stamtąd żywy. Dopiero my jako pierwsi. 

Historyk popadł w zadumę. 

-  Prawdą  jest,  że  od  dawien  dawna  w  tamtych  okolicach  ginęli  ludzie, 

przypuszczaliśmy jednak, że porywały ich dzikie zwierzęta. 

- Czy moglibyśmy usłyszeć tę legendę? - zaproponował Heike. - W ten sposób może i 

nam także rozjaśni się w głowach. Nadal nie umiemy odpowiedzieć sobie na wiele pytań. 

-  Chętnie  ją  opowiem  -  oświadczył  etnograf.  -  Ale  czy  najpierw  możemy 

zaproponować szklaneczkę wina? 

Przyjęli poczęstunek z ochotą i uczony zaczął opowiadać: 

- Legenda mówi o księżniczce z gepidzkiego rodu, która nazywała się Anciol... 

- Czy wolno nam będzie przerywać pytaniami? - wtrącił Peter. 

- Ależ oczywiście, bardzo proszę! 

- Anciol to dziwne imię. Skąd się wzięło? 

-  To  prawdopodobnie  imię  pochodzenia  gepidzkiego.  Gepidowie  zajęli  Ardeal  na 

początku naszej rachuby czasu i zniknęli z historii w roku pięćset sześćdziesiątym szóstym, 

kiedy  zostali  pokonani  przez  Longobardów.  Naturalnie  reszta  ludu  żyła  dalej,  choć 

ciemiężona  przez  innych.  Anciol  według  legendy  oznacza  „jedyna,  wyjątkowa”.  Podobno 

imię to doskonale pasowało do czarownicy. Jej żądza wyjątkowości była wprost niezwykła! 

Apetyt  na mężczyzn także.  Wszyscy  musieli ją kochać,  gdyż piękniejszej  od niej i bardziej 

godnej pożądania nie było na całym świecie. 

Chłopcy popatrzyli na siebie i pokiwali głowami. 

- To nasza Anciol - stwierdził Heike. - Ale kiedy naprawdę żyła ta kobieta? 

Badacz obyczajów wzruszył ramionami. 

- To przecież legenda, moi panowie. Jak dotąd nikt w nią nie wierzył. Ale zgaduję, że 

chodzi  o  średniowiecze.  Kobietę  tę  opisywano  jako  bardzo piękną,  niewinną  jak  dziecko,  a 

jednocześnie przepojoną zmysłowością. Mimo to nie poszczęściło jej się w życiu. Jej ojciec 

obiecał  ją  za  żonę  synowi  księcia  z  Mołdawii,  ale  ten  niewdzięcznik  okazał  się  na  tyle 

bezczelny,  że  pokochał  inną,  i  to  już  po  spotkaniu  pięknej  Anciol.  Obdarzył  swymi 

względami kuzynkę Anciol, mieszkającą w tym samym zamku. Anciol nie mogła przeboleć, 

że jego nowa wybranka była od niej starsza. Miała na imię Feodora, ale jeśli wasza opowieść 

background image

jest  prawdziwa,  nie  była  to  ta  Feodora,  którą  spotkaliście.  Ona  dopiero  później  wkracza  do 

historii. W każdym razie narzeczony ośmielił się twierdzić, iż Feodora ma o wiele piękniejsze 

włosy niż Anciol. Włosy Anciol kojarzyły mu się z czymś strasznym, przywodziły na myśl 

skrzydła kruka. Związane to było prawdopodobnie  ze sposobem, w jaki je układała: długie, 

przedzielone pośrodku, spływały gładko wokół twarzy, lśniąc granatowoczarnym blaskiem. A 

Anciol była taka dumna ze swych włosów! Cóż za śmiertelna obraza! 

Książę  zabrał  swą  młodą  żonę  Feodorę  do  Mołdawii,  a  Anciol  rozgniewała  się  tak 

bardzo - zwróćcie uwagę: rozgniewała się, ale nie płakała - iż święcie poprzysięgła sobie, że 

stanie  się  prawdziwą  czarownicą.  Już  przedtem  zresztą  uprawiała  czary.  Teraz  jednak,  po 

śmierci,  miała  stać  się  upiorem.  A  kto  powinien  zapłacić  za  upokorzenia,  jakich  doznała? 

Oczywiście ci, którzy dopuścili się takiej zniewagi, a także wszyscy inni mężczyźni. Chciała, 

by odpokutowali za wyrządzaną jej krzywdę, a za narzędzie zemsty miały służyć jej własne 

włosy. 

No i pozostawała jeszcze jej namiętność, która wcale nie wygasła, gdy Anciol stała się 

upiorem, wprost przeciwnie! 

Dawny  narzeczony  nie  mógł  znaleźć  spokoju  w  domu,  w  Mołdawii.  Żona  Feodora 

urodziła  mu  dziecko,  ale  on  już  dłużej  nie  był  w  stanie  się  opierać.  Ancioł  postanowiła 

ściągnąć go z powrotem i jak szalony gnał przez góry do twierdzy. Niestety, nie przeczuwał, 

że  spotka  go  okrutna  kara.  Upiór  co  noc  zmuszał  go  do  miłości,  powoli  wysysając  zeń 

wszystkie  siły.  A  kiedy  jako  stary,  sponiewierany  człowiek  zmarł,  stał  się  zjawą.  Anciol 

upokorzyła książęcego syna, zmuszając go, by został jej woźnicą i sługą. 

W  Mołdawii  nastały  burzliwe  czasy.  Prawnuczka  Feodory,  młoda  kobieta  także 

nosząca  to  imię,  musiała  uciekać  z  kraju  wraz  ze  swą  nowo  narodzoną  córeczką  i  ojcem 

wojewodą. Skierowali się do twierdzy w południowo-zachodniej części Ardeal, o której tak 

wiele słyszeli. Tam mieszkali ich krewni. 

Ale niestety! Wszystko tam było odmienione. Wokół doliny wyrósł las, karmiący się 

złem  i  chorym  pożądaniem.  Połowa  miasteczka  poddała  się,  druga  część  nawiedzana  była 

przez  okrutną  marę,  porywającą  mężczyzn  i  kochającą  się  z  nimi  do  upojenia.  Po 

zaspokojeniu  swych  żądz  uśmiercała  kochanków.  Feodora  wielce  bolała  nad  losem  swej 

pięknej  twierdzy,  której  była  teraz  ostatnią  dziedziczką.  Okazała  się  na  tyle  naiwna,  by 

ochrzcić swą maleńką córeczkę imieniem Anciol, postanowiła także, że dziecko odziedziczy 

przepiękną suknię ślubną, która nadal wisiała w twierdzy. Być może Feodora sądziła, że upiór 

ustąpi? 

Nie  zdawała  sobie  jednak  sprawy  z  prawdziwej  natury  Anciol.  Anciol  -  „jedyna”! 

background image

Nikomu nie wolno było nosić jej imienia ani też założyć sukni. Cóż one sobie wyobrażają? 

Cała sprawa skończyła się tragicznie. Oto zjawia się prawnuczka jej rywalki, piękna, o 

włosach  znacznie  przewyższających  długością  i  pięknością  włosy  Anciol,  i  takim  samym 

imieniu jak jej konkurentka! 

Czarownica  uderzyła.  Matka  i  córka  zostały  zgładzone,  dziecko  właściwie  jej  nie 

obchodziło, ale miała możliwość zemścić się na swej rywalce - pierwszej Feodorze. Ponieważ 

w miasteczku nie było już księdza, zmarłe zostały pochowane w nie poświęcanej ziemi. 

I  także  księżniczka  Feodora  została  zjawą,  zmuszoną  służyć  Anciol.  Miasteczko 

wymarło, nie było w nim wszak mężczyzn. Las zamknął się na zawsze wokół Targul Stregesti 

i stało się ono jedynie legendą w zbiorach ludowych podań Ardeal. 

Przez dłuższą chwilę panowała cisza. 

-  Źle  zrozumieliśmy  Feodorę  -  powiedział  wreszcie  Heike.  -  Ona  starała  się  zwabić 

mężczyzn  do  siebie,  by  uchronić  ich  przed  Anciol-Nicolą.  Chciała  przeciwstawić  się 

czarownicy. 

Profesor historii wyraził swoją opinię: 

-  Zawsze  uważałem,  iż  jako  legenda  opowieść  ta  została  źle  skomponowana. 

Kompozycja jest niestała, trudno ją przekazać dzieciom i wnukom. 

-  Bardziej  przypomina  historię  opartą  na  prawdziwych  wydarzeniach  niż  legendę  - 

stwierdził profesor geografii. 

- Równie zmienna w nastrojach jak życie. Ale teraz młodzi przyjaciele, rozbudziliście 

naszą ciekawość! Musicie nas tam zaprowadzić. 

- Za nic na świecie! - chórem zaoponowali obaj chłopcy. 

Heike  cieszył  się,  że  może  wymówić  się  koniecznością  wyruszenia  w dalszą  podróż 

do Skandynawii, i tak był już o miesiąc opóźniony. A Petera nawet setką koni nie dałoby się 

zaciągnąć w tamte okolice. 

Stanęło  na  tym,  że  wyrysowali  w  miarę  możliwości  dokładną  mapę  trasy,  jaką 

przebyli. Sprawę ułatwił fakt, że znali nazwę wioski, do której dotarli po zejściu z gór. 

Geograf  natychmiast  oznajmił,  iż  ma  zamiar  wysłać  ekspedycję,  by  odszukała 

miasteczko.  Chłopcy  bardzo  się  z  tego  ucieszyli,  myśląc  o  zmarłych,  znalezionych  w 

twierdzy. Ktoś powinien odmówić modlitwę za ich dusze. 

Nadszedł  czas  rozstania  z  Heikem.  Krewniacy  Petera  okazali  się  ludźmi  dość 

zamożnymi  i  obdarowali  Heikego  zarówno  prowiantem  na  drogę,  jak  i  pieniędzmi.  Gotowi 

mu byli nieba przychylić za to, że uratował życie Peterowi. 

Kiedy  mieli  się  żegnać,  Heike  zauważył,  że  Peter  i  Mira  trzymają  się  za  ręce. 

background image

Zaczerwienili  się,  chichocząc  z  zawstydzeniem.  Peter  powiedział,  że  znalazł  Mirze 

mieszkanie w mieście i z czasem być może zwiążą się na stałe, kto wie? Heike serdecznie im 

pogratulował,  nie  mogąc  pojąć,  kiedy  zdążyli  uświadomić  sobie  swoje  uczucia,  ale  miłość 

przecież  potrafi  rozkwitnąć  w  każdych  okolicznościach.  Jak  i  kiedy,  wiedzą  o  tym  tylko 

zainteresowani. 

Późną  jesienią  ekspedycja  naukowa  dotarła  do  Targul  Stregesti.  Badacze  z 

przerażeniem  stwierdzili,  iż  chłopcy  mówili  prawdę.  Las  był  już  teraz  całkiem  martwy. 

Znaleźli ruiny i cmentarz, który pobłogosławił ksiądz będący jednym z członków ekspedycji, 

resztki kościoła, starsze miasteczko i Cetatea de Strega! 

Głęboko  wśród  ruin  twierdzy  odnaleźli  zwłoki  Francuzów  i  innych  zmarłych 

mężczyzn, leżące wokół trumny. Ciała pochowano na cmentarzu i odmówiono modlitwy za 

pokój ich dusz. Nie ruszano jednak zawartości trumny. W środku znajdowała się straszliwa 

mumia  z  ziejącą  otchłanią  ust,  całkowicie  łysa.  Nikt  nie  mógł  znieść  jej  widoku,  wszyscy 

odwracali się w popłochu, bez końca czyniąc znak krzyża. Nawet ksiądz nie chciał mieć do 

czynienia z nieziemską szkaradą. 

Zasypali  tylko  piwnicę  kamieniami,  a  potem  opuścili  dolinę,  ukrytą  w  najdzikszych 

górskich okolicach po drugiej stronie przełęczy. 

Ale  wówczas  Heike  Lind  z  Ludzi  Lodu  był  już  daleko  w  Europie,  w  drodze  przez 

Danię  na Północ,  do swych krewniaków w  Szwecji i  Norwegii. W drodze  do tych, których 

nigdy nie widział i którzy nie wiedzieli nawet o istnieniu potomka Solvego, zaginionego syna 

Daniela.