background image
background image

Margit Sandemo

SKRZYDŁA KRUKA

background image

SAGA O LUDZIACH LODU

Tom XX

1

ROZDZIAŁ I

W roku 1793 w miasteczku Stregesti w Siedmiogrodzie zniknęli bez śladu dwaj mężczyźni.

Nie  ich  pierwszych  spotkał  taki  los.  W  nieustającym  szepcie  wiatru  żyły  opowieści  o  tych,  którzy
przepadali i których nigdy już więcej nie widziano.

Ale jeden z potomków Ludzi Lodu sprawił, że ci dwaj byli ostatnimi...

Ów  dotknięty  z  Ludzi  Lodu,  wykorzystując  swe  niezwykłe  zdolności,  nawiązał  kontakt  z  wieloma
szczególnymi  istotami,  których  normalnym  śmiertelnikom  nie  było  dane  ujrzeć.  Nikt  jednak  z  Ludzi
Lodu nie przeżył dotychczas nic równie straszliwego jak to, co wydarzyło się w Stregesti.

Niezwykły  był  to  las.  Wydawało  się,  że  trwa  tak  już  od  dziesiątków  tysięcy  lat,  pogrążony  w
głębokim śnie, oczekując, aż zbudzą go trąby sądnego dnia.

Przez leśny gąszcz ledwie przedostawało się światło. Ziemię, kamienie i połamane konary porastał
mech i pnącza, pnie drzew pokrywał bluszcz. Wszystko zlewało się w jedno, tworząc pofałdowany,
falujący krajobraz, spowity w miękki, zielony całun.

Całun... Nieprzyjemne słowo, które niestety pasowało aż nazbyt dobrze...

Zielone  gałęzie  drzew  prastarego  lasu  sennie  zwisały  nad  ziemią.  Nie  śpiewał  tutaj  żaden  ptak.
Nawet  mały  niepozorny  słowik  nie  ośmielił  się  swym  cudnym  głosem  zmącić  zaległej  w  gąszczu
ciszy.

Las ten rósł w Siedmiogrodzie, na wschodnim krańcu Austro-Węgier. W tej dzikiej górskiej krainie
nadal  żyły  niesamowite  podania  i  legendy,  mrożące  krew  w  żyłach  historie  o  wilkołakach,
wampirach  i  innych  siłach  ciemności  tak  strasznych,  że  obcy  przybysze  wzdragali  się  przed
zapuszczeniem w głębokie, pełne tajemnic doliny.

Miejscowa ludność stanowiła konglomerat Wołochów, madziarskich Szeklerów, Saksów, Rumunów
oraz resztek plemion, które przywędrowały tu w pradawnych czasach, jak Goci, Hunowie, Gepidzi i
Awarowie z Azji Środkowej. Dominującą grupą byli Rumuni wraz z Madziarami czy, jak mówiono,
Węgrami.

Rumuni zwali swój kraj Ardeal, Węgrzy - Erdely. Inni powiadali - Transylwania. Jednakże oficjalną
nazwą  nadaną  krainie  przez  jej  ostatnich  władców,  Habsburgów,  był  Siedmiogród,  ze  względu  na
siedem wielkich miast.

background image

Martwy, choć jednocześnie żywy las otaczał niewielkie, położone na uboczu miasteczko Stregesti.

Trudno dociec, skąd wzięła się taka nazwa, jako że przez wieki wiele plemion podbijało te tereny,
faktem jednak pozostawało, że słowo „strega” w języku włoskim oznacza czarownicę.

2

Dwaj obcy przybysze dotarli do Siedmiogrodu dziwnymi drogami. Jednym z nich był

francuski  szlachcic,  zbiegły  przed  trwającą  od  czterech  lat  w  jego  ojczyźnie  rewolucją.  Wielu
arystokratów  zawarło  bliższą  znajomość  z  gilotyną,  ale  ów  mężczyzna,  baron  de  Conte,  zdołał
umknąć z kraju wraz ze swym bratankiem Yvesem.

Kto wie, może lepiej byłoby dla nich, gdyby wybrali gilotynę?

Z początku byli tak przerażeni samą myślą, że mogliby wpaść w ręce francuskiego pospólstwa, iż nie
śmieli zbliżyć się do ludzi i ukrywali się po lasach wśród gór. Dlatego właśnie nie wiedzieli, że w
drodze na wschód dawno już przekroczyli granice Francji.

Cała  Europa  znajdowała  się  w  stanie  wrzenia  -  rewolucja  francuska  zataczała  coraz  szersze  kręgi.
Podobnie  było  i  w  Wiedniu,  który  pod  gilotyną  stracił  swą  Marię Antoninę.  Dwaj  szlachcice  parli
więc do przodu z nadzieją na znalezienie bodaj odrobiny spokoju.

Z czasem, naturalnie, zrozumieli, iż dotarli do obcych krajów. Nerwy jednak mieli już do tego stopnia
zszarpane, że nie byli w stanie nikomu zaufać.

Zabłąkali się aż do Siedmiogrodu...

O,  tu  nareszcie  znaleźli  spokój!  Nigdzie  nie  mogło  być  spokojniej  niż  w  tutejszych  milczących,
tajemniczych dolinach.

Kiedy  szuka  się  jakiegoś  większego  miasta  we  wschodniej  części  Siedmiogrodu,  po  przekroczeniu
doliny  rzeki  Maruszy  nietrudno  zabłądzić.  Baronowi  i  jego  bratankowi  okolice  te  były  całkiem
nieznane i powtórzyli błąd, który przed nimi popełnili już inni, nawet ci bardziej obeznani z terenem.
Nagle znaleźli się na obszarze Karpat Transylwańskich, a wtedy byli już straceni...

Jechali  przez  dwa  dni,  mijając  kolejne  doliny,  coraz  głębsze  i  bardziej  dzikie.  Od  czasu  do  czasu
napotykali  maleńkie  wioski,  ale  trudności  z  porozumiewaniem  się  z  ich  mieszkańcami  okazały  się
zbyt  wielkie.  Nie  zdołali  nawet  wyjaśnić,  że  pragną  dotrzeć  do  dużego  cywilizowanego  miasta,
wszystko jedno jakiego. Tu właśnie bowiem, w tej krainie, z dala od zamętu rewolucji, pragnęli się
osiedlić.

Nie mieli jednak zamiaru zostawać na takim pustkowiu!

A  potem  nadszedł  dzień,  kiedy  to  po  raz  ostatni  obrali  niewłaściwą  drogę.  Znaleźli  się  w  kolejnej
przełęczy - głębokiej szczelinie, do której ledwie docierało światło słońca. Przełęcz leżała wysoko
w górach, a gdy ją pokonali, byli już w zaczarowanym lesie.

background image

Wstrzymali konie.

Powoli  chłonęli  atmosferę  ciepłego,  wilgotnego  popołudnia.  Gałęzie  drzew  opadały  prawie  na  ich
głowy, gałęzie tak ciężkie i pradawne, jakby liczyły sobie co najmniej tysiąc lat.

3

Zwisający  z  nich  mech  był  lepki,  oślizgły  od  starości  i  stęchłego  powietrza.  Znikąd  nie  dochodził
żaden dźwięk, panowała absolutna cisza, która zdawała się bezgłośnie oddychać.

Jakby las oniemiał z chwilą, gdy się w nim znaleźli.

- Ruszajmy dalej - mruknął baron. - Jestem głodny. Ta droga musi wszak dokądś prowadzić.

I tak w istocie było. Jeszcze pół godziny przedzierali się przez upiorny las, gdy nagle otworzyła się
przed nimi dolina i roztoczył widok na niewielkie miasteczko.

Dolina  stanowiła  jakby  kocioł  między  górami,  ale  nie  było  widać  żadnego  traktu,  który  wiódłby
dalej. Baron zadrżał; spłynęło nań przeczucie, że znaleźli się u kresu drogi, kresu swej podróży.

Miasteczko  leżało  na  samym  dnie  kotła.  Gęsta  zabudowa  sprawiała  wrażenie,  że  domy  tulą  się  do
siebie ze strachu. Z lęku przed wznoszącymi się wokół masywami? Czy przed czymś innym?

-  Ależ  tak,  droga  prowadzi  dalej  -  wskazał  Yves.  -  Popatrz,  tam  zakręca  i  ginie  za  tym  wielkim
urwiskiem po drugiej stronie doliny.

-  Tak,  być  może  -  w  głosie  barona  zadrgało  powątpiewanie.  -  Ale  to  najwidoczniej  rzadko
uczęszczany trakt.

Pomimo  sporej  odległości Yves  także  to  dostrzegał.  Nie  dawało  się  rozróżnić  kolein,  które  kiedyś
musiały być wyraźne.

A  może  właśnie  dlatego,  że  stali  tak  daleko,  mogli  w  ogóle  dostrzec  drogę?  Może  z  bliska,  wśród
rosnącej wokół trawy, w ogóle nie było jej widać?

Yves, który najwyraźniej czuł się nieswojo, zauważył:

- Ten straszny las ciągnie się także i po drugiej stronie miasteczka.

-  Otacza  całą  dolinę  -  przyznał  baron.  -  Obawiam  się,  że  będziemy  musieli  wrócić  tą  samą  drogą,
którą  przyjechaliśmy.  Nie  brzmi  to  szczególnie  przyjemnie,  bo  sporo  czasu  upłynęło,  odkąd
minęliśmy ostatnie rozstaje. Ale skoro już tu jesteśmy, jedźmy do miasteczka.

Dostaniemy tam coś do jedzenia i jakiś nocleg. Wczesnym rankiem zawsze wyrusza się w drogę w
lepszym nastroju, z nową porcją nadziei i sił.

Yves w pełni się z nim zgadzał. Spięli więc konie i powoli, ostrożnie, zaczęli spuszczać się w dół

background image

wąską, krętą drogą, nie będącą właściwie niczym więcej niż ścieżką.

Baron  i  jego  bratanek  byli  przystojnymi  mężczyznami,  mieli  orle  nosy  i  czarne  oczy.  We  Francji
prowadzili  gnuśne,  leniwe  życie.  Moralnie  zdegenerowani,  jak  zresztą  większa  część  arystokracji,
byli aroganccy i do cna zblazowani. Pełna trudów podróż przez Europę 4

jednakże  zahartowała  ich,  czyniąc  z  nich  niemal  prawdziwych  mężczyzn.  Udało  im  się  potajemnie
wywieźć ze sobą ogromne bogactwa, nigdy więc nie cierpieli biedy, a przynajmniej nie powinni. Ale
na cóż mogły zdać się bogactwa w tej dzikiej, górskiej krainie?

Ciągle jeszcze mieli większą część majątku zaszytą w pasach, bo z początku nie śmieli stykać się z
ludźmi. Przezornie zabrali ze sobą prowiant i nim w samotności się pożywiali.

Ale  zapasy  dawno  się  skończyły.  Tego  dnia  jechali  już  tak  długo,  że  w  całym  ciele  wyraźnie  czuli
skutki  wyczerpania.  Obydwaj  byli  poirytowani  dającym  się  we  znaki  głodem  i  zmęczeniem,  a
zwłaszcza  niekończącą  się  jazdą  przez  dzikie  ostępy,  jazdą,  która,  jak  słusznie  przeczuwali,  nie
przybliżyła ich wcale ku wymarzonym miastom. Las, który właśnie opuścili, zdawał się niczym lepki
ciężar przytłaczać ich ramiona.

Przystanęli  w  punkcie,  skąd  roztaczał  się  znacznie  lepszy  widok  na  miasteczko  położone  na  dnie
doliny.

Podnieśli  oczy  ku  niebu,  śledząc  wzrokiem  dwa  krążące  w  powietrzu  kruki.  Czarne  ptaszyska
poderwały  się  do  lotu  z  urwiska,  groźnie  wznoszącego  się  po  drugiej  stronie  osady.  Bezszelestnie
przecinały powietrze, zataczając koła coraz bliżej mężczyzn na ścieżce.

Francuzi obserwowali je z zapartym tchem.

W  końcu  jeden  z  kruków  znalazł  się  tak  blisko,  że  magli  spojrzeć  prosto  w  błyszczące,  czarne  jak
węgiel  ptasie  oko.  A  potem  jeden  ruch  silnych,  lśniących  skrzydeł  i  ptaki,  uznając  swą  wyprawę
zwiadowczą za zakończoną, zawróciły do gniazda, które musiało znajdować się gdzieś na porośniętej
lasem skale.

Mężczyźni wymienili spojrzenia i popędzili konie.

- Miasteczko sprawia wrażenie wymarłego - zauważył Yves.

- Mamy już późne popołudnie. Ludzie pewnie poszli na nieszpory.

W gromadzie domów dostrzegli nieduży kościółek; ale nie był on podobny do ich rzymskokatolickich
świątyń. W tym kraju ludzie najwyraźniej byli wyznania prawosławnego, stwierdzili.

Znaleźli się teraz na dnie doliny i nareszcie mogli poruszać się po płaskim terenie. Jechali powoli,
jakby niechętnie, z wahaniem.

To sprawił ten las, myślał Yves, trzydziestoletni kawaler. Ten las jakby odebrał nam całą odwagę i
pozostawił jedynie niewiarę we własne siły i zniechęcenie.

background image

Stryj był starszy od niego jedynie o dziesięć lat. I on także był zatwardziałym kawalerem. We Francji
cieszyli się wielką sławą niepoprawnych uwodzicieli i to napawało ich dumą. Teraz 5

wszystko, co łączyło się z ojczyzną, stało się tak odległe, zarówno w czasie, jak i przestrzeni...

Zdawali sobie sprawę, że nigdy nie będą mogli tam powrócić.

-  Wiem,  że  w  tym  przeklętym  kraju  jest  gdzieś  duże  miasto  -  rzekł  baron.  -  Nazywa  się  Kluż  albo
Klausenburg i jest stolicą Siedmiogrodu. Jeszcze inne nazywa się Sybin, a w obu miastach mówi się i
po  niemiecku,  i  po  węgiersku.  Niemiecki  przynajmniej  choć  trochę  znamy. Ale  dlaczego,  dlaczego
nie możemy tam dotrzeć? Jak długo będziemy musieli wałęsać się po tych lasach i dolinach, z dala od
wszelkiej cywilizacji, wśród ludzi tak prymitywnych, że nie rozumieją nawet mowy gestów?

Miły baron oceniał sytuację cokolwiek niesprawiedliwie. Można się  było  domyślić,  że  mieszkańcy
tutejszych okolic nie lubią być traktowani przez obcych niczym krowie łajno.

Dlaczego  więc  mieliby  odpowiadać  arogantom?  Jeśli  ci  dwaj  chcą  się  pysznić  i  spoglądać  z
pogardą, to niech radzą sobie sami!

Tak  jak  ten  ostatni  człowiek,  którego  spotkali  niedaleko  rozstajów.  Z  pewnością  widział,  że
zadzierający nosa obcy przybysze o wyszukanych manierach pojechali w złą stronę, kierując się ku
pustkowiom.  Ale  to  wyłącznie  ich  sprawa.  Jeśli  oni  chcą  jechać  przez  bezdroża,  mnie  to  nie
obchodzi,  pomyślał  góral,  nie  przerywając  wędrówki.  Nie  był  wcale  człowiekiem  o  kamiennym
sercu, ale czy musi godzić się na to, by przywoływano go niczym psa?

Dlatego  właśnie  baron  i  Yves  znaleźli  się  teraz  w  drodze  ku  przylegającym  do  siebie  domom
wyrosłym  prosto  z  ziemi,  o  dachach  krytych  poczerniałym  pofałdowanym  gontem.  Ponieważ
większość  domów  nie  miała  okien  wychodzących  na  ulicę,  z  początku  osada  sprawiała  wrażenie
wymarłej.  Jechali  powoli  małą  uliczką,  rozglądając  się  uważnie  dokoła,  gdy  nagle  zauważyli,  że
droga na przeciwległym krańcu doliny pnie się w górę.

- Spójrz! - zawołał Yves. - Droga, która z daleka wyglądała na całkiem zarośniętą, w rzeczywistości
jest porządnym traktem!

-  Tak,  to  prawda!  Znika  w  dali  za  tą  skałą.  Prawdopodobnie  jutro  będziemy  mogli  ruszyć  dalej.
Musimy tylko najpierw się dowiedzieć, jak dotrzeć do Klausenburga.

- Kluża - poprawił Yves.

- Tak, oczywiście. Ci tubylcy nie rozumieją cywilizowanego języka, jakim jest niemiecki. O, słońce
zniknęło  za  grzbietem  górskim  i  w  tej  zapomnianej  przez  Boga  dolinie  zrobiło  się  nagle  wprost
makabrycznie. Czyżbyśmy naprawdę trafili na opuszczone miasteczko? Tego jeszcze brakowało!

Yves odpowiedział w zamyśleniu:

6

background image

- Jedno mnie niepokoi. Cesarstwo austro-węgierskie nie ciągnie się w nieskończoność.

Musimy uważać, byśmy nie dotarli do krainy barbarzyńców.

- Masz rację - kiwnął głową baron. - Rozmawialiśmy wszak z owym cywilizowanym człowiekiem w
Peszcie.  To  on  poradził  nam,  byśmy  skierowali  się  tutaj,  jako  że  i  w  Peszcie  dało  się  odczuć
niepokój  niesiony  prądem  rewolucji.  Mówił  także,  że  na  wschód  od  Siedmiogrodu  rozciąga  się
chanat  turecki,  na  południu  także.  Musimy  się  strzec,  by  nie  wpaść  w  ręce  Turków,  z  nimi  nie  ma
żartów.

- Ale spójrz, tam! Tam są przecież ludzie!

Dotarli  do  niewielkiego,  wyłożonego  brukiem  rynku.  Najwyraźniej  tu  właśnie  zbierali  się  po
całodziennym  znoju  mieszkańcy  osady.  Francuzi  dostrzegli  także  karczmę,  a  jej  najbardziej
potrzebowali. Znów obudziła się w nich iskra życia.

Stukot  końskich  kopyt  zgasił  rozmowy  zgromadzonych  ludzi  i  wszystkie  twarze  zwróciły  się  ku
obcym.

Baron  i Yves  podczas  swej  wędrówki  po  Europie  widzieli  wiele  rozmaitych  kolorowych  strojów
ludowych.  Tutaj  jednak  królował  smutek.  Czerń,  niemal  tylko  czerń,  gdzieniegdzie  przełamana
brązowymi  lub  szarymi  wstawkami  w  kamizelce  czy  koszuli.  Kobiety  całe  spowite  były  w  czerń,
spod  chustek  ledwie  dostrzec  się  dało  jaśniejsze  plamy  niechętnych,  surowych  twarzy.  Oblicza  i
sylwetki mężczyzn przypominały skamieniałe drewno.

Mężczyzn  zresztą  znalazła  się  ledwie  garstka,  wśród  ludzi  zebranych  na  rynku  ogromną  większość
stanowiły kobiety.

Francuscy szlachcice wstrzymali konie i przyglądali się zgromadzonym. Na rynku zaległa cisza, gdy
tak na-wzajem mierzyli się wzrokiem. Nadspodziewanie szybko zapadł zmierzch.

- Ty tam - władczo odezwał się baron do człowieka, który wyglądał na właściciela karczmy.

Na wydatnym brzuchu zawiązany miał fartuch. - Podejdź tutaj.

Mężczyzna usłuchał bardzo niechętnie. Górale nie lubili, gdy im rozkazywano.

- Mówisz po niemiecku? - wrzasnął baron, przekonany, że krzyk jest najlepszym sposobem osadzania
ludzi na właściwym miejscu.

Karczmarz wzruszył ramionami. Nikt inny nie zareagował, baron zrozumiał więc, że tutaj mówiono
tylko  miejscowym  językiem,  musiał  zatem  poprzestać  na  władczych,  wymownych  gestach.  Nocleg,
posiłek... Tylko na jedną noc.

Tyle zrozumieli. To dało się załatwić.

Yvesowi  jednak  nie  spodobał  się  złośliwy  uśmieszek,  który  na  ułamek  sekundy  zagościł  na  twarzy

background image

jednego ze stojących bliżej mężczyzn.

7

Baron wolał jak najdłużej nie schodzić z końskiego grzbietu. Czuł się wtedy pewniej, patrzył

na innych z góry.

- Czy możecie nam powiedzieć, jak daleko jest do Klausenburga?

- Kluża - poprawiając go mruknął Yves.

- Tak, naturalnie, Kluża.

Baron pytającym tonem powtórzył nazwę miasta, wskazując przy tym na wszystkie strony świata.

Ludzie spoglądali po sobie, nie odzywając się ani słowem.

- Hermannstadt - spróbował baron.

- Sybin - poprawił Yves.

- Tak, tak, Sybin - parsknął gniewnie jego stryj. - Kto prowadzi tę rozmowę, ty czy ja?

Yves z doświadczenia wiedział, że najmądrzej będzie, gdy zachowa milczenie.

Nazwa  „Sybin”  wywołała  jednak  pewien  oddźwięk  wśród  zebranych.  Francuzi  usłyszeli,  jak  ktoś
mruknął słowo Nagyszeben, węgierską nazwę Sybina; czy, jak mówili Niemcy, Hermannstadt.

-  Jesteście  Madziarami?  -  zapytał  zdumiony  baron,  sądził  bowiem,  że  tych  można  spotkać  dalej  na
wschodzie.

Pokręcili głowami, miał więc mimo wszystko rację.

- Czy Sybin jest madziarskim miastem?

-  Nie,  niemieckim  -  odparł  karczmarz  swym  własnym  językiem,  ale  jednak  zrozumiale  dla
Francuzów.

Tak,  to  właśnie  słyszeli:  Sybin  było  ponoć  całkowicie  niemieckie,  założone  przez  Niemców  wiele
setek lat temu. Słyszeli także, że duże obszary Siedmiogrodu zamieszkiwali Madziarzy; nie dotarli oni
jednak aż tak daleko na zachód.

Czy los nie mógłby choć trochę im sprzyjać i zetknąć z ludźmi, z którymi można się porozumieć?

Widać  jednak  mieszkańcy  wioski  wiedzieli,  gdzie  leży  Sybin,  zaczęli  bowiem  przekrzykiwać  się
teraz nawzajem, wpadając sobie w słowo. Towarzyszyły temu zamaszyste ruchy rozłożonych rąk...

background image

8

Ze słów i gestów wynikało, że Sybin znajduje się daleko, Francuzi będą musieli zawrócić i odjechać
tą samą drogą, którą przybyli, a później - to pozostawało niejasne - w jakimś miejscu skręcić.

Baron  dał  do  zrozumienia,  że  zastanawia  się,  czy  nie  mogliby  się  trzymać  drogi  wiodącej  przez
dolinę.

Uśmiechnęli się wtedy tylko, kręcąc głowami.

- Jak nazywa się to miasteczko? - zapytał Yves.

Zanim otrzymał odpowiedź, musiał powtórzyć pytanie na wiele sposobów.

- Targul Stregesti.

Baron niepewnie popatrzył na bratanka.

-  Targul  oznacza  miasteczko,  tyle  zdążyliśmy  się  już  nauczyć. Ale  to  wskazuje,  że  istnieje  również
coś innego, co nosi nazwę Stregesti.

Yves skinął głową.

- Zwykle bywa to twierdza albo jezioro.

- Ale  tu  przecież  nie  ma  żadnego  jeziora,  nie  widzę  także  twierdzy.  Niemniej  faktem  pozostaje,  że
określenia

„Targul” używa się tutaj tylko wtedy, gdy chce się odróżnić miasteczko od czegoś innego.

- Może chodzi o las lub o rzekę, która przepływa przez miasteczko. Ale cóż, idziemy do karczmy?

W  tej  samej  chwili  dobiegł  ich  zbliżający  się  tętent  końskich  kopyt  i  turkot  kół  powozu.  Oczy
wszystkich  skierowały  się  na  ulicę,  na  której  zza  zakrętu  wyłonił  się  zmierzający  w  kierunku  rynku
czarny ekwipaż. Ludzie wstali i skłonili się głęboko. Francuzi nareszcie zsiedli z koni.

Ubrany ciemno woźnica był blady i tak chudy, jakby składał się z samej tylko skóry i kości.

Zasłony  w  oknie  krytego  powozu  zostały  odciągnięte  na  bok  i  pojawiła  się  w  nim  głowa
zawoalowanej  damy.  Woźnica  zsiadł  z  kozła  i  otworzył  drzwi.  Baron  i  Yves  do  tego  stopnia
zaciekawieni byli, któż to mógł przyjechać, że zrazu nie zauważyli, iż mieszkańcy miasteczka jeden za
drugim  znikali  z  rynku.  Kiedy  się  wreszcie  zorientowali,  został  przy  nich  już  tylko  karczmarz.  I  on
także nie wyglądał na zachwyconego.

Francuzi  nie  byli  w  stanie  oderwać  oczu  od  dwóch  dam,  które  wysiadły  z  powozu.  Jedna  z  nich
pełnym  gracji  ruchem  uniosła  woalkę  przysłaniającą  twarz,  ukazując  nadzwyczaj  piękne  oblicze.
Mogła mieć około czterdziestu lat i widać było wyraźnie, że przywykła do rządzenia i 9

background image

wydawania  rozkazów.  Włosy  miała  czarne,  jedwabiście  błyszczące  niczym  ptasie  skrzydła,  a  oczy
warte były opisu z „Pieśni nad Pieśniami”.

Druga  kobieta,  właściwie  bardzo  młoda  jeszcze  dziewczyna,  miała  w  ciemnych  oczach  wyraz
onieśmielenia,  niemal  wręcz  strachu.  Bez  wątpienia  musiały  być  ze  sobą  spokrewnione,  miały
podobną  karnację  i  tak  samo  piękne  rysy.  Znać  też  było,  że  starsza  w  pełni  zdominowała  młodszą.
Tak, Yves nawet odniósł wrażenie, że oczy młodej piękności desperacko błagały go o pomoc.

To obudziło w nim instynkty rycerza.

Władcza dama zwróciła się do karczmarza:

- Zeno, widzę, że mamy gości. Przedstaw nas.

Karczmarz Zeno sprawiał wrażenie zmieszanego. Baron, który nie rozumiał tych słów, lecz mimo to
pojął  ich  znaczenie,  odwrócił  się  ku  niej.  Uprzejmie  się  ukłonił  i  powiedział  po  niemiecku,
zakładając, że dama jest osobą na tyle kulturalną, by znać ten język:

- Madame, nasz przyjazd nastąpił tak niedawno, że ten dobry człowiek jeszcze nie zdążył

poznać naszych imion. Pozwólcie nam się przedstawić. Jesteśmy francuskimi szlachcicami; baron de
Conte, a to mój bratanek Yves. Do waszych usług, madame!

Ku wielkiemu zdumieniu barona dama odpowiedziała w jego ojczystym języku:

- Ach,  Francuzi!  Cóż  za  wspaniała  wizyta  w  tej  odciętej  od  świata  dolinie!  Moi  panowie,  jestem
księżniczka Feodora, córka wojewody tej części kraju, a to moja kuzynka Nicola. Czy zamówiliście
już nocleg w gospodzie?

- Tak, księżniczko - odparł baron, z ulgą przyjmując fakt, iż nie musi już posługiwać się swym jakże
nieporadnym niemieckim.

-  Cóż,  nie  będziemy  więc  sprawiać  zawodu  temu  dobremu  człowiekowi.  Ale  jutro  musicie
koniecznie nas odwiedzić. Wystarczy trzymać się drogi, którą przybyłyśmy.

Pobiegli oczami za jej wzrokiem ku skalnemu urwisku i gorąco podziękowali za zaproszenie.

Ustalono porę odwiedzin i damy natychmiast się pożegnały, tłumacząc się koniecznością załatwienia
spraw, dla których przybyły do miasteczka. Powóz wytoczył się z rynku.

Po  kolacji  dwaj  szlachcice  udali  się  do  zaoferowanej  im  przez  karczmarza  izby,  co  prawda
urządzonej skromnie i staroświecko, lecz czystej i schludnej. Już leżąc w łóżkach wsłuchiwali się w
niesamowitą ciszę, zaległą wśród gór.

- Czy nic cię nie zastanowiło na dole, w jadalnej, Yvesie?

Yves, który już zasypiał, drgnął i zapytał sennie:

background image

10

- Nie, a co?

-  Chodzi  mi  o  to,  że  przemierzając  tak  długo  wschodnie  krańce  cesarstwa  habsburskiego  często
spotykaliśmy się z ich jakże powszechnymi przesądami. Ślady...

- Ależ  tak!  -  wykrzyknął Yves.  -  Wiem  już,  co  masz  na  myśli,  stryju.  Te  wielkie  warkocze  czy  też
wiązki  czosnku  które  oni  tak  kochają  wieszać  po  gospodach  jako  ochronę  przed  wampirami.  Tutaj
tego nie ma!

-  No  właśnie,  a  w  każdym  razie  nie  więcej  niż  kucharz  potrzebuje  w  kuchni.  O  czym  by  to  zatem
świadczyło?

- Że możemy czuć się bezpieczni i nie bać się wampirów - roześmiał się Yves.

-  Podzielam  twoją  wesołość  -  odparł  baron.  -  Dla  nas  Francuzów,  wampiry  i  wilkołaki  to  jedynie
przesądy.  Muszę  jutro  zapytać  księżniczkę  Feodorę,  czy  te  okolice  uchroniły  się  przed  takimi
zabobonami.

- Tak musi być - stwierdził Yves. - Bo przecież na ogół mieszkańcy Siedmiogrodu wprost panicznie
boją  się  tych  powstających  z  grobów  krwiopijców,  Wszędzie  napotykaliśmy  czosnek;  krzyże  i
rozsypane ciernie róży. A tutaj tego nie ma.

-  No  cóż,  dobrze  to  wiedzieć  -  zaśmiał  się  baron.  -  Wspaniale,  że  spotkała  my  kogoś,  kto  zna
francuski; Księżniczka sprawia wrażenie osoby bardzo kulturalnej. Cieszę się na jutrzejszą wizytę.

- Mmm - w głosie Yvesa zabrzmiała nuta powątpiewania. - Czy zauważyłeś, stryju, jak despotycznie
zachowywała  się  w  stosunku  do  tej  biednej  młodej  dziewczyny?  To  nieszczęsne  dziecko  było  tak
wystraszone, że aż wstyd.

- Nie zastanawiałem się nad tym. Miałem oko tylko na piękną Feodorę.

Yves nadal był zamyślony.

- Czy nie planowaliśmy jechać dalej, gdy tylko nastanie świt?

- To prawda, ale nie możemy urazić tak dostojnej damy.

- Córka wojewody... - powiedział Yves. - Kto to jest wojewoda?

- To bardzo wysoki tytuł. Kiedyś był to dowódca, osoba, która wodziła woje. Obecnie oznacza chyba
wybranego księcia lub władcę. Są panami wielkich obszarów.

- I osiedlają się w zapomnianym przez Boga górskim miasteczku, takim jak to? Coś tu się nie zgadza.

11

background image

- To jej ojciec był władcą. Ona mogła zamieszkać tutaj z przyczyn, których nie znamy. Ale zaraz po
wizycie  u  owych  dwu  dam  opuścimy  miasteczko.  Z  pewnością  będą  umiały  wytłumaczyć  nam,  jak
dojechać do Hermannstadt, Sybina albo Nagyszeben czy też jak oni je zwą.

W  głosie  barona  drgała  nuta  irytacji.  Jak  większość  Francuzów  nie  potrafił  pojąć,  że  nie  wszyscy
ludzie na świecie mówią w jego języku.

W chwilę później równy oddech zdradzał, że baron śpi. Yves jednak nie mógł zasnąć. Po pierwsze
znów dręczył go ból w prawym boku; bóle w czasie podróży wielokrotnie się powtarzały, a ostatnio
występowały coraz częściej. A po drugie, jego myśli nie mogły oderwać się od młodej Nicoli, która
wyraźnie błagała go o pomoc.

Kim jest? Żądną przygód młodą damą, której nie podoba się, iż założono jej zbyt krótkie cugle? Czy
też naprawdę dzieje się jej krzywda?

Yves skłonny był przypuszczać raczej to drugie.

Wokół  panowała  przerażająca  cisza.  Daleko,  daleko  wznosiły  się  wierzchołki  Karpat,  jakby
trzymając straż. Tu w najbliższej okolicy, krajobraz nie był wysokogórski, dominowały wzgórza, co
prawda dość wyniosłe, ale porośnięte lasem.

O  właśnie,  las.  Nieprzyjemne  uczucie  owładnęło Yvesem  na  samą  myśl,  że  chcąc  wydostać  się  z
doliny, ponownie będą musieli przejechać przez ten przeklęty obszar.

No cóż, jeśli zdołają ruszyć w drogę jeszcze za dnia, jakoś to pewnie przeżyją.

Wysoko w górach rozległo się wycie, zaraz odpowiedziały mu inne. Yves pamiętał, że Siedmiogród
był ostoją dzikiej zwierzyny. W lasach i na wyżynach roiło się od wilków.

To  przynajmniej  jakaś  oznaka  życia,  pomyślał  z  iście  wisielczym  humorem.  Nigdy  jeszcze  nie
doświadczył podobnie kamiennej, grobowej ciszy.

Wampiry... Yves czuł, że w tej krainie mogą już nie przejmować się owymi paskudnymi stworami.

Ale jest coś innego...

W  całej  okolicy  unosiła  się  atmosfera  jakby  czegoś  chorego.  Las  był  tego  najokropniejszym
przykładem.

I ta młodziutka dziewczyna, przerażona do obłędu!

Nicola musiała o czymś wiedzieć.

Yves postanowił uczynić wszystko, by zabrać ją z tego strasznego, tajemniczego miejsca.

12

background image

Stryj może mówić, co chce, Yves i tak porwie dziewczynę!

13

ROZDZIAŁ II

Yves przebudził się o świcie, odczuwając ból silniejszy niż kiedykolwiek. Że też atak musiał

przyjść akurat w tym odciętym od świata miasteczku! Na pewno nie ma tu nikogo, kto by choć trochę
znał się na leczeniu, a jeżeli już, to najwyżej jakiś znachor, który zajmuje się czarami.

Yves nie miał ochoty mieć do czynienia z kimś takim.

Czuł  się  na  tyle  źle,  że  musiał  obudzić  stryja.  Przez  cały  ranek  baron  robił  mu  gorące  okłady  albo
biegał, by opróżnić drewniane wiadro, które stało przy łóżku Yvesa.

Stryj nie był szczególnie zachwycony koniecznością wypełniania takich zadań.

Choroba  bratanka  budziła  jego  niepokój.  Myśl  o  utracie  towarzysza  podróży  stała  się  nagle
nieznośna.

Obydwaj więc odetchnęli z wyraźną ulgą, gdy około pory obiadowej atak zaczął mijać.

Yves wycieńczony opadł na poduszki. Wargi miał pobielałe, głos słaby.

- Czuję, że to przechodzi, stryju. Ale nie sądzę, bym był w stanie iść z wizytą do dam.

- Nie, nie, rozumiem. Czy chcesz, bym został przy tobie?

- Tym razem atak już minął, ale gdy tylko dotrzemy do ludzi, muszę iść do lekarza. Szkoda jedynie...
Tak bardzo chciałem zrobić coś dla tej udręczonej istoty, Nicoli. Czy mógłbyś, stryju, wybadać, jak
się sprawy mają? A jeśli zorientujesz się, że dziewczynie dzieje się krzywda, to postaraj się zabrać
ją z tego miasteczka!

Baron ukrył grymas zniecierpliwienia.

- Zobaczę, co się da zrobić - obiecał pospiesznie. - Nie rozumiem jedynie, gdzie też one mieszkają.
Pozostaje tylko trzymać się drogi, a dotrę pewnie do jakiegoś domu lub kolejnej wioski.

-  Nie  wygląda  na  to,  by  za  urwiskiem  było  szczególnie  wiele  miejsca  -  stwierdził  Yves.  -  Czy
zechcesz przeprosić damy w moim imieniu?

- Naturalnie! Spróbuj teraz zasnąć!

- To chyba nie będzie trudne.

Wkrótce okazało się, że miał rację. Sen nadszedł natychmiast, gdy tylko baron opuścił izbę.

background image

Gdy się przebudził, było ciemno.

14

A właściwie nie tak całkiem ciemno. Niebo na wschodzie zaczęło się już rozjaśniać w oczekiwaniu
na pojawienie się słońca.

Spałem  niemal  całą  dobę,  pomyślał  przerażony  Yves.  Co  powie  na  to  stryj,  na  pewno  jest
rozgniewany.

Barona jednak nie było w łóżku, wydawało się, że od poprzedniej nocy nikt nie ruszał

pościeli.  Kamizelka,  którą  nosił  na  co  dzień,  i  kordzik  leżały  na  kapie,  tam  gdzie  stryj  je  położył,
zanim wyszedł.

Z podwórza dobiegał gwar, ludzie z karczmy przygotowywali się do nowego dnia. Yves szybko się
zebrał.  Z  ulgą  stwierdził,  że  ból  w  boku  był  teraz  już  tylko  tępym  pobolewaniem,  i  pospieszył  do
jadalni.

Żona karczmarza właśnie tam sprzątała.

Do diaska, że też nie znał tutejszego języka! A raczej że też oni nie znali francuskiego!

Dostrzegł  także  kilka  dziewcząt  zajętych  pracą  w  kuchni  i  wynoszących  pomyje.  Na  podwórzu
podstarzały parobek ładował warzywa na wóz.

I znów uderzyło go niezwykłe zjawisko: było tu tak wiele kobiet i tak mało mężczyzn. A mężczyźni,
których  widział,  to  albo  starcy,  albo  wręcz  jeszcze  dzieci  lub  też  osobnicy  wyjątkowo  mało
pociągający.

Gdyby  nie  owych  kilku  względnie  młodych,  choć  z  wyglądu  odpychających,  których  widzieli  na
rynku w dniu, gdy przybyli do wioski, Yves sądziłby, że kraj niedawno był w stanie wojny i stracił w
niej wszystkich mężczyzn w sile wieku.

Nieporadnie zaczął wypytywać karczmarkę o swego towarzysza.

Nie zrozumiała go.

- Mój stryj! Baron.

Wskazał obok siebie, jak gdyby chciał przedstawić niewidzialnego przyjaciela.

Kobieta tylko potrząsnęła głową i znów zabrała się za zamiatanie podłogi w jadalni.

Z kuchni wyszedł karczmarz i dość zrozumiale zapytał, czy Yves chce jeść.

Nie, pragnął tylko się dowiedzieć, gdzie jest baron.

background image

- Aha - rozjaśnił się karczmarz.

15

Nastąpiła długa tyrada w owym niepojętym języku. Yvesowi udało się jednak wyłapać z niej kilka
słów. Nic dziwnego, przecież rumuński i francuski należą do tej samej grupy języków romańskich.

Mężczyzna wskazał ręką na skalne urwisko. Ach tak, pomyślał Yves i podziękował.

Najwyraźniej widzieli, jak stryj jechał tamtą drogą, lecz nie spostrzegli, by wracał.

Ale to było poprzedniego dnia! Baron miałby tam zostać przez pół dnia i całą noc, nic nie mówiąc o
tym choremu Yvesowi?

Karczmarz  powrócił  do  swoich  zajęć,  nie  zwracając  już  na  Yvesa  uwagi.  Dotknięty  obojętnością
gospodarza  Francuz  miał  ochotę  powiedzieć  mu  parę  słów  do  słuchu,  ale  karczmarz  zniknął  już  z
pola jego widzenia, a zresztą gdyby nawet go odnalazł i wygarnął, co myśli o takim lekceważeniu, i
tak przecież nie zostałby zrozumiany.

Yves był poruszony. Czy trafił do jakiegoś przeklętego gniazda złoczyńców, napadających na swoich
gości i ograbiających ich z majątku? Czy oni...?

Nie,  to  Yves  trzymał  podróżną  kasę.  Schował  ją  w  izbie  sypialnej.  Pospieszył  na  górę,  by  ją
sprawdzić.

Leżała nie naruszona.

Osłabiony, lecz silny na tyle, by wyruszyć w drogę, wyjaśnił domownikom, że ma zamiar jechać w
ślad za stryjem. Pokiwali tylko głowami, niemal nie odrywając się od swoich zajęć.

Jedynie w oczach młodziutkiej dziewczyny dojrzał coś na kształt prośby. Prośby i ostrzeżenia?

Głupstwa!  Jeśli  nawet  księżniczka  albo  stryj  będą  się  gniewać,  to  co  z  tego? Yves  musi  przecież
wykazać bodaj odrobinę zainteresowania losem starszego krewniaka!

A  poza  tym  stryj  powinien  się  wstydzić,  że  spędza  czas  nie  wiadomo  gdzie,  prawdopodobnie  na
zabawie i przyjemnościach, nie poświęcając ani jednej myśli swemu biednemu, choremu bratankowi.

Yves nie chciał teraz nic jeść i wcale się tym nie przejmował. Jeśli zgłodnieje, z pewnością ugoszczą
go tam, dokąd zmierzał. Księżniczce ani chybi świetnie się powodzi, sądząc po ponurym, co prawda,
lecz jakże wytwornym ekwipażu.

Słońce  zdążyło  już  wstać;  ukośnie  padające  promienie  rozjaśniały  niewielki  rynek.  W  świetle  dnia
miasteczko,  utrzymane  w  dość  staroświeckim  stylu,  jak  zresztą  większość  osad  tutaj  w
Siedmiogrodzie, wyglądało naprawdę ładnie. Nowe prądy mody późno docierały do odległej, ukrytej
pośród  gór  doliny.  Cały  Siedmiogród,  czy  też,  jak  kto  woli,  Transylwania,  leżał  na  rozległym
płaskowyżu... Mon Dieu, jakież to skomplikowane: tak wiele nazw na to samo miejsce!

background image

16

Z leżących po drugiej stronie łąk, na których się znalazł, unosiły się opary. Przeklęty las, jak go zwał
w myślach, także był jakby spowity w chmury. Wstawała poranna mgła.

Nadchodził nowy, wilgotny, ciepły dzień.

Yves zmarnował całą poprzednią dobę. Nigdy dotąd mu się to nie zdarzyło, co oznaczało, że choroba
osiągnęła poważne stadium. Dobrze byłoby jak najszybciej poradzić się lekarza!

Kręta droga pięła się w górę, do stóp urwiska. Przez dolinę leniwie płynął niewielki strumień.

Yves miał teraz miasteczko za plecami.

Piękna  to  była  okolica,  to  prawda,  lecz  zbyt  zduszona,  zbyt  szczelnie  otoczona  ze  wszystkich  stron
gęstwiną  lasu,  by  przypaść  Yvesowi  do  gustu.  Tęsknił  ogromnie  za  swym  francuskim  miastem,
rządzonym  teraz  przez  rewolucjonistów.  Prawdopodobnie  ich  dwór  także  wpadł  w  ręce  tych
nędznych plebejuszy.

Nie,  nie  chciał  myśleć  o  rewolucji,  wspomnienia  wywoływały  rozdzierający  ból.  Zamierzali  teraz
rozpocząć  nowe  życie  w  Klużu  albo  Sybinie,  z  dala  od  łajdaków,  którzy  przepędzili  francuską
szlachtę.

Droga skręciła i za zakrętem wyłoniła się kolejna łąka. I na niej, wśród wysokich traw, pasł

się wierzchowiec stryja! Doprawdy, jakaż pogodna to oznaka życia!

Koń zarżał radośnie. Bijąc kopytami rączo podbiegł, ucieszony z towarzystwa. Yves przemówił do
zwierzęcia i przyjaźnie poklepał je po grzbiecie. Koń poczłapał za jego wierzchowcem.

U stóp urwiska droga gwałtownie skręciła. Yves zdumiony, ściągnął wodze.

Przed  jego  oczami  wyrósł  zamek!  Zamek,  którego  poszukiwali!  Twierdza  Stregesti;  bez  wątpienia
nosiła taką nazwę. Była to zdecydowanie bardziej twierdza aniżeli zamek, gdyż budowlę utrzymano
w starym stylu: czworoboczna, bez nadmiernej liczby ozdób, wieżyczek, powiewających chorągwi i
zwodzonych mostów.

Kiedy po raz pierwszy, ledwie kącikiem prawego oka, dostrzegł twierdzę, wydała mu się olbrzymią
ruiną, wznoszącą się nad jego głową na szczycie stromizny. Było to jednak tylko pierwsze wrażenie.
Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że budowla w pełni nadawała się do zamieszkania. Stara, to prawda,
zbudowana  z  grubo  ciosanych  kamiennych  bloków,  lecz  dobrze  utrzymana.  Wielki  portal  zamykał
drogę, którą jechał Yves, a liczne małe okienka w murze jakby zapraszały do środka. Piękne drzewa,
najwyraźniej zasadzone ręką człowieka, rosły po obu stronach drogi na ostatnim jej odcinku, tworząc
aleję wiodącą ku portalowi.

Przejechawszy końcowy fragment drogi, Yves zobaczył, jak niezwykły widok roztacza się z twierdzy.
Pod jego stopami w tej części doliny znajdowało się małe jezioro, wokół którego dostrzegł resztki

background image

fundamentów - ślady po dawnej zabudowie. Może kiedyś przeniesiono stąd całe miasteczko, a może
było znacznie większe niż obecnie... Musi wypytać o to damy.

17

Dzięki  Bogu,  że  księżniczka  zna  francuski!  Miał  nadzieję,  że  młodziutka  Nicola  także  włada  jego
ojczystym językiem. Wszystko stałoby się wówczas o wiele łatwiejsze. Choć naturalnie język miłości
często obywa się bez słów...

Dużo  myślał  o  Nicoli  i  o  tym,  co  mógłby  dla  niej  zrobić.  Przede  wszystkim  musi  wyrwać  ją  spod
władzy pięknej, ale jakże apodyktycznej księżniczki.

Brama była ciężka, masywna, wykonana z pociemniałego dębu. Yves zsiadł z wierzchowca i puścił
go wolno. Konie od razu znalazły dla siebie miejsce: łąkę, na której rosła soczysta trawa.

Yves podszedł do bramy i zastukał w ciężkie odrzwia.

Uderzenia  w  drewno  rozniosły  się  głuchym  echem  wśród  murów.  Niemal  od  razu  pojawił  się
kościsty woźnica i otworzył bramę. Bez słowa skłonił się przed Yvesem.

Co można rzec komuś, kto nie zna żadnego cywilizowanego języka? zastanawiał się młody Francuz.

- Mój stryj? Czy jest tutaj? I czy mogę złożyć damom wizytę?

Nie wiadomo, czy woźnica zrozumiał słowa młodzieńca, czy też nie, w każdym razie płynnym ruchem
chudej dłoni zaprosił Yvesa do środka. Francuz podziękował skinieniem głowy i wszedł na niewielki
dziedziniec otoczony budynkami.

Śliczne  wykusze  z  oknami  o  małych  szybkach  tu  i  ówdzie  ożywiały  monotonię  kamiennych  murów.
Yves  dojrzał  też  nieduży  balkon.  Twierdza  miała  dwa  poziomy;  najbliżej  bramy  usytuowane  były
budynki,  w  których  pewnie  musiały  się  mieścić  stajnie,  kuchnia  i  pokoje  służby.  Woźnica  wskazał
Yvesowi drzwi znajdujące się dokładnie naprzeciwko portalu, prowadzące najwyraźniej do głównej
części budowli.

Młodzieniec znalazł się w ciemnym hallu. Z początku niczego nie widział, gdyż przejście z jasności
słonecznego dnia w mrok było zbyt gwałtowne. Ale woźnica szedł przed nim, wskazując mu drogę, i
zaraz  otworzył  drzwi  do  wielkiej,  utrzymanej  w  starodawnym  stylu  sali. Yvesowi  nasunęło  się  na
myśl  określenie  „sala  rycerska”.  Nie  przestawał  porównywać  twierdzy  ze  swym  jakże  wygodnym
domem we Francji i stwierdził po raz kolejny, że mieszkańcy tych okolic nie nadążają za modą.

Ale przecież nie wolno mu było zapominać, że znalazł się w barbarzyńskim kraju!

Dla Yvesa wszystko, co nie francuskie, równało się barbarzyństwu.

W  drzwiach  prowadzących  do  sąsiedniego  pomieszczenia  ukazała  się  księżniczka  Feodora  i
rozpromieniona wyciągnęła ku niemu ręce.

background image

18

- Ach, monsieur Yves, czy nic już wam nie dolega? Słyszałam od waszego stryja, że chorowaliście.

- To prawda, łaskawa pani - odparł Yves i ucałował jej dłoń. - A jak wy się czujecie?

- Dziękuję, wyśmienicie.

- Mój stryj...? Czy nadal przebywa tutaj? - zapytał uprzejmie Yves.

Księżniczka Feadora wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.

-  O,  z  waszego  stryja  ranny  ptaszek!  Musicie  wybaczyć  jemu  i  nam,  Yvesie,  lecz  tak  długo
zasiedzieliśmy  się  wieczorem,  zagłębieni  w  rozmowie,  iż  nie  było  sensu,  by  baron  wracał  do
gospody. Dla mnie i dla Nicoli to wyjątkowe przeżycie: spotkać tak wykształconą i kulturalną osobę.
Bardzo  jesteśmy  spragnione  kultury.  A  więc,  gdy  tylko  zaświtał  nowy  dzień,  wasz  stryj  wstał
promienny  jak  skowronek  i  uparł  się,  by  obejrzeć  nasze  wielkie  tereny  łowieckie,  rozciągające  się
wokół jeziora. Nie, nie kryją one w sobie żadnego niebezpieczeństwa, tu w dolinie bowiem nie ma
żadnej  dzikiej  zwierzyny,  można  ją  natomiast  spotkać  w  otaczających  lasy  górach.  Powiedział,  że
wróci za godzinę, licząc od teraz, i wtedy zje z nami skromne śniadanie. Gdybyście wy nie przyszli
tutaj,  udałby  się,  rzecz  jasna,  do  karczmy,  by  was  doglądać. Ale  po  prawdzie  nie  niepokoił  się  tak
bardzo waszym stanem; kiedy wychodził, czuliście się już o wiele lepiej, prawda?

- Owszem. A zatem spodziewaliście się mnie?

- O, tak. Nicola!

Skierowała  okrzyk  w  stronę  komnaty,  z  której  wyszła.  Natychmiast  też  pojawiła  się  nieśmiała
dziewczyna i skłoniła przed Yvesem, który ucałował także i jej dłoń. Zwrócił uwagę, że Nicola drży.

Księżniczka Feodora zaproponowała tonem nie znoszącym sprzeciwu:

-  Może  dotrzymasz  towarzystwa  panu  Yvesowi,  podczas  gdy  ja  pójdę  wydać  polecenia  o
dodatkowym nakryciu do śniadania?

- Oczywiście - szepnęła dziewczyna.

Była  jeszcze  bardziej  zachwycająca,  niż  ją  zapamiętał.  Poprosiła,  by  usiadł  na  pokrytej  aksamitem
ławie pod oknem, przysłoniętym kotarami.

Po krótkiej chwili Yves zagadnął:

- Czy mówicie po francusku?

19

Skinęła  głową,  śląc  pełne  lęku  spojrzenie  za  ciotką,  czy  też  kim  była  księżniczka  w  stosunku  do

background image

młodej dziewczyny.

Yves  przyglądał  się  Nicoli  ukradkiem.  Widać  było  wyraźnie,  że  jest  ona  dzieckiem  dręczonym
rozmaitymi  troskami,  bez  przerwy  bowiem  ogryzała  i  tak  już  ogryzione  paznokcie.  Zresztą
niewłaściwe  było  używanie  w  stosunku  do  niej  określenia  „dziecko”,  z  pewnością  skończyła  już
dwadzieścia lat, lecz jakże często się zdarza, że dziewczęta wychowywane tak surowo zatrzymują się
w rozwoju gdzieś na progu dzieciństwa.

Yves nie przestawał się zastanawiać, dlaczego dziewczyna tak lęka się swej kuzynki, księżniczki.

Nicola  była  bardzo  pociągającą  młodą  panną.  Miała  nieco  wystające  zęby,  akurat  na  tyle,  by  usta
układały się w słodką podkówkę, co sprawiało nad wyraz czarujące wrażenie. Oczy miała wielkie,
ciemnobrązowe, a włosy czesane z przedziałkiem, lśniąco czarne i z pewnością bardzo długie. Teraz
splecione były w ciężki węzeł na karku, dokładnie taki sam, jaki nosiła jej kuzynka.

Poza tym jednak bardzo różniły się od siebie. Jak księżniczka Feodora była władcza i pewna siebie,
tak Nicola nieśmiała i wystraszona. Yves odczuł przemożną chęć, by przygarnąć ją do serca, utulić i
zapewnić, że już na zawsze będzie jej strzegł.

Nigdy dotąd nie spotkał dziewczyny, która w tak bezpośredni sposób poruszyłaby jego uczucia.

- Tu... tutaj jest bardzo pięknie - zaczął.

Uśmiechnęła  się  słodko,  poczuł,  że  za  ten  uśmiech  mógłby  oddać  życie.  Spłynęło  na  niego
przeświadczenie, że właśnie dlatego księżniczka Feodora tak surowo traktowała Nicolę: widziała w
dziewczynie swą rywalkę. Niczym Śnieżka i zła królowa?

Takich wyroków nie można jednak wydawać, znając osobę ledwie kilka minut. Yves zawstydził się
przed samym sobą.

Woskowe  świece  płonące  w  srebrnych  kandelabrach  oświetlały  pomieszczenie,  do  którego  nie
docierał blask słońca, powstrzymywany przez zaciągnięte zasłony.

Komnata,  w  której  siedzieli,  była  ponura.  Ściany  nie  zostały  wykonane  z  kamienia,  lecz  z  grubych
drewnianych  bali.  Pokrywały  je  rustykalne  gobeliny.  Pomieszczenie  umeblowano  sprzętami
utrzymanymi w starym wiejskim stylu, jak zresztą można się było tego spodziewać tutaj, w górskim
pustkowiu Siedmiogrodu. Stoły i ławy wyciosane zostały z niezwykle grubych desek. Na podłodze z
bali  tak  szerokich,  że  trudno  sobie  wyobrazić,  jak  ogromne  musiały  być  drzewa,  z  których  je
zrobiono,  leżały  skóry.  Yvesa  zdumiało  zatęchłe  powietrze  w  komnacie.  Chociaż  nic  to  pewnie
dziwnego  w  kamiennej  twierdzy.  Miał  wrażenie,  że  wyczuwa  wilgoć,  spływającą  kroplami  po
kamiennych murach, ukrytych za gobelinami i 20

drewnianymi belkami. Z pewnością niezdrowo jest mieszkać tu przez dłuższy czas, pomyślał.

Znów ogarnęło go pragnienie, by zabrać stąd dziewczynę...

Nie  był  w  stanie  oderwać  od  niej  oczu.  Miała  taką  cudowną  szyję,  co  podkreślał  jeszcze  ciężki

background image

węzeł włosów.

Długą, łagodnie wygiętą, pełną gracji szyję, o skórze tak gładkiej, że chciało się ją pieścić, poczuć
pod  palcami.  Od  tej  szyi  biła  nieprawdopodobna  zmysłowość,  choć  należała  ona  przecież  do  tak
skromnego młodego stworzenia.

Nicola  ubrana  była  w  sposób  dalece  odbiegający  od  najświeższej  mody,  jaką Yves  znał  z  Paryża.
Suknia  z  pewnością  utrzymana  była  w  tonie  strojów  odpowiednich  dla  wyższych  sfer  tej  części
krainy,  dostojna,  w  nieco  staroświeckim  stylu.  Spodnia  suknia  z  ciemnego  złotogłowiu,  a  na  niej
kaftan czy sarafan, jak zwano owe proste, do stóp sięgające wierzchnie szaty bez rękawów. Myliły
mu się te nazwy, a po prawdzie też niewiele go obchodziły. Strój w każdym razie nie krył, że Nicola
ma wyjątkowo piękne ciało, drażniące zmysły i niewinne zarazem.

- Panno Nicolo... - zaczął mówić, jąkając się z przejęcia. - Czy wiele świata widzieliście?

- Nie! Nic poza tą doliną.

- Och - szepnął Yves. - Tak bardzo chciałbym pokazać wam wszystkie cuda, jakie na nim istnieją...

Pochyliła się w przód, a w jej oczach zapłonęła nagle gorąca tęsknota.

- A więc zabierzcie mnie ze sobą! Nie odjeżdżajcie beze mnie! Tak bardzo proszę, żyję tutaj jak w
więzieniu, ja...

Wystraszona rozejrzała się dokoła, jakby obawiając się, że ściany mają uszy. Potem szepnęła:

-  Moja  ciotka...  Właściwie  nie  jest  moją  ciotką,  lecz  znacznie  dalszą  krewną,  ale  tak  ją  nazywam.
Ona mnie pilnuje! Nie wolno mi niczego robić! Tak bardzo chciałabym się stąd wydostać!

Yves poczuł, jak nagły strach pełznie mu wzdłuż kręgosłupa. W głosie i panicznym lęku, bijącym z
oczu  dziewczyny,  było  coś,  co  sprawiało,  że  wyczuwał  niebezpieczeństwo.  Mimo  wszystko  jednak
powiedział:

- Ale wasza ciotka wydała mi się taka życzliwa?

- Ona jest niebezpieczna - szepnęła Nicola. - Potrafi...

21

- No, co takiego? - dopytywał się Yves, gdy głos dziewczyny jakby zamarł.

- Nie, nic. O tym nie powinno się głośno mówić.

- Czarować? - podsunął z wesołym uśmiechem.

Nicola jednak potraktowała jego słowa poważnie.

background image

-  Ciii...  -  szepnęła,  kładąc  palec  na  ustach  i  z  przerażeniem  rozglądając  się  dokoła.  -  Ja  nic  nie
mówiłam! Bardzo proszę!

- Będę milczał jak grób. Ale wy, panienko, nie możecie tu zostać...

- Tak, teraz, kiedy was spotkałam, nie wytrzymam tutaj ani jednego dnia dłużej! Musimy...

Urwała nagle na widok nadchodzącej księżniczki Feodory. Yves natychmiast poderwał się z miejsca.

-  Śniadanie  czeka  w  jadalni,  dzieci  -  zwróciła  się  księżniczka  do  młodych.  -  Choć  może  nie
należałoby nazywać tego posiłku śniadaniem, pora wszak już tak późna.

- Mój stryj...? - zaczął Yves.

Księżniczka uniosła dłoń.

-  Nie  lękajcie  się,  proszę.  Tak  łatwo  tutaj  zapatrzeć  się  w  uroki  natury.  Bywali  tu  goście,  którzy
krążyli po okolicy przez dwa dni tylko dlatego, że po prostu nie byli w stanie oderwać się od tego
cudownego lasu.

Cudownego?  powtórzył  w  myślach  Yves,  drżąc  na  samo  wspomnienie  gąszczu,  przez  który
przejeżdżali. Wciąż miał w pamięci to wrażenie śmierci i zagłady... Wokół twierdzy rósł

podobny  las.  Przedziwny,  zarośnięty,  z  wilgocią  skapującą  z  gałęzi  drzew,  otaczał  całą  dolinę,
tworząc jakby ochronny mur wokół niej.

Yvesowi ten las wcale się nie spodobał i nie potrafił zrozumieć, czemu stryj tak nagle miałby się nim
zachwycić.

Yves pospieszył za damami do jadalni, nie przestając troskać się o barona. Najchętniej wyprawiłby
się na poszukiwania, i to od razu, ani chwili nie zwlekając! Ale może stryj powrócił już do karczmy?
Ta myśl nieco go uspokoiła.

Księżniczka odwróciła się ku Yvesowi, a jemu, ostrzeżonemu już słowami Nicoli, wydało się, że jej
czarne  oczy  skrywają  tajemnice  uroków  i  zaklęć.  Ale  nie  wolno  mi  być  tak  niesprawiedliwym,
pomyślał. Nie można osądzać ludzi, nie mając ku temu żadnych podstaw!

Księżniczka odezwała się łagodnym, lecz znać nawykłym do wydawania rozkazów głosem: 22

- Poleciłam służącym, by nakryli do stołu i później już nie zakłócali naszego spokoju. Nie chcemy, by
nam przeszkadzano teraz, gdy mamy takich dostojnych, kulturalnych gości.

Mruknął, że to, zbyt łaskawie powiedziane, choć właściwie w pełni się z nią zgadzał. Stryj i on byli z
pewnością nadzwyczaj kulturalni, zwłaszcza w tej barbarzyńskiej części Europy.

Kiedy szedł za księżniczką Feodorą, zwrócił uwagę na to, że jej wysoko ułożone włosy muszą być
jeszcze  dłuższe  niż  włosy  Nicoli.  Czarne,  niezwykle  lśniące,  przywiodły  mu  na  myśl  kruki  krążące

background image

nad  ich  głowami  i  trzepoczące  czarnymi  skrzydłami.  Księżniczka  nosiła  podobny  strój  jak  Nicola,
różniący się tylko kolorami, lecz równie ciemny i tajemniczo powabny.

Czary, powiedziała Nicola czy też raczej on sam to powiedział.

No  cóż,  to  wcale  nie  takie  bezsensowne.  Księżniczka  Feodora  sprawiała  wrażenie  osoby,  która
niejedno potrafi.

Stół  do  śniadania  gustownie  nakryto,  na  posiłek  składały  się  dania  pochodzące  z  doliny:  warzywa,
mięso,  ryby.  Ale  Yves,  który  nawet  w  domu  był  ogromnie  wymagający  i  wybredny,  uważał,  że
wszystko  smakuje  jak  siano.  To  z  pewnością  niepokój  o  stryja  sprawiał,  że  nie  mógł  się  w  niczym
rozsmakować. Bezustannie myślał też o Nicoli. Przez cały czas! W jaki sposób zabrać ją ze sobą, gdy
będą  stąd  odjeżdżać?  Jasne  było,  że  księżniczka  nie  może  o  niczym  wiedzieć.  Wydawała  się,  jak
ostrzegła  Nicola,  prawdziwie  niebezpieczna.  Czarne  oczy,  w  których  czaiły  się  błyskawice,  głos,
który w jednej chwili był łagodny, przymilny, by zaraz zmienić się w kamień. I ta straszliwa ostrość
we wzroku, za każdym razem gdy spoglądała na Nicolę! Niemal jak nienawiść!

Dlaczego? Yves nie musiał wcale mieć zbyt wielkiego mniemania o sobie, by zauważyć, że Feodora
pragnie  wzbudzić  jego  zainteresowanie  jako  mężczyzny.  Innymi  słowy,  między  dwiema  kobietami
toczyła się walka o jego względy!

Choć, oczywiście, Nicola nie walczyła. Nie musiała. I tak był nią całkowicie zauroczony.

Poza tym w jej nieśmiałej, cnotliwej, dziewczęcej naturze nie leżało narzucanie się mężczyźnie.

Natomiast księżniczka Feodora! Jedyne, co przemawiało przeciw niej, to wiek. Yves był co prawda
o kilka lat od niej młodszy, lecz nie na tyle, by w innych okolicznościach bez skrupułów nie nawiązać
z nią flirtu. Była wszak olśniewająco piękną kobietą, promieniującą silną zmysłowością.

On jednak już dokonał wyboru. Nicola albo żadna!

Dlatego miękka dłoń starszej kobiety, spoczywająca na jego ramieniu, jej wiele mówiące spojrzenie
i wyraźne zaproszenia nieco go zawstydzały. Chociaż z drugiej strony dumny był

jak  paw  z  okazywanego  mu  przez  Feodorę  podziwu,  bo  prawdę  mówiąc Yves  miał  dość  wysokie
mniemanie o sobie.

23

A może tak obydwie? Księżniczka taka pociągająca...

Och,  nie,  nie,  o  czymże  to  on  myśli?  Nicola  była  przecież  dla  niego  wszystkim,  a  ponadto
przypuszczał, że stryj wybrał już starszą z dam dla siebie.

Dlaczego stryj nie nadchodził?

Yves zaczął wypytywać o ruiny nad jeziorem leżącym u stóp twierdzy.

background image

Tak,  potwierdziła  księżniczka.  Snuł  właściwe  przypuszczenia.  Kiedyś  ta  właśnie  dolina  stanowiła
centrum  regionu,  tu,  w  tej  twierdzy,  wojewoda  miał  swą  siedzibę.  Ale  na  dolinę  spadło
nieszczęście....

- Zaraza? - zapytał Yves.

- Hm, w pewnym sensie - dość niejasno odparła Feodora. - Mieszkańcy miasteczka wymarli

- mówiła dalej - a nieliczni, którzy zdołali przeżyć, przenieśli się do drugiej jego części. Tej, którą
poznaliście, tam gdzie mieści się gospoda. Nicola i ja jesteśmy ostatnimi potomkami dumnego rodu
wojewody i nie chcemy opuszczać Stregesti.

No cóż, pomyślał Yves. To ty nie chcesz stąd odejść. Ale Nicola...? Czy kiedykolwiek pytałaś ją o
zdanie?

-  Miasteczko  musiało  wymrzeć  już  dawno  temu  -  zauważył Yves.  -  Widziałem,  że  las  wdziera  się
pomiędzy fundamenty zniszczonych domów, a bluszcz obrósł welonem ruiny.

- Tak, to już dawno temu - odparła Feodora łagodnie.

Yves  nie  powiedział  głośno  tego,  co  ciążyło  mu  na  sercu:  że  las  usiłuje  wedrzeć  się  także  do
twierdzy. Niczym groźba czai się pod murami, gotów w każdej chwili pochłonąć je i zdusić w swych
zielonych objęciach.

Przypuszczał, że z daleka twierdza musi wywierać odpychające wrażenie: niezgrabna, czworokątna
wieża, blanki z szeregiem otworów strzelniczych, wieńczące kamienne mury, wyłaniające się z lasu,
który zdawał się żyć własnym życiem.

Ale wewnątrz była piękna. Ponura, przytłaczająca, lecz piękna.

Po  posiłku  damy  zabrały  go  na  zwiedzanie  twierdzy,  prawdopodobnie  by  odwieść  jego  myśli  od
ciągłej nieobecności stryja.

Stali  w  komnacie  oświetlonej  kandelabrami  i  rozmawiali. Yves  czuł  się  oszołomiony  kobiecością
emanującą  od  obu  dam.  Od  księżniczki  promieniował  czysty  erotyzm,  Nicola  sprawiała  wrażenie
bardziej przytłumionej.

24

-  A  więc  tędy  nie  da  się  dojechać  do  Sybina?  -  zapytał  Yves  wskazując  wzdłuż  doliny  ku
wschodowi. W każdym razie sądził, że tam właśnie ciągnie się dolina; na tę stronę nie wychodziły
żadne okna. - Musimy wrócić do gospody i jechać tą samą drogą, którą przybyliśmy?

Księżniczka Feodora utkwiła w nim swe wyraziste oczy. Spoglądając prosto w nie czuł

zawrót głowy.

background image

-  Oczywiście,  da  się  tędy  przejechać!  Jest  tu  stara,  zarośnięta  droga.  Przypominam  sobie  teraz,  że
wasz stryj, baron, pytał dokładnie o to samo. Nie zdziwiłoby mnie wcale, gdyby starał się odszukać
tę drogę i dlatego tak się spóźnia.

- Ale to może być dla niego niebezpieczne!

- Skądże, na pewno nie! Widzieliście nasze owce w dolinie, prawda? Jak spokojnie i bezpiecznie się
pasły! Wierzcie mi, gdyby w okolicy pojawiły się drapieżniki, owce od razu szukałyby schronienia
tutaj w domu, w twierdzy.

Yves nie chciał głośno przyznać się do tego, ale przeraziły go jego własne myśli. Wcale nie brał pod
uwagę drapieżników.

Chodziło mu o las.

Mijali  kolejne  piękne  komnaty,  a  księżniczka  nie  przestawała  opowiadać  i  wyjaśniać. Yves  poznał
całą historię twierdzy.

Zwrócił  jednak  uwagę,  że  choć  szczodrze  pokazywała  mu  wszystko,  co  miało  jakąkolwiek  wartość
historyczną,  a  było  tego  niemało,  to  starannie  omijała  jedną  komnatę,  mimo  że  wielokrotnie
przechodzili  obok  wiodących  do  niej  ciemnych  rzeźbionych  drzwi.  Z  tej  właśnie  komnaty  wyszły
księżniczka  i  Nicola,  by  powitać Yvesa.  I  jeśli  się  nie  mylił,  w  głębi  za  owymi  drzwiami  musiało
znajdować  się  jeszcze  jedno  pomieszczenie,  a  może  nawet  było  ich  więcej?  Prawdopodobnie
sypialnie dam. Doskonale rozumiał, że nie wypadało pokazywać mężczyźnie prywatnych komnat.

Wiele się jednak dowiedział o twierdzy i zagmatwanej historii kraju. Niegdyś Stregesti było bardzo
ważnym punktem strategicznym, broniła kraju przed zajęciem go przez napierające obce ludy. Teraz
dolina  przestała  już  mieć  tak  ogromne  militarne  znaczenie.  Turcy  wciąż  jednak  nie  byli  daleko,
władali Wołoszczyzną, ledwie kilka dolin stąd.

W  twierdzy  znajdowały  się  niezwykłe  wprost  drogocenności. Yves  obejrzał  koronę  ojca  Feodory,
piastującego  urząd  wojewody  tej  części  krainy.  Księżniczka  pokazała  mu  też  szablę,  której  używał
podczas  bitwy  i  którą  obciął  głowę  piętnastu  wrogom.  Yves  z  bardzo  umiarkowanym  podziwem
potraktował chłód, z jakim mu to relacjonowała.

Większe poruszenie wykazała opowiadając legendę o Anciol, młodziutkiej pannie młodej z dawnych
czasów. Pokazała mu też suknię ślubną, która nadal wisiała na wieszaku. Suknia, 25

choć teraz tknięta zębem czasu i cienka jak pajęczyna, była prawdziwym dziełem sztuki z brokatu i
złotogłowiu, zdobiona koronkami i szlachetnymi kamieniami.

- Nigdy nie została założona - rzekła Feodora ze smutkiem w głosie. - Anciol na próżno czekała na
pana młodego. W dniu ślubu porzucił ją dla innej kobiety. Przez tydzień leżała jak rażona gromem,
cierpiąc nieznośny wstyd. A potem podniosła się z łoża i rzuciła ze skały w przepaść.

Feodora przeszła dalej i zatrzymała się przy ogromnym stole. Teraz się uśmiechała.

background image

- Zauważyliście te znaki na stole? To ślady Dzikiego Bogdana, również jednego z moich przodków;
on  także  był  wojewodą.  Wjechał  do  tej  sali  na  koniu  podczas  wielkiej  uczty,  na  której  mieli  się
pojednać  jego  wrogowie.  A  kiedy  wszyscy  zebrani  siedzieli  przy  tym  właśnie  stole,  objedzeni  i
pijani, wjechał konno na stół i wielu powalił. Ci, którzy usiłowali uciec, zostali pojmani przez jego
wiernych  wojowników  i  powieszeni  za  nogi.  Wisieli  w  palących  promieniach  słońca  tak  długo,  aż
pomarli. Za bramą ciągle jeszcze można znaleźć ślady miejsc, w których wbito słupy...

Yves uznał, że opowieści księżniczki stały się makabryczne, zwłaszcza że w jej oczach pojawił się
błysk zadowolenia.

Nicola  nie  odzywała  się  ani  słowem,  wydawało  się,  że  źle  się  w  tym  wszystkim  czuje.  Jej  wzrok
często szukał oczu Yvesa. Młodzieniec uśmiechał się do niej, a w uśmiechu tym tkwiła obietnica, że
zabierze ją z niewoli w Stregesti.

Wszedł  wychudzony  woźnica  i  mruknął  coś  do  Feodory.  Księżniczka  rozjaśniła  się  i  odwróciła  do
Yvesa.

-  Jak  dobrze!  Wasz  stryj  przekazał  właśnie  wiadomość  że  powrócił  do  gospody.  Ponieważ  był
śmiertelnie zmęczony, po prostu położył się spać. Przesyła pozdrowienia i mówi, że czuje się dobrze.
Spodziewa się was jutro rano, jest bowiem przekonany, że rozmowa z nami zainteresuje was na tyle,
że przeciągnie się i na wieczór.

Yves  wcale  nie  był  tego  taki  pewien.  Dość  już  miał  krwawych  opowieści  związanych  z  historią
twierdzy,  którymi  tak  hojnie  raczyła  go  Feodora.  Pragnął  jednak  zostać,  choć  zupełnie  z  innych
powodów. Być może nadarzy się sposobność, by mógł zabrać Nicolę ze sobą.

Uradowała go wiadomość, że stryj jest bezpieczny.

- Wasz stryj powiedział, że macie zamiar wyruszyć w dalszą drogę już jutro rano. Och, jakże będzie
nam was brakowało! Rozumiem jednak, że nie możemy was zatrzymywać.

Yves uśmiechnął się przepraszająco i rozłożył ręce.

26

-  To  prawda,  musimy  jechać  dalej  -  stwierdził  nie  bez  ulgi.  -  Ale  muszę  przyznać,  że  ta
nieoczekiwana przerwa w podróży okazała się nadzwyczaj przyjemna!

Późnym popołudniem wreszcie nadarzyła się okazja, by porozmawiać z Nicolą w cztery oczy. Ciotka
otaczała ją bardzo surowym nadzorem, jakby wciąż o coś podejrzewając.

Młodzi odbyli szybką, prowadzoną podnieconym szeptem rozmowę. Po krótkiej naradzie ustalili, że
Nicola późnym wieczorem wślizgnie się do jego komnaty i tam zaczeka, aż o szarym cichym świcie,
kiedy wszyscy śpią, będą mogli się wymknąć.

- Ale będziemy musieli zachowywać się w waszej komnacie bardzo cicho - szepnęła Nicola.

background image

-  Księżniczka  Feodora  sypia  obok  i  maże  wejść  w  każdej  chwili,  jeśli  nie  zabarykadujemy  drzwi.
Ona ma wiele metod.

Ta informacja sprawiła, że Yves przeraził się nie na żarty, wiedział bowiem, że Feodora ma na niego
chrapkę.

Możliwe, że będzie chciała odwiedzić go w wiadomej sprawie.

- Czy nie moglibyśmy zaczekać w waszej komnacie? - zapytał.

- Och, nie - szepnęła przerażona. - Nie przejdziecie tam pozostając niezauważonym.

Bądźcie spokojny, ja przyjdę!

I  będziemy  mieć  dla  siebie  całą,  calutką  noc,  pomyślał  Yves  zachwycony.  Nie  mam  zamiaru
zmarnować tego czasu.

Nad doliną łagodnie zapadał zmierzch, otulając ją welonem tajemnicy. Biedny Yves, niczego się nie
spodziewając,  z  niecierpliwością  wyglądał  księżyca.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  co  oznacza
spędzenie nocy w twierdzy Stregesti...

27

ROZDZIAŁ III

Długo siedzieli we troje, pochłonięci rozmową. Zbyt długo, zdaniem Yvesa. Wieczorna mgła niczym
wilgotny dym już dawno podniosła się z doliny i lasu. Ciemności nie pozwalały jej dostrzec, lecz bez
trudu można sobie było wyobrazić zimne, zwiewne pasma ślizgające się i przylepiające do ukrytych
za zasłonami okien jak gdyby w poszukiwaniu ludzkiego ciepła.

Wewnątrz było zacisznie, ale Yves nie mógł pozbyć się nieprzyjemnej świadomości, że w powietrzu,
mimo  wielu  zapalonych  woskowych  świec,  dominuje  wilgoć.  Miał  wrażenie,  że  za  gobelinami  i
boazerią  z  drewnianych  bali  zbiera  się  w  krople,  spływa  po  kamiennych  murach  i  paruje  z  każdej
szpary w podłodze pokrytej zwierzęcymi skórami.

W  komnacie  panowała  jeszcze  bardziej  ponura  atmosfera,  jeszcze  straszniejsza.  Jak  gdyby
przesiąknięta zapachem grobu i zgniłej ziemi. Wraz z zapadnięciem nocy stęchlizna stawała się coraz
silniejsza, co było dość naturalne, albowiem nocny chłód wdzierał się przez stare nieszczelne mury.

Konwersację prowadziła księżniczka Feodora, czarująca, pociągająca i tajemnicza.

Siedziała  bardzo  blisko Yvesa,  a  płomienie  świec  odbijały  się  w  jej  oczach  i  tańczyły  na  strojnej
jedwabnej  sukni.  Młodzieniec  starał  się  jak  mógł,  był  szarmancki,  elokwentny  i  czarował  ją  może
nawet aż za bardzo. Musiał się pilnować, by przypadkiem to nie ona zawitała nocą do jego komnaty.

Młodziutka Nicola siedziała w milczeniu z dłońmi splecionymi na kolanach. Robiła wrażenie istoty
przygnębionej  i  głęboko  nieszczęśliwej.  Próby  włączenia  jej  w  rozmowę,  podejmowane  przez

background image

Yvesa, za każdym razem wypadały niepomyślnie. Nieodmiennie inicjatywę przejmowała księżniczka
i odpowiadała na pytania zamiast Nicoli. Niezmiernie irytowało to Yvesa.

Z drugiej jednak strony nie mógł okazywać Nicoli zbyt wyraźnego zainteresowania.

Rozmowa  jako  żywo  przypominała  taniec  na  linie  pomiędzy  uwodzącą  go  zazdrosną  księżniczką  a
osamotnioną Nicolą. Yves ku swemu wielkiemu rozżaleniu był świadom, że z tym tańcem sobie nie
radzi.

Księżniczka  Feodora  zadziwiająco  dobrze  znała  stare  dzieje  i  doprawdy  słuchało  jej  się  z
niekłamanym  zainteresowaniem,  ale  przecież  nie  w  nieskończoność!  Yves  niecierpliwił  się  coraz
bardziej.

Opowiadała łagodnym, usypiającym głosem o czasach, gdy twierdza została oblężona przez Turków,
o  zwycięskim  odparciu  napastników  i  uratowaniu  całego  Ardeal  przed  jarzmem  tureckim.  Władał
tutaj  wówczas  wojewoda  Borys.  Miał  on  cztery  małżonki,  które  trzymał  w  zamknięciu,  każdą
oddzielnie, gdyż inaczej pomordowałyby się nawzajem, tak wielkie wzbudzał pożądanie. Właśnie w
komnacie należącej niegdyś do jednej z jego żon miał

nocować Yves. Księżniczka wspomniała także wojewodę, który brał udział w bitwie pod 28

Mohaczem  w  roku  1526,  kiedy  to  część Ardeal  dostała  się  pod  panowanie  tureckie,  ale  nie  był  to
rejon, w którym się teraz znajdowali.

- Ale Ardeal znalazł się w końcu pod wpływem Austro-Węgier - wtrącił Yves. - I został

przemianowany na Siedmiogród.

Nie powinien był tego mówić. Feodora najwyraźniej nie lubiła, by przypominano jej o tej hańbie.

Wolałby, aby księżniczka nie siedziała przy nim tak blisko. W całym ciele odczuwał

przedziwny  niepokój,  którego  źródeł  nie  potrafił  ustalić.  Ogarniały  go  dreszcze,  do  głowy
przychodziły niezwykłe myśli o śmierci. Z wielkim trudem zachowywał opanowanie.

Dlatego właśnie, że czuł się tak poirytowany, zapytał dość ostro:

- Ale skąd wzięła się nazwa Transylwania? I tak wiele sposobów jej pisania? Jedno lub dwa

„s”, „i” lub „y” we wszelkich możliwych kombinacjach.

- Dla mnie kraj nazywa się Ardeal - przerwała mu. - Wszystkie inne nazwy są wymyślone.

Aha, a więc nie jest Madziarką, pomyślał Yves. Węgrzy bowiem zwali tę krainę Erdely.

Ardeal to rumuńska nazwa Transylwanii, czy też, jak kto woli, Siedmiogrodu.

background image

Wreszcie  Feodora  wstała  i  tym  samym  dała  znak,  że  rozmowa  została  zakończona.  Nastały  już
najczarniejsze godziny nocy. Yves był przekonany, że gdyby w tym prastarym zamczysku znalazła się
taka nowinka jak zegar, z pewnością usłyszałby, jak wybija północ.

Wkrótce noc przerodzi się w początek nowego dnia. Dnia, w którym miał stąd odjechać, trzymając
przed sobą na siodle Nicolę.

Ale najpierw spędzą resztę nocy razem, w jego komnacie...

Na tę myśl Yvesa oblało gorąco.

Jej drobne, kuszące ciało było tak blisko niego, gdy trzymając świece szli do jego pokoju.

Idąc  zadumał  się  nad  tym,  jak  zastanawiająco  mało  księżniczka  Feodora  interesowała  się
teraźniejszością, a zwłaszcza tym, co dzieje się na świecie. Raz po raz usiłował wtrącić coś o swym
ojczystym kraju i o Europie, którą przemierzali ze stryjem w swej podróży, ale jej wszystko to było
obojętne. Żyła przeszłością i nie chciała się od niej oderwać. Przyznawał, że zamierzchłe czasy były
fascynujące, owszem, ale izolacja małej Nicoli była w ten sposób jeszcze głębsza.

Wkrótce jednak dziewczyna opuści to zamczysko przeszłości. Jakaż to dla niej będzie radość?

29

Na  moment Yves  przestał  myśleć  wyłącznie  o  sobie. Ale  czy  na  pewno?  Był  przecież  zauroczony
dziewczyną, pragnął jej, a jednocześnie chciał się poczuć jak szlachetny rycerz.

Ale czy są uczynki, które nie wywodzą się z egoistycznych pobudek? Yves nie był chyba gorszy od
większości ludzi. A w każdym razie nie dużo gorszy.

Nocą  zamczysko  wydało  się  straszniejsze  niż  kiedykolwiek.  W  migotliwym  blasku  świec  sale  i
komnaty stawały się jeszcze bardziej niesamowite. Znów szli przez galerię, gdzie zmarli członkowie
rodu  zerkali  na  nich  z  zawieszonych  na  ścianach  malowideł.  Podczas  gry  światła  i  cienia  portrety
zdawały się ożywać.

Był tam Bogdan Dziki, który konno wjechał na stół, by wyciąć w pień swych nieprzyjaciół.

Jakiż  musiał  być  to  okrutnik!  Lodowate  spojrzenie  śledziło  trzyosobową  grupę  wędrującą
korytarzem. A oto Borys i jego cztery żony. Czy ich oczy się nie poruszyły? Do której z nich należała
kiedyś  sypialnia  przeznaczona  na  nocleg  dla Yvesa?  Do  tej  w  czarnym  nakryciu  głowy,  której  usta
wykrzywiały się w pogardliwym, jakby wszystkowiedzącym grymasie?

Ale  wizerunku  Anciol,  wzgardzonej  narzeczonej,  nie  było  na  galerii,  jej  portretu  nie  zdążono
namalować. A tu piękna władczyni, tak bardzo przypominająca Feodorę. Nic w tym dziwnego, wszak
była  jej  potomkinią.  I  podobizny  dwóch  braci,  zgładzonych  przez  Turków  pod  Mohaczem.  O
wszystkich  tych  postaciach  i  wydarzeniach  księżniczka  opowiadała  już  wcześniej  z  jawnym
zachwytem.

background image

Yves odetchnął z ulgą, kiedy nareszcie minęli niewielkie drzwi kończące galerię.

Jakże zdoła, uciekając bladym świtem, odnaleźć ze swej komnaty drogę do wyjścia?

Ach, będzie z nim przecież Nicola, o to więc nie musi się martwić.

Oby tylko udało im się ujść cało i zdrowo!

Nareszcie dotarli do jego sypialni.

Yves poczuł, jak ciarki przebiegają mu po plecach. Cóż, u licha, mogło się tu kryć, że wystraszyło go
niemal do szaleństwa?

Jeśli go wzrok nie mylił, nic.

Pokój nie był duży. Królowało w nim łoże z baldachimem, wsparte na czarnych, rzeźbionych nogach.
Ściany, tak jak gdzie indziej, pokryte były gobelinami, tutaj z motywami myśliwskimi.

Ponieważ jednak Yves nigdy nie darzył zwierząt szczególnym uczuciem, krwawe sceny wcale go nie
poruszyły.

Nie,  przeraziła  go  raczej  owa  chorobliwa  atmosfera  panująca  w  komnacie.  Jakiś  zapach  czy  też
zatęchłe, stojące powietrze? Nie potrafił tego określić.

30

-  Powinniście  znaleźć  tu  wszystko,  czego  wam  potrzeba  -  powiedziała  Feodora  z  nieskrywaną
namiętnością w głosie, podejmując ostatnią próbę pozyskania jego względów.

Tak przynajmniej Yves rozumiał jej przymilne słowa i fakt, że nie odstępowała go ani o krok.

Na próżno, moja śliczna, nie ciebie wybrałem, powinnaś to mimo wszystko zrozumieć!

Trochę  się  też  bał.  Z  księżniczką  Feodorą  nie  ma  żartów!  A  jeśli  ona  rzeczywiście  zna  się  na
czarach? Będzie z nim wtedy krucho!

Och, cóż za głupstwa, zawsze przecież byłem trzeźwa myślącym realistą. Teraz z pewnością udziela
mi się posępny nastrój panujący w starym zamczysku, uspokajał sam siebie.

Nareszcie odeszły, zastawiając go w ogromnej, niezwykłej ciszy. Teraz znajdował się daleko, bardzo
daleko od bramy. Trzeba przejść przez galerię...

Oby tylko Nicola przyszła szybko!

Nie  wiedział,  czy  ma  się  rozebrać,  czy  też  nie,  spodziewał  się  wszak  wizyty  damy!  W  tym
barbarzyńskim świecie nie było widać nocnego stroju, wcale go zresztą się tu nie spodziewał.

background image

Zdjął  więc  tylko  wierzchnie  części  garderoby  i  został  w  koszuli  i  spodniach.  Dojrzał  w  kącie
prastare  lustro  o  nierównej  powierzchni,  przyjrzał  się  swemu  krzywemu  odbiciu  i  z
samouwielbieniem uznał, że miło na niego patrzeć.

Nagle nadstawił uszu.

Głosy? W sąsiedniej komnacie?

To przecież głosy dam! Najwyraźniej się spierały w swym niezrozumiałym dla niego języku.

Rozróżniał ostry, kąśliwy głos księżniczki i słaby, rozszlochany Nicoli.

Bez wątpienia kłóciły się o niego!

Usiłował ocenić, gdzie się znajdują, starał się wyobrazić sobie rozkład twierdzy.

Czworoboczna budowla, zamykająca dziedziniec... Którędy doszli do tego punktu?

Nie,  nie  mógł  zorientować  się  w  tych  zawiłościach,  zwłaszcza  że  na  zewnątrz  panowała
nieprzenikniona  ciemność. Ale  możliwe...  Tak,  absolutnie  możliwe,  że  wydzielona  część  twierdzy
należąca do dam graniczyła z jego sypialnią.

Wpatrywał się w ścianę, zza której dochodziły głosy.

31

Wisiał  na  niej  ogromny  gobelin,  przedstawiający  jedną  z  owych  ociekających  krwią  scen
myśliwskich,  w  których  tak  lubowano  się  w  piętnastym  wieku.  Yvesa  doszły  odgłosy  stłumionej
walki, usłyszał uderzenie, a zaraz po tym łkanie Nicoli.

Miał  ochotę  rzucić  się  na  bezwzględną  księżniczkę  w  obronie  swej  wybranki.  Naturalnie  nie  mógł
tego zrobić. Oby tylko Feodora nie powstrzymała Nicoli, oby nie udaremniła ich spotkania! On sam
nie mógł wyruszyć na poszukiwanie dziewczyny, od razu by zabłądził.

Ściana? Podszedł bliżej. Samotna woskowa świeca którą mu zostawiono, słabo oświetlała komnatę,
ale musiała wystarczyć.

Bardzo ostrożnie poruszył gobelin, jak gdyby lękiem napawał go sam fakt, że musi dotykać materii.
Pod  palcami  wyczuł  nieprzyjemną  chropawość,  podobną  do  tej,  jaką  czuje  się  dotykając  warzyw
korzennych, oblepionych wyschniętą ziemią.

Gdy poruszył krawędź gobelinu odsuwając go od ściany, buchnął i zawirował w powietrzu szary pył.
Yves zajrzał pod materię.

Drzwi!  Za  gobelinem  znajdowały  się  drzwi,  zamaskowane  i  zapieczętowane.  Głosy  słychać  było
teraz  wyraźniej.  Nicola  nadal  usiłowała  słabo  protestować,  lecz  stale  przerywał  jej  ostry  głos
księżniczki.

background image

Do  czorta,  czy  miało  to  znaczyć,  że  ich  plan  został  odkryty?  I  Nicola  nie  będzie  mogła  przyjść  do
niego? Nie uciekną razem dziś w nocy? A może Feodora wygrała walkę i sama zamierza odwiedzić
komnatę Yvesa?

Przekleństwo!

Przyjrzał się drzwiom, pieczęcie jednak wydawały się zbyt solidne, by mógł je złamać.

Czy powinien zapukać? Chyba nie, mógłby pogorszyć i tak trudną sytuację Nicoli.

Biedna, nieszczęśliwa istota! Z każdą upływającą minutą czuł się coraz bardziej do niej przywiązany.

Musiał  się  opanować,  pozostawało  jedynie  mieć  nadzieję,  że  sprawy  przyjmą  pomyślny  obrót.
Wszystko  zależało  teraz  tylko  od  niej.  Czuł  się  bezsilny,  jakby  związano  mu  nogi  i  ręce  w  tym
straszliwym zamczysku, w którym nie potrafił odnaleźć drogi. Jedyne, co mógł zrobić, to czekać. Do
głowy przyszła mu przerażająca myśl: nawet jeśli on nie może otworzyć tych drzwi od swej strony, to
może jednak da się to uczynić od drugiej? Jeśli ktoś niezauważenie wślizgnie się tu do niego nocą?
Ze wszech miar niepożądany gość?

Nie,  nie  chciał  w  to  uwierzyć.  Drzwi  wyglądały  tak  solidnie,  nie  może  myśleć  jak  wystraszony
dzieciak!

Głosy umilkły, najwyraźniej kobiety udały się na spoczynek.

32

Poza  chudym  woźnicą  nie  spotkał  nikogo  ze  służby.  Księżniczka  dała  im  wychodne,  by  nikt  nie
przeszkadzał w podejmowaniu dostojnych gości.

Yves zastanawiał się, gdzie mogli przebywać służący. Część budowli, mieszcząca pokoje dla służby,
przez cały wieczór pogrążona była w ciemnościach.

Może poszli do wioski? Do karczmy?

Właściwie im zazdrościł, pragnął w tej chwili znaleźć się na ich miejscu.

Ale była przecież Nicola!

Z pewnością wprawi stryja w zdumienie, gdy wczesnym rankiem przyprowadzi ze sobą dziewczynę.
Baron  jednak  nie  powinien  się  gniewać.  Dobra  partia,  świetne  nazwisko  w  kraju,  w  którym
zamierzali się osiedlić. Panna z rodu wojewody. Przypuszczał, że to zrobi dobre wrażenie.

A może jednak stryjowi wcale się to nie spodoba? Może poprzedniej nocy on i księżniczka przeżyli
wspólnie  miłosną  przygodę?  I  dlatego  baron  będzie  zły  na  Yvesa,  że  sprzeciwił  się  pięknej
czarownicy?

Nie  zdając  sobie  sprawy,  że  nazwa  „Stregesti”  pochodzi  właśnie  od  słowa  „czarownica”,  Yves

background image

nazwał tak księżniczkę Feodorę. Przedziwny zbieg okoliczności.

Yves stał przez chwilę, nie mogąc się zdecydować co do dalszych działań. Kiedy jednak zza ściany
nie dobiegały już żadne odgłosy i nic więcej się nie wydarzyło, niechętnie podszedł

do łoża. Miał wrażenie, że powinien całkowicie zarzucić szlachetne myśli o ratowaniu zadręczanej
panny.  Pozostawała  jedynie  nadzieja,  że  ranek  przyniesie  nowe  możliwości,  ale  szanse  na  to  były
raczej nikłe.

Yves przysiadł na brzegu łoża, nie miał wcale ochoty się kłaść. Wydawało mu się, że sufit z grubych
bali zaraz go przygniecie, przerażały go także ciemne, zakurzone fałdy baldachimu.

A najmniejszą już miał ochotę na zgaszenie świecy!

Zastanawiał się, czy będzie się palić przez całą noc, czy wystarczy jej do chwili, gdy wstanie świt?

Jesteś  durniem,  Yves,  powiedział  sam  do  siebie.  Mieszkasz  tu  jak  książę,  ty,  który  sypiałeś  po
stodołach i w przydrożnych rowach w czasie wędrówki przez Europę. Nie bądź śmieszny!

Wokół  twierdzy  zapadła  cisza,  jak  gdyby  nagle  ustały  wszystkie  wichry  świata  i  umilkły  wszelkie
odgłosy życia.

Zesztywniał. Czy nie słyszał przypadkiem czyichś drobnych kroków?

33

W korytarzu? Jakby z galerii? Ktoś przechodził przez nią i zbliżał się do jego komnaty?

Nadchodziła jedna z kobiet. Ale która?

Odczuł niewypowiedzianą ulgę, gdy w drzwiach pojawiła się wdzięczna postać Nicoli. Chciał

podbiec do niej i porwać ją w ramiona, ale ona położyła palec na ustach, wskazując dłonią na ścianę
zakrytą gobelinem.

W jej oczach igrały szelmowskie błyski. W milczeniu, bezszelestnie podeszła do niego, ubrana tylko
w  zwiewną  przezroczystą  koszulę.  Cienka  niczym  welon  materia  wdzięcznie  falowała  wokół  jej
ciała. Dziewczyna uniosła ramiona i wpadła w jego objęcia.

Jakaż ona lekka! Niczym leśny elf! Przyciskając usta do jej ucha szepnął:

- Czy to wszystko, co masz zamiar zabrać ze sobą podczas ucieczki?

- Och, nie, nie - odszepnęła i gestem wskazała, że bagaż zostawiła za drzwiami.

Nieco  ryzykowne  w  wypadku,  gdyby  księżniczka  wybrała  się  na  nocną  przechadzkę,  lecz Yves  był
tak  upojony  bliskością  Nicoli,  którą  trzymał  w  ramionach,  że  nie  dbał  o  niebezpieczeństwo.

background image

Nareszcie byli razem, życie stało przed nimi otworem, we dwójkę byli niezwyciężeni!

Nicola rozpuściła swe gęste czarne włosy, sięgały jej teraz do bioder. Yves był jednak przekonany,
że włosy księżniczki są jeszcze dłuższe, aż do kolan. Pieścił gęste sploty dziewczyny, nareszcie mógł
poczuć, jak są gładkie. W kobiecych włosach jest coś zmysłowego, myślał. To ich atut w uwodzeniu
wielkich, silnych mężczyzn. Zawsze miał

słabość do długich, ciemnych loków; już gdy ich dotykał, jego ciało reagowało podnieceniem, snuł
fantazje o tym, co później może się wydarzyć...

- Zimno mi - szepnęła.

O,  tak,  ucieszył  się.  Przemykała  przez  zionące  chłodem  korytarze  twierdzy  tak  cienko  ubrana.  Czuł
chłód jej skóry przy swojej.

-  Chodź,  ogrzeję  cię  -  szepnął  i  poniósł  ją  do  łoża,  tak  jak  przed  nią  nosił  wiele  młodych  i  trochę
starszych kobiet. Ale teraz tkwiło w tym coś szczególnego. Nigdy dotąd nie trzymał w objęciach tak
tajemniczej,  podniecającej  dziewczyny!  Ogromną  rolę  w  jego  odczuciach  odgrywało  z  pewnością
otoczenie  i  niezwykła  sytuacja.  Wyrwać  ją  spod  władzy  pięknej  acz  złej  czarownicy,  uratować  i
przywrócić do życia wśród ludzi, pojąć za żonę - ją, pannę z książęcego rodu... A przede wszystkim
kobietę,  którą  naprawdę  mógł  nauczyć  kochać!  Do  tej  pory  miłosne  przygody  Yvesa  były  bardzo
zwyczajne. Teraz wszystko będzie inaczej!

Był pewien, że młodziutka Nicola stanie się miłością jego życia!

34

Okrył  ją  starannie  i  ułożył  się  obok  niej  pod  kołdrą.  W  blasku  świecy  obserwował  jej  regularny,
delikatny profil.

Położyła mu dłonie na piersiach.

- Bardzo proszę - odezwała się błagalnie. - Jestem cnotliwą dziewczyną! Bądź dla mnie dobry!

Jeśli dobrze zrozumiał jej słowa, nie była mu wcale niechętna. On sam wprost płonął z pożądania,
ale wiedział, że dziewice zdobywa się łagodnością.

- Najdroższa - szepnął czule. - Nawet przez myśl by mi nie przeszło zhańbić twoją czystość!

Przy mnie możesz czuć się całkiem bezpieczna. Moja miłość do ciebie jest tak wielka, że nie śmiem
cię tknąć.

Pod  przykryciem  było  chłodno,  a  ona  nie  dawała  z  siebie  ani  odrobiny  ciepła,  tak  bardzo  zdążyła
przemarznąć. To on musiał rozgrzać ich oboje.

Wydawało się właściwie, że słowa młodzieńca sprawiły Nicoli zawód. Uśmiechnął się ukradkiem.
Zrozumiał,  że  jest  ona  kobietą  o  gorącej  krwi,  zmuszoną  do  życia  w  cnocie  przez  swą  zaborczą

background image

ciotkę.  Teraz  była  bardziej  niż  dojrzała  do  miłosnej  przygody,  lecz  jej  kawaler  okazał  się  nazbyt
rycerski. Cóż za szkoda!

Kiedy Yves pojął, z jaką kobietą ma do czynienia, zdecydował się zagrać w otwarte karty.

- Ach, najdroższa! - jęknął. - Myślę, że nie będę mógł nas rozgrzać!

- Ale dlaczego?

- Delikatność zabrania mi o tym mówić.

- Drażnisz moją ciekawość! Chcę to usłyszeć!

Uniósłszy się nieco, wsparła się na łokciu, a prześliczne włosy miękko spadały jej na twarz.

Ach, Boże, jakże pragnął się w nie zanurzyć; rozpalił się jeszcze bardziej, aż mówienie przychodziło
mu z trudem.

- Droga panno Nicolo, rozumiesz chyba, co się ze mną dzieje?

- Ależ nie, skąd mogłabym wiedzieć - odparła naiwnie.

-  Twoja  bliskość...  Jestem  tak  wzburzony,  iż  obawiam  się,  że  nie  będę  mógł  dotrzymać  danej  ci
obietnicy, ja...

Odwrócił się, udając, że zaraz wybuchnie płaczem.

35

- Ależ, najdroższy przyjacielu - powiedziała zmartwiona. - Nie chcę, byś musiał ze względu na mnie
opuścić łoże! Już raczej ja wstanę.

- Och, nie, nie! - wykrzyknął. Znów pochwycił ją w objęcia i nie wypuszczał. A potem odegrał

cały  przećwiczony  już  wcześniej  rytuał:  z  trudem  chwytał  oddech,  jak  osoba  porażona  miłością  i
pożądaniem, drżąc na całym ciele przyciągnął jej głowę jak najbliżej do swojej.

Właściwie w jego zachowaniu nie było nic nienaturalnego, gdyż wcale nie udawał

namiętności. Grać musiał jedynie rozpacz, którą odczuwał na myśl o zhańbieniu jej czystości.

Nicola  jednak  zrezygnowała  już  z  walki,  sama  ogarnięta  namiętnością  i  gwałtowną  burzą  doznań,
jaką wzbudziła w niej bliskość mężczyzny. Yves pochlebiał samemu sobie, myśląc, że nie każdemu
oddałaby  się  tak  gorączkowo.  Wzdychała  cicho,  jak  gdyby  wstydziła  się  własnych  uczuć,  ale  była,
tak jak i on, bezpowrotnie stracona. Jeszcze tylko odrobina wahania... Odegnał resztki niepewności
czułymi  pocałunkami,  obsypał  nimi  jej  twarz,  ramiona  i  piersi,  osłonięte  cieniutkim  płótnem.
Nawinął jej włosy na dłoń i poczuł, że tonie w zmysłowej ekstazie.

background image

- Bardzo proszę - szepnęła. - Tak bardzo, bardzo proszę.

A on nie wiedział, czy błaga go o litość, czy też prosi, by się pospieszył...

Niezwykła była to noc. Yves nigdy jeszcze nie znalazł takiej rozkoszy w objęciach kobiety.

Choć  miał  trudności  z  rozgrzaniem  jej  biednego  zziębniętego  ciała,  to  jednak  wydawało  mu  się,  że
całe łoże wibruje z gorąca. On sam był spocony i rozpalony niczym w gorączce, przechodził samego
siebie  w  dawaniu  jej  dowodów  miłości.  Z  początku,  oczywiście,  była  wystraszona  i  onieśmielona,
ale  Yves  okazał  cierpliwość  i  wyrozumiałość,  aż  w  końcu  poddała  się,  przełamując  wszelkie
bariery.

Ach, cóż to była za noc!

W  końcu  zasnęli,  po  prostu  z  wycieńczenia,  nie  myśląc  wcale  o  tym,  że  o  świcie  mają  wyruszyć,
zanim jeszcze ciemność ustąpi miejsca światłu czy zapieje kogut.

Yves  miał  wrażenie,  że  znajduje  się  w  niebie,  na  miękkiej  chmurze,  i  zapadał  coraz  mocniej  w
głęboki, zasłużony sen.

Obudził się z wrażeniem, że w komnacie unosi się jakiś dziwny zapach.

Szare światło poranka sączyło się przez pomarszczoną szybę małego okienka, delikatnie oświetlając
przeciwległą ścianę. Nicola jeszcze spała, głęboko zakopana w poduszki.

Na miłość boską! pomyślał. Mieliśmy przecież wyruszyć! Musimy się spieszyć!

W komnacie jednak znajdowało się coś obcego, coś, co go obudziło.

36

Szeleszczący, ledwie słyszalny dźwięk... Dochodził od strony ściany z gobelinem.

Yvesa zdjął przedziwny lęk, nieodparta, gwałtowna chęć ucieczki.

Nie  może  zbudzić  Nicoli,  zanim  nie  dowie  się,  co  się  wokół  niego  dzieje.  Nie  chciał  jej
niepotrzebnie straszyć.

Kiedy  ostrożnie  usiadł  i  zwiesił  nogi  nad  krawędzią  łoża,  zauważył  jeszcze  jedną,  bardziej
zdumiewającą okoliczność. Nadal był - jeśli można tak powiedzieć - zdolny do kochania. To prawda,
w ciągu nocy zwrócił uwagę, że siła jego męskości zdawała się niewyczerpana, ale spodziewał się,
że zmęczenie, a później sen położą kres jego podnieceniu. Ale nie, tak się nie stało.

Choć, naturalnie... to przecież powszechnie znany fenomen poranny, wkrótce więc ten stan ustąpi.

Gorzej przedstawiała się sprawa z tym, co działo się przy gobelinie.

background image

W komnacie było zbyt ciemno, by mógł rozróżnić szczegóły. Ale tam wyraźnie coś było.

Z lękiem przypomniał sobie, z jaką łatwością tkanina odsuwała się od ściany. A drzwi ukryte za nią...
Może od tamtej strony dało się je otworzyć?

Gniew  zazdrosnej  kobiety  jest  niebezpieczniejszy  niźli  wszystko  inne  na  ziemi,  wiedział  o  tym  z
doświadczenia. Yves  był  we  Francji  bardzo  popularnym  mężczyzną.  Kobiety,  które  czuły  się  przez
niego  pominięte  lub  oszukane,  często  wyładowywały  swój  gniew  na  nim  lub  jego  aktualnej
wybrance.

Musiał ochronić Nicolę.

Nie mógł tego uczynić nagi i bez broni. Po omacku szukał swej garderoby i korda, zanim jednak je
odnalazł, zamarł w półruchu i stanął jak skamieniały ze wzrokiem utkwionym w gobelinie.

Tam,  wysoko  na  ścianie,  między  twarzą  myśliwego  a  rogami  jelenia,  znajdowało  się  coś,  co
poruszało  się  i  przesuwało  po  tkaninie.  I  nagle  z  szumem  oderwało  się  od  ściany,  uderzyło  o  jego
twarz i upadło na łoże.

- Nicola - szepnął Yves przerażony.

Nadal nie mógł zobaczyć, co to jest, ale zakładał, że ma do czynienia ze zwierzęciem.

- Nicolo!

Dziewczyna nie budziła się. W geście rozpaczy zerwał z niej przykrycie.

37

Nic więcej nie zdążył uczynić, gdyż owo coś ze straszliwym szelestem rzuciło się na niego, oplatając
go tak ciasno, że całą energię musiał skoncentrować na obronie przed lepkim, duszącym uściskiem.

Teraz Yves rzeczywiście bliski był utraty zmysłów z przerażenia. Krzyczał bezradnie, rozdzierająco,
walił rękami na oślep, walczył z całych sił, chcąc się uwolnić i uciec.

Albowiem teraz zobaczył.

Półmrok świtu nie skrywał już przed nim tego, co rozgrywało się w tej komnacie grozy.

- Nicolo! - wrzasnął oszalały z przerażenia. - Nicolo!

To coś legło mu na ustach i zdusiło krzyk. Oplotło ciało, uniemożliwiając zaczerpnięcie powietrza.
Rozpaczliwym wysiłkiem udało mu się to pochwycić, oderwać i odrzucić daleko od siebie.

Do łoża już się nie zbliżał. Uciekał, nie oglądając się na Nicolę. Jedyne co mógł robić, to ratować
własną  skórę.  Serce  waliło  mu  w  piersi,  jakby  miało  zaraz  ją  rozsadzić.  Wytoczył  się  przez  drzwi
bez ubrania i broni, mając przed sobą jeden, jedyny cel: uciec, uciec jak najdalej!

background image

Potykając się, z dławiącym szlochem w gardle biegł przez galerię.

W tym samym momencie usłyszał przerażający syk tego, co go ścigało, poczuł, jak śmignęło mu nad
głową i znalazło się na końcu galerii przed nim. Szszuuu, i znów zawisło mu na szyi.

Yves charczał i wrzeszczał, rozpaczliwie walczył ze straszliwym przeciwnikiem, aż wreszcie zdołał
się wyrwać. Zatrzasnął drzwi do galerii za sobą, ale nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, zapomniał,
którędy szli poprzedniego wieczoru.

Biegnąc  na  oślep  mijał  komnatę  za  komnatą,  pędził  korytarzami,  skręcał.  Przez  małe  okienka  nadal
wpadało zbyt mało światła, by mógł się rozeznać, gdzie jest.

Zatoczył się pod jakieś drzwi i otworzył je mocnym szarpnięciem.

Zbyt  późno  uprzytomnił  sobie,  że  ledwie  widoczne  rzeźbienia  na  płycie  odrzwi  wskazywały,  iż
prowadzą one do tajemnych kobiecych komnat.

Natychmiast  usiłował  wydostać  się  stamtąd,  lecz  drzwi  się  zatrzasnęły.  Nie  pomogło  szarpanie  i
ciągnięcie, nie dawały się otworzyć.

No, cóż, w każdym razie uchronił się od tego okropieństwa! Stąd na pewno nie było innego wyjścia,
chyba że połączenie z pokojami dla służby.

Służba! Cóż za cudowne słowo! Oni go uratują...

38

Oczy powoli przywykły do panujących tu ciemności. Szedł dalej, minął jeszcze jedne drzwi i wszedł
do...

Ale co tam leży pod następnymi drzwiami? Tymi, które z pewnością muszą prowadzić do wyjścia?

To człowiek! Człowiek wpatrujący się w przestrzeń pozbawionymi życia oczami. Uduszony, martwy,
z paznokciami zdartymi do krwi o drzwi...

Nagi, ze znakami na skórze pozostawionymi jakby przez zaciśnięte, cienkie sznurki... Ze swą męską
dumą w pełnej gotowości. Dokładnie tak samo jak on! Pomimo opętańczego strachu, mimo męczącej
ucieczki korytarzami twierdzy jego męskość nadal przedstawiała się imponująco. Niepojęte, to... to...

Słabe światło wschodzącego słońca wydobyło z mroku twarz leżącego mężczyzny.

- Stryju! - krzyknął Yves w przypływie bezdennej rozpaczy.

Coś z szumem opuszczało się z belek na suficie...

Parę dni później karczmarz Zeno wybrał się do ogrodu po warzywa. Wtedy właśnie zauważył dwa
konie pasące się na łące nad rzeką.

background image

Zeno westchnął głęboko.

- Matko! - zawołał do żony, stojącej w oknie na piętrze. - Możesz sprzątnąć izbę Francuzów.

Sprawdź, czy w ich rzeczach nie ma czegoś, co nam się przyda. Resztę wyrzucimy.

Do tego właśnie miasteczka późnym latem tego samego roku przybył Heike Lind z Ludzi Lodu.

39

ROZDZIAŁ IV

Heikemu dobrze się wiodło u przybranych rodziców.

W  ogromnym  stopniu  było  to  jego  własną  zasługą,  ale  też  nie  bez  znaczenia  była  dobroć  i
wyrozumiałość Eleny oraz Milana.

Kiedy ta para wraz ze swym przybranym synem osiedliła się w Planinie w Słowenii, nie obyło się,
rzecz jasna, bez kłopotów. W wiosce niechętnym okiem patrzono na odmieńca.

Pięciolatek nie był wszak podobny do ludzi. A sądząc po jego złym ojcu... Wielu uważało, że jest on
dzieckiem samego diabła.

Naturalnie  chłopcu  niełatwo  było  przystosować  się  do  świata  ludzi.  Spędziwszy  tak  wiele  lat  w
ciasnej klatce, nie od razu stał się grzecznym dzieckiem. Elena przeżyła wiele gorzkich chwil, często
zastanawiając się, czy słusznie postąpiła, podejmując się jego wychowania.

Pierwsze,  co  musiała  zrobić,  gdy  już  znaleźli  się  w  domu,  to  odebrać  chłopca  z  ramion  Milana  i
wykąpać go w gorącej wodzie. Milan przyniósł nożyce do strzyżenia owiec i ściął

malcowi  skołtunione  włosy  do  gołej  skóry.  Wydawać  by  się  mogło,  że  nie  są  to  czynności
wymagające  wielkiego  trudu,  ale  tym  razem  było  inaczej.  Zarówno  kąpiel,  jak  i  strzyżenie  Heike
uznał  za  straszliwe  tortury  i  jedynie  dzięki  sile  i  cierpliwości  Milana  udało  się  te  zabiegi
doprowadzić do szczęśliwego końca.

Pierwszy dzień był dla wszystkich koszmarem.

Elenę i Milana przerażała także mistyczna mandragora. Bali się jej dotykać, gdyż tam, tak niedaleko
Morza Śródziemnego, dobrze znano opowieści o niezwykłej mocy alrauny.

Pozwolili jednak chłopcu ją zatrzymać, nie śmieli się przeciwstawiać.

Tej nocy Heike nareszcie spał w prawdziwym łóżku. Leżąc już, z policzkami ciągle mokrymi od łez,
wpatrywał  się  w  Elenę  i  Milana  oczami  połyskującymi  żółto  w  brzydkiej,  zdeformowanej  twarzy  i
czuł  się  bardzo,  bardzo  nieszczęśliwy  i  zagubiony,  choć  jednocześnie  ciało  było  pełne  nowych,
rozkosznych wrażeń.

background image

Z  czasem  się  przyzwyczaił.  Przywiązał  się  da  obojga  i  wprost  śmiertelnie  się  bał,  gdy  nawet  na
chwilę znikali z pola jego widzenia.

W wiosce jednak nie układało się równie łatwo po tym, jak Elena i Milan pobrali się i przenieśli do
domu Milana. Ludzie znaczyli krzyżem drzwi swych domostw, Milan i Elena czuli się odsunięci od
wspólnoty,  a  wychowanie  tak  bardzo  zaniedbanego  Heikego  sprawiało  im  naprawdę  nie  lada
kłopoty.

Tak upłynął pierwszy rok.

Później zaczęto akceptować chłopca, zwłaszcza że wokół niego nie działo się nic niesamowitego.

40

A  potem  przyszły  na  świat  kolejne  dzieci,  własne  potomstwo  Milana  i  Eleny.  Rodziły  się  co  rok  i
nikt  chyba  nie  miał  lepszego  opiekuna  niż  one.  Heike  gotów  był  nieba  im  przychylić  i  wprost  nie
wiedział, co dobrego maże jeszcze uczynić dla swego młodszego rodzeństwa.

Zajmował się nim od urodzenia, pomagał Elenie w domu i Milanowi w pracach na polu.

Dzieci rosły i z czasem zaczęły traktować starszego brata jak bohatera. Również inni malcy z wioski
uwielbiali Heikego. Dzieci nie dostrzegały, jak bardzo zniekształcona jest jego twarz.

Heike  urósł,  nabrał  niezwykłej  siły,  a  jego  włosy  odzyskały  normalną  długość.  Dzieci  były
przekonane, że Heike może „wszystko”.

Wkrótce  Heike  nawet  pozyskał  w  wiosce  przyjaciela.  Był  nim  młody  chłopak,  obcy  tak  jak  on
przybysz, który z pewnych przyczyn musiał opuścić swe rodzinne strony, Wołoszczyznę. Z

początku wszyscy mieszkańcy Planiny byli przeciwni przyjęciu Dimitriego - takie bowiem imię nosił
chłopak - do wioskowej wspólnoty, przede wszystkim dlatego, iż nie rozumiano, co mówił.

Mały Heike postanowił więc zająć się chłopcem, by ten nie czuł się tak bardzo samotny. Na początku
Dimitrie  opędzał  się  od  niego  jak  mógł,  nie  chcąc  mieć  do  czynienia  z  takim  stworem.  Wkrótce
jednak zostali przyjaciółmi.

Heike nauczył Dimitriego mowy mieszkańców Planiny, jednocześnie, co było wszak naturalne, ucząc
się języka, jakim posługiwano się na Wołoszczyźnie, czyli po prostu rumuńskiego. Później miało mu
się to bardzo przydać!

Rzecz jasna mały Heike na razie nic o tym nie wiedział.

Jego  talent  językowy  był  niespotykany.  W  niezwykle  krótkim  czasie  nauczył  się  słoweńskiego,
wcześniej opanował szwedzki i niemiecki, a teraz dołączył jeszcze rumuński.

Oczywiście nie znał tego języka doskonale, ale wystarczająco, by porozumiewać się z Dimitriem.

background image

Przez trzy lata spędzili razem wiele czasu, a później Rumun zapragnął wyruszyć do Wenecji, by tam
szukać  szczęścia.  Z  jego  decyzją  łączyła  się  pewna  historia,  z  dziewczyną  z  wioski,  która  wybrała
innego. Dimitrie ciężko to przeżył i Heike przez całą noc musiał go pocieszać, podczas gdy Dimitrie
wlewał  w  siebie  śliwowicę  i  wpadał  w  coraz  bardziej  sentymentalny  nastrój.  Powiedział  nawet  o
Heikem „mój kochany diabeł” w swoim języku.

Rozstanie było bardzo smutne, Heike jeszcze długo tęsknił za przyjacielem.

Ale nie miał na co narzekać w domu Eleny i Milana, którzy naprawdę potrafili docenić tego chłopca
o straszliwie zniekształconej twarzy, lecz gorącym sercu. Nie umieli sobie wyobrazić, co zrobiliby
bez niego.

Heikego zaakceptowali także dorośli mieszkańcy wioski, no, może z wyjątkiem kilku starców, którzy
upatrywali w nim wroga kościoła. Ale ich i tak nikt nie słuchał.

41

Gdy zdarzyło się, że jakaś owca zabłąkała się w niebezpiecznym lesie, wysyłano po nią Heikego, on
bowiem ani trochę nie obawiał się lasu i zawsze udawało mu się odnaleźć zagubione zwierzę, i to
najczęściej  żywe. Ale  nawet  jeśli  było  martwe,  przynosił  je  do  wioski,  by  ludzie  wiedzieli,  co  się
wydarzyło.

Jego wyprawy do lasu dziwiły wielu. Nigdy natomiast nie zapuszczał się do gęstwin wokół

Adelsbergu. Były to, co prawda, najbardziej niebezpieczne okolice, ale większość ludzi uważała, iż
niechęć Heikego wynikała z faktu, że tam właśnie powieszono jego ojca.

Nic nie wiedzieli o przyjacielu Heikego, tym, którego zwano Wędrowcem w Mroku.

Widywano  go  teraz  rzadziej  i  nikt  nie  przypuszczał,  że  to  właśnie  owa  postać  powstrzymywała
Heikego od zbliżania się do miejsca, w którym spoczywał Tengel Zły. Gdy tylko chłopiec znalazł się
zbyt  blisko  adelsberskich  lasów,  pojawiał  się  tajemniczy,  milczący  olbrzym  i  ostrzegając,
wstrzymywał  go  przed  dalszą  wędrówką.  Heike  uśmiechał  się  wtedy,  kiwał  głową  i  posłusznie
zawracał.

Można by przypuszczać, iż to Tengel Dobry trzymał chroniącą dłoń nad swym dalekim krewnym, ale
tak  nie  było.  Kim  naprawdę  był  ów  tajemniczy  wędrowiec,  okaże  się  dopiero  znacznie  później,  a
wówczas zagadka Ludzi Lodu zacznie układać się w bardziej logiczną całość.

Kiedy  Heike  miał  czternaście  lat,  zaszły  osobliwe  wydarzenia.  Jedynie  on  wiedział,  co  działo  się
naprawdę, ale wszyscy w wiosce i tak łączyli owe wydarzenia z nim.

Elena i Milan mieli już dużo dzieci i Milan wielce się trudził, by wyżywić całą rodzinę.

Ogromną  pomocą  był  mu  przybrany  syn,  który  pracował  od  świtu  do  nocy,  by  jałowa,  kamienista
ziemia Milana wydała plon.

background image

Zagroda  Milana  zawsze  należała  do  najbiedniejszych  w  całej  wiosce.  Gospodarstwo  było  nawet
dość spore, ale co z tego, jeśli zamiast ziemi miał twardą skałę i usłane kamieniami pola.

Pewnego  dnia,  kiedy  cały  drobiazg  ułożono  już  spać,  Heike  i  jego  przybrani  rodzice  siedzieli  przy
stole  w  kuchni.  Na  podłodze,  w  łóżkach  i  gdzie  tylko  znalazło  się  miejsce  w  małej  ciasnej  chatce
leżały dzieci.

Elena  i  Milan  tracili  nadzieję.  Plony  w  tym  roku  okazały  się  marne,  z  pożywieniem  na  zimę  mogło
być krucho.

-  Ojcze  i  matko  -  odezwał  się  Heike;  tak  właśnie  bowiem  zwracał  się  do  swych  przybranych
rodziców. - Wiecie, że pochodzę z niezwykłego rodu...

Pokiwali głowami. Nie musiał przekonywać, to widać było już na pierwszy rzut oka.

42

- Solve wiele opowiadał o moich przodkach - ciągnął Heike. - Noszę w sobie złe dziedzictwo, ale
byłem  świadkiem,  co  uczyniło  ono  z  Solvem.  Wiem  też,  że  najwięksi  z  moich  przodków  zdołali
zwalczyć zło i przemienić je w równie silne dobro.

Milan przykrył dłonią kościstą, brązowoszarą rękę chłopca.

- Sądzę, że idziesz w ich ślady, Heike - rzekł ciepło.

- Staram się. Ale to trudniejsze, niż wam się wydaje. Zdarza się, że narasta we mnie ogromna chęć
czynienia  zła.  To  bardzo  niszczące  uczucie  i  wykorzystuję  całą  siłę  swej  woli,  by  je  zdławić.  W
ostatnich latach tkwiące we mnie zło staje się coraz słabsze.

- Wiemy o tym - roześmiała się Elena. - Na początku rzeczywiście umiałeś się gniewać.

Kiedy  coś  nie  szło  po  twojej  myśli,  kubki  i  talerze  tylko  świstały  nam  koło  uszu. Ale  to  było  już
dawno, teraz jesteś naszym największym skarbem, Heike.

- Zaraz po dzieciach.

- Jesteś jednym z dzieci, Heike.

-  Dziękuję  -  mruknął  wzruszony.  - Ale  nie  wiem,  czy  zdajecie  sobie  sprawę,  że  złemu  dziedzictwu
towarzyszy coś jeszcze: zdolność dokonywania rzeczy, których nie potrafią inni ludzie.

- Tak - w głosie Milana zabrzmiał smutek. - Zauważyłem to i owo, ale nie chciałem się wtrącać. Tak
jak wtedy, gdy Elena wydała na świat najmłodszego chłopczyka... Gdybyś nie był wówczas przy niej
i nie przyłożył do niej dłoni, żadne nie żyłoby dzisiaj. Co wtedy mruczałeś pod nosem?

-  To  było  w  moim  języku  -  odparł  Heike  wymijająco.  -  Ale  nigdy  nie  wykorzystywałem  swoich
zdolności, by czynić zło.

background image

- O tym wiemy.

- No, cóż, wszyscy teraz jesteśmy świadomi, że głód puka do naszych drzwi. Czy... czy pozwolicie
mi spróbować? Czegoś, czego nigdy dotąd nie robiłem, a co według słów Solvego da się zrobić?

Wiedzieli, że Heike nigdy nie nazywał Solvego ojcem, nie miał zresztą ku temu powodów.

Człowiek, który przez pięć lat dręczył i zadawał cierpienia dziecku, nie ma żadnego prawa, by zwać
się jego ojcem.

Milan zapytał z wahaniem:

- To, o czym myślisz... czy może wyrządzić komuś krzywdę?

43

- Nie.

- A czy łączy się z jakimkolwiek niebezpieczeństwem?

-  Nie  sądzę.  Wiem  jedynie,  że  muszę  złamać  wszelkie  przyjęte  normy,  nie  powinniście  więc
rozpowiadać o tym w wiosce. A zwłaszcza nie mówić nic księdzu!

- Nie zgadzamy się na czczenie Szatana.

Heike potrząsnął głową.

- To nie ma nic wspólnego z Szatanem.

- Czy nie mógłbyś powiedzieć nam...?

- Nie wolno mi - odrzekł Heike. - Inni mogliby się o tym dowiedzieć i zapragnęliby zdobyć...

Milan domyślił się już, jakie zamiary ma Heike. Skinął głową z przyzwoleniem.

Elena przyglądała im się pytająco, ale nie powiedzieli już nic więcej.

Tego wieczoru Heike poszedł spać do małej obórki, musiał bowiem zostać sam. Milan pomógł mu
przygotować posłanie obok przegrody dla owiec, a potem kiwnął głową, wyrażając tym zrozumienie
dla tajemnego przedsięwzięcia, i wrócił do domu.

Heike  miał  zaledwie  czternaście  lat.  Bał  się,  ale  musiał  pomóc  tym,  którzy  tak  wielkodusznie
zajmowali się nim od wielu lat.

Kiedy  w  całym  gospodarstwie  zapadła  cisza,  Heike  zdjął  mandragorę,  którą  zawsze  nosił  na  szyi.
Zapatrzył się w stary, pokrzywiony korzeń, którego nie czuł podczas noszenia. A Solve prawie nigdy
nie mógł go nawet dotknąć.

background image

Mandragora  była  świadkiem  wielu  wydarzeń.  Większość  z  nich  przesłaniała  przed  Heikem  mgła
tajemnicy. Wiedział, że kiedyś należała do Tengela Złego, ale on musiał się jej pozbyć.

Tym samym mandragora dała dowód, że stoi po stronie dobra, zwalcza Tengela Złego.

Później następowała ogromna przepaść w czasie aż do chwili, gdy pojawiła się u Tengela Dobrego.
Następnie  odziedziczyła  ją  Sol,  w  której  przekleństwo  Ludzi  Lodu  tkwiło  zbyt  mocno,  by
odpowiadało to mandragorze. Tarjei nie miał żadnej pociechy ze starego korzenia, może dlatego, że
nie wierzył w jego działanie. Ale Kolgrim, biedny Kolgrim, zabrał

mandragorę  ze  sobą  do  grobu.  Zniknęła  wtedy  z  powierzchni  ziemi  na  całe  osiemdziesiąt  lat  aż  do
czasu,  gdy  ci  szaleńcy,  Ulvhedin,  Ingrid  i  Dan,  wyprawili  się  do  Doliny  Ludzi  Lodu  na  jej
poszukiwanie.

Odkryli wówczas przerażającą prawdę: mandragora o własnych siłach, bez niczyjej pomocy, zdołała
wydostać się z grobu i usiłowała dotrzeć do ludzi.

44

Nie zaszła daleko. Przejście kilku zaledwie łokci zajęło jej osiemdziesiąt lat.

Dostała ją Ingrid. A potem mandragora okazała wyraźnie, że pragnie należeć do Daniela, syna Ingrid
i Dana. Wielokrotnie ratowała mu życie i pośrednio dzięki niej Shira mogła odbyć swą śmiertelnie
niebezpieczną wędrówkę przez grotę w Górze Czterech Wiatrów.

Daniel przekazał mandragorę swemu synowi Solvemu - dlatego że chłopak o to błagał.

Potężny talizman nie czuł się jednak dobrze u Solvego, nie pomagał też dłużej Danielowi.

Dopiero gdy przyszedł na świat Heike, mandragora obudziła się do życia z nową mocą. Z

całych sił chroniła bezbronnego malca przed Solvem, a także przed bliskością Tengela Złego.

Bez wątpienia należała teraz do Heikego.

Oznaczało  to,  że  ma  w  tym  jakiś  cel,  podobnie  jak  wówczas  gdy  wspomagała  Daniela  w  jego
wyprawie do odległej krainy Taran-gai.

Teraz Heike po raz pierwszy pragnął wystawić ją na próbę.

Dokładnie wiedział, do czego może jej użyć. Solve opowiedział mu o tym. Wśród wielu właściwości
mandragory  znajdowała  się  także  i  ta,  że  potrafiła  ona  dopomóc  swemu  właścicielowi  w  zdobyciu
bogactwa.

Heike nie chciał robić niczego, co mogłoby wyrządzić krzywdę innym, nie życzył sobie na przykład,
by mandragora przyciągnęła do niego cudzy majątek.

background image

Z powagą wpatrywał się w korzeń i powiedział łamiącym się głosem czternastolatka:

-  Jesteś  moim  przyjacielem,  tak  jak  ja  jestem  twoim.  Wiesz  o  tym.  Musimy  zrobić  coś  dla  ludzi,
którzy  przez  tyle  lat  użyczali  nam  schronienia,  ofiarowali  życzliwość.  Daj  mi  znak,  w  jaki  sposób
mam im pomóc! Pragnę dokonać tego uczciwie, dzięki sile swych własnych rąk, ale nie wiem, jak. Za
to ty możesz rozpalić we mnie iskrę działania. Czy obiecujesz mi, że to uczynisz?

Mandragora  nie  poruszyła  się,  zresztą  Heike  wcale  się  tego  nie  spodziewał.  Tak  wyraźne  znaki
dawała tylko w wypadkach, gdy zaistniało prawdziwe niebezpieczeństwo.

Heikego uderzyła nagle pewna myśl:

-  A  może  oszczędzasz  siły  czekając,  aż  dorosnę  na  tyle,  by  powędrować  w  świat?  Do  domu,  do
Skandynawii? Może nie masz ochoty nic teraz robić? Ale musimy przecież im pomóc, tak dobrze nas
traktowali.  Ja  sam  sobie  z  tym  nie  poradzę.  Proszę  cię,  przyjacielu,  który  towarzyszyłeś  mi  we
wszystkim przez te długie lata, których wspomnienie nawiedza mnie w koszmarach i które sprawiły,
że nie znoszę pozostawać w jakimkolwiek zamknięciu. Wiesz o tym, prawda? Wiesz, że ogarnia mnie
paniczny lęk, gdy przestrzeń wokół mnie staje się za 45

ciasna,  gdy  muszę  wejść  do  jam  pod  ziemią  lub  zostanę  zamknięty.  Matka  i  ojciec  mają  tego
świadomość;  musieli  mnie  bić  po  twarzy,  bym  się  uspokoił,  po  tym  jak  znalazłem  się  w
pomieszczeniu bez wyjścia, przytrzymywany tam siłą, albo gdy dręczyły mnie złe sny.

Heike  wpatrywał  się  w  korzeń  mandragory,  korzeń  tak  przerażająco  podobny  do  ludzkiej  istoty.  W
niezwykle dobrym stanie trwał przez stulecia. Choć często musiał być używany i dotykany, nie było
tego jednak po nim widać.

Dlatego właśnie sprawiał wrażenie, że żyje.

Heike powiesił amulet na haczyku obok posłania i wsunął się pod przykrycie. Czy i w jaki sposób
mandragora zareaguje, zależało tylko od niej.

Nawet  przez  moment  nie  czuł,  że  postępuje  śmiesznie.  Zwyczajny  człowiek,  ujrzawszy  chłopca
przemawiającego  do  starego,  poskręcanego  korzenia,  uznałby  go  za  szaleńca.  Ale  Heike  nie  miał
takich myśli.

W  nocnej  ciszy,  przerywanej  jedynie  przez  zwierzęta,  które  przeżuwały  czy  też  przekręcały  się  w
swych przegrodach, Heike śnił.

Sen  był  jedną  z  możliwości,  jakie  brał  pod  uwagę.  Z  opowieści  wiedział,  że  mandragora  często
przemawia podczas snu. Tak było z Ingrid, jego... kim ona była? Prababką, matką jego dziada.

To właśnie przydarzyło się Heikemu, małemu pączkowi na pniu drzewa Ludzi Lodu, który znalazł się
daleko  od  swego  rodu,  a  tak  bardzo  tęsknił  do  Północy,  do  innych  jemu  podobnych,  którzy  by  go
zrozumieli.

We śnie ukazała mu się stara chata Eleny, wokół której nadal na jałowych zboczach wypasali kozy.

background image

Domu Solvego, gdzie Heike cierpiał tak nieludzko, w ogóle tam nie było.

Ujrzał  natomiast  zbocza  porośnięte  dziwnymi  roślinami,  jakby  krzewami...  Z  początku  nie  mógł  się
zorientować, cóż to takiego, ale w końcu zrozumiał, że widzi krzewy winorośli.

Jęknął we śnie. Jakiej ciężkiej pracy wymagać będzie ich uprawa na tych suchych zboczach! Nikt w
Planinie nie uprawiał winorośli, nie dało się. Owszem, w bogatych rejonach południowej Słowenii,
ale nie tutaj!

Heike śnił, że Milan i on tyrają jak woły, by osiągnąć możliwie dobre zbiory. Ale później pojawiła
się  cała  gromada  ludzi,  którzy  podziwiali  ich  i  chwalili,  kupowali  od  nich  wino,  dziękując,  iż
spróbowali dokonać niemożliwego.

Potem sen był już tylko bezładną mieszaniną zdarzeń i postaci, z której na ogół składają się wszystkie
sny i z której następnego ranka niewiele się pamięta.

Ale sen o winnicy pozostał w pamięci Heikego, gdy rano się zbudził. Opowiedział o nim przybranym
rodzicom.

46

Elena  zaczęła  wymachiwać  rękami,  nie  mogła  zrozumieć,  co  właściwie  się  wydarzyło. Ale  Milan
uważnie wpatrywał się w swego zadziwiającego wychowanka. Przez długą chwilę nie spuszczali z
siebie wzroku.

W końcu Milan zdecydował:

- Spróbujemy.

- Oszaleliście! - jęknęła Elena.

Ale  stało  się  tak,  jak  postanowił  Milan.  Nie  zważając  na  prześmiewki  i  drwiny,  sprowadził  z
południa  krzewinki  winorośli,  w  pierwszym  roku  niewiele,  i  zasadził  je  w  przygotowanej  przez
Heikego  ziemi  na  zboczach,  przylegających  do  chaty  Eleny.  Dom  Solvego  zburzono,  tym  zajął  się
Milan  sam,  by  zaoszczędzić  chłopcu  złych  wspomnień,  i  przygotowano  więcej  ziemi  pod  uprawę.
Nigdy jeszcze nie nanosili się tylu kamieni co tego lata! Milan cierpiał na bóle w krzyżu, Heike więc
często musiał pracować samotnie.

Ale plantacja winorośli powstała.

Pięć  lat  później  Milan  był  najbogatszym  człowiekiem  w  Planinie.  Inni  również  spróbowali  uprawy
winorośli, i to z powodzeniem, nikt jednak nie miał tak rozległych plantacji jak Milan.

Sława jego wina rozciągała się poza region. Nazwano je imieniem Heikego, a ceniono za szczególny,
pełny aromat, który cieszył się ogromnym uznaniem.

Heike  wyrósł  na  przystojnego  młodzieńca,  co  prawda  przystojnego  z  daleka,  kiedy  patrzyło  się  na

background image

jego  wysoką,  mocno  zbudowaną  sylwetkę,  o  niezwykle  szerokich,  ostro  zakończonych  ramionach,
które odebrały życie jego matce. Z bliska natomiast odpychająco działała straszliwie brzydka twarz -
aż  do  chwili,  gdy  spojrzało  się  w  żółte  oczy  i  dostrzegło  promieniujące  z  nich  ludzkie  ciepło.  W
piersiach  wzbierał  nagle  jakby  płacz,  rozsadzały  uczucia,  jakich  nie  dawało  się  wyjaśnić.
Oszołomienie szczęściem, wzruszenie? Trudno to było wyrazić.

Włosy Heike miał czarne, szczeciniaste, dłonie duże, dające poczucie bezpieczeństwa.

Nosił w sobie wielką moc, a była nią miłość do wszystkich, których uważał za swych najbliższych.
Eleny, Milana i licznego rodzeństwa.

Wiedział jednak, że zbliża się moment rozstania. Dom pełen był dorastających już dzieci, a i tęsknota
Heikego  do  rodzinnej  krainy,  do  Ludzi  Lodu,  prawdziwych  krewnych,  z  dnia  na  dzień  stawała  się
coraz silniejsza.

Elena płakała.

- Nie możemy cię utracić, Heike!

-  Takie  są  prawa  życia,  matko.  Dzieci  opuszczają  rodzinny  dom,  kiedy  są  już  dorosłe.  I  będziecie
mieć o jedno miejsce do spania więcej i mniej o jedną gębę do wyżywienia.

47

- Nie mów tak, chłopcze - rzekł Milan nabrzmiałym od łez głosem. Jak zwykle wieczorem siedzieli
razem przy stole rozmawiając. Heike był o wiele starszy od pozostałych dzieci, zawsze traktowano
go  raczej  jak  jednego  z  dorosłych.  -  Mieliśmy  nadzieję,  że  osiądziesz  tutaj,  w  wiosce.  Wybierzesz
sobie dziewczynę...

Heike uśmiechnął się krzywo.

- To wcale nie najgorsze rozwiązanie, ale moim obowiązkiem jest wrócić do Skandynawii.

Solve przejąć miał gospodarstwo w Norwegii, a jego siostra nic nie wie o tym, co się z nim stało.
Nie mam zamiaru opowiadać szczegółowo o jego losach, ale przynajmniej powinna dowiedzieć się,
że on nie żyje. Moje miejsce jest teraz przy moim rodzie. Gospodarstwo stoi być może opuszczone,
bez właściciela. To moje dziedzictwo.

- Rozumiemy cię - powiedział Milan. - Ale twoje rodzeństwo będzie za tobą gorzko tęsknić.

Cała wioska także! Dzieci, starcy...

- Jak sobie dasz radę w tak długiej podróży? - płakała Elena.

- Oczywiście dostaniesz ode mnie konia - rzekł Milan. - Tyle przynajmniej mogę dla ciebie zrobić.

- Nie o tym myślałam - załkała Elena. - Czy ludzie cię zrozumieją? Czy nie będą zważać jedynie na

background image

twój wygląd, nie dostrzegając wspaniałego wnętrza, które kryje się pod paskudną maską?

Heike uśmiechnął się.

- Myślałem już o tym, matko. Wiem, że nie jestem szczególnie urodziwy.

-  To  nie  tylko  to.  Na  pierwszy  rzut  oka  nie  wydajesz  się  ludzką  istotą.  Na  tym  polega  twoje
nieszczęście. Ogromna niesprawiedliwość losu.

-  Nie  troskaj  się,  matko  -  odparł  Heike.  -  Mam  przy  sobie  bardzo  możnego  obrońcę,  wiecie  o  tym
oboje.

Milan kiwnął głową.

- Tak, i dobrze o tym wiedzieć. I... Heike... nie chciałem przedtem o tym mówić, ale ty potrafisz o
wiele więcej, prawda?

Heike zapatrzył się przed siebie.

- Tak. To prawda. Ale boję się wykorzystywać swe zdolności.

Teraz Elena utkwiła w nim wzrok.

48

- Drogie dziecko, tak wiele razy zastanawiałam się... Kiedy byłeś mały, śpiewałeś jakieś przedziwne
zaklęcia, z których nie mogłam zrozumieć ani słowa. Później przestałeś je powtarzać. Dlaczego tak
się stało i co one miały znaczyć?

-  Noszę  je  w  sobie  -  odpowiedział  ze  spokojnym  uśmiechem.  -  Są  we  mnie,  ale  teraz  pozostają
nieme. - Roześmiał się. - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co znaczą. Nie są w języku Solvego, ja
też ich zupełnie nie rozumiem. Po prostu są.

- Pewnego dnia je zrozumiesz - orzekł Milan.

- Ja też tak sądzę. Jeden z moich przodków, nazywał się Ulvhedin, także znał podobne zaklęcia, które
nie wiadomo skąd się brały. I jeszcze Hanna, ona żyła bardzo, bardzo dawno temu. Ulvhedin posłużył
się nimi w walce ze złymi istotami, które wyszły z pogańskiej ziemi w kraju daleko stąd.

Elena zadrżała.

-  Strasznie  to  brzmi.  Cieszę  się,  że  nie  posłużyłeś  się  swymi  zdolnościami  tutaj,  Heike.  Nie
spodobałoby się to sąsiadom.

Nadszedł dzień pożegnania. Ponieważ chwila była niezmiernie trudna dla wszystkich, nie będziemy
się nad nią rozwodzić.

background image

Wszyscy  wiedzieli,  że  szanse,  by  mogli  się  zobaczyć  jeszcze  raz,  są  znikome.  Droga  Heikego  do
domu  była  daleka,  poza  tym  chłopiec  miał  zamiar  osiedlić  się  tam  na  stałe  na  dworze  noszącym
długą, zawiłą nazwę, której nie potrafili powtórzyć: Grastensholm.

Oblicza smutku bywają różne. Tego dnia objawił się jako łagodny, chmurny żal, lecz i wdzięczność,
że los zetknął ze sobą Heikego i jego przybraną rodzinę. Że przeżyli wspólnie czternaście pięknych
lat.

Kiedy Heike znalazł się na szczycie jednego ze wzgórz, otaczających wioskę, przystanął i odwrócił
się. Długo spoglądał na garstkę domostw, których nigdy więcej miał już nie oglądać.

Potem skierował wzrok na las.

Tak jak oczekiwał, na jednym ze wzgórz pojawiła się tajemnicza postać. Jakże często w ciągu tych
lat spotykał ją w lesie! Nigdy nie zamienili ani słowa, bo przecież nie da się rozmawiać z cieniem.

Ale teraz Heike szepnął stojącemu daleko Wędrowcowi w Mroku:

- Do zobaczenia!

Mroczna postać uniosła dłoń w geście pożegnania.

49

Było to jakby potwierdzenie.

Heike uśmiechnął się uspokojony i ruszył naprzód.

Opuszczając  Słowenię  popełnił  jeden  wielki  błąd.  W  jego  pamięci  długa  podróż  z  Wiednia  do
Salzburga, która miała miejsce tak dawno temu, jawiła się jako ciągła wędrówka na zachód, w stronę
gdzie słońce znika za horyzontem.

Jak mógł pięciolatek, przez cały czas zamknięty w ukrytej w powozie klatce, zauważyć, że posuwają
się także na południe? A w Planinie nic nie wiedziano o świecie.

Pomyłka ta okazała się fatalna w skutkach dla Heikego. Wkrótce bowiem przekonał się, że nikogo nie
może  spytać  o  drogę.  Ludzie  na  jego  widok  przerażeni  odskakiwali  w  tył,  a  potem  uciekali  w
popłochu.

Dlatego jechał teraz na koniu, którego podarował mu Milan, kierując się prosto na wschód.

Minął  Zagrzeb  i  węgierski  Segedyn,  a  po  długim  miesiącu  wędrówki  przekroczył  dolinę  Maruszy  i
znalazł się w Siedmiogrodzie. Posuwał się śladem dwóch Francuzów, zapuszczając się zbyt daleko
na wschód.

Kiedy  lato  z  wolna  zaczynało  przeradzać  się  w  jesień,  znalazł  się  na  przełęczy,  którą  zamykał
straszny, chory las...

background image

Ale wtedy nie był już sam.

50

ROZDZIAŁ V

Właśnie  wchodząc  w  dolinę  Maruszy  spotkał  swego  towarzysza  podróży.  Nad  rzeką,  akurat  w
miejscu,  gdzie  spływała  ona  z  wyżyn  Siedmiogrodu  w  węgierską  pusztę,  usytuowane  było  nieco
większe miasteczko.

Heikemu doskwierał głód i szukał jedzenia. Zapasy podróżne już się wyczerpały. Z

bolesnego  doświadczenia  wiedział,  że  jego  wygląd  przeraża  ludzi,  nieodmiennie  spotykał  się  z
gestem oznaczającym „zgiń, przepadnij, Szatanie!”

Teraz nie było już rady, musiał się pożywić. Ale długo stał przyczajony w cieniu drzew przy rynku,
wahając się, czy wyjść z ukrycia. Czuł się jak w matni, opuszczony przez cały świat.

Nie mógł pojąć odrazy, jaką wywoływał w ludziach jego widok. Heike miał dobrą, życzliwą duszę i
bolało go takie traktowanie. Przecież w domu, w wiosce, wszyscy go lubili.

Wielokrotnie już żałował, że w ogóle ją porzucił.

Ale innego wyjścia nie było, musiał się na to zdobyć, o tym dobrze wiedział.

Zdał sobie także sprawę, że podróż na Północ będzie znacznie trudniejsza, niż mu się wydawało.

W  miasteczku  odbywał  się  akurat  jarmark.  Tłoczyły  się  kramy,  pełno  było  krów  i  wędrownych
kuglarzy. Heike ogromnymi oczami wpatrywał się w owo nowe, niespotykane zjawisko, Planina była
wszak bardzo małym i spokojnym zakątkiem świata. Tutaj panowały zgiełk i rwetes, tętniło życie.

Jego  szczególne  zainteresowanie  wzbudził  pewien  obrazek.  Na  małej  scenie  stał  jakiś  młody
człowiek i usiłował zaimponować tłumowi czarodziejskimi sztuczkami. Heikemu spodobała się jego
twarz  -  otwarta,  inteligentna  i  po  szelmowsku  uśmiechnięta,  z  opadającą  gęstą  grzywą  brązowych
włosów,  która  dawno  już  nie  widziała  nożyc.  Oczy  chłopaka  były  piwne,  bystre,  usta  szerokie  i
uśmiechnięte, a nos dość frywolnie zadarty, nadający całemu obliczu wyraz optymizmu. Młodzieniec
skakał po scenie jak piłka z gutaperki i wykonywał

niezwykle proste sztuczki równie niezwykle niezgrabnie.

Publiczność  wyraźnie  nie  była  zadowolona.  W  powietrzu  fruwały  zgniłe  pomidory  i  inne  owoce.
Okrzyki  gniewu  i  dezaprobaty  zagłuszały  wypowiadane  po  niemiecku  tyrady  kuglarza,  w  końcu
chłopak musiał się schować.

Heike z wahaniem przeszedł na tyły podartego namiotu, będącego tłem dla sceny. Zastał

tam młodzieńca, którego opuścił już cały zapał. Pracowicie ścierał z twarzy sok pomidorowy.

background image

Kiedy ujrzał buty Heikego koło siebie, oblizał palce i rzekł z wisielczym humorem:

- Coś w każdym razie człowiekowi skapnie! - Roześmiał się.

- Czy chcesz, bym ci pomógł? - zapytał Heike.

51

Kuglarz podniósł wzrok i zaraz zerwał się na równe nogi.

-  Kim  jesteś?  -  zapytał,  cofając  się  i  ruchem  dłoni  jak  gdyby  odpędzając  przybysza.  -  Czy  to  sam
Kusy oferuje mi swe usługi? W zamian za co? Za moją duszę?

-  Duszę  możesz  sobie  zatrzymać  -  uśmiechnął  się  Heike.  -  Nie  mam  nic  wspólnego  z  diabłem. Ale
jeśli możesz zdobyć dla mnie jedzenie, spróbuję pomóc ci w czarach.

Chłopak  dokładnie  rozważał  jego  słowa,  nadal  zachowując  rezerwę.  Potem  zadał  dość  logiczne
pytanie:

- Jeśli jesteś czarownikiem, to dlaczego nie zdobędziesz pożywienia za pomocą czarnej magii?

- Nie przeszłoby mi przez gardło - łagodnie odparł Heike. - Ale sam widzisz, jak wyglądam, i ciebie
także  to  przeraziło.  Trudno  jest  mi  pomówić  z  kimkolwiek  i  dlatego  mam  kłopoty  ze  zdobyciem
czegoś do jedzenia.

- Nie jesteś w tym osamotniony.

- Wiem, widziałem. A może pomożemy sobie nawzajem?

- W jaki sposób? - z wyczekiwaniem w głosie zapytał chłopak.

- Czy jeszcze wracasz na scenę?

- Tak, niedługo.

- Nie wiem, ile potrafię, bo nigdy właściwie nie czarowałem, ale myślę, że poradzę sobie z prostą
sztuczką.  Musisz  patrzeć  mi  prosto  w  oczy  ze  sceny,  a  jednocześnie  publiczność  nie  może  mnie
widzieć.

-  To  da  się  zrobić.  -  Chłopak  był  teraz  wyraźnie  zaciekawiony.  -  Możesz  ukryć  się  za  zasłoną,
nieznacznie odsuniętą, a ja stanę odwrócony w twoją stronę.

Heike z aprobatą skinął głową.

- Doskonale! Tylko nie możesz stać, musisz siedzieć.

- Co masz zamiar zrobić? Nie na wszystko się zgodzę. Nie chcę żadnego rżnięcia piłą!

background image

-  Nie,  nic  z  tych  rzeczy. Ale  najpierw  musimy  spróbować,  czy  to  potrafię  i  czy  ty  przyjmiesz  moje
impulsy, a dopiero potem urządzimy przedstawienie. Czy możemy wejść do namiotu?

Tutaj jeszcze ktoś nas zobaczy.

- Oczywiście. A po występie po równo podzielimy się zgniłymi pomidorami.

52

Heike uśmiechnął się. Był pewien, że polubi chłopca.

Nadszedł czas, by rozpocząć przedstawienie. Peter, bo tak na imię miał chłopak, wyszedł na scenę i
skłonił się zgromadzonym. Wyraźnie znać było po nim zdenerwowanie. W czymś takim nigdy nie brał
udziału. Od strony gawiedzi natychmiast rozległy się gwizdy.

- Moje panie i panowie! - zawołał. - Spróbuję teraz przeprowadzić pewien eksperyment.

Potrzebna mi jest chwila skupienia, proszę więc o ciszę.

Niewiele osób rozumiało jego niemiecki, ale po pewnym czasie wśród publiczności zapanował jako
taki spokój.

Peter usadowił się na podłodze z nogami skrzyżowanymi po turecku. Intensywnie wpatrywał

się w Heikego, ukrytego za zasłoną.

Część  publiczności,  która  nie  zrozumiała  zapowiedzi  Petera,  z  zaciekawieniem  zaczęła  się
przyglądać  i  zastanawiać,  co  też  z  tego  wyniknie.  Wśród  widzów  rosło  napięcie.  Najbardziej
hałaśliwym zawadiakom znudził się już kuglarz, odeszli więc gdzieś dalej.

Jakiś  mały  chłopiec  z  publiczności  już  uniósł  rękę,  by  posłać  ku  scenie  naprawdę  wielkiego,
wyjątkowo soczystego pomidora, ale ramię dorosłego powstrzymało go w pół ruchu.

- Poczekaj i popatrz! Jeśli nic się nie stanie, dopiero wtedy rzucisz.

Nagle  oczy  Petera  ze  zdziwienia  zaczęły  otwierać  się  coraz  szerzej  i  szerzej,  w  następnej  chwili
jakiś pomruk, jak gdyby westchnienie, przepłynął po tłumie.

Rozległy się piski kobiet.

Peter siedział całkiem nieruchomo, ale powoli, bardzo powoli unosił się znad podłogi, aż wreszcie
zawisł w powietrzu dobry łokieć nad sceną.

Heike  był  co  najmniej  równie  zadziwiony.  Zdał  sobie  sprawę,  że  do  tej  chwili  tak  naprawdę  nie
wierzył  w  możliwość  powodzenia  sztuczki.  Efekt  tak  go  przeraził,  że  wypadł  z  transu  i  Peter  z
hukiem wylądował na podłodze.

background image

Wstał, krzywiąc się z bólu, ale zaraz triumfalnie zamachał do publiczności, która tymczasem oszalała
z  zachwytu.  Posypały  się  monety,  mniejsze  i  większe,  a  Peter  starannie  je  pozbierał.  Ludzie
najwyraźniej pragnęli dalszych pokazów.

Na dzisiaj jednak było już dosyć. Peter twierdził, że wykonywanie sztuki do tego stopnia pozbawiło
go sił, iż przez resztę dnia musi odpoczywać.

Zaciągnął więc zasłonę i dwaj chłopcy zajęli się liczeniem pieniędzy.

53

Niedługo było im dane posiedzieć w spokoju, gdyż zaraz nadbiegł jakiś człowiek. Heike zaszył się w
kącie, zasłaniając się połami namiotu.

Mężczyzna  chciał  zatrudnić  Petera  na  stałe  jako  artystę.  Mogliby  wtedy  jeździć  po  kraju  i  zarabiać
wielkie pieniądze. Peter, który był inteligentnym młodym człowiekiem, zapytał

natychmiast, jak ów pan wyobraża sobie swoją rolę.

- Oczywiście będę się tobą zajmował - odparł mężczyzna. - Będę pilnował, by nikt nie zabrał

ci twoich pieniędzy, zapowiadał twój numer i rozgłaszał o nim wszem i wobec.

-  Serdeczne  dzięki  -  uprzejmie  odrzekł  Peter.  -  Ale  do  tej  pory  radziłem  sobie  doskonale  sam,
niepotrzebni mi są wyzyskiwacze. Dziękuję, ale teraz muszę jechać dalej.

Mężczyzna  zmienił  ton  i  chciał  zmusić  Petera  do  posłuchu  groźbami.  Chłopak  odparł  na  to,  iż  jest
niezwykle wrażliwy i gdy ktoś wywoła jego wzburzenie, nie może występować. W

końcu mężczyzna odszedł z przekleństwem na ustach, zapowiadając, że wkrótce wróci.

- Musimy się stąd zabierać jak najprędzej - szepnął Peter Heikemu. - Jadę na wschód...

- Bardzo mi to odpowiada - ucieszył się Heike. - Ja także zmierzam w tym kierunku.

W  pośpiechu  zwinęli  płótno  i  biegiem  opuścili  rynek.  Ponieważ  Peter  nie  miał  konia,  załadowali
prymitywny namiot na wierzchowca Heikego, a sami szli po bokach zwierzęcia.

Rączym krokiem opuścili miasteczko i wkrótce droga zaczęła się wznosić.

- Razem wiele możemy zdziałać - radował się Peter. - Ty pokażesz mi sztuczki, a ja je wykonam. To
chyba nie będzie wyzysk?

- Oczywiście, że nie, ja sam nie mogę pokazać się na scenie. Ludzie gotowi pomyśleć, że to sam Zły
urządza sobie zabawę. O, ale teraz to już naprawdę jestem głodny.

Dotarli do małej wioski, przycupniętej u stóp wzgórza. Peter od razu pobiegł w kierunku domostw i

background image

kupił  trochę  chleba,  mięsa  i  mleka.  Później  siedli  na  porośniętym  lasem  zboczu  i  zabrali  się  do
jedzenia.

Dzień  się  kończył,  zaczynało  zmierzchać.  Nie  mogli  za  długo  odpoczywać,  chcieli  bowiem  dotrzeć
do położonej nieco wyżej wsi, o której ktoś poinformował Petera. Podobno była tam gospoda.

- Dokąd właściwie zmierzasz? - zapytał Peter. -”Na wschód” to bardzo ogólne pojęcie. ja jadę do
miasta, które nazywa się Klausenburg, mam tam krewnych.

- A ja do Wiednia - odrzekł Heike z dumą. - Tam się urodziłem i dlatego znam twój język na tyle, by
się z tobą dogadać. Ale Wiedeń będzie tylko pośrednią stacją. Później wyruszam do...

54

Pomimo zapadającego zmroku dostrzegł, że Peter od dobrej chwili wpatruje się weń ze zdumieniem.

- Do Wiednia? - powtórzył Peter. - Ale ja właśnie stamtąd przybywam!

Heike zastygł w pół ruchu.

- Co takiego?

- No tak! Z każdą chwilą coraz bardziej oddalasz się od tego miasta!

-  Co  ty  mówisz? Ale  byłem  pewien,  że  Solve  i  ja...  No,  cóż,  takie  są  skutki,  gdy  nie  można  spytać
ludzi o drogę.

Przysiadł na kępie trawy.

- I co mam teraz robić? - zapytał zniechęcony. - Zawrócić?

- To niekonieczne. Chyba że chciałeś jechać do samego Wiednia.

- Nie, wybieram się daleko na północ. Do Skandynawii. Do kraju, który nazywa się Norwegia, i do
innego, do Szwecji. Tam mieszka moja ciotka. A nie wiem nawet, gdzie leżą te kraje! - Ukrył twarz
na kolanach.

-  Przestań  się  tak  roztkliwiać,  na  pewno  zdołamy  sprowadzić  cię  na  właściwy  kurs.  Nie  możesz
zawrócić  samotnie,  to  niebezpieczna  okolica.  Dojedziemy  do  wioski,  w  której  jest  gospoda,  tam
prześpimy się z problemem, a rano będziesz widział świat w jaśniejszych barwach.

Heike wstał z westchnieniem. Wszystko wydawało mu się takie bezsensowne. Cały miesiąc jazdy, a
był dalej od celu swej podróży niż kiedykolwiek przedtem!

Podjęli  wędrówkę.  Zapadła  już  noc,  w  ciemności  z  trudem  odnajdowali  drogę.  Nie  mieli  odwagi
jednak się zatrzymać, potrzebowali dachu nad głową.

background image

Peter  opowiadał  o  sobie.  Studiował  w  Wiedniu  i  był  bardzo  światłym  i  oczytanym  młodzieńcem.
Rodzina jednak zaczęła mieć kłopoty i rozpadła się, Peter musiał więc przerwać studia. Wyruszył na
wędrówkę do krewnych w Siedmiogrodzie i aby po drodze nie umrzeć z głodu, próbował pokazywać
czarodziejskie sztuczki, całkiem bez powodzenia, aż do chwili pojawienia się Heikego.

- A ja myślałem, że jesteś kuglarzem - śmiał się Heike. - Na takiego wyglądasz.

- Mam to potraktować jako komplement czy obelgę?

- Moim zdaniem kuglarze to sympatyczni ludzie - wielkodusznie odparł Heike.

55

Rozmawiali dalej. Peter rzeczywiście był bardzo miłym kompanem, optymistą jakich mało i wkrótce
humor poprawił się Heikemu na tyle, że nie patrzył już w przyszłość tak czarno.

Mógł zatrzymać się u krewnych Petera w Klausenburgu do czasu, gdy dowie się dokładnie, którędy
ma jechać, i...

Peter zatrzymał się.

- Zadziwiające! Do gospody nie miało być aż tak daleko! Z tego, co mówili w poprzedniej wiosce,
powinniśmy już tam dotrzeć.

Rozejrzeli  się  dokoła  w  ciemnościach,  ale  zdołali  jedynie  zobaczyć  postrzępione  szczyty  gór,
rysujące  się  czarno  na  tle  granatowego  nieba.  W  pobliżu  szumiała  rzeka  lub  strumień,  poza  tym
panowała cisza.

-  Droga  jest  zastanawiająco  wąska  -  mruknął  Peter,  pochylając  się.  -  Sądzisz,  że  zabłądziliśmy  w
ciemności?

- To możliwe - przyznał Heike.

- Co teraz zrobimy? - zapytał Peter już nie tak pewnym głosem. - Okolica pełna jest dzikich zwierząt.
Krucho będzie i z nami, i z koniem, jeśli nas zwietrzą.

Heike rozejrzał się dokoła.

-  Nie  przejmuj  się  drapieżnikami  -  rzekł  w  zamyśleniu.  -  Długo  już  podróżuję,  i  z  bardzo  daleka.
Mijałem najdziksze górskie pustkowia, gdzie dokoła wyły wilki. Żaden nie tknie ani nas, ani konia,
Peterze.

Kompan popatrzył nań badawczo.

- Masz może Anioła Stróża? A może jakiś amulet?

- To drugie - spokojnie odparł Heike.

background image

Peter nie pytał już więcej. Uznał swego towarzysza za niezwykłą osobę, ale jeśli miał on powiązania
z jakimś innym światem, na pewno nie było to królestwo Szatana!

Wszystko jedno więc, co to było.

Pod półką skalną rozpięli płótno namiotu, osłaniające zarówno ich, jak i konia ze wszystkich stron.
Ułożyli  się  do  snu,  słysząc,  jak  dokoła  krążą  w  poszukiwaniu  zdobyczy  wszystkie  drapieżniki
Transylwanii. Heikego i jego towarzyszy zostawiły jednak w spokoju. Wokół jamy nad półką skalną
zataczały wielki łuk.

- Kim jesteś, Heike? - szepnął Peter w ciemnościach.

56

Upłynęła dobra chwila, zanim otrzymał odpowiedź.

-  Nie  wiem,  Peterze.  Właśnie  dlatego  jadę  do  Skandynawii.  Muszę  poznać  prawdę.  Bo  widzisz,
należę do rodu, który nosi w sobie zarówno dobre, jak i złe dziedzictwo. I, na wszystkie moce, żywię
nadzieję, że mam w sobie owe dobre siły.

Następnego  dnia  stało  się  dla  nich  całkiem  jasne,  że  zbłądzili.  Odeszli  tak  daleko  od  ścieżki,  że
nawet jej nie znaleźli. W jaki więc sposób mieli odnaleźć gościniec?

Rozglądali  się  za  głębokim  korytarzem  wydrążonym  w  ziemi,  doliną  Maruszy,  ale  wokół  nich
rozciągał  się  jedynie  lekko  pofałdowany  krajobraz:  łagodne  trawiaste  wzgórza,  głębokie  lasy  i
doliny. Doliny i doliny, jak okiem sięgnąć doliny.

Pogubili  się  ze  szczętem,  nie  wiedzieli  nawet,  czy  znajdują  się  na  północ,  czy  na  południe  od
Maruszy.

- Na południe od rzeki znajduje się część Karpat, zwana Alpami Transylwańskimi - wyjaśnił

Peter. - Na północy leżą Góry Bihorskie. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy!

- Dużo wiesz. - Peter wyraźnie zaimponował Heikemu.

-  Mówiłem  już,  że  jestem  bardzo  oczytany  -  roześmiał  się  Peter,  ale  w  jego  śmiechu  zabrzmiał
wyczuwalny lęk. Zdawali sobie sprawę, że jeśli obiorą zły kierunek marszu, będą się coraz bardziej
oddalać od doliny Maruszy.

Można  by  sądzić,  że  powinni  przynajmniej  wiedzieć,  po  której  stronie  rzeki  się  znajdują,  ale  w
ciemnościach  nocy  przechodzili  przez  tak  wiele  mostów,  że  stracili  rachubę,  a  na  ich
usprawiedliwienie trzeba dodać, że byli przy tym zmęczeni i wystraszeni.

- W każdym razie dobrze, że zdobyłeś aż tyle jedzenia - powiedział Heike.

-  Tak,  nieźle  zarobiliśmy  na  tym  numerze  z  unoszeniem  się  w  powietrzu.  Ale  lądowanie  było

background image

doprawdy twarde, nie wolno ci tego powtarzać! Choć pewnie nigdy już nie nadarzy się możliwość,
by występować...

Pesymistyczny nastrój Petera nigdy nie trwał długo.

-  Głupstwa  plotę!  Nie  jesteśmy  jeszcze  straceni!  Mamy  jedzenie,  jesteśmy  młodzi,  silni  i  bardzo
mądrzy. Prawda?

- Oczywiście, że tak - uśmiechnął się Heike.

Tak bardzo się cieszył, że znalazł sobie towarzysza podróży. Peter był co prawda ubogi, ale i Heike
nie  był  bogaczem.  Moralność  Petera  być  może  pozostawiała  wiele  do  życzenia,  ale  był  wesołym
kompanem, i to wystarczyło.

57

Nie wolno im było martwić się na zapas, każdy dzień musieli traktować oddzielnie.

Górskie pustkowia zdawały się nie mieć końca. Nigdzie nie widać było bodaj śladu ludzkich osad.

Ale późnym popołudniem, kiedy słońce zawisło niepokojąco nisko nad horyzontem, a cienie stawały
się coraz dłuższe i posępniejsze, Peter nagle zawołał:

- Spójrz, tam, na kolejnym wzgórzu! Jeśli to nie droga, to gotów jestem oddać cały swój majątek!

- Taka obietnica z łatwością przychodzi komuś, kto w ogóle go nie ma! Ale masz rację.

Chodźmy!

Wstąpiły w nich nowe siły, przemierzyli kolejną dolinę i...

Rzeczywiście była tam dróżka. Peter z radości aż uklęknął i ucałował zarośniętą trawą ziemię.

Rozejrzeli się dokoła. Heike zwrócił się do towarzysza:

- Jak sądzisz, w którą stronę?

Peter wahał się chwilę.

Stali właśnie na drodze, którą wcześniej tego lata jechali dwaj Francuzi. Chłopcy jednak nic o tym
nie wiedzieli.

- Tędy - orzekł Peter i dokonał złego wyboru.

Nie zdążyli ujść daleko, gdy na skraju drogi ujrzeli coś przed sobą.

- To ludzie! - zawołał Heike zdumiony. - A już prawie uwierzyłem, że jesteśmy sami na ziemi.

background image

- I ja także. To dziewczyna... Pochyla się nad leżącym mężczyzną. Chodź, pospieszmy się!

Dziewczyna zauważyła podróżnych i podbiegła w ich stronę.

-  Ach,  czy  jesteście  aniołami,  które  przybywają  w  potrzebie?  -  zawołała  po  niemiecku.  Nagle
zatrzymała się. Obrzuciwszy Heikego spojrzeniem stwierdziła: - Nie, nie jesteście aniołami.

Bez wątpienia w jej glosie brzmiała trwoga.

- Nie bój się - uśmiechnął się Peter. - To jagnię w wilczej skórze. Jeśli ktoś jest aniołem, to jest nim
na pewno mój towarzysz Heike. Czy możemy ci w czymś pomóc?

58

Dziewczyna nie była pięknością, wydawała się jednak szczera i miła. Miała prostą, chłopską twarz,
bez śladu duchowego wyrafinowania, ale na co ono komu na takim pustkowiu?

- Mój ojciec - powiedziała. - On nie żyje. Zabłądziliśmy i nie mógł już znieść męczącej wędrówki.

- Przykro nam o tym słyszeć - powiedział Peter.

Dziewczyna wcale nie sprawiała wrażenia pogrążonej w głębokim żalu.

- Ani słowa złego o zmarłych - rzekła krótko. - Czy możecie mi pomóc go pochować?

Kiedy podeszli bliżej, lepiej ją zrozumieli. Leżący na ziemi mężczyzna cuchnął podłą gorzałką, choć
przecież  już  nie  oddychał.  Nieboszczyk  wydawał  się  wulgarną,  nędzną  kreaturą.  Na  pierwszy  rzut
oka  widać  było,  że  to  wędrowny  oszust.  Twarz  poorana  zbyt  wczesnymi  zmarszczkami,  sterana
rozpustnym, łajdackim życiem. Wystrojony w barwne szatki, pomimo prostackiej pseudoelegancji był
niewiarygodnie brudny i zaniedbany.

Młodzieńcy niewielkie mieli pole do popisu. Zaraz zabrali się za przygotowywanie odpowiedniego
grobu,  co  okazało  się  wcale  niełatwe,  gdyż  nie  mieli  łopat  ani  żadnych  narzędzi,  mogących  im
ułatwić kopanie. Pochówek odbył się w milczeniu; w ten sposób okazali szacunek zmarłemu. Peter
odmówił krótką modlitwę, po czym szybko oddalili się z tego miejsca.

Dziewczyna, nazywała się Mira, nie miała pojęcia, gdzie się znajdują. Ona i jej ojciec przybyli mniej
więcej  z  tej  samej  strony  co  chłopcy.  Zostali  przepędzeni  z  małej  górskiej  wioski,  w  której  ojciec
przywłaszczył sobie zbyt wiele rzeczy, należących do jej mieszkańców.

Ku jego wielkiemu zmartwieniu wieśniacy zdołali odebrać mu wszystko, co tak uczciwie nakradł, tak
więc ani on, ani córka nie posiadali już nic. Mira przyrzekła kiedyś matce, że będzie zajmować się
ojcem, ale zadanie to okazało się nad wyraz trudne, gdyż ojciec pomiatał nią, rozkazywał i bił, kiedy
za dużo wypił, a tak było ciągle.

- Wybaczcie, że tak mówię - urwała. - Mimo wszystko był moim ojcem.

background image

Peter uśmiechnął się do niej czarująco.

- Czasami ma się prawo wylać całą żółć, jaka nagromadzi się w człowieku.

- Tak, ale nie jest dobrze...

Lękliwie rozejrzała się dokoła. Wiedzieli, o co jej chodzi. Gdy źle mówi się o zmarłym, jego duch
może prześladować tego, kto nierozważnie wypowiadał takie słowa.

Peter odwrócił się i przez chwilę szedł tyłem mówiąc głośno i wyraźnie: 59

- Pokój twej duszy, niech spoczywa w pokoju!

Po  czym  dostojnie  uczynił  w  powietrzu  święty  znak  krzyża,  taki,  jak  czynią  księża,  kierując  go  ku
drodze, która znikała za nimi w ciemnościach.

Dwie godziny później, kiedy naprawdę zaczęło zmierzchać, znaleźli się w pobliżu położonej wysoko
przełęczy, którą jakiś czas temu sforsowali Yves i jego stryj. A kiedy z niej wyszli...

- Do licha - szepnął Peter. - Czy to las, czy żywy trup?

Wypowiedź tę można było uznać za absurdalną, lecz Heikemu wydała się całkiem na miejscu. Przez
chwilę  stali  nieruchomo,  wdychając  wilgotne,  duszne  powietrze  zaległe  między  drzewami.
Przerażony koń zarżał i położył uszy po sobie.

Było  już  późne  lato  i  rozpad  lasu  tym  bardziej  rzucał  się  w  oczy.  Mira,  siedząca  na  końskim
grzbiecie, zadrżała.

- Czuć tu śmiercią - bezgłośnie powiedział Peter.

- Tak - odmruknął Heike.

- Czy las może być tak...?

Peter nie dokończył zdania, ale Heike świetnie go zrozumiał.

- Jak gdyby miał oczy - dodał, bardzo cicho ze względu na Mirę.

- Może zawrócimy? - bąknął Peter.

- Nie wiem - odparł Heike. - Coś się tutaj kryje.

- Dlaczego tak jęknąłeś?

- Mój... amulet.

- Co on ma z tym wspólnego?

background image

- Nie spodobało mu się, że chcę zawrócić.

Peter wpatrywał się w przyjaciela.

- Cóż ty, u diabła, wygadujesz?

Heike rozpiął koszulę i pokazał mu amulet.

Peter ze zdumienia rozdziawił usta.

60

- Mandragora? Święty Boże!

- Czuwała nade mną przez dziewiętnaście lat, Peterze.

- I teraz życzy sobie, byśmy jechali dalej?

- Tego nie powiedziałem. Wiem jedynie, że skuliła się na znak protestu.

- Nic z tego nie pojmuję!

- Boję się! - rozpłakała się Mira. - O czym wy mówicie?

- O niczym - uciął Peter.

- Zostałem do czegoś wybrany - mówił Heike. - Wszyscy, do których mandragora pragnęła należeć,
zostali  wybrani  do  zwalczania  złych  mocy.  Nie  wiem  teraz,  co  mam  robić.  Nie  śmiem  się  jej
sprzeciwiać.

- Sądzisz, że las jest złą mocą?

Heike patrzył na niego żółtymi jak siarka oczami.

- A jak ty sądzisz?

Peter zaśmiał się nerwowo.

- No, w każdym razie nie jest dobry! - Westchnął. - Ale masz rację. Nie wiadomo, dokąd zajedziemy,
gdy zawrócimy. A las musi się przecież kiedyś kończyć.

- Właśnie - cicho odparł Heike. - Tego właśnie się obawiam.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Peter, jak zawsze bystry.

- Chodzi mi o to, co może kryć ten las.

Odpowiedź ta odebrała Peterowi mowę. W milczeniu posuwali się naprzód, prowadząc między sobą

background image

opierającego się konia. Mira ze strachu zamknęła oczy.

Czuli się bardzo niepewnie, gorzej nawet niż Francuzi. Trójka młodych ludzi była bowiem bardziej
wrażliwa  niż  francuscy  szlachcice.  Tamci,  siedząc  na  koniach,  byli  bezpieczniejsi  niż  bezbronni
chłopcy.  Przyznać  też  trzeba,  że  czuć  już  było  jesienną  zgniliznę,  odór  unosił  się  z  nasiąkniętej
wilgocią  ziemi  i  zatrzymywał  w  powietrzu.  Bluszcz  przybrał  chorobliwie  żółtą  barwę,  a  wstęgi
porostów zwisające z gałęzi wydawały się bardziej lepkie niż normalnie.

Wszystko to wywarło niesamowite wrażenie na chłopcach, a zwłaszcza na Heikem. Mira zasłaniała
teraz rękami także i uszy. Nie patrzeć, nie słyszeć, nie wiedzieć!

61

- Wyczuwa się tutaj coś niezdrowego, Peterze - powiedział cicho Heike.

- Nie musisz mi o tym mówić!

- Chodzi mi o coś głębszego. Wszystko inne widzimy. Ale jest coś, czego nie dostrzegamy, a co jest o
wiele bardziej niebezpieczne. Las jest jedynie osłoną.

- Osłoną? Chcesz powiedzieć, że coś znajduje się w głębi, pod tym ohydnym poszyciem?

Heike zastanawiał się.

- Albo w środku - powiedział wolno. - W głębi lasu.

- I twierdzisz, że mamy to zbadać?

- Jeśli się wahasz, to nie.

- Do diaska! Rozbudziłeś moją ciekawość. Idę z tobą!

Przeszli jeszcze kawałek, ale Heike znów przystanął.

- Nie, nie chcę was w to wciągać. Zawracamy!

-  Nigdy  w  życiu  -  sprzeciwił  się  Peter.  -  Nie  widzisz,  że  ta  napuchnięta  wodą  gęstwina  zaczyna
rzednąć? Przeszliśmy przez nią, nie natykając się na nic okropnego!

Jego optymizm zaraził Heikego.

- A więc dobrze, jedźmy dalej. Właściwie to dość podniecające, prawda?

- Najciekawsza przygoda, w jakiej brałem udział - stwierdził Peter. - W twoim towarzystwie zdarzy
się człowiekowi co nieco przeżyć. Zastanawiam się, jakbym się czuł, gdybym musiał

iść tędy sam!

background image

-  Mnie  także  nie  przypadłoby  to  do  gustu  -  zapewnił  go  Heike  na  swój  powolny,  dający  poczucie
bezpieczeństwa sposób. - A teraz mamy jeszcze pod opieką dziewczynę!

Uśmiechnęli się do siebie.

Ich  dusze  przenikał  jednak  lęk,  ale  starali  się  go  nie  okazywać.  Las  nie  zdjął  z  nich  jeszcze  swego
dławiącego uścisku, choć na horyzoncie wyraźnie zaczęło się przejaśniać.

Niedługo potem zostawili za sobą ostatnie drzewa i roztoczyła się przed nimi nieduża dolina.

Na jej dnie usytuowane było miasteczko.

- Hura! - zawołał Peter. - Dotarliśmy do ludzi!

62

- Gdzie? - spytał Heike.

- Nie widzisz? Tam, w dole widać gromadkę domostw!

Teraz także i Mira ośmieliła się odjąć dłonie od uszu i otworzyć oczy.

-  Naprawdę  nie  widzisz,  Heike?  -  wykrzyknęła.  - Ach,  mój  Boże,  dotarliśmy  do  ludzi!  Dzięki  ci,
Święta Mario!

- Tak, teraz widzę - uśmiechnął się Heike. - Wydawało mi się, że to rozrzucone kamienie. Ale tam
przecież jest nawet kościół!

- O zmroku lepiej widzę niż ty, zauważyłem to już wczoraj. Chodźmy, pospieszmy się, zanim zapadną
ciemności!

W pół drogi Heike jeszcze raz wstrzymał prowadzonego przez siebie konia.

- Słyszeliście?

- Nie - zdziwił się Peter, który szedł przodem i teraz odwrócił się, nasłuchując.

- Uderzenia skrzydeł jakiegoś wielkiego ptaka, a raczej dwu. Ale jest tak ciemno...

Mira uderzyła w krzyk:

-  Coś  koło  mnie  przeleciało  ze  świstem,  a  potem  coś  żywego  uderzyło  we  mnie,  otarło  się  o  moją
twarz! Chcę zejść na dół, do was!

Heike pomógł jej zsiąść z konia.

- Już odleciały - powiedział cicho do dziewczyny.

background image

- Nic nie słyszałem - wyznał Peter.

- Były bardzo blisko - rzekł Heike w zamyśleniu.

Jedynie jemu nie przyniosła ulgi świadomość, że wydostali się ze strasznego lasu.

63

ROZDZIAŁ VI

Mira  w  dalszym  ciągu  nie  ufała  Heikemu,  nie  chciała  patrzeć  na  jego  ogromną  postać,  która  w
milczeniu posuwała się z tyłu. Kurczowo ściskała Petera za rękę, jak gdyby on był jedyną ostoją w
tym  przerażającym  świecie.  Heike  prowadził  konia  i  tak  schodzili  w  dół,  niewygodną,  wąską
ścieżką, w ciemności.

- Aach! - jęknęła Mira. - Byłam naprawdę bliska śmierci w tym straszliwym, podmokłym lesie!

Wydawało mi się, że zewsząd obserwują nas złe ślepia, czają się w drzewach, w mchu, czyhają w
bagnie. Musiałam zamknąć oczy, by nie natrafić na żaden zły wzrok.

- Ale to już minęło - uśmiechnął się Peter. - Wiesz, człowiek potrafi tak wiele sobie wmówić.

Dopiero później widzi, jak histerycznie się zachowywał. Ale posłuchaj, coś przyszło mi do głowy...
Nie  będzie  zbyt  dobrze  wyglądało,  gdy  nagle  pojawimy  się  w  wiosce  jako  troje  zupełnie  obcych
sobie ludzi. Może powiemy, że ty, Miro, jesteś siostrą jednego z nas?

- Tak, twoją! - wykrzyknęła, przysuwając się do Petera. W następnej chwili zdała sobie sprawę, że
palnęła głupstwo, bo wcale nie marzyła o tym, by być siostrą czarującego Petera. Ale z drugiej strony
nie chciała, by ktoś pomyślał, że jest spokrewniona z Heikem.

Był tak odmienny od niej, jej zdaniem właściwie niepodobny do nikogo na świecie.

Kiedyś, w pradawnej przeszłości, musiał wynurzyć się z jakiejś otchłani...

Choć przecież Peter ręczył za niego.

I tak delikatnie zdjął ją z grzbietu konia, mimo że wzbraniała się przed jego dotknięciem.

Ale jak szkaradnie wygląda!

Właściwie  nie  miało  większego  znaczenia,  za  czyją  siostrę  będzie  uchodzić,  wszak  potrzebowali
schronienia zaledwie na jedną noc.

Tak przynajmniej wydawało się Mirze...

Późna  pora  odebrała  jej  siły.  Myśli  kłębiły  się  w  głowie.  Ojciec...  Ojciec,  śpiący  teraz  wiecznym
snem w grobie, którego nikt nie odnajdzie! Sam...

background image

Nie, nie chciała płakać! Raczej powinna myśleć o wszystkich tych dniach, gdy musiała ratować ojca
z  opresji,  w  które  się  wplątał,  wypraszała  wolność  u  władz,  odnosiła  skradzione  przedmioty,
uprzedzała  wspólników,  by  wystrzegali  się  jego  matactw,  zajmowała  się  cuchnącym  gorzałą
bezwładnym cielskiem, jakim stawał się po hałaśliwych biesiadach z podobnymi sobie...

A te wszystkie razy, które na nią spadły! Po jednej z kolejnych awantur ogłuchła na jedno ucho. Tylko
dlatego, że nie zgadzała się sprzedawać swego ciała, gdy brakło mu pieniędzy.

64

On jednak i tak zdołał ją upokorzyć. Sprowadzał dla niej „klientów”, natrętnych, ohydnych mężczyzn,
których  wpuszczał  do  jej  izdebki,  do  szopy  czy  gdzie  tam  zdobyli  dach  nad  głową.  Wybuchał
śmiechem, słysząc jej rozdzierające krzyki i wołanie o ratunek. Dostawał

przecież pieniądze, za które mógł kupić sobie więcej wódki.

Nad tym, owszem, mogła płakać, ale nie nad nim.

Czy też może powinna odczuwać żal? Czyż nie jest obowiązkiem córki szanować ojca nawet po jego
śmierci? Czy nigdy nie zdoła się od niego uwolnić?

I jeszcze śmiała snuć marzenia o Peterze!

Odruchowo wysunęła dłoń z jego dłoni.

Przedziwne, ale miała wrażenie, że od tyłu napływa ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Jak gdyby ten
okropny Heike... rozumiał?

Niemądre myśli

- Dokąd zmierzaliście? - zapytał ją Peter. - Ty i twój ojciec?

-  Och,  dokądkolwiek.  Kiedy  taki  człowiek  jak  on  da  się  poznać  we  wszystkich  cywilizowanych
okolicach, pozostają tylko bezludne pustkowia.

- Wiele jest takich niebieskich ptaków - stwierdził Peter. - Ja byłem jednym z nich.

- Ty? Ależ ty wyglądasz na szlachetnie urodzonego!

- Naprawdę? - roześmiał się. - Ja mam jedynie szlachetne serce, ale z powodu ubóstwa nie mogę z
niego  korzystać.  Miałem  być  profesorem,  a  zamiast  tego  zostałem  marnym  kuglarzem.  Heike  mnie
uratował.

- Czy... czy on także jest błędnym rycerzem?

- Heike? Nie, on zmierza do domu, na Północ, do Skandynawii. Tam ma przejąć rodowy dwór albo
nawet dwa dwory.

background image

Mira odwróciła się i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Heikego. W ciemności dostrzegała
jedynie olbrzymią sylwetkę z niezwyczajnie szerokimi ramionami. Twarz szczęśliwie skrywał cień,
nie miała ochoty znów jej zobaczyć.

Czy naprawdę uśmiechnął się do niej przyjaźnie, czy też było to tylko złudzenie?

Peter westchnął:

65

-  Czeka  nas  jeszcze  jeden  kłopot.  W  jaki  sposób  mieszkańcy  miasteczka  zrozumieją,  o  co  nam
chodzi? I jak my pojmiemy ich mowę?

- W wiosce, w której byliśmy z ojcem ostatnio, nie zrozumieliśmy ani słowa - przyznała Mira.

- I tutaj też pewnie mówią tym samym językiem.

- Wielce obiecujące - cierpko rzekł Peter.

Kiedy nareszcie dobrnęli do miasteczka, zapadła już głęboka noc, ale okna świeciły ciepłym, żółtym
blaskiem.  Wkrótce  dotarli  do  rynku,  przy  którym  mieściła  się  karczma.  Uwiązali  konia  i  weszli  do
izby szynkowej.

Siedząca tam garstka mężczyzn umilkła, zwracając ku nim zastygłe nagle twarze. Po pierwsze, było
już podejrzanie późno, a po drugie, tu, na południu, nigdy nie akceptowano obecności kobiet w tak
męskim rejonie, jakim była izba szynkowa. Wszyscy czterej poderwali się z miejsc, gdy tylko Heike
znalazł  się  w  kręgu  światła.  Energicznie  zaczęli  czynić  znak  krzyża,  a  potem  ruchy  mające
powstrzymać Heikego przed zbliżeniem się do nich.

- Gruss Gott - powiedział swym jasnym głosem Peter.

Zalali go potokiem wzburzonych słów, wskazując przy tym na Heikego. Najwyraźniej życzyli sobie,
by jak najszybciej opuścił ich przybytek. I Mira także, tak, właściwie cała trójka powinna w jednej
chwili odejść z miasteczka.

Ale Heike drgnął, słysząc ich głosy. Przecież to język Dimitriego! pomyślał.

Pozdrowił obecnych, lekko się kłaniając, i rzekł w ich mowie:

- Nie zwracajcie uwagi na mój nieszczęsny wygląd, nikt nie pytał mnie o zdanie, gdy przyszedłem na
świat. Zapewniam was, że nie macie do czynienia z siłami ciemności, ale nie zaprzeczam, że moja
twarz zawsze utrudniała mi nawiązywanie kontaktów z ludźmi.

Bardzo proszę, sądźcie mnie według mego usposobienia, nie po wyglądzie!

Natura  obdarzyła  Heikego  głębokim,  przyjemnym  głosem,  który  zawsze  wywierał  dobre  wrażenie.
Było  tak  i  teraz.  Mężczyźni  nieco  się  uspokoili,  ale  nadal  stali,  gotowi  rzucić  się  do  ucieczki  na

background image

pierwszą oznakę niebezpieczeństwa.

-  Ja  i  moi  przyjaciele,  rodzeństwo  Peter  i  Mira,  jedziemy  z  daleka  i  zabłądziliśmy.  Czy  możecie
powiedzieć nam, gdzie jesteśmy, i czy moglibyśmy dostać coś do jedzenia i schronienie na dzisiejszą
noc?

Mężczyźni, z ulgą przyjmując możliwość złożenia kłopotu na barki kogoś innego, zawołali zaraz:

- Zeno!

66

Wyszedł karczmarz w swym wielkim fartuchu i jeden z mężczyzn rzekł, wskazując na Heikego:

- On twierdzi, że nie jest niebezpieczny i, na Boga, niemal mu wierzę. Chcą coś zjeść i przenocować.

Zeno  w  milczeniu  przyglądał  się  gościom,  szczególnie  długo  zatrzymując  badawcze  spojrzenie  na
Heikem.

Wreszcie skinął lekko głową i dłonią dał znać, że mają usiąść i czekać na podanie posiłku.

Mężczyźni  zaprosili  ich  do  dużego  stołu,  obcy  przybysze  wyraźnie  wzbudzili  ciekawość
miejscowych.

Przez  chwilę  panowało  milczenie,  wszyscy  obecni  mierzyli  się  tylko  wzrokiem.  W  końcu  Heike
odezwał się łagodnie:

- Zdaje się, że macie tu w wiosce jakieś kłopoty?

Peter i Mira naturalnie nic nie zrozumieli, ale mężczyźni gwałtownie zadrżeli. Zeno wyszedł

właśnie z kuchni i usłyszał słowa Heikego.

Nikt mu nie odpowiedział. Popatrzyli po sobie, niepewni i podejrzliwi.

Zeno  usiadł  przy  stole  i  zachowując  kamienny  wyraz  twarzy,  ze  wzrokiem  utkwionym  w  Heikego,
zapytał:

- Dlaczego tak uważasz?

Z żółtych oczu Heikego promieniowała łagodność.

- Trudno na to odpowiedzieć, ale jeśli dowiem się czegoś więcej, być może będę mógł wam pomóc.

Wsłuchiwali się z uwagą, ale jakby napięcie nieco z nich opadło. Siedli wygodniej i odetchnęli.

-  Jak  ty,  taki  młody  chłopak,  możesz  mówić  nam  takie  rzeczy?  -  Na  twarzy  Zeno  malowała  się
surowość.

background image

- Ponieważ wywodzę się z rodu, który posiadł moc zwalczania zła.

Z  trudem  chwytali  oddechy,  lękliwie  rozglądając  się  dokoła,  jak  gdyby  coś  mogło  kryć  się  w
zakamarkach izby.

67

- Tu nie ma niczego złego - stwierdził Zeno, ale wyraz jego oczu przeczył tym słowom. - Tu nie ma
absolutnie nic złego, nie pojmuję, jak mogła przyjść ci do głowy taka absurdalna myśl!

Heike wzrokiem omiótł pomieszczenie.

-  Ten  las...  -  rzekł  powoli.  -  Czarne  ptaki,  krążące  nocą...  I  dlaczego  nie  ma  u  was  wianków  z
czosnku, jak we wszystkich gospodach Słowenii, Węgier i tutejszych okolic?

- Nie rozumiem, o czym mówisz - mruknął Zeno.

- Powiedz więc przynajmniej, gdzie jesteśmy!

- Miasteczko nazywa się Stregesti i leży w Ardeal.

Peter, który na próżno usiłował zrozumieć rozmowę, nagle się ocknął.

-  Ardeal  to  rumuńska  nazwa  Siedmiogrodu,  a  „strega”  oznacza,  Boże,  zmiłuj  się  nad  nami,
czarownicę!

Heike odetchnął z ulgą.

- Ach, tak - rzekł po prostu. I dalej mówił po niemiecku: - Wyraźnie widzę, że ci mężczyźni pragną
podzielić się ze mną jakimiś troskami, ale nie mają odwagi tego uczynić. Boją się kogoś lub czegoś.
Prawdopodobnie osobie, która ma za długi język, grozi straszliwa kara.

- Ale o czym rozmawialiście? Oni wyglądają na śmiertelnie wystraszonych!

- Później ci to wyjaśnię.

Znów zwrócił się do mężczyzn:

- Nie ma tu czosnku powiązanego w wianki... Czy to znaczy, że nie ma tu również wampirów?

Znaleźli się teraz na bezpiecznym gruncie. Na twarzach mężczyzn odmalowała się ulga.

- Nie! Nie ma żadnych wampirów!

- Ale jest za to coś innego?

I znów dało się wyczuć strach, choć twarze pozostały kamienne, nieprzeniknione.

background image

-  Co  innego?  -  niefrasobliwie  powtórzył  Zeno.  -  A  cóż  by  to  miało  być?  No,  jedzenie  już  chyba
goto...

Urwał w pół słowa. Wszyscy nasłuchiwali. Na twarzach widać teraz było już wyraźny strach.

68

Z zewnątrz dobiegł odgłos wtaczającego się na rynek powozu.

Peter uśmiechnął się.

- Któż to urządza sobie przejażdżkę o tak późnej porze?

Mężczyźni wyglądali, jakby mieli ochotę rozpłynąć się w powietrzu, a nie mogli wyjść z szynku, nie
napotykając w drzwiach pasażerów powozu.

Otworzyły  się  drzwi,  do  środka  weszły  dwie  damy.  Wyższa  i  starsza  gwałtownie  się  zatrzymała.
Nosiła  czarną  woalkę,  ale  pod  nią  można  było  dostrzec  niezwykle  urodziwą  twarz,  parę  wielkich
czarnych oczu i drgające nozdrza.

Starsza  dama  zawróciła  na  pięcie  i  popychając  przed  sobą  młodszą,  prześliczną  dziewczynę,
opuściła karczmę. Wkrótce dało się słyszeć turkot odjeżdżającego w szalonym pędzie powozu.

W  karczmie  zapadła  grobowa  cisza.  Mężczyźni  stali  jak  wryci,  spoglądając  na  siebie  z
niedowierzaniem. Później zwrócili oczy ku Heikemu.

Nie spuszczali z niego wzroku.

- Cóż to za piękne damy? - zapytał Peter.

Heike przetłumaczył jego pytanie.

Mówienie sprawiało Zeno wyraźną trudność.

- To księżniczka Feodora i jej kuzynka Nicola. Mieszkają w pobliżu.

W izbie znów zapanowało milczenie.

I nagle Zeno przemówił do Heikego, powoli, jak gdyby się budził:

- Zaiste, z niezwykłego musisz wywodzić się rodu. Nigdy dotąd się to nie zdarzyło.

Mężczyźni rozeszli się do domów i goście w samotności spożywali posiłek.

Zeno  krążył  między  kuchnią  a  izbą  szynkową  niczym  zdezorientowana  kura,  nie  mając  odwagi
odezwać się do Heikego.

Dopiero gdy zaprowadził ich na piętro, by pokazać pokoje, zdobył się na kilka znaczących słów.

background image

- Ta izba nada się może dla młodych panów? - zapytał otwierając drzwi do pokoju będącego kiedyś
sypialnią Yvesa i barona. - A panienka niech zajmie sąsiedni pokój?

69

- Dziękujemy - powiedział Heike. - Bardzo nam to odpowiada.

Zeno podszedł bliżej i mruknął tak cicho, że ledwie było go słychać:

- Najlepiej będzie, jeśli panienka będzie miała okno zamknięte. Tyle tu robactwa...

Mira, zorientowawszy się, czego dotyczy rozmowa, gdyż Zeno dokładnie sprawdzał okno, zawołała z
żalem:

- Ale tutaj jest tak gorąco!

Heike wtrącił się natychmiast:

-  Zrób  tak,  jak  mówi  gospodarz,  Miro!  To  bardzo  ważne.  Bez  względu  na  wszystko  nie  otwieraj
okna! Mają tu pewien gatunek niebezpiecznej muchy...

Dziewczynę  zadowoliło  to  wyjaśnienie  i  przyglądała  się  już  tylko  w  milczeniu,  jak  Zeno  i  Heike
starannie zatykają szczeliny w oknie.

- Naturalnie drzwi także nie wolno ci otwierać - nakazał Heike. - Jest tu nocnik, nie będziesz więc
musiała wychodzić. Zostań u siebie aż do czasu, gdy rano cię obudzimy.

Odwrócił się ku karczmarzowi Zeno.

- A więc ta... mucha jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet?

- Tak - mruknął Zeno. - Nie lubi młodych dziewcząt.

Heike  zrozumiał  teraz,  że  karczmarz  dopuścił  się  czegoś  niezwykłego.  Po  raz  pierwszy  usiłował
ostrzec swoich gości!

Wielkie nadzieje pokładał widać w Heikem.

Ogromny  był  to  ciężar  dla  kogoś,  kto  nigdy  nie  miał  okazji  wypróbować  siły  swych  wrodzonych
zdolności. Ale takie zaufanie również zobowiązywało.

Gdyby tylko Heike mógł dowiedzieć się czegoś więcej!

Kiedy wrócił do swojej izby, natychmiast i w niej zabrał się za uszczelnianie okien i drzwi.

Peter, który już się położył, wysunął głowę spod przykrycia i zapytał zniecierpliwiony:

- Co tu się właściwie dzieje?

background image

-  Nie  wiem  jeszcze  -  odparł  Heike.  Przysiadł  na  brzegu  łóżka  i  zaczął  ściągać  buty.  - Ale  musimy
uważać na Mirę, nie wolno zostawiać jej samej.

70

- Ale przecież właśnie teraz została sama!

- Zamknęła się od środka i obiecała, że nie ruszy się z łóżka przez całą noc.

Heike zadumał się z jednym butem w dłoni.

- To ma coś wspólnego z owymi dwiema damami.

Peter natychmiast usiadł na łóżku.

- Na pewno nie z tą śliczną. Sprawiała wrażenie takiej stłamszonej.

- Nie zwróciłem na nią uwagi, przyglądałem się tej dominującej osobowości.

- Piękna smoczyca - zachichotał Peter. - Ale ja patrzyłem tylko na Nicolę. Może ona jest w niewoli u
smoka? Biedna istota, wyglądało, jakby szukała ratunku.

- Być może. Ale sądzę, że nie powinieneś mieszać się w ich stosunek strażnika i więźnia, w każdym
razie dopóki nie dowiemy się czegoś więcej.

Peter z powrotem opadł na poduszki.

- Nicola... - powiedział rozmarzony. - Takie cudowne imię...

- Myśl raczej o bezpieczeństwie Miry!

- Mira! Ta krowa! Za dużo fantazjujesz, Heike, to wszystko nie może być aż tak niebezpieczne! Stary,
niszczejący las, czego tu się bać? - Westchnął. - Nie mogę oderwać myśli od Nicoli. Taka delikatna
postać, te wystraszone oczy błagalnie wpatrujące się w moje...

- Doprawdy, wiele zdołałeś zaobserwować przez tak krótką chwilę!

-  To  był  moment,  w  którym  czas  jakby  się  zatrzymał.  Jej  los  wydał  mi  się  taki  gorzki.  Muszę  jej
pomóc, muszę!

Heike  stłumił  westchnienie  i  wsunął  się  do  łóżka,  dręczony  niepewnością.  Jego  myśli  wciąż
zaprzątało zło kryjące się w dolinie, nie mógł zasnąć.

Udręką  było  dla  niego  także  przebywanie  w  ciasnej,  zamkniętej  izbie,  ale  powtarzał  sobie,  że  na
zewnątrz jest jeszcze gorzej, a to trochę pomogło przezwyciężyć atak klaustrofobii.

Bezgranicznie tęsknił także za domem, za Eleną i Milanem, za młodszym rodzeństwem.

background image

Czuł się zbyt młody i niedoświadczony, by podjąć walkę ze złem zalegającym w miasteczku, w całej
dolinie.

71

Uczynił więc to, co zwykle robił wtedy, gdy siedział w klatce, czując się zagubiony i nieszczęśliwy.
Delikatnie ujął mandragorę i ułożył ją blisko siebie, nie wypuszczając z dłoni.

Potrzebował teraz jej wsparcia.

Mira śniła.

We  śnie  rzucała  się  na  łóżku,  cicho  pojękując.  Wokół  niej  rozlegały  się  ciche  kroki  i  tajemnicze
szepty.  Znajdowała  się  w  pomieszczeniu  najbardziej  przypominającym  komorę  grobową.  Nad  nią
stali zmarli i mamrotali coś głuchymi głosami, kołysząc się powoli raz w jedną, raz w drugą stronę.
Wpatrywali się w nią leżącą na łóżku.

Chwilami wzrok jej padał na okno, znajdujące się za nimi. Na zewnątrz było coś jeszcze...

Blade twarze? Dłonie przesuwające się po szybie, pragnące dostać się do środka? Nie...

Nie widziała dobrze. We śnie panował półmrok. Zza okna także dochodziły kroki i szepty, ale jakieś
inne.

Ptasie oczy? Małe, połyskujące czarno? Złośliwie patrzące z ukosa?

Nie.

Ale  tam  bez  wątpienia  coś  było.  Kołyszący  się  ludzie,  którzy  tak  bezradnie  wzdychali,  znów
przesłonili jej okno i cały widok.

Teraz to widziała, tak, bez wątpienia. Coś z całych sił próbowało wedrzeć się przez okno.

Szumiało, szeleściło.

Cóż to, na Boga, mogło być?

W  pomruku  brzmiała  coraz  wyraźniejsza  groźba,  coraz  bardziej  przerażająca,  narastała  aż  do
crescendo. Mira wiła się po łóżku, jęczała, aż w końcu się obudziła.

Na moment wstrzymała oddech. W izbie panował dławiący zaduch.

Było  cicho,  spokojnie.  Powoli  wracała  do  rzeczywistości  i  nocny  koszmar  zaczął  mijać,  łagodnie
wycofywał się do ukrytych zakamarków jej podświadomości.

Była mokra od potu. Koniecznie trzeba otworzyć okno, pomyślała.

background image

Uczyniła już ruch, by usiąść, gdy nagle przypomniała sobie ostrzeżenie Heikego.

Z powrotem się położyła. Tym razem traktowała jego słowa poważnie.

72

Leżała  nasłuchując  dźwięków  doliny,  ale  było  cicho  jak  w  grobie.  Ogarnęło  ją  uczucie,  że
przekroczyła  już  granicę,  dzielącą  ją  od  świata  zmarłych.  Odmówiła  pospiesznie  modlitwę,  ale  jej
słowa zabrzmiały dziwnie mało znacząco.

To  śmierć  ojca  tak  na  mnie  wpłynęła,  tłumaczyła  sobie  w  myśli.  Nic  dziwnego,  że  dręczą  mnie
koszmary o zmarłych.

Gdyby tylko nie była tak bardzo sama! Czy mogła zapukać w ścianę, do chłopców?

I co by im powiedziała? Chodźcie, trzymajcie mnie za rękę, mam takie straszne sny?

Zorientowała się nagle, że drży na całym ciele i że stan ten trwa już od momentu przebudzenia.

Przypomniała sobie, że karczmarz Zeno dokładnie zatkał także i dziurkę od klucza w jej drzwiach!

Nie wiedziała, czy uznać ten fakt za niepokojący, czy może raczej uspokajający.

Chyba i taki, i taki.

Dopiero gdy światło poranka zajrzało przez małe okienko, Mira zasnęła.

Peter  przez  całą  noc  spał  spokojnie.  Często  na  wargach  wykwitał  mu  uśmiech  zadowolenia,  jak
gdyby śnił cudowne sny, w których nikomu innemu nie wolno było uczestniczyć.

Tylko  Heike  na  krótką  chwilę  przebudził  się,  zatrzymując  stan  świadomości  w  połowie  drogi
pomiędzy jawą a snem.

W jego wrażliwą duszę wryła się atmosfera zalegająca w dolinie. Gnijąca śpiączka milczącego lasu,
wilgoć  spływająca  kroplami  po  gałęziach,  miarowy  chlupot  wody  przy  bagnistych  brzegach  rzeki,
cisza, wyczekująca w próżnej nadziei, westchnienia wszystkiego, co trwało, pojękując...

I jeszcze do tego ten drażniący niepokój, biorący swój początek u nieznanego źródła.

Heike obrócił się w łóżku. Jego dłoń instynktownie mocniej zacisnęła się na mandragorze.

Niejasne, niepewne myśli zaczęły się formułować.

Muszę  ich  stąd  zabrać.  Jak  najprędzej.  Nie  możemy  zostać  tu  nawet  o  moment  dłużej,  niż  to
konieczne. Jestem tylko młodym, niedoświadczonym chłopakiem. Jak mam się temu przeciwstawić?

Peter i Mira...

background image

73

Trzeba  się  spieszyć.  Obydwoje  są  w  niebezpieczeństwie,  każde  na  swój  sposób.  To  ja  muszę  być
silny, przeprowadzić ich przez las. Natychmiast!

Tyle tylko zdążył pomyśleć, nim sen znów nie ukołysał go w swych objęciach. Prawie nie dotarło do
jego świadomości, że w ogóle się obudził.

74

ROZDZIAŁ VII

Heike wstał przed Peterem.

Ubrał  się  po  cichu,  tak  by  nie  zbudzić  towarzysza,  i  chwilę  później  znalazł  się  w  drzwiach
prowadzących  na  rynek.  Pobielona  wapnem  gospoda  skąpana  była  w  porannym  słońcu.  Na
opustoszałym rynku wokół studni fruwało kilka pożółkłych liści, a ostatnie kwiaty lata barwną plamą
rozświetlały balkon domu naprzeciwko karczmy. Ten bardziej elegancki budynek miał

także  niewielkie  wybrukowane  podwórko,  na  którym  drobne  kamyki  układały  się  w  delikatny
mozaikowy wzór. Heikemu przyszło do głowy, że może właśnie tutaj mieszkają dostojne damy. Ale
nie, przecież przyjechały powozem.

Śliczne miasteczko, ale stare, jakież stare...

Szedł  dalej  przez  rynek,  aż  dotarł  do  miejsca,  gdzie  między  dwoma  domami  było  nieco  wolnej
przestrzeni. Łączyła je tylko balustrada, za którą roztaczał się widok na łąki ciągnące się nad rzeką.

Pasły się na nich dwa konie.

Heike patrzył na rozpościerającą się dalej dolinę. Poranek niósł już wieść o kolejnym ciepłym dniu i
opary  unoszące  się  między  chłodną  od  nocy  ziemią  a  nagrzanym  powietrzem  skrywały  krajobraz  w
coraz bledszej, łagodniejszej im dalej, szarozielonej mgle.

Dzień  miał  być  wilgotny,  ciepły  niemal  nieznośnym  upałem.  Jakby  lato  brało  ostatni  oddech  pełną
piersią, zanim umrze, zginie, podcięte skradającym się chłodem jesieni.

Nad najdalszą częścią doliny dominowało ogromne urwisko. Heike zastanawiał się, co też może kryć
się  za  nim.  Prawdopodobnie  nic,  pomyślał.  Nad  urwiskiem  zataczały  kręgi  dwa  czarne  ptaszyska,
głodne kruki, wypatrujące zdobyczy w dolinie.

Niepostrzeżenie zjawił się Zeno, karczmarz. Stanął obok Heikego.

- Piękne zwierzęta - rzekł chłopak, wskazując na konie. - Niepodobne do tutejszych.

-  To  prawda.  Należały  do  dwóch  francuskich  szlachciców.  Powinniście  zabrać  je  ze  sobą,  jeśli
opuścicie Stregesti. Nie mamy dla nich miejsca w stajni ani też paszy. Nie przeżyją surowej zimy.

background image

Heike zwrócił uwagę, że Zeno powiedział: jeśli opuszczą miasteczko, nie chciał jednak czepiać się
akurat tego słowa. Zeno wyraźnie pragnął nawiązać z nim kontakt, ale musiał

uważać na to, co mówi, i Heike miał tego świadomość.

Wobec tego zapytał, może zbyt bezpośrednio, ale na to nie było już rady:

- Dlaczego Francuzi nie zabrali ze sobą koni?

75

Zeno zawahał się odrobinę, zanim odparł dwuznacznie:

- Zniknięcie.

Heike pojął, że karczmarz ma na myśli Francuzów, ale celowo udał, że źle zrozumiał.

- Czy... wiele koni już zniknęło?

-  Tak  -  krótko  odparł  Zeno,  także  świadom  faktu,  iż  obaj  porozumiewają  się  właściwie  poza
słowami.

- W lesie?

- Prawdopodobnie.

Wahanie Zeno wskazywało na co innego. Heike rzekł bardziej otwarcie:

- Moi towarzysze jeszcze śpią. Mam ochotę przejść się trochę po miasteczku przed śniadaniem. Czy
jest tu coś szczególnego, co powinienem zobaczyć?

Zeno odruchowo przeniósł wzrok na urwisko, ale spłoszony zaraz znowu spojrzał na Heikego.

- Może kościół? - rzekł powoli, jakby niechętnie.

Co takiego ten człowiek starał się przekazać Heikemu? Chłopak nie mógł tego uchwycić.

- Masz czas, by pójść tam ze mną? - zapytał.

Zeno odwrócił się ku gospodzie.

- Jeszcze nie teraz. Ale później przyjdę.

- Dobrze.

Rozstali się. Heike powędrował dalej w prześwietlonej promieniami słońca delikatnej mgle.

Miasteczko  nie  było  duże.  Dwa  czy  trzy  przyzwoite  domy  stały  wokół  rynku;  na  resztę  zabudowy

background image

składały się nędzne gliniane chałupy, ciągnące się po obu stronach nieopisanie brudnych, cuchnących
zaułków. Kobiety we wdowich welonach, wynoszące pościel do wietrzenia, szybko znikały w głębi
domostw, przerażone niezwykłym wyglądem Heikego.

Stały potem schowane, przyglądając mu się ukradkiem.

Jedynymi mężczyznami, których widział od czasu, gdy przybył do miasteczka, był Zeno i owi czterej
spotkani w karczmie poprzedniego wieczoru. Wszyscy oni osiągnęli już podeszły wiek i byli bardzo
mało pociągający, no, może z wyjątkiem Zeno.

76

W tym miasteczku musi być wiele wdów, pomyślał Heike.

Zrobił  zaledwie  kilka  kroków  i  już  znalazł  się  przy  kościele.  Był  to  malutki,  prawosławny,  jak
przypuszczał, kościółek.

Heike  dokładnie  oglądał  go  z  zewnątrz,  gdyż  jako  jednemu  z  dotkniętych  z  Ludzi  Lodu  z  trudem
przychodziło  mu  przestępowanie  progu  świątyni.  Ta  niechęć  doprowadzała  do  wielu  konfliktów  w
domu, w Planinie, ale w końcu Elena i Milan musieli przystać na kompromis.

Heike pokazywał się w kościele dwa razy w roku. Na tym koniec. Jeśli chciał, mógł

oczywiście wejść do środka, ale zawsze było to dla niego ogromnie trudne.

Przez  chwilę  przyglądał  się  budynkowi  z  zewnątrz,  ale  nie  znalazł  w  nim  nic  szczególnie
interesującego. Następnie wszedł na cmentarz, nieduży, ogrodzony żelazną kratą.

Cmentarz był bardzo stary, najwidoczniej nowy musiał mieścić się zupełnie gdzie indziej.

Grube korzenie i rozłożyste pnącza dzikiego wina otulały płyty nagrobne, skrywając je pod misterną
plecionką brązu i zieleni. Wystawało spod niej kilka kamieni nagrobnych, ale ku zdumieniu Heikego
napisy  -  czy  też  raczej  to,  co  zdołał  dostrzec  -  wyryte  były  nieznanym  mu  alfabetem,  nie  umiał
powiedzieć jakim.

Cmentarz więc niewiele mu pomógł w rozwikłaniu tajemnicy miasteczka.

Nagle  u  jego  boku  pojawił  się  Zeno.  Nadszedł  bezszelestnie  przez  miękkie  listowie,  zalegające
cmentarz. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

- Czy możemy wejść do kościoła?

Krew  Ludzi  Lodu,  płynąca  w  żyłach  Heikego,  gwałtownie  protestowała.  Wydawało  się  jednak,  że
dla Zeno ma to ogromne znaczenie, kiwnął więc głową i wszedł za nim do wnętrza małej świątyni.

Zeno odmówił szeptem modlitwę pod starym wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa.

background image

Prawdę  powiedziawszy,  Heike  nigdy  jeszcze  nie  widział  tak  zniszczonego  krucyfiksu.  Niemal  cała
farba  gdzieś  zniknęła,  a  drewno  zdawało  się  wytarte,  wprost  wypolerowane  do  połysku  tysiącami
dłoni.

A  kiedy  ujrzał,  jak  Zeno  z  całych  sił  uchwycił  się  ręką  figury  na  krzyżu,  zrozumiał,  że  tak  właśnie
musiało  się  dziać  przez  dziesiątki  czy  może  nawet  setki  lat.  Czy  kościół  był  jedynym  miejscem,  w
którym nieszczęśliwi ludzie z miasteczka mogli odnaleźć spokój?

Nieszczęśliwi, pomyślał Heike. A przecież nie widział jeszcze nic z tego, co ujrzał Yves.

-  Tutaj  jesteśmy  bezpieczni  -  wyszeptał  Zeno  z  przerażeniem  w  oczach.  -  Czy  chciałeś  się  czegoś
dowiedzieć?

77

- Bardzo wiele! Przede wszystkim o tych zaginionych mężczyznach. Co się z nimi stało?

- Skąd możemy wiedzieć, gdzie znajdują się ludzie, którzy zniknęli?

- Nigdy żadnego nie odnaleźliście?

- Owszem, jednego. Żył jeszcze, ale tylko przez moment. Wiele już lat upłynęło od tamtej pory.

Żył? Czy miało to oznaczać, że inni umarli? Czy Zeno wiedział więcej, niż chciał wyjawić?

- Ten, który żył...? - zapytał Heike. - Czy udało się wam coś z niego wyciągnąć?

- Tylko dwa słowa, to wszystko.

- Jakie dwa słowa?

Zeno ogromnie pobladł. Wyrzucał z siebie wyrazy, jąkając się, jakby nie był w stanie uporać się z
przywołanym w myślach obrazem.

-  Wyglądał  strasznie.  Przerażająco.  Znaleźliśmy  go...  całkiem  nagiego.  Całe  ciało  pokryte  miał
dziwnymi znakami, pręgami. A najdziwniejsze ze wszystkiego było, że jego...

męskość... była całkiem...

Dalsze  słowa  najwyraźniej  nie  mogły  przejść  mu  przez  gardło,  mocno  zawstydzony,  a  zarazem
wstrząśnięty,

Wyprostował tylko palec wskazujący.

Heike zarumienił się.

- Mów dalej! Jak brzmiały te dwa słowa?

background image

-  No  tak.  On  przecież  umierał.  Był  niezwykle  wysokim,  silnym,  przystojnym  mężczyzną.  To,  co  mu
się  przydarzyło,  przeżył  z  pewnością  tylko  dzięki  sile  swej  woli.  Ale  wpatrywał  się  w  nas  z
nieopisanym wprost przerażeniem wyrytym na twarzy, a następnie wydusił z siebie słowa: „Skrzydła
kruka!”  Patrzył  na  nas  z  rozpaczą,  jak  gdyby  chciał  przed  czymś  przestrzec,  a  potem  zgasło  w  nim
życie.

Heike  miał  na  końcu  języka  pytanie,  gdzie  go  znaleziono,  gdy  otworzyły  się  drzwi  kościoła  i  do
środka weszła żona Zeno.

-  A  więc  tutaj  jesteś  -  szepnęła  do  męża,  zdjęta  panicznym  lękiem.  -  Chodź,  zanim  sprowadzisz
nieszczęście na nas wszystkich!

- Ale ja bardzo chciałbym się dowiedzieć... - zaczął Heike.

78

- Ani słowa więcej - ucięła ostrym tonem, spoglądając nań surowo.

Na nic zdały się prośby! Zeno, jak skarcony dzieciak, w poczuciu winy poczłapał za żoną.

Normalnie  wrzasnąłby  pewnie:  „Nie  wtrącaj  się,  babo!”,  ale  tym  razem  sprawa  była  najwyraźniej
zbyt poważna. Takich tajemnic nie wolno zdradzać!

Zanim jednak mężczyźni wyszli z kościoła, Heikemu udało się szepnąć do karczmarza:

- Te dwie kobiety...?

-  Ciii!  -  syknął  śmiertelnie  przerażony  Zeno  i  Heike  wiedział,  że  to  wcale  nie  obawa  przed  żoną
powodowała nim w tej chwili.

Heike postanowił być nieugięty

- Muszę to wiedzieć!

Zeno  uczepił  się  rzeźbionej  kolumny,  podtrzymującej  galerię  niedaleko  od  drzwi,  jak  gdyby  musiał
mieć  łączność  z  jakimkolwiek  świętym  elementem,  by  o  tym  mówić.  Podczas  gdy  jego  żona  już
znikała w przedsionku, szepnął do Heikego:

- Księżniczka... śmiertelnie niebezpieczna! Gwałtem trzyma tę drugą biedaczkę.

- Dlaczego księżniczka jest niebezpieczna?

Zeno, w największej tajemnicy, z oczami okrągłymi z przerażenia i podniecenia, odparł

szeptem:

- Oszalała na punkcie mężczyzn.

background image

-  Zeno?  -  Z  zalanego  słońcem  dziedzińca  dobiegł  gniewny  głos  żony  karczmarza.  -  Gdzie  ty  się
podziewasz?

Wyszli z kościoła. Heike podążał za parą, starając się zapanować nad wzburzonymi myślami.

Heike był młodym chłopcem o czystym sercu. W domu Eleny nie rozmawiano z dziećmi o stosunkach
pomiędzy mężczyzną a kobietą. To było tabu, mówienie na ten temat równało się grzechowi. Dlatego
Heike wiedział tak mało. Nie był wprawdzie całkiem nieświadom, lecz to, co wiązało się z erotyką,
pozostawało dla niego mroczne, niejasne i zakazane.

Informacje przekazane mu przez Zeno wstrząsnęły więc nim do głębi. Znaczenia słów

„oszalała na punkcie mężczyzn” z pewnością nie zrozumiał do końca.

Dogonił małżonków nieco poirytowany.

- Po śniadaniu opuszczamy miasteczko - rzekł krótko.

79

- Doskonale - odparła karczmarzowa, ale Zeno jęknął z rozpaczą.

- Ale dlaczego? Sądziłem... - zaczął.

Heike był zdecydowany.

-  Jestem  odpowiedzialny  za  tamtych  dwoje. A  skoro  nie  mogę  się  od  was  niczego  dowiedzieć,  nie
mogę też wam pomóc.

- Sama słyszysz - ze złością zwrócił się karczmarz do żony.

- Nie przypuszczasz chyba, że ten gołowąs jest w stanie coś dla nas zrobić? - odparowała.

Znaleźli się już przy karczmie; w miasteczku wszędzie było blisko.

Mira przywitała ich w drzwiach, w blasku słońca widać było, że jest wyspana i świeża. W

swej młodzieńczej żywiołowości doprawdy wyglądała ślicznie.

- Nareszcie jesteś - nieśmiało uśmiechnęła się do Heikego. - Pukałam do waszych drzwi, ale nikt nie
odpowiadał.

Heike uśmiechnął się.

- Peter najwyraźniej mocno śpi. Zaraz go obudzę.

Kilkoma susami pokonał schody i zapukawszy, otworzył drzwi.

background image

Izba była pusta.

Zaskoczony wrócił na dół. Mira przestraszyła się nie na żarty, widząc jego wyraz twarzy.

- Nie ma go tam - oznajmił Heike zdumiony. - Zaraz się rozpytam.

Zeno  naturalnie  nic  nie  wiedział,  wszak  nie  było  go  w  karczmie,  jego  żony  także.  Ale  jedna  z
podkuchennych wyraźnie zareagowała wzburzeniem na pytanie Heikego. Zaczerwieniła się i głęboko
pochyliła nad jarzynami, których krojeniem właśnie była zajęta.

- Mów, co wiesz - nakazał Zeno.

- On... pytał o...

- Peter nie mógł o nic pytać, nie zna przecież tutejszego języka - wtrącił się Heike.

- On zapytał tylko... Wypowiedział jedno jedyne słowo. Imię.

Heike wiedział już wszystko, zanim jeszcze dziewczyna zdążyła skończyć.

80

- Nicola?

Ze  łzami  w  oczach  pokiwała  głową.  Była  to  ta  sama  dziewczyna,  która  kiedyś  tak  długo,  z  żalem,
spoglądała za Yvesem.

- Pan Peter był takim ślicznym chłopcem - szepnęła. - Oni wszyscy tacy byli.

Był? Heike poczuł, jak strach pazurami chwyta go za serce.

- I potem poszedł? Pokazałaś mu drogę?

Odpowiedzią było kolejne mokre od łez skinięcie głową.

- Dokąd?

Zeno odparł za dziewczynę:

- Młoda Nicola zawsze błaga o pomoc. Zawsze. I to z rozpaczą, która rozdziera wprost serce. I za
każdym razem to się źle kończy. Księżniczka...

-  Milcz?  -  zawołała  jego  żona  głosem  nabrzmiałym  histerią.  -  Chcesz  sprowadzić  zagładę  na  nas
wszystkich? My nic nie wiemy? Nic! Dotarło to do was, panie Heike?

Heike pozostał niewzruszony.

- Dokąd on poszedł?

background image

- Musisz wyjść z Targul Stregesti - odparł Zeno wyczerpany. - Potem trzeba iść dalej wzdłuż doliny,
a dotrzesz na miejsce. Ale czy naprawdę masz zamiar...?

- Niech idzie! - wrzasnęła karczmarzowa. - On tylko napyta nam wszystkim biedy, sprowadzi na nas
nieszczęście!

Heike natychmiast ruszył z miejsca, ale zaraz podbiegła do niego Mira.

- Będziesz szukał Petera? Idę z tobą.

- Nie, ty...

Przyjrzał się dziewczynie uważniej, dostrzegł wyraźny strach bijący z jej oczu.

- Czy w nocy coś się wydarzyło? - zapytał cicho po niemiecku.

Z powagą skinęła głową.

- Okno... Oczywiście tylko śniłam, ale...

81

- A więc chodź ze mną - postanowił Heike.

Gospodarz  uznał,  że  najpierw  powinni  zjeść  śniadanie.  Zgodzili  się  w  końcu  wypić  kilka  łyków
mleka i wzięli też w rękę po kawałku chleba na drogę.

Zeno spoglądał za nimi z troską. Snuł swoje marzenia o tym, jak Heike zdoła ocalić Petera i Targul
Stregesti.

Jego żona natomiast nie miała żadnych złudzeń.

Kiedy wyszli z karczmy, Heike poprosił Mirę:

- Opowiedz mi o tym, co ci się śniło!

- Ale to był tylko koszmarny sen!

- Pozwól mnie o tym zdecydować. Mów!

Heikego zdumiała stanowczość, która tak nagle się w nim ujawniła. W nim, dobrodusznym Heikem,
któremu wszyscy rodzice w Planinie powierzali opiekę nad dziećmi! Teraz stanął

wobec nowego wyzwania i uświadomił sobie, że tkwi w nim nieznana siła.

Nigdy  nie  zastanawiał  się,  jakie  właściwie  moce  nosi  w  sobie,  ale  też  nigdy  dotąd  nie  było  takiej
potrzeby.

background image

Co innego teraz...

Boże, dopomóż nam, myślał. To miasteczko, ta dolina przeraża mnie ponad wszelkie granice!

Mira opowiedziała mu o zmarłych i owym niewyraźnym, strasznym, co we śnie usiłowało wedrzeć
się przez jej okno. Ku jej zdumieniu Heike odniósł się do jej słów z powagą.

-  Że  też  Peter  wyszedł  akurat  teraz  -  rzekł  głęboko  wstrząśnięty.  -  Musimy  stąd  odejść!  Jak
najprędzej!  Przeceniałem  swoje  możliwości,  sądząc,  że  wybawię  mieszkańców  miasteczka  z
kłopotów. Teraz czuję, że żadną miarą sobie z tym nie poradzę.

- Ale przecież Peter? Czy nie...?

- Tak, tak, oczywiście! Musimy go przyprowadzić i wtedy wyruszymy jak najprędzej w dalszą drogę!
Widzisz te konie? Są bezpańskie i właściwie już nam je podarowano - dokończył

Heike, kiedy wyszli na łąki.

- Naprawdę? Dostaliśmy je?

- Tak. Oni nie mogą się nimi zająć.

82

- Ach, to wspaniale! Wszyscy troje będziemy więc mogli jechać konno! Nigdy nie miałam własnego
konia, choć oczywiście także i teraz nie będzie on mój...

- Naturalnie, że będzie! Zasłużyłaś na to, przez tyle lat zajmując się ojcem.

- Och - westchnęła. - A1e czy one nie są bardzo drogie?

- Tak, to rasowe wierzchowce. Myślisz, że będą miały ochotę na chleb?

Zawołał je. Konie zastrzygły uszami i odbiegły dalej.

Kiedy Heike usiłował się zbliżyć, uciekały.

- Ależ, na litość boską, one niemal całkiem zdziczały - powiedział zdumiony. - Czyżby nikt się nimi
nie zajmował?

Zostawił konie w spokoju i rozejrzał się po dolinie.

- No tak... Którędy teraz pójdziemy?

- Dalej drogą - powiedziała Mira, jakby to było oczywiste.

Spojrzał za jej oczyma.

background image

- Ach, tak, drogą, naturalnie!

Mira popatrzyła na niego badawczo.

- Chyba nie za dobrze widzisz?

- Tak - odparł Heike zatopiony w myślach. - Chyba nie najlepiej.

Śledził  wzrokiem  dwa  kruki,  które  zerwały  się  z  porośniętego  lasem  urwiska  i  krążyły  nad  ich
głowami.

Ciekawe, czy to one zaatakowały Mirę wczoraj wieczorem, zadawał sobie pytanie. Wtedy, na drodze
do miasteczka. Są dość duże.

„Skrzydła kruka”?

Mira nie przestawała mówić. Jej niepokój o Petera był rozczulający, wprost wzruszający.

A Peter powiedział o niej: „ta krowa”...

Jakie  to  niesprawiedliwe!  Choć  Heike  nie  zdążył  poprzedniego  wieczoru  przyjrzeć  się  Nicoli,
rozumiał,  że  Peterowi  z  pewnością  żal  dziewczyny,  która  nie  może  wyrwać  się  ze  szponów
księżniczki, ale jeśli nie dostrzegł zalet Miry, to chyba jest po prostu ślepy i głupi.

83

Odjechali skalne urwisko. Wzgórza zamykające dolinę ginęły w błękitnej mgle.

- Spójrz! Ach, zobacz! - zawołała Mira.

Heike patrzył.

- Och, mój Boże - szepnął. - Och, mój Boże!

Poczuł, że nogi miękną mu w kolanach, musiał wesprzeć się na ramieniu Miry.

- Ach, Boże! - powtórzył drżącym głosem.

- Tak, czyż to nie wspaniałe? - szepnęła w uniesieniu. - Popatrz tylko!

- Ja... ja nie widzę tak wyraźnie - skłamał Heike.

- Naprawdę nie widzisz? Prawdziwy zamek, a raczej twierdza! Z murami obronnymi, zwieńczonymi
blankami,  i  olbrzymią  bramą!  Droga,  która  do  niej  prowadzi  obsadzona  jest  drzewami.  To
prawdziwa aleja! Z pewnością tu właśnie musiał przyjść Peter!

Heike  spojrzał  na  nią  z  ukosa.  Oddychał  z  trudem.  Dopiero  teraz  musiał  przyznać,  że  on  widzi  co
innego niż Mira i Peter. Jego oczy umiały patrzeć przez zasłony zawieszone przed wzrokiem innych.

background image

Wielokrotnie przełykał ślinę, by powstrzymać mdłości. Peter, ach, kochający życie, miły Peter, jego
ulubiony towarzysz podróży! Co się z nim stanie?

Heike jak zaczarowany wpatrywał się w straszliwy, budzący grozę obraz, roztaczający się przed jego
oczami. Nie był w stanie oderwać od niego wzroku, choć najbardziej tego właśnie pragnął.

Ale  to  wcale  nie  on  został  zaczarowany,  lecz  Mira,  Peter,  Francuzi  i  wszyscy  inni,  po  których
wszelki ślad zaginął z chwilą, gdy przeszli przez bramę.

Peter? Ach, mój Boże!

Mira dostrzegła, jak bardzo zafascynował, wręcz oszołomił Heikego ten widok i oczywiście źle go
zrozumiała.

- Prawda, że to fantastyczne? Chodźmy, szybko, idziemy na górę!

- O, nie - jęknął zduszonym głosem. Strach chwytał go za gardło. - Nie, nie, zawracamy!

Chwycił ją za ramię i z całej siły pociągnął za sobą z powrotem ku miasteczku, aż minęli urwisko.

84

- Ale Peter...?

- Spróbuję go uratować, ale muszę to zrobić sam.

- Uratować?

- Tak. Nie pytaj więcej.

Mira widziała jego wzburzenie i nie śmiała się mu sprzeciwiać. Jakby chodziło o życie, biegł

ku Targul Stregesti, ciągnąc ją za sobą, i wcale nie dostrzegał, że dziewczyna z trudem wytrzymuje
przekraczające jej możliwości tempo.

Gdy dotarli do łąki, na której pasły się konie, Heike nareszcie się zatrzymał.

Mira nie była w stanie zrozumieć, czemu wcześniej lękała się jego osobliwego wyglądu.

Teraz już popatrzyła w jego oczy i poznała go...

- Weź, Miro, pożyczę ci...

Przyglądała się zaskoczona, jak zdejmował z szyi rzemień, na którym zawieszona była mandragora.

- Ach - szepnęła, szeroko otwierając oczy. - Cóż to takiego?

- To najcenniejsze, co posiadam - odparł. - Miro, to miejsce jest zauroczone, przeklęte, śmiertelnie

background image

niebezpieczne! Zawieś ją na szyi tak, by nikt jej nie widział. Dopóki ją nosisz, jesteś bezpieczna. Ona
będzie cię chronić, by nie dosięgło cię to, co chciało dostać się do ciebie dziś w nocy.

Mira tym razem z powagą potraktowała słowa Heikego.

- Czy wiesz, co to było?

-  Nie  mam  pojęcia. Ale  dowiem  się.  Weź  teraz  ten  amulet,  to  korzeń  mandragory,  alrauna.  To  ona
sprawiła,  że  księżniczka  Feodora  zawróciła  w  drzwiach  wczoraj  wieczorem.  Nie  mogę  jej  teraz
nosić, bo z nią nigdy nie dostanę się do twierdzy, jestem o tym przekonany.

O ile rzeczywiście przyczyną tego była mandragora, pomyślał z powątpiewaniem. A może to on sam?
Krew Ludzi Lodu płynąca w jego żyłach?

Nie, to mandragora! Teraz, gdy się odwrócił, tam gdzie wcześniej widział jedynie zarośnięte trawą
ślady kół, ujrzał szeroką dobrze utrzymaną drogę prowadzącą w stronę urwiska.

Głośno powiedział:

- Czy wiesz, jaką ona ma moc?

85

Mira skinęła głową. Mandragora łaskotała jej skórę, ale była ciepła!

- Zdołasz uratować Petera? - zapytała z błyszczącymi oczami.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, obiecuję.

- I tę biedną, nieszczęśliwą dziewczynę? Tę o pięknych, smutnych oczach?

- Nicolę? To będzie znacznie trudniejsze, bo ona jest jak w niewoli u tej księżniczki. Ale oczywiście,
będę  się  starał.  Tylko  nie  oczekuj  ode  mnie  zbyt  wiele!  Nie  mam  pojęcia,  jak  powinienem
postępować. Wiem jedynie, że muszę uwolnić Petera.

Mira zerknęła na niego ukradkiem.

- Czy ty się... boisz?

- Tak. Bardzo się boję.

- Ale twierdza wyglądała tak pięknie.

Heike nie odpowiedział. Mira zauważyła tylko oznaczające napięcie drganie w kąciku ust.

Kiedy Heike wraz z nią skierował się ku karczmie, szybko zaprotestowała.

- Nie, nie trać czasu na mnie, sama sobie poradzę!

background image

- I tak muszę pomówić z Zeno.

- Ale Peter...

Zmarszczył czoło.

- Może to niemądre z mojej strony, ale sądzę, że prawdziwe niebezpieczeństwo budzi się dopiero po
zapadnięciu ciemności. Takie mam przeczucie.

Szybko przeszli przez rynek.

- Niech cię nie zwiedzie jasny blask słońca - powiedziała Mira.

-  jesteś  mądrą  dziewczynką  -  uśmiechnął  się  Heike,  ale  przez  cały  czas  widać  było,  że  jest  bardzo
spięty.

- Postaram się nie ulegać omamom. No, jesteśmy na miejscu.

Szybko rozmówił się z Zeno i jego żoną.

86

-  Zostawiam  dziewczynę  pod  waszą  opieką.  Nie  pozwólcie  jej  wychodzić  samej!  I  przestrzegajcie
tych  reguł  bezpieczeństwa,  co  wczoraj  wieczorem.  Teraz  sam  pójdę  do  twierdzy.  Gdybym  nie
wrócił, wsadźcie ją na konia i wyprowadźcie z lasu.

- Jak długo mamy czekać?

- O ile dobrze rozumiem, mam tylko tę jedną noc. Gdybyście tylko chcieli powiedzieć mi coś więcej!

Twarze ich zastygły w kamiennym wyrazie.

- Nie możemy - cicho powiedział Zeno.

Dali mu jedzenie i napitek na drogę, i poszedł.

Ale  tym  razem  wszyscy  mieszkańcy  miasteczka  stali  w  drzwiach  lub  oknach,  odprowadzając  go
wzrokiem. W oczach mieli coś, czego nie można było nazwać nadzieją, ale nie było też całkowitym
zwątpieniem.

Już raczej i jednym, i drugim.

Przypuszczali, że jeśli ktokolwiek może ocalić ich przeklęte miasteczko, uczyni to tylko ten za młody
na to chłopak o diabelsko dzikim wyglądzie i łagodnym spojrzeniu.

Heike  szedł  przez  łąki,  skąpane  teraz  w  gorącym,  prażącym  słońcu.  Rozgrzane  powietrze  drgało,
wibrowało,  aż  wzgórza  w  oddali  wydawały  się  bladą,  błękitnozieloną  żywą  masą,  spowitą  w

background image

chmury.  Zaczarowaną.  Jasny  przejrzysty  dzień  powinien  sprzyjać  opanowaniu  i  trzeźwości,  ale  na
Heikego sprowadzał jedynie poczucie coraz większego zagubienia.

Bez  mandragory  był  jak  nagi,  miał  uczucie,  że  ją  zdradził. Ale  mając  amulet  przy  sobie  nigdy  nie
zdołałby dostać się do twierdzy, nie mógłby wczuć się w iluzoryczny świat Petera, nie odnalazłby go
na czas.

Kruki  krążyły  wysoko,  wysoko  nad  jego  głową.  Nie  przejmował  się  nimi,  nie  na  kruki  powinien
zwracać uwagę. Tak przynajmniej sądził.

Ale jeśli w tym momencie popełnia fatalny w skutkach błąd?

Nie, odrzucił tę myśl od siebie. Z pewnością chodzi tu o księżniczkę. La strega.

Czarownica...

Dotarł do wznoszącego się w górę urwiska, minął zakręt. Z ogromną niechęcią podniósł

wzrok.

87

Wówczas ujrzał twierdzę - taką, jaką widzieli ją inni? Majestatyczną, dostojną powagą lat, prastarą.
Patrzył  na  nią  oczyma  Miry,  Petera,  Francuzów  i  wszystkich  pozostałych,  teraz  bowiem  nie  miał
mandragory, która ujawniłaby prawdę.

Twierdza  była  naprawdę  piękna.  Grube  mury  zbudowano  z  białego  i  szarego  kamienia.  I  ten
imponujący portal...

A jeżeli to właśnie jest prawdą? Jeśli twierdza rzeczywiście wygląda tak, jak ją teraz ujrzał?

Byłoby to przecież logiczniejsze. Siedziba naprawdę godna księżniczki.

Cóż  więc  takiego  oglądał  wcześniej? Alegorię,  porównanie,  które  pokazać  mu  chciała  mandragora
jako  ostrzeżenie,  by  postępował  rozważnie?  Był  ostrożny?  To  najbardziej  prawdopodobne.  To
mandragora odmieniła jego wzrok, a nie czarownica omamiła oczy wszystkich innych.

Tak, tak właśnie musiało być, myślał. Twierdza bowiem sprawiała wrażenie rzeczywistej, solidnej. I
jakże by inaczej Peter mógł wejść do środka?

Aleja prowadząca do masywnej, dostojnej bramy...

Tam w środku był Peter. Heike musi go odnaleźć. Jeśli księżniczka Feodora pozwoli mu na to...

Poczuł,  jak  ciarki  przebiegają  mu  po  krzyżu,  i  westchnął.  Odruchowo  sięgnął  do  piersi,  ale  dłoń
szukająca niosącej otuchę mandragory natrafiła na pustkę.

background image

88

ROZDZIAŁ VIII

Heike przymknął oczy, przez moment stał nieruchomo na więdnącej, prześwietlonej słońcem łące.

Nie ma mandragory. Nie ma przyjaciół takich jak w Planinie.

Czyż można być jeszcze bardziej samotnym?

- Nocny wędrowcze, który byłeś mi przyjacielem i obrońcą przez tak wiele lat - szepnął. -

Gdybyś mógł mnie usłyszeć! Jestem taki osamotniony, taki niedoświadczony. Nic nie wiem i muszę
przyznać, że śmiertelnie się boję! Przedtem, kiedy jakieś dziecko lub zwierzę zgubiło się w wiosce
lub gdy nękały mnie inne troski, mogłem zwrócić się do ciebie. Ale teraz jesteś tak daleko!

Heike  czuł  się  rozpaczliwie  opuszczony.  Nie  wiedział  już,  gdzie  jest  jego  miejsce.  Nikt  nie  będzie
się o niego dopytywał, gdy nie zdoła wydostać się z miasteczka. Rodzinę w Słowenii opuścił już na
zawsze. Ludzie Lodu w Norwegii i Szwecji nie wiedzieli nawet o jego istnieniu.

Czy  w  ogóle  są  na  tym  świecie  bardziej  zagubione  dusze?  Wyrwane  z  korzeniami,  bezdomne,
unoszące się gdzieś w przestrzeni?

I jak tu jeszcze porywać się z motyką na słońce?

Ale któż zatroszczy się o Petera? Może jedna Mira, ale ona przecież w niczym nie może mu pomóc.

Heike był świadom, że jedynie on może uratować tego młodego, kochającego życie chłopaka.

W gardle uwiązł mu suchy szloch, z wysiłkiem przełknął ślinę. Wspominał wizję, która nawiedziła
go tak niedawno.

Nagle coś niezwykłego przywołało go do rzeczywistości.

Spłynęło nań łagodne, dające poczucie bezpieczeństwa ciepło.

Ktoś przy nim był!

- Czy to ty, Wędrowcze w Mroku? - szepnął.

Poczuł dłoń na ramieniu, ale wcale jej się nie obawiał. To była dobra moc. Nie dostrzegał

dłoni,  gdyż  tkwiące  w  nim  nadprzyrodzone  zdolności  nie  były  jeszcze  dostatecznie  rozwinięte. Ale
usłyszał  głos,  głęboki  i  ciepły,  przemawiający  doń  w  języku  bardzo  podobnym  do  tego,  w  jakim
Solve  dawno,  dawno  temu  opowiadał  mu  historię  Ludzi  Lodu.  Do  języka  zwanego  szwedzkim  ta
mowa była tak podobna, iż bez trudu ją rozumiał.

background image

89

- Nie, Heike z Ludzi Lodu. Twój Wędrowiec w Mroku nie może teraz dotrzeć do ciebie, ma bowiem
do spełnienia swoją misję. Ale nie jesteś sam. Zadanie, które czeka cię tutaj, jest trudne. Zbyt trudne
dla samotnego młodego chłopca. Ale my nie pokonamy królującego tu zła, gdyż nie jesteśmy w stanie
do niego dotrzeć. Możemy jednak działać poprzez ciebie, jeśli oczywiście będziesz dość silny i nie
zlękniesz się.

Heike kiwnął głową.

- Dziękuję - wyjąkał. - Mówiono mi, że moja prababka Villemo także otrzymała pomoc od zmarłych
dotkniętych, którzy zwalczyli zło, rozumiem więc, że i mnie się to przydarzyło. Kim jesteście?

-  Jest  nas  troje.  Połączyliśmy  najsilniejsze  moce,  jakie  możemy  poświęcić  zadaniu,  przed  którym
stoisz. Z pewnością o nas słyszałeś.

- Ty jesteś... Tengel Dobry?

- Zgadłeś. Jest ze mną Sol, która lubi krzyżować plany bezwzględnym kobietom. Trzecim jest Mar, on
wie wszystko o sile i słabości zła. Idź już! Jesteśmy tu, by ci pomóc, ale od tej chwili nie wyczujesz
już naszej obecności. Będziesz musiał myśleć i działać samodzielnie.

Bądź ostrożny, by ona cię nie przechytrzyła!

Dłoń zniknęła. Heike poczuł, że znów stoi sam na łące.

Trzy razy odetchnął głęboko i podjął wędrówkę w górę ku twierdzy.

Peter był w siódmym niebie.

Siedział  wraz  z  obiema  damami,  księżniczką  Feodorą  i  młodziutką,  przerażoną  Nicolą,  przy  stole
nakrytym w wielkiej sali na zamku. Co prawda jedzenie wydawało mu się bez smaku, niczym trawa,
ale nic w tym dziwnego, był przecież tak podniecony, że w ustach odczuwał

jedynie suchość.

Księżniczka  Feodora  prowadziła  konwersację  z  lekkością  i  wydawała  się  zachwycona  obecnością
tak oczytanego i wykształconego gościa.

Peter  brylował.  Czuł  się  wyśmienicie;  żonglował  słowami,  błyskotliwie  operował  cytatami  i
wygłaszał głębokie refleksje.

W każdym razie on sam uważał je za głębokie.

Tak bardzo zależało mu, by wywrzeć wrażenie na młodej, cichutkiej Nicoli.

Raz po raz ich spojrzenia krzyżowały się nad stołem; uśmiechał się wtedy, chcąc podtrzymać ją na

background image

duchu. Kiedy bowiem przez moment został z nią sam na sam chwilę po tym, jak przyszedł, uczepiła
się jego dłoni i z wyrazem oczu jak u zranionej sarny szepnęła: 90

- Zabierz mnie stąd, tak bardzo cię proszę! Ona... ona jest... czarownicą! Uwięziła mnie tutaj.

Nie mogę się uwolnić własnymi siłami, zostałam zauroczona!

Peter  uroczyście  przysiągł,  że  ją  uratuje.  Od  tej  chwili  dziewczyna  wpatrywała  się  weń  oczyma
pełnymi uwielbienia, a młody student z Wiednia czuł, jak serce mu rośnie, pierś zaś rozsadza duma i
budzący się instynkt rycerski.

Feodorze najwidoczniej przestała się podobać jego obecność, choć naturalnie była na tyle uprzejma,
by tego nie okazywać. Widać poczuła, że ma w nim wroga - groźnego, zdecydowanego na wszystko
wroga.

Nicola mogła poczuć się bezpieczna: Peter nie wyjedzie bez niej!

Momentami  odczuwał  ukłucia  wyrzutów  sumienia.  Wymknął  się  wszak  z  gospody  pod  nieobecność
Heikego.

Heike zabronił mu poszukiwać Nicoli, w każdym razie samodzielnie. Mieli wspólnie uzgodnić plan
uratowania nieszczęsnej dziewczyny.

Ale  Peter  nie  miał  czasu,  by  czekać  na  Heikego.  Ogień  miłości  już  w  nim  płonął,  dłonie  zaczęły
poruszać  się  nerwowo,  nawet  ustać  nie  mógł  spokojnie.  Wysłuchawszy  wskazówek  podkuchennej,
jak podcinany batem pognał przez łąki.

Jakim błagalnym wzrokiem wpatrywała się w niego mała służąca! Jak gdyby nie chciała, by szedł do
Nicoli. Oczywiście, zakochała się w nim. Nieszczęsna dziewczyna! I biedna Mira, która jawnie go
uwielbiała. On jednak nie był w stanie zainteresować się żadną z nich.

Ten, kto raz zobaczył Nicolę, nie patrzył już na inne.

Dzięki  Bogu,  że  Heike  nie  przyjrzał  się  jej  uważniej  poprzedniego  wieczoru.  Jak  nieszczęśliwy
poczułby się ten poczciwiec! Wyraźne bowiem było, że Nicola świata nie widzi poza Peterem.

Wszedł  ów  przerażająco  chudy  woźnica  i  szepnął  księżniczce  parę  słów.  Z  wyraźnym  lękiem
zatrzepotała  powiekami  i  ostro,  a  potem  pytająco  odpowiedziała  coś  w  ich  języku.  Woźnica
wyglądał  na  zmartwionego,  przez  dobrą  chwilę  wymieniali  pytania  i  odpowiedzi.  Ale  w  końcu
uśmiechnęła się. Nie był to przyjemny uśmiech, mieszało się w nim wyczekiwanie i triumf.

Wreszcie księżniczka dała znak woźnicy.

Odwróciła się ku dwojgu młodym. Miękkim głosem odezwała się po niemiecku, którym to językiem
obie damy dobrze władały.

- Przybywa gość, muszę się nim zająć. Kochana Nicolo, bądź tak dobra i zabierz młodego Petera do

background image

sali rycerskiej. Opowiedz mu o historii naszego zamczyska.

I znów w oczach Nicoli pojawił się strach.

91

- Oczywiście, ciotko Feodoro.

Ujęła Petera za rękę i pociągnęła do wielkiej, mrocznej sali, w której belki w suficie -

olbrzymie, pociemniałe i wypaczone - zwielokrotniały jeszcze wrażenie przytłaczającego ciężaru.

Nicola na moment oparła się o Petera.

- Tak bardzo się cieszę, że to ty przyszedłeś, a nie twój straszny towarzysz.

Peter,  który  poczuł,  jak  promiennym  szczęściem  napełniają  go  jej  słowa,  uznał,  iż  postępuje
nielojalnie wobec przyjaciela.

- Heike to bardzo dobry chłopak - bąknął, pragnąc stłumić wyrzuty sumienia.

Nicola gwałtownie zadrżała.

- Ale tak okropnie wygląda! Jest taki brzydki! Ty jesteś przystojny, Peterze!

Objął ramieniem delikatną kibić i popatrzył w jej błagające oczy.

- Opuścimy Targul Stregesti we czworo! Ty i ja, Heike i Mira.

- Tylko ty i ja! Tylko ty i ja! - załkała żałośnie.

- Dobrze, dobrze, tamci i tak znajdą drogę - zgodził się. - Bylebym w ogóle zdołał cię stąd zabrać!

- Ach, tak, postaraj się, Peterze! Wiem że to potrafisz!

- Może uciekniemy już teraz?

-  Nie,  to  się  nie  uda.  Woźnica  strzeże  bramy.  Ale  w  nocy,  o  szarym  świcie,  kiedy  wszyscy  będą
spać...

Peter czuł się jak w upojnym transie. Fakt, iż Heike, Mira i on nie mogą czekać aż tak długo, przestał
mieć dla niego znaczenie w momencie, gdy stawką stało się życie Nicoli.

Peter niewiele się dowiedział o dziejach twierdzy. Młodzi całkiem pochłonięci byli sobą.

Przysiedli  na  ławie  i  szeptem  omawiali  plany  na  przyszłość,  delikatnie  dotykali  się  koniuszkami
palców; ustami i wzrokiem, zdradzającym o wiele więcej niż ich niezdarne ruchy.

background image

Peter nie mógł się napatrzeć na dziewczynę. Jej usta przywodziły na myśl płatki dzikiej róży, czarne
jak noc włosy były niczym najdelikatniejszy jedwab, a oczy błyszczące jak gwiazdy.

92

- Ach, Peterze, jakże pragnę, by się nam poszczęściło. Zawsze, zawsze udawało jej się w ostatniej
chwili udaremnić każdą próbę ucieczki, ale tym razem...

- Zawsze? - zapytał Peter z zazdrością.

- Usiłowałam, oczywiście, uciec w pojedynkę, to chyba jasne! Nie zaprzeczę, że znaleźli się i inni,
którzy  pragnęli  mi  pomóc.  Ale  ciotka  Feodora  nieodmiennie  obraca  wniwecz  każdy  plan.  Ach,
Peterze, nie masz pojęcia, jakie to straszne, nie da się tego opisać. To zła, przewrotna czarownica!

Nicola wybuchnęła płaczem, wspierając się na jego silnym ramieniu.

Peterowi z gniewu pociemniały oczy.

- Gotów jestem zabić tę wiedźmę! Co za despotka!

- Tak - łkała Nicola. - Bo widzisz, jej się wydaje, że jest taka piękna. Chciałaby zagarnąć wszystkich
mężczyzn, którzy odwiedzają twierdzę, mieć ich tylko dla siebie...

-  Owszem,  zauważyłem,  jak  z  początku  usiłowała  mnie  uwieść  -  przytaknął  Peter.  -  A  kiedy
zorientowała się, że poza tobą świata nie widzę, wręcz się na mnie rozgniewała. .

- Nienawidzi mnie właśnie dlatego, że jestem młoda i mam życie przed sobą. Obawia się, że odbiorę
jej mężczyzn, jest zazdrosna i posługuje się najohydniejszymi wybiegami. Nie uwierzyłbyś, jakimi!

Popatrzył na nią czule.

- Jutro rano będziesz już daleko stąd, obiecuję ci.

- Ach, Peterze! Chodź! Przejdziemy do innej komnaty.

Heike nie spodziewał się, że zostanie wpuszczony do twierdzy. Stało się jednak inaczej.

Długo rozmyślał pod bramą, nie mogąc się zdecydować. Przyglądał się grubym murom, zbudowanym
jedynie z wielkich bloków kamiennych, bez śladów żadnego spoiwa.

Wielokrotnie  już  wyciągał  palce,  by  ich  dotknąć,  ale  nie  śmiał.  Obraz,  który  ujrzał  wcześniej  tego
dnia, przez cały czas stał mu przed oczami. W końcu zebrał się na odwagę i błyskawicznych ruchem
dotknął kamienia, by zaraz przyciągnąć dłoń do siebie, jakby się sparzył.

Ale  kamień  był  tylko  kamieniem  i  niczym  innym.  Znów  przyłożył  więc  dłoń,  gładząc  chłodną
powierzchnię.

background image

93

A  zatem  tamten  straszny  widok  był  tylko  iluzją,  wywołaną  przez  mandragorę.  Prosiła  go,  by
postępował  ostrożnie,  niezwykle  sugestywnie  przedstawiała  niebezpieczeństwo  tylko  po  to,  by  nie
podejmował zbędnego ryzyka.

Heike  nadal  pamiętał  tamten  dźwięk...  Ohydny,  niosący  się  echem  skrzek  drapieżnych  ptaków.  A
może były to ptaki żywiące się padliną, nie umiał tego rozstrzygnąć, jako że w upiornej wizji, którą
nadal miał w pamięci, nie dostrzegł żadnych ptaków.

W końcu zdecydował się zapukać do bramy.

Otworzył mu niezwykle blady i wychudzony mężczyzna. Heike wyłożył sprawę, w jakiej przybywa.
Rzekł, iż spodziewa się zastać tu swego przyjaciela, z którym pragnie pomówić.

Mężczyzna w skupieniu wysłuchał Heikego, po czym poprosił go o chwilę cierpliwości, a następnie
zamknął bramę i zniknął.

Heike czekał.

Spoglądał  w  dół,  w  dolinę,  patrzył  na  ruiny  miasteczka  znacznie  większego  niż  Targul  Stregesti.
Widział owce pasące się między fundamentami i wstrętny las, wżerający się coraz głębiej w dolinę,
podkradający się aż do murów twierdzy.

Dreszcz odrazy przebiegł mu po krzyżu. Musi wyciągnąć stąd Petera, a potem odjechać tak szybko,
jak konie poniosą.

No właśnie, konie... W jaki sposób zdoła je pojmać? Są niemal zdziczałe.

Powrócił chudy jak śmierć odźwierny. Jeśli pan będzie tak uprzejmy i...

Heike przeszedł przez bramę.

A  więc  znalazł  się  we  wnętrzu  twierdzy.  Sycił  oczy  jej  widokiem,  starając  się  zapamiętać  każdy
swój krok, każdy zakamarek. Być może okaże mu się to pomocne.

Jakże  przydałby  mu  się  teraz  jego  najdroższy,  najwierniejszy  przyjaciel  -  mandragora.  Heike  był
jednak przekonany, że postąpił właściwie pożyczając ją Mirze. Po części dla dobra dziewczyny, a po
części dla własnego.

Dlaczego, na Boga, zgodzili się wpuścić go do środka?

Czyżby wiedzieli, że nie ma przy sobie mandragory?

A może powód był inny?

Nie  był  pewien,  czy  rzeczywiście  pragnie  poznać  odpowiedź  na  to  pytanie.  Mogła  ona  się  okazać,

background image

łagodnie rzecz ujmując, nieprzyjemna.

94

A jeśli dał się złapać w pułapkę? On, jedyny, który może tu pomóc?

Wiedział  jednak,  że  z  zewnątrz  nic  nie  był  w  stanie  zdziałać.  Jeśli  miał  uratować  Petera,  musiał
wejść do środka, i to zanim nie będzie za późno.

Heikego  wprowadzono  do  wielkiej  sali,  najwyraźniej  służącej  jako  jadalnia.  Dostojna  dama,  którą
widział już poprzedniego wieczoru, wyszła mu na spotkanie.

Nigdzie ani śladu Petera. Nie widać też młodej Nicoli, której nie zdążył przyjrzeć się uważnie.

I znów nawiedziła go myśl: czy mają zamiar go przechytrzyć i unieszkodliwić?

Myśląc „oni” miał na myśli księżniczkę Feodorę i dziwnego odźwiernego, jej oddanego sługę.

Uśmiech wytwornej damy był doprawdy promienny.

-  Witam,  młody  człowieku!  Widzieliśmy  się  już  wczoraj  wieczorem  w  gospodzie,  kiedy  to  moja
młoda kuzynka nagle źle się poczuła.

Źle się poczuła? Nie składaj winy na innych, to tobie spieszyło się do wyjścia, pomyślał

Heike. Wyciągnęła do niego dłoń, by mógł ją ucałować, gdyby zechciał, ale Heike nie został

wychowany w wyższych sferach. Znał tylko proste, zgodne z naturą życie słoweńskich chłopów, ujął
więc ją za rękę, ukłonił się głęboko, uprzejmie, i puścił dłoń.

Księżniczka, rzecz jasna, zwróciła uwagę na jego prostackie zachowanie i tym samym Heike został
odpowiednio zaklasyfikowany.

W  jaki  sposób  należy  się  do  niej  zwracać?  Po  raz  pierwszy  zrozumiał,  jak  wielkie  ma  braki  w
wychowaniu.  Gdy  chodziło  o  miłość  bliźniego,  nauczył  się  bardzo  wiele,  ale  z  zasadami  etykiety
zdecydowanie pozostawał na bakier.

- Wasza książęca wysokość - powiedział i nie był to wcale zły początek, przynajmniej nie powinna
poczuć się urażona. - Wybaczcie, iż ośmieliłem się zakłócić spokój waszego pięknego domostwa, ale
mój przyjaciel przybył tutaj dziś rano, a że musimy opuścić Targul Stregesti wcześniej, niż nam się
wydawało, przyszedłem po niego. Czy znajdę go tutaj?

Jeśli  to  oszustwo  czy  jakieś  diabelskie  sztuczki,  to  księżniczka  z  pewnością  zaprzeczy.  Stało  się
jednak inaczej. Księżniczka Feodora zdumiała go po raz kolejny.

- Ach, tak, młody Peter - uśmiechnęła się. - Jest tutaj, ale właśnie zwiedza twierdzę wraz z Nicolą.
Wkrótce  będą  tu  z  powrotem.  Czy  w  tym  czasie  wolno  mi  będzie  zaproponować  wam  mały

background image

poczęstunek?

- Serdecznie dziękuję, ale dopiero co jadłem.

95

- Wiem zatem, co zrobimy! My także pójdziemy się rozejrzeć. Może ich spotkamy, choć twierdza jest
taka wielka. Opowiadanie o dawnej świetności jest moim ulubionym zajęciem, a tak rzadko bywają
tu goście.

Poufale  ujęła  go  pod  ramię  i  przeprowadziła  do  następnej  komnaty.  Heike  zwrócił  uwagę  na
promieniującą od niej zmysłowość, niezwykle silną, zwłaszcza dla kogoś, kto tak mało miał

do czynienia z kobietami.

Przechodzili  coraz  dalej  i  dalej,  a  Feodora  nie  przestawała  mówić.  Niczym  wyuczoną  lekcję
recytowała  jednym  tchem  opowieść  o  Dzikim  Bogdanie,  który  sprosił  do  siebie  nieprzyjaciół  i
wyrżnął  ich  w  pień,  wjeżdżając  przedtem  konno  na  stół.  Opowiadała  o  sukni  ślubnej  Anciol,  o
Borysie,  wojewodzie,  który  uratował Ardeal  przed  Turkami,  i  o  jego  czterech  żonach,  szukających
okazji,  by  wydrapać  sobie  oczy.  O  dwóch  braciach,  zgładzonych  przez  Turków  pod  Mohaczem  w
roku 1526...

- Jak rozumiem, wywodzicie się, dostojna pani, z rodu wojewodów - uprzejmie zauważył

Heike.

Stali  właśnie  podziwiając  wspaniałą  suknię  ślubną  Anciol.  Feodora  ze  smutkiem  dotknęła
delikatnego jedwabiu sukni.

- Tak, to prawda. Mój ojciec był ostatnim wojewodą w tym wspaniałym rodzie.

Heike nie potrafił dopatrzeć się niczego wspaniałego w obcinaniu ludziom głów czy też zamykaniu
małżonek w komnatach - celach.

- Jak udało wam się zachować suknię Anciol przez tyle setek lat? - zapytał z wyraźnym podziwem w
głosie.

-  Ponieważ  jest  ona  nieskończenie  piękna  -  łagodnie  odparła  Feodora.  -  I  dlatego,  że  Anciol
przysięgła sobie, że założy ją dopiero w dniu swego ślubu, który, jak wiadomo, nie doszedł

do skutku.

Heike ze zrozumieniem pokiwał głową:

-  Z  tego,  co  opowiadaliście,  wnoszę,  iż  Anciol  musiała  być  bardzo  pociągająca.  Dlaczego  więc
została porzucona?

background image

- Ach,  z  pewnością  wiecie,  że  miłość  potrafi  mieć  swoje  humory.  Zwraca  się  czasami  ku  całkiem
niegodnym  tego  osobom,  jaką  na  przykład  była  nowa  wybranka  jej  narzeczonego,  nic  nie  warta  w
porównaniu z Anciol. Choć i Anciol miała pewną słabostkę...

Urwała, jak gdyby powiedziała za dużo.

Żółte oczy Heikego z zaciekawieniem wpatrywały się w księżniczkę.

96

- Jaką słabostkę?

- Nic takiego. - Feodora machnęła ręką i odwróciła się od niego. - Po prostu zbyt otwarcie dawała
do zrozumienia, że pragnie być kochana. To może czasem działać odstraszająco.

Ale proszę spojrzeć tutaj, to książęca korona mego ojca, o, jakże pięknymi kamieniami wysadzana!
Sam tylko rubin wart jest dzisiaj fortunę...

- Oczywiście - przytaknął Heike w roztargnieniu.

Cóż takiego Zeno powiedział o księżniczce? Oszalała na punkcie mężczyzn?

Owszem, już sam sposób, w jaki się poruszała w obecności brzydkiego, niedoświadczonego Heikego
na to wskazywał, nawet on to zrozumiał.

A  jej  słowa  dotyczące Anciol...  „Zbyt  otwarcie  dawała  do  zrozumienia,  że  pragnie  być  kochaną.”
Słowo „kochać” ma dwa znaczenia, tyle to i on wiedział. Jedno dotyczące uczuć, i to drugie, bardziej
ziemskie.

Oszalała na punkcie mężczyzn - pragnęła być kochaną, w łóżku, nazywając rzecz po imieniu. Czy to
nie to samo?

A jeśli chodzi o tę samą osobę?

Heike, idąc z Feodorą, poczuł, jak strach niczym zimna jaszczurka pełznie mu po krzyżu.

Biodra  damy  kołysały  się  wyzywająco,  ciemna  jedwabna  suknia  doskonale  podkreślała  kształty,  a
ciężki węzeł włosów dodawał uroku smukłej białej szyi, wprost zachęcając do pieszczot. Pomyślał
sobie,  że  włosy  z  pewnością  sięgają  jej  dalej  niż  do  kolan,  i  po  raz  pierwszy  w  życiu  odniósł
wrażenie, iż wie, czym może być pociąg do kobiety. On, który dotychczas wiódł tak cnotliwe życie,
któremu Elena nie pozwalała nawet popatrzeć na wiejskie dziewczęta.

I Heike rozumiał, że robiła to, by nie został odtrącony i tym samym głęboko zraniony. Heike nie miał
żadnych  złudzeń  co  do  własnej  atrakcyjności,  od  czasu  do  czasu  oglądał  przecież  swoje  oblicze  w
kałużach i wypolerowanych metalowych przedmiotach.

Dłoń  Feodory  pieszcząca  materię  sukni  Anciol...  Tak  czule,  z  takim  smutkiem!  Heike  nie  mógł

background image

oderwać się od tej myśli.

Jak gdyby to była jej własna suknia, w której miała iść do ślubu!

- Pójdziemy teraz obejrzeć galerię przodków - Feodora radosnym głosem wyrwała go z zamyślenia. -
Może i młodzi tam się znajdą?

Odwróciła się do niego.

97

-  Uważam,  że  koniecznie  powinniście  jak  najszybciej  zabrać  stąd  Petera  -  oznajmiła,  po  kociemu
mrużąc oczy. - Spróbujemy go znaleźć.

W tym momencie Heike pojął dwie istotne sprawy:

Feodora była zazdrosna o Nicolę! Pragnęła mieć młodych mężczyzn wyłącznie dla siebie -

jeśli nie, mogli iść do diabła. Jeśli udało się jej odebrać młodzieńca Nicoli, była szczęśliwa.

Osoba Heikego nie miała w tym momencie żadnego znaczenia, wszak Nicola także ani trochę nie była
nim zainteresowana.

Drugą myślą, jaka uderzyła Heikego, było przekonanie, iż musi opuścić twierdzę. Tu, w zamczysku,
nie mógł zwyciężyć złej mocy.

Musiało  się  to  dokonać  na  starym  zarośniętym  cmentarzu,  miejscu  wiecznego  spoczynku  panów
twierdzy, ogrodzonym misternie wykutą w żelazie kratą.

Tam powinien odnaleźć grób nieszczęsnej Anciol, czyli - jak należało uściślić - księżniczki Feodory.
Jednej i tej samej osoby!

To przekonanie natychmiast przywiodło mu na myśl straszliwą wizję, jakiej doświadczył

rano. I poczuł dławiący strach, idąc za księżniczką wiodącą go krętymi korytarzami ku galerii. Miał
wrażenie,  że  ponownie  słyszy  ochrypły  skrzek  padlinożernych  ptaków.  Czuł,  że  ciemny  belkowany
sufit  sal  i  korytarzy  zaraz  spadnie  mu  na  głowę.  Słyszał,  jak  odgłos  spływającej  kroplami  wilgoci
odbija się echem od zapleśniałych ścian, wydawało mu się, że zwierzęce skóry na podłodze na jego
oczach gniją, odsłaniając wijące się pod nimi robactwo. Bezustannie powtarzał sobie, że to wszystko
jest tylko wytworem jego makabrycznej wyobraźni.

Ale jednemu nie dało się zaprzeczyć.

Gdzieś  na  samym  początku  przechadzki  po  twierdzy  minęli  piękne  rzeźbione  drzwi.  Feodora  nawet
się  do  nich  nie  zbliżyła.  Przez  cały  czas  tłumaczyła  mu  coś  z  ożywieniem,  jak  gdyby  z  całych  sił
starając się odwrócić jego uwagę, byle tylko nie zapytał o te drzwi.

background image

Ale Heike, dzięki swym ostatnio niezwykle wyostrzonym zmysłom, natychmiast wyczuł, że za owymi
drzwiami kryć się musi coś szczególnego. Tam, w głębi, zapewne znajduje się jądro twierdzy, samo
serce, źródło panującego tu zła.

Starał się połączyć wrażenie z tym, co ujrzał rano, kiedy miał przy sobie mandragorę. W jaki sposób
powiązać to w całość? Gdyby oba obrazy, ohydne ruiny i przepiękną twierdzę, nałożyć na siebie, to
w którym miejscu znalazłoby się owo jądro?

Nie mógł dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż Feodora mówiąc nieprzerwanie, otwierała łukowato
sklepione drzwi do galerii.

Jednej wszak rzeczy był pewien: musi iść na cmentarz.

98

Do grobu Anciol, zdradzonej narzeczonej.

To ona jest upiorem, którego należy unicestwić.

Później, jeśli zajdzie taka potrzeba, zajmie się twierdzą, ale wtedy, miał nadzieję, zła moc zostanie
już pokonana.

Nie mający doświadczenia Heike nie brał jednak pod uwagę, że żaden upiór nie odda swej mocy bez
walki!

99

ROZDZIAŁ IX

Nowe odkrycie Heikego wzburzyło go tak bardzo, iż w pierwszej chwili nie zorientował się, że Peter
i  Nicola  są  w  galerii.  Młodzi  odskoczyli  od  siebie  jak  oparzeni,  jakby  przyłapano  ich  na  gorącym
uczynku.

Peter zaczerwienił się i powitał przyjaciela.

A Heike nareszcie miał okazję przyjrzeć się Nicoli.

Łzy  wzruszenia  napłynęły  mu  do  oczu.  Taka  młoda  i  bezbronna!  Nie  mogła  mieć  więcej  niż
szesnaście  lat,  choć  Feodora  twierdziła,  że  jej  kuzynka  skończyła  już  dwadzieścia.  Nicola  była  tak
zachwycająca,  tak  śliczna,  że  dotknęła  milczących  dotąd  czułych  strun  w  duszy  Heikego.  Z  bolesną
rezygnacją  musiał  jednak  przyznać,  iż  nie  mógłby  odebrać  jej  swemu  przyjacielowi  Peterowi.  Nie
pragnął  tego  i  prawdopodobnie  nie  przystałby  na  to,  nawet  gdyby  Nicola  nagle  zmieniła  zdanie  i
wolała  go  od  Petera.  Cieszył  się  jedynie,  że  nie  przyjrzał  się  jej  uważniej  poprzedniego  wieczoru,
marnowałby  tylko  czas  na  płonne,  gorzkie  marzenia. A  tak  Nicola  dokonała  już  wyboru  i  Heike  z
większym spokojem przyjął fakt, że dla niego jest nieosiągalna.

Muszę ją stąd wydostać. To niezwykle ważne!

background image

Zastanawiał się nad źródłem przemożnego wpływu, jaki ma na nią Feodora. Dlaczego upiór trzyma w
niewoli młodziutką, żywą dziewczynę?

Heike  nabrał  pewności  siebie.  Teraz  naprawdę  ma  o  co  walczyć.  Przed  nim  szlachetny  bój  o
przyjaciela i najcudowniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać.

Nieważne, że nie ma żadnych szans u Nicoli, to tylko czyni jego misję jeszcze bardziej wzniosłą.

Ach, tak, tu jesteście przywitała ich Feodora.

Pozwólcie,  panie  Heike,  że  przedstawię  wam  moją  młodszą  kuzynkę  Nicolę.  Nicolo,  to  przyjaciel
Petera.

Heike  miał  zamiar  podać  Nicoli  rękę,  ale  dziewczyna  odsunęła  się  z  niesmakiem.  Nigdy  dotąd  nie
poczuł się tak odrażający jak teraz!

Peterze,  twój  przyjaciel  przybył,  by  cię  stąd  zabrać  -  rzekła  księżniczka.  -  Najlepiej  chyba  będzie,
jeśli  z  nim  pójdziesz.  Ale  najpierw  chciałabym  pokazać  panu  Heikemu  z  Ludzi  Lodu  naszych
przodków...

Peter solidarnie stanął u boku Nicoli. Atmosfera stała się wyraźnie napięta.

100

- Nie wyjdę stąd bez Nicoli - zdecydowanie oświadczył Peter, ale kiedy usiłował popatrzeć w oczy
księżniczki,  drżące  powieki  zdradziły  jego  strach.  Dziewczyna  także  wyglądała  na  panicznie
przerażoną.

- Peterze, poczekaj - szepnęła, zakładając, być może, że nikt inny jej nie słyszy. - Nie z nim!

Heikego  słowa  te  ubodły  tak  dotkliwie,  tak  niewiarygodnie  mocno,  iż  nie  był  w  stanie  poprzeć
Petera,  choć  jeszcze  przed  chwilą  uważał,  że  zabranie  stąd  Nicoli  jest  jego  najświętszym
obowiązkiem.

- Dziewczyna zostanie tutaj - oznajmiła księżniczka głosem ostrym jak uderzenie bata.

- Ale... - zaczął Peter.

Nicola błagała cichym szeptem, który jednak dzięki świetnej akustyce pomieszczenia dotarł

do wszystkich.

- Nie teraz, Peterze! Wracaj! Pamiętasz naszą umowę?

Potakująco skinął głową.

Heike  nie  wiedział,  co  robić.  Ogromnie  ważne  było  wyprowadzenie  Petera  z  twierdzy  i

background image

niedopuszczenie, by tutaj powrócił. A przecież muszą zabrać ze sobą Nicolę!

Feodora pokazała swoją siłę. Nie wyrzekła już ani słowa, ucinając dalszą dyskusję. Swym dostojnym
i  władczym  milczeniem  pokonała  wszystkich.  Heike  zaczął  pojmować,  jaką  władzę  miała  nad
dziewczyną.

Ale  dlaczego,  dlaczego?  W  jaki  sposób  zostały  ze  sobą  związane?  Czy  są  spokrewnione? A  może
Nicola była zwykłą, wcale nie wywodzącą się ze szlachty dziewczyną, wybraną przez księżniczkę po
to, by przyciągała do twierdzy młodych mężczyzn? Których później Feodora odbierała jej i niszczyła,
odnosząc w ten sposób triumf nad młodszą kobietą?

Heike  nie  miał  już  czasu  na  dalsze  rozmyślania.  Feodora  znów  ujęła  go  pod  ramię  i  zaczęła
oprowadzać  po  galerii.  Peter  i  Nicola  szli  za  nimi  w  bezpiecznej  odległości,  ale  księżniczka
udawała, że ich nie widzi.

-  To  musi  być  Bogdan  Dziki.  -  Heike  wskazał  na  dziarsko  wyglądającego  wojaka  z  olbrzymim
wąsem, w futrzanej czapce na bakier i szpicrutą w dłoni. Oczy spoglądające z portretu zdawały się
na  wskroś  przenikać  patrzącego,  ale  mogło  to  być  winą  kiepskiej  techniki  artysty  albo  sztucznego
stylu malarskiego epoki.

- Piętnasty wiek - mruknął znający się na sztuce Peter.

- To prawda - chłodno odparła księżniczka. - Był synem Borysa, tego tutaj przystojnego wojewody,
który miał cztery żony!

101

Istotnie, oczy Borysa miały ten osobliwy wyraz, który tak bardzo pociągał płeć piękną.

-  Interesują  mnie  kobiety  -  wtrącił  Heike.  Masywna  podłoga  aż  drżała  od  jego  ciężkich  kroków.  -
Wydaje się, że wszystkie w waszym rodzie jesteście niespotykanymi pięknościami.

Rzekł to w głębokiej zadumie, a jednocześnie z takim przekonaniem, iż nie można było potraktować
jego wypowiedzi jak czczą galanterię. Księżniczka gorąco podziękowała za komplement.

Z ożywieniem zaczęła opisywać nieliczne portrety kobiet.

- A to - Heike wskazał na obraz przedstawiający kobietę uderzająco podobną do Feodory. -

To musi być Anciol.

- Nie, jej portretu, niestety, nie zdążono namalować. To jedna z wielu przedstawicielek naszego rodu,
noszących  imię  Feodora.  Żyła  stosunkowo  niedawno.  Gdy  popatrzycie  tutaj,  na  ukochaną  żonę
Borysa, z pewnością dostrzeżecie podobieństwo, prawda? Pochodziła z Rusi. To pierwsza Feodora,
później jej imieniem chętnie nazywano dziewczynki w naszym rodzie.

- Owszem, dostrzegam podobieństwo - odparł Heike. - Między tymi dwoma portretami a wami.

background image

Był przekonany, że i Anciol była do nich uderzająco podobna. Zwłaszcza do księżniczki...

Nabierał coraz większej pewności, że są one jedną i tą samą osobą.

Pewien  był  także  czego  innego,  choć  przecież  wcale  nie  znał  się  na  sztuce.  Zorientował  się,  że
wszystkie portrety muszą sobie liczyć po kilkaset lat. Nie widział żadnych współczesnych obrazów.

To spostrzeżenie ugruntowało teorię, która powoli zaczynała krystalizować się w jego głowie.

Gdyby rano nie miał tej ohydnej wizji, jak inni przypadkowi goście sądziłby, iż znalazł się w całkiem
zwyczajnej twierdzy, z wizytą u całkiem zwyczajnych dam.

Teraz  jednak  dojrzała  w  nim  myśl,  iż  Feodora  była  dawno  zmarłą  Anciol,  Nicola  zaś  młodą
dziewczyną, którą nienasycony upiór wziął w niewolę, by przyciągała dlań mężczyzn.

Heike był odpowiedzialny za życie Petera i tej młodej panny. To on musiał wydostać ich z twierdzy,
nie wzbudzając przy tym podejrzeń Feodory.

Otrzymał  pomoc.  Wiedział,  że  troje  dotkniętych  z  Ludzi  Lodu  wesprze  jego  działania.  Ale  to  on
musiał myśleć!

102

A jeśli jego teoria okaże się nieprawdziwa? Jeśli Feodora jest rzeczywistą, żywą kobietą, a poranna
wizja była jedynie omamem?

Heike postanowił sprowokować księżniczkę: chciał, by się przed nim odkryła.

- I wszyscy wasi przodkowie pogrzebani zostali przy kościółku w Targul Stregesti?

- Prawie wszyscy. Zbyt trudno było zbudować kryptę tu na górze, na urwisku.

Heike pokiwał głową.

- Mam ochotę po południu zwiedzić cmentarz.

Po raz kolejny księżniczce udało się wprawić go w zdumienie: ujrzał łzy napływające jej do oczu!

- Ach, jakże będę wam wdzięczna, jeśli to uczynicie! Może uda wam się trochę pogonić kościelnego,
nasze biedne groby są takie zaniedbane. Bardzo mnie to boli! Ach, jak się cieszę, że zechcieliście nas
odwiedzić!

Doprawdy? pomyślał Heike z goryczą. Cóż to za przebiegła gra!

Lepiej zrozumiał ją, słysząc kolejne słowa:

-  Nie  będę  was  już  dłużej  zatrzymywać.  Zabierzcie  także  waszego  przyjaciela,  ale  jeśli  będziecie

background image

mieć czas, panie Heike, to serdecznie zapraszamy do nas wieczorem!

Tu cię mam! Nie zaprasza Petera, to mnie chce pochwycić w szpony, bo dopiero nocą ożywa jej siła.
Właśnie w nocy znikają tu wszyscy mężczyźni.

Chce mnie zwabić i rozprawić się ze mną!

Ciekawe, czy wie, że wywodzę się ze szczególnego rodu? Nie wydaje się, by miała tę świadomość.

A zatem czeka ją niespodzianka!

Kiedy wszyscy czworo szli ku wyjściowym drzwiom, Peter słał mu wściekłe spojrzenia. Ale Heike
uśmiechał  się  tylko  swym  spokojnym  i  teraz  także  przepraszającym  uśmiechem,  udając,  że  nic  nie
rozumie. Miał zamiar rozmówić się z Peterem, gdy znajdą się w bezpiecznym miejscu.

Księżniczka nie wyszła, przytrzymała także Nicolę i obie zostały w ponurym, ciemnym przedsionku,
pozbawionym okien. Nic dziwnego, upiory przecież unikają dziennego światła i słońca.

103

Natomiast  gdy  żegnali  się  z  damami,  Heikego  czekała  kolejna  niespodzianka.  Nie  zdziwiło  go,  że
księżniczka  Feodora  okazała  mu  nadzwyczajną  wprost  życzliwość  i  gorąco  prosiła,  by  powrócił
wieczorem. Ta kobieta po prostu czyniła wszelkie niezbędne przygotowania, by zadać mu śmiertelny
cios.

Ale Nicola...

Ta cudownie piękna, łagodna dziewczyna przez cały czas powstrzymująca się od płaczu z rozpaczy,
patrzyła teraz na Heikego, jak się wydawało, całkiem nowymi oczami. Nie wzięła go za rękę, ale jej
wzrok przemawiał wyraźnie, a zaraz potwierdziły to wypowiadane szeptem słowa:

- Błagam, byście przyszli tu dziś wieczorem z Peterem! Wybaczcie, iż niewłaściwie was oceniłam.
Teraz  wiem,  że  w  waszej  piersi  bije  gorące,  szlachetne  serce.  Wybaczcie  więc,  że  tak  po
dziecinnemu patrzyłam jedynie na wasz wygląd!

Powiedziała  to  szybko,  jednym  tchem,  nie  chciała,  by  ciotka  usłyszała  jej  słowa.  Zaraz  też  dodała,
jeszcze ciszej i jeszcze szybciej:

- I nie chodźcie na cmentarz, ani wy, ani Peter! Nie wierzcie jej prośbom i zachętom. To przywiedzie
was do zatracenia. Ludzie z miasteczka twierdzą, że nad grobami czuwają duchy zmarłych i ci, którzy
zakłócą  ich  spokój,  są  dręczeni  i  kaleczeni  w  najbardziej  okrutny  sposób.  Nie  chcę,  by  któremuś  z
was stała się krzywda!

W jej oczach błyszczały łzy. Heike walczył z ogarniającą go nagle słabością.

- Poradzimy sobie - uśmiechnął się. - Chyba mieszkańcy wioski odwiedzają cmentarz, i to w różnych
porach dnia?

background image

-  Nie  starą  jego  część,  tę,  gdzie  mieszczą  się  groby  mieszkańców  Cetatea  de  Strega,  groby
wojewodów i ich potomków...

A więc nareszcie poznał nazwę twierdzy! Cetatea de Strega - Twierdza Czarownicy. Peter z wielkim
zapałem  opowiadał  mu  o  językach  romańskich  i  o  związkach  istniejących  między  nimi.  Nic
dziwnego, że nazwa miasteczka i twierdzy wywodziła się z włoskiego słowa

„czarownica”,  wszak  w  dawnych  czasach  właśnie  cesarstwo  rzymskie  zagarnęło  tę  krainę,  zwaną
wówczas Dacją. Później coraz bardziej znaczące stały się wpływy słowiańskie, zarówno jeśli chodzi
o język, jak i zwyczaje, i, jak Heike ośmielił się zgadywać, także o alfabet cyrylicki, który widział na
nagrobkach w Targul Stregesti. Pierwsza Feodora pochodziła przecież z Rusi.

Heike  jednakże  nie  umiał  czytać  nawet  łacińskich  liter,  właściwie  więc  było  mu  obojętne,  jakim
alfabetem posługiwano się tutaj.

Dłoń Nicoli delikatnie dotknęła jego ramienia.

104

- Bardzo proszę, uważajcie na siebie, nie chodźcie tam! Jeśli okaże się, że nie wrócicie wieczorem,
nie będę miała po co żyć!

Heike  lękliwie  obejrzał  się  na  księżniczkę,  ale  ona,  pogrążona  w  wyraźnie  chłodnej  rozmowie  z
Peterem, niczego nie słyszała.

Heike, któremu obcy był egoizm, z rozkoszą wsłuchiwał się w łagodny, ciepły głos Nicoli i cieszył
się,  że  Peter,  jego  przyjaciel,  znalazł  tak  cudowną  dziewczynę.  Wpatrywała  się  teraz  w  Heikego
oczami, w których malowała się ufność, ba, nawet podziw. Ta delikatna istota tak bardzo niepokoiła
się  o  los  Petera  i  prosiła  Heikego,  by  go  chronił!  Błagała  także  o  pomoc  dla  siebie,  o  pomoc  w
wyrwaniu się spod uroku rzuconego na nią w twierdzy. Ale lękała się także o Heikego! Miał uważać
na siebie!

W uniesieniu odetchnął głęboko, pragnąc stłumić wzruszenie, ściskające go w piersi.

Ta cudowna dziewczyna bała się o niego! To było o wiele więcej, niż mógł się spodziewać.

Wkrótce schodzili aleją w dół ku łąkom. Słońce dawno już minęło zenit i pochylało się coraz niżej
nad horyzontem. Nadal jednak było duszno i upalnie.

Peter był zawiedziony i rozgniewany.

-  Po  co  przyszedłeś  i  zabrałeś  mnie  z  zamku?  Nie  mogłeś  darować  mi  jednego  dnia  spędzonego
razem z Nicolą?

- Peterze, musisz mnie zrozumieć! Znalazłeś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie!

Przyjaciel w odpowiedzi tylko parsknął. Nie przestawał słać tęsknych spojrzeń za siebie, w kierunku

background image

twierdzy.

- Śmiertelne niebezpieczeństwo?! Jakie masz na to dowody?

Heike  już  otworzył  usta,  ale  zaraz  zamknął  je  znowu.  Peter,  żądając  dowodów,  zasiał  w  nim
niepewność.  Cóż  miał  powiedzieć?  W  zamczysku  wszystko  przebiegało  normalnie,  zupełnie
naturalnie. Życzliwa gospodyni z dumą oprowadzała ich po twierdzy.

Przecudna  młoda  dziewczyna,  która  usiłowała  sprzeciwić  się  swej  opiekunce  i  nazywała  ją
czarownicą... Cóż w tym wyjątkowego? Ile takich historii miało już miejsce?

W  ostrych,  gorących  promieniach  popołudniowego  słońca  Heike  zaczął  zastanawiać  się,  czy  nie
maluje diabła czarniejszym, niż jest w rzeczywistości.

Podczas gdy Peter, idąc, złorzeczył mu w coraz bardziej gorzkich słowach, Heike stopniowo nabierał
przekonania,  że  się  omylił.  Księżniczka  Feodora,  która  tak  poufale  trzymała  go  pod  ramię,  miałaby
być zjawą? Niewiarygodne! Przecież cały czas czuł jej rękę!

105

Całą  swą  wiedzę  o  siłach  ciemności,  z  jakimi  może  zetknąć  się  człowiek,  Heike  wyniósł  ze
Słowenii. W tej dziedzinie otrzymał niezwykle staranną edukację.

Wiedział,  że  należy  odróżnić  zjawę  od  upiora.  Zjawa  to  dusza  człowieka,  twór  bezcielesny,  ciało
astralne.  Upiór  natomiast  jest  jakby  żywą  istotą,  która  nigdy  tak  naprawdę  nie  umarła,  nie  obróciła
się w proch. Do upiorów zalicza się wampiry, a także niektóre czarownice.

Istnieje jeszcze wiele, wiele innych istot ze świata cieni, które także należą do tej grupy.

Wszystkie one, by przetrwać, muszą się posilać, na przykład krwią żywych ludzi lub w inny równie
osobliwy sposób.

Heike dotychczas sądził, że taką właśnie istotą jest księżniczka Feodora, ale nie mógł pojąć, w jaki
sposób - jeśli można to tak określić - utrzymuje się ona przy życiu. Teraz czuł się zdezorientowany,
być  może  omylił  się  w  ocenie  jej  osoby,  być  może  jest  ona  zwykłym,  niewinnym  człowiekiem,  a
twierdza tym, na co wygląda: piękną, dobrze utrzymaną budowlą.

W takim razie bez powodu wdarł się brutalnie w miłosną przygodę Petera. Było to ostatnie, co chciał
zrobić, i myśl o tym sprawiła mu ogromną przykrość.

Co właściwie miał na poparcie swej chorej idei?

Prymitywne  przesądy  mieszkańców  Stregesti?  Słowa  Nicoli  o  tym,  że  ciotka  jest  czarownicą?
Poranne przywidzenie? Boże, jakże to było dawno!

Co  jeszcze?  Mira,  która  twierdziła,  że  ktoś  usiłował  wedrzeć  się  do  jej  izby  w  gospodzie?  Ale
przecież to był sen!

background image

Droga, której najpierw nie było, a potem się pojawiła. Nie, to znów sprawka mandragory, tego nie
można brać pod uwagę.

Las?

Las, tak, to prawda, ale czy wydarzyło się w nim coś poza tym, że zdjął ich niewytłumaczalny strach?

Opowiadanie Zeno o człowieku, którego znaleźli. Wyszeptał dwa słowa: „skrzydła kruka”...

Wszyscy mężczyźni, którzy zniknęli. Bezpańskie konie...

Ptaki w ciemnościach...

Było coś jeszcze, czego nie mógł sobie przypomnieć, wydarzyło się już tak dawno...

I  najważniejsze  ze  wszystkiego:  troje  z  Ludzi  Lodu  twierdziło,  że  grozi  mu  tak  wielkie
niebezpieczeństwo, iż będą musieli mu pomagać.

106

Ich Heike nie mógł zlekceważyć, choćby wszystko pozostałe wydawało się niejasne.

W jego głosie znów zabrzmiała stanowczość:

- Peterze, posłuchaj mnie! Spotkasz się jeszcze z Nicolą i wyprowadzimy ją z twierdzy. Ale później,
wieczorem, jak proponowałeś. Najpierw musimy unieszkodliwić straszną Feodorę.

Dlatego chciałbym, byś poszedł ze mną na cmentarz i odnalazł jej grób...

- Chyba oszalałeś!

- Nie, mówię poważnie. Nie wydostaniemy Nicoli z twierdzy, dopóki czarownica nie zginie.

Dziewczynę przytrzymują zaklęte więzy, których nie będziemy w stanie rozerwać.

- Wydaje mi się, że przed chwilą powiedziałeś, że czarownica nie żyje.

- Proszę, nie drwij ze mnie! To nie pora na żarty. Nie będę już więcej nudził na ten temat, rozumiem
tak samo niewiele jak ty. Ale czy widzisz te konie? Są teraz nasze, ich właściciele zniknęli już dawno
temu, prawdopodobnie w lesie. Tak więc Mira i ty będziecie mieć każde swojego wierzchowca, a
Nicolę możesz posadzić na siodle przed sobą, kiedy będziemy stąd odjeżdżać.

Heike bardzo się cieszył, że może przekazać przyjacielowi tak radosną nowinę.

- Co ty mówisz? Konie są nasze? Kto...

Heike jeszcze raz opowiedział o zaginionych Francuzach i mieszkańcach miasteczka, którzy nie mieli
dla koni miejsca w stajni ani też paszy na długą, mroźną zimę.

background image

- To naprawdę fantastyczne! Muszę opowiedzieć o tym Nicoli.

- Przyjdzie na to czas. Kłopot w tym, że zwierzęta zdziczały, nie dają się złapać.

- Ja się tym zajmę. Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec miał zawsze wiele koni.

Peter włożył dwa palce do ust i gwizdnął. Konie natychmiast zastrzygły uszami.

- Och, naprawdę... - Heike wyraził szczere zdumienie.

Piękne zwierzęta były lekko spłoszone, ale Peter najwyraźniej umiał odpowiednio je podejść, kusił i
wabił, aż w końcu znalazły się tak blisko, że czuł na dłoniach ich oddech.

Delikatnie, ostrożnie pogłaskał jednego, przemawiając pieszczotliwie jak do dziecka.

-  Nigdy  czegoś  podobnego  nie  widziałem  -  zachwycił  się  Heike.  -  Mnie  by  się  to  z  pewnością  nie
udało.

107

- Jeśli nie wiem czegoś o koniu, to znaczy, że nie warto tego wiedzieć. - Peter uśmiechnął

się z zadowoleniem.

- Ponieważ i tak nie mamy uprzęży, niech sobie tutaj chodzą. Sprowadzę je później. Dokąd idziemy
teraz?

- Najpierw do karczmy. Później musimy iść na cmentarz, czy tego nie pojmujesz? Jeśli nie, to dziś w
nocy ja wyprowadzę stamtąd Nicolę, nie ty.

-  Dlaczego?  -  oburzył  się  Peter,  nadzwyczaj  czujny,  gdy  padło  imię  Nicoli.  -  Czego  ty  chcesz  od
mojej dziewczyny?

-  Uspokój  się!  Jeśli  nie  zdołamy  unieszkodliwić  księżniczki  Feodory,  nocą  w  twierdzy  będzie  dla
ciebie zbyt niebezpiecznie.

- I znów zaczynasz - westchnął Peter. - Powtarzasz to już chyba po raz setny. Dobrze, pójdę z tobą na
cmentarz, żebyś mógł się przekonać, jak bardzo się mylisz.

- Nic by mnie bardziej nie uradowało, niż gdybym się mylił.

Peter potrząsnął głową.

- Dziwny jesteś, Heike. Czy naprawdę nic nie zdoła wprawić cię w gniew?

-  O,  tak  -  dobrodusznie  odparł  Heike.  -  Z  pewnością.  W  tej  dolinie  jest  coś,  co  porusza  we  mnie
struny gniewu. Dlatego właśnie postanowiłem to zwalczyć.

background image

- Bóg z tobą - rzekł Peter cierpko.

Ludzie  z  miasteczka  nie  wierzyli  własnym  oczom,  gdy  ujrzeli  dwóch  młodzieńców  idących  ulicą  i
wchodzących na rynek. Szeptem coraz dalej przekazywano sobie niecodzienną nowinę.

Zeno i jego żona dosłownie otworzyli usta ze zdumienia, gdy chłopcy stanęli w drzwiach karczmy, a
Mira przypadła do nich uszczęśliwiona.

- Odnalazłeś Petera, Heike! Dziękuję ci, dziękuję!

- Odnalazł - mruknął Peter z kwaśną miną. - Czyżby ta miała być aż tak wielka sztuka?

- Naprawdę, wróciliście? - Zeno i cała obsługa kuchenna nie posiadali się ze zdumienia. - A może
wcale tam nie byliście?

Heike uśmiechnął się.

108

-  Jeśli  chodzi  o  Cetatea  de  Strega,  to  owszem,  byliśmy  w  niej.  Mówiłem  przecież,  że  sprowadzę
Petera do domu.

W izbie szynkowej zapadła cisza, w której wyczuć się dało zaskoczenie i zdumienie.

- Ale... ale... nikt dotąd...

Heike przerwał karczmarzowi:

- Czy możemy dostać teraz solidny posiłek? Później pójdziemy na cmentarz.

Zeno odetchnął głęboko.

-  Kim  ty  właściwie  jesteś?  Bo  rozumiem,  że  to  twoja  zasługa,  a  nie  twego  sympatycznego,  ale
całkiem zwyczajnego kompana?

- Tego nie wiem - roześmiał się Heike, potrząsając głową.

W karczmarza nagle jakby wstąpił nowy duch.

- Dziewczęta, dalej! - wołał. - Na co czekacie? Ruszajcie! Podajcie to, co mamy najlepszego!

Kiedy zasiedli do wystawnego posiłku, Heike wypytywał Zeno.

- Muszę znaleźć kogoś, kto dobrze zna stary cmentarz. Ksiądz? A może kościelny? Albo ktoś inny?

- Zajmę się tym - zapewnił go karczmarz. - Zaufaj mi.

Mira, siedząca między chłopcami, użaliła się:

background image

- Peter jest taki odmieniony! Gdzie się podział miły, rozgadany chłopak, którego poznałam?

- Wcale się nie zmieniłem - parsknął Peter.

Heike uniósł głowę.

- Owszem, właśnie, że tak - odparł spokojnie. - Teraz nie jesteś sobą.

- Ach, tak? A jaki niby jestem?

Odpowiedziała mu Mira:

- Masz kwaśną minę. Jesteś zły i rozgniewany, niedobry i niemiły. Wczoraj taki nie byłeś.

-  On  jest  po  prostu  niespokojny,  Miro  -  usprawiedliwił  przyjaciela  Heike.  -  Wówczas  tak  właśnie
człowiek się zachowuje.

109

Sam martwił się nagłą zmianą, jaka zaszła w przyjacielu. To nie był ten Peter, którego znał i lubił.

Skończyli posiłek najszybciej jak mogli, nie mieli czasu do stracenia. Słońce stało niepokojąco nisko
nad górami, a żadne z nich nie miało ochoty na spędzenie kolejnej doby w Targul Stregesti.

Zanim opuścili gospodę, Heike ujął Mirę za ręce i zapytał cicho:

- Jak się miewasz?

Dziewczyna przymknęła oczy.

-  Czuję  się  tak  cudownie  bezpieczna,  Heike.  Ten  amulet...  Powiedz  mi,  czy  on  żyje?  Wiem,  że  to
brzmi niemądrze, ale mam wrażenie, że chce mi powiedzieć: „Nie bój się!”

- To wcale nie jest niemądre. Jak sądzisz, dlaczego ci go pożyczyłem?

-  Dziękuję,  Heike!  Wiesz,  w  innej  sytuacji  odrzuciłabym  go  daleko  od  siebie,  bo  jestem  bardzo
wierząca. Ale wydaje mi się, że jesteś szlachetnym człowiekiem, który niesie ze sobą samo dobro.

Heike poczuł ogarniające go wzruszenie.

- Twoje słowa cieszą mnie bardziej, niż przypuszczasz, bo właściwie zrodzony zostałem, by służyć
ciemności.  Ale  moje  przeżycia  w  dzieciństwie  sprawiły,  że  z  całych  sił  staram  się  zwalczyć  zło
istniejące na świecie, a przede wszystkim to, które tkwi we mnie.

Mira nie bardzo pojmowała, co mówił Heike, nie znała bowiem historii jego życia.

Powiedziała tylko ciepło:

background image

- W takim razie udało ci się, Heike!

To się jeszcze okaże, pomyślał. Czeka mnie długie życie, przynajmniej taką mam nadzieję.

- Uważajcie teraz na siebie - szepnęła. - Pilnuj Petera, zrób to dla mnie! A może chcesz, bym poszła z
wami?

-  Nie,  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  ci  wyjść  za  te  drzwi!  Pamiętaj  o  tym!  A  nocą  dobrze  się
zamknij, tak jak wczoraj wieczorem, to ogromnie ważne!

Przeraziła się.

- Czy nie wrócicie przed zapadnięciem ciemności?

110

- Nie, kiedy uporamy się ze wszystkim na cmentarzu, pójdziemy do twierdzy, by wydostać Nicolę.

Na szczerej buzi Miry odmalował się żal.

- Ach, tak, Nicola! Oczywiście, musimy jej pomóc. Ale czy nie chcesz z powrotem swego amuletu...
Jak go nazwałeś?

- Alrauny? Wiele bym dał, by móc mieć ją przy sobie, ale tym razem ona mi przeszkadza.

Nie  pozwala  mi  widzieć  tego  samego  co  Peter,  a  w  dodatku  księżniczka  nie  znosi  jej  obecności,
jakże więc mógłbym coś zdziałać?

Tobie  przyda  się  bardziej,  jesteś  tu  całkiem  bezbronna,  a  księżniczka  traktuje  cię  jak  rywalkę.
Pragnie mieć wszystkich mężczyzn tylko dla siebie, dlatego tak straszliwie dręczy Nicolę.

- Rozumiem. Zaczyna się starzeć i boi się, że nie będzie już mogła uwodzić.

- Tak, tak właśnie jest.

Nie  chciał  wyjaśniać,  że  Feodora  to  Anciol,  zdradzona  narzeczona,  która  pragnie  zemścić  się  na
wszystkich  przedstawicielach  męskiego  rodu  i  na  wszystkich  młodych  kobietach,  ponieważ  jedna  z
nich odebrała jej przyszłego męża. To przecież była tylko jego teoria.

Uścisnął ręce Miry.

- Bądź przy nas myślami, Miro!

- Obiecuję. Pomodlę się do Boga za was obu.

Heike  odchodząc  uśmiechał  się  ze  smutkiem.  Bardzo  pragnął  należeć  do  świata  Boga,  ale  był  on
przed nim zamknięty. Złe dziedzictwo nie pozwalało mu przestąpić jego progu. Musiał

background image

więc żyć najlepiej jak potrafił i mieć nadzieję, że litościwy Stwórca w swym miłosierdziu dostrzeże
jego dobre uczynki i nie osądzi go zbyt surowo.

Heike nie należał do świata zwykłych ludzi. Akurat w tej chwili był przez to bardzo samotny.

Dotknięci z Ludzi Lodu zwykle odczuwali dumę ze swego szczególnego pochodzenia, z możliwości
służenia złu, ale nie Heike. On, tak jak kiedyś dawno temu Tengel Dobry, musiał

zupełnie sam toczyć walkę o swoje człowieczeństwo.

Tengelowi powiodło się, zwłaszcza po tym, jak spotkał Silje. Ale Heike?

Któż mógł być bardziej samotny niż on owego sądnego dnia w nawiedzonym miasteczku Stregesti, w
Siedmiogrodzie, w roku 1793?

111

Przez moment zbierał siły, po czym skinął na Petera i opuścili względnie bezpieczną przystań, jaką
była gospoda.

112

ROZDZIAŁ X

Kiedy  wyszli  z  karczmy,  ujrzeli  wszystkich  mieszkańców  miasteczka  stojących  wokół  rynku:  wiele
kobiet we wdowich welonach i garstkę mężczyzn o mniej lub bardziej odpychającym wyglądzie.

Wpatrzeni  w  Heikego  i  Petera  skrywali  nieśmiało  rodzącą  się  nadzieję.  Potomek  Ludzi  Lodu
dostrzegł  jednak  w  ich  oczach  rozpaczliwe  błaganie,  niemą  prośbę,  by  przerwał  niekończące  się
pasmo udręki i cierpienia, trwające od tak wielu lat, że trudno wyobrazić sobie jego rozmiary.

Po  plecach  przebiegły  mu  ciarki.  A  jeśli  mu  się  nie  powiedzie?  Jeśli  nie  spełni  ich  oczekiwań?
Przecież niczego tak naprawdę nie wiedział.

Ku  zaskoczeniu  chłopców  od  zachodu  nadciągnęły  lekkie  chmury.  Niedobrze,  pomyśleli  obaj.
Przydałby się blask księżyca w pełni, choć po prawdzie bardzo jeszcze bladego, gdyż słońce dopiero
znikało za górskim grzbietem.

- Powinniśmy byli zabrać pochodnię - mruknął Peter.

- Przy cmentarzu jest latarnia - odparł Heike. - Zeno mi o tym powiedział.

- Wspaniale! Ale mam nadzieję, że sporo zdążymy zdziałać jeszcze przy dziennym świetle.

- Oczywiście. Ciemności nie zapanują tak od razu.

Gdy  wyszli  zza  węgła  domu,  przed  oczami  mieli  już  kościół.  W  wejściu  oczekiwał  ich  jakiś

background image

człowiek, prawdopodobnie przewodnik, którego ugodził Zeno.

W tej samej chwili zaszło słońce i na dolinę padły długie cienie. Nagle jakby śmierć wzięła ich w
swoje chłodne objęcia... Peter gwałtownie zawrócił.

-  Chyba  jednak  nie  pójdę.  Nie  chcę  błąkać  się  wieczorem  między  grobami,  zwłaszcza  że  wiem,  o
czym myślisz.

- I o czym to ja myślę?

- Sądzisz, że nie słyszałem, jak postępuje się z upiorami? W jaki sposób się je unicestwia?

- A więc dobrze, odjedziemy stąd. Bez Nicoli.

-  Nie!  -  gwałtownie  sprzeciwił  się  Peter.  -  Chodźmy,  niech  to  się  już  wreszcie  raz  na  zawsze
skończy!

Przywitali się ze starym, zgiętym wpół mężczyzną.

113

- Jesteś księdzem? - zapytał Heike.

- Nie, nie mamy już księdza, księżniczka się na to nie godziła. Opiekuję się cmentarzem.

Właściwie  to  już  prawie  nie  wstaję  z  łóżka  -  drżącym  głosem  wyjaśniał  starzec.  -  Ale  kiedy
dowiedziałem się, o co chodzi, to... Ale nie chcę iść z wami!

- Nie musisz. Jeśli tylko wskażesz nam groby, sami poradzimy sobie z resztą.

Kiedy obchodzili kościół, kierując się do ogrodzonego cmentarza, Peter wyraźnie czuł się nieswojo.
Bezustannie  rozglądał  się  dokoła  i  Heike  z  niepokojem  zauważył,  że  spojrzenia  przyjaciela  kierują
się ku twierdzy.

- Późno przyszliście - rzekł staruszek ze strachem. - Słońce już zaszło, tak być nie powinno.

Heike rozumiał jego obawy. Za dnia upiory są bezbronne, można je pojmać w grobach.

Nocą budzą się do życia, a wówczas nie ma na nie siły.

Na razie jednak było jeszcze widno. Za górami słońce nadal świeciło mocnym blaskiem, tylko tutaj,
w wąskiej dolinie Stregesti, królowały cienie.

Kiedy  jednak  ciemności  ostatecznie  zwyciężą,  z  twierdzy  może  nadjechać  powóz. A  wówczas  nikt
już nie oprze się damie z wysokiego rodu i jej dziwacznemu woźnicy.

- Musimy się spieszyć - Heike wpadł w popłoch.

background image

Starzec pokiwał głową. Wykrzywione palce mocowały się z zamkiem przy bramie.

Nareszcie stanęła otworem, zaskrzypiała, jakby lata całe jej nie otwierano. Weszli na cmentarz.

- Nie potrafię odczytać napisów - oznajmił Heike, przemilczając fakt, że nie zna żadnych liter.

- Ja sobie z tym poradzę - odrzekł Peter. - Dobrze, że mogę się na coś przydać!

Powiedział to z nieskrywanym gniewem. Przez cały czas w Stregesti tak się zachowywał.

Heike  miał  wyrzuty  sumienia,  że  zmusza  Petera  do  udziału  w  makabrycznym  przedsięwzięciu,  ale
sam nie dałby sobie rady z ogromnymi ciężarami, jakie prawdopodobnie trzeba będzie dźwigać.

Cmentarz  był  straszliwie  zaniedbany,  Feodora  miała  rację.  Korzenie,  grube  jak  ramię  dorosłego
mężczyzny, wiły się wszędzie. Przerażony Heike nagle zrozumiał, że to był las.

Wdarł się aż na tyły murów cmentarza i stał tak, ociekając wilgocią, oślizły, z gałęziami zwisającymi
nad  grobami,  z  korzeniami  zaciskającymi  pętle  na  nagrobkach.  Las  chciał  i  tutaj  wedrzeć  się
podstępnie, tak by nikt tego nie zauważył.

114

Napisy  na  stojących  pionowo  kamieniach  nagrobnych  nietrudno  było  odczytać,  ale  nie  te  mogiły  są
teraz najważniejsze, wyjaśnił staruszek. Bardziej czcigodni członkowie rodu pogrzebani zostali pod
płytami leżącymi na ziemi.

- Czy ten cmentarz jest bardzo stary? - zapytał Heike.

- O, tak! Wiekowy, tak stary, że nawet nie warto o tym myśleć.

Heike  pod  kubrakiem  miał  ukryty  kołek,  a  także  niewielki  młotek.  Nie  chciał  nikomu  pokazywać
narzędzi, znalazł je na podwórzu gospody i przez nikogo nie zauważony, pożyczył bez pytania. Nawet
Peter o tym nie wiedział.

Peter rozgarnął nogą przegniłe liście na najbliższej płycie nagrobnej i odczytał napis:

- ”Sabin de Muntele”. Czy ci wojewodowie nazywali się Muntele?

Heike musiał przetłumaczyć pytanie przyjaciela.

-  Tak  -  kiwnął  głową  starzec.  -  Wzięli  nazwisko  od  szczytu  tam  dalej  na  południu.  To  także  był
wojewoda, niech jego dusza spoczywa w pokoju.

Słowom towarzyszył szybki znak krzyża.

Heike znów musiał przetłumaczyć te słowa Peterowi.

background image

Ich  przewodnik  wyraźnie  był  zdenerwowany,  dreptał  w  kółko  niepewnym  krokiem  starego
człowieka, rozglądał się na wszystkie strony, bez przerwy oblizywał wargi.

Peter szedł dalej.

- ”Wojewoda Mihail de Muntele”... Uff, zawsze miałem kłopoty z odczytywaniem dat! „Zmarł

MDLXXIV”. Który to rok? Tysiąc pięćset siedemdziesiąty czwarty?

-  To  by  się  zgadzało  -  drżącym  głosem  odparł  staruszek,  gdy  Heike  mu  przetłumaczył.  - Ale  jeśli
pójdziecie teraz ze mną, to znajdziemy właściwe groby...

Szli za nim aż do chwili, gdy przystanął tak gwałtownie, że wpadli na niego.

-  Nie  mogę  zostać  tu  dłużej  -  szepnął,  rozglądając  się  dookoła  z  przerażeniem.  -  To  zbyt
niebezpieczne  dla  mnie  i  dla  mojej  rodziny.  Groby  znajdziecie  tam,  najbliżej  muru,  sami  się
zorientujecie, o które chodzi - poinformował tak ściszonym szeptem, iż ledwie go dosłyszeli, gestem
wskazując przy tym najbardziej zniszczoną część cmentarza. Tutaj las jakby wspiął

się po murze i skrył groby w plątaninie gałęzi i korzeni.

Sędziwy przewodnik umknął tak szybko, jak tylko pozwalały na to jego stare nogi.

115

Heike z lękiem spojrzał na niebo, na którym widniała teraz cała paleta barw - od bladoszarej przez
pomarańczową  aż  do  ognistej  czerwieni.  Ku  tej  feerii  kolorów  nadciągały  z  północy  czarne  ptaki.
Wrony i kruki płynęły w powietrzu, kierując się na urwisko dzielące dolinę na dwie części, na żywe i
wymarłe miasteczko. Między nimi, z lasu wysoko po drugiej stronie urwiska, wznosiła się Cetatea de
Strega. Stąd oczywiście nie było jej widać.

Części miasteczka, usytuowanej bezpośrednio pod twierdzą, nie dane było przeżyć...

- Musimy się spieszyć - rzekł Heike przytłumionym głosem. - Na razie jest jeszcze jasno.

Później być może zjawi się...

- Powóz? - równie cicho dopowiedział Peter. - Cały czas nasłuchuję jego turkotu.

Ale z zupełnie innego powodu niż ja, przyszło do głowy Heikemu. Masz nadzieję raz jeszcze ujrzeć
swą Nicolę.

Heike  był  w  stanie  zrozumieć  Petera,  ale  przyjaciel  powinien  okazać  cierpliwość.  Wszystko  w
swoim czasie!

Peter, wyraźnie podenerwowany, poganiany niepokojem, już doszedł do splątanych korzeni.

background image

W ręku trzymał siekierkę, którą dostał od staruszka.

- Tutaj! - zawołał cicho. - Chodź tutaj!

Heike wdrapał się na potężny korzeń, przypominający żywego węża, i pochylił nad ledwie widoczną
marmurową płytą.

Peter odsunął warstwę przegniłych liści I usiłował podnieść kilka mniejszych korzeni, ale te trzymały
się mocno.

- Spójrz, co tu jest napisane! „[Fiodoro]”.

- Och - szepnął Heike.

Peter powiedział cierpko:

- To wcale nie takie dziwne: Popatrz na tamten nagrobek, ten skrzywiony. Na nim wyryto takie samo
imię.

Nadzieje Heikego prysnęły jak bańka mydlana.

-  Nic  dziwnego,  sama  przecież  powiedziała,  że  to  imię  popularne  w  rodzie. Ale  nie  tego  imienia
szukamy, Peterze.

- Wiem o tym. Patrzmy dalej!

116

Petera ogarnęła gorączka poszukiwania. Rzucił się na kolana, odgarniając liście i gałęzie.

Heike pomagał mu jak umiał.

Odnaleźli olbrzymi grobowiec, niemal całkowicie ukryty wśród roślinności.

- ”Bogdan” - odczytał Peter. - Bez wątpienia Bogdan Dziki.

- A tu musi spoczywać Borys i jego cztery żony - zawyrokował Heike. - Jest jedna wielka płyta, a
wokół niej cztery mniejsze. Ale gdzie...

Najwyraźniej znaleźli się w samym sercu cmentarzyska. Kolejne nagrobki, coraz większe i bardziej
zdobione, znakomicie odzwierciedlały czasy świetności rodu.

- Heike, podejdź tutaj! - ochrypłym głosem nakazał Peter. - Spójrz tu, przy samym murze!

Z trudem dokopał się do ogromnej płyty nagrobnej, będącej, jak przypuszczał, jedną z najnowszych
na cmentarzu, choć i ona wydawała się prastara.

-  Znaleźliśmy  -  szeptem  oznajmił  Heikemu,  jak  gdyby  obawiał  się,  że  ktoś  może  ich  usłyszeć.  -

background image

Zobacz! To podwójny grób! Imię na górze rozpoznajesz, prawda?

- Tak. Kolejna Feodora.

- A drugie... - Peter przeliterował: -A-n-c-i-o-l!

- A  więc  jest!  Jest!  -  zawołał  podniecony  Heike.  -  Teraz  szybko!  Siekiera,  zanim  zniknie  światło
dzienne. Zobacz, niebo szarzeje coraz bardziej!

Las,  który  zdołał  przedrzeć  się  przez  mury,  niewiele  grobów  opanował  tak  zachłannie  jak  ten.
Niesamowita  plątanina  korzeni  skrywała  mogiłę,  a  czego  nie  zdołała  przykryć,  przysłoniły
wieloletnie  pokłady  butwiejących  liści.  Peter  naprawdę  dzielnie  się  spisał,  odnajdując  prawie
niewidoczną płytę.

- Siekierą nie dam rady - poskarżył się. - Odbija się jak od grubej skóry.

- Powinna być dostatecznie ostra. Poczekaj, pozwól mnie spróbować!

Heike,  rozgorączkowany  pośpiechem,  chwycił  siekierę  i  zamachnął  się  na  pierwszy  torujący  drogę
korzeń. Na powierzchni nie pojawił się nawet ślad zadrapania.

Spróbował jeszcze raz.

- To bez sensu - mruknął Peter. Pochylony badał ziemię wokół nagrobka.

- Co robisz? - zapytał Heike.

117

- Szukam dziury.

Heike popatrzył na niego ze zrozumieniem. Doskonale wiedział, do czego pije jego towarzysz. Gdy
chodziło  o  wampiry,  wokół  ich  grobów  szukano  zwykle  małych  otworów  pozostawionych  jakby
przez  węże  lub  dżdżownice,  by  sprawdzić,  którędy  przedostają  się  nocą.  Wampiry  mogły  przybrać
niemal każdą postać.

Ale Anciol-Feodora nie była wampirem, wszyscy w miasteczku gotowi byli to przysiąc.

- Znalazłeś coś?

- Nie, zresztą specjalnie na to nie liczyłem.

Heike tylko kiwnął głową. Znów wycelował w korzeń siekierą, ale równie dobrze mógł walić głową
m mur.

- Chyba będziemy musieli się poddać - Peter nie ukrywał, że pragnie opuścić cmentarz i pobiec do
Nicoli.

background image

Ale  w  tej  chwili  Heikego  naszło  wspomnienie,  wspomnienie  długich  godzin,  kiedy  pozostawiony
samemu  sobie  siedział  zamknięty  w  klatce.  Wspomnienie  pieśni,  napływających  mu  do  ust,  słów,
których sensu nie rozumiał.

- Poczekaj - rzekł do Petera.

Towarzysz usłuchał niechętnie.

Nieznane  słowa  powróciły  do  Heikego,  układały  się  w  sekwencje.  Same  cisnęły  się  na  usta,  zrazu
ciche nieporadne...

Peter wpatrywał się w Heikego jak urzeczony.

- Boże - wyszeptał w końcu. - To są przecież zaklęcia! Zauberlieder! Du bist doch ein Mahner!

Heike jednym tylko uchem słuchał, jak Peter nazywa go zaklinaczem duchów, a jego śpiew -

czarami,  zaklęciami.  Heike  nie  był  teraz  całkiem  sobą,  porwała  go  pieśń,  tak  jak  kiedyś  porwała
Ulvhedina i jak umiała zatracić się w niej Hanna.

Peter  ciągle  w  osłupieniu  patrzył  na  przyjaciela,  nie  będąc  w  stanie  podjąć  żadnych  rozsądnych
działań, na przykład sięgnąć po siekierę. Dopiero Heike ją uniósł i nie przerywając zaklęć, uderzył.

Korzeń  pękł  z  trzaskiem,  zwinął  się  jak  w  przedśmiertnym  skurczu.  Peter  na  ten  widok  tylko  z
niedowierzaniem potrząsnął głową. Nadal nie mógł zrobić choćby kroku. Heike ciął korzeń 118

za korzeniem. Wokół grobu powstał stos na kształt wijącego się kłębowiska splątanych ze sobą węży.

Korzenie w konwulsyjnych drgawkach skręcały się wśród szelestu opadłych liści.

W końcu kamienna płyta była wolna. Peter nareszcie ocknął się i pospiesznie zaczął

odgarniać liście. Były tak przegniłe, oślizłe, że z obrzydzeniem ocierał ręce.

Popatrzyli po sobie, obaj równie przerażeni. Zaklęcia Heikego ucichły.

Mocno chwycili płytę.

Okazała się niezwykle ciężka, stanęli więc obok siebie i unosili ją w stronę muru, tak jak podnosi się
klapę od piwnicy.

Szare światło zmierzchu pozwoliło im zajrzeć do grobu.

Wewnątrz ujrzeli wielką, ciemną trumnę, niezwyczajnie szeroką.

- Pochowano je w tej samej trumnie - z niedowierzaniem jęknął Peter. - Nigdy nie słyszałem o czymś
podobnym!

background image

- Ja także nie. Ale to musi być nasza Anciol.

- Na pewno.

Znów  popatrzyli  po  sobie  pytająco,  a  potem  zeskoczyli  w  dół  do  niezbyt  głębokiego  grobu,  by
dokładniej  przyjrzeć  się  trumnie.  Nie  potrafili  rozpoznać  naruszonego  zębem  czasu  materiału,  z
którego została wykonana.

-  Nie  z  drewna  -  szepnął  Peter  i  Heike  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi.  Najwidoczniej  chciano  mieć
gwarancję, że zmarły nie powstanie z grobu.

Trumna była tak stara, że liczne zabezpieczenia z upływem czasu przegniły, nie było więc większych
kłopotów z jej otwarciem. Ostrożnie unieśli wieko, przestraszeni tym, co mogą pod nim ujrzeć. Jeśli
w środku był wampir, zwłoki wyglądałyby jak ciało żywego człowieka, być może ze śladami świeżej
krwi. Wszelkie inne upiory także byłyby pozbawione piętna śmierci.

Pokrywa została zdjęta.

Nic takiego nie zobaczyli, ale mimo wszystko widok wprawił ich w zdumienie.

W środku znajdowały się dwa szkielety. Jeden z nich był szkieletem dorosłej kobiety, która ciągle,
nawet po śmierci, obejmowała ramieniem mały szkielet dziecka.

119

Zrazu niczego nie mogli zrozumieć.

- Czy Anciol miała dziecko? - szeptem zapytał Peter. - Zanim wyszła za mąż?

- Najwyraźniej. Nikt nic nam o tym nie powiedział.

Heike, wpatrując się we wzruszający obraz, rzekł przygnębiony:

- Nic nam to nie dało, tutaj nie ma upiora. Zbezcześciliśmy tylko grób!

- I nasza teoria okazała się błędna.

- Tak. A może niezupełnie, sam nie wiem. Bo jeśli mamy do czynienia ze zjawą, to pamiętaj, że ich
doczesne szczątki gniją.

- Może powinniśmy położyć tu żelazo?

- Mam ze sobą kołek - przyznał Heike. - Wziąłem go, by wbić go prosto w serce upiora. Ale w tym
wypadku  nic  to  nie  pomoże.  Nie,  gdybym  był  chrześcijaninem,  położyłbym  tu  krzyż  jako
zadośćuczynienie za naruszenie pokoju grobowca.

Peter już przekładał przez głowę łańcuszek; wisiał na nim mały krzyżyk.

background image

- Ja także mam wyrzuty sumienia - wyznał. - Położę go między zmarłe. Czy mam się pomodlić?

- A potrafisz?

- Oczywiście!

Położył  krzyżyk  w  trumnie,  a  kiedy  ją  na  powrót  zamknęli  i  wyszli  z  grobu,  złożył  ręce  i  odmówił
krótką  modlitwę  za  dusze  zmarłych,  prosząc  jednocześnie,  by  grzech  popełniony  przez  naruszenie
grobu  został  im  wybaczony.  Później  znów  nakryli  grób  ciężką  płytą.  Na  Heikego  spłynęło  uczucie
niezwykłego spokoju.

- Nie rozumiem tego - powiedział Peter, ponownie przyglądając się napisom na płycie. - O, ale co
to?

- Co się stało?

- Teraz już niczego nie pojmuję! Popatrz! „Feodora - urodzona 1580, zmarła 1618, Anciol -

urodzona i zmarła w roku 1618”.

- Ty i te twoje cyfry, z którymi sobie nie radzisz! To znaczy, że tym małym dzieckiem była Anciol!

120

- Ale to z niczym się nie zgadza!

-  To  prawda  -  Heike  zatroskany  rozglądał  się  dokoła.  -  Musimy  szukać  dalej  właściwej  Anciol,
zdradzonej narzeczonej.

- Dziś wieczorem nic już nie zdziałamy, chyba sam rozumiesz - z irytacją zaprotestował

Peter. - Dzień się skończył. Niebo poszarzało, niedługo całkiem się ściemni.

- Ależ my musimy ją odnaleźć, Peterze! Jak inaczej masz zamiar uwolnić Nicolę?

- Z pewnością jakoś sobie poradzę. To, co mówisz, że księżniczka Feodora jest zdradzoną Anciol,
jest tylko bzdurną teorią.

- To więcej niż teoria, nie widziałeś, jak Feodora pieściła suknię ślubną!

- Ale ja nie mogę już dłużej czekać! Muszę iść do Nicoli, czy tego nie rozumiesz? Tak jak musiałem
iść rano. Przecież ja ją kocham!

Heike zbliżył się do niego o krok.

- Nie wolno ci tam iść dziś wieczorem. Chyba postradałeś zmysły, człowieku! To właśnie nocą giną
ludzie!  Dzisiaj  nas  wypuszczono,  to  niepojęte  dla  nikogo  z  miasteczka.  Nikt  inny  dotychczas  nie

background image

uszedł z twierdzy z życiem! Nie rozumiem, dlaczego księżniczka pozwoliła nam odejść, ale obawiam
się najgorszego. Chodź, poszukamy dalej, gdzieś przy bramie podobno jest latarnia.

- Nic mnie to nie obchodzi - odparł wściekły Peter.

- Nie komplikuj sytuacji jeszcze bardziej - prosił Heike.

- Wszystko malujesz w czarnych barwach!

- Bo nie chcę ryzykować, że coś przeoczę.

Od strony gór podstępnie nadciągnął nocny chłód. Heike zrozumiał, dlaczego piękne konie mogą nie
przetrzymać tutaj zimy.

Znów zaczął się zastanawiać, co właściwie przydarzyło się Francuzom.

Wraz z nadejściem wieczoru powrócił strach, trzymany do tej chwili w szachu przez światło dnia.

Gdyby  tylko  Peter  okazał  większą  gotowość  do  współdziałania!  On  jednak  zachowywał  się,  jak
gdyby rzucono nań urok, a stan ten wraz z zapadnięciem ciemności jeszcze się pogłębił.

121

Księżyc świecił teraz jaśniej, ale jego blask nie był szczególnie pomocny, gdyż wzmagający się wiatr
od  gór  przygnał  chmury.  Heike  zrozumiał,  że  tego  wieczoru  światło  księżyca  będzie  na  przemian
pojawiać się i znikać.

Nie  uświadamiał  sobie,  jak  imponujące  sprawia  wrażenie,  kiedy  tak  pogrążony  w  myślach  stoi  na
małym,  strasznym  cmentarzu.  Teraz,  gdy  półmrok  skrywał  jego  niespotykanie  brzydką  twarz,
wyglądał  na  nadzwyczaj  przystojnego.  Peter  nagle  dostrzegł  niezwykłe  walory  swego  przyjaciela  i
obudziła się w nim zazdrość, o której istnieniu nie wiedział, dopóki nie przybył tu do Stregesti i nie
spotkał Nicoli.

Ach, Nicola, jego nieszczęśliwa ukochana!

Ogarnięty  nieznanymi  wcześniej  uczuciami  zerkał  z  ukosa  na  Heikego.  Potomek  Ludzi  Lodu,
niezwykle  barczysty,  o  wąskich  biodrach,  podkreślonych  jeszcze  pasem  ściągającym  kurtkę,  z
czarnymi, dziko wzburzonymi włosami do ramion, przedstawiał teraz sobą uosobienie erotyzmu. I te
powolne,  po  kociemu  miękkie  ruchy...  Peter  zrozumiał,  że  Heike,  zupełnie  nieświadom  siły
przyciągania  emanującej  od  jego  sylwetki,  wciąż  trwa  w  przeświadczeniu,  że  wygląda  jak
przerażająco wstrętny dzikus. Ale Peter już wiedział, że gdy ten chłopak za kilka lat przeistoczy się w
dojrzałego mężczyznę, posiądzie niezwykłą moc.

Jakież znaczenie będzie wówczas miało szatańsko brzydkie oblicze?

Doda mu tylko tajemniczości!

background image

Zazdrość w duszy Petera rozgorzała mocniejszym płomieniem.

- Musimy szukać dalej. - Heike ocknął się z zamyślenia i postanowił działać. - Gdzie jest latarnia?
Widziałeś ją?

Peter westchnął.

- Tak, była przy bramie. Ale czy naprawdę...?

Teraz w miejscu wiecznego spoczynku rodu Muntele było naprawdę strasznie. Dopiero w tej chwili
Heike uświadomił sobie, jak stary jest cmentarz.

- Peterze, z którego roku pochodzi najświeższy grób, który znalazłeś?

- Nie sprawdziliśmy przecież wszystkich, ale to chyba ten, który oglądaliśmy ostatnio. Z

tysiąc sześćset osiemnastego.

- Czy sądzisz, że istnieją jakieś nowsze mogiły?

-  Nie  mów  takich  makabrycznych  rzeczy!  Księżniczka  Feodora  żyje  przecież  w  twierdzy.  I  Nicola
także. A ojciec Feodory był wojewodą!

122

-  Nicola  z  pewnością  nie  jest  żadną  krewną  Feodory,  przypuszczam  raczej,  że  to  dziewczyna  z
miasteczka  schwytana  w  niewolę  przez  czarownicę  -  rzekł  Heike.  -  A  to,  że  ojciec  Feodory  był
wojewodą... Kiedy właściwie skończyło się panowanie wojewodów w Siedmiogrodzie? Co nam o
tym wiadomo?

- Chyba masz rację. - Słowa Heikego najwyraźniej zbiły Petera z pantałyku. - A może nadal istnieją
wojewodowie? A w ogóle to przestań mnie straszyć - syknął rozzłoszczony nie na żarty. - Chcę stąd
odejść.

Heike  jednak  był  uparty  i  w  końcu  Peter  przystał  na  to  by  jeszcze  przez  jakiś  czas  prowadzić
poszukiwania.

Kiedy księżyc w pełnej krasie pojawił się na sklepieniu niebieskim, chłopcy pospiesznie sprawdzali
groby na cmentarzu wojewodów. Peterowi ciarki przechodziły po plecach, gdy raz za razem natykali
się na imię Feodory.

Nigdzie jednak nie znaleźli żadnej innej Anciol.

Wiedzieli, że nie wszystkie groby obejrzeli. Niektóre płyty okazały się tak zniszczone, że nie sposób
było odcyfrować wyrytych na nich napisów. Inne pokrywały straszliwe, zdradzieckie pnącza. Jeszcze
inne, najstarsze, nie miały żadnych napisów, grób zaznaczony był jedynie płytą.

background image

Został  im  tylko  niewielki  fragment  cmentarza,  ale  Peter  wykazywał  coraz  mniejszą  chęć  do
współpracy. Nagle Heike uniósł głowę.

- Posłuchaj!

Peter  nastawił  uszu,  ale  dotarł  do  nich  jedynie  cichy  szelest  liści  i  coś,  co  mogło  wydawać  się
szeptem zmarłych, którzy ze smutkiem żalili się, iż ktoś ośmielił się zakłócić ich spokój.

Peter  każdym  nerwem  wyczuwał  strach,  nie  śmiał  się  odwrócić,  przekonany,  że  za  jego  plecami
czyha coś potwornego.

- Nie, nic nie słyszę.

Heike starał się napotkać w ciemnościach jego wzrok.

- Nie słyszysz skrzeku padlinożernych ptaków?

- Padlinożernych ptaków? Oszalałeś?

- Wsłuchaj się w te rozdzierające dźwięki! Jak się niosą echem wśród ścian doliny!

Ptaszyska szukają czegoś po ciemku! Zbierają się, krążą wokół zdobyczy.

- Zdobyczą padlinożernych ptaków są zmarli - z przerażeniem w głosie rzekł Peter.

123

- Tak - odparł Heike. - Albo skazani na śmierć. Nie słyszysz ich?

- Żadnego dźwięku!

- Nie rozumiem... - zadumał się Heike.

- Specjalnie mnie straszysz!

- Cóż za pomysł... Ciii! Co to? Teraz słyszę co innego! A ty?

Peter nasłuchiwał, ale tylko dlatego, by już nie sprzeciwiać się towarzyszowi. Nagle drgnął.

Teraz obaj usłyszeli to samo: ostry turkot kół po żwirze i kamieniach, odgłos kopyt koni biegnących
ostrym kłusem.

- Powóz! - krzyknął Peter, niespokojny. - Powóz się zbliża. Dojeżdża teraz pod gospodę! Po mnie! A
mnie tam nie ma!

Heike złapał chłopaka za ramię w momencie, gdy ten już chciał puścić się biegiem.

- Zaczekaj! Co robisz, chcesz wpaść wprost w objęcia śmierci?

background image

- Puść mnie!

- Nie odnaleźliśmy czarownicy!

- Głupstwa! I tak jest za późno, zapadły ciemności, już jej tutaj nie znajdziemy!

Heike musiał przyznać mu rację. Upiór nigdy nie spoczywa w swym grobie nocą. A mimo wszystko
za wszelką cenę powinien powstrzymać przyjaciela.

- Peterze, zaczekaj!

- Puść, mówię!

- Nie chcę, byś zginął.

- Nie zginę. Nicola mnie potrzebuje. Och, nie, powóz odjeżdża! - zawołał zrozpaczony. -

Czekaj! Zaczekaj na mnie, tu jestem!

Ale  dłoń  Heikego  trzymała  jego  ramię  w  żelaznym  uścisku.  Peter,  jakby  postradawszy  wszystkie
zmysły, uderzył przyjaciela obuchem siekiery. Heike zdążył się nieco uchylić, ale uderzenie i tak było
dość mocne. Puścił Petera i skulił się w przypływie bólu, sięgając rękami głowy.

Cios  trafił  go  przy  uchu,  siekiera  ześlizgnęła  się  następnie  po  mięśniach  szyi  i  zatrzymała  na
ramieniu.

124

Heikemu w oczach pokazały się gwiazdy. Jęknął cicho, czując, że uginają się pod nim nogi.

Mimo to starał się złapać oszalałego Petera i zatrzymać go.

Peter  spostrzegł,  że  Heike  bliski  jest  utraty  przytomności.  Przez  chwilę  stał,  nie  mogąc  podjąć
decyzji.

A  potem  powlókł  oszołomionego,  słaniającego  się  na  nogach  przyjaciela  do  małej  kostnicy,
usytuowanej niedaleko miejsca spoczynku wojewodów, wepchnął go do środka i zamknął

drzwi od zewnątrz.

Co sił w nogach pobiegł za powozem, który opuścił już miasteczko.

-  Poczekaj!  Poczekaj  na  mnie,  już  idę!  Jestem  tutaj!  -  wołał  tak  głośno,  że  wszyscy  mieszkańcy
musieli go słyszeć.

Ale powóz zniknął już w ciemnościach za wystającym grzbietem urwiska.

Peter pędził jak mógł najszybciej, potykając się o niewidzialne przeszkody. W gardle czuł

background image

narastający szloch. Sam zdoła wyrwać Nicolę ze szponów Feodory! Miłość wszystko zwycięży!

125

ROZDZIAŁ XI

Heikego otaczał gęsty mrok.

Nie zdawał sobie sprawy, gdzie jest i jak się w tym miejscu znalazł, na przemian tracił i odzyskiwał
przytomność.  Zapamiętał  jednak  głuchy  dźwięk,  jak  gdyby  ktoś  zatrzasnął  jakieś  drzwi,  a  potem
zgrzyt i szczęk, świadczące o tym, że zostały zamknięte od zewnątrz.

Teraz wokół panowała cisza.

Z jednej strony karku odczuwał silny ból, nie mógł poruszyć głową.

Musiał przez jakiś czas poleżeć spokojnie, poczekać, aż ból nieco ustąpi lub raczej aż on się z nim
oswoi.

Pod palcami poczuł ubitą ziemię. Ohydny zapach zatęchłego powietrza i zgnilizny zaświdrował mu w
nosie.

Z trudem zebrał siły i stanął na nogi. Głową uderzył w sufit; wokół posypało się próchno.

Jęknął, odczuwając kolejny przypływ ostrego bólu, choć przecież wcale mocno się nie uraził.

Gdzie jest?

Cmentarz... Peter... To ostatnie, co pamiętał.

Najważniejsze - odnaleźć drzwi.

Postąpił  krok  naprzód,  roztropnie  pochylając  głowę  i  wyciągając  przed  siebie  ręce.  Palce
natychmiast napotkały przeszkodę, ścianę. Dotykając nierównej powierzchni wkrótce dotarł

do  rogu.  Potem  przesuwał  dłoń  po  kolejnej  pokrytej  kurzem  ścianie,  tak  samo  nierównej  jak
poprzednia, zbudowanej z nie heblowanych, pionowo ustawionych belek.

Następny róg, w odległości zaledwie kilku łokci od pierwszego. I znowu ściana.

Heikemu na czoło wystąpił zimny pot. Jeśli natknie się na jeszcze jeden róg...

Tak się właśnie stało, i to niemal natychmiast.

Ręce  zaczęły  mu  drżeć,  tracił  panowanie  nad  sobą.  Pozostawała  jeszcze  tylko  jedna  ściana,
przeraźliwie krótka jak tamte. Tu musiały być drzwi.

Rzeczywiście, były. Heike po omacku szukał zamka.

background image

Nie ma!

126

Dłonie  nerwowo  przesuwały  się  po  drewnianej  powierzchni,  w  górę  i  w  dół,  palce  obmacywały
futrynę, oddech stawał się coraz szybszy i świszczący, pot zalewał twarz.

Nigdzie ani szpary.

Rzucił się na drzwi całym ciałem, ale znów zabolało go ramię, a ból w głowie wybuchł pełną siłą.

Drzwi ani drgnęły.

Wiedział  już,  gdzie  jest.  Kiedy  przyszli  na  cmentarz,  dostrzegł  małą  kostnicę,  ale  nawet  się  jej  nie
przyglądał. Wówczas go nie interesowała.

- Peterze! - krzyknął przerażony.

Na zewnątrz panowała jednak iście cmentarna cisza.

Heike cierpiał na klaustrofobię. To była jego największa słabość. Gorzkie przeżycia w dzieciństwie,
kiedy to przez całe lata siedział zamknięty w małej drewnianej klatce, odcisnęły piętno na jego duszy.
Teraz znalazł się w sytuacji, która była dla niego koszmarem.

Z trudem chwytał oddech. Wpatrując się w ciemność nic nie widzącymi oczami, czuł, jak ogarnia go
paniczny wprost lęk. Z gardła wyrwał mu się dziki, przeciągły krzyk.

Oszalały ze strachu miotał się od ściany do ściany, obijał o drzwi, zdzierał palce do krwi o nierówną
powierzchnię  ścian  i  sufitu,  próbował  podnieść  dach,  wyważyć  drzwi,  podkopać  się  dołem.  Nie
przestawał krzyczeć ogarnięty przerażeniem. Głowa bolała go tak, jak gdyby zaraz rozpaść się miała
na kawałki, ale nawet o tym nie myślał, opętany jedyną szaleńczą ideą: wyjść! wydostać się! Z gardła
wyrywał mu się histeryczny, bezradny szloch, kopał i walił w belki, wzbijając tumany kurzu, biegał
w kółko jak wiewiórka w klatce, kaszlał, jęczał...

Słyszał uderzenia własnego serca bijącego w oszalałym tempie.

Do zupełnie już zamroczonego strachem chłopaka dotarł nagle głęboki, uspokajający głos:

- Heike!

Upłynęło kilka sekund, zanim zdołał się trochę opanować.

-  Heike  -  powtórzył  głos,  dochodzący  z  bliska.  -  Uspokój  się,  zaraz  nadejdzie  pomoc.  Już  jest  w
drodze.

Płuca  nie  zdołały  jeszcze  odnaleźć  właściwego  rytmu,  ale  Heike  z  całych  sił  starał  się  odzyskać

background image

spokój.  Wcisnął  się  plecami  w  kąt.  Gdy  pojął,  że  ktoś  doń  przemawia,  bezwładnie  osunął  się  na
ziemię.

127

Znów był dzieckiem prowadzącym przegraną z góry walkę z samotnością, strachem i złem.

Po raz kolejny ogarnęło go przeświadczenie, że nigdy nie zdoła się uwolnić, wydostać na zewnątrz.

Dla Heikego było to niczym piekło.

- Już dobrze, Heike - powiedział życzliwy głos.

- Tengel Dobry? - spytał szeptem.

-  Tak,  to  ja.  Nie  mieliśmy  już  zamiaru  ingerować  w  twe  poczynania,  ale  to  nie  w  porządku  wobec
ciebie.  Masz  przecież  tak  bolesne  wspomnienia!  Nie  możesz  już  dłużej  tu  pozostawać,  a  przede
wszystkim musisz zachować trzeźwość umysłu.

- Muszę stąd wyjść, natychmiast, nie wytrzymam...

- Pomoc już nadchodzi, jest już niedaleko.

- Czy ty nie możesz...?

- Nic, drzwi otworzyć może tylko osoba ze świata żywych.

Heikego znów ogarnęła panika, rzucił się na drzwi.

- Oszczędzaj siły! Dziś w nocy będziesz ich potrzebował. A więc... Spokojnie, nie jesteś sam.

Heike znów skulił się w rogu. Głowę oparł o ścianę, raz po raz wstrząsały nim dreszcze.

Starał się uspokoić, ale bez Powodzenia. Szloch wyrywał mu się z piersi, zęby szczękały.

Mówił z najwyższym trudem.

-  Zostań  ze  mną  -  szepnął  bezradny.  -  Inaczej  on...  znów  przyjdzie  ze  szpikulcem...  i  będzie  mnie
kłuł...

Silna, dająca poczucie bezpieczeństwa dłoń dotknęła jego ramienia. Heike pochylił ku niej głowę, z
piersi wciąż dobywał mu się głęboki, bolesny szloch.

Peter spoglądał w najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Stali w sali rycerskiej Cetatea de
Strega, a on trzymał w dłoniach delikatnie ręce Nicoli, tuląc je do piersi.

Dziewczyna znajdowała się tak cudownie blisko niego.

background image

- Mojej ciotki nie ma - szepnęła. - Nie wiem, gdzie się podziała, ale z nią nigdy nic nie wiadomo.
Miewa najprzedziwniejsze pomysły.

- Czy wobec tego nie możemy uciec od razu? - odszepnął. - Muszę się spieszyć, zamknąłem mojego
przyjaciela w pomieszczeniu bez wyjścia. On nie może siedzieć tam przez całą wieczność!

128

Z lekkim zawstydzeniem zaśmiał się na wspomnienie swego czynu.

- Nie, nie możemy, jeszcze nie. - W wielkich oczach Nicoli znów objawiło się przerażenie. -

Jest  jeszcze  on!  Nasz  woźnica  i  odźwierny...  On  nie  śpi.  Musimy  czekać  aż  do  świtu,  bo  to  jej
sprzymierzeniec,  oddany  sługa.  Natychmiast  nas  zatrzyma.  Poza  tym  ciotka  Feodora  znajduje  się
gdzieś  tutaj  w  twierdzy,  pewnie  się  ukryła.  W  takich  sytuacjach  bywa  najbardziej  niebezpieczna,
zwykle wówczas coś warzy, coś przygotowuje albo też planuje kolejne okropieństwo. Och, dobrze ją
znam i boję się teraz, Peterze! Bądź przy mnie, zostań ze mną dziś w nocy! Spróbujemy wykraść się
stąd przed świtem!

Miłość malująca się na twarzy Nicoli sprawiła, że Peter przestał myśleć o Heikem.

Wydawało mu się, że tej nocy po twierdzy hulają przeciągi. Lodowaty wiatr od gór świszczał

w komnatach przenikał do szpiku kości, wzdychał i jęczał wśród starych kamieni w murach.

Niósł  też  ze  sobą  wstrętny  odór  pleśni,  najwidoczniej  wydobywający  się  gdzieś  z  dołu,  spod
podłogi.  Prawdopodobnie  twierdza  miała  także  piwnice,  choć  nie  pokazano  mu  ich,  gdy  zwiedzał
zamczysko.

- Dziękuję ci, Nicolo, że po mnie przyjechałaś - powiedział. - Przykro mi, że nie było mnie wówczas
w karczmie ale spieszyłem się tu jak mogłem. Szkoda, bo gdybyś mnie tam zastała, moglibyśmy być
już daleko stąd.

- Nie z woźnicą - przypomniała mu. - Przecież to on mnie zawiózł do miasteczka. A więc zamknąłeś
gdzieś  Heikego?  To  nieładnie  z  twojej  strony  -  roześmiała  się.  -  Ale  chodź,  wskażę  ci  twoją
sypialnię. Możesz zaczekać w niej, a ja w tym czasie spróbuję odnaleźć moją ciotkę i zorientować
się, czym się teraz zajmuje. Ogromnie niepokoi mnie jej zniknięcie!

Przytuleni, spleceni ramionami szli przez mroczną galerię. Nicola zapytała:

- A więc jednak poszliście na cmentarz? Chociaż was przestrzegałam?

- To Heike nalegał.

Utrzymanie  świecznika  w  jednej  ręce,  podczas  gdy  drugą  usiłuje  się  jak  najmocniej  przytulić  do
siebie dziewczynę, jest sztuką niezwykle trudną. Peter miał okazję się o tym przekonać.

background image

Ale gdy naprawdę się czegoś pragnie, można dokonać rzeczy niemożliwych.

- Czy na cmentarzu znaleźliście coś interesującego?

- Nic! Absolutnie nic! Nie wiem, czego Heike tam szukał!

- Nie goniły was duchy zmarłych?

- Nie, ale las był paskudny. Heike musiał uciec się do czarodziejskich zaklęć, by porąbać korzenie.

129

Nicola  przystanęła.  Bardzo  pobladła,  a  w  świetle  księżyca  wpadającym  do  galerii  jej  drobna
twarzyczka wydawała się jeszcze bielsza.

- Czarodziejskie zaklęcia? Nie chcesz chyba powiedzieć, że on jest czarownikiem?

- Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.

Nicola ruszyła dalej.

-  Co  prawda  ma  niezwykły  wygląd.  Dobrze,  że  go  zamknąłeś.  Nie  chcę  tu  widzieć  żadnych  pogan,
pomyśl, jakie zło mogą sprowadzić. A oto i twoja komnata, będziesz w niej bezpieczny. Czy mógłbyś
zaczekać tu na mnie?

-  Tak,  oczywiście  -  odparł  Peter  z  pewnym  wahaniem  w  głosie,  gdyż  ogromny  gobelin
przedstawiający  ociekającą  krwią  scenę  myśliwską  sprawił,  iż  poczuł  się  nieswojo,  zwłaszcza
patrząc nań w migotliwym blasku świecy.

Podszedł do łoża i dotknął ciemnych, rzeźbionych kolumn.

- Wspaniałe łoże!

- Było kiedyś przeznaczone dla świeżo poślubionych małżonków - rzekła obojętnie. - Ale nigdy nie
odegrało swej roli.

Ślubne łoże Anciol!

- Czy nie jest trochę ryzykowne kłaść się do niego? - wyrwało się Peterowi.

Roześmiała się.

- Ryzykowne? A cóż to ma znaczyć? Chcesz powiedzieć, że zachęciłoby nas do...? Och, nie, chyba
pomyliłeś  się  co  do  mojej  osoby!  Dla  mnie  dzielenie  łoża  z  mężczyzną  nie  jest  zwyczajnym
wydarzeniem.

- Ach, oczywiście nie to miałem na myśli. Właściwie nie wiem, o co mi chodziło.

background image

Wpatrywał się jednak w łoże nieufnie. Ślubne łoże księżniczki, do którego nigdy nie wstąpiła!

Znał przyjemniejsze miejsca do spania.

Nicola wyczuła jego wahanie.

- Mój drogi, od tamtego czasu sypiało na nim wiele pokoleń! Poczekaj tu na mnie, przeszukam całą
twierdzę. Nie uspokoję się, póki nie zobaczę, czym zajmuje się ciotka Feodora.

130

Peter ujął jej prześliczną twarz w dłonie.

- Widzę, że naprawdę niepokoisz się jej zniknięciem - rzekł ze zdziwieniem.

- Tak, to prawda. Dotychczas nigdy nie przepadała na tak długo. Na pewno w głowie zalągł

jej  się  jakiś  szatański  pomysł,  jestem  o  tym  przekonana!  Zamyka  się  wtedy  w  swej  tajemnej
komnacie, a to nigdy nie wróży nic dobrego!

Tajemna komnata? Peter natychmiast pomyślał o rzeźbionych drzwiach, za które podczas zwiedzania
twierdzy nie wpuszczono ani jego, ani Heikego.

- Nie zostawiaj mnie na długo - powiedział, gdy odchodziła. Nagle poczuł lęk przed mrokiem, piękna
komnata wcale mu się nie podobała. Było w niej tak ponuro i zimno, zewsząd ciągnęło chłodem, a
kiedy lepiej się wsłuchał, jego uszu doszedł osobliwy dźwięk, który, jak mu się wydawało, słyszał
gdzieś całkiem niedawno. Tajemnicze szelesty i trzaski.

Ach, tak, jasne, już sobie przypomniał i roześmiał się z ulgą. Stare korzenie na cmentarzu wydawały
podobne dźwięki, z udręką wijąc się wśród liści, gdy Heike je rąbał. Szczęśliwie nie mają one nic
wspólnego z twierdzą.

Stał  niezdecydowany  na  środku  komnaty,  nie  wiedząc  właściwie,  czego  się  po  nim  teraz
spodziewano. Czy ma się położyć, czy raczej nie? Z niesmakiem odwrócił się plecami do gobelinu,
uznając przedstawioną na nim scenę za makabryczną. Cóż za gust mieli kiedyś ludzie!

Teraz  właściwie  nie  było  wcale  lepiej,  ale  Peter  lubił  zwierzęta  i  nie  chciał  przyglądać  się  ich
cierpieniom. Przeklinał gobelin, który wzburzył go w takiej chwili, gdy czekał na Nicolę, swą pannę
młodą...

Och, nie, co za niezręczne porównanie przyszło mu do głowy w tej komnacie! Ale tak bardzo za nią
tęsknił, przeczuwał, że trudno mu będzie utrzymać się w ryzach, jeśli miałaby czuwać wraz z nim tej
nocy. A na to się przecież zanosiło!

Wzdragał się na myśl o jej powrocie, zdając sobie sprawę, jak może na niego wpłynąć jej bliskość, a
zarazem drżał z podniecenia, nie mogąc się doczekać, kiedy ją znów zobaczy.

background image

Nareszcie przyszła.

Peter nie był w stanie oczu od niej oderwać, gdy stanęła w drzwiach ze świecą w dłoni.

Przebrała  się.  W  nocnej  koszuli  z  koronkami,  z  głębokim  dekoltem  i  delikatnymi  falbankami
wyglądała tak prześlicznie, że łzy zakręciły mu się w oczach.

Moja panna młoda! Moja własna panna młoda! Pragnę tylko jej, żadnej innej!

131

W  pierwszej  chwili  ledwie  ją  poznał,  bo  rozpuściła  węzeł  włosów  i  czarne  lśniące  sploty  niczym
welon okrywały jej wiotkie ciało. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, odsłaniając śliczne, odrobinę
wystające zęby, które nadawały jej twarzy frywolny, nieco dziecinny wyraz.

- Jeszcze nie śpisz? - szepnęła, czerwieniąc się, i zrozumiał, że zawstydziło ją to, że był

zupełnie ubrany. - Noc będzie długa, nie możemy tak siedzieć i czekać chłód jesieni daje się już we
znaki. Chodź, położymy się. Nie ma w tym nic złego, mój drogi!

Powiedziała  to  figlarnie,  jak  dziecko,  które  psoci  w  świecie  dorosłych,  lecz  nie  pojmuje,  jak
niebezpieczne mogą być tego następstwa. Ciągnęła:

- Łoże jest tak szerokie, iż nikt nie powinien pomyśleć sobie o nas nic złego, mimo że je dzielimy.
Wiem, że szanujesz mnie na tyle, że nic nieprzystojnego się nie wydarzy.

-  Oczywiście,  nie!  -  wyjąkał  Peter  dość  dwuznaczną  odpowiedź,  ale  ściągnął  ubranie,  nieco
zawstydzony i onieśmielony, gdyż do tej pory nie leżał w łóżku z dziewczyną. Przeżył coś kiedyś w
stogu siana w pewną letnią noc, ale to zupełnie inna sprawa.

-  Czy  znalazłaś  swoją  ciotkę?  -  zapytał,  wślizgnąwszy  się  do  lodowatego  łoża.  Ona  już  tam  była,
skromnie ułożona po swojej stronie.

- Nie, nigdzie jej nie widziałam i bardzo mnie to niepokoi. Ale nie myślmy teraz o tym! Ach, takie
nadzieje wiążę z tą nocą, może nareszcie tym razem się uda!

- O czym mówisz?

- Rozmawialiśmy już o tym. Jak dotąd nie powiodła mi się ucieczka, ona zawsze mnie powstrzymuje.
Za każdym razem wymyśla coraz straszniejsze i ohydniejsze sposoby. Ale teraz mam przecież ciebie!

Petera zdjął strach, obudziły się także dotkliwe wyrzuty sumienia. Jeśli Feodorze zawsze udawało się
udaremnić ucieczkę Nicoli... Może i tym razem do niej nie dopuści? A on z pewnością nie będzie w
stanie odparować ciosów zadanych przez czarodziejskie moce tej kobiety.

Może Heike by to potrafił?

background image

Prawdopodobnie!

A ja zamknąłem go w kostnicy!

Jak mogłem zrobić coś takiego! jęknął w duchu.

Zaraz  jednak  jego  myśli  obrały  inny  kierunek.  Przecież  Heike  nie  mógł  mu  towarzyszyć  w  takiej
chwili... teraz, kiedy był razem z Nicolą!

132

A więc jednak postąpił słusznie.

Uśmiechnął się pod nosem. Cóż miałby zrobić z Heikem w takiej chwili upojnego szczęścia, kiedy
spełnić się mają miłosne marzenia? Pozostawić go na pastwę księżniczki, by opóźnił

jej niecne działania? Czy to byłoby w porządku wobec przyjaciela, który tak dobrze mu życzył?

-  Mój  najdroższy,  dokąd  uciekają  twoje  myśli?  -  zagruchała  Nicola,  w  swej  bezbronności  bardziej
niż kiedykolwiek przypominająca zranionego ptaka. Jej dłoń delikatnie pogładziła go po głowie i od
razu zapomniał o Heikem.

Uniósł  się  na  łokciu  i  czule  popatrzył  na  dziewczynę.  Długie  włosy  niby  połyskliwy  welon
obramowały ukochaną twarz.

Peter  dotknął  ich  ostrożnie,  jego  dłoń  wyczuła  kształt  głowy.  Jak  jedwabiste  były  to  włosy,  jak
lśniąco czarne w blasku woskowej świecy! I jeszcze przyszło mu do głowy, że z kobiecych włosów
emanuje szczególna zmysłowość, zwłaszcza gdy są takie długie i wypielęgnowane jak włosy Nicoli.

- Podobają ci się? - zapytała szeptem, jakby z lękiem.

- Są cudowne! - odszepnął. - Wspaniałe! Najpiękniejsze, jakie widziałem!

- Dziękuję ci, mój drogi, to bardzo miło słyszeć! Ktoś, kto chciał być dla mnie niedobry, powiedział,
że nie ma w nich nic szczególnego.

Peter w lot zrozumiał, o kim mowa: to zazdrosna księżniczka Feodora! Jej włosy były jeszcze dłuższe
i bardziej czarne. Że też ktoś mógł postąpić tak podle wobec tej młodej, nieśmiałej dziewczyny!

- Nie słuchaj takich głupstw - pocieszał ją. - To wszystko z zazdrości.

Pieszcząc  kruczoczarne  sploty  poczuł,  jak  rośnie  jego  pożądanie,  ale  się  hamował.  Nie  chciał
wystraszyć  tego  małego  pisklęcia,  które  znalazło  się  pod  jego  opieką!  Nicola  powierzyła  mu  swą
duszę i swoje ciało, przeświadczona, że jest silny i dobry, że nie wyrządzi jej krzywdy. Musi okazać
się godny jej zaufania.

A nie było to wcale łatwe!

background image

Prawdę powiedziawszy, Peter tak samo szukał ochrony i pociechy u niej, jak ona u niego.

Cała twierdza, a w szczególności ta komnata, budziła w nim grozę, a jeszcze gorzej było teraz, gdy
zabrakło  przy  nim  Heikego.  Zrozumiał,  jaką  siłę,  jaki  spokój  miał  w  sobie  przyjaciel.  Obecność
Heikego dawała mu poczucie bezpieczeństwa nawet w tym średniowiecznym otoczeniu. W twierdzy
czaiło  się  coś  rzeczywiście  straszliwego,  coś,  czego  nie  umiał  nazwać.  Miał  wrażenie,  że  to  coś
skryło się tuż za łożem z baldachimem. Jak wygląda - tego Peter nie umiał sobie nawet wyobrazić,
nie dostawało mu fantazji. Ale czuł, 133

jak  dreszcz  przebiega  mu  po  plecach,  i  odruchowo  szukał  bliskości  Nicoli.  Rozumiał  teraz,  jakim
piekłem musiało być dla niej życie tutaj razem z czarownicą, czy, jak twierdził Heike, upiorem. To,
co mówił Heike, wydawało mu się absolutnie niemożliwe, przerastało możliwości jego pojmowania,
ale już sam fakt, że dziewczyna mieszka pod jednym dachem z kimś takim, to dosyć, by pragnęła stąd
uciec. Nietrudno to zrozumieć.

Ciekawe,  gdzie  przebywa  teraz  księżniczka?  A  jej  straszny  sługa,  woźnica?  I  gdzie  są  wszyscy
służący?

Młodzi  leżeli  razem,  poszeptując  od  pół  godziny,  i  nie  było  wyłącznie  winą  Petera,  iż  po  pewnym
czasie znaleźli się bliżej siebie, bardziej pośrodku łoża. W lodowato zimnym pokoju trudno było się
rozgrzać, zrozumiałe więc, że starali się skraść od siebie nawzajem choć trochę ciepła.

Zrozumiałe  jest  także,  że  po  następnej  połowie  godziny  leżeli  już  w  swoich  objęciach  i  mało
doświadczony Peter przeżył swe, jak dotychczas, najszczęśliwsze chwile w życiu. Wstydził

się tylko, że tak niewiele wie o postępowaniu w miłości cielesnej.

Dziewka w stogu siana nie była wszak mistrzynią godną naśladowania.

Starał  się  jednak  okazać  jak  najwięcej  czułości  i  delikatności  tej  młodziutkiej  dziewczynie,  której
sprawił tyle bólu. Wydawało się, że Nicola bardzo sobie ceni jego troskliwość, choć wypłakiwała
gorzkie łzy ze wstydu i strachu, że tak dała się ponieść uczuciom. Mimo jego zapewnień, że się z nią
ożeni!

Wreszcie, wyczerpana, zasnęła w jego ramionach.

- Obudź mnie na czas - poprosiła. - Musimy uciec przed świtem, w ostatniej godzinie nocy.

Wtedy wszyscy będą spać.

Peter obiecał, że zbudzi ją o właściwej porze. Wkrótce zasnął.

W karczmie Mira siedziała razem z Zeno i jego żoną, w napięciu wyczekiwali na powrót chłopców.
Małżonkowie obiecali nie spuszczać oka z Miry i dotrzymywali słowa. Zeno był

odpowiedzialnym człowiekiem.

background image

- Nigdy już ich nie ujrzymy - z przekonaniem rzekła karczmarzowa.

-  Milcz,  babo!  Widziałaś,  co  się  wydarzyło?  Był  tutaj  powóz  i  musiał  wrócić  bez  nich,  bo  nie
zdradziliśmy, gdzie są. Nie odkryli, że chłopcy poszli na cmentarz!

- Ale ten durny chłopak mówił przecież, że później mają zamiar iść do twierdzy! Całkiem oszalał?

- Zamknij wreszcie tę przeklętą jadaczkę! Tamten drugi może nas uratować, wierz mi!

Posiada niezwykłą moc, sama to chyba zauważyłaś! Czy komukolwiek udało się ujść z 134

życiem  z  twierdzy?  Nigdy,  powtarzam,  nigdy!  Przypomnij  tytko  sobie  wszystkich  młodzieńców  z
miasteczka, których straciliśmy! Zaciągnięci do twierdzy przez siły niepojęte dla nikogo z nas. Ona
ma w sobie taką zmysłowość, ta księżniczka, że...

-  Ciii,  przestań  o  tym  mówić,  nie  wiesz,  że  to  niebezpieczne?  Pamiętasz  tę,  która  próbowała
powiedzieć  kilka  ostrzegawczych  słów  obcemu  przybyszowi?  Pamiętasz,  w  jakim  stanie  ją
znaleźliśmy?  Była  rozszarpana  na  strzępy  jakby  przez  dzikie  zwierzęta! A  przecież  zamknęła  się  w
swej izbie!

Mira  rozumiała  niewiele  z  tego,  co  mówili,  ale  dostrzegała  ich  wzburzenie  i  wielokrotnie  słyszała
powtarzające  się  słowo  „cetate”,  twierdza.  Miała  więc  jako  takie  pojęcie,  co  jest  przedmiotem
rozmowy.

- Mnie nigdy nie ruszyła - mruknął Zeno.

-  To  prawda. A  to  dlatego,  że  jesteś  taki  szpetny,  że  żadna  oprócz  mnie  cię  nie  chciała.  Poza  tym
jesteś jej potrzebny, karczma przyciąga mężczyzn, młodszych i starszych. Może sobie wybrać, kogo
tylko jej się spodoba. Ale dość już o tym! To sprowadzi na nas nieszczęście!

Obydwoje zwrócili się ku Mirze, która nagle jęknęła.

Najpierw  dziewczyna  przeraziła  się,  czując  na  ramieniu  czyjąś  dłoń:  lekką,  miękką  dłoń  kobiety.
Wkrótce  jednak  odkryła,  jak  uspokajająco  podziałał  dotyk  tej  ręki  na  stan  wzburzenia,  w  jakim
znajdowała się przez cały wieczór.

- Co się stało? - zapytała karczmarzowa.

Ale Mira nie mogła odpowiedzieć, gestem dała tylko znak, by poczekali i przez chwilę byli cicho.

Mandragora już od dłuższego czasu zachowywała się niespokojnie i dziewczyna nie wiedziała, co ma
robić. Doprawdy przerażającą rzecz zostawił Heike pod jej opieką, ale jeśli amulet ma ją chronić,
ona musi przyjąć go na dobre i na złe.

Ogromnie się jednak przelękła, czując, że korzeń zgina się wpół jakby ze strachu i bólu. A nie mogła,
ani też nie chciała, mówić o tym Zeno i jego rozkrzyczanej żonie.

background image

Ale teraz...? Teraz ktoś jej pomagał, wyczuwała to, choć nie mogła pojąć, kto. Nie księżniczka, gdyż
spływała na nią dobra moc, to było wyraźne. Nicola? Nie, Nicola jest zwyczajną dziewczyną i nie
ma żadnych powodów, by pomagać Mirze.

Ach, ten Heike, cóż za dziwna istota! Mira nie miała nawet cienia wątpliwości co do tego, że jest on
czarownikiem,  ale  ufnie  przyjęła  amulet,  choć  drżała  na  samą  myśl  o  jego  wielkiej  mocy.  Dłoń
spoczywająca na ramieniu dziewczyny nie budziła jej zdumienia, jak nie zaskoczyłoby jej chyba nic,
co miało związek z Heikem, ale w jaki sposób mogła zrozumieć...

135

- Poczekaj - powiedziała w swoim języku. - Teraz coś nadchodzi...

Małżonkowie przyglądali się jej badawczo, niczego nie pojmując, nie rozumiejąc nawet jej słów.

Nagle na Mirę spłynęła pewność.

Poderwała się z miejsca.

- Chodźmy, panie Zeno. Heike jest w niebezpieczeństwie!

Karczmarz wyłowił imię Heikego i poruszył się niespokojnie, lecz jego żona zareagowała gniewem i
szorstko zapytała, dlaczego dziewczyna zachowuje się tak dziwacznie.

Mira była teraz rozedrganym kłębkiem nerwów.

- Heike! - zawołała do nich wielkim głosem jak do głuchych. - Chodźcie, prędko! On... on...

Poczekajcie,  już  wiem!  Tak!  Został  gdzieś  zamknięty  i  potrzebuje  mojej  pomocy.  Otrzymałam
przesłanie, muszę mu pomóc, natychmiast!

Nie zrozumieli, ale Mira chwyciła Zeno za rękę i pociągnęła za sobą.

- Co ty wyprawiasz? - zaniosła się krzykiem karczmarzowa. - Chcesz uciec z moim mężem?

Na szczęście Zeno pojął, że dziewczyna z niepokoju wprost odchodzi od zmysłów, i ruszył

za  nią.  Żona  pobiegła  za  obojgiem,  ale  zatrzymała  się  w  drzwiach  oświetlona  blaskiem  bijącym  z
wnętrza gospody.

-  Nie  do  twierdzy!  Nie  zabieraj  go  do  twierdzy!  -  płakała.  -  Jest  jednym  z  ostatnich,  jacy  nam
pozostali!

Zeno, którego Mira ciągnęła w przeciwnym kierunku, odpowiedział:

- Nie, chyba raczej idziemy na cmentarz. Zobaczę, czego ona chce.

background image

- Na cmentarz? - załkała karczmarzowa. - To jeszcze gorzej!

Krzyki obudziły mieszkańców miasteczka. We wszystkich oknach Targul Stregesti tej nocy rozbłysły
światła.

Mira  i  Zeno  biegiem  pokonali  krótki  odcinek  dzielący  ich  od  kościoła.  Dziewczyna  nie  próbowała
nawet niczego tłumaczyć, bo przecież i  tak  by  się  nie  zrozumieli,  ale  czuła,  że  nie  są  sami.  Wąska,
delikatna kobieca dłoń trzymała ją za rękę, wskazując drogę.

Wkrótce znaleźli się na cmentarzu i Mira została podprowadzona do kostnicy.

136

- To tutaj! - zawołała i Zeno ją zrozumiał.

Biegli tak szybko, że latarnia, którą niósł karczmarz, omal nie zgasła. Szczęśliwie nadal się paliła i
Zeno uniósł ją do góry, oświetlając drzwi.

Nie musieli pytać, czy Heike jest w środku. Usłyszał, jak nadchodzą, i od dłuższej chwili rozlegało
się walenie w drewniane ściany, świadczące o panicznym, histerycznym lęku.

Zachowanie Heikego ogromnie zdumiało Mirę i Zeno. Nikt, rzecz jasna, nie lubi, by go zamykano na
cmentarzu, ale żeby do tego stopnia!

I to Heike, noszący w sobie tak wielki spokój!

Zeno potrzebował zaledwie paru sekund, by poradzić sobie z drzwiami.

Stanął w nich Heike, ale musiał wesprzeć się o futrynę. Oddychał głęboko, ciężko.

Przyglądali  się  jego  twarzy.  Mimo  grubej  warstwy  kurzu,  oblepiającej  całego  chłopaka,  widoczne
było jego wzburzenie, ślady panicznego lęku i łez.

- Co się stało? - drżącym głosem spytał 2eno. - Czy jakiś zmarły powstał z grobu?

- Nie - jęknął Heike. - Wspomnienie z dzieciństwa... przez cztery lata... byłem zamknięty... w klatce.

- Święta Matko Boża! - westchnął Zeno.

- Co takiego się stało? - dopytywała się Mira.

Heike musiał jeszcze raz wyjaśnić, tym razem po niemiecku.

- Ach! - westchnęła współczująco. - I teraz tu cię uwięziono! Jakie to okropne!

- Dziękuję, że przyszliście - powiedział Heike. - Ale teraz musimy... Gdzie jest Peter? W

gospodzie?

background image

- Sądziliśmy, że jest razem z tobą - odparł Zeno.

- Niestety, nie - odparł Heike z goryczą.

Mira chustką usiłowała obetrzeć mu twarz.

- Czy to on...? - zapytał Zeno.

- Tak, ale nie był wtedy sobą - usprawiedliwiał przyjaciela Heike. - Chciał iść do twierdzy.

- Wszyscy się tacy stają - mruknął Zeno. - To znaczy, że jest stracony.

137

- Będzie nas dwóch - powiedział Heike przez zaciśnięte zęby. - Przeklęci z Ludzi Lodu nie poddają
się  tak  łatwo.  Ale  najpierw  muszę  się  dowiedzieć...  Czy  wiesz,  gdzie  znajdę  grób  Anciol?
Przeszukaliśmy prawie cały cmentarz.

Twarz Heikego była teraz już niemal czysta i w blasku latarni ukazała się cała jej szpetota.

Jednak  i  Mira,  i  Zeno  przestali  się  jej  bać.  Nauczyli  się  słuchać  łagodnego,  ciepłego  głosu  i
dostrzegali głęboką, zabarwioną smutkiem życzliwość w oczach chłopca.

Prawdą  było,  że  Zeno  widział  w  nim  zbawcę,  szczególnego  zbawcę,  który  mógł  uwolnić  Targul
Stregesti od zła.

- Nie, księżniczka Anciol nie została pochowana tutaj - powoli odparł karczmarz. - To wykluczone,
przecież była samobójczynią!

Heike puknął się palcem w głowę.

- Naturalnie! Cóż ze mnie za idiota, nie pomyślałem o tym wcześniej! Rzuciła się w dół ze skały, czyż
nie tak?

- Właśnie.

- Ale czy wiesz, gdzie złożono jej ciało? To niezwykle istotne. Bo to ona jest czarownicą, prawda?

-  Oczywiście,  to Anciol,  zdradzona  narzeczona!  Mówię,  jak  jest,  rozumiem  bowiem,  że  jeśli  masz
nam pomóc, musisz o wszystkim wiedzieć. Niech już raczej przyjdzie i rozerwie mój nędzny zewłok
na kawałki!

- Dobrze, że o tym mówisz! Czy to dzikie zwierzęta rozszarpały kobietę, która miała za długi język?
Wspomniałeś kiedyś o tym przypadkiem.

- Nie - krótko odparł Zeno. - To nie dzikie zwierzęta. To było to c o ś.

background image

- To, przed czym usiłujecie uszczelnić okna i zatkać dziurki od klucza? Co to właściwie jest?

- My tego nie wiemy. Jedynie zmarli wiedzą.

Ta informacja niewiele pomogła Heikemu.

- A więc gdzie znajduje się grób Anciol?

Zeno zniżył głos.

- Powiadają, że pochowano ją w piwnicach twierdzy.

Heike odetchnął głęboko, zapatrzony w ciemność.

138

- Tak, to przecież jedyne logiczne rozwiązanie. Piwnice twierdzy...

Przypomniał sobie straszliwą wizję, która nawiedziła go rano. Wiedział teraz, że mandragora ukazała
rzeczywisty obraz. Wszystko inne było tylko omamem, wywołanym czarami księżniczki.

- Muszę tam iść - powiedział zdecydowanie. - Trzymaj się blisko Miry, ona ma amulet, który chroni
ją  przed  złą  mocą.  Gdybyście  ty  lub  twoja  żona  mieli  jakieś  trudności,  poproście,  by  Mira  wyjęła
amulet. Wówczas będziecie bezpieczni.

Karczmarz na dowód, że ufa jego słowom, natychmiast ujął Mirę za rękę i ukłonił się niezwykłemu
młodzieńcowi.

Mira natomiast, zorientowawszy się w zamiarach Heikego, wybuchnęła płaczem.

- Nie, nie! Ty także?! Nikt mi już nie zostanie!

- Czy chcesz, bym ci z powrotem przyprowadził Petera? - zapytał Heike z uśmiechem.

- On jest już stracony. Nie wolno ci iść w jego ślady!

- Mam większe możliwości niż on. I mam także pomocników.

- Wiem o tym - rozpromieniła się Mira. - Przyszła do mnie pewna szlachetna dama i przyprowadziła
mnie tutaj. Ale nie mogłam jej zobaczyć...

-  A  więc  to  ona  -  Heike  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Miała  na  imię  Sol,  była  czarownicą  i  żyła  w
szesnastym wieku. Ale ona była dobrą czarownicą. Czasami - dodał w zamyśleniu.

Wszak po Sol można się było wszystkiego spodziewać.

Ale z pewnością dobrze jest mieć ją blisko.

background image

- Jest jeszcze dwóch moich pomocników - wyjaśnił najpierw Mirze, a potem przetłumaczył

swoje słowa karczmarzowi. - Jeden z nich to najlepszy człowiek, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi.
Czarownik  w  służbie  dobra.  I  jeszcze  jeden,  o  którym  nie  wiem  zbyt  wiele,  lecz  on  najlepiej  zna
istotę  zła,  gdyż  sam  mu  kiedyś  służył.  Zdołał  się  jednak  wyratować  i  należy  do  najsilniejszych
duchem z moich przodków.

- Masz naprawdę możnych sprzymierzeńców - rzekł Zeno.

- Owszem - zgodził się Heike i dodał z autoironią: - Nie wolno mi też zapominać o mych własnych
zdolnościach. Zaczynam rozumieć, na czym one polegają. Księżniczka przeżyje dziś w nocy piekło!

139

Życzył  im  wszystkiego  dobrego  i  zniknął  w  ciemnościach,  zanim  zdążyli  pomodlić  się  za  niego.
Zawołali jedynie:

- Niech wszystkie dobre moce mają cię w opiece, Heike!

Nie dostrzegli już jego krzywego uśmiechu. Co sił w nogach biegł do twierdzy.

140

ROZDZIAŁ XII

Kiedy Heike wyszedł na łąkę po drugiej stronie urwiska, chmury odsłoniły księżyc i oświetlona jego
blaskiem twierdza wynurzyła się z ohydnego lasu niczym odwieczna groźba.

Objawiła mu się tak samo jak wszystkim innym, ani trochę nie przypominała porannej wizji.

Teraz Heike musiał postrzegać ją właśnie w ten sposób, inaczej nigdy nie odnalazłby Petera.

Zatrzymał  się  na  chwilę,  zbierając  siły  i  odwagę.  Czuł  się  jak  zagubione  dziecko,  bojące  się
ciemności.

Ale troska o Petera, który znajdował się tam, na górze, być może jeszcze żywy, dodała mu sił.

Szedł naprzód, a kłębiące się myśli wciąż nie dawały mu spokoju. Czuł, że jest coś, o czym powinien
pamiętać.  Jakieś  ulotne  wrażenie,  które  nawiedziło  go  na  cmentarzu...  Instynkt  podpowiadał  mu,  że
jest bardziej istotne, niż mu się to zrazu wydało. I jeszcze słowa Zeno, które nie wiedzieć czemu tak
go zdumiały...

Nie mógł sobie jednak nic przypomnieć. Był pewien jedynie, że to ważne, ale jak do tego dojść?

Grzebał w zakamarkach pamięci, ale nic z nich nie wydobył. W końcu zrezygnował.

W  miarę  zbliżania  się  do  twierdzy  jego  kroki  stawały  się  wolniejsze.  Wmawiał  sobie,  że  to  droga

background image

prowadząca pod górę odbiera mu siły. Na próżno jednak starał się oszukać samego siebie.

-  Pomóż  mi,  Tengelu  -  szeptał.  -  Tengelu,  Sol,  Marze,  wesprzyjcie  mnie!  Chyba  rozumiecie,  że
niełatwo jest znaleźć wyjście z takiej sytuacji komuś, kto wcześniej nie wypróbował

swoich mocy.

I wtedy zorientował się, że w tej wędrówce pod górę ku czarnej, rozdziawionej paszczy bramy nie
jest  już  sam.  Słyszał  nawet  odgłos  kroków.  Odróżniał  ciężkie  stąpanie  dwóch  mężczyzn  i  lekkie,
kobiece.  Wszyscy  w  miękkich  trzewikach...  Heike  uśmiechnął  się  do  siebie.  No,  księżniczko,  już
możesz sobie ostrzyć pazury! To dopiero będzie walka!

Pierwszą przeszkodę stanowiła brama. W jaki sposób ją pokonać?

Kiedy  rano  wraz  z  księżniczką  i  Nicolą  zwiedzali  twierdzę,  nie  pokazano  im  części,  w  której
mieściły się pokoje służby. Heike nie wiedział więc, gdzie mieszka woźnica - odźwierny.

Uprzytomnił sobie, że nie widział żadnego innego służącego.

Teraz głębiej się nad tym zastanowił. Gdzie są konie, ciągnące ów upiorny powóz? Wszak konie to
żywe istoty. Ale rankiem ani ich nie widział, ani nie słyszał.

141

Rankiem?  A  gdzie  właściwie  podziało  się  przedpołudnie,  południe  i  popołudnie?  Poszedł  do
twierdzy  rano,  by  sprowadzić  Petera,  i  to  mu  się  udało.  Ale...  kiedy  wyszli  z  zamczyska,  słońce
dawno już minęło zenit i chyliło się nad horyzontem. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę.

Jeszcze jedna czarodziejska sztuczka, to jasne. Przez moment przeraził się, że w trakcie ich

„krótkiego” pobytu w twierdzy mogły upłynąć lata, ale nie, Mira i Zeno powiedzieliby coś o tym. No
i były przecież konie, które wciąż pasły się na łące.

Wiedział, że żadne z trojga jego towarzyszy nie będzie w stanie otworzyć bramy, z tym musi poradzić
sobie sam.

Brama, jak zresztą było do przewidzenia, okazała się zamknięta, a przecież nie mógł

zapukać!  Trzeba  zachować  ostrożność.  Wszak  licho  nie  śpi!  Czy  nie  tak  się  mówi?  Ale  jedna
zamknięta brama nie mogła pokrzyżować planów Heikego. Poczekał, aż księżyc schowa się za wielką
chmurą,  i  podjął  wspinaczkę  pod  górę  ku  dwóm  nierównym,  wystającym  z  muru  kamieniom
niedaleko bramy.

Był młody, silny i wytrzymały, na razie więc wszystko szło gładko.

Ale  mur  był  wysoki.  W  tym  miejscu  zdawał  się  sięgać  nieba.  No  cóż,  musiał  wspinać  się  wyżej  z
nadzieją, że nie spadnie.

background image

Księżyc wyłaniał się zza chmur i znów zachodził, niewielką niosąc pomoc Heikemu.

Najwyraźniej zawarł pakt z księżniczką, bo gdy tylko Heike znalazł w murze szczelinę lub wystający
kant, którego mógł się uchwycić i posunąć choć trochę dalej, znikał. Heike musiał

czekać,  aż  spoza  chmury  wychyli  się  choć  jego  rąbek.  Powtarzało  się  to  po  wielekroć,  utrudniało
wspinaczkę i pochłaniało wiele sił.

Raz  wydawało  mu  się,  że  utknął  w  martwym  punkcie,  zawieszony  nad  ziemią,  bez  możliwości
posuwania  się  w  górę.  Przemieścił  się  jednak  nieco  w  bok  i  szczęśliwie  otworzyły  się  przed  nim
nowe drogi.

Nareszcie dłoń Heikego dosięgła górnej krawędzi muru i mógł wciągnąć się na sam szczyt.

Znalazł  się  teraz  na  zębatym  zwieńczeniu  murów  wśród  blanków,  za  którymi  rozpościerał  się  dach
twierdzy, okrążający otwarty dziedziniec. A więc wspiął się tu niepotrzebnie!

I co dalej?

Co robić? Gdzie szukać Petera?

I, najważniejsze, gdzie znajduje się księżniczka?

Heike wytężał słuch.

142

Jeśli  miał  nadzieję  usłyszeć  rozmowy  lub  też  inne  dźwięki,  które  by  oznaczały,  że  żyją  tu  ludzie,
czekało  go  rozczarowanie.  Do  jego  uszu  doszły  natomiast  bardziej  przerażające  odgłosy:
przytłumione  głuche  bulgotanie  zmieszane  z  żałosnym,  przepojonym  skargą  tajemniczym  szelestem,
jakby węże przekradały się przez zgniłe listowie.

Takie same odgłosy, jakie wydawały korzenie, które porąbał na cmentarzu!

Zimny dreszcz wstrząsnął ciałem Heikego, gdy pojął prawdę.

Księżniczka rzuciła zaklęcie na wszystkich, widzieli więc twierdzę taką, jaką była teraz. Ale poprzez
moc uroku przedzierały się dźwięki identyczne jak w wizji, która nawiedziła go rano

- dźwięki z prawdziwej Cetatea de Strega.

Gdy Heike to zrozumiał, poczuł, że nagle posiadł moc spojrzenia na przestrzał przez mury twierdzy.
Nie na długo i niezbyt wyraźnie, ale widział, i dziwnym zrządzeniem losu patrzył

prosto w miejsce, w którym znajdował się Peter. Peter i Nicola.

Obraz zniknął błyskawicznie. Czarownica wygrała z potomkiem Ludzi Lodu. On przecież był

background image

tak  niedoświadczony,  taki  młody,  ale  wewnętrzny  głos  podpowiadał  mu,  że  tej  nocy  jego  siły
rozkwitną w pełni - tajemne moce kolejnego dotkniętego w rodzie.

To  przekonanie  dodało  mu  otuchy.  W  walce,  którą  miał  dzisiaj  stoczyć,  dziedzictwo  mogło  okazać
się zbawienne.

- Ach, Peterze, mój biedny przyjacielu - szepnął. - W coś ty się wplątał?

Peter  pogrążony  był  we  śnie,  tyle  Heike  zdążył  zauważyć.  Spał,  obejmując  prześliczną  Nicolę,  ale
niebezpieczeństwo  czyhało.  Heike  wyczuł  je  raczej  niż  zobaczył,  na  razie  bowiem  niczego
konkretnego nie dostrzegał.

Było  mu  przykro,  że  musi  przerwać  tę  idyllę,  ale  jeśli  miał  uratować  czyjeś  życie,  nie  było  innego
wyjścia. Wiedział teraz, w której komnacie przebywa Peter. Ostrożnie przesuwał się wzdłuż dachu,
aż natrafił na otwarte okno, wychodzące na dziedziniec. Opuścił się w dół i stanął na krawędzi okna.
Wsunął stopy do środka.

Jeśli czarownica pociągnie mnie teraz za nogi, zacznę wrzeszczeć, pomyślał Heike, pragnąc żartem
zagłuszyć  lęk.  Nic  takiego  jednak  się  nie  stało.  Wślizgnął  się  przez  wąski  otwór  do  niskiego
pomieszczenia na piętrze, którego rano nie zwiedzali.

Była  to  najwyraźniej  nie  używana  kondygnacja,  przypominająca  raczej  strych  w  zwykłych  domach.
Heike odnalazł schody i zebrał się na odwagę, by zejść w dół. Odruchowo sięgnął

ręką do piersi, by sprawdzić, czy mandragora jest na swoim miejscu, ale oczywiście dłoń trafiła na
pustkę.

143

Ruch  ten  jednak  przywołał  wspomnienie.  Przypomniał  sobie  nagle  uczucie,  jakie  spłynęło  nań  na
cmentarzu,  nagłe  wrażenie  spokoju  i...  czyjejś  wdzięczności? A  potem  w  uszach  zadźwięczały  mu
słowa Zeno: „Wszyscy się tacy stają”.

- Ach! - jęknął Heike, tłumiąc okrzyk dłonią przyciśniętą do ust. - Ach, Peterze, Peterze!

Jakimż durniem się okazałem, że też wcześniej nie zrozumiałem prawdy!

W jaki sposób teraz uratuję Petera?

- Tengelu! Sol! Marze! Pomóżcie mi, nigdy sobie z tym nie poradzę - wyrwało mu się z głębi duszy.

Lekkie, jakby szydercze klepnięcie w ramię poderwało go do przodu. Zrozumiał, że to Sol.

Znalazł się w pobliżu galerii. W zimnym niebieskim świetle księżyca oczy z portretów śledziły każdy
jego  krok,  gdy  jak  kot  przemykał  się  korytarzem.  Musiał  się  spieszyć,  Peterowi  groziło
niebezpieczeństwo - większe, niż mógł sobie wyobrazić.

background image

Ale na czym polegało? Czym było owo coś, o którym mówili wszyscy? Co przyśniło się Mirze, co z
sykiem usiłowało wedrzeć się przez jej okno? Co okaleczyło i zabiło tak wielu mężczyzn?

„Skrzydła kruka”.

Zmarli, znalezieni z pręgami na ciele? Z oczami wytrzeszczonymi z przerażenia i z męskością gotową
do miłosnych uciech?

Nie ma co, przyjemna perspektywa!

Kiedy tak Heike szedł przez galerię, cały czas słyszał stąpanie czterech par stóp. W pewnej chwili
dotarł do drzwi, które przypomniały mu o innych drzwiach widzianych wcześniej w odległej części
zamczyska - tych wiodących wprost do serca twierdzy. Niestety, nie dostrzegł

ich  podczas  ulotnej  wizji,  której  doznał  stojąc  na  dachu.  Postanowił,  że  jeśli  nadarzy  się  okazja,
zbada,  co  kryje  się  za  nimi.  „Jeśli  nadarzy  się  okazja?”  Cóż  za  posępne  przewidywania?  Przecież
jeszcze nie przegrał.

Nie, ale wciąż nie znał mocy przeciwnika. Przeczuwał jedynie, że może okazać się straszliwa!

Znalazł się w kolejnej komnacie, tu nie było okien, nie zaglądało więc światło księżyca.

Musiał zatrzymać się na chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do ciemności.

Gdyby miał latarenkę Zeno! Choć może by mu tylko zawadzała? Przestraszyłaby wroga i sprawiła, że
Heike musiałby zrezygnować ze swych działań?

144

Nareszcie  w  mroku  rozróżnił  kontury  drzwi.  O  ile  dobrze  pamiętał,  powinien  znajdować  się
dokładnie pod tym miejscem, w którym stał na dachu i rozglądał się dokoła.

Za tymi drzwiami musiał znajdować się Peter.

Heike nie mógł ot tak, po prostu, gwałtownie wedrzeć się do komnaty i krzyknąć przyjacielowi, by
wychodził stąd jak najszybciej. To było niemożliwe. Musiał wślizgnąć się niepostrzeżenie.

Kochankowie spali. Jeśli Heike będzie miał szczęście, nie usłyszą go. Może wówczas zdoła znaleźć
sobie kryjówkę, w której poczeka, aż nadejdzie owo nieznane, tajemnicze coś.

Żywił  tylko  nadzieję,  że  Peter  i  Nicola  nie  zaczną  od  nowa  miłosnych  igraszek.  Heike  nie  miał
najmniejszej ochoty być świadkiem ich rozkoszy.

Drzwi  pod  naciskiem  dłoni  otworzyły  się  bez  szmeru.  Wszedł  do  przestronnej  sypialni,  w  której
uwagę przykuwało ogromnych rozmiarów łoże z baldachimem. Widział je wyraźnie, gdyż okno było
dość  duże  i  wpadał  przez  nie  blask  księżyca,  a  poza  tym  w  świeczniku  płonęła  jeszcze  woskowa
świeca.

background image

Jakie to nierozważne z ich strony, ale tym lepiej dla mnie! pomyślał.

Wzrok jego przyciągnął olbrzymi gobelin, zawieszony na jednej ze ścian. Zaraz jednak odwrócił się z
grymasem  bólu  i  odrazy.  Heike  kochał  zwierzęta,  były  jego  przyjaciółmi  i  nie  mieściło  mu  się  w
głowie, jak ktokolwiek mógł zawiesić w sypialni tkaninę, przedstawiającą tak obrzydliwą scenę.

Peter  spał  głęboko,  na  ustach  malował  mu  się  błogi  uśmiech  szczęścia,  Nicolę  niemal  bez  reszty
przykrywały  włosy,  układające  się  w  fale.  Heike  dojrzał  jedynie  cudownie  ukształtowane  okolice
oczu i nosa dziewczyny.

Rozejrzał  się  po  komnacie.  Tam,  wysoko,  na  zwieńczeniu  jednej  z  belek  wspierających  sufit,  mógł
usiąść. Uznał, że to będzie dobra kryjówka.

Przekradł się na palcach i wspiął na górę. Miał teraz widok na całą komnatę i prędko mógł

zeskoczyć, gdyby zaszła taka potrzeba.

Poza tym człowiek zawsze czuje się pewniej, gdy spogląda na innych z wysokości.

Odwrócił się plecami do gobelinu, nie chciał na niego patrzeć.

Usadowił się wygodnie, opierając o słup. Zastanawiał się, jaka to może być pora, choć w Planinie
nie było zegarów, a czas odmierzano według słońca i własnego wyczucia.

Przypuszczał, że wkrótce nastanie świt, północ bowiem minęła już jakiś czas temu.

145

Mógł  oczywiście  zbudzić  Petera  i  w  ciszy  wyprowadzić  go  z  komnaty,  ale  w  ren  sposób  straciłby
jedyną szansę rozprawienia się ze złem. Teraz życie Petera było w niebezpieczeństwie, na niego miał
się skierować kolejny atak.

Heike mógł jedynie czekać.

Gdyby tylko wiedział, na co!

Poza tym wątpił, że zdoła wyciągnąć stąd Petera po cichu, a wyczuwał, że zachowanie spokoju jest
niezbędne.

Czy scena myśliwska na gobelinie mogła odgrywać jakąś rolę?

Heike  nie  chciał  się  odwracać  i  oglądać  jej  jeszcze  raz.  Nie  przypuszczał,  by  w  niej  tkwiła
tajemnica. Gobelin był po prostu okropny, wręcz odrażający. Obnażał ludzkie okrucieństwo.

Księżyc nie był wiernym sprzymierzeńcem. Świecił tylko przez krótkie chwile, a za każdym razem,
gdy chował się za chmurami, Heikego ogarniał lęk, gdyż płomień świecy migotał już niebezpiecznie
blisko świecznika i światło w każdej chwili mogło zgasnąć.

background image

Jeśli w krytycznym momencie księżyc skryje się za chmury, Heike nie dojrzy absolutnie nic z tego, co
wydarzy się w komnacie, i przegra walkę o życie Petera.

Uf, w jakże czarnych barwach wszystko widzi! To ponura atmosfera zamczyska tak na niego działa!

W komnacie panował chłód, Heike nie rozumiał, jak Peter może to znieść. Co prawda przyjaciel był
otulony ze wszystkich stron ciepłą kołdrą, osłonięty od przeciągów zakurzonymi draperiami łoża.

Jaka brudna jest ta komnata! Czy kiedykolwiek ścierano tutaj kurze?

Uprzytomnił sobie nagle, że kiedy się tu znalazł, pierwsze wrażenie było zupełnie inne. Gdy wszedł,
komnata wydawała się ładna, czysta i dobrze utrzymana.

Teraz  obserwował,  jak  stopniowo,  powoli  rozpada  się  na  jego  oczach.  Nie  wiadomo  skąd  zaczął
nagle dobywać się przykry zapach.

Heike ostrożnie zmienił pozycję. Siedział już tak długo, że nogi zupełnie mu zdrętwiały i rozbolały
wszystkie mięśnie.

Marzł  nielitościwie,  a  w  dodatku  z  wolna  ogarniało  go  przedziwne  znużenie.  Owszem,  zwrócił
uwagę na ciężki oddech Petera. Jego sen nie był całkiem naturalny, najwidoczniej komnata miała taki
właśnie wpływ na parę w łożu.

Albo...

146

Nie był o tym przekonany. Wiedział jedynie, że z całych sił musi przeciwstawić się tej niezwyczajnej
senności. A  jeśli  naprawdę  zapadnie  w  sen?  Siedząc  tu,  pod  sufitem!  Dopiero  byłaby  heca,  gdyby
zleciał na podłogę jak pijany cietrzew!

Zaiste, poczucie humoru objawiało się u Heikego w niezwykłych momentach.

Czas  płynął.  Niebo,  a  wraz  z  nim  księżyc,  bladło,  a  nic  się  nie  działo.  Świeca  dawno  już  się
wypaliła, kiedy nagle Heike ocknął się z drzemki i gwałtownie wyprostował.

Lekko  szara  poświata  brzasku  wpadała  do  komnaty,  wypełniając  ją  tajemniczym,  czarodziejskim
półmrokiem.  Scena  myśliwska  na  gobelinie  straciła  nagle  barwy,  wszystko  na  niej  wyblakło,
przybrało odcienie bieli, szarości i czerni. W całej komnacie zapanowała atmosfera rozkładu.

Najsilniej  jednak  Heike  zareagował  na  unoszący  się  w  powietrzu  odór,  odór  przywodzący  na  myśl
zgniliznę i śmierć.

Był tak ohydny, że przyprawiał o mdłości. W szarym półmroku oczy Heikego poszukiwały łoża. W
końcu znalazł je i dech mu zaparło ze zdumienia.

- Peterze - szepnął. - Peterze!

background image

Kiedy towarzysz najmniejszym bodaj drgnieniem nie okazał, że się budzi, zawołał

gwałtownie:

- Peterze! Strzeż się!

Zaspany Peter uniósł powieki, a w tej samej chwili Heike zeskoczył na podłogę.

- Cóż ty, u diabła, tutaj robisz? - krzyknął Peter rozgniewany, ale Heike już był przy nim i wyciągał
go z łoża.

- Spójrz! - zawołał. - Uważaj! Uciekaj stąd! Szybko!

Oszołomiony  Peter  odwrócił  głowę,  patrząc  za  wzrokiem  Heikego,  i  otworzył  usta,  by  krzyknąć  z
przerażenia, ale żaden dźwięk nie wydostał się spomiędzy jego warg. Jak sparaliżowany wpatrywał
się w łoże i w tę, z którą przed chwilą je dzielił.

Światło  świtu  było  już  dostatecznie  silne,  by  ujawnić  owo  niepojęte.  Leżała  tam  szczerząca  zęby
czaszka z pustymi oczodołami, a kościotrupie ramię spoczywało na narzucie w miejscu, gdzie jeszcze
przed chwilą znajdowała się piękna, kształtna ręka Nicoli.

Nie to jednak było najgorsze.

147

Po  łożu,  ku  Peterowi,  sunęły  przecudnie  piękne  włosy,  czarne  jak  skrzydła  kruka.  Świadome  celu
przemieszczały  się  powoli,  torując  sobie  drogę  i  grożąc  śmiertelnym  niebezpieczeństwem
oniemiałemu kochankowi.

- Uciekaj stąd! - krzyknął Heike, ciągnąc Petera za sobą. Biedny chłopak był oczywiście nagi, a jego
męska duma wyraźnie wskazywała, iż gorąco pragnąłby kontynuować miłosne igraszki. Heike porwał
ubranie Petera leżące na krześle, i wcisnął mu je do rąk. Potem pchnął przyjaciela ku drzwiom.

Niestety, za późno. Ze straszliwym sykiem włosy prześlizgnęły się po podłodze, jak strzała popędziły
ku wyjściu, odcinając chłopcom drogę, i niczym wąż owinęły się wokół ciała Petera.

Chłopak w amoku, nie przestając krzyczeć, ciągnął i szarpał za włosy, które owinęły mu się wokół
głowy i szyi. Wypluwał długie czarne kosmyki, wciskające mu się w usta, z całych sił

czepiał się Heikego, aż ten musiał go od siebie odepchnąć.

Heike  jednym  ruchem  uchwycił  zmierzwione  kłębowisko  włosów  i  odrzucił  je  daleko  w  głąb
komnaty.  Poczuł,  jak  zaciskają  się  wokół  jego  dłoni,  ale  udało  mu  się  otworzyć  drzwi  i  wypchnąć
przez nie Petera. Sam także wybiegł.

Kiedy jednak usłyszał wściekły szum i trzask jakby błyskawicy, zorientował się, że drzwi zamknął za
późno. Włosy przecisnęły się wraz z nim i Peterem.

background image

Heike chwycił przyjaciela za rękę i jak szaleniec ruszył pędem przez galerię. Obok nich po podłodze
sunęło czarne, przypominające węża niepojęte zjawisko.

Peter nie przestawał histerycznie krzyczeć.

- Nie zdołamy uciec, zginiemy! To już koniec, koniec!

- Przestań wrzeszczeć! Otwieraj drzwi, a ja zajmę się tą zmorą!

Ale  włosy  ścigały  Petera,  kochanka.  Kiedy  dotarli  do  drugiego  końca  galerii,  nigdzie  nie  było  ich
widać.  Peter  już  odetchnął  z  ulgą  i  otworzył  drzwi.  Biegli  przez  kolejne  komnaty,  jakby  czuli  na
plecach lodowaty oddech śmierci.

Nagle Heike przystanął:

- Gdzie my jesteśmy? Znaleźliśmy się w ślepym zaułku, tu dalej nie ma już żadnych drzwi.

Odwrócili  się.  Poranek  nadal  był  jedynie  szarą  zapowiedzią,  lecz  chłopcy  doskonale  widzieli,  co
powoli zsuwa się z belki przy drzwiach.

- Do diabła! - zaklął Heike.

148

Ze świstem włosy przeszyły powietrze i znów rzuciły się Peterowi do gardła. Błyskawicznie oplotły
całe ciało, wpiły się we wszystkie jego części, lecz przede wszystkim skupiły się na szyi.

- Ratuj mnie, Heike, ratuj! - zawołał bezradny nieszczęśnik zduszonym głosem.

Mam mało czasu, myślał zrozpaczony Heike. Wiedział jednak, że musi spróbować, nie miał

innego wyjścia. przymknął oczy i starał się skupić.

O, wszystkie moce Ludzi Lodu, ześlijcie na mnie teraz zaklęcia!

Peter  wydał  zduszony  jęk  i  osunął  się  na  podłogę,  spętany  obrzydlistwem,  które  z  okrutną
konsekwencją zaciskało się coraz ciaśniej wokół niego.

Heike wyczuwał bliskość swoich przodków, tych, którzy sami niczego nie byli w stanie zrobić, ale
mogli działać poprzez niego.

Napłynęły słowa, których znaczenia nigdy nie nauczył się rozumieć.

Usłyszał  teraz,  że  nie  recytuje  ich  sam.  Ktoś  jeszcze  odmawiał  zaklęcia  wraz  z  nim,  ktoś,  kto
doskonale znał język magicznych formuł. To musi być Mar, pomyślał Heike. Solve opowiadał

przecież o plemieniu z syberyjskiej tundry. Dzięki! Dzięki, Marze!

background image

Słowa same cisnęły się na wargi Heikego. I już po chwili Peter mógł odetchnąć swobodniej.

Włosy bezwładnie upadły na podłogę.

Heike przestał odmawiać zaklęcia. Pomógł przyjacielowi stanąć na nogi i ujął go za rękę.

- Chodź! Nie mamy czasu do stracenia.

Głos Petera był ochrypły.

- Czy pokonaliśmy tę ohydę?

- Wątpię. To było jedynie zaklęcie, które na chwilę powstrzymało atak. Chodź!

Biegali  jak  szaleni  po  komnatach  i  korytarzach  twierdzy,  ale  wydawało  się,  że  jakaś  tajemna  siła
skrywa przed nimi wyjście.

A potem powtórzyli błąd, który popełniło przed nimi tak wielu kochanków Anciol: przekroczyli próg
drzwi znaczonych rzeźbieniami.

Błąd  ten  nietrudno  wytłumaczyć,  ich  wzrok  bowiem  został  omamiony  tak,  że  nie  dostrzegli
czarodziejskich  runów  wyrytych  w  mrocznym  rogu.  Widzieli  jedynie  drzwi,  których  wcześniej  nie
otwierali, a drzwi oznaczały dla nich możliwość wydostania się na wolność.

149

Zamiast tego znaleźli się w sercu twierdzy.

- Wychodzimy! - krzyknął Heike, nareszcie zrozumiawszy, gdzie są. - Wychodź, szybko, jeśli ci życie
miłe!

Niewiele  będzie  mógł  zdziałać  i  nie  zwalczy  złej  mocy  ukrytej  w  twierdzy,  jeśli  nie  wyprowadzi
Petera w bezpieczne miejsce. To jednak zdawało się niemożliwe. W

którąkolwiek stronę się obrócili, wszędzie napotykali przeszkody.

Peter, ostatni kochanek Anciol, miał umrzeć.

I tym razem także wpadli w pułapkę. Drzwi zatrzasnęły się za nimi i nie dawały się poruszyć bodaj o
ćwierć palca. To było do przewidzenia, pomyślał Heike.

Do cna wyczerpany dziką ucieczką przez komnaty w poszukiwaniu wyjścia nie miał pojęcia, co czeka
ich teraz, ale obawiał się najgorszego.

Anciol z pewnością tak łatwo nie zrezygnuje.

Zirytowany mruknął do Petera:

background image

- Mógłbyś przynajmniej się ubrać! Wyglądasz idiotycznie!

Nieszczęsny Peter starał się ukryć swój żenujący wygląd, choć tu, co prawda, nie miało to większego
znaczenia,  gdyż  wokół  panowały  ciemności.  Z  sąsiedniej  komnaty  sączyła  się  ledwie  odrobina
światła. Podczas gdy Peter po omacku zakładał nieliczne części garderoby, Heike pospieszył zbadać
kolejne pomieszczenie. Już w drzwiach stanął jak wryty.

- Aaach! - jęknął. - Och, nie, nie!

Peter, podskakując na jednej nodze, ruszył za nim, usiłując w biegu dokończyć ubieranie, i zatrzymał
się na progu.

- Ach... Heike, niedobrze mi!

-  Przestań  -  cierpko  odrzekł  Heike.  -  Wstrzymaj  się  chociaż  do  czasu,  dopóki  nie  wyjdziemy  na
zewnątrz.

Jeśli w ogóle wyjdziemy? dopowiedział w myślach.

I  tu  było  ciemno,  nie  na  tyle  jednak,  by  nie  zobaczyli  tego,  co  leżało  na  podłodze  pod  kolejnymi
drzwiami. Zwłoki dwóch mężczyzn: jedne zaczynały się już rozkładać, drugie wyglądały nieco lepiej.

150

- Dobry Boże - szepnął Peter. - Dobry Boże! Zostali uduszeni, wiesz przez co. Usiłowali wydostać
się przez te drzwi, bez powodzenia. Spójrz na te wąskie smugi na ciele! I wokół

szyi! Heike, ja także mógłbym teraz tu leżeć, gdybyś nie przyszedł w porę!

- Jeszcze nie wyszliśmy - przypomniał mu przyjaciel, sam do głębi wstrząśnięty. - Ale jest ich tylko
dwóch Peterze, tylko dwóch!

- To najpewniej Francuzi.

- Bez wątpienia. Ale gdzie są pozostali? Z tego, co nam wiadomo, ci na pewno nie byli pierwszymi,
wprost przeciwnie! Przecież ona w swej żądzy miłości pochłonęła połowę miasteczka, nie mówiąc
już o przyjezdnych, tych, którzy zabłądzili do tej przeklętej doliny.

Peter słuchał go jednym uchem.

-  Oni  mają...  Oni  nadal  są  gotowi  do  kochania!  -  rzekł  z  niedowierzaniem,  na  próżno  starając  się
wygładzić spodnie, by ukryć swój godny pożałowania stan. - W każdym razie ten ostatni.

Ten drugi zaczyna już być nieco...

Nie mógł dokończyć zdania.

background image

Heike myślał bardziej trzeźwo.

-  Prawdopodobnie  przez  jakiś  czas  wykorzystywała  ich  jako  swoich  kochanków.  Tutaj  jest
dostatecznie sucho i chłodno, by zwłoki mogły zachować się stosunkowo długo.

Peter odwrócił się, pozieleniały na twarzy.

- Zamilcz - wymamrotał. - Pomyśl, że ja mógłbym...

- Przepraszam - powiedział Heike. - Ale musimy się stąd wydostać, przynajmniej ty.

- A co z tobą?

- Obiecałem zdjąć przekleństwo wiszące nad doliną. A ty mi w tym najbardziej przeszkadzasz.

Peter odetchnął głęboko.

- Będę już teraz silny. Chciałbym ci pomóc.

-  Dziękuję.  -  Heike  był  naprawdę  wzruszony.  - Ale  wiesz  przecież,  że  ona  ściga  właśnie  ciebie?
Tobie będzie trudniej...

Nie dokończył zdania, bowiem Peter wrzasnął:

151

- Heike! Nad twoją głową!

Heike odruchowo uskoczył, Z belki w suficie zwieszał się śliski węgorz, czarny, połyskujący.

- No, źle z nami teraz - zawołał Heike, odciągając Petera. - Bo stąd nie ma wyjścia!

- To niemożliwe, jakieś wyjście musi być!

- A jak sądzisz, dlaczego ci dwaj tutaj leżą? Nie, teraz już utknęliśmy na dobre. Ale nie mam zamiaru
się poddawać.

Uskoczył znów wraz z Peterem, gdy włosy ponowiły atak.

- Tengelu! Sol! Marze! - krzyknął. - Nie wiem, co mam robić!

Słyszał o wszystkim, co przodkowie z Ludzi Lodu uczynili dla swych potomków, o tym, jak pewnego
razu  zauroczyli  kapitana  piratów,  nakazując  mu  wierzyć  w  niesamowite  wizje,  o  ich  walce  o
nawrócenie Ulvhedina na dobrą drogę. Ale zawsze mieli do czynienia ze zwykłymi, żywymi ludźmi.
Teraz było inaczej.

Anciol  to  czarownica,  zmarła  jak  oni  sami.  Musieli  działać  poprzez  Heikego,  od  niego  wszystko
zależało, od jego umiejętności współpracy z nimi.

background image

Jasne było, że Anciol nie chce z nim zaczynać, że czuje wobec niego respekt, być może nawet obawia
się jego mocy.

A może raczej tych, którzy za nim stoją. Nie wolno mu przeceniać własnych możliwości!

Peter znowu się bronił. Krzycząc z całych sił, starał się uwolnić. Co prawda Heike zdołał

wyrwać kilka pasem włosów i odrzucić je daleko, ale z ohydnym świstem znów rzuciły się na Petera.

Ani jeden kochanek nie ujdzie przed straszliwą żądzą zemsty Anciol!

Heike westchnął, poczuł się bezsilny. Tak dłużej nie można, aż nazbyt jasne było, kto wygra tę walkę.
W końcu chłopcy będą zupełnie wyczerpani, a wówczas zdradzieckie włosy zdecydowanie ruszą do
ataku.

Gdyby  tylko  miał  czas,  by  spokojnie  pomyśleć...  Nic  było  jednak  ani  chwili  wytchnienia,  wiedźma
nawet na moment nie ustawała w atakach.

Tak, tak właśnie Heike myślał o włosach: ona, wiedźma.

W tym momencie zaczęły torować sobie drogę przesłane do jego świadomości myśli. Z

początku niejasne, niewyraźne, trudne do zrozumienia, z wolna nabierające kształtu.

152

„Słońce, Heike, słońce!”

Niewiele mówiąca była to wskazówka, zwłaszcza tu, w tej ciemnej komnacie!

Skoncentrował się i wreszcie sobie przypomniał.

Twierdza nie miała żadnych okien czy bodaj otworów wychodzących na słoneczną stronę.

Ani jednego!

Że też nie pomyślał o tym wcześniej!

Owszem,  gdy  patrzyło  się  na  budowlę  z  dołu,  uderzała  mnogość  zapraszających  okien. Ale  to  było
jedynie  złudzenie  jak  wszystko  inne.  Wędrując  po  zamczysku  odkryli,  że  okna  od  słonecznej  strony
były ślepe. W żadnym miejscu nie dało się wyjrzeć na dolinę.

Skąpe światło wpadało do twierdzy od strony wychodzącej na góry, tam gdzie nigdy nie było słońca,
albo też od pogrążonego w wiecznym cieniu dziedzińca.

Tak  więc  wąziutki  otwór,  jaki  znajdował  się  w  tej  komnacie,  wychodził  albo  na  góry,  albo  na
dziedziniec, gdzie dokładnie - to już obojętne. Z pewnością jednak nie na dolinę, w której musiało

background image

już wzejść słońce.

Walcząc o uwolnienie słaniającego się na nogach Petera, myślał dalej. Bacznie przypatrywał

się przeciwległej ścianie, która musiała według jego obliczeń wychodzić na dolinę.

Wydawała się nie do ruszenia. Kolosalne kamienne bloki...

- Dobrze, Heike! - pochwalił go szepcząc wprost do ucha Tengel Dobry. - Jesteś silny, poczwórnie
silny!

- Peterze! - zawołał Heike, przekrzykując zduszone jęki przyjaciela. - Podciągnij się tutaj! I staraj się
przez moment wytrzymać! Ja zaraz...

- Tak! Właśnie ten kamień! - powiedział głos Tengela. - Teraz, szybko!

Heike podparł ramieniem kamienny blok w ścianie i natychmiast ból przypomniał mu o wczorajszym
zajściu. Zagryzł jednak zęby i parł dalej.

Poczuł, jak wzbiera w nim olbrzymia siła. Nie był sam!

Z gardła Petera dobywał się charkot, chłopak dławił się, walcząc o każdy oddech.

Kamień zaszurał, zazgrzytał i przesunął się kawałeczek w przód.

- Heike! Pomocy! - wykrztusił Peter ostatkiem sił. - Nie dam już rady, tym razem mnie dopadła!

153

- Wytrzymaj jeszcze tylko trochę!

W  tej  samej  chwili  zły  duch  jakby  nagle  zorientował  się  w  poczynaniach  Heikego.  Cała  masa
włosów przerzuciła się teraz na niego, zatykając mu usta i nos i starając się go zadusić.

- O, tego już doprawdy za wiele - usłyszał spokojny głos Sol. - Słyszysz, przeklęta babo?

Łapy  precz  od  naszego  chłopca!  Marze,  odmów  „modlitwę”,  chłopak  nie  może  przecież  wydusić  z
siebie ani słowa!

W komnacie rozległy się niesamowite, monotonne zaklęcia, wypowiadane przez głos, który wcale nie
był  głosem,  lecz  jedynie  ułudą.  Język  owych  zaklęć  był  tak  całkowicie  obcy  Peterowi,  iż,
półprzytomny,  sądził,  iż  przeniósł  się  do  świata  demonów.  Ale  Heike  zdołał  się  uwolnić,  włosy
bezwładnie opadły z jego twarzy.

Zaklęcia umilkły. Ciemna, kipiąca masa rzuciła się znów na Petera; nie podejmowała już więcej prób
unicestwienia mocy Heikego.

background image

W tej chwili nikt nie miał czasu dla Petera, musiał radzić sobie sam. Był to może dość brutalny, lecz
niestety jedyny sposób, by go ocalić.

Heike  ponowił  próbę.  Kamień  nagle  przechylił  się  i  ze  straszliwym  łomotem  runął  ze  skały  aż  na
samo dno doliny.

Do  środka  wpadły  ostre  promienie  porannego  słońca,  które  właśnie  wstało  na  wschodzie;  złote,
rozgrzewające i tak prawdziwe, że Heike głęboko westchnął z ulgą.

Nie  tracąc  czasu  rzucił  się  na  pomoc  Peterowi,  całkiem  już  oplątanemu.  Cienkie  pasma  włosów
zaczynały przecinać ubranie i wpijać się coraz głębiej w skórę biedaka.

Heike,  świadom  konieczności  bezwzględnego  działania,  powlókł  przyjaciela  ku  światłu,  mocno
chwycił  czarne  pasmo  obejmujące  jego  szyję  i  gwałtownym  ruchem  pociągnął,  tak  iż  cały  pęk  -
każdy, jak sądził, co do ostatniego włosa - oderwał się od ciała Petera. Wówczas wyrzucił ohydztwo
przez dziurę w murze.

Nie  poddało  się  ono  dobrowolnie,  o,  nie!  Stawiało  tak  zaciekły  opór,  że  Heikemu  powiodło  się
zaledwie częściowo, choć nie tylko jego siły zostały zaangażowane w tę walkę.

Obrzydliwie  żywa  wiązka  włosów  leżała  na  samym  brzegu  w  dziurze  po  kamieniu.  Przez  moment
przerażonemu Heikemu wydawało się, że włosy zwiną się i znów wpadną do komnaty, ale było już
za późno. Moc słońca zwyciężyła.

Chłopcy  szeroko  otwartymi  oczyma  patrzyli,  jak  skręcają  się  w  świetle  z  sykiem,  jak  gdyby  się
spalały. Długie, połyskliwe włosy kurczyły się niby w ogniu, ostry, nieprzyjemny zapach uderzył ich
w  nozdrza.  Nie  upłynęła  nawet  minuta,  a  włosy  obróciły  się  wniwecz,  została  po  nich  jedynie
niewielka, lepka plama.

154

Peter osunął się na podłogę, z trudem chwytając oddech.

- Jak się czujesz? - zapytał Heike.

-  Dobrze  -  jęknął  Peter.  -  Najgorsze  już  minęło,  prawda? Ach,  jak  mnie  wszystko  boli!  I  tak  mnie
mdli!

- Nic dziwnego, musi cię boleć. Całe ciało masz pokryte długimi, czerwonymi pręgami.

Heike podszedł do kamiennej ściany i badał ją palcami.

- Twierdza stoi jak stała - stwierdził z niedowierzaniem. - Peterze... Wybacz mi obcesowe pytanie,
ale czy nadal... Czy ciągle jeszcze masz... Wiesz, o co mi chodzi?

Peter z zażenowaniem skinął głową, usiłując dłońmi zasłonić swój wstyd.

background image

-  I  ci  zmarli  mężczyźni  również.  To  ogromnie  niepokojące.  Tak,  bardziej  przerażające,  niż  mogę
wyrazić!

- O czym mówisz?

- Można z tego wyciągnąć tylko jeden wniosek, prawda?

- Jaki? - spytał Peter i niemal w tej samej chwili krzyknął przerażony.

Heike  zaraz  zobaczył,  co  się  stało.  Pojedynczy  włos,  ostatni,  owinął  się  wokół  szyi  chłopaka  i
zacisnął  tak  mocno  jak  napięta  struna  skrzypiec.  Heike  nie  mógł  sobie  z  nim  poradzić,  włos
wyślizgiwał mu się spomiędzy palców. Peter posiniał już na twarzy, gdy znów rozległ się monotonny,
gardłowy  głos.  Włos  rozluźnił  uścisk.  Heike  zdołał  nawinąć  go  sobie  na  dłoń  i  wynieść  na  słońce.
Spalił się z sykiem. Odrażający napastnik przestał istnieć.

Peter oddychał z trudem:

- No więc jaki wniosek należałoby wyciągnąć?

-  Że Anciol,  którą  Sol  nazwała  przeklętą  babą,  nadal  żyje.  Jeśli  oczywiście  można  mówić  o  życiu,
gdy ma się do czynienia z upiorem. Wskazuje na to fakt, że nic się nie zmieniło.

Musimy ją odnaleźć, Peterze!

- Ale czy ona... nie leżała w tym łożu?

-  Tak,  w  swym  własnym  ślubnym  łożu!  Do  niego  zaciągała  wszystkich  kochanków.  Ale  teraz  na
pewno już jej tam nie ma. Obawiam się, że czeka cię kolejny wstrząs. To nieuniknione.

Muszę ci pokazać, co widziałem wczoraj rano.

155

ROZDZIAŁ XIII

- Nie chcę już więcej żadnych wstrząsów - stwierdził Peter, ledwie powstrzymując się od płaczu. -
Chcę się stąd wydostać! Ale jak my wyjdziemy?

Dobre  pytanie,  pomyślał  Heike,  nie  mogli  bowiem  zostać  w  tych  dwu  małych  komnatach,  a  oba
wyjścia były na amen zamknięte.

Heike zdążył już sprawdzić jedne i drugie drzwi. Najpierw te w zewnętrznej komnacie, te, które od
strony  korytarza  naznaczone  były  magicznymi  runami.  Potem  drugie.  Stąpał  koło  nich  ostrożnie,  by
ominąć trupy. Jak można się było spodziewać, drzwi okazały się zamknięte, i to tak, jakby nigdy ich
nie  otwierano.  Ale  Peterowi  nie  podobał  się  sposób,  w  jaki  Heike  się  o  nie  opierał,  jak  gdyby
nasłuchiwał albo...

background image

- Co się stało, Heike?

- Ciiicho! Wyczuwam trzy rzeczy. Po pierwsze, tutaj najwyraźniej słychać owe przytłumione trzaski i
szelesty.  Po  drugie,  czuje  się  tu  przeciąg,  dochodzący  jak  gdyby  od  dołu. A  po  trzecie,  aż  nos  mi
zatyka ten wstrętny odór, z pewnością właśnie tędy się wydostaje.

- Chcesz powiedzieć, że tu znajduje się jądro twierdzy?

- Tak. A może raczej należałoby powiedzieć: jądro wszelkiego zła?

- Heike, chyba nie mam ochoty tędy przechodzić!

- Ja także. Ta droga nie prowadzi do wyjścia, lecz dalej w głąb, do środka.

- Może w dół, do samego piekła?

- Jeśli chcesz, możesz to tak nazwać.

- Ale jak się stąd wydostaniemy?

Peter naprawdę był bliski łez.

Ale  Heike  nie  rezygnował,  już  położył  się  na  brzuchu  w  dziurze,  która  pozostała  po  kamieniu,  by
poszukać  jakiejś  drogi  wyjścia.  Peter  zauważył,  że  Heike  bardzo  uważa,  by  nie  dotknąć  lepkiej
plamy.

W końcu Heike wsunął się z powrotem do komnaty.

- To da się zrobić - rzekł z wahaniem. - Tuż poniżej jest gzyms, ale straszliwie wąski.

-  Nie  ma  innej  rady.  Każdą  możliwość  wydostania  się  stąd  trzeba  przyjąć  z  otwartymi  ramionami.
Czy daleko do ziemi?

156

- Nie, dalej, z boku, nie. Ale w tym miejscu dolina jest bardzo, bardzo głęboka.

Podejrzewam, że właśnie stąd Anciol rzuciła się w dół, oczywiście z samego szczytu murów.

- Bardzo proszę, nie wspominaj tego imienia - Peter zadrżał. - I tak jestem już bliski utraty zmysłów,
chyba to rozumiesz?

- Naturalnie, wybacz mi moją bezmyślność!

Nie było na co czekać, postanowili więc ruszyć natychmiast. Peter jako pierwszy, nie mógł

bowiem  znieść  myśli,  że  pozostanie  choćby  przez  moment  sam  we  wnętrzu  upiornej  budowli.  On
także starał się nie dotknąć obrzydliwej plamy.

background image

Heike pomógł mu stanąć na gzymsie.

- Wszystko w porządku?

- Tak - odparł Peter. - Na razie. Ale w jaki sposób zdołamy zejść na ziemię? Czego się trzymać?

-  Rozglądaj  się  za  nierównościami  w  murze!  Za  szczelinami  i  występami.  Musimy  przejść  tylko
kawałeczek, zaledwie parę łokci.

- Zaczekam na ciebie - Peter nie śmiał podejmować tak ryzykownej wyprawy samodzielnie.

Heike  nie  bez  ulgi  opuścił  twierdzę  i  rozpoczęła  się  żmudna  przeprawa.  Balansowali  jak  na  linie,
cały czas z sercem w gardle.

Nigdy dotąd nie pokonywali tak krótkiego odcinka przez tak długi czas. A kiedy Peter i zaraz za nim
Heike  nareszcie  mogli  zeskoczyć  na  zbocze,  w  milczeniu  podali  sobie  ręce  i  razem  ruszyli  ku
płaskiemu terenowi przed bramą.

- Jak to możliwe, by takie piękne zamczysko kryło w sobie tyle zła? - zadumał się Peter.

Na jego twarzy nadal odbijały się przeżyte chwile grozy i szaleństwa; wciąż nie mógł

zapanować nad głosem.

-  Piękne?  -  powtórzył  Heike.  -  Poczekaj,  aż  zabierzemy  z  gospody  mandragorę,  ujrzysz  wówczas
twierdzę taką, jaka jest naprawdę.

-  Jeśli  dojdę  do  gospody,  to  nigdy,  przenigdy  tu  nie  wrócę  -  zapewnił  Peter  z  niezwykłym
przekonaniem w głosie.

- I ja także nie - rzekł Heike zadumany. - Ja także nie, nie zniósłbym tego. Ale w jaki sposób zdołamy
pokonać czarownicę? Trzeba to zrobić teraz. Nie możemy wejść do środka tak jak poprzednio. Nie
jestem w stanie tego zrobić. Brama jest zamknięta, wspinaczka na dach była niebywale trudna. Nie
mam zamiaru tego powtarzać!

157

Podświadomie  zaczęli  schodzić  w  dół  ścieżką  oświetloną  porannym  blaskiem  słońca,  nie  mieli
odwagi zostać w tym miejscu ani chwili dłużej.

- Ale Feodora? Księżniczka? Nic z tego nie rozumiem, Heike. Wszyscy przecież mówili, że Feodora
jest czarownicą. Czy to znaczy, że były dwie czarownice? I co się z nią stało?

- Nie było dwóch czarownic, Peterze, były natomiast dwie księżniczki. Anciol to także księżniczka,
lecz  ani  ty,  ani  ja  nie  zastanawialiśmy  się  nad  tym.  Sądziliśmy,  że  Nicola  jest  niczemu  niewinną
dziewczyną  z  tych  okolic.  Ale  kiedy  Zeno  i  inni  mieszkańcy  miasteczka  mówili  o  czarownicy  i
księżniczce,  nigdy  nie  wymieniali  przy  tym  imienia  Feodory.  Myśleli  o  Nicoli.  Ale  skąd  my

background image

mogliśmy o tym wiedzieć?

Peter dyskretnie otarł ręką oczy.

- Ale gdzie ona teraz jest? - zapytał niewyraźnie.

-  Feodora?  Jeszcze  tego  nie  zrozumiałeś?  -  zapytał  Heike  ze  zdumieniem.  -  Nie  pojąłeś,  że  sam
uwolniłeś ją od uroku, który najprawdopodobniej rzuciła na nią Anciol?

- Ja?

- Tak. Kiedy położyłeś swój krzyżyk w jej grobie, wówczas odnalazła spokój. To musiała być

„nasza” Feodora. Natychmiast zniknęła z twierdzy i Nicola nie na żarty się zaniepokoiła, prawda?

- Tak, masz rację. Wiesz, ja, który umiem czytać i pisać, powinienem był zrozumieć, kim była Anciol.
Jeśli A z początku przeniesie się na koniec jej imienia i zamieni na miejsca I i C, to wyjdzie z tego
dokładnie Nicola. Poza tym i wiekiem także lepiej pasowała na pannę młodą, prawda?

Heike  milczał.  On  przecież  nie  znał  liter.  Co  prawda  także  zastanawiał  się  nad  podobieństwem
imion, ale coś mu się jednak nie zgadzało. Nie wiedział, że w jednym przypadku C wymawia się jak
C, a w drugim jak K. Niełatwo to zrozumieć komuś, kto nie umie czytać.

Peter ciągnął podniecony:

- Pomyśl tylko, że mój krzyżyk mógł pomóc udręczonej duszy. Jednak na coś się przydałem.

- Nie poradziłbym sobie bez ciebie.

-  Beze  mnie  nigdy  byś  nie  wpadł  w  takie  tarapaty  -  sucho  przerwał  mu  Peter.  -  Ale  wobec  tego
Feodora musiała być zjawą?

- Tak, ona była zjawą. To Anciol jest upiorem.

158

- A woźnica?

-  Nie  wiem  nic  o  nim  ani  o  jego  ekwipażu.  Zgaduję  jednak,  że  był  związany  z  Nicolą  w  ten  sam
sposób co Feodora, musiał jej służyć.

- A kruki? - Peter śledził wzrokiem parę krążących wysoko ptaków. - One mnie zwiodły.

- Mnie także. Słowa o skrzydłach kruka nawiązywały jedynie do włosów upiora.

- Uff, nie przypominaj mi o tym - zadrżał Peter. - Czy wiesz, że ja sam, dureń, paplałem o tym, że jej
włosy błyszczą równie pięknie jak skrzydła kruka? Nie umiejąc dodać dwa do dwóch!

background image

- Chyba można ci to wybaczyć - uśmiechnął się Heike. - Nie, myślę, że ptaki to zwyczajne kruki, być
może mają za zadanie szpiegować dla Anciol, ale to tylko domysły.

Peter pokiwał głową.

- Jak sądzę, dość bliskie prawdy.

Jeszcze  nie  doszedł  do  siebie.  Szczególnie  trudno  było  mu  mówić  o  chwilach  miłosnych  uniesień,
jakie spędził z Nicolą. Heike doskonale go rozumiał.

-  A  ludzie  z  miasteczka?  -  zapytał  Peter.  -  Dlaczego  żyją  tutaj  w  ciągłym  strachu?  Dlaczego  nie
opuszczą doliny?

- Podejrzewam, że nie mogą. Myślę, że las ich nie puszcza.

- Chcesz powiedzieć, że zagradza im drogę, zamyka dolinę? Że nie ma stąd żadnego wyjścia?

-  Tak  właśnie  uważam.  Istnieje  jedynie  droga  prowadząca  do  środka,  taka  jak  otworzyła  się  przed
nami. Niczym morskie anemony, słyszałeś o nich? To stworzenia, które żyją na dnie morza, otwierają
swe przepiękne, przypominające kwiaty kielichy, zapraszając do środka niczego nie podejrzewające
ryby, a potem kielich się zamyka. Ryba nie może się wydostać, a anemon najada się do syta.

-  Opowiadasz  makabryczne  historie,  Heike.  -  Peter  był  wzburzony.  -  Ale  w  jaki  sposób  my  się
wydostaniemy?

-  Dlatego  właśnie  musimy  unieszkodliwić  upiora.  Dla  własnego  dobra  i,  rzecz  jasna,  dla  dobra
mieszkańców miasteczka.

Znajdowali się teraz na niewielkim płaskim terenie, mniej więcej w połowie drogi ku łąkom.

Przystanęli i popatrzyli w górę na majestatyczną budowlę twierdzy.

159

- Upiór - powiedział Heike w zamyśleniu. - Gdzieś tutaj odłożyłem w nocy kołek i młotek.

Muszę rozprawić się z czarownicą Anciol teraz, za dnia, kiedy jeszcze jest bezbronna.

- Ale przecież miałeś nie wracać do twierdzy - ostro zaprotestował Peter.

-  Nie  do  takiej  twierdzy,  jaką  teraz  widzimy  -  odparł  Heike.  -  Spotkalibyśmy  wtedy  wdzięczną  i
powabną Nicolę, taką, jak widzieliśmy ją wczoraj. Nic byśmy nie mogli jej zrobić, choć co prawda
jest teraz sama, Feodora spoczywa w pokoju. Nie, muszę ujrzeć prawdziwą twierdzę.

- Prawdziwą twierdzę? Nie rozumiem, o czym mówisz - Peter zaczynał się niecierpliwić.

Heike westchnął.

background image

- Jedynie mandragora jest dostatecznie silna, by zniszczyć fałszywy obraz. A ja nie mam ochoty...

Zastanawiał się przez chwilę.

- Chyba że...? Moi sprzymierzeńcy! - zawołał cicho. - Czy jeszcze tu jesteście? Możecie się na coś
przydać? Czy posiadacie dostateczną moc, by zerwać zasłony z naszych oczu? Czy jesteście silniejsi
od Anciol?

Odpowiedzią był cichy śmiech kilku osób.

- Zrozumieliśmy prowokację! - zawołała żartobliwie Sol.

- Będzie, jak sobie życzysz - powiedział Tengel. - Ale czy twój przyjaciel zniesie prawdę?

Heike  starał  się  nakłonić  Petera,  by  sam  wrócił  do  gospody,  ale  chłopiec  za  wszelką  cenę  pragnął
teraz zachować się lojalnie wobec przyjaciela. Twierdził, że musi odpokutować.

Z miejsca, w którym stali, roztaczał się doskonały widok na twierdzę. Stąd droga zakrętami schodziła
w dół ku dolinie.

- Przyjrzyj się teraz dokładnie, Peterze - zapowiedział Heike. - Bo już ostatni raz widzisz twierdzę w
pełnej krasie. Teraz nastąpi powrót do gorzkiej rzeczywistości.

- Nie chcę jej oglądać! - wyrwało się Peterowi. Odwrócił się plecami, a Heike wbił w niego wzrok,
prosząc, by przyjaciel wziął się w garść.

Kiedy  razem  spojrzeli  na  twierdzę,  Peterowi  zaparło  dech  w  piersiach  i  musiał  złapać  Heikego  za
ramię, by się nie przewrócić. Heike widział ten przerażający obraz już wcześniej, lecz mimo to był
równie głęboko wstrząśnięty.

160

Same  już  tylko  dźwięki  budziły  grozę.  Jakby  całe  stado  padlinożernych  ptaków  unosiło  się  nad
doliną, skrzek i wrzask echem odbijał się od skał. A spoza ptasich krzyków przedostawał

się jeszcze inny odgłos, ten, który wielokrotnie przedtem już słyszeli, tym razem głośniejszy.

Trzask i szelest korzeni wijących się wśród liści, torujących sobie drogę.

A widok!

Peter otwierał oczy coraz szerzej i szerzej.

- Boże - szepnął. - Święty Boże, co to takiego?

Widok, jaki roztaczał się przed nimi, był całkowicie niepojęty, trudno go opisać słowami. Z

background image

tego, co z pewnością było kiedyś zachwycającą budowlą, pozostały zaledwie resztki murów.

Na oczach chłopców ciągle jeszcze sypały się w dół kamienie i ogromne bloki skalne, toczyły się w
głąb doliny. Kikuty ścian, wyszczerbione mury niczym szczęka potwora...

Zrozumieli, jak wiele czasu musiało upłynąć od chwili, gdy twierdza była zamieszkana. Setki lat!

Nie to jednak było najgorsze.

Z postrzępionych, wyszczerbionych ruin wylewała się masa tak straszliwa, że nigdy im się o czymś
takim nie śniło. To był las, ten ohydny, przerażający las, który tu właśnie brał swój początek, tu miał
swoje jądro. Nie było więc wcale tak, jak kiedyś sądzili - że to las stara się przysunąć, przekraść jak
najbliżej twierdzy. On właśnie z niej wyrastał, z trzaskiem i jękiem rozprzestrzeniał się coraz dalej i
dalej, zagarniając nowe obszary. Otoczył już całą dolinę, pochłonął miasteczko w dole i wkrótce w
swej nieprzerwanej wędrówce naprzód miał

dotrzeć także do Targul Stregesti.

I jeszcze ta straszna mgła unosząca się z jądra twierdzy. Widzieli snujące się opary, wyczuwali odór:
mdły, duszący zapach śmierci. Odruchowo uskoczyli w tył.

- Och, nie - szepnął Peter, pozieleniały na twarzy. - Och, nie, to nie może być prawda!

- To właśnie jest najprawdziwsza prawda. I mam teraz zamiar tam pójść, z kołkiem i młotkiem...

- Nie, nie wolno ci! Chodź, musimy stąd uciekać!

- Dokąd? Nie przedrzemy się przez las. Chcesz umrzeć, zduszony przez gałęzie?

- Czy twoi przyjaciele nie pomogą nam się wydostać?

-  Oni  mają  swoje  poczucie  honoru  i  ja  także.  A  Mira?  A  mieszkańcy  miasteczka?  Czy  mamy  ich
zostawić na pastwę okrutnego losu?

161

Peter wyprostował się, raz po raz przełykał ślinę. Oczy podejrzanie mu błyszczały.

- Idę z tobą.

Heike zawahał się.

- Prawdopodobnie poradziłbym sobie lepiej, gdyby nie ciążyło na mnie poczucie odpowiedzialności
za ciebie. Ale potrzebuję cię, Peterze, jestem teraz tak bezradny i samotny.

- No, no, z tego co wiem, nie zostałbyś sam - mruknął Peter. - Ale rozumiem, o czym mówisz. Chodź,
idziemy!

background image

Heike  wziął  głęboki  oddech  i  ruszyli  ku  straszliwemu  zjawisku.  Trudno  było  na  ich  twarzach
odnaleźć bodaj odrobinę zapału.

-  Heike,  muszę  ci  się  do  czegoś  przyznać.  Wczoraj  byłem  o  ciebie  tak  niewiarygodnie  zazdrosny,
ponieważ Nicola... Ach, Boże, jakże brzydzi mnie wymawianie tego imienia!

Ponieważ Nicola rozmawiała z tobą, gdy już wychodziliśmy, i prosiła, byś wrócił do twierdzy.

-  Nie  było  powodu  do  zazdrości  -  krzywo  uśmiechnął  się  Heike.  -  Jej  nagłe  zainteresowanie  moją
osobą wzięło się stąd, że wyraziłem chęć odwiedzenia cmentarza.

- To prawda, ostrzegała nas, byśmy tam nie szli. Twierdziła, że możemy paść ofiarą złych duchów.
To oczywisty nonsens!

- Naturalnie! Obawiała się, że odnajdziemy grób Feodory i pokonamy moc czarodziejskiego uroku,
jaki ona sama rzuciła. I dokładnie tak się stało.

- Pytała mnie później, czy znaleźliśmy coś na cmentarzu. Powiedziałem, że nic, absolutnie nic.

- Mądrze postąpiłeś - pochwalił go  Heike.  - A  to,  że  chciała,  bym  wrócił  do  twierdzy...  Myślę,  że
moja osoba zasiała w niej niepewność. Zorientowała się, że wspierają mnie niebezpieczne moce, i
chciała trochę powęszyć.

- Z pewnością! Ale czy pamiętasz, jak siedzieliśmy w karczmie pierwszego wieczoru?

Przybyły damy i zaraz w drzwiach zawróciły.

-  Tak,  z  powodu  mandragory.  To  właśnie  mnie  zwiodło.  Bo  przecież  to  Feodora  zareagowała  tak
szybko!

-  Mówisz  tak,  bo  nie  patrzyłeś  wtedy  na  Nicolę.  Za  to  ja  nie  spuszczałem  z  niej  oczu.  I  to  ona
powiedziała  coś  cicho,  ale  stanowczo  do  ciotki.  Wówczas  Feodora  odwróciła  się  i  wypchnęła
dziewczynę przed sobą.

162

- Ach, tak! To wiele wyjaśnia! A zatem to Nicola nie mogła znieść obecności mandragory. A tak w
ogóle, „ciotka”... Ciekaw jestem, w jakim stopniu były ze sobą spokrewnione, to dość interesujące.
Ale pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

Znaleźli się już na górze przy twierdzy i ze zgrozą popatrzyli na panujący wokół niej chaos.

Korzenie wijące się pośród ruin, opary spowijające wszystko w niesamowitej mgle...

- Jakże chciałbym mieć przy sobie mandragorę - westchnął Heike.

- Cicho, tchórzu, masz przecież nas - rozległ się wesoły szczebiot Sol. - No, dalej, do roboty!

background image

Czas płynie, a dzień nie będzie trwał wiecznie!

Chłopcy byli tego świadomi. Wraz z nastaniem ciemności budziła się na nowo moc upiora.

Po  bramie  został  jedynie  ślad  w  postaci  przerwy  w  murze.  Wypełniały  ją  jednak  pnie  drzew  i
pełzające po ziemi korzenie.

- Tędy, kawałek dalej, możemy wejść do środka - stwierdził Peter, już spokojniejszy, przynajmniej
na pozór.

Doszli do tego miejsca, wdrapując się na rozsypane kamienie.

- O, do licha! - zdenerwował się Peter. - Spójrz na tę gmatwaninę! Jak zdołamy się w tym połapać?
Jak się nie zaplątać?

Odór  był  nie  do  zniesienia.  Korzenie  i  cieńsze  konary  zdawały  się  żywe,  w  każdej  chwili  gotowe
przypuścić atak i pochłonąć chłopców.

Heike zastanawiał się nad czymś.

-  Pamiętasz,  że  kiedy  stałem  na  dachu,  przez  moment  mogłem  spojrzeć  przez  całą  twierdzę  na
przestrzał?

- Wspomniałeś o tym.

-  Nie  interesuje  cię,  co  widziałem  w  twojej  komnacie?  Właśnie  wtedy  ujrzałem  prawdziwy  obraz
ciebie i jej, leżących w łożu z baldachimem, nie fałszywy omam.

Peter odwrócił się i spoglądał z wyczekiwaniem.

- A więc...?

Kącik ust Heikego zadrgał nerwowo.

- Najpierw zobaczyłem twoje ubranie, ułożone na porośniętym mchem kamieniu. Później popatrzyłem
na ciebie. Leżałeś na ziemi, przykryty świerkowymi gałęziami.

163

- Nic dziwnego, że zmarzłem - ironicznie zauważył Peter. - A... ona?

- Nie zdążyłem przyjrzeć się jej dokładnie, zauważyłem tylko, że nie jesteś sam w „łożu”.

-  Ach,  tak!  A  teraz  chcesz  powiedzieć,  że  mamy  szukać  kamienia,  i  w  ten  sposób  trafimy  do  tej
komnaty.

- Tak, ale to właściwie zbędne. Wiemy przecież, w którym miejscu wybiliśmy dziurę w murze.

background image

Niedaleko  stamtąd  powinno  znajdować  się  jądro  twierdzy.  Za  tamtymi  zamkniętymi  drzwiami  musi
być zejście do piwnic.

- Czy nie mówiono ci, że Anciol została pochowana w piwnicy?

- Tak właśnie przypuszczano. Musimy odnaleźć jej grób.

Rozmawiali  nie  ustając  we  wspinaczce  wśród  skalnych  odłamków  i  plątaniny  oślizłych  korzeni  i
gałęzi.

-  Wiesz,  Heike,  zastanawiam  się,  czy  Feodora  czasami  nie  próbowała  się  sprzeciwić  swej  złej
władczyni.

-  Jestem  o  tym  przekonany.  Na  pewno  nie  raz  dochodziło  do  ostrych  kłótni.  Och,  chyba  nigdy  nie
odnajdziemy właściwej drogi. - Heike z rezygnacją popatrzył na wszechogarniający chaos. - W jaki
sposób zdołamy odkryć jakąkolwiek piwnicę?

- Niestety, chyba masz rację - przyznał Peter.

Zadanie  wydawało  się  zaiste  nadludzkie.  Gdziekolwiek  znajdowała  się  Anciol,  obwarowała  się
znakomicie.

- To podobno normalne - stwierdził Peter. - Słyszałem, że wampiry postępują tak samo.

Niemożliwością jest odnalezienie ich grobów.

- Ale nie mamy do czynienia z wampirem.

- Niedaleko jej do tego - mruknął Peter i Heike musiał przyznać mu rację.

Ogarnęło  ich  zniechęcenie  i  właściwie  już  skłonni  byli  się  poddać.  Kopanie  i  przerąbywanie  się
przez  taką  gęstwinę  wydawało  się  całkiem  bez  sensu,  ani  trochę  nie  przybliżało  ich  do  celu,
zwłaszcza że mieli na to tylko jeden dzień.

Ale nagle całkiem nieoczekiwanie wydarzyło się coś dziwnego.

Daleko przed sobą ujrzeli wysoki, wąski cień. Był to naprawdę jedynie cień, ale zdawało się, że na
nich czeka.

164

Stał osłonięty mrokiem muru, jakby obawiał się ostrego słońca. Stanowił jedynie ciemniejszą smugę.

- Chodź, Peterze - rzekł Heike niemal bezgłośnie.

Peter zawahał się, ale powoli ruszył za przyjacielem.

background image

Gdy się zbliżyli, Peter ujrzał, jak Heike kłania się cieniowi. Cień odkłonił się i ruchem dłoni wskazał
na splątane gałęzie. Zaraz potem zniknął.

- To przyjaciel czy wróg? - zapytał Peter, gdy kierowali się we wskazane miejsce.

-  Woźnica  -  krótko  odparł  Heike.  -  I  gotów  jestem  oddać  duszę  w  zastaw,  że  widzi  w  nas  swych
wybawców.

Nie było czasu na dalsze rozważania. Przed sobą ujrzeli wąską jamę prowadzącą gdzieś w głąb.

Popatrzyli po sobie. Czy będą mieli dość odwagi?

Heike skinął głową i zaczął spuszczać się w dół. Peter za nim, święcie przekonany, że gałęzie zaraz
zasuną się za nimi, chwytając ich w pułapkę. Nie miał odwagi obejrzeć się za siebie.

Schodzenie w dół okazało się wcale niełatwe. Kilkakrotnie omal się całkiem nie zakleszczyli, ale nie
zrezygnowali. I wkrótce stanęli na twardym gruncie.

Kiedy  Heike  nogą  odsunął  nasiąknięty  wodą  mech,  wyłoniła  się  spod  niego  kamienna  posadzka.
Trudno właściwie powiedzieć, że chłopcy stali, musieli kucać, a miejscami nawet się czołgać.

Nagle Peter krzyknął:

- Heike! Spójrz!

Niedaleko  od  nich  leżały  zwłoki  dwóch  Francuzów,  dokładnie  w  takiej  pozycji,  jak  widzieli  je
wcześniej, tyle że teraz w nieco innym otoczeniu.

-  No,  cóż,  wiemy  więc,  gdzie  są  drzwi  -  powiedział  Heike.  -  Musiały  być  tutaj,  tuż  przy  dłoni
starszego z mężczyzn...

- I tu jest zejście w dół! - zawołał Peter. - Po drugiej stronie drzwi, tak jak przypuszczaliśmy!

W kamiennej podłodze zionęła jama. Być może kiedyś w dół prowadziły schody, teraz nie było już
niczego. Jedynie otchłań.

165

- Czy naprawdę musimy tam zejść? - szepnął Peter. - A w jaki sposób wrócimy na górę?

Heike rozejrzał się dokoła. Nie ufał pełzającym, płożącym się gałęziom. Na nie rzucone były czary.
Jej czary.

- Sprawdzimy najpierw, jak tu głęboko!

Wyszukał odpowiednio duży kamień i wrzucił go w otwór. Łomot rozległ się bardzo szybko.

background image

-  Pomagając  sobie  nawzajem  poradzimy  sobie  z  wyjściem  -  oświadczył.  -  Chodź!  Trzymaj  mnie
mocno za rękę, spróbuję spuścić się w dół!

Peter jęknął ze strachu, ale usłuchał Heikego. Wkrótce z dołu dobiegło wołanie:

-  Chodź,  wszystko  w  porządku.  Tylko  strasznie  tu  ciemno!  Co  prawda  tego  właśnie  należało
oczekiwać. Mamy do czynienia z istotami, które panicznie boją się światła.

Peter życzyłby sobie, by Heike tak wyraźnie nie okazywał braku szacunku dla przeciwnika, ale nagle
uderzyła go pewna myśl.

- Heike, mam przy sobie krzesiwo! Czy rozpalić ogień tu na górze? Chciałem powiedzieć, w słońcu,
ale, doprawdy, nie ma go za wiele.

- Niech cię Bóg błogosławi, chłopcze! Ale pospiesz się, nie czuję się tu najlepiej. Nie wiem, co mam
wokół siebie.

Nerwowo,  drżącymi  palcami  Peterowi  udało  się  zsunąć  na  kupkę  trochę  suchych  liści,  znalazł  też
kawałek drewna, który, jak się wydawało, nie pochodził z diabelskiego lasu.

Najpierw zatliły się liście, zaraz potem rozżarzyło się drewienko.

- Już idę!

Skoczył do dziury, ufając, że Heike wie, co robi.

Kiedy blask prymitywnej pochodni rozświetlił kryptę Anciol, chłopcy zastygli w pół ruchu.

Skamienieli. Pomieszczenie było co prawda niskie, ale dosyć spore. To, co się w nim znajdowało,
przerastało granice najbardziej chorej wyobraźni.

Na  samym  środku  omszałej  kamiennej  posadzki  stał  wielki  sarkofag  z  żelaza  albo  ołowiu,  chłopcy
nie  mogli  rozpoznać  materiału.  Kiedyś  pokrywa  sarkofagu  musiała  zostać  szczególnie  starannie
przymocowana, nadal widoczne były tego ślady. Ale pieczęcie zostały złamane - od środka! Pokrywę
zwalono na podłogę.

Wewnątrz  metalowego  sarkofagu  znajdowała  się  nieco  mniejsza  drewniana  trumna,  a  z  jej  ścian
wyrastały  długie  czułki,  wijące  się  z  trzaskiem  w  ciągłym  ruchu.  Jądro  lasu!  Tutaj  znajdowały  się
główne korzenie, stąd rozprzestrzeniały się coraz dalej i dalej. Już dawno 166

temu przedarły się przez sufit i kamienne ściany, pochłaniając coraz większe obszary.

Olbrzymie pnie, drzewo-matka! Żywiące się zawartością trumny i...

Peter znów odczuł falę mdłości. Wokół trumny leżały stosy ludzkich zwłok. Niektóre były już tylko
szkieletami,  na  innych  trzymały  się  jeszcze  resztki  mięśni  i  skóry. Ale  wszędzie  wpijały  się  w  nie
owe straszliwe korzenie, wyrastające z trumny.

background image

- Las żywi się... - niedowierzająco zaczął Peter z twarzą ściągniętą grymasem obrzydzenia.

- Tak - przerwał mu Heike. - Ale ci dwaj Francuzi są jeszcze dostatecznie świeży, by... dało się ich
wykorzystać. Nie marnujmy czasu, bierzmy się do roboty, Peterze!

Heike podszedł do trumny. Peter musiał wytężyć całą siłę woli, by pójść w jego ślady.

Kiedy przecisnęli się wreszcie między korzeniami i gałęziami, Peter poświecił do wnętrza trumny. Z
ust wyrwał mu się okrzyk przerażenia.

W  drewnianej  skrzyni  leżała  z  przymkniętymi  oczami  jego  najdroższa  Nicola.  Z  jedną  tylko  drobną
różnicą w wyglądzie...

Peter  usłyszał  gdzieś  koło  siebie  perlisty  śmiech,  Zrozumiał,  że  to  towarzyszka  Heikego,  którą
nazywał imieniem Sol. Śmiech był szczery, nieopanowany i niezwykle zaraźliwy. Peter zobaczył, że
Heike się uśmiecha, w końcu i jemu samemu zadrgały kąciki ust.

Nicola, czy raczej Anciol, bo przecież tak naprawdę miała na imię, leżała w trumnie całkiem naga.
Skończenie piękna, budząca pożądanie. Ale włosów, swej najważniejszej ozdoby, już nie miała.

Sol zanosiła się śmiechem.

-  Ach,  nigdy  nie  widziałam  czegoś  zabawniejszego!  -  szczebiotała.  -  Ta  niebezpieczna  kusicielka
całkiem łysa!

Wtedy  Anciol  otworzyła  oczy.  Nie  mogła  się  poruszyć,  nie  mogła  nic  zrobić,  ale  jej  nienawistny
wzrok  utkwiony  był  w  Sol,  która  ukazała  się  teraz  u  boku  Heikego  wraz  z  dwoma  mężczyznami  o
niezwykłym wyglądzie. Peter nie spuszczał z nich oczu.

-  Dzie-dzie-dzie-dzień  dobry  -  wyjąkał  onieśmielany.  -  Sol...  Jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką
kiedykolwiek widziałem! Jakie przecudne włosy!

Komplement jeszcze bardziej rozbawił Sol.

- Słyszałaś, stara diablico? Tak, tak, widzę, że gdyby wzrok mógł zabijać, byłoby ze mną źle.

Ale,  rozumiesz,  ja  już  umarłam,  więc  z  twojej  strony  nic  mi  nie  grozi!  Podczas  gdy  ty...  ty  nie
umarłaś, upiorze!

167

Peter  niemal  zapomniał  o  straszliwej  istocie  w  trumnie.  Nie  mógł  oderwać  wzroku  od  przodków
Heikego.  Heike  także  spoglądał,  oniemiały.  Stali  tak,  wpatrując  się  w  sobowtóra  Heikego,  tylko
nieco starszego.

- Tengel Dobry? - szepnął Heike.

background image

-  Tak,  to  ja.  Jak  widzisz,  nie  ty  jeden  przeżywałeś  udręki  z  powodu  swego  wyglądu.  Moje
dzieciństwo i młodość także były naznaczone cierpieniem. Ale jakoś udaje nam się przetrwać. Kiedy
już pozyskamy ludzki szacunek, rany się zabliźniają, już tak nie bolą.

Heike pokiwał głową. Obaj chłopcy przenieśli wzrok na drugiego mężczyznę.

- Demon? - szeptem zapytał Peter, mimowolnie dając krok do tyłu.

-  To  Mar  -  odparł  Tengel  Dobry.  -  Podpora  Shiry,  mistrz  w  zaklinaniu  duchów.  A  tutaj  jego
umiejętności mogą się bardzo przydać!

- Tak - odparł Heike całkowicie oszołomiony.

Wokół nich znów bulgotało z sykiem, trzeszczało i skowyczało, wszystko rosło na ich oczach, wiło
się bez przerwy.

- Kiedy już będzie po wszystkim, uciekajcie, chłopcy. Uciekajcie stąd najszybciej, jak się da!

- ostrzegł Tengel. - Inaczej możecie zostać tu żywcem pogrzebani, bez możliwości odwrotu.

-  Będziemy  o  tym  pamiętać  -  zapewnił  Heike.  -  Ale  wyjaśnij,  kto  wskazał  nam  drogę  tutaj?  Ta
woźnica, prawda? Ale kim on jest naprawdę?

- Nie zrozumieliście tego? To człowiek, który miał ją poślubić, lecz zdradził.

- Ale on był przecież taki stary i chudy!

- Pozwoliła mu przeżyć życie do końca, dopiero potem zapanowała nad nim, upokorzyła, zmuszając,
by służył jej przez całą wieczność. No, ale bierz się do roboty. To ty musisz tego dokonać, Heike!

Chłopak z wahaniem wyjął zza pazuchy kołek i młotek. Starał się nie spoglądać na Anciol; wiedział,
że jej wzrok poszukuje teraz jego oczu, jest ostry, morderczy.

- Nie patrz na nią, Peterze! - uprzedził.

- Nie mam na to wcale ochoty - odparł przyjaciel. - Co teraz zrobisz? Nie masz chyba zamiaru...

Sol pomagała Heikemu.

168

- Tutaj, Heike, tu ma serce ta wiedźma, jeśli w ogóle coś tam bije!

Heike  ustawił  kołek.  Mar,  stojący  u  wezgłowia  trumny,  zaczął  odmawiać  zaklęcia.  Z  ust  popłynęła
mu tajemnicza pieśń.

- To konieczne - wyjaśnił Tengel. - Cały las na wskroś przesiąknięty jest złem. Jedyne, co trzymało tę

background image

kobietę przy tym dość szczególnym życiu, to żądza zemsty. A to straszliwie niszcząca siła. Mar stara
się ujarzmić wszechobecne zło. Ty zajmij się nią.

Sol nie przestawała drażnić upiora.

-  No,  kochaniutka,  teraz  dopiero  będziesz  piękna!  Wiek  zaraz  da  ci  się  we  znaki,  a  jest  o  czym
mówić, prawda? Dwieście lat? Trzysta? A może jeszcze więcej? Pomyśl sobie o zmarszczkach, które
zaraz  naznaczą  ci  twarz!  Pomyśl  o  tych  przystojnych  mężczyznach,  którzy  wkrótce  będą  świadkami
twojej  przemiany.  Gdzie  się  podzieje  twoja  słynna  zmysłowość?  Ty,  która  za  życia  nie  mogłaś  ani
przez  mgnienie  oka  obejść  się  bez  mężczyzny,  czyż  nie  tak  było?  I  nawet  po  śmierci  nie  byłaś  w
stanie zaprzestać tych praktyk!

Nie będzie to dla ciebie miły koniec, o nie! Już my się o to postaramy!

Anciol  z  całych  sił  starała  się  ściągnąć  wzrok  Heikego,  by  zdobyć  nad  nim  władzę,  ale  żaden  z
chłopców  nie  patrzył  w  jej  stronę.  Widać  było,  że  nienawidzi  także  Mara  za  jego  czarodziejskie
zaklęcia.  Patrzyli,  jak  się  wije,  jak  stara  się  poruszyć,  ale  tak  naprawdę  nie  jest  w  stanie  tego
uczynić. Była uwięziona w swej trumnie, jak zawsze bywa z upiorami za dnia. Nie mogła przywołać
wizji  Nicoli  ani  też  fałszywego  obrazu  pięknej  twierdzy,  gdyż  wszyscy  obecni  już  ją  przejrzeli,
dotarli aż do samego rdzenia. A najsłabszy z nich, Peter, znajdował się pod opiekuńczymi skrzydłami
Ludzi Lodu.

Była bezsilna! Wszyscy w krypcie odczuwali wzbierający w niej gniew.

Heike trzykrotnie głęboko odetchnął i wzniósł młotek.

- Nie patrzcie na nią później - ostrzegł Tengel. - Wyjdźcie na górę i biegnijcie, nie myśląc o niczym
innym!

Heike  kiwnął  głową.  Peter  stał  już  gotowy  do  ucieczki.  Zobaczył  teraz  tkwiące  w  murze  uchwyty,
ułatwiające wyjście.

Zaklęcia Mara nabrały mocy, choć wciąż brzmiały jednakowo monotonnie.

Heike starannie wycelował i uderzył ze wszystkich sił. Potem puścił młotek i rzucił się do ucieczki.

Krzyk, wycie tak straszliwe, iż zdawało się, że popękają im bębenki w uszach, przeszył

kryptę. Podobnym wrzaskiem odpowiedziały rośliny skręcające się w śmiertelnych skurczach niczym
ranne węże. Peter już wspinał się do góry, Heike za nim, w głowę uderzył

169

go wijący się w agonalnych drgawkach korzeń, ale zdołali wyjść. O troje z Ludzi Lodu nie musieli
się martwić, oni bowiem byli nietykalni, potrafili się przemieszczać tak jak chcieli.

Na  górze  zapanował  najdzikszy  chaos.  Korzenie  wyrywały  ze  ścian  bloki  skalne  i  wywracały

background image

kamienie, mury waliły się z hukiem. Drzewa splatały się ze sobą, budując zapory przed chłopcami,
którzy raz po raz musieli się uchylać, wyrywać z oślizłych objęć, omijać śmiertelnie niebezpieczne
pułapki. Kiedy jednak wydostali się na powierzchnię, poszło im łatwiej.

Nareszcie byli za bramą i nie rozglądając się, co sił w nogach gnali ku dolinie. Peter wpadł w jakąś
dziurę, zranił się w nogę i teraz kulał, ale nawet słyszeć nie chciał o tym, by się zatrzymać.

W całej dolinie rozbrzmiewało dudnienie wydobywające się z twierdzy. Konie na łące spłoszyły się,
ale  Peter  zdołał  je  uspokoić.  Przywołał  zwierzęta  i  chłopcy  na  oklep  wjechali  do  Targul  Stregesti.
Oczekiwali ich już wszyscy mieszkańcy, pragnący godnie powitać swoich bohaterów.

Przybiegła także Mira i rzuciła się na szyję Peterowi, który całkowicie zapomniał już o jej istnieniu.

- Och, dziękuję, Heike, dziękuję - ze łzami w oczach szeptała przez ramię Petera. -

Dziękuję, że go przyprowadziłeś!

Heike był rozgorączkowany.

- Musimy natychmiast stąd odjechać - powiedział. - Czy nasze rzeczy są przygotowane, Miro?

Dziewczyna skinęła głową i zaraz zajęła się bagażem.

Poświęcili chwilę na pożegnanie ze wzruszonym Zeno i jego żoną.

-  Nareszcie  odzyskamy  spokój  -  rzekł  karczmarz,  potrząsając  dłonią  Heikego.  -  Nie  macie  pojęcia,
jakie to dla nas ma znaczenie.

- Owszem - cicho powiedział Heike. - Ja mam pojęcie.

Teraz wiedział już bowiem, co powinien był pamiętać - to, co wydarzyło się tak dawno temu.

Może byłoby lepiej, gdyby jednak o wszystkim zapomniał!

Podczas  gdy  trzaski  i  dudnienia  wzmagały  się  i  przenosiły  na  las  wokół  całej  doliny,  a  drzewa
zaczynały umierać, opuścili miasteczko, machając na pożegnanie tym, których mijali. Mira pożyczyła
konia od Heikego, a chłopcy dosiedli pół dzikich francuskich wierzchowców.

170

Dopiero gdy zaczęli wspinać się po zboczu w stronę umierającego lasu, Peterowi wpadła do głowy
pewna myśl. Powiedział o niej Heikemu, który w zamyśleniu pokiwał głową.

Wtedy, w twierdzy, nie zastanawiali się nad tym, ale teraz stwierdzili, że obaj rozumieli wszystko, co
mówili  przodkowie  Heikego.  A  przecież  mówili  w  obcym  języku!  I  Anciol  także  rozumiała  Sol,
wyraźnie było przecież widać, jak bardzo rozgniewała się czarownica w trumnie.

background image

A więc niezwykła trójka musiała przemawiać raczej za pomocą myśli niż słów.

Skołatany umysł Petera nie mógł tego wszystkiego objąć, zakręciło mu się tylko w głowie.

Kiedy byli już pod lasem, Peter i Mira wstrzymali konie. Heike postąpił jak oni, aczkolwiek uczynił
to niechętnie. Znajdowali się teraz w miejscu, z którego po raz pierwszy ujrzeli miasteczko w dolinie
w dniu, w którym tu przybyli.

- Nie odwracajcie się! - szybko powiedział Heike.

Naturalnie słysząc to od razu odwrócili głowy.

Mira uderzyła w krzyk.

- Ale... - zdumiał się Peter. - Tam jest tylko zbiorowisko szarych kamieni...

-  Ruiny  domów  -  sucho  powiedział  Heike.  -  Targul  Stregesti  jest  z  dawien  dawna  wymarłym
miasteczkiem. Ruszajmy, musimy jak najprędzej przedrzeć się przez las.

171

ROZDZIAŁ XIV

Las umierał na ich oczach. Pnie z trzaskiem waliły się na ziemię, wypełniając straszliwym odgłosem
całą  dolinę.  Patrzyli  na  agonię  lasu,  pragnąc  tylko  jednego:  jak  najprędzej  opuścić  to  upiorne
miejsce.

Przed nimi panował coraz dzikszy chaos.

Było  rzeczywiście  tak  jak  ktoś,  być  może  nawet  sam  Heike,  wspomniał:  nie  istniała  droga
prowadząca  do  wyjścia,  była  tylko  ta,  która  wiodła  do  wewnątrz.  W  miejscu,  gdzie  bity  trakt
docierał do skraju lasu, zaczynał się gąszcz.

Ale  moc  czarownicy  została  złamana.  Teraz  musieli  wykrzesać  z  siebie  resztki  odwagi,  by  przejść
przez zielone piekło.

I nie zabłądzić.

Spłoszone  konie  wierzgały  i  stawały  dęba,  nie  chciały  wejść  w  gęstwinę  spadających  gałęzi,  które
czyniły piekielny wprost hałas.

-  Miro!  -  zawołał  Heike  przekrzykując  dudnienie  dobiegające  z  lasu.  -  Czy  nie  masz  przypadkiem
czegoś, co należy do mnie?

- Koń? - powiedziała na próbę.

- Wiesz dobrze, że nie o niego chodzi.

background image

Westchnęła.

- Och, Heike, miałam nadzieję, że nie zapytasz! Czy naprawdę nie mogę jej zatrzymać?

-  Niestety,  Miro,  możesz  dostać  ode  mnie  wszystko,  tylko  nie  mandragorę!  Ona  i  ja  należymy  do
siebie, zrozum to, a poza tym ona musi pozostać w rodzie. Jesteśmy panem i sługą; nie wiem jedynie,
kto jest kim. Łączą nas nierozerwalne więzy!

- Z nią czułam się tak bezpieczna. Wiedziałam nawet, że będę miała odwagę, by przejechać przez ten
las.  Pogodziłam  się  także  ze  świadomością,  że  tyle  czasu  spędziłam  w  gospodzie,  której  nie  było.
Wszystko tylko dlatego, że miałam ją przy sobie.

Z głębokim westchnieniem zdjęła mandragorę z szyi, podjechała bliżej i podała ją Heikemu.

- W każdym razie dziękuję ci za to, że mi ją pożyczyłeś! Nie wiem, gdzie takiej szukać?

-  Popytaj  u  drogisty  -  wtrącił  się  Peter.  -  Na  pewno  coś  będą  wiedzieli,  ale  pamiętaj,  że  nie
wszystkie mają taką moc. Żeby mandragora spełniała swą magiczną funkcję, musi mieć odpowiednią
człekokształtną formę. A poza tym powinna zostać wyciągnięta z ziemi pod 172

szubienicą przez czarnego psa, któremu przywiązuje się ją do ogona. Czarny pies zdycha od krzyku
alrauny, kiedy korzeń zostaje wyciągnięty z ziemi.

- Czy z tą mandragorą było tak samo, Heike? - zapytała Mira z powątpiewaniem.

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Wiem  jedynie,  że  jest  niezwykle  stara.  Ma  co  najmniej  pięćset  lat,  a
może i więcej.

- Ale wcale nie wygląda na tak starą!

- Tak, to prawda.

Bo przecież ona żyje, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno.

Mandragora  Ludzi  Lodu  charakteryzowała  się  pewnym  niezwykłym  szczegółem.  Rozetka,  z  której
wyrastają liście, ta część, która znajdowała się nad ziemią, została kiedyś poszarpana, pozostały na
niej jedynie nerwy liści. Przypominały one teraz do złudzenia prawdziwe włosy, grzywą spadające
na „głowę” i „twarz”.

Mandragora nabrała przez to jeszcze bardziej „ludzkiego” wyglądu.

A może włosy były jedynie delikatnymi korzeniami? Tego Heike nie wiedział.

- Pokochałam ten korzeń - wyznała Mira. - Nie powinieneś był mi go pożyczać.

- Wydaje mi się, że uratował ci życie - roześmiał się Heike.

background image

- To prawda - odparła poważnie. - Jestem o tym przekonana.

Wszyscy troje wymienili spojrzenia. Heike z nieskrywanym zadowoleniem wsunął

mandragorę pod koszulę i byli już gotowi do przekroczenia progu lasu.

Gdyby  dało  się  dojrzeć  słońce,  stałoby  teraz  w  zenicie,  ale  nie  wiadomo  skąd  napłynęły  gęste
chmury. Nic już nie było jasne, przejrzyste, rozświetlone promieniami.

Konie  za  nic  nie  chciały  wejść  w  gęstwinę,  musieli  je  zmuszać  do  marszu.  Dla  pewności  związali
wszystkie trzy wierzchowce razem, by żaden przypadkiem nie poniósł.

Jako pierwszy gałęzią w głowę dostał Peter. Zatrzymali się na chwilę i rozejrzeli dookoła.

Drzewa  poddawały  się  i  waliły  na  ziemię,  korzenie  wiły  się  konwulsyjnie,  a  rozedrgane  opary
unosiły się z podmokłego gruntu pośród głośnego trzasku łamiących się omszałych gałęzi.

Las konał. Zewsząd czyhało niebezpieczeństwo, ale nie pozostawało im nic innego, jak wydostać się
z gąszczu, choć obawiali się, że będą kręcić się w kółko i znów znajdą się w dolinie grozy.

173

Teraz już wiedzieli, że tam w dole nie ma żadnych ludzi, owce nie pasą się i nie pasły od wielu już
setek lat, nie ma domów; nie ma gospody i kościoła... Zostały jedynie skrzeczące kruki.

Tam  skubały  trawę  na  łąkach  samotne  i  opuszczone  dwa  francuskie  konie...  W  tej  dolinie  bez
wyjścia, w której nie było żadnej żywej istoty, póki nie zjawił się Heike ze swymi towarzyszami!

Zadrżał na myśl o wielkiej pustce, jaką zostawiali za sobą.

Wśród ruin zapewne tylko cmentarz pozostał taki, jakim go widzieli. A na cmentarzu, pośród swych
przodków, spoczywała księżniczka Feodora ze swą małą córeczką. Woźnica i jego koń, gdziekolwiek
teraz  przebywali,  odnaleźli  nareszcie  spokój.  A  okrutna  Anciol  miała  kołek  wbity  w  serce  i  nie
mogła wyrządzić już więcej zła.

Las,  ucieleśnienie  jej  żądzy  zemsty,  inkarnacja  nienasyconych  erotycznych  żądz,  umierał  na  ich
oczach,  wijąc  się  w  śmiertelnych  skurczach.  Niedługo,  za  rok  albo  dwa,  nowy,  prawdziwy  las
zapuści tu korzenie i przejmie okolicę we władanie.

Przeklęta dolina została oczyszczona.

Kiedy  przedzierali  się  przez  mokradła,  omijając  drzewa  z  pluskiem  wpadające  w  bagniska,  Heike
cicho odezwał się do Petera:

- A jak z twoją...? Czy nadal masz trudności z...?

Nieśmiałość nie pozwalała mu nazwać rzeczy po imieniu.

background image

- Nie, nie - pospieszył z odpowiedzią Peter. - Nareszcie się uspokoiło. Stało się to wkrótce po tym,
jak wbiłeś kołek w jej serce.

-  To  dobrze  -  pokiwał  głową  Heike.  -  Mamy  zatem  pewność,  że  ona  nie  żyje.  Cieszę  się,  że  mimo
wszystko  poszło  nam  tak  łatwo.  Istnieją  bowiem  pewne  stwory,  którym  trzeba  oddzielić  głowę  od
ciała, by zniszczyć ich moc.

- Uff - zadrżał Peter. - Wiesz, myślałem o Francuzach i innych zmarłych, których zwłoki znaleźliśmy
w krypcie... Powinniśmy chyba coś dla nich zrobić? Może porozmawiać gdzieś z księdzem...

-  Pewnie  masz  rację  -  Heike  nie  w  pełni  podzielał  zdanie  przyjaciela.  -  Ala  ja  nie  mam  zamiaru
wracać tam, by wskazać drogę.

- Ja także nie. Coś wymyślimy.

Podniósł głos do normalnego tonu, schylając jednocześnie głowę pod spróchniałą, porośniętą mchem
gałęzią, która w każdej chwili groziła złamaniem.

174

- Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem bystry - stwierdził. - Ja, który tyle czytałem, zetknąłem się
już kiedyś z podobną historią! Legendą ze wschodnich krain...

- Naprawdę?

Zsiedli z koni, by poprowadzić je bezpieczniejszą drogą. W tym miejscu gęstwina była niemal nie do
przebycia, przewrócone drzewa prawie bez reszty zagradzały drogę.

- Tak - mówił Peter. - Nazywała się chyba „Czarne włosy” i brała swój początek w odległej krainie
położonej  na  wschodzie,  którą  nazywają  Japonią.  Legenda,  czy  też  raczej  prawdziwa  historia  o
duchach, opowiadała o mężczyźnie, który na jakiś czas opuścił swą żonę, by dla ich wspólnego dobra
związać  się  z  bogatszą  kobietą.  Żona  wiernie  czekała  na  niego,  bo  obiecał  przynieść  majątek.
Mężczyzna powrócił po wielu latach, przeżyli wspaniałą miłosną noc, a rano znalazł jej kości przy
łóżku i sam został uduszony przez jej włosy.

- Ależ to przecież prawie dokładnie to, co wydarzyło się tutaj! - wykrzyknął Heike.

-  To  prawda,  ale  nie  mogłem  sobie  wyobrazić,  że  ta  cudowna  Nicola...  Przecież  tamto  było  tylko
historią o duchach!

-  Z  pewnością  tkwiło  w  tym  coś  więcej  -  stwierdził  Heike.  -  To,  co  może  zdarzyć  się  w  jednym
miejscu, może również wydarzyć się gdzie indziej.

Nagle Mira zawołała:

- Patrzcie w górę! Wysokie zbocza po obu stronach! Jak myślicie, czy to może być przełęcz?

background image

-  O  ile  tylko  nie  jest  to  „nasza”  dolina,  to  jest  mi  wszystko  jedno  -  oświadczył  Peter.  - Ale  tak,  to
przełęcz, poznaję tamten szczyt! Wychodzimy z lasu! Heike, udało się!

- Trudno mi w to uwierzyć - powiedział Heike spokojnie, ale wyczuli radość i ulgę w jego głosie.

Rzeczywiście była to przełęcz. Ta, która prowadziła ich z powrotem do świata żywych ludzi.

Co  prawda  nie  od  razu.  Kiedy  nareszcie  zostawili  za  sobą  trzaskający  i  bulgoczący  las,  stanęli  w
najwyższym  punkcie  przełęczy  i  zobaczyli  rozciągające  się  przed  nimi  bezdroża,  wzgórza  i  doliny,
zaczęli podejrzewać, że ich kłopoty jeszcze się nie skończyły. Po drodze bowiem, którą tu przybyli,
nie było ani śladu.

Fakt, że moc czarownicy rozciągała się także i za przełęcz, podziałał na nich deprymująco.

Szczęśliwie jednak, gdy zjechali w najbliższą dolinę, napotkali prawdziwą drogę. Jedynie ostatni jej
odcinek - prowadzący do przełęczy i dalej w głąb lasu - okazał się omamem.

Kiedyś, wieki temu, z pewnością wiódł tędy trakt, ale obecnie należał on jedynie do świata zjaw i
upiorów.

175

Łatwo  było  teraz  obrać  kierunek  dalszej  podróży,  gdyż  w  jedną  stronę  droga  przemieniała  się  w
wyraźnie  rzadko  uczęszczaną  ścieżkę,  w  drugą  zaś  była  wydeptana  i  wyjeżdżona,  co  oczywiście
wydało im się niezwykle obiecujące.

- Czy naprawdę mamy w to uwierzyć? - z wahaniem zapytał Peter.

- Peter Niedowiarek - uśmiechnął się Heike. - Tak, sądzę, że tym razem ta droga zaprowadzi nas do
ludzi.

Mira  nic  nie  mówiła,  nie  spuszczała  tylko  wzroku  z  pleców  Petera  i  potakiwała  z  uwielbieniem
każdemu jego słowu.

Długo  jechali  tego  popołudnia,  momentami  cisi  i  zamyśleni,  to  znów  zajęci  ożywioną  rozmową.  O
dziwo, najbardziej posępny wydawał się wesołek Peter, on najczęściej popadał

w  przygnębienie.  A  może  to  wcale  nie  takie  dziwne,  pomyślał  Heike.  Był  przecież  tak  bardzo
zakochany, a potem przeżył zawód i wstrząs!

Co  do  jednego  wszyscy  byli  zgodni:  doskwierał  im  nieopisany  głód,  a  ich  kasa  podróżna  świeciła
pustkami.

- Kiedy tak naprawdę jedliśmy po raz ostatni? - zastanawiała się Mira, gdy odpoczywali na zboczu
nad małym jeziorkiem. Nazbierali jagód, a Peterowi gołymi rękami udało się złowić rybę. Piekli ją
właśnie, z niecierpliwością czekając, aż będzie gotowa.

background image

-  Nie  myśl  o  tym  -  ostrzegł  ją  Peter.  -  Jeśli  zaczniesz  zadawać  sobie  podobne  pytania,  niedługo
dojdziesz do wniosku, że oszalałaś.

-  Sądzę,  że  jedliśmy  w  Targul  Stregesti  -  powiedziała  Mira.  -  Ale  co?  Nie,  na  to  nie  śmiem
odpowiedzieć.

Heike rozwiązał ich zagadkę.

-  Kiedy  przed  kilkoma  dniami  znaleźliśmy  się  na  tej  prastarej  drodze,  wiodącej  przez  przełęcz,
przeszliśmy po prostu w minioną epokę - stwierdził. - Przenieśliśmy się aż do czasu... Jak sądzisz,
Peterze?

Przyjaciel zdjął rybę z węgli, podmuchał na sparzone koniuszki palców i odparł:

-  To  trudno  powiedzieć.  Feodora  zmarła  w  roku  tysiąc  sześćset  osiemnastym,  to  wiemy  na  pewno.
Miasteczko istniało jeszcze przez jakiś czas. Nie, nie wiem, czy było to przed, czy po tym roku. Mów
dalej, Heike!

- Moim zdaniem w karczmie dostaliśmy prawdziwe jedzenie; jedzenie mieszkańców miasteczka. Ale
w twierdzy...

176

- Tam wszystko smakowało jak siano - dokończył Peter. - Masz rację, Heike. W minionych czasach,
w jakich się znaleźliśmy, Feodora i Nicola już były duchami, nawiedzającymi miasteczka. Och, nie,
to  zbyt  trudne  do  pojęcia!  Miasteczko  duchów,  w  którym  grasują  jeszcze  starsze  duchy!  No  cóż,  w
każdym  razie  uwolniliśmy  ich  od  przekleństwa  i  uratowaliśmy  dusze,  które  nie  mogły  znaleźć
spokoju, prawda? A właściwie to ty tego dokonałeś, Heike.

Ku zdumieniu swych towarzyszy Peter wybuchnął płaczem. Starał się to ukryć, zasłaniając twarz, ale
słyszeli  jego  łkania.  Ze  zrozumieniem  czekali,  aż  chłopak  się  uspokoi.  Mimo  wszystko  odczuwali
zażenowanie,  jak  zawsze  bywa,  gdy  jest  się  świadkiem  wybuchu  czyichś  silnych  uczuć.  W  końcu
udało mu się stłumić płacz, kilka razy odetchnął głęboko, a potem pociągał już tylko nosem.

- Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny - usprawiedliwiał się, ocierając oczy. - Jak mogłem, ja,
który  tak  bardzo  cię  podziwiam,  Heike,  zachowywać  się  tak  w  stosunku  do  ciebie?  Złościłem  się,
byłem  nieprzyjemny  i  jeszcze  zaatakowałem  cię  siekierą!  Mogłem  cię  przecież  zabić,  niewiele
brakowało! To wcale do mnie niepodobne nie mogę tego zrozumieć.

Tak żałuję tego, co zrobiłem, że gotów jestem umrzeć!

- Anciol rzuciła na ciebie miłosny czar - usprawiedliwiał przyjaciela przed nim samym Heike.

- Rozumiałem to przez cały czas, dlatego potrafiłem wytłumaczyć sobie twoje zachowanie.

Omyliłem się jedynie sądząc, że chodzi o zwykłą, ziemską miłość i że ona potrafi opętać człowieka
do szaleństwa. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Nicola jest upiorem i że rzuciła na ciebie urok.

background image

- Czy możesz mi to wszystko wybaczyć? - zapytał Peter, kładąc rękę na dłoni przyjaciela.

- Już ci wybaczyłem. Czy myślisz, że inaczej tak bardzo bym się starał wyrwać cię z twierdzy?

- Dziękuję ci, Heike! Dziękuję za moje życie! A ty, Miro, czy ty mi przebaczysz? I dla ciebie byłem
nieznośny.

Promienny  blask  jej  oczu  dał  wystarczającą  odpowiedź.  Peter  był  zaskoczony  podziwem,  z  jakim
patrzy na niego dziewczyna. A on nazwał ją krową!

Aby ukryć zdumienie, zajął się dzieleniem ryby na trzy części.

Zaspokoili  głód  i  to  dodało  im  otuchy.  A  kiedy  szarość  wieczoru  zapanowała  już  nad  światem,
roztoczyła się przed nimi duża dolina, przez którą wiodła o wiele szersza droga. Tu i ówdzie widać
było rozsypane nad szeroką rzeką wioski.

- To nie może być złudzenie - z niedowierzaniem powiedział Heike.

- Nie, te wsie są prawdziwe  -  stwierdził  Peter.  -  Wróciliśmy  do  doliny  Maruszy,  moi  drodzy,  a  to
znaczy, że do cywilizacji już niedaleko!

177

Uszczęśliwieni zjechali w dolinę, która co prawda nie była jeszcze ostatnią, którą mieli pokonać, ale
to  nie  miało  już  większego  znaczenia.  Znaleźli  się  na  właściwej  drodze,  czego  im  więcej  było
trzeba?

-  Powiedzcie  mi  -  śmiał  się  Peter.  -  Czy  naprawdę  przeżyliśmy  to  wszystko?  Byliśmy  w  Targul
Stregesti i w Cetatea de Strega?

-  Tak,  teraz  wydaje  się  to  nierzeczywiste  -  uśmiechnął  się  do  niego  Heike.  - Ale  wszystkim  trojgu
zadano tam rany na ciele i na duszy.

- Tak, masz rację - przyświadczyła Mira.

Dwa dni później dotarli nareszcie do krewnych Petera, mieszkających w wielkim mieście.

Przyjęto ich serdecznie i szczodrze ugoszczono. Nareszcie mogli odpocząć w prawdziwych łóżkach.

Po długiej i wyczerpującej podróży uznali to za niezwykły luksus!

Następnego  dnia  Peter  zwrócił  się  do  swego  krewniaka  z  prośbą  o  radę  i  otrzymał  od  niego  adres
pewnego historyka, który zajmował się dziejami Siedmiogrodu. Człowiek ten prowadził

muzeum i chłopcy postanowili tam go odwiedzić. Mira wolała zostać w domu, nie chciała słyszeć już
ani słowa o strasznej dolinie.

background image

Profesor,  skurczony,  łysy  człowieczek,  zaprosił  ich  do  swego  wypełnionego  książkami  gabinetu  i
zapytał, w jakiej sprawie przybywają.

Cóż,  chcieli  się  dowiedzieć,  czy  istniało  kiedyś  miasteczko  zwane  Targul  Stregesti  i  twierdza,  pod
zarząd której podlegało miasteczko.

- Ach,  o  to  wam  chodzi!  -  roześmiał  się  profesor,  który  dobrze  znał  niemiecki.  -  To  przecież  tylko
legenda!

- My nie jesteśmy tego tacy pewni - rzekł Peter.

Historyk  przeniósł  wzrok  na  swego  drugiego,  niezwykłego,  gościa.  Chłopcy  musieli  opowiedzieć
wszystko od początku.

Niewiele zdążyli przekazać, gdy profesor wstał i podszedł do drzwi.

- Poczekajcie chwilę, moi koledzy muszą to także usłyszeć.

Sprowadził  etnografa,  specjalistę  od  folkloru  Siedmiogrodu,  i  drugiego,  geografa.  Chłopcy
powtórzyli początek historii i dopiero potem pozwolono im mówić dalej.

Trzej uczeni słuchali w napięciu, na początku z rozbawieniem, później ze zmarszczonymi czołami i ze
zdumieniem na twarzach. Znawca folkloru wykazał szczególne 178

zainteresowanie.  Surowo  pytał,  czy  chłopcy  słyszeli  wcześniej  legendę  o  złej  czarownicy  ze
Stregesti, ale obydwaj zapewnili, iż przybywają z daleka i nigdy przedtem nie byli w tym kraju.

Kiedy skończyli opowiadać, uczeni popatrzyli po sobie.

- Gdzie leży ta dolina? - dopytywali się.

-  Nie  wiemy  -  odparł  Peter.  -  Odeszliśmy  od  doliny  Maruszy  i  zabłądziliśmy.  Przez  długi  czas  nie
spotkaliśmy ludzkich osad.

-  Oficjalnie  nie  istnieje  miasteczko  o  takiej  nazwie,  ale  historia  o  nim  należy  do  bogatego  skarbu
legend Ardeal - rzekł geograf.

-  To  prawda  -  wtrącił  się  etnograf.  -  Legenda  głosi,  że  miasteczko  znajduje  się  w  górach  na
południowym zachodzie. Ale nikt do tej pory nigdy go nie widział.

- Nie ma się czemu dziwić  -  sucho  powiedział  Heike.  -  Nikt  nigdy  nie  wydostał  się  stamtąd  żywy.
Dopiero my jako pierwsi.

Historyk popadł w zadumę.

- Prawdą jest, że od dawien dawna w tamtych okolicach ginęli ludzie, przypuszczaliśmy jednak, że
porywały ich dzikie zwierzęta.

background image

-  Czy  moglibyśmy  usłyszeć  tę  legendę?  -  zaproponował  Heike.  -  W  ten  sposób  może  i  nam  także
rozjaśni się w głowach. Nadal nie umiemy odpowiedzieć sobie na wiele pytań.

- Chętnie ją opowiem - oświadczył etnograf. - Ale czy najpierw możemy zaproponować szklaneczkę
wina?

Przyjęli poczęstunek z ochotą i uczony zaczął opowiadać:

- Legenda mówi o księżniczce z gepidzkiego rodu, która nazywała się Anciol...

- Czy wolno nam będzie przerywać pytaniami? - wtrącił Peter.

- Ależ oczywiście, bardzo proszę!

- Anciol to dziwne imię. Skąd się wzięło?

-  To  prawdopodobnie  imię  pochodzenia  gepidzkiego.  Gepidowie  zajęli Ardeal  na  początku  naszej
rachuby  czasu  i  zniknęli  z  historii  w  roku  pięćset  sześćdziesiątym  szóstym,  kiedy  zostali  pokonani
przez Longobardów. Naturalnie reszta ludu żyła dalej, choć ciemiężona przez innych. Anciol według
legendy  oznacza  „jedyna,  wyjątkowa”.  Podobno  imię  to  doskonale  pasowało  do  czarownicy.  Jej
żądza wyjątkowości była wprost niezwykła! Apetyt 179

na mężczyzn także. Wszyscy musieli ją kochać, gdyż piękniejszej od niej i bardziej godnej pożądania
nie było na całym świecie.

Chłopcy popatrzyli na siebie i pokiwali głowami.

- To nasza Anciol - stwierdził Heike. - Ale kiedy naprawdę żyła ta kobieta?

Badacz obyczajów wzruszył ramionami.

-  To  przecież  legenda,  moi  panowie.  Jak  dotąd  nikt  w  nią  nie  wierzył.  Ale  zgaduję,  że  chodzi  o
średniowiecze.  Kobietę  tę  opisywano  jako  bardzo  piękną,  niewinną  jak  dziecko,  a  jednocześnie
przepojoną  zmysłowością.  Mimo  to  nie  poszczęściło  jej  się  w  życiu.  Jej  ojciec  obiecał  ją  za  żonę
synowi księcia z Mołdawii, ale ten niewdzięcznik okazał się na tyle bezczelny, że pokochał inną, i to
już  po  spotkaniu  pięknej  Anciol.  Obdarzył  swymi  względami  kuzynkę  Anciol,  mieszkającą  w  tym
samym  zamku. Anciol  nie  mogła  przeboleć,  że  jego  nowa  wybranka  była  od  niej  starsza.  Miała  na
imię Feodora, ale jeśli wasza opowieść jest prawdziwa, nie była to ta Feodora, którą spotkaliście.
Ona  dopiero  później  wkracza  do  historii.  W  każdym  razie  narzeczony  ośmielił  się  twierdzić,  iż
Feodora ma o wiele piękniejsze włosy niż Anciol. Włosy Anciol kojarzyły mu się z czymś strasznym,
przywodziły  na  myśl  skrzydła  kruka.  Związane  to  było  prawdopodobnie  ze  sposobem,  w  jaki  je
układała:  długie,  przedzielone  pośrodku,  spływały  gładko  wokół  twarzy,  lśniąc  granatowoczarnym
blaskiem. A Anciol była taka dumna ze swych włosów! Cóż za śmiertelna obraza!

Książę zabrał swą młodą żonę Feodorę do Mołdawii, a Anciol rozgniewała się tak bardzo -

zwróćcie  uwagę:  rozgniewała  się,  ale  nie  płakała  -  iż  święcie  poprzysięgła  sobie,  że  stanie  się

background image

prawdziwą czarownicą. Już przedtem zresztą uprawiała czary. Teraz jednak, po śmierci, miała stać
się  upiorem.  A  kto  powinien  zapłacić  za  upokorzenia,  jakich  doznała?  Oczywiście  ci,  którzy
dopuścili  się  takiej  zniewagi,  a  także  wszyscy  inni  mężczyźni.  Chciała,  by  odpokutowali  za
wyrządzaną jej krzywdę, a za narzędzie zemsty miały służyć jej własne włosy.

No  i  pozostawała  jeszcze  jej  namiętność,  która  wcale  nie  wygasła,  gdy Anciol  stała  się  upiorem,
wprost przeciwnie!

Dawny  narzeczony  nie  mógł  znaleźć  spokoju  w  domu,  w  Mołdawii.  Żona  Feodora  urodziła  mu
dziecko, ale on już dłużej nie był w stanie się opierać. Ancioł postanowiła ściągnąć go z powrotem i
jak szalony gnał przez góry do twierdzy. Niestety, nie przeczuwał, że spotka go okrutna kara. Upiór
co  noc  zmuszał  go  do  miłości,  powoli  wysysając  zeń  wszystkie  siły.  A  kiedy  jako  stary,
sponiewierany człowiek zmarł, stał się zjawą. Anciol upokorzyła książęcego syna, zmuszając go, by
został jej woźnicą i sługą.

W  Mołdawii  nastały  burzliwe  czasy.  Prawnuczka  Feodory,  młoda  kobieta  także  nosząca  to  imię,
musiała uciekać z kraju wraz ze swą nowo narodzoną córeczką i ojcem wojewodą.

Skierowali się do twierdzy w południowo-zachodniej części Ardeal, o której tak wiele słyszeli.

Tam mieszkali ich krewni.

180

Ale niestety! Wszystko tam było odmienione. Wokół doliny wyrósł las, karmiący się złem i chorym
pożądaniem.  Połowa  miasteczka  poddała  się,  druga  część  nawiedzana  była  przez  okrutną  marę,
porywającą  mężczyzn  i  kochającą  się  z  nimi  do  upojenia.  Po  zaspokojeniu  swych  żądz  uśmiercała
kochanków.  Feodora  wielce  bolała  nad  losem  swej  pięknej  twierdzy,  której  była  teraz  ostatnią
dziedziczką.  Okazała  się  na  tyle  naiwna,  by  ochrzcić  swą  maleńką  córeczkę  imieniem  Anciol,
postanowiła także, że dziecko odziedziczy przepiękną suknię ślubną, która nadal wisiała w twierdzy.
Być może Feodora sądziła, że upiór ustąpi?

Nie zdawała sobie jednak sprawy z prawdziwej natury Anciol. Anciol - „jedyna”! Nikomu nie wolno
było nosić jej imienia ani też założyć sukni. Cóż one sobie wyobrażają?

Cała  sprawa  skończyła  się  tragicznie.  Oto  zjawia  się  prawnuczka  jej  rywalki,  piękna,  o  włosach
znacznie  przewyższających  długością  i  pięknością  włosy  Anciol,  i  takim  samym  imieniu  jak  jej
konkurentka!

Czarownica  uderzyła.  Matka  i  córka  zostały  zgładzone,  dziecko  właściwie  jej  nie  obchodziło,  ale
miała  możliwość  zemścić  się  na  swej  rywalce  -  pierwszej  Feodorze.  Ponieważ  w  miasteczku  nie
było już księdza, zmarłe zostały pochowane w nie poświęcanej ziemi.

I także księżniczka Feodora została zjawą, zmuszoną służyć Anciol. Miasteczko wymarło, nie było w
nim  wszak  mężczyzn.  Las  zamknął  się  na  zawsze  wokół  Targul  Stregesti  i  stało  się  ono  jedynie
legendą w zbiorach ludowych podań Ardeal.

background image

Przez dłuższą chwilę panowała cisza.

-  Źle  zrozumieliśmy  Feodorę  -  powiedział  wreszcie  Heike.  -  Ona  starała  się  zwabić  mężczyzn  do
siebie, by uchronić ich przed Anciol-Nicolą. Chciała przeciwstawić się czarownicy.

Profesor historii wyraził swoją opinię:

-  Zawsze  uważałem,  iż  jako  legenda  opowieść  ta  została  źle  skomponowana.  Kompozycja  jest
niestała, trudno ją przekazać dzieciom i wnukom.

- Bardziej przypomina historię opartą na prawdziwych wydarzeniach niż legendę - stwierdził

profesor geografii.

-  Równie  zmienna  w  nastrojach  jak  życie.  Ale  teraz  młodzi  przyjaciele,  rozbudziliście  naszą
ciekawość! Musicie nas tam zaprowadzić.

- Za nic na świecie! - chórem zaoponowali obaj chłopcy.

Heike cieszył się, że może wymówić się koniecznością wyruszenia w dalszą podróż do Skandynawii,
i  tak  był  już  o  miesiąc  opóźniony.  A  Petera  nawet  setką  koni  nie  dałoby  się  zaciągnąć  w  tamte
okolice.

181

Stanęło na tym, że wyrysowali w miarę możliwości dokładną mapę trasy, jaką przebyli.

Sprawę ułatwił fakt, że znali nazwę wioski, do której dotarli po zejściu z gór.

Geograf natychmiast oznajmił, iż ma zamiar wysłać ekspedycję, by odszukała miasteczko.

Chłopcy  bardzo  się  z  tego  ucieszyli,  myśląc  o  zmarłych,  znalezionych  w  twierdzy.  Ktoś  powinien
odmówić modlitwę za ich dusze.

Nadszedł  czas  rozstania  z  Heikem.  Krewniacy  Petera  okazali  się  ludźmi  dość  zamożnymi  i
obdarowali  Heikego  zarówno  prowiantem  na  drogę,  jak  i  pieniędzmi.  Gotowi  mu  byli  nieba
przychylić za to, że uratował życie Peterowi.

Kiedy  mieli  się  żegnać,  Heike  zauważył,  że  Peter  i  Mira  trzymają  się  za  ręce.  Zaczerwienili  się,
chichocząc  z  zawstydzeniem.  Peter  powiedział,  że  znalazł  Mirze  mieszkanie  w  mieście  i  z  czasem
być  może  zwiążą  się  na  stałe,  kto  wie?  Heike  serdecznie  im  pogratulował,  nie  mogąc  pojąć,  kiedy
zdążyli  uświadomić  sobie  swoje  uczucia,  ale  miłość  przecież  potrafi  rozkwitnąć  w  każdych
okolicznościach. Jak i kiedy, wiedzą o tym tylko zainteresowani.

Późną jesienią ekspedycja naukowa dotarła do Targul Stregesti. Badacze z przerażeniem stwierdzili,
iż  chłopcy  mówili  prawdę.  Las  był  już  teraz  całkiem  martwy.  Znaleźli  ruiny  i  cmentarz,  który
pobłogosławił  ksiądz  będący  jednym  z  członków  ekspedycji,  resztki  kościoła,  starsze  miasteczko  i

background image

Cetatea de Strega!

Głęboko wśród ruin twierdzy odnaleźli zwłoki Francuzów i innych zmarłych mężczyzn, leżące wokół
trumny. Ciała pochowano na cmentarzu i odmówiono modlitwy za pokój ich dusz. Nie ruszano jednak
zawartości  trumny.  W  środku  znajdowała  się  straszliwa  mumia  z  ziejącą  otchłanią  ust,  całkowicie
łysa.  Nikt  nie  mógł  znieść  jej  widoku,  wszyscy  odwracali  się  w  popłochu,  bez  końca  czyniąc  znak
krzyża. Nawet ksiądz nie chciał mieć do czynienia z nieziemską szkaradą.

Zasypali  tylko  piwnicę  kamieniami,  a  potem  opuścili  dolinę,  ukrytą  w  najdzikszych  górskich
okolicach po drugiej stronie przełęczy.

Ale wówczas Heike Lind z Ludzi Lodu był już daleko w Europie, w drodze przez Danię na Północ,
do swych krewniaków w Szwecji i Norwegii. W drodze do tych, których nigdy nie widział i którzy
nie wiedzieli nawet o istnieniu potomka Solvego, zaginionego syna Daniela.

182