background image

ROBERTS NORA

ZRODZONA Z OGNIA

SAGA RODU CONCANNONÓW

TOM 1

Przekład Aleksandra Komornicka

background image

SZANOWNY CZYTELNIKU

Przez całe życie pragnęłam odwiedzić Irlandię. Moi przodkowie przybyli z Irlandii i 

Szkocji, zawsze więc mnie ciągnęło, by zobaczyć zielone wzgórza i usiąść w zadymionym 

pubie, słuchając starej irlandzkiej muzyki. Gdy wreszcie mogłam odbyć tę podróż z moją 

rodziną, już w chwili wylądowania na lotnisku w Shannon wiedziałam, że jestem w domu.

Umiejscowienie   akcji   powieści   w   Irlandii   było   decyzją   naturalną.   Ziemia   i   ludzie 

inspirują, tam ożywają niestworzone historie. Chciałam napisać o Irlandii i o rodzinie, i o 

tym, jak obie splatają się w moim sercu. W każdej książce tej trylogii opowiadam o jednej z 

trzech sióstr, tak różnych, lecz połączonych więzami krwi. Ich życie różnie się potoczyło, ale 

źródłem inspiracji dla nich, podobnie jak dla mnie, jest Irlandia.

Bohaterką   tomu   „Zrodzona   z   ognia”   jest   Margaret   Mary   Concannon,   najstarsza   z 

sióstr, artystka tworząca szkło dekoracyjne, obdarzona silnym rysem niezależności, równie 

gwałtownym, co jej wybuchowy temperament. Jest typem kobiety, która zarówno znajduje 

siłę i pociechę w rodzinie, jak i jest przez nią rozdarta, i której ambicje doprowadzą ją do 

odkrycia   samej   siebie   i   swoich   talentów.   Ręczna   obróbka   szkła   jest   sztuką   trudną, 

wymagającą precyzji. Maggie potrafi tworzyć rzeczy delikatne i kruche, a jednocześnie jest 

kobietą silną i upartą, kobietą z Clare, z całą niesfornością jego nieokiełznanej przyrody i 

burzliwą   naturą   tego   fascynującego   hrabstwa   zachodniej   Irlandii.   Jej   związek   z 

wyrafinowanym znawcą sztuki, właścicielem dublińskiej galerii, Roganem Sweeneyem, nie 

będzie spokojny, mam jednak nadzieję, że wciągnie i zaintryguje czytelnika.

Mam również nadzieję, że czytelnik tej pierwszej książki z mojej trylogii „Zrodzona 

z...” ucieszy się z  odwiedzin  w  hrabstwie  Clare, kraju zielonych  wzgórz,  dzikich  urwisk 

skalnych i nieprzemijającego piękna.

Nora ROBERTS

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jasne, na pewno jest w pubie. Gdzie indziej przecież może szukać schronienia i ciepła 

rozumny mężczyzna w to zimne i wietrzne popołudnie? Oczywiście, że nie w domu, przy 

własnym   kominku!   Co   to,   to   nie,   pomyślała   Maggie.   Tom   Concannon   jest   rozumnym 

mężczyzną i nie siedzi w domu.

Jej ojciec jest w pubie, wśród gromady wesołych przyjaciół. Uwielbia się pośmiać, 

pokrzyczeć   i   wymyślać   niestworzone   historie.   Ktoś   mógłby   go   nazwać   zwariowanym 

facetem. Ale nie Maggie, o nie.

Wyjechała   ryczącą   ciężarówką   z   ostatniego   zakrętu   przed   wsią   Kilmihil.   Nie 

dostrzegła   żywej   duszy   na   ulicy.   Nic   dziwnego,   było   już   dobrze   po   lunchu,   a   pogoda 

bynajmniej nie zachęcała do przechadzek. Od Atlantyku wiał tak lodowaty wicher, że nawet 

psa   żal   by   wypuścić   z   domu.   Całe   zachodnie   wybrzeże   Irlandii   dygotało   z   zimna   i   z 

utęsknieniem wypatrywało wiosny.

Pośród innych pojazdów rozpoznała rozklekotanego fiata ojca. Z daleka było widać, 

że   tego   dnia   u   Tima   O’Malleya   zebrała   się   niezła   gromada.   Zaparkowała   jak   najbliżej 

frontowego wejścia do pubu, przycupniętego wśród licznych w tym miejscu sklepów.

Ruszyła przed siebie. Wicher bił ją po plecach. Wtuliła nos w kożuszek, naciągnęła 

głębiej czarną, wełnianą czapkę. Policzki zarumieniły się jej od chłodu. W powietrzu wisiało 

coś złowieszczego. Zanosi się na nielichy mróz, pomyślała. I to jeszcze przed zapadnięciem 

zmroku.

Nie przypominała sobie równie paskudnego stycznia, a w każdym razie nie pamiętała, 

kiedy ostatnio hrabstwo Clare nawiedziła  tak uporczywa,  lodowata  zawierucha. Ogródek, 

który w pośpiechu mijała, drogo już za to zapłacił. Wszystko w nim poczerniało od wiatru i 

mrozu, i drzewa wyciągały martwe ramiona jakby w niemym błaganiu.

Zrobiło się jej żal ogródka, ale wiadomość, jaką miała w zanadrzu, była radosna, i 

przez chwilę dziwiło ją nawet, że kwiaty nie zakwitają i nie podnoszą główek, domyślając się 

wiosny.

U   O'Malleya   było   ciepło   i   swojsko.   Poczuła   to   zaraz   po   przekroczeniu   progu. 

Zapachniało   rozpalonym   torfem,   który   żarzył   się   wesoło   w   kominku,   i   gulaszem,   który 

Deirdre, żona O’Malleya, ugotowała na lunch. A także tytoniem, piwem i unoszącą się w 

powietrzu oleistą smugą aromatu smażonych frytek.

Pierwsza spostrzegła Murphy'ego. Siedział na małym stoliku, z wyciągniętymi przed 

siebie nogami, wygrywając melodię na irlandzkim akordeonie, którego dźwięk tak doskonale 

background image

współbrzmiał z jego słodkim głosem. Inni bywalcy pubu słuchali go rozmarzeni nad swoim 

piwem i porterem. Melodia była smutna, jak wszystkie najlepsze irlandzkie melodie, rzewna i 

tkliwa jak łzy kochanki. Piosenka nosiła jej imię i mówiła o dorastaniu.

Murphy dostrzegł ją, uśmiechnął się nieznacznie. Niesforne pasmo czarnych włosów 

opadło mu na brwi, potrząsnął więc głową i odrzucił je do tyłu. Tim O'Malley stał za barem, 

brzuchaty   mężczyzna   w   fartuchu,   który   z   trudem   obejmował   go   w   pasie.   Miał   szeroką, 

pobrużdżoną twarz oraz oczy, które, kiedy się śmiał, ginęły w fałdach skóry.

Wycierał do połysku kufle. Na widok Maggie nie przerwał swojego zajęcia. Wiedział, 

że zachowa się jak należy i poczeka z zamówieniem do końca melodii.

Zobaczyła Davida Ryana puszczającego dym z jednego z amerykańskich papierosów, 

które brat przysyłał mu co miesiąc z Bostonu, a także zawsze schludną panią Logan robiącą 

różową włóczką  na drutach  i wystukującą  nogą rytm  melodii.  Był  stary Johnny Conroy, 

zastygły w bezzębnym uśmiechu, trzymający zniekształconą ręką równie pokrzywioną dłoń 

swojej pięćdziesięcioletniej żony. Siedzieli obok siebie jak para młodożeńców, zasłuchani w 

piosenkę Murphy'ego.

Dźwięk   stojącego   na   barze   telewizora   był   wyłączony,   ale   obraz   zostawiono   - 

połyskiwał teraz brytyjską mydlaną operą. Ludzie w pięknych strojach, z lśniącymi włosami, 

rozprawiali   gorączkowo   wokół   dużego   stołu,   który   jarzył   się   od   świec   w   srebrnych 

lichtarzach i świateł odbitych w wytwornych, kryształowych kieliszkach.

Jakże odległe to były światy:  pełna blasku opowieść i mały pub z podniszczonym 

barem i ciemnymi od dymu ścianami.

Pełna pogardy reakcja Maggie na widok wyelegantowanych  typów  oddających  się 

jałowej dyspucie w bogato urządzonym wnętrzu była szybka i automatyczna. Podobnie jak 

przelotny skurcz zazdrości.

Pomyślała,   że   gdyby   była   tak   bogata,   choć   oczywiście   nie   zależało   jej   na   tym, 

wiedziałaby z pewnością, jaki z tego uczynić pożytek.

A potem zobaczyła jego, siedzącego oddzielnie w rogu. Nie żeby był samotny, nic z 

tych   rzeczy.  Stanowił   tak  nierozłączną  część  tego   pomieszczenia,  jak krzesło,  na  którym 

siedział. Jedną rękę przełożył przez oparcie krzesła, podczas gdy w drugiej trzymał filiżankę, 

w której, jak słusznie się domyślała, miał mocną herbatę zaprawioną irlandzką whisky.

Bywał nieobliczalny, pełen zrywów i zahamowań, nieoczekiwanych zmian nastroju, 

ale znała go. Ze wszystkich mężczyzn jakich znała, żadnego nie kochała żarliwiej od Toma 

Concannona.

Bez słowa podeszła do niego, usiadła i oparła głowę na jego ramieniu.

background image

Poczuła,   jak   jej   miłość   wzbiera,   rozpala   się   jak   ogień,   który   grzeje,   przenika   na 

wskroś, lecz nigdy nie spala. Zdjął rękę z oparcia krzesła i przygarnął ją do siebie. Wargami 

musnął jej skroń.

Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki piosenki, ujęła jego dłoń i pocałowała.

- Wiedziałam, że cię tu znajdę.

- A skąd wiedziałaś, że myślę o tobie, moja śliczna Maggie?

- Może także myślałam o tobie?

Pochyliła  się ku niemu i uśmiechnęła się. Był  drobnym  mężczyzną,  ale o mocnej 

budowie. „Jestem jak byczek”, mówił często, śmiejąc się tym swoim grzmiącym śmiechem. 

W   takich   chwilach   zmarszczki   wokół   oczu   pogłębiały   mu   się   na   kształt   małych 

wachlarzyków. Niegdyś miał wspaniałe rude, gęste włosy. Z czasem przerzedziły się nieco, a 

siwe  pasemka  wyglądały jak smużki  dymu  pośród płomieni.  Dla Maggie  był  najbardziej 

porywającym mężczyzną na świecie.

Był jej ojcem.

- Tato - odezwała się. - Mam dobre wiadomości.

- Nie wątpię, czytam to z twojej twarzy.

Mrużąc oczy, zdjął z jej głowy czapkę, na ramiona wysypały się długie, ognistorude 

włosy. Zawsze lubił na nie patrzeć, były takie lśniące i sprężyste. Nigdy nie zapomni, gdy po 

raz pierwszy trzymał ją na ręku: jej drobniutkiej, zabawnie wykrzywionej buzi, wyrażającej 

niepohamowaną radość życia, i maleńkich, zaciśniętych piąstek, wymachujących co sił na 

wszystkie strony. I jej włosów, błyszczących jak nowiutki miedziak.

Nie był rozczarowany, że to nie jest syn, pokornie dziękował losowi, iż obdarował go 

córką.

- Przynieś mojej dziewczynce coś do picia, Tim.

- Poproszę herbatę - zawołała. - Jest paskudnie zimno.

Teraz,   kiedy   już   się   tu   znalazła,   zapragnęła   odwlec   przyjemność   podzielenia   się 

nowiną, delektować się nią jak najdłużej.

- Murphy, śpiewasz sobie tutaj piosenki i popijasz, a kto ogrzewa twoje krowy?  - 

zawołała.

- Same się grzeją - odkrzyknął. - I jeśli ta pogoda utrzyma się dłużej, będę miał na 

wiosnę więcej cieląt, niż zdołam oporządzić. W długie zimowe wieczory bydło zabawia się 

podobnie jak wszyscy na tym świecie.

- Czyżby? Siedzi przy kominku z dobrą książką w ręku? - zawołała Maggie, a sala 

wybuchnęła śmiechem. Dla nikogo bowiem miłość Murphy'ego do lektur nie była tajemnicą.

background image

- No właśnie, próbowałem zaszczepić im rozkosz, jaką daje dobra literatura, ale krowy 

wolą oglądać telewizję. - Postukał palcem w pustą szklanicę. - A ja przyszedłem tutaj, żeby 

odpocząć od twojego pieca, który huczy dzień i noc, jakby pioruny waliły. Dlaczego nie jesteś 

w domu i nie bawisz się swoim szkłem?

- Tato - Maggie ujęła ponownie rękę ojca. - Tobie pierwszemu muszę to powiedzieć. 

Wiesz, że rano zawiozłam kilka sztuk do Ennis, do sklepu McGuinnessa?

- No wiesz? - Wyjął z ust fajkę i postukał nią. - Powinnaś była powiedzieć, że się tam 

wybierasz, dotrzymałbym ci towarzystwa.

- Chciałam to zrobić sama.

- Moja mała pustelnica - zaśmiał się i dał jej prztyczka w nos.

- Tato, on je kupił. - Jej zielone jak u ojca oczy promieniały blaskiem. - Kupił cztery, 

bo tyle wzięłam ze sobą. Zapłacił mi za nie nawet co nieco.

- Nie mów, Maggie, no nie! - Poderwał się z miejsca, pociągnął ją za sobą i zakręcił 

nią w koło. - Posłuchajcie, co wam powiem, panie i panowie. Moja córka, moja własna córka 

Margaret Mary, sprzedała swoje szkła w Ennis.

Zagrzmiały gromkie brawa i posypała się cała seria pytań.

- U McGuinnesa - odpowiadała. - Cztery sztuki, a rozglądał się, czy nie mam więcej. 

Dwa wazony, czarka i... myślę, że tę ostatnią można by nazwać przyciskiem do papieru. - 

Roześmiała się, gdy Tim postawił na kontuarze dwie whisky, dla niej i dla jej ojca.

- A niech to! - Wzięła szklankę i wzniosła toast. - Za zdrowie Toma Concannona, 

który uwierzył we mnie.

- Och, nie, Maggie. - Ojciec potrząsnął głową, a w jego oczach pojawiły się łzy. - Za 

ciebie. Tylko za ciebie. - Zadzwonił szklaneczkami i wlał zawartość do gardła. - Rozgrzej to 

stare, kochane pudełko, Murphy. Chcę zatańczyć z moją córką.

Murphy nie kazał się długo prosić. Wśród gwaru i oklasków Tom poprowadził córkę 

po parkiecie. Deirdre wyjrzała z kuchni, wytarła ręce w fartuch. Z twarzą zarumienioną od 

gotowania porwała do tańca męża. Od jednego skocznego irlandzkiego tańca do drugiego, od 

jednego partnera do drugiego Maggie wirowała aż do upadłego.

Wkrótce, skuszeni muzyką i perspektywą spędzenia czasu w miłej kompanii, ściągnęli 

do   pubu   inni   bywalcy,   i   tak   wiadomość   o   sukcesie   Maggie   prędko   się   rozniosła.   Przed 

zapadnięciem zmierzchu wiedzieli już o nim wszyscy w promieniu dwudziestu kilometrów.

Spodziewała się takiego rozgłosu. A w tajemnicy marzyła o jeszcze większym.

- Och, już nie mogę. - Opadła na krzesło i wysączyła do dna zimną herbatę. - Jeszcze 

trochę, a serce mi pęknie.

background image

- Mnie też. Z dumy, że mam taką córkę. - Uśmiech Toma był promienny, lecz wzrok 

nieco mętny. - Powinniśmy powiadomić o tym twoją matkę, Maggie. A także twoją siostrę...

- Powiem o tym Briannie wieczorem.

Zesztywniała na wspomnienie matki.

- Dobrze, w porządku. - Pochylił się i pogłaskał ją po policzku. - To twój wielki dzień, 

Maggie Mae i nic go nie zakłóci.

- Nie, to nasz dzień. Bez ciebie nigdy bym nie wydmuchała mojej pierwszej szklanej 

bańki.

- No to się tym dzielmy, tylko my dwoje, przez krótki czas. - Na chwilę zrobiło mu się 

duszno, jakoś niewyraźnie i gorąco. Tak jakby coś zamigotało mu przed oczami, by zaraz po 

tym wszystko wróciło do normy. Brak powietrza, pomyślał. Odrobina świeżego powietrza 

dobrze   mi   zrobi.   -   Mam   ochotę   na   przejażdżkę.   Chcę   powąchać   morze,   Maggie.   Czy 

pojedziesz ze mną?

- Oczywiście, że pojadę. - Podniosła się natychmiast. - Ale na dworze jest potwornie 

zimno i wieje jak diabli. Jesteś pewien, że chcesz się znaleźć teraz na skałach?

- Taką mam potrzebę. - Sięgnął po palto, owinął szyję szalikiem i odwrócił się ku sali. 

Zdawało   mu   się,   iż   wszystkie   zadymione,   ciemne   kolory   wirują   przed   jego   oczami.   Z 

przykrością   pomyślał,   że   jest   odrobinę   pijany.   No   ale   przecież   była   ku   temu   okazja!   - 

Urządzamy przyjęcie! - zawołał. - Jutro wieczorem. Będzie dobre jedzenie, dobry alkohol i 

dobra muzyka. Uczcimy sukces mojej córki. Oczekuję wszystkich moich przyjaciół!

Maggie odezwała się, gdy już byli na dworze.

- Przyjęcie? Tatku, wiesz, że ona się na to nie zgodzi.

- Na razie jeszcze jestem panem we własnym domu. - Wysunął do przodu podbródek, 

w jakże podobny sposób, jak zwykła to czynić Maggie. - Przyjęcie odbędzie się, Maggie. 

Dogadam się jakoś z twoją matką. Mogłabyś już ruszyć?

- Oczywiście.

Wiedziała, że nie ma co dyskutować z Tomem Concannonem, kiedy wbił sobie coś do 

głowy. Była mu wdzięczna za to. Gdyby nie jego upór, nigdy nie dotarłaby do Wenecji i nie 

odbyła praktyki w hucie szkła. Nigdy by też nie wykorzystała tego, czego się nauczyła i o 

czym   marzyła,   i   nie   wybudowałaby   własnej   pracowni.   Wiedziała   też   jaką   cholerną   cenę 

matka kazała mu płacić za wyrzucone, jej zdaniem, pieniądze na naukę. Ale on postawił 

twardo na swoim.

- Powiedz mi, nad czym teraz pracujesz.

- To coś w rodzaju butelki. Chcę, żeby była bardzo wysoka i wąska. Zwężająca się ku 

background image

górze, a następnie mocno rozchylająca się. Trochę jak lilia. Bardzo delikatna w kolorze, jak 

wnętrze brzoskwini.

Widziała to tak wyraźnie, jak rękę, którą starała się opisać mu jej kształt.

- Masz piękne rzeczy w głowie.

- Ale na tym kończy się wszystko, co łatwe - zaśmiała się. - Rzeczy stają się realne 

dopiero w wyniku ciężkiej pracy.

- To ty sprawiasz, że stają się realne.

Poklepał ją lekko po ręku i pogrążył się w milczeniu.

Maggie   skręciła   w   wąską,   wijącą   się   drogę   prowadzącą   do   morza.   Z   daleka,   od 

zachodu, napływały smagane wiatrem, pociemniałe od burzy chmury. Zagarniały jaśniejsze 

skrawki nieba, które po chwili wyzwalały się, by na krótko zajaśnieć niczym diament pośród 

ołowianej szarości.

Raptem   ujrzała   czarę,   szeroką   i   przepastną,   oplecioną   jaskrawymi   barwami,   i   w 

wyobraźni zaczęła już nadawać jej kształt.

Droga   zakręciła,   następnie   wyprostowała   się.   Krztusząca   się   ciężarówka   mijała 

pożółkłe   od   zimna,   przewyższające   człowieka   żywopłoty.   Na   krańcu   wsi   wznosił   się 

przydrożny krzyż poświęcony Najświętszej Maryi. Z twarzy Dziewicy emanowała łagodność, 

jej ramiona rozwarte były w geście wszechogarniającego powitania, u jej stóp postawiono 

wazon pełen śmiesznych, krzykliwych, plastikowych kwiatów.

Gdy   ojciec   westchnął,   Maggie   szybko   odwróciła   ku   niemu   głowę.   Wydał   się   jej 

odrobinę blady, miał trochę podkrążone oczy.

-   Wydajesz   się   zmęczony,   tato.   Czy  na   pewno  nie   chcesz,   żebyśmy   zawrócili   do 

domu?

- Nie, nie. - Wyjął z ust fajkę i machinalnie postukał nią o spód dłoni. - Chcę zobaczyć 

morze. Zanosi się na sztorm. Będziemy mieli wspaniałe widowisko ze skał Loop Head.

- Ano będziemy.

Za wsią droga znowu raptownie się zwęziła. Maggie musiała skupić całą uwagę, by 

ciężarówka ani o milimetr nie zboczyła i jechała równo jak po linie. W ich stronę, pokonując 

z wysiłkiem wiatr, szedł ciepło ubrany mężczyzna w towarzystwie wiernego psa, który ze 

stoickim spokojem trzymał się nogi swego pana. By umożliwić przejazd, mężczyzna i pies 

zeszli z drogi, przywarli do żywopłotu, a ciężarówka mijała ich powoli o włos od czubka 

butów mężczyzny. Skinął im na powitanie głową.

- Wiesz o czym myślałam, tato?

- A no o czym?

background image

- Gdybym mogła jeszcze sprzedać kilka sztuk, choćby jeszcze tylko kilka, mogłabym 

sobie   zafundować   nowy   piec.   Chciałabym   móc   posługiwać   się   większą   ilością   kolorów, 

rozumiesz.   Gdybym   mogła   kupić   inny   piec,   mogłabym   wytapiać   więcej   szkła.   Piec   z 

ogniotrwałej cegły wcale nie jest taki drogi. No, ale potrzebowałabym na to więcej niż dwie 

setki.

- Odłożyłem trochę na boku.

- Nie, tym razem nie. - Była stanowcza. - Kocham cię za to, ale ten piec kupię ze 

swoich własnych.

Poczuł się urażony i z zagniewaniem wpatrywał się w fajkę.

- A od czego jest ojciec, jeśli mogę wiedzieć, jak nie od dawania swoim dzieciom? Nie 

sprawiasz sobie wyszukanych ubrań ani świecidełek, jeśli więc chcesz mieć piec, to będziesz 

go miała.

- I tak będzie - odparowała. - Ale kupię go sama. Chcę zrobić to sama. Nie potrzebuję 

pieniędzy, lecz twojej wiary we mnie.

- Spłaciłaś mnie już z nawiązką. - Oparł się wygodnie, zrobił w oknie szparę, przez 

którą, gdy zapalał fajkę, świstał wiatr. - Jestem bogatym człowiekiem, Maggie. Mam dwie 

cudowne córki, każda jak drogocenny klejnot. I choć człowiek mógłby już na tym poprzestać, 

mam jeszcze dobry, solidny dom i przyjaciół, na których mogę liczyć.

Maggie odnotowała, że do swej szkatułki ze skarbami nie dołączył matki.

- I nadal, za górami, za lasami, masz zakopany dzban ze złotem.

- A jakże.

Znowu   zamilkł,   zadumał   się.   Mijali   stare,   kamienne   szałasy,   opuszczone   i   bez 

dachów, stojące na skraju popielatozielonych pól, bezkresnych i nieprawdopodobnie pięknych 

w ciemnej poświacie. I kościół opierający się bezlitosnym wichrom, osłaniany jedynie przez 

kilka pokręconych, bezlistnych drzew.

Z   pewnością   był   to   smutny   widok,   ale   Tomowi   wydał   się   piękny.   Nie   podzielał 

zamiłowania Maggie do samotności, ale kiedy teraz spoglądał na tę scenerię, na nisko leżące 

niebo   i   opustoszałą   ziemię,   między   którymi   postać   ludzka   zdawała   się   być   zaledwie 

punkcikiem, zrozumiał ją.

Przez świszczącą szparę w oknie samochodu poczuł zapach morza. Niegdyś marzył o 

przeprawieniu się przez nie.

Niegdyś marzył o wielu rzeczach.

Zawsze szukał tego dzbana ze złotem i wiedział, że to z własnej winy go nie znalazł. 

Był farmerem z urodzenia, ale nigdy z zamiłowania. Teraz utracił wszystko poza kilkoma 

background image

akrami ziemi, dobrymi do hodowli kwiatów i uprawy warzyw, z czym tak zręcznie radziła 

sobie jego córka Brianna. Dostatecznie dobrymi, by mu przypominać o przegranej.

To kara za zbyt  wiele projektów, pomyślał teraz, gdy kolejne tęskne westchnienie 

wezbrało w jego piersi. Jego żona, Maeve, ma rację. Zawsze miał pełno pomysłów, ale nigdy 

smykałki czy szczęścia, aby je zrealizować.

Sapiąc i postękując, samochód minął kolejne skupisko domów oraz budynek, którego 

właściciel szczycił się tym, iż jego pub jest ostatnim przed Nowym Jorkiem. Ten widok, jak 

zawsze, podniósł Toma na duchu.

- Czy pożeglujemy,  Maggie, do Nowego Jorku i zamówimy kufel piwa? - zapytał 

starym zwyczajem.

- Stawiam pierwszą kolejkę.

Zaśmiał się. Kiedy samochód dotarł do końca drogi, skąd można już było dojść do 

traw i skał, a wreszcie do przewalającego się z hukiem morza, które rozciągało się aż do 

Ameryki, poczuł nagle, że ma mało czasu.

Znaleźli   się   wśród   huraganowego   ryku   wiatru   i   wody,   bezlitośnie   smagających 

najeżone bloki skalne. Trzymając się pod rękę, zatoczyli się jak pijani, a następnie, śmiejąc 

się, ruszyli przed siebie.

- To szaleństwo przychodzić tutaj w taki dzień.

- Tak, czyste szaleństwo. Czy czujesz to powietrze, Maggie? Czujesz je? Chce nas 

stąd zdmuchnąć i przenieść do Dublina. Pamiętasz, jak byliśmy w Dublinie?

-   Widziałam   żonglera   podrzucającego   kolorowe   piłeczki.   Tak   mi   się   to   strasznie 

spodobało, że sam nauczyłeś się tej sztuczki.

Jego grzmiący śmiech zahuczał prawie jak morze.

- Och, a ile jabłek porozwalałem!

- Jeszcze przez parę tygodni zajadaliśmy szarlotki i mus jabłeczny.

- A ja myślałem, że dzięki nowej umiejętności będę mógł pojechać na jarmark do 

Galway i zarobić funta, a może nawet i dwa.

- I wydać wszystkie zarobione pensy na prezenty dla mnie i dla Brianny.

Zauważyła,   że   powrócił   mu   rumieniec   i   że   znowu   błyszczą   mu   oczy.   Ochoczo 

przebrnęli  szarpaną przez wicher ostrą trawę. A potem już stali nad brzegiem  potężnego 

Atlantyku, w obliczu wojowniczych fal, uderzających bezlitośnie o skałę. Woda spadała z 

łoskotem, po czym wycofywała się, pozostawiając dziesiątki małych kaskad rozlewających 

się wśród szczelin skalnych. Ponad głowami krzyczały i krążyły mewy, krążyły i krzyczały, a 

dźwięk ten odbijał się długim echem od grzmiących fal.

background image

Przepyszna   fontanna   wody   wzbijała   się   wysoko,   biała   jak   śnieg   u   podstawy, 

przejrzysta jak kryształ w rozsypujących się w lodowatym powietrzu kropelkach. Tego dnia 

na pofałdowanej powierzchni morza nie było ani jednej łodzi. Tylko zaciekłe grzywiaste fale 

przemierzały ocean.

Zastanawiała się, dlaczego ojciec tak często tu przychodzi. Czy zwarcie się morza i 

kamienia, ich odwieczna walka, jest dla niego symbolem małżeństwa? A jego małżeństwo 

było ustawiczną walką, wiecznym rozgoryczeniem i złością żony smagającą jego serce, by 

stopniowo, jakże powoli, ułagodzić je i doprowadzić do krótkiego zawieszenia broni.

- Dlaczego od niej nie odejdziesz, tatku?

- Co? - Oderwał się od morza i od nieba.

- Dlaczego  od niej  nie odejdziesz?  - powtórzyła  Maggie. - Brie i ja jesteśmy już 

dorosłe. Dlaczego nadal przy niej trwasz, skoro nie jesteś szczęśliwy?

- Jest moją żoną - odpowiedział zwyczajnie.

- I to ma wystarczyć  za całą odpowiedź? - dopytywała  się. - Dlaczego z tym  nie 

skończysz?  Między wami nie ma miłości. Ani nawet sympatii. Odkąd pamiętam, czyniła 

piekło z twojego życia.

- Jesteś dla niej zbyt surowa.

I   za   to   także,   pomyślał,   ponosił   konsekwencje.   Tak   ukochał   to   dziecko,   iż   stanął 

bezradny wobec jego bezgranicznej, bezwarunkowej miłości do ojca. Miłości, która, wiedział 

o tym dobrze, nie pozostawiła miejsca na zrozumienie zawiedzionych nadziei kobiety, która 

je urodziła.

- To co jest między twoją matką a mną, jest w równej mierze moim dziełem jak i jej. 

Małżeństwo   jest   delikatną   materią,   Maggie,   polega   na   wyważeniu   potrzeb   dwóch   serc   i 

dwóch oczekiwań. Czasami jedna szala przechyla się pod ciężarem, a druga nie może jej 

podźwignąć. Zrozumiesz to, kiedy sama wyjdziesz za mąż.

-   Nigdy   nie   wyjdę   za   mąż   -   powiedziała   żarliwie,   jakby   składała   przed   Bogiem 

ślubowanie. - Nikomu, nigdy nie dam prawa uczynienia mnie tak nieszczęśliwą.

- Nie mów tak. Nie mów. - Przycisnął ją mocno do siebie, strapiony. - Nie istnieje nic 

cenniejszego niż małżeństwo i rodzina. Nic, na całym świecie.

- Jeżeli tak, to dlaczego staje się ono więzieniem?

- Nie powinno być. - Znowu naszła go słabość, i nagle poczuł przenikające go zimno. - 

Nie daliśmy d dobrego przykładu, twoja matka i ja, i jest mi przykro z tego powodu. Bardziej 

niż potrafię to wyrazić. Ale wiem jedno, Maggie, córeczko. Kiedy kochasz całą sobą, nie 

grozi d wyłącznie samo nieszczęście. To także jest i niebo.

background image

Przytuliła twarz do jego policzka, wciągając na pocieszenie jego zapach. Nie mogła 

mu powiedzieć tego, o czym wiedziała od lat: że jego małżeństwo nigdy nie było niebem. I że 

nigdy nie zaryglowałby się w tym małżeńskim więzieniu, gdyby nie ona.

- Czy kochałeś kiedyś matkę?

- Kochałem. I było to tak gorące, jak twój piec. A ty, Maggie Mae, wzięłaś z tego swój 

początek.   Zrodziłaś   się   z   ognia,   jak   jedna   z   twoich   najlepszych,   najbardziej   zuchwałych 

figurek. Ale ogień powoli wystygał, aż kiedyś się wypalił. Być może, gdyby nie wybuchł tak 

jasnym i silnym płomieniem, moglibyśmy go przechować.

Było coś w jego głosie, co sprawiło, że znowu uważnie mu się przyjrzała.

- Był jeszcze ktoś.

Wspomnienie, jak ukąszenie pszczoły, było bolesne i słodkie. Tom ponownie zwrócił 

twarz w stronę morza, tak jakby chciał je przeniknąć wzrokiem i odnaleźć kobietę, której 

pozwolił odejść.

- Ano tak, był ktoś, kiedyś. Ale tak nie powinno być. Nie miało prawa tak być. Ale 

mogę   d   to   powiedzieć:   kiedy   miłość   przychodzi,   kiedy   strzała   ugodzi   serce,   nic   jej   nie 

powstrzyma. I nawet krwawienie staje się przyjemnością. Więc nie mów do mnie „nigdy”, 

Maggie. Pragnę dla ciebie tego, czego nie mogłem sam mieć.

Nie wypowiedziała na głos tego, o czym myślała. Mam dwadzieścia trzy lata, tatku, a 

Brie   jest   tylko   o   rok   młodsza   ode   mnie.   Znam   naukę   kościoła,   ale   niech   mnie   piekło  

pochłonie,   jeśli   uwierzę,   że   w   niebie   jest   Bóg,   który   znajduje   przyjemność   w   karaniu  

człowieka przez całe życie za jedną pomyłkę.

- Pomyłkę. - Tom opuścił brwi i zatknął fajkę za zęby. - Moje małżeństwo nie było 

pomyłką, Margaret Mary, i nie mów tak ani teraz, ani nigdy więcej. Ty i Brie wzięłyście się z 

niego. Pomyłka? Nie. Cud! Byłem już po czterdziestce, kiedy się urodziłaś. Jakoś przedtem 

nawet do głowy mi nie przychodziło, żeby zakładać rodzinę. I pomyśleć, czym byłoby moje 

życie   bez   was   dwóch.   Gdzie   bym   teraz   był?   Mężczyzna   koło   siedemdziesiątki,   całkiem 

samotny. Całkiem samotny. - Ujął w dłonie jej twarz i wpatrywał się w nią zapamiętale. - 

Codziennie dziękuję Bogu, że spotkałem waszą matkę i że stworzyliśmy coś, co po sobie 

zostawię. Ze wszystkich rzeczy, jakie zrobiłem i jakich nie zrobiłem, ty i Brianna jesteście 

moją pierwszą i autentyczną radością. I nie chcę więcej słyszeć o pomyłkach i nieszczęściach. 

Rozumiesz?

- Kocham cię, tatku.

Na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech.

- Wiem o tym. Myślę, że za mocno, ale nie żałuję tego. - I znowu poczuł, że czas 

background image

nagli. - Jest coś, o co chciałbym cię poprosić, Maggie.

- Co to takiego?

Przyjrzał się uważnie jej twarzy, dotykał jej palcami, jakby nagle zapragnął utrwalić w 

pamięci jej każdy rys - mocny, uparty podbródek, miękki zarys policzków, oczy tak zielone i 

niespokojne jak morze huczące pod nimi.

- Jesteś silna, Maggie. Twarda i silna, z prawdziwym sercem pod stalową powłoką. 

Bóg wie, jaka jesteś zdolna i bystra. Nawet nie próbuję zrozumieć tego, co wiesz, ani skąd o 

tym wiesz. Jesteś moją płonącą gwiazdą, Maggie, tak jak Brie jest moją lodową różą. Pragnę, 

abyś ty, abyście obie, szły za swymi marzeniami. Pragnę tego bardziej niż potrafię to wyrazić. 

A kiedy ich dosięgniecie, dosięgniecie ich w takim samym stopniu dla mnie, jak i dla siebie.

Potężny huk wody nie docierał już tak mocno do jego uszu, podobnie jak światło do 

jego oczu. Na krótką chwilę twarz Maggie rozmazała się i rozpłynęła.

- Co się stało? - Zaniepokojona, chwyciła go kurczowo. Stał się szary jak niebo i nagle 

zrobił   się   strasznie   stary.   -   Czy   źle   się   czujesz,   tatku?   Pozwól,   że   odprowadzę   cię   do 

ciężarówki.

- Nie. - Z nieznanych sobie przyczyn czuł żywotną potrzebę pozostania na miejscu, 

właśnie   tutaj,   na   najdalej   wysuniętym   krańcu   swojego   kraju,   i   dokończenia   myśli,   którą 

zaczął. - Nic mi nie jest. Jakieś kłucie, nic więcej.

- Zmarzniesz!

I rzeczywiście, poczuła, że jego twarde ciało reaguje pod jej palcami niewiele żywiej 

niż worek zlodowaciałych kości.

- Posłuchaj mnie. - Jego głos był ostry. - Nie pozwól, by ktokolwiek powstrzymał cię i 

nie pozwolił ci iść obraną drogą lub robić tego, co dla siebie wybierzesz. Zostaw po sobie ślad 

na tym świecie, na tyle wyraźny, by przetrwał. Ale nie...

- Tatku! - Gdy się zatoczył, ogarnęła ją panika, przypadła do jego kolan. - Boże, tatku, 

co ci jest? Serce?

Nie, to nie serce, pomyślał ogłuszony ćmiącym bólem. Bo przecież słyszał na własne 

uszy   swoje   serce,   bijące   mocno   i   szybko.   Ale   czul,   jakby   coś   w   środku   urywało   się, 

rozsadzało go i wymykało się.

- Ale nie zastygaj, nie kostniej, Maggie. Obiecaj mi. Nigdy nie zaprzepaść tego, co jest 

w tobie. Zaopiekuj się swoją siostrą. Także swoją matką. Obiecaj mi to.

-   Musisz   się   podnieść.   -   Ciągnęła   go,   pokonując   ogarniające   ją   przerażenie. 

Pohukiwanie wody zamieniało się w szalejący sztorm, burzę na morzu z nocnego koszmaru, 

która zmiecie ich oboje z urwiska wprost na sterczące skały. - Czy słyszysz mnie, tatku? 

background image

Musisz wstać, podnieść się zaraz.

- Obiecaj mi.

-   Tak,   obiecuję.   Przysięgam   przed   Bogiem,   że   zawsze   będę   się   nimi   zajmowała, 

obiema. - Szczękała zębami; piekące łzy spływały jej po policzkach.

- Potrzebuję księdza - chwytał z trudem powietrze.

- Nie, nie, musisz tylko stąd zejść. - Wypowiadając to zdanie, wiedziała jednak, że to 

kłamstwo. Odchodził od niej, wymykał się jej; bez względu na to jak mocno podtrzymywała 

jego ciało, to co było wewnątrz niego, w środku, ulatywało. - Nie zostawiaj mnie tak. Nie w 

ten   sposób.   -   Zdesperowana,   rozglądała   się   po   polach,   szukała   wzrokiem   wydeptanych 

ścieżek, którymi rok po roku chodzili ludzie, by dojść tutaj, gdzie oni teraz stali. Ale nikogo 

nie było, ani jednej żywej duszy, więc zgłuszyła w sobie krzyk o pomoc. - Spróbuj, tatku, 

chodź, postaraj się wstać. Odwieziemy cię do lekarza.

Oparł głowę na jej ramieniu i westchnął. Już go nie bolało, był tylko odrętwiały.

- Maggie - powiedział.  Po czym  wyszeptał  inne imię,  nieznajome  imię,  i to było 

wszystko.

-   Nie!   -   Chcąc   jakby   osłonić   go   przed   wiatrem,   którego   już   nie   czuł,   otuliła   go 

ramionami i kołysząc go, kołysząc, kołysząc szlochała.

Wiatr zawył i przyniósł pierwsze igiełki zamarzniętego deszczu.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

O czuwaniu przy zwłokach Thomasa Concannona będzie się jeszcze opowiadało przez 

długie lata. Było świetne jedzenie i świetna muzyka, wszystko dokładnie tak, jak zaplanował 

na uroczyste przyjęcie dla córki. Dom, w którym przeżył swoje ostatnie lata, był wypełniony 

po brzegi ludźmi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Tom nie był zamożnym człowiekiem. Ale on był bogaty 

w przyjaciół.

Przyszli ze wsi, nawet z daleka. Z farm, warsztatów i chat. Przynieśli jedzenie, jak 

zwykli   to   czynić   sąsiedzi   w   takich   okolicznościach,   a   kuchnia   w   mig   zapełniła   się   od 

chlebów, mięsiw i ciast. Pili za jego życie, uczcili pieśnią jego śmierć.

Ogień w kominkach dawał ciepło, które chroniło przed bijącą o szyby zawieruchą, 

koiło ból żałoby.

Jednak Maggie wiedziała na pewno, że już nigdy nie będzie jej ciepło. Siedziała blisko 

ognia, w posprzątanym saloniku, sama, choć wokół niej ludzie wypełniali cały dom. Widziała 

w płomieniach skały, buzujące morze i siebie, samotną, podtrzymującą umierającego ojca.

- Maggie.

Ocknęła   się,   odwróciła   głowę.   Ujrzała   Murphy'ego   przykucniętego   obok   siebie. 

Wcisnął jej w ręce dymiący kubek.

- Co to jest?

-   Głównie   whisky   z   odrobiną   herbaty   na   rozgrzewkę.   -   Z   jego   oczu   wyzierała 

życzliwość i smutek. - Wypij to teraz. Co za dziewczynisko! Może byś choć trochę zjadła? To 

ci dobrze zrobi.

-   Nie   mogę   -   odpowiedziała,   ale   posłusznie   wypiła   napój.   Czuła   w   gardle   każdą 

ognistą kroplę. - Nie powinnam go tam była zabierać, Murphy. Powinnam była zauważyć, że 

jest chory.

- To nonsens, i sama o tym wiesz. Wyglądał cało i zdrowo, kiedy opuszczał pub. 

Przecież nawet tańczyliście razem, może nie?

Zadumała się. Tańczyła z ojcem w dniu, w którym umarł. Czy kiedyś, w przyszłości, 

znajdzie w tym pocieszenie?

- Ale gdybyśmy tak daleko nie odeszli. Sami, na takim pustkowiu...

-   Lekarz   chyba   wyraźnie   powiedział,   Maggie.   To   nie   miało   znaczenia.   Zabił   go 

tętniak, i chwała Bogu, że stało się to tak szybko.

- Oj tak, strasznie szybko. - Zadrżała jej ręka. To tylko ten czas trwał całą wieczność. 

background image

Koszmarny czas, kiedy wiozła jego ciało do domu, dławiąc się i dusząc, z trudem trzymając 

kierownicę w skostniałych dłoniach.

-   Nigdy   nie   spotkałem   człowieka,   który   byłby   tak   dumny   ze   swojego   dziecka.   - 

Murphy zadumał się, przez chwilę przyglądał się swoim rękom. - Był dla mnie jak ojciec, 

Maggie.

- Tak, wiem. - Pochyliła się ku niemu i szybkim ruchem odgarnęła mu włosy z czoła. - 

Traktował cię jak syna.

A teraz, pomyślał Murphy, po raz drugi traci ojca. I po raz drugi czuje przytłaczający 

smutek. A także odpowiedzialność za los tych kobiet.

- Chcę, żebyś wiedziała, chcę, żebyś była pewna, że zawsze i w każdej potrzebie ty i 

twoja rodzina możecie na mnie liczyć.

- To ładnie, że tak myślisz i że to mówisz.

Spojrzał na nią; jego harde, typowo celtyckie niebieskie oczy napotkały jej wzrok.

- Wiem, jak ciężko mu było, gdy musiał sprzedać ziemię. A także dlatego, że byłem 

jedynym kupcem.

- Nie. - Maggie odstawiła kubek i położyła mu rękę na ramieniu. - Ziemia nie miała 

dla niego znaczenia.

- Ale twoja matka...

- Ona by i świętego postawiła za to pod pręgierzem - wyrzuciła z siebie Maggie. - 

Choć dzięki temu miała co do garnka włożyć. Uważam, że dobrze się stało, że to ty kupiłeś 

naszą ziemię. Brie i ja naprawdę nie mamy ci tego za złe, i nie żałujemy ci ani źdźbła trawy, 

Murphy, taka jest prawda. - Zdobyła się na uśmiech, tak potrzebny im obojgu. - Zrobiłeś to, 

czego on nie potrafił i na co po prostu nie miał ochoty. Dzięki tobie ta ziemia odżyła. I nie 

mówmy o tym już więcej.

Po czym rozejrzała się wokoło, tak jakby przeniosła się z pustego pomieszczenia i 

znalazła pośród ludzi. Ktoś grał na flecie, a córka O’Malleyów, będąca w ciąży z drugim 

dzieckiem,   nuciła   lekką,   marzycielską   melodię.   Z   drugiego   końca   pokoju   dochodził 

ożywiony,   nieskrępowany   śmiech.   Płakało   dziecko.   Stojący   w   grupkach   mężczyźni 

wspominali Toma, rozmawiali o pogodzie, o chorobie dereszowatej klaczy Jacka Marleya i o 

przeciekającym dachu w domku Donovanów.

Także kobiety rozmawiały o Tomie i o pogodzie, o dzieciach, o ślubach i o czuwaniu 

przy zwłokach.

Zobaczyła starą kobietę, daleką kuzynkę, w podniszczonych butach i pocerowanych 

pończochach, która robiąc na drutach, opowiadała coś zebranym wokół niej, zasłuchanym 

background image

młodszym kobietom.

-   On   tak   bardzo   lubił   obcować   z   ludźmi.   -   W   głosie   Maggie   słychać   było   ból, 

szarpiący jak rana. - Gdyby mógł, codziennie zapraszałby ich do domu. Zawsze dziwiło go, 

że wolę mieszkać osobno... - Wzięła głęboki oddech w nadziei, że jej głos zabrzmi naturalnie. 

- Czy słyszałeś, by kiedykolwiek mówił o kimś o imieniu Amanda?

- Amanda? - Murphy zmarszczył brwi i zastanawiał się. - Nie. Dlaczego pytasz?

-   Nic   ważnego.   Musiałam   się   chyba   pomylić.   -   Wzruszyła   ramionami.   Przecież 

umierając, ojciec nie wypowiedziałby imienia nieznajomej kobiety! - Muszę pójść do kuchni i 

pomóc Brie. Dziękuję za herbatę, Murphy. I w ogóle za wszystko. - Pocałowała go i odeszła.

Niełatwo   było   przejść   przez   pokój.   Musiała   przystawać,   wysłuchiwać   słów 

pocieszenia lub historyjek o ojcu, albo, jak w przypadku Tima O’Malleya, pocieszać jeszcze 

innych.

- Chryste, jak mi go będzie brakowało - powiedział Tim i nie wstydząc się łez, otarł je 

ręką. - Nigdy nie miałem bliższego, droższego mi przyjaciela, i już nigdy nie znajdę drugiego. 

Pamiętasz, jak żartował, że otworzy swój własny pub i zrobi mi konkurencję?

- Pamiętam. - Wiedziała także, że to nie był żart, lecz jedna z jego mrzonek.

- Chciał być poetą - powiedział rwącym się głosem Tim. - Bo też i miał serce i duszę 

poety. Nie było na ziemi fajniejszego chłopa od Toma Concannona.

Maggie   zamieniła   jeszcze   kilka   słów   z   księdzem,   ustaliła   szczegóły   ceremonii 

pogrzebowej, która się miała odbyć następnego ranka. Wreszcie wślizgnęła się do kuchni.

Było tu równie tłoczno jak w całym domu. Kobiety uwijały się, wydawały kolejne 

potrawy lub przyrządzały je. Tutaj dźwięki i zapachy były samym życiem - śpiewały rondle, 

na małym ogniu pichciły się zupy, gotowała szynka. Pod nogami plątały się dzieci, a matki, z 

wrodzonym macierzyńskim wdziękiem i wyczuciem, wymiatały je i wygarniały z kuchni, gdy 

zachodziła potrzeba.

Młody wilczek, właściwie szczeniak, którego Tom ofiarował Briannie na jej ostatnie 

urodziny,  pochrapywał  z zadowoleniem pod stołem. Zaś skupiona i bezbłędna w każdym 

geście Brianna królowała przy kuchni. Z jej spokojnych oczu wyzierał smutek.

- Zaraz dostaniesz talerz. - Jedna z sąsiadek dostrzegła Maggie i zaczęła nakładać jej 

jedzenia. - I masz to zjeść!

- Przyszłam tylko, żeby pomóc.

- Pomożesz, jak zjesz. Można by tym wykarmić armię. Wiesz pewnie, że twój ojciec 

sprzedał mi kiedyś koguta. Zaklinał się, że to najwspanialszy kogut w całym hrabstwie, i że 

jeszcze   przez   długie   lata   będzie   uszczęśliwiał   moje   kurki.   Nikt   tak   jak   Tom   nie   potrafił 

background image

przekonywać. Nawet jeśli człowiek wiedział, że to nie ma najmniejszego sensu. - Mówiąc to, 

ładowała ogromne porcje na talerz i jednocześnie przeganiała z drogi dziecko. - No i ten ptak 

okazał się do niczego i ani razu w swym nieszczęsnym życiu nie zapiał z rozkoszy.

Maggie uśmiechnęła się leciutko i, ponieważ oczekiwano tego od niej, usiadła, by 

wysłuchać do końca dobrze znanej historyjki.

- No i co pani zrobiła z kogutem, którego sprzedał pani tatuś, pani Mayo?

- Ukręciłam cholernemu kogutowi łeb i udusiłam go w jarzynach. Poczęstowałam nim 

także   twojego   ojca.   Powiedział,   że   nigdy   w   życiu   nie   jadł   lepszego.   -   Roześmiała   się 

serdecznie i wcisnęła w ręce Maggie talerz.

- Naprawdę był dobry?

- Mięso było żylaste i sztywne jak stara podeszwa. Ale Tom zjadł wszystko, aż talerz 

się świecił. Niech go Bóg błogosławi.

Ponieważ nie pozostawało  jej  nic innego, jak żyć  i posuwać się naprzód, Maggie 

zjadła  to, co jej podano. Wysłuchała  historyjek,  sama  też dorzuciła coś od siebie. Kiedy 

zaszło słońce i kuchnia powoli opustoszała, usiadła przy stole i wzięła szczeniaka na kolana.

- Ojca ludzie kochali - powiedziała.

- To prawda. - Brianna stała przy piecu, ze ściereczką w ręku i z lekko oszołomionym 

wzrokiem.  Nie  było   już  nikogo,  kogo mogłaby  nakarmić,  ani   kim  się zająć,  niczego,   co 

zaprzątałoby   jej   głowę,   czym   mogłaby   zająć   ręce.   Smutek   przenikał   jej   serce,   naszły   ją 

ciężkie myśli. By je odpędzić choć na krótko, zaczęła porządkować naczynia.

Była   smukła   jak   trzcina,   ruchy   miała   spokojne,   kontrolowane.   Gdyby   nie   brak 

pieniędzy i możliwości, mogłaby zostać tancerką. Jej gęste, rudozłote włosy, splecione były 

starannie w warkocz. Gładką, czarną sukienkę przykrywał biały fartuch.

W przeciwieństwie do niej Maggie miała ognistą szopę kręcących się wokół twarzy 

włosów. Ubrana była w spódnicę, którą zapomniała wyprasować, i w sweter, który prosił się 

o naprawę.

- Do jutra się nie przejaśni. - Zapominając o trzymanych w ręku talerzach, Brianna 

stanęła przed oknem i zapatrzyła się w niespokojne niebo.

- Chyba nie. Ale ludzie przyjdą na pogrzeb.

-   A   potem   znowu   do   nas.   Zostało   tyle   jedzenia.   Nie   wiem,   co   z   tym   wszystkim 

zrobimy... - głos Brianny stawał się coraz słabszy.

- Czy ona kiedykolwiek wychodzi ze swojego pokoju?

Brianna znieruchomiała na krótko, po czym powoli zaczęła ustawiać naczynia.

- Ona się źle czuje.

background image

- O Boże, daj spokój. Umarł jej mąż i każdy, kto go znał, przyszedł dziś tutaj. A ona 

nie może się ruszyć i chociaż udawać, że ją to obchodzi!

- Oczywiście, że ją to obchodzi - odpowiedziała spiętym głosem Brianna. - Spędziła z 

nim ponad dwadzieścia lat.

- Ale nic jej z nim nie łączyło! Dlaczego jej bronisz? Nawet w takiej chwili?

Ręka Brianny z taką mocą ścisnęła talerz, iż omal nie rozpadł się na dwie części. 

Potrafiła jednak zachować doskonale opanowany, wyważony ton głosu.

-  Nikogo  nie   bronię,  mówię  tylko   prawdę.  Czy  mogłybyśmy   nie  roztrząsać   tego? 

Zachować spokój, przynajmniej do pogrzebu?

- W tym domu nigdy nie było spokoju - odezwała się w drzwiach Maeve. Na jej 

twarzy nie było śladu łez, była zimna, surowa i zawzięta. - Już on się o to starał. I nadal to 

robi. Nawet po śmierci wystawia mnie na ciężką próbę.

- Nie waż się o nim mówić. - Powstrzymywana przez cały dzień wściekłość Maggie 

dała o sobie znać. Poderwała się od stołu, odsyłając psa na posłanie. - Nie waż się o nim źle 

mówić.

- Będę mówiła to, na co mam ochotę. - Ręka Meave pochwyciła zarzucony na ramiona 

szal i zacisnęła go mocno na szyi. Był wełniany, a ona zawsze chciała mieć jedwabny. - Za 

żyda nie dał mi niczego poza goryczą. A teraz umarł i jeszcze mi dokucza.

- Nie widzę łez w twoich oczach, mamo.

-   I  nie   zobaczysz.   Nigdy  nie   byłam   i   nie   będę   hipokrytką,   i   powiem   całą   świętą 

prawdę.   On   pójdzie   do   piekła   za   to,   co   mi   teraz   zrobił.   -   Patrzyła   rozgoryczonymi, 

niebieskimi oczami to na Maggie, to na Briannę. - I tak jak Bóg mu nie wybaczy, tak i ja mu 

nie przebaczam.

-  A   skąd  wiesz,  co  myśli   Bóg?  -  zapytała   Maggie.  -  Czy  odmawianie  pacierzy  i 

odklepywanie   różańca   daje   d   specjalny   przywilej   bezpośredniego   kontaktowania   się   z 

Panem?

- Nie bluźnij! - Maeve aż poczerwieniała z oburzenia. - Nie bluźnij w tym domu!

- Będę mówiła to, na co mam ochotę - odpowiedziała matce Maggie jej własnymi 

słowami. - Powiem d, że Tom Concannon nie potrzebuje twojego nędznego przebaczenia.

- Wystarczy już! - Choć wszystko w niej drżało, Brianna położyła kojącą rękę na 

ramieniu Maggie. Chcąc nadać głosowi spokojne brzmienie, wzięła długi, głęboki oddech. - 

Powiedziałam d, mamo, że oddam d ten dom. Nie musisz się martwić.

- Co takiego? - Maggie odwróciła się do siostry. - Co masz zamiar zrobić z domem?

- Słyszałaś, co jest napisane w testamencie - zaczęła Brianna, ale Maggie strąciła jej 

background image

rękę.

- Nie przysłuchiwałam się temu adwokackiemu gadaniu. Nie zwróciłam uwagi.

- Zapisał go jej. - Rozdygotana Maeve uniosła palce i przeszyła  nim powietrze w 

oskarżycielskim geście. - Zapisał jej dom. Przez całe lata cierpiałam i poświęcałam się, a teraz 

nawet i to mi odebrał.

- Uspokoi się szybko, kiedy się przekona, że ma zapewniony solidny dach nad głową - 

powiedziała Maggie po wyjściu matki.

To była prawda. Brianna pomyślała, że może jednak uda się jej utrzymać spokój w 

tym domu. Miała przecież za sobą lata doświadczeń.

- Zatrzymam dom, a ona tutaj zostanie. Poradzę sobie i z jednym, i z drugim.

- Święta Brianna - mruknęła Maggie, a w tonie jej głosu nie było złej intencji. - Jakoś 

wspólnie damy sobie z tym radę. - Wstrzyma się z kupnem nowego pieca, postanowiła. A 

dopóki McGuinnes będzie od niej kupował, wystarczy na utrzymanie obu domów.

- Pomyślałam sobie... rozmawiałam o tym z tatą i myślę... - Brianna zawahała się.

- No powiedz wreszcie. - Maggie oderwała się od swych własnych myśli.

- To by wymagało pewnych przeróbek, a z tego, co dostałam od babci, niewiele mi już 

zostało, no i jeszcze ten dług hipoteczny.

- Będę spłacać dług.

- Nie, to by nie było sprawiedliwe.

- To jest absolutnie sprawiedliwe. - Maggie wstała i poszła po imbryk z herbatą. - 

Zaciągnął   go,   aby   mnie   wysłać   do   Wenecji,   prawda?   Oddał   dom   pod   zastaw   i   znosił 

awantury, jakie robiła mu za to matka. Dzięki niemu mogłam się uczyć przez trzy lata. I chcę 

to spłacić.

- Dom jest mój - powiedziała stanowczym głosem Brianna. - A zatem i dług należy do 

mnie.

Maggie wiedziała, że pomimo delikatnego wyglądu Brianna potrafi być uparta jak 

muł.

- W porządku, mogłybyśmy się tak spierać aż do śmierci. Spłacimy więc go obie. Jeśli 

nie chcesz, żebym to zrobiła dla ciebie, pozwól, że zrobię to dla niego, Brie. Odczuwam taką 

potrzebę.

- Jakoś sobie poradzimy. - Brianna uniosła nalaną przez Maggie filiżankę herbaty.

- Powiedz mi wreszcie, o czym myślałaś.

- No więc... - To było głupie. Mogła mieć tylko nadzieję, że nie zabrzmi podobnie. - 

Chcę tutaj urządzić coś w rodzaju pensjonatu.

background image

- Hotel! - Maggie oniemiała na moment. - Chcesz mieć płatnych gości, hałasujących i 

pętających   się   po   domu?   Nie   będziesz   miała   spokoju   ani   własnego   życia,   i   będziesz 

zaharowana od rana do wieczora.

- Lubię ludzi wokół siebie - odparła spokojnie Brianna. - Nie każdy chce być takim 

pustelnikiem jak ty. A mam do tego dryg, jak sądzę. Potrafię zapewnić ludziom wygodę. 

Mam to we krwi. - Dumnie wysunęła podbródek. - Dziadek prowadził hotel, prawda? A po 

jego śmierci babcia. Więc i ja mogę zrobić to samo.

- Nie powiedziałam,  że nie możesz,  raczej  nie wyobrażam  sobie tego z własnego 

punktu widzenia. Obcy ludzie. Przyjeżdżają, wyjeżdżają, ciągle ktoś inny... - Zadrżała na 

samą myśl o tym.

-   Żeby   tylko   chcieli   przyjeżdżać!   O   niczym   innym   nie   marzę.   Trzeba   będzie, 

oczywiście, odświeżyć sypialnie na górze. - Oczy Brianny rozjaśniły się, gdy pomyślała o 

szczegółach. - Trochę farby, tapeta. Nowy dywan, a może dwa. No i Bóg wie, ile trzeba 

będzie włożyć w prace hydrauliczne. W każdym razie potrzebna będzie dodatkowa łazienka. 

Sądzę, że najlepszym miejscem będzie pakamera na końcu korytarza na górze. Dla siebie 

mogłabym urządzić mieszkanko obok kuchni, w ten sposób nie przeszkadzałoby się mamie. 

Powiększyłabym   ogród,   a   także   umieściłabym   niewielki   szyld.   Pensjonat.   Gustowny, 

wygodny, dla zaledwie kilkorga gości.

- Ty tego chcesz - powiedziała szeptem Maggie na widok rozpromienionych  oczu 

siostry. - Ty naprawdę tego chcesz.

- Tak. Chcę tego.

- A więc zrób to. - Maggie złapała ją za ręce. - Zrób więc to, Brie. Odśwież pokoje i 

urządź łazienkę. Umieść ładny szyld. On chciałby tego dla ciebie.

- Myślę, że tak. Śmiał się w ten swój charakterystyczny sposób, kiedy mu o tym 

mówiłam.

- Aha, potrafił się nieźle śmiać!

-   I   pocałował   mnie,   i   żartował   ze   mnie,   że   jestem   wnuczką   hotelarzy   i   że   będę 

kontynuowała tradycje. Jeśli ograniczę się do minimum, będę mogła zacząć już w lecie. Tutaj, 

do zachodnich  hrabstw, turyści  zjeżdżają  przeważnie  w  lecie.  I rozglądają  się za  miłym, 

wygodnym miejscem na nocleg. Mogłabym... - Brianna przymknęła oczy. - Och, nie, jutro 

jest pogrzeb tatusia, a my rozmawiamy o takich sprawach!

-   Właśnie   to   by   go   ucieszyło.   -   Maggie   znowu   mogła   się   uśmiechnąć.   -   Sam 

zachęcałby cię do takich wielkich planów!

- No tak, my, Concannonowie jesteśmy jedyni, jeśli chodzi o snucie wielkich planów - 

background image

potrząsnęła radośnie głową Brianna.

- Brianno, tego dnia, na skałach, mówił o tobie. Nazwał cię swoją różą. Pragnął, abyś 

rozkwitła.

A ja jestem jego gwiazdą, pomyślała Maggie. I zrobię wszystko, by zabłysnąć.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Żyła   sama   i   to   jej   najbardziej   odpowiadało.   Stojąc   w   drzwiach   swojego   domku, 

obserwowała   smagane   deszczem   pola   Murphy'ego   Muldoona,   chłostaną   z   furią   trawę   i 

przebijające się przez chmury, nieustępliwe promienie słońca. Przy takim niebie pogoda może 

się jeszcze zmienić niejeden raz; po krótkim wypogodzeniu rozpętywała się burza, a po chwili 

znowu wyglądało słońce.

To właśnie była Irlandia.

Ale dla Margaret Mary Concannon deszcz był czymś  swojskim. Często wolała go 

bardziej niż gorące, padające ukośnie promienie słońca i niczym nie zmąconą przejrzystość 

bezchmurnego,   błękitnego   nieba.   Deszcz   był   jak   miękka,   popielatosrebrzysta   kurtyna, 

ukrywająca ją przed światem. A co ważniejsze, odcinająca świat od niej, ponad wzgórzem, 

polem i połyskującymi plamami krów.

Odkąd   bowiem   farma,   kamienne   ogrodzenia   i   zielone   trawy   rozciągające   się   za 

gęstymi krzewami fuksji przestały należeć do Maggie i jej rodziny, to miejsce, z małym, 

zarośniętym ogrodem i wilgotnym, wiosennym powietrzem, stanowiło jej własność.

Była farmerską córką, to prawda. Ale nie miała farmerskiej duszy. Podczas pięciu lat 

od śmierci ojca tworzyła własne miejsce, zaznaczała swój ślad, zgodnie z jego życzeniem. 

Być może nie był to jeszcze trwały i wyraźny ślad, ale sprzedawała już swoje prace w Galway 

i w Cork, a także w Ennis.

Niczego więcej nie potrzebowała. Nawet jeśli pragnęłaby czegoś więcej, wiedziała, że 

bez względu na to, jak głębokie i kuszące bywają marzenia, nie wyżywi się nimi. Wiedziała 

także, iż za realizację niektórych ambicji trzeba często płacić wysoką cenę.

Zdarzało  się czasami,  iż ogarniało  ją zwątpienie  lub niepokój, wystarczyło  jednak 

wtedy, by przypomniała sobie, że dokonała świadomego wyboru, że robi dokładnie to, co jest 

jej powołaniem, że żyje tak jak chce.

Ale w takie jak dzisiaj poranki, gdy słońce i deszcz toczyły ze sobą walkę, myślała o 

ojcu i o jego marzeniach, które nigdy się nie spełniły.

Umarł bez majątku, nie odniósł sukcesu, utracił farmę, którą od pokoleń uprawiały i z 

której zbierały plony ręce Concannonów.

Nie miała mu za złe, że tak wiele z rodzinnego dziedzictwa poszło na długi i podatki, a 

także na fantastyczne, nierealne pomysły ojca. Czasami wprawdzie odzywała się nutka żalu i 

tęsknoty   za   utraconymi   wzgórzami   i   polami,   po   których   niegdyś   uganiała   się   z   całą 

młodzieńczą pasją i beztroską. Ale to należało do przeszłości. Szczerze mówiąc, nie chciałaby 

background image

wcale uprawiać tej ziemi, ani się o nią troszczyć. W przeciwieństwie do Brianny, nie miała do 

tego zamiłowania. Cieszyła się wprawdzie swoim ogrodem, bujną, wyzywającą roślinnością i 

rozchodzącymi   się   zapachami.   Ale   kwiaty   rosły   bez   jej   udziału,   jakby   na   przekór   jej 

zaniedbaniom.

Miała swoje miejsce, i wszystko co znajdowało się poza nim, nie należało do sfery jej 

zainteresowań   i   dlatego,   przeważnie,   nie   zaprzątało   jej   uwagi.   Wolała   nikogo   nie 

potrzebować, a już na pewno nie mieć niczego, czego nie mogłaby sobie sama ofiarować.

Wiedziała,   że   zależność   i   pragnienie   czegoś   więcej,   niż   się   posiada,   prowadzi   do 

nieszczęścia i rozgoryczenia. Wystarczył jej przykład własnych rodziców.

Stała   na   progu   otwartych   drzwi,   na   wprost   przejmująco   zimnej   strugi   deszczu, 

wdychała powietrze, chłonęła wilgotną, wiosenną słodycz tarniny, która od wschodu tworzyła 

żywopłot, i wczesnych, pękających pączków róż od zachodniej strony. Była drobną kobietką, 

kształtną   pod   luźnymi,   workowatymi   spodniami   i   flanelową   koszulą.   Na   opadające   do 

ramion,   płomiennie   rude   włosy   wciśnięty   miała   popielatoszary   kapelusz   z   podwiniętym 

rondem. Spod jego rąbka widać było niezgłębioną i zmienną w nastroju jak morze zieleń 

oczu.

Deszcz   zwilżył   jej   twarz,   obrysował   delikatny   zarys   jej   policzków   i   podbródka, 

szerokie,   melancholijne   usta.   Zrosił   kremową   karnację   cery,   usadowił   się   na   złocistych 

piegach rozsianych na garbku nosa.

Nie zwracając uwagi na przenikliwy dźwięk telefonu dobiegający z kuchni, popijała 

ze szklanego, własnego projektu kubka mocną, osłodzoną, poranną herbatę. Nieodbieranie 

telefonu   było   zarówno   jej   taktyką,   jak   i   nawykiem,   zwłaszcza   wtedy,   kiedy   jej   myśli 

koncentrowały się wokół pracy. W jej głowie rodził się pomysł nowej rzeźby. Tak jasny i 

wyraźny jak kropla deszczu, pomyślała. Przejrzysta i gładka, z przenikającymi się wewnątrz 

niej delikatnymi smużkami kolorowego szkła.

Ta wizja ją pociągnęła. Nie zważając na dzwoniący telefon, ruszyła w deszczu przed 

siebie, do swojego warsztatu, do kojącego, huczącego pieca.

W Dublinie, w swoim biurze, Rogan Sweeney czekał przy telefonie na połączenie i 

klął. Był  zajętym  człowiekiem,  zbyt  zajętym,  by tracić czas na źle wychowaną,  narwaną 

artystkę, która nie ma ochoty odpowiedzieć na łaskawe zrządzenie losu.

Miał   wiele   spraw   do   załatwienia,   dokumentów   do   przejrzenia,   rachunków   do 

sprawdzenia, telefonów, na które trzeba odpowiedzieć. Ponieważ było wcześnie i dzień się 

dopiero   zaczął,   mógłby   zejść   na   dół   do   galerii   i   przypilnować   rozładowania   ostatniej 

background image

przesyłki. W końcu przecież ceramika indiańska była jego oczkiem w głowie i spędził szereg 

miesięcy, wybierając najlepsze z najlepszych okazów.

Ale   to   było   wyzwanie,   któremu   już   sprostał.   Ta   wyjątkowa   wystawa   kolejny   raz 

potwierdzi rangę Worldwide, udowodni, że jest czołową międzynarodową galerią. Podczas 

gdy ta kobieta, cholerna, uparta wieśniaczka z Clare, zaprzątała jego umysł. Choć jeszcze nie 

spotkał jej twarzą w twarz, ona i jej talent spędzały mu niemal sen z powiek.

Oczywiście, że nowej wystawie poświęcił tyle zręczności, energii i czasu, ile na to 

zasługiwała. Ale nieznany artysta, zwłaszcza taki, którego prace porwały jego wyobraźnię, to 

było coś podniecającego na innej płaszczyźnie. Dreszczyk emocji towarzyszący odkrywaniu 

czegoś   nowego   był   równie   ważny   i   niezbędny   dla   Rogana,   co   wystawianie,   marketing   i 

sprzedaż prac artysty.

Chciał mieć Maggie Concannon wyłącznie dla swojej galerii. I jak zawsze, gdy w grę 

wchodziło spełnienie marzeń, z których większość Rogan uważał za zupełnie rozważne, nie 

poprzestanie, dopóki nie dopnie swego.

Został  tak   wychowany,   by  odnosić   sukces;  trzecie   pokolenie   dobrze  prosperującej 

rodziny   kupieckiej,   której   w   uczciwy   sposób   udało   się   zamienić   pensa   na   funty.   Firma 

założona przed sześćdziesięciu laty przez dziadka rozkwitła pod zarządem Rogana, który nie 

przyjmował   do   wiadomości   żadnej   odmowy.   Osiągał   swoje   cele   przymilaniem   się, 

oczarowywaniem, uporem i wszelkimi innymi metodami, byleby tylko były skuteczne.

Margaret   Mary   Concannon   i   jej   żywiołowy   talent   stały   się   jego   najnowszym   i 

najbardziej frustrującym celem.

We własnym mniemaniu nie był człowiekiem nierozsądnym i gdyby dowiedział się, 

że jest tak postrzegany przez wielu znajomych, byłby wstrząśnięty i urażony.  Od swoich 

pracowników oczekiwał wielogodzinnej, ciężkiej pracy, podobne wymagania stawiał samemu 

sobie. Upór i poświęcenie były nie tylko cnotami Rogana, lecz także wrodzoną koniecznością.

Mógłby przekazać ster Worldwide w ręce wytrawnego menedżera i żyć wygodnie z 

dochodów ze sprzedaży.  Mógłby wtedy podróżować dla przyjemności,  a nie dla biznesu, 

korzystać ze spuścizny, zamiast tyrać w pocie czoła.

Mógłby, oczywiście, ale poczucie obowiązku i nie zaspokojone ambicje otrzymał w 

spadku po przodkach.

A M. M. Concannon, artystka wyrabiająca szkła, pustelnica i ekscentryczka, stała się 

jego obsesją.

Zamierzał dokonać zmian w Worldwide, zmian, które odzwierciedlałyby jego własną 

wizję,   a   które   byłyby   ukłonem   w   stronę   jego   ojczyzny.   M.   M.   Concannon   stanowiłaby 

background image

pierwszy krok na tej drodze, i niech to szlag trafi, jeśli się potknie z powodu jej uporu.

Ponieważ nie chciała go wysłuchać, była nieświadoma faktu, iż zamierza uczynić z 

niej pierwszą rdzennie irlandzką gwiazdę Worldwide. W przeszłości, pod kierunkiem ojca i 

dziadka, galerie specjalizowały się w sztuce międzynarodowej. Rogan nie zamierzał zawężać 

pola działania, ale chciał przesunąć akcent i dać światu to, co najlepsze na ziemi, na której się 

urodził.

Gotów był zaryzykować pieniądze, położyć na szali własną reputację.

Gdyby pierwsza artystka odniosła sukces, do czego w pełni zamierzał się przyczynić, 

jego   inwestycja   opłaciłaby   się   z   nawiązką,   jego   prawidłowe   wyczucie   znalazłoby 

potwierdzenie,   a   marzenie   o   nowej   galerii   wystawiającej   wyłącznie   prace   irlandzkich 

artystów urzeczywistniłoby się.

A na początek potrzebna mu była Margaret Mary Concannon.

Zły na siebie, wstał zza antycznego, dębowego biurka i podszedł do okna. Przed nim 

rozciągało się miasto, z szerokimi ulicami i zielonymi skwerami, srebrną, połyskującą wstęgą 

rzeki i spinającymi ją mostami.

Niżej   potężnym   prądem   płynął   ruch   uliczny,   tubylcy   i   turyści   tworzyli   barwny, 

opromieniony słońcem strumień. Przechadzali się w grupach albo parami. Wydali  mu się 

obcy i odlegli. Przyglądał się młodej, całującej się parze, ich swobodnie obejmującym się 

ramionom, spotkaniu ich warg. Oboje mieli plecaczki i patrzyli na siebie w bezbrzeżnym 

zachwycie.

Odwrócił się, ukłuty strzałą zazdrości.

Poczuł   nieznany   sobie   niepokój.   Na   jego   biurku   czekała   praca,   w   notesie   miał 

pozapisywane terminy spotkań, lecz naraz przestało go to interesować. Od dziecka wytrwale 

przemierzał drogę od nauki do zawodu, od sukcesu do sukcesu. Tego od niego oczekiwano. 

Tego też sam od siebie oczekiwał.

Przed   siedmiu  laty,  kiedy  ojciec  w  wyniku  ataku   serca  za   kierownicą   samochodu 

rozbił się o słup przydrożny, stracił oboje rodziców. Do dziś pamięta rozpaczliwą panikę i 

graniczące   z   koszmarnym   snem   niedowierzanie,   które   prześladowały   go   podczas   lotu   z 

Dublina do Londynu, dokąd rodzice wyjechali w sprawach zawodowych. A także potworny, 

sterylny zapach szpitala.

Ojciec zginął na miejscu, zaś matka zmarła godzinę po nim. Odeszli więc oboje nim 

zdążył dojechać. O wiele za wcześnie, by mógł się z tym pogodzić. Ale zanim ich utracił, 

nauczyli go wielu ważnych rzeczy - o rodzinie, o honorze dziedzictwa, przekazali mu także 

miłość   do   sztuki,   zamiłowanie   do   interesu   i   umiejętność   harmonijnego   łączenia   tych 

background image

elementów.

W wieku dwudziestu sześciu lat stanął na czele Worldwide i jego filii, odpowiedzialny 

za personel, podejmowane decyzje, za sztukę oddaną w jego ręce. Na przestrzeni siedmiu lat 

nie tylko rozbudował firmę, lecz także rozsławił ją i uświetnił. To było aż nadto dla niego.

To   nieokreślone   uczucie,   nurtujący   go   problem,   sięgały   dnia,   kiedy   w   wietrzne 

popołudnie po raz pierwszy zobaczył  pracę Maggie Concannon. Ten pierwszy przedmiot, 

wypatrzony podczas obowiązkowej herbatki u babci, zapoczątkował jego odyseję. Wejść w 

posiadanie,   nie,   pomyślał,   to   niewłaściwe   słowo.   Pragnął   raczej   sprawować   kontrolę, 

nadzorować los dzieła sztuki, a także karierę artystki. Tymczasem od tamtego popołudnia 

udało   mu   się   kupić   zaledwie   dwa   wykonane   przez   nią   przedmioty.   Jednym   z   nich   była 

delikatna   niczym   sen   na   jawie,   wąziutka,   prawie   nic   nie   ważąca   kolumienka   rozdarta 

skrzącymi się, barwnymi tęczami, nie wiele większa niż długość dłoni.

Drugim, jakże ekscytującym go, poruszającym najgłębsze emocje przedmiotem była 

wstrząsająca nocna mara, którą niespokojny umysł artystki przelał w konwulsyjnie splątane 

szklane formy. Teraz, gdy go oglądał, pomyślał, jak niewiele brakowało, by została zakłócona 

jego   równowaga.   Jak   niewiele   również   brakowało,   by   przedmiot,   z   jego   krzykliwymi 

kolorami   i   rozpasanymi   kształtami,   poskręcanymi   wiciami   roślinnymi,   wyrastającymi   w 

nieuporządkowanych, drapieżnych splotach z przysadzistej podstawy, otarł się o brzydotę.

A tymczasem fascynował, drażnił, był niepokojąco zmysłowy. I Rogan zastanawiał 

się,   jaka   też   może   być   ta   kobieta,   która   z   równą   zręcznością   i   siłą   stworzyła   oba   te 

przedmioty.

Odkąd,  niewiele   ponad  dwa  miesiące  temu,  udało   mu  się   je  kupić,   próbował   bez 

powodzenia skontaktować się z artystką i zaproponować przejęcie patronatu nad jej sztuką.

Dwukrotnie uzyskał połączenie, ale rozmowa była krótka, na granicy nieuprzejmości. 

Powiedziała   mu,   że   nie   interesuje   jej   żaden   mecenas,   zwłaszcza   biznesmen   z   Dublina, 

wykształcony, ale pozbawiony smaku.

Nie mogła mu bardziej dopiec.

Powiedziała   mu,   tym   swoim   melodyjnym,   zachodnioirlandzkim   akcentem,   iż   jest 

zadowolona,  tworząc  we  własnym  rytmie  i  sprzedając  komu   i kiedy  jej  się  podoba. Nie 

potrzebuje żadnych jego kontraktów ani też nikogo, kto będzie ją pouczał, co ma robić na 

sprzedaż. To jest jej praca i już, niech więc nie zawraca jej głowy i wraca do swoich książek 

rozchodów i przychodów, które, w co nie wątpi, zalegają jego biurko.

Niewdzięczna   mała   kretynka,   pomyślał,   unosząc   się   gniewem.   Wyciąga   do   niej 

pomocną dłoń, o którą zabiega niezliczona ilość artystów, a ona ma to gdzieś!

background image

Powinien dać sobie z nią spokój. Dać spokój i niech sobie tworzy w odosobnieniu. W 

końcu ani on, ani Worldwide nie potrzebują jej wcale.

Ale, u licha, przecież on chce ją mieć.

Bez chwili wahania podniósł słuchawkę i połączył się z sekretarką.

- Eileen, odwołaj moje spotkania. Wyjeżdżam na kilka dni.

Bardzo   rzadko   zdarzało   się,   by   Rogan   wyjeżdżał   w   sprawach   służbowych   do 

zachodnich hrabstw. Pamiętał rodzinne wakacje z dzieciństwa. Rodzice najchętniej wybierali 

się w podróż do Paryża czy Mediolanu, albo na krótkie, okazjonalne wypady do ich willi na 

francuskiej Riwierze. Zdarzały się także podróże łączące biznes z przyjemnością. Nowy Jork, 

Londyn, Bonn, Wenecja, Boston. Ale raz, kiedy miał dziewięć czy dziesięć lat, pojechali w 

okolice Shannon, by poznać dziką, wspaniałą scenerię zachodu. Zapamiętał z tej wyprawy 

różne   migawki,   na   przykład   zapierające   dech   widoki   ze   skał   Mohr,   porażające   wzrok 

panoramy i lśniące jak klejnot wody jeziora District, ciche i spokojne wsie, i bezkresną zieleń 

farmerskich łąk.

Było tu nadal pięknie, ale teraz czuł się zakłopotany. Żałował już swej nagłej decyzji. 

Zwłaszcza   od   chwili,   gdy,   kierując   się   wskazówkami   udzielonymi   mu   w   pobliskiej   wsi, 

wjechał na wąską, wyboistą drogę. I choć jego aston marun doskonale sobie radził zarówno 

na   piaszczystym   gruncie,   jak   w   błocie,   które   powstało   na   skutek   nieustannie   padającego 

deszczu,   to   on   sam   daleki   był   od   dobrego   nastroju   i   beztroski,   z   jaką   jego   samochód 

pokonywał przeszkody.

Jedynie wrodzony upór powstrzymał go przed zawróceniem z trasy. Już on przemówi 

tej kobiecie do rozsądku! Chryste, postara się jej nieźle dopiec! Jeśli chce się ukrywać za 

żywopłotem z janowca i z głogu, to proszę. Ale jej sztuka należy do niego. A przynajmniej 

będzie należała.

Trzymając się wskazówek otrzymanych na lokalnej poczcie, minął pensjonat, zwany 

Blackthorn Cottage, z pięknym ogrodem i świeżo pomalowanymi, niebieskimi okiennicami. 

Dalej były już tylko kamienne szałasy, zagrody dla bydła, stodoła i kryty dachówką z łupku 

okólnik, w którym zobaczył mężczyznę na traktorze.

Mężczyzna podniósł na znak powitania rękę, po czym wrócił do swojej pracy, gdy 

tymczasem   Rogan   manewrował   kierownicą   na   wąskim,   ostrym   zakręcie.   Jeśli   nie   liczyć 

żywego inwentarza, farmer był pierwszą oznaką życia od chwili opuszczenia wsi.

Możliwość mieszkania w tym zapomnianym przez Boga miejscu przechodziła jego 

wyobrażenie.   Za   żadne   skarby   nie   zamieniłby   zatłoczonych   dublińskich   ulic   i   miejskich 

background image

udogodnień na ten nieustannie  lejący deszcz,  bezkresne pola i łąki. I tak dzień po dniu! 

Koszmarna sceneria!

Nieźle się ukryła, pomyślał. Omal nie przegapił furtki do ogrodu i pobielonej chaty 

stojącej pośród dzikich krzewów ligustrów i fuksji.

Nareszcie   był   u   celu.   Jechał   wolno,   aż   dotarł   na   mały   podjazd,   zajęty   przez 

wypłowiałą,   niebieską   ciężarówkę,   do   której   zaczęła   się   już   dobierać   rdza.   Zatrzymał 

ochlapanego błotem białego astona tuż obok niej i wysiadł.

Dotarł   do  furtki   i  znalazł   się  na  dróżce   pośród  ciężkich,  błyszczących   w  deszczu 

główek   kwiatów.   Zastukał   do   pomalowanych   na   jaskrawą   czerwień   drzwi.   Trzy   mocne 

uderzenia, następnie kolejne trzy, aż wreszcie zniecierpliwiony, podszedł sztywnym krokiem 

do okna, by zajrzeć przez nie do wnętrza.

W kominku palił się ogień, a obok stało wiklinowe krzesło. W rogu dostrzegł lekko 

przechyloną na bok, mocno sfatygowaną sofę, przykrytą jaskrawym, wzorzystym materiałem 

w czerwono - purpurowe i niebieskie kwiaty. Mógłby pomyśleć, że trafił pod zły adres, gdyby 

nie jej prace porozstawiane w pokoju. Figurki i butle, wazy i czarki wypełniały całą wolną 

przestrzeń.

Rogan   przetarł   wilgotną   szybę   i   zauważył   wieloramienny   świecznik,   ustawiony 

dokładnie  pośrodku  kominka.  Był   wymodelowany  z  tak  przejrzystego,   czystego   szkła,  iż 

sprawiał wrażenie zastygłej na mrozie wody. Poczuł nagłe ożywienie, wewnętrzne poruszenie 

zapowiadające zdobycz.

O tak, odnalazł ją.

Żeby jeszcze tylko chciała otworzyć te przeklęte drzwi.

Postanowił spróbować od tyłu domu. Obszedł go, brnąc w wilgotnej trawie, wśród 

gąszczu  kwiatów,   rosnących  tu  dziko  jak  chwasty.   Lub  też,   sprostował,   rosnących  dziko 

pospołu z chwastami. Panna Concannon, jak widać, nie poświęca wiele czasu roślinom i nie 

dba o swoje klomby.

Obok drzwi znajdowała się przybudówka, pod którą ułożone były kostki torfu. Obok 

stał stary rower z klapniętą oponą razem z parą zabłoconych po kostki kaloszy.

Znowu zaczął pukać do drzwi, kiedy od tyłu, od strony zagród, dobiegł go dziwny 

dźwięk. Nieprzerwany i niski szum, niczym wzburzone morze. Dostrzegł pióropusz dymu 

bijący z komina w ołowiane niebo.

Budynek miał wiele okien, a choć dzień był zimny i wilgotny, niektóre z nich były 

pootwierane. Jej warsztat z pewnością, pomyślał Rogan i ruszył przed siebie, zadowolony, że 

wreszcie ją wytropił, ufny w pomyślny rezultat spotkania.

background image

Zastukał   i,   choć   nie   usłyszał   odpowiedzi,   otworzył   drzwi.   Zdążył   odnotować 

tropikalną temperaturę,  ostre zapachy i drobną niewysoką kobietę siedzącą  przy wielkim, 

drewnianym warsztacie, z długą rurką w rękach.

Pomyślał o bajkach i magicznych zaklęciach.

- Drzwi - wrzasnęła - do cholery, zamknij drzwi, bo robisz przeciąg.

Posłuchał odruchowo, skonsternowany wściekłą gwałtownością tego rozkazu.

- Przecież okna są otwarte.

- To wentylacja, idioto.

Więcej   nie   powiedziała   już   słowa,   nie   poświęciła   mu   nawet   krótkiego   spojrzenia. 

Przyłożyła usta do rurki i dmuchała.

Obserwował  baniastą  formę.  To  było  fascynujące.  Tak  proste, pomyślał,  oddech  i 

masa szklana. Jej palce poruszały się na rurce, obracały ją i obracały, pokonując siłę ciężkości 

bądź ją wykorzystując, aż do chwili, gdy osiągnęła zadowalający kształt.

Zapomniała   o jego obecności.   Przy pomocy  grafitowego   podnośnika,  tuż  powyżej 

czubka rurki zrobiła szyjkę na szklanej bańce. Czekało ją jeszcze mnóstwo pracy, ale już teraz 

mogła zobaczyć przyszłą formę dzieła. Widziała ją bardzo wyraźnie.

Wsunęła   bańkę   do   pieca   i   podebrała   kolejną   warstwę   roztopionej   masy   szklanej. 

Następnie   wróciła   do   warsztatu   i   na   drewnianym   klocku   studziła   i   formowała   jej 

powierzchnię.   Przez   cały   czas   nie   przestawała   obracać   rurki.   Robiła   to   z   wprawą,   w 

doskonale kontrolowany sposób, podobnie jak w pierwszej fazie pracowała kontrolowanym 

oddechem.

Powtarzała proces wielokrotnie, z niezmąconym spokojem i cierpliwością, przy pełnej 

koncentracji.   Rogan  stał   w  drzwiach  i  obserwował.  W  miarę   jak  forma   powiększała   się, 

stosowała coraz większe klocki. Czas mijał, a ona nie wypowiedziała jednego słowa. Rogan 

zdjął płaszcz i czekał.

Pomieszczenie rozgrzane było do granic wytrzymałości. Miał wrażenie, że garnitur 

paruje na jego ciele. Tymczasem ona, jak w transie, zdawała się nie reagować na spiekotę, 

skoncentrowana wyłącznie na swojej pracy, sięgając co chwilę po kolejne narzędzie, podczas 

gdy druga ręka nie przestawała obracać rurki.

Jej warsztat wykonany był domowym sposobem; krzesło miało głębokie siedzenie i 

długie poręcze, przy których na hakach zawieszone były narzędzia. Obok stały cebry z wodą, 

piaskiem i gorącym woskiem.

Ujęła   przyrząd   podobny   do   spiczasto   zakończonych   szczypiec   i   uchwyciła   nim 

krawędź tworzonego przez siebie naczynia. Wydawało się, że szczypce przenikną je na wylot, 

background image

tak bardzo szkło przypominało wodę, ale ona rozciągała nimi masę, formowała ją.

Kiedy znowu podniosła się z miejsca, próbował odezwać się do niej. W odpowiedzi 

usłyszał coś na kształt warknięcia, po którym uniósł jedynie brew ze zdziwienia i dalej trwał 

w milczeniu.

Niech i tak będzie, pomyślał. Stać go na cierpliwość. Godzina, dwie, poczeka tak 

długo, aż się doczeka. Jeśli ona znosi ten diabelski skwar, to, na miłość boską, on także może 

wytrwać.

Była   tak   zaaferowana,   że   nawet   nie   odczuwała   spiekoty.   Nabrała   kolejną   porcję 

szklanej masy i wcisnęła ją wewnątrz tworzonego naczynia. Kiedy gorące szkło zmiękczyło 

ściankę, wsunęła do środka zaostrzoną, pokrytą woskiem piętkę pilnika.

Robiła to delikatnie, bardzo delikatnie.

Podczas gdy wosk się topił, spod jej palców posypały się iskry ognia. Teraz musiała 

działać niezwykle szybko. Nie mogła dopuścić, by metalowe narzędzie przywarło do szkła. 

Nacisk musi być idealnie wyważony, jeśli pragnie uzyskać zamierzony efekt. Wewnętrzna 

ścianka bańki przylgnęła do zewnętrznej, scaliły się, tworząc wewnętrzną formę, cudowny, 

wirujący kształt.

Szkło w szkle, przezroczyste i płynne.

Prawie się uśmiechnęła.

Przed przystąpieniem do wygładzania grafitową łopatką spodu, uważnie i delikatnie 

wydmuchała jeszcze raz formę. Przymocowała naczynie do rozgrzanego punktaka. Zanurzyła 

pilnik w cebrze z wodą, zatapiając go po przewężenie  szyjki naczynia.  Po czym  jednym 

silnym  ruchem, który przyprawił Rogana o zgrozę, uderzyła  pilnikiem o metalową rurkę. 

Trzymając  teraz   naczynie   na punktaku,   wsunęła  je do  pieca,  by  rozgrzać  górną  krawędź 

szyjki. Przeniosła naczynie do pieca odprężającego i mocno uderzając punktaka pilnikiem, 

oderwała go od dna naczynia.

Ustawiła czas i temperaturę, i podeszła do niedużej lodówki.

Stała tak nisko, że musiała się do niej mocno pochylić. Rogan aż przechylił głowę. 

Luźne   dżinsy   poprzecierały   się   prawie   doszczętnie   w   wielu   interesujących   miejscach. 

Wyprostowała  się,  odwróciła  i  rzuciła   mu   jedną  z  puszek  wyjętego   z  lodówki słodkiego 

napoju.

Wiedziony ślepym instynktem, Rogan złapał pocisk zanim zdążył uszkodzić mu nos.

- Ciągle tutaj? - Oderwała wieczko puszki i zaczęła pić duszkiem. - Musiał się pan 

upiec jak na rożnie w tym garniturze.

Teraz, gdy jej umysł nie był już zaprzątnięty pracą, a sprzed oczu zniknęły kolejne 

background image

wizje dzieła, mogła go uważnie obejrzeć.

Wysoki,   szczupły,   o   ciemnej   karnacji.   Wypiła   jeszcze   parę   łyków.   Dobrze 

wymodelowane włosy, czarne jak skrzydła kruka, i oczy niebieskie jak jezioro Kerry. Ogólnie 

nie najgorzej. Zadumała się, uderzając palcem o puszkę, gdy się sobie nawzajem przyglądali. 

Miał niezłe usta, ładnie wyrzeźbione i pełne. Ale nie sądzi, by robił z nich właściwy użytek i 

uśmiechał   się   często.   Nie   z   takimi   oczami.   Choć   były   niebieskie   i   pociągające,   były 

jednocześnie zimne, wyrachowane i pewne siebie.

Ostre rysy i dobre kości. Dobre kości, dobre pochodzenie, zwykła mawiać jej babcia. 

A ten tutaj, nie ulega chyba wątpliwości, ma błękitną krew w żyłach.

Garnitur   szyty   na   miarę,   prawdopodobnie   angielski.   Dyskretny   krawat.   Przy 

mankietach koszuli mignęły złote spinki. A poza tym stoi jak żołnierz, który zdobył wiele 

orderów.

Uśmiechnęła się do niego, zadowolona, że po dobrze wykonanej pracy może sobie 

pozwolić na okazanie życzliwości.

- Zgubił pan drogę?

- Nie - odparł. Uśmiechając się wygląda jak chochlik, pomyślał, zdolny do wszelkich 

czarów i psikusów chochlik. Wolał ją, gdy była naburmuszona, jak wtedy, gdy pracowała. - 

Odbyłem daleką drogę, aby z panią porozmawiać, panno Concannon. Nazywam się Rogan 

Sweeney.

Błyskawicznie   jej   uśmiech   przerodził   się   w   coś   na   kształt   szyderczego   grymasu. 

Sweeney, pomyślała. Człowiek, który chce położyć łapę na jej pracy.

- Groszorób. - Użyła tego mało pochlebnego określenia na dublińczyków. - Nie ma co, 

uparty   z   pana   człowiek,   panie   Sweeney.   Mam   nadzieję,   że   miał   pan   udaną   podróż   i   że 

przejażdżka nie pójdzie całkiem na marne.

- To była okropna podróż.

- Przykro mi.

- Ale nie uważałbym jej za zmarnowaną. - Choć wolałby filiżankę mocnej herbaty, 

otworzył puszkę ze słodkim napojem. - Ma pani tutaj interesujące urządzenia.

Powiódł   wzrokiem   po   pomieszczeniu   z   dużym,   huczącym   piecem,   pomocniczymi 

piecami   i   stanowiskiem   pracy,   istnej   gmatwaninie   metalowych   i   drewnianych   narzędzi, 

prętów, dmuchawek, a także półek i szafek, w których, jak sądził, trzymała chemikalia.

- Mam się nieźle, o czym, o ile mnie pamięć nie myli, informowałam już pana przez 

telefon.

- A ten przedmiot, nad którym pani pracowała kiedy tu wszedłem? Jest wspaniały!

background image

Podszedł do stołu, zarzuconego szkicownikami, ołówkami, węglem i kredą. Uniósł 

szkic wyżarzającej się właśnie szklanej rzeźby. Był lekki i delikatny.

- Czy pani sprzedaje swoje szkice?

- Robię szkło artystyczne, panie Sweeney, nie jestem malarką.

Rzucił na nią okiem i odłożył na bok szkic.

- Gdyby go pani podpisała, mógłbym za niego dać sto funtów.

Syknęła z niedowierzaniem, wrzuciła pustą puszkę do kosza na śmieci.

- A to, co pani właśnie skończyła? Ile by pani za to chciała?

- A co to pana obchodzi?

- Być może chciałbym to kupić?

Zastanowiła się. Nikt nie będzie się wypowiadał o wartości jej sztuki, nawet ona sama. 

Ale cena? Cenę można ustalić. W końcu artysta też musi coś jeść!

Jej   metoda   wyceny   była   dowolna   i   elastyczna.   W   przeciwieństwie   do   metody 

wytwarzania szkła i mieszania barw niewiele miała wspólnego z nauką. Była wypadkową 

czasu spędzonego przy produkcji przedmiotu, jej własnych wobec niego odczuć oraz opinii na 

temat nabywcy.

A opinia, jaką miała o Roganie Sweeneyu będzie go drogo kosztowała!

-  Dwieście   pięćdziesiąt   funtów   -  postanowiła.   Z  tego   sto  policzyła  na   konto  jego 

złotych spinek do mankietów.

- Wypiszę pani czek - powiedział i uśmiechnął się, a Maggie uświadomiła sobie, iż 

powinna być wdzięczna, że nie stosuje on tej szczególnej broni zbyt często. Zabójcza broń, 

pomyślała,   obserwując   jak   ładną   linię   tworzą   jego   wargi,   jak   pociemniały   mu   źrenice. 

Emanował od niego wdzięk, naturalny i lekki jak obłok. - Dołączę to do mojej osobistej 

kolekcji, powiedzmy, że ze względów sentymentalnych, nie mniej, w galerii mógłbym dostać 

za niego dwa razy tyle.

-  To   cud,  że  zdzierając   tak  z  klientów,  zajmuje  się  pan   jeszcze   interesami,   panie 

Sweeney!

- Pani się nie docenia, panno Concannon. - Zbliżył się do niej, jak gdyby nagle zdał 

sobie sprawę, że wreszcie stoi na pewnym gruncie. Odczekał, aż zadarła do góry głowę i 

zobaczył jej oczy. - I dlatego pani mnie potrzebuje.

- Sama dokładnie wiem, co mam robić.

-   Tutaj,   na   miejscu,   zgoda.   -   I   zatoczył   ręką   koło,   wskazując   na   pracownię.   - 

Wyobrażałem to sobie o wiele dramatyczniej. Ale świat biznesu to zupełnie inna materia.

- Nie interesuje mnie biznes.

background image

- No właśnie! - powiedział i uśmiechnął się ponownie, jak gdyby odpowiedziała na 

szczególnie drażliwe i trudne pytanie. - Bo mnie, dla odmiany, on fascynuje.

Była w niekorzystnej dla siebie sytuacji; siedziała na ławie, a on nad nią górował. Ale 

nie dbała o to.

- Nie pozwolę nikomu wchrzaniać się do mojej pracy, panie Sweeney. Robię to, co 

chcę, kiedy chcę i nieźle sobie sama radzę.

-  Robi   pani  to,   co  chce   i  kiedy  chce.  -  Wziął   z  jej   warsztatu   drewnianą  formę   i 

zapatrzył się, jakby podziwiał jej fakturę. - I robi to pani bardzo dobrze. Ale jaka to strata dla 

kogoś z pani talentem, jeżeli tylko nieźle sobie pani radzi. Jeśli chodzi o... wchrzanianie się 

do   pani   pracy,   nie   zamierzam   wcale   tego   robić.   Choć   przyznaję,   że   obserwowanie   pani 

podczas pracy było bardzo interesujące. - Z taką prędkością przeniósł wzrok z drewnianej 

matrycy na nią, że aż podskoczyła. - Naprawdę bardzo interesujące.

Zeskoczyła z ławy; lepiej jeżeli będzie stała na własnych nogach.

- Nie potrzebuję menedżera.

- Ależ tak, Margaret Mary, potrzebuje pani. Cholernie go pani potrzebuje.

-  Dużo  pan  wie,   czego  potrzebuję   -  mruknęła  i  zaczęła  przechadzać   się  wielkimi 

krokami. - Jakaś dublińska hiena w galantnych trzewikach!

Powiedział, że dwa razy tyle; myślami powróciła do jego poprzednich słów. Dwa razy 

więcej   niż   wymieniła.   A   przecież   jest   matka,   którą   trzeba   się   opiekować,   i   rachunki   do 

spłacenia i, Słodki Jezu, ceny chemikaliów są zabójcze.

- Potrzebny jest mi tylko spokój i cisza. I wolna przestrzeń. - Odwróciła się od niego 

nagłym ruchem. Już sama jego obecność w studiu przytłaczała ją. - Przestrzeń. Nie potrzebuję 

nikogo takiego jak pan, nikogo, kto się pojawia i mówi, że na następny tydzień potrzebne mu 

będą trzy wazony albo dwadzieścia przycisków do papieru, albo pół tuzina kieliszków na 

różowych nóżkach. To nie jest taśma produkcyjna, panie Sweeney, ja jestem artystką.

Spokojnym, opanowanym ruchem wyjął z kieszeni notes i złote pióro, i zaczął pisać.

- Co pan tam robi?

-   Notuję,   że   nie   życzy   pani   sobie   zamówień   na   wazony,   przyciski   i   kieliszki   z 

różowymi nóżkami.

Jej wargi drgnęły w uśmiechu. Natychmiast jednak się opanowała.

- Nie przyjmę żadnych zamówień, po prostu żadnych.

Łypnął na nią oczami.

- Chyba się nie rozumiemy. Posiadam jedną czy dwie fabryki, panno Concannon, i 

wiem jaka jest różnica między taśmą produkcyjną a sztuką. Tak się zdarzyło, iż w życiu 

background image

miałem do czynienia i z jednym, i z drugim.

- To się panu chwali. - Wzruszyła najpierw ramionami, a następnie oparła ręce na 

biodrach. - Moje gratulacje. Do czego więc byłabym panu potrzebna?

- Do niczego. - Odłożył na bok pióro i notes. - Ale chcę panią mieć.

Zadarła hardo podbródek.

- Ale ja pana nie chcę.

- Może mnie pani nie chcieć, ale mnie pani potrzebuje. W właśnie w tym punkcie 

uzupełniamy się. Uczynię z pani bogatą kobietę, panno Concannon. A co więcej, sławną 

kobietę.

Spostrzegł nieznaczny błysk w jej oczach. Aha, pomyślał, ambicja. Już wie, w jaką 

strunę uderzyć!

- Czy po to pani tworzy, by ukrywać swój talent na półkach i w szafkach? Sprzedawać 

tu   i   ówdzie   po   kilka   sztuk,   gdy  głód   panią   przyciśnie,   a   resztę   magazynować?   A   może 

wolałaby pani, aby jej praca została doceniona, była podziwiana, a nawet zdobyła uznanie? - 

Jego głos zmienił się wprawdzie nieznacznie, ale ten lekki sarkazm okrutnie ją dotknął. - 

Albo... może pani się boi konfrontacji, niepowodzenia?

Cios był celny.

- Niczego się nie boję. Moje prace wytrzymają próbę. Przez trzy lata praktykowałam 

w hucie szkła w Wenecji, harując jak wyrobnik. Nauczyłam się tam zawodu, ale nie sztuki. 

Bo sztuka jest we mnie. - Uderzyła się ręką w pierś. - Ona jest we mnie i oddechem tchnę ją 

w szkło. A komu nie podoba się moja sztuka, niech się wynosi do diabła.

- Zupełnie słusznie. Urządzę pani wystawę w mojej galerii i przekonamy się, ilu takich 

się znajdzie.

To prowokacja, a niech to kule biją! Powinna była na to być przygotowana.

-   Gromada   artystycznych   snobów   miałaby   węszyć   wokół   mojej   sztuki,   żłopiąc   w 

dodatku szampana!?

- Pani się boi.

Syknęła przez zęby i ruszyła w stronę drzwi.

- Proszę wyjść. Proszę wyjść, żebym mogła to przemyśleć. Namącił mi pan w głowie.

- Porozmawiamy o tym jeszcze rano. - Schwycił swój płaszcz. - Może mogłaby mi 

pani polecić jakieś miejsce, gdzie mógłbym się zatrzymać na noc? Gdzieś niedaleko.

- Blackthorn Cottage, na końcu drogi.

- Tak, widziałem. - Był już w płaszczu. - Śliczny ogród, znakomicie utrzymany.

- Jak z igiełki. Znajdzie pan tam wygodne łóżko i dobre jedzenie. Pensjonat prowadzi 

background image

moja siostra, a to praktyczna, domatorska dusza.

Ton jej głosu sprawił, iż uniósł brew, lecz powstrzymał się od komentarza.

- A zatem ufam, iż do jutra jakoś przetrwam.

- Proszę się przekonać. - Otworzyła mu drzwi, na deszcz. - Jeśli będę jeszcze chciała z 

panem rozmawiać, zadzwonię rano.

- Miło mi było panią spotkać, panno Concannon. - Choć nie zrobiła najmniejszego 

gestu, ujął jej rękę i, patrząc jej w oczy, przytrzymał chwilę. - A jeszcze bardziej poznać pani 

prace.  -  Pod  wpływem   impulsu,   ku ich  obopólnemu   zdziwieniu,   uniósł jej  rękę  do ust  i 

powoli, nie śpiesząc się, kosztował smak jej skóry.

- Wrócę tu jutro.

- Proszę czekać na zaproszenie - powiedziała i prędko zamknęła za nim drzwi.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

W Blackthorn Cottage czekały zawsze pyszne, domowe biszkoptowe bułeczki, świeże 

kwiaty i wrzątek  na herbatę. Choć nie był  to jeszcze  sezon, Brianna  Concannon podjęła 

Rogana jak należy, uprzejmie i fachowo, z właściwą jej dozą rezerwy. Od tamtego lata, po 

śmierci ojca, w podobny sposób przyjmował wszystkich swoich gości.

Podała   herbatę   w   schludnym,   błyszczącym   czystością   saloniku,   gdzie   radośnie 

trzaskał ogień w kominku i unosił się zapach frezji.

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, kolację podam o siódmej, panie Sweeney. - 

Mówiąc to, ćwiartowała już w myślach kurczaka, którego zamierzała ugotować i nakarmić 

nim dodatkową osobę.

-   Doskonale,   panno   Concannon.   -   Wypił   łyczek   herbaty   i   stwierdził,   że   jest 

wyśmienita, jakże nie mająca nic wspólnego z lodowatym, przesłodzonym napojem, który 

cisnęła mu Maggie. - To bardzo ładne miejsce.

- Dziękuję. - Jeśli nie był to jedyny jej powód do dumy, to z pewnością jedyna jej 

radość. - Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę mi powiedzieć.

- Czy mógłbym skorzystać z telefonu?

- Oczywiście - odparła i zamierzała opuścić pokój, by go nie krępować. Zatrzymał ją 

ruchem ręki.

- Ten wazon z kwiatami na stole, czy to praca pani siostry?

Zaskoczenie Brianny trwało krótko ale znalazło odbicie w zdumionym  wyrazie jej 

oczu.

- Tak. Pan zna prace Maggie?

- Owszem. Sam mam dwie sztuki. Udało mi się także kupić trzecią, w trakcie jej 

powstawania. - Pił kolejny łyk herbaty,  patrząc badawczo na Briannę. Była  tak różna od 

Maggie, jak jedna jej praca od drugiej. Co oznacza, być może, że w jakimś niewidocznym na 

pierwszy rzut oka punkcie są takie same. - Wracam właśnie z jej warsztatu.

- Był pan w warsztacie Maggie? - Tylko prawdziwy szok mógł sprawić, iż Brianna 

zadała gościowi pytanie aż z takim powątpiewaniem. - U niej, w środku?

- Czyżby to było aż tak niebezpieczne?

Cień uśmiechu rozjaśnił rysy twarzy Brianny.

- Wydaje się pan cały i żywy.

- Raczej tak. Pani siostra jest niezmiernie utalentowaną kobietą.

- Rzeczywiście jest dobra.

background image

Rogan   rozpoznał   tę   samą   nutkę   dumy   i   irytacji,   jaką   usłyszał,   gdy   Maggie 

wypowiadała swoją opinię o siostrze.

- Czy ma pani jakieś inne jej przedmioty?

- Parę. Przynosi  je, gdy ma  dobry humor.  Jeśli chwilowo niczego więcej pan nie 

potrzebuje, panie Sweeney, pójdę i zajmę się kolacją.

Po jej wyjściu Rogan powrócił do wyśmienitej herbaty. Interesująca para z tych sióstr 

Concannon, pomyślał. Brianna była wyższa, smuklejsza i z pewnością ładniejsza niż Maggie. 

Jej włosy były raczej rudozłote niż ogniste, i w miękkich lokach spadały do ramion. Miała 

duże, bladozielone, prawie przezroczyste oczy. Pomyślał, że jest spokojna, nawet z odrobiną 

rezerwy,   podobnie   jak   jej   maniery.   Jej   rysy   były   subtelniejsze,   kończyny   delikatniejsze, 

bardziej do niej pasował zapach dziko rosnących kwiatów niż zapach dymu i potu.

Summa summarum, była typem kobiety, który go bardziej pociągał.

A tymczasem, przyłapał się na tym, myślami powracał do Maggie, jej zwartego ciała, 

mrocznego spojrzenia i zmiennych nastrojów. Artyści, z ich koncentracją na własnej osobie, 

brakiem poczucia pewności, potrzebują czyjegoś wsparcia, zdecydowanej ręki. Jego wzrok 

spoczął na różowym wazonie i wijących się na jego powierzchni, od podstawy po brzeg, 

splotach i skrętach. Nie mógł już doczekać się chwili, kiedy będzie mógł pokierować Maggie 

Concannon.

- No i co, czy on jest tutaj? - Maggie wpadła prosto z deszczu do ciepłej, pachnącej 

kuchni.

Brianna kontynuowała obieranie ziemniaków. Spodziewała się tej wizyty.

- Kto taki?

- Sweeney. - Podchodząc do blatu kuchennego, złapała obraną marchewkę i ugryzła 

ją. - Wysoki, ciemny, przystojny i bogaty jak diabli. Nie mogłaś go nie zauważyć.

- Jest w saloniku. Możesz wziąć filiżankę i dotrzymać mu towarzystwa przy herbacie.

- Nie chcę z nim rozmawiać. - Maggie podciągnęła się na blat, usiadła i skrzyżowała 

nogi. - Chcę posłuchać twojej opinii, Brie, kochanie.

- Jest uprzejmy i ładnie się wysławia.

-   Czyli   zupełnie   jak   ministrant   w   kościele   -   powiedziała   ze   zniecierpliwieniem 

Maggie.

- Jest gościem w moim domu...

- Płatnym gościem.

-   ...i   nie   zamierzam   -   ciągnęła   Brianna   na   jednym   oddechu   -   plotkować   za   jego 

background image

plecami.

- Święta Brianna. - Maggie schrupała marchewkę i gestykulowała, trzymając w ręku 

ogryzek. - A co będzie, jeśli ci powiem, że on przyjechał po to, by zająć się moją karierą?

- Zająć się twoją karierą? - Ręce Brianny na krótką chwilę zgubiły rytm. - W jaki 

sposób?

-   Od   strony   finansowej,   no   i   w   ogóle.   Wystawi   moje   prace   w   swoich   galeriach, 

przekona   bogatych   klientów,   żeby   je   kupowali   za   wielkie   pieniądze.   -   Mówiąc   to, 

wymachiwała ogryzkiem marchewki, aż wreszcie schrupała go doszczętnie. - Jedyna rzecz, o 

jakiej potrafi myśleć ten facet, to pieniądze.

- Galerie - zawtórowała Brianna. - Jego własne galerie sztuki?

- W Dublinie i w Cork. Jest także współwłaścicielem galerii w Londynie i w Nowym 

Jorku. I, o ile wiem, także w Paryżu. Prawdopodobnie i w Rzymie. W świecie artystycznym 

wszyscy znają Rogana Sweeneya.

Artystyczny świat był dla Brianny czymś tak odległym, jak księżyc. Ale poczuła się 

dumna z siostry.

- I on interesuje się twoją pracą!

- Na razie wtyka w nią swój arystokratyczny nos - warknęła Maggie. - Wydzwania, 

bombarduje listami i rości sobie prawo do wszystkiego, co robię. No a dzisiaj pojawił się 

nagle w moich drzwiach, przekonując mnie, że to ja jego potrzebuję. Dobre sobie!

- A ty, oczywiście, wcale go nie potrzebujesz.

- Nikogo nie potrzebuję.

-   To   prawda,   nie   potrzebujesz   nikogo.   -   Brianna   podeszła   do   zlewu,   by   opłukać 

jarzyny. - Kto jak kto, ale nie Margaret Mary.

- Przestań, nie lubię tego twojego oschłego tonu. Zupełnie jakbym słyszała matkę. - 

Zsunęła się z blatu i sztywnym krokiem podeszła do lodówki. Zaraz też ogarnęło ją poczucie 

winy. - Dajemy sobie przecież nieźle radę - dorzuciła, sięgając po piwo. - Płacimy rachunki, 

nie   głodujemy,   mamy   także   dach   nad   głową.   -   Rzuciła   zniecierpliwione   spojrzenie   na 

posztywniały kark siostry. - Nigdy już nie będzie tak jak dawniej, Brie.

- Myślisz, że tego nie wiem? - Śpiewny głos Brianny zabrzmiał ostro. - Myślisz, że 

chcę czegoś więcej? Że nie potrafię się zadowolić tym,  co mam?  - Nagle zrobiło się jej 

nieznośnie  smutno.  Spojrzała  przez  okno na dalekie  pola. - Nie  o mnie  chodzi, Maggie, 

naprawdę nie o mnie.

Maggie rzuciła znad puszki piwa ponure spojrzenie. Wiedziała przecież, że Brianna 

cierpi. Brianna, która zawsze znajdowała się między młotem a kowadłem. Teraz, pomyślała 

background image

Maggie, byłaby może okazja, aby to wszystko zmienić. Musi tylko zaprzedać część swojej 

duszy.

- Ona znowu narzeka.

- Nie. - Brianna zgarnęła kosmyk włosów i wsunęła go za upięty na karku węzeł. - 

Nie, nie jest tak źle.

- Wystarczy spojrzeć na twoją twarz, żeby się domyślić, że znowu wyładowała na 

tobie swój zły humor. - I zanim Brianna zdążyła jej odpowiedzieć, Maggie podniosła do góry 

rękę. - Ona nigdy nie będzie szczęśliwa, Brianno. Nie uszczęśliwisz jej. Nigdy nie wybaczy 

ojcu, że był taki, jaki był.

- A jaki był? - zapytała Brianna, odwracając się. - Jaki naprawdę był nasz ojciec, 

Maggie?

-   Ludzki.   Rozdarty.   -   Odstawiła   piwo   i   podeszła   do   siostry.   -   Wspaniały.   Czy 

pamiętasz, Brie, jak kupił muła i zamierzał zrobić majątek? Chciał mu położyć na grzbiecie 

pikowaną kapę, a na niej posadzić naszego starego psa i na ich tle fotografować turystów!

- Pamiętam. - Brie zamierzała odejść, ale Maggie złapała ją za rękę. - I pamiętam 

także, że wykarmienie tego cholernego, narowistego muła kosztowało go więcej pieniędzy niż 

jakikolwiek z jego pomysłów.

- Ale ile przy tym było śmiechu i zabawy. Wybraliśmy się na klify w Mohr. Był 

piękny,   letni   dzień   i   pełno   turystów.   Grała   muzyka.   I   tata   z   tym   durnym   mułem   i 

nieszczęsnym Joe, tak potwornie bojącym się muła, jak gdyby to był warczący lew!

Brianna rozrzewniła się. Nie mogła się już opanować.

- Biedny trzęsący się Joe siedzący na grzbiecie muła. A potem przyszedł ten Niemiec i 

poprosił o zdjęcie.

- I osioł go kopnął - uśmiechnęła się szeroko Maggie i w toaście wzniosła swoje piwo. 

- A Niemiec, skacząc na jednej nodze, wydzierał się w trzech różnych językach. Przerażony 

Joe dał susa i wylądował prosto na ladzie kupca sprzedającego koronkowe kołnierzyki, a muł 

się zerwał, wywołując panikę wśród turystów. Boże, co to był za widok. Ludzie biegali i 

krzyczeli, panie wrzeszczały w niebogłosy. Był tam także skrzypek, pamiętasz? Zagrał wtedy 

skoczną, irlandzką melodię, oczekując, że lada moment wszyscy zaczniemy tańczyć.

- A ten ładny chłopak z Killarney złapał muła i przyprowadził go z powrotem. Tata 

chciał natychmiast go sprzedać.

- I prawie mu się to udało. To fajne wspomnienie, Brie.

- Pozostawił nam wiele śmiesznych wspomnień. Ale samym śmiechem jeszcze się nie 

nakarmisz.

background image

- Ale nie można bez tego żyć, tak jak ona to robi. On był żywy. A teraz ta rodzina 

wydaje się bardziej martwa niż on.

- Mama jest chora - powiedziała zwięźle Brianna.

- Wciąż to samo, od ponad dwudziestu lat. I zawsze będzie chora, dopóki ma ciebie na 

każde zawołanie. Wystarczy, że kiwnie ręką albo nogą.

Jakkolwiek była to prawda, nie miała ona wpływu na uczucia Brianny.

- Jest naszą matką.

- Ano właśnie. - Maggie wysączyła  piwo, odstawiła  puszkę na bok. Jego cierpki, 

drożdżowy smak walczył  z goryczą, jaką miała na języku. - Sprzedałam następną sztukę. 

Będę miała dla ciebie pieniądze pod koniec miesiąca.

- Jestem ci wdzięczna. Ona także.

- Do diabła z nią. - Maggie spojrzała na siostrę, a w jej wzroku nagromadzona była 

cała pasja, złość i ból, które się w niej gotowały. - Nie robię tego dla niej. Jak będziemy miały 

więcej   pieniędzy,   wynajmiesz   dla   niej   opiekunkę   i   przeprowadzisz   ją   do   osobnego 

mieszkania.

- Nie ma potrzeby...

- Jest - przerwała Maggie. - Taka była umowa, Brie. Nie będę stała z założonymi 

rękami   i   przyglądała   się,   jak   tańczysz   do   końca   życia   na   każdą   melodię,   jaką   ci   zagra. 

Opiekunka i jakieś miejsce we wsi.

- Jeżeli będzie chciała.

- Będzie musiała. - Maggie przechyliła głowę, przyglądając się siostrze. - Nie spałaś 

przez nią dzisiaj.

- Była niespokojna. - Zakłopotana Brianna odwróciła się szybko i zajęła kurczakiem. - 

Jeden z jej bólów głowy.

- Ach tak. - Maggie dobrze pamięta migreny matki, pojawiały się jak na zawołanie, w 

zależności od sytuacji. Gdy Maeve wyczerpała w dyskusji wszystkie argumenty, natychmiast 

zaczynał się ból głowy. Jakiekolwiek problemy rodzinne powodowały kolejne dudnienie w 

skroniach.

- Wiem, jaka ona jest, Maggie. - Briannę także zaczynała boleć głowa. - Ale to nie 

zmienia faktu, że nadal jest moją matką.

Święta   Brianna,   pomyślała   znowu   Maggie.   Choć   Brianna   była   młodsza   o   rok,   to 

jednak właśnie ona brała na siebie większość ciężarów.

- Jesteś taka jaka jesteś i nie zmienisz tego, Brie - uścisnęła żywiołowo siostrę. - Tatuś 

zawsze mówił, że ty jesteś dobrym aniołem, a ja złym.

background image

Przynajmniej w tej sprawie na pewno się nie pomylił. - Przymknęła na chwilę oczy. - 

Powiedz panu Sweeneyowi, żeby do mnie rano przyszedł.

Chcę z nim pomówić.

- Zgodzisz się więc, żeby zajął się twoimi sprawami?

Maggie skrzywiła się.

- Chcę z nim pomówić - powtórzyła i ruszyła przed siebie w deszcz.

Jeśli Maggie miała jakąś słabość, to była nią rodzina. To przez tę słabość nie mogła 

zasnąć do późna w nocy, a obudziła się równo z zimnym, mrocznym świtem. Wobec świata 

wolała udawać, że odpowiedzialna jest jedynie za siebie i za swoją sztukę, ale za tą fasadą 

kryła się jej niezmienna miłość do rodziny i związane z tym, często gorzkie, obowiązki.

Chciałaby odmówić Roganowi Sweeneyowi. Przede wszystkim dla zasady. Według 

niej nie wolno było, nie powinno się było mieszać sztuki i biznesu. Po drugie, chciała mu 

odmówić, bo taki typ - bogaty, pewny siebie, dobrze urodzony - denerwował ją. Po trzecie i 

najważniejsze, chciała mu odmówić, ponieważ wyrażając zgodę, musiałaby przyznać się do 

braku umiejętności kierowania własnymi sprawami.

To była gorzka pigułka do przełknięcia!

Nie odmówi mu. Podjęła decyzję podczas długiej, bezsennej nocy. Postanowiła, że 

pozwoli Roganowi Sweeneyowi uczynić z siebie bogatą kobietę.

Wprawdzie zarabiała na siebie, i to nawet zupełnie nieźle. Dawała sobie przecież radę 

od ponad pięciu lat. Pensjonat Brianny także prosperował, i utrzymywanie dwóch domów nie 

było wielkim obciążeniem. Ale utrzymywanie trzeciej osoby stanowiło już problem.

Dążeniem   Maggie,   prawdziwym   Świętym   Graalem,   było   urządzenie   matki   gdzieś 

osobno. Gdyby Rogan pomógł jej przetrzeć szlak na drodze do osiągnięcia tego celu, będzie z 

nim pertraktować. Pertraktowałaby nawet z samym diabłem.

Ale diabeł może się zreflektować i pożałować zawartej umowy.

Za oknem siąpił deszcz. Maggie zaparzyła herbatę.

Musi   dobrze   potraktować   Rogana   Sweeneya.   Z   odpowiednią   dozą   artystycznej 

nonszalancji i kobiecej kokieterii. Z nonszalancją nie będzie problemu, ale to drugie nastręczy 

jej pewnych kłopotów.

Puściła   wodze   fantazji:   ujrzała   oczyma   duszy   Briannę   krzątającą   się   przy   kuchni, 

pielęgnującą ogród, zwiniętą wygodnie w fotelu, przy kominku, z książką w ręku, swobodną, 

odprężoną, bez wiecznie utyskującej matki i jej rozkazującego głosu zakłócającego spokój. 

Brianna wyjdzie za mąż, będzie miała dzieci. Maggie znała to głęboko skrywane w sercu 

background image

marzenie   siostry.   Wiedziała   też,   że   nie   zdradzi   się   z   nim,   dopóki   będzie   się   czuła 

odpowiedzialna za tę notoryczną hipochondryczkę, ich matkę.

I choć potrzeba związania się siostry z mężczyzną i urodzenia pół tuzina dzieci była 

całkowicie   niezrozumiała   dla   Maggie,   postanowiła   jednak   zrobić   wszystko,   by   pomóc 

Briannie zrealizować jej marzenia.

To było w zasięgu ręki, naprawdę w zasięgu ręki. Skoro Rogan Sweeney postanowił 

się zabawić w świętego Mikołaja?!

Rozległo się ostre, niecierpliwe pukanie do frontowych drzwi. Oto i święty Mikołaj, 

pomyślała Maggie, zastanawiając się, czy ujrzy go pośród kolorowych świateł i w otoczeniu 

anielskiego pyłu.

Uśmiechnęła   się   do   swoich   myśli   na   jego   widok.   Podobnie   jak   wczoraj,   był 

przemoknięty do suchej nitki wytwornego garnituru. Zaciekawiło ją, czy aby nie sypia w tym 

eleganckim stroju i krawacie.

- Witam pana, panie Sweeney.

- Dzień dobry, panno Concannon.

Wszedł do środka, zostawiając za drzwiami deszcz i mgłę.

- Czy mogę wziąć od pana płaszcz? Wysuszę go przy kominku.

- Dziękuję. - Zdjął płaszcz i przyglądał się, jak rozwiesza go na krześle przysuniętym 

do ognia. Wydała mu się dzisiaj inna. Sympatyczna. Pomyślał, że musi się mieć na baczności. 

- Proszę mi powiedzieć, czy w Clare zawsze pada deszcz?

- Na wiosnę mamy tutaj ładną pogodę. Proszę się nie obawiać, panie Sweeney. Myślę, 

że   nawet   dublińczyk   nie   rozpuści   się   w   deszczu   zachodniego   hrabstwa.   -   Przesłała   mu 

czarujący   uśmiech,   podczas   gdy   jej   oczy   wydawały   się   podejrzanie   rozbawione.   -   Parzę 

herbatę, nie zechciałby się pan napić?

- Z przyjemnością. - Nie zdążyła się jeszcze obrócić, gdy zatrzymał ją i położył rękę 

na jej ramieniu. Ale jego uwaga nie była skierowana na nią, lecz na rzeźbę stojącą na stole, za 

nimi.  Była  to  długa, mocno  wygięta  forma  w  kolorze  intensywnego  błękitu.  W odcieniu 

arktycznego morza. Szczepione ze sobą u szczytu szklane fale spływały w dół i rozlewały się 

jak topniejący lód.

- To bardzo interesujące - skomentował.

- Tak pan uważa? - Maggie z trudem powstrzymała się, by nie strząsnąć jego ręki z 

ramienia. Przytrzymywał ją lekko, jakby delikatnie zaznaczając prawo własności, krępując 

Maggie i sprawiając, iż poczuła się śmiesznie i nieswojo. Czuła jego zapach, leśny zapach 

wody   kolońskiej,   którą   z   pewnością   skropił   się   rano   po   goleniu,   z   domieszką   mydła 

background image

toaletowego. Kiedy przesuwał palcem wzdłuż wygiętej linii szkła, stłumiła w sobie ciarki. 

Przez chwilę, przez idiotyczną chwilę, czuła się tak, jak gdyby coś przesuwało się jej wzdłuż 

gardła, i schodziło gdzieś do środka.

- Jakże jest kobieca - powiedział szeptem. Choć wpatrywał się w szkło, był wyraźnie 

świadomy jej bliskości. Wyczuwał jej napięte ramię, poczuł krótkie drżenie, które starała się 

ukryć przed nim, a także tajemniczy, naturalny zapach jej włosów. - Pełna siły i wyrazu. To 

kobieta pragnąca oddać się mężczyźnie.

Zmieszała się, utrafił bowiem w samo sedno.

- Czy siła i oddanie się nie są sobie przeciwstawne?

Patrzył  na  nią  uważnie,   jego  intensywnie  błękitne   oczy  skoncentrowały  się  na  jej 

twarzy.

-   Nie   istnieje   nic   potężniejszego   niż   kobieta   w   tym   jednym,   niepowtarzalnym 

momencie. - Jego ręka nadal delikatnie spoczywała na jej ramieniu. Znowu dotknął szkła. - Z 

całą pewnością jest pani tego świadoma.

- A co z mężczyzną?

Uśmiechnął   się,   a   raczej   jego   wargi   nieznacznie   drgnęły.   Uścisk   na   jej   ramieniu 

przypominał   teraz   bardziej   pieszczotę.   Prośbę.   A   jego   oczy,   rozbawione,   zaciekawione, 

prześlizgiwały się po jej twarzy.

- To zależy od kobiety, Margaret Mary.

Nie   poruszyła   się,   wciągnięta   w   tę   erotyczną   grę,   przyznając   mu   rację   krótkim 

skinieniem głowy.

- W porządku, przynajmniej co do jednego się zgadzamy. Generalnie, seks i siła to 

domena kobiety.

- Wcale tak nie powiedziałem, ani tak nie uważam. Co panią popycha do tworzenia 

takich rzeźb, jak ta?

- Trudno jest tłumaczyć sztukę człowiekowi biznesu.

Gdy próbowała się cofnąć, zacisnął palce wokół jej ramienia, wzmocnił uścisk.

- Niech pani jednak spróbuje.

Ogarnęło ją zniecierpliwienie, zirytowała się.

- Po prostu coś przychodzi mi do głowy. Nie kombinuję, nie planuję niczego. To ma 

związek z emocjami, namiętnościami, nie myślę wtedy o stronie praktycznej, o zarobku, w 

przeciwnym bowiem razie robiłabym szklane łabędzie do sklepów z pamiątkami. Jezu, co za 

pomysł!

Uśmiechnął się szeroko.

background image

- Przerażający. Na szczęście mnie nie interesują szklane łabędzie. Ale miałbym ochotę 

na herbatę.

-   Wypijemy   ją   w   kuchni.   -   Znowu   próbowała   się   cofnąć   i   znowu   jego   uścisk 

zatrzymywał ją. To ją rozwścieczyło. - Tarasuje mi pan drogę, panie Sweeney!

- Nie sądzę. Raczej próbuję przetrzeć pani drogę do kariery. - Puścił ją i w milczeniu 

podążył za nią do kuchni.

Jakże daleko tu było do wiejskiego komfortu Blackthorn. W powietrzu nie unosiły się 

błogie   zapachy   pieczonych   ciast,   nie   było   wielkich   poduch   ani   lśniących   czystością 

drewnianych sprzętów. Wszystko tu było spartańskie, dobrane jedynie pod kątem najbardziej 

elementarnych potrzeb. No i bałagan. W tym wszystkim jej porozstawiane na prawo i lewo 

prace nabierały, jego zdaniem, jeszcze większej mocy, prezentowały się jeszcze efektowniej.

Zastanawiał się, gdzie śpi i czy jej łóżko jest równie miękkie i zachęcające jak to, w 

którym spędził noc. I zastanawiał się, czy mógłby je z nią dzielić. A raczej nie c z y, lecz 

kiedy, poprawił się w myślach.

Maggie   postawiła   na   stole   czajnik   z   herbatą,   razem   z   dwoma   masywnymi, 

ceramicznymi kubkami.

- Czy zadowolony jest pan z pobytu w Blackthorn Cottage? - zapytała, nalewając 

herbatę.

- Bardzo. Pani siostra jest czarująca. A jej kuchnia wyborna.

Rozpromieniona Maggie wsypała trzy czubate łyżki cukru do herbaty.

- Brie jest domatorką, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Czy zrobiła rano słodkie 

bułeczki z rodzynkami?

- Zjadłem aż dwie.

Odprężona Maggie roześmiała się i założyła nogę na nogę.

- Nasz ojciec zwykł był mawiać, że Brie wzięła wszystko co złote, a ja co mosiężne. 

Obawiam się, że nie dostanie pan tutaj domowych bułeczek z rodzynkami, panie Sweeney. 

Mogłabym za to znaleźć gdzieś puszkę z herbatnikami.

- Proszę się nie fatygować.

- Wolałby pan pewnie przejść od razu do interesów? - Ujmując kubek w obie ręce, 

Maggie pochyliła się do przodu. - A co by było, gdybym panu powiedziała prosto z mostu, że 

nie interesuje mnie pana oferta?

Rogan zastanowił się, sącząc czarną i mocną herbatę.

- Musiałbym chyba nazwać panią kłamczucha, Maggie. - Uśmiechnął się szczerze na 

widok ogników w jej oczach. - Gdyby pani nie była zainteresowana, nie zgodziłaby się pani 

background image

ze mną spotkać dziś rano. I z pewnością nie popijałbym herbaty w pani kuchni. - Zanim 

zdążyła   otworzyć   usta,   podniósł   do   góry  rękę.   -   Przyjmuję   natomiast   do   wiadomości,   iż 

wolałaby pani nie być zainteresowana.

Bystry facet, pomyślała, tylko trochę mięczakowaty. Bystrzy faceci są niebezpieczni.

- Nie chcę być nadzorowana, ukierunkowywana ani rządzona.

- Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, co dla nas pożyteczne. - Przyglądał się jej znad 

brzegu kubka, nie przestając spekulować nawet wtedy, gdy z przyjemnością odnotowywał, 

jak   delikatny   rumieniec   dodaje   miękkości   jej   skórze,   pogłębia   zieleń   jej   oczu.   -   Może 

spróbuję się jaśniej wyrazić? Pani sztuka jest pani domeną. Nie zamierzam w żaden sposób 

wtrącać się do tego, co pani robi w swoim studiu. Tworzy pani w zgodzie z własną inspiracją 

i wtedy, kiedy czuje pani potrzebę tworzenia.

- A jeśli to co stworzę, nie przypadnie panu do gustu?

- Wystawiałem i sprzedawałem wiele prac, których wcale nie chciałbym mieć u siebie 

w domu. To jest biznes, Maggie. I tak jak ja nie będę ingerował w pani sztukę, tak pani nie 

będzie się wtrącać do moich spraw zawodowych.

- Nikt nie zapyta mnie o zdanie, czy odpowiada mi osoba kupująca moją pracę?

- Nikt - odparł krótko. - Jeśli czuje się pani emocjonalnie związana z jakąś pracą, musi 

pani nad tym zapanować, albo zatrzymać ją dla siebie. Gdy raz trafi w moje ręce, jest moja.

Zacisnęła zęby.

- I każdy kto ma pieniądze, może ją mieć!?

- Dokładnie.

Maggie   odstawiła   z   hukiem   kubek,   poderwała   się   i   zaczęła   przemierzać   kuchnię. 

Sposób w jaki to robiła, używając całego swojego ciała, wydał się Roganowi zachwycający. 

Nogi, ręce, ramiona, wszystko poruszało się w rytmicznych, kocich ruchach. Dopił herbatę i 

rozsiadł się wygodnie, by podziwiać widowisko.

- Wyrywam coś z siebie i tworzę to, nadaję temu stałą, namacalną, realną formę, a 

jakiś idiota z Kerry czy z Dublina, albo, co nie daj Boże, z Londynu, przychodzi, kupuje to 

dla swojej żony na urodziny, nie mając najmniejszego zrozumienia dla tego czym to jest i co 

to wyraża!?

- Czy z każdym, kto kupuje pani prace, nawiązuje pani osobiste kontakty?

- Wiem przynajmniej, dokąd one idą, kto je kupuje. - Na ogół, dodała w myśli.

- Pragnąłbym pani zwrócić uwagę, iż kupiłem pani dwie prace, zanim się spotkaliśmy.

- No właśnie. I dokąd mnie to zaprowadziło!

Co za temperament, pomyślał z westchnieniem. Tak długo pracuje z artystami, a nadal 

background image

nie może ich zrozumieć!

-   Maggie   -   zaczął,   starając   się   przybrać   możliwie   najbardziej   rzeczowy   ton.   - 

Powodem dla którego potrzebny jest pani ktoś, kto pokieruje pani sprawami, jest właśnie 

wyeliminowanie tych trudności. Nie będzie pani musiała się troszczyć o sprzedaż, będzie pani 

tworzyć. No a jeśli ktoś z Kerry czy z Dublina, albo, co nie daj Boże, z Londynu trafi do 

moich galerii i zainteresuje się jednym z tych przedmiotów, wtedy on należy do niego, o ile, 

oczywiście, odpowiada mu cena. Wtedy nie pytam o życiorys, nie żądam referencji. A pod 

koniec roku, z moją pomocą, będzie pani bogatą kobietą.

-   Czy   myśli   pan,   że   tego   najbardziej   pragnę?   -   Zaatakowała   go   obrażona   i 

rozwścieczona. - Czy pan myśli, Roganie Sweeneyu, że codziennie podnosząc do ust moją 

dmuchawkę, kombinuję, jaki będzie końcowy zysk z tego co robię?

- Nie, wcale tak nie myślę. I właśnie do tego zmierzam. Jest pani wyjątkową artystką, 

Maggie. I ryzykując nawet, że podsycę jeszcze bardziej pani gigantyczne ego, wyznam, że 

gdy po raz pierwszy ujrzałem pani pracę, zostałem przez nią zniewolony.

- Być może ma pan wyrobiony smak - wzruszyła ramionami.

- Tak o mnie mówią. Uważam, że pani praca zasługuje na więcej niż przywiązuje pani 

do niej wagi. Pani zasługuje na więcej niż pani sobie przyzwala.

Oparła się o blat kuchenny, bacznie go obserwując zmrużonymi oczami.

- A pan pomoże mi osiągnąć więcej, z czystej dobroci serca!

- Moje serce nie ma z tym nic wspólnego. Zamierzam pani pomóc, ponieważ pani 

praca doda prestiżu moim galeriom.

- I pańskiej sakiewce!

- Pewnego dnia będzie mi pani musiała wytłumaczyć przyczynę swojej pogardy dla 

pieniędzy. A na razie stygnie herbata.

Maggie   odetchnęła   głęboko.   Pamiętając,   że   schlebianie   jego   próżności   byłoby   złą 

robotą, podeszła do stołu.

- Rogan. - Pozwoliła sobie na uśmiech. - Jestem pewna, że w tym co pan robi, jest pan 

bardzo   dobry.   Pańskie   galerie   cieszą   się   dobrą   reputacją   ze   względu   na   jakość   i 

indywidualność, które, jestem tego pewna, stanowią odbicie pańskich cech.

Jest dobra, zamyślił się. Bardzo dobra.

- Pragnąłbym, żeby tak było, jak pani mówi.

- Nie wątpię, iż każdy artysta czuje się zaszczycony, znajdując uznanie w pańskich 

oczach. Ale ja jestem przyzwyczajona do pertraktowania z samą sobą, do trzymania w ręku 

wszystkich elementów mojej pracy, od wytworzenia szkła po sprzedaż skończonej pracy, albo 

background image

przynajmniej   przekazania   jej   w   ręce   kogoś,   kogo   znam   i   do   kogo   mam   zaufanie,   że   ją 

sprzeda. Pana natomiast nie znam.

- Albo raczej: nie ufa mi pani?

- Musiałabym być idiotką, żeby nie ufać Worldwide - żachnęła się. - Ale trudno mi 

sobie wyobrazić biznes od tej strony. Jestem prostą kobietą.

Ta uwaga tak go rozbawiła, że aż parsknął śmiechem. Pochylił się do przodu i, nie 

zwracając uwagi na jej konsternację, ujął ją za rękę.

- Och nie, Margaret Mary, to określenie akurat najmniej do pani pasuje. Jest pani 

mądra życiowo, uparta, błyskotliwa, humorzasta i piękna. Ale nie prosta.

- Powiedziałam, że jestem - wyrwała rękę z jego uchwytu, próbując się oprzeć jego 

wdzięcznym komplementom. - Sama najlepiej wiem, jaka jestem.

-   Każda   ukończona   przez   panią   rzeźba   zdaje   się   wołać:   „Oto   jaka   jestem!”.   I   to 

właśnie czyni sztukę prawdziwą.

Nie znalazła na to żadnego argumentu. Było to spostrzeżenie, jakiego nie spodziewała 

się po człowieku z jego środowiska. Zarabianie pieniędzy na sztuce wcale nie musi oznaczać, 

że sieją rozumie. A on, najwyraźniej, pojmuje o co chodzi.

- Jestem prostą kobietą - powtórzyła, nie pozwalając mu tym razem dojść do głosu. - I 

wolę, aby tak pozostało. Gdybym zgodziła się na pańską propozycję, musiałabym postawić 

swoje warunki.

Wiedział   już,   że   złapał   ją   w   sieć.   Ale   mądry   negocjator   nigdy   nie   okazuje 

zadowolenia.

- Jakie warunki? - zapytał.

- Nie wezmę udziału w żadnej reklamie, o ile nie będzie mi się podobała. A z góry 

zapewniam, że nie będzie.

- To doda tylko tajemniczości, nieprawda?

Z trudem opanowała uśmiech.

-   Nie   zamierzam,   o   ile   oczywiście   dojdziemy   do   porozumienia,   uganiać   się   za 

modnymi ciuchami, żeby wyglądać na wernisażach jak modelka z okładki.

Zrobił zabawną minę, wypychając językiem policzek.

- Jestem pewien, że pani wyczucie stylu będzie odbiciem pani artystycznej natury.

Można by potraktować to zdanie jako obrazę, ale nie była tego do końca pewna.

- I nie zamierzam mizdrzyć się do ludzi, jeżeli nie będę miała na to ochoty.

- Za pani artystyczny temperament. - Wzniósł toast herbatą. - Powinniśmy go także 

wliczyć w cenę pani dzieł.

background image

Choć ją to rozbawiło, usiadła z powrotem na krześle i skrzyżowała ramiona na piersi.

- Nigdy nie będę wykonywała duplikatów ani spełniała czyichś zachcianek.

Zachmurzył się, potrząsnął głową.

- Obawiam się, że to może spowodować komplikacje, stać się powodem niepodpisania 

między nami umowy. Chodzi mi bowiem po głowie pomysł: chciałbym, żeby zrobiła pani 

serię jednorożców z pozłacanymi kopytkami i rogami. Bardzo gustownych!

Parsknęła najpierw, po czym dała za wygraną i roześmiała się na całe gardło.

- Dobrze już, dobrze. Może jakimś cudem uda się nam współpraca. Od czego więc 

zaczynamy?

- Przygotuję kontrakty. Worldwide będzie chciał mieć wyłączność na pani prace.

Skrzywiła   się.   Poczuła   się   tak,   jakby   wyrzekała   się   cząstki   siebie.   Być   może   tej 

najlepszej.

- Wyłączność na te prace, które sama wybiorę do sprzedaży.

- Oczywiście - odpowiedział.

Spojrzała ponad nim, za okno, w stronę rozległych pól. Niegdyś, dawno temu, one 

także, tak jak jej sztuka, stanowiły cząstkę jej samej. A teraz były po prostu częścią ładnego 

widoku.

- Co jeszcze? - zapytała bezbarwnym głosem.

Zawahał się. Zrobiło mu się przykro z powodu jej bezgranicznego smutku.

- To nie będzie miało wpływu na to, co pani robi. A także nie wpłynie na zmianę pani 

osobowości.

- Myli się pan - wyszeptała. Z dużym wysiłkiem otrząsnęła się ze złych myśli i znowu 

spojrzała na niego. - No to jedźmy dalej. Co jeszcze?

- Chciałbym zorganizować wystawę w ciągu dwóch miesięcy. W dublińskiej galerii. 

Musiałbym,   rzecz   jasna,   obejrzeć   ukończone   prace   i   zorganizować   transport.   Chciałbym 

także, aby mnie pani informowała o nowych pracach, które pani zrobi w ciągu najbliższych 

tygodni.   Wycenimy   każdą   sztukę,   a   wszystko   co   zostanie   w   inwentarzu   po   wystawie 

pokażemy w Dublinie i w innych galeriach.

Odetchnęła głęboko i spokojnie.

-   Bardzo   bym   była   wdzięczna,   gdyby   nie   odnosił   się   pan   do   moich   prac   jak   do 

inwentarza. Przynajmniej w mojej obecności.

-   Załatwione.   -   Podniósł   rękę   na   znak   przysięgi.   -   Będzie   pani   oczywiście 

otrzymywała  wykaz sprzedanych  prac. Może pani zaproponować swoje sugestie odnośnie 

wyboru zdjęć do katalogu. Albo też może się pani zdać na nas.

background image

- Jak i kiedy otrzymam pieniądze? - zapytała.

- Mogę pani wypłacić  ryczałtem.  Nie widzę przeszkód. Znam pani prace i jestem 

przeświadczony o ich wartości.

Przypomniała sobie, co wcześniej powiedział; o tym, że może uzyskać dwukrotnie 

wyższą cenę za rzeźbę, którą właśnie skończyła. Może nie jest kobietą interesu, ale nie jest 

także idiotką.

- A czy jest inna forma sprzedaży?

- Mógłbym wziąć wszystko w komis. Od każdego sprzedanego przedmiotu, potrącamy 

procent.

To już graniczy z hazardem, pomyślała. Ale wolała hazard.

- Ile?

Spodziewając się jej reakcji, nie spuszczał z niej wzroku.

- Trzydzieści pięć procent - odparł.

Wydała z siebie zduszony dźwięk.

- Trzydzieści pięć? Trzydzieści pięć? To kradzież. To rozbój! - Znowu poderwała się 

od stołu i stanęła nad nim. - Jest pan sępem, panie Sweeney. Niech szlag pana trafi, pana i 

pańskie trzydzieści pięć procent!

-   Biorę   na   siebie   całe   ryzyko,   mam   także   ogromne   wydatki.   -   Rozłożył   ręce,   a 

następnie uniósł je do góry. - Pani tylko tworzy.

- Ach tak.  A więc  ja niczego  nie robię,  tylko  siedzę  sobie na  tyłku  i  czekam  na 

natchnienie, które na mnie spływa jak tęcza. Pan o niczym nie ma pojęcia, o niczym. - Znowu 

zaczęła krążyć po kuchni, wzniecając swą energią i temperamentem istne wiry powietrza. - 

Przypominam, że beze mnie niczego pan nie sprzeda. I to jest moja praca, moja krew i mój 

pot, z których chce pan mieć niezłe pieniądze! Zgodzę się na piętnaście procent.

- A ja na trzydzieści.

- Niech pana piekło pochłonie, Rogan, to lichwiarstwo. Dwadzieścia.

- Dwadzieścia pięć. - Podniósł się z krzesła i stanął tuż obok niej. - Worldwide zarobi 

na pani pocie i krwi jedną czwartą, Maggie, obiecuję to pani.

- Jedną czwartą - wycedziła przez zęby. - Z pana jest handlarz, a nie żaden znawca 

sztuki!

- Ale zapewniam artystom materialne bezpieczeństwo. Proszę o tym nie zapominać, 

Maggie. Pani prace ujrzy Nowy Jork, Rzym i Paryż. A każdy kto je zobaczy, nigdy ich nie 

zapomni.

-   Bystry   z   pana   facet,   Rogan,   szybko   pan   przeskoczył   od   pieniędzy   do   sławy.   - 

background image

Spojrzała na niego wilkiem, po czym machnęła ręką. - Do diabła z tym wszystkim, z panem 

włącznie, będzie pan miał swoich dwadzieścia pięć procent.

Było to dokładnie tyle, ile planował od początku. Ujął jej rękę, przytrzymał ją.

- Zrobimy wspólnie dobrą robotę, Maggie.

Miała nadzieję, że będzie ona na tyle dobra, iż pozwoli jej umieścić matkę z dala od 

Blackthorn Cottage.

- A jeśli się nie uda, Rogan, zapłaci mi pan za to.

Lubił smak jej skóry, uniósł więc jej dłoń i pocałował.

- Podejmę to ryzyko.

Zdawało się jej, iż przyrósł wargami do jej ręki. Poczuła szybkie bicie serca.

- Jeśli zamierza mnie pan uwodzić, trzeba było okazać więcej sprytu i zacząć, zanim 

przeszliśmy do spraw handlowych.

Zaskoczyła go, wprawiła w zakłopotanie.

- Wolałbym nie mieszać spraw osobistych i zawodowych.

-  Kolejna  cecha,  która   nas   różni.  -  Była   zadowolona,   że  tak   gładko  udało   się  jej 

wybrnąć z niezręcznej sytuacji. - Moje osobiste i zawodowe życie zawsze się splata. Gdy 

mam ochotę, pobłażam sobie zarówno w jednym, jak i w drugim. - Uśmiechając się, cofnęła 

rękę. - Ale nie odczuwam na razie takiej potrzeby. Powiadomię pana osobiście, gdy przyjdzie 

na to czas, o ile w ogóle przyjdzie.

- Pani się ze mną przekomarza, Maggie?

Zatrzymała się, jakby chcąc to przemyśleć.

- Nie, po prostu wyjaśniam panu. A teraz pójdziemy do warsztatu. Wybierze pan to, co 

będzie pan chciał wysłać statkiem do Dublina. - Odwróciła się i z kołka na drzwiach zdjęła 

kurtkę. - Może chce pan swój płaszcz? Szkoda byłoby zmoczyć taki paradny garnitur!

Przyglądał   się   jej   przez   chwilę,   zastanawiając   się,   dlaczego   czuje   się   tak   bardzo 

znieważony. Bez słowa zawrócił na pięcie i poszedł po płaszcz.

Korzystając   z   okazji,   Maggie   wyszła   na   dwór,   by   na   zimnym   deszczu   ostudzić 

wzburzoną krew. To niepoważne, pomyślała, by zwykły pocałunek w rękę mógł spowodować 

aż tak silne erotyczne napięcie. Rogan Sweeney jest gładki w obejściu, nazbyt gładki. Całe 

szczęście, że mieszka po drugiej stronie wyspy. Szczęście także, że nie jest w jej typie.

Ani trochę.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wysoka   trawa   wokół   zrujnowanego   opactwa   stanowiła   ładną   oprawę   ostatniego 

miejsca spoczynku. Maggie wywalczyła to miejsce na pochówek dla ojca. Wolała je zamiast 

wypielęgnowanego,   nieprzytulnego   terenu   obok   wiejskiego   kościoła.   Pragnęła   ciszy   i 

spokoju, a także odrobiny majestatu dla ojca. Przynajmniej raz Brianna stanęła po jej stronie. 

Po długich perswazjach, matka, z urażoną miną, w posępnym nastroju, zamknęła wreszcie 

usta i umyła ręce od przygotowań do pogrzebu.

Maggie przychodziła tutaj tylko dwa razy w roku, raz w dniu urodzin ojca, a drugi w 

swoje własne urodziny. Aby mu podziękować za dar swojego życia. Nigdy natomiast nie 

odwiedzała   grobu   w   rocznicę   śmierci   ojca,   jak   również   nigdy   nie   pozwoliła   sobie   na 

opłakiwanie go w samotności.

Teraz także nie przyszła, by go opłakiwać. Usiadła na trawie, obok niego, obejmując 

ramionami kolana. Przez warstwy chmur przebijało słońce, rzucało od czasu do czasu złociste 

promienie na groby, a wiatr orzeźwiał powietrze, pachniały wokół polne kwiaty.

Nie przyniosła ze sobą kwiatów, nigdy tego nie robiła. Brianna zrobiła kwietnik, gdy 

więc wiosna ogrzała ziemię, jego grób mienił się tęczą kolorów, urzekał swym pięknem.

Pokazały   się   delikatne   pączki   pierwiosnków.   Wśród   kruchych,   młodych   pędów 

polnych ostróżek i bukwicy łagodnie kołysały się czarodziejskie główki orlików. Nad płytą 

nagrobną przefrunęła sroka, poszybowała ku polom. Jedna sroka to smutek, przypomniała 

sobie   Maggie   dziecięcą   wróżbę   i   nadaremnie   wypatrywała   na   niebie   drugiej,   tej   która 

przepowiada radość.

Tuż   obok   trzepotały   motyle,   migając   cienkimi,   bezdźwięcznymi   skrzydłami. 

Obserwowała je, znajdując pociechę w ich barwach i ruchu. Nie można go było pochować 

blisko morza, ale to miejsce, pomyślała, na pewno by mu się podobało.

Maggie wyciągnęła się wygodnie, oparła o brzeg płyty ojca i zamknęła oczy.

Chciałabym, żebyś jeszcze był tutaj, pomyślała, mogłabym ci opowiedzieć, co robię. 

Nie po to, żebyś mi radził, co to to nie. Ale dobrze by było, żebyś posłuchał.

Jeżeli   Rogan   Sweeney   jest   słownym   człowiekiem,   a   nie   sądzę,   żeby   mogło   być 

inaczej, będę bogatą kobietą. Na pewno byś się z tego ucieszył. Starczyłoby dla ciebie na 

otwarcie pubu, czego zawsze pragnąłeś. Och, jakże biedny był z ciebie farmer, najdroższy 

tato. Ale za to najlepszy z ojców. Naprawdę najlepszy.

Pomyślała, że robiła, co mogła, aby dotrzymać danej mu obietnicy. Zajmowała się 

matką i siostrą, i realizowała swoje marzenia.

background image

- Maggie.

Otworzyła oczy i spojrzała na Briannę. Jak spod igiełki, pomyślała, przypatrując się 

siostrze. Jej prześliczne włosy zaczesane były do góry, ubranie starannie wyprasowane.

- Wyglądasz jak nauczycielka - powiedziała Maggie i roześmiała się z miny Brianny. - 

Jak śliczna nauczycielka.

- A ty wyglądasz jak oberwaniec - odparowała Brianna, patrząc  z dezaprobatą  na 

postrzępione dżinsy Maggie i wytarty sweterek. - Jak śliczny oberwaniec.

Brianna przyklękła obok siostry i złożyła ręce. Nie, żeby się modlić, lecz tak sobie, dla 

porządku.

Przez chwilę siedziały w milczeniu, a wiatr rozwiewał trawę i przelatywał między 

pochylonymi kamiennymi płytami.

- Piękny dzień, by posiedzieć przy grobie - zauważyła Maggie. Pomyślała, że miałby 

dzisiaj siedemdziesiąt jeden lat. - Kwiaty ślicznie kwitną.

- Trzeba by je trochę wypielić. - I Brianna zabrała się do pracy. - Znalazłam dziś rano 

pieniądze w kuchni, Maggie. To za dużo.

- Dobrze się sprzedałam. Odłóż trochę na boku.

- Wolałabym, żebyś ty miała z nich jakąś radość.

- Mnie wystarczy świadomość, że szybciej się jej pozbędziesz.

-  Ona  nie   jest  dla   mnie   ciężarem   -  westchnęła   Brianna.   Dostrzegła  wyraz   twarzy 

siostry i bezradnie wzruszyła  ramionami.  - Nie aż tak wielkim, jak ci się wydaje. Tylko 

wtedy, kiedy się marnie czuje.

- Czyli codziennie! Brie, kocham cię.

- Wiem, że mnie kochasz.

-   Pieniądze   są   najlepszym   sposobem   na   okazanie   ci   tego.   Tatuś   chciał,   żebym   ci 

pomagała   przy   niej.   A   biorę   Boga   na   świadka,   że   nie   mogłabym   z   nią   mieszkać. 

Skończyłabym przez nią w domu wariatów, albo poszłabym do więzienia za zamordowanie 

jej podczas snu.

- Ten interes z Roganem Sweeneyem robisz dla niej?

-   Nie.   -  Zjeżyła   się   Maggie.   -   Raczej   przez   nią,   co  w   końcu  zmienia   zasadniczo 

sprawę. Gdy tylko zamieszka na swoim i będzie żyła własnym życiem, wyjdziesz za mąż i 

obdarujesz mnie hordą siostrzenic i siostrzeńców.

- Mogłabyś mieć własne dzieci.

- Nie chcę wychodzić za mąż. - Maggie znowu zamknęła oczy. - Naprawdę, nie chcę. 

Wolę robić, co mi się podoba i przed nikim nie musieć się opowiadać. Będę rozpieszczała 

background image

twoje dzieci, a one będą przybiegały do cioci Maggie, gdy tylko będziesz zbyt surowa dla 

nich. - Otworzyła oczy. - Mogłabyś wyjść za mąż za Murphy'ego.

Śmiech Brianny poniósł się pięknym echem ponad wysoką trawą.

- Gdyby to usłyszał, padłby z wrażenia.

- Zawsze się w tobie kochał.

- Tak, prawda, kiedy miałam trzynaście lat. Nie, jest uroczym mężczyzną i kocham go 

jak brata. Ale nie jest tym, którego chciałabym mieć za męża.

- A więc już sobie wszystko zaplanowałaś?

-   Niczego   nie   planowałam   -   z   przesadą   w   głosie   odpowiedziała   Brianna   -   i   nie 

zbaczajmy  z tematu.  Nie  chcę, żebyś  się wiązała  z panem Sweeneyem  tylko  dlatego,  że 

czujesz się za mnie odpowiedzialna. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdybyś robiła to dla 

własnej kariery, ale nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa dlatego, że wydaje ci się, iż ja nie 

jestem szczęśliwa. Bo tak nie jest.

- Ile razy w tym miesiącu musiałaś jej podawać posiłki do łóżka?

- Nie prowadzę rachunków...

- A powinnaś - przerwała jej  Maggie. - W każdym  razie  stało się. Tydzień  temu 

podpisałam kontrakt. Znajduję się obecnie w rękach Rogana Sweeneya i Worldwide. Za dwa 

tygodnie będę miała wystawę w Dublinie.

- Dwa tygodnie. Tak szybko!

- On nie marnuje czasu! Pojedź ze mną, Brie. - Schwyciła siostrę za rękę. - Każemy 

Sweeneyowi wynająć sobie luksusowy hotel, będziemy jadały w restauracjach i kupowały 

sobie jakieś głupstwa.

Zakupy. Jedzenie, którego sama nie musiałaby gotować. Łóżko, którego nie musiałaby 

słać. Rozmarzyła się tęsknie, ale na krótko.

- Bardzo bym chciała być z tobą, Maggie. Ale nie mogę jej tak zostawić.

- Do diabła z tym! Na Boga, przecież wytrzyma sama kilka dni.

-   Nie   mogę   jej   zostawić.   -   Zawahała   się   Brianna,   po   czym,   znużona,   usiadła   z 

powrotem na trawie. - Przewróciła się w zeszłym tygodniu.

- Potłukła się? - Palce Maggie kurczowo uchwyciły ramię siostry. - Do diabła, Brie, 

dlaczegoś mi o tym nie powiedziałaś? Jak to się stało?

- Nie mówiłam ci, ponieważ jak się okazało nie było to nic poważnego. Na własne 

życzenie   wyszła   na   dwór,   gdy   ja   sprzątałam   na   górze   pokoje.   Zdaje   się,   że   straciła 

równowagę. Stłukła sobie biodro i nadwyrężyła ramię.

- Wezwałaś doktora Hogana?

background image

- Oczywiście. Powiedział, że to nic poważnego, i żeby się nie martwić. Po prostu 

straciła grunt pod nogami. Gdyby się więcej ruszała, robiła jakieś ćwiczenia, jadła lepiej i tak 

dalej, byłaby silniejsza.

- To oczywiste! - Do licha z nią, pomyślała Maggie. Do licha także z tym ciągłym, 

nieustannym poczuciem winy, które nie opuszczało jej własnego serca. - Podejrzewam, że 

znowu zapakowała się do łóżka. I od tej pory go nie opuszcza.

Uśmiech Brianny był wymuszony.

- Nie mogę jej z niego ruszyć. Twierdzi, że ma zaburzenia błędnika i że chce jechać do 

Cork do specjalisty.

- No tak! - wykrzyknęła Maggie, potrząsnęła głową i zapatrzyła się w niebo. - To cała 

ona!   Nie   znam   nikogo   bardziej   narzekającego   i   utyskującego   niż   Maeve   Concannon.   A 

tymczasem ona wodzi cię za nos, Brianno.

- Nie przeczę, ale nie mam serca, żeby z tym skończyć.

- To ja to zrobię za ciebie. - Maggie podniosła się i otrzepała kolana. - To tylko 

kwestia pieniędzy, Brie. Tylko o to zawsze jej chodziło. Bóg jeden wie, jakie mu piekło robiła 

za to, że nie mógł jej nastarczyć. - W obronnym geście Maggie położyła rękę na płycie grobu 

ojca.

- To prawda, ale on także zadawał jej ból. Nie można sobie wyobrazić gorzej dobranej 

pary. Małżeństwa nie zawsze są niebem czy piekłem. Bywa, że upodobniają się. do czyśćca.

- A ludzie są zbyt głupi, lub zbyt porządni, żeby się rozstać. - Maggie pogłaskała 

kamienną płytę. - Wolę głupców niż męczenników. Odłóż na boku pieniądze, Brie. Wkrótce 

będziemy miały więcej. To się okaże w Dublinie.

- Czy zobaczysz się z nią przed wyjazdem?

- Zobaczę - odpowiedziała ponurym głosem Maggie.

- Myślę, że ci się spodoba. - Sięgając po śmietankę, Rogan uśmiechnął się do swojej 

babci. - To bardzo interesująca kobieta.

- Interesująca. - Christine Rogan Sweeney spojrzała bacznie na wnuka spod uniesionej 

siwej   brwi.   Znała   go   dobrze,   wyczuwała   wszystko   z   tonu   jego   głosu,   wyrazu   twarzy. 

Tymczasem jednak postać Maggie Concannon otaczała tajemniczość - Na czym to polega?

Sam jeszcze tego nie wiedział, dlatego, grając na zwłokę, długo i starannie mieszał 

cukier w herbacie.

- Jest wspaniałą artystką; ma nadzwyczajną wyobraźnię. A poza tym mieszka sama w 

małym domku w Clare, w jedynej w swoim rodzaju scenerii. Namiętnie oddaje się swojej 

background image

sztuce, ale niechętnie ją pokazuje. Chwilami bywa czarująca, a chwilami nieokrzesana, i w 

obu przypadkach jest równie autentyczna.

- Nierówna kobieta.

- Bardzo. - Oparł się wygodnie i z zadowoleniem potoczył  wzrokiem po uroczym 

saloniku.   Z   filiżanką   z   sewrskiej   porcelany   w   ręku,   z   głową   na   brokatowym   oparciu 

barokowego krzesła z epoki królowej Anny czuł się tu bardzo dobrze. W kominku żarzyły się 

węgle. Kwiaty na stole i domowe wypieki pachniały świeżością.

Bardzo sobie cenił herbatki u babci. Harmonia i porządek jej domu działały kojąco, 

podobnie jak ona sama, zawsze godna i dostojna, o wolno przemijającej urodzie.

Wiedział,  że  ma  siedemdziesiąt  trzy lata  i  czerpał  osobistą satysfakcję  z  faktu, iż 

wygląda   o   dziesięć   lat   młodziej.   Miała   delikatną   jak   alabaster   cerę.   Ze   zmarszczkami, 

owszem, ale te oznaki wieku przydawały tylko spokoju i łagodności jej twarzy. Miała lśniące, 

błękitne oczy i jedwabiste, białe jak pierwszy płatek śniegu włosy.

Była   bystra,   miała   nieomylny   gust,   hojne   serce   i   wyważone,   często   uszczypliwe 

poczucie humoru. Była, co Rogan często jej powtarzał, jego ideałem kobiety.

Schlebiało to jej, lecz równocześnie stanowiło przedmiot jej troski.

Nie spełnił jednego tylko jej oczekiwania. Tak bardzo pragnęła, by oprócz sukcesów 

zawodowych znalazł zadowolenie w życiu osobistym.

- Jak idą przygotowania do wystawy? - zapytała.

-   Bardzo   dobrze.   Byłoby   jednak   lepiej,   gdyby   nasza   artystka   miała   zwyczaj 

odpowiadania   na   telefony.   -   Starał   się   nie   okazywać   zirytowania.   -   Przedmioty,   które 

wybraliśmy na wystawę są fantastyczne. Musisz przyjść do galerii i je zobaczyć.

-   Z   przyjemnością.   -   Ale   jeszcze   bardziej   niż   sztuka   interesowała   ją   artystka.   - 

Powiedziałeś, że to młoda kobieta?

- Hmmm?

- Maggie Concannon. Czy mówiąc o niej wspomniałeś, że jest młoda?

- O, gdzieś około dwudziestu pięciu lat, przypuszczam. Młoda, oczywiście, zwłaszcza 

jak na to, co tworzy.

Boże, jak trudno z niego cokolwiek wydostać, pomyślała Christine.

- I powiedziałeś,  że zwraca na siebie uwagę? Tak jak... no, jak ona się nazywa... 

Miranda   Whitfield   -   Fry,   ta   która   rzeźbi   w   metalu   i   obwieszona   jest   ciężką   biżuterią   i 

kolorowymi szalami?

-   Nie   ma   nic   wspólnego   z   Mirandą!   -   Chwała   Bogu.   Na   samo   wspomnienie 

natrętnych, kłopotliwych metod, jakimi ta kobieta próbowała go usidlić, przeszły go ciarki. - 

background image

Z   Maggie   kojarzą   się   raczej   ciężkie,   skórzane   buty   i   bawełniana   koszula.   A   jej   włosy 

wyglądają tak, jakby dopadła je na oślep kuchennymi nożycami.

- A zatem jest nieatrakcyjna.

- Nie, bardzo atrakcyjna. Ale w nietypowy sposób.

- Męski typ?

- Nie. - Czując pewien dyskomfort, przypomniał sobie zdrożny, fizyczny pociąg, jej 

zmysłowy zapach, krótkie, niezamierzone drżenie jej ciała pod jego ręką. - Daleko jej do tego.

Aha!   Całkiem   nieźle,   pomyślała   Christine.   Musi   koniecznie   spotkać   kobietę,   z 

powodu której Rogan ma tak nachmurzoną minę.

- Ona cię intryguje.

- Oczywiście, w przeciwnym razie nie wspomniałbym ci o niej. - Gdy spojrzał na 

babcię, zrobił podobną minę, bezwiednie unosząc w identyczny sposób brew. - To sprawy 

zawodowe, babciu. Tylko zawodowe.

- Oczywiście. - Uśmiechając się w duchu, dolała mu herbaty. - Opowiedz mi więcej o 

swoich planach.

Rogan zjawił się w galerii następnego ranka o ósmej. Spędził w miłym towarzystwie 

przyjemny wieczór w teatrze, a następnie zjadł dobrą kolację w restauracji. Patrycja była jak 

zwykle   urocza   i   czarująca.   Była   wdową   po   starym   przyjacielu,   traktował   ją   jak   daleką 

kuzynkę i spotkanie z nią nie miało dla niego charakteru randki. Jedząc łososia i popijając 

szampana, dyskutowali o sztuce Eugena O'Neilla, a na pożegnanie, tuż po północy, wymienili 

platoniczny pocałunek.

W nocy nie zmrużył oka.

Przewracał się z boku na bok. Bynajmniej nie z powodu beztroskiego śmiechu czy 

subtelnego zapachu perfum Patrycji.

To przez Maggie Concannon, pomyślał. To naturalne, że ta kobieta zaprząta cały jego 

umysł, skoro większość czasu i energii koncentruje na zbliżającym się otwarciu jej wystawy. 

Nic dziwnego, że ciągle o niej myśli, zwłaszcza odkąd stała się nieosiągalna przez telefon.

Awersja tej kobiety do takiej formy kontaktowania się sprawiła, że musiał się uciec do 

telegramów, które słał na zachodnie wybrzeże z niezmienną regularnością.

Jej jedną i jedyną odpowiedzią było krótkie i rzeczowe: NIE ZAWRACAĆ GŁOWY.

Wprost   niewiarygodne,   pomyślał   Rogan,   otwierając   zamek   eleganckich, 

przeszklonych  drzwi galerii.  Oskarża  go o zawracanie  jej głowy,  jak jakiegoś  zepsutego, 

nieodpowiedzialnego   smarkacza.   Na   miłość   boską,   jest   przecież   biznesmenem,   mającym 

background image

zapoczątkować   jej   oszołamiającą   karierę.   A   ona   nie   raczy   nawet   podnieść   tej   przeklętej 

słuchawki i przeprowadzić z nim rozsądnej rozmowy.

Przyzwyczajony był do artystów. Panno Najświętsza, ty jedna wiesz, jak trudno jest z 

nimi dojść do ładu. Są ekscentryczni, brak im poczucia bezpieczeństwa, często są dziecinni i 

stawiają naiwne żądania. To była jego praca i uważał, że jest w niej dobry. Ale Maggie 

Concannon wystawia na próbę zarówno jego zawodowe umiejętności, jak i jego cierpliwość.

Zamknął   za   sobą   drzwi   na   klucz   i   odetchnął   spokojnym,   pachnącym   powietrzem 

galerii.   Wzniesiony   przez   dziadka   budynek   był   duży   i   majestatyczny,   godny  i   uroczysty 

pomnik wzniesiony sztuce, z neogotycką kamieniarką i rzeźbionymi balustradami.

Wewnątrz znajdowały się niezliczone pomieszczenia, niektóre mniejsze, inne większe, 

biegnące w amfiladzie, oddzielone od siebie potężnymi łukami drzwiowymi. Kręcone schody 

wznosiły   się   łagodnie   na   pierwsze   piętro,   mieszczące   ogromną,   wielkości   sali   balowej, 

przestrzeń,   wzdłuż   której   znajdowały   się   przytulne   saloniki   z   wstawionymi   do   nich 

antycznymi sofami.

To tutaj wystawi prace Maggie. W sali balowej umieści niedużą orkiestrę. Delektując 

się   muzyką,   szampanem   i   malutkimi   kanapeczkami,   goście   będą   wkraczać   stopniowo   w 

zaplanowany z precyzją stratega zaczarowany świat jej sztuki. Większe, prowokujące rzeźby 

wyeksponuje stosując odpowiednie efekty świetlne, mniejszym zaś da skromniejszą, bardziej 

kameralną oprawę.

Dopracowując   oczyma   wyobraźni   każdy   szczegół,   przemierzał   dolną   galerię   w 

kierunku biura i magazynów.

W kuchence Joseph Donahoe, menedżer galerii, nalewał sobie kawy.

- Wcześnie dziś przychodzisz - uśmiechnął  się Joseph, błyskając złotym  zębem. - 

Kawy?

- Tak. Przed pójściem do biura chciałbym zobaczyć, jak postępują prace na górze.

- Właśnie stamtąd wracam - zapewnił go Joseph.

Choć obaj mężczyźni byli w tym samym wieku, włosy Josepha przerzedzały się na 

czubku głowy. Rekompensował sobie ich stratę, zapuszczając je i wiążąc w luźny koński 

ogon. Podczas gry w polo jedno nieuważne uderzenie drewnianego młotka kosztowało go 

złamanie   nosa,   który   odtąd   przekrzywił   się   odrobinę   w   lewo.   Rezultat   był   taki,   że 

przypominał pirata przebranego w najlepszy garnitur od Saviego Rowa.

Kobiety go uwielbiały.

- Wyglądasz, jakbyś się nieco rozsypywał.

- Bezsenność - odrzekł Rogan i wziął kawę bez mleka. - Czy rozpakowano wczorajszą 

background image

przesyłkę?

-   Obawiałem   się,   że   o   nie   zapytasz.   -   Joseph   zmarszczył   czoło,   podniósł   do   ust 

filiżankę i wymamrotał: - Jeszcze nie przyszła.

- Co?

Joseph zamrugał powiekami. Pracował dla Rogana od ponad dziesięciu lat i znał ten 

ton.

- Wczoraj nie przyszła. Ale na pewno dotrze dzisiaj rano. Dlatego także jestem tutaj 

wcześniej.

-   Co   ta   kobieta   wyprawia?   Zostawiłem   jej   dokładne,   najprostsze   pod   słońcem 

instrukcje. Wiedziała dobrze, kiedy ma nadać na statek ostatnie prace.

- To artystka, Roganie. Prawdopodobnie miała przypływ natchnienia i przegapiła porę. 

Mamy jeszcze dużo czasu.

-   Nie   mam   zamiaru   tolerować   jej   bałaganiarstwa.   -   Rozzłoszczony,   porwał   za 

słuchawkę kuchennego telefonu.

Nie musiał sprawdzać w notesie jej numeru. Znał go na pamięć. Nacisnął z całej siły 

guziczki i czekał, podczas gdy telefon dzwonił i dzwonił.

- To są jakieś nieodpowiedzialne kpiny!

Gdy Rogan z trzaskiem odłożył słuchawkę, Joseph wyjął papierosa.

-   Mamy   ponad   trzydzieści   przedmiotów   -   powiedział,   strzelając   ozdobną,   pokrytą 

emalią   zapalniczką.   -   To   dość,   nawet   bez   tej   ostatniej   przesyłki.   Ale   co   to   są   za   prace, 

Roganie! Nawet taki stary wyjadacz jak ja padł z wrażenia.

- To nie jest żaden argument!

Joseph wypuścił dym, zacisnął wargi.

- Ale na razie musimy się tym zadowolić.

- Umówiliśmy się na czterdzieści sztuk, a nie na trzydzieści pięć, ani na trzydzieści 

sześć. Czterdzieści. Dokładnie. I, na Boga, będę je miał.

- Rogan, dokąd pędzisz? - krzyknął Joseph, gdy Rogan jak burza wypadł z kuchni.

- Do tego cholernego Clare.

Joseph zaciągnął się papierosem, i filiżanką kawy wzniósł toast.

Bon voyage.

Lot trwał tak krótko, że Rogan nie zdążył ochłonąć i poskromić swej wściekłości. Ani 

wspaniałe błękitne niebo, ani balsamiczne powietrze nie wpłynęły w żaden sposób na zmianę 

jego nastroju. Kiedy zatrzasnął drzwiczki wynajętego na lotnisku w Shannon samochodu i 

background image

ruszył przed siebie, nadal przeklinał Maggie.

A gdy już dojechał do jej domu, aż wrzał ze złości.

Co za zuchwała kobieta, myślał, podchodząc sztywnym krokiem do frontowych drzwi. 

Żeby go odrywać  od pracy,  od obowiązków. Czy jej się wydaje,  że jest jedyną  artystką 

reprezentowaną przez jego firmę?

Walił do drzwi aż rozbolała go pięść. Nie zwracając uwagi na dobre maniery, otworzył 

drzwi.

- Maggie! - zawołał, przebiegając z salonu do kuchni. - Do diabła! - Nie zatrzymując 

się, wypadł kuchennymi drzwiami i ruszył w stronę pracowni.

Powinien był się od razu domyślić, gdzie jej szukać.

Podniosła wzrok znad warsztatu i znad sterty poszarpanego papieru.

- Świetnie, skorzystam z pańskiej pomocy.

-   Dlaczego,   u   licha,   nie   odbiera   pani   telefonów?   Do   czego   to   draństwo   jest   pani 

potrzebne, jeśli nie posługuje się nim pani?

- Sama często zadaję sobie to samo pytanie. Proszę mi podać tamten młotek, dobrze?

Wziął go z ławy, zważył w ręku, widząc już w marzeniach siebie walącego ją nim po 

głowie.

- Gdzie, do diabła, jest przesyłka?

- Właśnie tutaj. - Przeczesała palcami zmierzwione włosy, a następnie wzięła od niego 

młotek. - Właśnie pakuję.

- Oczekiwaliśmy jej wczoraj w Dublinie.

- Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ jeszcze jej nie wysłałam. - Szybkimi, wprawnymi 

ruchami zaczęła zbijać gwoździami stojącą na podłodze drewnianą skrzynkę. - A jeśli przebył 

pan tę całą trasę po to tylko, żeby się o tym przekonać, to powiem, że chyba nie wie pan, co 

robić z czasem.

Podniosła się z podłogi i usiadła ciężko za warsztatem. Młotek spadł na beton, tuż 

obok jego stopy. Zanim zdążyła nabrać w płuca powietrza, by go złajać, ujął ją za podbródek.

- Doskonale wiem, co robić z czasem - wyartykułował  spokojnie. - A pilnowanie 

nieznośnego dziecka, roztrzepanej kobiety, koliduje z moim harmonogramem zajęć. W galerii 

mam personel, którego rozkład zajęć jest starannie, a nawet drobiazgowo opracowany. Do 

pani należało jedynie stosować się do instrukcji i wysłać ten cholerny towar.

Strzepnęła jego rękę.

- Mam gdzieś pańskie harmonogramy i rozkład zajęć. Podpisał pan kontrakt z artystką, 

Sweeney, a nie z wyciskającym z siebie siódme poty urzędnikiem.

background image

- A jakież to artystyczne przedsięwzięcie nie pozwoliło pani wykonać najprostszego 

polecenia?

Obnażyła zęby, jak gdyby miała zamiar go rozszarpać, po czym pokazała palcem.

- To.

Spojrzał we wskazanym kierunku i zamarł. Tylko ślepa furia mogła sprawić, iż nie 

dostrzegł tego, nie zaniemówił już w progu na widok tej rzeźby.

Stała   na  końcu   pomieszczenia,   miała   dobrze   ponad   metr   wysokości.   Mieniąca   się 

kolorami, frapująca bogactwem poskręcanych, wyginających się kształtów. Splecione ciała, 

bezwstydnie erotyczne, cudownie ludzkie. Podszedł i przyglądał się temu z różnych stron.

Z trudem, z wielkim trudem udawało mu się rozróżniać poszczególne płaszczyzny, 

wyodrębniać   szczegóły.   Wszystko   zdawało   się   rozpływać,   stawać   czystą   grą   wyobraźni, 

pozostawiając   przy   tym   wrażenie   absolutnego   spełnienia.   Nie  można   było   dojrzeć,   gdzie 

zaczyna się jedna forma, a kończy następna, tak w pełni i doskonale były ze sobą złączone.

Pomyślał,   że   uczestniczący   w   akcie   uświęcenia   ludzkiej   duchowości   i   zwierzęcej 

zmysłowości.

- Jak pani to nazwała?

- Ujarzmienie - uśmiechnęła się. - Wydaje się, iż to pan mnie zainspirował, Roganie. - 

W przypływie świeżej energii poderwała się z ławy. Czuła się lekko, beztrosko, cudownie. - 

Najtrudniej   jest   dobrać   odpowiednie   kolory.   Nie   wyobraża   pan   sobie,   jak   się   przy   tym 

namęczyłam,   ile   razy   je   mieszałam,   roztapiałam   i   zaczynałam   od   nowa.   Ale   wiedziałam 

doskonale, o co mi chodzi i nie ustawałam, dopóki nie osiągnęłam tego. - Roześmiała się i 

podniosła młotek, by przybić kolejny gwóźdź. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam. Dwa 

albo trzy dni temu? - Znowu się roześmiała, przeciągając ręką po potarganych włosach. - Nie 

jestem   zmęczona.   Czuję   się   dziwnie.   Przepełnia   mnie   szalona   energia,   której   nie   mogę 

zahamować.

- To jest wspaniałe, Maggje.

-  To  najlepsza  praca,   jaką  kiedykolwiek   zrobiłam.   - Obejrzała  się,  by jeszcze  raz 

dokładnie przyjrzeć się rzeźbie. - I chyba już lepszej nie zrobię - powiedziała, lekko uderzając 

młotkiem w dłoń.

-   Postaram   się   o   skrzynię.   -   Rzucił   na   nią   okiem.   Była   blada   jak   kreda,   ale   na 

maksymalnych obrotach, tak jakby jej wytężony umysł nie dopuszczał zmęczenia do jej ciała. 

- Osobiście zajmę się załadunkiem na statek.

- Zaraz sama zbiję skrzynię. To nie zajmie wiele czasu.

- Nie można pani ufać.

background image

- Oczywiście, że można. - Była w tak uroczystym nastroju, iż nawet nie poczuła się 

urażona.   -   I   zbicie   skrzyni   zajmie   mi   mniej   czasu,   niż   panu   sprowadzenie   gotowej.   Już 

wszystko pomierzyłam.

- Jak długo to potrwa?

- Godzinę.

Skinął głową.

- Skorzystam z pani telefonu i zorganizuję przewóz. Przypuszczam, że aparat działa.

- Do twarzy panu z tym sarkazmem - zachichotała, podchodząc do niego. - Podobnie 

jak w tym nieskazitelnym krawacie.

Zanim którekolwiek z nich zdążyło pomyśleć, szybkim ruchem chwyciła go za krawat 

i pociągnęła ku sobie. Jej gorące usta przywarły do jego warg. Znieruchomiał ze zdumienia. 

Wolną rękę wsunęła mu we włosy, przytrzymując je, podczas gdy jej ciało przylgnęło do 

niego. Pocałunek zapalił się, zażarzył i zatlił. Po czym, równie szybko, odsunęła się od niego.

-   Taka   sobie   zachcianka   -   powiedziała   i   uśmiechnęła   się.   Prawda,   że   jej   serce 

podskakiwało w piersi jak zając, ale nie czas, by się teraz nad tym zastanawiać. - Proszę to 

złożyć na karb nadmiaru energii i braku snu. A teraz...

Nie zdążyła się odwrócić, gdy złapał ją za ramię. Pomyślał, że tak łatwo się z tego nie 

wywinie. Nie będzie go obezwładniać znienacka, by po chwili mu się wymknąć.

- Ja również mam zachciankę - wyszeptał. Gdy wsuwał rękę, by objąć ją z tyłu za 

szyję, zaobserwował w jej oczach powściągliwe zdziwienie. Nie opierała się. Nim przywarł 

do jej warg, zdawało mu się, iż dostrzegł na jej twarzy cień rozbawienia.

Lecz   to   nie   trwało   długo.   Ten   pocałunek   był   delikatny,   słodki,   cudownie   pełny. 

Niezwykły jak płatki róży w płomieniu  jej pieca, łagodny,  kojący i zarazem rozpalający. 

Wydało   się   jej,   iż   słyszy   jakiś   dźwięk,   ni   to   lament,   ni   to   westchnienie.   Poczuła   się 

zakłopotana; ten dźwięk wydobywał się z jej rozpłomienionego gardła.

Gdy dźwięk się powtórzył, pełen spokoju, bezradności, oczarowania tym razem, nie 

odsunęła  się,  nie czuła  zmieszania.  Nie, jego usta były  tak delikatne  i tak  przekonujące. 

Poddała się im i zatraciła.

Czuła, jak wtapia się w niego powoli, coraz dalej i dalej.

Gorący strumień dojrzewał łagodnie, osiągnął swą doskonałość i płonął. Płonął długo. 

Rogan zapomniał o złości i o tym, że został sprowokowany. Wiedział natomiast, że żyje.

Czuł   jej   tajemniczy   i  niebezpieczny   smak,   który   wypełniał   jego  usta.   W   myślach 

przelotnie   pojawiła   się   chęć,   by   wziąć   ją,   zdobyć,   zniewolić   siłą.   Przeraził   się   jednak, 

wycofał. Cywilizowany człowiek, świadomy norm etycznych wziął górę nad instynktem.

background image

Zakręciło się jej w głowie. By nie upaść, nie stracić równowagi, musiała uchwycić się 

oparcia. Kilka głębokich oddechów przywróciło jej jasność widzenia. Ujrzała jego wpatrzony 

wzrok, mieszaninę żądzy i zakłopotania.

- No cóż - wzięła się w garść. - Warto się będzie nad tym zastanowić.

Głupio by było przepraszać ją za własne myśli, przekonywał samego siebie Rogan. 

Równie śmiesznie, jak potępiać siebie za fakt, iż dał się ponieść erotycznej wyobraźni, tak 

żywo i wyraźnie ujrzeć jej obraz - rzuconej na podłogę, rozebranej z koszuli i dżinsów. Ale 

nie zrobił tego. Przecież pocałował ją tylko.

Pomyślał natomiast, że może, że powinien obwinie ją za to.

-   Łączą   nas   sprawy   zawodowe   -   rozpoczął   zwięźle.   -   Na   tym   etapie   byłoby 

nierozsądnie, a może nawet szkodliwie, wprowadzać jakikolwiek dodatkowy element.

Zadarła dumnie głowę, zakołysała się na obcasach.

- A czy pójście do łóżka również skomplikowałoby sprawy?

Niech   ją   diabli!   Wyszedł   przez   nią   na   idiotę.   Niech   ją   diabli,   po   tysiąckroć,   że 

pozostawiła go rozdygotanego i tak cholernie, cholernie pragnącego.

- Na tym etapie, myślę, że powinniśmy się skupić nad promocją pani wystawy.

-   Hmmm.   -   Odwróciła   się   pod   pretekstem   uporządkowania   warsztatu.   W 

rzeczywistości potrzebna jej była chwila, by dojść do siebie. Nie była rozwiązła i nie szła do 

łóżka   z   każdym,   kto   ją   pociągał.   Uważała   się   natomiast   za   dostatecznie   niezależną, 

dostatecznie wyzwoloną i dostatecznie rozsądną, by dobierać sobie starannie kochanków.

Zdała sobie sprawę, iż wybrała Rogana Sweeneya.

- Dlaczego mnie pan pocałował?

- Rozzłościła mnie pani.

Wygięła swe szerokie, pełne usta.

- Skoro, jak mi się zdaje, stało się to już utartą regułą między nami, nie pozostaje nam 

nic innego, jak nie otwierać do siebie ust.

- To kwestia samokontroli. - Wiedział, że to brzmi sztywno i sztucznie, i nienawidził 

jej za to.

- Nie wątpię, iż pod tym względem ma pan nieograniczone możliwości. - Odrzuciła do 

tyłu głowę i skrzyżowała ramiona. - Ale jeśli zapragnę pana, jak pan zareaguje? Powstrzyma 

mnie pan siłą?

- Nie sądzę, żeby do tego miało dojść. - Myśl o podobnej sytuacji przyprawiła go o 

wesołość i zakłopotanie. - Powinniśmy się skupić na bieżących sprawach. Ta wystawa może 

się stać punktem zwrotnym w pani karierze.

background image

- Tak. - Byłoby rozsądnie nie zapominać o tym, pomyślała. - A więc będziemy się 

nawzajem wykorzystywać na płaszczyźnie zawodowej.

-   Będziemy   się   wspierać   na   płaszczyźnie   zawodowej   -   poprawił   ją.   Chryste, 

brakowało mu powietrza. - Ruszam więc, żeby załatwić transport.

- Rogan. - Odczekała, aż dotarł do drzwi i odwrócił się ku niej. - Chciałabym z panem 

pojechać.

- Do Dublina? Dzisiaj?

- Tak. Przygotuję się, podczas gdy pan sprowadzi ciężarówkę. Muszę tylko wpaść na 

chwilę do siostry.

Była   w   pełni   odpowiedzialna   za   każde   słowo.   Gdy   tylko,   krztusząc   się   i   sapiąc, 

odjechała   ciężarówka,   Maggie   wrzuciła   swoją   walizkę   na   tylne   siedzenie   wynajętego 

samochodu Rogana.

- Proszę mi tylko dać dziesięć minut - powiedziała, gdy ruszyli w dół wąską drogą. - 

Jestem pewna, że Brie poczęstuje nas kawą lub herbatą.

- Świetnie. - Zatrzymał auto przy Blackthorn i pomaszerował ścieżką za Maggie.

Nie   zapukała   do   drzwi,   lecz   weszła   do   środka   i   udała   się   wprost   do   kuchni   na 

zapleczu. Tam, w fartuszku jak spod igiełki, przewiązanym  w pasie i z białymi  od mąki 

rękoma, była Brianna.

- Och, pan Sweeney, cześć Maggie. Proszę mi wybaczyć bałagan. Mam gości i robię 

paszteciki na kolację.

- Jadę do Dubhna.

- Tak wcześnie? - Brianna wzięła ściereczkę i wytarła ręce. - Myślałam, że wystawa 

ma być w przyszłym tygodniu.

- To prawda. Jadę wcześniej. Czy ona jest u siebie?

Uprzejmy uśmiech Brianny zamarł w kącikach ust.

- Tak. Może ją uprzedzić, że jesteś?

- Sama do niej pójdę. Czy mogłabyś poczęstować pana Rogana kawą?

- Oczywiście. - Rzuciła zatroskane spojrzenie w kierunku Maggie, która przemierzyła 

kuchnię i pomaszerowała do sąsiedniego mieszkania.  Może chciałby się pan rozgościć w 

saloniku, panie Sweeney? Podam tam panu kawę.

- Proszę się nie trudzić. - Był zaintrygowany dalszym rozwojem sytuacji. - Chętnie 

wypiję filiżankę kawy tutaj, jeśli nie sprawię tym pani kłopotu - powiedział z beztroskim 

uśmiechem.

background image

- I proszę mówić do mnie Rogan.

- O ile pamiętam, pije pan bez mleka.

-   Co   za   pamięć!   -   Jesteś   kłębkiem   nerwów,   zauważył,   obserwując   Briannę   i   jej 

niespokojne ruchy, gdy sięgała po spodek i filiżankę.

- Staram się pamiętać  o przyzwyczajeniach moich  gości. A może  kawałek ciasta? 

Upiekłam wczoraj czekoladowy biszkopt.

- Pamiętam, jak pani świetnie gotuje i nie potrafię się oprzeć pokusie. - Zajął miejsce 

przy idealnie czystym, drewnianym stole. - Czy pani to wszystko sama robi?

-   Tak.   Ja...   -   Usłyszała   podniesiony   głos   i   zająknęła   się.   -   Sama   wszystko   robię. 

Zapaliłam w kominku w saloniku. Czy nie byłoby tam panu wygodniej?

Kłótnia   w   sąsiednim   pokoju   przybierała   na   sile,   wywołując   rumieniec   wstydu   i 

zażenowania na policzkach Brianny. Rogan podniósł filiżankę.

- Kto to tak krzyczy?

Brianna zdobyła się na uśmiech.

- To nasza matka. Między nimi panują nienajlepsze stosunki.

- Czy Maggie potrafi dobrze współżyć z kimkolwiek?

- Tylko wtedy, kiedy to jej odpowiada. Ale ona ma serce, cudowne, szczodre serce. 

Tyle tylko, że rzadko je okazuje - westchnęła Brianna. Skoro Rogan nie czuje się zakłopotany 

krzykami, to i ona nie będzie się tym przejmować. - Ukroję panu kawałek ciasta.

-   Ty   nigdy   się   nie   zmienisz.   -   Maeve   przyglądała   się   swej   starszej   córce   przez 

zmrużone powieki. - Jesteś dokładnie taka, jak twój ojciec.

- Jeśli sądzisz, że mnie tym uraziłaś, to jesteś w błędzie!

Maeve   parsknęła   pogardliwie   i   przesunęła   ręką   po   koronkowych   mankietach 

szlafroka. Czas i malkontencki charakter zatarły ślady jej dawnej urody. Miała obrzękłą, bladą 

twarz i dużo zmarszczek wokół zaciśniętych warg. Jej niegdyś złociste jak promień słońca 

włosy posiwiały i upięte były w ciasny koczek.

Leżała rozwalona na stercie poduszek, z Biblią w jednej ręce i pudełkiem czekoladek 

w drugiej. Przed nią, ze ściszonym dźwiękiem, mrugał telewizor.

- A więc do Dublina, tak? Brianna mówiła, że wyjeżdżasz. Żeby szastać pieniędzmi i 

wydawać je na hotele, jak się domyślam.

- To są moje pieniądze.

- O tak, i zrobisz wszystko, żebym o tym nie zapominała - powiedziała z goryczą, 

poprawiając się na poduszkach. Przez całe życie zawsze ktoś inny trzymał rękę na portfelu, 

background image

najpierw   rodzice,   mąż,   a   teraz,   i   to   było   najbardziej   upokarzające,   jej   własna   córka.   -   I 

pomyśleć o tych wszystkich wyrzuconych na marne pieniądzach! Na zakup szkła, naukę za 

granicą.   Po   co   wszystko?   Chyba   tylko   po   to,   żebyś   mogła   odgrywać   wielką   artystkę   i 

zadzierać przed nami wszystkimi nosa.

- Nie wyrzucił na mnie żadnych pieniędzy. Dał mi szansę nauki.

- Podczas gdy ja sterczałam na farmie i urabiałam sobie ręce po łokcie.

- Nigdy nie przepracowałaś jednego, zasmarkanego dnia w swoim życiu! Wyręczałaś 

się Brianną, a sama wylegiwałaś się w łóżku, wiecznie na coś chora.

- Czy uważasz, że tak delikatne zdrowie ułatwiało mi życie, sprawiało przyjemność?

- Och, jeszcze jak! - rozkoszowała się Maggie. - Myślę, że nawet upajałaś się tym!

- Pokornie dźwigam swój krzyż. - Wzięła Biblię i przycisnęła ją do piersi jak tarczę. 

Pomyślała,  iż zapłaciła  już za swój grzech. Spłaciła go setki razy.  I, o ile otrzymała  już 

rozgrzeszenie, nadal nie dane jej było zaznać spokoju. - Krzyż i niewdzięczność dziecka!

- A za cóż miałabym ci być wdzięczna? Za to, że codziennie narzekasz na swój los? 

Za to, że każdym słowem, każdym spojrzeniem dawałaś wyraz swojemu niezadowoleniu i 

braku satysfakcji z męża i ze mnie?

- Urodziłam cię! - krzyknęła Maeve. - O mało nie umarłam, wydając cię na świat. A 

ponieważ nosiłam cię w brzuchu, wyszłam za człowieka, który mnie nie kochał i którego ja 

nie kochałam. Wszystko dla ciebie poświęciłam.

-  Poświęciłaś?  -  powtórzyła   za  nią  Maggie  znużonym  głosem.  -  Coś  ty  dla  mnie 

poświęciła?

Maeve przybrała maskę rozgoryczonej, zranionej w swej dumie osoby.

- Więcej niż ci się wydaje. A w nagrodę otrzymałam dzieci, które mnie nie kochają.

- Czy dlatego, że zaszłaś w ciążę i wyszłaś za mąż, żeby dać mi nazwisko, mam ci 

wybaczyć  krzywdę, jaką mi wyrządziłaś? Wybaczyć  wszystko, czego mi nie dałaś? - Jak 

choćby odrobinę miłości, pomyślała Maggie i bezlitośnie drążyła bolesne miejsce. - Sama 

jesteś sobie winna, mamo, jak byłam tylko rezultatem, a nie przyczyną twoich kłopotów.

- Jak śmiesz do mnie mówić w ten sposób? - Twarz Maeve zapłonęła rumieńcem, 

palce niespokojnie poruszały się po kołdrze. - Niczego dobrego od ciebie nie zaznałam, ani 

szacunku, ani grzeczności, ani też współczucia.

- To prawda. - Ponieważ matka świdrowała ją oczami, Maggie nie pozostawała dłużna 

i cięła językiem jak biczem. - Odziedziczyłam tę wadę po tobie, mamo. A dzisiaj zajrzałam tu 

tylko po to, by ci powiedzieć, iż nie życzę sobie, abyś podczas mojej nieobecności wyżywała 

się na Brie. Jeśli mnie nie posłuchasz, przestanę dawać na utrzymanie.

background image

- Odejmiesz mi jedzenie od ust?

Maggie nachyliła się i postukała palcami w pudełko z czekoladkami.

- Tak. Możesz być tego pewna - zagroziła.

- Czcij ojca swego i matkę swoją. - Maeve przycisnęła do siebie Biblię. - Łamiesz 

przykazanie, Margaret Mary, i skazujesz swą duszę na piekło.

- Wolę odstąpić swoje miejsce w niebie, niż żyć jak hipokrytka na ziemi.

- Margaret Mary! - krzyknęła Maeve, gdy Maggie sięgnęła za klamkę u drzwi. - Nigdy 

niczego nie osiągniesz. Jesteś taka jak on. Ciąży na tobie klątwa boska, Maggie, ponieważ 

zostałaś poczęta poza sakramentem małżeństwa.

-   Nie   widziałam   w   naszym   domu   żadnego   sakramentu   małżeństwa   -   odparowała 

Maggie. - Tylko jego agonię. A jeśli przy moim poczęciu popełniono grzech, to nie na mnie 

on ciąży.

Zatrzasnęła za sobą drzwi, po czym oparła się o nie, chcąc dojść do równowagi.

Wiecznie to samo, pomyślała. Ilekroć znalazły się obok siebie, natychmiast zaczynały 

się znieważać. Mając zaledwie dwanaście lat, wiedziała  już, dlaczego  matka nie lubi jej, 

potępia ją. Sam fakt jej istnienia sprawił, iż marzenia matki spełzły na niczym, przeobraziły 

się w brutalną rzeczywistość.

Nie kochające się małżeństwo, siedmiomiesięczne niemowlę i farma bez farmera.

Właśnie t o matka rzuciła jej w twarz, kiedy Maggie wkroczyła w wiek dojrzewania.

Wyprostowując ramiona, wróciła do kuchni. Nie wiedziała, że jej oczy płoną jeszcze 

złością, że jest bardzo blada. Podeszła do siostry i szybkim ruchem pocałowała ją w policzek.

- Zatelefonuję do ciebie z Dublina.

- Maggie. - Tak wiele miały sobie do powiedzenia, a nic nie zostało powiedziane. 

Brianna uścisnęła tylko jej ręce. - Bardzo bym pragnęła być tam przy tobie.

- Mogłabyś, gdybyś tylko dostatecznie pragnęła. Rogan, czy jest pan gotów?

- Tak. - Podniósł się. - Do zobaczenia, Brianno. Dziękuję.

- Odprowadzę was... - urwała w połowie zdania, słysząc wołanie matki.

- Zobacz, czego chce - powiedziała Maggie i pośpiesznie ruszyła przed siebie. Gdy się 

mocowała z drzwiczkami samochodu Rogana, poczuła jego rękę na ramieniu.

- Czy wszystko w porządku? - zapytał.

-   Nie,   ale   nie   chcę   o   tym   mówić.   -  Szarpnęła   jeszcze   raz,   otworzyła   drzwiczki   i 

wsunęła się do środka.

Obszedł szybko przód samochodu i zajął miejsce za kierownicą.

- Maggie...

background image

-   Nic   nie   mów.   Absolutnie   nic.   Cokolwiek   powiesz,   cokolwiek   zrobisz,   to   i   tak 

niczego nie zmieni. Prowadź więc samochód i daj mi spokój. Wyświadczysz mi tym ogromną 

przysługę.   -   Po   czym   zaczęła   płakać,   namiętnie   i   gorzko,   zaś   on   walczył   z   potrzebą 

pocieszenia jej i z pragnieniem spełnienia jej prośby.

W końcu, nie odzywając się do niej, prowadził samochód trzymając ją za rękę. Byli 

już niedaleko lotniska, kiedy jej szloch ucichł, a naprężone palce stały się miękkie. Wkrótce 

potem zasnęła.

Nie obudziła się, gdy wniósł ją do samolotu, ani gdy posadził ją obok siebie. Nie 

obudziła się również podczas lotu, gdy przyglądał się jej. I zastanawiał się.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Było ciemno, kiedy się obudziła. Jedyną rzeczą, co do której była pewna podczas tych 

pierwszych nieprzytomnych minut był fakt, iż nie leży we własnym łóżku. Zapach pościeli, 

jej dotyk, były inne. Nie musiała często sypiać w wytwornym posłaniu, by wyczuć różnicę, 

rozpoznać delikatny, kojący zapach werbeny na poduszce, w której ukryła twarz.

Do jej świadomości dotarła nagle niemiła myśl; wyciągnęła ostrożnie rękę, by się 

upewnić,   że   nikt   oprócz   niej   nie   zajmuje   tego   łóżka.   Materac   zafalował,   istny   ocean 

cudownej, gładkiej w dotyku pościeli i rozkosznie miękkich pledów. Pusty ocean, chwała 

Bogu, pomyślała i przekręciła się na sam środek łoża.

Ostatnią   wyraźnie   zapamiętaną   migawką  był  płacz,   jej  płacz   aż  do ostatniej  łzy i 

uczucie pustki, które sprawiło, iż miała wrażenie, że unosi się i płynie z prądem niczym 

złamana trzcina.

To było dobre oczyszczenie, stwierdziła, ponieważ czuła się teraz o niebo lepiej - 

silna, wypoczęta i uspokojona.

Pokusa pozostania w miękkiej, pachnącej pościeli, w błogiej ciemności sypialni była 

przemożna. Postanowiła jednak, iż lepiej będzie sprawdzić gdzie jest i jak się tutaj znalazła. 

Sturlała się na brzeg łóżka i po omacku wodziła palcami po gładkiej powierzchni drewnianej 

szafki nocnej, aż zlokalizowała lampkę i zapaliła ją.

Światło było łagodnie stłumione, rzucało ciepły, złocisty blask na dużą sypialnię z 

kasetowym sufitem, na gustowną tapetę w pączki róży oraz na samo łóżko, masywne łóżko z 

narożnymi tralkami.

Iście królewskie łoże, pomyślała z uśmiechem. Szkoda, że z powodu zmęczenia nie 

była w stanie tego docenić.

Kominek   po   przeciwległej   stronie   pokoju   był   wprawdzie   wygaszony,   lecz 

wyczyszczony  do połysku   jak  nowy miedziak  i  przygotowany  do  rozpalenia.   Świeże   jak 

poranek różowe róże na długich łodygach, w szklanym wazonie firmy Waterfold, stały na 

pięknej, zabytkowej komodzie obok srebrnego zestawu szczotek i cudownie kolorowych butli 

z fantazyjnymi zatyczkami.

Maggie ujrzała swe odbicie w wiszącym nad komodą lustrze. Była rozczochrana i 

zapuchnięta.

Wyglądasz   jakby   trochę   nie   na   swoim   miejscu,   dziewczyno,   stwierdziła   i 

wyszczerzyła do lustra zęby w szerokim uśmiechu. Podwinęła rękawy bawełnianej koszuli 

nocnej. Wszystko wskazuje na to, że ktoś miał dobry pomysł  i przed wrzuceniem jej do 

background image

królewskiego łoża zdążył ją przebrać.

Pewnie pokojówka albo sam Rogan. Praktycznie to nie ma znaczenia, stało się, i tylko 

na tym skorzystała. Najprawdopodobniej jej ubranie zaszczyciło wnętrze bogato rzeźbionej 

szafy   z   różanego   drewna.   Równie   nie   na   swoim   miejscu,   zachichotała,   jak   ona   sama, 

zatopiona w morzu wspaniałej, wykwintnej bielizny pościelowej.

Jeśli  to  hotel,  to  z  pewnością   najlepszy z  najlepszych.   Wygramoliła   się z  łóżka  i 

potykając się ruszyła po gęstym, puszystym aubussonie w stronę najbliższych drzwi.

Łazienka   była   równie   wykwintna   co   sypialnia.   Cała   w   lśniących   różowych   i 

kremowych   kafelkach,   z   ogromną   wanną   i   osobnym   prysznicem   oddzielonym   taflą   z 

jednolitego falistego szkła. Aż jęknęła z zazdrości. Zrzuciła z siebie nocną koszulę i odkręciła 

prysznic.

To   było   boskie   uczucie:   gorąca   woda   masowała   jej   plecy,   ramiona,   szyję   jak 

najwprawniejsze palce masażysty. Przy takich wspaniałościach mogła się schować ze swoim 

ciurkającym   prysznicem!   Mydło   pachniało   cytryną   i   prześlizgiwało   się   po   jej   skórze   jak 

jedwab.

Z pewnym  rozbawieniem  stwierdziła,  że jej ubogie i nieliczne przybory toaletowe 

zostały porozstawiane na dużej półce nad różową umywalką w kształcie muszli. Także jej 

szlafrok zawisł na mosiężnym wieszaku obok drzwi.

No cóż, ktoś się nią zajął, uświadomiła sobie ponownie, i na razie nie ma powodu, by 

się uskarżać.

Po piętnastominutowej parówce sięgnęła po jeden z grubych ręczników rozłożonych 

na ogrzewanej poprzeczce. Był tak ogromny, iż mogła się nim owinąć aż po kostki.

Sczesała   z   twarzy   wilgotne   włosy,   posmarowała   się   kremem   z   kryształowego 

pojemnika,   a   następnie   zamieniła   ręcznik   kąpielowy   na   własny,   postrzępiony   flanelowy 

szlafrok.

Bosa  i   zaintrygowana,   zaczęła   penetrować   dom,  w   którym  się   znalazła.   Jej   pokój 

znajdował się na końcu długiego, szerokiego korytarza. Łagodne oświetlenie rzucało cienie na 

błyszczącą podłogę i ciemnoczerwony chodnik. Nie dochodziły tutaj żadne dźwięki. Dotarła 

do schodów, które wdzięcznym łukiem prowadziły na piętro powyżej i w dół. Wybrała dół. 

Zbiegła po schodach, dotykając leciutko idealnie lśniącej poręczy.

Wiedziała już na pewno, że nie jest gościem w luksusowym hotelu, lecz że znajduje 

się w prywatnym domu. W domu Rogana, doszła do wniosku, rzucając zachłanne spojrzenie 

na dzieła sztuki zdobiące foyer i główny hol. Na widok obrazów Van Gogha i Matisse'a aż jej 

pociekła ślinka.

background image

Dotarła do frontowego salonu, z szerokimi oknami otwartymi na balsamiczną noc, do 

bawialni, w której fotele i sofy poustawiane były w grupkach umożliwiających swobodną 

rozmowę. Po drugiej stronie holu znajdowało się pomieszczenie, które, jej zdaniem, mogło 

być   pokojem   muzycznym;   dominującym   akcentem   był   tu  ogromny   fortepian   i   pozłacana 

harfa.

Wszystko tu było  piękne, a zgromadzona  kolekcja dzieł sztuki tak fascynująca,  iż 

mogłaby pogrążyć  Maggie w zachwycie na wiele dni. Ale w tej chwili miała ważniejsze 

sprawy.

Zaczęła   szukać   kuchni.   Nagle   dostrzegła   smugę   światła   padającego   spod   drzwi. 

Podeszła bliżej, a kiedy zajrzała do środka, za poukładanymi w równych stertach papierami, 

ujrzała siedzącego za biurkiem Rogana. Pokój miał dwa poziomy; na dolnym stało biurko, a 

kilka stopni prowadziło wyżej, w miejsce, gdzie ustawiono wygodne fotele. Wzdłuż ścian 

stały półki z książkami.

Kilometry książek, pomyślała, rzucając okiem na pachnące skórą i woskiem do podłóg 

pomieszczenie. Oprawę wnętrza stanowiły kotary i obicia w kolorze burgundzkiego wina oraz 

drewniane boazerie. Idealne wnętrze dla pracującego tutaj mężczyzny, jak i zgromadzonej 

literatury.

Przyglądała   mu   się,   zainteresowana   sposobem   w   jaki   przebiegał   wzrokiem   leżące 

przed nim papiery i szybkim, zdecydowanym ruchem robił z nich notatki. Po raz pierwszy 

widziała go bez garnituru i krawata. Z pewnością wiszą gdzieś obok, pomyślała, ale w tej 

chwili   miał   rozpięty   kołnierzyk   i   zawinięte   do   łokcia   rękawy   nieskazitelnie   czystej   i 

uprasowanej koszuli.

Nawet jego połyskujące w świetle lampy ciemne włosy były nieco zmierzwione. Tak 

jakby   podczas   pracy   przeczesywał   je   niecierpliwie   ręką.   Gdy   go   obserwowała,   wykonał 

właśnie taki ruch: robiąc groźną minę, przeczesał palcami włosy.

Był   pochłonięty   pracą.   Wykonywał   ją   w   równym,   nieprzerwanym   rytmie, 

fascynującym na swój dziwny sposób.

Pomyślała,   iż   nie   należy   do   tego   typu   ludzi,   których   myśli   krążą   po   bezdrożach. 

Cokolwiek robił, robił to z najwyższą koncentracją i wprawą.

Przypomniała sobie sposób, w jaki ją pocałował. Rzeczywiście, pełna koncentracja i 

wprawa!

Rogan   czytał   kolejny   paragraf   umowy.   Zmarszczył   brwi.   Sformułowanie   nie   było 

trafne. Wymagało modyfikacji... Zrobił przerwę, zastanowił się, skreślił zdanie i odczytał na 

nowo.   Rozwój   fabryki   w   Limerick   stanowił   kluczowy   punkt   jego   planu   i   musiał   zostać 

background image

wprowadzony w życie przed końcem roku.

Stworzy tam setki nowych stanowisk pracy, a dzięki zaplanowanej przez Worldwide 

budowie przystępnych w cenie mieszkań, setki rodzin znajdą tam także swój dom.

Jedna gałąź biznesu zapracuje na drugą, pomyślał. Będzie to niewielki, lecz istotny 

wkład w podtrzymanie w Irlandii tego co irlandzkie, a co, niestety, stanowi główny towar 

eksportowy.

Jego myśl  krążyła  wokół  kolejnego paragrafu,  był  bliski  sprecyzowania  go, kiedy 

przyłapał się na tym, że odbiega od tematu. Coś innego przyciągało jego uwagę, rozpraszało 

go. Rogan spojrzał w kierunku drzwi i zobaczył, że to nie c o ś, lecz ktoś.

Musiał   wyczuć   jej   obecność.   Stała   tu   bosa,   rozespana,   w   mocno   sfatygowanym, 

szarym szlafroku. Płonące czerwienią włosy były gładko sczesane do tyłu, w sposób, który na 

pozór wydawał  się zbyt  poważny i surowy,  a który w jej przypadku wyglądał cudownie 

podniecająco.

Taka wprost spod prysznica, jej cera miała odcień kości słoniowej podbitej delikatnym 

różem. Wokół zaspanych oczu jeżyły się wilgotne od wody rzęsy. Jego reakcja była prędka i 

zwierzęca. I ludzka. Błyskawicznie stłumił podniecenie.

- Przepraszam, że przeszkadzam. - Rzuciła mu szybki, wyzywający uśmiech, który 

jeszcze bardziej podrażnił jego przebudzone już libido. - Szukam kuchni. Jestem półżywa z 

głodu.

- Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. - Odchrząknął dla dodania sobie kurażu. Jej 

głos był ochrypły, równie senny i zmysłowy co jej oczy. - Kiedy pani jadła ostatnio?

- Nie wiem dokładnie. - Przeciągnęła się leniwie i ziewnęła. - Myślę, że wczoraj. 

Wciąż jestem jeszcze lekko nieprzytomna.

-  Nie,  wczoraj   pani  spała.  Przez  cały dzień,   od momentu   opuszczenia   domu  pani 

siostry aż do tej chwili.

- Och - wzruszyła ramionami - a która jest godzina?

- Minęła ósma, a dzisiaj jest wtorek.

- Nie najgorzej! - Weszła do pokoju i zwinęła się w kłębek w dużym, skórzanym 

fotelu po drugiej stronie jego biurka, tak jakby robiła to od lat.

- Czy często śpi pani przez trzydzieści godzin bez przerwy?

- Tylko wtedy, gdy zbyt długo jestem na nogach. - Wyciągnęła do góry ręce, aby 

rozruszać obolałe mięśnie. - Czasami jakiś pomysł chwyta za gardło i nie puszcza, dopóki się 

go nie zrealizuje.

Oderwał   wzrok   od   rozcięcia   jej   szlafroka   i   przebłyskującego   spod   niego   ciała,   i 

background image

przeniósł niewidzące spojrzenie na leżące przed nim papiery. Bał się własnej reakcji, reakcji 

rozbuchanego hormonalnie nastolatka.

- Taki tryb życia nie wydaje się najzdrowszy.

-   Nie,   ponieważ   nie   jestem   wtedy   zmęczona.   Wręcz   przeciwnie,   czuję   się 

nieprawdopodobnie   ożywiona,   w   pełnej   gotowości.   Kiedy   się   jest   przepracowanym 

zwyczajną pracą, traci się siły. Trzeba wtedy przerwać i odpocząć. Ze mną jest inaczej. A 

kiedy   jestem   już   wykończona,   padam   i   pozostaję   w   tym   stanie,   dopóki   wszystkiego   nie 

odeśpię. - Znowu się uśmiechnęła. - Kuchnia, Roganie, umieram z głodu!

Zamiast odpowiedzi, podniósł słuchawkę i nacisnął numer.

- Panna Concannon obudziła się - powiedział. - Chciałaby zjeść. W bibliotece, proszę.

- Wspaniale - zawołała. - Ale mogłabym sama usmażyć sobie jajka i nie sprawiać 

kłopotu służbie.

- Za to im płacę.

- Oczywiście. - Jej głos zesztywniał. - A jaki musi pan być dumny, mając służbę na 

każde skinienie przez okrągłą dobę. - Zanim zdążył odpowiedzieć, uciszyła go ruchem ręki. - 

Lepiej nie poruszajmy tego tematu na pusty żołądek. Proszę mi powiedzieć, Roganie, w jaki 

sposób znalazłam się w tym ogromnym łożu na górze?

- Położyłem tam panią.

- Pan? Naprawdę? - Jeśli spodziewał się rumieńca czy zająknięcia się, to spotkało go 

rozczarowanie. - Powinnam więc panu za to podziękować.

-   Zapadła   pani   w   sen   jak   kamień.   W   pewnym   momencie   miałem   nawet   ochotę 

przyłożyć pani do ust lusterko, by się upewnić, że jeszcze pani żyje. - Teraz, z całą pewnością 

żyła, pulsowała w świetle lampy. - Może odrobinę brandy?

- Raczej nie przed jedzeniem.

Podniósł się, podszedł do kredensu i nalał sobie kieliszek z karafki.

- Była pani bardzo smutna przed odjazdem.

Zadarła głowę.

- Skoro o tym mowa, to nie mógł pan tego wyrazić lepiej i bardziej dyplomatycznie. - 

Chwila słabości, płacz, nie wprawiły jej w zakłopota nie. To była zwykła emocja, wzburzenie, 

tak samo ludzkie, jak śmiech czy pożądanie. Ale przypomniała sobie, że trzymał ją za rękę i 

nie   proponował   bezużytecznych   słów,   by   zahamować   jej   rozpacz.   -   Przepraszam,   jeśli 

sprawiłam panu kłopot.

Sprawiła, jeszcze jak! Ale zaprzeczył temu.

- Nie chciała pani rozmawiać na ten temat.

background image

-   Nie   chciałam   i   nie   chcę.   -   Nabrała   w   płuca   powietrze,   próbując   nadać   głosowi 

łagodniejszy ton. Po tylu uprzejmościach nie zasługiwał na taką szorstkość. - To nie ma nic 

wspólnego z panem, Roganie, po prostu stare, rodzinne nieszczęścia. Ale teraz jest mi dobrze, 

więc wyznam panu, że trzymając mnie za rękę, bardzo podniósł mnie pan na duchu. Nie 

spodziewałam się tego po panu.

Ścięli się spojrzeniem.

- Wydaje mi się, że tak słabo się nawzajem znamy, iż lepiej byłoby powstrzymać się 

od uogólnień.

- Zawsze uważałam, że szybko i trafnie oceniam ludzi, ale może ma pan rację. A 

zatem,   proszę   mi   powiedzieć   kim   pan   jest,   Roganie   Sweeneyu?   -   Maggie   zawadiackim 

ruchem podparła brodę pięścią.

Odczuł   ogromną   ulgę,   kiedy   do   biblioteki   wjechała   kolacja,   zwalniając   go   od 

kłopotliwej odpowiedzi. Schludna, ubrana w służbowy strój pokojówka wwiozła na stoliku 

tacę,   którą   bez   słowa,   pobrzękując   jedynie   srebrną   zastawą,   postawiła   przed   Maggie. 

Dygnęła, gdy Maggie podziękowała jej, po czym, na znak dany przez Rogana, zniknęła.

- Ach, co za zapach. - Maggie zaatakowała najpierw zupę, esencjonalny, zawiesisty 

bulion z kawałkami pokrojonych jarzyn. - A pan nie je?

- Nie, już jadłem. - Przysiadł się obok, na sąsiednim fotelu. Uświadomił sobie, iż jej 

obecność   i   bliskość,  gdy  siedząc   tuż   obok   niego   pałaszowała   z  apetytem   kolację   pośród 

otaczającej ich ciszy domu, jest mu dziwnie przyjemna. - Skoro znalazła się pani ponownie 

wśród żywych, może będzie pani miała ochotę zwiedzić rano galerię.

-   Umm.   -  Z   ustami   pełnymi   chrupiącej   bułeczki   pokiwała   twierdząco   głową.   -   O 

której?

-   O   ósmej.   Mam   spotkanie   koło   południa,   ale   mogę   panią   podwieźć   i   zostawić 

samochód do pani dyspozycji.

- Samochód do mojej dyspozycji!? - Co najmniej zabawny pomysł! Roześmiała się, 

zakrywając ręką usta. - Och, mogłabym się zbyt szybko do tego przyzwyczaić. A co zrobię z 

tym samochodem do mojej dyspozycji?

- Cokolwiek pani zechce. - Bóg jeden wie, dlaczego jej reakcja zirytowała go, ale tak 

było”.   -   Równie   dobrze   może   pani   zwiedzić   Dublin   na   piechotę,   skoro   to   pani   bardziej 

odpowiada.

- Jesteśmy dzisiaj trochę nie w humorze, prawda? - Skończyła zupę i dobrała się do 

kurczaka w miodzie. - To skarb ten pański kucharz. Jak pan sądzi, czy mogłabym dostać od 

niego ten przepis dla niej... dla Brie?

background image

- Od niego? Niech pani zaryzykuje. To Francuz. Wyniosły i skłonny do gniewu.

-   A   więc   mamy   tu   prawie   w   komplecie   całą   Wspólnotę   Narodów!   Proszę   mi 

powiedzieć, czy jutro przenoszę się do hotelu?

Już   się   nad   tym   zastanawiał.   Oczywiście,   byłoby   mu   o   wiele   wygodniej,   gdyby 

przeniosła się do apartamentu na Westbury. O wiele wygodniej i o wiele mniej zabawnie. - 

Jeżeli to tylko pani odpowiada, jest pani mile widziana w tym domu.

- Odpowiada mi całkowicie. - Nadziała na widelec kolejny kartofel i przyjrzała się 

Roganowi z uwagą. Robi wrażenie zrelaksowanego. Wygląda jak zadowolony z siebie król w 

swoim zamczysku. - Czy tylko pan mieszka w tym wielkim domu?

- Tak. - Uniósł brew. - Czy to panią niepokoi?

- Niepokoi mnie? Och, ma pan na myśli moją obawę, iż pewnej gorącej, niespokojnej 

nocy zastuka pan do moich drzwi? Umiem jeszcze powiedzieć tak lub nie, Roganie, podobnie 

jak i pan poradziłby sobie, gdybym to ja zapukała do pańskich drzwi. Zapytałam tylko przez 

ciekawość. Taka masa pokoi dla jednego człowieka!

- To mój rodzinny dom - odparł z powagą. - Mieszkam tu od urodzenia.

- Bardzo tu ładnie. - Odsunęła tacę, wstała i podeszła do niedużego kredensu. Wyjęła z 

karafki korek i powąchała zawartość. Z błogim wyrazem twarzy wciągnęła w nozdrza zapach 

irlandzkiej whisky. Gdy nalała sobie szklaneczkę, usiadła na swoim miejscu, podciągając pod 

siebie   nogi.   -   Slaintel   -   wzniosła   toast   po   irlandzku   i   wychyliła   whisky.   Poczuła   jak 

dobroczynny, mocny ogień przenika do jej wnętrzności.

- Czy nalać pani jeszcze?

-   Dziękuję,   jeden   wystarczy.   Mój   ojciec   często   powtarzał,   że   jeden   kieliszek 

rozgrzewa duszę, a dwa - mózg. Wolałabym dzisiaj zachować trzeźwy umysł. - Odstawiła 

pustą   szklankę   na   tacę   i   rozsiadła   się   wygodniej.   Rozcięty,   flanelowy   szlafrok   odsłonił 

kolano. - Nie odpowiedział pan na moje pytanie.

- Na które?

- Kim pan jest?

-   Jestem   człowiekiem   interesu,   o   czym   przypomina   mi   pani   na   każdym   kroku.   - 

Zagłębił   się   w   fotelu,   zmuszając   się,   by   nie   patrzeć   w   stronę   jej   gołych   nóg.   -   Trzecie 

pokolenie.   Urodzony   i   wychowany   w   Dublinie,   w   miłości   i   poszanowaniu   dla   sztuki, 

wpajanych mi od kołyski.

- A ta miłość i poszanowanie utwierdziły się i wzmogły, gdy okazało się, iż można z 

nich czerpać zyski.

- Dokładnie. - Potrząsnął szklaneczką brandy i wychylił łyczek. Wyglądał przy tym 

background image

właśnie   tak   jak   powinien:   człowiek   korzystający   ze   swego   bogactwa   i   zadowolony   z 

własnego   życia.   -   Zarobki   dają   specyficzny   rodzaj   satysfakcji.   Ale   istnieje   także   inna, 

duchowa satysfakcja, gdy wiem, że przyczyniam się do rozwoju i promocji nowych artystów. 

Zwłaszcza tych, w których wierzę i których talentem się pasjonuję.

Maggie dotknęła górnej wargi. Stanowczo jest zbyt  próżny,  stwierdziła, za bardzo 

pewny siebie i swojego miejsca w świecie. Cała ta uporządkowana, nieskazitelna pewność aż 

się prosi o jakiś niewielki wstrząsik.

- A więc ja także jestem tutaj dla pańskiej satysfakcji, Roganie?

Napotkał jej rozbawione spojrzenie i przytaknął.

- Nie wątpię, że w końcu tak będzie, Maggie. Pod każdym względem.

- W końcu! - Nie zamierzała wcale sprowadzać rozmowy na śliski grunt, ale to było 

tak oczywiste i nieuniknione w tej sytuacji. Pusty, przytulny pokój, i tylko ich dwoje. A także 

jej wypoczęte ciało i czujny umysł. - A zatem to pan wybiera czas i miejsce?

- O ile pamiętam, pierwszy krok należy do mężczyzny.

- No proszę! - Jeżąc się, pochyliła się do przodu i palcem dźgnęła go w pierś. Próba 

ułatwienia mu zadania spełzła na niczym. - Mam gdzieś pańskie tradycje. Może się pan nimi 

wypchać. Nie przywiązuję do nich wagi. Może zainteresuje pana wiadomość, że im bardziej 

zbliżamy  się  do dwudziestego   pierwszego  wieku,  tym  więcej   jest  kobiet,  które   dokonują 

własnych wyborów. Robiłyśmy to zawsze, zwłaszcza te inteligentniejsze i sprytniejsze od 

innych, a mężczyźni bezwiednie dawali się po prostu na to złapać. - Ponownie zanurzyła się 

w fotelu. - Dopadnę pana, Roganie, we właściwym czasie i w odpowiednim miejscu.

Zbiła go z tropu; dlaczego to zuchwałe stwierdzenie poruszyło go i sprawiło, iż poczuł 

się nieswojo?

- Pani ojciec miał rację, Maggie, mówiąc o pani śmiałości. Ma jej pani w nadmiarze.

- I co z tego? O, znam takich jak pan. - Pogarda i lekceważenie zabarwiły intonację jej 

głosu. - Lubi pan, gdy kobieta siedzi cicho obok pana, spędza bezczynnie czas i zaspokaja 

pańskie kaprysy.  Wtedy jest pan pewny swego. Wystarczy,  że gdy jej romantyczne serce 

tłucze się rozpaczliwie w piersi, zaszczyci  ją pan jednym czy dwoma spojrzeniami. A w 

towarzystwie musi zachowywać się jak święta i żadne brzydkie słowo nie może wymknąć się 

z jej różanych usteczek. A gdy wybierze pan odpowiedni czas i miejsce, zamieni się ona w 

istną tygrysicę, zaspokoi pańskie najbardziej wyuzdane zachcianki, by z chwilą włączenia 

światła znowu powrócić na swoje, wyznaczone przez pana, miejsce.

Rogan odczekał, aż skończy się ten potok słów.

- Doskonale pani to podsumowała - powiedział z uśmiechem.

background image

- Bałwan.

- Jędza - odparł uprzejmie. - Czy miałaby pani ochotę na deser?

Zakrztusiła się własnym śmiechem. I kto by pomyślał, że właśnie teraz go polubiła?

- Nie, do cholery. Nie będę znowu odciągać pańskiej biednej pokojówki od telewizora 

lub romansowania z pańskim lokajem, lub od czegoś innego przy czym spędza wieczór.

- Mój lokaj ma siedemdziesiąt sześć lat i już od dawna nie w głowie mu romanse z 

pokojówkami.

- Dużo pan wie. - Maggie wstała i powędrowała w kierunku ściany z książkami. 

Ułożone alfabetycznie, zauważyła  i omal nie parsknęła śmiechem. Powinna się była tego 

domyślić. - Jak ona ma na imię?

- Kto?

- Pokojówka.

- Chce pani poznać imię mojej pokojówki?

Maggie pstryknęła palcem w grzbiet książki Jamesa Joyce'a.

- Nie, chcę sprawdzić, czy pan zna imię swojej pokojówki. To taki test.

Otworzył usta, następnie je zamknął, wdzięczny, że Maggie stoi odwrócona do niego 

plecami. Co za różnica, czy zna imię jednej ze swoich pokojówek!  Colleen? Maureen? Do 

diabła! Sprawami służby zajmuje się lokaj! Bridgit? Nie, u licha, może...

- Nancy. - Pomyślał, że w każdym razie coś w tym rodzaju. - Jest tutaj od niedawna. 

Nie sądzę, że dłużej niż pięć miesięcy. Czy mam ją zawołać i dokonać prezentacji?

- Nie. - Przypadkowo, ręka Maggie przesunęła się z Joyce'a na Keatsa. - Po prostu 

byłam ciekawa, to wszystko. Proszę mi powiedzieć, Roganie, czy nie ma pan tutaj niczego 

poza klasyką? Wie pan, jakieś dobre morderstwo, coś dla zabicia czasu.

Jego księgozbiór pierwszych edycji książek uważany był za jeden z najświetniejszych 

w kraju. A ona śmie go krytykować za brak szmiry! Z dużym trudem pohamował złość i 

opanował ton głosu.

- Przypuszczam, że znajdę jakąś Agathę Christie.

- Brytyjskie! - Wzdrygnęła się. - Za mało tam okrucieństwa, chyba że plądrują zamki, 

jak ci przeklęci ludzie Cromwella. A to co! - Schyliła się i bacznie przyglądała. - To Dante po 

włosku.

- Zapewne.

- Czy potrafi pan to przeczytać, czy też to stoi tylko na pokaz?

- Z trudem, ale jakoś sobie z tym radzę.

Patrzyła dalej, mając nadzieję, iż znajdzie coś bardziej współczesnego.

background image

- Jeśli chodzi o włoski, to niewiele skorzystałam z pobytu w Wenecji. Masa żargonu i 

bardzo mało poprawnego języka, używanego  w towarzystwie. - Spojrzała na niego przez 

ramię i uśmiechnęła się. - Artyści w każdym kraju stanowią barwne środowisko.

- Zdążyłem to zauważyć. - Wstał z fotela i podszedł do innej półki z książkami. - 

Może ta będzie pani bardziej odpowiadała? - Wręczył jej egzemplarz „Czerwonego Smoka” 

Thomasa Harrisa. - Wydaje mi się, że roi się w niej od potwornych zbrodni.

- Wspaniale! - Włożyła książkę pod pachę. - Mogę się już pożegnać i zostawić pana w 

spokoju. Jestem wdzięczna za nocleg i posiłek.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Zasiadł ponownie za swoim biurkiem, wziął do 

ręki pióro i obserwując ją, obracał je w palcach. - Chciałbym wyjść z domu punktualnie o 

ósmej. Jadalnia znajduje się na dole, po lewej stronie korytarza. W każdym razie śniadanie 

będzie podane tuż po szóstej.

- Zapewniam pana, że nie mnie, w każdym razie nie o tej porze. Obiecuję natomiast, 

że będę gotowa o ósmej. - Odruchowo podeszła do niego i położyła ręce na oparciu jego 

fotela, zbliżając swoją twarz do twarzy Rogana. - Wie pan co? Tak się dziwnie składa, że na 

płaszczyźnie osobistej żadne z nas nie potrzebuje ani nie chce niczego od drugiego.

- Nie mogła pani tego trafniej ująć. Na płaszczyźnie osobistej. - Jej skóra, delikatna i 

biała, pachniała grzechem.

- I dlatego, tak jak ja to widzę, nasze stosunki będą się układały wspaniale. Żadnego 

wspólnego gruntu, co pan o tym sądzi?

- Nie więcej niż na desce rozbiegowej. - Jego wzrok przesunął się niżej, ku jej ustom, 

zatrzymał się. - I do tego rozchwierutanej.

-   Lubię   niebezpieczeństwo   w   pokonywaniu   przeszkód.   -   Pochyliła   się   jeszcze 

troszeczkę naprzód i zębami przygryzła jego górną wargę.

Poczuł, jak jego lędźwie przeszywa rozżarzona strzała.

- A ja wolę twardy grunt pod nogami.

- Wiem o tym.  - Odsunęła się, pozostawiając go ze szczypiącą wargą i uczuciem 

gorąca w trzewiach. - Najpierw wypróbujemy pańską metodę. Dobranoc.

Opuściła pokój, nie oglądając się za siebie. Rogan odczekał chwilę, a gdy już był 

pewien, że oddaliła się, uniósł ręce i potarł nimi twarz.

Chryste Panie, ależ ta kobieta potrafi przycisnąć do muru, zadawać ciosy poniżej pasa. 

Odkąd dojrzał, nie był zwolennikiem zmysłowych igraszek miłosnych. W końcu przecież był 

cywilizowanym człowiekiem, z wyboru i z wychowania.

Szanował kobiety, podziwiał je. Nawiązywał oczywiście znajomości, które kończyły 

background image

się w łóżku, ale zawsze dbał o to, by związek najpierw rozwinął się, osiągnął pełnię. Taki 

układ wymaga rozwagi, wzajemności i dyskrecji. Przecież nie jest zwierzęciem kierującym 

się samym popędem!

Nie był nawet pewien, czy lubi Maggie Concannon jako osobę. Czy mógłby zatem 

spojrzeć   sobie   bez   wyrzutów   sumienia   w   oczy,   gdyby   poszedł   za   głosem   instynktu   i 

wykorzystał   sytuację?   Gdyby   wspiął   się   po   schodach,   otworzył   drzwi   do   jej   sypialni   i 

najzwyczajniej w świecie ją zgwałcił?

Zadowolony z siebie mężczyzna, pomyślał z ironią.

Przynajmniej  do jutra rano, do chwili,  gdy znowu będzie  musiał  stawić jej czoło, 

skonfrontować się z samym sobą i z biznesem, który był ich wspólnym przedsięwzięciem.

Być może trudniej jest podążać prostą, równą drogą. Być może będzie cierpiał, na 

czym, jak się zdaje, zależało jej najbardziej. Ale kiedy nadejdzie odpowiednia pora, by wziąć 

ją do łóżka, zdobędzie nad nią przewagę.

A to, z całą pewnością, warte było zachodu.

Nawet   tej   jednej   nieszczęsnej,   nieprzespanej   nocy,   pomyślał,   odsuwając   na   bok 

papiery.

Maggie spała jak niemowlę. Pomimo strasznych scen opisanych w powieści, którą dał 

jej Rogan, zapadła w sen tuż po północy i przespała tak prawie do siódmej.

Tryskając energią i wybiegając myślami naprzód, odnalazła jadalnię, gdzie ucieszyła 

się na widok obfitego irlandzkiego śniadania podgrzewającego się na kredensie.

-   Dzień   dobry   panience.   -   Ta   sama   pokojówka,   która   obsługiwała   ją   wczoraj 

wieczorem, w pośpiechu wysunęła się z kuchni. - Czym mogę służyć?

- Dziękuję, niczym, sama się obsłużę. - Maggie wzięła ze stołu talerz i podeszła z nim 

do kuszących zapachów na kredensie.

- Czy woli pani kawę czy herbatę, panienko?

-   Marzę   o  herbacie.   -   Zdjęła   pokrywkę   ze   srebrnego   podgrzewacza   i   z   uznaniem 

wciągnęła w nozdrza zapach cieniutko pokrojonych plastrów bekonu. - Nazywasz się Nancy, 

prawda?

- Nie, panienko, nazywam się Noreen.

Oblałeś test Wielmożny Panie Sweeneyu, zadumała się Maggie.

-   Czy   mogłabyś   powiedzieć   kucharzowi,   Noreen,   że   niczego   lepszego   od   jego 

wczorajszej kolacji nie jadłam w życiu?

- Z radością, panienko.

background image

Maggie przesuwała się od półmiska do półmiska, napełniając po brzegi swój talerz. W 

domu często omijała posiłki, tak mało zainteresowana była własnym gotowaniem. Ale kiedy 

miała   przed   sobą   taką   masę   jedzenia,   w   dodatku   tak   pysznego,   odrabiała   zaległości   w 

trójnasób.

- Czy pan Sweeney dołączy do mnie przy śniadaniu? - zapytała, niosąc swój talerz do 

stołu.

- Pan Sweeney już jadł, panienko. Zawsze zjada śniadanie punktualnie o wpół do 

siódmej.

-   Niewolnik   przyzwyczajeń,   prawda?   -   Maggie   mrugnęła   do   pokojówki   i 

rozsmarowała świeży dżem na gorącej grzance.

- To prawda - odparła Noreen, rumieniąc się lekko. - Mam pani przypomnieć, że pan 

Sweeney będzie gotów do wyjścia o ósmej.

- Dziękuję ci, Noreen, będę o tym pamiętać.

- Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę tylko zadzwonić.

Cicho   jak   myszka   Noreen   zniknęła   w   drzwiach   kuchni.   Maggie   zabrała   się   za 

jedzenie. Było iście królewskie! Sięgnęła ręką po „Irish Times”, którego świeży egzemplarz 

leżał starannie złożony obok niej.

Zabawny sposób na życie.  Wystarczy tylko  pstryknąć  palcem,  a już człowiek jest 

obsłużony,   pomyślała.   Ale   czy   świadomość   obecności   takiej   masy   ludzi   wokoło   nie 

doprowadza Rogana do szału? Przecież nigdy nie jest sam!

Już na samą tę myśl skrzywiła się z niechęcią. Ona już dawno by zwariowała. Tak 

bardzo potrzebna była jej samotność! Rozejrzała się po jadalni. Dostrzegła ciemną, lśniącą 

boazerię,   błyszczącą   parę   kryształowych   świeczników,   odblask   srebra   stojącego   na 

zabytkowym kredensie, błyszczącą porcelanę i szkło z Waterford.

Tak, nawet w tak wystawnym wnętrzu czułaby się zagubiona, bliska szaleństwa.

Sięgnęła po kolejną filiżankę herbaty, przerzuciła gazetę od końca do strony tytułowej 

i zjadła wszystko z talerza do ostatniego okruszka. Gdzieś w głębi domu zegar wybił godzinę. 

Właśnie   zastanawiała   się   nad   zjedzeniem   jeszcze   jednego   plastra   bekonu,   przywołała   się 

jednak do porządku i poskromiła żarłoczność.

Przez jakiś czas przyglądała się zdobiącym ściany obrazom. Szczególnie przypadła jej 

do gustu wyborna akwarela. Nie śpiesząc się, obeszła po raz ostatni pokój, po czym opuściła 

go i zeszła do holu.

W foyer zastała już Rogana, w nieskazitelnym szarym garniturze i jasnogranatowym 

krawacie. Najpierw spojrzał na nią, a później na zegarek.

background image

- Spóźniła się pani.

- Czyżby?

- Już jest po ósmej.

Uniosła brwi, przekonała się, iż mówi to poważnie i pokornie stłumiła śmiech.

- Powinnam zostać wychłostana.

Obrzucił ją spojrzeniem, od sięgających do połowy łydki bucików po męską, białą 

koszulę   sięgającą   do   połowy   ud,   przepasaną   dwoma   skórzanymi   paskami.   Połyskujące, 

półprzezroczyste kamienie zwisały z jej uszu. Po raz pierwszy odkąd ją poznał, dostrzegł na 

jej twarzy lekki makijaż.

- Skoro nie nosi pani zegarka, to w jaki sposób zamierza pani nie spóźniać się?

- Tutaj pan trafił! Może wcale nie zależy mi na punktualności!

Wciąż patrząc na nią, wyjął notes i pióro.

- Notuję, że należy wyposażyć panią w zegarek, a także w telefon z automatyczną 

sekretarką, oraz w kalendarz.

-   Jest   pan   bardzo   wspaniałomyślny,   Roganie.   -   Poczekała,   gdy   otwierał   drzwi   i 

przepuszczał ją przed sobą. - Ale po co?

- Zegarek jest po to, aby była  pani punktualna. Automatyczna  sekretarka, abyśmy 

wreszcie   mogli   przekazywać   pani   te   cholerne   informacje,   skoro   nie   odpowiada   pani   na 

telefon, a kalendarz po to, żeby wiedziała pani jaki mamy dzień i nie nawalała z wysyłką 

swoich prac.

Wycedził ostatnie słowa, jakby przeżuwał żylaste mięso, pomyślała Maggie.

-   Ponieważ   widzę   dziś   pana   w   cudownym,   pogodnym   humorze,   ośmielę   się 

powiedzieć, iż żaden z tych przedmiotów nie wpłynie w najmniejszym stopniu na zmianę 

moich przyzwyczajeń. Jestem osobą nie odpowiedzialną, Roganie. Może pan o to zapytać 

moją pozostałą przy życiu rodzinę. - Lekceważąc jego syk zniecierpliwienia, odwróciła się i 

zaczęła przyglądać fasadzie domu. Wychodziła na śliczną, cienistą zieleń - plac św. Stefana 

jak się później dowiedziała - wznoszącą się dumnie ku bezchmurnemu, błękitnemu niebu.

Choć kamień był już stary, linie budowli były tak wdzięczne, jak ciało młodej kobiety. 

Połączenie dostojeństwa i elegancji, na które, zdaniem Maggie, tylko bogacze mogli sobie 

pozwolić.   Każde   okno,   a   było   ich   wiele,   odbijało   się   w   słońcu   diamentowym   blaskiem. 

Miękki,   zielony   trawnik   prowadził   do   uroczego   frontowego   ogrodu,   zadbanego   i   wy   - 

chuchanego jak pudełeczko.

- Śliczne miejsce. Nie zauważyłam go, jak pan się domyśla, gdy przyjechaliśmy.

- Tak, wiem o tym.  Ale ze zwiedzaniem  będzie pani musiała  poczekać, Margaret 

background image

Mary. Nie lubię się spóźniać. - Wziął ją pod rękę i najzwyczajniej w świecie zaciągnął do 

oczekującego samochodu.

- Czy za spóźnienie czeka pana ława oskarżonych? - Roześmiała się, podczas gdy on 

milczał. Rozsiadła się wygodnie na tylnym siedzeniu, gotowa na przejażdżkę. - Czy rano jest 

pan zawsze ponury, Roganie?

- Nie jestem ponury - syknął w jej kierunku. A raczej nie bywam, o ile nie mam za 

sobą nie przespanej nocy, pomyślał. A kto, jeśli nie ona, jest temu winien, u licha! - Mam 

dzisiaj wiele spraw do załatwienia.

- Och, nie wątpię. Wznosi pan imperia, zdobywa fortuny.

Tego było już za wiele. Nie wiadomo dlaczego pogardliwy podtekst jej wypowiedzi 

sprawił,   iż   przebrała   się   miarka.   Zakłócając   ruch   uliczny,   narażając   się   na   przekleństwa 

jadącego za nim kierowcy, który z całych sił nacisnął na klakson, zjechał na pobocze. Złapał 

Maggie za kołnierz, ściągnął z połowy siedzenia i wpił się w jej usta.

Nie   spodziewała   się   takiej   reakcji.   Co   nie   oznacza,   że   nie   było   jej   przyjemnie. 

Ostatecznie   dlaczego   nie   miałaby   się   z   nim   spotkać   na   równym   gruncie,   wtedy   gdy 

przestawał się kontrolować, tracił swą sztywną poprawność. Zawirowało jej w głowie, lecz 

nie   opuściło   jej   poczucie   siły.   Żadnych   zalotów   czy   uwodzenia,   wyłącznie   prostackie 

zaspokojenie potrzeb, nagłe zwarcie, niczym przewody pod napięciem grożące wybuchem.

Odchylił jej głowę i wymusił pocałunek. Tylko jeden, obiecywał sobie. Tylko jeden, 

by uwolnić to występne napięcie, które skręcało się w nim w środku jak wąż.

Ale całowanie jej nie przyniosło mu ulgi. Przeciwnie, jej pełna, żarliwa reakcja i zapał 

wzmogły tylko jego napięcie, aż do utraty tchu.

Przez chwilę miał wrażenie, że zanurza się w wyłożonym aksamitem, pozbawionym 

powietrza tunelu. I przeraził się, że już nigdy nie zechce i nie będzie potrzebował światła.

Oderwał się od niej, uchwycił kurczowo kierownicę. Jak pijany, wycofał samochód z 

pobocza, z trudem radząc sobie z utrzymaniem prostej linii.

- Przypuszczam, że to była odpowiedź na coś. - Jej głos był nienaturalnie spokojny. 

Nie była zdenerwowana pocałunkiem, lecz sposobem, w jaki go zaniechał.

- Miałem do wyboru to albo uduszenie pani.

- Z dwojga złego lepszy jest pocałunek. Choć wolałabym, żeby się pan nie wściekał na 

samą myśl o pożądaniu mnie.

Był teraz spokojniejszy, skoncentrowany na prowadzeniu i nadrabianiu czasu, który 

stracił na nią tego ranka.

- Już przedtem to pani wyjaśniłem. Czas jest nieodpowiedni.

background image

- Nieodpowiedni! A do kogo należy ustalenie, co i kiedy jest odpowiednie?

- Wolę wiedzieć, z kim sypiam. Darzyć się wzajemnym uczuciem i szacunkiem.

Zmrużyła oczy.

-   Między   pocałunkiem   w   usta   a   pójściem   do   łóżka   jest   długa   droga,   Sweeney. 

Chciałabym, żeby pan wiedział, że nie należę do osób, które wskakują do cudzego łóżka na 

zawołanie.

- Nigdy nie mówiłem...

- Czyżby, a teraz? - Czuła się obrażona. Tym bardziej, iż dokładnie wiedziała, iż bez 

chwili wahania wskoczyłaby do jego łóżka. - Na tyle, na ile się orientuję, już z góry pan 

założył,   że   jestem   wyjątkowo   rozwiązłą   kobietą.   Niech   i   tak   będzie,   nie   będę   się   panu 

tłumaczyła ze swojej przeszłości. A jeśli chodzi o wzajemne uczucia i szacunek, nie zdobył 

ich pan jeszcze w moich oczach, chłoptasiu.

- Cóż, tym lepiej. Dogadaliśmy się wreszcie.

- Dogadaliśmy się, że może się pan wynosić do diabła. A pańska pokojówka ma na 

imię Noreen.

Ta ostatnia uwaga tak go zdezorientowała, iż oderwał wzrok od drogi i przeniósł go na 

nią.

- Co takiego?

- Pańska pokojówka, ty zakuta pało, ty przerasowany arystokrato, ma na imię Noreen, 

a   nie   Nancy.   -   Odwróciła   się   od   niego   zdecydowanym   ruchem,   zaplotła   ręce   i   zaczęła 

wyglądać przez okno.

Rogan tylko pokiwał głową.

- Jestem pani wdzięczny za wyjaśnienie. Uratowała mnie pani przed kłopotem. Jeden 

Bóg wie, jak bym sobie poradził, gdybym pewnego dnia musiał ją przedstawić sąsiadom.

- Napuszony snob!

- Jadowita żmija.

Resztę trasy przesiedzieli w pełnym wrogości milczeniu.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Trudno się było oprzeć wrażeniu, jakie wywierała dublińska galeria Worldwide. Już 

sama   architektura   warta   była   obejrzenia.   Przecież   fotografie   budowli   figurowały   w 

dziesiątkach   międzynarodowych   magazynów   i   książek   o   sztuce,   jako   przykład   stylu 

georgiańskiego stanowiącego część dublińskiego dziedzictwa architektury.

Choć Maggie znała go z błyszczących ilustracji, oryginał w pełnej trójwymiarowej 

krasie zaparł jej dech w piersiach.

Spędziła wiele godzin w galeriach, ale żadna z nich nie dorównywała splendorem 

galerii Rogana.

Gdy   otworzył   imponujące   frontowe   drzwi   i   ruchem   ręki   zaprosił   ją   do   środka, 

powstrzymała się od komentarza.

Wewnątrz musiała zdobyć się na największy wysiłek, by nie paść na kolana w obliczu 

panującej  tu podniosłej ciszy,  nastrojowo, z wielkim znawstwem rozproszonego światła  i 

specyficznego, jedynego w swoim rodzaju zapachu w głównej sali. Wystawa sztuki Indian 

zaaranżowana   została   z   najwyższą   dbałością   i   kunsztem   -   były   tu   ceramiczne   naczynia, 

fantastyczne wyroby wiklinowe, rytualne maski, grzechotki i ozdoby z paciorków używane 

przez szamanów. Prymitywne, a jednocześnie wyrafinowane i wyszukane rysunki zdobiły 

ściany. Uwagę Maggie przyciągnęło ubranie, wykonane z koźlej skóry w kolorze kremowym, 

ozdobione paciorkami i wygładzonymi, błyszczącymi kamieniami. To był pomysł Rogana, by 

powiesić ten strój w charakterze dekoracyjnej tkaniny. Maggie aż ręka świerzbiła, by sięgnąć 

po to cudo.

- Imponujące. - Zdobyła się na tę jedną uwagę.

- Cieszę się, że się pani podoba.

-   Nigdzie,   poza   książkami   i   przypadkowymi   reprodukcjami,   nie   widziałam   sztuki 

amerykańskich Indian. - Pochyliła się nad naczyniem na wodę.

-  I właśnie  dlatego   tak  bardzo  mi  zależało   na sprowadzeniu  wystawy do  Irlandii. 

Przeważnie koncentrujemy się na kulturze i historii Europy, zapominając o reszcie świata.

- Aż trudno uwierzyć, by ludzie, których znamy z filmów z Johnem Wayne'em jako 

dzikich i nieokrzesanych, zdolni byli tworzyć takie arcydzieła. Choć przecież z drugiej strony 

- uśmiechnęła się - moi przodkowie również byli dzicy, chodzili nadzy i przed każdą walką 

malowali ciała niebieskimi farbami i z dzikim krzykiem rzucali się do boju. Pochodzę od 

nich. - Przechyliła na bok głowę i bacznie obserwowała tego nieskazitelnego, doskonałego w 

każdym calu biznesmena. - Oboje od nich pochodzimy.

background image

-   Powiedzmy,   że   na   przestrzeni   wieków,   w   różnym   stopniu   i   w   różnym   tempie 

tendencje   te   zanikały.   Osobiście   od   dawna   nie   odczuwam   już   potrzeby   malowania   się 

niebieskimi barwami wojennymi.

Roześmiała się, on zaś ponownie spojrzał na zegarek.

- Pani prace wystawiamy na drugiej kondygnacji - powiedział i ruszył ku schodom.

- Czy jest ku temu jakiś szczególny powód?

- Jest wiele szczególnych powodów. - Choć czas go naglił i z trudem starał się ukryć 

zniecierpliwienie, zatrzymał się i czekał, aż przyłączy się do niego. - Lubię, gdy taka wystawa 

staje się pewnego rodzaju wydarzeniem towarzyskim. Ludziom łatwiej jest docenić sztukę, 

gdy   są   zrelaksowani   i   w   dobrych   humorach.   -   Przystanął   na   górnym   podeście   i   ze 

zdziwieniem obserwował jej reakcję.

- Czy widzi w tym pani jakiś problem?

- Wolałabym, żeby ludzie poważnie traktowali moją pracę i nie podchodzili do niej jak 

do umilającego przyjęcie dodatku.

- Zapewniam panią, że potraktują ją poważnie. - Zwłaszcza, gdy zobaczą ceny, jakie 

wyznaczył za jej prace, a co stanowiło element nowej strategii. - A sprzedaż pani prac to w 

końcu moja działka! - Otworzył szerokie, podwójne drzwi i przepuścił ją przed sobą.

Zaniemówiła.   Wspaniałe,   ogromne   pomieszczenie   przesycone   było   dziennym 

światłem padającym z umieszczonej centralnie, ogromnej kopuły. Wlewało się do ciemnego 

wnętrza, ożywiało lśniący parkiet, rzucało cudowne refleksy, wydobywając na podobieństwo 

luster nieoczekiwane efekty z prac, które Rogan wybrał na wystawę.

W najśmielszych marzeniach, w najbardziej tajemnych i szalonych oczekiwaniach, nie 

wyobrażała sobie, że jej prace będą miały pomyślaną z takim wyczuciem, tak doskonałą i 

okazałą oprawę.

Na masywnych postumentach, na wysokości wzroku, stały jej szkła. Było ich tylko 

dwanaście.   Porozstawiane   rzadko,   po   całej   sali,   przydawały   blasku   wyniosłemu   wnętrzu, 

intrygowały.   Pomyślała,   że   dzięki   temu   sprytnemu   pomysłowi   każda   praca   wydaje   się 

unikalna,   dostępna   ze   wszystkich   stron.   Pośrodku,   skrzące   się   jak   lód   rozsadzany   od 

wewnątrz snopem ognistych płomieni, stało jej Ujarzmienie.

Patrząc   na   tę   rzeźbę,   poczuła   przytępiony   ból.   Wiedziała,   że   ktoś   ją   kupi.   W 

najbliższych dniach ktoś zapłaci za nią cenę wyznaczoną przez Rogana i zabierze ją raz na 

zawsze z jej życia.

Jak wielką cenę trzeba płacić, gdy się pragnie czegoś więcej, pomyślała. To tak, jakby 

coś utracić, a raczej utracić część samego siebie.

background image

W milczeniu obchodziła salę, obcasy jej butów odbijały się głośnym echem, a Rogan 

stał nieruchomo i z rękami w kieszeniach obserwował ją.

-   Mniejsze   przedmioty   wystawione   zostały   w   tak   zwanych   przez   nas   górnych 

salonach. Mają tam bardziej odpowiednią przestrzeń. - Przerwał, oczekując na jakąś reakcję z 

jej strony, a gdy i tym razem niczego od niej nie usłyszał, syknął ze złością. Co za cholerna 

baba, pomyślał. Wszystkiego jej mało? - Podczas wernisażu będzie grała orkiestra kameralna. 

Instrumenty smyczkowe. A oprócz tego, oczywiście szampan, kanapki...

- Oczywiście - wydobyła z siebie głos. Odwróciła się od niego, zastanawiając się, 

dlaczego, stojąc w tak wspaniałym wnętrzu, nie może opanować łez.

- Chciałbym, aby była pani obecna podczas otwarcia wystawy,  przynajmniej przez 

jakiś czas. Nie będzie pani musiała robić ani mówić niczego, co naraziłoby na szwank pani 

artystyczną integralność.

Jej serce uderzało zbyt głośno, by mogła uchwycić lekki ton zniecierpliwienia w jego 

głosie.

-   To   wygląda...   -   Nie   znajdowała   słów.   Po   prostu   nie   znajdowała.   -   Ładnie   - 

powiedziała nieprzekonująco. - To wygląda ładnie.

- Ładnie?

- Tak. - Odwróciła się do niego, przyjrzała trzeźwym wzrokiem i, po raz pierwszy 

odkąd sięga pamięcią, przeraziła się. - Ma pan wyrobiony zmysł estetyczny.

- Wyrobiony zmysł estetyczny - powtórzył, ubawiony tą bezosobową wypowiedzią. - 

No cóż, Margaret Mary, mogę tylko wyrazić moją wdzięczność za tyle uznania. A zajęło to 

nam   trzy   nieprawdopodobnie   trudne   tygodnie   i   wymagało   połączonych   wysiłków   ponad 

dziesięciu wysoko wykwalifikowanych osób. I wszystko po to, żeby było ładnie.

Niepewnym ruchem ręki przeczesała włosy. Czyżby on był ślepy i nie widział, że 

odebrało jej mowę, że jest kompletnie zbita z tropu i że się boi.

- A jakiej reakcji oczekuje pan po mnie? Zrobiłam swoje i oddałam panu moją sztukę. 

Pan zrobił swoje i umiejętnie to wykorzystał. Możemy sobie oboje pogratulować, Roganie. A 

może teraz poszlibyśmy do mniejszych pomieszczeń?

Zaszedł jej drogę. Rozsadzała go wściekłość. Tak potężna, iż dziwił się, że nie pękają 

od niej jej szkła, nie rozsypują się na ziemię w barwny, szklany proszek.

- Niewdzięczna wieśniaczka.

- Wieśniaczka, naprawdę? - Walczyły w niej sprzeczne, przerażające emocje. - Ma pan 

rację, Sweeney. Jeśli niewdzięczność polega na tym, że nie padam do pańskich stóp i nie 

całuję pańskich bucików, to ma pan rację mówiąc, że jestem niewdzięczna. Nie chcę i nie 

background image

oczekuję niczego ponad to, zostało określone w tych cholernych kontraktach, z tymi pańskimi 

pieprzonymi paragrafami. Niczego więcej nie dostanie pan ode mnie.

Czuła   piekące   łzy,   była   bliska   płaczu.   Wiedziała,   że   jeśli   nie   wyjdzie   stąd   czym 

prędzej, napięcie rozsadzi jej klatkę piersiową. W swej desperackiej chęci ucieczki rzuciła się 

na niego.

- Powiem pani, czego ja oczekuję. - Złapał ją za ramie i okręcił dokoła. - I co zdobędę.

- Przepraszam bardzo - odezwał się od drzwi Joseph. - Zdaje się, że przeszkadzam.

Czy   mógł   się   spodziewać   czegoś   bardziej   zabawnego,   fascynującego   niż   widok 

zimnego,   opanowanego   szefa,   rozjuszonego   i   rozwścieczonego   przez   drobną   kobietkę   z 

groźnym błyskiem w oku, z pięściami gotowymi do walki?

- Wręcz przeciwnie. - Z najwyższym wysiłkiem woli Rogan puścił ramię Maggie i 

cofnął się. W mgnieniu oka opanował się i uspokoił. - Dyskutowaliśmy właśnie z panną 

Concannon nad pewnymi sformułowaniami kontraktu. Maggie Concannon, Joseph Donahoe, 

kurator tej galerii.

- Miło mi panią poznać. - Joseph postąpił w lansadach kilka kroków naprzód i ujął 

dłoń   Maggie.   Choć   lekko   drżała,   pocałował   ją   szarmancko   i   z   rozmachem,   błyskając   w 

uśmiechu złotym zębem. - To czysta przyjemność, panno Concannon, móc spotkać geniusza 

we własnej osobie.

- A dla mnie to przyjemność, panie Donahoe, móc spotkać tak wrażliwego na sztukę i 

na artystę mężczyznę.

- Pozostawiam Maggie w twoich utalentowanych rękach, Josephie. Mam dzisiaj wiele 

spotkań.

- To tylko zaszczyt dla mnie, Roganie. - Oczy Josepha, gdy trzymał delikatnie rękę 

Maggie, roziskrzyły się.

Nie   uszło   to   uwadze   Rogana,   podobnie   jak   i   fakt,   iż   Maggie   nie   wykonała 

najmniejszego ruchu, by cofnąć rękę. Prawdę mówiąc, uśmiechała się zalotnie do Josepha.

- Jeśli będzie pani potrzebny samochód, wystarczy, że powie pani o tym Josephowi - 

powiedział sztywno. - Kierowca jest do pani dyspozycji.

- Dziękuję, Roganie - powiedziała,  nie patrząc  w jego stronę. - Jestem pewna, że 

Joseph zajmie się mną.

- O niczym innym nie marzę - szybko zareagował Joseph. - Czy oglądała już pani 

saloniki, panno Concannon?

- Nie, jeszcze nie. Mam nadzieję, że będzie pan do mnie mówił po imieniu.

- Jeśli tylko można! - Trzymając ją za rękę, Joseph poprowadził ją do drzwi. - Wierzę, 

background image

że doceni pani to, co tutaj zrobiliśmy. Termin otwarcia wystawy już za pasem, pragnęlibyśmy 

więc, aby była pani zadowolona. Każdą pani sugestię przyjmiemy z największą radością.

-  Nareszcie  jakaś   odmiana.   -  Maggie  przystanęła,   rzucając  przez  ramię  spojrzenie 

tkwiącemu w bezruchu Roganowi. - Proszę sobie nie przeszkadzać, Roganie. Jestem pewna, 

że   się   pan  śpieszy.   -  Odwróciła   głowę,   uśmiechając   się  promiennie   do   Josepha.   -   Znam 

Francisa Donahoe, z okolic Ennis. Jest kupcem, dostrzegam pewne podobieństwo w oczach 

między nim i panem. Czy to jakiś krewny?

- Mam kuzynów w Clare, ze strony ojca i matki. Nazywają się Ryans.

- Znam mnóstwo Ryansów. Och! - Przerwała rozmowę, przechodząc pod sklepionym 

łukiem do starannie utrzymanego, niedużego pokoju z kominkiem i uroczym miejscem do 

siedzenia, jęknęła z wrażenia. Na zabytkowych stołach rozłożone były jej liczne drobniejsze 

prace, a wśród nich przedmiot kupiony przez Rogana podczas ich pierwszego spotkania.

- Elegancka oprawa, jak sądzę. - Joseph wsunął się do środka, by włączyć dyskretnie 

ukryte oświetlenie. W promieniach światła szkło nabierało życia, zdawało się pulsować. - 

Balowa sala zapiera dech w piersi.

Tutaj natomiast jest kameralnie, intymnie.

- Tak - westchnęła ponownie. - Czy mogłabym usiąść na chwilę, Josephie? Prawdę 

mówiąc, zaparło mi dech w piersi. - Usiadła na ślicznym mebelku i zamknęła oczy. - Kiedyś, 

gdy byłam dzieckiem, ojciec kupił kozła z myślą o hodowli. Pewnego ranka poszłam z nim na 

łąkę, zagapiłam się, nie zwracałam na niego uwagi i doprowadziłam go tym do szału. Uderzył 

mnie z całych sił łbem, aż poleciałam w powietrze. Podobnie poczułam się, gdy weszłam do 

tamtej sali. Jak gdyby ktoś mnie nadział na rogi i wyrzucił w powietrze.

- To nerwy, prawda?

Otworzyła oczy. W spojrzeniu Josepha dostrzegła zrozumienie.

- Jestem śmiertelnie przerażona. Ale niech mnie kule biją, jeśli dam mu to po sobie 

poznać! Jest tak cholernie zarozumiały, prawda?

- Jest raczej  pewny swojego, nasz Rogan. A to z wielu powodów. Ma niebywałe 

wprost   wyczucie,   gdy   chodzi   o   kupno   odpowiednich   rzeczy   lub   roztaczanie   opieki   nad 

właściwymi   artystami.   -   Będąc   ciekawskim   facetem,   łasym   na   dobre   ploteczki,   Joseph 

rozsiadł   się   wygodnie   obok   Maggie.   Wyciągnął   długie   nogi,   skrzyżował   je   w   pozycji 

zachęcającej do relaksu i zaufania. - Wchodząc zauważyłem,  że oboje jesteście zawzięci, 

rogate łby, jeśli tak można powiedzieć.

-   Nie   znajdujemy   wspólnej   płaszczyzny   -   uśmiechnęła   się   blado   Maggie.   -   Lubi 

narzucać swoją wolę, nasz Rogan.

background image

- Raczej  tak, ale najczęściej  robi to w  tak delikatny sposób, iż  nikt nie czuje się 

dotknięty.

Maggie aż gwizdnęła przez zęby.

- Nie odczułam na sobie jego delikatności.

- Zauważyłem. To ciekawe. Zwłaszcza, że wiem, jak bardzo mu zależało na zdobyciu 

pani dla Worldwide, Maggie. Był zdecydowany na wszystko. Pracuję dla niego od ponad 

dziesięciu lat i nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek poświęcił aż tyle uwagi i zachodu 

pojedynczemu artyście.

- To mi raczej pochlebia - westchnęła i znowu zamknęła oczy. - Pod warunkiem, że 

nie   doprowadza   mnie   do   szału   swoim   dyrektorskim   sposobem   bycia.   Zachowuje   się   jak 

udzielny książę wobec podwładnych.

- Przyzwyczaiłem się do tego.

- No cóż, ze mną tak łatwo mu nie pójdzie. - Otworzyła oczy i wstała z miejsca. - 

Pokaże mi pan resztę galerii, Josephie?

- Z największą radością. A może opowie mi pani historię swojego życia?

Maggje   zadarła   głowę   i   przyjrzała   mu   się   badawczo.   Podżegacz,   pomyślała,   z 

marzycielskim   spojrzeniem   i   pirackimi   chwytami.   Zawsze   lubiła   takich   podjudzających 

przyjaciół.

- W porządku, niech będzie - powiedziała i wzięła go pod rękę. – Był sobie raz farmer, 

który pragnął być poetą...

W Dublinie jest stanowczo za dużo ludzi, jak na mój gust. Z trudem można zrobić 

krok i nie wpaść na kogoś. Miasto jest ładne, nie można zaprzeczyć, położone nad śliczną 

zatoką, urozmaicone licznymi strzelistymi iglicami wież. Maggie podziwiała jego wspaniałą 

architekturę, całą w czerwonej cegle i szarym kamieniu, doceniła wdzięk kolorowych witryn 

sklepowych.

Dowiedziała się od kierowcy, Briana Duggina, że pierwsi dublińczycy mieli w równej 

mierze   wyrobione   poczucie   ładu   i   dobrego   smaku,   co   zmysł   do   interesu.   Pomyślała,   że 

dlatego Rogan i miasto tak do siebie pasują.

Siedziała wygodnie na tylnym siedzeniu i podziwiała przez okno przepyszne ogrody, 

miedziane  kopuły,  cienistą  zieleń i ruchliwe  ujście rzeki Liffey,  dzielące  miasto  na dwie 

części.

Poczuła,   jak   jej   tętno   dostosowuje   się   do  otaczającego   ją  rytmu   życia,   podąża   za 

tłumną ulicą, włącza się w gorączkowy pośpiech. Na krótko poddała się tej podniecającej 

background image

krzątaninie, lecz szybko poczuła się wyczerpana. Nieprzebrane tłumy na O'Connel Street, 

gdzie  każdy wydawał  się  pędzić  przed siebie  nie  wiadomo  dokąd, z  obłędem  w oczach, 

znużyły ją. Zatęskniła za ospałymi, pustymi drogami zachodniego wybrzeża. Tym niemniej 

widok z mostu O'Connel zachwycił ją. Zaintrygowały ją przycumowane do nabrzeży statki, 

oczarowała   błyszcząca   w  słońcu majestatyczna  kopuła   Four  Courts. Kierowca  z  radością 

obwoził ją po mieście, zjeżdżał w boczne uliczki, czekał na nią, gdy wysiadła, by przejść się 

po parku, czy usiąść na skwerze.

Zatrzymała  się także  na Grafton Street,  pośród eleganckich  sklepów, gdzie  kupiła 

prezent dla Brianny - prostą, srebrną broszkę w kształcie półksiężyca, wysadzaną granatami. 

Wkładając pudełeczko do torby, pomyślała, że będzie to idealny dodatek do ubrań siostry i jej 

tradycyjnego gustu.

Przez moment zastanawiała się nad parą kolczyków dla siebie - drugie, skręcone ze 

sobą złote, srebrne i miedziane druciki zaakcentowane u góry i dołu ognistymi opalami. Nie 

powinna wydawać pieniędzy na takie frywolne błyskotki. Nie powinna i już. Zwłaszcza nie 

mając żadnej gwarancji, że uda się jej coś sprzedać w najbliższym czasie.

Ale, oczywiście, kupiła kolczyki i cały budżet diabli wzięli!

Na koniec zwiedziła jeszcze muzea, przeszła się wzdłuż rzeki i zamówiła herbatę w 

maleńkim bistro w pobliżu Fitz William Square. Ostatnią godzinę spędziła na moście Half 

Penny, skąd oglądała zachód słońca i odbijające się od wody promienie, a także, w kupionym 

naprędce bloku rysunkowym, zrobiła kilka szkiców.

Było   już   po   siódmej,   gdy   wróciła   do   domu   Rogana.   Wyszedł   jej   naprzeciw   z 

frontowego saloniku i zatrzymał ją, zanim doszła do schodów.

- Już się zastanawiałem, czy nie kazała pani odwieźć się Dugginowi z powrotem do 

Clare.

- Zastanawiałam się nad tym raz czy dwa. - Odrzuciła do tyłu niesforne włosy. - Wieki 

całe nie byłam w Dublinie. - Pomyślała o żonglerze, którego wtedy zobaczyła i, oczywiście, o 

swoim ojcu. - Zapomniałam już o potwornym zgiełku i hałasie, jakie tutaj panują.

- Domyślam się, że nic pani nie jadła.

- To prawda, nie jadłam - odparła. - Jeśli nie liczyć herbatnika.

- Kolacja będzie o wpół do ósmej, ale mogę ją przesunąć na ósmą, jeśli zechce pani 

dołączyć do nas na koktajl.

- Do nas?

- Do mojej babci. Bardzo chciałaby panią poznać.

-   Och   -   jęknęła   ciężko.   Spotykać   się   z   kimś,   rozmawiać,   przebywać   w   czyjejś 

background image

obecności! - Nie chciałabym sprawiać kłopotu.

- Nie widzę problemu. Jeśli chce się pani przebrać, oczekujemy w saloniku.

-   W   co   mam   się   przebrać?   -   Zrezygnowana,   włożyła   szkicownik   pod   pachę.   - 

Obawiam się, że wszystkie wyjściowe ubrania zostawiłam w domu. Ale jeśli mój wygląd 

pana razi, mogę zjeść kolację w pokoju.

-   Proszę   nie   mówić   za   mnie,   Maggie.   -   Stanowczym   ruchem   ujął   ją   za   ramię   i 

poprowadził w stronę salonu. - Babciu - zwrócił się do kobiety siedzącej po królewsku w 

fotelu z wysokim, obitym brokatem oparciem. - Chciałbym ci przedstawić Margaret Mary 

Concannon. Maggie, moja babcia Christine Sweeney.

-   Ogromnie   się   cieszę.   -   Christine   wyciągnęła   wąską,   kształtną   dłoń,   ozdobioną 

jednym iskrzącym się szafirem, tworzącym komplet z kolczykami w jej uszach.

- Przypisuję sobie zasługę za pani obecność tutaj, moja droga, ponieważ pierwsza 

kupiłam pani pracę, która zaintrygowała Rogana.

- Dziękuję. A więc jest pani kolekcjonerką?

- Mamy to we krwi. Proszę usiąść. Roganie, podaj pani coś do picia.

Rogan podszedł do lśniących karafek.

- Co pani nalać, Maggie?

- Cokolwiek bądź. - Mając w perspektywie godzinę lub dwie uprzejmego zachowania 

się, zrezygnowana Maggie odłożyła na bok szkicownik i torebkę.

- Chyba jest pani przejęta i rozemocjonowana swoją pierwszą poważną wystawą - 

zaczęła Christine. No cóż, dziewczyna ma frapującą urodę, pomyślała. Te ogniste włosy i 

jasna cera! A w tej flanelowej koszuli i opiętych spodniach przyciąga bardziej wzrok niż 

dziesiątki kobiet przystrojonych w jedwabie i diamenty.

- Szczerze mówiąc, pani Sweeney, trudno mi to sobie wyobrazić. - Wzięła podaną 

przez Rogana szklankę z nadzieją, iż jej zawartość pokrzepi ją i pozwoli dotrwać do końca 

wieczora i nudnej konwersacji.

- Proszę powiedzieć, co sądzi pani o galerii?

- Jest wspaniała. Prawdziwa świątynia sztuki.

- Och. - Christine pochyliła się do przodu i ponownie uścisnęła rękę Maggie. - Jakże 

mój   Michael   cieszyłby   się,   słysząc   te   słowa.   Dokładnie   tego   właśnie   pragnął.   Był 

niespełnionym artystą, rozumie pani?

- Nie. - Maggie spojrzała z ukosa na Rogana. - Nie rozumiem.

- Chciał malować. Miał wyobraźnię, umiał patrzeć, ale zabrakło mu zdolności. Wobec 

tego   tworzył   atmosferę   i   warunki   dla   tych,   którzy   je   mieli.   -   Przydymiony,   jedwabny 

background image

kostiumik   Christine   zaszeleścił   delikatnie,   kiedy   siadała   z   powrotem.   -   Był   wspaniałym 

człowiekiem. Rogan jest do niego podobny, z wyglądu i z usposobienia.

- Musi być pani dumna z tego powodu.

- To prawda. Podobnie jak pani rodzina musi być dumna z tego, co pani udało się 

zrobić z własnym życiem.

- Nie sądzę, by dumna była właściwym słowem. - Maggie wypiła łyczek. Gdy okazało 

się, że Rogan nalał jej sherry, z trudem opanowała grymas rozczarowania. Na szczęście w tej 

samej chwili pojawił się w drzwiach lokaj i zaanonsował kolację. - Świetnie się składa. - 

Maggie odstawiła z ulgą szklankę. - Umieram z głodu.

- A więc nie zwlekajmy. - Rogan podał babce ramię. - Julien był rozanielony, gdy się 

dowiedział, że smakuje pani jego kuchnia.

- Och, jest świetnym kucharzem, to prawda. Nie ośmieliłabym się mu przyznać, że z 

radością jem wszystko, czego nie muszę sama przygotować.

- Nie powiemy mu o tym. - Rogan odsunął najpierw krzesło dla Christine, a następnie 

dla Maggie.

- Nie powiemy - przytaknęła Maggie. - Zwłaszcza, że postanowiłam wymienić z nim 

niektóre z przepisów Brie.

- Brie to siostra Maggie - wyjaśnił Rogan, podczas gdy podawano zupę. - Prowadzi 

pensjonat w Clare i mogę osobiście zaświadczyć, że jej kuchnia jest wyśmienita.

- A więc pani siostra jest artystką w kuchni.

- To prawda - przyznała Maggie, stwierdzając jednocześnie, iż towarzystwo Christine 

Sweeney jest znacznie milsze, niż się tego spodziewała. - Brianna jest czarodziejką w domu i 

w kuchni.

- Powiedziałeś w Clare? - Christine skinęła głową na podane jej przez Rogana wino. - 

Znam te okolice. Pochodzę z Galway.

- Naprawdę? - Na twarzy Maggie pojawiło się zdumienie i zadowolenie. Kolejny raz 

pomyślała, jak bardzo tęskni za domem. - Z której części hrabstwa?

-   Z   samego   Galway.   Mój   ojciec   pracował   w   żegludze.   Dzięki   niemu   spotkałam 

Michaela, który prowadził z ojcem sprawy handlowe.

-   Moja   babcia,   ze   strony   matki,   także   pochodziła   z   Galway.   -   W   innych 

okolicznościach Maggie wolałaby raczej jeść, niż rozmawiać. Jednak tym razem dane jej było 

delektować   połączeniem   wybornego   jedzenia   i   konwersacji.   -   Mieszkała   tam   do 

zamążpójścia. To było jakieś sześćdziesiąt lat temu. Była córką kupca.

- Ach tak. A jak się nazywała?

background image

- Sharon. Sharon Feeney jako panna.

-   Sharon   Feeney.   -   Oczy   Christine   ożywiły   się,   stały   się   teraz   tak   intensywne   w 

kolorze i roziskrzone jak jej szafiry. - Córka Colina i Mary Feeney?

- Tak! Znała ją pani?

-   Och,   jeszcze   jak.   Mieszkałyśmy   kilka   minut   drogi   od   siebie.   Byłam   od   niej 

troszeczkę młodsza, ale spędzałyśmy razem dużo czasu. - Christine mrugnęła do Maggie, a 

następnie   spojrzała   na   Rogana,   chcąc   wciągnąć   go   do   rozmowy.   -   Byłam   zakochana   do 

nieprzytomności w wuju Maggie i bezczelnie wykorzystywałam Sharon, by móc przebywać 

jak najwięcej w pobliżu niego.

- Nie sądzę, żebyś musiała uciekać się do czegoś lub do kogoś, by zwrócić na siebie 

uwagę mężczyzny - powiedział Rogan.

- Och, Roganie, twoje słowa to słodycz dla ucha - roześmiała się Christine i poklepała 

go po ręku. - Miej się przed nim na baczności, Maggie.

- Na mnie nie marnuje zbyt wiele słodyczy.

- Cukier rozpuszcza się w occie - odciął się Rogan czarującym głosem.

Postanawiając go ignorować, Maggie odwróciła się ku Christine.

-   Nie   widziałam   wujka   od   lat,   ale   słyszałam,   że   w   młodości   był   eleganckim, 

przystojnym mężczyzną i umiał zdobywać serca kobiet.

- To prawda, był  przystojny i miał podejście do kobiet - Christine roześmiała  się 

ponownie, a dźwięk jej głosu brzmiał młodo i radośnie. - Będąc dziewczynką, spędziłam 

wiele   nieprzespanych   nocy,   marząc   o   Niallu   Feeneyu.   A   prawda   jest   taka   -   mówiąc   to, 

skierowała błyszczące oczy na Rogana, a jej nieco figlarne spojrzenie zachwyciło Maggie - że 

gdyby nie pojawił się Michael i gdybym nie zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, 

walczyłabym na śmierć i życie, by poślubić Nialla. Czy to nie jest zabawne? Gdyby sprawy 

potoczyły się inaczej, moglibyście być kuzynami.

Rogan spojrzał na Maggie i uniósł swój kielich. Pomyślał, że to by było przerażające. 

Absolutnie przerażające.

Maggie parsknęła śmiechem i dokończyła zupę.

- Niall Feeney nigdy się nie ożenił i prowadzi kawalerskie życie w Galway. Być może 

złamała pani jego serce, pani Sweeney.

- Chciałabym w to uwierzyć. - Wciąż śliczna twarz Christine Sweeney pokryła się 

rumieńcem zadowolenia. - Lecz smutna prawda jest inna; Niall nigdy mnie nie dostrzegał.

- Czyżby był  ślepy?  - zapytał  Rogan, czym  zasłużył  sobie na promienny uśmiech 

babci.

background image

-   Nie   ślepy.   -   Maggie   aż   westchnęła,   wciągając   w   nozdrza   cudowny   zapach 

postawionego przed nimi półmiska z rybą. - Ale może mniej rozsądny niż inni mężczyźni.

- I mówisz, że nigdy się nie ożenił? - Dopytywanie się Christine, zauważył Rogan, 

marszcząc czoło, było może odrobinę zbyt poufałe.

- Nigdy. Moja siostra koresponduje z nim. - W oczach Maggie pojawił się chytry 

błysk. - Poproszę ją, żeby przy najbliższej okazji wspomniała wujkowi o pani. Przekonamy 

się, czy jego pamięć jest lepsza niż jego młodzieńczy osąd.

Choć jej uśmiech był nieco marzycielski, Christine pokiwała powątpiewająco głową.

- Pięćdziesiąt pięć lat temu opuściłam Galway dla Dublina i dla Michaela. Matko 

Boska!

Wspomnienie minionych lat było przyjemne i smutne zarazem, podobne do tego, jakie 

towarzyszy pożegnaniu okrętu wypływającego z portu w morze. Wciąż odczuwała brak męża, 

choć   odszedł   ponad   dziesięć   lat   temu.   W   odruchowym   geście,   który   wydał   się   Maggie 

wzruszający, Christine położyła dłoń na ręku Rogana.

- Sharon wyszła za mąż za hotelarza, prawda?

- Tak, a przez ostatnich dziesięć lat życia była wdową.

- Ale miała córeczkę na pocieszenie.

- Moją matkę. Ale nie wiem, czy znalazła w niej pocieszenie. - Osad goryczy zakłócił 

delikatny smak pstrąga w ustach Maggie. Spłukała ją winem.

- Jeszcze przez wiele lat po ślubie Sharon pisywałyśmy do siebie. Była bardzo dumna 

ze swojej dziewczynki. Maeve, czy tak?

- Maeve... - Magie próbowała wyobrazić sobie matkę jako małą dziewczynkę, ale bez 

powodzenia.

- Sharon pisała, że jest ślicznym dzieckiem, z imponującymi włosami. Usposobienie 

diabelskie, powiedziałaby Sharon, i anielski głos.

- Anielski głos? Moja matka?

- Tak, co w tym dziwnego? Sharon pisała, że dziewczynka bosko śpiewa i że chce 

zostać zawodową śpiewaczką.  I zdaje się została, przynajmniej  na jakiś czas. - Christine 

zamilkła, zastanawiając się, dlaczego Maggie tak dziwnie na nią patrzy. - Tak. Wiem, że 

została śpiewaczką. Pamiętam, że przyjechała z recitalem do Gort, ale że nie mogłam wtedy 

być na tym występie. Mam trochę wycinków prasowych, które przysłała mi Sharon. To było 

trzydzieści lat temu! - Uśmiechnęła się zaintrygowana. - Nie śpiewa już?

- Nie. - Spokojnie lecz z zakłopotaniem odpowiedziała Maggie. Nigdy nie słyszała, by 

matka podniosła głos w innym celu, niż narzekanie czy krytykowanie kogoś. Śpiewaczka? 

background image

Zawodowa, z głosem jak anioł? Z całą pewnością mówią o dwóch różnych osobach.

- No cóż - ciągnęła Christine. - Wyobrażam sobie, że znalazła radość i szczęście w 

rodzinie.

Szczęście?   Na   pewno   nie   chodzi   tutaj   o   tę   Maeve   Feeney   Concannon,   która   ją 

wychowała.

- Tak sądzę - powoli wypowiedziała Maggie. - Dokonała wyboru.

- Podobnie jak my wszyscy. Sharon zrobiła to, wychodząc za mąż i wyjeżdżając z 

Galway. Muszę przyznać, że bardzo mi jej było brak, ale ona kochała swojego Johnny'ego i 

swój hotel.

Z   dużym   wysiłkiem   Maggie   oddaliła   od   siebie   myśli   o   matce.   Powróci   do   nich 

później.

- Pamiętam babci hotel. Pracowałyśmy w nim razem z Brie przez jedno lato, gdy 

byłyśmy jeszcze dziewczynkami. Sprzątałyśmy i usługiwałyśmy. Nie zasmakowałam w tych 

zajęciach.

- Z korzyścią dla świata sztuki!

Maggie z uznaniem przyjęła komplement Rogana.

- Być może, w każdym razie odczułam po tym ulgę.

- Nigdy nie zapytałem, jak i kiedy zainteresowała się pani szkłem.

- Matka mojego ojca miała wazon, weneckiej roboty, wąski i długi, jasnozielony, z 

lekko matowego szkła. W kolorze pączków liści. Wydawał mi się najpiękniejszą rzeczą, jaką 

kiedykolwiek widziałam. Powiedziała mi, że jest zrobiony z oddechu i z ognia. - Maggie 

uśmiechnęła się na to wspomnienie, pogrążyła się w nim przez chwilę, a jej oczy stały się 

równie zamglone jak wazon, który opisała. - Słuchałam tego jak najpiękniejszej bajki. Tylko 

oddech i ogień, by stworzyć coś, co można trzymać w rękach. Przyniosła mi więc książkę, w 

której były obrazki z huty szkła, pracujący w niej ludzie, metalowe rurki i piece. Myślę, że od 

tej chwili niczego innego już nie pragnęłam.

-   Taki   sam   był   Rogan   -   powiedziała   półgłosem   Christine.   -   Od   najmłodszych   lat 

dokładnie wiedział, co pragnie robić w życiu. - Jej wzrok powędrował od Maggie do wnuka i 

z powrotem. - A teraz odnaleźliście się.

- Na to wygląda - przytaknął Rogan i zadzwonił po następne danie.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Choć nie było ku temu istotnych powodów, ciągnęło ją do galerii. Była  tam mile 

widziana; Joseph i reszta personelu prześcigali się w uprzejmościach, zasięgali jej opinii, 

radzili się. Byłoby to nawet przyjemne, gdyby nie fakt, iż Rogan bezbłędnie i z ogromnym 

wyczuciem przemyślał koncepcję wystawy, dopracował ją w najdrobniejszych szczegółach. 

Praktycznie więc nie miała nic do dodania, a jej rola sprowadzała się do towarzyskiej wizyty. 

Wymykała się więc i przycupnięta w kąciku szkicowała indiańską sztukę.

Przedmioty   z   wikliny,   przybrania   głowy,   pracochłonne,   kunsztowne   ozdoby   z 

paciorków, skomplikowane, tajemnicze maski rytualne, to wszystko fascynowało ją. Pomysły 

i wizje wirowały w jej głowie jak gazele, cwałowały wielkimi susami, odbijały się, unosiły w 

powietrzu. Śpieszyła się, by przenieść je na kartki szkicownika.

Pogrążając się w pracy, zapominała o świecie. Ilekroć bowiem zaczynała myśleć, jej 

uwaga uporczywie powracała do tego, co Christine opowiedziała jej o Maeve. Zastanawiała 

się, ile jest jeszcze ukrytych faktów z życia jej rodziców, o których nigdy nie słyszała? Matka 

i jej  kariera,  ojciec kochający inną kobietę.  I oboje, z jej powodu, uwięzieni  w  pułapce, 

pozbawieni możliwości zrealizowania swych najgłębszych pragnień.

Musi poznać całą prawdę, a przecież  boi się tego, boi się, że wszystko  czego się 

dowie, uzmysłowi jej fakt, iż tak naprawdę nie znała ludzi, którzy powołali ją do życia. Ze 

może w ogóle ich nie znała.

Odsuwała więc od siebie te myśli i większość czasu spędzała w galerii.

Ponieważ   nikt   się   nie   sprzeciwił,   urządziła   sobie   w   biurze   Rogana   tymczasową 

pracownię.   Pomieszczenie   miało   dobre   światło,   a   ponieważ   znajdowało   się   na   tyłach 

budynku, prawie nikt jej tutaj nie przeszkadzał. Nie było tu zbyt wiele miejsca. Nie ulegało 

wątpliwości, że Rogan postanowił wykorzystać każdą wolną przestrzeń na ekspozycję sztuki.

A to był argument nie do podważenia.

Przykryła jego lśniące, orzechowe biurko kawałkiem plastiku i grubymi warstwami 

gazet. Wykonane węglem i ołówkiem szkice stały się punktem wyjścia do dalszej pracy. 

Teraz chciała je rozmalować farbami. W sklepie w pobliżu galerii kupiła kilka tubek akryli. 

Często   jednak   na   skutek   wrodzonej   niecierpliwości,   a   także   niedoskonałości   materiału, 

sięgała po inne środki, jakie miała pod ręką. Zdarzało się jej więc zanurzać pędzel w fusach 

kawy, w mokrej papce popiołu, czy też rzucać odważne, grube kreski pomadką do ust lub 

kredkami do oczu.

To były zaledwie jej pierwsze kroki. O ile uważała się za względnie kompetentnego 

background image

rysownika, o tyle nigdy nie nazwałaby siebie mistrzem pędzla i koloru. To, że Rogan dołączył 

do wystawy wiele jej szkiców, wprowadzało ją raczej w zakłopotanie, niż cieszyło.

Przekonywała samą siebie, że ludzie będą kupowali wszystko, jeśli tylko utwierdzi się 

ich w pewności o wartości i jakości towaru.

Przyglądając się ze zmrużonymi oczami swej pracy, pomyślała, iż staje się cyniczna, a 

także wyrachowana. Bezduszny buchalter podliczający zyski z czegoś, co jeszcze nie zostało 

wykonane.  Na Boga, czyżby wplątała się w pajęczynę, którą wyczarował  dla niej z taką 

precyzją Rogan? Jeśli to wszystko okaże się niewypałem, jeśli wróci do domu na tarczy, 

znienawidzi siebie bardziej niż jego!

A może ciąży nade mną złe fatum? - zastanawiała się. Czy będzie jak ojciec i nie 

osiągnie   celu,   który   znaczy   dla   niej   więcej   niż   cokolwiek?   Była   tak   pochłonięta   pracą   i 

czarnymi myślami, że aż syknęła ze zdziwienia i z zakłopotania, gdy otwarły się drzwi biura.

- Proszę wyjść! Proszę wyjść! Czy mam się zamykać na klucz, do jasnej cholery?

- Uważam, że tak. - Rogan zamknął za sobą drzwi. - Ale co u licha pani robi?

- Przeprowadzam doświadczenie z fizyki jądrowej - warknęła. - Czy nie widzi pan? - 

Oderwana od swoich zajęć, zgarnęła zmierzwioną grzywę włosów znad oczu. - Po co pan 

tutaj przyszedł?

- Wydaje mi się, że ta galeria, nie wyłączając tego biura, należy do mnie.

-   Trudno   o   tym   zapomnieć.   -   Zanurzyła   pędzel   w   rozmieszanych   na   starej   desce 

farbach. - Zwłaszcza kiedy już od progu nie słyszy się niczego innego, jak „pan Sweeney 

to...”, „pan Sweeney tamto...”. - Podniecona i rozemocjonowana tą drobną sprzeczką, rzuciła 

kilka kolorowych plam na gruby papier, który przypięła na innej desce.

W trakcie gdy to robiła, jego spojrzenie przesunęło się z jej twarzy na ręce, na których 

widok odebrało mu na krótko mowę.

- Co pani najlepszego robi, do jasnej cholery? - Wstrząśnięty, rzucił się przed siebie. 

Jego bezcenne, ukochane biurko pokryte zapaćkanymi farbą gazetami, zastawione słoikami z 

pędzlami, zarzucone węglem i ołówkami, i, o ile węch go nie myli, butelkami terpentyny. - 

Pani jest szalona. Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że biurko pochodzi z epoki Jerzego II?

-   To   solidna   sztuka   -   odpowiedziała   bez   cienia   szacunku   dla   nieżyjącego   króla 

angielskiego. - Zasłania mi pan światło. - W roztargnieniu, machnęła na niego upaćkaną w 

farbie   ręką.   Tylko   cud   jakiś   sprawił,   że   w   porę   odskoczył.   -   A   poza   tym   jest   dobrze 

zabezpieczone - dodała. - Podłożyłam pod gazety kawałek plastiku.

- Ach tak, to zmienia sprawę. - Złapał garść jej włosów i szarpnął z całej siły. - Jeśli są 

pani   potrzebne   sztalugi   -   wycedził,   gdy   zetknęli   się   niemal   nos   w   nos   -   mogę   je   pani 

background image

dostarczyć.

-  Nie  potrzebne  mi  są  sztalugi,  tylko   odrobina  prywatności.   I gdyby   się pan  stąd 

wyniósł i zniknął, tak jak to cudownie udawało się panu przez ostatnie dwa dni... - mówiąc to, 

wyrwała mu się. Oboje spojrzeli na jaskrawoczerwone plamy, które rozmazała mu na klapach 

prążkowanego garnituru.

- Masz babo placek - zawołała.

-   Idiotka!   -   Podczas   gdy   ona   chichotała,   jego   oczy   zwęziły   się   i   niebezpiecznie 

pociemniały.

- Przepraszam. Mówię to szczerze. - Ale przeprosiny rozpłynęły się w ponownym 

ataku śmiechu. - Robię straszny chlew wokół siebie podczas pracy i zapomniałam o rękach. 

Ale, o ile się nie mylę, ma pan całą kolekcję garniturów. Może obejdzie się pan bez tego.

-   To   by   było   zbyt   proste.   -   Błyskawicznym   ruchem   zanurzył   palce   w   farbie   i 

rozsmarował ją jej na twarzy. - Ten kolor doskonale pani pasuje.

Przyłożyła dłonie do policzków, rozsmarowując farbę po całej twarzy.

- No to co, bawimy się? - zaśmiewając się, porwała tubkę kanarkowo - żółtej farby.

- Niech pani tylko spróbuje - zawołał na wpół rozbawiony, na wpół rozgniewany.

-   Concannonowie   nigdy   nie   cofają   się   przez   rzuconym   im   wyzwaniem.   - 

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, szykując się do wyciśnięcia tubki. Musieli jednak odłożyć 

porachunki na bok, gdy otworzyły się drzwi biura.

-   Roganie,   mam   nadzieję,   że   nie   jesteś...   -   Elegancka   kobieta   w   chanelowskim 

kostiumie   urwała   w   połowie   zdania,   wytrzeszczając   jasnoniebieskie   oczy.   -   Bardzo 

przepraszam. - Była zmieszana. Nerwowym ruchem odgarnęła falujące, czarne włosy. - Nie 

wiedziałam, że jesteś... zajęty.

- Przybywasz w samą porę. - Spokojny i chłodny jak wiosenna bryza Rogan oderwał 

kawałek gazety i wytarł nią farbę z palców. - Wygląda na to, że jeszcze trochę, a zrobilibyśmy 

z siebie kompletnych idiotów.

Być może, pomyślała z żalem Maggie, odkładając na bok tubę z farbą. Przynajmniej 

byłoby wesoło!

-   Patrycja   Hennessy.   Chciałbym   ci   przedstawić   Margaret   Mary   Concannon,   naszą 

sławną artystkę.

To   ona?   Patrycję   przepełniało   zdumienie,   choć   na   jej   delikatnej,   rasowej   twarzy 

odmalowało   się   jedynie   uprzejme   zainteresowanie.   Ta   zapaćkana   farbami,   rozczochrana 

kobieta, to M. M. Concannon?

- Jakże się cieszę ze spotkania.

background image

- Ja także, panno Hennessy.

-  Pani  Hennessy  - poprawiła  ją  Patrycja,  nieśmiało  się  uśmiechając.  -  Ale  proszę 

mówić do mnie Patrycja.

Jak samotna  róża za szkłem,  pomyślała  Maggie; Patrycja  była  śliczna,  delikatna  i 

skończenie doskonała. I smutna, stwierdziła Maggie, przyglądając się badawczo jej ładnemu 

owalowi twarzy.

- Znikam za chwilę. Jestem pewna, że chcielibyście porozmawiać na osobności.

- Proszę sobie nie robić kłopotu z mojego powodu. - Uśmiech Patrycji musnął jej 

wargi, nie dotykając jej oczu. - Byłam właśnie na górze z Josephem i podziwiałam pani prace. 

Ma pani niebywały talent.

- Dziękuję. - Maggie wyrwała z górnej kieszeni marynarki Rogana chustkę.

- Proszę... - Nie dokończył, gdy już jego własność wylądowała w butelce z terpentyną. 

Wydając podobny do warczenia psa dźwięk, odebrał ją i zaczął ścierać resztki farby z rąk. - 

Moje biuro zostało, jak się zdaje, zamienione chwilowo na artystyczne poddasze.

- Jasne, a ja nigdy w życiu nie pracowałam na poddaszu - oznajmiła Maggie, celowo 

posługując się irlandzką wymową. - Wyobraża sobie pani, jak go musiałam zdenerwować, 

wkraczając na ten święty teren? Zna go chyba pani od dawna i wie, jaki to małostkowy 

człowiek.

- Nie jestem małostkowy - wycedził przez zęby.

- Och, oczywiście, że nie - odparła Maggie, wywracając oczami. - To dziki człowiek, 

nigdy nie można  przewidzieć  jego reakcji, podobnie jak nie można  przewidzieć  kolorów 

wschodzącego słońca.

-   Powszechnie   nie   uważa   się   zmysłu   organizacji   i   opanowania   za   wadę.   W 

przeciwieństwie do ich kompletnego braku.

Znowu zwrócili się ku sobie, wykluczając bezwiednie Patrycję z udziału w tej grze. W 

pokoju panowała ciężka atmosfera, z czego Patrycja doskonale zdawała sobie sprawę. Nie 

przypominała  sobie, by kiedykolwiek  pożądał jej tak żarliwie. Nie przypominała  sobie, a 

przecież była zakochana w Roganie Sweeneyu.

- Przepraszam, jeśli przyszłam w niewłaściwym czasie. - Nienawidziła siebie za ten 

sztywny i formalny ton głosu.

- Ależ nic podobnego. - Rozzłoszczona twarz Rogana bez trudu przybrała czarujący 

uśmiech. - Zawsze z radością cię widzę.

- Wpadłam na chwilkę, sądząc, że skończyłeś na dzisiaj pracę. Carneysowie zaprosili 

mnie na drinka. Pomyślałam, że może zechcesz się do nas przyłączyć.

background image

-   Przykro   mi,   Patrycjo.   -   Rogan   spuścił   wzrok   na   swoją   zniszczoną   chustkę,   a 

następnie rzucił ją na porozkładane gazety. - Wiesz, jak to jest. Przed jutrzejszym otwarciem 

wystawy muszę się jeszcze zająć dziesiątkami spraw.

-   Bzdura.   -   Maggie   rzuciła   Roganowi   szeroki   uśmiech.   -   Nie   zamierzam   nikogo 

absorbować moją osoba i psuć mu czasu przeznaczonego na spotkania towarzyskie.

-  To   nie  o  panią  chodzi...   po  prostu  mam   inne  zobowiązania.   Przeproś   ode  mnie 

Marion i George'a, Patrycjo.

-   W   porządku.   -   Patrycja   nadstawiła   Roganowi   policzek   do   pocałowania.   Zapach 

terpentyny kłócił się, a następnie zdominował jej delikatne kwiatowe perfumy. - Miło mi było 

panią poznać, panno Concannon. Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru.

- Mam na imię Maggie - powiedziała ciepło. - I dziękuję bardzo. Mam nadzieję, ze 

wszystko   dobrze   wypadnie.   Miłego   dnia,   Patrycjo.   -   Maggie   mruknęła   coś   do   siebie, 

czyszcząc pędzle. - Jest śliczna - zauważyła po wyjściu Patrycji. - Stara przyjaciółka?

- Tak.

- Stara, zamężna przyjaciółka.

Uniósł tylko brew, dopatrując się w tym ukrytego znaczenia.

- Stara, owdowiała przyjaciółka.

- Ach.

-   Bardzo   wieloznaczna   odpowiedź!   -   Z   niewiadomych   dla   siebie   przyczyn   zajął 

pozycję obronną. - Znam Patrycję od piętnastu lat.

-   Rany,   ależ   pan   jest   powolny,   Sweeney.   -   Opierając   biodro   o   biurko,   Maggie 

przyglądała mu się, dotykając ołówkiem warg. - Piękna kobieta, w bardzo dobrym guście... 

kobieta z pańskiego środowiska, i przez piętnaście lat nie wykonał pan żadnego ruchu!

-   Ruchu?   -   Ton   jego   głosu   stał   się   lodowaty   jak   szron   na   szybie.   -   Wyjątkowo 

nieudane   określenie,   ale   pomijając   na   chwilę   to   niefortunne   wyrażenie,   skąd   takie 

przypuszczenie?

- Takie rzeczy się widzi. - Maggie wzruszyła ramionami i zaczęła oczyszczać biurko. - 

Stosunki   intymne   łatwo   jest   odróżnić   od   platonicznych.   -   Jej   twarz   złagodniała.   Miała 

przecież w końcu do czynienia tylko z mężczyzną. - Założę się, że uważa pan, iż jesteście 

cholernie dobrymi przyjaciółmi.

- Oczywiście, że tak.

- Ależ z pana frajer! - Poczuła przypływ sympatii do Patrycji. - Jest więcej niż na wpół 

zakochana w panu.

Sam pomysł i niczym nieuzasadniona poufałość, z jaką Maggie przedstawiła sytuację, 

background image

zbiły go z tropu.

- To absurd! - wyraził zdziwienie.

- Absurdem jest tylko to, że nie wpadł pan na to. - Pośpiesznie zgarniała przybory. - 

Czuję sympatię do pani Hennessy, a przynajmniej jakąś cząstkę sympatii. Trudno jest mi 

bowiem ofiarować ją w całości, skoro sama jestem panem zainteresowana i nie bawi mnie 

pomysł, by skakał pan z jednego łóżka do drugiego.

Ta cholerna kobieta świętego może wyprowadzić z równowagi, pomyślał.

- Prowadzimy śmieszną rozmowę, a mam jeszcze masę pracy.

To zabawne jak szybko ton jego głosu staje się sztywny i formalny.

- Jeśli o mnie chodzi, na pewno nie będę pana zatrzymywała. Wysuszę te obrazki w 

kuchni, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.

- Bardzo proszę. Dopóki nie wchodzą mi w drogę. - A ich twórca razem z nimi, 

pomyślał. - Co pani tutaj zrobiła?

- Jak zwykle trochę bałaganu, który mi już pan wypomniał, ale posprzątam go w miarę 

szybko.

Bez słowa wyciągnął jeden z obrazków. Od razu dostrzegł, co ją zainspirowało, jak 

zamierza   wykorzystać   sztukę   Indian   i   przeobrazić   ją   w   coś   śmiałego   i   niepowtarzalnie 

własnego.

Nie ważne jak bardzo i jak często wyprowadzała go z równowagi, za każdym razem 

zaskakiwała go swoim talentem.

- Widzę, że nie traciła pani czasu.

- To jedno z niewielu drobnych podobieństw miedzy nami. Proszę mi powiedzieć, co 

pan o nich sądzi.

- Że doskonale rozumie pani dumę i piękno.

- Niezły komplement, Roganie. - Uśmiechnęła się. - Naprawdę niezły.

- Pani wypowiada siebie w swej pracy, Maggie, odsłania w niej pani coraz bardziej 

własne   uwikłania.   Wrażliwość   i   arogancję,   współczucie   i   bezwzględność.   Zmysłowość   i 

chłodną rezerwę.

-   Jeśli   chce   pan   przez   to   powiedzieć,   że   jestem   zmienna   w   nastrojach,   nie   będę 

protestować. - Poczuła krótkie, bolesne ukłucie. Zastanowiła się, czy nadejdzie kiedyś taki 

czas, gdy spojrzy na nią w taki sam sposób, w jaki patrzy na jej prace. I co by z tego mogło 

wyniknąć dla nich, gdyby... - Nie uważam tego za wadę.

- Ale utrudnia to pani życie.

- Nikt, oprócz mnie, nie cierpi z tego powodu. - Uniosła dłoń i pogłaskała go po 

background image

policzku, rozpraszając jego uwagę. - Myślę o przespaniu się z panem, Roganie, i oboje o tym 

wiemy. Tyle że nie jestem panią Hennessy, rozglądającą się za mężem, który pokieruje jej 

życiem.

Zacisnął palce wokół jej nadgarstka, zdziwiony i dziwnie zadowolony z powodu jej 

nierównego, mocno bijącego pulsu.

- Czego pani szuka w życiu?

Prawie znała odpowiedź. Miała ją na końcu języka. Ale zgubiła ją gdzieś między jego 

pytaniem i silnymi, przyśpieszonymi uderzeniami własnego serca.

- Powiem panu, kiedy będę miała pewność. - Pochyliła się do przodu, wspięła na palce 

i przeciągnęła wargami po jego ustach. - A na razie jest dobrze jak jest.

Wzięła od niego obraz i zaczęła zbierać pozostałe.

- Margaret Mary - odezwał się, gdy ruszyła ku drzwiom. - Na pani miejscu zmyłbym 

tę farbę z mojej twarzy.

Zmarszczyła nos, spojrzała zezem na czerwoną plamę.

- Do jasnej cholery - mruknęła i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Choć pożegnalna scena mogła schlebić jego próżności, nie poczuł się jednak głęboko i 

gorzko   dotknięty,   gdy   mu   się   tak   łatwo   wywinęła   i   wywiodła   go   w   pole.   To   nie   był 

odpowiedni czas, by komplikować jej osobiste życie. W innej sytuacji zaciągnąłby ją po 

prostu   do   jakiegoś   zacisznego   pokoju   i   przelał   w   nią   tę   całą   frustrację,   tę   żądzę   i 

przyprawiające o utratę zmysłów nienasycenie. Oczyściłby się z tego wszystkiego.

Wystarczy oczywiście zapanować nad nią, a przynajmniej nad sytuacją, by znowu 

odzyskać równowagę.

Ale teraz są ważniejsze sprawy, z których pierwszą, zarówno z uwagi na prawomocny 

kontrakt jak i na moralne zobowiązanie, jest jej sztuka.

Popatrzył na jeden z jej obrazów, którego nie zabrała. Był doskonały, choć wykonany 

w pośpiechu, szybkimi pociągnięciami, śmiałymi kolorami przyciągającymi uwagę.

Budzi silne emocje, zadumał się. Podobnie jak ona sama.

Odwrócił się od niego i ruszył ku drzwiom. Ale obraz tkwił w nim, drażnił mózg, jak 

pozostawiony przez nią smak, drażniący jego zmysły.

- Proszę pana. Dzień dobry, panie Sweeney.

Rogan   zatrzymał   się   w   głównej   sali,   stłumił   westchnienie.   Chudy,   wyniszczony 

mężczyzna stojący przed nim z wystrzępioną teczką z rysunkami pod pachą wydał mu się 

znajomy.

- Aiman - pozdrowił biednie ubranego mężczyznę tak uprzejmie, jak gdyby miał do 

background image

czynienia z przystrojonym w jedwabie klientem. - Nie widziałem pana już od jakiegoś czasu.

- Pracowałem. - W lewym oku Aimana pojawił się nerwowy tik. - Mam dużo nowych 

prac, panie Sweeney.

Nie wykluczone, że pracował, zasępił się Rogan. Natomiast z całą pewnością pił. To 

było widać gołym okiem: zaczerwienione policzki, podkrążone oczy, drżące ręce. Aiman miał 

zaledwie trzydzieści lat, ale alkohol sprawiał, że wyglądał znacznie starzej, był słabowitego 

zdrowia i wątłej kondycji psychicznej.

Zatrzymał się w drzwiach, z boku, tak aby nie rzucać się w oczy i nie krępować swoim 

widokiem zwiedzających  galerię.  Patrzył  błagalnie  na Rogana. Zaciskał  i wyprostowywał 

palce na tekturowej teczce.

- Pragnąłbym, aby rzucił pan na to okiem, panie Sweeney.

- Otwieramy dzisiaj wystawę, Aiman. Jedną z większych.

- Wiem.  Czytałem  w  gazecie.  - Nerwowo oblizał  wargi. Ostatnie  pieniądze,  jakie 

zarobił rysując na ulicy, wydał wczorajszej nocy w pubie. Wiedział, że to szaleństwo. Gorzej, 

wiedział, że to głupota. A teraz rozpaczliwie rozgląda się za stoma funtami na opłacenie 

czynszu. Jeśli ich nie zdobędzie, wyląduje w ciągu tygodnia na bruku. - Mogę je u pana 

zostawić, panie Sweeney. Wrócę po nie w poniedziałek. Zrobiłem... zrobiłem parę dobrych 

rzeczy. Chciałbym, żeby pan pierwszy je obejrzał.

Rogan nie zapytał Aimana, czy jest spłukany. Znał dokładnie odpowiedź, a pytanie 

poniżyłoby tylko człowieka. Dobrze się zapowiadał, dopóki lęki i whisky go nie zniszczyły.

- Moje biuro chwilowo nie nadaje się do użytku - powiedział uprzejmie Rogan. - 

Chodźmy więc na górę. Obejrzymy, co pan zrobił.

- Dziękuję panu. - Przekrwione oczy Aimana rozjaśniły się w uśmiechu, w nadziei 

równie   wzruszającej   jak   łzy...   -   Dziękuję,   panie   Sweeney.   Nie   zajmę   panu   dużo   czasu. 

Obiecuję.

-   Zamierzałem   właśnie   zrobić   małą   przerwę   na   herbatę   -   powiedział   Rogan   i 

dyskretnie ujął Aimana pod ramię, podtrzymując go na schodach. - Może dotrzyma mi pan 

towarzystwa i wspólnie obejrzymy pańskie prace?

- Z przyjemnością, panie Sweeney.

Maggie   cofnęła   się   szybko.   Nie   chciała,   by   Rogan   ją   zauważył.   Była   pewna, 

absolutnie pewna, że wykopie obszarpanego artystę za drzwi. Albo każe któremuś ze swoich 

podwładnych zrobić to za siebie. A tymczasem on zaprosił go na herbatę i poprowadził na 

górę jak mile widzianego gościa.

Kto by pomyślał, że Rogan Sweeney ma dobre serce?

background image

Kupi na pewno kilka obrazów, pomyślała. Tyle, żeby nie urazić dumy artysty, a także 

zapewnić mu kilka posiłków. Ten gest wywarł na niej większe wrażenie, był ważniejszy niż 

dziesiątki stypendystów i darowizn, które, jak sądziła, Worldwide przydziela co roku.

Jest troskliwy. Zawstydziła ją ta świadomość i uradowała. Troszczył się zarówno o 

człowieka, który tworzy sztukę, jak i o samą sztukę.

Wróciła do jego gabinetu, aby posprzątać i spróbować oswoić się z nową postacią 

Rogana, a także dopasować ją do wszystkich innych jego cech.

Dwadzieścia cztery godziny później Maggie siedziała na brzegu łóżka w gościnnym 

pokoju Rogana. Włożyła głowę między kolana i przeklinała samą siebie za ohydną słabość. Z 

pogardą i obrzydzeniem do siebie musiała przyjąć do wiadomości, że nerwy ją zawiodły. Fakt 

pozostawał   faktem:   w   ustach   czuła   ciągle   ohydny   smak   wymiotów,   nie   mogła   także 

opanować wstrząsających jej ciałem lodowatych dreszczy.

To  nie  ma  znaczenia,   powtarzała  sobie  w  kółko.  Najmniejszego  znaczenia!   Co ją 

obchodzą inni i to, co sobie o niej pomyślą! Najważniejsze, co ona sama myśli!

O Boże, o Boże, dlaczego dałam się w to wszystko wciągnąć?

Po głębokim, uważnym oddechu, podniosła głowę. Poczuła, jak wzbiera w niej nowa 

fala mdłości. Musiała aż zacisnąć zęby. W dużym lustrze po przeciwnej stronie pokoju ujrzała 

swoje odbicie.

Była   w   samej   bieliźnie,   a   jej   skóra   wyglądała   obrzydliwie   biało   na   tle   czarnych 

koronek. Miała ziemistą cerę i zaczerwienione oczy. Gdy opuszczała ponownie głowę, z jej 

piersi wydobył się żałosny jęk.

Wyglądała   strasznie.   Zrobi   z   siebie   nieliche   widowisko!   Jakże   szczęśliwa   była   w 

Clare! Należała do tamtej ziemi. Żyła tam sama, niczym nie skrępowana. Tylko ona i jej 

szkło. A dookoła pola, łąki i poranne mgły. I byłaby tam teraz, gdyby nie Rogan Sweeney i te 

jego wszystkie szalone pomysły, na które dała się nabrać.

To   diabeł,   pomyślała,   błyskawicznie   zapominając,   iż   właśnie   niedawno   zaczęła 

zmieniać   o   nim   zdanie.   To   potwór,   który   poluje   na   Bogu   ducha   winnych   artystów,   by 

zaspokoić własną chciwość. Wyciśnie z niej wszystkie soki, a potem wyrzuci jak zużytą tubę 

farby.

Zamordowałaby go, gdyby tylko była w stanie utrzymać się na nogach.

Kiedy   usłyszała   ciche   pukanie   do   drzwi,   przycisnęła   pięści   do   oczu.   Wynoś   się, 

krzyknęła w duchu. Wynoś się i zostaw mnie w spokoju.

Pukanie powtórzyło się, tym razem usłyszała także ciche pytanie.

background image

- Maggie, kochanie, czy jesteś już gotowa?

Pani Sweeney. Maggie jeszcze mocniej przycisnęła rękoma piekące oczy, z trudem 

opanowując krzyk.

- Nie, jeszcze nie. - Starała się, aby jej głos zabrzmiał zwięźle i stanowczo. Zamiast 

tego wydała z siebie coś, co przypominało raczej skowyt. - Nigdzie nie pójdę.

Szeleszcząc jedwabiami, Christine Sweeney wślizgnęła się do pokoju.

-   Och,   kochanie!   -   Z   macierzyńską   troską   pośpieszyła   ku   Maggie   i   objęła   ją.   - 

Wszystko w porządku, skarbie. To tylko nerwy.

- Czuję się świetnie - powiedziała Maggie, by już po chwili zrzucić pychę z serca i 

ukryć twarz w ramionach Christine. - Po prostu nie idę.

-   Oczywiście,   że   idziesz.   -   Szybkim   ruchem   Christine   podniosła   twarz   Maggie   i 

uważnie spojrzała jej w oczy. Bezbłędnie oceniła na jakiej nucie zagrać, co też bez namysłu i 

z całą bezwzględnością zrobiła. - Chyba nie chcesz, żeby pomyśleli, że stchórzyłaś?

-   Niczego   się   nie   boję.   -   Broda   Maggie   uniosła   się   dumnie,   lecz   mdłości   nie 

ustępowały i przewalały się jej w brzuchu. - Po prostu to mnie nie interesuje.

Christine uśmiechnęła się, pogłaskała Maggie po głowie i czekała.

-   Nie   mogę   się   przełamać,   pani   Sweeney   -   wypowiedziała   wreszcie   Maggie.   - 

Zwyczajnie nie mogę. Poniżę się, a nienawidzę tego bardziej niż czego innego. Wolałabym 

się powiesić.

- Doskonale cię rozumiem, ale nie poniżysz się. - Ujęła lodowate ręce Maggie. - To 

prawda, że wystawiasz siebie na pokaz, tak samo jak swoją sztukę. Na tym polega wariactwo 

świata   artystycznego.   Będą   cię   podziwiali,   mówili   o   tobie,   spekulowali   na   twój   temat.. 

Pozwól im na to.

-   To   niezupełnie   jest   tak...   chociaż   i   w   tym   jest   cząstka   prawdy.   Nie   jestem 

przyzwyczajona, żeby mnie podziwiano i nie sądzę, żebym to mogła polubić, ale chodzi o 

moją pracę... - Zacisnęła wargi. - Ona jest tym, co mam najlepszego, pani Sweeney. A jeżeli 

się nie spodoba? Jeśli nie jest dostatecznie dobra...

- Rogan uważa, że jest.

- Dużo on wie - mruknęła Maggie.

- To  prawda. Dużo  wie. - Christine  nachyliła  głowę. Temu  dziecku  trzeba  trochę 

pomatkować, doszła do wniosku. A matkowanie nie zawsze jest samą czułością. - Czy chcesz, 

żebym zeszła na dół i powiedziała mu, że się boisz, i że nie czujesz się na siłach, by wziąć 

udział w wystawie?

- Nie! - Maggie ukryła twarz w dłoniach. - On zastawił na mnie pułapkę. Podstępny 

background image

wąż.   Pazerne   bydlę...   przepraszam   bardzo...   -   W   swej   zaciekłości   Maggie   opuściła   ręce. 

Christine z trudem zdusiła śmiech.

- Wszystko się zgadza - powiedziała rzeczowo. - Zaczekaj tu, a ja zejdę i powiem 

Roganowi, żeby jechał bez nas. Jest już w trenczu i chodzi tam i z powrotem po korytarzu.

- Nie widziałam nikogo, kto by miała taką obsesję na punkcie czasu.

- To rodzinna cecha. Michael także doprowadzał mnie tym do obłędu, Panie świeć nad 

jego duszą. - Poklepała Maggie po ręku. – Zaraz wracam i pomogę ci się ubrać.

- Pani Sweeney. - Zrozpaczona Maggie złapała Christine za rękaw. - Czy nie może mu 

pani   powiedzieć,   że   po   prostu   umarłam?   Możnaby   połączyć   wystawę   z   uroczystym 

czuwaniem przy zwłokach. A poza tym zmarli artyści przynoszą znacznie większe zyski niż 

żywi.

- No proszę. - Christine zdjęła z ramienia zaciśnięte palce Maggie. - Czujesz się już 

znacznie lepiej. Biegnij do łazienki i obmyj twarz.

- Ale...

- Występuję  dzisiaj  w charakterze  twojej babci - stanowczym  głosem powiedziała 

Christine. - Sądzę, że Sharon nie miałaby nic przeciwko temu. A zatem, rób co powiedziałam 

i obmyj twarz, Margaret Mary.

- Tak jest, proszę pani. Pani Sweeney? - powiedziała Maggie i padła do jej stóp. - Pani 

mu nie powie... to znaczy, będę bardzo wdzięczna, jeżeli nie wspomni pani Roganowi, że ja...

- W jeden z najważniejszych w swoim życiu wieczorów kobieta ma prawo marudzić i 

zwlekać z ubieraniem się.

- Też tak sądzę. - Wokół ust Maggie pojawił się cień uśmiechu. - Wyjdę na jakąś 

próżną trzpiotkę, ale nie widzę lepszego rozwiązania.

- Rogana pozostaw mnie.

- Jest jeszcze jedna sprawa. - To odpowiednia chwila, uznała Maggie. Jeszcze nigdy 

nie była w takim dole, może więc zaryzykować. - Czy mogłaby pani znaleźć te wycinki z 

prasy, o których pani wspominała? Te z moją mamą?

- Myślę, że to nie będzie trudne. Powinnam była sama o tym pomyśleć. Oczywiście, 

na pewno będziesz chciała je przeczytać.

- Zależy mi na tym. Będę pani bardzo za nie wdzięczna.

-   Dopilnuję,   żebyś   je   dostała.   A   teraz   idź   i   doprowadź   twarz   do   porządku.   A   ja 

popędzę   Rogana.   -   Zamykając   za   sobą   drzwi,   przesłała   jeszcze   Maggie   pokrzepiający 

uśmiech.

Zeszła na dół. Zastała tam Rogana, który, coraz bardziej wściekły, przemierzał hol 

background image

wzdłuż i wszerz.

- Gdzie ona jest, u licha? - zapytał, gdy tylko dostrzegł babkę. - Guzdrze się już tak od 

dwóch godzin.

- I ma do tego prawo. - Christine wykonała wspaniałomyślny ruch ręką. - Wrażenie 

jakie wywrze dzisiaj wieczorem to sprawa najwyższej wagi, czyż nie?

- Oczywiście, że to ważne. - Jeśli tak się nie stanie, jego marzenia rozpłyną się wraz z 

marzeniami Maggie. Potrzebna jest mu teraz, gotowa, by olśnić wszystkich. - Ale dlaczego to 

trwa tak długo? Musi tylko włożyć sukienkę i zrobić porządek z włosami.

- Zbyt długo pozostajesz w kawalerskim stanie, jeśli naprawdę wierzysz w podobne 

nonsensy.   -   Z   czułością   poprawiła   mu   i   tak   idealnie   zawiązany   krawat.   -   Pięknie   się 

prezentujesz w tym smokingu.

- Babciu, próbujesz odwrócić moją uwagę.

- Nic podobnego. - Uśmiechając się promiennie, otrzepała jego nieskazitelnie czyste 

klapy. - Zeszłam, żeby ci powiedzieć, żebyś jechał bez nas. Dojedziemy, gdy tylko Maggie 

będzie gotowa.

- Już powinna być gotowa.

- Ale nie jest. A poza „tym, o ileż będzie efektowniej, jeśli się pojawi odrobinę później 

i zrobi olśniewające entree? Przecież potrafisz docenić takie teatralne efekty, Roganie.

Tym go przekonała.

-   A   więc   w   porządku.   -   Sprawdził   godzinę   i   lekko   zaklął.   Jeśli   natychmiast   nie 

wyjdzie, na pewno się spóźni. A przecież musi jeszcze dopilnować ostatnich przygotowań. To 

jego obowiązek, bez względu na to, jak bardzo mu zależy, by osobiście wprowadzić Maggie 

do galerii. - i Pozostawiam ją więc w twoich bardziej niż kompetentnych rękach, babciu. 

Odeślę wam samochód, gdy tylko dotrę do galerii. Ale postaraj się, żeby się pojawiła nie 

później niż w ciągu godziny, dobrze?

- Możesz na mnie liczyć, kochanie.

-   Wiem   o   tym   od   zawsze.   -   Pocałował   ja   w   policzek.   -   A   tak   przy  okazji,   pani 

Sweeney, nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć, jak pięknie dzisiaj wyglądasz.

- To prawda, nie zdążyłeś jeszcze. Już byłam bliska załamania.

- Jak zwykle będziesz najbardziej olśniewającą kobietą tego wieczoru.

- Bardzo to ładnie powiedziałeś. A teraz już leć, zaś Maggie pozostaw mnie.

-  Z   największą   przyjemnością.  -  Wychodząc,   rzucił   jeszcze   ostatnie  spojrzenie  na 

schody. Nie było to pobłażliwe spojrzenie. - Życzę ci, żebyś sobie z nią poradziła.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Christine głęboko westchnęła. Ile jeszcze wysiłku ją 

background image

czeka, by spełnić to życzenie!

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Doskonałe oświetlenie odbijało i wydobywało 

profile, wygięcia i sploty szkła. Muzyka - właśnie grano walca - płynęła miękko i łagodnie jak 

łzy   szczęścia.   Kelnerzy   w   liberii   roznosili   na   srebrnych   tacach   kieliszki   musującego 

szampana. Pobrzękiwania kryształu i przytłumione głosy stanowiły wdzięczny kontrapunkt 

dla smętnych dźwięków skrzypiec.

Wszystko   więc   udało   się   doskonale,   w   każdym,   najdrobniejszym   szczególe.   Z 

wyjątkiem samej artystki, zasępił się Rogan.

-   Roganie,   to   wszystko   jest   wspaniałe.   -   Przed   nim   stała   Patrycja.   Elegancka,   w 

wąskiej,   białej   sukni   mieniącej   się   i   połyskującej   szklanymi   paciorkami.   -   Odniosłeś 

piorunujący sukces.

Uśmiechnął się do niej.

- Na to wygląda.

Zatrzymał na niej wzrok, na tyle długo, na tyle intensywnie, że poczuła się nieswojo.

- Co się stało? Czy pobrudziłam sobie nos?

- Nie. - Szybkim ruchem podniósł do ust kieliszek, przeklinając Maggie za zakłócenie 

jego serdecznego, naturalnego stosunku wobec jednej z jego najdawniejszych przyjaciółek. 

Ona, zakochana w nim? To absurd!

- Przepraszam. Zamyśliłem się. Nie mogę sobie wyobrazić, co tak długo zatrzymuje 

Maggie.

- Jestem pewna, że lada moment pojawi się. - Patrycja położyła mu rękę na ramieniu. - 

A tymczasem wszyscy olśnieni są waszym wspólnym sukcesem.

- Całe szczęście. Ona zawsze się spóźnia - dodał prawie szeptem. - Ma mniej więcej 

takie same poczucie czasu jak dziecko.

- Drogi Roganie, jesteś nareszcie. Widzę, że mojej Patrycji udało się ciebie odnaleźć.

- Dzień dobry, pani Connelly. - Rogan ujął delikatną dłoń matki Patrycji. - Jakże się 

cieszę ze spotkania. Pani obecność przynosi szczęście dej wystawie.

- Pochlebca. - Zadowolona z komplementu, poprawiła na sobie etolę norek. Annę 

Connelly   poświęcała   równie   wiele   czasu   na   pielęgnację   swej   Urody,   co   na   zaspokajanie 

własnej próżności. Uważała je za nieodzowny atrybut  kobiecości, na równi z założeniem 

domu, urodzeniem i wychowaniem dzieci. Nigdy, ale to nigdy nie zaniedbywała się w swoich 

powinnościach,   w   rezultacie   czego   miała   świeżą   cerę   i   młodzieńczą,   dziewczęcą   figurę. 

Toczyła nieubłaganą walkę z czasem, z której, w wieku pięćdziesięciu lat, wyszła zwycięsko.

background image

- A pani małżonek? - ciągnął Rogan. - Czy Dennis zechciał pani ! towarzyszyć?

- Oczywiście,  choć gdzieś  się już zawieruszył  i na pewno puszcza kłęby dymu  z 

cygara, i rozprawia o finansach. - Annę uśmiechnęła się, gdy Rogan dał znak kelnerowi i 

zaproponował   jej   kieliszek   szampana.   -   Nawet   jego   słabość   do   ciebie   nie   jest   w   stanie 

przezwyciężyć jego obojętności wobec sztuki. To jest fascynujące. - Gestem ręki wskazała na 

najbliższą rzeźbę, swoistą eksplozję kolorów wyrastających ku górze ze skręconej, splątanej 

podstawy. - Wspaniałe i niepokojące zarazem. Patrycja mówiła, że spotkała wczoraj autorkę. 

Ja również umieram z pragnienia, by ją poznać.

- W tym celu musi jeszcze przybyć - zręcznie pokrył swe zniecierpliwienie Rogan. - 

Panna   Concannon   wyda   się   pani   pełna   sprzeczności,   a   zarazem   interesująca,   podobnie 

zresztą, jak jej sztuka.

- I jestem pewna, że równie fascynująca. Prawie zupełnie nie widujemy cię ostatnio, 

Roganie. Zadręczam biedną Patrycję, żeby wreszcie zaprosiła cię do nas. - Spojrzenie, które 

rzuciła córce, było aż nazbyt wymowne.

Zrób jakiś ruch, dziewczyno, mówiły jej oczy. Nie pozwól, żeby ci się wymknął.

-   Niestety,   byłem   tak   zaabsorbowany   organizowaniem   wystawy,   iż   zaniedbałem 

moich przyjaciół.

- Wybaczymy ci, pod warunkiem, że pozwolisz się zaprosić na kolację któregoś dnia 

w przyszłym tygodniu.

- Z ogromną radością. - Rogan podchwycił wzrok Josepha. - Przepraszam panie na 

chwilę.

- Czy musisz być aż tak dosłowna, mamo? - mruknęła Patrycja, gdy Rogan wmieszał 

się w tłum.

- Ktoś musi być. Na litość boską, dziewczyno, on traktuje cię jak siostrę. - Przesyłając 

promienny uśmiech komuś znajomemu po przeciwnej stronie sali, mówiła nadal półgłosem. - 

Mężczyzna nie żeni się z kobietą, którą uważa za swoją siostrę, a już najwyższy czas, byś 

powtórnie wyszła za mąż. A lepszej partii nie można sobie wyobrazić. Stój, przyglądaj się 

biernie, aż ktoś inny zgarnie ci go sprzed nosa! A teraz uśmiechnij się, dobrze? Czy zawsze 

musisz wyglądać, jakbyś była w żałobie?

Patrycja posłusznie zmusiła się do uśmiechu.

- Dodzwoniłeś się do nich? - Niespokojnie dopytywał się Rogan Josepha.

- Tak, złapałem je, gdy już były w samochodzie. - Spojrzenie Josepha prześlizgiwało 

się po sali, zatrzymało się na Patrycji, potoczyło się dalej. - Będą tutaj lada moment.

- Z ponad godzinnym spóźnieniem. To typowe.

background image

- Tak czy owak, ucieszysz się, gdy usłyszysz, że sprzedaliśmy już dziesięć sztuk i że 

mamy tyle samo, jeśli nie więcej, ofert na Ujarzmienie.

- Ujarzmienie  nie jest na sprzedaż. - Rogan zapatrzył  się w stojącą pośrodku sali 

strzelistą rzeźbę. - Najpierw objedzie nasze galerie w Rzymie, Paryżu i w Nowym Jorku, ale, 

podobnie jak inne zastrzeżone przez nas przedmioty, nie jest na sprzedaż.

- Decyzja  należy do ciebie  - powiedział  w miarę  obojętnym  tonem Joseph. - Ale 

dodam jeszcze, że generał Fitzsimmons oferuje za nią dwadzieścia pięć tysięcy funtów.

- Naprawdę? Postaraj się, żeby ta wiadomość rozeszła się szeroko, dobrze?

-   Możesz   na   mnie   liczyć.   Rozmawiałem   ponadto   z   kilkoma   krytykami   sztuki. 

Uważam, że powinieneś... - Głos Josepha przycichał w miarę, jak pociemniałe oczy Rogana 

wpatrywały się coraz intensywniej w jakiś punkt ponad jego ramieniem. Joseph odwrócił się, 

dostrzegł   obiekt   zainteresowania   szefa   i   cicho   zagwizdał.   -  Być   może   się   spóźnia,   ale   z 

pewnością jest gwoździem programu.

Joseph zerknął w kierunku Patrycji i po wyrazie jej twarzy zorientował się, że ona 

także odnotowała reakcję Rogana. Zrobiło mu się smutno z jej powodu. Wiedział z własnego 

doświadczenia, jak trudna jest miłość do kogoś, kto uważa się jedynie za przyjaciela.

- Czy mam ją oprowadzić i dokonać prezentacji?

- Co? Nie... nie. Sam się tym zajmę.

W   najśmielszych   wyobrażeniach   nie   spodziewał   się   takiego   efektu.   Maggie   była 

olśniewająca,   oszałamiająca   i   zmysłowa   jak   grzech.   Wybrała   prostą,   pozbawioną   ozdób 

czarną sukienkę. Tajemnica szyku tkwiła w jej ciele. Choć suknia zakrywała ją od szyi po 

kostki,   daleko   jej   było   do   poważnej   sztywności;   nie   przy   tych   czarnych,   błyszczących 

guziczkach, które falowały, poruszały się przy każdym jej ruchu, na całej długości, rozpięte 

na górze do rowka, gdzie zaczynały się piersi, a także od dołu, odsłaniając szczupłe, zgrabne 

udo.

Jak zawsze niesforne włosy ułożone były na kształt ognistej korony, niedbale wijącej 

się wokół jej głowy. Gdy podszedł bliżej, zobaczył, że jej oczy rozglądają się już badawczo, 

taksują i pochłaniają wszystko wokoło.

Wydawała się nieustraszona, wyzywająca, w pełni opanowana.

Bo tak też się czuła... teraz. Włożyła całą siłę woli, by pokonać nerwowe napięcie.

Teraz była tutaj. I zamierzała odnieść sukces.

- Jest pani potwornie spóźniona. - Wyrzekanie było jego ostatnią linią obronną, gdy 

mamrocząc, podnosił jej rękę do ust. Ich oczy się spotkały. - I niewiarygodnie piękna.

- Podoba się panu suknia?

background image

- Może inaczej bym to określił, ale skoro mnie pani pyta, przyznaję, że jest bardzo 

ładna.

Uśmiechnęła się.

- Obawiał się pan, że przyjdę w ciężkich butach i wygniecionych dżinsach.

- Być może, ale nie wtedy, gdy babcia dotrzymywała pani towarzystwa.

- Jest najwspanialszą kobietą na świecie. Ma pan szczęście!

Wypowiedziała to z taką energią i siłą, że aż go zaintrygowała.

- Zdaję sobie z tego w pełni sprawę.

- Nie sądzę, bo przecież nie ma pan skali porównawczej. - Wzięła głęboki oddech. - 

No  cóż,   nie   zapominajmy   o  obowiązkach.   -  Już   oczy  wszystkich  skupione  były   na  niej, 

dziesiątki   oczu   ożywionych   ciekawością.   -   Trzeba   się   zanurzyć   w   jaskinię   lwa,   prawda? 

Proszę   się  nie   obawiać  -  przemówiła,   zanim   cokolwiek   zdołał   powiedzieć.  -  Potrafię  się 

zachować. Przecież od tego zależy moja przyszłość.

- To dopiero początek, Margaret Mary.

A   gdy   prowadził   ją   obok   siebie,   wśród   wirujących   świateł   i   kolorów,   ze   zgrozą 

pomyślała, że chyba on ma rację.

Ale   trzymała   się   dzielnie.   Wieczór   przebiegał   jak   należy;   ściskała   czyjeś   ręce, 

wysłuchiwała komplementów, odpowiadała na pytania. Pierwsza godzina minęła jak sen - 

pośród musującego wina, blasku szkła i połyskującej biżuterii. Poruszała się wśród tego z 

łatwością, jakby wyrwana nieco z rzeczywistości, oddalona od otaczających ją ludzi i spraw, 

trochę jak aktor biorący udział w bogato wystawionym przedstawieniu.

- A to, mój Boże! - Łysy mężczyzna z opadającymi wąsami i wyszukanym brytyjskim 

akcentem   zgłębiał   znaczenie   jednej   z   jej   rzeźb.   Była   to   wiązka   iskrzących   się   strzał 

uwięzionych   w   jednolitej   szklanej   kuli.   -   Nazwała   to   pani   Uwięzieniem!   To   pani 

kreatywność, pani zmysłowość domagająca się uwolnienia. Odwieczna wałka człowieka, z 

której wychodzi zwycięsko, nawet jeśli ten triumf pozostawia w nim cień melancholii.

- Ta rzeźba jest alegorią sześciu hrabstw - z prostotą powiedziała Maggie.

Łysy mężczyzna zamrugał oczami.

- Przepraszam, czy dobrze zrozumiałem?

- Sześć hrabstw Irlandii - powtórzyła z figlarnym błyskiem w oczach. - Uwięzionych.

- Ach tak.

Stojący obok tego domorosłego krytyka Joseph zdławił śmiech.

-   Uderzająca   w   tej   rzeźbie   jest   gama   kolorów,   Lordzie   Withfield.   Ich   częściowa 

background image

przezroczystość   tworzy   nową   wartość,   stwarza   nieuchwytne   napięcie   pomiędzy   tym,   co 

kruche i delikatne a tym, co zuchwałe i dosadne.

- Doskonale pan to ujął. - Lord Withfield  pokiwał głową, po czym  odchrząknął i 

szybko zakończył. - Wprost nadzwyczajnie. Państwo wybaczą, że się oddalę.

Maggie pożegnała go szerokim uśmiechem.

- No cóż, nie sądzę, aby się upierał przy kupnie tej rzeźby i postawieniu jej u siebie, 

prawda Josephie?

- Ale go pani załatwiła, Maggie Concannon!

- Jestem Irlandką, Josephie. - Mrugnęła do niego okiem. - Bunt mam we krwi.

Roześmiał się zachwycony i, obejmując ją w talii, poprowadził wokół sali.

- Ach, pani Connelly. - Joseph ścisnął delikatnie Maggie, jakby chciał ją ostrzec. - Jak 

zawsze olśniewająca!

- A pan, Josephie, jak zawsze z miłym słowem. A to... - Annę Connelly przeniosła swą 

uwagę z Josepha, którego potraktowała jak totumfackiego Maggie. - A to twórcza siła. Drżę 

na myśl o poznaniu pani, moja droga. Jestem panią Dennisową Connelly... Annę Connelly. 

Zdaje się, że poznała pani wczoraj moją córkę Patrycję.

- Rzeczywiście, poznałam. - Uścisk dłoni Annę wydał się Maggie delikatny i miękki 

jak muśnięcie atłasu.

- Musi być gdzieś z Roganem. Stanowią śliczną parę, nieprawda?

-   Wyjątkowo   śliczną.   -   Maggie   uniosła   brew.   Bez   trudu   wyłowiła   zawoalowane 

ostrzeżenie. - Czy pani mieszka w Dublinie, pani Connelly?

-  Tak,  w  Dublinie.  Niedaleko  domu   Sweeneyów.  Moja  rodzina  od  wielu  pokoleń 

należy do towarzyskiej elity Dublina. A pani przybywa z zachodnich hrabstw.

- Tak. Z Clare.

-   Przepiękna   sceneria.   Te   wszystkie   urocze,   oryginalne   wioski   z   domami   krytymi 

strzechą.   Powiedziano   mi,   że   pani   rodzice   są   farmerami,   czy   tak?   -   Annę,   wyraźnie 

rozbawiona, uniosła brew.

- Byli.

- To wszystko musi być fascynujące dla pani, zwłaszcza, że pochodzi pani ze wsi. 

Jestem pewna, że cieszy się pani z pobytu w Dublinie. Niedługo zapewne wraca pani do 

siebie?

- Myślę, że nawet bardzo niedługo.

- Jestem pewna, że tęskni pani za swoją wsią. Ktoś, kto nie pochodzi z Dublina, może 

się tutaj bardzo łatwo pogubić. To prawie jak zagranica.

background image

-   Całe   szczęście,   że   rozumiem   tutejszy   język   -   powiedziała   Maggie   opanowanym 

głosem. - Mam nadzieję, że spodoba się pani dzisiejszy wieczór, pani Connelly. Proszę mi 

wybaczyć, ale muszę już odejść.

Jeśli   Rogan   sądzi,   że   sprzeda   tej   kobiecie   choć   jedną   pracę,   pomyślała   Maggie, 

oddalając się, to żywy z tego nie wyjdzie.

Niech szlag trafi wyłączne prawa do sprzedaży. Rozwali w drobny mak wszystko, co 

ma,   byle   tylko   ani   jedna   rzecz   nie   trafiła   do   rąk   Annę   Connelly.   Ta   baba   ma   czelność 

przemawiać do niej, jak do jakiejś nierozgarniętej dójki od krów, ze słomą we włosach!

Powstrzymując wściekłość, wydostała się z zatłoczonej sali balowej i skierowała do 

jednego   z   saloników.   Wszędzie   było   pełno   ludzi.   Rozmawiali,   siedzieli,   śmiali   się   lub 

dyskutowali o jej sztuce. Gdy schodziła ze schodów, pulsowało jej w skroniach. Postanowiła 

wziąć z kuchni piwo i odpocząć gdzieś w ciszy kilka minut.

W kuchni zastała korpulentnego mężczyznę, puszczającego kłęby dymu z cygara i 

popijającego pilsnera.

- Złapany na gorącym uczynku - powiedział i uśmiechnął się z zakłopotaniem.

- Teraz będzie nas dwoje. Ja również zeszłam tutaj na jedno małe piwo.

- Pani pozwoli, że jej podam. - Dzielnie wydobył swe obfite ciało z fotela i wyjął dla 

niej butelkę. - Czy nie wolałaby pani, żebym zgasił cygaro?

Niemal błagalny ton jego głosu rozśmieszył ją.

- Ależ skąd! Mój ojciec palił najgorszy na świecie tytoń. Cuchnący jak sto diabłów! 

Uwielbiałam ten zapach.

- To się nazywa dziewczyna! - Nalał jej piwo do kufla. - Nienawidzę tych imprez. - 

Nagłym ruchem podniósł do góry szklanicę. - Moja żona dobija mnie nimi.

- Ja także ich nienawidzę.

- Bardzo ładne przedmioty, muszę przyznać - powiedział, podczas gdy Maggie piła. - 

Podobają mi się te kolory i kształty. Ale zupełnie się na tym nie znam. Żona jest ekspertem. 

Ja mogę rzucić na to okiem i to mi wystarczy.

- Tak samo jak mnie.

- Każdy zawsze próbuje nadać temu jakieś znaczenie, ubrać to w wyszukane słowa. 

Co artysta miał na myśli i temu podobne. Symbolizm. - Wymawiając ostatnie słowo, zrobił z 

języka rurkę, jak gdyby miał przed sobą dziwną potrawę, na którą nie mógł się zdecydować. - 

A tak naprawdę nie mogę się połapać o czym, u licha, oni mówią.

Maggie stwierdziła, iż spotkała bratnią duszę i polubiła go od razu.

- Oni sami nie wiedzą, co wygadują!

background image

- O to chodzi! - Wzniósł szklanicę i wypił duszkiem. - Sami nie wiedzą. Tylko się 

mądrzą!   Ale   gdybym   to   powiedział   Annę,   to   znaczy   mojej   żonie,   dopiero   by   mnie 

spiorunowała wzrokiem!

Zmrużył   oczy,   zmarszczył   czoło   i   rzucił   gniewne   spojrzenie.   Maggie   zawyła   ze 

śmiechu.

- A kto zwraca uwagę na to, co oni mówią? - Maggie podparła brodę ręką. - Przecież 

od tego nie zależy niczyje życie. - Poza moim, pomyślała, i kontynuowała swą myśl. - Czy 

nie uważa pan, że to wszystko stanowi po prostu kolejną wymówkę dla ludzi? Przebierają się, 

stroją, udają ważnych.

- Absolutnie się zgadzam. - By przypieczętować ich pełne zrozumienie, stuknął się z 

nią z rozmachem szklanicą. - A czy wie pani, co zamierzałem robić dzisiaj wieczorem?

- Co?

- Pozostać  w swoim fotelu,  z  nogami  na podnóżku, z irlandzką  whisky w  ręku i 

oglądać telewizję. - Westchnął z żalem. - Ale nie mogłem sprawić rozczarowania Annę... a 

także Roganowi.

- Zna pan Rogana?

- Jak własnego syna. Wyrósł z niego świetny facet. Spotkałem go po raz pierwszy, gdy 

nie miał jeszcze dwudziestu lat. Prowadziliśmy z jego ojcem wspólny interes, a chłopak nie 

mógł się doczekać, kiedy dołączy do nas. - Zatoczył ręką szerokie koło, jakby ogarniał nią 

galerię. - Jest bystry i ma głowę na karku!

- A w czym pan pracuje?

- W bankowości.

- Przepraszam... - Przerwał im kobiecy głos. W drzwiach, z założonymi rękami stała 

Patrycja.

- Ach, moje kochanie.

Podczas gdy Maggie, z wytrzeszczonymi oczami patrzyła w jej kierunku, mężczyzna 

poderwał się gwałtownie z fotela i przygarnął Patrycję w potężnym uścisku, którym możnaby 

powalić muła. Reakcja Patrycji, zamiast chłodnego odepchnięcia czy zimnej pogardy, była 

ciepła i serdeczna.

- Tatusiu, złamiesz mnie na pół.

Tatuś?   Tatuś?   Ojciec   Patrycji   Hennessy?   Mąż   Annę?   Ten   uroczy   człowiek   jest 

ożeniony z tą... z tą drętwą jak kij kobietą? To tylko jeszcze jeden dowód na to, pomyślała, że 

słowa:   dopóki   śmierć   nas   nie   rozdzieli,   są   najgłupszymi   sylabami,   jakie   istota   ludzka 

zmuszona jest wypowiedzieć.

background image

- Przedstawiam moją córeczkę. - Z wyraźną dumą Dennis obrócił Patrycję w koło. - 

Czyż nie jest piękna? Moja Patrycja.

- Tak,  to prawda. - Maggie  podniosła się  z uśmiechem.  - Miło  mi  panią  spotkać 

ponownie, Patrycjo.

- Mnie również. Gratuluję wspaniałego sukcesu, Maggie.

- Sukcesu? - powtórzył automatycznie Dennis.

- Nie mieliśmy okazji się sobie przedstawić. - Śmiejąc się nadal, Maggie podeszła i 

podała Dennisowi rękę.

- Jestem Maggie Concannon, panie Connelly.

- Och. - Przez chwilę milczał, zastanawiając się, by nie popełnić większej gafy. - To 

wielka przyjemność - starał się coś powiedzieć, zanim kompletnie nie straci rezonu.

- To prawda. Dziękuję za najlepsze dziesięć minut, jakie spędziłam w tym domu.

Dennis uśmiechnął się. Jak na artystkę ta kobieta zachowuje się całkiem jak człowiek.

- Podobają mi się kolory i formy - oświadczył w najlepszych intencjach.

- A to najlepszy komplement, jaki otrzymałam w ciągu całego wieczora.

- Tatusiu, mama cię szuka. - Patrycja strzepnęła z jego klapy resztki popiołu. Ten 

czuły i serdeczny odruch, który tak dobrze pamiętała ze swoich kontaktów z ojcem, ugodził 

Maggie boleśnie w serce.

- Lepiej więc będzie, jeżeli pozwolę się jej odszukać. - Odwrócił się jeszcze, a kiedy 

Maggie uśmiechnęła się do niego, odwzajemnił jej uśmiech. - Mam nadzieję, że się jeszcze 

spotkamy, panno Concannon.

- Ja również.

- Nie idziesz z nami na górę? - zapytała Patrycja.

- Nie, jeszcze nie teraz - odpowiedziała Maggie. Nie miała najmniejszej ochoty na 

kontakt z matką Patrycji.

Gdy ucichły ich kroki, Maggie posmutniała. Usiadła, samotna w jasno oświetlonej 

kuchni. Było tu cicho, tak cicho, iż można było mieć nieomal złudzenie, że budynek jest pusty 

i tylko do niej należy.

Chciałaby czuć, że jest samotna. Co więcej, chciałaby czuć, że smutek, który ją nagle 

ogarnął, wynika z tęsknoty za samotnością pośród własnych, zielonych łąk i cichych wzgórz, 

niekończących   się   godzin   ciszy,   ożywionej   jedynie   jej   huczącym   piecem   do   wypalania   i 

napędzającej ją jej własną wyobraźnią.

Ale to nie było tylko to. Teraz doszła jeszcze inna samotność; w tę najpiękniejszą noc 

życia nie było przy niej nikogo. W tym rozpalonym, błyszczącym tłumie na górze nie było 

background image

nikogo, kto by ją znał, zatroszczył się o nią, zrozumiał ją. Nikt tam, nad schodami, nie czekał 

na Maggie Concannon.

A więc mam tylko siebie, pomyślała wstając. Czy to nie powinno wystarczyć? Jej 

praca została dobrze przyjęta. Przebicie się przez górnolotne i pompatyczne frazesy i dotarcie 

do jądra sprawy okazało się wcale nie takie trudne. Ludziom Rogana spodobało się to, co 

robi, i to był pierwszy krok.

Jest na dobrej drodze, powiedziała do siebie, opuszczając kuchnię. Biegnie drogą ku 

sławie i fortunie, drogą, która wymykała się ostatnim dwóm pokoleniom Concannonów. A 

ona odrobi te wszystkie zaległości.

Światła   i   muzyka   sączyły   się   na   schodach   niczym   baśniowy   pył   na   łuku   tęczy. 

Zaciskając rękę na poręczy, z nogą na stopniu, stanęła na podeście. Po czym jednym szybkim 

ruchem zawróciła i wybiegła na dwór, w ciemną noc.

Kiedy zegar wybił pierwszą, Rogan ściągnął gwałtownym ruchem czarny krawat i 

zaklął. Ta kobieta, rozmyślał, przemierzając wygaszony salon, zasłużyła, by ją zamordować. 

Rozpłynęła się jak dym w samym środku zorganizowanego dla niej przyjęcia, pozostawiając 

go samego na pastwę tłumu ludzi, którym musiał udzielać idiotycznych wyjaśnień.

Powinien   był   wiedzieć,   że   kobiecie   z   jej   temperamentem   nie   można   ufać   ani 

wymagać, by zachowywała się rozsądnie. A wiedząc to, nie powinien był wiązać z nią aż tak 

ambitnych i wygórowanych planów zawodowych na przyszłość.

Jak to się stało, do licha, że całą nadzieję stworzenia galerii irlandzkiej sztuki oparł na 

niej, że sam, osobiście ją wybrał i wypatrzył, chuchał na nią, wystawił jej prace, a ona, ot tak, 

po prostu, ulotniła się ze swojego pierwszego w życiu wernisażu niczym nieodpowiedzialne 

dziecko?

Był środek nocy, a od niej ani słowa. Olśniewający sukces wystawy, satysfakcja z 

dobrze wykonanej pracy, wszystko to przysłoniła chmura. Zupełnie jak jej drogocenne niebo 

w zachodnim hrabstwie! Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko czekać.

I martwić się.

Nie   zna   Dublina.   Przy   całym   jego   pięknie   i   urokach,   były   w   mieście   sektory 

niebezpieczne dla samotnej kobiety. Oprócz tego zawsze mógł zdarzyć się jakiś wypadek - na 

samą myśl o tym poczuł rozsadzający ból głowy u podstawy czaszki.

Szybkim krokiem podszedł do telefonu, by połączyć się ze szpitalami, kiedy usłyszał 

cichy łoskot zamykanych drzwi. Obrócił się i pognał do korytarza.

Była cała i zdrowa. Wizja morderstwa jak błyskawica przemknęła przez jego obolałą 

background image

głowę.

- Gdzie, do jasnej cholery, tak długo się pani podziewała?

Spodziewała się, że spędzą noc w jakimś ekskluzywnym klubie, trącając się wraz z 

jego przyjaciółmi kieliszkami. Ale, jak widać, nie zanosiło się na to! Ofiarowała mu więc 

uśmiech i wzruszyła ramionami.

- Pański Dublin jest śliczny w nocy.

Już od samego patrzenia na nią ręce zaciskały się w pięści.

- Chce pani powiedzieć, że podziwiała pani widoki do pierwszej nad ranem?

- Już tak późno? Musiałam stracić orientację. No cóż, nie pozostaje mi więc innego, 

jak powiedzieć dobranoc.

- Nie, nie teraz! - Postąpił krok naprzód w jej stronę. - Oczekuję jakiegoś wyjaśnienia 

na temat pani dzisiejszego zachowania.

- Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym przed kimkolwiek tłumaczyć się 

ze swojego postępowania, ale jeśli będzie się pan wyrażał jaśniej, może uczynię dla pana 

wyjątek.

- Ze względu na panią zebrało się dzisiaj wieczorem blisko dwieście osób. Zachowała 

się pani wyjątkowo niegrzecznie.

- Nic podobnego! - Nie przyznając się do potwornego zmęczenia, powędrowała za 

nim do saloniku, zrzuciła z nóg przeraźliwie niewygodne pantofle na wysokich obcasach i 

oparła obolałe nogi na taborecie. - Byłam wręcz uprzedzająco miła i uprzejma, omal mi wargi 

nie popękały od wiecznego uśmiechania się. Mam nadzieję, że co najmniej przez miesiąc nie 

będę musiała do nikogo szczerzyć  zębów w wymuszonym  uśmiechu. Natomiast teraz nie 

miałabym   nic   przeciwko   odrobinie   pańskiej   brandy,   Roganie.   O   tej   porze   jest   zimno   na 

dworze.

Zauważył dopiero, że poza cienką, czarną suknią nie ma niczego na sobie.

- A gdzie, do jasnej cholery, jest pani płaszcz?

- Nie mam  żadnego płaszcza.  Będzie  pan musiał  odnotować to w swoim notesie. 

Kupić Maggje odpowiednie, wieczorne okrycie. - Sięgnęła po nalany przez niego kieliszek.

- Do diabła, pani ma lodowate ręce. Czy pani rozum straciła?

- Zaraz się zagrzeją. - Ze zdumieniem patrzyła, jak podchodzi do kominka i kuca 

przed nim, by zapalić ogień. - Cóż to, nie ma służby?

- Niech pani zamilknie. Jedyna rzecz, jakiej sobie dzisiaj nie życzę, to pani sarkazmu. 

Już odebrałem swoją porcję!

Płomienie ożyły i łakomie dobierały się do suchego drewna. W migoczącym świetle 

background image

Maggje dostrzegła jego napiętą ze złości twarz. Zawsze uważała, że najlepszym sposobem 

stawienia czoła burzy jest wyjście jej naprzeciw.

- Nie dałam panu powodu do złości. - Pociągnęła łyczek brandy i zamierzała wydać 

radosne westchnienie z powodu jej rozgrzewających właściwości, gdyby nie fakt, że Rogan 

stał   nad   nią   i   paraliżował   ją   wzrokiem.   -   Przecież   przyszłam   na   pański   pokaz,   prawda? 

Odpowiednio ubrana, z odpowiednim uśmiechem przylepionym do twarzy.

- To był pani pokaz - wykrzyknął. - Ty niewdzięczna, egoistyczna, nieodpowiedzialna 

smarkulo!

Bez względu na zmęczenie, nie pozwoli mu odzywać się do siebie w tak ordynarny 

sposób. Wstała i sztywnym krokiem podeszła do niego.

- Nie zamierzam z panem polemizować. Jestem dokładnie taka, jak pan powiedział, i 

tak   też   odbierano   mnie   przez   większą   część   mojego   życia.   Na   szczęście   dla   nas   obojga 

pańskie zainteresowanie moją osobą zaczyna się i kończy na moich pracach.

- Czy zdaje sobie pani sprawę ile czasu i wysiłku, a także wydatków, ponieśliśmy, by 

doprowadzić tę wystawę do końcowego efektu?

- To już pańska sprawa. - Jej głos był tak sztywny, jak cała jej sylwetka. - O czym 

zresztą nie pozwala mi pan nigdy zapomnieć. A w końcu byłam tam, sterczałam przez dwie 

godziny, ocierając się łokciami o obcych ludzi.

- Lepiej by było, gdyby do pani wreszcie dotarło, że klient nigdy nie jest kimś obcym i 

że brak uprzejmości nie należy do atrakcji.

Jego spokojny, opanowany głos ciął jak pałaszem jej ochronną zbroję.

-   Nigdy   nie   wyraziłam   zgody,   że   spędzę   tam   cały   wieczór.   Potrzebna   jest   mi 

samotność, to wszystko.

- I szwendanie się po ulicach przez całą noc? Jestem za panią odpowiedzialny, dopóki 

jest pani u mnie, Maggie. Na miłość boską, już chciałem wezwać policję!

- Nie jest pan wcale odpowiedzialny za mnie. Sama za siebie odpowiadam. - Mówiąc 

to zrozumiała, że jego pociemniałe oczy nie wyrażają jedynie wściekłości, lecz że są również 

zatroskane.   -   Jeśli   sprawiłam   panu   kłopot,   chciałabym   przeprosić.   Poszłam   po   prostu   na 

spacer.

- Poszła się pani włóczyć i bez słowa pożegnania wyszła ze swojej pierwszej, dużej 

wystawy?

-   Tak.   -   Zanim   zdążyła   się   opanować,   kieliszek   pofrunął   z   jej   ręki   i   uderzył   o 

kamienne  obramowanie  kominka.  Wyrzucone  jak pocisk szkło roztrzaskało  się w drobny 

mak. - Musiałam wyjść! Dusiłam się! Nie mogłam tego znieść. Ci wszyscy ludzie, wpatrzeni 

background image

we mnie, w moje prace, i ta muzyka, te światła. Wszystko takie doskonałe i śliczne. Nie 

spodziewałam się, że aż tak się tego przestraszę. Myślałem, że przezwyciężę to, aż do dnia, 

kiedy   pokazał   mi   pan   po   raz   pierwszy   tę   salę   i   moje   prace   rozstawione   w   niej   jak   w 

najpiękniejszym śnie.

- Przeraziła się pani.

- Tak, tak, do jasnej cholery. Cieszy to pana? Byłam zdruzgotana, kiedy otworzył pan 

drzwi i zajrzałam do środka, i ujrzałam to, co pan zrobił. Nie mogłam prawie wydobyć głosu. 

Pan to zrobił - powiedziała ze złością. - Otworzył pan tę puszkę Pandory i wypuścił z niej 

wszystkie moje nadzieje, i moje lęki, i potrzeby. Pan nawet nie wie, jak to jest, kiedy ma się 

potrzeby, potworne potrzeby, o jakie człowiek nawet się nie podejrzewa.

Spojrzał na nią uważnie, bladą i rozognioną, tak kruchą w czarnej sukience.

- Och, ależ ja wiem. Ja wiem. Powinna mi pani była powiedzieć, Maggie. - Jego głos 

stał się łagodny, spokojny. Podszedł do niej.

Chciała go odepchnąć.

-   Nie,   proszę   mnie   nie   dotykać,   Nie   zniosłabym   w   tej   chwili   pańskiej   dobroci. 

Zwłaszcza, że na nią nie zasłużyłam. Postąpiłam źle, znikając w ten sposób. Zachowałam się 

egoistycznie i niewdzięcznie. – Bezradnie opuściła po sobie ręce. - Ale nikogo nie było ze 

mną na tych schodach. Nikogo. Serce mi pękało.

Nagle wydała mu się taka krucha i delikatna. Posłuchał i nie dotknął jej. Bał się, że 

jeśli dotknie, choćby najłagodniej, rozsypie się w jego rękach.

- Gdyby mi pani powiedziała, jak bardzo to dla pani ważne, Maggje, postarałbym się 

sprowadzić pani rodzinę.

- Nie sprowadziłby pan Brianny. A tym bardziej mojego ojca. - Głos się jej łamał i 

wstydziła się tego. Tłumiąc go, przyłożyła rękę do ust. - Jestem przemęczona, to wszystko. - 

Walczyła zawzięcie, by zapanować nad głosem. - Podniecona z wrażenia. Winna jestem panu 

przeprosiny za moje odejście i wdzięczność za całą pracę, jaką pan wykonał dla mnie.

Wolał   jej   złość   i   płacz   od   tej   nienaturalnej   uprzejmości.   Nie   mając   wyboru, 

odpowiedział równie grzecznie.

- Najważniejsze, że wystawa okazała się prawdziwym sukcesem.

- Tak. - Jej oczy lśniły w blasku ognia. - To najważniejsze. Jeśli mi pan wybaczy, 

pójdę już na górę do łóżka.

- Oczywiście. Maggie? Jeszcze jedno.

Odwróciła   się.   Stał   przed   kominkiem,   za   nim   radośnie   podskakiwały   złociste 

płomienie.

background image

- Tak?

- Byłem tam przy pani na schodach. Może pani przypomni sobie o tym następnym 

razem i będzie zadowolona.

Nie odpowiedziała. Usłyszał tylko szelest jej sukni, gdy pośpiesznie przemierzyła hol i 

wbiegła na schody, a później szybki, krótki odgłos zamykanych drzwi jej sypialni.

Zdał sobie sprawę, iż jest równie kapryśna, zmienna w nastrojach i olśniewająca jak 

ten ogień. Równie niebezpieczna i równie żywiołowa.

A on był w niej zakochany. Do szaleństwa.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Co to znaczy odeszła? - Rogan odsunął się od biurka i rzucił oburzone spojrzenie 

Josephowi. - Nie mogła przecież odejść.

- Ależ tak. Zatrzymała się w galerii przed godziną, żeby się pożegnać. - Joseph sięgnął 

do kieszeni i wyjął z niej kopertę. - Prosiła, żebym to oddał.

Rogan odebrał kopertę i rzucił na biurko.

- Mówisz więc, że wróciła do Clare? Nazajutrz po wystawie?

- Tak, w szalonym  pośpiechu. Nawet nie zdążyłem  jej pokazać recenzji. - Joseph 

obracał w palcach malutki, złoty kolczyk w uchu. - Zabukowała lot do Shannon. Powiedziała, 

że wpadła tylko na moment, by się pożegnać i życzyć wszystkiego najlepszego, dała mi tę 

kartkę dla dębie, pocałowała mnie i natychmiast wybiegła. - Uśmiechnął się. - Tak jakby 

przeleciała trąba powietrzna. - Uniósł ramiona, następnie je opuścił. - Przykro mi, Roganie, 

gdybym wiedział, że zależy d na tym, żeby została, spróbowałbym ją zatrzymać. Być może 

zmiotłaby mnie z powierzchni ziemi, ale spróbowałbym.

- To nie ma znaczenia. - Znowu usiadł za biurkiem. - Jakie sprawiała wrażenie?

- Zniecierpliwiona, zaaferowana, roztargniona. Znacznie bardziej niż zwykle. Chciała 

być już z powrotem w domu, z powrotem przy pracy, to wszystko, co mi powiedziała. Nie 

byłem pewny, czy wiesz o tym, więc pomyślałem, że wpadnę do dębie i osobiście d o tym 

powiem. Mam umówione spotkanie z generałem Fitzsimmonsem i było mi po drodze.

- Jestem d bardzo wdzięczy. Będę w galerii przed czwartą. Przekaż generałowi moje 

uszanowania.

- Potraktuję go odpowiednio - powiedział Joseph, uśmiechając się promiennie. - A tak 

przy okazji, dorzucił jeszcze pięć tysięcy funtów za Ujarzmienie.

- Nie jest na sprzedaż.

Gdy za Josephem zamknęły się drzwi, Rogan chwycił kartkę. Niepomny na dużą ilość 

pracy, otworzył kopertę nożem do korespondencji hebanową rączką. Kremowa papeteria z 

jego pokoju gościnnego pokryta była pośpiesznymi, pięknymi bazgrołami Maggie.

Drogi Roganie,

Zdaję sobie sprawę, że mój tak nagły wyjazd sprawi Panu przykrość. Ale nic na to nie  

poradzę.   Muszę   wrócić   do   domu,   zabrać   się   do   pracy,   i   nie   przepraszam   Pana   za   to,  

przeciwnie, dziękuję Panu. Jestem pewna, że będzie mnie Pan bombardował telegramami, ale 

uprzedzam z góry, że przynajmniej przez jakiś czas nie będę na nie odpowiadała. Proszę  

przekazać najlepsze pozdrowienia pańskiej babci. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby 

background image

pomyślał Pan o mnie od czasu do czasu.

Maggie

Och, i jeszcze jedno. Może zainteresuje Pana fakt, że zabieram do domu pół tuzina  

przepisów Juliena, bo tak się nazywa pański kucharz, jeśli Pan o tym nie wie. Uważa, że  

jestem czarująca.

Przed odłożeniem listu na bok jeszcze raz pobieżnie go przeczytał. Tak będzie lepiej, 

uznał.   Mieszkając   na   przeciwległych   krańcach   Irlandii,   będą   szczęśliwsi   i   bardziej 

produktywni. Jemu w każdym razie będzie lepiej. Trudno jest być produktywnym, mając w 

pobliżu kobietę, którą się kocha, a która frustruje człowieka na każdym korku, przy każdej 

nadarzającej się okazji.

A może jednak uczucia, które w nim wezbrały, osłabną, a nawet, „ po jakimś czasie, 

przy dzielących ich odległościach, umrą śmiercią : naturalną?

No więc... Odłożył na bok Ust. Był zadowolony, że odjechała, cieszył się, że mają już 

za   sobą   pierwszy   etap   jej   kariery,   szczęśliwy,   że   bezwiednie   pozostawiła   mu   czas   na 

uporządkowanie wzburzonych emocji.

Do diabła, pomyślał. Już mu jej brakowało.

Niebo było w kolorze jajka rudzika, przejrzyste jak górski strumień. Maggie siedziała 

na werandzie. Z łokciami na kolanach wdychała powietrze. Ponad furtką ogrodu i pnącą się, 

kwitnącą fuksją widziała lśniącą zieleń wzgórz i dolin. A jeszcze dalej, ponieważ powietrze 

było krystalicznie czyste, majaczyły ciemne góry.

Obserwowała   srokę,   która   przecięła   jej   pole   widzenia,   zamigotała   nad   płotem   i 

poszybowała wysoko. Prosto jak strzała, aż jej cień zagubił się w zieleni.

Zamuczała jedna z krów Murphy'ego, zawtórowała jej druga. Słychać było warkot 

traktora   i   nieco   intensywniejsze   huczenie,   podobne   do   uderzających   fal   morskich,   jej 

hutniczego pieca, który rozpaliła od razu po powrocie.

Jej kwiaty połyskiwały w promieniach słońca, żywa czerwień begonii mieszała się z 

kwitnącymi   jeszcze   tulipanami   i   wytwornymi   w   kształcie   ostróżkami.   Czuła   zapach 

rozmarynu i tymianku, a także silny aromat dzikich róż, które jak tancerki poruszały się w 

łagodnym, błogim wiaterku.

Dzwonki, które zrobiła z wybrakowanych  kawałków szkła, wyśpiewywały  nad jej 

głową melodyjne dźwięki.

Jakże odległy wydawał się Dublin ze swymi zatłoczonymi ulicami.

W   dolinie,   na   wijącej   się   jak   wstążka   drodze,   dostrzegła   czerwoną   ciężarówkę, 

background image

maleńką i błyszczącą jak zabawka, która z turkotem skręciła w węższą drogę i z trudem 

wspinała się ku jej domowi.

Pora na herbatę, pomyślała i westchnęła z pełnym ukontentowaniem.

Najpierw usłyszała psa, jego niosące się echem gromkie ujadanie, a po chwili odgłos 

szybkiego i energicznego merdania ogonem, po którym poznała, że spłoszył ptaka. Zaraz 

potem rozległ się rozbawiony, dobroduszny głos jej siostry.

- Con, ty zbóju, zostaw tego biedaka w spokoju.

Pies ponownie zaszczekał, by po chwili próbować przesadzić ogrodową furtkę. Na 

widok Maggie wywiesił radośnie jęzor.

-   Zabieraj   się   stąd   -   rozkazała   Brianna.   -   Czy   chcesz,   żeby   po   powrocie   zastała 

rozwaloną furtkę i... Och. - Zatrzymała się, i na widok siostry położyła rękę na masywnym 

łbie wilczura. - Nie wiedziałam, że jesteś w domu. - Zanim jeszcze otworzyła furtkę, na jej 

twarzy pojawił się uśmiech.

- Dopiero przyjechałam. - Przez następnych kilka minut Maggie odbierała radosne 

powitanie Concobara, mocując się z nim i pozwalając się oblizywać do woli, dopóki Brianna 

nie kazała mu usiąść. Usiadł więc, stawiając przednie łapy na nogach Maggie, jakby chciał 

mieć pewność, że nie ruszy się z miejsca.

- Mam trochę czasu - zaczęła Brianna. - Pomyślałam więc, że podjadę i uporządkuję 

twój ogród.

- Wygląda wspaniale.

-   Zawsze   tak   uważasz.   Przyniosłam   ci   trochę   chleba,   który   upiekłam   dziś   rano. 

Chciałam go włożyć do twojej zamrażarki. - Czując zakłopotanie, Brianna odstawiła koszyk. 

Miała wrażenie, że coś wisi w powietrzu. Coś co wyziera zza zimnych, opanowanych oczu 

siostry.

- Jak było w Dublinie?

-   Tłoczno.   -   Maggie   postawiła   koszyk   obok   siebie.   Dolatujący   spod   czyściutkiej 

serwetki zapach był  tak kuszący,  iż uchyliła ją lekko i ułamała ciepły kawałek ciemnego 

chleba. - Hałaśliwie. - Oderwała kawałeczek rzuciła w górę. Concobar złapał go w locie, 

połknął w całości i wyszczerzył radośnie zęby. - Ale z ciebie łakome bydlę. - Zanim wstała, 

rzuciła mu jeszcze jeden kawałek. - Przywiozłam coś dla ciebie.

Weszła do domu, pozostawiając Briannę na ścieżce. Kiedy wróciła, ręczyła siostrze 

pudełko i wykwintną kopertę.

- Nie musiałaś mi niczego przywozić... - zaczęła Brianna i urwała. Poczuła się winna. 

Odniosła wrażenie, że Maggie zależy na tym, żeby czuła się winna. Przyjmując to za fakt, 

background image

otworzyła pudełko.

- Och, Maggie, to śliczne. Najładniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam. - Uniosła 

broszkę ku słońcu i obserwowała jej błyski. - Nie powinnaś była wydawać pieniędzy.

-   Są   moje,   więc   je   wydaję   -   odpowiedziała   zwięźle   Maggie.   -   Mam   nadzieję,   że 

będziesz ją nosić nie tylko do fartucha kuchennego.

-   Nie   zawsze   chodzę   w   fartuchu   -   odparła   spokojnie   Brianna.   Ostrożnie   włożyła 

broszkę z powrotem do pudełeczka i wsunęła je do kieszeni. - Dziękuję ci Maggie, bardzo 

chciałam...

- Nie obejrzałaś jeszcze drugiego. - Maggie nie dopuściła siostry do głosu. Dokładnie 

wiedziała, co usłyszy,  ale nie chciała tego słuchać. Nie obchodziły jej już wyrazy żalu z 

powodu nieobecności Brie w Dublinie na wystawie.

Brianna uważnie przyjrzała się siostrze. Jej twarz nadal była obca i surowa.

- Co to takiego?  - Otworzyła  kopertę, wyjęła  z niej  kartkę  papieru.  - Och, nie! - 

Jakkolwiek śliczna i błyszcząca była broszka, to w żaden sposób nie mogła się równać z tym 

prezentem. Obie dobrze o tym wiedziały. - Przepisy! I to ile. Suflety i tyle pasztetów, i... o, 

popatrz na tę ' kurę. To musi być znakomite!

- To jest pyszne. - Maggie pokiwała głową na reakcję Brianny, nieomal westchnęła. - 

Osobiście spróbowałam. A ta zupa! Powiedziano mi, że cała tajemnica tkwi w ziołach.

- Skąd je zdobyłaś? - Przygryzając górną wargę zębami, Brianna z zapałem studiowała 

zapisane ręcznie kartki papieru, tak jakby miała do czynienia ze starożytnymi skarbami.

- Od kucharza Rogana. Jest Francuzem.

- Przepisy od francuskiego szefa kuchni - powiedziała z szacunkiem Brianna.

- Obiecałam, że w zamian poślesz mu mniej więcej tyle samo własnych przepisów.

- Moich własnych? - Zamrugała oczami Brianna, jakby wyrwana ze snu. - Przecież on 

nie może chcieć moich przepisów.

- Może i chce. Wychwalałam pod niebiosa twój irlandzki gulasz i placek z jagodami. I 

przyrzekłam mu solennie, że mu je poślesz.

-   Oczywiście,   że   poślę,   ale   nie   mogę   sobie   wyobrazić...   dziękuję   ci,   Maggie.   To 

wspaniały   prezent.   -   Brianna   postąpiła   naprzód,   by   objąć   siostrę,   cofnęła   się   jednak, 

ostudzona brakiem jej reakcji. - Czy możesz mi opowiedzieć, jak ci poszło? Próbowałam to 

sobie wyobrazić, ale nie udało mi się.

-   Poszło   zupełnie   nieźle.   Była   masa   ludzi.   Wygląda   na   to,   że   Rogan   wie,   jak 

przyciągnąć ich uwagę i odpowiednio zainteresować. Grała orkiestra, a kelnerzy w białej 

liberii podawali szampana i roznosili posrebrzane półmiski z masą zabawnych, maleńkich 

background image

kanapeczek.

- To musiało być piękne. Jestem taka dumna z ciebie.

Oczy Maggie zastygły.

- Czyżby?

- Przecież wiesz, że tak.

- Wiem, że byłaś mi tam potrzebna. Cholernie potrzebna, Brie. Właśnie tam.

Słysząc   podniesiony  głos,  Con  zaskomlał   i  niepewnym   wzrokiem   spoglądał   to  na 

Maggie, to na swoją panią.

- Gdybym mogła, byłabym tam.

- Nic oprócz niej nie zatrzymywało cię. Prosiłam cię tylko o ten jeden wieczór. Jeden 

wieczór twojego życia. Nie miałam tam nikogo, ani rodziny, ani przyjaciół, nikogo kto mnie 

kocha. Ponieważ ty, jak zawsze, wybrałaś ją, przede mną, przed tatusiem, nawet przed samą 

sobą.

- To nie jest kwestia wyboru.

-   To   zawsze   jest   kwestia   wyboru   -   powiedziała   ozięble   Maggie.   -   Pozwalasz   jej 

zagłuszyć własne serce, Brie, tak jak ona zagłuszyła jego.

- To okrutne, Maggie.

- Jeszcze jak! Od niej pierwszej możesz usłyszeć o moim okrucieństwie. Okrutna, 

naznaczona grzechem, skazana na potępienie. No cóż, podoba mi się, że jestem zła. Bez 

chwili wahania wybrałabym piekło w miejsce klęczenia w popiele i znoszenia cierpień w imię 

zbawienia, tak jak ty to robisz. - Maggie cofnęła się, silną ręką ujęła klamkę. - A więc miałam 

swój wieczór bez ciebie, bez nikogo, i wszystko wypadło nie najgorzej. Myślę, że będą z tego 

jakieś pieniądze. Przekażę ci je za kilka tygodni.

- Przykro mi, że cię zraniłam,  Maggie. - Urażona duma sprawiła, iż głos Brianny 

zesztywniał. - A o pieniądze nie dbam.

- A jak tak. - Maggie zatrzasnęła drzwi.

Przez trzy dni nic nie zakłócało jej spokoju. Telefon nie dzwonił, nikt nie pukał do 

drzwi. Nawet gdyby musiała się stawić gdzieś przymusowo, zlekceważyłaby to. Prawie każdą 

minutę   spędzała   w   pracowni.   Poprawiała,   udoskonalała   i   przetwarzała   w   szkło   obrazy   z 

wyobraźni i ze szkicownika.

Nie przejmując się uwagami Rogana odnośnie wartości swoich rysunków, rozwiesiła 

je, przypinając klamerkami do bielizny i uchwytami na magnes. Wkrótce narożnik pracowni 

upodobnił się do ciemni fotograficznej z suszącymi się odbitkami.

background image

Pracując w pośpiechu, sparzyła się dwukrotnie; raz nawet tak mocno i boleśnie, że 

musiała  przerwać pracę i naprędce udzielić  sobie pierwszej pomocy.  Siedziała teraz przy 

warsztacie   i   pieczołowicie,   skrupulatnie,   i   według   własnej   wizji   przekształcała   szkic 

napierśnika Apacza. Była  to żmudna praca i diablo wyczerpująca.  Przenoszenie kolorów, 

przetwarzanie form, wymagało wielu drobiazgowych czynności.

Ale tutaj, nareszcie, stacją było na maksymalną cierpliwość.

Rozpalone   do   białości   płomienie   wypełzły   przez   otwarte   drzwi   pieca   lejącym   się 

żarem. Wyciąg, mrucząc jak silnik, kierował opary, które pokrywały szkło - a nie jej płuca - 

mieniącymi się barwami.

Przez   dwa   dni   pracowała   z   chemikaliami,   mieszając   je   i   eksperymentując   jak 

czarnoksiężnik, aż do uzyskania idealnych kolorów. Z miedzi uzyskiwała głęboki turkus, z 

żelaza   nasyconą,   złocistą   żółć,   z   manganu   królewską,   ciemną   czerwień   o   fioletowym 

odcieniu.   Jak   każdy   artysta   parający   się   szkłem   miała   kłopoty   z   czerwienią,   prawdziwą, 

rubinową   czerwienią.   Właśnie   nad   nią   pracowała,   wprowadzając   jej   pasmo   między   dwie 

warstwy   przezroczystego   szkła.   Aby   uzyskać   czysty   kolor,   użyła   miedzi   z   czynnikiem 

redukującym w stopionej masie szklanej. Choć był trujący i potencjalnie niebezpieczny nawet 

w regulowanych warunkach, wybrała cyjanek sodowy.

Jednakże, aby czerwień nie przeszła w brąz, konieczne było włożenie masy do formy.

Pierwsze   nabrane   nowe   pasmo   zostało   wydmuchane   i   wielokrotnie   obrócone,   a 

następnie ostrożnie przeniesione z ognia. Długimi szczypcami ciągnęła stopioną, elastyczną 

masę szklaną, nadając jej delikatny, zwiewny kształt.

Przy drugim nabieraniu, powtarzając tę samą procedurę, spod bawełnianej przepaski, 

którą obwiązała czoło, kapały krople potu.

Wielokrotnie powracała do rozpalonego otworu pieca i podgrzewała szkło. Chodziło 

nie tylko o utrzymanie go w cieple, lecz także o zabezpieczenie szkła przed odkształceniem i 

termicznymi napięciami, które mogłyby doprowadzić do pęknięcia naczynia, nie mówiąc już 

o sercu artystki.

By nie osmalić rąk, skrapiała wodą dmuchawkę. Tylko końcówka musiała być gorąca.

Chciała, aby ścianka napierśnika stała się na tyle cienka, by sączyło się przez nią i 

załamywało   światło.   To   wymagało   dalszego   podgrzewania   i   cierpliwego,   ostrożnego 

operowania  narzędziami   wygładzającymi,   nadającymi  delikatne,  obłe  kształty,  jakie  sobie 

wymarzyła.

Wiele godzin po wydmuchaniu pierwszej nabranej masy szklanej wsunęła naczynie do 

wyżarzenia i oddzieliła od dmuchawki.

background image

Dopiero gdy ustawiła czas i temperaturę, poczuła jak jej zdrętwiały ręce, zesztywniały 

ramiona i kark. Poczuła też pusty żołądek.

Stwierdziła,   że  zasłużyła   na  cos   lepszego   niż  puszka  z   konserwą.  Uczą   ten  dzień 

solidnym posiłkiem i kuflem piwa w pubie.

Choć tak jeszcze niedawno tęskniła za samotnością, gnało ją teraz do towarzystwa. 

Przez trzy dni nie wychodziła z domu i do nikogo, poza Brianną, nie otworzyła ust. A i to na 

krótko i w złości.

Było jej teraz przykro, bo chociaż z trudem, jednak zrozumiała stanowisko Brianny. 

Siostra znajdowała się  między  młotem  a  kowadłem,  pechowe drugie  dziecko  nieudanego 

małżeństwa.   Zamiast   skakać   jej   do   gardła,   powinna   starać   się   położyć   kres   jej 

nadopiekuńczości   w   stosunku   do   matki.   Powinna   także   opowiedzieć   Briannie,   czego 

dowiedziała się od Christine Sweeney. Ciekawe jaka będzie reakcja Brianny na wiadomość o 

przeszłości matki.

Ale z tym można poczekać. Teraz marzyła o spędzeniu godzinki na zupełnym luzie, z 

ludźmi, których znała, przy gorącym posiłku i zimnym piwie. Oderwie się od pracy, która 

zaprzątała jej umysł od kilku dni, a także od myśli o Roganie, od którego nie miała dotąd 

żadnej wiadomości.

Ponieważ wieczór był ładny, a chciała rozruszać obolałe i sztywne kończyny, wsiadła 

na rower i ruszyła w dół, na blisko pięciokilometrowa wyprawę do wsi.

Zaczęły się długie, letnie dni. Słońce świeciło i przyjemnie przygrzewało, zatrzymując 

wielu farmerów na polach do późna po kolacji. Po obu stronach wijącej się, wąskiej drogi, 

rósł wysoki,  sięgający powyżej  ramion  żywopłot.  Jadąc tędy,  Maggie miała  wrażenie,  że 

znajduje się w długim, słodko pachnącym tunelu. Minęła samochód, pomachała kierowcy, 

poczuła jak od pędu powietrza zafurkotały nogawki jej dżinsów.

Pedałując mocno, bardziej dla przyjemności niż z pośpiechu, wyjechała z zarośniętego 

tunelu prosto w zapierającą dech w piersi przepiękną dolinę.

Padające   na   blaszany   dach   stodoły   słońce   oślepiło   ją.   Choć   droga   była   tutaj 

równiejsza,   a   może   nawet   szersza,   zwolniła,   by   nacieszyć   się   wieczornym   wiaterkiem   i 

ociągającym się zachodem słońca.

Wdychała w nozdrza zapach kapryfolium,  siana, słodkiej, świeżo skoszonej trawy. 

Powoli jej zawzięty i opętańczy nastrój powracał do normy.

Mijała domy, przy których suszyła się na sznurach bielizna, a na podwórku bawiły 

dzieci. Minęła zawsze majestatyczne ruiny zamku, z jego szarymi kamieniami i legendami o 

background image

zamieszkujących go duchach - swoisty pomnik stylu życia, który przetrwał jeszcze w tych 

stronach.

Wzięła   zakręt,   popatrzyła   na   płynącą   pośród   wysokich   traw   jasną   smugę   rzeki, 

ponownie skręciła i popedałowała do wsi.

Teraz domów zaczęło przybywać, zabudowa gęstniała. Na widok niektórych, nowo 

wybudowanych,   Maggie   aż   westchnęła   ze   zgrozą.   Były   płaskie,   toporne   i   jak   na   jej 

artystyczne oko monotonne, bezbarwne, jedynie ogrody, soczyte i żywe, ratowały je przed 

szpetotą.

Ostatni   długi   zakręt   doprowadził   ją   do   centrum   wsi.   Minęła   rzeźnika   aptekarza, 

spożywczy sklepik O'Ryana, a także mały,  schludny hotelik, który niegdyś  należał do jej 

dziadka.

Zatrzymała się na chwilę, by mu się przyjrzeć, próbując sobie wyobrazić matkę, kiedy 

mieszkała tu jako dziecko. Śliczna dziewczynka o anielskim głosie, według relacji Christine 

Sweeney.

Jeśli to prawda, dlaczego w ich domu tak mało było muzyki? I dlaczego, zastanawiała 

się Maggie, nigdy, nawet najmniejszym słówkiem, nie wspomniano o talencie Maeve?

Postanowiła o to zapytać. A nie było lepszego po temu miejsca niż pub O’Malleyów.

Gdy hamowała,  dostrzegła  rodzinę turystów  wędrujących  na piechotę,  filmujących 

kamerą   wideo,   sprawiających   wrażenie   niezmiernie   zadowolonych   z   powodu   możności 

utrwalania na taśmie zachowanej w nienaruszonym stanie wsi irlandzkiej.

Kobieta trzymała małą, poręczną kamerę i śmiała się, gdy w obiektywie pojawiał się 

jej mąż i dwoje dzieci. Widocznie w kadrze pojawiła się także Maggie; kobieta podniosła rękę 

i pomachała do niej.

- Dobry wieczór, panienko.

- Dobry wieczór.

Trzeba przyznać, że Maggie omalże nie parsknęła śmiechem, kiedy kobieta szepnęła 

mężowi do ucha:

- Czyż jej akcent nie jest fantastyczny? Zapytaj ją, gdzie tu można zjeść, John. Marzę, 

żeby ją mieć na taśmie.

- Hop, hop... przepraszam.

Turystyka  nie może zaszkodzić  wsi, stwierdziła  Maggie i odwróciła się, by wziąć 

udział w grze.

- Czy mogę w czymś pomóc?

- Bardzo bylibyśmy wdzięczni. Zastanawiamy się nad miejscem, gdzie możnaby coś 

background image

przekąsić. Czy mogłaby pani coś nam polecić?

-   Pewnie,   że   mogę.   -   Ponieważ   wyglądali   na   zachwyconych   nią,   postanowiła 

wyolbrzymić nieco tutejszą lokalną wymowę. - No więc, jeśli szukacie czegoś wymyślnego, 

lepiej będzie jeśli pojedziecie tą drogą jeszcze jakieś piętnaście minut, do Dromaland Castle, 

gdzie podają iście królewskie posiłki. Może to będzie nieco drogie na waszą kieszeń, ale za to 

poczujecie miód na podniebieniu.

- Nie jesteśmy odpowiednio ubrani na taki wyszukany posiłek - wtrąciła kobieta. - 

Mieliśmy raczej nadzieję na coś prostego, tutaj na miejscu.

- Jeśli macie ochotę na odrobinę krajowego żarcia - mrugnęła do dwójki dzieci, które 

wpatrywały się w nią, jakby właśnie wysiadła ze świecącego UFO - na pewno przypadnie 

wam do gustu O’Malley. Jego chipsy nie mają sobie równych.

-   To   znaczy   francuskie   frytki   -   przetłumaczyła   kobieta.   -   Dopiero   dzisiaj   rano 

przyjechaliśmy z Ameryki - zwróciła się do Maggie. - Obawiam się, że niewiele wiemy o 

lokalnych zwyczajach. Czy dzieci mają wstęp do barów... pubów?

- Tu jest Irlandia i dzieci są wszędzie mile widziane, absolutnie wszędzie. O’Malley 

jest  tutaj.   -  Wskazała   ręką  na   niski,  otynkowany  na  biało  zespół   budynków   z  ciemnymi 

elementami z drewna. - Sama tam idę. Ucieszą się z waszej obecności.

- Dziękujemy. - Mężczyzna uśmiechnął się do niej promiennie, dzieci gapiły się na 

nią, a kobieta nakręcała właśnie ostatnie centymetry taśmy. - Skorzystamy z propozycji.

- Życzę więc smacznego. I udanego pobytu! - Maggie odwróciła się i wolnym krokiem 

ruszyła chodnikiem do O’Malleya. Wewnątrz panował półmrok, było pełno dymu i pachniało 

smażoną cebulą oraz piwem.

- Jak się masz, Tim? - zapytała Maggie, sadowiąc się przy barze.

- Patrzcie, kogo do nas przyniosło! - Nalewając pół litra Guinnessa, Tim uśmiechnął 

się do niej szeroko. - Jak się masz, Maggie?

- Mam się dobrze i jestem głodna jak wilk. - Wymieniła pozdrowienie z parą siedzącą 

za nią przy małym stoliczku i z dwoma mężczyznami ściskającymi swe kufle przy barze.

- Czy mógłbyś mi przyrządzić sandwicza z kotletem, Tim, i furę chipsów, a na razie 

podać mi pół litra Harpa?

Właściciel   odwrócił   głowę   od   baru   i   głośno   powtórzył   do   okienka   zamówienie 

Maggie.

- No a teraz powiedz, jak było w Dublinie? - zapytał, nalewając jej piwo.

- Zaraz opowiem. - Oparła łokcie o bar i zaczęła opisywać swoją podróż. W tym 

czasie weszła do pubu amerykańska rodzina i usadowiła się przy stole.

background image

- Szampan i gęsia wątróbka?! - Zdumiał się Tim. - Czy to nie wspaniałe? I ci wszyscy 

ludzie   przyszli   oglądać   twoje   szkła!   Ojciec   byłby   z   ciebie   dumny,   Maggie,   dziewczyno. 

Dumny jak paw.

- Mam nadzieję. - Gdy Tim postawił przed nią talerz, wciągnęła głęboko powietrze. - 

Ale, prawdę mówiąc, wolę twojego sandwicza z kotletem niż gęsią wątróbkę.

Zaśmiał się serdecznie.

- Bo jesteś naszą dziewczyną!

- Okazało się, że babka mężczyzny, który zajął się moimi sprawami, była przyjaciółką 

mojej babci. Babci O'Reilly.

- Nie mów! - Zdziwił się Tim, poklepując się po brzuchu. - Ale ten świat jest mały!

- To prawda - zgodziła się Maggie. - Ona pochodzi z Galway i znały się z babcią, 

kiedy   były   dziewczynkami.   A   kiedy   babcia   przeprowadziła   się   tutaj,   przez   wiele   lat 

utrzymywały kontakt listowny, wiesz?

- Tak powinno być. Nie ma to jak starzy przyjaciele.

-   Babcia   pisała   jej   o   hotelu   i   o   różnych   rzeczach,   między   innymi   o   rodzime. 

Wspominała, że moja mama lubiła śpiewać.

- Och, to było dawno temu. - Rozpamiętując przeszłość, Tim zaczął wycierać kufel. - 

Jeszcze zanim się urodziłaś, z całą pewnością. Gdy teraz o tym myślę, przypominam sobie, że 

w tym właśnie pubie śpiewała po raz ostatni, zanim nie zrezygnowała ostatecznie.

- Tutaj? Śpiewała tutaj u ciebie?

- Tak, na pewno. Miała słodki głos. To prawda. Podróżowała po całym kraju. Można 

powiedzieć, że przez ponad dziesięć lat rzadko ją widywaliśmy. Potem wróciła na jakiś czas. 

Zdaje się, że pani O'Reilly wtedy chorowała. Zapytałem więc Maeve, czy może zechciałaby 

zaśpiewać u mnie raz czy dwa, choć daleko nam było do takich miejsc jak Dublin, Cork czy 

Donnegal, gdzie przedtem występowała.

- Występowała? Ponad dziesięć lat?

- No tak, choć nie umiem tak dokładnie powiedzieć, jak to było na samym początku. 

Ale wiem, że zawsze ją gnało, chciała być poza domem i to jak najdalej. Nie bawiło jej słanie 

łóżek   w   takiej   wiosce   jak   nasza,   i   dawała   nam   to   wyraźnie   do   zrozumienia.   -   Mrugnął 

porozumiewawczo, chcąc złagodzić nieco wypowiadane słowa. - Ale kiedy wróciła i tutaj 

śpiewała, była lubiana i cieszyła się powodzeniem. Wtedy właśnie ona i Tom... no cóż, kiedy 

tu wszedł i usłyszał ją, zapatrzył się na nią, a później to już na chwilę nie odrywali od siebie 

wzroku.

- A kiedy się pobrali - ostrożnie zaczęła Maggie - więcej już nie śpiewała?

background image

- Nie zależało jej. Nie było o tym mowy. Faktem jest, że to było tak dawno, że gdybyś 

nie poruszyła tego tematu, prawie bym o tym wszystkim zapomniał.

Maggie nie sądziła, by matka mogła o tym zapomnieć. Ciekawe, jak ona sama by się 

czuła,   gdyby   z   powodu   jakiegoś   zbiegu   wydarzeń   lub   życiowej   konieczności   musiała 

zrezygnować ze swojej sztuki? Byłaby zła, smutna i urażona do żywego. Popatrzyła na ręce, 

pomyślała, co by było, gdyby więcej nie mogła ich używać. Co by się stało, gdyby nagle, 

właśnie wtedy, gdy zaczynała wyrabiać sobie nazwisko, zostało jej to wszystko odebrane?

Choć  rezygnacja  z  kariery nie  usprawiedliwiała  gorzkich   lat  spędzonych  z  matką, 

wiele jednak wyjaśniała.

Maggie musiała to wszystko przemyśleć, porozmawiać z Brianną. Straciła ochotę na 

piwo, i z okruchów informacji zaczęła układać obraz matki sprzed lat i porównywać go z 

osobowością kobiety, jaką się stała.

Po której z nich odziedziczyła więcej cech?

- Masz zjeść tego sandwicza - rozkazał jej Tim, stawiając kolejne pół litra piwa na 

barze. - A nie przyglądać mu się.

- Jem. - Na dowód Maggie odgryzła duży kawałek. W pubie było ciepło i przyjemnie. 

Pomyślała,   że   jutro   będzie   dość   czasu   na   uporządkowanie   dotychczasowych   mitów   i 

wyobrażeń. - Podaj mi jeszcze pół litra, Tim.

- A, to co innego - powiedział, po czym, na widok nowego gościa w drzwiach pubu, 

podniósł do góry rękę. - No, no, widać w dzisiejszy wieczór zjawiają się dawno nie widziani 

przybysze. - Gdzieś ty się podziewał, Murphy?

- Stęskniłem się za tobą, chłopie. - Na widok Maggie Murphy uśmiechnął się radośnie 

i   dosiadł   się   do   niej   przy   barze.   -   Mam   nadzieję,   że   wolno   mi   usiąść   przy   tak   sławnej 

osobistości.

- Myślę, że mogę ci na to pozwolić - odparła. - W każdym razie ten jeden, jedyny raz. 

No więc, Murphy, kiedy uderzysz w konkury do mojej siostry?

Był to stary dowcip, który niezmiernie przyprawiał właścicieli pubu o śmiech. Murphy 

wypił kilka łyków z kufla Maggie i westchnął.

- Tak się składa, skarbie, że moje serce należy tylko do ciebie.

- Ach ty łajdaku! - Odebrała mu swoje piwo.

Był cholernie przystojnym mężczyzną, zadbanym, silnym, zahartowanym na słońcu i 

na wietrze jak dąb. Ciemne włosy wiły mu się wokół kołnierza i nad uszami, a oczy miał tak 

błękitne, jak kobaltowa butelka z jej pracowni.

Nie ma takiej ogłady jak Rogan, pomyślała. Jest nieokrzesany jak Cygan, ale serce ma 

background image

wielkie i złote jak dolina, którą ukochał. Maggie nigdy nie miała brata, ale Murphy był jej 

prawie tak bliski, jak brat.

- Ożenię się z tobą choćby jutro - oświadczył,  doprowadzając tym wszystkich, za 

wyjątkiem amerykańskiej rodziny, która nie odrywała od nich wzroku, do wybuchu śmiechu. 

- Jeśli tylko mnie zechcesz.

- Możesz spać spokojnie. Nie interesują mnie podobni do ciebie. Ale pocałuję cię i 

przeproszę za to.

I na potwierdzenie swoich słów pocałowała go długo i mocno, aż odsunęli się od 

siebie i roześmiali od ucha do ucha.

- A więc brakowało ci mnie? - zapytała Maggie.

- Ani trochę. Tim, nalej mi pół litra Guinnessa i to samo dla naszej sławy. - Podkradł 

jej frytkę. - Słyszałem, że wróciłaś.

- O! - Jej głos zrobił się bardziej oziębły. - A więc widziałeś się z Brianną!

- Nie, słyszałem, że wróciłaś - powtórzył. - Słyszałem twój piec. - Ach.

- Siostra przysłała mi trochę wycinków z prasy z Cork.

- Hmmm... Co słychać u Mary Ellen?

-   O,   ma   się   dobrze.   Podobnie   jak   Drew   i   dzieci.   -   Murphy   sięgnął   do   kieszeni, 

zmarszczył   się,   obmacał   drugą.   -   A,   są   tutaj.   -   Wyjął   dwa   złożone   kawałki   gazety.   - 

„Mieszkanka   Clare   triumfuje   w   Dublinie”.   -   przeczytał.   -   „Margaret   Mary   Concannon 

poruszyła artystyczny świat na wystawie w Worldwide w Dublinie w niedzielę wieczór”.

-   Pokaż   mi   to.   -   Maggie   wyrwała   mu   wycinek   z   ręki.   -   „Panna   Concannon, 

niezrzeszona artystka wydmuchująca szkło, zbiera pochwały i komplementy od uczestników 

wystawy swych  śmiałych,  intrygujących  rzeźb  i rysunków.  Sama  artystka  jest drobną...”. 

Dobre sobie! - skomentowała redakcyjną opinię Maggie.

-   Oddaj   to   z   powrotem.   -   Murphy  wyszarpnął   jej   wycinek   i   głośno   kontynuował 

czytanie. - „Drobną, młodą kobietą o wyjątkowym talencie i urodzie”. Cha, cha, to niby o 

tobie? - dorzucił od siebie Murphy, naigrywając się z niej. - „Zielonooka, ognistoruda, o 

karnacji kości słoniowej i dużym wdzięku, okazała się równie fascynująca dla miłośników 

sztuki, co jej prace. Worldwide, jedna z czołowych galerii na świecie, czuje się szczęśliwa, 

mogąc wystawić prace panny Concannon! Jestem przekonany, że artystka pokazała nam tylko 

próbkę swoich twórczych możliwości - stwierdził Rogan Sweeney, dyrektor Worldwide. - 

Zwrócenie uwagi świata na prace panny Concannon, poczytujemy sobie za zaszczyt”.

- On to powiedział? - Znowu wyciągnęła rękę po wycinek, ale Murphy był tym razem 

szybszy.

background image

- Powiedział. Stoi tutaj czarno na białym. A teraz pozwól mi skończyć. Ludzie chcą 

usłyszeć.

I rzeczywiście, w pubie panowała cisza. Wszyscy wpatrzeni byli w Murphy'ego, gdy 

ten kończył czytać recenzję.

-   „Worldwide   zamierza   wystawić   w   ciągu   przyszłego   roku   wiele   prac   panny 

Concannon w swoich galeriach na świecie, zaś inne, osobiście wybrane przez artystkę i pana 

Sweeneya, pozostawić na stałe w galerii w Dublinie”. - Usatysfakcjonowany Murphy odłożył 

wycinek na bar.

- A tutaj są zdjęcia - dodał, rozkładając drugi wycinek. - „Maggie o karnacji kości 

słoniowej i niektóre z jej fantastycznych szkieł”. Nie masz nam nic do powiedzenia, Maggie?

Wzięła głęboki oddech, poskubała włosy.

-   Myślę,   że   najlepiej   będzie,   jeżeli   powiem:   stawiam   kolejkę   wszystkim   moim 

przyjaciołom.

- Jesteś wyciszona, Maggie Mae.

Uśmiechnęła się na dźwięk tego zdrobnienia, które wymyślił dla niej ojciec. Czuła się 

cudownie w cicho pomrukującej niczym zadowolony kot maszynie Murphiego.

- Myślę właśnie, że jestem odrobinkę pijana, Murphy. - Przeciągnęła się i westchnęła. 

- I że bardzo lubię to uczucie.

- Cóż, zasłużyłaś sobie na nie. - Była bardziej niż odrobinę pijana, i dlatego właśnie 

wciągnął jej rower na ciężarówkę, zanim jeszcze zdążyła zaprotestować. - Jesteśmy z ciebie 

wszyscy dumni,  a jeśli  chodzi o mnie,  przyjrzę  się dokładniej  i z większym  szacunkiem 

butelce, którą dla mnie zrobiłaś.

- To jest wazon na chwasty, już ci mówiłam, a nie żadna butelka. Masz do niej włożyć 

jakieś ładne gałązki albo polne kwiaty.

Przynoszenie do domu gałązek, ładnych czy brzydkich, nie mieściło mu się w głowie.

- Wracasz więc do Dublina, tak?

- Nie wiem... w każdym razie nie tak szybko. Nie mogę tam pracować, a praca jest 

tym,   czym   zamierzam   się   zajmować.   -   Spojrzała   groźnie   na   rozrośnięte   pędy   janowca, 

srebrzące się w świetle wznoszącego się księżyca. - Nigdy nie dał mi do zrozumienia, że to 

był dla niego zaszczyt, wiesz?

- O czym ty mówisz?

- Och, nic takiego, chodzi o to, że to ja miałam się czuć zaszczycona faktem, że raczył 

rzucić okiem na moje prace. Wielki i potężny Sweeney dający szansę na sławę i majątek 

background image

biednej,   borykającej   się   z   trudnościami   artystce.   A   czy   ja   prosiłam   o   sławę   i   majątek, 

Murphy? To chciałabym wiedzieć. Czy ja prosiłam?

Znał ten ton, jego bojowość i siłę natarcia, odpowiedział więc powściągliwie.

- Nie potrafię na to odpowiedzieć, Maggie. Ale czy nie chcesz tego?

- Oczywiście, że chcę. Czy wyglądam na idiotkę? Ale żebym miała o to prosić!? Co 

to, to nie. Nigdy go o nic nie poprosiłam, poza samym początkiem, kiedy chciałam, żeby mi 

dał święty spokój. I co? Dał mi? Akurat! Nie przejął się tym wcale. Kusił mnie, Murphy, a 

nawet   sam   diabeł   nie   jest   od   niego   bardziej   szczwany   i   przekonujący.   A   teraz   w   to 

wdepnęłam, rozumiesz, i nie widzę odwrotu.

Murphy zacisnął wargi i delikatnie zahamował przed jej furtką.

- A chciałabyś zawrócić?

- Nie. I to jest najgorsze ze wszystkiego. Chcę dokładnie tego, co mi zaproponował, i 

chcę tego tak bardzo, że aż rani to moją duszę. Ale równocześnie nie chcę, żeby cokolwiek się 

zmieniło, i tu jest pies pogrzebany. Chcę pracować w samotności, chcę myśleć, i po prostu 

być. I nie wiem w jaki sposób mogłabym mieć wszystko naraz.

-   Możesz   mieć   to,   czego   chcesz,   Maggie.   Jesteś   zbyt   uparta,   żeby   zadowolić   się 

małym.

Roześmiała się na to i odwróciła, żeby go pocałować.

- Och, kocham cię, Murphy. Dlaczego nie wysiądziesz i nie zatańczysz ze mną na łące 

przy świetle księżyca?

Uśmiechnął się od ucha do ucha i zmierzwił jej włosy.

- A dlaczego nie miałbym odstawić twojego roweru i zapakować cię do łóżka?

- Sama to zrobię. - Zsunęła się z ciężarówki, lecz on był szybszy. Wyjął jej rower i 

ustawił go na drodze. - Dziękuję za odprowadzenie do domu, panie Muldoon.

- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Concannon. A teraz ułóż się sama do snu.

Gdy   wprowadzała   rower   przez   furtkę,   Murphy   zaczął   właśnie   śpiewać.   Stała   w 

ogrodzie i słuchała. Mocny, słodki tenor jego głosu poniósł się wśród nocy i powoli ucichł. 

„Sama, całkiem sama nad brzegiem obmytym falą. I najzupełniej sama w gwarnej, pełnej sali. 

W   tej   sali   tak   wesoło,   fale   tak   wspaniałe.   Lecz   moje   serce   nie   zważa   na   to   wcale”. 

Uśmiechnęła się lekko i zakończyła w myślach zwrotkę: Odlatuje daleko, nocami i dniami. Z 

przeszłymi radościami, z dawnymi czasami. Wiedziała, że ballada nazywa się S1ievenamon. 

Kobieta   z   Gór.   Co   prawda   ona   nie   stoi   na   górze,   tym   niemniej   wydawało   się   jej,   że 

prawidłowo   odebrała   istotę   ballady.   W   hallu   w   Dublinie   było   wesoło,   lecz   jej   serce   nie 

zważało na to. Była sama. Zupełnie sama.

background image

Postawiła   rower   za   domem,   ale   nie   weszła   do   środka.   Ruszyła   w   przeciwnym 

kierunku. To prawda, że trochę kręciło się jej w głowie i że niezbyt pewnie stała na nogach, 

ale nie chciała marnować takiej nocy w łóżku. Samotnie w łóżku.

Pijana   czy   trzeźwa,   w   dzień   czy   w   noc,   odnajdzie   drogę   na   ziemi,   która   kiedyś 

należała do niej.

Od wschodu słyszała pohukiwanie sowy i szelest czegoś, co polowało lub chowało się 

na  noc  w   wysokich   trawach.   Nad  głową  księżyc   w  pełni  świecił   jak  latarnia  morska   na 

rozkołysanym morzu gwiazd. Noc rozbrzmiewała tajemnym szeptem. Od zachodu gawędził 

strumyk.

To stanowiło część tego, czego pragnęła, co jej było potrzebne tak bardzo, jak oddech 

-   cudowne   dobrodziejstwo   samotności;   pośród   falujących   wokół   niej   zielonych   łąk, 

srebrzących   się   teraz   przy   księżycu   i   blasku   gwiazd,   z   jednym   tylko   ledwo   widocznym 

światłem lampy z kuchni Murphy'ego.

Pamięta,   jak   przychodziła   tu   z   ojcem,   trzymając   gorączkowo   swoją   zaciśniętą, 

dziecięcą rękę w jego dłoni. Nie rozmawiał z nią o sadzeniu czy pieleniu, ale o marzeniach. 

Zawsze mówił o marzeniach.

I żadne z nich nigdy się nie spełniło.

Ale o ile smutniejsze wydały jej się teraz marzenia matki, które spełniły się tylko po 

to, by je utraciła.

Jak to możliwe, zastanawiała się, by mieć w zasięgu ręki to, czego się pragnie, a 

potem pozwolić się temu wymknąć? Na zawsze!

A czy właśnie tego, dokładnie tego samego, nie obawiała się dla siebie?

Położyła się w trawie na plecach, z rozkołysaną nadmiarem piwa i marzeń głową. 

Gwiazdy   obracały   się   w   podniebnym   tańcu,   a   księżyc,   błyszczący   jak   srebrna   moneta, 

spoglądał na nią. W powietrzu słychać było słodki trel słowika. A noc była tylko dla niej.

Uśmiechnęła się, zamknęła oczy i zasnęła.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Obudziła  ją krowa. Duże, wodniste  oczy przypatrywały  się skulonej  na pastwisku 

postaci.   Do   krowiej   głowy   docierało   niewiele   więcej   ponad   potrzebę   pożywienia   się   i 

wydojenia.   Raz   i   drugi   obwąchała   policzek   Maggie,   prychnęła,   po   czym   zaczęła   skubać 

trawę.

- Na miłość boską, co to za hałas?

W głowie waliło jej, jakby uderzano w wielki bęben. Maggie przewróciła się na bok. 

A gdy wyrżnęła się potężnie o przednie kopyto krowy, otworzyła zapuchnięte, przekrwione 

oczy.

- Słodki Jezu! - Gdy gramoliła się na czworaka, jej własny wrzask rozbrzmiewał w jej 

głowie jak gong, zmuszając ją do zatkania sobie uszu, jakby w obawie, że mogą pęknąć. 

Równie jak ona przerażona, krowa zamuczała i potoczyła oczami.

- Co tutaj robisz? - Ściskając mocno głowę, Maggie z trudem podniosła się na kolana. 

- Co ja tu robię? - Kiedy klapnęła na pupę, podejrzliwie mierzyły się z krową wzrokiem. - 

Musiałam chyba zasnąć. Och! - W żałosnym, obronnym odruchu przed wściekłym kacem 

zdjęła ręce z uszu i zakryła nimi oczy. - Och, to kara za jeden kufel ponad normę. Jeśli nie 

masz nic przeciwko temu, posiedzę tu minutkę, aż będę mogła wstać.

Krowa wywróciła ostatni raz oczami i znowu zaczęła skubać trawę.

Ranek był pogodny i ciepły, i wypełniony dźwiękami. Warkot traktora, szczekanie 

psa, radosne ptasie ćwierkanie rozsadzały obolałą głowę Maggie. W ustach miała taki smak, 

jakby spędziła noc na torfowisku, a jej ubranie wygniecione było od porannej rosy.

- No cóż, miło jest paść bez przytomności na polu jak pijany włóczęga.

Spróbowała   stanąć   na   nogi,   zachwiała   się   raz   i   głucho   jęknęła.   Krowa   machnęła 

ogonem, co mogło oznaczać sympatię. Maggie przezornie uchyliła się. Kiedy okazało się, że 

jej   kości   nie   rozsypały   się   w   kawałki,   rozruszała   stopniowo   pozostałe   obolałe   mięśnie   i 

piekącymi oczami potoczyła po polu.

Pozostałe krowy, nie zainteresowane dwunożnym gościem, żuły trawę. Na dalszej łące 

mogła   dostrzec   stojące   w   magicznym   kręgu   kamienie,   stare   jak   świat,   nazywane   przez 

tubylców Znakiem Druidów. Przypomniała sobie, jak pocałowała Murphy'ego na dobranoc i 

jak,   z   jego   oddalającą   się   piosenką   dźwięczącą   w   jej   głowie,   wędrowała   w   poświacie 

księżyca.

I sen jaki miała, uśpiona srebrnym światłem, powrócił do niej z taką wyrazistością, tak 

nagle, że zapomniała o rozsadzającym bólu w skroniach i zesztywnianych członkach.

background image

Księżyc jarzący się światłem, pulsujący jak bijące serce. Zalewający niebo, a pod nim 

bielejący   chłód   ziemi.   A   potem   wszystko   zaczęło   płonąć,   rozżarzone   jak   pochodnia,   aż 

pokryło   się   kolorami,   spłynęło   błękitami   i   czerwieniami,   i   złotem,   tak   pięknymi,   że   z 

zachwytu płakała przez sen.

Próbowała   tego   dosięgnąć,   wspinała   się   wyżej,   coraz   wyżej,   aż   dotknęła   jego 

powierzchni. Ujęła kulę w ręce; była gładka, twarda i chłodna. W kuli ujrzała swoje odbicie, 

zaś głębiej, gdzieś głębiej, pomiędzy przepływającymi barwami, było jej serce.

Wirująca w jej głowie wizja walczyła o lepsze z potwornym kacem. Porwana przez 

nią, uciekła z pola, oddając je we władanie pasących się, łagodnych krów i wyśpiewujących 

swoje poranne trele ptaków.

W niecałą godzinę później siedziała już w pracowni, gdzie z całą determinacją zabrała 

się do przetwarzania wizji w konkretną formę. Obraz tak wyraźnie utrwalił się w jej pamięci, 

że niepotrzebny jej był roboczy szkic. Była na czczo, zapomniała o bożym świecie. Drżąc z 

emocji, zafascynowana pomysłem, nabrała z tygla roztopioną masę szklaną.

Rozprowadziła   ją   równo   na   marmurowym   klocku,   aby   ją   ochłodzić   i   wyznaczyć 

środek. Po czym przystąpiła do wydmuchiwania.

Kiedy bańka była rozgrzana i znowu płynna, przystąpiła do barwienia jej. Stopniowo, 

pod wpływem wysokiej temperatury, kolory wtapiały się w ściankę naczynia.

Wielokrotnie powtarzała ten proces, dodając szkła, ognia, oddechu i barwy. Obracając 

i   obracając   rurkę,   pokonując   i   wykorzystując   siłę   ciężkości,   wygładzała   rozżarzoną   kulę 

grafitowymi łopatkami, doskonaląc jej kształt.

Po przeniesieniu naczynia z rurki na punktaka, wsunęła je do pieca. ! Używając teraz 

zwilżonego prętu, przyłożyła go ciasno do otworu naczynia, aby ciśnienie pary powiększyło 

formę.

Skoncentrowała całą uwagę na tej czynności. Wiedziała, że woda na zwilżonym pręcie 

szybko paruje. Ciśnienie może w każdej chwili rozsadzić i ścianki naczynia. Przydałby się jej 

pomocnik, druga para rąk, ktoś, kto podawałby jej narzędzia, nabierał kolejną roztopioną 

masę szklaną, ale dotąd nigdy nie zatrudniała nikogo do pomocy.

Z   trudem   nadążając,   miotając   się   od   pieca   do   warsztatu,   zaczęła   coś   do   siebie 

mamrotać.

Słonce wzeszło wyżej, wlewało się strumieniem przez okna, tworząc wokół jej głowy 

świetlistą aureolę.

Taką   ujrzał  ją Rogan,  kiedy otworzył  drzwi.  Siedzącą   na  wielkim  krześle,   z kulą 

roztopionych barw pod palcami, otoczoną promieniem słońca.

background image

Poświęciła mu jedno krótkie spojrzenie.

- Proszę zdjąć ten idiotyczny płaszcz i krawat. Potrzebne mi są pana ręce.

- Co?

- Potrzebne mi są ręce, do cholery. Proszę robić dokładnie to, co panu powiem i nie 

odzywać się do mnie.

Nie był pewien, czy potrafi. Rzadko zdarzało się mu oniemieć z wrażenia, ale w tej 

chwili,   w   strumieniu   ognia,   w   promieniach   słońca,   wyglądała   jak   dzika   bogini   ognia 

stwarzająca nowe światy. Odstawił teczkę i zdjął płaszcz.

- Proszę to mocno trzymać - powiedziała, zsuwając się z krzesła. - I proszę obracać 

punktakiem tak jak ja. Widzi pan? Powoli i równomiernie. Żadnych drgnień czy przerw, bo 

zabiję!

Był tak zdziwiony, iż z taką ufnością powierza mu swoją pracę, że usiadł bez słowa na 

jej krześle. Rurka była rozgrzana, cięższa niż się spodziewał. Przytrzymywała ją razem z nim, 

dopóki nie poczuła, że złapał rytm.

- Tylko nie przerywać! - ostrzegła go. - I proszę mi wierzyć, że od tego zależy pańskie 

życie.

Nie wątpił w jej słowa. Podeszła do pieca, nabrała masę szklaną i wróciła na miejsce.

- Widzi pan, jak to się robi? Chcę, żeby mi pan w tym pomógł. - Gdy ścianka została 

wyrównana, wzięła podnośnik i wsunęła do środka szklanej bańki.

- Poproszę teraz. - Odebrała od niego rurkę i kontynuowała pracę. - Jeśli nabierze pan 

za dużo szkła, nie szkodzi, odetnę je.

Gorący   strumień   z   pieca   zatkał   mu   oddech.   Zanurzył   rurkę   i,   stosując   się   do   jej 

zwięzłych instrukcji, wsunął pod roztopioną masę. Zobaczył, jak szkło zbiera się i zawisa jak 

gorące łzy.

- Proszę mi to teraz podać od tyłu, z prawej strony krzesła. - Uprzedzając jego ruch, 

złapała szczypce i gdy z boku podawał jej roztopioną masę, kierowała ruchem punktaka.

Powtórzyła  proces. Od topiącego się wosku sypały się iskry, szkło wtapiało się w 

szkło, kolor w kolor. Kiedy wewnętrzny rysunek wydał się jej dostatecznie dobry, ponownie 

wydmuchała naczynie, przywracając mu kulistą formę, kształtując ją w powietrzu.

To  co Rogan zobaczył,  było  doskonałą  kulą  wielkości  piłki  nożnej. Wnętrze  tego 

przejrzystego   szklanego   globu   eksplodowało   pulsującymi,   przenikającymi   się   barwami   i 

kształtami. Gdyby był człowiekiem z wyobraźnią, powiedziałby,  że szkło żyje i oddycha, 

podobnie jak on. Pośrodku Kolory wirowały, obracały się jak żywa tkanka, następnie, im 

bliżej ścianek, przechodziły w bardziej delikatny odcień.

background image

Sny. Zaczarowana kula snów, pomyślał.

- Poproszę o pilnik - warknęła.

- O co?

- Pilnik, niech to diabli. - Podeszła do pokrytej ognioodporną wy - ściółką ławy. Kiedy 

ścisnęła   punktaka   drewnianą   śrubą,   podniosła   rękę,   jak   chirurg   domagający   się   skalpela. 

Rogan podał jej pilnik.

Wstrzymała   swój   wolny,   równy   oddech,   po   czym   uderzyła   pilnikiem   i   oddzieliła 

formę od reszty. Kula potoczyła się po wyściółce.

- Rękawice - wydała rozkaz. - Te ciężkie, przy moim krześle. Prędko.

Nie   spuszczając   wzroku   z   kuli,   wsunęła   rękawice.   Jak   bardzo   pragnęła   ją   ująć, 

uchwycić gołymi rękoma, tak jak to było we śnie. Zamiast tego wybrała pokryte azbestem 

metalowe szczypce i przeniosła kulę do pieca odprężającego.

Nastawiła czas, po czym przystanęła na chwilę i spojrzała w przestrzeń niewidzącymi 

oczami.

- To księżyc - powiedziała miękko. - Przyciąga fale, w morzu i w nas. Dzięki niemu 

polujemy, zbieramy plony i śpimy. A jeśli mamy wyjątkowe szczęście, możemy trzymać go 

w rękach i śnić dzięki niemu.

- Jak pani to nazwie?

- Nie będzie miało nazwy. Każdy powinien zobaczyć  w tym to, czego najbardziej 

pragnie... - I jakby budząc się ze snu, podniosła rękę do głowy. - Jestem zmęczona. - Ciężkim 

krokiem ruszyła w stronę krzesła, usiadła i pozwoliła opaść głowie.

Była   bardzo   blada,   zauważył   Rogan,   pozbawiona   tego   energetyzującego 

promieniowania, które z niej emanowało podczas pracy.

- Czy znowu pracowała pani przez całą noc?

- Nie, spałam tej nocy. - Uśmiechnęła się do siebie. - Na polu Murphy'ego, przy jasnej 

pełni księżyca.

- Spała pani na łące?

- Byłam pijana. - Przeciągnęła się ziewając, po czym roześmiała się i otworzyła oczy. - 

Troszeczkę. A noc była taka piękna.

- A kim jest Murphy? - zapytał, podchodząc do niej.

- Znajomy mężczyzna, który zdziwiłby się troszeczkę, gdyby mnie znalazł uśpioną na 

swoim   pastwisku.   Czy   może   mi   pan   podać   drinka?   -   Na   widok   jego   uniesionych   ze 

zdziwienia brwi roześmiała się. - Coś łagodnego, jeśli można. Jest w lodówce. I proszę się 

poczęstować - dodała. - Ujdzie pan jako pomocnik, panie Sweeney.

background image

-   Bardzo   mi   miło   -   powiedział,   traktując   to   jako   podziękowanie.   Gdy   otwierała 

puszkę,   którą   jej   podał,   rozejrzał   się   po   pomieszczeniu.   Zauważył,   że   nie   próżnowała. 

Pojawiło się wiele nowych prac, będących jej interpretacją wystawy Indian. Przyglądał się 

płytkiemu naczyniu z szerokim dziobkiem, ozdobionym nasyconymi, głębokimi matowymi 

kolorami.

- To śliczne.

-   Mmmm.   Eksperyment,   który   nieźle   wypadł.   Kombinacja   matowego   i 

przezroczystego szkła. - Ziewnęła znowu, szeroko. - Z polewą z tlenku cyny.

- Z polewą z tlenku cyny? Mniejsza z tym! - powiedział, domyślając się, że zamierza 

się wdać w skomplikowane wyjaśnienia. - I tak nic z tego nie zrozumiem. Chemia nigdy nie 

była moją silną stroną. Zadowalam się produktem końcowym.

-  Mógłby  pan   chociaż   udawać,  że   to  jest   fascynujące,   tak   zresztą   jak  i  ja  jestem 

fascynująca.

Spojrzał na nią i drgnęły mu wargi.

- Naczytała się pani recenzji o sobie, czy tak? Na miłość boską, dlaczego pani nie 

odpocznie trochę? Później porozmawiamy. Zabiorę panią na kolację.

- Nie odbył pan przecież tej całej drogi po to, by mnie zabrać na kolację.

- Uczynię to z równą przyjemnością.

Jest jakiś inny, stwierdziła. Jakaś subtelna zmiana kryła się gdzieś głęboko w jego 

pięknych  oczach. Cokolwiek to jest, panował nad tym.  Kilka spędzonych razem godzin i 

wszystko się wyjaśni, doszła do wniosku Maggie i uśmiechnęła się do niego.

- Pójdziemy do domu, wypijemy herbatę i przekąsimy coś niecoś. Będzie okazja, żeby 

mi pan powiedział, jaki jest powód pana przyjazdu.

- Po pierwsze, żeby panią zobaczyć.

Było coś w tonie jego głosu, co jej podpowiedziało, żeby wyostrzyć stępiony pracą 

umysł.

- A więc już mnie pan zobaczył.

- To prawda. - Podniósł teczkę i otworzył drzwi. - Pijemy herbatę?

- Doskonale, może pan ją zaparzyć. - Wychodząc rzuciła za siebie spojrzenie. - Jeśli 

pan potrafi.

- Myślę, że potrafię. Pani ogród ślicznie wygląda.

- Brie opiekowała się nim podczas mojej nieobecności. Co to jest? - Uderzyła się w 

nogę o karton stojący pod kuchennym wejściem.

- Parę rzeczy, które ze sobą przywiozłem. Między innymi pani pantofle. Zostawiła je 

background image

pani w salonie.

Wręczył jej teczkę i wtaszczył karton do kuchni. Po złożeniu go na stole, rozejrzał się 

po kuchni.

- Gdzie jest herbata?

- W szafce nad piecem.

Podczas gdy zajmował się herbatą, uchyliła brzeg kartonu. W chwilę później trzymała 

się za brzuch ze śmiechu.

- Można na panu polegać, pamięta pan o wszystkim. Roganie, jeżeli nie mam ochoty 

odpowiadać na telefon, dlaczego miałabym słuchać tej idiotycznej automatycznej sekretarki?

- Bo panią zamorduję, jeśli pani nie będzie jej słuchać.

-   Ach   tak.   -   Podeszła   znowu   do   kartonu   i   wyciągnęła   ścienny   kalendarz.   - 

Impresjoniści   francuscy   -   mruknęła,   przyglądając   się   uważnie   reprodukcjom   obrazów   na 

każdy miesiąc. - To przynajmniej jest ładne.

-   Proszę   tego   używać   -   powiedział   zwyczajnie   i   nastawił   wodę   na   herbatę.   -   I 

maszyny, i tego. - Sięgnął sam do pudła i wyciągnął z niego długi, aksamitny futerał. Bez 

większego namaszczenia otworzył zameczek i wyjął ze środka płaski, złoty zegarek, którego 

miodowa tarcza wysadzana była dokoła diamencikami.

- Boże, nie mogę czegoś takiego nosić. To zegarek dla pań. Zapomnę o nim i wejdę z 

nim pod prysznic.

- Jest wodoszczelny.

- Stłukę go.

- Wtedy kupimy  następny.  - Wziął  jej  rękę i zaczął  rozpinać  guziki  mankietu  jej 

koszuli. - A to co takiego, do licha? - zapytał, kiedy ujrzał kawałek bandaża. - Co pani sobie 

zrobiła?

-   Sparzyłam   się.   -   Patrzyła   wciąż   na  zegarek   i   nie   widziała   złego   błysku   w   jego 

oczach. - Zagapiłam się troszeczkę.

- A niech to, Maggie! Co to ma znaczyć „zagapiłam się”? Jak tak można? Czy mam 

się teraz spodziewać, że się pani spali?

- To śmieszne, Roganie. Można by pomyśleć, że odrąbałam sobie rękę. - Chciała mu 

się wyrwać, ale zacisnął uścisk. - Roganie, na miłość boską, artysta pracujący w szkle od 

czasu do czasu musi się oparzyć. To nic tragicznego.

- Oczywiście, że nie - powiedział sztywnym  głosem. Opanował gniew i zapiął jej 

zegarek. - Nie podoba mi się, kiedy słyszę, że jest pani nieuważna. - Puścił jej rękę, wsunął 

własną do kieszeni. - A więc to nic poważnego?

background image

- Nie. - Obserwowała go bacznie, gdy podszedł do gwiżdżącego czajnika. - Może 

zrobić sandwicza?

- Jak pani chce.

- Nie powiedział pan jeszcze, jak długo zamierza tutaj zostać.

-   Wracam   wieczorem.   Chciałem   z   panią   osobiście   porozmawiać,   zamiast 

bezskutecznie próbować osiągnąć panią przez telefon. - Nadal opanowany, zaparzył herbatę i 

postawił czajniczek na stół. - Przywiozłem wycinki, o które prosiła pani babcię.

- Och, wycinki. - Maggie wpatrywała się w jego teczkę. - Tak, to wspaniale z jej 

strony. Poczytam je później. - Kiedy zostanę sama, dodała w myśli.

- Jest jeszcze coś, co chcę pani dać. Osobiście.

- Jeszcze coś! - Pokroiła kromki chleba od Brianny. - Dzień wręczania prezentów!

- Nie nazwałbym tego prezentem. - Rogan otworzył teczkę i wyjął kopertę. - Może 

zechce ją pani teraz otworzyć.

- W porządku. - Otrzepała ręce i rozdarła ją. Gdy zobaczyła kwotę, na jaką opiewał 

czek, uchwyciła się oparcia krzesła, by nie stracić równowagi. - Matko Boska!

-  Sprzedaliśmy  wszystkie  wycenione  przedmioty.  -  Bardziej   niż  zadowolony  z  jej 

reakcji, patrzył, jak ciężko opada na krzesło. - Powiedziałbym, że odnieśliśmy zupełnie niezły 

sukces.

Pomyślała o księżycu, o marzeniach, o zmianach. Osłabła z wrażenia. Położyła głowę 

na stole.

- Nie mogę złapać oddechu. Rozsadza mi klatkę... - Rzeczywiście, z trudem mówiła. - 

Nie mogę oddychać.

- Na pewno pani może. - Podszedł do niej. Rozmasował jej ramiona. - Proszę wdychać 

i wydychać. Za minutę przyjdzie pani do siebie.

- To prawie dwieście tysięcy funtów.

-   Coś   koło   tego.   Zainteresowanie   jakie   wzbudzą   pani   prace   w   innych   naszych 

galeriach na świecie i przeznaczenie tylko pewnej części na sprzedaż spowoduje, że będziemy 

mogli podnieść ceny. - Wydała zduszony odgłos, którym go rozśmieszyła. - Wdech i wydech, 

Maggje, kochanie. Wypychamy powietrze i znowu je wciągamy. Zorganizuję transport tych 

przedmiotów, które pani ukończyła. Zrobiła pani tyle nowych rzeczy, że wystawę objazdową 

można zaplanować już na jesień. A może chciałaby pani trochę odpocząć, spędzić miło czas? 

Zrobić sobie wakacje?

- Wakacje? - Znowu usiadła. - Nie mogę jeszcze myśleć o wakacjach. W ogóle nie 

mogę o niczym myśleć.

background image

- Ma pani czas. - Pogłaskał ją po głowie, po czym obszedł ją wkoło, by nalać jej 

herbaty. - Czy dla uczczenia sukcesu zje pani ze mną dzisiaj kolację?

-   Ojej   -   jęknęła.   -   Nie   wiem,   co   powiedzieć,   Roganie.   Nigdy   tak   naprawdę   nie 

wierzyłam, że to może... Po prostu nie wierzyłam. - Przycisnęła ręce do ust. Przez chwilę bał 

się, że  zacznie  płakać,  ale  zamiast  tego  wy buchnęła  śmiechem,  dzikim,  pełnym  triumfu 

śmiechem. - Jestem bogata! Jestem bogatą kobietą, Roganie Sweeneyu. - Poderwała się z 

krzesła, by go pocałować, po czym szybko wróciła na miejsce. - O, wiem, że dla pana to 

kropla w morzu, ale dla mnie... dla mnie to wolność. Pękły okowy, czy jej się to podoba, czy 

nie.

- O czym pani mówi?

Potrząsnęła głową, myśląc o Briannie.

- Marzenia, Roganie, cudowne marzenia. Och, muszę jej o tym powiedzieć. I to zaraz. 

- Złapała czek i odruchowo wepchnęła go do tylnej kieszeni spodni. - Proszę tutaj zostać. 

Rozgościć się, wypić herbatę, zrobić sobie coś do jedzenia. Może pan skorzystać z telefonu, 

do którego jest pan tak przywiązany. Cokolwiek pan zechce.

- Dokąd pani idzie?

- To nie potrwa długo. - Była jak uskrzydlona. - Proszę zostać. - Po czym wybiegła 

przez drzwi i pognała na przełaj przez łąki.

Gdy gramoliła się przez kamienny płot, który wyznaczał granicę terytorium Brianny, 

sapała jak maszyna parowa. Ale przecież jeszcze zanim zaczęła biec, straciła oddech. O mało 

nie   stratowała   bratków   zasadzonych   przez   siostrę...   przewinienie,   które   drogo   by   ją 

kosztowało...   i   poślizgnęła   się   na   wąskiej,   wybrukowanej   ścieżce   wijącej   się   pośród 

aksamitnych kwiatków.

Wciągnęła powietrze, by zawołać Brie, co okazało się zbyteczne, ponieważ na zielonej 

dróżce, ponad ogrodem, Brianna rozwieszała właśnie bieliznę.

Gdy Maggie przyciskała  rękoma  głucho dudniące serce, Brianna, z klamerkami  w 

ustach   i   mokrymi   prześcieradłami   w   rękach,   patrzyła   niewidzącym   wzrokiem   ponad 

poruszającymi się na wietrze główkami orlików i stokrotek. W milczeniu, fachowym ruchem 

ujęła prześcieradło i zaczęła przypinać je do sznura.

Miała zbolałą minę, może nawet trochę złą. Wszystko lekko drżało w tej specyficznej 

dla niej mieszaninie dumy i opanowania. Wilczur zaszczekał radośnie, ruszył przed siebie, 

lecz zaraz stanął, przywołany przez Briannę. Patrząc żałośnie na Maggie, usiadł przy nodze 

swojej pani. Brianna wyjęła  kolejną sztukę pościeli z koszyka,  rozwieszała ją równiutko, 

przypinając klamerkami.

background image

No i rzeczywiście, powiało chłodem! pomyślała Maggie, wkładając ręce do tylnych 

kieszeni spodni.

- Witaj, Brianno. Czy masz gości?

- Mmm. W tej chwili mam komplet. Małżeństwo amerykańskie, angielska rodzina i 

młody człowiek z Belgii.

- Prawie cała Organizacja Narodów Zjednoczonych. - Pociągnęła nosem, wdychając 

zapachy. - Pieczesz szarlotkę?

-   Już   upiekłam,   studzi   się   teraz   na   parapecie.   -   Ponieważ   Brianna   nienawidziła 

wszelkich konfrontacji, rozmawiała, nie odrywając oczu od swojego zajęcia. - Myślałam o 

tym, co powiedziałaś, Maggie, i chciałam cię przeprosić. Powinnam tam była być przy tobie. 

Znaleźć jakiś sposób, by pojechać.

- A dlaczego tego nie zrobiłaś?

- Na ogół nie ułatwiasz zadania, prawda?

- Chyba tak.

-   Mam   obowiązki,   nie   tylko   wobec   niej   -   stwierdziła,   zanim   Maggie   zdążyła   coś 

powiedzieć. - Ale także wobec tego miejsca. Nie tylko ty masz ambicje czy marzenia.

Maggie powstrzymała  się od złośliwej uwagi, jaką miała na końcu języka. Poszła 

obejrzeć   tył   domu.   Farba   była   świeża   i   biała;   okna,   otwarte   w   letnie   popołudnie,   lśniły 

czystością. Koronkowe zasłony falowały romantycznie jak ślubny welon. Kwiaty porastały 

ziemię, wylewały się z doniczek i cynowych pojemników.

- Zrobiłaś dobrą robotę, Brianno. Babcia byłaby zachwycona.

- W przeciwieństwie do ciebie.

- Nie masz racji. - W przepraszającym geście położyła rękę na ramieniu siostry. - Nie 

twierdzę, że rozumiem, jak ty to robisz ani dlaczego tego chcesz, ale przecież nie do mnie 

należy   ocena.   Jeżeli   to   jest   miejsce   twoich   marzeń,   Brie,   to   sprawiłaś,   że   zajaśniało. 

Przepraszam, że na ciebie krzyczałam.

-   Och,  jestem   do  tego   przyzwyczajona.   -   Choć   wypowiedziała   to  z   rezygnacją   w 

głosie, wyraźnie było widać, że się odprężyła. - Jeśli zaczekasz, aż skończę, zrobię herbatę. 

Mam jeszcze odrobinę biszkoptu z owocami i bitą śmietaną.

Pusty żołądek Maggie zareagował żywo, ale potrząsnęła głową.

- Nie mam czasu. Zostawiłam w domu Rogana.

-  Zostawiłaś  go?  Dlaczego  nie   przyprowadziłaś   go  ze  sobą?   Nie  można   gościowi 

kazać czekać na siebie.

- On nie jest gościem... choć właściwie nie wiem, jak by go nazwać, ale to nie ma 

background image

znaczenia. Chcę ci coś pokazać.

Choć   postępowanie   Maggie   kłóciło   się   z   dobrym   wychowaniem   Brianny,   wyjęła 

ostatnią poszewkę z kosza i powiedziała:

- Niech będzie, pokaż mi. Ale potem wracaj do Rogana. Jeżeli nie masz w domu nic 

do jedzenia, przyprowadź go tutaj. W końcu człowiek odbył długą podróż z Dublina i...

- Mogłabyś się przestać zamartwiać o Sweeneya! - ucięła zniecierpliwiona Maggie, 

wyjmując czek z kieszeni. - Popatrz na to.

Zjedna   ręką   przy   sznurze   Brianna   spojrzała   na   papier.   Zrobiła   wielkie   oczy,   a 

klamerka wypadła jej z ręki. Za nią powędrowała poszewka.

- Co to jest?

- To jest czek, czy jesteś ślepa? Wielki, tłusty, piękny czek. On wszystko sprzedał, 

Brie. Wszystko, co przeznaczył na sprzedaż.

- Aż za tyle? - Brianna nie mogła się doliczyć wszystkich zer. - Aż za tyle? Jak to jest 

możliwe?

- Jestem geniuszem. - Maggie objęła Briannę i zakręciła się z nią wkoło. - Nie czytasz 

recenzji o mojej sztuce? Moja twórczość ma nieprzeniknioną głębię. - Śmiejąc się, pociągnęła 

Briannę   do   skocznego   tańca.   -   Och,   i   jest   tam   jeszcze   coś   na   temat   mojej   duszy   i 

zmysłowości. Jeszcze nie zapamiętałam tego wszystkiego.

- Maggie, zatrzymaj się. Kręci mi się w głowie.

- To niech się kręci. Jesteśmy bogate, czy ty rozumiesz? - Razem runęły na ziemię. 

Maggie zaniosła się śmiechem, a Con w podskokach zataczał szaleńcze kółka dookoła nich. - 

Będę mogła kupić tę tokarkę do szkła, a ty piec, którego rzekomo nie potrzebujesz. I zrobimy 

sobie wakacje. Pojedziemy za granicę, gdziekolwiek nam się spodoba. Kupię nowe łóżko. - 

Klapnęła z powrotem na ziemię i zaczęła się mocować z Connem. - Możesz dobudować całe 

skrzydło do Blackthorn, jeżeli masz ochotę.

- Nie ogarniam tego wszystkiego. Po prostu nie ogarniam.

- Znajdziemy dom. - Podniosła się znowu i złapała Cona za kark. - Jaki tylko zechce. I 

wynajmiemy kogoś, kto będzie jej usługiwał i opiekował się nią.

Brianna zamknęła oczy, odpędzając od siebie pierwszy zakłócony poczuciem winy 

przypływ podniecenia.

- Może nie zechcieć...

- Znajdziemy jej coś takiego, że zechce. Posłuchaj mnie. - Maggie ujęła ręce Brianny i 

uścisnęła je. - Ona stąd odejdzie. I będzie miała dobrą opiekę. Wszystko czego zechce. Jutro 

pojedziemy do Ennis i porozmawiamy z Patem O'Shea. On sprzedaje domy. Urządzimy ją tak 

background image

luksusowo, jak tylko można, i jak najszybciej. Obiecałam tatusiowi, że zrobię wszystko, co w 

mojej mocy, by wam obu było dobrze, i właśnie zamierzam się za to zabrać.

- Gdzie ty masz sumienie? - Na ogrodowej ścieżce, w szalu na ramionach pomimo 

ciepłej pogody, stała Maeve. W wykrochmalonej i wyprasowanej rękami Brianny sukni, co do 

tego Maggie nie miała wątpliwości. - Jak można tak wrzeszczeć i hałasować, wiedząc, że 

obok jest ktoś, kto potrzebuje wypoczynku? - Owinęła się szczelniej szalem i szturchnęła 

palcem młodszą córkę. - Wstawaj z ziemi. Czyś ty oszalała? Masz pełno gości w domu, a 

zachowujesz się jak jakaś rozwydrzona łobuzica.

Brianna podniosła się natychmiast, otrzepała spodnie.

- Jest ładnie. Może chciałabyś posiedzieć na słońcu?

- Czemu nie. Tylko zabierz tego wstrętnego psa.

- Con, siad. - W obronnym geście pogłaskała go po łbie. - Czy przynieść ci herbaty?

- Tak, ale zaparz ją tym razem jak należy. - Powłócząc nogami, podeszła do krzesła i 

stołu, które Brianna ustawiła w ogrodzie. - Ten chłopak, ten Belg, już dwa razy wbiegał i 

zbiegał   ze   schodów.   Musisz   mu   zwrócić   uwagę,   niech   się   opamięta.   Trudno   się   dziwić 

takiemu zachowaniu, skoro rodzice pozwalają się dzieciom włóczyć po świecie.

- Herbata będzie zaraz gotowa. Zostaniesz Maggie?

- Dziękuję za herbatę. Ale zamienię słówko z mamą. - By uniknąć zbędnych uwag, 

posłała siostrze chłodne spojrzenie. - Czy będziesz gotowa jutro na dziesiątą, Brie, żebyśmy 

mogły pojechać do Ennis?

- Tak... będę gotowa.

- A to co takiego? - zapytała Maeve, gdy Brie udała się w stronę i kuchennych drzwi. - 

Co wy knujecie?

- Twoją przyszłość. - Maggie usiadła na krześle obok matki, wyciągnęła przed siebie 

nogi. Chciała podejść do sprawy w inny sposób. Po tym czego się ostatnio dowiedziała, miała 

nadzieję, że znajdą z matką wspólny grunt ponad dawnymi urazami. Ale stara złość i żal 

tkwiły w niej głęboko, i czuła, że nie będzie jej łatwo uwolnić się od nich. Przypominając 

sobie ostatnią księżycową noc i swoje rozmyślania nad utraconymi marzeniami, odezwała się 

spokojnie.

- Zamierzamy ci kupić dom.

Maeve wydała dźwięk wyrażający oburzenie, po czym skupiła uwagę na frędzlach 

szala.

- To niedorzeczne. Jest mi tu dobrze, a Brianna dba o mnie.

- Nie wątpię, ale to już się kończy. Och, wynajmiemy ci kogoś do towarzystwa. Nie 

background image

martw   się,   nie   będziesz   musiała   sama   koło   siebie   chodzić.   Ale   też   dłużej   nie   będziesz 

wykorzystywać Brianny.

- Brianna wie, jakie obowiązki ma dziecko wobec matki.

- Wie aż za dobrze! - przyznała jej rację Maggie. - Robiła wszystko, co w jej mocy, 

żeby cię zadowolić, mamo. Ale i tak zawsze było ci wszystkiego za mało, z czego zaczynam 

zdawać sobie powoli sprawę.

- Z niczego nie zdajesz sobie sprawy.

-  Być   może,  ale  chciałabym  to   zrozumieć.  -  Wzięła   głęboki   oddech.  Chociaż  ani 

fizycznie, ani psychicznie nie mogła się przemóc wobec matki, jej głos stał się miękki. - 

Naprawdę   bym   chciała.   Przykro   mi,   że   musiałaś   zrezygnować   z   tego,   co   lubiłaś. 

Dowiedziałam się, że śpiewałaś...

- Nie mówmy o tym.  - Głos  Maeve stał się lodowaty.  Jej  zazwyczaj  blada twarz 

zbielała pod wpływem nagłego bólu, cierpienia, którego nigdy nie zapomniała, którego nigdy 

nie przebaczyła. - Nigdy nie wracaj w rozmowie do tamtych czasów.

- Chciałam tylko powiedzieć, że jest mi przykro.

- Nie potrzebuję twojego współczucia. - Zaciskając usta, Maeve patrzyła w bok. Nie 

mogła znieść, by rzucano jej w twarz przeszłość, by użalano się nad nią, ponieważ zgrzeszyła 

i straciła to, co najwięcej dla niej znaczyło. - Nigdy o tym ze mną nie rozmawiaj.

- Zgoda. - Maggie wychyliła głowę do przodu, dopóki wzrok Maeve nie spoczął na 

niej.   -   Powiem   tylko   jedno.   Potępiasz   mnie   za   to,   co   straciłaś,   i   może,   w   jakiś   sposób, 

znajdujesz w tym pocieszenie. Nie miałam wpływu na moje urodzenie. Ale mogę zrobić coś 

dla ciebie. Będziesz miała dom, ładny dom, i szanowaną, odpowiedzialną kobietę, która zadba 

o   twoje   potrzeby,   i   która,   mam   nadzieję,   będzie   dla   ciebie   zarówno   przyjaciółką,   jak   i 

towarzyszką. Zrobię to dla tatusia i dla Brie. I dla ciebie.

- Jedyne co dla mnie w życiu zrobiłaś, to ściągnęłaś na mnie nieszczęście.

A więc nie ma mowy o złagodzeniu stosunków, uświadomiła sobie Maggie. Nie ma 

mowy o odnalezieniu się na nowym gruncie.

- Powtarzasz to już od wieków. Znajdę jakieś miejsce, na tyle blisko, by Brie mogła 

cię  odwiedzać.  Na pewno będzie  uważała,  że to jej  powinność. A  ja wyposażę  dom we 

wszystko, czego będziesz chciała. Będziesz otrzymywała miesięczną pensję... na jedzenie, 

ubranie i na wszystkie swoje potrzeby. Ale przysięgam na Boga, że nim miesiąc upłynie, 

wyprowadzisz się stąd i przeniesiesz na swoje.

- Mrzonki! - Ton jej głosu był szorstki i wyniosły, lecz Maggie wyczuła w nim także 

ledwo wyczuwalną nutę strachu. - Zupełnie jak ojciec, nic tylko marzenia i idiotyczne plany.

background image

- Ani mrzonki, ani idiotyczne. - I znowu wyjęła z kieszeni spodni czek. Tym razem 

miała satysfakcję na widok wybałuszonych oczu matki. - Aha, sama widzisz, że są realne i 

moje własne. Zarobiłam je. Zarobiłam, ponieważ tatuś uwierzył we mnie i pozwolił mi się 

uczyć, pozwolił mi samodzielnie spróbować.

Ścięły się wzrokiem.

- To co tobie dał, w równym stopniu należało do mnie.

- Tak, pieniądze na Wenecję, na naukę i na dach nad głową należały także do ciebie. 

Ale wszystko inne, co od niego dostałam, nie ma z tym nic wspólnego. Otrzymasz swoją 

część. - Znowu schowała czek. - A potem nie będę ci już niczego zawdzięczać.

- Zawdzięczasz mi życie - ucięła sucho Maeve.

- Niewiele ono dla ciebie znaczy. I jeśli nawet poznałam powód twojej niechęci do 

mnie, nie wpływa to na fakt, jak się z tym czuję w środku. Zrozum mnie dobrze, odejdziesz 

stąd bez narzekania, nie przysparzając Briannie dodatkowego cierpienia podczas ostatnich dni 

pod wspólnym dachem.

-   Nigdzie   nie   zamierzam   się   wyprowadzać.   -   Wyjęła   z   kieszeni   obszytą   koronką 

chustkę. - Matce należy się pociecha z własnego dziecka.

- Nie kochasz Brianny bardziej niż mnie. Obie o tym wiemy, mamo. Może ona uważa, 

że jest inaczej, ale teraz, choć jeden raz, bądźmy ze sobą szczere. Grałaś na jej uczuciach, taka 

jest prawda, a tylko Bóg wie, jak bardzo ona zasługuje na miłość. - Po długiej przerwie wyjęła 

atutową kartę, którą od pięciu lat trzymała  w zanadrzu. - Może zechcesz mi powiedzieć, 

dlaczego Rory McAvery wyjechał do Ameryki i złamał jej serce.

Ręce Maeve zadrżały lekko.

- Nie wiem, o czym ty mówisz?

- Och, doskonale wiesz. Wzięłaś go na bok, kiedy zobaczyłaś, że ma poważne zamiary 

wobec niej. I powiedziałaś mu, że nie masz sumienia oddawać mu serca swojej córki. Nie po 

tym,   jak   oddała   swoje   ciało   innemu.   Był   przecież   tylko   młodym   chłopcem,   a   ty   go 

przekonałaś, że przespała się z Murphym.

- To kłamstwo - krzyknęła Maeve. Wysunęła dumnie podbródek, ale w oczach miała 

łzy. - Jesteś złym, kłamliwym dzieckiem, Margaret Mary.

-   To   ty   jesteś   zakłamana,   piekielnie   zakłamana.   I   co   z   ciebie   za   kobieta,   skoro 

kradniesz szczęście własnemu dziecku, krwi z własnej krwi, tylko dlatego, że nie potrafiłaś 

znaleźć własnego! Dowiedziałam się o tym od Murphy'ego - powiedziała zwięźle Maggie. - 

Po tym jak Rory i Murphy pobili się do krwi. Rory nie uwierzył, że to kłamstwo. Dlaczego 

miałby   uwierzyć,   skoro   własna   matka   Brianny   opowiedziała   mu   ze   łzami   w   oczach   tę 

background image

historię?

- Była za młoda, żeby wychodzić za mąż - szybko wyrzuciła z siebie Maeve. - Nie 

chciałam, żeby popełniła ten sam błąd co ja, i w ten sposób zrujnowała sobie życie. Chłopak 

nie był dla niej odpowiedni. Nigdy nie był wiele wart.

- Kochał ją.

- Od miłości nie przybywa chleba na stole. - Maeve zaciskała palce, obracała w nich 

chusteczkę. - Ciekawe, że jeszcze jej dotąd o tym nie powiedziałaś?

- Bo wiedziałam,  że to ją jeszcze głębiej zrani. Znając dumę Brianny,  poprosiłam 

Murphy'ego, żeby także nic nie mówił. Wiedziałam, że to ją może załamać. A może dlatego, 

że byłam zła, że on d uwierzył, że nie kochał jej dostatecznie, by przejrzeć kłamstwo. Ale 

teraz   jej   powiem.   Pójdę   prosto   do   kuchni   i   powiem   jej   teraz.   A   jeśli   trzeba,   sprowadzę 

Murphy'ego, by zaświadczył. I wtedy zostaniesz sama.

Nie wiedziała, że smak zemsty może być tak gorzki. Kontynuując, czuła jego ohydny, 

zimny smak na języku.

- Niczego nie powiem, jeśli postąpisz tak, jak powiedziałam. Obiecuję ci, że będę 

dbała   o   dębie   do   końca   twojego   żyda   i   zrobię   wszystko,   co   w   mojej   mocy,   abyś   była 

zadowolona. Nie mogę d zwrócić tego, co miałaś, lub chciałaś mieć przed moim poczęciem. 

Ale mogę d dać coś, co być może uczyni cię szczęśliwszą, niż dotąd byłaś. Dam d twój 

własny dom. Musisz mi tylko obiecać tę jedną rzecz, o jaką cię proszę, a będziesz miała 

wszystko czego zawsze chciałaś: pieniądze, ładny dom i służącą, która się tobą zaopiekuje.

Maeve zacisnęła wargi. Och, targowanie się z tą dziewczyną obrażało jej dumę.

- Skąd mogę wiedzieć, że dotrzymasz słowa?

- Bo d je daję. Bo przysięgam d na duszę ojca. - Wstała z fotela. - To d powinno 

wystarczyć. Powiedz Briannie, że będę po nią rano o dziesiątej. - Z tymi słowami Maggie 

obróciła się na pięcie i odeszła.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Nie   spieszno   jej   było   wracać   do   domu.   Znowu   wybrała   łąki   zamiast   drogi.   Idąc, 

zrywała polne kwiaty, tawułę i walerianę, które wygrzewały się w słońcu pośród traw. Dobrze 

odżywione krowy Murphy'ego, z pełnymi wymionami, gotowymi prawie do dojenia, pasły się 

beztrosko, gdy przechodziła przez kamienne murki oddzielające pastwisko od zaoranego pola, 

a pole od letniego pokosu trawy.

Potem dostrzegła Murphy'ego na traktorze, z młodym Brianem O'Shay i Dougalem 

Finnianem,  koszącymi  falującą trawę. Po irlandzku  nazywało  się to comhair,  ale Maggie 

wiedziała,   że   tutaj,   na   zachodzie,   słowo   to   znaczy   o   wiele   więcej   niż   jego   dosłowne 

tłumaczenie „pomoc”. Oznacza wspólnotę. Nikt nie zostawał sam w potrzebie, czy były to 

sianokosy, czy kopanie torfu, czy wiosenne siewy.

Jeśli dzisiaj O'Shay i Finnian pracują na polu Murphy'ego, to jutro lub pojutrze on 

będzie oporządzał ich pole. I nikt nikogo nie musi prosić. Traktor czy pług, czy para silnych 

rąk i silny kark pojawią się same, i praca zostanie wykonana.

Ludzie mogą się odgradzać kamiennymi murkami, ale łączy ich miłość do ziemi.

Pomachała ręką na powitanie trzem farmerom i zbierając kwiaty zmierzała do domu.

Nad jej głową przeleciała kawka, wyśpiewując żałosną skargę. Przestraszył ją Con, 

który przesadził snop siana i pędził radośnie z wywieszonym językiem.

- Znowu pomagałeś Murphy'emu, prawda? - Pogłaskała go po kudłatej sierści. - Ty też 

jesteś dobrym farmerem. Wracaj więc z powrotem.

Dumny z pochwały Con pognał w stronę traktora. Maggie rozejrzała się wokół; miała 

przed sobą złociste siano, zielone pastwiska z ospałymi krowami i cień słońca padający na 

kamienny   krąg,   którego   pokolenia   Concannonów,   a   teraz   Murphy,   nie   ruszały   od 

niepamiętnych czasów. Zobaczyła ciemnobrązową ziemię, skąd wykopano kartofle. A nad 

tym wszystkim niebo, błękitne jak w pełni rozkwitły kąkol.

Zaniosła się krótkim śmiechem, po czym resztę drogi pokonała biegnąc.

Być  może jej krew pulsowała szybko z powodu czystej radości pięknego dnia, do 

której dołączyło się odurzające podniecenie z powodu pierwszego, dużego sukcesu. A może 

to  sprawiły  ptaki  śpiewające   jakby im   miały  pęknąć   gardziołka,  a  może  zapach  polnych 

kwiatów  trzymanych  w ręku. Dość, że kiedy zatrzymała  się tuż przed drzwiami  swojego 

domu i zajrzała do kuchni, brakowało jej tchu nie tylko z powodu szybkiej wspinaczki po 

polach.

Siedział przy stole, elegancki w swym angielskim garniturze i na zamówienie szytych 

background image

butach. Jego teczka stała otwarta, pióro było wyjęte. Rozbawił ją widok Rogana Sweeneya 

pracującego tutaj, w tym rozgardiaszu, przy stole z surowego drewna, które w jego domu 

posłużyłoby raczej na podpałkę.

Słońce wlewało się przez okna i otwarte drzwi, odbijając się złotem od jego pióra, gdy 

robił notatki swym starannym charakterem pisma. Następnie przyciskał klawisze kalkulatora, 

zastanawiał   się,   znowu   naciskał.   Widziała   jego   skoncentrowaną   twarz   z   profilu,   z   lekką 

zmarszczką między wydatnymi, czarnymi brwiami, stanowczy zarys ust.

Wyciągnął   rękę   po   herbatę,   popijał   ją,   przyglądając   się   swoim   cyfrom.   Odstawił 

szklankę. Pisał, czytał.

Jest elegancki. I bardzo przystojny, pomyślała, zdecydowanie męski i tak wspaniale 

kompetentny i precyzyjny, jak podręczna mała maszynka, na której robił swoje obliczenia. To 

nie był mężczyzna, który biegałby po słonecznych łąkach lub śnił na trawie przy świetle 

księżyca.

Jest   znacznie   bardziej   interesujący,   niż   go   sobie   wyobraziła   podczas   pierwszego 

spotkania.

Naszła ją przemożna potrzeba, by rozluźnić mu starannie zawiązany krawat, rozpiąć 

obcisły kołnierzyk.

Rzadko kiedy Maggie odstępowała od swych nagłych pomysłów.

Wślizgnęła się do środka. W chwili, gdy jej cień padł na jego papiery, usiadła mu na 

kolanach i przywarła wargami do jego ust.

Zaskoczenie, przyjemność i pożądanie dosięgły go jak trójzębna strzała, piekielnie 

ostra, doskonale wycelowana. Pióro wypadło  mu z ręki. Zanurzył  je obie w jej włosach, 

zanim udało mu się pochwycić następny łyk powietrza. Jak przez mgłę poczuł szarpnięcie 

krawata.

- Co to? - zdobył się na coś w rodzaju rechotu. Starając się zachować poprawnie, 

odchrząknął i odsunął ją od siebie. - Co to wszystko znaczy?

-   No   wiesz...   -   Pokryła   jego   twarz   delikatnymi   pocałunkami.   Pachnie   drogimi 

kosmetykami,   luksusowym   mydłem   i   wykrochmaloną   bielizną,   pomyślała.   -   Zawsze 

uważałam krawat za idiotyczny wymysł. To jakby kara dla mężczyzny za to, że po prostu jest 

mężczyzną. Czy nie jesteś zaszokowany?

Nie był zaszokowany, tyle że czuł bicie serca w gardle.

-   Nie.   -   Odsunął   jej   ręce   do   tyłu,   ale   zdążyła   zrobić   swoje.   Sprawnymi   palcami 

poluzowała krawat i rozpięła kołnierzyk. - Co pani robi, Maggje?

- To powinno wystarczyć,  nawet jak na dublińczyka.  - Zaśmiała się do niego. Jej 

background image

zielone oczy były nad wyraz figlarne. - Uzbierałam dla ciebie kwiaty.

Leżały wgniecione między nich. Rogan spojrzał na stratowane płatki.

- Bardzo ładne. Wydaje mi się, że potrzebują trochę wody.

Odrzuciła głowę i zaśmiała się.

-  Z   tobą  tak   zawsze,  wszystko   w  swoim  czasie,  po  kolei.  Prawda?  Ale   odkąd  tu 

usiadłam,  Roganie, odnoszę wrażenie, że ci chodzi po głowie coś, co nie koniecznie  ma 

związek z wazonem.

Nie mógł oczywiście temu zaprzeczyć. To była jak najbardziej ludzka reakcja.

- Postawiłaby pani umarłego na nogi - zamruczał i zdecydowanym ruchem ujął jej 

biodra, uniósł lekko i próbował odsunąć. Ale ona wierciła się, przysuwając się coraz bliżej, 

przyprawiając go o katusze.

- To z pewnością jest piękny komplement. Ale ty nie jesteś nieżywy, prawda? - Znowu 

go   pocałowała,   przygryzła   wargę   zębami,   chcąc   jakby   udowodnić   prawdziwość   tego 

stwierdzenia. - Czy uważasz, że musisz koniecznie skończyć tę pracę i że nie masz ani chwili 

do stracenia?

- Nie. - Nadal trzymał  ręce na jej biodrach, ale teraz jego palce wpiły się w nie, 

wykonując   okrężne,   równomierne   ruchy.   Pachniała   polnymi   kwiatami   i   dymem.   Widział 

jedynie jej twarz, jej białą cerę z zaróżowionymi policzkami, pokrytą złocistymi piegami, i 

przepastne, zielone oczy. Dzięki nadludzkiemu wysiłkowi udało mu się nadać głosowi prawie 

naturalne brzmienie. - Nie uważam tak, myślę natomiast, że nastąpiło jakieś nieporozumienie. 

- Gdy dotknęła wargami jego ucha, jęknął z zadowolenie. - Uważam, że czas i miejsce są 

odpowiednie.

- I że to ty je wybrałeś - wyszeptała, podczas gdy jej zwinne palce rozpinały pozostałe 

guziki jego koszuli.

- Tak... nie. - Dobry Boże, czy w takich warunkach człowiek w ogóle może myśleć? - 

Wybraliśmy oboje, po ustaleniu pewnych priorytetów.

- W tej chwili mam tylko jeden priorytet. - Jej ręce pieściły jego piersi, rozgniatały na 

jego skórze polne kwiaty. - Zamierzam cię posiąść, Roganie. - Znowu rozległ się jej śmiech, 

niski i wyzywający. Po chwili przywarła do jego ust. - Ruszaj się, broń się przede mną.

Nie   zamierzał   jej   dotykać.   Taka   była   jego   ostatnia   spójna   myśl   tuż   przed 

błyskawicznym uniesieniem rąk i położeniem ich na jej piersiach. Jej gardłowy jęk popłynął 

w jego ustach jak wino, mocne i działające jak narkotyk.

A potem zdejmował z niej koszulę, odsuwając się jednocześnie od stołu.

- Do licha z tymi guzikami - szeptał spod jej pożądliwych ust, podnosząc ją wyżej.

background image

Oplotła go ramionami i nogami jak jedwabnym sznurem. Z przegubu ręki, gdzie nie 

rozpiął guzika, zwisała jej koszula. Pod spodem miała prosty bawełniany stanik, tak erotyczny 

jak z najdelikatniejszej koronki.

Była drobna i lekka, ale teraz mógłby przenieść góry. Jej ruchliwe usta były wszędzie, 

wędrowały   od   jego   policzka   do   brody,   do   ucha   i   z   powrotem,   a   towarzyszył   im 

wydobywający się z gardła zmysłowy pomruk.

Podniósł ją i wyniósł z kuchni, potykając się o leżący chodnik, uderzając jej plecami o 

framugę drzwi. Zaśmiała się tylko, z trudem łapiąc powietrze, i zacisnęła mocniej nogi wokół 

niego.

Ich wargi złączyły się znowu w dzikim, zawziętym  pocałunku. Przechodząc przez 

drzwi, opasany jej nogami, oderwał się od jej warg i wpił usta w jej piersi, przysysając się do 

nich łapczywie przez bawełniany stanik.

Uczucie  przyjemności,   tajemne  i   kuszące,  przeszyło  ją  jak  włócznia.  To   było  coś 

więcej, uświadomiła sobie, kiedy nabrzmiała krew zaczęła buzować w niej jak silnik. Więcej 

niż się spodziewała. Więcej niż była na to przygotowana. Ale nie było odwrotu.

Zatoczyli się na ścianę.

- Prędzej - to było wszystko, co mogła powiedzieć, gdy skierował się ku schodom. - 

Prędzej!

Jej   słowa   pulsowały   w   nim.   Prędzej.   Prędzej.   Ich   serca   waliły   dziko.   Z   Maggie 

uczepioną   do   niego   jak   rzep,   przeskakiwał   schody,   pozostawiając   za   sobą   usłany 

zgniecionymi kwiatami ślad.

Bezbłędnie skręcił na lewo, do sypialni, do której wlewało się złote słońce, a pachnący 

łąkami wiaterek powiewał zasłonami. Padł razem z nią na rozrzuconą pościel.

Jeśli to było szaleństwo, to ogarnęło ich w równej mierze. Delikatna pieszczota, miłe 

słowa, powolny, delikatny dotyk rąk, to wszystko stało się zbędne, niepotrzebne. Rzucili się 

na siebie, niepomni na wszystko, jak dzikie bestie, ściągając, szarpiąc i zrywając z siebie 

resztki ubrań, zrzucając z nóg obuwie, przez cały czas całując się namiętnie i żarliwie.

Jej dało było jak motor, zatankowany do wyścigu. Nabierała rozpędu, parła do przodu, 

stawała   dęba,   podczas   gdy   w   ustach   zasychało   jej   od   łapczywego   chwytania   powietrza. 

Runęły wszelkie przeszkody, eksplodowało pożądanie.

Miał gładkie, delikatne ręce. W innej sytuacji mogłyby muskać, prześlizgiwać się po 

jej ciele jak fala. Ale teraz rzuciły się chciwie, zgniatały, sięgały zaborczo, przenikając jej 

napięte do granic wytrzymałości dało niewymowną rozkoszą, jak naładowane elektrycznością 

krople łez na pociemniałym niebie. Znowu ujął w ręce jej piersi, i teraz, bez przeszkód, wpił 

background image

się ustami w jej twarde sutki.

Krzyknęła, nie z bólu, lecz z zachwytu, gdy przeszedł ją pierwszy, gwałtowny orgazm.

Nie sądziła, że trafi ją to tak szybko i z taką mocą, nie przewidziała także całkowitej 

bezradności, która przyszła tak szybko po gwałtownej burzy. Nie zdążyła nawet pomyśleć, a 

już, jak za smagnięciem bicza, kolejna fala pożądania domagała się spełnienia.

Wyrzucała z siebie celtyckie słowa, na wpół zapomniane, które zapadły w jej sercu i w 

podświadomości. Nigdy, nigdy nie sądziła, że można tak łaknąć i że głód może przyprawić o 

takie drżenie. Wstrząsało nią pod jego rękami, pod dzikim żądaniem jego warg. Podczas 

kolejnej oszałamiającej chwili wytchnienia była już zupełnie bezradna. Leżała z powolnym 

ciałem i wirującą głową, odurzona aż do zatracenia się potęgą własnego szczytowania.

Nie czuł jej reakcji. Wiedział jedynie, że wibruje pod nim, podnosi się i opada jak 

okręt na fali. Była mokra i gorąca, i ogromnie podniecająca. Jej ciało było gładkie, miękkie i 

zwinne, a wszystkie śliczne wgłębienia i wzniesienia czekały na niego. A przed nim było 

tylko   desperackie   pragnienie,   by   ją   zdobyć,   posiąść   ją   i   nasycić   się   zapachem   jej   ciała, 

wchłonąć ją w siebie, i włączyć w swój krwioobieg. Ścisnął jej bezwolną rękę i wbił się, 

wszedł całą mocą, aż znowu krzyczała, aż jego imię zawisło szlochem w powietrzu.

Pokój wirował wokół niej jak karuzela, wysunęła ręce z jego rąk i zanurzyła palce w 

jego włosach. Nienasycona namiętność wybuchła z nową siłą. Uniosła do góry biodra.

- Teraz! - Żądanie wyrwało się z jej gardła. - Rogan, na miłość boską...

Lecz on już zanurzył się w niej, głęboko, całą siłą, nieomal brutalnie. Wyginała się w 

łuk, na dół i do góry, w cudownym powitaniu nowej rozkoszy, która jak gejzer trysnęła z niej 

gorącym strumieniem. Jej złączone z nim ciało poruszało się we wspólnym rytmie, wołając 

desperacko o kolejną ekstazę. Nie odczuł jej wpijających się w plecy paznokci.

Niewyraźnie i jak przez mgłę patrzył na nią, obserwował każdą fantastyczną reakcję 

na jej twarzy. Dostrzegł też smutek, który zakłócił niezmąconą przejrzystość namiętności; 

otworzyła wtedy oczy i wypowiedziała znowu jego imię, więc zanurzył się w tym morzu 

zieleni, i zatapiając twarz w ogniu jej włosów, poddał się jej ujarzmiony. Wraz z ostatnim 

strumieniem cudownego pożądania rozpłynął się w niej.

Każdy   rodzaj   wojny   ma   swoje   ofiary.   Maggie   pomyślała,   że   nikt   lepiej   od 

Irlandczyków nie poznał chwały, smutku ani ceny walki. A jeśli, nie miała co do tego prawie 

wątpliwości, w wyniku tej cudownej potyczki jej ciało zostało porażone za życia, nie będzie 

liczyć kosztów.

Słońce nadal świeciło. Teraz, gdy jej serce przestało już walić jak młotem, t słyszała 

background image

świergot ptaków, huczenie pieca i brzęczenie pszczoły za oknem.

Leżała w poprzek łóżka, z odrzuconą za materac głową, ściągana w dół siłą ciężkości. 

Bolały   ją   ramiona.   Może   dlatego,   że   nadal,   jak   imadłem,   obejmowała   leżące   na   niej 

nieruchome ciało Rogana.

Gdy wstrzymywała oddech, słyszała jego galopujące jak żywe srebro serce. To cud, 

pomyślała, że to przeżyli. Zadowolona z jego obecności, z uczuciem niebywałej lekkości w 

głowie, obserwowała tańczące na suficie słońce.

Powoli   wracała   mu   świadomość,   czerwona   mgiełka   zrobiła   się   najpierw   bardzo 

wyraźna, po czym rozpłynęła się, aż pozostała mu tylko świadomość łagodnego światła i 

drobnego, ciepłego ciała obok niego. Zamknął znowu oczy i leżał bez ruchu.

Jak   by   to   można   ująć   słowami?   Jeśli   jej   powie,   że,   ku   własnemu   zaskoczeniu, 

stwierdził, iż ją kocha, nie będzie miała powodu, by mu uwierzyć. Wypowiedzieć podobne 

słowa teraz, kiedy oboje są tak oszołomieni i przesyceni seksem, to nie przypadłoby do gustu 

takiej kobiecie jak Maggie, a nawet mogłoby sprawić, iż zwątpiłaby w ich szczerość i prawdę.

Jakich słów może użyć mężczyzna, który powalił kobietę i wziął ją siłą jak zwierzę? 

Och, nie ma wątpliwości, że jej się to podobało, ale nie zmienia to faktu, iż stracił kompletnie 

panowanie nad świadomością, nad ciałem, i wszystkim, co odróżnia świat cywilizowany od 

dzikiego.

Po raz pierwszy w życiu posiadł kobietę bez żadnej finezji, bez odrobiny czułości i 

bez zastanowienia się nad konsekwencjami.

Chciał zmienić pozycję, ale cicho zaprotestowała i wzmocniła swój i tak już dość 

bolesny chwyt.

- Nie odchodź.

- Nie odchodzę. - Uświadomił sobie, że jej głowa leży bez oparcia i, podkładając pod 

nią rękę, pociągnął ją, by odwrócić ich pozycje. I omalże oboje nie wylądowali na podłodze. - 

Jak możesz spać na takim małym łóżku? Kot z trudem się na nim zmieści.

- Och, dla mnie jest w sam raz. Ale odkąd mam pieniądze, myślę o kupieniu nowego. 

Takiego dużego, jak w twoim domu.

Pomyślał   o   wielkim   chippendalowskim   łożu   z   baldachimem   na   jej   poddaszu   i 

uśmiechnął się. Lecz gdy powrócił do niej myślami, uśmiech zniknął.

- Maggie - powiedział.

Jej twarz była zarumieniona, miała na wpół przymknięte powieki.

- Rogan - odpowiedziała tym samym poważnym tonem, po czym się roześmiała. - 

Och, tylko  nie  zaczynaj   przepraszać  mnie   za  podeptanie   mojego  honoru, lub  coś   w  tym 

background image

rodzaju. Jeżeli już mówimy o podeptaniu czyjegoś honoru, to raczej twojego. Jest mi trochę 

przykro z tego powodu.

- Maggie - powiedział znowu i odgarnął zmierzwiony kosmyk włosów z jej policzka. - 

Co z ciebie za kobieta! Trudno jest przepraszać za podeptanie, czy za zostanie podeptanym, 

skoro ja... - Przerwał. Podniósł jej rękę i zaczął obcałowywać jej palce, podczas gdy jego 

wzrok   wylądował   na   ciemnych   plamkach   na   jej   ramieniu.   Poderwał   się   przerażony.   - 

Skaleczyłem cię.

-   Mmmm.   Teraz,   kiedy   już   o   tym   wspomniałeś,   czuję   to.   -   Przekręciła   ramię.   - 

Musiałam nieźle zahaczyć o framugę. Co zamierzałeś powiedzieć?

Odsunął się od niej.

- Jest mi  potwornie przykro  - powiedział nie swoim głosem. - To niewybaczalne. 

Same przeprosiny to za mało, żeby pokryć nimi moje zachowanie.

Przechyliła głowę na bok i długo, dokładnie mu się przyglądała. Co to znaczy dobre 

maniery, pomyślała. Czy gdyby nie one, ten goły jak święty turecki mężczyzna, siedzący w 

rozbabranym łóżku, mógłby wyglądać tak godnie i dostojnie?

-   Twoje   zachowanie?   -   powtórzyła.   -   Powiedziałabym   raczej,   że   to   było   nasze 

zachowanie, Roganie, i że obie strony spisały się na medal. - Śmiejąc się z niego, uniosła się i 

objęła go za szyję. - Czy uważasz, że od kilku zadrapań zwiędnę jak róża, Roganie? Obiecuję, 

że nie, zwłaszcza, że zasłużyłam na nie.

- Problem polega na tym...

- Problem polega na tym, że trafiliśmy na siebie. A teraz przestań się zachowywać, 

jakbym była delikatnym  kwiatem, który nie może się zabawić i pozwolić sobie na dobrą 

uciechę seksualną. Bo naprawdę miałam wielką przyjemność, podobnie jak ty, mój wspaniały 

chłopcze, prawda?

Przeciągnął końcem palca po ledwo widocznym zadrapaniu powyżej jej nadgarstka.

- Wolałbym cię nie skaleczyć.

- Przecież to nie jest piętno, które zostanie do końca życia.

Nie, to prawda. Ale było  jeszcze coś innego w  jego zachowaniu, karygodny brak 

ostrożności, za który tylko on ponosi winę.

- Maggie, nie myślałem o tym wcześniej, i naprawdę, opuszczając dzisiaj Dublin, nie 

planowałem   takiego   zakończenia.   Teraz   jest   trochę   za   późno,   by   zastanawiać   się   nad 

odpowiedzialnością. - W tym zakłopotaniu przeciągnął ręką po włosach. - Czy nie mogłaś 

zajść w ciążę?

Zmrużyła   oczy,   usiadła.   Zrobiła   głęboki   wydech.   Zrodzona   z   ognia.   Pamięta,   jak 

background image

ojciec powiedział jej, że zrodzona jest z ognia. I to właśnie miał na myśli.

- Nie. - Powiedziała bezbarwnym  głosem; poczuła się nagle zakłopotana i zbita z 

tropu,   by   stać   ją   było   na   głębsze   wnikanie   w   tę   sprawę.   -   Nic   mi   nie   grozi.   Jestem 

odpowiedzialna za siebie, Roganie.

- Nie powinienem był się zapominać. - Pochylił się i potarł jej policzek zewnętrzną 

stroną dłoni. - Doznałem zawrotu głowy, Maggie, kiedy usiadłaś mi na kolanach ze swoimi 

polnymi kwiatami. Straciłem orientację. A teraz znowu doznaję zawrotu głowy.

Powrócił jej uśmiech; najpierw pojaśniały jej oczy, a w ślad za tym rozchyliły się usta.

-   Wracałam   od   siostry,   na   przełaj,   łąkami   w   stronę   domu.   Słońce   jasno  świeciło, 

Murphy  zbierał   siano  na polu,  a  pod stopami   rosły kwiaty.  Nie  czułam  się  ani  razu  tak 

szczęśliwa odkąd pięć lat temu umarł mój ojciec. A potem ujrzałam ciebie, w kuchni, przy 

pracy. I niewykluczone, że to ja doznałam zawrotu głowy.

Znowu uklękła, złożyła głowę na jego ramieniu.

- Czy musisz wracać dzisiaj do Dublina, Roganie?

Przebiegł w myślach  każdą minutę  i nudne szczegóły swojego rozkładu zajęć. Jej 

zapach, zmieszany z jego własnym, unosił się nad nimi jak mgiełka.

- Mogę przełożyć niektóre sprawy i wyjechać jutro rano.

Przechyliła do tyłu głowę i uśmiechnęła się.

- Wolałabym więc nie iść na kolację.

- Mogę odwołać rezerwację. - Rozejrzał się po pokoju. - Nie masz na górze telefonu?

- Do czego? Żeby mi dzwonił prosto w ucho i podrywał na równie nogi?

-   Nie   pomyślałem   o   tym,   gdy   cię   pytałem.   -   Wysunął   się   do   przodu   i   złapał 

pogniecione spodnie garnituru. - Zejdę na dół i zadzwonię w kilka miejsc. - Odwrócił się 

jeszcze, by spojrzeć na nią klęczącą pośrodku wąskiego, pomiętego łóżka. - Będą to bardzo 

krótkie rozmowy.

- Mogłyby zaczekać - zawołała za nim.

- Wolę, żeby nam nie przeszkadzano do rana - odkrzyknął z dołu, z rozrzewnieniem 

zbierając po drodze resztki tawuły.

Maggie czekała na górze pięć minut, a po sześciu wysunęła się z łóżka. Wyprostowała 

się, przeciągnęła, krzywiąc się trochę z bólu. Spojrzała na suknię, która, zgnieciona, leżała w 

nieładzie na krześle, po czym, podśpiewując pod nosem, zeszła nago ze schodów.

Był jeszcze przy telefonie. Trzymał słuchawkę miedzy policzkiem a ramieniem i robił 

notatki. Łagodniejsze już światło rozłożyło się u jego stóp.

- Przełóż to na jedenastą. Nie, jedenastą - powtórzył. - Będę z powrotem w biurze o 

background image

dziesiątej. Tak, i porozum się z Josephem, Eileen, dobrze? Powiedz mu, że szykuje się nowy 

załadunek z Clare. Prace Concannon, tak, ja...

Usłyszał za sobą dźwięk i odwrócił się. Zobaczył Maggie. Stała jak bogini w ognistej 

koronie,   cała   z   alabastru,   lśniąca,   mądrooka.   Głos   sekretarki   brzęczał   mu   w   uchu   jak 

uprzykrzona mucha.

- Co? Że co? - Jego oczy, najpierw oszołomione, potem podniecone, prześlizgiwały 

się ku górze, później do dołu, i znowu ku górze, by skoncentrować się na twarzy Maggie. - 

Zajmę się tym po powrocie. - Gdy Maggie podeszła bliżej i rozsunęła zamek u jego spodni, 

poczuł mrowienie w żołądku. - Nie - powiedział zmienionym głosem. – Dzisiaj nie jestem 

osiągalny.   Jestem...   -   Zasyczał   przez   zęby,   gdy   Maggie   chwyciła   go   swymi   długimi, 

artystycznymi palcami. - Słodki Jezu! Jutro - powiedział, nie panując już prawie nad sobą. - 

Do zobaczenia jutro.

Rzucił  słuchawkę   na  widełki  tak   mocno,  że   odbiła   się  i  z  hukiem  spadła   na  blat 

stolika.

- Przeszkodziłam ci w rozmowie - zaczęła, po czym roześmiała się, kiedy przyciągnął 

ją do siebie.

I wszystko zaczęło się od nowa. Mógłby nieomal stać z boku i przyglądać się sobie, 

jak  przeobraża   się  w   bestię.  Jednym   szarpnięciem   odciągnął   jej   głowę  do  tyłu,   przywarł 

zębami do jej szyi, do jej ust. Potrzeba zniewolenia tej kobiety rozpalała go, jakiś zabójczy 

narkotyk wdzierał się do jego żył, przyśpieszając bicie serca i przyćmiewając umysł.

Znowu może ją skaleczyć. Wiedząc nawet o tym, nie mógł się powstrzymać. Wydał 

na wpół dziki, na wpół triumfujący dźwięk i popchnął ją na kuchenny stół.

Miał dziwną perwersyjną satysfakcję na widok jej szeroko rozwartych ze zdziwienia 

oczu.

- Rogan, twoje papiery.

Poderwał ją za biodra z brzegu stołu i uniósł. Gdy wchodził w nią, jego wojownicze, 

lśniące oczy patrzyły prosto na nią.

Odrzuciła rękę na bok, strąciła porcelanową filiżankę, która wraz ze spodkiem spadła 

na podłogę. Porcelana rozbiła się, a z podrygującego stołu spadła z hukiem jego otwarta 

teczka.

Gdy poddała się ekstazie, zdawało się jej, że przed jej oczyma , eksplodują gwiazdy. 

Czuła pod plecami szorstkie drewno i pot który je zrosił. A kiedy założył jej nogi wyżej i wbił 

się głębiej, mogłaby przysiąc, iż czuje jak dotyka jej serca.

A potem niczego nie czuła, tylko dziki wiatr, który podrzucał ją wyżej i wyżej, ponad 

background image

ten szczyt. Chwytała powietrze jak tonąca, a potem uwolniła je w długim, tęsknym jęku.

Później, trochę później, kiedy odzyskała mowę, kołysał ją w ramionach.

- Skończyłeś już telefonować?

Roześmiał się i wyniósł ją z kuchni.

Opuścił ją wczesnym rankiem. Promienie słoneczne, które przebiły się przez chmury, 

ozdobiły   poranne   niebo   mieniącą   się   tęczą.   Przez   sen   zaofiarowała   mu   swą   pomoc   w 

zaparzeniu herbaty, po czym znowu odpłynęła. Udał się więc sam do kuchni.

Znalazł w kredensie żałosny słoik stwardniałej rozpuszczalnej kawy. Skrzywił się na 

jej widok, lecz musiał na nią przystać, podobnie jak na jedyne jajko, jakie znalazł w lodówce.

Zbierał   się   i   próbował   doprowadzić   do   porządku   porozrzucane   papiery,   gdy 

nieprzytomna   stanęła   w   drzwiach.   Miała   podkrążone   oczy   i   rozczochrane   włosy. 

Wymamrotała coś, gdy podszedł do czajnika.

To niewiele, pomyślał, jak na pożegnanie kochanków!

Znowu coś wymamrotała i sięgnęła po herbatę.

- Zużyłeś połowę gorącej wody z mojego prysznica.

Tym razem tylko ziewnęła.

- Nie masz jajek.

Zamruczała coś, co zabrzmiało jak: „Murphy'ego kury”.

Poskładał i wyrównał pogniecione papiery i ułożył je w teczce.

- Zostawiłem na stole wycinki, o które prosiłaś. Po południu przyjedzie ciężarówka, 

by załadować przesyłkę. Będziesz musiała obić ją deskami przed pierwszą.

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, zatrzasnął wieko teczki.

-  Muszę  już  jechać.  -  Zmartwiony,  podszedł   do  niej,  ujął   mocno  jej  podbródek  i 

pocałował ją. - Będzie mi ciebie brak.

Był już na zewnątrz frontowych drzwi, kiedy odzyskała nieco przytomność i pognała 

za nim.

- Rogan! Na litość boską, zatrzymaj  się na chwilę. Ledwie udało mi się otworzyć 

oczy.

Gdy się odwrócił, rzuciła się na niego. Stracił równowagę i niewiele brakowało, a 

oboje wylądowaliby na klombie kwiatów. Złapał ją w ostatniej chwili. Całowali się do utraty 

tchu w łagodnych, błyszczących kroplach deszczu.

- Będzie mi ciebie cholernie brak. - Przycisnęła twarz do jego ramienia i głęboko 

oddychała.

background image

- Pojedź ze mną. Wrzuć coś do torby i pojedź ze mną.

-   Nie   mogę.   -   Cofnęła   się,   zdziwiona,   jak   bardzo   jest   jej   przykro,   że   musi   mu 

odmówić. - Muszę załatwić parę spraw. I... ja naprawdę nie potrafię pracować w Dublinie.

- Nie - powiedział po długim namyśle. - Nie sądzę, żebyś potrafiła.

- Mógłbyś wrócić? Weź dzień lub dwa.

- Teraz to niemożliwe. Może za kilka tygodni.

- No cóż, to w końcu nie tak długo. - Zdawało się jej, że to cała wieczność. - Na razie 

więc każde z nas zajmie się swoimi sprawami, a potem...

- A potem... - Schylił się, by ją pocałować. - Myśl o mnie, Margaret Mary.

- Pomyślę.

Patrzyła,   jak   odchodzi,   niosąc   swoją   teczkę   do   samochodu,   uruchamiając   silnik, 

cofając się na drogę.

Stała tam jeszcze długo po ucichnięciu dźwięku silnika, aż przestało padać, a słońce 

ozłociło poranek.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Maggie przemierzyła pusty salon, stanęła przed frontowym oknem, zapatrzyła się, po 

czym zawróciła. Był to piąty w tym tygodniu dom, który oglądała, jedyny nie zajęty przez 

aktualnych właścicieli i ostatni, jaki zamierzała obejrzeć.

Położony był na obrzeżach Ennis, znacznie za daleko jak na oczekiwania Brianny, a za 

blisko jak na gust Maggie. Był nowy, co było jego zaletą. Dom - pudełko, ze wszystkimi 

pomieszczeniami na jednej kondygnacji.

Dwie sypialnie, rozmyślała Maggie, obchodząc dom kolejny raz. Łazienka, kuchnia z 

pomieszczeniem jadalnym i duży, słoneczny salon z estetycznym ceglanym kominkiem.

Oparła ręce na biodrach i rzuciła ostatnie spojrzenie.

- To jest to.

-   Maggie,   to   na   pewno   jest   w   sam   raz   dla   niej.   -   Brianna   przygryzła   wargę, 

przyglądając się badawczo pomieszczeniu. - Ale czy nie mogłybyśmy znaleźć czegoś bliżej 

domu?

- Po co? Przecież ona i tak go nienawidzi.

- Ale...

- A stąd jest wszędzie blisko. Obok są sklepy spożywcze, apteka, miejsca gdzie można 

coś zjeść, jeżeli będzie miała na to ochotę.

- Ona nigdy nie wychodzi.

- Najwyższy czas, żeby zaczęła. A kiedy nie będzie miała ciebie w pobliżu, skaczącej 

na każde skinienie, będzie musiała, prawda?

- Wcale nie skaczę. - Brianna zesztywniała i podeszła do okna. - A poza tym, może 

równie dobrze nie zgodzić się na przeprowadzkę.

- Zgodzi się. - Trzymam ją w garści, pomyślała Maggie. - Gdybyś choć na chwilę dała 

sobie spokój z tym poczuciem winy, w które z taką lubością się owijasz, przyznałabyś, że to 

najlepsze   miejsce   ze   wszystkich.   Będzie   szczęśliwsza   u   siebie,   lub   przynajmniej   na   tyle 

szczęśliwa, na ile zdolna może być kobieta z takim charakterem jak jej. Możesz jej oddać 

wszystko, co chce, jeśli to poprawi twoje samopoczucie, albo dam jej pieniądze, żeby sobie 

kupiła nowe rzeczy. Myślę, że to się jej bardziej spodoba.

- Maggie, to miejsce jest bez wdzięku.

-   Dokładnie   jak   nasza   matka.   -   Zanim   Brianna   zdążyła   zaprotestować,   Maggie 

podeszła do niej i położyła rękę na jej sztywnych ramionach. - Pomalujemy wewnątrz ściany 

albo przykleimy tapety, albo jeszcze coś innego. Od razu zrobi się ładniej. Nikt lepiej od 

background image

ciebie nie potrafi tego zrobić. Będziesz miała na to tyle pieniędzy, ile potrzeba, żebyście obie 

były zadowolone.

- To nie w porządku, Maggie, że bierzesz na siebie wszystkie koszty.

- Bardziej w porządku niż ci się zdaje. - Czas, by porozmawiać z Brianną o matce, 

zdecydowała Maggie. - Czy wiesz, że ona śpiewała? Zawodowo?

-   Mama?   -   Pomysł   był   tak   absurdalny,   że   Brianna   roześmiała   się.   -   Kto   ci   to 

powiedział?

- To prawda. Dowiedziałam się o tym przypadkowo i sprawdziłam to. - Sięgnęła do 

torebki i wyciągnęła pożółkłe wycinki. - Możesz się sama przekonać, pisano nawet o tym 

kilkakrotnie.

Oniemiała   z   wrażenia   Brianna   przebiegła   wzrokiem   tekst,   przyjrzała   się   bliżej 

wypłowiałej fotografii.

- Śpiewała w Dublinie - szepnęła. - Zarabiała na życie.  „Głos czysty i słodki jak 

dzwonki kościelne w wielkanocny poranek”, piszą. Ale jak to możliwe? Nigdy o tym nie 

mówiła. Ani ona, ani tatuś.

- Dużo o tym myślałam w ostatnich dniach. - Maggie odwróciła się i znowu podeszła 

do okna. - Straciła coś, czego pragnęła, a otrzymała coś, czego nie chciała. I przez cały czas 

wymierza sobie za to karę, nie oszczędzając przy okazji nas wszystkich.

Oszołomiona Brianna odłożyła wycinki.

- Ale ona nigdy w domu nie śpiewała. Nawet jednej nutki. Nigdy.

-   Myślę,   że   było   to   dla   niej   ciężkie   przeżycie   albo   że   postanowiła   w   ten   sposób 

odpokutować  za  swój  grzech,  albo  prawdopodobnie  chodziło   o jedno  i drugie.  -  Maggie 

starała się zwalczyć ogarniające ją zmęczenie. - Próbuję znaleźć dla niej wytłumaczenie, Brie, 

wyobraź sobie, jak strasznie musiała być załamana, gdy dowiedziała się, że jest w ciąży ze 

mną. A będąc taką jaką była, nie miała innego wyjścia jak małżeństwo.

- Nie miała prawa obwiniać za to ciebie, Maggie. A przecież zawsze to robiła. Nic się 

nie zmieniło.

- Możliwe. Ale lepiej teraz rozumiem, dlaczego nigdy mnie nie kochała. I nigdy nie 

pokocha.

- Powinnaś... - Brianna starannie poskładała wycinki i włożyła je do swojej torby. - 

Czy rozmawiałaś z nią o tym?

- Próbowałam. Nie można z niej nic wydobyć. Po prostu, miało być inaczej, a nie jest. 

- Maggie odwróciła się od okna, nienawidząc tego poczucia winy, z którego nie mogła się 

wyzwolić. - Miało być. Gdyby nie zależało jej na karierze, byłaby muzyka w domu. Ale czy 

background image

musiała odciąć się od wszystkiego, jeśli nie mogła mieć tego, czego najbardziej pragnęła?

- Nie znam odpowiedzi. Niektórzy ludzie zadowalają się mniejszym.

- Tego się nie da zmienić - powiedziała zdecydowanym głosem Maggie.

- Ale damy jej to, damy jej to wszystko od nas.

Jak szybko rozchodzą się pieniądze, pomyślała Maggie kilka dni później. Tak jakby 

im więcej się miało,  tym  większe stawały się potrzeby.  ale akt notarialny,  ustanawiający 

Maeve  właścicielką  domu,   był   już  załatwiony,   podobnie  jak  dziesiątki  różnych  drobnych 

spraw związanych urządzeniem go.

Gorzej   było   ze   szczegółami   dotyczącymi   jej   własnego   życia,   które   zdawało   się 

zawisnąć w próżni.

Tylko raz udało się jej rozmawiać z Roganem. Och, przekazywał jej przez Ellen i 

Josepha wiadomości, ale rzadko zadawał sobie trud, by skontaktować się z nią bezpośrednio. 

Albo, by przyjechać, zgodnie z tym, co mówił.

No cóż, tak musi być, pomyślała. W każdym razie była zajęta. Miała pełno szkiców, 

które aż się prosiły, żeby je przetworzyć w szkle. Jeśli dzisiaj rano ociąga się nieco, to tylko 

dlatego, że nie może się zdecydować, od którego projektu zacząć.

Bo przecież nie dlatego, że czeka, aż zadzwoni ten przeklęty telefon!

Podniosła się i ruszyła ku drzwiom, kiedy zobaczyła przez okno Briannę z wiernym 

psem przy nodze.

- Dobra. Miałam nadzieję, że cię złapię. - Wchodząc do kuchni, Brianna odstawiła 

koszyk.

- No to ci się udało. Czy wszystko w porządku?

- Jak najbardziej. - Szybka i zwinna, Brianna odkryła gorące jeszcze bułeczki, które ze 

sobą   przyniosła.   -   Lottie   Sullivan   to   dar   od   niebios.   -   Uśmiechnęła   się   na   myśl   o 

emerytowanej pielęgniarce, którą zatrudniły na towarzyszkę dla Maeve. - Ona po prostu jest 

nadzwyczajna, Maggie. I już ;;prawie jak rodzina. Wczoraj, kiedy pracowałam przy klombach 

przed domem, mama złościła się, że już jest za późno na sadzenie kwiatów i że dom został 

pomalowany brzydką farbą. Co dokładnie jest na odwrót. I Lottie zaczęła się śmiać. Nie 

zgadzała się z niczym, co mama mówiła. I przysięgam, że obie miały z tego wielką radość.

-   Chciałabym   to   widzieć.   -   Maggie   przełamała   bułeczkę.   Jej   zapach   i   scena 

opowiedziana   przez   Briannę   tak   ją   ucieszyły,   że   prawie   nie   żałowała   straconych   godzin 

porannej pracy. - Znalazłaś więc skarb, Brie. Lottie da sobie z nią radę.

- Nie tylko o to chodzi. Ona naprawdę cieszy się z tej pracy. Za każdym razem, gdy 

background image

mama mówi coś nieprzyjemnego, Lottie po prostu się śmieje, przymyka na to oczy i robi 

swoje. Nigdy nie przypuszczałam, że powiem coś takiego, ale naprawdę wierzę, że to się uda.

- Oczywiście, że się uda. - Rzuciła do góry kawałek bułki cierpliwie czekającemu na 

swoją kolej Conowi. - Pytałaś Murphy'ego, czy mógłby pomóc przenieść jej łóżko i inne 

rzeczy, o które prosiła?

- Nie było potrzeby. Wiadomość o tym, że kupiłaś jej dom w Ennis, rozniosła się 

natychmiast. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wpadali do domu różni ludzie, dziesiątki ludzi. 

Murphy sam zaproponował swoje plecy i ciężarówkę.

- A więc wszystko odbędzie się sprawnie i przed końcem przyszłego tygodnia będzie 

mogła zamieszkać z Lottie w nowym domu. Kupię dla nas butelkę szampana, i, jak będzie po 

wszystkim, porządnie się upijemy.

Brianna ściągnęła wargi, ale głos miała spokojny.

- Nie widzę powodu, by to świętować.

- No to wpadnę tak sobie, bez okazji - powiedziała Maggie z uśmieszkiem. - Z butelką 

z bąbelkami pod pachą.

Choć Brianna odwzajemniła uśmiech, w sercu nie było jej wesoło.

- Maggie, próbowałam z nią rozmawiać na temat śpiewania. - Zrobiło się jej przykro 

na widok posmutniałych oczu siostry. - Pomyślałam, że powinnam.

-   Oczywiście,   że   powinnaś.   -   Tracąc   apetyt   na   bułeczkę,   Maggie   rzuciła   resztę 

Conowi. - Miałaś więcej szczęścia od mnie?

- Nie. Nie chciała ze mną rozmawiać, tylko się zezłościła. - Nie warto wspominać o 

wszystkich   słownych,   zadanych   jeden   po   drugim,   ciosach,   pomyślała   Brianna.   To 

pogorszyłoby sytuację. - Wyszła z pokoju, ale zabrała ze sobą wycinki.

- No, no, to już jest coś. Może to ją podniesie na duchu. - Maggie podskoczyła, gdy 

zadzwonił telefon i tak szybko poderwała się z krzesła, że Brianna oniemiała. - Halo? Och, 

Eileen, to ty? - Rozczarowanie w jej głosie nie pozostawiało żadnych wątpliwości. - Tak, 

dostałam fotografie do katalogu. Są znakomite. Może mogłabym osobiście powiedzieć panu 

Sweeneyowi, że... aha, zebranie. Nie, wszystko w porządku, powiedz mu więc, że jestem z 

nich zadowolona. Miło mi. Do widzenia.

- Odpowiedziałaś na telefon - zauważyła Brianna.

- Oczywiście, że odpowiedziałam. Dzwonił chyba, prawda?

Rozdrażniony ton głosu siostry zaskoczył Briannę.

- Spodziewałaś się telefonu?

- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?

background image

- No cóż, po sposobie w jaki poderwałaś się z krzesła. Wyglądało, jakbyś chciała 

wyrwać dziecko spod kół nadjeżdżającego samochodu.

Och, czy to możliwe? pomyślała Maggie. Czy tak się zachowała? Tak głupio?

- Nie cierpię tych cholernych, rozsadzających uszy aparatów, to wszystko. - Z tymi 

słowami opuściła kuchnię.

Guzik ją obchodzi, czy on zadzwoni czy nie, przekonywała samą siebie Maggie. Już 

trzy tygodnie temu wyjechał do Dublina, a rozmawiała z nim tylko w tym czasie dwa razy, 

ale jakie to ma znaczenie?  Jestem zbyt zajęta, aby paplać przez telefon albo zajmować się  

nim, gdyby przyjechał mnie odwiedzić.

A przecież, do cholery, obiecał, dodała w myśli i zatrzasnęła za sobą drzwi pracowni.

Nie potrzebne jej było towarzystwo Rogana Sweeneya, podobnie jak i kogokolwiek 

innego.

Złapała swoją dmuchawkę i wzięła się do pracy.

Gościnna jadalnia Connellych przypominałaby Maggie dekoracje z mydlanej opery, 

którą puszczano w telewizji w dniu śmierci jej ojca. Wszystko tu lśniło, błyszczało i jarzyło 

się. Najlepszy rocznik wina złocił się w kryształowych kieliszkach, połyskujących tęczą na 

oszlifowanych   fasetach.   Białe,   wysmukłe   świece   dodawały   elegancji   rozproszonemu 

blaskowi padającemu z pięcioramiennego świecznika.

Ludzie siedzący wokół przykrytego koronkową serwetą stołu byli i równie błyszczący 

jak całe pomieszczenie. Annę, w szafirowych jedwabiach i diamentach po babce, stanowiła 

uosobienie idealnej, pełnej wdzięku pani domu. Dennis, z wypiekami na twarzy po dobrym 

posiłku   w   miłym   towarzystwie,   patrzył   rozpromienionym   wzrokiem   na   córkę.   Patrycja 

wyglądała prześlicznie i tak delikatnie jak pastelowo - różowe i kremowe perły, które miała 

na sobie.

Siedzący naprzeciwko niej Rogan sączył wino i odpędzał ciągle powracającą myśl o 

zachodnim wybrzeżu, o Maggie.

- Jak miło jest spożywać spokojny, rodzinny posiłek. - Annę odkroiła mikroskopijną 

porcję bażanta. W ciągu ostatniego miesiąca przybrała na wadze prawie kilogram, co było nie 

do pomyślenia.

-   Mam   nadzieję,   Roganie,   że   nie   jesteś   rozczarowany,   że   nie   zorganizowałam 

większego przyjęcia.

- Oczywiście, że nie. To wielka przyjemność, ostatnio szczególnie dla mnie cenna, 

móc spędzić spokojny wieczór wśród przyjaciół.

background image

- Dokładnie to samo powiedziałam Dennisowi - ciągnęła Annę. - Przecież tak rzadko 

cię widujemy. Stanowczo za bardzo się przepracowujesz, Roganie.

- Mężczyzna nie może się przepracowywać, jeżeli robi to, co lubi - wtrącił się Dennis.

- Ach, te twoje teorie  o męskich upodobaniach! - zaśmiała  się beztrosko Annę, z 

trudem   opanowując   się,   by   nie   kopnąć   męża   pod   stołem.   -   Uważam,   że   mężczyzna 

przeciążony pracą robi się zbyt napięty. Zwłaszcza jeśli nie ma żony, przy której mógłby się 

odprężyć.

Wiedząc do czego to zmierza, Patrycja robiła wszystko, by zmienić temat.

- Odniosłeś fantastyczny sukces wystawą panny Concannon, Roganie. Słyszałam, że 

sztuka Indian została również doskonale przyjęta.

-   Tak,   pod   każdym   względem.   W   tym   tygodniu   sztuka   amerykańska   wyrusza   do 

galerii   w   Cork,   a   wystawa   Maggie...   panny   Concannon   pojedzie   wkrótce   do   Paryża.   W 

ubiegłym miesiącu zrobiła kilka zadziwiających rzeczy.

- Widziałam niektóre z nich. Wydaje mi się, że Joseph patrzył łakomym okiem na kulę 

ziemską. Tę z różnymi kolorami i formami w środku. Jest naprawdę fascynująca. - Podczas 

gdy podawano deser, Patrycja złożyła ręce na kolanach. - Zastanawiam się, jak to zostało 

wykonane.

- Tak się złożyło, że byłem tam, kiedy to robiła. - Przypomniał sobie niemiłosierny 

żar, jaskrawe kolory i świszczące iskry. - I nadal nie potrafię ci tego wyjaśnić.

Wyraz jego oczu postawił Annę w pełnej gotowości.

-   Czy   nie   uważasz,   że   dokładna   znajomość   procedury   tworzenia   może   popsuć 

przyjemność oglądania dzieła? Jestem pewna, że dla panny Concannon to zwykła rutyna. 

Patrycjo, nie opowiedziałaś nam jeszcze o swoim pomyśle. Jak minął dzień w szkole?

- Dziękuję, wszystko jest na dobrej drodze.

-   Wyobraź   sobie   naszą   małą   Patrycję   zakładającą   szkołę.   -   Uśmiechnęła   się 

pobłażliwie Annę.

Z   poczuciem   winy   Rogan   uświadomił   sobie,   że   nie   zapytał   Patrycji   o   jej 

wypieszczony projekt, w który włożyła tyle pracy i uczucia.

- A więc masz już lokalizację?

- Tak. To dom obok Mountjoy Square. Budynek wymaga oczywiście odnowienia. 

Zatrudniłam architekta. Całość jest w świetnym stanie. Mamy dużo miejsca na plac zabaw. 

Mam nadzieję, że będę już mogła przyjąć dzieci na wiosnę.

Mogła już to sobie wyobrazić. Niemowlaki i maluchy, których matki szukają godnego 

zaufania miejsca, gdzie mogłyby pozostawić swoje dzieci w godzinach pracy. Starsze dzieci 

background image

przychodziłyby tu po szkole. W ten sposób, choć w małym  stopniu, wypełniłaby lukę w 

panującym systemie świadczeń socjalnych, a także, pomyślała, zagłuszyłaby przenikającą ją 

pustkę. Nie mieli dzieci z Robertem. Mieli przecież tyle czasu przed sobą. Tyle czasu...

- Jestem pewna, Patrycjo, że Rogan mógłby ci pomóc w końcowym etapie - ciągnęła 

Annę. - Nie masz przecież doświadczenia w tych sprawach.

- Jest moją córką, czy nie? - wtrącił się Dennis, mrugając okiem. - Da sobie świetnie 

radę.

- Jestem tego pewna. - Annę znowu próbowała kopnąć pod stołem męża.

Doczekała chwili, kiedy znalazły się same z córką w salonie. Panowie zatrzymali się 

jeszcze w jadalni przy kieliszku porto - staroświecki zwyczaj, z którego jednak Annę nie 

chciała   zrezygnować,   nie   przyjmując   do   wiadomości,   że   jest   już   przestarzały.   Odprawiła 

pokojówkę, która wniosła kawę, i zwróciła się do córki.

- Na co ty czekasz, Patrycjo? Pozwalasz, żeby mężczyzna wyślizgnął się z rąk!

- Proszę, nie zaczynaj znowu. - Patrycja poczuła już tępe, nasilające !e pulsowanie, 

zwiastujące bliską migrenę.

- Przypuszczam, że zamierzasz zostać wdową do końca życia. - Ze złością w oczach. 

Annę wlała śmietankę do filiżanki. - Ile razy mam ci powtarzać, że już pora z tym skończyć.

- Powtarzasz to od tego roku, kiedy umarł Robert.

- Bo taka jest prawda - westchnęła Annę. Ogarniała ją rozpacz na widok smutku córki, 

sama długo i gorzko płakała, nie tylko z powodu utraty zięcia, którego kochała, ale i bólu, 

którego nie była w stanie wymazać z oczu Patrycji. - Kochanie, nawet gdybyśmy nie wiem 

jak bardzo pragnęły, żeby to się nie stało, Robert odszedł, na zawsze.

- Wiem o tym. Pogodziłam się z tym i staram się żyć dalej.

- Organizując dzienną opiekę dla dzieci innych ludzi?

- Tak, w dużej mierze. Ale robię to także dla siebie, mamo. Ponieważ potrzebna jest 

mi praca i satysfakcja z tego, co robię.

- Przestaję już próbować wyperswadować ci ten pomysł. - W geście pojednania Annę 

podniosła do góry ręce. - I jeśli tego naprawdę chcesz, to i ja także tego chcę.

- Dziękuję ci mamo. - Twarz Patrycji odprężyła się. Pochyliła się i pocałowała matkę 

w policzek. - Wiem dobrze, że pragniesz dla mnie wszystkiego, co najlepsze.

-   To   prawda.   I   dlatego   chciałabym   Rogana   dla   ciebie.   Nie,   nie   każ   mi   milczeć, 

dziecko. Nie zaprzeczysz, że również go chcesz.

- Zależy mi na nim - ostrożnie powiedziała Patrycja. - Nawet bardzo. I zawsze tak 

było.

background image

- A jemu na tobie. Ale trzymasz się na uboczu, zawsze zbyt cierpliwa, i czekasz, aż on 

podejmie kolejny krok. A podczas gdy czekasz, on po prostu żyje. Tylko ślepa kobieta może 

nie dostrzec, że jest zainteresowany nie tylko samą sztuką tej Concannon. A ona nie należy do 

kobiet, które czekają - dodała Annę, grożąc palcem. - O nie, na pewno nie. Doceni wartość 

mężczyzny o pokroju i znaczeniu Rogana, i złapie go, zanim zdążysz się obejrzeć.

- Bardzo wątpię, żeby Rogan dał się złapać - suchym tonem powiedziała Patrycja. - 

On wie, czego chce.

- Tak, w wielu dziedzinach - przyznała Annę. - Ale mężczyzną trzeba pokierować. A 

także trzeba go wabić i intrygować. Po tobie nie widać, że chcesz go oczarować, zwrócić na 

siebie   uwagę   Rogana   Sweeneya.   Powinien   widzieć   w   tobie   kobietę,   a   nie   wdowę   po 

przyjacielu. Czy zależy ci na nim?

- Myślę, że...

- Oczywiście, że ci zależy. A więc postaraj się, żeby i jemu na tobie także zależało.

Patrycja   milczała,   gdy   Rogan   odwoził   ją   do   domu.   Do   domu,   który   dzieliła   z 

Robertem   i   który   wciąż   jej   przypominał   szczęśliwe   dni,   których   nie   mogła   wymazać   z 

pamięci. Przestała już zaglądać do jego pokoju w nadziei, że zastanie go czekającego na nią, 

nie   odczuwała   już   także   przeszywającego   bólu,   gdy   nagle   przypominała   sobie   o   ich 

wspólnym życiu.

W tym domu pozostały tylko dobre wspomnienia.

Ale   czy  naprawdę   chce   spędzić   w   nim   samotnie   resztę   swojego  życia?   Czy   chce 

poświęcić swe dni na opiekę nad dziećmi innych kobiet, podczas gdy nie ma własnego, przy 

którym jej życie nabrałoby blasku?

Jeśli matka ma rację, a ona rzeczywiście chce Rogana, to czy odrobina zalotności 

będzie czymś nie na miejscu?

- Nie wstąpisz na chwilę? - zapytała, gdy odprowadzał ją do drzwi. - Jeszcze jest 

wcześnie, nie czuję się zmęczona.

Pomyślał o swoim własnym, pustym domu i o długich godzinach przed jutrzejszym 

dniem pracy.

- Jeśli obiecasz mi brandy.

- Na tarasie - uściśliła i weszła do środka.

Wnętrze jej domu stanowiło odbicie spokojnej elegancji i nieomylnego smaku pani 

domu. Choć zawsze czuł się tutaj jak u siebie, pomyślał teraz o nieładzie panującym w domku 

Maggie i o wąskim, rozgrzebanym łóżku.

background image

Nawet kieliszek  brandy przypominał  mu o Maggie. Ujrzał w myślach  jak w furii 

roztrzaskała szkło o kominek i jak po kilku dniach nadeszła paczuszka z jednym kieliszkiem 

na miejsce stłuczonego.

- Jaka ładna noc - powiedziała Patrycja, chcąc odwrócić jego krążącą daleko myśl.

- Co? O tak. To prawda. - Obracał w ręku kieliszek z brandy, ale jej nie pił.

Sierp   księżyca,   spowity   delikatną   mgiełką,   albo,   gdy   powiał   wietrzyk,   jaśniejący 

białym blaskiem, odbywał swą drogę po niebie. Ciepłe, pachnące powietrze zakłócał jedynie 

stłumiony dźwięk ruchu ulicznego ponad żywopłotami.

- Opowiedz coś więcej o szkole - zaczął. - Jakiego wybrałaś architekta? - Pochwalił 

firmę, którą wymieniła. - To dobrzy fachowcy. Sami z nich korzystamy.

- Wiem. To Joseph mi ich polecił. Okazał się fantastycznie pomocny, aż czuję się 

winna, odrywając go od pracy.

- On z równym powodzeniem może robić kilka rzeczy na raz.

-   W   każdym   razie   nigdy   nie   daje   po   sobie   poznać,   że   wpadając   do   galerii, 

przeszkadzam mu w pracy. - Patrycja przysunęła się bliżej. - Stęskniłam się za tobą.

- Mam potwornie dużo pracy. - Odgarnął jej włosy za ucho. Był to dawny odruch, 

dawne   przyzwyczajenie,   z   którego   nie   zdawał   sobie   nawet   sprawy.   -   Będziemy   musieli 

znaleźć trochę czasu dla siebie. Od tygodni nie byłem w teatrze, a ty?

- Też nie. - Wzięła jego rękę, przytrzymała w swojej. - Ale cieszę się z obecnej chwili. 

I z tego, że jesteśmy sami.

Odebrał ostrzegawczy sygnał. Uznał jednak, że to śmieszne i uśmiechnął się do niej.

- Zrobimy coś więcej. Może mógłbym obejrzeć ten teren, który kupiłaś i przyjrzeć się 

mu pod kątem twoich potrzeb?

- Wiesz, jak bardzo cenię twoją opinię. - Serce jej biło lekko i szybko. - Cenię ciebie.

Pośpiesznie, by się nie rozmyślić, pochyliła się i przywarła do niego wargami. Jeśli w 

jego oczach dostrzegła niepokój, udała, że tego nie widzi.

Tym razem to nie był serdeczny, platoniczny pocałunek. Patrycja wpiła się palcami w 

jego włosy i oddała z zapamiętaniem pocałunkowi. Chciała, rozpaczliwie chciała znowu coś 

poczuć.

Ale nie otoczył jej ramieniem. Jego usta nie parzyły. Był jak posąg. Nie było w tym 

ani przyjemności, ani pożądania dla żadnego z nich. Drżenie jakie ich ogarnęło wyrażało 

jedynie wstrząs i zaskoczenie.

Odsunęła   się,   ujrzała   w   jego   oczach   zdziwienie   i   co   gorsze,   znacznie   gorsze, 

współczucie. Dotknięta do żywego, odwróciła się czym prędzej.

background image

Rogan odstawił na bok nietkniętą szklaneczkę brandy.

- Patrycjo.

- Przestań. - Potarła mocno oczy. - Nic nie mów.

- Oczywiście, że będę. Muszę. - Przez chwilę zawahał się, po czym delikatnie położył 

rękę na jej ramieniu. - Patrycjo, wiesz jak bardzo... - Czy znajdzie właściwe słowa? myślał 

gorączkowo. Jakie to mogą być słowa? - Jestem do ciebie przywiązany - powiedział i od razu 

znienawidził siebie.

- Dajmy temu spokój. - Aż do bólu zacisnęła ręce. - Już dosyć się poniżyłam.

- Nigdy nie pomyślałem... - Znowu przeklinał siebie, a ponieważ czuł się fatalnie, 

przeklinał Maggje za to, że miała rację. - Patty - powiedział bezradnie. - Jest mi przykro.

- Jestem pewna, że jest ci przykro. - Jej głos był nadal zimny, choć użył jej dawnego 

zdrobnienia. - Podobnie jak mnie. Za to, że postawiłam cię w tak niezręcznej sytuacji.

- To moja wina. Powinienem był zrozumieć.

-  Niby dlaczego?  -  Drżąca,  wysunęła   się spod  jego  ręki  i  zwróciła  ku  niemu.  W 

cętkowanym świetle gwiazd jej twarz wydawała się krucha jak szkło, a w oczach dojrzał 

pustkę.   -   Przecież   zawsze   jestem,   prawda?   Wpadam   do   ciebie,   jestem   zawsze   pod   ręką, 

gotowa   przyjąć   każde   twoje   zaproszenie.   Biedna   Patrycja,   dziewczyna   bez   przydziału, 

wymyślająca jakieś mizerne projekty, by czymś się zająć. Młoda wdowa, zadowalająca się 

pogłaskaniem po głowie i pobłażliwym uśmiechem.

- To wszystko nie jest prawdą. Czuję do ciebie zupełnie coś innego.

- Nie wiem, co ty czujesz. Wiem tylko, że chcę, abyś stąd poszedł, zanim powiem coś, 

co wprawi nas w jeszcze większe zakłopotanie.

- Nie mogę cię teraz zostawić. Wejdź proszę do środka i usiądź. Może porozmawiamy.

Nie, pomyślała. Rozpłacze się i przypieczętuje swoje upokorzenie.

- Mówię poważnie, Roganie - powiedziała stanowczo. - Chcę, żebyś poszedł. Możemy 

tylko powiedzieć sobie dobranoc. Znasz drogę powrotną. - Prześlizgnęła się obok niego i 

przeszła z tarasu do pokoju.

Przeklęte   niech   będą   wszystkie   kobiety,   myślał   Rogan,   wkraczając   następnego 

popołudnia   do   galerii.   Niech   będą   przeklęte   za   swoją   tajemniczą   zdolność   wpędzania 

mężczyzny w poczucie winy, w zakłopotanie, w stan zidiocenia.

Stracił   przyjaciółkę,   jedną   z   najdroższych.   Stracił   ją,   ponieważ   był   ślepy   na   jej 

uczucie.   Uczucie,   przypomniał   sobie   z   narastającą   niechęcią,   które   dostrzegła   Maggie, 

rozpoznała je w oka mgnieniu.

background image

Wściekły na siebie, sztywnym krokiem wchodził po schodach. Skąd ten pomysł, by 

zatrzymać dwie kobiety, które tak wiele dla niego znaczą?

Przez brak rozeznania złamał serce Patrycji. A Maggie, niech ją szlag trafi, miała taką 

siłę, że mogła złamać jego serce.

Czy ludzie nigdy nie zakochują się w tych, którzy pragną ich z równą siłą?

W każdym razie nie będzie na tyle głupi, by rzucić Maggie do stóp swoje uczucie i 

pozwolić, by je zdeptała. Jeszcze nie teraz. Nie po tym, jak on sam bezwiednie i nieopatrznie 

podeptał cudze. Na razie może się doskonale obejść bez nikogo.

Wszedł do pierwszego saloniku i skrzywił się boleśnie. Dodali jeszcze kilka jej prac 

na   wystawę.   Jednym,   krótkim   spojrzeniem   ogarnął   to   wszystko,   co   przez   następnych 

dwanaście miesięcy objeżdżać będzie świat. Kula ziemska, którą tworzyła na jego oczach, 

zajaśniała blaskiem, zdawała się zawierać wszystkie marzenia, które Maggie, jak twierdziła, 

umieściła w jej wnętrzu, marzenia, które teraz, gdy wpatrywał się w głąb, zdawały się kpić z 

niego.

Dobrze się stało, że nie odpowiedziała, gdy poprzedniej nocy telefonował do niej. Być 

może potrzebował jej w tamtej chwili, kiedy dręczyło go poczucie winy z powodu Patrycji. 

Zamiast   tego   usłyszał   swój   własny,   skandowany   i   pedantyczny   głos   na   automatycznej 

sekretarce.

A więc zamiast spokojnej, być może intymnej rozmowy późną nocą, przekazał jej 

lakoniczną wiadomość, która, bez wątpienia, sprawi jej równą przykrość jak jemu.

Boże, pragnął jej.

- Ach, oto człowiek, którego właśnie chciałem zobaczyć. - Wesoły jak szczygiełek 

Joseph   wpadł   do   pokoju.   -   Sprzedałem   „Carlottę”.   -   Na   widok   twarzy   Rogana   pełen 

zadowolenia   uśmiech   Josepha   przeszedł   pniowo   w   ciekawość.   -   Mamy   dziś   zły   dzień, 

prawda?

- Bywały gorsze. „Carlotta”, powiadasz? Komu?

-   Amerykańskiej   turystce,   która   zawędrowała   tu   dziś   rano.   „Carlotta”   podbiła   ją 

całkowicie. Mamy ją odesłać statkiem do czegoś, co się nazywa Tuscon.

Joseph   przysiadł   na   brzegu   ulubionego   krzesła   i   dla   uczczenia   transakcji   zapalił 

papierosa.

-   Amerykanie   twierdzą,   że   uwielbiają   prymitywne   akty,   a   nasza   „Carlotta”   była 

naprawdę prymitywna.  Sam bardzo lubię akty,  ale „Carlotta” nie była  w moim typie. Za 

ciężka w biodrach... i w dotknięciach pędzla. No cóż, można powiedzieć, że artyście zabrakło 

background image

wyrafinowania.

- To był doskonały olej' - powiedział od niechcenia Rogan.

- W swoim rodzaju. Ponieważ wolę coś mniej dosadnego, nie będę rozpaczał, jeśli 

„Carlotta”   pożegluje   do   Tuscon.  -   Wyjął   z  kieszeni   maleńką   popielniczkę   z   zamykanym 

wieczkiem i strząsnął popiół. - Och, ale za to ta seria akwarel od Szkota! Przyjechała godzinę 

temu. Piękna robota, Roganie. Myślę, że odkryłeś nową gwiazdę.

-   Ślepy   przypadek.   Gdybym   nie   pojechał   z   kontrolą   do   Inverness,   nigdy   nie 

zobaczyłbym tych obrazów.

- Uliczny artysta. - Joseph pokiwał głową. - Ale już niedługo, mogę się założyć. Te 

prace mają jakąś cudowną, mistyczną właściwość, coś delikatnego, kruchego, a jednocześnie 

surowego. - W uśmiechu błysnął jego ząb. - A ten akt kobiecy z powodzeniem wyrówna 

stratę „Carlotty”. Muszę przyznać, że jest bardziej w moim guście. Ona jest elegancka, raczej 

delikatna, o nieco smutnym spojrzeniu. Zakochałem się w niej beznadziejnie.

Gdy skończył mówić i poprawił kołnierzyk, dostrzegł w drzwiach Patrycję. Zadrżało 

mu   serce.   Jest   poza   twoim   zasięgiem,   chłopcze,   powtarzał   sobie.   Daleko   poza   twoim 

zasięgiem. Jego uśmiech zgasł równie szybko jak się pojawił.

- Halo, Patrycjo. Cieszę się, że cię widzę.

Rogan odwrócił się. Należy mu się chłosta za jej podkrążone oczy.

- Halo, Joseph. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

-   Ani   trochę.   W   tym   miejscu   piękno   jest   zawsze   mile   widziane.   -   Ujął   jej   rękę, 

pocałował ją i wyzwał się od idiotów. - Napijesz się herbaty?

- Nie, nie rób sobie kłopotu.

- To żaden problem, naprawdę żaden. Wkrótce zamykamy.

- Wiem. Miałam nadzieję... - Patrycja zesztywniała lekko. - Josephie, czy pozwolisz? 

Chciałabym przez chwilę zostać sama z Roganem.

- Oczywiście.  - Idiota.  Dureń. Imbecyl.  - Zejdę na dół. Nastawię  czajnik, gdybyś 

zmieniła zdanie.

- Dziękuję. - Poczekała, aż odszedł, po czym zamknęła drzwi. - Spodziewam się, że 

nie masz mi za złe, że przyszłam. Już prawie zamykacie.

- Oczywiście, że nie. - Rogan znowu nie był przygotowany na konfrontację z nią. - 

Cieszę się, że przyszłaś.

- Wcale się nie cieszysz. - Mówiąc to, uśmiechnęła się lekko, by złagodzić zjadliwy 

ton. - Zbyt długo cię znam, Roganie. Czy mogę usiąść?

-   Tak,   oczywiście.   -   Chciał   jej   podać   rękę,   ale   opuścił   ją   wzdłuż   ciała.   Patrycja 

background image

zareagowała na ten ruch uniesieniem brwi. Usiadła, złożyła ręce na kolanach.

- Przyszłam, żeby cię przeprosić.

To go kompletnie rozłożyło.

- Przestań, proszę. Nie ma potrzeby.

- Jest i to jak najbardziej. Czy wyświadczysz mi tę łaskę i wysłuchasz mnie?

- Patty. - Usiadł, czując jak wszystko przewraca mu się w żołądku. - Płakałaś przeze 

mnie.   -   Nie   było   wątpliwości,   że   są   sobie   bliscy.   Jakkolwiek   staranny   był   jej   makijaż, 

dostrzegł wyraźne ślady cierpienia.

- Tak. Płakałam przez ciebie. A kiedy przestałam, zaczęłam się zastanawiać. Nad sobą. 

- Westchnęła. - Nie mam w tym wielkiego doświadczenia, Roganie. Rodzice tak bardzo o 

mnie dbają. Mają też takie oczekiwania. Zawsze się bałam, że im nie sprostam.

- To absurd...

-   Prosiłam,   żebyś   mnie   wysłuchał   -   powiedziała   tonem,   który   wprawił   go   w 

zdumienie.   -   Więc   słuchaj.   Zawsze   byłeś   blisko,   odkąd   skończyłam   czternaście,   czy 

piętnaście lat, zawsze byłeś. I był Robbie. Byłam tak zakochana, że nie musiałam myśleć, nie 

było na to miejsca. On był wszystkim. We wszystkim zdawałam się na niego. Wokół niego 

koncentrowało się życie, on stwarzał ten dom. Kiedy go straciłam, myślałam, że umrę. Na 

Boga, pragnęłam umrzeć!

Jedyne co Rogan mógł zrobić, to ująć ją za rękę.

- Ja także go kochałem.

- Tak, wiem. I właśnie dzięki tobie udało mi się jakoś to wszystko przeżyć. Byłeś ze 

mną  w  moim  smutku,  a  potem  pomogłeś  mi  ten smutek  przezwyciężyć.  Mogłam z  tobą 

rozmawiać o Robbiem, śmiać się i płakać. Byłeś najlepszym przyjacielem i nic dziwnego, że 

zakochałam się w tobie. Wydawało mi się, że rozsądnie będzie poczekać, aż dostrzeżesz we 

mnie kobietę zamiast starej przyjaciółki. A gdyby tak się stało, może zakochałbyś się we mnie 

i poprosił mnie o rękę?

Poruszył niespokojnie palcami.

- Gdybym był bardziej uważny i spostrzegawczy...

- Też byś  nie dostrzegł tego, na czym  mi  zależało - dokończyła.  - Z przyczyn,  o 

których   nie   chciałabym   rozmawiać,   postanowiłam   sama   zrobić   pierwszy   krok,   zeszłego 

wieczoru, Kiedy cię pocałowałam,  oczekiwałam,  że poczuję coś niezwykłego,  że zostanę 

porwana w wir pyłu gwiezdnego, poddana działaniu promieni księżyca. I rzuciłam się, by cię 

pocałować,   spodziewając,   że   spełnią   się   wszystkie   moje   marzenia,   że   to   wystarczy,   by 

uruchomić   te   wszystkie   cudowne  porywy   i  przyciąganie.   Tak  bardzo   chciałam   to  znowu 

background image

poczuć. Ale nic takiego się nie stało.

- Patrycjo, to nie dlatego, że ja... - zamilkł, zmrużył oczy. - Czy możesz mi wybaczyć?

Roześmiała się. Był jeszcze bardziej zmieszany.

- Kiedy przestałam płakać, na co sama sobie porządnie zasłużyłam, przemyślałam całe 

wydarzenie. Nie tylko ty, Roganie, byłeś tym zaskoczony. Zdałam sobie sprawę, że całując 

cię, niczego, zupełnie niczego nie czuję.

- Zupełnie niczego - powtórzył jak echo.

- Niczego poza zakłopotaniem, że postawiłam nas w tak paskudnej sytuacji. Zdałam 

sobie sprawę, że choć kocham cię z całego serca, wcale nie jestem w tobie zakochana. To 

było tak, jakbym całowała najbliższego przyjaciela.

-   Rozumiem.   -   Głupotą   byłoby   chcieć   dopatrywać   się   w   tym   zakwestionowania 

własnej męskości, tym niemniej był przecież mężczyzną. - Jakie to szczęście, prawda?

Znała go dobrze. Śmiejąc się, przycisnęła rękę do jego policzka.

- A teraz cię obraziłam.

- Nic podobnego. Poczułem ulgę, że wyjaśniliśmy to sobie. - Do licha, to jej ironiczne 

spojrzenie! - W porządku, a więc obraziłaś mnie! A przynajmniej nadwyrężyłaś moją męską 

dumę. - Odwzajemnił jej uśmiech. - A więc pozostajemy przyjaciółmi?

- Na zawsze. - Odetchnęła z ulgą. - Nawet nie wiesz, jak mi z tym dobrze, i jak się 

cieszę, że mamy już t o za sobą. Wiesz, myślę, że wyciągnę Josepha na herbatę. Pójdziesz z 

nami?

-   Przykro   mi.   Właśnie   nadeszła   przesyłka   z   Inverness,   i   chciałabym   być   przy   jej 

rozpakowywaniu.

Podniosła się z miejsca.

- Wiesz, muszę przyznać mamie rację w jednej sprawie. Zbyt ciężko pracujesz. To się 

rzuca już w oczy. Powinieneś wziąć kilka dni odpoczynku.

- Za miesiąc lub dwa.

Pokiwała głową i pocałowała go.

- Zawsze to mówisz. Chciałabym,  żeby tym razem to było poważne. - Przechyliła 

głowę   i   znowu   się   uśmiechnęła.   -   Uważam,   że   twoja   willa   na   południu   Francji   byłaby 

doskonałym miejscem nie tylko na relaks, ale także na twórczą inspirację. Tamtejsze kolory, 

struktura przyrody i krajobrazu przemawiają silnie do artysty.

Otworzył usta i zamknął je z powrotem.

- Znasz mnie tak dobrze - wyszeptał.

- Znam. Przemyśl to. - Pozostawiła go zamyślonego i udała się do kuchni. Ponieważ 

background image

Joseph był jeszcze w głównej galerii, gdzie pozostało kilku maruderów, sama zabrała się za 

parzenie herbaty.

Gdy nalewała pierwszą filiżankę, wszedł właśnie.

- Przepraszam - powiedział. - Nie dość, że nikt nie śpieszył się, by opuścić galerię, to 

jeszcze nie skusił się, by rozstać się choćby z jednym funtem. Myślałem, że na zakończenie 

dnia   sprzedam   miedzianą   rzeźbę.   Wiesz   którą,   tę,   która   przypomina   gorejący   krzew,   ale 

uciekli mi sprzed nosa.

- Wypij na pocieszenie herbatę.

- Dziękuję, z przyjemnością. Czyś ty... - Zamilkł, gdy odwróciła się ku niemu i w 

pełnym świetle zobaczył jej twarz. - Co się stało? Coś złego?

- Skąd, dlaczego? - Stawiała filiżanki na stole i omal ich nie upuściła, gdy złapał ją za 

ramiona.

- Płakałaś - powiedział napiętym głosem. - Masz podkrążone oczy.

Zdenerwowana, niezręcznym ruchem ustawiła filiżanki.

- Po cholerę sprzedają te drogie kosmetyki, jeśli nie spełniają one swojego zadania? 

Kobieta nie może sobie pofolgować i wypłakać się do woli, skoro nie może nawet polegać na 

pudrze! - Zamierzała  usiąść, ale trzymał  ją mocno.  Spojrzała na niego zdziwiona. To co 

ujrzała   w   jego   oczach,   poruszyło   ją   do   głębi.   Poczuła   się   zmieszana.   -   To   nic   takiego, 

naprawdę nic. Takie sobie głupstewko. Jestem... Jestem już w dobrej formie.

Wątpił w to. Trzymał już ją kiedyś w ramionach. Tańczyli razem. Ale teraz nie było 

muzyki. Tylko ona. Powoli uniósł rękę i kciukiem wytarł delikatnie smużki spod jej oczu. - 

Ciągle brak ci Robbiego.

- Tak. Zawsze będzie go brak. - Ale twarz męża, jego ukochana twarz, rozpłynęła się. 

Widziała tylko Josepha. - Nie płakałam przez Robbiego. Aż dziwne! Prawdę mówiąc, sama 

dokładnie nie wiem, dlaczego płakałam.

Jest taka śliczna, pomyślał. Ma takie łagodne i zakłopotane oczy. A jej skóra - nigdy 

przedtem nie ośmieliłby się jej dotknąć - była jak z jedwabiu.

- Nie trzeba płakać, Patty - usłyszał swój głos. A potem całował ją i pieścił ręką jej 

miękkie, falujące włosy.

Zatracił się, poniesiony jej zapachem, urzeczony sposobem, w jaki rozchyliła usta, by 

pozwolić mu na długie, głębokie zanurzenie się w ich smaku.

Jej   ciało   poddało   mu   się   w   swej   delikatnej   kruchości,   wzbudzając   nieznośne   do 

opanowania, sprzeczne emocje. By ją wziąć, ochraniać, pocieszyć i posiąść.

Jej częściowo zaszokowane, częściowo rozmarzone westchnienie otrzeźwiło go jak 

background image

kubeł lodowatej wody.

- Ja... ja bardzo przepraszam. - Szukał niezdarnie słów, a następnie, gdy tylko na niego 

spojrzała, zesztywniał w poczuciu winy. Czuł się fatalnie. Cofnął się pełen gotujących się w 

nim tęsknych emocji. - To było niewybaczalne.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł, zanim zdążyła coś powiedzieć.

Zrobiła jeden krok. Jego imię zawisło w próżni. Następnie zatrzymała się, przycisnęła 

rękę do rozpędzonego serca, na drżących nogach podeszła do fotela i ciężko usiadła.

Joseph?   Przesunęła   stopniowo   rękę   z   piersi   do   piekących   policzków.   Joseph, 

pomyślała znowu, oszołomiona. Przecież to śmieszne. Byli ze sobą zaledwie zaprzyjaźnieni. 

Łączyło ich uczucie do Rogana i do sztuki. Był... no cóż, jedyną osobą spośród jej znajomych 

najbardziej związaną ze światem cyganerii artystycznej. Czarujący, nie ulega wątpliwości. 

Mogłaby to potwierdzić każda kobieta, która odwiedziła kiedykolwiek galerię.

W   końcu   to   był   tylko   pocałunek.   Po   prostu   pocałunek,   pomyślała,   sięgając   po 

filiżankę. Ale ręka jej zadrżała i rozlała herbatę na stół.

Joseph, pomyślała znowu, po czym wybiegła z kuchni, by go odszukać.

Dojrzała go przed galerią i bez słowa przebiegła obok Rogana.

- Joseph!

Zatrzymał   się,   zaklął.   Doczekał   się,   pomyślał   z   goryczą.   Spoliczkuje   go,   zasłużył 

sobie na to! A ponieważ nie był dostatecznie szybki, spotka go to na oczach wszystkich 

przechodniów. Zrezygnowany i gotowy na wszystko, odwrócił się, odrzucił do tyłu opadające 

na ramiona włosy.

Wyhamowała tuż przed nim.

- Ja... - Kompletnie zapomniała, co chciała mu powiedzieć.

- Masz wszelkie podstawy, żeby być na mnie złą - powiedział. - To nie ważne, że 

nigdy   bym   sobie   na   to   nie   pozwolił,   chciałem   tylko...   Niech   to   kule   biją,   czegoś   ty   się 

spodziewała? Byłaś taka smutna i piękna. Taka zagubiona. Zapomniałem się, i chciałem cię 

prosić o wybaczenie.

Rzeczywiście czuła się zagubiona. Zastanawiała się, czy mógłby zrozumieć, jak to 

jest, gdy zna się swoje miejsce, idzie obraną drogą i błądzi się. Pomyślała, że on mógłby 

zrozumieć.

- Czy zjadłbyś ze mną kolację?

Zmrużył powieki, cofnął się o kilka kroków i wytrzeszczył oczy.

- Co takiego?

-   Czy   zjadłbyś   ze   mną   kolację?   -   powtórzyła.   To   zakrawało   na   szaleństwo   i 

background image

lekkomyślność. - Wieczorem. Dzisiaj.

- Chcesz zjeść ze mną kolację? - Mówił wolno, oddzielając wyraźnie słowa. - Ze mną? 

Dziś wieczór?

Był tak zbity z tropu i patrzył na nią z takim niedowierzaniem, że się roześmiała.

- Tak. To znaczy nie, to znaczy... wcale nie o to mi chodzi.

- A więc w porządku. - Skłonił sztywno głowę i ruszył przed siebie.

- Nie chodzi mi o kolację - zawołała dostatecznie głośno, by zwrócić na siebie uwagę 

wielu osób. Lekkomyślność? pomyślała. Och, nie! Kompletna lekkomyślność! - Chodzi mi o 

to, żebyś mnie znowu pocałował.

Stanął w miejscu. Odwrócił się, nie zwrócił uwagi na zachęcające słowa i mruganie 

okiem mężczyzny w kwiecistej koszuli. Jak ślepy szedł ku niej po omacku.

- Nie jestem pewny, czy się nie przesłyszałem?

- Czy mam powtórzyć wyraźniej? - Przełknęła resztkę fałszywej dumy. - Chcę, żebyś 

mnie zabrał do domu, Josephie. I chcę, żebyś mnie znowu pocałował. A jeżeli nie bardzo się 

pomyliłam, co do łączących nas uczuć, chciałabym, żebyśmy się kochali. - Postąpiła ostatni 

krok. Stanęła tuż obok niego. - Czy zrozumiałeś mnie i czy sprawi ci to przyjemność?

- Czy sprawi mi przyjemność? - Ujął jej twarz w dłonie, zajrzał głęboko w oczy. - 

Straciłaś rozum. Chwała Bogu. - Roześmiał się i porwał ją w ramiona. - Och, to coś więcej 

niż przyjemność, Patty najdroższa. Dużo więcej.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Z głową na rękach Maggie drzemała przy kuchennym stole.

Dzień przeprowadzki był istnym piekłem.

To   nieustanne,   niemiłosierne   narzekanie   matki   na   wszystko!   Od   jednostajnego 

deszczu po zasłony, które Brianna powiesiła na frontowym, dużym oknie nowego domu. Ale 

warto   było   przeżyć   te   wszystkie   nieszczęścia,   by   wreszcie   zobaczyć   Maeve   na   swoim. 

Maggie dotrzymała słowa i Brianna była wolna.

A   jednak   Maggie   nie   przypuszczała,   że   widok   płaczącej   Maeve   przyprawi   ją   o 

poczucie winy. Jeszcze ją widzi - zgarbione plecy, twarz ukryta w dłoniach i gorące, wartko 

płynące łzy, przeciekające między jej palcami. Nie, nie spodziewała się, że poczuje się winna 

i że będzie jej tak cholernie przykro z powodu kobiety, która ledwo skończyła ją przeklinać i 

wyzywać, by już po chwili zacząć szlochać.

Dopiero   szybkiej,   pełnej   niezmąconej   pogody  ducha   Lottie   udało   się   zaprowadzić 

spokój.  Przegoniła   je  obie   z   domu,   Maggie   i   Briannę,   zapewniając   je,  że   nie   muszą   się 

martwić, że wcale nie muszą się martwić, ponieważ łzy są czymś tak naturalnym jak deszcz. I 

że to śliczne miejsce, dodała jeszcze, szturchając je cały czas łokciem i wypychając z domu. 

Istny dom dla lalek i jaki schludny! Będzie im tu świetnie i dobrze, jak u Pana Boga za 

piecem.

I przez cały czas popychała je do ciężarówki Maggie.

A zatem koniec i kropka. Ale tego wieczoru nie będzie otwierania butelek szampana.

Maggie   w   samotności   pokrzepiła   się   szklaneczką   whisky   i   oklapła   przy   stole   z 

nadmiaru wyczerpujących wrażeń, podczas gdy deszcz bębnił o dach, a świat pogrążał się w 

ciemnościach.

Nie obudziła się na dźwięk telefonu. Dzwonił tak natarczywie, aż wreszcie przez gęste 

warstwy zmęczenia przedarł się głos Rogana. Poderwała się na równe nogi, otrząsnęła ze snu.

- Czekam jutro rano na twój telefon. Na razie nie mam czasu ani cierpliwości, by 

zmusić cię do podniesienia słuchawki.

-   Co?   -   Nieprzytomna,   mrugając   oczami   jak   sowa,   rozejrzała   się   po   ciemnym 

pomieszczeniu. Przysięgłaby, że jest gdzieś w pobliżu i że jej dokucza.

Zła, że ją wyrwano ze snu, i że do tego wszystkiego jest jeszcze głodna, a w domu nie 

ma niczego, czym można by zaspokoić choćby głód ptaka, odsunęła się od stołu.

Pójdzie do Brie, postanowiła. Zrobi najazd na jej kuchnię. Może wspólnie dodadzą 

sobie   otuchy.   Nasunęła   kaptur   peleryny,   gdy   zobaczyła   mrugające   czerwone   światełko 

background image

automatycznej sekretarki.

- Cholerny nudziarz! - mruknęła, ale wcisnęła guzik, przekręciła taśmę, i wysłuchała 

informacji.

- Maggie. - Znowu głos Rogana wypełnił pokój. Uśmiechnęła się na myśl, że w końcu 

tylko on jeden miał prawo ją obudzić. - Dlaczego, do licha, nigdy nie odpowiadasz? Jest 

północ. Chcę, żebyś do mnie zadzwoniła od razu, gdy przyjdziesz z pracowni. Zależy mi na 

tym.  Jest coś, o czym  chciałbym  pomówić z tobą. A więc... brak mi dębie. Do cholery, 

Maggie, brak mi dębie.

Na tym wiadomość się kończyła. Nim jednak zdążyła się nią nacieszyć, zaczęła się 

kolejna.

-   Czy   uważasz,   że   nie   mam   nic   lepszego   do   roboty,   niż   sterczeć   na   próżno   i 

przemawiać do tej przeklętej maszyny?

- Nie uważam - odpowiedziała - ale nie ja ją tu założyłam.

- Jest teraz  wpół do czwartej  i muszę  iść  do galerii.  Być  może  niezbyt  jasno się 

wyraziłem. Muszę dzisiaj z tobą porozmawiać. Będę w galerii do szóstej, a potem zastaniesz 

mnie w domu. I nie przyjmuję do wiadomości, że siedzisz po uszy w pracy. Przeklinam cię, 

że jesteś tak daleko.

- Facet spędza więcej czasu na przeklinaniu mnie niż na czymś innym - mruknęła. - A 

ty jesteś dokładnie tak samo daleko ode mnie, jak ja od dębie, Sweeney.

Jakby w odpowiedzi, znowu usłyszała jego głos.

- Ty nieodpowiedzialna, kretyńska, bezduszna smarkulo. Czy zależy d na tym, żebym 

się martwił, że wyleciałaś w powietrze razem ze swoimi chemikaliami, lub że spaliłaś sobie 

włosy w ogniu? Dzięki twojej siostrze, która odpowiada na telefon, wiem doskonale, że tam 

jesteś. Jest prawie ósma, a mam służbową kolację. Posłuchaj więc mnie, Margaret Mary. 

Przyjedź  do Dublina i weź ze sobą paszport. Nie będę tracił  czasu na wyjaśnianie, o co 

chodzi, zrób to, co d powiedziałem. Jeżeli nie załatwisz lotu, wyślę po dębie samolot. Czekam 

więc na twój telefon jutro rano. Na razie nie mam czasu ani cierpliwości, by zmusić cię, żebyś 

podniosła słuchawkę.

-   Zmusić   mnie?   Ciekawe   w   jaki   sposób?   -   Przez   chwilę   patrzyła   spode   łba   na 

maszynę.   A  więc   ma  się   udać  do  Dublina,   tak?  Tylko  dlatego,  że   on  sobie  tego   życzy! 

Żadnego „proszę”, czy „gdybyś zechciała”, po prostu rób, co d każą!

Kaktus jej urośnie na ręku, jeśli da mu tę satysfakcję.

Zapominając o głodzie, wypadła z pokoju i wbiegła na schody. Dostać się do Dublina, 

też mi! Co za zuchwałość wydawać jej rozkazy.

background image

Wyszarpnęła walizkę z szafy i wtaszczyła ją na łóżko.

Niech nie myśli,  że się wyrywa, żeby go zobaczyć,  że przybiegnie na każde jego 

skinienie lub stawi na rozkaz! Przekona się, że jest w błędzie. Och, tak, upewniała samą 

siebie, wrzucając ubrania do pudła. Powie mu osobiście, co o tym myśli. W żywe oczy.

Z pewnością nie będzie tym zachwycony.

- Eileen, niech do końca dnia prześlą z Limerick poprawione obliczenia. - Siedząc za 

biurkiem, sprawdzając listę spraw do załatwienia, Rogan pocierał bolący kark. - Chcę także 

zobaczyć sprawozdanie z budowy, od razu gdy przyjdzie.

- Obiecali, że przyślą do południa. - Eileen, krótko ostrzyżona brunetka, która z równą 

wprawą   zajmowała   się   prowadzeniem   biura   co   domu   z  mężem   i   trójką  dzieci,   notowała 

pośpiesznie.   -   O   drugiej   ma   pan   spotkanie   z   panem   Greenwaldem.   Dotyczy   zmian   w 

londyńskim katalogu.

- Tak. Zanotowałem to. Potrzebne będzie martini.

- Raczej wódka - skorygowała Eileen. - Czy mam zadbać o tacę z serami? Lepiej, żeby 

za szybko nie zakręciło mu się w głowie.

- Masz rację. - Rogan zastukał palcami o biurko. - Czy nie było telefonu z Clare?

- Na razie nie. - Rzuciła szybkie, zaintrygowane spojrzenie spod rzęs. - Dam panu 

znać natychmiast, gdy panna Concannon zadzwoni.

Wydał nieokreślony dźwięk, wokalny odpowiednik wzruszenia ramionami.

- Dobrze, jedźmy dalej. Połącz mnie proszę z Rzymem.

- Już się robi. Och, mam jeszcze szkic listu do Inverness. Chciałabym, żeby go pan 

zatwierdził.

-   W   porządku.   Trzeba   także   przekazać   wiadomość   do   Bostonu.   Która   tam   teraz 

godzina? - Zamierzał właśnie spojrzeć na zegarek, gdy w drzwiach dojrzał kolorową plamę.

- Maggie!

- No właśnie, Maggie! - Z hukiem odstawiła na podłogę walizkę i pięściami podparła 

biodra. - Chciałam tylko przekazać panu, panie Sweeney, parę elementarnych uwag. - Na tyle 

jeszcze   panowała   nad   sobą,   że   skinęła   głową   podnoszącej   się   z   krzesła   kobiecie.   -   Pani 

nazywa się Eileen?

- Tak. Cieszę się, że nareszcie mogę panią poznać, panno Concannon.

- Miło mi to słyszeć. Muszę przyznać, że jak na osobę pracującą dla tyrana wygląda 

pani nadspodziewanie dobrze. - Wyraźnie zaakcentowała słowo „tyran”.

Wargi Eileen drgnęły w uśmiechu. Odchrząknęła i zamknęła swój notatnik.

background image

- Mnie również jest miło. Czy jeszcze coś, panie Sweeney?

- Nie, dziękuję. Załatw tylko te telefony.

- Tak jest, proszę pana. - Wychodząc, Eileen zamknęła za sobą starannie drzwi.

-   A   więc?   -   Rogan   wyciągnął   się   w   krześle   i   piórem   uderzał   w   środek   dłoni.   - 

Otrzymałaś moją wiadomość.

- Otrzymałam.

Przemierzyła   pokój.   Nie,   pomyślał   Rogan,   raczej   dumnie   przepłynęła   przezeń. 

Trzymając nadal ręce na biodrach, rzucała oczami złowrogie błyski.

Nie poczuł się zakłopotany, iż na jej widok pociekła mu ślinka.

-   Za   kogo   ty   się   uważasz?   -   Oparła   dłonie   o   biurko,   miażdżąc   pióro   i   ołówki.   - 

Podpisałam z tobą umowę na moje prace, Roganie Sweeneyu, i przespałam się z tobą, ku 

własnemu szczeremu ubolewaniu. Ale nic nie upoważnia cię do wydawania mi rozkazów ani 

do przeklinania mnie co pięć minut.

- Nie rozmawialiśmy w ostatnich dniach - przypomniał jej. - Więc jak mógłbym cię 

przeklinać?

- Przez tę obrzydliwą maszynę, którą dziś rano wyrzuciłam do śmieci.

Z niezmąconym spokojem zanotował coś w notesie.

- Przestań notować.

- Napisałem tylko, że potrzebna ci jest nowa automatyczna sekretarka. Doleciałaś bez 

kłopotu, jak widzę.

- Bez kłopotu? Odkąd cię poznałam, to znaczy odkąd wlazłeś do mojej pracowni, 

mam same kłopoty. Nic tylko kłopoty. Wydaje ci się, że możesz mieć wszystko co zechcesz, 

nie tylko moją sztukę, co już jest samo przez się niewłaściwe, ale także i mnie. Przyjechałam, 

żeby ci powiedzieć, że jesteś w błędzie. Nie będę... dokąd do diabła idziesz? Jeszcze nie 

skończyłam.

- Wcale nie uważam, że już skończyłaś. - Podszedł do drzwi, zamknął je na klucz i 

wrócił na miejsce.

- Otwórz drzwi.

- Nie.

Fakt, iż się uśmiechał, wcale nie ulżył jej nerwom.

- Nie dotykaj mnie.

- Kiedy właśnie mam na to ochotę. Mam zamiar zrobić coś, czego nie zrobiłem nigdy 

przez dwanaście lat mojej pracy w tym biurze.

Poczuła nagłe bicie serca.

background image

- Nie zrobisz tego.

Nareszcie coś ją poruszyło, zgorszyło, pomyślał. Zobaczył jej prześlizgujący się ku 

drzwiom wzrok, przyciągnął ją do siebie.

- Będziesz się wściekać, gdy z tobą skończę.

- Skończysz ze mnę? - Chciała go uderzyć, lecz nie zdążyła. Jego wargi miażdżyły jej 

usta. - Zdejmij ze mnie swoje łapy, brutalu.

-

Lubisz moje ręce. - I zaczął zdejmować z niej sweter. - Sama mi to mówiłaś.

- To kłamstwo. Nie chcę tego, Roganie. - Gdy jego gorące usta muskały jej szyję, 

protest przeszedł w pomruk. - Będę krzyczeć na całe gardło - zawołała, gdy ponownie złapała 

oddech.

- A więc krzycz. - Ugryzł ją. - Lubię, kiedy krzyczysz.

- Niech cię szlag trafi - wymamrotała. I nie stawiając już oporu, poddała się, gdy kładł 

ją na podłogę.

To był szybki, namiętny i szalony stosunek, który skończył się niemal natychmiast po 

tym, jak się zaczął. Lecz tempo nie umniejszyło jego natężenia. Rozedrgani, leżeli spleceni 

obok siebie. Rogan odwrócił głowę i wycisnął pocałunek na jej policzku.

- To miło, żeś wpadła, Maggie.

Zebrała wszystkie siły, by odepchnąć go od siebie.

- Zabieraj się, brutalu. - Manewr udał się prawie, ale on był szybszy, błyskawicznie 

zmienił pozycję, pociągając ją za sobą, aż wylądowała na nim okrakiem.

- Tak jest lepiej?

- Od czego? - Uśmiechnęła się, zapominając na ułamek sekundy o swojej wściekłości. 

Odepchnęła go, usiadła i zaczęła poprawiać ubranie. - Jesteś bezczelnym facetem, Roganie 

Sweeneyu.

- Dlatego, że cię powaliłem na podłogę?

-   Nie.   -   Zapięła   spodnie.   -   Byłoby   głupio   z   mojej   strony   tak   mówić,   skoro   jest 

oczywiste, że sprawiło mi to przyjemność.

- Aż nadto oczywiste.

Gdy wstał i podał jej rękę, posłała mu lodowate spojrzenie.

- To nie ma  z tym  nic wspólnego. Za kogo ty się uważasz, wydając mi rozkazy, 

mówiąc, co mam robić, nie pytając mnie o zdanie?

Pochylił się i podniósł ją z podłogi.

- Jesteś tutaj, prawda?

background image

- Jestem, ty świntuchu, żeby ci powiedzieć, że nie będę tego tolerowała. Już prawie 

miesiąc, jak wyszedłeś z mojego domu, pogwizdując sobie beztrosko, a...

- Brakowało mi ciebie.

Syknęła na niego.

- Ale mnie ciebie nie brakowało. Miałam więcej pracy, niż mogłam nadążyć. Och, 

wyprostuj ten kretyński krawat. Wyglądasz jak pijak.

Posłuchał jej.

- Brakowało mi ciebie, Margaret Mary, choć ilekroć do ciebie telefonowałem, nie 

zadałaś sobie ani razu fatygi, żeby mi to samo powiedzieć.

- Nie potrafię rozmawiać przez telefon. Jak można mówić do kogoś, kogo się nie 

widzi? A poza tym nie odbiegaj od tematu.

- Od jakiego tematu? - Oparł się wygodnie o biurko.

- Nie życzę sobie żadnych rozkazów. Nie jestem jedną z twoich sług ani pracownic, 

wbij to sobie do głowy. Zapisz to w tym swoim wytwornym notesie, jeśli masz trudności z 

pamięcią.   Ale   nigdy   więcej   mi   nie   mów,   co,   kiedy   i   jak   mam   robić.   -   Odetchnęła   z 

satysfakcją. - A teraz, gdy, mam nadzieję, że już wszystko ci wyjaśniłam, wracam do domu.

- Maggje. Jeśli nie zamierzasz zostać, to po co zapakowałaś walizkę?

Tu ją trafił. Cierpliwie czekał aż ochłonie, aż irytacja, konsternacja i zakłopotanie 

ustąpią z jej twarzy.

- Może mam zamiar zostać w Dublinie na dzień lub dwa? Mogę chyba robić, co chcę, 

prawda?

- Mmmm. Czy wzięłaś paszport?

Spojrzała na niego podejrzliwie.

- A jeśli tak, to co?

- Dobrze. - Obszedł biurko i usiadł. - To nam zaoszczędzi czasu. Myślałem, że przy 

swoim uporze zostawisz go w domu. A jazda w tę i z powrotem byłaby nużąca. - Poprawił się 

w fotelu i uśmiechnął do niej. - Dlaczego nie siadasz? Czy poprosić Eillen o herbatę?

- Nie mam zamiaru siadać ani pić herbaty. - Założyła ręce, odwróciła się i wpatrywała 

w wiszący na ścianie obraz Georgii O'Keeffe. - Dlaczego nie przyjechałeś?

- Było  wiele przyczyn.  Po pierwsze, zawalony byłem  pracą. Musiałem wyjaśnić  i 

uporządkować wiele spraw, pracowałem więc na trzy zmiany. Po drugie, chciałem trzymać 

się przez pewien czas z dala od ciebie.

-   Och,   czyżby?   -   Nie   odrywała   wzroku   od   śmiałych   kolorów   obrazu.   -   A   teraz 

zmieniłeś zdanie?

background image

- Ponieważ nie przypuszczałem, jak bardzo pragnę być z tobą. - Czekał, potrząsnął 

głową. - Nie odpowiadasz, rozumiem. Nie masz zamiaru powiedzieć niczego w rodzaju „tak 

bardzo pragnęłam być z tobą”?

- Pragnęłam. Nie dlatego, żebym  nie miała własnego życia. Ale zdarzały się takie 

chwile, kiedy potrzebna mi była twoja obecność.

Więcej już chyba z niej nie wydobędzie. Dobre i to!

- No więc mnie masz. Czy usiądziesz teraz, Maggie? Musimy o czymś porozmawiać.

- W porządku, niech będzie. - Odwróciła się i usiadła na wprost biurka. Pomyślała, że 

doskonale   wygląda.   Dostojny,   kompetentny,   na   miejscu.   Zupełnie   nie   podobny   do 

mężczyzny, który w dzikiej szamotaninie na biurowym dywanie dał upust swym żądzom. 

Uśmiechnęła się na tę myśl.

- Co takiego?

- Właśnie zastanawiam się, co sobie myśli twoja sekretarka, tam, za drzwiami.

Uniósł brew.

- Jestem pewien, że jest przekonana, iż prowadzimy cywilizowaną rozmowę na temat 

interesów.

- Ha, ha! Wydała mi się wrażliwą kobietą, ale masz wszelkie prawo, by tak uważać. - 

Zadowolona z posianej w nim wątpliwości, położyła  stopę na kolano. - A więc o jakich 

sprawach związanych z biznesem dyskutujemy?

-   Ach...   twoje   prace   z   ostatnich   kilku   tygodni   są   nadzwyczajne.   Jak   wiesz, 

odłożyliśmy   dziesięć   sztuk   z   poprzedniej   wystawy   i   chcemy   je   włączyć   do   wystawy 

objazdowej   w   bieżącym   roku.   Chciałbym   także   zatrzymać   w   Dublinie   kilka   twoich 

najnowszych prac, natomiast pozostałe są już w drodze do Paryża.

- Wiem o tym od twojej szalenie sprawnej i szalenie wrażliwej sekretarki Eileen. - 

Zaczęła stukać palcami o nogę. - Nie wzywałeś mnie chyba do Dublina, żeby powtórzyć to 

samo... Nie sądzę także, że wezwałeś mnie na tę próbkę wyuzdanego seksu na biurowym 

dywanie.

- Nie, nie po to. Wolałbym omówić z tobą szczegóły planu przez telefon, ale ani razu 

nie pofatygowałaś się, by odpowiedzieć.

- Większość czasu spędzałam poza domem. Masz wyłączne prawo na moją pracę, ale 

nie na mnie, Roganie. Prowadzę własne życie, i już ci to wiele razy tłumaczyłam.

- Wiele razy. - Poczuł, jak znowu ogarnia go złość. - Nie mam zamiaru wtrącać się w 

twoje życie. Kieruję twoją karierą. I w tym celu jadę do Paryża. Chcę dopilnować ekspozycji i 

mieć nadzór nad wystawą.

background image

Paryż. Nie upłynęła jeszcze godzina, a on już mówi o wyjeździe. Poczuła kamień na 

sercu. By nie zdradzić swojego rozczarowania, odezwała się obojętnym głosem:

- To cud, że twój biznes rozwija się tak wspaniale, Roganie. Myślałam jednak, że 

ludzie   których   zatrudniasz,   sami   mogą   się   zająć   takimi   szczegółami,   i   że   nie   trzeba   im 

zaglądać przez ramię.

- Zapewniam cię, że pracują u mnie sami kompetentni ludzie. Tak się złożyło, że 

nabyłem prawa do twojej pracy i sam pragnę dopilnować wszystkich szczegółów. Chcę, żeby 

wszystko zostało zapięte na ostatni guzik.

- Co znaczy, że chcesz to zrobić na swój sposób.

- Dokładnie. I chcę, żebyś ze mną pojechała.

Nie potrafiła się powstrzymać od drobnej, sarkastycznej uwagi:

- Do Paryża? Z tobą?

-   Zdaję  sobie   sprawę,   że   możesz   mieć   pewne   artystyczne,   a   może   nawet   etyczne 

zastrzeżenia przed promowaniem własnej sztuki, ale przecież na wystawie w Dublinie byłaś 

zupełnie dobra. Byłoby korzystnie, gdybyś, choć na krótko, pokazała się na swojej pierwszej 

międzynarodowej wystawie.

- Moja pierwsza międzynarodowa wystawa - powtórzyła, i kiedy zdanie dotarło do jej 

świadomości, zaniemówiła z wrażenia. - Ale ja... ja nie mówię po francusku.

- To żaden problem. Rzucisz okiem na paryską galerię, rozdzielisz trochę uśmiechów, 

oczarujesz ludzi i będziesz miała masę czasu na podziwianie miasta. - Czekał na odpowiedź, 

ale z jej wzroku nie wyczytał niczego. - A więc?

- Kiedy?

- Jutro.

- Jutro. - Pierwsze, niejasne jeszcze uczucie paniki sprawiło, iż złapała się rękoma za 

brzuch. - Chcesz, żebym jutro pojechała z tobą do Paryża?

- Jeśli nie masz innych naglących zobowiązań?

- Nie, nie mam.

- A więc postanowione. - Sposób w jaki wyraził ulgę, był niemal że brutalny. - A 

kiedy nasycimy się paryskim sukcesem, chciałbym, żebyś pojechała ze mną na południe.

- Na południe?

- Mam nad Morzem Śródziemnym willę. Chcę tam z tobą pobyć, we dwoje, Maggie. 

Żeby nic i nikt nam nie przeszkadzał i nie rozpraszał nas. Tylko we dwoje.

Podniosła na niego wzrok.

- To dlatego aż tyle pracowałeś w ciągu ostatnich tygodni?

background image

- Tak.

- Nie krzyczałabym na ciebie, gdybyś mi to wszystko wytłumaczył.

- Najpierw musiałem to sobie samemu wytłumaczyć. Pojedziesz?

- Pojadę. - Uśmiechnęła się. - Wystarczyło tylko poprosić.

W godzinę później wpadła do galerii. Nie mogąc się doczekać, aż Joseph skończy 

czarować   klientkę,   która   mogłaby   być   jej   matką,   Maggie   obeszła   główna   salę   galerii. 

Wystawę Indian zastąpiły rzeźby z metalu. Zaintrygowana formami, pełna podziwu, straciła 

poczucie czasu i hierarchii ważności.

- Niemiecki artysta - za jej plecami odezwał się Joseph. - To szczególna twórczość. 

Jest głęboka, jakby pochodziła z samych trzewi artysty, a jednocześnie promienna i radosna. 

To jak pochwała elementarnych żywiołów przyrody.

-   Ziemia,   ogień,   woda,   i   sugestia   wiatru   w   sposobie   potraktowania   powierzchni 

miedzi.   -   Wypowiedziała   lekko   i   swobodnie,   wpadając   w   jego   ton.   -   Potężne   i   silne   na 

pierwszy rzut oka, ale z podskórnym żarcikiem, sugerującym zacięcie satyryczne.

- I może być twoje za jedyne dwa tysiące funtów.

-   Okazja!   Żałuję,   że   nie   mam   przy   sobie   złamanego   grosza.   -   Odwróciła   się, 

roześmiała   i   pocałowała   go.   -   Świetnie   wyglądasz,   Josephie.   Ile   serc   podbiłeś   od   czasu 

mojego wyjazdu?

- Ani jednego. Ponieważ ono należy do ciebie.

- Ha! ha! Dobrze, że oboje znamy się na twoich pochlebstwach. Czy masz chwilkę 

czasu?

- Dla ciebie? Całe dni, tygodnie! - Pocałował ją w rękę. - Lata!

- Wystarczy minuta, Josephie Co muszę mieć na Paryż?

- Obcisły czarny sweter, krótką spódniczkę i bardzo wysokie obcasy.

- Tu chodzi o szczególną okazję. Muszę tam jechać, a nie mam zielonego pojęcia, w 

co się ubrać. Próbowałam porozumieć się z panią Sweeney, ale nie będzie jej przez cały 

dzień.

-   A   więc   wybrałaś   mnie   z   braku   laku.   Nie   odbieraj   mi   złudzeń.   -   Dał   znak 

pracownikowi, by go zastąpił. - Wszystko czego będziesz potrzebowała w Paryżu, Maggie, to 

romantycznego serca.

- Gdzie mogę je kupić?

- Masz swoje własne. Nie ukryjesz tego przede mną. Widziałem twoje prace.

Skrzywiła się, po czym ujęła go pod rękę.

background image

-   Posłuchaj   mnie,   nikomu   się   z   tego   nie   zwierzałam,   ale   nigdy   jeszcze   nie 

podróżowałam. W Wenecji zajmowałam się nauką i nie zawracałam sobie głowy ubraniami. 

No  i  musiałam   pamiętać  o  regularnym  płaceniu  czynszu.  Wolałabym   nie  zrobić  z  siebie 

idiotki w Paryżu.

- To ci nie grozi. Domyślam się, że jedziesz z Roganem, a on zna miasto jak rodowity 

Paryżanin. Musisz tylko zachowywać się nieco arogancko, być nieco znudzona i będziesz 

idealna, akurat jak trzeba.

- Musisz mi poradzić w sprawach mody. Och, to poniżające, ale nie mogę przecież 

pojechać tak jak stoję. Nie zamierzam robić z siebie modelki, ale też nie chcę wyglądać jak 

kuzynka Rogana z głuchej prowincji.

- Hmmm. - Joseph postanowił podejść poważnie do sprawy. Odsunął ją na odległość 

ręki, po czym długo i wnikliwie przyglądał się jej. - Wyglądasz świetnie, taka jaka jesteś, 

ale...

- Ale?

- Kup sobie jedwabną bluzkę, doskonale uszytą, lejącą się. W żywych kolorach, moja 

droga, żadnych pasteli. I do tego w tym samym stylu spodnie. Zdaj się na własny gust w 

wyborze   kolorów.   Niech   będą   to   raczej   kontrastujące,   kłócące   się   zestawienia.   A   krótka 

spódniczka jest obowiązkowa. Masz ze sobą tę czarną suknię?

- Nie wzięłam jej.

Cmoknął językiem jak poczciwa stara ciotka.

- Powinnaś być przygotowana na różne sytuacje. W porządku, ten styl i tak wychodzi 

już z mody, pomyślmy raczej o czymś błyszczącym. O czymś, co oślepia wzrok. - Poklepał 

stojącą obok niego rzeźbę. - Te metalowe odcienie pasowałyby do ciebie. Nie szukaj niczego 

klasycznego, postaw na wyrazistość i na mocny efekt. - Zadowolony ze swojego pomysłu, 

dodał. - Pasuje ci to? Co o tym sądzisz?

- Jestem zakłopotana. Wstyd mi, że poświęcam temu tyle uwagi.

- Nie ma w tym nic wstydliwego. To po prostu jedna z form prezentacji.

-   Być   może,   ale   będę   ci   wdzięczna,   jeżeli   nie   wspomnisz   o   tym   nawet   jednym 

słówkiem Roganowi.

- Traktuj mnie jak swojego spowiednika, kochanie. - Jego wzrok powędrował ponad 

jej ramieniem i Maggie dostrzegła w nim błysk radości.

W   drzwiach   pojawiła   się   Patrycja,   która   po   krótkiej   chwili   wahania   przemierzyła 

lśniącą, terakotową podłogę i podeszła do nich.

- Witaj, Maggie. Nie wiedziałam, że przyjeżdżasz do Dublina.

background image

-   Ja   również   nie   wiedziałam.   -   Co   za   zmiana!   pomyślała   Maggie.   Ani   śladu 

zawoalowanego   smutku,   delikatnego   dystansu.   Wystarczyło   jednak   spojrzeć   jakim 

promiennym   wzrokiem   patrzy   na   Josepha,   by   nie   szukać   odpowiedzi.   Aha,   pomyślała 

Maggie. To stąd wieje wiatr!

- Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam tylko powiedzieć Josephowi... - Patrycja 

zająknęła się. - Tak się złożyło, że tędy przechodziłam i przypomniałam sobie o sprawie, o 

której dyskutowaliśmy. A więc spotkanie jest o siódmej?

- Tak. - Joseph zanurzył ręce w kieszeniach. Wolał, żeby nie było widać, jak bardzo 

się rwie, by ją objąć. - O siódmej.

- Obawiam się, że nie zdążę. Czy nie można by przełożyć tego na wpół do ósmej? O 

ile to nie zakłóci twojego harmonogramu.

- Spróbuję to jakoś urządzić.

- Dobrze. Bardzo dobrze. - Stała jeszcze przez chwilę zapatrzona nieprzytomnie w 

Josepha, dopóki nie przypomniała sobie o Maggie i dobrych manierach. - Czy długo zabawisz 

w mieście?

- Tym razem nie. Jutro wyjeżdżam. - Powietrze aż skwierczy od rozgrzanej atmosfery, 

pomyślała   Maggie.   Aż   dziw,   że   jeszcze   rzeźby   nie   zaczęły   się   topić.   -   Ściślej   mówiąc, 

odchodzę już teraz.

- Och, nie, proszę, nie uciekaj z mojego powodu. Muszę już iść. - Patrycja posłała 

kolejne tęskne spojrzenie w stronę Josepha. - Czekają na mnie ludzie. Chciałam tylko... no 

cóż, do zobaczenia.

Maggie odczekała krótką chwilę.

- Czy zamierzasz tak stać? - syknęła na Josepha, gdy Patrycja była już przy drzwiach.

- Hmmm? Co? Przepraszam cię na moment. - Pomknął do drzwi. Patrycja odwróciła 

się, zaczerwieniła i uśmiechnęła. Po czym padli sobie w ramiona.

Romantyczna   dusza   Maggie,   do   której   się   nie   przyznawała   nawet   przed   sobą,   aż 

pęczniała ze szczęścia. A gdy Patrycja wybiegła, Joseph tkwił w tym samym miejscu i patrzył 

za nią jak porażony światłem.

- A więc twoje serce należy do mnie, czyż tak?

Oszołomienie powoli znikało z jego twarzy.

- Jaka ona piękna, prawda?

- Nikt temu nie przeczy.

- Kocham ją od dawna, jeszcze zanim poślubiła Robbiego. Ale nigdy nie myślałem, 

nie wierzyłem... - Zaśmiał się cichutko, zamroczony swoją miłością. - Myślałem, że kocha 

background image

Rogana.

- Na to wyglądało. A teraz gołym okiem widać, że dałeś jej szczęście. - Pocałowała go 

w policzek. - Cieszę się za ciebie.

- To znaczy... staramy się zachować to w tajemnicy. Przynajmniej przez jakiś czas. Jej 

rodzina... Nie jestem pewny, czy jej matka mnie zaakceptuje.

- Do diabła z jej matką!

-   Patrycja   mówi   niemal   to   samo.   -   Gdy   o   tym   pomyślał,   uśmiech   zgasł   na   jego 

wargach. - Ale nie chciałbym stać się przyczyną jakiś jej zmartwień. I dlatego byłbym ci 

bardzo wdzięczny, gdybyś nikomu o tym nie mówiła.

- Nawet Roganowi?

- Pracuję dla niego, Maggie. Jest moim przyjacielem, to prawda, ale przecież pracuję 

dla niego. Patrycja jest wdową po jego najdawniejszym przyjacielu, jest kobietą, którą sam 

adorował. Wiele osób uważa, że Patrycja zostanie jego żoną.

- Nie sądzę, by Rogan też tak uważał.

- Na razie niech tak zostanie, sam mu o tym powiem w odpowiednim czasie.

- To twoja spraw, Josephie. Twoja i Patrycji. A więc milczenie za milczenie.

- Jestem ci bardzo wdzięczny.

- Nie ma potrzebny. Jeżeli Rogan okaże się aż tak twardogłowy, że nie zaaprobuje 

tego, wystawi się na pośmiewisko.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Paryż był gorący, parny i tłoczny, a ruch uliczny przerażający. Samochody, autobusy, 

motorowery   hamowały   z   piskiem,   wyprzedzały   się,   pędziły   na   oślep,   jakby   między 

kierowcami trwał wieczny pojedynek. Po chodnikach, w barwnej, pieszej paradzie, płynął 

ludzki tłum. Kobiety w krótkich spódniczkach, o których mówił Joseph, kroczyły dumne ze 

swych smukłych  sylwetek, znudzone i niesłychanie  eleganckie. Z tarasów  kawiarni, znad 

małych  stoliczków, przy których sączyli  czerwone wino lub popijali mocną czarną kawę, 

przyglądali się im równie modni mężczyźni.

A   naokoło   pełno  było  kwiatów   -  róże,  gladiole,   nagietki,  lwie   paszcze,   .  begonie 

wylewały się ze straganów, wystawiały główki do słońca na klombach, wysypywały się z rąk 

młodych dziewczyn, których nogi połyskiwały bielą w promieniach słońca.

Migali chłopcy z długimi na metr złocistymi bagietkami, wystającymi z koszyków. 

Grupy turystów składały się - do kamer niczym do dubeltówek, by wstrzelić się migawką w 

paryskie życie.

A także  psy.  Miasto stanowiło istne psie sanktuarium.  Prowadzono je na smyczy, 

czaiły   się   w   alejach   parkowych,   rzucały   się   koło   sklepów.   Nawet   najmarniejszy   kundel 

wydawał się egzotyczny, nadzwyczaj cudzoziemski i arogancko francuski.

Maggie obserwowała to wszystko z okna wychodzącego na Plac Zgody.

Była   w   Paryżu.   Powietrze   przesycone   było   dźwiękami,   zapachami   i   migoczącym 

światłem. A jej kochanek spał jak kamień.

Albo tak jej się wydawało.

Przez jakiś czas przyglądał się, jak obserwuje Paryż. Leżała wychylona przez wielkie 

okno, nie bacząc na bawełnianą, nocną koszulę z opuszczonym lewym ramiączkiem. Kiedy 

przyjechali  wczoraj wieczorem,  zdawała się zupełnie  obojętna na miasto.  Zrobiła  wielkie 

oczy na widok wytwornego westybulu Hotelu Crillon, ale nie skomentowała niczego, gdy się 

meldowali.

Niewiele   więcej   powiedziała,   gdy   weszli   do   przepysznego,   całego   w   aksamitach 

apartamentu, w którym zniknęła, podczas gdy dawał napiwek pokojowemu.

Kiedy ją spytał  czy odpowiada  jej  apartament,  wzruszyła  zwyczajnie  ramionami  i 

powiedziała, że ujdzie.

Rozśmieszyła go. Pociągnął ją do łóżka.

Ale   teraz   nie   jest   już   tak   zblazowana,   zauważył.   Widział   natomiast,   jak   drży   z 

podniecenia, przyglądając się ulicy, jak pochłonięta jest ożywionym tempem miasta. Nic nie 

background image

cieszyło go bardziej, niż możność ofiarowania jej Paryża.

- Jeśli się jeszcze bardziej wychylisz, zatrzymasz cały ruch uliczny.

Drgnęła   i   odgarniając   włosy   z   oczu,   spojrzała   w   miejsce,   gdzie   leżał   pośród 

zmiętoszonych prześcieradeł, w stertach poduszek.

- Nawet bomba nie zatrzymałaby tego ruchu. Dlaczego oni koniecznie chcą pozabijać 

jeden drugiego?

- To sprawa honoru. Co powiesz na przechadzkę w dziennym świetle?

- Potworny tłok.  Jeszcze  gorszy niż  w Dublinie.  - Przestała  się  jednak  zgrywać  i 

uśmiechnęła   się   do   niego   szeroko.   -   Miasto   jest   prześliczne,   Roganie.   Jak   stara, 

rozkapryszona   kobieta,   której   należy   złożyć   hołd.   A   na   dole   jest   sprzedawca   z   morzem 

kwiatów. I za każdym razem, gdy ktoś się zatrzymuje, by na nie popatrzeć lub je kupić, udaje, 

że go nie widzi, jakby dostrzeżenie kupca było poniżej jego godności. Ale bierze od niego 

pieniądze i dokładnie przelicza każdego centyma.

Wdrapała się z powrotem do łóżka i wyciągnęła się na Roganie.

- Doskonale rozumiem, co on czuje - szepnęła. - Nie ma nic bardziej irytującego, niż 

sprzedawanie tego, co się kocha.

- Gdyby ich nie sprzedawał, zwiędłyby. - Uniósł jej podbródek. - Jeśli nie sprzedajesz 

tego, co kochasz, także cząstka ciebie umiera.

- No tak, zwłaszcza ta cząstka, która potrzebuje pokarmu. Czy nie zadzwoniłbyś na 

jednego z tych wytwornych kelnerów i nie poprosił o śniadanie?

- A na co byś miała ochotę?

Oczy się jej roześmiały.

- Och, na wszystko. Zacznijmy więc od...

Odgarnęła prześcieradło i radośnie przywarła do niego.

Niedługo później wyszła spod prysznica, owinięta w aksamitny, biały szlafrok, który 

wisiał na drzwiach łazienki. Zastała Rogana przy stole, przy oknie w salonie, nalewającego 

kawę i czytającego gazetę.

- To po francusku! - Obwąchała koszyczek z croissantami. - Czytasz po francusku i po 

włosku?

-   Mmmm.   -   Zamruczał,   nie   odrywając   wzroku   od   rubryki   poświęconej   sprawom 

finansowym. Właśnie rozważał, czy nie skontaktować się z maklerem.

- A poza tym?

- Poza czym?

background image

- Co jeszcze czytasz? To znaczy w jakim języku czytasz i mówisz?

- Trochę po niemiecku. Na tyle nieźle po hiszpańsku, że potrafię się dogadać.

- Po gaelicku?

- Nie. - Przewrócił stronę, wypatrując informacji o aukcjach sztuki. - A ty?

- Ojciec matki mówił, więc się nauczyłam. = - Rozsmarowując konfiturę na gorącym 

croissancie, wzruszyła niecierpliwie ramionami. - Sądzę, że nie jest zbyt dobry, chyba że do 

przekleństw. Nie dostałbyś najlepszego stolika we francuskiej restauracji, gdybyś mówił po 

irlandzku.

- Jest cenny.  Utraciliśmy wiele z naszego dziedzictwa. - Nie raz rozmyślał na ten 

temat.   -   Ogromna   szkoda,   że   tylko   w   nielicznych   enklawach   można   jeszcze   usłyszeć 

irlandzką mowę. - Ponieważ poruszyli temat, który był mu bardzo bliski, z którym wiązał 

pewne pomysły, złożył gazetę i odłożył ją na bok. - Powiedz coś po gaelicku.

- Teraz jem.

- Powiedz coś do mnie, Maggie, w starym języku.

Wydała   krótki   dźwięk   zniecierpliwienia,   ale   zrobiła   mu   tę   przyjemność.   To   co 

wypowiedziała było melodyjne, egzotyczne i tak mu obce, jak Greka.

- Co powiedziałaś?

- Że miło jest ujrzeć rano twoją twarz. - Uśmiechnęła się. - Jak widzisz w tym języku 

można równie dobrze kląć, jak być przymilnym. A teraz powiedz coś po francusku.

Posłuchał jej, a nawet posunął się nieco dalej. Pochylił się, dotknął ustami jej wargi i 

wyszeptał:

- Me reveiller a cóte de toi, c'est le plus beau de tous les reves.

Zrobiło się jej słodko i rzewnie na sercu:

- Co to znaczy?

- Że przebudzenie się u twojego boku jest jak najpiękniejszy sen.

Opuściła oczy.

- No cóż, wydaje się, że francuski język bardziej się nadaje do ładnych tekstów niż 

niewyszukany angielski.

Jej   prędka,   niezamierzona,   typowo   kobieca   reakcja   rozbawiła   go   i   jednocześnie 

rozczuliła.

- Tu cię trafiłem. Powinienem był zacząć moje konkury od francuskiego, ty snobko!

- Nie bądź niemądry.  - Ale istotnie,  trafił  w samo  sedno. By ukryć  zakłopotanie, 

zabrała się ostro do jedzenia. - Co ja jem?

- Jajka a la Benedict.

background image

- Dobre - powiedziała z pełnymi ustami. - Trochę za ciężkie, ale dobre. Co potem 

będziemy robić, Roganie?

- Jeszcze jesteś zaczerwieniona, Maggie.

- Wcale nie. - Spojrzała śmiało w jego przymrużone oczy. - Chciałabym wiedzieć 

jakie mamy plany. Mam nadzieję, że tym razem przedyskutujesz to ze mną, zamiast mnie 

ciągać gdzieś jak skretyniałego psa.

- Coraz bardziej rozsmakowuję się w jadowitym żądle, które nazywasz językiem - 

powiedział   żartobliwie.   -   Chyba   tracę   głowę.   Ale   zanim   mnie   znowu   ukąsisz,   sądzę,   że 

zechcesz pooglądać trochę miasto. Na pewno ucieszy cię wizyta w Luwrze. Myślę więc, by 

ranek przeznaczyć  na poszwendanie się lub na zakupy,  lub na cokolwiek będziesz miała 

ochotę. A po południu pójdziemy do galerii.

Spodobał   się   jej   pomysł   zwiedzenia   wielkiego   muzeum.   Dopiła   kawę   Rogana,   a 

następnie podgrzała własną filiżankę herbaty.

- Sądzę, że chętnie bym się powłóczyła. A jeśli chodzi o zakupy, chciałabym kupić 

jakiś prezent dla Brianny.

- Przy okazji mogłabyś pomyśleć o czymś dla Maggie.

- Maggie niczego nie potrzebuje. A poza tym, nie stać mnie na nic.

- Co za absurd. Nie musisz przecież sobie odmawiać jednego czy dwóch prezentów. 

Zarobiłaś na nie.

- Wszystko co zarobiłam, wydałam. - Skrzywiła się nad filiżanką. - Że też oni mają 

czelność nazywać to herbatą!

- Co to znaczy „wydałam”? - odłożył na bok widelec. - Dopiero miesiąc temu dałem ci 

czek sześciocyfrowy. Trudno jest roztrwonić taką sumę!

- Roztrwonić? - Wykonała niebezpieczny ruch nożem. - Czy wyglądam na rozrzutną?

- Na Boga, nie!

- To co chciałeś przez to powiedzieć? Że nie umiem, że nie mam stylu w wydawaniu 

swoich pieniędzy, czy tak?

Uniósł rękę, by ją uspokoić.

-   Niczego   nie   chciałem   powiedzieć,   poza   tym,   co   powiedziałem.   Ale   jeżeli 

przeszastałaś pieniądze, które ci dałem, chciałbym wiedzieć w jaki sposób.

- Niczego nie przeszastałam, a poza tym to nie twój biznes.

-   Ty   jesteś   moim   biznesem.   Jeśli   nie   potrafisz   gospodarować   swoimi   pieniędzmi, 

mogę to robić za ciebie.

- Nie potrzeba. Z jakiej racji, ty napuszony kutasie, ty dusigroszu, skoro te pieniądze 

background image

są moje, może nie?! No i rozeszły się, a w każdym razie prawie nic już nie zostało. Zadbaj 

więc o sprzedaż moich prac i daj mi więcej pieniędzy.

- Właśnie mam zamiar to zrobić. A teraz powiedz, na co poszły te pieniądze?

- Wyfrunęły. - Rozwścieczona, zakłopotana, odsunęła się od stołu. - Mam wydatki, to 

chyba   normalne?   Potrzebne   mi   były   różne   narzędzia   i   chemikalia,   i   byłam   na   tyle 

lekkomyślna, że kupiłam sobie sukienkę.

Założył ręce.

- W ciągu miesiąca wydałaś prawie dwieście tysięcy funtów na dodatki i na suknię.

- Miałam dług do spłacenia - warknęła. - Dlaczego mam ci się spowiadać. W twoim 

cholernym kontrakcie nie jest nigdzie powiedziane, jak mam wydawać własne pieniądze.

- Kontrakt nie ma z tym nic wspólnego - powiedział spokojnie, widząc, że dalsza 

rozmowa   staje   się   niebezpieczna;   to   nie   złość   przemawiała   przez   Maggie,   lecz   wstyd   i 

upokorzenie. - Pytam cię tylko, na co poszły pieniądze. Ale nie masz żadnego obowiązku mi 

odpowiadać.

Jego opanowany ton sprawił, iż poczuła się jeszcze bardziej upokorzona.

-   Kupiłam   matce   dom,   choć   nigdy   mi   za   to   nie   podziękuje.   Musiałam   go   także 

umeblować,   to   chyba   zrozumiałe?   W   przeciwnym   razie   zabrałaby   wszystko   Briannie, 

włącznie z ostatnią poduszką. - W swej bezradności przeciągnęła obiema rękoma po włosach, 

robiąc z nich ognistą strzechę. - Musiałam także zatrudnić Lottie i zadbać o to, żeby miały 

samochód. Podjęłam się wypłacać tygodniową pensję, dałam więc Briannie pieniądze na pół 

roku z góry.  Był  jeszcze dług pod zastaw hipoteczny.  Brianna będzie wściekła kiedy się 

dowie, że go spłaciłam. Ale uważałam, że muszę go spłacić, ponieważ tatuś zaciągnął go na 

moją naukę. A więc spłaciłam. Dotrzymałam danego mu słowa i nie życzę sobie, żebyś mi 

mówił, co powinnam, a czego nie powinnam robić z moimi własnymi pieniędzmi.

Mówiąc  to,   krążyła   wściekła   po  pokoju,  po  czym   zatrzymała  się  przy  stole,  przy 

którym cierpliwie, w milczeniu, siedział Rogan.

- Czy mógłbym to podsumować? - zapytał. - Kupiłaś dom dla matki, urządziłaś go, 

nabyłaś samochód i zatrudniłaś dla niej panią do towarzystwa. Spłaciłaś dług, co nie spodoba 

się twojej siostrze, ale do spłacenia którego poczuwałaś się w obowiązku. Dałaś Briannie 

pieniądze   na   półroczne   utrzymanie   matki,   kupiłaś   sobie   narzędzia   do   pracy.   A   za   resztę 

kupiłaś sukienkę.

- Tak jest. Właśnie tak powiedziałam. I co z tego?

Stała   przed   nim,   trzęsąca   się   ze   złości,   z   ogniem   w   oczach,   gotowa   do   walki. 

Pomyślał,   że   mógłby   jej   powiedzieć,   jak   bardzo   ją   podziwia   za   tę   nieopisaną   hojność   i 

background image

lojalność wobec rodziny. Ale wątpił, czy doceniłaby jego wysiłek.

- To wszystko wyjaśnia. - Wziął znowu swoją kawę. - Postaram się, żebyś dostała 

zaliczkę.

Nie była pewna czy słowa przejdą jej przez gardło. Kiedy spróbowała, wydała z siebie 

coś na kształt groźnego syku.

- Nie chcę żadnej cholernej zaliczki. Nie chcę i już. Sama zarobię na siebie.

- Przecież to robisz... i to zupełnie nieźle. Tu nie chodzi o charytatywny gest, Maggie, 

ani nawet o pożyczkę. To jest po prostu handlowa transakcja.

- Niech cię szlag trafi razem z twoją transakcją. - Na jej twarzy pojawił się rumieniec 

zakłopotania. - Nie wezmę grosza, dopóki go nie zarobię. Waśnie pozbyłam się wszystkich 

długów. Nie zamierzam zaciągać nowych.

- Boże, jakaś ty uparta. - Stukając palcami w stół, zastanawiał się nad jej reakcją, 

próbując zrozumieć, skąd się w niej bierze taka furia. Jeśli to jest duma, na której jej tak 

rozpaczliwie zależy, postara się jej nie urazić. - Bardzo dobrze, załatwimy to w inny sposób. 

Mieliśmy wielu klientów na twoje Ujarzmienie, ale odesłałem ich z kwitkiem.

- Odesłałeś ich z kwitkiem?

- Taa. Ostatni, o ile dobrze pamiętam, ofiarował trzydzieści tysięcy.

- Funtów! - Słowa, jak lawa, popłynęły z jej ust. - Miałam propozycję za trzydzieści 

tysięcy funtów, a ty się nie zgodziłeś? Czyś ty oszalał? Może to dla ciebie nic, albo prawie 

nic, Roganie Sweeneyu, ale ja mogłabym żyć dostatnio za tę sumę przez ponad rok. Jeśli w 

ten sposób prowadzisz swój...

- Uspokój się. - A ponieważ wypowiedział to zwyczajnie, bezosobowo, posłuchała go. 

- Odmówiłem sprzedaży, ponieważ sam chciałem kupić, tę rzeźbę, po wszystkich wystawach. 

A teraz  po prostu ją kupię i objedzie świat jako część mojej kolekcji. Dostaniesz za nią 

trzydzieści pięć tysięcy.

Dorzucił tę kwotę jakby jakąś luźną resztkę, która przypadkowo wypadła mu na stół.

Coś się w niej zatrzęsło, coś zadrżało, jak serce przerażonego ptaka.

- Dlaczego?

- Ze względów etycznych nie mogę tego kupić dla siebie za tę samą cenę, jaką oferuje 

klient.

- Nie, chcę wiedzieć, dlaczego masz zamiar ją kupić?

Przerwał swoje kalkulacje i spojrzał na nią.

- Ponieważ to jest piękna praca, bardzo osobista praca. I ponieważ, ilekroć na nią 

patrzę, przypominam sobie, jak się kochaliśmy pierwszy raz. Nie chciałaś jej sprzedawać. 

background image

Czy myślisz, że nie odczytałem tego z twojej twarzy w dniu, w którym mi ją pokazałaś? Czy 

naprawdę uważasz, że nie potrafię zrozumieć, ile cię kosztuje pozbycie się jej?

Oniemiała, pokiwała tylko głową i odwróciła się.

-   Była   moja,   Maggie,   jeszcze   zanim   ją   skończyłaś.   Myślę,   że   w   równym   stopniu 

należała do mnie jak do ciebie. I nigdy nikt jej nie dostanie. Nigdy nie zamierzałem oddać jej 

w cudze ręce.

W milczeniu podeszła od okna.

- Nie chcę, żebyś mi za nią płacił.

- Nie mów głupstw...

- Nie chcę twoich pieniędzy - powiedziała szybko, gdy tylko zebrała siły.  - Masz 

rację...  ta  rzeźba  ma  dla   mnie   szczególne   znaczenie,   i  byłabym   ci  wdzięczna,   gdybyś  ją 

przyjął  ode  mnie.   - Zrobiła   głęboki  wydech   i  nadal  nie  odrywała  oczu  od  okna. -  Będę 

szczęśliwa wiedząc, że jest twoja.

- Nasza - powiedział takim tonem, że jak zahipnotyzowana przeniosła na niego wzrok. 

- i tak miało być od początku.

- Niech będzie, nasza. - Westchnęła. - I jak mogę być zła na ciebie? - powiedziała 

spokojnym głosem. - Jak mogę z tobą walczyć?

- Nie musisz.

Obawiała się, że ma rację.

- Jestem ci wdzięczna za zaproponowanie mi zaliczki, ale jej nie chcę. To dla mnie 

ważne, żeby brać tylko za to, co robię, ale po zrobieniu tego. Wystarczy mi to, co odłożyłam. 

Na razie nie potrzebuję więcej. To co miałam zrobić, zrobiłam. Od tego momentu wszystko 

co zarobię będzie moje.

- To są przecież tylko pieniądze, Maggje.

- Łatwo tak mówić, jeśli ma się je w nadmiarze. - Napięty ton jej głosu, tak bardzo 

podobny do głosu matki, zmroził ją. Wzięła głęboki oddech i wyrzuciła z siebie wszystko, co 

leżało   jej   na   sercu.   -   Pieniądze   były   w   moim   domu   jak   otwarta   rana...   brak   pieniędzy, 

zręczność, z jaką ojciec je tracił, i wieczne upominanie się matki o nie. Nie chcę, żeby moje 

szczęście zależało od pieniędzy, Roganie. A sama myśl, że tak może być przeraża mnie i 

zawstydza.

A więc dlatego walczyła z nim na każdym kroku, pomyślał, obserwując ją.

- Czy nie powiedziałaś mi kiedyś, że podnosząc codziennie do ust jeden koniec swojej 

dmuchawki, nie chcesz myśleć o zysku, jaki będziesz miała z tego, co zrobisz drugim jej 

końcem?

background image

- Tak, ale...

- A czy teraz myślisz tak samo?

- Roganie...

- Odwołujesz się do cieni, Maggie. - Wstał, by do niej podejść. - Jesteś kobietą, która 

już postanowiła, że jej przyszłość będzie zupełnie inna od jej przeszłości.

- Nie mogę zawrócić - szepnęła. - Nawet gdybym chciała, nie mogę zawrócić.

- Nie, nie możesz. Należysz do tych ludzi, którzy zawsze idą naprzód. - Pocałował ją 

delikatnie w czoło. - Czy mogłabyś się teraz ubrać, Maggie? Chcę ci ofiarować Paryż.

Zrobił   to.   Przez   blisko   tydzień   ofiarował   jej   wszystko,   co   miasto   miało   jej   do 

zaoferowania,   od  wspaniałości   katedry   Notre   Damę   po   intymny   nastrój   przyciemnionych 

kafejek.   Kupował   jej   codziennie   kwiaty   u   milczkowatego   sprzedawcy   ulicznego,   aż   ich 

apartament pachniał jak ogród. Włóczyli się wzdłuż Sekwany przy świetle księżyca, Maggie 

trzymała w ręku pantofle, a wietrzyk od rzeki chłodził jej policzki. Tańczyli w klubach przy 

raczej nieudolnych naśladownictwach amerykańskiej muzyki, jedli wspaniałe kolacje i pili 

wyborne wina u Maxima.

Przyglądała się, jak zanurza się wśród ulicznych artystów, wypatrując wśród nich nie 

oszlifowanego   diamentu.   I   choć   się   skrzywił,   kiedy   kupiła   zdecydowanie   zły   obraz 

przedstawiający  Wieżę   Eiffla,   roześmiała   się   tylko   i   powiedziała   mu,   że   sztuka   płynie   z 

duszy, i nie koniecznie musi być bezbłędnie wykonana.

Godziny   spędzone   w   paryskiej   galerii   były   równie   ekscytujące.   Jej   prace   nabrały 

blasku pod czujnym, fachowym okiem Rogana. O wszystkim pomyślał, wszystko zaplanował 

i zorganizował.

Inwestowanie w przedsięwzięcie, powiedział. Nie mogła zaprzeczyć, że dobrze dba o 

swoje interesy. Był równie żarliwy i uważny wobec jej sztuki tamtego popołudnia, co wobec 

jej ciała podczas długich nocy.

Kiedy już wszystko było gotowe, ostatnia praca rozbłysła w świetle lamp, pomyślała, 

że wystawa jest w równym stopniu rezultatem jego wysiłków, jak i jej własnych.

Ale partnerstwo nie zawsze układa się harmonijnie.

- Do diabła, Maggie, jeśli będziesz się tak grzebać, na pewno się spóźnimy. - Po raz 

trzeci zapukał do drzwi sypialni, w której się zamknęła.

-   A   jeżeli   nie   przestaniesz   mi   zawracać   głowy,   jeszcze   bardziej   się   spóźnimy   - 

zawołała. - Idź sobie. Lepiej będzie, gdy sam pojedziesz do galerii. Jak będę gotowa, trafię 

tam bez ciebie.

background image

- Czy można ci ufać? - mruknął.

- Nie potrzebuję nadzorcy, Roganie Sweeneyu. - Zasapała się, bezskutecznie próbując 

dosięgnąć   zamka   błyskawicznego   u   dołu   sukni.   -   W   życiu   nie   spotkałam   człowieka   tak 

cholernie uzależnionego od wskazówek zegarka.

-   A   ja   nie   spotkałem   kobiety   tak   kompletnie   lekceważącej   czas.   -   Czy   mogłabyś 

otworzyć drzwi? Można oszaleć od tego przekrzykiwania się.

- Dobrze, już dobrze. - Wyłamując prawie ramię, zapięła wreszcie suknię. Wsunęła 

stopy w brązowe pantofle, na idiotycznie wysokich obcasach, zaklęła pod nosem na własną 

głupotę i na to, że posłuchała rady Josepha, po czym przekręciła zamek w drzwiach. - Nie 

zmarnowałabym aż tyle  czasu, gdyby damskie ubrania robione były z taką samą troską i 

myślą o człowieku, co męskie. Wy przynajmniej macie zamki w zasięgu ręki. - Zatrzymała 

się i pociągnęła za rąbek krótkiej sukienki. - No jak, może tak być?

Bez słowa zakręcił palcem kółeczko, by się obróciła. Przewróciła niecierpliwie oczami 

i wykonała obrót.

Sukienka   była   bez   ramiączek,   miała   prawie   zupełnie   gołe   plecy,   zaś   spódniczka 

sięgała zaledwie do połowy ud. Połyskiwała brązem, miedzią, złotem, rzucała ogniste błyski 

przy każdym oddechu. Idealnie współgrała z jej włosami, nadając całości wygląd długiego, 

jasnego płomienia świecy.

- Maggie. Zatkało mnie.

- Szwaczka pożałowała materiału.

- Jestem pełen podziwu dla jej oszczędności.

Wpatrywał się w nią, nie mógł oderwać wzroku.

-  Zdaje  się,   że  mówiłeś,   iż  nie   mamy   chwili   do  stracenia  -  powiedziała,   unosząc 

ironicznie brwi.

- Zmieniłem zdanie.

Uniosła wyżej brwi, gdy ruszył w jej stronę.

- Ostrzegam cię. Jeśli mnie rozbierzesz, sam będziesz mnie z powrotem ubierał.

-   Choć   brzmi   to   niezmiernie   zachęcająco,   myślę,   że,   niestety,   będziemy   musieli 

odłożyć  to  na  później. Mam  prezent   dla  ciebie.   I wydaje  mi  się,  że  jakieś  dobre  duszki 

podpowiedziały mi, co wybrać. Uważam, że to będzie idealne wykończenie twojej kreacji.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni smokinga i wyjął płaskie, aksamitne pudełko.

- Kupiłeś mi już prezent. Tę ogromną butlę perfum.

- To był  prezent  dla mnie.  - Pochylił  się i powąchał je gołe  ramię.  Przydymiony 

zapach był jakby stworzony z myślą o niej. - Jak najbardziej dla mnie. A ten jest dla ciebie.

background image

- No cóż, skoro jest tak mały, że nie może być kolejną automatyczną sekretarką, biorę 

go. - Ale kiedy otworzyła pudełko, zamurowało ją. Rzucające ognie rubiny płonęły w trzech 

rzędach obok rozżarzonych do białości diamentów naszyjnika - obroży, połączonych ze sobą 

cudownymi, złotymi splotami. To nie było zwykłe świecidełko, lecz solidna, zuchwała jak 

błyskawica, jarząca się kolorami, gorąca i olśniewająca połyskiem biżuteria.

- Coś, co będzie przypominało Paryż - powiedział Rogan, wyjmując go z pudełka. 

Naszyjnik przelewał się między jego palcami jak krew i woda.

- To są diamenty, Roganie. Ja nie mogę nosić diamentów!

- Oczywiście, że możesz. - Założył jej na szyję i nie odrywając od niej ;, wzroku, 

umocował zapięcie. - Może tylko nie same. Są zimnie i nie pasują do ciebie. Ale z innymi 

kamieniami...   -   Cofnął   się,   by   lepiej   ocenić   efekt.   -   Tak,   dokładnie   tak.   Wyglądasz   jak 

pogańska bogini.

Nie   mogła   się   powstrzymać,   by   ich   nie   dotknąć,   nie   przeciągnąć   palcami   po 

kamieniach. Poczuła ich ciepło na skórze.

- Nie wiem, co mam powiedzieć.

- Powiedz „dziękuję, Roganie, jest bardzo ładny”.

- Dziękuję, Roganie. - Promienny uśmiech rozjaśnił jej twarz. - Jest więcej niż bardzo 

ładny. Jest olśniewający.

- Zupełnie jak ty. - Pocałował ją, a następnie poklepał po pupie. - A teraz ruszajmy, bo 

się spóźnimy. Gdzie masz okrycie?

- Nie mam żadnego.

- To jesteś cała ty - mruknął i wypchnął ją za drzwi.

Maggie była przekonana, że swój drugi wernisaż zniesie bez porównania lepiej niż 

pierwszy: na większym luzie, z większą pewnością siebie. Nie przewracało się jej prawie w 

żołądku, była również w lepszym nastroju. Jeśli jeden, czy dwa razy miała ochotę uciec, nie 

dała tego po sobie poznać.

A jeśli tęskniła za czymś,  czego nie mogła  mieć, przypomniała  sobie, że czasami 

trzeba się zadowolić samym sukcesem.

- Maggie!

Odwróciła się od wysławiającego się powoli, w nieskładnej angielszczyźnie Francuza, 

którego wzrok rzadko odrywał się od jej dekoltu i oniemiała ze zdziwienia na widok siostry.

- Brianna?

-   We   własnej   osobie.   -   Uśmiechając   się,   Brianna   uściskała   zaskoczoną   siostrę.   - 

Byłabym już godzinę wcześniej, gdyby nie spóźnienie na lotnisku.

background image

- Ale jak? Jak się tutaj w ogóle znalazłaś?

- Rogan przysłał po mnie samolot.

- Rogan? - Zbita z tropu Maggie kilkakrotnie okrążyła  galerię, zanim go znalazła. 

Uśmiechnął się do niej, później do Brianny i powrócił do rozmowy z ogromną kobietą ubraną 

w   koronki   w   kolorze   fuksji.   Maggie   przecisnęła   się   z   siostrą   w   róg   sali.   -   Przyleciałaś 

samolotem Rogana?

-   Już   myślałam,   że   znowu   sprawię   ci   zawód,   Maggie.   -   Przytłoczona   widokiem 

podświetlonych   prac   Maggie,   w   miejscu   wypełnionym   tłumem   obcych   ludzi,   Brianna 

wsunęła   dłoń   w   rękę   Maggie.   -   Rozmyślałam,   jak   by  to   wszystko   zorganizować.   Mama 

dobrze się czuje z Lottie, a Cona mogłam zostawić u Murphy'ego. Poprosiłam panią McGee, 

żeby przez dzień lub dwa zaglądała do Blackthorn. Ale nadal nie wiedziałam, jak tu dojechać.

- Chciałaś być tutaj - miękkim głosem powiedziała Maggie. - Naprawdę chciałaś.

- Oczywiście, że tak. Niczego bardziej nie chciałam, jak być tutaj z tobą. Ale nigdy nie 

przypuszczałam, że to jest możliwe. - Spojrzała ze zdumieniem na ubranego na biało kelnera, 

który podawał jej na srebrnej tacy kieliszek szampana. - Dziękuję.

- Nie wiedziałam, że to ma dla ciebie takie znaczenie. - By pozbyć się emocji, od 

których nabrzmiało jej gardło, Maggie wychyliła do dna kieliszek. - Właśnie stałam tak sobie 

i myślałam, jak bardzo bym chciała, żeby i tobie na tym zależało.

- Jestem z ciebie dumna, Maggie, cholernie dumna. Mówiłam ci już o tym.

-   Nie   wierzyłam   ci.   O   Boże.   -   Poczuła   łzy.   Zła   na   swoją   słabość,   próbowała   je 

powstrzymać.

- Powinnaś się wstydzić. Jak możesz tak nie doceniać moich uczuć? - z wyrzutem 

powiedziała Brie.

- Nigdy nie okazywałaś zainteresowania moimi pracami - odpaliła Maggie.

-  Okazywałam,  tak   jak  umiałam.  Nie   rozumiem  tego,   co  robisz,  ale   to  wcale  nie 

oznacza, że nie jestem dumna z twojej pracy. - Brianna l spokojnym ruchem odsunęła na 

długość ręki kieliszek. - Och - wyszeptała, wpatrując się w bąbelki wina - jakie to śliczne. Kto 

by pomyślał, że może mieć jeszcze do tego tak świetny smak?

Zanosząc się od śmiechu, Maggie z całych sił pocałowała siostrę w usta.

- Niech Bóg ma nas w swej opiece, Brie. Co my tutaj robimy? Stoimy tu sobie jak 

gdyby nigdy nic i popijamy szampana w Paryżu.

- Jeśli chodzi o mnie, bardzo mi to odpowiada. Muszę podziękować :', Roganowi. Czy 

uważasz, że mogę mu przerwać na chwilę?

- Najpierw opowiedz mi wszystko. Kiedy do niego zadzwoniłaś?

background image

- To nie ja, to on zadzwonił. Tydzień temu.

- On zadzwonił do ciebie?

- Aha, i zanim zdążyłam się z nim przywitać, już mnie instruował, co mam zrobić i jak 

się do tego zabrać.

- To cały Rogan.

- Powiedział, że przysyła samolot i że na lotnisku w Paryżu czekać będzie na mnie 

jego kierowca. Próbowałam wtrącić choć słówko, ale skołował mnie kompletnie. Powiedział, 

że kierowca zawiezie mnie do - hotelu. Czyś  ty kiedykolwiek widziała podobne miejsce, 

Maggie? Wygląda; jak pałac.

- O mało się nie udławiłam, kiedy tam weszłam. Mów dalej.

- No więc, powiedział, że mam się przygotować i że kierowca przywiezie mnie tutaj. 

Co   też   zrobił,   choć   byłam   pewna,   że   zabijemy   się   po   drodze.;   A   w   pokoju   hotelowym 

znalazłam to, z karteczką od Rogana, że bardzo się ucieszy, jeżeli to nałożę. - Przejechała 

ręką wzdłuż  przyćmionego  błękitu!  jedwabnego, wieczorowego  kostiumu,  który miała  na 

sobie.   -  Nie   wzięła?   bym   tego,   ale   tak   ładnie   o  to   poprosił,   że   byłoby   niegrzecznie   mu 

odmówić.

- Jest w tym dobry! A ty wyglądasz znakomicie.

- Czuj ę się w tym znakomicie. Choć muszę wyznać, że wciąż mi się kręci w głowie 

od samolotu, aut i od tego wszystkiego. Dosłownie od wszystkiego - powtórzyła, rozglądając 

się po sali. - Ci wszyscy ludzie, Maggie, są tutaj z twojego powodu.

- Cieszę się, że jesteś. Czy mogę cię oprowadzić, żebyś zamiast mnie ich oczarowała?

-   Już   są   wami   oczarowani.   -   Rogan   stanął   obok   nich   i   ujął   rękę   Brianny.   -   To 

cudownie, że cię znowu widzę.

-   Jestem   ci   wdzięczna   za   zorganizowanie   wszystkiego.   Nie   wiem,   czego   zacząć 

podziękowania.

- Właśnie zaczęłaś. Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli ci; oprowadzę wśród 

gości? Oto pan LeClair, cokolwiek przejaskrawion i przerysowany egzemplarz, który mógłby 

posłużyć Maggie jako model do jej Monumentum. Właśnie mi wyznał, że zakochał się w 

tobie.

-   Widać   łatwo   mu   to   przychodzi,   ale   poznam   go   z   przyjemnością.   Chętnie   też 

poprzechadzam się wkoło. Nigdy nie widziałam tak wystawianych prac Maggie.

Dopiero po dłuższym czasie udało się Maggie odciągnąć na bok Rogana.

- Tylko mi nie mów, że mam się kręcić wśród ludzi - zastrzegła się, zanim zdążył 

cokolwiek powiedzieć. - Muszę ci coś powiedzieć.

background image

- Pod warunkiem, że to nie będzie długo trwało. Nie wypada, żebym sobie uzurpował 

monopol na artystkę.

- To nie potrwa długo. Chcę ci tylko powiedzieć, że to była najlepsza rzecz, jaką 

ktokolwiek, kiedykolwiek dla mnie zrobił. Nigdy tego nie zapomnę.

Nie   zwracając   uwagi   na   mówiącą   coś   do   niego   szybką   francuszczyzną   kobietę, 

podniósł rękę Maggie do ust.

- Nie chciałem, żebyś i tym razem była nieszczęśliwa, a sprowadzenie Brianny było 

najprostszą i najłatwiejszą rzeczą pod słońcem.

- Może i było proste. - Przypomniała sobie obdartego artystę, którego poprowadził na 

górę, po eleganckich schodach swej galerii. To także było proste. - To nie zmienia faktu. I 

żeby ci pokazać, jakie to ma dla mnie znacznie, nie tylko pozostanę tutaj przez cały wieczór, 

aż wyjdą ostatni goście, ale także porozmawiam z każdym z nich.

- Grzecznie?

- Grzecznie. Bez względu na to, ile razy usłyszę słowo z trzewi.

- To rozumiem! Mieć taką dziewczynę!! - Pocałował koniuszek jej nosa. - A więc 

ruszaj do pracy!

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Jeśli Paryż ją oszołomił, to południe Francji, z jego rozległymi plażami i pokrytymi 

śniegiem   szczytami   gór,   oczarowało   ją.   W   cudownej   willi   Rogana,   wychodzącej   na 

pomarszczone, lazurowe wody Morza Śródziemnego, znaleźli się nareszcie z dala od zgiełku 

ulicznego, zatłoczonych sklepów i kafejek.

Porozrzucani po plaży ludzie stanowili cząstkę obrazu, obejmującego wodę i piasek, 

kołyszące się łodzie i bezkresne, czyste niebo.

Z   tarasów   zdobiących   willę   podziwiać   mogła   krajobraz;   starannie   utrzymane, 

prostokątne pola, otoczone były kamiennymi murkami, podobnymi do tych, jakie oglądała z 

okien własnego domu w Clare. Ale tutaj teren wznosił się tarasami do góry, od orchidei na 

nasłonecznionych stokach, poprzez wysoką zieleń lasów, aż po podgórze wspaniałych Alp.

W   ogrodzie  bujnie  rosły  kwiaty  i  kwitnące  zioła,  egzotyczne  oliwki   i  bukszpany. 

Wszędzie   skrzyły   się   fontanny.   Ciszę   zakłócało   tylko   nawoływanie   się   mew   i   delikatna 

muzyka załamujących się fal wody.

Zauroczona Maggie rozsiadła się na wygodnym, miękkim krześle. Z pełnego słońca 

tarasu szkicowała okoliczny pejzaż.

- Pomyślałem, że cię tu znajdę. - Pojawił się Rogan, całując ją ni to zdawkowo, ni to 

intymnie w czubek głowy.

- W taki dzień jak dzisiaj trudno jest siedzieć w domu. - Tak długo mrużyła oczy, aż 

wziął słoneczne okulary, które porzuciła na stole i nałożył jej na nos. - Skończyłeś swoje 

sprawy?

- Chwilowo. - Usiadł obok niej tak, by nie zasłaniać jej widoku. - Przykro mi, że 

zajęło to aż tyle czasu. Jeden telefon pociągnął za sobą inne.

- To nic. Lubię być sama.

- Zauważyłem. - Zerknął do szkicownika. - Pejzaż morski?

- Nie można się temu oprzeć. A poza tym pomyślałam, że porobię trochę szkiców i 

pokażę je Brie. Spodoba się jej tutejsza sceneria. Była zachwycona Paryżem.

- Żałuję, że nie mogła zostać dłużej niż jeden dzień.

-   Jeden   cudowny   dzień.   Trudno   wprost   uwierzyć,   że   włóczyłyśmy   się   z   nią   po 

Dzielnicy Łacińskiej. Siostry Concannon w Paryżu! - Jeszcze na samą tę myśl zaśmiała się. - 

Długo będzie to wspominała, Roganie. - Założyła ołówek za ucho i wzięła go za rękę. - Ja 

także.

- Obie mi za to dziękujecie, a przecież, Bogiem a prawdą, kosztowało mnie to tylko 

background image

kilka telefonów. Ale wracając do telefonów, właśnie rozmawiałem z Paryżem. - Wychylił się 

do przodu i z koszyka z owocami wyjął kiść słodkich winogron. - Masz propozycję, Maggje, 

od księcia lotaryńskiego.

- Lotaryńskiego? - Wydęła usta i próbowała odświeżyć pamięć. - Ach, chudy, starszy 

pan z laseczką, mówiący szeptem.

- Tak. - Rozbawiła go tym opisem, określając jednego z najbogatszych i najbardziej 

wpływowych ludzi we Francji chudym, starszym panem. - Chciałby zamówić u ciebie prezent 

na wesele wnuczki, które odbędzie się w grudniu.

Zaperzyła się.

- Nie przyjmuję zamówień, Roganie. Powiedziałam to wyraźnie na samym początku.

- To prawda. - Wziął następne winogrono i włożył je do ust Maggie, by ją uciszyć. - A 

moim   obowiązkiem   jest   informować   cię   o   każdym   zamówieniu.   Nie   sugeruję,   byś   się 

zgodziła, choć zrobiłoby to niezłe wrażenie i dodało ci splendoru, nie mówiąc już o skromnej 

galerii Worldwide. Wypełniam po prostu swoją powinność menadżera.

Patrząc mu w oczy, Maggie przełykała winogrono. Ton jego głosu był podejrzanie 

słodki.

- Nie zrobię tego.

- To, oczywiście, twój wybór. - I tym sposobem oddalił cała sprawę. - Czy zadzwonić 

po coś zimnego? Może po lemoniadę albo mrożoną herbatę?

-   Nie.   -   Maggie   wyjęła   zza   ucha   ołówek.   Uderzała   nim   po   szkicowniku.   -   Nie 

interesuje mnie robienie na zamówienie.

-   A   dlaczego   miałabyś   to   robić?   -   odpowiedział   zupełnie   przekonująco.   -   Twoja 

wystawa paryska odniosła taki sam sukces jak dublińska. Jestem przekonany, że tak samo 

będzie w Rzymie i w każdym innym miejscu. Jesteś już na dobrej drodze, Margaret Mary. - 

Pochylił   się   i   pocałował   ją.   -   Tyle   że   prośba   księcia   nie   ma   nic   wspólnego   z   pracą   na 

zamówienie. Pozostawia tobie całą inicjatywę.

Maggie nieufnie opuściła okulary z nosa i spojrzała na niego znad ich krawędzi.

- Próbujesz wszelkimi sposobami mnie przekonać.

- Z dużym trudem. - Ale było oczywiste, że mu zależy. - Dodam jeszcze, że książę... 

przy okazji, znakomity znawca sztuki... chce za to słono zapłacić.

- Nie interesuje mnie to. - Nasunęła z powrotem okulary i zaklęła. - Ile wynosi to 

„słono”?

- Odpowiednik pięćdziesięciu tysięcy funtów. Ale znam twoje twarde zasady odnośnie 

pieniędzy i uważam, że nie powinnaś się tym przejmować. Powiedziałem mu zresztą, żeby na 

background image

nic nie liczył. Przejdziesz się na plażę? Może pospacerujemy?

Zanim się podniósł, Maggie złapała go za kołnierzyk.

- Ależ z ciebie wąż - kusiciel, Sweeney!

- Kiedy zachodzi potrzeba...

- Będę mogła zrobić cokolwiek zechcę? Cokolwiek mi przyjdzie do głowy?

- Będziesz mogła. - Przejechał palcem po jej nagim ramieniu, które zaczynało się 

przyrumieniać na słońcu jak brzoskwinia. - Z jednym zastrzeżeniem.

- A, tu cię mamy.

- Błękit - powiedział Rogan i uśmiechnął się szeroko. - Ma być błękitne.

- Błękit, i to wszystko? - Zaczęła się trząść ze śmiechu. - Czy w jakimś szczególnym 

odcieniu?

- Takim jak oczy jego wnuczki. Mówi, że są błękitne jak niebo w lecie. Wygląda na 

to, że jest jego ulubienicą, i że po obejrzeniu twoich prac w Paryżu, marzy wyłącznie o 

czymś, zrobionym specjalnie dla niej twoimi ślicznymi rączkami.

- To jego własne słowa, czy twoje?

- Każdego po trochu - odpowiedział Rogan, całując jedną z tych ślicznych rączek.

- Zastanowię się nad tym.

-   Taką   też   miałem   nadzieję.   -   Nie   zwracając   już   uwagi,   że   zasłania   jej   widok, 

przechylił się i dosięgną! jej warg. - Ale zrób to później, dobrze?

-  Excusez - moi, monsieur. - Na tarasie pojawił się układny służący. Stał prosto, z 

rękami wzdłuż ciała, patrząc dyskretnie w kierunku morza.

- Oui, Henri?

- Vous et mademoiselle, voudriez - vous dejeuner sur la terrasse maintenant?

- Non, nous allons dejeuner plus tard.

- Tres bien, monsieur. - Henri rozpłynął się bezszmerowo jak cień.

- O czym mówiliście? - zapytała Maggie.

- Chciał wiedzieć, czy zjemy lunch. Powiedziałem, że trochę później. - Kiedy Rogan 

ponownie pochylił się ku niej, Maggie powstrzymała go ręką. - O co chodzi? - szepnął. - Czy 

mam go zawołać i powiedzieć, że zdecydowaliśmy się na lunch?

- Nie, nie chcę, żebyś go przywoływał. - Czuła się zażenowana z powodu Henriego, a 

także reszty służby, czyhającej za progiem, gotowej do posług. - Czy nigdy nie pragniesz być 

sam?

- Jesteśmy sami. Właśnie dlatego chciałem, żebyś tu przyjechała.

- Sami? Potrzebujesz aż sześcioro ludzi, którzy zajmują się domem i robią coś, co nie 

background image

wymaga   zachodu!   Ogrodnicy   i   kucharze,   pokojówki   i   lokaje.   Gdybym   teraz   pstryknęła 

palcami, jedno z nich pojawiłoby się natychmiast.

- Od tego właśnie jest służba.

- Być może, ale ja ich nie chcę. Czy wiesz, że jedna z pokojówek chciała przeprać 

moją bieliznę osobistą?

- Bo do niej należy zajmowanie się tobą i dogadzanie ci. Wcale nie miała zamiaru 

grzebać w twojej szufladzie.

-   Sama   się   sobą   zajmę,   Roganie.   Chciałabym,   żebyś   odesłał   ich   wszystkich. 

Absolutnie wszystkich.

- Chcesz, żebym zwolnił całą służbę? - zdziwił się.

- Nie, na litość boską, nie jestem potworem wyrzucającym na bruk niewinnych ludzi. 

Chcę, żebyś dał im wolne, to wszystko. Urlop, możesz to dowolnie nazwać.

- Mogę oczywiście dać służbie jeden dzień wolny, jeśli ci to odpowiada.

- Nie jeden dzień, tydzień. - Westchnęła na widok jego rozterki. - Dla ciebie to nie ma 

znaczenia, tak bardzo jesteś przyzwyczajony do ich widoku, że nawet ich nie dostrzegasz.

-   On   nazywa   się   Henri,   kucharz   Jacques,   a   pokojówka,   która   miała   czelność 

zaoferować ci swoje usługi, ma na imię Marie - albo nie wykluczone, że Monique, pomyślał.

- Nie zamierzam się sprzeczać. - Zbliżyła się i ujęła go za ręce. - W przeciwieństwie 

do ciebie nie umiem się relaksować, kiedy tyle ludzi kręci się dookoła. Nie jestem do tego 

przyzwyczajona...   może   nie   mam   zamiaru   się   przyzwyczajać.   Zrób   to   dla   mnie,   proszę, 

Roganie. Daj im kilka wolnych dni.

- Zaczekaj chwilę.

Kiedy odszedł, stała na tarasie i było jej głupio. Jest tutaj, zamyśliła się, rozpanoszona 

w willi nad Morzem Śródziemnym, i ma pod ręką wszystko, o czym można tylko marzyć. I 

ciągle nie jest zadowolona.

Pomyślała,   że   się   zmieniła.   W   ciągu   krótkich   kilku   miesięcy,   od   kiedy   spotkała 

Rogana, zmieniła się. Nie tylko pragnie mieć teraz więcej, lecz wręcz pożąda tego, czego nie 

miała. Pragnie łatwych pieniędzy i przyjemności, jakie daje ich wydawania. Pragnie nie tylko 

dla swojej rodziny. Chce ich dla siebie.

Nosiła diamenty i tańczyła w Paryżu.

I chciałaby, żeby to się powtórzyło.

Nadal,   gdzieś   w   głębi   niej,   pozostała   ta   niewielka,   gorąca   potrzeba   samotności   i 

samowystarczalności. Gdyby ją utraciła, pomyślała w panice, utraciłaby wszystko.

Chwyciła swój szkicownik, przewróciła kartki. Ale przez chwilę, przerażającą chwilę, 

background image

miała kompletną pustkę w głowie. Była tak pusta, jak leżąca przed nią kartka papieru. Po 

czym,   zaczęła   rysować,   przelewać   gorączkowo   na   papier   całe   to   gwałtowne   jak   burza, 

rozsadzające ją napięcie.

Rysowała swój portret. Dwie części splecione razem, następnie ode - ' rwane od siebie 

i rozpaczliwie pragnące się znowu połączyć. Ale czy to możliwe, skoro jedna część stanowi 

kompletne przeciwieństwo drugiej?

Sztuka dla sztuki, samotność dla zdrowia psychicznego, niezależność dla zachowania 

godności osobistej. A po drugiej stronie - ambicja, apetyty życiowe, potrzeby.

Popatrzyła  na skończony szkic, oszołomiona, że to wszystko wypłynęło  z niej tak 

szybko. A potem poczuła w sobie dziwny spokój. Być może te dwie różne, przeciwstawne 

części stanowią o jej osobowości? I może, gdyby zawsze panował w niej spokój, nie byłaby 

tą, którą jest?

- Odesłałem ich.

Pochłonięta myślami, spojrzała zdziwiona na Rogana.

- Co? Kto odszedł?

Uśmiechając się niepewnie, pokiwał głową.

- Służba. Przecież chciałaś tego, prawda?

- Służba? Och. - Przejaśniło się jej w głowie, wróciła do rzeczywistości. - Odesłałeś 

ich? Wszystkich?

- Tak, choć Bogiem a prawdą nie mam pojęcia, jak sobie poradzimy z jedzeniem przez 

tych kilka dni. Mogę jeszcze... - Urwał, gdy jak kula wystrzelona z lufy, rzuciła mu się na 

szyję. Zachwiał się, próbował złapać równowagę, by nie przewrócić się z nią na znajdujące 

się za nim uchylone drzwi balkonowe. W rezultacie omalże nie przelecieli przez balustradę 

otaczającą taras.

- Jesteś cudownym mężczyzną, Roganie. Jesteś królewskim mężczyzną.

Niespokojnie spojrzał na przerwę w ogrodzeniu.

- Niewiele brakowało, a byłbym już martwym mężczyzną.

- Jesteśmy sami? Całkowicie?

- Jesteśmy sami, a ja zdobyłem dozgonną wdzięczność każdego z nich, poczynając od 

lokaja w dół. Jedna ze służących popłakała się ze szczęścia. - Nie zdziwił się zresztą, skoro 

oprócz wolnego czasu dał jeszcze każdemu z nich dodatkową premię. - Są więc teraz na plaży 

albo gdzieś w okolicy, albo jeszcze gdzieś, gdzie dusza zapragnie. A my mamy cały dom dla 

siebie.

Pocałowała go z całej siły.

background image

- I zamierzamy wykorzystać każdy jego centymetr. Zaczniemy od sofy, która jest w 

pokoju obok.

- Mówisz poważnie? - Rozweselony, nie protestował, gdy zaczęła rozpinać guziki jego 

koszuli. - Jesteś dzisiaj strasznie wymagająca, Margaret Mary.

- Jeśli chodzi o służbę, to była tylko prośba. Natomiast sofa jest już żądaniem.

Uniósł zawadiacko brew.

- Do leżaka jest bliżej.

- Masz rację. - Śmiała się, gdy kładł ją na nim.

Przez kilka następnych dni opalali się na tarasie, chodzili na plażę, albo przy dźwięku 

fontann chlapali się w podobnym do laguny basenie. Jedli w kuchni naprędce przygotowane 

potrawy, a popołudnia spędzali na przejażdżkach po okolicy.

Zdaniem Maggie było jeszcze stanowczo za dużo telefonów.

Urlop nie urlop, a Rogan znajdował się stale w pobliżu telefonu lub faksu i z dala 

kierował biznesem. A to coś się wydarzyło w fabryce w Limerick, kiedy indziej miał ważne 

sprawy w związku z nowojorską aukcją, innym razem znowu szeptał coś do słuchawki w 

sprawie otwarcia nowej filii Worldwide.

Byłaby może zmartwiona tym faktem, gdyby nie zaczęła rozumieć, że praca stanowi 

nieodłączną część jego osobowości i jest dla niego równie ważna jak jej praca dla niej. Bez 

względu   na   różny   charakter   ich   pracy,   nie   mogła   mu   mieć   za   złe   godziny   lub   dwóch, 

spędzonych w zamknięciu w gabinecie, podobnie jak on nie miał do niej pretensji, gdy długi 

czas zawzięcie szkicowała.

Gdyby wierzyła w możliwość istnienia trwającej przez całe życie harmonii między 

kobietą i mężczyzną, musiałaby przyznać, że znalazła ją u boku Rogana.

- Pokaż, co zrobiłaś.

Przeciągając   się   błogo,   Maggie   wręczyła   mu   szkicownik.   Słońce   stało   już   nisko, 

zatapiając ślizgające się po zachodniej półkuli nieba kolory. A pomiędzy nimi, w srebrnym 

wiaderku z lodem, stała butelka wybranego przez Rogana z własnej piwniczki wina. Maggie 

podniosła  kieliszek,   wypiła  drobny łyk   i  odstawiła   go  z  powrotem.   Chciała  przedłużyć  i 

nacieszyć się jeszcze ostatnim wieczorem we Francji.

-   Będziesz   bardzo   zajęta   po   powrocie   do   domu   -   powiedział   Rogan   przeglądając 

szkicownik. - Co wybierzesz na początek?

- Nie ja wybieram, to szkic mnie wybierze. A im dłużej delektuję się nieróbstwem, 

tym bardziej mnie świerzbi, by wracać i zapalić ogień w piecu.

- Mogę zamówić passe - partout i ramy do szkiców, które zrobiłaś dla Brianny. Jak na 

background image

zwykłe  szkice ołówkowe są zupełnie  dobre. Szczególnie  lubię... - Zamilkł,  gdy odwrócił 

kartkę i natrafił na coś całkowicie odmiennego od szkiców morza, czy krajobrazu. - A co my 

tutaj mamy?

Obracając się leniwie, rzuciła okiem na rysunek.

- Ach, to. Rzadko robię portrety, ale w tym przypadku nie mogłam się oprzeć pokusie.

To był on, wyciągnięty na łóżku, z wyrzuconymi w wymownym geście rękami, jakby 

czegoś szukał. A raczej kogoś.

Zdziwiony i nie zupełnie zadowolony, pochylił się z pochmurną miną nad rysunkiem.

- Zrobiłaś to, gdy spałem.

- No cóż, nie chciałam cię budzić i popsuć tej chwili. - Ukryła uśmiech w kieliszku. - 

Tak słodko spałeś. Może chciałbyś to powiesić w galerii dublińskiej?

- Jestem nagi.

- To jest akt, pragnę ci przypomnieć. W każdym razie tak to się fachowo nazywa w 

sztuce. A jest to bardzo artystyczny akt, Roganie. Podpisałam go, jak widzisz, możesz więc 

dostać za to niezłą sumkę.

- Nie sądzę.

Wypchnęła policzek językiem.

-   Jako   mój   menadżer   masz   obowiązek   sprzedawać   moje   prace.   Sam   zawsze   to 

powtarzasz. A to, jeśli się nie mylę, to jeden z moich najlepszych rysunków. Spójrz na światło 

i sposób w jaki rozkłada się ono na twoich mięśniach...

- Widzę - powiedział zduszonym głosem. - I każdy to zobaczy.

- Nie bądź aż taki skromny. Jesteś dobrze zbudowany. Sądzę, że jeszcze lepiej udało 

mi się to uchwycić na drugim rysunku.

Krew w nim zamarła.

- Na drugim?

- Aha. Obejrzyjmy go. - Sięgnęła, by osobiście przewrócić kartki. - O, tutaj. Światło 

pada nieco inaczej... chyba dlatego, że stoisz. Oddałam też nieźle ten twój charakterystyczny 

rys arogancji.

Zabrakło mu słów. Narysowała go stojącego na tarasie, z jedną ręką na balustradzie, z 

kieliszkiem brandy w drugiej. I ten uśmiech... uśmiech samozadowolenia... na jego twarzy. I 

to było całe jego ubranie.

- Nigdy do tego nie pozowałem. I nigdy nie stałem goły na tarasie popijając brandy.

-  Licentia poetica  - odpowiedziała beztrosko, uszczęśliwiona, iż wprawiła go aż w 

takie zakłopotanie. - Poznałam twoje ciało na tyle dobrze, że mogę je narysować z pamięci. 

background image

Ubranie zepsułoby tylko efekt.

- Efekt? Co masz na myśli?

- Pan domu. Pomyślałam, że tak go właśnie zatytułuję. A właściwie oba. Możesz je 

sprzedać jako parę.

- Nie będę ich sprzedawał.

- A dlaczego nie? Chciałabym wiedzieć. Sprzedałeś wiele moich rysunków, które nie 

są aż tak dobre jak te. Takie, których wcale nie chciałam sprzedawać, a mimo to podpisałam 

je. Więc ty także wykaż dobrą wolę. Chcę, żebyś je sprzedał. - Jej oczy aż połyskiwały z 

radości. - W ogóle to nalegam, żądam, i jak sądzę, mam do tego zagwarantowane kontraktem 

prawo.

- Więc sam je kupię.

- A jaka jest twoja oferta? Dowiedziałam się od dealera, że moje ceny idą w górę.

- Szantażujesz mnie, Maggje.

-  Ach  tak!   -  Wzniosła   za  niego   toast,   po  czym  wysączyła  jeszcze  trochę  wina.  - 

Będziesz musiał dostosować się do mojej ceny.

- To znaczy ile? - Rzucił jeszcze okiem na szkic, po czym zdecydowanym ruchem 

zamknął blok.

- Zastanówmy się... myślę, że jeśli zaniesiesz mnie na górę i będziesz się ze mną 

kochał aż wzejdzie księżyc, jakoś się dogadamy.

- Masz osobliwe poczucie biznesu.

- Nauczyłam się tego od samego mistrza. - Ruszyła się, by wstać, ale on potrząsnął 

głową i przytrzymał jej ramiona.

- Nie wykręcisz się sianem. O ile dobrze zrozumiałem twoje warunki, masz zostać 

wniesiona na górę!

- Racja! Nareszcie wiem, do czego jest mi potrzebny menadżer. - Gdy ją niósł na górę, 

nawijała  na palce  jego włosy.  - Wiesz  oczywiście,  że jeżeli  nie wywiążesz  się dobrze z 

pozostałej części mojego warunku, transakcja nie dojdzie do skutku.

- Mam nadzieję, że się wywiążę i że będziesz usatysfakcjonowana.

Zatrzymał się na szczycie schodów i pocałował ją. Odpowiedziała jak zawsze, szybko 

i namiętnie, i jak zwykle poczuł, jak krew zaczyna w nim szybko krążyć. Wszedł do sypialni, 

gdzie światło zachodzącego słońca miękko sączyło się przez okna. Wkrótce zapadnie szary 

zmierzch.

Ich ostatniej samotnej nocy nie mogą pokryć ciemności.

Położył ją na łóżku, a gdy wyciągnęła do niego ramiona, wymknął się, by zapalić 

background image

świece. Było ich pełno w całym pokoju, niektóre już prawie dopalone, niektóre jeszcze długie 

i   smukłe.   Podczas   gdy  Rogan   je   zapalał,   a   wokół   zaczynały   tańczyć   złociste   promienie, 

Maggie uklękła na łóżku.

- Jakie to romantyczne. - Uśmiechnęła się, poruszona tym widokiem. - Zdaje się, że 

odrobina szantażu opłaciła się.

Zatrzymał się z zapaloną zapałką w palcach.

- Czyżbym ci dał tak mało romantycznych przeżyć, Maggie?

- To był tylko żart. - Odrzuciła do tyłu rozwichrzone od morskiej bryzy włosy. Jego 

głos zabrzmiał tak bardzo poważnie. - Nie potrzebne mi są romantyczne uniesienia. Mnie 

wystarczy prawdziwa namiętność i pożądanie.

- Czy tylko to nas łączy? - Powoli i z namysłem przyłożył zapałkę do knota, po czym 

ją zgasił. - Pożądanie?

Śmiejąc się, wyciągnęła do niego ramiona.

- Jeżeli nie przestaniesz krążyć po pokoju i nie przyjdziesz tutaj natychmiast, pokażę 

ci co nas łączy.

Wyglądała   olśniewająco   przy   zapalonych   świecach   i   zachodzących   kolorach   dnia 

wpadających   przez   okno   w   pobliżu   łóżka.   Jej   włosy   były   jak   ogień,   skóra   muśnięta 

promieniami słońca, a oczy trzeźwe, kpiące i jakże zapraszające.

Każdego   innego   dnia,   każdej   innej   nocy   skorzystałby   bez   namysłu   z   takiego 

zaproszenia, przyjąłby je, upajałby się nim, a ich ciała ogarnąłby spalający ogień. Ale dzisiaj 

był w innym nastroju. Szedł ku niej powoli, ujął jej ręce, zanim spragniona pociągnęła go do 

łóżka, i podniósł je do ust.

- Nie taka była umowa, Margaret Mary. To ja miałem cię kochać. I tym razem to 

zrobię. - Pochylił się nad nią i drażniąc jej usta, ułożył jej ręce wzdłuż ciała. - Już pora, żebyś 

mi pozwoliła.

- Co to za bzdury?  - Nie panowała nad głosem. Pocałował ją jak kiedyś, powoli, 

delikatnie, w najwyższym skupieniu. - Czy nie dałam ci dotąd ku temu okazji?

- Nie tak jak teraz. - Poczuł, że powstrzymuje go kurczowo, a jej ciało wycofuje się. - 

Czy aż tak bardzo boisz się czułości, Maggie?

- Oczywiście, że nie. - Nie mogła złapać oddechu, ale słyszała go, czuła jak powoli i z 

trudem wydobywa się z jej ust. Czuła mrowienie w całym ciele, a przecież ledwo jej dotknął. 

Coś wymykało się spod jej kontroli. - Rogan, ja nie chcę...

- Być uwiedziona? - Oderwał usta od jej warg, pozwolił im powoli przesuwać się po 

jej twarzy.

background image

-   Nie,   nie   chcę.   -   Ale   gdy   pieścił   wargami   jej   szyję,   wygięła   ją,   poddała   się 

pocałunkom.

- Nie masz wyboru.

Wypuścił   jej   ręce,   przyciągnął   ją   bliżej.   Tym   razem   nie   będzie   gorączkowych 

pocałunków. Tym razem posiądzie ją bez reszty. Jej ramiona, którymi objęła go za szyję, 

wydały   się   nieprawdopodobnie   ciężkie.   Czuła   się   obezwładniona.   Gdy   delikatnymi 

koniuszkami palców dotykał jej włosów, jej twarzy, nie stać jej było na żaden ruch. Przywarła 

do niego. Muskał ją, a to uczucie było nieomal tak nierealne jak podmuch powietrza.

Jego wargi wróciły do jej ust w wilgotnym,  głębokim,  wypełniającym  pocałunku, 

który trwał wieczność, aż stała się w jego ramionach podatna i giętka jak wosk.

Wiedział,   że   zwodzi   ich   oboje.   Rozpala   ich,   trzyma   w   ryzach   podniecenie, 

powstrzymując i kontrolując szukające ujścia nieprzebrane źródła czułości.

Tego wieczoru wszystko będzie inaczej.

Tego wieczoru poprowadzi ją przez labirynt nieznanych jej marzeń i doznań, by w 

końcu zanurzyć się razem w ogniu namiętności i szczęścia.

Jego smak ją przenikał i oszałamiał, przeszywał czułością. Pożądanie, które zawsze 

dominowało  w  ich  kochaniu   się,  dojrzewało  teraz   powoli,   stopniowo. Nie  mogła  mu  się 

oprzeć, odrzucić go. Poddała się rytmowi, odleciała na długo przedtem, zanim rozpiął jej 

bluzkę i przesuwał delikatnymi, zręcznymi koniuszkami palców po jej skórze.

Jej bezwładne ręce ześlizgnęły się z jego ramion. Łapała i wypuszczała powietrze, gdy 

dotykał ją swoim językiem, zgłębiał tajemnice ukrytego smaku, zatrzymywał się tam dłużej. 

Delektował się. Poddając się niespiesznej fali doznań, była świadoma każdego rozbudzonego 

przez   niego   zmysłu,   długiej,   spokojnej   wibracji   z   głębi   jej   jestestwa.   Jakże   dalekiej   od 

spontanicznej eksplozji. O ileż bardziej wyczerpującej.

Gdy podłożył rękę pod jej głowę i przycisnął jej na wpół bezwładne ciało do siebie, 

wyszeptała jego imię.

- Jesteś moja, Maggie. Do nikogo, nigdy nie będziesz należała.

Powinna się sprzeciwić temu nowemu żądaniu prawa do wyłączności. Ale nie mogła. 

Jego usta wędrowały znów po jej ciele. Jakby miał lata, dziesiątki lat na dopełnienie tego 

pasjonującego odkrycia.

Światło   świec   mrugało   marzycielsko   pod   jej   ciężkimi   powiekami.   Czuła   zapach 

zebranych przez siebie rano kwiatów, ułożonych w błękitnym wazonie koło okna. Słyszała 

delikatny powiew wiatru obwieszczający śródziemnomorską noc, niosący ze sobą zapachy 

kwitnących   kwiatów   i   roślin,   a   także   towarzyszący   mu   szum   wody.   Pod   jego   palcami   i 

background image

wargami jej skóra stawała się miękka, odprężona, mięśnie lekko drżały.

Jak mógł nie wiedzieć, iż pragnie jej takiej właśnie? Całej rozpalonej, przepełnionej 

żarem, ulegle podążającej za nim. Poddawała się jego rękom, niezdolna do niczego, poza 

wchłanianiem tego, co jej dawał, idąca tam, dokąd ją prowadził. A gdy już krew pulsowała w 

jego głowie i w lędźwiach, nie przyśpieszał pieszczot, czekał na nią, śledząc kolejne fazy 

doznań.

Kiedy zadrżała, kiedy z jej ust wydobył się kolejny szloch pożądania, znowu ujął jej 

ręce, ścisnął je jedną ręką, zaś drugą, wolną, zachęcał ją, ponaglał, by sięgnęła szczytu.

Jej ciało wygięło się, zatrzepotała rzęsami. Widział, jak to pierwsze aksamitne wejście 

w nią zapiera jej dech. I znowu staje się wilgotna, ociężała i bezwładna.

Zaszło słońce. Dopalały się świece. I poprowadził ją jeszcze raz, na najwyższy szczyt. 

Tam wydała cichy okrzyk. Dźwięk poniósł się echem, przeszedł w jęki i szepty. Kiedy jej 

serce było już tak pełne, iż zdawało się, że zacznie szlochać, wszedł głębiej, brał ją czule i 

kochał ją tak długo, aż wzeszedł księżyc.

Być może spała. Wiedziała, że śniła. Kiedy znowu otworzyła oczy, księżyc stał już 

wysoko, a w pokoju było pusto. Przeciągnęła się jak kot i zastanowiła, czy nie zwinąć się 

jeszcze. Ale kiedy wsadziła nos w poduszkę, wiedziała, że nie zaśnie bez niego.

Wstała, zatoczyła się troszeczkę, jakby lekko zamroczona winem. Odszukała suknię; 

cienki i skąpy kawałek jedwabiu, na który namówił ją Rogan. Gdy szła, materiał układał się 

miękko na jej ciele, opływał je.

- Powinnam się była domyślić, gdzie cię szukać.

Stał bez koszuli przy lśniącym  czystością piecyku  w świecącej  się biało - czarnej 

kuchni.

- Postanowiłeś zatroszczyć się o swój brzuch?

- O twój także, dziecinko. - Zakręcił kurek pod patelnią i odwrócił się ku niej. - Jajka.

- Nie spodziewałam się niczego innego. - Była to jedyna potrawa, jaką oboje potrafili 

fachowo przygotować.  - Nie zdziwiłabym  się, gdybyśmy  zaczęli  gdakać  po powrocie  do 

Irlandii.   -   Nieoczekiwanie   poczuła   się   zakłopotana,   nerwowo   raz   i   drugi   przejechała   po 

włosach.

- Powinieneś był mnie wyciągnąć z łóżka i kazać usmażyć jajecznicę.

- Kazać ci? - Sięgnął po talerze. - Tego jeszcze nie było!

-  Mówię  poważnie,   zrobiłabym  to.   W  końcu,  nie   zrobiłam  tam  tego,   co  do  mnie 

należało.

background image

- Należało do ciebie?

- Tam?

- Na górze. W łóżku. Nie wywiązałam się ze swojej roli.

- W interesach nie ma żartów. - Przełożył łopatką jajka na talerze. - Ale z mojego 

punktu widzenia wywiązałaś doskonale. Obserwowanie, jak radzisz sobie w trudnej sytuacji, 

sprawiło   mi   niewiarygodną   przyjemność.   -   Którą   zamierzał   jeszcze   powtórzyć,   i   to   jak 

najprędzej. - Dlaczego nie siadasz i nie jesz. Jeszcze przez jakiś czas księżyc będzie wysoko.

-   Przypuszczam,   że   tak.   -   Już   na   większym   luzie   dosiadła   się   do   stołu.   -   Może 

odzyskam energię. Czy wiesz? - zapytała z pełnymi ustami - że nie miałam pojęcia, że seks 

może być aż tak wyczerpujący?

- To nie był tylko seks.

Zatrzymała widelec w połowie drogi do ust. Po tonie jego głosu wyczuła, że sprawiła 

mu przykrość. Zrobiło się jej smutno z tego powodu.

-   Co   innego   miałam   na   myśli,   Roganie.   Nie   chciałam,   żeby   to   zabrzmiało   tak 

bezdusznie. Kiedy dwojgu ludziom zależy na sobie...

-   Jeśli   chodzi   o   mnie,   Maggie,   to   jest   to   coś   znacznie   więcej,   jestem   w   tobie 

zakochany.

Widelec wypadł jej z ręki i zabrzęczał o talerz. Ogarnęła ją potworna, dzika panika.

- Nie, nie jesteś!

- Jestem - powiedział ze spokojem, choć już po chwili przeklinał siebie w duchu, że 

oświadczył jej to w jasno oświetlonej kuchni, przy źle usmażonych jajkach. - A ty jesteś 

zakochana we mnie.

- Nie... nie jestem... nie możesz mi tego wmawiać.

- Mogę, skoro jesteś aż tak niemądra, że nie chcesz sama tego powiedzieć. To co jest 

między   nami,   wykracza   daleko   poza   pociąg   fizyczny.   Gdybyś   nie   była   aż   tak   uparta, 

przestałabyś się wypierać.

- Nie jestem uparta.

- Jesteś, ale doszedłem do wniosku, że jest to jedna z twoich cech, '■ które lubię. - 

Spoważniał,  znowu w pełni panował nad sobą. - Możemy to przedyskutować w bardziej 

sprzyjających   warunkach,   choć   znając   ciebie,   wiem,   że   to   nie   będzie   miało   większego 

znaczenia. Kocham cię i pragnę cię poślubić.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Małżeństwo? To słowo stanęło jej w gardle, omal się nim nie udławiła. Nie śmiała go 

powtórzyć. - Postradałeś zmysły!

- Uwierz mi, że rozważyłem wszystkie możliwości. - Podniósł widelec i zaczął jeść, 

zachowując   wszystkie   pozory   naturalności.   Ale   ta   nieoczekiwana,   gruboskórna   reakcja 

zabolała go. - Jesteś uparta, często szorstka, przeważnie zapatrzona w siebie, i nie mniej 

humorzasta.

Przez moment poruszała ustami jak ryba chwytająca powietrze.

- Och, naprawdę taka jestem?

- Co do tego nie ma wątpliwości. A mężczyzna, który chciałby wziąć sobie na głowę 

taki bagaż na całe życie, musi mieć chyba niedobrze w głowie. Ale... - nalał zaparzoną przez 

siebie herbatę - ...skoro już taka jesteś!? Sądzę, że obyczaj nakazuje, aby ślub odbył się w 

parafii panny młodej, a więc pobierzemy się w Clare.

- Obyczaj? Niech diabli wezmą obyczaje, Roganie, a ciebie razem z nimi! - Czy to 

coś, co przesuwało się, prześlizgiwało wzdłuż jej pleców jak wyszczerbiony, ostry kawałek 

lodu, czy to była panika? Oczywiście, że nie, przekonywała samą siebie. Trzeba nad tym 

zapanować. Nie ma się czego bać. - Nie wyjdę ani za ciebie, ani za nikogo. Nigdy.

- To absurd. Oczywiście, że wyjdziesz za mnie. O dziwo świetnie do siebie pasujemy, 

Maggie.

- Jeszcze przed chwilą byłam uparta, humorzasta i szorstka.

- Bo też taka jesteś. I mnie to odpowiada. - Wziął ją za rękę i pomimo jej oporu 

przyciągnął ją do ust. - To mi nawet wyjątkowo odpowiada.

- Co z tego, skoro mnie to nie odpowiada. Ani trochę. Być może uodporniłam się na 

twoją   arogancję,   Roganie,   ale   to   może   się   zmienić   w   każdej   chwili.   Zrozum   mnie.   - 

Wyszarpnęła rękę. - Nie zostanę niczyją żoną.

- Nie czyjąś, lecz moją.

Zaklęła przez zęby.  Gdy zareagował na to szerokim uśmiechem,  musiała się ostro 

wziąć w karby, by się opanować. Pomyślała, że kłótnia czy walka z nim mogłaby nawet być 

satysfakcjonująca, ale nie rozwiązałaby i tak problemu.

- To po to mnie tutaj sprowadziłeś, prawda?

- Nie, wyobraź sobie, że nie. Myślałem, że będę potrzebował więcej czasu, by rzucić 

ci do stóp moje uczucie. - Bardzo ostrożnie i beż pośpiechu odstawił na bok swój talerz. - 

Powinienem był przewidzieć, że mi je zwrócisz kopniakiem. - Przyglądał się jej cierpliwym, 

background image

opanowanym wzrokiem. - Jak widzisz, znam cię bardzo dobrze, Margaret Mary.

- Wcale mnie nie znasz. - Złość i panika, do których nie chciała się przyznać, znalazła 

wreszcie ujście, ustępując miejsca smutkowi... - Mam powody, dla których chcę zachować 

serce dla siebie, Roganie, i nie biorę pod uwagę możliwości zamążpójścia.

Zainteresowało go i nieco ukoiło, gdy zrozumiał, że to nie małżeństwo z nim tak ją 

przeraża, lecz małżeństwo jako takie.

- A jakie są te powody?

Spuściła wzrok na filiżankę. Po chwili wahania wrzuciła do niej swoją stałą porcję 

trzech kostek cukru i zamieszała je.

- Straciłeś rodziców.

- Tak. - Zmarszczył czoło. Nie spodziewał się oczywiście, że zmieni temat rozmowy. - 

Prawie dziesięć lat temu.

-   Utrata   rodziców   jest   ciężkim   przeżyciem.   Pozbawia   człowieka   poczucia 

bezpieczeństwa, stawia przed trudnym, nagim faktem śmiertelności. Kochałeś ich?

- Bardzo. Maggje...

- Nie, nie przerywaj, chciałabym usłyszeć, co masz na ten temat do powiedzenia. To 

ważne. Czy oni ciebie kochali?

- Tak. Kochali mnie.

- Skąd o tym wiesz? - Wypiła jeszcze łyk, trzymając filiżankę w obu rękach. - Czy 

dlatego, że stworzyli ci dobre warunki, piękny dom?

- To nie ma nic wspólnego z komfortem materialnym. Wiedziałem, że, mnie kochają, 

ponieważ to czułem, ponieważ mi to okazywali. Widziałem także, jak bardzo byli w sobie 

zakochani.

- W twoim domu była miłość. A śmiech? Czy był śmiech, Roganie?

- Wystarczająco dużo. - Jeszcze do dziś pamięta tę wesołość. - Kiedy umarli, byłem 

kompletnie rozbity. Tak nagle, tak brutalnie nagle... - . Ściszył głos. Po chwili znowu zaczął 

mówić. - Ale później, kiedy najgorsze; minęło, poczułem nawet coś w rodzaju zadowolenia, 

że odeszli razem. Żadne z nich nie potrafiłoby żyć w pełni bez drugiego.

- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z błogosławieństwa losu, jaki ci przypadł w udziale, 

z daru, jaki otrzymałeś, mogąc dorastać w miłości, w szczęśliwym domu, którego ja nigdy nie 

miałam. I którego nigdy nie będę miała. Między moimi rodzicami nie było miłości. Była 

złość, oskarżenia  i wzajemne obwinianie się, i był  także obowiązek, ale nie miłość. Czy 

możesz sobie wyobrazić dorastanie w domu, w którym dwoje ludzi, którzy cię powołali do 

życia, nic dla siebie nie znaczą? Pozostali ze sobą tylko dlatego, że uwięzieni byli w związku 

background image

małżeńskim,  z którego nie mogli  się wyzwolić,  bo tak nakazywało  im sumienie  i prawo 

kościelne.

- Nie mogę sobie tego wyobrazić. - Położył rękę na jej dłoni. - Przykro mi, że spotkał 

cię taki los.

- Poprzysięgłam sobie, jeszcze będąc dziewczynką, poprzysięgłam sobie, że nigdy nie 

dam się zamknąć w takim więzieniu.

- Małżeństwo nie musi być więzieniem, Maggie - powiedział łagodnie. - Dla moich 

rodziców było radością.

- I ciebie także któregoś dnia spotka w życiu szczęście. Ale nie mnie. Wiesz, czego 

szukasz,   Roganie.   I   nie   zmienisz   swojego   losu,   bo   masz   dobre   korzenie.   Moja   matka 

nienawidzi mnie.

Powinien był zaprotestować, ale wypowiedziała to z taką prostotą i oczywistością, że 

nie mógł zaprzeczyć.

- Jeszcze przed moim urodzeniem znienawidziła mnie. Fakt, że rosłam w jej brzuchu, 

zrujnował jej życie, co powtarza mi przy każdej sposobności. Przez wszystkie te lata nie 

wiedziałam skąd to się bierze i jak jest głębokie, dopóki twoja babcia nie powiedziała mi, że 

matka miała zawód, w którym odnosiła sukcesy.

- Zawód? - Oderwał się od swoich myśli. - Śpiewanie? A co to ma wspólnego z tobą?

-   Wszystko.   Czy   wiesz,   jakiego   wyboru   musiała   dokonać,   rezygnując   z   kariery?! 

Czego mogła się spodziewać samotna, ciężarna kobieta w takim kraju jak nasz? Niczego. - 

Zadrżała z zimna i boleśnie westchnęła. Jak trudno jest o tym mówić na głos, jak jeszcze 

bardziej boli, gdy o tym mówi się głośno. - Chciała czegoś dla siebie. I ja to rozumiem, 

Roganie. Wiem, czym jest ambicja. I mogę sobie wyobrazić, i to bardzo dobrze, co oznacza 

zniweczyć to wszystko. Widzisz, oni nigdy by się nie pobrali, gdyby mnie nie poczęli. Chwila 

namiętności,   ludzka   potrzeba,   to   wszystko.   Ojciec   był   po   czterdziestce,   a   ona   skończyła 

trzydzieści.   Marzyła,   jak   sądzę,   o   romantycznej   przygodzie,   a   on   widział   w   niej   śliczną 

kobietę.   Była   wtedy   ładna.   Widziałam   jej   zdjęcia.   Była   ładna,   dopóki   nie   zniszczyła   jej 

gorycz.  A ja byłam  owocem tych  wzlotów, siedmiomiesięcznym  niemowlakiem,  który ją 

poniżył i zniszczył jej marzenia. A także i jego. I to jeszcze jak...

- Naprawdę nie możesz się winić za to, żeś się urodziła, Maggie.

- Och, wiem o tym. Czy sądzisz, że nie wiem? Przecież jestem dorosła. - Wzburzona 

nagle, postukała się po głowie. - Tu chodzi o moje serce... czy ty tego nie rozumiesz? Czy 

można żyć ze świadomością, że każdy twój oddech, samo twoje istnienie obciążają ponad 

miarę życie dwojga osób? Zrodzona zostałam z namiętności, i za każdym razem, gdy ona 

background image

patrzy na mnie, przypomina sobie, że zgrzeszyła.

- To nie tylko jest śmieszne, lecz także niemądre.

- Być może. Ojciec mówił, że kiedyś ją kochał, i mogło tak być. - Mogła go sobie 

wyobrazić, jak wchodzi do O’Malleya, widzi Maeve, słucha jej śpiewu i daje się ponieść 

swemu romantycznemu sercu.

Ale bardzo szybko wszystko się zawaliło. Dla każdego z nich.

-   Miałam   dwanaście   lat,   gdy   powiedziała   mi,   że   zostałam   poczęta   przed   ślubem. 

Postawiła   sprawę   jasno.   Być   może   dostrzegła,   że   powoli   zaczynam   stawać   się   kobietą. 

Zaczęłam   się   oglądać   za   chłopakami.   Flirtowałam   z   Murphym   i   z   jednym   czy   dwoma 

chłopcami  ze  wsi. Przyłapała  mnie,   gdy schowani  za  stodołą,  uczyliśmy  się  z  Murphym 

całować.   To   był   tylko   pocałunek   za   stodołą,   w   gorące   letnie   popołudnie,   oboje   byliśmy 

młodzi   i   strasznie   ciekawi.   To   był   mój   pierwszy   pocałunek   i   był   cudowny;   delikatny, 

nieśmiały i niewinny. I nakryła nas. - Kiedy Maggie zamknęła oczy, scena ożyła w całej 

jaskrawości. - Zrobiła się blada, blada jak kreda, wrzeszczała i szalała, popychając mnie do 

domu.  Krzyczała,  że  jestem zepsuta,  grzeszna, a  ponieważ nie  było  w  domu  ojca, by ją 

powstrzymać, sprawiła mi lanie.

- Biła cię? - Wstrząśnięty, poderwał się z krzesła. - Chcesz powiedzieć, że uderzyła cię 

za to, żeś się całowała z chłopcem?

- Biła mnie - powiedziała bezbarwnym tonem Maggie. - Poznałam nie tylko jej twardą 

rękę. Wzięła skórzany pas i biła mnie tak długo, że wydawało mi się, że chce mnie zabić. 

Podczas bicia wykrzykiwała jakieś zdania z Pisma Świętego i o napiętnowaniu grzechem.

- Nie miała prawa tak cię traktować. - Uklęknął przed nią, ujął w ręce jej twarz.

- Nie, nikt nie ma takiego prawa, ale to ludzi nie powstrzymuje. Widziałam w niej 

wtedy nienawiść, a także strach. Zrozumiałam, że bała się, żebym nie skończyła tak jak ona, z 

dzieckiem w brzuchu i z pustką w sercu. Zawsze wiedziałam, że nie kocha mnie tak, jak 

matka powinna kochać swoje dziecko. Wiedziałam też, że«.jest odrobinę łagodniejsza, trochę 

czulsza wobec Brie. Ale aż do niedawna nie wiedziałam, dlaczego.

Nie   mogła   już   usiedzieć.   Wstała   i   podeszła   do   drzwi   prowadzących   do   małego, 

kamiennego patio ozdobionego doniczkami przepięknych, różnorodnych pelargonii.

- Nie musisz o tym mówić, jeśli ci to sprawia aż taki ból - usłyszała za sobą głos 

Rogana.

-   Chcę   skończyć.   -   Niebo   było   wygwieżdżone,   łagodny   wietrzyk   szeptał   między 

drzewami.   -   Powiedziała   mi,   że   jestem   napiętnowana.   I   biła   mnie   tak,   żeby   piętno   było 

widoczne gołym okiem, żebym stale pamiętała, jaki ciężar dźwiga kobieta, ponieważ to ona 

background image

zachodzi w ciążę.

- To podłe, Maggie. - Nie panując nad emocjami, odwrócił ją do siebie, zacisnął ręce 

na jej ramionach. Jego oczy rzucały wściekłe błyski. - Byłaś przecież jeszcze dzieckiem.

- Jeśli nawet byłam, to właśnie tego dnia przestałam nim być. Ponieważ zrozumiałam, 

Roganie, że ma na myśli dokładnie to, co mówi.

- To było kłamstwo, żałosne kłamstwo.

- Nie dla niej. Dla niej to była święta prawda. Powiedziała mi, że jestem jej pokutą, 

którą Bóg ukarał ją za grzeszną noc. Wierzyła w to i ilekroć na mnie patrzyła, przypominała 

sobie o tym. Nawet bóle i cierpienia porodowe nie odkupiły jej winy. Ponieważ przeze mnie 

znalazła się w pułapce małżeństwa, którym gardziła, związana z człowiekiem, którego nie 

mogła pokochać, z dzieckiem, którego nigdy nie chciała. I, o czym świeżo się dowiedziałam, 

z   zaprzepaszczonymi   wszystkimi   marzeniami.   A   może   nawet   ze   świadomością,   że 

zaprzepaściła samą siebie.

- Tylko ona zasługuje na chłostę. Nikt nie ma prawa maltretować dziecka, a co gorsze, 

powoływać się przy tym na wypaczony wizerunek Boga.

- Zabawne, kiedy ojciec wrócił do domu i zobaczył, co zrobiła, powiedział prawie 

dokładnie to samo. Był to jedyny przypadek w moim życiu, kiedy niewiele brakowało, a 

uciekłby  się  do  przemocy.  Potwornie   się  kłócili.  To   było  dla   mnie   gorsze   od  bicia.   Nie 

mogłam tego słuchać, uciekłam do sypialni, aby nie być świadkiem czegoś jeszcze gorszego. 

Z pomocą przyszła mi Brie. Zajęła się mną jak mała mamusia, szeptała mi słodkie głupstwa 

za każdym razem, gdy krzyki i przekleństwa przybierały na sile. Ręce jej się trzęsły.

Nie sprzeciwiła się, gdy Rogan przyciągnął ją do siebie i objął ramionami. Jej oczy 

pozostały suche, a głos opanowany.

- Myślałam wtedy, że od niej odejdzie. Powiedzieli sobie tyle okropnych rzeczy i z 

taką nienawiścią, iż byłam przekonana, że po czymś takim nie mogą pozostać pod jednym 

dachem. Myślałam, że jeśli zabierze nas ze sobą, że jeśli Brie i ja będziemy mogły z nim 

odejść, gdziekolwiek bądź, wszystko się odtąd dobrze ułoży. Potem usłyszałam, jak mówi, że 

on także płaci za to wszystko. Że płaci za to, iż uwierzył, że ją kocha i że jej pragnie. I że 

będzie za to płacił aż do grobu. No i, oczywiście, na tym się skończyło.

Wyrwała się znowu. Cofnęła się.

- Żył jeszcze ponad dziesięć lat, a ona już nigdy mnie nie dotknęła. Nigdy, w żaden 

sposób. Ale nikt z nas nie zapomniał tego dnia. Myślę nawet, że nikt nie chciał go zapomnieć. 

Starał się mi  to wynagrodzić;  dawał mi  z siebie  więcej, kochał  mnie  bardziej. Gdyby  ją 

opuścił, gdyby nas zabrał, a ją zostawił, to zmieniłoby sprawę. Ale tego nie mógł uczynić, a 

background image

więc mieszkaliśmy w tym domu jak grzesznicy w piekle. A ja wiedziałam, że bez względu na 

to, jak on mnie kocha, musiał czasami myśleć, jak by to było, gdyby... gdyby mnie nie było, a 

on byłby wolny.

- Czy ty naprawdę winisz za to dziecko, Maggie?

- Grzechy naszych  ojców... - Potrząsnęła  głową.  - Jedno z ulubionych  powiedzeń 

matki. Nie, Roganie, nie obwiniam dziecka. Ale to niczego nie zmienia. - Wzięła głęboki 

oddech. Poczuła się lepiej po wypowiedzeniu tego wszystkiego. - Nigdy nie podejmę ryzyka i 

nie dam się zamknąć w podobnym więzieniu.

-   Jesteś   zbyt   inteligentną   kobietą,   aby   wierzyć,   że   to,   co   przydarzyło   się   twoim 

rodzicom, przydarza się każdemu.

- Nie, nie każdemu. Pewnego dnia, gdy już wyswobodziła się spod wpływu i presji 

matki, Brie wyjdzie za mąż. Należy do tych kobiet, które pragną założyć rodzinę.

- A ty nie pragniesz.

- Nie - odpowiedziała Maggie, ale słowo to zabrzmiało dziwnie pusto. - Mam pracę i 

potrzebna jest mi samotność.

Złapał ją za podbródek.

- Ty się boisz.

- Jeśli się nawet boję, to mam ku temu podstawy. - Wyswobodziła się z jego uścisku. - 

Jaka by była ze mnie żona czy matka po tym, co przeszłam?

- Przed chwilą powiedziałaś, że twoja siostra będzie świetna w obu rolach.

- To wszystko inaczej się na niej odbiło niż na mnie. Jej tak bardzo potrzebni są ludzie 

i   dom,   jak   mnie   odwrotność   tego.   Miałeś   absolutną   rację,   mówiąc,   że   jestem   uparta, 

samolubna i szorstka. Bo taka jestem.

- Może musisz  być  taka. Ale to nie jesteś  cała  ty,  Maggie. Jesteś  współczująca i 

lojalna, i kochająca. A ja nie zakochałem się w jakiejś twojej części, lecz kocham cię całą. 

Chcę spędzić z tobą życie.

Coś kruchego, jak delikatnie trącona struna, zadrżało w niej.

- Czy wysłuchałeś tego, co powiedziałam?

- Usłyszałem każde, najmniejsze słowo. Teraz wiem, że po prostu mnie nie kochasz. 

Wiem też, że mnie potrzebujesz.

Przeciągnęła rękami po włosach, wpijając w nie palce i ciągnąc je rozpaczliwie.

- Nikogo nie potrzebuję.

- Oczywiście, że potrzebujesz. Boisz się do tego przyznać, ale to zrozumiałe. - Było 

mu żal, gorzko żal tego dziecka, jakim była. Ale nie mógł się zgodzić, by to mogło zmienić 

background image

jego zamiary wobec niej jako kobiety. - Sama zamknęłaś się w więzieniu, Maggie. Ale gdy 

raz się przyznasz do swoich prawdziwych potrzeb, drzwi same się otworzą.

- Jestem szczęśliwa ze sposobu, w jaki żyję. Dlaczego chcesz to zmienić?

- Ponieważ pragnę z tobą spędzać więcej niż kilka dni w miesiącu. Pragnę żyć z tobą 

na co dzień, pragnę mieć z tobą dzieci. - Musnął ręką jej włosy, ujął ją z tyłu za szyję. - 

Ponieważ jesteś pierwszą i jedyną kobietą, którą pokochałem. Nie chcę cię stracić, Maggie. I 

nie chcę pozwolić, żebyś się mnie pozbyła.

- Dałam ci wszystko, co mogłam ci dać, Roganie. - Jej głos drżał, ale trzymała się 

twardo. - Więcej niż komukolwiek. Zadowól się tym, co jestem w stanie dać, bo jeśli nie, 

będę musiała to skończyć.

- Mogłabyś?

- Musiałabym.

Jeden raz przycisnął mocniej jej szyję, rozluźnił uścisk i puścił ją.

- Uparciuch - powiedział z wesołą nutką w głosie, pragnąc ukryć ból. - No cóż, taki 

sam jak ja. Mogę zaczekać, aż do mnie przyjdziesz. Nie mów, że nie przyjdziesz - przerwał 

jej, gdy otwierała już usta, by zaprotestować. - Będzie ci tylko po prostu trochę trudniej, gdy 

się   zdecydujesz.   Pozostawmy   sprawy   ich   własnemu   biegowi,   Maggie.   Z   jednym   tylko 

zastrzeżeniem.

Po uldze, jaką odczuła, znowu się nastroszyła.

- To znaczy?

-   Kocham   cię.   -   Objął   ją   ramionami,   przykrył   jej   usta   swoimi.   -   Musisz   się 

przyzwyczaić, że będę ci to powtarzał.

Cieszyła się z powrotu do domu. Tutaj mogła delektować się samotnością, radować 

własnym   towarzystwem   i  długimi,  długimi  dniami,  kiedy niebo  pozostawało  jasne aż  do 

dziesiątej  wieczór.  W domu  nie  musiała  myśleć  o niczym  poza pracą.  By tego  dowieść, 

spędziła trzy dni w pracowni, trzy nieprzerwane dni.

Praca paliła się w jej rękach, cieszyły ją efekty tej pracy. I po raz pierwszy w życiu 

czuła się samotna.

To   jego   wina,   pomyślała   patrząc,   jak   nadchodzi   zmierzch,   jak   się   pogłębia   i   jak 

pięknie przechodzi w noc. To on użył podstępu, by polubiła jego towarzystwo, by się dobrze 

czuła w wirze ludzi i miast. On sprawił, że zapragnęła więcej. Za mocno też pragnęła jego.

Małżeństwo. Zadrżała na samą myśl o tym. Ale przynajmniej była pewna, że do tego 

jej nie zmusi. Wiedziała także, że gdy upłynie trochę czasu, sam przekona się o słuszności jej 

background image

racji. A jeśli nie...

Wyszła   z   domu,   zamknęła   drzwi.   Najlepiej   nie   myśleć   o   żadnych   jeśli   -   gdyby. 

Ważne, że Rogan jest wrażliwym mężczyzną.

Szła powoli do Brianny, a wokół niej rozpostarła się noc. Od ziemi leniwie unosiła się 

mgiełka, a orzeźwiający wiatr szemrał wśród drzew.

Światło z kuchni Brianny jarzyło się pośród nocy jak radośnie wyglądająca przybysza 

latarnia morska. Maggie przełożyła do drugiej ręki oprawione szkice i przyśpieszyła kroku.

Gdy się zbliżała, dobiegło ją niskie warczenie od strony jawora. Zawołała cichutko, a 

w odpowiedzi usłyszała radosny szczek. Z cienia drzewa, zza mgły, wypadł Con i gdyby go 

nie powstrzymała, skoczyłby na nią, by okazać jej swoją miłość i przywiązanie.

- Już chyba nie będę musiała pukać, dziękuję ci. - Pogłaskała go po łbie, po karku, 

podczas gdy jego merdający ogon przecinał rzadką mgłę. - Stoisz dzisiaj na straży swojej 

księżniczki, prawda? No to chodź, poszukamy jej.

Gdy Maggie otwierała  kuchenne drzwi, Con przemknął  obok niej  w pełnej  krasie 

wspaniałego futra i mięśni.

Waląc ogonem, zatrzymał się przy drzwiach, które prowadziły do korytarza.

- Jest tam? - Maggie odłożyła na bok szkice i podeszła do drzwi.

Słychać   było   przez   nie   głosy,   łagodny   śmiech,   brytyjski   akcent.   -   Ma   gości   - 

powiedziała   do   Cona   i   kompletnie   go   rozczarowując,   wycofała   się   spod   drzwi.   -   Nie 

będziemy jej przeszkadzać, więc trzymaj się mnie. - Aby urozmaicić mu nieco tę smutną 

perspektywę,   podeszła   do   kredensu,   w   którym   Brianna   trzymała   herbatniki.   -   Pokaż,   co 

potrafisz i czy zasłużyłeś na poczęstunek, łajdaku!

Con nie spuszczał wzroku z herbatnika. Kłapał pyskiem. Z powściąganą godnością 

podszedł do Maggie, usiadł i podał łapę.

- Zdolny z ciebie drań.

Porwał  herbatnik  i   zaczął  harcować  po  kuchennym   chodniku.  Trzykrotnie   okrążył 

pomieszczenie, po czym położył się i zabrał się za swój łup.

- Zdaje się, że sama będę musiała o siebie zadbać.

Wystarczył   jej   szybki   rzut   oka   po   kuchni,   by   wypatrzyć   skarb.   Spod   serwetki 

wystawał kawał piernika z formy. Zjadła pierwszy kawałek, podczas gdy woda grzała się w 

czajniku, następnie usiadła przy stole, biorąc drugi kawałek i stawiając obok siebie dzbanek z 

herbatą.

Kiedy weszła Brianna, Maggie wyskrobywała okruchy z patery.

- Zastanawiałam się, kiedy się zjawisz. - Brianna pochyliła się, by pogłaskać psa, 

background image

który na jej widok poderwał się i przypadł do jej nóg.

- Byłabym  wcześniej, gdybym  wiedziała,  że  znajdę tu takie  pyszności.  Widzę,  że 

jesteś zajęta, masz w domu komplet.

- Tak, małżeństwo z Londynu, student z Derry i dwie urocze panie z Edynburga. Jak ci 

się udały wakacje?

- Miejsce jest prześliczne, dni były gorące i słoneczne, noce ciepłe. Zrobiłam trochę 

szkiców, więc sama się przekonasz. - Wskazała na nie ruchem ręki.

Brie nie posiadała się z radości na widok rysunków.

- Och, jakie piękne.

- Pomyślałam, że będziesz z nich bardziej zadowolona niż z kartek pocztowych.

-   Oczywiście.   Dziękuję   ci,   Maggie.   Mam   trochę   wycinków   z   twojej   paryskiej 

wystawy.

Zaskoczyła tym Maggie.

- Och, w jaki sposób udało di się je zdobyć?

- Poprosiłam Rogana, żeby mi przysłał. Chcesz je obejrzeć?

- Nie teraz, nie. Rozboli mnie tylko od nich żołądek, a ponieważ ostatnio pracuje mi 

się zupełnie nieźle, wolałabym odłożyć to na później.

- Pojedziesz do Rzymu na swoją wystawę?

- Nie wiem. Jeszcze się nie zastanawiałam. Wszystko to wydaje mi się tak bardzo 

odległe.

- Jak sen. - Westchnęła Brianna. - Trudno mi wprost uwierzyć, że byłam w Paryżu.

- Mogłabyś teraz więcej podróżować, gdybyś chciała.

-   Mmmm.   -   Być   może   znalazłyby   się   miejsca,   które   chciałaby   obejrzeć,   ale 

zatrzymywał ją dom. - Alice Quinn urodziła chłopczyka. Nazwali go David. Właśnie wczoraj 

został ochrzczony. Kwilił podczas całej uroczystości.

- A Alice na pewno ćwierkała i podskakiwała jak ptaszek.

-   Nie,   trzymała   małego   Davida   i   uspokajała   go,   a   potem   wyszła   z   nim,   by   go 

nakarmić. Małżeństwo i macierzyństwo bardzo ją odmieniły. Nawet byś nie uwierzyła, że to 

ta sama Alice.

- Małżeństwo zawsze zmienia ludzi.

- Często na lepsze. - Ale Brianna wiedziała, co Maggie ma na myśli. - Mama daje 

sobie nieźle radę.

- Nie pytałam cię o nią.

- Nie - odparła spokojnie Brianna. - Ale ci mówię. Lottie zmusza ją codziennie, by 

background image

wychodziła do ogrodu i spacerowała.

- Spacerowała? - Ciekawość Maggie okazała się silniejsza od jej niechęci. - Mama 

chodzi na spacery?

- Nie wiem, jak Lottie to robi, ale jest pewne, że znalazła na mamę sposób. Gdy je 

ostatnio odwiedziłam, mama trzymała włóczkę, którą Lottie nawijała. Kiedy weszłam, rzuciła 

ją i zaczęła swoją starą śpiewkę o tym, jak ta kobieta wpędza ją do grobu. Twierdzi, że już 

dwukrotnie zwalniała Lottie, ale że Lottie nic sobie z tego nie robi. Przez cały czas, gdy 

mama narzekała, Lottie bujała się w fotelu, uśmiechała i nawijała włóczkę.

- Jeśli ta kobieta odprawi Lottie...

- Nie, pozwól, że skończę. - Brianna pochyliła się naprzód. W jej oczach pojawiły się 

figlarne błyski. - Stałam tam i sumitowałam się, spodziewając się najgorszego. Ale po chwili 

Lottie przestała się bujać. „Maeve - powiedziała - przestań truć dziewczynie. Skrzeczysz jak 

sroka”. I znowu wręczyła jej włóczkę, i zaczęła mi opowiadać, jak to w przyszłości nauczy 

mamę robić na drutach.

- Nauczy ją robić... och, to dopiero będzie wydarzenie!

- A tymczasem mama nie przestawała mruczeć pod nosem i sprzeczać się z Lottie. Ale 

sprawiała wrażenie, jakby ją to bawiło. Miałaś rację, mówiąc, że powinna mieć własny dom, 

Maggie. Jeszcze może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jest szczęśliwsza niż kiedykolwiek w 

życiu.

- Najważniejsze, że nie ma jej tutaj. - Maggie niespokojnie krążyła po kuchni. - Nie 

chciałabym, żebyś myślała, że zrobiłam to z czystej dobroci serca.

- Ale zrobiłaś - odpowiedziała łagodnie Brianna. - A jeśli chcesz, żeby poza mną nikt 

o tym nie wiedział, to twoja sprawa.

- Nie przyszłam tu, żeby rozmawiać o niej, ale żeby zobaczyć, jak ci się wiedzie. Czy 

przeprowadziłaś się do pokoju z tyłu kuchni?

- Tak. Dzięki temu mam na górze o jeden pokój więcej dla gości.

- Jesteś także dzięki temu trochę bardziej odizolowana od reszty domu.

-   No   właśnie.   Wygospodarowałam   tam   miejsce   na   biurko,   mogę   więc   spokojnie 

zajmować się księgowością i papierkową robotą. Cieszę się, że okno wychodzi wprost na 

ogród. Murphy powiedział, żebym wstawiła dodatkowe drzwi, i że w ten sposób będę mogła 

wchodzić i wychodzić, nie przechodząc przez cały dom.

- Świetny pomysł. - Maggie wyjęła słoik porzeczek i odstawiła go z powrotem. - A 

masz na to pieniądze?

- Wystarczy mi.  To był  dobry sezon. Maggie, czy możesz  mi  powiedzieć,  co cię 

background image

gnębi?

-   Nic   -   odpowiedziała   zwięźle   Maggie.   -   Chodzi   mi   wiele   spraw   po   głowie,   to 

wszystko.

- Pokłóciłaś się z Roganem?

- Nie. - Nie można tego nazwać kłótnią, pomyślała. - Dlaczego akurat przypuszczasz, 

że o nim myślę?

- Ponieważ widziałam was razem, widziałam, jak bardzo jesteście sobą zajęci.

- I to wystarczy, nieprawda? - zapytała Maggie. - Ja jestem nim zainteresowana, a on 

mną. Nasz wspólny biznes powiódł się i prawdopodobnie nadal będzie rozkwitał. Czy to nie 

wystarczy?

- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Czy kochasz go?

- Nie. - I wolałaby nie być zakochana. - Choć on uważa, że go kocham, ale nie mogę 

przecież odpowiadać za to, co myśli mężczyzna. Nie zmienię także dla niego swojego życia, 

dla nikogo zresztą... Już i tak się zmieniło. - Zrobiło się jej nagle zimno, podniosła do góry 

ramiona. - I co gorsze, nieodwracalnie.

- Co to znaczy?

- To, że już nie jestem taka, jaka byłam, że myślę inaczej. Sprawił, że mam większe 

potrzeby. Wiem, że je zawsze miałam, ale on spowodował, że je tak łatwo zaakceptowałam. 

Już   mi   nie   wystarcza   sama   praca,   on   także   jest   mi   potrzebny.   Stał   się   częścią   tego 

wszystkiego, i jeżeli spotka mnie niepowodzenie, nie chcę tego przeżywać w samotności. 

Jeśli odniosę sukces, satysfakcja nie będzie jedynie moim udziałem. Myślę, że poszłam na 

kompromis, ponieważ oddałam cząstkę siebie, tę najlepszą cząstkę, w jego ręce.

- Czy mówisz o swojej sztuce, Maggie, czy o swoim sercu? - zapytała Brianna, patrząc 

surowym wzrokiem na siostrę.

Zdezorientowana Maggie usiadła z powrotem.

- Jedno wiąże się nierozerwalnie z drugim. Wygląda więc na to, że oddałam mu po 

kawałku wszystkiego.

Gdyby   Rogan   usłyszał   to   zdanie,   zdziwiłby   się.   Długo   się   zastanawiał,   wreszcie 

postanowił   traktować   swój   związek   z   Maggie   jak   swego   rodzaju   fuzję   na   płaszczyźnie 

biznesu z niechętnym do współpracy partnerem. Złożył swoją ofertę. A teraz musi zaczekać, 

zachować dystans, zostawić czas do namysłu drugiej stronie.

Nie zachodziła chwilowo potrzeba kontaktu na płaszczyźnie zawodowej. Wystawa w 

Paryżu przedłużona została o kolejne dwa tygodnie. Później zostanie przewieziona do Rzymu. 

Eksponaty zostały wybrane, podstawowe sprawy ustalone.

background image

Na najbliższą, dającą się przewidzieć przyszłość, ona zajęta będzie swoją pracą, a on 

swoją.   A   wszystkie   sprawy   związane   z   biznesem   będzie   z   nią   załatwiał   poprzez   swoich 

pracowników.

Pozwoli jej, innymi słowy, wypić piwo, które sama nawarzyła.

Z punktu widzenia jego dumy i planów zależało mu na tym, żeby nie wiedziała, jak 

bardzo go zraniła, odrzucając jego uczucia. Oprócz tego, będą mogli obiektywnie przemyśleć 

i ocenić swoją przyszłość. Gdyby byli razem, cała dyskusja zakończyłaby się w łóżku. A 

przecież nie o to w tym przypadku chodziło.

Tutaj   potrzebna   jest   cierpliwość   i   żelazna   konsekwencja.   A   jeżeli   po   upływie 

.odpowiednio   długiego   czasu,   Maggie   będzie   się   nadal   tak   głupio   upierać,   sięgnie   po 

wszystkie metody, jakie będzie miał do dyspozycji.

Rogan zapukał energicznie do drzwi babki. To nie była ich ustalona pora wizyty, ale 

będąc już od tygodnia w Dublinie, potrzebował odrobiny pociechy ze strony rodziny.

Skinął głową na widok pokojówki, która otworzyła mu drzwi.

- Czy babcia jest w domu?

- Tak, panie Sweeney. Jest w dużym salonie. Powiadomię ją o pańskim przybyciu.

- Nie ma potrzeby. - Przemierzył dużymi krokami hol i wszedł przez otwarte drzwi do 

salonu. Christine natychmiast podniosła się i otworzyła na jego widok ramiona.

- Rogan! Co za przemiła niespodzianka!

-   Odwołano   spotkanie,   pomyślałem   więc,   że   wpadnę   i   zobaczę,   jak   się   masz.   - 

Odsunął ją lekko i z uniesioną brwią przyglądał się jej. - Wyglądasz nadzwyczaj dobrze.

- Bo też i czuję się nadzwyczaj dobrze. - Roześmiała się i poprowadziła go do fotela. - 

Czy poprosić o drinka dla ciebie?

- Nie. Nie zostanę długo. Przyszedłem wyłącznie dla towarzystwa.

- Słyszałam, że paryska wystawa wyjątkowo się udała. - Christine usiadła obok niego, 

poprawiła   spódnicę   lnianej   sukni.   -   W   ubiegłym   tygodniu   jadłam   lunch   z   Patrycją   i 

dowiedziałam się od niej, że to był niebywały sukces.

- To prawda. Choć prawdę mówiąc, nie wiem, skąd Patrycja może o tym wiedzieć. - 

Na myśl o starej przyjaciółce odezwało się w nim dawne poczucie winy. - Co u niej słychać?

- O, wszystko w porządku. Kwitnie, można powiedzieć. Przypuszczam, że o wystawie 

paryskiej dowiedziała się od Josepha. Poza tym pracuje ciężko w swojej dziennej szkole, a 

Joseph bardzo jej pomaga.

-   To   dobrze.   Obawiam   się,   że   zaniedbałem   trochę   galerię   w   ostatnim   tygodniu. 

Poświęcam natomiast dużo czasu i wysiłku manufakturze w Limerick.

background image

- A jak postępują prace?

-   Nie   najgorzej.   Są   jednak   pewne   komplikacje,   więc   muszę   tam   pojechać   i 

rozstrzygnąć je na miejscu.

- Przecież dopiero co stamtąd wróciłeś.

- Nie zajmie mi to więcej niż dzień czy dwa. - Spojrzał na nią uważnie. Wygładzała 

spódniczkę, poprawiała włosy. - Czy coś jest nie w porządku?

- Ależ skąd. - Jej twarz rozjaśnił uśmiech, na siłę powstrzymała ręce. - W absolutnym 

porządku, choć jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Widzisz... - zawiesiła głos, 

oskarżając się jednocześnie o tchórzostwo. - Co słychać u Maggie? Podobało się jej we ' 

Francji?

- Zdaje się, że tak.

- To piękna pora roku na spędzenie urlopu w willi. Czy mieliście dobrą pogodę?

- Tak. Czy chciałaś ze mną porozmawiać właśnie o pogodzie, babciu?

- Nie, chodzi o to... czy jesteś pewien, że nie chcesz drinka?

Jej zachowanie postawiło go w stan pogotowia.

- Jeśli coś jest nie tak, chciałbym, żebyś mi o tym powiedziała.

Ku jego zdumieniu zaczerwieniła się jak uczennica.

- Babciu...

Przerwał, słysząc na schodach rumor i pokrzykiwanie.

- Chrissy? Gdzie ty się podziewasz, dziecko?

Rogan podniósł się wolno z miejsca,  gdy przez  uchylone  drzwi zajrzał  do salonu 

mężczyzna. Był tęgi i krzepki, łysy jak kolano i ubrany' w fatalnie dopasowany garnitur w 

kolorze nagietek. Miał okrągłą i pomarszczoną twarz. Promienną jak księżyc.

- Tu jesteś, moje drogie dziecko. Myślałem, że już się zgubiłaś.

-  Miałam  właśnie  zadzwonić   na  herbatę.  -  Gdy  mężczyzna  wkroczył  do  pokoju  i 

ucałował jej rozedrgane ręce, zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

- Roganie, to jest Niall Feeney. Niall, mój wnuk Rogan.

- We własnej osobie! - Ujął rękę Rogana i potrząsnął nią serdecznie. - Niezmiernie się 

cieszę, że wreszcie udało mi się ciebie spotkać,' Chrissy opowiedziała mi wszystko o tobie, 

chłopie. Nic dziwnego, skór jesteś jej oczkiem w głowie.

- Miło mi... pana poznać, panie Feeney.

-   Nie,   nie,   nie,   między   nami   nie   może   być   żadnych   formalności.   Nie   przy   tych 

wszystkich naszych rodzinnych powiązaniach. - Mrugnął okiem i zaśmiał się, aż zatrząsł mu 

się brzuch.

background image

- Powiązaniach? - zapytał cicho Rogan.

- A no tak. Dorastałem nie dalej niż na wyciągnięcie ręki od Chrissy. Pięćdziesiąt lat 

upłynęło, na Boga, a teraz los tak zrządził, że ty zajmujesz się interesami mojej siostrzenicy.

-  Pańskiej   siostrzenicy?   - Wiadomość   ta  omal  go  nie  powaliła.   - Jest pan  wujem 

Maggie?

- W rzeczy samej. - Niall usiadł, czuł się jak u siebie w domu, jego pokaźny brzuch 

przelewał   się   nad   paskiem   od   spodni.   -   Muszę   przyznać,   że   jestem   dumny   jak   paw   z 

dziewczyny, chociaż, prawdę mówiąc, niewiele rozumiem z tego, co ona robi. Wierzę Chrissy 

na słowo, że to jest dobre.

- Chrissy - powtórzył cicho Rogan.

- Czyż to nie wzruszające, Roganie? - Nerwowy uśmiech zniekształcił lekko twarz 

Christine. - Zdaje się, że to Brianna napisała do Nialla do Galway i powiadomiła go, że 

Maggie   i   ty   pracujecie   razem.   Wspomniała,   oczywiście,   że   jesteś   moim   wnukiem.   Niall 

napisał do mnie i tak, po nitce do kłębka... Niall przyjechał z krótką wizytą.

- Z wizytą. Do Dublina?

-   Nie   ma   co,   ładne   miasto.   -   Trzepnął   ręką   o   delikatne   oparcie   sofy.   -   Z 

najładniejszymi w całej Irlandii dziewczętami. - Mrugnął do Christine. - Choć tak naprawdę 

mam na oku tylko jedną!

- Daj spokój, Niall.

Rogan przyglądał się tej parze, która na jego oczach gruchała w najlepsze i przymilała 

się do siebie.

- Myślę, że jednak poproszę o tego drinka - powiedział. - Poproszę whisky.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Rogan opuścił salon babki w stanie najwyższego wzburzenia. Do galerii dotarł tuż 

przed zamknięciem. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Kiedyś Maggie powiedziała, że 

gdy para ludzi pozostaje ze sobą w intymnym związku, wysyła sygnały.

Jego  babcia,  niech   Bóg ją ma  w  swej   opiece,  flirtuje   z pucołowatym   jak księżyc 

wujem Maggie z Galway!

Nie,   to   nie   do   pomyślenia,   zadecydował,   wchodząc   do   galerii.   Może   i   wysyłają 

sygnały, ale z pewnością odczytał je nieprawidłowo. W końcu przecież jego babcia ma ponad 

siedemdziesiąt lat, bezbłędny gust, nieskazitelny charakter, nienaganny styl.

A Niall Feeney jest... po prostu nie do opisania, doszedł do wniosku Rogan.

Musi zebrać myśli. Potrzebuje tylko kilku godzin bezwzględnego spokoju i ciszy w 

biurze swojej galerii... z dala od ludzi i telefonów, i od wszystkich, choćby najmniejszych, 

cudzych spraw.

Przechodząc   przez  dużą   salę,  pokiwał   ironicznie   głową.  To  wszystko   brzmiało  aż 

nadto podobnie do tego, co zwykła mawiać Maggie; z dala od ludzi i telefonów...

Nie zdążył położyć ręki na klamce, gdy doszedł go podniesiony głos. Za drzwiami 

rozgorzała   burzliwa   dyskusja.   Choć   dobre   maniery   nakazywały   się   wycofać,   ciekawość 

okazała się silniejsza.

Otworzył drzwi. Patrycja i Joseph sprzeczali się na całego.

- Mówię ci, że robisz zły użytek z głowy, którą dostałaś od Boga - krzyczał Joseph. - 

Nie chcę, żeby z mojego powodu popsuły się twoje stosunki z matką.

- Nie obchodzi mnie, co pomyśli sobie moja mama - odkrzyknęła Patrycja z takim 

przejęciem, że Rogan z wrażenia otworzył usta. - To nie ma z nią nic wspólnego.

- Sam fakt, że tak mówisz, przemawia na moją korzyść. Nie kierujesz się rozumem. 

Ona   jest...   Rogan?   -   Rozwścieczona   twarz   Josepha   znieruchomiała   jak   kamień.   -   Nie 

spodziewałem się ciebie.

- Domyślam się. - Przyglądał się uważnie to Patrycji, to Josephowi. - Zdaje się, że 

przeszkadzam.

- Może uda ci się przemówić do niego i wybić mu z głowy choć na chwilę tę jego 

dumę. - Jej oczy ciskały błyskawice. - Bo ja nie mogę.

-   To   nie   dotyczy   Rogana.   -   W   pozornie   spokojnym   głosie   Josepha   brzmiało 

ostrzeżenie.

- Och, prawda, przecież nie możemy nikogo wtajemniczać. - Pojawiły się pierwsze 

background image

łzy. Patrycja otarła je. - Musimy się skradać i ukrywać jak rozpustnicy. Ale ja już mam tego 

dość, Josephie. Kocham cię i wszystko mi jedno kto się o tym  dowie. - Obróciła się do 

Rogana. - No i co? Czy masz coś do powiedzenia na ten temat?

Podniósł do góry rękę, jakby dla odzyskania równowagi.

- Myślę, że powinienem zostawić was samych.

- Nie ma potrzeby. - Zaczęła grzebać w torebce. - On mnie nie chce słuchać. To moja 

wina,   popełniłam   błąd,   sądząc,   że   mnie   wysłucha.   Że   jest   jedynym   człowiekiem,   który 

naprawdę chce mnie wysłuchać.

- Patrycjo.

- Nie mów do mnie tym tonem - syknęła na Josepha. - Przez całe życie mówiono mi, 

co mam robić i jak mam postępować. Co jest właściwe, a co dopuszczalne, i jestem już 

śmiertelnie tym znużona. Zniosłam krytykę na temat otwarcia mojej szkoły i to cholerne, nie 

wypowiadane na głos, przekonanie przyjaciół i rodziny, że mi się nie powiedzie. - Znowu 

zwróciła się w kierunku Rogana. - Słyszysz mnie? Powiodło mi się. Zrobiłam dokładnie to, co 

zamierzałam,   i   zrobiłam   to   dobrze.   Nie   zamierzam   również   tolerować   krytyki   na   temat 

wyboru kochanków. Ani od ciebie, ani od matki, a już tym bardziej od kochanka, którego 

wybrałam.

Z dumnie uniesionym podbródkiem i mokrymi oczami odwróciła się do Josepha.

- Jeśli mnie nie chcesz, zdobądź się na uczciwość i powiedz to. Ale nie waż się mówić, 

co jest dla mnie lepsze.

Joseph postąpił ku niej, ale ona wybiegła już za drzwi.

- Patty!  Niech to diabli! - Lepiej będzie pozwolić jej odejść, powiedział do siebie 

Joseph. Lepiej dla niej. - Przepraszam cię, Roganie - wydusił z siebie. - Gdybym wiedział, że 

przyjdziesz, znalazłbym może sposób, by uniknąć tej sceny.

- Ale ponieważ nie znalazłeś, może mi coś wytłumaczysz. - Rogan obszedł sztywno 

biurko i usiadł za nim, przyjmując władczą pozycję. - Wręcz na to nalegam.

Joseph   nawet   nie   mrugnął   okiem,   gdy   Rogan   niezauważalnie   przeszedł   z   roli 

przyjaciela w rolę szefa.

- Nie muszę wyjaśniać, że spotykam się z Patrycją.

- O ile dobrze zrozumiałem, ona mówiła o ukrywaniu się.

Na twarzy Josepha znowu pojawił się rumieniec.

- My... ja uważam, że będzie lepiej, jeżeli zachowamy dyskrecję.

-   Naprawdę?   -   Oczy   Rogana   miotały   gniewne   błyski.   -   I   dlatego   traktujesz   taką 

kobietę jak Patrycja podobnie jak wszystkie swoje miłostki? I to jest twoje wyobrażenie o 

background image

dyskrecji?!

-   Byłem   przygotowany   na   twoją   dezaprobatę,   Roganie.   -   Pod   szytą   na   miarę 

marynarką Josepha można było dostrzec jego napięte jak stal ramiona. - Spodziewałem się 

tego.

- I słusznie - powiedział opanowanym głosem Rogan.

- Podobnie jak spodziewałem się reakcji jej matki, gdy wczoraj wieczorem zaprosiła 

mnie na wspólną kolację z rodzicami. - Ręce zacisnęły mu się w pięści. - Kierownik galerii 

bez cienia błękitnej krwi w rodowodzie. Mogła to równie dobrze powiedzieć na głos, bo z 

oczu można to było wyczytać bez najmniejszego trudu. Jej córka zasługuje na coś lepszego. I 

na Chrystusa, przecież to prawda! Ale nie pozwalam ci mówić, że to jakaś zwykła miłostka. - 

W trakcie wypowiadania tych słów jego głos przeszedł w krzyk.

- A zatem co to takiego?

- Kocham ją. Kocham ją odkąd ujrzałem ją po raz pierwszy, prawie dziesięć lat temu. 

Ale wtedy był Robert... i byłeś ty.

- Mnie tam nigdy nie było. - Zbity z tropu, Rogan potarł twarz rękoma. Czy cały świat 

oszalał? Jego babka i wuj Maggie, on i Maggie, a teraz Joseph i Patrycja. - Kiedy to się stało?

- Na tydzień przed twoim wyjazdem do Paryża. - Joseph przypomniał sobie te upojne 

godziny,   te   cudowne   dni   i   noce   nim   nie   dosięgła   ich   surowa   rzeczywistość.   -   Nie 

zaplanowałem   tego   z   góry,   choć   to   prawie   nie   zmienia   sprawy.   Pomyślałem,   że   może 

zechcesz dokonać teraz jakichś zmian.

Roganowi opadły ręce.

- Jakich znowu zmian?

- Na stanowisku kierownika galerii.

Rogan pomyślał, że jedynym jego marzeniem jest pójść do domu i zażyć aspirynę.

- Dlaczego? - zapytał znużonym głosem.

- Jestem twoim pracownikiem.

-   Jesteś   i   mam   nadzieję,   że   nim   pozostaniesz.   Twoje   prywatne   życie   nie   ma   nic 

wspólnego z twoją pracą tutaj. Chryste Panie, czy wyglądam na ' jakiegoś potwora, który 

mógłby cię wylać z pracy za to, że oświadczasz mi, że zakochałeś się w mojej przyjaciółce? - 

By   choć   na   chwilę   ulżyć   bolącej   głowie,   końcami   palców   przycisnął   mocno   powieki.   - 

Wchodzę tutaj... do mojego własnego biura, o ile mnie pamięć nie myli... i znajduję was tutaj 

skaczących sobie do gardła jak dwa teriery. Nie zdążyłem jeszcze i ochłonąć z wrażenia, a już 

Patrycja   rzuca   się   na   mnie   z   pazurami   za   to,   iż   rzekomo   nie   wierzę   w   jej   zdolności.   - 

Potrząsnął głową i oderwał palce od oczu. - Nigdy nie uważałem, że jest niezdolna. Wręcz 

background image

przeciwnie. Jest jedną z najinteligentniejszych kobiet, jakie znam.

-   Trafiłeś   akurat   na   zły   moment   -   mruknął   Joseph   i   zachłannie   zaciągnął   się 

papierosem.

- Na to wygląda. Nie będę ci miał za złe, jeśli powiesz, że to nie moja sprawa, ale jako 

ktoś, kto cię zna od dziesięciu lat, a Patrycję jeszcze dłużej, uważam, że mam prawo czuć się 

zaangażowany w wasze problemy. O co, u licha, tak ze sobą wojujecie?

Joseph wypuścił dym.

- Ona chce, żebyśmy uciekli i wzięli cichy ślub.

- Uciekli? - Gdyby Joseph powiedział mu, że Patrycja chce zatańczyć nago na placu 

św. Stefana, byłby mniej zdumiony. - Z Patrycją?

- Uknuła jakiś szalony plan. Chce, żebyśmy uciekli do Szkocji. Zdaje się, że pokłóciła 

się z matką i jak burza wpadła prosto tutaj.

- Nigdy nie podejrzewałem, że Patrycja potrafi wpadać gdziekolwiek jak burza. Ale z 

tego wynika, że jej matka sprzeciwia się waszemu związkowi.

- Wolałaby wszystko inne, tylko nie to. - Uśmiechnął się blado. - A tak naprawdę, to 

ona uważa, że Patrycja powinna się zakręcić koło ciebie.

Ta wiadomość nie zdziwiła już Rogana.

- Rozczaruje się - powiedział. - Mam inne plany. Jeśli to się na coś przyda, mogę jej to 

wyjaśnić.

-   Nie   sądzę,   żeby   to   mogło   zaszkodzić   -   zawahał   się   Joseph,   po   czym,   swoim 

zwyczajem,   przysiadł   na   rogu   biurka   Rogana.   -   Mówisz   to   poważnie?   Nie   sprawi   ci   to 

kłopotu?

- Niby dlaczego? Poza tym Dennis także postara się jej to wyperswadować.

- To samo powiedziała Patrycja. - Joseph spojrzał na dopalającego się między palcami 

papierosa,   wyjął   malutką   kieszonkową   popielniczkę   i   zgasił   go,   -   Ona   uważa,   że   jeżeli 

wyjedziemy i pobierzemy się, matka pogodzi się szybko z faktem, a nawet uzna ten pomysł 

za własny.

- Założę się, że tak będzie. Na początku Robert także się jej nie podobał.

- Naprawdę? - Joseph wyglądał tak, jak ktoś, kto zaczyna dostrzegać światło w tunelu.

-   Wcale   nie   uważała,   że   jest   dostateczne   dobry  dla   jej   ukochanej   córki.   -   Rogan 

zadumał się. Usiadł z powrotem. - Ale bardzo szybko zmieniła zdanie i pokochała go nad 

życie. Oczywiście, on nie nosił kolczyka w uchu.

Twarz Josepha pojaśniała, gdy podniósł wzrok na Rogana.

- Patty to lubi.

background image

- Mmmm. - To było wszystko, na co się zdobył. - Z Annę może być trudniej. - Udał, 

że   nie   słyszy   mało   wybrednego   parsknięcia   Josepha.   -   Ale   w   końcu,   ona   pragnie   tylko 

szczęścia własnej córki. I jeśli Patrycja uważa, że tylko ty możesz jej je dać, Annę również to 

uzna. Sądzę, że gdybyście się zdecydowali na nagły wyjazd do Szkocji, jakoś byśmy to tutaj 

wszystko załagodzili.

- Nie mogę. To by było nie w porządku wobec niej.

- Twoja sprawa, naturalnie. Ale... - Rogan wyciągnął się wygodnie w fotelu. - Wydaje 

mi  się,   że  dzika  jazda  gdzieś   na  rubieże   i  ceremonia   ślubna  w   jakiejś  starej,  zmurszałej 

kaplicy, i miesiąc miodowy w górach Szkocji mogą być bardzo romantyczne.

- Nie chcę, żeby tego żałowała. - W głosie Josepha nie było już tej pewności.

- Kobieta, która stąd wyszła przed chwilą, wyglądała na taką, która wie, czego chce i 

dobrze rozważyła swoją decyzję.

- Chyba masz rację, może się tylko za bardzo pośpieszyła, oznajmiając mi to tak nagle. 

-  Zeskoczył   z  biurka.   -  Lepiej  będzie,  jeśli  jej  poszukam.   -  Zatrzymał   się  w   drzwiach  i 

obdarował Rogana promiennym uśmiechem. - Czy dasz mi wolny tydzień?

- Weź dwa. I ucałuj pannę młodą ode mnie.

Telegram, który otrzymał trzy dni później, donoszący, że państwo Donahoe mają się 

dobrze i są szczęśliwi, dowiódł Roganowi, iż jego serce jeszcze nie skamieniało.

Szczerze   ucieszył   się,   że   miał   swój   udział   w   przyśpieszeniu   szczęścia   dwojga 

zakochanych.

Ale była jeszcze druga para zakochanych, której z kolei, wolałby nie oglądać razem i 

dałby dużo, by zobaczyć, jak rozchodzą się w różne strony. Snuł codzienne fantazje, jakby tu 

skłonić Nialla Feeneya do powrotu do Galway. Początkowo Rogan z trudem tolerował tę 

sytuację. A kiedy upłynął już tydzień, a Niall na dobre zadomowił się w domu Christine 

Sweeney,  stracił cierpliwość. W końcu, jak długo kobieta o tak wyrafinowanym  smaku i 

takiej wrażliwości, jak jego babka, może się dać zwodzić pozbawionemu wdzięku, nudnemu i 

prowincjonalnemu cwaniakowi?

Po dwóch tygodniach postanowił, że nadszedł czas, by przemówić mu do rozsądku.

Rogan oczekiwał w salonie... salonie, który stanowił odbicie stylu i manier uroczej, 

wrażliwej i wielkodusznej kobiety.

-   Jakże   się   cieszę,   Roganie.   -   Christine   wślizgnęła   się   do   pokoju.   Wyglądała 

stanowczo   zbyt   atrakcyjnie   jak   na   kobietę   w   tym   wieku,   pomyślał   Rogan.   -   Jaka   miła 

niespodzianka. Myślałam, że jesteś w drodze do Limerick.

background image

- Prawie jestem. Zatrzymałem się tylko w drodze na lotnisko. - Pocałował ją, rzucając 

okiem przez jej ramię w stronę drzwi. - Więc... jesteś sama?

- Tak. Niall załatwia  jakieś  sprawy.  Zdążysz  jeszcze  coś zjeść?  Kucharka  upiekła 

przepyszne   tarty.   Niall   ją   oczarował,   więc   codziennie   wymyśla   dla   niego   jakieś   nowe 

przysmaki.

- Oczarował ją?

- Och, tak. Ciągle wślizguje się do kuchni, by jej powiedzieć, w jaki sposób ma zrobić 

zupę czy kaczkę, czy też jakieś inne danie. Ona wprost nie nadąża.

- Nie da się ukryć, że nie wygląda na zagłodzonego.

Christine uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Och, uwielbia jedzenie, to prawda.

- Tym łatwiej mu to przychodzi, że nic go to nie kosztuje.

Na ten komentarz Christine uniosła brew.

-   Czy   uważasz,   że   powinnam   wystawiać   przyjaciołom   rachunki   za   wyżywienie, 

Roganie?

- Oczywiście, że nie. Już pobył dostatecznie długo w mieście - powiedział, zmieniając 

taktykę. - Jestem pewien, że tęskni za domem, za pracą.

- Jest już na emeryturze. Niall mówi, że człowiek nie może pracować przez całe życie.

- O ile w ogóle pracował - powiedział Rogan półgłosem. - Babciu, jestem pewien, że 

miło ci było spotkać przyjaciela z dzieciństwa, ale...

- To prawda. To dla mnie wielka radość. Wiesz, poczułam się młodsza. - Roześmiała 

się. - Jak dziewczynka. Poszliśmy potańczyć tej nocy. Zapomniałam już jaki z Nialla świetny 

tancerz. A kiedy pojedziemy do Galway...

- Wy? - Rogan aż pobladł. - Wy pojedziecie do Galway?

- Tak, zaplanowaliśmy na przyszły tydzień długą przejażdżkę na zachód. Odczuwam 

pewną nostalgię. Oczywiście, bardzo chcę zobaczyć dom Nialla.

- Ależ to absurd! Nie możesz się włóczyć do Galway z tym człowiekiem.

- Dlaczegóż by nie?

- Ponieważ jesteś... jesteś moją babcią, na miłość boską, i nie dopuszczę...

- Do czego nie dopuścisz? - zapytała z największym spokojem.

Jej nieco rozgniewany ton głosu, jakim rzadko się do niego odzywała, kazał mu się 

wziąć w ryzy.

- Babciu, rozumiem,  że dałaś  się ponieść wspomnieniom.  I nic w tym  złego. Ale 

pomysł, żeby wyjeżdżać z człowiekiem, którego nie widziałaś od ponad pięćdziesięciu lat 

background image

wydaje mi się niedorzeczny.

Jaki on jest młody, pomyślała Christine. I jak beznadziejnie układny.

-   Myślę,   że   w   moim   wieku   można   sobie   pozwolić   na   pewne   niedorzeczności.   Z 

drugiej strony, nie wydaje mi się, by podróż do domu mojego dzieciństwa, z człowiekiem, 

którego bardzo lubię, z człowiekiem,  którego znałam  na długo przed twoim urodzeniem, 

podpadała pod tę kategorię. Myślę raczej - powiedziała i podniosła rękę, by nie dopuścić go 

do głosu - że pomysł mojego związku, dojrzałego, satysfakcjonującego związku z Niallem 

bardziej pasowałby do tej kategorii.

- Chcesz mi powiedzieć... nie mówisz chyba... że się...

-   Przespałam   z   nim?   -   Christine   oparła   się   wygodnie   i   dobrze   utrzymanymi 

paznokciami zaczęła stukać w oparcie swojej ulubionej sofy. - Po pierwsze to moja sprawa, 

nieprawda? I nie muszę cię prosić o przyzwolenie.

-   Oczywiście,   że   nie.   -   Usłyszał   swój   łamiący   się   głos.   -   Jestem   po   prostu 

zaniepokojony.

- Przyjmuję to do wiadomości. - Podniosła się iście po królewsku. - Przykro mi, że 

moje zachowanie gorszy cię, ale nic na to nie poradzę.

- Nie jestem zgorszony... do licha, oczywiście, że jestem. Nie możesz przecież... - Nie 

mógł nazwać rzeczy po imieniu! Do tego w jej własnym salonie! - Babciu, kochana, przecież 

ja nic nie wiem o tym człowieku.

- Ale ja wiem. Nie wiem jeszcze dokładnie, jak długo pozostaniemy w Galway, ale 

zatrzymamy się po drodze, by zobaczyć się z Maggie i jej rodziną. Czy mam jej przekazać od 

ciebie pozdrowienia?

- Nie przemyślałaś tego, co mówisz.

- Sądzę, że znam swoje serce i duszę lepiej, niż myślisz. Szczęśliwej drogi, Roganie.

Nie pozostało mu nic innego, jak pocałować ją w policzek i wyjść. Gdy tylko znalazł 

się w samochodzie, wykręcił numer telefonu.

- Eileen, przełóż moje spotkanie w Limerick na jutro... Tak, mam problem - mruknął. - 

Muszę jechać do Clare.

Pierwsze muśnięcie jesieni orzeźwiło powietrze, wyzłociło drzewa. Byłoby grzechem 

nie skorzystać z dobrodziejstw tak pięknych dni. Po dwóch tygodniach solidnej pracy Maggie 

postanowiła zrobić sobie wolny dzień. Ranek spędziła w ogrodzie, plewiąc chwasty z taką 

zawziętością, iż nawet Brianna byłaby z niej dumna. W nagrodę postanowiła pojechać na 

rowerze do O’Malleyów na późny lunch.

background image

Powietrze   było   przejmujące,   a   warstwy   chmur   na   zachodzie   zapowiadały   deszcz 

jeszcze   przed   zapadnięciem   zmroku.   Włożyła   czapkę,   napompowała   sflaczałą   dętkę, 

poprowadziła rower wokół domu i wyszła przez furtkę.

Zaczęła wolno zjeżdżać, rzucając tęskne i rozmarzone spojrzenie na łąkę. Pomimo 

niebezpieczeństwa wczesnych przymrozków kwitły jeszcze czerwone, podobne do kropli łzy, 

fuksje. Gdy nastanie zima, krajobraz się ; zmieni. Opustoszeje, smagany ostrym wiatrem. Ale 

nie przestanie być piękny. Wydłużą się noce, skłaniając ludzi do pozostania w domach, przy 

kominku. Spadną deszcze, napędzane od Atlantyku wyjącym wiatrem.

Wypatrywała tej pory roku, podczas której przez kilka mroźnych ■ miesięcy pogrąży 

się w pracy.

Zastanawiała się, czy uda się przekonać Rogana, by przyjechał w zimie na zachodnie 

wybrzeże.   A   jeśli   tak,   to   czy   doceni   urok   uderzanych   wiatrem   okien   i   kopcących   się 

kominków. Miała nadzieję, że tak. A kiedy przestanie ją już karać, miała nadzieję, że wrócą 

do dawnych zwyczajów sprzed ostatniej nocy we Francji.

Przekona się, że ona ma rację. By uniknąć wiatru, położyła się prawie na kierownicy. 

Spróbuje   go   przekonać.   Wybaczyła   mu   prawie   jego   arbitralne,   despotyczne   postawienie 

sprawy. Kiedy już będą znowu razem, stanie się spokojna, opanowana i słodka w mowie. 

Przejdą nad tym idiotycznym nieporozumieniem do porządku dziennego...

Gdy jadący na pełnym gazie samochód wyszedł z zakrętu, zdążyła tylko z piskiem 

opon   zjechać   z   drogi   i   wjechała   prosto   na   żywopłot.   Ze   zgrzytem   hamulców   samochód 

obrócił się w koło, a Maggie wylądowała pupą prosto na tarninie.

- Jezus, Maria, Józefie święty, tylko ślepy i tępy idiota może traktować w ten sposób 

niewinnych ludzi! - Zsunęła do tyłu czapkę, która przykryła jej oczy i popatrzyła przed siebie. 

- No jasne. To mogłeś być tylko ty.

- Jesteś ranna? - Rogan wyskoczył z auta i podbiegł do niej. - Nie ruszaj się.

- Mogę się ruszać, niech cię diabli wezmą. - Odepchnęła jego ręce. - Co ty sobie 

wyobrażasz, jadąc z taką potworną szybkością? To nie jest tor wyścigowy.

Z sercem w gardle ledwo wydobył z siebie głos.

- Nie prowadziłem szybko. Jechałaś środkiem drogi i śniłaś na jawie. Gdybym  się 

znalazł na tym zakręcie sekundę później, rozjechałbym cię jak zająca.

-   Nie   śniłam   na   jawie.   Myślałam   o   swoich   sprawach,   nie   spodziewając   się   tutaj 

jakiegoś przeklętego dublińczyka  pędzącego swoją gablotą. - Otrzepała spodnie, po czym 

kopnęła rower. - Widzisz, co zrobiłeś? Przebiłam przez ciebie gumę.

- Masz szczęście, że to tylko guma, a nie ty sama.

background image

- Co robisz?

-   Wsadzam   ten   nieszczęsny   środek   transportu   do   samochodu.   -   Gdy   to   uczynił, 

odwrócił się ku niej. - Odwiozę cię do domu.

-   Nie   jechałam   wcale   do   domu.   Jeśli   masz   choć   odrobinę   wyczucia   kierunku, 

powinieneś był dostrzec, że jechałam do wsi, gdzie zamierzałam coś zjeść.

- To może zaczekać. - Ujął jej ramię w protekcjonalny sposób. Zapomniała już, że ten 

gest ją bawił.

- Och, czy na pewno? Możesz mnie zawieźć do wsi albo gdziekolwiek, ponieważ 

jestem głodna.

-   Zawiozę   cię   do   domu   -   powtórzył.   -   Muszę   z   tobą   o   czymś   porozmawiać,   na 

osobności.   Gdyby   mi   się   udało   połączyć   z   tobą   dzisiaj   rano,   uprzedziłbym   cię,   że 

przyjeżdżam i nie jechałabyś środkiem drogi na tym rowerze.

Mówiąc to, zatrzasnął za nią drzwiczki i obszedł maskę samochodu.

- Gdyby ci się udało złapać mnie rano i gdybyś mnie uprzedził, że wyruszasz w drogę, 

powiedziałabym ci, żebyś się nie trudził.

-   Miałem   ciężki   ranek,   Maggje.   -   Oparł   się   potrzebie   potarcia   głowy,   której   ból 

rozsadzał mu czaszkę. - Nie odpychaj mnie.

Miała właśnie zamiar to zrobić, kiedy zobaczyła, że mówi najpoważniej w świecie. 

Dostrzegła w jego oczach niepokój.

- Masz jakieś kłopoty w pracy?

- Nie. Tylko przejściowe komplikacje w związku z projektem w Limerick. Właśnie 

tam jadę.

- A więc nie zostaniesz.

- Nie. - Rzucił na nią okiem. - Nie zostanę. Ale nie o rozbudowie fabryki chciałem z 

tobą pomówić. - Zatrzymał się przed furtką, wyłączył silnik. - Jeżeli nie masz nic do jedzenia, 

pojadę do wsi i coś przywiozę.

- Nie ma problemu, mogę się obejść. - Zwolniła i wyciągnęła do niego rękę. - Cieszę 

się, że cię widzę, choć o mało mnie nie rozjechałeś.

- A jak ja się cieszę, że cię widzę! - Uniósł jej rękę do ust. - Choć o mało na mnie nie 

najechałaś. Wyjmę rower.

- Zostaw go przy furtce. - Po przejściu kilku kroków odwróciła się. - Czy pocałujesz 

mnie jak należy?

Trudno się było oprzeć jej promiennemu uśmiechowi i sposobowi w jaki się wspięła 

na palcach, by objąć go za szyję.

background image

- Pocałuję cię, tak czy inaczej.

Była tak ciepła, tak upragniona. Jakże bardzo chciał ją wepchnąć do domu i wziąć jak 

najszybciej w ramiona. O, jakże trudno było w takiej chwili się opanować!

-   Być   może   śniłam   na   jawie   przed   chwilą   -   powiedziała,   drażniąc   jego   wargi.   - 

Myślałam o tobie i zastanawiałam się, jak długo jeszcze zamierzasz mnie karać.

- Co masz na myśli?

- To, że się trzymasz z dala ode mnie - powiedziała beztrosko, popychając drzwi.

- Nie karzę cię.

- Tylko tak sobie, po prostu, trzymasz się z daleka.

- Oddaliłem się, abyś miała czas do namysłu.

- I czas, żeby za tobą tęsknić.

- Żeby tęsknić. I żeby zmienić zdanie.

-   Tęskniłam   za   tobą,   ale   nie   zmieniłam   zdania.   Dlaczego   nie   usiądziesz?   Muszę 

dorzucić torfu do pieca.

- Kocham cię, Maggie.

Zatrzymała się. Zamknęła na chwilę oczy, po czym odwróciła się do niego.

- Wierzę ci, Roganie, ale choć czuję, jak coś się we mnie rozpala, niczego to nie 

zmienia. - Pośpiesznie wyszła.

Nie   przyszedł   tu,   by   żebrać,   powtarzał   sobie.   Przyszedł   ją   prosić   o   pomoc   w 

rozwiązaniu problemu. Choć po jej reakcji domyślił się, że coś się w niej zmieniło. Bardziej 

niż chciała się do tego przyznać.

Podszedł do okna, do zapadającej się sofy, zawrócił.

- Nie usiądziesz? - zapytała, gdy z naręczem torfowych kostek wróciła do pokoju. - 

Zeszlifujesz podłogę. Co to za sprawa w Limerick?

- Niepoważnego, drobne komplikacje. - Przyglądał się jej, gdy uklękła przy kominku i 

fachowo układała opał. Tak się złożyło, że nigdy dotąd nie był świadkiem rozpalania ognia w 

torfowym piecu. Kojący widok. Tak by się chciało podejść bliżej i sięgnąć po to gorące, 

czerwone serce. - Rozbudowujemy fabrykę.

- O, a co w niej produkujecie?

- Porcelanę. Przeważnie niedrogą, przeznaczoną na pamiątki.

- Pamiątki?  - Przerwała pracę, odsunęła się od ognia. - Masz na myśli  suweniry? 

Chyba  nie te dzwoneczki i filiżanki do herbaty,  i takie różności, które można oglądać w 

kioskach z pamiątkami dla turystów?

- Są bardzo dobrze wykonane.

background image

Odrzuciła do tyłu głowę i roześmiała się.

- A to heca. Sama zatrudniłam człowieka, który robi talerzyki i pokrywa je symbolem 

Irlandii - białą koniczyną.

- Czy zdajesz sobie sprawę, jaki procent dochodu narodowego pochodzi z turystyki, ze 

sprzedaży   talerzy   z   białą   koniczyną,   ręcznie   robionych   swetrów,   lnu,   koronek,   a   nawet 

zwykłych kartek pocztowych?

- Nie - parsknęła, zasłaniając ręką usta. - Ale jestem pewna, że dowiem się od ciebie i 

to   szczegółowo.   Powiedz   Roganie,   czy   dużo   zarabiasz,   produkując   gipsowe   krasnale   lub 

plastikowe maczugi?

-   Nie   przyjechałem,   żeby   się   usprawiedliwiać   z   tego,   co   robię,   ani   omawiać 

rozbudowy fabryki, która przyczyni się do produkcji jednej z najdelikatniejszych porcelan 

wyrabianych w Irlandii, stworzy ponad sto nowych stanowisk pracy w tej części kraju, która 

najbardziej tego potrzebuje.

Zatrzymała go ruchem ręki.

-   Przepraszam,   nie   chciałam   cię   obrazić.   Jestem   przekonana,   że   zwiększa   się 

zapotrzebowanie na naparstki, popielniczki i filiżanki z napisem „Erin Go Bragh”. Tak jest 

„Niech żyje Irlandia”... Po prostu jest mi sobie trudno wyobrazić, by mężczyzna, ubierający 

się w tak wspaniałe garnitury był właścicielem fabryki, w której produkuje się takie rzeczy.

- Dzięki temu mogę dofinansowywać Worldwide i dawać co roku stypendium wielu 

artystom. Nawet jeśli są snobami.

Potarła środkiem dłoni nos.

-  Teraz  przynajmniej   wiem,  na  czym  stoję. A  ponieważ   wolę  nie  tracić  czasu  na 

sprzeczanie się, nie wracajmy już do tego tematu. Usiądź wreszcie i nie patrz na mnie tak 

groźnie. Choć nawet z tą ponurą miną jest ci do twarzy.

Westchnął głęboko.

- Jak ci idzie praca?

- Bardzo dobrze. - Zmieniła pozycję, usiadła po turecku. - Jeśli będzie czas, pokażę ci 

nowe rzeczy.

- Jesteśmy troszeczkę spóźnieni, jeśli chodzi o galerię. Chcę ci zakomunikować, że 

Joseph i Patrycja wyjechali, by wziąć cichy ślub.

- Tak, wiem. Dostałam od nich kartkę.

Poruszył głową.

- Nie wydajesz się wcale tym zdziwiona.

- Bo nie jestem. Zakochani są w sobie do szaleństwa.

background image

- Pragnę ci przypomnieć, że jeszcze niedawno oznajmiłaś, iż Patrycja szaleje za mną.

- Nic podobnego. Powiedziałam, że jest w tobie prawie zakochana, i nie cofam tego 

zdania. Sądzę, że chciała się w tobie zakochać... to by przecież było takie proste i takie na 

miejscu. Ale od początku chodziło o Josepha. Chyba cię to nie martwi, prawda?

- Nie. Przyznaję, że byłem zdziwiony, ale nie martwię się tym. Zdaję sobie sprawę, że 

z góry, zupełnie niesłusznie, osądziłem jego zamiary. Jutro wraca i wdzięczny mu jestem za 

to.

- Więc o co chodzi?

- Czy dostałaś list od swojego wuja Nialla?

-   Brianna   dostała.   Tylko   ona   dostaje   listy,   ponieważ   tylko   ona   na   nie   odpisuje. 

Napisał, że przyjechał do Dublina i że być może zajrzy do niej w drodze powrotnej. Widziałeś 

go?

- Czy go widziałem? - Zdegustowany Rogan znowu wstał z krzesła. - Ilekroć zbliżam 

się do babci, zawsze wpadam na niego. Zadomowił się u niej ponad dwa tygodnie temu. 

Musimy podjąć decyzję, co począć z tym fantem.

- Dlaczego mamy się czymkolwiek zajmować?

- Czy ty mnie słuchasz, Maggie? Oni ze sobą żyją. Moja babka i twój wuj...

- Dziadek - wujek, mówiąc dokładnie.

- Nie ważne w końcu kim jest dla ciebie, ważne, do diabła, że zapałali do siebie 

namiętnością.

- Naprawdę? - zaśmiała się zadowolona Maggie. - No cóż, to wspaniale.

- Wspaniale? To czyste szaleństwo! Ona się zachowuje jak jakaś trzpiotka, chodzi na 

tańce, wraca grubo po północy, dzieli łóżko z mężczyzną, który nosi garnitury w kolorze 

jajecznicy.

- A więc masz zastrzeżenia do jego gustu!

- Mam zastrzeżenia do jego osoby. Nie chcę, by kręcił się w lansadach po babci domu 

i okupował salon, jakby był jego własnością. Nie wiem, jaką grę prowadzi, ale nie chcę, żeby 

wykorzystywał jej hojne serce i jej wrażliwość. Jeśli sądzi, że położy łapę choć na jednym jej 

pensie...

- Dość tego. - Poderwała się jak tygrysica. - Mówisz o mojej krwi, o mojej rodzinie, 

Sweeney.

- Nie bądź nadmiernie drażliwa. Teraz nie pora na to.

-   Nadmiernie   drażliwa.   -   Dźgnęła   go   palcem   w   pierś.   -   I   kto   to   mówi!   Jesteś 

zazdrosny, ponieważ w jej życiu pojawił się ktoś oprócz ciebie.

background image

- To śmieszne, co mówisz.

- To jasne jak słońce. Uważasz, że już żaden mężczyzna nie może się nią interesować 

inaczej, jak tylko dla jej pieniędzy?

Poczuł rodzinną solidarność i zesztywniał.

- Moja babka jest piękną, inteligentną kobietą.

- Nie zamierzam się o to sprzeczać. A mój wuj Niall nie jest łowcą posagów. Wycofał 

się z interesów z niemałym  majątkiem. Może nie ma willi we Francji ani nie nosi ubrań 

szytych na miarę przez pieprzonych Anglików, ale ma wystarczająco dużo, by nie zabawiać 

się w żigolaka. I nie życzę sobie, abyś wyrażał się w ten sposób o mojej rodzinie w moim 

własnym domu.

- Nie zamierzałem cię obrażać. Przyjechałem do ciebie, ponieważ, jako ich rodzina, 

musimy   coś   postanowić   w   tej   sytuacji.   A   ponieważ   zaplanowali   podróż   do   Galway   w 

najbliższych dniach i chcą zatrzymać się tutaj, pomyślałem, że może porozmawiasz z nim.

- Oczywiście, że z nim porozmawiam. Jest moim krewnym, nieprawdaż? Nie znam go 

prawie. Ale też nie zamierzam  służyć  ci za pośrednika.  Jesteś  snobem,  Roganie,  a także 

cholernie pruderyjnym facetem.

- Pruderyjnym?

- Czujesz się urażony na myśl, że twoja babka prowadzi normalne życie seksualne.

Skrzywił się, syknął przez zęby.

- Och proszę, przestań, wolę sobie tego nie wyobrażać.

- Bo i nie powinieneś. To jej osobista sprawa. - Drgnęły jej wargi. - A swoją drogą... 

to interesujące.

- Przestań. - Pokonany, opadł na krzesło. - Jeśli jest coś, czego nie chciałbym w życiu 

oglądać, to właśnie tego.

- To prawda, że i mnie, na razie, też trudno jest to sobie wyobrazić. Ale czy nie byłoby 

zabawnie, gdyby się pobrali? Przynajmniej bylibyśmy spowinowaceni. - Zaśmiewając się, 

poklepała go po plecach, gdy dostał czkawki. - Odrobina whisky, kochanie?

-   Poproszę.   -   Wziął   kilka   głębokich   oddechów.   -   Maggie   -   zawołał,   gdy   zaczęła 

szperać w kuchni. - Nie wolno jej zranić.

- Wiem. - Wróciła, niosąc dwie szklanki. - I tylko dlatego powstrzymałam się przed 

rozkwaszeniem ci nosa, kiedy tak brzydko mówiłeś o wujku Niallu. Twoja babka jest świetną 

i mądrą kobietą, Roganie.

- Ona jest... - Wypowiedział to w końcu szeptem - ona jest wszystkim, co pozostało z 

mojej rodziny.

background image

Spojrzała na niego ciepłym, łagodnym wzrokiem.

- Nie tracisz jej.

Westchnął, wpatrując się w szklankę.

- Na pewno uważasz, że zgłupiałem.

-  Nie,  nie  uważam...   niezupełnie.  -  Uśmiechnęła   się, gdy  podniósł  na  nią  oczy.   - 

Mężczyźnie może się trochę pomieszać w głowie na wiadomość, że jego babka wzięła sobie 

przyjaciela.

Roześmiała się na widok skrzywionej twarzy Rogana.

- Dlaczego nie pozwolisz jej, by była szczęśliwa? Jeśli to cię uspokoi, rozejrzę się w 

sytuacji, kiedy tu przyjadą.

- To już przynajmniej coś. - Stuknął się lekko z nią szklanką i razem do dna wypili 

whisky. - Muszę już jechać.

-   Dopiero   przyjechałeś.   Pojedź   ze   mną   do   pubu   i   zjedzmy   coś   razem.   Albo...   - 

zarzuciła mu na szyję ramiona - ...zostańmy w domu i pogłodujmy.

Nie, pomyślał, gdy pochylał się do jej ust. Nie pogłodują długo.

- Nie mogę zostać. - Odstawił pustą szklankę na bok i objął ją ramionami. - Gdybym 

został, skończyłoby się to w łóżku. A to niczego nie rozwiązuje.

- Nie ma niczego do rozwiązywania. Dlaczego tak wszystko komplikujesz? Przecież 

dobrze jest nam razem.

- To prawda. - Ujął jej twarz obiema rękami. - Nawet bardzo. Ale to tylko jeden z 

powodów, dla których pragnę spędzić życie z tobą. Nie namawiaj mnie. Cokolwiek powiesz, 

to niczego nie zmieni. A kiedy zdasz sobie z tego sprawę, przyjdziesz do mnie. Będę czekał.

- Po prostu odjedziesz i będziesz się trzymał z daleka? A zatem małżeństwo albo nic?

- Małżeństwo.  - Pocałował  ją znowu. - I wszystko.  Przez  prawie  tydzień  będę w 

Limerick. W biurze wiedzą, jak się ze mną skontaktować.

- Nie zadzwonię.

Obrysował delikatnie palcem jej wargi.

- Ale będziesz chciała.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

- Jesteś uparta jak osioł, Maggie. - Już mi obrzydło słuchać ciągle tego samego. - W 

ochronnych okularach, Maggie eksperymentowała z lampami. Po blisko tygodniu pracy nic, 

co wydmuchała, nie zadowalało jej. Otoczyła warsztat pół tuzinem palników i nagrzewała 

szklaną rurkę w skrzyżowanym ogniu.

- No cóż, skoro często to słyszysz, musi być w tym jakaś prawda. - Brianna wytoczyła 

ciężkie działo. - To jest rodzina. Możesz poświęcić jeden wieczór dla rodziny.

- Tu nie chodzi o czas. - Mówiła to poważnie, choć pod pewnym względem czuła na 

karku naglącą presję czasu. - Dlaczego mam się narażać i jeść z nią kolację? - Ostrożnie, ze 

ściągniętymi brwiami, zaczęła ciągnąć i obracać mięknące szkło. - Uczciwie przyznaję, że nie 

mam na to apetytu. Ona zresztą podobnie.

- Nie tylko mama będzie na kolacji. Lecz także wuj Niall i pani Sweeney. I Lottie, 

oczywiście. Byłoby nieuprzejmie, gdybyś nie przyszła.

- O tym, że jestem nieuprzejma i uparta jak osioł słyszę w kółko. - Jakkolwiek by się 

nie starała w ciągu ostatnich kilku dni, szkło nie poddawało się, wymykało się wizji, jaką 

miała w głowie. Powoli wizja traciła swą wyrazistość; doprowadzało to Maggie do szaleństwa 

i... przerażało ją. Jeszcze tylko wrodzony upór trzymał ją przy pracy.

-  Nie   widziałaś   wujka  Nialla  od  pogrzebu   tatusia.   A  poza   tym,   na  miłość   boską, 

przyjeżdża przecież z babką Rogana. Mówiłaś, że ją bardzo polubiłaś.

- Bo to prawda. - Do cholery, co się dzieje z jej rękoma? Czy coś zmieniło się w jej 

sercu? Połączyła ze sobą dwa kawałki szkła, wypaliła je, wróciła, ponownie wypaliła. - Może 

jednym z powodów, dla którego nie chcę tam być, jest chęć zaoszczędzenia jej jednego z 

naszych radosnych, rodzinnych posiłków.

Sarkazm   był   tak   piekący,   jak   jeden   z   rozpalonych   palników   Maggie.   Brianna 

potraktowała to z lodowatym spokojem.

- Odłożenie na bok, choć na jeden wieczór, własnych odczuć, nie będzie cię aż tak 

wiele kosztowało. Jeśli wuj Niall i pani Sweeney zbaczają z trasy, żeby odwiedzić nas przed 

jazdą do Galway, powitamy ich z całego serca. Wszystkie.

- Przestań mnie zadręczać, dobrze? Wiercisz mi dziurę w brzuchu. Nie widzisz, że 

pracuję?

- Nic innego nie robisz, więc jeśli chcę ci coś powiedzieć, muszę ci przerwać. Przyjadą 

tu na krótko, Maggie, i nie licz, że cię usprawiedliwię przed nimi. - Identycznie jak siostra, 

Brianna założyła ręce. - Nie ruszę się z miejsca, dopóki nie obiecasz, że zrobisz, co do ciebie 

background image

należy.

- Dobrze już, dobrze. Chryste Panie, przyjdę na tę cholerną kolację.

Brianna uśmiechnęła się ciepło. Osiągnęła swoje.

- O wpół do siódmej. Nakarmię moich gości wcześniej i w ten sposób zjemy posiłek 

we własnym, rodzinnym gronie.

- I cudownie spędzimy czas!

- Wszystko się uda, jeżeli obiecasz, że będziesz trzymała  swój paskudny język  za 

zębami. Proszę cię tylko o minimum wysiłku.

-   Będę   się   uśmiechała,   będę   uprzejma.   Nie   będę   jadła   palcami.   -   Westchnąwszy 

gorzko, Maggie uniosła ochronne gogle i na końcu rurki wyciągnęła z płomieni figurkę.

- Co to takiego? - zapytała zaciekawiona Brianna i podeszła bliżej.

- Natchnione szaleństwo.

- To ładne. Czy to jest jednorożec?

- Aha, jednorożec... jeszcze mu tylko brak do kompletu odrobiny złota na rogu. - 

Roześmiała się. - To żart, Brie. Głupi żart. Z samej siebie. Potem będą łabędzie, jestem tego 

pewna. Albo małe pieski z lufka - mi do papierosów zamiast ogonków. - Odłożyła pracę na 

bok. Wyłączyła w pośpiechu lampy. - To by było na tyle, uważam. Już nic wartościowego nie 

uda mi się dzisiaj zrobić, wiec przyjdę na te przyjęcie. Boże dopomóż!

- Dlaczego nie odpoczniesz choć trochę, Maggie? Wyglądasz na bardzo zmęczoną.

- Może odpocznę, ale dopiero po zapakowaniu kilku sztuk. - Odrzuciła na bok gogle, 

potarła   rękoma   twarz.   Dopiero   teraz   zdała   sobie   sprawę,   że   jest   zmęczona.   Potwornie 

zmęczona. - Nie martw się, Brie. Nie będziesz musiała ściągać mnie siłą. Powiedziałam, że 

przyjdę.

- Jestem ci wdzięczna. - Brianna wychyliła się, by pogładzić siostrę po ręku. - Muszę 

już wracać i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. O wpół do siódmej, Maggie.

- Pamiętam.

Pomachała  siostrze  na do widzenie.  Aby się nie  odrywać  od spraw praktycznych, 

wzięła   jedną   ze   zbitych   przez   siebie   skrzynek   i   wyłożyła   ją   trocinami.   Po   położeniu 

bąbelkowanej folii na stole, podeszła do półek na tyłach warsztatu. Była tam tylko jedna 

rzecz, ostatnia jaką skończyła przed wizytą Rogana.

Smukły,   lecz   silny   trzon   wznosił   się   ku   górze,   przechylni   nic,   opadając   bujnie 

wiotkimi, pełnymi gracji pędami, które zdawały się kołysać. Pomyślała, że jest jak wierzba, 

która ją zainspirowała. Może się pochylać, wyginać, nie tracąc nic ze swej istoty. Głęboki, 

czysty błękit, intensywny u podstawy, zmieniał tonację i stopniowo, im bliżej delikatnych 

background image

pędów, przechodził w jasny, pastelowy odcień.

Owinęła ją starannie. To było coś więcej niż rzeźba. To była ostatnia praca, w którą z 

pełnym powodzeniem udało się jej włożyć serce. Po niej niczego już nie dokonała. Choć 

pracowała nieprzerwanie. Wciąż tylko przetapiała i przetapiała. Z dnia na dzień narastała w 

niej panika. Byli bliska załamania.

To jego wina, powiedziała do siebie, zabezpieczając górę skrzynki. To jego wina, że 

skusił   ją   sławą   i   majątkiem,   wystawił   jej   próżność   na   taki   olśniewający   i   błyskawiczny 

sukces.   A   teraz   wszystko   w   niej   zastygło,   wyschło.   Była   tak   pusta,   jak   rurka,   z   której 

wymodelowała jednorożca.

To przez niego chciała zbyt wiele. Za bardzo go pragnęła. A tymczasem on odszedł, 

pokazując brutalnie, jak to jest, gdy nie ma się niczego.

Nie   podda   się,   nie   da   tak   łatwo   za   wygraną.   Przyrzekła   sobie,   że   przynajmniej 

zachowa   swą   dumę.   Kiedy   szyderczo   zahuczał   piec,   usiadła   na   swym   krześle,   poczuła 

bliskość jego kształtu.

To dlatego, z pewnością, że za ciężko pracowała. Poganiała siebie, by każdy kolejny 

przedmiot był jeszcze lepszy. Zablokowała ją presja sukcesu, to wszystko. Prześladowała ją 

myśl, że gdy wystawa opuści Paryż, nie wytrzyma próby. Że o n a nie wytrzyma próby.

Że już nigdy nie tknie dmuchawki dla własnej przyjemności,  po prostu dla samej 

siebie. Rogan zmienił to wszystko. Zmienił także, a przecież bała się tego i mówiła mu o tym, 

ją samą.

I jak to jest możliwe, rozważała, zamknąwszy oczy, jak to jest możliwe, by mężczyzna 

mógł rozkochać w sobie kobietę odchodząc?

-   Dobrze   się   urządziłaś,   prawda,   kochanie?   -   Niall,   wbity   w   jeden   ze   swych 

jaskrawych garniturów, pulchny jak serdelek, uśmiechał się promiennie do Brianny. - Zawsze 

mówiłem, że dzielna z ciebie dziewczyna. Odziedziczyła to po mojej siostrze, wiesz Chrissy?

- Masz śliczny dom. - Christine wzięła podany jej przez Briannę kieliszek. - A w 

twoim ogrodzie aż dech zapiera.

- Dziękuję. Dom i ogród dają mi wiele radości.

-   Rogan   nie   znajdował   słów   pochwały,   wspominając   swój   krótki   pobyt   tutaj.   - 

Christine   westchnęła   z   zadowolenia;   miłe   ciepło   kominka,   pogodnie   jarząca   się   lampa 

stwarzały przychylną atmosferę. - Teraz rozumiem dlaczego.

- Ma dobrą rękę. - Niall uścisnął Briannę, omal nie łamiąc jej kości. - Ma to we krwi. 

Krwi nie da się oszukać.

background image

- Na to wygląda. Znałam dobrze twoją babcię.

- Chrissy wiecznie kręciła się pod nogami - przymrużył oko Niall. - I pomyśleć, że jej 

nie zauważałem. Ależ ze mnie był nieśmiały chłopak.

- To ostatnia rzecz, jaką można o tobie powiedzieć - zaśmiała się Christine. - Po prostu 

uważałeś mnie za natręciucha.

- Jeśli tak, to zmieniłem zdanie. - Wychylił  się do przodu i pod zaintrygowanym 

spojrzeniem Brianny pocałował Christine mocno w usta.

- To ci zabrało ponad pięćdziesiąt lat.

- A wydaje się, że to było wczoraj.

- No cóż... - chrząknęła niespokojnie Brianna. - Chyba muszę sprawdzić... wydaje mi 

się, że mama i Lottie - ciągnęła, gdy podniesione głosy rozbrzmiały w korytarzu.

- Prowadzisz samochód jak ślepa - narzekała Maeve. - Wrócę na piechotę do Ennis. 

Nie myśl, że jeszcze kiedykolwiek wsiądę z tobą do tego samochodu.

- Jeśli potrafisz lepiej, prowadź sama. Będziesz wtedy miała poczucie niezależności. - 

Lottie beztrosko wykroczyła do salonu, odwijając gruby szal z szyi. - Chłodny dzisiaj wieczór 

- oznajmiła zaróżowiona i uśmiechnięta.

- A ty mnie wleczesz ze sobą, żebym przez następny tydzień nie wyszła z łóżka.

- Mamo. - Zwierając mocno ramiona, jakby w obronie przed zakłopotaniem, Brianna 

pomogła matce zdjąć płaszcz. - Chciałabym, żebyś poznała panią Sweeney. Pani Sweeney, to 

moja mama, Maeve Concannon, oraz nasza przyjaciółka Lottie Sullivan.

- Cieszę  się, że  mogę  obie  panie  poznać.  - Christine wstała,  aby podać  rękę obu 

kobietom. - Byłam przyjaciółką pani matki, pani Concannon. Dorastałyśmy razem w Galway. 

Nazywałam się wtedy Christine Rogan.

- Mówiła o pani - odpowiedziała krótko Maeve. - Miło mi panią poznać. - Jej wzrok 

powędrował ku wujowi, zmrużyła oczy. - A to wujek Niall, nieprawda? Nie rozpieszczasz nas 

swoją obecnością.

- Serce mi się raduje na twój widok, Maeve. - Objął ją swymi szerokim ramionami, 

poklepał po plecach ciężką ręką. - Mam nadzieję, że lata cię oszczędziły.

- A niby dlaczego? - Gdy tylko Maeve uwolniła się spod jego uścisku, usiadła na 

fotelu przy ogniu. - Słabo ciągnie ten kominek, Brianno.

To była nieprawda, ale Brianna podeszła i udała, że poprawia ogień.

- Przestań zrzędzić - nakazał Niall, machając niedbale ręką. - Dobrze ciągnie. Wszyscy 

wiemy, że Maeve żyje po to, aby narzekać.

- Prawda? Od razu zaczyna  - powiedziała  żartobliwie Lottie,  wyjmując z koszyka 

background image

druty do roboty. - Ja już nie zwracam na to uwagi. Ale mam niezłą zaprawę, wychowałam 

czwórkę dzieci!

Niepewna co do następnego kroku, Christine skoncentrowała uwagę na Lottie.

- Jaka śliczna włóczka, pani Sullivan.

- Dziękuję. Mam słabość do robótek. Jak udała się podróż z Dublina?

- Och, cudownie. Już nieomal zapomniałam, jak przepiękna jest ta część kraju.

- Nic tylko łąki i krowy - rzuciła nonszalancko Maeve, zniecierpliwiona, że rozmowa 

wymyka się spod jej kontroli. - Dobrze jest mieszkać w Dublinie i przyjechać tu na jeden 

ładny, jesienny dzień. Później przychodzi zima i wcale nie jest już tak ślicznie. - Mogłaby tak 

ciągnąć ten temat, ale weszła Maggie.

- No nie, wujek Niall, w pełnej krasie. - Ze śmiechem rzuciła się w jego ramiona.

- Malutka Maggie Mae, całkiem już dorosła.

- I to już od dość dawna. - Cofnęła się i ponownie zaśmiała. - Co robić, teraz już 

prawie je wszystkie zgubiłeś. - Przeciągnęła z czułością ręką po jego łysej głowie.

-   To   była   tak   wspaniała   głowa,   jak   wiesz,   że   Dobry   Pan   nie   widział   potrzeby 

pokrywania jej włosami. Słyszałem o twoich sukcesach, kochanie, jestem z ciebie dumny.

- Pani Sweeney opowiedziała ci o tym, żeby się pochwalić swoim wnukiem. Strasznie 

się cieszę ze spotkania - powiedziała Maggie do Christine. - Mam nadzieję, że nie ulegnie 

pani namowom wujka i nie popędzi natychmiast do Galway.

- Myślę, że potrafię się obronić. Mam nadzieję, że jutro, przed odjazdem, jeśli nie 

sprawię ci tym kłopotu, będę mogła obejrzeć twoją pracownię.

- Oczywiście, będę szczęśliwa. Hallo, jak się masz Lottie?

-   Jak   rybka   w   wodzie.   -   Jej   druty   uderzały   rytmicznie.   -   Sądziłam,   że   zajrzysz   i 

opowiesz o swojej podróży do Francji.

Po tej uwadze dało się słyszeć ironiczne parsknięcie Maeve.

- Mama. - Odwróciła się ku niej Maggie.

- Margaret Mary. Jak zwykle zajęta wyłącznie własnymi sprawami.

- To prawda.

-   Brianna   jakoś   znajduje   czas   i   zagląda   dwa   razy   w   tygodniu,   by   zobaczyć,   czy 

niczego mi nie brak.

Maggie pokiwała głową.

- A więc ja już nie muszę robić tego samego.

- Podaję kolację - przecięła rozmowę Brianna.

- Mnie nie trzeba długo namawiać. - Przechodząc do jadalni, Niall ujął Christine za 

background image

rękę, drugą zaś serdecznie poklepał Maggie po plecach.

Na pięknie nakrytym stole stały świeże kwiaty, a umieszczone na kredensie lichtarze 

migotały ciepłym światłem świec. Jedzenie przygotowane było z wielkim gustem i w dużych 

ilościach. Mógłby to być uroczy, sympatyczny wieczór. Ale, oczywiście, nie był.

Maeve czepiała się wszystkiego. Im swobodniejszy stawał się przy stole nastrój, tym 

bardziej   stawała   się   ponura.   Zazdrościła   Christine   jej   pięknej,   doskonale   uszytej   sukni, 

rzucających blask pereł na szyi, pachnącej drogimi perfumami skóry, bo skóra Christine była 

gładka i delikatna, wyzywająco zadbana.

Przyjaciółka  jej matki,  pomyślała  Maeve. Koleżanka  szkolna! Pomyślała,  że życie 

jakie wiodła Christine Sweeney powinno było jej przypaść w udziale. I mogło jej przypaść, 

gdyby nie popełniła błędu. Gdyby nie Maggie.

Można było aż wyć z wściekłości na los. Ze wstydu. Z powodu nieodwracalnej utraty 

wszystkiego.

Wokół   rozmowa   pieniła   się   jak   drogi   szampan,   snuto   lekkie   i   niewymuszone 

opowiadania o kwiatach i dawnych czasach. O Paryżu i Dublinie. I o dzieciach.

-   To   cudownie   mieć   taką   dużą   rodzinę   -   mówiła   Christine   do   Lottie.   -   Zawsze 

żałowałam,   że   nie   mogliśmy   mieć   z   Michaelem   więcej   dzieci.   Rozpieszczaliśmy   więc 

naszego syna, a później Rogana.

- Syn - mruknęła Maeve. - Syn nigdy nie zapomina o matce.

- To prawda, to jest specyficzna więź - uśmiechnęła się Christine, mając nadzieję, że 

złagodzi gorycz płynącą z ust Maeve. - Ale muszę przyznać, że zawsze pragnęłam mieć dla 

siebie córkę. Powinna być pani wdzięczna losowi, mając dwie córki, pani Concannon.

- Raczej przeklęta.

- Spróbuj grzybów, Maeve. - I Lottie z namaszczeniem zaczęła je nakładać Maeve na 

talerz. - Są idealnie usmażone. Masz świetne wyczucie, Brianno.

- Nauczyłam się tej sztuki od babci - zaczęła Brianna. - Ciągle jej zawracałam głowę, 

prosząc, żeby mnie nauczyła gotować.

- A potępiając mnie za to, że nie garnęłam się do kuchni. - Maeve odrzuciła dumnie 

głowę. - Nie ciągnęło mnie do tego. Założę się, że pani nie spędza wiele czasu w kuchni, pani 

Sweeney.

- Obawiam się, że niewiele. - Świadoma chłodu swojego głosu, Christine zmusiła się 

ponownie, by nadać mu lekkość. - Muszę przyznać, że moje wyczyny kulinarne nigdy, nawet 

w przybliżeniu, nie osiągnęły takich wyżyn, jak te dania, które nam dzisiaj podałaś, Brianno. 

Nie dziwię się teraz, że Rogan pod niebiosa wychwalał twoją kuchnię.

background image

- Ona z tego żyje. Noclegi i posiłki dla obcych ludzi.

- Zostaw ją w spokoju - powiedziała Maggie opanowanym głosem, choć wyraz jej 

oczu był wymownie ostry jak krzyk. - Ciebie również obsługiwała, Bóg mi świadkiem.

- To jej obowiązek.  Nikt przy stole chyba  nie zaprzeczy,  że do powinności córki 

należy opiekowanie się matką. Czego o tobie nie można powiedzieć, Margaret Mary.

- Nigdy się po mnie tego nie spodziewaj i poczytuj sobie za dobrodziejstwo to, że Brie 

cię toleruje.

-   Nie   mam   powodu,   żeby   sobie   poczytywać   cokolwiek   za   dobrodziejstwo,   skoro 

własne dzieci wyrzuciły mnie z mojego własnego domu. Porzuciły mnie, chorą i samotną.

-   No   wiesz,   Maeve,   nie   chorowałaś   nawet   przez   jeden   dzień   ode   zwała   się 

najspokojniej w świecie Lottie. - I jak możesz mówić o samotności, kiedy dzień i noc jestem z 

tobą.

- Bierzesz za to co tydzień pieniądze. A mną powinna się opiekować rodzina, krew z 

mojej krwi, ale niestety,  moje córki wypięły się na mnie, a mój wuj, ze swoim pięknym 

domem w Galway, w ogóle o mnie zapomniał.

- Nie na tyle, by nie dostrzec, że się zupełnie nie zmieniłaś, Maeve. - Niall spojrzał na 

nią   z   litością.   -   Ani   trochę.   Przepraszam   cię   Chrissty   za   to   żałosne   zachowanie   mojej 

siostrzenicy.

- Myślę, że deser zjemy w salonie. - Blada, ale spokojna Brianna podniosła się od 

stołu. - Gdybyście państwo zechcieli tam przejść i rozgościć się, zaraz podam coś słodkiego.

- Będzie nam tam wygodniej - zgodziła się Lottie. - Pomogę ci, Brianno.

- Proszę mi wybaczyć wujku, pani Sweeney, chciałabym zamienić słówko z mamą, 

zanim do was dołączymy. - Maggie została na swoim miejscu, aż całe towarzystwo opuściło 

jadalnię - Dlaczego to robisz? - zapytała matkę. - Dlaczego psujesz jej przyjemność? Czy tak 

trudno dać jej złudzenie, choć jeden raz, że jesteśmy rodziną?

Zakłopotanie jeszcze bardziej wyostrzyło język Maeve.

- Ja nie mam złudzeń i nie widzę potrzeby wywierania wrażenia na pani Sweeney z 

Dublina.

- Już wywarłaś na niej wrażenie i to najgorsze. A to rzutuje na nas wszystkich.

- Uważasz się za kogoś lepszego od nas, Margaret Mary? Dlatego, że włóczysz się od 

Wenecji po Paryż? - Z pobielałymi rękami, zaciśniętymi w pięść, opartymi o krawędź stołu, 

Maeve pochyliła się do przodu. - Czy myślisz, że nie wiem, co wyprawiasz z wnukiem tej 

kobiety? Kurwisz się! Bez cienia wstydu! No tak, on widzi, że zdobyłaś pieniądze i sławę, o 

czym zawsze marzyłaś. Wystarczyło tylko zaprzedać duszę i ciało, żeby to zdobyć.

background image

Chcąc ukryć drżenie rąk, Maggie kurczowo splotła palce pod stołem.

- Sprzedaję swoją pracę, więc nie wykluczone, że trafiłaś w sedno, mówiąc o mojej 

duszy. Ale moje ciało należy do mnie. Oddaję je Roganowi dobrowolnie i bez oporów.

Maeve pobladła. Potwierdziły się jej podejrzenia.

- I zapłacisz za to, tak jak ja zapłaciłam. Mężczyzna z jego środowiska nie pragnie 

niczego od takich jak ty, poza tym, co znajduje po ciemku.

- Nie masz o tym zielonego pojęcia. A zwłaszcza o nim.

- Ale znam ciebie. A co się stanie z twoją wspaniałą karierą, jeśli się okaże, że masz 

dzieciaka w brzuchu?

- Gdybym musiała wychowywać dziecko, błagałabym Boga, żebym potrafiła to robić 

lepiej niż ty. Nie zrezygnowałabym  z pracy i nie nałożyłabym  na siebie i dziecko worka 

pokutniczego do końca życia.

- Co ty możesz o tym wiedzieć! - powiedziała ostrym głosem Maeve. - Ale rób tak 

dalej, a dowiesz się! Przekonasz się, jak to jest, kiedy twoje życie się zatrzymuje, a serce 

pęka.

- Ale tak nie zawsze musi być. Inni muzycy mają rodziny.

- Otrzymałam od losu dar. - Maeve poczuła, jak łzy pieką jej oczy. - A ponieważ 

byłam   tak   samo   arogancka,   jak   ty,   dar   został   mi   odebrany.   Po   tym   jak   sobie   ciebie 

zafundowałam, nie było już we mnie muzyki.

- Powinna być - wyszeptała Maggie. - Gdybyś tego naprawdę cholernie pragnęła.

Pragnęła tego? Nawet teraz Maeve czuła jeszcze starą, niezabliźnioną ranę szarpiącą 

jej serce.

- I co dobrego by z tego wyszło? - zapytała. - Ty także pragnęłaś żyć sztuką przez całe 

życie, a teraz, dla wątpliwej przyjemności posiadania mężczyzny między nogami, możesz to 

wszystko zaprzepaścić.

- On mnie kocha - usłyszała swój głos Maggie.

- W ciemnościach każdemu mężczyźnie bez trudu przychodzi mówienie o miłości. 

Nigdy nie będziesz szczęśliwa. Zrodzona zostałaś w grzechu, żyjesz w grzechu, umrzesz w 

grzechu. Samotnie. Tak jak ja jestem samotna.

- Celem twojego życia stała się nienawiść do mnie, i trzeba przyznać, że wykonałaś 

dobrą robotę. - Powoli, niepewnie, Maggie podniosła się od stołu. - Czy wiesz, co mnie 

przeraża, przeraża aż do szpiku kości? Nienawidzisz mnie, bo patrząc na mnie, rozpoznajesz 

siebie. Niech Bóg ma mnie w swojej opiece, jeśli to prawda.

Wymknęła się z pokoju, prosto w ciemną noc.

background image

Najtrudniejszą   pigułką   do   przełknięcia   były   przeprosiny.   Odkładała   to   na   później, 

oddając się z zapałem oprowadzaniu Christine i Nialla po pracowni. W chłodnym świetle 

poranka   przykre   wrażenie   poprzedniego   dnia   straciło   nieco   swoją   ostrość.   Uspokoiła   się 

trochę, objaśniając im różne techniki, pokazując narzędzia, a nawet, ponieważ Niall nalegał, 

próbując nauczyć go wydmuchać pierwszą bańkę szklaną.

- To nie jest trąbka. - Przycisnęła ręką dmuchawkę, gdy zanadto uniósł ją do góry. - Z 

takiego popisywania się nie wyniknie nic dobrego, poza tym,  że popryskasz się gorącym 

szkłem.

- Myślę, że dalej potrenuję już z kijem golfowym.  - Mrugnął okiem i oddał jej z 

powrotem rurkę. - Wystarczy jedna artystka w rodzinie.

- I ty naprawdę sama robisz szkło. - Christine obchodziła jej pracownię, ubrana w 

uszyte na miarę szerokie spodnie i jedwabną bluzkę. - Z piasku.

- I z paru innych rzeczy. Piasek, soda, wapno. Skaleń, dolomit. I trochę arszeniku.

- Arszeniku? - Christine zrobiła wielkie oczy.

- Trochę tego, trochę tamtego - powiedziała z uśmiechem Maggie. - Przechowuję w 

tajemnicy swoje receptury, niczym czarownica swoje zaklęcia. W zależności od tego, jaki 

chcę   uzyskać   kolor,   dodaję   różne   chemikalia.   Rozmaite   barwniki   zmieniają   kolor   szkła 

podczas   wypalania.   Kobalt,   miedź,   mangan.   Są   jeszcze   węglany   i   tlenki.   Arszenik   jest 

doskonałym tlenkiem.

Christine podejrzliwie przyglądała się pokazywanym jej przez Maggie chemikaliom.

- Wydaje mi się, że prościej byłoby przetapiać zużyte lub kupne szkło.

- Ale wtedy nie byłoby ono własne, prawda?

- Nie przypuszczałam, że będąc artystką, musisz być także chemiczką.

-   Nasza   Maggie   zawsze   była   błyskotliwa.   -   Niall   objął   ją   ramieniem.   -   Sharon 

opisywała mi, jak świetnie Maggie radziła sobie w szkole, pisała też o dobrym charakterze 

Brianny.

- Tak było - śmiejąc się, powiedziała Maggie. - Ja byłam błyskotliwa, a Brie była 

dobra.

- Pisała, że Brie także była błyskotliwa - dodał lojalnie Niall.

-   Mogę   się   założyć   natomiast,   że   o   mnie   nigdy   nie   powiedziała,   że   mam   dobry 

charakter. - Maggie się odwróciła i przytknęła nos do jego płaszcza. - Tak bardzo się cieszę, 

że cię znowu widzę. Nie sądziłam, że będę aż tak uradowana.

- Zaniedbałem cię, Maggie Mae, po śmierci Toma.

background image

- Nie. Każdy z nas ma własne życie, a poza tym doskonale rozumiemy z Brie, że z 

powodu   mamy   nie   rwiesz   się   do   odwiedzin.   A   przy   okazji...   -   Cofnęła   się,   zaczerpnęła 

powietrza.   -   Chciałabym   przeprosić   za   wczorajszy   wieczór.   Nie   powinnam   była   jej 

prowokować, a już tym bardziej nie powinnam była wyjść bez pożegnania.

- Nie musisz przepraszać, podobnie jak Brianna, co zresztą już jej rano powiedziałem. 

- Niall pogłaskał Maggie po policzku. - Maeve postanowiła być w złym humorze, jeszcze 

zanim przyszła.  Niczego nie sprowokowałaś. Nie możesz  się obwiniać  za sposób, w jaki 

Maeve postanowiła przejść przez życie, Maggie.

- Tak czy siak, przykro mi, że wieczór był nieudany.

- Nazwałabym go pouczającym - powiedziała ze spokojem Christine.

- W to nie wątpię - zgodziła się Maggie. - Wujku Niall, czy słyszałeś kiedykolwiek, 

jak ona śpiewa?

- Słyszałem. Śpiewała pięknie jak słowik, to pewne. I niepokojąco jak jedna z tych 

wielkich kocic w klatce w zoo. Nigdy nie była łatwym dzieckiem, Maggie. Była szczęśliwa 

tylko wtedy, kiedy ludzie milkli i słuchali jej śpiewu.

- A potem był Tom.

- A potem był Tom. Z tego, co słyszałem, byli ślepi i głusi na wszystko, co się działo 

poza nimi. Być może także ślepi i głusi na samych siebie. - Pogłaskał ją wielką ręką po 

głowie. - Nie wykluczone, że żadne z nich nie wiedziało, co czuje w głębi serca, dopóki nie 

zostali zmuszeni do związania się na trwałe. A kiedy to się stało, rzeczywistość okazała się 

inna niż tego oczekiwali. I Maeve pogrążyła się w goryczy.

- Czy myślisz, że gdyby się nie spotkali, byłaby inna?

Uśmiechnął się nieznacznie i wykonał nieokreślony ruch ręką.

- Płyniemy na falach losu, Maggie Mae. Dopiero gdy przestajemy się na nich unosić, 

stajemy się takimi, jakimi chcemy.

- Żal mi jej - powiedziała miękko Maggie. - Nigdy nie sądziłam, że będzie mnie na to 

stać.

- I dobrze, że tak do niej podchodzisz. - Pocałował Maggie w czoło. - , A teraz zajmij 

się sobą i tym, co postanowiłaś.

- Pracuję nad tym - uśmiechnęła się ponownie. - Ciężko nad tym pracuję!

Christine, zadowolona, że mają jeszcze odrobinę czasu, odezwała się:

- Niall, bądź tak kochany i zostaw mnie na chwilę z Maggie.

- Babskie rozmówki, tak? - Jego okrągła twarz pomarszczyła się w uśmiechu. - Nie 

śpieszcie się, pójdę się przejść.

background image

- A więc - zaczęła Christine, gdy tylko zamknęły się drzwi za Niallem - muszę się do 

czegoś przyznać. Nie poszłam od razu do salonu ze wszystkimi. Wróciłam, myśląc, że może 

uda mi się coś załagodzić.

Maggie spuściła wzrok i wpatrywała się w podłogę.

- Rozumiem.

-   Nie   owijając   sprawy   w   bawełnę,   podsłuchiwałam.   Musiałam   zmobilizować 

wszystkie siły, by nie wpaść do pokoju i nie powiedzieć twojej mamie, co o tym myślę.

- To tylko pogorszyłoby sprawę.

- Tylko dlatego się powstrzymałam... choć mogłoby mi to sprawić wielką satysfakcję. 

- Christine objęła Maggie i lekko nią potrząsnęła.

- Ona nie ma pojęcia, kogo ma w tobie.

- Być może wie zbyt dobrze. Sprzedałam cząstkę siebie, ponieważ, podobnie jak ona, 

mam potrzebę posiadania więcej, niż mam.

- Dużo zarobiłaś.

-   Czy   zarobiłabym,   czy   otrzymałabym   w   prezencie,   to   niczego   by   nie   zmieniło. 

Pragnęłam się cieszyć z tego, co mam, pani Sweeney. Tak bardzo tego pragnęłam, ponieważ 

w przeciwnym razie musiałabym się przyznać do tego, że nie mam dostatecznie dużo. Że mój 

ojciec zawiódł się na nas, bo zawiódł się. Dopóki Rogan nie przekroczył progu tych drzwi, :. 

byłam  zadowolona, albo  wmawiałam  sobie, że mogę  być  zadowolona. Ale drzwi zostały 

otwarte i zasmakowałam w tym. Przez cały tydzień nie zrobiłam ani jednej porządnej pracy.

- Dlaczego uważasz, że to z tego powodu?

- Zapędził mnie w kozi róg, dlatego. Nie potrafię być już sobą, nie mogę być już 

dłużej sobą. On to zmienił. Nie wiem, co robić. A przecież zawsze wiedziałam.

- Twoje prace płyną z twojego serca. To wie każdy, kto je widział. Może blokujesz 

swoje serce, Maggie.

- Jeśli tak, to dlatego, że muszę. Nie zrobię tego, co ona. Ani tego, co ojciec. Nie stanę 

się przyczyną nieszczęścia, ani jego ofiarą.

- Uważam, że jesteś już ofiarą, moja droga Maggie. Masz poczucie winy z powodu 

odnoszonych sukcesów, a, co gorsze, karzesz się i za to, że w parze z sukcesem idzie ambicja. 

Uważam także, że nie pozwalasz sobie na okazywanie tego, co nosisz w sercu, ponieważ, jeśli 

raz   to   zrobisz,   nie   potrafisz   się   już   z   tego   wycofać,   a   zatem,   nawet   kosztem   własnego 

szczęścia, trzymasz to w sobie. Kochasz Rogana, prawda?

- Nawet jeśli tak, to za jego sprawą.

- Jestem pewna, że potrafi doskonale sprostać tej sytuacji.

background image

Maggie odwróciła się, by uporządkować narzędzia.

-   Nigdy   jej   nie   spotkał.   Myślę,   że   zrobiłam   wszystko,   żeby   jej   nie   spotkał   i   nie 

zobaczył, że jestem taka sama jak ona. Humorzasta, zła i niezadowolona.

- I samotna - powiedziała delikatnie Christine, patrząc Maggie prosto w oczy. - Ona 

jest samotna, Maggie, choć to tylko jej wina. - Podeszła bliżej i wzięła Maggie za rękę. - Nie 

znałam twojego ojca, ale na pewno masz w sobie także dużo z niego.

- Był marzycielem. Tak jak ja.

- A twoja babcia, ze swoim bystrym umysłem i pogodnym usposobieniem. Ona także 

jest w tobie. I Niall, ze swą cudowną żądzą życia. Wszystko to jest w tobie. Ale to wszystko 

nie tworzy całości. Niall ma rację, Maggie. Naprawdę ma rację. Jesteś taka, jaką pragniesz 

być.

- Myślałam, że tak jest. Myślałam, że dokładnie wiem, kim jestem i kim chcę być. A 

teraz wszystko pomieszało mi się w głowie.

- Kiedy rozum nie daje ci odpowiedzi, lepiej posłuchać własnego serca.

- Nie podoba mi się jego odpowiedź.

-   A   zatem,   moje   drogie   dziecko,   możesz   być   absolutnie   pewna,   że   to   jest   dobra 

odpowiedź - roześmiała się Christine.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

W połowie dnia samotność stała się nie do zniesienia. Rozbrzmiewała wokół niej jak 

tępe uderzenie werbli. Maggie ponownie sięgnęła po dmuchawkę. Przed dwoma godzinami 

wrzuciła do przetopienia wydmuchane naczynie.

Wnikliwie przeglądała szkice, odrzucała jedne, wypróbowywała inne. Po odstawieniu 

na półkę jednorożca, z którego nie była zadowolona, przystąpiła do pracy.

Ale gdy tylko nabrała roztopione szkło, wizja ją opuściła. Masa spłynęła, polała się i 

zawisła   w   próżni.   Prawie   nie   zastanawiając   się,   co   robi,   zaczęła   wpuszczać   kawałeczki 

roztopionej masy szklanej do pojemnika z wodą.

Jedne popękały,  inne przetrwały,  Wyjęła jeden z nich, by mu się przyjrzeć. Choć 

uformowany w ogniu, był teraz zimny, a w kształcie przypominał łzę. Łza księcia Ruperta

, 

przypadkowa innowacja artysty, którą potrafiłoby zrobić dziecko.

Wygładzając ją palcami, wzięła ją pod polaryskop. W powiększeniu naprężenie w 

kropli szkła objawiło się feerią tęczowych kolorów. Aż takie bogactwo wewnątrz czegoś tak 

nikłego, pomyślała.

Wsunęła   kulkę   do   kieszeni,   wyłowiła   pozostałe   z   wiaderka.   Kilkoma   fachowymi, 

ostrożnymi ruchami wygasiła piec. Dziesięć minut później wchodziła do kuchni siostry.

- Brianno. Co widzisz, patrząc na mnie?

Zdmuchując   z   czoła   kosmyk   włosów,   Brianna   podniosła   wzrok   i   nie   przestając 

wyrabiać ciasta na chleb, uśmiechnęła się.

- Moją siostrę, oczywiście.

- Nie, nie. Spróbuj choć raz nie być taka dosłowna. Co takiego specjalnego we mnie 

widzisz?

- Kobietę, która jakby zawsze znajdowała się na krawędzi czegoś. Która ma dosyć 

energii, by zadręczać mnie bez litości. I tyle samo złości. - Brianna opuściła wzrok na swoje 

ciasto. - Złości, która mnie martwi i niepokoi.

- Egoizm i samolubstwo?

- Nie, co to, to nie. Nigdy. Tych wad nie dostrzegłam u ciebie nigdy.

- A inne?

- Masz ich dostateczne dużo. Czy chciałabyś być chodzącą doskonałością?

Rozgrzeszający ton Brianny zabolał Maggie.

*

Książę  Rupert   (1619  -  82),   wnuk  Jakuba   I  Stuarta;   dowódca  wojsk  i   floty  angielskiej   w  czasie 

rewolucji   angielskiej   1640   -   60;   od   1644   naczelny   wódz   armii   króla   Karola   I,   pokonany   przez   wojska 
dowodzone przez Cromwella; zbiegł z Anglii (przyp. tłum.)

.

background image

- Wciąż masz mi za złe ten nieszczęsny wieczór?

- Nie, nie mam. - Ze zdwojoną energią zaczęła wyrabiać ciasto. - Mam żal do siebie, 

do okoliczności, do losu, jeśli wolisz. Ale nie do ciebie. To nie była twoja wina, a Bóg nam 

świadkiem, że uprzedzałaś mnie, że nic z tego nie wyjdzie. Wolałabym jednak, żebyś nie 

wyskakiwała zawsze w mojej obronie.

- Nic na to nie poradzę.

- Wiem. - Brianna zbiła ciasto w kulę i przełożyła  je do miski  do wyrośnięcia.  - 

Zachowywała się znacznie lepiej po twoim wyjściu. I myślę, że była lekko zakłopotana. Na 

zakończenie pochwaliła mnie za udany posiłek. Choć niewiele jadła, zdobyła się jednak na 

dobre słowo.

- Mogło być znacznie gorzej.

- Święta prawda, Maggie. Powiedziała coś jeszcze.

- Bez przerwy coś mówi, ale nie przyszłam tego wysłuchiwać.

- To dotyczyło lichtarzy - ciągnęła Brianna. Maggie uniosła ze zdziwienia brwi.

- Których?

-   Tych,   które   stały   na   kredensie,   a   które   zrobiłaś   dla   mnie   w   zeszłym   roku. 

Powiedziała, że są śliczne.

Śmiejąc się, Maggie potrząsnęła głową.

- Chyba ci się przyśniło?

- Byłam przytomna i stałam we własnym korytarzu. Popatrzyła na mnie i powiedziała 

to. I stała nieruchomo, patrząc na mnie tak długo, aż zrozumiałam, że, choć sama nie może ci 

tego powiedzieć, chce, żebyś o tym wiedziała.

- Niby dlaczego? - zapytała niepewnym głosem Maggie.

- Sądzę, że to swoisty rodzaj przeprosin, za to, co wydarzyło się w jadalni. Kiedy 

zobaczyła, że ją zrozumiałam, znowu zaczęła się czepiać Lottie i w rezultacie opuściły dom 

tak samo, jak przyszły. Kłócąc się.

- No cóż. - Maggie nie miała pojęcia, jak zareagować, jak się do tego ustosunkować. 

Jej niespokojne palce sięgnęły do kieszeni i zabawiały się gładkimi, szklanymi kulkami.

- To niewiele, ale zawsze coś. - Uwijając się, Brianna posypała mąką ręce, szykując 

się do uformowania kolejnego bochenka. - Jest szczęśliwa w domu, który jej dałaś, nawet jeśli 

sama jeszcze o tym nie wie.

- Niewykluczone, że masz rację. - Z pewnym trudem wypuściła powietrze. - Mam taką 

nadzieję. Ale nie planuj już więcej rodzinnych posiłków w najbliższej przyszłości.

- Możesz być spokojna.

background image

- Brianna... - Zawahała się, w końcu bezradnie spojrzała na siostrę. - Jadę dzisiaj do 

Dublina.

- Och, czeka cię więc trudny dzień. Potrzebują cię w galerii?

- Nie, chcę się zobaczyć z Roganem. Albo mu powiem, że więcej nie zamierzam się z 

nim widywać, albo, że wyjdę za niego.

- Wyjdziesz za niego? - Brianna podrzucała i uklepywała następną kulę ciasta. - Prosił 

cię o rękę?

-   Tak,   ostatniej   nocy   naszego   pobytu   we   Francji.   Odmówiłam,   kategorycznie 

odmówiłam. I tak myślałam. I może jeszcze tak myślę. Dlatego jadę, muszę to wszystko 

jeszcze przemyśleć. Doszłam do wniosku, że tak dalej nie może być. Albo w lewo, albo w 

prawo. - Przebierała palcami w kieszeni. - A więc jadę, i chciałam ci o tym powiedzieć.

- Maggie... - Z rękami pełnymi ciasta Brianna zobaczyła już tylko zamykające się za 

siostrą drzwi.

Najtrudniej  było  go znaleźć.  Powinna  była  o tym  pomyśleć  przed podróżą.  Lokaj 

powiedział,  że jest w galerii,  ale gdy tam dotarła,  przeklinając  na czym  świat stoi korki 

dublińskie, już go nie zastała, był w drodze do biura.

Rozminęła się z nim, dosłownie o pięć minut, jak jej powiedziano. Jest w drodze na 

lotnisko, odlatuje do Rzymu. Czy życzy sobie, żeby ją połączyć z aparatem w samochodzie?

Zdecydowała,   że   nie   może   dukać   swojej   najważniejszej   decyzji   życiowej   przez 

telefon. W końcu wróciła do ciężarówki i odbyła długą, samotną powrotną podróż do Clare.

- Z przodu wolałbym Poszukującego, a Triadę pośrodku, właśnie tak.

W zalanej promieniami słońca galerii Worldwide w Rzymie Rogan doglądał ostatnich 

przygotowań   związanych   z   otwarciem   wystawy   prac   Maggie.   Na   tle   pozłacanego 

rokokowego   wystroju   szklane   rzeźby   prezentowały   się   znakomicie.   Ciężki,   czerwony 

aksamit, pokrywający postumenty i stoły nadawał całości iście królewskiego majestatu. Nie 

podobałoby się to Maggie, ale idealnie pasowało do gustu klienteli tej specyficznej galerii.

Sprawdził   godzinę,   mruknął   do   siebie   coś   pod   nosem.   Za   dwadzieścia   minut   ma 

spotkanie.  Trudno, nie  zdąży.  Spóźni  się. To wpływ  Maggie, pomyślał.  Przez  nią stracił 

poczucie czasu.

-   Otwieramy   za   piętnaście   minut   -   przypomniał   personelowi.   -   Będzie   prasa, 

dopilnujcie,   żeby   dostali   katalogi.   -   Po   raz   ostatni   przemierzył   salę,   sprawdzając 

rozmieszczenie każdego przedmiotu, załamanie każdej fałdy. - Dobra robota.

background image

Wyszedł z galerii na zalaną słońcem ulicę, gdzie czekał na niego szofer.

-   Spóźniłem   się,   Carlo.   -   Rogan   usiadł   wygodnie   na   swoim   miejscu   i   otworzył 

aktówkę.

Carlo uśmiechnął się szeroko, nasunął na czoło szoferską czapeczkę i rozprostowywał 

palce jak wirtuoz przygotowujący się do wzięcia trudnego arpeggio.

- Nie tak bardzo, signore.

By   przypodobać   się   Roganowi,   uniósłszy   minimalnie   brew,   jak   tygrys   wyskoczył 

samochodem z zakrętu, warcząc i rycząc na pierzchające przed nim auta.

Zapiawszy pasy, Rogan zagłębił się w wydruku rozliczeń swojej filii.

To   był   znakomity   rok.   Co   prawda   daleko   mu   było   do   oszałamiającego   boomu   z 

połowy   lat   osiemdziesiątych,   ale   naprawdę   był   dobry.   Może   to   i   lepiej,   pomyślał,   że 

skończyły   się  czasy,  kiedy  obrazy  sprzedawane   były  na  aukcjach  za  miliony  funtów. Te 

krociowe ceny na dzieła sztuki sprawiały,  iż często chowano je bezdusznie w skrytkach, 

niczym zwykłe sztaby złota.

Tak, to był korzystny rok. Na tyle korzystny, pomyślał, że pozwoli mu wprowadzić w 

życie   ideę   otwarcia   innej,   mniejszej   filii   Worldwide,   w   której   będzie   się   wystawiać   i 

sprzedawać tylko prace irlandzkich artystów. Ta idea kiełkowała już w jego świadomości od 

kilku lat, ale ostatnio, właśnie ostatnio, stała się realna.

Mała, przytulna galeria, przystępna dla wszystkich, począwszy od wystroju po samą 

sztukę. Miejsce zachęcające do spędzenia w nim czasu, do powertowania i pooglądania, ze 

sztuką na dobrym poziomie i po niewygórowanych cenach.

Tak, to doskonała chwila, pomyślał. Naprawdę doskonała.

Samochód   zahamował   z   piskiem,   podrywając   przód   do   góry   jak   ogier.   Carlo 

pośpiesznie otworzył drzwiczki Rogana.

- Zdążył pan w samą porę.

- Jesteś czarodziejem, Carlo.

Rogan spędził trzydzieści minut z szefem rzymskiej filii, dwa razy tyle na posiedzeniu 

zarządu,   po  czym,   po  kolei,   udzielił  wywiadów,   promując  wystawę   Concannon.  Podczas 

wielogodzinnych spotkań dyskutowano nad zaproponowanymi rzymskiej galerii dziełami do 

zakupu,   omawiano   program   spotkań   z   artystami.   Rogan   zaplanował   na   wieczór   lot   do 

Wenecji,   kolejnego   etapu   wystawy   prac   Maggie.   Korzystając   z   krótkiej,   wolnej   chwili, 

wymknął się, by wykonać kilka telefonów do Dublina.

- Joseph?

background image

- Rogan, co tam w Rzymie?

- Słonecznie. Już tutaj skończyłem. Muszę być najpóźniej o siódmej w Wenecji. Jeśli 

zdążę,   pójdę   jeszcze   dziś   wieczór   do   galerii.   W   każdym   razie   sporządzę   jutro   wstępny 

preliminarz.

- Mam przed sobą twój harmonogram. Wracasz za tydzień?

- Wcześniej, jeśli wszystko pozałatwiam. Czy coś nowego?

- Był Aiman. Kupiłem od niego dwa szkice. Są zupełnie dobre.

- To świetnie. Mam pomysł, dzięki któremu będziemy może mogli sprzedawać po 

nowym roku więcej jego prac.

- Och?

- Projekt, który z tobą przedyskutuję po powrocie. Nic więcej?

- Widziałem twoją babcię i jej przyjaciela po powrocie z Galway.

- Przyprowadziła go do galerii, tak? - zapytał Rogan.

- Chciał zobaczyć prace Maggie w odpowiedniej oprawie. To facet z charakterem!

- Nie musisz mi tego mówić!

- O, jeśli mówimy o Maggie, to była tu na początku tygodnia.

- Tutaj? W Dublinie? Po co?

-   Nie   powiedziała.   Wpadła   i   wypadła   jak   bomba.   Nawet   nie   zdążyłem   z   nią 

porozmawiać. Dostaliśmy od niej przesyłkę, z czymś, co wydaje się być wiadomością dla 

ciebie.

- Wiadomością dla mnie?

- To jest niebieskie.

Palce Rogana znieruchomiały na notesie.

- Wiadomość jest niebieska?

- Nie, nie, wiadomość brzmi: „To jest niebieskie”. Wspaniała rzecz, taka delikatna i 

zwiewna. Podobno będziesz wiedział, co chciała przez to powiedzieć.

- Wiem. - Uśmiechnął się do siebie, potarł wierzch nosa. - To dla księcia lotaryńskiego 

z Paryża. Ślubny prezent dla jego wnuczki. Skontaktuj się z nim, proszę.

- Robi się. O, zdaje się, że Maggie była w twoim biurze, a także w domu. Sądzę, że cię 

szukała z jakiegoś powodu.

- Na to wygląda. - Nie zastanawiając się długo, poszedł za głosem intuicji. - Joseph, 

czy   możesz   coś   dla   mnie   zrobić?   Skontaktuj   się   z   galerią   w   Wenecji.   Powiedz   im,   że 

przesuwam przyjazd o kilka dni.

- Z przyjemnością. A powód?

background image

- Dam ci znać. Przekaż najlepsze pozdrowienia Patrycji. Będę z tobą w kontakcie.

Maggie   stukała   palcami   po   stole   u   O’Malleya,   przytupywała   nogami,   oddychała 

szybko i nerwowo.

- Tim, czy możesz mi podać do piwa maklerskiego sandwicza? Nie będę czekała o 

pustym brzuchu na Murphy'ego przez całe cholerne popołudnie.

- Z największą radością. Umówiliście się na randkę, prawda? - Uśmiechnął się do niej 

szeroko znad baru, ruszając brwiami.

- Dobre sobie. Musiałabym chyba stracić głowę, umawiając się na randkę z Murphym 

Muldoonem. Powiedział, że ma coś do załatwienia we wsi i czy nie zechciałabym się z nim 

tutaj spotkać. Mam prezent urodzinowy dla jego matki.

- Coś, co sama zrobiłaś?

- Aha. Ale jeżeli  on się tutaj  nie pojawi, zanim  skończę jeść, będzie  musiał  sam 

przyjść po niego.

- Alice Muldoon - odezwał się siedzący przy barze David Ryan, puszczając dym z 

papierosa. - Ona teraz mieszka na końcu Killarney, prawda?

- Prawda - odpowiedziała Maggie. - Od dziesięciu albo nawet więcej lat.

- Coś jej ostatnio nie widuję. Wyszła powtórnie za mąż, czy nie, po śmierci Rory 

Muldoona?

- Wyszła - wtrącił się do rozmowy Tim. - Wyszła za mąż za bogatego lekarza, Colina 

Brennana.

- Krewny Daniela Brennana. - Inny stały bywalec włączył się do rozmowy, medytując 

nad swoją porcją gulaszu. - Wiecie, ten, który prowadzi sklep spożywczy w Clarecastle.

- Nie, nie. - Potrząsnął głową Tim, podchodząc do Maggie z sandwichem. - On nie jest 

krewnym Daniela Brennana, ale Bobiego Brennana z Newmarket nad Fergus.

- Myślę, że nie masz racji. - Pokiwał niedopałkiem papierosa David.

- Zakładam się o dwa funty, że mam rację.

- Przyjmuję. Spytamy samego Murphy'ego.

- Jeśli kiedykolwiek tutaj przyjdzie - mruknęła Maggie i ugryzła sandwicza. - Można 

by pomyśleć, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko siedzieć tutaj i kręcić palcami młynka.

- Znałem kiedyś pewnego Brennana - odezwał się z końca baru stary człowiek, zrobił 

pauzę i powoli puścił kółko z dymu. - Nazywał się Frankie Brennan, z Ballybunion, gdzie 

mieszkałem   jako   chłopak.   Pewnego   wieczoru   wracał   do   domu   z   pubu.   Napił   się   nieźle 

porteru, mówię wam, nigdy nie miał do tego głowy.

Puścił kolejne kółko z dymu. Nikt się nie odzywał. Stary człowiek ciągnął dalej.

background image

- No więc wracał do domu, trochę się zataczał, poszedł łąką na przełaj, żeby było 

prędzej. Było tam czarodziejskie wzgórze, a on, całkiem zamroczony, walił prosto na nie. No 

cóż, człowiek, pijany czy trzeźwy,  powinien być  rozgarnięty,  ale Frankiemu  Brennanowi 

Nasz Pan widać poskąpił rozumu. No i oczywiście czarownice musiały go nauczyć manier i 

szacunku. Ściągnęły więc z niego całe ubranie, kiedy tak telepał się po tej łące. Przyszedł do 

domu całkiem goły, tylko w kapeluszu i jednym bucie. - Przerwał znowu, uśmiechnął się. - I 

nigdy nie znalazł drugiego buta.

Maggie   zawyła   ze   śmiechu   i   podochocona   wesołą   atmosferą,   położyła   nogi   na 

stojącym przed nią krześle. Co tam Paryż czy Rzym i cała reszta, pomyślała. Jej miejsce jest 

tutaj.

I wtedy wszedł Rogan.

Towarzyszyły mu zaciekawione spojrzenia. Rzadko się zdarza, by mężczyzna w takim 

eleganckim garniturze zaglądał do O’Malleya w pochmurne popołudnie. Maggie, z kuflem 

piwa przy ustach, zastygła jak kamień.

- Moje uszanowanie. Czym mogę służyć? - zapytał Tim.

- Poproszę o pół litra Guinnessa. - Rogan oparł się o bar, pochylił do przodu i, podczas 

gdy Tim odkręcił kurek, uśmiechnął się do Maggie. - Moje uszanowanie, Margaret Mary.

- Co ty tu robisz?

- No cóż, wpadłem na kufel piwa. - Uśmiechając się wciąż, posunął bilon po blacie 

baru. - Dobrze wyglądasz.

- Myślałam, że jesteś w Rzymie.

- Byłem. Twoje prace podobają się tam.

-   Czy   pan   nie   jest   przypadkiem   Roganem   Sweeneyem?   -   Tim   posunął   kufel   do 

Rogana.

- Przypadkiem jestem.

- A ja jestem O’Malley. Tim O’Malley. - Wytarł rękę w fartuch, ujął rękę Rogana i 

potrząsnął nią. - Byłem wielkim przyjacielem ojca Maggie. Byłby zadowolony z tego, co pan 

dla niej robi. Zadowolony i dumny. Zrobiliśmy z moją Deirdre specjalny zeszyt na wycinki o 

niej.

-   Mogę   pana   zapewnić,   że   jeszcze   dojdzie   ich   dużo,   panie   O’Malley,   i   to   w 

najbliższym czasie.

- Jeśli przyjechałeś, żeby sprawdzić, co zrobiłam - zawołała zaczepnie Magie - to 

muszę cię rozczarować. Nic nie zrobiłam. I niczego nie zrobię, jeśli mi będziesz siedział na 

karku.

background image

-   Nie   przyjechałem   oglądać   twoich   prac.   -   Skinął   głową   Timowi   i   podszedł   do 

Maggie. Usiadł obok niej, ujął jej podbródek i pocałował ją czule. - Przyjechałem zobaczyć 

ciebie.

Wypuściła   powietrze,   które   z   wrażenia   wstrzymywała.   Jej   gniewne   spojrzenie 

sprawiło, że siedzący przy barze widzowie skierowali uwagę w inną stronę. Albo też udawali, 

że patrzą w bok.

- Zabrało ci to sporo czasu.

- Wystarczająco, by zatęsknić za tobą.

-   Niewiele   zrobiłam   po   twoim   wyjeździe.   -   Ponieważ   ciężko   jej   było   to   wyznać, 

utkwiła wzrok w kuflu. - Zaczynałam i przestawałam, zaczynałam i przestawałam. Nic mi nie 

wychodziło. Nie chcę tego uczucia, Roganie. Nie chcę go wcale.

- Co to za uczucie?

Rzuciła mu spojrzenie spod rzęs.

- Tęskniłam za tobą. Pojechałam do Dublina.

- Wiem. - Bawił się końcami jej włosów. Trochę urosły, zauważył, i zastanowił się, ile 

jeszcze   urosną,   zanim   znowu   nie   ciachnie   ich   nożycami,   co,   jak   mówiła,   zdarza   się   jej 

czasami. - Czy trudno było d przyjechać do mnie, Maggie?

- Tak, trudno. Trudniej niż cokolwiek na świecie. A dębie do tego nie było.

- Ale teraz jestem.

Był. A ona nie wiedziała, czy będzie mogła przemówić. Tak strasznie waliło jej serce.

- Chciałam z tobą porozmawiać o pewnych sprawach. Nie mogę... - Przerwała, gdy 

otworzyły się drzwi i wszedł Murphy. - O, rychło w czas.

Zanim podszedł do Maggie, Murphy dał znak Timowi.

- O co chodzi, zjadłaś przez ten czas lunch. - Niedbałym ruchem przysunął krzesło i 

sięgnął po jej chipsa. - Przyniosłaś to ze sobą?

- Tak. I kazałeś mi czekać na siebie pół dnia.

- Zaledwie jedną godzinę. - Rzucił okiem na Rogana i zjadł kolejnego chipsa Maggie. 

- Czy pan przypadkiem nie jest Sweeneyem?

- Tak się składa.

- Poznałem pana po garniturze - wyjaśnił Murphy. - Maggie opowiadała, że pan się 

ubiera, jakby codziennie była niedziela. Jestem Murphy Muldoon. Sąsiad Maggie.

Pierwszy pocałunek, przypomniał sobie Rogan, i pomachał ręką równie niedbale, jak 

Murphy.

- Miło mi poznać pana.

background image

-   Mnie   również.   -   Murphy   przechylił   się   do   tyłu   na   krześle,   mierząc   Rogana 

wzrokiem. - Można powiedzieć, że jestem prawie jak brat Maggie. I nie musi się rozglądać za 

męskim ramieniem.

- Bo nie potrzebuję żadnego - warknęła Maggie. Najchętniej pod - dęłaby pod nim 

krzesło, gdyby się nie pospieszył i znowu nie usiadł równo. - Sama sobie świetnie radzę. 

Dziękuję d bardzo.

- Często mi to powtarza. - Rogan zwrócił się do Murphy'ego. - Ale czy ona potrzebuje 

mnie, czy nie, ja potrzebuję jej.

Obaj   mężczyźni   spojrzeli   sobie   prosto   w   oczy.   Po   chwili   zastanowienia   Murphy 

kiwnął głową.

- No to świetnie - mruknął Murphy. - Przyniosłaś to czy nie, Maggie?

- Powiedziałam, że tak. - Schyliła się niecierpliwie, podniosła z podłogi pudełko i 

postawiła   je   na   stole   między   mężczyznami.   -   Gdyby   nie   moja   słabość   do   twojej   matki, 

rozwaliłabym d to na łbie.

- Będzie ci wdzięczna za to, żeś się opanowała. - Podczas gdy Tim stawiał na barze 

kolejne piwo, Murphy otwierał pudełko. - To jest wspaniałe, Maggie, Będzie uszczęśliwiona.

Nic dziwnego, pomyślał Rogan. Bladoróżowa czara była tak przejrzysta, jak woda. Jej 

brzegi wznosiły się jak łagodnie spiętrzone grzywy fal morskich. Szkło było tak cienkie, tak 

delikatne, że widział przez nie ręce Murphy'ego.

- Życz jej także ode mnie wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.

-   Dziękuję.   -   Zanim   włożył   czarę   z   powrotem   do   pudełka,   musnął   jeszcze   szkło 

zgrubiałym od pracy palcem. - Pięćdziesiąt funtów, tak?

- Tak - Maggie wyciągnęła dłoń. - W gotówce.

Udając niezadowolenie, Murphy podrapał się po policzku.

- To raczej drogo, jak na coś tak małego, Maggie Mae... nawet nie można z tego zjeść. 

Ale matka lubi wariactwa, bezużyteczne przedmioty.

- Jeszcze słowo, Murphy, a cena pójdzie w górę.

-   Pięćdziesiąt   funtów.   -   Potrząsając   głową,   Murphy   sięgnął   do   portfela.   Odliczył 

banknoty. - Czy wiesz, że za te pieniądze mógłbym jej kupić cały komplet naczyń? Albo 

piękny, nowy rondel?

-   Który   rozbiłaby   na   twojej   głowie.   -   Zadowolona   Maggie   schowała   pieniądze.   - 

Żadna kobieta nie chciałaby dostać garnka na urodziny, a każdy mężczyzna, który inaczej 

uważa, musi się liczyć z konsekwencjami.

- Murphy. - Przysunął się ze swoim stołkiem David Ryan. - Jeśli skończyłeś już swoją 

background image

transakcję, mamy do ciebie pytanie.

- A więc będę musiał na nie odpowiedzieć. - Wziął swoje piwo i wstał. - To znakomity 

garnitur, panie Sweeney. - I odszedł, aby rozstrzygnąć zakład dotyczący Brennanów.

-   Pięćdziesiąt   funtów?   -   mruknął   Rogan,   wskazując   na   pudełko,   które   Murphy 

zostawił na stole. - Oboje wiemy, że mogłabyś za to dostać ponad dwadzieścia razy więcej.

- I co z tego? - Zjeżyła się natychmiast. Odstawiła na bok piwo. - To moja praca i 

mogę   za   nią   żądać   tyle,   ile   zechcę.   Masz   w   kontrakcie   zagwarantowaną   tę   cholerną 

wyłączność,   Sweeney,   możesz   więc   mnie   oskarżyć   o   złamanie   umowy,   ale   czarki   nie 

dostaniesz.

- Wcale nie...

- Obiecałam Murphy'emu - grzmiała. - I dotrzymałam przyrzeczenia. Możesz dostać 

swoje przeklęte dwadzieścia pięć procent od pięćdziesięciu funtów. Ale jeśli decyduję się 

zrobić coś dla przyjaciela...

- Nie zamierzałem cię ganić. - Ujął ją za nadgarstek. - To miał być komplement. Masz 

szczodre serce, Maggie.

Zadowolona, że tak łatwo udało się zażegnać burzę, westchnęła.

-   W   papierach   jest   powiedziane,   że   nie   wolno   mi   robić   niczego,   co   nie   będzie 

przeznaczone dla twojej galerii.

- W papierach jest tak napisane - zgodził się. - Wyobrażam sobie, że może cię to 

złościć   i   że   będziesz   robiła   na   boku  prezenty   swoim   przyjaciołom,   kiedy  tylko   będziesz 

chciała. - Spojrzała na niego spod rzęs z tak pokorną miną, że się roześmiał. - Domyślam się, 

że mógłbym cię zaskarżyć nie raz i nie dwa w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Możemy jednak 

załatwić to polubownie. Nie wezmę dwudziestu pięciu procent z pięćdziesięciu funtów, a za 

to ty zrobisz coś dla babci na Boże Narodzenie.

Przytaknęła ruchem głowy, znowu spuściła rzęsy.

- Tu nie chodzi o pieniądze, Roganie, prawda? Czasami jednak boję się, że za słabo 

przeciwstawiam się temu. Ponieważ lubię pieniądze, rozumiesz? Lubię je bardzo, podobnie 

jak wszystko, co można dzięki nim mieć.

-  Nie  chodzi  o pieniądze,   Maggie.   Ani  o  wernisaże   z szampanem,  ani  o  wycinki 

prasowe, ani też o przyjęcia w Paryżu. To są tylko okruchy. To, co naprawdę się liczy, to 

twoje wnętrze i wszystko, co dzięki niemu przekształca się w piękno, niepowtarzalność i w 

zaskoczenie.

- Nie mogę się cofnąć, rozumiesz? Nie mogę cofnąć spraw, by stały się takie, jakie 

były  przed tobą. - Spojrzała  na niego, wpatrując się w jego rysy,  podczas  gdy on lekko 

background image

dotykał jej ręki. - Pojedziesz ze mną? Chciałabym ci coś pokazać.

- Samochód czeka. Wstawiłem już do środka twój rower.

- Powinnam się była tego domyśleć - powiedziała z uśmiechem.

W podmuchach ostrego wiatru i feerii różnokolorowych liści podjeżdżali do urwiska 

Loop Head. Po obu stronach wąskiej drogi, jak okiem sięgnąć, rozciągały się uprawne pola i 

głęboka, wonna zieleń tak specyficznych dla Irlandii łąk. Maggie dostrzegła pochylone ze 

starości kamienne szałasy, niezmienione od czasu, gdy pięć lat temu pokonywała tę trasę. 

Ziemia trwa, a ludzie dbają o nią od wieków. I zawsze tak będzie.

Gdy usłyszała szum morza, poczuła w powietrzu jego pierwsze, ostre smagnięcie, 

zakołatało jej serce. Zacisnęła powieki, ponownie je otworzyła. I odczytała napis. OSTATNI 

PUB PRZED NOWYM JORKIEM.

Czy pożeglujemy, Maggie, do Nowego Jorku i zamówimy kufel piwa?

Kiedy samochód stanął, nie odezwała się, wysiadła tylko, a zimny wiatr smagał jej 

skórę. Wyciągnęła rękę do Rogana i tak, trzymając się, razem schodzili wydeptaną ścieżką w 

stronę morza.

A wojna trwała. Fale rozbijały się o skałę z niosącym się echem hukiem i gwizdem, 

które były odwieczne. Mgła przewalała się, zamazując granice pomiędzy niebem i morzem. 

Ogromna, potężna, bladoszara czara.

- Nie byłam tutaj prawie od pięciu lat. Nie sądziłam, że przyjdę tu kiedyś i będę tak 

stała. - Zacisnęła wargi. Pragnęła, by obręcz wokół serca zelżała choć trochę. - Tutaj umarł 

mój ojciec. Przyjechaliśmy tylko we dwoje. Była zima i piekielny mróz, ale on uwielbiał to 

miejsce, jak sądzę najbardziej ze wszystkich. Sprzedałam tego dnia kilka szkieł kupcowi w 

Ennis, i świętowaliśmy to wydarzenie u O’Malleyów.

-   Byłaś   tu   sama   z   nim?   -   Uderzyła   go   groza   tamtej   scenerii.   Czując   bezsilność, 

przygarnął ją tylko do siebie i trzymał w ramionach. - Jest mi przykro, Maggie. Tak bardzo 

przykro.

Potarła policzek o miękki płaszcz Rogana, poczuła jego zapach. Zamknęła oczy.

- Rozmawialiśmy, o mojej matce, o ich małżeństwie. Nigdy nie mogłam zrozumieć, 

dlaczego są razem. I może nigdy nie zrozumiem. Ale była w nim jakaś tęsknota, i pragnienie, 

które chciał nam przekazać, Briannie i mnie, bez względu na to, czym jest ta tęsknota. I 

myślę, że jestem w tym podobna do niego, tyle że może dane mi było uchwycić się jej.

Cofnęła się, by mówiąc, patrzeć na niego.

- Mam coś dla ciebie. - Spoglądając na niego, wyjęła z kieszeni jedną ze szklanych 

background image

kulek, którą podała mu na wyciągniętej dłoni.

- Wygląda jak łza.

- No właśnie. - Czekała, gdy podniósł ją pod światło i uważnie się jej przyglądał.

Potarł kciukiem gładką powierzchnię szkła.

- Czy dajesz mi swoje łzy, Maggie?

- Być może. - Wyjęła następną kulkę z kieszeni. - Powstały przez wpuszczenie kropli 

gorącego szkła do zimnej wody. Kiedy to robisz, niektóre się rozwarstwiają, ale inne trzymają 

się i formują. Hartują się. - Przykucnęła i podniosła kamień. Uderzyła nim w szkło. - Są tak 

twarde, że nie rozbijesz ich młotkiem. - Znowu wstała, trzymając w ręku nienaruszoną kulkę. 

- Jest twarda, widzisz? Nic jej nie ruszy. Gdy ją uderzysz, lśni nadal. Ale tutaj, widzisz, jest to 

cienkie zakończenie, i tylko ono jest słabe, podatne na najmniejsze okaleczenie. - Ujęła w 

palce cienki, wystający koniuszek, ścisnęła go. Szkło zamieniło się w niewinny proszek. - 

Było i nie ma, widzisz? Jakby nigdy nie było.

- Łzy płyną z serca - powiedział Rogan. - Nie można podchodzić do niego nieuważnie. 

Nigdy nie złamię twojego serca, ani ty mojego.

- Nigdy. - Wzięła głęboki oddech. - Ale dość często zadawać będziemy sobie razy. 

Jesteśmy tak różni, jak woda i gorące szkło, Roganie.

- I jednakowo zdolni, by stworzyć silną więź między nami.

- Myślę, że tak. Choć wciąż zastanawiam się, jak długo wytrzymasz w chałupce w 

Clare, zaś ja w Dublinie, w domu pełnym służby.

-   Możemy   odnaleźć   się   gdzieś   w   połowie   drogi   -   powiedział   i   spojrzał   na   nią   z 

uśmiechem. - Właśnie rozważam pewien szczególny problem. Jego istota, Maggie, polega na 

negocjacji i kompromisie.

- Och, nawet w takiej chwili nie przestajesz być biznesmenem.

Zignorował jej sarkazm.

- Zamierzam otworzyć galerię w Clare, by rozsławić artystów irlandzkich.

- W Clare? - Odgarniając rozwiane przez wiatr włosy, wpatrywała się w niego ze 

zdumieniem. - Filię Worldwide, tutaj w Clare? Chcesz to zrobić dla mnie?

- Chciałbym. Obawiam się, że popsuję heroiczny wydźwięk pomysłu, jeśli ci powiem, 

że   pomysł   ten   powstał   jeszcze   przed   poznaniem   ciebie.   Nie   ma   z   tobą   nic   wspólnego, 

natomiast wybór miejsca tak. A raczej dotyczy nas obojga. - Gdy zerwał się wiatr, pociągnął 

poły   jej   kurtki   i   zapiął   guziki.   -   Wierzę,   że   przez   pół   roku   mogę   mieszkać   w   chałupce 

zachodniego   hrabstwa,   podobnie   jak   ty   przez   pozostałą   część   roku   możesz   mieszkać   w 

Dublinie i być otoczona służbą.

background image

- Już wszystko przemyślałeś!

-   To   prawda.   Pewne   aspekty   można,   oczywiście,   przedyskutować.   -   Przyjrzał   się 

jeszcze uważnie szklanej kulce, po czym włożył ją do kieszeni. - Jest tylko jedna kwestia nie 

podlegająca dyskusji.

- A co to takiego?

- Chodzi znowu o wyłączność, Maggie, tym razem w sformułowaniu małżeńskiego 

kontraktu. Dożywotni kontrakt bez żadnych zastrzeżeń i dodatkowych klauzul.

Poczuła silny ucisk wokół serca.

- Twardy z ciebie partner do interesów, Roganie.

- Zgadza się.

Znowu spojrzała na morze,  na nieustanny ruch wody,  na nieustraszone skały i na 

magię wytwarzającą się między nimi.

- Byłam szczęśliwa w samotności - powiedziała spokojnie. - I byłam nieszczęśliwa 

bez ciebie. Nigdy nie chciałam zależeć od kogoś ani zakochać się tak bardzo, być... czuć się 

nieszczęśliwą.  Ale zależę  od ciebie,  Roganie. - Podniosła rękę i delikatnie  dotknęła jego 

policzka. - I kocham cię.

Słodycz jej słów wypełniła go po brzegi. Skierował jej dłoń do swoich warg.

- Wiem.

I uścisk wokół serca ustąpił.

- Ty wiesz! - Roześmiała się, potrząsając głową. - Och, to musi być  fantastyczne 

wiedzieć zawsze, czego się chce.

- Niczego lepszego nie można sobie wyobrazić. - Podniósł ją do góry, zakręcił się z 

nią w koło. Ich usta spotkały się, przywarły do siebie. Znowu powiał wicher, opasał ich 

wokół,   niosąc   ze   sobą   silny   zapach   morza.   -   Jeśli   mogłem   cię   unieszczęśliwić,   Maggie, 

równie dobrze mogę uczynić cię szczęśliwą.

Objęła go mocno ramionami.

- Jeśli tego nie zrobisz, uczynię piekło z naszego życia. Przysięgam. Boże, nigdy nie 

chciałam zostać czyjąś żoną.

- Będziesz moją, i nie pożałujesz tego.

- Będę twoją. - Wystawiła twarz na wiatr. - I nie pożałuję tego.