background image

Frof. Mikołaj Berg

'   Z A P I S K I

%

o  polskich  spiskach 

EEi powstaniach EE

Przekład z rosyjskiego 

CZĘŚĆ III.

Cena 30 cent.

W prenum. 26’U cent.

ODPOWIEDZIALNY ZA HEDAKCYĘ WE LWOWIE

EDMUND KOLBUSZOWSKł.

Adres wydawnictwa.: Lwów. Plac Maryacki I. 4.

Pi« tiądze na prenumerat*' należy nadsyłać wprost do Admiuistracyi.

background image

*-l 

<•

> 4

 - - 

T

**

- ' i , • i $k

• 

ł

 

; «

Prof. Mikołaj Berg.

\

 

a

PRZEKŁAD Z ROSYJSKIEGO.

C Z Ę Ś Ć  III. '

WARSZAWA

DRUK A. T. JEZIERSKIEGO NOWY-ŚWIAT 47.

1906

background image

i

„Ja  chcę  tylko  z  mego  małego  fotograficznego 

zbioru  wydać  kilka  obrazków...  W  nich,  jak  zwykle 

w  fotografiach,  schwycono  i  utrwalono  wiele  rzeczy 

przypadkowych;  niezręczne  pozy,  ugrupowania;  dro­
biazgi  zanadto  wydatne,  obok  wiernego  odbicia  wy­

padków  i  nieupiększonych  fizyonomii  działających 

osób”.

Herzen. „KołokoP 1864 r. Nr 188, str. 1542.

„Wypadki  rzadko  się  rozwijają  w  prostym,  lo­

gicznym  porządku.  Przeciwnie,  najczęściej,  lawiru­

jąc  zataczają  się  po  liniach  spiralnych,  odgrywają 

się po stycznych”.

Herzen. „Oeuyres posthumes” str. 85.

„Pół-środki  i  pół-życzenia  świadczą  tylko  o  po­

łowicznych ludziach".

Napoleon I.

„Prawda  jest  potrzebą  duszy  i  największą  jest 

tyranią  zadawanie  najmniejszego  gwałtu  zadosyćuczy- 

nieniu tej potrzeby".

G. E. Lessing. „Laokoon” tom II.

V

i

„ i

U

l

?

T

background image

■V

- KSIĘGA IV.

\ -------------

Nominacya  Suchozaneta.—Wznowienie  manife3tacyi.—Hrabia 
Lambert.—Wybory.—Manifestacya  w  Horodle.—śmierć  i  po­

grzeb  arcybiskupa  Fijałkowskiego.  —  Egzekwie  za  Kościu­

szkę.—Uwięzienia  po  kościołach.  —  Zamkuięcie  kościołów.— 
Samobójstwo  Gerśtenzweiga.  —-  Wyjazd  hr.  Lamberta  —  (Od 

8 czerwca do 26 października 1861 roku.

Tegoż  samego  dnia,  28  maja  1861  roku,  gdy 

generałowi  Merchelewiczowi,  jeszcze  za  życia  księcia 
Gorczakowa  poruczono  zastępczo  sprawowanie  cy­

wilnego  zarządu  w  Królestwie  Polskiem,  cesarz  za­

mianował  i  następcę  jego  w  osobie  ministra  wojny, 

Mikołaja,  syna  Onufrego,  Suchozaneta,  z  tytułem 

pełniącego 

obowiązki 

namiestnika. 

Twierdzą, 

że 

w  ten  delikatny  sposób  chciano  się  pozbyć  z  Pe-_ 

tersburga  tej,  na  nic  już  nieprzydatnej,  starzyzny,  by 

na  jego  miejsce  zamianować  ministrem  wojny  Milu- 

tina.  Przyznać  atoli  należy,  że  wówczas  rząd  mógł 
tylko  wybierać  wśród  podobnej  starzyzny:  dzielni 

i  młodzi  ludzie,  którzy  by  z  większą  korzyścią  mogli 

zająć  to,  tak  w  oczach  spokojnych  zaszczytne  i  po­
żądane  stanowisko,  teraz  uciekli  odeń,  jak  od  zapo­

wietrzonego  miejsca  i  truchleli,  aby  cesarz  któremu 
z nich nie rozkazał jechać do Polski. ^

•%

background image

8

Lecz  cesarz,  podówczas  tak  miękko  i  łagodnie 

usposobiony  dla  obcych,  czy  mógł  być  surowym  dla 
swoich?  a  zresztą  i  czasy  nie  były  odpowiednie  dla 
okazania  jakiejkolwiek  surowości.  Opowiadano,  że 

cesarz  proponował  hrabiemu  Mikołajowi  Mikołaje- 

wiczowi  Murawiewowi-Amurskiemu  posadę  namiest­
nika  w  Królestwie  Polskiem,  który  właśnie  co  tylko 

prosił  o  uwolnienie  od  obowiązków  generał-guberna- 
tora  wschodniej  Syberyi,  ten  atoli  miał  odpowie­
dzieć:  „Przyznaję,  najjaśniejszy  panie,  że  może  był­

bym  wcale  odpowiednim  przedstawicielem  rosyjskiej 

władzy  w  Królestwie,  lecz  żona  moja,  cudzoziemka, 
nie  mówiąca  nawet  po  rosyjsku,  w  żaden  żywy  spo­
sób  nie  mogłaby  być  reprezentantką  rosyjskiego  to­

warzystwa  w  Warszawie.  Proszę  nadto  zważyć,  jak 
polska arystokracya jest drażliwą ’).

Po  tej  odmowie  dopiero  miano  się  zwrócić  do 

przestarzałego  laty  i  umysłem  Suchozaneta.  Ze­
wnętrznie  posiadał  on  wszystkie  odpowiednie  przy­
mioty:  długie  lata  służby,  tytuł  ministra  wojny,  do 
tego  zaś  orderów  omal  nie  tyle  ile  liczył  sobie  lat 

wieku. Z przeszłości jego tyle nam wiadomo:

Mikołaj  Onufriewicz  Suchozanet  był  bardzo 

niskiego  pochodzenia.  Ojciec  jego,  Grek  rodem, 
był szynkarzem w Nieżynie. Urodzony w 1794 roku, 

*)

*)  Żona  hr.  Amurskiego  występowała  kiedyś  w  cyrku 

w  Strasburgu  i  jako  nadzwyczajna  piękność,  zrobiła  znajo­
mość  ze  znanym  milionerem  Jakowlewym,  który  ją  następ­

nie  ustąpił  hr.  Murawiewowi,  jak  powiadają  za  20,000  rubli 
sr.—(Dziennik pułk. Krywonosowaj.

M.  J.  Wieniukow  w  pracy  swej  hr.  M.  M.  Murawiew- 

Amurski  (Ruskaja  Starina,  luty  1882  r.  str.  525)  powiada, 
że  gdy  zaproponowano  hrabiemu  zarząd  Polską  w  maju 

1851 roku, ten miał oświadczyć: 

„Niech mi pierwej powie­

dzą,  czego  właściwie  rząd  chce  w  Warszawie,  czy  rzeczywi­

stego  uspokojenia  umysłów,  czy  tylko  policyjnego  ładu  i  po­
rządku?  Wtedy  pójdę—dwuznacznie  zaś  działać  (kręcić)  nie 
w  moim  charakterze”!  Urabia  M.  M..  Murawiew-Amurski 

umarł w Paryżu z 18 na 19 listopada 1881 roku.

v

background image

9

t

w  domu  otrzymał  nader  niedostateczne  wychowanie, 
szczególniej  zaś  źle  i  niegramatycznie  mówił  i  pisał 
w  języku  nibyto  rodowitym.  (Przytaczane  poniżej 

jego  mowy,  wszystkie  są,  poprawione  i  wygładzone). 

W  kwietniu  1811  roku  rodzice  Mikołaja  Onufriewi- 
cza  oddali  go  do  wojska,  jako  wymagającego  pod­

ówczas  najmniej  wykształcenia,  a  mianowicie  do 

pierwszej  konno-artyleryjskiej  kompanii  na  junkra. 
(Kompanie  przekształcono  następnie  na  baterye). 
Wojna  pomogła  do  prędkiego  awansu.  Dnia  26  gru­

dnia  1811  roku  został  chorążym,  zaś  w  sierpniu 

1812  roku  za  odznaczenie  się  w  bitwie  pod  Połoc- 

kiem  podporucznikiem,  26  listopada  1812  roku  po­
rucznikiem,  a  następnie  we  dwa  lata,  dnia  12  sier­
pnia  1814  r.  przeniesiony  do  gwardyjskiej  artyleryi, 

został  adjutantem  przy  naczelniku  artyleryi  pierw­

szej armii. W 1820 r. był już pułkownikiem a w 1828 r. 

awansował  na  generał-majora

1

).  W  1848  roku  za 

odznaczenie  się  został  generał-porucznikiem  i  w  cza­

sie  węgierskiej  kampanii  był  naczelnikiem  artyleryi 

czynnej  armii.  Mieszkając  potem  w  Warszawie, 
uchodził  za  bardzo  zdolnego  generała,  o  którym 
mało  mówiono,  a  którego  Paskiewicz  znosił  w  służ­

bie,  jako  spokojnego,  starego  wiarusa,  nie  miesza- 
ąc ego się do niczego.

W  czasie  wojny  ^wschodniej  o  Sucbozanecie 

nic  nie  słychać,  należał  zapewne  do  tego  balastu 
sztabowego  każdej  czynnej  armii,  zwykle  znajdują­

cego  się  gdzieś  przy  tyłach  linii  bojowej.  Naraz 
następująca  okoliczność  wysunęła  go  na  pierwszy 

plan  widowni.  Była  chwila,  że  w  Krymie  obawia­
no  się  wkroczenia  Francuzów  wgłąb  kraju  dla  za­

jęcia Perekopu i przecięcia wszelkiej komunikacyi

___________________________________________ ~ 

\

*)  Książę  Eugeniusz  Wirtemberski  w  pamiętnikach 

woi^h  o  wojnie  rosyjsko-tureckiej  z  roku  1828,  bardzo  ko- 

zystnie  dzywa  się  o  M.  O.  Suchozanecie.—Rus  kaja  Starina 

1880 roku, kwiecień, strona 781—800.

background image

9

armii,  działającej  pod  Sewastopolem  z  Bosyą.  Na­

czelny  wódz  postanowił  cofać  się  z  główną  armią 
do  wewnętrznych  gubernii,  zaś  jeden  oddział  pozo­
stawić  na  półwyspie  dla  zabezpieczenia  odwrotu  na 
straconem  stanowisku,  z  poleceniem  trzymania  się 

do  ostateczności,  chociażby  przyszło  wszystkim  zgi­

nąć.  Ma  się  rozumieć,  że  niewielu  było  ochotni­
ków  do  dowodzenia  oddziałem,  zawczasu  już  na  zgu­
bę  przeznaczonym.  Wszyscy  generałowie  ze  sztabu 
tylnych  straży,  prosili  Boga,  by  mogli  jaknajprę- 
dzej  dostać  się  do  prawdziwej,  nie  tatarskiej  Rosyi. 

Jedynie  biały  jak  śnieg  Suchozanet  nie  pomyślał 

o  tern,  podjął  się  dobrowolnie  dowództwa  i  zara2 

został  przezwany  przez  sfrancuziałego  księcia  Gor-

v

 

czakowa Soyons-honnete.

Nieprzyjaciel,  jak  wiadomo,  wgłąb  Krymu  nie 

poszedł.  Przeznaczony  na  stracenie  oddział  woj­

ska,  a  z  nim  i  Suchozanet,  pozostali  nietknięci.. 
Gdy  w  1855  r.  cesarz  Aleksander  II  w  październi­

ku  zwiedzał  Krym  i  Sewastopol,  Gorczakow,  przed­
stawiając  najbardziej  odznaczających  się  oficerów,, 
między  innymi  przedstawił  i  starego  Soyons-honnete^ 
Cesarz  zapamiętał  nazwisko,  a  gdy  po  śmierci  Pa- 

skiewicza,  Gorczakow  został  zawezwany  do  Peters­

burga,  dowódca  zaś  5-go  korpusu  otrzymał  naczel­
ne  dowództwo  nad  armią  południową  i  Krymem,  do­

wództwo  5-go  korpusu  powierzono  Suchozanetowi; 
po wojnie został wezwany na ministra wojny.

Na  tern  stanowisku  wyszła  na  jaw  niezwykła 

piśmienność  generała.  Któż  nie  wie  w  Petersbur­
gu  i  w  całej  armii  o  własnoręcznej  uwadze  jego,, 

zrobionej  na  raporcie,  podanym  mu  przez  dyrekto­
ra  biura,  radcę  tajnego  Briskorna;  uwaga,  która  się 
niemal  stała  historyczną.  W  początkach  dochodzeń 

nad  zarządem  intendentury  czynnej  armii  w  kwie­
tniu  lub  maju  1866  r.  Briskorn  przedstawił  Sucbo- 

zanetowi,  że  dla  ułatwienia  zadania  prezesowi  ko- 
misyi  śledczej,  księciu  Wiktorowi  Hilaryonowiczowi 
Wasilczykowu,  należy  polecić  departamentowi  korni-

background image

saryackiemu  i  medycznemu,  ażeby  ułożyli  dokładne 
historyczno  -  statystyczne  sprawozdanie  o  szpitalach 
istniejących  przy  armiach:  południowej  i  krymskiej. 

Gdyby  sprawozdanie  to  prędko  zrobiono,  to  Bris- 

korn  zobowiązywał  Się  zestawić  dokładny  wyciąg 

z  takowego  w  ciągu  sześciu  tygodni,  mniej  -  więcej 
na  lipiec,  a  może  i  prędzej.  Suchozanet,  otrzymaw­

szy  zażądane  sprawozdanie  i  widząc  poważną  jego 

objętość,  a  przy  tern  przy  pobieżnem  przegląda­
niu  natrafiwszy  na  pewne  zawiłości,  napisał  z  boku 
na  marginesie:  sumletcajuś  sztop  pryskorn  moch  oboł- 
tcantt

9

 dteło ob hob szpitalach kiuliu—mniej więcej ró­

wnoznaczne  z  polskiem:  fątpię  szeby  pryskorn  much 

obałwanić  (pokonać)  sprawę  o  szpitalach  kjulju  (do 

lipca).  Śmiano  się  z  tego  w  Petersburgu,  śmiano 
w  Odesie  i  Charkowie,  i  dotychczas,  gdy  się  natra­
fia  na  jaką  trudność,  lubią  powtarzać:  sumniewajuś

Y

 

sztop  priskorn  moch  eto  obohcanit'...  Habent  sua  futa 
libelli.

W  wojskowym  rozwoju  państwa  Suchozanet 

nie  nabył  wielkiego  znaczenia.  Zawsze  Się  dawał 
komuś  powodować.  Przez  pewien  czas  kierował  nim 
dyżurny  generał  głównego  sztabu  Jego  Cesarskiej 

Mości,  Gerstenzweig,  następnie  towarzysz  ministra 
wojny  książę  W.  H.  Wasilczykow,  który  nawet  miał 

nadzieję  zastąpienia  go  na  tern  stanowisku,  lecz 

sprawę  poprowadził  zbyt  nagle  i  musiał  zupełnie 

ustąpić  z  wojska,  w  końcu  zaś  ostatnią  niańką  Su- 

chozaneta,  jako  ministra  wojny,  był  następca  księ­

cia Wasilczykowa, D. A. Milutin.

Naznaczywszy  na  razie  takiego  człowieka  na 

zastępcę  zmarłego  księcia  M.  D.  Gorczakowa,  ce­

sarz  nie  zwlekając,  musiał  się  obejrzeć  za  odpowie­

dniejszą  osobistością,  wyszukać  między  generałami 

kogoś  młodszego  i  wykształconego.  Do  wyboru,  z  wy­

żej  już  przytoczonych  powodów,  byli  tylko  albo  ta­
cy,  którzy  już  w  czemś  nadwyrężyli  swoją  kary  erę, 
stanąwszy  na  pewnej  wysokości,  albo  też  zupełnie 
nieznani,  w  drodze  dopiero  do  wydobycia  się  na

background image

szerszą  widownię.  Cesarz  zasięgał  pod  tym  wzglę­

dem  '  zdania  wielu  z  bliższego  otoczenia,  a  między 
innymi  i  feldmarszałka  ks.  Bariatyńskiego,  prosząc 
go,  aby  między  młodszymi  generałami  wskazał  kogoś 
z  dobrem  wychowaniem  i  ułożeniem,  a  jeśli  się  da, 

choć  cokolwiek  obeznanego  z  Polską  i  jej  stosunka­

mi.  Książę  Bariatyńskij  wskazał  na  swego  dawnego 

kolegę  z  pułku  gatczyńskiego  kirasyerów  gwardyi, 

hrabiego  Karola  Karłowicza  Lamberta,  który  po­

dówczas  bawił  za  granicą.  Był  to  człowiek  młody, 

zręczny,  dobrze  wychowany,  z  rodu  arystokratyczne­

go,  a  chociaż  z  urodzenia  i  wychowania  Rosyanin, 
z  krwi  i  pochodzenia  Francuz,  a  przytem  katolik, 
co także mogło mieć doniosłe znaczenie.

Rodzina  Lambertów  należała  do  starej  fran­

cuskiej  rodowej  arystokracyi.  Dziad  Karła  Karło­
wicza,  Marechal  du  Camp  Ludwika  XVI,  dowodził 

gwardyą  narodową  w  Paryżu.  W  czasie  rewolucyi 

1790  roku  musiał  emigrować.  Synowie  jego  Karol 
i  Józef  dostali  się  do  Bosyi.  Karol,  chorąży  kró­

lewskiej  gwardyi,  wstąpił  do  wojska  rosyjskiego  i  za 

jakąś  szczególniejszą  protekcyą  został  second-majo- 

rem 

pułku 

kinburnskich 

dragonów. 

„Służył 

w  wojskach,  działających  w  Polsce,  odznaczył  się 

w  bitwach  pod  Chełmem  i  Maciejowicami,  a  potem 
był  jednym  z  mężnych  generałów  „wiekopomnej  pa­

mięci  1812  r.”.  Ożeniony  z  córką  suworowskiego 

generała  Diejewa,  umarł  w  1843  roku,  pozostawiając 

dwóch  synów,  także  Józefa  i  Karola,  którzy  poszli 
śladami ojca i także wstąpili do wojska.

Hrabia  Karol,  rozumny,  z  wykwintnem  salo- 

nowem  ułożeniem  oficer,  był  dosyć  słusznego  wzro­

stu, zgrabny, o francuskim typie wojskowym, zwracają­

cym  zaraz  na  siebie  uwagę  każdego.  Koledzy  jego  ze 

szkół  i  z  pułku,  spostrzegali  w  nim  pewną  przebie­
głość  i  skrytość,  umiejętność  maskowania  swych  my­

śli  i  zamiarów,  a  przytem  nadzwyczajną  ambicyę 

i  skłonność  do  intryg.  Od  najniższego  oficerskiego

background image

stopnia 

l

)  Lambert  starał  się  zbliżać  tylko  do  ta­

kich  ludzi,  o  których  przewidywał,  że  dzięki  swe­
mu  towarzyskiemu  stanowisku  i  stosunkom  będą 
musieli  pójść  wysoko,  i  będą  mogli  następnie  wy­
wrzeć  wpływ  i  na  jego  karyerę  służbową.  Do  licz­
by  takich  przyjaciół  można  zaliczyć  i  księcia  Ba- 
riatyńskiego,  następnie  naczelnego  wodza  na  Kau­

kazie.  Nawet  wybór  pułku,  do  którego  początkowo 

wstąpił,  był  spowodowany  względami  na  te  stosun­

ki  koleżeńskie.  Szefem  pułku  był  następca  tronu, 

przyszły  cesarz  Aleksander  Il-gi.  Nie  szkodzi­
ło  zawczasu  zwrócić  na  siebie  oko  przyszłego  mo­

narchy.

Wszakże  w  początkach  hrabiemu  Lambertowi 

nie  bardzo  się  szczęściło  w  pułku.  Przeszedł  więc 

do  konnej  gwardyi,  spodziewając  się  prędkiej  nomi- 

nacyi  na  skrzydłowego  adjutanta  cesarza.  Atoli  ce­
sarz  Mikołaj,  nie  był  hojny  w  nadawaniu  tych  od­
znaczeń.  Karol  Karłowicz  podał  się  więc  na  Kau­

kaz,  aby  tam  szczęścia  pobróbować.  Na  Kaukazie 

dostał  się  pod  rozkazy  znanego  generała  Freytaga, 
operującego'  podówczas  na  lewem  skrzydle  kauka­
skiej  linii,  brał  udział  w  bitwie  pod  Walerykiem 

i  przy  zdobyciu  szturmem  gechińskiego  lasu,  nic 

wszakże szczególnego nie wskórał.

Wracając  w  kwietniu  1841  r.  z  Kaukazu  do 

Petersburga,  spotkał  się  na  pewnej  stacyi  poczto­
wej  z  dawnym  swym  znajomym,  sztabs  -  kapitanem 

generalnego  sztabu  Sieineką  Rozmawiając,  jak  zwy­
kle,  między  wojskowymi  o  służbie,  odznaczeniach 
i  awansach  Swych  znajomych  i  kolegów,  Lambert 
zaraz  się  począł  użalać  na  swój  los:  „Co  robić?  nie 
szczęści  się  i  nie  szczęści!  Mam  już  lat  25,  i  tylko 

jestem porucznikiem Napoleon w 26-ym roku- ży-

')  Oficerem  został  zamianowany  2  (14)  października

background image

14

cia  stał  już  na  czele  armii!”  (Opowiadanie  generał- 

.adjufcanta Siemeki, dowódcy wojsk odeskiego okręgu).

Następnie  spotykamy  go  w  Algierze,,  gdzie  ja­

ko  ochotnik  bierze  udział  w  wyprawach  przeciw 

Arabom.  Tak  przynajmniej  opowiadał  przyjaciołom 
po  powrocie  do  Petersburga,  gdzie  dalej  służył 

w tyra samym pułku.

Nareszcie  i  jemu  los  się  uśmiechnął.  Podczas 

każdego  przeglądu  wojska,  gdy  wojsko  defiluje,  za 

rozmaitemi  jego  oddziałami,  to  jest  za  kompanią, 
szwadronem,  batalionem,  lub  pułkiem,  idą  podofice­
rowie,  i  oficerowie,  wybierani  zwykle  z  najpiękniej­

szej  i  najtęższej  młodzieży,  w  kawaleryi  jeźdźcy, 
siedzący  na  najpiękniejszych  koniach,  idących  w  lan- 

sadach.  To  się  po  wojskowemu  nazywa:  „iść  albo 

jechać  w  „zworze”.  Szyk  z  czasów  Fryderyka  II. 
Wówczas  ludzie,  idący  w„  zworze”  pewnych  oddzia­

łów  wojska,  mieli  obowiązek  przestrzegania  porząd­

ku  w  każdej  części  i  dlatego  oprócz  broni,  bywali 

zaopatrywani  w  kije,  dla  wymierzania  doraźnej  spra­

wiedliwości.

Na  jednym  z  majowych  przeglądów  gwardyi, 

hrabia  Lambert,  mający  doskonałego  konia,  został 

przeznaczony  do  przejechania  w'  „zworze”  pułku. 

Cesarz  zwrócił  na  jeźdźca  uwagę  i  nakoniec  został 

tak gorąco pożądanym adjutantem skrzydłowym.

Po  roku  1850,  już  w  stopniu  generał-majora 

świty  Jego  Cesarskiej  Mości,  hrabia  Lambert  otrzy­

mał  dowództwo  pułku,  w  którym  niegdyś  tak  szczę­

śliwie  w  „zworze”  przejechał.  Pułk  stał  podówczas 

w  Międzyrzecu  na  Podlasiu,  ztąd  pierwsza  znajo­
mość hrabiego Lamberta z Polską.

Pomimo  wykwintnego  ułożenia,  pomimo  cudzo­

ziemskiego,  arystokratycznego  pochodzenia,  hrabia 
Lambert  wraz  z  innemi  rosyjskiemi  nawyknieniami, 
przejął  i  obyczaj  rzucania  pieniędzmi,  życia  nad 
stan,  oraz  rosyjskie  poglądy  co  do  praw  i  przywi­

lejów  dowódcy  pułku,  której  należy  dodać,  były  do 

pewnego  stopnia  wspólne  i  samemu  cesarzowi  i  bra­

i

V.

background image

15

tu  jego,  w."  księciu*  Michałowi  Pawłowiczowi,  głów­

nemu  naczelnikowi  gwardyi.  Znane  jest  odezwanie 

się  cara  Mikołaja  do  któregoś  z  pułkowników  gwar­
dyi,  uskarżającego  się  na  zły  stan  swych  interesów, 

„no,  no,  nie  frasuj  się,  wkrótce  pułk  dostaniesz!

n

 

(dowództwo).  Wiadome  także  zajście  z  generałem 

Liprandim,  dowódcą  lejb-gwardyi  siemionowskiego 

pułku  piechoty,  który  w  przystępie  niesłychanej 
między  dowódcami  pułków  skrupulatności,  za  pierw­

szy  rok  dowództwa  pułkiem,  przedstawił  dziesięć  ty­

sięcy  rubli  srebrnych  oszczędności.  To  wywołało 

między  oficerami  ogólne  niezadowolenie.  Cesarz  do­

wiedziawszy  się  z  raportu  w.  księcia  Michała  o  ta­

kim  zbytku  gorliwości  generała,  zawołał  z  gniewem:» 

„ot  czem  chciał  zadziwić,  dziesięć  tysięcy,  niech  od­

da  czterdzieści!”  Więc  czterdzieści  tysięcy  rubli 

srebrnych  z  pułku,  uważało  się  jako  zwykły,  umiar­

kowany,  oniemal,  że  legalny  dochód  dowódcy  pułku. 
Kto  tę  granicę  przekroczył  i  szukał  większych  do­

chodów,  uważany  już  był  za  złodzieja  i  czasami  po­

ciągany do odpowiedzialności.

Otóż  hrabia  Lambert  za  swego,  dowództwa 

w  Międzyrzecu,  przekroczył  ową  granicę.  Gdy  w  po­

czątkach  panowania  Aleksandra  II,  generał  piecho- 

choty,  Hildenstube,  lustrował  pułki  gwardyi,  rozło­
żone  w  Królestwie  Polskiem  i  na  Litwie,  w  Mię­

dzyrzecu  żołnierze  zanieśli  skargę  na  swego  pułko­

wego  dowódcę,  że  nie  otrzymują  wszystkiego,  co  im 

się  należy.  Takie  skargi  żołnierzy  zdarzały  się  nad­
zwyczaj  rzadko  i  tern  większe  wrażei-ie  wywoływa­
ły.  Generał  Hildenstube  przy  pożegnaniu,  gdy  mu 

hrabia  Lambert  podawał  rękę,  cofnął  swoją  i  po­
wiedział:  „Przepraszam  generała,  ale  pańska  ręka 

zbyt  nieczysta”.  Fakt  opowiadał  generał  Dobrowol­
ski, który to słyszał od generała Uszakowa.

To  doszło  do  cesarza,  to  też  cesarz,  przypa­

trując  się  raz  okazanemu  sobie  staremu  żołnier­
skiemu płaszczowi, który tak już był znoszony, że

\

background image

»

16

przeświecał  jak  rzeszoto,  powiedział  do  otaczają­
cych: Oest le point de Lambert

Ale  w  społeczeństwie  rosyjskiem  zaraza  łapo­

wnictwa  i  okradanie  skarbu  z  dawien  dawna  uzy­
skały  prawo  obywatelstwa,  weszły  w  krew  i  życie 

każdego,  więc  też  łapownictwa  wcale  nie  prześladu­

ją.  Nadużycia  Lamberta  w  pułku  konnej  gwardyi 

pozostały  bez  śladu  w  jego  kary  erze  służbowej, 
a  w  czasie  koronacyi  w  1856  r.,  gdy  z  pułkiem  przy­

był  do  Moskwy,  awansował  na  generała-porucznika. 
W  dwa  lata  potem,  w  185S  r.  poruczono  mu  za­

rząd  komisyi,  ustanowionej  dla  zwinięcia  kolonii 
wojskowych  w  południowej  Rosyi,  następnie  wrócił 
do  Petersburga  i  został  zamianowany  pomocnikiem 
inspektora strzelców celnych.

Wskutek  złamania  ręki  w  1860  r.  musiał  wy- 

jachaó  za  granicę  i  tam  go  zastały  wyżej  opisywa­

ne wypadki warszawskie 1861 r.

Czas  uchodził  szybko,  wypadki  następowały  je­

dne  po  drugich,  a  z  po  za  dziecinnych,  maskarado­

wych  polskich  orłów,  zaczynały  wyzierać  orły,  inne 
mające  znaczenie.  Niepodobna  się  było  długo  na­
myślać,  chociażby  nad  tak  poważną  sprawą  jak  za­
mianowanie  namiestnika  dla  Polski.  Gdy  na  razie 

nikogo  bardziej  odpowiedniego  niż  hrabia  Lambert 

znaleźć  nie  było  można,  zawezwano  go  z  Paryża  ni­

by  na  generał  -  gubernatora  in.  Warszawy,  w  istocie 
zaś  był  już  przeznaczony  na.  namiestnika,  lecz  to 

trzymano w najgłębiej tajemnicy.

Wypadkiem  generał  Suchozanet  z  Petersbur­

ga  i  hr.  Lambert  z  Paryża  w  przejeździe  do  Pe­

tersburga  jednego  dnia  zjechali  się  w  Warszawie, 

t.  j.  dnia  1-go  czerwxa.  Tymczasowy  namiestnik 
zaraz na wstępie spotkał się z człowiekiem, w któ- 

*)

*) Opowiadanie generał-adjutanta hr. Ołsufiewa. Wyra­

żenie  point  de  Lambert,  Lambertowskie  koronki  —  byto  czas 

jakiś głośne w wojsku. 

,

background image

17

rym  przeczuwał  swego  następcę.  Uczuł  więc  jeszcze 
nieprzyjemnie]  i  dotkliwiej  swoją,  tymczasowość, 
wskutek  czego  jeszcze  bardziej  zaczął  się  zastana­

wiać  nad  każdym  krokićm,  stał  się  ostrożnym,  wa­

hającym  i  ustępującym,  nie  chcąc  po  chwilowym  za­
rządzie  pozostawić  po  sobie  złego  wspomnienia 
w kraju, a tembardziej, smutnych krwawych śladów.

Tymczasem  hr.  Lambert  w  czasie  swojego 

krótkiego,  bo  tylko  pięciodniowego  pobytu  w  War­
szawie,  starał  się  zebrać,  o  ile  się  dało,  jak  naj­
więcej  informacyi  o  stanie  rzeczy  w  Królestwie  Pol- 
skiem,  przyczem  pokazał  kilku  wyższym  dygnita­

rzom  telegram,  powołujący  go  na  urząd  generał-gu­
bernatora.  W  Łazienkach  odwiedził  zwłoki  ks.  Gor- 
czakowa  i  tam  przyjmował  kilka  osób,  składających 
mu  czołobitność  nieokreślonego  znaczenia  (szczegól­

niej  uniżenie  miał  mu  się  przedstawić  przebiegły 

książę  Bebutow);  nakoniec,  otrzymawszy  zezwolenie 
udania  się  wprost  do  Moskwy,  do  bawiącego  tam 

podówczas  cesarza,  wyjechał  dnia  6  czerwca  tamże 
przez Brześć Litewski.

Bządził  więc  Polską  Suchozanet,  oglądając 

się  wciąż  na  podwoje,  któremi  miał  wejść  wkrótce 

jego  następca,  stały  nam.sstnik;  dlatego  też  zape­

wne  unikał  podpisów  z  tytułem  pełniącego  „obo­

wiązki  namiestnika”,  lecz  zwykle  podpisywał  jako 

minister  w

r

ojny,  albo  też  „czasowo  głównodowodzą­

cy pierwszą armią”.

Rozpoczął  od  ściągnięcia  wojsk  z  placów  do 

koszar.

Już  w  ostatnich  dniach  rządów  księcia  Gor- 

czakowa,  czerwoni,  spostrzegłszy  pewne  wahanie 

władzy,  zaczęli  się  dopuszczać  różnych  wybryków. 
AV  dzień  śmierci  księcia  Gorczakowa,  przy  proce- 
syi  Bożego  Ciała,  idącej  z  kościoła  św.  Jana  na 

Stare Miasto, ulicznicy pod wodzą Kozubskich i Snie-

Biblioteka.—T. 411.

9

background image

18

gockich  wywołali  takie  zamieszanie,  że  kilku  księ­
ży  powalono  na  ziemię,  co  nawet  omal  i  samego  ar­
cybiskupa  z  przenajświętszym  Sakramentem  nie  spot­

kało.  Oberpolicmajster,  pułkownik  Rozwadowski,  po­
lak  i  katolik,  doradził  udzielenie  błogosławieństwa, 

arcybiskup  wzniósł  Monstrancyę,  tłum  padł  na  kola­
na,  zapanowała  cisza  i  procesya  mogła  się  dokoń­

czyć w porządku.

Był  to  zresztą  wyjątkowy  rozruch,  wybryk  ma­

nifestantów  niższego  rzędu.  Wyżsi  dygnitarze  par- 

tyi  czerwonych  siedzieli  spokojnie,  lecz  i  tych  ścią­

gnięcie  wojsk  z  placów  do  czynów  pobudziło;  zaczę­

to  szukać  powodu  do  nowych  manifestacyi.  Powód 

znalazł się jakby na zawołanie.

Dnia  29  maja,  jednocześnie  prawie  z  księciem 

Gorczakowem,  skończył  dni  swoje  w  Paryżu,  stary 

pi  zewódca  polskiej  demokracyi,  członek  rządu  z  1831 

roku,  historyk  Joachim  Lelewel,  imię  którego  do­

skonale  znane  od  dzieciństwa  każdemu  Polakowi 

i  Polsce.  Uroczysty  jego  pogrzeb  odbył  się  w  Pa­
ryżu  dnia  1  czerwca,  a  w  Warszawie  natychmiast 
zaczęto  radzić  nad  urządzeniem  całego  szeregu  ma­

nifestacyjnych nabożeństw żałobnych.

Pierwsze  odbyło  się  dnia  7  czerwca  w  koście­

le Reformatów bez mów i żadnej wystawy.

Drugie,  prawdziwe  egzekwie,  miano  odprawić 

nazajutrz  dnia  8  czerwca  w  kościele  św.  Krzyża, 
lecz  gdy  na  ten  dzień  była  naznaczona  eksportacya 

zwłok  księcia  Gorczakowa,  odłożono  je  na  dzień  10 
czerwca.

Wszakże  dnia  8  czerwca  Żydzi  odprawili  żało­

bne  nabożeństwo  w  głównej  swej  bożnicy  przy  ulicy 

Daniłowiczowskiej,  na  którein  było  wielu  Polaków. 

Znany  kaznodzieja  żydowski,  Jastrow,  wypowiedział 
mowę  w  języku  polskim,  w  której  wspominał  0  nie-» 

śmiertelnych  zasługach  historyka,  jako  męża  nauki 

i  naczelnika  stronnictwa,  porównywując  go  do  Moj­
żesza  w  ziemi  egipskiej*  i  sławiąc  go  jako  przykład 

wytrwałości w pracy i nieugiętości przekonań.

background image

Chwilę  obecną  nazwał  mówca  mglistą,  po  której 
tern jaśniejsza jutrzenka zabłysnąć miała.

Zaczęto  potem  przygotowywać  uroczyste  egze

:

 

kwie  w  kościele  św.  Krzyża.  Zebrano  na  ten  cel 

znaczną 

sumę. 

Gimnaziści 

dawali 

po 

złp. 

Miejsca  na  chórze  po  10  rubli  rozebrały  majętniej­

sze  rodziny.  —  Gdy  się  rozpoczęło  nabożeństwo, 
przed  katafalkiem  ustawiono  popiersie  Lelewela, 
które  podczas  ceremonii  kościelnych  profesorowie 
medyko  chirurgicznej  akademii,  Janikowski  i  Praż- 
mowski  uwieńczyli  wieńcem  z  nieśmiertelników.  Ró­

żne  panie  zbierały  kwestę  na  cele  narodowe.  Jak 

powiadają,*zebrano do 4.50(3 rubli sr.

Jednocześnie  odbyły  się  także  egzekwie  u  Do­

minikanów,  zamówione  przez  robotników  fabryki  ma­

chin  Ewans’a,  którzy  na  ten  cel  zebrali  między  so­

bą  45  rubli  sr.  ')  Nakoniec  odprawiono  nabożeństwo 
u  Kapucynów,  na  którem  celebrował  biskup  De- 
ckert.  W  liczbie  obecnych  zwracał  na  siebie  uwa­

gę  obywatel  z  Płocka,  Gorliński,  osiemdziesięcioletni 

starzec,  przybyły  do  Warszawy  w  chęci  przypatrze­
nia  się  tym  obchodom.  Ubrany  był  po  polsku, 

w  żupanie  i  kontuszu,  z  kościuszkowską  konfederat- 
ką  w  ręku.  Artyści  manifestacyjni  po  skończonem 

nabożeństwie  wyprowadzili  starca  pod  ręce  z  kościo­

ła  i  przechadzali  się  z  nim  po  Saskim  Placu  w  a- 

systencyi tłumów gawiedzi.

Podczas  tych  wszystkich  nabożeństw  rozdawa­

no  publiczności  litografowane  kartki,  na  których  o- 
bok  krótkiego  życiorysu  Lelewela,  podnoszono  wszy­

stkie  jego  zasługi  wobec  wolności  ojczyzny,  kończąc 

następujące  mi  słowami:  „Jego  zwłoki  obca  przysy­

pała  ziemia,  lecz  duch  jego  żyje  i  żyć  nie  przesta­
nie  między  rodakami,  którzy,  połączeni  wspólną  mi­

łością  ojczyzny,  pracą,  dążeniem  do  zgody  i  jedno­

ści, uczuciami braterskiemu w słowie i czynie, na-

Szczegóły ze źródeł urzędowych

background image

20

śladując  wzór  przyświecający  w  życiu  Joachima,  od­

dadzą  najwyższą  cześć  jego  nieśmiertelnym  zasłu­
gom.  Niech  pogarda  zbytku  i  prostota  obyczajów, 

jakiemi  się  odznaczał  nieboszczyk,  staną  się  odtąd 

zewnętrzną  odznaką  przyjęcia  jego  zasad,  które 

dzisiejszy  obrzęd  żałobny  odświeży  w  sercach  Po­
laków!”

Dnia  17  czerwca  odprawiono  jednocześnie  ża­

łobne  nabożeństwa  za  Lelewela  w  trzech  bożnicach 
żydowskich:  przy  ulicy  Daniłowiczowskiej,  na  Nalew­

kach  i  na  Pradze.  Na  Nalewkach  wygłoszono  mo­

wę  i  odśpiewano  70-ty  psalm  Dawida:  „O  pasterzu 
Izraelski,  posłuchaj...  Wzbudź  moc  swoją...  a  przy­
bądź  na  wybawienie  nasze.  O  Boże!  przywróć  nas, 

,  a  rozjaśnij  oblicze  Twoje,  a  będziemy  zbawieni... 

Panie  Boże  zastępów,  dokądże  będziesz  się  gniewać 

na  modlitwę  ludu  Twego?  Nakarmiłeś  je  chlebem 

płaczu  i  napoiłeś  je  łzami,  miarą  wielką.  Wystawi­

łeś  nas  na  zwadę  sąsiadom  naszym  a  nieprzyjacio­
łom  naszym,  aby  sobie  z  nas  śmiech  stroili.  Boże 
zastępów  przywróć  nas,  o  rozjaśnij  oblicze  Twoje, 

a będziemy zbawieni!”

Słowa:  „Nakarmiłeś  je  chlebem  płaczu”,  a  zwła­

szcza  trzykrotne  wołanie  do  Boga:  „Boże  zastępów, 

przywróć  nas  a  rozjaśnij  oblicze  Twoje,  a  będziemy 

zbawieni”  sprawiły  wstrząsające  wrażenie.  Słychać 
było płacz rzewny

1

).

Nadto,  przez  te  dnie  urządzono  patryotyczne 

nabożeństwa  przed  różnemi  statuami:  przed  kościo­

łem  .Reformatów  na  Senatorskiej,  gdzie  statua  Ma­

tki  Boskiej;  na  rogu  ulicy  Wązkiego  i  Szerokiego 

Dunaju,  gdzie  posąg  św.  Jana;  przy  domu  Malcza 
na  Krakowskiem  Przedmieściu  przed  statuą  Naj­
świętszej  Panny  i  t.  d.  Wszędzie  bez  przeszkody 

śpiewano:  „Boże  coś  Polskę”...  „Z  dymem  pożarów”... 

i  inne  ówczesne  hymny,  które  też  swobodnie  sprze- 

* dawano po ulicach. 

*)

*) Ze źródeł urzędowych.

background image

21

Zjawił  się  nawet,  jako  pendant  do  „Boże  coś 

Polskę”...  hymn  jakoby  przez  Rosyan  ułożony,  pod 

tytułem  „Modlitwa  Moskali”.  Treść  jej,  mniej  wię­

cej,  zawierała:  „w  chwili,  gdy  Polacy  doszli  do  sła­
wy  i  oświaty,  my,  Rosyanie,  zostajemy  w  grubej  cie­
mnocie”.  Dwuwierszowa  końcówka  każdej  strofy, 

kończyła się prośbą: „Oświeć nas Panie!”

Do  sprzedawanych  książeczek  z  pieśniami 

wkrótce  dodano  i  obrazki,  mające  działać  na  wyo­
braźnię  ludu,  rysopisy:  dorożkarze  wyprzęgający  ko­

nie  z  dorożek  i  zaprzęgający  armaty;  św.  Jozefat 

zarąbany w Witebsku przez Moskali.

Z  początku  malcy,  roznoszący  obrazki  po  uli­

cach,  podawali  tylko  cywilnym,  lecz  później  zaczęto 

je  podawać  i  wojskowym.  „Może  pan  pułkownik 

pozwoli  św.  Jozefata,  zarąbanego  przez  Rosyan... 
albo dorożkarzy wyprzęgających konie?...“

I  wielu  było  takich,  co  je  kupowali. 

Najbardziej  zaś  były  rozpowszechnione  drobne 

manifestacye:  kocie  muzyki  i  wybijanie  szyb  w  mie­
szkaniach  niemiłych  osób.  Doszło  nawet  do  tego, 

że  się  zjawił  „dyrektor”,  czyli  „kapelmistrz  kocich 

muzyk”,  który  za  pewną  zapłatą  podejmował  się  u- 

rządzania  podobnych  koncertów  wszędzie  i  każde­

mu.  Taki  koncert  z  wybiciem  okien  kosztował  15 

rubli  sr.,  bez  wybicia  szyb  10  rubli  sr.  Zdarzało 

się  także,  że  koncerta  urządzały  się  za  darmo, 
wskutek tajnych rozkazów

1

).

*)  Kocie  muzyki  wyprawiano:  biskupowi  Marszewskie- 

mn,  Enochowi,  kupcowi  Natansonowi  za  niezamknięcie  ma­

gazynu  z  perfumeryami,  gdy  to  było  nakazane,  krawcowi 

Chabeau.—Autor  posiada  kartkę  fotograficzną  kapelmistrza 
kocich  koncertów.  Jest  to  mężczyzna  już  nie  młody,  w  żu- 
panie,  konfederatce  i  wysokich  butach,  dmący  w  róg  bawo­
li.  Oficyalne,  sekretne  raporta  powiadają,  że  to  był  An­
drzej  Podworski,  aptekarz.  (Sprawa  AA.  nr.  4,  str.  351). 

Zaś  pułkownik  Krywonosow  twierdzi,  że  to  był  dymisyono- 

wany  chorąży  Ładożskiego  pułku  piechoty,  niejaki  Mar- 

owski.

background image

22

W ogrodzie Saskim, Krasińskich, na większych 

podwórzach niektórych domów, chłopacy urządzili 

grę „w polskiego i rosyjskiego króla”; strona rosyj­

ska koniecznie musiała hyc zwyciężoną a nieraz 

i samemu królowi dobrze się dostało. Podobne gry 
w ogrodach publicznych służyły za rozrywkę dla 

spacerujących, którzy, śmiejąc się, oklaskiwali wo­

jowników „swojego”.

Raz  zdarzyło  się,  że  w  Saskim  ogrodzie  poli- 

cyant  wdał  się  w  tę  grę  i  zaczął  chłopców  rozpę­
dzać.  Wnet  się  wmieszali  starsi  i  zmusili  go  do 

odwrotu wśród powszechnego śmiechu i gwizdania.

odosobnionym 

ogrodzie 

Kazimirowskiego 

pałacu,  starsza  młodzież  palcatami  uczyła  się  fech- 
tunku.  Później  otwarto  rzeczywiste  sale  fechtunko- 

we,  o  których  policya  udawała,  że  nic  nie  wie. 

U studenta Foch ta uczono się musztry karabinowej.

Przy  końcu  czerwca  ukazały  się  w  Warszawie 

drukowane  plakaty  z  „Odezwą  do  obywateli  ziem­
skich”,  żądającą  ustalenia  bytu  włościan,  nie  czeka­

jąc  rozporządzenia  rządu,  który  rzeczywiste  wyzwo­

lenie odłożył do dnia 1 października.

Drugi  plakat  był  zatytułowany:  „Odezwa  do 

wszystkich  Polaków  na  polskiej  ziemi.”  W  niej 

wyliczano  ucierpiane  prześladowania  od  rządów  ro­

zbiorowych,  czyniono  nadzieję  rychłego  już  wyzwole­

nia  i  zalecano  największą  oszczędność  i  umiarko- 

' wanie w życiu.

Wtedy  także  zjawiły  się  w  sprzedaży  obrazki 

z  wyobrażeniem  zgruchotanego  krzyża  i  napisem 

^27  lutego  i  8  kwietnia”.  Kolportowano  je  prawie 
jawnie  po  ulicach  i  w  ogrodzie  Saskim.  Jednem 

słowem,  rewolucya  jawnie  postępowała  według  obmy­

ślanego  planu  i  nikt  się  temu  nie  sprzeciwiał.  Cza­
sem,  jeżeli  policya,  patrol  pieszy  lub  konny,  wyko­

nywały  jakie  rozporządzenia,  skierowane  ku  utrzy-  . 

maniu  zewnętrznego  porządku,  zjawiał  się  zaraz  roz­
kaz  wyższej  władzy,  niweczący  to  rozporządzenie, 

a nie rzadko i nagana, udzielona zbyt ścisłym prze-

i

background image

23

strzegaczom  przepisów.  Inaczej  pisano,  inaczej  zaś 

działano,  nic  też  dziwnego,  źe  zapanowało  dziwne 

zamieszanie  wszelkich  pojęć  o  władzy,  jej  preroga­
tywach i obowiązkach.

Dla  patrolów  pieszych  i  konnych  istniało  mnó­

stwo  przepisów,  nieraz  sprzecznych  i  jedne  i  drugie 
zbijających. 

każdym 

najmniejszym 

wypadku, 

wymagano  tak  dokładnych  i  drobiazgowych  sprawo­

zdań,  usprawiedliwienia  każdego  zarządzenia  dozorcy 
kwartału,  że  wielu  z  nich  wolało  puszczać  niepostrze­
żenie  przekroczenia  i  wybryki  rozwydrzonej  gawie­

dzi,  byle  nie  ściągnąć  na  siebie  odpowiedzialności 

za  niedokładne  zastosowanie  którego  z  drobnostko­

wych przepisów.

Dla  przykładu  przytoczymy  jedno  z  ówczesnych 

wydarzeń,  aby  okazać,  ile  to  kłopotów  sprawiał  pa­
trolom  najdrobniejszy  wypadek,  ilu  to  następnie 
wzywano  ludzi  do  protokułu  i  ile  zapisywano  pa­

pieru.

Na  kompanię  Symbirskiego  pułku  piechoty,  pa­

trolującą  po  Miodowej  ulicy,  w  czerwcu  wieczorem 

ktoś  z  furtki  klasztoru  Kapucynów  rzucił  kamie­
niem.  Bojąc  się  nie  dosyć  dokładnie  opisać  to  zda­

rzenie,  dowódca  kompanii,  major  Fólkner,  w  rapor­

cie  swym  do  naczelnika  pierwszego  okręgu  m.  War­

szawy,  tak  opisał  kierunek  pędu  kamienia: 

w

kamień 

przeleciał  po  za  mną  z  tyłu,  obok  podporucznika 
Szach-Nazarowa  i  wzdłuż  pierwszego  szeregu,  pierw­
szego 

oddziału, 

drugiej 

półkompami 

uderzył 

w  drzwi  domu  naprzeciw  stojącego  po  drugiej  stro­
nie  ulicy”.  Do  tego  dołączony  był  długi  opis  żoł­

nierzy  ósmej  kompanii  Symbirskiego  pułku,  obok 
których przeleciał kamień

1

).

Wojsko najbardziej oburzało się na rozporzą- 

*)

*)  Z  papierów  naczelnika  pierwszego  okręgu  wojen­

nego  miasta  Warszawy  od  dnia  21  marca  po  13  sierpnia 

1801 roku.

background image

24

dzenie,  ogłoszone  dnia  3  lipca  w  rozkazie  dziennym, 
które  postanawiało:  „że  w  ostatecznym  razie  dozwa­

la  się  strzelać,  z  tem  wszelako  zastrzeżeniem,  że 

jeżeli  w  czasie  przechodu  przez  ulicę  warty,  patro­

lu  lub  komendy,  padną,  z  jakiego  dnnu  strzały,  lub 

rzucane  będą,  kamienie,  nie  odpowiadać  wystrzałami, 
lecz  tylko  zauważyć  dom,  z  którego  strzelano,  lub 
rzucano  kamieniami

77

.  Wojskowi  pytali:  „Jakiegoż 

więc  potrzeba  ostatecznego  .wypadku,  jeżeli  strzela­

nie  do  wojska  jeszcze  nim  nie  jest  i  nie  ma  służyć 

za powód do użycia ostatecznych środków”.

Rozkaz  ten  rzeczywiście  nie  był  czemś  nowem 

lecz 

tylko 

powtórzeniem 

rozporządzenia 

księcia 

Gorczakowa  z  dnia  2-go  kwietnia.  Wtedy  atoli  nie 

zwrócił  na  siebie  żadnej  uwagi  i  nie  wywołał  żadne­
go  szemrania,  może  także  i  wskutek  tego,  że  po­

dówczas  jednocześnie  wydano  mnóstwo  karnych  roz­

porządzeń  i  nikt  jeszcze  nie  umiał  sobie  zdać  spra­
wy  ze  skuteczności  takowych.  Teraz  zaś,  gdy  dla 
każdego  stało  się  oczywistem,  że  dalsze  ustępstwa 
i  niezdecydowane  zachowanie  się  rządu,  coraz  bar­

dziej  gmatwają  sprawy  i  wywołują  coraz  to  nowe 
trudności,  podobne  rozporządzenia  wywoływały  nie­

zadowolenie  i  szemranie  w  wojsku,  które  przypisy­

wało je upornie Suchozanetowi.

Suchozanet  wogóle  był  wielbicielem  punkcików 

i  rzemyczków  z  dawnych,  dobrych  Mikołajewskich 
czasów.  Broń  Boże,  aby  się  kto  przed  nim  stawił 
nie  ubrany  po  formie;'"  sfuka  i  co  najmniej  odeśle, 
aby  się  przebrał.  Raz  się  zdarzyło,  że  przydzielony 
do  zarządu  naczelnika  warszawskiej  cytadeli  kapi­

tan  Wamberg,  przybył  z  raportem  do  Zamku.  „Co 

to?  w  mundurze  bez  szarfy,  kask  bez  włosia!”  za- 

krzyczał  Suchozanet  i  przepędził  Wamberga,  nie 

przyjąwszy  od  niego  raportu,  czyli  że  ten  musiał 
wracać  do  cytadeli  dla  uzupełnienia  stroju  i  zrobił 

napróżno  jakie  5  do  6  kilometrów  drogi.  Ordynan- 

sów  oglądał  w  najdrobniejszych  szczegółach,  ze 
„wszelkiemi sztukami”, jak się wyrażają wojskowi.

background image

25

Przyjmowanie  ordynansów  i  przeglądy  wojsk  w  po­
czątkach  pochłaniały  masę  czasu  i  odwracały  uwagę 

od  spraw  żywotniejszych.  Pułkownik  Krywonosow 

powiada  o  nocnych  patrolach  z  tego  czasu:  każdy 
patrol  składał  się  z  policyanta,  żandarma  i  czterech 

pieszych  żołnierzy.  Podchodzą  do  kawiarni,  która 

już  o  godzinie  9-tej  winna  być  zamkniętą.  Poli- 

cyant  i  żandarm  wchodzą,'  mówią  gospodarzowi,  że 
czas  już  zamykać,  dostają  herbaty  z  arakiem  lub 

wódki,  po  złotemu  w  rękę  i  idą  do  następnego  po­
dobnego lokalu, gdzie to samo się powtarza.

Naczelnik  1-go  oddziału  wojsk,  generał  Chru- 

low,  dnia  11  lipca  wniósł  zapiskę  z  żądaniem  i  pro- 
pozycyą  ścisłego  określenia,  w  jakich  wypadkach  sa­
moistnie  dowodzący  częściami  wojska,  mają  prawo 

użycia  palnej  broni  na  zakłócających  spokój  i  po­

rządek  zewnętrzny.  Zapiskę  tę  rzucono  wprost  do 
kosza,  również  jak  i  podobny  wniosek  Kazaczkow- 
skiego,  doradzający  ogłoszenie  „stanu  wojennego”. 
Tegoż  samego  żądali  i  inni  generałowie,  jak:  Mer- 

chelewicz,  Czernicki,  Batczatuł,  Semeka,  na  radach 
wojennych,  co  chwila  zwoływanych  do  Zamku,  lecz 
Suchozanet  stale  powiadał:  „Na  co  się  to  wszystko 
przyda,  ja  ogłoszę  zaprowadzenie  stanu  wojennego, 
a  za  kilka  dni  przybędzie  nowy  namiestnik  i  wszy­

stko  odmieni”.  Na  jednej  z  takich  narad  Suchoza­
net  tak  się  zirytował,  że  zachorował  i  kilka  dni 
musiał  przeleżeć  w  łóżku

1

).  Jedynie  zgodził  się 

na  ponowne  rozłożenie  wojska  na  niektórych  miej­

skich placach.

Co  się  tyczy  ówczesnych  licznych  aresztowań, 

to  pod  tym  względem  panowały  jeszcze  większy 
chaos  i  zamieszanie;  jeden  naczelnik  więził,  drugi 
wypuszczał  z  więzienia,  lub  też  wstawiał  się  do  na­

miestnika o uwolnienie, wskutek czego bywały wy-

ł

) Dziennik pułkownika Krywonosowa.

«

background image

26

padki,  źe  jedną  i  tę  samą  osobistość  po  trzy  razy 

w  tygodniu  aresztowano  i  uwalniano,  tak,  że  osta­
tecznie  nikt  się  więzienia  nie  obawiał

1

).  Nadto  do­

zór  nad  więźniami  był  tak  niedbały,  źe  mieli  wszel­

ką  łatwość  komunikowania  się  ciągłego  z  miastem. 

Znany  warchoł  Ferdynand  Nowakowski,  zamknięty 
do  cytadeli,  prowadził  stałą  korespondeneyę  z  mia- 

r

  stem,  pisząc  ołówkiem  na  mankietach  od  koszul,  po­

syłanych do prania.

Bardzo  naturalne,  źe  takie  stosunki  zachęcały 

niejako‘do dalszego przedłużania manifestacyi.

W  początkach  czerwca,  londyński  Times  za­

mieścił  bardzo  życzliwy  artykuł  dla  Polaków.  "Wnet 
skorzystali  z  tego  agitatorzy  i  21  czerwca  na  czele 

wielkiego  tłumu,  udali  się  przed  mieszkanie  angiel­
skiego  generalnego  konsula,  pułkownika  Constantfa 

z  prośbą  o  udzielenie  posłuchania.  Ten  wysłał  dziew­
czynkę  z  oświadczeniem,  że  przyjąć  ich  nie  może 

i  prosił  usilnie,  aby  się  rozeszli.  Nic  to  atoli  nie 
pomogło,  skończyło  się  na  tem,  źe  deputacya  w  licz­

bie  40  osób,  ubranych  w  żupany  i  czamary,  weszła 

do  mieszkania  konsula  i  złożyła  tam  dwa  wieńce 
z  napisem:  „Cześć  i  chwała  Anglii”,  wraz  z  adre­
sem następującej treści: 

M

.Ja, matka, męczeńską

krwią  dzieci  moich  zbroczona,  wdowa  w  żałobnej 

szacie,  niewolnica  z  kajdanami  na  ręku.  Ja,  żywcem 
do  grobu  złożona,  przesyłam  Tobie,  o  narodzie  an­

gielski,  słowa  dziękczynienia.  Mowa  Twojego  dele­

gata  w  parlamencie,  głos  kipiących  życiem,  potęż­
nych  grodów  Twoich,  zrywają  pieczęć  z  grobu,  w  któ­

ry  przemoc  i  obojętność  wtrąciły  Polskę.  Krew  moja 

i  łzy  moje  wołają  o  pomstę  do  Boga,  i  On  mnie 
odpowiada  przez  usta  Twojego  narodu.  Chwała  Je­
mu  i  wdzięczność  Tobie  o  Anglio!  Tem  wszystkiem 

co  we  mnie  jeszcze  pozostało  źywem  i  nieśmiertel- 

nem po długiem mojem męczeństwie, błogosławię 

*)

*) Aweyde tom II, str. 89, 90 i 93.

«

ł

/

background image

27

Twoim  starcom  i  mężom,  Twoim  synom  i  córom, 

oby  się  wiecznem  szczęściem  i  wolnością  cieszyli? 

Niech  się  do  Boga  za  Tobą  wstawiają  dziś  i  przez 
wszystkie  wieki  święci  Twoi  patronowie,  tak  jak  się 

obecnie  wstawiasz  o  dostojna  i  szlachetna  Anglio, 

za zapomnianą, rozszarpaną i ukrzyżowaną Polską!"

Konsul  angielski  wysłał  ten  adres  do  Londynu 

wraz  z  mnóstwem  biletów  wizytowych,  złożonych  mu 
przez osoby najrozmaitszych sfer i stanów 

l

).

Dnia  15  lipca  umarł  w  Paryżu  drugi  świadek 

i  uczestnik  rewolucyi  1830  r.,  naczelnik  rządu  na­
rodowego,  Kex  in  pełto,  książę  Adam  Czartoryski. 

Pogrzeb  jego  w  Paryżu  odznaczał  się  nadzwyczajną 
uroczystością  i  przepychem.  Mówiono,  że  za  trum­
ną, przykrytą królewską purpurą, niesiono koronę.

Wielopolski  dla  uprzedzenia  jakiejkolwiek  ini- 

cyatywy  ze  strony  czerwonych,  zawiadomił  arcybis­

kupa,  że  nic  niema  przeciw  odprawieniu  żałobnego 
nabożeństwa  w  katedrze  i  ogłoszenia  o  tem  gaze­
tami.  Ogłoszono  też  we  wszystkich  gazetach  o  uro­
cz)  stem  nabożeństwie  źałobnem,  które  się  odprawi 

w  archikatedrze  św.  Jana  dnia  22  lipca  1861  roku. 

Celebrował  sam  arcybiskup  wobec  zebranych  naj­

wybitniejszych  przedstawicieli  polskiego  społeczeństwa 
ze  wszystkich  klas  ludności.  I  nic  dziwnego,  że  tłu­

my  modlących  się  za  spokój  duszy  męża,  tyle  spra­
wie  •ojczystej  zasłużonego,  jednego  z  najznakomit­
szych  ludzi  świetnej  Napoleońsko-Alekbandrowskiej 
epoki,  którego  skronie  jaśniały  odbiciem  jakichś 

szczególnych  promieni  cnoty  i  szlachetności,  a  głośne 
imię  tyle  poruszało  uczuć,  tyle  budziło  wspomnień 

w  każdej  polskiej  duszy,  nic  dziwnego,  że  tłumy  te 

ogarnęło  dziwne  patryotyczne  uniesienie...  Bardzo 
wielu  płakało  rzewnie,  wszyscy  zaś  odczuwali,  że 
chowają,  jeżeli  nie  króla,  to  coś  takiego,  czego...  już 

więcej  nie  będzie!  Sędziwy  arcybiskup,  naoczny  świa­

i

J

) Sprawa L. W. Nr. 1, str. 190—191.

background image

\

dek  wypadków,  o  których  inni  juz  tylko  z  tradycyi 

wiedzieli,  nie  mógł  powstrzymać  cisnących  się  łez 

do  oczu  i  nie  spostrzegł  się  nawet,  gdy  z  ust  jego 

wymknęła  się  i  do  nieba  uniosła  pieśń:  „Boże  coś 

Polskę”...  Zadrżała  świątynia,  lud  padł  na  kolana 
i  zalany  łzami  dalej  chórem  śpiewał  „otaczał  blas­

kiem  potęgi  i  chwały”...  a  nakształt  gromu,  rozległy 

się  pod  ciemncmi  sklepieniami  starożytnej  świątyni, 
ostatnie słowa strofy:

„Przed TVe ołtarze zanosim błaganie,
Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie!”

Po  skończonem  nabożeństwie  rozgorączkowany 

tłum  wyprzągł  konie  z  karety  arcybiskupa  i  sam 
go  odniósł  do  arcybiskupiego  pałacu  na  Miodowej 
ulicy.

Taka  jaskrawa  manifestacya,  przy  współudziale 

białych,  a  raczej  przy  współudziale  całego  miasta, 

nawet  Suchozaneta  wyprowadziła  z  cierpliwości.  Po­

lecił  więc  zapytać  arcybiskupa,  z  mocy  czyjego  upo­

ważnienia  odprawił  żałobne  nabożeństwo  po  Czarto­
ryskim  i  dał  ogłoszenia  do  dzienników;  ten  się  odwo­

łał na Wielopolskiego.

Namiestnik,  poczytujący  Wielopolskiego  wogó- 

le  za  zbyteczną  sprężynę  w  machinie  rządowej  i  wio­

dący  z  nim  co  chwila  spory  o  najdrobniejsze  lfaga- 
tele  *),  ostro  się  z  nim  wskutek  tego  przymówił,  tak, 

że  Margrabia  dnia  26  lipca  prosił,  o  uwolnienie, 

jednocześnie  zaś  wysłał  swego*  starszego  syna  Zy­

gmunta  do  Petersburga,  dla  przedstawienia  cesarzo­
wi  powodów,  które  go  do  tego  kroku  skłoniły.  Ma 

się  rozumieć,  że  Zygmunt  Wielopolski  odwiedził 

w  Petersburgu  tych  wszystkich  dygnitarzy,  którzy 
popierali  ojca  i  naopowiadał  im  mnóstwo  anegdot 
o „starej i głupiej mumii” Suchozanecie, niezdatnym

28

!

Lisicki str. 227—228.

\

*■

m \

background image

już  literalnie  do  niczego,  chyba  tylko  do  wzmożenia 

»  zamieszania  i  nieporządków  w  kraju,  którym  niby  to 

miał  rządzić.  Partya  ta  wówczas  ostatecznie  wpły­

nęła  na  cesarza,  że  się  zdecydował  wysłać  do  War­

szawy  hrabiego  Lamberta.  Od  1  sierpnia  rozpoczy­
na  się  niezwykle  prędka  jego  promocya  w  służbie* 

Najwyższym  rozkazem  z  dnia  20  lipca  (1  sierpnia) 

18G1  roku  hrabia  Lambert  mianowany  zostaje  za­

rządzającym  główną  kwaterą  i  przybocznym  konwo­

jem  jego  cesarskiej  maści,  dnia  18  sierpnia  genera­

łem  kawaleryi,  pełniącym  urząd  namiestnika  Kró­

lestwa Polskiego i dowódcą 1,-szej armii ’).

Pozostawało  jedynie  wyszukanie  mu  pomocnika 

w  osobie  generał-gubernatora  miasta  Warszawy,  do 
którego  obowiązków  należało  oprócz  zarządu  wszyst- 
kieini sprawami miasta, nadto zawiadywanie paszpor­

tami,  a  zatem  policyą  w  całern  Królestwie  Polskieim 
Niełatwo  było  znaleźć  tak  zaraz  człowieka  zupełnie 
odpowiedniego.  Naprężone  położenie  w  Warszawie,, 

z  istniejącym  już  spiskiem,  a  przynajmniej  z  za­

wiązkiem  już  onego,  wymagało  od  generał-guberna­

tora  niezwykłych  zdolności,  sił,  energii,  znajomości 

ludzi,  wypróbowanego  doświadczenia  w  służbie,  a  na­

wet zahartowanego zdrowia.

W  poczcie  młodych  generałów  północnej  sto­

licy,  dyżurny  generał  głównego  sztabu  jego  cesar­

skiej  mości  najlepiej  odpowiadał  powyższym  warun­
kom;  był  to  generał-adjutant  Gerstenzweig.  Syn  ge­
nerała  z  czasów  wielkiego  księcia  Konstantego  Pa­

włowicza.  urodzony  z  Madalióskiej,  córki  generała 

polskiego  przy  Kościuszce,  początkowo  uczęszczał 

do  szkół  w  konwikcie  Pijarów  i  pod  wpływem  mat­
ki uważał się za Polaka, i mówił lepiej po polsku

*)  Generałem  broni  musiał  być  mianowany,  gdyż  ko­

menderując  jako  namiestnik  trzema  korpusami,  miał  pod 

sobą  dowódców  tychże,  generałów  broni:  Łabyńcewa,  Lipran- 

diego i Wrangla.

background image

30

niż  po  rosyjsku.  Jednak  po  1831  roku  ojciec  wy­
móg  ł,  że  chłopak  z  katolickiego  wyznania  przeszedł  * 

na  protestantyzm  i  oddał  go  do  korpusu  paziów. 

Po  ukończeniu  nauk  w  korpusie,  młody  Gersten- 

zweig  wstąpił  do  Preobrażeńskiego  pułku  piechoty 

gwardyi*  Koledzy  pułkowi  nadzwyczaj  go  lubili  za 

jego  ścisłość  w  służbie,  a  przytem  wesoły  i  towa­

rzyski  charakter.  Doskonale  umiał  pociągnąć  bank, 
wybornie  tańczył,  nierzadko  brał  udział  w  amator­
skich  teatrach,  raz  nawet  z  wielkiem  powodzeniem 

odegrał  rolę  kobiecą  w  komedyi  Chmielnickiego  Ga­
duła.
  Później  wykształcił  się  na  bardzo  pracowite­
go  sztabowego  pisarza  i  nader  surowego  przełożo­

nego.  Urzędnicy  inspektorskiego  departamentu  na­

zywali  go  „żmiją”,  ale  jednocześnie  nadzwyczajnie 
poważali  za  jego  rozum,  wykwintne  obejście  i  nie­
podległy  charakter.  Zalety  te  wszakże  przysporzyły 

mu  mnóstwo  nieprzyjaciół.  On  nikomu  nie  ustąpił, 
ani  wielkiemu  księciu  Mikołajewiczowi,  ani  ministro­

wi  wojny  (szczególnie  ministrowi  wojny),  ani  jego 
pomocnikom,  księciu  Wasilczykowi  a  następnie  Mi- 

lutinowi.  Spory  z  tym  ostatnim  powstały  szczególnie 
o  bardzo  naówczas  modne  przywileje  oficerów  gene­

ralnego  sztabu.  Gerstenzweig  był  zdania,  że  wy­

jątków  e  prawa,  z  których  korzystali  oficerowie  ge­

neralnego  sztabu  po  za  pułkami,  z  których  przyby­
wali,  nietylko,  że  są  niesprawiedliwe  względem  in­

nych  oficerów,  lecz  nawet  szkodliwe  dla  służby, 

w  czem  się  stanowczo  różnił  z  Milutinem  i  wjelkim 
księciem  Mikołajem.  On  proponował,  ażeby  tacy 

oficerowie  po  ukończeniu  nauk  w  wojennej  akademii, 
wracali  napowrót  do  pułków  i  tam  osiągali  odpo­

wiednie  wyszczególnienie  przez  prędszą  nominacyę 

na  dowódców  kompanii,  batalionów  lub  pułków. 
Przy  obecnym  zaś  systemie,  wojska  liniowe  traciły 
najzdolniejszych  ludzi,  gubernie  zaś  bynajmniej  nie 
zyskiwały wzorowych gubernatorów.

W  tym  duchu  podał  ministrowi  wojny  kilka 

swych  wniosków,  które  wszakże  pod  wpływem  Miiu-

background image

tina  i  wielkiego  księcia  Mikołaja  pozostały  bez  od­
powiedzi').  Na  Gerstenzweiga  spoglądano  z  ukosa, 

lecz  na  tern  się  wszystko  kończyło,  gdyż  cesarz  za­

nadto  go  cenił  jako  dzielnego  i  użytecznego  służbo­

wego  oficera,  ażeby  go  można  się  było  przy  lada 

pierwszej  sposobności  pozbyć  i  na  bok  usunąć. 

Zresztą  w'chwili,  którą  opisujemy,  stanowisko  jego 

w  głównym  sztabie  jego  cesarskiej  mości  było  zu­
pełnie  utrwalone  i  on  ani  myślał  o  opuszczeniu  Pe­

tersburga,  owszem  urządzał  sobie  mieszkanie  w  gma­
chu  głównego  sztabu  i  chwalił  się  przed  przyjaciół­

mi,  źe  mieć  będzie  osobne  wejście  z  ulicy.  Niktby 

się  nawet  nie  odważył  proponować  mu,  aby  jechał 

do  Polski  naginać  karku  pod  zwierzchnictwem  am­

bitnego  i  zarozumiałego  człowieka,  którego  znał  na 

wylot  i  wcale  nie  osobliwie  szacował.  Lecz  osoby 
dla  których  był  niedogodnym  w  Petersburgu,  wska­
zały  go  cesarzowi,  jako  najlepszego  do  uzupełnienia 

Lamberta,  z  którym  jako  kolega  z  korpusu  paziów 

zdawał  się  być  zaprzyjaźnionym  i  jakby  stworzonym 
do wspólnej pracy.

Mówią,  źe  Gerstenzweig  na  razie  wymówił  się 

cesarzowi,  lecz  zawezwany  po  raz  drugi  dla  przed­
stawienia  powodów  odmowy,  musiał  wkoócu  ustąpić 

i  zaczął  się  zbierać  do  wyjazdu.  Powiedział  wszak­
że  do  któregoś  z  przyjaciół:  „Ze  mną  chcą  powtó­

rzyć to, co zrobili z moim ojcem

2

).

ł

)  Wiadomość  podana  przez  osoby,  zbliżone  do  Ger- 

atenzweiga.  One  też  opowiadały,  że  zapiski  i  projekta  Ger­
stenzweiga  tak  przyjęte  do  wykonania,  jak  też  nieuwzględ- 

nione, utworzyły sporą bibliotekę

*)  Wiadomość  od  generała  P.  S.  Lebiediewa,  który 

podówczas  bawił  w  Petersburgu.  Ojciec  Gerstenzweiga,  ge­
nerał  artyleryi,  człowiek  gwałtowny  „arakczejowiec*  *

4

,  z  pod­

władnymi  zachowywał  się  grubiańsko,  żołnierzy  zaćwiczał  na 
śmierć,  był  jednak  uważany  za  zdolnego  i  użytecznego  na­

czelnika.  Pod  koniec  swego  wojskowego  zawodu  dowodził 

trzecim  korpusem  jazdy,  złożonym  z  dywizyi  kirasyerów 

i dywizyi ułanów, którego sztab znajdował się w Woznie-

background image

i 2

*

Z  pomiędzy  oficerów,  pracujących  pod  nim 

w  inspektorskim  departamencie  głównego  sztabu, 

Gerstenzweig  szczególnie  wyróżniał  sztabs-rotmistrza 
Polenowa,  spokojnego  i  nadzwyczaj  ścisłego  pracow­

nika.  Powiedział  mu,  że  jedzie  do  Warszawy  i  za­
proponował  mu  miejsce  swego  przybocznego  adju- 

tanta.  Polenow  się  namyślał,  wówczas  Gerstenzweig 

dodał,  źe  przecież  nie  na  wieki  pozostanie  generał-gu­

bernatorem,  a  przy  namiestniku  i  oficerowie  gwardyi 
mogą  być  adjutantami.  Polenow  zażądał  jednego 

dnia  do  namysłu  i  propozycyę  przyjął.  —  (Od  Po­
lenowa).

Z  tego  wypływa,  źe  obaj  przyjaciele  widzieli 

przed  sobą  jeden  cel  w  Warszawie:  jeden  i  ten  sam 

stolec namiestnikowski na Zaniku królewskim. 

1

Ma  się  rozumieć,  że  przyszły  namiestnik  i  jego 

generał-gubernator  bardzo  często  się  spotykali  przed 

wyjazdem  do  Polski,  o  której  obaj  nie  mieli  do­
kładnego  wyobrażenia  i  inaczej  ją  sobie  wyobrażali 

niż  było  to,  co  znaleźli  za  -  przybyciem  na  miejsce* 
Jak  długo  rzecz  cała  nie  była  jeszcze  ostatecznie 

przesądzoną,  dopóki  Lambert  dla  Gerstenzweiga  był 

tylko  dawnym  kolegą  Lambertem  i  niczem  więcej, 
rzeczy  szły  gładko  i  Lambert  nieraz  powtarzał  przy­

jacielowi:  „Jeśli  rzeczy  taki  obrót  wezmą,  jak  o  tern 

głoszą  i  obaj  pojedziemy  do  Polski,  właściwym  na­
miestnikiem  ty  będziesz,  we  wszystkiem  będę  cię  słu­

chał,  jak  młodszy  starszego,  jak  uczeń  nauczyciela* 

Właściwie tobie się należało zostać namiestnikiem;

sieńsku,  i  był  zarazem  naczelnikiem  tamtejszych  kolonii 
wojskowych.  W  czasie  wielkich  manewrów  jazdy  pod  Wo- 

zniesieńskiem  około  18-40  roku  otrzymał  odznaczenie.  W  .848- 
roku  przed  rozpoczęciem  kampanii  węgierskiej,  przekroczył: 

granicę  Mołdawii  pierwej  niż  należało,  za  co  otrzymał  ostrą, 
naganę,  a  gdy  jednocześnie  się  dowiedział,  że  pomocnik  i  za. 

stępca  jego  w  zarządzie  kolonii  wojskowych  odebrał  sobi& 
życie,  poszedł  za  tym  przykładem  w  Skulenach  dnia  26  sierp­

nia 1848 roku.

background image

33

mnie  z  Paryża  sprowadzili  na  posadę  generał-gu- 
bernatora,  co  sam  wiesz  najlepiaj.  No,  ale  cesarz 

zamienił nasze role!” 

,

).

Lecz  skoro  wyszedł  najwyższy  ukaz,  mianujący 

jednego  namiestnikiem,  drugiego  zaś  generał-guber­

natorem,  wnet  się  wszystko  zmieniło.  Już  w  Pe­

tersburgu  hrabia  Lambert  przybrał  ton  naczelnika 

i  niewiadomo  z  jakich  powodów  począł  patrzeć  na 

swego  pomocnika  z  pewną  podejrzliwością.  Różne 

przywidzenia  zaczęły  go  niepokoić;  nie  umiał  sobie 
zdać  sprawy,  dlaczego  człowiek  tak  rozumny,  prze­

biegły  i  ostrożny,  zdecydował  się  zamienić  pewne 

stanowisko  na  tak  niepewne,  i  dlaczego  raczej  nie 

prosił  o  uwolnienie,  lecz  odważył  się  przyjąć  drugo­

rzędną  posadę  w  kraju,  gdzie  wszystkie  stosunki  do 

głębi  były  zaburzone.  Jeżeli  to  uczynił,  to  tylko 

z  pewnymi  machiawelskimi  zamiarami.  Na  domiar 

złego  krążyły  chwilowo  pogłoski,  że  role  znów  się 

zmienią,  Gerstenzweig  zostanie  namiestnikiem  a  on 

zejdzie  na  posadę  generał*gubernatora.  Robak  oczy­
wiście,  skrycie  toczył  go,  może  ukrywał  zemstę,  ale 

zapewne  przy  pierwszej  sposobności  nie  omieszka 

odpłacić i podstawi nogę przyjacielowi...

Dobrzy  ludzie,  jak  zwykle,  zaraz  się  znaleźli 

z  radami,  współczuciem  i  wyjaśnieniami  wielu  nie­

zrozumiałych  okoliczności  i  dolewali  tylko  oliwy  do 

ognia.

Cesarz  polecił  hrabiemu  Lambertowi  zatele­

grafować  do  Suchozaneta,  ażeby  zatrzymał  Wielo­

polskiego  w  służbie.  To  się  stało  ku  wielkiemu 

zdziwieniu  tych  wszystkich,  którzy  słyszeli,  jak  Lam­
bert w niedawnych swych rozmowach z Suchozane-

*)  Gdy  winszowano  Lambertowi  tak  niezwykle  szyb­

kiego  wyniesienia,  odpowiedział:  „Zmiłujcie  się,  dajcie  po­

kój  z  powinszowaniami.  W  Petersburgu  tylko  rękę  złamałem, 

a  w  Warszawie  mogę  kark  skręcić.*  Russkojn  SŁarina  z  paź­
dziernika  1874  roku  str.  346.  Z  opowiadań  naocznego 

świadka.

Biblioteka.—'. 441

3

background image

34

tem  sam  przyznawał,  źe  Wielopolski  zupełnie  nie­
potrzebny,  staje  wszystkiemu  na  przeszkodzie  i  źe 

jego  zamianowanie  było  ze  strony  rządu  błędem  nie 

do darowąnia..

Warszawa  krzątała  się  koło  przyjęcia  nowego 

namiestnika, zaś^Suchozanet zabiera się do wyjazdu.

Dziwne  to  stworzenie  ten  „rosyjski  człowiek”. 

Ile  się  w  nim  tai  miękkiego,  chwiejnego,  nieokre-  * 

ślonego,  ile  zupełnie  sprzecznych,  bez  właściwego 
charakteru  usposobień,  które  się  streszczają  w  ogól- 
nem  mianie  „dobroci”.  Dzisiaj  łaje,  poniewiera, 
znieść  nie  może,  a  jeśli  naraz  człowiek  łajany  umie­

ra,  albo,  co  na  jedno  wychodzi,  usuwa  się,  wyjeżdża, 
zaraz  się  wszystko  zmienia:  zaczynają  żałować,  opła­
kiwać, opiewać i pod niebiosa wynosić zalety.

Powtórzyło  się  to  i  w  Warszawie  z  odjeżdża­

jącym  ministrem  wojny...  Przebywający  podówczas 

w  Warszawie  Rosyanie  i  wojskowi  naraz  zapomnieli 

i  przebaczyli  wszystkie  jego  wady,  głupstwa  i  mi- 
kołajowskie  rzemyczki,  wszystko  to,  co  jeszcze  bar­
dziej  niż  za  Gorczakowa,  ośmieszało  i  wystawiało 

na  poniewierkę  rosyjską  władzę,  rosyjskie  imię  i  ro­

syjskie wojsko w Warszawie i na prowincyi.

Uznano,  źe  wypada  koniecznie  dać  obiad  w  ro­

syjskim  klubie,  z  odpowiednie  mi  mówkami,  toastami 

i  muzyką,  pohulać  w  kółku  swojem,  od  serca;  wy­
pić  jak  najwięcej  szampana  i  w  nim  utopić  to  wszyst­
ko, o czern się nie łatwo zapomina.

~ Ostre pióro jednego z współbiesiadników za­

chowało nam szczegóły tej uczty.

Ażeby  ludzi  zebrało  się  więcej,  przeniesiono 

zwykły  sobotni  obiad  po  półtora  rubla  od  osoby,  na 

wtorek  dnia  13  sierpnia  1861  roku.  Zebrało  się 

120  osób,  urzędników  i  oficerów  różnych  stopni  i  rang, 

od  chorążego  do  generała.  Z  grubszych  figur  byli 
na  obiedzie:  generał  piechoty,  Liprandi;  generał- 
adjutantPotapow,  przysłany  czasowo  z  Petersburga 

dla  urządzenia  nowej  policyi,  przyczem  na  koszta 

utrzymał 15.000 rubli sr.; generałowie; Karłowicz,

background image

Semeka,  Chrulew,  Weselickij,  Kryźanowskij,  Giece- 
wicz;  rządowy  radca  tajny  Łęski;  rządowi  radcy 
stanu:  Cycurin,  Fundukley,  hrabia  Nesselrode.  Fra­
ków  było  niewiele,  między  tymi  literat  Arseniew, 
sprowadzony  z  Petersburga  do  pisania  jakichś  ten­

dencyjnych  artykułów  o  toku  spraw  rosyjskich  w  Kró­

lestwie Polskiem, których wszakże nikt nie czytał

ł

).

Suchozanet  wszedł  na  salę  o  godzinie  4*tej  po 

południu  przy  dźwiękach  muzyki.  Obiad  był  nie­
szczególny,  wino  każdy  osobno  płacił,  tylko  szampan 

był wspólny

Jak  tylko  nalano  kielichy,  Suchozanet  powstał, 

prezes  klubu  pułkownik  Lewszyn  pośpieszył  krzy­

knąć:  „Zdrowie  Jego  Cesarskiej  Mości!”  W  odpo­
wiedzi  odezwało  się  oficyalne  „hurra!'  poczemSucho­
zanet  przemówił:  „Rad  jestem,  gdy  się  znajdę  wśród 

Rusyan,  między  którymi  serce  mi  rośnie  po  tych 

ciężkich  próbach,  które  wspólnie  przechodzimy!  (Łzy 

mu  stają  w  oczach).  Dziękuję  wam  panowie,  żeście 

mnie  do  swego  grona  przyjęli,  wobec  których  mogę 

wypowiedzieć  całe  me  uwielbienie  dla  zachowania 
się  rosyjskiej  armii.  W  tak  krytycznych  chwilach, 
każde  inne  wojsko  uległoby  rozprężeniu  i  nowe  klę­

ski  na  kraj  sprowadziło,  nieszczęścia  nie  do  opisania 
i  nie  do  wyrażenia.  Lecz  wy,  swoją  krwią  zimną, 

swoją  wspaniałomyślnością  i  ofiarnością,  zasługujecie 
na  usprawiedliwiony  podziw!  Szczególniej  stosuje  się 

to  do  wojsk  konsystujących  w  Polsce.  Kie  dlatego 

to  mówię,  że  dowodzę  pierwszą  armią,  lecz  dlatego, 

że  pojmuję  jej  położenie.  Nie  zwracajcie  uwagi  na 

te  nieprzyjemności,  na  obrazy,  których  doświadcza­
cie  na  ulicach  od  wszelkiego  rodzaju  grubian  i  ludzi 

bez wychowania

2

) i stale pomnijcie, że historyawy-

*)  0  Arseniewie  notatka  naocznego  świadka  Rwkaja 

Starina z września 1874 roku str, 120—130.

J

)  Powtarza  słowa  niedawnego  rozkazu  do  dowódcy 

drugiego  korpusu  z  dnia  5  lipca  1861  roku,  w  którym  mię­
dzy innemi rzeczami powiedziano: „Widzę, że obelgi, któ*

background image

36

soko  oceni  waszą  wielkoduszność  i  pobłażliwość.  Nie 

dzisiaj,  ale  za  jakie  sto  lat,  historya  ze  zdumieniem 

będzie  was  wspominać,  ja  zaś  ze  szczególniejszą 

w  sercu  i  duszy  radością  wznoszę  toast  „Na  cześć 

rosyjskiej armii, hurra!"

Nastąpiła  chwilowa  cisza,  poczem  Lewszyn, 

trącony  przez  Cycuryna,  zawołał:  „Zdrowie  ministra 

wojny!

M

Rozległo się niezbyt rozgłośne i urwane „hurra!

u

Znowu  nastąpiła  pauza,  wśród  której  Sucho- 

zanet  przemówił  jeszcze  słów  kilka  na  pochwałę 

wojska.  Podnosi  się  senator  Fundukley  i  imieniem 

Towarzystwa  ofiaruje  Suchozanetowi  godność  „człon­
ka  honorowego

4

*.  Lewszyn  staje  na  środku  sali 

i  woła:  „Zdrowie  nowego  członka  honorowego  na­

szego klubu!—hurra!

r

Na  to  Suchozanet:  „Dziękuję,  z  głębi  serca 

dziękuję  za  cześć  mi  okazaną,  przez  wybranie  mnie 

członkiem  honorowym  rosyjskiego  publicznego  sto­

warzyszenia,  na  członka,  można  powiedzieć,  rzeczy­
wistego.  Myślą  i  sercem  współczuję  z  Towarzy­

stwem  i  będę  brał  udział  we  wszystkiem,  co  się 

Towarzystwa  tyczy,  Towarzystwa  reprezentującego 

tutaj  rosyjską  narodowość.  Ja  uznaję  i  szanuję 

każdą  narodowość,  lecz  żądam,  ażeby  była  pojrao* 
waną  właściwie,  bez  zgubnych  zapędów  i  nadziei  nie 
do urzeczywistnienia! Ja, kochając rosyjską naro-

rych  doznaje  wojsko  od  mieszkańców,  wywołały  między  pa­

nami  oficerami  silne  rozdrażnienie,  zaczynające  się  wyrażać 

głośnem  szemraniem.  Okoliczność  ta,  zwiększająca  trudności 
rządu,  wskazuje,  że  panowie  oficerowie  nie  zdają  sobie  na- 
leż\  cie  sprawy  ze  swego  stanowiska  i  nie  pojmują  należycie 

swych  obowiązków.  Obraza  pochodząca  od  ludzi,  sądzących,  że 

się  prawnie  potrafią  zasłonić  od  odpowiedzialności,  nie  może 
dotykać  ludzi  przypadkiem  na  nią  narażonych.  Spodziewam 

się  że  panowie  oficerowie,  zastanowiwszy  Bię  należycie  nad 

tern,  zrozumieją,  że  w  takich  razach  tylko  znoszenie  z  zim­

ną  krwią  nieuniknionych  nieprzyjemności,  stanowi  prawdzi­

wy 

obowiązek żołnierza".

background image

37

dowośó,  nie  mogę  jednocześnie  potępiać  Polaków 

za  ich  przywiązanie  do  swej  ziemi  i  ojcowizny, 
szkoda  tylko,  że  oni  dają  wyraz  temu  swemu  przy­

wiązaniu  przez  uliczne  nieporządki,  które  przez  ża­
dną  władzę  nie  mogą  być  cierpiane  i  dopuszczane. 
Tylko  silna,  pewna  siebie  władza  z  jednej,  oraz  po­

szanowanie  prawa  i  uległość  władzy  z  drugiej  stro­

ny,  mogą  dać  spokój  i  szczęście  temu  krajowi;  nie­

roztropność  zaś  i  zapędy  zawiodą  go  na  skraj  prze­
paści  i  zguby.  Przez  spokój  i  porządek  kraj  osią­

gnie  dobrobyt,  zaś  przyszłe  jego  szczęście  zawisło 

od  łaski  monarchy,  na  którą  zasłużyć  leży  w  jego 
mocy.  Biada  Polsce  jeśli  się  nie  opamięta,  biada 

jej!  Dlatego  też  mamy  obowiązek  uczynić  wszystko, 

co  tylko  leży  w  naszej  mocy,  aby  przywrócić  spo­

kój.  Najstraszniejsze  zło,  demagodzy,  steroryzowali 

całą  ludność,  wszystkie  stany,  lecz  najjaśniejszy  pan, 
swą  niewyczerpaną  łaskawością,  sprowadzi  nakoniec 

błądzących  na  drogę  prawdy  i  porządku.  Armia  na­

sza  w  jednej  chwili  może  w  całym  kraju  wszystko 

zburzyć  do  szczętu,  napełnić  go  strachem  i  przeraże­

niem,  lecz  ona  rozumie  swe  położenie  i  postępuje  tak, 

jak  tego  od  niej  możemy  wymagać.  Cesarz  w  .zupeł­

ności  może  na  niej  polegać  i  na  nią  liczyć,  ja  zaś 
śmiało  twierdzę,  że  takiej  armii  jak  rosyjska,  nie 

było i nie będzie!”

Generał  Weselickij  krzyknął  hurra,  lecz  nikt 

go nie podtrzymał.

Podano  kawę.  Suchozanet  powstał  od  stołu, 

wielu  poszło  za  tym  przykładem,  wszczął  się  ruch 
na  sali  i  wszyscy  byli  przekonani,  że  uroczystość 

skończona.  Naraz  generał  Weselickij  odzywa  się: 

„Panowie!”  Suchozanet  zwrócił  się  kii  niemu,  ,  za­

panowała  pewna  cisza  i  Weselickij  przemówił:  „S.  p. 
cesarz  Mikołaj  Pawłowicz,  wyjeżdżając  w  1851  r. 
za  granicę,  powierzył  rządy  państwa  swemu  synowi, 

następcy  tronu,  dziś  nam  miłościwie  panującemu  ce­

sarzowi,  a  za  powrotem  odznaczył  go  orderem  św, 
Włodzimierza, na którym widnieje napis: „Użytecz-

background image

38

ność,  cześć  i  sława!“—Już  sześć  lat  minęło  od  cza­

su,  gdy  cesarz  ten  zaczął  rządzić,  a  ileż  reform, 

jakie  zmiany?  Nie  wspominając  już  kwestyi  wło­

ściańskiej,  my  jako  wojskowi  rozpatrzmy  tylko  zmia­

ny  zaszłe  w  zarządzie  wojskowym!"  (Głosy:  „a!  ze 

zbornika  wojennego!  słuchajcie!")  „Zniesienie  ko­

lonii  wojskowych!  z  woli  najjaśniejszego  pana  rolnik 
wrócony został swej roli!

u

Suchozanet,  dając  ręką  znak  Weselickiemu, 

wpada  w  słowo:  „Przepraszam.  Zniesienie  wojsko­

wych  kolonii  przyniosło  korzyści,  które  mogę  na­

zwać  w  pełni  państwowemi!...  Ja,  ja  wobec  najja- 

_  śniejszego  pana,  byłem  rzecznikiem*tego  zarządze­

nia,  widząc  dokładnie  złe  i  szkodliwe  strony  kolo­
nii  wojskowych.  Należy  wszakże  przyznać,  że  pier­

wsza  myśl  o  ich  zwinięciu  wyszła  od  tylko  co  za­

mianowanego  namiestnika  w  Królestwie  Polskiem 

generał-adyutanta  hr.  Lamberta.  On  poznał  na 

miejscu  kolonie  i  w  osobnym  memoryale  wyłożył 

swe  zapatrywania  tak  jasno  i  przekonywająco,  żo 

nie  pozostawało  mi  nic  innego,  jak  tylko  pochwalić 
i  zgodzić  się  z  wnioskiem.  Uznałem  w  zupełności 

nieszczęsny  stan  kolonistów  i  zarządzenie  o  połu­

dniowych koloniach rozciągnąłem na wszystkie inne

w

.

W  najbliźszem  otoczeniu  Suchozaneta  słychać 

głośne  „hurra“.  Kapitan  z  trzeciego  okręgowego 

parku artyleryi, Kleigels, płacze z rozrzewnienia.

Weselickij  mówi  dalej:  „Zwinięcie  kantonistów, 

dzieci wrócone rodzicom

-

...

Suchozanet  przerywa:  „Pozwólciepanowie!  to  by­

ło  zło  tak  krzyczące,  że  niepodobna  b/ło  nie  zwrócić 

na  nie  uwagi.  Zniesienie  kantonistów  z  wszelką 
słusznością  sobie  mogę  przypisać.  Kiedy  objąłem 

zarząd  ministeryurn,'  zastałem  345  tysięcy  tych  nie­

szczęśliwych  sierot,  bez  wszelkiej  opieki  i  wycho­
wania,  ciężar  dla  państwa,  niepotrzebna  troska  dla 

rządu.  Szczególniej  żal  mi  było  Żydów.  To  żadna 
zasługa,  zlo  zanadto  było  bijące  w  oczy,  ustawa 

sprzeczna z pojęciami współczesnemi. Pojąłem tyl-

i

background image

39

ko  to,  eo  dla  każdego  aż  nadto  powinno  było  być 

zrozumiałe  i  wyjednałem  zatwierdzenie  monarsze!”... 

(krzyki  hurra  głuszą  dalsze  słowa,  kapitan  Klejgels 

we łzach tonie, Arseniew potakująco kiwa głową).

Weselickij zaczyna po raz trzeci: 

„Zwiększo­

no  pensye  wojskowym  i  zaprowadzono  kasę  emery­

talną...”

—  Suchozanet  przerywa:  „Pozwólcie  panowie! 

Za  najważniejszą  sprawę  uważałem  uregulowanie  po­
boru  kwaterunkowego.  Ustawa  o  dostarczaniu  kwa­
ter  pochodziła  z  czasów  powszechnej  taniości.  To 

było  dawno,  bardzo  dawno;  od  tego  czasu  wiele  się 
zmieniło,  wszystko  podrożało,  a  znaki  zamienne  stra­
ciły  na  swej  stosunkowej  wartości,  wskutek  czego 

wymiar  podatku  kwaterunkowego  stał  się  zupełnie 

niewystarczający.  Przedstawiłem  to  najjaśniejszemu 
panu,  który  w  swej  szczodrobliwości  zwiększył  i  kwa­

terunkowe  i  same  pensye  oficerów.  Nie  pragnę,  aby 

ofiicerowie  żyli  zbytkownie,  lecz  nie  powinni  cier­
pieć niedostatku w rzeczach niezbędnych.

Założenie  kasy  emerytalnej  dozwoliło  ludziom 

zasłużonym,  którzy  sterali  swe  zdrowie  i  najpiękniej­
sze  lata  życia  w  usługach  ojczyzny,  po  opuszczeniu 
służby  dożywać  bez  troski  i  niedostatku  resztki  dni 
swoich.  Emerytalna  kasa  jest  waszą  własnością, 

wzrasta  z  waszych  ofiar  i  wkładek,  i  słusznie  do 
was  należy.  Oprócz  potrącań  z  pensyi,  co  '  czyni 

1,200,000  rubli  sr.  rocznie,  cesarz  w  swej  łasce, 

wyasygnował  na  kapitał  zakładowy  półósma  milio­
na  rubli  sr.,  nadto  corocznie  z  kasy  państwa  wpły­

wa  300,000  rubli  sr.  zapomogi.  Wszystko  to  sta­

ło  się  mimo  opozycyi  wielu,  bardzo  wielu!  Państwo 

ma  inne  potrzeby  także,  które  zaspokoić  trudno, 

a  jednak  dla  polepszenia  bytu  oficerów  zrobiono 

wszystko,  co  się  tylko  dało  zrobić.  Niepodobna 

przekroczyć  pewnych  granic  i  we  wszystkiem  miarę 
zachować należy”.

background image

40

„Emerytura, 

jakem 

powiedział, 

zabezpiecza 

przyszłość  starców.  Wszystko  się  toczy  zwykłą,  źe 

tak  powiem  przyrodzoną  koleją,  a  więc  należy  się 

poddać  prawom  starości.  Kto  nie  jest  w  stanie 

dalej skutecznie pracować winien porzucić służbę.

  Weźmy  naprzykład  lekarza:  doktór  doszedłszy  w  służ­

bie  do  lat  pięćdziesięciu,  powinien  podawać  się  do 

dymisyi  i  to  słusznie,  gdyż  w  tych  latach  już  siły 
ustają  i  człowiek  nie  może  być,  jak  za  młodu,  za­

wsze  rzeźkim  i  przytomnym.  To  prawo  powinno 
obowiązywać  i  innych  wojskowych...  dzisiaj  już  wiek 

inny,  inne  poglądy,  inne  wymagania.  Potrzeba  więc 

nowych  ludzi:  młodych,  czynnych,  energicznych  i  zdol­
nych.  Trzeba  ustąpić  pola  innym...”—(Odpoczywa. 
Starzy  niezadowoleni.  Prezes  polowego  audytorya- 

tu,  generał-porucznik  Karłowicz,  robi  szczególnie 
smutną minę).

„Tak!  ustąpimy  ze  sceny,  ustąpimy  miejsca 

tym  z  was,  którzy  się  okażą  najzdolniejszymi”.  (Mło­
dzież  krzyczy  „hurra!”).  „Uważać  się  będę  za  szczę­

śliwego,  jeśli  mi  wypadnie  dać  pierwszy  przykład. 

My  wszyscy  uczyliśmy  się,  jak  to  mówią,  za  grosze 

miedziane;  teraz  zaś  nauka  i  wychowanie  zupełnie 

inne.  A  więc  zawód  nasz  skończony!  Już  czas 

zejść  ze  sceny.  Ja  prawie  pięćdziesiąt  lat  przesłu­

żyłem  w  szeregach  armii  i  czuję,  źe  już  powinienem 

ustąpić”.  (Zadowolenie  na  wielu  twarzach.  Ktoś 
krzyknął  „hurra”,  lecz  zaraz  psykano).  „Uczynił­
bym  to,  nawet  gdybym  nie  posiadał  środków  dal­

szej egzystencyi!” (Słychać głos: 

„no, wtedy kto

wie,  coby  się  stało?”).  Jako  minister  wojny,  szczy­

cić  się  będę,  żem  pierwszy  dał  przykład,  a  dałbym 
go  nawet,  gdybym  miał  pobierać  tylko  połowę  dzi­
siejszej  pensyi”  (głos:  „i  to  byłoby  aż  nadto  wy­

starczające”).  „Wzywam  i  proszę  wszystkich  star­
szych,  aby  szli  za  moim  przykładem  i  ustąpili  miej­

sca  nowym,  młodszym  siłom!...  Ja  to  czynię  dla 

państwa,  dla  Rosyi,  kochając  ją  i  widząc  w  tern  jej 
korzyść. U mnie zawsze na pierwszem miejscu sta

background image

I

obowiązek;  ja  zaś  to  poczytuję  za  obowiązek  wzglę­

dem  cesarza,  jego  uświęconej  woli  i  względem  pań­

stwa!'’ (krzyki: „hurra!”).

Okrzyki  się  jeszcze  nie  skończyły,  gdy  już  We- 

selickij  zaintonował:  „Te  zmiany*  zawdzięczamy  jego 

ekscelencyi  panu  ministrowi  wojny  Mikołajowi  Onu- 

friewiczowi!”  (Suchozanet  przysłuchuje  się  z  prze­

chyloną  głową.  Okrzyki  nieustają).  Weselickij  cią­
gnie  dalej:  „A  teraz  panowie!  pozwólcie  wznieść 

toast  na  cześć  rosyjskiej  armii,  z  życzeniem,  ażeby 

się  ona  znów  podniosła  na  stopień,  jaki  *  się  jej 

z  prawa  należy,  i  stała  się  pierwszą  armią  w  świę­
cie; ażeby odzyskała swą dawną chwałę!”

Tu  Suchozanet  przerywa:  „Rosyjska  armia  nie 

potrzebuje  odzyskiwać  swej  dawnej  chwały;  eksce- 
lencyo!  ona  tego  nie  potrzebuje!  Owszem  w  cza­
sie  ostatniej  Sewastopolskiej  kampanii  ona  prześci­
gnęła  wszystko  to,  czego  można  żądać  od  najlepszej 

armii.  Pan  generał  nie  oceniłeś  dostatecznie  słów 

swoich  „odzyskiwać”,  gdy  niema  czego  odzyskiwać. 

Armia  nasza  nigdy  nie  potrzebowała,  nie  potrzebu­

je,  i  da  Bóg,  potrzebować  nie  będzie  odzyskiwania 

swej  sławy.  Nigdy,  żadna  armia  nie  wykazała  tyle 

poświęcenia,  męstwa  i  zalet  wojskowych,  jak  nasza 

pod  Sewastopolem.  Najpotężniejsze  mocarstwa  po­
łączyły  swe  olbrzymie  środki  i  czegóż  dokazały? 
Zdobyły  niebronione  już  miasto  i  resztki  floty,  któ­

ra  powinna  była  być  przedtem  spaloną,  jako  do  ni­
czego  nie  przydatna.  Bezprzykładne  męstwo  armii 
ujawniło  się  w  całej  pełni  i  kiedyś  historya  odda 

jej  zasłużoną  sprawiedliwość;  najpóźniejsze  potom­

stwa szczycić się będą taką kampanią!"

„Teraz 

okazujecie 

męstwo 

innego 

rodzaju 

i  przyjdzie  czas,  że  z  chlubą  będziecie  wspominali, 
żeście  należeli  do  armii,  konsystującej  obecnie 

Polsce!  (gwar  nieokreślony).  Słuchajcie  pano­

wie,  co  mówię:  powtarzam,  męstwo  to  stoi  po  nad 

wszelkie pochwały, po nad wszelkie porównania i ce-

41

background image

42

sarz  w  zupełności  może  polegać  na  takiej  armii.—r 

Hurra!”

Wielu  wznosi  ten  okrzyk.  Pułkownik  Hartung

r

 

dowódca  muromskiego  pułku  piechoty  cały  zaczer­

wieniony  od  krzyku.  Kapitan  Kleigels  wciąż  jesz­

cze  płacze.  Gdy  okrzyki  się  uspokoiły,  Suchoza- 

net  zapytuje  Weselickiego,  czy  już  skończył,  a  na 

jego potwierdzającą odpowiedź, dodał: 

„A więc

dziękuję  panu,  ale  zawsze  nietrafnie  powiedziałeś  ge­

nerale,  że  nam  potrzeba  wskrzesić  sławę  rosyjskie­

go oręża”.

Łatwo  więc  wytłómaczyć,  że  przy  takich  sto­

sunkach, wobec wyjazdu jednego namiestnika i w ocze­

kiwaniu  nowego,  manifestacye  i  inne  nieporządki 

w  mieście  nietylko  nie  ustawały,  lecz  się  jeszcze 
bardziej  wzmogły.  Po  pierwszem  żałobnem  nabo­

żeństwie  za  księcia  Adama  Czartoryskiego  w  kate­
drze,  posypały  się  takie  nabożeństwa  po  innych  ko­
ściołach  w  Warszawie  a  następnie  w  całym  kraju. 
Trójki  i  dziesiątki  mnożyły  się  w  geometrycznej 

progresyi.  Wielu  gorętszym  zdawało  się,  że  powsta­
nie  zbrojne  tuż,  tuż  ma  wybuchnąć.  Emisaryusze 
Mierosławskiego,  przybyli  w  znaczniejszej  liczbie 
dla  zdjęcia  planów  niektórych  miejscowości  Króle­
stwa  Polskiego,  zwiększali  w  rozmaitych  kołach  to 

gorączkowe usposobienie.

Widząc  to  partya  Sybiraków,  kierowana  przez 

Aleksandra  Krajewskiego,  byłego  redaktora  Rocz~ 
ników  gospodarstwa  krajowego,  postanowiła  wydawać 

potajemną  gazetkę,  mającą  za  zadanie  powstrzyma­

nie  nieopatrznego  zapału  i  ostrzeganie  nieostrożnych. 
Dnia  6  sierpnia  1861  roku  wyszedł  pierwszy  numer 
tej  pierwszej  podziemnej  gazety  ostatniego  powsta­

nia,  zatytułowanej  Strażnica.  Była  to  niewielka 
ćwiartka,  z  tekstem  po  jednej  tylko  stronie  bardzo 

źle i widocznie na ręcznej prasie wydrukowanym ’).

r

)  Aweyde  powiada,  że  drukowanie  pierwszych  pla­

katów i gazet przedstawiało nadzwyczajne trudności. Prasy

/

background image

43

Strażnica  wzywała  wszystkich  Polaków  „być  gotowy­

mi  w  każdej  chwili,  lecz  czekać  spokojnie  i  cier­

pliwie”.

Gazetę  rozchwytywano  i  czytano  skwapliwie, 

rady  jej  atoli  i  przestrogi  nie  wywarły  absolutnie 

najmniejszego  skutku;  niecierpliwość  i  przesadne  na­
dzieje  gorętszych  wcale  się  nie  zmniejszyły,  a  ma- 
nifestatorowie  z  jednaką,  dzięcinną  gorliwością  spra­

wę swą dalej prowadzili.

Dnia  8  sierpnia,  a  więc  w  parę  dni  po  wyj­

ściu  Strażnicy,  w  kościele  archikatedralnym  św.  Ja­
na,  w  dzień  urodzin  cesarzowej,  odbywało  się  zwy­
kłe  -uroczyste  nabożeństwo.  Celebrował  ksiądz  pra­
łat  Białobrzeski,  zaś  arcybiskup  Fijałkowski  był 
w  kościele  prywatnie.  Z  urzędników  cywilnych  przy­
było  ośmiu  z  prezesem  komisyi  skarbu  Laskim  i  wi­
ce-prezesem  w  Banku  polskiego  Szemiotem,  na  cze­

le.  Jak  tylko  po  skończonej  Mszy  świętej,  cele­
brujący.  zaintonował  modlitwę  za  rodzinę  panującą, 

a  organy  zagrały  hymn  cesarski,  grono  złożone  z  kil­

kudziesięciu  młodzieży,  przecisnąwszy  się  przed 
główny  ołtarz  zaśpiewało  „Boże  coś  Polskę”.  Lud 

zebrany  w  kościele  podchwycił  chórem  nutę  pieśni, 

głusząc  kler  i  organy.  Wieczorem  ulicznicy  gasili 

po  ulicach  iluminacyę,  wybijali  okna  oświetlone, 
między  innemi  wybito  szyby  w  oknach  pomieszkań 

generałów:  Kuźmina  i  Szepielewa,  przy  ulicy  Mio­

dowej.

Nic  nie  zarządzono  dla  stłumienia  tych  wy­

bryków.  Nadchodząca  rocznica  ogłoszenia  unii  pol­
sko-litewskiej  dnia  12  sierpnia,  nastręczała  nowy 
powód  do  urządzania  manifestacyi,  szczególniej  na 
pograniczach  Litwy  i  Polski,  dla  stwierdzenia  istnie­

jącego  współczucia  i  wykazania  rozwoju  samej  or- 

ganizacyi.

i czcionki sprowadzano z początku z zagranicy, potem zaczęto je 

wyrabiać  w  Warszawie.  Gdy  rząd  narodowy  urósł  w  siły,  dru­

kowanie  dzienników  i  innych  pism  odbywało  się  w  zwy­

kłych drukarniach.

background image

44

v

Czerwoni  i  biali,  a  właściwie  ta  część  białych, 

których  Aweyde  nazywa  „młodą  szlachtą”,  w  wielu 
wypadkach  zgodnie  działali.  Wstrzymanie  reform, 

a  po  części  rzeczywiste  usunięcie  się  Wielopolskie­

go  od  zarządu  (chociaż  zawsze  nosił  wszystkie  ty  tu­

ty),  szczególnie  sprzyjały  zbliżeniu  się  przeciwnych 

sobie  żywiołów.  Manifestacya  na  pamiątkę  Unii 

Litwy  Koroną,  uchwaloną  została  w  rozmaitych 

kółkach  warszawskiej  organizacyi,  za  główne  zaś  po­

le  działania  wybrano  niezbyt  strzeżony  most  na 

Niemnie,  łączący  Kowno  z  osadą  Aleksotą,  gdzie 

ludność  obu  wybrzeży  i  bez  tego  w  ciągłej  pozosta­
wała  z  sobą  styczności.  Ułożony  w  Warszawie  plan, 
przesłano  obywatelom  augustowskiej  i  kowieńskiej 
gubernii  do  możliwego  wykonania  i  uzupełnienia 

szczegółami,  zastosowanymi  do  okoliczności.  Plan 
główny  polegał  na  tern,  że  w  rocznicę  Unii  miały 

wyjść  jednocześnie  procesye  z  Kowna  i  Alekso  ty 

z  tern,  żeby  się  spotkały  na  moście,  poczem  miały 
się  wspólnie  udać  do  wsi  Godlewo,  położonej  w  Kró­

lestwie,  niedaleko  Aleksoty,  gdzie  się  miał  spisać 

akt  na  pamiątkę  tego  obchodu  i  odbyć  wspólna 

ucztą.

Do  Warszawy  i  innych  miast  uchwalono  na 

ten  sam  dzień  miejscowe  uroczyste  obchody  i  ogło­

szono następujący drukowany plakat:

„Bracia  ziemianie!  Dnia  12  sierpnia  1569  ro­

ku  król  Zygmunt  August  uroczyście  zamknął  sejm 

Unii  w  Lublinie  i  to  ostateczne  połączenie  Litwy 
z  Polską  uwieńczył  mową,  którą  przekazał  obu  na­

rodom  wieczną  miłość  braterską.  To  też  i  my,  bra­
cia  ziemianie,  obchodźmy  uroczyście  ten  dzień  uświę­

cony  zjednoczeniem  przodków  naszych,  zbierzmy  się 

w  kościołach  i  zanieśmy  wspólnie  do  Boga  gorące 

modły  nasze,  aby  rozćwiartowany  nasz  naród,  w  je­
dną,  jak  dawniej,  zlał  całość  i  dusze  nasze  na  wie­
ki  zespolić  raczył.  Dnia  12  sierpnia  1861  roku  za-' 
świadczamy  publicznie,  żeśmy  bracia  jednej  i  tej  sa­

mej rodziny, Orła białego i Pogoni. Obchód ten

background image

45

Unii  dwóch  narodów  odbyć  się  powinien  wśród  uro­
czystego  spokoju,  na  całej  przestrzeni  starodawnej 

Polski.

W tym dniu zdejmuje się żałoba”.
W  wilię  uroczystości  11  sierpnia  plakat  ten 

rozdawano  po  kościołach.  Oprócz  tego  rozlepiono 

go  w  większem  wydaniu  po  ścianach  kościołów. 
Uwaga  o  zdjęciu  żałoby  następowała  zaraz  po  sło­
wach  „orła  i  pogoni”  z  dodatkiem,  że  „panie  mają 

być  w  kolorach  narodowych,  mężczyźni  włożą  kra­

waty  białe,  lub  amarantowe.  Kupcy  są  proszeni 

o  zamknięcie  magazynów  i  zaniechanie  wszelkiej 

sprzedaży.  Ludność  najusilniej  prosi,  o  zachowa- 

nie  najzupełniejszego  spokoju.  —  Wieczorem  ilumi- 

nacya”.

Namiestnik polecił rozlepić swoje odezwy, wzbra­

niające  obchodu,  zdzierano  je  a  gdzie  oolicya 

temu  przeszkadzała,  zachodziły  bójki.  Na  Saskim 

Placu,  wobec  stojącego  wojska,  jakiegoś  policyanta 

zbito prawie na śmierć 

1

).

Ponieważ  władze  nigdzie  nie  zarządziły  'sta­

nowczych  środków,  więc  obchód  rocznicy  Unii  wszę­
dzie  się  uroczyście  odbył.  W

r

  Warszawie  mieszkań­

cy  przywdziali  na  ten  dzień  najbarwniejsze  szaty; 
strojne  damy  przejeżdżały  w  otwartych  powozach; 

wieczorem  całe  miasto  było  oświecone,  -szczególnie 

zaś Stare Miasto gorzało tysiącami świateł *).

W  Lublinie  odbył  się  spacer  publiczności  ko­

ło  pomnika  Unii,  stojącego  naprzeciw  mieszkania 
gubernatora.  Wiele  dam  wystąpiło  w  przebraniu 
za  wieśniaczki,  między  niemi  wyróżniała  się  szcze­
gólnie  znana  panna  Pustowójtów;  ubrana  po  wiej- 
sku, miała warkocze zaplecione trój kolorowe mi

!

) Dziennik pułkownika Krywonosowa.

a

)  Atoeyde  tom  II,  str.  82.  Partya  czerwonych  chcia­

ła  urzędzie  jeszcze  uroczystą  procesy©  na  Powązki,  lecz 
umiarkowani  przeszkodzili  temu  przez  rozrzucenie  po  mie­

ście ostrzegających plakatów.

background image

46

t

wstążkami.  Damy  rzucały  na  podnóże  pomnika 

kwiaty  i  wieńce.  Wieczorem  miasto  oświecono, 
w  licznych  oknach  umieszczono  transparenty  z  her­

bami Polski i Litwy, portretem Kościuszki i t. p.

Manifestacya  •  na  pograniczu  Polski  i  Litwy 

odbyła  się  w  następujący  sposób:  Gdy  policya  ko­

wieńska  dowiedziała  się  o  zjazdach  i  naradach  oby­

wateli  i  o  czynionych  przygotowaniach  do  obchodu 

Unii,  które  dość  jawnie  się  odbywały,  gubernator 

Ohomiński  z  umysłu  czy  przypadkiem  wyjechał  do 

Petersburga.  Zastępujący  go,  wice-gubernator  Ka- 
recki,  doniósł  głównemu  naczelnikowi  kraju,  gene- 
rał-adyutantowi  Nazimowowi,  o  zapowiedzianej  na 

dzień  12-go  sierpnia  manifestacyi  i  prosił  o  rozkazy, 

co  czynić  jeśli  manifesta.cya  przyjdzie  do  skutku? 
Powiadają, 

że 

otrzymał 

odpowiedź 

telegraficzną 

„Postępować  rozważnie,  ą  most  rozwieść 

1

)”.  Wszak­

że  wice  gubernator  nie  zarządził  żadnych  środków 

ostrożności,  mostu  nie  rozwiódł,  to  też  obie  proce- 

sye  rano  dnia  12  sierpnia  wystąpiły  podług  ułożone­

go  programu  z  Kowna  i  z  Aleksoty  w  otoczeniu 

ogromnego  tłumu  ludu.  Wtedy  dopiero  wice-guber­

nator 

polecił 

naczelnikowi 

miejscowego 

zarządu 

dróg  i  mostów,  kapitanowi  Kułakowskiemu,  Polako­

wi,  czeraprędzej  most  rozprowadzić.  Kułakowski 

podał  się  za  chorego,  zastępujący  go  porucznik  We- 

liagonow  zaledwie  zdołał  jedną  łyżwę  usunąć  i  na 

bok  odprowadzić.  Procesye  więc  obie  na  moście, 

oddzielone  nie  wielką  przestrzenią,  mogły  z  łatwo­

ścią  z  sobą  rozmawiać  i  nawzajem  się  witać.  Wkrót­

ce  ktoś  ze  zręczniejszych  młodych  ludzi  potrafił  się 

dostać  na  niezbyt  daleko  odprowadzoną  łyżwę  mo­

stową i przerzucił z niej linę ludowi stojącemu na

*)  Z  opowiadań  różnych  miejscowych  urzędników, 

a  także  suwalskiego  gubernatora  Zerwe’go.  Inni  zapewnia­
li,  że  telegraficzna  depesza  zawierała  tylko  dwa  słowa  „po­

stępować  rozważnie**.  Most  na  Niemnie  pod  Kownem  był 

Jtyżwowy.

background image

47

moście*  Linę  pochwycono  i  za  jej  pomocą  łyżwę 

przyciągnięto  na  miejsce  i  wówczas  nastąpiło  połą­

czenie  się  obu  procesyi  przy  ogłuszających  okrzy­

kach*  entuzyazmu  ludu  zebranego  na  obu  brzegach 

rzeki  i  przy  śpiewie  „Boże  coś  Polskę”.  Wojska, 

przysłane  przez  naczelnika  dywizyi  generała  Bur- 

łiardt

ł

a,  patrzyły,  spokojnie  rozstawione  na  brzegu 

kowieńskim,  a  gdy  rozległ  się  śpiew,  żołnierze  ma­

chinalnie zdjęli czapki i poczęli się żegnać 

]

).

Połączone  procesye  stosownie  do  programu, 

wyruszyły  przez  Aleksotę  do  Godlewa  i  tain  spę- 

dżiły  czas  do  wieczora  na  wspólnej  zabawie  i  ucz­

cie,  wśród  której  wino  i  łzy  obficie  się  lały... 

a  w  końcu  spisano  na  pamiątkę  obchodu  akt,  stwier­
dzony  licznymi  podpisami.  W  kilka  dni  potem  ro­

zeszły  się  po  Litwie  i  Polsce  tysiączne  fotografie, 

przedstawiające  spotkanie  się  procesyi  na  rozerwą* 
nym moście.

Cesarz,  dowiedziawszy  się  o  manifestacyi  w  Ale- 

ksocie,  zawezwał  do  siebie  gubernatora  kowieńskie­

go  generała  Chomińskiego,  przebywającego  jeszcze 

w Petersburgu i zapytał:

—  Czy  wiesz  w  jakim  stanie  teraz  twoja  gu­

bernia?

— 

Tam  wszystko  w  porządku  Najjaśniejszy 

Panie!—odrzekł Chomióski.

—  No to jedź i przekonaj się, jaki porządek!

Na  dzień  15  sierpnia  rozmaite  partye  chcia­

ły  urządzić  w  Warszawie  obchód  ha  cześć  cesarza 

JSfapoleona,  lecz  wszyscy  umiarkowani  powstali  prze­

ciw temu i zamiar do skutku nie przyszedł.

Około  tego  czasu  część  duchowieństwa  war­

szawskiego  w  związku  z  krańcowymi  ludźmi  stron­

nictwa ruchu napisała „wezwanie do braci i kole-

x

) Z opowiadań naocznych świadków.

background image

48

gów  w  całej  Polsce"  '),  nadzwyczaj  podżegającej 

treści.

W  tymże  czasie  wyszedł  drugi  numer-  Stra­

żnicy. 

*

Suchozanet  patrzał  na  to  wszystko  obojętnie* 

myśląc  tylko  o  jaknajprędszem  opuszczeniu  War- 

sza  wy.  Wyjeżdżał  atoli  nie  do  Petersburga,  lecz 

za  granicę,  gdyż  spostrzegł,  że  cesarz  nie  życzy  so­

bie  jego  powrotu  do  ministeryum  wojny.  Na  krót­

ko  przed  wyjazdem  z  Warszawy,  Suchozanet  otrzy­
mał  list  od  cesarza,  w  którym  był  przypisek:  „z  Mi- 

lutina  jestem  bardzo  zadowolony”.  Dnia  18  sier­

pnia  zaszczycił  swą  obecnością  ucztę  w  dzień  puł­
kowego  święta  w  muromskiin  pułku  p.,  przy  której 

znowu  były  mówki,  a  w  pięć  dni  potem,  dnia  2& 

sierpnia  przybył  do  Warszawy  nowy  namiestnik  hr. 
Lambert,  bez  żadnej  straży  przybocznej,  nawet 
służba  jego,  w  cywilnem  ubraniu,  zdaleka  za  niia 
zdążała.  Zrobiło  to  wrażenie,  gdy  publiczność  by­

ła  przyzwyczajona  do  spotykania  namiestnika  zawsze 
w  otoczeniu  eskorty  kubańskich  kozaków.  Na  zje­
ździć  napotkanego  ubogiego  obdarzył  hojną  jał­
mużną.

Dnia  25  sierpnia  przyjechał  Gerstenzweig  ze» 

swym  adjutantem  Polenowym  *).  Zaraz  potem  wy­

jechał  za  granicę  generał  Suchozanet,  przeprowa­

dzany  bardzo  nieżyczliwie  przez  ludność,  dla  której 

tak  bardzo  okazywał  się  pobłażliwym.  W  Piotrko­

wie  urządzono  mu  kocią  muzykę  i  wybito  szyby* 
w wagonie.

*» Wiadomości z kraju str. 

I   ł —

16. — Bibliotieka dla: 

cztienia., luty, 1664, str. 36.

2

)  ■  General  Paniutyn  wyjechał  z  Warszawy  jeszcze* 

w  maju.  Pułkownik  Krywonosow  powiada,  że  mieszkańcy 

Warszawy  chcieli  go  owacyjnie  pożegnać,  lecz  że  się  od  te­

go  wymówił.  Hrabia  Lambert  miał  pobierać  30/KX)  rubli 
r., Gerstenzweig zaś 15,000 rubli sr. rocznej pensyi.

background image

49

Przyjmując  urzędników  dnia  27  sierpnia,  hr. 

Lambert  z  każdym  rozmawiał  i  zrobił  na  wszystkich 

jaknajlepsze  wrażenie.  Merchelewieża  uściskał 

1

). 

Trzeciego  dnia  złożył  wizytę  arcybiskupowi  Feliń­

skiemu,  gdy  wyjeżdżał  z  wrót  pałacu  arcybiskupie­
go  przy  ulicy  Miodowej,  został  powitany  okrzykami 

ludu.  Na  skutek  uwagi  arcybiskupa,  że  należy  oka­
zać  się  łaskawym  i  nie  więzić  bez  powodu  ludzi 
w  cytadeli,  Lambert  zaraz  nazajutrz,  dnia  2  wrze­

śnia,  polecił  uwolnić  z  dziesiątego  pawilonu  ośmiu 

więźniów  politycznych,  a  między  niemi  i  obywatela 

ziemskiego  Zawiszę,  uwięzionego  za  posiadanie  po­

tajemnej  drukarni.  Wszyscy  uwolnieni  przez  kilka 

dni  jeździli  za  namiestnikiem,  spotykając  go  wszę­

dzie  okrzykami.  Usunięto  nadto  z  placów  wojska 

i otworzono boczne wejścia do ogrodu Saskiego.

Ultraradykalni  nie  pochwalali  takiego  zacho­

wania  sie  publiczności  i  ich  agenci  rozpędzali  lud, 
gromadzący  się  tłumnie  w  Łazienkach  i  wszędzie, 

gdzie się spodziewano spotkać nowego namiestnika.

W  pierwszych  chwilach  hrabia  Lambert  i  Ger- 

stenzweig,  po  pobieźnem  rozpatrzeniu  się  w  sytuacyi 

i  po  rozmówieniu  się  z  niektóremi  osobami  ze  stron­

nictwa  białych,  byli  jednego  zdania  co  do  zarządu 
krajem  Spodziewali  się,  że  z  pomocą  żywiołów 
umiarkowanych  potrafią  pozbawić  czerwonych,  a  wła­
ściwie  zawiązujący  się  spisek,  wszelkiego  znaczenia 

i  wpływu  i  zmuszą  ich  do  rozwiązania  się  z  braku 
sił  i  możności  do  dalszego  prowadzenia  rozpoczę­
tych  robót.  Gerstenzweig  rzucał  wprost  do  kosza 
memoryały  Podwysockiego  i  nieraz  dosyć  ostre  ro­

bił  uwagi  policmajstrowi  na  jego  raporta  o  różnych 

drobnych  nieporządkach  w  mieście..  „ależ  wiem 

o tern . już to słyszałem”—zwykł odpowiadać.

Wkrótce  wszakże  spostrzegł  się,  że  tych  umiar­

kowanych żywiołów w kraju wynaleźć nie sposób, że

Razefri służyli na Kaukazie. 

HiMioteka.—T. 441

4

background image

50

wszyscy  mniej  więcej  dostali  obłędu  i  z  wiedzą  lub  też 
bezwiednie  dążą  do  sprzysięźenia.  Generał-guberna- 
tor  rozszedł  się  w  poglądach  ze  swym  petersbur­
skim  druhem  i  nabrał  przekonania,  (które  zresztą 

jeszcze  w  czerwcu,  w  czasie  przejazdu  przez  War­

szawę  i  hrabia  Lambert  podzielał),  że  bez  użycia 
surowych  i  stanowczych  środków,  bez  zaprowadze­

nia  stanu  wojennego,  spokoju  nie  da  się  przywró­
cić  *).  Jednak  nie  sprzeciwiał  się  w  oczekiwaniu, 
że  i  ten  druh  wkrótce  przyjdzie  do  tegoż  samego 
przeświadczenia.

Lecz  hrabia  Lambert  trzymał  się  uparcie  raz 

powziętego  planu,  żeby  doprowadzić  umysły  do  uspo­

kojenia  przez  szereg  ustępstw  i  reform,  a  więc  do­
trzymać  obietnice,  dane  w  ukazie  z  dnia  14  (26) 
marca  1861  roku,  a  przynajmniej  rozpisać  wybory 

do  rad  miejskich,  o  które  prosił  jeszcze  książę  Gor- 

czakow,  a  na  które  zezwolono,  gdy  już  zwłoki  Gor- 
czakowa wywieziono do Sewastopola.

Na  rosyjskiem  towarzystwie  hrabia  Lambert 

oprzeć  się  nie  mógł  dla  tej  prostej  przyczyny,  że 

takiego  w  Warszawie  nie  było.  Niepodobna  bo­
wiem  było  uważać  za  towarzystwo  gromadę  wojsko­
wych,  przybyłych  wraz  z  pułkami  z  przeróżnych 
stron  szerokiej  Rosyi.  Cywilnych  zaś  Rosyan,  któ­

rzy  na  całym  świecie  tworzą  towarzystwo,  było  bar­

dzo niewielu. Najgłówniejsi z nich byli: radca taj-

*)  Zdanie  to  podzielali  generałowie:  Potapow,  Chru- 

lew,  Czernickij,  Siemeka,  Batczatuł  i  radca  tajny  Kazaczko- 
wskij.  Ten  ostatni  nieraz  przedkładał  namiestnikowi,  gdy 

czerwoni  zanadto  broili:  „Przestań  pan  igrać  z  ogniem, 
pięć  szóstych  ludności  pragnie  spokoju  i  rada  będzie  z  za­
prowadzenia  stanu  wojennego,  ale,  ma  się  rozumieć,  że  z  tern 
odezwać  się  nie  może®.  Wracający  z  zagranicy  dowódca 
3-go  korpusu  piechoty  baron  Wrangel,  powiedział  do  Lam­

berta:  „Wszyscy  za  granicą  kpią  z  naszyrh  rządów  w  Polsce. 
Wierz  mi  pan,  nie  będzie  spokoju,  dopóki  nie  epostrzegą  na 
ulicach  Warszawy  zapalonych  lontów*.—Dziennik  pułkownika 
Krywonosowa.

background image

51

ny  Kazaczkowskij,  dyrektor  kancelaryi  namiestnika; 

rzeczywisty  radca  stanu  Cestilin,  dyrektor  kance­

laryi  generał-gubernatora;  rzeczywisty  radca  stanu 

Połtoranow,  generał-audytor  i  Andrejew,  urzędnik 
w  kancelaryi  namiestnika,  który  przed  trzydziestu 

laty  przybył  do  Warszawy  na  trzy  tygodnie  i  w  niej 

ugrzązł.  Do  nich  czasem  Się  przyłączał  generał 
Bebutow,  zręczny  i  praktyczny  Ormianin,  komen­

dant  miasta.  Wszystko  to  byli  ludzie  wpływowi, 
mogący  wiele  zrobić,  wszakże  używać  ich  do  narad 
nad  jakąś  kwestyą  rosyjską  w  Polsce,  byłoby  nader 
dziwnem  ze  strony  namiestnika.  Oni  stanowczo  nie 
zajmowali  się  źadnemi  kwestyami,  które  nie  doty­

czyły  wyłącznie  ich  osób;  nic  literalnie  nie  czytali, 

lecz  za  to  nader  zręcznie  umieli  pracować  nad  wła- 
snem  wyniesieniem  się,  nad  otrzymywaniem  rang, 
orderów,  nadań  majoratów.  Doskonale  umieli  jeść 
i  pić,  jeszcze  lepiej  służyli  mamonie,  ale  zresztą  nic 
więcej.  Hrabia  Lambert  prędko  poznał  i  ocenił 
tych  panów  i  dlatego  na  naradach  w  Zamku  zja­
wiali się nie oni, lecz dawni delegaci: 

Szlenker,

Chałubiński,  Kronenberg,  Kraszewski,  księża  Wy­
szyński i Stecki.

Kie  można  z  jakiemkolwiek  .uzasadnieniem 

twierdzić,  że  to  byli  sami  zdrajcy,  że  co  innego  mó­

wili  namiestnikowi,  z  czem  innem  zaś  występowali 
przed  czerwonymi,  o  nie!  Byli  to  wszakże  ludzie  za­
dziwieni  i  wstrząśnięci  wypadkami  najnowszych  cza­
sów,  którym  mimo  woli  zaświtały  w  głowach  jakieś 
mamiące  patryotyczne  marzenia.  Ludzie  bynajmniej 

nie  obojętni  na  to,  co  od  czasu  do  czasu  zalatywa­

ło  z  nad  brzegów  Sekwany  i  z  emigracyi;  ludzie  nie­

dowierzający  rządowi  i  głęboko  przekonani,  że  ule­

głością  u  żadnego  rządu,  a  tęm  bardziej  u  rosyj­
skiego,  nic  się  nie  uzyska,  i  że  jeżeli  ten  zgadza  się 
na  jakieś  ustępstwa,  to  nie  z  własnego  popędu,  lecz 

jedynie  dlatego,  że  kraj  cały  wzburzony,  że  w  kra­

ju  zapanowała  gorączka  manifestacyjna,  coś  w  ro­

dzaju spisku, i że to sprawili nie oni, średnio-

background image

52

umiarkowani,  a  tem  mniej  wybitnie  biali,  lecz  ci 

czerwoni,  ten  czerwony  i  rwący  się  naprzód  ludek, 
uważany  powszechnie  za  żywioł  szkodliwy  i  niebez­

pieczny.  Któryż  więc  z  patryotów  odważy  się  rzu­
cić  nań  kamieniem  potępienia?  Jednem  słowem,  lu­

dzie,  którzy  otoczyli  namiestnika  zaraz  po  jego 
przybyciu  do  Warszawy,  byli  tacyź  Polacy  jak  in­
ni,  byli  to,  margrabiowie  Wielopolscy  rożnych  od­

cieni,  którym  trudno  było  poruczyó  rozwiązanie  „ro­

syjskich  zadań  w  Polsce”,  szczególnie  jeszcze  w  tak 

wzburzonej  chwili.  Jeśli  się  im  co  podówczas  nie- 
podobało  w  całym  przebiegu  sprawy,  to  poczynają­
ca  się  przejawiać  przewaga  stronników  Mierosław­
skiego;  lecz  gdyby  im  kto  powiedział,  że  zamiast 

Mierosławskiego,  zbliża  się  zrnartwychpowstały  Ko­
ściuszko,  lub  chociażby  „nasz  Chłopicki,  wojak  dziel­
ny,  śmiały..."  hrabia  Lambert  zapewne  z  trudem 
rozpoznałby swych gości z wieczornych herbatek...

Długie,  pełne  poufnych  wynurzań  rozmowy 

przedstawiciela  najwyższej  władzy  z  tymi  ludźmi, 

były  dla  doświadczonego  rosyjskiego  obserwatora 

tylko niepotrzebną stratą czasu, przelewaniem z puste- 
tego  w  próżne.  Takie  układy,  z  podobnymi  pana­

mi,  nieraz  prowadzono.  Hrabia  Lambert  w  tym  wy­

padku  nie  umiał  korzystać  z  doświadczeń  przeszło­
ści,  nawet  najbliższej  przeszłości.  Zresztą  ogólna  to 

wada  namiestników.  Dziesięć  rewolucyi  mogłoby 
się  dokonać,  zanim  rosyjska  władza  mogłaby  z  ta­

kimi  interlokutorami  dojść  do  jakiegoś  określonego 

rosyjskiego rezultatu...

Strach  przed  zjawieniem  się  Mierosławskiego 

był  podówczas  ogólny  w  kraju;  podzielał  go  również 

i  szef  sztabu  głównego  armii,  generał  Kryżanowskij, 

i  nieraz  doradzał  Gerstenzweigowi  rozstawić  na  gra­
nicy  wojska  dla  uprzedzenia  Mierosławskiego.  Ger- 
stenzweig  nie  dawał  się  przekonać  i  odpowiadał, 

„że  to  niepotrzebne,  że  te  wszystkie  pogłoski,  to 

tylko  czcza  gadanina,  a  Mierosławski  mimo  swego  za­
pału nie jest tak głupi, by z niczem porywać się

background image

53

na  Kosyę;  że  Polacy  nietylko  nie  mają,  pieniędzy, 

broni  i  wojska,  lecz  między  nimi  niema  nawet  wła­

ściwego  sprzysiężenia”.  W  końcu  dodał,  by  się  nie 

mieszał w nieswoje sprawy.

Pewnego  wieczora  hrabia  Lambert  w  rozmo­

wie  ze  swymi  gośćmi  zrobił  uwagę,  że  pojąć  nie  mo­
że,  zkąd  Mierosławski  przyszedł  do  takiego  znacze­
nia  w  kraju  i  za  granicą,  gdy  wszystko,  co  rozu­
mniejsze  i  poważniejsze  w  Polsce,  nie  chce  go 

i  stroni  od  niego,  jak  od  zarazy.  Odpowiedziano 

mu,  że  zawdzięcza  to  poparciu  Prancyi,  a  głównie 
poparciu  księcia  Napoleona,  działającego  zapewne 

pod  wpływem  stryja  i  że  to  się  zaczęło  dosyć  dawno, 

już od lat kilku.

—  Lecz  takie  działanie  przywiedzie  do  zguby 

samycbźe Polaków — zauważył hrabia Lambert.

—  Europejscy  rewolucyoniści  nad  tem  się  nie 

zastanawiają,  im  chodzi  tylko  o  wywołanie  prze­
wrotu.

—  A  cóż  —  dodał  po  pewnym  namyśle  na­

miestnik  —  gdyby  kto  z  wpływowych  i  poważnych 

osobistości  w  kraju,  obdarzony  zaufaniem  i  zaopa­
trzony  w  pełnomocnictwa  wyższych  i  poważniej­
szych  sfer  inteligencyi,  tych,  którym  rzeczywiście 
leży  na  sercu  dobro  i  pomyślność  ojczyzny;  gdyby 
kto  pojechał  do  Paryża  i  rozmówił  się  otwarcie 

z  księciem  Napoleonem i jego stronnikami we Francyi, 

gdyby  im  przedstawił,  jak  takie  nieopatrzne  podże­

ganie  Polaków  jest  nieszlachetne  i  nieuczciwe,  gdyż 

wszystkie  te  zabawki  muszą  się  bardzo  źle  skoń­
czyć.

—  Bardzo  wątpimy,  by  się  to  na  co  zdało  — 

odpowiedziano  —  spróbować  wszakże  nie  zawadzi, 

a  najodpowiedniejszym  do  takiej  misyi  byłby  Kra­

szewski.

Hrabia  Lambert  zwrócił  się  do  Kraszewskie­

go  z  prośbą,  by  pojechał  do  Paryża  i  tam  rozmówił 
się z księciem Napoleonem. „Co i jak masz mu po-

background image

54

wiedzieć,  nie  potrzebuję  panu  wskazywąć,  gdyż  to 

lepiej wiesz odemnie.”

Kraszewski  rad  był  tej  przejażdżce,  która  da­

wała  mu  sposobność  rozmówienia  się  z  wybitniejszy­
mi  przedstawicielami  emigracyi,  większej  części  któ­
rych  nie  znał,  oraz  stanowiła  pewną  rozrywkę  i  wy­

poczynek  po  wyczerpującej  codziennej  dziennikar­

skiej  pracy,  tak  nieodpowiedniej  dla  jego  pisarskie­

go  talentu.  Niezliczone  kłopoty  wszelkiego  rodzaju, 

ciągła  walka  ze  stronnictwami  i  z  drobiazgową  cen­
zurą,  w  połączeniu  z  innemi  nieprzyjemnościami, 
których  ani  się  spodziewał,  przenosząc  się  ze  spo­
kojnego  Żytomierza  do  Warszawy,  zmęczyły  go  stra­

sznie.  On  byłby  rad  zupełnie  uciec  z  Warszawy  *). 

Wziąwszy  z  sobą  ile  się  tylko  dało  listów  uwierzy­

telniających  od  znakomitszych  osób  w  Warszawie, 
Kraszewski  pojechał  do  Paryża,  gdzie  z  trudnością 

za  pośrednictwem  Edmunda  Chojeckiego  otrzymał 

posłuchanie  u  księcia  Napoleona.  Rozmawiali  z  so­

bą  przeszło  półtorej  godziny.  Kraszewski  wykazy­
wał  księciu  o  ile  obecnie  powstanie  jest  nie  na  cza­

sie i błagał go, by nie podżegał Polaków do jawnej

*)  Do  jakiego  stopnia  Kraszewski  uznawał,  że  wyda­

wana  przez  niego  gazeta  nie  wystarcza  do  oddania  wszyst­
kiego,  co  czul  i  nosił  w  sobie,  dowodzi  to  jego  cięgle  wa­
hanie  się,  szukanie  i  gonienie  za  czemś,  nie  dajęcem  się 

ściśle  określić.  W  1861  roku  założył  przy  gazecie  Przegląd 

Europejski,  miesięcznik  naukowo-literacki.  Następnie  w  1862 

roku zamyślał ogłosić wykłady: 

O hisloryi cywilizncyi

w  Polsce.  Już  nawet  wszystkie  miejsca  na  te  odczyty  były 

rozkupione;  lecz  gdy  poszedł  prosić  o  zatwierdzenie  i  do­
zwolenie wykładów, to Aluchanow mu powiedział: 

„Pozwo­

lenie  dam  panu,  lecz  mimo  to  radzę,  abyś  pau  wykładów 

zaniechała  W  maju  1862  roku  Kraszewski  pisał  do  brata 

swojego  Kajetana:  „Chcę  rzucić  gazetę  i  pozostać  tylko  przy 

Przeglądzie.  Dom  sprzedam  i  zacznę  żyć  bardziej  na  ustro­

niu.  Do  nowego  roku  jako  tako  wytrzymam  z  gazetę,  lecz 

potem  wętpię.  Wszak  i  materyalna  korzyść  niewielka, 

a  moralnie  stanowczo  gra  się  nie  opłaci."—Książka  jubileu- 

szo ra str. C.

background image

walki  z  Rosją,  w  której  muszą  oni  uledz  koniecznio; 
na  długo  burząc  wszystko  dotychczas  osiągnięte. 

„Jeżeli  ostatecznie  Francya  potrzebuje,  by  Polska 

powstała  —  dodał  —  to  niechże  przygotuje  rewolu- 

cyę  dokładnie,  ale  nie  teraz,  gdy  żadnych  przygo­

towań niema, i nie z Mierosławskim.”

Książę  odpowiedział,  że  nie  może  powstrzy­

mać  rozpoczętego  ruchu  w  Polsce,  bez  względu  do­

kąd  on  doprowadzi  i  kto  na  jego  czele  stanie. 

Polacy wiedzą, co robią 

l

).

Gdy  się  to  działo,  delegaci  spijali  herbatki 

i  rozprawiali  z  namiestnikiem  o  różnych  sprawach 

Kraszewski  wrócił  z  Paryża;  w  Warszawie  zaś 

i  w  kraju  zachodziły  różne  dziwne  i  nieprawdopo­
dobne'  rzeczy.  Nikt  z  białych  i  półbiałyck  kiero­

wników  ruchu  nie  zdawał  dokładnie  sobie  sprawy, 

co  dalej  robić.  Czy  poprzeć  rząd  szczerze  i  otwar­

cie,  i  odbyć  wybory,  czy  też  zwlekać  o  ile  się  da 

i  podtrzymywać  naprężenie  umysłów,  nie  przeszka­
dzając  manifestacyom  i  dalszemu  rozwojowi  organi­
zacji  narodowej?  To  też  chociaż  hrabia  Lambert 

delikatnie,  ale  stanowczo  i  z  naciskiem  prawie  co 

dnia  domagał  się  jak  najśpfeszniejszego  zestawienia 

list  wyborczych,  panowie  delegaci  wciąż  odpowia­

dali,  „że  spisy  się  układają  i  wkrótce  będą  gotowe.” 
Tymczasem  nikt  się  o  to  nie  troszczył  na  seryo. 

Biali  najbardziej  obawiali  się,  aby  ich  kto  nie  po­

sądził  o  zapomnienie  o  aspiracyach  narodowych... 

Wszyscy  jednak  czuli  i  pojmowali,  że  taka  dwuzna­

czna  gra  raz  skończyć  się  musi,  i  że  nareszcie  trze- 

__________  ^ \

')  Od  Kraszewskiego,  który  uważał  księcia  Napoleo­

na  za  niezwykle  zdolnego  i  przebiegłego  człowieka.  Wia­
domo  nadto  o  marzeniu  księcia  Napoleona,  zostania  królem 

polskim.

background image

«. „ 

*

I

ba  zdecydować  się  i  albo  iść  z  rządem  i  przepro­

wadzić  wybory,  albo  też  połączyć  się  z  czerwonymi, 

prowadzić  dalej  agitacyjne  demonstracye  i  ostatecz­

nie dążyć do powstania.

Majewski  zaproponował,  ażeby  zwołać  najbar­

dziej  wybitne  i  wpływowe  osobistości  stronnictwa 
białych  na  walny  sejm,  ażeby  dokładnie  zastanowić 

się  i  naradzić  co  do  programu  przyszłego  postępo­

wania.  W  zasadzie  uznawano  najzupełniejszą  słu­

szność  tej  propozycyi,  tak  zgodnej  z  tradycyą  i  zwy­
czajami  Polaków;  mimo  to  wszakże  sejmu  nie  zwo­
łano,  raz  dla  tej  przyczyny,  że  biali  wogóle  są  ma­

ło  ruchliwi,  a  powtóre,  potrzecie  i  czwarte,  że  każ­

dy  biały  i  niebiały  rozumiał  wtedy  doskonale,  że 
sejm  wcale  niepotrzebny,  bo  i  bez  sejmu  wiadomo, 

do  czego  dążyć  należy,  dokąd  wzywa  każdego  Po­

laka  jego  serce  i  sumienie...  nie  na  czasie  tylko  i  nie 
politycznie  z  tern  się  głośno  odzywać,  przyznawać 

się  do  tego  nie  tylko  przyjaciołom,  ale  nawet  przed 
samym sobą.

Mimo  to  pogłoska  o  jakimś  zjeździe  białych 

rozniosła  się  po  Warszawie  i  po  kraju.  Niektórzy 

nawet  widzieli  jawne  ku  temu  przygotowania.  Par- 

tya  ruchu,  śledząca  nader  podejrzliwie  za  każdym 
krokiem  obozu  przeciwnego,  natychmiast  zawiado­
miła  Mirosławskiego  Kurzynę  o  wszystkiem,  co 
się  dziać  miało  w  kraju.  Mierosławski  postanowił 
sparować  raz  —  razem,  atak  —  atakiem,  jak  się 
zwykło  dziać  w  bitwach  i  zwołał  zjazd  swego  stron­

nictwa  także  na  walny  sejm  do  Homburga,  na  który 

spraszał  najwybitniejszych  swych  stronników  z  Kró­
lestwa  Polskiego  i  innych  zaborów,  a  także  i  Ma­

jewskiego,  którego,  inimo  że  się  ten  połączył  z  bia­
łymi, uważał zawsze za swego ukrytego zwolennika.

/  U  czerwonych  podobne  sprawy  załatwiały  się 

inaczej.  Natychmiast  znalazło  się  wielu  ludzi,  któ­

rzy  odpowiedzieli  wezwaniu  wodza  i  pośpieszyli  do 

Homburga. 

Kto 

przybył, 

dokładnie 

niewiadomo, 

pewnem jest tylko, że Mierosławski nie ruszył się

N

56

background image

57

z  Paryża,  lecz  wysłał  na  zjaźd,  mający  się  odbyć 

dnia  10  września  1861  r.,  swego  sekretarza  Kurzy­

nę, zaopatrzonego w rozległe pełnomocnictwa.

Majewski  także  nie  pojechał,  lecz  posłał  w  swem 

zastępstwie  dwóch  obywateli  ziemskich:  Józefa  Ko­

łaczkowskiego  i  Stanisława  Karskiego,,  w  charakte­

rze  czerwonych  z  białego  obozu.  Do  nich  z  wła­

snej  ochoty  przyłączył  się  nieproszony  Władysław 
Siemiński.  Wszyscy  trzej  należeli  do  czynniejszych 
propagatorów „białej organizacyi narodowej ’)-

Jak  się  odbywały  narady  w  Homburgu,  kto 

i  z  czem  występował,  dokładnie  nie  wiadomo.  To 

tylko  pewne,  że  wysłannicy  Majewskiego  starali  się 
przekonać  Kurzynę,  że  organizacya  narodowa  się 

rozszerza  i  wzrasta,  i  że  wkrótce  ogarnie  swą  sie­
cią  całą  Polskę  w  granicach  1772  r.,  i  że  wtedy 
będzie  można  stanowczo  rozmówić  się  z  rządem. 
Inicyatywę  w  tern  wszakże  należy  pozostawić  krajo­
wi, nie zaś emigracyi.

—  A  na  cóż  wdawać  się  z  rządem  w  jakie­

kolwiek  rokowania  —  odparł  Kurzyna  —  w  tern  le­

ży  cała  różnica,  że  my  nie  chcemy  żadnych  porozu­

mień  z  rządem,  ono  jest  niemożliwe.  Ten  jest  wro­
giem  Polski,  wrogiem  jej  najżywotniejszych  intere­

sów,  kto  oczekuje  czegoś  od  rządu  i  innych  dróg 

dla  zbawienia  ojczyzny  nie  zna  i  nie  widzi.  Z  tego 
wypływa,  że  jakaś  tam  organizacya,  którą  zaprowa­

dzacie  i  która  ma  ogarnąć  Polskę  w  granicach  1772 

roku,  dąży  wręcz  w  przeciwną  stronę,  niż  generał 

Mierosławski,  kierujący  całym  ruchem  za  granicą, 
a  jak  się  zdaje  i  w  kraju.  Ja,  jako  jego  pełnomo­
cnik  i  zastępca,  oświadczam  stanowczo,  że  waszych 
poglądów  nie  podzielam  i  na  nie  nigdy  się  nie  zgo­
dzę.  Porozumieć  się  z  rządem,  to  tyle  znaczy,  co 
zaniechać  wszelkiej  myśli  u  powstaniu.  My  zaś  nad 

tern pracujemy, aby jak najprędzej do niego kraj

*) Zeznania Aweydy i Majewskiego.

background image

58

doprowadzić. 

więc 

porozumienia 

między 

nami 

być  nie  może.  Żegnam  panów!”  —  Po  takiej  od­

prawie,  pełnomocnicy  Majewskiego  opuścili  Hom- 

burg,  co  zaś  po  ich  wyjeździe  się  działo  niewia­
domo.

Kurzyna  za  powrotem  do  Paryża,  przestrzegł 

Mierosławskiego,  który  zaraz  wydał  stosowne  pole­

cenia  swoim  stronnikom  w  kraju,  ażeby  wszyscy, 

którym  jest  droga  ojczyzna  i  którzy  dążą  do  jej 

oswobodzenia,  mieli  się  na  baczności  i  nie  wchodzili  ^ 

w  żadne  stosunki  z  organizacyą  białych,  lecz  ażeby 
wytworzyli  własną,  prawdziwie  narodową  organiza- 

cyę,  starając  się  obezwładnić  wszelkie  roboty  białych, 

bez  względu,  z  jakich  odcieni  pochodzą  i  do  jakich 
celów zdążają.

A  także  polecono  nie  zaprzestawać  manifesta­

cji,  owszem  o  ile  się  da,  pomnażać  je,  drażnić  rząd 

bezustannie,  utrzymywać  go  w  ciągłej  trwodze  i  nie­

pewności  i  zwiększać  wciąż  przepaść,  dzielącą  tenże 
rząd  od  prawdziwych  patryotów.  Werbować  dalej 
dziesiątki  i  wszelkieini  sposobami  przeszkadzać  za­

prowadzeniu  refom,  które  wręcz  są  sprzeczne  z  tra- 

dycyami Polaków.

Polecenie  to,  otrzymane  w  Warszawie,  prze­

słano  zaraz  innym  miastom  w  Królestwie  i  na  Li­

twie.  Warszawscy  czerwieócy,  i  bez  Mierosławskie­

go  wiedzieli,  jak  się  mają  zachowywać  wobec  rządu 
i  stronnictwa  białych  wszelakich  odcieni,  i  bez  Mie­
rosławskiego  byli  przeświadczeni,  że  jedyną  dźwi­

gnią  ratunku  są  manifestacye.  Wszelako  fantazya 

aranżerów  zaczynała  się  już  wyczerpywać.  Bardzo 

więc  w  porę  uzyskali  pomoc  w  osobie  energicznego 
agitatora  z  Wołynia,  Apolla  Korzeniowskiego,  czło­

wieka  bardzo  uzdolnionego,  pisarza  i  mówcy,  już 

nie  pierwszej  młodości,  lecz  pełnego  życia  zapału. 

Wiodąc  od  lat  młodzieńczych  życie  nieregularne, 

pożyczając,  gdzie  się  dało,  lecz  nigdy  nie  płacąc 
swych  długów,  Korzeniowski  znalazł  się  w  końcu 

w  położeniu  bez  wyjścia.  Pozostawała  jedyna  dro­

background image

ga,  ucieczka  przed  długami,  w  świat,  dokąd  oczy 

poniosą.  To  też  znalazł  się  w  ognisku  całej  kuźni 

agitacyjnej  w  Warszawie,  wraz  ze  swym  przyjacie­
lem.  bogatym  obywatelem  ziemskim,  Podgórskim. 
Obaj  też  zaraz,  jako  apostołowie  demokratycznych 

przekonań,  przebrali  się  w  mazurski  strój  ludowy: 

białe  sukmany,  szare  kurpiowskie  czapki  i  wysokie: 

buty.  W  takim  stroju  chodzili  po  Warszawie  i  tak 

się fotografowali u Baj era *).

Znalazłszy  się  w  Warszawie,  Korzeniowski 

zajrzał  do  Majewskiego,  nie  wierząc,  na  równi 
z  Mierosławskim,  w  szczerość  jego  nawrócenia,  lecz 

nieokreślone  poglądy  tegoż,  wypowiedziane  w  dłuż­

szej  rozmowie,  tak  zmięszały  gościa,  że  więcej  już 

doń  nie  powrócił.  Znalazł  się  też  wkrótce  w  osie- 

roconem  kółku  Nowakowskiego,  jedynem  ognisku 
wszelkich  manifestacyi,  w  którem  wierzono  święcie, 

że  tylko  przez  powstanie  z  Mierosławskim  na  czele, 
zdoła  się  kraj  uratować.  Lecz  i  tam  nie  wiedzia­
no,  co  w  danej  chwili  na  razie  robić  należy.  Jak 

już  wspomnieliśmy,  u  ludzi  tych  fantazja  zaczęła 

się  wyczerpywać,  zapał  przygasał...  Wołyniak  Ko­
rzeniowski  podziałał  na  nich,  jak  powiew  podnieca­

jącego  wiatru.  Zaraz  doradził  swoim  nowym  przy­

jaciołom  wznowienie  nabożeństw  za  pomyślność  oj­

czyzny,  wymyślonych  jeszcze  w  czerwcu  przy  Su- 
chozanecie.

Pierwsi  zaczęli  „mechanicy  i  robotnicy  z  mły­

na  parowego  na  Lesznie.

77

  Ich  plakat  wzywający 

„pomodlić  się  za  pomyślność  ojczyzny  dnia  5  wrze­

śnia  w  takim  to  a  takim  kościele,

77

  ozdobiony  był 

ryciną,  przedstawiającą  młynarza,  rzucającego  na­
rzędzia  swego  zawodu  a  chwytającego  za  kosę.. 
U góry był herb Polski i Litwy, otoczony ciernio-

*) Giller nazywa ich obu ^waryatami 

cielami." 

*

i marsj*

background image

wym  wieńcem  z  dwoma  na_  krzyż  złożonemi  pal­

mami.

Nazajutrz,  dnia  6  września,  w  dzień  żydow­

skiego  Nowego  Roku  5622,  z  natchnienia  tegoż  kół­

ka,  Żydzi  odprawili  uroczyste  nabożeństwo  „za  po­

myślność  ojczyzny”  we  wszystkich  swych  bożnicach, 

w  głównej  zaś  synagodze  przy  Daniłowiczowskiej 

ulicy  odśpiewano  po  polsku  żydowskie  „Boże  coś 

Polskę/

Potem  nastąpiła  krótka  przerwa,  jak  przynaj­

mniej  sądzić  można  według  najkompletniejszego 

zbioru tych ogłoszeń.

Dnia  16  września  pojawił  się  skromny,  bez 

iadnych  godeł  plakat  fabrykantów  obić,  wzywający 

Warszawiaków  na  nabożeństwo  za  pomyślność  ojczy­

zny do kościoła św. Krzyża.

Tegoż,samego  dnia  w  kościele  księży  Pijarów 

przy  ulicy  Świętojańskiej  odprawiło  się  takież  na­
bożeństwo „cechu fabrykantów fortepianów.”

Ponieważ  we  wszystkich  tych  nabożeństwach 

nic  szczególnie  podburzającego  nie  było,  przeto 

przez  jakiś  czas  namiestnik  patrzał  na  to  przez 

palce,  wszakże  na  miejsce  każdej  takiej  zapowiedzia­
nej  manifestacyi  kazał  wysyłać  kompanię  piechoty, 

którą  stale  prowadził  jeden  i  ten  sam  oficer,  Bazyli 

Wasileńko,  przezwany  przez  kolegów  Basile  Basi- 
leńko,  gdyż  takie  miał  bilety  wizytowe.  Otóż  ofi­

cer  ten  otrzymywał  za  każdą  ekspedycyę  3  rs. 
dyet.  On  się  do  tego  stopnia  przyzwyczaił  do  tej 

służby,  że  niech  się  tylko  gdziekolwiek  zrobi  hałas, 
rozlegnie  się  brzęk  szyb  wybijanych  lub  odgłos 

śpiewu  -„Boże  coś  Polskę”,  już  Basile  ze  swoją 

kompanią  jest  na  miejscu.  Wysłucha,  przypatrzy 

się  najspokojniej  wszystkiemu  do  końca,  a  potem 

„na  lewo  w  tył,  marsz!”  najpoważniej  wraca  do 

koszar, 

odprowadzany 

przez 

zgraję 

gwiżdżących 

uliczników.

— A co? — zapytywali koledzy — ciebie znów 

jjewnie wygwizdąli?

background image

61

—  Dla  mnie  —  odpowiadał  —  gwizdaj  nie  gwi- 

zdaj, a oto poszliśmy po trzy rubelki *).

W  końcu  atoli  u  namiestnika  przebrała  się 

miara  cierpliwości  Zmienił  ton  i  stanowczo  oświad­
czył, źe rząd dalej żartować z siebie nie pozwoli.

W  mieście  zajęto  się  wyborami.  Natychmiast 

zarysowały  się  dwa  stronnictwa.  Jedni  byli  za  prze­
prowadzeniem  wyborów  do  rad  powiatowych  i  miej­
skich  według  projektu  rządowego,  uważając,  że  to 
ostatecznie  jedyna  i  najlepsza  droga  do  dalszej  wal­

ki,  najlepsze  do  niej  przygotowanie  i  jeden  z  potę­

żnych  środków  dalszego  działania 

2

).  Drudzy  zaś. 

widzieli  w  tein  „zgubę  tego  wszystkiego,  co  dotych­

czas  otrzymano,  reakcyę,  powrót  do  rządów  dykta­
torskich."  Jednem  słowem,  powtórzyły  się  sceny 

z& 

zjazdu  w  Homburgu.  Spisy  wyborców  ani  kroku 
nie  postąpiły  naprzód.  Hrabia  Lambert  zagroził 

„przyjaciołom”,  że  zaprowadzi  w  Królestwie  Pol- 

skiem stan wojenny.

Nakoniec  spostrzeżono,  źe  potrzeba  coś  zrobić 

i  przedstawić  namiestnikowi,  lecz  co  i  jak  zrobić? 

Walny  sejm,  od  dawna  projektowany  przez  Majew­
skiego,  okazał  się  koniecznym.  Potrzeba  było  na­
radzić  się,  jak  przyjąć  reformy;  jak  przeprowadzić 

wybory  i  jakie  przedsięwziąć  środki  przeciw  opo- 
zycyi, czyli właściwie przeciw czerwonym.

Przybyła  do  Warszawy  dosyć  znaczna  liczba 

obywatelstwa  i  zaraz  na  pierwszem,  bardzo  burzli- 

wein,  zebraniu  w  pierwszej  połowie  września,  prawie 

jednocześnie  ze  zjazdem  w  Homburgu,  obrano  dele- 

gacyę,  złożoną  z  Edwarda  Jurgensa,  Leopolda  Kro- 
nenberga,  Aleksandra  Kurtza,  Adama  Goltza,  Ta­

deusza  Ejdziatowicza  i  Karola  Majewskiego 

3

).  Ma­

*) Opowiadanie generała Czernickiego.

3

) Atceydt tom li, 8tr. 196.

3

)  Zeznania  Majewskiego  tom  IV,  str.  28.  Ustimo- 

wicz  str.  28  dodaje  jeszcze  Stanisława  kr.  Zamoyskiego  i  Jó­

zefa Kołaczkowskiego.

background image

*62

jewski  wybrany  ze  względu  na  swe  stosunki  z  rze­

mieślnikami  i  innemi  niźszemi  warstwami  społeczeń­
stwa,  okazał  się  swym  towarzyszom  do  tego  stopnia 

czerwonym,  że  Kronenberg  zaraz  po  pierwszej  sesyi 

oświadczył,  że  poda  się  do  dymisyi,  jeżeli  nie  usuną, 
tego  krzykacza.  Zrozumiał  i  sam  Majewski,  że  obe­
cnością,  swoją,  utrudniał  położenie  innych  członków, 
ukazawszy  się  więc  na  paru  pierwszych  posiedze­

niach  delegacyi,  czy  też  dyrekcyi  białej,  następnie 
przestał na nie uczęszczać.

Sama  kwestya  pozostawała  nierozstrzygnięta. 

Biali  byli  zdolni  do  komplanacyi  z  Zamkiem  i  do 
wykonania  otrzymanych  ztamtąd  zleceń,  dopóki  rzecz 

cała  zamykała  się  w  ogólnikach  i  nie  dotykała  szcze­

gółów  spraw  kraju,  Wielopolskiego  i  jego  układów 

z  rządem.  Lecz  jak  tylko  potrzeba  było  dotknąć 

sprawy  głębiej  i  powziąć  jakieś  wiążące  postano­
wienia,  ciź  sami  ludzie  zaraz  się  przeistaczali  w  ja­
kichś  fantastycznych  marzycieli,  nie  różniąc  się  ni- 

czem  od  „akademików”  i  tak  samo  jak  ci,  wnet 

przekraczali  granicę  możliwych  układów,  po  za  któ­
rą pozostawała już tylko walka w otwartem polu.

Gdy  wypadało  tej  białej  dyrekcyi  spisać  to, 

czego  od  nich  żądała  najwyższa  władza  w  kraju, 
nikt  nie  miał  odwagi  wziąść  za  pióro,  mimo  że  chwi­

la  była  nader  groźna  i  z  każdą  chwilą  opóźnienia 

niebezpieczeństwo  wzrastało.  Wszyscy  jakby  myśleli: 

„lepiej  niech  grom  padnie,  a  sami  ręki  na  siebie  nie 

podniesiemy.

n

Tymczasem  zaś  i  czerwoni  wybrali  swoją  de- 

legacyę,  która  miała  zastanowić  się  i  rozstrzygnąć 
zadania,  przez  stronnictwo  postawione.  Ze  składu 

tej  delegacyi  znane  są  tylko  nazwiska:  Apolla  Ko­
rzeniowskiego,  Witolda  Marczewskiego  i  Włodzi­

mierza Kolskiego.

Ta  delegacya  wręcz  oświadczyła:  „że  wyborów 

nie  będzie,  a  w  danym  razie  oni  wyborców  rozpędzą 

kijami.”  Szachowski  odgrażał  się,  że,  jeżeli  spo­

strzeże tylko cośkolwiek podejrzanego w kierunku

background image

63

przygotowań  wyborczych,  to  sam  wystąpi  i  nawarzy 

takiego  piwa,  że  wszyscy,  biali  nie  potrafią  go  wy­
pić 

1

).  Ignacy  Kwiatkowski  napisał  wierszyki  pod 

tytułem: 

„Czarne powidła,” które mi groził osmaro-

waó wszystkich biorących udział w wyborach.

Lękając  się  zawsze,  że  biali  mimo  to  przepro­

wadzą  wybory  pod  osłoną  bagnetów,  i  wtedy  ani 
osmarować  powidłami,  ani  rozpędzić  pałkami  wy­
borców  nie  będzie  można,  postanowili  uciec  się  do 
ostateczności  i  czemkolwiek  wywołać  nową  strzela­
ninę  i  tern  uniemoźebnić  zaczynające  nawiązywać  się 
porozumienie  między  Zamkiem  a  spokojniejszą  czę­
ścią  społeczeństwa.  A  gdyby  nawet  nie  udało  się 
doprowadzić  do  zupełnego  zerwania,  to  każde  opóź­
nienie,  czasowe  powstrzymanie  „takiego  porozumie­
nia  już  byłoby  korzystne...  mało  to  w  przyszłości 
zdarzyć się może.

Dnia  18  go  września  niejaki  Wedel,  właściciel 

cukierni  przy  ulicy  Miodowej,  odmówił  składki  na 

„sprawę  ojczyzny.”  Czerwoni  urządzili  zbiegowisko, 
które  się  skończyło  zniszczeniem  cukierni.  Toż  sa­

mo  stało  się  z  magazynem  rękawicznika  Ostrowskie­

go  na  Nowym-Świecie  i  z  piekarnią  Bartla  przy 

ulicy Marszałkowskiej.

Przy  tej  ostatniej  zbiegowisko  było  tak  zna­

czne,  że  musiano  wysłać  oddział  wojska  z  artyleryą 

pod  dowództwem  sewastopolskiego  generała  Szeide- 

mana,  który  ciągle  się  uskarżał,  że  niema  nic  do 

czynienia.  Opowiadano,  że  gdy  generał  bardzo  się 
rzucał,  jakiś  młody  człowiek  przyniósł  szklankę  wo­
dy  z  pobliskiej  cukierni  i  podał  ją  generałowi  mó­

wiąc:  „proszę  się  napić,  to  generała  uspokoi.” 

Wojsko  pozostało  na  miejscu,  dopóki  się  lud  nie 
rozproszył.

Namiestnik oświadczył w końcu białym, że je-

l

) Zeznania Zdzisława Janczewskiego i kilku innych 

z partyi czerwonych.

background image

64

śli  miasto  nie  rozpocznie  wyborów,  rząd  je  rozpi- 

sze  na  własną  rękę,  ogłaszając  jednocześnie  zapro­

wadzenie  stanu  wojennego.  Biali  odpowiedzieli,  że 
wybory  nieodmiennie  rozpoczną  się  nazajutrz,  dnia 

19 września.

Listy  wyborców  były  już  sporządzone  przez 

osobną  delegacyę,  czem  się  głównie  zajmował  ku­

piec  Józef  Kwiatkowski.  Należało  już  tylko  wy­
drukować  i  rozesłać  wyborcom  karty  wyborcze  ze 
wskazówką,  kogo  na  jakie  urzęda  wybierać,  dla 
uniknięcia  rozbicia  głosów.  Karty  te  były  druko­
wane  na  szarym  papierze,  wielkości  kartek  wizyto­

wych. Na każdej oznaczony był okręg i nazwisko*

Wykonano  to  szybko,  tej  samej  nocy,  tak,  że 

dnia  19-go  września  rano  istotnie  rozpoczęły  się 

wybory  w  X,  środkowym  okręgu  Warszawy,  w  któ­

rym  był  położony  dom  Andrzeja  hrabiego  Zamoy­
skiego.

Wyborcy,  a  w  ich  gronie  i  sam  hrabia  An­

drzej,  zebrali  się  zaraz  z  rana  w  gmachu  rnedyko- 

chirurgicznej  akademii.  Komisya  wyborcza  zarzą­

dziła  wszystko  dla  zabezpieczenia,  ażeby  wybory 
odbyły  się  bez  przeszkody.  Aleksander  Krajewski 
i  Leon  Królikowski,  chociaż  należący  do  stronni­

ctwa  czerwonych,  lecz  ulegając  hrabiemu  Zamoyskie­
mu,  zmówili  pewną  liczbę  co  wpływowszych  rze­
mieślników,  by  przybyli  na  miejsce  wyborów.  Znany 

już  nam  studniarz,  Marcin  Borelowski,  przyrzekł 

rozstawić  1000  ludzi  zaufanych  w  miejscach,  gdzift  / 

się  miały  oddawać  głosy  ').  Duchowieństwo  wysła-' 

ło  z  pomiędzy  siebie  odpowiednich  księży,  dla  uspo­

kojenia  tłumów  i  zażegnania  możliwych  nieporząd­
ków.  Wiadomo  naprzykład,  że  ksiądz  kanonik  Ste­
cki  chodził  przez  cały  czas  wyborów,  koło  ratusza, 

dla  zapobieżenia  nieporządkom,  z  którymi  się  czer­

woni odgrażali. Nadto Strażnica umieściła artykuł

Criller tom I, etr. 113.

background image

ostrzegawczy,  w  którym  powiedziano,  „źe  cokolwiek 

się  zamyśla  w  przyszłości;  obecnie  koniecznie  nale­

ży przeprowadzić wybory 

1

)

w

.

«  Do  dnia  23  września  wszelkie  przedwstępne, 

czynności  zostały  ukończone  i  wybory  się  rozpoczęły. 

Przewodniczącym  komiśyi  wyborczej  wybrano  Kar 

zimierzą Wójcickiego 

* 2 *

).

Gdy  następnie  zaczęto  wybierać  innych,  roz­

legł  się  hałas  i  krzyki  pod  oknami.  Zamoyskiemu 

dano  znać,  że  jakieś  grono  młodych  ludzi  pragnie 

widzieć  go  koniecznie.  On  wyszedł  na  plaę  w  to­
warzystwie  bardzo  popularnego  księdza  kanonika 
Wyszyńskiego.  Na  czele  tłumu  stali  Korzeniowski 
i  Szachowski,  którzy  przekonawszy  się,  źe  otwarta 
walka  z  wyborcami  niemożliwa,  że  ci  kijami  nie  da­

dzą  się  rozpędzić,  a  wszelkie  pokuszenia  wywołania 
rozruchów,  nie  doprowadziły  do  celu,  postanowili: 

„aby  nie  zarzucano  partyi  czerwonych,  że  ustąpiła,  ' 

nie  popróbowawszy  wszelkich  możliwych  środków,”, 

zanieść  protest  przeciw  wyborom,  wydrukowali  go 
w  tajnej  drukarni  jako  „Mandat  ludu  do  wybor­
ców” 

),  i  z  tym  drukiem  stanęli\  przed  głównym 

biórem wyborczem 

4

).

— Czego panowie żądacie? — zapytał hr. Za­

moyski.

65

*) Giller tom II, str. 110—112.,

2

)  Do  jakiego  stopnia  wówczas  nie  lubiano  Wielo­

polskiego,  świadczy  fakt  z  tym  samym  Wójcickim.  K.  Wl. 
Wójcicki  został  przez  Wielopolskiego  usunięty  z  posady  dy­

rektora  publicznej  biblioteki.  Natychmiast  otrzymał  miej­
sce  bibliotekarza  w  Wilanowie  z  pensyą  5000  złp.  Hrabia 

Ludwik  Krasiński  powierzył  mu  zarząd  swej  biblioteki 

w  Warszawie  z  pensyą  3200  złp.,  zaś  na  wyborach  Towarzy­
stwa  Kredytowego  Ziemskiego  1598  glosami  przeciw  2,  zo­
stał  wybrany  prezesem  komitetu  posiadaczy  listów  zasta­
wnych.

Giller Ii, str. 113—116.

4

) Następne wybory odbywały się w ratuszu.

Biblioteka.—T. 441.

5

background image

66

v

—  Prosimy  hrabiego  przyjąć  ten  mandat  i  od­

czytać go wyborcom-odezwał się ktoś z tłumu.

Hrabia  odrzekł,  „że  żadnych  mandatów  od  ni­

kogo  w  tej  chwili  przyjąć  nie  może,  gdyż  W:zystko, 
co  należało,  zrobiono  i  rzecz  cala  jest  wszechstron­
nie  rozpatrzona  i  postanowiona.  Nikt  nie  jest 

w  stanie  odroczyć  wyborów,*  ani  też  zmienić  ich  kie­

runku  i  charakteru.  Odbędą  się  one  dzisiaj  i  będą 
się  odbywały  tak  długo,  aż  póki  na  wszystkie  sta­

nowiska  nie  zostaną  powołani  ludzie,  zasługujący  na 

najzupełniejsze  zaufanie.  Tego  chcą  wspólnie:  rząd, 
kraj cały i miasto.”

Wtedy  Korzeniowski  śpiesznie  zaczął  wykładać 

treść  mandatu  i  zakończył,  że  w  nim:  „Naród  upo­

mina  panów  wyborców,  ażeby,  ustalając  dzisiaj  rady 

municypalne  i  inne,  wyłożyli  dobitnie  powołanym  na 

urzęda  dostojnikom,  że  oni  mają  służyć  Polsce  nie- 

rozdzielnej  z  Litwą  i  Rusią;  że  tylko  w  ten  sposób 

Królestwo  Polskie  może  brać  udział  w  nowych  in- 
stytucyach,  i  że  wszelkie  inne  zapatrywanie  sprze­

ciwia  się  świętej  sprawie  ojczyzny!”  Gdy  to  mówił, 

w tłumie odezwało się kilka głosów: 

„Doskonale,

dzielnie*  mówi.”  Lecz  skoro  tylko  odezwał  się  hrabia 
Andrzej,  bardziej  w  mieście  znany,  aniżeli  wszyscy 

mówcy czerwonych, powstały jeszcze głośniejsze okrzy­

ki: 

„Niech żyje hr. Andrzej, my tylko jego słu­

chać  będziemy!”  Lud  cisnął  się,  całując  jego  ręce 

i ściskając kolana.

Szachowski  i  Korzeniowski  widząc,  że  przegra­

li  sprawę,  że  dalsza  rozmowa  do  niczego  ich  nie 

doprowadzi,  wręczyli  mu  mandat  i  ustąpili,  dodając 
wszakże,  „że  lud  przynajmniej  spełnił  swój  obo­

wiązek” *).

W  parę  dni  potem  rozrzucono  ten  mandat  po 

Warszawie  i  rozesłano  go  także  do  innych  miast. 

Biali  odpowiedzieli  nań  inną  odezwą,  zatytułowaną:

ł

Giller

 toru II, str. 113.

background image

#

67

„Mandat  wyborców  do  ludu,”  w  której  starali  się 
przekonać  przeciwników,  źe  kwestyę  Litwy  i  Rusi  ' 

potrzeba  na  razie  pozostawić  w  spokoju;  źe  gdyby 

przyszło  uwzględniać  zarzuty  tej  małej  garstki  za­
paleńców,  którzy  starają  się  stworzyć  stronnictwo 

przez  siebie  przesadnie  nazywane  narodowem,  to 

Poznańskie  nie  powinno  było  uznawać  pruskiej  kon- 

stytucyi,  ani  Galicya  przyjmować  Szmerlingowskiej 

ustawy,  które  jednak  dozwoliły  w  jednej  dzielnicy 
Niegolewskiemu,  w  drugiej  zaś  Zyblikiewiczowi  ode­

zwać  się  w  imieniu  całego  narodu  polskiego  do 

Europy i niejednemu nadużyciu tamę położyć ‘).

Czerwoni  wszakże  tego  albo  wcale  nie  czytali, 

albo  zrozumieć  nie  chcieli.  Oni  dążyli  jedynie  do 
przeszkodzenia  wyborom,  do  ostatecznego  poróżnie­
nia  ludności  warszawskiej  z  rządem  i  wywołania  po­

nownych  surowych  kroków  z  jego  strony.  W  tym 

celu  już  na  dzień  20-go  września  ogłosili  nowe  na­
bożeństwa  za  pomyślność  ojczyzny.  Najprzód  uka^ 

zała  się  odezwa  druciarzy,  zapraszających  na  nabo­
żeństwo  do  kościoła  Bernardynów.  Plakat  był  ozdo­
biony  różnemi  emblematami;  po  jednej  stronie  tek­
stu  stoi  druciarz  w  swej  guńce,  z  czapką  w  ręku, 

oparty  na  kiju;  u  nóg  jego  leżą  palmowe  i  ciernio­
we  gałązki;  za  ścianą  wąż  wije  się  około  rozmaitej 
powstańczej  broni:  kos,  pik  i  szabel;  po  drugiej 

stronie  jaśnieje  herb  Polski  i  Litwy,  za  którym  na 

powiewających  chorągwiach  widnieje  herb  Rusi  i  Ki­

jowa,  archanioł  św.  Michał;  u  dołu  znów  kosy 

i  strzelby,  i  gałązka  dębowa.  Jakże  dziwnie,  wśród 
tych  przedwstępnych  wojennych  emblematów,  wyglą­
dał  ów  biedny  druciarz,  zdejmujący  czapkę,  jakby 

proszący  przebaczenia,  źe  się  tu  niepotrzebnie  mię- 
szał, o niczem nie wiedząc!

Następnie  odprawiały  się  prawie  codziennie 

takie nabożeństwa, urządzane przez wszystkie stany

*) 

Giller

 tom II, str. 116 i 117.

background image

,68

*

miejskie  bez  wyjątku,  wszystkie  zakłady,  cechy  i  sto- 

*  wąrzyszenia.  Wymyślano  nawet  cechy  i  towarzy­

stwa  wcale  nieistniejące.  Należy  w  istocie  drukiem 
upamiętnić  wszystkie  te  wymysły,  jakich  w  żadnej 

innej  rewolucyi  nie  spotykamy.  Oto  spis  cechów 

i,  towarzystw,  które  odprawiały  „nabożeństwa  za  po­

myślność  ojczyzny,”  począwszy  od  20  wrześnią  po 
dzień  14  października  1861  roku,  kiedy,  ogłoszono 

stan  wojenny  w  Królestwie:  druciarze;  ogrodnicy 

miejscy  i  z  okolic  Warszawy;  dorożkarze;  szwaczki; 
muzykanci  i  artyści;  spółka  majstrów  stolarskich; 
kamerdynerzy;  włościanie  z  okolic  Warszawy;  matki 
polskie;  jubilerowie,  złotnicy  i  grawerzy;  grzebienia- 

rze;  robotnice  polerujące  złote  rzeczy;  wychowanki 

wyższych  pensyonatów  żeńskich;  rzeźbiarze  na  drze­

wie,  kamieniu  i  metalach;  furmani,  piwowarzy  i  roz­

wożący  trunki  po  mieście;  stowarzyszenie  termina­
torów  mydlarskich  w  Warszawie;  inżynierowie  i  ar­
chitekci;  literaci,  malarze  i  artyści  dramatyczni; 
majstrowie  łagiewnicy;  przewoźnicy  na  Wiśle;  para- 
solniey;  rzeźbiarze  figur  gipsowych;  rybacy;  urzędni­
cy  wszelkich  dykasteryi;  dziewice  polskie;  ubogie 

wdowy;  roznosiciele  plakatów  i  afiszów;  cech  peru- 
karski;  robotnicy  fabryki  Fragefa;  krupiarki;  jeden 

z  trudniących  się  destylacyą  spirytusu;  aptekarze 
warszawscy;  włościanie  z  Czerniakowa;  uczennice 
szkół  żeńskich;  fabrykanci  złotych  ram;  młodzież 
polska  mojże8zowego  wyznania;  owocarki  z  za  Żela­
znej  Bramy;  robotnicy  i  rzemieślnicy  fabryki  gazu; 

młodzież  ucząca  się;  cech  szewcki;  bractwo  „Boskiej 
Opieki.”  Nie  od  rzeczy  będzie  dodać,  że  ducho­

wieństwo  wcale  za  darmo  nabożeństw  tych  nie  od­

prawiało,  owszem  odbywały  się  o  to  formalne  targi. 

Gdy  polecono  fabrykantom  fortepianów  sprawić  na­

bożeństwo,  starszy  stowarzyszenia  Stahl,  zebrał  oko­
ło  159  rubli  sr.,  przyczem  niektórzy  podmajstrzy 
dawali  po  trzy  ruble.  Misyonarze  z  kościoła  św. 

Krzyża zażądali za zwykłą mszę 100 rubli sr. Stahl

background image

69

uważał,  że  to

r

  ża  drogo  i  zamówił  nabożeństwo  u  Pi­

jarów za 60 rubli sr. 

'

Miasto  tak  się  jeszcze  lubowało  w  manifesta- 

cyach,  że  one  potrafiły  połączyć  znowu  wszelkie 

stronnictwa  i  czerwoni  znachodzili  gorliwych  pomo­

cników  wśród  kółek,  z  któremi  na  polu  wyborów 
taki zażarty bój wiedli.

W  czasie  dalej  trwających  wyborów  agitatorzy 

już  tylko  zdała  przypatrywali  się  całej  akcyi,  od  cza­

su  do  czasu  dając  swe  głosy  na  Garibaldiego,'Wy­
sockiego,  Mierosławskiego,  Klapkę  '),  co  zwykło 

wywoływać  śmiech  powszechny  zebranej  w  lokalach 

wyborczych  publiczności.  Urwiszów  wszakże  nikt 
nie karcił.

Znane  są  Szczegóły  wyborów  z  dnia  2  paź­

dziernika.  —  Proponowani  i  wybrani  w  pierwszym 
cyrkule:  Józef  Kwiatkowski,  kupiec;  Henryk  Kra­

jewski;  ksiądz  Wincenty  Orzeszkowski  i  Ignacy  Pa­

radowski,  szewc.  Wszystkim  wyborcom  rozesłano 
kartki  z  drukowanemi  nazwiskami  tych  kandydatów, 

k^o  zaś  nie  dostał  kartki,  otrzymywał  ją  przy  wej­

ściu  na  salę  wyborczą  od  osób,  należących  do  da­

wnej delegacyi, lub do komitetu konstabIó\v. W dwóch 

salach  magistratu  stały  stoły  z  papierem,  gdzie  wy­

borcy  wpisywali  imiona  kandydatów.  Przy  jednym 

stole  był  urzędnik  magistratu  Wiman,  przy  drugim 

jakiś  trzydziestoletni  mężczyzna  w  surducie  z.żałobą 

u

T

  kołnierza.  Obaj  upominali  wyborców,  aby  wpisy­

wali  tylko  nazwiska  kandydatów,  podane  w  rozesła­

nych  kartkach.  ..Szczególnie  silny  nacisk  wywierał 

ów  pan  w  żałobie.  Gdy  kto  odparł,  'że  chce  wpi­
sać  inną  osobę,  (wielu  mianowicie  głosowało  na 

kupca  win  Pukiera),  nieznajomy  oświadczał  stanow­

czo: 

„Naród tylko tych pragnie i ci muszą być

wybrani,  gdyż  już  się  zasłużyli  ojczyźnie.”  Nastę­

pnie  głośno  wyliczał  te  zasługi:  „Kwiatkowski  z  po- 
___________ .

I ; 

‘ 

* -t ^ 

1

 I *

*) Aweyda tom 'II, etr. 193: 

r <

'

*

background image

70

święceniem  pracy  i  mienia  kierował  w  lutym  i  mar­

cu  policyą  narodową.  Krajewski  był  zefełany  na 

Sybir  i  to  juz  dostatecznie  świadczy  o  jego  patryo- 

tyzmie.  Ksiądz  Orzeszkowski  przez  swe  patryoty- 
czne  kazania  budził  ducha  narodowego.  Paradow­
skiego  należy  wybrać,  bo  to  cech  najliczniejszy, 
a  sprawa  narodowa  potrzebuje  rzemieślników.  Ńad- 

‘  to  wiedziano,  źe  dnia  25  lutego  Paradowski  nióął 

chorągiew polską.

Ze  strony  warszawskiego  zarządu  gubernialne- 

go  było  dziesięciu  urzędników  stale  obecnych  na 
miejscu  wyborów;  z  pomiędzy  nich  rachmistrz,  Ema­

nuel  Janowski,  biorący  także  czynny  udział  w  agi- 

tacyi  za  kandydatami  wyznaczonymi  przez  komitet 

wyborczy.

Rząd  dalej  przeprowadzał  postanowione  refor­

my.  Dnia  1  października  o  godzinie  12  w  południe, 
namiestnik  zagaił  posiedzenia  rady  stanu  przemową 
w  języku  francuskim,  którą  Enoch  zaraz  przetło- 

maczył  na  polski.  Członkowie  niezaprzysięźeni  zło­

żyli  przysięgę.  W  mowie  tej  namiestnik  powiada, 

źe  w  tym  roku  nie  wiele  spraw  przyjdzie  pod 
obrady,  gdyż*  przedewszystkiem  należy  kraj  uspo­

koić 

ł

).

Wtem  wszystkiem  czerwoni  widzieli  zbliżającą 

się  grozę  reakcyi,  niebezpieczeństwo  zbliżenia  się 

i  porozumienia  społeczeństwa  z  rządem.  A  gdy 
drobne  manifestacye  nie  mogły  wyprowadzić  rządu 

z  cierpliwości,  postanowili  przejść  do  tłumnych  de- 

monstracyi,  wystąpić  do  jawnej  walki  z  rządem,  bez 
względu  na  następstwa.  Zbliżająca  się  rocznica 

zjazdu horodelskiego 

2

), nastręczała sposobność do

*) W numerze 152 Gazety Urzędowej z roku 1861 

Królestwa Polskiego są wymienieni wszyscy członkowie 

rady stanu.

9

) Uroczystość ustanowiona jeszcze przez Zygmunta 

Augusta dla upamiętnienia Unii Litwy z Koroną.

background image

71

wystąpienia  z  czemś  wspaniałem.  Jakoż  na  pewien 
czas  przed  tem  zaczęła  kursować  po  kraju  następu­

jąca  odezwa,  napisana,  jak  się  można  domyślać, 

przez Apolla Korzeniowskiego:

„Bracia  Polacy,  Litwini  i  Busini!  Ważną  niegdyś 

uroczystość  stanowił  obchód  rocznicy  unii  Litwy  z Pol­
ską,  ustanowiony  przez  króla  Zygmunta  Augusta 

II.  *  Akt  Unii  sam  przez  się,  był  tylko  formalno­
ścią  i  niejako  stwierdzeniem  rzeczywistego  i  dobro­

wolnego  połączenia  się  dwóch  narodów  pod  berłem 
króla  Władysława  Jagiełły.  Dziwnem  i  niezwykłem 
w  historyi  zdarzeniem,  wzajemne  sympatye  i  idea 
wolności,  zastąpiły  tu  miejsce  gwałtu  i  zwycięstw. 
Na  fakt  tak  znakomity  niepodobna  nie  zwrócić  uwa­

gi,  niepodobna  nie  przydać  mu  właściwego  w  obe­

cnej  chwili  znaczenia  i  nie  uczcić  go  jako  święta 

narodowego.  Byłoby  to  zrzeczeniem  się  odrazu 
wobec  Europy,  wobec  ludów  i  własnego  sumienia 
swej  własnej  przeszłości  i  przyszłości.  Otóż  w  dniu 
dzisiejszym  odzywamy  się  do  wszystkich  trzech  zje­
dnoczonych  narodów,  aby  one  na  wezwanie  nasze 

odpowiedziały  z  równem  sercem,  jak  to  ich  ojco­

wie  uczynili  na  Zjeźdźie  Horodelskim  i  mamy  na­
dzieję,  że  głos  nasz  usłyszany  będzie  przez  każ­

dego,  w  czyjem  sercu  nie  wygasła  miłość  ojczyzny 
i wolności."

„Uroczystość  ta  ma  się  odbyć  w  Horodle  nad 

Bugiem,  w  województwie  lubelskiem,  w  ziemi  chełm­
skiej,  dnia  10  października  bieżącego,  1861  roku, 
który  to  dzień  odpowiada  2-mu  październikowi  po­
dług  starego  kalendarza,  będącemu  wedle  dziejów 

historycznych rocznicą Unii Horodelskiej.” ^

„Chcąc,  aby  zjazd  miał  to  właściwe  znacze­

nie,  na  jakie  zasługuje,  wzywamy  przedewszystkiem 
czcigodne  duchowieństwo  katolicko  -  słowiańskiego 

i  łacińskiego  obrządku,  ażeby  ze  względu  na  inte­
res  Kościoła,  ściśle  związany  z  interesami  Polski 

w  ogólności,  raczyło  przyjąć  jak  najszerszy  i  naju­

roczystszy  w  nim  udział,  delegując  od  siebie  na  tę

background image

1%

uroczystość  biskupów  i  deputatów  od  kapituły  za­

konów  i  wszelkich  duchownych  korporacyi  ze  wszy­

stkich dyecezyi dawnej Polski.”

*  „Odzywamy  się  też  do  towarzystw  uczony  cl} 

i  literatów,  do  uniwersytetów,  redakcyi  pism  pol­

skich  i  ruskich,  do  wszystkich  spółek  i  przedsię­

biorstw  przemysłowych,  do  miast  i  korporacyi,  po­

siadających  jakąbądź  organizacyę,  do  Polaków,  moj- 
żeszowego  wyznania,  ażeby  raczyli  wziąć  udział 

w  Horodelskim  zjeździe,  przez  wysłane  w  tym  celu 
deputacye.  Tylko  podobnie  złożony  zjazd,  będzie 
mógł  nadać  uroczystości  narodowe  i  społeczne  zna­
czenie.  W  celu  ożywienia  w  sercach  dziejowych 
naszych  trądycyi  i  dla  nadania  uroczystości  polityr 
cznego  i  historycznego  charakteru,  prosimy  miesz­

kańców  wszystkich  księstw,  województw  i  ziem  da­

wnej  Polski,  by  przybyli  do  Horodła  jako  przed­

stawiciele  swoich  prowincyi.  Deputowani  różnych 

korporacyi,  ziem  i  w  ogólności  reprezentanci  jakie- 

gobądź  stanu  lub  kółka,  mają  zawiadomić  o  swoim 

przybyciu  do  Horodła  dnia  10  października  o  gor* 
dżinie  9  zrań  a,  aby  każdy  mógł  zająć  odpowiednie 
miejsce podług programu.” *•

„Księstwa,  województwa:  poznańskie,  kaliskie, 

sieradzkie,  ziemia,  dobrzyńska,  województwa  cheł­

mińskie,  malborskie,  pomorskie,  pruskie,  krakow­
skie,  ziemia*  oświęcimska  i  Zatorska,  województwa 
sandomierskie,  kujawskie,  ruskie,  księstwo  siewier­

skie,  ziemia  źydaczowska,  przemyska,  halicka,  chełm­
ska,  województwa  wołyńskie,  lubelskie,  bełzkie,  pod­
laskie,  bracławskie,  czernichowskie,,  wileńskie,  troc­
kie,  księstwo  smoleńskie,  nowogrodzkie,  połockje, 

witebskie,  województwa  brzesko-litewskie,  mścisław- 
skie,  mińskie,  inflanckie  i  księstwo  kurlandzkie.”  i 

„W tym dniu zdejmie się żałoba.”
Wobec 

panującego 

usposobienia, 

niewielu 

znalazło  się  takich,  którzyby  mogąc,  nie  pośpieszyli 
na  tę  ponętną  odezwę  do  Horodła.  Obchód  tenj 

oprócz  swej  nowości  i  wspaniałych  rozmiarów,  na

background image

73

jakie  był  zakreślony,  obejmując  nadto  ogromne 

przestrzenie  wszystkich  ziem  dawnej  .Rzeczypospoli­
tej,  krzyżował  wręcz  plany  i  zamiary  białych,  dą­

żących  widocznie  do  jakiegoś  porozumienia  z  rzą­

dem  i  Wielopolskim  na  podstawie  pewnych  reform, 

ograniczonych  li  do  samej  Kongresówki.  —  Zjazd 

horodelski,  jaskrawiej  niż  wszelkie  protesty,  wygła­

szane  przez  nieznanych  krzykaczy  przed  Koperni­

kiem  w  Warszawie,  dobitniej  niż  cobądź  innego 

miał  przypomnieć  i  uzmysłowić  Polakom,  że  spra­

wa  ich  nie  zamknięta  wyłącznie  w  granicach  Kró­
lestwa  kongresowego,  lecz  rozciąga  się  na  daleko 
szersze  obszary.  Rzeczywiście  też  manifestacya  ta 

zawróciła  niejednemu  głowę;  rzucił  się  w  ten  odmęt 
i  Jurgens,  członek  białej  dyrekcyi,  popierający  tak 
gorliwie  dotychczas  sprawę  wyborów.  Drugi  tegoż 

kalibru  członek  białej  dyrekcyi,  Majewski,  pozostał 
w  Warszawie  jedynie  dlatego,  że  unikał  spotkania 
i  mogących  przytem  wyniknąć  jakichkolwiek  zajść 
ze swymi dawnymi ultra czerwonymi przyjaciółmi.

Naturalnie,  że  namiestnik  zaraz  się  dowiedział 

o  całym  projekcie,  a  po  naradzie  z*  Gerśtenzwei- 

giem,  Kryźanowskim,  Kazaczkowskim  i  jeszcze  nie- 

któremi  osobami  ze  swego  najbliższego  otoczenia, 
postanowił uprzedzić manifestantów.

v

  Naczelnik  głównego  sztabu  z  rozkazu  namiest­

nika  przesłał  generał-porucznikowi  Chruszczewowi, 
naczelnikowi  lubelskiego  wojennego  okręgu,  nastę­

pujące  rozkazy,  pod  dniem 

1 4

w r z e ś n i a   1861  ro­

ku, do liczby 1441 '). 

*

„Dowiadujemy 

się, 

że 

Horodle 

wznoszą 

tryumfalne  łuki...  Jeżeli  tak  jest  istotnie,  to  jego 

ekscel.  pan  namiestnik  żąda,  ażeby  wszelkie  podo­

bne budowy natychmiast rozebrano.

Główno  dowodzący  wojskami  (tenże  sam  na­

*

*) Przytoczone w skróceniu.

background image

74

miestnik  hrabia  Lambert),  poleca  waszej  ekscelen- 
cyi  udać  się  osobiście  do  Horodła  na  czas  zapowie­

dzianego  obchodu,  albo  wcześniej,  jeżeli  uznasz  pan- 

to 

niezbędnem. 

Byłoby 

najbardziej 

poźądanem 

skłonić  drogą  perswazyfr  tłumy  do  rozejścia  się; 

gdyby  to  wszakże  okazało*  się  nieskutecznem,  upo­

ważnia się pana do użycia siły zbrojnej."

Po  otrzymaniu  tych  rozkazów,  generał  Cbru- 

szczew  zgromadził  w  Horodle  i  w  okolicznych  miej­
scowościach 

następujące 

siły: 

Horodle 

sześ6 

kompanii  piechoty,  cztery  działa  i  dwa  szwadrony 
dragonów;  w  Hrubieszowie  dwie  kompanie  piechoty, 
cztery  działa  i  szwadron  dragonów;  we  wsi  Luszko- 

wie  szwadron  dragonów  dla  strzeżenia  przeprawy 

na  Bugu;  w  Dubience  30  kozaków  dla  pilnowania 
przeprawy  na  Bugu.  Nadto  jako  rezerwę  ściągnię­

to  dwa  szwadrony  ułanów  z  Krasnegostawu  i  sotnię 

kozaków z Chełma ’).

Przygotowywano  się  jak  do^.  wojny,  działa,  re­

zerwy,  forsowne  marsze,  podczas  gdy  wystarczyłoby 
paru  roztropnych  policyantów.  Tymczasem  wojsko 

rozsyłało  na  wszystkie  strony  konne  *  patrole  dla 

wywiedzenia  się,  czy  nie  przedsiebierą  czego  mie­
szkańcy. *

Miejscowa  organizacya  ze  swej  strony  wysyła­

ła  na  zwiady  młodych  ludzi  konno,  dla  obserwowa­
nia  ruchów  wojska.  Gromadka  takich  chwatów,  10 

czy  12  jeźdźców,  na  dzielnych  koniach,  zwróciła 

na  siebie  uwagę  pikiety  dragońskiej  pod  wsią  Hre- 

bennem  o  6  wiorst  od  Horodła  w  nocy  z  dnia  21 

na  22  września.  Gdy  się  jeźdźcy  w  niewiadomym 
zamiarze  zanadto  zbliżali,  dragon  z  rozmysłu,  czy 
też wypadkiem strzelił do nich z pistoletu. Jeźdź-

ł

) Raport generała Chruszczewa do szefa głównego 

sztabu z dnia 26 września 1861 roku do liczby 1380.

background image

75

cy  zniknęli,  lecz  Btrzał  wśród  bagien  pod  Hreben- 
nem  głośno  się  odezwał'  na  zamku  warszawskim  *). 
Namiestnik  zląkł  się  swych  pierwotnych  rozporzą­

dzeń,  co  do  użycia  wojska,  dla  niedopuszczenia 
zjazdu  do  Horodła.  Obawiał  się,  aby  zbyteczna 

gorliwość  władz  miejscowych  nie  zwichnęła  ruchu 
maszyny,  nad  którym  tak  wytrwale  i  mozolnie  już- 

trzech  namiestników  pracowało,  i  nie  przerwała  wy­

borów,  które  pomyślnie  dobiegały  do  końca.  Te  obawy 

zwiększali  jeszcze  zwyczajni  goście  zamkowi,  z  da­

wnej  delegacyi,  szczególnie  zaś  czarni  Dioskurowie, 

księża  Wyszyński  i  Stecki,  którzy  jednej  chwili  nie 

drzemali,  i  których  polskie  serca  biły  również,  jak 

u  wszystkich,  na  myśl,samą  tej  wspaniałej  manife- 

stacyi,  uwieczniającej  pamięć  dawnych  związków, 

i  w  której  spodziewali  się  na  pewno,  że  będą  ucze­

stniczyli  najbliżsi  ich  przyjaciele  i  towarzysze  du­

chownej broni.

Namiestnik  więc  polecił  swemu  szefowi  sztabu 

wysłać  do  Chruszczewa  drugie  rozporządzenie,  któ­
re odeszło dnia 24 września za liczbą 1506..

W  niem  między  innemi  powiedziano:  „Po  otrzyma- 

,  niu  sprawozdania  waszej  ekscelencyi  z  dnia  23 

września  b.  r.  jego  ekscelencya  pan  namiestnik  ra­
czył  polecić,  abyś  ekscelencya  zwrócił  szczególną 

baczność  na  zebrane  pod  Horodłem  wojska,  które 

jako  świeżo  z  Rosyi  przybyłe,  nio  pojmują  dostate­

cznie  naszego  stosunku  do  miejscowej  ludności 
i  mogą  uciec  się  do  użycia  broni,  czego  właśnie  jak 
najbardziej  unikać  należy.  Jeżeli  zaś,  nie  zważając  • 

na  wszystkie  wskazane  zapobiegawcze  środki,  pro­

cesy  a  przyjdzie  do  skutku,  to  staraj  się  ją  eksce- 
lencyo  rozpędzić,  działając  kawaleryą  na  boki  i  ty­
ły  pochodu,  unikając  wszakże  starcia  z  księżmi  i  ko­

bietami. Stawiających opór należy aresztować i od-

!

) Dowiedziano Bię z raportu generała Chruszczewa' 

z dnia 23 września 1661 roku.

background image

syłac  do  Zamościa,  pbczem  namiestnik  postanowi’ 

t>. dalszym ich losie.” J 

v

 " 

r

*

Drugie  to  rozporządzenie  potężnie  sparaliżo­

wało,  jeżeli  nie  zupełnie  zniweczyło  pierwotne  za­

rządzenia.  Pierwsze  dozwalało  na  użycie  broni  bez 

żadnych  ograniczeń,  a  zatem  i  broni  palnej;  drugie 

ograniczyło  działanie  na  sarną  Jazdę,  przyczem, 

aresztując  opornych^  miano  'unikać  starcia  z  księż­
mi  i  kobietami,  wówczas,  gdy  dwa  te  żywioły  w  pro- 

cesyach główną zwykle tworzą siłę.

Po  odebraniu  tego  rozporządzenia  Chruszczew 

nie  wiedział  co  robić.  Można  było  zaiste  zapobiedz 
temu  inaczej:  nie  dopuścić  do  zebrania  się  tłumne­

go  i  zawczasu  wyłowić  hersztów  i  prowodyrów. 

Młodzież  tak  była  odurzona  przygotowaniami,  że 

ani  myślała  ukrywać  swjch  działań  i  sama  się  pra­

wie  w  ręce  oddawała.  -Widział  ich  każdy,  kto  tyl­
ko  chciał  coś  widzieć  i  jeszcze  w  Warszawie  można 

ich  było  wszystkich  poaresztować.  Tego  wszakże 

nie  uczyniono.  Zjechawszy  się  do  Horodła,  urzą­

dzający  manifestacyę  rozmieścili  się  po  okolicznych 

wsiach  i  miasteczkach:  w  Hrubieszowie,  Stepanko- 
wicach,  Dubience,  Duszkowie,  Hołubkowie  i  kilka 
razy  zbierali  się  na  narady.  Ostatecznie  wszystko 

umówiono  na  ogólnem  zebraniu  w  Stepankowicach,, 
wsi  ó  20  wiorst  od  Horodła  położonej.  Chociażj 
wszędzie  rozłożone  wojska  stanowiły  nie  małą  prze­

szkodę,  jednak,  wiedząc,  że  wojska  nie  przeszkodzi­

ły  podobnej  uroczystości  w  Kownie  i  Aleksocie, 
postanowiono  wyprawić  do  Horodła  dwie  procesye: 

jedną  ze  Stepankowic  drugą  z  Uściługa,  położonego 

za  Bugiem,  w  włodzimirskim  powiecie,  wołyńskiej 

gubernii.  Jeśli  się  uda,  obie  procesye  powinny  się 

zejść  w  Horodle,  odprawić  tam  nabożeństwo  i  spi-i 

sąć  akt  pamiątkowy,  który  wszyscy  przytomni  mają 

podpisywać.

Stosownie  do  tego  planu  dnia  26  września 

st.  st.,  to  jest  10  października  1861  roku,  o  godzi­

nie 5 rano procesya, po odprawieniu w miejscowym

background image

7

?

kościele  nabożeństwa,  podczas  którego  ksiądz  Fi- 

delis,  kapucyn  z  Lubrpa  miał  kazanie  i  udzielił 

ogólnego  rozgrzeszenia,  wyruszyła  ze  Stepankowic 
z  chorągwiami,  krzyżami  i  narodowemi  godłami, 

wielką  drogą  ku  Horodłu.  W  pół  drogi  przyłączy­
ły  się  takież  procesye,  idące  od  Hrubieszowa  i  in­
nych  traktów.  To  spowodowało  krótki  przystanek, 
wśród  którego  ksiądz  Bojarski,  proboszcz  unicki 

z  Krasnego  Stawu,  miał  mowę  pełną  ognia  i  zapa­

łu;  poczem  połączone  procesye  w  liczbie  do  10,000 

ludzi ruszyły dalej * *).

w

O  pięć  wiorst  przed  Horodłem  stała  pierwsza 

pikieta  dragonów,  którzy,  spostrzegłszy  procesyę, 

galopem  odjechali  do  stojącego  opodal  oddziąłu 
wojska.  Toż  samo  powtórzyło  się  i  z  następnie 

spotykanemi  pikietami.  Gdy  procesya  mniej  więcej 

o  wiorstę  zbliżyła  się  do  linii  wojska,  przecinającego 

drogę,  podjechał  ku  niej  generał  Chruszczew  w  oto­
czeniu  swego  sztabu  i  głośno  oświadczył:  „że  ode­
brał rozkaz od namiestnika niedopuszczenia proce- 

#

syi  do  Horodła,  i  że  w  razie  dalszego  pochodu  użyje 
siiy zbrojnej do przeszkodzenia temu.”

"W tłumie wszczął się zgiełk, lecz duchowni 

uspokoiwszy hałasujących, wysłali z pomiędzy siebie 

deputacyę dla rozmówienia się z generałem. Depu- % 
tacya przedstawiła, że „ludzie, składający procesyę, 
przybyli tylko w zamiarze nabożeństwa, a modlić 

się przecież nikt* zabronić nie może” 

2

).

Generał Chruszczew odpowiedział, że „rząd 

nie wzbrania jedynie procesyi religijnych, przez Ko--

*)  Średnia  cyfra,  wskazana  przez  osoby  prywatne* 

a  podana  przez  generała  Chruszczewa  w  raporcie  do  na­

miestnika. . '

*)  Zebrane  tłumy  były  zupełnie  bezbronne,  do  tęga 

stopnia,  że  mężczyźni  musieli  nawet  kije  i  laski  składać  na 
fury,  tak  ściśle  tego  przestrzegano.  —  (Od  naocznego  świad­

ka, biorącego udział w procesyi).

Dopisek tłÓmacza.

background image

78

ściół  ustanowionych  i  nie  mających  charakteru  de- 
monstracyi  politycznej.  Obecna  przekracza  te  gra­

nice 

dlatego 

stanowczo 

nie 

dopuści 

jej 

do 

miasta.”

Wtedy  ksiądz  Bojarski,  należący  także  do  de- 

putacyi,  zapytał  generała  „czy  może  deputacyi  za­
ręczyć  honorem,  że  otrzymał  rozkaz  nie  przepusz­

czenia  procesyi  do  miasta?”—Chruszczew  dał  żąda­

ne  zaręczenie.  Wtedy  księża  poprosili  o  zezwole­

nie  na  odprawienie  Mszy  świętej  w  polu.  Generał 

na  to  się  zgodził  a  nawet  zezwolił,  że  jeden  z  księ­

ży,  w  asystencyi  kozaków,  pojechał  do  miasta  po 

-aparata  potrzebne  dla  odprawienia  nabożeństwa. 

Przywieziony  ołtarz  ustawionó  na  pagórku,  o  wior­

stę  od  wojska,  na  rozdrożu  między  traktami  do 

^Stepankowic  i  do  Dubienki.  Lud  obiegł  ołtarz  do 

koła  i  otoczył  go  chorągwiami  i  znamionami  woje­

wództw,  ziem  i  powiatów,  których  było  54.  Dalej 

taborem  rozłożyły  się  fury,  bryki  i  powozy,  których 

się  zebrało  do  tysiąca.  Nabożeństwo  odprawił  ksiądz 

Anicety,  kapucyn  z  Lublina,  a  ksiądz  Ławrysie- 

wicz,  unita  z  Chełma,  wypowiedział  kazanie,  w  któ- 

Tem  wyjaśnił  słuchaczom  polityczne  znaczenie  zja­

zdu,  całą  ważność  chwili  obecnej  i  czego  ona 

wymaga  od  Polaków 

l

).  Po  nim  w  tym  samym 

duchu  wypowiedzieli  mowy:  Gregorowicz,  obywatel 

«  lubelskiego  i  Edward  Stawecki,  obywatel  z  pod 

Częstochowy.  W  końcu,  na  miejscu,  gdzie  się  od­

prawiało  nabożeństwo,  postawiono  ogromny  krzyż 

dębowy,  z  drzewa  wyrąbanego  w  pobliskim  lesie 

i  poświęcono  go  wraz  z  chorągwiami.  Potem  pod­
pisano  akt,  czyli  protestacyę,  ułożoną  jeszcze  w  Ste- 
pankowicach 

przez 

Gregorowicza, 

Brzozowskiego 

{literata), Szachowskiego (ucznia szkoły sztuk pię- 

*)

*) Według zeznań Majewskiego, ksiądz Lawrysiewicz, 

{Stanisław) był głównym organizatorem manifestacyi horo- . 

-delskiej.—(Tom III, str. 27).

background image

79

lcnych) i Sikorskiego (ucznia gimnazyum realnego 
:z Warszawy). 

)

Treść tego aktu była następująca:

„My,  niżej  podpisani,  deputowani  z  ziem  i  po­

wiatów  Polski,  w  granicach  przedrozbiorowych,'  ze­

brawszy  się  w  Horodle  dnia  10  października  1861 
roku  w  448-mą  rocznicę  Unii  Litwy  z  Koroną,  tym 

aktem  objawiamy  i  własnoręcznymi  podpisami  stwier­

dzamy,  źe  Unia,  która  wszystkie  ziemie  polskie  zje­

dnoczyła,  dziś  się  odnawia  na  zasadzie  uznania  praw 

wszystkim  ludom,  stanom  i  wyznaniom  służących, 
i  ze  ona  czyni  jeszcze  ściślejszym  związek,  mający 

na  celu  wyzwolenie  ojczyzny  i  ustalenie  zupełnej 

jej  niepodległości.  Prawa  nasze  polecamy  sumie­

niu  narodów  i  oddajemy  pod  sąd  rządów  konstytu­

cyjnych” ').

Kaleźy  tak*że  dodać,  źe  ,w  kilku  miejscach  za­

szły  ostre  spory  między  stronnikami  Kaczkowskie­
go  a  zwolennikami  Jurgensa,  spory,  które  omal  nie 

doprowadziły  do  krwawej  rozprawy.  Podejrzewano 

Korzeniowskiego  o  stosunki  z  rządem.  Zachowanie 
się  jego  w  niektórych  wypadkach  w  istocie  było 
dziwne.  Powszechna  zgoda  nastąpiła  dopiero  dnia 

12  października  w  Lublinie,  przy  obiedzie  w  miej­

skim  klubie,  gdzie  zebrani,  jak  twierdzą,  do  tysiąca 

osób,  przy  zwyczajowym  toaście  „kochajmy  się!” 

zaczęli  się  z  płaczem  ściskać  i  całować.  Mowy 
i  toasty,  w  czasie  uczty  wygłaszane,  wszystkie  wzy­

wały  do  jednego:  „by  się  jak  najśpieszniej  organi­

zować rewolucyjnie i jednoczyć się z ludem.”

Przy  rozstaniu  wiązano  się  „słowem  honoru” 

zebrania się podobnież w następnym 1862 roku.

Dnia 13 października odprawioną została Msza 

*)

*)  Wiadomość  wyjęta  z  raportu  generała  Chruszcze- 

wa  do  namiestnika  z  daty  bO  września  1861  roku  st.  st.; 

z  opowiadań  prywatnych  osób;  z  notat  robionych  na  miej­
scu  przez  naocznego  świadka  i  z  różnych  drukowanych 
źródeł. 

c

background image

80

święta  w  kościele  Dominikanów 

Lublinie,  po  któ­

rej  zbierano  jeszcze  od  obecnych  podpisy  na  pro­
test  liorodelski.  Akt  ten,  spisany  w  trzech  egzem­
plarzach  i  zaopatrzony  w  8,000  podpisów,  wysiano 
do Paryża, Londynu i Genui.

Druga proce^ya, zebrana w Uściługu i okoli- 

♦ 

cach zabuźnych, została zatrzymaną przy przepra­

wie na Bugu, wróciła napowrót do Uściługa, tam 
w kaplicy na cmentarzu wysłuchała nabożeństwa 

i spisała osobną protestacyę następującej treści: 

r „Protestacya! Spisana na granicy Horodła nad 

Bugiem w województwie lubelskiem, w ziemi chełm­

skiej, dnia 10 października 1861 roku.

„Ziemie,  składające  Polskę,  Ruś  i  Litwę  w  cza­

sie  zjazdu  horodelskiego  w  1418  roku,  który  niero­
zerwalnymi  węzłami  w  jedną  całość  je  zespolił, 
a mianowicie: 

województwa poznańskie, kaliskie,

sieradzkie,  ziemia  dobrzyńska...  (i  t.  d.,  jak  w  ode­

zwie),  będąc  dziś  wezwane  przez  swych  delegatów, 
zebrały  się  w  osobach  reprezentantów  wszystkich 
duchownych  korporacyi,  różnych  uczonych  towa­
rzystw,  uniwersytetów  i  innych  wyższych  naukowych 
zakładów,  redakcyi  polskich  i  ruskich  dzienników, 

wszelkich  istniejących  cechów  i  zorganizowanych 

stowarzyszeń,  wraz  z  kilku  tysiącami  ludu  wszyst­

kich  wyznań  i  w  uroczystej  procesyi  pod  znakiem 
Chrystusa  Zbawiciela  i  innemi  odpowiedniemi  reli- 

gijnemi  godłami,  wyruszyli  w  kierunku  do  Horodła, 

by  w  448-raą  rocznicę  połączenia  się  swego  złożyć 

Bogu  wszechmogącemu  dziękczynne  modły,  źe  nas 
wszystkich  w  niezmiennej  miłości  i  braterstwie  za­

chować  raczył,  pomimo  zgubnych  wpływów,  nieprzy- 

jaznych 

nam 

trzech 

państw 

rozbiorowych 

aby 

u  stóp  Jego  ołtarzy,  błagać  o  powszechne  odro­
dzenie  się  nasze.  Spotkani  atoli  i  zatrzymani  przez 

wojsko,  na  drugi  brzeg  rzeki  przeprawić  i  do  Ho­
rodła  dostać  się  nie.  możemy.  Odnawiamy  więc 

u  granicy  Horodła,  akt  tego  wiekopomnego  połą-  * 
czenia się narodów w całej jego doniosłości i mocy.

1

background image

Protestujemy  przeciw  przemocy,  przeciw  zgwał­

ceniu  praw  naszych,  przeciw  okrutnym  środkom, 
przez  rząd  użytym,  nakoniec  przeciw  samowolnemu 
podziałowi  Polski,  i  żądamy  przywrócenia  jej  nie­

podległości.  Ponieważ  akt  niniejszy,  z  powodu  obe­

cnego  stanu  rzeczy,  nie  może  być  przedstawionym, 

gdzie  należy,  jako  sporządzony  w  kraju  despotycz­
nie  rządzonym  i  nie  posiadającym  narodowej  repre­
zentacji,  zostanie  więc  ogłoszonym  we  wszystkich 

zagranicznych  dziennikach,  aby  doszedł  do  wiado­

mości  chciwych  i  nienasyconych  rządów,  z  łaski 
których  rozlegają  się  dzisiaj  jęki  zgnębionego  na­

rodu!" *).

Gdy  pod  Horodłem  rozgrywały  się  wyżej  opi­

sane  wypadki,  w  Warszawie  nie  przestawano  się 

modlić  za  pomyślność  ojczyzny.  Modlitwy  te  w  koń­
cu  doprowadziły  do  szeregu  manifestacyi,  zakończo­

nych  zupełnem  zerwaniem  z  rządem,  a  więc  tryum­

fem  party  i  czerwonych.  Wszystko  się  na  to  skła­

dało  niby  niespodziewanie,  tak,  jak  wiele  ważnych 

wydarzeń  bywa  następstwem  zbiegu  drobnych  i  na 

pozór nic nie znaczących okoliczności.

Dnia  3  października  zakończył  życie  arcybi­

skup  warszawski  ksiądz  Fijałkowski.  Był  to  czło­
wiek  małych  zdolności  i  nadzwyczaj  słabego  cha­

rakteru.  Do  1861  roku  mało  się  kto  nim  zajmował 
i-  o  nim  wiedział.  Wypadki  1861  roku,,  dla  których, 
pod  wpływem  kilku  zręcznych  kanoników,  mianowi­

cie  zaś  księży  Dźiaszkowskiego  i  Siekluckiego,  oka­
zał  współczucie,  zmieniły  o  nim  sąd  publiczności. 
On  pierwszy  podpisał  pamiętny  adres  do  cesarza. 

Następnie wiele rzeczy działo się w jego imieniu,

x

)  Wiadomości  z  kraju  str.  20—26.  Po  rosyjsku 

Bibliotieka dla człicnia rok 1864, luty, str. 29—83.

Biblioteka —T. 441.

6

background image

82

o  których  on  ani  wiedział;  rozsyłano  cyrkularze; 

przywdziewano  i  zrzucano  żałobę;  polecano  a  przynaj­
mniej  tolerowano  śpiewanie  hymnów  patryotycznych 

po  kościołach;  nareszcie,  przypisywano  mu  różne 
patryotyczne  przedstawienia  i  słowa,  których  albo 

nigdy  nie  wypowiedział,  albo  też  ich  użył  w  zupeł­

nie  innem  znaczeniu.  Wprawdzie  zdarzały  się  chwi­

le,  w  których  i  jemu  się  zdawało,  że  jest  przezna­
czony  do  odegrania  jakiejś  nadzwyczajnej,  opatrz­
nościowej  roli,  wtedy  się  unosił  fantazyą  i  popełniał 

błędy  nie  do  darowania.  Śmierć  takiej  osobistości 
była  ciężką  klęską  dla  stronnictwa  czerwonych. 
Nim  obmyślano,  w  jaki  sposób  uczynić  stratę  tę 
najmniej  dotkliwą  dla  sprzysięźenia,  pozostali  w  War­

szawie  agitatorzy,  postanowili  z  samego  faktu  śmier­
ci  arcybiskupa  osiągnąć  dla  stronnictwa  pewną  ko­

rzyść;  pogrzeb  zamienić  na  wielką  i  świetną  mani- 

festacyę  i  poprzeć  tem  niejako  obchód  horodelski. 
aby  choć  na  ^zas  pewien  powstrzymać  wybory, 

zwracając uwagę rządu i białych na co innego.

Naprzód  rozrzucono  w  tysiącznych  egzempla­

rzach  życiorys  zmarłego  arcybiskupa,  napisany  w  naj­

bardziej  patryotycznyin  duchu  ').  Następnie  ogłoszono 

kartami  pogrzebowemi  o  śmierci  i  o  porządku  od­
prawianych  nabożeństw  żałobnych,  które  trwały  od 

poniedziałku  do  czwartku.  Nakoniec  rozesłano  do 
wszystkich  miast  i  miasteczek  Królestwa  zaprosze­

nia  o  jak  najliczniejsze  przybycie  na  pogrzeb  do 

Warszawy  „godnego  wiecznej  pamięci  i  wiecznego 
żalu  arcybiskupa,  który  w  obecnej  chwili  rozruchów 

i  walki  z  rządem  przedstawiał  krajowi  osobę  pry­
masa, a prymas w podobnych chwilach (to jest w Czasie 
bezkrólewia),  jest  zastępcą  króla.  To  też  i  pogrzeb 

jego,  świetnością  i  znaczeniem,  równać  się  powinien 

pogrzebowi królewskiemu’

1 2

).

J

)  Przekład  rosyjski  w  Bibliotece  dla  człienia.  Luty 

1864 rok strona 24 i następne.

Aweyde tom II, str. 145.

background image

83

Dzień  pogrzebu  arcybiskupa  naznaczono  na  10 

października, 

jednocześnie 

obchodem 

horodel- 

skun. 

"

Na  oznaczony  dzień  lud  zewsząd  tłumnie  przy­

bywał.  W  wilię  pogrzebu,  koleją  Warszawsko-Wie- 

deńską  przybyło  około  700  osób  różnych  stanów 

I  z  Częstochowy,  Kutna,  Skierniewic  i  okolic.  Na- 
I  stępnie  przybyli  przedstawiciele  wszelkich  klas: 
I  z  Puław,  Czerska,  Hrubieszowa,  Łodzi,  Kempina, 
I  Miedzyszyna,  Bąbkowa,  Jeziorkowa,  Piaseczna  i  Wi- 
I  łanowa.  Każdą  taką  partyę  ‘prowadził  miejscowy 
I  proboszcz.  Wilanowska  weszła  do  miasta  proce- 
Isyonalnie  z  chorągwiami,  śpiewając  pieśni  patryo- 

tyczne.  Napływ  przybywających  był  tak  wielki,  że 

Iwielu nie mogło znaleźć mieszkania.

Generał-gubernator, przewidując manifestacyę,

I  chciał  sam  ułożyć  program  pogrzebu  i  zarządzić 
Ico  potrzeba,  ażeby  od  niego  w  niczera  nie  od- 
Istąpiono.  Lecz  duchowieństwo  przez  znanych  swych 
■  agentów  w  zamku,  uprosiło  u  namiestnika,  że  po- 
Izostawił  im  ułożenie  ceremoniału  pogrzebowego,  za- 
Istrzegając 

tylko, 

że 

zostanie 

on 

przedstawiony 

Igenerał-gubernatorowi 

do 

przejrzenia 

zatwier- 

I (lżenia.

Jak zwykle w takich wypadkach, natychmiast

■utworzył  się  komitet  pogrzebowy,  złożony  z  osób 
■duchownych  i  świeckich,  w  którym  naczelne  miejsce 
■zajął  kupiec,  Józef  Kwiatkowski.  Przystąpiono  do 

■rozwiązywania  najtrudniejszego  zadania,  to  jest  do 
■ułożenia  takiego  ceremoniału,  któryby  czyniąc  o  ile 

■możności zadość własnym wymaganiom, mógł otrzymać 
■aprobatę  władzy.  Łatwo  zrozumieć,  jak  wyobraźnia 
Łbradujących  przy  każdym  punkcie  programu  sięga­

ła  dalej,  niż  dozwalały  okoliczności  i  wybiegała  po 

zakreślone  granice.—W  końcu  jednak  odrzucono 

wszystkie  niespokojne  zachcianki  i  ułożono  pro­

gram  wcale  przyzwoity.  Gerstenzweig  odczytał  go 

i podpisał. Autorowie zaś liczyli na to, że traf,

li

background image

84

lub 

wypadek, 

może 

czyjeś 

,po 

za 

ich 

grona 

za­

rządzenie, Sprowadzą rozmaite pożądane dodatki.

Jakoż  w  istocie,  w  kilka  godzin  po  obradach 

pierwszego,  zebrał  się  drugi  komitet  dla  narad  nad 
tern  mianowicie,  coby  to  dodać  do  urzędowego  ce­
remoniału  i  jak.  to  zarządzić,  aby  nikt  temu  prze­
szkodzić  nie  zdołał.  Bardzo  być  może,  że  nieje­
den  z  zasiadających  w  pierwszym  komitecie,  przed­

stawiał  swe  pomysły  i  w  drugim,  niczem  już  nie 

krępowany.  Jakie  zaś  one  były,  zaraz  *  to  zoba­
czymy. 

Przy  wystawionych  zwłokach  w  pałacu  arcybi­

skupim  przez  cztery  dni  odprawiały  się  Msze  świę­
te  przy  ogromnym  napływie  ludu.  W  dzień  pogrze­

bu,  już  od  rana,  narodowi  konstable,  ustanowieni 
bez  zezwolenia  rządu,  pod  komendą  Józefa  Kwiat­

kowskiego,  Tomasza  Lebrun

ł

a  i  kilku  innych  mniej 

znanych  obywateli,  zaczęli  się  uwijać  po  ulicach, 

zalecając  kupcom  zamykanie  sklepów,  przedsiebier- 
com  zaś  i  rzemieślnikom,  by  czeladź  i  robotników 

uwolnili  od  roboty.  Przy  ulicy  Ogrodowej  ta  straż 

obywatelska  rozbiła  piwnicę  kupca  Knola  za  to,  że 

nie  chciał  usłuchać  ich  rozporządzenia.  Na  rynku, 
za  Żelazną  Bramą,  za  toż  samo  zniszczono  wysta­

wiony  na  sprzedaż  towar  pewnemu  bednarzowi.  Na 

Solcu,  gdy  robotnicy  nie  chcieli  odejść  od  budowy, 
obrzucono ich wapnem ‘).

0  godzinie  3*ciej  po  południu  wszystko  już 

było  zebrane  w  porządku  do  odbyć  się  mającej 

eksportacyi.  Pochód  wyruszył  z  pałacu  arcybisku­

piego  na  lewo  przez  ulice:  Długą,  Przejazd,  Bielań­
ską 

Tłomacką, 

Leszno, 

.Rymarską, 

Senatorską, 

"Wierzbową,  Saski  Plac  i  Krakowskie-Przedinieście 
obok Zamku do katedry.

Naprzód  szły,  podobnie  jak  na  pogrzebie  pię­

ciu ofiar i wszystkich uroczystych pogrzebach, sie-l 

l

l

) Sprawa A. WI Nr. 7.

background image

0

85

roty  i  starcy  warszawskiego  Towarzystwa  Dobro­

czynności  z  zarządem  i  członkami  towarzystwa.  Za 

niemi  postępowały  męskie  i  żeńskie  zakłady  nauko­
we.  Gimnazyum  realne  niosło  na  drzewcu  tablicę 

z  herbem  Polski  i  Litwy;  (tu  się  zaczynają  dodat-  * 

ki).  Uczniowie  medyko-chirurgicznej  akademii  cho­

rągiew  z  białym  orłem  i  trójkolorowemi  wstęgami. 
Za  nimi  szły:  szkoła  sztuk  pięknych,  instytut  rolni­
czy  z  Marymontu,  konserwatoryum  warszawskie  ze 
swym  dyrektorem,  artyści  i  literaci,  towarzystwo 
lekarskie,  cechy  z  chorągwiami  przyozdobionemi 
w  orły  polskie,  trójkolorowe  i  żałobne  wstęgi,  brac­
twa,  członkowie  arcybractwa  literackiego,  delegacya 

komitetu  pogrzebowego,  zakony  Sióstr  Felicyanek 
i  Sióstr  Miłosierdzia,  męskie  zakony,  duchowieństwo 
świeckie,  profesorowie  akademii,  kapituła,  ksiądz 

celebrujący;  krzyż  arcybiskupi,  niesiony  przez  jedne­
go  z  kanoników  katedralnych.  Następowała  trumna 

ze  zwłokami,  niesiona  na  barkach  a  przy  niej  resz­

ta  członków  komitetu  pogrzebowego.  Za  trumną 

korony:  polska  i  litewska  na  poduszkach,  obok  her­
by  Polski  i  Litwy  także  na  poduszkach,  dalej  wień­

ce  cierniowe.  Za  tem  postępowała  rodzina  niebosz­

czyka,  władze  rządowe  i  lud.  Karawan  próżny  za­
mykał  orszak  Na  Placu  Bankowym  na  spotkanie 
wyszło  duchowieństwo  żydowskie,  także  pod  znamie­
niem  z  herbami  Polski  i  Litwy,  i  stosownie  do  swe­
go  rytuału  przyłączyło  się  do  orszaku,  zajmując 

miejsce  zaraz  za  trumną.  Do  kościoła  oczywiście, 
nie weszło 

l

). O liczbie tłumów, towarzyszących 

* i

; <

*)  Najdrobniejsze  szczegóły  o  pogrzebie  znaleźć  mo­

żna  w  numerach  242  i  24ił  Gazety  Warszawskiej  z  1861  ro­

ku. Dziennik pułkownika Krywonosowa podaje, że Polską

i  Litwę  przedstawiali  na  pogrzebie  chłopak  i  dziewczyny 

odpowiednio  przebrane.  Polską  koronę  niosły  trzy  dziew­

czyny  w  bieli,  drugie  trzy  litewską.  Trzy  inne  niosły  wy­

szyte  herby  Polski  i  Litwy,  sześć  zaś  dziewcząt  niosło  wie­

niec  cierniowy.  Włościanie  ze  Skierniewic  byli  w  białych, 

z Wilanowa w granatowych sukmanach.

background image

pogrzebowi,'  są  różne  podania.  Jedni  oceniają  je 
na  100  tysięcy,  drudzy  podnoszą  cyfrę  do  150  ty­

sięcy.  Janczewski  zapewnia,  źe  gdy  trumna  z  cia­
łem  stanęła  na  progu  katedry  św.  Jana,  koniec  pro- 
cesyi  był  jeszcze  na  ulicy  Miodowej.  Sam  obrzęd 
eksportacyi,  rozpoczęty  o  godzinie  4-tej  po  południu, 

skończył się późnym zmrokiem.

Hrabia  Lambert  miał  zamiar  wziąć  osobiście 

wraz  ze  sztabem  udział  w  obchodzie  pogrzebowym 
i  przywdział  już  mundur.  Ha  dziedzińcu  stało  przy­
gotowanych  piętnaście  koni  wierzchowych.  Naraz 
dano  znać  o  godłach  narodowych  i  koronach.  Hra­

bia zdjął mundur i w surducie usiadł przy oknie.

Gerstenzweig  nieco  wcześniej^  dowiedział  się 

o  dodatkach  w  zatwierdzonym  przez  się  ceremonia­

le.  Poszedł  odwiedzić  zwłoki  przed  samą  eksporta- 

cyą,  a  potem  przeszedł  przez  ogród  na  ulicę  JDani- 
łowiczowską,  gdzie  na  niego  czekała  kareta  i  udał 

się  do  Zamku  ’).  Tam  zastał  zebranych  około  20 

osób,  między  nimi  Wielopolskiego,  Kryżanowskiego, 
Potapowa,  wszystkich  adjutantów  namiestnika,  swe­
go  adjutanta  Polenowa.  Wszyscy  stali  w  gabine-  ' 
cie  namiestnika  przy  oknach  i  przez  binokle  przypa­
trywali  się  pochodowi.  Okno,  przy  którem  siedział 

namiestnik,  było  na  pół  otwarte.  Naraz  dają  znać* 
źe  ze  straży  obywatelskiej  przyszedł  wysłaniec  z  proś­
bą  o  zamknięcie  okna,  stosownie  do  zrobionego 

w  dziennikach  ogłoszenia,  że  w  ulicach,  przez  które 
orszak  pogrzebowy  miał  przechodzić,  okna  mają  być 
pozamykane

2

). 

Lambert 

własnoręcznie 

zamknął 

okno

3

).  Gdy  się  ukazało  z  Krakowskiego  Przed­

mieścia  czoło  pochodu  ze  wszystkiemi,  wyżej  opisa- 
nemi,  chorągwiami,  herbami,  godłami  i  koronami* 

patrzący w milczeniu spojrzeli po sobie...

86

*) Wiadomość od Polenowa.

3

) Był to uczeń z gimnazjum realnego. 

8

; Polenow to widział.

background image

_ 87

Co  się  wówczas  dziać  mogło  w  głębi  duszy 

namiestnika,  w  jego  podejrzliwym  lecz  nieprzewidu- 

jącyra  umyśle?  Zachował  wszakże  do  końca  najzu­

pełniejszy  spokój  i  do  nikogo  ani  słowa  nie  prze­
mówił.  \Vogóle  przez  cały  czas  pochodu,  w  gabi­
necie  namiestnikowskim  panowała  grobowa,  ale  mi­

mo to niemniej wymowna cisza...

Nazajutrz,  dnia  11  października,  biskup  De- 

kert  odprawił  uroczyste  żałobne  nabożeństwo,  które 

trwało  od  godziny  7-mej  do  10-tej  z  rana.  Msza 
śpiewana  i  Castrum  doloris  zajęło  jeszcze  półtrzeciej 
godziny,  tak,  że  dopiero  o  pół  do  pierwszej  w  po­
łudnie ciało złożono w grobowcu pod katedrą.

W  czasie  nabożeństwa  mieli  mowy:  biskup 

Plater  i  kanonik  Rzewuski,  obie  z  róźnemi  patryo- 

tycznemi  wspomnieniami  i  życzeniami  na  przy­

szłość.

W  kościele  zbierano  składkę  na  „sprawę  oj­

czystą.”  a  młodzież  przypominała  o  nastąpić  mają­
cych  uroczystościach,  t.  j.  rocznice  zgonu:  Kościusz­

ki  15,  i  ks.  Poniatowskiego,  19  t.  m.  przyczem  roz­
dawano następujące drukowane plakaty:

t

„Rodacy!  We  wtorek  dnia  15  października, 

przypada  rocznica  śmierci  ś.  p.  Tadeusza  Kościusz­
ki, naczelnika narodowego powstania.

W  dzień  ten,  poświęcony  pamięci  nieśmiertel­

nej  wielkiego  męża,  zostaną  odprawione  nabożeń­
stwa  żałobne  we  wszystkich  kościołach,  oraz  w  sy­
nagogach  przy  ulicy  Daniłowiczowskiej  i  na  Na­

lewkach.

, W kościołach św. Jana i św. Krzyża nabo­

żeństwa rozpoczną się o godzinie 10-tej rano.

Uprasza 

się 

panów 

właścicieli 

magazynów 

i  sklepów  o  zamknięcie  lokali  przez  czas  nabożeń­
stwa  od  godziny  10-tej  z  rana  do  12-tej  w  po­
łudnie.” 

^

%

background image

88

ł

O  godzinie  2-giej  po  południu  obywatele  wraz 

z  przybyłymi  włościanami  udali  się  do  hotelu  Eu­

ropejskiego,  gdzie  był  przygotowany  obiad  na  200 

osób. 

pomiędzy 

gospodarzy 

uczty 

najwięcej 

krzątał  się  August  Zawisza,  obywatel  z  pod  Łowi­
cza,  brat  Artura,  powieszonego  w  1833  roku.  Nie 
ulega  wątpliwości,  że  między  „młodą  szlachtą” 
w  uczcie  brali  udział  i  niemłodzi,  ci  sami,  którzy 

tak  gorliwie  zajmowali  się  przeprowadzeniem  wybo­
rów  i  nazywali  takich  panów  Korzeniowskich,  Sza- 

chowskich,  Sikorskich,  szkodliwymi  i  pozbawionymi 

wszelkiego  zmysłu  politycznego,  podżegaczami.  Obe­
cnie i oni buchnęli płomieniem.

W  czasie  uczty  jakiś  poważny  i  niemłody  już 

włościanin  przy  toaście  odezwał  się  w  te  słowa: 

„Teraz  to,  panowie,  jesteście  za  jedno  z  nami,  a  gdy 

przyjdzie  co  do-^czego,  to  rzucicie  nas  na  pastwę 
Rosyaninowi,  jak  to  się  stało  w  1831  roku  i  przy­
szła bieda i na was i na nas.”

Przemówienie  to  wywołało  pewne  pomieszanie 

wśród  ucztujących,  zapanowała  głęboka  cisza.  Wów­
czas  obywatel  Bronikowski  wskoczył  na  stół  i  za­
wołał:  „Co  się  stało,  nie  odstanie!  Wtedy  wszakże, 

bracia!  inne  były  czasy;  teraz  coś  podobnego  po­

wtórzyć  się  nie  może,  teraz  chłop  taki  sam  czło­
wiek  jak  i  inni.  Jeśli  już  i  Żydzi  stali  się  naszy­

mi  braćmi,  czegóż  się  mają  obawiać  Polacy,  cho­
ciaż  są  chłopami?  Nie  przeszłość  wypominać,  lecz 

należy  nam  z  otuchą  patrzeć  w  przyszłość  i  korzy­

stać  z  chwili  obecnej,  której  hasłem  jest:  wolność, 

równość i niepodległość!”

Wszyscy  wznieśli  entuzyastyczny  okrzyk  i  ucz­

ta  zakończyła  się  bez  żadnych  dalszych  niespo­

dzianek, 

-

Oprócz  tego  obiadu,  studenci  medyko  -  chirur­

gicznej  akademii  i  starsi  uczniowie  gimnazym  real­
nego,  w  tym  samym  hotelu  osobno  podejmowali  wło­

ścian z Wilanowa. W czasie tego przyjęcia prze-

background image

89

mawiał  szewc  Hiszpański,  szczególny  kładąc  nacisk, 

że  „z  obywatelami  żyó  należy  w  jak  najlepszej  zgo­

dzie i nie pogardzać towarzystwem Żydów”.

O  godzinie  5-ej  włościanie  dobrze  podochoce- 

ni, wyszli z hotelu i wśród okrzyków: 

„Niech żyje

Warszawa!” 

wsiedli 

do 

przygotowanych 

dorożek 

i  omnibusów,  które  odwiozły  jednych  na  kolej,  dru­

gich  zaś  (Wilanowian)  do  rogatki  mokotowskiej.  Na 

koźle  pierwszego  powozu  siedział  włościanin  z  cho­

rągwią,  ofiarowaną  przez  obywateli  w  czasie  obiadu. 

Wilanowiacy  mieli  swoją  własną,  z  którą  przybyli 

do  Warszawy.  Urzędowy  fotograf  powstania,  Bayer, 

odfotografował całą tę scenę.

Tak  tedy  skończyły  się  owe  niepojęte  dnie 

10  i  11  października.  Społeczeństwo  znów  straciło 

głowę,  jak  w  lutym,  po  inanifestacyi  w  czasie  po­
grzebu  pięciu  ofiar;  stronnictwa  znów  się  zbliżyły 
i  niepodobna  było  prawie  odróżnić  białych  od  czer­

wonych.  Szachowski  i  jemu  podobni  zacierali  ręce. 

Wszyscy,  a  przynajmniej  z  bardzo  małemi  wyjątka­

mi,  nad  tem  tylko  przemyśliwali,  jakby  przedłużać 
manifestacye.  Ogłoszenia  o  nabożeństwie  za  Ko­

ściuszkę,  wiersze  na  cześć  bohatera,  drukowane 

w  drukarni  Banku  Polskiego,  obiegały  z  rąk  do  rąk. 

Zwłaszcza  dnia  13-go  października  zjawiło  się  wiele 
podobnych  plakatów.  Oto  jeszcze  jeden  taki  plakat: 
U  góry  przedstawiony  w  niewielkim  owalu  Kościu­

szko,  podnoszący  szablę  w  górę.  W  otoku  napis: 

„Tadeusz  Kościuszko”,  poczem  wydrukowano:  W  d. 
15  października  przypada  rocznica  zgonu  ś.  p.  Ta­
deusza  Kościuszki.  Dzień  ten  przeznaczony  na  ucz­

czenie  pamięci  wodza,  który  jako  posłannik  Boży, 

zesłany  dla  wyjarzmienia  i  odrodzenia  Polski,  do­

konał  pełnej  swej,  Bogu  i  ojczyźnie,  ofiary,  trzyma­

jąc  wysoko  i  niewzruszenie,  do  ostatnich  chwil  ży­

cia  ,  nieskalany  sztandar  polski  i  chrześcijański. 

Dźwigajmy  dalej  sztandar  ten  prawdy  i  wolności, 

naszemi poświęceniami, ażeby się stał triumfem, ra-

%

background image

90

dością  i  godłem  wielkości  i  szczęścia  dla  wielkiego 
w myśli Bożej ludu!”

„  Namiestnik  przy  całej  swej  ostrożności  i  uni­

kaniu  jawnego  wystąpienia  przeciw  spiskowi,  w  czem 
się  zawsze  obawiał  jakiegoś  niepomyślnego  zwrotu 

w  swej  osobistej  karyerze,  przyszedł  wreszcie  do 
przeświadczenia, 

że 

niepodobna 

dalej 

pobłażać, 

gdyż  się  ma  do  czynienia  nie  z  dorosłymi,  rozważ­
nymi  obywatelami  kraju,  lecz  z  jakiemiś  rozpuszczo- 

nemi  i  rozzuchwalonemi  dziećmi;  że  otaczający  go 
Polacy,  jakkolwiek  się  układają,  nie  mogą  być  po­
mocnikami  rosyjskich  rządców,  szczególniej  w  tak 

wyjątkowych  i  naprężonych  stosunkach  ').  Wieczo­
rem  więc  dnia  13  października  polecił  dyrektorowi 
swojej  kancelaryi,  rzeczywistemu  radcy  stanu  Ka- 
zaczkowskiemu,  przygotować  wszystko  do  ogłoszenia 

nazajutrz zrana stanu wojennego, przez rozesłanie
0  świcie  do  właścicieli  domów  drukowanego  o  tem 

obwieszczenia.

Rozporządzenie,  ułożone  jeszcze  w  marcu  r.  b., 

teraz nieco zmieniono, natychmiast wydrukowano

1  oprócz  rozlepienia  po  rogach  ulic,  rozesłano,  za- 
potwierdzeniem  odbioru,  wszystkim  właścicielom  do­

mów,  aby  nikt  niewiadomością  tegoż  nie  mógł  się 
tłómaczyć 

2

).

Przez  zaprowadzenie  stanu  wojennego,  zabro­

nione  zostały  wszelkie  tłumne  zebrania,  śpiewanie 
podburzających pieśni, składki pieniężne, rozsyłanie 

*)

*)  Członkowie  dawnej  delegacyi:  Chałubiński,  Kro- 

nenberg,  Szlenker,  Helbich  i  Zieliński  jeszcze  i  teraz  czy­
nili  starania,  czyby  się  nie  dały  dokończyć  wybory.  U  Hel- 

bicha  dnia  12  października  ułożono  nawet  listę  kandyda­

tów.  Gdzieś  także  ułożono  adres  do  namiestnika.  (Sprawa 

A. W. Nr. 7). Ale wszystko to już było z i późno.

*)  Niektóre  inne  rozporządzenia,  tyczące  się  zapro­

wadzenia  stanu  wojennego,  znajdują  się  w  rozkazie  oberpo- 

licmajstra  m.  Warszawy  z  dnia  1  (13)  października  1861  r., 
ogłoszonym we wszystkich dziennikach warszawskich.

background image

91

plakatów,  odezw  i  t.  p.  Wojenni  naczelnicy  byli 
uprawnieni  do  użycia  wszelkich  policyjnych  środ­
ków,  jakie  uznają  za  potrzebne  dla  przywrócenia 
spokojności.  Mogli  zamykać  w  każdej  chwili  sklepy* 

kawiarnie  i  inne  zakłady  publiczne;  mogli  nie  do­

zwalać  na  zebrania  publiczne  i  w  domach  prywat­
nych;  mogli  zarządzać  w  każdej  chwili  i  wszędzie 

rewizye,  aresztować  podejrzanych,  lub  bez  stałego 
zajęcia  wałęsających  się,  a  w  razie  oporu  mogli 
używać siły zbrojnej.

Oprócz  tego  nakazano  aż  do  dalszego  odwo­

łania  zamknąć  wszystkie  szynki  i  bawarye,  oraz  ogro­

dy  Saski  i  Krasińskich.  Dorożkarze  otrzymali  na­
kaz  natychmiastowego  zatrzymywania  się  na  żąda­

nie  policyi,  bez  względu  na  osoby  pasażerów.  Stu­

dentom  nie  wolno  było  wychodzić  na  ulicę  bez  uza­

sadnionej  potrzeby.  Więcej  nad  trzy  osoby  nie  mo­

gły się z sobą na ulicy zatrzymywać i rozmawiać.

Jednocześnie  wojska  zajmowały  wskazane  so­

bie  osobnym  rozkazem  dziennym  stanowiska  i  War­
szawa  powtórnie  przybrała  postać  oblężonego  miasta. 

Mieszkańcy  spoglądali  na  to  wszystko  ze  zdumieniem 

i  jakby  z  niedowierzaniem,  lecz  dzień  minął  spo­

kojnie.

W  ciągu  dnia  naradzali  się  czerwoni  nad  dal- 

szem  swem  zachowaniem  się,  czy  rząd  żartuje,  czy 

też  bierze  rzecz  na  seryo?  Tyle  dotąd  okazano  po­

błażania,  że  zdawało  się  niepodobnem,  aby  te  same 

władze,  tak  długo  powolne  i  cierpliwe,  przez  jedną 
noc,  naraz,  miały  się  zupełnie  zmienić.  A  tu  wła­

śnie  manifestacya  za  Kościuszkę  tak  dobrze  się  za­

powiadała,  tyle  nastręczała  wrażeń  i  budziła  na­

dziei czegoś niezwykłego...

Po  wszechstronnem  rozpatrzeniu  kwestyi,  po­

stanowiono  urządzić  „co  można,  co  się  da”,  i  w  tym 

celu  o  godzinie  9-ej  rano  wysłano  do  kościołów:  św^ 

Jana,  Bernardynów  i  św.  Krzyża,  gromadki  kobiet 

i  dzieci  z  poleceniem  odśpiewania  hymnów,  dla  wy­
próbowania, co z tego wyniknie. Wszakże młodzi

/

background image

/

*92

i  niedoświadczeni  przewódcy  tych  gromadek  na  śpie­
wy  się  nie  odważyli.  Wtedy  starsi  udali  się  tłum­

nie  do  kościołów,  pociągając  za  sobą  lud,  smutnie 
po  ulicy  błądzący.  A  byli  tam  ludzie  wszelkich  sta­

nów.  Około  godziny  11  po  wszystkich  kościołach 
zabrzmiał  uroczysty  śpiew  hymnów.  W  kościele  św. 

Jana  pozostawiono  katafalk  z  pogrzebu  arcybisku­
pa i umieszczono na nim portret Kościuszki.

Natychmiast  zawiadomiono  o  tern  namiestnika 

i  generał-gubernatora.  W  odpowiedzi  władze  otrzy­
mały  rozkaz  jak  najściślejszego  zastosowania  się  do 

przepisów,  wydanych  na  wypadek  tłumnych  zebrań 
po  kościołach.  Te  zaś  brzmiały:  „Kościół,  w  któ­

rym  hymny  zabronione  śpiewają,  otoczyć  wojskiem, 
a  gdy  lud  zacznie  wychodzić,  aresztować  wszystkich 

dorosłych mężczyzn, nie tykając kobiet i dzieci

1

).

Rozstawiono  więc  wojska  przed  każdym  z  rze­

czonych  kościołów  i  wydano  odpowiednie  polecenia. 

•Jednocześnie  zaś  przywódcy  manifestacyi  dali  hasło 

„nie wychodzić i nikogo nie wydawać”.

Skończyło  się  nabożeństwo,  lecz  z  kościołów 

nikt  nie  wychodził.  Tak  przeszedł  dzień  cały  i  noc 

nastała.  Żołnierze  broń  w  kozły  ustawili  i  na  uli- 

xach  pozapalali  ognie.  \Y  mieście  panowała  grobo­

wa cisza, nikt wszakże nie spał.

Z Zamku, gdzie byli zebrani wszyscy wyżsi 

'wojskowi i cywilni rosyjscy urzędnicy, z pewnym 

niepokojem przysłuchiwano się tej cmentarnej ciszy 

miasta, przerywanej od czasu do czasu brzękiem

ł

)  §  10.  Do  wszystkich  kościołów  wysłać  oddziały 

policyantów.  którzy  w  razie  śpiewania  zabronionych*  hym­

nów,  mają  zawiadomić  najbliższego  dowódcę  wojsk,  a  ten 
wyprawi  natychmiast  wojsko  do  kościoła,  w  którym  śpiewa* 

.ją.  Wojsko  do  kościoła  nie  wejdzie,  ale  gdy  lud  wychodzić 

z  niego  będzie,  aresztować  ma  mężczyzn,  a  przepuszczać 

dzieci  i  kobiety.  Przytem,  jeśli  można,  ma  być  obecnym 

jeden  z  policmajstrów.  W  każdym  zaś  razie  musi  być  ko­

niecznie obecny komisarz cyrkułowy.

background image

0

*

93

:

szabli o bruk lub chrzęstem zderzających się wy­

padkiem bagnetów. Żołnierze tylko szeptem z sobą, 
mówili.

Naradzano  się  nad  tern,  „co  począć  z  zam­

kniętymi  tłumami?”  Większość  była  za  tern, 

trzymając  się  ściśle  instrukcyi,  „czekać,  póki  nie  za­
czną  wychodzić,  a  wtedy  aresztować;”  że  zaś  w  koń­
cu  wyjść  muszą,  oczywiście,  nie  było  wątpliwości. 

Wiedziano  jnź  i  o  tern,  że  lud  przynosił  bułki  pod 

kościół  św.  Jana.  i  wrzucał  je  przez  okna  do  wnę­
trza, kędy można było.

Gerstenzweig  był  zdania  większości  i  uważał 

za  niestosowne  naruszać  w  czemkolwiek  tylko  co 
wydane  rozporządzenie.  Koło  północy,  czując  się 

bardzo  znużonym,  nie  spał  bowiem  przez  dwie  doby 

z  rzędu,  odjechał  do  siebie  do  pałacu  Bruhlow- 
skiego.

Gdy  się  tylko  dowiedziano  w  mieście  że  gene­

rał-gubernator  wyjechał  do  siebie,  natychmiast  przy­
był  do  niego  biskup  Dekert  z  prośbą  o  wypuszcze­
nie  ludu  z  kościołów,  nie  aresztując  nikogo.  Ger­
stenzweig  kazał  odpowiedzieć  przez  adjutanta:  „nie­

chaj  wychodzą,  nikt  nie  przeszkadza.  Co  zaś  do 
aresztowań, to o tern teraz rozprawiać nie pora”

1

).

W tym samym czasie przeor Bernardynów 

udał się do generała Chrulewa z taką samą pro­
śbą, lecz tu otrzymał zupełnie inną odpowiedź:. 

'Ciebie pierwszego powieszę, oto masz odpowiedź 

tym, co cię posłali” * *).

Gdy  obie  te  odpowiedzi  zakomunikowano  ko­

mu  należało  w  mieście,  ludzie  wszelkich  stanowisk 
i  stronnictw,  mniej  lub  więcej  zainteresowani  dolą 

zamkniętych  w  świątyniach  agitatorów,  zaczęli  prze- 

myśliwać nad sposobami uwolnienia uwięzionych,,.

*) Udzielone wraz z innemi szczegółami przez Pole

nowa.

*) Dziennik pułkownika Krywonosowa.

background image

*94

Czerwoni  proponowali  urządzenie  ogromnej  religij­

nej  procesyi  ze  wszystkich  kościołów  z  krzyżami 

i  chorągwiami,  licząc,  że  do  niej  przyłączą  się  ma­

sy  podrażnionego  mieszczaństwa,  kto  wie,  może  lu­

dność  całego  miasta.  Mając  zaś  za  sobą  całe  mia- 

-sto, już o coś pokusić się i czegoś dokazać można.

Niepewne  o  tych  zamysłach  wieści,  z  rozraaite- 

mi  dodatkami  i  upiększeniami,  doszły  do  uszu  nie­

których  dowódców  wojskowych.  Między  innemi  opo­

wiadano,  że  już  gdzieś  stoją  zgromadzone  ogromne 

zastępy  ludu  i  czekają  tylko  hasła,  aby  się  rzucić 

na  wojsko;  że  duchowieństwo  jest  zdecydowane  iść 

na czele w szatach i insygniach kościelnych i t. p.

Generał Chrulew,  nasłuchawszy się tego wszyst­

kiego  na  ulicach,  udał  się  po  północy  do  Zamku 
i  zdając  z  tego  sprawę  namiestnikowi,  dodał  wobec 

zebranych  generałów:  „chwila,  zdaje  mi  się,  bardzo 

niebezpieczna  i  wybuch  prawdopodobny.  Lud,  ma 
•się  rozumieć,  wojsku  nie  podoła,  ale  nastąpić  może 

krwawa  walka,  która  pochłonie  więcej  ofiar  jak 

♦dzień  8  kwietnia  Dla  rządu  zaś  to  zwłaszcza  bę­

dzie  nie  na  rękę,  że  wypadnie  nabić  całą  kupę  po­
pów, którzy nie omieszkają wystąpić na czele ludu.

Dla  zapobieżenia  tej  ewentualności,  Chrulew 

radził  zmienić  doraźnem  rozporządzeniem  §  10  in- 

^trukcyi,  i  „posłać  do  otoczonych-  wojskiem  kościo­
łów  oficerów  z  oddziałami  żołnierzy  bez  broni.  Ci 

mają  wezwać  przytomnych  do  wyjścia,  gdyby  zaś  te­

go  nie  usłuchano,  wtedy  wprowadzić  do  kościołów 
zbrojne oddziały wojska i wszystkich aresztować”.

Wielu  z  przytomnych  na  Zamku  wyższych  woj­

skowych  poparło  tę  propozycyę.  Po  krótkim  namy­
śle  namiestnik  zgodził  się  na  nią  i  upoważnił  gene­

rała  Chrulewa  do  wykonania  podanego  przez  siebie 

proj ektu,

Chrulew  wydał  zaraz  stosowne  rozkazy,  któ­

rych wykonania sam poszedł dopilnować.

Oddział  żołnierzy,  bez  broni,  pod  wodzą  ofi­

cera, znalazł kościół św. Krzyża pusty.

background image

95

V

Jedni  mówili,  że  lud  wyszedł  z  kościoła  przez 

zakrystyę  do  przytykającego  ogrodu  księży  Misyona- 

rzy,  a  ztamtąd  przez  klasztor  wyszedł  na  ulice:  Ma­

zowiecką  i  Świętokrzyską;  inni  zaś  twierdzili,  że  mię­

dzy  kościołem  św.  Krzyża  a  pałacem  hr.  Andrzeja 

.Zamoyskiego,  istniało  podziemne  przejście,  z  któ­

rego skorzystano ’)

Druga komenda weśzła do kościoła Bernardy­

nów, którą lud, broniąc się ławkami, lichtarzami 

kościelnemi i t. p., zmusił na razie do odwrotu. 

AVprowadzono zatem zbrojny oddział, który po krót- 

t

 kiern starciu, aresztował wszystkich mężczyzn i od­

prowadził ich do Zamku.

Aresztowanie 

kościele 

archikatedralnym 

i  metropolitalnym  świętego  Jana,  w  którym  było 
zgromadzone  całe  wyższe  duchowieństwo,  odbyło  się 

w  obecności  generałów:  Gerstenzweiga,  Kryżanow- 

skiego,  Werygina,  Potapowa  i  Chrulewa,  którzy  przy­

byli  na  miejsce  około  godziny  4  ej  nad  ranem  wraz 

ze  swymi  adjutantami.  Wszycy  byli  w  płaszczach 

z powodu dosyć dojmującego zimna.

Przy  przestąpieniu  progu  katedry  wszystkich 

tych  panów  uderzył  następujący  widok.  Świątynia 

<jała  była  rzęsiście  oświetlona.  "VV  pośrodku  głównej 
nawy  wznosił  się  wspaniale  przybrany  katafalk,  któ­
rego  srebrzysty  baldachim  zasiany  źałobnemi  łzami, 

zwieszał  się  z  pod  stropu  sklepienia.  Duchowień­
stwo,  w  srebrzystych  połyskujących  ornatach,  lud 
zaś  klęczący  w  milczeniu,  byli  zwróceni  twarzami 

ku wielkiemu ołtarzowi.

Generał Potapow odezwał się po polsku: „"Wy.

')  Przejście  podobne  rzeczywiście  istniało,  jak  o  tem 

■opowiadał  autorowi  jeden  z  oficerów,  który  wszedłszy  w  o- 

grodzie  domu  hrabiego  Zamoyskiego  do  groty,  istniejącej 

na  rogu  dzisiejszej  werandy,  murowanym  korytarzem  do­

szedł  do  zakrystyi  kościoła  św.  Krzyża.  Po  drodze  znalazł 

parasolkę damską.

background image

96

chodźcie panowie, gdyż w przeciwnym razie kazana 
was aresztować!"

Nikt  ani  słowa  nie  odpowiedział.  Zbita  masa 

ludu,  wstrzymując  oddech,  zdawała  się  skamieniałą,, 

jakby  nagłą  śmiercią  rażona,  klęcząc  w  milczeniu- 

Srebrny  katafalk  pałał  migocącemi  ogniami;  cała 
świątynia  jakby  przepełniona  była  światłem  i  mo­
dlitwą...

Niezmiernie  trudno  było  w  takiej  chwili  i  wśród 

takich  okoliczności  przystępować  do  aresztowań, 
a  jednak  nie  było  innego  wyjścia.  Stanowcze  roz-  , 

kazy  musiały  być  wykonane.  Żołnierze  wszedłszy 
do  kościoła  otaczali  ludzi  małemi  partyami  i  odpro­

wadzali  ich  do  Zamku.  Jeden  z  księży  w  srebrno- 
litej  kapie  z  krzyżem  w  ręku,  szedł  przez  całą  dro­
gę  modląc  się  z  brewiarza;  przybywszy  do  głównej 

strażnicy  zamkowej  wnet  usnął  ze  znużenia.  Jedni 
oddawali  się  w  ręce  wojska  w  milczeniu  i  bez  opo­

ru;  inni  zaś  stawiali  opór  żołnierzom  i  w  wielu  miej­
scach przychodziło do zaciętej walki '). 

*)

*)  Pułkownik  Krywonosow  w  swym  dzienniku  poda­

je  następujące  szczegóły  o  tych  aresztowaniach:  Gdy  wypro­

wadzono  pierwszą  partyę  aresztowanych  z  kościoła  św.  Ja­

na,  Chrulcw  krzyknął  do  żołnierzy,  „a  bijcie  w  kark  tych. 

gałganów"  Werygin  zrobił  uwagę,  że  to  niepotrzebne.  „Co,, 
niepotrzebne?  —  zakrzyczał  dalej  Clirulew,—oni  bili  żołnie­

rzy.  a  my  ich  za  to  może  po  główkach  mamy  głaskać?  Gdy­

by  główek  nie  głaskano,  nie  byłoby  tego  wszystkiego".  — 
Wszczął  się  krzyk,  z  okien  zaczęli  ludzie  wyglądać  i  głośno 
wyrażać  swoje  oburzenie.  —  „Milczeć—zaryczał  Chrulew  — 

pierwszego  kto  się  odezwie,  każę  bagnetem  przebić!"—Wje- 

dnej  chwili  zapanowała  cisza.  Gromadki  wychodziły  z  ko­

ścioła  i  szły  do  Zamku  zupełnie  spokojnie.  Blask  z  latarni 

padł  ną  czyjąś  twarz.—  „Żyd

M

  zawołało  kilka,  głosów.  „Po­

wiesić  Zyda“—odezwał  się  żartem  Chrulew.—Żyda  odprowa­

dzono  także  na  strażnicę  zamkową.  Aresztowań  dopełniał 

pułk  Schlusselburski  i  oddawał  aresztowanych  pułkowi  JŁa- 
dożskiemu.  Między  aresztowanymi  znalazł  się  jeden  oficer 

Polak,  ze  Smoleńskiego  pułku  piechoty  i  junkier  Miedwie- 

diew, który z kochanką poszedł do kościoła.

v

background image

.Al'

97

Jak  tylko  zaczęto  w  kościele  aresztować,  na 

wieży  katedralnej  odezwał  się  dzwon  pojedynczy; 
smętny  głos  jego  rozległ  się  w  przestrzeni,  wśród 

ponurej  ciszy,  panującej  w  mieście.  Z  początku, 

wśród  zgiełku  na  dole,  nikt  na  to  nie  zważał,  lecz 
wkrótce  niejednego  z  dowódców  metaliczny  ten  jęk 
drażnić  począł  Pierwszy  nie  wytrzymał  Gersten- 

zweig  i  zawołał:  „zrzućcie  mi  tego  przeklętego 

dzwonnika  z  wieży  Lecz  nie  łatwo  było  dostać 
się  do  niego:  sień,  schody  na  wieżę,  natłoczone  były 

ludem;  w  ciemności  trzeba  było  pojedynczo,  jedne­
go  po  drugim  aresztować,  a  dzwon  tymczasem  ję­
czał i jęczał...

Około  godziny  5-ej  zrana  opróżniono  kościół, 

a  aresztowanych  przeprowadzono  z  Zamku  do  cy­

tadeli.

—  A wielu ich jest?—zapytał Gerstenzweig.

—  Od  dw  óch  do  trzech  tysięcy  —  była'odpo­

wiedź.

—  Co  my  z  nimi  zrobimy?  Quelle  terrible  hi

htoire!

Na to odezwał się Potapow:

—  Wszystkich  do  lat  16  osiec  rózgami  i  uwol­

nić,  zaś  od  16  do  45  lat  wziąć  do  wojska,  starszych 

także wypuścić... z nauczką”.

Gdy  się  zupełnie  rozwidniło,  w  mieście  zaki- 

piało  jak  w  kotle.  Zdawało  się  istotnie,  że  lada 
chwila  wybuch  nastąpi.  Kupy  ludu  tłoczyły  się  po 

ulicach,  wydając  groźne  okrzyki;  potrzeba  było  tyl-  * 
ko  jakiego  energicznego  wodza,  a  wybuch  był  mo- 
żebny,  prochu  dosyć  było  nagromadzonego,  jedna 

iskra  wystarczała,  lecz  właśnie  tej  iskry  w  owej 

chwili  zabrakło,  może  jej  wcale  nie  było  w  War­

szawie,  a  może  tlała  utajona  wśród  aresztowanych 

w cytadeli. Puszczono na ulice kilka sotni kozaków, 

*)

*) Wiadomość od pułkownika Kuczyńskiego, stojące' 

go wtedy obok generał-gubernatora.

Biblioteka.. — T 411. 

7

background image

98

a  ci  wkrótce  nahajkami  krzykaczy  uspokoili.  Około 

południa  zapanował  zupełny  spokój.  Chirurdzy,  na 
wszelki  wypadek  zawezwani  do  Zamku,  zostali  od- 

prawieni do domów.

Wśród  tej  ciszy,  wszystko,  co  pozostało  bar­

dziej  wpływowego  w  Warszawie,  pośpieszyło  do  kon- 

systorza  na  naradę,  w  której  ze  strony  duchowień­
stwa  wzięli  udział  biskupi:  Majerczak  —  kielecki 

i  Juszyński—sandomierski,  ksiądz  Białobrzeski,  wy­
brany  administratorem  archidyecezyi  warszawskiej, 

oraz  kanonicy:  księża  iSieklucki,  Dziaszkowski  i  Rze­
wuski 

l

)

W  pierwszej  chwili  całe  to  zgromadzenie  wrza- 

1

  ło  oburzeniem.  Wyrzucano  nawzajem  sobie  i  całej 

ludności,  że  w  takiej  chwili  nie  powstali  wszyscy, 

jak  jeden  mąż.  Gdy  pierwsze  wrażenie  minęło,  za­

częto  radzić  o  losie  zamkniętych  w  cytadeli...  Dziś 

jeszcze  wszyscy  na  miejscu,  lecz  już  jutro  z  mocy 

przepisów  stanu  wojennego,  lub  też  wprost  z  zarzą­
dzenia  władz  wyższych,  mogą  być  porozsyłani  ‘na 
Sybir,  czy  do  więzień  fortecznych,  a  nawet  wprost 

na  śmierć  skazani!”  Między  uwięzionymi  znajdowali 
się  i  synowie  najpierwszych  rodzin  w  kraju,  to  też 

niejeden  z  zasiadających  na  naradzie  konsystoryal- 
nej,  gotów  był  wszystko  poświęcić,  grosz  ostatni  od­

dać,  byle  natychmiast  dzieci  swe  ujrzeć  wolnemi  *). 

„Cóż  więc  robić?  jakie  przedsięwziąć  środki,  aby 

czemprędzej  zamkniętych  z  cytadeli  uwolnić?  Co 
wogóle  robić  w  tej  strasznej  chwili,  gdy  z  powodu 

zaprowadzonego stanu wojennego, nawet ruch swo-

*)  Wiadomości  udzielone  przez  Kazaczkowskiego,  któ­

ry  dodał,  że  w  ciągu  całego  1861  r.,  a  nawet  i  później  nie 

było  ani  jednej  chwili,  jego  zdaniem,  bardziej  groźnej,  jak 
ranek dnia 16 października.

Imiona  świeckich  osób,  które  uczestniczyły  w  na­

radach  tego  posiedzenia  w  konsystorzu,  pomimo  najgorliw­

szych  poszukiwań,  pozostały  niewykryte.  «3am  fakt  ich  obe­

cności zupełnie stwierdzono.

background image

•99

bodny  po  ulicach  jest  utrudniony?  Okropniejszej 

i  bardziej  przygnębiającej  chwili  Warszawa  nie  pa­

mięta”.

Wśród  różnych  zdań  i  sporów,  któryś  z  księ­

ży  postawi!  wniosek,  aby,  nie  tracąc  daremnie  słów 

i  czasuj  przedewszystkiem  „zamknąć  znieważone  ko­
ścioły,  z  mocy  praw,  przysługujących  duchowień­

stwu, wedle postanowień papieskich”.

Myśl  ta  wszystkich  uderzyła  i  zaraz  na  miej­

scu,  nie  zazierając  do  ustaw  i  przepisów  prawa  ka­

nonicznego,  (z  których  niektóre  usprawiedliwiały 

postępowanie  rządu),  ułożono  następującą  odezwę 

konsystorza  warszawskiego  do  duchowieństwa  kato­

lickiego w Warszawie:

„Warszawa, dnia 16 października 1661 r.

Główny  Konsystorz  Archidyecezyi  warszaw­

skiej  do  wielebnych  administratorów  kościołów  pa­
rafialnych i duchownych zgromadzeń w -Warszawie.

„Z  powodu  znieważenia  dzisiejszej  nocy  ko­

ściołów:  świętego  Jana  i  Bernardynów  w  Warsza

7

 

wie,  takowe  na  mocy  rozporządzenia  JW.  Admini­
stratora  Archidyecezyi,  zostają  z  dniem  dzisiejszym 

zamknięte,  i  do  czasu  ich  ponownego  otwarcia,  ża­
dne  nabożeństwo  nie  może  być  w  nich  odprawiane. 
Nadto,  unikając,  ażeby  i  inne  świątynie  Pańskie 
nie  uległy  podobnym  napadom  i  znieważeniu,  JW. 

Administrator  poleca,  z  dniem  jutrzejszym  zamknąć 
wszystkie  kościoły  i  kaplice  w  Warszawie  aż  do 

dalszego  rozporządzenia,  to  jest  do  czasu,  póki  nie 

otrzyma  zapewnienia,  że  rzeczone  świątynie  nie  ule­
gną  podobnej  zniewadze  i  że  lud  wierny  będzie  miał 
możność  zupełnie  bezpiecznego  zgromadzania  się 
dla  zanoszenia  modłów  do  stóp  Przedwiecznego.”— 

Podpisali:  ks.  August  Sieklucki,  kanonik  i  sędzia 

surogat katedralny; ks. Cieślewski, sekretarz.

Odezwa  ta  w  mgnieniu  oka  stała  się  wiadomą 

całej Warsząwie. Wszystkie kółka i stany czytały

background image

100

ją z uniesieniem. Namiestnik nieomieszkał także

0  niej się dowiedzieć i z zawezwanym księdzem ad­

ministratorem już o godzinie 9-ej zrana dnia 16-go, 

października miał gorącą z tego powodu prze­
prawę.

Ksiądz  Białobrzeski,  pozostający  pod  wpływem 

tych  samych  ludzi,  którzy  rządzili  zmarłym  arcybi­
skupem Fijałkowskim, przytem również słabego, jak

1  zmarły,  charakteru,  powtarzał  namiestnikowi  to, 

co  mu  natchnęli  jego  doradcy  i  pomocnicy.  Przed­

stawił  namiestnikowi  wzruszającą  scenę  aresztowań 
„zbyt  pośpiesznych  i  nieoględnych”,  i  kończąc  do­

dał:  „że  rozporządzenie  o  zamknięciu  kościołów  je­
szcze  nie  jest  wykonane  i  może  być  zmienione,  je-  * 

żeli  wszyscy  uwięzieni  co  do  jednego  natychmiast 

zostaną  uwolnieni,  a  duchowieństwu  będzie  danem 

zapewnienie,  że  podobne  sceny  w  przyszłości  się  nie 

powtórzą

Zmieszany  i  chory  namiestnik,  który  już  trze­

cią  dobę  oka  nie  zmrużył,  nie  chcąc  się  spierać 

z  administratorem  w  kwestyi,  której  jako  świecki, 

dobrze  nie  rozumiał,  a  przytem  i  z  innych  wzglę­

dów  nie  chcąc  jej  stawiać  tak,  by  duchowieństwo 

nabrało  przekonania,  że  jest  siłą,  której  rzeczywi­
ście  nie  da  się  przełamać,  oświadczył  administratoro­

wi,  że  ze  swej  strony  „  uczyni  co  możliwe  dla  uspo­
kojenia  umysłów,  lecz  ma  niepłonną  nadzieję,  że  i  du­

chowieństwo  ze  swej  strony  tak  samo  postąpi”.  — 
Tern pożegnał księdza administratora.

Przyzwany  niezwłocznie  prezes  komisyi  śled­

czej,  pułkownik  Lewszyn,  otrzymał  polecenie,  by  się 
„natychmiast udał do cytadeli i tam wspólnie z ko*

') Na mocy jakoby testamentu ś. p. księdza Fijał­

kowskiego, administratorowi zostały dodane w charaterze 

doradców też same osobistości, które przy zmarłym arcybi­

skupie ten sam urząd pełniły, mianowicie księża kanonicy: „ 

Sieklucki i Dziaszkowski.

v

background image

101

mendantem  fortecy,  generał-majorem  Jermołowem, 

dopełnili  jak  najśpieszniej  rozklasyfikowania  uwię­

zionych,  z  których  mniej  winni  mają  być  natych­
miast  uwolnieni,  biorąc  przytem  i  wiek  uwięzionych 

pod uwagę *).

Lewszyn  należał  'do  rzędu  tych  oficerów,  sta­

rego,  mikołajewskiego  autoramentu,  z  którymi  Po­

lacy  umieli  doskonale  sobie  radzić.  Zawezwanie 
Lewszyna  do  Zaniku  i  wyprawienie  go  ztamtąd  znie- 

ograniczonem  pełnomocnictwem  więzienia  lub  uwol­

nienia  kogo  uzna  za  stosowne,  było  w  jednej  chwili 

wiadome  wszystkim,  komu  na  tern  zależeć  mogło. 
Ojcowie  zapędzonych  do  cytadeli,  rozmówili  się  jak 

przystało  z  tym  wszechpotężnym  dygnitarzem,  za­

nim  się  jeszcze  udał  do  cytadeli.  On  sam  ułatwiał 
te  rozmowy;...  następnie,  przybywszy  do  twierdzy, 
wykazał  się  przed  komendantem,  własnoręcznem 

upoważnieniem  namiestnika,  pośpiesznie  napisanem 

na  ćwiartce  papieru  i  wspólnie  udali  się  na  rozga- 

tunkowanie uwięzionych.

W  jaki  to  mianowicie  sposób  się  odbywało, 

niewiadomo.  To  pewna  tylko,  że  generał  Jermo- 
łow,  prawie  w  tern  nie  brał  udziału,  i  raczej  się  tyl­

ko  przypatrywał  odgrywającej  się  przed  jego  oczy­

ma  scenie,  uśmiechając  się  lub  wzruszając  ramio­

nami.

Do  godziny  11-ej  przed  południem  największa 

ozęść  aresztowanych  była  już  wolną.  Między  uwol­
nionymi  znajdowali  się  wszyscy  majętniejsi,  oraz 
najbardziej wpływowi agitatorzy, śmiało rzec mo-

*)  Ze  stów  Lewszyna,  który  nadto  przytoczył,  że  gdy 

jnż  do  drzwi  dochodził,  namiestnik  jeszcze  go  zwrócił  i  po­

wiedział:  Nie  żenuj  się  pan  i  nie  ścieśniaj!  Już  w  czasie 

opowiadania  Lewszyn  był  zmieszany  i  unikał  odpowiedzi 

na  wiele  zapytań.  Niektóre  zaś  odpowiedzi  były  wprost 
nieprawdziwe,  jak  się  później  okazało  z  opowiadań  innych, 

zupełnie  wiarogodnych,  osób,  doskonale  wtajemniczonych 
w tę sprawę.

background image

102

zna,  cały  ówczesny  komitet  centralny  z  bardzo  ma- 

łemi  wyjątkami.  W  cytadeli  pozostali  ci,  których 

właściwie  najpicrwszych  należało  uwolnić,  uliczny 

motłoch, gawiedź, jak ją nazywali Polacy.

Generał-gubernator,  przynajmniej  do  południa, 

nic  o  tern  wszystkiem  nie  wiedział.  O  godzinie  9-ej 

rano,  odbierając  od  komendanta  miasta  Warszawy,, 
generał-majora  Bebutowa,  codzienny  raport,  i  do­

wiedziawszy  się,  że  tenże  jedzie  do  cytadeli,  polecił 
mu  zajrzeć  do  uwięzionych  i  zarządzić  co  potrzeba,, 
aby  im  na  niczem  niezbędnem  nie  zbywało,  szcze­

gólniej  zaś  zwrócić  uwagę  na  jedzenie  i  posłanie

1

)* 

Poczem  przyjął  jeszcze  kilka  osób,  od  których  do­

wiedział  się  o  wszystkiem,  co  zaszło  po  jego  odda­

leniu  się  na  Zamku,  a  także  i  o  tern,  w  jaki  sposób 

i  przez  kogo  odbyło  się  rozgatunkowanie*  i  uwalnia­
nie  więźniów  z  cytadeli.  Udał  się  na  Zamek  i  tu 

miało  miejsce  sam  na  sam  z  namiestnikiem  to  wa­

żne  zajście,  o  którem  krążą  najrozmaitsze  pogłoski 
i  opowiadania,  lecz  które  do  dnia  dzisiejszego  po­

kryte jest tajemnicą.

Najbliżsi  obu  tych  mężów  stanu  sądzą,  że  Ger- 

stenzweig  wypowiedział  namiestnikowi  z  całą  do- 
sadnością  i  bez  ogródek,  całą  nieprzyzwoitość  i  sła­
bość  jego  zachowania  się  w  nocy  z  15  na  16  paź­
dziernika  i  rano  dnia  16  października.  „Zmieniać 

własne  zarządzenia  wskutek  przyniesionych  z  ulicy 
plotek  o  jakichś  gotujących  się  procesyach,  o  po-

*)  Wiadomość  od  księcia  Bebutowa  Przy  wjeździe 

do  cytadeli  koło  godziny  10-tej  zrana,  książę  z  niemałem 

zdziwieniem  spotkał  dwie  partye  uwięzionych,  mniej  więcej 
do  500  ludzi,  idących  wolno  do  miasta.  Potem  na  dzie­

dzińcu  cytadeli  ujrzał  jeszcze  jedną  taką  partyę.  Zabawiw­

szy  z  godzinę  w  twierdzy,  przez  który  to  czas  ciągle  prze­
glądano  i  uwalniano  więźniów,  generał  przekonał  się,  jse 

niema  co  tak  bardzo  się  troszczyć  o  słomę,  materace  i  in­
ne  szczegóły.  Wracał  do  Bruhlowskiego  pałacu,  aby  zdać 

sprawę  z  tego  co  widział,  generał  -  gubernatorowi,  lecz  nie 

zastał go już w domu, gdyż odjechał do Zamku.

background image

103

wszechnem  powstaniu;  wywołać  krwawe  starcie  woj­
ska  z  ludem  w  świątyniach,  uwięzić  kilka  tysięcy 

osób,  a  po  5—6  godzinach  wszystkich  uwolnić,  cho­
ciaż  między  niemi  byli  i  ci  prawie  wszyscy,  których 

już  od  dawna  należało  pozamykać;  to  więcej  niż  sła­

bość  charakteru,  to  czyny  człowieka,  który  albo  zu­

pełnie  w  danych  “okolicznościach  stracił  głowę,  albo 

jest zdrajcą!”

Przytem  mógł  on  wypowiedzieć  i  to  wszystko, 

co się u niego dawno tłumiło na dnie serca, to

0  czem  milczał  ze  względów  przyzwoitości,  nie  chcąc 

zrywać  chociażby  pozornie  dobrych  stosunków,  któ­

re  były  konieczne  dla  dobra  wspólnej  sprawy;  wszyst­
ko  to,  co  się  uzbierało  od  czasu  wyjazdu  z  Peters­
burga:  te  bezpodstawne  podejrzenia,  chorobliwe  nie­

dowierzanie względem dawnego towarzysza broni

1 przyjaciela,  nietaktowna  zmiana  zachowania  jeszcze 

przed wyjazdem do Warszawy’)...

Powiadają,  że  wskutek  sprzeczki  tak  głośnej, 

że  odgłos  jej  dochodził  do  zebranych  w  drugim  po­

koju,  pomimo  drzwi  zamkniętych  i  spuszczonych  por- 
tyer,  namiestnik  i  Gerstenzweig  wyzwali  się  nawza­

jem  na  pojedynek.  Dla  uniknienia  skandalu,  posta­

nowili  odbyć  ten  pojedynek  na  sposób  amerykański, 
los  miał  decydować  i  Gerstenzweig  wyciągnął  zło­

wieszczą gałkę.

Tak  opowiadali  i  opowiadają  do  dzisiaj  w  War­

szawie.  W  Petersburgu  dodawano  tylko,  że  Gersten­

zweig  postąpił  zbyt  po  rycersku,  i  że  gdyby  los  fa­

talny  wypadł  Lambertowi,  ten  by  napewne  życia 

sobie nie odebrał

2

). 

*)

*)  Bebutów  przyjechał  do  Zamku  za  Gerstenzweigiem, 

by  mu  zdać  sprawę  z  tego  co  widział  w  cytadeli.  Wszyscy 
zauważali,  że  Gerstenzweig  wyszedł  z  gabinetu  namiestnika 

cały  rozczerwieniony  i  niezmiernie  wzburzony.  Zaledwie 
Bebutów  zaczął  mówić.  Gerstenzweig  mu  przerwał,  mówiąc: 

^wiern o wszystkiem

-

 i zaraz odjechał. '

ł

)  Generał  Chrulew  opowiadał,  że  ciągnęli  węzełki, 

zaś  generał  Tuchołko  mówił,  że  właśnie  generał  Chrulew 

trzymał chustkę z supełkami.

background image

104

Na  pewne  to  tylko  wiadomo,  że  Gerstenzwcig 

wyjechał  z  Zamku  o  godzinie  5  po  południu  nad­
zwyczajnie  wzburzony  i  przywoławszy  do  siebie 

Lewszyna, złajał go od ostatnich słów.

Pułkownik  Krywonosow  tak  opisuje  to  spotka­

nie:  Gdy  Lewszyn  przybył  do  generał-gubernatorn, 
ten  zaraz  krzyknął  z  gniewem:  „czyśmy  na  to  areszto­

wali,  byś  pan  potem  wszystkich  uwolnił?  Jesteś  pan 

zdrajca  i  podły!”  Uczyniłem  to  na  wyraźny  rozkaz 

namiestnika  —  tłómaczył  się  Lewszyn.  —  „Rozkaz 
był  dany  inny,  niż  to  coś  zrobił!”  i  tu  posypał  się 

grad  takich  epitetów,  że  Lewszyn  wyleciał  z  gabi­

netu  jak  z  procy,  zbiegając  zaś  ze  schodów,  potknął 

się i upadł, przyczem zranił się w czoło.

Gerstenzweig  zwykle  o  godzinie  5  w  domu 

jadł  obiad.  Tym  razem  zasiadł  do  stołu  z  rzeczy­

wistym  radcą  stanu  Czestilinem,  dyrektorem  swego 

biura,  i  z  adjutantami  Weimarnem  i  Polenowyni. 

Weimarn  był  właściwie  adjutantem  ministra  wojny, 

i  towarzyszył  Gerstenzweigowi  do  Warszawy,  jako 

jego  dawny  i  zażyły  przyjaciel,  chcąc  byó  z  nim  ra­

zem  w  takich  ciężkich  i  niespokojnych  czasach. 

W  czasie  obiadu  był  niezwykle  blady,  siadając  po­
wiedział:  „coś  niezdrów  jestem

u

  i  nic  do  ust  nie 

wziął.  Kilka  razy  kładł  głowę  na  stole,  na  skrzy­

żowanych  rękach.  Ma  się  rozumieć,  że  wszyscy  byli 
w  jak  najgorszem  usposobieniu  i  mało  co  jedli,  mil­
cząc.  Pod  koniec  obiadu  Czestilin  się  odezwał: 

„ależ  generale,  zjedz  cokolwiek  i  napij  się  wina, 

niepodobna  choć  trochę  się  nie  posilić.

u

  Gersten­

zweig  wypił  pół  kieliszka  białego  wina.  Po  obiedzie 

położył  się  w  swoim  gabinecie,  nie  rozbierając  się, 

w  surducie,  na  skórzanej  sofie  i  nie  kazał  nikogo 
przyjmować.  Tak  prawie  bez  ruchu,  przeleżał  cały 
ten  wieczór.—Bebutow  powiada,  że  po  dwakroć  za- 

zierał  do  gabinetu,  lecz  Gerstenzweig  leżał  z  zam- 
kniętemi oczami, udając śpiącego.

Nazajutrz generał-gubernator wstał o godzinie 

7 z rana, nabił rewolwer i pod oknem strzelił w czo­

background image

105

ło dwa razy. Pierwsza kula ześlizgnęła się po czasz­

ce, przebiła firankę i ugrzęzła w ramie od okna. 
Drugi strzał przebił czaszkę, zrządzając jedenaście 
pęknięć kości, kula ośliznęła się po wewnętrznej 
powierzchni czaszki i nie naruszając mózgu utkwiła . 
w potylicy ‘). Nieszczęsny nietylko ‘ ze żył, lecz . 

zachował całą przytomność. Doszedłszy do łóżka 

w drugim pokoju, z którego [tylko co powstał, po­

łożył się i zadzwonił").

W  domu  nikt  nie  słyszał  wystrzałów.  Lokaj, 

który  pośpieszył  na  odgłos  dzwonka,  spostrzegłszy 
generała  krwią  zbroczonego,  wpadł  do  adjutanta 

Weimarna.  Gdy  ten  wbiegł,  Gerstenzweig  najspo­

kojniej  rzekł  do  niego:  hnacjinez  vous

1

  deux  coups  et 

je  ne  sais  pas  encore  mort.—Co  dalej  z  sobą  mówili, 

pozostało przy Weimarnie.

O  godzinie  9  przyjechał  Lambert,  a  chcąc  po­

zostać  sam  na  sam  z  chorym,  dał  znak  Weimarno- 

wi  by  wyszedł,  ten  atoli  przedstawił  mu,  że  bez 

rozkazu  swego  naczelnika,  uczynić  tego  nie  może. 

„Kaź  pan",  rzekł  Lambert;  Gerstenzweig  z  widoczną 

niechęcią znak powtórzył...

Co  z  sobą  mówili  „starzy  przyjaciele",  pozo­

stało  między  nimi.  Pułkownik  Kuczyński  opowiadał, 

jakoby słyszał od Weimarna, że po wyjściu Lam- 

* •)

*) Urzędowe sprawozdanie doktorów Lebruna, Girsz- 

towta i Korzeniowskiego.

•)  Prawdopodobnie  Gerstenzweig  juz  16  października 

wieczorem  chciał  swój  zamiar  przyprowadzić  do  skutku 
i  w  tym  celu  wychodził  do  ogrodu,  lecz  .Weimarn  jakby 

w  przeczuciu,  troskliwie  go  śledził  i  w  tern  mu  przeszkodził. 

Opowiadają,  że  Gerstenzweig  miał  przy  sobie  zawsze  rewol­
wer,  z  którego  jego  ojciec  życie  sobie  odebrał.  Był  to  re­

wolwer,  starego  systemu  o  s/.eściu  lufkach.  Lufka,  z  której 
się  zabił  jego  ojciec,  była  zawsze  czemś  zatkana.  Rewolwer 

ten  leżał  zawsze  na  biurku  generała,  gdzie  go  stale  widział 

Petrow,  urzędnik,  będący  zawsze  pod  ręką  do  pisania  mniej 

ważnych  poleceń.  Przypuszczają,  że  właśnie  z  tego  rewol­
weru i syn życia się pozbawił.

Opowiadanie Polenowa.

background image

106

berta,  Gerstenzweig  patrząc  za  wychodzącym,  ode­
zwał  się  ęio  wchodzących  natychmiast  adjutantów: 
ćest  un  lachę!  Chyba  wie  o  tern  zona  Gerstenzweiga, 
która  nazajutrz  po  strzale  przyjechała  do  Warsza­

wy i zastała męża jeszcze zupełnie przytomnego.

Strasznie-  pomyśleć,  nieszczęsny  konał  dzie­

więtnaście  dni,  i  śmierć  nastąpiła  dopiero,  gdy 

spróbowano wyjąć kulę, dnia 5 listopada 1861 roku.

Sprawa  o  kościoły  toczyła  się  dalej.  Bez  wzglę­

du  na  uwolnienie  uwięzionych,  których  do  wieczora 

16  października  zaledwie  dziesiąta  część  w  cytadeli 

pozostała,  duchowieństwo  w  porozumieniu  ze  spisku­

jącymi,  którym  całe  to  zajście  a  szczególnie  samo-: 

bójstwo  Gerstenzweiga,  nowej  energii  i  życia  doda­

ło,  skłoniło  administratora,  że  wydał  polecenie  zam­
knięcia  i  zapieczętowania  kościołów  św.  Jana  i  Ber­
nardynów.  Ceremonii  tej  dopełnił  dziekan  Witman, 

przed  wieczorem  dnia  17  października  Tegoż  dnia 

ustało  nabożeństwo  i  we  wszystkich  innych  kościo­

łach w Warszawie ’).

Gdy  się  o  tern  namiestnik  dowiedział,  polecił 

zaraz  hrabiemu  Wielopolskiemu,  jako  dyrektorowi 
spraw  duchownych,  zażądać  od  kapituły  wytłóma- 

czenia  się  z  tego  zarządzenia,  a  zarazem  oświad­
czyć  administratorowi,  że  czyni  go  odpowiedzialnym, 

za  wszystkie  wyniknąć  ztąd  mogące  następstwa,  we­
dług całej surowości przepisów stanu wojennego.

Wielopolski  zawiadomił  o  tern  kapitułę  i  w  parę 

godzin  otrzymał  półtoraarkuszową  odpowiedź  admi­

nistratora, z której przytaczamy niektóre ustępy. 

*)

*)  Wiadomość  udzielona  przez  księdza  kanonika  Sie- 

kluckiego.  Kościół  Św.  Jana  opieczętowano  o  godzinie  5-tej, 

Bernardynów  zaś  o  godzinie  6*tej  po  południu.  W  Warsza­
wie  pozostała  otwarta  kaplica  cmentarna  na  Powązkach.  Na 
Pradze kościół nie został zamknięty.

background image

lor

„Kiedy  wskutek  zaszłych  wypadków  i  mogą­

cych wyniknąć jeszcze smutniejszych następstw, przed* 

-  stawiłem  jego  ekscelencyi  hrabiemu  namiestnikowi— 

pisze  administrator—strapienie  całego  kościoła,  du­

chowieństwa  i  ludu  chrześciańskiego,  namiestnik 

dał  mi  słowo,  że  podobnego  rodzaju  niesłychane 

gwałty, już się więcej nie powtórzą".

„Wtedy  i  ja  oświadczyłem  ze  swej  strony,  że 

rozporządzenie  władzy  duchownej  o  zamknięciu  ko­

ściołów odw.ołanem zostanie”.

„Dziś  namiestnik  i  dyrektor  komisyi  spraw  du­

chownych,  wymagają  odemnie  wyjaśnień  na  piśmie. 

Powtarzam  więc  to,  co  już  ustnie  oświadczyłem,  że 

gotów  jestem  rozporządzenie  to  odwołać  i  zarządzić 

otwarcie  kościołów,  lecz  któż  zaręczy,  czy  lud  osta- 

tniemi  wypadkami  podrażniony  i  z  granic  cierpliwo­
ści  wyprowadzony,  nie  będzie  znów  śpiewał  hym­
nów  religijno-patryotycznych?  Aby  uspokoić  choć 
nieco  wzburzone  umysły,  potrzeba  wiele  czasu  i  po­

zostawienia  pewnej  swobody  duchowieństwu.  Rząd 

•  dotychczas  w  tym  kierunku  żadnego  kroku  nie  uczy­

nił  i  nie  dał  stanowczego  zapewnienia,  że  się  podo­
bne  przerażające  sceny  nie  powtórzą  i  świątynie 

ponownemu  znieważeniu  nie  ulegną.  Przeciwnie,  §• 
10  rozporządzenia  z  dnia  14  b.  m.  wyraźnie  zapo­

wiada:  że  do  wszystkich  kościołów  będą  wysyłani 
policyanci,  obowiązani  do  donoszenia  władzy  o  śpie­
waniu hymnów, celem interwencyi wojskowej”.

Rozporządzenie  to  poddaje  modlitwę,  ducho­

wieństwo  i  wiernych  pod  władzę  policyi  i  wojska, 
i  obawiać  się  należy,  że  rząd  zamierza  użyć  jeszcze 
surowszych  środków,  które  naraziłyby  wiernych  i  ko­

ściół na jeszcze większe niebezpieczeństwo"...

„Mnóstwo  niewinnych  ofiar  schwytano  w  ko­

ściołach,  tych  jedynych  przybytkach  schronienia  dla 
chrześcian  zanoszących  swe  modły  do  Boga,  a  któ­

re  zdawały  się  zabezpieczonymi  od  wszelkich  gwał­

tów  z  mocy  §  213  kodeksu  kryminalnego.  Póki 
więc, chociażby jeden tylko z niewinnie uwięzionych.

*

«

background image

108

*

w  kościołach,  lub  następnie  schwytanych  *  na  ulicach, 

pozostawać  będzie  w  więzieniu,  dopóty  nie  będzie 

można  uśmierzyć  umysłów  i  wpływ  duchowieństwa 

"w tym kierunku okaże się bezsilnym”.

„Mając  to  wszystko  na  względzie,  nie  mogę 

na  razie  zmienić  wydanego  w  dniu  wczorajszym  roz­

porządzenia  o  zamknięciu  kościołów  i  te  przez  czas 

pewien muszą pozostać zamkniętemi...

„Wysoki  rząd  ze  swej  strony  znajdzie  zape­

wne  sposób  odzyskania  zaufania  ludu  i  uwalniając 
uwięzionych  utrwali  w  niem  przekonanie,  że  podo­
bne smutne zajścia już się więcej nie powtórzą...

Wielopolski  otrzymaną  odpowiedź  przesłał  na­

miestnikowi,  który,  po  przeczytaniu  jej,  utracił  re­

sztę  cierpliwości,  i,  jak  to  bywa  u  ludzi  słabego 
charakteru,  wyszedł  z  równowagi  i  naraz  z  pobła­

żania  przerzucił  się  do  najsurowszych  środków.  Za­

częły  się  tłumne  aresztowania  podejrzanych  po  do­

mach  i  na  ulicach.  Dnia  19  października  uwięziono  » 

nawet  niedawnych  jego  przyjaciół,  księży  Wyszyń­

skiego,  Steckiego,  Witmana  i  Dziaszkowskiego,  oraz  * 

pastora  Otto,  których*  w  połowie  lutego  1862  roku 

zesłano  do  Tobolska.  Szewca  Hiszpańskiego  i  lite­
rata  Wolskiego  zesłano  następnie  do  Wiatki.  Mniej 

znanych  agitatorów  nabrano  dziesiątkami.  Cytadela 

ponownie 

się 

zapełniła. 

Komisarz 

cyrkułu, 

Dzierżanowski,  za  samo  podejrzenie,  że  dnia  15 
października  ułatwił  ludowi  wyjście  z  kościoła  św. 
Krzyża,  został  skazanym  na  rozstrzelanie  i  tylko 
energicznemu  wstawieniu  się  generała  Chrulewa  za­
wdzięczał  swe  ocalenie.  Na  każdego  z  kupców,  któ­

rzy  pozamykali  swe  magazyny  i  handle  w  dzień  ro­

cznicy  zgonu  Kościuszki,  nałożono  po  100  rubli 

grzywny.

W  tydzień  potem,  dnia  26  października,  hra­

bia  Lambert  ledwie  żywy,  plujący  krwią,  bardziej 

do  cienia  swego  podobny,  zniknął  bez  rozgłosu  i  po­
żegnania  z  Warszawy.  W  dziennikach  tylko  ogło­
szono, że „namiestnik Królestwa Polskiego z naj-

*

background image

10$

wyższego  zezwolenia  wyjechał  na  kilka  tygodni  za 

granicę  dla  poratowania  zdrowia.  Na  czas  jego 
nieobecności  obowiązki  namiestnika  i  dowódcy  pierw­
szej  armii,  pełnić  będzie  minister  wojny,  generał- 
adjutant Suchozanet”.

Na  razie  hrabia  Lambert  ze  swoim  kuzynem 

wyjechał  do  Paryża,  gdzie  obaj  zawarli  wkrótce  zna­

jomość  z  rodziną  hrabiów  de  Lancosme-Breves,  któ­

rzy  mieli  jedynaczkę,  ostatnią  w  rodzinie,  a  do  tego 
prześlicznej  urody  pannę.  Kuzyn  Lamberta  oświad­
czył  się  o  jej  rękę,  został  przyjęty,  lecz  przed  ślu­

bem  umarł.  Wówczas  sam  kr.  Lambert  prosił  o  rę­
kę  panny,  otrzymał  przyrzeczenie.  Cała  rodzina 
wraz  z  narzeczonym  wyjechała  na  Maderę,  celem 
zupełnego  wyleczenia  byłego  namiestnika.  W  po­
czątkach  1865  roku  nastąpiły  zaślubiny,  lecz  wkrót­

ce  hr.  Lambert  umarł  nagle,  pozostawiając  żonę  w  od­

miennym stanie.

Zwłoki  jego  przewieziono  do  Francyi  i  pocho­

wano  w  rodzinnych  grobach  Lancosmów  w  Ven- 

doeuvre9  en  Brienne,  w  departamencie  Indre,  dnia  5 

września 1865 roku. (Indópendance Belge).

W  czasie  pobytu  hrabiego  Lamberta  na  Ma- 

derze,  zjawił  się  tam  także  jego  dawny  znajomy,, 

generał-adjutant  Werygin  (podówczas  generał  kwa­
termistrz  sztabu  Jego  Cesarskiej  Mości  i  dyrektor 

zarządu  wojsk  nieregularnych,  następnie  członek 
rady  państwa)  i  bawił  tam  przeszło  pół  roku,  co­

dziennie  widując  dawnego  namiestnika.  Po  powro­
cie  W  erygina  do  Petersburga,  przy  pierwszem  spot­

kaniu się z cesarzem, został zapytany przez tegoż:

—  No teraz wiesz wszystko?

—  Nic  nie  wiem  najjaśniejszy  panie;  z  ozem 

pojechałem, z tern wróciłem—odpowiedział.

* — Łżesz!—rzekł na to cesarz i już nigdy o to 

Werygina nie zaczepił

ł

). 

*)

*) Opowiadanie generała Krasnokutskiego, który miał 

to słyszeć z ust samego Werygina.

background image
background image

*

r

t

4

\

' *•

iw

* *■

D O D A T E K .

PRZYPISEK DO KSIĘGI IV.

1

Ogłoszenie o. zaprowadzeniu stanu wojennego.

Z  najwyższego  rozkazu  J.  C.  K.  Mości  ogła­

sza się Królestwo Polskie w stanie wojennym.

Na  mocy  takowego  wszyscy  mieszkańcy  Kró­

lestwa,  za  poniżej  wyszczególnione  przekroczenia 

i  przestępstwa,  ulegają  wojennej  procedurze  i  sądo­

wi  doraźnemu,  na  zasadzie  §  §  739  i  753  księgi  II 

wojenno-kryminalnego kodeksu.

Policya  po  wsiach  i  miastach  podlega  władzy 

wojennych  naczelników,  a  urzędnicy  tych  władz  za 
zaniedbanie  lub  opuszczenie  swych  obowiązków  po­
dlegają odpowiedzialności na równi z wojskowymi.

Wszyscy  bez  wyjątku  obwinieni:  o  zdradę,  pod­

burzanie  lub  jawne  nieposłuszeństwo  władzom  woj­

skowym  lub  policyjnym,  o  przechowywanie  broni, 

wygłaszanie 

-

  publicznie  mów  podburzających,  wyda­

wanie  i  rozszerzanie  odezw  podburzających  lub  in­
nego  .rodzaju  pism,  o  namawianie  innych  do  podo­
bnych  przestępstw,  chociażby  one  rozruchów  nie  wy­

wołały;  również  oskarżeni  o  gwałt  jakikolwiek,  o  za­

background image

112

bójstwo,  grabież,  rozbój,  podpalenie—podlegają  pro­
cedurze  i  sądowi  wojennemu  według  ustaw  polowych 

wojenno-kryminalnego kodeksu.

Uwaga.  Jeżeli  zwierzchność  wojenna  uzna,  że 

popełnione  przekroczenia  i  przestępstwa  nie  mają 
politycznego  charakteru,  odnośne  sprawy  odstąpi 

zwykłym sądom do osądzenia. *

Z zaprowadzeniem stanu wojennego, zabrania 

’ się:

a)  Wszelkiego  rodzaju  zebrań  i  zbiegowisk  na 

ulicach  i  placach,  chociażby  z  niewielkiej  ilości 
osób  się  składających.  W  razie  nieusłuchania 

wezwania  policyi  do  rozejścia  się,  zostanie  uży­
tą  do  rozpędzenia  siła  zbrojna,  winni  zań 

będą  aresztowani  i  pociągnięci  do  odpowie­

dzialności;

b)  Wszelkiego  rodzaju  manifestacyi  i  demonstra- 

cyi  politycznych,  również  pochodów  i  procesyi, 

na  które  nie  otrzymano  osobnego  na  piśmie 
zezwolenia  od  właściwej  władzy  wojskowej;  na­

bożeństw  kościelnych  za  zmarłych  przestępców 

politycznych,  za  zabitych  w  czasie  rozruchów,, 

albo  też  na  pamiątkę  jakich  historycznych  wy­

darzeń;  użycie  podburzających  lub  zakazanych 
godeł odpowiedzialność zwiększa;

ć)  Śpiewania  po  kościołach  lub  po  za  nimi  podbu­

rzających  pieśni,  hymnów  lub  innych  modlitw 
przez  kościół  niezatwierdzonych;  urządzania  lo- 

teryi,  zbierania  składek  pieniężnych  lub  innych,, 

po  kościołach  lub  miejscach  publicznych  bez. 

osobnego  na  piśmie  zezwolenia  właściwej  wła­

dzy  wojskowej;  wystawiania  i  sprzedaży  ogło­
szeń,  odezw,  broszur  i  gazet,  oraz  nalepiania, 

plakatów  niedozwolonych  przez  właściwe  wła­

dze.

Następstwa stanu wojennego:

1.  Wojsko i policya upoważnione są do uźy-

background image

113

cia  broni  w  razie  napotkanego  oporu  w  swoich  za­

rządzeniach.

2. 

Naczelnicy  wojenni  upoważnieni  są  do  uży­

cia  wszelkich  środków  policyjnych,  jakie  uznają  za 

potrzebne  dla  utrzymania  lub  przywrócenia  porząd­
ku  i  spokoju.—Wojenny  naczelnik  obowiązany  jest 
strzedz  zupełnego  posłuszeństwa  rozporządzeniom 

władzy  i  niedopuszczaó  szkodliwych  podburzań  i 
wszelkich  oznak  nieuszanowania  dla  rządu,  władzy 

lub  wojska.  Ma  prawo  zabronić  wszelkich  zebrań 

nietylko  publicznych  lecz  i  prywatnych,  jeśli  je  tyl­
ko  uzna  za  szkodliwe.  Ma  prawo  w  każdej  chwili 

zarządzenia  rewizyi  domowej  lub  osobistej  u  miesz­
kańców.  Wszystkich  ludzi  bez  zajęcia,  lub  podej­

rzanych,  którzy  czy  to  okazują  burzliwy  charakter, 

czy  też  już  brali  udział  w  poprzednich  rozruchach, 
może  aresztować  i  żądać  co  do  nich  decyzyi  namie­
stnika.

3. 

Szynki,  kawiarnie,  sklepy  korzenne  i  inne 

tego  rodzaju  zakłady  powinny  być  zamykane  o  go­
dzinie  oznaczonej  przez  władzę  wojskową.  W  razie 

uznania mogą być zupełnie zamknięte.

4. 

Cudzoziemcy,  nie  posiadający  przepisanej 

legitymacyi,  lub  nie  mający  stałego  zajęcia,  szcze­

gólniej  zanotowani  w  czynnościach  sprzecznych  z  wy­

danymi  przepisami,  zostaną  niezwłocznie  wydaleni 

za granice państwa.

Z  powodu  niepodobieństwa  wyszczególnienia 

wszystkich  następstw,  jakie  pociąga  za  sobą  ogłasza­

jące  się  ńiniejszem  zaprowadzenie  stanu  wojennego, 

przestrzega  się  mieszkańców,  że  wszelkie  zamieszki 
wywołają 

niechybnie 

nadzwyczajne 

energiczne 

środki.

Dan  w  Warszawie  dnia  2  (£4)  października 

1861 r.

Głównodowodzący  pierwszą  armią  i  pełniący 

obowiązki  namiestnika  Królestwa  Polskiego,  generał- 

adjutant

hr. Lambert I.

Biblioteka. T.—441.

8

background image

114

Wymiana depesz między Warszawą a cesa­

rzem Aleksandrem II.

w czasie od 2 (11) czerwca po 11 (23) października

1861 roku.

WarszawaMoskwa. 

Do hrabiego Adlerberga.

2  czerwca 1861 roku.

Opóźnienie  przyjazdu  Płatonowa  z  zatwierdze­

niem  reform  i  nie  ogłoszenie  tychże  do  tej  pory,  źle 
wpływa na usposobienie umysłów.

Gcnerał-adjutant JSuchozanet.

WarszawaMoskwa

Do cesarza.

3  czerwca 1861 roku.

Rudanow&ki  donosi,,  że  w  Suwałkach  panuje 

najzupełniejszy spokój. Śledztwo rozpoczęte.

Gen. adj. Suchozamt.

MoskwaWarszawa

Do Suchozaneia.

3  czerwca 1861 roku.

Kuryer  z  moim  listera  i  ukazem  o  nowych  usta­

nowieniach  wysłany  w  nocy  z  31  maja  na  1  czerw­

ca.  Płatonow  wyjedzie  z  Petersburga  we  wtorek, 

a  hrabia  Lambert  za  dwa  tygodnie.  Cieszę  się,  że 

w Suwałkach wszystko spokojnie..

Aleksander.

WarszawaMoskwa. 

Do cesarza.

4  czerwca 1861 roku.

Szczęśliwy  jestem,  mogąc  donieść,  że  dzień 

wczorajszy  w  całem  mieście  przeszedł  spokojnie. 

Kie  tykając  wojsk  rozłożonych  po  mieście,  wczoraj 

odbyłem  przegląd  reszty  na  placu  broni,  w  sile  14 
batalionów,  4  sotni  zbiorowego  pułku  kozaków  i  5 

pieszych  bateryi.  Piechota  i  kozacy  w  dobrym  sta­

nie,  artylerya  znakomita.  Kuryer  z  Moskwy  do  go­
dziny pół do siódmej rano jeszcze nie przybył.

Gen. adj. Suchozaneł.

background image

V

115

WarszawaMoskwa. 

Do cesarza.

4 czerwca 186 i roku.

Kuryer przybył o godzinie 1-szej po południu.

Gen. adj. Suchozanet.

WarszawaMoskwa. 

Do cesarza.

7 czerwca 1861 roku, godz. 6 rano.

"Wczoraj  ogłoszono  ukaz  o  radzie  stanu  Kró­

lestwa  Polskiego.  Wojska  usunięte  z  placów.  Re­

sursa  kupiecka  otwarta.  Dalsze  ukazy  zostaną  sto­

pniowo  ogłaszane,  do  10-go  czerwca  włącznie.  W  mie­

ście spokój zupełny i weselsze usposobienie.

Gen. adj. Suchozunet.

Warszawa —Moskwa. 

Do cesarza.

7 czerwca 1861 roku.

O  godzinie  6-ej  wieczorem  wysyłam  z  depesza­

mi  mego  adjutanta  Unkowskiego.  Stanie  w  Car- 
skiem Siole dnia 10-go o godzinie pół do 7-ej rano.

Gen.* adj. Suchozanet

WarszaicaKriukowo. Stacya kolei petersbursko-✓

moskiewskiej.

9 czerwca 1861 roku.

Jestem  szczęśliwy  mogąc  donieść,  że  dzień 

wczorajszy  przeszedł  w  mieście  zupełnie  spokojnie. 
Jednak  zuchwała  młodzież  nie  przestaje  wybryków 
w  ogrodzie  Saskim.  Muszę  pozostawić  tylko  dwa 

wolne  wejścia  do  ogrodu  i  przy  nich  postawić  poste­

runki wojskowe i wzmocnioną straż policyjną.

Generał-adjutant Suchozanet.

WarszawaCarskie-Sioło. 

12 czerwca 1861 roku.

Z  powodu  wilii  św.  Jana,  mieszkańcy  według 

zwyczaju  powinni  się  byli  zebrać  na  moście  celem 
puszczania  wianków.  Atoli  zamiast  na  moście,  ze­
brało  się  wczoraj  do  20,000  ludu  na  cmentarzu  Po­

wązkowskim  i  ubrało  kwiatami  groby  zabitych  dnia 

27  lutego.  Nie  przeszkadzając  temu,  zarządziłem 

odpowiednie środki ostrożności. "Wszystko odbyłq

background image

116

się  spokojnie,  śpiewano  tylko  patryotyczne  hymny. 

O czem mam szczęście donieść.

Gen.-adj. Suchozaneł.

WarszawaCarskie-Sioło. 13 czerwca 1861 roku.

Z  rozkazu  J.  C.  Mości,  doręczyć  gen.-adj.  hr.  Adler- 
bergowi II dla przesłania natychmiast kuryerem do

Krasnego Sioła.

Na  naradzie  co  do  przedstawienia  na  człon­

ków  Rady  Stanu,  jednomyślnie  uznano,  ażeby  na 
razie  nie  mianować  arcybiskupa  Fijałkowskiego  i  o 
tern natychmiast donieść Waszej Cesarskiej Mości.

Gen.-adj. Suchozaneł.

Krasne-SiołoWarszawa

14 czerwca 1861 roku.

Kuryera  wyślę  jutro.  —  Z  nominacyą  Fijał­

kowskiego  wstrzymam  się  do  nadejścia  pisemnych 
wyjaśnień.

Aleksander.

Warszawa — Petersburg. 18 czerwca 1861 roku.

Zwlekanie  przybycia  hr.  Lamberta  z  racyi  stu- 

dyowania  spraw  Królestwa  w  Petersburgu,  jest  ino- 

jem  zdaniem  szkodliwe  i  dla  dobra  służby  i  dla 

niego  samego.  Tutaj  przez  jeden  dzień  dowie  się 

więcej  o  położeniu  i  potrzebach  kraju,  niż  studyu- 

jąc  nawet  przez  czas  dłuższy  w  Petersburgu.  Obe­

cność  jego  tutaj,  w  czasie  wyborów,  pobytu  Pluto­

nowa,  wniosków  Potapowa  o  policyi,  uważam  za  ko­

nieczną,  aby  jako  człowiek  przeznaczony  do  rządze­

nia krajem, przyłożył do tych prac swoją rękę.

Generał-adjutant Suchozaneł.

WarszawaPetersburg.  19 czerwca 1861 roku.

Chociaż  właściwie  nic  ważnego  nie  zaszło,  je­

dnak  wzburzenie  między  ludem  wzmaga  6ię,  z  wido­

cznym  zamiarem  doprowadzenia  rzeczy  do  ostate­

czności,  w  celu  pomieszania  szyków  ludziom  spokoj­

nym.  Zapewne  będę  musiał  uciec  się  do  ostatecz­

nych  środków,  wstrzymam  się  z  tem  jednak  aż  do 
ogłoszenia  składu  Rady  Stanu,  gdyż  po  zaprowadzę-

background image

niu  surowych  zarządzeń,  ogłoszenie  to  nie  miałoby 

już  celu.  Oczekuję  ukazów.  Za  opór  policyi  lub 

wojsku, winnych oddaje pod sąd wojenny.

Generał-adjutant Suchozanet.

Petersburg— Warszawa. 19 czerwca 1861 roku.

Kuryer  przybył  dziś  rano.  Jutro  podpiszę  uka­

zy  z  nominacyami  do  Rady  Stanu.  Mam  nadzieję, 

że  do  ich  nadejścia  potrafisz  pan  uniknąć  konieczno­
ści 

zaprowadzenia 

surowych 

zarządzeń. 

Jednak 

w  razie  nieuniknionej  potrzeby,  nie  zważaj  na  to. 

Hrabiego 

Lamberta 

wyślę, 

jak 

tylko 

Płatonow 

wróci.*

Aleksander.

Warszawa—Petersburg

20 czerwca 1861 roku.

Wczoraj,  według  dawnego,  przez  Kościół  do­

zwolonego  zwyczaju,  było  bardzo  wielkie  zbiegowi­

sko  ludu  na  Powązkach.  Odprawiono  modły  za 

umarłych,  a  w  tej  liczbie  i  za  tych,  którzy  poginęli 

w  ostatnich  rozruchach.  Wszystko  przeszło  spokoj­

nie.  W  mieście  także  się  uspokoiło,  prawdopodobnie 
wskutek  zarządzonych  środków.  Wzburzenie  nie­

dzielne  w  części  można  przypisać  wielkiej  ilości  pi­

janych.

Generał-adjutant Suchozanet.

PetersburgWarszawa. 20 czerwca 1861 roku.

Nominacye  do  Rady  Stanu  zatwierdzone.  Uka­

zy  zabierze  kuryer  we  czwartek  rano.  Jeśli  uznasz 
za  odpowiednie,  możesz  ogłosić,  za  nim  je  otrzymasz. 

Kiedy Potapow wraca?

Aleksander.

WarszaicaPetersburg. 

21 czewca 1861 roku.

Generał  Potapow  przybył  dopiero  wczoraj  o 

godzinie  4  ej  po  południu,  zabawi  tutaj  conajmniej 

przez  tydzień.  Dotychczasowe  umundurowanie  war­
szawskiej  policyi  koniecznie  należy  zmienić.  Upra­
szam  o  wstrzymanie  wysyłania  partyjkami  ludzi  wy­
branych do policyi aż do powrotu Potapowa. Zwło-

background image

118

ka  w  reorganizacyi  policji  zmusiła  mnie  do  poru- 
czenia  wojsku  utrzymania  spokoju  i  porządku  po 

miastach.  Wskutek  tego  wznowiłem  i  uzupełniłem 

instrukcye,  wydane  wojsku  przez  ś.  p.  księcia  Gor- 
czakowa,  o  niedopuszczeniu  zbierania  się  i  rozpra­
szaniu  zbiegowisk.  Odtąd  oskarżeni  o  bezprawne  po­

stępki,  które  poczytuję  za  polityczne,  z  mocy  ukazu 

z  1833  roku  będą  podlegali  sądom  wojennym.  No- 

minacye  członków  Rady  Stanu  zakomunikuję  prywa- 

watnie.  Z  urzędowem  ogłoszeniem  wstrzymam  się 
do  nadejścia  ukazów.  Wczorajszy  dzień  przeszedł 

w  mieście  zupełnie  spokojnie,  o  czem  mam  szczęście 

donieść.

Generał-adjutant Suchozanet.

Warszawa—Petersburg.  23 czerwca 1861 roku.

Wczoraj  wieczorem  były  usiłowania  do  wywo­

łania  zbiegowisk,  lecz  zarządzone  środki  z  łatwością 

temu przeszkodziły. Zresztą wszystko spokojnie.

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPetersburg.  23 czerwca 1861 roku.

Wczorajsze  zbiegowiska,  jak  i  wszystkie  po­

przednie,  poczynały  się  gromadzić  pod  pozorem  mo­
dłów przed figurą Matki Boskiej.

Generał-adjutant Suchozanet.

Warszawa—Petersburg.  25 czerwca 1861 roku.

Ksiądz  Naruszewicz  za  prawidłowe  postępo­

wanie  w  maju,  w  kościele  św.  Aleksandra,  tak  jest 
prześladowany  przez  burzycieli  porządku,  źe  prawie 

odchodzi  od  zmysłów.  Chcę  go  wysiać  pod  opieką 

zaufanego  urzędnika  do  Vichy.  Aż  do  jego  powrotu 

uważam  za  stosowne  nie  ogłaszać  o  jego  nominacyi 

na  członka  Rady  Stanu,  na  co  upraszam  Najwyższe 

zezwolenie.

Generał-adjutant Suchozanet.

WarszawaPetersburg. 25 czerwca 1861 roku.

« Nr 64. Przed ogłoszeniem nominacyi człon­

ków Rady Stanu, chciałem się upewnić czy wszyscy

background image

119

przyjmą.  Gliński  odmawia  pod  przyzwoitym  pozo­

rem.  Skarbek  się  waha.  Upraszam  o  zezwolenie 
nie  ogłaszania  tych,  którzy  się  wymawiają,  a  na 

miejsce 

których 

dodatkowo 

przedstawię 

kandy­

datów 

_

Generał-adjntant Suchozanet.

PeterhofWarszawa. 

26 czerwca 1861 roku.

Zgadzam  się  na  nieogłoszenie  nominacyi  Na­

ruszewicza.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

26 szerwca 1861 roku

Wbrew  zapowiedzianej  na  wczoraj  demonstra- 

cyi  wszędzie  w  mieście  panował  zupełny  spokój,  do 
czego  mogła  się  przyczynić  ulewa,  trwająca  od  go­
dziny 4 do 6 wieczorem.

Generał-adjutant Suchozanet.

PeterhofWarszawa. 

26 czerwca 1861 roku.

Zgadzam  się  z  propozycyami  telegramu  nr  64. 

Co było zapowiedziane na wczoraj?

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

26 czerwca 1861 roku.

Nr  66.  Zapowiedziane  były  w  kilku  różnych 

miejscach tłumne narodowe manifestacye.

Gen.-adj. Suchozanet.

PeterhofWarszawa. 26 czerwca 1861 roku.

Depesza  A?  66  nic  nie  wyjaśnia.  Chciałbym 

wiedzieć  jaki  był  powód  do  narodowej  silniejszej 

demonstracyi i na czem ona miała polegać.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 27 czerwca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  panował  zupełny  spokój. 

Wzburzenie umysłów ustaje.

Generał-adjutant Suchozanet.

WarszawaPeterhof. iii czerwca 1861 roku.

Demonstracye były zapowiedziane na Powąz- 

kuch, na Lesznie, a nawet naprzeciw Zamku, lecz

background image

~\

ponieważ  nie  doszły  do  skutku,  to  bardziej  stanow­
czych  wyjaśnień  co  do  ich  powodu  dać  nie  mogę. 
Sądzę,  źe  innego  celu  nie  mają,  jak  wywołanie  zwy­

kłych  zamieszek  i  utrzymywanie  rządu  w  ciągłem 

.zaniepokojeniu.

Generał-adjutant Suchozanet.

WarszawaPeterhof. 28 czerwca 1861 roku.

Generał  Potapow  i  kuryer  Gnidin  wyjechali 

wczoraj  o  godzinie  9  wieczorem.  W  mieście  wszę­
dzie było spokojnie. Motłoch widocznie przycichł.

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof. 29 czerwca 1861 roku.

Widocznie  wskutek  zaleceń,  dzień  wczorajszy 

przeszedł 

mieście 

zupełnie 

spokojnie. 

Nawet 

śpiewy po kościołach mniej liczne.

Gen.-adj. Suchozanet.

Warszawa—Peterhof. 30 czerwca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  panow

f

ał  zupełny  spokój. 

Ciągłe 

deszcze 

psują 

zboża. 

Wczorajsza 

ulewa 

wymuliła znaczną wyrwę na ulicy Długiej.

Gen.-adj. Suchozanet.

Peterhof—Warszawa. 30 czerwca 1861 roku.

Potapow  i  kuryer  przybyli.  Ustawę  policyjną 

przez  Radę  Stanu  przedstawić  do  mego  zatwier­

dzenia.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 30 czerwca 1861 roku.

Rozkaz  przedstawienia  projektu  przekształcenia 

policyi  przez  Radę  Stanu,  napotka  na  wielkie  prze­

szkody  i  spowoduje  zgubne  opóźnienie.  Uważając, 

źe  niezwłoczne  wprowadzenie  projektu  w  wykona­
nie  przyczyni  się  najbardziej  do  zapewnienia  spoko­

ju,  ośmielam  się  wyprawić  jutro  kuryera  ze  szcze- 

gółowemi wyjaśnieniami.

120

Generał-adjutant 

Suchozanet.

background image

121

Wczoraj  w  mieście  panował  zupełny  spokój. 

Przed  trzema  dniami  burza  z  ulewą  w  czterech 

miejscach  wymuliła  wyrwy  na  ulicach,  które  zagra­

żają bezpieczeństwu domów.

Generał-adjutant Suchozaneł.

PeterhofWarszawa

1 lipca 1861 roku.

Płatonow  ma  zaraz  wracać,  jak  tylko  ukoń­

czy poruczoną mu sprawę.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

2 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  było  zupełnie  spokojnie. 

Na  Lesznie  u  Karmelitów,  według  dawnego  zwy­

czaju,  przez  cały  tydzień  będą  się  odprawiały  na 

ulicy  nabożeństwa  przed  figurą  Matki  Boskiej. 

Kuryer wysłany wczoraj o godzinie 9-ej wieczorem.

Generał-adjutant Suchozaneł.

WarszawaPeterhof. 

3 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  było  cicho  i  spokojnie. 

Płatonowa myślę wyprawić dnia 9 b. m.

Generał-adjutant Suchozaneł.

WarszawaPeterhof. 

4 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  panował  zupełny  spokój. 

Nawet  w  trzech  kościołach,  w  których  się  odpra­
wiało  nabożeństwo  do  Matki  Boskiej  szkaplerznej, 

lud śpiewał tylko religijne pieśni.

Generał-Adjutant Suchozaneł.

WarszawaPeterhof. 

4 lipca 1861 roku.

Projekt  o  policyi  jednogłośnie  w  Radzie  Sta­

nu  uchwalony.  Upraszam  o  zatwierdzenie  i  rozka­
zy  co  do  umundurowania.  Wybory  należałoby  ko­
niecznie  odłożyć  aż  do  przybycia  policyi,  chociaż 
widocznie porządek powraca.

Warszawa

Peterhof.

 

1 lipca 1861 roku.

Generał-adjutant 

Suchozaneł

.

background image

122

Intryga,  propagująca,  aby  przeszkodzić  ukon­

stytuowaniu  się  Rady  Stanu,  przełamana.  Dzisiaj 
Rada  Stanu  ostatecznie  się  ukonstytuowała.  Wszyscy 

obecni  w  Warszawie  członkowie  wydziałów,  wraz 

z  urzędnikami  biur,  byli  obecni  i  zostali  zaprzysiężeni. 

Wszyscy  bez  wyjątku  członkowie,  po  raz  pierwszy  od 

czasu  nieszczęśliwych  wypadków,  przybyli  w  mun­
durach  na  obiad.  Nawet  sparaliżowany  kr.  Tomasz 

Potocki,  kazał  się  przynieść  w  fotelu.  Mowa  zaga­

jająca  posiedzenie  i  toast  przy  obiedzie  znalazły 

uznanie.  Jestem  szczęśliwy,  że  mogę  donieść,  iż 

dzień  dzisiejszy  w  zupełności  odpowiedział  oczeki­
waniom Waszej Cesarskiej Mości.

• 

Generał-adjutant Suchozanet.

Ptterhof—Warszawa

5 lipca 1861 r., 9 godz. rano.

Kuryer  przybył.  Projekt  o  policyi  zatwier­

dzam.  Czy  sądzicie  że  potrzeba  na  to  ukazu?  Co 
do  umundurowania  hrabia  Lambert  otrzymał  stoso­

wne  rozkazy.  Kuryera  nie  mogę  odesłać  przed  nie­

dzielą. 

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

5 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  wszystko  było  zupełnie 

spokojne. 

Nabożeństwa 

odpustowe 

po 

kościołach 

odbyły  się  uroczyście,  śpiewano  jedynie  z  dawna 

przyjęte  nabożne  pieśni.  Spokój  i  porządek  wido­

cznie  się  utrwalają  i  mam  nadzieję,  że  zaczynają 

nareszcie uznawać potrzebę i korzyści tegoż.

Generał-adjutant 

Suchozanet.

Peterhof— Warszawa.

5  lipca 1861 r., godz. 4 m. 30 po poł.

Cieszą  mnie,  wczorajsza  i  dzisiejsza,  pańskie 

depesze.  Daj  Róże,  aby  one  były  ])oczątkiein  lep­
szych czasów. 

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

6 lipca 1861 roku.

W mieście zupełny spokój. Nominacye człon­

ków, również skład biur Rady Stanu, wszystkich

Warszawa

Peterhof.

 

4 lip ca 1861 roku.

»

background image

* 123.

zadowolniły;  nawet  nieprzyjazne  dzienniki  oddają, 
sprawiedliwość.  Ustawa  o  policyi,  mająca  być  tyl­
ko  cli  wiło  wem  tejże  wzmocnieniem,  nie  wymaga, 
ukazu. 

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof. 

7 lipca 1861 roku.

Hrabia  Lambert  ma  jutro  przedstawić  wzory 

umundurowania  policyi.  Czuję  się  w  obowiązku 

zwrócić  uwagę  Waszej  Cesarskiej  Mości,  że  ś.  p„ 

cesarz  Mikołaj  rozkazał  w  1839  roku,  aby  członko­

wie  byłej  polskiej  deputacyi,  zachowali  na  zawsze 

uniform,  w  którym  mieli  szczęście  Mu  się  przedsta­

wić,  to  jest:  amarantowe  kołnierze  i  wyłogi,  i  że 

następnie  kolory  to  były  nadane  wszystkim  urzędni­
kom  i  szlachcie  nie  zostającej  w  urzędowaniu.  Feld­

marszałek  samowolnie  zmienił  kolor  amarantowy  na 
czerwony,  lecz  deputaci  do  śmierci  zachowali  mun­
dury z amarantowemi odznakami.

Gen.-adj. Suchozanet.

Peterhof (.Aleksandria)—Warszaica. 7 lipca 1861 r.

Nie  należało  w  żadnym  razie  wysyłać  depeszy 

o  mundurach  niecyfrowanej.  Wola  moja  pod  tym 

względem  dokładnie  panu  wiadoma  i  surowo  to  pa­
nu 

wymawiam; 

przytem 

uwaga 

nieuzasadniona. 

W  1832  roku  pozostawiono  kolor  amarantowy  tym 

jedynie 

deputatom, 

którzy 

byli 

Petersburgu. 

Wszystkim  zaś  urzędnikom  i  niesłużącej  szlachie  zo­

stał  nadany  ogólny  rosyjski  mundur  z  nowo  ustano­

wionym  herbem  dla  Królestwa  na  guzikach,  i  to 
nie  samowolnie  przez  feld-marszalka,  lecz  z  Naj­
wyższego polecenia.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

10. lipca 1861 roku.

Płatonow  i  kuryer  wyjechali  wczoraj  o  godzi­

nie  9-ej  wieczorem.  Pierwszy  przybędzie  do  Peters­

burga  12  ku  wieczorowi,  kuryer  zaś  12  rano  przed- 

stawi moje sprawozdanie Waszej Cesarskiej Mości.

Gen.-adj. Suchozanet

background image

124 •

Wczoraj  młodzież  z  niższych  warstw  ludności 

urządziła  krótką  demonstracyę  przed  mieszkaniem 

-  angielskiego  konsula,  celem  wyrażenia  wdzięczności 

narodowi  angielskiemu  za  współczucie  okazywane 
Polsce,  Zachowanie  się  konsula  było  bez  zarzutu, 

nadzwyczaj  jest  zasmucony,  nazywając  to  szaleń­

stwem.  Za  przybyciem  wojska  tłum  się  rozproszył* 

Wypadkowi  temu  nie  przypisuję  narodowego  zna­

czenia. 

Gen.-adj.  Suchozanet.

j

WarszaiuaPełerliof, 

10 lipca 1861 roku.

Celem  ośmieszenia  wczorajszej  waryackiej  de- 

monstracyi  przed  mieszkaniem  angielskiego  konsula 

i  chcąc  zarazem  dać  wyraz  uznania  dla  jego  lojal­
nego  zachowania  się,  zaprosiłem  go  dziś  na  obiad, 

co  też  należycie  ocenił  i  natychmiast  o  tern  swój 
rząd zawiadomił. 

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof. 11 lipca 1861 roku.

Nabożeństwo  żałobne  po  Czartoryskim  odpra­

wiono  bez  kazania  i  narodowych  hymnów.  Cele­

brował  biskup  Plater,  arcybiskup  Fijałkowski  był 

tylko  obecny.—Przy  wyjściu  Fijałkowskiego  motłoch 
zakrzyczał  „wiwat”!  co  spokojni  natychmiast  stłu­

mili;  następnie  lud  wyprzągł  mu  konie  z  powozu 

i  odwiózł  go  do  domu.  Wszyscy  w  oznakach  żało­
by.  Arcybiskup  Fijałkowski  przemawiał,  zalecając 
zdjęcie  żałoby,  i  potem  dopiero  udzielił  błogosła­
wieństwa  ludowi,  który  rozszedł  się  spokojnie.  Je­
stem  przekonany,  że  zezwolenie  na  nabożeństwo  za­

pobiegło  samowolnemu  odprawieniu  nabożeństw  po 
wszystkich 

kościołach, 

czego 

wzbronić 

przemocą 

wewnątrz kościołów byłoby niemożliwem.

Generał-adjutant Suchozanet.

Peterhof (Aleksandria)Warszawa. 11 lipca 1861 r.

Pochwalam  zachowanie  się  pańskie  względem 

konsula  augielskiego,  również  i  zezwolenie  na  od­

prawienie nabożeństwa po Czartoryskim. Spodzie-

Warszawa

Peterhof.

 10 lipca 1861 roku.

9

background image

wam  się  atoli,  że  dalszych  żadnych  demonstracyi 

nie  dopuścisz.  Kuryera  zatrzymuję  aż  do  przyby- 

cia Płatonowa. 

*

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

11 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  panował  spokój.  O  go* 

dżinie  5  wieczorem  zaszła  nad  Wisłą  prywatna  bój­

ka,  dla  uśmierzenia  której,  z  powodu  tłumnego  zbie­

gowiska,  musiałem  wysłać  kompanię  piechoty.  Głó­

wny sprawca uwięziony za opór stawiany policyi.

Generał-adjutant Sucliozanet.

WarszawaPeterhof,\  11 lipca 1861 roku.

W  czwartek,  13,  ma  się  odprawić  luterańskie 

dziękczynne  nabożeństwo  z  powodu  ocalenia  króla 

pruskiego.  Konsul  przysłał  zaproszenie  na  nabo­
żeństwo,  gdy  jednak  nie  posiada  charakteru  dyplo­
matycznego,  nie  wiem  czy  jest  do  tego  urzędownie 

uprawniony.  Zamierzałem  posłać  generał-guberna- 
tora  i  moich  adjutantów,  lecz  ze  względu  na  oso 
bę  upraszam  o  polecenie  wzięcia  udziału  w  nabo­

żeństwie osobiście wraz z całym sztabem.

Generał-adjutant Suchozanet.

PeterhofWarszawa. 

12 lipca 1861 roku.

' Wypada być samemu. Kuryer przybył rano 

Płatonowa jutro oczekuję.

Aleksander.

WarszawaPeterhof. 

13 lipca 1861 roku.

Zawiadomiłem  wszystkich  naczelników  władz, 

że  będę  na  nabożeństwie.  Nikt  z  Polaków  nie  przy­

był  z  wyjątkiem  Fundukleja,  Massona,  Enocbai  Kar- 

nickiego.  Przybyli  wszyscy  obecni  w  mieście  gene­

rałowie.  Zaprosiłem  na  obiad  konsula,  wice-konsu- 
la,  starszych  generałów  i  wymienionych  czterech. 
Toastowałem  za  zdrowie  króla,  wuja  i  przyjaciela 

Waszej Cesarskiej Mości.

G en .-ad j

Suchoza net

.

background image

126

Wczoraj  w  mieście  panowała  cisza  i  spokój. 

Policy  a  zawiadomiła,  że  w  nocy  z  12  na  13  kupa 

włóczęgów,  ukryta  w  bramie  trakty  er  ni,  napadła  na 

porucznika  żandarmów,  Wrześniowskiego,  gdy  ten 

wychodził  z  kolacyi  i,  obiwszy  go,  rozbiegła  się. 

Śledztwo  się  prowadzi  co  do  tych  podejrzanych  osób, 
które były na kolacyi w tejże samej restauracyi.

Generał-adjutant Suchozanet,

PeterhofWarszawa. 14 lipca 1861 r., g. 4 po poł.

Kuryer  wysłany  o  godzinie  2.  Kie  mogę  uspra­

wiedliwić  nieobecności  Polaków  na  nabożeństwie 

dnia  13.  Zajście  z  oficerem  żandarmów  wymaga, 
aby winni surowo zostali ukarani.

Aleksander.

WarszawaPeterhof, 

15 lipca 1861 roku.

Wczoraj  w  mieście  było  cicho  i  spokojnie. 

Późno  wieczorem  przybył  Piłsudzkiz  wzorami  umun­

durowania  policyi.  Pomimo  wszelkich  starań  przed 
1  września  nowa  policya  nie  będzie  mogła  wejść 

w  życie.  Koniecznie  należy  do  tego  czasu  wybory 

odroczyć. 

Gen.-adj. Suchozanet,

Warszawareterhof, 

15  lipca  1861 roku.

Mam  szczęście  zanieść  najpoddańsze  podzięko­

wanie  za  prześliczną  formę  umundurowania  war­
szawskiej policyi.

Generał-adjutant Suchozanet,

PeterhofWarszawa, 

18  lipca  1861 roku.

Wybory  w  Warszawie  odłożyć  do  ostateczne­

go  ukończenia  reorganizacyi  policyi.  Hrabia  Lam­
bert wyjeżdża w przyszły wtorek.

Aleksander,

WarszawaPeterhof, 

18  lipca  1861 roku.

Dzisiejszym kuryerem posyłam kopię podania 

Wielopolskiego o uwolnienie. Głównym powodem

Warszawa

Peterhof.

 

14 lipca 1861 roku.

background image

127

są  moje  wyroki  na*  źle  usposobionych,  nie  liczące  się 

z  miejscowemi  sądowemi  prawami.  Wielopolski  pro­

si  o  zezwolenie  wysłania  swego  syna,  kamerjunkra, 

do  Petersburga,  w  razie  gdyby  Wasza  Cesarska 
Mość 

życzyła 

poznać 

szczegółowo 

powody 

jego 

prośby  o  uwolnienie.  Jutro  wysyłam  Tompsona  z  od­

parciem  zarzutów  Wielopolskiego  co  do  bezprawne­

go  postępowania,  dla  prawnego  rozpatrzenia  nie  tu, 

lecz w Cesarstwie. 

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof. 

19 lipca 1861 roku.

Gdyby  Wasza  Cesarska  Mość  uznała  za  mo­

żliwe  zezwolić  na  wyjazd  młodego  Wielopolskiego 

do  Petersburga,  to  proszę  mnie  zawiadomić  cyfro­
waną  depeszą.  Dobrze  by  było,  aby  tenże  mógł 

spełnić  puruczenie  ojca  jeszcze  przed  odjazdem  hra­
biego  Lamberta  dnia  25  b.  m.  Być  może,  że  przy 

tej sposobności Wielopolski zupełnie się wypowie.

Generał-adjutant Suchozanet.

Krasne Sioło— Warszawa

20 lipca 1861 roku.

Bardzo  boleję  nad  zamiarem  Wielopolskiego. 

Czekam  pańskich  wyjaśnień.  Syn  może  tu  przyje­
chać.  Mianowałem  generała  Gerstenzweiga  war­

szawskim  generał-gubernatorem.  Na  jego  zaś  miej­
sce  proponuję  panu  generał-majora  barona  Heyde- 

na, albo generał-porucznika Niepokojczyckiego.

Aleksander.

Warszawal*eterhof. 

20 lipca 1861 roku.

Generał-porucznik  Niepokojczycki,  jako  zupeł­

nie  obeznany  z  wszelkiemi  wojskowemi  ustawami, 

jako  były  prezes  kodyfikacyjnej  komisyi,  byłby  naj­

odpowiedniejszy,  jednak  należałoby  go  zachować  na 

szefa  sztabu  dla  Liidersa,  gdyby  wypadkiem  przy­
szło do wojny. 

v

Generał-major  baron  Beyden  dla  swoich  zdol­

ności,  przy  tern  jako  młodszy  i  niższy  st  opniem, 

mógłby  przez  dłuższy  czas  pozostać  w  ministeryurn 
wojny. 

Gen.-adj.  Suchozanet.

background image

Mam  szczęście  donieść,  że  wczorajszy  dzień 

w  mieście  przeszedł  cichu  i  spokojnie.  Włościanie 
w  Opolu,  ulegając  perswazyom  porucznika  Mucha- 
nowa,  bez  użycia  przymusowych  zarządzeń  wracają 

do posłuszeństwa. 

Gen -adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof,

22 lipca 1861 roku, godz. 7 rano.

W  imieniu  pierwszej  armii,  a  także  i  w  swem 

własnem,  mam  szczęście  złożyć  Waszej  Cesarskiej 
Mości  najpoddańsze  życzenia  z  powodu  Imienin  Naj­

jaśniejszej  Pani.—Wznawiając  dawniej  obowiązują­

cy  zwyczaj,  naznaczyłem  dziś  na  godzinę  w  pół  do 

11-tej  przed  południem  ogólne  przyjęcie  na  Zamku 

wszelkich  władz  wojskowych  i  cywilnych,  celem  ode­
brania  powinszować.  Następnie  odbędzie  się  uro­
czyste  nabożeństwo  w  Soborze  i  kościelna  parada.— 
Wczoraj w mieście panowuła zupełna cisza i spokój*

Gen.-adj. Suchozanet.

WarszawaPeterhof.

22 lipca 1861 r., godz. po poł.

Nadzwyczaj  liczne  zebranie  wszelkich  stanów 

na  Zamku  dla  wyrażenia  powinszować  w  dniu  Imie­

nin  Jej  Cesarskiej  Mości,  ośmiela  mnie,  w  uzupeł­

nieniu  porannej  depeszy,  dołączyć  także  najpoddań­

sze  życzenia  w  imieniu  wszystkich  dobrze  myślą­

cych w kraju. 

Gen.-adj. Suchozanet.

Warszawa —Peterhof22 lipca 1861 roku.

Kamerjunkier, hrabia Wielopolski, dzisiaj o go­

dzinie 3 po południu stanie w Petersburgu, zaś 25» 

rano w sekretaryacie Stanu.

Generał-adjutant Suchozanet.

r

WarszawaPeterhof. 25 lipca 861 roku.

Wczoraj 

tłum 

ludu 

poturbował 

policjanta, 

w  Saskim  ogrodzie,  który  przytrzymał  był  chłopaka, 

sprzedającego zbiorki zabronionych hymnów. Napo-

Warszawa

Peterhof.

 

21 lipca 1861 roku. •

background image

129

licyancie  potargano  mundur,  chłopaka  zaś  uwolnio­

no.  Wśród  licznych  i  rozzuchwalonych  tłumów  po- 
licya  jest  bezsilną.—Na  dzisiaj  i  dnie  następne  za­

powiedziane  są  po  ulicach  kościelne  procesye.  Za­

rządzam co potrzeba w celu ich niedopuszczenia.

Generał-adjutant Suchozanti.

WarszawaPeterliof. 

25 lipca 1861 roku.

/

Mam  szczęście  donieść:  W  Spięto  Przemie­

nienia  Pańskiego*  wyruszała  ogromna  pielgrzymka 

do  Częstochowy.  Przeprowadzała  ją  procesya  od 

księży  Paulinów  na  Starem  Mieście  aż  o  trzy  wior­

sty  za  miasto,  za  Wolskie  i  Jerozolimskie  rogatki. 

Wyjechałem  naprzeciw  konno  z  pułkownikiem  Jefi- 
mowiczem  i  przejechawszy  stępa,  bez  eskorty,  przez 

tłum  20,000  ludzi,  przekonałem  si§  osobiście  o  zu­

pełnym  poraplku,  nabożnym  nastroju  ducha  i  bra­

ku  wszelkiej  politycznej  demonstracyi  w  zebranych 
tłumach. 

Gen.-adj. Suchozanet.

Va 

rsza 

ica—Peterh o f.

27 lipca 1861 r., godz. 8 m. 55 rano.

Mam  szczęście  złożyć  Ich  Cesarskim  Mościom 

najpoddańsze  życzenia  w  dniu  urodzin  Najjaśniej­

szej  Pani  od  wiernych  Inn  armii,  mnie  i  dobrze 
myślących  stanów  kraju.  W  soborze  zaniesiemy  mo­

dły  o  szczęście  i  długie  lata  Waszym  Cesarskim 
hl  ościom.  -  Wczoraj  w  mieście  panowała  zupełna  ci­
sza i spokój. 

Gen.-adj. Snrhozanet.

Peterhof — Warszawa. 

27^ lipca 1861 r.,

godz. 6 

iu

. 15 po południu.

Dziękujemy  za  życzenia.  Pragnę,  ażeby  Wie­

lopolski  pozostał  przy  dotychczasowych  obowiązkach 

aż  do  przybycia  hrabiego  Lambeita,  który  osobiście 
się  z  nim  porozumie  co  do  dłL/.ego  stanowiska. 
Lambert wyjeżdża we wtorek.

Aleksander.

Biblioteka—T. 4il. • 

9

N

background image

Ze  smutkiem  muszę  donieść,  źe  wskutek  po­

błażliwości  duchowieństwa,  motłoch  po  kościołach 
dopuszcza  się  nieporządków,  tak,  źe  już  i  ono 
zapobiedz 

im 

nie 

może. 

Wczoraj 

katedrze, 

przed  ukończeniem  Mszy  Świętej,  tłum  zebrany 

zaczął  śpiewać  hymny  i  przeszkodził  dokończe­

niu  nabożeństwa,  tak,  że  urzędnicy  i  księża  opuścili 
kościół  przed  końcem  modlitwy.  W  nocy  nieliczne 

gromadki  wybijały  szyby  w  oknach,  które  były 

oświecone.  Musiałem  użyć  wojska  dla  rozpędzenia 

zbiegowisk. 

Aresztowano 

siedem 

osób. 

Szczegóły 

prześlę,  gdy  zbiorę  bardziej  dokładne  dane  i  wy­
kryję głównych winowajców.

Generał-adjutant Suchozanet.

Warszawa—Feterhof'. 

29 lipca 1861 roku.

Burzyciele  porządku  zbierali  się  pod  różne  mi, 

najdziwaczniejszemi  pozorami  na  Miodowej  ulicy, 

zkąd  natychmiast  byli  rozpędzeni.  Dla  przekróce- 
nia  tych  ulicznych  zamieszek  i  zapobieżenia  zapo­

wiedzianym  demonstracyom  znów  rozmieszczam  woj­

sko  po  placach.  Niezwłoczny  przyjazd  hr.  Lam­

berta  jest  konieczny.  Stan  mego  zdrowia  bardzo 

niedobry.

Gen. adj. Suchozanet.

Warszawa —Feterhof• 30 lipca 1861 roku

Mam szczęście donieść: 

Wczoraj w, mieście

zupełnie  się  uspokoiło  i  dzień  przeszedł  w  ciszy 
i porządku.

Gen. adj. Suchozanet.

WarszawaFeterhof. 

30 lipca 1861 roku.

Rozrzucone  i  nalepione  po  rogach  ulic  odezwy, 

wzywają  na  jutro  do  kościołów  na  obchód  uroczy­

stości  narodowej  „Unii  z  Litwą"  i  nakazują  ilumi-

Warszawa

Feterhof. 

22

 

lipca i 861 roku.

background image

nacyę.  Ogłaszam,  że  na  to  nie  pozwolę.  Staram 

się,  ażeby  i  duchowieństwo  w  duchu  tym  działało, 

ku  czemu  zdaje  się  skłaniać  Zawiadamiam  Nazi- 
mowa o wydanych zarządzeniach.

Na  dzień  3  sierpnia,  dzień  Napoleona,  takie 

same  wezwania.  Czekam  co  dzień  jutrzejszy  przy­

niesie.  Co  do  3  sierpnia  nic  jeszcze  me  zarzą­
dziłem.

■ 

Gen. adj. Suchozanet.

/

WarszawaPeterhof. 

31 lipca 1861 roku.

Mam  szczęście  donieść:  wczoraj  miasto  zacho­

wało  się  spokojnie.  Dzisiaj  wojska  zgromadzone 

na  zbornych  punktach  dla  zapobieżenia  niepo­

rządkom.

Gen. adj. Suchozanet.

Krasne SiołoWarszawa. 

31 lipca 1861 roku.

Oby  dał  Bóg,  by  wasze  zarządzenia  zapobie­

gły  oczekiwanym  nieporządkom.  Hrabiego  Lamber­
ta  zatrzymują  tu  ważne  sprawy.  Wyjeżdża  w  pią­

tek rano.

Aleksander.

Warszawa—Carskie Sioło.  1 sierpnia 1861 roku.

Dzięki  groźnej  obecności  wojsk,  dzień  wczo­

rajszy  przeszedł  w  porządku,  chociaż  widoczne  by­
ło  wielkie  wzburzenie  umysłów.  Kobiety  były  w  su­

kniach  kolorowych.  Magazyny  pozamykane.  Wie­
czorem  oświecono  pokoje.  8iowem,  objawy  tego  ro­
dzaju,  że  ich  policya  i  wojsko,  ani  przewidzieć,  ani 
zabronić  nie  mogły.  Aresztowano  30  osób.—Gene- 
rał-adjutant  Ignatiew  dziś  odjeżdża  i  osobiście  mo­

że wszystko opowiedzieć.

Gen. adj. Suchozanet.

Warszawa—Carskie Sioło

2 sierpnia 1861 roku.

Obecność wszystkich wojsk w mieście na 30

background image

lipca,  oraz  zarządzone  aresztowania  *  osiągnęły  ceł 
zamierzony.  Wzburzenie  ustało  i  wczoraj  miasto 
było w zupełnym porządku i spokoju.

Gen. adj. Suchozaneł.

Warszawa—Carskie Sioło. 3 sierpnia 1861 roku.

Mam szczęście donieść: 

Wczoraj w mieście

było  cicho  i  spokojnie.  Dzisiaj,  jako  w  święto  Ma­
tki  Boskiej,  należy  się  spodziewać  tłumów  po  koś­

ciołach.

Gen. adj. Suchozanet.

Warszawa—Carskie Sioło.  4 sierpnia 1861 roku.

Wczoraj,  pomimo  tłumów  po  kościołach  z  po­

wodu  święta,  oprócz  hymnów  żadnych  innych  niepo­

rządków,  iluminacyi  lub  jakiej  innej  demonstracyi 

w  mieście  nie  było.  Na  Powązkach,  jak  zwykle 

w  święta,  zebrało  się  dużo  ludu,  odśpiewano  na 

grobach  zabitych  hymny,  a  potem  lud  spokojnie  się 

rozszedł. 

Wogóle 

cisza 

spokój 

przywrócone. 

Fizyonomia miasta zadawalniająca.

Gen. adj. Suchozanet.

Carskie SiołoWarszawa, 4 sierpnia 1861 roku,

godzina 

i

O wieczór.

Chwała  Bogu,  że  dzień  wczorajszy  przeszedł 

szczęśliwie.  List  przez  Ignatiewa  dziś  rano  otrzy­

małem.  Hrabia  Lambert  dopiero  w  poniedziałek 

rano  będzie  mógł  wyjechać.  Nie  chcę  żadnej  zmia­
ny  systemu  zachowania  się  i  proszę  się  tem  kiero­
wać  do  jego  przyjazdu,  nie  dopuszczając  pod  żad­
nym  pozorem  do  jakichkolwiek  demonstracyi  i  sa­

mowoli.

Aleksander.

Warszawa—Carskie Sioło. 5 sierpnia 1861 roku.

Mam szczęście donieść: wczoraj w mieście był

132

background image

133

,  zupełny  spokój  i  należyty  porządek.  Generał-major 

Potapow przyjechał wieczorem.

Gen. adj. Sućhozanet.

Warszawa—Carskie Sioło.  6 sierpnia 1861 roku,

godz. 7 m. 45 po północy.

Wczoraj  w  mieście  panował  najzupełniejszy 

spokój,  ani  cienia  jakichkolwiek  nieporządków.  De­

magogia  utrzymuje,  że  otrzymała  takie  rozkazy,  lecz 
sądzę,  że  to  jest  skutkiem  groźnej  postawy  wojska 

i  dokonanych  aresztowań  czternastu  osób.  W  mia­
stach  gubernialnych  jednocześnie  utrzymano  w  ten 
sam  sposób  należny  porządek.  Aż  do  przybycia 

hrabiego  Lamberta  będę  dalej  wysyłać  ludzi  niepe­

wnych  i  księży  do  Cesarstwa,  lub  też  zamykać  w  ka­
zamatach fortecznych.

Gen. adj. Sućhozanet.

Carskie Sioło— Warszawa. 6 sierpnia 1861 roku.

godz. 7 m. 30 wieczór.

Zgadzam  się  na  energiczne  postępowanie.  Hra­

bia  Lambert  wyjeżdża  z  moim  listem  we  wtorek 
rano.

Aleksander.

Warszawa—Tuła

8 sierpnia 1861 roku.

Mam szczęście donieść: 

W mieście panował

zupełny  spokój.  Ponownie  aresztowano  5  osób  za 

noszenie  zabronionych  pasów,  w  rodzaju  sznurka 

z kółkiem.

*

Gen. adj. Sućhozanet.

WarszaicaCharków. Ztamtąd do Czugujewa.

12 sierpnia 1861 roku, godzina 2 po północy.

Mam szczęście donieść: Hrabia Lambert przy­

był wczoraj o godzinie 11 w nocy. AV mieście pa-

background image

134

nował  zupełny  spokój.  Nie  było  powodu  do  żad­

nych  aresztowań  na  ulicach.  Uwięziono  w  mieszka­
niach  sześciu  przewódców,  zabrano  papiery.  Mam 

nadzieję wykryć dalszych wspólników.

Gen. adj. Sućhozanet.

WarszawaCharków

13 sierpnia 1 §61 roku.

Mam szczęście donieść: 

Wczoraj w mieści©

panował  spokój  zupełny,  powodów  do  aresztowań 

ulicznych nie było. Objąłem zarząd kraju i armii.

Hrabia Lambert.

CharkówWarszawa

14 sierpnia 1861 roku.

Daj  Boże!  byś  w  dobrą  godzinę  objął  rządy. 

Czy  się  wykryło  co  ważnego  wskutek  aresztowań, 

o  których  generał-adjutant  Sućhozanet  donosił  w  swej 

ostatniej depeszy?

Aleksander.

WarszawaCharków. 

14 sierpnia 1861 roku.

W  mieście  spokojnie.  Generał  Gerstenzweig 

przybył  wczoraj.  Minister  wojny  wyjeżdża  dzisiaj 
o  godzinie  6  rano.  —  Przy  aresztowaniu  czterech 
osób  za  noszenie  stroju  narodowego,  tłum  obrzucał 

policyantów  kamieniami,  przyczem  lekko  kontuzyo-  • 
wany 

podpułkownik 

Bolicki. 

Nadeszła 

kompania 

wojska rozproszyła zbiegowisko.

Hrabia Lambert.

WarszawaPołtawa. 

15 sierpnia 1861 roku.

W  mieście  spokój,  wojska  z  placów  sprowa­

dzone.  Dzisiaj  ogólne  przedstawienie  się  władz  cy­

wilnych  na  Zamku.  Wczoraj  wysłałem  kuryerein 
do  Bendera  list  do  Waszej  Cesarskiej  Mości.  Od­

powiadam na telegram z Charkowa: 

Śledztwo się

prowadzi, lecz nie przewiduję jakichś ważniejszych 

odkryć.

Hrabia 

Lambert.

«

background image

\

136

Wczoraj  było  ogólne  przyjęcie  cywilnych  urzę­

dników  na  Zamku,  nic  szczególnego  nie  mam  z  tego 
powodu  do  doniesienia.  Wczoraj  wieczorem  prz)był 
do  Warszawy  senator  Płatonow.  W  mieście  spokój. 

—Nie  czynię  żadnych  zarządzeń  na  przejazd  J.  C. 

Wysokości,  W.  księcia  Konstantego  Mikołajewicza 

przez Królestwo Polskie.

Hrabia Lambert.

WarszawaOdesa. 

19 sierpnia 1861 roku.

Przy  pogrzebie  zmarłego,  podobno  z  ran  otrzy­

manych  w  kwietniu,  przyłączyło  się 

4

J

0

.  5000  osób. 

Pochód  postępował  w  porządku  z  kościoła  św.  Krzy­

ża  na  cmentarz  Powązkowski.  Po  prześpiewaniu 
hymnów tłum rozszedł się.

Hrabia Lambert.

WarszawaOdesa. 

20 sierpnia 1861 roku.

W  mieście  spokój,  żadnych  zajść  nie  było. 

Dokąd mam następnie telegrafować?

Hrabia Lambert.

Odesa— Warszawa. 

20 sierpnia 1861 roku

godz. 8 wieczór.

Wczoraj  przybywszy  do  Odesy  znalazłem  list 

Twój  z  dnia  14  (26)  b.  m.  Pochwalam  pierwsze 
zarządzenia,  lecz  następne  depesze  wskazują,  że 

swawola  nie  ustaje.  Dalej  tak  być  nie  może,  ani 

w  Warszawie,  ani  na  prowincyi  i  dlatego  żądam, 
aby  zaprowadzić  stan  wojenny  w  miejscowościach, 

gdzie  to  uznasz  za  wskazane.  —  W  moim  progra­
mie  podróży,  oprócz  dwudniowego  opóźnienia  wszę­
dzie,  zmian  innych  niema.  Konstanty  Mikołajewicz 

nie pojedzie przez Polskę.

A

J

eksni der.

Warszawa

Elizabetgrad.

 16 sierpnia 1861 roku.

background image

136

Nic  szczególnego  nie  zaszło.  Wiadomości  z  gu- 

bernii  zachodnich  wywołują  widoczne  wzburzenie 

umysłów.  Ogłoszenia  o  żałobnych  nabożeństwach 

rozchodzą się z rąk do rąk.

Hrabia Lambert.

Warsaawa—Odesa

22 sierpnia 1861 roku.

Wczoraj  Szczególnego  wzburzenia  w  mieście 

nie  było,  jednak  w  kościołach  odbyły  się  nabożeń­
stwa  w  skutek  zajść  wileńskich,  powiększonych  przez 

agitatorów,  ijałoba  zwiększona.  Magazyny  w  czasie 

nabożeństw były pozamykane.

Hrabia Lambert.

OdesaWarszawa. 

22 sierpnia 1861 r.,

godz. 11 rano.

Dzisiejsza  depesza  jeszcze  bardziej  utwierdza 

mnie*  w  przekonaniu  o  potrzebie  zarządzenia  suro­

wych  środków  i  zaprowadzenia  tychże  jednocześnie 
na  Litwie  i  w  Polsce.  Przed  trzema  dniami,  wie­
czorem, wysłałem kury era do Warszawy.

Aleksander.

WarszawaSymferopolztamtąd sztafetą do Sewastoiwla.

23 sierpnia 1861 roku.

W  mieście  spokojnie.  Obecnie  nie  ma  powo­

du  ogłaszania  stanu  wojennego,  gdyż  stan  rzeczy 

na  gorsze  się  nie  zmienił,  mimo  że  wojska  z  placów 
sprowadzono.  Nadto  zwykła  policya  jeszcze  nie 

zorganizowana,  tajnej  policyi  niema,  a  i  sami  mało 

jeszcze  oznajmieni  jesteśmy  ze  sprawą.  Nic  dzi­

wnego,  jeżeli  będzie  wzburzenie  w  rocznicę  wzięcia 
Warszawy,  lecz  nie  przewiduję  w  tein  żadnego  nie­
bezpieczeństwa. Ogłoszenie stanu wojennego wzbu-

Warszawa

Bender.

 

21 sierpnia 1861 roku.

background image

137

"N

rżenia  nie  usunie,  a  w  danym  razie  i  bez  tego  woj­

ska  są  w  pogotowiu.  Mniej  się  obawiam  ulicznych 

demonstracyi  niż  wyborów.  Upraszam  "Waszej  Ce­

sarskiej  Mości,  gdy  się  już  na  to  zgodziłeś,  o  za­

mianowanie  w  miejsce  generała  Liprandiego  genera­

ła Chrulewa i, jeśli zgoda, to na 30 sierpnia.

Hrabia Lambert.

SewastopolWarszawa. 24 sierpnia 1861 roku,

godzina 10 po południu.

Nie  dopuścić  do  żadnych  demonstracyi  w  ro­

cznicę  wzięcia  Warszawy,  a  gdyby,  mimo  zarzą­

dzonych  środków,  takie  zaszły,  to  ogłosić  natych­
miast  w  Warszawie  stan  wojenny.  Tak  samo  po­
stąpić  i  w  innych  miejscowościach  i  natychmiast 

odebrać wszelką broń od mieszkańców.

Aleksander

ł

WarszawaSymferopol, przez Bachczysaraj do

Liwadifi.

25 sierpnia 1861 roku.

Miasto  spokojne.  Wysłałem  do  Petersburga 

przedstawienie  o  zamianowaniu  margrabiego  Wielo­

polskiego  głównym  dyrektorem  Koraisyi  sprawiedli­

wości.  Raczy  Wasza  Cesarska  Mość  zatwierdzić 
telegraficznie,  nie  czekając  przedstawienia  i  zezwolić 
na  zamianowanie  go  także  wiceprezesem  Rady  Sta­

nu, na 30 sierpnia. Upraszam o odpowiedź.

Hrabia Lambert

Warszawa—Liwadya 

25 sierpnia 1861 roku.

Upraszam  o  telegraficzne  polecenie  zarządza­

jącemu  ministerstwem  wojny,  aby  wybrał  z  gwardyi 

i  przysłał  dla  wzmocnienia  warszawskiej  policyi  100 
żołnierzy,  o  co  do  niego  dzisiaj  pisałem.  Najwię­

ksza tego potrzeba.

Hr. 

Lambert

.

background image

138

I

Zgadzam  się  na  zamianowanie  Chrulewa  na 

miejsce  Liprandiego  *),  również  i  na  przedstawienie 

Wielopolskiego  do  Komisyi  sprawiedliwości  i  na 
wiceprezesa Rady Stanu, na dzień 30 sierpnia.

Aleksander. 

v

Warszawa—Liicadya. 

27 sierpnia 1861 roku.

Dzień  wczorajszy  przeszedł  spokojnie,  manife- 

stacyi  nigdzie  nie  było,  na  Wolę  nikt  nie  chodził. 

Wskutek  restauracyi  sobornej  cerkwi,  arcybiskup 
odprawił  mszę  świętą,  i  nabożeństwo  w  cerkwi 

w  Łazienkach.  Po  nabożeństwie  była  kościelna  pa­

rada  ze  smoleńskim  pułkiem  ułanów.  W  kościele 

katedralnym  nabożeństwo  odprawiał  sufragan,  wszy­
stko  poszło  dobrze,  a  w  kościołach  nawet  nie  śpie­

wano  hymnów.  Wieczorem  rządowa  gmachy  były 

iluminowane,  magazyny  były  cały  dzień  otwarte,  lu­

dność  przechadzała  się  po  ulicach  spokojnie,  wojska 

nie  były  nigdzie  skonsygnowane.  Wieczorem  roze- 

^  słano  po  ulicach  patrole.  W  niektórych  okolicach 

miasta  zaszły  hałasy,  wywołane  przez  Żydów  fana­
tyków,  którzy  zaczęli  wybijać  szyby  w  magazynach 
żydowskich,  które  nie  zostały  pozamykane  z  zapa- 

dającem  u  Żydów  świętem.  Nieporządki  te  nie 

miały  żadnych  politycznych  znamion,  ani  też  jakie­

goś  szczególniejszego  znaczenia.  Niektórzy  eksce- 
denci  są  już  aresztowani,  zarządzono  także  uwię­

zienie  głównych  promotorów.  —  Wczorajszy  dzień 
budzi  niejaką  nadzieję,  że  się  stronnictwo  porządku 

wzmoże.

Hrabia Lambert.

Lńcadya—Warszawa

25 sierpnia 1861 roku

*) O ile wiadomo, cesarz zaraz cofnął rozkaz co do 

Chrulewa.

*

s

background image

139

W  Warszawie  spokojnie.  W  mieście  Łęczycy 

zaszły  uliczne  nieporządki,  zarządzono  dochodzenie. 
Jeśli  się  wszystko  okaże  prawdą,  ogłoszę  tam  stan 
wojenny. O szczegółach doniosę.

Hrabia Lambert. ~

WarszawaLiwadya

30 sierpnia 1861 roku.

Ha  wniosek  Wielopolskiego,  Rada  Stanu  uzna­

ła  za  potrzebne  wydanie  urzędowego  dziennika 

dla  Królestwa  Polskiego,  aby  módz  w  ten  sposób 
oddziaływać 

na 

uspokojenie 

umysłów; 

redakcyę 

wzmocnić,  a  artykuły  nieurzędowe  drukować  tylko 

po  polsku  bez  tekstu  rosyjskiego.  Uznaję  potrze­
bę  śpiesznego  przeprowadzenia  tej  reformy,  lecz 
nie  może  ona  nastąpić  bez  zezwolenia  Waszej 

Cesarskiej  Mości.  Czy.  otrzymam  najmiłościwsze 

zezwolenie?

Hrabia Lambert.

WarszaicaLiivadya

31 sierpnia 1861 roku.

W  mieście  spokojnie!  Wczorajsze  nabożeństwa 

odbyły  się  we  wszystkich  kościołach  w  porządku, 

jedynie  w  katedrze  kilkanaście  osób  przeszkadzało, 

intonując  podburzające  hymny.  Kazałem  winnych 

odszukać.  Dopóki  nie  zorganizujemy  policyi,  nie­

podobna 

zapobiedz 

podobnym  swawolom,  jednak 

i  one  zaczynają  się  zmniejszać,  ^gdyź  większość  lu­

dności zachowuje się obojętnie.

Hrabia Lambert.

WarszawaIAwadya. 

31 sierpnia 1861 roku.

Koniecznie  potrzebuję  ludzi  pewnych.  Upra­

szam  o  polecenie,  aby  mi  przysłano  do  dyspozycyi 

generał-majorów: Dreniakina, Zimmermana ze szta- 

*

Warszawa—Ldwadya.

 28 sierpnia 1861 roku.

*

background image

140

\

bu, Konstandylakiego z artyleryi i pułkownika żan­

darmów Lewenthala.

Hrabia Lambert.

Warszawa—Li wady a.  2 września 18(51 roku.

W  mieście  spokojnie.  Poczuwam  się  w  obo­

wiązku  proszenia  Waszej  Cesarskiej  Mości  o  naj- 

v

 

wyższe  zezwolenie  przedstawienia  do  nagród  podwój­

nej  liczby  wojskowych,  nie  tak,  jak  zwykle,  a  to 

uwzględniając  niezwykłe  trudy,  na  które  są  wysta­

wione wojska konstytujące w Królestwie Polskiem.

Hrabia Lambert.

Liwadya—Warszawa

3 września 1861 roku,

godzina 8 wieczór.

Jedynie  tylko  pułkownika  żandarmów,  Lewen­

thala,  mogę  ci  przysłać  do  dyspozycyi.  Do  nagród 

.na  ten  rok  możesz  przedstawić  podług  norm  przy­

jętych dla gwardyi.

Od  czasu  zaprowadzenia  na  Litwie  stanu  wo­

jennego,  wiadomości  ztamtąd  nadchodzą  zadawałnia- 
jące;  to  mnie  jeszcze  bardziej  utwierdza  w  przeko­

naniu  o  konieczności  zastosowania  tego  zarządzenia 
i  do  Królestwa  Polskiego,  gdyby  się  powtórzyły 

takie  nieporządki  jak  w  katedrze  dnia  3U  sierpnia. 

Już wielki czas koniec temu położyć.

Aleksander.

__  ^

WarszawaLiwadya. 4 września 1861 roku,

godzina 1 po północy.

W mieście spokojnie. W Kaliszu dnia 30 

sierpnia zbiegowisko starło się z patrolem z powo- 

‘ du nieiluminowania. Posłany tam generał Paulucci 

donosi, że porządek przywrócony. Dziś wysyłam 

kuryera z pismem do Waszej Cesarskiej Mości.

Hrabia 

Lambert

.

background image

141

godzina 10 minut 30 *rano.

W  Kaliszu  ogłosić  stan  wojenny.  Winnych 

starcia  dnia  30  sierpnia  sądzić  według  praw  kar­

nych  polowych  i  wyroki  zaraz  wykonać,  o  czem  do­

nieść w drodze telegraficznej.

Aleksander.

<

AarszaiuaLiwadya. 4 września 1861 roku,

godzina 4 minut 30 po południu.

W  zajściu  Kaliskiem  okazali  się  najbardziej 

winnymi 

żołnierze 

nizowskiego 

pułku 

piechoty. 

O  zmianie  dowódcy  pułkowego  zawiadomiłem  gene­

rał  adjutanta  Milutyna.  Niepodobna  ogłaszać  stanu 
wojennego,  gdyż  byłoby  to  sprzeczne  z  wydanemi 

już  zarządzeniami  w  tej  sprawie.  Upraszam  o  zmia­

nę  polecenia.  Zaprowadzenie  stanu  oblężenia  ze­

psuje  rzecz  całą  na  zawsze,  unikam  tego  o  ile  tyl­
ko  możliwe.  Szczegóły  w  piśmie,  które  dziś  da 

Waszej Cesarskiej Mości wysłałem.

Hrabia Lambert.

LiwadyaWarszawa. 4 września 1861 roku,

godzina 11 minut 30 wieczór.

Zgadzam  się  na  chwilowe  wstrzymanie  ogło­

szenia  stanu  wojennego  aż  do  otrzymania  szczegó- 

łó w przez kuryera, którego oczekuję.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 5 września 1861 roku.

Wczoraj  kilku  ludzi  przez  zemstę  wybiło  szy­

by  w  jednym  magazynie.  Winni  aresztowani.  Dla 

pomocy  polieyi  wzmocniłem  patrole.—Między  stron­

nictwami  kłótnie,  niezgoda,  mściwość.—Nie  przeczę 
konieczności  zaprowadzenia  stanu  wojennego,  lecz 

proszę Waszej Cesarskiej Mości pozostawić mi wy-

Liwadya—Warszawa

. 4 września 1861 roku.

»

background image

142

bór  chwili.  Agitatorzy  właśnie  chcieliby  nas  wy­

prowadzić z cierpliwości.

Hrabia Lambert.

Liicadya—Warszawa. 5 września 1861 roku,

godzina 8 minut 30 wieczór.

Rad  jestem,  żeś  się  nakoniec  przekonał  o  ko­

nieczności  zaprowadzenia  s'tanu  wojennego.  Agita­
torzy  już  za  długo  przyzwyczaili  się  do  liczenia  na 
naszą  cierpliwość,  którą  przypisują  naszej  słabości 

i  niedecyzyi.  Jeszcze  raz  powtarzam,  pora  już  te­
mu koniec położyć.

Aleksander.

WarszawaLiicadya. 6 września 1861 roku,

godzina 2 minut 20 po północy.

Wzburzenie  w  Warszawie  się  wzmaga,  przy­

bierając  charakter  walki  między  skrajnem  a  umiar- 

kowanem  stronnictwem.  Wczoraj  i  dzisiaj  napa­

dnięto  publicznie  niektóre  osoby,  nie  współczujące 
z  zaburzeniami.  Dwa  magazyny  zostały  zniszczone 

przez  motłoch,  który  się  rozproszył  za  nadejściem 

wojska.  Bez  szkody  dla  sprawy  nie  mogę  zaraz 

ogłosić  stanu  wojennego.  Oczekuję  sposobnej  chwi­

li i tej nie opuszczę.

Hr. Lambert.

WarszawaLiwadya. 7 września 1861 roku,

godzina 1 minut 20 po północy.

Tłum  się  zebrał  przed  zniszczonym  magazy­

nem,  lecz  nic  nie  robił.  Zbiegowisko  przez  policyę 
z  pomocą  ludności  rozpędzone.  Innych  zajść  nie 

było.  —  Otrzymawszy  odmowną  odpowiedź  co  do 
proszonych  pomocników,  upraszam  o  polecenie  przy­

słania  do  mojej  dyspozyeyi  generałów:  hr.  Kreutza 

2-go, Samsonowa 2-go, Launitza 2-go i ze świty

background image

143

Waszej  Cesarsciej  Mości  księcia  Bagrationa.  Po­
trzebuję  koniecznie  pomocników  na  wypadek  zapro­
wadzenia stanu wojennego.

Hrabia Lambert.

LiwadyaWarszawa. 7 września 1861 roku.

^  Staraj  się  skorzystać  z  walki  stronnictw,  nie 

dopuszczając  jednak  do  swawoli.  Zgadzam  się  na  przy­
słanie  Samsonowa  2-go,  Launitza  2-go  i  księcia 
Bagrationa. 

Dla 

hrabiego 

Kreutza 

mam 

inne 

przeznaczenie.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 8 września 1861 roku.

Mam  szczęście  złożyć  Waszym  Cesarskim  Mo- 

ściom  najpoddańsze  życzenia  wspólnie  z  pierwszą 
armią,  w  dniu  urodzin  Jego  Cesarskiej  Wysokości 

Cesarzewicza.

W  mieście  spokojnie.  Wybory  zaczynają  się 

w  poniedziałek.  Chodzą  wieści,  że  mają  podać 
adres.

_ Hr. Lambert.

LiwadyaWarszawa. 8 września 1861 roku,

godz. 3 po poł.

Szczerze  dziękuję  za  życzenia—W  czasie  mej 

podróży  na  Kaukaz,  t.  j.  od  10  do  26  września, 

proszę  tylko  w  nader  ważnych  i  nagłych  wypad­

kach  telegrafować  do  Li  wady  i  z  dodatkiem  na  depe­
szy:  „Niezwłocznie  wysłać  Cesarzowi.*  O  tern  co 
się  dzieje  w  Królestwie  Polskiem,  codziennie  tele­

grafować do generał-adjutanta Milutina.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 8 września 1861 roku,

godzina 11 minut 30 wieczór.

Stosownie  do  depeszy  z  dnia  24  sierpnia,  po­

background image

144

robiłem  juź  niektóre  zarządzenia,  odpowiednio  do 
rozkazów  Waszej  Cesarskiej  Mości.  Nie  mogę  li­
czyć  na  to,  ażeby  generał  Liprandi  sam  prosił 
o  uwolnienie  od  obowiązków.  Z  tego  powodu  czy 

nie  raczyłby  Wasza  j  Cesarska  Mość  rozkazać,  by, 

nie  czekając  podania,  zamianować  Liprandiego  człon­
kiem  Rady  wojennej  i  przyśpieszyć  nonlincyę  Chru- 
lewa. Dla mnie każda minuta droga.

Hrabia Lambert.

Warszawa—Liwadya. 9 września 1861 roku,

godz. 1 w nocy.

Nr  214.  W  mieście  spokojnie.  Wczoraj  na­

bożeństwa  nigdzie  nie  były  przerwano.  Upraszam 
o  nadanie  mi,  w  razie  ogłoszenia  stanu  wojennego, 

prawa  oddawania  ludzi  podejrzanych  i  notowanych 

jako  niespokojnych  do  wojska  na  rachunek  przy­

szłego  poboru;  gdyby  zaś  nie  byli  zdatni  do  wojska, 
do  wysyłania  ich  na  mieszkanie  do  gubernii  odda­

lonych.

Hrabia Lambert.

Liwadya—Warszawa. 9 września 1861 roku,

godz. 6 wiecz.

Juź  zarządzono  o  Liprandim  i  Chrulewie. 

.ro­

zwalam  na  postępowanie,  jak  żądasz  w  depeszy  Nr 
214. Oczekuję niecierpliwie wyniku wyborów.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 27 września 1861 roku,

godzina 1 minut 30 po północy.

Wybory  za  sześć  dni  będą  ukończone.  Jutro 

pogrzeb  arcybiskupa  Fijałkowskiego.  Mogą  być  za­
burzenia.  Proszę  o  rozkaz  telegraficzny,  ażeby  po- 

licyantów utrzymujących porządek, uważać aż do

background image

i

145

t

innego zarządzenia, na równi z szyldwachami woj­

skowymi.

Hrabia Lambert.

LiwadyaWarszawa.  28 września 1861 roku,

godz. 6 wiecz.

Dziś  o  godzinie  1  wróciłem  szczęśliwie  z  Kau­

kazu.—Policyantów  w  czasie  pełnienia  służby  uwa­
żać  jako  wojskowych  szyldwachów.  List  z  dnia  22 

(4)  października  otrzymałem.  Zarządzenia  Twoje 

pochwalam.

Aleksander. *

Warszawa—Liwadya.  28 września 1861 roku.

Eksportacya  zwłok  arcybiskupa  Fijałkowskiego 

odbyła  się  z  niesłychaną  uroczystością,  napływ  ludu 

niezmierny,  w  pochodzie  niesiono  liczne  chorągwie 
i  godła  podburzające.  Lecz  wszystko  odbyło  się 
w ciszy i w największym porządku.

Hrabia Lambert.

LiwadyaWarszawa:  29 września 1861 roku,

godz. 8 wiecz.

jNader  jestem  niezadowolony  z  pojawienia  się 

przy  -  pogrzebie  Fijałkowskiego  chorągwi  i  godeł 
rewolucyjnych,  i  z  tego,  że  to  dopuszczono.  Jeśli 

wybory  w  Warszawie  ukończone,  nie  zwlekając 

ogłosić  stan  wojenny.  Tak  samo  postępować  i  na 

prowincyi przy powtórzeniu podobnych demonstracyi.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 30 września 1851 roku,

godzina 2 po północy.

Chodzą  niepokojące  pogłoski  o  Petersburgu. 

Stan  umysłów  bardzo  niedobry.  Wkrótce  stan  wo­

jenny okaże się nieunikniony.

Hrabia Lambert.

10

Biblioteka.—T. 441

background image

*  WarszawaLiicadya. 1 października 1861 roku,

godzina 2 minut 15 po południu.

Wskutek  zarządzonych  środków  zjazd  horo- 

delski  się  nie  odbył.  W  Warszawie  położenie  nie 

zmienione. 

Będę 

działał 

stosownie 

do 

poleceń 

Waszej Cesarskiej Mości.

Hrabia Lambert.

WarszawaLiicadya. 2 października 1861 roku.

Uprzedzając  ponowne  rewolucyjne  objawy  z  po­

wodu  zapowiedzianych  na  jutro  nabożeństw  za  Ko­
ściuszkę,  uznałem  za  konieczne  niezwłoczne  ogło­

szenie  stanu  wojennego  w  calem  Królestwie  Pol- 

skiem.  W  mieście  wojska  dzisiejszej  nocy  zajmą 
naznaczone posterunki.

Hrabia Lambert.

Liwady a—Warszawa. 2 października 1861 roku,

godzina 11 minut 30 rano.

*  Daj  Boże,  aby  ogłoszenie  w  Królestwie  Pol- 

skiem  stanu  wojennego  wywarło  skutek  dawno  ocze­

kiwany.—Jak  Twoje  zdrowie?  Niech  Bóg  Cię  wspo­

maga.

Aleksander.

WarszawaLiicadya. 3 października 1861 roku,

godzina 2 minut 20 po północy.

*

Wczorajszy dzień przeszedł spokojnie. Wy­

słałem kuryera do Waszej Cesarskiej Mości. Na 

dzisiaj zapowiedziano manifestacye w rocznicę śmier­

ci Kościuszki. Zarządzam środki ku przeszkodze­
niu im. Zdrowie moje w złym stanie.

Hrabia Lambert.

WarszawaLiwadya. 4 październiernika 1861 roku,

godzina 4 m. 15 po północy.

Wczoraj trzy kościoły, w których zebrano *się 

na zapowiedziane nabożeństwa i śpiewano rewolu-

background image

147

cyjne  hymny,  otoczono  wojskiem.  Z  jednego  publicz­
ność  uszła  skry  tern  przejściem,  w  dwóch  drugich 
upornie  pozostała  do  późnej  nocy.  W  tej  chwili  od­
bywa  się  w  nich  aresztowanie  wszystkich  mężczyzn. 
AVzburzenie  silne;  zbiegowiska  uliczne  natychmiast 

rozpędzają patrole i konne rozjazdy.

Hrabia Lambert.

WarszawaLiiuadya. 5 października 1861 roku,

godzina 3 po północy.

Z  1,600  osób  aresztowanych  w  kościołach, 

uwolniono  większą  część  starych  i  małoletnich.  Are­
sztowania  wywołały  w  duchowieństwie  silne  oburze­

nie, chcą zamknąć w Warszawie kościoły.

Hrabia Lambert.

WarszawaLiwadya. 5 października 1861 roku, 

godz. 9 minut 30 r. — odebrano g. 7 m. 35 w.

Generał-adjutant  Gerstenzweig  zastrzelił  się 

o  godzinie  7  rano.  Umiera.  Choroba  moja  tak  się 
wzmaga,  że  za  siebie  nie  ręczę.  Na  miłość  Boga, 

proszę przysłać zastępców na nasze miejsca.

Hrabia Lambert.

LiwadaWarszawa.  6 października 1861 roku,

godzina 1 po południu.

Nadzwyczaj  boleję  nad  samobójstwem  Gersten- 

zweiga  i  Twoją  chorobą.  Myślę  posłać  do  Warsza­
wy  generał  adjutanta  Liidersa.  Zawezwałem  go  tu­

taj z Odesy.

Aleksander.

Warszawa—Liwadya.  6 października 1861 roku,

godzina 2 po północy.

Dzień  przeszedł  spokojnie.  Kościoły  zostały 

przez  duchowieństwo  zamknięte.  O  ile  mogę,  prze­

ciwdziałam  wpływowi  duchowieństwa.  Generał-adju- 

tant  Gerstenzweig  jeszcze  żyje,  ale  niema  żadnej 

nadziei  ocalenia  go.  Zastępuje  go  generał-adjutant 
MerchelewiCz.

Hrabia 

Lambert.

background image

148

Warszawa—Li wały a. 7 października 1861 roku,

godzina 2 m. 30 po północy.

Dzień  przeszedł  szczęśliwie.  M.  A.  Gerstenzwei- 

gowi  nieco  lepiej.  Wczoraj  wysłałem  kuryera  do 

Waszej Cesarskiej Mości.

Hrabia Lambert.

Warszawa—Liwadya.  8 października 1861 roku,

godzina 2‘ m. 30 po półn.

W  mieście  spokojnie;  kościoły  zamknięte.  Nie 

wiem jak minie dzień dzisiejszy.

Hrabia Lambert.

WarszawaLiwadya. 9 października 1861 roku,

godzina 2 m. 35 po półn.

Surowe  zarządzenia  widocznie  skutek  odnoszą, 

dzień  dzisiejszy  przeszedł  zupełnie  spokojnie  mimo 
zamknięcia  kościołów  przez  duchowieństwo.  Porzą­
dek  policyjny  powraca.  Dzisiejszej  nocy  poaresztują 

wielu  głównych  agitatorów.  Będę  dalej  szedł  w  tym 

kierunku.

Hrabia Lambert.

LiwadyaWarszawa. 9 października 1861 roku,

w południe.

Chwała  Bogu,  że  stan  wojenny  zaczyna  sku­

tek  odnosić,  jak  tego  się  spodziewałem.  Generał-ad- 

jutantowi  Ludersowi  dałem  osobiście  polecenia.  Za 

6  dni  będzie  gotów  do  odjazdu.  Gerstenzweig  czy 

żyje  i  jak  Twoje  zdrowie?  Jutro  wyjeżdżamy  mo­

rzem do Mikołajowa.

Aleksander.

WarszawaLiwadya. 10 października 1861 roku,

godzina 12 m. 5 po północy.

W  mieście  spokój  zupełny.  Kościoły  zamknię­

te. 

Aresztowano 

dziesięciu 

agitatorów. 

Gersten­

zweig  jeszcze  żyje,  lecz  strasznie  cierpi.  Zdrowie 
moje coraz gorsze

Hrabia 

Lambert.

background image

Liwadya— Warszawa. Do generał-adj utanta Suchozaneła

10 października 1861 r., godz. 6 wieczór.

Szczerze  dziękuję,  że  się  zgadzasz  czasowo  za­

stąpić  hrabiego  Lamberta,  aż  do  przyjazdu  generał- 

adjutanta  Ludersa.  Proszę  działać  bez  żadnej  po­

błażliwości  i  w  żadnym  wypadku  nie  ścierpieć  swa­

woli.  Winnych  sądzić  podług  praw  wojennych  i  za­

raz wykonywać wyroki.

Aleksander.

WarszawaMikołajów. 11 października 1861 r.

Otrzymana w Liwadyi o g. 12 m. 45 po połud.

W  Warszawie  i  na  prowincyi  spokój  zupełny. 

Rewolucyjne  i  alegoryczne  godła  znikły  bez  śladu. 
Generał-adjutant  Suchozanet  przyjechał  wczoraj,  o  go­

dzinie  12  w  nocy  i  dzisiaj  obejmuje  obowiązki.  Wy­

jeżdżam za granicę o godzinie 11 wieczorem.

Hrabia Lambert.

.Ae 270. WarszawaMikołajów. 11 paźdz. 1861 r. 

Otrzymana w Liwadyi 1*2 paźdz. o g. 3 m. 15 półn.

Margrabia  Wielopolski  podał  się  do  dymisyi. 

Uważam  za  konieczne  imieniem  Cesarza  zatrzymać 
go nadal w służbie.

Hrabia Lambert.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ.

background image

WYCIĄG Z KATALOGU

- „Biblioteki Dzieł Wyborowych”. -

Do  nabycia  w  Administracyi  „BIBLIOTEKI  DZIEŁ 

WYBOROWYCH

9

  (Warszawa,  Warecka  14,  w  Filii 

Kantoru  „GAZETY  POLSKIEJ”  (Warszawa,  Kra,- 

kowskie-Przedmieście  1)  i  we  wszystkich  księ­

garniach.

W Y S Z Ł Y   Z   D R U K U :

Rok 1905.

CENA

Tom.

w opr. brosz, 

kop. kop.

357.  Guy de Maupassant. NA WODZIE. Prze­

kład Ireny Łopuszańskiej, z przedmową

Wł. Jabłonowskiego 

40 

25

358.  Emil Tardieu. ZNUDZENIE. Studyum psy­

chologiczne w przekładzie z francuskiego
i z przedmową Maryana Massoniusa 

1.35 1.20

369.  M. A Szimaczek. OBRAZKI Z ŻYCIA.

Z czeskiego przetłdmaczyła J. Kietlińska- 

Rudzka 

40  25

360, 3«1. Deotyma. POLSKA W PIEŚNI. SO­

BIESKI POD WIEDNIEM 

80  60

362,  863,  364.  Gabryela  Zapolska.  SEZONOWA 

MIŁOŚĆ.  Powieść  współczesna.  Z  przed­

mową Zdzisława Dębickiego 

1.60  1.60

365.  Helena Keller. HISTORYA MEGO ŻYCIA. 

(Autobiografia głuchoniemej). Tłdmaczyła
M. Pankiewiczćwna 

40  25

366,  367. G. Flaubert. SALAMBO. Powieść

z przedmową W. Jabłonowskiego 

80  60

368, 369. T Jaroszyński. CHIMERA. Z przed­

mową Z. Dębickiego 

80  50

370. 

H. Lichtenberger. FR. NIETZSCHE JE­

GO FILOZOFIA. Tł. i Marcinkowskiej

z przedmową Wł. Jabłonowskiego 

40  25

371.  372, 373. M. Rodziewiczówna. KLEJNOT.

Z przedmową H. Gallego 

1.20 

75

374. W. Marrenć Morzkowska. CYGANERYA

WARSZAWSKA, z przedmową II. Gallego 40 

26

875, 376. Kenijro Tokutomi. NAMI-KO. Z ja- 

pońskiego tłómaczyli Sakae Shioya i E. F.

background image

U'*

"ir

* w *

<

CENA

Tom.

Edgett.  Z  angielskiego  przełożyła  Emi­
lia Węsławska

377.  Cr. Th. Zell CZY ZWIERZĘ NIEMA ROZ­

SĄDKU? Spolszczone przez M. S.

378,  379, 380, 381. , Teodor Jeske-Choińeki. GA­

SNĄCE  SŁOŃCE.  Powieść  z  czasów  Mar- 

k«i Aureliusza

382.  Booker  T.  Washington.  AUTOBIOGRAFIA 

MURZYNA. Przekład M. G.

873, 384, 386, 386. Z. Kaczkowski. ROZBITEK.

• Powieść z przedm. Wł. Jabłonowskiego 

387, 288. F. de Roberto. ZŁUDZENIA. Prze­

kład z włoskiego oryginału, przez W. E.
Z przedmową Wł. Jabłonowski ego 

389, 390. Alexander Kraushar. DWA SZKICE 

HISTORYCZNE z czasów Stanisława Au­
gusta

391,  392  M.  Rodzi  wiczówna.  JERYCHONKA. 

P

0

WI

6

ŚĆ

893. K. Wagner. PROSTOTA W ŻXCIU.
394. 

Yłncente  Biasco  Ibanez  RUDERA.  Powieść, 

przełożyła  z  hiszpańskiego  Alina  Świder- 

ska

395. 

ViUfam  Blake-Odgers  ANGIELSKI  SAMO­

RZĄD  MIEJSCOWY.  Spolszczył  Wojciech 

Szukiewicz

396. 

W.  Gomulicki.  BRYLANTOWA  STRZAŁA 

i inne nowele

397.  398. . Piotr Loti. INDYE. W przekładzie

Józefa Jankowskiego

399,  400.  H.  Taine.  ŻYWOT  I  MYŚLI  p.  F .   T. 

GRAINDORGE,  Przełożyli  z  francuskiego 

A.  K.  M.,  z  przedmową  Wł.  Jabłonow­

skiego.

401, 402. M. Rodziewiczówna. NA FALI, powieść

403. 

Roman  Plenkiewcz.  MIKOŁAJA  REYA 

Z NAGŁOWIC ETYKA. 1505—1905.

404,  405. M Czerny. ODŁOGIEM.
406, 407, 408. Selma Lagerlof GÓSTA BERLING

ze  szwedzkiego  przełożyła  Józefa  Klemen- 

siewiczowa

409,  410,  411,  412.  Bennet  Burleicb.  Korespon­

dent  wojenny  „London  Daille  Telegraph". 
PAŃSTWO WSCHODU CZYLI WOJNA JA­

POŃSKO  ROSYJSKA  1904-1905  r.  Prze­
kład Emilii Węsławskiej. — 

160

w opr. brosz.

kop.

kop.

80

50

40

25

2.60

2.00

40

25

2.6Ó 2.00

«*

80

50

80

50 .

80

60

40

25

40

26

40,

26

40

25

80

50

80

60

80

50

40

25;

80

50

120

75

100

X

background image

CENA

rp

0jn

 

w opr. brosz.

kop. kop.

Rok 1906.

413.  Gen. Roman Soltyk. KAMPANIA 1809 r. 40 

25

414,  415. Berta bar, Suttner. DZIECI MARTY,

z przedmową Z. Dębickiego. Powieść 80 

50

416. 

General kwatermistrz de Pistor. PAMIĘTNI­

KI O REWOLUCYI POLSKIEJ z roku

1794. 

40 

26

417,  418, 419. Sir Edward Bulwer Lytton. ZANO-

NI Powieść z czasćw rewolucyi francus­
kiej. Przekład M. Komornickiej 

120 

75

420,  421.  Juliusz  Falkowski.  KSIĘSTWO  WAR- 

SZAWSKIE.  Obrazy  z  życia  kilku  ostat­
nich pokoleń. 2 tomy 

80 

60

422. 

W. Doroszewicz. RODZINA SZKOŁA

z rosyjskiego przełożył Józef Maciejowski 40 

25

423,  424, 426. DRUGI ROZBIÓR POLSKI. Z pa­

miętników Sieversa 

80 

50

426, 427 OPOWIADANIA CZECHOWA, tłom.

T. K. 

80 

60

428.  LARIK. J. Gadomski. 

-iO 

25

429.  WŁÓCZĘGA W TRÓJKĘ. Jerome erome,

przeł. z ang. K. Paprocki. 

40 

25

430.  431, 432. Z. Morawska ZMIERZCH ŚWIT.

Powieść z czasów Stanisława Augusta 

1.20 

76

433. 

Ludwik Proal. ZBRODNIE POLITYCZNE.

Przekł. Maryi Wentzlowej 

JO 

25

434.  Maurycy Barrćs. POD PIKIELHAUBĄ.

Przekl. z francuskiego M. Rakowskiej 

40 

26

435.  NEWROZA REWOLUCYJNA, według rw

Cabanćs i L. Nassa opracowała K. Płońska 40 

25

436.  Antoni Gawiński. SEN ŻYCIA. Opowia­

danie. 

40 

25

437.  Kazimierz Bartoszewicz. KONSTYTUCYA

8 MAJA. (Kronika dni kwietniowych i ma­

jowych w Warszawie w r. 1791). 

40 

25

438.  Prot. Mikołaj Berg. ZAPISKI O POLSKICH

SPISKACH I POWSTANIACH. Przekład 
z rosyjskiego 

40 

2&

background image

BIBLIOTEKA DZIEŁ WYBOROWYCH

wychodzi oo tydzień

w objętości jednego tomu.

W A R U N K I   P R E N U M E R A T Y  

we Lwowie i całem Państwie Muetryackiem

 .

Rocznie . . (B2 tomy). . . złr. 14 

Półrocznie . (26 tomów) . 

„ 

7

Kwartalnie (13 tomów).. 

„ 

3 cent. 60

Miesięcznie (4—B tomów) „ 

„ 20

Cena każdego tomu 30 oent.

REDAKTOR I WYDAWCA

Jan Badomsli.

SO&OS*'------

Redakcya ! Adrainistracya: Warszawa, Warecka 14.—Telefonu 88

We Lwowie Plac Maryackl 1. 4.

1

----- , , — *  

^  

1

Drakarnla A. T. Jezierskiego, Nowy-Swlat 47.


Document Outline