background image

Lawrence Watt-Evans

Wódz mimo woli

Legendy Ethshar tom 03:

(The Unwilling Warlord)

Przełożyła Elżbieta Gepfert

W cyklu Legendy Ethshar ukazały się:

Niedoczarowany miecz

Jednym zaklęciem

Wódz mimo woli

w przygotowaniu:

Krew smoka

background image

Dedykuję Julianowi Samuelowi Goodwinowi Evansowi, 
który nie doceni tego jeszcze przez długie lata.

background image

Część I 

WÓDZ

background image

ROZDZIAŁ 1

Kości potoczyły się, uderzyły o deskę, odbiły się i zatrzymały. Jedna pokazała pięć 

kropek, pozostałe dwie po sześć, wyraźnie widocznych nawet w migotliwym oświetleniu 
tawerny.

Tęgi farmer w brudnej szarej tunice przyglądał się im przez chwilę, potem uniósł 

głowę i spojrzał na przeciwnika.

– Na pewno nie oszukujesz? – spytał. W jego oddechu czuć było zapach taniego 

wina.

Szczupły   młody   mężczyzna,   ubrany   w połataną,   lecz   czystą   tunikę   z wytartego 

niebieskiego aksamitu, oderwał się na moment od zgarniania monet w puli. Spojrzał ze 
starannie wystudiowaną urazą, a ciemne, szeroko otwarte oczy wyrażały niewinność.

– Ja? – zapytał. – Ja oszukuję? Abran, stary przyjacielu, jak możesz mówić takie 

rzeczy? – Odsunął monety na bok, uśmiechnął się i dodał: – Moja kolej?

Abran kiwnął głową.
– Rzucaj, a ja zdecyduję, ile postawić.
Młodzik zawahał się, ale zasady pozwalały przegranemu zobaczyć wynik kolejnego 

rzutu przed ustaleniem stawki. Jeśli jednak Abran zdecyduje się wejść do gry, zakład 
będzie dwa do jednego.

To pewnie oznaczało, że rozgrywka dobiegła końca.
Wzruszył ramionami, sięgnął po kości i rzucił je znowu. Patrzył z satysfakcją, jak 

pierwsza kość nieruchomieje, ukazując sześć czarnych plamek, druga balansuje na rogu, 
a potem przewraca się na kolejnej szóstce, trzecia wreszcie podskakuje, odbija się od 
ściany, kręci w powietrzu i opada z pięcioma kropkami na górnej ściance.

Abran spojrzał, potem z niechęcią odwrócił głowę i splunął na brudną podłogę.
– Znowu siedemnaście? – burknął. – Sterren, jeśli naprawdę tak masz na imię – dodał 

bardziej normalnym tonem. – Nie wiem, jak to robisz. Może zwyczajnie masz szczęście, 
a może   jesteś   magikiem,   ale   to   nieważne.   Wygrałeś   już   dość   moich   pieniędzy. 
Rezygnuję. Mam nadzieję, że już się więcej nie spotkamy.

Wstał, aż trzasnęło mu w stawach.
Jeszcze przed godziną sakiewka u jego pasa była wypchana zyskiem ze sprzedaży 

udanych   plonów.   Teraz,   gdy   odchodził   sztywnym   krokiem,   brzęczało   w niej 
nieprzyjemnie kilka pozostałych monet.

Sterren obserwował go bez  słowa.  Wsunął ostatnią  monetę  do własnej  sakiewki, 

która przejęła teraz zawartość sakiewki Abrana.

background image

Kiedy farmer zniknął mu z oczu, Sterren pozwolił sobie na szeroki uśmiech. Miał za 

sobą niezwykle udany wieczór. Od lat już nie spotkał przeciwnika, który wytrzymałby 
tak długo jak ten biedny dureń.

Gdy inni widzą, że dwóch ludzi gra w kości, zwykle też chętnie się przysiadają na 

partyjkę czy dwie. Oprócz nieszczęsnego Abrana jeszcze kilkunastu chętnych przyłożyło 
się do zysków Sterrena.

Chyba tysięczny raz w swej karierze szulera Sterren zastanowił się, czy naprawdę nie 

oszukuje.   Szczerze   mówiąc,   nie   wiedział.   Z pewnością   nie   używał   niczego   tak 
prymitywnego jak obciążone kostki, nie mamrotał pod nosem zaklęć – ale istniały czary, 
które nie wymagały inkantacji. Rzeczywiście był kiedyś uczniem czarnoksiężnika – co 
prawda   tylko   trzy   dni,   zanim   czarnoksiężnik   wyrzucił   go,   nazywając   absolutnym 
beztalenciem. Mistrz próbował nauczyć go sięgać do źródeł czarnoksięskiej mocy, ale nic 
z tego nie wychodziło. Może jednak udało się, choć trochę, lecz ani on, ani mistrz nie 
zdawali sobie z tego sprawy.

Czarnoksięstwo   było   sztuką   poruszania   siłą   woli   przedmiotów   na   odległość. 

Czarnoksiężnik z łatwością mógłby zatem oszukiwać przy grze: niewiele trzeba mocy, 
aby wpływać na coś tak małego jak kostki. Podobno tylko czarnoksiężnik może wykryć 
czarnoksięstwo,   więc   magowie   i czarownicy,   których   Sterren   spotykał,   nie   mogli   się 
w niczym zorientować.

A   może   kontrolował   kostki   nawet   o tym   nie   wiedząc,   nieświadomie   używając 

śladowej czarnoksięskiej mocy?

Całkiem możliwe, uznał; a może jednak po prostu ma szczęście? W końcu nie za 

każdym razem wygrywa. Być może któryś z bogów akurat go lubi albo urodził się pod 
szczęśliwą gwiazdą... Choć oprócz sukcesów w kościach, los nie był dla niego łaskawy.

Wstał, wsunął kostki do sakiewki i otrzepał kolana wytartych aksamitnych spodni. 

Noc była jeszcze młoda, no, może w średnim wieku. Miał nadzieję spotkać kolejnego 
naiwniaka.

Rozejrzał   się   po   słabo   oświetlonej   sali,   ale   nie   zauważył   nikogo   obiecującego. 

Większość marnie wyglądających gości to stali klienci, którzy wiedzieli, że nie warto 
z nim grać. Łatwe cele to farmerzy z prowincji, lecz o tej porze pewnie wszyscy śpią albo 
opuścili mury miasta. Niewielką miał szansę, by spotkać jakiegoś ot tak, na ulicy.

Inni poważni gracze pewnie też znaleźli już nocleg na ulicy Gier lub w Obozowisku 

po drugiej stronie miasta, gdzie Sterren nigdy nie bywał – blisko obozu było zbyt wielu 
strażników. Strażnicy szkodzili w interesach, byli podejrzliwi i skłonni do sprawdzania 
swych podejrzeń.

background image

Kilku potencjalnych przeciwników mógłby znaleźć w znanej mu okolicy Zachodniej 

Bramy albo w Nowej Dzielnicy Kupców. Albo w dzielnicach portowych, w Dokach lub 
Dzielnicy Korzennej, których zwykle unikał; lecz żeby kogoś znaleźć, musiałby znowu 
podjąć męczącą wędrówkę od tawerny do tawerny.

Oczywiście może po prostu siedzieć i czekać w nadziei, że jakiś późny gość stanie 

w drzwiach.

Żadna z tych możliwości nie wzbudziła w nim entuzjazmu. Może powinien zrobić 

sobie przerwę na resztę nocy? Zależy, ile dotąd wygrał... Postanowił przeliczyć pieniądze 
i sprawdzić, na czym stoi. Jeśli zebrał dość, żeby zapłacić oberżyście, by się nie wtrącał, 
a także za zajmowany od miesiąca pokój, i spłacić rosnący dług w barze, może sobie 
pozwolić na odpoczynek.

Zaciągnął ciężką szarą zasłonę, by nikt mu nie przeszkadzał w jego małej wnęce, 

a potem wysypał zawartość sakiewki na poczerniałe deski podłogi.

Dziesięć minut później studiował miedziaka, próbując wykryć, czy był przycięty, czy 

nie, gdy nagle usłyszał jakieś zamieszanie przy drzwiach. Zapewne nie miało to z nim nic 
wspólnego, pomyślał, ale na wszelki wypadek schował pieniądze. Przycięta moneta – 
jeśli   rzeczywiście   była   przycięta   –   nie   miała   właściwie   znaczenia.   I bez   niej   zarobił 
więcej   niż   się   spodziewał.   Dość,   żeby   coś   jeszcze   zostało   po   spłaceniu   wszystkich 
rachunków.

Ale bardzo małe „coś”, niestety – za mało na porządny posiłek. Przynajmniej jednak 

zacznie z czystym kontem.

Zamieszanie   trwało   nadal.   Słyszał   podniesione   głosy,   nie   wszystkie   mówiące 

w języku ethsharyjskim. Uznał, że sytuacja wymaga zbadania, więc wyjrzał ostrożnie zza 
zasłony.

Z oberżystą spierała się dziwna grupa ludzi. Było ich czworo i Sterren nikogo z nich 

chyba  nie widział  wcześniej. Dwaj czarnowłosi potężni  mężczyźni,  ubrani w ciężkie, 
nabijane ćwiekami skórzane tuniki i krwistoczerwone kilty barbarzyńskiego kroju, mieli 
na głowach proste stalowe hełmy, a u szerokich pasów zwisały im miecze. Wyraźnie byli 
to cudzoziemcy, skoro ubierali się tak niemodnie; prawdopodobnie jacyś żołnierze, choć 
z pewnością nie ze straży miejskiej. Kilty mogły pochodzić z miejskich zapasów, lecz 
jeśli tak, to krawiec oszukał oficerów władcy. Jednak hełmy, tuniki i pasy zupełnie nie 
były odpowiednie. Obaj mężczyźni byli opaleni na brąz, co sugerowało, że pochodzą 
z południa, pewnie z Małych Królestw.

Trzeci mężczyzna był niski, krępy, miał kasztanowe włosy i lekką opaleniznę. Nosił 

prostą,   bieloną,   bawełnianą   tunikę   i niebieski   wełniany   kilt   żeglarza;   trudno   było 

background image

odgadnąć, czy jest cudzoziemcem, czy miejscowym. To głównie on krzyczał; jedną ręką 
chwycił   tunikę   oberżysty,   drugą   uniósł   gestem   najwyraźniej   magicznym,   gdyż 
z wyciągniętego palca spływała cienka strużka różowych iskier.

Ostatnim członkiem grupy była kobieta: wysoka, o arystokratycznej postawie, ubrana 

w suknię   z pięknego   zielonego   aksamitu   haftowanego   złotem.   Czarne   włosy   miała 
przycięte i utrefione w stylu, który wyszedł z mody przed wielu laty, co w połączeniu 
z marnym   haftem   i smagłą   cerą   dowodziło,   że   tak   jak   żołnierze   pochodzi 
z barbarzyńskiego kraju.

– Gdzie on jest?
Końcowy ryk żeglarza wyraźnie dotarł do uszu Sterrena. Odpowiedź oberżysty już 

nie, lecz trudno było nie zrozumieć gestu, wskazującego na zasłoniętą wnękę – w stronę 
Sterrena.

Przeżył szok. Było oczywiste, że ta czwórka nie ma dobrych zamiarów wobec tego, 

kogo szukają. Nie rozpoznał nikogo, ale możliwe, że od któregoś z nich – a może od 
wszystkich – wygrał kiedyś  pieniądze. Może też byli krewniakami jakiegoś biednego 
durnia, którego obrobił, a teraz przybyli, by pomścić honor rodziny.

Próbował sobie przypomnieć, czy grał ostatnio z jakimiś barbarzyńcami; zwykle ich 

unikał,   ponieważ   znani   byli   z gwałtownych   charakterów,   a świat   pełen   jest   przecież 
spokojnych,  naiwnych  farmerów.  Nie przypominał sobie, by grał z barbarzyńcami  od 
czasu festiwalu, a z pewnością nikt nie miałby za złe niczego, co mogło się wydarzyć 
podczas festiwalu – może oprócz bezpośredniej przemocy.

Mógł ich ktoś wynająć. W każdym razie Sterren wolałby się z nimi nie spotkać.
Skrył się za zasłoną i rozejrzał, rozważając wszystkie możliwości. Niestety, nie było 

ich zbyt wiele.

Wnęka była  całkiem prosta, złożona  z trzech  szarych  kamiennych  ścian, zasłony, 

drewnianej   podłogi   z wykreślonymi   kredą   liniami   do   wpisywania   zakładów 
i drewnianego   sufitu   z belkami   poczerniałymi   od   dymu   –   będącego   równocześnie 
podłogą dla pokoi na górze. Nie było drzwi ani okien. W żaden sposób nie mógł się 
wymknąć   ani   też   schować,   gdyż   jedynymi   meblami   były   trzy   drewniane   krzesła. 
Dymiące   lampy   oliwne   na   obu   końcach   półki   dostarczały   światła   i wydzielały   rybi 
zapach, który w połączeniu ze zwietrzałym piwem tworzył wyraźny odór tawerny.

Nie znajdzie tu ratunku, to jasne; nie uda się też wezwać pomocy; zresztą nie był 

zbyt lubiany. Gracze, którzy często wygrywają, nie cieszą się sympatią, zwłaszcza gdy 
grają o stawki tak niskie, że nie stać ich na hojność po zwycięstwie.

Sterren   zrozumiał,   że   musi   polegać   na   własnej   inteligencji,   a miał   jej   dość,   by 

background image

wiedzieć, że nie powinien na niej polegać.

Nie   dysponował   niczym   więcej   i nie   miał   czasu   do   stracenia.   Odsunął   zasłonę, 

wskazał na drzwi wiodące na ulicę i krzyknął:

– Tam idzie! Tam idzie! Jeśli się pospieszycie, zdążycie go złapać!
Jedynie dwie osoby zwróciły na niego uwagę, jednak – traktując go jako drobne 

zakłócenie – tylko zerknęły na drzwi. Obaj potężni żołnierze zachowali się tak, jakby 
w ogóle nie słyszeli jego słów. Gdy tylko go dostrzegli, ruszyli ku niemu powolnym, ale 
równym krokiem, który kojarzył się Sterrenowi z przypływem w porcie.

Żeglarz   i arystokratka   ruszyli   za   żołnierzami.   Żeglarz   pstryknął   palcem   i strużka 

iskier zniknęła.

Sterren nawet nie próbował kryć się za zasłoną; stał nieruchomo i czekał.
Sztuczka   była   prymitywna,   ale   w tak   krótkim   czasie   nic   lepszego   nie   zdołał 

wymyśleć. Zresztą w przeszłości czasem skutkowała, więc warto było spróbować.

Ponieważ tym razem się nie udało, nie uniknie tego, czego chcieli ci ludzie. Miał 

nadzieję, że nie będzie to zbyt nieprzyjemne. Jeśli wysłał ich któryś z wierzycieli, może 
zapłacić, gdy tylko dadzą mu szansę, nim złamią rękę lub kark. Nawet jeżeli zażądają 
procentów, nie było nikogo, komu byłby winien więcej niż miał w tej chwili.

Cała czwórka zatrzymała się kilka stóp od niego. Jeden z żołnierzy przesunął na bok 

zasłonę, odsłaniając pustą wnękę.

Żeglarz spojrzał na nagie ściany, a potem na Sterrena.
– To  był   głupi  pomysł   – powiedział  swobodnym   tonem.   Mówił  po  ethsharyjsku 

czysto, choć ze śladem akcentu z Doków. – Czy jesteś Sterren, syn Keldera?

– Może znam kogoś o tym imieniu – odparł ostrożnie Sterren.
Zauważył, że kilku pozostałych jeszcze klientów tawerny przygląda mu się i kolejno 

wymyka za drzwi.

Żeglarz wymienił z kobietą kilka słów w jakimś obcym języku, który Sterren uznał 

za często słyszaną w porcie mowę kupców. Kobieta rzuciła żołnierzom krótki rozkaz, 
a Sterren poczuł, że potężni barbarzyńcy chwytają go pod ręce. Wyraźnie czuł ich pot.

I nie był to przyjemny zapach.
– Czy jesteś  Sterren, syn  Keldera  i wnuk Keldera,  czy nie?  – spytał  raz jeszcze 

żeglarz.

– A czemu pytasz? – odparł trochę drżącym głosem, jednak bez mrugnięcia patrzył 

żeglarzowi w oczy.

Ten milczał przez chwilę, niemal uśmiechnięty, jakby podziwiając odwagę, której 

background image

wymagało zadanie tego pytania.

– Jesteś czy nie? – zapytał znowu.
Sterren spojrzał w bok na nieruchomego żołnierza, trzymającego jego prawą rękę. 

Żołnierz wyraźnie nie miał ochoty na cywilizowaną rozmowę czy luźną pogawędkę.

– Jestem Sterren z Ethsharu. Mój ojciec zwany był Kelderem Młodszym.
– Dobrze – odparł żeglarz, po czym rzucił dwa słowa w stronę kobiety.
Odpowiedziała długą przemową. Żeglarz słuchał uważnie, po czym znowu zwrócił 

się do Sterrena.

– Jesteś chyba tym, którego szukają, lecz lady Kalira chce, abym dla pewności zadał 

ci kilka pytań.

Sterren wzruszył ramionami, o ile było to możliwe w uścisku żołnierzy; odzyskiwał 

pewność siebie.

– Pytaj. Nie mam nic do ukrycia – rzekł.
To pewnie sprawa rodzinna, uznał; inaczej jego tożsamość nie byłaby aż tak ważna. 

Może jeszcze jakoś się z tego wyłga.

– Czy jesteś najstarszym synem swego ojca?
Takiego pytania nie oczekiwał. Czyżby ci ludzie mieli  jakieś  skrupuły dotyczące 

zabijania   czyjegoś   pierworodnego?   Czy   odwrotnie,   uważali,   że   najstarszy   syn   jest 
odpowiedzialny   za   działania   krewnych?   Ta   ostatnia   możliwość   nie   miała   większego 
znaczenia,   ponieważ   Sterren   nie   miał   żadnych   żywych   krewnych,   a przynajmniej 
żadnych w rozsądnym stopniu pokrewieństwa.

– Tak – odparł z wahaniem.
– Masz inne imię niż ojciec.
–   Co   z tego?   Mnóstwo   najstarszych   synów   tak   ma.   Powtarzanie   imion   to   głupi 

zwyczaj. Ojciec pozwolił matce nadać mi imię; powiedział, że i tak za dużo już jest 
Kelderów.

– Twój ojciec był najstarszym synem swojej matki? Tego Sterren już zupełnie nie 

rozumiał.

– Tak – odparł zdziwiony.
– Twój ojciec nie żyje?
-
– Od szesnastu lat. Naraził się...
– Mniejsza z tym. Wystarczy nam twoje słowo, że nie żyje.
– Moje słowo? Miałem wtedy trzy lata; byłbym słabym świadkiem, nawet gdybym to 

widział. Powiedzieli mi tylko, że nie żyje, i nigdy więcej go nie zobaczyłem.

background image

Pytania zaczęły go niepokoić. Czyżby ci ludzie chcieli pomścić jakiś czyn jego ojca? 

Nic nie wiedział o swoim przodku, z wyjątkiem tego, że był kupcem; oczywiście znał też 
dramatyczną,   wielokrotnie   powtarzaną   opowieść   o jego   śmierci   z rąk   oszalałego 
czarodzieja.

Według   Sterrena,   byłoby   bardzo   nieuczciwe,   gdyby   jego   własna   śmierć   była 

wynikiem błędów przodka, a nie wykroczeń czy postępków, jakie sam popełnił. Miał 
nadzieję, że zdoła przekonać tych ludzi do swego poglądu.

Przyszło mu do głowy, że może ten żeglarz z różowymi iskrami to ten sam obłąkany 

czarodziej...   Ale   to   przecież   nie   miało   sensu.   Odrzucił   ten   pomysł.   Bardziej 
prawdopodobne, że różowe iskry były elementem jakiegoś kupionego niedawno zaklęcia.

Właściwie   mogły   stanowić   cały   skutek   zaklęcia:   ot,   taka   drobnostka,   by   zrobić 

wrażenie na damach czy na kimkolwiek innym.

– Kim była jego matka, a twoja babka? – spytał żeglarz.
Moja babka? Sterren zdziwił się jeszcze bardziej. Miał siedem lat, kiedy umarła; 

pamiętał   ją   głównie   jako   przyjazną   pomarszczoną   twarz   i ciepły   głos   opowiadający 
niesamowite historie. Dziadek, który wychował go po śmierci najbliższych, bardzo za nią 
tęsknił   i często   o niej   mówił.   Opowiadał,   jak   to   przywiózł   ją   z jakiegoś   malutkiego 
królestwa   na   samym   końcu   świata   i jak   ze   wszystkimi   doskonale   się   zgadzała,   pod 
warunkiem, że mogła postawić na swoim.

–   Nazywała   się   Tanissa   Uparta,   o ile   pamiętam.   Pochodziła   gdzieś   z Małych 

Królestw.

Tak jak ta czwórka, uświadomił sobie Sterren, a przynajmniej troje z nich. Nagle 

pytania wydały się bardziej sensowne. Musiała coś ukraść albo popełnić jakąś haniebną 
zbrodnię i wreszcie udało im się ją wyśledzić.

Z pewnością zajęło im to dość dużo czasu. Ale nie będą chyba mścić się na trzecim 

pokoleniu!

– Ona nie żyje – dodał z nadzieją.
– Czy nazywano ją kiedyś Tanissą z Semmy?
– Nie wiem. O niczym takim nie słyszałem.
Nastąpiła kolejna wymiana zdań w znajomym, lecz niezrozumiałym języku. Usłyszał 

tylko   imię   babki,   a także   własne.   Pod   koniec   rozmowy   kobieta   wydawała   się 
podekscytowana.

Uśmiechnęła się.
Ten uśmiech nie wyglądał na mściwy, choć nie była to wielka pociecha. Jakąkolwiek 

zbrodnię popełniła babka, musiało to być pół wieku temu, a tej kobiety nie było pewnie 

background image

wtedy na świecie. Nie była przecież aż tak stara ani dostatecznie młoda, by korzystać 
z zaklęcia   młodości.   Z pewnością   ktoś   inny   wysłał   ją   na   poszukiwania,   może 
poszkodowanymi byli jej ojciec lub matka. W tym przypadku na pewno cieszy się, że 
załatwiła sprawę, ale nie ma powodu, by go osobiście nie lubić.

Zerknął   szybko   na   obie   strony.   Dwaj   żołnierze   stali   tak   samo   obojętnie   jak 

poprzednio. Zastanowił się, czy lepiej niż on rozumieją, o co tu chodzi.

Tłumacz, bo żeglarz wyraźnie pełnił tę funkcję, zwrócił się znowu do Sterrena:
– Czy masz jakąś rodzinę?
– Nie – uznał, że nie warto kłamać w tej sprawie.
– Nie masz żony? Sterren pokręcił głową.
– Co z matką?

– Zmarła przy porodzie – pomyślał, że może ulitują się nad nim, bo jest sierotą.
– Ponieważ jesteś pierworodny, to nie masz braci i sióstr, skoro matka zmarła przy 

porodzie. A co ze starym Kelderem, twoim dziadkiem?

Sterrenowi trochę za późno przyszło do głowy, że stracił okazję zrzucenia winy na 

krewniaków   albo   też   wyjścia   cało   z sytuacji   przez   wzbudzenie   litości   tym,   że   musi 
utrzymywać  liczną rodzinę. Trudno, teraz już nic na to nie poradzi. Postanowił więc 
nadal mówić prawdę.

– Umarł trzy lata temu. Był już starym człowiekiem.
– Wujowie? Ciotki? Kuzyni?

– Nikt.
– Drudzy dziadkowie?
– Zmarli, zanim się urodziłem. Wypili nieczystą wodę.
–   To   dobrze   –   żeglarz   uśmiechnął   się   szeroko.   –   Zatem   możesz   wyjechać 

natychmiast.

– Co? – krzyknął Sterren. – Wyjechać? Nigdzie nie jadę! – Nie próbował nawet 

ukrywać swojego zaskoczenia i oburzenia.

– Dlaczego? – zapytał żeglarz. – Nie terminujesz przecież u nikogo, prawda?
– A jeśli tak? Gdzie chcecie mnie zabrać? Coście za jedni?
Resztka jego pewności siebie rozwiała się. Nie ośmielą się zabić go tutaj, w tawernie, 

może nawet w Ethsharze, ale jeśli zdołają wyjechać z nim za miasto, mogą zrobić co 
zechcą.  Za  murami   nie  obowiązywało  prawo  – a przynajmniej   Sterren  nic  o tym   nie 
wiedział.

– Jestem tylko tłumaczem... – zaczął żeglarz.

background image

– A te iskry? – przerwał mu Sterren.
Żeglarz machnął ręką.
– To głupstwo. Kupiłem je na ulicy Magów. Naprawdę jestem tylko tłumaczem. To 

nie ja cię szukam.

– To kim są pozostali i czego ode mnie chcą?
– Lady Kalira zabiera cię do Semmy – odparł żeglarz.
– Do diabła z nią! – rzucił Sterren. – Nie wyjadę z miasta!
Ogarnęła go panika. Wyobraźnia ukazywała wizję śmierci i powolnych tortur.
Żeglarz tylko westchnął.
– Obawiam się, że pojedziesz, czy tego chcesz, czy nie.
– Dlaczego? – spytał Sterren, pozwalając, by w jego głosie zabrzmiał ton paniki, 

który być może wzbudzi litość. – Czego ci ludzie ode mnie chcą?!

Mężczyzna wzruszył tylko ramionami.
– Mnie nie pytaj. Wynajęli mnie w Akalli, abym dowiózł ich do Ethsharu i znalazł 

ciebie. Więc dowiozłem i znalazłem. To nie moja sprawa, czego od ciebie chcą.

– Ale moja! – zauważył Sterren, szarpnął się, próbując wyrwać, lecz żołnierze nie 

dali znaku, że to zauważyli.  Zrezygnował  więc. – Ale przynajmniej  możesz  zapytać, 
prawda? – zasugerował.

-
– Mogę spytać lady Kalirę – przyznał żeglarz. – Ci dwaj nie mówią mową kupców, 

a o ile wiem, to właśnie oni chcieli cię znaleźć. – Wydawał się przerażająco obojętny.

– Zapytaj jej! – wrzasnął Sterren.
Żeglarz odwrócił się i coś powiedział.
Wysoka   kobieta   nie   odpowiedziała,   ale   podeszła   bliżej   i zwróciła   się   wprost   do 

Sterrena, mówiąc bardzo powoli i wyraźnie:

– O’ri Sterren, Enne Kamai t’Semma.
– Co to znaczy, do diabła? – zdziwił się Sterren.
Chciał jeszcze coś dodać, gdy nagle zauważył, że dwaj barbarzyńcy puścili jego ręce. 

Spojrzał na nich i zobaczył,  że szerokie, płaskie twarze rozciągają się w uśmiechach. 
Jeden wyciągnął wielkie łapsko i potrząsnął dłonią Sterrena, ściskając ją przy tym tak 
mocno, że aż zabolało.

– Co ona powiedziała? – spytał żeglarza całkiem oszołomiony.
– Mnie nie pytaj. To był semmat, a nie mowa kupców. Nie znam semmatu.
Lady Kalira dostrzegła brak zrozumienia Sterrena.
– Od’na ya Semmat? – powiedziała, a kiedy wciąż patrzył na nią tępo, dodała: – 

Ethsharytyk być zły.

background image

Akcent miała straszliwy.
Sterren przyglądał się jej przez chwilę, po czym zwrócił się do żeglarza:
– Czy ona chce mi powiedzieć, że mój ojczysty język jej nie odpowiada? Czy to jakiś 

barbarzyński rytuał?

Był coraz bardziej zdumiony.
– Nie, nie – odparł żeglarz. – Stwierdziła tylko, że nie mówi nim dobrze. Nie sądzę, 

by znała więcej niż dziesięć słów, a połowy sam ją nauczyłem po drodze.

Semmańska   arystokratka   najwyraźniej   zrezygnowała   z bezpośredniej   rozmowy 

z jeńcem   i przekazała   żeglarzowi   długą   wiadomość.   Przerywał   jej   dwa   razy,   żądając 
wyjaśnień   –   przynajmniej   tak   wydawało   się   Sterrenowi,   ponieważ   po   każdym   jego 
wtrąceniu następowało powolne powtórzenie ostatniego zdania.

Wreszcie żeglarz zwrócił się do Sterrena.
– Mówi, że przysłał ją król Phenvel Trzeci. Kazał znaleźć dziedzica brata twojej 

babki,   Ósmego   Generała,   który   zmarł   cztery   miesiące   temu.   Rozmawiała   z jakimś 
magikiem,   nie   jestem   pewien,   jakiego   typu,   i to   doprowadziło   ją   do   ciebie.   Ma   cię 
zawieźć   do   Semmy,   żebyś   przejął   tytuł   i dziedzictwo,   a także   wypełnił   swe   rodowe 
obowiązki jako nowy wódz. Jesteś Enne Kamai, Dziewiąty Generał.

– To głupie – stwierdził Sterren.
Jeśli ta historia była prawdziwa, to nie musiał się przejmować jakąś zemstą, a nie 

widział powodu, żeby kobieta wymyślała kłamstwa.

– Tak mi powiedziała – żeglarz wzruszył ramionami.
– A jeśli nie pojadę? – zapytał.
Miło wiedzieć, że czeka na niego jakieś dziedzictwo, ale ten kawałek o „rodowych 

obowiązkach”   nie  brzmiał   już  tak   dobrze.  Poza   tym,  nie   chciał  mieć  nic   wspólnego 
z wojnami   i wodzami.   Wojny   są   niebezpieczne.   Zresztą   kto   miałby   ochotę,   by 
zamieszkać wśród barbarzyńców? Zwłaszcza wśród barbarzyńców, którzy najwyraźniej 
nie znają ethsharyjskiego.

Sam pomysł wydawał się śmieszny.
Tłumacz   przekazał   pytanie,   a lady   Kalira   nagle   spoważniała.   Powiedziała   coś 

stanowczo, co żeglarz z wahaniem przetłumaczył:

–   Niedopełnienie   obowiązku   wobec   kraju   jest   zdradą,   a zdrada   karana   jest 

natychmiastową, doraźną egzekucją.

– Egzekucją? – dziedzictwo wydało się nagle o wiele mniej atrakcyjne.
Lady Kalira dodała coś w semmacie; uśmiechy znikły z twarzy żołnierzy, a każdy 

z nich opuścił dłoń na rękojeść miecza.

–   Przecież   to   nie   jest   mój   kraj!   –   zaprotestował   Sterren.   –   Urodziłem   się 

background image

i wychowałem   w Ethsharze,   moi   rodzice   byli   Ethsharyjczykami!   –   Przenosił   wzrok 
z żeglarza na lady Kalirę i z powrotem.

Żeglarz wzruszył ramionami; gest ten zaczynał już Sterrena irytować. Lady Kalira, 

zacinając się, oświadczyła po ethsharyjsku:

– Ty następca.
Sterren spojrzał  z rozpaczą  na żołnierzy.  Nie widział  żadnej  możliwości  ucieczki 

albo   choćby   pokonania   jednego   z nich,   nie   mówiąc   już   o dwóch.   Ten   po   lewej 
ostrzegawczo wysunął z pochwy kilka cali klingi.

– Stać! Żadnego rozlewu krwi w tawernie! Wyprowadźcie go na ulicę! – oberżysta 

wyraźnie się przejął.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi; Sterren mógł tylko liczyć, że wezwie straż miejską.
Nadzieja na przybycie straży była dla niego całkiem nowym doświadczeniem.
Ale nawet jeśli ich wezwie, nie przybędą na czas, aby mu pomóc. Nie miał wyjścia. 

W próbie uśmiechu Sterren zdołał tylko upiornie wyszczerzyć zęby.

– Chyba więc pojadę do Semmy – powiedział.
Lady Kalira uśmiechnęła się z zadowoleniem.

background image

ROZDZIAŁ 2

Sterren   z niechęcią   patrzył   na   rozpadające   się,   spalone   słońcem   miasteczko 

Diamentowa Akalla. Dorównywało jego najgorszym wyobrażeniom o wyglądzie Małych 
Królestw.

Nie powiedziano mu, czego ma oczekiwać. Żołnierze wyprowadzili go z tawerny, na 

chwilę zatrzymali się w jego pokoju przy ulicy Targowej, żeby zabrać skromny bagaż, 
a potem gwałtownie protestującego zaciągnęli na wynajęty statek.

Sterren   rozpaczliwie   szukał   okazji   do   ucieczki,   lecz   żadna   się   nie   pojawiła. 

W ostatniej   chwili   zanurkował   z nabrzeża,   jedynie   po   to,   by   zostać   haniebnie 
wyłowionym z błota i wciągniętym na pokład.

Potem zrezygnował z myśli o ucieczce, przynajmniej na jakiś czas. Jak można uciec 

ze   statku?   Nie   był   aż   tak   dobrym   pływakiem.   Zamiast   tego   starał   się   jak   najlepiej 
współpracować z porywaczami, wyglądając sposobnej chwili.

Rozdzielili go z tłumaczem i wyraźnie dali do zrozumienia, że oczekują, by nauczył 

się ich barbarzyńskiej mowy, semmatu, jak go nazywali. Z trudem pokonał obrzydzenie 
na   myśl   o porozumiewaniu   się   jakimkolwiek   innym   językiem   oprócz   właściwego,   to 
znaczy ethsharyjskiego. Jednak starał się spełnić ich życzenie, w końcu jeśli nie będzie 
rozumiał, co wokół niego mówią, nie zdoła dowiedzieć się czegokolwiek.

Lekcje   języka   nie   posuwały   się   zbyt   szybko   do   chwili,   gdy   statek   przybił   do 

Diamentowej Akalli dziesiątego dnia po opuszczeniu Korzennego Ethsharu. Pogoda była 
ciepła,  świeciło   słońce,  a wiatr  był   slaby,  dlatego  aż  tyle   czasu zajęło  im  pokonanie 
Zatoki   Wschodniej   i rejs   wzdłuż   Południowego   Wybrzeża.   Jeden   z dwóch   potężnych 
semmańskich   żołnierzy,   który   nazywał   siebie   Alder   d’Yoon,   wyjaśnił   Sterrenowi 
mieszanką  dziecięcego semmatu  i mowy znaków, że rejs w drugą stronę zabrał tylko 
cztery   dni,   gdyż   przez   większą   część   drogi   statek   był   pędzony   sztormem   –   bardzo 
kosztownym  sztormem, przywołanym  specjalnie w tym celu, jeżeli Sterren dobrze go 
zrozumiał.

Według Aldera, odległość między dwoma portami wynosiła mniej niż trzysta mil. Ta 

liczba zaskoczyła Sterrena. Zawsze uważał, że Małe Królestwa leżą bardzo daleko, po 
drugiej stronie oceanu. Trzysta mil przez zwykłą zatokę jakoś nie wydawało się uczciwe.

Oczywiście Sterren nie był przekonany,  czy dobrze zrozumiał Aldera. Liczby się 

zgadzały,  bo policzył  palce, nie był  jednak pewien semmańskich słów oznaczających 
„dzień” i ”mile”. Chciał to sprawdzić z tłumaczem, ale lady Kalira – a raczej w semmacie 
Ala Kalira – wyraźnie zakazała  żeglarzowi rozmawiać  z nim w jakimkolwiek języku. 
Płaciła chyba dosyć, by żeglarz nie ryzykował utraty pracy.

background image

Kilku członków załogi znało ethsharyjski, lecz lady Kalira opłaciła każdego z nich, 

żeby nie rozmawiali ze Sterrenem, chyba że w przypadku bezpośredniego zagrożenia. 
Mogli się więc porozumiewać albo w semmacie, albo wcale.

Zbyt   często   oznaczało   to   wcale;   wciąż   nie   był   pewien   większej   części   swojego 

słownika.

Jakakolwiek była to odległość, z całą pewnością dziesiątego dnia po południu statek 

przybył  do portu w Akalli,  w cieniu ponurego stosu białych  od guana kamieni,  który 
Semmańczycy   nazywali   Akalla   Karnak.   Sterren   uznał,   że   „kamak”   oznacza   pewnie 
zamek, ale znów nie był tego pewien. Nigdy wcześniej nie widział zamku, lecz ponure 
fortyfikacje Akalli nie zachęcały do oglądania innych tego typu budowli.

Jak   zrozumiał,   Semma   leżała   bardziej   w głębi   lądu,   a Diamentowa   Akalla   była 

najbliższym   portem   morskim.   Nie   był   pewien,   czy   Akalla   to   osobny   kraj,   podbita 
prowincja, czy tylko dystrykt należący do królestwa Semmy. Właściwie nie przejmował 
się tym specjalnie – nie było to istotne dla jego planów ucieczki do Ethsharu.

Akalla wyglądała zresztą jak miejsce, którym niewiele osób się przejmuje. Składała 

się z trzech czy czterech ulic, przy których stały nieduże sklepy i domy, wszystkie na 
wąskim pasie wybrzeża,  w cieniu zamku, pomiędzy dwoma  zygzakowatymi  pasmami 
poszarpanych klifów.

Budynki w miasteczku wykonano z żółtawych bloków, przypominających bardziej 

cegłę   niż   kamień,   ale   były   o wiele   większe   niż   cegły,   które   dotąd   Sterren   widywał. 
Wszystkie spojenia pokrywała wyblakła zieleń – brunatne mchy, szare porosty albo na 
wpół   zwiędły   bluszcz,   wspinający   się   na   mury.   Dachy   kryła   darń,   porośnięta   na 
szczytach rzadką, wypaloną trawą. Zauważył nieliczne okna. Chmary much brzęczały 
nad ulicami,  a ludzie, których  dostrzegł, całkowicie  pokryci  długimi białymi  szatami, 
wydawali się spać na ulicy. Całe miasteczko czuć było wyschniętą pleśnią.

Na Sterrenie nie zrobiło najlepszego wrażenia.
O wiele bardziej imponująco wyglądał zamek, ale na murach także dostrzegł ślady 

zeschłych roślin, a budowla wydawała się bez życia, jakby opuszczona.

Obserwując żeglarzy cumujących statek do nabrzeża, zapytał żołnierza – nie Aldera, 

ale jego kolegę, Dogala d’Gry – jak daleko jest stąd do Semmy.

A właściwie próbował zapytać, lecz jego ograniczona znajomość semmatu sprawiła, 

że pytanie brzmiało:

– Ile mil jest Semma?
Zakładał, że użył właściwego określenia mil i nie pokręcił niczego z gramatyką.
To,   co   uważał   za   proste   pytanie,   wywołało   u żołnierza   głębokie   skupienie. 

background image

Semmańczyk mruczał coś do siebie w semmacie:

– Akalla, może trzy; Skaia, dwanaście do piętnastu; Ophkar... hmm...
Wreszcie po długich obliczeniach podał odpowiedź:
– Czterdzieści, może czterdzieści pięć mil.
Sterren znał liczby do dwudziestu, a resztę trochę gorzej, dlatego wystawił dziesięć 

palców i powiedział:

– Cztery tyle i trochę?
Dogal kiwnął głową.

– Tak.
Przerażony Sterren spojrzał na port. Czterdzieści mil... Całe miasto Ethshar miało od 

końca do końca trochę więcej niż trzy mile, a jednak nigdy nie zdołał go całego poznać. 
Przejście od Zachodniej Bramy do Areny zajmowało mu ponad godzinę, a nawet więcej, 
jeśli był tłok na ulicach. Będą musieli iść całą noc, żeby dotrzeć do Semmy!

W tym przypadku, jak się przekonał, nie szli w ogóle, a już z pewnością nie nocą. 

Zamiast tego, gdy statek został zacumowany i przerzucono trap, strażnicy poprowadzili 
go   nie   na   drogę   do   Semmy,   ale   do   niedużej   gospody   niedaleko   nabrzeża.   Niedużej 
według   Sterrena,   ponieważ   była   największą   budowlą   w miasteczku,   jeśli   nie   liczyć 
zamku.

Tłumacz, ku rozczarowaniu Sterrena, został na statku. Dopełnił swojego kontraktu 

i nie miał im towarzyszyć w dalszej drodze.

Kiedy się o tym dowiedział, Sterren pożałował nagle, że podczas lekcji języka nie 

starał się bardziej. Teraz, gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego, będzie musiał polegać 
na swojej ograniczonej znajomości semmatu.

Bardziej niż kiedykolwiek poczuł się odcięty od dawnego świata.
Gdy znalazł się w chłodnym wnętrzu gospody i słońce już go nie raziło, rozejrzał się, 

a jego opinia o Akalli poprawiła się odrobinę. Gospoda była całkiem dobrze zbudowana, 
miała kilka przytulnych wnęk ze stolikami i całą ścianę zastawioną beczkami. Schody po 
obu   stronach   prowadziły   na   balkon,   skąd   wchodziło   się   do   pokoi   dla   gości.   W sali 
siedziało   sporo   klientów:   jedli,   pili   i wypełniali   pomieszczenie   przyjemnym   gwarem 
rozmów. Zmęczone, ale uśmiechnięte kelnerki biegały tam i z powrotem.

Większość klientów  nosiła  cienkie  białe  szaty,  które  Sterren widział  na  ulicy,  tu 

jednak rozchylali je, ukazując pod spodem kolorowe tuniki i kilty.

Lady Kalira, nie zważając na nikogo, ruszyła wprost do oberżysty, który stał oparty 

o beczkę. Dla swej grupy wynajęła dwa pokoje: jeden dla siebie, a drugi dla Sterrena, 
Aldera i Dogala.

background image

Sterren rozejrzał się i uznał, że chociaż gospoda jest całkiem miła, to właściwie nie 

chciałby w niej przebywać; Alder i Dogal bez przerwy go obserwowali, a nikt wokół nie 
mówił po ethsharyjsku.

Nie miał jednak wyboru, postanowił więc urządzić się jak najlepiej. Dogal zabrał 

bagaże   do   pokoju,   a lady   Kalira   ustalała   z oberżystą   wysokość   zaliczki.   Sterren 
spróbował nawiązać rozmowę z ładną kelnerką, używając kilku słów w semmacie.

Przyglądała  mu  się chwilę, rzuciła  kilka słów w języku,  którego nigdy dotąd nie 

słyszał, i odbiegła.

Patrzył na nią zdumiony.
– Co to... – zaczął po ethsharyjsku, potem zorientował się i przeszedł na semmat. – 

Co to było? – spytał Aldera.

– Co? – zapytał żołnierz w odpowiedzi.
– Co... co... ona mówiła? Alder wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł. – Mówiła po akallańsku.
– Akallański? Inny język?
– Oczywiście – potwierdził spokojnie Alder.
Sterren   rozejrzał   się   przerażony,   słuchając   to   jednej,   to   drugiej   rozmowy. 

Uświadomił   sobie,   że   lady   Kalira   i oberżysta   używali   mowy   kupców.   Para   przy 
pobliskim stole szeptała do siebie w jakimś dziwnym syczącym języku, który nie brzmiał 
jak mowa kupców, akallański czy semmat. I z pewnością nie był to ethsharyjski. Dalsze 
głosy brzmiały jeszcze innymi dialektami.

– O bogowie – jęknął Sterren. – Jak tu w ogóle ludzie potrafią ze sobą rozmawiać?
– Co? – spytał Alder.
Sterren   uświadomił   sobie,   że   znów   mówił   po   ethsharyjsku;   nie   był   pewien,   czy 

bardziej ma ochotę płakać, czy wrzeszczeć. Wiedział tylko, że musi się napić. Usiadł 
ciężko na najbliższym stołku i użył języka zrozumiałego wszędzie: wystawił palec do 
góry, machnął w stronę kelnerki i rzucił na stół monetę.

Zadziałało. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i postawiła przed nim pełny kufel. 

Sterren poczuł się lepiej.

W końcu, uświadomił sobie, jest przecież w porcie. To oczywiste, że są tu podróżni 

mówiący różnymi językami.

–   W Semmie   –   zwrócił   się   do   Aldera   –   wszyscy   znać   jeden   język?   –   Kiedy   to 

powiedział, zorientował się, że niezręcznie skonstruował zdanie, ale na nic lepszego nie 
było go stać.

background image

– Pewnie – potwierdził Alder i usiadł obok Sterrena. – Wszyscy w Semmie mówią 

w semmacie. Mniej więcej. Znajdzie się może kilku cudzoziemców, którzy nie znają 
języka.

Sterren z trudem nadążał za słowami żołnierza.  Wcześniej już uznał, że musi  się 

nauczyć semmatu, ale teraz zaczęło mu na tym zależeć. Wprawdzie niehonorowo jest dać 
się   zmusić   do   używania   barbarzyńskiej   mowy,   ale   to   drobiazg   w porównaniu 
z odosobnieniem i niewygodą, gdy człowiek nie potrafi się porozumieć z innymi.

Wyglądało na to, że w przyszłości i tak będzie skazany na semmat, jeśli tylko nie uda 

mu się stąd wyrwać szybko – bardzo szybko. Czterdzieści mil w głąb lądu! W żaden 
sposób nie zdoła się wymknąć i pokonać tej odległości tak, by go nie schwytali i nie 
zaciągnęli z powrotem. Zwłaszcza jeśli Semmańczycy dysponują jakimś rodzajem magii, 
a to właściwie pewne.

Jeśli zamierza uciec, musi to zrobić dziś w nocy, jeszcze tutaj, w Akalli, i ukryć się 

na   pokładzie   statku   zmierzającego   do   Ethsharu.   Ale   jak   tego   dokona,   jeśli   w Akalli 
pewnie nie da się znaleźć choćby trójki ludzi mówiących tym samym językiem, a co 
dopiero takich, z którymi zdoła się dogadać? Jak sprawdzi, dokąd zmierza statek i kiedy 
odbija?

Nawet gdyby udało mu się dostać na pokład, jak zapłaci za rejs do domu, jeśli nie 

rozumie rozkazów i nie potrafi nawet ustalić reguł przyjacielskiej gry w kości?

Nie, to beznadziejne. Był skazany na Semmę – kraj, z którego jego babka z radością 

uciekła, rezygnując z arystokratycznego stanu.

Skoro nie ma wyboru, musi sobie radzić jak najlepiej. Znajdzie sposób, żeby się 

urządzić.

Może nawet będzie musiał zostać prawdziwym wodzem.
Najpierw jednak nauczy się języka.
– Alder – powiedział. – Chcę umieć semmat lepiej. Szybko. Alder przełknął piwo 

i kiwnął głową.

– Pewno – zgodził się. – Co chcesz wiedzieć?

background image

ROZDZIAŁ 3

Z   początku   z ulgą   przyjął   odkrycie,   że   nie   będą   od   niego   wymagać 

czterdziestomilowego marszu. Jednak pod koniec pierwszej godziny w siodle Sterren na 
nowo rozważał sytuację. Żałował, że nie znalazł okazji, by wymknąć się nocą. Jazda 
konna zawsze wydawała się taka łatwa! Trzeba było tylko wleźć na górę – co okazało się 
proste, gdy ma  się dwóch solidnych  strażników, chętnych  by człowieka  podsadzić  – 
a potem spokojnie siedzieć.

Nie zdawał sobie jednak sprawy, jak trudno jest po prostu siedzieć, kiedy siodło bez 

końca porusza się pod siedzeniem w górę i w dół. Cztery konie, które kupiła lady Kalira, 
niosły ich coraz dalej od Diamentowej Akalli, przez równinę na wschód. Pośladki miał 
już otarte i obolałe.

Między jednym a drugim podskokiem zauważył, że nie podążają żadnym z głównych 

traktów wiodących na północ. Droga, którą wybrali, zniknęła szybko, pozostawiając ich 
na   pustej,   spalonej   słońcem   równinie,   która   wydawała   się   rozciągać   we   wszystkich 
kierunkach   aż   po   horyzont.   Z wyjątkiem   południa   i południowego   zachodu,   gdzie 
początkowo ograniczały ją klify i morze.

Jedynym widocznym punktem był zamek, malejący z wolna za plecami. Sterren nie 

miał   pojęcia,   jak   jego   towarzysze   znajdują   drogę,   kiedy   zniknął   trakt;   wydawali   się 
jednak pewni swego, więc nie zadawał pytań.

Przede wszystkim był zbyt zajęty próbami oszczędzania siedzenia, aby martwić się, 

dokąd   zmierzają.   Zapomniał   o wojnach,   wodzach   i życiu   wśród   barbarzyńców, 
a skoncentrował się na najbliższych problemach – to znaczy problemach z siodłem.

Gdy zatrzymali się na odpoczynek i posiłek przy płytkim strumyku, niewidoczni już 

nawet   z najwyższej   wieży   Karnaku   Akalli,   Sterrena   bolało   wysuszone   gardło,   bolały 
dłonie od ściskania uzdy, bolały stopy od wbijania ich w strzemiona, bolał grzbiet od 
trzymania prostej pozycji, a najbardziej ze wszystkiego bolały pośladki od bezustannych 
zderzeń z siodłem. Nie zeskoczył z konia z gracją, ale po prostu spadł na kępę równinnej 
trawy.

Alder i Dogal uprzejmie udawali, że niczego nie zauważyli. Lady Kalira była mniej 

uprzejma.

– Nie jeździłeś dotąd, prawda? – zapytała bez wstępów. Chwilę trwało, nim Sterren 

przełożył to na ethsharyjski.

– Nie – przyznał.
Był zbyt spragniony, zmęczony i poobijany, by dodać jakiś złośliwy komentarz, nie 

background image

mówiąc już o przetłumaczeniu go na semmat. Jej beztroskie założenie, że ethsharyjski 
uliczny szuler potrafi jeździć konno, aż prosiło się o jakąś kąśliwą uwagę. Sterren jednak 
nie skorzystał z okazji.

–   Powinieneś   powiedzieć   mi   w gospodzie   –   stwierdziła.   –   Wzięłabym   powóz. 

Mogliśmy iść pieszo. A przynajmniej mogliśmy dać ci parę lekcji.

Sterren próbował wzruszyć ramionami, ale grzbiet miał zbyt obolały na takie gesty.
– Ja... To było... Ja nie... do licha! – nie przychodziło mu do głowy żadne słowo 

oznaczające   „wyglądało”   czy   „wydawało   się”,   czy   „sądziłem”.   Zanim   któryś 
z Semmańczyków przyszedł mu z pomocą, dokończył zdanie: – Widziałem, że to nie jest 
złe, ale widziałem błędnie.

– Wyglądało łatwo, chcesz powiedzieć? Sterren kiwnął głową.
– Myślę, że to chcę powiedzieć.
– Wódz powinien jeździć konno – zauważyła lady Kalira.
– Nie jestem wodzem – rzucił z goryczą Sterren.
– Jesteś Sterren, Dziewiąty Generał Semmy! – przypomniała mu surowo.
– Jestem Sterren z Ethsharu. Gram w kości w tawernach – odparł.

Lady Kalira cofnęła się lekko.
– Kiedy dotrzemy do Semmy, nie wolno nikomu ci o tym mówić – ostrzegła.
– Dlaczego? – zapytał Sterren.
– Bo jesteś wodzem! – odparła zaszokowana. – Ta pozycja daje ci wielką władzę 

i szacunek.   Nie   można   pozwolić,   aby  rozeszły  się   plotki,   jak   to   zarabiałeś   na  życie, 
oszukując w grze.

Sterren nie wszystko zrozumiał z tej przemowy, ale pojął kluczowe słowo.
– Nie oszukiwałem! – krzyknął. Wysiłek wzbudził ukłucie bólu w krzyżu i nogach, 

a w pośladkach o wiele więcej niż ukłucie.

– Jak więc mogłeś wygrywać tak często, by z tego żyć?
– Miałem szczęście – mruknął bez przekonania. Nauczył się tego słowa jeszcze na 

statku.

– Ha – odparła. – Moim zdaniem, to szczęście maga.
– Maga? – spytał Sterren. Wiedział, że słowo to oznacza kogoś z licznych odmian 

magików, ale nie był pewien, którego.

– Czarnoksiężnik – wyjaśnił po ethsharyjsku.
Lady Kalira nie rozpoznała tego słowa; zmieniła temat.
– Musisz się rozluźnić podczas jazdy – poinformowała, wspierając te słowa gestem 

opuszczenia swobodnie ramion.

background image

– Ruszaj się razem z wierzchowcem, a nie przeciw niemu.
Sterren kiwnął głową; tak naprawdę nie wierzył, że kiedykolwiek opanuje tę sztukę.
– Możemy wymościć  ci siodło. Przyda  się ta aksamitna  tunika  w twoich jukach. 

A czasem możesz się przejść.

Znowu kiwnął głową, z odrobinę większym entuzjazmem.
Po południu, dzięki dodatkowej wyściółce, wolniejszej jeździe i czasami marszowi, 

gdy bąble na pośladkach były już nie do wytrzymania,  jego stan poprawił się nieco. 
Wprawdzie wciąż bolały go wszystkie stawy, a także kilka innych miejsc, ale mógł już 
myśleć o przyszłości i prowadzić ograniczoną konwersację z towarzyszami.

Zaczął   od   tego,   że   wskazywał   wszystkie   kierunki   i pytał,   co   tam   jest.   Wszyscy 

widzieli tylko piasek, słońce i trawę, więc było oczywiste, że pyta, co leży dalej.

Przed nimi,  oczywiście, była  Semma.  Za nimi Diamentowa  Akalla. Po lewej, na 

północy, Skaia, jak powiedział Dogal. Ta nazwa nic mu nie mówiła.

Kiedy wskazał na prawo, wyjaśnienie okazało się ciekawsze.
– Nic – rzekł Dogal.
– Nic?
– No, prawie. Parę mil piasku, a potem krawędź świata. Jeśli staniesz w strzemionach 

i wytężysz wzrok, może ją zobaczysz.

– Zobaczę?
– Tak.
To   bardzo   interesujący   pomysł:   zobaczyć   krawędź   świata,   uznał   Sterren.   Jednak 

stanie   w strzemionach   było   pomysłem   przerażającym,   postanowił   więc   zrezygnować 
z widoku.

Jak, pomyślał, można zobaczyć krawędź świata? Jak ona wygląda? Co leży dalej? 

Zauważył, że południowy horyzont rzeczywiście wydaje się nieco inny niż w pozostałych 
kierunkach.   Dostrzegał  tam  jakby  żółtawy  odcień  zarówno  na  ziemi,   jak  i na  niebie. 
Wytrzeszczał oczy, ale niczego więcej nie zobaczył.

Jednak ta myśl go fascynowała. Być tak blisko prawdziwej krawędzi!
Wydawało mu się kiedyś, że Ethshar Korzenny jest centrum świata, ale jeśli tak 

szybko   znalazł   się   blisko   krawędzi,   to   musiało   być   inaczej.   Wiedział,   że   świat   jest 
większy. Słyszał o wędrowcach mówiących o Ethsharze jako leżącym na południowym 
wschodzie, jednak do tej pory przypisywał to ich zakłóconej wizji świata.

Najwyraźniej to jego wizja była błędna.
Pewnym wstrząsem była świadomość, że się mylił. Ciekawe, czy mylił się jeszcze 

w czymś ważnym.

background image

Dogal przerwał mu ten ciąg myśli.
– Na północ od nas może już leżeć Ophkar – wyjaśnił. – Skaia nie jest tak duża. 

Większa niż Semma i Akalla, ale mniejsza niż Ophkar.

– Semma jest następna, za Ophkarem? – zapytał Sterren.
Dogal skinął głową.
– Tak jest, Twój akcent się poprawia, lordzie Sterren. Gratuluję.

Sterren   nic   nie   odpowiedział,   ale   poczuł   przypływ   dumy.   Bardzo   starał   się 

zapamiętać akcent w barbarzyńskich nazwach okolicznych królestw i miło było wiedzieć, 
że mu się to udało.

Zaczął   sobie   zdawać   sprawę,   że   Akalla,   Skaia   i Ophkar   to   rzeczywiście   osobne 

królestwa,   wciśnięte   w te   czterdzieści   mil   między   Semmą   a wybrzeżem.   Nie   mógł 
uwierzyć, że Małe Królestwa są aż tak małe.

Zastanawiał się też często, co go czeka. Jeśli królestwa są tak ściśnięte razem, często 

muszą występować zatargi. Nic dziwnego, że potrzebują wodzów.

– Jak jest Semma... Co... Powiedz o Semmie – poprosił, gdyż brakło mu słów, by 

zapytać „Jak wygląda Semma?” czy „Jak żyje się w Semmie?”

Dogal wzruszył ramionami.
– Niewiele do opowiadania.
– Musi być coś, o czym możesz opowiedzieć. Ile jest miast?
– Nie ma miast.
Sterren nie znał słowa „miasteczko”, zapytał więc:
– Ile jest zamków? – zamek faktycznie nazywał się „karnak”; sprawdził to jeszcze 

w gospodzie.

– Tylko jeden, Zamek Semma. Tam właśnie jedziemy.
Dogal nie był obfitym źródłem informacji, uznał Sterren.
Skierował wierzchowca na prawo, bliżej Aldera.
– Hej – zaczął.
Alder uprzejmie skinął głową.
– Witaj, lordzie Sterren.
Sterren westchnął; chyba będzie musiał się przyzwyczaić do takich pompatycznych 

powitań.

– Powiedz mi o Semmie – poprosił. Alder przyjrzał mu się z zaciekawieniem.
– A co chcesz wiedzieć?
– Jak... Co tam... jak tam jest.
– Jak tam wygląda, tak?

background image

Z wdzięcznością powtórzył zdanie, którego sam nie potrafił ułożyć:
– Tak, jak tam wygląda.

– Cóż, lordzie Sterren, trudno mi  coś powiedzieć, gdyż  to jedyne miejsce, gdzie 

byłem, jeśli nie liczyć tej podróży po ciebie do Et’sharu. Tam się urodziłem, nigdy nie 
mieszkałem gdzie indziej.

– Ethshar, nie Et’shar – poprawił odruchowo Sterren, zadowolony, że chociaż raz to 

on może kogoś poprawić.

–   Et’th’shar   –   powtórzył   Alder,   plując   trochę   w walce   z obcą   kombinacją 

przydechów.

– Ile jest ludzi.
Alder wzruszył ramionami.
– Właściwie nie wiem – odparł. – W zamku rzeczywiście mieszka sporo.
– Nie mówiłem tylko o zamku.
– Ale tam mieszkają wszyscy, z wyjątkiem chłopstwa.
To zdziwiło Sterrena. Zastanowił się, czy jednak dobrze zrozumiał słowo „kamak”.
– Wszyscy?
– Mniej więcej.
– Chłopstwo? – to słowo było dla niego nowe.
– Prości ludzie, rolnicy – wyjaśnił Alder.
Sterren skinął głową. Pamiętał te łatwe ofiary spoza murów.
– Dużo jest chłopstwa? Znowu wzruszenie ramion.
– Chyba tak.
– Czy ty jesteś chłopem?

– Jestem żołnierzem, lordzie Sterren. – w jego głosie wyraźnie zabrzmiał wyrzut.
– Ale nie urodziłeś się żołnierzem – zauważył Sterren, dumny, że zapamiętał słowo 

„urodzony” z wcześniejszych uwag Aldera.

– To prawda – przyznał niechętnie Alder. – Urodziłem się chłopem.
– Nic w tym  złego – rzekł Sterren, widząc, że uraził  uczucia żołnierza.  – Ja też 

urodziłem się chłopem.

To   było   oczywiście   kłamstwo;   urodził   się   w rodzinie   kupieckiej.   Chciał   jednak 

powiedzieć, że też urodził się jako ktoś z ludu.

Zdumiony Alder poprawił go natychmiast.
– Nie, lordzie Sterren, ty urodziłeś się szlachcicem.

background image

– Ale nic o tym nie wiedziałem.
Alder myślał przez moment, a potem się uśmiechnął.
– To prawda – przyznał.
Sterren jechał chwilę w milczeniu, porządkując swoje myśli.
Przynajmniej zamieszka w zamku, co będzie choćby imitacją prawdziwej cywilizacji. 

Obawiał się, że może trafić do jakiejś zabłoconej wioski. Zamek to nie miasto, ale miał 
nadzieję, że lepsze to niż nic.

Przez pozostałą część popołudnia i wieczorem przy ognisku, w wyniku bezustannych 

pytań zadawanych strażnikom, Sterren zdobył jakieś wyobrażenie o wyglądzie Semmy. 
Przy okazji zdołał znacznie poprawić semmat, poszerzyć  słownictwo, zyskać wprawę 
w wymowie i konstrukcji zdań.

Semma   była  niewielkim,  spokojnym  królestwem,  niemal   w całości   zamieszkałym 

przez   chłopów   pracujących   w małych   rodzinnych   gospodarstwach.   Utrzymywali   się 
z uprawy pomarańcz, cytryn, daktyli, fig, oliwek oraz kukurydzy. Hodowali też owce, 
kozy lub bydło. Dawniej niektórzy mieli też przyprawy na eksport, ale Semma straciła 
dostęp  do szlaków  handlowych,  kiedy lata  temu  Ophkar na pewien  czas  zablokował 
wszystkie drogi do morza. Obce rynki szybko znalazły innych, pewniejszych dostawców. 
Żołnierze nie wiedzieli nic o kopalniach, miastach czy o produkcji.

W samym centrum królestwa stał Zamek Semma, otoczony dużą wsią – właściwie 

osadą, czymś zbliżonym do miasteczka, czym mogło pochwalić się królestwo. Zamek 
służył za mieszkanie ponad setce szlachty, w co Sterren początkowo nie chciał uwierzyć, 
ale Alder i Dogal zapewniali, że to prawda. Owszem, mógł sobie wyobrazić setkę ludzi 
z własnej   woli   wciśniętych   do   jednego   budynku,   widział   już   zatłoczone   domy 
w rodzinnym mieście. Nie mógł jednak uwierzyć, że stu ludzi, żyjących w ten sposób, 
nazywało siebie szlachtą.

W domu, w Ethsharze, Azrad VII z pewnością miał w swoim zamku ponad setkę 

mieszkańców,   lecz  jedynie  nieliczni   należeli  do  wyższej   klasy.  Większość  to  służba, 
dworzanie i urzędnicy.

Alder zauważył jego niedowierzanie i wyjaśnił:
– To jeśli policzy się dzieci. Poza tym wielu z nich to niższa szlachta, a zamek jest 

wielki. Zobaczysz.

Sterren zastanowił się nad tym, a lady Kalira wykorzystała przerwę w rozmowie, by 

wręczyć mu maść na otarcia.

– Zawsze dobrze jest w daleką drogę zabrać ze sobą leczniczą maść – wyjaśniła. – 

Choć nie sądziłam, że przyda się do takich rzeczy.

background image

Sterren przyjął maść z wdzięcznością i odszedł od ogniska, szukając odosobnienia. 

Lady Kalira odwróciła się dyskretnie, a Ethsharyjczyk spuścił spodnie i obficie nałożył 
lek.

Wrócił potem do towarzyszy i zaczął wypytywać o armię, którą miał dowodzić. Lady 

Kalira ogłosiła jednak, że pora już spać.

Sterren posłuchał jej. Uznał, że sprawy wojskowe mogą zaczekać do rana.

background image

ROZDZIAŁ 4

Centralną   wieżę   zamku   zauważyli   wczesnym   przedpołudniem   trzeciego   dnia, 

godzinę po tym, jak zasypali resztki ogniska, przy którym zjedli śniadanie, i ruszyli dalej. 
Sterren musiał przyznać, że wyglądało to na duży zamek – tak jak go opisywał Alder.

Mniej więcej w tym czasie zaczęli mijać gospodarstwa. Zamiast spalonej słońcem 

równiny, widzieli niewielkie żółte domy otoczone rzędami drzew owocowych, zagonami 
kukurydzy i zwierzętami wygryzającymi do korzeni miejscową trawę. Mieszkańcy tych 
domów, zajęci własnymi sprawami, nieodmiennie ignorowali podróżnych.

Równina   nie   była   już   tak   płaska,   jak   przez   większą   część   drogi.   Teren   stał   się 

bardziej falujący, choć wciąż nie pagórkowaty.

Sterren jakoś nie zdążył zapytać o armię. Dowiedział się za to, że Semma zajmuje 

mniej   więcej   powierzchnię   trójkąta;   od   południowego   wschodu   przylega   do   pustyni, 
ciągnącej   się   aż   po   krawędź   świata,   od   północy   graniczy   ze   stosunkowo   dużym 
i potężnym   królestwem   Ksinallionu,   a z zachodu   z Ophkarem.   W okresie   ostatnich 
dwustu–   trzystu   lat   Semma   toczyła   kilka   wojen   z każdym   z sąsiadów   –   zwłaszcza 
z Ksinallionem – ale pod panowaniem Siódmego i Ósmego Generała zachowała pokój 
przez zadziwiająco długi czas.

Alder i Dogal nie pamiętali żadnej wojny, chociaż dziadek Aldera ze strony matki 

jakieś   pięćdziesiąt   lat   temu   walczył   w szóstej   wojnie   ksinalliońskiej.   Sterren   wciąż 
cierpliwie słuchał opowieści o wyczynach tego przodka, gdy w polu widzenia pojawił się 
zamek.

Wkrótce potem wykwitła przed nimi chmura kurzu i rosła, aż wynurzyło się z niej 

dwunastu   jeźdźców.   Sterren   zaniepokoił   się   trochę,   ale   trójka   Semmańczyków   była 
zadowolona z komitetu powitalnego.

Wszyscy   jeźdźcy   byli   potężnymi,   smagłymi   żołnierzami,   ubranymi   podobnie   jak 

Alder   i Dogal,   i dosiadali   wierzchowców   w czerwono-złotych   rzędach.   Lady   Kalira 
wyjaśniła, że to gwardia honorowa, wysłana, by odprowadzić nowego wodza do zamku.

Kiedy jeźdźcy zatrzymali się kilka kroków przed nimi, Sterren z ulgą stwierdził, że 

miała rację. Od wyjazdu lady Kaliry nikt nie obalił rządu.

Rozmowa między jego towarzyszami a nowo przybyłymi toczyła się zbyt szybko, by 

mógł ją zrozumieć, więc siedział spokojnie na koniu i czekał, aż dobiegnie końca.

Jeźdźcy   zawrócili,   uformowali   kolumnę   wokół   Sterrena,   żołnierzy   i lady   Kaliry, 

i czekali.

Sterren   obejrzał   się   zdziwiony.   Zauważył,   że   lady   Kalira   daje   mu   znak   głową, 

background image

i domyślił  się, że on tu teraz  dowodzi. To była  jego gwardia  honorowa i czekali,  aż 
pierwszy ruszy z miejsca.

Niechętnie popędził wierzchowca i cała grupa ruszyła w stronę zamku.
Sterren uznał, że w obecności tuzina obcych nie wypada wypytywać o semmańską 

armię. Wzruszył więc ramionami, godząc się z sytuacją. Wkrótce sam się przekona, jak 
stoją sprawy. W milczeniu i z godnością wjechał zapyloną drogą do wioski otaczającej 
zamek.

Przy bramie podróżnych powitała zgrzytliwa fanfara – przynajmniej jeden z trębaczy 

był odrobinę spóźniony, a od czasu do czasu słychać też było jakąś fałszywą nutę, lecz 
ogólnie melodia brzmiała imponująco i Sterren poczuł się dumny. Podczas parad czy na 
ulicach Ethsharu słyszał już lepszą i o wiele bardziej poruszającą muzykę, nigdy jednak 
nie usłyszał więcej niż jednego okrzyku na swoją cześć. Tymczasem tutaj naliczył na 
murach   kilkunastu   trębaczy.   Zadowolony,   wyprostował   się   w siodle,   aby   lepiej   grać 
swoją rolę.

Bycie   wodzem   z pewnością   miało   swoje   zalety.   Dopóki   uda   mu   się   unikać 

jakichkolwiek   wojen, czeka   go może   całkiem   przyjemne   życie.  Niestety,   wątpił,  czy 
unikanie   wojen   będzie   możliwe   przez   dłuższy   czas;   Małe   Królestwa   znane   były 
z wiecznych walk o nieistotne drobiazgi.

Z drugiej strony Alder i Dogal mówili,  że Semma  cieszy się pokojem już ponad 

czterdzieści lat. Może potrwa to dłużej.

A może wojna jest tuż-tuż. Po prostu nic nie wiedział o sytuacji kraju.
Uznał jednak, że pora dowiedzieć się jak najwięcej i jak najszybciej. Myślał o tym 

cały czas; obserwował wszystko w polu widzenia, starając się jednocześnie wyglądać na 
wodza, mimo pogniecionego i znoszonego ubrania.

Zamek   stał   na   niewielkim   wzniesieniu   nad   równiną,   najbardziej   podobnym   do 

wzgórza   ze  wszystkiego,  co   Sterren  mógł   oglądać   od  czasu  opuszczenia   Akalli.   Nie 
wiedział, czy to wzniesienie jest naturalne, czy usypane przez ludzi, ale z pewnością nie 
było nowe. Wokół zamku powstało ze trzydzieści domów i warsztatów, wszystkie w tym 
samym wyblakłym żółtym kolorze co chaty okolicznych gospodarstw. Były zbudowane 
z tego samego materiału, którego Sterren wcześniej nie widział i nie potrafił rozpoznać, 
miały grube ściany i małe okna za solidnymi okiennicami. Kolorowe daszki z materiału 
ocieniały   wejścia   i służyły   za   stragany.   Nie   było   placu   targowego,   jedynie   niewielki 
skwer przy bramie zamku, a ulice biegły dość przypadkowo. Ziemia wokół zamku była 
sucha i ubita do gładkości, a domy i sklepy stały raczej w zygzakowatych rzędach.

Na zewnątrz wioski rozciągały się rozrzucone po równinie gospodarstwa.
Zamek  mocno  kontrastował z tymi  skromnymi  chatami;  była  to ogromna,  groźna 

background image

budowla z ciemnoczerwonego kamienia. Zewnętrzny mur, zakończony wzmocnionymi 
żelazem blankami, sięgał ponad piętnaście stóp w górę i nie miał żadnych otworów prócz 
bramy, przez którą wjechała grupa Sterrena.

Gdy mijali portal, Sterren przekonał się, że mur ma około dwudziestu stóp grubości, 

a brama wyposażona jest w trzy pary ciężkich wrót i kolczastą bronę. Nad głową widział 
otwory, które pozwalały zastrzelić każdego, kto usiłowałby wejść bez zaproszenia.

Nie był to może tak porażający wytwór techniki budowlanej i obronnej, jak mury 

i wieże   Ethsharu,   emanował   jednak   posępną   mocą.   Sterren   był   całkiem   pewien,   że 
wolałby nie pokonywać tego muru i bramy bez bardzo wyraźnego zaproszenia.

Oczywiście   jego   eskorta,   złożona   w tej   chwili   z piętnastu   osób,   najwyraźniej 

stanowiła takie zaproszenie.

Zamek  wewnątrz  murów   miał   mniej  więcej   piramidalny  kształt.   Niskie  skrzydła, 

ledwie na dwa piętra wysokości, rozciągały się po obu stronach centralnej bryły, która 
wyrastała   na   pięć   pięter   i była   zwieńczona   wielką   główną   wieżą,   sięgającą,   według 
Sterrena, na pełne sto stóp od gruntu, na którym stał zamek. Tu czy tam sterczało kilka 
wieżyczek, psując ogólną formę. Na parterze nie było otworów okiennych, ale wyżej 
pojawiały się wąskie szczeliny, przechodzące stopniowo w szerokie płaszczyzny szkła 
pod zgrabnymi kamiennymi łukami na najwyższym poziomie wieży.

Pas   gruntu   pomiędzy   wewnętrznym   murem   i twierdzą   zajmowały   w całości 

brukowane alejki i zagony ogrodu. Sterren ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma tu żadnej 
wewnętrznej linii obrony. Przestrzeń pomiędzy murami Ethsharu a ulicami była zawsze 
wolna od drzew i stałych budowli, aby w przypadku ataku czy oblężenia można było 
przemieszczać   wojsko   i sprzęt.   W czasach   pokoju,   który   trwał   już   od   dwóch   stuleci, 
obszar   ten   zajmowali   przestępcy   i bezdomni.   Zamek   w Semmie   nie   miał   żadnego 
odpowiednika tego niesławnego Stustopowego Pola.

Sterren   nie   miał   czasu,   aby   przyjrzeć   się   ogrodom.   Kiedy   tylko   ostami   jeździec 

eskorty   minął   zewnętrzną   bramę,   fanfara   urwała   się   głośnym   akordem,   strażnicy 
zatrzasnęli   wrota,  a służba  w czerwono-żółtej   liberii   skoczyła,  by  odprowadzić   konie. 
Sterren   został   uniesiony   z siodła   i postawiony   na   ziemi   przez   pół   tuzina   mężczyzn 
z gwardii honorowej. Wierzchowce poprowadzono do stajni przy wewnętrznej bramie 
zamku.

Z   wdzięcznością   przyjął   pomoc,   gdyż   podejrzewał,   że   po   tak   długim   pobycie 

w siodle byłby zbyt zesztywniały, aby zejść z konia o własnych siłach.

Poprowadzono go obok stajni do właściwego zamku. Główne drzwi, podobnie jak 

brama, były wyposażone  w pełny zakres środków obronnych,  lecz teraz, idąc pieszo, 

background image

przyjrzał   się   im   uważnie.   Wszędzie   dostrzegł   znaki   długiego   nieużywania:   kurz   na 
zawiasach,   pajęczyny   w otworach  strzelniczych.   Domyślał   się,  że  taki  efekt  wywarło 
czterdzieści lat pokoju.

Oczekiwał, że cała grupa zatrzyma się i rozejdzie, kiedy tylko znajdą się wewnątrz, 

on   sam   natomiast   pozostanie   pod   opieką   służby   i jednego   czy   dwóch   strażników. 
Jednakże   cały   oddział   przemaszerował   razem   szerokim,   wyłożonym   marmurem 
korytarzem. Żołnierze ustawiali się tak, że cały czas był pośrodku grupy.

– Dokąd idziemy? – zapytał w semmacie.
Lady Kalira zbliżyła się do dowódcy gwardii i szepnęła pytanie, którego Sterren nie 

dosłyszał. Żołnierz kiwnął głową w odpowiedzi, a lady Kalira podeszła do Sterrena.

– Król czeka, żeby się z tobą spotkać.
–   Król?   –   Sterren   nie   był   pewien,   czy   dobrze   zrozumiał   to   słowo.   Znał   jego 

znaczenie, gdyż pojawiło się w rozmowach z Alderem.

–   Tak,   król,   Jego   Wysokość   Phenvel,   trzeci   tego   imienia,   prawem   sukcesji   król 

Semmy i władca południowych pustyń.

– Aha. – Sterren nigdy wcześniej nie spotkał króla i nie był pewien, jak powinien się 

zachować.

Para   ciężkich,   zdobionych   złotem   drzwi   otworzyła   się   i Sterren   znalazł   się 

w pomieszczeniu, w którym – mimo braku wcześniejszych doświadczeń – natychmiast 
rozpoznał salę tronową. Szeroki czerwony chodnik sięgał od drzwi aż do podwyższenia 
i dalej, przez trzy stopnie, do stóp krępego mężczyzny w szkarłatnej szacie, siedzącego 
na dużym czarnym krześle. Po obu stronach chodnika stała spora grupa dobrze ubranych 
ludzi rozmaitego wzrostu.

Lady Kalira zatrzymała się u stóp podwyższenia; żołnierze zrobili podobnie i płynnie 

cofnęli   się   na   obie   strony   –   z wyjątkiem   Aldera   i Dogala,   którzy   zamykali   eskortę 
i pozostali na chodniku.

Sterren, który nie wiedział, czego się spodziewać, zrobił jeszcze krok czy dwa, nim 

przystanął, gdy zagroziło mu zderzenie z plecami lady Kaliry.

Kalira skłoniła się nisko i osunęła na kolano przed swoim władcą. Z wahaniem – 

i niezręcznie, ponieważ nigdy nie oddawał w ten sposób hołdów – Sterren poszedł w jej 
ślady.

Po chwili lady Kalira wstała, więc Sterren też się podniósł.
W sali było prawie, choć nie do końca, cicho; Sterren słyszał nieustający szelest 

szeptów wśród zebranych.

– Wasza Wysokość – powiedziała lady Kalira – pozwól, że przedstawię twego sługę 

background image

Sterrena, Dziewiątego Generała Semmy.

Wskazała   Sterrena   gestem   i odstąpiła   na   bok,   odwracając   się   tak,   że   stanęła   na 

krawędzi chodnika, tyłem do zebranych. W ten sposób mogła mówić do monarchy lub 
Ethsharyjczyka.

Sterren   uznał,   że   wymagane   jest   jakieś   działanie   z jego   strony,   więc   skłonił   się 

znowu, tym razem do pasa. Żałował, że nikt nie uznał za stosowne, by go wcześniej 
pouczyć.

– Witaj – odezwał się król.
– Witam – odparł Sterren nerwowo.
Próbował   ocenić   wiek   władcy   i uznał,   że   przekroczył   już   czterdziestkę,   lecz   na 

pewno nie przekroczył sześćdziesiątki.

– Naprawdę jesteś wnukiem Tanissy Upartej? Trudno w to uwierzyć.
Sterren,   wciąż   niezbyt   dobrze   znając   język,   potrzebował   dłuższej   chwili,   aby 

zrozumieć zdanie i odpowiedzieć. Nie takiego pytania oczekiwał od króla podczas, jak 
zrozumiał, oficjalnej audiencji.

– Tak. Ja... Tak, Wasza Wysokość, jestem – był wdzięczny, że przedstawiając go, 

lady Kalira mimowolnie podpowiedziała mu właściwy sposób zwracania się do władcy.

– Nigdy jej nie spotkałem – rzekł król – ale słyszałem o niej jeszcze jako chłopiec, 

szczególnie od jej brata, twego wuja, poprzedniego wodza. Uciekła z jakimś kupcem parę 
lat przed moim urodzeniem. I naprawdę jesteś jej wnukiem, tak?

Sterren skinął głową.
– Nie musisz się tak krępować, chłopcze. W końcu wszyscy jesteśmy tu rodziną.
– Naprawdę?
–   Oczywiście.   Nie   wiedziałeś?   Jesteś   moim   kuzynem   siódmego   stopnia   z linii 

dziadka. Sprawdziłem to – wykonał szeroki gest w kierunku tłumu. – A to – dodał – 
wybrana arystokracja Semmy. I my wszyscy, drogi chłopcze, pochodzimy od Tendela 
Pierwszego, pierwszego króla Semmy.

– Pochodzicie?
– Ty także, chłopcze – poprawił go łagodnie Phenvel. – Ja?
–   W rzeczy   samej.   Oczywiście   ja   jestem   jego   bezpośrednim   potomkiem   w linii 

męskiej, a ty pochodzisz od drugiego syna Tendela Drugiego, a nie od pierwszego. Jesteś 
też   potomkiem   kilku   córek   Tendela   Pierwszego;   tutaj   szlachta   zwykle   zawiera 
małżeństwa w rodzinie.

Kiedy już Sterren to wszystko zrozumiał, informacja zaszokowała go i z początku nie 

uwierzył. Król jednym z jego przodków? Wszyscy ci ludzie krewnymi? Przyzwyczaił się 
już   myśleć   o sobie   jako   człowieku   pozbawionym   rodziny.   Znaleźć   się   w sali   pełnej 

background image

dalekich krewnych – to było więcej, niż mógł przyjąć ze spokojem. Z drugiej strony 
trudno było sobie wyobrazić przyczynę, dla której król miałby kłamać.

– Aha – powiedział.
–   To   powód,   dla   którego   tu   jesteś   prosto   z podróży.   Wszyscy   chcieliśmy   się 

przyjrzeć naszemu dawno zagubionemu kuzynowi.

– Aha – powiedział znowu Sterren.
Cała sytuacja zaczynała się wydawać nierealna. Oczywiście zamek był realny, ludzie 

także,   nie   tylko   widział   ich   i słyszał,   lecz   czuł   ich   zapach,   a nigdy   nie   słyszał   o tak 
szczegółowej   iluzji.   Lecz   myśl,   że   naprawdę   byli   klasą   panującą   jednego   z małych 
królestw,   zaledwie   kilkanaście   mil   od   krawędzi   świata,   a on   był   jednym   z nich, 
dziedzicznym dowódcą armii, wydawała się tak absurdalna, że przez chwilę łatwiej by 
uwierzył, że cała ta sprawa jest jakimś gigantycznym żartem.

Zapadła niezręczna cisza, którą przerwała lady Kalira.
– Wasza Wysokość – powiedziała. – Sądzę, że nasz nowy wódz jest zmęczony po 

podróży i przytłoczony spotkaniem z Waszą Wysokością. Nie jadł też od świtu.

Nie było to dokładnie prawdą, ponieważ wędrowcy skończyli śniadanie dobrze po 

wschodzie słońca, jednak Kalira nie pomyliła się zbyt wiele.

– Oczywiście – zgodził się król. – Oczywiście. Odprowadź go do pokoju, niech tam 

wróci do siebie. Porozmawiamy z nim jeszcze, kiedy odpocznie. – Skinął ręką, kończąc 
audiencję.

Lady Kalira skłoniła się, a Sterren znów poszedł w jej ślady. Potem skinęła, by ruszył 

za nią, i poprowadziła go na prawo, przez tłum do drzwi. Wyszli z sali tronowej. Alder 
i Dogal szli za nimi dyskretnie.

Znaleźli się w korytarzu, gdzie lady Kalira skręciła w lewo i poprowadziła w górę po 

krętych schodach. Zesztywniałe mięśnie Sterrena protestowały boleśnie, jednak szedł za 
nią.

Minęła pierwsze piętro, a Sterren bez pytania podążał za nią.
Na drugim piętrze przystanął w nadziei, że zmieni zdanie, ale wspinała się dalej. 

Stłumił jęk.

Na trzecim piętrze pomyślał, czy nie spytać, jak daleko jeszcze do celu, lecz nie mógł 

sobie przypomnieć odpowiednich słów w semmacie.

Na czwartym piętrze już ciężko sapał. Na piątym schody skończyły się i odetchnął 

z ulgą, gdy lady Kalira poprowadziła go korytarzem. Potem jednak dotarła do kolejnych 
schodów i znowu ruszyła w górę. Załamał się.

Alder i Dogal zbliżyli się od tyłu i nie przystanęli; poddał się więc i ruszył do wieży.

background image

Minęli tylko jeden poziom. Na szóstym piętrze zeszli ze schodów i przeszli jeszcze 

jednym krótkim korytarzem do okutych żelazem drzwi. Lady Kalira przekręciła duży 
czarny klucz w zamku i otworzyła je, odsłaniając pokój.

– To twoja komnata wodza – oznajmiła. Cofnęła się i wpuściła go do środka. – Przez 

prawie   dwadzieścia   lat   należała   do   brata   twojej   babki,   a wcześniej   do   jego   ojca, 
a twojego pradziadka. To było pół wieku temu.

Sterren ostrożnie przekroczył próg.
Była to duża, przestronna komnata. Jedną ścianę zajmowały szerokie, pozbawione 

zasłon okna o licznych  szybach. Grube gobeliny, trochę wyblakłe, lecz wciąż piękne, 
skrywały kamienne ściany. Wysokie łoże z baldachimem, ze stolikami po obu stronach, 
ustawiono na środku pod jedną ze ścian. Po lewej stronie łoża stała szafa, a po prawej 
komoda,   naprzeciwko   łóżka   biurko   czy   też   stół   do   pracy,   a po   obu   jego   stronach 
znajdowały się wysokie szafki zapchane książkami i papierami. W rogach pokoju stały 
krzesła; doliczając to przy biurku, było ich pięć.

Sterren odwrócił się i odkrył, że na ścianie wokół drzwi wisi broń: miecze, noże, 

włócznie,   topory   i wiele   takich,   których   nie   potrafił   nazwać   nawet   po   ethsharyjsku. 
Zastanawiał się, czy jako wódz musi nauczyć się ich używać.

Broń   była   zakurzona.   Szczerze   mówiąc,   wszystko   tu   pokrywała   warstwa   kurzu: 

biurko,   książki,   papiery...   wszystko.   W powietrzu   unosił   się   suchy   zapach   kurzu 
i opuszczenia. Było jasne, że w tym pokoju nikt nie mieszkał.

Z   wahaniem   podszedł   do   okna   i wyjrzał.   Ocenił   kąt   promieni   słońca   i uznał,   że 

spogląda prawie dokładnie na północ.

Widok był  wspaniały;  widział dachy zamku, kryjące przed wzrokiem zewnętrzny 

mur i większą część wioski. Dalej dostrzegł tylko kilka domów, a potem równinę falującą 
łagodnie   aż   po   horyzont,   z plamkami   gospodarstw   i sadów,   podzielonych   płotami 
i ogrodzeniami   na   poszczególne   posiadłości.   Nie   zauważył   żadnej   drogi;   kto   musiał 
podróżować, najwyraźniej czynił to prosto przez równinę.

Zdawało   mu   się,   że   po   prawej   stronie,   pod   samym   horyzontem,   trawiaste 

powierzchnie   przechodzą   w pustynny   piasek.   Nieco   na   lewo   widział   chyba   szczyty 
dalekich gór, wyrastające gdzieś poza horyzontem.

Odwrócił   się   i ujrzał,   że   lady   Kalira   razem   z dwoma   żołnierzami   wciąż   stoją 

w korytarzu. Nagle przestraszył się, że zatrzaśnie drzwi i uwięzi go w pokoju.

– Nie wejdziesz? – zapytał.
Lady Kalira skinęła głową i przekroczyła próg.
– Na co czekałaś?
– Nie wchodzę do prywatnej kwatery bez zaproszenia, lordzie Sterren – odparła.

background image

Zdziwiony tym oświadczeniem, które wyraźnie sugerowało, że ma tu jakąś władzę, 

a nie jest więźniem, Sterren dopiero po chwili uświadomił sobie, że Alder i Dogal wciąż 
czekają za drzwiami. Spojrzał na Kalirę.

Nie zwracając uwagi na żołnierzy, spytała:
– Mogę usiąść?
–   Tak   –   odparł   Sterren   po   ethsharyjsku,   znowu   zdumiony   pokorą   strażników. 

Poprawił   się   szybko   i powtórzył   to   słowo   w semmacie.   Przypomniał   sobie   eskortę 
czekającą na niego na równinie.

Może nie żartowali, nazywając go lordem.
Kalira   przesunęła   krzesło   z kąta   i usiadła.   Sterren   zastanawiał   się   przez   dłuższą 

chwilę, by wreszcie opaść na krzesło przy biurku.

Maść lecznicza zaczynała działać; mógł siedzieć, odczuwając tylko lekką niewygodę.
– Z pewnością masz wiele pytań – rzekła lady Kalira. – Teraz, kiedy dotarliśmy 

bezpiecznie do domu, może potrafię na nie odpowiedzieć.

Sterren, nadal zdziwiony, przyglądał jej się przez chwilę.
– Mam nadzieję – odparł z krzywym uśmiechem.

background image

ROZDZIAŁ 5

Wszystko  w tym  pokoju należy do ciebie  – wyjaśniła  lady Kalira.  – To, a także 

stanowisko   wodza   armii,   jest   twoim   dziedzictwem   po   bracie   babki.   Nic   więcej. 
Wszystko, co posiadał w chwili śmierci, znajduje się tutaj albo na jego polecenie zostało 
przekazane innym.

Sterren skupił się na chwilę i starannie ułożył pytanie.
– Jak to dał wszystko mnie? Skąd wiedział ja... że ja żyję, kiedy tak długo nie widział 

mojej babki?

– Och, nie wiedział, że istniejesz, lecz nie miał w tej sprawie żadnego wyboru – 

odparła   lady   Kalira,   machając   lekceważąco   ręką.   –   Semma   ma   bardzo   wyraźne 
i stanowcze prawa dotyczące sukcesji. Ten pokój i jego zawartość należały do niego jako 
wodza, a nie do niego osobiście. Nie on więc decydował,  kto odziedziczy pokój lub 
otrzyma   tytuł.   Gdyby   ludziom   pozwolić,   aby   wpływali   na   sukcesję,   wzbudziłoby   to 
mnóstwo intryg. Szczerze mówiąc, i tak mamy ich zbyt wiele.

– Sukcesja? Intrygi?
Kalira   wyjaśniła   te   słowa   najlepiej,   jak   potrafiła.   Sterren   uznał   w końcu,   że 

zrozumiał.

– Ale dlaczego ja? – zapytał. – Czy nie ma tu nikogo, kto mógłby zostać wodzem?
Arystokratka parsknęła lekceważąco.
–   Twoi   przodkowie   byli   chyba   najgorszą   linią   w całej   rodzinie,   jeśli   chodzi 

o zapewnianie   ciągłości.   Nie   pomaga   też   fakt,   że   wodzowie   giną   zwykle   młodo, 
w bitwie.

To oświadczenie, kiedy już wyjaśniła niezrozumiałe terminy, nie uspokoiło Sterrena. 

Powstrzymał się jednak od komentarzy.

– Po tobie – oznajmiła lady Kalira – kolejnym dziedzicem jest kuzynka trzeciego 

stopnia dawnego wodza. Także twoja kuzynka drugiego stopnia, co daje siódmy stopień 
pokrewieństwa.   Ty   jesteś   dziedzicem   w trzecim   stopniu   pokrewieństwa.   To   wielka 
różnica. Poza tym jesteś młody i silny.

Sterren uznał to za pochlebstwo. Wiedział, że jest stosunkowo chudy.
– Ona przekroczyła pięćdziesiątkę. Gdyby miała syna, cóż, to byłby ósmy stopień, 

ale mógłby wystarczyć. Niestety, jej jedynym dzieckiem jest córka. Niezamężna, nawet 
gdybyśmy dopuścili dziedziczenie przez małżeństwo zamiast przez pokrewieństwo.

Tym   razem   próba   wyjaśnienia   nieznanych   słów   okazała   się   nieudana,   więc 

zdesperowana lady Kalira wstała i znalazła na biurku arkusz papieru, pióro, atrament, by 

background image

naszkicować drzewo genealogiczne.

Sterren,   wciąż   siedząc,   obserwował   z zaciekawieniem,   jak   streszczała   historię 

dziewięciu wodzów Semmy.

Pierwszy, Tendel, był młodszym bratem króla Rayela Drugiego, urodzonego prawie 

dwieście lat temu. Jego syn, także Tendel, nastąpił po nim, a potem jego wnuk. Jednak 
już trzeci Tendel pozwolił się wcześnie zabić w bitwie podczas katastrofalnej trzeciej 
wojny ksinalliońskiej. Nie zdążył się ożenić ani spłodzić potomków. Jego brat, Sterren, 
odziedziczył tytuł jako Czwarty Generał, tylko po to, aby zginąć trzy lata później w tej 
samej wojnie.

Ów pierwszy Sterren okazał się dość przewidujący, by spłodzić pięcioro dzieci: troje 

z nich było dziewczynkami, a młodszy syn zmarł bez wyraźnej przyczyny. Starszy syn 
został Piątym Generałem, a jego syn – Szóstym. Ten z kolei spłodził tylko jednego syna, 
wkrótce potem Siódmego Generała, zanim zginął tragicznie po przegraniu wojny.

Sterren,   Siódmy   Generał,   miał   dwadzieścia   jeden   lat,   kiedy   odziedziczył   tytuł, 

i dożył do wieku siedemdziesięciu trzech lat. Stał się kimś w rodzaju legendy. Złamał 
bowiem   tradycję   i zamiast   poślubić   daleką   kuzynkę,   zawarł   małżeństwo   z kobietą 
z Ethsharu, którą gdzieś znalazł.

Mieli   troje   dzieci,   chociaż   drugie,   Dereth,   zmarło   w niemowlęctwie.   Najstarszy 

z nich,   Sterren,   stał   się   w końcu   Ósmym   Generałem,   a najmłodsza,   Tanissa   Uparta, 
uciekła z ethsharyjskim kupcem w 5169 roku. Nigdy więcej o niej nie słyszano.

To ona, oczywiście, była babką Sterrena z Ethsharu. A że jej brat nigdy się nie ożenił 

i nie spłodził dzieci, Sterren musiał zostać Dziewiątym Generałem.

Następną   w linii   pokrewieństwa   była   Nerra   Urocza,   wnuczka   najstarszej   córki 

Czwartego Generała. Nie był to zbyt oczywisty wybór.

Lady   Kalira   odłożyła   szkic   genealogii   i bez   dalszych   pytań   kontynuowała 

wyjaśnienia.  Sterren   słuchał   uprzejmie,   starając   się  odgadywać   znaczenie  nieznanych 
słów.

Kiedy   stało   się   jasne,   że   stary   Sterren   umiera,   królewski   genealog,   nieświadom 

istnienia syna i wnuka Tanissy, potrzebował ponad godziny, aby określić, kim powinien 
być następca.

Zauważył   w kronikach   zapis   o ucieczce   Tanissy   i wraz   ze   swymi   wnioskami 

przekazał go królewskim doradcom. Po długich debatach wezwano Agora, zamkowego 
teurga, a ten z kolei wezwał Unniel Bystrą, pomniejszą boginię, która po wielu zachętach 
przywołała Aibema, potężniejszego boga, który wreszcie poinformował wszystkich, że 
chociaż Tanissa zmarła, jej wnuk żyje i ma się dobrze.

background image

Zaraz   potem   wysłano   lady   Kalirę   i jej   niewielki   orszak,   aby   odszukała   Sterrena 

i przywiozła   do   Semmy,   co   też   uczyniła.   Lady   Kalira,   która   nie   należała   do   linii 
sukcesyjnej wodza, otrzymała to zadanie, gdyż była przyszłym dziedzicem swej kuzynki 
Inri, Siódmego Podkomorzego. Osiemdziesięcioletnia Inria nie miała dość sił, aby sama 
wyruszyć w podróż.

Kiedy lady Kalira skończyła, Sterren pokiwał głową.
– A więc jestem tu – przyznał. – Co powinienem zrobić?
– Myślę, że to oczywiste. Powinieneś przejąć dowództwo armii i bronić Semmy.
– Bronić Semmy?
– Chronić ją przed wrogami – wyjaśniła.
– Przed jakimi wrogami?
– Wszystkimi wrogami.
-
– Semma ma wrogów?
– Oczywiście, że ma, idioto! Na przykład Ksinallion! I jeszcze Ophkar!
Aż do tej chwili Sterren żywił niejasną nadzieję, że to niechciane stanowisko okaże 

się   synekurą,   z tytułem   i pensją,   ale   bez   żadnych   obowiązków.   Stłumił   pełne 
rozczarowania westchnienie.

Szczególnie   groźną   wydała   się   informacja,   że   obaj   wielcy   sąsiedzi   Semmy   byli 

uznawani za wrogów. Przynajmniej, pocieszył się, nie dotarł tu w środku wojny.

– Czy sądzisz, że... wojna może się wkrótce zacząć?
Lady Kalira skrzywiła się.
– O wiele za prędko – odparła. – Sądząc po twoim wyglądzie i po tym, co ostatnio 

widziałam w koszarach.

Gdyby dostatecznie dobrze znał semmat, odpowiedziałby,  że chętnie zrzeknie się 

tego stanowiska, o które nie prosił, jeżeli tylko ktoś potrafi lepiej wypełnić to zadanie.

Zamiast tego zapytał:
– Co mam teraz robić? Dzisiaj.
– Cóż... – Lady Kalira rozejrzała się po komnacie. – Myślę, że będziesz chciał się tu 

rozgościć, może trochę posprzątać. Wyślę Dogala, żeby przyniósł wodę i coś do jedzenia. 
Nie przypuszczam,  żebyś  chciał zejść na obiad. Przy kolacji powinieneś, oczywiście, 
siedzieć   przy   głównym   stole,   rozmawiać   z Jego   Wysokością,   poznać   kilka   osób,   na 
przykład książąt i księżniczki... Ale to może poczekać do wieczora. Sugeruję, abyś po 
południu   postarał   się   zapoznać   z sytuacją,   porozmawiał   z oficerami,   może   zajrzał   do 
koszar. Takie rzeczy. Jesteś wodzem, na pewno wiesz o tym więcej niż ja.

– Przecież nigdy wcześniej nie byłem wodzem! – zawołał oszołomiony Sterren.

background image

– Masz to we krwi, prawda?
– Nie zauważyłem – odparł.
Lady Kalira zignorowała tę wypowiedź. Odwróciła się do drzwi i krzyknęła:
– Dogal, zejdź do kuchni, przynieś dla lorda Sterrena wodę i coś do jedzenia.

Dogal kiwnął głową.
– Tak, pani – rzucił i zniknął szybko.
– Alder pomoże ci się rozpakować, jeśli chcesz – zaproponowała.
Sterren   odruchowo   skinął   głową.   Alder   wszedł   do   komnaty,   niosąc   tobołek 

z rzeczami,  które Sterren zabrał z pokoju przy ulicy Targowej. Umieścił  go na łóżku 
i zaczął rozwiązywać.

– Moi oficerowie, mówiłaś – przypomniał Sterren. Ten zwrot dawał wrażenie władzy 

i autorytetu; poczuł nagłe zainteresowanie.

– Tak, oczywiście – odparła.
– Przypuszczam, że powinienem się z nimi spotkać i porozmawiać.
– Tak.
Przypomniał sobie marsz po schodach.
– Czy mogłabyś ich tu przysłać? – zapytał więc.
– Oczywiście, lordzie Sterren – odpowiedziała lady Kalira i skłoniła się lekko.
Ten ukłon trochę go zaskoczył. Kalira dostrzegła jego zdziwienie i wyjaśniła:
– Lordzie  Sterren,  myślę,  że  powinnam ci  wyjaśnić,  że  teraz,  kiedy przyjąłeś  to 

stanowisko i król cię uznał, jako wódz stoisz wyżej ode mnie. Jesteś jednym z najwyżej 
postawionych arystokratów Semmy. Wódz armii i minister spraw zagranicznych są równi 
rangą i ustępują tylko królowi i jego najbliższej rodzinie. A wszyscy pozostali: kanclerz, 
podskarbi czy podkomorzy są mniej ważni od ciebie.

– Naprawdę?
– Naprawdę.
Sterren   zastanowił   się   nad   tym   przez   chwilę.   Nie   wiedział,   co   tak   wysokie 

stanowisko   oznacza   realnie   w sensie   władzy   i przywilejów,   ale   także 
i odpowiedzialności. Niemal zapomniał, że wciąż jest przy nim lady Kalira, dopóki mu 
o tym nie przypomniała:

– Panie? – spytała.
– Ach – Sterren otrząsnął się. – Słucham?
–   Lordzie   Sterren,   jestem   zmęczona   i głodna.   Jeśli   nie   masz   więcej   pytań,   czy 

zgodzisz się, bym odeszła?

-

background image

– Oczywiście – wykrztusił po chwili, znów zaszokowany.
Lady Kalira wstała i odwróciła się.
– Przyślij tu moich oficerów – zawołał jeszcze Sterren – kiedy już zjem.
Był pewien, że usłyszała, ale nie odpowiedziała i wysunęła się z pokoju.
Przez chwilę spoglądał za nią.
Zmiana   roli   ze   stanowczego   strażnika   na   pełną   szacunku   podwładną   dziwnie   go 

zaniepokoiła.   Nie   był   przyzwyczajony,   by   ktoś   słuchał   jego   rozkazów.   Zwykle 
wystarczała   mu   po   prostu   tolerancja   –   hazardzista   z oberży   czy   ulicznik   nie   mogli 
przecież liczyć na więcej.

Było   coś   bardzo   kuszącego   w myśli,   że   kobieta   nie   może   opuścić   jego   pokoju, 

dopóki nie udzieli jej zezwolenia. Owszem, starzejąca się i nerwowa lady Kalira sama 
w sobie wcale nie była kusząca, lecz sama myśl o takiej władzy miała swoje uroki.

Niestety,   władza   przychodziła   wraz   ze   stanowiskiem   wodza,   a więc   także   ze 

wszystkimi   nieznanymi   zagrożeniami   i obowiązkami,   które   z niego   wynikały.   Wojna 
oznacza miecze, krew, śmierć i zabijanie. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego.

Z drugiej  strony,  Semma  cieszyła  się  pokojem już od dwudziestu  lat przed  jego 

urodzeniem. Może uda się ją chronić nie biorąc udziału w wojnie, tak jak to się udało 
jego poprzednikowi, którego nigdy nie poznał.

– Panie – odezwał się Alder, wyrywając go z tych  smętnych  myśli.  – Czy mam 

powiesić to w szafie? – podniósł jedną ze starych tunik Sterrena.

– Owszem – potwierdził.
Zainteresował   się   swoim   bagażem.   Dopilnował,   żeby   wszystko   trafiło 

w odpowiednie miejsca, i starał się zapamiętać urządzenie komnaty. Stawało się jasne, że 
jeśli nie nastąpi coś nieprzewidzianego, spędzi tutaj dłuższy czas.

Nie był jednak pewien, czy to dobra, czy zła wiadomość.

background image

ROZDZIAŁ 6

Odsunął talerz i wstał. Alder podniósł głowę zaskoczony. – Panie... – zaczął.
– Nie przeszkadzaj sobie, jedz – rzucił kwaśno Sterren.
Zaczynał mieć dość tych wciąż nowych wyrazów szacunku. Alder dopiero zaczął 

jeść,   ale   wyraźnie   był   gotów   poderwać   się   i wykonywać   rozkazy,   gdyby   jego   wódz 
zechciał jakieś wydać.

Ale jego wódz czuł się tu zupełnie nie na miejscu. Nastrój zmieniał mu się co chwilę. 

Ten pokój, tytuł i ranga były znakomite i mogłyby się okazać całkiem zabawne, ale były 
także narzucone na stałe i pod przymusem, co z kolei może być męczące, nawet jeśli nie 
brać pod uwagę związanej z tym odpowiedzialności i ryzyka. Było jasne, mimo gestów 
posłuszeństwa Aldera i lady Kaliry, że wciąż traktowali go trochę jak więźnia. Gdyby 
spróbował po prostu wyjść z zamku i ruszyć w stronę Ethsharu, Alder czy Dogal, albo 
obaj, z pewnością podążyliby za nim i prawdopodobnie powstrzymali, zanim zdążyłby 
opuścić wioskę.

Po kilku dniach spędzonych w podróży w bliskim towarzystwie Aldera i Dogala miał 

już dosyć patrzenia na nich. Przynajmniej lady Kalira odeszła, a wkrótce spotka innych 
ludzi.

Oczywiście  to też miało  swoje pociągające  i przerażające  aspekty.  Ci ludzie  byli 

barbarzyńcami,  nie Ethsharyjczykami.  On sam był  pewien, że nie jest tym,  kogo się 
spodziewali   jako   wodza.   Nie   miał   pojęcia,   jak   Semmańczycy   zareagują   na   jego 
oczywiste   niedostatki.   Wspomnienie   o doraźnej   egzekucji,   o której   usłyszał   jeszcze 
w tawernie przy Targowej, wciąż tkwiło gdzieś w głębi umysłu.

Alder   i Dogal   jedli   na   zmianę.   Dogal   pilnował   drzwi,   nie   wpuszczając   oficerów 

Sterrena, którzy przybyli chwilę wcześniej i czekali teraz w korytarzu.

– Dogal – zawołał Sterren. – Wprowadź ich.
Dogal   nic   nie   odpowiedział;   odstąpił   tylko   na   bok   i pozwolił   wejść   trzem 

mężczyznom. Wchodzili po kolei, kłaniali się i przedstawiali, a potem odsuwali na bok, 
aby zrobić miejsce następnemu.

– Anduron z Semmy, lordzie Sterren – powiedział pierwszy i skłonił się z gracją, aż 

zadźwięczała biżuteria.

Był   wysoki,   mocno   zbudowany   i ubrany   bogato   w błękitny   jedwab.   Miał   może 

trzydzieści lat – z pewnością był starszy od Sterrena. Jak wszyscy Semmańczycy, których 
dotąd widział, i ten miał ciemne włosy i śniadą cerę. Sterren miał wrażenie, że dostrzega 
rodzinne podobieństwo do króla.

background image

Wyczuł także ślad zapachu, jakby kwiatowego.
– Arl Mocna Ręka – powiedział następny, skłaniając głowę.
Był   niższy,   ale   Sterren   domyślił   się,   że   waży   nie   mniej   niż   Anduron;   był   też 

w podobnym  wieku. Miał na sobie czerwony kilt i czerwono haftowaną żółtą  tunikę. 
Pachniał tylko skórą i potem.

– Shemder Mężny – przedstawił się trzeci bez ceremonii.
Wzrostem   mieścił   się   między   pierwszym   a drugim,   był   wyraźnie   lżejszy   od 

pozostałych, chudy i żylasty. Był także młodszy, nie miał więcej niż dwadzieścia pięć lat, 
ale jednak starszy od Sterrena. Nosił ubranie podobne do Aria, lecz lepiej utrzymane 
i bardziej ozdobne. Sterren nie poczuł od niego żadnego zapachu.

Cała trójka demonstrowała formy szacunku właściwe dla spotkania z przełożonym, 

było jednak jasne, że samego szacunku wcale nie odczuwają.

Lady Kalira bardziej subtelnie okazywała wzgardę.
– Jestem Sterren z Ethsharu – odparł i skłonił się także.
Wymówił słowo „Ethshar” poprawnie, nie poddając się obowiązującym tu normom 

wymowy. W końcu, pomyślał z urazą, w semmacie istnieje dźwięk „th”, tylko nie łączy 
się z „sh”.

–   Wybacz,   panie   –   wtrącił   się   Anduron   –   ale   czy   nie   byłoby   właściwe,   gdybyś 

nazywał siebie Sterrenem, Dziewiątym Generałem Semmy?

Anduron przemawiał płynnie i Sterren chciał odpowiedzieć mu z równą elegancją. 

Jednak ograniczona znajomość języka zmusiła go do rezygnacji.

–   Chyba   masz   rację.   Wciąż   jestem   w tym   nowy   –   uśmiechnął   się   niezbyt 

przekonująco.

Za jego plecami  Alder pospiesznie wpychał do ust ostatnie kawałki nasączonego 

sosem chleba.

Trzej nowo przybyli przez chwilę stali sztywno w milczeniu.
– Lordzie Sterren – odezwał się Shemder – posłałeś po nas.
–   Tak   –   przyznał   Sterren.   –   Rzeczywiście.   Siadajcie.   Wskazał   gestem   krzesła 

w rogach pokoju. Alder wstawał właśnie zza biurka, więc Sterren, po krótkim wahaniu, 
usiadł na łóżku; wolał uniknąć wymijania żołnierza.

Oficerowie posłuchali, przysunęli krzesła i ustawili je w półokręgu. Usiedli i patrzyli 

na Sterrena kamiennym wzrokiem.

Nabrał tchu i wygłosił swoją krótką mowę: dwa najdłuższe zdania, jakie udało mu się 

ułożyć w semmacie.

– Wezwałem was, ponieważ mi powiedziano, że jestem teraz wodzem, czy mi się to 

background image

podoba, czy nie. Muszę chyba  się dowiedzieć,  co to znaczy i co właściwie  do mnie 
należy.

Oficerowie wciąż patrzyli w milczeniu.
– Nie ułatwiacie mi tego – Sterren zamrugał niepewnie.
– Lordzie Sterren – odezwał się Shemder – nadal nie powiedziałeś, czego od nas 

chcesz.

– Czego chcę? – powtórzył Sterren. – Chcę wiedzieć, co ja, wasz wódz, powinienem 

robić. Chcę, żebyście wy trzej mi powiedzieli.

Porozumieli się wzrokiem.
– Panie – ponownie odezwał się Shemder – nie jest naszą rolą mówienie ci, co masz 

robić. To ty nam powinieneś mówić, co mamy robić.

Sterren powstrzymał westchnienie. Nie miał pojęcia, czy irytowało ich ustanowienie 

obcego przybysza ich zwierzchnikiem, czy poddawali go jakieś próbie, czy też może byli 
zwyczajnie głupi, uparci lub pozbawieni wyobraźni. Jednak widział wyraźnie, że mu nie 
pomogą.

Przynajmniej nie na początku. Może w końcu jakoś się dopasują.

– Lordzie Shemder – zaczął.
– Nie jestem lordem – przerwał mu Shemder.
Sterren skinieniem głowy dał znak, że zapamięta poprawkę.
– Shemderze, powiedz, jakie są twoje obowiązki.
– Moje obowiązki, lordzie Sterren?
– Tak, twoje obowiązki.
Miał nadzieję, że użył właściwego słowa.
–   Obecnie   nie   mam   żadnych   obowiązków,   panie.   Jestem   dowódcą   semmańskiej 

kawalerii, a nie zwykłym strażnikiem.

– Kawalerii? – słowo brzmiało obco.
– Kawalerii.
Sterren zerknął na Aldera, który podpowiedział:
– Żołnierze na koniach.
Sterren skinął głową i zapamiętał to słowo.
–   Kawalerii.   To   dobrze.   Jesteś   dowódcą   semmańskiej   kawalerii.   Masz   jakiś 

szczególny tytuł? Mam cię nazywać dowódcą czy panem?

– Kapitanem, panie – odparł posępnie Shemder. – Nazywaj mnie kapitanem.
– Dziękuję, kapitanie Shemder. A to kapitan Arl, tak?
– Tak, lordzie Sterren.

background image

Shemder   mówił   tak,   jakby   ledwie   tolerował   nowego   wodza,   Arl   natomiast   był 

zrezygnowany i załamany.

– Kapitan czego?
– Piechoty, panie. Pieszych żołnierzy.
Sterren   uprzejmie   skinął   głową,   wdzięczny   za   minimalną   chęć   współpracy   Aria, 

który wyjaśnił mu obce słowo, nie czekając na pytanie.

– Kapitan Anduron?
– Lord Anduron, panie. Jestem twoim zastępcą. Dowodzę wszystkim, co nie podlega 

kapitanom   Arlowi   i Shemderowi:   łucznikami,   garnizonem   zamku,   zaopatrzeniem 
i innymi – mówił z wystudiowaną nonszalancją, siedząc swobodnie na krześle.

– Aha!
To brzmiało obiecująco, zwłaszcza kiedy Alder i lord Anduron razem wytłumaczyli 

sens nieznanych słów. Sterren zastanawiał się, czy nie mógłby zrzucić wszystkich swoich 
obowiązków na Andurona, a sobie pozostawić przyjemności płynące z funkcji wodza. 
Lord Anduron wyglądał na człowieka kompetentnego. Sterren miał nadzieję, że nie jest 
to tylko poza.

– Ilu jest łuczników? – zapytał.
Odpowiedź Andurona natychmiast rozwiała jego nadzieje.
– W tej chwili żadnego – odparł spokojnie.
– Żadnego?
–   Żadnego.   Nie   potrzebowaliśmy   ich   od   czterdziestu   lat.   Łucznicy   nie   są   zbyt 

imponujący na paradach i pokazach, a drewno na łuki sporo kosztuje. Stary Sterren, to 
znaczy   twój   szacowny   poprzednik,   Ósmy   Generał,   pozwolił   wszystkim   dawnym 
łucznikom   odejść   na   emeryturę.   Mnie,   a wcześniej   memu   ojcu,   zostawił   polecenie 
zastąpienia   ich   innymi.   Lecz   my   nie   zadaliśmy   sobie   tego   trudu.   Jeśli   będziemy 
potrzebowali łuczników, jestem pewien, że szybko możemy ich znaleźć i wyszkolić.

–   Aha   –   Sterren   próbował   przybrać   minę   mądrą   i pełną   zrozumienia,   choć   był 

przekonany, że wyszkolenie sprawnego łucznika wymagało więcej wysiłku i czasu, niż 
wydawało się lordowi Anduronowi. Zwłaszcza że nie było wyszkolonych  łuczników, 
którzy mogliby kogoś uczyć. – A co z zamkowym... garnizonem? To właściwe słowo?

– Mój pan mówi w semmacie jak ktoś miejscowy, oczywiście – stwierdził Anduron. 

Shemder   przerwał   mu   stłumionym   szybko   wybuchem   pogardliwego   śmiechu.   Lord 
Anduron rzucił  kapitanowi  lodowate spojrzenie,  po czym  podjął: – Garnizon zamku, 
panie, składa się ze wszystkich, którzy akurat będą wewnątrz murów w chwili ataku.

– Rozumiem. Masz na myśli szlachtę, służbę i innych?
– Ależ nie, lordzie  Sterren, oczywiście, że nie. Trudno oczekiwać, żeby szlachta 

background image

brudziła sobie ręce, pilnując bram, krat czy ciskając kamienie. Służba zaś będzie miała 
swoje   normalne   obowiązki.   Nie;   chodziło   mi   o wieśniaków,   którzy   zdołają   na   czas 
schronić się w murach zamku.

Sterren przyglądał się przez chwilę lordowi Anduronowi, po czym uznał, że dyskusja 

do   niczego   nie   doprowadzi,   zwłaszcza   przy   jego   ograniczonej   znajomości   semmatu. 
Zwrócił się więc do drugiego z gości:

– Kapitanie Shemder, ilu ma pan ludzi i ile koni?
– Dwudziestu ludzi, panie, i dwanaście koni – odparł natychmiast z dumą Shemder.
Sterren   ze   zdumieniem   uświadomił   sobie,   że   eskorta,   która   doprowadziła   go   do 

zamku, to większa część kawalerzystów całego królestwa i wszystkie konie kawalerii.

– Kapitanie Arl?
–   W tej   chwili,   lordzie   Sterren,   mam   sześćdziesięciu   pięciu   ludzi   i chłopców, 

wszyscy w pełni uzbrojeni, dobrze wyszkoleni, gotowi na wszystko.

Sterren jakoś wątpił, czy semmańska piechota jest gotowa na wszystko. Ciekawe, co 

by zrobili, pomyślał, gdyby stanęli wobec ataku władcy Ethsharu Korzennego? Azrad 
VII miał dziesięć tysięcy ludzi w samej tylko straży miejskiej. Mógłby całkowicie podbić 
Semmę   jedną   dziesiątą   swoich   wojsk,   nie   sięgając   po   rezerwy,   takie   jak   milicja, 
marynarka, magowie czy pozostałe dwie trzecie ethsharyjskiego triumwiratu.

Ale to były Małe Królestwa i sprawy wyglądały tu inaczej.
Trzej   oficerowie   wydawali   się   bardzo   pewni   siebie.   Oczywiście   znali   sytuację 

o wiele lepiej niż on, cudzoziemiec.

Ale   nawet   osiemdziesięciu   paru   ludzi   i grupa   przerażonych   uciekinierów   nie 

wydawała się zbyt dużą siłą jak na zamek tej wielkości.

– Lordzie Anduron – zapytał – a co z magią?
Młody szlachcic zdziwił się wyraźnie.
– Co z magią, panie?
– Jakich magów masz pod komendą?
– Żadnego, panie. Co miałbym robić z magami?
– Są więc w piechocie czy kawalerii?
– Nie – odparł Arl, a Shemder tylko pokręcił głową.
– Więc nie ma w zamku żadnych magów? – spytał Sterren, naprawdę wystraszony. 

Trzej oficerowie spojrzeli po sobie nawzajem. Wreszcie odezwał się lord Anduron: – 
Przypuszczam, że może być jeden czy dwóch. Królowa Ashassa trzyma teurga imieniem 
Agor. Słyszałem, jak służba papla, że jest wśród nich jakiś mag. Sądzę, że w wiosce żyje 
zielarz   albo   dwóch   i chyba   czarodziejka,   ale   nie   ma   ich   w zamku.   Wybacz,   lordzie 

background image

Sterren, ale dlaczego o to pytasz?

– Nie używacie magii... Czy to nie... – znajomość semmatu na moment opuściła 

Sterrena. Nabrał tchu i zaczął od początku: – W Ethsharze – powiedział – lord Azrad 
trzyma najlepszych magów przy sobie. Używają swoich... swojej magii, gdyby miasto 
zostało   napadnięte.   Statki   niosą   magów,   by  bronili   ich   przed   innymi   statkami,   które 
oczywiście też mają magów. Nikt nie odważy się podjąć walki bez magii. – Przeklinał 
siebie   i całą   Semmę   za   brak   odpowiedniego   słowa   dla   tytułu   Azrada,   oraz   pojęć 
„zaklęcie”, „piraci” i „bitwa”.

Przez   kilka   długich   sekund   w pokoju   panowała   absolutna   cisza.   Potem   Shemder 

rzucił słowo, którego Sterren jeszcze nigdy nie słyszał.

– Lordzie Sterren – rzekł lord Anduron. – Tutaj nie używamy magii w wojnie.
Powiedział   to   w sposób   spokojny,   lecz   ostateczny,   jednak   Sterren   nie   mógł   się 

powstrzymać od pytania:

– Dlaczego nie?
W myślach, a myślał po ethsharyjsku, to pytanie zabrzmiało o wiele barwniej.
– Tego się nie robi. Nigdy tak nie było.
Sterren przyglądał mu się przez chwilę.
– Rozumiem – odparł w końcu. Zamrugał i powiedział: – A teraz, wybaczcie, ale 

jestem   zmęczony   po   podróży   i muszę   odpocząć   –   w rzeczywistości   musiał   raczej 
przemyśleć całą sytuację. – Odejdźcie. Porozmawiam z wami później, może po kolacji. 
Chciałbym... popatrzeć na żołnierzy.

– Przegląd wojsk? – podpowiedział Arl.
– Chyba tak – Sterren zgodził się i kiwnął głową. Wstał. Trzej goście także poderwali 

się z krzeseł. Skłonili się kolejno i opuścili pokój.

Lord   Anduron   pokłonił   się   głęboko   i wyszedł;   Arl   skłonił   się   sztywno 

i wymaszerował; Shemder skinął głową i wyniósł się dumnym krokiem.

Sterren spoglądał za nimi przez chwilę, po czym wybuchnął po ethsharyjsku:

– Co za banda idiotów!
Był skłonny uwierzyć nawet w ich zapewnienia w kwestii ilości i przygotowania sił, 

ale tak całkowite i bezsensowne wykluczenie magii w wojnie było zwyczajnie śmieszne! 
Kto będzie ich strzegł przed zdradą? Skąd będą wiedzieć, co planuje nieprzyjaciel? Kto 
wyleczy rany? Posyłanie do walki żołnierzy wyposażonych tylko w miecze i tarcze – to 
było prawdziwe barbarzyństwo.

I najważniejsze: co zrobią, gdy przyjdzie im walczyć z przeciwnikiem, który nie ma 

takich skrupułów?

background image

Oczywiście przegrają. Przegrają szybko i zdecydowanie.
Mógł tylko mieć nadzieję, że nic takiego się nie zdarzy, póki on będzie wodzem. 

Jego obowiązkiem, jak wyjaśniła lady Kalira, była obrona Semmy, lecz pewne rzeczy są 
zwyczajnie nie do obrony.

Dorzucił jeszcze ethsharyjskie przekleństwo.
– Panie? – odezwał się Alder, zdziwiony jego wybuchem.
– Nic – odparł Sterren. – To nic. – Początkowe zdumienie koncepcją prowadzenia 

wojny   bez   magii   zaczynało   mijać.   Przyszła   mu   do   głowy   inna   myśl.   –   Co   takiego 
powiedział Shemder o wykorzystaniu magii do walki?

– Chodzi o słowo „gakhar”? – zapytał  zakłopotany Alder, przestępując z nogi na 

nogę.

– Tak, o to słowo.
Sterren dostrzegł niepokój Aldera, ale nie ustępował; patrzył z naciskiem.
– To oznacza – odparł niechętnie Alder – osobę... osobę bez kultury, która nie nadaje 

się do życia wśród zwykłych ludzi.

Sterren   zastanowił   się,   po   czym   popatrzył   za   niewidocznym   już   Shemderem 

Mężnym.

– Chcesz powiedzieć, że on mnie nazwał barbarzyńcą?
Zdumiał   się.   Nie   wiedział,   czy   śmiać   się,   czy   krzyczeć   z wściekłości   na   tę 

niewiarygodną obelgę, jaką było nazwanie go barbarzyńcą przez takich ludzi. Jednak po 
chwili zwyciężył śmiech.

Alder spoglądał na niego zdziwiony i rozbawiony, nie do końca niezadowolony ze 

swego nowego wodza.

background image

ROZDZIAŁ 7

Ubrania   w szafie   nie   pasowały   na   niego.   Sterren,   Ósmy   Generał   Semmy,   był 

wyraźnie potężniejszy niż Sterren, Dziewiąty Generał. Nie żeby przypominał postawą 
Aldera czy Dogala, ale z pewnością miał nad wnukiem swej siostry przewagę kilku cali 
zarówno wzrostu, jak i obwodu.

Mimo to, Sterren uznał, że lepiej będzie włożyć coś z szafy i ściągnąć pasem, niż 

skorzystać   ze   swoich   obszarpanych   ubrań.   Miał   przecież   jeść   kolację   z królem   przy 
głównym stole, a nie została mu ani jedna tunika, która nie miałaby łat czy dużych plam.

Zauważył  też, że jego ubrania miały inny krój, niż nakazywała moda w Semmie. 

Miejscowy styl był luźniejszy, swobodniejszy, z większą ilością ozdób.

Wybrał więc elegancką, czarną jedwabną tunikę haftowaną złotem i parę czarnych 

skórzanych   spodni.   Czarny   wydawał   się   dominującym   kolorem   w całej   kolekcji. 
Domyślał  się, że ma to jakiś związek z piastowanym  urzędem – czerń wydawała  się 
odpowiednim kolorem dla wodza.

Oczywiście brat jego babki mógł też lubić dramatyczne efekty albo był ponurego 

usposobienia. W każdym razie czarne ubrania nie wydawały się tak bardzo za duże.

Trzeba będzie, pomyślał z westchnieniem, przerobić te rzeczy. Jakoś je dopasować.
Nie, poprawił siebie z uśmiechem; teraz był arystokratą! Służący się tym zajmie. Na 

zamku pewnie jest jakiś krawiec.

Wciągnął   tunikę   przez   głowę   i spojrzał   w spękane,   pożółkłe   lustro   wiszące   na 

drzwiach   szafy.   Drgnął;   tunika   sięgała   mu   niemal   do   kolan   i wyglądał   jak   mały 
chłopczyk.

Wciągnął nogawki spodni i zaczął poprawiać paski i tkaninę. Podwijając górną część 

spodni i doły nogawek, jakoś je dopasował, choć wciąż wydawały się sporo za luźne. 
Z tuniką było gorzej; zdołał w końcu tak ułożyć dwa paski, jeden pod spodem, drugi na 
wierzchu, że podciągnął krawędź tuniki do długości, którą mógł już przyjąć. Haftowane 
rękawy musiał zwyczajnie podwinąć.

Przyglądał się krytycznie swemu odbiciu, gdy ktoś zapukał do drzwi.
– Kto tam? – zapytał odruchowo po ethsharyjsku.
– Co? – odpowiedział przybysz w semmacie. Głos był młody i kobiecy.
– Przepraszam – krzyknął, przechodząc na semmat i poprawiając paski. – Kto tam?
– Księżniczka Lura, lordzie Sterren – odpowiedział głos Aldera.
Sterren odwrócił się gwałtownie i spojrzał na drzwi. Księżniczka? Przyjrzał się sobie.
Widział,  że  wygląda  głupio,  ale   musi  się  z tym  jakoś  pogodzić.   Przygryzł   wargi 

background image

i postanowił nie odkładać dłużej tego, co nieuniknione.

– Wejść – zawołał.
Drzwi   otworzyły   się   i Sterren   spojrzał,   kto   za   nimi   stoi.   Z początku   jednak   nie 

zauważył nikogo. Dopiero potem opuścił wzrok.

– Witaj – powiedziała księżniczka Lura i uśmiechnęła się. – Śmiesznie wyglądasz 

w tym ubraniu. Nie masz czegoś, co by pasowało?

Sterren nieszczególnie lubił dzieci, lecz Lura, którą ocenił na najwyżej dziewięć lat, 

miała nieodparty uśmiech.

Pewnie dlatego, że była księżniczką. Uśmiechnął się również, z minimalnym tylko 

przymusem.

– Nie – odparł. – Obawiam się, że nie. Ubrania, które przywiozłem,  są całkiem 

wytarte.

– Nie możesz zażądać nowych? – spytała.
– Nie mam już czasu – wyjaśnił.
– A, rzeczywiście – spuściła głowę i zapadła kłopotliwa cisza. Jednak przerwała ją 

szybko; uniosła wzrok i powiedziała:

-
– Chciałam cię poznać. Nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo z Ethsharu.
Sterren   zauważył,   że   poprawnie   wymawiała   „Ethshar”,   nawet   kiedy   mówiła 

w semmacie. Z aprobatą skinął głową.

– Rozumiem to – zapewnił. – Muszę wydawać się... Muszę być jak, hmmm... Jasne, 

że nie spotkałaś – zasób słów znowu okazał się niewystarczający, dodał więc, aby ukryć 
zakłopotanie: – Ja też nigdy nie spotkałem księżniczki.

– Nie?
– Nie – pokręcił głową.
– Nawet w Ethsharze?
– Nawet w Ethsharze. W całym Ethsharze Korzennym jest tylko jedna księżniczka 

i nigdy jej nie spotkałem.

Właściwie,   formalnie   rzecz   biorąc,   nie   było   żadnych   „księżniczek”,   ale   siostra 

Azrada   VII,   Imra   Nieszczęśliwa,   mogła   uchodzić   za   najbardziej   pasującą   do   tego 
określenia. Sterren nie miał pojęcia, jak brzmiałby jej tytuł w semmacie. Po ethsharyjsku 
była po prostu lady Imrą.

– Och, tutaj mamy mnóstwo księżniczek! – oświadczyła z dumą Lura. – Jestem ja, 

oczywiście, i moje siostry, choć Ashassa już tu nie mieszka, jest w Kalithonie u swojego 
męża,   księcia   Tabara,   ale   zostały   Nissitha   i Shirrin.   I jeszcze   moja   ciotka   Sanda.   To 
razem cztery, nie licząc Ashassy.

background image

Sterren kiwnął głową.
– Cztery to ładna liczba – stwierdził, uśmiechając się przy tym głupio.
Lura spojrzała nagle podejrzliwie.
– Nie jestem już dzieckiem – oznajmiła. – Nie musisz się ze mnie natrząsać.
– Przepraszam – zrezygnował z fałszywego uśmiechu. – Nie chciałem... robić tak, 

jakbyś była dzieckiem. Eee... ile masz lat?

Przyjrzał   się   dokładnie   jej   twarzy.   Nie   potrafił   określić   wieku   księżniczki,   ale 

dostrzegł podobieństwo do ojca, króla.

– Siedem – odparła. – W lodowym będę miała osiem. Dziewiątego dnia lodowego.
– A ja urodziłem się ósmego dnia roztopów – oznajmił Sterren.
-
Lura   skinęła   głową   i znowu   zapadła   cisza.   Oboje   stali,   patrząc   na   siebie,   lub 

rozglądali się po pokoju. Wreszcie Sterren odezwał się z desperacją:

– Więc chciałaś mnie poznać, bo jestem z Ethsharu?
– No tak. Jesteś nowym wodzem, więc chyba jesteś ważny. Wszyscy inni też chcą cię 

poznać,   ale   oni   tu   nie   przyszli,   a ja   tak.   Moja   siostra,   Shirrin,   bała   się,   a Nissitha 
powiedziała, że nie ma czasu na takie głupstwa. Ale ona po prostu udaje dorosłą. Ma już 
dwadzieścia jeden lat, a nawet nie jest zaręczona, więc nie wiem, czemu tak zadziera 
nosa!

Sterren skinął głową. Lura najwyraźniej kochała mówić – to kolejna cecha wspólna 

z ojcem,   pomyślał.   Zastanowił   się,   czy   wreszcie   spotkał   może   kogoś,   kto   powie   mu 
wszystko   o zamku   w Semmie   i jego   mieszkańcach.   Z pewnością   Lura   nie   jest 
małomówna.

Z   drugiej   strony,   co   ona   może   właściwie   wiedzieć?   Plotki   o siostrach   to   jedno, 

a obowiązki wodza to całkiem inna sprawa.

– Naprawdę jesteś wodzem? – zapytała, przerywając ciąg jego myśli.
– Tak mówią – odparł.

– Dużo ludzi zabiłeś? Sterren zadrżał.
– Nigdy nikogo nie zabiłem – oświadczył z naciskiem.
– Och – Lura była wyraźnie rozczarowana, ale nie okazywała tego długo. – Jak jest 

w Ethsharze? – zapytała.

Sterren odruchowo zerknął przez szerokie okno na nieskończone północne równiny.
– Tłumnie – wyjaśnił. Wskazał na okno. – Wyobraź sobie – rzekł – że stoisz na 

szczycie wieży Zachodniej Bramy i spoglądasz na wschód, na miasto. Wschodnie mury 
byłyby w połowie drogi do... do miejsca, gdzie wstaje słońce, a wszystko pomiędzy tym 

background image

to ulice, domy, sklepy wciśnięte między mury.

Nie znał słowa oznaczającego „horyzont”, ale miał nadzieję, że Lura zrozumie, o co 

mu chodzi. Lura wyjrzała przez okno.

– A co z gospodarstwami?
– Poza murami, nigdy w środku.
-
Patrzyła z powątpiewaniem, ale nie widział sensu w przekonywaniu jej.
– Sama pytałaś – odparł, wzruszając ramionami.
Odpowiedziała mu tym samym.
– Masz rację – przyznała. – Pytałam. Kiedy zejdziesz na dół? Wszyscy na ciebie 

czekają.

– Czekają?
–   Ależ   oczywiście,   głupku!   Chodźmy   zaraz.   Wiem,   że   Shirrin   bardzo   chce   cię 

poznać.

– Naprawdę?
Nawet   gdy   przypomniał   sobie,   kim   jest   Shirrin   –   jedną   z sióstr   Lury,   a więc 

księżniczką – Sterren nie bardzo sobie wyobrażał, dlaczego chciałaby go poznać.

– Pewnie, że chce. Chodź!
Sterren rozejrzał się bezradnie po pokoju. Nie miał pojęcia, jakie zajmuje stanowisko 

wobec tej despotycznej małej księżniczki. Z pewnością ona stoi wyżej, ale czy młodość 
nie odbiera jej prawa do wydawania mu rozkazów?

Tego nie był pewien. Gdy wymaszerowała z pokoju, z wahaniem podążył za nią.
Dogal i Alder ruszyli za nim krok w krok. We czwórkę zeszli przez sześć pięter do 

drzwi   sali   tronowej.   Tam   Sterren   zatrzymał   się,   by   złapać   oddech.   Lura   czekała 
niecierpliwie.

Nie wkroczyli jednak do sali tronowej. W ostatniej chwili skręcili w bok i krótkim 

korytarzem   dotarli   do   nieoznakowanych   drzwi   z poczerniałego   dębu.   Za   nimi   był 
przedpokój wyłożony ciemnymi deskami, a pod ścianami stały ławy obite aksamitem. 
Lura przeprowadziła Sterrena na drugą stronę, do kolejnych drzwi.

Te   prowadziły   do   małego,   słonecznego   saloniku.   Gdy   Sterren   wszedł   tam, 

prowadzony przez Lurę za rękę, zobaczył, że obecni podrywają się na nogi.

Stanął przed dwiema kobietami i kilka lat młodszą od siebie dziewczyną. Wszystkie 

były bogato odziane i wpatrywały się weń.

– Shirrin, patrz, kogo znalazłam! – zawołała Lura.
Dziewczyna   zaczerwieniła   się   i rozejrzała,   jakby   szukając   drogi   ucieczki.   Nie 

znalazła żadnej, więc ze szkarłatnymi policzkami spojrzała na Sterrena wyzywająco.

background image

Starsza kobieta popatrzyła z wyrzutem na jego przewodniczkę.
– Luro – powiedziała – gdzie twoje maniery?
Młodsza kobieta stała nieruchomo, patrząc na Sterrena z wyższością. Było oczywiste, 

że zauważyła jego ubiór i nie zrobił na niej najlepszego wrażenia.

Może sam Sterren nie zrobił na niej wrażenia – nie był tego pewien. Miał jednak 

uczucie, że kobieta z pogardą pociągnęłaby nosem, gdyby taki gest nie był odrobinę zbyt 
wulgarny.

Uśmiechnął się uprzejmie.
– Witam. Jestem Sterren z Ethsharu. Sterren, Dziewiąty Generał, jak mnie nazywają.
– Lordzie Sterren – odezwała się starsza kobieta z uśmiechem. – Miło mi cię poznać. 

Jestem Ashassa, dawniej z Thanorii, a to moje córki: Nissitha – skinęła głową w stronę 
młodszej kobiety – i Shirrin – wskazała zarumienioną dziewczynę. – Rozumiem, że Lurę 
już poznałeś.

– Tak – potwierdził Sterren. – Przedstawiła się.
Poczuł przerażenie, gdy uświadomił sobie, że rozmawia z królową Semmy i że przed 

chwilą zapewne wdarł się bez zapowiedzi do prywatnych komnat królewskiej rodziny.

Rozejrzał się szybko. Pokój wyglądał miło: podłogę pokrywały kwadratowe płyty 

białego kamienia, częściowo przesłonięte barwnymi dywanami. Trzy ściany wyłożono 
białym  drewnem,  czwartą  zajmowało  szerokie  okno. Płytki  szkła ułożono  w ozdobne 
desenie kwiatowe, a ołowiane ramy pomalowano białą i czerwoną farbą. Kilka foteli, 
pokrytych  czerwonym  aksamitem,  stało obok małych  stolików  z białego marmuru  na 
czarnych żelaznych nóżkach.

Nic   tu   jednak   nie   było   nadzwyczaj   luksusowe.   Sterren   widział   już   w Ethsharze 

pokoje podobnych rozmiarów i podobnie urządzone, choć nigdy w stylu zbliżonym do 
tego.

Królowa pokiwała głową.
– Obawiam się, że Lura bywa nieco porywcza. Oczywiście, wszyscy chcieliśmy cię 

poznać, nasz dawno zaginiony kuzynie.

– Bardzo daleki kuzynie, oczywiście – wtrąciła Nissitha, znacząco zerkając na tunikę 

Sterrena.

-
–   Lura   powiedziała,   że   chcecie   mnie   poznać   –   potwierdził   Sterren.   – 

W szczególności wspomniała o Shirrin, chociaż nie...

Przerwał mu krzyk księżniczki Shirrin. Krwisty rumieniec spłynął na moment z jej 

policzków,   lecz   teraz   powrócił   bardziej   jaskrawy   niż   poprzednio.   Odwróciła   się 

background image

i wybiegła z pokoju.

Sterren spoglądał za nią zdumiony.
Lura   wybuchnęła   śmiechem.   Nissitha   patrzyła   na   swą   najmłodszą   siostrę 

z wyraźnym niesmakiem. Wyraz twarzy królowej zmienił się w uprzejme zakłopotanie.

– Czyżbym  powiedział  coś  złego?  – zapytał  Sterren w nadziei,  że nie skazał  się 

właśnie na loch albo coś jeszcze gorszego.

–   Ależ   nie   –   uspokoiła   go   królowa   Ashassa.   –   Właściwie   nie.   To   wina   Lury. 

I oczywiście Shirrin też jest niemądra. Ma dopiero trzynaście lat, to bardzo wrażliwy 
wiek,   a Lura   stara   się   jak   może,   aby   wprawić   ją   w zakłopotanie.   Proszę   się   nie 
przejmować. – Zwróciła się do najmłodszej córki: – Luro, idź i przeproś swoją siostrę – 
przykazała surowo.

Śmiech dziewczynki ucichł nagle.
– Za co? – zapytała. – Nic nie zrobiłam!
– Rób, co mówię! – nakazała groźnie królowa i wskazała palcem drzwi.
Lura zrozumiała, że nie warto się kłócić. Pomaszerowała za Shirrin.
–   Przykro   mi,   panie   –   rzekła   królowa,   gdy   mała   zamknęła   za   sobą   drzwi.   – 

Dziewczęta   uwielbiają   drażnić   się   ze   sobą.   Widzisz,   Shirrin   ma   głowę   pełną 
romantycznych opowieści o Ethsharze, wodzach czy zaginionych dziedzicach. Od czasu, 
kiedy nasz teurg, Agor, powiedział nam o tobie, Lura sobie z niej pokpiwa.

– Głupstwa – zauważyła Nissitha. – Denerwuje się bez powodu!
Sterren nie wiedział, co powiedzieć.
– Aha – rzekł tylko.
– Więc cóż, panie – podjęła królowa – skoro tu jesteś... Trzeba przyznać Lurze rację; 

wszyscy chcieliśmy cię jak najszybciej poznać i porozmawiać z tobą. Musisz zrozumieć: 
nikt   z nas  nigdy  nie  oddalił  się   o więcej  niż   kilkanaście   mil   od  zamku.  Dom  moich 
przodków w Thanorii to niecałe dwadzieścia mil stąd, dalej się nie wyprawiamy. Ethshar 
wydaje się niewypowiedzianie egzotyczny. Usiądź, proszę, i opowiedz nam o nim.

Sterren   zerknął   na   strażników,   lecz   Alder   i Dogal   stali   milcząco.   Nie   widząc 

sposobu, by uprzejmie  odmówić,  z ociąganiem  usiadł  w jednym  z aksamitnych  foteli. 
Królowa Ashassa i księżniczka Nissitha zajęły sąsiednie.

– Cóż mogę paniom powiedzieć? – zapytał.
Wyraz   twarzy   Nissithy   wyraźnie   zdradzał,   że   nie   jest   w stanie   powiedzieć   jej 

czegokolwiek. Jednak Ashassa była szczerze zaciekawiona.

– Czy to prawda, że miasto Ethshar jest tak ogromne, iż z jednego końca nie widać 

drugiego?

– Cóż – Sterren  zastanowił  się. – Zależy,  gdzie  się stanie.  Przypuszczam,  że  ze 

background image

szczytu zamku władcy można zobaczyć mury miasta z obu stron. Na ogół jednak masz 
rację, pani.

Pałac  władcy nie  był  naprawdę  zamkiem,  lecz   ograniczony słownik  Sterrena  nie 

zawierał lepszego terminu.

Królowa   zadawała   kolejne   pytania,   a Sterren   starał   się   jak   mógł,   by   na   nie 

odpowiedzieć.   Stopniowo   tematy   zmieniały   się,   od   samego   opisu   miasta,   poprzez 
ostatnie przejęcie władzy przez Azrada VII, do magów i innych czarodziejów. Sterren 
rozluźnił się i czuł coraz swobodniej. Ashassa, mimo swego królewskiego tytułu, była 
bardzo miłą osobą.

Księżniczka Nissitha nie odzywała się ani słowem. W końcu wstała i oddaliła się 

z dumą.

Po   pewnym   czasie   zjawił   się   służący   i dyskretnie   poinformował,   że   kolacja   już 

czeka. Ashassa wstała i przez moment Sterren sądził, że poda mu ramię, by odprowadził 
ją do jadalni, jak to czyniły damy w Ethsharze.

Jednak albo semmańska etykieta była inna, albo różnica statusu wodza i królowej 

zbyt wielka. Ashassa odeszła sama, a Sterren ruszył za nią.

Jadalnia, jak się przekonał, była salą tronową, w której pierwszy raz spotkał króla. 

Ustawiono   w niej   stoły   na   drewnianych   kozłach   i pokryto   je   lnianymi   obrusami. 
Przyniesiono  też krzesła, stojące teraz po obu stronach. Mniejszy stół, z dwunastoma 
krzesłami, stanął na podwyższeniu, w pozycji poprzeczki litery „T”.

Jak dotąd prawie wszystkie miejsca były jeszcze wolne.
Królowa   Ashassa   zajęła   miejsce   przy   mniejszym   stole,   mniej   więcej   w środku. 

Sterren od razu zrozumiał, że to honorowe miejsca dla członków rodziny królewskiej. 
Ruszył więc do długiego stołu.

Służący chwycił go za łokieć.
– Panie – szepnął – siedzisz po prawicy króla. – Wyciągnął rękę i wskazał krzesło 

oddalone o dwa miejsca od królowej.

Sterren zamarł, przejęty lękiem na samą myśl o siedzeniu tam i jedzeniu na oczach 

dziesiątków,   może   setek   ludzi   –   w tym   niedopasowanym   ubraniu   i z prostymi 
ethsharyjskimi manierami, z pewnością obcymi tym barbarzyńcom o arystokratycznych 
tytułach. Służący pchnął go lekko, więc niechętnie pozwolił się poprowadzić do stołu na 
podwyższeniu.

Opanował się i odzyskał godność, gdy stanął na najwyższym stopniu; do stołu dotarł 

już samodzielnie.

Zauważył, że księżniczki zajęły miejsca po jego lewej stronie, za królową. Po prawej 

background image

zasiadł młody człowiek mniej więcej w jego wieku, bardzo podobny do króla. Za nim był 
następny,  może rok młodszy.  Salę wypełnił szum rozmów, lecz Sterren, wciąż słabo 
znając semmat, niczego nie rozumiał.

Wkroczył król, a za nim orszak żołnierzy i dworzan. Zapadła cisza. Wszyscy, którzy 

zdążyli usiąść, wstali; Sterren, trochę spóźniony, poszedł za ich przykładem.

W miarę jak grupa posuwała się przez salę, dworzanie pojedynczo opuszczali orszak 

i zajmowali krzesła przy długim stole. Nie siadali jednak; czekali stojąc.

Król Phenvel dotarł na miejsce i usiadł, a jego gwardziści dyskretnie zajęli pozycje 

przy ścianie. Król skinął głową i wszyscy obecni także usiedli.

Był to znak rozpoczęcia posiłku; powrócił też szmer rozmów. Narastał potem szybko 

do czegoś znacznie głośniejszego od szmeru, a przerywanego brzękiem sztućców.

Noże i widelce wydawały się srebrne. Sterren zastanawiał się, ile mogą być warte.
Jak dotąd nie miał do czego ich użyć, więc pozostawił je na obrusie.

Hałas osiągnął w końcu taki poziom jak w pełnej, acz spokojnej tawernie, co Sterren 

uznał   za   nieco   zaskakujące.   Spodziewał   się   raczej,   że   zebrani   arystokraci   będą   jedli 
z godnością i w ciszy.

Teraz zrozumiał, że było to głupie. Ludzie to ludzie, niezależnie od tytułów.
Wciąż nowi biesiadnicy pojawiali się w sali i zajmowali miejsca. Król zamienił kilka 

uprzejmych słów z królową. Sterren rozejrzał się po sali, trochę zagubiony.

Mężczyzna   w średnim   wieku   usiadł   po   prawej   ręce   Sterrena   i uśmiechnął   się   do 

niego.

– Witaj – powiedział. – Jestem Algarven, Ósmy Kai’takhe.
– Ósmy co? – spytał Sterren, zanim zdołał się opanować.
–   Kai’takhe...   A,   nie   znasz   tego   słowa.   Niech   pomyślę.   –   Mężczyzna   zamrugał, 

zmarszczył   czoło   i uśmiechnął   się   znowu   –   –   Marszałek   dworu!   –   odezwał   się   po 
ethsharyjsku.

– Mówisz, panie, po ethsharyjsku? – zapytał w ojczystym języku ucieszony Sterren.
Algarven uśmiechnął się.
– Nie, nie – odparł w semmacie – tylko kilka słów.
– Och – powiedział Sterren rozczarowany.
Nagle przypomniał sobie o manierach i przedstawił się.
– Wszyscy wiemy, kim jesteś – zapewnił go Algarven.
Ten fakt jakoś nie podniósł Sterrena na duchu.
–   Pozwól,   że   przedstawię   ci,   kto   tu   jest   kim   –   zaproponował   Algarven   i zaczął 

prezentację.   –   Oczywiście   znasz   króla   i królową.   Po   lewej   ręce   królowej   siedzi 

background image

podskarbi, Adrean.

Adrean   był  pulchnym  mężczyzną,  mniej  więcej  pięćdziesięcioletnim,  czyli   jakieś 

dziesięć   lat   starszym   od   Algarvena.   Miał   na   szyi   ciężki   złoty   łańcuch   i tunikę 
w wyjątkowo brzydkim odcieniu purpury.

– Za nim siedzi stara Inria, nasz Podkomorzy. Gdyby była trochę młodsza, to ona 

pojechałaby po ciebie.

Inria   był   starą,   bezzębną   wiedźmą;   nosiła   czarny   aksamit   i uśmiechała   się   do 

wszystkich obecnych.

– Dalej są trzy księżniczki: Nissitha, Shirrin i Lura...
– Spotkałem je dziś po południu – wtrącił Sterren.
-
– A czy poznałeś książąt? – Algarven odwrócił się w drugą stronę i wskazał ręką 

czterech   młodych   ludzi,   od   osiemnastoletniego   młodzieńca   po   dziesięcio-   czy 
jedenastoletniego chłopca.

– Nie – przyznał Sterren.
–   Mamy   tu   Phenvela   Młodszego,   dziedzica   tronu,   i jego   braci:   Tendela,   Rayela 

i Deretha.

– Wspaniała rodzina – zauważył Sterren.
– Król z pewnością nie uchylał się od obowiązku zapewnienia dziedzica? – zgodził 

się z nim Algarven. – Jego ojciec też nie. Ta trójka z bliższego końca przy pierwszym 
stole   to   starszy   książę   Rayel   i książę   Alder,   bracia   króla,   i jego   siostra,   księżniczka 
Sanda. Jeszcze jeden brat, starszy Tendel, dał się zabić w pojedynku siedem lat temu.

– Aha. – Sterren nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby powiedzieć, ale od wymyślenia 

czegoś naprędce wybawiło go przybycie służby z tacami jedzenia: pieczywem, owocami, 
mięsiwem i deserem.

Od tej chwili kolacja na dworze stała się zwykłym  posiłkiem. Sterren zapomniał 

o swym miejscu na podwyższeniu, a także o zaimprowizowanym kostiumie – i zajął się 
tylko wypełnianiem brzucha.

Między   kolejnymi   kęsami   starał   się   podtrzymać   uprzejmą   rozmowę   zarówno 

z kanclerzem   Algarvenem,   jak   i królem   Phenvelem.   Jednak   rozmowa   składała   się 
głównie z prostych zdań i nie wymagała koncentracji. Kiedy tylko zabrakło mu słowa, 
sięgał zwyczajnie po kolejną pomarańczę czy bułeczkę.

Pod   koniec   posiłku   czuł   się   całkiem   dobrze   wśród   królewskiej   rodziny 

i arystokratów.  Byli  w końcu po prostu ludźmi,  niezależnie  od tytułów.  A on stał się 
jednym z nich.

Kiedy sobie to uświadomił, był zdumiony, że tak łatwo pogodził się z sytuacją.

background image
background image

ROZDZIAŁ 8

Koszary  przylegające   do  bramy   zamku   były   w miarę   porządne,   choć   Sterren   nie 

użyłby wobec nich słowa „czyste”. Szczeliny między kamieniami na podłodze wypełniał 
nagromadzony   czarny   brud,   a w co   bardziej   niedostępnych   zakątkach   sufitu   zwisały 
nienaruszone   pajęczyny.   Zauważył   rozmaite   plamy   na   bielonych   ścianach;   niektóre 
z nich, zwłaszcza te bliżej podłogi, wyglądały bardzo nieapetycznie.

Widywał jednak gorsze rzeczy. Jego własny pokój na Targowej był tylko odrobinę 

lepszy.

Żołądek miał przyjemnie pełny, a w głowie lekko kręciło mu się od wina, postanowił 

więc nie wytykać żołnierzom drobiazgów.

Wprost z jadalni wyszedł pod mury, by dokonać inspekcji wojska i koszar; chciał jak 

najszybciej załatwić tę sprawę. Głównym celem, przypomniał sobie, było sprawdzenie, 
jakimi ludźmi będzie dowodził, a nie krytykowanie porządków.

Mimo to wydawało mu się, że pierwszorzędni żołnierze bardziej dbaliby o swoje 

kwatery.

Nie próbował nawet zaglądać do szafek czy worków przy każdej wąskiej pryczy ani 

pod same prycze. Nie wiedziałby nawet, czego szukać, a poza tym wydawało mu się to 
naruszeniem   prywatności  żołnierzy.   Spojrzał  tylko  na  posłania  –  każde   było  pokryte 
naciągniętym   kocem   i drugim,   zwiniętym,   który   służył   za   poduszkę.   Nie   dostrzegł 
niczego, co wymagałoby komentarza.

Przeszedł do zbrojowni, gdzie bogaty asortyment  rozmaitej  broni ozdabiał  ściany 

i stojaki. Wyciągnął rękę i wybrał pierwszy z brzegu miecz.

Zdjął   go   ze   stojaka   z pewnym   wysiłkiem,   zostawiając   plamę   na   drewnie.   Na 

fragmencie   ostrza,   tkwiącego   wcześniej   w drewnianym   uchwycie,   zauważył   kilka 
brunatnych   plamek   rdzy.   Skóra   owinięta   wokół   rękojeści   trzeszczała   pod   palcami. 
Uniosła się szara chmura kurzu i Sterren kichnął.

Za sobą usłyszał, jak zakłopotani żołnierze szurają nogami. Ostrożnie umieścił miecz 

na stojaku.

Wiedział, że powinien udzielić reprymendy za marny stan tego miecza, ale nie był 

pewien, do kogo konkretnie ma się zwracać. Co więcej, nawet jeśli był tu wodzem, to był 
też cudzoziemcem i zwykłym młodzikiem, nawet nieszczególnie wyrośniętym. Wszyscy 
żołnierze byli starsi i znacznie potężniejsi od niego. Wiedział, że tytuł powinien dawać 
mu   dostateczną   władzę,   by   karcić   wszystkich,   mimo   ich   przewagi   siły   i liczby.   Nie 
znalazł jednak w sobie dość odwagi, by sprawdzić tę teorię.

background image

Może później, obiecał sobie, kiedy rozejrzę się w sytuacji, spróbuję coś z tym zrobić.
Ale już gdy o tym myślał, poczuł zawstydzenie swoim tchórzostwem.
– Panie – odezwał się ktoś – tej broni używamy do ćwiczeń. – Czyjaś ręka wskazała 

stojak blisko drzwi.

Sterren sięgnął po kolejny miecz. Ten był utrzymany w lepszym stanie, bez odrobiny 

rdzy – rękojeść miękka i elastyczna, lecz ostrze, jak zauważył, stępione.

No cóż, to klinga ćwiczebna... Nie chcieli się przecież pozabijać na ćwiczeniach, 

prawda? przekonywał sam siebie. Skinął głową i odłożył broń na miejsce.

Żałował,   że   nie   zna   się   lepiej   na   mieczach   i broni.   Nie   wiedział,   co   powinien 

sprawdzać.

Jednak rdza była oczywiście złym znakiem.
Odwrócił się do swych ludzi.
Jak już wcześniej zauważył,  wszyscy byli  więksi od niego, ale nie wydawali się 

górami mięśni tak jak gwardziści Alder i Dogal. Właściwie większość z nich miała za 
duże   brzuchy   i była   za   tęga.   W myślach   porównał   ich   do   widywanych   w Ethsharze 
strażników   miejskich,   którzy   krążyli   po   ulicach,   by   pilnować   spokoju   czy   wyrzucać 
żebraków z ulicy Wałowej, a często ucztowali w tawernach.

Królewska   armia   Semmy   nie   wypadała   dobrze   w tym   porównaniu.   Strażnicy 

w Ethsharze bywali różnego wzrostu, lecz mieli w sobie jakąś tężyznę, którą ta grupa 
przerośniętych grubasów nie mogła się pochwalić. Strażnik może być graby, ale nigdy 
nie miękki.

Większość żołnierzy Semmy wyglądała jednak na miękkich.
Sterren   powstrzymał   wzruszenie   ramion.   Tutaj   sprawy   wyglądały   inaczej. 

Jakiekolwiek   obowiązki   pełnili   ci   ludzie,   najwyraźniej   nie   wymagały   one   twardości, 
niezbędnej   do   utrzymania   porządku   w największym,   najbogatszym   i najbardziej 
awanturniczym mieście świata.

Alder zdradził mu, że w Semmie od ponad trzydziestu lat panuje pokój. Sterren miał 

nadzieję, że to się nie zmieni.

A jeżeli nawet będzie musiał walczyć wraz z tą żałosną garstką ludzi, to cóż, Semma 

nie jest jego ojczyzną. Zawsze może się poddać.

Może, prawda? Przyszło mu jednak do głowy, że nie ma pojęcia, jakie obowiązują 

w Małych Królestwach zwyczaje dotyczące traktowania jeńców wojennych.

Wrócił   ze   zbrojowni   do   koszar   i zauważył   coś,   co   poprzednio   przeoczył.   Jedna 

prycza  została  przesunięta  pod  ścianę,  tak,   że  między  nią  a sąsiednią  było  dwa  razy 
więcej miejsca niż gdzie indziej. Zauważył także, że połowa podłogi na poszerzonym 
odstępie między pryczami była jaśniejsza od reszty.

background image

Zaciekawiony, zwrócił się do najbliższego żołnierza.
– Ty! Odsuń tę pryczę od ściany.
Żołnierz obejrzał się na kolegów, którzy nagle jakoś zaczęli patrzeć w inną stronę.
– No dalej – powiedział Sterren, używając frazy, którą usłyszał u lady Kaliry, kiedy 

poganiała konia.

Żołnierz   wystąpił   powoli,   jakby   liczył   na   magiczne   wybawienie   z nieszczęścia, 

i przesunął pryczę na zwykłe miejsce.

Odsłonił w ten sposób kilka linii nakreślonych kredą na deskach.
Sterren   natychmiast   je   rozpoznał   i uśmiechnął   się.   Zrozumiał,   że   jednak   ma   coś 

wspólnego z tymi przerośniętymi barbarzyńcami.

– Trzy kostki? – spytał po ethsharyjsku.
Żołnierze wyraźnie nie zrozumieli. Z trudem ułożył pytanie w semmacie.
Jeden z żołnierzy pokręcił głową.
– Nie. Podwójny rzut.
Koledzy spojrzeli na niego gniewnie, lecz zbyt późno, by go uciszyć.
Sterren machnął tylko ręką.
– Jaka stawka?  – zapytał.  – Oddajecie  kości przy pierwszej przegranej  czy przy 

drugiej?

Słowa oznaczającego  stawkę nauczył  się od Dogala  podczas  podróży z Ethsharu. 

Podwójny rzut nie był jego ulubioną grą, zdecydowanie wolałby trzy kostki, ale lepsze to 
niż nic.

Przyjacielska partyjka na pewno pomoże mu poczuć się tutaj jak w domu.
Przy okazji będzie mógł poznać swoich ludzi i zebrać trochę pieniędzy, o których 

nikt inny nie będzie wiedział. To może się przydać, jeśli postanowi jednak wyjechać. 
Wciąż miał swoją sakiewkę z wygraną z ostatniej nocy w Ethsharze. Wyjął sztukę srebra.

– Czy z tym mogę wejść do gry? Zaszurali nogami, ktoś odchrząknął.
– Cóż, właściwie, panie...
– Na razie nazywajcie mnie Sterrenem, dobrze?
– Tak, panie. Eee, Sterren. Zwykle gramy o miedziaki.
– Dobrze. Czy ktoś może mi rozmienić? Kto ma kostki?
Monety i kostki wyciągnięto z kieszeni i sakiewek, a w chwilę później Sterren i trzej 

żołnierze przykucnęli przy wyrysowanej kredą tabeli, rzucając miedziaki na odpowiednie 
pola. Dalsza inspekcja koszar poszła w zapomnienie.

Kiedy potoczyły się kości, Sterren poczuł znajomy dreszcz współzawodnictwa, ale 

zwykłe uczucie spokoju tym razem było nieobecne.

background image

Uznał, że to skutek obcego otoczenia. Rzucił i stracił kolejkę.
Kiedy dobrze po północy znużony Sterren wspiął się do swojego pokoju w wieży, 

sakiewkę miał lżejszą o kilka sztuk srebra. To odpowiadało ponad setce miedziaków. 
Szczęście konsekwentnie mu nie sprzyjało.

Cokolwiek to było: talent czy czar, który pozwalał zarabiać w tawernach Ethsharu, 

w tym obcym kraju najwyraźniej nie działało.

Wspinając się po słabo oświetlonych stopniach, myślał, czy kiedykolwiek znów go 

odzyska. Jeśli nie, będzie musiał zrezygnować z kości na dobre.

To była naprawdę przerażająca myśl!
Zapomniał   o niej,   gdy   dotarł   na   szczyt   schodów   i ujrzał   Aldera   stojącego   przy 

drzwiach jego komnaty. Idąc korytarzem w stronę pokoju, przypomniał sobie wydarzenia 
minionego dnia.

Z pewnością było ich wiele.
Miał nadzieję, że nie będzie już podobnego dnia.
Alder otworzył drzwi i wszedł za nim do pokoju. Sterren stał ziewając, a potężny 

żołnierz zapalił świecę na biurku i czekał na rozkazy.

background image

ROZDZIAŁ 9

Sterren przeciągnął się, pomyślał przez chwilę, a potem wyprosił Aldera. Gdy drzwi 

się zamknęły, poświęcił jeszcze chwilę na sprawdzenie, czy jego rzeczy wciąż leżą tam, 
gdzie je umieścił. Potem położył się na wielkim łożu z baldachimem i próbował zasnąć.

Krew wciąż krążyła mu szybciej; odczuwał skutki podniecenia grą, szoku po tak 

wielkiej   przegranej   i wspinaczki   po   schodach.   A wszystko   to   pod   koniec   niezwykle 
długiego, pełnego wrażeń dnia. Sen jakoś nie nadchodził. Wciąż leżał przytomny, gdy 
usłyszał ciche stukanie do drzwi.

– O co chodzi? – zawołał.
Drzwi uchyliły się i Alder wsunął głowę do środka.
– Ktoś chce się z tobą zobaczyć, panie – wyjaśnił przepraszającym tonem. – Mówi, 

że ma interes.

– O tej porze?
– Zaglądał tu regularnie przez cały wieczór, ale nie było cię, panie.
To prawda.
– Dobrze – rzekł Sterren. – Jaki interes?
– Nie chce mówić. Coś o wyrównaniu rachunku, który zostawił poprzedni wódz, 

o ile dobrze zrozumiałem.

– Wyrównanie rachunków? – To nie brzmiało zbyt dobrze.
– Kto to jest?
Alder namyślał się chwilę, nim odpowiedział.
– Wędrowny kupiec, jeśli to nie zbyt  dumne określenie. Sprzedaje ozdoby i inne 

drobiazgi. Nie znam jego imienia, ale widywałem go już. Naprawdę robił jakieś interesy 
z poprzednim wodzem.

– Drobiazgi?
– To i owo – wyjaśnił Alder. – Małe rzeczy.
Sterren zastanawiał się, czy polecić Alderowi, aby pozbył się nieproszonego gościa, 

jednak   ciekawość   zwyciężyła.   Co   łączyło   starego   wodza   z wędrownym   sprzedawcą 
drobiazgów? Dlaczego kupcowi tak zależało na spotkaniu, że nie mógł spać w godzinach 
do tego przeznaczonych i zostawić sprawy, jakakolwiek by była, do rana?

– Wpuść go – zawołał i usiadł na łóżku.
Alder   zniknął,   a po   chwili   przez   wpółotwarte   drzwi   wśliznął   się   jakiś   człowiek. 

Zamknął je za sobą starannie.

Był niski i smagły, o siwiejących włosach; wyglądał, jakby kiedyś był gruby, lecz 

background image

ostatnio nie jadał regularnie. Nosił brudną brązową tunikę i jeszcze brudniejsze szare 
spodnie.   Buty   miał   solidne,   ale   też   solidnie   znoszone.   Mimo   marnej   odzieży,   twarz 
i włosy były czyste. Nie wydzielał też żadnych przykrych zapachów.

Kiedy   zamknął   za   sobą   drzwi,   starannie   sprawdził   rygiel,   odwrócił   się   i skłonił 

uprzejmie, choć niedbale.

– Witaj, lordzie Sterren – powiedział. – Pozwól, że się przedstawię. Nazywają mnie 

Lar, syn Sambera. Jak już wspomniał twój strażnik, sprzedaję drobiazgi i ciekawostki, od 
czasu do czasu jakiś czar miłosny czy truciznę.

Sterren skinął głową, lecz zanim zdążył się odezwać, Lar podjął:
– Zastanawiasz się, jak sądzę, jakież to interesy miał ze mną stary Sterren i co za 

rachunek   chcę   wyrównać.   Nie   jest   to   jednak   prawdziwy   powód   mojego   przybycia. 
Zajmuję się nie tylko handlem, a raczej handluję produktem mniej dotykalnym, ale za to 
ważniejszym niż paciorki i świecidełka. Twój poprzednik był moim jedynym klientem 
i jedyną osobą, która o tym wiedziała.

Przerwał, patrząc na Sterrena. Twarz miał dziwnie pozbawioną wyrazu.
Sterren kiwnął głową.
– Mów dalej – powiedział.
Lar po raz pierwszy się zawahał.
– Nie znam cię.

– Ja też cię nie znam – przypomniał mu Sterren.
Lar wolno kiwnął głową.
– To prawda, zresztą właściwie nie mam wyboru – kupiec zastanowił się jeszcze 

przez moment. – Jestem twoim głównym szpiegiem – oznajmił pospiesznie. – Handluję 
informacją.   Oczywiście   to   sekret,   którego   stary   Sterren   dobrze   pilnował.   Nikt   inny 
w Semmie o tym nie wiedział, aż do dzisiaj. Mówiąc to, powierzam ci, panie, własne 
życie.

Twarz   pozostała   obojętna,   nawet   gdy   to   mówił.   Jeśli   czuł   lęk   wobec   podjętego 

ryzyka, nie okazał tego.

Sterren pomyślał przez chwilę nad słowem „szpieg”, potem uśmiechnął się i wskazał 

krzesło.

– Usiądź – powiedział – i opowiadaj.
Twarz Lara nie zmieniła się, gdy zajął miejsce, ale z pewnością poczuł ulgę.
Sterrenowi także ulżyło.  Dobrze wiedzieć, że jego poprzednik  miał  przynajmniej 

szpiegów, a nie polegał tylko na trzech oficerach i ich ludziach.

Coś przyszło mu do głowy – Lar podróżował i handlował informacją.

background image

– Czy znasz ethsharyjski? – zapytał?
–   Trochę   –   przyznał   zdziwiony   Lar.   –   Niewiele.   Mówię   przede   wszystkim 

w ophkaryjskim, ksinalliońskim, thanoriańskim i w mowie kupców.

Sterren nigdy nawet nie słyszał o thanoriańskim, ale nie przejął się tym specjalnie. 

Zamiast tego rzucił całą serię pytań w ojczystym języku.

Lar parę razy prosił, aby mówił wolniej, kilkakrotnie rozmowa przechodziła znów na 

semmat czy też mieszankę obu języków, improwizowaną w miarę potrzeb. Mimo tego 
Sterren rozmawiał swobodniej, niż mu się to udawało od paru dni.

Niestety, to, co zdradził mu Lar, nie brzmiało zachęcająco.
Zarówno królestwo Ophkaru, jak i Ksinallionu planowały inwazję na Semmę.
W   jakiś   sposób,   chociaż   sam   siebie   usiłował   przekonać,   że   wojna   jest   mało 

prawdopodobna, te wieści wcale Sterrena nie zaskoczyły.

Nadchodząca inwazja właściwie nie była tajemnicą. To obawa przed nią stała się 

bezpośrednią przyczyną wysłania lady Kaliry z misją do Ethsharu. Arystokraci Semmy 
byli pewni, że przeżyją wojnę, jeśli tylko będą mieli wodza.

Dlatego posłali po Sterrena.
Rewelacje   Lara   nie   kończyły   się   jednak   na   tym,   że   zbliża   się   wojna.   Zaczął 

przedstawiać szczegóły – jej przyczyny oraz powody, dla których jeszcze się nie zaczęła.

Zasadnicze   przyczyny   były   proste:   Ophkar   i Ksinallion   pragnęły   przejąć   ziemie 

Semmy, a także jej bogactwa i ludność. Od trzystu lat Ophkar i Ksinallion były wrogami 
i w tym  czasie  stoczyły  sześć wojen. W pierwszej  Ophkar zdobył  ksinallionską  część 
Semmy. W drugiej Ksinallion odbił ją. Podczas trzeciej wojny ophkarsko-ksinalliońskiej 
w 5002   roku   Semma   pod   Tendelem   Wielkim   zbuntowała   się   przeciwko   okrutnemu 
Ksinallionowi   i uzyskała   niezależność.   Stając   u boku   Ophkaru,   doprowadziła   do  jego 
zwycięstwa nad Ksinallionem.

Pięć   lat   później,   po   śmierci   Tendela,   Ophkar   zaatakował   Semmę   i próbował   ją 

zaanektować. Semma przetrwała dzięki pomocy Ksinallionu.

Od   tego   czasu   polityka   Semmy   polegała   na   utrzymaniu   równowagi   sił   między 

Ksinallionem   i Ophkarem.   Królestwo   jednoczyło   się   z tym,   kto   w danej   chwili   był 
słabszy. Szczując na siebie oba państwa, Semma zdołała zachować niepodległość. Syn 
i dziedzic Tendela, Rayel Nieustępliwy, rozumiał to doskonale. Dopiero kiedy był słaby 
i chory, sprawy wymknęły się spod kontroli, co doprowadziło do wojny z Ksinallionem 
w roku   5026.   Jego   następca,   Tendel   II,   znany   jako   Tendel   Łagodny,   panował   przez 
dwadzieścia dwa lata i ani razu nie dopuścił do zachwiania równowagi.

Po   nim   nastąpił   Rayel   Głupi,   który   przetrwał   tylko   dziewięć   lat,   z czego   sześć 

background image

walczył z Ophkarem. I przegrał.

Phenvel   I,   zwany   Phenvelem   Grubym,   radził   sobie   o wiele   lepiej;   podczas 

dwudziestu jeden lat jego władzy nie wybuchła ani jedna wojna.

Idea   zrównoważonej   polityki   traciła   jednak   na   znaczeniu,   gdy   królowie   Semmy 

zapominali,   jak   niepewna   jest   pozycja   ich   państwa.   Phenvel   II   Wojownik,   walczył 
z Ophkarem przez siedem ze swych siedemnastu lat na tronie. Owszem, zwyciężył – to 
jedyny raz, kiedy Semma samotnie pokonała Ophkar – ale siedem lat wojny nie było 
przyjemnym   doświadczeniem.   Wciąż   opowiadano   historie   o grozie   trzeciej   wojny 
Ophkaru z Semmą.

Osłabienie, będące skutkiem tych działań, przyczyniło się walnie do ksinalliońskiego 

zwycięstwa w trzeciej  wojnie, za panowania Rayela  III. Zdobył  on przydomek Rayel 
Cierpliwy, odbudowując siły przez jedenaście lat i czekając na odpowiedni moment, gdy 
wyprowadził kontratak i zwyciężył w czwartej wojnie ksinalliońskiej.

Nawet to zwycięstwo nie zapobiegło katastrofalnej porażce Rayela IV w roku 5150, 

w piątej wojnie. Jedynie groźba, że Ophkar przybędzie Semmie na pomoc, zapobiegła 
natychmiastowej aneksji przez Ksinallion.

To   był   Rayel   Wysoki.   Po   nim   nastąpił   Rayel   V Przystojny,   którego   śmierć 

doprowadziła   do   negocjacji   pokojowych   pod   koniec   szóstej   wojny   ksinalliońskiej 
i ustalenia obecnych granic. Była to także szósta wojna ophkarsko-ksinalliońska.

Tendela III nazywano Tendelem Dyplomatą, ponieważ podczas dwudziestu czterech 

lat   panowania   kilkakrotnie   uniknął   wojny   metodą   rokowań.   Był   ekspertem 
w wygrywaniu Ophkaru i Ksinallionu przeciwko sobie nawzajem. Wprowadzał też do 
gry   innych   sąsiadów:   Skaię,   Thanorię,   Enmurion,   Kalithon,   a nawet   małą   Nushaslę 
daleko   na   północy,   przy   najdalszej   granicy   Ksinallionu.   Żadne   z tych   państw   nie 
graniczyło   z Semmą,   lecz   groźba   wojny   na   dwóch   frontach   okazała   się   zaskakująco 
skuteczna. Ophkar nie miał ochoty walczyć ze Skaią czy Enmurionem. Ksinallion wolał 
pokój z Kalithonem czy Nushaslą. Thanoria była zagrożeniem dla obu państw.

Ale Tendel III zmarł w 5199 roku, a na tronie zasiadł jego syn, Phenvel III.
Lar   nie   chciał   krytykować   swego   suwerena,   jednak   z jego   uwag   Sterren 

wywnioskował, że szpieg uważa króla za idiotę.

Na szczęście Phenvel III zachował w służbie kilku ludzi, którzy nie byli idiotami, 

zwłaszcza   Sterrena,   Siódmego   Generała   i Sterrena,   Ósmego   Generała,   ojca   i syna, 
kontynuujących   politykę   Tendela   III   –   politykę   dyplomacji,   groźby,   sabotażu 
i wszystkiego tego, co było niezbędne, by utrzymać pokój.

Król  Phenvel utrudniał  im to  dzieło,  obrażając kolejno obu większych  sąsiadów. 

Kiedy książę Elken z Ophkaru poprosił o rękę księżniczki Ashassy Młodszej, Phenvel 

background image

posłał ją księciu Tabarowi z Kalithonu. Kiedy król Corinal II z Ksinallionu zaproponował 
układ   o szlakach   handlowych,   Phenvel   najpierw   go   zignorował,   a potem   wysłał   do 
Ophkaru poselstwo z pytaniem,  czy może przebiją ofertę sąsiada. Kiedy tajny goniec 
przybył  z Ophkaru, by omówić  możliwość  wojny z Ksinallionem,  Phenvel  publicznie 
ujawnił całą sprawę. Ophkar zareagował protestami, a Ksinallion zaoferował przymierze. 
Phenvel lekceważąco uznał sprawę za głupi żart.

Były też inne incydenty, a teraz, po raz pierwszy od trzystu lat, Ophkar i Ksinallion 

zawiązały przymierze przeciwko Semmie, uznając Phenvela III za wspólnego wroga.

Póki żyli, wodzowie nie dopuszczali do takiego przymierza, ale po śmierci Ósmego 

Wodza   cała   złożona   sieć   układów   i umów   rozpadła   się   nagle.   Enmurion,   Kalithon, 
Thanoria, Nushasla i Skaia nie włączały się do konfliktu. Mimo całej siatki małżeństw, 
które   czyniły   z nich   sprzymierzeńców   Semmy,   nie   chciały   składać   żadnych   obietnic. 
Matka Phenvela pochodziła z Enmurionu, a jego żona z Thanorii, córka była księżniczką 
Kalithonu, a ciotka królową Nushasli. Mimo to Semma została sama. Phenvelowi udało 
się zrazić wszystkich cudzoziemskich krewnych.

Sterren słuchał tych wiadomości i stawał się coraz bardziej ponury.
– Dlaczego wojska Ophkaru i Ksinallionu  nie są jeszcze  w naszych  granicach?  – 

zapytał.

Lar   westchnął   i wyjaśnił,   iż   jedynym   powodem   jest   fakt,   że   Ophkar   i Ksinallion 

wciąż jeszcze ustalają, jak podzielą między siebie łupy i zdobyte terytoria. Lar i jemu 
podobni – sam zatrudniał kilku ludzi, a był prawie pewien, że stary Sterren miał na swoje 
usługi innych – robili co mogli, by opóźniać negocjacje, zwracać uwagę na potencjalne 
trudności, podkreślać drobne różnice, gubić listy itd. Udało mu się powstrzymać wrogów 
aż do tej pory. Nadchodzące zimowe deszcze pewnie dadzą jeszcze chwilę wytchnienia, 
ale wiosną obie armie z pewnością ruszą naprzód.

A zadaniem Sterrena jako wodza będzie powstrzymywać ich w nieskończoność albo, 

jeśli to możliwe, pokonać od razu.

– I niby jak mam to zrobić? – zapytał Sterren.
Lar wzruszył ramionami.
– Chciałbym wiedzieć – odparł. – Naprawdę bym chciał.

background image

ROZDZIAŁ 10

Żołnierze,   jak   zwykle   po   służbie   grali   w kości   w kącie   koszarowej   sali.   Sterren 

westchnął   tylko.   Mimo   wysiłków   i żarliwych   przemówień   o tym,   jak   ważne   jest,   by 
obrońcy Semmy jak najlepiej przygotowali się do walki, nie udało mu się wpłynąć na 
sposób spędzania przez żołnierzy wolnego czasu.

Jednak   przynajmniej   w części   przyczyną   jego   westchnień   był   brak   śmiałości,   by 

włączyć   się  do gry.   Odkąd  przybył  do  Semmy,   jego  słynne   kiedyś  szczęście   w grze 
w kości opuściło go zupełnie.

Z zakłopotaniem odkrył, że bez tej przewagi jest właściwie dość marnym graczem. 

Kiedy tylko próbował, przegrywał regularnie.

Przynajmniej teraz nie miał żadnych wątpliwości, że podczas swej krótkiej nauki 

rzeczywiście   przyswoił   odrobinę   czarnoksięstwa.   Nic   innego   nie   mogło   wyjaśnić 
długiego pasma sukcesów w Ethsharze. Magowie i czarodzieje nie byli w stanie wykryć 
działania żadnej magii, lecz magowie i czarodzieje nie znali się na czarnoksięstwie.

To   dość   dziwne,   że   nie   przyłapał   go   nigdy   żaden   czarnoksiężnik.   Może   jednak 

czarnoksiężnicy   litowali   się  nad   nim   lub   woleli   go  chronić   jako   jednego   ze   swoich, 
niezależnie   od   tego,   jak   nikły   był   jego   talent.   A talent   ów   musiał   polegać   na 
czarnoksięstwie, gdyż żadna inna forma magii nie zależała tak bardzo od miejsca. Tyle 
wiedział.   Magia,   czarodziejstwo,   czarownictwo,   teurgia,   demonologia,   zielarstwo 
i wszystkie  inne odmiany działały,  jak słyszał,  praktycznie  wszędzie. Choć byli  tacy, 
którzy narzekali,  że w Ethsharze  Korzennym  używano  magii  tak  często,  że jej  ślady 
zanieczyszczały powietrze i osłabiały inne zaklęcia.

Jednak władza czarnoksiężnika przede wszystkim zależała od tego, jak blisko był 

tajemniczego Źródła Mocy, z którego wszyscy czerpali.

Nikt nie wiedział dokładnie, gdzie owo Źródło się znajduje ani czym jest, gdyż nie 

powrócił   nikt,   kto   wyruszył   na   jego   poszukiwanie.   Jednak   każdy   czarnoksiężnik 
wiedział, że istnieje ono gdzieś w górach Aldagmoru, blisko granicy między Baroniami 
Sardironu i Hegemonią Ethsharu. Podobno przyzywało czarnoksiężników, którzy stali się 
dostatecznie   silni,   by   je   słyszeć;   ściągało   ich   do   siebie.   A ponieważ   czarnoksiężnicy 
poprawiali w wyniku praktyki swe umiejętności, prawie wszyscy prędzej czy później je 
słyszeli.   Jeżeli   pozostawali   w zasięgu   Źródła,   w końcu   byli   ściągani   do   Aldagmoru. 
Nazywano to Przyzwaniem i nieodmiennie towarzyszyły temu niezwykłe, straszne sny 
i inne dziwne zjawiska. Czarnoksiężnicy nie rozmawiali na ten temat. Fakt ten przerażał 
ich, a przyznanie, że boją się czegokolwiek, nie leżało w interesie sztuki. Sterren wiedział 

background image

o tym   tylko   dlatego,   że   jego   były   mistrz   wyjaśnił   mu   wszystko   z drastycznymi 
szczegółami – w nadziei, że zniechęci go do nauki.

Nawet czarnoksiężnicy, nawet ci, którzy usłyszeli Przyzwanie i co noc budzili się 

dręczeni koszmarami, nie wiedzieli, czym jest Źródło. Nikt tego nie wiedział – ani też 
dlaczego miałoby się znajdować w jakimś szczególnym miejscu.

Niektórzy głosili teorię, że punkt ten jest środkiem świata, a Moc to dar bogów. Inni 

twierdzili, że Źródło pochodzi spoza świata, jest czymś tajemniczym, co spadło z nieba 
w Noc  Szaleństwa  w 5202 roku,  kiedy  czarnoksięstwo  pojawiło  się  po  raz  pierwszy. 
Sterren   był   wtedy   dzieckiem.   Połowa   ludzi   w Ethsharze   zbudziła   się   z krzykiem 
z powodu koszmaru, którego nigdy potem nie mogli sobie przypomnieć. Wtedy też mniej 
więcej jedna osoba na tysiąc została już na zawsze przemieniona w czarnoksiężnika: była 
zdolna   poruszać   przedmiotami   bez   dotykania   ich,   zabijać   myślą   czy   spojrzeniem 
wzniecać ogień.

Czymkolwiek było Źródło, czymkolwiek była Moc, Sterren posiadał zaledwie jej 

najmniejszą część. Tu, w Semmie, setki mil na południe od Ethsharu i dwa razy dalej od 
Aldagmoru, zniknęła nawet ta odrobina.

W   ciągu   dwóch   tygodni   starannych   badań   Sterren   nie   znalazł   niczego,   co   by 

świadczyło,   że   ktokolwiek   w Semmie   choćby   słyszał   o czarnoksięstwie   czy   też 
dysponował nawet niewielką Mocą. Nikt nie potrafił mu powiedzieć, jak w semmacie 
brzmi słowo „czarnoksiężnik” lub „czarnoksięstwo”. Nikt nawet nie pamiętał złych snów 
sprzed dwudziestu lat, choć Sterren zawsze dotąd wierzył, że skutki Nocy Szaleństwa 
obejmowały cały świat.

Czarnoksięstwo było w Semmie całkowicie, zupełnie nieznane.
Sterren musiał zrezygnować z gry w kości.
Patrzył,  jak żołnierze  rzucają monety na linie  zakładów, nie  zwracając  uwagi na 

obecność swego wodza... Zrezygnował też z nadziei na obronę Semmy przed armiami 
Ophkaru i Ksinallionu tymi siłami, które miał do dyspozycji.

Zeszłej nocy Lar dostarczył kolejny raport. Ophkar miał dwustu ludzi pod bronią, 

Ksinallion dwustu pięćdziesięciu.

Semma   miała   dziewięćdziesięciu   sześciu.   I to   po   tym,   jak   Sterren   obwieścił 

w okolicznych wioskach, że szuka ochotników. Mniej więcej piętnastu czy dwudziestu 
z nich traktowało swoją rolę poważnie, a reszcie zdawało się chyba, że żołnierka to tylko 
pijaństwo  i uganianie   się  za   dziewkami,   za   co   płaci   się   dziennie   kilkoma   godzinami 
marszu i ćwiczeń z bronią czy też jazdy i ćwiczeń z bronią w przypadku kawalerii.

Sterren wiedział, że zbliża się wojna. Lar wiedział, że zbliża się wojna. Lady Kalira 

background image

i kilkunastu   innych   arystokratów   także   wiedziało,   że   zbliża   się   wojna.   Pozostali 
mieszkańcy zamku, w tym król, nie zamierzali się tym martwić.

Księżniczka Shirrin najwyraźniej wierzyła, że zbliża się wojna, ale uważała ten fakt 

za ekscytujący. Uważała, że Sterren, jej bohaterski wódz, ocali królestwo w pojedynkę, 
wybijając   wrogów   co   do   nogi.   Całkiem   jakby   brała   go   za   legendarnego   bohatera, 
jakiegoś   Valdera   z Magicznym   Mieczem.   Przynajmniej   tak   o swojej   siostrze   mówiła 
księżniczka Lura. Shirrin w obecności Sterrena nigdy nie zdołała powiedzieć więcej niż 
kilkanaście słów; najczęściej czerwieniła się i popadała w kłopotliwe milczenie.

Od ponad tygodnia nie uciekła przed nim ani razu. Kilka razy za to dostrzegł, jak 

obserwuje jego i jego łudzi, ukryta w oknie czy za murem.

Księżniczka   Nissitha   czyniła   mu   czasem   zaszczyt   i zamieniała   z nim   kilka   słów. 

Nadal uważała Sterrena za stojącego w hierarchii o wiele niżej.

Znowu westchnął. Jego życie nie układało się dobrze.
Podczas rozmowy z lady Kalirą ostrożnie poruszył temat klęski. Było to wieczorem, 

w zamkowej kuchni; oboje zeszli tam, aby się czegoś napić.

– Nawet nie możesz o tym myśleć – odparła stanowczo.
– Dlaczego nie? – zapytał.
– Bo jeśli przegrasz wojnę, zginiesz.
– Nie, no... nie... niekoniecznie.  Chyba  nie oczekujecie,  żeby armia  walczyła  do 

ostatniego człowieka... – zaczął.

– Nie, ty głupi Ethsharyjczyku, nie o to chodzi – spojrzała na niego.
– Więc o co?
– O to – odparła – że przez ostatnie jeden czy dwa wieki zwycięska armia tradycyjnie 

dokonuje egzekucji wrogiego wodza. Jako gest symboliczny. Nie można przecież zabijać 
królów, to by było złym precedensem. Nie można też zabijać nikogo użytecznego, nawet 
chłopów. Ale pokonany wódz nikomu  nie jest potrzebny,  a ponadto mógłby przecież 
planować odwet. Dlatego ucina mu się głowę. Albo wiesza. Albo pali na stosie. Albo coś 
innego   –   czknęła.   –   Twój   pra-pra-dziadek,   Szósty   Generał,   został   poćwiartowany 
w 5150.

Sterren, który do tego momentu był mniej więcej trzeźwy, szybko osuszył butelkę, 

a potem następną.

Nie   miał   ochoty   umierać,   ale   nie   widział   innych   możliwości.   Nadal   nie   znalazł 

sposobu   ucieczki   z Semmy:   jego   drzwi   były   zawsze   strzeżone,   podobnie   jak   brama 
zamku. Za każdym razem, gdy wychodził na zewnątrz, towarzyszył  mu przynajmniej 
jeden gwardzista. Nie próbował odsyłać eskorty – wydawało się to bezcelowe.

background image

Nawet gdyby zgubił eskortę i spróbował uciec, prawdopodobnie schwytano by go 

i odstawiono z powrotem, zanim jeszcze dotarłby do Diamentowej Akalli i wyruszył na 
morze. Wszystko to pod warunkiem, że zdołałby odnaleźć Akallę mimo braku dróg, map, 
przewodników i punktów orientacyjnych.

Szansa na powrót do Ethsharu wydawała się nikła, nieudana ucieczka zaś oznaczała 

prawdopodobnie egzekucję za zdradę. A to czyniło próbę zbyt niebezpieczną.

Jeśli   jednak   zostanie,   będzie   musiał   poprowadzić   swą   żałosną   armię   do   walki 

i nieuniknionej klęski. Jeżeli przeżyje bitwę, która z pewnością będzie pogromem albo 
wręcz rzezią, i tak zostanie stracony przez zwycięzców.

Nie wyobrażał sobie żadnej strategii prowadzącej do zwycięstwa. Miał tylko niecałą 

setkę ludzi przeciwko ponad czterystu. Wojna obronna trwałaby być może dłużej. Zamek 
pewnie   powstrzymałby   najeźdźców   przez   co   najmniej   miesiąc   czy   dwa.   Ale   długie 
oblężenie   nie   poprawi   zwycięzcom   nastroju,   a Semma   nie   miała   przyjaciół,   którzy 
przyszliby z pomocą, ani też nadziei, by przetrzymać wrogów.

Sterren żałował, że nie ma sposobu na skłonienie ojczystego Ethsharu do pomocy 

Semmie. Dziesięć tysięcy strażników Azrada szybko rozprawiłoby się z tymi nędznymi 
wojskami wystawionymi przez Małe Królestwa.

Kiedy Azrad VII nieco ponad rok temu zasiadł na tronie, przejął po swoim ojcu, 

Azradzie  VI,  politykę  przekazywaną  w nienaruszonej  formie  od  czasu  Azrada   I.  Nie 
dopuszczała ona mieszania się w wewnętrzne kłótnie Małych Królestw. Czasami, gdy 
jakaś armia z Lamumu, Pergi czy jakiegoś małego księstewka zabłąkała się przez granicę 
do Hegemonii, była szybko likwidowana. Jednak żołnierze Ethsharu nigdy, przenigdy nie 
weszli do Małych Królestw.

Sterren oparł się o pobieloną ścianę koszar i zrozumiał, że potrzebuje cudu.
No cóż, dodał w myślach, każdy Ethsharyjczyk wie, że cuda są możliwe, jeśli tylko 

ma się czym za nie płacić.

Jednak cuda były dostępne w Ethsharze, w Dzielnicy Magów, ale nie w Semmie.
Jedynym   magikiem,   któremu   ufała   królewska   rodzina,   był   Agor,   rezydujący   na 

zamku   teurg.   Sterren   raz   czy   dwa   widział   tego   dość   niespokojnego   i niepokojącego 
mężczyznę. Przez cały swój pobyt w Małych Królestwach nie spotkał poza Agorem ani 
jednego maga godnego tego imienia.

Oczywiście  nie  za bardzo miał  czas  na szukanie. Obowiązki  i rozpaczliwe  próby 

wyćwiczenia armii, przekształcenia wieśniaków w żołnierzy, nie pozostawiały czasu na 
wędrówkę w poszukiwaniu wiejskich zielarzy.

background image

Zawsze istniała szansa, że jakiś ekscentryczny pustelnik mieszka gdzieś w chacie na 

równinie   –   pustelnik   dysponujący   dostateczną   mocą,   by   pokonać   obu   przyszłych 
najeźdźców. Jak jednak można go odszukać, jeśli nawet istnieje?

No a jak Semmańczycy odszukali jego, kiedy potrzebowali wodza?
Oczywiście zapytali Agora.
Agor   może   być   tak   naprawdę   całkiem   dobrym   teurgiem.   Może   się   też   okazać 

cudotwórcą, wystarczającym na potrzeby Sterrena.

Raz   jeszcze   spojrzał   na   graczy   w kości,   nie   zaścielone   łóżka,   rzucone   niedbale 

miecze bez pochew, i uznał, że już czas porozmawiać z Agorem. Starał się zachowywać 
jak wódz i nie osiągnął niczego. Teraz zaczął myśleć jak Ethsharyjczyk, którym był od 
urodzenia. Uznał, że powinien zwrócić się do magików. Gdy wszystko inne zawiedzie, 
zatrudni magika – to był rozsądny ethsharyjski sposób myślenia!

Odwrócił się i wymaszerował z koszar.
Przynajmniej   raz  dokładnie  wiedział,   dokąd  zmierza.   Księżniczka   Lura  kilka  dni 

wcześniej   wskazała   mu   drzwi   pokoju   teurga.   Agor   mieszkał   w niewielkiej   komnacie 
w jednej z mniejszych wież zamku, sporo powyżej koszar, ale o poziom poniżej bardziej 
przestronnej kwatery Sterrena.

Stał w korytarzu przez minutę czy dwie, zbierając się na odwagę. Wreszcie zastukał.
– Proszę – zawołał ktoś ze środka.
Uniósł skobel i wszedł.
Wszystkie ściany w komnacie Agora pokrywały białe draperie. Dwa wąskie okna 

były odsłonięte i tylko one dostarczały światła, lecz wobec całej tej bieli i słonecznej 
pogody było to całkiem wystarczające. Powietrze pachniało czymś  mdląco słodkim – 
może kadzidłem? Sterren nie był pewien.

Pod   ścianami   stało   kilka   kufrów   pomalowanych   na   biało   i zdobionych   srebrem. 

Puchowe łoże, także białe, umieszczono wrogu.

W samym środku komnaty, na szarawej owczej skórze – kiedyś pewnie także białej – 

siedział Agor, dość chudy, mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna o bladej, wąskiej, 
w tej chwili zaniepokojonej twarzy.

Ubrany   był   na   biało,   oczywiście:   biała   tunika   ozdobiona   złotem   i niemal   białe 

spodnie. Stopy miał bose. Przed nim leżał rozwinięty zwój.

– Słucham? – spytał, spoglądając ze zdziwieniem na Sterrena.
– Jestem Sterren, Dziewiąty Generał. A ty jesteś Agor, teurg?
– Tak, oczywiście, panie. Jestem Agor. Wejdź proszę – wykonał zapraszający gest.
W komnacie nie było żadnych stołków, więc Sterren z pewnym wahaniem usiadł na 

background image

kamiennej podłodze przed teurgiem.

– Więc ty jesteś Sterren, panie – powiedział Agor. – Cieszę się, że mogę cię poznać. 

Interesuję się tobą, panie. To ja cię odszukałem – uśmiechnął się niepewnie.

– Wiem – rzekł Sterren, zastanawiając się, o jakim to zainteresowaniu mówił Agor.
W końcu w ciągu kilkunastu dni od przyjazdu do pałacu nie odezwał się do niego ani 

jednym słowem. Chyba nawet dobrze mu się nie przyjrzał, skoro go nie poznał.

Wiedział, że powinien powiedzieć coś więcej, ale nie był pewien, od czego zacząć. 

Potrzebował cudu, który uchroni go od śmierci w nadchodzącej wojnie. Nie miał tylko 
pojęcia, jak o to poprosić.

Właściwie   nawet   nie   był   pewien,   jakiego   cudu   oczekuje.   Nie   chciałby,   żeby 

ktokolwiek doznał krzywdy czy zginął.

Wciąż  się nad tym  zastanawiał,  kiedy po zbyt  długiej  chwili ciszy Agor zapytał 

nerwowo:

– Co mogę dla ciebie zrobić, panie?
Sterren postanowił przedstawić mu sytuację i zobaczyć, jak potoczy się rozmowa. 

Może pojawi się jakiejś wyjście z sytuacji.

– Po pierwsze, obiecaj mi, że to, co ci powiem, nie zostanie powtórzone poza tym 

pokojem – zaczął.

– Jeśli tak sobie życzysz, panie.
– Życzę sobie. A... powiedz, czy interesowałeś się kiedyś militarną sytuacją Semmy?
-
– Nie – odparł natychmiast teurg. – Czy chciałbyś, żebym to zrobił?
Ta odpowiedź zaskoczyła Sterrena. Zająknął się nieco.
– Ja... Chciałem... Znaczy, to nie... – przerwał, odetchnął głęboko i zaczął jeszcze raz. 

–   Chciałem   wiedzieć,   czy   jesteś   świadom,   że   Semmie   zagraża   bardzo   poważne 
niebezpieczeństwo.

– Nie – przyznał spokojnie teurg. – A zagraża?
–   Tak!   –   Sterren   opanował   się   i mówił   dalej.   –   Wolałbym,   żebyś   właśnie   tego 

nikomu   nie   powtarzał.   Grozi   nam   wojna   z Ksinallionem   i Ophkarem,   i to   niedługo. 
Spodziewam się, że jedni i drudzy zaatakują nas na wiosnę, gdy tylko wyschnie błoto. 
A my nie mamy żadnej szansy, żeby ich pokonać. Mają liczebną przewagę cztery do 
jednego, nasza armia jest w fatalnej formie, ja jestem wodzem, ale nie mam pojęcia, jak 
prowadzić   wojnę,   a nawet,   jak   zmusić   tych   przeklętych   żołnierzy,   aby   poważnie 
traktowali szkolenie!

– Aha – odparł Agor. Jego twarz nie zdradzała niczego.
– Tak – rzekł Sterren.

background image

– A zatem spodziewasz się, że przegrasz bitwę? Chcesz, żebym spróbował zdobyć 

boże   błogosławieństwo   dla   naszych   żołnierzy?   Nie   sądzę,   żeby   to   naruszyło   zakaz 
używania magii w czasie wojny.

Sterren zastanowił się przez chwilę.
– A pomoże?
– Nie – stwierdził Agor bez wahania. – Tłumaczyłem to już wszystkim, ale ciebie tu 

chyba   nie   było.   Bogowie   nie   aprobują   wojen   ani   walki   i nie   chcą   mieć   z tym   nic 
wspólnego. Nie stają po żadnej ze stron.

– Ja też nie aprobuję. Jesteś pewien, że nie wezmą pod uwagę faktu, że będziemy 

zaatakowani i że wcale nie chcemy walczyć?

– To bez znaczenia. Bogowie wycofali się z wojen po tym, jak dwieście lat temu 

starli z powierzchni ziemi Północne Imperium. A niełatwo zmieniają zdanie. Poza tym... 
– tym razem Agor wahał się przez chwilę, po czym jednak dokończył. – Poza tym, czy 
możesz im powiedzieć, że nie zrobiliśmy nic, aby sprowokować ten atak?

– Ja nic nie zrobiłem!
-
– A ktoś inny?
Sterren przypomniał sobie, co Lar mówił o zachowaniu króla Phenvela.
– Chyba tak – przyznał.
– A więc bogowie nie pomogą. W każdym razie nie bezpośrednio.
To przypomniało Sterrenowi, po co właściwie odwiedził Agora.
– Ale nie bezpośrednio mogą?
–   Och,   oczywiście.   Laikowi   może   się   to   wydawać   dziwne,   lecz   faktem   jest,   że 

bogowie   są   dość   niedbali,   jeśli   chodzi   o długoterminowe   konsekwencje   ich   działań. 
Można by uzyskać od nich sporo użytecznych rad, byle tylko nie były jawnie wojskowej 
natury.

Odszukanie potężnego maga nie byłoby chyba radą wojskowej natury. Sterren uznał 

jednak, że najpierw sprawdzi inne możliwości.

– Czy mogliby na przykład zrobić coś, żeby powstrzymać Ophkar i Ksinallion przed 

inwazją? Spuścić jakąś zarazę albo coś w tym rodzaju?

Agor był wyraźnie zaszokowany tą sugestią.
– Zarazę? Panie, jak możesz o czymś takim myśleć?
– Mogliby? – naciskał Sterren.
– Nie, oczywiście, że nie! Lordzie Sterren, jestem teurgiem, nie demonologiem! Moi 

bogowie są dobrzy, nie czynią zła. Zarazy są dziełem demonów!

Cynizm Sterrena, którego nauczył się na ulicach Ethsharu, doszedł teraz do głosu.

background image

– Bogowie nie czynią  zła? – zapytał  ironicznie, przypominając sobie, że on sam 

wyłącznie z powodu boskiej interwencji znalazł się w Semmie, gdzie w końcu czeka go 
egzekucja.

– Cóż  –  odparł  Agor  – nie  bezpośrednio.   Czasami  ich  działania   mogą   mieć   dla 

niektórych przykre konsekwencje...

– Tego jestem pewien!
– Ale nie doprowadzą do wybuchu zarazy ani niczego takiego.
Sterren zastanowił się przez chwilę.
Prawdopodobnie Agor miał rację. Był przecież teurgiem i znał się na swoim fachu. 

Przez całe życie Sterren słyszał od kapłanów, teurgów, a nawet świeckich, że bogowie są 
życzliwi,   nie   aprobują   żadnego   chaosu,   że   zło   na   świecie   jest   skutkiem   działania 
demonów albo ludzkiej głupoty.

To zapewne prawda.
A wiec, prawdą jest, że on, Sterren z Ethsharu, nie zdoła skłonić bogów, by stanęli po 

jego stronie w nadchodzącej wojnie.

– Dobrze – rzekł. – Zapomnijmy o tym  – kolejna myśl  wpadła mu do głowy.  – 

A może   mogliby   ochronić   nas   przed   najeźdźcami?   Powstrzymać   jakoś   wojnę?   Albo 
przynajmniej dostarczyć tego, co potrzebne, aby wytrzymać oblężenie? Mówiłeś, że nie 
lubią wojen; czy mogliby zapobiec tej?

– Wybacz, panie, ale czy to nie naruszyłoby tradycyjnego zakazu używania magii 

w działaniach wojennych?

–   A jeśli   nawet?   –   warknął   Sterren.   Tracił   panowanie   nad   sobą.   –   Ja   nigdy   nie 

zgadzałem   się   na   taki   zakaz,   a zginę,   jeśli   przegramy!   Nie   jestem   Semmańczykiem 
i uważam, że to głupia tradycja.

– Aha – teurg pokiwał głową. – Rozumiem.
– Czy złamanie tego zakazu w czymś ci przeszkadza?
– Właściwie nie; to nie moja sprawa.
– Więc czy bogowie mogą coś zrobić, by nie dopuścić do wojny?
Agor zawahał się. Przygryzł wargę. I wreszcie odpowiedział:
– Cóż, może...
– Może?
Teurg zamrugał nerwowo i poruszył się na owczej skórze.
– Szczerze mówiąc, panie, oni... – przerwał, wyraźnie zmartwiony.
– Oni co? – ponaglił go Sterren.
–   Szczerze   mówiąc,   niektórzy   z bogów   prawdopodobnie   z radością   zrobiliby   coś 

takiego, ale...

background image

– Ale co?
– No cóż... Agor odetchnął głęboko, po czym przyznał:
– Ale nie wiem, jak się z nimi skontaktować.
-

background image

ROZDZIAŁ 11

Sterren   wpatrywał   się   w kościstego   teurga,   który   odpowiadał   mu   smętnym 

spojrzeniem. – Co to znaczy, że nie możesz się z nimi skontaktować? – zapytał Sterren. – 
Przecież jesteś królewskim teurgiem?

– Tak, panie, jestem.
– Czyżbyś był oszustem?
– Nie – odparł Agor. Odrobina zranionej dumy przebiła się przez zakłopotanie. – Nie 

jestem oszustem. Po prostu nie jestem bardzo dobrym teurgiem.

– Nie jesteś?
– Nie, nie jestem. Panie... czy wiesz cokolwiek o teurgii?
– Sądzę, że tyle, co większość ludzi – odparł Sterren, patrząc groźnie.
– Ale czy wiesz, jak ona naprawdę działa? – nie ustępował Agor.
– Nie, oczywiście, że nie!
Teurg skinął głową, jakby usatysfakcjonowany odpowiedzią.
– Cóż, panie – rzekł – to jest tak. Teurg to osoba obdarzona naturalnym talentem do 

modlitw, która nauczyła się modlić w taki sposób, że bogowie jej słuchają.

– To wiem – wtrącił ostro Sterren.
–   Oczywiście,   każdy   może   się   modlić,   ale   niewielkie   są   szanse,   że   bogowie   go 

wysłuchają   albo   odpowiedzą.   Czy   zastanawiałeś   się,   panie,   dlaczego   bogowie   nie 
słuchają każdego, ale jednak słuchają teurgów?

– Nie – odparł krótko Sterren. Nie było to ściśle prawdą, lecz nie zamierzał zmieniać 

tematu.

-
– To z powodu modlitw, jakich używamy. Poznajemy je jako uczniowie, tak jak inni 

magowie uczą się zaklęć. Bogowie są zbyt zajęci, żeby słuchać wszystkiego, ale istnieją 
pewne   modlitwy,   które   zwracają   ich   uwagę.   W podobny   sposób   niektóre   dźwięki 
mogłyby   zwrócić   twoją   uwagę,   nawet   w hałaśliwym   miejscu.   Na   przykład   grzechot 
kości.

Sterren   uświadomił   sobie,   że   Agor   naprawdę   się   nim   interesował.   Podanie   tak 

wyjątkowo odpowiedniego przykładu nie mogło być przypadkiem. Jego irytacja nieco 
opadła.

– Mów dalej – rzekł.
– Niektórzy ludzie radzą sobie lepiej z pewnymi modlitwami. Nie wiem dlaczego, po 

prostu tak jest. Tak jak niektórzy ludzie są lepsi w rysowaniu obrazów lub w śpiewie.

Sterren skinął głową. Wiedział, że niektórzy mają talent do czarnoksięstwa, a inni – 

background image

tak  jak on – praktycznie  żadnego.  Nie było  powodów, aby inna  magia,  na przykład 
teurgia, działała odmiennie.

–   Istnieje   wielu,   bardzo   wielu   bogów,   panie.   Znam   imiona   i modlitwy   do 

dziewiętnastu   z nich.   Tyle   tylko  znał  mój   mistrz   i tyle  mógł   mnie   nauczyć.   Jeśli  się 
dobrze   zastanowić,   to   wcale   niemała   liczba.   Wielu   nawet   najlepszych   teurgów   zna 
kilkanaście modlitw, a nie słyszałem o nikim, kto znałby więcej niż może trzydzieści, 
chyba   że   interesował   się   demonologią.   Tylko   tam   nie   nazywamy   tego   modlitwami, 
a raczej inwokacjami czy przyzwaniami.

– A więc możesz poprosić o pomoc dziewiętnastu bogów, ale tylko tych konkretnych 

dziewiętnastu?

–   Tak,   ale,   naprawdę   nawet   nie   wszystkich.   Widzisz,   panie,   jak   powiedziałem, 

niektórzy   ludzie   radzą   sobie   z modlitwami   lepiej   niż   inni.   Niektórzy   bogowie   są 
trudniejsi w rozmowie. Znam dziewiętnaście imion i modlitw, ale nie potrafię skłonić 
wszystkich dziewiętnastu, żeby mnie wysłuchali. A przynajmniej nigdy mi się nie udało. 
Może gdzieś źle zapamiętałem sylabę, a może po prostu mnie nie lubią. Nie potrafię 
nakłonić ich do rozmowy.

Sterren zrozumiał, dokąd prowadzi ten wywód.
– Ilu więc ciebie słucha? – zapytał.
– Zwykle trzech – odparł nerwowo Agor.
-
Sterren spojrzał na niego niepewnie.
– Trzech z dziewiętnastu?
– Mówiłem przecież, panie, że właściwie nie jestem dobrym teurgiem.
– To jak udało ci się zdobyć stanowisko królewskiego maga?
–   Królewskiego   maga   na   dworze   Phenvela   III,   króla   Semmy?   Semmy,   panie? 

Pochodzisz z Ethsharu, wiesz, jak to wygląda. Gdybym był lepszy, czy wciąż bym tu 
siedział?

– Raczej nie – przyznał Sterren.
– Urodziłem się w Semmie, ale uciekłem z domu, kiedy miałem dwanaście lat. Nauki 

pobierałem w Lumeth pod Wieżami. Nie mogłem tam zarobić na życie, a nie znałem 
innego języka, tylko semmat i lumethański. Więc kiedy miałem już dość głodowania, 
wróciłem   tutaj,   gdzie   nie   było   właściwie   konkurencji.   Ich   nie   obchodzi,   że   potrafię 
rozmawiać   tylko   z Unniel,   Konnedem   i Mormem,   ponieważ   nikt   inny   nie   potrafi 
rozmawiać z żadnym z bogów! – w głosie Agora zabrzmiała nuta dumy.

– Unn... Możesz powtórzyć?
– Unniel, Konned i Moim. Unniel Bystra to bogini teurgicznej informacji. Konned 

background image

jest bogiem światła i ciepła. Morm Przechowujący to bóg genealogii.

– Nigdy o nich nie słyszałem.
– A ilu bogów znasz z imienia, panie?
– Niewielu – przyznał Sterren.
Laicy praktycznie nigdy nie zaprzątali sobie głowy imionami, ponieważ i tak tylko 

teurgowie mogli liczyć na zwrócenie uwagi konkretnego bóstwa. Modlitwy były z reguły 
kierowane do pewnej kategorii bóstw, a czasem do dowolnego boga, który akurat słuchał, 
aby zwiększyć szansę wysłuchania przez któregokolwiek.

Sterren   uświadomił   sobie,   że   nie   potrafiłby   nazwać   ani   jednego   boga   poza   tymi 

trzema, których przed chwilą wymienił teurg, a i tak imion dwójki z nich pewnie nie 
umiałby   wymówić.   Konned   był   łatwy,   ale   dyftong   w Unniel   i twarde   „r”   w Morrnie 
brzmiały bardzo obco.

– Czy któryś z nich może nam pomóc? – zapytał.
– Nie bardzo widzę, jak – odparł Agor. – Morm jest całkiem bezużyteczny; zajmuje 

się śledzeniem drzew genealogicznych.

-
Gdybyś chciał poznać dziecięcy przydomek twojej pra-pra-pra-babki albo wiedzieć, 

kiedy urodził się kuzyn, to on może pomóc. Ale to wszystko. Jest ceniony, gdyż cała 
arystokracja   Semmy   ma   obsesję   na   punkcie   rodów,   ale   wojna   wykracza   poza   jego 
zainteresowania.

– A Konned? – Sterren wciąż wolał unikać wymawiania imienia Unniel.
–   Jeżeli   regularnie   składa   mu   się   ofiary,   obdarza   człowieka   nadprzyrodzonym 

światłem w nocy, jaśniejszym niż świeca. Pozwala zachować zimą ciepło, więc możemy 
się nie martwić, że zamarzniemy podczas oblężenia. Ale to wszystko.  A zmarznięcie 
w Semmie i tak jest mało prawdopodobne.

– A...
– Sądzę, że Unniel to nasza jedyna  nadzieja.  Wie wszystko,  co można  wiedzieć 

o innych bogach. Czasami można ją skłonić, aby przekazywała wiadomości. Znalazłem 
ciebie, gdyż przywołała dla mnie swojego brata, Aibema. Znam modlitwę do Aibema, ale 
jakoś nigdy nie podziałała. Więc kiedy naprawdę go potrzebuję, czasami mogę z nim 
porozmawiać   poprzez   Unniel.   Aibem   jest   bogiem   informacji;   nigdy   nie   odkryłem 
niczego, czego by nie wiedział. Jednak skłonienie go, aby zdradził mi to, czego szukam, 
przypomina zwykle próbę złapania czarnego kota w lochu o północy. Unniel umie też 
rozmawiać z umarłymi... czasami. Nie ze wszystkimi, tylko z niektórymi, ale nie mam 
pojęcia, dlaczego.

– Informacja? Czy ta Unn... Unniel, czy Aibem mogliby powiedzieć, jak uniknąć 

background image

wojny? Teurg wzruszył ramionami.

– Nie wiem – przyznał. – Możliwe. – westchnął. – Szkoda, że nigdy nie mogłem 

skłonić   do   odpowiedzi   Piskor   Szczodrej.   Dostarcza   żywności,   wody   i rady,   co 
w oblężeniu byłoby idealne, prawda?

– Z pewnością by pomogło – zgodził się Sterren.
Przez chwilę siedzieli w zamyśleniu.
Sterren   rozważył,   czego   się   właśnie   dowiedział,   i uznał,   że   woli   nie   polegać   na 

pomocy   bogów.   To   oznaczało   powrót   do   początkowego   planu   odnalezienia   jakiegoś 
potężnego maga i zakupienia cudu.

Jak się okazało, sam Agor nie nadawał się do tego.
– Czy są jacyś inni teurdzy w Semmie? – spytał.
–   Nie   –   odparł   Agor.   –   A szkoda,   bo   chętnie   bym   czasem   porozmawiał   z kimś 

o teurgii.

– A inni magowie? Znasz kogoś?
– Och,  oczywiście!  Kiedy  dostałem   tę  pracę,  naturalnie  sprawdziłem   potencjalną 

konkurencję. Okazało się, że nie muszę się martwić.

Słysząc to, Sterren stłumił jęk. Teurg mówił dalej.
–  Jest   oczywiście   kilka   wiejskich  zielarek  i paru  miejscowych  szamanów,   którzy 

bardziej wyglądają na oszustów. W całym królestwie żyje tylko dwóch magów: jeden tu, 
w zamku, pomaga w kuchni, a drugi mieszka w wiosce na wschodzie. Ten w zamku był 
chyba uczniem tego drugiego. – przerwał i zastanowił się. – Nie pamiętam dokładnie, ile 
mamy tu czarodziejek: chyba cztery albo pięć. Żadna nie mieszka na zamku.

– A czarowników, demonologów albo czarnoksiężników lub... innych?
–   Demonologia   jest   oczywiście   nielegalna,   zatem   nie   znalazłem   żadnych 

demonologów, choć może jakiś gdzieś się ukrywa. Bogowie zwykle nie widzą demonów. 
Czarownictwo   też   jest   nielegalne,   pewnie   dlatego,   że   północerze   tak   często   z niego 
korzystali. Wiem na pewno, że nie ma tu żadnych czarowników.

– A czarnoksiężnicy? – użył ethsharyjskiego słowa, ponieważ nie znał tego terminu 

w semmacie.

Agor był wyraźnie zdziwiony.
– Co to jest czarnoksiężnik? – zapytał.
–   Inny   rodzaj   maga   –   wyjaśnił   Sterren.   –   Mamy   ich   w Ethsharze   od   jakichś 

dwudziestu lat.

Agor wzruszył ramionami.
– Nigdy o nich nie słyszałem.

background image

Zgadzało się to z podejrzeniami Sterrena, że czarnoksięstwo nie działa w Semmie, 

gdyż Moc z Aldagmoru jest zbyt odległa. Nie mówiąc już o jego przegranych w kości, 
ale gdyby czarnoksięstwo było tu możliwe, na pewno znaleźliby się czarnoksiężnicy.

– Jeszcze ktoś? – zapytał.

– O nikim innym nie mówili mi bogowie. Uwierz mi, panie, pytałem.
Sterren   kiwnął   głową.   A więc   żadnych   tajemniczych   pustelników.   Nie   mógł   się 

powstrzymać od ostatniego pytania:

– Jesteś absolutnie pewien, że nikogo nie przeoczyłeś?
–   Mogłem   przeoczyć   demonologa,   może   też   któregoś   z tych   czarnoksiężników, 

o których wspomniałeś, panie, ale to wszystko.

– Jak dobrzy są ci dwaj magowie? A czarodziejki?
– Lordzie Sterren, młodszy mag pracuje w kuchni, rozpala ogień i bawi kucharzy. 

Jak sądzisz, panie, na ile jest dobry? A jak to mówią, mistrza można poznać po jego 
uczniach.

Sterren nie do końca wierzył  w to konkretne przysłowie, acz musiał przyznać, że 

starszy mag pewnie nie jest wybitnym cudotwórcą.

– A co z czarodziejkami?
– Cóż, żadna z nich nie konkurowała ze mną na stanowisko królewskiego maga. Czy 

to ci wystarczy, panie?

Musiał przyznać, że tak. Zapatrzony w lśniącą srebrną klamrę na kufrze, zastanawiał 

się, o co może jeszcze zapytać.

– Lordzie Sterren – odezwał się Agor po dłuższej chwili. – Czy naprawdę chcesz 

użyć magii w tej wojnie?

Sterren drgnął.
– Oczywiście, że tak – zawołał. – Jak jeszcze mogę wyjść z tego z życiem?
– W takim razie, panie, i tak nie mógłbyś korzystać z pomocy semmańskich magów. 

Wszystkich ich wychowano w tradycji niekorzystania z magii w działaniach wojennych. 
Czy nie bardziej sensowne byłoby sprowadzenie skądś magów?

– Przypuszczam, że tak. Ale skąd?
– Z Ethsharu, oczywiście.
– Oczywiście – powtórzył sarkastycznie Sterren – tyle że nie wolno mi tam wracać!
– Naprawdę? W takim razie możesz kogoś posłać, panie. Ale jesteś pewien, że ci nie 

wolno?

Sterren otworzył usta, a potem znów je zamknął. Ze względu na sposób przybycia 

tutaj   zakładał,   że   nie   pozwolą   mu   opuścić   Semmy.   Nikt   jednak   wprost   tego   nie 

background image

powiedział.

Z   pewnością   w Dzielnicy   Magów   w Ethsharze   Korzennym   mógłby   znaleźć 

wszystkich potrzebnych  magów, co nie znaczy,  że tak chętnie wyruszą  w drogę, aby 
wmieszać się w coś tak paskudnego i niemiłego jak wojna. Będzie potrzebna bardzo silna 
zachęta. Oczywiście, złoto nada się znakomicie.

Sterren nie miał złota, ale królewski skarbiec Semmy zawierał całkiem sporo tego 

metalu. Oficerowie zapewniali go, że jako wódz ma pełny dostęp do skarbca dla pokrycia 
legalnych   wydatków   wojskowych.   Nie  potrzebował   nawet   zgody  podskarbiego,   gdyż 
jako wódz przewyższał go rangą.

Jednakże potrzebował zgody króla na wszystkie niezwykłe wydatki.
Sterren zrozumiał, że nadeszła pora, by porozmawiać z królem.

background image

ROZDZIAŁ 12

Jego   Wysokość   Phenvel   III   był   wyraźnie   znudzony,   lecz   Sterren   kontynuował 

przygotowaną   mowę,   próbując   nie   zacinać   się   na   obcych   słowach.   Od   Agora   i Lara 
nauczył się kilku dobranych zdań w semmacie, aby nie zepsuć efektu złą wymową.

– Wydaje się jasne – rzekł – że jeśli Semma wygrała tak wiele wojen, a jednak ani 

zdradziecki Ophkar, ani perfidny Ksinallion nie uciekły się do magii, aby nas pokonać, to 
ani Ophkar, ani Ksinallion nie mają do dyspozycji magów. Gdyby mieli, wykorzystaliby 
ich raczej, niż pogodzili się z klęską! A zatem, nie będą w stanie walczyć z magią, której 
my   użyjemy.   Jeden   dobry   mag   mógłby   odwrócić   los   tego   konfliktu.   Kompetentny 
demonolog byłby nawet lepszy, gdyby ktoś potrafił się zmusić do pracy z tak ciemnymi 
siłami...

– Żadnych demonów – przerwał król.
– Wasza Wysokość?
– Żadnych demonów, żadnych demonologów – rzucił Phenvel, podkreślając słowa 

ruchami palca. – Ani czarowników. Jeśli w ogóle musimy użyć magii, użyjemy tej dobrej 
i czystej.

– Och, musimy, Wasza Wysokość – odparł szybko Sterren.
– Przysięgam,  że mój  brak doświadczenia  i nędzny stan, do jakiego doprowadził 

armię biedny, zniedołężniały brat mojej babki, nie pozostawiają nam wyboru.

Było   mu   przykro,   że   obraża   swojego   krewnego,   ale   w końcu   on   już   nie   żył 

i naprawdę pozostawił armię w okropnym stanie.

– Zgoda – rzekł król. – Ale żadnej demonologii i żadnego czarownictwa. Czy to 

jasne?

– O tak, Wasza Wysokość! – Sterren uśmiechnął się z ulgą.
-
Do tej chwili wydawało mu się, że król go nie usłucha i od razu odrzuci cały pomysł.
–   To   może   być   zabawne,   jeśli   pojawi   się   tutaj   prawdziwy   magik   –   stwierdził 

Phenvel. – Agor jest całkiem niezły z tymi światłami i głosami, ale chciałbym zobaczyć 
coś   nowego.   Myślisz,   że   uda   ci   się   znaleźć   maga,   który   umie   latać?   Słyszałem,   że 
niektórzy to potrafią. Czy to prawda?

– O tak, Wasza Wysokość – zapewnił Sterren. – Sam to widziałem na wielkiej... 

w Ethsharze.

To była prawda. Chciał powiedzieć, że widział, jak magowie latają na Arenie, ale nie 

znał odpowiedniego słowa w semmacie. Widział też, jak lata jego czarnoksięski mistrz. 
Nie był to szczególnie rzadki czy cenny talent.

background image

– Dobrze. Znajdź magika, który umie latać.
Sterren skinął głową. Uznał, że lepiej się nie kłócić, choć nie dostrzegał w lewitacji 

wielkich wartości militarnych.

– Tak, Wasza Wysokość. Mogę więc dostać list kredytowy z pokryciem w skarbcu, 

by pokazać, że...

–   Żadnych   listów!   –   warknął   Phenvel.   –   Myślisz,   że   jestem   durniem   i dam   ci 

swobodny   dostęp   do   moich   pieniędzy?   Dostaniesz   funt   złota   i parę   klejnotów.   Jak 
rozumiem, magowie lubią klejnoty. Moim zdaniem powinno to wystarczyć.

Sterren poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Wolał jednak nie spierać się – 

z obawy, że król zmieni zdanie i odrzuci cały projekt.

Jednak w Ethsharze funt złota wystarczy zaledwie na pojedyncze zaklęcie śmierci, 

nie pozostawiające śladów. Nie mówiąc już o magii mającej wartość militarną. Potężni 
magowie nie byli tak tani jak wiejskie wiedźmy i zielarki tutaj, na krawędzi świata.

Tyle   tylko   zostało   z planów   wykorzystania   całego   królewskiego   skarbca,   aby 

wynająć oddział bojowych magików z Ethsharu. Będzie miał szczęście, jeśli za tę cenę 
znajdzie   jednego   naprawdę   dobrego.   Bardziej   prawdopodobne,   że   będzie   się   musiał 
zadowolić paroma nieudanymi uczniami.

–   Podoba   mi   się   pomysł   sprowadzenia   tu   kilku   nowych   magików   –   wymruczał 

Phenvel. – Ale żadnych czarowników i żadnych demonologów, nawet pomniejszych.

Sterren znów kiwnął głową. Kroi powtarzał się, ale nie było w tym nic dziwnego. 

Nikt jeszcze nie ośmielił się zwrócić mu na to uwagi, więc popełniał takie pomyłki dość 
często.

Próbował ułożyć w głowie prośbę o zgodę na odejście, gdy Phenvel dodał jeszcze:
–   Będziesz   potrzebował   straży   w drodze,   oczywiście.   Myślę   też,   że   lady   Kalira 

powinna ci towarzyszyć. Czy to ci odpowiada?

– Bardzo, Wasza Wysokość – skłamał Sterren.
Nie   śmiał   się   przyznać   nawet   przed   sobą,   ale   od  samego   początku   miał   pomysł 

wykorzystania tej okazji, by zniknąć gdzieś na ulicach Ethsharu. Strażnicy sprawią, że 
ucieczka będzie trudniejsza, ale może nie bardziej niż wynajęcie kompetentnego magika 
za funt złota i parę nieznanej wartości kamyków.

Wydawało się, że wciąż czeka go zguba.
Przynajmniej   odwiedzi   przed   śmiercią   swoją   ojczyznę.   Walczył   z nostalgią 

przynajmniej od dwóch dni, czyli  od momentu, gdy możliwość powrotu do Ethsharu 
zaczęła się wydawać realna.

– Dobrze – rzekł król. – Możesz odejść. Życzę ci bezpiecznej podróży.

background image

Sterren skłonił się i wycofał z sali tronowej. Na korytarzu wyprostował się, poprawił 

krótką czarną tunikę, a potem stanął i przez dobre trzy minuty patrzył tępo na drzwi.

Co   właściwie   powinien   teraz   zrobić?   Odwrócić   się   i odejść?   Jak   odebrać   złoto 

i klejnoty? Jak znaleźć lady Kalirę? Kto wybierze strażników, których powinien ze sobą 
zabrać?

Podejrzewał, że królowie nie przejmowali się szczegółami. Sam musiał o to zadbać. 

Dopóki nikt mu nie powie, że ma być inaczej, zakładał, że sam powinien zorganizować 
ekspedycję.

Rozejrzał się. Oprócz niego w przedpokoju stali tylko dwaj strażnicy. Wiedział, że 

nie warto ich prosić, by opuścili stanowiska.

Sterren   nie   miał   własnej   służby,   a czuł   się   nieswojo,   ilekroć   miał   rozkazywać 

służącym na zamku. Zdawało się, że zawsze mają dość pracy, nawet bez wykonywania 
jego poleceń. Był jednak wodzem, dowódcą semmańskiej armii, a jego żołnierze nigdy 
jakoś nic nie robili, chyba że sam ich pilnował. Ruszył więc w stronę koszar.

Jak zwykle pół tuzina żołnierzy grało w kącie w kości. Poza tym koszary były puste.
– Hej, wy tam! – krzyknął.
Dwóch obejrzało się bez specjalnego zainteresowania.
– Rozliczajcie się. Koniec gry. Natychmiast.
Dwaj spojrzeli po sobie, a dwóch następnych podniosło głowy.
– Natychmiast! – wrzasnął Sterren.
Niechętnie przerwali grę i cała szóstka trochę krzywo stanęła przed nim na baczność.
–   Dobrze.   Ty,   Kather,   poszukasz   lady   Kaliry   i powiesz   jej,   że   muszę   z nią   jak 

najszybciej porozmawiać. Może wybrać czas i miejsce, ale przekaż, że to bardzo pilne. 
Potem wróć tu natychmiast i powtórz, co powiedziała.

Kather stał w milczeniu i myślał nad poleceniem.
– Ruszaj!
Zaskoczony, Kather skinął głową.
– Tak, panie – wymamrotał i odszedł.
– Ty, Terrin – zwrócił się do następnego – znajdziesz podskarbiego i powiesz, że na 

wyraźny rozkaz króla mam pobrać ze skarbca funt złota i tuzin najlepszych klejnotów. 
Nie później niż dziś do kolacji. Umówisz się, gdzie i kiedy mogę je odebrać. Jeżeli chce 
najpierw sprawdzić ten wydatek u króla, nie mam nic przeciwko temu, pod warunkiem, 
że zrobi to szybko. Jeśli będzie wątpił w twoje słowa, sprowadź go tutaj, porozmawiam 
z nim osobiście.

Terrin nauczył się czegoś na przykładzie Kathera, więc skłonił się szybko.

background image

– Jak sobie życzysz, panie – powiedział i odbiegł.
Sterren przyjrzał się pozostałej czwórce. Znał ich trochę i nie miał o nich najlepszego 

mniemania.

– Gror – rzekł do najlepszego z nich. – Potrzebuję grupy na wyprawę do Ethsharu. 

Wyprawa pokojowa po pomoc w nadchodzącej wojnie. Kogo byś zaproponował?

– Eee... – Gror zamrugał. – Panie, ja... nie wiem.
– Mógłbyś wybrać ochotników, panie – zaproponował inny żołnierz, Azdaram.
– Mógłbym – zgodził się Sterren.
-
Rozważył tę myśl.
Niemal natychmiast dostrzegł oczywiste wady tego rozwiązania i już gotów był je 

odrzucić.

Powstrzymał się jednak.
Problem z ochotnikami polegał na tym, że na wyprawę ruszą tylko ludzie szukający 

jakiejś   odmiany   w nudnym   życiu   semmańskiego   żołnierza.   Całkiem   możliwe,   że 
niektórzy z nich uciekną przy pierwszej okazji...

W tym miejscu zatrzymał ciąg myśli i cofnął się trochę.
Mogą   uciec.   Straż,   która   miała   powstrzymać   go   od   ucieczki,   sama   może   jej 

spróbować.

Być może nie będzie to dobre dla Semmy, lecz, dla niego będzie darem bogów. Jeśli 

eskorta zniknie, łatwo może się zgubić na ulicach miasta, pozostawiając Semmę, by sama 
o siebie zadbała.

Prawdopodobnie   bez   niego   poradzi   sobie   nie   gorzej   niż   z nim.   Nie   był   przecież 

wielkim wodzem.

Próbował przewidzieć, co się stanie, jeśli strażnicy rzeczywiście uciekną i on także 

się wymknie.

Co   zrobi   lady   Kalira?   A co   inni,   tu   w Semmie?   Król,   królowa,   księżniczki, 

oficerowie i ludzie, a nawet teurg Agor?

No   cóż,   oficerowie   i ludzie   pewnie   wyjdą   w pole,   będą   walczyć   i przegrają. 

Niektórzy   zginą,   reszta   się   podda.   Semma   zostanie   podzielona   między   Ophkar 
i Ksinallion,   a królewska   rodzina   ruszy   na   wygnanie.   Agor   niemal   na   pewno   bez 
większych kłopotów znajdzie nowego pracodawcę.

To przecież nie takie straszne. W końcu kilku żołnierzy i tak zginie, niezależnie od 

sytuacji. Tym więc postanowił się nie martwić. Co do wypędzenia królewskiej rodziny, 
trudno było sobie wyobrazić króla Phenvela na wygnaniu; z drugiej strony trudno było go 
sobie   wyobrazić   przy   jakiejkolwiek   czynności.   Wydawał   się   urodzonym 

background image

niekompetentnym   monarchą   –   mógł   przeżyć   tylko   dlatego,   że   inni   ludzie   nie   mieli 
wyboru i musieli się godzić z jego władzą.

Księżniczka   Shirrin   uzna   wygnanie   za   przeżycie   niezwykle   ekscytujące 

i romantyczne, Sterren był tego pewien. Księżniczka Lura uzna, że to niezła zabawa. 
Księżniczka   Nissitha   będzie   zawstydzona,   a królowa   Ashassa   przyjmie   wszystko 
spokojnie.

Młodych   książąt   nie   znał   tak   dobrze,   by   cokolwiek   przewidywać,   podejrzewał 

jednak, że raczej ucieszy ich zmiana scenerii.

Co do podziału Semmy, to czy – oprócz wygnanych arystokratów – ktokolwiek się 

tym przejmie? W ciągu kilku tygodni w Semmie nie zauważył, by chłopi choć trochę się 
interesowali, któremu królowi płacą podatki.

Jednak ucieczka  może stworzyć  pewne praktyczne  problemy.  Lady Kalira będzie 

wtedy w Ethsharze, więc spróbuje go wyśledzić. W końcu może jej się to udać, choć na 
pewno nie przed przegraną wojną.

A jeśli go znajdzie?
No   cóż,   oczywiście   arystokracja   Semmy   nie   będzie   zadowolona   ze   Sterrena, 

Dziewiątego   Generała.   Zgodnie   z ich   prawem,   bez   wątpienia   będzie   winien   zdrady. 
Najprawdopodobniej  pierwszy semmański  szlachcic,  którego spotka, będzie próbował 
natychmiast go zabić.

Na   dłuższą   metę   nie   była   to   zachęcająca   perspektywa.   Ale   przecież   nie   musi 

zostawać   w Ethsharze   Korzennym.   Może   wyjechać   do   Ethsharu   na   Piaskach   albo 
Ethsharu ze Skał, albo nawet na północ, do Baronii Sardironu. Arystokracja Semmy nie 
znajdzie go tam; świat jest bardzo duży.

Małe Królestwa byłyby zbyt niebezpieczne. Semmańska arystokracja, dwie czy trzy 

setki, rozbiegnie się pewnie po całej okolicy, wykorzystując rozmaitych krewnych czy 
przyjaciół.

Będzie też musiał przyjąć nowe nazwisko.
Przypomniał sobie, że Semmańczycy znają jego prawdziwe imię,  a to znaczy,  że 

zawsze będą w stanie go odnaleźć, jeśli będzie ich  stać na dobrego maga  lub nawet 
bardzo dobrą czarodziejkę. O ile wiedział, czarnoksiężnicy nie korzystali z prawdziwych 
imion, podobnie jak czarownicy.

Teurgowie, owszem, czasami, a teurgia nie była w Semmie nieznana. Tak przecież 

znaleźli go za pierwszym razem.

Co gorsza, czy demonolodzy nie korzystają z prawdziwych imion?
Jeśli Semmańczycy postanowią wyśledzić go i zabić, a będą mieli dość rozsądku, aby 

background image

wynająć magów, z pewnością im się to uda.

Ucieczka wydała się teraz o wiele mniej zachęcająca niż przed chwilą. Musiał jednak 

pamiętać, że Semmańczycy nie są przyzwyczajeni do magii. Jeśli zdoła zatrzymać złoto 
i klejnoty, może uda mu się kupić jakąś przyzwoitą magiczną osłonę.

Czy można zmienić prawdziwe imię?
Szczerze mówiąc wątpił w to, chociaż nie miał pewności.
Uświadomił sobie nagle, że stoi z głupią miną przed czterema żołnierzami. Przerwał 

więc te rozważania.

– No dobrze. Czy ktoś chce na ochotnika popłynąć do Ethsharu?
Cała czwórka popatrzyła na siebie, a potem powiedzieli po kolei: – Nie.
– Nie, panie.
– Raczej nie.
– Niechętnie. Nie popłynąć. Nie ufam łodziom.
Sterren nie był zaskoczony.
– Rozumiem.  W takim  razie  cała  czwórka  rozejść się.  Macie znaleźć  wszystkich 

żołnierzy   i poszukać   ochotników.   Spotkamy   się   tutaj,   z ochotnikami.   Jeżeli   nie 
znajdziecie ich dosyć, wtedy zabiorę was. Zrozumiano?

– Tak, panie – odpowiedzieli nierównym chórem.
Po kolei odchodzili z tą niechcianą misją. Jeden z nich, Arra, syn Varrinsa, pamiętał, 

żeby się pokłonić, gdy odwrócił się w stronę schodów.

Sterren patrzył, jak odchodzą, i udawał, że nie słyszy, jak mamrocą między sobą, gdy 

tylko zniknęli za drzwiami.

Potem usiadł na pryczy i zaczął myśleć, planować, rozważać możliwości.
Czy uda mu  się wymknąć na ulicach Ethsharu? Czy naprawdę tego chce? Która 

śmierć jest pewniejsza: dowodzić tak marną armią w bitwie czy też ukrywać się jako 
zdrajca?

Było   to   trudne   pytanie,   a musiał   je   starannie   rozważyć,   gdyż   nie   miał   zamiaru 

umierać.

Zresztą   będzie   miał   dość   czasu,   aby  się   zastanowić.   Czekała   go  długa   droga   do 

Akalli, potem rejs przez Zatokę Wschodnią. Zdąży więc jeszcze wszystko zaplanować.

Oczywiście wiedział, że szansa ucieczki może się nie pojawić. Żołnierze wcale nie 

muszą zdezerterować,?. on może być przez cały czas pilnowany. Wiedział również, że 
będzie myślał o ucieczce przez całą drogę do Ethsharu.

background image

ROZDZIAŁ 13

Gdy dachy Ethsharu powoli się zbliżały, Sterren wychylił się za reling i wpatrywał 

w nie zachłannie. Nie tylko widział miasto, ale je wyczuwał: zapach dymu i przypraw 
z dyskretnym w tle zapachem ścieków – cudownie znajoma woń, której nie wdychał już 
zbyt długo. Aż do tej chwili nie zdawał sobie sprawy, że miasto faktycznie ma wyraźny 
zapach. Nigdy go nie opuszczał, póki nie zaciągnęli go do Semmy, więc ten zapach był tu 
zawsze, niezauważalny.

Teraz jednak wiedział, że za nim tęsknił, że ten zapach oznaczał dom. Słony aromat 

oceanu czy gorąca woń gnijącej trawy w Semmie nie mogły go zastąpić.

Po jego lewej stronie Dogal Wielki – czyli Dogal d’Gra – kichnął. Po prawej Alder 

Bardzo Wielki – Alder d’Yoon – powiedział:

– Niech bogowie zachowają cię w zdrowiu.
Dogal prychnął coś w odpowiedzi, wytarł nos grzbietem dłoni i splunął do morza.
Alder wyraźnie zrozumiał reakcję Dogala jako negatywną.
– Cóż, przynajmniej  wreszcie dotarliśmy.  Już niedługo zejdziemy z tej przeklętej 

łodzi.

– Tyle, że musimy popłynąć z powrotem – mruknął Dogal.
– Ale z powrotem wiatr powinien nam sprzyjać, nie przeszkadzać.
Sterren nie wtrącał się do rozmowy, jednak sądził, że Alder ma rację. Wiatr wyraźnie 

działał przeciwko nim. Zrozumiał teraz, dlaczego lady Kalira przy poprzedniej podróży 
do Ethsharu kupiła sztorm od magów pogody w Diamentowej Akalli, i dlaczego na ten 
rejs   także   chciała   wydać   dwie   trzecie   skromnego   skarbu.   Oczywiście   działo   się   to 
później,   kiedy   zużyła   już   większość   własnych   rezerw   na   wynajęcie   statku,   który 
popłynąłby   wtedy   i tam,   gdzie   chciała,   a nie   takiego,   który   potraktowałby   grupę 
Semmańczyków jak zwykłych pasażerów.

Sterren absolutnie zakazał marnowania funduszy na sztorm. Ta odrobina złota, którą 

dostał, i tak nie wystarczy – był tego pewien. Nie słuchał argumentów lady Kaliry. Łatwo 
było   przestać   myśleć   w semmacie,   a wtedy   jej   słowa   zdawały   się   pozbawionym 
znaczenia szumem. Podjął już decyzję.

Rzecz   jasna   nie   zdawał   sobie   sprawy,   że   o tej   porze   roku   wiatry   wieją   zwykle 

z północnego zachodu i że wynajęty statek straci miesiąc i dzień, by przehalsować przez 
Zatokę   Wschodnią   do   Ethsharu   Korzennego.   Aby   w ogóle   posuwać   się   na   północny 
zachód pod zimny jesienny wiatr, musieli zygzakować od jednego brzegu do drugiego.

Jedyny   zysk,   jaki   odniósł  z tej   zwłoki,  polegał  na   tym,  że   miał  dość  czasu,  aby 

ćwiczyć semmat.

background image

Miał już serdecznie dość ciasnych  kabin na statku, ciągłego  kołysania i huśtania. 

Stopy niemal go świerzbiały na samą myśl o spacerze po suchym lądzie.

Oczekiwanie utrudniał fakt, że rzeczony ląd był jego ojczyzną i że pojawić się może 

szansa wyrwania się na wolność.

Oczywiście może też nie mieć takiej okazji. Lady Kalira, kiedy ją zawiadomiono 

o ekspedycji, uparła się, by zabrać dwóch żołnierzy, którym najbardziej ufała: Aldera 
i Dogala.   Zyskała   przy   tym   królewskie   wsparcie.   Sterren   nie   miał   wyboru,   musiał 
ustąpić.

Uważał,  że  Alder i Dogal  przynajmniej  lubili  go trochę,  lecz  był  pewien,  że nie 

pozwolą mu uciec i porzucić Semmy na pastwę losu.

Był to dość pechowy zbieg okoliczności, ponieważ pozostałe cztery osoby w grupie 

same mogły uciec. Byli prawdziwymi ochotnikami – nazywali się Kendrik, Alar, Zander 
i Bern – i żaden z nich nie zrobił dobrego wrażenia na Sterrenie.

Ludzi typu Kendrika znał jeszcze z czasów hazardu. Człowiek ten był najwyraźniej 

przekonany, że jest sprytniejszy od wszystkich pozostałych, że potrzebuje tylko okazji, 
by   zyskać   bogactwo,   sławę   i władzę.   Semma   z pewnością   takich   okazji   mu   nie 
dostarczała – Sterren musiał to przyznać. Podejrzewał jednak, że Kendrik nie znajdzie ich 
także   w Ethsharze,   gdyż   nie   był   nawet   w przybliżeniu   tak   inteligentny,   jak   mu   się 
wydawało.

Tacy ludzie jak Kendrik najbardziej szczodrze wspomagali fundusze Sterrena, zanim 

nagle opuścił tawerny Ethsharu. Jednak nie potrafili przegrywać i często oskarżali go 
o oszustwa.   Sterren   nie   lubił   Kendrika   ani   trochę   bardziej   niż   swoich   dawnych 
przeciwników.

Alar za to zgłosił się do wojska chyba dlatego, że ktoś go o to poprosił. Był zgodnym 

człowiekiem, ale niezbyt inteligentnym i łatwo ulegał wpływom. Sterren podejrzewał, że 
może   zdezerterować   z jednym   lub   kilkoma   innymi,   ponieważ   nie   dostrzeże   żadnego 
powodu, by tego nie robić – póki nie będzie za późno.

Gdyby nie obecność Aldera i Dogala, być może Sterren sam zasugerowałby Alarowi 

ucieczkę. Kiedy już zejdą na brzeg, może uda się wygłosić kilka komentarzy w zasięgu 
jego słuchu. Na razie jednak trzymał go pod ręką. Właściwie nie lubił tego biednego 
głupca, ale tacy ludzie mogą się przydać; można ich namówić do wykonania wszystkich 
nieprzyjemnych zadań, jakie nieuchronnie się pojawią.

Zander wstąpił do armii, żeby wyrwać się z nudnego chłopskiego życia. Zgłosił się 

do tej wyprawy, aby uciec przed nudnym życiem żołnierza na Zamku Semma. Ethshar, 
mimo wszystkich swych wad, z pewnością nie wydawał mu się nudny, łatwo mógł więc 
postanowić, że nie wróci do swej starej, nudnej ojczyzny.

background image

Sterren uważał Zandera za wyjątkowo nudnego.
Bern był tajemnicą. Od chwili, gdy zgłosił się na ochotnika, prawie się nie odzywał – 

poza niezbędnym  minimum, dyktowanym  przez grzeczność. Sterren nie miał pojęcia, 
czego się po nim spodziewać: dezercji, lojalności, szaleństwa? Wszystko było możliwe.

Alder i Dogal oczywiście  nie byli  ochotnikami.  Alder mógłby się zgłosić, gdyby 

zostawiono mu wybór, lecz Dogal najwyraźniej już od poprzedniej wyprawy miał dosyć 
podróży   i z pewnością   wolałby   zostać   w domu,   gdzie   doszedł   do   przyjaznego 
porozumienia z jedną z bardziej atrakcyjnych pomocnic kucharza i gdzie nie musiał się 
przejmować chorobą morską, obcymi językami ani obyczajami.

Alder trochę bardziej lubił przygody i chyba szczerze, choć z nieznanych powodów, 

lubił Sterrena. Sterren podejrzewał, że było to uczucie podobne do tego, jakie żywi się 
wobec zagubionego szczeniaka, którego człowiek zabrał do domu. W końcu to Alder 
znalazł Sterrena, nauczył semmatu i wdrażał do zawodu wodza.

Lady   Kalira   nigdy  w życiu   nie   zgłosiłaby   się   na  ochotnika.   Podczas   poprzedniej 

wyprawy   odkryła   –   ku   swemu   zaskoczeniu   –   że   nienawidzi   podróży   i nienawidzi 
Ethsharu.   Żadna   z tych   rzeczy   nie   pasowała   do   jej   romantycznych   wyobrażeń. 
W opowieściach nigdy nie wspominano o chorobie morskiej, wulgarnych marynarzach, 
cuchnących tłumach i innych niewygodach, które czekają podróżnych. Co więcej, sam 
pomysł używania magii w wojnie uważała za obrzydliwy. Miała jednak silne poczucie 
obowiązku, które tłumaczyło jej skłonność do współpracy. Król ją wysłał, więc robiła to, 
co polecił jej suweren.

Z   pewnością   słyszała   krzyk   z bocianiego   gniazda,   kiedy   Ethshar   pojawił   się   na 

horyzoncie, jednak nie zwróciła na to uwagi i została w kabinie pod pokładem.

W   pewnym   sensie   Sterren   ją   rozumiał.   Lecz   widok   miasta   i zapach,   jaki   poczuł 

w nozdrzach, wywołały u niego łzy w oczach i wrażenie, że serce wyrwie mu się z piersi.

Przełknął ślinę i – aby zająć czymś myśli – krzyknął do marynarza na dziobie:
– Hej, tam! Gdzie będziemy cumować?
Marynarz spojrzał na niego i pokręcił głową. Sterren uświadomił sobie, że mówi 

w semmacie, ponieważ Alder i Dogal mówili w tym języku.

– Gdzie będziemy cumować? – powtórzył po ethsharyjsku.
– Przy Nabrzeżach Herbacianych – zawołał żeglarz – obok Nowego Kanału!
Sterren nie był pewien, gdzie są Nabrzeża Herbaciane, lecz znał Nowy Kanał, który 

mimo  nazwy miał   już  około   czterystu   lat.   Był   nowy  tylko  w porównaniu  z Wielkim 
Kanałem, też zresztą niespecjalnie wielkim, jednak istniejącym od stuleci, zanim jeszcze 
wykopano Nowy.

Nowy   Kanał   oddzielał   Dzielnicę   Korzenną   od   Dzielnicy   Portowej,   zwanej   też 

background image

Dokami,   na   północno-zachodnim   krańcu   miasta.   Dzielnica   Magów   leżała   w pobliżu 
południowo-wschodniego końca. Zatem grupę Sterrena czekał długi spacer.

To zresztą żaden kłopot – tym bardziej może nadarzyć się okazja, aby uciec przed 

eskortą. Gdyby na ulicy Areny było dużo łudzi, łatwo mogą przypadkiem się rozdzielić. 
Arena leżała po drodze, a ulica Areny była najlepszą trasą do Dzielnicy Magów zarówno 
z Dzielnicy Korzennej, jak i z Doków.

Przy założeniu, że chce się wymknąć. Po całym miesiącu walki z myślami wciąż nie 

był tego pewien.

Wydawałoby się, że to łatwy wybór – życie jako uciekinier we własnej ojczyźnie lub 

niemal pewna śmierć w paskudnym małym królestwie na środku pustyni. Ile razy jednak 
uznał, że już się zdecydował na ucieczkę, zaczynał wszystko rozważać na nowo. Myślał, 
co się stanie z ludźmi, których poznał w Semmie. Czy Lura będzie gdzieś głodować? Czy 
Nissitha i Shirrin zostaną zgwałcone przez zwycięskich wrogów? Czy Alder, Dogal i inni 
żołnierze, z którymi grał w kości, zginą w daremnej obronie?

Nie powinno go to obchodzić. Nie chciał przecież zostawać ich wodzem.
A jednak był wodzem, czy mu się to podobało, czy nie. Porzucenie Semmy na łaskę 

losu wydawało się niewłaściwe.

Oczywiście – nieporzucenie Semmy może doprowadzić go do śmierci, co wydawało 

się jeszcze gorsze.

A   może,   pomyślał   w natchnieniu,   zdoła   wynająć   magików,   a potem   zniknie 

w labiryncie ulic miasta. Semma mogłaby wtedy wygrać tę swoją głupią wojnę, a on 
byłby wolny i w domu. Owszem, zgodnie z prawem Semmy byłby też winien zdrady, 
lecz z pewnością nikt nie zadałby sobie trudu, aby w tych okolicznościach go szukać. 
Jeśli wygra dla nich, semmańska arystokracja nie będzie miała specjalnych powodów, by 
żywić do niego urazę, czy będzie wtedy w kraju, czy nie.

A jeśli jego magicy nie wygrają – a biorąc pod uwagę wartość nabywczą dostępnych 

funduszy, było to całkiem możliwe – przynajmniej będzie się starał, więc na pewno nie 
wyjdzie na tym gorzej, niż gdyby zdezerterował, zanim kogoś zwerbuje.

Spróbuje, a jeśli semmańskie księżniczki i tak zostaną zgwałcone albo zamordowane, 

a semmańska armia wyrżnięta, pozostanie mu świadomość, że starał się, jak mógł.

Ta wersja mu się spodobała. Dopełni swej obietnicy, wynajmie najlepszych magów, 

jakich zdoła, a jeśli potem zdarzy się okazja, ucieknie w drodze na statek.

To nie powinno być zbyt trudne, uznał. Uśmiechnął się i zamrugał, by strącić z rzęs 

łzy nostalgii.

Wynajmie   magów.   Ale   jak   zabrać   się   do   szukania   magów   dla   takiego 

przedsięwzięcia?

background image

Uśmiech znikł jak zdmuchnięty, gdy Sterren uświadomił sobie, że nie ma żadnego 

pomysłu.

Dokładnie   wiedział,  co  robić,   aby  kupić   zaklęcie   miłosne   albo  klątwę,   wyleczyć 

kurzajki czy przewidzieć przyszłość. Zabrałby pieniądze do Dzielnicy Magów i znalazł 
odpowiedniego magika, po prostu czytając szyldy.

Jednak żaden z szyldów nie ogłaszał nigdy „Wygrywanie wojen”. Skąd ma wiedzieć, 

do   jakich   magików   się   zwrócić?   Metoda   prób   i błędów   nie   będzie   skuteczna,   gdyż 
w Dzielnicy   było   magików   na   setki,   a pytanie   wszystkich   po   kolei   zajmie   całe   lata. 
Zresztą większości z nich i tak nie zainteresuje taka propozycja.

Werbownicy wszelkich odmian pracowali zawsze na miejskich rynkach, zwłaszcza 

na Rynku Portowym lub przy Zachodniej Bramie. Wykrzykiwali przechodniom swoje 
propozycje,   a każdy,   kto   marzył   o karierze   poszukiwacza   przygód   czy   o innym, 
wyjątkowo   ryzykownym   i brudnym   zajęciu,   mógł   iść   na   rynek   i wybrać   z kilku 
możliwości.

Jednak w Dzielnicy Magów nie było żadnego rynku. Był tylko Plac Areny, lecz tam 

Sterren nie widywał werbowników. Najbliższym prawdziwym rynkiem byłby ten przy 
Południowej Bramie, ale Sterren nigdy tam nie trafił. Gry hazardowe wokół Południowej 
Bramy   były   dobrze   zorganizowane;   niezależnych   graczy,   takich   jak   on,   witano 
niechętnie.

A   może   Południowy  Rynek   przy  zbiorniku   będzie   bliższy   Dzielnicy   Magów   niż 

Południowa Brama? Przechodził kiedyś tamtędy. Nie pamiętał czy widział werbowników 
ale nie miał też pewności, że ich nie było.

Był jeszcze rynek przy Wschodniej Bramie, przy Konopnym Polu, Nowy Rynek, 

Nowa Brama. Grał w kości w oberżach i tawernach w pobliżu, zanim wrócił na znajome 
tereny wokół Zachodniej Bramy i obu kupieckich dzielnic. Tamte rynki też na ogół nie 
miały   werbowników,   i nie   leżały   zbyt   blisko   Dzielnicy   Magów,   ale   czy   należy   je 
zupełnie pominąć?

Po   raz   pierwszy   w życiu   Sterren   zaczął   myśleć,   że   wielkość   miasta   może   być 

poważną wadą.

Zamrugał, pokręcił głową i zastanowił się jeszcze raz.
Żaden z tych rynków nie wydawał się odpowiedni, lecz Portowy będzie najlepszy, 

jeśli zdecyduje się na takie rozwiązanie. Było to tradycyjne miejsce, gdzie rekrutowano 
ludzi zainteresowanych morskimi podróżami. Leżał też najbliżej Nabrzeży Herbacianych, 
gdziekolwiek one się znajdują. To oznacza krótszy marsz po ulicach. Ponadto Rynek 
Portowy   był   zawsze   zatłoczony   i leżał   blisko   jego   ulubionych   kiedyś   miejsc,   jak 
i rozmaitych kryjówek.

background image

Nie   znał   wszystkich   tak   dobrze,   jakby   chciał   –   zwykle   unikał   Doków,   aby   nie 

spotkać się z pijanymi żeglarzami, którzy są skłonni do przemocy, ani z oficerami, którzy 
nie cofną się przed porwaniem, by uzupełnić załogę. Uznał jednak, że na pewno coś tam 
znajdzie.

Czy w okolicy Rynku Portowego spotka jakiegoś maga?
Plac Areny był z pewnością bliższy Dzielnicy Magów; pamiętał też tablicę, na której 

mógłby umieścić wiadomość. To druga możliwość, której nie należy lekceważyć.

Zresztą wypytywanie ludzi w Dzielnicy Magów lub wędrówka ulicami i wzywanie 

ochotników też może przynieść jakieś efekty. Może dowie się o jakimś ambitnym uczniu, 
bliskim   ukończenia   terminu,   lub   nawet   o czeladnikach.   Magicy   z pewnością   plotkują 
między   sobą   i będą   wiedzieć,   kto   szuka   pracy   tak   desperacko,   by   zainteresować   się 
niezwykłą przygodą.

Co więcej, nie ma powodów, aby nie spróbować wszystkich trzech sposobów.
Uśmiechnął się znowu. To był z pewnością rozsądny pomysł i w dodatku wymagał 

długiego,   solidnego   pobytu   w Ethsharze   i wizyt   w dwóch   najbardziej   zatłoczonych 
miejscach miasta  – na Rynku  Portowym  i Placu Areny.  Dzielnica  Magów  jest mniej 
zatłoczona,   ale   pełna   zakątków   i zakamarków,   gdzie   łatwo   można   zniknąć   z widoku 
towarzyszy.

A to wydawało się bardzo obiecujące.
Kiedy   rosło   przed   nim   boleśnie   znajome   miasto,   decyzja,   by   pozostać   aż   do 

wynajęcia  magików, z każdą chwilą stawała się mniej  stanowcza. W końcu uznał, że 
wykorzysta   każdą   okazję   ucieczki,   jaka   się   pojawi,   ponieważ   każda   może   być   już 
ostatnią.

Jeśli się jednak nie pojawi, jakoś to przeżyje.
Był   w końcu   graczem   –   przyzwyczaił   się   do   przyjmowania   tego,   co   zsyłali   mu 

bogowie szczęścia, i wykorzystywania tego jak najlepiej. Jeśli szczęście pozwoli mu się 
wymknąć,   zrobi   to.   Jeśli   nie   będzie   miał   takiej   szansy,   spróbuje   wynająć   magików 
i odegrać swoją rolę wodza.

Przed   sobą   widział   już   port   i ujście   Nowego   Kanału.   Kilkaset   stóp   na   lewo 

wystawały pod kątem trzy pomosty.  Statek kierował się prosto ku nim, więc Sterren 
domyślił się, że to są właśnie Nabrzeża Herbaciane.

Znaleźli się po stronie Dzielnicy Korzennej, ale chyba bez trudu przedostaną się stąd 

do   Portowej.   Dzielnica   Korzenna   nie   miała   rynku   –   kupcy   korzenni   handlowali 
bezpośrednio   w porcie,   więc   Rynek   Portowy   będzie   pierwszym   przystankiem 
w poszukiwaniu magików.

Ta wyprawa, pomyślał, może się okazać całkiem przyjemna.

background image
background image

ROZDZIAŁ 14

Sterren zatrzymał się i wyciągnął rękę. – To jest Nowy Kanał – powiedział głośno, 

by   usłyszano   go   mimo   wiatru.   –   A Rynek   Portowy   leży   po   drugiej   stronie.   Tam 
zaczniemy szukać.

Lady Kalira przyjrzała się rzędowi sklepów na drugim brzegu i prychnęła.
– Nie wiedzę tam żadnego rynku – stwierdziła odrobinę nadąsana.
– Nie leży nad kanałem, tylko kilka ulic w głąb – szczerze mówiąc, Sterren nie był 

pewien, jak daleko jest rynek. W ogóle nie znał zbyt dobrze tej części miasta i nigdy 
dotąd nie próbował się dostać z Dzielnicy Korzennej do Portowej. – Czy nadal uważasz, 
że powinniśmy natychmiast przystąpić do pracy, zamiast najpierw poszukać czegoś do 
jedzenia i noclegu?

– Możemy spać na statku – odparła zirytowana. – Jeść także, jeśli będzie trzeba. 

A teraz: gdzie jest ten rynek?

– A jak się tam przedostaniemy? – zapytał Alder. – Jest jakiś most?
Sterren musiał się zastanowić.
– Jest na Głównym Kanale, który odchodzi od tego, czy może na Nowym Kanale, tuż 

przed rozgałęzieniem. Nie jestem pewien.

– Łodzie – zauważył Kendrik – muszą być jakieś łodzie pływające na drugą stronę.
– Oczywiście, że tak – przyznał Sterren, chociaż nie wiedział, dopóki nie zobaczył 

tego, co Kendrik: małej płaskodennej łódki, która nie mogłaby opuścić spokojnych wód 
kanału.   W łódce,   przywiązanej   do   kei   po   przeciwnej   stronie   kanału,   drzemał   jakiś 
człowiek, a gnijące skórki owoców obijały się łagodnie o jej burtę. Sterren rozejrzał się 
i dostrzegł podobną keję po swojej stronie; wystawała na czterdzieści stóp w głąb wody 
i po jednej stronie miała miejsce, gdzie taką łódkę można by zacumować.

– To jest prom – stwierdził i poprowadził ich do portu.
Miał nadzieję, że to rzeczywiście prom. Jeśli nie, wyjdzie na głupca.
– Nie rozumiem, po co to robimy – mruczał Zander, podążając za swoim wodzem 

w dół wyłożonego kamieniami zbocza.

– Bo Rynek Portowy to miejsce, gdzie werbują ludzi na dalekie wyprawy. Mówiłem 

wam przecież – odparł Sterren, wstępując na deski kei.

Zander nie dał się tak łatwo uciszyć.
– Zawsze jest tak zimno? – spytał, otulając się mocniej tuniką.
– Nie – odparli jednocześnie Sterren i lady Kalira.
Sterren   nie   był   szczególnie   zadowolony   z zimna,   wiatru   i narzekań   Zandera. 

Zniechęcały do ucieczki. Ogromna powierzchnia miasta także. Sterren, wychowany tutaj 

background image

i przyzwyczajony, nie zdawał sobie sprawy, jak przerażające musi się wydawać to miasto 
cudzoziemcowi,   który   przybył   właśnie   z wiejskiej,   otwartej   Semmy   i nagle   został 
otoczony nieskończonym z pozoru labiryntem murów i ulic.

Nawet bogaty aromat miasta, który tak go ucieszył, Semmańczykom musiał wydać 

się obcy i przykry.

Szybko stracił nadzieję, że cała czwórka jego ochotników zdezerteruje, ale nawet 

jeśli jeden to zrobi, będzie mógł posłać resztę na poszukiwanie, podczas gdy on i lady 
Kalira poprowadzą dalej misję werbunkową. A to może dać okazję do ucieczki.

Doszedł do końca kei, zatrzymał się i zamachał ręką.
– Hej! – krzyknął ile sił w płucach, by usłyszano go na drugim brzegu. – Tutaj!
Mężczyzna w płaskodennej łodzi poderwał się, wyrwany z drzemki. Zobaczył grupę 

na wschodnim brzegu. Usiadł, a potem wstał i sięgnął po wiosło z długim drzewcem.

Sterren   wyczuwał,   że   lady   Kalira   niecierpliwi   się,   gdy   tak   stali   i patrzyli,   jak 

przewoźnik   swobodnie   używa   drzewca,   by   odepchnąć   się   od   kei,   a potem   wiosłuje 
powoli   przez   kanał.   Walczył   przy   tym   z wiatrem,   który   usiłował   zepchnąć   jego 
niezgrabną   łódź   na   morze.   W ocenie   Sterrena,   odstęp   między   dwoma   kejami   sięgał 
dwudziestu sążni. Pokonanie go zabrało łodzi długie minuty. Zbliżając się, przewoźnik 
przestał wiosłować, sięgnął w dół i podniósł zwój liny. Rzucił jeden koniec na brzeg. 
Alder, z godną podziwu szybkością, pochwycił ją i zaczął przyciągać łódź. Drugi koniec 
liny był przywiązany do dziobu, który po chwili uderzył w odrapany koniec kei.

– Banda barbarzyńców – mruknął po ethsharyjsku przewoźnik. – Nie wezmę was 

wszystkich naraz! – zawołał głośno.

Semmańscy żołnierze nie znali ethsharyjskiego i wszyscy ruszyli w stronę łodzi.
–   Czekajcie!   –   krzyknął   Sterren.   –   Nie   wszyscy   naraz.   Bobo...   –   Nie   znał 

w semmacie odpowiednika słów „utoniemy”, „zaleje nas” czy „dnem do góry”.

Nie potrzebował go zresztą. Żołnierze zrozumieli, o co chodzi, i przestali się tłoczyć.
– Tak, to banda barbarzyńców – zwrócił się Sterren do przewoźnika w ojczystym 

języku. – Ale muszę się nimi zająć. Ilu możesz zabrać?

– A ilu was jest? – zapytał przewoźnik, mierząc wzrokiem niewielką grupę.
Sterren przeliczył szybko, by się upewnić, że o nikim nie zapomniał.
– Ośmiu.
Przewoźnik zastanowił się.
– Bez trudu mogę zabrać czwórkę. Czyli przewiozę was na dwa razy. Dam wam 

zniżkę, sześć miedziaków za wszystkich.

Sterren nie był pewien, czy to rzeczywiście zniżka, ale nie zwracał na to uwagi. Oto 

zesłana przez bogów szansa, by rozdzielić grupę. Zwrócił się do lady Kaliry:

background image

– Mówi, że może zabrać czterech naraz – wyjaśnił. – Popłynę pierwszy z Zanderem, 

Alarem i Bernem, a potem on wróci i zabierze resztę.

– O nie! – odparła. – Nie, zostanę z tobą. Ty, ja, Alder i Dogal płyniemy pierwsi, 

a potem pozostali.

-
– Pani, czy mam ci przypomnieć, że ja tu dowodzę, a nie ty? To moje miasto, a ja 

jestem twoim wodzem...

–  To  rzeczywiście   twoje  miasto  –  przerwała  mu  lady  Kalira   –  i właśnie  dlatego 

zostanę z tobą.

Sterren otworzył usta, aby zaprotestować, lecz dostrzegł wyraz twarzy Aldera.
Trudno   byłoby   go   opisać   –   miał   w sobie   coś   z irytacji,   rezygnacji   i zwątpienia. 

Sterren zrozumiał jednak od razu, że Alder nie ufa mu ani trochę bardziej niż lady Kalira. 
Zamknął usta.

– No dobrze – zgodził się po chwili. – Popłyniemy pierwsi, a potem ta czwórka. – 

Przecisnął się przez żołnierzy i wsiadł do łodzi. – Pozwól, pani – odwrócił się i podał jej 
rękę.

Lady   Kalira   przyjęła   pomoc   i zeszła   do   łodzi,   zajmując   miejsce   na   dziobowej 

ławeczce.

Po niej wsiadł Dogal i Alder z cumą, a Sterren, według wskazówek przewoźnika, 

usadził ich pośrodku. On zajął miejsce na dziobie, obok lady Kaliry.

– Wiosła są po obu stronach – rzucił przewoźnik ze swego miejsca na rufie.
Sterren   przetłumaczył,   a Dogal   i Alder   sięgnęli   po   uchwyty.   Przewoźnik   swym 

długim wiosłem odepchnął ich od kei.

Dopiero po chwili semmańscy żołnierze złapali rytm, ale i tak podróż na zachodni 

brzeg była szybsza niż samotna trasa łodzi na wschód.

Po drugiej stronie szybko wygramolili się na brzeg.
– To będzie sześć miedziaków – powiedział przewoźnik, kiedy stali już na kei. – Nie 

wracam po nich, jeżeli nie zobaczę pieniędzy.

Sterren   nie   tracił   czasu   na   tłumaczenie   –   wyjął   pieniądze   z sakiewki   i rzucił 

mężczyźnie, który chwycił je zręcznie.

Potem cała czwórka czekała, aż łódź wróci z pozostałymi żołnierzami.
Dopiero wtedy lady Kalira uświadomiła sobie, że żaden z pozostałych nie zna słowa 

w ethsharyjskim   ani   nawet   w mowie   kupców.   Przewoźnik   starał   się   jak   mógł,   by 
zrozumieli;   na   drugi   brzeg   dobiegały   krzyki   w obu   językach,   ale   długo   trwało,   nim 
czwórka Semmańczyków wreszcie zajęła miejsca i odbiła od kei.

background image

Sterren czujnie obserwował towarzyszy, od czasu do czasu zerkał na ulicę za sobą, 

lecz nie dostrzegł żadnej okazji, by szukać kryjówki. Czekał więc smętnie, aż grupa znów 
będzie razem.

Północny wiatr był chłodny.  Dogal drżał mocno, gdy żołnierze wysiadali z łódki. 

Nawet Sterrenowi było zimno.

– Tędy – powiedział, nie mając pojęcia, którędy powinni iść. Chciał po prostu ruszyć 

z miejsca i schować się przed wiatrem.

Poprowadził   ich   w górę,   prostopadle   do   kanału.   Przeszli   przez   ulicę   i dwa 

skrzyżowania.

Wtedy zatrzymał się i spróbował ustalić, gdzie jest. Pozostała siódemka, maszerująca 

tuż za nim, niemal na niego wpadła.

Rozejrzał się. Tamci poszli za jego przykładem.
Z pewnością  znaleźli  się w Dokach.  Większość  ludzi,  których  widzieli,  miała  na 

sobie niebieskie kilty i białe tuniki żeglarzy. Minęli dwa sklepy z żywnością i warsztat 
bednarza.   Rudowłosa   kobieta,   owinięta   w gruby,   osłaniający   przed   wiatrem   szal, 
siedziała   na   balkonie   pobliskiego   zamtuza.   Krzyknęła   coś   na   powitanie,   uznając 
żołnierzy za potencjalnych klientów. Zwłaszcza Kendrik wpatrywał się w nią zachłannie.

Sterren nie rozpoznał ulicy. Zastanawiał się, czy nie zatrzymać któregoś z żeglarzy, 

ale   zrezygnował   z tego   pomysłu.   Nie   chciał   ujawniać,   że   tak   szybko   zgubił   się   we 
własnym mieście.

Mimo tupotu mijających go stóp i świstu wiatru pod okapami, przed sobą na lewo 

usłyszał jakieś głosy.

– Tędy – powiedział i ruszył.
Semmańczycy podążyli za nim. Alder i Dogal niemal następowali mu na pięty, za 

nimi szła lady Kalira, a żołnierze wlekli się z tyłu.

Przy następnym  skrzyżowaniu  skręcił w lewo i spojrzał  wprost na Rynek,  o dwie 

przecznice dalej.

Rozpoznał   zresztą   ulicę   Wschodniego   Nabrzeża.   Wciąż   jednak   nie   wiedział,   jak 

nazywa się ta, którą przyszedł od strony kanału.

– No i macie – rzucił i wskazał ręką. – Rynek Portowy.
Był dumny, że zdołał doprowadzić grupę do celu przez obcą część miasta, ale na 

Semmańczykach jego wyczyn nie zrobił specjalnego wrażenia. Oczywiście nie wiedzieli, 
że ta dzielnica była mu nieznana.

Ciekawe, czy już do nich dotarło, że miasto jest na tyle duże, że mógł go nie znać 

całego.

background image

–   To   dobrze   –   mruknęła   lady   Kalira.   –   Znajdźmy   jakiegoś   maga   i wracajmy   na 

statek, zanim tu zamarzniemy.

– To nie musi być mag – zaczął Sterren, ale gniewny wzrok kobiety zniechęcił go do 

dalszych wyjaśnień. Pomaszerował dalej.

Rynek   nie   był   zatłoczony,   zapewne   z powodu   pogody.   Niesprzyjające   wiatry 

utrudniały statkom dotarcie do portu z towarami na sprzedaż czy dla skompletowania 
załogi. Zimno zniechęcało też przypadkowych przechodniów. Wątpił, czy była tu choć 
setka ludzi.

Jeden z nich był niewątpliwie magiem w kompletnej czerwonej szacie, z zestawem 

dobrze   wypełnionych   sakiewek   i pochewek   przy  pasie.   Inny   –   wysoki,   chudy,   blady 
i w czerni – mógł być czarnoksiężnikiem.

Sterren   pomyślał   nagle,   że   jego   obecność   tutaj   była   błędem.   Po   co   mu   w ogóle 

magicy? Chciał tylko, żeby wszyscy zostawili go w spokoju. Przystanął.

– Chodźmy – ponagliła lady Kalira, a Alder chwycił go za łokieć.
Sterren wszedł na rynek, znalazł spokojne miejsce i zatrzymał się znowu.
– Co teraz? – spytała lady Kalira.
Sterrena   ogarnął   lęk   –   trema,   choć   nigdy   nie   spotkał   się   z takim   określeniem. 

Wiedział,   że   nadszedł   czas,   by   wykrzykiwać   swoje   propozycje.   Jednak   nie   mógł 
wykrztusić ani słowa.

Wpadł na świetny pomysł.
– Powiedz im, czego chcemy – zwrócił się do lady Kaliry. – Ja?
– Tak, ty. Żądam tego jako twój wódz.
– Ależ panie, nie znam ethsharyjskiego!
W napadzie paniki Sterren zupełnie o tym zapomniał. Nagle wpadł mu do głowy 

inny pomysł. Zanim stracił odwagę, uniósł ręce i zawołał:

– Mieszkańcy Ethsharu! Ci barbarzyńcy sądzą, że zwerbuję im kogoś na służbę, lecz 

w rzeczywistości uwięzili mnie wbrew mej woli! Proszę was, żebyście przywołali straż 
miejską!

–   Chwileczkę   –   przerwała   mu   lady   Kalira   i pociągnęła   go   za   rękę.   –   Co 

powiedziałeś?

– Powiedziałem...
–   Nie   powiedziałeś   nic   o magikach   i chyba   słyszałam,   jak   mówisz   coś   o straży 

miejskiej.

Sterren  zobaczył   niepewny  wyraz  twarzy  Aldera  i zauważył,   jak  kładzie   dłoń  na 

rękojeść miecza. Odchrząknął.

background image

– Musiałem się rozgrzać – wyjaśnił.
Rozejrzał się i przekonał, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Wiatr wyraźnie porwał 

jego słowa i nikt ich nie usłyszał. A może wzięli je za żart czy próbę zwrócenia uwagi.

Spojrzał na swoją grupę i zobaczył, że zniknął Kendrik. Uśmiechnął się, lecz udał, że 

niczego nie zauważył.

Przynajmniej na razie.
Póki co bezpieczniej będzie zachowywać się jak należy i rzeczywiście podjąć próbę 

zwerbowania jakiegoś magika. Szanse ucieczki mogą się z czasem poprawić.

Odwrócił się w stronę środka placu i wykrzyknął po ethsharyjsku:
–   Potrzebni   magicy!   Potrzebni   magicy!   Mówię   w imieniu   króla   Phenvela   III 

z Semmy!   Przybywam,   aby  wynająć   dobrych   magików   dowolnej   szkoły  na   potrzeby 
królewskiej armii Semmy!

– Teraz lepiej – mruknęła lady Kalira, rozpoznając znajome słowa.
Młody człowiek zatrzymał się, aby posłuchać, a Sterren wołał dalej:
– Znakomita płaca! Wygodne kwatery! Okazja do zdobycia chwały i honor walki 

w słusznej sprawie! Potrzebni magicy dowolnej szkoły!

Zaczynał wczuwać się w rolę. Nie różniło się to tak bardzo od sytuacji, kiedy musiał 

skłonić przegrywającego przeciwnika, żeby zaniechał zemsty.

–   Myślisz,   że   znajdziesz   porządnych   magików   tutaj,   o tej   porze   roku?   –   zapytał 

młodzieniec, krzywiąc się lekko.

– Zamknij się – odparł uprzejmie Sterren. – Magicy! – zawołał.
Słuchacz parsknął.
Dostatnio ubrana para w średnim wieku podeszła bliżej.

– Potrzebujemy magików! Płaca w złocie i klejnotach, wszystkie wydatki pokrywane 

przez królewski skarbiec!

Zbliżył się mag w czerwonej szacie. Podszedł też wysoki mężczyzna w czerni.
– Ty,  magu  – spytał  Sterren i skinął ręką – czy chciałbyś  udać się w podróż do 

Semmy, klejnotu Małych Królestw?

Mag uśmiechnął się krzywo, odwrócił i odszedł.
– Może ja bym chciał – odparł mężczyzna w czerni.
– Jesteś magikiem, panie? – zapytał Sterren.
Mężczyzna uniósł dłoń, a gruby wir pyłu powstał przed nim z mocno ubitej ziemi 

rynku, nie zważając na pędzący przez plac wiatr. Pył skręcił się w kulę wielkości pięści, 
na moment zawisł w powietrzu, a potem rozprysnął się i znikł smagnięty podmuchem.

– Jestem czarnoksiężnikiem – oznajmił człowiek w czerni.

background image
background image

ROZDZIAŁ 15

Po   godzinie   krzyków   Sterren   zrezygnował.   Gardło   miał   zdarte,   ledwie   mógł 

wydobyć głos i zupełnie stracił zainteresowanie tłumu. Czarnoksiężnik stał obok i cały 
czas  cierpliwie  czekał.  Nie zgodził  się jeszcze  na udział  w wyprawie,  lecz  także  nie 
odrzucił propozycji; nie pytał o szczegóły. Po prostu czekał.

Pojawiła   się   też   czarnowłosa   kobieta   z cieknącym   nosem,   mniej   więcej   w wieku 

Sterrena,   ubrana   w poplamioną   purpurową   szatę,   typową   dla   osób   śpiących   na 
Stustopowym   Polu.   Twierdziła,   że   jest   magiem,   i zgodziła   się   popłynąć.   Bardziej 
interesowała ją gwarancja Sterrena, że w służbie Semmy będzie regularnie karmiona, niż 
szczegóły dotyczące pracy czy oferowane wynagrodzenie.

Słońce opadało już nad dachami po zachodniej stronie placu.
– Pora na kolację – rzekł Sterren w semmacie, zwracając się do lady Kaliry. – Nie 

sądzisz?

– Sądzę – zgodziła się.
Niemal   godzinę   wędrowała   po   rynku,   oglądając   stragany,   nic   jednak   nie   kupiła. 

Sterren   podejrzewał,   że   wstydzi   się   słabej   znajomości   ethsharyjskiego   –   jeśli   te 
kilkanaście   zdań   można   określić   jako   znajomość   –   by   targować   się   w tej   mowie, 
a miejscowi kupcy, choć pewnie znali po kilka języków, to raczej nie tak mało popularny 
jak semmat.

Oczywiście   lady   Kalira   znała   mowę   kupców,   przypomniał   sobie   Sterren,   więc 

większość   sprzedawców   pewnie   by   sobie   z tym   poradziła.   Może   jednak   nie   była 
świadoma tego faktu? A może nie język był tu ważny, lecz jej skromne fundusze? To 
mogło być niewygodne – miał nadzieję, że w nieprzewidzianych sytuacjach będzie mógł 
sięgnąć do jej sakiewki.

Niezależnie   od   powodów,   lady   Kalira   wróciła   kilka   minut   wcześniej,   z pustymi 

rękami.

Podczas całego występu Sterrena Alder i Dogal stali blisko niego. Nawet nawołując, 

rozglądał się, szukając okazji, aby im się wymknąć. Nic takiego się nie przydarzyło.

Trudno   powiedzieć   to   samo   o Alarze,   Zanderze   czy   Bernie,   którzy   gdzieś   się 

rozeszli. Zander i Bern już wrócili, Alar jeszcze nie. Nie było też ani śladu po Kendriku.

Sterren zwrócił się do czarnoksiężnika.
– Czy zechciałbyś przyłączyć się do nas przy kolacji? – zapytał po ethsharyjsku. – 

Moglibyśmy dokładniej omówić sprawę pracy.

Czarnoksiężnik lekko skinął głową.
– Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie dostaniemy przyzwoity posiłek? – zapytał Sterren. 

background image

– Czy powinniśmy raczej ruszyć do Zachodniej Bramy?

– To nie moja część miasta – odparł czarnoksiężnik.
Sterren   zawahał   się,   lecz   zrezygnował   z zadawania   mu   dalszych   pytań,   jak   na 

przykład, która część jest jego i dlaczego ją opuścił. Odwrócił się w stronę kobiety maga 
z pytaniem niemal wypisanym na twarzy.

Zanim   zdążył   się   odezwać,   wskazała   tawernę   przy   północnym   rogu   ulicy 

Powodziowej, gdzie wyblakły szyld przedstawiał złotego smoka.

– Wystarczy – powiedział, ruszając w tamtą stronę.
– Chwileczkę – zaprotestowała lady Kalira. – Co z Kendrikiem i Alarem?
Sterren zatrzymał się.
– Pani – rzekł. – Kendrik zdezerterował, zanim jeszcze dotarliśmy do rynku. Ostatnio 

widziałem go wśród... – przerwał. Po chwili wahania przywołał ethsharyjskie słowo. – 
Wśród zamtuzów na... – przerwał znowu i westchnął. – Na ulicy Wschodniego Nabrzeża 
– wyjaśnił po ethsharyjsku. Wrócił do semmatu – Alar odszedł jakiś czas temu i nie mam 
pojęcia, gdzie się podziewa. Nie mam ochoty szukać go ani czekać na jego powrót.

– Nie możesz przecież pozwolić na dezercje!
– Nie mogę też pozwolić, żebym głodował czy umarł z pragnienia.
Mina lady Kaliry świadczyła, że to jej nie wystarczy.
–   No   dobrze   –   zrezygnował.   –   Zander,   ty   i Bern   pójdziecie   poszukać   Kendrika 

i Alara. Potem dołączycie do nas w tej oberży, o tam – wskazał „Złotego Smoka”. – Jeśli 
nas nie będzie, wracajcie na statek. Stoi przy... – urwał. Wolałby znać słowo „nabrzeże” 
w semmacie, ale wtedy, gdyby pytali o drogę, i tak nikt by ich nie zrozumiał. – Nabrzeża 
Herbaciane – powiedział po ethsharyjsku, po czym zapytał w semmacie: – Umiecie to 
powtórzyć?

– Dlaczego mamy to powtarzać? – zdziwił się Zander.
– Na wypadek, gdybyście się zgubili – wyjaśnił Sterren.
Koncepcja zagubienia się była dla Zandera, urodzonego i wychowanego na otwartej 

równinie,   czymś   zupełnie   nieznanym   –   nie   tak   jak   dla   Sterrena,   chłopaka   z miasta. 
Widząc jednak labirynt ulic, Zander dostrzegł sens tego słowa.

– Aha – powiedział.
– Nabrzeża Herbaciane – powtórzył Sterren. – Spróbuj.
Zander z wysiłkiem wymówił obce sylaby. Efekt był całkowicie niezrozumiały.
– Bern?
–   Nabrzeża   Herbaciane   –   powiedział   Bern   w akcentowanym,   lecz   zrozumiałym 

ethsharyjskim.

background image

Sterren przyjrzał mu się podejrzliwie.
– Nie znasz ethsharyjskiego, co?
– Nie, panie – potwierdził Bem.
– Zander, spróbuj jeszcze raz. Nabrzeża Herbaciane.
Tym razem Zander zdołał wydać z siebie prawie odpowiednie dźwięki.
– To chyba wystarczy. Pracujcie nad tym, szukając swoich towarzyszy.
Zander kiwnął głową, Bern nie tracił na to czasu. Odwrócili się i pomaszerowali 

przez tłum na rynku.

Sterren   patrzył,   jak   odchodzą,   nie   wiedząc   i nie   dbając   o to,   czy   któregokolwiek 

zobaczy znowu.

Pozbył  się już czterech z siedmiu niechcianych  towarzyszy,  pomyślał. To połowa 

drogi do wolności!

– Tędy – powiedział i poprowadził grupę do „Złotego Smoka”.
Tawerna   nie   była   nawet   w połowie   wypełniona,   więc   bez   trudu   znaleźli   stolik 

niedaleko drzwi. Po chwili namysłu Sterren uznał, że ani siedzenie twarzą do drzwi, ani 
plecami, nie jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chce się jakoś stąd wymknąć. Usiadł 
więc prawym bokiem do drzwi, a tyłem do sali.

Lady Kalira zajęła miejsce naprzeciwko, pod ścianą. Alder usiadł po jego prawej 

stronie, plecami do wejścia, Dogal po lewej, czarnoksiężnik pomiędzy Dogalem a lady 
Kalirą, a kobieta po drugiej stronie.

Sterren skorzystał z okazji, aby przyjrzeć się swym rekrutom.
Oboje   byli   szczupli,   jednak   wychudzenie   kobiety   wydawało   się   skutkiem 

krańcowego niedożywienia, natomiast czarnoksiężnik miał po prostu taką budowę. Mag 
nosiła   długie   włosy,   opadające   czarnymi   lokami   do   połowy   pleców.   Choć   była 
obszarpana   i brudna,   włosy   nosiły   ślady   niedawnego   czesania.   Twarz   miała 
wymizerowaną,   a oczy   piwne   i niespokojne.   Czysta,   uśmiechnięta   i lepiej   odżywiona 
byłaby kobietą atrakcyjną, uznał Sterren, a może nawet piękną.

Pociągnęła nosem, po czym wytarła go poplamionym mankietem.
Czarnoksiężnik   był   czysty,   wyglądał   na   dobrze   odżywionego,   ale   wcale   się   nie 

uśmiechał. Jego pomarszczona wąska twarz była nieruchoma, bez wyrazu. Czarne włosy 
ze śladami siwizny nosił krótkie, ledwie zasłaniające uszy. Sterren uznał, że ma trochę 
powyżej czterdziestki; ile dokładnie – trudno było zgadnąć. Kiedyś może był przystojny, 
ale teraz wyglądał jedynie imponująco.

Gdy tylko zajął miejsce, a zanim pojawiła się służba, czarnoksiężnik odezwał się:
– Zauważyłem, że w ciągu całej godziny nie określiłeś natury zatrudnienia.

background image

Zaskoczony Sterren przyznał mu rację.
– Rzeczywiście nie.
Mag wygłodniałym wzrokiem patrzyła na zbliżającą się dziewkę służebną. Sterren 

wykorzystał ten fakt, aby zmienić temat.

– Pani – zwrócił się w semmacie do lady Kaliry – co będziemy jedli i na czyj koszt?
– Ty nas tu sprowadziłeś – odparła lady Kalira – więc ty płacisz. Chciałeś kolacji, 

więc zjemy kolację. Co mówił ten człowiek w czerni?

– Pytał o szczegóły naszej propozycji. Wino do posiłku?
Lady Kalira skinęła głową.
Sterren spojrzał na obu żołnierzy. Przytaknęli.
– Wino by się przydało – stwierdził Alder.
Sterren przyznał mu rację. Przeszedł na ethsharyjski i zwrócił się do kobiety.
– Czy życzysz sobie wina do kolacji?
Dziewka dotarła do stołu, usłyszała ostatnie pytanie i zauważyła skinienie głowy.
–   Mamy   kilka   dobrych   roczników   –   poinformowała.   Jej   ton   zabrzmiał   jak 

propozycja.

– Ta trójka barbarzyńców i tak tego nie doceni – wyjaśnił Sterren – a mnie nie stać. 

Mam  więc  nadzieję,  że  moi  goście  wybaczą,   jeśli  napijemy  się  zwykłego   stołowego 
wina, i zjemy to, co tam macie dziś na kolację, tylko nic specjalnego. To dla całej naszej 
szóstki, chyba że...

Spojrzał pytająco na czarnoksiężnika, który lekko machnął ręką na znak zgody.
– Wystarczy – zgodziła się mag.
Dziewczyna odeszła.
– Jaka jest natura tego zatrudnienia? – powtórzył czarnoksiężnik.
W swej rynkowej przemowie Sterren starannie unikał szczegółów. Obawiał się, że 

przestraszy potencjalnych chętnych. Teraz jednak zrozumiał, że czas wykrętów dobiegł 
końca. Westchnął ciężko.

– Jestem dziedzicznym wodzem jednego z Małych Królestw. To niewielkie państwo 

daleko na południu. Nazywa się Semma. Nie chciałem tej funkcji, ale nie mogę z niej 
zrezygnować. Semma znalazła się na krawędzi wojny z dwoma większymi sąsiadami. 
Jesteśmy skazani na klęskę. Armia jest żałosna, a wróg dysponuje ogromną przewagą 
liczebną.   Nie   mamy   żadnej   szansy,   chyba   że   będziemy   oszukiwać.   W Małych 
Królestwach,   a przynajmniej   w okolicy   Semmy,   nie   korzystają   z magii   w działaniach 
wojennych.   Uznawana   jest   za   coś   niehonorowego:   oszustwo.   No   cóż,   gotów   jestem 
oszukiwać, gdyż w przeciwnym razie zginę. Szukam więc magików, którzy pomogą nam 

background image

wygrać tę wojnę. Nie jest to trudne zadanie, gdyż  magia właściwie tam nie istnieje, 
a żołnierze nigdy wcześniej przeciw niej nie walczyli.

Spojrzał na czarnoksiężnika w nadziei, że przynajmniej rozważy tę propozycję.
– Wojna? – ton mężczyzny był chłodny i jakby zamyślony.
Sterren kiwnął głową, zadowolony, że czarnoksiężnik nie odmówił od razu. Zerknął 

na kobietę.

Nie   słuchała;   wpatrywała   się   w drzwi   kuchni.   Były   to   ciekawe   drzwi,   z czaszką 

małego   smoka   umocowaną   tak,   że   górna   część   wieńczyła   ramę,   a dolna   służyła   za 
klamkę.   Sterren   podejrzewał   jednak,   że   bardziej   interesuje   ją   to,   co   pojawi   się 
w drzwiach, niż dekoracja, której tawerna zawdzięczała nazwę.

Poczuła jego spojrzenie i odwróciła się.
– Nie obchodzi mnie, co to za praca – oświadczyła, pociągnęła nosem i odrzuciła na 

ramię kosmyk włosów. – Jeśli tylko nie zginę od razu i jeśli płacicie w złocie, biorę – 
zawahała się i wytarła nos. – Nie zginę od razu, prawda?

– Mam nadzieję, że nie – zapewnił Sterren. – Jeśli wygramy, na pewno nie. Jeśli 

przegramy,  będziecie  pewnie  musieli  uciekać  – wzruszył  ramionami.  – Ucieczka  nie 
powinna być trudna, to otwarty teren, a królestwa są tak małe, że bez kłopotu można 
przekroczyć granicę, zanim was dogonią.

Czarnoksiężnik skinął głową.
– Więc mówisz, że Semma jest daleko na południu?
Sterren przytaknął.
– Mniej więcej tak daleko na południowy wschód jak to tylko możliwe. Z najwyższej 

wieży zamku w pogodny dzień można zobaczyć krawędź świata. Sam ją widziałem.

Zerknął   na   czarnoksiężnika;   w głębi   umysłu   rodziło   mu   się   pewne   podejrzenie. 

Dotąd   właściwie   nie   miał   czasu,   aby   ocenić   potencjalnych   ochotników,   teraz   jednak 
zaczął się zastanawiać.

Czarnoksięstwo było praktycznie nieznane w Semmie. Nie wiedział na pewno, czy 

w ogóle   będzie   działało,   jeśli   jednak   tak,   to   pewnie   o wiele   mniej   skutecznie   niż 
w Ethsharze. Czarnoksiężnik nie był więc preferowanym typem magika.

Z drugiej strony, ten czarnoksiężnik wydawał się bardzo zainteresowany wyjazdem 

na południe.

Sterren domyślał się, co to znaczy. Czarnoksiężnik z pewnością chciał jak najbardziej 

oddalić   się   od   Aldagmoru   i Źródła   Mocy.   Może   przeżył   już   pierwsze   koszmary, 
ostrzegające, że doprowadził swe umiejętności do niebezpiecznego poziomu.

Czarnoksięstwo,   jak   Sterren   wiedział   ze   swej   przerwanej   nauki,   czerpało   moc 

background image

z tajemniczego   Źródła,   leżącego   gdzieś   w rejonie   Aldagmoru,   górzystego   obszaru   na 
północ od Ethsharu, na granicy Baronii Sardironu. Moc czarnoksiężnika zmieniała się 
odwrotnie proporcjonalnie do odległości od Źródła. Każde rzucone przez niego zaklęcie 
czyniło następne odrobinę łatwiejszym. Oczywiście magia zwykle działa w ten sposób, 
podobnie   jak   większość   zdolności   innego   typu.   Lecz   przy   czarnoksięstwie   efekt   był 
zadziwiający:   w przeciwieństwie   do   innej   magii,   czarnoksięstwo   bezpośrednio 
przeciwdziałało zmęczeniu. Magia nie tylko nie męczyła czarnoksiężnika, lecz ożywiała 
go niemal bezgranicznie.

Tyle że granica jednak istniała. Gdy moc sięgała pewnego poziomu, zaczynały się 

koszmary. Od tej chwili każde kolejne użycie czarnoksięstwa powodowało coraz gorsze 
koszmary, które czyniły życie praktycznie nie do zniesienia.

W  końcu  nieszczęsny  czarnoksiężnik   nie  musiał  nawet   zasypiać,   by  dręczyły   go 

ohydne wizje. Każdy, kto osiągnął ten poziom, wkrótce umierał lub znikał. Tych, którzy 
nie   popełnili   samobójstwa,   widywano,   jak   podążają   na   północ,   w stronę   Aldagmoru, 
zwykle lecąc. Potem nikt ich już nigdy nie spotkał.

Nazywano to Przyzwaniem, gdyż tym właśnie wydawały się koszmary: straszliwym, 

nadprzyrodzonym wezwaniem czarnoksiężnika albo do Aldagmoru, albo do śmierci. Być 
może jedno i drugie.

Większość   czarnoksiężników,   kiedy   pojawiały   się   pierwsze   objawy,   starała   się 

wyjechać na południe łub zachód, jak najdalej od Aldagmoru, i na dobre zrezygnować 
z czarnoksięstwa.   Ci   sprytniejsi,   przewidując   tę   chwilę,   pobierali   za   swoje   usługi 
bajońskie sumy. Mogli więc sobie potem pozwolić na komfortowe życie.

Sterren domyślał się, że ten czarnoksiężnik nadużył swego szczęścia i przeżył już 

więcej niż jeden koszmar. Postanowił więc oddalić się od Źródła Mocy tak szybko i tak 
daleko, jak to tylko możliwe.

Niezależnie od swoich powodów, czarnoksiężnik może być albo wielką wygraną, 

albo okaże się całkiem bezwartościowy. Będzie to zależało od tego, ile pozostanie przy 
nim mocy w Semmie, tak daleko od Aldagmoru.

Zabieranie go ze sobą to czysty hazard, lecz przecież Sterren zawsze był hazardzistą.
Jeżeli   jakiś   czarnoksiężnik   może   pomóc   Semmie,   to   największe   szanse   ma   taki, 

którego   dotknęły   już   koszmary   na   granicy   Przyzwania.   Nadchodziły   bowiem,   gdy 
czarnoksiężnicy osiągali  szczyt  swojej  mocy.  Była  nawet  taka  teoria,  że to  działanie 
bogów,   usuwających   tych,   którzy   stawali   się   zbyt   potężni   i mogliby   zakłócić   boskie 
plany dla świata.

Słabsi czarnoksiężnicy nie byli warci wysiłku, lecz naprawdę potężny – owszem. 

Będzie na pewno osłabiony, ale będzie też kimś, kogo nikt w Ophkarze czy Ksinallionie 

background image

nigdy przedtem nie widział.

– Koszmary? – spytał cicho Sterren.
Po raz pierwszy od spotkania na rynku wyraz twarzy czarnoksiężnika zmienił się. 

W oczach błysnęło zdziwienie wiedzą Sterrena. Potem wolno kiwnął głową.

Sterren   uśmiechnął   się   lekko.   Wiedział,   że   Przyzwanie   daje   czarnoksiężnikom 

o wiele ważniejszy od funta złota powód, by ruszyć na południe.

To   znaczy,   że   prawdopodobnie   zażąda   niewiele.   O wiele   mniej   niż   wskazywał 

poziom jego mocy.

– A zatem pojedziesz z nami? – zapytał Sterren.
Czarnoksiężnik znów kiwnął głową.
Sterren zwrócił się do maga. – A ty?

–   Jaka   jest   pensja?   Czy   wliczone   jest   wyżywienie?   –   głos   kobiety   drżał   lekko. 

Spojrzała na Sterrena, znów wycierając nos rękawem.

Dziewka z tawerny wybrała  właśnie tę chwilę, aby wrócić z tacą,  na której stało 

sześć   talerzy   duszonych   jarzyn   ze   śladową   ilością   baraniny.   Stała   tam   także   butelka 
czerwonego wina i pół tuzina kubków.

Żołnierze i Sterren rozdali potrawę, a czarnoksiężnik zmusił kubki, by powędrowały 

w powietrze   i opadły   w odpowiednich   miejscach.   Na   jego   gest   korek   wyskoczył 
z butelki, która ustawiła się przed lady Kalirą.

Chwyciła ją zaskoczona i dopiero po chwili wahania zaczęła rozlewać trunek.
Sterren rzucił czarnoksiężnikowi zdziwione spojrzenie. Jeśli dotarł już do poziomu 

koszmarów, to chyba rozumiał, że każde dodatkowe użycie magii zwiększa zagrożenie. 
Przynajmniej tak mu tłumaczył jego dawny mistrz, Bergan.

Czarnoksiężnik zauważył to i uśmiechnął się.
– To by uczcić nasz szybki wyjazd do krain o południowym klimacie – wyjaśnił 

i uniósł kubek, jakby wznosił toast.

Pozostali   myśleli   chyba,   że   to   rzeczywiście   toast,   jednak   Sterren   wiedział,   o co 

chodzi czarnoksiężnikowi. Powstrzymywał swoją magię przez godziny, dni, tygodnie, 
może  nawet miesiące.  Teraz  więc pozwalał sobie na odrobinę  swobody,  wiedząc,  że 
wkrótce odpłynie od tego, co mogło go czekać w górach Aldagmoru.

Odsunął te myśli i zwrócił się do kobiety.
– W pensję – wyjaśnił – wliczone są posiłki, hamak na statku i pokój na Zamku 

Semma, być może wspólny z innymi, ale łóżko będziesz miała własne. Będziesz musiała 
nauczyć się trochę semmatu, gdyż praktycznie nikt tam nie mówi słowa po ethsharyjsku. 
Jeśli   wygramy   naszą   wojnę,   zaangażowani   w nią   magicy   otrzymają   okrągłą   sumę 

background image

w złocie i tuzin wybranych klejnotów. Pokażę ci je później, jeśli chcesz, ale nie w tej 
tawernie. Jak ta zapłata zostanie podzielona, trzeba będzie jeszcze określić. Albo magicy 
podzielą ją między sobą, albo król Phenvel podzieli tak, jak uzna za stosowne. Czy to ci 
odpowiada?

Kiwnęła głową i znów pociągnęła nosem.

– Jeśli wolno spytać, jaką magię uprawiasz? – zapytał Sterren. Wyraźnie nie znała 

żadnych zaklęć, które chroniłyby ją od przeziębienia.

– Jestem oczywiście magiem – wyjaśniła.
To go nie zaskoczyło, lecz Sterren wiedział, że magowie różnią się znacznie mocą 

i umiejętnościami.

– Zaawansowanym magiem? – zapytał.
– No cóż... – zawahała się, lecz w końcu wyznała to, co jej zaplamiona suknia i pusty 

brzuch czyniły oczywistym. – Nie, właściwie nie. Parę zaklęć.

– Ale nie sztuczki, mam nadzieję – upewnił się, wiedząc, że z pewnością dotyka 

delikatnego tematu.

–   Nie,   prawdziwe   zaklęcia!   –   warknęła.   –   Jestem   Annara   z Crookwall   i jestem 

czeladniczką w Gildii Magów. Terminowałam sześć lat i nauczyłam się wszystkiego, co 
mógł mi przekazać mój mistrz! – błysk dumy zniknął tak nagle, jak się pojawił. – Ale nie 
było tego wiele – przyznała, nerwowo odgarniając włosy z twarzy.

Sterren skinął głową i nalał sobie wina.
Podczas posiłku czarnoksiężnik i trójka Semmańczyków milczeli, a Sterren i Annara 

prowadzili uprzejmą rozmowę. Sterren pytał o jej życie w Crookwall, a ona wypytywała 
o Semmę.   Ze   zdziwieniem   dowiedziała   się,   że   Sterren   pochodzi   z okolic   Zachodniej 
Bramy, a nie z jakiegoś egzotycznego kraju.

Po kolacji Sterren oparł się wygodnie na krześle, spojrzał na lady Kalirę i zastanowił 

się, co dalej.

– I cóż, panie? – spytała lady Kalira, widząc, że się jej przygląda. – Masz już dwóch 

magików, prawda?

Skinął głową.
– Czy to wystarczy?
Domyślił   się,   co   to   słowo   oznacza   w semmacie.   Zerknął   na   Annarę,   która   nie 

zdradziła niczego na temat swoich zdolności, a potem na czarnoksiężnika, który nie podał 
nawet swojego imienia, a w Semmie może okazać się bezsilny.

– Nie – odparł natychmiast, zanim jeszcze pomyślał o ucieczce. – Ta dwójka może 

pomóc, ale żadne z nich nie daje pewności zwycięstwa.

background image

– Planujesz zatem zwerbować ich więcej? Kiwnął głową.
– Jesteś pewien, panie, że nie masz innych zamiarów? Wykorzystał użyte przez nią 

słowa, aby spytać:

– Jakie inne zamiary mógłbym mieć? Obserwował ją czujnie.
– Może zwłokę?
– Baguifl – nie rozpoznał tego słowa. Domyślał się, że to coś w rodzaju „ucieczki”, 

ale nie był pewien. – Co to znaczy baguif!

– Odsuwać, hamować, powstrzymywać, jechać wolno. Nie znam ethsharyjskiego.
Nie była to odpowiedź, której Sterren się obawiał i której oczekiwał.
– Zwłoka? – odgadł. – Dlaczego miałbym zwlekać?
– Nie wiem tego, panie, ale odmówiłeś wykorzystania magicznej pomocy podczas 

rejsu tutaj, a teraz upierasz się, że dwóch magików nie wystarczy. To sugeruje, że nie 
spieszysz się z załatwieniem tej głupiej i podejrzanej sprawy.

Znów skorzystał z użytych przez nią słów, nie mając pojęcia, co oznaczają, a czując 

jedynie to, że mają bardzo silnie negatywne konotacje.

– Ta podejrzana sprawa może ocalić Semmę, pani.
– Nie, jeśli wciąż będziesz zwlekał.
– Wcale nie zwlekam! Po co miałbym to robić?
–  Cóż,  panie,   gdy  jestem  w cynicznym  nastroju,  przychodzą   mi  do  głowy różne 

myśli.   Na   przykład,   że   jeśli   wystarczająco   długo   przeciągniesz   wizytę   w swojej 
ojczyźnie, być może wojna w Semmie wybuchnie i zostanie przegrana, zanim wrócimy. 
Wtedy będziesz mógł pozostać tutaj, na wygodnym wygnaniu.

Sterren patrzył na nią zdumiony. Ta możliwość nie przyszła mu do głowy.
A była to kusząca możliwość.
Spojrzał na boki, na semmańskich  żołnierzy – jedynych  ludzi w tawernie, którzy 

mogli zrozumieć tę rozmowę.

Alder wydawał się bardzo zirytowany; Dogal był spokojniejszy, ale też przyglądał 

mu się podejrzliwie.

– Nie zwlekam – zapewnił Sterren.

– Więc powiedz mi, panie, jak długo jeszcze mamy tu pozostać i ilu magików chcesz 

znaleźć?

–   Lady   Kaliro,   dopiero   zaczęliśmy!   Jedna   godzina   na...   jednym   rynku   to   nic! 

Gdybyśmy   znaleźli   magika,   o którym   bym   wiedział   na   pewno,   że   jest   dostatecznie 
potężny, wystarczyłby w zupełności. Sądzę, że bez niego przydałoby się nam z pół tuzina 

background image

innych. Ale skąd mogę wiedzieć, ile potrwa znalezienie odpowiednich?

Lady Kalira westchnęła.
– Lordzie Sterren, porozmawiajmy szczerze. Wiesz dobrze, że mimo twojego tytułu 

i statusu przysłano mnie tutaj jako twojego dozorcę. Mam dopilnować, żebyś powrócił do 
Semmy przed wiosną, kiedy inwazja będzie prawie pewna.

Sterren zauważył, że Alder spogląda na kobietę zdziwiony.  Wyraźnie nie zdawał 

sobie sprawy, że wojna jest tak bliska.

– Udało ci się stracić czterech z sześciu ludzi, którzy mieli cię pilnować, choć nie 

jestem pewna w jaki sposób...

– Mogą jeszcze wrócić – przerwał jej Sterren.
Lady Kalira uniosła dłoń.
– Owszem, mogą, ale w tej chwili ich tu nie ma. Pozwól, że skończę – rzuciła mu 

gniewne spojrzenie.

– Mów – zgodził się.
–   Jak   wspomniałam,   bardzo   sprytnie   pozbyłeś   się   dwóch   trzecich   eskorty 

i zatrudniłeś dwóch magików, być może po to, aby wprowadzić zamieszanie i oszukać 
dwóch   pozostałych   strażników.   Nie   bardzo   rozumiem,   o czym   rozmawiałeś   podczas 
posiłku. Być może pod samym naszym nosem planowałeś ucieczkę z ich udziałem.

Sterren pożałował, że brakło mu śmiałości, aby tego spróbować.
–   A teraz   żądasz   praktycznie   nieograniczonej   możliwości   wędrówki   i szukania 

okazji,  żeby  wymknąć  się   nam  i ukryć  w mieście,  które   znasz  o wiele  lepiej   niż  my 
kiedykolwiek poznamy. Przykro mi, ale jako twój dozorca z konieczności nie mogę się 
na   to   zgodzić.   Musimy   wyznaczyć   termin,   a kiedy   minie,   opuścimy   to   miejsce   i jak 
najprędzej   pożeglujemy   do  domu.  Proponuję,  żebyśmy   jutro   około  południa   byli  już 
w drodze.

Sterren odsunął się od stołu i zaczął dłubać paznokciem między zębami.

– Rozumiem, o co ci chodzi, pani – odparł w końcu. – Naprawdę rozumiem. Nie 

przypuszczam, byś uwierzyła mi na słowo, że nie ucieknę ani nie będę zwlekał, aż będzie 
za późno.

Ku   swemu   zdziwieniu   uświadomił   sobie,   że   byłby   skłonny   dać   takie   słowo   i że 

dotrzymałby   go,   jak   zawsze.   Semma   nie   była   w końcu   taka   zła,   a myśl   o jego 
żołnierzach, wybijanych  co do nogi, jakoś nie wydawała się atrakcyjna. Gdyby tylko 
znalazł   odpowiedniego   magika,   byłby   pewien,   że   zwycięży   w tej   wojnie.   To   było 
wyzwanie,   gra...   I miał   zamiar   w niej   wygrać.   Chciał   zobaczyć,   czy   odrobina   magii 
naprawdę zdoła zmienić pewną klęskę w triumf.

background image

A kiedy wszystko się skończy, wtedy może zdezerteruje.
– Nie, panie – rzekła. – Obawiam się, że nie mogę przyjąć twojego słowa. W końcu, 

mimo   twego   szlachetnego   pochodzenia   i pozornie   dobrych   intencji,   jesteś   przecież 
zaledwie kupieckim bachorem wychowanym na ulicy, przyzwyczajonym do oszukiwania 
w grze w kości, aby zarobić na chleb. Czy mogę spodziewać się honoru u kogoś takiego 
jak ty?

Sterren uśmiechnął się drwiąco, by ukryć, jak bardzo uraził go opis lady Kaliry.
– Bardziej niż mogłabyś sądzić. A jeśli nie chcesz mojego słowa, to niewiele mogę 

zrobić, żebyś mi uwierzyła – westchnął. – Ale do jutra nie wystarczy mi czasu. Gdybyś 
mi dała trzy dni...

Zamilkł.
– Trzy dni? – teraz ona zaczęła się zastanawiać. – Dziś jest dwudziesty pierwszy 

śnieżnego. Zgodzisz się zatem, że wszyscy musimy być na pokładzie przed wieczorem 
dwudziestego czwartego, gotowi do podniesienia żagli przy najbliższym przypływie.

Sterren kiwnął głową.
– Zgoda.
– Obiecasz, że nie będziesz próbował ucieczki?
–   Mówiłaś,   że   nie   przyjmiesz   mojego   słowa,   ale   dam   ci   je   mimo   to.   Nie   będę 

próbował ucieczki przed zmrokiem dwudziestego czwartego śnieżnego.

– Dobrze – powiedziała. – Trzy dni, a potem zaciągniemy cię z powrotem na statek.
-

background image

ROZDZIAŁ 16

Rankiem miesiąc śnieżny okazał się godny swego imienia. Padał śnieg, a Sterren 

uznał,   że   Rynek   Portowy   nie   jest   wart   kolejnej   wizyty.   Zostawił   więc   Annarę 
i czarnoksiężnika   na   statku,   a sam   razem   z lady   Kalirą,   Alderem   i Dogalem   wyszedł 
świtem w stronę Areny i Dzielnicy Magów.

Żaden z czterech żołnierzy jeszcze się nie pojawił, co wprawiło lady Kalirę w fatalny 

nastrój.   Sterren   nawet   nie   próbował   nawiązywać   rozmowy;   poprowadził   ich   ulicą 
Składów,   przez   Zaułek   Skrótowy   na   Północną,   opuszczając   tym   samym   Dzielnicę 
Korzenną.

Gdy zbliżali się do Wielkiego Kanału, w polu widzenia pojawił się z wolna pałac 

władcy. Sterren zauważył, że trójka Semmańczyków przygląda się budowli z uwagą.

Nie byli tak nieostrożni, aby umożliwić mu ucieczkę, zresztą obiecał, że tego nie 

zrobi. Zdecydował się więc na krótką uwagę:

– Piękny, prawda?
– Czy tam mieszkają magowie? – zapytała lady Kalira.
– Nie, oczywiście  że nie! – odparł zdumiony Sterren. – To... eee... zamek  lorda 

Azrada.

– Jak daleko do magików?
– Zaraz... Ulica Północna rozwidla się przed nami, pójdziemy w lewo... – zawahał 

się,   po   czym   przeszedł   na   ethsharyjskie   nazwy.   –   Skręcimy   w lewo   na   Promenadę, 
przejdziemy na drugą stronę Placu Pałacowego i w ulicę Areny. A potem mamy około 
mili do Areny.

– Chyba żartujesz?
– Nie, wcale nie.
-
– Milę?
– Mniej więcej.
– Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do wielkości tego miasta – mruknęła lady Kalira 

bardziej do siebie niż do Sterrena. – Co za bałagan!

Sterren nie uważał swojego rodzinnego miasta za bałaganiarskie, ale uznał, że lepiej 

się nie odzywać. Resztę drogi przebyli w milczeniu.

Ulice były prawie puste z powodu śniegu, a normalną woń miasta tłumił jasnoszary 

pled, pokrywający dachy i większość ulic. Jednak zapach przypraw i dymu  wciąż był 
silny.   Rezydencje   w Nowym   Mieście   stały   milczące   i eleganckie   –   śnieg   przesłaniał 
większość   uszkodzeń,   jakie   wyrządził   czas.   Nawet   slumsy   wokół   Areny   przy   takiej 

background image

pogodzie były mniej brzydkie.

Minęli Obozową, potem Arenę, aż dotarli na południe od głównego wejścia.
Tutaj, po prawej stronie bramy prowadzącej na Arenę, stała tablica ogłoszeń, którą 

pamiętał   Sterren   –   długa   na   szesnaście,   a wysoka   na   sześć   stóp   ściana   z szorstkich, 
sosnowych, poszarzałych już ze starości desek. Całą powierzchnię pokrywały wyblakłe, 
poszarpane gdzieniegdzie kawałki papieru, pergaminu i tkaniny.

Sterren przygotował swoją wiadomość poprzedniej nocy na statku, jednak gdy teraz 

szukał miejsca, by ją umieścić, uświadomił sobie, że nie zabrał nic, czym mógłby ją 
przybić.   Wzruszył   ramionami,   znalazł   ogłoszenie   przymocowane   wyjątkowo   długimi 
gwoździami,   a informujące   o aukcji   nieruchomości,   która   odbyła   się   tydzień   temu. 
Przebił więc rogi własnej kartki tępymi końcami tych gwoździ.

Zadowolony, przeczytał jeszcze raz.
„Magicy”, głosiła kartka dużymi literami na górze, a niżej mniejszymi: „Oferta pracy 

dla   magików   wszystkich   szkół.   Królestwo   Semmy   poszukuje   magików   do   służby 
wojskowej na okres kilku miesięcy, jednak nie dłuższy niż rok. Gwarantujemy nocleg, 
wyżywienie   oraz   transport   w obie   strony,   jak   również   wynagrodzenie   w złocie 
i klejnotach.   Chętni   lub   zainteresowani   winni   skontaktować   się   ze   Sterrenem, 
Dziewiątym   Wodzem   Semmy,   na   pokładzie   Południowego   Wiatru,   w tej   chwili 
zacumowanego   przy   Nabrzeżach   Herbacianych   w Dzielnicy   Korzennej.   Ostateczna 
decyzja musi być podjęta do zmierzchu 24 śnieżnego 5221”.

Cofnął się i zauważył, że jego piękna wielka kartka ginie niemal wśród masy innych 

wiadomości. Nic jednak nie mógł na to poradzić.

Spojrzał   na   sąsiednie   ogłoszenia,   zastanawiając   się,   czego   dotyczą.   Jedno 

natychmiast zwróciło jego uwagę.

„Uznany   prestidigitator   szuka   zatrudnienia   w niepełnym   wymiarze.   Zostawić 

wiadomość u Thoruma Mądrego, ulica Magów”.

Sterren nie był pewien, kim dokładnie jest prestidigitator, ale z pewnością rodzajem 

magika. Zatrudnienie w niepełnym wymiarze – nie to proponował, ale...

Thorum   Mądry,   powtórzył   w myślach.   Przy  ulicy   Magów.   Nie  będzie   trudno   go 

znaleźć.

Już miał szukać kolejnych ogłoszeń, gdy odgłos stóp rozchlapujących mokrą maź 

przypomniał mu o towarzyszach.

–   Hej,   pomóżcie   mi   to   wszystko   przeczytać!   Niektóre   z nich   są   od   magików 

szukających pracy! Od razu powinienem tu przyjść, zamiast męczyć się w Dokach!

Dogal pokręcił głową.
– Nie umiem czytać – powiedział.

background image

Lady Kalira i Alder podeszli bliżej, lecz Alder zatrzymał  się niemal natychmiast. 

Chwilę później zatrzymała się i lady Kalira – gdy tylko dotarła tak blisko, by zobaczyć 
teksty ogłoszeń.

–   My   też   nie   potrafimy   ich   przeczytać   –   powiedziała.   –   Wszystkie   są   po 

ethsharyjsku.

– Oczywiście, że... – Sterren ucichł nagle. Dotarło do niego, że jest tu jedynym, który 

zna ethsharyjski. Wrócił więc do tablicy, nabrał tchu i odetchnął głęboko.

– Więc ja je przeczytam – rzekł.
Dwie   godziny   później   uznał,   że   w dostatecznym   stopniu   zbadał   tablicę.   Śnieg 

tymczasem   próbował   zasypać   Aldera   i Dogala.   Lady   Kalira   ukryła   się   pod   łukiem 
wejścia na Arenę.

– Czy to w ogóle przestanie kiedyś padać? – spytał Dogal.
– Oczywiście, że tak! – odparł niechętnie Sterren, instynktownie próbując bronić 

rodzinnego miasta.

– I co się wtedy z tym dzieje? – zapytał Alder. – Co robicie z tym wszystkim?
– Nic. Roztapia się oczywiście. To nie Sardiron, gdzie zaspy leżą przez całą zimę.
– Niby skąd mam o tym wiedzieć? – odparł gniewnie Alder, wyraźnie zirytowany 

długim czekaniem na zimnie.

– Z doświadczenia  oczywiście.  Czy nigdy nie widzieliście...  nie widzieliście tego 

wcześniej? – Jakoś nie pamiętał semmańskiego słowa oznaczającego śnieg.

Alder i Dogal spojrzeli na niego zdziwieni.
– Nie! – odparł Alder.
– Jak mogliśmy wcześniej to widzieć? – zapytał Dogal.
Tym razem zdziwił się Sterren.
– Aha – powiedział. – Czy nie... To znaczy, nie macie czegoś takiego w Semmie?
– Nie – zapewnił Alder.
– Nie pada zimą tak jak tutaj?
– Nie. Zimą w Semmie pada deszcz. Nie mamy śniegu.
Sterren zapamiętał słowo do późniejszego wykorzystania, a potem zmienił temat.
– Rozumiem. Znalazłem z tuzin ogłoszeń od magików szukających pracy. Chciałbym 

to sprawdzić, zanim zapomnę ich imion. Chodźmy.

Dokładnie   znalazł   ich   piętnaście,   chociaż   niektóre   ogłoszenia   podawały   te   same 

miejsca kontaktowe.

Narzekając   głośno,   żołnierze   ruszyli   za   nim.   Lady   Kalira   wysunęła   się   z bramy 

i dołączyła   do   grupy,   a Sterren   poprowadził   ich   z powrotem   na   ulicę   Areny   i na 
południowy wschód, do Dzielnicy Magów.

background image

Pięć przecznic dalej trafili na ulicę Gier, którą Sterren dobrze pamiętał, choć rzadko 

tu grywał. Te nieliczne próby były tak szczególne, że mocno zapadły mu w pamięć.

Ulica   Gier  wyznaczała  granicę  między   nieokreślonymi  uliczkami,  oddzielającymi 

Arenę od Dzielnicy Magów, gdzie mieszkali czynni magicy, a samym sercem właściwej 
Dzielnicy, mieszczącym praktycznie wszystkie sklepy i pracownie magiczne miasta.

Wystarczyło  minąć jedną przecznicę  na południe od Areny,  aby dotrzeć na ulicę 

Magów. Nie miała tabliczki, ale nie sposób było się pomylić. „Tanna Wielka” głosił 
szyld   na   samym   rogu,   „Magia   na   wszelkie   potrzeby,   specjalność   –   czary   miłosne”. 
Dziwne  zapachy  mieszały   się  z nieuniknionym   drzewnym  dymem;   słynne   przyprawy 
korzenne miasta pozostały za nimi na północy, tu jednak pojawiły się nowe, niezwykłe 
aromaty. Mogły to być przyprawy, zioła, a może coś zupełnie innego.

Przy drugich drzwiach po prawej stronie widniał szyld pracowni Thoruma Mądrego 

– jedno z imion, które Sterren zapamiętał. Skierował się w tamtą stronę.

Dwie godziny później zrobili sobie przerwę na posiłek – kupili kawałki wieprzowiny 

w cieście   na   straganie   pomiędzy   dwoma   salonami   hazardu   przy   ulicy   Gier.   Zjedli 
w milczeniu,   opierając   się   o ścianę.   Płatki   śnieg   padały   na   nich   cały   czas,   a Sterren 
pomiędzy jednym a drugim kęsem rozważał, czego udało mu się dowiedzieć.

Przede wszystkim wiedział teraz, że prestidigitator to ktoś właściwie niewiele lepszy 

od szarlatana. Spora część magii wydawała się zwykłym oszustwem. Ponieważ nigdy nie 
miał dość pieniędzy, by marnować je na zaklęcia czy amulety, nie miał też okazji, aby się 
o tym przekonać.

Oczywiście istniała też magia absolutnie realna i autentyczna. Bywała też niezwykle 

potężna.

Niestety,   choć   oszuści   często   zgadzali   się   pracować   za   niewielkie   pieniądze,   dla 

poważnego   magika   funt   złota   nie   był   wystarczającą   zapłatą   za   choćby   tygodniowe 
zatrudnienie, a co dopiero miesięczne czy nawet dłużej, jeśli będzie to konieczne. Nie 
mówiąc już o podróży do Semmy i z powrotem, z wojną pośrodku.

Odmówiły mu dwie czarodziejki, dwóch teurgów, mag, czarnoksiężnik, a nawet ktoś, 

kto nazywał siebie taumaturgiem, którego to terminu Sterren nie znał.

On   zaś   odmówił   prestidigitatorowi,   iluzjoniście,   czarownikowi,   którego   talenty 

wydawały   się   autentyczne,   lecz   nieodpowiednie   do   czekającego   zadania,   i jednemu 
zielarzowi.

Nie do wszystkich dotarł dzięki ogłoszeniom przy Arenie. Teurg i czarownik zjawili 

się sami, gdy Sterren ze swą grupą omawiali sprawy z Thorumem Mądrym. Był to miły 
staruszek,   który   dzięki   wygodnej   lokalizacji   pracowni   mógł,   do   zarobków   z magii 

background image

dodawać przyzwoite dochody z przekazywania wiadomości.

Ranek – Sterren musiał to przyznać – był całkowitą klęską. Przeżuł ostatni kawałek 

ciasta, mocniej otulił się płaszczem i poprzez śnieg spojrzał tęsknie na graczy w kości, 
widocznych w oknie tawerny po drugiej stronie ulicy.

Chciałby   wrócić   do   gry,   do   myślenia   tylko   w ojczystym   języku   zamiast 

przechodzenia co parę minut na obcą mowę. Chciałby nie martwić się o wojny, magów, 
wodzów czy czarnoksiężników, dziedziczne obowiązki i egzekucje. Chciałby zapomnieć, 
że w ogóle istnieje Semma i że poznał mieszkańców tego głupiego małego królestwa.

Nie mógł oczywiście. Semma była realna i pech sprawił, że był jej wodzem, a nie 

hazardzistą w oberży.

Myśl o włączeniu się do gry po drugiej stronie ulicy była niezwykle kusząca. Jednak 

rzut   oka   na   twarz   lady   Kaliry   przekonał   go,   że   nie   warto   nawet   pytać,   czy   może 
poświęcić kilka minut na zwiększenie rezerw finansowych.

Westchnął i przełknął ostatni kęs posiłku.
– Chodźmy – powiedział.
Grupa Semmańczyków spojrzała na niego, nie rozumiejąc.
– Och, chodźcie – powiedział tym razem w semmacie.
Ruszyli.

background image

ROZDZIAŁ 17

Południe okazało się bardziej udane niż ranek. Przestał padać śnieg i wyjrzało słońce, 

co wszystkim poprawiło nastroje.

Po   drugie,   na   ich   korzyść   pracowała   teraz   plotka,   więc   gdy   zjawili   się   znów 

u Thoruma, znaleźli młodego czarodzieja, żądnego przygód w obcych krajach i chętnego 
do pracy za niewielką sumę.

Kolejny skłonny do współpracy, obiecujący czarodziej pojawił się kilka przystanków 

dalej. Potem napotkali czarownika o imieniu Kolar, a w jego zbiorze talizmanów odkryli 
kilka   o wyraźnie   militarnym   przeznaczeniu,   lecz   –   na   szczęście   dla   Sterrena   – 
o niewielkiej wartości komercyjnej. Dzięki temu Kolar skłonny był przyjąć proponowaną 
pracę.

Cała   trójka   otrzymała   instrukcje,  by  zgłosić   się   na   wynajętym   statku   w południe 

dwudziestego czwartego.

Następna ochotniczka wywołała kłótnię. Kobieta była gotowa do podróży i chętna do 

pracy, jednak lady Kalira rozpoznała symbol, który ta nosiła na szyi.

– Ona jest demonologiem! – powiedziała. – Nie możemy wziąć demonologa!
– Dlaczego nie? – zdziwił się Sterren. – Prawdopodobnie może nam pomóc bardziej 

niż cała reszta razem wzięta! Demony uwielbiają wojnę! One ją stworzyły!

–   I właśnie   dlatego   użycie   demonologa   jest   zbyt   niebezpieczne!   –   krzyknęła 

semmańska arystokratka.

– To śmieszne!
–   Nie,   to   nie...   –   zaczęła   lady   Kalira,   lecz   opanowała   się   i dokończyła 

z wymuszonym spokojem: – To nie jest śmieszne, lordzie Sterren. Zresztą powody nie 
mają   znaczenia.   Chciałabym   przypomnieć,   że   Jego   Wysokość   wyraźnie   zabronił 
zatrudniania  czarowników   i demonologów.  Czy  chcesz  przeciwstawić   się  królewskim 
rozkazom? Muszę zauważyć, że kara za coś takiego zależy wyłącznie od króla, a dla 
przedstawiciela szlachty może się to skończyć utratą głowy.

Sterren otworzył usta, by zaprotestować, ale zrezygnował.
Phenvel HI był bardziej niż trochę głupawy i ulegał kaprysom. Z tego, co Sterren 

zaobserwował,   pod   wpływem   gniewu   naprawdę   mógł   nakazać   egzekucję,   a potem 
żałować, gdy już będzie za późno.

I faktycznie wyraźnie zakazał wynajmowania demonologów i czarowników.
Sterren przez chwilę zapomniał o tym, kiedy zatrudniał Kolara – Kolara Czarownika.
– A niech to – mruknął.
Przeprosił demonologa, kobietę imieniem Amanelle z Tirissy, i wrócił do budynku, 

background image

gdzie Kolar wynajmował pokój na piętrze.

Rozwiązali ten drobny kłopot i Sterren wrócił do poszukiwań.
Gdy słońce opadło poniżej dachów, a sprzedawcy zaczęli ustawiać pochodnie przed 

sklepami, uznał, że pora zakończyć pracowity dzień. Ruszył z powrotem do Dzielnicy 
Korzennej, a Semmańczycy powlekli się za nim.

Nawet nie myślał, żeby się wymknąć. Poszukiwanie magików stawało się całkiem 

interesujące.

Dotarli na nabrzeże, gdy było już całkiem ciemno. Sterren dwukrotnie pytał o drogę, 

zanim zlokalizował „Południowy Wiatr”. Zasnął w kilka sekund po tym, jak ułożył się 
w hamaku.

Był dwudziesty drugi dzień śnieżnego.
Dwudziesty trzeci znów spędzili w Dzielnicy Magów. Pogłoski rozeszły się szeroko, 

więc tym razem Sterren mógł po prostu siedzieć przy stole Thoruma, pijąc tanie piwo 
i żartując ze starym magiem na temat semmańskich barbarzyńców, których nie może się 
pozbyć. Kandydaci zjawiali się sami.

Semmańczycy   siedzieli   bezczynnie   i zastanawiali   się,   co   tak   śmieszy   Sterrena 

i starego, grubego maga.

Dzień był cieplejszy i po południu śnieg całkiem stopniał.

Nawet znajoma droga na statek wydawała się teraz prostsza, zwłaszcza że Sterren 

wyruszył sporo przed zmrokiem. Lady Kalira ucieszyła się wyraźnie, gdy zobaczyła na 
pokładzie   Alara.   Czekał   na   nią,   przepraszając   zarówno   za   swą   własną,   długą 
nieobecność, jak i za to, że zupełnie zgubił ślad Kendrika, Berna i Zandera.

Sterren   pomyślał,   że   Alar   był   durniem,   wracając   na   statek.   Nie   powiedział   tego 

jednak głośno.

Dwudziestego czwartego Sterren nie zszedł z pokładu, tylko zaczął przygotowania do 

powrotnego rejsu do Diamentowej Akalli.

Nie znalazł okazji, żeby uciec. Nie był zresztą pewien, czy by ją wykorzystał, gdyby 

się  nadarzyła.   Uśmiech   księżniczki  Lury  i rumieńce  Shirrin  czaiły  się  gdzieś   w głębi 
pamięci. Nie chciał, by zostały w Semmie bezbronne.

Gdy statek wyruszył  z wieczornym przypływem, wiózł na pokładzie z oryginalnej 

ośmioosobowej grupy lady Kalirę, Aldera, Dogala, Alara i Sterrena. Pozostała trójka nie 
powróciła. Sterren miał nadzieję, że jakoś sobie poradzą w obcym mieście, nie znając 
języka i obyczajów. Wybrali dezercję, co nie znaczy, że wiedzieli, na co się porywają. 
Życie w Ethsharze było bardziej skomplikowane niż ich prosta egzystencja w Semmie.

Może jednak, pomyślał, Alar nie jest aż takim durniem.

background image

Oprócz Sterrena i Semmańczyków  „Południowy Wiatr” niósł też czarnoksiężnika, 

który wciąż nie podał swego imienia; Annarę, czeladniczkę maga; czarodziejkę i dwóch 
czarodziejów: Shennę z Chatny, Ederda z Eastwarku i Hamdera, syna Hamdera; a także 
maga, który kazał  się nazywać Emnerem z Lamum.  Wszyscy oprócz czarnoksiężnika 
byli młodzi i początkujący; chyba nie znaleźli sobie jeszcze miejsca.

Sterren   odrzucił   propozycje   rozmaitych   oszustów   i szarlatanów.   Pogodził   się   też 

z królewską niechęcią do czarowników i demonologów. Rozmawiał z kilkoma teurgami, 
dowiedział   się   jednak,   że   nie   mogą   mu   pomóc   w wojnie   –   czymś,   co   bogowie   tak 
stanowczo   potępiają.   Inni   czarnoksiężnicy   odmawiali,   gdy   tylko   poznali   wysokość 
wynagrodzenia.   Pojawiło   się   również   kilku   mniej   znanych   czy   mniej   potężnych 
magików, takich jak oneiromanci czy zielarze, jednak po dłuższej dyskusji odchodzili.

Mimo to Sterren zebrał pół tuzina rozmaitych magików.
Miał nadzieję, że to wystarczy.
Żałował, że nie zna się lepiej na magii. Wiedział to i owo, oczywiście. Jako dziecko 

interesował się tajemnymi naukami. Niewiele tego było: tylko trochę najważniejszych 
cech głównych odmian magii.

O czarnoksięstwie wiedział więcej – tyle, ile się nauczył w czasie krótkiego pobytu 

u starego Bergana. Wiedział, że czarnoksiężnicy nie używają zaklęć czy inkantacji, lecz 
jedynie woli, by kierować i kształtować Moc, z której czerpią. Różnica między tym, co 
potrafili poszczególni adepci czarnoksięstwa, była proporcjonalna do poziomu wyobraźni 
i doświadczenia w używaniu Mocy.

Inne   typy   magii   nie   działały   w ten   sposób.   Na   przykład   teurdzy   i demonolodzy 

korzystali z wyuczonych na pamięć formuł, aby przyzywać nadludzkie istoty – tak jak to 
wyjaśnił Agor. Istoty te były wyspecjalizowane i miały indywidualne cechy.

Dla czarnoksiężnika Moc była Mocą, przynajmniej dopóki nie zaczęły się koszmary. 

Nie   istniały   żadne   formuły,   a przynajmniej   tak   twierdził   Bergan,   a Sterren   nie   miał 
powodów, by wątpić w słowa starego mistrza.

To oznaczało, że czarnoksiężnik Sterrena potrafi dokonać w nadchodzącej  wojnie 

tyle,   ile   każdy   inny   czarnoksiężnik.   Nie   było   specjalnych   zaklęć   czy   formuł,   które 
musiałby poznać.

Magowie z kolei doprowadzali formuły do nieprawdopodobnych granic. Tam gdzie 

teurdzy i demonolodzy używali słów, pieśni i znaków, magowie potrzebowali doprawdy 
niezwykłych składników: krwi smoka, łez dziewicy itp. Wydawało się, że nie ma w tym 
żadnej logiki.

Sterren   oczywiście   nie   miał   pojęcia,   do   czego   zdolna   jest   jego   dwójka   magów. 

background image

Annara miała niewielką sakiewkę cennych składników do swych zaklęć, Emner zabrał 
duży kufer wypchany słoikami i puzderkami. Żadne z nich nie chciało sprecyzować, jakie 
zaklęcia   potrafi   rzucać.   Pokaz   nie   miałby   sensu;   zaklęcia   dowodzące   ponad   wszelką 
wątpliwość,   że   ich   magia   jest   autentyczna   i potężna,   nie   oznaczały   jeszcze,   że   będą 
przydatne w walce z Ophkarem i Ksinallionem.

Czarodzieje mieścili się gdzieś pomiędzy jednymi a drugimi. Korzystali z rytuałów, 

pieśni   czy   transów,   ale   potrafili   też   improwizować,   pozornie   na   poczekaniu.   Nie 
potrzebowali niezbędnych magom tajemniczych substancji. Czarodzieje znali pojedyncze 
zaklęcia, lecz chyba potrafili je modyfikować o wiele łatwiej niż magowie. Mieli swoje 
specjalności,   ale   praktycznie   każdy   czarodziej   radził   sobie   z dowolnym   elementem 
czarodziejstwa,   choć   oczywiście   specjalista   w danej   dziedzinie   mógł   łatwo   pokonać 
nowicjusza.

Czarodziejstwo   było   wszechstronne   i łatwo   dostosowywane   do   potrzeb,   ale   nie 

osiągało niczego tak imponującego jak inne typy magii. Żaden czarodziej nie przesunie 
nigdy   góry   ani   nie   zburzy   miasta,   choć   magowie   podobno   dokonywali   jednego 
i drugiego. Czarnoksiężnicy mogli przywołać burzę, rozbijać mury, jednym spojrzeniem 
uśmiercać   wrogów,   sprawiać,   że   ziemia   sama   stawała   w ogniu.   Magowie   byli   chyba 
zdolni   absolutnie   do   wszystkiego,   jeśli   tylko   potrafili   znaleźć   odpowiednie   zaklęcie. 
Czarodzieje  mieli  jednak  bardziej  ograniczone  możliwości.  Czarodziej  mógł  w jednej 
chwili   zapalić   ogień,   ale   tylko   w odpowiednim   materiale.   Mógł   zamknięte   drzwi 
otworzyć, ale nie rozbić; mógł burzę przewidzieć, ale nie sprowadzić.

Sterren nie miał pewności, jaką korzyść w bitwie odniesie z tej trójki czarodziejów. 

Uznał jednak, że będą o wiele skuteczniejsi niż zwykli żołnierze.

Czarownicy   z ich   talizmanami,   przygotowanymi   do   natychmiastowego 

wykorzystania,   byli   dość   podobni   do   magów,   choć   odrobinę   mniej   imponujący. 
Zastanawiał się, co Phenvel miał przeciwko nim.

Zielarze   przydaliby   się   po   przegranej   wojnie,   aby   leczyć   rannych   –   lecz   poza 

możliwością zatrucia wody, na przykład w Ophkarze, Sterren nie widział sposobu, by 
użyć   ich   w bitwie.   Inne   specjalności   miały   chyba   zbyt   wąski   zakres.   Jaki   pożytek 
z oneiromanty, jeśli przypadkiem nikt nie będzie niczego śnił?

Tak więc miał trójkę czarodziejów, dwójkę magów, bezimiennego czarnoksiężnika 

i dziewięćdziesięciu trzech żołnierzy.

Miał też nadzieję, że to wystarczy.
W końcu od tego zależało jego życie.

background image

Część II 
WOJNA

background image

ROZDZIAŁ 18

Sterren   stał   drżący   obok   prawego   konia   pociągowego   i poprzez   deszcz   i zmrok 

spoglądał smętnie na światła dalekich ognisk i czarną, groźną bryłę Zamku Semma. Para 
unosiła się nad nozdrzami kobyły; Sterren czuł pot zwierzęcia. Krople deszczu bębniły 
ciężko   o stary   wóz,   który   kupił   w Akalli,   o ławeczkę   na   koźle,   z którego   właśnie 
zeskoczył,   i o zakapturzone   głowy   sześciu   magików,   kulących   się   z tyłu.   Czwórka 
Semmańczyków na własnych wierzchowcach stała obok.

– Myślałem, że poczekają do wiosny – powtórzył.
– Wszyscy tak myśleliśmy – odparła lady Kalira. – Przedtem zawsze czekali. – Głos 

miała zimny, jak martwy.

Sterren był wdzięczny, że nie czyni mu wyrzutów o to, że nie chciał kupić sztormu, 

który skróciłby im drogę. Wystarczy, że sam siebie za to przeklinał.

– Myślę, że jeden z ich wodzów miał tak samo mało szacunku dla tradycji jak ja – 

stwierdził z rezygnacją.

– A może  – wtrącił Alder – usłyszeli, że wyjechałeś, panie, i uznali to za dobry 

moment do ataku, gdy nie ma cię na miejscu i nie ma kto nas poprowadzić.

– Raczej dowiedzieli się, że chce sprowadzić przeklętych magików, i chcieli zdobyć 

zamek, zanim tu dotrą – mruknął Dogal.

Sterren nie zwracał na niego uwagi. Zastanawiał się, co zrobić.
Jakaś egoistyczna część jego umysłu sugerowała, żeby zawrócić do Akalli. W końcu 

nie z własnej winy został odcięty od zamku i obrońców. Jeśli teraz odjedzie, to kto mu 
będzie mógł zarzucić, że zaniechał swoich obowiązków?

Zerknął na siedzącą w siodle lady Kalirę. Na przykład ona... Zresztą on sam też by 

się   o to   oskarżał.   Wyjechał,   aby   sprowadzić   magików,   żeby   walczyli   w tej   wojnie. 
Wrócił teraz razem z nimi i oto miał swoją wojnę. Wprawdzie trochę wcześniej, niż się 
spodziewał, ale co z tego?

Powinien   tylko   wymyślić,   jak   wykorzystać   magików.   Powtarzał   sobie,   że   skoro 

dotarł już tak daleko, to musi przynajmniej spróbować.

Jeśli   spróbuje   i zawiedzie,   jeżeli   zamek   i tak   padnie,   może   uciekać   z czystym 

sumieniem i nawet lady Kalira nie będzie miała pretensji.

Najpierw jednak musi spróbować pokonać wroga.
Ale jak może tego dokonać tylko z sześcioma smętnymi magikami?
– Co teraz robimy? – Annara zawołała z wozu po ethsharyjsku; jej słowa były echem 

jego   własnych   myśli.   Spojrzała   na   porzucony   chłopski   dom   po   lewej   stronie,   jakby 

background image

spodziewała się, że lada chwila wyskoczą z niego potwory.

– Jesteś pewien, że to faktycznie wróg oblega zamek, że to nie jakieś święto? – 

zapytał w tym samym języku któryś z czarodziejów. Sterren nie wiedział, czy to Hamder, 
czy Ederd; nie potrafił jeszcze rozpoznawać ich po głosie.

Nie   próbował   nawet   odpowiedzieć   czarodziejowi,   ale   po   chwili   zwrócił   się   do 

Annary:

– To należy do was. Po to właśnie was wynająłem: do walki w tej głupiej wojnie. 

Powiedziałbym,  że pierwszym  waszym  zadaniem  będzie przełamanie  oblężenia – nie 
wyjaśnił, w jaki sposób, gdyż oczywiście nie miał najmniejszego pojęcia, jak się do tego 
zabrać.

– W deszczu? – jęknęła Shenna z Chatny. Dwaj czarodzieje próbowali ją uciszyć.
– Nie mówcie mi, żebym się zamknęła! – rzuciła ze złością.
– Jest mi zimno, jestem przemoczona, nie podoba mi się tutaj, i w ogóle żałuję, że 

przyjechałam!

Hamder   i Ederd   wymienili   smętne   spojrzenia.   Potem   Ederd,   za   plecami   Shenny, 

uniósł ręce w dziwnym geście, jakby kogoś obejmował.

Shenna ucichła nagle, ale wciąż siedziała z bardzo nieszczęśliwą miną.
Semmańczycy patrzyli, niczego nie rozumiejąc. W ciągu dwunastu dni powrotnego 

rejsu żaden z nich nie nauczył się od magików ethshaiyjskiego, a magicy nie mieli czasu, 
aby uczyć się semmatu. Cała szóstka wolała polegać na tłumaczeniu Sterrena, niż męczyć 
się z obcą mową. Teraz pojął, jak mądra była lady Kalira, która podczas rejsu na południe 
nie pozwoliła mu mówić po ethsharyjsku. Był zmuszony uczyć się semmatu, aby można 
go było zrozumieć. Magicy złapali wprawdzie parę słów, przynajmniej niektórzy z nich, 
ale tylko przypadkiem; nie była to w końcu dla nich kwestia przetrwania.

Gdyby zakazał załodze mówić po ethsharyjsku czy też gdyby sam odmawiał rozmów 

w tym języku, niewiele by osiągnął, ponieważ cała szóstka mogła rozmawiać między 
sobą.   Poza   tym   nie   zauważył   w ogóle   problemu,   dopóki   nie   stanęli   w Diamentowej 
Akalli. A kiedy już go zauważył, uznał, że z rozwiązaniem może poczekać, aż dotrą do 
Semmy.

Teraz było już za późno. Być może w ogóle nie uda im się tam dotrzeć.
Właśnie oświadczył, że przerwanie oblężenia, jeśli to rzeczywiście oblężenie, należy 

do   magików.   Jednak   prócz   wybuchu   Shenny   nie   usłyszał   od   nich   żadnych   sugestii. 
Wszyscy czekali, aż powie im, co robić.

Stłumił westchnienie. Co złego uczynił, że spotyka go coś takiego? Dlaczego to on 

musi dowodzić?

background image

Przez chwilę w milczeniu obserwował magików, a potem skinął na Hamdera.
Młody czarodziej przeskoczył burtę wozu, wylądował w błocie i chlapiąc ruszył pod 

okap wejścia do domu. Tam przyłączył się do niego Sterren.

– Podobno czarodzieje potrafią czytać w myślach. Czy to prawda? – zapytał.
Hamder zawahał się.
– Czasami – przyznał.
– A więc parę mil stąd jest kilka setek dusz i chciałbym wiedzieć, co niektóre z nich 

myślą, co planują. Przede wszystkim chciałbym wiedzieć, kto tam na nas czeka. Czy to 
Ophkar i Ksinallion, czy może jedno z nich postanowiło wyprzedzić atak drugiego? Jeśli 
jedno z tych państw zaatakowało samodzielnie, może uda się przekonać drugie, wbrew 
królowi Phenvelowi, aby stanęło po naszej stronie.

Hamder był wyraźnie nieszczęśliwy.
– Lordzie Sterren... – zaczął.
– Daj spokój z tym lordem, kiedy mówimy po ethsharyjsku! – przerwał mu Sterren. 

Przyzwyczaił się już do tego tytułu w semmacie, ale w ojczystej mowie wciąż brzmiał 
głupio.

– Tak... Tak, panie. Jak już mówiłem, wątpię, czy wiele się dowiemy. Przecież żaden 

z tych ludzi nie będzie myślał po ethsharyjsku.

Sterren wytrzeszczył oczy.
– Myślał po ethsharyjsku?
– Oczywiście. W końcu ludzie zwykle myślą słowami, a przynajmniej tymi samymi 

pojęciami, dla których określenia używamy słów. Są różne w różnych językach.

– Więc nie umiesz czytać w myślach, jeśli nie znasz języka?
Hamder kiwnął głową i zastanowił się.
–   Są   wyjątki.   Jeśli   jest   się   blisko   kogoś   i bardzo   pilnie   uważa,   można   zwykle 

wychwytywać koncepcje źródłowe. Zresztą właśnie dzięki temu czarodzieje szybko uczą 
się obcych języków.

– Szybko uczycie się obcych języków?
– Oczywiście. Czarodzieje słyną z tego daru!
– Nie słyszałem, żebyś mówił w semmacie.
Hamder otworzył usta, potem je zamknął.
– Oj – powiedział. A po chwili zapytał: – A mieliśmy się nauczyć? Nie sądziłem, że 

tak nam się spieszy.

– Byłoby miło – zauważył Sterren. – Nie bawi mnie specjalnie to ciągłe tłumaczenie 

w tę i z powrotem, zwłaszcza że sam nie znam jeszcze semmatu zbyt dobrze.

– Ojej – Hamder był wyraźnie zakłopotany. – Bardzo przepraszam.

background image

– Mniejsza z tym – Sterren machnął ręką. – Możesz mi powiedzieć cokolwiek o tych, 

którzy siedzą tam przy ogniskach, czy nie?

-
– Ja... ja... sam nie wiem, panie. Raczej nie z tej odległości.
– Masz moją zgodę na podejście bliżej, czarodzieju. Hamder spojrzał na odległe 

ognie, a potem zwrócił się do Sterrena:

– Czy... czy mogę poczekać do rana? Nocą chyba będą trochę nerwowi...
Sterren westchnął.
– Prawdopodobnie prowadzą wojnę i będą trochę nerwowi o dowolnej porze – zaczął 

już odchodzić, lecz przystanął jeszcze. – A inni czarodzieje? Czy udzielą mi tej samej 
odpowiedzi?

– Tak myślę, panie, ale nie jestem pewien. Mamy swoje specjalności.
Sterren skinął głową i odesłał go gestem. Chlapiąc w kałużach, Hamder poczłapał do 

wozu. Sterren został na miejscu i machnął na Emnera, maga, aby się przyłączył.

Ten zsunął się z wozu i po chwili stał obok.
– Jesteś magiem, tak?
Emner z wahaniem kiwnął głową.
– Magia jest zdolna praktycznie do wszystkiego, prawda?
–   Mając   odpowiednie   warunki,   odpowiednie   materiały   i odpowiednie   zaklęcie   – 

odparł z namysłem. – Magia istotnie wydaje się zdolna prawie do wszystkiego.

– Ale ty, jak podejrzewam, jesteś ograniczony w tym, co możesz zrobić.
– Tak – odparł natychmiast Emner. – Bardzo ograniczony.
Sterren kiwnął głową.
– Tam – powiedział, wskazując ręką w kierunku Zamku Semma. – Wygląda na to, że 

wroga armia oblega zamek, do którego obrony ciebie wynająłem. Nie wiem, jaka jest 
sytuacja, ale takie sprawia wrażenie. Czy możesz coś na to poradzić?

Emner zastanowił się głęboko. W zamyśleniu spojrzał na dalekie ogniska, potem na 

niebo.   Wystawił   oblizany   palec,   aby   sprawdzić   wiatr,   i zbadał   wzrokiem   wschodni 
horyzont.

– Nie wiem – rzekł w końcu. – Znam kilka zaklęć, które, jak sądziłem, mogą przydać 

się w czasie wojny, ale nie widzę, jak miałyby pomóc w obecnej sytuacji. Gdyby wiatr 
był   sprzyjający,   mógłbym   lewitować,   zdmuchnęłoby   mnie   wtedy   w tamtą   stronę 
z magiczną   tarczą   pode   mną,   chroniącą   przed   tym,   by   mnie   nie   zauważyli. 
Sprawdziłbym, co się dzieje. Lecz wiatr jest bardzo słaby i z północy, a ja musiałbym 
lecieć   na   wschód.   Nie   znam   zaklęcia   na   lot   kierunkowy.   Znam   inne,   które   potrafi 
oszołomić   człowieka   i uczynić   go   podatnym   na   sugestie,   więc   gdybyśmy   kogoś 

background image

schwytali,   mógłbym   wyciągnąć   z niego   prawdę,   nawet   gdyby   był   oporny,   ale   nie 
bardzo... Hm... – ucichł. Sterren czekał cierpliwie i po chwili Emner zaczął znowu:

– Mam też inne zaklęcie. Nie sądziłem, że będzie pomocne, ale może jednak się 

przyda. Mogę sprawić, że kamień lub kij gwizdnie z pewnej odległości. Powiedziałbym, 
że to niezbyt cenny talent, i jako uczeń narzekałem, gdy musiałem go ćwiczyć. Jednak 
teraz może mógłbym kogoś wywabić takim gwizdaniem, oszołomić i przesłuchać.

Sterren w zadumie pokiwał głową.
– Jesteś pewien, że możesz to zrobić? Emner zawahał się i powiedział:
– W rozsądnych granicach.
– Czy Annara by to potrafiła?
– Nie – tym razem Emner się nie zawahał.
– Dlaczego? – zapytał Sterren szczerze zaciekawiony. Emner zamrugał, nim odparł 

powoli:

– Nie jestem pewien, czy to ja powinienem ci o tym mówić.
– No gadaj – rzucił zirytowany Sterren.
Emner milczał przez chwilę, jakby dobierając słowa.
– Wiesz, jak sądzę, panie, że zanim ją spotkałeś, Annara spała na Stustopowym Polu 

i nie jadła przez dwa lub trzy dni.

– Tak podejrzewałem – przyznał Sterren.
– Właśnie tak było. Powiedziała mi o tym, jako koledze z Gildii. Oczywiście byłem 

ciekaw, co doprowadziło ją do takiej nędzy, więc chętnie mi opowiedziała. Wydaje się, 
że   choć   jest   prawdziwym   magiem,   terminowała   przez   pełny   okres   wymagany   przez 
Gildię i została wprowadzona w jej tajemnice, nigdy nie zdołała opanować więcej niż 
garść prostych zaklęć. Jej mistrz znał ich może tuzin, a ona i tak tylko z niektórymi sobie 
radziła.   Nie   znała   nawet   tych,   które   dawały   mu   większą   część   jego   skromnych 
dochodów. Zaklęcia, których się nauczyła, są prawdziwe, mają swoje miejsce, ale trudno 
je nazwać handlowymi. Zwykle nie ma na nie zapotrzebowania. I nie widzę, by mogły 
nam pomóc w obecnej sytuacji.

–   Początkowo   nie   myślałeś   też,   że   twoje   mogą   pomóc.   Może   zapytam   Annare 

wprost. W końcu lepiej zna możliwości swoich zaklęć.

Emner wzruszył ramionami.
– Możliwe. Zgodziliśmy się wymienić zaklęcia, żeby wzmocnić swoje pozycje, ale 

szczerze   mówiąc,   przystałem   na   to   bardziej   z litości,   niż   dla   własnego   interesu.   Jej 
zaklęcia...   Na   przykład   po   co   komu   zaklęcie   niewidzialności,   które   działa   tylko   na 
obiekty przezroczyste?

– Przezroczyste?

background image

– Tak, przezroczyste. Woda, lód, szkło i inne takie.
Sterren pokiwał głową.
–  Rozumiem,  o co   ci  chodzi.   To  ciekawy  pomysł  takie   zaklęcie  niewidzialności. 

A gdyby tak zrobić broń ze szkła, a potem ją zaczarować?

Emner pomyślał chwilę.
– Nie jestem pewien, jak to działa, ale masz rację, to ciekawy pomysł. Trudno odbić 

szklany miecz, choć łatwo go złamać.

– Myślałem raczej o szklanych strzałach. Nie byłoby widać, skąd nadlatują.
Emner wolno skinął głową.
– No cóż – rzekł Sterren po chwili milczenia. – W tej chwili nic nam z tego nie 

przyjdzie. Nie mamy pod ręką szklarza. Dzięki za pomoc. Będę wdzięczny, gdy wrócisz 
teraz na wóz i przyślesz do mnie czarnoksiężnika.

Emner skłonił się lekko, potem podbiegł do wozu i wskoczył do środka.
Po chwili do Sterrena zbliżył się czarnoksiężnik. Miał na sobie ciężki czarny płaszcz 

i,   chroniącą   go   przed   deszczem   pelerynę   z kapturem.   Naciągnął   kaptur   mocno, 
całkowicie skrywając twarz. Sterren pomyślał, że mówi do owalu czarnego cienia.

– Jak się czujesz? – zapytał.
– Okropnie – odparł czarnoksiężnik przez zaciśnięte zęby.
– Naprawdę?
-
Już od trzeciego dnia na statku czarnoksiężnik narzekał na bóle głowy i zmęczenie. 

Sypiał   długo,   zawsze   pierwszy   kładł   się   spać   i ostatni   się   budził.   Rankiem,   po 
opuszczeniu Akalli, trzeba go było wciągać do wozu na wpół uśpionego, a dwa razy 
niemal z niego wypadł.

Przynajmniej, pomyślał Sterren, nie dręczą go chyba koszmary.
– Mam wrażenie, że głowa mi pęknie.
– Ojej – mruknął ze współczuciem Sterren. – Ale... Czy wiesz, jaka jest sytuacja? – 

Nie. Sterren odczekał chwilę, licząc, że będzie mówił dalej.

– Nie? – zapytał w końcu.
– Nie. A powinienem?
– Myślę, że tak.
– No dobrze. Jaka jest sytuacja?
– Przed nami jest Zamek Semma, którego wszyscy mieliśmy bronić, a dookoła niego 

są ogniska i coś, co wygląda na namioty, straże, machiny oblężnicze i tym podobne. Co 
więcej, sądząc po tym domu za nami i innych, które mijaliśmy przez ostatnie parę mil, 
chłopi  z tego rejonu porzucili  swe domostwa. Zakładam  więc, że to, co widzimy,  to 

background image

oblegające   zamek   armie   Ophkaru   i Ksinallionu...   choć   nie   jestem   tego   pewien. 
Wezwałem cię tutaj w nadziei, że pomożesz mi rozwiązać ten problem.

– Chcesz wiedzieć, czy to naprawdę te wojska, których się spodziewasz?
Sterren kiwnął głową.
– Tak jest. Czarnoksiężnik prychnął tylko.
– Skąd, u licha, mam wiedzieć? – zapytał.
– Jesteś czarnoksiężnikiem, prawda?
– Zgadza się. Jestem czarnoksiężnikiem, a nie czytającym w myślach czarodziejem 

albo   magiem   z zaklęciem   jasnowidzenia.   Nie   jestem   ani   czarownikiem   z kryształową 
kulą,   ani   teurgiem,   któremu   bóg   szepcze   do   ucha,   ani   nawet   demonologiem 
z chochlikiem na posyłki. Mogę robić różne rzeczy, a przynajmniej mogłem w Ethsharze, 
ale nie mam sposobu, żeby wiedzieć więcej od ciebie o tym, co się dzieje.

– Czy masz jakiś pomysł, aby to zbadać? Mógłbyś na przykład polecieć tam i się 

rozejrzeć?

Czarnoksiężnik   milczał   przez   chwilę,   a jedynym   słyszalnym   dźwiękiem   były 

uderzenia kropel deszczu i parskanie koni kilkanaście kroków dalej.

– Nie wiem – wyznał  w końcu. – Umiem latać,  oczywiście,  ale tutaj  jestem tak 

słaby... – Cofnął się o dwa kroki, wyprostował, uniósł ramiona i odrzucił kaptur.

Wydawało  się, że zadrżał  – poczynając od głowy aż po zabłocone buty.  Płaszcz 

zatrzepotał nagle, choć wiatr nie był silniejszy niż przed chwilą. A potem czarnoksiężnik 
przewrócił się na plecy w błoto.

Sterren zawahał się, lecz zrezygnował z udzielenia pomocy.
Czarnoksiężnik wstał o własnych siłach, potem spojrzał na Sterrena i pokręcił głową.
– Nie, nie umiem tutaj latać.
– No dobrze – westchnął Sterren.
Zwrócił się do reszty grupy,  która w zdumionym  milczeniu  obserwowała  upadek 

czarnoksiężnika.

– Zostaniemy tu do rana! – zawołał najpierw po ethsharyjsku, potem w semmacie, 

wskazując na pusty dom.

– A potem co? – zapytała lady Kalira.
Sterren obejrzał się przez ramię na dziesiątki ognisk, otaczających zamek.
– A potem dowiemy się, kim są ci ludzie.
– A jeśli to są najeźdźcy? – spytała lady Kalira.
– Wtedy zaatakujemy!
-

background image

ROZDZIAŁ 19

Krzyk   Shenny   zbudził   Sterrena   z głębokiego   snu.   Usiadł   szybko   i rozejrzał   się, 

szukając źródła hałasu. Wszyscy inni także się poderwali. Pozostała dwójka czarodziejów 
dotarła   do   niej   pierwsza.   Po   porozumieniu   –   zbyt   szybkim   jak   na   słowa   –   Hamder 
odwrócił się i krzyknął:

– Sterren, Shenna mówi, że ktoś chodził po domu nocą i widział nas.
Sterren jeszcze nie myślał normalnie.
– Kto to był? – zapytał.
– Nie wiem! – odparła Shenna. – Nie widziałam go.
– Więc skąd wiesz, że tu był? – zdziwiła się Annara.
– Ustawiłam strzegi, a on trafił na jedną z nich!
– Cóż, jeśli wcześniej nie wiedział, że tu jesteśmy, teraz, dzięki twoim krzykom, wie 

na pewno – zauważył Emner.

Ederd i Hamder zmarszczyli czoła. Shenna zignorowała uwagę. Sterren milczał, ale 

zanotował w pamięci, że czarodzieje i magowie chyba niezbyt się lubią. Nie był pewien, 
czy to sprawa osobista, czy też jest to typowe dla tych dyscyplin magii.

–   Czy   jeszcze   ktoś   założył   jakieś   strzegi   albo   inne   zaklęcia   ostrzegające   przed 

intruzami?

– Nawet nie wiem, co to są strzegi – stwierdziła Annara.
– Ja bym się tym nie chwalił – burknął Ederd.
Sterren uciszył ich gestem ręki, a lady Kalira spytała w semmacie:
– Co się dzieje?
– Czarodziejka... jej magia coś słyszała – wyjaśnił.
-
Alder,   który   pilnował   magików,   natychmiast   podszedł   do   najbliższego   okna 

i rozejrzał się dookoła poprzez deszcz.

Dogal   stanął   przy   oknie   po   drugiej   stronie;   po   chwili   Alar   ruszył   do   drzwi. 

Z czwartej   strony   była   ściana   oddzielająca   główną   izbę   od   kuchni.   Czarnoksiężnik, 
widząc   zachowanie   żołnierzy,   szybko   prześliznął   się   przez   zasłonięte   kotarą   drzwi, 
zapewne by wyjrzeć z kuchennego okna.

– Ktoś biegnie w stronę zamku – oznajmił Dogal. – Chyba żołnierz. Nosi czerwony 

kilt i miecz.

– Z jakiej armii? – spytał Sterren.
– Skąd mogę wiedzieć? – zdziwił się Dogal.
Sterren, nie do końca jeszcze rozbudzony, nie potrafił sobie przypomnieć żadnego 

background image

semmańskiego   słowa   oznaczającego   „rozpoznać”   czy   „zidentyfikować”.   Po   chwili 
wahania spytał po prostu:

– Jaki mundur? – Tego słowa musiał się nauczyć, aby pełnić funkcję wodza.
– Nie odróżnię Ophkaru od Ksinallionu – wyznał Dogal – czy od Shanu z Pustyni, 

czy jakiegokolwiek innego, jeśli już oto chodzi. W każdym razie nie był to semmański 
mundur.

Podczas   tej   wymiany   zdań   Alder   przeszedł   przez   pokój   do   okna   i spoglądał   na 

uciekającą postać. Lady Kalira także stanęła za Dogalem.

– Mnie to wygląda na ksinallioński – stwierdził Alder. Lady Kalira pokiwała głową.
– Nie semmański?
– Nie – zgodziła się cała trójka. – Nie semmański! Sterren westchnął.
– W takim razie lepiej się stąd wynośmy.
Nikt   nie   protestował.   W ciągu   pięciu   minut   cała   grupa   wyszła   na   ganek,   gdzie 

czekały już konie.

Po kolejnych  pięciu minutach  Semmańczycy  byli  w siodłach,  konie zaprzęgnięto, 

a Sterren i magicy sadowili się w wozie, niechętnie wychodząc spod dachu na deszcz.

– Którędy? – spytał Hamder.
Sterren musiał przyznać, że to było dobre pytanie. Wzruszył ramionami i wskazał na 

północ.

– Tędy – powiedział. Potrząsnął lejcami i wóz potoczył się po zabłoconym polu.
Po   kilku   minutach   zatrzymał   konie   i uniósł   rękę,   dając   sygnał   semmańskim 

jeźdźcom. Zatrzymali się pośrodku czegoś, co latem było pewnie pastwiskiem.

Skuleni   w deszczu,   patrzyli   na   niego   z oczekiwaniem,   a Sterren   zawahał   się, 

niepewny, jak zacząć.

– Cóż – rzekł po ethsharyjsku – jesteśmy w Semmie, a przed nami dookoła zamku 

jest armia Ophkaru, a może i Ksinallionu. Waszym zadaniem jest wypędzić ich z Semmy. 
Bierzcie się do roboty.

Magicy spojrzeli po sobie, potem na Sterrena.
– Jak? – spytał Hamder po dłuższej chwili.
– Skąd mam wiedzieć? – odparł z irytacją. – To wy jesteście magikami i macie swoje 

sekrety.

–   Ale   ty   jesteś   wodzem   –   przypomniała   mu   Annara.   –   I ty   tu   rządzisz.   Ty   nas 

wynająłeś, więc teraz powiedz, co mamy robić.

Tego właśnie się obawiał.
– Nie mam pojęcia – wyznał. – Zmusili mnie do objęcia tej głupiej funkcji, a nie 

background image

znam się na walce lepiej od was.

– W takim razie – stwierdził Hamder – wydaje mi się, że wszyscy mamy poważne 

kłopoty.

– Może po prostu wrócimy do domu? – zaproponowała Shenna. – Nie mamy tu co 

robić! Spójrz na wszystkich tych ludzi!

W  rzeczywistości  armie   oblegające  zamek   były   niewidoczne   z miejsca,  gdzie   się 

zatrzymali, nikt jednak nie próbował jej poprawiać. Jeszcze na statku Sterren uprzedzał 
ich, że staną naprzeciw wojsk liczących około czterystu pięćdziesięciu ludzi.

– Ani jeden z tych żołnierzy nie wie niczego o magii – przypomniał Sterren. – Ani 

jeden! Prawdopodobnie nawet nie widzieli działania magii, gdyż w tej części świata jest 
rzadka jak futro na rybie.

– Szczerze mówiąc, nikt z nas nie jest Fendelem Wielkim – odparowała Annara.
– Nie, ale jesteście magikami i wszyscy zgodziliście się tu przybyć i brać udział w tej 

wojnie.   Więc   walczcie!   Emner,   wczoraj   w nocy  mówiłeś,   że   potrafisz   lewitować,   że 
znasz zaklęcie osłaniające i masz jakiś sposób wpływania na ludzi.

-
–   Pierwsze   Zaklęcie   Hipnotyczne   Felshena   –   odparł   Emner   –   Lewitację   Tracela 

i Elementarną Osłonę Fendela. Ale i tak będę samotnym człowiekiem przeciwko całej 
armii. Zaklęcie Felshena nikogo nie zabije ani nie skłoni do rezygnacji z walki. Owszem, 
mogę im trochę przeszkadzać, ale nie...

– To nieważne! – przerwał mu Sterren. – Zapominasz o wrażeniu jakie na ich morale 

wywrze   atakujący   prawdziwy   mag!   Ci   żołnierze   nawet   sobie   nie   wyobrażają   użycia 
magii w wojnie. Przerazisz ich!

Emner był pełen wątpliwości. Sterren zaczynał popadać w rozpacz.
– Słuchajcie, nie oczekuję, że w ciągu nocy rozbijecie tę armię, ale przecież na to się 

zgodziliście, po to tu jesteście. To jest powód, dla którego was żywiliśmy, przewieźliśmy 
tutaj, a niektórym zapewniliśmy odzienie.

Annara posiadała tylko jedną, podartą purpurową szatę. Lady Kalira przyniosła jej na 

statku przyzwoitą zmianę ubrania, aby mogła wyprać i naprawić swoje. Dostarczyła też 
nici,   igły   i materiał.   Teraz   Annara   była   znowu   ubrana   w swoją   purpurę,   ale   dobrze 
wiedziała, o kim mówi Sterren.

–   Myślę,   że   to   nie   będzie   takie   trudne,   jak   się   wam   wydaje   –   kontynuował.   – 

Pamiętajcie,   to   nie   tylko   nasza   jedenastka   będzie   walczyć.   Mamy   własną   armię   za 
murami zamku i trzech doskonałych oficerów, którzy z pewnością wykorzystają każdą 
okazję,  jakiej   im  dostarczymy.   – Sterren  wcale  nie   był  tego  pewien.  Spodziewał   się 
raczej,   że   jego   trzej   oficerowie   zmarnują   każdą   okazję,   lecz   wolał   się   do   tego   nie 

background image

przyznawać. – Zycie ludzi w zamku, a są tam całe setki, w tym dziesiątki niewinnych 
kobiet i dzieci, zależy od nas!

To   chyba   była   prawda.   Łatwo   mógł   sobie   wyobrazić   księżniczkę   Shirrin,   która 

z zamkowych okien wygląda tryumfalnego powrotu swego bohatera. Pewnie spodziewa 
się, że nadjedzie na białym koniu, pod sztandarem i wśród dźwięku trąb, a nie że będzie 
powoził rozklekotanym akallańskim wozem.

– Mogłabym założyć kilka pułapek – przyznała niechętnie Annara. – Przynajmniej 

dopóki nie wyczerpię swoich składników. Potrzebuję wosku. I pergaminu, jeśli macie.

– O właśnie! – rzekł Sterren. – Tak już lepiej!
Spojrzał wyczekująco na pozostałych.
–   Jeśli   któryś   z czarodziejów   lub   czarnoksiężnik   mogliby   mnie   popchnąć,   kiedy 

uniosę   się   w powietrze,   mógłbym   polecieć   i sprawdzić,   co   się   dzieje,   albo   zanieść 
wiadomości do zamku – zaproponował Emner.

Czarodzieje spojrzeli po sobie nawzajem, ale to czarnoksiężnik się odezwał:
– Tyle chyba dam radę zrobić. Jesteś nieważki, kiedy lewicujesz, prawda?
– Właściwie nie, nie przy zaklęciu Tracela – przyznał Emner.
– Jest inne zaklęcie lewitacji, które czyni człowieka nieważkim, ale jakoś nigdy go 

nie opanowałem.

– W takim razie ja popróbuję – rzekł czarnoksiężnik.
– Chyba będziemy mogli ci pomóc – zaproponował Hamder.
– Przynajmniej póki będziesz w zasięgu wzroku.
– Możesz najpierw spróbować – zasugerował Sterren.
Wszyscy pokiwali głowami.
–   Możemy...   to   znaczy   ja   mogę   wyłapywać   wrogich   żołnierzy   i dusić   ich   na 

odległość – rzekł Ederd.

– Albo zrzucać na nich kamienie – dodał Hamder.
Shenna z niesmakiem zmarszczyła nosek, ale dodała:
–   Mogę   zatruć   wodę.   Bez   dotykania   jej.   Tak   myślę   –   zawahała   się,   po   czym 

powtórzyła: – Tak myślę. O wiele łatwiej jest sprawić, żeby zepsuła im się żywność, jeśli 
dowiem się, gdzie ją trzymają i jeśli nie jest schowana w zamknięciu.

Wszystkie oczy skierowały się na czarnoksiężnika. Wzruszył ramionami.
– Nie wiem, ile mogę tutaj dokonać, ale postaram się. Duszenie na odległość... to jest 

możliwe. Łatwiej mi jednak będzie po prostu zatrzymać ich serca.

Zapadła chwila milczenia.
– No właśnie! – przerwał ją Sterren. – Widzicie? Nie będzie tak źle. Możemy zrobić 

background image

całkiem  sporo, a oni nie mają sposobu, aby z nami  walczyć,  ani nawet pojąć, co się 
dzieje!

Magicy smętnie pokiwali głowami. Nikt nie protestował. Ale też nikt nie wykazywał 

entuzjazmu.

Sterren uznał, że to wystarczy. Entuzjazm przyjdzie później. Na początek dobry jest 

i brak oporu. – Co się dzieje? – spytała lady Kalira w semmacie. Sterren westchnął i jej 
wyjaśnił.

background image

ROZDZIAŁ 20

Dwa dni później, mniej więcej półtorej mili na północny zachód od Zamku Semma, 

dwójka   czarodziejów   wytężała   siły   obserwując,   słuchając   czy   też   używając   jakiegoś 
innego zmysłu, którego istnienia Sterren nawet się nie domyślał. Semmańczycy i inni 
magicy czekali, aż coś się stanie. Sterren nie liczył, że dowie się czegoś, póki czarodzieje 
tego nie powiedzą.

Obaj drgnęli nagle, choć nie była to żadna nowość. Gdy byli pogrążeni w transie 

percepcyjnym, często w ten właśnie sposób reagowali na niewidoczne wydarzenia.

Jednak   nawet   po   takim   ostrzeżeniu,   stuk,   który   zabrzmiał   mniej   więcej   sekundę 

później, całkowicie Sterrena zaskoczył. Uznał, że sam pewnie by go nie usłyszał.

Zresztą nie spodziewał się, że zaklęcie podziała. Annara była tak pesymistyczna co 

do   swoich   możliwości,   że   podświadomie   zrezygnował   z myśli,   że   uda   się   jakoś   je 
wykorzystać.

Spojrzał na nią. Wyglądała na równie zaskoczoną.
– Bogowie! – powiedziała. – Zrobiłam ją taką wielką, jak tylko zdołałam, i zadziałała 

potężnie!

Sterren musiał się z tym zgodzić. Według tego, co czarodzieje odczytali z umysłów 

przechodzących   żołnierzy,   ich   grupa   była   obecnie   około   mili   od   namiotu   wodza 
Ophkaru,   i właśnie   tam   trafiła   zapewne   fałszywa   wiadomość.   Wybuch,   słyszany 
z odległości mili, musiał być potężniejszy, niż się spodziewali.

Ederd otrząsnął się nagle z transu.
–   Uznałem,   że   powinniście   się   dowiedzieć   –   powiedział   bez   wstępu.   –   Właśnie 

zabiliśmy sekretarza generała, to znaczy wodza. Nie trafiło samego wodza.

– Zabiliśmy? – pisnęła Annara.
Ederd kiwnął głową.
– Nie musisz znać szczegółów – rzekł – ale jestem pewien, że nie żyje. Jednak nikt 

inny nie oberwał, i choć było mnóstwo iskier, namiot się nie zapalił.

Sterren spojrzał na Annarę z szacunkiem.
– Dobra robota – stwierdził.
–   Przecież   Wybuchowa   Pieczęć   nie   powinna   nikogo   zabić!   –   zaprotestowała.   – 

W najgorszym razie powinna... no, urwać im ręce. Zwykle tylko trochę parzy.

– Może coś pomyliłaś? – zasugerował Sterren.
– Raczej nie – odparł Ederd. – Trzymał pergamin tuż przy twarzy i badał pieczęć. 

Myślę, że coś podejrzewał.

background image

– Och... – Annara wyglądała, jakby ogarnęły ją mdłości.

– Co się dzieje? – spytał Alder w semmacie. – Właśnie zabiliśmy... ee... pomocnika 

wodza Ophkaru.

– Pomocnika?
– Człowieka, który pisze i czyta dla niego.
– Adiutanta?
– Chyba tak.
Alder uśmiechnął się szeroko.
– Niezły początek – powiedział.
– Magia może się jednak na coś przydać – zgodził się ponuro Dogal.
Sterren   kiwnął   głową,   choć   nie   sądził,   żeby   drugi   raz   udało   się   użyć   tej   samej 

sztuczki. Przeciwnik został ostrzeżony.

Cóż,   może   znajdą   inne   sposoby   wykorzystania   Wybuchowej   Pieczęci.   Może   ją 

przyłożyć na klapach namiotów albo siodłach, żeby detonowała, kiedy kawalerzyści będą 
rozkulbaczać konie?

Zresztą   czy   przeciwnik   może   sobie   pozwolić   na   ignorowanie   zapieczętowanych 

wiadomości?

Tej nie zignorowali. Hamder zdołał przekonać strażników, że mówi prawdę, mimo 

braku jakiegokolwiek dowodu. Uznali go za ophkaryjskiego kuriera, chociaż nie miał 
munduru, nie znał języka i zbliżył się pieszo z niewłaściwej strony. I chociaż pobrał z ich 
umysłów  najwyżej  kilkanaście słów, sprawił, że byli  absolutnie pewni, iż przyjęli od 
niego pilną wiadomość od króla Ophkaru, którą trzeba natychmiast przekazać wodzowi.

Niezły   wyczyn,   i Sterren   dopilnował,   żeby   Hamder   wiedział,   jak   wszyscy   go 

podziwiają. Żałował, że nie ma go tutaj z nimi, bo podziękowałby mu jeszcze raz.

A teraz Annara okazała się równie przydatna. Sterren nie spodziewał się, że pieczęć 

narobi tyle szkód.

Miał nadzieję, że Emner i Hamder odniosą podobne sukcesy.
Właśnie gdy o nich myślał, Shenna wyszła z transu.
– Hamder sprowadza z powrotem maga – oświadczyła – ale nie wiem, dlaczego.
– Dzięki – odparł Sterren. – Pójdę zapytać.
Wstał  z podłogi, otrzepał  się, przeszedł  przez  pokój  i wdrapał  się po drabinie  na 

strych.

Hamder siedział w otwartych drzwiach stryszku ze skrzyżowanymi nogami, patrząc 

nieruchomo w kierunku zamku. Sterren spojrzał nad jego ramieniem i zobaczył w oddali 
czarny rosnący punkt.

background image

– Co się dzieje? – zapytał.
Czarodziej   nie   zwrócił   na   niego   uwagi.   Po   chwili   Hamder   odetchnął   głęboko 

i przewrócił się na bok, w siano.

– Nie mogę dłużej – szepnął.
Sterren widział, że Hamder jest całkowicie wyczerpany. Pochylił się więc i spojrzał 

na daleką postać Emnera, dryfującego bezradnie nad wrogimi wojskami.

– Może czarnoksiężnik go ściągnie – zasugerował.
Hamder nie miał siły odpowiedzieć, więc tylko skinął głową.
Sterren odwrócił się i zszedł po drabinie, po czym  ruszył  do kąta, gdzie ostatnio 

widział czarnoksiężnika.

Czarno ubrany Ethsharyjczyk wciąż tam był – przykucnął i mruczał coś do siebie. 

Nie uniósł głowy, gdy zbliżył się Sterren.

–   Mamy   kłopot   –   rzekł   Sterren.   –   Emner   dryfuje   w powietrzu,   a Hamder   jest 

wyczerpany.

Czarnoksiężnik pokręcił głową i skrzywił się. Było jasne, że znów dręczy go ból 

głowy.

–   Weź   kogoś   z czarodziejów.   Sprawdzałem;   nie   potrafię   ruszyć   czegoś   tak 

masywnego jak człowiek, nawet kiedy lewituje.

– Są zajęci. Jesteś pewien?
Czarnoksiężnik spojrzał na Sterrena, potem podniósł się.
– Masz sznur? – zapytał.
– Nie wiem – odparł Sterren. – Czemu?
– Bo gdybyś  miał,  mógłbym  przenieść  jeden  koniec sznura  aż do niego  i wtedy 

podciągnąłby się na nim. Wiem, co mogę, a czego nie mogę zrobić. A jego nie potrafię 
ruszyć. Musisz wziąć kogoś z czarodziejów.

Sterren westchnął ciężko i odszedł.
Ta sztuczka ze sznurem może się kiedyś przydać, uznał. Trzeba ją zapamiętać.
Westchnął   znowu,   przypominając   sobie   jakie   nadzieje   wiązał   na   początku   z tym 

czarnoksiężnikiem.   Okazał   się   jednak   żałośnie   słaby.   Mógł   unieść   w powietrze   kilka 
funtów naraz, zapalać niewielkie ognie, otwierać zamki, ale to mniej więcej wszystko. 
Prawie bez przerwy dręczyły go potworne bóle głowy.

Te bóle trochę Sterrena niepokoiły.  Nigdy nie słyszał, żeby kogoś takiego bolała 

głowa. Czarnoksiężnicy byli zwykle uosobieniem zdrowia i wigoru – potrafili się leczyć, 
usuwać wszelkie atakujące ich choroby, czerpać siły ze Źródła... Przynajmniej dopóki nie 
zaczynały się koszmary. Nawet wtedy pozostawali fizycznie zdrowi, może z wyjątkiem 

background image

drobnych dolegliwości związanych z brakiem snu.

Dla tego czarnoksiężnika koszmary się skończyły, ale tajemnicze bóle głowy mogły 

się okazać jeszcze gorsze. Odkąd się zaczęły,  czarnoksiężnik chyba posiwiał. Sterren 
słyszał   o czarnoksiężnikach   uciekających   na   południe,   gdy   zaczynali   cierpieć   od 
koszmarów, ale nigdy nie słyszał o bólach głowy.

Shenna   znów   była   w transie,   ale   Ederd   miał   przerwę   –   opierał   się   o stóg   siana. 

Podniecenie już opadło, wybuch nastąpił, Shenna mogła sama uważać na wydarzenia.

– Ederd – zawołał Sterren – musisz tu ściągnąć Emnera; Hamder jest wykończony.
– Nic mu się nie stało? – spytał Ederd, podrywając się na nogi.
Sterren nie był pewien, czy Ederdowi chodzi o Hamdera, czy Emnera. Zresztą nie 

było to takie ważne.

– Chyba nic – odparł.

Ederd wspinał się już na drabinę. Sterren rozejrzał się po stodole. Alder i Dogal 

siedzieli   z boku   i rozmawiali   cicho   w semmacie.   Lady   Kalira   i Alar   stali   w pobliżu. 
Shenna   siedziała   ze   skrzyżowanymi   nogami   pośrodku   podłogi.   Czarnoksiężnik   tkwił 
w swoim kącie, oparty o ścianę. W innym kącie Annara robiła coś ze swoim sztyletem 
nad   wiadrem.   Ederd   i Hamder   byli   już   na   stryszku   i ściągali   Emnera   z misji 
wywiadowczej.

Szkoda, że Emner nie zna semmatu. Sterren nie był pewien, czy ktokolwiek w zamku 

mówi po ethsharyjsku czy też w ojczystym lamumańskim Emnera, inaczej mógłby go 
wykorzystać, aby nawiązać kontakt z oblężonymi Semmańczykami.

Nikt inny nie potrafił lewitować tak daleko. Czarodzieje, pracując wspólnie, potrafili 

jednego ze swego grona podnieść całkiem wysoko nad ziemię, ale tylko na krótki czas, 
niewystarczający,  aby go przemieścić  nad mury zamku.  Czarnoksiężnik  potrafił  latać 
w Ethsharze, ale tutaj nie był w stanie podnieść się nad ziemię nawet na cal.

W tej chwili Sterrenowi po raz pierwszy przyszło do głowy, że mógłby przesyłać 

pisemne wiadomości. Co prawda jego znajomość semmatu była ograniczona, zwłaszcza 
w piśmie, jednak lady Kalira umiała pisać i płynnie władała tym językiem.

Warto   o tym   pamiętać...   Lecz   o czym   miałby   ich   zawiadomić?   Zresztą   Hamder 

niemal padł z wycieńczenia, ściągając Emnera z patrolu. Przeniesienie go ponownie do 
zamku i z powrotem byłoby bardzo poważnym problemem.

Cała   ta   sprawa   zwycięstwa   w wojnie   okazała   się   bardziej   pracochłonna,   niż 

przypuszczał.   Jego   magicy,   choć   chętni   do   działania,   wydawali   się   niezdolni   do 
samodzielnego  myślenia.  Prawie na każdym  kroku musiał  im mówić,  co mają  robić. 
Z początku sądził, że po prostu pozwoli im działać, a sam będzie czekał na zwycięstwo; 

background image

zamiast tego musiał bez przerwy wymyślać sposoby walki i kreślić plany.

Sam   nie   wiedział,   czemu   się   tym   przejmuje.   Zrobił   swoje;   czemu   się   stąd   nie 

wyniesie i nie wróci do Ethsharu?

Była  jeszcze lady Kalira i trzej żołnierze,  którzy mogą  próbować go zatrzymać... 

Uznał   jednak,   że   im   się   wymknie,   jeśli   tylko   spróbuje.   Porwie   konia   albo   nawet 
wszystkie, żeby nie dopuścić do pościgu, i sprzeda je w Akalli, aby mieć czym zapłacić 
za rejs.

Im dłużej tu przebywał, tym większa była szansa, że zostanie schwytany i zabity 

przez najeźdźców. Nawet nie pomógł Semmie; po dwóch dniach zabili tylko jednego 
wrogiego żołnierza!

Owszem, ludzie w zamku pewnie na niego liczyli, ale co mógł dla nich uczynić?
Przemyślał sprawę bardzo poważnie i uznał, że sam nie wie, czemu tu tkwi.
Może zdecyduje się uciec za dzień lub dwa.
Ale jeszcze nie teraz.

background image

ROZDZIAŁ 21

Dwudziestego   pierwszego   dnia   miesiąca   zimowego   5220   roku   wciąż   jeszcze   nie 

uciekł. W drugim tygodniu oblężenia Sterren i jego mała grupa działali już rutynowo. 
Każdego dnia szarpali przeciwnika, wykorzystując wszelkie sztuczki i pomysły, jakie im 
przyszły do głowy; Semmańczycy w tym czasie szukali nowych kryjówek. Sterren uznał 
bowiem, że byłoby niebezpiecznie zostawać dwie noce z rzędu w tym samym miejscu. 
Zresztą dzięki temu Semmańczycy czuli się użyteczni.

Wciąż   była   przy   nim   tylko   czwórka.   Nikt   nie   zdezerterował   –   jeśli   w tych 

okolicznościach   byłaby   to   dezercja   –   ale   też   nikt   się   nie   pojawił,   by   dołączyć   do 
partyzanckiej grupy Sterrena.

O   ile   się   zorientował,   nikt   nie   był   w stanie   wymknąć   się   z zamku,   a jeśli   nawet 

komuś się udało, mógł mieć inne plany.

Od czasu do czasu jakiś farmer, który uciekł, gdy przybyli najeźdźcy, i zamieszkał 

u krewnych czy przyjaciół w okolicy, zaglądał, czy może bezpiecznie wrócić do domu. 
Jednak ci ludzie natychmiast odchodzili, gdy tylko przekonali się, że wróg wciąż oblega 
zamek. Żaden nie chciał przyłączyć się do walczących.

Takie   spotkania   dowodziły,   że   większość   mieszkających   w wioskach   chłopów 

przyczaiła się gdzieś  tuż za horyzontem,  czekając na koniec wojny.  Nie chcieli  brać 
udziału w walce, którą uważali za sprawę arystokracji, a nie swój interes.

Lady Kalka oskarżała ich o tchórzostwo i brak patriotyzmu. Sterren i żołnierze byli 

mniej krytyczni. W końcu cóż mogło pomóc kilku nie uzbrojonych chłopów?

Nawet   trzech   semmańskich   żołnierzy   nie   było   w stanie   zrobić   wiele.   To   magicy 

prowadzili wojnę, a Semmańczycy tylko biegali na posyłki.

Annara   stała   się  ekspertem  od  wybuchowych   pieczęci.   Udawało  jej   się  zakładać 

wybuchowe pułapki na książkach, klapach namiotów, a nawet na parze butów.

Właściwie nie zaklinała klap namiotów, a jedynie rzemienie, którymi je sznurowano. 

Czarodzieje twierdzili, że trudno je zawiązać bez naruszenia pieczęci. Nie udało się jej 
tylko z siodłem, gdyż koń nie chciał stać nieruchomo.

Zaklęcie miało jednak cztery poważne wady.
Po pierwsze, rzucanie zaklęcia trwało pół godziny, a każde zakłócenie w tym czasie, 

jak twierdziła Annara, mogło doprowadzić do katastrofalnych skutków. Przez cały czas 
ktoś musiał stać przy niej na straży, a w dodatku w razie zagrożenia nie można jej było 
szybko ewakuować. Jak dotąd zagrożenia się nie pojawiały,  ale Sterren i tak się tym 
martwił.

background image

Po drugie, przedmiot, na który przykładała pieczęć, musiała mieć przed sobą, co 

znaczyło, że ktoś musiał go wykraść nieprzyjacielowi, a potem podłożyć  z powrotem. 
Emner   i czarodzieje   potrafili   to   zrobić,   wykorzystując   zaklęcie   lewitacji   lub 
czarodziejskie   umiejętności   przekonywania.   Lecz   było   to   ryzykowne,   zwłaszcza   gdy 
ostrożnie starali się dostarczyć na miejsce zapieczętowane rzemienie namiotów.

Po trzecie, zaklęcie wymagało użycia kropli smoczej krwi na każdą pieczęć. Annara 

miała   jej   tylko   niewielką   fiolkę,   może   kilkanaście   kropli.   Emner   nie   mógł   pomóc; 
zapytany, odparł:

– Nigdy z tego nie korzystam. Nie potrzebuję jej do swoich zaklęć, a jest strasznie 

droga!

Sterren wiedział, że smocza krew jest bardzo kosztowna, i był zdziwiony, że Annara 

już dawno nie sprzedała swojego zapasu.

–   Dzięki   temu   i innym   składnikom   –   wyjaśniła   –   jestem   magiem   i mogę   rzucać 

zaklęcia. Bez nich byłabym jeszcze jednym szarlatanem. Poza tym, gdybyś nie pojawił 
się wtedy w Ethsharze, pewnie bym ją sprzedała. Do tego czasu sytuacja nie była aż tak 
dramatyczna.

Po czwarte w końcu, pieczęć była widoczna. Była zawsze w kolorze czerwieni albo 

czerni. Annara nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego właśnie tak albo tak, a nie zawsze tego 
samego koloru, więc chyba było to zupełnie przypadkowe.

Pieczęć   była   robiona   z wosku.   Kiedy   Annara   używała   przezroczystego   wosku 

pszczelego z zapasów znalezionych w opuszczonej kuchni, mogła zaczarować go Słabą 
Niewidzialnością  Eknerwala,  tak  że wosk był  niewidoczny,  ale  nawet wtedy smocza 
krew pozostawała widoczna, ukształtowana w niezwykłą runę. Nic nie można było na to 
poradzić.

Nie pomogło to jednak właścicielowi butów, który zaczął wkładać je w ciemności 

i stracił prawą rękę i stopę. Nie pomogło porucznikowi, który otworzył książkę i uznał 
runę za zwykły ornament; stracił oko, trzy palce i książkę. Pierwsza zaczarowana klapa 
namiotu poparzyła żołnierza od ramienia do palców.

Właściciel drugiego namiotu z zaczarowaną klapą był ostrożniejszy i nie naruszył 

runy. Przeczołgał się w błocie, wśliznął do namiotu od tyłu, po czym złożył go i wyniósł 
z obozu, zanim szturchnął pieczęć kijem.

Wybuch spalił namiot, ale nikogo nie zranił.
Po tym wróg już wiedział, czego szukać; zmienili więc zastosowanie Wybuchowej 

Pieczęci. Annara nie przejmowała się już Słabą Niewidzialnością, nie próbowała nikogo 
poważnie   zranić.   Zamiast   tego   zakładała   pieczęć   w miejscach,   gdzie   mogła   narobić 

background image

najwięcej szkód.

Na przykład cała trójka czarodziejów stalą na straży, gdy Annara mocowała pieczęć 

na osi koła wozu na wodę przekonując, nielicznych przechodniów, że Annary wcale tam 
nie ma, albo ma prawo wykonywać swój niezwykły rytuał. Tymczasem pieczęć oderwała 
koło i przeraziła konie, kiedy próbowano przewieźć wozem kolejny ładunek.

Czarnoksiężnik zauważył, że jeden z trójki czarodziejów mógł dokonać tych samych 

szkód młotkiem, Sterren uznał jednak, że demoralizacja przeciwnika warta jest wysiłku.

Lecz zapamiętał tę uwagę i później wysyłał czarodziejów, aby łamali osie wozów 

i przecinali liny.

Księgi   finansowe   ksinalliońskiej   armii   znaleziono   zaplombowane   i trzeba   było 

wysłać gońca, aby przywiózł kopie – nie było sposobu, by je otworzyć, nie paląc ich przy 
tym na popiół.

Zapieczętowali też dwa kolejne namioty – najeźdźcy musieli je usunąć i zdetonować.
Annara uczciwie  zarabiała  na swoje utrzymanie,  podobnie czarodzieje, którzy jej 

pomagali.

Emner,   ze   swym   zaklęciem   lewitacji,   dostarczał   znakomitych   raportów 

wywiadowczych, znajdował namioty sztabowe nieprzyjaciela i liczył żołnierzy. Okazało 
się, że jest ich około trzystu, a nie czterystu pięćdziesięciu. Ogłuszył kilku strażników, 
aby odwrócić uwagę od czarodziejów, i na kilka godzin obrzydził życie kilku wrogom, 
rzucając   zaklęcie   na   karalucha,   aby   głośno   i fałszywie   śpiewał   starą   morską   szantę 
„Przyprawa   w ładowni”.   Zaklęcie   przestało   działać,   gdy   jeden   z żołnierzy   –   bardziej 
przypadkowo niż w sposób zamierzony – rozdeptał karalucha.

To, że karaluch był martwy, nie przeszkodziło Śpiewającemu Zaklęciu Galgera, to 

tylko mocne stuknięcie w zaczarowany obiekt było przyczyną przerwania śpiewu. Gdyby 
ktoś przypadkiem nadepnął później znowu na martwego karalucha, ponownie zacząłby 
śpiewać.

Niestety, nikt już na niego nie trafił.
Aby   pomóc   magom,   czarodzieje   dołączyli   kilka   własnych   sztuczek.   Shenna 

doprowadziła   do   zepsucia   cetnara   mięsa   i całego   wozu   jarzyn,   więc   przez   kilka   dni 
oblegający   jedli   mniej   niż   oblegani.   Strażnicy   nabrali   zwyczaju   znikania,   a potem 
pojawiania się już w stanie martwym w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Zdarzało 
się to tak często, że przez ostatnie trzy noce w ogóle nie wystawiano straży.

Udało   się   zatruć   tylko   jeden   transport   wody.   Shenna   odkryła,   że   jest   to   o wiele 

trudniejsze niż przypuszczała. Co więcej, woda zyskiwała wyraźny odór i nieprzyjemny 
smak, tak że nikt nie wypił je} więcej niż łyk i natychmiast ją wypluwał.

background image

Czarnoksiężnik   nie   współpracował   z innymi.   Wolał   wymykać   się   sam   i usuwać 

przypadkowych żołnierzy wroga. Nie musieli stać blisko czy samotnie, jak w przypadku 
działań   czaro   dziejów.   Poza   tym   ofiary   czarodziejów   znajdowano   uduszone   lub 
zasztyletowane.   Ofiary   czarnoksiężnika   po   prostu   padały   martwe   pośród   przyjaciół 
i towarzyszy, bez ostrzeżenia, bez widocznej przyczyny.

Wywoływało  to niemal  panikę. Czarodzieje przechwytywali  rozmowy o klątwach 

i demonach.

Niestety,  nieprzyjacielscy oficerowie potrafili zapanować nad sytuacją. Prowadzili 

nawet kampanię kontrpropagandy. Przekonywali żołnierzy, że ta aktywność demonów 
wskazuje,   iż   zły   semmański   król   połączył   swe   siły   z mocami   ciemności,   i trzeba   go 
powstrzymać, zanim stanie się zbyt potężny.

Sukces tej  kampanii  był  dość wątpliwy,  ale jak dotąd wroga armia  utrzymywała 

porządek   w swoich   szeregach.   Sterren   nie   otrzymywał   meldunków   o dezercjach   czy 
buntach.

Oczywiście,   najeźdźcy   ponosili   spore   straty.   Sterren   naliczył   łącznie   czterdziestu 

jeden zabitych i siedmiu rannych jako bezpośredni rezultat działań magików. Dodatkowo 
we wrogim obozie często wybuchało zamieszanie. Sterren był zadowolony – czterdziestu 
ośmiu ludzi to znacząca część oblegającej armii, a on sam nie stracił ani jednej osoby! 
Czasem jego ludzie byli widziani, ale zawsze udało im się uciec.

Nawiązał też kontakt z mieszkańcami zamku, mimo że czarnoksiężnik nie potrafił 

podnieść   ani   przesunąć   człowieka   na   taką   odległość,   a czarodzieje   robili   to   kosztem 
całkowitego   wyczerpania.   Czarnoksiężnik   potrafił   jednak   –   i robił   to   –   wysyłać 
wiadomości pisane na pergaminie. Przenosił je do zamku ponad kręgiem nieprzyjaciół 
i zrzucał na dziedziniec.

W odpowiedzi ludzie na zamku wywieszali na zachodnich murach zielony proporzec 

i do   niego   przyczepiali   swoje   wiadomości.   Czarnoksiężnik,   zwykle   bez   żadnych 
kłopotów, potrafił je odebrać.

Stąd   Sterren   wiedział,   że   w zamku   ludziom   nie   żyje   się   wygodnie.   W murach 

panował   straszliwy   tłok,   gdyż   ponad   setka   chłopów   znalazła   tam   schronienie, 
powiększając i tak już sporą liczbę mieszkańców. Chłopi ci zmniejszali zapasy żywności, 
gdyż większość niczego ze sobą nie zabrała.

Na szczęście, gdy przybyli wrogowie, zimowe zapasy były już bezpiecznie ukryte 

w zamku. Mimo setki dodatkowych gąb do wyżywienia, oblegani mieli dość żywności 
i wody, by wytrzymać co najmniej miesiąc.

Oprócz   zagęszczania   i lęku,   nieuniknionych   w takiej   sytuacji,   obleganym   groziły 

inne niebezpieczeństwa. Napastnicy mieli machiny oblężnicze, które często wrzucały do 

background image

zamku   płonące   pociski,   a kiedy   indziej   ciskały   w okna   i na   dachy   ciężkie   kamienie. 
Pewnej   nocy,   kiedy   strażnik   zdrzemnął   się   na   posterunku,   stajnia   na   zachodnim 
dziedzińcu spłonęła do fundamentów. Rozbito kilkanaście okien, przedziurawiono trzy 
dachy.  Zginęło  pięciu  ludzi,  około dwudziestu  było  rannych.  Wielu  chorowało. Tłok 
sprawiał, że nie można było izolować chorych i trudniej było utrzymać  higienę, więc 
różne choroby pieniły się obficie. Plagą były też wszy.

Trójka oficerów Sterrena wyraźnie nie była w stanie zorganizować rozsądnej obrony. 

Wszelkie myśli o wypadzie zostały zarzucone, gdyż nie mogli się dogadać, kto z nich ma 
dowodzić.

To jakoś wcale Sterrena nie zaskoczyło.
Na   dodatek   najeźdźcy   próbowali   podkopać   się   pod   mury   zamku,   a obrońcy   nie 

wiedzieli, jak temu zaradzić. Kilku pospiesznie wyszkolonych semmańskich łuczników 
zmusiło napastników, by szukali schronienia, ale nie było to trudne, skoro tuż za bramą 
stała   wioska.   Szybko   pobudowali   prymitywne   osłony,   dzięki   którym   saperzy   mogli 
zbliżyć się do murów, nie narażeni na strzały obrońców.

Pamiętając o tym, tego dnia – dwudziestego pierwszego zimowego – Sterren uznał, 

że   pora   zająć   się   machinami   oblężniczymi.   Saperzy   także   stanowili   problem,   jednak 
machiny były łatwiejszym celem, a ponadto bardziej wpływały na morale oblężonych.

Ukrywali się wtedy w częściowo spalonej chacie na północny wschód od zamku. 

Tam   właśnie   rankiem   dwudziestego   pierwszego   Sterren   zebrał   całą   swoją   grupę 
w największej izbie.

– Emnerze – zapytał – co możesz powiedzieć o machinach oblężniczych wroga?
Emner wzruszył ramionami.
– Co mogę powiedzieć? To machiny oblężnicze.
Sterren spojrzał gniewnie.

– Ile ich jest? Jakiego rodzaju? Gdzie są?
Mag chrząknął zakłopotany.
– Aha – rzekł. – Mają ich około pół tuzina, głównie katapulty, ale także taran. Taran 

jest w wiosce, pozostałe stoją w kręgu wokół zamku, mniej więcej w równych odstępach.

– Co to jest katapulta? – spytała Annara.
Sterren ucieszył się jej pytaniem, po części dlatego, że dała tym dowód, iż uważa, co 

się   mówi,   jednak   przede   wszystkim   z tego   powodu,   że   sam   nie   musiał   o to   spytać 
i pokazać, jak mało wie.

– Cóż, to wielka dźwignia na ramie. Na jednym końcu jest ciężar, zwykle skrzynia 

pełna kamieni, a na drugim łyżka. Do niej przymocowana jest lina, którą nawija się na 

background image

bęben u dołu ramy. Lina ściąga łyżkę w dół, a wtedy skrzynia z ciężarem idzie do góry. 
Na łyżkę ładują to, czym chcą rzucić, zwalniają linę, ciężar opada, a łyżka leci do góry 
i wyrzuca to, co się tam włożyło. Zależnie od ciężaru skrzyni można rzucać pociski, bo ja 
wiem... powiedzmy do trzystu funtów, ponad murami zamku i spoza zasięgu strzał. Jeśli 
użyje się czegoś cięższego, rama może nie wytrzymać.

Sterren kiwnął głową. Niezależnie od swoich wad, Emner potrafił dobrze opowiadać. 

Sterren dokładnie wyobraził sobie, jak działa katapulta.

Co nie znaczy, że wiedział, jak sobie z nią poradzić.
– Czy jest jakiś sposób, żeby je spalić? – zapytał.
Czarodzieje spojrzeli po sobie. Annara i Emner wzruszyli ramionami.
– Z jakiego są drewna? – spytał Hamder.
– Hmm... z czegoś bardzo twardego, tak myślę. Może dąb. Bardzo twarde i mocne.
– Nie podpalę tego – stwierdziła Shenna. – Przykro mi.
– Ani ja – dodał Ederd.
Hamder pokręcił głową.
Sterren spojrzał na Annarę.
– Nie przypuszczam – odparła. – Do zapalania mam tylko Wybuchową Pieczęć, a od 

niej może zapalić się jedynie papier czy tkanina. Poza tym muszę uprzedzić, że zostało 
mi smoczej krwi tylko na jedną pieczęć, i to niezbyt wielką.

To   był   zła   wiadomość.   Wybuchowa   Pieczęć   okazała   się   jedną   z ich   najlepszych 

broni.   Spojrzał   na   czwórkę   Semmańczyków,   którzy   skulili   się   pod   ścianą,   wyraźnie 
znudzeni.

– Czy ktokolwiek w zamku – zaczął w semmacie – ma... ze zwierzęcia, które robi 

ogień... – Gdy mówił, zauważył, że czarodzieje naradzają się szeptem z Emnerem.

– Smok? – spytała Lady Kalira. – Smoki są w górach na północ od Lumethu pod 

Wieżami, ale nigdy nie dotarły do nas, na południe.

–   Nie   cały   smok,   ale...   płyn.   Czerwony   płyn.   Ze   środka   –   Sterren   słyszał   już 

semmańskie słowo oznaczające „krew”, ale nie mógł go sobie przypomnieć.

– Krew? Smocza krew? – spytał Alder.
– Tak! Smocza krew.
–   Nigdy   nie   słyszałam,   żeby   ktoś   miał   coś   takiego   –   odparła   Lady   Kalira.   – 

A czemu? Jest użyteczna?

– Annara potrzebuje tego do magii.
Czwórka Semmańczyków spojrzała po sobie, potem na Sterrena.
– Przykro mi – rzekł Alder.

background image

Sterren westchnął i przeszedł na ethsharyjski.
– Z tymi katapultami...
– Z opisu Emnera wynika, że są za duże, byśmy mogli je przesunąć – stwierdził 

Hamder. – Zwłaszcza jeśli to naprawdę dąb.

– Potrzebnych jest dziesięciu ludzi, żeby którąś ruszyć, nawet na kołach – wyjaśnił 

Emner.

– A czarodzieje mogą używać magii zamiast nóg, rąk i grzbietów, ale nie są silniejsi 

od ophkaryjskich czy ksinalliońskich żołnierzy – dodała Shenna.

– Czy można je jakoś połamać?
Shenna i Hamder spojrzeli po sobie.
– Nie – orzekł Ederd. – Nie, jeśli są tak mocne, jak mówi Emner.
Mag   przepraszająco   wzruszył   ramionami.   –   Muszą   być   mocne,   żeby   ciskać   tak 

wielkie   głazy.   –   No   dobrze   –   rzekł   Sterren   –   czarodzieje   nic   nie   poradzą.   LA   ty, 
Emnerze?

– Mogę sprawić, że zaczną gwizdać albo śpiewać, lecz to wszystko. Przykro mi – 

bezradnie rozłożył ręce.

Sterren spojrzał na Annarę.
– Nie – powiedziała, zanim zdążył się odezwać. – Jeśli nie zdobędę smoczej krwi, 

a prawdopodobnie nawet wtedy się nie uda.

Pozostał zatem tylko czarnoksiężnik.
– Nie wiem – rzekł. – Nie potrafię spalić ram ani ich połamać. Nie w moim obecnym 

stanie. Ale mógłbym przerwać jakieś liny albo dokonać innych szkód. Nie mam mocy 
podnoszenia,   jak   nasi   czarodzieje,   ale   mógłbym   działać   subtelniej:   jakieś   pęknięcia, 
naddarcia, coś, czego oni nie potrafią.

–   Pęknięcia?   –   Emner   zamyślił   się.   –   Gdyby   pękła   główna   dźwignia,   kiedy 

przygotowują się do rzutu, cała maszyna pewnie rozpadłaby się pod ciężarem.

– Tak by było najlepiej – stwierdził Sterren. Czarnoksiężnik wzruszył ramionami.
– Mogę spróbować.
– To dobrze – odparł Sterren. – Więc spróbujesz.
-

background image

ROZDZIAŁ 22

– Czy to wystarczy? – zapytał Sterren, wskazując cel. Czarnoksiężnik podczołgał się 

do niego i wyjrzał ponad strzechę.

– Chyba tak – uznał. – Przynajmniej widzę stąd konstrukcję.
Sterren skinął głową.
– To dobrze – odparł – ponieważ inne kryjówki są jeszcze bardziej niebezpieczne.
Czarnoksiężnik spojrzał na niego zdziwiony. – Więc czemu przyszedłeś tu ze mną, 

jeśli to takie niebezpieczne? – zapytał.

Sterren wzruszył ramionami; sam dokładnie nie wiedział.
– Mam dość słuchania raportów. Chciałem zobaczyć akcję na własne oczy.
Właściwie wolał o tym nie myśleć. To przypominało mu tylko, jak groźna jest jego 

sytuacja   –   leżał   na   dachu   chałupy,   o pięćdziesiąt   sążni   od   wrogiego   obozu.   Zmienił 
temat.

– Jak tam dziś twoja głowa?
– Lepiej, a przynajmniej inaczej – odparł czarnoksiężnik.

– Inaczej? Co to znaczy inaczej? Czarnoksiężnik zawahał się.
– Może po prostu się przyzwyczajam.
Sterren   miał   wrażenie,   że   jego   okryty   czernią   towarzysz   jest   dziś   wyjątkowo 

rozmowny.  Postanowił więc wykorzystać sytuację i wyjaśnić kilka tajemnic, które go 
dręczyły.

– Wiesz – powiedział – nigdy nie słyszałem o czarnoksiężnikach cierpiących na takie 

bóle głowy Opowieści nic nie mówią, że coś takiego zdarza się tym, którzy odchodzą na 
południe.

– Ja też nigdy o tym nie słyszałem – zgodził się czarnoksiężnik. – Nie rozumiem 

tego.

– Ale jest to jakoś związane z twoją magią, prawda?
–   Och,   chyba   tak   –   czarnoksiężnik   zawahał   się,   a potem   dodał:   –   Sam   jesteś 

czarnoksiężnikiem, prawda? Miałem wrażenie, że dostrzegam to, zanim oddaliliśmy się 
tak daleko na południe, że straciłem wyczucie.

– Właściwie nie – odparł Sterren. – Nie ukończyłem terminu.
– Aha, to wszystko tłumaczy! Dużo czasu zajęło mi stwierdzenie, że jesteś jednym 

z nas. Nie zachowywałeś się jak czarnoksiężnik, ale znałeś się na sztuce. I wyczuwałem 
coś w twoim umyśle. Uznałem, że z jakiegoś powodu zachowujesz tajemnicę.

background image

–   Nie.   Może   i mam   jakąś   odrobinę   mocy,   ale   właściwie   nie   jestem 

czarnoksiężnikiem. Jeszcze w Ethsharze wygrywałem w kości częściej niż powinienem, 
ale to wszystko.

Czarnoksiężnik pokiwał głową.
– A zatem nie masz pojęcia...
– O czym?
– Jakie to uczucie, kiedy używa się Mocy.
– Nie – zgodził się Sterren. – Nie wiem. A jakie?
– Trudno to wyjaśnić. To jakby coś... nie ktoś, bo to oczywiście nie jest ludzkie... coś 

jakby bóg, demon albo coś innego, na co nie mamy nazwy, szeptało ci w myślach. Nie 
rozumiesz, co mówi, nie jesteś nawet pewien, że to słowa, ale i tak czerpiesz z tego siłę. 
Możesz wziąć dźwięk tego szeptu, przekształcić go i wykorzystać, aby czuć, kształtować 
i zmieniać świat wokół siebie. Rozumiesz?

Sterren niemal miał wrażenie, że tak. W milczeniu skinął głową.
– A kiedy często korzystasz z czarnoksięskiej mocy,  ten szept zawsze jest z tobą, 

zawsze,   słuchasz   czy   nie,   używasz   Mocy   czy   nie,   śpisz   czy   jesteś   rozbudzony.   To 
nieustające   tło,   które   staje   się   odrobinę   głośniejsze   za   każdym   razem,   kiedy   z niego 
czerpiesz. Próbuje ci coś powiedzieć, ale nie wiesz, co.

Urwał na chwilę, po czym podjął:
– Wiesz o koszmarach.
Nie było to pytanie, ale Sterren znów kiwnął głową.

– Koszmary pojawiają się, kiedy ten szept zaczyna mieć sens. Wciąż nie rozumiesz 

słów, wciąż nie wiesz, co próbuje ci powiedzieć, co szepcze, ale wychwytujesz kawałki, 
drobinki,   fragmenty   obrazów.   Nie   możesz   ich   usunąć,   szept   zawsze   jest   z tobą,   nie 
cichnie, a te obrazy sączą się po trochu do umysłu. – Zadrżał.

– A gdy wyruszacie na południe...? – zapytał Sterren.
–   Kiedy   odpłynąłem   na   południe,   ten   szept   ucichł.   Z początku   było   cudownie. 

Mogłem   zapomnieć   o tych   przebłyskach   znaczeń,   które   wychwytywałem.   Ustały 
koszmary. Nie słyszałem niczego. Lecz potem, kiedy jechaliśmy w głąb lądu, zacząłem 
słyszeć brzęczenie.

Sterren spojrzał na niego zdumiony.
– Brzęczenie? – spytał.
– Brzęczenie, mruczenie, coś w tym rodzaju. To nie jest właściwie dźwięk, raczej, 

psychiczne wrażenie, tak jak szept. Ale to nie jest głos, nie inteligencja, raczej bezmyślny 
dźwięk jakby ula czy kamienia młyńskiego. I... hm, powiedz, byłeś kiedyś w miejscu, 

background image

gdzie bez przerwy słyszałeś nieprzyjemny dźwięk? I to głośny? Głowa od tego boli – 
westchnął. – Ale po jakimś czasie przyzwyczajasz się, a potem przestajesz go zauważać. 
Spodziewam się, że w końcu i ja przestanę go zauważać.  W tej chwili słyszę  go bez 
przerwy, lecz nie powoduje już bólu.

Sterren pokiwał głową.
Wydawało mu się, że zrozumiał użytą przez czarnoksiężnika analogię i domyśla się, 

jakie to uczucie. Nie miał jednak pojęcia, co powoduje to brzęczenie.

Podobnie jak nikt nie wiedział, czym jest Źródło Aldagmoru. A może istnieje drugie, 

inne od tamtego, gdzieś w okolicy Semmy? Źródło, które nie stworzyło nigdy własnych 
magików, tak jak źródło Aldagmoru w 5202, ale czarnoksiężnicy mogą je wyczuwać.

– Jeśli to przypomina Źródło, to czy możesz czerpać z niego Moc?
Czarnoksiężnik spojrzał na niego zaskoczony.
– Nie mam pojęcia. Tale dotąd nie potrafiłem. To nie oferuje ci Mocy tak jak Źródło. 

Ale jest... Sam nie wiem – urwał i umilkł.

Sterren postanowił nie naciskać. Wyjrzał przez strzechę i powiedział:
–   Chyba   są   gotowi   do   ładowania.   Wygląda   to   jak   smoła.   Jak   kula   smoły. 

Przypuszczam, że podpalą ją przed wyrzuceniem.

Czarnoksiężnik spojrzał.
– Tak – przyznał.
– Czy możesz złamać belkę?
Nie   odpowiedział.   Sterren   natomiast   zobaczył,   jak   czarnoksiężnik   zaciska   zęby 

i mruży oczy.

Sterren osłonił oczy dłonią i patrzył  na katapultę.  Czy belka zaczęła  się wyginać 

trochę bardziej niż powinna?

Przesunął się, zmrużył oczy i wytężył wzrok.
Katapulta eksplodowała. W jednej chwili stała jeszcze, a poprzeczka uginała się tylko 

trochę.   W następnej   chwili   cała   konstrukcja   zniknęła   przesłonięta   chmurą   płonących 
szczątków. Wielka drewniana skrzynia z kamieniami, która służyła jako przeciwwaga, 
huknęła   o ziemię   i rozpadła   się.   Kula   smoły   wybuchnęła   płomieniem   i potoczyła   się 
z powrotem   na   ludzi,   którzy   ją   załadowali.   Natomiast   rama   po   prostu   zniknęła 
w wybuchu rozpalonych odłamków. Ziemia się zatrzęsła i potworny, grzmiący huk dotarł 
do ludzi na dachu.

Sterren otworzył usta i rozpaczliwie złapał się strzechy, gdy dom zachwiał się pod 

nim.

Chwilę później gorące odłamki zaczęły opadać, prosto na słomiany dach. Wyczuł 

background image

zapach dymu i szybko zaczął się zsuwać.

Zatrzymał się na krawędzi dachu i obejrzał.
Czarnoksiężnik   wciąż   leżał   na   dachu,   ale   nic   go   nie   dotykało.   Odłamki,   które 

mogłyby go trafić, zmieniały tory lotu.

– Bogowie – szepnął Sterren. – Co się stało?
Czarnoksiężnik odwrócił się i uśmiechnął.  Był  to najszerszy uśmiech,  jak Sterren 

widział na tej surowej twarzy.

– Nie domyślasz się? – rzekł. – W końcu to był twój pomysł.
Sterren pokręcił głową.
– Dostroiłem się do brzęczenia. Czerpię z niego Moc. Jestem tak potężny jak kiedyś!
Podniósł się w sposób całkiem nienaturalny, nie poruszając rękami ani nogami – jego 

ciało płynnie ustawiło się w pionie.

Kiedy już stał prosto, wznosił się dalej, w powietrze. Czarna szata rozpostarła się na 

podobieństwo wielkich skrzydeł. Zaśmiał się tryumfalnie.

– Sterrenie! – zawołał. – Nie ma żadnych głosów! To tylko Moc, czysta Moc! – 

zaśmiał się znowu, a nad nimi przetoczył się grom.

Czarnoksiężnik uniósł głowę, a potem nagle, bez ostrzeżenia, uderzyła błyskawica, 

spalając pozostałe kawałki katapulty.

Błyskawica   nie   była   zwyczajna,   niebiesko-biała.   Miała   ognistą,   pomarańczowo-

czerwoną barwę. Czarnoksięska błyskawica. Sterren słyszał o nich, ale nigdy dotąd ich 
nie widział.

Kolejna   błyskawica   uderzyła   z lewej   strony,   niszcząc   następną   katapultę,   potem 

trzecią, czwartą i piątą. Cały arsenał przeciwnika, umożliwiający ataki na dystans, został 
zniszczony.

Zerwał się wiatr. Sterren uznał, że dach nie jest dla niego odpowiednim miejscem. 

Nie był pewien, czy czarnoksiężnik w pełni panuje nad tą niespodziewaną burzą, więc 
wolał nie ryzykować, bo przecież właściwie wcale go nie znał.

Zsuwał się dalej, aż trafił stopami na drabinę, której użyli do wejścia. Szybko zbiegł 

na ziemię.

Znowu   zahuczał   grom,   ale   tym   razem   wyraźnie   nienaturalny.   Grzmot   był 

przerażająco głośnym śmiechem.

Można w nim było rozpoznać głos czarnoksiężnika.
Wybiegł zza rogu chaty i zdążył zobaczyć, jak wiatr przewraca żołnierzy na ziemię.
Potem wiatr ustał i co odważniejsi Ksinalliończycy (Sterren nauczył się rozróżniać 

mundury, a po tej stronie zamku nie widział żadnych Ophkaryjczyków) wstali na nogi.

background image

Gromowy głos odezwał się znowu. Tym razem przemawiał słowami.
– Wracać do domu! – huczał. – Ta ziemia jest pod ochroną czarnoksiężnika Vonda! 

Tych, co zostaną, czeka śmierć!

I znów śmiech przetoczył się po równinie.
Sterren widział, że wśród wrogów zapanował chaos. Wreszcie konny oficer wpadł 

w panikę, spiął wierzchowca i galopem pognał na północ, w stronę Ksinallionu.

Panika   obejmowała   oblegających   niczym   fala   spowodowana   przez   uciekającego 

oficera.   Po   kilku   minutach   cała   armia   rzuciła   się   do   ucieczki,   ścigana   przez   wyjące 
nadprzyrodzone wichry.

Ich   morale   pogarszało   się   od   wielu   dni,   ludzie   ginęli   tajemniczo,   w różnych 

dziwnych miejscach pojawiały się wybuchowe pułapki. Nad nimi przelatywały dziwne, 
nieosiągalne dla strzał postacie. Ta nadprzyrodzona burza i głos jakby gniewnego bóstwa 
to więcej, niż przerażeni żołnierze mogli znieść. Pojedynczo i grupami wybiegali z obozu 
i uciekali w stronę domu.

Sterren   nie   był   zdziwiony   ich   ucieczką.   Stał   i patrzył,   uśmiechając   się   radośnie. 

Burza ominęła zamek i odepchnęła z drugiej strony oblegającą armię.

Wygrał   wojnę.   On   i jego   sześciu   magików   pokonali   pięćdziesiąt   razy   liczniejsze 

wojska. Nie groziła mu już z żadnej strony egzekucja. Co więcej, dla Semmańczyków 
będzie bohaterem.

Uniósł głowę i spojrzał na wiszącego w powietrzu czarnoksiężnika. Jego czarna szata 

zmieniła   się   w ogromne   czarne   skrzydła,   z którymi   wyglądał   jak   szybujący   jastrząb. 
Pomachał do niego tryumfalnie.

Vond – tak sam siebie nazwał – odpowiedział tym samym. Gromy grzmiały wokół 

niego, a na niebie zbierały się chmury, gotowe chlusnąć deszczem.

Sterren spojrzał na odległy zamek. Czekało ich tam święto. Byli ocaleni.
A przynajmniej, poprawił sam siebie, byli ocaleni przed Ophkarem i Ksinallionem. 

Teraz,  jak podejrzewał, będą musieli  poradzić sobie z Vondem,  który pewnie zechce 
zostać tu na stałe, z daleka od szeptów Aldagmoru. Tak potężny czarnoksiężnik może 
sporo zmienić.   Pewnie  nie   wystarczy  mu  garść  obiecanych   monet  i klejnotów. A już 
Agor na pewno straci wkrótce stanowisko królewskiego magika.

Ale, pomyślał z uśmiechem Sterren, to już nie jest jego sprawa.
Przypomniał   sobie   chłopów,   których   oblężenie   obchodziło   tylko   tyle,   że   chcieli 

wiedzieć,   kiedy   się   skończy,   żeby   mogli   wrócić   do   domu.   Nieważne,   kto   zwycięży. 
Pewnie też nie będzie ich obchodzić, co zrobi Vond; to nie ich sprawa.

background image

Król Phenvel może mieć kłopoty, Agor również może mieć kłopoty. I kilku innych 

ludzi także.

W tej chwili Sterren miał wrażenie, że on nie ma już żadnych.
Vond pewnie odczuwa to samo, pomyślał Sterren, i nagle jakaś myśl wśliznęła się do 

jego mózgu niczym szpilka przez grubą kołdrę.

Jeśli   czarnoksiężnik   sądzi,   że   jego   kłopoty   się   skończyły,   to   się   myli.   Miał 

przynajmniej jeden, bardzo poważny kłopot.

Sterren uniósł głowę i zastanowił się, czy Vond wie.
Ulewa zaczęła się nagle. Roziskrzony błękitny deszcz padał gęsto i w jednej chwili 

przemoczył Sterrena do nitki. Zamrugał więc i spojrzał w górę. Vond nadal wisiał na 
niebie   w rozwianym   płaszczu   i odchylając   głowę   śmiał   się   dziko.   Strugi   deszczu 
rozsuwały się przed nim, pozostawiając go suchego i nietkniętego.

background image

ROZDZIAŁ 23

Naturalnie Vond w końcu wylądował. Sterren cierpliwie czekał na jego powrót. Nie 

był jednak tak cierpliwy, żeby czekać na deszczu. Schował się więc w niewielkiej chacie 
i na   próżno   usiłował   się   wysuszyć.   Od   czasu   do   czasu   spoglądał   przez   okno,   by 
sprawdzić, czy czarnoksiężnik ma już dość zabawy z burzą.

Chmury wypadały się całkiem przed zachodem słońca, ale czarnoksiężnik pozostał 

w powietrzu, ciskając tu i tam tumany piasku i skał. Oblegające zamek armie dawno już 
się wycofały, zostawiając za sobą rozbity sprzęt i rozsypane w morzu błota śmieci.

Sterren nie widział żadnych ciał, podejrzewał jednak, że może ich tam być całkiem 

sporo. Zauważył też, że duża część wioski wokół Zamku Semma została zniszczona – nie 
tylko konstrukcje wzniesione przez saperów czy lekkie stragany, ale też solidne budynki.

Słońce już prawie zaszło i gasły ostatnie promienie, kiedy czarnoksiężnik wylądował 

wreszcie na ziemi.

– Witaj – zawołał Sterren ze swej kryjówki. – Gratuluję!
Vond odwrócił się, zauważył go w oknie i skłonił się.
– Dzięki, panie – powiedział. Uśmiechnął się. – Bogowie, co za uczucie! Wreszcie 

mogłem użyć całej mocy, bez zahamowań, i nie martwić się o te przeklęte koszmary. To 
było cudowne!

Sterren nie tracił czasu na podejście do drzwi. Podciągnął się do okna i już miał 

zeskoczyć  na zewnątrz,  gdy poczuł,  że jakaś  niewidzialna  dłoń chwyta  go i wyciąga 
z otworu. Przeleciał płynnie i zawisł w powietrzu przed czarnoksiężnikiem.

Było to wprawdzie trochę niepokojące, ale nie odczuwał żadnej niewygody. Okazało 

się, że może się poruszać swobodnie, jednak niezależnie od tego, co robił, unosił się 
w tym samym miejscu, kilka łokci od twarzy czarnoksiężnika.

– Hej tam – powiedział.
– Hej – odparł Vond i uśmiechnął się szeroko.
Sterren   poruszył   się   i zajął   wygodniejszą   pozycję.   Zastanowił   się,   co   właściwie 

powinien powiedzieć, aż wreszcie zapytał po prostu:

– Co się stało?
–   No   cóż   –   powiedział   w zadumie   Vond.   –   Nie   jestem   pewien   wszystkich 

szczegółów. Jakoś dostroiłem się do brzęczenia, a wtedy w jednej chwili zyskałem całą 
moc,  jaka mi była  potrzebna – wskazał gestem zniszczenia wokół, jakby chwalił się 
swoim dziełem.

Sterren kiwnął głową, obserwując ruiny.

background image

– I nie martwisz się o koszmary? – spytał. – A jeśli za jakiś czas okaże się, że tutejsze 

Źródło jest podobne do tego w Aldagmorze?

Kiedy   czarnoksiężnik   rozkoszował   się   swoją   nową   potęgą,   Sterren   przeczekiwał 

sztuczną burzę, rozważając rozmaite możliwości. Uznał, że byłoby nieuczciwe, gdyby 
nie zwrócił uwagi Vonda na ewentualne zagrożenia.

Vond pokręcił głową.
– Nie jest. Nie może być. Wiedziałbym o tym.
Sterren milczał, ale czarnoksiężnik dostrzegł jego zwątpienie.
– Sądzisz, że jestem lekkomyślny, prawda? Nie martw się, nie jestem. Wiem, że to 

nowe źródło nie jest podobne do starego. Czymkolwiek jest Źródło w Aldagmorze, jest 
świadome   lub   sterowane   przez   świadomą   jaźń.   Wiedziałem   o tym,   odkąd   zostałem 
uczniem.  Kiedy my,  czarnoksiężnicy,  używamy  naszej  magii,  zawsze mamy niejasne 
wrażenie kontaktu, komunikacji. Z pewnością coś nam wysyła koszmary i wezwania, aby 
ruszyć do Aldagmoru.

Sterren kiwnął głową. Z tym musiał się zgodzić.
– No właśnie – podjął Vond. – A to źródło nie wydaje mi się świadome. To po prostu 

pierwotna moc. Kiedy korzystałem ze Źródła Aldagmoru, to było jakbym słuchał szeptu, 
jakbym słyszał go, ale nie rozumiał słów. Kiedy korzystam z tego źródła, to tak jakbym 
słuchał brzęczenia pszczół; nie ma żadnych słów, tylko dźwięk.

– Jeśli tak jest, to dlaczego  nie ma  tu żadnych  czarnoksiężników  korzystających 

z tego   źródła?   –   zapytał   Sterren.   –   W semmacie   nie   ma   nawet   słowa   oznaczającego 
czarnoksiężnika.

– Mogę tylko zgadywać – odparł Vond.
– Więc zgaduj.
Vond wymownie machnął ręką.
– Czarnoksięstwo, jak zresztą wiesz, drogi Sterrenie, pojawiło się po raz pierwszy 

w Noc   Szaleństwa   w 5202   roku.   Wtedy   właśnie   w Aldagmorze   powstało   źródło 
i w jednej   chwili   stworzyło   sztukę   czarnoksięstwa.   Czarnoksiężnicy   pojawili   się 
spontanicznie, całymi setkami. To było... bo ja wiem... jakby to coś krzyknęło raz, żeby 
zwrócić uwagę ludzi, a potem głos przycichł do szeptu, o którym ci mówiłem.

Sterren kiwnął głową.
– Rozumiesz – kontynuował Vond – to nowe źródło nigdy nie krzyknęło. Trudno 

powiedzieć,   czym   jest   albo   jak   długo   istnieje,   ale   może   oznaczać   całkiem   nowe 
perspektywy   dla   czarnoksiężników.   Ponieważ   jeśli   nie   jest   świadome,   nie   będzie 
wywoływało koszmarów i stwarzało przymusu, prawda?

– Nie wiem – przyznał szczerze Sterren. – I ty także nie wiesz. Może po prostu śpi, 

background image

może źródło w Aldagmorze także spało, póki nie obudziło się w 5202 roku. To tutaj 
może obudzić się choćby jutro.

– Albo będzie spać przez następne tysiąc lat, jeśli masz rację – odparł Vond. – Ale 

mylisz się, czuję to. Coś ci powiem: to nowe źródło jest martwe, a nie uśpione. Nigdy nie 
było żywe i nigdy nie będzie. Jest całkowicie bezmyślne.

– Cóż, to ty podejmujesz ryzyko – uznał Sterren – więc to nie moja sprawa. Ale na 

twoim miejscu nie wierzyłbym w to za bardzo. Skąd wiesz, że ono nie śpi? Nie możesz 
tego wiedzieć. Twoje przeczucia mogą cię zmylić.

Vond pokręcił głową.
– Nie... Nie rozumiesz, jak to jest. Mogę użyć samej mocy, żeby zdradziła mi, czy 

źródło jest świadome, uśpione, żywe, martwe, jakiekolwiek. Jest bezmyślne, puste, jak... 
płynący strumień albo młyński kamień.

Sterren wciąż nie miał pewności, ale nie widział sensu dalszej dyskusji na ten temat. 

Vond wyraźnie nie chciał rozważać możliwych negatywnych stron swej sytuacji. Zresztą 
cokolwiek Sterren mógłby powiedzieć, byłoby tylko zgadywaniem.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz – podsumował.
– Wiem, że się nie mylę – odparł Vond.
–   Jeśli   tak   –   rzekł   Sterren,   trochę   zirytowany   pewnością   czarnoksiężnika   –   to 

dlaczego   nikt   jeszcze   nie   znalazł   tego   źródła?   Nawet   jeśli   nie   stworzyło   własnych 
czarnoksiężników,   jak   Źródło   Aldagmoru,   to   przecież   czarnoksiężnicy   istnieją   od 
dwudziestu lat i nie jesteś chyba pierwszym, który przybył na południe.

– Może jestem pierwszym tak daleko na południu. Sterren zastanowił się.
– Ale nawet wtedy...

– A może – przerwał mu Vond – jestem trochę inny. Może jestem wyjątkowym, 

jedynym czarnoksiężnikiem, który potrafi korzystać z nowego źródła. W końcu trochę się 
jednak   różni,   a ja   mogłem   go   nigdy...   nigdy   nie   posłuchać,   gdybyś   mi   tego   nie 
zasugerował.

– Czy coś wcześniej wskazywało, że różnisz się od innych czarnoksiężników?
– Nie, właściwie nie. Byłem, oczywiście, coraz potężniejszy, gdyż moc rośnie, kiedy 

się   z niej   korzysta.   Czarnoksiężnik   dostraja   się   do   niej,   lepiej   słyszy   źródło,   a ja 
słuchałem  go  bardzo  uważnie   przez  długi  czas.  W zeszłym  roku  lord  Azrad wynajął 
mnie, abym oczyścił basen portowy, i zrobiłem to sam. Potem, cóż, szept zmienił się 
w mamrotanie, a jeszcze później... sam wiesz.

– W koszmary – domyślił się Sterren.

background image

– W końcu tak. Następnie zjawiłeś się ty i teraz jesteśmy tutaj.
Sterren postanowił nie szukać luk w jego rozumowaniu, nie wspomniał nawet, co 

uważa za najbardziej prawdopodobny problem w późniejszym czasie. Widząc, jak lekko 
Vond wyciągnął go z okna, zaczął się trochę obawiać jego nowej mocy. Pomyślał, że 
pewnego dnia może nawet zechcieć, by Vond miał kłopoty. O tym, oczywiście, też nie 
zamierzał mu mówić.

– A więc jesteś tutaj i masz nowe źródło magii – rzekł z uśmiechem. – Gratuluję!
–   Tak,   czy   to   nie   cudowne?   Wysilałem   się,   próbując   usłyszeć   dawne   źródło 

i otrzymać   dość   mocy,   aby   przełamać   tę   belkę   w taranie.   Nie   zwracałem   uwagi   na 
brzęczenie.   Potem   pomyślałem   o tym,   co   powiedziałeś,   i spróbowałem   się   w nie 
wsłuchać;  wtedy nagle  przestało  być  brzęczeniem,  a stało się czymś  zupełnie  innym, 
czymś, z czego mogłem czerpać moc. Było blisko, silne, a ja stałem się potężniejszy niż 
w Ethsharze!

–   Jest   blisko?   –   zdziwił   się   Sterren.   Uznał,   że   brzęczenie   dochodzi   gdzieś   zza 

krawędzi świata, bardzo daleko stąd.

– Chyba tak, w tamtym kierunku – Vond wskazał mniej więcej na północny zachód.
Przecież, pomyślał Sterren, niemal cały świat leży na północny zachód od Semmy. 

To   nowe   źródło   nie   znajduje   się   za   krawędzią   świata,   ale   to   i tak   nie   ułatwia   jego 
lokalizacji.

Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie, rozejrzeli się wokół po rozoranej burzą dolinie, 

a potem zaczęli mówić jednocześnie. Urwali, a Sterren skinął na Vonda, by ten zaczął 
pierwszy.

– Powiedziałbym,  że wojna jest wygrana – stwierdził czarnoksiężnik. – Co teraz 

zrobimy?

– Moim zdaniem – odparł Sterren – udamy się do zamku i odbierzemy nagrodę.
Vond kiwnął głową.
– To mi odpowiada.
– Musimy zebrać pozostałych – przypomniał Sterren.
– Żaden problem – odparł. – Sprowadzę ich.
Mówiąc to, wzniósł się znowu w powietrze i poszybował w stronę Zamku Semma.
Sterren, bez udziału swojej woli, popłynął tuż za nim. Oglądając się, zauważył inne 

postacie poderwane w powietrze w podobny sposób. Dostrzegł Annarę w jej purpurowej 
szacie,   lady   Kalirę   w czerwonej   sukni...   Aldera   i Dogala   rozpoznał   po   wzroście 
i uzbrojeniu. Pozostała piątka była z początku tylko czarnymi punktami.

Po chwili  wszyscy znaleźli  się przed bramą  zamku,  ustawieni  w dwóch równych 

background image

szeregach; Sterren i Vond stali w pierwszym.

Nieziemskie lśnienie – dzieło Vonda – rozświetlało ich i ziemie wokół bladozłotym 

blaskiem.

Strażnik wyjrzał ostrożnie przez blanki.
– Hai – zawołał Sterren, w ostatniej chwili przypominając sobie, żeby użyć semmatu. 

– To ja, Sterren, Dziewiąty Generał, i moi towarzysze! Otwórzcie bramę!

Żołnierz zawahał się.
– Ale, panie... Najeźdźcy...
– Najeźdźców już nie ma – zapewnił Sterren. – Wojna skończona!
Strażnik spojrzał niepewnie na ruiny wioski, gdzie burza Vonda usunęła wszelkie 

ślady kryjówek saperów, ale także większość innych budynków.

– Naprawdę ich nie ma? – zapytał.
– Odeszli wszyscy – zapewnił go wódz. – Wojna skończona. Wygraliśmy.
– Sterrenie – odezwał się po ethsharyjsku Vond – mogę otworzyć tę bramę.
– Wiem – odparł Sterren w tym samym języku – ale bądźmy uprzejmi i dajmy im 

jeszcze pięć minut.

– A zatem pięć minut.
Sterren przeszedł na semmat i zawołał.
– Ten mag, który przywołał burzę, zaczyna się niecierpliwić. Powiedział, że jeśli za 

pięć minut brama nadal będzie zamknięta, rozbije ją na kawałki.

– Tak, panie – odpowiedział natychmiast strażnik. – Otworzę ją za moment.
Czekali jeszcze półtorej minuty, nim brama otworzyła się szeroko. Kiedy cała grupa 

wchodziła   do   zamku,   Sterren   miał   wrażenie,   że   dostrzega   na   twarzy   Vonda 
rozczarowanie.

background image

Część III 

CZARNOKSIĘŻNIK

background image

ROZDZIAŁ 24

Sterren był trochę niespokojny, prowadząc swą zwycięską grupę do sali tronowej. 

Zatrzymano   ich   w przedpokojach   o wiele   dłużej,   niż   się   tego   spodziewał.   Większość 
przyjęła to dość spokojnie – w końcu Semmańczycy byli przyzwyczajeni do królewskich 
kaprysów,   a inni   nie   wiedzieli,   czego   się   spodziewać   –   jednak   Vond   był   wyraźnie 
zniecierpliwiony.

Sterren   uświadomił   sobie,   że   nie   chciałby   znajdować   się   w pobliżu   kogoś   tak 

potężnego jak Vond, kiedy ten straci cierpliwość.

Wkroczył  do sali tronowej ani pokornie, ani zuchwale, lecz zachowując postawę, 

która jak najlepiej miała wyrażać spokojną pewność siebie. Zauważył, że po jego prawej 
stronie Vond sunie kilka cali nad podłogą. Reszta podążała z tyłu, w dość przypadkowym 
porządku.

Podchodząc, skierował twarz w stronę króla, zgodnie z wymaganiami etykiety, lecz 

zerkał także na prawo i lewo, przyglądając się zebranym.

Żołnierze, stojący w nierównych szeregach po obu stronach, wydawali się zdumieni 

albo znudzeni. Sterren podejrzewał, że żaden z nich tak naprawdę nie wie, co się dzieje. 
Za nimi widział znaczną część szlachetnych mieszkańców zamku. Próbował odczytać coś 
z wyrazu ich twarzy, nie zdradzając przy tym swojego zainteresowania.

Dostrzegł rozmaite emocje: zdziwienie, radość, gniew, jednak dominującą reakcją na 

przybycie wodza Semmy i jego grupy był chyba z trudem tłumiony lęk.

Nie wróżyło to dobrze.
Kiedy jednak przypomniał sobie gwałtowność czarnoksięskiej burzy, trudno mu było 

uznać tę reakcję za nierozsądną.

Zauważył zebrane po lewej stronie tronu królewskie dzieci. Twarze Lury i Deretha 

jaśniały się podnieceniem. Usta Nissithy jak zwykle wyrażały uprzejmy niesmak.

Twarz Shirrin była obrazem nie skrywanego zachwytu.
Sterren stanął w należytej odległości od tronu i pokłonił się.
Vond zatrzymał się obok i raczył skłonić głowę. Sterren z ulgą dostrzegł to kątem 

oka.   Nie   był   to   pokłon,   ale   zawsze   coś.   Martwił   się,   że   Vond   swoją   irytacją   może 
rozgniewać   Phenvela,   a Sterren   znajdzie   się   wtedy   między   nimi.   Wiedząc,   jak 
wystraszeni są Semmańczycy i jak łatwo strach zmienia się w gniew, wolałby uniknąć 
otwartych antagonizmów.

– A więc wreszcie wróciłeś! – rzekł król, a nadzieje Sterrena na pokój i przyjaźń 

rozpłynęły się natychmiast.

background image

–   Wróciliśmy   tak   szybko,   jak   to   tylko   możliwe,   Wasza   Wysokość   –   powiedział 

najbardziej pochlebnym tonem, na jaki było go stać, a był on naprawdę pochlebny, gdyż 
Sterren  nabrał   niezłej   praktyki  przez   lata  kontaktów  z wierzycielami  i oberżystami.   – 
Wiatr nam nie sprzyjał.

– Miałeś przy sobie tych swoich magików, prawda? – zapytał Phenvel.
–   Tylko   w drodze   powrotnej,   Wasza   Wysokość,   i żaden   z nich   nie   potrafił... 

odwrócić wiatru – wyjaśnił Sterren.

Król spojrzał na niego zdziwiony.
–   Chcesz   mi   powiedzieć,   że   ten   dzisiejszy   wietrzyk   był   naturalny?   –   burknął 

gniewnie.

Sterren zamrugał.
– Ależ nie, Wasza Wysokość – odparł. – To było dzieło Vonda, czarnoksiężnika – 

wskazał magika. – Jednakże to zaklęcie, które... ono jest nowe... hmm, tego zaklęcia nie 
umiał jeszcze podczas podróży.

Żałował, że nie zna lepiej semmatu, a skromny zasób słów trochę już zapomniał, 

ponieważ   przez   ostatnie   kilka   tygodni   używał   głównie   ethsharyjskiego.   Częściej 
rozmawiał z magikami, niż z lady Kalirą i żołnierzami.

Co więcej, oczywista wrogość króla powodowała, że był zdenerwowany i z trudem 

przypominał sobie nawet to, co wiedział. Vond usłyszał swoje imię i skłonił się lekko.

– Aha – rzekł król – więc zamiast walczyć, studiował sztuki magiczne, kryjąc się 

przed najeźdźcami.

Sterrena zdumiała ta złośliwa uwaga, sugerująca tchórzostwo i brak kompetencji.
– Wasza Wysokość – odparł – Vond pokonał armię Ophkaru i Ksinallionu niemal 

samodzielnie.

– Ale nie spieszyło mu się! Myśli pewnie, że jeśli sprawi wrażenie, że było to takie 

trudne, to wyciągnie ode mnie więcej pieniędzy. Ale nic z tego, nie uda się to ani jemu, 
ani innym żałosnym osobnikom, których tu przywlokłeś. Jedna burza i wrogowie uciekli! 
Złoto i klejnoty, które ci dałem, to zbyt hojna zapłata za tak marne wyczyny!

Sterren nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Pojął jednak, że doskonale rozumie 

władców Ophkaru i Ksinallionu, którzy rozpoczęli inwazję.

–   Poza   tym   –   mówił   dalej   król   –   wojna   nie   skończyła   się   tylko   dlatego,   że 

wygraliśmy   bitwę.   Muszę   teraz   wysłać   ambasadorów,   aby   podpisać   traktaty   i ustalić 
warunki,   prawda?   Gdybyś   doprowadził   do   kapitulacji   zamiast   ucieczki,   mógłbym 
przekazać warunki wodzom i zaoszczędzić sobie czasu.

Sterrenowi nie wydało się to poważnym kłopotem. Wolał jednak milczeć, aby nie 

background image

sprawiał wrażenia pozbawionego należytego szacunku.

– Ale to nie wszystko – mówił dalej król. – Co z tym bałaganem, do którego twoi 

ludzie doprowadzili? Połowa wioski leży w ruinie, wszędzie pełno błota, a cały ten wiatr 
zdmuchnął dachówki z połowy dachów i pozrywał proporce z masztów. Byłem na wieży, 
żeby popatrzeć. Wygląda to okropnie! Nie przypuszczam, aby któryś z twoich magików 
zechciał ubrudzić sobie ręce sprzątaniem! Nie, nic nie mów, wodzu. Nie będę ich o to 
prosił; tym zajmą się moi ludzie. Możesz im zapłacić i odesłać do domu. Nie będziemy 
ich więcej potrzebować.

Gestem ręki zakończył audiencję. Jednak Sterren, ku swemu zdziwieniu, odkrył, że 

wcale nie ma ochoty odchodzić.

– Wasza Wysokość – rzekł, starając się nie zaciskać zębów, co byłoby oznaką braku 

szacunku. – Nie ja zacząłem tę głupią wojnę. Zakończyłem ją najszybciej, jak potrafiłem. 
Ja... miałem nadzieję, że... okażesz, panie, więcej... – znajomość semmatu zawiodła go 
zupełnie.

– Większą wdzięczność? – Phenvel parsknął drwiąco. – Wdzięczność za wykonanie 

pracy, do której się urodziłeś? Gdybyś walczył z nieprzyjacielem jak należy, z mieczem 
w ręku,   tarcza   w tarczę,   okazałbym   ci   więcej   szacunku.   Ale   sprowadzenie   magów 
i czarodziejów nie dowodzi odwagi; to czyn godny kupca, a nie wodza. Czegoś takiego 
mogłem się spodziewać po kimś, kto jest w trzech czwartych Ethsharyjczykiem, a nie 
prawdziwym Semmańczykiem!

–   Wdzięczność   nie   dla   mnie!   –   odparł   oburzony   Sterren.   –   Dla   siebie   nie   chcę 

niczego!  Dla   nich,  dla   magików!  Porzucili   swe  domy,   aby  przybyć  tu   i walczyć   dla 
ciebie!

– Nie prosiłem o nich – rzekł Phenvel. – I zostaną opłaceni. A kim w ogóle są, do 

diabła? Wyglądają na bandę jakichś obszarpańców!

Sterren   wpatrywał   się   w kapcie   na   królewskich   stopach   i z trudem   próbował   się 

uspokoić. Odezwał się dopiero wtedy, gdy znów nad sobą panował.

– Czy mogę zatem ich przedstawić, Wasza Wysokość?
– Mów – rzucił król, nonszalancko machając ręką.
Sterren wskazał na prawo.
– Vond Czarnoksiężnik, niegdyś z Ethsharu Korzennego – przeszedł na ethsharyjski: 

– Vond, to Jego Wysokość Phenvel Trzeci, król Semmy.

Vond skłonił się z drwiącym uśmiechem.
Sterren zignorował to i mówił dalej.
–   Annara   z Crookwall,   czeladniczka   magów.   Annara   dygnęła   głęboko.   Król 

background image

uprzejmie skinął głową.

– Shenna z Chatny, czarodziejka.
Shenna   także   dygnęła,   bardziej   energicznie   niż   z wdziękiem.   Spódnicę   miała   tak 

przemoczoną, że dygając zachlapała błotem stojących z boku dworzan.

– Chatna – powiedział król. – Gdzie to jest?

– To w Małych Królestwach, panie – odparła Shenna w niezbyt płynnym semmacie. 

– Sąsiaduje z Morią, w pobliżu Zatoki Wschodniej.

Sterren zdziwił się. Zaskoczyła go zarówno ta informacja, jak i fakt, że Shenna użyła 

semmatu. Sądził dotąd, że Chatna jest jakąś ethsharyjską wioską. Nie zdawał sobie też 
sprawy,   że   podczas   pobytu   w Semmie   Shenna   zadała   sobie   trud   nauczenia   się   kilku 
miejscowych słów.

Zresztą nie poznała ich zbyt dobrze, gdyż użyła wobec króla niewłaściwego tytułu.
Sterren szybko się opanował i przedstawiał dalej, w nadziei, że Phenvel nie będzie 

zły za naruszenie protokołu.

–   Ederd   z Eastwark,   czarodziej.   Emner   z Lamum,   mag.   Hamder   syn   Hamdera, 

czarodziej.

Każdy z nich kłaniał się po kolei.
– Lamum? – zdziwił się Phenvel.
– To królestwo przy Wschodnim Trakcie, Wasza Wysokość – odparł Sterren, zanim 

Emner zdołał zareagować. – Tuż za granicą Hegemonii Trzech Ethsharów. – Był dumny, 
że zapamiętał taki drobiazg.

–  Sterrenie   –  odezwał   się  Vond   po  zakończeniu   prezentacji.   –  Co   tu   się   dzieje, 

u diabła?

Sterren chwilowo pominął jego pytanie milczeniem.
– Wasza Wysokość – zapytał  – czy mogę przetłumaczyć  twoje słowa magikom? 

Większość z nich nie zna semmatu.

Phenvel machnął ręką.
– Zezwalam.
Sterren zwrócił się do Vonda.
– Robi z siebie durnia – wyjaśnił szybko. – Narzeka, że zbyt późno wróciliśmy, nie 

dość   szybko   przerwaliśmy   oblężenie,   że   burza   uszkodziła   zamek   i jego   ludzie   będą 
musieli po niej sprzątać. Nie wiem, czemu jest w takim paskudnym nastroju. Bez sensu 
obraża wszystkich, zwłaszcza ciebie i mnie. Myślę, że śmiertelnie się ciebie boi.

Zauważył, że Annara i Emner słuchają uważnie, dodał więc:
– Prawdopodobnie boi się was wszystkich. Magia jest tutaj dość rzadko spotykana.

background image

–   To   pewnie   znaczy,   że   nie   będzie   ani   wyższej   zapłaty,   ani   wielkiego   święta   – 

domyślił się Emner.

– Obawiam się, że nie.
– Aha – rzekł Vond. – Właściwie nie jestem zdziwiony. Czy powiedział, czego teraz 

od nas oczekuje?

– Oczekuje,  że  zabierzecie   swoją zapłatę  i wrócicie  do  domu.   Nie wspomniałem 

jeszcze, że może zechcesz zostać.

Czarnoksiężnik wzruszył ramionami.
– Nie musisz mu tego mówić; wkrótce sam się przekona. Ale może mógłbyś załatwić 

nam pokoje na noc? Robi się późno.

– Miałem taki zamiar. I kolację.
– To dobrze.
Magowie pokiwali głowami, a Sterren zwrócił się do władcy.
– Wasza Wysokość – rzekł. – Proszę cię o łaskę. Tych sześciu magików walczyło dla 

ciebie. Proszę więc, byś udzielił im gościny na kilka dni, aby odpoczęli po wysiłku. Nie 
prosimy o nic więcej.

Wyraz ulgi przemknął przez twarz króla i zniknął natychmiast.
– Zgoda – odparł. – Jedliśmy już, ale kuchnia na pewno coś dla was przygotuje, 

a mój marszałek znajdzie dla was pokoje. Możecie odejść.

Sterren skłonił się i zaczął wycofywać.
– Chwileczkę – rzucił król, unosząc dłoń. – Lady Kaliro, zabraliście ze sobą sześciu 

żołnierzy.

– Tak, Wasza Wysokość – odparła lady Kalira.
– Widzę tutaj tylko trzech, a prosiłem, żeby zjawiła się cała wasza grupa. Co się stało 

z pozostałymi? Ranni? Zabici?

– Zdezerterowali, Wasza Wysokość, gdy byliśmy w Ethsharze.
– Zdezerterowali? – Król Phenvel był wstrząśnięty.
Lady Kalira skinęła głową. Słysząc ton głosu władcy, Sterren wolałby chyba, aby 

trochę skłamała.

– Wodzu, nie jestem z tego zadowolony. Trzy dezercje!
Właściwie nie sprawiał wrażenia, że jest niezadowolony. Pewnie chce móc zarzucić 

swemu wodzowi niedopatrzenie, gdyby zaszła taka potrzeba.

Sterren   zaczął   układać   odpowiedź,   ale   zastanowił   się   jednak   i zrezygnował.   Nie 

warto   było   przypominać,   że   dezercje   gorzej   świadczyły   o Semmie   niż   o jego 
zdolnościach jako wodza.

background image

– Tak, Wasza Wysokość – odparł.
Uniósł   głowę   i spojrzał   Phenvelowi   prosto   w oczy.   Nie   wstydził   się   swego 

postępowania. W końcu wygrał tę wojnę, a przynajmniej bitwę, cokolwiek sądził o tym 
Phenvel.

Król wytrzymał przez chwilę jego wzrok, a potem odwrócił się gniewnie.
– Dobrze, możecie odejść.
Sterren skłonił się i odszedł z magikami w stronę kuchni i kolacji.

background image

ROZDZIAŁ 25

Wspinaczka   do   komnaty   po   nerwowym   i długim   dniu,   zupełnie   go   wyczerpała. 

Sterren padł na łóżko, spojrzał jeszcze na baldachim i zaraz zasnął.

W tej krótkiej chwili myślał o rozmowie magików, którzy w kuchni jedli najlepszy 

od tygodni posiłek.

Kuchnie, korytarze i hole pełne były chłopów, którzy skryli się w zamku na czas 

oblężenia.   Magicy   jednak   bez   trudu   zagwarantowali   sobie   odosobnienie.   Jeden   gest 
Vonda  wystarczał,  aby uciekinierzy  rozbiegli   się  na  boki,   pozostawiając  przybyszów 
samych.

Rozmawiali o podziale wynagrodzenia. Wszyscy się zgadzali, że Vond zasłużył na 

największą   część,   uważali   jednak,   że   także   przyłożyli   się   do   zwycięstwa,   gdyż 
demoralizacja wroga ułatwiła tryumf czarnoksiężnika.

Vond   milczał;   skinął   tylko   głową   na   znak   zgody,   gdy  Sterren   zaproponował,   że 

każdy z pięciu magików otrzyma jedną sztukę złota, a Vond pozostałe pięć i wszystkie 
klejnoty.

Sterren przeprosił ich za to, jak zostali przyjęci przez króla. Cała szóstka okazała 

zrozumienie. Shenna rzuciła kilka gorzkich uwag, ale nie kierowała ich do Sterrena.

Vond nadal milczał.
Potem zaczęli dyskutować, czy powinni wracać bezpośrednio do Ethsharu. Magowie 

i czarodzieje omawiali różne możliwości, lecz nie podjęli ostatecznej decyzji.

– Ja zostaję tutaj – oświadczył krótko Vond.
I znowu zamilkł.
Wkrótce   potem   grupa   podzieliła   się;   służba   odprowadziła   magików   do   komnat 

w południowym skrzydle, a zmęczony Sterren wspiął się do swojej komnaty na wieży. 
Ostatnie spojrzenie na czarnoksiężnika bynajmniej go nie uspokoiło. W przeciwieństwie 
do   pozostałych,   Vond   był   wyraźnie   rozbudzony:   rozglądał   się   czujnie,   podążając   za 
służącym przez zatłoczony korytarz.

Zachowanie Vonda niepokoiło Sterrena, był jednak zbyt zmęczony, aby się nad tym 

zastanawiać. Zamknął oczy i zasnął.

Zdawało się, że minęła tylko chwila, gdy obudziło go dalekie dudnienie. Zamrugał. 

Dostrzegł, że światło wlewa się do komnaty, i uświadomił sobie, że to już późny ranek.

Znowu rozległo się dudnienie, a Sterren poczuł, że łóżko drży pod nim lekko. Zdał 

sobie sprawę, że za oknem widzi jasne, słoneczne niebo. To dudnienie nie było więc 
odgłosem burzy.

Usiadł zdziwiony.

background image

Znowu   zadudniło   i mimo   wstrząsów   łóżka   domyślił   się,   że   dźwięk   dochodzi 

z zewnątrz. Wstał i podszedł do okna.

Widok   z jego   komnaty   zmienił   się:   na   dachach   zamku   pełno   było   połamanych 

dachówek,   odłamków   kamieni,   drewna   i gliny.   Zewnętrzne   chaty   wioski   zniknęły. 
W okolicy   nie   było   już   prostokątów   gospodarstw   i pól   z chatami   i stajniami;   wokół 
zamku rozciągał się obszar błota i zniszczeń, zarzucony gruzem i odłamkami.

Wprost   przed   nim,   jakieś   pół   mili   od   zamku,   w powietrzu   wisiał   człowiek 

z rozłożonymi ramionami. Jego czarny płaszcz trzepotał jak skrzydła, a w dole pod nim 
piasek i błoto odpływało na dwie strony, tworząc głęboką jamę o średnicy przynajmniej 
stu stóp. Zresztą nie tylko błoto, ale też glina rozsuwała się, ukazując macierzystą skałę.

Znów rozległo się dudnienie i Sterren zobaczył, że ogromny blok kamienia wznosi 

się w górę i sunie w stronę czarnoksiężnika.  Blok był  prostokątny,  a porównując jego 
wielkość do Vonda – gdyż ten człowiek w powietrzu nie mógł być nikim innym – Sterren 
ocenił, że ma jakieś dziesięć stóp wysokości, piętnaście długości i pięć grubości.

Blok wisiał w powietrzu przez chwilę, potem przesunął się na bok i upadł na ziemię.
Zahuczało   znowu   i kolejny   blok   uniósł   się   w powietrze,   przesunął   na   bok 

i wylądował   na   pierwszym.   Tym   razem   jego   wycinanie   i unoszenie   poszło   o wiele 
szybciej.

Po chwili na stos trafił również trzeci i czwarty blok. Czarnoksiężnik zaczął wycinać 

piąty, gdy ktoś zapukał głośno do drzwi.

– Lordzie Sterren?
Sterren sięgnął po ubranie, lecz uświadomił sobie, że wieczorem go nie zdjął. Wciąż 

miał na sobie ten sam podarty, zabłocony strój, który nosił podczas burzy i audiencji 
u króla.

Uznał, że chwila nie była odpowiednia, by martwić się o elegancję. Podszedł więc do 

drzwi.

– Słucham? – zawołał.
– Panie, król chce cię natychmiast widzieć.
Sterren nie był zdziwiony. Otworzył drzwi i stanął przed wyraźnie przestraszonym 

chłopcem na posyłki.

– Jestem gotów – powiedział. – Chodźmy.
Kilka minut później stał przed bardzo zmartwionym  Phenvelem III w prywatnym 

saloniku rodziny królewskiej. Mina króla stanowiła dziwny kontrast z blaskiem słońca 
i kolorowymi, wygodnymi meblami. Oprócz niego obecny był tylko posłaniec i równie 
zmartwiony   kamerdyner.   Sterren   skłonił   się   oficjalnie,   podczas   gdy   kolejny   grzmot 

background image

wprawił zamek w drżenie.

– Wodzu – dopytywał się król – co, u diabła, robi tam ten twój magik?
– Nie wiem, Wasza Wysokość – Sterren byłby bardziej wymowny po ethsharyjsku, 

ale w semmacie musiał się ograniczyć do stwierdzenia faktu.

– Czy ma to jakiś związek z wojną? – zapytał rozdrażniony król. – Spodziewasz się 

kolejnego ataku? Mówiłeś chyba, że wróg został pokonany.

– Nie wiem, Wasza Wysokość – powtórzył Sterren.
– Dlaczego? To przecież twój mag!
– Jest czarnoksiężnikiem, Wasza Wysokość, nie magiem – odparł znużony Sterren. – 

Wynająłem go, aby wykonał pewne zadanie. Nie jest moją własnością. Robi, co chce.

– Co to jest czarnoksiężnik, u diabła?
– On nim jest, Wasza Wysokość. To rodzaj magika, nieznany dotąd w Semmie. Aż 

do dzisiaj.

– Dobrze, jest czarnoksiężnikiem. Ale co on robi?
-
– Nie wiem, Wasza Wysokość – przyznał Sterren po raz kolejny.
– A więc, do licha, idź i dowiedz się! – nuta trwogi w głosie króla była aż nadto 

wyraźna.

Sterren skłonił się.
– Jak Wasza Wysokość sobie życzy – rzekł.
Odszedł   szybko,   żeby   król   nie   zdążył   zmienić   zdania   lub   narzucić   jakiś   głupich 

warunków. Zresztą sam był ciekaw.

Nie tracił czasu na przebieranie się czy mycie. Wprost z królewskich apartamentów 

ruszył do wyjścia z zamku. Nie zwracał uwagi na chłopów, zatrzymał się tylko obok 
strażnika przy bramie.

– Czy ten magik w czarnych szatach przechodził tędy?
– Nie, panie – usłyszał odpowiedź. – Przeleciał nad północnym murem.
Sterren kiwnął głową i pomaszerował dalej.
Powietrze   na   zewnątrz   było   chłodne,   ale   cudownie   świeże   i czyste,   natomiast 

zrujnowany plac targowy przy bramie wcale nie był czysty.

Sterren   szybko   doszedł   do   wniosku,   że   powietrzna   podróż   ma   ogromne   zalety. 

Wybierając drogę przez ruiny wioski, zastanawiał się, jak całą grupą zdołali dotrzeć do 
zamku, nie potykając się o połamane belki.

Potem przypomniał sobie, że był z nimi Vond – to on wskazywał drogę i z pewnością 

oczyścił ścieżkę.

Do   tej   pory   Sterren   podążał   starą   drogą,   ale   teraz   zatrzymał   się   i rozejrzał. 

background image

Rzeczywiście, przez wioskę była wycięta ścieżka, bardziej prosta niż wszystkie istniejące 
wcześniej ulice. Prowadziła od bramy w stronę domostwa, gdzie on i Vond obserwowali 
z dachu   ksinalliońską   katapultę.   Przebrnął   jakoś   przez   zburzony   warsztat   garncarski, 
dotarł do ścieżki, a potem bez trudu podążył nią na otwarty teren.

Kiedy minął ruiny wioski, skręcił na północ, w stronę Vonda, który wciąż wisiał 

w powietrzu, ustawiając jeden na drugim wielkie bloki kamienia. Ptak śpiewał gdzieś 
w pobliżu, a lekki wietrzyk poruszał włosami Sterrena.

Był   mniej   więcej   w połowie   drogi   do   brzegu   dołu   Vonda,   gdy   czarnoksiężnik 

przestał wycinać kamienne bloki i skierował się do niewielkiego wzniesienia w pobliżu. 
W okolicy nie było żadnych prawdziwych wzgórz, z wyjątkiem tego, na którym wyrastał 
Zamek   Semma.   To   małe   wybrzuszenie   terenu,   jedno   z najwyższych   tutaj   wzniesień 
wyróżniało się tym,  że jakoś uniknęło zdeptania przez oblegające armie i zniszczenia 
przez burze. Na szczycie Sterren wciąż widział zeschniętą trawę.

Z dudnieniem większym i głębszym niż wszystkie dotychczasowe, szczyt pagórka 

uniósł   się   w górę   i spłaszczył.   Dudnienie   trwało   jeszcze   przez   kilka   minut,   a ziemią 
targały wstrząsy.

Sterren potknął się i upadł na kolana. Śpiew ptaka umilkł nagle.
Patrząc na to wszystko, zrozumiał, że Vond uzupełnia ziemię pod trawą pagórka, 

ściągając   ze   wszystkich   stron   glebę   i kamienie,   i buduje   sobie   prostokątny   kopiec 
porośnięty na szczycie trawą.

Wszystko to trwało kilka minut; potem nagle dudnienia i drżenie ustało. Prostokątny 

kopiec wyglądał jak gigantyczny podest.

Vond przyjrzał  mu  się krytycznie,  poprawił tu i tam,  przerzucając  całe  tony skał 

i piasku,   by   podeprzeć   któryś   róg   czy   krawędź.   Potem   wyrównał   teren   wokół 
wzniesionego   bloku,   aż   był   gładki   i ubity   ze   wszystkich   stron   przynajmniej   na 
pięćdziesiąt stóp.

Sterren przyglądał się temu w bezruchu.
Kiedy efekt zadowolił czarnoksiężnika, wycięte wcześniej kamienne płyty zaczęły 

unosić się w górę, przepływać nad kopiec i osiadać ze wszystkich stron, tworząc solidny 
kamienny mur.

Sterren wstał i pomaszerował dalej.
Po kilku minutach był już w zasięgu głosu, ale zatrzymał się i tylko patrzył.
Kamienne płyty ustawiały się wzdłuż krawędzi kopca, a potem wbijały w ziemię, aż 

osiągały dokładnie pion. Gdy jedna stała już na miejscu, podpływała następna, by do niej 
dołączyć. Sterren nie był pewien – od miejsca budowy dzieliło go wciąż około stu stóp – 
ale na łączeniach kamienne bloki jakby zlewały się razem, tak, że wkrótce prostokątny 

background image

kopiec był praktycznie otoczony jednolitą bryłą skały.

Gdy  mur   był   gotowy,   następne   bloki   układały   się   poziomo   po   jego   zewnętrznej 

stronie. Ich krawędzie dotykały podstawy muru.

Cała operacja odbywała się oczywiście straszliwie głośno. Musiało tak być, skoro 

czarnoksiężnik przerzucał tony skał niczym dziecięce klocki. W krótkiej chwili ciszy, 
gdy kolejny blok zaczynał swój lot w stronę budowli, Sterren zawołał:

– Hej! Vond! Witaj!
Vond obejrzał się, zobaczył go i pomachał.
Sterren pomachał w odpowiedzi.
Czarnoksiężnik uniósł rękę, dając znak Sterrenowi, żeby zaczekał. Blok płynął dalej, 

z głośnym   trzaskiem   upadł  dokładnie  obok  swego  poprzednika,  a potem  ze  zgrzytem 
i szumem został przesunięty na miejsce przy ścianie.

Kiedy skończył, Vond opadł z nieba i zawisł mniej więcej stopę nad ziemią, a pięć 

przed Sterrenem.

– Dzień dobry – odezwał się Sterren.
Vond uprzejmie kiwnął głową.
– Wybacz, że pytam tak zuchwale – rzekł Sterren – ale co właściwie robisz?
– Buduję pałac – odparł czarnoksiężnik. Sterren spojrzał na kamienną konstrukcję.
– Pałac? – zdziwił się. Vond obejrzał się także.

– No cóż, na razie to nie przypomina pałacu, ale dopiero zacząłem. Chciałem, żeby 

był   na   wzgórzu,   ponieważ   jednak   żadnego   nie   ma   w okolicy,   musiałem   zbudować 
własne. Uznałem, że to bez sensu wznieść wzgórze, a potem go rozkopywać na krypty, 
więc teraz buduję krypty, a potem ułożę wokół wzgórze.

– Aha – odparł Sterren. – Aha, rozumiem, ten prostokąt z trawą w środku to będzie 

dziedziniec, tak?

– Właśnie! – Vond uśmiechnął się szeroko.
–   Będziesz   miał   piwnice   ze   wszystkich   czterech   stron,   pałac   nad   nimi,   a potem 

wybierzesz ziemię i zbudujesz wzgórze wokół.

– Otóż właśnie! – powtórzył Vond. – Co o tym myślisz?
– Czeka cię mnóstwo pracy.
– Ależ skąd – zaprotestował. – To zabawne! W końcu jestem czarnoksiężnikiem. Im 

częściej  używam magii,  tym  lepiej  się czuję. To nie jest tak jak z inną magią, która 
męczy ludzi, czy zwykłą pracą. To pobudza! A ja jestem teraz właściwie wszechmocny.

Sterren pokiwał głową.

background image

– No tak... Nie jestem pewien, czy to moja sprawa – rzekł po chwili wahania – ale 

nie wiem, jak to przyjmą miejscowi. W końcu zburzyłeś kilka małych gospodarstw, a nie 
przypuszczam,  by chłopi, którzy tam mieszkali,  odeszli na dobre. Większość pewnie 
uciekła do zamku lub do krewnych i wróci na wieść, że wojna się skończyła. Taki widok 
na pewno ich zdenerwuje.

Vond wzruszył ramionami.
– Mają pecha – powiedział. – I co mogą mi zrobić?
Sterren zamrugał, słysząc tak bezduszną odpowiedź.
– Wciąż jesteś śmiertelny, prawda? Ktoś może wbić ci nóż w plecy.
– Ha! – rzucił pogardliwie Vond. – Niech próbują! Nie martw się o mnie, Sterren. 

Żeby mnie zabić, trzeba czegoś więcej, niż potrafią ci barbarzyńcy.

– Jesteś pewien? – spytał szczerze zaciekawiony Sterren.
– O, tak – zapewnił z przekonaniem czarnoksiężnik.
Sterren spojrzał na zaczątki pałacu Vonda.
–   Nie   przypuszczam   też,   aby   to   się   spodobało   staremu   królowi   Phenvelowi   – 

zauważył.

– Nie spodziewam się tego – odparł Vond. – Dlatego to robię... A przynajmniej to 

jeden z powodów.

– A inny?
Vond uśmiechnął się.
–   Przede   wszystkim   to   niezła   zabawa.   Czy   nie   marzyłeś   zawsze,   aby   mieszkać 

w pałacu i mieć wszystko na skinienie? Ja owszem, i teraz mogę to zrobić. Jak wiesz, 
czarnoksięstwo praktycznie nie ma granic; nikt jeszcze nie wymyślił czegoś, czego nie 
mogłoby dokonać. Tyle, że zawsze baliśmy się z tego korzystać z powodu koszmarów, 
szeptów i Przyzwania. Tutaj nie muszę się o to martwić! Mam moc bez granic! Stary król 
Phenvel może iść kozy chędożyć, to mnie nie obchodzi. Mogę tu zrobić wszystko, co 
zechcę, a on nic na to nie poradzi.

– Dla twego własnego dobra mam  nadzieję, że się nie mylisz  – rzekł Sterren. – 

Paskudnie bym się poczuł, gdybyś  zginął dlatego, że ja cię tu sprowadziłem, a ty źle 
oceniłeś sytuację.

– Niczego źle nie oceniłem. To ten stary dureń król mnie nie docenił, każąc mi brać 

jakieś nędzne klejnoty i wracać do domu.

Wiesz, po co mi wzgórze, Sterren? Żeby było wyższe niż jego. Mogłem odebrać mu 

zamek i wciąż jeszcze mogę to zrobić, jeśli będzie mnie denerwował. Ale pomyślałem, że 
zabawniej   będzie   prześcignąć   go   całkowicie,   zbudować   pałac   wyższy,   większy 

background image

i piękniejszy niż ten jego zamek. W końcu jest to właściwie nora: niechlujny, zatłoczony, 
nie ma co oglądać. Sterren kiwnął głową.

–   Rozumiem,   że   jesteś   na   niego   zły   –   zgodził   się.   –   Ale   nie   wydaje   ci   się,   że 

przesadzasz?

Vond zastanawiał się przez kilka sekund.
– Nie. To znaczy, gdyby to nie było takie zabawne, może postąpiłbym inaczej. Nie 

mam   nic   innego   do   roboty   ani   nie   mam   dokąd   iść.   Utknąłem   tutaj   i staram   się   jak 
najlepiej urządzić. Odpłacenie Phenvelowi za to, że był takim durniem, to tylko mała 
premia, a nie właściwy powód.

– Rozumiem – przyznał Sterren. Zawahał się, nim zapytał:
– A co planujesz, kiedy skończysz ten pałac?
– Zamieszkam w nim, oczywiście.
– Chciałem zapytać, czy masz jakieś dalekosiężne plany?
Vond wzruszył ramionami.
– Niczego jeszcze nie postanowiłem. Myślę, że zbiorę kilka konkubin, przez jakiś 

czas będę ozdabiał ten pałac, gromadził skarby... Takie tam...

– Rozumiem – powtórzył Sterren. Jeszcze raz się zawahał i zapytał wprost: – Więc 

przynajmniej jak dotąd nie planowałeś podbicia Semmy czy czegoś w tym rodzaju? – 
miał nadzieję, że właśnie nie podsuwa Vondowi interesującego pomysłu.

Nie, uznał. Był pewien, że ktoś w sytuacji Vonda i tak wpadłby na to wcześniej. 

Vond zaśmiał się.

– Nie żartuj – powiedział. – Już podbiłem Semmę. Tyle, że oni jeszcze o tym nie 

wiedzą.

background image

ROZDZIAŁ 26

Sterren rozmawiał z Vondem jeszcze przez kilka minut, ale czuł, że czarnoksiężnik 

chce już wrócić do budowania pałacu. Zdawał też sobie sprawę, że król coraz bardziej się 
niecierpliwi.

Nie spieszył się do spotkania z Phenvelem, jednak wiedział, że go nie uniknie, więc 

postanowił załatwić to od razu. Pożegnał się z Vondem i ruszył z powrotem do zamku.

Po kilkunastu krokach zatrzymał się jednak i zastanowił.
Czy w ogóle musi wracać do zamku? Czy nie może po prostu zawrócić, dotrzeć do 

Akalli i popłynąć do Ethsharu? W końcu jeśli Vond podbił Semmę, to i Sterren nie jest 
już   zapewne   dziedzicznym   wodzem,   a król   Phenvel   nie   ma   nad   nim   władzy.   Chyba 
zresztą nad nikim innym także.

Po raz pierwszy w życiu przyszło mu do głowy, że królewska władza i autorytet to 

sprawa   wiary,   ogólnego   przyzwolenia   i tradycji.   Żadna   wrodzona   cecha   nie   dała 
Phenvelowi   z Semmy   władzy   nad   życiem   i śmiercią   jego   poddanych.   Trwała   tylko 
dlatego, że lud Semmy wierzył w jej istnienie. Gwardia pałacowa i dworzanie słuchali 
Phenvela, ponieważ wierzyli, że jest prawowitym władcą tej ziemi. Inni wykonywali jego 
rozkazy, byli zmuszani do tego.

Gdyby   gwardziści   zdecydowali   kiedyś,   że   Phenvel   jest   tylko   zwariowanym 

staruszkiem, rzeczywiście stałby się zwariowanym staruszkiem.

Moc Vonda natomiast jest całkiem rzeczywista.  Być  może  nie ma  dziedzicznego 

tytułu   ani   formalnych   powodów,   by   rządzić,   lecz   łatwo   może   każdego   zmusić,   by 
wykonywał jego polecenia.

Nie potrzebuje żołnierzy ani dworzan. Gdy powiedział, że podbił Semmę, Sterren 

musiał się z tym zgodzić, bo któż potrafiłby sprzeciwić się Vondowi?

Czy nie jest to prawdziwa definicja władzy? Vond może robić, co tylko zechce, i nikt 

nie jest w stanie mu tego zabronić. Phenvel może robić, co chce, tak długo, jak długo 
ludzie wierzą w jego władzę jako króla.

Władza Vonda wydawała się zatem bardziej realna.
A   to,   jak   przypuszczał   Sterren,   wkrótce   sprawi,   że   podbój   kraju   stanie   się 

powszechnie uznawanym faktem. Phenvel obraził Vonda i teraz czarnoksiężnik wyraźnie 
pokazywał,   kto   rządzi   w Semmie.   Z pewnością   autorytet   Phenvela   szybko   legnie 
w gruzach, gdy stanie się oczywiste, że w żaden sposób nie może zagrozić Vondowi. 
Król   upadnie,   a cała   skomplikowana   struktura   dziedzicznej   arystokracji   z pewnością 
runie wraz z nim.

background image

Sterren nie będzie już wodzem.
Może zwyczajnie wracać do domu.
Jednak podróż była długa, a jemu się nie spieszyło. Sytuacja w Semmie zaczynała 

być interesująca i ciekawiło go, jak się rozwinie.

Nie był mu też obojętny los kilku mieszkających tu osób.
Pomaszerował więc dalej w stronę zamku.
Strażnik przy bramie wpuścił go bez dyskusji i Sterren poszedł prosto do królewskich 

apartamentów.

Przyjęto go natychmiast. Królowa Ashassa i dwie młodsze księżniczki dołączyły do 

króla. Księżniczka Lura uśmiechnęła się do niego, a nawet księżniczka Shirrin zdobyła 
się na niepewny uśmiech.

Gdy tylko Sterren skłonił się przed władcą, król Phenvel spytał:
– No? Co on tam robi?
– Mówi, że robi zamek, Wasza Wysokość – nie znał w semmacie słowa „pałac” i nie 

był pewien, jaki czasownik najlepiej odda znaczenie słowa „buduje”.

– Robi zamek? – zdziwiła się królowa Ashassa.
– Tak, Wasza Wysokość – potwierdził Sterren.
– Co masz na myśli mówiąc „robi zamek”? – nie zrozumiał król.
-
–  Chodzi   mi   o to,   Wasza   Wysokość,   że   bierze   kamienie,   bardzo   duże   kamienie, 

i składa je razem w... zamek – nie pamiętał odpowiednich słów, żeby lepiej to wyjaśnić.

– Prawdziwy zamek czy tylko jakąś makietę, model?
– Prawdziwy zamek, Wasza Wysokość. Mówi, że będzie w nim mieszkał.
– To śmieszne. Tutaj jest Zamek Semma, a ja jestem królem! Nikt nie może budować 

zamku w moim państwie!

Sterren nie zadał sobie trudu, by mu odpowiedzieć.
– Idź i powiedz mu, żeby przestał – zażądał król. Sterren zawahał się.
– Mogę mu powiedzieć – odrzekł – ale on nie przestanie. – Więc zmuś go, żeby 

przestał!   W końcu   to   wszystko   twoja   wina!   To   ty   sprowadziłeś   tych   piekielnych 
magików! Nigdy nie byli nam potrzebni w Semmie i świetnie sobie bez nich radziliśmy, 
dopóki nie sprowadziłeś tego tam, co nie jest magiem!

– Wasza Wysokość, twoja armia była... Nieprzyjaciel miał przynajmniej trzech ludzi 

na każdego z naszych. Magia była...

– Przestań się kłócić! Powiedz mu, żeby przerwał robienie tego, co robi, i ułożył 

wszystko tak, jak było!

– Wasza Wysokość...

background image

– Idź! I zrób to!
Sterren odszedł.
Uprzejmie skinął głową strażnikowi przy bramie i raz jeszcze podążył wyciętą wśród 

ruin ścieżką.

Vond zauważył go.
– Witaj – zawołał. – Nie spodziewałem się, że wrócisz tak szybko.
Sterren wzruszył ramionami, spoglądając ku wpół ukończonym kryptom.
– Król mnie przysłał – odparł.
Podszedł wolno do jednej z kamiennych płyt.
– Tak? – zdziwił się Vond.
– Tak. Chce, żebyś  przerwał to, co robisz, i ułożył  wszystko z powrotem tak, jak 

było.

– Nie dziwię się, że chce.
– Zalecił przekazać ci, żebyś przestał.
-
Vond kiwnął głową.
– Więc mów.
– W imieniu Phenvela, króla Semmy! Zaprzestań budowania swojego pałacu i ułóż 

z powrotem wszystko tak, jak było.

– Nie. Możesz wrócić i przekazać mu tę odpowiedź. Czy coś jeszcze?
– Nie od niego. Ale tak myślałem... Nie sądzisz, że możesz być dość samotny w tym 

pałacu?   –   machnął   ręką   w stronę   piwnic,   które   zajmowały   już   spory   obszar   wokół 
dziedzińca i z dwóch stron miały ukończony zewnętrzny mur.

Vond spojrzał na swoją skomplikowaną kamienną budowlę.
– Może z początku – przyznał. – Trochę. Ale myślę, że inni czarnoksiężnicy szybko 

się zjawią, kiedy dotrze do nich wiadomość o nowym źródle mocy.

– Myślisz, że do nich dotrze?
Po raz pierwszy, odkąd przepędził armię najeźdźców, Vond zawahał się.
– Oczywiście – stwierdził – a jeśli nie, to wyślę posłów do Ethsharu. Wiesz, dotąd 

nie zastanawiałem się nad tym; jesteśmy tu rzeczywiście na samym końcu świata, co?

Sterren kiwnął głową.
–   Jeśli   wzniesiesz   się   na   jakieś   sto   stóp   i popatrzysz   w tamtą   stronę   –   rzekł, 

wskazując na południe – powinieneś zobaczyć kraniec świata.

Vond westchnął.
– Zawsze mieszkałem w Ethsharze, w samym  środku wydarzeń, gdzie nie można 

ukryć żadnego sekretu, nawet jeśli człowiek by chciał. Nie myślałem więc o tym, jak 

background image

rozchodzą się wieści; uznawałem to za oczywiste.

– Tutaj to raczej niemożliwe.
– No cóż, chyba wyślę posłańców. Zresztą spodziewam się, że ludzie i tak zauważą, 

kiedy zacznę tworzyć imperium.

– Aha, więc planujesz stworzenie imperium?
– Tak, chyba tak. Tak tradycyjnie postępują zdobywcy, prawda? Poza tym Semma 

jest   taka   malutka!   Jeśli   chcę   stworzyć   przyzwoity   harem,   to   muszę   mieć   z czego 
wybierać!

– A co konkretnie masz na myśli? – zapytał ostrożnie Sterren.
-
– Na początek planowałem podbić Ophkar i Ksinallion. To powinno być proste po 

tym, jak rozpędziłem ich armie. Pomyślałem, że następnie sprawdzę, jak daleko mogę się 
oddalić, zanim znów usłyszę szept z Aldagmoru. Nie jestem głupi, Sterrenie. Nie popłynę 
do Ethsharu, aby dopadły mnie koszmary. Ale powinienem zebrać razem z pół tuzina 
tych głupich małych królestw, nie sądzisz?

Sterren musiał przyznać, że rzeczywiście czarnoksiężnik może zawładnąć wszystkim 

w okolicy. W końcu, gdy stracił kontakt z Aldagmorem, zaczął cierpieć w Akalli na bóle 
głowy, co znaczy, że Akalla, Skaia, Ophkar i Semma są prawie na pewno w zasięgu jego 
możliwości, podobnie jak Ksinallion i kilka innych królestw.

To prawda, że żadne z nich nie było zbyt wielkie.
– Nie wydaje ci się, że będziesz samotny albo znudzony? – zapytał.
– A czemu?   – burknął  niechętnie   Vond.  – Mogę  mieć  przy sobie  tylu  ludzi,   ilu 

zechcę;   po   prostu   im   rozkażę!   I piękne   kobiety...   Muszą   być   jakieś,   nawet   tutaj. 
Mężczyźni u władzy zawsze przyciągają piękne kobiety.

–   Ale   wszyscy   będą   się   ciebie   bali.   Nie   będziesz   miał   nikogo,   z kim   mógłbyś 

porozmawiać  jak z równym  czy choćby prawie równym.  Poza tym,  co zrobisz z tym 
imperium?

–   Będę   siedział   i cieszył   się   nim,   oczywiście!   Będę   żył   wygodnie,   a inni 

czarnoksiężnicy usłyszą o mnie i przyjadą tutaj. Będę miał własny dwór, a arystokratami 
będą   czarnoksiężnicy.   Będziemy   rządzić,   bo   zasłużyliśmy   na   to,   a nie   dlatego,   że 
mieliśmy szczęście przy urodzeniu.

– A jeśli któryś  z tych czarnoksiężników będzie zbyt  ambitny i postanowi przejąć 

władzę?

Vond pokręcił głową.
–   To   niemożliwe.   Myślałem   o tym.   Byłem   tu   pierwszy,   więc   zawsze   będę 

najpotężniejszy,   jeśli   tylko   będę   używał   magii.   Słuchaj,   jeszcze   w Ethsharze   byłem 

background image

prawie   tak   potężny,   jak   to   tylko   możliwe;   miałem   naprawdę   paskudne   koszmary. 
Gdybym jeszcze raz czy dwa razy solidnie użył magii, usłyszałbym Przyzwanie i odszedł 
na północ. A więc nie zjawi się tu nikt potężniejszy niż ja byłem, kiedy tu dotarłem. Nikt 
też nie znajdzie sposobu, żeby mnie pokonać, bo czarnoksięstwo nie tak działa. Tym 
więcej mocy zyskujesz, im więcej mocy używasz, a nie możesz wykorzystywać jej za 
szybko. Dopóki używam magii, zawsze będę potężniejszy od każdego, kto przybędzie tu 
po mnie. Rozumiesz?

Sterren zrozumiał i potwierdził to.
Vond pokiwał głową.
– No właśnie. Moje imperium będzie przystanią dla czarnoksiężników. Kiedy zaczną 

się   martwić   Przyzwaniem,   spakują   rzeczy   i przyjadą   tutaj,   gdzie   mogą   bezpiecznie 
korzystać z całej swej mocy.

Sterren zdał sobie sprawę, że faktycznie może się tak zdarzyć.  Wiedział, że taka 

sytuacja byłaby dla czarnoksiężników bardzo przyjemna.

Wiedział   jednak,   że   mogłaby   być   także   bardzo   nieprzyjemna   dla   wszystkich 

pozostałych.   Magicy   zawsze   byli   ograniczani   przez   zakres   swej   magii.   Czarodzieje, 
jasnowidze i czarownicy, a także inni magicy mieli zwykle ściśle określone możliwości. 
Demonologia była tym bardziej ryzykowna, im bardziej była potężna, gdyż demonom nie 
można ufać. Teurgię ograniczała niechęć bogów do włączania się ponad pewien zakres 
w sprawy świata. Magia... cóż, Sterren nie wiedział, co właściwie blokuje moc magów; 
czy   była   to   rywalizacja   z innymi   magami,   czy   coś   w pozornie   chaotycznej   metodzie 
działania magii. A może kłopoty z uzyskaniem niezwykłych składników potrzebnych do 
stosowania zaklęć.

Czarnoksięstwo było zawsze ograniczone Przyzwaniem. Teraz Vond znalazł sposób, 

by je ominąć – a przynajmniej tak mu się wydawało.

Sterren podejrzewał, że Vond jest przesadnie optymistyczny, ale wobec ujawnionych 

właśnie planów budowy imperium mówienie o tym byłoby chyba błędem.

Zastanowił się, co myślą o całej sprawie inni magicy. Może legendarnej, istniejącej 

podobno   Gildii   Magów   nie   spodoba   się   pomysł   budowania   imperium   przez 
czarnoksiężnika?

To całkiem możliwe, uznał, i hamował się, żeby nie powiedzieć tego na głos.

Dlaczego   właściwie   powinien   wyświadczać   Vondowi   przysługi?   Człowiek   ten 

zamierzał zniewolić sporą część Małych Królestw, aby zemścić się za urazę głupiego 
starca   –   i dla   zabawy.   A fakt,   że   on   i Sterren   byli   towarzyszami   broni,   nie   mógł 
unieważnić zwykłej przyzwoitości.

background image

Z drugiej jednak strony, czy Vond będzie gorszy od Phenvela? Może się okazać, że 

jest bardzo dobrym władcą.

Tego Sterren nie wiedział. Postanowił więc zaczekać i przekonać się. Tymczasem 

przemyślenia o możliwych zagrożeniach dla uzurpowanej władzy Vonda zatrzyma dla 
siebie,   na wypadek,  gdyby   okazały się  później   potrzebne.  Wśród  nich  była   zarówno 
Gildia   Magów,   jak   i logiczny   błąd   w przeświadczeniu   Vonda,   że   jest   bezpieczny   od 
Przyzwania.

No i przede wszystkim nie był całkiem pewien, czy któraś z tych gróźb jest realna.
– Hej, Sterren! – zawołał Vond. – Zasnąłeś czy co?
Sterren uświadomił sobie, że od kilku sekund stoi zatopiony w myślach.
– Nie – odparł. – Myślałem tylko.
– O czym?

–   No   wiesz...   –   odparł   wymijająco.   –   O tym,   jak   będzie   wyglądać   imperium 

czarnoksiężników.

– No cóż – rzekł Vond. – Mam nadzieję, że zostaniesz tu i sam zobaczysz! Jestem ci 

wdzięczny za to, że mnie  tu sprowadziłeś.  Traktowałeś  mnie  dobrze i sprawiedliwie, 
a twoja   sugestia   pomogła   mi   sięgnąć   do   nowego   źródła.   Och,   sądzę,   że   w końcu 
dotarłbym   do   niego   samodzielnie,   ale   dzięki   tobie   było   to   prostsze.   Wiesz,   że   masz 
w sobie trochę czarnoksięskiej mocy? Mógłbyś sam być jednym z władców imperium!

Sterren pokręcił głową.
– Nie mam żadnej mocy. W każdym razie nie tutaj.
– Jest w tobie moc, Sterrenie, tylko dostrojona do Źródła Aldagmoru, nie do tego 

nowego. Mogę sprawić, że usłyszysz nowe źródło przynajmniej tak dobrze, jak słyszałeś 
tamto, z Aldagmoru.

– Wątpię. Brak mi odpowiednich zdolności.
– Nie żartuj. Utrzymywałeś się z tego przez lata, prawda?
-
– Nigdy nie wpływałem na nic innego prócz kości, i nawet nie wiedziałem, że to 

robię! Też mi magia!

– Ale tutaj powinno być inaczej. Myślę, że jesteśmy nie dalej niż trzydzieści mil od 

samego źródła.

To zaciekawiło Sterrena.
– Trzydzieści mil?
–   Tak   myślę;   czuję   to,   rozumiesz...   brakuje   na   to   słów   w ethsharyjskim.   My, 

czarnoksiężnicy, jeszcze ich nie opracowaliśmy. Ale tak, jestem prawie pewien, że źródło 

background image

jest o trzydzieści mil od nas, w tamtą stronę – wskazał na północny zachód.

Sterren zapamiętał kierunek najlepiej jak potrafił, by móc w przyszłości wykorzystać 

tę informację.

– Trzydzieści mil czy dwieście, nie sądzę, by był ze mnie dobry czarnoksiężnik.
– Nie kłóć się ze mną! – warknął Vond i machnął ręką.
Sterren zamrugał. Coś się wydarzyło; czuł to gdzieś w tyle głowy.
– I już! – powiedział  Vond. – Wyregulowałem  trochę  twój  mózg.  Teraz  możesz 

słyszeć nowe źródło!

– Niczego nie słyszę – zauważył Sterren.
–   Nie   chodzi   mi   o słyszenie   uszami!   Jesteś   czarnoksiężnikiem.   Możesz   czerpać 

z tego moc. Spróbuj złapać to bez dotykania!

Vond wziął z powietrza przejrzysty lśniący obiekt i rzucił w stronę Sterrena.
Sterren podniósł ręce, by się osłonić, a jednocześnie gdzieś w głębi duszy pomyślał, 

że może rzeczywiście jest czarnoksiężnikiem, może zdoła złapać ten obiekt, opanować 
go, tak jak kości w Ethsharze. Starał się myśleć o tym, wyobrazić sobie, jak by to było: 
poruszyć czymś bez dotykania.

A potem niewielka kula roztrzaskała się na kamieniu u jego stóp.
Spojrzał w dół, pochylił się i podniósł jeden z odłamków. To był lód – rozpuścił mu 

się w dłoni.

– Próbowałem – powiedział.
Vond patrzył na niego z niesmakiem.
– Wiem. Czułem to. I chyba miałeś rację; nie jesteś czarnoksiężnikiem.

– Skąd wziąłeś lód? – spytał Sterren, patrząc na mokre palce.
– Ściągnąłem go z powietrza. To proste dla prawdziwego czarnoksiężnika.
– Coś podobnego... – rzekł Sterren z podziwem.  Widział, jak Vond bez narzędzi 

wycina ze skały wielkie bloki kamienia, jednak stworzenie lodu z powietrza wydawało 
się bardziej nadprzyrodzone. – A możesz zrobić to znowu?

– Oczywiście! – stwierdził Vond, wyraźnie urażony.
– Chciałem tylko powiedzieć... – zaczął Sterren.
– Och, idź już sobie! – burknął Vond. – Mam już dość tych pytań, a pałac czeka na 

wykończenie!   Powiedz   tym   ludziom   w zamku,   że   teraz   ja   tu   rządzę   i kiedy   skończę 
budować pałac, powiem im, czego od nich chcę.

Sterren otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnował.
– Idź! – zagrzmiał  Vond, i to dosłownie, gdyż  powietrze  wokół niego zajaśniało 

fioletem, a słowo zabrzmiało jakby spod ziemi.

background image

Sterren odszedł.

background image

ROZDZIAŁ 27

Nie martwiłbym się specjalnie – powiedział Sterren. Księżniczka Shirrin zamrugała, 

nie rozumiejąc. Ona i jej ojciec byli jedynymi Semmańczykami w komnacie. Królowa 
i księżniczka Lura gdzieś wyszły, chwilowo nie było też nikogo ze służby.

– Ach nie, doprawdy? – zapytał król Phenvel.
– Nie – powtórzył Sterren. – Nic nie można na to poradzić. Trzeba jakoś z tym żyć. 

On nie jest... nie... – Sterren bezskutecznie szukał odpowiedniego słowa na określenie 
„złośliwy”,   w końcu   zrezygnował.   –   Jeśli   go   nie   rozgniewamy   –   rzekł   –   nikogo   nie 
skrzywdzi.

– Przecież jest uzurpatorem i zdrajcą! – krzyknął król.
Sterren   wzruszył   ramionami.   Nie   uważał   tego   za   zdradę,   gdyż   Vond   był 

Ethsharyjczykiem,   musiał   jednak   przyznać,   że   termin   „uzurpator”   dość   dokładnie 
opisywał postępek Vonda.

– No dobrze, wodzu – uspokoił się Phenvel. – Gdybyś ty był królem Semmy, jak byś 

sobie z nim poradził?

– Poddałbym się – odparł Sterren. Nie znał słowa oznaczającego abdykację.
Shirrin pisnęła z oburzeniem, co obaj mężczyźni zignorowali.
Sterren nie dodał, że gdyby był królem Semmy, abdykowałby i tak, niezależnie od 

kłopotów, jakie sprawiałby potężny czarnoksiężnik. Królowanie nie wydawało mu się 
przyjemną pracą.

– Och, idź sobie – burknął Phenvel.
Sterren skłonił się i wyszedł.
Chwilowo nie miał innych obowiązków, ruszył więc do kuchni; od rana nic nie jadł, 

więc żołądek ssał go z głodu.

Nie   był   specjalnie   zdziwiony,   gdy   odkrył   w kuchni   dwójkę   magów   i trójkę 

czarodziejów,   siedzących   na   ławach   po   obu   stronach   niskiego   stołu.   Obecność 
księżniczki Lury, usadowionej na wysokim stołku, była nieco bardziej zaskakująca.

Pozdrowił   ich   uprzejmie,   po   czym   poprosił   jedną   z pomocnic   kucharza,   żeby 

przyniosła mu coś do jedzenia.

– Czerstwą bułkę, lekko nadgryzioną kość, cokolwiek wpadnie ci w rękę.
Roześmiała się.
– Nie martw się, panie, zawsze możemy sprawdzić, czy psy czegoś nie dopadły!
– To wspaniale! Tak właśnie uczyń!
Podkuchenna odbiegła, a Sterren usiadł na krześle obok wielkiego pnia do rąbania 

background image

mięsa, który mógł mu posłużyć za stolik.

– Witaj, lordzie Sterren – odezwała się księżniczka Lura. – Co robi twój szalony 

magik?

– Nie wydaje mi się szalony.
– Co on robi? – spytała Shenna po ethsharyjsku. – Zbudziłam się wcześnie, ale jego 

nie było. Nie wiem, czy w ogóle spał.

– Słyszałem, że czarnoksiężnicy nie potrzebują wiele snu – wtrącił Emner.
– Mówcie w semmacie! – zażądała Lura.
– Przetłumaczę wszystko, co ważne – obiecała Shenna w lekko tylko akcentowanym 

semmacie,   o wiele   lepszym   niż   Sterrena.   –   A jeśli   nie,   zrobi   to   Hamder,   Ederd   czy 
Sterren. Lecz Annara i Emner w ogóle nie znają semmatu.

– A za to ja nie znam ethsharyjskiego, a to zamek mojego papy!
–   Nie   rozmawiamy   z twoim   papą,   rozmawiamy   ze   sobą   –   zauważyła   Shenna.   – 

Obiecuję ci, Luro, że będę tłumaczyć.

–   Dla   ciebie   jestem   Wasza   Wysokość,   księżniczka   Lura   –   poprawiła   ją   ponuro 

dziewczynka.

Sterren spojrzał na nią uważnie, próbując ocenić, czy powinien się odezwać. Uznał, 

że nie warto.

– I co? – spytał Emner, używając ethsharyjskich słów.
–   Buduje   pałac   –   odparł   Sterren   w ojczystym   języku.   –   Uznał   się   za   dyktatora 

Semmy i planuje zbudować imperium rządzone przez czarnoksiężników.

Shenna zawahała się, po czym przetłumaczyła to wszystko Lurze jako „zwariowany 

magik buduje pałac, żeby też być królem”.

– Ale po co to robi? – zapytała księżniczka.
– Uważa, że twój ojciec nie był dla niego miły – odparł Sterren w semmacie.
Lura zdziwiła się.
– Przecież papa jest paskudny dla wszystkich!
– Ja to wiem, ale Vond nie jest do tego przyzwyczajony. Uznał, że go obrażono.

– To głupie – oznajmiła Lura. Sterren wzruszył ramionami.
– Chyba tak – przyznał.
– O co chodzi? – spytała Annara po ethsharyjsku.
Sterren   westchnął.   Zauważył   podkuchenną   zbliżającą   się   z dobrze   wyładowanym 

półmiskiem. Przygotowała mu mnóstwo suszonych owoców, plastry baraniny pozostałe 
ze śniadania i sporo pieczywa. Uznał, że w takiej chwili nie ma ochoty na wyjaśnienia.

background image

– Słuchajcie – powiedział po ethsharyjsku. – Muszę coś zjeść, a wciąż tylko tłumaczę 

w obie strony. Czy moglibyście trochę zaczekać? – przeszedł na semmat i dodał: – Chcę 
teraz   coś   zjeść.   Czy   mogę   przyjść   potem   do   prywatnych   apartamentów   Waszej 
Wysokości i tam odpowiedzieć na wszystkie pytania?

Mała księżniczka spojrzała na Sterrena, a potem rozejrzała się po magikach.
– No dobrze – zgodziła się. Zsunęła się z krzesła i odeszła.
Sterren   i pięcioro   magików   zdołali   jakoś   powstrzymać   śmiech,   patrząc   na   jej 

znikającą   postać.   Wodzowi   przyszło   to   łatwiej   niż   pozostałym,   gdyż   wcisnął   do   ust 
kawałek pieczywa i trudno mu było się śmiać z pełnymi ustami.

Kiedy Lura była  poza zasięgiem głosu, a Sterren zaspokoił pierwszy głód, usiadł 

wygodnie na krześle i zaczął odpowiadać na pytania.

Dość szybko wyjaśnił im zasady czarnoksięstwa. Z całej piątki tylko Ederd wiedział 

coś na ten temat. Opowiedział, co wiadomo o Źródle Aldagmoru, o Przyzwaniu, o tym, 
jak   Vond   odkrył   drugie   źródło   trzydzieści   mil   na   północny   zachód   od   Semmy, 
i powtórzył, co Vond zdradził mu na temat swoich zamiarów.

Kiedy skończył, cała piątka spojrzała po sobie.
–   Chyba   wrócę   do   domu   –   stwierdziła   Shenna.   –   To   miejsce   nie   wydaje   się 

bezpieczne.

Hamder pokiwał tylko głową.
–   No   cóż,   jeśli   czarnoksiężnicy   zamierzają   tu   rządzić,   czarodzieje   nie   będą   im 

potrzebni – zgodził się Ederd. – Ale chciałbym zostać tu jakiś czas i zobaczyć, jak się 
rozwinie sytuacja.

Sterren z aprobatą pokiwał głową. Sam miał podobne zamiary.
– Jak chcesz – rzekł Hamder. – Ja wracam do domu.
– Ja też – dodała Shenna.
Emner i Annara wyraźnie nie mieli sprecyzowanych planów. Spoglądali na siebie 

niepewnie.

–   Sądzę,   że   jedno   z nas   powinno   tu   zostać   i mieć   oko   na   rozwój   wypadków   – 

oświadczył w końcu Emner. – Drugie powinno skontaktować się z Mistrzem Gildii.

Annara kiwnęła głową.
– Lepiej ty jedź – powiedziała. – Nie znam żadnego z Mistrzów.
– Nie jestem pewien, czy ja jeszcze jakiegoś znam.

– W każdym razie jedź – naciskała Annara. Emner pokiwał głową.
– O co chodzi z tymi Mistrzami Gildii? – spytał Sterren. Annara i Emner porozumieli 

się wzrokiem. Mag odchrząknął.

background image

– Słyszałeś chyba o Gildii Magów? Sterren kiwnął głową.

–   No   więc   –   wyjaśnił   Emner   –   Mistrzowie   Gildii   to   urzędnicy   Gildii   Magów. 

Trzymamy to w sekrecie, ale nie jest to żadna wielka tajemnica. Nie ukażą nas za to, że ci 
ją zdradziliśmy.

– Myślicie, że wasza Gildia będzie chciała coś z tym zrobić? – zapytał Sterren. Miał 

nadzieję, że pewne fakty potwierdzą jego wcześniejsze przypuszczenia.

Emner rozłożył ręce.
– Kto wie? Mogą, lecz jeśli im nie powiemy, a potem sami odkryją wszystko, nasza 

pozycja nie będzie najlepsza; to pewne.

– Pewnie nic nie zrobią – dodała Annara. – Zwykle nie lubią się wtrącać w sprawy 

niemagów,   ale   lubią   wiedzieć,   co   się   dzieje.   Czasami   jednak   interweniują.   Zwykle 
czekają minimum  dziesięć lat, aby sprawdzić, co się wydarzy.  Gildia  istnieje już od 
bardzo, bardzo dawna. To cierpliwa organizacja.

– Skąd to wszystko wiecie? – zdziwił się Hamder.
– Jesteśmy członkami Gildii, naturalnie – odparł Emner.
– Nie możesz być magiem, jeśli nie wstąpisz do Gildii. Zabijają wszystkich, którzy 

próbują nie być jej członkiem, zwykle w sposób widowiskowo okrutny.

– A jak można do niej wstąpić? – pytał dalej Hamder.
–   Kiedy   rozpoczynasz   naukę,   zostajesz   wprowadzony   do   Gildii,   zanim   jeszcze 

nauczą cię pierwszego zaklęcia – wyjaśniła Annara. – Podczas terminu prowadzone są 
lekcje   na   temat   Gildii,   nie   tylko   magii.   Co   nie   znaczy,   że   dowiesz   się   zbyt   wiele. 
Tajemnicą jest to, jak Gildia faktycznie działa. Są Mistrzowie Gildii, krążą też plotki 
o Wewnętrznym  Kręgu Mistrzów, ale my,  a przynajmniej ja nie wiem, czy naprawdę 
istnieje Wewnętrzny Krąg, kogo wybierają na Mistrza, ani nic na temat pracy Gildii. 
Wiem tylko, że jeśli człowiek złamie reguły Gildii, to ginie. Wiem, jakie są te reguły, 
i wiem, co mogę, a czego nie mogę powiedzieć obcym.

Emner kiwnął głową.
– U mnie było tak samo – rzekł. – Mimo że nauczyciel mojego nauczyciela sam był 

Mistrzem Gildii, póki nie umarł.

–   Więc   zamierzacie   powiadomić   Gildię   Magów   o planach   Vonda   –   stwierdził 

Sterren. – A potem co?

– A potem jadę do domu – odparł Emner. – Jeśli Gildia mi pozwoli. Kupię zaklęcie 

snu albo zaklęcie posłańca, i dam Annarze znać, czego oczekuje po niej Gildia... jeśli 
sami nie prześlą jej wiadomości.

background image

– A co zrobi Gildia?
– Nie mam pojęcia – przyznał Emner.
– Najprawdopodobniej – wtrąciła Annara – będą dyskutować o tym parę miesięcy, 

a może   lat,   i poczekają,   aż   cała   sprawa   sama   się   rozwiąże   albo   rozwinie   w coś 
poważnego. Mój mistrz mówił, że zawsze tak działają.

Emner skinął głową.

– Mój mistrz nic nie mówił, ale to wydaje się rozsądne. Sterren odwrócił się do 

Ederda.

– Czy istnieje Gildia Czarodziejów?
Trójka czarodziejów porozumiała się wzrokiem.
– Właściwie nie – odparła Shenna. – Istnieją dwie dość luźne organizacje: Braterstwo 

i Siostrzeństwo, ale zupełnie nie przypominają  tego, co opisała Annara. Przynajmniej 
Siostrzeństwo nie. Nigdy nie wstąpiłam do żadnego z nich, ale raz zaprosiły mnie te 
z Siostrzeństwa. Odrzuciłam zaproszenie; nie podobały mi się ich zasady. Wymieniają 
się zaklęciami, receptami, dużo mówią o metodach, mają też fundusze pomocnicze, kiedy 
ktoś   z członków   jest   w kłopotach.   Lecz   jest   też   sporo   zakazów:   nie   wolno 
współzawodniczyć   ze   sobą   ani   utrzymywać   niczego   w sekrecie   przed   całą   grupą, 
i mnóstwo innych, które wcale mi się nie podobały.

– Braterstwo jest jeszcze luźniejsze – uzupełnił Ederd. – Byłem ich członkiem przez 

rok, lecz znudziło mi się płacenie składek za nic, więc rzuciłem to.

– Nigdy nawet o tym nie słyszałem – stwierdził Hamder. Ederd popatrzył na niego 

z zainteresowaniem.

– Twój mistrz nigdy o tym nie wspominał?

– Nie, nie wspominał – odparł Hamder, spoglądając wyzywająco.
– A czy jest jakaś Gildia Czarnoksiężników? – spytała Shenna. – Sporo o nich wiesz, 

Sterrenie.

–   Nie   udało   mi   się   skończyć   terminu   –   wyjaśnił.   –   Jeśli   nawet   jest   Gildia,   nie 

zaszedłem   tak   daleko,   żeby   się   o niej   dowiedzieć.   Ale   nie   sądzę,   żeby   istniała. 
Czarnoksiężnicy są mało towarzyscy; nie mają też swojej historii, tak jak czarodzieje 
i magowie. Istnieją przecież niecałe dwadzieścia lat.

– Ciekawie, jak jest u czarowników? – zainteresował się Hamder.
– A u teurgów? – dodała Annara.
–   Możesz   spytać   Agora   –   poradził   Sterren.   –   Jest   tu   w Semmie   teurgiem,   choć 

background image

niezbyt dobrym.

– Tak zrobię – postanowiła Annara. – Gdzie go znajdę? Trzeba z nim porozmawiać 

o tym wszystkim, spytać, co jego zdaniem powinniśmy zrobić w sprawie Vonda.

-
– Dobry pomysł – Ederd pokiwał głową.
Sterren wzruszył ramionami.
– Pokażę wam jego pokój, ale nie ma się co spieszyć.
– Mów za siebie – odparł Hamder. – Zamierzam wynieść się stąd jeszcze dzisiaj, na 

wypadek, gdyby ktoś rozzłościł Vonda, a ten postanowił zmieść cały zamek.

– Ja też – dodała Shenna.
– Nie sądzę, aby zrobił coś takiego – uspokoił ich Sterren.
– Mimo to – zaczął Emner, wstając – nasza trójka, która wyjeżdża, powinna się 

zbierać, nie marnując więcej czasu. Jeśli pozwolisz, Sterrenie, pójdę się teraz spakować – 
obejrzał się na Annarę. – Spisałem to zaklęcie, które chciałaś. W każdej chwili mogę je 
wymienić na Wybuchową Pieczęć.

– Nie wiem, jak to wszystko zapisać. Lepiej przyjdę i ci pokażę – odparła Annara. 

Wstała i wyszli razem.

– Wybacz, panie – rzekł Hamder. – Myślę, że mag ma rację. Pójdę zebrać rzeczy.
Shenna   bez   słowa   skinęła   głową   i wyszła   z Hamderem.   Przy   stole   zostali   tylko 

Sterren i Ederd.

– No cóż – rzekł Ederd – może przejdę się po zamku, poszukam okna z dobrym 

widokiem   na   pałac   czarnoksiężnika   i pozwolę   ci   jeść   w spokoju.   –   Wstał.   Sterren 
pokiwał głową. – Jeśli lubisz wspinaczki po schodach, to z mojej komnaty na wieży jest 
znakomity widok. Powiedz strażnikom, że to ja cię przysłałem.

Ederd skłonił się i wyszedł. Sterren zabrał się do jedzenia.

background image

ROZDZIAŁ 28

Mówisz, że trzydzieści mil na północny zachód, tak? Sterren kiwnął głową. Królowa 

Ashassa zastanawiała się przez chwilę.

–   To   będzie   w Lumeth   pod   Wieżami   –   stwierdziła.   –   Może   nawet   w samych 

Wieżach.

– Może to właśnie Wieże! – wtrąciła księżniczka Lura.
Królowa skinęła głową.
– Możliwe – zgodziła się. – Na pewno nikt nie wie, do czego służą, a generowanie 

takiej magii, jaką opisujesz, wydaje się wyjaśnieniem nie mniej sensownym od innych.

Sterren zerknął na Nissithę i Shirrin, ale jak zwykle milczały. Nissitha spoglądała na 

niego z wyższością, a Shirrin, gdy tylko zobaczyła, że patrzy w jej stronę, natychmiast 
odwróciła   głowę.   Podziw,   jaki   dawniej   często   widział   na   jej   twarzy,   znikł   gdzieś, 
zastąpiony głębokim rozczarowaniem.

Jedenastoletni  książę  Dereth  przyglądał  się z uwagą,  ale  prawie się  nie odzywał; 

czasem tylko wyrażał swoje zdumienie.

Nikt nic nie dodał do komentarza królowej, więc kiedy cisza zaczęła się kłopotliwie 

wydłużać, Sterren zabrał głos.

– Czy jeszcze coś, Wasza Wysokość?
–   Jedna   sprawa,   lordzie   Sterren.   Znasz   tego   człowieka,   Vonda,   i wiesz   to   i owo 

o jego magii. Co radziłbyś nam uczynić?

Sterren   lekko   zmarszczył   czoło.   Mógł   udzielić   tylko   jednej   odpowiedzi,   lecz 

wiedział, że nie takiej spodziewa się królowa.

– Nic – rzekł w końcu.
Chciałby powiedzieć więcej, wyjaśnić powody, ale wysiłek wyrażania się zrozumiale 

w semmacie był dla niego zbyt wielki. Mówił przez cały ranek, oprócz tych chwil, kiedy 
kursował   w tę   i z powrotem   między   zamkiem   a budowlą   Vonda,   i teraz   był   już 
zmęczony. Ograniczył więc wypowiedź do jednego słowa.

– Myślisz, że potrafiłby pokonać całą armię, gdyby wyruszyła przeciwko niemu?
– Tak, Wasza Wysokość. Z łatwością.
Nie   dodał,   że   czarnoksiężnik   pokonał   już   o wiele   większe   armie   Ophkaru 

i Ksinallionu. Królowa sama o tym wiedziała.

Ashassa przyglądała mu się przez chwilę, wreszcie skinęła głową.
– Dobrze, lordzie Sterren – powiedziała. – Możesz odejść.
– Dziękuję, Wasza Wysokość – wstał, skłonił się i wycofał z pokoju.
Na korytarzu przystanął przez chwilę, niepewny, w którą stronę ruszyć.

background image

Trójka wracających do Ethsharu magików pewnie już wyjechała, a nie miał pojęcia, 

gdzie szukać Annary czy Ederda. Chyba że Annara znalazła wreszcie Agora, a w takim 
przypadku  pewnie wolałaby,  żeby jej  nie przeszkadzać.  Wspinaczka  po schodach do 
własnej komnaty wydała mu się zbyt trudnym przedsięwzięciem.

No cóż, miał obowiązki jako wódz, a odkąd wrócił z Ethsharu, nie widział swoich 

żołnierzy, najwyżej jako niewyraźne kształty daleko na murach lub jako strażników przy 
drzwiach. Skierował się więc do koszar.

Idąc, rozmyślał o Vondzie i o nieoczekiwanym  zwrocie wydarzeń. Nie miał dotąd 

okazji,   żeby   usiąść   i spokojnie   się   zastanowić,   jednak   podczas   porannych   dyskusji 
doszedł do pewnych wniosków.

Prawdę mówiąc, plany czarnoksiężnika miały kilka zalet. Zjednoczenie paru Małych 

Królestw i zakończenie ich bezsensownych wojenek z pewnością nikomu nie zaszkodzi; 
najwyżej zrani ego pokonanych monarchów. Większość mieszkańców to przecież chłopi, 
którzy spokojnie przyjmą nowego władcę, tym bardziej że nie będą się musieli martwić, 
że ich gospodarstwa zostaną obrabowane i spalone,  a żony i córki napastowane przez 
wrogich żołnierzy.

Oczywiście to wszystko było możliwe przy założeniu, że Vond potrafi zbudować 

i utrzymać   imperium   tak   łatwo,   jak   mu   się   wydawało.   Sterren   uznał   jednak,   że   to 
rozsądne założenie. Jak zauważył Vond, czarnoksięstwo bez Przyzwania ma praktycznie 
bezgraniczną moc, a w tej chwili przynajmniej  nie musiał się bać Przyzwania. Magię 
spotykano w tych okolicach rzadko i dlatego budziła lęk. Kto mógłby stawić mu czoła?

Miejscowa   arystokracja   pewnie   utraci   władzę   i przywileje,   jednak   Sterren   nie 

przejmował   się   tym   zbytnio.   Życie   samo   w sobie   jest   niepewne   i zawsze   wiąże   się 
z ryzykiem;   dlaczego   królowie   i szlachta   mieliby   być   wyjątkiem   od   tej   reguły?   Był 
przekonany, że wielu z nich wyjedzie do innych krajów i tam spróbuje przeżyć; może też 
zajmą jakieś stanowiska pod władzą Vonda. Nawet czarnoksiężnik nie może przecież 
wszystkiego   robić   sam;   będzie   potrzebował   doświadczonych   administratorów,   by 
zajmowali się szczegółami rządzenia.

Problem polegał na tym, że nie było wiadomo, co jeszcze Vond zamierza zrobić, 

oprócz zjednoczenia królestw i wydziedziczenia szlachty?

Vond wspomniał o konkubinach – może to oznaczać porwanie i gwałt, a może tylko 

przyjmowanie   propozycji.   Chciał   zostać   władcą   absolutnym,   ale   czy   to   oznacza,   że 
będzie   oczekiwał,   by   wykonywano   jego   rozkazy,   czy   też   raczej   wszystkich   będzie 
traktował jak niewolników, bitych i zabijanych dla kaprysu?

Dobroduszny   despota   czy   brutalny   tyran   –   różnica   tkwiła   w charakterze   Vonda, 

background image

a Sterren nie znał go na tyle dobrze, by zgadywać, którą drogę obierze.

A jeśli zostanie tyranem? Bo gdyby okazał się dobrym władcą, Sterren nie będzie mu 

przeszkadzał. Ale jeśli złym tyranem?

Ucieczka do Ethsharu pozostawała interesującą możliwością, ale jakoś go nie kusiła. 

W końcu, Sterren musiał to przyznać, to on sam sprowadził tu Vonda.

Oczywiście nie mógł przewidzieć, co się zdarzy. Nikt nie wiedział o źródle mocy 

w Lumeth. Jednak intencje nie zawsze były tak istotne jak efekty. Kiedy grał w kości, 
nigdy   nie   zamierzał   przegrywać,   a przegrana   nie   czyniła   go   sytym.   Trzeba   żyć   ze 
skutkami własnych działań, czy były zaplanowane, czy też nie.

Jeśli Vond będzie tyranem, to co wtedy?
Istniała   gdzieś,   oczywiście,   Gildia   Magów,   ale   to,   co   o niej   opowiadali   Annara 

i Emner,   raczej   nie   uspokajało.   Powolna,   ostrożna,   niechętna   do   interwencji;   nie 
wyglądała na organizację, która skutecznie usunie tyrana.

Istniała   możliwość   skrytobójstwa.   Ponieważ   Sterren   omawiał   możliwe   zabójstwo 

królów   Ophkaru   i Ksinallionu   z Larem,   synem   Sambera,   swoim   „odziedziczonym” 
szpiegiem, miał więc pojęcie, czego to wymaga. Semma w swej historii nie zanotowała 
przypadków skrytobójstw, ani nikogo wyćwiczonego w tym fachu. Mógłby posłać swych 
żołnierzy albo szpiegów Lara, lecz pewnie by zawiedli: zginęliby lub zostali schwytani. 
A poprzez nich można by dotrzeć do niego, do ich wodza. W przypadku zamachu na 
zwykłego króla Lar oceniał szanse przy pierwszej próbie nie wyżej niż jeden do pięciu, 
i uważał,   że   będą   pogarszać   się   z każdym   następnym   zamachem,   gdyż   jego   obiekt 
wzmocni środki ostrożności.

Lar  sugerował,   że  wie  coś  o organizacji  zawodowych  skrytobójców,   lecz   Sterren 

odniósł   jednak   wrażenie,   że   grupa   ta   –   jeśli   w ogóle   istnieje   –   nie   działa   nigdzie 
w pobliżu   Semmy.   Co   więcej,   jeśli   zrozumiał   sugestie   Lara,   byli   to   ludzie   bardzo 
kosztowni, bardzo tajemniczy i w ogóle niełatwo było się z nimi porozumieć. Tworzyli 
nie tyle zespół czy Gildię, co raczej kult; przynajmniej raz wspomniano przy tym imię 
Demerchana.

Może warto będzie rozważyć tę możliwość, jeśli wszystko inne zawiedzie, ale nie 

wyglądało to obiecująco.

Oczywiście, może Sterren zdołałby przekonać Vonda. Czarnoksiężnik uważał go za 

przyjaciela i sprzymierzeńca, więc może uda się z nim dogadać, nie dopuścić, by stał się 
tyranem.

Trzeba będzie spróbować.
Istniała jeszcze jedna możliwość, którą dostrzegł od razu i uznał za nieuniknioną. 

Zastanawiał się nad nią, gdy otwierał drzwi od koszar. Było to rozwiązanie, które samo 

background image

się zrealizuje; mógłby jednak przyspieszyć je lub opóźnić.

Vond   wierzył,   że   jest   wolny   od   Przyzwania,   lecz   jeśli   Sterren   dobrze   rozumiał 

sytuację, czarnoksiężnik nie brał pod uwagę pewnego istotnego szczegółu.

Przestał o tym myśleć, gdy ktoś zawołał:
– To nasz wódz! Niech żyje Sterren, Dziewiąty Generał Semmy! Niech żyje!
Nierówny chór okrzyków umilkł, a Sterren zamarł w progu.
Spojrzał na swoich ludzi, zdumiony tymi wyrazami entuzjazmu. Tak mocno pogrążył 

się w myślach o Vondzie, że całkiem zapomniał, iż zaledwie wczoraj armie najeźdźców 
uciekły   spod   zamku.   Ci   żołnierze   nie   przejmowali   się   czarnoksiężnikami   –   byli 
zadowoleni, że oblężenie zostało przerwane, katapulty i taran zniszczone, że skończyła 
się służba na murach. Nie przejmowali się użytymi metodami. Całkiem spontanicznie bili 
brawo jemu, Sterrenowi z Ethsharu, który sprawił to łatwe zwycięstwo.

Uśmiechnął się i uniósł ręce w tryumfalnym geście. Głosy ucichły, a gdy żołnierze 

wrócili na posłania, zauważył w kącie trzy zgarbione sylwetki.

Gracze nie pozwolili, żeby zwykły wódz przerwał im rozgrywkę.
–  Dziękuje   za   to...   powitanie   –   Sterren   zająknął   się.   –  Cieszę   się,  że   wróciłem! 

Dobrze   się   sprawiliście!   –   zawahał   się,   widząc   wpatrzone   w niego   twarze.   Nie   był 
pewien, co jeszcze powiedzieć, więc wzruszył ramionami. – Jaka to gra się toczy?  – 
zapytał. – Mogę się przyłączyć?

Rozległy się stłumione śmiechy, a potem oklaski, ktoś chwycił go za ramiona, i po 

chwili Sterren stał już w kącie z kośćmi w ręku.

– Trzy rzuty, wygrywa najniższy – powiedział ktoś.
– Znam tę grę – Sterren skinął głową.
–   Twoja   kolej,   panie   –   odezwał   się   ktoś   inny,   gdy   monety   zabrzęczały   na 

kamieniach.

Potrząsnął   kośćmi   i rzucił.   Żeby   zachować   kości   i wygrać   pulę   przy   pierwszym 

rzucie, musiał rzucić trzy jedynki. Jeśli wypadło coś innego, podawał kostki następnemu, 
a pieniądze   zostawały   w puli.   Trzy   rzuty,   prymitywny   poprzednik   ulubionych   przez 
Sterrena trzech kostek, były zwykle długą, powolną grą, podczas której sporo niewielkich 
stawek przechodziło z rąk do rąk. W trzy rzuty grali zwykle znudzeni ludzie, aby zająć 
czas, a nie poważni hazardziści. Sterren nie grywał w nie często.

Patrzył, jak kostki odbijają się od ściany i toczą po podłodze. Pierwsza wylądowała, 

ukazując jedną kropkę. Druga uderzyła  w nią, ale nie przewróciła  jej i także ukazała 
jedną kropkę. Trzecia odbiła się od buta żołnierza i upadła również jedynką do góry.

background image

Znów rozległy się śmiechy i oklaski; Sterren zebrał pulę.
Pół godziny później nikt już się nie śmiał. Sterren wygrał sześćdziesiąt miedziaków 

w jednej z najkrótszych partii trzech rzutów, jaką kiedykolwiek widziano.

Żołnierze   rozeszli   się,   zostawiając   go   w kącie   z pełną   sakiewką   w jednej   ręce, 

a kostkami w drugiej. Patrzył na sześciany wypolerowanych kości.

Jego talent powrócił. Vondowi udało się go dostroić i teraz Sterren czerpał szczęście 

ze źródła w Lumeth.

Zastanawiał się, czy powinien być z tego zadowolony.

background image

ROZDZIAŁ 29

Chłopów usunięto z zamku. Sterren stał na szczycie murów i patrzył, jak niechętnie 

wychodzą przez bramę ku ruinom, które pozostały z ich wioski.

Ci ludzie schronili się w zamku, gdy na horyzoncie załopotały pierwsze proporce 

najeźdźców. Zanim wrogie armie znalazły się w zasięgu strzału z łuku, bramy zamknięto 
i zaryglowano, pozostawiając na zewnątrz uciekających na wszystkie strony maruderów. 
Ludzie, którzy dotarli do zamku, nie byli najodważniejsi i nie spieszyło im się, by wrócić 
do zewnętrznego świata.

Jednak król Phenvel miał już dosyć tłoku i niewygód, więc przy kolacji oznajmił, że 

wszyscy chłopi muszą przed południem znaleźć się poza murami. Rozkazał Sterrenowi 
i lordowi Algarvenowi, marszałkowi dworu, by tego dopilnowali.

Sterren nie sądził, by Phenvel nadal cieszył się autorytetem, lecz wzruszył ramionami 

i wypełnił polecenie. Vond zaczął budować swój pałac dopiero wczoraj rano, i mimo 
ostrzeżeń Sterrena, nie wszyscy jeszcze uświadomili sobie skutki nowej sytuacji. Phenvel 
nadal   uważał   się   za   władcę   Semmy,   a pozostali   Semmańczycy   słuchali   go 
z przyzwyczajenia. Zamek należał do niego.

Teraz   więc   Sterren   stał   na   murze   i obserwował,   jak   jego   żołnierze   wypychają 

chłopów przez bramę.

Każdy z tych ludzi, mężczyzna, kobieta czy dziecko, natychmiast po przekroczeniu 

bramy robił to samo. Wszyscy patrzyli na północ, na budowlę czarnoksiężnika.

Konstrukcja Vonda rosła w szybkim tempie. Już pierwszego dnia zakończył krypty, 

a przynajmniej   ich   zewnętrzne   pokrycie,   a w nocy   wybudował   wokół   nich   wzgórze. 
Teraz na tym fundamencie wznosił białe marmurowe mury.  Ziemia wstrząsała się za 
każdym razem, gdy nowy blok opadał na swe miejsce; zgrzyt głazu o głaz nie cichł ani 
na chwilę.

W pierwszym kamieniołomie Vonda, teraz już zamkniętym, był granit, więc lśniący 

w porannym   słońcu   marmur   stanowił   niespodziankę,   a w połączeniu   z potwornym 
hałasem trudno go było nie zauważyć.

Sterrena bawiło nie to, że każda twarz zwracała się w stronę pałacu, lecz obserwacja 

tego, jak ludzie reagowali.

Niektórzy   przystawali   i patrzyli   z otwartymi   ustami,   póki   ktoś   nie   popchnął   ich 

z tyłu. Inni obrzucali tylko pałac wzrokiem i maszerowali dalej, spokojnie przyjmując 
cudowną   budowlę   jako   kolejne   wydarzenie,   które   nie   jest   ich   sprawą.   Jeszcze   inni 
patrzyli, a potem odwracali się, wyraźnie wystraszeni, jakby samo spojrzenie na pałac 
mogło spowodować kłopoty. Niektóre dzieci śmiały się i klaskały w ręce, gdy wielkie 

background image

bloki opadały na swoje miejsce, czy też ze zdziwieniem pokazywały sobie małą czarną 
figurkę, wiszącą w powietrzu nad białymi murami.

Po spojrzeniu na dzieło Vonda, wszyscy chłopi patrzyli na zrujnowaną wioskę. Tutaj 

ich   reakcje   były   bardziej   jednolite.   Sterren   dostrzegał   rozpacz   na   twarzach 
i w zgarbionych grzbietach niemal wszystkich uciekinierów.

Postanowił   już,   zanim   jeszcze   pierwszy   z chłopów   dotarł   do   zabłoconego 

i zasypanego   rynku,   że   zleci   swym   żołnierzom   pomoc   w uprzątaniu   zniszczeń 
i odbudowie. Byli ludźmi wojny, a że wojna doprowadziła do tego chaosu, sprzątanie po 
niej należało do ich obowiązków. Przynajmniej tak to Sterren rozumiał.

Ostatni  z chłopów  wstępował niechętnie  na zabłocony teren, gdy hałas  z północy 

umilkł.

Chwilę   trwało,   nim   ucichły   echa   i zapanowała   cisza,   a wtedy   wszystkie   twarze 

zwróciły się w stronę pałacu.

Mała czarna postać nie unosiła się już nad marmurowymi  ścianami – szybowała 

lekko   w ich   stronę.   Sterren   dosłyszał   kilka   szeptów   z tłumu   w dole,   a potem   znów 
zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na zbliżającego się czarnoksiężnika.

Sterren patrzył także, nie rozumiejąc, dlaczego akurat w tej chwili Vond przerwał 

pracę. Nie dokończył budowy muru, więc jeśli nadlatywał, by zmusić króla Phenvela do 
kapitulacji, wybrał sobie dość niezwykły moment.

I wtedy uświadomił sobie, że ze swej pozycji nad pałacem Vond musiał widzieć 

ludzi wychodzących z zamku. Mógł też dostrzec Sterrena na blankach i go rozpoznać.

A   w końcu   Sterren   był   wodzem   Semmy.   Czarnoksiężnik   mógł   więc   uznać,   że 

szykuje atak, oficjalną kapitulację czy jakieś inne działanie, które go dotyczy.

– Hej! – krzyknął, machając ręką. – Vond! Tutaj!
Nie   chciał,   by   czarnoksiężnik   choć   przez   chwilę   sądził,   że   dzieje   się   coś 

podejrzanego. Mógłby pewnie zabić wszystkich chłopów i Sterrena tak łatwo, jak Sterren 
rozdeptywał mrówkę.

Vond   pomachał   mu   także   i po   chwili   wylądował   na   murze   obok.   Chłopi   z dołu 

przyglądali im się z zaciekawieniem.

– Witaj, Sterrenie – rzekł. – Co się dzieje? Zauważyłem od siebie ten tłum – machnął 

w stronę pałacu i Sterren dostrzegł dumny uśmiech na jego twarzy. – Nieźle wygląda, 
prawda?

– Rzeczywiście – zgodził się Sterren.
Osobiście uważał, że pałac wygląda  dość odpychająco; Vond nie przejmował się 

szczegółami architektonicznymi, używając wielkich prostokątnych bloków kamienia. Nie 
wyciął też jeszcze okien. W rezultacie, pomijając biały marmur, budowla przypominała 

background image

raczej fortecę niż pałac.

Sam Vond wyglądał  na całkiem  zwyczajnego człowieka.  Normalny uśmiechnięty 

mężczyzna w średnim wieku, ubrany na czarno. Trudno było pojąć, że w ciągu półtora 
dnia samodzielnie wzniósł większą część swojej fortecy.

– Co to za jedni? – zapytał, wskazując na plac targowy. Było jasne, że ten kłębiący 

się w dole obszarpany tłum nie jest armią, szykującą się do ataku.

– Król ich usunął z zamku – wyjaśnił Sterren. – Schronili się tam na czas oblężenia. 

Wojna się skończyła, więc teraz wychodzą.

– I gdzie pójdą? – zainteresował się Vond.
–   Tutaj   –   Sterren   wskazał   ręką.   –   W większości   pochodzą   z tej   wioski.   Muszą 

oczyścić teren i ją odbudować. Wyślę  im moich ludzi do pomocy.  Przypuszczam,  że 
niektórzy pochodzą z dalszych gospodarstw – nie mógł się oprzeć, by nie dodać: – Nie 
wiem, ilu z nich mieszkało w gospodarstwach, które zburzyłeś, robiąc miejsce pod pałac.

Vond popatrzył na niego zaskoczony, potem obejrzał się na chłopów.
– A... – powiedział. – Ale to pewnie nie wszyscy mieszkańcy tamtych gospodarstw 

i tej wioski! Co się stało z resztą? Czy zabili ich najeźdźcy?

Sterren wzruszył ramionami.
– Niektórych pewnie tak, ale większość rozbiegła się na wszystkie strony. Pamiętasz, 

spotkaliśmy   niektórych.   Tutaj   zostali   ci,   którzy   zdążyli   wejść   do   zamku,   zanim 
zatrzaśnięto bramy. Nikt jeszcze nie sprowadził pozostałych.

Vond patrzył na ludzi przez chwilę. Wielu z nich także mu się przyglądało.
– Hej – krzyknął nagle – jestem Wielki Vond, nowy władca Semmy! Widzicie tam 

mój pałac!

Sterren   próbował   protestować,   łapać   czarnoksiężnika   za   rękaw,   ale   szybko 

zrezygnował. W końcu Vond mówił po ethsharyjsku, więc żaden z chłopów i tak go nie 
rozumiał, o czym Vond wyraźnie zapomniał.

– Będzie mi potrzebna służba. Ci, którzy chcą dla mnie pracować, mogą pójść do 

mojego   pałacu  i zaczekać!   Nie musicie   decydować  się  natychmiast;  przyjdźcie   kiedy 
chcecie, znajdę dla was miejsce!

Zdziwiony pomruk przeszedł przez tłum. Nikt się nie ruszył.
–   Pokażę   wam   teraz,   dlaczego   ja   jestem   prawdziwym   władcą   Semmy,   a nie   ten 

niedojda, który nazywa się waszym królem!

Uniósł   ręce   i błoto   na   placu   targowym   zafalowało.   Kamienie   i połamane   belki 

uniosły się w górę, na moment zawisły w powietrzu, a potem odleciały na boki i zniknęły 
w oddali. Błoto rozdzieliło się na wodę i ziemię; woda także zniknęła.

Po chwili cały targ był już uporządkowany i suchy, a ziemię, ubitą niegdyś bosymi 

background image

stopami mieszkańców, czarnoksięska moc Vonda zmieniła niemal w bruk.

Sterren   patrzył   zafascynowany.   Zdawało   mu   się,   że   nawet   brud   spłynął   z ubrań 

i twarzy chłopów, gdyż tłum był wyraźnie czyściejszy.

Odpadki z jednej z zablokowanych ulic z głośnym podmuchem skręciły się w kulę, 

która zawisła w powietrzu, a potem odpłynęła w dal.

Następnie czarnoksiężnik oczyścił kolejną ulicę i kolejną...
Po   dwudziestu   minutach   Vond   uporządkował   wszystkie   ruiny,   pozostawiając 

nietknięte domy, a usuwając ślady tych, które zburzono.

Niestety,   pozostała   tylko   połowa   wioski,   a większa   część   ocalałych   budynków 

straciła drzwi, bramy, dachy, a nawet kawałki murów.

Vond przyjrzał się krytycznie efektom swojej pracy i wzruszył ramionami.
– Na początek wystarczy – stwierdził. Znów uniósł rękę.
Coś, być może dostrzeżony kątem oka jakiś ślad ruchu, skłoniło Sterrena, by obejrzał 

się na zamek. We wszystkich oknach widział twarze, obserwujące cały spektakl.

Odwrócił się z powrotem w kierunku wioski.
Gruzy, odesłane gdzieś daleko, wracały teraz jako jedna potężna, nieregularna bryła, 

wisząca   w powietrzu   jak   chmura   i jak   chmura   zmieniająca   kształt,   choć   szybciej   niż 
jakakolwiek naturalna formacja. Drewno, kamienie i strzechy oddzielały się od siebie. 
Wszystko inne spadało na stos na niedalekim polu.

Po raz pierwszy Sterren uświadomił sobie, że na niebie nie ma nawet obłoku. Z tego 

co słyszał, nie było to zjawisko naturalne dla semmańskiej zimy. Pomyślał, że pewnie 
czarnoksiężnik   kontroluje   pogodę:   woli   mieć   czyste   niebo,   by   przyjemniej   mu   się 
pracowało.

Po przesortowaniu materiałów Vond wybrał jeden z domów i obejrzał go krytycznie. 

Słomiany dach i większość okiennic  zniknęły,  lecz poza tym  ściany były  całe. Vond 
skinął ręką, a dom spłynął w dół i ułożył się na miejscu.

– Co z okiennicami? – zapytał Sterren.
Vond zerknął na niego, potem znów na chatę.
– Niech piekło pochłonie okiennice – powiedział. – Nie mogę zrobić wszystkiego! 

Jak niby mam znaleźć właściwe okiennice w całej tej masie?

Sterren wzruszył ramionami.

– Tylko pytałem – wyjaśnił.
Prace naprawcze trwały nadal, a Sterren i chłopi tylko patrzyli.
Dzień mijał  wolno. Większość  chłopów  ułożyła  się na ubitej  ziemi  i rozmawiała 

background image

między   sobą.   Niektórzy   opierali   się   o zamkowe   mury.   Żaden   nie   odważył   się   zejść 
z placu targowego.

Twarze   w oknach   zamku   zmieniały   się;   gdy   ludzie   mieli   już   dość   spektaklu, 

zastępowali   ich   inni.   Mimo   to   występy   Vonda   miały   stałą   publiczność.   Sterrenowi 
wydawało się, że przez cały czas widzi w oknie księżniczkę Shirrin.

Po południu Sterren polecił jednemu ze swoich żołnierzy przynieść wodę i jedzenie 

dla chłopów oraz dla siebie. Spytał Vonda, czy czegoś nie potrzebuje. Czarnoksiężnik 
odmówił i wrócił do pracy.

Sterren uświadomił sobie, że już od kilku dni nie widział, żeby Vond cokolwiek jadł. 

Z pewnością nie miał żadnej żywności w swym nie dokończonym pałacu. Czyżby żywił 
się tylko magią?

Być może. Sterren wolał o to nie pytać i przestał się zastanawiać. Patrzył, jak jego 

żołnierze rozdają chleb, wodę, ser i suszone owoce. Sam zjadł podobny posiłek, tyle że 
z winem.

Odbudowa wioski trwała długo. Słońce zaszło i niebo pociemniało, a wciąż jeszcze 

trzy domy nie zostały ukończone.

Vond   dość   łatwo   rozwiązał   ten   problem”   przywołując   na   niebo   pomarańczowe 

lśnienie, dające dość światła, by kontynuować prace.

Kiedy zakończył naprawę wszystkich domów, które zachowały stojące mury, opuścił 

ręce i powiedział:

– Gotowe!
Sterren kiwnął głową.
– Robi wrażenie – przyznał.
Vond wychylił się przez ząb blanki i krzyknął:
– Możecie teraz wracać do domów! Jeśli wasz dom jest zburzony, zatrzymajcie się 

u sąsiadów, zajmę się tym później!

Tłum w dole poruszył się; niektóre dzieci zasnęły już, a teraz budziły się szybko. 

Nikt jednak nie próbował opuścić placu. Patrzyli na czarnoksiężnika i wodza Semmy.

– Dlaczego tam siedzicie? – zawołał Vond.
Sterren położył mu dłoń na ramieniu.

– Nie znają ethsharyjskiego – wyjaśnił.
Vond odwrócił się i przez chwilę patrzył na Sterrena. Potem znów spojrzał na plac 

targowy, jakby nagle zrozumiał.

– Aha – powiedział. – A niech to licho!
– Może zechcesz się nauczyć semmatu? – zaproponował łagodnie Sterren.

background image

–   Wolałbym,   żeby   oni   nauczyli   się   ethsharyjskiego   –   burknął   Vond.   –   Chcę   tu 

zbudować imperium i nie mam ochoty uczyć się pół tuzina różnych języków, do pioruna!

Sterren wzruszył ramionami.
– Myślę, że z czasem zdołasz uczynić ethsharyjski językiem swego dworu, ale w tej 

chwili żaden z tych ludzi nie rozumie ani jednego słowa.

– Skąd, do licha, wzięły się te wszystkie głupie języki? Przecież sam wiesz, że kiedyś 

te królestwa były częścią Starego Ethsharu!

– Nie mam pojęcia – odparł. – Ale jakoś powstały. Może to sprawa demonów albo 

jakaś sztuczka panującej klasy, żeby zatrzymać ludzi tam, gdzie ich miejsce.

Vond   spojrzał   posępnie   na   wioskę,   wyglądającą   ponuro   i krwiście   w tym 

nienaturalnym oświetleniu.

– Chyba będę potrzebował tłumaczy.
– Przynajmniej chwilowo – zgodził się Sterren.
Przez moment nikt się nie odzywał.
– Ty im powiedz, Sterrenie – rzekł w końcu Vond. – Powiedz im, że mają wracać do 

domów. Powiedz, że jeżeli któryś  z nich chce pracować u mnie jako sługa, powinien 
przyjść rano do pałacu. Wracam do domu.

Uniósł się w powietrze.
Sterren pomachał mu na pożegnanie, potem wychylił się z muru i zawołał:
– Wielki Vond skończył swoją pracę! Idźcie teraz do domów! Wielki Vond szuka 

służących!   Jeśli   chcecie   być   sługami   Wielkiego   Vonda,   idźcie   do   zamku...   – 
z poprzednich rozmów przypomniał sobie słowo „pałac”, więc powtórzył: – Idźcie rano 
do jego pałacu! Jeśli wasz dom nie jest odbudowany, idźcie do przyjaciół!

Chłopi patrzyli na niego i usłyszał, jak ktoś pyta:
– Co to za jeden?
Nie wiedział, czy człowiek ten pyta o niego, czy o Vonda. W końcu przed inwazją 

wyjechał do Ethsharu i odtąd nie był widziany w roli wodza.

Wreszcie przekaz dotarł do ludzi i zaczęli rozchodzić się do odbudowanych domów 

i warsztatów.

Pomarańczowe   lśnienie   przygasało   szybko,   gdy   Vond   oddalał   się   w stronę   swej 

fortecy, jednak oba księżyce na niebie rozpraszały ciemność. Sterren raz jeszcze spojrzał 
na   pałac,   na   marmurowe   ściany   lśniące   teraz   niezwykłym   żółtym   blaskiem   na   tle 
ciemnego nieba, na równinę zalaną dziwnym światłem. Potem zszedł z murów i wrócił 
do zamku.

Jak dotąd, trudno było oskarżyć Vonda o tyranię.
Mimo to wiedział, że jego imperium jest skazane od samych narodzin.

background image
background image

ROZDZIAŁ 30

Dziewięć dni po swej klęsce armia Ksinallionu znowu pomaszerowała do Semmy. 

Zewnętrzna   część   pałacu   Vonda   była   już   ukończona,   jedynie   potężna   północno-
zachodnia wieża pozostała otwarta na niebo, chociaż żadnego dachu nie pokryły jeszcze 
dachówki.

Czarnoksiężnik nie musiał przejmować się cieknącymi dachami, ponieważ bez trudu 

mógł odpychać od nich deszcz, co zresztą dotąd czynił. Poza tym, zdaniem Sterrena, 
nieszczelny dach niczemu nie szkodził, gdyż wewnątrz pałacu nie było nic prócz nagich 
ścian   i kamiennych   podłóg.   Sterren   i Ederd   przez   znaczną   część   poprzedniego   dnia 
spacerowali po pustych holach i komnatach, podziwiając rozległe przestrzenie z białego 
marmuru, a Vond tłumaczył, co planuje tam umieścić.

Pół   tuzina   służących   czarnoksiężnika   obserwowało   to   w milczeniu 

z zaimprowizowanego   obozu,   który   z czasem   miał   się   stać   kuchnią.   Jak   dotąd   mieli 
niewiele roboty poza zaspokajaniem najbardziej podstawowych potrzeb. Nie było czego 
sprzątać, a Vond nie dbał o prawdziwe posiłki – po prostu wyczarowywał skądś jedzenie, 
gdy tylko był  głodny.  Nie miał toalet, które trzeba by czyścić, i wciąż nosił tę samą 
czarną szatę czarnoksiężnika.

Schody jeszcze nie powstały, więc na górne piętra można było się dostać tylko drogą 

lewitacji. Niektóre pokoje do tej pory nie miały okien.

Mimo to, jak na dzieło ośmiu dni pracy, budynek robił wrażenie. Tym bardziej, że 

cały jeden dzień Vond poświęcił na oczyszczanie i odbudowę wioski wokół zamku.

Spoglądając   z okna   swego   pokoju   w wieży   starego   zamku   i widząc   za   nowym 

pałacem armię, Sterren zastanawiał się, co pomyślą o tej wielkiej groźnej budowli, której 
nie było tu, gdy odchodzili dziewięć dni temu.

Właściwie zastanawiał się też, co o tym pałacu myślą mieszkańcy Semmy.
Westchnął.   Powinien   był   przewidzieć,   że   władcy   Ophkaru   i Ksinallionu   nie 

zrezygnują tak łatwo. Jedna bitwa to jeszcze nie wojna.

Cóż, teraz to nie był już jego problem, bo to Vond podbił Semmę.
Obserwował, jak Vond wzlatywał z nie dokończonej wieży; płaszcz powiewał mu 

z obu stron niczym skrzydła. Czekał, aż czarnoksiężnik zmiecie ksinalliońską armię.

Nie zrobił  tego;  opadł na  ziemię  przed  wrogimi  żołnierzami,  kryjąc  się za  bryłą 

pałacu.

Zdziwiony   Sterren   odczekał   chwilę,   aż   znów   się   pojawi,   a potem   odwrócił   się 

i pobiegł do schodów. Chciał widzieć, co się dzieje.

background image

Zanim osiodłał konia, przejechał przez bramę i minął pałac, było już po wszystkim. 

Vond   stał   na   szczycie   nowo   wzniesionego   podwyższenia   na   środku   pola,   a cała 
ksinalliońską armia klęczała przed nim i składała pokłon.

Przed podwyższeniem leżały trzy świeże trupy, a obok nich miecze, które wypadły 

im   z rąk.   Jeszcze   jeden,   spalony   na   węgiel,   leżał   wśród   schylonych   w pokłonie 
Ksinalliończyków.

– Witaj, Sterrenie – powiedział Vond, gdy Sterren podjechał bliżej.
– Co się stało?
– No cóż, ci ludzie, jak wiesz, maszerowali tutaj, więc ich zatrzymałem. Nic im nie 

zrobiłem, tylko zatrzymałem. Większość nie rozumiała ani słowa z tego, co mówiłem, ale 
kilku znało trochę ethsharyjski, a jeden powiedział, że chcą negocjować. Myślę, że moja 
cytadela zrobiła na nich wrażenie. W każdym razie ten tutaj – rzekł, wskazując na jedno 
z ciał w oficerskim mundurze – twierdził, że jest ksinalliońskim wodzem. Ten drugi – 
wskazał żywego żołnierza – służył jako jego tłumacz. Powiedzieli, że nie ze mną toczą 
spór, nazywali mnie magiem, ale pominąłem to, bo nie wiedzieli, o co chodzi. W każdym 
razie tłumaczyli, że prowadzą wojnę z Semmą, a nie ze mną.

Sterren kiwnął głową.
– Wyjaśniłem im więc, że podbiłem Semmę i zamierzam podbić Ksinallion, ale na 

razie   nie   miałem   na   to   czasu.   Zaproponowałem   kapitulację.   Ten   wódz   zrobił   się 
czerwony ze złości i przysiągł, że nigdy się nie podda przeklętemu magowi czy komuś 
w tym   rodzaju.   Powiedziałem   więc,   że   w takim   razie   może   spróbować   mnie   zabić 
i zobaczymy,  co się  stanie. Spróbował;  pozwoliłem  mu  machnąć  parę razy tym  jego 
mieczem, a potem rozerwałem mu serce.

Sterren odkrył, że spokój, z jakim Vond opisuje to morderstwo, bardzo go irytuje; nie 

okazał tego jednak.

– A co z innymi? – zapytał.
– Nastąpiła dłuższa dyskusja w tym języku, którego używają między sobą, pewnie 

ksinalliońskim. Potem ten – wskazał kolejne ciało – próbował odciągnąć moją uwagę, 
a tamten – wskazał trzeciego trupa – zbliżył się z tyłu i chciał mnie przebić. Zatrzymałem 
im obu serca, a kiedy byłem tym zajęty, ten tam – skinął na spalone resztki – wystrzelił 
do mnie z łuku. Był za daleko, żeby załatwić mu serce przy pierwszej próbie, więc go 
spaliłem. Potem powiedziałem tłumaczowi, że teraz przyjmę kapitulację każdego, kto ma 
na to ochotę i złoży mi pokłon. Wtedy ty przyjechałeś i resztę już znasz – machnął ręką. 
– Wydaje mi się, że niektórzy uciekli, ale nie będę się tym przejmował – spojrzał na setki 
bijących   czołem   postaci.   –   Chyba   właśnie   zyskałem   gwardię   pałacową   –  powiedział 
z uśmiechem.

background image

– A co masz zamiar zrobić z Ksinallionem? – zapytał Sterren.
– Myślę, że polecę tam dziś po południu, dokonam kilku demonstracji i pozwolę im 

się poddać. Nie planowałem budowy imperium, dopóki nie ukończę mojej cytadeli, ale 
po tym wszystkim nie mogę ich tak zostawić.

Sterren pokiwał głową.
Tego   samego   popołudnia   skapitulował   Corinal   II,   król   Ksinallionu.   Abdykował, 

oddając  tron   Wielkiemu   Vondowi,  a królestwo   Ksinallionu  stało  się  drugą   prowincją 
Imperium Vonda.

A   przynajmniej   Vond   uważał   ją   za   drugą.   Sterren,   który   pojechał   także,   aby 

popatrzeć, co się dzieje, przypomniał mu, że Phenvel formalnie jeszcze się nie poddał.

Vond tylko wzruszył ramionami.
– Zajmę się tym, gdy skończę pałac.
Dwa dni później Vond zauważył grupę ophkaryjskich żołnierzy, obserwujących jego 

pałac.   Zrobił   sobie   przerwę   w budowie   i wymusił   następną   kapitulację.   Musiał   zabić 
króla  Nerana  IV, zanim  jego następca,   nowo  koronowany król  Elken   III, poddał  się 
i przyłączył Ophkar do Imperium Vonda.

Vond wrócił na czas, by jeszcze przed wieczorem skończyć kładzenie dachu.
Tego   wieczoru,   podczas   kolacji   przy   głównym   stole   w zamku   Semmy,   Phenvel 

zwrócił się wreszcie do Sterrena:

– Po czyjej jesteś stronie, czarnoksiężnika czy mojej?
–   Jestem   po   stronie   tego,   co   najlepsze   dla   Semmy,   Wasza   Wysokość   –   odparł 

spokojnie Sterren, odkładając widelec.

– Co to znaczy?
– Wasza Wysokość, to znaczy tyle, ile powiedziałem.
Miał   na   myśli   to,   że   będzie   wspierał   rozwiązanie,   które   przyniesie   najmniej 

kłopotów, zniszczeń i ofiar. Niespecjalnie interesowały go inne kryteria wyboru „tego, co 
najlepsze”.

–   A kto   jest   twoim   zdaniem   lepszy   dla   Semmy,   ja   czy   ten   czarnoksiężnik?   – 

dopytywał się Phenvel.

– W tej chwili, Wasza Wysokość – rzekł Sterren – widzę tylko, że sprzeciwić się 

czarnoksiężnikowi to zginąć.

– Jeżeli okażesz mi nieposłuszeństwo, wodzu, też mogę cię zabić!
Sterren zesztywniał, słysząc tę groźbę, jednak – choć z trudem – zachował spokój.
– Wasza Wysokość – odparł – nie sądzę, abyś chciał to zrobić. Czarnoksiężnik uważa 

mnie za przyjaciela i nie spodoba mu się, jeśli mnie zabijesz – zawahał się, niepewny, 

background image

czy powinien cokolwiek zdradzić, a jeśli nawet, to jak wiele. Wreszcie dodał: – Poza tym 
mogę ci obiecać, że nie będzie tu długo rządził.

– Ach – Phenvel spojrzał ze zdumieniem na Sterrena. – A to dlaczego?
-
– Przykro mi, Wasza Wysokość, ale tego nie mogę zdradzić – wskazał na ludzi przy 

stołach. – Jeśli ktoś to usłyszy i wiadomość dotrze do Vonda, boję się, co mogłoby się 
wydarzyć. – I w chwili natchnienia zasugerował: – Możesz o to zapytać maga Annarę.

Phenvel rozejrzał się odruchowo, lecz potem przypomniał sobie, że Annara, jako ktoś 

z ludu, nie siedzi przy głównym stole. Ona i Ederd jedli posiłki w kuchni, ze służbą.

Prychnął   więc   tylko   i wrócił   do   swych   smażonych   ziemniaków.   Sterren   zdołał 

skończyć posiłek w spokoju, a potem, nie zauważony, wymknął się z zamku.

Szedł   przez   wioskę,   mijając   puste   miejsca,   gdzie   kiedyś   stały   zniszczone   domy. 

Zszedł ze wzgórza i przystanął, patrząc na pałac Vonda.

Większy   księżyc   stał   wysoko   na   niebie,   mniejszy   nisko   na   wschodzie,   a biały 

marmur   zdawał   się   lśnić   w ich   blasku.   Pięć   wież,   po   jednej   w każdym   rogu   i jedna 
większa nad bramą pośrodku północno-zachodniego muru, rysowało się wyraźnie na tle 
rozgwieżdżonego nieba. Światło jaśniało z kilku okien, wiedział jednak, że większość 
budowli wciąż jest pusta.

Przyglądał się temu smętnie.
Vond   dokonał   kilku   niezwykłych   wyczynów.   Pałac   był   piękny,   przynajmniej 

z zewnątrz,   choć   wyglądał   trochę   groźnie   z tymi   wysokimi   ślepymi   murami.   Wioska 
przed Zamkiem Semmy – a przynajmniej to, co z niej zostało – była czyściejsza i lepiej 
zbudowana niż kiedykolwiek wcześniej. Ophkar, Ksinallion i Semma po raz pierwszy od 
trzystu lat zostały zjednoczone, co kosztowało siedem ludzkich istnień, licząc od dnia, 
kiedy Vond nagle uzyskał dostęp do źródła mocy w Lumeth.

Wszystko to jednak budziło niepokój Sterrena. Wiedział, że nie może tak długo być, 

a póki trwało, nie ufał Vondowi, że pozostanie równie niegroźny, jak do tej pory.

Praktycznie postanowił już, jakie podejmie działania, choć nie była to łatwa decyzja. 

Polubił Vonda; czarnoksiężnik bawił się jak dziecko nową zabawką, a właściwie całym 
nowym pokojem dziecinnym. Mimo to Sterren postanowił, że zrobi co w jego mocy, aby 
odsunąć go od władzy w Semmie. Nie dla jakiegoś głupiego króla, ale dlatego, że Vond 
był wyraźnie bardzo niebezpieczny.

Co się stanie,  jeśli  Gildia  Magów  postanowi  usunąć  Vonda?  Magiczna  bitwa na 

wielką skalę, jaką mógł przeprowadzić Vond, może zniszczyć całą okolicę.

Co się stanie, jeśli przybędą inni czarnoksiężnicy i naprawdę zaczną współrządzić 

imperium? Nieważne, jak łagodnym człowiekiem jest Vond – ta kwestia zresztą wciąż 

background image

pozostawała wątpliwa – prędzej czy później zjawi się czarnoksiężnik, który taki nie jest.

A Vond nie zawsze tu będzie, aby powstrzymać kogoś takiego.
Byłoby   lepiej,   pomyślał   Sterren,   gdyby   Vond   odszedł,   zanim   przybędą   tu   inni 

czarnoksiężnicy.

Westchnął i postanowił nie wracać do Zamku Semma, tylko przespać się w cytadeli, 

jak nazywano teraz pałac Vonda. Czarnoksiężnik powiedział, że zawsze będzie tam mile 
widziany, choć nie wyznaczył mu jeszcze prywatnej komnaty, a i Sterren nie przeniósł 
swoich rzeczy, choć Phenvel nie był mu już przychylny.

Następnego dnia Vond przybył do Zamku Semma, rozbił na drzazgi wszystkie drzwi, 

które przed nim zamknięto, i zażądał oficjalnego oddania władzy przez Phenvela.

Phenvel,   Trzeci   tego   Imienia,   król   Semmy,   zgodził   się   natychmiast.   Królestwo 

Semmy przestało istnieć, a stało się Metropolitalną Prowincją Imperium Vonda.

background image

ROZDZIAŁ 31

Pierwszego dnia zielenienia roku 5221 pałac Vonda został ukończony i wewnątrz 

i na   zewnątrz   wyposażony.   Czarnoksiężnik   wytyczył   i wybrukował   ulice   w swojej 
stolicy. Nowi dworzanie, pochodzący ze wszystkich trzech prowincji, potrafili prowadzić 
proste rozmowy po ethsharyjsku i uczyli tego jeżyka pozostałych.

Sterren z Semmy, kiedyś Sterren z Ethsharu, był teraz Lordem Kanclerzem Imperium 

Vonda.

Kiedy Vond ogłosił, że nadał mu ten zaszczytny tytuł, Sterren zareagował pytaniem:
– A co robi kanclerz?
Vond wzruszył ramionami.
– Co tylko chcesz. Nie jest mi potrzebny wódz, ponieważ sam zajmuję się walką, 

a moją   gwardią   dowodzi   teraz   wódz   ophkaryjski.   Chciałem   jednak   zatrzymać   cię 
w pałacu, więc potrzebowałeś tytułu. To jest najbardziej mglisty, lecz dobrze brzmiący 
tytuł, jaki przyszedł mi do głowy. Zrób z tym, co zechcesz.

Sterren   dbał   o to,   aby   tytuł   pozostał   mglisty.   Jego   głównym   obowiązkiem,   jak 

wiedział,   było   zagwarantowanie   Vondowi   towarzyskich   rozmów.   Poza   tym   nie 
wyznaczył sobie konkretnych zadań, lecz udało mu się zasugerować otoczeniu, że jest 
zastępcą Vonda. Czarnoksiężnik podtrzymywał to przekonanie.

Mimo   nowego   tytułu,   wciąż   utrzymywał   swoje   kwatery   i w Zamku   Semma, 

i w nowej cytadeli. Zachował też dowództwo tego, co pozostało z semmańskiej armii. 
Jego ludzie, a w każdym razie ci, którzy nie przeszli do cytadeli, by wstąpić do gwardii 
pałacowej, stali się teraz gwardią kanclerską.

Wszyscy trzej jego oficerowie zrezygnowali, w różnym czasie i z różnych powodów. 

Kapitan Arl złożył swoją rezygnację po tym, jak burza Vonda zmusiła do ucieczki armie 
najeźdźców. Uczynił to przy pierwszej rozmowie ze Sterrenem. Jako powód podał, że 
jego ludzie byli nieodpowiednio przygotowani do bitwy, co oznacza, że nie wypełnił 
swych obowiązków.

Zdaniem Sterrena, Arl oczekiwał, że wódz poprosi go, by pełnił dalej służbę. Przyjął 

jednak jego rezygnację. Arl faktycznie nie dopełnił obowiązków. Poza tym Sterren wolał 
nie mieć w otoczeniu oficerów poprzedniego wodza.

Kapitan Shemder zrezygnował, gdy poddał się król Phenvel; nie chciał służyć pod 

obcym suwerenem.

Lord Anduron zrezygnował ostatni, gdy Sterren przyjął tytuł kanclerza. Tłumaczył, 

że nie rozumie już, jaką ma teraz pełnić funkcję.

background image

Sterren wyznaczył Aldera i Dogala na swych adiutantów i poruczników. Nie powołał 

nowego kapitana.

Żołnierze bez większych kłopotów zaakceptowali nowy porządek i pozycję Sterrena. 

Semmańska szlachta to zupełnie inna sprawa. Kiedy Sterren spotykał któregoś z nich 
w korytarzach   zamku,   odnosili   się   do   niego   z pogardą   albo   patrzyli   gniewnie.   Syn 
Phenvela,   Dereth   –  już  nie   książę   –  napluł   mu   na   najlepszą   tunikę.   Shirrin,   gdy  go 
widziała, nieodmiennie wybuchała płaczem i uciekała. Wyraźnie uważała, że jej bohater 
ją   zdradził.   Nissitha   parskała   z pogardą,   ale   przecież   zawsze   tak   robiła.   Nawet   Lura 
wydawała się trochę przygaszona. Powiedziała mu:

– Podobno mam cię już więcej nie lubić, ale właściwie nie rozumiem, dlaczego.
Sterren wychwytywał w komnatach szepty – szepty, które zapewne miał usłyszeć, 

zawierające takie słowa jak „zdrajca”, „barbarzyńca” i „tchórz”. Często wypominano mu 
jego   nieszczęsne,   w trzech   czwartych   ethsharyjskie   pochodzenie.   „Bachor   chciwego 
kupca!”   to   jeden   z epitetów,   które   często   słyszał.   „Krew   nie   kłamie”   było   kolejnym 
ulubionym zdaniem.

Sterren nie przejmował się tym wszystkim. Obrał swoją ścieżkę i postanowił się jej 

trzymać.

Jedyne,  co go martwiło,  to  łzy Shirrin.  Wierzył,  że  gdyby  mógł  choć  na chwilę 

spotkać się z nią sam na sam, wytłumaczyłby jej, dlaczego to wszystko robi. Ta piękna 
dziewczyna właśnie skończyła czternaście lat – nie była wiele młodsza od niego.

Ale nie pojawiła się żadna okazja do wyjaśnień.
Co jakiś  czas  Sterren zastanawiał  się, dlaczego  nie wyjedzie  stąd i nie wróci  do 

Ethsharu. Zawsze jednak dochodził do tych  samych  wniosków. To on sprowadził  tu 
Vonda,   więc   po   części   był   za   niego   odpowiedzialny.   Był   też   jedynym   człowiekiem 
w całej   Semmie   –   z wyjątkiem   Vonda   właśnie   –   który   wiedział   cokolwiek 
o czarnoksięstwie, a zatem jedynym, który rozumiał, co się dzieje.

Uważał także, że tylko on wpływa hamująco na Vonda. Czarnoksiężnik nie miał 

innych przyjaciół ani zaufanych osób.

Poza   tym   teraz,   gdy   nie   był   już   wodzem,   nic   go   nie   ponaglało,   aby   wyjechać 

z Semmy.   A z pewnością   miały   tu   miejsce   zdarzenia   historyczne,   które   obserwował 
z zaciekawieniem.

Szczerze mówiąc, życie w Semmie, a nawet w Zamku Semma, nie zmieniło się tak 

bardzo. Wciąż bez przeszkód mieszkała tu większość arystokratów. Kilku wymknęło się 
gdzieś, ale reszta pozostała, nadal mniej lub bardziej uznając władzę Phenvela. Owszem, 
chyba czwarta część służby porzuciła zamek i przyjęła pracę w pałacu, ale niewiele to 

background image

zmieniło, trochę tylko zmniejszyło tłok. Życie większości mieszkańców zamku płynęło 
spokojnie. Bardzo starali się ignorować czarnoksiężnika i jego pałac.

Sterren zauważył, że chłopi rzadko przybywali do zamku, a podatki nie spływały już 

do   króla   Phenvela.   Zawartość   zamkowych   magazynów   była   przejadana,   ale   nie 
uzupełniana.   Podatki   trafiały   teraz   bezpośrednio   do   cytadeli   czarnoksiężnika.   Nie 
przeszkadzało to Sterrenowi, ponieważ zawsze był mile widziany przy stole Vonda, ale 
nie wróżyło to dobrze innym arystokratom.

Ci   odważniejsi,   którzy   wyjechali,   pogodzili   się   z utratą   dawnego   życia   i zaczęli 

szukać bardziej żyznych pastwisk. Odwiedzali krewnych w okolicznych królestwach albo 
szukali szczęścia niczym nieudani terminatorzy.

Pozostali arystokraci chyba wierzyli, że sprawy jakoś się same naprawią i wszystko 

wróci na stare tory, z Phenvelem jako jedynym władcą Semmy. Żaden z nich nie miał 
jednak pojęcia, jak mogłoby to nastąpić, i żaden, o ile to Sterren dostrzegał, nie robił nic, 
by do tego doprowadzić.

On,   owszem,   starał   się   przynajmniej   odrobinę.   Wolał   jednak   nikomu   tego   nie 

tłumaczyć. Nauczył się żyć z etykietą zdrajcy.

Właściwie   nie   był   całkiem   przekonany,   czy   nie   zdradza   Semmy,   próbując 

doprowadzić do upadku Vonda. Przecież, na przykład, wszystkie zmiany prowadziły do 
poprawy   życia   chłopów.   Vond   kontrolował   pogodę   i regulował   klimat,   osiągając 
niezwykłą stabilność. Deszcz padał, kiedy był potrzebny, zwykle nocą, i nigdy więcej, 
niż   było   to   konieczne.   Gdy   za   dnia   groził   nieprzyjemny   chłód,   chmury   zostawały 
rozproszone, gdy słońce grzało zbyt mocno, chmury zbierały się znowu. W rezultacie 
wiosenne   zasiewy   rozpoczęto   tego   roku  wcześniej   niż   zwykle   i pola   już  się   z wolna 
zieleniły.

Vond   obiecał,   że   domy   i drogi   zostaną   odbudowane,   gdy   tylko   pałac   przestanie 

zajmować   jego   uwagę   i czas.   Chłopi,   z którymi   rozmawiał   Sterren,   zgadzali   się,   że 
byłoby to wspaniale, sądził jednak, że wcale w to nie wierzą. Byli przyzwyczajeni do 
pustych obietnic swoich władców.

Z nie wyjaśnionych powodów niepokoiło to Sterrena o wiele bardziej, niż nienawiść 

pozbawionych władzy arystokratów. Wiedział, że Vond zamierza dotrzymać obietnicy – 
nie tyle z altruizmu, co aby wzmocnić własną pozycję. Władca bogatej krainy zyskuje 
większą chwałę i potęgę niż władca ubogiej. Czarnoksiężnik dobrze to wiedział.

Jednak   Sterren   wiedział   też,   że   Vondowi   może   zabraknąć   czasu   na   spełnienie 

obietnic.

Siedział na wieży, w pokoju, który przydzielił mu czarnoksiężnik, patrzył przez okno 

na leżący w dole pałac i zastanawiał się, co mógłby zrobić.

background image

Zachęcał  Vonda,  by urządził  swą cytadelę  – ogromną,  pełną  ozdób stworzonych 

dzięki   magii   –   z możliwie   wielkim   przepychem.   Ani   jeden   kamień   nie   został 
umieszczony na miejscu ludzkimi rękami, nawet dywany i gobeliny, choć tkane ręcznie, 
były   dostarczone   i ułożone   czy   zawieszone   czarnoksięską   mocą.   Sterren   bezustannie 
namawiał Vonda, aby używał tyle mocy, ile to tylko możliwe – co nie znaczy, że Vond 
potrzebował   zachęty.   Czarnoksięstwo   było   jak   narkotyk;   im   częściej   Vond   z niego 
korzystał, tym bardziej mógł i chciał to robić.

I wciąż nie dostrzegał, jaki będzie nieunikniony tego skutek.
Sterren sądził, że sam, choć jest czarnoksięskim ignorantem, lepiej od Vonda wie, co 

go czeka. Czarnoksiężnik zbyt dobrze bawił się swoją magią, aby zrozumieć, że z czasem 
Przyzwanie odnajdzie go nawet w Semmie.

Spoglądał w dół na cytadelę i zastanawiał się, czy należy go ostrzec. Teraz, gdy pałac 

był już gotowy, Vond może nie używać swej mocy tak rozrzutnie.

Co prowadziło, oczywiście, do kolejnego pytania: co właściwie zamierza robić.
No cóż, powiedział sobie, siedząc w komnacie nie dowiem się niczego o planach 

Vonda. Ruszył do drzwi.

Zamierzał   zejść   na   sam   dół,   do   sali   przyjęć   czarnoksiężnika,   jednak   w połowie 

pierwszych   schodów   zmienił   zdanie.   Skręcił   w boczny   korytarz   i zastukał   do 
najbliższych drzwi.

Uchyliły się i Annara z Crookwall wysunęła głowę na zewnątrz.
– Witaj – powiedziała.
– Witaj – odparł. Sterren. – Mogę wejść?
Annara zawahała się, obejrzała, a potem otworzyła drzwi i wpuściła go do środka.
Sterren nie zdziwił się, widząc na jej łóżku Agora, imperialnego teurga. Przywitali 

się uprzejmie.

Annara wskazała mu miejsce przy oknie. Usiadł na poduszce, a potem zastanowił się, 

jak właściwie zapytać o to, co go tu sprowadziło.

Annara podsunęła mu talerz orzechów w miodzie; pogryzał je w milczeniu, podczas 

gdy   Agor   paplał   w nowo   opanowanym   i straszliwie   akcentowanym   ethsharyjskim 
o cudownej pogodzie, jaką zapewniał Vond.

Sterren rozejrzał się po komnacie, szukając czegoś, co pomogłoby mu skierować 

rozmowę   na   pożądane   tory.   Zauważył   jakiś   błysk   na   półce:   poruszało   się   tam   coś 
lśniącego. Przyjrzał się uważnie.

Moneta,   sztuka  srebra,  wirowała  na  krawędzi.  Nie  zauważył   jednak,  by  ktoś  nią 

zakręcił, nic też nie wskazywało na to, by zwalniała.

background image

–   Co   to   jest?   –   zapytał,   wskazując   palcem.   Para   magików   spojrzała   w tamtym 

kierunku.

– To wirująca moneta – odparła Annara.
– A jak długo już wiruje?
– Jakieś trzy lub cztery miesiące.
– Przecież nie mieszkasz tu tak długo! – zdziwił się Sterren.
– Przyniosłam ją ze sobą z zamku – wyjaśniła.
– Jak to możliwe?

– Kręci się na małej podstawce, którą na czas podróży można złożyć w pudełko.
– Ale po co? Dlaczego się kręci?
– To magia – odparł Agor.
–   Tego   sam   się   domyśliłem   –   mruknął   sarkastycznie   Sterren.   –   Chciałem   się 

dowiedzieć, po co?

– To bardzo proste zaklęcie – powiedziała Annara. – Zwane Zaklęciem Wirującej 

Monety.

– I sprawia, że moneta kręci się bez końca? To chyba nie ma sensu.
– To coś  więcej – przyznała.  – Emner  ją zakręcił.  Nauczyłam  go tego zaklęcia; 

wcześniej go nie znał. Będzie się kręciła, dopóki on żyje. Jeśli poważnie zachoruje czy 
zostanie   ranny,   będzie   wirowała   wolniej.   Moneta   może   się   nawet   trochę   zakołysać, 
gdyby było z nim bardzo źle. Kiedy umrze, znieruchomieje.

–   Och,   rozumiem.   Więc   wiedziałabyś,   gdyby   na   przykład   został   zabity   przez 

bandytów w drodze do Akalli.

Annara i Agor porozumieli się wzrokiem.
– Nie bandytów się obawiałam – wyznała ostrożnie.
Sterren kiwnął głową.
– Jasne, że nie – zawahał się. Nie mógł chyba liczyć na lepsze wprowadzenie do 

tematu. – Widzę – podjął – że wciąż się kręci, a jego nie ma od paru miesięcy. Musiał 
zatem skontaktować się już z Gildią Magów.

– Tak – stwierdziła krótko.
– Ale nic nie zrobili. Porozumieli się z tobą?
-
Zawahała się.
– Dlaczego o to pytasz, lordzie Sterren? Sterren zamrugał.
– Jestem ciekawy – rzekł.
– Wybacz mi, lordzie kanclerzu, ale nie jestem pewna, czy chcę zaspokoić twoją 

background image

ciekawość.

Spodziewał się takiej reakcji.
–  Annaro   –  powiedział   wolno   –  rozumiem   twoją  ostrożność,   ale   uwierz   mi,   nie 

sprawię ci żadnych kłopotów.

– Wybacz, lordzie kanclerzu, jeśli...
– Przestań mnie tak nazywać! – warknął Sterren. – Nie prosiłem o to! Stale nadają mi 

jakieś głupie tytuły, chociaż byłem szczęśliwy jako zwykły Sterren z Ethsharu. Posłuchaj, 
Annaro. Martwisz się, że jestem szpiegiem Vonda. Ale nie jestem, jeśli tylko nie potrafi 
on czytać w moich myślach tak, żebym tego nie zauważył. Gdyby chciał się czegoś od 
ciebie dowiedzieć, pewnie bez trudu zmusiłby cię torturami do mówienia. Nie jesteś tak 
dobrym magiem, żeby się przed nim obronić. A jeśli jesteś, to jesteś też fenomenalną 
aktorką, bo mnie oszukałaś! Lecz ja do niczego nie mogę cię zmusić. – przerwał, aby 
nabrać tchu, i podjął spokojnie: – Jeżeli martwisz się, po czyjej jestem stronie, to w tej 
chwili właściwie po żadnej. Chyba wiem, jak zniszczyć czarnoksiężnika albo utrzymać 
jego władzę tylko przez jakiś czas. Powiem szczerze, nie postanowiłem jeszcze, czy mam 
coś   zrobić,  czy pozostawić  sprawy własnemu  biegowi.  Przyszedłem  tu  w nadziei,   że 
uzyskam informacje, które pomogą mi zdecydować. Nie zmuszę cię do mówienia, ale 
Vond to potrafi. Więc jeśli mówię prawdę, to twoja pomoc w niczym ci nie zaszkodzi. 
Jeśli kłamię, Vond przyjdzie sam i na pewno cię przekona.

Przerwał, nagle niepewny, czy powinien to mówić.
Annara spojrzała na Agora, a potem zwróciła się do Sterrena.
– No dobrze, Sterrenie. Nie sądzę, by mi zaszkodziło to, że ci powiem. Miałam sny. 

Sam wiesz, że niektórzy magowie potrafią przesyłać sny. Miałam sny, w których mówili 
mi różne rzeczy. Niektóre z nich są być może zwykłymi snami, lecz przypuszczam, że 
przynajmniej kilka mi przysłano. Nie zawsze o nich pamiętam, kiedy się budzę; są pewne 
sztuczki pomagające zapamiętać sny, lecz mnie nie wychodzą one zbyt dobrze. Wszystko 
jedno... Domyślam się mniej więcej, co zamierza Gildia.

– A! – ucieszył się Sterren. – I co zamierza?
–   Nic.   A przynajmniej   na   razie   nic.   Obserwują   sytuację,   wykorzystując   zaklęcia 

jasnowidzenia   i proroctwa,   to   wszystko.   Aha,   wydaje   się   też,   że   wieści   o tutejszych 
wydarzeniach nie rozchodzą się zbyt szybko, zwłaszcza wśród czarnoksiężników. A ci 
spośród   nich,   którzy   słyszeli   o nowym   źródle   mocy,   są   subtelnie   zniechęcani   lub 
kierowani ku innym celom.

Sterren kiwnął głową.
– Wiesz, zaczynałem się już zastanawiać, dlaczego ani jeden się tu nie pojawił.
–   Pamiętaj,   że   we   wszystkich   zaproszeniach   Vond   podkreślał   swoją   władzę. 

background image

Czarnoksiężnicy nie lubią  grać podrzędnych  ról. Podejrzewam,  że nawet  bez działań 
moich kolegów nie zyskałby wielu nawróconych.

– To prawda – zgodził się Sterren. Przez chwilę siedział w milczeniu, gryzł orzechy 

i rozważał usłyszane wieści.

– Czyli – rzekł w końcu – Gildia nie planuje żadnych bardziej drastycznych działań?
– Nie – potwierdziła Annara po chwili wahania. – Przynajmniej nic mi o tym nie 

mówili. Znowu przeważyła ogólna polityka nieingerencji.

Sterrenowi przyszła do głowy nowa myśl.
– A co o tym sądzą bogowie? – spytał Agora.
Teurg wzruszył ramionami.
– Tak jak magowie, nie wtrącają się – odparł. – Od czasu Wielkiej Wojny.
– Jeszcze jedno pytanie – rzucił Sterren – i już sobie pójdę.
Spojrzał z powagą na parę magików.
– Tak między nami – rzekł. – Czy chcielibyście usunięcia Vonda?
Spojrzeli po sobie nawzajem. Agor wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odpowiedziała Annara. – Naprawdę nie wiem.

background image

ROZDZIAŁ 32

Pięć   minut   po   wyjściu   z pokoju   Annary   Sterren   wyjrzał   zza   zasłony   w sali 

audiencyjnej Vonda. Czarnoksiężnik zauważył go natychmiast.

– O, kanclerz Sterren! – zawołał. – Wejdź, wejdź!
Sterren   posłuchał,   rozglądając   się   przy   tym   uważnie.   Oczywiście   widział   już 

wcześniej   salę   audiencyjną:   ciężkie   czerwone   draperie   po   obu   stronach,   wspaniałą 
ozdobną   mozaikę   na   marmurowej   podłodze,   gruby   czerwony   dywan   na   środku. 
Dwudziestostopowej wysokości okna wpuszczały słońce z głównego dziedzińca pałacu. 
Ozdobne witraże malowały podłogę w różne kolory, a zeszlifowane krawędzie tworzyły 
tęczę barwnych plam. Ze strzelistych sklepień zwisały złote proporce. W większości były 
gładkie,   bez   ozdób,   tylko   na   trzech   naszyto   wojskowe   flagi   reprezentujące   Semmę, 
Ophkar i Ksinallion.

Trzy   szerokie   stopnie,   na   przemian   czarne   i białe,   prowadziły   na   marmurowe 

podwyższenie, nad którego środkiem unosił się swobodnie Vond. Jak dotąd nie pomyślał 
o tronie.

To wszystko Sterren już znał. Nowością była grupa młodych kobiet stojących u stóp 

podwyższenia.

Naliczył ich dwanaście, wszystkie młode i niezwykle atrakcyjne. Ubrane były różnie: 

od   prostego   chłopskiego   samodziału   po   bogate   aksamity   i jedwabie   pokonanej 
arystokracji.   Na   ich   twarzach   malowały   się   też   różne   uczucia,   od   niepewności   po 
wyzywającą dumę. Nie szeptały nawet między sobą; jedynym dźwiękiem był szelest ich 
ubrań.

– Co się dzieje? – zapytał, przerywając ciszę.
– Wybieram sobie harem – powiedział Vond.
-
Zdziwiony Sterren raz jeszcze spojrzał na kobiety.
– Rozglądałem się przez ostatni tydzień – wyjaśnił czarnoksiężnik – i uznałem te 

młode damy za obiecujące. Więc w pierwszej wolnej chwili sprowadziłem je tu, żeby im 
się przyjrzeć – uśmiechnął się drapieżnie.

– Czy wiedzą, co tu się dzieje? – zapytał Sterren, dostrzegając lęk i zmieszanie na 

kilku twarzach.

Vond wzruszył ramionami.
– Powiedziałem im, ale nie wiem, czy zrozumiały.
– Czy mogę z nimi porozmawiać?
– Ależ proszę – Vond skinął ręką.

background image

– Moje panie – rzekł w semmacie. – Jestem Sterren, Dziewiąty Generał Semmy – nie 

znał semmańskiego odpowiednika kanclerza, jeśli w ogóle taki istniał. Zresztą jeszcze nie 
przyzwyczaił się do tego tytułu. – Czy wiecie, co się tu dzieje?

Odpowiedział mu gwar głosów. Uniósł ręce, prosząc o ciszę. Trwało to chwilę, ale 

kobiety uspokoiły się. Sterren wskazał na jedną z nich.

– Ty. Kim jesteś?
Wybrana spojrzała na niego, nie rozumiejąc.
– Ksinallioni? – spytała z dziwnym akcentem. Sterren wybrał inną.
– Znasz semmat? Kiwnęła głową.
– Kim jesteś? – spytał.
– Kyrina Piękna – odparła. – Córka Kardiga, syna Traka, i Rulury Zielonookiej.
Sterren łatwo zrozumiał, jak zyskała swój przydomek. Miała prostą zieloną tunikę 

i brązową   chłopską   spódnicę,   lecz   mimo   to   była   piękniejsza   niż   najbardziej   strojne 
szlachcianki, które widywał w Semmie.

– Mieszkasz w pobliżu? – zapytał.
– W wiosce – odparła, wskazując mniej więcej w stronę Zamku Semma.
– Wiesz, dlaczego tu jesteś?
Pokręciła głową; jej długie czarne włosy wezbrały falą i owiały Sterrena zapachem 

kwiatów.

– Nie, panie.
– Jak się tu znalazłaś?
Obejrzała się na inne kobiety i na Vonda, wyraźnie niezbyt chętnie występując jako 

ich   rzeczniczka.   Jednak   nikt   nie   chciał   zająć   jej   miejsca,   więc   po   chwili   wahania 
wyjaśniła:

– Jakąś godzinę temu jakby wielki wiatr, ale nie wiatr, porwał mnie i przyniósł tutaj. 

Znalazłam się w wielkim holu, gdzie mogłam poruszać się swobodnie, lecz wszystkie 
drzwi   prócz   jednych   były   zamknięte   i zakratowane.   Tych   jedynych   otwartych   drzwi 
pilnowali ludzie, którzy nie pozwalali mi wyjść. Była tam jeszcze jedna kobieta, a potem 
pojawiły   się   inne,   tak   jak   i ja,   po   jednej.   A kiedy   byłyśmy   już   wszystkie,   strażnicy 
wpuścili nas tutaj, używając przy tym włóczni, żebyśmy się nie rozbiegły.

Sterren kiwnął głową.
–   To   Wielki   Vond   –   rzekł,   wskazując   czarnoksiężnika.   –   Tego   się   pewnie 

domyśliłyście.

Kilka kobiet pokiwało głowami.
– Wszystkie wiecie, że teraz on włada tą krainą?

background image

Siedem kobiet, jak policzył Sterren, przytaknęło. Zgadywał, że pozostałe pięć nie 

znało semmatu.

– Wiecie, że jest czarnoksiężnikiem... magiem?
Kolejne kiwnięcia głową.
– Ale jest też mężczyzną. Sprowadził tu waszą dwunastkę, aby wybrać kobiety do... 

– Sterren urwał, żałując, że nie zna lepiej semmatu. Znał setkę delikatniejszych sposobów 
wyrażenia tego po ethsharyjsku. – Byście grzały mu łoże – rzekł w końcu.

To wzbudziło już nie przytaknięcie, lecz zdziwienie, gniew, strach i przynajmniej 

jeden głęboki rumieniec.

Vond obserwował to wszystko i – jak Sterren zauważył z niepokojem – był trochę 

znudzony.

–   Sterrenie   –   odezwał   się.   –   Rozumiem,   że   wytłumaczyłeś   im,   po   co   je 

sprowadziłem.

Sterren kiwnął głową.
– Powiedz więc – dodał Vond – że każda, która chce odejść, może to zrobić. Ale te, 

które zostaną i mnie zadowolą, będą szczodrze nagrodzone.

Z wahaniem, najlepiej jak potrafił, przetłumaczył tę przemowę na semmat.
Siedem   kobiet,   które   go   rozumiało,   spojrzało   po   sobie   nawzajem,   wyraźnie 

rozważając propozycję. Kyrina przyglądała się przez chwilę czarnoksiężnikowi, potem 
odwróciła się i ruszyła do drzwi.

Vond skinął ręką, a wielkie podwójne wrota stanęły otworem, pozwalając jej przejść.
Inna kobieta, tym razem arystokratka, z wahaniem wyszła za nią.
Jedna z pięciu, które nie znały semmatu,  chyba  pojęła, co się dzieje, i dosłownie 

biegiem pomknęła do drzwi.

Inne poszły za nimi, każda na swój sposób, dopóki nie zostało ich pięć, w tym trzy, 

które znały semmat. Te pięć kobiet spoglądało na siebie czujnie.

Sterren   patrzył   na   nie   ze   zdziwieniem.   Dlaczego   zostały?   Żadna   z nich   nie 

głodowała,   a dwie   nosiły   bardzo   bogate   suknie.   Nie   powinny   więc   być   aż   tak 
zdesperowane, aby wybrać niewolnictwo, bo w tym  przypadku  konkubinat był  formą 
niewolnictwa.

Może   nie   wierzą,   że   Vond   dotrzyma   słowa,   i obawiają   się,   że   zemści   się,   jeżeli 

odejdą. Z pewnością wszystkie zachowywały się nieco nerwowo.

A może nie odbierały tego w taki sam sposób jak on. Może dzielenie łoża z Vondem 

uważały za drogę do władzy i bogactwa. Jeśli tak, to Sterren był pewien, że się mylą.

A może to ciekawość lub erotyczne zainteresowanie czarnoksiężnikiem. Sterren nie 

background image

zastanawiał   się   nad   tym   specjalnie,   lecz   uważał,   że   Vond   jest   dość   atrakcyjnym 
mężczyzną,   a o magikach   opowiadano   różne   rzeczy.   Osobiście   Sterren   nie   widział 
powodu, by znajomość sztuk tajemnych pociągała za sobą znajomość sztuk erotycznych, 
ale plotki na ten temat krążyły.

Uznał, że pewnie wszystkie te powody łącznie zatrzymały te pięć kobiet w pałacu. 

Stwierdził, że to go już nie interesuje, i ruszył do wyjścia.

– Sterrenie – odezwał się Vond. – Potrzebuję cię jako tłumacza!
Zapomniał o tym. Zawrócił niechętnie.

– Czy nie mógłby się tym zająć ktoś z twojej służby?
–   Ty   tu   jesteś,   a ich   nie   ma.   Poza   tym   mówisz   po   ethsharyjsku   lepiej   niż 

którykolwiek z nich.

Sterren musiał przyznać, że to prawda.
– Zacznijmy od imion – rzekł czarnoksiężnik, wskazując ręką na kobiety.
Sterren   zrobił   co   mógł,   biorąc   pod   uwagę,   że   tylko   trzy   znały   semmat;   czwarta 

mówiła po ophkaryjsku, a piąta po ksinalliońsku. Jedna z semmańskich kobiet znała kilka 
słów   po   ksinalliońsku,   a Ksinallionka   mówiła   po   ophkaryjsku,   więc   żadna   nie   była 
całkiem wyłączona z rozmowy.

Oczywiście gesty i miny także przekazywały wiele informacji.
Pół godziny później Vond zaprosił Ksinallionkę na spacer, żeby ją lepiej poznać. 

Sterren umknął z westchnieniem ulgi. Jeden z pałacowych służących, przywołany magią 
Vonda,   odprowadził   pozostałe   cztery   kobiety   do   apartamentów,   które   miały   odtąd 
zajmować.

Sterren   dotarł   do   głównej   bramy   cytadeli   i spojrzał   ze   sztucznego   wzgórza   na 

okolicę.

Ziemia   zazieleniła   się   z wiosną,   a chłopi   pracowali   na   polach,   pilnując   zbiorów. 

Niebo   było   jaskrawo,   krystalicznie   błękitne,   a kilka   pierzastych   obłoków   żeglowało 
w górze niczym biało odziani magowie.

Grupa kilkunastu mężczyzn maszerowała drogą w kierunku bramy. Czterech z nich 

nosiło czerwone tuniki gwardii pałacowej Vonda, pozostali byli w łachmanach.

Sterren ze zgrozą zauważył, że ci w łachmanach noszą łańcuchy. Większość miała 

zrezygnowane miny, a dwóch czy trzech przerażone.

– Hej! – zawołał. – Co się dzieje?
Pierwszy gwardzista zauważył go, skłonił się i rzucił jakieś słowo.
Sterren nie zrozumiał. Akcent gwardzisty powodował, że jego ethsharyjski nie był 

łatwy do zrozumienia.

background image

– Co? – zapytał Sterren.
– Niewolnicy! – powtórzył żołnierz. – Prowadzimy niewolników do pałacu.
-
– Po co? – zdziwił się Sterren, zbliżając się do gwardzisty.
Ten rozłożył ręce w ksinalliońskim odpowiedniku wzruszenia ramion.
– Wielki Vond rozkazał – rzekł..
–   Skąd   się   wzięli   ci   ludzie?   –   nie   ustępował   Sterren.   Strażnik   zawahał   się. 

Najwyraźniej niezbyt dobrze znał język.

–   Jechaliśmy   do   Akalli,   kupiliśmy,   przyprowadziliśmy   z powrotem   –   wyjaśnił 

powoli.

Sterren zatrzymał się i cofnął, gdy grupa przechodziła obok. Spoglądał za nimi bez 

ruchu.

Przynajmniej byli już wcześniej niewolnikami, a nie niewinnymi chłopami, których 

Vond wziął w niewolę.

Trudno mu się było pogodzić z tym, że Vond trzymał niewolników. Przez większość 

swego życia  miał  wiele okazji do kontaktu  z handlarzami  niewolników  bardziej  jako 
towar niż jako ich klient.  Nigdy na szczęście  nie musiał  spać na ulicy,  co mogłoby 
uczynić go zwierzyną dla handlarzy, ani nie przyłapano go na kradzieży, co też kończyło 
się   niewolą.  Zawsze   był  jednak  bliższy  tego,  niż   bogactwa   pozwalającego   na  kupno 
kogokolwiek.

Znał sporo niewolników po trafieniu przez nich w niewolę. Nigdy też nie zamienił 

więcej niż kilku uprzejmych słów z właścicielem niewolników – z wyjątkiem Vonda.

Albo, uświadomił  sobie nagle, może  też króla Phenvela. Część zamkowej służby 

mogła przecież być jego własnością, a nie pracownikami.

Patrzył jak niewolnicy maszerują do pałacu.
Vond kupował niewolników i zakładał harem. Czy to już na pewno tyrania? W końcu 

kupił ich na rynku, a wybrane konkubiny zostały z własnej woli.

Nie, uznał, to nie tyrania. Ale też nie był to dobry znak.

background image

ROZDZIAŁ 33

Vond podbił Thanorię szesnastego dnia miesiąca zielenienia 5221 roku. Tym razem 

poświęcił   cały   tydzień,   by   przygotować   ten   podbój;   dopilnował   szczegółów,   które 
zaniedbał   w przypadku   Semmy,   Ksinallionu   i Ophkaru.   Ustalił   podatki   płacone   do 
imperialnego   skarbca,  z byłego   rządu  królewskiego  wyznaczył  urzędników  prowincji, 
wybrał kandydatki do haremu i tak dalej.

Gdy skończył, dwudziestego czwartego podbił Skaję.
Enmurinon   był   następny,   trzeciego   dnia   jasności,   a potem   Diamentowa   Akalla, 

czternastego. Tej poświęcił więcej czasu, ze względu na działający tam port. Rozpytywał 
nowych poddanych w nadziei na wieści o przybywających czarnoksiężnikach.

Rozczarowany, dziewiętnastego powrócił do pałacu w paskudnym nastroju.
Przez kilka dni poświęcał się innym sprawom: budował drogi, domy i hale targowe, 

poznawał nowe konkubiny i rządził poddanymi.

Ku   swemu   zdziwieniu   odkrył,   że   właściwie   nie   bawi   go   rządzenie   imperium. 

Rozstrzyganie   sporów,   wymierzanie   sprawiedliwości,   mianowanie   urzędników   i inne 
tradycyjne obowiązki władcy okazały się nudne, czasochłonne i nie dawały okazji, aby 
popisać się mocą.

Sterren spodziewał się czegoś takiego. Już dawno doszedł do wniosku, że królowie 

nie są ludźmi szczęśliwszymi od innych. Co więcej, jakiś czas temu zauważył, że Vond 
był ożywiony i wesoły tylko wtedy, gdy korzystał z magii, tak jakby czarnoksięstwo było 
uzależniającym   narkotykiem.   Kiedy   pewnej   nocy   w cichej,   oświetlonej   pochodniami 
arkadzie,   wychodzącej   na   pałacowy   dziedziniec,   Vond   wreszcie   zdradził   swoje 
rozczarowanie, Sterren tylko kiwnął głową bez komentarzy.

– Nie wyglądasz na zaskoczonego – stwierdził z irytacją czarnoksiężnik.
– Bo nie jestem – odparł Sterren. – Nigdy nie uważałem, że rządzenie jest zabawne.
Vond usiadł wygodniej na wiszącym fotelu.
– Nie jest – burknął – ale powinno być.
– Dlaczego?
– Bo chcę, żeby było – warknął.
Sterren nie odpowiedział.
Po chwili ponurego milczenia Vond dodał:
– Już nie będę się tym zajmował.
– Czym?

– Nie będę pilnował tych  głupich detali:  kto jest właścicielem czego, jak ukarać 

background image

złodzieja, a nagrodzić żołnierza, którędy poprowadzić drogi, jak zbierać podatki, ile bić 
monet. Nie będę tego robił.

– Ktoś musi – zauważył Sterren – albo twoje imperium się rozpadnie.
– Ale ja nie muszę. Ty się tym zajmij. Jesteś moim kanclerzem, prawda? Właśnie 

zrozumiałem,  co  to  oznacza.  Twoim  zadaniem   jest  zająć  się wszystkim,  na  co  mnie 
szkoda czasu – Vond rzucił mu  wyjątkowo  niemiły uśmiech.  – Ogłoszę to rankiem. 
Przejmiesz administrowanie imperium. A ja zajmę się tym, co mi wychodzi najlepiej: 
budową i podbojem.

Sterren   oczekiwał,   ale   i obawiał   się   czegoś   takiego.   W końcu   był   jedynym 

człowiekiem, któremu Vond ufał. Dla wszystkich rodowitych mieszkańców imperium 
czarnoksiężnik   był   kimś   w rodzaju   potwora:   obcym,   nieludzko   potężnym,   w ciągu 
jednego dnia podbijającym całe królestwa. Nikt nie potrafił mówić o nim bez lęku, a on 
na   ogół   traktował   miejscowych   z pogardą.   Poza   tym   niewielu   naprawdę   płynnie 
opanowało   ethsharyjski,   a Vonda   nudziła   nauka   innych   języków.   Czarnoksięstwo, 
w przeciwieństwie do czarodziejstwa, nie wpływało na zdolności językowe. Było czysto 
fizyczną odmianą magii – niczego nie uczyło.

Inni magicy byli mniej godni pogardy niż zwykli ludzie, ale także nie nadawali się do 

towarzystwa.   Od   samego   początku   Annara   i Ederd   trzymali   się   z daleka   i wyraźnie 
unikali   rozmów   z Vondem,   a on   dostrzegał   tę   niechęć.   U Agora   przeszkodą   była 
nieznajomość   ethsharyjskiego   i jego   kultywowane   od   dzieciństwa   ekscentryczne 
zachowanie, pozwalające otaczać się aurą tajemnicy.

Pozostał więc Sterren jako jedyny przyjaciel, jedyna zaufana osoba, z którą mógł 

rozmawiać, gdyż mimo zaprzeczeń Vonda, czarnoksiężnik był rozpaczliwie samotny.

Oczekiwał innych  czarnoksiężników,  którzy do niego dołączą; był  coraz bardziej 

niespokojny   i zirytowany   tym,   że   się   nie   pojawiają.   To   sprawiało,   że   coraz   częściej 
długie godziny spędzał na rozmowach ze Sterrenem.

Sterren nie był czarnoksiężnikiem; miał nadzwyczajne szczęście w kościach, ale poza 

tym nie potrafiłby swoją magią poruszyć choćby kocim wąsem. Znał Vonda, kiedy ten 
był jeszcze bezsilny; wiedział, jak działa czarnoksięstwo, a imperialna potęga nie budziła 
w nim lęku. To czyniło go niezastąpionym towarzyszem.

Sterren   domyślał   się   także,   że   z czasem   może   go   to   uczynić   partnerem   Vonda 

w zarządzaniu imperium.

Teraz, gdy te przewidywania się spełniły, był gotów. Okazja była zbyt dobra, by 

z niej zrezygnować. Więcej może dokonać dla uniknięcia tyranii, jeśli sam zaangażuje się 
w rządy.

background image

Przez   ostatnie   miesiące   widział   często,   że   decyzje   Vonda   jako   cesarza   były 

podejmowane szybko i dość niedbale. Nie przejmował się tym, co jest słuszne, a co nie, 
jaka decyzja będzie najlepsza dla ludzi, których dotyczy. Ważne było, co jest bardziej 
skuteczne, co rozwiąże sprawę raczej szybko niż sprawiedliwie.

Teraz sam mógł to zmienić.
Nie miał jednak złudzeń co do własnych umiejętności rządzenia. Znał siebie dość 

dobrze, by podejrzewać, że po kilku nudnych dniach sam także zacznie kierować się 
skutecznością.

– Przyjmuję pod jednym warunkiem – rzekł. Vond spojrzał na niego surowo.
– A kim jesteś, żeby stawiać warunki?
-
– Jestem twoim kanclerzem, Wasza Cesarska Wysokość – odparł spokojnie Sterren.
Vond nie mógł temu zaprzeczyć, choć nie dał się łatwo udobruchać.
– Jaki to warunek? – zapytał.
– Że mogę przekazywać swoją władzę, jeśli zechcę – odparł Sterren. – Jak mówiłem, 

nigdy nie wierzyłem w to, że władza jest przyjemnością. Nie chcę brać na siebie tego 
brzemienia. Owszem, mogę wykonać część obowiązków, ale nie bardziej niż ty mam 
ochotę poświęcać swoje dni na rozstrzyganie spraw zagubionych krów.

Vond zastanowił się.
– To rozsądne – przyznał.
Następnego   ranka   Vond   wyruszył,   aby   podbić   Hluroth,   a Sterren   przystąpił   do 

tworzenia Rady Imperialnej.

background image

ROZDZIAŁ 34

Gwardia   kanclerska   przydawała   się   czasem.   Sterren   zaoszczędził   sobie   sporo 

kłopotu, mogąc zwyczajnie powiedzieć Alderowi:

– Weź tylu ludzi, ilu potrzebujesz, ale za godzinę chcę tu mieć lady Kalirę z Semmy.
A potem pozostało mu tylko siedzieć w niewielkim gabinecie na drugim poziomie 

Zamku Semma i czekać. Godzinę później lady Kalira spojrzała na niego gniewnie ponad 
stołem.

– Jestem – rzekła bez wstępów. – Czego chcesz?
Sterren zauważył z otuchą i podziwem, że nie nazwała go zdrajcą ani nie próbowała 

obrazić.

– Twojej pomocy – odparł.
Gniew w jej spojrzeniu ustąpił miejsca ciekawości.
– Jakiej pomocy? – spytała czujnie.
– W rządzeniu imperium.
– Imperium! – prychnęła.
Sterren wzruszył ramionami, używając zarówno ethsharyjskiego poruszenia ramion, 

jak i semmańskiego gestu rozczapierzonych palców skierowanej w dół dłoni.

–   Nazwij   to   jak   chcesz   –   rzekł.   –   Czy   ci   się   podoba,   czy   nie,   czarnoksiężnik 

faktycznie   zjednoczył   kilka   królestw.   Trudno   powiedzieć   ile,   gdyż   w chwili,   gdy 
rozmawiamy, jest w trakcie podbijania kolejnego. Myślę, że można to nazwać imperium 
– w ostatnich miesiącach miał dość czasu, aby poprawić swoją znajomość semmatu, więc 
mówił teraz całkiem swobodnie. – Nie chciałbym tu kłócić się o nazwy – zakończył.

– Ale może ja po to przyszłam – odparła lady Kalira.
-
– Mam nadzieję, że nie.
Przez chwilę oboje milczeli. Wreszcie Kalira spytała:
– No dobrze, co to za propozycja?
– Wiesz, że Vond mianował mnie kanclerzem?
– Cokolwiek to oznacza – odparła, kiwając głową.
– Właśnie doszedł do wniosku, że oznacza, iż to ja mam się zajmować wszystkim 

pracami administracyjnymi, na które on nie chce tracić czasu – wyjaśnił.

Lady Kalira zastanowiła się i uśmiechnęła.
– Przypuszczam – odparła – że zamierzasz zepchnąć tę pracę na mnie.
– Nie do końca. Ale przyznaję, że jesteś blisko. Chcę, żebyś mi powiedziała, komu 

powinienem ją powierzyć.

background image

– Powinieneś?
– Tak, powinienem. Kto mógłby zrobić to najlepiej. Ja wiem, że nie dam rady.
Przyjrzała mu się z uwagą.
– Musisz mi chyba dokładniej wytłumaczyć, o co ci chodzi – powiedziała.
– Chodzi mi o Radę Imperialną, grupę najlepszych administratorów, jakich możemy 

znaleźć, którzy będą realnie rządzić państwem. Vonda niespecjalnie to interesuje, mnie 
zresztą też. Poza tym Vond nie będzie tu przebywał długo, a nie sądzę, bym ja cieszył się 
szacunkiem, kiedy on odejdzie. Grupa szanowanych obywateli może utrzymać imperium 
niezależnie od tego, co się stanie z Vondem i ze mną.

– Dlaczego nie zostanie tu na dłużej? – spytała ze zdziwieniem.
– Tego nie mogę ci powiedzieć – odparł zakłopotany.
– To samo mówiłeś parę miesięcy temu, a on wciąż tu jest – przypomniała mu.
Sterren znów wzruszył ramionami.
– Jak dotąd tak – przyznał.
– I nadal uważasz, że to nie potrwa długo?
– Nie może potrwać.
– Dlaczego?
– Tego nie powiem.
-
Lady Kalira zastanowiła się, po czym spytała:
– A możesz powiedzieć, jak długo to potrwa?
– Nie. Może miesiąc, może rok czy dwa. Nie przypuszczam, żeby wytrzymał  na 

przykład pięć lat.

–  Wynająłeś  skrytobójcę   czy  co?   –  spytała   zaciekawiona.   –  Może   kogoś  z kultu 

Demerchana?

– Nie – zaprotestował. – Czemu miałbym postąpić tak głupio? Przecież on nie zrobił 

mi żadnej krzywdy, zresztą innym też nie. Spójrz na okolicznych chłopów: radzą sobie 
znakomicie!   Nikt   nie   narzeka,   z wyjątkiem   arystokratów   pozbawionych   stanowisk, 
a nawet ty, pani, nie cierpisz zbytnio! A na dodatek teraz proponuję ci powrót do rządów!

Lady Kalira przyglądała mu się przez dłuższą chwilę i pokręciła głową.
– Nie rozumiem cię, Sterrenie – powiedziała. – Zupełnie cię nie rozumiem.
– Nie obchodzi mnie, czy rozumiesz, czy nie. Chcę, żebyś mi pomogła w doborze 

członków tej rady. Myślałem, że siedem osób byłoby w sam raz, żeby w głosowaniach 
zawsze   ktoś   miał   większość.  I nie   chcę,   aby  to  stanowisko  było  dziedziczne,   bo  nie 
możemy sobie pozwolić, żeby w radzie były jakieś dzieciaki albo ludzie niekompetentni. 
Może lepiej przyznać  członkom prawo wyznaczania swoich następców. Nie chcę też 

background image

w radzie żadnych zdetronizowanych królów. To nie wyglądałoby właściwie, chyba że 
włączylibyśmy   wszystkich,   ale   mam   nadzieję,   że   ty,   jako   Semmanka,   zrozumiesz, 
dlaczego akurat tego nie chcę.

Lady   Kalira   uśmiechnęła   się   mimowolnie,   słysząc   tę   aluzję   do   jej   poprzedniego 

władcy.

– Przypuszczam, że mogliby być książęta czy księżniczki, ale zostawiam to tobie – 

mówił dalej. – Nikogo tu właściwie nie znam, nie miałem okazji ich poznać. Chciałbym, 
żebyś na początek wybrała ludzi, których twoim zdaniem naprawdę będę potrzebował. 
Oczywiście   sama  też  możesz  zająć  miejsce   w radzie.  Myślałem  również   o marszałku 
Algarvenie, ale polegam na twoich sądach. – Zawahał się, po czym dodał: – Myślę, że 
chyba nie chcielibyśmy, aby cała siódemka pochodziła z Semmy. Może rozsądna byłaby 
jakaś   mieszanka   narodowości,   choć   z drugiej   strony   Semma   jest   prowincją 
metropolitalną, więc jeden czy dwóch... Co o tym myślisz, pani?

– Myślę  – odparła wolno Lady Kalira – że muszę  dowiedzieć się czegoś więcej 

o obowiązkach tej rady.

Sterren uśmiechnął się.
– A co proponujesz? Vond zostawił sobie budowę i podbój, wszystko inne zrzucił na 

mnie. Ja wolę zostawić to radzie. Co proponujesz?

– Mówisz naprawdę poważnie?
– Oczywiście.
Westchnęła.
Zanim Vond powrócił z udanego podboju Hlurothu, wybrali już czterech z siedmiu 

radców i omawiali kalendarz spotkań.

background image

ROZDZIAŁ 35

Był dziewiąty dzień miesiąca żniwnego w Roku Ludzkiej Mowy 5221. Imperium 

Vonda  rozciągało   się  od  pustyń  na  wschodzie   aż  po  ocean  na  zachodzie   i od  samej 
krawędzi świata na południu do granic Lumethu z Wieżami na północy.

Vond zawrócił, nim zaatakował Lumeth, i drżąc cały znalazł się w cytadeli.
– Usłyszałem tam szept... Szept ponad mocą, z której czerpię – wyjaśnił Sterrenowi. 

– Zapomniałem już, co to znaczy. Ohydne, mroczne pomruki w moim umyśle. Straszne! 
– nabrał tchu i wolno wypuścił powietrze. – Wydaje mi się, że nadal go słyszę, ale wiem, 
że to umysł płata mi figle.

Sterren zawahał się, ale milczał.
– No cóż – mówił dalej Vond – przynajmniej wiem, jak daleko mogę sięgnąć. Nie 

odważę się wyruszyć poza granice Lumethu, Kalithonu czy Shassalli, ale tu, na południe 
od nich, jestem wszechmocny.

Sterren nie zaprzeczył temu twierdzeniu.
– Szkoda – zauważył tylko. – Byłem ciekaw, co się stanie, kiedy zbliżysz się do 

samych wież, i czy to one są źródłem twojej mocy.

Vond kiwnął głową.
–   Też   byłem   ciekaw,   ale   nie   zaryzykuję.   Szkoda,   wolałbym   zachować   nad   nimi 

kontrolę.

Było to kilka tygodni temu, na początku miesiąca jasności. Po tej nieoczekiwanej 

porażce   nastąpiło   pół   tuzina   szybkich   zwycięstw   nad   niewielkimi   portowymi 
państewkami   na   Południowym   Wybrzeżu,   na   zachód   od   Akalli.   Zwycięstwa   te 
rozciągnęły imperium Vonda tak daleko, jak tylko mógł tam bezpiecznie dotrzeć. Teraz, 
dnia dziewiątego żniwnego, Sterren stał na balkonie i spoglądał na okolicę.

Całą ziemię od horyzontu po horyzont pokrywała soczysta zieleń. Jednolitą barwę 

zakłócały tylko drogi, budynki i jaskrawe plamy kwiatów. Dzięki panowaniu Vonda nad 
pogodą i użyźnieniu gleby nie było teraz żadnych  nieużytków – ani jednego miejsca, 
gdzie ziemia nie dawałaby szczodrych plonów.

Gładkie, proste, brukowane drogi prowadziły od placu pod cytadelą wprost do miast 

i zamków imperium.

Wioska   otaczająca   Zamek   Semma   stała   nadal,   lecz   rozmiarem   i splendorem 

przewyższało   ją   rosnące   wokół   pałacu   miasteczko   z białego   i złocistego   marmuru, 
pokryte   czerwonymi   dachówkami.   W każdym   rogu   rynku   i na   kilku   skrzyżowaniach 
chlupotały   małe   fontanny,   dostarczając   każdemu   spragnionemu   pitnej   wody.   O wiele 
większa ozdobna fontanna tryskała w górę na samym środku placu. Dym i intrygujące 

background image

zapachy unosiły się z dziesiątków palenisk i piekarników.

Obie osady zbliżały się do siebie i wydawało się prawdopodobne, że z czasem zleją 

się w jedno większe miasteczko.

Kiedyś, pomyślał Sterren, może się ono zmienić w prawdziwe miasto.
Zamek   Semma   wciąż   stał,   lecz   liczba   jego   mieszkańców   zmalała   dramatycznie. 

W ciągu miesięcy, gdy królewski skarbiec i zamkowe spichrze pustoszały, arystokracja 
wynosiła się, opuszczając imperium lub – w nielicznych przypadkach – znajdując sobie 
uczciwą pracę. Cała królewska rodzina nadal mieszkała w zamku.

To samo, jak wiedział Sterren, działo się we wszystkich byłych stolicach, zamkach 

i twierdzach,   które   rządziły   kiedyś   Ophkarem,   Ksinallionem,   Skają,   Thanorią, 
Hlurothem,   Diamentową   Akallą,   Zhulurą,   Gheluą,   Ansuonem,   Fumarą,   Kalsharem, 
Quonsharem, Dheriminem, Karminorą, Alboą i Hendem.

Jak   dotąd   Vond   dobrze   się   przysłużył   Małym   Królestwom.   Pozbawił   wpływów 

kilkuset arystokratów, ale poprawił życie tysiącom chłopów. Podczas swych podbojów 
zabił kilkadziesiąt osób, ale prawdopodobnie tyle samo uratował przed głodem.

Mimo to był zgubiony.
Sterrenowi  wciąż  trudno  było   uwierzyć,   że  Vond  nie  zdaje  sobie   z tego  sprawy. 

Przecież   to   dość   oczywiste.   Wszyscy   czarnoksiężnicy   są   skazani.   Nie   zmieni   tego 
znalezienie nowego źródła mocy. Zdaniem Sterrena, Vond otrzymał dostatecznie wiele 
ostrzeżeń,   kiedy   wyznaczał   północne   granice   swego   imperium,   a jednak   wciąż   nie 
dostrzegał zagrożenia.

A może wiedział, ale nie chciał tego przyznać. Najlepiej byłoby, gdyby zaprzestał 

używania   magii   –   ale   nie   zrobił   tego.   Nadal   kładł   drogi,   wznosił   budynki,   sterował 
pogodą, a czasami rozświetlał nocne niebo, aby cieszyć się swoją potęgą.

Sterren powstrzymywał się od komentarzy, ale po tych długich miesiącach przekonał 

się, że Vond zasługuje przynajmniej na ostrzeżenie – ostrzeżenie, którego tylko Sterren 
mógł mu udzielić.

I Sterren obiecał sobie, że mu to ostrzeżenie przekaże.
Jedynym  problemem  było  przekonanie  Vonda, że Sterren dopiero teraz dostrzegł 

zagrożenie. Gdyby Vond odgadł, że tak długo ukrywał przed nim swoje przemyślenia, 
z pewnością by się zirytował.

Sterren wolał nie być obiektem irytacji Vonda.
Zastanawiał się nad tym, gdy ktoś za nim chrząknął dyskretnie.
Odwrócił się i w drzwiach balkonu zobaczył pałacowego sługę, mężczyznę imieniem 

Ildirin, który niegdyś był pomocnikiem rzeźnika w Ksinallionie.

background image

– Wybacz, lordzie kanclerzu – rzekł przepraszająco – lecz cesarz spotyka się z radą 

i pragnie, byś był obecny.

– Teraz?
– Tak, panie – potwierdził Ildirin.
Sterren wiedział, że lepiej nie wahać się i nie sprzeciwiać. Vond nie lubił czekać.
– Gdzie? – zapytał.
– W komnacie rady.
Sterren skinął głową, wyminął Ildirina i ruszył do schodów. Mężczyzna podążył za 

nim w należnej odległości.

Komnata rady nie powstała dla jej potrzeb. Kiedy Vond budował swój pałac, nie miał 

pojęcia,   że   zacznie   działać   Rada   Imperialna.   Zaplanował   to   pomieszczenie   jako   salę 
nieoficjalnych   audiencji,   gdzie   mógłby   z dala   od   przepychu   głównej   sali   odbywać 
spotkania z przyjaciółmi, bardziej oficjalne niż w prywatnych apartamentach.

Jednak oprócz Sterrena, który zwykle był  serdecznie witany nawet w prywatnych 

komnatach Vonda, czarnoksiężnik nie miał przyjaciół. Miał za to radę, więc nieoficjalna 
sala audiencji zmieniła się w salę rady.

Radców trudno było uznać za przyjaciół. Ani jedna z tych siedmiu osób nie lubiła 

Vonda   i nie   pragnęła,   by   pozostał   przy   władzy.   Cała   siódemka   godziła   się   jednak 
z faktem, że imperium Vonda istnieje realnie i potrzebuje dobrego zarządzania – a cała 
siódemka potrafiła sprawnie zarządzać.

Zwykle rada zajmowała się swoimi sprawami, a Vond swoimi. Kontaktowali się jak 

najrzadziej, zwykle poprzez Sterrena. Spotkanie Vonda z radą było czymś niezwykłym.

Sterren   zbiegł   po   schodach,   aż   trzepotały   szerokie   rękawy   jego   tuniki, 

i pomaszerował   przez   szeroki   korytarz.   Wielkie   czerwone   drzwi   na   jego   końcu 
prowadziły do sali audiencyjnej, a czarne z drugiej strony – na dziedziniec. Zignorował je 
i skierował   się   do   niewielkich   drzwi   z palisandru,   umieszczonych   w kącie.   Z ręką   na 
klamce zawahał się jeszcze. Zastukał lekko, dopiero potem otworzył i wszedł.

Siedmiu   radców   siadało   po   trzech   z każdej   strony   stołu,   przy   którym   zwykle 

prowadzili   dyskusje.   Ich   przewodnicząca,   lady   Kalira,   zazwyczaj   zajmowała   miejsce 
u szczytu,   lecz   dziś   usiadła   po   drugiej   stronie.   U szczytu   unosił   się   w powietrzu   ze 
skrzyżowanymi nogami Wielki Vond. Zawisł tylko odrobinę wyżej, niż gdyby korzystał 
z krzesła; jego kolana znajdowały się poniżej polerowanego blatu.

– Ach, jesteś! – zawołał, gdy zobaczył Sterrena w progu.
– Jestem – przyznał.  – Co się  dzieje?  – Rozejrzał  się, gdzie  mógłby  usiąść  czy 

choćby   stanąć   wygodnie,   i zauważył   puste   krzesło.   Przysunął   je   i zapytał 
czarnoksiężnika: – Czy mogę usiąść?

background image

Vond gestem wyraził zgodę i zauważył zaglądającego z korytarza Ildirina.

– Widzę, że go znalazłeś – rzekł. – A teraz poszukaj nam czegoś odpowiedniego do 

picia. Sądzę, że czeka nas długa rozmowa, a rozmowy wzmagają pragnienie.

Ildirin skłonił się i zniknął, zamykając za sobą drzwi.
–   A teraz   –   stwierdził   Vond   –   pewnie   wszyscy   chcecie   wiedzieć,   po   co   się 

zebraliśmy, więc od razu przejdę do rzeczy. Nie jestem pewien, czy jestem zadowolony 
z tej waszej Rady Imperialnej.

Sterrenowi nie spodobał się ton jego głosu. Uznał, że Vond raczej nie jest w nastroju, 

by usłyszeć złe wieści.

Zastanowił się, czy warto więc przekazać czarnoksiężnikowi anonimową wiadomość.
Radcy spojrzeli po sobie, kilku zerknęło na Sterrena, jednak po sekundzie czy dwóch 

wszystkie oczy spoczęły na lady Kalirze.

Przyjęła tę milczącą nominację na rzecznika i wstała.
– Wasza Cesarska Wysokość – powiedziała po ethsharyjsku, bez obcego akcentu. – 

Służymy, gdyż tego chciałeś. Jeśli zechcesz, byśmy przestali, przestaniemy. I zrobimy to 
z zadowoleniem.

Dwie   czy   trzy   głowy   pochyliły   się   na   znak   zgody.   Nikt   nawet   najdrobniejszym 

gestem czy dźwiękiem nie sugerował, że może myśleć inaczej.

– Nie spieszcie się tak do rezygnacji – burknął Vond. – Wiem, że potrzebny mi ktoś 

do zarządzania. Nie jestem tylko pewien, czy to akurat wy i czy kierujecie wszystkim tak, 
jakbym tego chciał.

– Służymy tylko Waszej Cesarskiej Wysokości – powtórzyła lady Kalira, skłaniając 

głowę.

Przez   ostatnie   miesiące   jej   ethsharyjski   bardzo   się   poprawił,   zauważył   Sterren. 

Uznanie   go   za   język   oficjalny   skłoniło   ją   do   studiów   poważniejszych   niż   wcześniej 
zwykła ciekawość.

– Tak mówicie tutaj – rzekł Vond. – Ale gdzie indziej słyszę inne rzeczy. Słyszę 

plotki, że spiskujecie, by mnie obalić i przywrócić dawne monarchie. W końcu wszyscy 
jesteście arystokratami; dlaczego mielibyście uznać mnie, człowieka z gminu, za swego 
władcę?

Lady Kalira zaczęła coś mówić, ale Vond uniósł dłoń, nakazując jej milczenie.
Sterren   zastanowił   się   nagle,   co   takiego   słyszy   Vond.   Czy   to   rzeczywiście 

powtarzane szeptem plotki tak go wzburzyły, czy może całkiem inne szepty odbierają mu 
spokój?

background image

Zapomniał jednak o tym natychmiast, gdy tylko Vond zwrócił się wprost do niego:
–   No   więc,   lordzie   kanclerzu,   dlaczego   wybrałeś   do   swojej   rady   tylko   starą 

arystokrację?

Odpowiedź na to pytanie była tak łatwa, że Sterren zastanowił się, o co naprawdę 

chodzi Vondowi.

– Ponieważ, Wasza Wysokość – odparł – nikt więcej w twoim imperium nie posiada 

ani umiejętności, ani doświadczenia w zarządzaniu.

– I nie uznałeś za stosowne, by kogoś przeszkolić?
–   Nie,   Wasza   Wysokość,   istotnie.   Próbowałem   stworzyć   ciało,   które   zajmie   się 

rządzeniem teraz, a nie w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Poza tym ani na rządzeniu, 
ani na szkoleniu chłopów nie znam się bardziej niż ty, panie.

–   To   nie   musieli   być   chłopi.   Nie   mogłeś   znaleźć   handlarzy   czy   rzemieślników? 

Zarządzanie krajem nie może się za bardzo różnić od kierowania własnym interesem.

Sterren miał co do tego poważne wątpliwości, ale pominął tę kwestię i odpowiedział 

na zadane pytanie.

– Nie szukałem handlarzy, ponieważ nie widziałem niczego złego w wykorzystaniu 

szlachty, która zna już taką pracę. Zresztą nie ma tu zbyt wielu kupców, to nie Ethshar. 
Wprawdzie w Semmie był lord od spraw handlu, ale iluż kupców można tu spotkać?

– Nie widziałeś nic złego w wykorzystaniu szlachty, której odebrałem władzę?
– Nie, nie widziałem!  – odparł Sterren. – Co mogliby zrobić? Zabiłbyś  przecież 

każdego, kto zanadto wychodzi przed szereg. Wiedzą o tym – wskazał gestem radców, 
przypominając Vondowi, że tego słuchają.

– Mogliby wzbudzać niezadowolenie – zasugerował czarnoksiężnik.
-
–   Ale   po   co?   Posłuchaj,   mam   wrażenie,   że   nie   doceniasz   tego,   czego   ci   ludzie 

dokonali. Wybrałem najbardziej  kompetentnych,  jakich znalazłem,  nie przejmując się 
tym,  skąd pochodzą. Każdy z nich zgodził  się pomagać  w rządzeniu  imperium,  gdyż 
zrozumieli, że w ten sposób ono przetrwa. Z tego powodu każdy został przez swoich 
krewnych i przyjaciół nazwany zdrajcą! Pogodzili się z tym, ponieważ chcieli, aby ich 
lud,   arystokracja,   chłopi   i rzemieślnicy   byli   rządzeni   dobrze   i uczciwie.   Jeśli   twoje 
imperium kiedykolwiek upadnie i powrócą dawne monarchie, wszyscy pewnie zostaną 
powieszeni za zdradę, tylko dlatego, że ci pomagali!

– Tak sądzisz? – spytał Vond z nieprzeniknioną twarzą.
– Tak właśnie sądzę! – odparł gniewnie Sterren.
W   tym   momencie   Ildirin   wszedł   cicho,   niosąc   tacę   z pełną   karafą   i kilkoma 

kielichami. Przeszedł wzdłuż ściany komnaty w stronę cesarza, gdyż etykieta dworska 

background image

wymagała, by jego obsłużyć pierwszego.

– Czy nie mogę podejrzewać – rzekł Vond – że chcesz przywrócić władzę starej 

arystokracji, tak bym ja pozostał tylko figurantem?

– Dlaczego miałbym to robić? – zdziwił się szczerze Sterren.
Vond przyjął kielich wina.
– Ponieważ sam jesteś arystokratą, Sterrenie, Dziewiątym Generałem! – wypił.
Sterren   otworzył   usta   ze   zdziwienia.   Jeden   z radców   zachichotał,   lecz   umilkł 

natychmiast. Ildirin bez słowa nalewał wino.

– Ja? – wykrztusił wreszcie Sterren. – Jestem dzieciakiem ethsharyjskiego kupca! 

Żadnym szlachcicem. Moja babka uciekła z domu, nic mnie nie obchodzi, kim byli jej 
ojciec i brat. Nie bardziej niż ty należę do dawnej arystokracji!

Wyraz   twarzy   Vonda   powstrzymał   go   skłonił   Sterrena   do   zastanowienia,   więc 

poprawił się szybko.

–   A przynajmniej   niewiele   bardziej.   Nie   wiedziałem,   że   w moich   żyłach   płynie 

szlachetna krew – spojrzał na radców. – Poza tym, gdybym starał się przywrócić władzę 
dawnej arystokracji, czy nie wprowadziłbym do rady raczej królów i książąt zamiast tych 
ludzi?

–   Królowie   byliby   nazbyt   podejrzani   –   zauważył   Vond   –   a kilku   książąt 

wprowadziłeś, czyż nie?

– Naprawdę? – Sterren raz jeszcze spojrzał na radców i rozpoznał księcia Ferrala 

z Enmurinonu.

– Rzeczywiście – przyznał. I dodał na swoją obronę: – Tylko jednego z siedmiu.
– Jak dotąd – mruknął Vond.
Ildirin   obsłużył   już   radców   i teraz   zbliżał   się   do   Sterrena.   Sterren   odesłał   go 

machnięciem ręki. Wyglądało na to, że jeśli chce zachować głowę, potrzebuje jasnego 
umysłu.

– Jak dotąd – powiedział – i na zawsze. Nie wybieram nowych radców, nie wiem, kto 

nadaje   się   do   tej   pracy,   a kto   nie.   Pozwoliłem,   aby   każdy   sam   wybierał   własnego 
następcę.

Ildirin, trzymając kielich, który chciał podać Sterrenowi, rozejrzał się po komnacie 

i zauważył, że naczynie cesarza jest już puste. Cofnął się więc i ruszył wzdłuż ściany 
w kierunku Vonda.

– Ach, rozumiem! – rzucił drwiąco czarnoksiężnik. – Ty nie wprowadzisz dawnych 

królów   do   rady,   ale   jeśli   ta   siódemka   wyznaczy   ich   na   swoich   następców,   a potem 
zrezygnuje, nic nie będziesz mógł na to poradzić!

background image

– Nie bądź głupi – zirytował się Sterren.
Usłyszał, jak ktoś syknął cicho w odpowiedzi tę zuchwałą formę zwracania się do 

czarnoksiężnika.

– Rada Imperialna służy także mnie, nie tylko tobie, Wasza Wysokość. Kiedy tylko 

zechcę, mogę zwolnić każdego radcę. Tak jak ty możesz także mnie zwolnić z funkcji 
kanclerza. I zapewniam cię, że usunę każdą królową czy króla, jak również i tego głupca, 
który wyznaczyłby go na następcę.

– Tak byś zrobił? A czemu?
– Ponieważ nie chcemy, aby dawne królewskie rody wróciły do władzy. Nie chcemy, 

by któryś  z radców dzięki dawnemu stanowisku mógł kierować resztą rady,  zyskując 
nadmierne wpływy. Nie chcemy wprowadzać zamieszania wśród gminu, przywracając 
królowi choćby namiastkę władzy.

– Zgadza się – odparł Vond. Przyjął od Ildirina pełny kielich. – Tego nie chcemy. 

Jestem pewien, że chłopi mnie nienawidzą i uważają za uzurpatora...

-
Algarven, niegdyś marszałek dworu Semmy, zakrztusił się nagle. Vond spojrzał na 

niego gniewnie między jednym a drugim łykiem wina.

– Wybacz, Wasza Cesarska Wysokość – rzekł Algarven, kiedy tylko złapał oddech – 

ale chłopi... Dlaczego sądzisz, że chłopi cię nienawidzą?

Cień niepewności przebiegł po twarzy Vonda.
– Zrzuciłem z tronów ich królów – rzekł.
–   Wybacz,   Wasza   Cesarska   Wysokość   –   wtrącił   Berakon,   syn   Geratha,   niegdyś 

podskarbi Diamentowej Akalli. – Ale co z tego? Czy dawni królowie zrobili kiedyś coś 
dla chłopstwa? Ty zbudowałeś im domy, drogi, zakończyłeś wojny, a nawet dokonałeś 
tego, co wydawało się niemożliwe:  uregulowałeś pogodę. Przy tym  wszystkim  twoje 
podatki nie są wyższe niż poprzednie. Uwierz mi, Wasza Wysokość, chłopom wcale nie 
przeszkadza, że zastąpiłeś dawnych władców. Trochę się tylko martwią o nieuniknioną 
cenę tego dobrobytu.

Vond podał pusty kielich Ildirinowi, który, zanim go odebrał, przez chwilę starał się 

utrzymać   w równowadze   wszystko   na   tacy.   Czarnoksiężnik   rzucił   mu   gniewne 
spojrzenie.

– No dobrze – rzekł Vond. – Zapomnijmy o chłopach. Mówiłeś, że nikt nie chce 

powrotu do władzy dawnych królów, ale masz w radzie księcia. Co będzie, gdy umrze 
jego ojciec?

– Wasza Wysokość – rzekł spokojnie książę Ferral. – Mój ojciec nie żyje od pięciu 

lat. Pozbawiłeś tronu mojego starszego brata, nie ojca.

background image

– No dobrze – rzucił Vond, podczas gdy Ildirin męczył się z karafą. – Co się stanie, 

kiedy umrze twój brat?

–   Nic,   Wasza   Wysokość.   Ma   dzieci   i braci   starszych   ode   mnie.   Jestem   ósmym 

sukcesorem tronu.

Vond popatrzył gniewnie i sięgnął po kielich właśnie w chwili, gdy Ildirin próbował 

mu go podać. Ich dłonie zderzyły się, a wino chlusnęło na pierś cesarza, plamiąc złote 
hafty na czarnej szacie brzydkim odcieniem czerwieni.

Czarnoksiężnik patrzył przez moment na plamę, a potem wrzasnął:
– Ty idioto!

Machnął   ręką,   a Ildirin   przeleciał   przez   pokój   i uderzył   o marmurową   ścianę. 

Wszyscy w komnacie usłyszeli trzask pękającego kręgosłupa.

Vond znów machnął ręką. Pękła czaszka sługi i pokruszyły się kości, została tylko 

skóra. Trup osunął się ciężko na podłogę w kałużę krwi.

Sterren   i radcy   patrzyli   zaszokowani.   Taca   z karafą   wciąż   stała   na   stole.   Vond 

przygładził szatę, ale nie wydawał się szczególnie wzburzony.

Patrząc na zwłoki, Sterren zrozumiał, że przed niczym nie będzie czarnoksiężnika 

ostrzegał.

background image

ROZDZIAŁ 36

Niewiele osiągnięto podczas zebrania. Obecność ciała Ildirina zdawała się rzucać 

cień na konwersację. Wydawało się też, że Vond wyczerpał swój gniew w tym wybuchu. 
W końcu pozwolił Radzie Imperialnej działać tak jak dotychczas, z zastrzeżeniem,  że 
istnieje tylko dzięki jego zezwoleniu, i kiedy tylko zechce, ma prawo usunąć każdego 
z jej członków i zmienić każde zarządzenie.

Obie te sprawy były od początku oczywiste, przynajmniej dla Sterrena i radców. Nikt 

jednak nie popełnił błędu, próbując o tym przypominać.

Po naradzie Sterren wybrał się na długi spacer.
Było   jasne,   że   Vond   traci   nad   sobą   panowanie.   Kwitnące   imperium,   wspaniałe 

budynki   i udane   plony,   wszystko   to   pomagało   tylko   ukryć   ten   fakt.   Okrutna   śmierć 
Ildirina ujawniła to w pełni.

Sterren nie myślał  już o ostrzeżeniach. Był  przekonany,  że musi zrobić, co tylko 

potrafi, aby jak najszybciej doprowadzić czarnoksiężnika do zguby.

Tego wieczoru Vond jadł kolację w wielkiej sali, ze Sterrenem siedzącym po jego 

prawicy. Często jadał w prywatnych apartamentach, jeśli w ogóle coś jadł. Jednak dzisiaj 
wydał oficjalny bankiet. On, Sterren i radcy siedzieli przy głównym stole, a reszta dworu 
zajęła miejsca przy trzech niższych.

– Zauważyłem, Wasza Wysokość – odezwał się Sterren, przeżuwając kęs jabłka – że 

ostatnio nie dokonałeś żadnego spektakularnego wyczynu.

– Tak? – Vond spojrzał na niego.
-
–   To   znaczy   wcześniej   na   przykład   przywołałeś   tę   burzę,   aby   przepędzić   armie 

Ophkaru   i Ksinallionu,   w ciągu   kilku   dni   wydobyłeś   kamienie   i ułożyłeś   mury   tego 
pałacu, i tak dalej. Ale ostatnio nie zajmowałeś się niczym bardziej imponującym niż 
układanie bruku. To oczywiście użyteczne, podobnie jak regulacja pogody i cała reszta, 
lecz już od miesięcy nie zrobiłeś niczego naprawdę imponującego.

– Rozświetlenia nocnego nieba nie uważasz za imponujące?
Sterren udał, że się zastanawia.
– No cóż, chyba tak. Ale to nic nowego. Wszyscy zdążyli się przyzwyczaić.
– A dlaczego mam robić rzeczy na pokaz? – zapytał Vond.
– Żeby zaimponować ludziom. Żeby przypomnieć wszystkim, do czego zdolny jest 

ich   cesarz   i władca.   Jeśli   wzbudzisz   należyty   lęk,   nie   będziesz   musiał   martwić   się 
o nielojalność, co pozwoliłoby uniknąć takich nieprzyjemnych spotkań, jak to dzisiejsze.

Vond skinął głową.

background image

– Poza tym – dodał Sterren – myślałem, że lubisz korzystać z magii, jeśli to tylko 

możliwe.

–   Lubię   –   przyznał   czarnoksiężnik.   –   Rzeczywiście   ostatnio   robię   się   porywczy 

i nerwowy. Może to dlatego, że za mało używam magii. Moc czeka, aby ją wykorzystać. 
Wciąż tkwi w mym umyśle, czuję ją wyraźnie nawet teraz... – głos przycichł mu lekko.

Sterren zachęcająco pokiwał głową.
– Co byś proponował? – spytał Vond.
– Sam nie wiem. Może przesunąć górę?
Vond parsknął tylko.
– Musiałbym najpierw ją zbudować. W całym imperium nie ma gór. Zresztą, gdzie 

bym ją postawił?

Sterren machnął tylko ręką.
– No to nie górę. No cóż, krawędź świata leży o parę mil na południe stąd. Może 

z tym dałoby się coś zrobić.

– Co na przykład?
– Och, zerwać ją i sprawdzić, co jest pod spodem? Słyszałem, że uczeni dyskutują, 

co podtrzymuje świat i nie pozwala mu upaść w Otchłań. Może warto by też sprawdzić, 
co leży za krawędzią i przynieść kawałek tego tutaj.

-
– Przecież za krawędzią nic nie ma, prawda? Sterren wzruszył ramionami.
– Nikt tego nie wie.
Vond zastanawiał się, wyraźnie zaintrygowany.
Do niczego nie doszli tego wieczoru, lecz następnego ranka, dziesiątego żniwnego, 

Sterren   zbudził   się   nie   we  własnym   łóżku,   ale   wisząc   w powietrzu   tuż   za   otwartym 
oknem sypialni.

– Dzień dobry! – krzyknął z góry Vond. – Pomyślałem, że chciałbyś wybrać się na 

krawędź świata i zobaczyć, jak wygląda.

Sterren nerwowo podniósł głowę. Tak naprawdę nie o to mu chodziło.
– Dzień dobry! – odparł. – Mam nadzieję, że dobrze spałeś!
Vond zmarszczył czoło.
–  Właściwie   nie   bardzo.   Śniłem...   szczerze   mówiąc   nie   wiem,   o czym   naprawdę 

śniłem,  ale  nie było  to przyjemne  – rozpogodził się. – Mniejsza z tym.  Ruszamy na 
krawędź.

Sterren ukrył brak entuzjazmu do wyprawy i obrócił się w powietrzu, żeby widzieć, 

dokąd lecą.

Przepłynęli nad Zamkiem Semma i kilkunastoma milami pól uprawnych, aż dotarli 

background image

do martwej pustyni na południu.

Sterren   chętnie   pooglądałby   okolice,   ale   nie   było   na   co   patrzeć.   Pod   sobą   i ze 

wszystkich stron widział tylko mile piasku przetykanego kępami suchej trawy. Za nim 
malały z wolna wieże Zamku Semma i pałac cesarza.

Przed sobą nie widział nic. Krawędź świata otulona była żółtą mgiełką.
Sterren widział już tę mgiełkę z wieży, sądził jednak, że to niesiony wiatrem piasek 

albo błysk słońca odbitego od krawędzi. Ku swemu zdziwieniu przekonał się teraz, że to 
żadna z tych rzeczy, ale coś w rodzaju bardzo rzadkiej, złocistej mgły. Byłaby niemal 
niewidoczna   na   ograniczonym   obszarze.   Tu   jednak   ciągnęła   się   w nieskończoność. 
Widział przez nią, ale dostrzegał tylko więcej i jeszcze więcej złocistej mgły, aż w końcu 
traciła przejrzystość. Jeśli cokolwiek kryło się za nią, nie mógł tego dostrzec.

Oczywiście nikt nigdy nie sugerował, że cokolwiek istnieje poza krawędzią świata, 

z wyjątkiem   być   może   Nieba,   gdzie   żyją   bogowie.   Lecz   powszechnie   wierzono,   że 
znajduje się ono raczej powyżej firmamentu.

Nie było tu nic, co pozwoliłoby mu na porównanie skali zjawiska, lecz Sterren sądził, 

że widzi dosłownie setki mil żółtawego oparu.

– Co to jest? – krzyknął z góry Vond.
– Skąd mogę wiedzieć? – odparł Sterren.
– Myślisz, że możemy wznieść się wyżej?
– Nie mam pojęcia!
– Spróbuję! – po czym Vond zaczął się wznosić, ciągnąc za sobą Sterrena.
Zdawało się, że wzlatują tak całe godziny. W końcu złocista mgła przerzedziła się 

bardziej, lecz  wraz z nią i powietrze  dookoła. Błękitne  niebo stawało się ciemniejsze 
i robiło się coraz zimniej; wreszcie Sterren drżał już tak mocno, że z trudem wykrzykiwał 
w stronę czarnoksiężnika swoje protesty.

Rzeczywiście udało im się wznieść ponad żółtą mgłę, ale nie widzieli nic nad nią ani 

przez   nią.   Przed   nimi   rozpościerała   się   pozornie   nieskończona   przestrzeń   złocistego 
oparu, z tyłu leżały w dole wszystkie Małe Królestwa, a centralny łańcuch górski wyginał 
się wśród żyznych, zielonych równin nadbrzeżnych i jaśniejszych suchych terenów na 
wschodzie. Nad zachodnim horyzontem pojawił się ocean, na wschodnim gorące piaski 
wielkich pustyń, ale na południu wciąż widzieli tylko mgłę.

Kiedy również na wschodnim horyzoncie, poza pustynią, zobaczyli mgłę oblewającą 

południowo-wschodni kraniec świata, nawet Vond zrezygnował.

Sterren   poddałby   się   o wiele   wcześniej.   W przeciwieństwie   do   Vonda,   nie   miał 

nadprzyrodzonej mocy, która ogrzałaby go i pomogła w oddychaniu. Szron pokrył mu 
już   ręce   i twarz,   miał   też   kłopoty   z płucami,   kiedy   Vond   zmienił   wreszcie   kierunek 

background image

i pofrunął w dół.

– Nigdy wcześniej nie byłem tak wysoko – stwierdził z dumą czarnoksiężnik, gdy 

ponownie dotarli do gęstego, ciepłego  powietrza  zwykłego  świata. – Niezły wyczyn, 
prawda?

Przemarznięte mięśnie Sterrena nie odtajały jeszcze; nie zdołał odpowiedzieć.

Wylądowali i Vond podszedł do krawędzi, podczas gdy Sterren czekał na szczycie 

niewielkiej wydmy.

Krawędź wyglądała jak całkiem zwyczajne urwisko. Nie była specjalnie równa ani 

gładka – zwykłe miejsce, gdzie wydmy kończyły się przepaścią.

Wyjątkowym czyniło je to, że rozciągała się w obu kierunkach tak daleko, jak sięgał 

wzrok. Po obu stronach Sterren nie widział niczego prócz tej nieskończonej złocistej 
mgły.

Vond stanął na szczycie urwiska i spojrzał w dół.
– Nic nie widzę – zawołał rozczarowany. – Tylko ta przeklęta mgiełka.
Sterren podszedł ostrożnie i wyjrzał. Podobnie jak Vond, nie zobaczył niczego.
– Zaczekaj tu – rzekł czarnoksiężnik. Wzniósł się w powietrze i popłynął do przodu.
Niemal natychmiast zatrzymał się, zawrócił i zawisł obok Sterrena.
– Tam nie ma powietrza! – oświadczył.  – Nie mogłem oddychać. A to żółte coś 

cuchnie ohydnie i pali w gardle. Zresztą i tak nie widziałem dna. Ta mgła ciągnie się 
w nieskończoność!

Sterren spojrzał w górę i w dół.
– Ciekawe, co je zatrzymuje? Dlaczego mgła zostaje po tamtej stronie, a powietrze 

po tej?

Vond też się rozejrzał. Wzruszył ramionami.
– To pewnie magia – stwierdził. – Może czary magów.
– Nigdy nie widziałem magii działającej na taką skalę.
– Musieli tego dokonać bogowie – zrozumiał nagle Vond. – Legendy mówią, że 

stworzyli świat z chaosu, prawda? To żółte coś to pewnie chaos.

Dla Sterrena nie brzmiało to sensownie. Opowieść, jaką on słyszał, mówiła, że świat 

był nie zauważoną pozostałością po rozpadzie wszechświata na Niebo i Piekło. Bogowie 
znaleźli go później i pomogli ukształtować, a nie stworzyli z chaosu.

Poza tym dlaczego chaos miałby być  żółty?  Dlaczego w ogóle miałby mieć jakiś 

kolor?

Nie przypuszczał, żeby istniało jakiekolwiek wyjaśnienie złocistej mgły; po prostu 

była tam, i musieli się z tym pogodzić.

background image

– I co teraz? – zapytał.
Vond rozejrzał się i zastanowił.
– Chyba nie chcę grzebać w tej mgle. Jeśli to chaos, jest niebezpieczny.
Sterren nie miał zamiaru się spierać. Milczał.
– A gdybym tak podwinął trochę krawędź, o tutaj? To mogłoby się nawet przydać. 

Jeżeli   magia,   która   trzyma   tę   mgłę,   kiedyś   zawiedzie,   mur   byłby   niezłą   drugą   linią 
obrony.

I   znowu   Sterren   nie   miał   ochoty   się   spierać,   chociaż   był   przekonany,   że   Vond 

opowiada bzdury. Porażał go rozmach pomysłu?

– Podwinąć? – zapytał drżącym głosem.
– Czemu nie? – odparł Vond. – Muszę tylko sprawdzić, jaki jest gruby.
– Co jakie jest grube?
– Świat, oczywiście!
Pochylił się i spojrzał pomiędzy wiszącymi w powietrzu nogami. Sterren zauważył, 

że w piasku pod nim tworzy się wąski otwór. Piasek wysypywał się stamtąd równym 
strumieniem i tworzył rosnący wokół pierścień.

Przez kilka minut Vond wpatrywał się w ten nadnaturalny otwór. Sterren usiadł na 

wydmie i obserwował; nie przeszkadzało mu, że nie może stąd zajrzeć do dziury.

Vond wyprostował się w końcu.
– Nie mogę sięgnąć do dna. Jestem pewien, że zszedłem co najmniej milę w głąb – 

wzruszył ramionami. – No cóż, w takim razie zerwę wierzchnią warstwę i ją podegnę.

Rozejrzał się, oceniając sytuację. Potem przypomniał sobie o Sterrenie.
– Aha, lepiej będzie, jeśli cię stąd zabiorę. To może być niebezpieczne.
– Dobrze – zgodził się Sterren z ulgą, której starał się nie okazywać. Wstał.
W jednej chwili znajoma magia porwała go i uniosła w powietrze. Z fantastyczną 

prędkością   pędził   w kierunku   Semmy,   tak   szybko,   że   znowu   miał   kłopoty 
z oddychaniem.

W chwilę później, bez tchu, wylądował na wiejskiej uliczce w cieniu murów Zamku 

Semma.

background image

ROZDZIAŁ 37

Mimo   wielkiej   odległości,   głuche   dudnienie   docierało   czasami   aż   do   wioski.   Ze 

swego miejsca w zamkowej wieży Sterren widział  przesuwające się w oddali chmury 
piachu i skał; nie dostrzegał jednak żadnych szczegółów.

Po zmroku hałas nie ustąpił, a niesamowity pomarańczowy blask zalał południowe 

niebo.   Rozbłyskiwał   i bladł   na   przemian,   a niekiedy   przebiegały   po   nim   iskry 
czerwonego lub jasnobłękitnego światła.

Sterren   był   zadowolony,   że   nie   podsunął   Vondowi   innego   swojego  pomysłu:   by 

ściągnął   z nieba   mniejszy   księżyc.   Podwijanie   krawędzi   świata   było   dostatecznie 
przerażające.

W południe jedenastego żniwnego praca była skończona. Tam, gdzie kiedyś krawędź 

świata znaczyła odległa złocista linia, teraz widać było linię czerni, którą Sterren uznał za 
kamień.   Zbliżał   się   też   niewielki   czarny   punkt,  którym   mógł   być   tylko   powracający 
Vond.

Sterren uznał, że wieża Zamku Semma nie jest miejscem, gdzie chciałby, by Vond go 

znalazł. Ruszył do schodów.

W korytarzu piątego piętra minął Shirrin i poczuł chęć, aby zatrzymać  się i z nią 

porozmawiać.   Księżniczka   popatrzyła   na   niego   przez   chwilę,   a potem   odwróciła   się 
i uciekła. Pobiegł w dół.

Kiedy   wrócił   do   pałacu,   Vond   już   tam   był,   wisząc   w powietrzu   sali   audiencji, 

a wielkie czerwone drzwi były szeroko otwarte.

Sterren zatrzymał się przy wejściu, niepewny, czy odezwać się do czarnoksiężnika, 

czy raczej niezauważenie przemknąć na górę.

Vond rozwiązał ten problem, wołając:
– Ach, jesteś, Sterrenie!

Wszedł do komnaty, starając się zachowywać swobodnie. 
– I jak poszło? – zapytał.
– Całkiem dobrze – zapewnił z uśmiechem Vond. – Piasek nie chciał się trzymać, 

oczywiście, więc podciągnąłem warstwę skały macierzystej. Ma jakieś pięćdziesiąt stóp 
grubości i jest wysoka na pięćdziesiąt jardów, a tylko bogowie wiedzą, jaka jest długa – 
przeciągnął się i dodał: – Czułem się cudownie, używając takiej mocy!

Sterren odpowiedział uśmiechem, mając nadzieję, że czarnoksiężnik nie zauważy, 

jak bardzo fałszywym.

– Widziałem wszystko z wieży. Vond kiwnął głową.

background image

– Z tej odległości nie wygląda imponująco.
– To prawda, ale można to dostrzec. A kiedy ludzie uświadomią sobie, co to jest, 

pomyśl, jak im to zaimponuje. Ich cesarz podwinął w górę samą krawędź świata! Od 
wyglądu ważniejszy jest tu pomysł.

Vond skinął głową.
–   Ale   następnym   razem   spróbuję   czegoś   bardziej   widowiskowego,   co   wszyscy 

zobaczą. Zastanów się nad tym, Sterrenie. Podobają mi się twoje pomysł. – przerwał 
i zmarszczył   brwi.   –   Ale   teraz   chyba   się   zdrzemnę.   Nie   spałem   zeszłej   nocy,   bo 
pracowałem, a teraz w głowie mi brzęczy, jakby same mury do mnie mówiły – machnął 
ręką dookoła.

Sterren pochylił głowę i w milczeniu patrzył, jak czarnoksiężnik odpływa do swych 

prywatnych apartamentów.

Vond wciąż jeszcze nie pojmował, co się dzieje, uznał Sterren. Zastanawiał się, jak 

długo to potrwa, zanim w końcu się zorientuje.

Wyszedł   bez   celu   z sali   audiencji   na   korytarz.   Tam   jego   wzrok   przyciągnęły 

palisandrowe drzwi sali rady. Podszedł do nich, zawahał się, potem otworzył i zajrzał do 
środka.

Komnata była pusta. Wszelkie ślady nagłego zgonu Ildirina zostały usunięte.
Ciekawe, w jaki sposób wiadomość o śmierci Ildirina dotarła do reszty służby. Kto 

im powiedział i co właściwie? Ilu postanowiło odejść?

Zamknął drzwi i myślał przez chwilę.
Pogoda   była   piękna,   jak   zawsze   w imperium,   ale   to   mogło   długo   nie   potrwać. 

Postanowił nacieszyć się nią, póki można. Na dziedzińcu był wspaniały kwiatowy ogród.

Siedział   tam   na   żelaznej   ławce,   czując   na   twarzy   ciepło   słońca,   a zapach   róż 

wypełniał mu nozdrza, gdy nagle usłyszał krzyk Vonda.

Krzyk   dobiegał   nie   tylko   z gardła   czarnoksiężnika,   ale   z powietrza   wokół, 

z pałacowych murów, z samej ziemi. Wszystko wibrowało w jednym krzyku. Kamienie 
zgrzytnęły tak głęboko, że dźwięk był  bardziej  wyczuwalny niż słyszalny.  Powietrze 
piszczało, a nawet liście w ogrodzie zaszeleściły przenikliwie.

W tym krzyku nie było słów; był to głos bezdennej grozy.
Echa   wciąż   jeszcze   cichły,   powietrze   nadal   brzęczało,   gdy   okno   sypialni   Vonda 

eksplodowało na zewnątrz, na wszystkie strony sypiąc odłamkami szkła. Sterren pochylił 
się i zasłaniając głowę rękami czekał, dopóki nie opadły.

Gdy   ostatni   odłamek   brzęknął   o ziemię,   spojrzał   w górę   i zobaczył   Vonda 

zawieszonego w powietrzu nad sobą. Czarnoksiężnik miał na sobie tylko białą tunikę, 

background image

a jego twarz była równie biała. Wytrzeszczał szeroko otwarte oczy, a dłonie mu drżały.

– Sterren! – zawołał. – Sterren!
– Tu jestem – odparł spokojnie.
Vond usłyszał go i spojrzał w dół. Runął z nieba i wylądował twardo na żwirowej 

ścieżce.   Upadł   na   kolana   i podparł   się   ręką,   by  nie   uderzyć   twarzą   o ziemię.   Uniósł 
głowę.

– Koszmary, Sterrenie! Wróciły! Sterren pokiwał głową.
– Tak myślałem – rzekł.
Twarz   Vonda   zmieniła   się   nagle.   Spokój   Sterrena   przebił   się   przez   strach 

czarnoksiężnika, uwolnił gniew i niepewność.

– Tak myślałeś? – zapytał.
Sterren zamrugał, ale milczał.
Vond podniósł się, używając raczej czarnoksięstwa niż mięśni.
– Właściwie co myślałeś? Miałem koszmar; skąd możesz coś o tym wiedzieć?

Sterren wahał się, próbując ułożyć w głowie odpowiedź, a Vond mówił dalej:
– To był zwykły koszmar! To nie było... nie było to. Nie mogło być. Zwyczajny zły 

sen... Umysł płata mi figle.

– Nie – Sterren pokręcił głową. Dziwił się, że nawet teraz Vond nie jest w stanie 

pogodzić się z tym, co nastąpiło.

– To był całkiem zwykły koszmar – upierał się czarnoksiężnik. – Musiał być! To coś 

w Aldagmorze jest przecież poza zasięgiem. Musi być poza zasięgiem! Nie korzystałem 
z niego! Czerpałem moc z Lumethu!

– Nie – powtórzył Sterren. Zdawał sobie sprawę z przerażającego faktu, że Vond jest 

na   granicy   całkowitej   paniki,   że   może   zaatakować   szaleńczo   i w każdej   chwili   go 
zgładzić. – Nie, to prawie na pewno pochodzi z Aldagmoru.

– Nie może.
–   Oczywiście,   że   może!   –   rzucił   Sterren   zirytowany,   że   Vond   uparcie   nie   chce 

zrozumieć.

– Ale w jaki sposób? Jestem tu poza zasięgiem!
Sterren znów pokręcił głową.
– Nigdzie nie jesteś tak naprawdę poza zasięgiem, wiesz o tym dobrze. Kiedy tu 

przybyłeś, a jeszcze nie nauczyłeś się korzystać ze Źródła w Lumeth, wciąż czerpałeś 
z Aldagmoru.   Niewiele,   ale   trochę.   Nie   pamiętasz?   Nie   mogłeś   latać,   ale   mogłeś 
zatrzymać komuś serce.

– Przecież to uczniowska robota! Uczniowie nie przeżywają koszmarów!

background image

– Nie jesteś już uczniem. Nie widzisz tego? Czerpałeś z Lumethu tyle mocy, że stałeś 

się niezwykle potężny, tak wyczulony na czarnoksięstwo, że Źródło Aldagmoru mogło 
cię tu dosięgnąć. Przecież to twoje wyczulenie na Aldagmor pozwoliło ci dostroić się do 
Lumethu. Są tym samym; jeśli wyczuwasz jedno, to wyczuwasz oba. Źródło z Lumethu 
jest   bliżej,   więc   czerpiesz   z niego   o wiele   więcej   mocy,   ale   wciąż   słyszysz   Źródło 
Aldagmoru.

– Przecież nie słyszę!
– Owszem, słyszysz. Sam mi powiedziałeś. Nie mogłeś wkroczyć do Lumethu pod 

Wieżami, przez parę dni narzekałeś na szepty i brzęczenia w głowie. Nie zrozumiałeś 
wtedy, czym są?

-
Vond znieruchomiał, zaszokowany.
– Nie – powiedział w końcu. – Nie zrozumiałem. Ale one... Masz rację, słyszałem 

Aldagmor. Nie słuchałem, bo miałem Lumeth, ale słyszałem. Po co słuchać szeptów, 
kiedy można użyć krzyku?

Znów spojrzał na Sterrena.
– Wiedziałeś o tym! – rzekł oskarżycielskim głosem. – Wiedziałeś, że to nastąpi.
Sterren nie ośmielił się odpowiedzieć.
–   Dlaczego   mnie   nie   ostrzegłeś?   Ja...   –   nagle   uświadomił   sobie.   –   Na   bogów, 

zachęcałeś mnie nawet! – krzyknął. – Ty... To był twój pomysł, żeby zagiąć krawędź 
świata! – wściekłość błysnęła w jego oczach.

Sterren spodziewał się, że zginie lada chwila. Nie zginął jednak.
– Czemu mnie nie ostrzegłeś? – wrzasnął Vond.
– Miałem zamiar – odparł szczerze Sterren. – Naprawdę miałem. Ale potem zabiłeś 

Ildirina   i nawet   tego   nie   zauważyłeś.   A ja...   Pomyślałem,   że   robisz   się   zbyt 
niebezpieczny. Poza tym... – nabrał tchu i podjął: – Czy byś mi uwierzył?

Twarz   Vonda,   choć   wciąż   blada,   była   jednak   spokojna.   Uczciwie   rozważył   to 

pytanie. Usiadł na ławce obok Sterrena.

– Nie – przyznał w końcu. – Nie uwierzyłbym.
– W dodatku – rzekł Sterren – nie miałem pojęcia, ile ci jeszcze zostało, ile mocy 

musisz użyć, zanim to nastąpi.

Vond kiwnął głową.
–   Żaden   inny   czarnoksiężnik   nie   zbliżył   się   nawet   do   potęgi,   jaką   miałem   – 

westchnął z żalem.

Sterren zauważył, że użył czasu przeszłego. Pogodził się już z sytuacją.
– Czyli – stwierdził – wróciłem do punktu, w którym byłem, kiedy znalazłeś mnie na 

background image

Rynku Portowym  w Ethsharze. Przeżyłem wtedy mój pierwszy koszmar, przeszedłem 
granicę.   Teraz   muszę   albo   jeszcze   bardziej   oddalić   się   od  Aldagmoru,   albo   przestać 
używać magii i żyć z koszmarami. Inaczej usłyszę Przyzwanie i zrobię to, do czego ono 
mnie zmusi.

Sterren pokiwał głową.

– Ale bardziej nie mogę się oddalić, prawda?
– Nie jesteśmy jeszcze na krawędzi świata – zauważył Sterren. – Nie całkiem.
–   Ale   stąd   do   krawędzi   nie   ma   nic   prócz   piasku,   trawy   i pustyni.   Nie   warto 

próbować.   Nie   zbudowałbym   nawet   czegoś,   w czym   mógłbym   mieszkać.   Musiałbym 
użyć zbyt wielkiej mocy.

– Mógłbyś użyć własnych rąk – zasugerował Sterren. Vond parsknął pogardliwie.
– Nie wiem, jak.

– Możesz zostać tutaj, żyć jak dotąd i odejść w blasku chwały. W końcu Przyzwanie 

nie jest śmiercią, prawda? Może nie będzie tak źle.

– Nie – odparł stanowczo Vond. – Cokolwiek posyła  takie koszmary...  Nie. Raz 

udało mi się uciec i teraz zrobię to tym bardziej. – Zadrżał cały i oświadczył  z nagłą 
stanowczością:   –   Zrezygnuję   z magii.   Nie   jest   mi   teraz   potrzebna.   Jestem   cesarzem, 
mogę żyć jak chcę nawet bez niej!

Sterren pokiwał głową.
– Oczywiście – zgodził się.
Wiedział jednak, że to się Vondowi nie uda. Korzystał z czarnoksięstwa na ogromną 

skalę przez długie miesiące, używał go przez lata dla zaspokojenia kaprysów... Czy teraz 
naprawdę potrafi zrezygnować?

Sterren nie wierzył w to ani przez moment.

background image

ROZDZIAŁ 38

Vond wszedł do sali audiencji, wspiął się na podwyższenie i niezręcznie usiadł na 

pożyczonym tronie. Spojrzał z góry na Sterrena.

– Jak wyglądam? – zapytał.
– Świetnie – pocieszył go Sterren.
– Nie jest zbyt wygodny – stwierdził czarnoksiężnik i obejrzał tron. – I nie pasuje do 

tej sali.

– Phenvel jest większy od ciebie i bardziej się rozpierał – zauważył Sterren. – Co do 

wyglądu, to może później udrapujemy go jakoś.

Vond kiwnął głową.
– Co mówiła służba, kiedy kazałeś go przynieść?
–   Posłałem   po   niego   kilku   niewolników,   których   kupiłeś   w Akalli,   a oni   nic   nie 

mówią. Nie są od tego, żeby kwestionować polecenia.

Czarnoksiężnik znów pokiwał głową.
– To dobrze – rzekł z roztargnieniem.
Zapadła   chwila   niezręcznego   milczenia,   kiedy   to   Vond   próbował   znaleźć 

wygodniejszą pozycję, a Sterren po prostu stał i czekał.

Wreszcie Vond zapytał:
– Jak sądzisz, co pomyśleli w zamku? Czy ktoś protestował?
Sterren pokręcił głową.
–   Posłałem   z nimi   sześciu   moich   strażników.   Nikt   się   nie   sprzeciwiał.   Może 

zastanawiają   się   nad   tym,   ale   nic   nie   wiedzą.   Pamiętaj,   jesteś   czarnoksiężnikiem 
i cesarzem;   jesteś   wszechmocny.   Z wyjątkiem   nas   dwóch   nikt   nie   wie,   że   coś   się 
zmieniło.

Vond uśmiechnął się z goryczą.
– Wiedzą. Połowa Semmy musiała słyszeć moje krzyki.
– Nic nie wiedzą – upierał się Sterren. – Nie wiedzą, dlaczego krzyczałeś. Nie mają 

pojęcia o czarnoksięstwie. Nikt w całym imperium nie zna się na czarnoksięstwie prócz 
ciebie, mnie, może jeszcze paru kupców i emigrantów z północy.

– Domyśla się, kiedy zobaczą, jak siedzę na tym czymś.
– Na pewno nie.
Vond pokręcił głową, ale przestał się spierać.
–   Czy   mam   teraz   otworzyć   drzwi?   –   spytał   Sterren.   Czarnoksiężnik   niechętnie 

machnął ręką.

background image

– Otwórz – zezwolił.
Sterren   przeszedł   wzdłuż   całej   sali   do   wielkich   czerwonych   drzwi   i stuknął   raz 

w lakierowane drewno.

Skrzydła drzwi otworzyły się, każde popychane przez dwóch pałacowych służących 

–   kolejne   przypomnienie   nieszczęśliwej   sytuacji   Vonda,   ponieważ   dotąd   drzwiami 
zawsze poruszała magia.

W korytarzu  za drzwiami  czekało  kilkunastu  petentów.  Byli  to  ci, którzy zostali 

przysłani   przez   Radę   Imperialną,   służba   i urzędnicy.   Ich   sprawy   przekraczały 
kompetencje rady, mieli więc istotnie powody, by zobaczyć samego Wielkiego Vonda.

Żaden woźny, odźwierny ani sługa nie pilnował porządku prezentacji. Vond zawsze 

sam się tym zajmował, wzywając poddanych swym magicznie wzmocnionym głosem. 
Sterren   spojrzał   na   niespokojną   grupkę   i pomyślał,   że   teraz   wiele   rzeczy   musi   się 
zmienić, by imperium dalej mogło gładko funkcjonować.

– No dobrze – rzekł. – Ile mamy tu grup? Rozdzielcie się i rozsuńcie, żebym widział, 

jak to wygląda.

Petenci   kręcili   się   niespokojnie.   Najwyraźniej   kilku   z nich   nie   zrozumiało 

ethsharyjskiego polecenia.

Powtórzył  swoje instrukcje w semmacie  i poczekał,  aż cała grupa podzieli  się na 

mniejsze.

Jak   się   okazało,   było   ich   pięć:   czteroosobowa,   trzyosobowa,   dwie   pary   i jeden 

człowiek.

– Kto mówi po ethsharyjsku? – spytał.

W każdej grupie podniosła się jedna ręka; niestety, samotny człowiek spojrzał tylko 

tępo. Sterren spytał go w semmacie:

– Znasz semmat?
– Tak, panie. – pokiwał głową.
To musi wystarczyć, uznał Sterren. Postanowił wprowadzać grupy od największej – 

tak było sprawiedliwie, bo najmniej ludzi musiało czekać.

– No dobrze – rzekł. – Najpierw wy czterej.
Mówiący po ethsharyjsku rzecznik całej czwórki wprowadził swoją grupę do sali po 

miękkim czerwonym dywanie. Drzwi zamknęły się za nimi, gdy stanęli przed tronem. 
Sterren obserwował uważnie, czy zauważyli coś niezwykłego.

Chyba   nie.  Najwyraźniej  albo   nikt  im  nie  mówił,  że  Wielki  Vond nie  ma  tronu 

i zawsze rozstrzyga sprawy unosząc się w powietrzu, albo uznali te historie za bajki.

Padli na kolana przed cesarzem i skłonili się głęboko.

background image

– Wstańcie – rzekł Vond.
Jego naturalny głos wydał  się Sterrenowi straszliwie  słaby – cichy szept, niemal 

ginący w wielkiej kamiennej sali. Jednak petenci chyba nie zauważyli niczego dziwnego. 
Wstali. Ich przedstawiciel niepewnie zrobił krok naprzód i czekał.

– Mów – rzucił Vond.
–   Wasza   Cesarska   Wysokość   –   zaczął   mężczyzna.   –   Przybyliśmy   tu   jako 

przedstawiciele wielu, wielu twoich poddanych, którzy hodują brzoskwinie. W tym roku, 
dzięki pięknej pogodzie, jaką nam zesłałeś, mamy bardzo udane i obfite zbiory. Lecz 
wszystkie owoce dojrzewają naraz, tak szybko, że nie nadążamy ich zbierać. My... – 
zawahał  się i zerknął  na Sterrena, który zachęcająco  kiwnął głową. Mężczyzn  podjął 
znowu:   –  Widzieliśmy,   jak  nocą   rozświetlasz   niebo.  Czy  mógłbyś   zrobić   to  znowu? 
Gdybyś rozjaśnił niebo nad naszymi drzewami, moglibyśmy zbierać brzoskwinie nocą, 
nie tylko za dnia. Nie dojrzewałyby wtedy i nie gniły na gałęziach, zanim je zbierzemy. 
Ja... rozumiem, że masz inne troski, ale...

– Nie – odparł krótko Vond, przerywając wypowiedź. Mówca zamrugał.
– Nie? – spytał. – Ale Wasza Wysokość...
-
– Nie, powiedziałem!
– Czy mogę spytać, czemu?
– Nie! – wrzasnął Vond, podrywając się z tronu, i to nie dzięki magii, ale zwyczajnie 

stając na nogach. Głos odbił się echem od ścian.

Podmuch   poruszył   szatą   czarnoksiężnika   –   w zamkniętej   komnacie,   gdzie   żaden 

naturalny wiatr nie mógł wiać. Vond poczuł to i ze zgrozą spojrzał na poruszający się 
rękaw swojej szaty.

Zwrócił się do Sterrena:
– Wyrzuć ich stąd – polecił.
Odwrócił się i wybiegł z komnaty.
Petenci patrzyli na niego zdumieni. Sterren wystąpił przed nich.
–   Wielki   Vond   jest   chory   –   powiedział.   –   Miał   nadzieję,   że   mimo   tego   zdoła 

wysłuchać waszych próśb, ale, jak się zdaje, bogowie postanowili inaczej – zawahał się 
przez moment. – Obawiam się, że właśnie dlatego odmówił waszej prośbie. Póki trwa 
choroba, jego moc jest nieco ograniczona. Rozjaśnienie nieba, o które prosiliście, byłoby 
zbyt wielkim obciążeniem dla jego zdrowia.

Poddani patrzyli na niego niepewnie, a na twarzy ich rzecznika dostrzegł lęk. Sterren 

rozumiał go dobrze: w końcu gdy król chorobą złożony, los królestwa zagrożony. Stare 

background image

przysłowie było szczególnie prawdziwe w przypadku cesarza – młodego władcy wciąż 
młodego i nieco chwiejnego imperium.

A co najgorsze, Vond był cesarzem bez następcy.
– Nie martwcie się – pocieszył ich Sterren. – To nie jest aż tak poważne.
Miał nadzieję, że kłamstwo nie jest zbyt widoczne.
– Co mamy robić? – spytał rzecznik.
–   Wracajcie   do   domów,   zbierajcie   brzoskwinie   jak   najszybciej   potraficie   i nie 

przejmujcie się niepotrzebnie. Jeśli znacie jakieś imiona bogów, możecie modlić się za 
cesarza. Jestem pewien, że uroki uzdrawiające nie zaszkodzą.

Wziął rzecznika pod ramię i podprowadził grupę pod drzwi. Raz jeszcze stuknięcie 

otworzyło je i Sterren wyprowadził ich na korytarz. Tam podniósł głos.

–   Wielki   Vond   jest   chory   –   krzyknął   –   i wszystkie   dzisiejsze   audiencje   zostają 

odwołane. – powtórzył  to samo w semmacie.  – Jeśli chcecie,  możecie  zatrzymać  się 
w pobliżu i przedstawić wasze prośby, gdy Wielki Vond odzyska zdrowie. Możecie też 
złożyć je na piśmie dowolnemu ze strażników czy sług, zaznaczając, by przekazano je 
kanclerzowi Sterrenowi, który dopilnuje, by Wielki Vond je odczytał, gdy tylko zdrowie 
mu pozwoli. Jeśli nie umiecie pisać, w wiosce znajdziecie skrybę do wynajęcia.

Ludzie kręcili się i mruczeli coś niezadowoleni.
– To wszystko – oznajmił stanowczo Sterren.
Odwrócił   się   i zwolnił   czterech   służących   przy   drzwiach.   Potem   ruszył   w stronę 

schodów. Szedł wolno i z godnością, póki nie uznał, że zniknął z oczu petentów. Potem 
przyspieszył i pobiegł prosto do sypialni Vonda.

Jak   się   tego   spodziewał,   znalazł   tam   Vonda   siedzącego   na   krześle,   wpatrzonego 

w otoczoną kawałkami szkła i ołowiu dziurę, która kiedyś była oknem wychodzącym na 
dziedziniec.

– Nie mogę nawet naprawić okna – oświadczył bez wstępów.
– Dopilnuję, żeby natychmiast zajęła się tym służba – uspokoił go Sterren.
– Sterrenie – jęknął Vond – nie potrafię naprawić nawet przeklętego okna! Niczego 

nie   mogę   zrobić!   Nie   mogę   sobie   pozwolić   na   utratę   panowania.   Starałem   się   jak 
mogłem, by tam na dole zablokować magię, ale słyszałeś mój głos, czułeś wiatr. Jak 
mogę żyć bez magii?

– Nie poczułem żadnego wiatru – zapewnił szczerze Sterren.
– Widziałem, jak porusza się twoja szata, więc wiem, co się stało, ale ten podmuch 

do mnie nie dotarł. Miałeś magię prawie pod kontrolą. To wymaga praktyki, nic więcej. 
Większość ludzi żyje bez magii aż do śmierci. Pytasz, jak możesz żyć bez niej; spytaj, jak 

background image

długo możesz żyć z nią.

Vond odwrócił się i spojrzał na niego gniewnie.
– Ty mi to zrobiłeś – rzekł z goryczą.
– Sam sobie to zrobiłeś – odparł Sterren. – Zresztą ktokolwiek jest winien, rzecz już 

się stała, prawda?

– O, bogowie! – wybuchnął Vond. Wstał i rzucił się na łóżko.
– A koszmary już się zaczęły!

–   Jak   dotąd   miałeś   tylko   jeden   –   przypomniał   mu   Sterren.   –   I to   po   tym,   jak 

dokonałeś   największego   magicznego   wyczynu,   na   jaki   nie   ważył   się   jeszcze   żaden 
czarnoksiężnik. Może jeśli zrezygnujesz z magii, koszmary nie wrócą.

– Och, wynoś się stąd! – krzyknął Vond. Sterren cofnął się do drzwi.
– Przyślę służbę, żeby naprawili okno – powiedział wychodząc.
-

background image

ROZDZIAŁ 39

Koszmary nie powróciły tej nocy ani następnej, więc Vond nabrał optymizmu. Nie 

ruszał się ze swego apartamentu, ale zaczął już mówić o wyjściu i podjęciu swojej roli 
cesarza, gdy tylko przyzwyczai się do życia bez magii.

Nawet deszcz drugiego dnia nie zmartwił go zbytnio. Jeśli już, to raczej pocieszył – 

jako wyraźny znak, że nie panuje już nad pogodą.

Trzeciej   nocy   jego   krzyki   zbudziły   cały   pałac.   Sterren   zbiegł   po   schodach, 

przeskakując po trzy stopnie naraz, i pognał do sypialni Vonda.

Na miejscu zastał już dwóch strażników i kamerdynera. Patrzyli zaszokowani, jak 

Vond, zawieszony o stopę nad podłogą, wali pięściami w północną ścianę komnaty.

– Wasza Wysokość – krzyknął Sterren. – Pamiętaj, żeby używać nóg!
Vond popatrzył na niego nieprzytomnie, a potem nagle jakby ocknął się z otępienia. 

Spojrzał w dół, opadł na podłogę i osunął się na kolana. Drżał cały.

Sterren podszedł do niego i objął go ramieniem.
– Ty – rzucił do strażnika – przynieś trochę brandy. A ty sprowadź zielarza.
Wybiegli obaj.
– Czy mogę coś... – zaczął kamerdyner.
– Znajdź teurga, Agora – polecił Sterren.
Kamerdyner zniknął, zostawiając go samego z przerażonym czarnoksiężnikiem.

Spojrzał   na  ścianę.   Niewielka   plama   czerwieni  wskazywała   miejsce,  gdzie   Vond 

otarł sobie dłoń o szorstką krawędź kamienia.

– Dlaczego uderzałeś w ścianę? – zapytał.
– Nie wiem – odparł Vond. – A uderzałem? – Podniósł głowę, zobaczył plamę krwi, 

po czym zerknął zdziwiony na zranioną rękę.

– Czy to koszmary? – spytał Sterren.
– Oczywiście, że tak, idioto! – warknął czarnoksiężnik. Raz jeszcze zerknął na krew. 

– Latałem? – zapytał.

– Tak.
– A więc używałem magii. Mimo że jestem ostrożny koszmary mogą mnie zmusić do 

użycia magii. To nieuczciwe!

– Tak – zgodził się Sterren. – Nieuczciwe.
Wrócił strażnik z brandy. Sterren pomógł Vondowi utrzymać kielich.
Czarnoksiężnik uspokoił się trochę i zapytał:
– Mówiłem coś?

background image

– Nie – odparł Sterren. – Nie przypuszczam. Strażnik odchrząknął. Sterren spojrzał 

na niego.

– Coś się tu działo, zanim przyszedłem? – spytał.
– Płakał, panie – odpowiedział żołnierz. – I mówił, że musi dokądś wyruszyć. Nic 

z tego nie zrozumiałem.

Po chwili zjawił się zielarz.
Pół   godziny   później   Vond   był   już   w łóżku,   odczuwając   skutki   działania 

przyrządzonego   przez   zielarza   napoju   nasennego.   Niewielka   grupka   zatroskanych 
dworzan rozchodziła się, opuszczając cesarską sypialnię.

Sterren także wrócił do własnego pokoju.
Ten wypadek wstrząsnął nim głęboko. Łatwo było stwierdzić, że Vond musi odejść, 

ale patrzeć, jak z wolna niszczy go Przyzwanie, wcale nie było takie łatwe.

Sterren nie był pewien, czy zdoła to znieść.
Może, pomyślał, pora już wracać do domu, do Ethsharu. Vond nie zdoła go ścigać. 

Dawna semmańska arystokracja rozbiegła się po świecie i nie dysponuje żadną władzą, 
z wyjątkiem   Kaliry   i Algarvena,   ale   oni   nie   będą   mieli   szczególnych   powodów,   by 
pragnąć jego powrotu.

Nie,   powiedział   sobie;   to  by  było   tchórzostwo.   Nie  był   zbyt   odważny,   ale   takie 

postępowanie to gorzej niż zwykłe tchórzostwo. On sam doprowadził do tej sytuacji; 
ucieczka   teraz   i zostawienie   całego   bałaganu   innym   do   uprzątnięcia,   byłoby   godne 
pogardy. Byłoby zdradą.

Byłoby oszustwem, a on był uczciwym hazardzistą. Nie oszukiwał i spłacał swoje 

długi.

Zostanie i będzie obserwował to, co sam stworzył.
Dwie noce później zachwiał się w tej decyzji, kiedy kolejny koszmar pchnął Vonda 

w niebo jak kometę. Czarnoksiężnik obudził się i spadł na ziemię o milę na północ od 
pałacu. Sterren i kilkunastu strażników wymaszerowali, aby sprowadzić go z powrotem.

background image

ROZDZIAŁ 40

Dwudziestego   czwartego  dnia  miesiąca  liściastego  5221  roku Sterren  obudził   się 

nagle i zobaczył, że światło słońca wlewa się przez okno do jego sypialni. Od dwóch 
tygodni nie udało mu się przespać spokojnie całej nocy tak, by nie budziły go koszmary 
Vonda.

Usiadł i zauważył, że nie jest sam w pokoju – a zatem ktoś go obudził. Zamrugał 

i rozpoznał w mężczyźnie cesarskiego kamerdynera.

– Co się stało? – zapytał.
– On zniknął...
Sterren nie  marnował  czasu na dalsze  pytania.  Wstał  i biegiem  podążył  za sługą 

przez pałacowe korytarze do komnaty czarnoksiężnika.

Łoże było puste, a pościel prawie nie ruszana. Kołdra leżała odrzucona na bok, jakby 

Vond wstał na chwilę, może by użyć nocnika, i jeszcze nie wrócił.

Często naprawiane okno na dziedziniec było otwarte.
Vond zniknął.
Wszystko się skończyło. Cokolwiek czaiło się w górach Aldagmoru, ściągnęło do 

siebie kolejnego czarnoksiężnika.

Sterren miał niemal ochotę roześmiać się z ulgą, gdy nagle zdał sobie sprawę, że 

szlocha.

– Która godzina? – spytał kamerdynera, gdy już zdołał się opanować.
– Nie wiem, panie. Obudziłem się mniej więcej godzinę po wschodzie słońca, potem 

zajrzałem tutaj i od razu poszedłem cię obudzić.

-
Sterren kiwnął głową.
– To dobrze – zgodził się. – Znajdź tego, kto zajmuje się takimi sprawami, i powiedz, 

że za godzinę Rada Imperialna ma się zebrać w swojej sali. Muszę z nimi porozmawiać.

Kamerdyner zawahał się.
– A co zrobić tutaj?
– Nic – odparł Sterren. – Zostaw wszystko tak jak jest. Wielki Vond może powrócić.
Sterren zadrżał na myśl, że mogłaby to być prawda. Nikt nie wiedział, co się dzieje 

z czarnoksiężnikami, którzy posłuchali Przyzwania. Żaden z nich nigdy nie wrócił.

Jednak Vond był potężniejszy niż wszyscy żyjący dotąd czarnoksiężnicy, a istnieli 

oni i znikali dopiero od dwudziestu lat. Być może jemu się uda.

Ale szczerze mówiąc, Sterren bardzo w to wątpił.
Wrócił   do   pokoju,   posłał   kogoś   po   śniadanie   i zjadł   je   w kąpieli.   Już   czysty, 

background image

nasycony   i suchy,   założył   na   siebie   najlepszą   tunikę   i spodnie,   uczesał   włosy, 
wyszczotkował od niedawna rosnący wąs, a patrząc w lustro uznał, że jest już prawie 
gotów, by zapuszczać brodę.

Kiedy był już zadowolony ze swego wyglądu, ruszył do komnaty rady.
Siedmiu radców czekało już na niego. Lady Kalira, spodziewając się jego przybycia, 

usiadła u stóp stołu, zostawiając mu wolne miejsce u szczytu. Przeszedł tam i usiadł.

– Wielki Vond – oznajmił – przeniósł się na wyższą płaszczyznę istnienia.
– Chcesz powiedzieć, że nie żyje? – zapytał książę Ferral.
– Nie – odparł Sterren. – A przynajmniej nie wydaje mi się.
– Powinieneś to wytłumaczyć – zauważył Algarven.
Sterren uczynił to, nie przejmując się specjalnie prawdą.
–   Czarnoksiężnicy   –   wyjaśnił   –   nie   umierają   tak   jak   zwykli   ludzie.   Znikają, 

przekształceni   w czystą   magię.   Koszmary   i inne   schorzenia,   na   jakie   Wielki   Vond 
ostatnio cierpiał, były skutkiem tego, że jego śmiertelne ciało nie chciało dopuścić do tej 
przemiany.

– Więc go nie ma, tak? – upewnił się książę Ferral.
-
– Odszedł – przyznał Sterren. – Nie wiemy, czy na stałe. Czarnoksięstwo zostało 

odkryte   ledwie   dwadzieścia   lat   temu,   a Wielki   Vond   był   najpotężniejszym 
czarnoksiężnikiem,   jakiego   widział   świat.   Naprawdę   nie   wiemy,   czy   może   jeszcze 
wrócić, czy nie.

Radcy   przyglądali   się   Sterrenowi   z uwagą,   a on   starał   się   osądzić,   ilu   z nich 

uwierzyło.   Trudno   powiedzieć,   w końcu   wszyscy   byli   doświadczonymi   politykami. 
Bardzo skutecznie potrafili ukrywać swoje opinie.

Wreszcie lady Kalira zadała naprawdę ważne pytanie – odpowiedzi na nie Sterren 

chciał właśnie poświęcić dzisiejszą naradę.

– Co teraz?
– Nie wiem – przyznał.
– Ale co myślisz? – dopytywał się Algarven.
–   Nie   jestem   pewien.   Moglibyśmy   pracować   tak   jak   dotąd.   W końcu   nikt   poza 

ludźmi w pałacu już od dwóch miesięcy nie widział Vonda. Nikt nie musi wiedzieć, że 
coś się zmieniło.

– Nie jestem tego pewien – stwierdził Algarven. – Nie sądzę, żebyśmy zdołali długo 

utrzymać tę tajemnicę. Służba będzie wiedzieć i wygada.

Radcy pokiwali głowami.
–   Możemy   przyjąć   stanowisko   lorda   Sterrena   –   zaproponowała   lady   Kalira   – 

background image

i ogłosić, że odszedł, ale wróci.

– Ale czy chcemy kontynuować to, co było dotąd? – spytała lady Arris z Ksinallionu. 

– Możemy przywrócić sytuację, jaka była kiedyś, prawda?

– Możemy? – zapytał podejrzliwie Algarven. – A co poczniemy z pałacem?
Wszyscy zaczęli mówić naraz.
– Dlaczego mielibyśmy powrócić do tych głupich granicznych wojen?
– Czemu rozrywać najsilniejsze państwo wśród Małych Królestw?
– A jeśli chłopi nie zechcą wrócić do dawnej sytuacji?
– Co z drogami, które zbudował?
– Mogą nas ściąć za zdradę!.
– Jak podzielimy skarbiec imperium?
-
Lady Kalira rozstrzygnęła sprawę, pytając:
– Czy naprawdę chcecie, żeby na tron wrócił ktoś taki jak król Phenvel?
To zamknęło dyskusję. Imperium Vonda miało trwać nadal.
– A co z nowym cesarzem? – zapytał książę Ferral.
– Kto? – odpowiedział pytaniem Algarven.
–   Jeżeli   wybierzemy   któregoś   z byłych   królów,   doprowadzimy   do   rebelii 

w pozostałych prowincjach – zauważyła lady Kalira.

– A może lord Sterren? – zaproponowała lady Arris.
Sterren miał wrażenie, że wyczuwa ogólne poparcie dla tego pomysłu, więc szybko 

go odrzucił. Przemyślał to sobie już wcześniej, kiedy Vond nakazał mu administrowanie 
imperium.

– Nie – odparł. – Nie jestem zainteresowany. Nie chciałem być wodzem Semmy, nie 

chciałem być kanclerzem Vonda, i z całą pewnością nie chcę być waszym cesarzem!

Lady Kalira otworzyła usta, ale nie dopuścił jej do głosu.
– Nie potrzebujecie cesarza – mówił dalej. – Hegemonia nie ma cesarza, Sardiron też 

nie ma, i jakoś sobie radzą.

– A kogo mają? – zdziwił się książę Ferral.
– Hegemonia ma triumwirat, trzech suwerenów, którzy tworzą coś w rodzaju rady. 

Sardiron ma radę baronów. My też mamy tu radę; niepotrzebny nam władca.

–   Sugerujesz   więc,   że   Rada   Imperialna   będzie   najwyższą   władzą?   –   zapytał 

Algarven.

Sterren pokiwał głową.
– Otóż to.
– A co z naszym kanclerzem? – chciała wiedzieć lady Kalira. – Co ty zrobisz?

background image

–  Odejdę,  jeśli   mi   pozwolicie.   Chciałbym   osiedlić   się   gdzieś   w spokoju,   znaleźć 

uczciwą   pracę...  Oczywiście  nie  będę  protestował,   jeśli  przegłosujecie  przyznanie  mi 
jakiejś pensji, może nawet wyznaczycie jakieś stanowisko.

Lady Kalira wstała i spojrzała na pozostałych radców.
– Myślę, że musimy omówić to między sobą.
Sterren skłonił się.
– Jak sobie życzysz, pani. Gdybym był potrzebny, będę prawdopodobnie w Zamku 

Semma.

Odpowiedziała mu ukłonem i Sterren wyszedł.
Schodząc spacerowym krokiem ze wzgórza wzdłuż jednej z pięknych brukowanych 

dróg Vonda, pogwizdywał cicho pod nosem.

Wszystko   się   skończyło.   Pozbył   się   odpowiedzialności.   Posprzątał   bałagan,   do 

jakiego doprowadził.

Zwyciężył w semmańskiej wojnie, ale wskutek tego zwycięstwa uwolnił moc Vonda 

i zniszczył samą Semmę. Teraz już nie ma Vonda, ale zachowa jego dobre dzieła, jego 
imperium. Nie może już być wodzem Semmy, ponieważ Semma zniknęła, i nie jest już 
kanclerzem Vonda.

Był wolny. Mógł wrócić do Ethsharu, jeśli miałby ochotę, albo zostać tutaj.
Przechodził   przez   rynek   przed   zamkową   bramą,   gdy   jakiś   żołnierz   dostrzegł   go 

i pomachał.

Odpowiedział mu tym samym.
– Lordzie Sterren – zawołał w semmacie. – Może zagramy w trzy kostki?
Sterren spojrzał na niego, myśląc o dotyku kości. Miał wrażenie, że na samą myśl 

o tym słyszy w głębi umysłu delikatne, bezgłośne brzęczenie, a może nawet szept.

Zadrżał.
– Nie, dzięki – zawołał i odwrócił się w stronę zamku.
Zauważył na blankach księżniczkę Shirrin. Patrzyła na niego.
Pomachał.
Uśmiechnęła się i też pomachała.
Zaskoczony, potknął się i niemal upadł, ale odzyskał równowagę i ruszył dalej.
Musiała  mu  wreszcie  wybaczyć,  że pozwolił, by jej ojca pozbawiono tronu. Nie 

mogła przecież jeszcze wiedzieć, że Vond odszedł.

Teraz może jej wyjaśnić, skąd wiedział, że Vond jest zgubiony, a stawiany mu opór 

prowadziłby wprost do katastrofy. Był pewien, że chętnie wysłucha jego wyjaśnień. Był 
pewien, że chętnie go zobaczy.

background image

Pomyślał, że może jednak zostanie w Semmie.

background image

EPILOG

Sterren leżał na łóżku, rozkoszując się ciepłym popołudniowym słońcem i myśląc 

o przyszłości. Małżeństwo z księżniczką Shirrin wydawało się cudownie nieuniknione. 
Nikt nie miał chyba ochoty usuwać go z wygodnego pokoju na wieży Zamku Semma, 
nikt nie protestował przeciwko jego obecności przy stole. Mając wyżywienie i dach nad 
głową, nie spieszył się, by znaleźć inne mieszkanie i normalną pracę. Zycie zapowiadało 
się przyjemnie. Rozległo się delikatne stukanie.

Ignorował je przez moment, gdyż było mu zbyt wygodnie, żeby się ruszyć.
Stukanie zabrzmiało o wiele mniej delikatnie. Westchnął i usiadł na łóżku, gdy po 

drugim stuknięciu ktoś zaczął dobijać się do drzwi i wołać:

– Lordzie Sterren! Musimy z tobą pomówić!
– Już idę! – zawołał.
Niechętnie zsunął się z posłania, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi.
– O co chodzi? – zapytał.
I wtedy zobaczył, kto stoi w korytarzu.
Była to cała Rada Imperialna.
Przez chwilę przyglądał im się w milczeniu.
– O co chodzi? – zapytał znowu. – Czego chcecie?
Odpowiedziała lady Kalira. Pozostali wciąż milczeli z poważnymi minami.
– Lordzie Sterren – rzekła. – Przez ostatnie dwa tygodnie próbowaliśmy realizować 

twój plan i kierować imperium. I uważam, że na ogół nam się to udawało. Ale pojawiły 
się pewne problemy, których nie potrafimy rozstrzygnąć. Cały swój czas poświęcamy na 
bezsensowne spory nad zupełnie trywialnymi kwestiami, a kiedy próbujemy głosować, 
ktoś niezmiennie wstrzymuje się od głosu i nie możemy niczego rozstrzygnąć. Wtedy 
kłótnie zaczynają się na nowo.

Sterren zamrugał niepewnie.
– I co? – zapytał.
– To – odparła lady Kalira, patrząc na niego gniewnie – że twój system nie działa.
Sterren poczuł nagły ciężar w żołądku.
– Co więcej – podjęła po chwili kobieta – mamy pewne wątpliwości co do natury 

naszej   władzy.   Wszyscy  jesteśmy  przyzwyczajeni   do życia   w monarchii,   gdzie  jedna 
osoba   podejmuje   ostateczne   decyzje.   Nie   czujemy   się   dobrze,   gdy   władza   jest 
podzielona, a zwłaszcza, gdy nasze głosowania nie mogą niczego rozstrzygnąć.

– A co to ma wspólnego ze mną? – zapytał, obawiając się odpowiedzi.
–   Lordzie   Sterren   –   oznajmiła   lady   Kalira.   –   Sprowadziłeś   tu   czarnoksiężnika 

background image

i czyniąc to, zniszczyłeś  wszelkie ustalone hierarchie. Służyłeś  jako jego kanclerz, co 
dało ci autorytet, jakiego teraz nie ma nikt w całym imperium. Potrzebujemy autorytetu, 
potrzebujemy   króla   lub   cesarza,   który   rozstrzygnie   nie   kończące   się   drobne   spory. 
A jedynym, na którego wszyscy się zgadzamy, jesteś ty.

– Ale ja nie chcę! – zaprotestował.
– Właśnie dlatego wybraliśmy cię na cesarza – wyjaśniła. – Jak moglibyśmy zaufać 

komuś, kto pragnie władzy?

– Nie zrobię tego – rzekł.
– Lordzie  Sterren,  nie masz  wyboru.  Ustaliłeś,  że  twoja Rada  Imperialna  będzie 

miała władzę absolutną, czyż nie tak?

– Istotnie – zgodził się – ale...
– W takim przypadku, Wasza Wysokość – przerwała mu – jeśli władza rady jest 

absolutna,   musisz   się   jej   poddać.   A wyrażoną   jednogłośnie   wolą   rady   jest,   abyś   ty, 
Sterren z Semmy, został cesarzem Vondu.

-
Sterren patrzył na nią. Uświadomił sobie, co zrobił. Przyznając, że udzielił radzie 

władzy absolutnej, jednocześnie potwierdził, że miał prawo tę władzę komuś powierzyć. 
Nie   mógł   teraz   zaprzeczyć,   że   i rada   ma   prawo   mu   ją   oddać.   Przez   chwilę   milczał 
ponuro, a potem wybuchnął:

– Ale ja nie chcę być cesarzem!
– Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość – lady Kalira skłoniła się. – Powiedz zatem, 

jaki tytuł najbardziej ci odpowiada.

– Vond jest cesarzem – zauważył – więc ja nie mogę nim być.
– Vonda nie ma – odparła.
Spojrzał na siedem stanowczych twarzy przed sobą.
– Wszyscy chcecie, żebym rządził?
Cała siódemka pokiwała głowami, choć miał wrażenie, że jeden czy dwóch lekko się 

zawahało.

– A jeśli odmówię?
– Jeśli odmówisz, Wasza Wysokość – rzekła lady Kalira – obawiam się, że będę 

zmuszona   zrezygnować   z funkcji   w radzie   i sądzę,   że   kilku   innych   radców   postąpi 
podobnie.

Spojrzał na nich i zauważył nieustępliwe miny.
–   Czy   muszę   zaznaczać   –   dodała   –   że   jeśli   rada   zrezygnuje,   całe   imperium   się 

rozpadnie? Przypuszczam, że odrodzą się dawne królestwa, a ciebie arystokracja Semmy 
uzna za zdrajcę.

background image

To była prawda. A księżniczka Shirrin należała do tej arystokracji.
Zresztą   uważał,   że   imperium   jest   czymś   dobrym.   Nie   widział   sensu   w istnieniu 

kłótliwych malutkich królestw.

– Niech to licho – mruknął. – Możecie chyba wyznaczyć mnie regentem.
Uśmiechy   różnej   szerokości   pojawiły   się   na   czterech   twarzach;   wyrazu   trzech 

pozostałych nie potrafił odczytać.

– Lady Kalira zostanie moim kanclerzem i wiceregentem – dodał.
Jej   uśmiech   okazał   się   przelotny   i zniknął   zupełnie,   gdy   otworzyła   usta,   by 

zaprotestować. Urwała nagle, kiedy dostrzegła wyraz satysfakcji na twarzy Sterrena.

– Jak Wasza Wysokość sobie życzy – zgodziła się niechętnie. Zawahała się. – Czy 

przeniesiesz się, panie, do pałacu?

– Przemyślę to – wrócił do pokoju i skinął ręką. – Możecie odejść – rzekł.
Radcy odwrócili się, a jemu nagle przyszła do głowy pewna myśl.
– Lady Kaliro! – zawołał.
Zawróciła. Pozostali schodzili dalej po schodach.
– Czy ta decyzja – zapytał – naprawdę była jednomyślna? Uśmiechnęła się.
– W drugim głosowaniu.
Potem odwróciła się i ruszyła schodami w dół.