background image

 

 

 

Jerry Ahern  

 

 

Krucjata 

 

 

TOM 

10

 

 

 

Przebudzenie 

 

 

 

 

Przeło ył: Ryszard Boros

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

To był tylko sen. Jeden z wielu. Szcz cie i koszmar, marzenia senne i 

pod wiadome poczucie rzeczywisto ci nast powały po sobie i splatały si  jak w 

kalejdoskopie. 

nionym wydarzeniom towarzyszyła  wiadomo ,  e akcja, w której 

uczestniczył, była tylko snem. Bawiła go dwuwymiarowo  snu: był jednocze nie 

bohaterem i obserwatorem wydarze . Kierował marzeniami. Je li we  nie stawał 

przed przeszkod , której nie mógł pokona , przerywał sen i zaczynał go znowu. 

Nigdy po raz drugi nie dał si  zaskoczy  swojej wyobra ni. 

Tak było i tym razem. Mimo stara  wpadł jednak na ogrodzenie pod 

napi ciem - takie samo, jakie rozci gało si  dookoła bazy Womb. Przez jego ciało 

przepływał pr d.  mieszyło go,  e wysokie napi cie nie wyrz dzało mu  adnej 

krzywdy. Doszedł do przekonania,  e nie mo na wy ni  swojej  mierci. Pora enie 

pr dem sprawiało mu nawet przyjemno . Miotały nim drgawki, ale odczuwał to 

jako przypływ siły. Pół wiadomie, nadal pogr ony we  nie, zastanawiał si , 

czemu tak jest. 

”Dosy  tego!” - powiedział sobie i otworzył oczy. Rourke na chwil  wstrzymał 

oddech. To ju  nie był sen. Wreszcie si  przebudził. 

Nie był w stanie si  podnie . Jego ciało dr ało, jakby pora one pr dem. 

wiatło kłuło go w oczy. Nic dziwnego, przecie  prawie pi  wieków nie korzystał 

z dobrodziejstwa wzroku. Czuł miarowy rytm swego oddechu. Nie mógł spa  

dłu ej. Powoli odzyskiwał czucie. To było jak orgazm, ale prze ywany ka d  

cz ci  ciała. 

Rourke usiadł w po cieli. Wieko kapsuły narkotycznej podniosło si  zgodnie z 

kierunkiem ruchu jego tułowia. Zacz ł gimnastykowa  szyj . Odwrócił głow  w 

bok i spojrzał na pi  kapsuł narkotycznych ustawionych równolegle do jego 

własnej. Wszystkie były zamkni te. Aparatura działała prawidłowo. Sarah, 

Michael, Annie, Paul oraz Natalia  yli. Zatrzymał wzrok na Natalii. We  nie jej 

twarz była pi kna, spowita w niebieskawe obłoki gazu narkotycznego. John 

pragn ł, aby dziewczyna w tej chwili spojrzała na niego. Odwrócił głow  w drug  

stron . Zerkn ł na rolexa. Wyci gn ł r k  po zegarek. Wskazówka sekundnika 

ruszyła. Musiał ustawi  wła ciwy czas: godzin  i dokładn  dat . Przezwyci aj c 

odr twienie, pomógł sobie drug  r k  i umie cił zegarek na przegubie. Zapi ł 

bransolet . 

Odruchowo si gn ł po bli niacze detoniki kaliber 45. Teraz wszystko sobie 

przypomniał. Rosjanie strzelali do niego z helikoptera. Podczas wymiany ognia 

zabił Ro diestwie skiego, ale karabin maszynowy sowieckiego agenta wystrzelił 

samoczynnie. Pocisk trafił w bak i helikopter stan ł w płomieniach. Rourke 

uciekł przed eksplozj , skacz c do podziemnego tunelu. Zdawało mu si ,  e w 

prawym ramieniu, gdzie utkwił mu odłamek skały, czuje jeszcze ból. Wtedy 

oczy cił ran , zabanda ował j , a potem nie my lał ju  o tym. Był zaj ty 

zabezpieczeniem Schronu. Po wszystkim, kiedy wiedział,  e wszelkie  ycie na 

zewn trz wygasa, uło ył si  w swojej kapsule. Opatrunek zdj ł dopiero przed 

zaaplikowaniem sobie narkozy. Spojrzał teraz na podłog . Strzykawka le ała 

background image

 

tam, gdzie j  wtedy zostawił. Obejrzał rami . Nie było  ladu po odłamku, nawet 

blizny. 

Wa ył pistolet w dłoni. Przypomniał sobie, jak przeczy cił go i nasmarował. 

Przyjrzał mu si  z bliska. Pistolet nie był nabity, pachniał jeszcze smarem. 

John miał na sobie tylko d insy. Chwil  poruszał powoli nogami, by mi nie 

zacz ły pracowa . Wreszcie uniósł obie nogi nad kraw dzi  kapsuły. Na podłodze 

le ała para gumowych sandałów. Nie widział ich, ale pami tał dokładnie, gdzie je 

zostawił. Wsun ł stopy w sandały. Powoli, bardzo powoli, zacz ł przenosi  ci ar 

swego ciała na nogi. Wstał. Wyprostował si  i oparł o wieko kapsuły dla 

utrzymania równowagi. Po chwili zrobił pierwszy krok. Detoniki wystawały z 

przednich kieszeni jego d insów. Pod ci arem broni spodnie obsun ły si . 

Rourke zdał sobie spraw ,  e schudł. Potrzebował wiec pasa. 

Pami tał,  e w łazience wisiało lustro. Poszedł tam. Chciał czym pr dzej 

doprowadzi  si  do porz dku. Paliło go pragnienie. 

W skupieniu, powoli, aby si  nie przewróci , pokonał trzy stopnie dziel ce go 

od wyj cia. Wreszcie znalazł si  w łazience i stan ł naprzeciwko lustra. 

Uruchomił pomp , za pomoc  systemu rur, która zasilała Schron wod . John 

odkr cił kurek. W kranie gło no zabulgotało powietrze. Po chwili popłyn ła 

woda. Na pocz tku była m tna. Spr one powietrze przerywało co chwil  dopływ 

cieczy. Wkrótce popłyn ła czysta woda. 

Rourke przygl dał si  sobie w lustrze. Spostrzegł,  e miał dłu sze włosy. 

Potrafił sam je sobie przystrzyc. Nie potrzebował nikogo do pomocy. Jego zarost 

wygl dał na co najmniej dwutygodniowy. W przeszło ci parokrotnie zdarzało mu 

si  nosi  tak  brod . Cz sto zmuszały go do tego okoliczno ci wojenne. Oczy miał 

teraz wypocz te. Nawet zmarszczki jakby si  wygładziły. 

Na mał owinie lewego ucha, gdzie trafił Rourke'a pocisk, nie było  ladu po 

bli nie. Potwierdziły si  jego przypuszczenia; gaz narkotyczny posiadał 

wła ciwo ci lecznicze. Długi pobyt w kapsule podziałał jak kuracja odmładzaj ca. 

Rourke przeci gn ł si  z zadowoleniem. 

Opu cił pokryw  sedesu i usiadł. Odpoczywał dłu sz  chwil , wpatruj c si  w 

strumie  płyn cy z kranu. 

Poddał analizie próbk  wody. Była tak samo czysta jak dawniej. Wiedział co 

robi, kiedy podł czał uj cie do studni gł binowej. Pił łapczywie. 

Potem przygotował sobie kleik j czmienny i grzanki z suchego razowca. Popił 

to fili ank  czarnej kawy. 

Zaledwie sko czył posiłek, odczuł konieczno  udania si  do toalety. Cieszył 

si ,  e jego organizm funkcjonował prawidłowo. Był zdrowy. 

Na terenie Schronu, poza obszarem mieszkalnym, wydzielone było jedno 

pomieszczenie do testowania broni. Rourke wło ył na siebie podkoszulek i 

przewlekł pas przez szlufki spodni. Musiał zapi  go o jedn  dziurk  cia niej ni  

zwykle. Wzi ł ze sob  kilka pudełek naboi i poszedł na strzelnic . Detoniki 

kolbami obijały mu biodra. W korytarzu dobiegł go jednostajny szum generatora 

pr du. Urz dzenie działało bez zarzutu, mimo to Rourke zanotował sobie w 

pami ci,  e w najbli szym czasie musi dokona  skrupulatnego przegl du 

maszyny. Jeszcze wa niejsze było uzbrojenie. Uło ył w rz dzie cztery pudełka 

naboi Federal 185 gramów JHP kaliber 45 i wyci gn ł po jednej sztuce z 

background image

 

ka dego. Przeczy cił dokładnie pistolety, usuwaj c nadmiar smaru z zamków. 

Nabił bro . Strzelnica wyposa ona była w specjalne przyrz dy pomiarowe. John 

stan ł na wprost tarczy i oddał cztery strzały. Wska niki wykazały,  e siła ognia i 

pr dko  pocisków były prawidłowe. Rourke potrafił dobra  wła ciw  amunicj  

do ka dego rodzaju broni. Nabił oba detoniki i schował je do kabury. Naładował 

jeszcze kilka magazynków i wło ył je do skórzanej ładownicy marki Milt Sparks, 

któr  przyczepił do pasa spodni. Potem przewiesił sobie na krzy  przez pier  

podwójny pas z nabojami typu Alessi. Na pasie zawieszone były kabury z 

detonikami. Przywykł do ich ci aru i lubił go. W skład jego rynsztunku 

bojowego wchodził tak e szturmowy nó  o czarnym ostrzu. Gdy wkładał go do 

bocznej kieszeni spodni, mimo woli, r k  wyczuł wystaj c  ko  miednicy. 

Wyra nie stracił na wadze. Zacz ł rozgl da  si  za butami wojskowymi. Wrócił 

do cz ci mieszkalnej. Miał ochot  na k piel, ale odło ył t  przyjemno  na 

pó niej. Wci gn ł na nogi wełniane podkolanówki i wło ył buty. Kiedy je 

sznurował, stwierdził,  e jego palce s  tak zwinne, jak dawniej. 

Odszukał skórzan  kurtk . Przed uło eniem si  do snu, natarł j  tłuszczem. 

Teraz wło ył kurtk  i si gn ł do kieszeni po r kawiczki. Zachowały mi kko  i 

elastyczno  tak samo jak kurtka. 

Miał ochot  zapali  cygaro, ale to nie była odpowiednia chwila. Zabrał ze sob  

okulary przeciwsłoneczne. Zrobił to na wszelki wypadek, bo nie wiedział, czy na 

zewn trz był dzie , czy noc. 

Sprawdził stan baterii zasilaj cych licznik Geigera. Okazały si  sprawne. 

Skierował licznik na fosforyzuj c  tarcz  rolexa, ale wska nik niczego nie 

zarejestrował. Spodziewał si ,  e zastanie właz szczelnie zamkni ty i 

zaplombowany. Teraz pi ł si  po schodach. Mi nie, zwiotczałe na skutek 

długiego bezruchu, bolały go. Kiedy dotarł do pierwszych drzwi, czuł si  ju  

zm czony. Był przecie  na nogach od pi ciu godzin. Dalej nie było o wietlenia. 

Przyczepił do kurtki kieszonkow  latark  i poszedł dalej.  wiatło kołysało si  

zgodnie z rytmem jego kroków. Po chwili zatrzymało si  na pokrywie włazu. 

Plomby znajdowały si  na swoim miejscu. John, otwieraj c pokryw  włazu, 

u wiadomił sobie denerwuj c  niepewno , co zastanie na zewn trz. Zimny 

powiew wiatru wtargn ł do korytarza. Powietrze było nieco rozrzedzone, ale 

Rourke mógł oddycha . Skierował licznik Geigera na tarcz  zegarka. Tym razem 

przyrz d zarejestrował promieniowanie, lecz poziom radioaktywno ci był niski, 

nie było zagro enia dla  ycia. 

M czyzna wydostał si  z tunelu i zatrzasn ł za sob  pokryw  włazu. Dalej 

szedł poziomym korytarzem. Jeszcze tylko jedne drzwi dzieliły go od  wiata 

zewn trznego. Nie wiedział, co czeka go za t  barier . Odblokował metalow  

zasuw  i poci gn ł za klamk . Drzwi stawiały nieprzewidziany opór. Uszczelka 

przykleiła si  do framugi. Pomy lał,  e musi j  posmarowa . Skierował licznik 

Geigera ku wyj ciu, uchylaj c drzwi. W razie niebezpiecze stwa był gotów 

natychmiast je zatrzasn . 

Poziom promieniowania nie przekroczył dopuszczalnych norm. John otworzył 

drzwi na o cie , odruchowo odwracaj c głow  od  wiatła. 

Wło ył lotnicze okulary przeciwsłoneczne. Wahał si  przez chwil , czy wyj  

na zewn trz. Nie było pewno ci,  e warstwa ozonu w atmosferze zd yła si  

background image

 

zregenerowa . Je li promieniowanie słoneczne było zbyt intensywne, nie musiałby 

długo czeka  na skutki. 

Doszedł do wniosku,  e grube ubranie chroni go dostatecznie. Rourke 

przest pił próg.  wiatło raziło go pomimo ciemnych szkieł. Zrobiło mu si  ciemno 

przed oczami. Był wyczerpany. Bolały go mi nie nóg i ramion. Z trudem łapał 

oddech. Powietrze tutaj było znacznie rzadsze ni  w  rodku. Powinien to prze-

widzie . 

Na kwarcowym zegarze, który umieszczono na wieku kapsuły narkotycznej, 

Rourke odczytał,  e od dnia, kiedy uło ył si  do snu upłyn ło 481 lat. Na sam  

my l zakr ciło mu si  w głowie. 

Dookoła Schronu rozci gało si  pustkowie. Monotoni  krajobrazu łamał 

ła cuch górski na horyzoncie. Johnowi zrobiło si  zimno. Chocia  było południe, 

temperatura powietrza nie przekraczała 50 stopni Farenheita. Otworzył futerał 

zawieszony na piersi i wyci gn ł lornetk  Bushnella. Nastawił ostro . W oddali, 

na stoku góry, dostrzegł zielon  plam . Wydawało mu si ,  e przez szkła widzi 

traw . 

Padł na kolana. Nie była to oznaka wycie czenia. Jaki  wewn trzny głos kazał 

mu ukl kn . Opu cił lornetk  i prze egnał si .

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 2 

 

W ci gu nast pnych dni Rourke kilkakrotnie opuszczał Schron. Kiedy 

przechodził przez tunel, zatrzaskiwał za sob  pokryw  głównego włazu. Nie dbał 

o własne zdrowie. Najwa niejsze było zbadanie składu powietrza. 

Szóstego dnia doszedł do wniosku,  e oddychanie rozrzedzonym powietrzem 

nie zagra ało zdrowiu. Tylko w czasie intensywnego wysiłku mogły zaistnie  

trudno ci. Warstwa ozonu cz ciowo si  zregenerowała i sło ce nie stanowiło 

bezpo redniego zagro enia. Nale ało si  jednak ciepło ubiera . 

Rourke polegał na wynikach własnych bada , ale tylko czas mógł pokaza , 

czy nie zaszła tu jaka  pomyłka. John od dawna wiedział,  e  ycie to hazard. 

Nocami niebo było bardziej rozgwie d one, ni  dawniej. Było to złudzenie 

wywołane wi ksz  przejrzysto ci  rozrzedzonego powietrza. Posługuj c si  swoj  

wiedz  z astronomii i obserwacj  wysoko ci sło ca nad widnokr giem, Rourke 

ustalił k t nachylenia osi Ziemi wzgl dem orbity. Porównał otrzymane w ten 

sposób wyniki ze wskazaniem zegara kwarcowego i doszedł do wniosku,  e 

przebudził si  pod koniec lata, dokładnie dwunastego wrze nia. Nastawił zegar 

kwarcowy i zsynchronizował wszystkie zegary.  wiadomo  mo liwo ci mierzenia 

czasu dodawała mu otuchy. Dotychczas nie mógł odró ni  nocy od dnia, o ile nie 

wychodził na zewn trz. Sp dzał czas na przegl daniu wszelkich urz dze  

niezb dnych dla funkcjonowania Schronu. Usuwał usterki. Dokonywał regulacji. 

Poddawał  ywno  analizie bakteriologicznej. Zapasy przechowały si  bez strat. 

Mimo to, Rourke spryskał spi arni   rodkiem dezynfekuj cym. Najstaranniej 

zabezpieczył mi so. Szczelnie zamkn ł drzwi spi arni. Wiele zawdzi czał swojej 

przezorno ci. 

Z ka dym dniem nabierał sił. Powrócił mu apetyt. Jadał ju  pokarmy stałe. 

Gdy poczuł,  e powraca do dawnej formy, przeprowadził skrupulatne badania 

lekarskie. Ze zdumieniem stwierdził,  e jego serce działa jak serce zdrowego, 

silnego dwudziestolatka. Puls był prawidłowy. Nast piła poprawa słuchu. John 

nie zauwa ył te  u siebie uzale nienia od tytoniu, ale z przyjemno ci  wypalał 

dwa do trzech cygar dziennie. 

Rourke zamierzał czym pr dzej odzyska  pełn  sprawno  fizyczn . Uło ył 

sobie plan  wicze  na wzmocnienie mi ni i wyrobienie kondycji. Warunki 

zewn trzne wymagały rozszerzonej pojemno ci płuc. Trenował wi c regularnie. 

Szóstego dnia w południe po raz pierwszy opu cił Schron głównym wej ciem. 

Zamierzał pobra  próbk  gleby, aby zbada  jej skład i stopie   yzno ci. Okazało 

si ,  e była  yzna i urodzajna, jak nigdy przedtem w tej okolicy. Białawy kolor 

spalonej sło cem ziemi sugerował,  e jest jałowa. Lecz pod biał  skorup  kryła 

si  brunatna, dobra gleba. Składniki mineralne, które Rourke odkrył w ziemi, 

powstały z niespotykanych zwi zków chemicznych, mimo to rokowały nadziej  

na obfite plony. 

Po południu Rourke sprawdził dokładnie uzbrojenie Schronu. Posiadał 

prawdziwy arsenał. 

Przez cały dzie  ładował si  akumulator harleya. Sło ce chyliło si  ku 

zachodowi. Tego wieczora Rourke po raz pierwszy poczuł,  e dokucza mu 

samotno .

 

background image

 

Rozdział 3

 

 

Był osiemnasty wrze nia. Rourke pracował ju  siódmy dzie . Nie był Bogiem, 

wi c nie pozwalał sobie na odpoczynek. Zreszt  nie lubił rozczula  si  nad sob . 

Miał pewien plan, musiał go przygotowa . Rozwa ył wcze niej wszystkie ”za” i 

”przeciw”. Nie widział  adnego innego wyj cia. Musiał to zrobi  dla dobra ich 

wszystkich, dla przetrwania. Wierzył w Opatrzno , ale Opatrzno ci trzeba 

czasem pomaga . 

Stał obok kapsuł narkotycznych. W k ciku ust trzymał cygaro, pierwsze tego 

dnia. Nie zapalił go.  ciskał je lekko w z bach, przygl daj c si  le cym w 

kapsułach postaciom. 

Miał przystrzy one włosy i starannie ogolon  twarz oraz pełen  oł dek. 

Przezwyci ył niedowład mi ni. Czuł si  doskonale. Powrócił do dawnej formy 

szybciej, ni  si  tego spodziewał. Miał wszystko, czego potrzeba do  ycia. Tylko z 

przygn biaj c  samotno ci  nie mógł sobie poradzi . 

Złapał obur cz za d wigni , która sterowała przepływem gazu narkotycznego 

i odci ł zasilanie kapsuł, w których le ały jego dzieci. Potem podszedł do 

wersalki. Przypomniał sobie,  e kiedy  zepchn ł j  pod  cian , aby zrobi  miejsce 

dla sze ciu kapsuł narkotycznych. Zrobił to razem z dzie mi wkrótce po ostatecz-

nym wprowadzeniu si  do Schronu. Usiadł i patrzył, jak kł by niebieskawego 

gazu powoli opadaj  na dno kapsuły. Rozpocz ł si  długotrwały proces 

przebudzenia. Rourke nie mógł oderwa  wzroku od dzieci. Przyłapał si  na tym, 

e pod wiadomie rejestruje kliniczny przebieg przebudzenia. U miechn ł si , 

kiedy jego córka ockn ła si  ze snu, jeszcze niezupełnie  wiadoma tego, co si  

dzieje. 

Włosy Annie urosły. Było jej z tym do twarzy. Urosła tak e czupryna 

Michaela. Ojciec postanowił mu j  przystrzyc. Michael wła nie poruszył głow . 

John Rourke domy lił si ,  e syn znajduje si  w tej fazie przebudzenia, gdzie sny i 

wiadomo  nakładaj  si  na siebie. On sam miał to ju  za sob . Dzieci 

prze ywały wszystko jakby w zwolnionym tempie. Był ciekaw, co im si   niło. Nie 

pami tał ju  własnych snów z dzieci stwa. 

Wszystkie zauwa alne etapy procesu zapisywał w małym notesie. Razem z 

dzie mi prze ywał po raz drugi ka d  chwil  przebudzenia. Nie spuszczaj c ich z 

oka, wybiegł my lami ku  onie - Sarah oraz Paulowi i Natalii. Czy mogło si  

zdarzy , aby sen narkotyczny powodował jakie  nieodwracalne zmiany? 

Annie próbowała si  podnie . Michael, który rano zawsze lubił spa  dłu ej, 

przewracał si  z boku na bok. 

Wieko kapsuły podniosło si  zgodnie z ruchem tułowia siedmioletniej 

dziewczynki. Miała ju  czterysta osiemdziesi t osiem lat - ojca  mieszyło to 

stwierdzenie. 

- Witaj kochanie - wyszeptał. Nareszcie miał kogo , z kim mógł rozmawia . 

- Pappo. 

Rourke wybuchn ł  miechem. Córka nie mogła jeszcze prawidłowo 

wymawia  słów. Podniósł si  z kanapy i podszedł do dziecka. Uj ł jej mał  dło . 

- Znów jeste my wszyscy razem. Udało si . Spała  dokładnie czterysta 

osiemdziesi t jeden lat. 

background image

 

- Jak... Jak... 

- Jaki to długi okres czasu? - doko czył za ni . - To bardzo długo.  aden 

człowiek nie przebudził si  po tak długim  nie. Tylko astonauci z projektu 

”Eden” spali tak długo, ale ich sen trwa nadal. Minie jeszcze dwadzie cia jeden 

lat, zanim dotr  na Ziemi . Czy rozumiesz, o czym mówi ? 

Annie skin ła głow  i ziewn ła, przeci gaj c si . Zrobiła to z wdzi kiem, jaki 

posiada tylko mała dziewczynka. Na jej twarzy zago cił u miech. Rourke 

przepadał za tym u miechem. Bardzo za nim t sknił. Teraz, kiedy patrzył na sw  

córk , ten u miech był dla niego dro szy nade wszystko. Na jej twarzy nie było 

pryszczy. Strupek, który miała na r czce po skaleczeniu, znikn ł nie 

pozostawiaj c  ladu. 

Annie zarzuciła ojcu r ce na szyj . Uniósł j  z kapsuły i pocałował. W tej 

chwili wieko drugiej kapsuły drgn ło i zacz ło si  unosi . Michael usiadł w 

po cieli, wspieraj c si  oci ale na łokciach. W sali czu  było mdły zapach gazu 

narkotycznego. 

- Witaj, synu! 

Michael odwrócił głow  w kierunku ojca i spojrzał na niego sennie. Nagle 

chłopiec zmru ył szelmowsko oko. Wygl dało na to,  e lada chwila wybuchnie 

miechem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 4

 

 

Ju  po kilku godzinach ruchu dzieci czuły si  zm czone. Rourke był na to 

przygotowany. Poddał je natychmiastowym badaniom lekarskim. Aparatura, 

któr  udało mu si  zdoby  niegdy  w trudnych warunkach, nie wykazała  adnych 

schorze . Michael i Annie byli mniej odporni na zm czenie ni  dorosły 

m czyzna. Tej nocy wszyscy troje spali twardo przez osiem godzin. 

Po  niadaniu, które Michael i Annie zjedli z niebywałym apetytem, cała 

trójka udała si  na zewn trz. Po drodze dzieci zasypywały ojca pytaniami. 

Chciały wiedzie  wszystko o  nie narkotycznym. 

Ostatnie drzwi były otwarte na o cie . Dzieci po raz pierwszy ogl dały nowy 

wiat. 

- Wygl da jak pustynia - zauwa yła Annie. - Fajnie si  składa. Nigdy nie 

byłam na pustyni. 

- Tak, fajnie si  składa - mrukn ł Rourke zapalaj c cygaro. 

- Ani  ywej duszy - powiedział Michael, usiłuj c wyswobodzi  dłonie z 

r kawów kurtki, któr  ojciec dał mu z własnej garderoby. 

Rourke milczał. 

- Czy nie ma tu w okolicy nikogo? - zapytała Annie. 

- Spodziewałem si  tego pytania z waszej strony. Jest dokładnie tak, jak 

widzicie. Lecz posłuchajcie mnie, Annie i ty, Michael. Przychodziłem tutaj kilka 

razy w ci gu minionego tygodnia. Byłem tak samo rozczarowany tym widokiem, 

jak i wy, albo jeszcze bardziej. Po upływie siedmiu dni postanowiłem was obu-

dzi . Przez ten czas przemy lałem sobie wiele spraw - powiedział Rourke. 

Pierwszy wyszedł z korytarza Schronu. Stan ł przy pokrywie włazu i spojrzał 

badawczym wzrokiem na sznury, na których zawieszone były ci arki. Sam 

skonsturował ten mechanizm, aby słu ył jako przeciwwaga do otwierania drzwi. 

Linki były nasmarowane i nie miały  ladów przetarcia. Wdrapał si  na taras 

skalny i patrzył w dal. Annie obj ła go w pasie, a Michael stan ł z drugiej strony, 

wspieraj c si  na ramieniu ojca, Rourke uzbrojony był w detoniki. 

- Próbowałem wyobrazi  sobie, jak inne pa stwa przygotowały si  na to, co 

było nieuniknione. Z pewno ci  nie tylko my wiedzieli my, na co si  zanosi. W 

czasach poprzedzaj cych Noc Wojny było wielu mistrzów sztuki przetrwania. 

Je li zd yli wybudowa  na czas solidne schrony, które byłyby przy tym 

samowystarczalne, to kto wie? Mo e nie jeste my sami? Mo e jest gdzie  jeszcze 

garstka wybra ców losu, tak jak my? - Rourke u miechn ł si , obejmuj c Annie i 

poklepał Michaela po plecach. - Lecz wszystko to tylko przypuszczenia. Tutaj nie 

ma nikogo oprócz nas. Jak okiem si gn , s  tylko pustkowia. Obserwowałem te 

góry przez lornetk . - R k  wskazał masyw na horyzoncie. - Tam, na jednym 

zboczu dostrzegłem pas zieleni. My l ,  e to trawa. Jednak nic nie wskazuje na 

obecno  cho by najmniejszej  ywej istoty. Nie ma ani ptaków, ani zwierz t, a 

tym bardziej ludzi. Domy, kominy, samochody, wszystko zostało starte z 

powierzchni Ziemi, jak kreda z tablicy. Na nas spadło zadanie napisanie nowego 

rozdziału historii ludzko ci. O tym musz  z wami porozmawia . - Rourke 

odetchn ł gł boko mro nym powietrzem. Miał u boku swoje dzieci i nie odczuwał 

zimna. 

background image

 

10 

- Słyszeli cie o ”Projekcie Eden”? 

- Chodzi o statki kosmiczne, które poleciały w kosmos? - zgadywała Annie. 

- Wahadłowce - poprawił j  Michael, jakby mimo woli. 

- Statki kosmiczne, czy wahadłowce, wszystko jedno. W ka dym razie 

”Projekt Eden”. Ich misja dobiegnie ko ca za dwadzie cia jeden lat. Czy 

zastanawiali cie si , co b dzie, je li powróc ? Czy zdajecie sobie spraw  z tego,  e 

by  mo e jeste my jedynymi lud mi na tej planecie? 

- Nie b d  miała si  z kim bawi ? - wyszeptała smutno Annie. 

Rourke u miechn ł si  i mocniej przytulił do siebie. 

- Stoimy wobec powa niejszego problemu. Wiem, jak wa na jest zabawa, ale 

daleko bardziej wa na jest teraz sprawa przetrwania. Nie chodzi tylko o nas 

samych. Mam na my li cały rodzaj ludzki. Spójrzcie na to w ten sposób: stoimy 

tu we trójk , na dole  pi ; wasza matka, wujek Paul i Natalia. Razem tylko sze  

osób. Ta my l nie daje mi spokoju. Aby przetrwa , musimy zbudowa  nowy 

wiat. Lecz  wiat mog  budowa  tylko doro li. Mam w zwi zku z tym pewien 

plan. Potrzeba nam sze ciu dorosłych osób, które b d  mniej wi cej w tym 

samym wieku. Wy, moje dzieci, musicie stan  na wysoko ci zadania. Oczekuj  

od was posłusze stwa i rozs dku. 

- Co mamy zrobi , tato? 

Rourke spojrzał na syna. Michael przypominał lustrzane odbicie ojca. 

- Zostaniecie ze mn  przez pi  lat. Przez ten czas postaram si  przekaza  

wam całe moje do wiadczenie. Dowiecie si  tak e o rzeczach, o których nie 

powinny wiedzie  dzieci w waszym wieku. Musicie by  bardzo dzielni. 

- Czy w wolnych chwilach b dziemy mogli si  bawi , tato? - Annie patrzyła na 

niego błagalnie. 

- Tak, b dzie dosy  czasu na zabaw . 

- Dlaczego akurat pi  lat? - zapytał Michael. 

- Dlatego synu,  e za pi  lat sko czysz czterna cie lat, je li chodzi o twój 

rozwój biologiczny. A ty - zwrócił si  do Annie, dostrzegaj c nagły błysk w jej 

piwnych oczach. Wiatr igrał w jej włosach. Nie opu ciła wzroku. - A ty, młoda 

panno, sko czysz dwunasty rok  ycia. - Rourke westchn ł. - To okropnie trudne 

zadanie jak na wasz wiek - dodał po chwili, jakby si  nad czym  gł boko 

zastanawiał. 

- Czterna cie lat to bardzo du o - zaoponował Michael. 

- Mam nadziej ,  e jest tak, jak mówisz - Rourke u miechn ł si  łagodnie. 

- Nie mam wi cej czasu. Za pi  lat, je li wszystko potoczy si  pomy lnie, 

ponownie uło  si  do snu. B d  spał dalszych szesna cie lat. A kiedy ty, Michael, 

dobiegniesz trzydziestki, a ty Annie, b dziesz miała dwadzie cia osiem lat, wtedy 

wieka wszystkich kapsuł si  otworz . Obudz  si  wtedy, a wraz ze mn  

przebudz  si  wasza mama, Paul i Natalia. 

John w zamy leniu spojrzał na syna. 

- B dziesz wówczas o dwa lata starszy od Natalii, synu. - przeniósł spojrzenie 

na córk . - A ty, córeczko, b dziesz troch  młodsza od Paula Rubensteina - zrobił 

krótk  pauz  i doko czył: - Mama i tata b d  tylko troch  starsi od was. Wtedy 

b dzie nas sze cioro dorosłych ludzi i je li zajdzie taka konieczno  b dziemy 

mogli zbudowa  nowy  wiat. 

background image

 

11 

Rourke nie wiedział, czy dzieci zrozumiały. Miał wra enie,  e nie rozumiej , o 

czym mówi. Lecz spojrzenie Michaela upewniło go,  e chłopiec przeczuwa sens 

słów ojca,  e zrozumie go w odpowiednim czasie. 

- A teraz czas rozpocz  pierwsz  lekcj . Najpierw zajmiemy si  sztuk  

przetrwania. Mam w planie tak e  wiczenia ogólnorozwojowe. No, jazda. 

Biegajcie i bawcie si . Tylko nie odchod cie zbyt daleko. 

Annie rzuciła si  ojcu na szyj  i pocałowała go w policzek, a potem pobiegła 

za bratem. Rourke przygl dał si  chwil , jak dzieci goniły si  po skałach, biegn c 

równolegle do drogi, która prowadziła do wej cia. 

- Bawcie si  - wyszeptał. - Bawcie si , póki macie jeszcze na to czas. 

Chciał zaci gn  si  dymem, ale cygaro zgasło. Zapalił je ponownie, 

zasłaniaj c r k  niebiesko- ółty płomie  zapalniczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

12 

Rozdział 5

 

 

Rourke po wi cił wiele czasu, aby pomóc Annie w przełamaniu niech ci do 

czytania. Dziewczynka z trudem koncentrowała si  nad tekstem. Cierpliwo  ojca 

niemal si  wyczerpała, kiedy dziewczynka odkryła,  e czytanie sprawia jej 

przyjemno . Od tej chwili robiła wyra ne post py. Równolegle z czytaniem, Ro-

urke uczył dzieci podstawowych zagadnie  sztuki przetrwania. Michael potrafił 

posługiwa  si  broni . Przed Noc  Wojny Sarah niepokoiły nieprzeci tne 

zdolno ci syna w tym kierunku. Zwierzyła si  wtedy m owi ze swojego 

niepokoju o chłopca. Niebawem Rourke sam przekonał si , do czego syn był 

zdolny. Michael w obronie matki zabił kilku ludzi. Nie było wida , by chłopiec z 

tego powodu prze ywał jakie  rozterki albo wyrzuty sumienia. 

Dzieci były przytłoczone ilo ci  wiedzy, któr  musiały przyswoi  sobie i 

utrwali  poprzez praktyk . Wiadomo ci z zakresu elektroniki, prac 

instalatorskich i elektryfikacyjnych oraz umiej tno  obsługi technicznej 

motocykla, były niezb dne. Na dzieci miał spa  obowi zek opieki nad Schronem 

i jego mieszka cami. Program szkolenia obejmował tak e sztuk  kulinarn . Mi-

chael i Annie musieli przyrz dza  rozmaite potrawy na kuchence gazowej i w 

piekarniku mikrofalowym. Potrafili racjonalnie gospodarowa  prowiantem w 

warunkach polowych i rozpala  ognisko, kiedy nie ma pod r k  suchego drewna. 

Poniewa  brakowało opału, Rourke wyjechał pikapem na rekonesans, 

pozostawiaj c dzieci bez opieki. Spodziewał si ,  e ni sze partie gór b d  

zalesione, ale znalazł tylko kikuty obumarłych dawno drzew. Dookoła nie było ani 

ladu  ycia. Kiedy przyst pił do r bania pnia ogarn ła go jaka  dziwna t sknota. 

Podwoił wysiłki, chciał czym pr dzej znale  si  w domu. 

Z biegiem czasu Rourke zacz ł zabiera  syna na wyprawy po drewno. 

Nauczył go posługiwa  si  ogromn  mechaniczn  pił . Ale wci  r ce pociły mu 

si  ze zdenerwowania, ilekro  przygl dał si , jak jedenastoletni chłopiec ugina si  

pod ci arem piły ta mowej. 

Dzieci potrafiły ju  posługiwa  si  zr cznie igł  i ni mi. Oderwany guzik, czy 

podarte spodnie nie stanowiły dla nich problemu. Annie coraz cz ciej si gała po 

ksi ki, które Rourke przechowywał dla Sarah. Kiedy uko czyła dziesi  lat, 

nauczyła si  haftowa . 

Michael i Annie robili du e post py na strzelnicy. Dziewczynka  wiczyła 

obsług  karabinu CAR-15 ze wzgl du na mniejsz  sił  odrzutu. Michael strzelał z 

M-16. Rourke zach cał ich, by u ywali broni kalibru 22, gdy  do tego rodzaju 

uzbrojenia miał najwi cej amunicji i cz ci zamiennych. Zabrał je z bazy US-Air 

Force w New West Coast, kiedy ewakuował si  stamt d z Paulem Rubensteinem i 

Natali . Dzieci wolały karabiny. Strzelanie z pistoletu trenowali na pythonie. 

Rourke dawał im wtedy swój własny pistolet, do którego pasował ka dy rodzaj 

amunicji. 

Dopiero kiedy Michael sko czył dwana cie lat, ojciec dał mu do r ki detonika. 

Z kalibrem 45 nie ma  artów. Niebieski detonik, jakiego dot d u ywali do 

wicze , nale ał do współpracownika Rourke'a, Randana Soamsa, dopóki nie 

okazało si ,  e ten był wtyczk  sowieckiego wywiadu w kwaterze głównej Sił Po-

wietrznych USA. Michael szybko oswoił si  z nowym typem pistoletu. 

background image

 

13 

Tymczasem Annie osi gn ła tak  wpraw  w strzelaniu z CAR-a 15,  e sam 

Rourke był zdumiony. Nie dawał jej jednak tego pozna . Raz tylko mimowolnie 

zauwa ył,  e zasługuje na przydomek Pallas, tak jak grecka bogini Atena. 

Tego samego roku rozpocz li kurs wschodnich technik walki wr cz. Dzieci 

były w najbardziej odpowiednim wieku. Tryskały zdrowiem. Na ladowały biegle 

chwyty Tae-Kwon-Do, które demonstrował im ojciec, a nawet próbowały 

własnych uderze . Lecz John zaczekał jeszcze rok, zanim zacz ł uczy  ich 

zabijania gołymi r kami. Michael miał wtedy trzyna cie lat, a Annie jedena cie. 

Dzieci  wiczyły razem. Rourke uwa nie obserwował ich zr czne ruchy. Czasem 

musiał trzyma  w ryzach Michaela, który jak na swój wiek był bardzo silny, 

innym razem zmuszał Annie do wi kszego wysiłku. 

Ojciec uczył ich tak e historii. Od niego dowiedzieli si ,  e przyszli na  wiat w 

burzliwych czasach,  e ich rodzina prze yła w Schronie najtragiczniejsz  chwil  

w dziejach ludzko ci.  wiadomo  tej okrutnej rzeczywisto ci spowodowała,  e 

Michael i Annie zainteresowali si  przedmiotem i zmobilizowali do nauki. Oboje 

spodziewali si  znale  odpowied  na pytanie, dlaczego pomi dzy Stanami 

Zjednoczonymi a Zwi zkiem Radzieckim narosła tak pot na wrogo ,  e 

konflikt zbrojny okazał si  nieunikniony? Wtedy John pokazał im dziennik, który 

prowadził od chwili swojego przebudzenia. Dopiero teraz Michael i Annie 

zrozumieli, co ich ojciec robił wieczorami przy biurku, gdy w skupieniu pisał co  

na maszynie, słuchaj c cichej muzyki. Dziennik zawierał osobiste refleksje Johna 

o wydarzeniach, które miały miejsce bezpo rednio przed Noc  Wojny. Rourke 

nie napisał zako czenia. Wła ciwie nie było zako czenia i nigdy go nie b dzie. 

Oczekiwał od dzieci,  e one dopisz  kolejny rozdział. 

Rourke dbał o wszechstronne wykształcenie Michaela i Annie. Zach cał dzieci 

do czytania. Owidiusza czytały w oryginale, podobnie Cervantesa i Szekspira. 

Razem z ojcem podziwiali rze by Michała Anioła, słuchali muzyki Beethovena i 

Lista. Dyskutowali o filozofii  wi tego Tomasza z Akwinu, Sartre'a i Russella. 

Rourke mógł jedynie wprowadzi  dzieci w pewne zagadnienia, da  im podstawy 

ró nych dziedzin wiedzy. Wiedział,  e dalsze studia ka de z nich b dzie musiało 

odbywa  samodzielnie. 

Okolice Schronu zmieniły si  nie do poznania. Na  yznej glebie uprawiali, we 

trójk , ziemniaki, zbo e, szparagi, pomidory i fasol . Wybrali odmiany, które 

charakteryzowały si  krótkim okresem wegetacyjnym, bowiem zimy były długie i 

ostre. Mieli du o pracy w czasie zbiorów, ale potrafili upora  si  ze wszystkim. 

Dzielili si  obowi zkami, tworz c zgrany zespół. Rourke wiedział,  e w dzieciach 

znajdzie nie tylko pomocników, ale tak e dobrych przyjaciół. 

Czas Rourke'a dobiegał ko ca. Mijał ostatni rok, który przeznaczył na 

szkolenie i opiek  nad dzie mi. Teraz musiał wykorzysta  ka d  chwil . Musiał 

ich jeszcze wiele nauczy . Wieczorami siadali razem w salonie i prowadzili długie 

rozmowy na ró ne tematy. Rozmawiali o sztuce i muzyce, prowadzili dysputy 

filozoficzne. Dzieci znały klasyk  literatury  wiatowej. Szczególnie interesowały je 

nauki przyrodnicze. 

Rourke zd ył przeszkoli  dzieci z zakresu pierwszej pomocy. Przed 

uło eniem si  do snu musiał im jeszcze pokaza , jak wykonuje si  najprostsze 

zabiegi medyczne. W razie potrzeby brat i siostra powinni umie  leczy  siebie 

background image

 

14 

nawzajem. Te zaj cia John celowo odło ył na koniec, aby lepiej je zapami tali. 

Jako mistrz sztuki przetrwania i lekarz, uwa ał medycyn  i stomatologi  za 

najwa niejsze umiej tno ci. Schron zapewniał komfortowe warunki  ycia, ale 

wiat na zewn trz był niego cinny i bezludny. Przetrwanie uzale nione było od 

stanu zdrowia. 

Zbli yły si  czternaste urodziny Michaela. Chłopiec od pewnego czasu wr cz 

szturmował arsenał, opró niaj c go z amunicji. Pasjonowały go szczególnie dwa 

rodzaje pistoletów, co nie uszło uwagi ojca. Rourke'a martwiło,  e syn preferował 

rewolwery samopowtarzalne. On sam polegał tylko na broni automatycznej. Ale 

poniewa  w Schronie mieli pod dostatkiem amunicji, pozwalał synowi  wiczy  si  

we władaniu dowoln  broni . 

Ojciec i syn stali nie opodal Schronu, plecami do głównego wej cia. Michael 

był tylko o dwa cale ni szy od Johna. Rourke przygl dał si  jak chłopak, 

trzymaj c obur cz stolkera z wytwórni Magnum Sales, wyci gn ł ramiona przed 

siebie. Masywny b benkowiec zaczepiony był na szerokim rzemieniu, który, gdy 

Michael przymierzał si  do strzału, kołysał si  na wietrze. Cel stanowiła sporych 

rozmiarów szyszka, le ca na ziemi w odległo ci stu jardów. Widział j  dokładnie 

poprzez celownik optyczny. Rourke miał na uszach tłumiki, mimo to usłyszał huk 

wystrzału. Detonacja stolkera była niezwykle dono na. Ojciec podniósł do oczu 

lornetk  Bushnell 8 x 30 . Szyszka rozsypała si  w proch. 

- Trafiłe . 

- Wiem. 

- Zobaczymy, co potrafisz z krótsz  broni . - Zgoda. 

Michael poło ył stolkera na stoliku, który zrobił razem z ojcem z pniaków 

sosnowych i wzi ł predatora. Był to model Ruger Super Blackhawk bez 

celownika optycznego. Chłopiec wa ył go przez chwil  w dłoni, potem obur cz 

uj ł r koje  i celował. 

- Kiedy ju  b d  spał, trenuj tym wła nie pistoletem. Naucz si  strzela  

szybciej na mniejsz  odległo . Powiniene  opanowa  strzelanie w biegu i 

ładowanie go bez przerywania ognia - powiedział John. 

- Rozumiem, co masz na my li, ale nie jestem pewien, czy potrafi  to zrobi  - 

odparł Michael. 

Był wyj tkowo powa ny, jak na nastolatka. ”B dzie z niego m czyzna” - 

pomy lał Rourke. 

- Strzel raz do celu tak, jak sobie zaplanowałe . Potem poka  ci, jak to 

powinno wygl da . B d  musiał wystrzela  cały magazynek - Rourke zało ył 

tłumiki na uszy i obserwował przygotowania syna do strzału. W odległo ci 

pi dziesi ciu jardów znajdowała si  du a szyszka. Michael miał j  na muszce. W 

chwili kiedy poci gn ł za spust, szyszka rozprysła si  na kawałki. Ojciec był z 

niego dumny i miał ku temu słuszne powody. Michael wystrzelił z predatora z 

tak  sam  precyzj , z jak  rozwi zywał zadania z geometrii i trafił bez pudła. 

Równie bezbł dnie wykonywał obliczenia. 

Rourke podszedł do niego. Zdj ł tłumiki. Michael podał ojcu pistolet. 

- Cztery strzały? - zapytał John. 

- Nigdy nie ładuj  wi cej ni  pi  naboi za jednym razem. Nawet, je li to 

ruger - odparł Michael. Rourke u miechn ł si  do niego. 

background image

 

15 

W odległo ci dwudziestu pi ciu stóp le ała sosna, powalona przez piorun 

kilka miesi cy temu. Nad Schronem przeszła wtedy okropna burza. ”Zwykła 

burza, nie tak tragiczna, jak ta wywołana przez ludzi przed pi cioma wiekami” - 

pomy lał Rourke i wyj ł z pudełka pi  naboi Federal 240 gramów kaliber 44 

Magnum. 

- Znałem faceta, który strzelał z oryginalnego colta z otwartym zamkiem i 

ładował nabój, jak tylko oddał strzał. Tego numeru nie da si  zrobi  z tym 

pistoletem. Lecz jest pewien sposób... 

- Jestem ciekaw - powiedział Michael i u miechn ł si  odsłaniaj c białe, 

zdrowe z by. 

- Tak my lałem - za miał si  szczerze Rourke. - Wyobra  sobie,  e to 

powalone drzewo jest człowiekiem, który strzela do ciebie, a stół, to osłona. 

Musisz strzelaj c, skry  si  za osłon , a potem nabi  ponownie pistolet tak 

szybko, jak tylko potrafisz. Tymczasem drugi facet zachodzi ci  od tyłu. Musisz 

wyj  zza stołu i zabi  pierwszego z nich, zanim wezm  ci  w krzy owy ogie . 

Wi c biegniesz i oddajesz do niego pi  strzałów, je li to konieczne. Załó my,  e 

tym razem tak było. Jak poradzisz sobie w takiej sytuacji z drugim go ciem? 

- Chciałbym to zobaczy . 

- Daj mi znak, kiedy mam zaczyna . Sta  tam z boku. - Rourke wskazał r k  

taras skalny. Tam Michael był bezpieczny, nie mogła tam zaw drowa   adna 

zabł kana kula. 

- I załó  tłumiki. Nie ma sensu niszczy  sobie słuchu na  wiczeniach - poradził 

Rourke synowi. 

- W porz dku. 

Rourke wzi ł predatora i pi  naboi. Potem cofn ł si  jakie  dwadzie cia pi  

stóp w linii prostej od stołu, prostopadłej do powalonego drzewa. To zwi kszało 

szans  dotarcia za osłon , nim trafi go wyimaginowany przeciwnik. 

- Jestem gotów. Tylko pami taj,  e nie mam wprawy w strzelaniu z broni 

samopowtarzalnej i rzadko strzelam z kalibru 44. 

- To tylko wymówka. Teraz! 

Michael wybrał moment, kiedy ojciec stał równo na nogach, mimo to Rourke 

ruszył biegiem przed siebie, unosz c do strzału pistolet. Nie zwalniaj c tempa 

kciukiem odwodził kurek i poci gał za cyngiel. Ruger podskakiwał mu w dłoni za 

ka dym strzałem. Odległo  pomi dzy biegn cym a osłon  zmniejszała si . Na 

korze powalonej sosny pojawiła si  rysa. Rourke ukrył si  za blatem stołu i 

błyskawicznie otwierał zamek, kciukiem wprowadzał nabój, zamykał zamek, 

przekr cał b benek i znów otwierał. Robił to automatycznie, bez zastanowienia. 

Kiedy naładował, podbiegł w kierunku sosny, oddaj c cztery strzały. Rysa na 

korze drzewa wydłu yła si . Przystan ł na chwil , kiedy Michael zawołał: 

- Pi kna robota, tato! 

John schylił si  i strzelił w przysiadzie z odległo ci pi tnastu stóp. Trafił w 

drzewo na linii poprzednich czterech strzałów. Pocisk poderwał w powietrze płat 

kory. Rourke obrócił si  na pi cie i ukl kł, a potem jeszcze raz błyskawicznie 

nabił b benek, wyci gaj c nowe naboje z pasa. Był gotów stawi  czoło drugiemu 

napastnikowi. Wstał i zdj ł tłumiki. Michael podszedł do ojca. 

background image

 

16 

- Ja wol  kaliber 45 albo bro  automatyczn  - powiedział Rourke. Nie miał 

nawet zadyszki. - Lecz je li ty masz inne upodobania, trzymaj si  ich. 

Najwa niejsze, by  celnie strzelał. A w ogóle, magnum to dobry pistolet. 

W tej chwili ze Schronu wychyliła si  Annie. Miała prawie dwana cie lat. 

- Otworzyłam ostatni słoik masła z miazgi arachidowej - zawołała do nich. - 

Czy s  ch tni na kanapk  z razowca? 

Ojciec i syn spojrzeli na siebie. Obaj podziwiali zaradno  Annie w 

prowadzeniu kuchni. Zawsze potrafiła ich czym  mile zaskoczy . 

- Nie słyszeli cie pytania? Przygotowałam kanapki z chleba razowego, miazgi 

arachidowej,  wie ych truskawek, pomidorów i szparagów. Je li chcecie, jest te  

sałatka z fasoli. 

- Niezły z ciebie kuchcik, cho  troch  ekstrawagancki - zauwa ył Rourke.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

17 

Rozdział 6

 

 

Rourke wychylił kieliszek whisky, by oceni  jej smak. 

Pierwszy rocznik, który wyprodukował na czystym spirytusie zbo owym, był 

nieco za mocny. Drugi udał si  bardziej. Mieli w piwnicy spory zapas wytrawnej 

segrea i seven, ale wrodzona przezorno  Rourke'a skłoniła go przed trzema laty 

do p dzenia alkoholu. Michael poszedł w  lady ojca. Chłopak nosił si  z 

zamiarem zrobienia własnego browaru. Rourke nie przepadał za piwem, ale 

potrafił zrozumie  syna. Nastolatek chciał zaznaczy ,  e wkracza w wiek m ski. 

Piwo nie mogło mu zaszkodzi . Siedzieli wszyscy razem przy stole. Annie była 

bardzo podniecona. 

- Byłoby cudownie - mówiła - gdyby my mieli kilka zwierz t domowych. 

Jakichkolwiek. Cho by kozy. Tak bardzo chciałabym wam przygotowa  co  

innego ni  zwykle. Znam kilka pysznych przepisów na ser i jogurt. Ale 

pami tacie jak si  to sko czyło, kiedy próbowałam zrobi  jogurt z mleka w 

proszku? 

- Był bardzo dobry, kochanie - odparł Rourke. Zwracał si  do niej tak samo, 

jak do  ony. Annie była uderzaj co podobna do matki, tylko włosy miała inne. 

U wiadomił sobie,  e nie obcinała ich, od kiedy si  przebudziła. Tylko czasem 

przystrzygła jaki  kapry ny kosmyk, jak sama mawiała. Rourke domy lił si ,  e 

zapo yczyła to okre lenie z jakiej  ksi ki, albo kasety video, ale wcale mu to nie 

przeszkadzało. Tego ranka Annie rozpu ciła warkocze. Ojcu podobały si  jej 

długie kasztanowe włosy, spadaj ce falami na ramiona, i dalej a  do pasa. 

Annie miała w sobie du o wdzi ku i swoim promiennym u miechem potrafiła 

rozja ni  monotonne  ycie w Schronie. Rourke czuł,  e b dzie mu brakowało tej 

małej dziewczynki. Miała tak wiele obowi zków,  e niewiele czasu mogła 

po wi ci  beztroskim, dzieci cym zabawom. 

Powiedział jej, co b dzie si  z ni  działo i jak powinna post powa , kiedy 

stanie si  dorosł  kobiet . Ostrzegł j  przed chwilami, kiedy samotno  mo e by  

nie do zniesienia. 

Mówił dzieciom o trudno ciach, jakie młodzie  napotyka, wkraczaj c w 

dorosłe  ycie, o tym, jak je przezwyci a . U wiadomił im,  e ich  ycie b dzie si  

toczy  w warunkach odbiegaj cych od normalno ci. Musieli sobie z tym radzi , 

dopóki on nie przebudzi si  ponownie i dopóki nie spełni si  jego plan. 

Nadszedł czas rozstania. Zebrali si  w salonie. Rourke siedział na wersalce, 

Michael na foteliku z rozkładanym oparciem, Annie na podłodze w pozycji 

lotosu. Z tyłu dobiegł ich szum kapsuł narkotycznych. John dopiero teraz 

u wiadomił sobie,  e na niego ju  czas. 

- Jeste my przyszło ci  ludzko ci. Wszystko, czego was nauczyłem, jest tylko 

ziarenkiem piasku na pustyni. Lecz macie podstawy,  eby samodzielnie rozwija  

wasze zdolno ci i pogł bia  wiedz . Kiedy zacznie  wita , ju  mnie tu nie b dzie. 

Upłynie szesna cie lat, zanim zobacz  wschód sło ca i was. Lecz wy b dziecie 

widzie  mnie i wasz  mam  ka dego dnia. My si  nie zmienimy. Paul i Natalia 

tak e. Nie my lcie,  e zadanie, które was czeka, jest łatwe. Musicie mie  

wiadomo ,  e mog  zaistnie  okoliczno ci, jakich nie przewidziałem i do 

których nie jeste cie przygotowani. Starajcie si  ze wszystkim upora . Je eli co  

background image

 

18 

b dzie przekraczało wasze siły i umiej tno ci, wtedy mnie obud cie. Miejmy 

nadziej ,  e b d  w stanie temu zaradzi . W razie gdyby które  z was było 

powa nie ranne i wasza wiedza okazałaby si  niewystarczaj ca, natychmiast 

mnie obud cie. Obserwujcie działanie kapsuł narkotycznych. W razie 

najmniejszej awarii systemu zasilania, obud cie wszystkich. 

Rourke zwrócił si  do córki: 

- Chciałbym, aby  rozwijała swoje twórcze zainteresowania. Praca twórcza 

jest niezb dna do przetrwania. Mam na my li zarówno zaj cia fizyczne jak i 

umysłowe. Tylko nie zmieniaj przypadkiem wystroju wn trza. Lubi  Schron taki, 

jakim jest. Nie zaniedbuj nauki.  wicz techniki walki, których ci  nauczyłem i 

uwa aj, nie zrób krzywdy bratu. 

- Tato. - Michael nie mógł powstrzyma  si  od  miechu. Annie u miechn ła si  

do ojca. 

- Czas, aby  porzuciła mojego pythona i zacz ła u ywa  Magnum 357. Nie 

przyzwyczajaj si  do broni samopowtarzalnej, jak twój brat. 

- Podoba mi si  detonik, który dałe  mi kiedy  na prób . Jest ładny i 

precyzyjny - powiedziała Annie. 

- Dobrze, ale zaczekaj jeszcze kilka lat, zanim we miesz go do rak. Wtedy 

b dzie twój. 

- Zgoda. Dzi kuj  tato. - Annie u miechn ła si . Na jej policzkach pokazały 

si  dwa małe dołeczki. 

Rourke odwrócił głow  w stron  Michaela. 

- Teraz na ciebie kolej, synu. Nie chc , aby to co teraz powiem zabrzmiało jak 

oznaka m skiego szowinizmu, ale jeste  dwa lata starszy i jeste  m czyzn . 

Czterna cie lat to trudny wiek. Lecz wykazałe ,  e potrafisz zachowa  si  jak 

m czyzna. Tobie zawdzi czam,  e Sarah jeszcze  yje. Ty obroniłe  j  przed 

bandytami. Ty wydostałe  matk  i Annie z opałów. Masz siln  wol . Nie 

spotkałem jeszcze nikogo, kto mógłby ci dorówna . Pod tym wzgl dem jeste my 

do siebie podobni. Mo e ci to ułatwi  ycie, je li potrafisz nad sob  panowa . 

Uwa aj,  eby  nie zszedł na zł  drog , powrót jest niemo liwy. Teraz ty jeste  tu 

gospodarzem. My l ,  e Annie to zrozumie. - Rourke spojrzał na córk . Annie 

przytakn ła z u miechem. 

- Wierz , synu,  e sprostasz zadaniom, które ci  czekaj . Od dzisiaj 

odpowiadasz nie tylko za siebie, ale tak e za twoj  siostr  i za nas czworo podczas 

naszego snu. Pami taj o tym, kiedy b dziesz przeprowadzał swoje eksperymenty 

z prochem bezdymnym, nie wysad  nas w powietrze! 

Rourke zamilkł i u miechn ł si  do syna. Michael wstał i wło ył r ce do 

kieszeni spodni, które wzi ł od ojca. Spodnie miały podwini te nogawki, były na 

chłopca jeszcze troch  za du e. 

- Zobaczysz,  e Annie b dzie bezpieczna, mo esz by  o to spokojny. Nie 

zawiod  ci . Nie zawiod  ani mamy, ani Paula, ani Natalii. Nie wiem, co wydarzy 

si  przez te szesna cie lat, ale jestem pewien,  e poradz  sobie ze wszystkim. 

John wstał z wersalki. Michael podszedł i u cisn ł wyci gni t  r k  ojca. 

Annie stan ła przy nich i obj ła ich obu. W kilka godzin pó niej John Rourke 

zapadł w narkotyczny sen.

 

 

 

background image

 

19 

Rozdział 7

 

 

Michael Rourke ze stolkerem przewieszonym przez rami  schodził z gór przez 

przeł cz. Przez celownik optyczny karabinu mógł st d dojrze  Schron. Ojciec 

zwierzył mu si  kiedy ,  e Natalia nazwała ten szczyt Gór  Rourke'a. W wieku 

dwudziestu lat Michael rozpocz ł systematyczn  lustracj  okolicy, ale przez 

dziesi  lat ani razu nie natrafił na  lad dzikiej zwierzyny. Natomiast ro linno  z 

roku na rok coraz bujniej pokrywała stoki. 

Michael przy pieszył kroku. Annie zapowiedziała,  e tego wieczoru zrobi na 

kolacj  piecze  wołow . Je li chciała go w ten sposób nakłoni  do szybszego 

powrotu, nie mogła wybra  lepszego argumentu. Mi so gotowała jedynie z okazji 

urodzin Michaela lub własnych, czasami w dni  wi teczne. Tym razem nie był to 

aden ze styczniowych dni  wi tecznych (oboje urodzili si  w styczniu). Rano 

Annie o wiadczyła po prostu: 

- Znudziło mi si  wegetaria skie jedzenie. Dzisiaj wyjm  troch  mi sa z 

zamra arki. Tylko nie spó nij si  na kolacj . 

Michael nie protestował. 

Gdyby udało mu si  złapa  zaj ca albo wiewiórk , nie zabiłby ich. Gotów był 

dokarmia  zwierz ta warzywami z własnej działki. Lecz to wszystko były tylko 

marzenia. Pocieszał si  my l ,  e zaj ce nie mieszkaj  na takiej wysoko ci. Mo e 

w innej cz ci  wiata... Pewnego razu wyprowadził ze Schronu harleya i pojechał 

przed siebie, tak daleko, jak pozwalał na to zapas paliwa. Było to pi  lat temu. 

Potem odbył podobne podró e - sto mil w ka d  z czterech stron  wiata. Odnalazł 

wtedy rozbity i zardzewiały wrak samochodu. Nie opodal były ruiny wielkiego 

miasta. Zostały z niego tylko stalowe szkielety wie owców. Ludzkie ko ci 

rozsypały si  w proch. Lecz zapasy paliwa, rozmieszczone w strategicznych 

punktach były nietkni te. Zwiózł wszystkie cysterny. Powiedział Annie,  e taki 

był cel jego podró y. Cysterny wypełnione były rop  i nie stwierdził wycieków. 

Annie tak e opuszczała Schron, by uda  si  na przechadzk . W okolicy ich 

domu było bezpiecznie, wi c Michael nie zabraniał jej tego, chocia  pilnował, by 

zabierała ze sob  detonika. W wieku pi tnastu lat rozpocz ła strzelanie ze swego 

ulubionego pistoletu. Doszła do takiej wprawy,  e teraz po trzynastu latach 

treningu, mogłaby by  strzelcem wyborowym. Z odległo ci stu jardów trafiała 

przedmioty, które jej brat ledwie dostrzegał. Nie u ywała przy tym celownika 

optycznego, ale zwykła muszk  typu Bo-Mar. 

Jeszcze jako nastolatek Michael czytał ”Encyklopedi  Britanica”. Przebrn ł 

przez siedemna cie tomów. Rozbawiło go czytanie o angielskim prawie 

podatkowym. (Podatki ju  nie istniały). 

Nagle przypomniał sobie zdanie wypowiedziane kiedy  przez ojca: ” mier  

jest tak samo nieunikniona, jak podatki”. Zastanawiał si  teraz, czy tak jak znikł 

system podatkowy, zniknie i  mier . Wi kszo  ludzi, których kiedy  znał, nie 

było ju  na  wiecie. Ta  wiadomo  ci yła mu bardzo. Lecz nie tracił nadziei. W 

ci gu ostatnich szesnastu lat co wieczór siadał przy radiostacji, zakładał 

słuchawki, i w jednostajnym szumie odbiornika szukał jakiegokolwiek sygnału. 

Kiedy była sprzyjaj ca pogoda, wychodził na zewn trz i obserwował gwiazdy, 

czekaj c na jaki  znak. Dopiero w ostatnim okresie zacz ł nabiera  pewno ci,  e 

background image

 

20 

na Ziemi nie było nikogo prócz nich. Czasem miał ochot  wsi

 na harleya i 

pojecha  do Kolorado, gdzie znajdowała si  tajna sowiecka baza operacyjna. 

Powstrzymywała go pewno ,  e je li komu  tam udało si  prze y , to ów 

człowiek byłby teraz jego wrogiem, jak pi  wieków wcze niej był wrogiem jego 

ojca. 

Tego wieczoru Michael daremnie próbował nawi za  ł czno  przez 

radiostacj . Obserwacje przez teleskop tak e nie dały rezultatów. Usiadł wi c i 

nalał sobie kieliszek whisky, po wieloletnim le akowaniu trunek nabrał 

odpowiednich walorów smakowych i nie ust pował szlachetnym markom 

Seagream Seven. Michael potrzebował czego  na wzmocnienie. Wychylił kieliszek 

i poszedł do salonu. Annie ju  spała. Zwykle zasypiała pierwsza. Usiadł na 

wersalce i wpatrywał si  w kapsuły narkotyczne. Nie miał ochoty ogl da  video. 

Oboje z Annie prze ywali wieczorami te chwile samotno ci, przed którymi 

ostrzegał ich ojciec. Michael zastanawiał si , jak to b dzie, kiedy wreszcie b d  

wszyscy razem. Rozmy lał, szczególnie o Natalii. Jaka ona jest? To pytanie 

chodziło mu po głowie, kiedy wracał z Góry Rourke'a do Schronu. 

Przypomniał sobie, kiedy w dzieci stwie zobaczył po raz pierwszy, jak ojciec i 

matka si  całowali. Potem ogl dał wielokrotnie podobne sceny w filmach. Nie czuł 

zgorszenia na widok kobiety i m czyzny obejmuj cych si  w łó ku. Seks nie 

stanowił dla niego tabu. Czytał na ten temat ksi ki, które ojciec  wiadomie im 

zostawił. Zanim John uło ył si  do snu, rozmawiali o tych sprawach bez 

skr powania. 

Lecz spogl daj c na Natali , Michael miał mieszane uczucia. Przypominał mu 

si  kategoryczny ton głosu ojca, kiedy ten mówił o konieczno ci bycia razem dla 

przetrwania. Michael miewał chwile, kiedy czuł,  e rozumuj  tymi samymi 

kategoriami. Plany ojca wydawały mu si  wtedy jasne, ale co  buntowało si  w 

nim przeciwko zaaprobowaniu wyznaczonej im roli. Michael starał si  

kontrolowa  bieg my li i przypomnie  sobie, co pobudziło go do tych refleksji. 

Zacz ło si  przy kolacji. 

- Co o tym s dzisz? - zapytała Annie. Znlazłam przepis w ksi ce kucharskiej, 

w której mama zapisywała własne receptury. 

Michael wypił Seagreama i postawił pusty kieliszek na stole. Miał wyrzuty 

sumienia,  e si gn ł do rezerwy whisky ojca, ale tak czy inaczej była to specjalna 

okazja. 

- To jest naprawd  dobre, Annie. Powiedz mi, jak si  to nazywa? 

- Miał to by  boeuf Strogonow, ale nie miałam wina. U yłam piwa. 

- Wy mienite. Facet, który ci  po lubi... - Michael urwał w pół zdania i 

spojrzał siostrze w oczy. Annie energicznym ruchem głowy odrzuciła pukiel 

włosów z czoła. 

- Jak my lisz - zapytała - co tata miał w planie dla nas? - Jej głos dr ał lekko. 

Przypominał Michaelowi głos matki. 

- Chcesz abym mówił szczerze? 

- Tak, powiedz mi szczerze co my lisz. Zastanów si , ja tymczasem podam ci 

deser. Dzisiaj jest tort truskawkowy. Nalej sobie kieliszek whisky i zaczynaj. 

Annie wstała od stołu i podeszła do kuchenki. Michael wzi ł swój kieliszek. Po 

chwili wahania si gn ł tak e po kieliszek siostry i odwrócił si  do barku. 

background image

 

21 

- Co powiesz na jeszcze jeden kieliszek? - zapytał, odkr caj c korek butelki. 

To whisky uszlachetniona pi ciosetletnim le akowaniem. 

- Nie interesuje mnie le akowanie. Nalej mi, je li uwa asz,  e b d  

potrzebowała czego  mocnego. 

- Tak b dzie lepiej. 

- Wi c dobrze. Napij  si  jeszcze whisky. Chcesz du o truskawek? 

- Tak - Michael napełnił oba kieliszki i zakorkował butelk . Potem odwrócił 

si  do stołu, uwa aj c, by nie rozla  whisky i czekał, a  siostra pokroi tort. Na 

jego porcj  Annie nało yła truskawki, które zebrała rano na działce. 

Miała na sobie skromn  spódnic . Zakładała j  na co dzie , chocia  uszyła 

sobie kilka eleganckich kreacji i kilka par spodni. Zasiadała do maszyny do 

szycia z takim zapałem, jak pianista do swojego instrumentu. Spódnica si gała jej 

do kolan. Była w kolorze marynarskiego granatu, bowiem wszystkie bele 

materiału, jakie znajdowały si  w Schronie, pochodziły z bazy marynarki 

wojennej Stanów Zjednoczonych, tak samo, jak maszyna i wszystkie przybory do 

ycia. 

Górn  cz  jej ubrania stanowiła bluzeczka, która zamiast rami czek miała 

dwie tasiemki zawi zywane na kokardki na ramionach. Michael odprowadził j  

wzrokiem, kiedy przeszła obok niego, nios c deser i usiadł do stołu. Miał na sobie 

krótkie spodenki. Sam obci ł nogawki, nie zadaj c sobie trudu, by je podło y . 

Teraz czuł sw dzenie na nodze w miejscu, gdzie fr dzelki d insu łaskotały skór . 

Podrapał si  w nog . Wiedział,  e to nie pomo e, ale był podenerwowany i 

usiłował w jaki  sposób rozładowa  napi cie. W magazynie le ało tyle par 

d insów,  e nie zd yłby ich znosi  do ko ca  ycia, ale te lubił najbardziej. 

- Wi c jak my lisz? Co on miał dla nas w planie? 

- Zdrowie - powiedział po hiszpa sku Michael, unosz c kieliszek. Znał troch  

hiszpa skiego z ksi ek i ta m magnetofonowych, które ojciec zgromadził w 

Schronie, z nadziej ,  e pomog  zrozumie  pewien hiszpa ski film, co w ko cu 

udało mu si . 

- Salud - odparła Annie i tr cili si  kieliszkami. - Czy powiesz mi teraz, co 

my lisz? 

Michael z ch ci  zapaliłby teraz papierosa.  ałował,  e nie palił. Mógłby 

zaci gn  si  dymem i odwlec dyskusj  chocia  na chwil . 

- W porz dku - powiedział. - Ojciec zawsze powtarzał,  e widzi szans  na 

przetrwanie tylko wtedy, gdy b dziemy wszyscy w tym samym wieku. 

- Dobrze. Ale co z tego wynika? 

- To oczywiste. Chyba nie raz widziała , jak to robi . Wiem,  e ty robiła  to 

samo. 

- O czym ty mówisz? 

- Mówi  o tym,  e jeste my lud mi i odczuwamy ludzkie potrzeby. 

- Michael, nie mo esz wyra a  si  ja niej? 

- My l ,  e tata zaplanował wszystko od samego pocz tku. Wiedział, co robi, 

kiedy przygotowywał Schron. Wiedział,  e  wiat zmierzał do samozagłady. 

Dlatego obudził nas i uczył przez pi  lat, a potem pozostawił tu, podczas gdy oni 

pi . 

- O czym ty mówisz? 

background image

 

22 

- Nie wiesz? A o czym my lisz, kiedy wpatrujesz si  w kapsuł  narkotyczn , 

gdzie le y Paul? 

- My l ,  e jest... 

-  e jest przystojnym m czyzn ? On jest jedynym  yj cym m czyzn , 

którego nie ł cz  z tob  wi zy krwi. - Michael spojrzał na siostr . Annie spu ciła 

oczy i zacz ła grzeba  ły eczk  w deserze. 

- My lałam o tym - powiedziała szeptem. - A co powiesz o Natalii? 

- Natalia jest kobiet  - wypalił Michael i zamilkł. 

Oboje tego wieczoru nie doko czyli deseru. Michael siedz c na wersalce, 

patrzył na cztery kapsuły narkotyczne. Dwie puste kapsuły wynie li do 

magazynu. Powiódł wzrokiem po wszystkich i zatrzymał spojrzenie na Natalii. 

Nagle przypomniał sobie, jakiego koloru były jej oczy; niebieskie jak kł by gazu 

narkotycznego. Zanim wstali od stołu, Annie zapytała go, patrz c w kierunku 

salonu: 

- Czy on... Czy to mo liwe? Domy lał si , co siostra chciała powiedzie , ale 

udawał,  e nie rozumie jej słów. 

Wychylił ostatni kieliszek whisky i poszedł spa .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

23 

Rozdział 8

 

 

To trwało tylko krótk  chwil , lecz od samego pocz tku Michael był pewien, 

e złapał jaki  sygnał. Z wła ciw  sobie przytomno ci  umysłu nacisn ł 

natychmiast przycisk zapisu na magnetofonie, który podł czony był do 

radiostacji. 

Wyt ał słuch, aby zrozumie  słowa, ale głos mówił obcym j zykiem. Spojrzał 

na zegar. Stoper rolexa, którego ojciec podarował mu przed uło eniem si  do snu, 

wskazywał,  e transmisja trwała tylko dwie i pół minuty. Annie o tej porze le ała 

ju  w łó ku. 

Zdarzyło si  to po raz drugi, od czasu gdy zacz ł systematycznie poszukiwa  

w eterze sygnałów  ycia. Za pierwszym razem były du e zakłócenia w odbiorze. 

Od tamtego czasu min ło pi  lat. Michael nie przywi zywał wi kszej wagi do 

kilku niezrozumiałych słów, które mogły zreszt  by  złudzeniem wywołanym 

przez defekt aparatury. Teraz cisza została przerwana po raz drugi, a sygnał był 

mocniejszy. 

- Czy jest mo liwe, aby powrócili uczestnicy ”Projektu Eden”? - zastanawiał 

si  na głos. Oznaczałoby to,  e astronauci znajduj  si  ju  w atmosferze 

ziemskiej. - Mo e usiłowali nawi za  kontakt? Dlaczego nie mog  zrozumie  ich 

j zyka? Mo e sygnał jest zakłócony z powodu zmiany o rodka, po którym 

rozchodz  si  fale. Chciałbym wiedzie , czy to wina aberracji atmosferycznych, 

czy jaka  usterka w odbiorniku. 

Kilkakrotnie przy pomocy Annie rozebrał radio, aby sprawdzi , czy nie było 

zwarcia w instalacji. Doszli do wniosku,  e radiostacja działa prawidłowo. 

Nagle zerwał si  na nogi i si gn ł r k  po pistolet. Kierował si  intuicj . 

Dobrze wiedział,  e powinien słucha  swojego wewn trznego głosu. Przemierzył 

salon długimi krokami i podszedł do magazynu. Ze zniecierpliwieniem odtr cił na 

bok lornetk  Bushmella i wyci gn ł z futerału celownik optyczny o zmiennej 

ogniskowej, którego u ywał jako teleskopu. Podwin ł koszul  do góry i schował 

do powstałej w ten sposób ”kieszeni” lunetk  wraz z osprz tem. Potem odci gn ł 

zasuw , która od wewn trz blokowała wyj cie awaryjne i zacz ł wybiera  

kombinacj  na zamku szyfrowym. Otworzył pokryw  włazu. Szybko wspi ł si  po 

drabince. Na szczeblach drabiny le ał pi ciowiekowy kurz. Michael zwinnie 

przecisn ł si  przez otwór włazu i zatrzasn ł za sob  hermetyczn  pokryw , nie 

zadaj c sobie trudu, by zabezpieczy  j  od zewn trz. Pi ł si  dalej ku górze. Pot 

wyst pił mu na czoło. Na skutek silnego podniecenia pociły mu si  dłonie.  wiatło 

latarki  lizgało si  po kamiennych  cianach tunelu zgodnie z ruchami jego ciała. 

Był przed ostatni  bram . Zdj ł skobel i pchn ł klamk . Brama otwarła si  na 

o cie . Mro ny powiew musn ł jego twarz. Michael ruszył na zewn trz, 

zamykaj c właz za sob . Spojrzał na gwie dziste niebo. Przej ł go zimny dreszcz. 

Młodzieniec wbiegł na skalny taras. Nerwowo zacz ł odwija  koszul , by wyj  

lunet . W po piechu upu cił stojak. Nie był mu potrzebny. Przyło ył do oka 

teleskop, dzi ki któremu mógł uzyska  40-to krotne powi kszenie obrazu i 

wydłu ył ogniskow  do połowy. W przejrzystym powietrzu miliony gwiazd lały 

na niego niesamowite  wiatło. Pomi dzy nimi zawieszony był srebrny sierp 

ksi yca. 

background image

 

24 

Michael powoli przesuwał lunetk  po nieboskłonie. Nagle w jego polu 

widzenia pojawiło si  ruchome  wiatło. Zastygł w bezruchu, ale zaraz opanował 

si  i wyregulował ogniskow  tak, aby otrzyma  najwi ksze powi kszenie. 

Kontury samolotu zarysowały si  wyra niej. Mógł rozró ni  jego kształt i kolory. 

Maszyna leciała zygzakowatym torem. Odgadł,  e musiała mie  jak  awari . 

Zapami tał kurs; samolot leciał na północny zachód w kierunku masywu 

górskiego. Michael nigdy nie zapuszczał si  tak daleko. Dr ały mu r ce kiedy 

patrzył, jak  wietlisty punkt znika za horyzontem. Jeszcze nie mógł uwierzy ,  e 

jednak nie byli sami. Ponownie przyło ył lunet  do oka, ale w ród gwiazd nie 

znalazł  adnego potwierdzenia,  e to, co przed chwil  widział, nie było 

złudzeniem. Próbował co  powiedzie , ale słowa nie przechodziły mu przez 

gardło. Tłumaczył sobie,  e to z powodu zimna i rozrzedzonego powietrza. 

- Znajd  ci , kimkolwiek jeste  – wyszeptał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

25 

Rozdział 9

 

 

- Nie wykluczone,  e był to samolot ”Projektu Eden”. Chyba miał awari . 

Obawiam si ,  e maszyna rozbiła si  w górach. 

- Samolot - powtórzył w zamy leniu Michael. - Kto  z załogi na pewno si  

uratował. Mo e pilot leciał sam. Na pokładzie był człowiek. - Jego głos był ledwo 

słyszalny. 

Annie przełkn ła  lin . Głos brata docierał do niej jakby z du ej odległo ci. 

Pogodziła si  ju  z my l ,  e s  zupełnie sami, z wyj tkiem czterech u pionych, 

bliskich osób, które obserwowała codziennie przez kł by gazu narkotycznego. 

Wiara w samotno  kosztowała j  wiele trudu. Teraz wszystko wydawało jej si  

inne. Wsun ła stopy w kapcie i wstała, odsuwaj c na bok taboret. Owin ła si  

chust , któr  zarzuciła w po piechu na nocn  koszul . Podeszła do kuchenki. W 

milczeniu wygładziła r k  fałdy koszuli si gaj cej kolan. Potem zapytała: 

- Co teraz b dzie, Michael? Wiem,  e nie zdołam ci  tutaj zatrzyma  - mówiła 

gło niej ni  zwykle. 

Wyci gn ła r k  po czajnik. Woda zagotowała si , wi c dziewczyna nalała 

wrz tku do porcelanowego imbryka z herbat  z rozmaitych ziół. Zbierała li cie 

na działce potem je suszyła i robiła napar. Bardzo smakowała jej herbata 

ziołowa. Li cie nas czyły si  gor c  wod  i z imbryczka popłyn ł mocny, 

odurzaj cy zapach. Annie zało yła pokrywk . Trzeba było zaczeka  a  herbata 

si  zaparzy. 

- Chciałem wła nie pomówi  z tob  na ten temat. 

Annie wzi ła imbryczek za ucho. Trzymaj c go przez  ciereczk  wróciła do 

stołu. Postawiła imbryk obok fili anek. Zapasy kawy były na wyczerpaniu, wi c 

Michael tak e pijał herbat , cho  za ni  nie przepadał. Annie usiadła. 

- Chcesz pojecha  w góry i zobaczy  na własne oczy, co si  stało. Czy nie tak? 

- Masz racj . Musz  dowiedzie  si , kim jest pilot i sk d wystartował. 

Annie spojrzała na brata. Wydawało si  jej,  e widzi własnego ojca Michael 

był  ywym obrazem Johna Rourke'a. Teraz mówił takim samym tonem jak on. 

Trudno było oprze  si  złudzeniu. Codziennie ogl dała kasety wideo, na których 

Rourke tłumaczył im, jak obchodzi  si  z broni , jak leczy  rany oraz udzielał 

rozmaitych wskazówek. Nagle uzmysłowiła sobie,  e prawie nic nie wie o matce. 

Wspomnienia z dzieci stwa ju  dawno zatarły si  w jej pami ci. Widywała matk  

zamkni t  w kapsule narkotycznej. Lecz wtedy jeszcze bardziej odczuwała brak 

mo liwo ci porozumienia. Matka miała inne włosy, koloru po redniego pomi dzy 

rudym a br zowym. Annie nigdy nie zastanawiała si  nad kolorem swoich 

włosów. Wystarczyło,  e ojciec okre lił je jako kasztanowate. My lała o Sarah 

jako o czułej, kochaj cej matce i dobrej przyjaciółce. Obawiała si , by przeczucie 

przyja ni nie okazało si  wytworem wyobra ni, poniewa  gor co pragn ła mie  

przyjaciela, który rozumiałby j  i którego ona mogłaby rozumie . Kiedy ogl dała 

filmy oraz czytała ksi ki, nie mogła zrozumie , jak to si  działo,  e dzieci tak 

cz sto kłóciły si  z rodzicami. Bulwersował j  brak ufno ci w stosunkach rodzin-

nych. Jednego była pewna: matka b dzie dla niej jak siostra. Sarah b dzie tylko 

cztery lata starsza od córki, kiedy si  przebudzi, ale Annie nie to miała na my li. 

Nalała esencji do obu fili anek. 

background image

 

26 

- Czy wiesz, dok d pójdziesz? 

- Zapami tałem kształt górskiego szczytu. Na mapie wyznaczyłem dokładny 

kurs. Nie wiem jak daleko mnie zaprowadzi, ale mam pewno  co do kierunku 

poszukiwali. 

- Pojedziesz pikapem czy motocyklem? 

- Wezm  harleya. Znam na pami  mapy ojca, na których zaznaczone s  

strategiczne składy paliwa. Zobaczysz,  e wszystko b dzie w porz dku. 

- Musisz zabra  du  ilo  prowiantu. Przygotuj  ci, co trzeba. Zabierz puszki 

i mleko w proszku. Kiedy zamierzasz wyruszy ? 

- Za kilka godzin. Je li samolot si  rozbił, albo l dował awaryjnie, ludzie b d  

potrzebowali pomocy. Musz  ich znale , nim b dzie za pó no. 

- Mówisz tak samo jak ojciec. Nawet wygl dasz tak samo jak on. My l ,  e 

bardzo go kochasz. 

Michael u miechn ł si  do niej. Ró nił si  od ojca tym,  e nie palił cygar. To 

chyba dobrze. Wstał od stołu. 

- Pomog  ci przygotowa  ekwipunek na drog . Powiedz mi tylko, jak  bro  

chcesz zabra  ze sob . 

- Mam swoje rewolwery. My l ,  e jeden karabin M-16 wystarczy. 

- We  koniecznie nó . 

- Wła nie chciałem to zrobi . 

- Wi c przygotuj bro , a ja zajm  si  reszt . Przygotuj  ci wełniane skarpety i 

ciepł  bielizn . 

- Dzi kuj  - szepn ł Michael. - A jak ty b dziesz sobie radzi  beze mnie? 

- Nie boj  si  zosta  sama. Wcale nie b d  sama. Poza tym kilkakrotnie 

opuszczałe  Schron, penetruj c okolic . 

- To potrwa znacznie dłu ej. 

- Wi c powiedz mi, kiedy mam si  ciebie spodziewa . Do tego czasu spróbuj  

nie martwi  si  o ciebie. Lecz nie ka  mi czeka  dłu ej. 

Michael u miechn ł si . Był rad,  e ma tak  dobr  siostr . 

- Dobrze. Je li nie wróc  za dwa tygodnie, wtedy mo esz zacz  si  martwi . 

Annie wypiła łyk gor cej herbaty. 

- Mo esz by  pewien,  e zrobi  co  wi cej - powiedziała stanowczo. 

Tylko siedemna cie dni dzieliło ich od Bo ego Narodzenia, na kiedy 

wyznaczone zostało przebudzenie. 

Michael i Annie stali naprzeciwko siebie przed Schronem. Mi dzy nimi stał 

motocykl na stopkach. Był to du y Herley Low Rider z niebieskim bakiem. Wiał 

zimny wiatr. Annie postawiła kołnierz płaszcza. Długi płaszcz, który uszyła sobie 

przed dwoma laty, skutecznie chronił j  od zimna. Na drodze unosiły si  tumany 

g stego kurzu. Podmuch wiatru poderwał do góry spódnic  Annie, odsłaniaj c 

kolana. Zrobiło si  jej zimno. Lecz było to zimno, które odczuwała od wewn trz. 

Zawi zała mocniej chust  pod szyj  i schowała r ce do kieszeni. Tymczasem 

Michael przymocował ostatni tobołek do baga nika. Harley był całkowicie 

sprawny. Oboje dokonali szybkiego przegl du. Na wszelki wypadek Annie 

wło yła pod siodełko zestaw naprawczy. 

- Gotowe - powiedział Michael. - My l   e to ju  wszystko. Annie zmierzyła 

brata wzrokiem od stóp do głowy. Miał na sobie skórzan  kurtk  ojca. Przewiesił 

background image

 

27 

przez lewe rami  długi rewolwer, Magnum Sales Stolker z celownikiem 

optycznym, nie zapominaj c przedtem zabezpieczy  soczewek. Przewlekł przez 

szlufki spodni szeroki pas, na którym powiesił u lewego boku kabur  z pistoletem 

Magnum Predator kaliber 44. U prawego boku zamocował poka nych rozmiarów 

nó  Gerber Mill. Annie osobi cie pomogła mu przywi za  karabin M-16 do ramy 

motocykla 

Miał wszystko co mogło okaza  si  potrzebne. Mimo to Annie wyj ła z 

kieszeni nó  AC Russell Sting IA ze stali nierdzewnej. Tym samym no em 

posługiwał si  ich ojciec. Podała nó  bratu. 

- We  go - powiedziała. - Mo e ci si  przyda , chocia  wolałabym, by  wzi ł 

raczej pistolet maszynowy albo automatyczny rewolwer. 

- Nie martw si . Najlepiej słu  mi te rewolwery, które mam przy sobie. 

Ojciec mówił,  e obchodz  si  z nimi, jakby były przedłu eniem moich dłoni. 

- To prawda, ale tata powtarzał ci zawsze, aby  nie chodził nigdzie, uzbrojony 

tylko w bro  samopowtarzaln . Ka dy strzał wymaga poci gni cia za cyngiel, a 

do tego ładowanie b benka zabiera du o czasu. 

- Zobaczysz,  e wszystko b dzie dobrze, Annie. I pami taj,  e obiecała  si  nie 

martwi  - odparł Michael i u miechn ł si  do siostry. 

Annie obeszła motocykl dookoła i przyjrzała si  uwa nie, czy wszystko jest na 

swoim miejscu. Potem podeszła do Michaela, obj ła go za szyj . Mocno przytulili 

si  do siebie. Przebiegło jej przez my l,  e w ci gu dwudziestu o miu lat jej  ycia 

tylko ojciec i brat obejmowali j  w ten sposób. Ciekawa była jak robiłby to jej 

kochanek. Zamkn ła oczy. Poczuła, jak Michael całuje j  w policzek. Cofn ła si  

o krok, przyło yła dłonie do policzków brata, a potem pocałowała go w usta. 

- Kocham ci , Michael. Jeste  moim jedynym bratem. Uwa aj na siebie. 

Michael wybuchn ł  miechem. 

- Kochasz mnie tylko dlatego,  e jestem twoim jedynym bratem? 

Annie tak e wybuchn ła  miechem i wsparła głow  na ramieniu Michaela. 

Nagły podmuch wiatru zerwał jej z głowy chust . Dziewczyna odwróciła si  i 

zd yła złapa  j  w powietrzu. Michael wsiadł na motocykl, a ona przygl dała 

si , jak wł czył silnik i zwi kszył obroty, wsłuchuj c si  w równomierny warkot 

maszyny. Potem obrócił głow  ku siostrze. 

- Trzymaj si , Annie! Do zobaczenia! - zawołał i odjechał. Annie pomachała 

mu r k  i patrzyła, jak motor przechyla si  na zakr tach, malej c w jej oczach w 

miar , jak oddalał si  od Schronu. Michael obejrzał si  za siebie i wtedy Annie 

pomachała do niego chust , potem zało yła j  na głow . R ce posiniały jej z 

zimna, wi c wło yła je do kieszeni. Nie ruszyła si  z miejsca, dopóki mogła jeszcze 

dostrzec tuman kurzu, ci gn cy si  za motocyklem. 

Annie odwróciła si  i poszła prosto do Schronu. Zatrzasn ła za sob  pokryw  

włazu.  wiatło nie dochodziło do tunelu. Odnalazła po omacku nast pne drzwi i 

weszła do pomieszcze  mieszkalnych. 

Zim  było wi cej wolnego czasu. Prace na działce ustały, strzelnica nie 

nadawała si  do treningów, przy umiej tno ciach Annie okazała si  za mała. 

Dziewczyna zdj ła chustk  z głowy i zło yła starannie. Poło yła j  na kuchennym 

stole. Zdj ła płaszcz. Zło yła go na taborecie, na którym zwykle siadał Michael. 

Zmarzła. Pragn ła gor cej k pieli. Ale wiedziona jak  wewn trzn  potrzeb  

background image

 

28 

poszła do salonu. Usiadła na kanapie i patrzyła na pierwsz  od prawej kapsuł  

narkotyczn . Nie spojrzała nawet na ojca, matk  czy Natali . Patrzyła na Paula 

Rubensteina. M czyzna nie był szczególnie przystojny, ale lubiła wyraziste rysy 

jego twarzy. Znała go z dzieci stwa. Przypominała sobie, jak kiedy , gdy grali w 

karty, Paul Rubenstein u miechn ł si  do niej i powiedział,  e Annie jest urocz  

dziewczynk . Ona zarumieniła si . Teraz u miechn ła si , wspominaj c t  scen . 

Zastanawiała si  co mogłaby robi  o tak wczesnej porze. Najpierw musiała 

sprawdzi  wyniki własnego eksperymentu. Przeznaczyła na do wiadczenia 

wszystkie stare szmaty, jakie udało jej si  znale  w Schronie. Pierwsze arkusze 

papieru czerpanego wła nie suszyły si  w laboratorium. Na razie były to próbki, 

ale Annie zamierzała zwi kszy  produkcj . Po wizycie w laboratorium mogłaby 

przygotowa  sobie k piel i zje   niadanie. Tymczasem siedziała i patrzyła na 

Paula Rubensteina. Wiedziała,  e jest nieodrodn  córk  swego ojca - mistrza 

przetrwania. 

Teraz lepiej ni  kiedy  rozumiała plany ojca. John Rourke nauczył j  

wszystkiego, by przygotowa  j  do zwi zku z młodym m czyzn . Ojciec odegrał 

wobec nich rol  Boga, przeznaczył ich sobie nawzajem, sprawił,  e byli równi 

wiekiem. Ale czy miał prawo ł czy  ich na zawsze, czy jako dowódca Schronu 

mógł pełni  obowi zki kapłana jak kapitan na statku? 

A mo e poczeka  na powrót ekipy z ”Projektu Eden”? 

Annie zaakceptowała plany ojca nie dlatego,  e bała si  przeciwstawi  jego 

woli. Sama wła ciwie nie wiedziała, dlaczego. Kierowała ni  prawdopodobnie ta 

sama siła, która nie pozwalała jej oderwa  oczu od Paula Rubensteina. Annie 

zastanawiała si , jak brzmi jego głos.  yczyła mu z całego serca, aby proces 

narkotyczny usun ł jego wad  wzroku. Pewnego razu odnalazła w magazynie 

jego okulary. Miały grube szkła. Przeczy ciła je bez zastanowienia i schowała do 

futerału. 

Annie zamkn ła oczy i obróciła głow  w kierunku drzwi. Potem spojrzała raz 

jeszcze na kapsuł  Paula i u miechn ła si  do niego. 

- Jeste my dla siebie przeznaczeni - wyszeptała. - Jeste my dla siebie 

przeznaczeni - powtórzyła z wi kszym przekonaniem. Miała ochot  porozmawia  

z Natali . Zrozumiała,  e ona jest przeznaczona dla Michaela. Brat rozmawiał z 

ni  którego  wieczora o Rosjance i o tym co j  ł czyło z ojcem. Annie omal si  nie 

rozpłakała, kiedy wyszło na jaw,  e w  yciu ojciec kochał dwie kobiety: ich matk  

i t  Rosjank . Lecz teraz czuła,  e potrafi ojcu przebaczy  i  e rozumie go lepiej 

ni  kiedykolwiek. 

Teraz zdawała sobie spraw  z tego,  e jej ojciec podj ł ryzykown  gr  z 

przeznaczeniem. Układ sił pomi dzy ojcem, Michaelem i Natali  nie b dzie tak 

prosty, jak wyobra ał to sobie John Rourke. Annie wydawało si ,  e Natalia we 

nie tak e o tym my li. 

Nie potrzebowała ju  k pieli. Poszła do kuchni, by przygotowa  sobie 

niadanie. Zastanawiała si , czy Paulowi spodoba si  jej gotowanie. Rozpi ła 

szeroki pas z kabur  detonika. Zabierała go zawsze ze sob , wychodz c ze 

Schronu. Poło yła bro  na stole. Zało yła fartuch i zacz ła si  zastanawia  na co 

ma ochot . Wybrała omlet ze szpinakiem. Michael wolał dania gotowane, ona 

preferowała sma one.

 

 

background image

 

29 

Rozdział 10

 

 

Michael jechał przez pi  dni na północny zachód. Był ju  niedaleko celu, ale 

postanowił,  e niezale nie od wyniku poszukiwa , siódmego dnia zawróci. Nie 

nale ał do ludzi, którzy łatwo si  poddaj . Ale wolał by  w Schronie razem z 

Annie podczas Przebudzenia. Potem b d  mogli obaj z ojcem wznowi  

poszukiwania, a Paul Rubenstein zostanie, by opiekowa  si  kobietami i strzec 

Schronu. Michael od lat marzył o wielkiej, wspólnej wyprawie z ojcem.  ył na 

planecie, o której prawie nic nie wiedział i to nie dawało mu spokoju. Oczywi cie 

Michael liczył si  z protestami matki. Trudno b dzie tak e przekona  Natali , by 

została w Schronie. Lecz był pewien,  e ojca nikt nie zatrzyma. Za dobrze go znał, 

by mie  jakiekolwiek w tpliwo ci. Obaj nie potrafili panowa  nad swoj  

ciekawo ci . Byli panami tego  wiata, musieli wi c go pozna . 

Michael zatrzymał si  i ustawił harleya na stopce. Ostatni strategiczny skład 

paliwa, gdzie napełnił zbiornik motocykla, był dwadzie cia mil za nim. Na mapie 

nie było wi cej cystern. Dookoła Michaela pi trzyły si  góry. Powietrze było 

mro ne i z powodu znacznej wysoko ci jeszcze bardziej rozrzedzone ni  w okolicy 

Schronu. Odczytał z licznika ilo  przejechanych kilometrów. Obliczył,  e 

znajduje si  w Tennessee, gdzie  niedaleko miejsca, gdzie le ały kiedy  Nashville i 

Chattanooga. 

Drog  przed nim zarastały niskie, g ste krzewy, dalej zagradzało przejazd 

usypisko kamieni pozostałe po lawinie. Nierówno ci terenu były zbyt du e by 

próbowa  wjecha  wy ej na motocyklu. Michael zdecydował si  wej  na 

najbli szy szczyt pieszo. Wyci gn ł kluczyk ze stacyjki i odwi zał karabin M-16 

od ramy motoru. Przewiesił bro  przez prawe rami  i ruszył przed siebie długim 

krokiem. Kabura magnum predatora kołysała si  u pasa. Michael musiał teraz 

stawia  krótsze kroki, aby nie po lizgn  si  na stromej skale. Miał nadziej ,  e z 

góry b dzie mógł zlokalizowa  wrak samolotu, który według jego oblicze  rozbił 

si  gdzie  w tej okolicy. Po drugie liczył na to,  e widok znajomych szczytów 

od wie y jego wspomnienia z dni bezpo rednio poprzedzaj cych Noc Wojny. 

Przemierzał wtedy ten szlak z matk  i siostr , aby doł czy  do ojca w Schronie. 

Pi ł si  pod gór . Stok był bardziej stromy, ni  mo na si  było spodziewa . 

Michael wiedział,  e w tych warunkach złamanie nogi czy r ki było 

równoznaczne ze  mierci  z wycie czenia. Ojciec nie popuszczał mu, kiedy 

chodziło o zasady, których nale y przestrzega , podró uj c samemu w trudnym 

terenie. 

Wreszcie Michael ukl kł na szczycie, by zaczerpn  tchu. Oparł r ce na 

kraw dzi stoku i wychylił głow , aby spojrze  w dół. Zastanawiał si , czy 

atmosfera odzyska kiedykolwiek sw  pierwotn  g sto . Czułby si  o wiele mniej 

zm czony, gdyby powietrze, którym oddychał, nie było tak rozrzedzone. Przy 

ka dym gł bszym oddechu kłuło go w płucach. Wsparł si  o du y kamie  i wstał. 

Ostatnim razem był tu latem i musiał nosi  czapeczk  z daszkiem, aby chroni  

głow  od sło ca. 

Przygładził r k  włosy i przypomniał sobie,  e b dzie musiał poprosi  Annie, 

eby przystrzygła mu nieco czupryn  - siostra mówiła tak na jego włosy czesane 

bez przedziałka. Chciał ładnie wygl da , kiedy wszyscy si  przebudz . Podmuch 

background image

 

30 

wiatru zsun ł mu kosmyk na czoło. Michael ponownie odgarn ł włosy. Rozejrzał 

si  dookoła. Okolica była dzika i niego cinna. Na pierwszy rzut oka nic nie 

wskazywało na to, by kto  mógł tu mieszka . Jednak Michael dostrzegł,  e 

ro linno  odrastała tu bujnie. Mógł sobie wyobrazi ,  e wiosn  krajobrazy 

górskie b d  o wiele pi kniejsze ni  teraz. Stan ł nad drug  kraw dzi  szczytu. 

Wyj ł lornetk  Bushnella. Dostał j  od ojca, jak wszystko, co miał. Stan ł nad 

przepa ci . Przyło ył lornetk  do oczu i ustawił ostro . Najpierw zobaczył las 

porastaj cy zbocze góry. Drzewa były bardziej rosłe i rozło yste ni  te, które 

rosły w górach w okolicy Schronu. Nie były to kikuty, ale  ywy las. Michael 

domy lał si ,  e było to uzale nione od szeroko ci geograficznej. Na północy 

promienie słoneczne padały pod mniejszym k tem, dzi ki czemu nie niszczyły 

odradzaj cego si   ycia, a raczej sprzyjały procesowi fotosyntezy. Michael opu cił 

lornetk , si gn ł do zewn trznej kieszeni kurtki i wyj ł kompas typu Gl Lensatie. 

Nie miał poj cia, czy podczas katastrofy nuklearnej bieguny magnetyczne Ziemi 

nie uległy przesuni ciu. 

Dotychczas ilekro  spogl dał noc  na niebo, znajdował gwiazd  polarn  tam, 

gdzie by  powinna. Wyznaczył sobie kurs na północny zachód, ku wierzchołkowi 

góry, która rysowała si  na horyzoncie. Schował kompas i przez lornetk  

dokładnie ogl dał wyznaczony szlak. 

Nagle zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Nad zboczem góry, na 

północnym zachodzie unosiła si  szara smuga dymu. Latem uderzenie pioruna 

mogło wznieci  po ar. Ale zim ... 

- Ludzie... - szepn ł sam do siebie Michael.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

31 

Rozdział 11

 

 

Pojechał okr n  drog . Zatrzymał si  tylko na chwil , aby sprawdzi  

kierunek na kompasie. Licznik wskazywał,  e od ostatniego postoju przejechał 

dwadzie cia cztery mile. Kiedy wzgórza nie zasłaniały horyzontu, Michael 

spogl dał daleko przed siebie. Od kilku minut miał smug  dymu stale w polu 

widzenia. Pociły mu si  r ce.  cisn ł mocniej kierownic . Kiedy był ju  niedaleko 

ogniska, zjechał z kamienistego szlaku i skr cił ku sosnom, które rosły nie opodal. 

Zatrzymał motocykl i wył czył silnik. Ustawił harleya na stopce. Potem 

zamaskował go gał ziami. Zarzucił na plecy swój podr czny baga . Dalej szedł 

pieszo. Echo w górach niesie wszelkie odgłosy na du  odległo . Michael nie 

chciał spłoszy  ludzi przy ognisku, je li rzeczywi cie byli tam ludzie. 

Niewykluczone,  e było to jakie  prymitywne plemi . 

Michael Rourke nanosił ołówkiem na map  tras  swego marszu. Zaznaczył 

tak e miejsce, gdzie pozostawił motocykl. Przedzierał si  skulony przez g ste 

zaro la i nisko opuszczone ku ziemi gał zie. Instynktownie wymacał r k  kiesze , 

w której powinien si  znajdowa  kluczyk do harleya. Był na swoim miejscu. 

Posuwał si  szybko pomimo nierówno ci terenu. Wiedział,  e jest w stanie 

utrzyma  tempo przez dłu szy czas, zanim poczuje zm czenie i trudno ci z 

oddychaniem rozrzedzonym powietrzem. Kiedy chodził na zwiady w okolicy 

Schronu, wy wiczył si  w długich marszach. Zacisn ł praw  dło  na r koje ci 

stolkera, nie wyjmuj c broni z kabury. Wchodził teraz w g ciejszy las. Uwa ał, 

aby nie zdradzi  swojej obecno ci trzaskiem łamanych gał zi. Z g szczu 

zalatywał sw d spalonego mi sa. Michael poczuł,  e robi mu si  słabo. Nie mógł 

sobie tego wytłumaczy . Przypomniał sobie,  e całkiem podobny zapach 

rozchodził si  po kuchni, kiedy Annie przyrz dzała piecze . Lecz wtedy zawsze 

rósł jego apetyt. Natomiast ten zapach był w pewien sposób przykry. Michael 

wzi ł si  w gar  i zwi kszył czujno . Nie zwolnił kroku. Zacisn ł jeszcze mocniej 

dło  na r koje ci stolkera i wyci gn ł rewolwer z kabury. Szedł przed siebie z 

broni  gotow  do strzału. Nieco zaskoczony, zdał sobie nagle spraw  z tego,  e 

instynktownie spodziewał si  znale  raczej wroga ni  przyjaciela. 

- Raczej wroga - powtórzył cicho do siebie. 

Daremnie szukał przyczyny, dla której pociły mu si  r ce i odczuwał skurcze 

w  oł dku. Podchodził z broni  w r ku do jedynej by  mo e  ywej istoty na 

ziemi, nie licz c Annie, rodziców, Paula i Natalii. 

Odsun ł gał , która zagradzała mu drog . Sosny, jak na górskie drzewa, 

były ogromne. Patrzył na nie z zachwytem, ale musiał si  du o natrudzi , zanim 

dotarł na skraj lasu. Przykucn ł, wci  trzymaj c w dłoni rewolwer. Wiatr 

powiał mu dymem prosto w oczy. Stan ł za ostatnim drzewem. Przed nim 

otwierała si  szeroka równina. W niewielkiej odległo ci dogasały popioły po 

ognisku. Podmuch wiatru unosił z popiołu dym, coraz bardziej g sty i czarny. 

Michael skierował si  ku ognisku, rozgl daj c si  dookoła. Nagle zatrzymał si . 

Co  przykuło jego uwag . Du a ko  ogryziona do biało ci. W miejscu, gdzie ko  

ł czy si  ze stawem oba jej ko ce zostały złamane. Była to ludzka ko  udowa. 

Michael powiódł wzrokiem po trawie i odkrył,  e polana usiana była ludzkimi 

ko mi. Pochylił si  nad t , któr  pierwsz  zobaczył. Ostrzem gerbera przewrócił 

background image

 

32 

j  na drug  stron . Szpik kostny został dokładnie wydłubany ze  rodka. Michael 

otarł nó  o traw  i schował do pochwy. 

W ród popiołów le ał kawałek przypalonego mi sa. Michael podniósł z ziemi 

kij. Kto  posługiwał si  nim jak ro nem, bowiem jeden koniec był dobrze 

zaostrzony. Po przeciwległej stronie ogniska le ały jeszcze dwa takie kije. Michael 

złapał kij za grubszy koniec i przebił nim ochłap. Podniósł go do nosa. Mi so 

wydzielało słodkawy, mdły zapach, podobny do woni niedogotowanej 

wieprzowiny. 

Michael przypomniał sobie,  e w Schronie nie było ju  mi sa wieprzowego. 

Ostatni  porcj  z zamra arki zjedli niedawno. Nie mieli z tego powodu wyrzutów 

sumienia, poniewa  Rubenstein był jaroszem, a Natalia z powodu  ydowskiego 

pochodzenia powstrzymywała si  od spo ywania wieprzowiny. Kiedy Annie 

przyrz dzała piecze , Michael podawał jej przyprawy i cebul  z działki. Był 

pewien,  e k s, który teraz trzymał przed nosem, nie był mi sem wieprzowym. 

Ko ci rozrzucone wokół ognia nie pozostawiały co do tego w tpliwo ci. Było to 

ludzkie mi so. 

Michaelowi zrobiło si  słabo. Odwrócił si  plecami do wiatru i zacz ł 

oddycha  ustami, aby nie czu  okropnego sw du spalenizny. Odszedł kilka 

kroków od ognia, usiłuj c przełkn   lin . Wtedy na skraju lasu zobaczył zwłoki 

kilku ludzi, le ce nie opodal miejsca sk d przyszedł. 

cisn ło go w  oł dku. Podszedł szybko do le cych. Pochylił si  nad ciałami i 

przez chwil  wpatrywał si  kolejno w twarze zmarłych. Wiedział,  e powinien si  

przemóc i dotkn  któregokolwiek z nich, aby ustali  w przybli eniu czas zgonu, 

ale nie zrobił tego. 

Kr ył wokół polany pomi dzy drzewami w nadziei,  e natrafi na jaki   lad. 

Przeciskaj c si  przez krzaki zauwa ył,  e dolne li cie były mokre.  mierdziały 

moczem. Wiedział ju , w którym kierunku oddalili si  oprawcy. Nagle 

przystan ł. Zwrócił uwag  na krzew porzeczkowy. Od lat szukał ro liny, któr  

mo naby uprawia  na działce. Jak si  spodziewał, ro lina była zdrowa. Mógł 

wykopa  korze  i zabra  go ze sob . Cierniste chwasty, które rosły dookoła, nie 

mogły mu w tym przeszkodzi . Lecz naraz zapomniał o swoich zamiarach. Pod 

krzewem le ało ciało. 

Michaeł rozpoznał,  e były to zwłoki dziewczyny. Była młoda, mo e w wieku 

jego siostry. Z jej głowy broczyła krew. Wła ciwie całe jej ciało było 

pokrwawione i tylko na czole i policzkach nie było ran. Została oskalpowana, 

odci to jej uszy i wydłubano oczy. ”Gałki oczne mogły stanowi  smakołyk dla 

oprawcy” - pomy lał Michaeł. Zrobiło mu si  niedobrze. Odwrócił si  z odraz . 

Zwymiotował. 

Kiedy doszedł do siebie, nagle u wiadomił sobie, jak bardzo mu ci ko. 

mier  obcej dziewczyny była  mierci  jego marze  o nowym  wiecie. Nie mógł 

dzieli  go z kanibalami. Co  si  w nim buntowało, a jednocze nie czuł si  bezsilny 

jak dziecko. 

Osun ł si  na kolana. Ukrył twarz w dłoniach. Po raz pierwszy od dzieci stwa 

zapłakał.

 

 

 

 

background image

 

33 

Rozdział 12

 

 

Proces narkotyczny i długi sen miały wła ciwo ci lecznicze. Działały na 

organizm odmładzaj co. Lecz nie mogły wyleczy  powa niejszych okalecze . 

Pułkownik zdawał sobie spraw ,  e tylko jedna jego nerka funkcjonuje sprawnie. 

Nadal cierpiał na w trob . Nie  ywił te  nadziei,  e fragment lewego płuca, wyci -

ty podczas operacji, kiedykolwiek si  zregeneruje. Najbardziej martwiła go 

niewydolno  jelita grubego, uszkodzonego na sporym odcinku. W nabłonku 

pozostała dziura. Co prawda nie odczuwał wi kszych dolegliwo ci z powodu 

odniesionych ran, ale cz ste chodzenie do toalety było kłopotliwe. Ponadto szybko 

si  m czył na otwartym powietrzu na skutek rozrzedzenia atmosfery. Pułkownik, 

oparł si  plecami o pie  jodły, patrzył na o nie one szczyty górskie na horyzoncie. 

Setki mil za tymi górami pi trzył si  jeszcze wy szy masyw, a za nim otwierały si  

wody oceanu. Nic si  nie zmieniło - wiedział o tym. Wyobra nia przenosiła go 

ponad oceanem do kraju, który był celem wszystkich jego marze . Pułkownik 

wiedział,  e los b dzie mu sprzyja , zanim nie spełni si  do ko ca jego plan. Nie 

przypadkiem mieszkał w górach. Przebywał tu od czterech lat - od chwili, kiedy 

si  przebudził.  wiczył ciało, aby przyzwyczai  si  do  ycia w trudnych 

warunkach. Nie przyszło mu nawet przez my l, by podda  si  swojej ułomno ci. 

Liczył na to,  e kiedy zejdzie na niziny, b dzie w pełni sił. Ta my l utwierdzała go 

w uporze. Wło ył r k  do kieszeni. Wyczuł przez spodnie,  e miał erekcj . 

Zdarzało mu si  to, kiedy my lał o kobiecie. Nadszedł czas, by si  do niej dobra . 

Ruszył pewnym krokiem po kamienistym szlaku, który prowadził do groty. 

Schodz c w dół nie mógł dostrzec wej cia, bowiem przesłoniły je gał zie jodeł. O 

tej porze roku były przypruszone  niegiem. Wyt ył wzrok. Czuł si  zupełnie tak 

samo, jak przed czterema laty, kiedy zaw drował tu wraz ze swoimi towarzysza-

mi w poszukiwaniu schronienia. 

Wszedł do jaskini. Zdj ł płaszcz. Wewn trz było ciepło dzi ki kaloryferom 

zasilanym przez baterie słoneczne. Z rado ci  stwierdził,  e nie ma zadyszki, 

pomimo ci głej zmiany otoczenia i temperatury. 

Jego towarzyszy nie było w jaskini. Wyszli gdzie , zaj ci własnymi sprawami. 

Lecz nie był sam w kwaterze. 

Otworzył drewniane drzwi oddzielaj ce wspóln  cz  jaskini od jego 

prywatnego apartamentu. Wszedł do  rodka i niedbale rzucił płaszcz na krzesło. 

Potem odpi ł pas, przy którym zamocowana była kabura pistoletu. Pistolet był 

nabity. Przewiesił pas przez oparcie krzesła. Wszystkie meble, które znajdowały 

si  w pracowni, wykonał sam za pomoc  hebla i piły. Oparł si  o biurko i przez 

chwil  przegl dał nie doko czone projekty. Miał na dzi  dosy  pracy i  wicze  

strzeleckich. Doskonalił si  w strzelaniu co najmniej trzy razy w tygodniu. Jako 

celu u ywał manekina w kształcie człowieka. Trafiał zawsze w tors manekina, 

najcz ciej na wysoko ci serca. 

Przeszedł z pracowni do salonu. Było to ostatnie pomieszczenie w tej cz ci 

jaskini. Powiódł wzrokiem po pokoju. Po lewej, za ruchom  kotar , która 

stanowiła  cian  działow , znajdował si  prysznic i ubikacja. Z prawej strony stał 

mały kredens, gdzie pułkownik przechowywał wszystkie swoje najcenniejsze 

rzeczy. Na wprost wej cia stało łó ko. 

background image

 

34 

Kobieta le ała na materacu. 

- Czy wiesz, co ci  czeka? - zapytał, chocia  nie spodziewał si  odpowiedzi. 

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nale ała do potomków tych ludzi, 

którzy w jaki  sposób prze yli katastrof  nuklearn . Z biegiem czasu ci ludzie 

ulegli wtórnemu zdziczeniu na skutek niezmiernie trudnych warunków  ycia. De-

generacja pogł biała si  z pokolenia na pokolenie. Kobieta przypominała bardziej 

zwierz  ni  człowieka. Nie znała mowy, a strach przed m czyzn , który stał w 

drzwiach parali ował j  do tego stopnia,  e nie wydała z siebie  adnego głosu. Ale 

pułkownik nic o tym nie wiedział. Nie wiedział, w jakim j zyku porozumiewa  si  

z ni . Mimo to, mówił do niej. 

- Wiesz chyba, z kim masz do czynienia? Wieki temu byłem panem tej ziemi. 

Nie traciłbym wtedy swojego cennego czasu dla takiej jak ty. Ale skoro tu ju  

jeste , zobaczysz,  e wydostan  z ciebie to, co pragn  usłysze . 

Si gn ł po gumowy bat długi na dwie stopy. Odczuwał przyjemno  na my l, 

e za chwil  pejcz pozostawi na jej skórze pr gi. Zamachn ł si , chciał trafi  w 

brzuch kobiety, tymczasem bat wyl dował na jej piersiach. Kobieta krzykn ła z 

bólu. Krzyk był j zykiem uniwersalnym, pierwszym zrozumiałym odgłosem od 

kiedy została schwytana. Odło ył bat i zacz ł si  po piesznie rozbiera . Po 

wszystkim zamierzał złoi  jej porz dnie skór .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

35 

Rozdział 13

 

 

Michael tropił ich od trzech dni. Odpoczywał tylko w nocy, ale nie pozwalał 

sobie na sen. Nie rozpalał te  ogniska. Kanibale zostawiali za sob  wyra ne  lady. 

Ka dego dnia odnajdował ludzkie ko ci i popioły po ognisku. W miejscach, gdzie 

ziemia była bardziej mi kka, zauwa ył odciski stóp. Wywnioskował z nich,  e 

tamci owijali stopy gałganami. 

Ch  poznania prawdy nie pozwalała mu na przerwanie po cigu po siedmiu 

dniach. Musiał zobaczy  tamtych ludzi. Cho by miał zmieni  wcze niejsze plany. 

Kanibale mogli okaza  si  przecie  jedynymi lud mi na Ziemi. Był tak uparty w 

swoim postanowieniu,  e zostawił nawet motor w pobli u szlaku i zamaskował go. 

Nie chciał zdradzi  swojej obecno ci. Warkot silnika mógł zaprzepa ci  jedyn  

szans  na nawi zanie kontaktu z lud mi. Niewa ne jak byli prymitywni. Prócz 

kanibali musiały by  gdzie  w okolicy tak e ich ofiary. W gł bi duszy  ywił 

nadziej ,  e chocia  oni oka  si  istotami nie pozbawionymi ludzkich uczu . Nie 

przypominał sobie, aby w historii powszechnej czytał cho  jeden rozdział 

po wi cony wspólnocie pierwotnej. Mimo to domy lał si ,  e nawet w ród 

kanibali powinny obowi zywa  pewne prawa. Z pewno ci  nie wolno im było 

zabija  członków własnego plemienia. Michael próbował przekona  samego 

siebie,  e ludzie nie mog  by  a  tak okrutni. 

Szlak, którym pod ali, ci gn ł si  w ród szczytów górskich i na razie nie 

wyprowadził Michaela poza obszar, który zamierzał przeszuka , by zlokalizowa  

miejsce katastrofy samolotu albo lotnisko. Nie wykluczał bowiem mo liwo ci,  e 

to pilot nadał ow  niezrozumiał  wiadomo  do bazy, gdzie zamierzał l dowa . 

To tłumaczyłoby, dlaczego  wiatło, które widział w nocy wyra nie obni yło lot. 

Szedł w stałej odległo ci za kanibalami. Chwilami widział ich sylwetki dwie 

mile przed sob . 

Kanibale zatrzymywali si  w jednym miejscu nie dłu ej ni  na jedn  noc. Nie 

stawiali szałasów. Palili tylko ogniska. Michael wywnioskował st d,  e jest to 

w drowne plemi  my liwych albo grupa wojowników wysłana z wioski na łowy. 

Liczył na to,  e zaprowadz  go prosto do swojej osady. Zachowywał si  bardzo 

ostro nie, aby nie poznali,  e s   ledzeni. Uwa ał szczególnie, kiedy patrzył przez 

lornetk . Nigdy nie stawał twarz  do sło ca, gdy  promienie odbite od soczewki 

mogły go zdradzi . 

Przemieszczali si  tylko od wschodu do zachodu sło ca. Michael szedł, kiedy 

widział,  e tamci id , a odpoczywał, kiedy rozpalali ognisko. 

Tego wieczoru przypomniał sobie,  e przez cały dzie  nie znalazł pozostało ci 

po barbarzy skich ucztach. W pobli u popiołów po ognisku nie było te  

wyostrzonych kijów. Zrozumiał,  e wkrótce kanibale poczuj  głód. Postanowił 

pod osłon  ciemno ci zakra  si  do ich obozowiska. Musiał si  dowiedzie  z kim 

ma do czynienia. Ale na razie nie chciał zdradzi  swojej obecno ci. Uniósł tarcz  

rolexa ku ksi ycowi. Fosforyzuj ce wskazówki wskazywały północ. 

Przypuszczał,  e o tej porze b d  pogr eni we  nie. Zrzucił z pleców tobołek i 

ukrył go w krzakach w pobli u  cie ki. Przez chwil  wa ył na dłoniach karabin 

M-16. Nie zamierzał zaczyna  walki z kanibalami. Zło ył bro  obok tobołka i 

kiedy to robił, zdawało mu si ,  e słyszy głos ojca, który go ostrzega. Michael 

background image

 

36 

oznaczył miejsce, układaj c spor  gał  w poprzek  cie ki. Teraz nic nie 

kr powało jego ruchów w g szczu. 

Był pewny siebie. Czuł,  e dopóki ma przy sobie rewolwery nic złego mu si  

nie przytrafi. Na wszelki wypadek naniósł na map  punkt, gdzie si  znajdował. 

Bezszelestnie zatopił si  w ciemno ci. Mi kkie podło e tłumiło odgłos jego 

kroków. Szedł szybko. Od czasu do czasu zatrzymywał si  i nadsłuchiwał.  aden 

głos nie m cił ciszy. Michael słyszał tylko własny oddech. Chmury sun ły wolno 

po niebie, ale wiatr wiej cy w górach nie docierał w doliny. Michael odgadł,  e 

wkrótce ma zacz  pada   nieg. 

Nagle co  poruszyło si  w ciszy. W  wietle ksi yca majaczył jaki  kształt, 

który kołysał si  lekko na boku. Wyci gn ł stolkera z kabury i zacz ł skrada  si  

w kierunku jasnej plamy. W miar  jak zbli ał si , owa sylwetka zdawała si  

wspina  do góry. Stan ł pod drzewem. Odetchn ł z ulg , to tylko nerwy, 

złudzenie. Michael uniósł r k  i dotkn ł syntetycznej tkaniny zaczepionej na 

gał ziach. R ka zapl tała mu si  w linki. Znał nazw  przedmiotu, który znalazł. 

Widział podobne na wideo. Na drzewie wisiał spadochron. Patrz c ku górze, 

Michael zauwa ył,  e czasza zlewa si  w jedno z nadci gaj cymi chmurami. 

Nagły podmuch wiatru szarpn ł spadochronem. Teraz Michael miał pewno ,  e 

tamtej nocy widział na niebie  wiatła samolotu. Wyj ł z kieszeni zapalniczk . 

O wietlił czasz  i przebiegł wzrokiem wzdłu  linek no nych. Były uci te równo na 

tej samej wysoko ci. Skoczek musiał posłu y  si  no em. ”Wi c  ył, kiedy 

wyl dował” - pomy lał Michael. Pod drzewem le ała uprz . Wrak samolotu 

musiał by  gdzie  w pobli u. Michael pod wpływem nagłej nadziei zacz ł 

rozgl da  si  za pilotem. Zaraz jednak ochłon ł. Min ło przecie  osiem dni od 

skoku. Schylił si  i zacz ł przeszukiwa  po omacku ziemi  dookoła sosny. Nie 

chciał wypala  gazu w zapalniczce, bo było go niewiele. Przejechał r k  po trawie 

i natrafił na co  twardego. Po wiecił zapalniczk . Z ziemi wystawała r koje  

spr ynowego no a. Michael wyci gn ł go i odczytał napis na ostrzu: ”Rostfrei 

Solingen'”. Nie było w tpliwo ci,  e nó  został wyprodukowany w dwudziestym 

wieku. Zachował si  w idealnym stanie. Michael zwolnił blokad  i zamkn ł 

spr ynowiec. Schował go do kieszeni i szukał dalej. W promieniu kilkunastu 

metrów nie znalazł niczego. Usiadł na ziemi. Próbował zebra  my li. Sygnał 

radiowy został nadany z samolotu. Niewykluczone,  e przed pi cioma laty 

nadawał go ten sam pilot. Nie był to typowy sygnał S.O.S. Oznaczało to,  e pilot 

usiłował nawi za  ł czno  ze swoj  baz , nie mógł bowiem wiedzie  o istnieniu 

Schronu. Poza tym radiostacja ojca nie była przystosowana do odbioru sygnału o 

takiej cz stotliwo ci. Lotnik musiał liczy  na czyj  pomoc w razie konieczno ci 

katapultowania si . St d wniosek,  e w górach musiał si  znajdowa  drugi 

schron, o którym nie wiedział ojciec Michaela. Michael wahał si  przez chwil . 

Wniosek wydawał si  mu niewiarygodny, lecz wszystko wskazywało na to,  e ma 

racj ; pilot katapultował si  niedługo po nadaniu swoich współrz dnych do bazy. 

Wiatr zaniósł go nad las. Spadochron zaczepił si  w gał ziach. Pilot zawisł na 

wysoko ci zaledwie sze ciu stóp nad ziemi . Zdołał przeci  linki no ne. 

Prawdopodobnie został ranny podczas l dowania, inaczej nie porzuciłby no a. 

Chyba  e musiałby ratowa  si  przed kanibalami. Michael wykluczył mo liwo  

tego,  e lotnik stracił przytomno  i zwisał przez dłu szy czas na uprz y, chocia  

background image

 

37 

zwi kszyłoby to szans  odnalezienia lotnika. Usiłował wyobrazi  sobie siebie w 

analogicznej sytuacji. W  adnym wypadku nie porzuciłby no a. Musiało si  sta  

co , czego nie potrafił si  domy le . Wstał i rozejrzał si  dookoła. Tak czy inaczej, 

pilot zdołał oddali  si  o własnych siłach z miejsca l dowania. Michael nigdzie nie 

zauwa ył  ladów krwi, ale było ciemno i mógł si  pomyli . Stan ł w miejscu, gdzie 

pilot upadł, kiedy odci ł si  od czaszy spadochronu. Gdyby to Michael był na jego 

miejscu, ranny i osaczony, ukryłby si  w g szczu. Michael obrócił si  w prawo i 

ruszył wolnym krokiem przed siebie. Teren w tym miejscu obni ał si . T dy 

byłoby łatwiej i  rannemu.  cie ka prowadziła w mroczny, g sty las i była cz -

ciowo zaro ni ta. 

Michael potkn ł si  o co . Przykucn ł i o wietlił przedmiot zapalniczk , 

osłaniaj c r k  płomie . Przed nim le ał mały, plastikowy pojemnik. Był pusty i 

nie miał przykrywki. Michael pow chał wewn trzn  kraw d  pojemnika. Ten 

zapach przywodził mu na my l jak  potraw , ale teraz nie wiedział, jak . 

Płomie  zapalniczki zacz ł male . Ko czył si  gaz. Michael rozejrzał si  na boki. 

Nie było obawy,  e zostanie zauwa ony. Krzaki i gał zie drzew stanowiły 

wystarczaj c  osłon . Wyj ł latark . Ojciec kupił mu j  kiedy  w Nowym 

Meksyku w magazynie sprz tu speleologicznego. Miała specjalny reflektor, który 

skupiał snop  wiatła w jednym punkcie. Zanim j  otrzymał, posłu yła Johnowi 

podczas wyprawy ratowniczej do rozbitego samolotu. Ojciec kilkakrotnie 

opowiadał synowi t  histori . Wła nie wtedy zaprzyja nił si  z Paulem 

Rubensteinem. Michael schował stolkera do kabury. Szedł dalej, trzymaj c 

latark  nisko przed sob  i o wietlał  cie k . Od czasu do czasu kierował snop 

wiatła na boki. Nagle poczuł pod stopami  wie o rozkopany grunt. Schylił si  po 

patyk i odgrzebał górn  warstw  ziemi. Na niewielkiej gł boko ci natkn ł si  na 

co  twardego. W pierwszym odruchu pomy lał,  e to zwłoki pilota. Poczuł 

mdło ci, ale zapanował nad sob . Kanibale nie mieli zwyczaju grzebania swoich 

ofiar. Przysypał ciało ziemi  i szedł dalej. Nie opodal znalazł jeszcze jeden 

plastikowy pojemnik. Dolne gał zie drzew były połamane. Zauwa ył,  e stru ka 

ywicy na pniu zd yła stwardnie . Znów pomy lał,  e spó nił si  o kilka dni. 

Przyspieszył kroku, ale potkn ł si  o wystaj cy konar. Po wiecił latark . To nie 

był konar, tylko kikut złamanego drzewa. Par  kroków dalej stał prymitywny 

stolik skonstruowany z gał zi. Na blacie stolika le ał jeden plastikowy pojemnik, 

a jeszcze dalej trzy takie pojemniki le ały rozrzucone w pobli u. Michael 

skierował snop  wiatła powy ej stolika. Na chwil  znieruchomiał z wra enia. 

Przed nim stał niewielki szałas. Wahał si  przez chwil  czy wej  do  rodka. 

Postanowił nie robi  sobie nadziei. Nie chciał prze ywa  wi cej rozczarowa . 

Podniósł pojemnik ze stołu. U ywał podobnych, kiedy wyruszał z ojcem na 

całodniowe wyprawy.  wier  litrowe pojemniki nadawały si  doskonale do 

przechowywania  ywno ci. Przemógł si . Podszedł do szałasu. W  rodku nie było 

nikogo. Obszedł szałas dookoła. Nie znalazł nic, oprócz starannie usypanych 

kopców ziemi. Spoczywały tam cztery ciała. Michael nadal nie mógł zrozumie , 

gdzie podział si  pilot. 

Naraz z lasu dobiegł go krzyk. Zimny dreszcz wstrz sn ł Michaelem. Od 

o miu dni słyszał tylko warkot silnika i wypowiadane czasem na głos własne 

spostrze enia. Od wielu lat, prócz siostry, do nikogo nie mówił. Lecz był pewien, 

background image

 

38 

e to nie wiatr ani dzikie zwierz . W ród ciszy wyra nie słyszał czyje  wołanie o 

pomoc. Ruszył biegiem w kierunku, sk d przyszedł. Dobiegł do drzew, gdzie 

znalazł spadochron. Zatrzymał si  i wyci gn ł z kabury pistolet, usiłuj c 

rozezna  si  w sytuacji. Skr cił w prawo i biegł dalej, tratuj c niskie krzewy. 

”Kanibale” - przemkn ło mu przez głow . Jego umysł pracował na najwy szych 

obrotach. Michael nawet nie zauwa ył, kiedy zacz ł pada   nieg. W tej chwili 

krzyk po raz drugi rozdarł powietrze. Wołaj cy musiał znajdowa  si  w wielkim 

niebezpiecze stwie. Michael biegł co sił w nogach. Przera ała go my l,  e mo e 

nie zd y  i straci  ostatni  szans  nawi zania kontaktu z cywilizowanymi 

lud mi. Musiał dowiedzie  si , kim jest ów człowiek i sk d przybywa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

39 

Rozdział 14

 

 

Annie miała zły sen. Obudziła si  zlana potem. Co  takiego prze yła tylko raz 

w  yciu. Było to efektem długiego snu narkotycznego. Kiedy  rozmawiała o tym z 

bratem. Podczas działania gazu narkotycznego sny nast powały po sobie w 

długim i nieprzerwanym ci gu. Wtedy wydawało si  jej,  e sen jest rzeczy-

wisto ci . Lecz od chwili przebudzenia ani siostra, ani brat nie byli w stanie 

zapami ta  snów, czy chocia  cokolwiek o nich powiedzie . Annie zdarzyło si  

ni  tylko raz od chwili, gdy sko czył si  sen narkotyczny. Było to wtedy, kiedy 

John Rourke uło ył si  w kapsule. Teraz Annie po raz drugi miała sen. Nie był to 

zwykły sen.  niła  wiadomie i przeraziło j  to, co zobaczyła. Była pewna,  e ma to 

zwi zek z losem Michaela. Ł czyła j  z bratem szczególna wi , płyn ca ze 

wiadomo ci,  e jest na ziemi tylko ich dwoje i tylko na sobie wzajemnie mog  

polega . Po szesnastu latach sp dzonych razem w Schronie, zbli yli si  do siebie 

tak bardzo,  e jedno wiedziało zawsze, co dzieje si  z drugim, nawet wtedy, gdy 

nie widzieli si  przez cał  dob . 

Teraz Annie czuła,  e Michaelowi grozi niebezpiecze stwo. Odrzuciła kołdr  i 

usiadła na kraw dzi łó ka. Koszul  nocn  miała mokr  od potu. Po omacku 

odnalazła kapcie i wsun ła w nie stopy. W pokoju było ciemno. Annie wstała i 

podeszła do krzesła, gdzie le ał szlafrok. Wło yła go. Podeszła do drzwi. 

Odruchowo nacisn ła przeł cznik. Zimne  wiatło zalało pokój, chocia   arówki 

nie były widoczne. Ojciec na jej pro b  zainstalował je w ten sposób, aby  wiatło 

odbijało si  od  cian i sufitu. Nie lubiła zbyt jaskrawego o wietlenia. Annie 

chciała si  wyk pa . Wychodz c z pokoju w kierunku łazienki, si gn ła po chust  

i zarzuciła j  na ramiona. Nagle zatrzymała si , jakby si  rozmy liła. Wróciła do 

pokoju i zgasiła  wiatło. Po ciemku podeszła do łó ka. Ponownie usiadła na 

posłaniu. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. ”Michael jest w 

niebezpiecze stwie”. Nie pami tała ju  snu, ale ta my l nie dawała jej spokoju. 

Annie wstała. Jej ruchy  wiadczyły o tym,  e zapanowała nad sob . 

Zatrzymała si  za drzwiami. Na  cianie był przeł cznik, który zapalał  wiatło 

w salonie. Nacisn ła go. Zbiegła w dół po trzech schodkach do salonu i skierowała 

si  ku kapsułom narkotycznym.  wi ta Bo ego Narodzenia były ju  blisko. Annie 

rozwa ała w my li okoliczno ci, które usprawiedliwiałyby j  przed bratem ze 

złamania danego słowa. Wiedziała,  e post puje słusznie. 

Najpierw wył czyła zasilanie kapsuły, w której le ał ojciec. Potem przyszła 

kolej na matk  i Natali . Na koniec przesun ła d wigni  przeł cznika steruj cego 

dopływem gazu do kapsuły Paula Rubensteina. Spojrzała na twarz młodego 

m czyzny. 

- Nareszcie b d  mogła ci  pozna  - wyszeptała. 

Lampki kontrolne na wszystkich kapsułach zacz ły miga . Proces 

przebudzenia rozpocz ł si  wkrótce po ustaniu działania gazu narkotycznego. 

Annie pobiegła do swojego pokoju. Na t  okazj  chciała wygl da  jak najładniej. 

Zdj ła chustk  i rzuciła j  niedbale na łó ko. Potem podeszła do garderoby i 

kolejno wyci gała wszystkie wieszaki z ubraniami. Nie mogła si  zdecydowa .

 

 

 

 

background image

 

40 

Rozdział 15

 

 

Michael wbiegł na mał  polank , któr  pokrywała cienka warstwa  niegu. 

Mro ny powiew wiatru zaparł mu oddech. Sypn ło mu w twarz zlodowaciałymi 

grudkami  niegu, kłuj cymi jak igły. Mimo to nie zwolnił. Zatrzymał si  dopiero 

o krok od ogniska. Pami tał z lekcji, jakich udzielał mu ojciec,  e podczas walki 

płomienie mog  stanowi  pewn  osłon , je li stanie si  do nich plecami. W nocy 

dawało mu to dodatkow  przewag , bo blask ognia o lepiał napastnika. Wołanie 

o pomoc rozległo si  znowu. Michael rozpoznał,  e był to głos kobiety. Na jego 

widok zacz ła krzycze  jeszcze gło niej, aby uzbrojony m czyzna zauwa ył j , 

ale po chwili zamilkła i osun ła si  bezwładnie na ziemi . Kanibal ostrym 

kamieniem zadał jej cios w głow . W blasku ogniska, Michael zauwa ył, jak z 

rany trysn ła krew. Oprawca pochylał si  nad ciałem ofiary. Rourke przez chwil  

stał jak sparali owany. Nie zd ył. Kanibal naci ł brzuch kobiety i zacz ł 

wyci ga  wn trzno ci. 

- Stój! - krzykn ł Michael na cały głos i uniósł obur cz stolkera, celuj c w 

kanibala. 

Dzikus odwrócił głow . Nie wygl dał na zaskoczonego. Zerwał si  na równe 

nogi i ruszył biegiem na Michaela, wyci gaj c r ce przed siebie. W biegu bełkotał 

co  niezrozumiałego. Michael Rourke dopiero po chwili zrozumiał,  e brzmiało to 

jak wołanie: ”Je !”. Bez namysłu odci gn ł kciukiem kurek rewolweru. Pi  

wieków wcze niej, kiedy był jeszcze dzieckiem, zabił kilku ludzi. W chwili 

zagro enia jego własnego  ycia lub  ycia bliskich nie było czasu na wahanie. 

- Jeszcze krok, a strzelam! - zawołał do dzikusa. Ludo erca nie zwolnił biegu. 

Za nim pojawili si  inni. Było ich kilkunastu. Michael trze wym okiem ocenił 

swoje szans . Rejestrował w mig najdrobniejsze szczegóły. Wiatr si  uspokoił. 

Nad ogniskiem unosił si  czarny dym oraz sw d spalenizny. Na skraju polany 

stały nieruchomo dwie postacie przywi zane do drzew. Jedno ciało było 

okaleczone i trzymało si  na nogach tylko dzi ki mocno zaci ni tym sznurom. 

Michael dopiero teraz zauwa ył,  e po drugiej stronie ogniska siedział człowiek. 

Zaraz po ałował,  e nazwał go człowiekiem. Kanibal sko czył piec nad ogniskiem 

rami , które odci ł jednej z ofiar, przywi zanych do drzewa. Podniósł 

”smakołyk” do ust. Po prawej stronie ogniska le ały zwłoki m czyzny. Michael 

znów pomylił; si : m czyzna jeszcze  ył, kiedy ludo erca ostrym kamieniem 

nacinał mu skór  na czole. Wkrótce jednak przestał stawia  opór i opu cił 

bezwładnie członki. Michael nie czekał dłu ej. Poci gn ł za spust. Z lufy 

rewolweru wypełzn ł pomara czowy j zyk ognia. Rozległ si  huk. Kula trafiła 

kanibala w twarz, masakruj c nos. Dzikus wpadł do ognia. Mózg wyciekaj cy z 

przestrzelonej czaszki syczał w płomieniach. Z lewej strony dobiegło wołanie: 

- Na pomoc! 

Michael wykonał zwrot w lewo. Kobieta, która wołała do niego po angielsku, 

była przywi zana do drzewa i zupełnie naga. Jeden z ludo erców pochylał si  nad 

ni . W blasku ognia Michael dostrzegł jego  ółte z by ociekaj ce  lin . Zanim 

zd ył wycelowa , dzikus ugryzł kobiet  w pier . Rourke odci gn ł kurek 

stolkera i wypalił. Kanibal odskoczył od kobiety, jakby poderwał go silny 

podmuch wiatru i run ł na plecy martwy. Michael poczuł na szyi ludzki oddech. 

background image

 

41 

Nie odwracaj c si  strzelił za siebie. Dzikus, mierz cy w niego od tyłu toporkiem, 

zatoczył si  i zadał cios w pró ni . Toporek ze  wistem przeci ł powietrze kilka 

cali od głowy Michaela. Michael schował stolkera do kabury, ten rewolwer nie 

nadawał si  do strzelania na małe odległo ci. Si gn ł po predatora i w tej samej 

chwili strzelił w nast pnego atakuj cego dzikusa. 

Spojrzał jeszcze raz w kierunku drzewa, gdzie przywi zane było okaleczone 

ciało kobiety. Nie dawała znaku  ycia. M czyzna, którego uratował przed 

oskalpowaniem, wykrwawił si . Obok jego ciała le ał otwarty plecak, pełen 

plastikowych pojemników z prowiantem. Michaela zdj ła groza na my l,  e dzicy 

woleli zabija  ludzi, ni  korzysta  z gotowego jedzenia. 

Z grupy, któr  napadli kanibale, prze yła jedynie przywi zana do drzewa 

naga kobieta. Michael powoli wycofał si  w jej stron . Usłyszał za sob  jej krzyk. 

Wykonał szybki półobrót. Strzelił. Kanibal siedz cy przy ognisku wymachiwał 

teraz pieczenia z ludzkiego ramienia jak maczug . Pocisk z rewolweru trafił go 

prosto mi dzy oczy. Celuj c Michael zauwa ył,  e ludo erca ubrany jest w 

skalpy. Miał na sobie co  w rodzaju krótkich spodenek, których przedni  cz  

zdobiły długie rude warkocze. Było to wi cej, ni  Michael mógł znie . 

- Pieprz  was wszystkich, dzikusy! - krzykn ł na całe gardło i poci gn ł za 

cyngiel predatora. Potem poci gn ł drugi raz i trzeci. Nie liczył strzałów. W 

b benku został tylko jeden nabój. Odci gn ł kurek. Tymczasem czterech kanibali 

osun ło si  na ziemi . Kilku innych podbiegło do zastrzelonych. Rozerwali ich 

ciała na kawałki. Potem uciekli w gł b lasu ze zdobycz . 

- Nie! - dobiegł Michaela przera ony głos kobiety. Zrobił  wier  obrotu w 

lewo. Poci gn ł za cyngiel, trzymaj c rewolwer na wysoko ci biodra. Dzikus 

złapał si  za brzuch i upadł na ziemi . 

John Rourke miał racj , gdy mówił,  e bro  samopowtarzalna wymaga zbyt 

wielu czasochłonnych czynno ci. Kiedy Michael ponownie poci gn ł za spust, 

kurek opadł z suchym trzaskiem. Schował pistolet i wyszarpn ł z pochwy nó . 

Nie ogl daj c si  za siebie, podbiegł do kobiety i przeci ł jej wi zy z konopnego 

sznurka. Zaledwie wi zy si  rozlu niły, kobieta osun ła si  na ziemi . Z jej 

prawego nadgarstka płyn ła stru ka krwi. Michael pomógł jej wsta . Zaraz 

potem pchn ł kanibala no em w gardło i wyszarpn ł ostrze. Przeci ł sznur 

kr puj cy nogi kobiety. Po raz pierwszy przyjrzał si  jej dokładnie. Wygl dała 

bardzo młodo. 

Dziewczyna podniosła głow  i spojrzała swoimi niebieskimi oczami na 

człowieka, który j  uratował. Jej spojrzenie wprawiło go w zakłopotanie. Nigdy 

przedtem nie widział nagiej kobiety. 

- Kim jeste ? - zapytała. 

- Na imi  mi Michael. Ale, na Boga, nie czas teraz na prezentacje. Lepiej si  

st d zabierajmy. 

- Słyszałam o tobie i twoim mieczu, którym wymierzasz sprawiedliwo . - 

Dziewczyna wskazała wzrokiem na ostrze gerbera. - Jeste  archaniołem 

Michałem. 

Zbli ał si  kolejny dzikus, wymachuj c nad głow  toporkiem. Michael pu cił 

rami  dziewczny. Nie obawiał si  walki wr cz z jednym tylko przeciwnikiem. 

Unikn ł ciosu i pchn ł napastnika no em w szyj . Dziewczyna dr ała z zimna. 

background image

 

42 

- Czy jeste  w stanie i  o własnych siłach? - spytał Michael. 

- Nie mam nawet butów. 

- Nic na to nie mog  w tej chwili poradzi . Musisz biec, je li ci  ycie miłe. - 

Michael poci gn ł j  lekko za rami , wskazuj c r k  kierunek. - Trzymaj si  

szlaku. Biegnij, pr dko! 

Spojrzał za siebie. Z lasu wyskoczył jeszcze jeden kanibal. Michael wyci gn ł 

nó  przed siebie, chc c go odstraszy . Dzikus cofn ł si  i pobiegł w kierunku 

ogniska. Michael  ledził go wzrokiem,  eby upewni  si , czy nie b dzie gonił 

dziewczyny. Odwrócił si , kiedy zobaczył,  e tamten pochyla si  nad ciałem 

zabitego m czyzny. Pobiegł za dziewczyn . Nie chciał jej straci  z oczu, a ona 

zd yła znikn  pomi dzy drzewami. Zastanawiał si , czy nale ała do załogi 

samolotu. Był zdumiony,  e nazwała go archaniołem. Musiała chyba odby  

doskonałe szkolenie, je li sta  j  było na  arty w tak ekstremalnej sytuacji. Serce 

wci  łomotało mu w piersi, ale nie zwolnił biegu. Nast pnym razem kiedy uda si  

na dłu sz  wypraw  - je li w ogóle b dzie nast pny raz - zabierze ze sob  trzeci 

pistolet. Zapami tał sobie dobrze t  nauczk . B dzie to pistolet maszynowy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

43 

Rozdział 16

 

 

Natalia Anastazja Tiemierowna usiadła na po cieli. Zrobiła to szybko - za 

szybko jak na osob , która dopiero co przebudziła si  ze snu narkotycznego - i 

zakr ciło jej si  w głowie. Zamkn ła oczy, ale zd yła zauwa y ,  e wieko kapsuły 

po lewej stronie było zamkni te. Paul Rubenstein jeszcze spał. Po prawej le ał 

John Rourke. 

- John - wyszeptała. Jej własny głos wydał jej si  obcy. Rourke nie mógł jej 

usłysze , bowiem kapsuła narkotyczna była d wi koszczelna, ale przeci gn ł si  

wewn trz tak, jakby naprawd  słyszał. Pierwsza kapsuła od prawej tak e była 

otwarta. Sarah przecierała oczy. 

Wszystkim czworgu udało si  przetrwa . 

Natalia otworzyła oczy. Czuła si  lepiej. ”Dzieci - przebiegło jej przez głow . - 

Gdzie dzieci?” W tej chwili podeszła do niej Annie. Natalia spojrzała z 

niedowierzaniem na kobiet , która stała naprzeciwko niej. Twarz wydała si  jej 

znajoma. Kobieta miała te same br zowe oczy, jak John, oraz długie 

kasztanowate włosy, które opadały jej swobodnie a  do bioder. 

- Czy to mo liwe? Annie, dziecko, czy to naprawd  ty? 

- B d  spokojna Natalio. Wszystko w porz dku. Porozmawiamy, kiedy 

wszyscy dojdziecie do siebie. 

Natalia obróciła głow  w prawo, chyba zbyt gwałtownie, bo znów zrobiło si  

jej słabo. 

- S dz ,  e kobiety szybciej budz  si  ze snu narkotycznego, podobnie jak ze 

zwykłego snu - mówiła do niej Annie. 

”Je li Annie jest dorosł  kobiet  - Natalia nie mogła przesta  o tym my le  - 

to ile lat ma John?” Gubiła si  w domysłach. Spróbowała si  uspokoi  i 

przyst piła do usystematyzowania faktów. Rzuciła okiem na Johna, który wła nie 

si  podnosił. Zauwa yła natychmiast,  e jego włosy tu i ówdzie s  przyprószone 

siwizn . Usiłowała wydosta  si  z po cieli, ale jej nogi odmawiały posłusze stwa. 

Było na to jeszcze na wcze nie. Nie dało si  przeskakiwa  poszczególnych etapów 

przebudzenia. 

- Ile masz lat? - zapytała, patrz c na Annie. 

- W przyszłym miesi cu sko cz  dwadzie cia osiem - odpowiedziała Annie 

szeptem, aby Sarah nie usłyszała. Nie chciała przyprawi  matki o szok. 

- Dwadzie cia osiem - powtórzyła za ni  Natalia. - Jeste  prawie rówie nic  

matki. - Natalia ponownie spojrzała na Johna. Rourke przecierał powieki. Był 

bliski zupełnego przebudzenia. 

- Dlaczego, John? - wycedziła przez z by i opadła na po ciel. Przytuliła twarz 

do poduszki. Wybuchła szlochem, ale łzy nie napływały jej do oczu. Na to było 

jeszcze za wcze nie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

44 

Rozdział 17

 

 

Natalia prawie cały czas milczała. Sarah przytuliła Annie do siebie i długo 

trzymała córk  w obj ciach, nie mog c wypowiedzie  słowa. 

M czy ni rozmawiali tylko przez moment. Paul zadawał pytania, a John mu 

odpowiadał. Annie próbowała wł czy  si  do ich rozmowy, udzielaj c 

Rubensteinowi dodatkowych wyja nie . 

Sarah przygl dała si  im przez chwil . Annie zagl dała Paulowi w oczy, kiedy 

do niego mówiła. On nie mru ył powiek, widział j  dobrze bez okularów. 

Natalia miała troch  gor czki. Sarah i Paul tak e nie czuli si  najlepiej. Tylko 

Rourke, który ju  przedtem przechodził wszystkie fazy przebudzenia i znał ich 

objawy, gimnastykował si , aby czym pr dzej doj  do formy. 

Annie nastawiła zegarek ojca i przez chwil  wpatrywała si  w fosforyzuj ce 

wskazówki rolexa. Przebudzili si  około północy. 

Teraz była dziewi ta rano. Siedzieli razem w kuchni przy herbacie, któr  

Annie zaparzyła dla nich z ziół. Tylko John opró nił fili ank . Potem przesiadł 

si  na kanap . Annie usiadła na dywanie, opieraj c si  plecami o jego nogi. 

Skrzy owała nogi w pozycji lotosu i zakryła je dług , niebieskaw  spódnic , któr  

wło yła specjalnie na t  okazj . 

- Nie wierzysz chyba w sny? Wychowałem ci  na m dr  dziewczyn  i mam 

prawo spodziewa  si  jakich  wyja nie . Popraw mnie je li si  myl . - Rourke 

powiedział to pół  artem, pół serio, aby usłysze  jeszcze raz od Annie, co si  

wydarzyło. Nigdy nie zwracał si  do córki w ten sposób, teraz rozdra nił go smak 

herbaty. Nie chciał da  tego po sobie pozna . Zapasy kawy były bardzo 

niewielkie, wi c nie miał wyboru. Liczył na to,  e z czasem przywyknie do 

ziołowych naparów. 

- Tato, musisz mi uwierzy . Od kiedy przebudziłam si  ze snu narkotycznego, 

tylko dwa razy zdarzyło mi si   ni . W pierwszym  nie widziałam ciebie razem z 

mam . Zdawało mi si ,  e jeste cie ze mn . Potem długo nie miałam  adnych 

snów. Wczorajszej nocy obudziłam si  zlana potem. To był koszmar. Nie 

pami tam ju , co si  wydarzyło, ale wiem,  e Michael jest w niebezpiecze stwie. 

Czuj  to. Mój pierwszy sen si  sprawdził. Michaela nie ma w Schronie ju  osiem 

dni. 

- Annie, uspokój si . Powiedziała  przecie ,  e twój brat nie planował powrotu 

przed upływem dwóch tygodni. Czy nie tak ci powiedział? 

- Martwi  si  o niego. On potrzebuje twojej pomocy, tato. Jak mam ci  

przekona ? 

Rourke wypił łyk herbaty. 

- Nie musisz mnie przekonywa , kochanie. Zamierzam wyruszy  jutro przed 

południem. Potrzebuj  troch  czasu, aby odzyska  siły. My l ,  e Michael jeszcze 

jeden dzie  sam sobie da rad . 

- Nie pojedziesz beze mnie. - Dobiegł ich głos Paula. Rourke nie oderwał 

wzroku od córki. Annie obejrzała si  na Rubenstełna i wygładziła dłoni  fałdy 

spódnicy. 

- Zgoda, Paul - przytakn ł Rourke, nie patrz c na swego rozmówc . - W 

Schronie kobiety b d  bezpieczne. 

background image

 

45 

- Ja te  jad  z wami, John - powiedziała Sarah tonem nie znosz cym 

sprzeciwu. - Nie mo esz mnie powstrzyma . Przecie  nie przypadkiem Michael 

jest teraz w takim wieku,  e mógłby by  moim m em. 

Rourke podniósł oczy i napotkał chłodne spojrzenie Sarah. Paul i Natalia 

siedzieli obok niej. Wida  było,  e chc  wł czy  si  do rozmowy. 

- O czym ty mówisz? - Rourke udawał,  e nie rozumie. Nie chciał zaczyna  

tego dnia od sprzeczki. 

- Zabrałe  mi moje dzieci - wycedziła przez z by Sarah. - Odebrałe  mi je na 

zawsze. Nie interesuj  mnie twoje plany. Zamierzasz zbudowa  nowy  wiat? A 

mo e chcesz, abym znowu zaszła w ci

? A co zrobiłe  z moim małym 

Michaelem i słodk  dziewczynk  o imieniu Annie? S  doro li! Ty mi ich zabrałe ! 

Nigdy ci tego nie wybacz ! 

- Czy uwa asz,  e w ten sposób rozwi załe  nasze problemy? - podj ła 

beznami tnym tonem Natalia. 

Rourke z trudem mógł znie  pełne wyrzutu spojrzenie. 

- Udajesz,  e nie rozumiesz. Mówi  o tym,  e przeznaczyłe  mnie na nało nic  

twojego syna. Jak mogłe  tak post pi , John? 

Rourke opu cił wzrok i przygl dał si  własnym dłoniom, nie dr ały. 

- Jedyne, co mog  wam powiedzie , to to,  e, o ile mi wiadomo, jest tylko sze  

osób na naszej planecie. By  mo e ekipa z ”Projektu Eden” powróci. By  mo e 

komu  udało si  prze y  w innej cz ci  wiata. By  mo e Michael w tej chwili 

nawi zał kontakt z innymi lud mi. Lecz to wszystko tylko przypuszczenia. 

Pewno  mamy tylko co do tego,  e prze yło nas sze cioro. Mo emy liczy  tylko 

na siebie. Czy mogłem zrobi  co  innego? Kocham was i dlatego zrobiłem to, co 

zrobiłem. - Rourke spojrzał  onie w oczy, a potem skierował wzrok ku Natalii. - 

To jedyny sposób na przetrwanie. 

Wstał. Miał ochot  zapali  cygaro i nie musiał odmawia  sobie tej 

przyjemno ci, bowiem w zamra arce było ich pod dostatkiem. Poszedł do kuchni 

nieco oci ałym krokiem. Czuł jeszcze odr twienie w nogach. Kiedy opuszczał 

salon dobiegł go głos Natalii: 

- Ja tak e ci  kocham, John. Kocham ciebie, a nie kogo , kto ma teraz tyle lat, 

ile ty miałe , kiedy widziałam ci  po raz ostatni! Ja kocham ciebie, a nie twojego 

syna! 

Rourke zatrzymał si  na schodach. Oparł si  plecami o por cz. 

- Znalazłem tylko to jedno rozwi zanie - powiedział ze zdenerwowaniem. Po 

chwili dodał nieco  ciszonym głosem. - Nie wracajmy wi cej do tego tematu. 

Sarah poderwała si  na równe nogi. Wygl dała na zrozpaczon , ale jej głos 

brzmiał twardo i wyra nie. 

- Którym spo ród bogów jeste , John? 

Rourke unikał jej spojrzenia. Wygl dał na człowieka, który zmaga si  ze 

sob . Po chwili powtórzył: 

- Nie wracaj wi cej do tego tematu. 

- Którym spo ród bogów jeste ? - Sarah nie ust powała. - Czy powinnam pa  

przed tob  na kolana? A mo e chcesz abym zło yła ci ofiar ? O nieba! Nie mog  

w to uwierzy ! Ty chcesz, abym rodziła ci dzieci i składała je na twoim ołtarzu. 

Pierwsze dwie ofiary sam zabrałe . Nasze dzieci! 

background image

 

46 

- Dosy ! Powiedziałem,  e nie chc  ju  o tym słysze ! 

- Jeszcze nie sko czyłam. 

- Mamo, błagam ci ... 

- Ty si  do tego nie mieszaj, Annie! 

- Pani Rourke, Sarah... 

- Dajcie mi sko czy . Nie bro  go, Natalia! On ci  uwielbia. Ma to wypisane 

na twarzy. Jeste  jego bogini . On nauczył ci  prowadzi  motocykl i strzela  bez 

pudła z ka dego rodzaju broni. Wiele mu zawdzi czasz. Lecz musisz wiedzie ,  e 

nie znalazł si  nikt, kto by i mnie nauczył tych rzeczy. Ja nie byłam mu wtedy 

potrzebna. 

Rourke spojrzał na Sarah, a ona oderwała wzrok od Natalii i ich spojrzenia 

skrzy owały si . 

- Wiem,  e ty j  kochasz. To jest silniejsze od ciebie, poniewa  jeste cie 

ulepieni z tej samej gliny. Uwa acie siebie za nadludzi, dlatego,  e potraficie robi  

wszystko lepiej ni  ktokolwiek inny. Lecz wtedy nie było ciebie przy mnie. Nie 

znasz moich wspomnie . Nie wiesz, jak wiele kosztowało mnie zapewnienie dzie-

ciom troskliwej opieki, kiedy  wiat zadr ał w posadach. Prze ywałam strach, o 

jakim nie  niło si  Adamowi i Ewie wygnanym z Raju. Byłam zmuszona 

przemyci  dzieci przez radziecki posterunek. Nie miały wtedy co na siebie wło y  

i dr ały z zimna, schowane pod brudnymi kocami. Walczyłam i zabijałam, aby je 

uratowa . Ciarki chodz  mi po skórze, kiedy o tym my l . Zrobiłam to wszystko 

dla nich. A ty mi je odebrałe ! - John nie unikał spojrzenia  ony, ale czuł 

ciskanie w gardle. - Zawsze uwa ałe ,  e wiesz lepiej, co jest dobre dla ka dego z 

nas. Ode mnie oczekiwałe  tylko zaufania. Zaufałam ci, kiedy opu ciłe  mnie w 

trudnych chwilach, aby przygotowa  ten Schron. I tak nie mogłabym ci  

powstrzyma . Kiedy co  postanowisz, nic nie jest w stanie zmieni  twoich decyzji. 

A teraz spójrz, na co zdał si  twój wysiłek. Wybrałe  nas i dzi ki tobie 

przetrwali my, lecz ludzko  uległa zagładzie. Mo emy jedynie liczy  na to,  e 

opatrzno  zachowała przy  yciu innych ludzi. To nasza jedyna nadzieja. 

Dlaczego wi c pozwoliłe , aby Annie i Michael dorastali samotnie? Czy naprawd  

my lałe ,  e wystarczy zlikwidowa  barier  wieku, aby twój syn chciał po lubi  

twoj  ksi niczk  i aby  mógł odda  r k  córki swemu najlepszemu 

przyjacielowi? Nie miałe  chyba zamiaru zmusza  ich do tego?! Czy tak to sobie 

wyobra ałe ? W takim razie pozwól, abym zachowała dla siebie to, co o tobie 

my l ! - Sarah odwróciła si  i pobiegła do sypialni, któr  John zaprojektował dla 

nich obojga, aby mogli wygodnie sp dza  razem długie wieczory. Drzwi zamkn ły 

si  z trzaskiem. 

John spu cił głow . Czuł si  jak kto , na kogo nagle spadł ci ar wszystkich 

popełnionych grzechów. Odgłos kroków wytr cił go z zamy lenia. Obejrzał si . 

Annie stała przy nim na dolnym schodku. Obj ła go ramieniem i przytuliła głow  

do jego piersi. 

- Zało yli my z Michaelem mał  plantacj  tytoniu. Wyczytałam w 

encyklopedii i kilku podr cznikach wszystko na ten temat i nauczyłam si  robi  

cygara. Od lat odkładam je dla ciebie do zamra arki. B dziesz mógł pali , kiedy 

tylko przyjdzie ci na to ochota. Wygl daj  zupełnie jak te kuba skie, które 

zwykle tak zabawnie zwil ałe  j zykiem. 

background image

 

47 

Annie przyło yła palec do ust i usiłowała na ladowa  jego zwyczaj, ale zaraz 

si  pohamowała. K tem oka dostrzegła,  e Paul Rubenstein wstał z kanapy i szedł 

w ich stron . Zatrzymał si  jednak na  rodku salonu. Stał przez dłu sz  chwil  z 

r kami w kieszeniach i patrzył w podłog . Rourke spojrzał na młodego 

m czyzn . Nigdy przedtem nie widział swojego przyjaciela tak przybitego. 

- Kocham ci , tato - powiedziała Annie. - Wiem co czuje mama. S dz ,  e ja 

tak e znienawidziłabym ci , gdyby  odebrał mi dzieci. Lecz jestem twoj  córk  i 

kocham ci . Przytul mnie, tato. 

Weszła o schodek wy ej i oparła głow  na jego ramieniu. Rourke obj ł j  i 

przytulił do siebie, zamykaj c oczy. 

Kilka godzin pó niej zapalił pierwsze cygaro. Zaci gn ł si  gł boko. Tyto  nie 

palił si  tak dobrze jak w cygarach kuba skich, ale cygaro zrobione przez jego 

córk  smakowało mu w jaki  szczególny sposób.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

48 

Rozdział 18

 

 

John nie był jeszcze w najlepszej formie. Bolały go mi nie, ale wiedział,  e 

zanim natrafi na  lad syna, powinny min  wszelkie dolegliwo ci, wynikaj ce z 

długiego snu narkotycznego. Prze ył to ju  przedtem. 

Paul próbował opanowa  rozedrgane nerwy,  wiczył si  wi c w szybkim 

strzelaniu z pistoletu Browning High Power. Do treningu u ywał  lepych naboi. 

Kiedy sko czył, wyci gn ł magazynek z pistoletu i opu cił kurek. Potem 

przekr cił bezpiecznik obrotowy, aby zablokowa  urz dzenie spustowe. Napi ł 

maksymalnie spr yn  odci gaj c zamek do tyłu. Teraz od lewej strony szkieletu 

mógł zobaczy  wlot lufy. Była pusta. Paul odkr cił bezpiecznik obrotowy, 

odci gn ł kurek i poci gn ł za spust. Iglica wysun ła si  z prowadnicy, ukłuła 

pró ni  w miejscu, gdzie powinien znajdowa  si  nabój i zaraz powróciła na 

miejsce. Podajnik przesun ł si  ku górze. Gdyby pistolet był nabity, wyrzuciłby 

pust  łusk  na zewn trz i wprowadził nowy nabój do lufy. Pistolet działał 

sprawnie. W tej chwili otworzyły si  drzwi. Szelest jedwabnej sukni zdradził 

obecno  Annie. Paul obejrzał si . Stała w drzwiach. 

- Wejd . - Skin ł na ni  r k  i znów zacz ł majstrowa  przy pistolecie. - Nie 

przypuszczałem,  e twoja matka b dzie prze ywała takie rozterki z powodu tej 

sytuacji - powiedział, nie odrywaj c oczu od browninga. Si gn ł r k  po 

smarowniczk . Chciał przesmarowa  spr ynk  podpieraj c  zamek. Robił to w 

zasadzie tylko ze wzgl du na swoje pedantyczne usposobienie. 

- Chc  ci co  powiedzie , Paul, ale nie my l,  e robi  to dlatego,  e jeste  

jedynym kawalerem na tej planecie. Paul, ja ci  kocham. 

Paul cmokn ł gło no wargami. 

- Prosz  ci , nie rób sobie ze mnie  artów. 

- Ale  Paul... - powiedziała Annie z nutk  wyrzutu w głosie - No dobrze - 

dodała po chwili innych tonem. - Porozmawiajmy o czym  innym. Dlaczego nie 

nosisz ju  okularów? Mo e zapomniałe , gdzie je zostawiłe ? 

- Nie. Widz  całkiem dobrze bez szkieł. Ale nie chc  si  cieszy  zbyt wcze nie. 

Poprawa wzroku mo e by  tylko tymczasowa. Zobaczymy. 

- Mam nadziej ,  e si  mylisz. Tata miał blizn  po dawnej ranie, ale kiedy si  

przebudził, nie został po niej nawet  lad. S dz ,  e to efekt długiego działania 

gazu narkotycznego. 

- Bardzo mo liwe. To by tłumaczyło, dlaczego nie mogłem odnale  blizny po 

ranie od strzału z łuku. Pomysły twojego ojca maj  czasami wiele zalet. 

- Tato mówił mi o tym, co si  wydarzyło. My l ,  e jeste  bardzo odwa ny. 

Paul Rubenstein wybuchn ł  miechem. 

- Bzdura. W skrajnej sytuacji nie ma wyboru. Ja mam tylko dosy  dobry 

refleks. Tak naprawd  wyszedłem z tego cało dzi ki twojemu ojcu. 

- Jeste  w dodatku bardzo skromny. Tata mówił,  e wiele razy uratowałe  mu 

ycie. W takim razie wiele ci zawdzi czam. 

- W takim razie przedstawił mnie w lepszym  wietle, ni  na to zasługuj . 

Wiedz,  e to ja mam wobec niego dług wdzi czno ci. 

background image

 

49 

- Przykro mi z powodu twoich rodziców. Tata powiedział mi dzisiaj rano to, 

co usłyszał wtedy od pułkownika Reeda. Współczuj  ci. Gdyby  czuł si  samotny i 

potrzebował rozmowy, przyjd  do mnie. 

- Jeste  mił  dziewczyn , Annie. 

- Jestem ju  kobiet  - odparła bez urazy. - Jestem dorosła i wiem,  e 

zakochałam si  w tobie. Moje uczucie nie ma nic wspólnego z planem taty. 

Kochałam ci , gdy spałe . Nie my l,  e si  w tobie zadurzyłam, jak dziewczyny 

kochaj ce si  w gwiazdach filmowych, których nigdy nie zobacz . Moja miło  

jest prawdziwa i spontaniczna, Paul. Ja ci  kocham. 

- Przecie  ty mnie wcale nie znasz. 

- Mylisz si . Wiem o tobie prawie wszystko. Pewnego wieczoru tacie zebrało 

si  na wspomnienia. Mówił wtedy o tobie i o twojej pracy. Miałam dziesi  lat. 

Pami tam jak napomkn ł o tej dziewczynie z Nowego Jorku. Ju  wtedy byłam o 

ciebie zazdrosna. Ale teraz jej ju  nie ma. Paul, ja chc  by  przy tobie. 

- Zgoda, jeste  ju  dorosł  kobiet , ale dorastała  w kompletnej izolacji od 

wiata. Niedługo powinna wróci  ekipa ”Projektu Eden”. Poznasz nowych ludzi, 

rozejrzysz si  dookoła. Nie powinna  podejmowa  pochopnych decyzji, 

szczególnie w sprawach, od których zale y całe twoje  ycie. 

- Ja ju  podj łam decyzj . Jestem tak samo uparta i konsekwentna jak tata. 

Nie chc  nikogo innego. Je li mnie odrzucisz, zostan  star  pann . 

Paul si gn ł po wycior i zacz ł czy ci  luf , z przyzwyczajenia trzymaj c 

pistolet wycelowany w ziemi . Po chwili odło ył wycior i browninga ruchem 

zdradzaj cym zniecierpliwienie. Nie chciał, aby Annie pomy lała,  e j  

lekcewa y, z drugiej strony nie potrafił jej stanowczo odepchn . 

- Nie wiem, co powiedzie  - wyszeptał zakłopotany. 

- Chcesz powiedzie ,  e nie jeste  pewien czy mnie kochasz? - podchwyciła 

Annie. - Rozumiem ci . 

- Nie, nie rozumiesz, Annie ja dopiero co si  przebudziłem. 

- Wiem o tym. Lecz musiałam ci to powiedzie  zanim wyruszysz na 

poszukiwanie Michaela. Nie mogłam dłu ej milcze . - Annie podeszła do niego. 

Pogładziła go po twarzy. Paul wpadł w jeszcze wi ksze zakłopotanie. Był 

onie mielony jej urod . Po raz pierwszy przygl dał si  jej z bliska. Unikał 

gł bokiego spojrzenia jej br zowych oczu. Patrzył na jej włosy. Wydawały mu si  

cudowne. Zmierzył j  oczyma od stóp do głowy. Miała na sobie biał  bluzk  bez 

r kawów, chustk  niedbale zarzucon  na ramiona oraz niebiesk , jedwabn  

spódnic . Pomy lał,  e w jego wyobra ni tak pi kne były tylko boginie, albo 

bajkowe ksi niczki. Usiłował wybrn  jako  z niezr cznej sytuacji. 

- Annie, zrozum,  e jeste  córk  mojego najlepszego, a teraz i jedynego 

przyjaciela. Nie chciałbym, aby nasze stosunki uległy jakimkolwiek zmianom. 

- To nie ma z nami nic wspólnego. 

- Wi c powiem ci wprost. Jeste  pi kn  kobiet . Potrzebujesz czuło ci i kogo , 

kto potrafi ci  zrozumie . Ja nie pasuj  do ciebie. Nie mam nawet własnego 

domu. 

- Jakie to ma znaczenie? Na tym  wiecie nie ma ju  wo nych ani ministrów. 

Zreszt  nie potrafiłabym pokocha  kogo  tylko dla jego pieni dzy. 

background image

 

50 

- Annie, s  jeszcze dziesi tki rozmaitych ”ale”, o których nie mam czasu teraz 

mówi . 

- O jakie ”ale” ci chodzi? 

- Anie, prosz  ci , zako czmy t  rozmow  - powiedział Paul i ruchem r ki dał 

jej do zrozumienia,  e musi jeszcze doko czy  przygotowania do wyprawy. 

- Paul, kocham ci . Nawet nie wiesz, ile o tobie my lałam przez te wszystkie 

lata. Zastanawiałam si  nawet jak zabrzmi twój głos. Teraz wiem,  e jest 

spokojny i miły. Lubi  twój głos. 

- Jeste  bardzo miła, Annie, ale... 

- Kiedy grałe  w pokera pewnego wieczoru - miałam wtedy siedem lat - 

powiedziałe  mi,  e jestem bardzo ładna. 

- Bo tak jest. Nadal tak uwa am. Nie widziałem równie pi knej kobiety. 

- Paul, ja jestem twoj  kobiet . Nie oczekuj  od ciebie niczego, ale wiedz,  e 

je li b dziesz mnie potrzebował, wystarczy aby  mi to powiedział. Nie my l,  e 

rozmawiałabym tak z ka dym m czyzn . Jestem tylko twoja. 

- Annie, nie chc  ci  urazi , ale jeste  za młoda na takie rozmowy. 

- Mam prawie dwadzie cia osiem lat. 

- Annie, jeste ... 

- A ty jeste  pi setdwudziestoo mioletnim kawalerem. - Annie przerwała mu 

w połowie zdania i oboje wybuchn li  miechem. 

- Nie przesadzaj. 

- Tata mówił mi,  e jeste  spokojnym człowiekiem. Chyba miał na my li to,  e 

jeste  skromny i mo e troch  nie miały. 

- Annie, naprawd  my lałem,  e zrozumiesz... 

- Chciałam tylko aby  wiedział,  e b d  tu czekała na ciebie, dopóki nie 

wrócisz. 

- To wszystko nie ma sensu. 

- Zbyt długo starałam si  doszuka  w tym sensu. 

Annie stan ła na palcach i pocałowała go w policzek. Nim Paul zdołał co  

jeszcze powiedzie , nie było jej w pracowni. Dostrzegł tylko w drzwiach faluj cy 

koniec chusty. Przyło ył dło  do policzka. Zamkn ł oczy. Przez chwil  nie mógł 

przypomnie  sobie na jakim etapie przygotowa  si  zatrzymał. Otworzył oczy i 

wzi ł do r ki browninga. Potem przekr cił bezpiecznik obrotowy, aby 

zablokowa  urz dzenie spustowe...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

51 

Rozdział 19

 

 

Cał  noc sp dził czuwaj c. Zaszyli si  w g szczu. Dziewczyna le ała w 

piworze, dodatkowo przykryta grubym kocem, który Annie zapakowała bratu 

do tobołka. Próbowała zasn , ale trz sła si  z zimna. O rozpaleniu ogniska nie 

było mowy. Michael trzymał r k  na karabinie M-16. Uło ył oba rewolwery jeden 

przy drugim w otwartych kaburach. Wbrew swoim zasadom naładował po sze  

naboi do ka dego b benka. Pami tał jednak,  e b dzie musiał wyj  po jednym 

naboju z obydwu pistoletów, zanim wyrusz  w dalsz  drog . 

Wreszcie nadszedł  wit. Dziewczyna majaczyła przez sen. Michael nie mógł 

zrozumie , co mówiła. Posługiwała si  słownictwem, do jakiego nie przywykł, 

słuchaj c ta m magnetofonowych i kaset wideo, które miał w Schronie. Nie był to 

te  j zyk, w którym nadano ow  niezrozumiał  wiadomo  przez radiostacj . 

Michaela paliła ciekawo . Koniecznie chciał si  dowiedzie , czy dziewczyna 

przyleciała samolotem i je li tak, to sk d wystartowała. Miał tak e nadziej ,  e 

dowie si  od niej czego  o pochodzeniu kanibali oraz o liczebno ci ich plemienia. 

Kusiło go, by j  obudzi . Dziewczyna jednak spała twardo po ci kich 

prze yciach poprzedniej nocy. Postanowił jeszcze raz przeanalizowa  swoje 

post powanie od chwili kiedy opu cił polan . Dogonił dziewczyn  w lesie i złapał 

j  za r k . Dalej biegli razem w stron  miejsca, gdzie pozostawił swój tobołek i 

karabin. Pami tał,  e przez chwil  miał wra enie, jakby stracił orientacj . W 

por  zauwa ył spadochron. Potem rozebrał si  do pasa i oddał dziewczynie 

własn  koszul  oraz skórzan  kurtk . Zrobił to bez namysłu, nara aj c na 

szwank własne zdrowie. Odnalazł gał , któr  zostawił na  cie ce. Wyci gn ł z 

krzaków baga e. Pozostali tam na noc. Michael wło ył na siebie zapasow  koszul  

i wzi ł z powrotem skórzan  kurtk , a dziewczynie dał  piwór. Kiedy si  poło yła, 

przykrył j  kocami i usiadł obok. Nerwy nie pozwoliłby mu zasn , nawet gdyby 

tego chciał. Wsłuchiwał si  w odgłosy nocy. Od czasu do czasu wstawał, by 

strzepn   nieg z odzie y i koca. Kilkakrotnie słyszał niepokoj ce gwizdy. W lesie 

nie było dzikich zwierz t, wi c gwizdy wydały mu si  podejrzane. Wzmógł 

czujno . Bronił si  przed my lami o najbli szych. Cał  uwag  skupił na 

otoczeniu. Po pewnym czasie zrozumiał,  e dziwne głosy były tylko  wistem 

wiatru. Kanibale nie atakowali. Nad ranem zmógł go sen. Michael przyłapał si  

na tym,  e drzemie, gdy dobiegł go głos ze  piwora. 

- Ty jeste  archaniołem. 

Spojrzał na dziewczyn . U miechała si . Przy nim czuła si  bezpieczna. 

Wkrótce znowu zasn ła i wi cej nie majaczyła. Michael obserwował j  przez 

dłu sz  chwil . W bladym  wietle  witu wydała mu si  ładna. Wiedział,  e jego 

ocena jest subiektywna, ale nauczył si  przywi zywa  wag  do własnych spo-

strze e . Gotów był broni  jej do ostatniego tchu, gdyby ludo ercy znów chcieli 

j  zabi . Po raz pierwszy w  yciu poczuł,  e ma do spełnienia naprawd  wa ne 

zadanie. Zimny wiatr ju  mu nie dokuczał. Przeciwnie, pomagał nie zasypia .

 

 

 

 

 

 

background image

 

52 

Rozdział 20

 

 

- Nie jestem archaniołem. To tylko nic nie znacz ca zbie no  imion. 

- Jak to? Przecie  nie jeste  jednym z Nadliczbowych, a nigdy nie widziałam 

ciebie w Arce. Przed tob  zjawił si  tu jeszcze jeden anioł. Spadł z nieba dziewi  

dni temu. Ty przybyłe , by mu pomóc, tymczasem uratowałe  mnie. Przykro mi z 

powodu tego anioła. Czy był on twoim przyjacielem, archaniele Michaelu? 

- Masz na my li pilota? 

- Powiedział mi,  e nazywa si  Piłat, tak jak Poncjusz Piłat. Nie spodziewałam 

si , aby anioł mógł nosi  takie samo imi , jak nikczemny prokurator Judei. Jest 

mi naprawd  przykro z powodu twojego przyjaciela, archaniele Michale. 

Michael zmru ył oczy. Si gn ł po gerbera i pokazał go dziewczynie. 

- Spójrz. To nie jest  aden niebia ski miecz, tylko nó  szturmowy - wyja nił. 

Dziewczyna u miechn ła si . Spojrzała bystro na Michaela i odparła: 

- Uczono mnie,  e bro , któr  wymierzasz sprawiedliwo , jest pot nym 

mieczem. Lecz je li  yczysz sobie, abym nazywała j  no em szturmowym zrobi , 

jak mi ka esz, archaniele Michale. 

- Powtarzam ci,  e nie jestem archaniołem. Nie jestem nawet zwykłym 

aniołem. Jestem po prostu zwykłym człowiekiem. 

- Dlaczego tak mówisz? Nie mo esz powiedzie ,  e nale ysz do 

Nadliczbowych, albo  e pochodzisz z Arki. Widziałam, jak anioł Piłat spadł z 

nieba, a ty przyszedłe , aby go ratowa . To bardzo do ciebie podobne, archaniele 

Michale. Sam przecie  przyznałe ,  e masz na imi  Michael. 

- Masz racj , na imi  mi Michael, ale... 

- Kiedy musisz powróci  do Królestwa Niebieskiego? - zapytała,  l c mu 

kolejny u miech. 

- Doprawdy nie wiem, o czym mówisz. 

- Archaniele Michale, wiem,  e nie zasługuj  na to, by dosta  si  do nieba, ale 

prosz , nie zostawiaj mnie tutaj samej. Raczej zabij mnie. Wol  zgin  z twojej 

prawicy ni  znów dosta  si  w r ce Nadliczbowych. 

- Uspokój si . Nic ci nie grozi. Powiedz mi, kim s  Nadliczbowi? 

- Nadliczbowi jedz  ludzkie mi so. W Arce  yjemy z ich powodu w stanie 

ci głego obl enia. 

- W Arce b dziesz bezpieczna. Zaprowadz  ci  tam. Dziewczyna padła przed 

nim na kolana i zło yła r ce jak do modlitwy. Pochyliła nisko głow  i rzekła 

błagalnie: 

- Zaklinam ci  na wszystko, co naj wi tsze. Archaniele Michale, nie ka  mi 

wraca  do Arki! Je li tam wróc , Ministrowie niechybnie wydadz  mnie na 

po arcie Nadliczbowym. Ja nie chc  wraca  do Arki. Tam nie ma ju  dla mnie 

miejsca. Raczej mnie zabij. Błagam ci ! 

Michael Rourke patrzył na ni  zdumiony. Dziewczyna modliła si  do niego. 

Nazywała go archaniołem. Nie chciała wraca  do Arki. Panicznie bała si  

Nadliczbowych. Co to wszystko miało znaczy ? 

- Pójdziesz razem ze mn  - powiedział po chwili namysłu. - Niczego si  nie 

obawiaj. 

Dziewczyna podniosła głow  i spojrzała mu w oczy. 

background image

 

53 

- Archanioł Michał jest dobry. - Usiadła z powrotem na  piworze i owin ła si  

kocem. 

Michael patrzył na ni  przez moment. 

- Mo esz by  tego pewna - powiedział.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

54 

Rozdział 21

 

 

Wychodz c ze Schronu John Rourke zamkn ł za sob   luz .  wieciło sło ce. 

Wiał silny, mro ny wiatr. Zbierało si  na  nie yc . Rourke'owi wci  chodziły po 

głowie ostatnie słowa wypowiedziane przez Sarah. Jedyne od chwili 

przebudzenia, w których nie było wrogo ci: ”Odnajd  Michaela i przyprowad  

go całego i zdrowego do domu. O to jedno ci  prosz ”. 

Motocykle były gotowe do drogi. Paul i Natalia rozmawiali, czekaj c na niego. 

John wsiadł na swojego harleya. Natalia podeszła do niego od tyłu. 

- Musiałam jecha  z tob  - powiedziała. Rourke przytakn ł, nie odwracaj c 

głowy. 

- Sarah i Annie potrzebuj  czasu,  eby lepiej si  nawzajem pozna . W 

Schronie czułabym si  okropnie skr powana. 

Rourke spojrzał jej prosto w oczy. 

- Czy ty tak e  ywisz do mnie uraz ? 

- Ja nie mogłabym ci  znienawidzi . Jeste  dobrym człowiekiem. Wiem,  e nie 

miałe  złych zamiarów. Kierowała tob  wy sza konieczno . Lecz nie wolno ci 

zapomina ,  e sercu nie mo na rozkazywa . Ty, chocia  potrafiłby  

przeprowadzi  operacj  na otwartym sercu bez zmru enia oka, nie potrafisz 

zrozumie  uczu , jakie si  w nim kryj . Powiedz mi szczerze, czy naprawd  

chciałe , abym została  on  Michaela? 

- My lisz,  e z błahego powodu przerwałbym sen dzieci i pozwolił, by 

dorastały w samotno ci? 

Rourke odwrócił głow  i poło ył r ce na kierownicy. 

- Nie odpowiedziałe  na moje pytanie. - Natalia zarzuciła mu ramiona na 

szyj . - Czy chcesz, abym została  on  innego człowieka? Nawet je li miałby nim 

by  twój syn. Czy naprawd  tego chcesz? 

Rourke nie odpowiedział. Mierzył wzrokiem pustkowia, które rozci gały si  

przed nimi. 

- Od pierwszej chwili, kiedy ci  zobaczyłam, byłam pewna jednego: 

wiedziałam,  e ci  kocham i czułam,  e ty tak e mnie kochasz. Czy mógłby  znie  

my l,  e twój syn kocha si  ze mn ? Znienawidziłby  wtedy mnie, albo siebie 

samego. Rourke spojrzał na ni . 

- Powinienem siebie znienawidzi  po tym, co powiedziała mi Sarah. 

- Tego, co ju  si  stało, nie da si  zmieni , ale odpowiedz mi, czy nadal chcesz 

abym po lubiła innego? 

Podmuch wiatru poderwał z drogi tuman kurzu. Natalia zauwa yła,  e usta 

Johna Rourke poruszyły si  nieznacznie i wydało si  jej,  e ponad szumem wiatru 

dosłyszała jego odpowied . 

- Nie. 

- Musisz wiedzie ,  e ja czuj  si  współodpowiedzialna za to, co si  wydarzyło. 

Zawsze uwa ałam ci  za kogo  niezwykłego. Mój wuj na pró no usiłował mi 

wyperswadowa ,  e nie jeste  nadczłowiekiem, i  e tacy ludzie w ogóle nie 

istniej . Ja kochałam ciebie takim, jakim byłe  w moich oczach. Zawsze dawałam 

ci do zrozumienia,  e nie ma nikogo, kto mógłby si  z tob  równa . Nie 

wiedziałam,  e mog  mie  tak niebezpieczny wpływ na twoj  psychik . 

background image

 

55 

Rourke znów odwrócił głow . 

- Ja chciałem jedynie... . 

- Teraz, kiedy sprawy zaszły tak daleko - przerwała mu Natalia - nie 

powinni my pogarsza  sytuacji. Pozwólmy, aby wszystko potoczyło si  swoim 

torem. 

- Mówisz, jakby  analizowała tragedi . 

- By  mo e jest tak, jak mówisz, John. Ja zawsze w ciebie wierzyłam. 

Niezale nie od tego, co o tym s dził mój wujek, pokój jego duszy. Nigdy nie 

spotkałam m czyzny, który uosabiałby tak jak ty moje wyobra enie o 

doskonało ci. 

- Wcale nie jestem doskonały. 

- Perfekcja, to twoja dewiza. Zbyt dobrze ci  znam, by nie wiedzie ,  e ty po 

prostu nie mogłe  post pi  inaczej. Zawsze musisz wszystko przemy le . Nie 

mo esz pozwoli , aby twoja przyszło  kryła jakiekolwiek niespodzianki. Tak  

ju  masz natur . W swoim post powaniu nigdy nie kierowałe  nie uczuciami. 

Wszystko podporz dkowałe  logice. I zrobiłe  to o jeden raz za du o. Wiem, jak 

bardzo mnie pragn łe . Lecz nigdy nie pozwoliłby  sobie na zdrad  mał e sk . W 

twojej doskonałej logice nie uwzgl dniłe ,  e jeste  tylko człowiekiem i dlatego 

teraz musisz odczuwa  ból. Doprowadziłe  do paradoksalnej sytuacji. Usiłuj c 

ustali  rozumowo to, co było obiektywnie słuszne, podj łe  w istocie najbardziej 

subiektywn  i samowoln  decyzj , jak  kiedykolwiek podj ł człowiek. Rourke 

wybuchn ł  miechem. 

- Chcesz powiedzie ,  e przeci gn łem troch  strun , co? 

- Chc  powiedzie ,  e ci  kocham. Kocham ci  z całego serca i zawsze b d  ci  

kochała. Zrobi  dla ciebie wszystko, czego ode mnie za dasz. 

- Michael - zacz ł Rourke i u miechn ł si . - Michael mo e nas potrzebowa . 

- Michael nie jest tob  i nigdy nie b dzie, cho by był do ciebie nie wiem jak 

bardzo podobny. Annie twierdzi,  e on jest twoim lustrzanym odbiciem. Cho by 

my lał i czuł podobnie jak ty, ty pozostaniesz dla niego wzorem. 

Rourke nie słuchał, co mówiła Natalia. Wpatrywał si  w swoje wojskowe buty, 

oceniaj c stan skóry i szwów. Natarł je tłuszczem, zanim uło ył si  do snu 

narkotycznego i teraz wygl dały tak,  e mogłyby z powodzeniem słu y  jeszcze 

jego wnukom. Miał kilka par takich samych butów w magazynie. Musiał zadba  

o nie po powrocie. Podniósł wzrok ku Natalii i rzekł: 

- Nigdy nie miałem zamiaru zakocha  si  w tobie. Tak si  po prostu stało. 

- Czas ruszy  w drog  - przerwał im Paul. - Sarah i Annie b d  si  cieszy ,  e 

s  znowu razem, ale obie nie zaznaj  spokoju, dopóki nie przyprowadzimy im 

Michaela do Schronu. 

Rourke spochmurniał. 

- Nie s dz , aby Sarah t skniła za Michaelem tak bardzo, jak t skni za swoim 

małym synkiem i córeczk . Odebrałem jej dzieci na zawsze. Nigdy ju  nie zdołam 

jej pocieszy . 

- Ty i Sarah mo ecie jeszcze mie  dzieci - powiedziała Natalia. 

- Nie s dz  - przerwał jej i wzi ł do ust cygaro. Si gn ł do kieszeni po 

zapalniczk  ”Zippo” i zapalił, osłaniaj c r k  niebieskawo- ółty płomie . - Nie 

s dz  - powtórzył i zaci gn ł si  dymem. 

background image

 

56 

- Nie masz racji - zaoponowała Natalia. - Sarah wci  ci  kocha. 

- Musimy pokona  jak najwi cej kilometrów, póki jest jeszcze widno. 

John odwrócił głow  do Natalii. Brakowało mu słów, zreszt  nie miał ju  nic 

wi cej do powiedzenia. Słowa nie mogły tu niczego zmieni . 

- Niczego - wyszeptał sam do siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

57 

Rozdział 22

 

 

Michael postanowił zostawi  harleya w ukryciu. Dowiedział si  od 

dziewczyny,  e Arka le y o jeden dzie  od miejsca, gdzie sp dzili noc, wi c nie 

było sensu nakłada  kilometrów. Id c przygl dał si , jak dziewczyna brnie przez 

nieg. W  wietle dnia wydawała mu si  jeszcze ładniejsza. 

Temperatura spadła poni ej zera. Musieli koniecznie dotrze  do celu przed 

zmierzchem, inaczej groziła im  mier  przez hipotermi . Michael pragn ł jak 

najszybciej dotrze  do Arki tak e z innego powodu. Paliła go ciekawo , chocia  

nie mógł wyzby  si  pewnego uprzedzenia wobec ludzi, których miał spotka . Nie 

mógł zaakceptowa  bezwzgl dno ci z jak  wydalili dziewczyn  ze swojej 

społeczno ci. 

Zanim wyruszyli, Michael przeszukał swój baga  i wydobył z niego wszystkie 

ubrania. Znalazł drug  par  d insów. Były zbyt du e na dziewczyn , ale 

wystarczyło podwin  nogawki i przeci gn  kawałek sznurka przez szlufki. Ze 

starego koca skroił co  w rodzaju peleryny, która si gała jej a  do kolan. 

Resztkami obwi zał jej nogi, robi c w ten sposób obuwie. Odst pił tak e 

dziewczynie zapasow  koszul , wełniany sweter oraz dwie pary podkolanówek. 

Dziewczyna czuła si  swobodnie w nowym stroju. Szła nie narzekaj c ani na 

mróz, ani na narzucone przez Michaela szybkie tempo. Wydostali si  z lasu, 

okr aj c szerokim łukiem polan , gdzie Michael odbił dziewczyn  z r k 

kanibali. Michael ze zdumieniem stwierdził,  e ci gle przygl da si  jej długim, 

złotym włosom faluj cym na wietrze. Michael u miechn ł si  do niej, nie unikaj c 

spojrzenia jej niebieskich oczu. 

- Jeste  bardzo ładna - powiedział, aby ukry  zakłopotanie. Ona 

odwzajemniła jego u miech. 

- Archaniele Michale, jeste  bardzo miły, ale wiem,  e to nieprawda. 

Miała poci gł  twarz i  wie  cer . Wygl dała na młodsz , ni  pocz tkowo 

przypuszczał. 

- Ile masz lat? - zapytał Michael. Onie mielało go to,  e widziała w nim anioła. 

- Sko czyłam dziewi tna cie lat, kiedy przyszła na mnie kolej. 

- Co masz na my li? 

- Ministrowie uznali,  e pora wyprawi  mnie do Nadliczbowych. 

Nagle u wiadomił sobie,  e nie zna jej imienia. 

- Jak masz na imi ? Dziewczyna roze miała si . 

- Tylko członkowie Rodów maj  imiona. 

- Musisz mie  jakie  imi . Jak wołali na ciebie w Arce? 

- Przebywałam bardzo rzadko w pomieszczeniach przeznaczonych dla 

członków Rodów. 

- Miała  zapewne przyjaciół w ród twoich towarzyszy? 

- Tak. Dla nich byłam Madison. Lecz to bardzo pospolite imi . Przewa nie 

przypisywano nam numery. Kiedy kto  odchodził, dostawali my kolejny numer. 

- Jak to odchodził? Dok d? 

- Archaniele Michale, mam wra enie,  e dobrze wiesz, co to znaczy, je li kto  

odchodzi. Chyba stroisz sobie ze mnie  arty. 

background image

 

58 

Obserwuj c pozycj  sło ca nad horyzontem, Michael stwierdził,  e maszeruj  

ju  od dwóch godzin. Teren wznosił si , a podło e stawało si  coraz bardziej 

liskie, gdy  pod cienk  warstw   niegu kryły si  skały. Spojrzał na zegarek, by 

sprawdzi  wynik własnych oblicze . Pomylił si  tylko o pi tna cie minut. 

- Zatrzymajmy si  tutaj. Odpoczniemy troch  przed dalsz  drog . Szlak jest 

wyj tkowo niebezpieczny o tej porze roku. 

Michael usiadł na skale wystaj cej spod  niegu. 

- Mówiłem ci,  e nie jestem archaniołem. Nazywam si  Michael, nosz  

nazwisko Rourke. 

Madison roze miała si . 

- Rozumiem teraz, dlaczego nie wiesz, co to znaczy ”odej ”! W j zyku 

niebia skim ”Rourke” znaczy pewnie ”Archanioł”. W moim j zyku czyli tym, 

którym mówi si  w Arce, ”odej ” znaczy... Jakby ci to powiedzie ... Musi by  

jaki  odpowiednik w twoim j zyku. - Zbli yła si  do niego. Usiadła na płaskim 

kamieniu. Podkurczyła nogi pod siebie i nakryła je peleryn . 

- Kiedy kto  odchodzi - nalegał Michael - co si  z nim dzieje? 

- Znów  artujesz ze mnie, archaniele Michale. 

- Nie jestem... - urwał w pół zadania. Chciał powiedzie ,  e nie jest 

archaniołem, ale wiedział,  e i tak jej nie przekona. - Nie jestem w nastroju do 

artów. Na pocz tek ustalmy jedn  rzecz. Lepiej b dzie, je li b dziesz si  do mnie 

zwracała po imieniu. Mów mi po prostu Michael. 

- Nie chciałam, aby  pomy lał,  e nie potrafi  okaza  ci nale nego szacunku, 

zapominaj c tytułowa  ci  archaniołem. Lecz je li taka jest twoja wola, b d  

mówiła Michael, tak jak ty mówiłe  o drugim aniele po prostu ”Piłat”. 

- B d  spokojna, nie przyniesiesz mi w ten sposób  adnej ujmy. 

- Michael... Michael... - Madison powtórzyła jego imi  - Podoba mi si  imi  

Michael. 

- Jak brzmi pełne twoje imi ? 

- Kiedy dowiedziałam si ,  e Madison 24 odchodzi, zostałam Madison 15. 

- Dlaczego akurat 15? 

- Urodziłam si  Madisonk . Niedługo po przyj ciu na  wiat otrzymałam swój 

pierwszy numer, który wyró niał mnie w dzieci stwie. Kiedy uko czyłam osiem 

lat, dostałam tak zwany numer przechodni,  wiadcz cy o dojrzało ci. Był to 

numer 21. Pó niej zostałam kolejno Madison 29, Madison 19 oraz Madison 4. 

Numer 15 przypisano mi niedawno. Lecz prawdopodobnie nikt nie mówi ju  o 

mnie ”Madison 15”. Kiedy wybrano mnie, by zło y  ofiar  Nadliczbowym 

musiałam odej  i mój numer dano komu  innemu. 

- Wi c jeste  po prostu Madison - o wiadczył, u miechaj c si  do niej. 

Dziewczyna zastanawiała si  przez chwil . 

- Tak, Michael. S dz ,  e odt d jestem po prostu Madison. 

- Powiedz mi, jakie jeszcze imiona nosz  ludzie w Arce? 

- Interesuj  ci  imiona Rodów, czy ludzie z mojego otoczenia? 

- Najpierw chciałbym pozna  imiona twoich towarzyszy. 

- S  w ród nich Hutchinsonowie, Gredeyowie, Cunninghamowie i inni. 

Najwi cej jest chyba Cunnighamów, oni pracuj  w bezpo rednim kontakcie z 

członkami Rodów. 

background image

 

59 

- Madison, kim s  ludzie nale cy do Rodów? 

- Do nich nale y Arka. 

- Które spo ród Rodów maj  najwi ksze wpływy w Arce? 

- S dz ,  e Vandiverowie, lecz Cambridgowie tak e s  bardzo liczni. Oprócz 

nich s  jeszcze... 

- Wystarczy - przerwał jej Michael - Domy lam si ,  e członkowie Rodów 

tak e maj  imiona, jak ja lub ty. 

- Tak. Pami tam,  e kiedy  słu yłam u Elisabeth Vabdiver. Byłam jeszcze 

dziewczynk . Wraz z kilkoma Madisonkami robiły my przygotowania do jej 

wesela. Ja niosłam wtedy sukni   lubn . 

Michael zastanawiał si  chwil , jak najpro ciej wydoby  od Madison 

informacje, które go interesowały, omijaj c barier  j zykow . 

- Czym zajmuj  si  Madisonowie? - zapytał. Dziewczyn  rozbawiła jego 

niewiedza. Madison była przekonana,  e archanioł si  z ni  bawi i nie ukrywała 

wesoło ci. 

- Tym co zawsze nale ało do obowi zków Madisonów - odparła. Od kiedy 

przeszli na ”ty” czuła si  swobodniej. - Do nas nale y krojenie tkanin, szycie 

odzie y, pranie i farbowanie ubra . Realizujemy tak e specjalne zamówienia, lecz 

s  tylko dwie madisonki, które zdejmuj  miary. 

- Czy pracujecie tylko dla kobiet? Dziewczyna roze miała si . 

- Przepraszam, ale to, o co pytasz, wydaje mi si  takie oczywiste. Garderob  

m sk  zajmuj  si  Hutchinsonowie. Lecz oni tylko zdejmuj  miary. My, 

Madisonowie, robimy reszt . 

- Z tego co powiedziała  wnioskuj ,  e była  słu c . 

- Oczywi cie. Jestem przecie  Madisonk . 

- Czy wszystkie Madisonki robi  to samo? 

- Tak, Michael. Có  innego mogłyby my robi ? 

- A kto zajmuje si  kuchni . 

- Collawayowie. 

- Wyobra am sobie,  e Arka jest bardzo du a. Jak radzicie sobie ze 

sprz taniem? 

- Ka dy dba o to indywidualnie. Lecz chodzi ci zapewne o to, kto sprz ta dla 

Rodów? 

- Tak, wła nie. 

- To zadanie przypada Cunnighamom. Oni sprz taj  i słu  członkom 

Rodów. 

- A czym zajmuj  si  członkowie Rodów? Mam na my li takie osoby, jak 

Elisabeth Vandiver? 

- Elisabeth Vandiver? Czym e ona miałaby si  zajmowa ? - odparła Madison 

ze zdziwieniem. 

- Zapewne ma jakie  obowi zki. Jakie czynno ci wykonuje na co dzie ? 

- Pani Vandiver jest artystk . Raz widziałam j , jak malowała orchidee. 

Teraz ona jest ju  pani  Cambridge. Sprawuje nadzór nad słu b . 

- A wi c  yła  w społecze stwie klasowym. Podział wydaje si  mi dosy  

oczywisty. Członkowie Rodów nale  do klasy rz dz cej, a pozostali, do których i 

ty si  zaliczała , s  poniek d ich poddanymi. 

background image

 

60 

- Tak. - Madison domy liła si ,  e pod poj ciem klas Michael, to znaczy 

archanioł Michał, rozumie podział na ludzi sprawiedliwych i tych, którzy nie s  

nawet godni umywa  sprawiedliwym stóp. 

- Dlaczego zgodzili cie si  na taki stan rzeczy? 

- Nie rozumiem. Madisonom nigdy nie przeszło przez głow ,  eby w 

jakikolwiek sposób zmieni  porz dek ustanowiony w Arce. 

- Czy uwa asz,  e to sprawiedliwe, aby wszystkie obowi zki spadały na wasze 

barki, podczas gdy członkowie Rodów tylko korzystaj  z owoców waszej pracy? 

- Takie s  prawa, które ustanowili nasi przodkowie. Członkom Rodów nale y 

si  szacunek i posłusze stwo. - Madison nabrała przekonania,  e archanioł 

Michał zadał jej to pytanie, by wystawi  j  na prób . 

Michael zastanawiał si  dłu sz  chwil , zanim zadał kolejne pytanie. Miał 

wra enie,  e brakuje mu jeszcze jakiego  wa nego szczegółu, aby zrozumie  

zasady, na których opierało si   ycie w Arce. 

- Czy kiedy kto  odchodzi, zawsze oddawany jest w r ce Nadliczbowych? 

- Nie zawsze. - Madison przestała si  u miecha . Kiedy si  u miechała, na jej 

policzkach pokazywały si  ładne dołeczki. Teraz, nagle znikn ły. Zacisn ła usta. 

Miała blade wargi. Skuliła si  jeszcze mocniej i obj ła kolana ramionami. Jej r ce 

dr ały. Michael czuł,  e to nie z powodu mrozu. 

- Zdarzało si  w przeszło ci,  e nieliczne grupy osób oddalały si  z własnej 

woli. Nie było wiadomo dlaczego. Ludzie starzy czasem odchodz , sami si  na to 

decyduj . Lecz zazwyczaj dzieje si  inaczej. Kiedy w Arce rodz  si  dzieci, musz  

odej  wyznaczone osoby. Przeczuwałam,  e kiedy nadejdzie rozwi zanie dla pani 

Vandiver, przyjdzie moja kolej i rzeczywi cie tak si  stało. 

Michael Rourke spu cił wzrok i zacz ł butem grzeba  w  niegu. 

- Ilu mieszka ców ma Arka? 

- Stu - odpowiedziała Madison bez wahania. 

- Jest tam około stu osób? 

- Dokładnie sto. Wiem o tym. 

Michael odniósł wra enie,  e niczego nie była tak pewna, jak tej liczby. Dot d 

nigdy nie u ywała słowa ”dokładnie”. 

- Jak to mo liwe, aby było dokładnie stu ludzi? - Michael ju  rozumiał, ale 

chciał to od niej usłysze . 

- Rzadko si  zdarza, aby było wi cej ni  stu mieszka ców przez okres dłu szy 

ni  kilka godzin. Dzieje si  to wtedy, gdy w Arce s  nowo narodzone dzieci. 

Czasem liczba ludno ci jest mniejsza, kiedy która  z kobiet jest bliska 

rozwi zania. 

- Wi c jest dokładnie stu ludzi, m czy ni i kobiety, młodzie  i starcy? 

- Tak. Nie rozumiem, Michael, czemu ci  to tak bardzo ciekawi? 

Michael był zbyt wstrz ni ty tym, co usłyszał,  eby odpowiedzie  na pytanie. 

Domy lał si , czego mógł si  spodziewa  w Arce. Arka była oblegana przez 

kanibali, ale wewn trz tak e było piekło. Ministrowie w majestacie prawa 

dopuszczali si  ludobójstwa. Ofiary indoktrynowano do tego stopnia,  e biernie 

godziły si  na swój los. Przebiegł go zimny dreszcz. Obj ł dziewczyn  ramieniem i 

przytulił j  do siebie. 

background image

 

61 

- Teraz jeste  bezpieczna - powiedział zdławionym głosem. - Jeste  bezpieczna 

- powtórzył. Ze wszystkich stron otaczały ich skały pokryte cienk  warstw  

niegu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

62 

Rozdział 23

 

 

John przesun ł dłoni  po piasku.  lady butów były ledwo widoczne, ale nie 

umkn ły jego uwadze. Wyprostował si  i powiódł spojrzeniem po okolicy. 

- Michael szedł t dy - powiedział do Natalii. - Wszystko wskazuje na to,  e 

kierował si  na północny-zachód. 

- Nie mo emy jecha  dalej - zauwa yła Natalia. - Przed nami ci gnie si  

pasmo gór. 

- To nie ma znaczenia. Niewa ne, któr dy obejdziemy przeszkod . Kiedy 

znajdziemy si  po drugiej stronie, powinni my pod a  dalej w tym samym 

kierunku. Je li zgubimy  lad, rozdzielimy si . Paul pojedzie w jedn  stron , a my 

w drug . 

Rourke zało ył r kawiczki. Było mu zimno. Wrócili do motocykli, gdzie 

czekał na nich Paul. Natalia wsiadła na czarnego harleya, na którym, razem z 

Johnem, wyruszyła ze Schronu. Teraz jechała sama. Rourke jechał na trzecim 

motorze. Był to niebieski Harley Low Rider Michaela. Znale li go nie opodal 

Polany Rozbójnika. 

- Michael  wietnie orientuje si  w terenie i umie posługiwa  si  map . My l , 

e ma dosy  zdrowego rozs dku, by zboczy  nieco z kursu, zamiast nara a  si  na 

skr cenie karku, czy zabł kanie si  w górach. My te  zmienimy kurs. Nie ma 

obawy,  e si  rozminiemy. Michael chce odnale  miejsce katastrofy samolotu, 

b dzie stale zmierzał na północny zachód. - Rourke zało ył okulary 

przeciwsłoneczne. 

- Czy udało ci si  cokolwiek zrozumie  z nagrania tej wiadomo ci nadanej 

przez pilota? - zapytał Paul. 

Rourke obrócił si  do przyjaciela. 

- S dz ,  e komunikat zaszyfrowano. Gdy b d  miał wi cej czasu, spróbuj  

znale  klucz i złama  szyfr. 

- A mo e to ”Eden” usiłował si  z nami skontaktowa ? - zapytała Natalia z 

nut  nadziei w głosie. 

- Nie s dz . To było co  innego. Nie wiem jeszcze, z kim mamy do czynienia, 

ale si  dowiemy. Je li jaki  samolot rozbił si  w tych górach, odnajdziemy go. - 

Rourke poprawił rzemie , na którym umieszczony był karabin CAR-15 i wł czył 

silnik. Harley zacz ł drga  niespokojnie. 

- Ruszamy, Paul! - zawołał John do Rubensteina. Do zachodu sło ca 

brakowało tylko paru godzin, ale nikt z trójki podró nych nie czuł si  senny. Było 

to zrozumiałe, po pi ciowiekowym  nie. Ale szybciej ni  Michaelowi dawało si  

im we znaki zm czenie. Mieli słab  kondycj  i brakowało im racjonalnego 

od ywiania. Jednak Rourke nie zatrzymywał motocykla. Do zmroku chciał jak 

najbardziej skróci  odległo , dziel c  go od syna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

63 

Rozdział 24

 

 

- Nigdy nie jadłam mi sa. To zakazane. Tylko Nadliczbowi  ywi  si  mi sem. 

- Madison odsun ła nerwowym ruchem k s, który podał jej ”archanioł”. 

Pomy lała,  e ponownie chciał j  wystawi  na prób . Michael spojrzał na 

kawałek pieczonej wołowiny. 

- Mo e masz racj . Pami tam,  e przed Noc  Wojny wiele si  na ten temat 

mówiło. Lecz tylko jarosze przestrzegali surowo abstynencji. 

- Masz na my li aniołów? 

- Nie, aniołowie nie maj  z tym nic wspólnego. - Michael u miechn ł si  do 

niej. Dorzucił kilka gał zi do ognia. W promieniu kilku metrów od ogniska ziemia 

odtajała. Dziewczyna wyci gn ła r ce do ognia, daj c tym samym do 

zrozumienia,  e nie we mie mi sa. 

- Pami tam, jak wychodziłem wtedy do miasta. Zwykle ko czyłem swoje 

długie przechadzki w jakim  barze. ”Mc Donaldy”, tak je wtedy nazywano. 

Mo na było dosta  w nich wszystko: od hamburgera i sandwicza z drobiu po 

potrawy rybne. Najbardziej lubiłem hamburgery. - Michael zamilkł na chwil . 

Przy ognisku zawsze zbierało mu si  na wspomienia. - Teraz nie ma  adnych 

zwierz t. Szukałem ich przez długie lata, ale nie znalazłem nawet  ladu. Mam 

nadziej ,  e zwierz ta, które poleciały w kosmos z ekip  ”Projektu Eden”, 

powróc  zdrowe na Ziemi  razem z astronautami. Teraz mi so to rarytas. Radz  

ci spróbowa . 

Podsun ł dziewczynie wołowin , któr  siostra przygotowała mu na drog . 

Annie specjalnie dla niego wybrała z zamra arki najmniejsze kawałki i pokroiła 

je na paski, a potem wysuszyła w piekarniku. Michael i Madison siedzieli w małej 

rozpadlinie. Ze wszystkich stron otaczały ich skały, stanowi ce skuteczn  osłon  

przed mro nym wiatrem. Ognisko wytwarzało mikroklimat. Michael 

zrezygnował z dalszej drogi. Zdawał sobie spraw ,  e nie zdołaj  dotrze  do Arki 

przed zmrokiem, a nie chciał bł dzi  w tamtych stronach noc . Nie bał si  ataku 

kanibali. O tej porze powinni by  ju  najedzeni. Poza tym miał przy sobie M-16. 

Michael obawiał si ,  e jaki  stra nik z Arki we mie ich za ludo erców. Nie ufał 

mieszka com Arki. Wiec chocia  Madison mówiła mu,  e Ministrowie nie 

wystawiaj  wart, wolał zachowa  ostro no . 

Dziewczyna nie miało si gn ła po kij, na którym Michael opiekał mi so. 

Michael pierwszy ugryzł kawałek mi sa, by da  jej przykład. 

-  miało. W Bibli nigdzie nie jest napisane,  e nie wolno je  mi sa. 

- Czy aniołowie tak e jedz  mi so? 

- To nie jest takie mi so, o jakim my lisz. - Michael unikał odpowiedzi wprost. 

- Ludzie, których nazywasz Nadliczbowymi s  kanibalami. Oni  ywi  si  ludzkim 

mi sem. A to jest mi so wołowe. Kiedy  hodowało si  bydło specjalnie dla mi sa. 

Nie było w tym nic złego. Zwierz ta były do tego przeznaczone. 

Dziewczyna oblizała si . Była głodna. W ci gu całego dnia zjadła tylko kilka 

owoców. Prawdziwych owoców. Kilka lat temu udało si  Annie i Michaelowi 

sztucznie zapyli  kwiaty niektórych drzew owocowych i od tej pory co roku mieli 

w sadzie obfite zbiory. Michael jadł tylko kanapki. Zapasy przygotowane przez 

background image

 

64 

Annie na drog  były obliczone dla niego samego na dwa tygodnie, a musiał liczy  

si  z mo liwo ci  dłu szej nieobecno ci w Schronie. 

- Skoro zapewniasz mnie,  e nie ma w tym nic złego, spróbuj  mi sa - szepn ła 

Madison, patrz c łakomie na opieczony k s wołowiny. 

- Zuch dziewczyna! - Michael u miechaj c si  oddał jej ro en. Przygl dał si , 

gdy uniosła jedzenie do ust. 

- Pomy l,  e to hamburger, albo co  w tym rodzaju. 

- Rzeczywi cie, przypomina smakiem hamburgera - za artowała. Tłuszcz 

spływał w dół po kiju. Dziewczyna szybkim ruchem j zyka zlizała go zanim 

zd ył ubrudzi  jej r k . Michael nie mógł oprze  si  skojarzeniu,  e jej j zyk był 

równie zwinny, jak j zyk  mij. W Schronie ogl dał na wideo pewien film – nie 

mógł przypomnie  sobie tytułu, ale pami tał,  e główn  rol  grał Harrison Ford. 

W jednym z uj  pokazano tam tysi ce jadowitych w y. Michael po ałował,  e w 

jakikolwiek sposób porównywał dziewczyn  do gada. Spróbował znale  inne 

skojarzenie. Przychodziło mu na my l jedynie trzepotanie skrzydeł kolibra. Nagle 

u wiadomił sobie,  e przedmiotem jego skojarze  mo e sta  si  tylko to, czego 

sam do wiadczył. Kolibra widział raz w  yciu, tu  po Nocy Wojny. Byli wtedy we 

troje z matk  i Annie. J zyk Madison poruszał si  tak samo szybko, jak skrzydło 

male kiego ptaka. Michael nie mógł zrozumie , dlaczego dziewczyna tak go 

interesuje. Patrzył, jak przełkn ła drugi k s i zdj ła wołowin  z kija. Pochyliła si  

i pow chała mi so, marszcz c lekko nos. Michael u miechn ł si . 

- Chciałem tylko,  eby  spróbowała. Je li ci nie smakuje, nie musisz je  

wszystkiego. 

- Jest bardzo smaczne - odpowiedziała. Obj ł j  ramieniem i przygl dał si , 

jak przełykała kolejne k sy. 

- Jak to si  stało,  e wiesz tak du o o aniołach i archaniołach, a nigdy nie 

słyszała  o hamburgerach? - Sam nie wiedział dlaczego wyrwało mu si  takie 

pytanie. 

Madison u miechn ła si . Obraz ta cz cych płomieni odbijał si  jej w oczach. 

Przełkn ła ostatni kawałek mi sa i odpowiedziała: 

- W Arce czytałam Bibli . Wła ciwie wolno nam czyta  wył cznie t  ksi g . 

Rody posiadaj  własne biblioteki, ale my nie mamy do nich dost pu. Czasem 

Ministrowie czytali dla nas i interpretowali psalmy. 

- Kim s  Ministrowie? 

- Ministrami zostaj  naczelnicy Rodów. W skład Rady Ministrów wchodz  

przedstawiciele wszystkich Rodów. Tak było zawsze, jak daleko si gam pami ci . 

Michael poczuł,  e dziewczyna dr y, chocia  była ubrana cieplej, ni  on i 

otulona  piworem. Zauwa ył,  e Madison zachowuje si  tak, ilekro  pytał j  o 

sprawy zwi zane z pobytem w Arce. Nie chciał dr czy  dziewczyny, ale musiał 

dowiedzie  si  wielu szczegółów teraz, aby mie  czas na przemy lenie ich w nocy. 

Przytulił j  mocniej do siebie. 

- Czy Ministrowie uczyli ci  jeszcze czego  prócz psalmów? 

- Oczywi cie. Informowali nas o wszystkim, co powinni my wiedzie  z racji 

wykonywania naszych obowi zków. 

- Madison, czy przyszło ci kiedy  do głowy,  e by  mo e s  sprawy, o których 

powinna  wiedzie , a które zostały przez Ministrów przemilczane? 

background image

 

65 

- Ministrowie wiedz  najlepiej, co jest dla nas dobre. 

- Jeste  cudown  dziewczyn . 

Nie kpij ze mnie. Nie jestem wcale cudowna. Pani Elisabeth Cambridge jest 

cudowna, panna Genevieve Vandiver tak e. Gdyby  je zobaczył... 

- Dla mnie ty jeste  cudowna - przerwał jej Michael. - Czy mog  ci  

pocałowa ? 

Dziewczyna spojrzała na niego, ale nie mógł zobaczy  w jej oczach nic, prócz 

odbicia j zyków ognia. 

- Ty jeste  archaniołem, Michael, a ja tylko Madisonk . 

- Nie widz  w tym nic złego, wi c chyba mog  ci  pocałowa ? - odparł 

Michael. 

- Ja nigdy nie... Ja nie jestem nało nic . 

- Jak to nało nic ? O czym ty mówisz? 

- Tylko niektóre spo ród Madisonek mog  by  nało nicami, a ja nie zostałam 

wybrana. 

- Czy słu ba ma własne nało nice? 

- Nie, to zabronione. 

- Wi c czyj  nało nic  mo e zosta  Madisonk ? 

- Ministrowie o tym decyduj . Czasem zdarza si ,  e wybieraj  Madisonki 

tak e dla innych m czyzn. 

- Masz na my li kogo , kto nie nale y do Rodu? 

- Tak, lecz to wyj tkowe wypadki. 

Michael był zbulwersowany. W Arce wszystko odbywało si  pod kontrol  

Ministrów. Nie było miejsca na uczucia. Ludzie  yli jak maszyny. Im dłu ej 

przygl dał si  Madison, tym bardziej był prze wiadczony,  e ona nie pasuje do 

takiego obrazu. 

- Zrób wi c dla mnie wyj tek, Madison. Chciałbym, aby  została moj  

nało nic . 

Dziewczyna wzdrygn ła si  i spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczyma. 

- Archanioł nie powinien... - wykrztusiła, ale Michael przerwał jej w pół 

zdania. 

- Mówiłem ci,  e nie jestem archaniołem. Jestem zwykłym człowiekiem i 

pragn  przytuli  ci  i pocałowa . W moim j zyku nie nazwałbym ci  nało nic . 

Nie tak  ciebie widz . A je li ju  o tym mowa, to musisz wiedzie ,  e nigdy nie 

miałem nało nicy. 

- Wi c co miałe  na my li mówi c, abym została tw  nało nic ? Chciałabym 

to usłysze  w twoim, obcym j zyku. 

Michael patrzył na ni  uwa nie. 

- Takich rzeczy si  nie mówi ka dej kobiecie. - Pocałował j . - Nie wiem, jak 

to si  stało, ale kocham ci , Madison. Tak si  to wła nie mówi w moim j zyku. 

Jeste  pierwsz  kobiet , któr  pocałowałem, nie licz c mojej matki, siostry i kilku 

ciotek. 

- Kocham ci , Michael - wyszeptała Madison. 

Poruszała si  jak w transie. Nie zastanawiaj c si , co robi, obj ła go za szyj  i 

pocałowała delikatnie w policzek. Wsun ł r ce pod jej peleryn , dotkn ł koszuli. 

background image

 

66 

Powoli rozpinał zatrzaski, odsun ł na boki ciepł  tkanin , broni c  dost pu do jej 

ciała. Jej skóra była gor ca jak ogie . Nigdy dot d nie dotykał piersi kobiety...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

67 

Rozdział 25

 

 

Zatrzymali si  na odpoczynek w miejscu, gdzie, jak stwierdził John, Michael 

sp dził pierwsz  noc po pozostawieniu motocykla. Tego dnia znacznie 

zmniejszyła si  odległo  mi dzy nimi a synem Johna. Drog , któr  Michael 

pokonał pieszo, oni przebyli na motocyklach. Okr yli gór  i odnale li jego  lad 

po drugiej stronie. 

Paul i Natalia siedzieli przy ognisku, rozmawiaj c ze sob . Tymczasem 

Rourke poło ył si  niopodal, pochłoni ty własnymi my lami. Martwił si ,  e 

musieli  ciga  Michaela, zamiast szuka  wraku samolotu. Paul trafnie okre lił t  

sytuacj  teraz nie mieli na to czasu. 

Natalia wyrwała go z zamy lenia. Poczuł na szyi ciepły dotyk jej dłoni. 

Odwrócił głow  od ogniska i spojrzał pytaj co na dziewczyn . W pobli u nie 

dostrzegł Rubensteina. Natalia rozło yła koc i usiadła obok. 

- Paul wdrapał si  na t  skał . - Wskazała r k  ciemno . - B dzie pełnił 

wart . Powiedział,  e nie musisz go zmienia . Zdaje si ,  e nikt z nas nie mo e tej 

nocy zasn . 

- B dzie tak jeszcze przez kilka dni i nocy. Potem poczujemy si  tak, jakby 

wiat zwalił si  nam na plecy. Organizm b dzie si  domagał swojej dawki snu. 

Czułem si  podobnie po pierwszym przebudzeniu. - Rourke u miechn ł si  do 

niej. 

- Paul zostawił nas samych - zauwa yła Natalia. 

- Tak. To z jego strony bardzo taktownie. Natalia przysun ła si  do niego. 

- Co b dzie z nami, kiedy odnajdziemy Michaela? 

Rourke nie odpowiadał. Wyci gn ł z kieszeni kurtki cygaro i zwil ył je 

j zykiem. Bardzo lubił cygara, które zrobiła dla niego córka. Zastanawiał si , czy 

przypadkiem nie stał si  sentymentalny. Annie pomy lała o wszystkim, co mogło 

sprawi  mu przyjemno . Była idealn  córk . 

- Wypal swoje cygaro i zastanów si . Chciałabym zna  twoj  odpowied . 

- Wcale nie musz  pali , ale te cygara s  doskonałe. 

- Ty nałogowcu! Miałe  pi set lat, aby rzuci  palenie. S dz ,  e pewnych 

rzeczy nigdy nie da si  zmieni . A ty jak my lisz, John? 

Rourke obj ł i przytulił Natali  do siebie. Ona poddała mu si . Oparła głow  

na jego piersi. Le eli przez dłu szy czas w milczeniu. Rourke nie mógł widzie  w 

ciemno ci jej twarzy, ale miał przeczucie,  e po jej policzkach płyn  łzy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

68 

Rozdział 26

 

 

Pułkownik usiadł przy małym stole, który słu ył mu jako biurko. Przegl dał 

raporty. Wiadomo ci były niepomy lne. Za oceanem rozci gały si  pustkowia, 

tak jak wsz dzie. Dotychczas  ył nadziej ,  e jego ludziom udało si  w jaki  

sposób prze y . Lecz wszelkie próby nawi zania ł czno ci ko czyły si  w ten sam 

sposób. Na hasło wywołania odpowiadała cisza. Nie mógł sobie darowa ,  e nie 

znalazł czasu, aby dostarczy  im preparat chemiczny albo chocia  przekaza  

tajn  formuł . On sam wszedł w jej posiadanie (czytaj: ”ukradł”) zaledwie kilka 

godzin przed nuklearn  katastrof . 

Zdenerwowany rzucił papiery na stół i wstał. Energicznym krokiem opu cił 

pracowni . Wszedł do pokoju sypialnego. Dziewczyna skr powana sznurami 

wci  le ała na łó ku. Była cała poraniona i posiniaczona, mimo to na po cieli nie 

było  ladu krwi. Jego podwładni zadbali o to, aby wysprz ta  pokój po 

przesłuchaniu. Gdy stan ł w drzwiach, spazmatyczne skurcze, które wstrz sn ły 

ciałem dziewczyny, nagle ustały. Przestała majaczy . Pułkownik pomy lał,  e 

straciła przytomno . Na razie nie mógł kontynuowa  przesłuchania. W ogóle 

w tpił, czy uda mu si  cokolwiek z niej wycisn . Jej mowa przypominała odgłosy 

wydawane przez jakie  zwierz . Nie pami tał nazwy tego zwierz cia, z którym 

mu si  kojarzyła. Niemniej dziewczyna była mu potrzebna. Czasem czuł si  

zupełnie bezsilny. Miewał wtedy niekontrolowane wybuchy zło ci... 

Dziewczyna poruszyła si , jakby odgadła jego my li. Próbowała odwróci  si  

na bok, ale wi zy były tak mocne,  e kr powały jej ruchy. Pułkownik 

przygl daj c si  dziewczynie, rozpi ł koszul . Dr ała ze strachu.  ledziła jego 

ruchy szeroko otwartymi oczami. Jeszcze raz szarpn ła si . Na skutek wysiłku 

wie o zagojone rany otworzyły si  i zacz ły broczy  krwi . 

- My lisz,  e potrafisz długo wytrzyma ? - odezwał si  do niej. - Trzymamy tu 

jeszcze kilku wi niów, ale nie wygl daj  na takich, którzy wiedz  cokolwiek o 

tym, co nas interesuje. A wi c pozostajesz ty. Słu ysz wielkiej sprawie. Wiem,  e 

twoi wysłali najlepszego agenta, by ci  st d wydostał. Je li go dostan , potraktuj  

go tak,  e ty w porównaniu z nim b dziesz wygl dała jak  wie y kwiat. Wtedy 

by  mo e zostawi  ci  w spokoju. - Pułkownik u miechn ł si  z satysfakcj . - 

Tymczasem - powiedział si gaj c po bat - musz  robi  to, co do mnie nale y. 

- Zamachn ł si  batem i uderzył dziewczyn  w twarz. Jej głowa obróciła si  

bezwładnie. Dziewczyna nawet nie j kn ła. Le ała zupełnie nieruchomo. W jej 

spojrzeniu pułkownik wyczytał oboj tno . Rzucił bat i podszedł do niej z drugiej 

strony łó ka. Poło ył r k  na pulsie. Dziewczyna nie  yła. Wzruszył ramionami i 

wyszedł.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

69 

Rozdział 27

 

 

Kochali si  w  piworze. Le eli teraz wtuleni w siebie. Jej ciało było rozpalone. 

ciskała go mocno. Michael czuł, jak obr cze na jej ramionach gniot  go w plecy. 

Całował dziewczyn  nami tnie, a ona oddawała mu długie, a  do utraty tchu, 

pocałunki. Madison była dla niego uosobieniem zmysłowo ci. Uło ył głow  na jej 

piersiach i wsłuchiwał si  w przyspieszone bicie jej serca. Oboje nigdy przedtem 

nie prze ywali czego  podobnego. Dziewczyna pogłaskała go po włosach. 

- Michael - wyszeptała jego imi . Michael otworzył oczy, czuj c na twarzy jej 

oddech. Rozejrzał si  dookoła. Ostatnie gał zie trzaskały w ognisku,  ywi c 

umieraj cy płomie . Robiło si  ciemno. Hulał wiatr. Słyszeli jego  wist w 

skalnych szczelinach. Nagły hałas w ród ciemno ci obudził czujno  Michaela. W 

mdłym  wietle przygasaj cego  aru zerkn ł na rolexa. Fosforyzuj ce wskazówki 

pokazywały czwart . Hałas powtórzył si , tym razem bli ej nich. Madison tak e 

go usłyszała. Zaniepokojona poruszyła si  w  piworze. 

Michael dopiero teraz zdał sobie spraw , jak łatwo mo na ich było zaskoczy . 

Przemkn ło mu przez głow ,  e ojciec z pewno ci  trzymałby przy sobie pistolet o 

krótkiej lufie, by w razie potrzeby móc wystrzeli  spod  piwora.  ałował,  e nie 

wzi ł ze sob  takiego pistoletu. Predator le ał w niewielkiej odległo ci, ale za 

plecami dziewczyny. Michael dosi gn ł rewolweru, zacisn ł dło  na r koje ci. 

Dopiero teraz odzyskał pewno  siebie. W b benku tkwiło pi  naboi. Odci gn ł 

kurek, wprowadzaj c kul  do lufy. 

Przed katastrof  nuklearn , w takich chwilach tłumaczyłby przyczyn  

swojego niepokoju obecno ci  dzikich zwierz t. Lecz wszystkie zwierz ta 

wygin ły. Przyło ył palec wskazuj cy do cyngla w chwili, gdy dobiegł go odgłos 

spadaj cych kamieni. W półmroku przy ognisku stanowili idealny cel. Michael 

wstał i zacz ł zakłada  spodnie. Nagle w rozpadlinie pojawił si  kanibal. Biegł 

wprost na Michaela z kamiennym toporkiem. Tylko ognisko dzieliło go od 

Madison. Michael strzelił z rewolweru, zapinaj c drug  r k  zatrzask d insów. 

Kanibal potkn ł si  i upadł w  arz ce popioły. Skalpy u jego pasa pochłon ł ogie  

i w nieruchomym powietrzu rozszedł si  sw d. Michael zapi ł pasek. Teraz był 

gotów odeprze  ka dy atak. Niepokoił si  o Madison dopóki nie była ubrana. 

W ród skał zamajaczył jaki  cie . Michael wycelował i poci gn ł za spust nie 

czekaj c, a  napastnik wyjdzie z ukrycia. Z ciemno ci dobiegł krzyk, potem ju  

nikt si  nie pokazał. 

Robiło si  zimno. Michael stał jeszcze chwil  bez ruchu nasłuchuj c. Usłyszał 

za sob  kroki. Instynktownie wykonał półobrót, trzymaj c wycelowan  bro  

przed sob . To była Madison. Opu cił luf  i przytulił dziewczyn . 

- Kocham ci , Michael - wyszeptała. 

- Ubierz si  pr dko. B dziemy czuwa , a o  wicie ruszymy w dalsz  drog . - 

Michael schylił si  po koszul  i zacz ł si  ubiera . Dziewczyna nie spuszczała z 

niego oczu. 

- Michael... Spojrzał na ni . 

- Kiedy załatwimy nasze sprawy w Arce, chc , aby  pojechała ze mn . Zabior  

ci  do Schronu. Tam b dziemy mogli by  razem. Ja tak e ci  kocham. 

background image

 

70 

Madison przypadła do niego i obj ła go mocno. Przytuliła głow  do jego 

piersi. 

- Dobrze, Michael - wyszeptała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

71 

Rozdział 28

 

 

- Spójrz. - Dziewczyna wskazała r k  w kierunku urwiska. - Tam jest Arka. 

Byli w drodze od czterech godzin. Przed nimi otwierała si  biała równina, 

zamkni ta z jednej strony prawie pionow   cian  skaln . Michael nie od razu 

spojrzał w stron , któr  wskazywała Madison. Znowu my lał o nocnych 

wydarzeniach. Dr czyły go wyrzuty sumienia. Strzelił do człowieka ukrytego w 

ciemno ci, nie daj c mu  adnej szansy. Był pewien,  e tamten przybył we wrogich 

zamiarach, ale Michael musiał przyzna  przed samym sob ,  e poniosły go 

nerwy. Ta sprawa pozostanie zawsze bolesnym miejscem w jego pami ci. Dzie  

był pogodny.  wieciło sło ce i robiło si  coraz cieplej.  nieg zaczynał topnie . 

- Wi c Arka znajduje si  w jaskini? - spytał Michael. 

- Tak. To jest główne wej cie. Wiem,  e jest jeszcze kilka innych tuneli, które 

prowadz  do  rodka góry, ale znaj  je tylko członkowie Rodów. 

- Mo emy tak po prostu wej ? Nie ma  adnej bramy? Madison podniosła 

głow  i spojrzała na niego, mru c oczy od sło ca. 

- Michael, czy ty naprawd  chcesz tam wej ? Błagam ci , zastanów si . Nie 

wypuszcz  nas stamt d  ywych. Je li Ministrowie mnie zobacz , z pewno ci  

oddadz  mnie Nadliczbowym. Ka da zło ona ofiara, na jaki  czas oddala od Arki 

niebezpiecze stwo ataku. Ty jeste  obcy. Mo esz by  pewien,  e nie b d  mieli dla 

ciebie  adnych wzgl dów. 

Michael wzi ł Madison za r k  i poci gn ł lekko w kierunku jaskini. 

- Nie martw si . Potrafi  zadba  o własn  skór  i o twoj  tak e. Szli przez 

płaskowy   cie k , która prowadziła do podnó a urwiska. Michael odpi ł obie 

kabury, ale nie wyci gn ł broni. Kiedy byli ju  niedaleko, zapytał: 

- Czy nie dziwi ci ,  e jestem uzbrojony w bro  paln ? Wiesz co mam na 

my li; archanioł walczył tylko za pomoc  miecza. 

- Widziałam ju  kiedy  pistolety. W Arce mog  je nosi  tylko ludzie 

sprawiedliwi. Jest tam wielki magazyn, w skrzydle przeznaczonym dla członków 

Rodów. Kiedy pracowałam dla Cunnighamów, przechodziłam tamt dy 

korytarzem po materiał na suknie. Drzwi otworzyły si  nagle i zobaczyłam,  e 

wewn trz było pełno broni i amunicji. Wtedy jedna kobieta z rodu 

Cunnighamów ostrzegła mnie,  e nie powinnam nikomu o tym mówi . Tylko 

Ministrowie i członkowie Rodów maj  do niej dost p. Lecz je li oni maj  bro  

paln , archanioł tym bardziej ma do tego prawo. 

- Czy Ministrowie i członkowie Rodów nosz  bro  przy sobie? 

- Nie, ale maj  elektryczne pałki. 

- To elektryczne pastuchy. Czytałem o czym  takim - powiedział Michael w 

zamy leniu. 

Wi c nie nosz  pistoletów? 

- Nie. Nigdy nie widziałam broni poza magazynem. Oczywi cie z wyj tkiem 

twoich rewolwerów. Posługujesz si  nimi bardzo zr cznie. 

Michael opu cił wzrok i milczał przez chwil . Potem odparł: 

- Mój ojciec jest bardziej zr czny ode mnie. 

- Czy ojciec, o którym mówisz, to Wszechmog cy? 

Michael spojrzał na ni  i u miechn ł si . Bawiła go naiwno  dziewczyny. 

background image

 

72 

- Nie, on jest prawowitym ojcem, moim i mojej siostry. 

- Musi by  bardzo m dry. Jest powiedziane o nim,  e jest wszechwiedz cy - 

odparła Madison, przekonana,  e to jeszcze jedno nieporozumienie na tle 

j zykowym. 

- Poznasz go, kiedy wrócimy do Schronu. Wkrótce nadejdzie dzie  

wyznaczony na przebudzenie.  ałuj ,  e nie zd ymy na czas. Lecz kto wie, mo e 

Annie zaczeka do mojego powrotu. 

- Annie to twoja siostra... 

- Tak. Ona piel gnuje sad, sk d pochodz  owoce, które jadła . A mój ojciec 

nazywa si  John. Mama ma na imi  Sarah.  yje z nami dwoje dobrych przyjaciół 

ojca: Paul i Natalia. Było nas dotychczas tylko sze cioro. Niebawem b dzie nas 

siedmioro. 

Madison przystan ła u podnó a urwiska i przyło yła r k  do łona. 

- Albo i wi cej - powiedziała z u miechem. 

Przed nimi otwierał si  tunel wydr ony w skale. Michaeł od razu poznał,  e 

grota nie była naturalna. Najprawdopodobniej została wydr ona przed 

katastrof  nuklearn . Tu i ówdzie widoczne były  lady mechanicznej obróbki 

skały. Michaeł zdj ł z pleców karabin M-16 i przewiesił go sobie przez rami  jak 

torb . Luf  karabinu skierował do przodu. Wyci gn ł stolkera z kabury i 

schował go z tyłu za pasek spodni, zakrywaj c go kurtk . Drugi rewolwer wło ył 

do kieszeni spodni, a obie kabury dla niepoznaki schował do tobołka. Nó  

szturmowy przywi zał sobie do lewej łydki od wewn trznej strony, kiedy opu cił 

nogawk  d insów, no a nie mo na było dostrzec. 

- Chod my - powiedział, bior c Madison pod r k . 

W miar  jak posuwali si  naprzód, tunel zw ał si , a strop był coraz ni szy. 

Wchodzili do samego  rodka góry. 

- Boj  si  - powiedziała Madison szeptem. 

Echo gło no powtórzyło jej słowa. Michaeł milczał. W miejscu, gdzie si  

znajdowali, panował półmrok. Promienie słoneczne ju  do nich nie docierały. 

Nadal nie było wida   adnej bramy. Stan li, kiedy skalny tunel był ju  tak niski, 

jak zwykły domowy korytarz. Michaeł pochylił si  nad Madison i szepn ł jej do 

ucha: 

- Jak daleko jest jeszcze do bramy? 

- Nie wiem. Miałam opask  na oczach, kiedy wyprowadzano mnie do 

Nadliczbowych. Zdj li mi j  dopiero na zewn trz. 

- A któr dy zwykle wychodzicie? 

- Z powodu Nadliczbowych nigdy nie opuszczamy Arki. 

Michael wyprostował si . Obejrzał si  za siebie. Wej cia tunelu ju  nie było 

wida . Wyt ył wzrok. Ciemno ci były nieprzeniknione. Michaeł poczuł,  e poc  

mu si  r ce. Pu cił dło  Madison i wytarł r k  o spodnie. Wyj ł z kieszeni 

latark , zapalił j  i przymocował sobie do paska. Odnalazł r k  dziewczyny. 

Ruszyli dalej. Michaeł uwa nie przygl dał si   cianom tunelu. Jego prawa dło  

spocz ła na karabinie. Gotów był w ka dej chwili zdj  kciukiem blokad  zamka. 

Liczył na to,  e wystarczy zademonstrowa  tym ludziom, nie przywykłym do 

u ywania broni palnej, sił  ognia, aby zaniechali wszelkich prób przemocy. 

background image

 

73 

Jeszcze raz obejrzał si  za siebie. Odruchowo wprowadził nabój do lufy. W 

magazynku miał trzydzie ci naboi. 

- Boj  si  - wyszeptała Madison. 

Echo kilkakrotnie powtórzyło jej słowa, ni szym tonem ni  za pierwszym 

razem. Michael nagle zdał sobie spraw ,  e echo wzmacniało wszelkie odgłosy. 

Słyszał wyra nie swoje kroki. Zastanawiał si , czy architekci celowo 

zaprojektowali tunel w ten sposób, aby słycha  było, co dzieje si  na 

przeciwległym ko cu. Skalne sklepienie nie miało tutaj kształtu łuku, tak jak 

przy wej ciu. Skalne naro l  nie psuły wcale akustyki, a raczej nadawały jaskini 

bardziej naturalny wygl d. Michael zrozumiał,  e gdyby musiał u y  broni, 

odgłos wystrzałów stałby si  nie do zniesienia. 

W  wietle latarki zamigotały jakie  metalowe przedmioty, wystaj ce ze  ciany. 

W milczeniu, gestem zwrócił na nie uwag  Madison. Były to dyby, w które 

zakuwano ofiary przeznaczone dla kanibali. Michael usiłował przywoła  z 

pami ci jak najwi cej szczegółów dotycz cych konstrukcji budynków. Przeczytał 

przecie  wszystkie ksi ki, z których korzystał jego ojciec przy budowaniu 

Schronu. Teraz bał si , by nie zabł dzili w jakim  labiryncie. Niepokoiła go my l, 

czy uda im si  wej  do Arki, je li Ministrowie nie zechc  ich wpu ci . Zmusił 

nerwy do posłusze stwa. Przecie  znał wiele sposobów pokonywania 

nieprzewidzianych przeszkód.  luzy z reguły otwierały si  przy pomocy systemu 

przeciwwag i skonstruowane były w ten sposób, aby umo liwi  otwieranie i 

zamykanie z zewn trz na wypadek gdyby wszyscy mieszka cy musieli z jakiej  

przyczyny opu ci  bunkier. A wi c z otwarciem  luzy mógł sobie poradzi . Poczuł 

si  pewniej, gdy sobie to u wiadomił. Arka, s dz c po tym co opowiedziała mu 

Madison, nie była niczym innym jak schronem przeciwatomowym, 

wybudowanym w oparciu o projekty sprzed Nocy Wojny. Michael zastanawiał 

si , jak zostały rozwi zane pozostałe kwestie zwi zane z przetrwaniem. 

Wstrz sn ł nim zimny dreszcz, gdy zdał sobie spraw ,  e zna ju  odpowied . 

Podstaw  stanowił zerowy przyrost naturalny. Utrzymywali go dzi ki 

okresowemu wydalaniu ludzi, którzy z uwagi na dobro ogółu, 

podporz dkowywali si  decyzjom Ministrów. ”Zinstytucjonalizowane 

ludobójstwo” - Michael nie umiał znale  innego okre lenia. Nie potrafił ju  

opanowa  zdenerwowania. Mogli ich łatwo zaskoczy , a w w skim korytarzu nie 

był w stanie broni  si  z dwóch stron jednocze nie. Usłyszał za sob  trzask. 

Odwrócił si  i zasłonił dziewczyn  własnym ciałem. Instynktownie odbezpieczył 

bro . Przed nim, po lewej stronie drgn ła skalna  ciana. Po chwili odchyliła si  

od wewn trz jak drzwi na zawiasach. Ze szczeliny wyjrzał jaki  człowiek. Po 

chwili stan li na przeciwko nich trzej m czy ni, ubrani w garnitury szyte na 

miar . Do eleganckich ubra  nie pasowały domowe kapcie, które mieli na 

nogach. Ka dy z m czyzn trzymał w r ce pałk  dług  na kilkana cie cali. 

Michael domy lił si ,  e były to elektryczne pastuchy, o których wspominała 

Madison. 

- Tylko spokojnie. - Powstrzymał ich gestem r ki. - Przybywam do was jako 

przyjaciel. Nie zrobi  wam krzywdy. Chyba wiecie, co to jest? - Potrz sn ł 

karabinem. - Dziewczyna jest ze mn . Wydalili cie j  z Arki, a wi c nie podlega 

ju  waszemu prawu. 

background image

 

74 

Poczuł, jak r ce Madison spocz ły na jego ramionach i zacisn ły si  kurczowo. 

M czyzna, który stał w  rodku, u miechn ł si  do niego przyja nie. Dwaj 

pozostali nie poruszyli si , daj c do zrozumienia,  e tylko on b dzie mówił. 

- Nie jeste  z tych stron. Nie wygl dasz raczej na którego  z Nadliczbowych. 

Wi c nie jeste my sami na tym  wiecie. Witaj w Arce, przybyszu - powiedział 

oficjalnym tonem. 

- Tak, nie jeste cie sami - przytakn ł Michael, opuszczaj c troch  ni ej luf  

karabinu. - Cała moja rodzina przetrwała, a wraz z nami dwoje przyjaciół. Ale 

oprócz was i nas jest jeszcze kto . Niedawno tutaj w okolicy rozbił si  samolot. 

Nie udało mi si  dotychczas ustali  dokładnego miejsca katastrofy, ale znalazłem 

spadochron. Niestety było ju  za pó no. Ci, których nazywacie Nadliczbowymi, 

dopadli pilota i rozerwali nieszcz nika na kawałki. Nie zd yłem nawet ustali  

jego to samo ci. Jestem pewien,  e gdzie  w górach znajduje si  baza, z której 

albo do której leciał. Je li maj  samoloty, to musz  dysponowa  rozwini tym 

zapleczem technicznym. Mam zamiar odnale  t  baz  i nawi za  kontakt z tymi 

lud mi. Chc  te  nawi za  kontakt z wami. Je li poł czymy nasze siły, razem 

b dziemy w stanie przywróci  do  ycia t  planet . Flora, jak wynika z mojej 

obserwacji, odnawia si  samorzutnie. By  mo e ju  niedługo nie b dziemy musieli 

ku  pod ziemi ... 

- Michael! - krzykn ła Madison przera ona. 

Nie zd ył odwróci  głowy, gdy poczuł,  e zdj ła r ce z jego ramion, nie 

rozlu niaj c przy tym uchwytu tak, jakby oderwano j  od niego. Dwaj m czy ni 

trzymali j  za ramiona, trzeci próbował zakneblowa  jej usta. Kilku innych 

wyszło ze szczeliny za plecami Michaela. Byli ubrani tak samo, jak ”komitet 

powitalny”. W r kach trzymali elektryczne pastuchy. Madison wyrwała si , ale 

kiedy jeden z m czyzn przyło ył jej pałk  do pleców, łzy stan ły jej w oczach i 

ju  nie stawiała oporu. 

Michael wycelował w m czyzn , który stał przed nim. Ju  miał mu rozkaza  

by ten pu cił dziewczyn , gdy nagle sparali ował go ból. Z pocz tku nie wiedział 

nawet, co go zabolało. Potem poczuł na szyi, w miejscu sk d rozchodz  si  nerwy 

czaszkowe, dotyk metalowej pałki. Nie mógł si  ruszy . Mimo woli wypu cił z r ki 

kolb  karabinu. Bro  bezwładnie zawisła na ramieniu. 

- Michael! - krzykn ła Madison, której udało si  wyplu  knebel. - Michael, 

ratunku... 

Zemdlała. Michael, pora ony pr dem upadł na kolana. Nie wyobra ał sobie 

nawet,  e potrafi znie  taki ból, ale nie stracił przytomno ci.  wieczki stan ły mu 

w oczach. Oblał go zimny pot.  oł dek podchodził mu do gardła. Michael 

wiedział,  e były to odruchy wywołane podra nienim układu nerwowego i próbo-

wał zapanowa  nad sob . Usiłował dosi gn  pistoletu za paskiem, ale nie 

starczyło mu siły. Zachwiał si  i upadł na twarz. Jak przez mgł  widział,  e 

m czy ni ubrani w garnitury wnosz  Madison przez drug   luz  do  rodka 

Arki. Zdawało mu si , i  słyszy jej krzyki. Ude ył głow  o posadzk  i stracił 

prztomno . 

- Michael! - wołała Madison. - Ratunku!

 

 

 

 

background image

 

75 

Rozdział 29

 

 

Tego dnia Annie widziała si  z matk  cztery razy, tylko wtedy Sarah 

opuszczała salon i, pomimo słabej jeszcze kondycji, wspinała si  do góry szybem 

ewakuacyjnym, by wydosta  si  ze Schronu. Za ka dym razem spodziewała si  

zobaczy  na horyzoncie obłoki kurzu, które  wiadczyły o tym,  e John i Michael 

s  ju  w drodze powrotnej. Sarah tak bardzo pragn ła nacieszy  si  wreszcie 

swoimi dzie mi. To nic,  e byli ju  doro li, dla niej na zawsze pozostan  dzie mi. 

Annie siedziała przy maszynie do szycia. Robota szła jej szybko. Sukienk , 

któr  szyła obecnie z niebieskiego materiału, robiła ju  od kilku miesi cy. 

Wcze niej wyhaftowała na niej kolorowe kwiaty. Zamierzała doko czy  szycie 

r cznie,  eby mie  zaj cie na długie wieczory, ale teraz czas naglił. Musiała 

koniecznie sko czy  przed powrotem Paula. 

Annie oderwała oczy od roboty i obejrzała si  na matk . Sarah stan ła 

naprzeciwko niej z r kami w kieszeniach. Ubrana była w granatow , pasiast  

m sk  koszul  oraz d insy. Była boso. 

- Chciałabym z tob  pozrozmawia , Hanno. - Tylko matka nazywała j  

Hann . 

- Dobrze. Usi d , a ja zaparz  herbaty. B dzie ci smakowała. 

- Ty zrób herbat , a ja przygotuj  co  do jedzenia. Jestem ju  głodna. 

- Mamo, ja mog  to zrobi . 

- Wiem,  e mo esz, ale ja to zrobi . 

Annie wył czyła lampk  przy maszynie do szycia i wstała. 

- On ci  uwielbia. Nie mówi  o Paulu, to oczywiste. Mam na my li twojego 

ojca. - mówiła Sarah, obieraj c ziemniaki. Kiedy sko czyła, wrzuciła je do 

garnka z wod  i podeszła do zamra arki. Wyjmuj c kawał mi sa, poczuła na 

sobie spojrzenie Annie. - Dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób? 

- Nie mamy wiele mi sa w zapasie, mamo. Ja i Michael oszcz dzali my je 

zawsze na szczególne okazje. My lałam,  e mogłabym zrobi  piecze , kiedy tata, 

Paul i Natalia wróc  razem z Michaelem. To b dzie wyj tkowa okazja. Po raz 

pierwszy zbierzemy si  wszyscy razem, cała rodzina w komplecie. 

- Tak. Ładna rodzina - odparła Sarah, odnosz c mi so do zamra arki. - 

Uwierzyłby kto, ojciec i matka, którzy ł cznie nie s  nawet dziesi  lat starsi od 

dzieci. No i towarzystwo. Paul jest dobrym człowiekiem. Dziwi  si  tylko,  e 

zaprzyja nił si  z twoim ojcem. Twój ojciec nigdy nie potrzebował przyjaciół. 

Paula przeznaczył ci na m a. 

- Wiem o tym, ale to nie ma  adnego zwi zku z tym co do niego czuj . Je li 

Paul odwzajemni moje uczucia, nie s dz ,  eby zrobił to ze wzgl du na tat . 

- Prawdopodobnie masz racj . Dalej mamy Natali , byłego agenta sowieckiego 

wywiadu, major KGB. Twój ojciec wychował Michaela na m a dla niej, to 

oczywiste. 

- Przynajmniej takie były jego plany. 

- Czy twój ojciec kiedykolwiek zapytał mnie, co ja o tym my l ? Jak s dzisz? 

- Mamo, ziemniaki si  rozgotuj . 

- Nie, nie rozgotuj  si . Zaczynałam gotowa  całe wieki wcze niej, ni  ty. 

Wró my do rzeczy. O nic mnie nie pytał! Pozwolił, abym uło yła si  do snu ze 

background image

 

76 

wiadomo ci ,  e obudz  si  wtedy, kiedy wszyscy si  przebudz . Wiedział,  e 

nigdy nie zgodziłabym si  wej  do kapsuły, gdybym wiedziała o jego planie. 

Zrobił to tylko po to, aby Paul nie musiał  eni  si  z Natali . 

Sarah wył czyła gaz i odcedziła ziemniaki. Potem pokroiła je na plasterki i 

uło yła na patelni. Wzi ła si  za przygotowywanie warzyw. 

- Twój ojciec wolał milcze , zamiast wtajemniczy  mnie w swoje plany. Wiem, 

e nic si  ju  nie da zmieni . Nic nie mo e załagodzi  bólu, jaki mi sprawił. Boli 

mnie to, tym bardziej,  e uciekł si  do podst pu, aby mi was odebra . 

- Mamo, kiedy tata obudził nas, ja i Michael nie wiedzieli my jeszcze, jakie 

były jego plany. Nie byli my w stanie zrozumie . 

Sarah spojrzała na córk . Annie nigdy nie widziała na twarzy matki takiego 

grymasu. 

- Je li wyjdziesz za Paula Rubensteina i b dziecie mieli dzieci, pomy l, jak by  

si  czuła, gdyby  poło yła si  do snu, maj c u boku syna i córeczk , a po 

przebudzeniu zamiast nich, zastałaby  dwoje dorosłych ludzi. Czy mo esz sobie 

wyobrazi , co znaczy mie  w  wiadomo ci luk , która obejmuje najwa niejszy 

okres w  yciu matki, dorastanie dzieci? Kto nauczył ci  wszystkiego, czego sama 

nie mogła  si  nauczy ? 

- Oczywi cie tata. Był z nami przez pierwsze pi  lat. Sarah Rourke zbladła. 

- Doko cz obiad, Hanno. Ja nie jestem ju  głodna - wyszeptała. 

Annie brakło słów. Powiodła wzrokiem za matk , która wyszła z kuchni i nie 

ogl daj c si  za siebie skierowała do sypialni. Nigdy nie widziała matki tak 

przybitej. Pomy lała,  e mo e nie powinna tak bardzo okazywa  ojcu miło ci po 

tym, co zrobił matce. Nie w ten sposób wyobra ała sobie przebudzenie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

77 

Rozdział 30

 

 

John zatrzymał harleya i zeskoczył na ziemi . Razem z Paulem przypadkowo 

odkrył szlak, którym jechali przed Noc  Wojny. Droga ta pozwoliła zaoszcz dzi  

im całe dwa dni, gdy  inaczej musieliby jecha  po wertepach z pr dko ci  

maszeruj cego człowieka. Natalia tak e zsiadła z motocykla. Znajdowali si  na 

le nej polanie, gdzie popioły po ognisku i wdeptana trawa wskazywały na to,  e 

obozowała tam dosy  liczna grupa ludzi. John dostrzegł koło ogniska  lady butów 

wojskowych, takich jakie sam nosił. 

- Musiał t dy przechodzi , nie ma co do tego  adnej w tpliwo ci - zauwa ył 

Paul. 

Rourke spojrzał na niego i przytakn ł.  aden z m czyzn, ani Natalia, nie 

poczynili uwag na temat rozrzuconych dookoła ludzkich ko ci.  lad Michaela nie 

ko czył si  tutaj, wi c nie mieli czasu do stracenia. Rourke patrzył przez lornetk  

tam, dok d prawdopodobnie zmierzał jego syn. W lewym k ciku ust trzymał 

cygaro, ale nie zapalił go jeszcze. Zni ył lornetk  i obserwował polan . Zatrzymał 

wzrok w miejscu, gdzie teren był rzadziej poro ni ty traw . 

- Natalio, podjed  tu swoim motocyklem. To najbardziej wyra ny  lad, jaki 

mamy. Paul, ty spróbuj przeczesa  teren w promieniu stu metrów na zachód. Ja 

b d  szukał od strony północnej. Mo e uda mi si  dokładnie okre li , gdzie 

powinni my go szuka . 

- Michael nie zostawia za sob  zbyt wielu  ladów, prawda? - powiedział Paul i 

poszedł w wyznaczonym kierunku. 

Rourke zapalił cygaro. Gdyby udało si  ustali , któr  ze znanych mu 

przeł czy poszedł i jeszcze przed zmrokiem dotrze  do miejsca kolejnego postoju 

syna. Spojrzał w niebo, a potem rzucił okiem na tarcz  rolexa. Według sło ca 

okre lił godzin  z dokładno ci  do dziesi ciu minut. Do zachodu brakowało około 

trzech godzin. Nadrobili ju  du o czasu w stosunku do Michaela. Rourke nagle 

u miechn ł si . Mimo wszystko nie dorównywał swojemu synowi. On nadrobił 

tyle, ile było mo liwe - dzieliło go od ojca ju  tylko niespełna dziesi  lat. 

- W drog ! 

Rourke rzucił spojrzenie w kierunku Natalii i wskoczył na motocykl.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

78 

Rozdział 31

 

 

Stracił całkowicie rachub  czasu. Nie wiedział ju  nawet ile dni min ło od 

kiedy wyruszył ze Schronu. Na skutek pora enia elektryczn  pałk , ka dy ruch 

sprawiał mu ból. Zdecydował,  e nie b dzie si  nad tym zastanawia , dopóki nie 

rozja ni mu si  w głowie. Zanim spróbował si  podnie , si gn ł r k  za plecy. 

Rewolwer tkwił na swoim miejscu. Michael j kn ł z bólu, podnosz c si  do 

pozycji siedz cej. Przyło ył r k  do spodni na wysoko ci łydki. Pod nogawk  miał 

wci  nó . ”Napastnicy nie byli wcale tak przebiegli, jak mogłoby si  wydawa ” - 

przebiegło mu przez my l. Darowali mu  ycie, i co wi cej, zostawili mu bro . 

Znał siebie wystarczaj co dobrze, aby stwierdzi ,  e potrafi to wykorzysta . 

U miechn ł si  na sam  my l o tym, ale zaraz przeszył go ból. Stan ł, z trudem 

zachowuj c równowag . Na pierwszy rzut oka pomieszczenie, w którym został 

zamkni ty wygl dało jak zwyczajny pokój. Pod sufitem  arzyły si  dwie lampy 

neonowe. Nie było jednak  adnego okna, tylko masywne, stalowe drzwi. 

Chwiejnym krokiem podszedł do nich i ju  miał nacisn  na klamk , gdy ból 

w prawym ramieniu u wiadomił mu,  e wszystkie metalowe przedmioty w Arce 

mog  by  pod napi ciem tak, jak elektryczne pałki. Cofn ł si  o krok i dokładnie 

obejrzał framug . Nie dostrzegł  adnych czujników ani fotokomórek. Mimo  e 

podłog  pokrywało linoleum, a jego buty miały grube podeszwy, nie chciał 

ryzykowa . Ju  raz posłu ył jako uziemienie. Ostatecznie m czy ni w 

garniturach nie pozostawiliby go bez stra y, gdyby nie byli pewni,  e ucieczka 

st d jest niemo liwa. Z trudem przełkn ł  lin . Paliło go pragnienie. Nagle 

u wiadomił sobie,  e w pokoju nie było Madison. Je li ludzie w garniturach 

wyrz dzili jej jak  krzywd , nie daruje im tego. Był zdolny wystrzela  ich 

wszystkich, gdyby okazało si ,  e nie ma innego sposobu, aby odzyska  Madison i 

wydosta  si  z Arki. 

Przykucn ł i si gn ł r k  pod nogawk  spodni, wydobywaj c ze skarpetki 

nó . Podniósł si  i rzucił russellem o drzwi. Nó  odbił si  od metalowej płyty i z 

brz kiem upadł na podłog . Nic nie wskazywało na to, aby przez drzwi 

przepływał pr d. Michael podniósł russella i ponowił prób . Tym razem 

wycelował w klamk . Posypały si  iskry, rozja niaj c cel . Michael podniósł nó  i 

schował go do pochwy. Usiadł na podłodze. Przypomniało mu si ,  e ojciec 

opowiadał kiedy , jak w podobnej sytuacji wydostał si  z opałów. Zacz ł 

rozsznurowywa  lewy but. Rourke posłu ył si  wtedy kabur  pistoletu jako 

grub  r kawiczk , która ochraniała go przed oparzeniem. Michael  ci gn ł z 

nogi but i wło ył r k  do  rodka odwijaj c j zyk na zewn trz. W my li układał 

plan działania. Musiał odszuka  Ministrów i za da  od nich wydania 

dziewczyny. To był najpewniejszy sposób. 

Przed oczyma stan ło mu, jak  ywe, wspomienie wspólnie sp dzonej nocy. 

Dziewczyna le ała przytulona do niego i wpatrywała si  w płatki wiruj ce w 

blasku ognia. Nie znała okre lenia ” nieg”. Nigdy przedtem nie widziała  niegu. 

Michael, starał si  jej wytłumaczy  w najmniej prozaiczny sposób, by nie popsu  

jej wra enia. Mówił jej,  e płatki  niegu s  kryształkami lodu, z których 

wi kszo  ma kształt sze cioramiennych gwiazdek, ale ró ni  si . By  mo e dał 

si  troch  ponie  fantazji, mówił,  e jest to uzale nione od drogi, jak  ka dy 

background image

 

79 

płatek przebywa, przechodz c przez ró ne strefy temperaturowe, na skutek czego 

topnieje, a potem ponownie krzepnie i tak dociera do ziemi. Madison przerwała 

mu, wybuchaj c radosnym  miechem i zapytała o nazw  tego zjawiska. Potem 

przygl dała si  płatkom, które układały si  na jego włosach i całowała je, ci gle 

powtarzaj c słowo ” nieg”. Tym bardziej teraz Michael zapragn ł wydosta  si  

na zewn trz. 

Podszedł do drzwi, lecz w chwili, kiedy wyci gn ł r k , by przez j zyk buta 

chwyci  za klamk  co  po drugiej stronie zatrzeszczało i drzwi otworzyły si . 

Przed nim stał m czyzna w garniturze. Michael nie mógł dostrzec nikogo poza 

nim. Korytarz zdawał si  pusty. 

- Teraz pójdziesz ze mn . Ministrowie chc  ci  widzie . Je li b dziesz 

próbował stawia  opór, u yj  elektrycznej pałki. Pa1mi tasz j  chyba. - 

M czyzna skierował ku niemu elektrycznego pastucha. 

Michael nie chciał da  zna  po sobie,  e cały jest obolały. U miechn ł si  i 

odparł: 

- Tylko moment, elegancie. Pozwól mi wpierw zasznurowa  but.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

80 

Rozdział 32

 

 

Jechali prawie cał  noc. Zatrzymali si  tylko na krótki odpoczynek, aby nie 

przegrzewa  silników i o  wicie ruszyli w dalsz  drog . Rourke jechał na 

przedzie, bo najlepiej orientował si  w terenie. Niemal z zamkni tymi oczami 

kluczył po szlakach, nadrabiaj c kolejne dwa dni opó nienia. Doganiali go. 

Michael posuwał si  wolniej, poniewa  przeszukiwał teren, natomiast oni 

zmierzali do wyznaczonego celu. Mieli łatwiejsze zadanie. 

Zatrzymali si  na skraju sosnowego lasu i na piechot  zapu cili si  w g szcz. 

Szli w pewnej odległo ci od siebie, a eby przeczesa  szersz  poła  ziemi. John 

zawołał Paula i Natali . Natrafił na niewielk  polan , na której wiatr rozwiewał 

popioły. Z pewno ci  nie było to miejsce postoju Michaela. Wsz dzie dookoła 

porozrzucane ludzkie ko ci. Na skraju lasu przywi zane były do drzew szcz tki 

ludzkiego ciała. Natalia odezwała si  stłumionym głosem: 

- Michael pod a tym samym szlakiem, co kanibale. Oby tylko przypadkiem 

go nie gonili. 

- Nie s dz  - odparł John. - Michael zostawił motocykl, a wi c idzie za nimi. 

- Szukał ludzi, takich jak my. Nie był przygotowany na to, co tu zastał. 

Martwi  si  o niego - powiedział Paul. - Nie powinien zostawia  harleya. 

- Michael ich  ledzi - stwierdził stanowczo Rourke. Spojrzenia Johna i Natalii 

spotkały si . 

- Co ty by  zrobił na jego miejscu? - zapytała kobieta. Rourke wybuchn ł 

miechem. 

- Poszedłbym za nimi. Dokładnie tak samo jak mój syn. To najrozs dniejsze, 

co mógł zrobi . 

- Mam nadziej ,  e jest równie  dobrym strzelcem, jak jego ojciec - 

powiedział Paul. - Annie twierdzi,  e regularnie  wiczyli strzelanie. 

- Nie w tpi . Ale niestety, nie był posłusznym uczniem. Zabrał ze sob  tylko 

jeden karabin maszynowy oraz dwa rewolwery, które poza tym,  e bardzo mu si  

podobaj , niewiele przynios  po ytku. Z takim uzbrojeniem, w wypadku starcia 

nie b dzie mógł prowadzi  ci głego ognia. Có , zrobił, jak uwa ał. 

- Pi tna cie lat trenował strzelanie - zauwa yła Natalia. - A to chyba ju  co  

znaczy. 

- Annie powiedziała,  e niejednokrotnie opuszczał Schron, by uda  si  na 

rekonesans. Chyba nabrał ju  wprawy. 

- To niezupełnie to samo. Michael to mój syn. Martwi  si  o niego. Teraz ma 

do czynienia z ludo ercami - powiedział Rourke i przykucn ł, by obejrze  z 

bliska ko ci. Były całkowicie obgryzione i pozbawione szpiku. 

- John! - krzykn ła Natalia. - Uwa aj! 

Rourke poderwał si  na równe nogi i pobiegł za ni . Paul stał na skraju 

polany i osłaniał ich seri  z MP 40, który na kolbie miał wizerunek 

ameryka skiego orła. W biegu wyci gn ł z kabury pythona. Natalia dogoniła 

Paula i wyci gn ła dwa pistolety Metalife Custom L-Frames. Gotowa była 

strzela  obiema r kami. Rourke wpadł mi dzy nich. Krzaki po przeciwległej 

stronie polany, poruszyły si . W g szczu pokazała si  ludzka głowa przystrojona 

background image

 

81 

rudym skalpem. Dzikus post pił krok do przodu i upadł na twarz. Skalp spadł 

mu z głowy, odsłaniaj c łysin . 

- Kanibal - zauwa ył Paul. Rourke spojrzał na niego. 

- Tak - wycedził przez z by.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

82 

Rozdział 33

 

 

Michael zerkn ł na tarcz  rolexa. Dziwił si ,  e nie zrobił tego wcze niej. 

Cyferki na datowniku przesun ły si  o dwie.  wi ta Bo ego Narodzenia i dzie , 

na który wyznaczono przebudzenie były blisko. Na skutek pora enia pr dem cał  

noc le ał nieprzytomny. M czyzna, który go eskortował pozwolił mu pój  do 

toalety. Przy okazji Michael przemył sobie twarz zimn  wod . Pochylaj c si  nad 

kranem, zobaczył własne odbicie w lustrze. Był blady. 

Na korytarzu doł czyli do stra nika dwaj m czy ni z elektrycznymi 

pastuchami. Kluczyli licznymi korytarzami. Michael usiłował zapami ta  

usytuowanie du ych, metalowych drzwi. Domy lał si ,  e to wej cie do arsenału, o 

którym wspominała Madison. Zamierzał sprawdzi  swoje przypuszczenia. 

Skr cili w lewo, w  lepy korytarz. Na przeciwległym ko cu przej cia zamykały si  

drewniane wrota przypominaj ce wej cie do sali obrad. 

- Wejd  i zaczekaj. Wkrótce nadejd  Ministrowie. - Stra nik nacisn ł klamk  

i popchn ł go lekko. 

Wchodz c Michael spojrzał na bogato zdobion  złocist  klamk . Zawahał si . 

- A ty, elegancie, czemu nie wejdziesz do  rodka? - zagadn ł m czyzn  w 

garniturze. 

- Ministrowie chc  widzie  tylko ciebie. 

Michael wszedł do  rodka i usłyszał,  e drzwi zamykaj  si  za nim. W 

gabinecie było jasno. Zdziwił go widok tradycyjnego  yrandola z  arówkami. 

Spodziewał si  raczej neonówek, przyznał,  e pasuj  bardziej do wystroju tego 

wn trza. Po rodku sali stał długi, owalny stół. Mogłyby przy nim zasi

 ze dwa 

tuziny osób. Michael pod wiadomie zacz ł liczy  krzesła Było ich dwadzie cia 

osiem, w tym dwa wi ksze, z oparciami na łokcie. Na przeciwległym ko cu stołu 

stał pozłacany lichtarz z dwoma  wieczkami. Obie  wiece były zgaszone.  cian  

naprzeciwko drzwi - czego Michael nie zauwa ył przedtem - pokrywały malo-

widła. Zbli ył si  do nich. Stylizowane freski odtwarzały wydarzenia Nocy 

Wojny. Były prymitywne, ale wywarły na Michaelu wstrz saj ce wra enie. 

Płon ce miasta, niebo poorane rakietami, grzyb atomowy - nigdy nie widział tego 

wszystkiego. Przebywał wtedy w najgł bszej cz ci Schronu. Owszem, ogl dał 

filmy nakr cone przed katastrof  nuklearn . Szczególnie utkwiła mu w pami ci 

jedna scena: samolot odrzutowy przelatuj cy nad stolicami Europy. Miasta po 

kolei stawały w ogniu, a łuny widoczne były z odległo ci dziesi tek kilometrów. 

Kiedy samolot przelatywał tym samym kursem drog  powrotn  na dole 

pozostawały tylko zgliszcza. Lecz to był tylko film. Freski przedstawiały 

rzeczywiste wydarzenia. Obudziły pewne wspomnienie. Kiedy miał siedem lat, 

dokładnie w Noc Wojny, wydostał si  niepostrze enie ze Schronu. Na zewn trz 

było jasno.  wiatło wybuchów było ja niejsze od wschodz cego sło ca. Usłyszał 

pot ny huk i poczuł, jak ziemia pod nogami zadr ała. W jednej chwili przypo-

mniał sobie znane mu wszystkie filmy o wojnie atomowej. Wiedział,  e to koniec 

wiata. Wrócił do Schronu. Na zewn trz  mier  zbierała swoje  niwo. 

- Czy te malowidła co  dla ciebie znacz , młody człowieku? - od strony wej cia 

dobiegł go głos. 

background image

 

83 

Przed nim stało siedmiu Ministrów w garniturach i czerwonych pantoflach. 

Wszyscy mieli krawaty. Michael przebiegł wzrokiem po ich twarzach. Byli w 

ró nym wieku. Jeden wydawał si  nawet młodszy od niego. Ale był w ród nich 

tak e m czyzna około siedemdziesi tki. Najstarszy Minister ukłonił si  mu 

dystyngowanie. 

- Sk d usłyszałe  o tych wydarzeniach? 

- Widziałem to na własne oczy. Na horyzoncie ja niała łuna atomowych 

wybuchów. 

- To kłamstwo! - zawołał jeden z Ministrów. 

- Jak to mo liwe? - zapytał najstarszy członek rady. - Jestem ju  bardzo stary, 

ale nie pami tam tego. 

- To długa historia. Powiem krótko. Udało nam si  wynale  pewien preparat 

chemiczny, redukuj cy do minimum metabolizm ludzkiego organizmu, dzi ki 

któremu mogli my zapa  w narkotyczny sen. 

- Sen narko... jaki? 

- Sen narkotyczny. 

- Dlaczego mówisz w liczbie mnogiej? 

- Jest nas sze ciu. Mój ojciec, matka i siostra oraz dwoje naszych przyjaciół. 

Dotychczas s dzili my,  e jeste my jedynymi lud mi na tej planecie. Oni tak 

nadal s dz . 

- Nosisz skórzane buty. Sk d wzi łe  skór ? - Michael spojrzał na swoje 

wojskowe buty, a potem na ich kapcie. 

- Te buty maj  przeszło pi  wieków, ale pieczołowicie je konserwowałem. 

Rozmówca Michaela wybuchn ł  miechem. 

- Pi setletnie buty na pi ciowiekowym m czy nie - powiedział starzec z 

ironi . - Mo e mi si  tylko tak wydaje, ale nie masz wi cej ni  trzydzie ci lat. 

- W przyszłym miesi cu sko cz  trzydziestk , ale powiedziałem prawd . Kim 

jeste cie? - zapytał Michael. 

- Jestem człowiekiem, który razem z Rad  Ministrów zadecyduje o twoim 

losie. - Rourke-junior zacisn ł z by - Do kogo nale ał ten schron, który nazywacie 

Ark ? 

- Arka jest naszym domem. - Prezes u miechn ł si , rozbawiony stanowczym 

tonem przybysza. 

- A kim s  kanibale? 

- Masz na my li Nadliczbowych, młody człowieku? 

- Czy Arka nie była przypadkiem tak e ich domem? 

Arka ma ograniczon  pojemno . Dawno ju  by my zaton li gdyby my, na 

przestrzeni wieków, nie pozbywali si  nadmiaru ludno ci. Cz  wygnanych 

prze yła. Oni s  Nadliczbowymi. 

- A gdzie jest Madison? 

- Masz na my li dziewczyn , któr  do czasu, kiedy musiała odej  

nazywali my Madison 15? 

- Tak. Gdzie j  trzymacie? Je li co  jej si  stało... 

- Ona przestała dla nas istnie . 

Michael zacisn ł pi ci i ju  chciał si  rzuci  na prezesa, gdy ten powstrzymał 

go gestem r ki, mówi c: 

background image

 

84 

- Spokojnie. Na razie nic jej nie grozi. Zapewniam ci ,  e wkrótce b dziesz 

mógł j  zobaczy . Masz na to moje słowo. 

- Trafiłem do was całkiem przypadkowo. W drodze uratowałem Madison od 

tych, których nazywacie Nadliczbowymi. To ja nakłoniłem j , by zaprowadziła 

mnie do Arki. Tak jak ja, ona jest teraz waszym go ciem. - Michael zrobił krótk  

pauz . - Czy to wasz samolot rozbił si  w górach? 

- My nie posiadamy lataj cych maszyn. 

- Tym samolotem kto  jednak leciał. Nie udało mi si  zlokalizowa  wraku, ale 

wiem, gdzie na spadochronie wyl dował pilot. Nadliczbowi go zabili. Nie mogłem 

nic dla niego zrobi . Zamierzam jednak zbada  t  spraw . Chciałbym nawi za  

przyjazne stosunku ze wszystkimi, skoro wiem,  e s  poza nami jeszcze inni. 

- Byłe  uzbrojony. W miejscu, w którym ci  znale li my, była krótka bro . 

Zdaje si ,  e to był pistolet. 

- Tak, zgadza si . 

- Miałe  tak e karabin. Co to za model? 

- To karabin maszynowy M-16. - Michael nie zdradził si ,  e dowiedział si  od 

Madison o istnieniu arsenału. To wzbudziłoby podejrzenia Ministrów. 

- Mamy wiele podobnych karabinów i pistoletów, ale nie robimy z nich 

u ytku. Trzymamy je w gablotach i od czasu do czasu konserwujemy. 

- Sk d bierzecie smar? 

- Uprawiamy orzeszki ziemne. Dzi ki tradycji i przekazom ustnym znamy 

technologi  wytwarzania oleju archaidowego, który jest podstawowym surowcem 

do produkcji smaru. 

- Dlaczego zadajecie sobie tyle trudu z konserwacj  broni, je li nie obawiacie 

si  ataków z zewn trz? 

- Bro  ma dla nas warto  jedynie muzealn . Posługiwali si  ni  nasi 

przodkowie, budowniczowie Arki. Przechowujemy wszystko, co słu y 

podtrzymywaniu ich pami ci. Miłujemy pokój. 

- Chciałbym si  o tym przekona  - odparł Michael z naciskiem. Nie wiedział 

co zrobi  z r koma. W tej chwili  ałował,  e nie palił jak jego ojciec. - Sporo ju  o 

was wiem. A teraz oddajcie mi bro  i przyprowad cie do mnie Madison. My l , 

e pójdziemy. W Schronie czekaj  na mnie. 

- To niemo liwe. Twój karabin został umieszczony w arsenale i nale y teraz 

do naszej kolekcji. 

- Cho  wyra asz pro b  cokolwiek niekonwencjonaln , dobrze, podaruj  go 

wam razem z rewolwerem. A teraz chciałbym zobaczy  si  z Madison. Mam 

zamiar j  po lubi . 

- Gdyby my pozwolili wam odej , tak jak sobie tego  yczysz, z pewno ci  

wskazałby  innym drog  do Arki. Nie mo emy na to pozwoli . 

- Oprócz nas i kanibali nie ma nikogo. Nie potrzebujecie si  wi c niczego 

obawia  - odparł. - Oni nie s  w stanie sforsowa  waszych bram. O ile zd yłem 

si  zorientowa , wszystkie drzwi s  przecie  pod napi ciem. Obiecuj  wam,  e 

je li odnajd  macierzyst  baz  samolotu, nie powiem o was słowa. A teraz je li 

panowie pozwol ... 

- Sk d ten po piech, młody człowieku? Czy jeste  ciekaw, jak my  yjemy? 

My, ze swojej strony, chcieliby my usłysze  co  o tobie i Schronie, o którym 

background image

 

85 

wspomniałe . Opowiedz nam wpierw  o sobie, a potem my zapoznamy ci  z nasz  

histori . 

- Bardzo bym chciał, ale na mnie ju  czas. Z pewno ci  siostra martwi si  o 

mnie. Musimy przeło y  to na nast pn  okazj . Przyjdziemy kiedy  z Madison w 

odwiedziny... 

Prezes wybuchn ł  miechem. 

- Niech mnie piorun trza nie, młody człowieku, je li nie rozbawiło mnie twoje 

poczucie humoru. Ciesz  si ,  e b d  miał przyjemno  porozmawia  z tob  nieco 

dłu ej.  yjemy tu w całkowitej izolacji. Musisz to zrozumie . 

- Dzi kuj  za komplement, ale wolałbym... 

- Nie ma dyskusji. Skoro nie chcesz mówi  pierwszy, opowiem ci o naszych 

przodkach. Nigdy dot d nie miałem sposobno ci mówi  o tym. 

Minister zacz ł spacerowa  po sali. Michael czekał, a  b dzie przechodził koło 

niego, aby rzuci  si  na niego i obezwładni  go chwytem Tae-Kwon-Do. 

Zamierzał wzi  zakładnika. Nie było innego sposobu, aby odzyska  Madison i 

bezpiecznie wydosta  si  na zewn trz. Tymczasem stary człowiek, jakby odgadł 

jego my li, zbli ył si  do  i powiedział: 

- Nie próbuj  adnych sztuczek. Przemoc na nic si  tu nie zda. Ka dy z nas 

musi kiedy  odej . Ja jestem ju  stary i wkrótce nadejdzie mój czas. Mówi  to na 

wypadek, gdyby  chciał wybra  mnie jako zakładnika. Radz  ci posłucha  tego, 

co teraz opowiem. To ciekawa historia. 

- Wi c zaczynaj - powiedział młody m czyzna. 

Minister u miechn ł si . W tej chwili Michael spostrzegł,  e ma za m . Lewe 

oko cz ciowo zakrywała mu katarakta. 

- Czy nie ma w ród was lekarzy? 

- Owszem mamy kilku sanitariuszy, lecz wolno im tylko łagodzi  cierpienie 

nieuleczalnie chorym. Medyczne próby przedłu ania  ycia s  zabronione. Takie 

jest nasze prawo. 

- Po prostu pozwalacie, aby ludzie umierali? 

- Oni nie umieraj , młody człowieku. Oni odchodz . Czy rozumiesz t  

ró nic ? - Minister usadowił si  wygodnie na krze le i odsun ł lichtarz na bok. 

- Tak. Brzmi to nieco przyjemniej, ale zosta  rozszarpanym przez kanibali, 

gdy si  st d wyjdzie, nie jest chyba równie przyjemne. Taki los o mało nie spotkał 

Madison. Gdybym miał mo liwo  wyboru, wolałbym ka dy inny rodzaj  mierci. 

Prezes parskn ł  miechem. Pozostali kr cili si  po sali. Jeden z Ministrów 

podszedł do stołu i zapalił  wieczki. Dwóch innych trudziło si  nad przesuni ciem 

szafy. Odsun li j  od  ciany, odsłaniaj c du y sejf i pytaj co spojrzeli na 

pozostałych. Trzeci zbli ył si  i otworzył pancern  skrytk . Wyj ł ze  rodka dwie 

ksi gi oprawione w skór . Pierwsza była formatu Biblii lub du ego słownika, 

druga, nieco mniejsza wygl dała na pami tnik. 

- Co to za ksi gi? - zapytał Michael. - Je li si  nie myl , ta wi ksza to Biblia. - 

Prezes Rady Ministrów spojrzał na niego. 

- Tak, jak słusznie domy liłe  si , s  to  wi te ksi gi. 

- Ta druga przypomina raczej pami tnik. 

- Zgadłe , młody człowieku. Drug   wi t  ksi g  zapisali nasi przodkowie. 

Jest zamkni ta na kłódk  i tak ju  pozostanie na zawsze. 

background image

 

86 

- Nie rozumiem - odparł Michael zdumiony. - Czcicie j  jako  wi t , a nawet 

nie wiecie co jest w niej napisane. 

Minister u miechn ł si  pobła liwie, usiłuj c wsta  z krzesła. Dwóch 

członków rady podeszło do niego i wsparło go ramionami. Prezes wyprostował 

si , si gn ł r k  do bocznej kieszeni, z której wyci gn ł złoty ła cuszek, na 

którym zaczepiony był mały klucz. 

- Jako prezes Rady Ministrów, nosz  przy sobie ten kluczyk. To atrybut 

mojego stanowiska. Dzi ki niemu mog  mie  wgl d w tajemnice zawarte w 

drugiej  wi tej ksi dze. Lecz nie otworz  kłódki i nie zrobi tego nikt po mnie. 

Tradycja wymaga, aby ka dy nowy prezes zło ył przysi g , a tradycji nie wolno 

si  sprzeciwia . 

- To nie do wiary. Czy nie przyszło wam do głowy,  e ten pami tnik mo e 

zawiera  jakie  cenne informacje. Nie jest grzechem ujawnianie tajemnic 

zmarłego, je li mogłoby to słu y  sprawie przetrwania. Z pewno ci  wasz 

przodek miał na wzgl dzie wasze dobro, powierzaj c wam ostatnie swoje my li. 

- Musisz si  jeszcze wiele nauczy , młody człowieku. - Minister usiadł i 

u miechn ł si  do Michaela. - Druga  wi ta ksi ga ma ju  ponad pi  wieków. 

Przez ten czas radzili my sobie całkiem dobrze. Przetrwanie, jak si  wyraziłe , 

nie sprawia nam wielu kłopotów. Nie ma tak e  adnych innych wyj tkowych 

okoliczno ci, które usprawiedliwiałyby brak poszanowania dla tradycji. My l ,  e 

potrafisz to zrozumie .  yjemy w Arce dostatnio i nie ma potrzeby zmienia  

czegokolwiek. W takich warunkach otwarcie  wi tej ksi gi byłoby profanacj . 

Mam nadziej ,  e uwierzysz w to, kiedy usłyszysz histori , któr  teraz opowiem. 

- Słucham - odparł Michael. - Postaram si  wi cej nie przerywa . 

- Usi d  tam, prosz . - Prezes wskazał na krzesło po przeciwległej stronie 

stołu. - Naprzeciwko mnie. 

Michael odsun ł krzesło, zerkaj c ukradkiem na por cze. Nie dostrzegł 

adnej pułapki. Dla pewno ci poło ył jednak obie r ce na stole. 

- Opowiedz mi o waszych dziejach bo tego wła nie chcesz. 

- Cierpliwo ci, młody człowieku. 

- Nazywam si  Michael. Tak, jak archanioł Michał - odparł Rourke, bacz c 

na to jakie wra enie wywrze ta wiadomo  na zebranych. Ministrowie szeptali co  

miedzy sob . 

- Arka - zacz ł prezes, nie zwa aj c na zbie no  imion przybysza i biblijnego 

bohatera - została wybudowana przeszło pi  wieków temu. Przedsi wzi cie 

kosztowało wiele pracy i pieni dzy. Podj li si  go wpływowi ludzie, aby 

zabezpieczy  si  na wypadek wojen, kataklizmów lub ekonomicznego kryzysu na 

wielk  skal .  yli w bardzo niespokojnych czasach, kiedy niebezpiecznie było 

wychodzi  na ulice bez broni. Arka szybko stała si  tak sławna,  e mecenasi 

zmuszeni byli utrzymywa  stał  ochron . Zlecili budow  dodatkowych  luz 

pancernych, aby zabezpieczy  bunkier przed intruzami. Arka miała by  ich 

ostatni  desk  ratunku i tak te  si  stało, bowiem pomi dzy pot nymi narodami 

Zjednoczonej Ameryki i zaborczymi siłami Komuny Sowieckiej wybuchła wojna, 

która... 

- To nie była Zjednoczona Ameryka, tylko Stany Zjednoczone Ameryki 

Północnej - przerwał mu Michael. - A Komuna, jak nazwałe  Zwi zek Radziecki, 

background image

 

87 

to epitet, jakim zwykle okre lano socjalistyczny ustrój tego pa stwa. Historia, 

któr  mi opowiadasz została ci przekazana ustnie, prawda? 

Minister chrz kn ł i kontynuował opowiadanie, jak gdyby Michael nic nie 

powiedział. 

- Wi c kiedy pomi dzy Zjednoczon  Ameryk  i Komun  Sowieck  rozp tała 

si  wojna, nasi przodkowie, którzy potrafili przewidzie  rozwój wydarze , 

schronili si  w Arce. Prowadzili tutaj normalne  ycie. Byli samowystarczalni. 

Tymczasem na powierzchni  Ziemi posypały si  pioruny o niespotykanej mocy i 

stopniowo niszczyły wszelkie formy  ycia, tak jak zostało przepowiedziane w 

Ksi dze Apokalipsy. Tylko nieliczni, a w ród nich nasi przodkowie, zdołali 

unikn  kary. Bóg tym samym objawił im,  e za ich m dro , uczyni ich swoimi 

wybra cami. Wtedy nadali temu schronowi nazw  Arka. Arka ocalała. Ogie  

strawił wszelkie zło, oczyszczaj c ziemi , powietrze i wod . Na  wiecie zostali ju  

tylko wybrani przez Boga nasi przodkowie i ich słu ba. Ale słu ba tak e była 

zdeprawowana. Kieruj c si  pych  i zawi ci , usiłowała dokona  przewrotu by 

wydali  z Arki jej prawowitych wła cicieli. Spisek, na szcz cie, został wykryty, a 

słu b  spotkała zasłu ona kara. Wszyscy buntownicy musieli opu ci  schron. 

Przy okazji postanowiono,  e ludno  Arki przez okres dłu szy ni  siedem dni nie 

powinna przekracza  stu osób. Tyle akurat było naszych przodków i ludzi ze 

słu by, którzy nie przył czyli si  do spisku. To prawo obowi zuje do dzi . 

Potomkowie buntowników, którzy nie mieszcz  si  w tej liczbie wydalani s  na 

zewn trz, gdzie  yj  w takich samych warunkach, jak w piekle, dopóki nie 

dosi gnie ich kara z r k Nadliczbowych. 

Minister zdmuchn ł  wieczki, na znak,  e zako czył opowie  i znów 

u miechn ł si  do Michaela. 

”Jest zadowolony,  e mógł przytoczy  z pami ci cał  histori  Arki”. - Michael 

usiłował wytłumaczy  sobie przyczyn  tego u miechu. 

- To co nazywasz słuszn  kar  za grzech, jest w istocie ludobójstwem 

usankcjonowanym przez wasze prawa. Mordujecie, by ratowa  własn  skór , 

tłumacz c si  domnieman  przynale no ci  ofiar do jakiej  ni szej kategorii 

ludzi. Kanibale bynajmniej, nie wymierzaj  sprawiedliwo ci. Oni zapewne te  

zostali kiedy  wydaleni i udało im si  przetrwa , poniewa   ywili si  mi sem 

bli nich. Wysyłaj c ludzi na zewn trz pozwalacie, aby ten okrutny proceder 

ci gn ł si  bez ko ca. Czy nie uwa acie,  e jest dostatecznie wiele powodów, dla 

których ratunku nale y szuka  w stronicach starego pami tnika? 

- Ty tak e jadasz mi so - zauwa ył Minister. -  wiadcz  o tym skórzane buty. 

- Owszem, jem mi so, ale wył cznie wieprzowin  i wołowin , a wi c mi so 

zwierz t, które hoduje si  w tym celu. Teraz nie ma zwierz t i prawie w ogóle nie 

jadam mi sa. 

- Sam wydał na siebie wyrok, panie Prezesie - wtr cił kto  z zebranych na sali. 

- Z prochu powstałe  i w proch si  obrócisz, ty i twoja dziewczyna - 

powiedział kto  jeszcze. 

- Wspaniale! - Michael zerwał si  z krzesła. - Rozumiem,  e mo emy wyj  

nawet zaraz. S dzicie,  e piekło jest na zewn trz. Ale powiem wam co , piekło jest 

tuaj. Zapomnieli cie, jakie s  Bo e nakazy i mordujecie ludzi. Za długo chyba 

siedzieli cie zamkni ci i dlatego macie robaki w mózgu. 

background image

 

88 

- Zostan  zwi zani i wydaleni na zewn trz. Nadliczbowi si  nimi zajm . - 

Zapadł ostateczny wyrok. 

Michael błyskawicznie wsun ł r k  pod kurtk . Przezornie nie zasun ł zamka 

błyskawicznego, aby łatwo dosi gn  rewolweru. Zacisn ł dło  na r koje ci 

predatora. 

- Niespodzianka panowie. - U miechn ł si , kieruj c luf  ku przeciwległej 

stronie stołu. - Nie macie szcz cia, sam odnajd  Madison i odbior  wam karabin. 

Nie zasłu yli cie na taki prezent. Potem zamierzam opu ci  to miejsce, a 

spróbujcie mi tylko w tym przeszkodzi . 

- Zbeszcze cił nasz  sal  konferencyjn ! - zawołał Minister, który ogłosił 

wyrok. 

- Jeszcze jeden krok, a zobaczysz, jak zbeszczesz  twoje bebechy - odparł 

Michael i si gn ł po nó . - Zanim si  po egnamy, dam wam dobr  rad . Lepiej 

otwórzcie ten pami tnik i przeczytajcie uwa nie to, co jest w nim zapisane. 

Prawdopodobnie wasz przodek zawarł tam swój testament. A je li nie, to 

powinni cie go przeczyta  dla zasady. - Michael zacz ł wycofywa  si  w kierunku 

drzwi. Były nadal zamkni te. Spodziewał si  interwencji ze strony stra ników 

uzbrojonych w elektryczne pastuchy. Bro  palna dawała mu przewag . 

- Gdzie trzymacie dziewczyn ? - zapytał stanowczo. 

Prezes u miechn ł si , ale milczał, wpatruj c si  w drzwi. Michael zrozumiał, 

e niczego si  ju  nie dowie. 

- Dobrze. Wi c sam j  odnajd . Je li nie b dziecie mi wchodzili w drog , włos 

wam z głowy nie spadnie. Przepraszam za wyra enie - dodał po chwili, zerkaj c 

na łysin  Prezesa. Był o krok od drzwi. Zapami tał,  e zamkni to je od wewn trz. 

Wsun ł nó  za pas od spodni i nacisn ł klamk . To był bł d. 

”Jednak nie jest ze złota” - przebiegło mu przez my l, gdy pr d elektryczny 

przepływał przez jego ciało. Wypu cił rugera. Rewolwer spadł na ziemi , ale nie 

wystrzelił. 

- Nie! - wykrzykn ł Michaelu, wij c si  z bólu. Zrobiło mu si  ciemno przed 

oczami. Osun ł si  bezwładnie na podłog , ale nie mógł oderwa  r ki od klamki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

89 

Rozdział 34

 

 

Drzwi otworzyły si . Dziewczyna instynktownie odskoczyła od 

najciemniejszego k ta celi. Trzech m czyzn w garniturach - członkowie Rodów - 

weszli do celi nios c Michaela. Wszyscy trzej nosili r kawiczki. Uło yli 

nieprzytomnego na posadzce. Jego ciałem wstrz sały drgawki. Miał szeroko 

otwarte oczy, ale jego spojrzenie było nieobecne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

90 

Rozdział 35

 

 

Wiatr sypał mu  niegiem w twarz. Owiewka motocykla osłaniała tylko klatk  

piersiow . Z powodu p du powietrza jego kilkudniowy zarost pokryła gruba, 

biała skorupa lodu. Nie wytrzymałby długo, gdyby nie ogrzewało go ciepło 

wydzielane przez silnik. Natalia jechała tu  za nim. Kierowali si  na północ. Paul 

tymczasem pod ał na południe. Rozdzielili si  przed godzin , by podwoi  szans  

odnalezienia szlaku, którym szedł Michael. Mieli si  ponownie poł czy  na 

niewielkiej polanie, gdzie obozowali kanibale, pozostawiaj c popioły i nieliczne 

ludzkie ko ci -  lady okrutnej biesiady. 

- John... 

- O co chodzi? Rourke obrócił głow . 

- Zdawało mi si ,  e co  poruszyło si  w ród skał. Tam, w górze, po lewej. - 

Natalia oderwała dło  od kierownicy i wskazała we wspomianym kierunku. 

Rourke przytakn ł. 

- Zwróciłem na niego uwag  ju  wcze niej. Wygl da na to,  e mamy 

towarzystwo, nasz przyjaciel kanibal. 

- Martwi  si  o Paula. Jest sam. 

- On potrafi o siebie zadba . My tak e poradzimy sobie z tym dzikusem. 

Niepokoi mnie,  e Michael zapu cił si  w te okolice. - Rourke zerkn ł ku górze. 

Jaka  posta  poruszyła si  na tle skał i znikn ła. Zwolnił, zatrzymał harleya na 

zakr cie i wył czył silnik. 

- Co zamierzasz zrobi ? - spytała Natalia. 

- Wdrapi  si  na gór  i schwytam tego dzikusa. Mo e potrafi nam co  

powiedzie . 

- John, to niebezpieczne. Nie wiemy, ilu ich tam jest. 

- Skoro oni nie chc  zej  tutaj do nas, musz  i  do nich. Natalia zsiadła z 

harleya i podeszła do niego. Obj ła go i szepn ła: 

- Uwa aj na siebie. 

Rozpi ł kurtk . Zdj ł r kawiczki. Schował je do kieszeni. Wyj ł cygaro, 

umie cił je w k ciku ust i przygryzł lekko z bami. 

- Zosta  tutaj i osłaniaj mnie. Musisz by  czujna, by mo e usłyszysz 

strzelanin  w okolicy, któr  penetruje Paul. Powinien by  po drugiej stronie góry. 

Je li si  zorientujesz,  e potrzebna nam pomoc, jed  do niego. Ja doł cz  do was 

potem. 

- John, to zbyt ryzykowne, nie mo esz i  sam. 

- Oni nie maj  broni palnej - odparł Rourke. - Przynajmniej nic mi o tym nie 

wiadomo. Ja za  jestem uzbrojony jak komandos. S dz ,  e znajdziemy wspólny 

j zyk. - U miechn ł si  do Natalii. 

- Tylko zostaw brawur  na dole. Pami taj,  e  ycie Michaela zale y od ciebie. 

Wracaj cały i zdrowy. 

- Wróc  na pewno - szepn ł i pocałował j  delikatnie w policzek. Odwrócił si  

i poprawił na ramieniu rzemie  karabinu. Ustawił go luf  do góry. Zacz ł 

wspina  si  po skałach.

 

 

 

 

background image

 

91 

Rozdział 36

 

 

Odnajdzie swego syna. John Rourke co do tego nie miał  adnych w tpliwo ci. 

Pokonanie stromego skalnego urwiska stanowiło zaledwie jeden krok na drodze 

poszukiwali. Wspinał si  powoli, ale nie zatrzymywał si . Lufa karabinu uderzała 

go w plecy w regularnych odst pach czasu, zgodnie z ruchami jego ciała. Z 

miejsca, w którym si  znajdował, nie mógł widzie  co działo si  ponad nim. 

Obejrzał si . Natalia pomachała mu. Miała na sobie czarn  kurtk  skórzan , 

któr  wkładała na ka d  akcj , i czarne wojskowe buty. Czarne włosy opadały jej 

na ramiona. Z góry posta  kobiety zlewała si  z sylwetk  czarnego harleya, 

sprawiaj c wra enie mitycznego centaura. Rourke wiedział,  e takie istoty w 

rzeczywisto ci nie istniej , wi c odrzucił to skojarzenie i wspinał si  dalej. 

Próbował nie my le  o  onie - Sarah i Natalii. Nie mógł pozwoli  sobie na 

dekoncentracj . Jednak, niezale nie od jego woli, jego my li skierowały si  ku 

Annie. Kiedy zbył  miechem złe przeczucia córki, która przebudziła ich przed 

czasem, nic nie wiedział o kanibalach. Jej post powanie wydało si  mu dziecinne. 

Teraz okazało si ,  e miała racj . Lecz jakim sposobem udało si  tak licznej 

grupie dzikusów prze y  na powierzchni Ziemi - pozostało dla niego zagadk . Był 

ciekaw, jakie jeszcze niespodzianki czekaj  go na tej wyniszczonej planecie. Nie 

potrafił biernie czeka  na rozwój wypadków. Brał pod uwag ,  e ekipa ”Projektu 

Eden” mo e nie wróci . Ograniczałoby to bardzo jego mo liwo ci, poniewa  tylko 

przy ich pomocy realizacja projektu rozbudowy Schronu mogła mie  szans  po-

wodzenia. Miał zamiar skonstruowa  mały samolot. Silnik harleya wystarczyłby 

w zupełno ci, aby poderwa  do lotu mały dwupłatowiec. 

Pi ł si  w gór , nie zapominaj c ani na chwil , aby podpiera  si  co najmniej 

trzema ko czynami. Chwytał wystaj c  skał  praw  dłoni  i unosił praw  nog . 

Powtarzał ten schemat mechanicznie. Jeszcze kilka ruchów i r k  dosi gn ł 

kraw dzi szczytu. Podci gn ł si  i postawił nog  na płaskiej skale. Wyskoczył z 

takim impetem,  e niewiele brakowało, a upadłby na twarz. Odzyskał równowag  

i usiadł, łapi c oddech. By sprowokowa  kanibali do natarcia, chciał sprawia  

wra enie bardziej zm czonego, ni  był. Nikt si  jednak nie zbli ał. John czekał 

kilka minut bez ruchu, potem podniósł si . Podszedł do kraw dzi, by pomacha  

Natalii. Natalia zauwa yła go i tak e pomachała r k . Rourke poczuł lekki 

zawrót głowy. Wiedział,  e było to spowodowane niedotlenieniem organizmu. 

Odsun ł si  od kraw dzi stoku. Zastanawiał si , czy jego syn po tylu latach miewa 

podobne kłopoty. Rozejrzał si  wokoło. Szczyt był idealnie płaski. John si gn ł do 

kieszeni po zapalniczk . Nie zapalił cygara na dole, by nie utrudnia  sobie 

oddychania. Zatrzeszczał kamie  w zapalniczce i wyskoczył niebiesko- ółty 

płomyk, ale zgasł natychmiast. Rourke ponowił prób , zasłaniaj c zapalniczk  

przed wiatrem. Przysun ł cygaro do płomyka i zaci gn ł si . Cisza, któr  m cił 

jedynie szum wiatru, napawała go niepokojem. John zwykł kojarzy  góry z 

hukiem silników sowieckich  migłowców desantowych, terkotem broni 

maszynowej oraz hała liwymi gangami zmotoryzowanych rozbójników. To 

wszystko nale ało ju  do przeszło ci i pogł biało w nim wra enie pustki, które 

towarzyszyło mu w pod wiadomo ci przez pi  wieków od czasu katastrofy 

background image

 

92 

nuklearnej. Kanibale pasowali poniek d do tego obrazu jako symbol degeneracji 

całej planety. 

Rourke ruszył przed siebie, pal c nonszalancko cygaro. Karabin wci  wisiał 

na jego plecach luf  do góry. Rourke chciał wygl da  na łatw  zdobycz. 

Zastanawiał si , czy ci ludzie znaj  mow , czy b d  w stanie go zrozumie . Zacz ł 

inaczej patrze  na kanibali. Nagle poczuł,  e ich obecno  w jaki  sposób umacnia 

jego nadziej . Je li oni zdołali prze y , to niewykluczone,  e w jakim  zak tku 

wiata przetrwali tak e inni ludzie. Zatrzymał si . 

- Hop, hop! - zawołał. - Chc  was zobaczy ! Nie było odpowiedzi. 

- Do you speak English? Nie było odpowiedzi. 

- Habla Espanol? 

Nie było odpowiedzi. 

- Parles vous Francais? 

Rourke wybuchn ł  miechem. Mógł postawi  to samo pytanie po niemiecku, 

rosyjsku, a je liby si  chwil  zastanowił, tak e w kilku innych j zykach. 

- Nie mam wobec was złych zamiarów! - zawołał. - Szukam człowieka, który 

wygl da tak samo jak ja! 

Wygl da tak samo jak ja - powtórzył sam do siebie. Uderzył si  r k  w czoło. 

Zrozumiał,  e kanibale mogli do wiadczy  na własnej skórze siły ognia Michaela. 

W takim razie wołał na pró no, bowiem uwa aliby go za syna, którego 

poszukiwał. Je li za  Michael zginał, pomy l ,  e jest jego duchem. Odrzucił naty-

chmiast t  my l. 

Z kabury przymocowanej do łydki, wyci gn ł pythona. Był to du y, 

niklowany pistolet, sylwetk  przypominaj cy rewolwer. Kto , kto nie znał si  na 

uzbrojeniu, z łatwo ci  mógł si  pomyli . Potem schylił si  i poło ył pistolet u 

swoich stóp. CAR-15 równie dobrze mógł uchodzi  za karabin M-16 Michaela. 

Rourke zdj ł z pleców bro  i uło ył j  obok pistoletu, nie zdejmuj c jednak 

blokady. Jego syn miał przy sobie dwa rewolwery. John rozchylił poły kurtki i 

wyci gn ł zza pasa detonika. Jeden detonik znalazł si  obok colta i CAR'a 15, 

drugi pozostał w kaburze, gotowy do strzału. Detonik Combat Master Kaliber 45 

nie wygl dał tak samo, jak Magnum Predator kaliber 44, lecz Rourke liczył na to, 

e kanibale nie znaj  si  na broni. Wa na była ilo . Jeszcze nó . John domy lał 

si ,  e Michael nosił na widoku tylko wielkiego gerbera. Miał przy sobie 

identyczny nó  z czarn  r koje ci . Poło ył go obok broni palnej. 

- W porz dku! Nie jestem uzbrojony! - zawołał. 

Odsun ł si  o kilka kroków, czuł,  e poc  si  mu dłonie. Po przeciwległej 

stronie szczytu wychyliła si  ponad kraw d  skały ludzka głowa, ozdobiona 

skalpem. Po chwili ukazał si  kanibal, dzier cy w prawej r ce kamienny 

toporek. Jego bro   wiadczyła wyra nie o tym, na jakim poziomie cywilizacji 

znajdował si  jej wła ciciel. R koje  liczyła około dwóch stóp długo ci, a na 

ko cu powrozem splecionym z ludzkich włosów, przywi zany był obustronnie 

łupany kamie . 

- Do you speak English? - zawołał Rourke. 

Twarz kanibala wykrzywił grymas. Dzikus pochyli si  nieco do przodu i 

złapał obur cz za r koje  topora. Zza kraw dzi wyskoczył jeszcze jeden kanibal, 

a potem trzeci. Byli tak e uzbrojeni w kamienne toporki. John wiedział, jak 

background image

 

93 

nale y posługiwa  si  broni . Sam posiadał podobny tomahawk, który zakupił od 

Irokezów, ale nigdy go nie u ywał. Kanibale natomiast chyba zamierzali to 

zrobi . Ten, który wyszedł z ukrycia pierwszy, ruszył ku Johnowi, wyra nie 

utykaj c na lew  nog . Rourke si  nie cofn ł, nie miał gdzie. 

- Nie zamierzam zrobi  wam krzywdy, wi c nie zmuszajcie mnie do tego. 

Szukam mojego syna. Mo e widzieli cie go, wygl dał dokładnie tak samo, jak ja. 

Kanibal zbli ał si . Pozostali posuwali si  za nim. Rourke zauwa ył,  e rana 

na nodze dzikusa pochodziła od postrzału. Miał równie  okład z li ci na prawym 

ramieniu. Spod opatrunku spływała krew. Z ran wydzielał si  przykry zapach, 

prawdopodobnie rany zaropiały z brudu. 

- Potrafi  ci  wyleczy . Jestem sanitariuszem. Zrobi  to, je li powiesz mi, 

gdzie jest człowiek, który ci  tak urz dził. 

Od dzikusa dzieliło Johna ju  tylko kilka kroków. Kanibal zamachn ł si  

toporkiem, post pił krok do przodu i zadał cios. Rourke wykonał szybki unik i 

wymierzył napastnikowi podwójne kopni cie w głow . Nie chciał go zabija , wi c 

nie si gn ł po bro . Nie miał w tpliwo ci,  e człowiekiem, który postrzelił 

kanibala, był jego syn, Michael. Dzikus zachwiał si , ale zachował równowag . 

Dwaj współplemie cy pospieszyli mu z pomoc . Krzyczeli co  tak gardłowym 

głosem,  e Rourke nie mógł rozró ni  słów. Byli ju  blisko. Drugi kanibal 

zamachn ł si  toporkiem i zadał poziomo cios. Rourke spodziewał si  tego. 

Pochylił si  i ostrze przeleciało nad jego głow , ze  wistem przecinaj c powietrze. 

Potem błyskawicznie wyprostował si . Kopn ł kanibala praw  nog . Wykonał 

wier  obrót i kopn ł ponownie, tym razem lew  nog . Trafił w szcz k  z tak  

sil ,  e dzikus wypu cił toporek z r ki. Rourke zadał mu kilka szybkich uderze  

pi ci  w głow . Dzikus zgi ł si  wpół i w tej chwili otrzymał cios karate w szyj . 

John odsun ł si  na bok. Przygl dał si , jak przeciwnik bezwładnie osuwa si  na 

skał . Skalpy, zawi zane dookoła bioder osun ły si , zdradzaj c,  e kanibal był 

kastrowany. Teraz Rourke musiał stawi  czoła dwóm napastnikom. Jeden 

kanibal usiłował zaj  go od tyłu, podczas gdy ten, który zaatakował pierwszy 

wstał i podniósł swój toporek. John kopn ł dzikusa. Odbił si  od ziemi i ponownie 

kopn ł go z wyskoku w klatk  piersiow . Kanibal był zbyt powolny, aby unikn  

uderze . Odznaczał si  jednak wyj tkow  t yzn . Nie zwa aj c na ciosy, 

zamachn ł si  toporkiem. Rourke zacisn ł pi  i r bn ł go z całej siły w głow . 

Po czym odwrócił si , by odeprze  atak pierwszego napastnika. Twarz kanibala 

zalała si  krwi . Miał złamany nos. John lewym sierpowym uderzył go w szcz k , 

a cofaj c pi  zadał mu jeszcze cios karate. Tymczasem trzeci kanibal ockn ł si  

z zamroczenia i ponownie zamachn ł si  toporkiem. Rourke miał za mało czasu, 

by odskoczy  w bok. Rzucił si  do przodu, powalaj c swoim ciałem pierwszego 

napastnika. Poczuł na szyi p d powietrza, wywołany ruchem toporka. Dobiegł go 

gniewny bełkot. Natychmiast obrócił si  na plecy. Spr ystym wyrzutem nóg za 

głow  i do przodu poderwał si  z ziemi. Stał naprzeciwko trzeciego napastnika, 

podczas gdy drugi kanibal szykował si  do natarcia. Zanim ten zd ył unie  

toporek, John uderzył go kilka razy w głow . Dzikus zachwiał si  i run ł na 

wznak. Rourke chciał si  odwróci , ale zorientował si ,  e trzeci nie ust puje. 

Podniósł si  i niebezpiecznie machn ł kamiennym toporem. John odskoczył w 

bok. Chwycił toporek, który upu cił drugi napastnik. Bro  była ci sza ni  si  

background image

 

94 

spodziewał. Zamachn ł si  i odparował cios. Toporki uderzyły o siebie. Rourke 

szarpn ł za r koje . Kanibal, nie chc c wypu ci  broni z r k, poleciał do przodu. 

Upadł na twarz. Chciał odwróci  si  na plecy. Nie zd ył. Rourke stan ł przy nim 

i kopn ł go z całej siły w głow , raz, drugi... Dzikus nie poruszył si  wi cej. Drugi 

kanibal, rozbrojony, nie mógł zdecydowa  si  na atak. Stał z boku i przygl dał si  

jak pierwszy, ten postrzelony, wstaje i mimo krwawi cych ran, naciera na Johna. 

Rourke nie miał wyboru. Zamachn ł si  i zdobyczn  broni  uderzył napastnika. 

Zatrzeszczały  ebra, ale dzikus nie ust pował. Zamachn ł si  poziomo, chc c 

odda  cios. Rourke wyprzedził go i zablokował uderzenie swoim toporem. 

Kanibal spróbował raz jeszcze. Rourke cofn ł si . Wtedy napastnik post pił kilka 

kroków naprzód. Chciał goni  Johna, ale upadł. John dobił go, uderzeniem 

topora w głow . 

Ostatni kanibal zorientował si ,  e pozostał sam. Ruszył biegiem w stron  

miejsca, gdzie Rourke zostawił bro . John nie wiedział, czy dzikus potrafi si  ni  

posłu y . Wolał nie ryzykowa . Pobiegł za nim i z wyskoku dosi gn ł go toporem. 

Zanim kanibal zd ył si  schyli  po bro , ostrze toporka wyl dowało na jego szyi 

i złamało obojczyk.  miertlenie ugodzony kanibal krzykn ł przera liwie i upadł. 

Krew z rany obficie lała si  na pistolety i karabin. Głowa nienaturalnie nisko 

opadła na piersi. Była odci ta, trzymała si  tułowia tylko strz pami skóry. 

Rourke wypu cił z r k topór. Pogodził si  z faktem,  e nie uzyska od nich 

adnych informacji. Schylił si  po bro . W tej chwili dobiegł go odgłos 

wystrzałów. Poznał od razu krótkie charakterystyczne serie ze schmeissera. To 

tylko Rubenstein mógł tak strzela . 

Oczy cił z krwi niklowanego pythona i schował do kabury. Podniósł CAR-15 i 

przewiesił go przez rami . Wzi ł gerbera. Praw  dło  zacisn ł na r koje ci 

detonika. Nie było chwili do stracenia. Jego przyjaciel potrzebował pomocy. Trzy 

krótkie serie miały by  umownym sygnałem,  e co  znalazł. Jednak Rubenstein 

strzelał ci gle. Rourke podszedł do kraw dzi i badał wzrokiem stok, szukaj c 

najprostszej drogi w dół.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

95 

Rozdział 37

 

 

Przez chwil  był sam. W ród  ladów kanibali próbował odnale  odciski 

butów Michaela. Nagle rozległ si  odgłos zbli aj cych si  kroków i trzask 

łamanych gał zi. Rubenstein z pocz tku celował w nogi, usiłuj c zachowa  

regularne odst py czasu pomi dzy seriami. Wkrótce zmuszony był prowadzi  

ogie  ci gły i dopiero, gdy sze ciu napastników legło martwych na trawie, reszta 

zdecydowała si  wycofa . Rubenstein stał obok swojego motocykla. Nie 

potrzebował osłony, bowiem kanibale posługiwali si  tylko kamiennymi 

toporkami. Nie znali łuku ani procy. Dzikie plemi  ubierało si  w ludzkie skalpy. 

Jeden z zabitych miał zawieszon  na piersi skór , zdj t  z twarzy człowieka, na 

której widoczne były brwi i usta. Pod wpływem tego ohydnego widoku  oł dek 

podchodził Rubensteinowi do gardła. Magazynek schmeissera był prawie pusty. 

Paul nie wiedział dokładnie, ile razy poci gn ł za spust, mimo  e nawykł do 

liczenia ka dego wystrzału. Dzi ki rutynie robił to niemal mechanicznie. Był 

wstrz ni ty, bo stracił rachub  i wolał, na wszelki wypadek, wymieni  

magazynek. Stary schował za pas z nabojami i załadował nowy. Przeło ył karabin 

do lewej r ki, a praw  wyci gn ł z kabury browninga i wetkn ł go z przodu za 

pasek od spodni. Teraz czuł si  pewniej. Postanowił nie rusza  si  z miejsca i 

czeka , co si  wydarzy. Kanibale nie kazali długo na siebie czeka . Pu cił w ich 

stron  krótk  seri  ze schmeissera, ale nie cofn li si . Wygl dało na to,  e s  

zdecydowani dopa  go za wszelk  cen . Zacisn ł mocniej obie dłonie na 

karabinie. Kanibale podchodzili ław . Nad ich głowami falował las kamiennych 

toporków. Krzyczeli co , czego Rubenstein nie mógł zrozumie . 

Skosił seri  pierwszy szereg dzikusów. Padali, rzucaj c toporki w jego 

kierunku. Nowe zast py wypełniały luk . Luf  karabinu kre lił w powietrzu 

zygzakowate linie, ale główne siły kanibali były wci  nietkni te. 

Podajnik schmeissera wprowadził do komory ostatni nabój. Rubenstein 

opu cił karabin. Nie miał czasu na zmian  magazynka. Nie odrywaj c oczu od 

napastników wyci gn ł zza pasa pistolet i powoli odci gn ł kciukiem kurek. 

Poczekał, a  napastnicy podbiegn  bli ej i otworzył ogie , powalaj c jednego 

kanibala. Strzelił ponownie. Pocisk roztrzaskał dzikusowi głow . Oddał kolejny 

strzał. Kanibal wypu cił toporek z dłoni i padł na twarz. Poci gn ł czwarty raz. 

Ludo erca zatoczył si , cisn ł toporkiem w jego stron  i upadł. Rubenstein z 

niepokojem zauwa ył,  e niektórzy spo ród kanibali, których ranił tylko ze 

schmeissera podnie li si  i ruszyli do ataku razem z innymi. Przez chwil  odniósł 

wra enie,  e miał do czynienia nie z lud mi, ale z niezniszczalnymi cyborgami. 

Odp dził jednak t  my l i si gn ł po gerbera, którego otrzymał w prezencie od 

Johna. Trzymał nó  przed sob , widz c,  e wkrótce kurek browninga opadnie z 

trzaskiem. Ostatnie dwa strzały oddał celnie. Z tyłu dobiegł go terkot silnika. 

- Paul, trzymaj si ! - Usłyszał wołanie. - Zaraz tam b d ! 

- Natalia! - szepn ł m czyzna. 

Nie tracił czasu na odło enie pistoletu do kabury. Zamachn ł si  i kolb  

trzasn ł w głow  kanibala, który pierwszy dobiegł do motocykla. Jednocze nie 

pchn ł go no em w klatk  piersiow  i uderzył w głow  drugiego napastnika. 

Dzikus z rozbit  czaszk  osun ł si  na traw . 

background image

 

96 

Warkot harleya był coraz gło niejszy. Ale Paul był w potrzasku. Nie miał 

adnej broni, któr  mógłby odparowa  uderzenie kamiennego toporka. Zasłonił 

głow  w chwili, gdy rozległ si  terkot karabinu maszynowego. Rozpoznał M-16. 

Kanibal, który zamachn ł si  na niego zastygł w bezruchu, ale topór przeci ł 

powietrze. Rubenstein pochylił si , by unikn  ciosu, zobaczył,  e na r koje ci 

toporka zacisn ła si , odci ta od ramienia, r ka napastnika. Ranny krzykn ł 

przera liwie, ale nagle zamilkł, bo Paul dobił go bagnetem. 

Paul k tem oka dostrzegł czarn  sylwetk  Natalii. Po chwili motocykl wpadł 

na  yw   cian  napastników. Rubenstein skorzystał z zamieszania i rozpocz ł 

ofensyw . Toruj c sobie drog  gerberem i kolb  pistoletu posuwał si  w stron  

Rosjanki, sk d dobiegła terkot broni maszynowej. 

- Natalia! - zawołał, gdy serie z M-16 zamilkły. 

Ale zaraz si  uspokoił. Rozległ si  dono ny huk rewolwerowych wystrzałów. 

Natalia strzelała z broni o du ym kalibrze, toruj c mu drog  po ród ludo erców. 

Nie wiedział nawet, kiedy znalazł si  przy niej. Patrzył, jak raz po raz naciskała 

spust, wysyłaj c z niklowanej lufy  mier  ka demu, kto si  do nich zbli ał. Z 

zimn  krwi  dziurawiła głowy i brzuchy, a  kurek rewolweru opadł z trzaskiem. 

Magazynek był pusty. Ludo ercy nacierali, depcz c poległych współplemie ców. 

Nagły krzyk pomógł Paulowi odzyska  panowanie nad sob . Obejrzał si . Ostrze 

balisong błysn ło w sło cu i zaton ło w piersi ludo ercy. Natalia walczyła no em. 

Rubenstein stan ł tyłem do niej. Mieli ju  tylko no e. Walczyli razem, opieraj c 

si  o siebie plecami. 

- John powinien by  tu lada chwila. - Natalia st kała z wysiłku. Paul nie 

usłyszał, co do niego mówiła. Wysoki kanibal rzucił si  na niego z toporkiem. Nie 

mógł odskoczy , gdy  topór trafiłby Natali  w plecy. Szykował si , by odparowa  

cios ostrzem gerbera i wtedy rozległ si  znany mu odgłos detonacji kalibru 45. 

Strzały powtórzyły si  kilkakrotnie i za ka dym razem kanibal, który zbli ał si  

do nich, padał martwy. Potem nast piła chwila ciszy, któr , jak grzmot, przerwał 

huk rewolweru du ego kalibru. 

- To python Johna - odezwał si  Paul i odskoczył w bok. Pchn ł no em 

rannego kanibala, któremu nie starczyło ju  sił, by atakowa . Natalia nie 

odst powała od niego. Od momentu, w którym odezwał si  python,  e zwi kszon  

energi  d gała ciała ludo erców. 

Rourke był ju  przy nich. Uzbrojony był w dwa no e i walczył obiema 

r kami. 

- Wygrywamy! - krzykn ła Natalia. 

Rubensteina bolało ju  rami  od ci głego zadawania ciosów. Nie wiedział, ilu 

kanibali przebił. Dopiero kiedy przestali naciera , zdał sobie spraw  z ich 

liczebno ci - polana usłana była trupami. Wypu cił nó  z r k. Chciał kl kn , aby 

nabra  tchu, ale nie było k py trawy, która nie byłaby zakrwawiona. Atak 

zako czył si  dopiero wtedy, gdy wszyscy ludo ercy byli martwi. 

Paul zamkn ł oczy i usłyszał głos Rourke'a. 

- Wida , byli dotychczas przyzwyczajeni do łatwej zdobyczy. Chyba nikt nie 

stawił im takiego oporu. Lepiej zabierajmy si  st d. Sprawdz  tylko, czy 

przypadkiem który  z nich nie ma przy sobie jakich  rzeczy Michaela. 

background image

 

97 

Rubenstein otworzył oczy. Ostatni  rzecz , któr  chciałby zobaczy , był 

przedmiot,  wiadcz cy o tym,  e syn jego najlepszego przyjaciela nie  yje. Modlił 

si , aby niczego takiego nie znale , ani teraz, ani kiedykolwiek. 

Zabrał si  do nabijania swoich pistoletów na wypadek, gdyby kanibale wrócili 

i znów przyszło im walczy .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

98 

Rozdział 38

 

 

Nie było  wiadków. Nikt, kogo mo na było zapyta  o los Michaela, nie 

prze ył. 

Natalia rozwa ała sytuacj , zdumiona,  e tak szybko ochłon ła po rzezi i 

mogła ju  trze wo my le . Obj ła Johna i wsparła głow  na jego ramieniu. 

Zapach jego skórzanej kurtki przywodził jej na my l czasy, kiedy si  poznali. To 

było dla niej wielkie szcz cie. Nie  miała my le  o tym, co by si  z ni  stało, 

gdyby nie ten Amerykanin. Trafiła do KGB jako młoda studentka, rozmiłowana 

w balecie klasycznym. Nie zastanawiała si  wtedy, jak to si  stało,  e przyj to j  

do Chicago School, jednej z najbardziej elitarnych uczelni w Zwi zku 

Radzieckim. Nazywano j  Chicago School ze wzgl du na program nauczania 

j zyka angielskiego, który obejmował tak e ameryka ski w odmianie najbardziej 

pozbawionej akcentu, jakim mówiło si  wła nie w Chicago. Natalia uczyła si  go, 

poznaj c jednocze nie najnowsze metody wywiadowcze. Na jednym z wykładów 

poznała Władymira Karamazowa, do wiadczonego agenta KGB. Przedstawiono 

go jej jako bohatera, obro c  pokoju i socjalizmu. Dopiero po  lubie zrozumiała, 

jaki bł d popełniła. Wtedy zdała sobie spraw ,  e wszystko, czego nauczono j  w 

akademii oraz wieloletnie treningi w KGB miały na celu zrobienie z niej bez-

wolnego narz dzia w r kach wywiadu. Wszystkie wzniosie idee, którym gotowa 

była słu y , okazały si  wielkim kłamstwem. Karamazow, jej m , był filarem, na 

którym to kłamstwo si  opierało. Wtedy w jej  yciu pojawił si  John Rourke, 

człowiek, którego teraz obejmowała. Rourke w porozumieniu z jej wujem zabił 

Władimira. Zbrodnia miała dwa motywy. John poło ył tym samym kres 

przeciekom informacji do KGB. Wuj pragn ł wyzwoli  j  od nieszcz liwego 

mał e stwa i zakłamania, w którym zmuszona była  y . Władimir okazał si  

bowiem m czyzn  bardzo gwałtownym. Kiedy  w gniewie omal jej nie zabił. 

Poniewierał ni  do tego stopnia,  e dziewczyna zmuszona była walczy  o swoj  

godno . Natalia zakochała si  w Amerykaninie, zakochała si  w Johnie Rourke 

bez pami ci. Lecz on był ju   onaty, wi c przestała si  łudzi ,  e kiedykolwiek 

b dzie go mogła mie  tylko dla siebie. John w ogóle wyleczył j  ze złudze . Co 

prawda, Sarah zdawała si  go teraz nienawidzi , ale była to nienawi  skierowana 

raczej przeciwko jego czynom ani eli przeciwko niemu samemu. Natalia zdawała 

sobie spraw ,  e Amerykanin zrobił to głównie dla niej. Nie mógł temu zaprze-

czy , cho by twierdził,  e przy wiecał mu bardziej wzniosły cel. Rozumowanie,  e 

sze  dorosłych osób ma wi ksze szans  na przetrwanie ani eli tylko jedna, było 

logiczne z punktu widzenia mistrza sztuki przetrwania. Wiedziała,  e John nie 

pozwoliłby na to, aby została jego kochank . To nie było w jego stylu. No i był 

jeszcze Paul. Rourke zrobił to tak e dla jego dobra. Pozwolił, aby dzieci dorosły. 

Teraz, prawie na o lep, poszukiwali Michaela. John był przekonany,  e 

Michael, natrafiwszy na kanibali, pod ył raczej za nimi i porzucił swój 

pierwotny zamiar odnalezienia wraku samolotu. Postanowili wi c zboczy  z 

kursu północno-zachodniego, którego dotychczas si  trzymali i zacz li tropi  

ludo erców. Nie mieli wi kszych trudno ci z ustaleniem szlaku ich w drówki. W 

równych odst pach natrafiali na popioły po ich ogniskach i ludzkie ko ci - 

odra aj ce  lady uczt. 

background image

 

99 

Nie ulegało w tpliwo ci,  e kanibale po erali najsłabszych członków swego 

plemienia, ale sk d w ogóle si  wzi li? Niemo liwo ci  było, aby zdołali 

przetrwa , gdy na powierzchni ziemi hulał radioaktywny wiatr. A wi c sk d? - 

powracało ci gle to samo pytanie. Natalia dr ała, lecz nie z zimna, a z obawy,  e 

wkrótce wszystko przestanie by  dla nich tajemnic .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

100 

Rozdział 39

 

 

lad Michaela prowadził na polan , gdzie obozowali kanibale. Wiódł przez 

las, a nie szlakiem, którym pod ali ludo ercy. Zostawili motocykle na polanie i 

rozeszli si , by ustali , w któr  stron  oddalił si  Michael. Paul pierwszy powrócił 

na miejsce spotkania, przyniósł ze sob  uprz  i cz  olinowania spadochronu. 

- Michael opu cił polan  tym samym szlakiem, którym tu przybył. 

Najwyra niej mu si  spieszyło. Odległo  pomi dzy krokami wskazywała na to, 

e biegł. I jeszcze jedno. Ten spadochron z pewno ci  pochodzi z samolotu, 

którego poszukiwał. - Rourke spojrzał na młodego m czyzn  i zapytał: 

- Czy znalazłe  co  jeszcze, Paul? 

- Wygl da na to,  e go  ledzono. Nie s dz , aby był to kto  z załogi samolotu. 

Chodził bowiem boso, tak samo jak kanibale. 

- Czemu nie pojechał motocyklem? - Natalia nie mogła zrozumie  decyzji 

Michaela. 

Rourke odwrócił głow  i po raz pierwszy, od wielu dni, uległ czarowi jej 

gł bokich niebieskich oczu i faluj cych czarnych włosów. Je li prawd  było,  e po 

nie narkotycznym pełni  władzy umysłowej odzyskuje si  dopiero po kilku lub 

kilkunastu dniach, to Rourke'a spotkało to teraz. Zobaczył Natali  tak , jak  

zwykł widzie . Wszystko w niej, głos, wyraz twarzy i spojrzenie mówiło mu,  e 

Rosjanka go kocha. 

- Michael natrafił przypadkowo na kogo  z załogi samolotu. Jestem pewien,  e 

ledził kanibali w nadziei,  e zaprowadz  go do swojej kwatery albo wioski. Hałas 

motocykla, jak zd yli my si  przekona , nie przestraszyłby kanibali, ale 

zdradziłby im jego obecno . Dlatego zostawił harleya, zabieraj c ze sob  cały ek-

wipunek wraz z broni . By  mo e wpakował si  w tarapaty, potwierdziłoby to 

przeczucia Annie, albo wci  pod a za ludo ercami i dlatego nie mógł powróci . 

- Wi c co mamy robi , John? Je li Michael jest w pobli u, hałas naszych 

trzech maszyn, mo e pokrzy owa  mu jego plany. 

Rourke spojrzał na Rubensteina. Zastanawiał si  przez chwil , po czym 

odparł: 

- Według moich oblicze , dzieli nas od Michaela jeszcze wiele godzin drogi, 

mo e nawet par  dni. Kiedy znajdziemy si  blisko, b dziemy w stanie 

zorientowa  si  w sytuacji. Kontynuowa  poszukiwania na piechot , znaczyłoby 

tyle, co porusza  si  tak szybko jak poszukiwany. W ten sposób nie 

dogoniliby my go wcale. Motocyklem mo emy w godzin  pokona  tras , która 

piechurowi zaj łaby cały dzie . Mo e ju  jutro rano odnajdziemy Michaela. 

Rourke wpatrywał si  w horyzont. Sło ce chyliło si  ku zachodowi, barwi c 

niebo na czerwono. 

- Dobrze, wi c jed my. Nie musimy zatrzymywa  si  zaraz po zmroku - 

powiedziała Natalia. 

Rourke przytakn ł i nie odrywaj c wzroku od ziemi, oddalił si  od motocykla 

w stron  lasu. Zdawał sobie spraw ,  e odt d musi polega  na własnym 

instynkcie. Wszystko zale ało od tego, czy dobrze znał swojego syna i potrafił 

odgadn  jego zamiary. 

background image

 

101 

Wje d ali na skaliste podło e, gdzie niemo liwe było odnalezienie 

jakichkolwiek  ladów.  nieg, który spadł poprzedniego dnia, utrudniał 

poszukiwania. John zastanawiał si , czy na Bo e Narodzenie tak e b dzie biało i 

czy uda im si  wróci  do Schronu na czas. Nie był do ko ca pewien, czy w ogóle 

miał po co wraca . Wła ciwie niczego ju  w tej chwili nie szukał. Poczuł,  e 

Natalia poło yła mu r k  na ramieniu i natychmiast odzyskał wiar  w siebie. 

Wiedział,  e jest kim  wi cej ni  tylko jej przyjacielem, i  e ju  nic tego nie 

zmieni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

102 

Rozdział 40 

 

Kiedy si  ockn ł, w celi było zupełnie ciemno. Widocznie Ministrowie 

postanowili nie marnowa  dla nich elektryczno ci. Mimo to, niemal natychmiast, 

wyczuł obecno  Madison u swego boku. Jej łkanie i łzy, które spływały po jej 

policzkach, mówiły mu,  e wkrótce b d  musieli ”odej ” w takim znaczeniu, 

jakie nadała temu słowu Rada Ministrów. Usiłował pocieszy  dziewczyn , ale nie 

był jeszcze w stanie podnie  si . Mówił jej o  mierci tak, jak j  sobie wyobra ał. 

Szukali razem pocieszenia we wierze. Madison była zrozpaczona. Musiała 

prze ywa  wszystko po raz drugi. Michael z trudem podniósł r k  i otarł jej łzy. 

Lecz ona nadal płakała. Tym razem nie chciała pogodzi  si  z losem. By  mo e 

była w ci y, co oznaczało,  e tak e jej dziecko skazane jest na  mier . 

Min ło wiele godzin, zanim ból ust pił na tyle, by Michael mógł si  swobodnie 

porusza . Fosforyzuj ce wskazówki rolexa odmierzały ich ostatnie godziny. W 

tym czasie Michael odszukał po omacku guziki wi ziennej koszuli dziewczyny. 

Madison powiedziała,  e w tym szarym, płóciennym stroju czuje si  okropnie i 

prosi, by pomógł jej go zdj . Opuszki palców prawej r ki były mocno 

poparzone, ale dotyk jej mi kkiego i ciepłego ciała pozwolił mu zapomnie  o bólu. 

Padli sobie w obj cia i kochali si  nami tnie, tak jak to robili wcze niej. Kiedy to 

było? ”Zaledwie poprzedniej nocy” - przypomniał sobie Michael. Spletli si  

ramionami tak mocno,  e zdawali si  stanowi  jedno ciało. Je li jest mo liwe, aby 

dwoje kochanków prze ywało orgazm jednocze nie - Michael czytał w Schronie o 

klinicznym aspekcie stosunku płciowego - osi gn li to wła nie teraz. Ich serca biły 

zgodnym rytmem i nic innego si  nie liczyło. 

Michael zastanawiał si  nad słowami siostry. Annie zawsze mu mówiła,  e jest 

nieodrodnym synem swojego ojca. Kiedy tulił Madison i czuł ciepło jej młodego 

ciała, wydawało mu si  oczywiste,  e tak nie jest. Niewiele wiedział o tym, jak 

układało si  współ ycie mi dzy ojcem a matk , ale przeczuwał,  e wi , która 

ł czyła go z Madison, oka e si  inna, bardziej prawdziwa. 

Przypisywał to cz ciowo wra liwo ci, któr  odziedziczył po matce. Powracał 

w pami ci jej czuły u miech, łzy, które wylała z jego powodu i słodkie kołysanki, 

które nuciła mu do snu. 

Michael Rourke u miechn ł si . Umiał ju  panowa  nad sob . Zastanawiał 

si , czy wi kszo  ludzi poznaje samych siebie tak, jak on - kiedy jest ju  za 

pó no. 

”Nó ” - pomy lał i za witała mu nadzieja. Pod nogawk  spodni miał przecie  

nó . Po piesznie zaczaj układa  w my li plan. 

Kiedy przyjd  po nich nad ranem, b dzie mógł doby  no a i zaatakowa , 

wykorzystuj c czynnik zaskoczenia. Zakładał,  e stanie si  to dopiero nad ranem. 

Celowo nie pytał Madison o szczegóły. Postanowił,  e b dzie walczył do ko ca. 

Posługuj c si  no em i technik  walki wr cz, której nauczył go ojciec, był w 

stanie zabi  wielu m czyzn w garniturach, a mo e nawet przedrze  si  do 

wyj cia. Gdyby, mimo wszystko, osaczyli go, zanim zostanie obezwładniony, 

przebije no em Madison, aby oszcz dzi  jej cierpienia. 

Michael mocniej przytulił dziewczyn  do siebie. Ojciec mówił mu zawsze,  e 

nigdy nie nale y rezygnowa . Teraz, kiedy zrozumiał siebie samego, wydało mu 

background image

 

103 

si ,  e rozumie lepiej swojego ojca i przyczyn  jego udr ki - Natali . Je li było 

cokolwiek, co powinien ojcu wybaczy , to czynił to w tej chwili. 

” ycie jest po to, aby z niego korzysta ”. Michael pocałował Madison w czoło. 

Dziewczyna przeci gn ła si , dotykaj c r k  jego włosów. Potem przesun ła dło  

ku jego ustom i zło yła na nich pocałunek. “Tak, po to, aby z niego korzysta ” - 

pomy lał Michael. Musz   y , tak długo, ile jest im przeznaczone.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

104 

Rozdział 41

 

 

M czy ni w garniturach przyszli po nich z samego rana. Michael Rourke 

postanowił pocz tkowo nie stawia  oporu i czeka , co si  wydarzy. Przewi zali im 

oczy opaskami, ale r ce pozostawili wolne. Wszyscy uzbrojeni byli, jak zwykle, w 

elektryczne pastuchy. Ostrzegli by je cy nie próbowali ucieczki. 

W miar , jak posuwali si  do przodu, robiło si  coraz chłodniej. Dobiegł go 

znajomy hałas. Był to trzask zamykanej  luzy, dzi ki której Arka została odci ta 

od  wiata zewn trznego i to umo liwiło przetrwanie jej mieszka com. 

Lecz cena, jak  stu ludzi płaciło za przetrwanie, była zbyt wysoka. Michael 

usłyszał,  e otwieraj  si  kolejne drzwi. Stra nicy popchn li go ku wyj ciu za 

pomoc  elektrycznych pastuchów, które tym razem były wył czone z sieci. Po 

ilo ci słyszanych głosów wydawało mu si ,  e eskortuje ich sze ciu m czyzn. 

Kazali im i  przodem, wzdłu   ciany tunelu. 

Sze ciu m czyzn. Był w stanie poradzi  sobie z nimi. ”Kiedy obezwładni  

wszystkich - my lał Michael - uciekn  z Madison w góry”. Nie obawiał si  

ludo erców. Ju  raz ich pokonał i je li b dzie to konieczne, zrobi to po raz drugi. 

- Zaczekajcie tutaj - padła komenda. 

W ciemno ci rozległ si  jaki  zgrzyt. Madison, zanim przyszła eskorta, 

opowiedziała mu, co ich czekało. Wiedziała,  e do skalnej  ciany przytwierdzone 

s  dyby, w które zakuwa si  ”odchodz cych”. Kanibale, czyli Nadliczbowi, 

wiedz  o tym i od czasu do czasu przybywaj  do Arki, by odebra  ofiary. Dyby 

nie były zamykane na kłódk , ale mo na je było otworzy  tylko za pomoc  obu 

r k. Skazani stawali twarz  do  ciany i nie mieli  adnej mo liwo ci ruchu. 

Michael pami tał,  e dyby usytuowane były nie opodal wylotu korytarza, poza 

obr bem obszaru mieszkalnego. Czuł,  e byli ju  blisko. Chłodny pr d powietrza 

niósł ze sob  płatki  niegu. 

- Podejd cie tutaj. Tylko nie próbujcie stawia  oporu - rozkazał jeden z 

m czyzn w garniturze. 

Michael nie lubił słucha  rozkazów. Teraz przychodziło mu to z jeszcze 

wi kszym trudem. Wyci gn ł przed siebie prawe rami  i skierował si  w stron , 

sk d dobiegł go głos. Kto  z eskorty wzi ł go za r k  i poprowadził ku dybom. 

Michael r k  zsun ł opask , która przesłaniała mu oczy. Zmru ył powieki. 

wiatło. Wschodz ce sło ce wysyłało swoje promienie prosto do tunelu, 

wypełniało go jasnym  wiatłem. Zauwa ył,  e stra nik, który ju  miał zaku  go w 

dyby, chciał poprawi  mu przepask . Michael gwałtownym ruchem oswobodził 

r k  i chwycił go za poły marynarki. Zerwał przepask  z głowy. Przyci gn ł 

stra nika ku sobie i zanim tamten zd ył wł czy  elektrycznego pastucha, pi ci  

uderzył go w twarz. Cios był tak silny,  e złamał nos stra nika. Michael wykonał 

wier obrót, kopn ł go w szyj , odrzucił daleko od siebie, schylił si  i podniósł 

elektrycznego pastucha. Pozostałych pi ciu dozorców uzbrojonych w pałki oto-

czyło Rourke'a-juniora. Madison tymczasem  ci gn ła z oczu opask . 

- Michael, uwa aj! - zawołała. 

Michael wykonał półobrót i na czas schylił si , by unikn  ciosu. Był siódmy 

stra nik, którego Rourke wcze niej nie zauwa ył. Stra nik zamachn ł si  

elektrycznym pastuchem, ale Michael go uprzedził i trafił go pałk  w brzuch. 

background image

 

105 

M czyzna skulił si  z bólu. Rourke opu cił r k , znów wykonał szybki obrót i 

uderzył m czyzn , który stał najbli ej. Ale nast pna pałka przeci ła powietrze i 

upadła wprost na niego. Odparował uderzenie i wykonał kolejny  wier obrót. 

Błyskawicznie rozprostował nog  i uderzył przeciwnika w  oł dek. M czyzna 

j kn ł i zgi ł si  w pół. Stra nik upadł nieprzytomny. Pozostało jeszcze trzech. 

Dwóch m czyzn zbli ało si  do Michaela, trzymaj c pałki wyci gni te przed 

sob  jak szpady. Ko cówki elektrycznych pałek były rozgrzane do czerwono ci. 

Samo ich dotkni cie mogło sparali owa  przeciwnika. Michael dobrze o tym wie-

dział. Mimo to skoczył ku nim i machn ł im nad głowami własn  pałk  z tak  

pr dko ci ,  e a  za wiszczało. Jeden z napastników stracił równowag  i upadł. 

Ponownie zamachn ł si  i uderzył drugiego w rami . M czyzna zachwiał si . 

Michael celnie wymierzonym kopniakiem powalił go na ziemi . Pierwszy usiłował 

wykorzysta  moment, kiedy Michael stał na jednej nodze, by porazi  go pr dem. 

Michael opu cił nog , odbił si  od ziemi. Z wyskoku, podeszw  wojskowego buta, 

kopn ł pałk  przeciwnika. M czyzna w garniturze zachwiał si , ale nie wypu cił 

jej z r k. Ale elektryczna pałka p kła. Stra nik, usiłuj c unikn  kontaktu z 

odłaman  ko cówk , przewrócił si . Michael stan ł. Tymczasem powalony 

m czyzna wstał i podniósł pałk  jednego ze swoich towarzyszy. Stali 

naprzeciwko siebie i przez chwil  mierzyli si  wzrokiem jak szermierze przed 

pojedynkiem. Michael pierwszy wyci gn ł elektrycznego pasterza. M czyzna w 

marynarce cofn ł si . Michael post pił o krok do przodu i uderzył pałk . 

Przeciwnik pochylił si . Michael błyskawicznie wykonał obrót i, kiedy m czyzna 

wyprostował si , wymierzył mu podwójne kopni cie. W chwili, gdy stra nik 

stracił równowag  Michael chwycił obur cz za pałk  i ponownie zadał cios. Ele-

ktryczne pałki walcz cych skrzy owały si . Rourke napierał jednak mocniej i 

podbił w gór  or  przeciwnika. Rozrza ony koniec dotkn ł szyi m czyzny w 

garniturze. Rozległ si  krzyk. Stra nik wypu cił bro  z r ki i osun ł si  na ziemi . 

Ostatni człowiek z eskorty biegł w kierunku szybu wentylacyjnego. Michael 

nie miał w tpliwo ci,  e zamierzał odci  ich od Arki. Zrozumiał, wkrótce, co 

było przyczyn  jego po piechu. Od strony wylotu jaskini dobiegły go odgłosy 

kroków i jakie  nieludzkie gardłowe głosy. Zbli ali si  kanibale - Nadliczbowi. 

Obejrzał si  i zawołał do Madison: 

- Pr dko, chod  tutaj, trzymaj si  mnie. 

Ruszył w po cig za uciekaj cym stra nikiem. Zd ył złapa  go w chwili, gdy 

tamten przest pował próg. M czyzna zamierzył si  na niego. Michael w biegu 

upu cił elektryczn  pałk . Wyci gn ł r k  ku górze, blokuj c cios i kopn ł 

dozorc  w szcz k . M czyzna zachwiał si , Michael uderzeniem pi ci złamał mu 

nos. Stra nik wpadł do wn trza szybu wentylacyjnego przez uchylon   luz , 

która powoli zacz ła si  zamyka . Rourke usiłował zablokowa  j  własnym 

ciałem, mimo to  luza zatrzasn ła si . Od wewn trz dobiegł go szcz k zasuwy. 

Odwrócił si . W tunelu było ju  pełno kanibali. Ka dy z nich dzier ył w r ce 

kamienny toporek. Madison podbiegła do niego i złapała go za r k . Schylił si  i 

podniósł z ziemi elektryczna pałk . Trzymał j  przed sob . Lew  r k  wyci gn ł 

z pochwy nó . 

- Trzymaj si  blisko mnie. Nie pozwol , aby cho  włos spadł ci z głowy. 

background image

 

106 

Byli w potrzasku. Szyb wentylacyjny stanowił jedyn  drog  odwrotu, ale nie 

było mo liwo ci otwarcia  luzy od zewn trz. Ludo ercy napełniali cały tunel. 

Michael nie cofn ł si  na ich widok. 

- Michael, boj  si ... 

- Sta  obok mnie - powiedział do Madison. - Wszystko b dzie dobrze. 

W oczach kanibali mógł wyczyta  niepohamowan   dz  krwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

107 

Rozdział 42

 

 

luza zatrzasn ła si  za ich plecami. Spostrzegł,  e od zewn trz maskowała j  

szklana szyba, doskonale przylegaj ca do  ciany tunelu. Dla kogo , kto nie 

wiedział o jej istnieniu, była praktycznie niezauwa alna. Poczuł,  e dziewczyna 

obejmuje go. Kiedy delikatnie gładziła go po szyi, jej r ce dr ały. 

- Michael, zabij mnie - szepn ła mu do ucha. Po raz pierwszy młodzieniec 

słyszał,  e dziewczyna u yła słowa ”zabij”. - Wiem co nas czeka. Nie chc   y  ani 

chwili dłu ej. - Spojrzał na ni . Nie uszło jego uwagi,  e w ostatnich godzinach 

zaszła w niej wielka zmiana. Nie rozumowała ju  w kategorii ”odej ”. Unikaj c 

jej spojrzenia, wyszeptał: 

- Uczyni  tak, je li b dzie to konieczne. Nie pozwol , aby  cierpiała. Kanibale 

nigdy nie dostan  ciebie  ywej. Kocham ci , Madison. 

Łzy napływały jej do oczu, lecz tylko jedna łza spłyn ła po jej policzku. Po 

chwili, nie wytrzymała, wybuchn ła płaczem. Michael nie patrzył na ni . 

Kanibale, których dziewczyna nazywała Nadliczbowymi - ofiary drastycznych 

rodków kontroli przyrostu naturalnego w Arce - byli coraz bli ej. 

Niewykluczone,  e w ród nich znajdował si  brat albo ojciec Madison. 

W ród kanibali Michael nigdy nie widział kobiet. Przypuszczał,  e pozostaj  

w wiosce i opiekuj  si  dzie mi. ”Tylko po co? - zastanawiał si . ” eby kiedy 

dorosn , stały si  tym, czy s  ich ojcowie? ”Przetrwanie” tylko taka odpowied  

przychodziła mu na my l. Lecz jak e puste wydawało mu si  teraz znaczenie tego 

słowa. Kanibale i mieszka cy Arki zaprzedali własne człowiecze stwo. 

Przygl dał si , jak ludo ercy dobieraj  si  do m czyzn w marynarkach. 

Jeden z nich le ał na ziemi.  ył jeszcze, kiedy kamienny topór roztrzaskał mu 

głow . Gromada kanibali przypadła do trupa, charcz c i mlaskaj c. Przepychali 

si  zawzi cie, aby dosta  swoj  porcj . Po chwili rozszarpali zwłoki na kawałki. 

- Michael! - krzykn ła Madison przera ona tym widokiem. 

Ludo ercy rozeszli si , ust puj c miejsca innym. Jeden z nich niósł ociekaj c  

krwi  nog  stra nika. Ciało kolejnego m czyzny w garniturze zostało 

rozszarpane na kawałki. Zatrzeszczały ko ci. Ubranie p kło w szwach. Ludo erca 

przypadł do nogi trupa i wbił z by w łydk . Po chwili oddalił si , trzymaj c w 

r kach wyłaman  ze stawu ko czyn . Kanibale podchodzili coraz bli ej i kolejno 

masakrowali zwłoki stra ników. Michael i Madison cofn li si  o kilka kroków. 

Kilku dzikusów zlizywało krew z kamiennej posadzki tunelu. Dotychczas nie 

zwracali na nich uwagi. Wtem jeden z kanibali, który  uł oko swej ofiary, 

podniósł wzrok i zakrztusił si . Wyci gn ł rami , wskazuj c na par  młodych i 

bełkotał co  gardłowym głosem. Michael stał, czekaj c na reakcj  pozostałych. 

Kilku dzikusów, nie przestaj c prze uwa  mi sa swoich ofiar, spojrzało na nich i 

odpowiedziało równie  gardłow  paplanin . Z ust spływała im krew. Teraz 

wszystkie oczy zwróciły si  w ich stron . Ludo ercy potrz sali toporami. 

Patrzył na nich. Wydawali mu si  ludzkimi kreaturami. Kanibal, dla którego 

nie starczyło ludzkich zwłok, ruszył na nich, trzymaj c toporek nad głow . Kiedy 

zbli ył si  na odległo  ramienia, Michael roz arzonym ko cem pałki uderzył go 

w oko. Kanibal krzykn ł przera liwie. Był to najbardziej odra aj cy d wi k, jaki 

background image

 

108 

Rourke-junior kiedykolwiek słyszał. Dzikus zatoczył si  i upadł. ”Czy by nie 

pami tał ju , jak bolesne było pora enie pr dem?” - zastanawiał si  Michael. 

Wyci gn ł pałk , gotów odeprze  kolejny atak. Zdawał sobie spraw ,  e 

napastnicy maj  nad nim wielk  przewag  liczebn . Wiedział,  e jego kl ska to 

tylko kwestia czasu. Zbli ało si  trzech dzikusów. Czwarty, z wypalonym okiem 

czołgał si  ku wyj ciu. Wszyscy trzej unie li toporki. Nagle, wewn trz tunelu, 

rozległ si  potworny huk, zwielokrotniony przez echo. Zanim Michael zrozumiał 

co si  stało, dobiegł go kobiecy głos: 

- Ani kroku dalej, albo wszyscy zginiecie! 

Teraz dopiero rozpoznał odgłos rewolwerowego wystrzału. Głos kobiety tak e 

nie był mu obcy. U wiadomił sobie,  e znał go jeszcze z dzieci stwa 

- Ona nie  artuje. Ja te  nie! - odezwał si  m ski głos. Nie był, to jego ojciec. 

Kanibale odwrócili głowy w kierunku wej cia. Po chwili zacz li si  cofa  pod 

ciany, tworz c wewn trz tunelu  ywy korytarz. Po przeciwległej stronie Michael 

dostrzegł uzbrojon  posta . Sło ce raziło go w oczy, wi c nie mógł rozpozna  twa-

rzy, ale po profilu odgadł,  e bro  to detonik kalibru 45, a raczej dwa detoniki. 

- Je li rozumiecie po angielsku, pozwólcie im przej . Chc , aby bez przeszkód 

doł czyli do nas. - Usłyszeli stanowczy głos, którego Michael nie słyszał od 

pi tnastu lat. Brzmiał nieomal identycznie jak jego własny. Kanibale, w  aden 

sposób, nie dali pozna ,  e zrozumieli. 

Nie ruszał si  z miejsca. Nie zamierzał prowadzi  Madison prosto w paszcz  

nieprzyjaciela. Teraz ojciec przemówił do niego: 

- Michael, synu, chod  do mnie. Tylko powoli. Dziewczyna niech idzie obok 

ciebie, nie za tob . I pami taj,  adnych gwałtownych ruchów. 

- Id , tato - odparł Michael i wzi ł Madison za r k . 

- B d  mówił do ciebie. Nie zatrzymuj si . Oni nie rozumiej  po angielsku, 

jestem tego pewiem. Ale zdołali si  przekona  o sile ognia karabinu. Kiedy 

b dziesz blisko, rzuc  ci pistolet. Jest nabity i odbezpieczony. B d  gotów. Oni nie 

maj  zwyczaju wypuszcza  st d swoich ofiar. 

Michael spojrzał na Madison. Dziewczyna szepn ła do niego: 

- To twój ojciec? Jest do ciebie podobny. Michael u miechn ł si . 

- Nie odst puj mnie nawet na krok - powiedział do niej. - A kiedy si  st d 

wydostaniemy, tak e pozosta  u mego boku. 

- Nie opuszcz  ci  nigdy - wyszeptała Madison. 

Pochylił si  i pocałował j  w czoło. Zbli ali si  do wyj cia. Rozpoznał ubran  

na czarno kobiet , która trzymała w r kach karabin M-16 gotowy do strzału. To 

była Natalia, były major słu b specjalnych KGB. Znał j  z widzenia. Podobnie, 

jak młodego m czyzn , który trzymał na muszce kanibali. Pami tał jego wysokie 

czoło i starannie uczesane włosy. Zauwa ył,  e teraz nie nosił okularów. 

U miechn ł si  do niego. Annie miała racj ; sen narkotyczny usun ł jego wad  

wzroku. 

- Majorze! - zawołał Michael do Natalii. - Miło mi po tylu latach znów ci  

widzie . 

- Witaj, Michael. Jeste  lustrzanym odbiciem własnego ojca... 

background image

 

109 

- Wiem o tym - przytakn ł i obj ł Madison. Przytulił j  do siebie, a praw  

dło  mocniej zacisn ł na r koje ci no a. Czuł,  e nie ma si  ju  czego obawia . 

Szans  wyrównały si . 

- Panie Rubenstein - zawołał - czy mog  mówi  panu ”wujku”? 

- Mów mi po prostu Paul. Dla  cisło ci; z biologicznego punktu widzenia, 

jeste  teraz starszy ode mnie. 

- Przedstawiam wam Madison. Nie ma jeszcze nazwiska. Mówi  ”jeszcze”, 

poniewa  kiedy cała ta historia dobiegnie ko ca, zamierzam j  po lubi . Je li, 

oczywi cie, ceremonia  lubna ma teraz jeszcze jakie  znaczenie na  wiecie, na 

którym jedynymi lud mi  yj cymi na powierzchni s  kanibale, a pod ziemi  

gnie d  si  religijni fanatycy, dla których ludobójstwo jest sposobem na kontrol  

przyrostu naturalnego. 

John Rourke poruszył nieznacznie wargami. Michael nie dosłyszał, co 

powiedział, ale miał wra enie,  e ojcec szepn ł do Madison: ”Witaj, córeczko”. 

- Nie mo emy st d tak po prostu odej  - ci gn ł Michael. - Musimy 

powstrzyma  tych ludzi. - Kanibale po obu stronach tunelu poruszyli si , jakby 

mieli zamiar odci  im drog . Spojrzał na Madison. Nie zwolnił kroku. 

- Zobaczymy, co da si  zrobi , synu - odparł John. - Ale na razie nie ogl daj 

si  na boki. Id  prosto przed siebie. 

- Jaki pistolet zamierzasz mi rzuci ? 

- Mojego CAR-15. Pami taj,  e to nie jest M-16. Je li ci si  spodoba, mo e 

kiedy  si  z tob  zamieni . 

- Zgoda. Czy to ten z magazynkiem na trzydzie ci naboi? 

- Dokładnie trzydzie ci - odparł Rourke. Kanibale zacz li zwiera  szeregi. 

- Gdyby  musiał wybiera , tato... 

- Nic nie mów. Wiem,  e potrafisz dba  o siebie. B d  miał oko na Madison, 

obiecuj . 

- Nie b dziemy musieli wybiera  - powiedziała Natalia stanowczo, a echo jej 

zawtórowało. Michael lubił ton jej głosu. Był stanowczy i zarazem prowokuj cy, 

chocia  ojciec okre lał go jako ”chłodny”. - Wydostaniemy was oboje  ywych, nie 

inaczej. 

- Jeste  kochana. Teraz rozumiem, dlaczego tato, czuje do ciebie to, co czuje. 

Prosił mnie kiedy , na wypadek, gdyby nie przebudził si  ze snu narkotycznego, 

abym ci powiedział,  e ci  kochał. 

- Ale z ciebie gaduła - powiedział John; w grocie rozległ si  jego  miech, 

któremu zawtórowało echo. 

- Jaki ojciec, taki syn - odparł Michael. Gotów był cisn  elektryczn  pałk  w 

ka dego z kanibali, który pierwszy odwa yłby si  zaatakowa . 

Co  zaniepokoiło Johna. Podszedł bli ej wej cia i wsun ł za pas jeden z 

pistoletów. Michael nie mógł dostrzec wyrazu twarzy ojca, ale po jego postawie 

poznał,  e trzeba przygotowa  si  na decyduj ce starcie. Zdj ł z pleców karabin. 

Był nieco krótszy od M-16 i posiadał celownik optyczny. 

- Gdzie si  podziały twoje rewolwery? 

- Zostały wewn trz. Tam jest arsenał pełen broni. Lecz mieszka cy nie wiedz  

nawet, jak si  ni  posługiwa . Traktuj  j  jako muzealne starocie. 

Szeregi kanibali w paru miejscach poł czyły si . 

background image

 

110 

- Michael, czekajcie na mnie. Id  po was! - zawołał John. 

- John, nie rób tego. - Natalia próbowała go powstrzyma . Rourke nie zwa ał 

na nic. Ruszył w kierunku syna, trzymaj c karabin. Lew  dło  zacisn ł na 

r koje ci detonika. Michael przystan ł i przytulił do siebie Madison. Kanibale, 

którzy stali najbli ej nich, wyci gn li r ce, by pochwyci  jego i dziewczyn . 

- Madison b dzie szła mi dzy nami - powiedział spokojnie Rourke do syna. Na 

jego twarzy malowała si  taka determinacja, jakiej Michael nigdy jeszcze nie 

widział. John wło ył w usta cygaro. 

- Czy ona potrafi obchodzi  si  z broni ? - zapytał Rourke-ojciec. 

- Mog  spróbowa  - o wiadczyła Madison. 

- Zuch dziewczyna. 

Zatrzymał si  nagle. Od syna dzielił go tylko metr. Powoli uniósł prawe rami  

i wyci gn ł karabin przed siebie. Kolba CAR-15 otarła si  o pier  Michaela. 

- Daj pałk  Madison. Na mój znak ruszamy do wyj cia. Paul, Natalio, 

osłaniajcie nas. 

Podał dziewczynie elektrycznego pastucha. Madison wzi ła go dr cymi 

r koma. Nast pnie odebrał od ojca karabin. Zacisn ł r k  na kolbie i poło ył 

palec na cynglu. Kciukiem sprawdził przeł cznik. Był nastawiony na 

prowadzenie ognia ci głego. Skin ł głow  do ojca. John Rourke wsun ł r k  do 

tylnej kieszeni spodni i wyci gn ł zapalniczk . W ród ciszy rozległ si  trzask 

krzemienia. Mały, niebiesko- ółty płomie  stan ł nieruchomo nad zapalniczk . 

Kanibale zacz li co  pomrukiwa , wydaj c charakterystyczne gardłowe 

odgłosy. Rozsun li si  na boki. 

- Nigdy mi nie mówiłe ,  e jeste  specjalist  od psychologii tłumu. - Michael 

nie ukrywał wra enia, jakie wywarło na nim zachowanie ojca. 

- W  yciu ró ne rzeczy okazuj  si  przydatne, synu. Zapami taj to sobie - 

odparł Rourke i zaci gn ł si  cygarem. Potem schował zapalniczk  i przez chwil  

trzymał r k  w kieszeni, jakby czego  czukał. - Licz  do trzech - szepn ł. 

- Raz - wyszeptał Rourke. 

- Dwa - powiedział cicho Michael. 

John si gn ł praw  r k  po detonika, którego trzymał za pasem. 

- Trzy - powiedzieli niemal jednocze nie ojciec i syn.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

111 

Rozdział 43

 

 

Natalia odliczała w pami ci. 

- Trzy - wyszeptała w chwili, gdy Rourke wycelował rewolwer. Wprawnym 

ruchem podniosła luf  karabinu M-16, jakby bro  stanowiła przedłu enie jej 

ramienia. Poci gn ła za spust. Pu ciła trzy krótkie serie ponad głowami Johna, 

Michaela i Madison, kosz c kanibali, którzy stali z tyłu. Ojciec i syn odwrócili si  

do siebie plecami. Dziewczyna stan ła pomi dzy nimi. W grocie zagrzmiał 

karabin CAR-15. Wtórowały mu bli niacze detoniki. Hałas był ogłuszaj cy. 

Szeregi kanibali rozrzedziły si  w miejscach, w które skierowany był ogie . Paul 

Rubenstein obserwował masakr  i ilekro  sytuacja dla otoczonych stawała si  

gro na, słycha  było terkot MP-40. Przezornie oszcz dzał amunicj . 

Po pewnej chwili Natalia zorientowała si ,  e oba detoniki zamilkły. 

”Sko czyła si  amunicja” - pomy lała. Lecz zaraz na ich miejscu zagrzmiały 

coraz dono niejsze pojedyncze wystrzały z pythona. Wkrótce potem urwał si  

ogie  z karabinu M-16. Nie było czasu na wymian  magazynka. Opu ciła karabin 

i nie odrywaj c oczu od napastników, wyci gn ła z kabur dwa pistolety metalif 

custom L-frames. Ogie  z magnum, którym strzelał Rourke, wci  trwał. Kanibal 

usiłuj cy zbli y  si  do niej na zasi g toporka, nagle odskoczył, jakby poderwany 

silnym podmuchem wiatru i run ł na ziemi . Zaraz potem zastrzeliła jeszcze 

jednego i jeszcze... 

Po wyczerpaniu amunicji Natalia schyliła si  i z pochwy, przywi zanej po 

wewn trznej stronie łydki, wydobyła bali songa. Odbezpieczyła spr ynowca. 

Ostrze no a z trzaskiem wysun ło si  do przodu i nieomal od razu utkwiło w 

gardle kanibala, przecinaj c główn  t tnic . Napastnik osun ł si  na ziemi . Na-

talia usiłowała utrzyma  wzrokowy kontakt z Johnem i Michaelem. W ród lasu 

toporków widziała głowy obu m czyzn i Madison, która stała pomi dzy nimi. 

Ilekro  podnosiła wzrok w ich kierunku, obydwaj Rourke'owie parowali ciosy 

toporka i zadawali wrogom  miertelne rany. Dookoła nich kł biło si  od 

nacieraj cych i umieraj cych dzikusów. Kanibale krzyczeli z bólu i w ciekło ci. 

Mo e w ich gardłowym j zyku tak wła nie brzmiały przekle stwa? Natalia 

st pała po trupach ludo erców. Po drugiej stronie wylotu jaskini walczył Paul 

Rubenstein. Wystrzelił ostatni nabój i dobył bagnetu, usiłuj c utorowa  sobie 

przej cie w ród napastników. Chciał wesprze  obu Rourke'ów którzy, oprócz 

własnej skóry, bronili tak e dziewczyny. Natalia, jakby odgadła jego my li i 

zacz ła przebija  si  przez  yw   cian  kanibali.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

112 

Rozdział 44

 

 

Od tyłu dobiegł go krzyk Madison. John Rourke błyskawicznie wykonał 

półobrót. Trzech kanibali uzbrojonych w kamienne toporki atakowało jego syna. 

John popchn ł dziewczyn  w bok i toporkiem uderzył dzikusa, który stał 

najbli ej niej. Zabił go. Natychmiast potem natarł na trójk  napastników, 

uprzedzaj c ich atak na Michaela. K tem oka Rourke dostrzegł jak topór syna 

rozpłatał głow  kolejnego dzikusa. Madison krzykn ła przera ona. Rourke 

poderwał si  by jej broni . Dziewczyna wyci gn ła przed siebie elektrycznego 

pastucha. Zrobiła to tak gwałtownie,  e kanibal, który j  zaatakował, nadział si  

na roz arzony koniec pałki. W powietrzu uniósł si  sw d spalonej skóry. 

”Dziewczyna w pełni zasługuje na przyj cie do naszej rodziny” - pomy lał John. 

Michael błyskawicznie znalazł si  przy jej boku i uderzeniem toporka powalił 

poparzonego dzikusa. John stał przez chwil  nieruchomo, potem wykonał obrót i 

jednym zamachem powalił pi ciu ludo erców. Wtem poczuł silny ból. Potkn ł si  

i wypu cił topór. Zrobiło mu si  ciemno przed oczami. Michael podbiegł do ojca i 

wsparł go ramieniem, zadał cios toporem dzikusowi, który go ranił. Lewa r ka 

była sztywna, ale prawa dło  zacisn ła si  na r koje ci gerbera. Rourke 

wyci gn ł nó  i zacz ł zadawa  dotkliwe straty przeciwnikom. Instynktownie 

zawsze uderzał w brzuch. Natalia znalazła si  tu  przy nich. Walczyli rami  w 

rami . Ostrze bali songa błyszczało w  wietle słonecznych promieni. Wkrótce 

metal ostrza zabarwił si  na czerwono. 

Paul bronił si . Powalił tylu napastników,  e kanibale chc c si  do niego 

zbli y , musieli depta  ciała poległych współplemie ców. To dawało mu chwil  

wytchnienia. John Rourke usłyszał znajomy trzask. Paul Rubenstein załadował 

magazynek do swojego schmeissera. Nagle walk  przerwano. Rourke uniósł 

gerbera, chc c zada  cios kolejnemu dzikusowi, który nacierał na niego. Ale ten 

zacz ł ucieka . Pozostali ludo ercy równie  rzucili si  do ucieczki. Paul chciał 

strzela . 

- Nie strzelaj, Paul - powiedział Rourke. - Pozwól im odej . 

- W porz dku. Chc  tylko, aby wiedzieli czego si  mog  spodziewa , je li 

zechc  tu powróci . 

Rourke spojrzał na Natali . Kobieta chustk  czy ciła ostrze no a. 

- Mo esz wyczy ci  gerbera t  sam  szmatk  - rzekła i podała mu chustk . 

- Paul i ja zajmiemy si  motocyklami. Sprowadzimy maszyny pojedynczo. 

Paul b dzie prowadził, a ja b d  go osłaniał. 

- To zajmie zbyt wiele czasu. Lepiej sprowad cie dwa motocykle za jednym 

razem, a potem pojedziecie po trzeci. 

- Odnale li cie mój motocykl! - zawołał Michael. 

- Pewnie,  e odnale li my twój motocykl - odparł jego ojciec i wybuchn ł 

miechem.

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

113 

Rozdział 45

 

 

Rourke nie miał  adnych w tpliwo ci,  e niedobici pójd  po posiłki i wkrótce 

znów b d  mieli do czynienia z kanibalami. 

Michael i Madison pokazali Natalii miejsce, gdzie znajdował si  wylot szybu 

wentylacyjnego. Paul pomógł jej przy otwieraniu włazu. Oboje byli ju  bliscy 

jego otwarcia. Natalia zbywała  miechem wszelkie trudno ci. 

- Nie b dzie z tym  adnego kłopotu. Zawsze potrafiłam wtyka  nos tam, gdzie 

nie trzeba. 

John i Michael stali przy wej ciu do jaskini. Madison zostawiła ich samych i 

poszła przygl da  si  pracy Paula i Natalii. 

- Czuj ,  e tym razem nawaliłem - odezwał si  Michael. Rourke spojrzał na 

niego. 

- Jaki ojciec, taki syn - odparł. 

- Co masz na my li, tato? 

- Szkoda gada  - westchn ł Rourke. - A zreszt . - Machn ł r k . - Powiem ci. 

Chodziło o twoj  matk . Jest na mnie w ciekła. Nie przypominam sobie, abym 

kiedykolwiek zauwa ył w niej tyle nienawi ci. To z powodu tego, co zrobiłem. 

Pozwoliłem, aby cie dorastali - ty i twoja siostra, podczas gdy dla nas czas stał w 

miejscu. Wszystko działo si  za jej plecami, sam nie wiem dlaczego. 

- Ka dy prawdziwy mistrz przetrwania post piłby tak samo jak ty - Nigdy nie 

powtarzaj tego przy matce. 

- My l ,  e jako  dojdzie do siebie. 

- Nie sadz , ale mo e nasze stosunki uło  si , je li ty i Madison b dziecie 

mieli dziecko. Wspomniałe ,  e by  mo e ona jest ju  w ci y. Sarah, pomijaj c 

wiek, b dzie babci . - Rourke u miechn ł si . 

Nic nie wskazywało na obecno  nieprzyjaciela, ale kanibale ju  raz 

udowodnili,  e doskonale potrafiła ukrywa  si  w ród skał. W ka dej chwili mógł 

nast pi  atak. 

- Sarah zaopiekuje si  wnukiem i, by  mo e, poczucie niedowarto ciowania 

jako matki, które w niej wzbudziłem, minie. Nie jestem jednak pewien, czy to 

mnie w jakikolwiek sposób usprawiedliwia. 

- Wi c jest a  tak  le? 

- Sam nie wiem, co o tym my le  - odparł John, nie patrz c na syna. Przez 

chwil  obaj milczeli. - Bałem si ,  e stracili my ci  na zawsze. To było głupie, ale 

nic nie mogłem na to poradzi . Powinienem bardziej ufa  swoim uczniom. 

Rourke spojrzał synowi gł boko w oczy. To było tak, jakby patrzył na własne 

odbicie w lustrze. Mieli te same br zowe oczy i identycznie przystrzy one 

kasztanowate czupryny. Nie uszły jego uwagi pewne ró nice. Michael miał ponad 

sze  stóp wzrostu. Na jego twarzy nie było zmarszczek, nie miał jeszcze siwych 

włosów. 

- Chwilami odnosiłem wra enie,  e bawi  si  w kotka i myszk . - Michael 

wybuchn ł  miechem. - Mimo wszystko ciesz  si ,  e ty, Paul i Natalia 

pojawili cie si  na szachownicy, akurat w tym momencie gry. - Michael 

chrz kn ł. Potem nieco przytłumionym głosem dodał: 

- Bałem si ,  e b d  musiał zabi  Madison. 

background image

 

114 

- Rozumiem, co czułe . 

- Na moim miejscu ty zrobiłby  to samo. Prawda? 

- Tak. Zrobiłbym to samo, ale wcale nie przyszłoby mi to łatwiej ni  tobie. 

Zreszt  twoja matka potrafiła znale  wyj cie z ka dej sytuacji. 

- Wiesz, tato, zawsze marzyłem o tym,  eby po twoim przebudzeniu pojecha  

z tob  na zwiady. Musimy si  przekona  jak ten  wiat naprawd  wygl da. 

- Przecie  wkrótce b dziesz ojcem i głow  rodziny. 

- Kiedy podejmowałe  jak  decyzj , rodzina nigdy nie stanowiła dla ciebie 

przeszkody - zauwa ył Michael. 

- Masz racj  synu. Nigdy nie potrafiłem si  ograniczy  tylko do roli ojca. Bóg 

jeden wie, czy nie powinienem był tego zrobi . Nie mówi  tak tylko ze wzgl du na 

Sarah. 

- B dziemy mieli dosy  czasu, nawet je li Madison jest w ci y. Jak nie teraz, 

to po narodzinach dziecka. Zgoda? 

- Jak ty to sobie wyobra asz? Chciałby  pojecha  ze mn  i Paulem i zostawi  

cztery kobiety w Schronie bez opieki? 

- Rzeczywi cie. Paul pojedzie z nami. Jest twoim najwierniejszym druhem. 

- To najlepszy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałem. Jeste  moim synem i 

tak e z tob  mog  rozmawia  jak z prawdziwym przyjacielem. Tak si  składa,  e 

mam dwóch najlepszych przyjaciół. Lecz pami taj o jednym: jakkolwiek by si  

sprawy układały, nie stawaj nigdy pomi dzy mn  a matk . Nie chc , aby my lała, 

e buntuj  ciebie albo Annie przeciwko niej. Jeszcze tego brakowało... 

- Czy mama nie potrafi zrozumie  motywów twojego post powania? Wiesz, o 

czym mówi . Nie zrobiłe  tego tylko dla naszego dobra, ale dla dobra mojego i 

Natalii oraz... 

- Sam wiesz,  e to nie takie proste - John wybuchn ł  miechem. 

- Masz racj  - przytakn ł Michael. 

- Niezbyt mi si  powiodło, prawda? 

- Gotów byłe  zapomnie  o Natalii, aby pozosta  wiernym mamie. 

- To wygl dało inaczej. Dokonałem wyboru pomi dzy pierwsz  miło ci  

mojego  ycia, a kobiet , któr  pokochałem dopiero pó niej. To nie przemawia na 

moj  korzy , chocia  mo e jeszcze o tym nie wiesz. 

- Lecz ty i Natalia nigdy... Nigdy nie zaszło nic takiego...! Nawet wtedy, kiedy 

wszystko wskazywało na to,  e ju  nigdy nas nie zobaczysz... 

- Nie. - Rourke wybuchn ł  miechem. - Nie wiesz, jak bardzo tego pragn łem, 

ale nigdy nie porzuciłem nadziei,  e twojej matce udało si  jako  prze y . 

- Tato, ja... 

- Ja i twoja matka... - Rourke zaci gn ł si  dymem z cygara. Potem pu cił 

kółko dymu i patrzył, jak pier cie  powoli rozrywa si  i niknie. - Ja i twoja matka 

- powtórzył - kochali my si  i nadal si  kochamy, a przynajmniej ja j  kocham. 

S dz ,  e ona tak e. - Chrz kn ł. - Niewa ne. Chciałem ci powiedzie ,  e z Sarah 

ł cz  mnie szczególnego rodzaju zwi zki. Nigdy nie byli my przyjaciółmi. Znałem 

kiedy  pewne mał e stwo. M  był pisarzem. Trudno sobie wyobrazi  dwoje 

osób, które kochałyby si  bardziej prawdziw  miło ci . Ł czyła ich równie  

szczera przyja . Przyja  i miło  istniały niezale nie od siebie. Natomiast ze 

mn  i twoj  matk  było inaczej. - Rourke zaci gn ł si  mocno dymem. 

background image

 

115 

- Chyba rozumiem co masz na my li. A czy ty i Natalia jeste cie przyjaciółmi? 

Rourke spojrzał na syna. 

- Tak. Jeste my tylko przyjaciółmi. Twoja matka znaczy dla mnie wi cej i tak 

ju  zostanie. Gotów jestem zrobi  wszystko, aby nasze stosunki były takie jak 

dawniej. 

- A co b dzie z Natali , je li... - Michael nie doko czył pytania. 

- Je li co? - Rourke u miechn ł si . - Nie wiem. A poza tym dopiero po raz 

drugi przebudziłem si , z niezmiernie długiego snu. Wiesz co si  stało? Annie 

miała sen. Tylko dwa razy w dorosłym  yciu udało jej si  zapami ta  sen, 

powiedziała mi to. We  nie zobaczyła,  e grozi tobie niebezpiecze stwo i postano-

wiła przerwa  zasilanie kapsuł narkotycznych. Wi c jestem tutaj. I co ty na to? 

Chyba powinni my cz ciej słucha  tej małej. - Rourke westchn ł. - Twoja matka 

miała racj . Postanowiłem,  e nigdy wi cej nie spróbuj  zmieni  czegokolwiek w 

boskim porz dku  wiata. Tak naprawd , w ogóle nie zamierzałem tego. Zrobiłem 

tylko to, co wydawało mi si  najlepszym rozwi zaniem. No i stało si . - Rourke 

znów westchn ł. Nagle te wywody wydały mu si  niedorzeczne. Próbował 

powiedzie  co  jeszcze, ale słowa nie chciały przej  przez gardło. - Niech to 

diabli! - wykrztusił i zaci gn ł si  mocno cygarem. Otworzył szeroko oczy i 

wpatrywał si  w horyzont. 

Michael podszedł do ojca i poło ył mu r k  na ramieniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

116 

Rozdział 46

 

 

Annie Rourke podci gn ła spódnic  i postawiła nog  na wierzchołku 

wzniesienia. Podparła si  jedn  r k  i stan ła na szczycie.. Opu ciła spódnic  i 

poprawiła pas. Podczas marszu celowo przesun ła go do tyłu dla wygody. Teraz 

wolała mie  bro  u boku. 

Widok st d rozci gał si  na wiele mil. Jako dziecko miała zwyczaj 

przychodzi  tutaj. Odwiedzała to miejsce regularniej zwłaszcza od momentu 

kiedy ojciec powrócił do snu narkotycznego. Miała nadziej ,  e w samotno ci 

przypomni sobie, jak wygl dała ich rodzinna farma, ale obraz ten chyba 

definitywnie, zatarł si  w jej pami ci. Je li kiedy  b dzie mogła tam powróci  by  

mo e jaki  znajomy widok obudzi jej wspomienia z dzieci stwa. Bardzo tego 

pragn ła. Tymczasem nie zanosiło si  na to aby kiedykolwiek mogła opu ci  

Schron. W Schronie dorastała i wychowywała si . Był jej domem. Zagarn ła 

fałdy spódnicy pod siebie, usiadła, nie odrywaj c wzroku od pasma gór, które od 

północno-zachodniej strony widniało na horyzoncie. 

Na wzniesieniu wiał silny wiatr. Zrobiło jej si  zimno. Zapi ła ostatni guzik 

kurtki. My lała o ostatniej rozmowie z Paulem. Bała si ,  e je li to, co mówił 

młody m czyzna, było prawd , jej uczucie oka e si  nic nie warte, wr cz 

mieszne. Wszystko przez to,  e nie miała rówie niczki, z któr  dorastałaby, 

dziel c si  z ni  troskami i rado ciami. 

Paul miał racj ; poznała w swoim  yciu zbyt mało ludzi. Skierowała my li ku 

matce. Sarah Rourke bole niej ni  ona prze ywała zagład   wiata. Matka nigdy 

nie uwa ała Schronu za swój dom. Dr czył j  fakt,  e  yła w takich warunkach. 

Gdyby Annie mogła czyta  w jej my lach, z pewno ci  odkryłaby,  e Sarah 

nienawidzi Schronu. Potem rozmy lała o matce i ojcu. Czasem przera ały j  

własne my li, ale jednej rzeczy była pewna - Sarah i John Rourke nadał byli 

mał e stwem i co  jej mówiło,  e nic nie jest w stanie tego zmieni . Robiło si  

coraz chłodniej. Annie zamkn ła oczy. W wyobra ni widziała twarz Paula 

Rubensteina. Nie mogła sobie jednak wyobrazi , aby kiedykolwiek była zdolna 

czu  wobec niego to, co matka czuła do ojca. Zastanowiła si  gł biej i przez 

moment przenikn ła jej my l,  e mogłaby go znienawidzi  bez reszty. Otworzyła 

oczy. Jej ciałem wstrz sały dreszcze. Bała si  czego , sama nie wiedziała co było 

przyczn  jej strachu. Siedziała i wpatrywała si  w znajome pasmo gór. Wiedziała, 

e ten strach minie, gdy powróci Paul Rubenstein, obejmie j  i powie,  e j  kocha.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

117 

Rozdział 47

 

 

Najwi cej trudno ci sprawiało przebicie skalnej powłoki. Samo otwarcie 

bramy, zamykaj cej szyb wentylacyjny, nie zaj ło du o czasu. 

- Gotowe - o wiadczyła Natalia. 

Rourke spojrzał na ni  z uznaniem, a potem przeniósł wzrok na rozkr cony 

mechanizm zamka. 

- Kto , kto buduje schron w taki sposób, spodziewa si  nieproszonych go ci. 

Nie zapominaj,  e  luza była  wietnie zamaskowana. 

Rourke przytakn ł i odwrócił si  do syna. Madison stała tu  obok Michaela. 

- Wi c uwa asz,  e druga  wi ta ksi ga jest pami tnikiem? 

- Tak wygl dała - odparł Michael. - Ogl dałem kiedy  na wideo film 

biograficzny, który został zmontowany w ten sposób,  e przewracano jedn  

kartk  pami tnika w momencie, w którym rozpoczynał si  nowy epizod z  ycia 

bohatera. Od razu skojarzyłem drug  ksi g  z tym pami tnikiem. 

- W porz dku. Musimy zdoby  ten pami tnik, złama  piecz  i zobaczy  co 

tam jest napisane. 

- To jest zakazane - wyszeptała Madison. - Nie wolno tego czyni  nawet takim 

ludziom jak wy. 

John Rourke obj ł j  i u miechn ł si . 

- Michael powiedział mi,  e czytała  Bibli  i  e ludzie w Arce przestrzegaj  

dziesi ciu przykaza , a przynajmniej niektórych z nich. 

- To prawda - powiedziała Madison bez wahania. - Biblia jest nasz  jedyn  

lektur . 

- A teraz powiedz mi, czy w twoim odczuciu nie jest to zarozumiało  

człowieka, w tym tak e członków Rodu - czy nie jest zarozumiało ci  w 

jakikolwiek sposób zmienia  obowi zuj ce odwiecznie prawa? Jak inaczej 

nazwa  zast pienie dekalogu, jak  tajemnicz  ksi g , której Ministrowie nawet 

nie przeczytali, a która, rzekomo, daje im prawo do wysyłania mieszka ców Arki 

na  mier ? Otwórz oczy, Madison. Z roku na rok, za spraw  Ministrów, ludzie na 

zewn trz zamieniaj  si  w istoty, które nazywacie Nadliczbowymi, a które w 

rzeczywisto ci nie zasługuj  na miano człowieka. 

- Lecz Adam i Ewa tak e zostali wydaleni z raju... 

- Interpretuj  histori  grzechu pierworodnego nieco inaczej ni  czyni to 

wi kszo  ludzi. Je li jabłko było symbolem wiedzy, to nie uwa am, aby spo ycie 

zakazanego owocu było grzechem. Natomiast igranie z  yciem ludzkim jest 

grzechem najci szym. Ch  poznania i zrozumienia jest nieodł cznym 

składnikiem ludzkiej natury. Nale y wła ciwie wykorzystywa  zdobyt  wiedz . 

Odnajdziemy wi c ten pami tnik. Zauwa yłem,  e zaciekawił ci  sposób, w jaki 

Natalia otworzyła  luz . Radz  ci przygl da  si  jej, kiedy b dzie dobierała si  do 

sejfu. A wtedy przeczytamy t  drug   wi t  ksi g  i b dziemy wiedzieli, co tutaj 

naprawd  miało miejsce. Mo e potem b dziemy w stanie pomóc wszystkim 

Madisonom i pozostałym lokatorom Arki. W ka dym razie spróbujemy. W 

porz dku, moja droga? 

- Tak - odparła Madison i oparła głow  na jego piersi. - Tak, ojcze. 

background image

 

118 

- Pójd  przodem - o wiadczył Paul i przest pił próg. Za nim poszedł Michael, 

gotów go osłania . Z szybu wentylacyjnego dobiegł Johna głos syna. 

- Tym razem nie wysłali komitetu powitalnego. 

- Nie b d  tego taki pewien - odparł John, pomagaj c Madison wej  do 

rodka. Zatrzymał si  obok bramy. Natalia wzi ła go za r k  i o wiadczyła pół 

artem, pół serio: 

- Gdybym była mał  dziewczynk , my l ,  e chciałabym mie  takiego ojca, 

jak ty. 

Rourke u miechn ł si  do niej. 

- Czy bym a  tak postarzał si  przez te pi  lat od chwili przerwania snu 

narkotycznego? Zrób mi przysług  i nie wspominaj wi cej o tym. - Pomógł 

Rosjance przej  przez próg  luzy. Wszedł do Arki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

119 

Rozdział 48

 

 

- Pola golfowe to ostatnia rzecz, któr  spodziewałem si  tutaj zobaczy  - 

powiedział szeptem Rubenstein. 

Min li olimpijskich wymiarów kryty basen, saun  i korty tenisowe. Istnienie 

tutaj pól do golfa nie było dla Johna zaskoczeniem. Wszedł na zielon  traw  i 

przykl kn ł na jedno kolano. Dotkn ł nawierzchni pola. Trawa była syntetyczna. 

“W czasach poprzedzaj cych Noc Wojny nazywano j  asttroturfem” - przebiegło 

mu przez głow . 

- Nigdy przedtem nie byłam tutaj - wyszeptała Madison, stoj c pomi dzy 

Johnem a Michaelem. Rourke oderwał wzrok od pola. 

- Nikt tu nie bywał. Trudno powiedzie  od jak dawna. Obszar ten był 

szczelnie odizolowany od pozostałych pomieszcze  Arki. Nawet szyby 

wentylacyjne zostały hermetycznie zamkni te. Zauwa yłem to wchodz c tutaj. Co 

prawda nie ma kurzu ani brudu, ale brak tak e jakiegokolwiek  ladu ludzkiej 

działalno ci. Basen jest suchy i zaniedbany, a kiedy wzi łem rakiet  od tenisa, 

spróchniałe drzewo rozsypało mi si  w dłoniach. 

- To hala sportowa - wyszeptał Michael. 

- Miejsce wypoczynku kapitalistów - powiedziała Natalia z u miechem. 

Rourke spojrzał na ni . 

- A jak e by inaczej - powiedział, wsuwaj c do kabury zabezpieczonego 

detonika. 

- Nie czas na zabaw . Poszukajmy najpierw arsenału, a pó niej odnajdziemy 

pami tnik. Je li oni nie potrafi  posługiwa  si  broni , to mo e chocia  nam ona 

si  przyda. Przy otwieraniu  luzy uszkodzili my framug . Brama jest teraz 

nieszczelna i ciepło powietrza z klimatyzacji, ucieka na zewn trz. Je li kanibale 

maj  chocia  za grosz rozumu, wyczuj  przeci g. Mo emy si  ich tu spodziewa  

w ka dej chwili. Michael opowiedział mi,  e pewien kanibal wytropił jego i 

Madison po  ladach krwi. By  mo e to jest ich sposób. Zabili my wielu 

ludo erców i nasze ubrania s  zbryzgane krwi . Musimy tak e mie  si  na 

baczno ci przed tymi facetami w garniturach, którzy posługuj  si  elektrycznymi 

pałkami. Madison, poprowad  nas do arsenału. 

- Tam gdzie przechowywana jest bro ? 

- Tak, tam gdzie przechowywana jest bro  - odparł John. Madison poszła 

przodem. Michael szedł tu  za ni , trzymaj c j  za r k . Drug  r k  zacisn ł na 

kolbie gotowego do strzału CAR-a 15. 

Rourke poczuł,  e Natalia bierze go za r k . U cisn ł lekko jej dło  i obejrzał 

si . 

- On jest taki podobny do ciebie - wyszeptała. - Ale nie jest tob . - Nie 

zatrzymuj c si , Natalia zbli yła si  do Johna i pocałowała go w policzek. 

- Kocham ci  - wyszeptał m czyzna. Szli dalej, trzymaj c si  za r ce. 

Paul samotnie, w milczeniu kroczył za nimi.

 

 

 

 

 

 

background image

 

120 

Rozdział 49

 

 

Natalia wywa yła drzwi do arsenału. 

Od razu odgadła,  e nie trzeba było rozkr ca  zamka. Dwuskrzydłowe drzwi 

otwierały si  na dwie strony, tak jak w saloonach na Dzikim Zachodzie, z tym,  e 

si gały od sufitu do podłogi. Natalia stan ła do nich bokiem i wymierzyła 

podwójne kopni cie na wysoko ci rygla. Skobel pu cił za drugim uderzeniem. 

Paul wskoczył do  rodka pierwszy, trzymaj c karabin wycelowany przed siebie. 

Gotów był odpowiedzie  ogniem na ogie , je li członkowie Rodów postanowiliby 

zabarykadowa  si  w arsenale niczym w twierdzy. W  rodku nie było nikogo. 

- Gdzie oni si  podziali? - szepn ła Natalia, nieco zaskoczona. Rourke milczał. 

- To istna beczka prochu - zauwa ył Paul. 

Rourke spojrzał na młodego m czyzn , ale nie odezwał si . Powiódł 

wzrokiem po  cianach. W gablotach rozmieszczonych dookoła  cian magazynu 

znajdowało si  około stu karabinów M-16, uło onych rz dem. Wszystkie gabloty 

były zamkni te na kłódki. Ponad nimi wisiały trzy rz dy półek, lekko 

nachylonych do podłogi i wszystkie eksponaty były widoczne. Na ka dej półce 

le ało blisko pi dziesi t pistoletów kaliber 45. John rozpoznał bro , która 

stanowiła kiedy  wyposa enie pa stwowej policji. Było ich razem około stu 

pi dziesi ciu sztuk. Pod samym sufitem wisiała mała, oszklona gablotka. Rourke 

podszedł do niej, by lepiej przyjrze  si  eksponatom. Za szkłem le ało sze  

steyerów mannlichserów SSG. W Schronie zostawił identyczn  bro . 

- Moje rewolwery! - Dobiegł go głos syna. Michael stał po przeciwległej 

stronie arsenału, wpatruj c si  w oszklon  gablotk . John raz jeszcze spojrzał na 

mał  gablotk . Praw  r k  przesun ł po dolnej  ciance mebla. W miejscu, gdzie 

stykała si  ze  cian , wystawały z niej kołki. 

- Interesuj ce - szepn ł sam do siebie. Odwrócił si  i zacz ł i  powoli w stron  

wyj cia, obserwuj c pozostałe eksponaty. Na  rodku magazynu rozło ony był 

mi kki dywan, co wydawało mu si  dziwne, bowiem poukładane były na nim 

stosy ci kich skrzynek, kartonów i metalowe pojemniki. Nie ulegało w tpliwo ci, 

e nale ały do wojskowego transportu. Rourke wiedział,  e zawieraj  naboje 

kaliber 5.56 mm do M-16 i kaliber 45 ACP do pistoletów oraz kaliber 7.62 mm 

NATO do karabinów snajperskich. Były tak e naboje kaliber 9 mm parabellum, 

44 magnum oraz 357 magnum, przed pi cioma wiekami dost pne w sklepach z 

broni . Z jednej ze skrzynek wysypało si  kilka naboi wi kszego kalibru. 

Wygl dały na dwunastki gauge. Rourke na oko ocenił,  e były to 00 buck. Nie 

uszło jego uwagi,  e pomi dzy nimi le ały tak e puste łuski. Szedł dalej wolnym 

krokiem, jakby rzeczywi cie zwiedzał muzeum. 

Tymczasem Natalia podeszła do Michaela, spogl daj c to na eksponaty, to na 

drzwi, które prowadziły na korytarz. 

Rourke obrócił głow  w lewo i spojrzał na stoj c  nie opodal wej cia gablotk  

z broni . Znajdowały si  tam najcenniejsze eksponaty w całej kolekcji. 

Rewolwery, lufami do góry wisiały w koszykach. Natomiast karabiny le ały na 

lekko pochylonych półeczkach. 

- Nasi przyjaciele w garniturach maj  interesuj ce upodobania - szepn ł, nie 

zwracaj c si  do nikogo w szczególno ci. Powiódł wzrokiem po smith wessonie 

background image

 

121 

oraz rewolwerach typu Colt, a nast pnie obejrzał pistolety maszynowe walther i 

browning. Potem spojrzał na karabiny. Na półeczkach le ały remingtony 870 i 

1100 mosseberga 500 oraz browningi. Na samym spodzie le ał futerał. Rourke, 

bez otwierania kabury stwierdził,  e zawiera ona browninga superpored z 

wymienn  luf  i tłumikiem. 

- Ten magazyn wart jest fortun  - zauwa ył Rubenstein. 

- Niezupełnie - odparł John. - Przynajmniej je eli chodzi o sam magazyn. To 

pomieszczenie nie zostało zaprojektowane z my l  o urz dzeniu w nim arsenału. 

Chyba był to pokój dla słu by. Zwrócili cie uwag ,  e tamta gablota pod sufitem, 

w której s  eksponowane karabiny snajperskie, została odł czona od jakiego  

regału. Ta tutaj tak e nale ała do zestawu. - Wskazał r k  na gablot , któr  

wła nie ogl dał. -  Kto , kto zadaje sobie tyle trudu, aby zamaskowa   luz  u 

wylotu szybu wentylacyjnego, nie składuje takiej ilo ci broni w pokoju, który 

nawet kobieta mo e otworzy  kopni ciem. 

- Dzi kuj  za komplement - powiedziała z u miechem Natalia. 

- Nawet, zwa ywszy,  e jest to wyj tkowa kobieta. Zauwa yłem,  e w pobli u 

jest zej cie do piwnic. Przypuszczalnie Ministrowie wła nie stamt d 

przetransportowali tu bro . - Rourke zrobił krótk  pauz , jakby si  zastanawiał i 

rzekł: - To znaczy,  el w piwnicach jest ukryte co , co uznali za wa niejsze. 

Odsu cie si  od tej gabloty - powiedział do Michaela i Madison. 

Rourke cofn ł si  o krok, wpatruj c si  w oszklone drzwiczki mebla. 

Nast pnie wykonał  wier  obrotu i kopni ciem rozbił szyb . 

- Co ty robisz! - zaoponowała Madison. 

- Zwa ywszy na liczebno  tych ludo erców tam na zewn trz, b dziemy 

potrzebowali wi cej broni. Robi  to z konieczno ci. 

- John wyja nił mi to kiedy . W czasach przed Noc  Wojny, przywłaszczenie 

cudzego dobra, nawet je li sprawca znajdował si  w potrzebie, nazywano 

kradzie . Teraz kradzie  dla przetrwania jest zwykł  konieczno ci . W tym 

przypadku chodzi nam o wyzwolenie Arki. 

- A wi c, kradniemy - przerwał mu Rourke. - Ale ze słusznych powodów. 

Michael wsun ł r k  do gabloty i wyci gn ł z niej swoje rewolwery: stolkera, 

predatora. Obejrzał je dokładnie. Wszystkie naboje z obydwu b benków zostały 

wyj te. 

- Puste - powiedział. 

- To znaczy,  e wiedz  jak si  z nimi obchodzi  - powiedzia Rourke. 

Michael wsun ł predatora za pasek pi ciowiekowych spodni; rozejrzał si  

dookoła. 

- Ciekaw jestem, co zrobili z pozostał  cz ci  mojego ekwipunku. 

- Nie martw si . Odnajdziemy wszystko. Tymczasem zaopatrz si  w amunicj . 

- To dla słusznej sprawy - rzekł Michael do Madison, podał dziewczynie 

stolkera i zacz ł szuka  amunicji. 

Madison trz sła si  na sam  my l,  e trzyma w dłoni rewolwer. Nie uszło to 

uwagi Johna Rourke'a. Jednak za dobrze znał swego syna, aby nie wiedzie ,  e u 

jego boku, pr dko do tego przywyknie. 

background image

 

122 

“Pistolet sam w sobie nie jest taki gro ny, jak człowiek, który trzyma palec na 

cynglu” - pomy lał. Sam wyzbywał si  strachu dopiero wtedy, gdy zaciskał dłonie 

na r koje ciach detoników. 

Michael przewiesił przez rami  trzy rewolwery, smith-wessona model 629 i 

si gał po pistolet maszynowy. 

- Czy ty aby troch  nie przesadzasz? - zapytał go ojciec. 

- Lubi  kaliber 44. Musz  jednak przyzna ,  e masz racj . Lepiej trzyma  

zawsze w pogotowiu bro  automatyczn . Ta b dzie w sam raz - odparł Michael, 

pokazuj c ojcu smith-wessona. 

John potrz sn ł głow . 

- Przeszukaj te szafy w k cie magazynu. Mo e znajdziesz tam jakie  kabury 

albo cokolwiek. Nie mo esz paradowa  po Arce jak handlarz broni. 

John Rourke zauwa ył,  e trzy smithy były fabrycznie nowe i miały jeszcze 

oryginaln  plomb  z wygrawerowanym znakiem firmowym. Wiedział,  e nie 

b dzie z nich po ytku. 

Natalia wa yła na dłoni walthera P-38, którego zdj ła z wieszaka w gablotce. 

- Wezm  tylko ten jeden pistolet. U ywałam kiedy  tego modelu. Jest w sam 

raz dla kobiety. Jednak trzeba b dzie rozwali  te kłódki. Przyda nam si  wi cej 

szesnastek. - Zwróciła si  do Madison. - Pomo esz mi, kochanie? 

- Dobrze. - Dziewczyna poszła za ni . 

Michael tymczasem uporał si  drzwiczkami szafy i oznajmił: 

- Kabury pochmayera, magazynki ta mowe safariland, a poza tym, 

magazynki do ka dego rodzaju broni. Wszystkiego w bród. 

-  wietnie - odparł Rourke. - Zabierz troch  amunicji tak e i dla mnie, a 

przede wszystkim schowaj swoje smith-wessony do tych pachmayerów. Zobacz 

czy znajdzie si  jakie  narz dzie dla Natalii. Przydałby si   rubokr t... Paul nie 

mógł ukry  podziwu dla znalezionej kolekcji. 

- Ci faceci w garniturach maj  całkiem niezły gust - powiedzia do Johna. 

- Nie da si  ukry  - odparł Rourke. - Ciekaw jestem, co sobie wybierzesz, 

Paul. Niezale nie od tego, we  dwa karabiny M-16.

 

Je li tylko uda nam si  

unikn  ponownej walki na topory, b d  szczerze uradowany. 

- Tylko tyle powiesz na ten temat? - Paul wybuchn ł  miechem. 

John przygl dał si , jak jego przyjaciel wyci ga z gabloty dwa nowiutkie 

browningi. Poznał gołym okiem,  e były to modele, jakich dawniej u ywano w 

wojsku, zanim zostały one zast pione modelem colta, wyposa onym w 

cylindryczny kurek. Pistolety, które wybrał Rubenstein, miały jeszcze tradycyjne 

kurki trójk tne. Paul zacz ł wybiera  amunicj  odpowiedniego kalibru. John 

stan ł naprzeciwko rozbitej gabloty. Wiedział,  e je li wszystko uło y si  po jego 

my li, zwróc  t  bro . Sta  go było na  art, ale przywłaszczenie cudzego dobra, 

cho by dla najbardziej słusznej sprawy, pozostawało form  kradzie y. 

Zdecydował si  ju  co ”ukradnie”. 

Tu na haczykach wisiały dwa dokładnie takie same detoniki z nierdzewnej 

stali, jaki podarował Annie. Były to modele z cylindrycznym kurkiem, którymi 

wytwórnia ”Detonic”, skutecznie konkurowała z modelem gold cup colta. 

Zacisn ł dłonie na r koje ciach. Oba pistolety były fabrycznie nowe, je li nie 

bra  pod uwag ,  e jeden z celowników typu ”Bo-Mar”, który ostro wystawał do 

background image

 

123 

góry, został zaokr glony pilnikiem. Rourke wyci gn ł z kabur pachmayera swoj  

zapasow  par  detoników i wło ył je za pas. 

Nowe detoniki dawały mu poczucie pewno ci. Wiedział,  e b dzie mu 

przykro, kiedy b dzie musiał je zwróci , ale był przekonany,  e to zrobi. 

Skierował si  do szafki w nadziei,  e znajdzie amunicj  odpowiedni  do tego 

rodzaju broni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

124 

Rozdział 50

 

 

John stan ł w drzwiach i uwa nie przebiegł wzrokiem wzdłu  korytarza. 

Natalia stała tu  za nim i przygl dała si  jego uzbrojeniu. Miał dwa scoremastery 

wetkni te z tyłu za pasek. Mógł z łatwo ci  wydoby  ka dy z nich, si gaj c r k  

za plecy. Przez prawe rami  miał przewieszon  ładownic . Wiedział,  e w  rodku 

znajduj  si  zapasowe magazynki do detoników. Obserwowała go, gdy sprawdzał 

je jeden za drugim i układał je w torbie. Z jego lewego ramienia zwisał M-16. 

Obie dłonie zaci ni te miał na kolbie CAR-a 15, nabitego i gotowego do 

prowadzenia ci głego ognia. Natalia obróciła głow  i spojrzała na Michaela. Syn 

wygl dał tak jak ojciec. 

Michael znalazł swój karabin M-16, który zabrał ze Schronu. Dodatkowo 

przewiesił sobie drugi ”skradziony w słusznej sprawie”. Natalia miała tak e taki 

karabin. U jego boku, na szerokim pasie, wisiały trzy kabury pachmayera, w 

których nosił pistolety smith-wesson. Michael przewiesił przez oba ramiona 

szerokie ta my z nabojami, które krzy owały si  na piersiach i plecach. 

Madison trzymała dwa M-16. Noszenie było jedyn  pomoc , jak  mogła 

zaofiarowa . Nie miała jeszcze poj cia o posługiwaniu si  broni . W szarym 

wi ziennym stroju, z dwoma karabinami szturmowymi pod pach  wygl dała 

nieco groteskowo. Nie miała czasu, by doj  do siebie po prze yciach kilku 

minionych dni. Zacz ło si  od spotkania z Michaelem. Potem przyszła miło  - 

pierwsza miło , która była równie cudowna, jak okrutne było wydanie jej po raz 

drugi w r ce Nadliczbowych. Rze , jaka nast piła potem wstrz sn ła ni  do gł bi. 

Od tamtej pory była ci gle pod wra eniem ojca Michaela i jego przyjaciół. Teraz 

po raz trzeci, wracała do Arki, ostatniego miejsca na Ziemi, gdzie pragn łaby si  

znale . Natalia rozumiała j  i, w miar  mo liwo ci, starała si  łagodzi  wszelkie 

wstrz sy jakie dziewczyna mogła jeszcze prze y . Wiedziała jednak,  e 

ostatecznie tylko czas mógł j  wyleczy . Sama przechodziła kiedy  co  

podobnego. 

Paul znalazł szeroki pas i dwie kabury, które odpowiadały rozmiarami 

browningom. Pas miał zapi ty dookoła bioder. Dodatkowo uzbrojony był w 

karabin M-16. Karabin szturmowy wisiał na jego plecach, natomiast w r kach 

trzymał swojego schmeissera, jak zwykł nazywa  MP-40. 

Natalia wychyliła si  z arsenału. Skradziony ”w słusznej sprawie” pistolet P-

38 schowała do kabury, która, jak zauwa yła, stanowiła nigdy  wyposa enie 

niemieckiej policji. Kabura jednak nie była zawieszona na tym samym pasie, co 

smithy, ale na drugim, tak e ”skradzionym w słusznej sprawie”. Na wszelki 

wypadek uzupełniła swój rynsztunek o nó  Bowie. Podobny egzemplarz widziała 

przed Noc  Wojny i ju  wtedy zapragn ła mie  taki nó . Wa ył ponad dwa funty. 

Był to długi, ci ki bagnet, zaprojektowany dla rosłego m czyzny, którym 

mogła, z powodzeniem, posługiwa  si  obur cz jak mieczem. Po yczyła go z 

arsenału, miała jednak nadziej ,  e nie b dzie jej potrzebny. Nó  rzucał si  w 

oczy i sam widok ostrza długiego na jedena cie cali, szerokiego na przeszło dwa 

cale, o grubo ci trzech ósmych cala, mógł odstraszy  przeciwnika. Natalia 

poło yła r k  na ramieniu Johna i zapytała: 

- Co teraz? 

background image

 

125 

- Paul, ty id  razem z Madison pilnowa  motocykli. Je li kanibale zbli  si  do 

luzy, strzelaj bez uprzedzenia. Dwie szesnastki, które niesie Madison razem z 

twoj  broni , powinny ci wystarczy . W razie czego, wesprzemy ci . Odgłosy 

strzelaniny powinny by  słyszalne w ka dym miejscu tej budowli. Architekci nie 

zadali sobie wiele trudu, aby wyciszy  ten bunkier. Ty, Natalio i Michael 

pójdziecie ze mn . Postaramy si  odnale  sal  posiedze  i ksi k , o której 

mówiłe . Zobaczymy te , co zamiast broni przechowuje si  w piwnicach. My l , 

e wtedy b dziemy mogli rozwi za  wszystkie zagadki, które kryje w sobie to 

miejsce. 

- Uwa ajcie na siebie - powiedział Paul na po egnanie. Rourke poklepał 

przyjaciela po plecach. 

- Mo esz by  o to spokojny. 

- Tylko nie nadwyr aj swojego ramienia. Pami taj,  e czeka nas wiele dni 

drogi i musimy odwie  do Schronu dwie kobiety całe i zdrowe. 

- Madison, jeste  gotowa? 

- Tak - odparła dziewczyna, patrz c Michaelowi w oczy. - B d  ostro ny, 

prosz  ci . 

Michael pochylił si  i pocałował j . 

Paul wzi ł dziewczyn  za r k  i ruszyli w gł b korytarza. 

- Dok d teraz mamy i ? - spytała Natalia. Michael wci  patrzył za 

odchodz c  Madison. 

- Na ko cu korytarza skr cimy w lewo i dojdziemy do dwuskrzydłowych 

drzwi. Za nimi mie ci si  sala obrad, gdzie rozmawiałem z Ministrami. Znajduje 

si  tam sejf, w którym przechowuj  drug   wi t  ksi g . 

- Co b dzie z tym pokojem? - zapytał Rourke-junior. - Zawsze uczyłe  mnie, 

e nie nale y pozostawia  broni w zasi gu r ki przeciwnika. 

Natalia u miechn ła si . 

- Niech si  o to głowa nie boli - powiedziała. Zabrali my z Paulem wszystkie 

magazynki do M-16 i pistoletów maszynowych. O rewolwery i bro  

samopowtarzaln  nie musimy si  raczej obawia . 

- To w zupełno ci wystarczy - wtr cił John. - Wi c chod my po t   wi t  

ksi g . 

Rourke szybkim krokiem ruszył w gł b korytarza. Natalia szła tu  obok 

niego. Obejrzała si . Michael jak cie  pod ał za ojcem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

126 

Rozdział 51

 

 

Natalia w niespełna minut  sforsowała zamek i czekała, a  John wło y 

skórzan  r kawiczk , aby otworzy  drzwi. Pami tali dobrze, co przytrafiło si  

Michaelowi, gdy dotkn ł klamki. Z elektryczno ci  nie było  artów. 

Dotychczas nie napotkali nikogo, ani m czyzn w garnituracih ani słu by. 

Rourke otworzył drzwi na o cie  i wszedł do konferencyjnej. 

- Tam. - Michael wskazał r k  na regał i podszedł do  ciany. - Za t  szaf  

wmurowano sejf. 

- Zaczekaj! - zawołała Natalia. - Niewykluczone,  e i on jest pod napi ciem. 

Rourke podszedł do regału i spojrzał w stron  wej cia. Potem szarpn ł 

obur cz za mebel i odsłonił pancerne drzwiczki. Wydobył z pochwy gerbera, 

przyło ył ostrze do klamki i pokr tła, na którym nale ało wybra  wła ciw  

kombinacj  cyfr. Nie zobaczyli iskry. Nie ryzykowali wi c pora eniem pr dem. 

- Do roboty! - powiedziała Natalia. - Nie mam swojego stetoskopu - zauwa yła 

kobieta pół  artem, pół serio. 

- A ja swój zostawiłem pod siodełkiem motocykla. - Rourke ruszył w kierunku 

drzwi. 

- Nie mam go - rzekła Natalia. - Ale wcale nie powiedziałam,  e b dzie mi 

potrzebny do otwarcia tak prostego sejfu. 

John u miechn ł si  i podszedł bli ej  ciany, by przyjrze  si  malowidłom, 

przedstawiaj cym Noc Wojny. Domy lił si ,  e malarz odtworzył sceny na 

podstawie ustnych przekazów. Płon ce niebo było niew tpliwie wyolbrzymion  

wizj  jakiego  przera onego  wiadka nuklearnej katastrofy. Nagle m czyzna 

odwrócił si  od  ciany, jakby sobie co  przypomniał. Zbli ył si  do krzesła z 

por czami. Na stole stały dwa  wieczniki. Rourke  ci gn ł praw  r kawiczk  i 

dotkn ł palcem wosku na wysoko ci knotu. Był jeszcze ciepły. 

- Hmm... - mrukn ł. - Ministrowie musieli opu ci  to miejsce zaledwie kilka 

minut temu. - Hmm... - mrukn ł, znowu spogl daj c na freski. 

- Gotowe - o wiadczyła Natalia. 

Rourke odwrócił si  i spojrzał na ni . Stała obok sejfu, trzymaj c w prawej 

r ce ksi k  oprawion  w skór , która wygl dała dokładnie tak, jak opisał j  

Michael. 

- To ta ksi ga - potwierdził Michael, jakby czytał w my lach ojca. Rourke 

przytakn ł. 

- To pami tnik - powiedziała Rosjanka. - Kiedy jako agent sowieckiego 

wywiadu byłam w Ameryce pod przybranym nazwiskiem musiałam u ywa  

podobnego, aby dokładnie na ladowa  zwyczaje osoby, której miejsce zaj łam. 

Taki zamek mo na otworzy  zwykł  spink  do włosów. 

- Masz co  takiego przy sobie? - zapytał Rourke, podchodz c do niej. 

- Znalazłabym w swoich rzeczach. 

- Pozwól - powiedział John i wzi ł pami tnik z jej r ki. Drug  r k  dobył 

gerbera. 

- Taki zamek mo na otworzy  tak e w ten sposób. - Podwa ył ostrzem no a 

klamr , w miejscu, w którym ł czyła si  z zamkiem. 

- Ile razy robiłe  co  podobnego, John? 

background image

 

127 

- Nie zapominaj,  e przez par  lat wywiad był tak e moj  działk . 

Klamra, zwieraj ca okładki pami tnika pu ciła z trzaskiem. Rourke podał 

pami tnik synowi. 

- Ty pierwszy go odkryłe . Przeczytaj go na głos. Chyba,  e nie chcesz. 

Michael wyci gn ł r k  po pami tnik i otworzył go w milczeniu. John 

podszedł do krzesła. Wyci gn ł z kabury oba detoniki poło ył je na stole 

naprzeciwko siebie i usiadł. 

Michael zacz ł czyta : 

Popełnili my okropn  zbrodni . Zgrzeszyłem wobec Boga i całej ludzko ci... 

Michael na chwil  oderwał wzrok od ksi gi. Mimo woli przebiegło mu przez 

głow ,  e sekrety rzadko bywaj  pi kne i dlatego musz  pozosta  tajemnic .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

128 

Rozdział 52

 

 

Michael czytał dalej: 

Spisałem tutaj wszystkie kroki, które zmuszony byłem podj , aby zapewni  

przetrwanie sobie i swoim ludziom, którzy zdołali si  schroni  tutaj, zanim na 

powierzchni Ziemi rozp tało si  piekło. Nie zamierzam si  rozwleka , poniewa  wiele 

szczegółów wywołuje w mojej pami ci wspomnienia zbyt bolesne, abym mógł pisa  o 

nich, jak o rzeczach calkowicie mi oboj tnych... 

Jaki staromodny styl, prawda? - wtr cił John Rourke. 

- Pomijam kilka mniej interesuj cych rozdziałów - powiedział Michael, 

powoli kartkuj c pami tnik. Po chwili wznowił lektur : 

Kiedy niebo stan ło w płomieniach, zdali my sobie spraw ,  e jedynym miejscem 

ocalenia był dla nas schron zwany Ark , który wybudowali my kiedy  dla bogatych 

przedsi biorców... 

- Wi c pami tnik nie został napisany przez Mecenasa - zauwa yła Natalia. 

- Nie przerywaj - powiedział do niej Rourke. W skupieniu wyj ł z kieszeni 

kurtki cygaro i zapalił je. 

Pami tam dokładnie projekt budowli. Mecenas zlecił nam wybudowanie 

skalnych osłon dla zamaskowania  luz u wylotu szybów wentylacyjnych. Zdołali my 

odnale  bram  i przedosta  si  do  rodka, zanim wszystkie  luzy zostały szczelnie 

zamkni te. Z powodu naszej niespodziewanej wizyty, Mecenas zmuszony był 

wprowadzi  racjonowanie  ywno ci. Mimo stara  ekipy kucharzy, wkrótce zacz ło 

brakowa  po ywienia. Po wielu tygodniach, podczas których głód dawał nam si  we 

znaki, jeden z nas zgłosił si  na ochornika, a eby wyj  i przekona  si , czy warunki 

na zewn trz pozwalaj  na przetrwanie. Nigdy wi cej go nie zobaczyli my. Zacz ła 

szerzy  si  demoralizacja. W zwi zku z tym,  e znale li my si  w Arce nielegalnie, 

Mecenas zatrudniał nas jako konserwatorów i dozorców urz dze  technicznych. 

Lecz nie to nas trapiło.  ycie straciło dla nas sens. Chocia  my zdołali my uchroni  

si  przed katastrof , to nasze rodziny i naszych bliskich spotkała zagłada. Tylko 

nieliczni spo ród nas szcz liwie uchowali si  wraz z  onami i dzie mi. Oni 

pracowali najch tniej i nie było im w głowie wychodzenie na zewn trz. Tymczasem 

płyn ły tygodnie, a racje  ywno ci malały. Z powodu przeludnienia odczuwali my 

trudno ci w oddychaniu. Pewnego dnia zgłosił si  nast pny ochotnik. Przepadł 

niczym kamie  w wod , tak jak i pierwszy. 

Wszyscy zdawali my sobie spraw  - zarówno ludzie Mecenasa jak i my - słu ba, 

e pozostaj  nam tylko dwie mo liwo ci; albo umrze  z głodu, albo popełni  

zbiorowe samobójstwo. Wła nie wtedy jeden z łudzi Mecenasa (nie udało mi si  

ustali , kto to był, gdy  prawdopodobnie zgin ł podczas walki które sam rozp tał) 

wpadł na trzecie rozwi zanie. 

Mój Bo e! - szepn ła Natalia. 

Michael oderwał wzrok od kartki pami tnika, chrz kn ł i czytał dalej: 

Mecenas i jego ludzie odwa yli si  zrobi  to, na co my nigdy nie potrafiliby my 

si  zdoby , chocia  przyznaj ,  e w trudnych chwilach i takie my li chodziły nam po 

głowach. Postanowili wydali  nas na sił , nas - budowniczych tego schronu - na 

zewn trz Arki. Kiedy si  nad tym zastanowi , takie rozwi zanie było zrozumiałe: 

zlecili nam wybudowa  schron dla własnego przetrwania, a teraz, by przetrwa , 

background image

 

129 

musieli si  nas pozby . Z chwil , gdy przestali my by  potrzebni, stali my si  dla 

nich ci arem. Pewnej nocy obudzili nas ze snu i tak jak stali my - w kalesonach i 

nocnych koszulach - zaprowadzili nas do hali sportowej, gdzie kazali nam ustawi  

si  rz dem na polach golfowych. Wszyscy ludzie Mecenasa byli uzbrojeni. 

Popychaj c nas lufami karabinów, kazali nam schodzi  po kolei do jednego z 

basenów, którego nigdy nie napełniali wod . Trzymali tam nas jak zwierz ta w 

zagrodzie i, w ró nych odst pach czasu, wywoływali dwie do trzech osób. 

Odprowadzali je potem (dok d - nietrudno si  domy le ). Lecz wtedy nie znali my 

jeszcze ich losu. Kto  zacz ł szepta ,  e wydalono ich z Arki. Nasze przypuszczenia 

potwierdziły si . Ludzie z naszej brygady, których wywołali (niektórzy mieli rodziny) 

zgin li u wylotu szybu wentylacyjnego. Jaki  odwa ny człowiek na t  wiadomo  

nazwał ludzi Mecenasa oprawcami i wygra ał im pi ci . Syn Mecenasa, 

czternastoletni chłopak, strzelił mu w głow  z pistoletu, który ukradkiem zabrał z 

arsenału. Wtedy wpadli my w szał. Pewien młody murarz wdrapał si  do góry po 

drabince, a eby rozbroi  młodego morderc , ale został zabity. Stra nik, który do 

niego strzelił, uderzył go kilkakrotnie kolb  karabinu, co doprowadziło nas do 

ostateczno ci. Jaka  kobieta oszalała. Krzyczała, próbuj c wydosta  si  z basenu. 

Została jednak zepchni ta z drabinki. Wtedy poderwali my si  wszyscy. 

Podsadzali my si , aby wyj  na gór . Wielu z nas zgin ło, zanim zdołało postawi  

nog  na kraw dzi basenu. Wszyscy krzyczeli. Po obu stronach były straty w ludziach. 

Ja sam podniosłem rewolwer i zastrzeliłem jednego z ludzi Mecenasa, a potem 

ogarn ł mnie szał i zacz łem strzela  do jego rodziny. Zabiłem jego  on  i dzieci, 

chlopca-nastolatka i jego siostr . Najmłodsza córka padła na kolana z płaczem i 

błagała mnie o darowanie jej  ycia. Dopiero wtedy opami tałem si . Pozostali tak e 

przestali strzela . Pojmali my wszystkich ludzi Mecenasa i jego samego, i 

zamkn li my ich na klucz. Zaraz potem zwołali my narad . Wielu dobrych nie 

odpowiedziało na apel. Trudno mi o tym pisa , ale po burzliwej dyskusji doszli my 

do wniosku,  e Arka jest przeludniona i decyzja, jak  podj ł ów człowiek Mecenasa 

była jedyn , która dawała szans  na przetrwanie. No i stało si . Przez szyb 

wentylacyjny wynie li my ciała zabitych na zewn trz, tej samej nocy kochałem si  z 

moj  dziewczyn  i na moment zapomniałem o całej tej historii. 

Michael potrz sn ł głow  i oderwał wzrok od pami tnika. 

- Nie mog  dalej tego czyta  - powiedział przytłumionym głosem. 

Natalia szybkim ruchem wyj ła pami tnik z jego dłoni. Rourke obserwował j  

przez chwil , jak szukała miejsca w którym Michael przerwał czytanie. 

Przez nast pnych kilka tygodni w Arce nic szczególnego si  nie wydarzyło, ale 

u wiadomili my sobie wiele spraw. Mianowicie doszli my do wniosku,  e Arka 

potrzebowała nas i naszych umiej tno ci. Natomiast nie potrzebowała Mecenasa i 

jego ludzi. Brakowało nam r k do pracy. Wi c wybrali my najmłodszych i 

zacz li my ich szkoli . Uczyli my ich, jak najoszcz dniej przygotowa  posiłki, jak 

sadzi  i piel gnowa  warzywa na działkach, które dzi ki elektrycznemu o wietleniu 

dawały nam podwójne plony oraz wszelkich innych czynno ci niezb dnych dla 

funkcjonowania naszej społeczno ci. Ze starej brygady pozostało tylko dwudziestu 

czterech ludzi (w ród nich byłem i ja). Grupa Mecenasa liczyła ponad sto osób. 

Najbardziej wykształceni spo ród nas zaj li si  ekonomi . Wspólnie z ogrodnikiem 

obliczyli my wydajno  upraw. Według oblicze  Arka mogła wy ywi  około stu 

background image

 

130 

ludzi. Intensyfikacja upraw groziła na dłu sz  met  wyjałowieniem gleby. 

Zapoznali my Mecenasa z sytuacj  i nakazali my, aby on sam podj ł decyzj , kto 

miał odej . Nazajutrz przedstawił nam list , zawieraj c  dwadzie cia dziewi  

nazwisk. Byli to ci, którzy ze wzgl du na wiek, albo zniedoł nienie, najmniej 

nadawali si  do pracy. Noc , kiedy zgaszono wszystkie  wiatła, wyprowadzili my tych 

ludzi z cel i pod eskort  zaprowadzili my ich w gł b szybu wentylacyjnego. W  wietle 

wiecy widziałem, jak wypychano ich kolejno na zewn trz i zatrza ni to za nimi 

bram . Zostali skazani na  mier , a ja byłem jednym z s dziów... - w tym miejscu 

Natalia przerwała czytanie i szepn ła: 

- Chciałabym zapali . 

Rourke spojrzał na ni , ale nic nie powiedział. Natalia zmusiła si , by czyta  

dalej: 

Jak łatwo si  domy le , nie rozwi zało to jednak naszych problemów. W Arce 

raczej nikt nie chorował, wi c umieralno  była niska. Wci  przychodziły na  wiat 

dzieci. Wkrótce ludno  wzrosła tak,  e musieli my ponownie zwróci  si  do 

Mecenasa z  daniem, aby ten wyznaczył nowych ludzi, którzy musieli odej . Na 

li cie rozpoznałem nazwisko mojej dziewczyny. Była ju  wtedy moj   on  i 

spodziewali my si  dziecka. Została wykre lona z listy, a na jej miejsce został 

wpisany kto  inny. 

Z biegiem lat zrozumieli my,  e warunki na zewn trz długo jeszcze nie pozwol  

na normalne  ycie. Musieli my pogodzi  si  z my l ,  e nasze  ycie dalej b dzie 

toczy  si  pod ziemi . My - weterani ekipy, która zbudowała Ark  i słu yła 

Mecenasowi, postanowili my utworzy  rad , któr  nazwali my rad  Ministrów. Na 

nas spadł okrutny obowi zek okresowego wyznaczania, spo ród mieszka ców Arki 

tych, którzy musieli odej , aby wi kszo  mogła przetrwa . Mieli my tak e 

dopilnowa , aby znale li si  za bram  szybu wentylacyjnego. Dobrowolnie 

zgodzili my si  ograniczy  nasz  ludno  do dwudziestu czterech osób, pozwalaj c 

tym samym naszemu dawnemu pracodawcy na utrzymanie siedemdziesi ciu sze ciu 

ludzi, którzy wypełniali obowi zki słu by. 

Kiedy nasze  ony rodziły, nasza liczebno  przekraczała przez jaki  czas, 

dwadzie cia cztery osoby. Kiedy komu  ze słu by rodziło si  dziecko, działo si  tak 

samo. Co siedem dni my - Ministrowie zbierali my si  na posiedzenie. Do Rady 

Ministrów nale ał wybór. Modlili my si  przed przyst pieniem do głosowania, aby 

nasze grzechy zostały nam odpuszczone. Modlili my si  tak e o to, aby Bóg kierował 

nami w chwili wyboru. W zasadzie, kierowali my si  jedynym kryterium. Podział 

ilo ciowy na członków Rady, czyli osób, które ł czyły wi zy krwi z dawn  brygad , a 

słu b  był ju  przes dzony. Chodziło teraz o to, aby nie naruszy  równowagi Arki 

jako wielkiej manufaktury. Ogrodników odrzucali my z góry. Byli niezb dni, wi c 

ich  ycie było dla nas cenne. Zwykle wybór padał na krawca albo szwaczk . Do ich 

obowi zków nale ało tylko krojenie tkaniny bawełnianej, której mieli my pod 

dostatkiem i szycie odzie y. Trzeba przyzna ,  e byli w tym dobrzy. Szyli tak e kapcie 

(nie mieli my skóry na buty). Nasz dzie  powszedni w Arce nie ró nił si  zasadniczo 

od  ycia, jakie prowadzili my przed katastrof  nuklearn , z jednym wyj tkiem - czas 

dla nas wyznaczały narodziny. Narodziny dziecka zawsze oznaczały dla kogo  

mier . Nikt nie był pewien jutra. Nie mo na ju  było wybiera  tylko ludzi starych i 

niedoł nych. Czasem wysyłali my na  mier  nastolatków. 

background image

 

131 

Ten ostatni rozdział napisałem na ło u  mierci.  mier  mnie nie przera a, 

przeciwnie, my l,  e wkrótce odejd  przynosi mi ukojenie. S dz ,  e ci z Ministrów, 

którzy odeszli przede mn , musieli czu  co  podobnego. Moja  mier  wybawi kogo , 

kto ju  został wci gni ty na czarn  list . Niedługo ju  - czuj  to - w Arce pozostanie 

dziwi dziesi t dziewi  osób, to znaczy,  e gdy nowe dziecko przyjdzie na  wiat, 

mier  nie za mi rado ci, i niechaj Bóg mi wybaczy i wybaczy pozostałym to, co 

konieczno ci zmuszeni byli my uczyni . Natalia zamkn ła pami tnik. John 

spojrzał na syna i zapytał: 

- Czy Ministrowie naprawd  nie wiedz  co zawiera pami tnik? 

- Podejrzewam,  e najstarszy z nich zna prawd . On ma kluczyk. To symbol 

jego urz du, chocia  powiedział mi,  e nigdy nie złamał przysi gi. 

- Kłamie - powiedziała Natalia. - Je li ten pami tnik naprawd  był zamkni ty 

przez pi set lat na klucz i dopiero John otworzył go u ywaj c ostrza no a, jak 

wytłumaczy  te rysy i zadrapania dookoła dziurki od klucza? 

Rourke spojrzał badawczo na zamek. Michael szepn ł: 

- A wi c stary Minister czytał ten pami tnik. John zamkn ł oczy i zastanawiał 

si  na głos: 

- Stary Minister, z którym rozmawiał Michael, z pewno ci , za bardzo czcił 

drug   wi t  ksi g , by móc j  zniszczy . Dowiedział si  od mojego syna o 

katastrofie samolotu i spadochronie. Dowiedział si  tak e o nas i o Schronie. 

Mam przeczucie, i  cały czas my lał,  e jest kustoszem wiekowej tradycji, której 

morderstwo było nieodł cznym elementem. Załó my,  e dowiedział si  o swojej 

misji z przekazu ustnego. Co my lał i co czuł, je li pod wpływem ostatnich 

wydarze  przeczytał drug   wi t  ksi g  i odkrył, i  nie jest ona niczym innym 

jak pami tnikiem mordercy? Dowiedział si  nagle,  e przez całe  ycie zabijał 

niewinnych ludzi. Jak si  zachował, wiedz c,  e nie jest jedynym człowiekiem na 

Ziemi? 

- Ja na jego miejscu... - Rourke nie dał Michaelowi doko czy  zdania. 

- Jedyne miejsce, gdzie mógł schowa  si  razem z reszt , to piwnice. Tylko 

tam mogli pomie ci  si  wszyscy lokatorzy Arki, je eli nie było ich w hali 

sportowej. Obawiam si ,  e ju  wiem co zobaczymy, kiedy sforsujemy wej cie. 

Natalia podeszła do Johna i poło yła mu r k  na ramieniu. Rourke wzi ł 

detoniki ze stołu i wstał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

132 

Rozdział 53

 

 

Paul Rubenstein stał przy wlocie szybu wentylacyjnego. Przyło ył ucho do 

metalowej bramy i nasłuchiwał dłu sz  chwil . Z tunelu nie dochodziły  adne 

odgłosy. Wyprostował si , dziel c uwag  mi dzy tym, co mówiła do niego 

Madison, a cisz , jaka panowała na zewn trz. 

- Kobieta, która z wami przyjechała nie jest matk  Michaela. Jest na to bez 

w tpienia za młoda. Ojciec Michaela tak e, wygl da jakby nie był od niego o 

wiele starszy. Jak to jest mo liwe? - spytała zdziwiona. Paul spojrzał na 

dziewczyn  i u miechn ł si . 

- To długa histora - powiedział. - Matka Michaela została w Schronie. Natalia 

jest przyjaciółk  Johna. 

- Czy wy czego  przede mn  nie ukrywacie? Widziałam, jak John i Natalia 

patrz  na siebie. Patrz  tak samo, jak ja patrz  na Michaela i on na mnie. 

Rubenstein wzruszył ramionami. 

- Przekonasz si ,  e mówi  prawd . Rozumiem o co ci chodzi. Michael 

zapewne opowiadał ci o swojej siostrze. Ona tak e została w Schronie. Na pewno 

j  polubisz. Kiedy wyje d ałem, Annie patrzyła na mnie wła nie w ten sposób. - 

Paul u miechn ł si  na my l o Annie. - Wiem,  e to wszystko mo e wyda  ci si  

dziwne. 

- My l ,  e jeste  dobrym człowiekiem. Dlaczego Annie patrzyła na ciebie w 

ten sposób? 

Paul Rubenstein wpatrywał si  przez chwil  w jej twarz i odparł: 

- Sam nie wiem. Za długo ostatnio spałem. 

Wiedział,  e Madison nie zrozumie dowcipu i starał si  ukry  swoje 

zakłopotanie. Był do tego stopnia onie mielony bezpo rednio ci  dziewczyny,  e 

zapragn ł nawet, aby pojawili si  kanibale. Usiłował zmieni  temat. 

- Gdzie si  podziali wszyscy lokatorzy Arki? - zapytał. 

- Nigdy nie ruszali si  st d - odparła Madison i zamilkła. 

Paul poczuł si  jeszcze bardziej onie mielony. Wzruszył ramionami, cho  

nadal nie mógł wyzby  si  tego uczucia. Przeło ył schmeissera z r ki do r ki i 

znów przyło ył ucho do bramy. 

- Madison, gdyby my mieli go ci, mog  by  zbyt zaj ty, aby ogl da  si  za 

siebie. Uwa aj na to, co si  b dzie działo za moimi plecami. 

- Dobrze - odparła dziewczyna. Paul znów wzruszył ramionami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

133 

Rozdział 54

 

 

John Rourke, biegn c w dół korytarza, wci  gło no my lał. Michael i Natalia 

biegli tu  za nim. Na skrzy owaniu skr cili w lewo. 

- Zastanówcie si  przez chwil . Skoro na zewn trz grasowali ludo ercy, 

Ministrowie i członkowie Rodów, nie zgodziliby si  na wydalenie własnych zwłok 

z Arki. Nikt z nich nie chciałby, aby zjedzono jego ciało. Załó my,  e ju  sto lat 

temu mo liwa była bezpieczna wymiana powietrza poprzez szyby wentylacyjne. 

To wyja nia dlaczego przenie li arsenał z piwnic do magazynu. Piwnice s  

dostatecznie szczelnie zamykane, by mogły słu y  członkom Rodów jako pewnego 

rodzaju katakumby. Kiedy m , ich  ona, albo dziecko umierało, czy nie pragn li 

zapewni  im nale ytego pochówku? 

- Gdzie jest wej cie do piwnic? - Z lekk  zadyszk  zapytała Natalia. 

Rourke zdawał sobie spraw  z tego,  e jego oddech mimo wysiłku jest 

równomierny. Podobnie było z Natali . Na otwartej przestrzeni z powodu 

rozrzedzenia atmosfery oboje m czyli si  du o szybciej. Tymczasem organizm 

Michaela przez pi tna cie lat zdołał si  przystosowa  do nowych warunków. Ale 

w Arce, gdzie funkcjonowała klimatyzacja, powietrze było zbli one do tego jakie 

nigdy  było na powierzchni Ziemi. Rourke-junior miał trudno ci z oddychaniem. 

Zatrzymali si  w połowie korytarza, który przemierzali po raz pierwszy. John 

wyt ył wzrok, aby zobaczy , co znajduje si  na drugim ko cu. Przej cie 

zamykała du a stalowa brama. 

- Piwnice - szepn ła Natalia. 

Michael szedł dalej wolnym krokiem i dalej na głos prowadził swe 

rozwa ania: 

- Je li dowiedzieli si ,  e udało nam si  dosta  do  rodka Arki, wiedz ,  e 

brama zamykaj ca wylot szybu wentylacyjnego jest uszkodzona. W obawie przed 

kanibalami mogli... 

-  yli w ci głym strachu - zauwa yła Natalia. 

-... zamkn  si  tam na wieki, jak na d entelmenów przystało, stary Minister i 

cała jego ekipa. - Rourke doko czył zdanie za syna, chocia  Michael miał na 

my li co innego. Potem John zdj ł z ramienia karabin M-16 i odbezpieczył bro . 

Spojrzał na syna i, ni st d, ni zow d, zapytał: 

- Czy kanibale mieli zamiar zgwałci  Madison? 

- Nie - wykrztusił Michael. 

- Czy Madison mówiła ci, dlaczego nie została nało nic ? 

- Nie. Co to u diabła ma wspólnego z piwnicami? - zapytał Michael nieco 

zirytowany. 

- Jeszcze nie wiem, dopiero si  nad tym zastanawiam. To wszystko. Zapomnij 

o tym - powiedział Rourke i skierował si  w stron  bramy. ”Je li nic nie było z 

Madison...” - my lał i nagle przypomniał sobie,  e podczas walki z kanibalami 

zauwa ył,  e wszyscy byli wykastrowani. Zatrzymał si  na ko cu korytarza. Miał 

na r kach grube, skórzane r kawiczki, ale wolał nie ryzykowa . Wyci gn ł z 

pochwy nó  i przyło ył ostrze do bramy. Nie było iskrzenia. Nast pnie, ko cem 

lufy karabinu M-16, dotykał pokr teł z cyferkami na klamkach. Obie r ce 

trzymał na kolbie, która była z tworzywa sztucznego. Nic nie wskazywało na to, 

background image

 

134 

e wej cie do piwnic było pod napi ciem. John spojrzał na prawo. W niszy 

zobaczył dwuskrzydłowe wahadłowe drzwi, które otwierały si  zarówno na 

zewn trz jak wewn trz. Klamki obu skrzydeł były ciasno zwi zane ła cuchem. 

Ko ce ła cucha spinała kłódka. 

- Natalio, tobie przypada zadanie otwarcia bramy do piwnic. Ty, Michael, 

osłaniaj j . Zawołajcie mnie, kiedy sko czycie. 

- Dok d idziesz? - zawołał Michael. - Co u diabła... 

- Rób, co ci mówi  - odparł Rourke i oddali si  na odległo  pi dziesi ciu 

kroków. Po chwili zatrzymał si  i stan ł twarz  do dwuskrzydłowych drzwi. 

Przyło ył kolb  karabinu M-16 do ramienia, wycelował w kłódk  i strzelił. 

- Co u diabła... - zawołał Michael. Rourke spudłował. 

- Nic, niewa ne - rzekł John. Wzi ł poprawk  i strzelił jeszcze raz. Ła cuch 

drgn ł, ale kłódka nie pu ciła. 

- Je li chcesz zerwa  ła cuch - zawołał Michael do ojca - to wystarczy mi to 

powiedzie . 

- Masz racj . Chyba poniosły mnie nerwy. Poka  wi c, co potrafisz t  swoj  

armat . 

Michael zbli ył si  do niego i stan ł u jego boku. Wyci gn ł przed siebie 

magnum. 

- Zatkaj uszy, Natalio! - zawołał Rourke. 

Z nierdzewnej niklowanej lufy posypały si  iskry, a rewolwer, mimo  e 

Michael trzymał go obur cz, odskoczył do tyłu. Michael obejrzał cel i znowu 

nacisn ł spust. 

- Gotowe - o wiadczył, zdmuchuj c pył z lufy. Rourke opu cił r ce z uszu. 

- Nie wdawaj si  nigdy w strzelanin  w zamkni tym pomieszczeniu. Huk 

wystrzału mógłby uszkodzi  ci b benki. 

- Co takiego? - zawołał Michael. - Nic nie słysz ! 

Po chwili u miechn ł si  do ojca. Rourke udał,  e chce go uderzy  pi ci . 

Michael wykonał unik i wybuchn ł  miechem. 

John ruszył w kierunku dwuskrzydłowych drzwi. Zbli aj c si  do nich, miał 

mieszane uczucia. Kłódka była rozbita. Cieszył si ,  e ma takiego syna jak 

Michael, ale na my l o tym, co mo e znale  po drugiej stronie ogarniało go 

przygn bienie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

135 

Rozdział 55

 

 

Rourke stan ł na  rodku pokoju. Był sam. Mimo nalega  syna nie pozwolił 

mu wej  do  rodka. Od razu poznał,  e biurko, które miał przed sob , słu yło 

jako stół operacyjny. Do biurka na ruchomym przegubie przymocowana była 

taca. Rourke odchylił prze cieradło, które je zakrywało. Skrzywił si  na widok 

tego co tam le ało i zaraz przykrył. Zamkn ł oczy. Ministrowie mieli na sumieniu 

wi cej zbrodni ni  przypuszczał. Odwrócił si  z zamiarem opuszczenia sali, ale 

jego wzrok przykuła szklana gablota, która stała pod  cian  obok drzwi. 

Zbli ył si , aby lepiej si  jej przyjrze . Na górnej półce stał mo dzierz z 

tłuczkiem. Był w nim biały proszek. Pozostałe dwie półki były puste. Rourke 

przypomniał sobie to, co mówiła Madison,  e chorym, którzy nale eli do słu by 

nigdy nie podawano lekarstw. Michael po rozmowie z najstarszym Ministrem był 

przekonany,  e w Arce wszelkie zabiegi lekarskie, maj ce na celu ratowanie  ycia 

były niedozwolone. Rourke zastanawiał si  i przez chwil  i stwierdził,  e Minister 

nie kłamał. Sala operacyjna słu yła zupełnie innym celom. Potrz sn ł głow  i 

wyszedł. Natalia pracowała jeszcze nad znalezieniem kombinacji do otwarcia 

zamka szyfrowego. Kl czała, odwrócona do niego tyłem, przykładaj c ucho do 

pokr tła z cyferkami. Podszedł do niej. Czuł si  bardzo znu ony. 

- Kiedy sko czysz, podejd  tu do mnie, Natalia. Potrzebuj  ciebie. - Rourke 

patrzył na kobiet . 

Rosjanka oderwała wzrok od zamka szyfrowego i spojrzała na niego. Ich 

spojrzenia spotkały si . Natalia wstała, strzepn ła kurz ze spodni i podeszła do 

niego. Poło yła mu dłonie na ramionach. Rourke oparł głow  o jej czoło. 

- My lałem,  e to ju  koniec. - Jego głos brzmiał inaczej ni  zwykle. - 

Najpierw tak my lałem. To wszystko jest szale stwem. Karamazow zgin ł. 

Zabiłem Ro diestwie skiego. Czy nie miałem prawa spodziewa  si  powrotu do 

normalno ci? Sama powiedz. Tymczasem pojawili si  ludo ercy. 

Natalia obj ła go. Rourke poczuł na szyi miły dotyk jej ciepłych dłoni. 

Westchn ł i powiedział: 

- Jakie to  ycie jest skomplikowane... - Przytulił mocniej Natali  do siebie. - 

Okropnie skomplikowane! 

- Tato, co ci jest? - zapytał Michael. 

Rourke westchn ł gł boko, spojrzał na syna i na kobiet , wobec której nie 

umiał ukrywa  swych uczu . 

- W tamtym pokoju urz dzono prowizoryczn  sal  operacyjn . Znalazłem 

tam przyrz dy, jakich u ywa si  tylko do jednego celu. Co wi cej: odkryłem,  e 

wbrew oficjalnie ogłoszonym zakazom Ministrowie wytwarzali jakie  pigułki. 

Prawdopodobnie mieli ich spory zapas, a teraz półki s  puste. Je li chcemy 

wiedzie , co stało si  z mieszka cami Arki nie pozostaje nam nic innego, jak 

otworzy  t  bram . 

- Rozszyfrowałam ju  kombinacj , wystarczy tylko... 

- Nie chc , aby cie tam wchodzili - przerwał jej John. - Pójd  sam. 

- Jestem w stanie znie  widok... 

- Nie - powiedział stanowczo John. - Prosz  ci , zosta  tu. - Cofn ł si  o krok i 

pocałował j  w czoło. 

background image

 

136 

Nacisn ł klamk . 

- Zapomniałe  karabinu, tato - zauwa ył Michael. Rourke pokr cił przecz co 

głow  i pchn ł bram . Drzwi rozchyliły si  ze zgrzytem. 

- Nie wchod cie do  rodka. - Szepn ł i przest pił próg. Wewn trz piwnicy 

wieciły  arówki. 

Na podłodze le ało około stu osób - w ród nich było siedmiu m czyzn w 

garniturach, krawatach i czerwonych kapciach. U boku ka dego m czyzny 

le ała kobieta w wytwornej sukni, takiej, jakie przed pi cioma wiekami nosiły 

kobiety z wy szych sfer. Czerwone kapcie, które miały na nogach, nie pasowały 

do ich strojów. Razem z rodzicami le ało kilkoro dzieci w modnych ubraniach 

sprzed pi ciuset lat i małych czerwonych kapciach. Rourke powiódł wzrokiem po 

pozostałych siedemdziesi ciu pi ciu osobach. Wszystkie miały na nogach szare 

kapcie. M czy ni ubrani byli w zwykłe białe koszule, kobiety natomiast w 

swoich szarych strojach wygl dały jak robotnice. Dzieci w szarych kapciach 

ubrane były podobnie. Rourke wyliczył,  e brakowało siedmiu m czyzn z 

Rodów. Nie było tych, którzy eskortowali Michaela na zewn trz Arki. John 

domy lił si ,  e i oni nie  yli. Wszyscy w piwnicy równie  byli martwi. Rourke 

ukl kł obok małego chłopca z kasty słu cych - potomka dawnych panów Arki, 

za spraw  których, to wszystko si  zacz ło. Dotkn ł r k  jego twarzy. Zwłoki 

spoczywały oparte o plecy m czyzny. Młoda kobieta uło yła głow  na jego 

kolanach. John zamkn ł chłopcu oczy. 

- Tato! - dobiegło go wołanie. 

Nie ogl daj c si  za siebie, zawołał: 

- Zosta  na zewn trz z Natali , synu. 

Po chwili wstał. Rozejrzał si  po piwnicy i ruszył przed siebie, potykaj c si  o 

dziesi tki trupów. Miejscami przystawał i pochylał si  nad zwłokami dziecka albo 

kobiety, aby si  upewni . Jednak nikt nie  ył. Odnalazł ciało starego Ministra, o 

którym mówił Michael. Rozpoznał go po ła cuczku wystaj cym z kieszeni 

gamitura. Rourke wyci gn ł ła cuszeszk, wprawiaj c go w ruch wahadłowy. 

Przygl dał si  mu przez chwil  po czym pochylił si  nad ciałem prezesa i wło ył 

kluczyk z powrotem do jego kieszeni. Zanim wyprostował si , zamkn ł mu oczy. 

Nast pnie skierował si  do najsłabiej o wietlonego skrzydła piwnicy. W półmroku 

dostrzegł stosy worków poukładanych rz dami jeden przy drugim. Kształt i 

rozmiary płóciennych worków nie pozostawiały  adnych w tpliwo ci co do ich 

przeznaczenia. Spoczywały w nich całe pokolenia członków Rodów. Rourke 

obejrzał si  w stron  starego Ministra. 

- I po co to wszystko? - wyszeptał. 

Nie oczekiwał,  e kto  mu odpowie. Nie chciał usłysze  odpowiedzi. Skierował 

si  ku wyj ciu. Przy bramie le ały, wsparte o  cian , zwłoki ładnej kobiety. 

Przystan ł i pochylił si , by i jej zamkn  oczy. Spostrzegł,  e miała zniszczone od 

ci kiej pracy r ce. ”Je li to była kara za grzechy jej przodków - my lał John. - 

Je li ona...” Zaraz odp dził od siebie t  my l. 

- Niech to wszyscy diabli! - zakl ł i opu cił piwnic , aby powróci  do  ywych.

 

 

 

 

 

background image

 

137 

Rozdział 56

 

 

- Oni wszyscy nie  yj . Masowe morderstwo albo masowe samobójstwo. Nie 

jestem pewien, co o tym my le  - powiedział Rourke do syna i Natalii, kiedy szli 

korytarzem, prowadz cym do piwnic. - W sali operacyjnej przprowadzano 

kastracj . Domy lam si  dlaczego. Kiedy Ministrowie zorientowali si , jakie były 

skutki wydalania ludzi na zewn trz, usiłowali wpłyn  na zmniejszenie liczby 

lokatorów uniemo liwiaj c im rozród. Kastrowali m czyzn, aby ograniczy  

liczb  osób, które musiały odej . Dlatego w ród kanibali widzieli my tylko 

m czyzn. Kobiety nie były im potrzebne, bo jako istoty słabsze, gin ły pierwsze. - 

Rourke spojrzał na Natali . - Nawet gdyby udało si  kobiecie wyrwa  z dybów, 

bez broni i znajomo ci techniki walki wr cz w starciu z kanibalami nie miałaby 

adnych szans. 

- Niezupełnie si  z tob  zgadzam - odparła Natalia. Rourke uj ł j  za r k . 

- Kanibale mieli jednak na tyle zdrowego rozs dku,  e kiedy ich szeregi 

zaczynały topnie , pozwalali niektórym przył czy  si . Mieli my tu do czynienia 

ze sztuczn  regulacj  przyrostu naturalnego, zarówno na zewn trz jak i 

wewn trz Arki, chocia  na zewn trz był to proces wtórny. Powiedziałe  mi - John 

obejrzał si  na syna -  e kilku ludo erców wołało do ciebie co  po angielsku. To 

potwierdza moje domysły. Oni prawdopodobnie całkiem niedawno przył czyli si  

do plemienia, wi c nie utracili jeszcze zdolno ci mówienia. Nie maj   adnej 

wioski. Prowadz  koczowniczy tryb  ycia.  yj  z tego, co daje ziemia, licz c na 

to,  e zostan  im zło one nowe ofiary. Dotychczas nigdy si  nie zawiedli. Nigdy. 

Teraz czeka ich  mier  głodowa. Ci, spo ród nich, którym mimo wszystko uda si  

przetrwa , umr   mierci  naturaln . Za dziesi  mo e dwadzie cia lat nie 

pozostanie po nich  aden  lad. To b dzie tak, jakby kanibale nigdy nie istnieli. 

Kiedy społeczno  Arki podzieliła si  na dwie klasy, zaprzepa ciła swoje szans  

na przetrwanie i ponown  kolonizacj  Ziemi. Ich system nie wytrzymał dłu ej ni  

pół tysi clecia. Wygin li wszyscy, z wyj tkiem Madison. Trudno si  pogodzi  z 

my l ,  e nie mo emy ju  nic dla nich zrobi . By  mo e wła nie w tej chwili 

ostatni kanibale usiłuj  wtargn  do Arki. Garstka ludzi z ich plemienia potrafi 

jeszcze porozumie  si  po angielsku. Lecz tak rzadko rozmawiaj  mi dzy sob ,  e 

wkrótce zapomn  ludzkiego j zyka. Mogliby my zapobiec ich degeneracji, ale nie 

s dz , aby nam na to pozwolili. 

- Czy naprawd  nic si  nie da dla nich zrobi ? 

- Los ludo erców jest przes dzony. Ich tryb  ycia, rytuały, przyzwyczajenia, 

wszystko nastawione jest na branie ludzkich ofiar, a tego ju  nie da si  zmieni . - 

Rourke zatrzymał si  i odwrócił do bramy. Była zamkni ta. Zatrzasn ł j  za 

sob , kiedy wychodzili. Wzi ł od Michaela rewolwer i rozbił pokr tło z 

cyferkami. Teraz nikt nie zdołałby jej otworzy  bez u ycia materiałów 

wybuchowych. - Zabierzemy st d to wszystko, co mo e nam si  przyda . Musimy 

maksymalnie wykorzysta  ładowno  motocykli. Nie chciałbym tu ju  nigdy 

wraca . 

- Madison mówiła mi,  e istnieje kilka wyj  z Arki, ale nie potrafiła mi ich 

pokaza . 

background image

 

138 

- Warto b dzie ich poszuka . Je li uda nam si  opu ci  Ark  inn  drog , mo e 

unikniemy ponownego starcia z kanibalami. Bardzo bym si  z tego cieszył - rzekł 

John. 

Natalia spojrzała na niego i skin ła głow  porozumiewawczo. 

- Zgoda - powiedziała. 

- Id . Dosy  ju  było zabijania. Czekajcie na mnie w arsenale. Tylko b d cie 

ostro ni. 

Rosjanka odwróciła si  i ju  miała odej , gdy Rourke przytrzymał j  za 

rami . Odwróciła głow  i spojrzała na niego. 

- Wracaj za godzin  albo i pr dzej. Je li... 

- Zgoda - przerwała mu Natalia. - Zobaczymy si  za godzin . - Uniosła lew  

r k , zerkaj c na złotego damskiego rolexa i ruszyła ku rozwidleniu korytarzy. 

Rourke skin ł r k  na syna. 

- Chod . Jeste  młody i silny. Zało  si ,  e potrafisz od razu 

przetransportowa  wszystk  bro  do motocykli - za artował, i poklepał syna po 

plecach i ruszył w stron  arsenału. Michael pod ył za nim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

139 

Rozdział 57

 

 

Natalia czuła si  bardzo zm czona. Długa podró  przez góry w rozrzedzonej 

atmosferze, mocno nadw tliła jej siły. Lecz dziewczyna nie poddawała si . 

Zmusiła si  do biegu. Szybkim truchtem dobiegła do sali konferencyjnej. Weszła 

do  rodka, trzymaj c obur cz karabin gotowy do strzału. Stan ła naprzeciwko 

długiego stołu i powiodła spojrzeniem po  cianach po czym przeszła na drug  

stron  sali, mijaj c otwarty sejf. Spojrzała na  cian , któr  pokrywały malowidła. 

Dobrze znała tego rodzaju pomieszczenia. Obracała si  w centrum operacyjnym 

Kremla i Waszyngtonu, sypiała w hotelach dla biznesmenów w Nowym Jorku i 

Zurychu. Takie pokoje zawsze miały tylne wyj cia. 

- Zawsze - wyszeptała. 

Przyst puj c do ogl dzin tynku, nie mogła pozby  si  my li o Rourke'u. 

Udzieliło si  jej przygn bienie Johna. On zawsze walczył o to,  eby zmieni   wiat 

na lepsze, chciał wykorzeni  wszelkie zło. Przy tym miała wra enie,  e zawsze 

uwa ał j  za naiwn . U miechn ła si  na sam  my l. Chocia by to co teraz robiła, 

wiadczyło,  e nie była realistk . Wiedziała,  e zło jest nieodł cznym składnikiem 

ycia podobnie jak i dobro. Przesun ła dłoni  po  cianie i nagle znieruchomiała. 

Natrafiła na szczelin . Wydobyła bali songa. Nacisn ła przycisk na r koje ci. 

Ostrze z trzaskiem wysun ło si  do przodu. Ostro nie zacz ła skroba  tynk, 

usiłuj c odsłoni  szczelin  na całej długo ci. Kiedy sko czyła, ukl kła i wytarła 

ostrze spr ynowca o dywan. U miechaj c si  przebiegła wzrokiem szpary. 

Widziała wyra nie zarys drzwi. Schyliła si  i przyło yła głow  do podłogi. 

Szczelin , pomi dzy  cian  a podłog  przepływał strumie  powietrza. Odnalazła 

drugie wyj cie. Spojrzała na zegarek. Do czasu wyznaczonego na zbiórk  

pozostało niewiele ponad pół godziny, a Natalia musiała jeszcze wykona  drug  

cz  zadania. Nie była pewna, po której stronie były osadzone drzwi w 

zawiasach. Musiała znale  jaki  sposób, by je otworzy .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

140 

Rozdział 58

 

 

Rourke wraz z synem zabrali z arsenału tyle broni, ile dało si  załadowa  na 

trzy motocykle. Karabiny M-16 pozostawili. W Schronie mieli ich pod 

dostatkiem. Ogółem wynie li sze  karabinów Steyr 550. Poza tym naboje do 

karabinów snajperskich, pudełka z amunicj  do magnum 44 Michaela i 

dziewi cio-milimetrowe naboje do parabellum Paula Rubensteina, które pa-

sowały równie  do walthera P-38, jakim strzelała Natalia. Zabrali tak e pół 

tuzina pudełek z nabojami 380 acp do pk/S american z my l  o Tiemerownej, 

która podczas decyduj cego natarcia na baz  Womb u ywała wła nie takiej 

broni. Oprócz karabinów załadowali na harleya tak e jednego sze ciocalowego 

pythona, ale Rourke rozmy lił si  i wrócił do gablotki po drugiego. ”Mógł 

spodoba  si  Annie a je eli nie, warto było mie  tak  bro  w rezerwie” - pomy lał 

John. Wysłał syna z ostatnim ładunkiem amunicji, a sam pospiesznie zacz ł 

zabezpiecza  bro , której Paul i Natalia nie zd yli jeszcze rozbroi . Aby j  

ponownie uczyni  zdatn  do u ytku, potrzebne były specjalne umiej tno ci, 

jakich - Rourke był tego pewien - ludo ercy nie posiadali. Odło ył ostatni 

rewolwer do gablotki. Zdemontowan  iglic  wło ył do podr cznej torby. Nagle 

dobiegł go zgrzyt klamki. Odwrócił si  i błyskawicznie wydobył z kabury 

detonika. 

Brama uchyliła si . W progu stała u miechni ta Natalia. 

- Znalazłam tylne wyj cie - powiedziała. - Prowadzi na zewn trz przez szyb 

wentylacyjny. Wygl da tak, jakby nigdy nie było u ywane. Udało si  otworzy  

luz  i znalazłam si  na wschodnim stoku góry. Łatwo stamt d zjecha  w dolin . 

Wdrapałam si  na wierzchołek, aby si  rozejrze  po okolicy. Kiedy znajdziemy 

si  na dole, powinni my jecha  na południe a potem o jeden dzie  drogi od Arki 

skr ci  na wschód. W ten sposób przetniemy szlak, którym tu przyjechali my. 

Szosa jest dobra. Mo e pozwoli nam zaoszcz dzi  kilka godzin. 

-  wietnie si  spisała  - rzekł Rourke. 

- Wiem co teraz powiesz - przerwała mu Natalia. - Powiesz: ”Id , zaprowad  

Michaela, Paula i Madison do wyj cia. Ja do was doł cz ”. Nie mam racji? 

- W zupełno ci - odparł Rourke. - Gdzie jest tylne wyj cie? 

- Prowadzi przez sal  konferencyjn . Właz zakrywały freski. Rourke 

skierował si  do bramy, ale po chwili zatrzymał si  i wzruszył ramionami. 

- Rozmy liłem si  - powiedział. - Pójdziemy po nich razem. Chod . - Wzi ł 

Natali  za r k  i razem opu cili arsenał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

141 

Rozdział 59

 

 

- Madison pokazała mi hydroelektrowni  zasilaj c  Ark . To cud,  e jeszcze 

działa. Nikt nie zatroszczył si  o to, aby nasmarowa  turbiny i niektóre zespoły 

prze arła rdza. Przypuszczalnie jeszcze przed ko cem tego roku zabrakłoby w 

Arce pr du, a generator rezerwowy pokrywa gruba warstwa kurzu - opowiadał 

Paul id c za Johnem i Natali . 

Rourke przytakn ł i skr cił w prawo do korytarza, który prowadził prosto do 

sali konferencyjnej. Obejrzał si , aby si  upewni , czy wszyscy s . Paul prowadził 

swojego harleya tu  za nim. Michael szedł na ko cu, prowadz c niebieski 

motocykl. Trzeci  maszyn  prowadziła Natalia. Rourke i dziewczyna Michaela 

eskortowali pochód. 

- Kiedy b dziemy ju  na zewn trz, ty, Natalia, pojedziesz pierwsza i wska esz 

nam drog . Ja na wszelki wypadek poczekam przy  luzie. B d  was osłaniał, 

dopóki si  nie oddalicie - powiedział Rourke stanowczym głosem i zatrzymał si  

przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Pu cił Natali  przodem i poczekał a  Paul, 

Michael i Madison, znajd  si  w  rodku. 

- Teraz mo esz by  spokojna - powiedział do Madison. - Najgorsze mamy za 

sob . Zobaczysz,  e Michael to całkiem fajny chłopak. 

- Ale co stanie si  z Ark ? To przecie  był mój dom. 

- Teraz si  tym nie przejmuj. Najwa niejsze,  e jeste  bezpieczna. 

John oparł si  o blat stołu i patrzył na Natali , która otwierała wej cie do 

szybu wentylacyjnego. Paul jej pomagał. Natalia odwróciła si  i powiedziała: 

- Wygl da na to,  e jest tu ciasno, ale mo ecie schodzi  bez obaw. Potrzebne 

s  jednak dwie osoby, aby przenie  motocykle przez progi  luzy, zarówno tutaj, 

jak i przy wylocie szybu. 

- Musicie sobie jako  poradzi  - stwierdził Rourke - Tylko b d cie ostro ni. 

Natalia u miechn ła si  do niego. John podszedł do niej i pomógł jej przenie  

harleya przez próg. 

”Właz szybu wentylacyjnego przypominał luk okr tu podwodnego” - 

przemkn ło mu przez głow . Niewykluczone,  e Mecenas zakupił cz ci do 

budowy Arki ze stoczni, gdzie było ich w nadmiarze, albo zlecił ich wykonanie 

zakładom przemysłu okr towego. 

Motocykl Natalii był ju  wewn trz szybu. Rourke pomógł Paulowi przenie  

jego maszyn . Rubenstein zawołał: 

- Zaczekaj z motocyklem Michaela. Nie ma tu zbyt du o miejsca. Mogliby my 

tu utkn  na zawsze. 

- W porz dku - odparł Rourke i zwrócił si  do syna i Madison: - Teraz kolej 

na was. 

Nagle dobiegł go z korytarza jaki  dziwny odgłos, tak cichy,  e prawie 

niesłyszalny. Ale John miał dobry słuch i był wyczulony na wszelkie d wi ki, 

które, w jaki  sposób, nie pasowały do otoczenia, w którym si  znajdował. 

Usłyszał ten odgłos po raz drugi. Tym razem rozpoznał gardłowe głosy kanibali. 

Przez zamkni te drzwi, nie mógł dokładnie oceni , gdzie si  znajdowali, ale na 

pewno byli ju  wewn trz Arki.

 

 

background image

 

142 

Rozdział 60

 

 

Michael przeprowadził dziewczyn  przez próg i raptownie odwrócił si . 

Rourke nie spodziewał si  tego. Był mile zaskoczony,  e syn tak pr dko zareaguje 

na niebezpiecze stwo. ”Szybko si  uczy” - przemkn ła mu przez głow  my l. 

Podbiegł do drzwi i zdj ł z pleców karabin. Rozchylił lekko jedno skrzydło drzwi 

i powiedział do syna: 

- Nie strzelaj. Musimy zachowa  cisz . Pozwólmy, aby nas szukali, dopóki 

wszyscy nie oddalicie si  na bezpieczn  odległo . Ty, Michael zabierz 

dziewczyn , wsad  na motocykl i jazda. 

- Zostan  przy tobie. Jestem... 

- Jeste  moim synem - doko czył za niego Rourke. - Powiniene  mnie słucha . 

Im wi cej nas b dzie, tym wi cej czasu zajmie wydostanie si  na zewn trz. Rób, 

co ci mówi . Nie zamierzam stercze  tu dłu ej, ni  b dzie to konieczne. Ty i Paul 

mo ecie jecha . Natalia zaczeka na mnie. Jedziemy na tym samym motocyklu. 

John Rourke szukał w pami ci wyrazu, który okre lał sposób, w jaki syn 

patrzył na niego. W jego br zowych oczach wyczytał du  sił  woli. ”Niezłomny” 

- pomy lał. 

Michael wyci gn ł r k  do ojca. 

- Tato... 

John  cisn ł prawic  syna i poklepał go po ramieniu. 

- Kocham ci , synu - powiedział. - A teraz jazda st d! Michael zarzucił mu 

ramiona i u cisn ł go, po czym odwrócił si  i pobiegł w kierunku  ciany z 

malowidłami. Stan ł przed bram . 

- Je li nie zjawisz si  na dole za pi  minut, Paul zabierze Madison, a ja wróc  

po ciebie, tato. 

Rourke u miechn ł si  do syna i odparł: 

- Dobrze, ale teraz ju  id . 

Michael wszedł do szybu i sprowadził motocykl do wyj cia. Rourke ustawił 

karabin na ogie  ci gły. Nasłuchiwał. Podwin ł prawy r kaw kurtki i zerkn ł na 

fosforyzuj c  tarcz  rolexa. Zamierzał czeka  trzy minuty. Obliczył,  e tyle czasu 

wystarczy synowi, aby sprowadzi  motocykle na dół. Si gn ł do kieszeni 

wiatrówki po cygaro. Wło ył je do ust i  cisn ł lekko z bami. Odgłosy w 

korytarzu stawały si  coraz gło niejsze. Usłyszał za sob  szybkie kroki. Odwrócił 

si  błyskawicznie i niemal od razu poci gn ł za spust. 

- Natalia! Co u diabła tutaj robisz? 

- Postanowili my z Paulem,  e tak b dzie najlepiej. Michael i Madison s  ju  

bezpieczni. Paul czeka na zewn trz przy motocyklach. 

Rourke potrz sn ł głow  i obrócił si  do drzwi. Natalia stan ła przy drugim 

skrzydle, opieraj c karabin o rami . 

- Kiedy si  zbli  - powiedział szeptem Rourke - wystrzel cały magazynek w 

rodek korytarza, a potem biegnij. Ja dogoni  ci  po chwili. 

- Zgoda. Kocham ci , John. 

- Ja te  ci  kocham. Jak my tak w ogóle mo emy  y ? Sam nie wiem. 

- Zobaczysz,  e mi dzy tob  a Sarah wszystko si  uło y. 

- Nie s dz , lecz ona pozostanie moj   on . 

background image

 

143 

- Rozumiem ciebie. Zawsze ci  rozumiałam. Nic nie mo e zmieni  tego, co do 

ciebie czuj . 

- Wiem - odparł Rourke. - Przykro mi. 

- Z powodu,  e jeste  taki jaki jeste ? Nie powinno ci by  przykro. Nigdy. 

Gdyby kiedy ... co  si  przytrafiło... wtedy b dzie nam przykro... Lecz nie  ycz  

nikomu nic złego. Moja miło  nie  da ofiar. Wierz mi. 

- Wierz  - wyszeptał. - Ciesz  si ,  e jeste  tutaj obok mnie. 

Nagle zauwa ył,  e na drugim ko cu korytarza co  si  poruszyło. Rozpoznał 

kanibala. Dzikus biegł w stron  sali konferencyjnej. 

- Nie strzelaj jeszcze - szepn ł John do Natalii. - Poczekaj, a  cały korytarz 

zapełni si  dzikusami. 

Rosjanka nie odpowiedziała. 

Rourke przeło ył M-16 z r ki do r ki i wyci gn ł z kabury ukradzionego w 

”słusznej sprawie” detonika. Odci gn ł kurek. Zjawiło si  jeszcze kilku kanibali. 

Po chwili korytarz zaroił si  od nich. 

- Teraz! - zawołał John i nacisn ł spust. Wystrzelił trzy krótkie serie. 

Tymczasem Natalia uchyliła drugie skrzydło drzwi i otworzyła ogie . Rourke 

zacz ł strzela . Pistolet przy ka dym strzale podskakiwał mu w dłoni. Skoszeni 

seri  kanibale padali na posadzk , upuszczaj c kamienne toporki. 

- Sko czyła si  amunicja! - zawołała Natalia. 

- Biegnij! B d  ci  osłaniał! 

Rourke wystrzelił ostatni  seri  z M-16. W magazynku zostały dwa naboje. 

Oddał dwa strzały z pistoletu i schował go do kabury, po czym wyj ł drugiego 

detonika. Strzelił kilkakrotnie do ludo erców, a potem powoli zacz ł si  cofa . 

Zbli ała si  nowa fala napastników. W ród nich było wielu rannych. Kurek 

pistoletu opadł z trzaskiem. Rourke odło ył bro  do kabury, potem wydobył zza 

pasa drug  par  detoników - t , któr  przywiózł ze Schronu. Kciukiem odci gn ł 

nierdzewne kurki. Zatrzymał si  na progu wej cia do szybu wentylacyjnego. 

Kanibale wła nie sforsowali drzwi do sali konferencyjnej i wtargn li do  rodka. 

Otworzył ogie  z obu pistoletów. Za ka dym poci gni ciem spust jeden dzikus 

padał martwy. 

Jeden magazynek był ju  pusty. Drugi opró nił si  w chwili, gdy John 

błyskawicznie odwrócił si  i wskoczył do szybu, zatrzaskuj c za sob  drzwi. 

Wsparł si  plecami o bram  i napierał na ni  całym ci arem ciała. Czuł silny 

nacisk od zewn trz. Zaparł si  mocniej nogami, ale kanibale pchali coraz silniej. 

Udało im si  uchyli  nieco bram , przesuwaj c jednocze nie Johna, który nie 

ust pował. Jeden z dzikusów wsun ł r k  pomi dzy bram  a futryn . Rourke 

dobył no a i przebił mu dło . Dobiegł go okrzyk bólu, po czym r ka cofn ła si , 

barwi c futryn  i ostrze no a na czerwono. Bagnet upadł na podłog . Z gł bi 

szybu usłyszeli głos Natalii: 

- John, biegnij. Mo emy ich zatrzyma  przy drugiej  luzie. 

Rourke schylił si  po nó  i rzucił si  do ucieczki. Wyskoczył z szybu, 

wykonuj c w powietrzu salto i wyl dował na skale, natychmiast wykonał szybki 

półobrót i przypadł do  luzy. Zaparł si  plecami o bram . Natalia równie  pchała. 

Al  nawet wspólnymi siłami nie udało im si  zatrzasn  bramy. 

background image

 

144 

- Paul! - Rubenstein ju  był przy nich. - Kto u diabła tak napiera na t  

bram ? 

- To tylko banda zdesperowanych dzikusów, którzy nie maj  nic lepszego do 

roboty. Sk d u nich taka krzepa, przy tak leniwym trybie  ycia, jaki prowadzili? 

Pchajmy! 

- To nic nie da - krzykn ła Natalia. 

Rourke obejrzał si  za siebie i mocniej  cisn ł cygaro w z bach. 

- Natalia, wł cz najpierw silnik motocykla Paula, a potem naszego. Paul, 

kiedy policz  do pi ciu, wskakuj na harleya i jazda w dół. - Tamt dy? Zbyt 

stromo. B dziemy musieli wjecha  na szczyt. Z drugiej strony stok jest 

łagodniejszy. 

- Słyszałe , co powiedziała? Wi c jazda na szczyt. Pojedziemy z Natali  tu  za 

tob . 

- Zatrzymam si  przed szczytem i b d  was osłaniał. 

- Niezły pomysł - przytakn ł Rourke. - Natalia, wł czaj silniki! Natalia 

przestała napiera  na bram . Rourke musiał mocniej zaprze  si  nogami. Po raz 

pierwszy przekonał si  bezpo rednio jak silna była Rosjanka pomimo szczupłej 

budowy ciała. Po chwili zaterkotał silnik pierwszego harleya. Silnik drugiego nie 

chciał zaskoczy . Natalia ci gle ponawiała prób  rozruchu. Bez rezultatu. Napór 

do wn trza wzmagał si . Wreszcie silnik drugiego motocykla zacz ł pracowa . 

- Biegnij, Paul, na co czekasz? 

- Miałe  policzy  do pi ciu. 

- Do diabła!- krzykn ł Rourke. - Raz, dwa, trzy, cztery, pi ! 

- Trzymaj si ! - Rubenstein odskoczył od bramy i pobiegł w stron  motoru. 

John przygl dał si , jak młody m czyzna usiadł na siodełku harleya i pomkn ł 

pod gór . 

- Jestem gotowa! - zawołała Natalia. 

Rourke spojrzał na ni . Siedziała na tylnym siodełku, trzymaj c w obu 

r kach karabiny wycelowane w bram . 

- Teraz! - zawołał Rourke i odskoczył od wrót, ale potkn ł si  i upadł. Brama 

otworzyła si  i z szybu wentylacyjnego zacz li wyskakiwa  kanibale. Rourke 

usłyszał, jak serie z karabinów bojowych przemkn ły nad jego głow . Wyczołgał 

si  z pola ra enia i wstał. Wskoczył na siodełko harleya i krzykn ł do Natalii: 

- Teraz! 

Schował pistolet za pas. Odgłosy strzelaniny urwały si  i naraz rozległy si  

gardłowe krzyki kanibali. Natalia zarzuciła karabiny na plecy i obj ła go. Rourke 

dodał gazu. Toporek rzucony w ich kierunku trafił w pró ni . Rourke zobaczył 

go k tem oka i zdołał unikn  w sam  por . Hałas harleya zagłuszył paplanin  

dzikusów. Motocykl szybko nabierał pr dko ci, coraz bardziej oddalaj c si  od 

Arki. Rozległ si  terkot broni maszynowej. To Paul Rubenstein strzelał ze 

schmeissera, skutecznie powstrzymuj c po cig. 

Rourke zrównał si  z przyjacielem. Paul dodał gazu i wyprzedził go. Jechali z 

du  pr dko ci . Dlatego te  szybko znale li si  na wierzchołku góry. 

- W lewo, pr dko! - krzyczała Natalia. 

background image

 

145 

Paul na czas usłyszał jej ostrze enie. Skr cił kierownic  i musiał wysun  lew  

nog , by przywróci  maszynie równowag . Motocykl ostrym łukiem przemkn ł 

po skalnej kraw dzi. 

- Dalej prosto i ostro w prawo. Potem ju  b dzie zjazd, Paul! - zawołała 

Natalia. 

Rourke skin ł głow  i wyprzedził Paula. Pomimo okularów 

przeciwsłonecznych mru ył oczy przed sło cem. Natalia krzykn ła: 

- Jeszcze dwadzie cia jardów i skr caj! John zwolnił. Natalia zawołała: 

- Teraz, teraz! 

Rourke przechylił harleya na praw  stron . Niewiele widział, ale ufał,  e 

Rosjanka dobrze go prowadzi. Nigdy dotychczas nie zawiódł si  na niej. 

Rozpoczynał si  zjazd. Teraz widział wyra nie szlak. Stok był dosy  stromy, ale 

szosa była wystarczaj co szeroka i płaska, by nie ryzykowa  złamania karku. 

Oba harleye równo sun ły w dół ku dolinie, która rozci gała si  przed nimi. 

Rourke zwolnił nieco, balansuj c motocyklem na zakr cie. Obejrzał si , by 

zobaczy  jak radzi sobie jego przyjaciel. Rubenstein jechał ich  ladem, 

zachowuj c bezpieczn  odległo . Kanibale zostali ju  daleko w tyle, poza 

zasi giem wzroku. Rourke odetchn ł gł boko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

146 

Rozdział 61

 

 

W dolinie zaczekali na Michaela i Madison. Szlak, jaki obrała Natalia, 

prowadził przez wierzchołek góry, ale chocia  był dłu szy, pozwalał na 

rozwini cie wi kszych pr dko ci. Michael tymczasem na niektórych odcinkach 

zmuszony był pieszo sprowadza  motocykl. Dalej jechali razem. Nie 

zatrzymywali si  w nocy. Ksi yc o wietlał im drog . Wszyscy chcieli znale  si  

jak najdalej od Arki i tych, których nazywano Nadliczbowymi. 

Nad ranem zatrzymali si  na mały posiłek. Madison wci  miała opory przed 

spo ywaniem mi sa i Michael musiał jej cierpliwie tłumaczy ,  e jej religia nie 

zabraniała jedzenia mi sa zwierz t gospodarskich czy dziczyzny. Mimo to, jak 

zauwa ył Rourke, zjadła niewiele. 

Potem zdrzemn li si . John, Michael oraz Paul zmieniali si  na warcie co dwie 

godziny. Około południa ruszyli w dalsz  drog . Nikt z nich nie my lał o obiedzie. 

Wszyscy chcieli czym pr dzej znale  si  w Schronie. Jednak zgodnie z 

dyrektyw  Johna kilkakrotnie zboczyli z kursu, aby sprawdzi  stan strategiczny 

rezerw paliwa i napełni  zbiorniki motocykli, po czym jechali dalej ustalonym 

szlakiem. 

John i jego syn powzi li w drodze postanowienie, od którego nie chcieli 

odst pi . Zamierzali powróci  na zalesiony obszar, gdzie Michael odnalazł 

spadochron, aby zlokalizowa  wrak samolotu oraz dowiedzie  si  czego  o jego 

macierzystej bazie. Te plany jednak odło yli na rok nast pny. 

Jechali przez cały dzie . Kiedy sło ce chyliło si  ku zachodowi, schron 

znajdował si  ju  w zasi gu ich wzroku. Był dwudziesty czwarty grudnia. 

Sarah zawsze pragn ła, aby w Bo e Narodzenie wszyscy byli szcz liwi, 

chocia  sama popadała wtedy w melancholi . John w wigilijny wieczór nie 

zamierzał pogł bia  tej melancholi. 

Min li skrzy owanie, gdzie szlak, który prowadził do Schronu, przecinał 

odcinek drogi o utwardzonej nawierzchni. Rourke podci gn ł prawy r kaw 

kurtki i zerkn ł na rolexa. Gdy tylko odsłonił zegarek, szkiełko pokryła biała 

warstwa szronu. Wytarł je o spodnie i przesłonił r k  tarcz , by lepiej widzie  

fosforyzuj ce wskazówki. Zbli ała si  północ. O  wicie ju  wkrótce zasi d  

wszyscy przy wigilijnym stole i b d   wi towa  we własnym domu. 

- Nasz dom... - wyszeptał sam do siebie. 

- John! - usłyszał za plecami głos Natalii. Zredukował pr dko  harleya. - 

Zatrzymaj si  na moment i spójrz tam, w gór . 

Rourke zwolnił jeszcze i zatoczył szeroko łuk, aby móc patrze  bez 

odwracania głowy, we wskazanym kierunku. Michael wraz z Madison zatrzymali 

si  przed nimi na długo  mnotocykla. Paul stan ł z lewej strony. 

- Jeste my prawie w domu, tato. Co si  stało? Rubenstein nagle wybuchn ł 

miechem i powiedział: 

- Zapomnieli my  yczy  im szcz liwego  wi ta Chanuka. Lecz ja mimo 

wszystko  ycz  wam wesołych  wi t Bo ego Narodzenia 

Rourke wyci gn ł r k  i poklepał przyjaciela po plecach. 

- Wesołego Chanuka, Paul. 

background image

 

147 

- Ja obchodz  je w maju, je li nie zapomnieli cie - powiedziała Natalia z 

u miechem. - Ale teraz spójrzcie wszyscy w gór . 

Zaczynał pada   nieg. Chmury nad nimi rozst piły si , odsłaniaj c 

gwia dziste niebo. Na firmamencie za wiecił jaki  ruchomy punkt. Po chwili 

dostrzegli jeszcze jeden i kolejny. Było ich całe mnóstwo. Wszystkie poruszały si  

w jednym kierunku. 

- Radio! Mo emy spróbowa  nawi za  z nimi kontakt! - zawołał Michael. 

- Co, na Boga, tak si   wieci! Chyba ”Projekt Eden” leci! - powiedział 

Rubenstein jednym tchem, wyra nie uradowany tym widokiem. 

- Tak - rzekł Rourke. - Lecz nie s dz , aby nasze radio mogło wysła  

wystarczaj co mocny sygnał. W ka dym razie warto spróbowa . 

Chmury poruszały si  szybko po niebie i wkrótce zakryły szczelin . Migoc ce 

obiekty na niebie przestały by  widoczne. Rourke stwierdził,  e gdyby atmosfera 

ziemska miała ten sam skład co przed katastrof  nuklearn , to prawdopodobnie 

w ogóle by ich nie zobaczyli. Je li były to wahadłowce ”Projektu Eden”, znaczyło 

to,  e astronauci, u pieni w kapsułach narkotycznych, dotarli do kra ców 

systemu słonecznego i po pi ciu wiekach powrócili na Ziemi . 

- Odnajdziemy ich, albo oni nas znajd  - powiedziała Natalia. 

”Czeka nas kolejna nieprzespana noc” - pomy lał John. Wiedział,  e b d  

wsłuchiwali si  w szumy i trzaski radiostacji, nadaj c i na przemian przeł czaj c 

si  na odbiór. Sam zamierzał wyj  na powietrze i, o ile pogoda na to pozwoli, 

obserwowa  niebo w nadziei,  e zobaczy, jak promy kosmiczne wchodz  w 

atmosfer  ziemsk . Był zbyt szcz liwy,  eby zastanawia  si , czy to zrz dzenie 

Opatrzno ci, czy te  zwykły zbieg okoliczno ci. Obrócił si  na siodełku i spojrzał 

Natalii w oczy. Pogładził j  r k  po policzku i po włosach potarganych przez 

wiatr. Miała zimne policzki. Mimo zm czenia u miechn ła si  do niego. 

- Wesołych  wi t, John.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

148 

Rozdział 62

 

 

Wszystko było gotowe. Skromny ekwipunek, jakim dysponował na wypraw , 

był ju  spakowany. Stare,  le zagojone rany nie mogły go powstrzyma . Potrafił 

szybko posługiwa  si  broni  - bardzo szybko. ”Lecz czy wystarczaj co szybko - 

zastanawiał si  - czy wystarczaj co szybko, aby pokona  Johna Rourke'a?” 

Przed oczyma stan ły mu wspomnienia z przeszło ci. Przypominał sobie, jak 

drogo musiał zapłaci  za gaz narkotyczny, o którym dowiedział si  z tajnych 

ródeł. Na krótko przed Noc  Wojny zdołał nawi za  kontakt z obsług  z 

”Projektu Eden”. Lecz zaszło nieporozumienie, w zbrojnym starciu został ci ko 

ranny. Zginałby, gdyby nie kilku wiernych mu ludzi opiekuj cych si  nim. 

Wydostali go z ruin i zapewnili najlepsz  opiek  lekarsk , jak  mo na było w tak 

trudnych warunkach zapewni , zachowuj c przy tym tajemnic . A kiedy stało si  

najgorsze, pomogli mu przetrwa . 

Zamkn ł oczy. Odczuł kłuj cy ból pod powiekami. Otworzył wi c oczy i 

spojrzał w niebo. Było Bo e Narodzenie. Nie zdołał na czas wr czy  prezentu, 

prezentu, który przynosił  mier . Musiał jeszcze poczeka . 

- Ju  niedługo - szepn ł. 

W bladym  wietle na horyzoncie rysował si  ła cuch gór i szczyt, na którym 

opracowywał cały swój plan. Tam wszystko si  zacz ło. Usłyszał skrzypienie 

niegu. Rozpoznał kroki i odwrócił si . 

- Melduj ,  e wszystko jest gotowe. Złapali my w radiu jakie  dziwne sygnały. 

Mo e to ju  czas. Słowa były niezrozumiałe, ale, po akcencie, wydawało mi si ,  e 

mówiono po angielsku. Nigdy dot d nie odebrali my tak mocnego sygnału. 

- A wi c to ”Projekt Eden”.  wietnie si  składa. 

- Nie ma pewno ci. 

- Ja jestem pewien. Kiedy ból przenikał ka d  tkank  mego ciała, czułem jak 

moje zmysły wyostrzaj  si , pogł biaj  moj  zdolno  percepcji oraz 

koncentracji. Wiem,  e to oni. Czułem ich obecno  zanim jeszcze o tym 

powiedziałe . Ruszamy. 

M czyzna, który stał naprzeciwko niego, ubrany w białe futro i narciarsk  

czapk , zasalutował. 

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku. 

Brn li przez zaspy.  nieg był nieskazitelnie biały, dopóki on, pułkownik nie 

postawił na nim, stopy, odciskaj c swój  lad. Podwładny szedł za nim st paj c po 

jego  ladach. 

”Tak b dzie równie  w nowym  wiecie, który zamierzam stworzy ” - 

pomy lał Ro diestwie ski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Document Outline