background image

 

 

 

Jerry Ahern  

 

 

Krucjata 

 

 

TOM 

12

 

 

 

Rebelia 

 

 

 

 

Przeło yła: Iwona Zakrzewska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Prolog 

 

John Rourke siedział w otwartych drzwiach ładowni helikoptera. Miejsce 

przy sterach zajmowała Natalia Tiemierowna. Wyra nie widzieli rysuj c  si  na 

horyzoncie sylwetk . ”Edena 2”. W odległo ci mili od nich leciał drugi helikopter, 

pilotowany przez Kurinamiego. Krople g stego deszczu nie ograniczały ju  

widoczno ci, tak  e bez trudu mogli go dojrze . Przy trzecim  migłowcu, 

znajduj cym si  na ziemi, stał dowódca statku kosmicznego ”Eden l”, a zarazem 

głównodowodz cy ”Projektu Eden” - kapitan Christopher Dodd. 

Pasy przewieszone przez lewe rami  Johna podtrzymywały karabin M-16. 

Dwa podobne, zabezpieczone przed przesuwaniem si , le ały w zasi gu r ki. 

W słuchawkach zabrzmiał głos Natalii: 

- John, ani  ladu jednostek Władymira. Nie ma te  innych  migłowców. 

- To dzi ki nazistom - skomentował Rourke. - Oby tak pozostało. 

”Eden 2” był coraz bli ej zaimprowizowanego pasa startowego. Wygl dało na 

to,  e tym razem obejdzie si  bez przykrych niespodzianek - jak dot d  aden 

sowiecki  migłowiec wyposa ony w nowoczesn  bro  pokładow  nie próbował im 

przeszkodzi , nikt nie usiłował ich zestrzeli . W pobli u nie kr ył płon cy 

helikopter z uwi zionym we wn trzu najbli szym przyjacielem Johna, Paulem 

Rubensteinem. 

Zarówno John z Natali  jak i Kurinami znajdowali si  na pokładach 

helikopterów skradzionych Rosjanom . Nie było to podyktowane wzgl dami 

bezpiecze stwa - u yli ich bardziej dla zasady ni  z konieczno ci. Tu  po 

wyładowaniu ”Edena l” Karamazow znikn ł, jakby rozpłyn ł si  w powietrzu. 

Od tego czasu nie odnotowano jakichkolwiek wrogich akcji. 

Rourke nie przytrzymywał r kami le cego na kolanach karabinu. Dłonie 

Johna wci  krwawiły, a ka de poruszenie sprawiało mu dotkliwy ból. 

Wstrz sn ł nim dreszcz. Strumie  powietrza wytwarzaj cego sił  no n  był 

lodowaty. Skórzana kurtka lotnicza nie chroniła przed zimnem. Nie zd ył 

wcze niej si  przebra ; przemoczone ubranie schło na nim teraz, pot guj c 

uczucie chłodu. U miechn ł si  nieznacznie - jako lekarz powinien bardziej dba  

o swoje zdrowie. 

Skupił uwag  na ”Edenie 2”. Ogłuszaj cy huk wskazywał,  e statek zwalnia, 

przekraczaj c barier  d wi ku. 

Spojrzał w dół. Dostrzegł podskakuj ce i wymachuj ce r kami figurki ludzi. 

To przebudzony personel ”Edena l” pozdrawiał nadlatuj cy prom. Z ziemi nie 

dochodziły  adne odgłosy, ale domy lał si ,  e rozbrzmiewaj  tam liczne okrzyki. 

Pewnie te  modlili si  w duchu o szcz liwe l dowanie statku. 

”Eden 2” sun ł teraz tu  nad lini  horyzontu. ”Czy nie jest za nisko?” - 

zaniepokoił si  Rourke. 

- Powoli... - wyszeptał. 

- Co, John? - odezwała si  Natalia. - Nic takiego. Mówiłem do siebie. 

- Mam nasłuch z ”Edena 2”Przeł cz  ich na inne pasmo. 

Usłyszał trzaski, gdy Natalia zmieniała cz stotliwo , potem w eterze rozległ 

si  głos Christophera Dodda mówi cego z ziemi: 

- W porz dku, Ralph. Powiniene  unie  dziób o par  stopni. 

background image

 

- Roger, Chris, ju  poprawione. Zmniejszani obroty. Schodz . 

Rourke zdał sobie spraw ,  e wstrzymuje oddech. Z wysiłkiem odwrócił 

wzrok od l duj cego promu. Rozejrzał si  po niebie, szukaj c  ladów 

nieprzyjaciela Na ”Edenie 2” znajdowały si  dwadzie cia trzy osoby. Oprócz 

trzech obsługuj cych prom wszyscy byli pogr eni w kriogenicznym  nie, w który 

zapadli dokładnie w chwili nastania Nocy Wojny, pi  wieków temu. 

”Dwadzie cia trzy osoby”. 

Nadal wstrzymywał oddech. Nieomal czuł zgrzyt wysuwanego podwozia, 

chocia  nie mógł go słysze . 

Znowu popatrzył na ziemi . Wydawało mu si ,  e widzi Sarah machaj c  

niebiesk  chustk . Zobaczył wyra nie Elaine Halwerson. Jej czarna twarz 

odcinała si  od reszty tłumu. 

”Eden 2” zwalniał. Pas startowy był wolny. Wcze niej od-holowano ”Edena 

l”, robi c miejsce dla nast pnego statku. 

Zwalniał... 

Koniec. Zatrzymał si . John gł boko odetchn ł. Kolejna grupa wyl dowała 

bezpiecznie. Prawie bezludna Ziemia znowu zyskiwała mieszka ców. Mo e uda 

si  co  odbudowa . 

- Po wszystkim - usłyszał szept Natalii w słuchawkach. 

Nie odezwał si .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Jim Hixon, lekarz pokładowy ”Edena l”, z pewno ci  znał swój fach. Gdy 

tylko powrócił do  ycia po długim okresie hibernacji, błyskawicznie zorientował 

si  w sytuacji. Zarz dziwszy dodatkow  transfuzj  dla Michaela, natychmiast 

zaj ł si  Paulem Rubensteinem. Sarah pełniła obowi zki piel gniarki. John, 

maj c zabanda owane obie r ce, nie mógł pomóc doktorowi. Słu ył mu jedynie 

jako konsultant. 

Hixon zdj ł banda e z jego r k. Obejrzał oparzenia i otarcia. John 

u miechn ł si , widz c rumieniec na twarzy Natalii, gdy Hixon chwalił sposób, w 

jaki opatrzyła jego rany. ”Ja nie zrobiłbym tego lepiej” - powiedział, po czym 

poprosił Natali  o ponowne zabanda owanie, co rozbawiło Johna. Sam, b d c 

lekarzem, wiedział,  e słowa te, chód wypowiedziane szczerze, zabrzmiały jak 

pusty komplement Lekarze rzadko wykonywali opatrunki i nigdy tak dobrze, jak 

piel gniarki. 

Deszcz ustał. Rourke wyszedł poza obr b obozu. Usiadł na szerokim, płaskim 

kamieniu, obok poło ył karabin. W umieszczonych pod pach  kaburach Alessi 

miał dwa nierdzewne pistolety typu Detonic kaliber 45 - zwane popularnie 

detonikami. Jego dłonie nie były w pełni sprawne, w tpił wi c, czy w razie 

potrzeby zdoła w por  wydosta  bro  z kabury. Za to maszynowy karabin C AR-

15 znajdował si  w zasi gu r ki. 

”Eden 2” wyładował w godzin  po tym, jak deszcz przestał pada . Przybycia 

czterech pozostałych promów kosmicznych spodziewano si  w ci gu najbli szych 

dwu dni. Wskutek nalega  Johna Dodd, Lerner i Styles zaj li si  

zorganizowaniem patroli maj cych zapewni  bezpiecze stwo. W ich skład 

wchodzili budz cy si  stopniowo pasa erowie promów. John, który jako jedyny 

spo ród członków ”Projektu Eden” przebywał ju  wcze niej w kriogenicznym 

u pieniu, zdawał sobie spraw  z ograniczonych mo liwo ci i nie najlepszej 

kondycji fizycznej niedawno obudzonych. Nawet Jim Hixon, operuj c Paula, 

musiał co jaki  czas przerywa ,  eby usi

 i odpocz . 

Pi  wieków zatrzymania funkcji  yciowych organizmu, bezczynno ci i 

bezruchu - ludzkie ciało wymagało czasu, aby powróci  po tym do pełnej 

sprawno ci. 

Rourke zapalił cienkie, ciemne cygaro. Trzymał je w zaci ni tych z bach, 

podrzucaj c zapalniczk  Zippo. W  wietle ksi yca mo na było prawie odczyta  

wygrawerowane na niej inicjały JTR. Chowaj c zapalniczk  do kieszeni, 

zaci gn ł si  gł boko dymem z cygara. Było dobre, jak wszystkie, które robiła dla 

niego Annie wiedz c,  e nie mo e si  bez nich oby . Chyba dlatego tak bardzo mu 

smakowały,  e stanowiły dzieło r k jego córki. Niezale nie od tego postanowił 

ograniczy  palenie. Nie wpływało to najlepiej na jego zdrowie, a przecie  idealna 

kondycja fizyczna jest mu niezb dna, szczególnie teraz, w nadchodz cym czasie. 

John zamy lił si . Próbował uporz dkowa  fakty. 

Michael powracał do sił dzi ki transfuzjom, a tak e, co musiał przyzna , jego 

własnym chirurgicznym umiej tno ciom. Rany Paula powinny si  równie  szybko 

zagoi , mimo  e był osłabiony znaczn  utrat  krwi. Obaj zreszt  mieli doskonał  

opiek . Michaela nie odst powała Madison - dziewczyna, któr  ocalił przed 

background image

 

ludo ercami, gdy ci otaczali Ark . Dzi  nosiła w łonie wnuka Johna. Nie mógł 

marzy  o lepszej piel gniarce dla Michaela. A Paul? U miechn ł si  w my li. 

Najlepszy przyjaciel Johna zostanie wkrótce jego zi ciem. Annie pozostanie przy 

Paulu, nawet je li miałoby to kosztowa  j   ycie. 

Jego dzieci - Annie i Michael - były teraz prawie w jego wieku. Dwadzie cia 

osiem i trzydzie ci lat. Biologicznie Rourke był za młody na ich ojca, jednak w 

rzeczywisto ci... U ycie komór kriogenicznych pozwalało na takie igraszki z 

natur  i czasem. 

Zwrócił si  my l  ku  onie. Od czasu, gdy asystowała przy operacji Paula, 

widział j  tylko raz, z daleka. A Natalia? Niegdy  torturowana przez m a, dzi  

dr czona widmem Karamazowa. Teraz starała si  doprowadzi  do porz dku 

karabiny 

M16 i 1911A1 z dwóch promów wchodz cych w skład ”Projektu Eden”. 

Nale ało zapewni  im prawidłowe funkcjonowanie po pi setletnim przebywaniu 

w czym  o konsystencji kosmolinii. 

My l o karabinach nasun ła mu pytanie, dlaczego autorzy ”Edenu” 

wyposa yli załogi promów w bro  starszego typu, kalibru 45. Przecie  w okresie 

bezpo rednio poprzedzaj cym Noc Wojny dokonano istnego przewrotu w 

dziedzinie uzbrojenia, szeroko zreszt  propagowanego. Skonstruowano wówczas 

doskonały pistolet Beretta, kaliber 9 mm. Im jednak dano do dyspozycji stare 

”czterdziestki pi tki”. W gruncie rzeczy był z tego zadowolony. Miał zapasy 

amunicji ACP 45, poza tym zawsze wolał wi kszy kaliber. 

Bliscy ludzie,  rodki przedsi wzi te dla ich obrony... Starzy i nowi 

nieprzyjaciele... 

Przypomniał sobie uzbrojone helikoptery naznaczone swastykami. Pojawiły 

si , gdy wraz z Sarah, Kurinamim, Madison i Elaine usiłował wybawi  z opresji 

Natali . Przyniosły nowego wroga. Chocia  tak naprawd  pochodził on z 

przeszło ci. 

Lecz najwi kszym i zarazem najstarszym wrogiem był ten, który zgodnie z 

wszelka logik  powinien ju  dawno nie  y . 

Rourke nigdy nie przebaczył sobie tego niedopatrzenia. Władymir 

Karamazow wydawał si  martwy pi  wieków temu, po strzelaninie na ulicach 

tego, co niegdy  było Atenami w stanie Georgia. Nie mógł sobie darowa ,  e nie 

posłał jeszcze jednej serii w głow  Karamazowa. Miałby wtedy pewno . 

Sam fakt,  e Karamazow  ył, stwarzał zagro enie. Lecz to,  e zdołał 

zgromadzi  wokół siebie silne wojska, niezmiernie zwi kszało niebezpiecze stwo. 

St d stra e, jakie wystawili Lerner, Dodd i Styles. Ale je eli siły powietrzne 

diabolicznego pułkownika miałyby powróci , có  John mógł im przeciwstawi ? 

Jeden helikopter prowadzony przez niego, drugi -pilotowany przez Kurinamiego 

i trzeci - Natalii. Trzy. Przeciwko ilu wrogim maszynom? 

Spogl daj c w pochmurne niebo, zastanawiał si , tak samo jak pi set lat 

temu, czy człowiek wsz dzie musi niszczy  samego siebie w takim szale czym 

zatraceniu. 

Obcy d wi k zm cił cisz . Nieznajomy głos zapytał: 

- Czy pan jest tym, którego słyszałem na falach eteru, Rourke? 

background image

 

John odczuł pal cy ból w r kach, gdy błyskawicznym ruchem rzucił si  na 

ziemi  i jednocze nie poderwał karabin maszynowy, mierz c w kierunku 

dochodz cego z ciemno ci głosu. 

- Poza pistoletem nie mam  adnej broni, sir. 

Spoza skał mo na było dostrzec jedynie zarys wyłaniaj cej si  sylwetki. 

Twarz mówi cego skrywał cie . 

- Przychodz  w pokojowych zamiarach, sir. 

- Kim, u diabła, jeste ? - sykn ł John. 

- Wasze obozowisko otaczaj  moi ludzie. Je eli odda pan cho by jeden strzał, 

nie unikniemy walki. B d  niepotrzebne ofiary. Porozmawiajmy najpierw, a 

potem, je li uzna pan to za konieczne, prosz  u y  swej antycznej broni. 

- Pytałem ju  raz: kim jeste ? Trzeci raz nie b d  powtarzał. - John przygryzł 

koniec cygara, nie spuszaj c z muszki postaci stoj cej mi dzy skałami. 

- Pułkownik Wolfgang Mann, oficer Ekspedycyjnych Sił Narodowo-

Socjalistycznych Wojsk Obrony. A pan? Kim pan jest oprócz tego,  e jest 

Johnem Rourke'em? 

John z trudem przełkn ł  lin , po czym odpowiedział: 

-  Po prostu John Rourke. Lekarz. Ja i moja rodzina znale li my si  tutaj, 

eby pomóc powracaj cym statkom kosmicznym. 

- Ile ich jest? 

- Wi cej ni  te dwa na ziemi. 

- Lubi  ludzi ostro nych. Czy mog  podej , sir? 

-  Niech pan trzyma r ce tak, abym mógł je widzie  - ostrzegł John. Chciał 

odło y  karabin. Czuł, jak banda e nasi kaj  krwi . 

Zbli aj cy si  m czyzna był wysoki. Poły długiego płaszcza si gały mu za 

kolana. Na głowie miał baseballow  czapk . 

Chmura przesun ła si , odsłaniaj c ksi yc, którego blade, szaroniebieskie 

wiatło padło na sylwetk  Manna, tak  e John mógł widzie  ja wyra nie. Twarz 

Niemca wygl dała jak wykuta z kamienia twardszego ni  granit. Nie dało si  

rozró ni  koloru oczu. Na bluzie munduru, widocznej spod ci kiego trencza, 

połyskiwały dystynkcje. 

-  Powiedział pan,  e jest pułkownikiem, a ja widz  standartenfuhrera SS - 

warkn ł Rourke. 

- Jak to mo liwe,  e rozpoznał pan t  rang ? Kim naprawd  pan jest? 

- Człowiekiem, który kiedy  ju  j  widział. - R ce Johna dr twiały z bólu, a 

banda e nasi kały krwi . 

-  aden  yj cy człowiek nie mógł tego widzie . Chyba  e jest jednym z nas. 

- Myli si  pan - łagodnie odpowiedział John. 

- Te statki kosmiczne... Czytałem o nich w ksi kach o historii dwudziestego 

wieku. Sk d one przybywaj ? 

- Z nieba - odrzekł John z u miechem. 

- Utrudnia pan spraw , henr doktor. - Jest pan nazist . Nie lubi  nazistów. 

- Ale to wła nie my ocalili my was, atakuj c sowieck  baz . Sk d 

pochodzicie? 

- Z tego samego mejsca, co wy. Cho  mo e nale ałoby raczej powiedzie : ”z 

tego samego czasu”. 

background image

 

- To niemo liwe. Miałby pan pi set pi dziesi t lat. Rourke znów si  

u miechn ł. 

- Nie ma to jak sprawno  fizyczna, witaminki i regularne wypró nienia. 

- Proces kriogeniczny, jak si  domy lam. Wi c naprawd  jest pan... 

- ...sprzed Nocy Wojny. 

- A pozostali? 

- Wszyscy, oprócz jasnowłosej dziewczyny. 

- A komuni ci? - zapytał Mann. 

- Jeden z nich pochodzi z mojego czasu. O reszcie nie mog  nic powiedzie . A 

pan? Sk d pan przybywa? 

- Przed ostateczn  wojn  supermocarstw nazywało si  to Argentyn . Przez 

pokolenia ukrywali my si  pod ziemi , dopóki nie nadawała si  do ponownego 

zamieszkania. 

-  Stanowi c kolebk  narodowego socjalizmu.  licznie! Czego pan chce? - 

zapytał John. 

- Dlaczego pan nie lubi nazistów? 

- Sze  milionów  ydów, miliony Polaków, Rosjan, Cyganów, którzy znale li 

si  w niewła ciwym czasie i niewła ciwym miejscu, w wojnie, która doprowadziła 

do u ycia broni nuklearnej. 

- Ten interes z sze cioma milionami  ydów? To syjonistyczne kłamstwo. Tak 

mnie nauczono. 

- To nie jest syjonistyczne kłamstwo.  le pana nauczono -wyszeptał Rourke. 

- Nie mog  uwierzy ... 

- ... e pochodzi pan od nieludzkich rze ników? 

- Grzechy ojców... - zacz ł standartenfuhrer. 

- ...spadaj  na ich dzieci - doko czył za niego Rourke. 

- To prawda? Wierzy pan w to? 

- Mój ojciec walczył przeciwko pana przodkom. Kiedy dorosłem i stałem si  

m czyzn , spotkałem innych m czyzn. Uwa ali si  za nazistów. Prowadzili 

groteskowe gry, rodem z opery komicznej, które były pretekstem do wyra ania 

fanatycznego rasizmu, rasowej nienawi ci. 

- Pana ojciec - zacz ł Mann - walczył przeciw nazizmowi? 

- Nazwano to drug  wojn   wiatow . Po niej nast piła trzecia wojna 

wiatowa. Tak, walczył w drugiej wojnie. Był w OSS. 

- W jednostkach specjalnych ameryka skiego wywiadu? 

- Mo na je tak nazwa . 

- A pan? - zapytał Wolf gang Mann. W jego głosie nie było ju  takiej pewno ci 

jak na pocz tku. - Jak to mo liwe,  e pan walczył przeciw narodowemu 

socjalizmowi? Skoro pa ski ojciec... 

- Pracowałem w CIA. Słyszał pan o tym? 

- Tajna policja Stanów Zjednoczonych do zada  specjalnych poza krajem, 

czy  nie tak? 

- To była Centralna Agencja Wywiadowcza - poprawił Rourke. - Byłem jej 

funkcjonariuszem. Przewa nie zajmowałem si  zwalczaniem komunistów, ale 

czasem... 

background image

 

- Ale  komuni ci byli sprzymierze cami Stanów Zjednoczonych, dopóki 

supermocarstwa nie rozpocz ły mi dzy sob  walki o dominacj  nad krajami 

zamieszkałymi przez ni sze rasy... 

- Niezupełnie tak było - niemal szeptem powiedział John. - Po zako czeniu 

drugiej wojny  wiatowej nast pił długi okres nieufno ci i ochłodzenia stosunków. 

Wzrastał arsenał broni nuklearnej. Sowieci udoskonalili nowy system, znany pod 

nazw  ”technologia strumienia cz stek”. Zamierzali u y  go jako systemu 

zaczepno-obronnego przeciw zachodnim satelitom komunikacyjno-szpiegowskim. 

Nasz rz d uznał zainstalowanie tego systemu za krok w kierunku wojny 

termonuklearnej. Postawili my ultimatum. Kto  nacisn ł guzik. Chyba oni. 

Przynajmniej tak zrozumiałem. I wszyscy zgin li. Poza pana przodkami w tej 

podziemnej dziurze w Argentynie przetrwali nieliczni. Wiem o jednej małej 

grupie. Domy lam si ,  e ocaleli jacy  Sowieci. Mo e paru Chi czyków. 

- Dlaczego mówi pan w taki sposób? 

- Po co przyszedł pan do mnie? Je li jeste my otoczeni i dysponujecie wi ksz  

sił , posiadacie lotnictwo. Na co czekacie? 

- Je li pa skie słowa s  prawd , mój przodek był ludobójc . 

- Moje słowa s  prawd . Przykro mi, je li my lał pan inaczej, ale tego nie da 

si  zmieni . 

- Tam, sk d pochodz , henr doktor... 

- Tak, herr standartenfuhrer? - John wypu cił cienki strumie  szarego dymu. 

Rozproszony w  wietle ksi yca dym wydawał si  zupełnie biały. 

- Nasz wódz, spadkobierca Adolfa Hitlera... - zacz ł Mann, z trudem 

dobieraj c słowa. - Od tamtej pory przemin ło wi cej ni  dwadzie cia pokole ... 

S  w ród nas tacy, którzy nie zgadzaj  si  z ide  nazizmu. Chc  demokracji, 

gdzie człowiek mo e rz dzi  samym sob , gdzie grupa politycznych fanatyków 

nie dyktuje szale czych poczyna . - Mann przerwał na chwil . - Przyszedłem, 

eby zaoferowa  panu przymierze przeciwko naszym wspólnym wrogom, 

Sowietom. Pragn  da  nowy rodzaj wolno ci moim ludziom. - Ja... 

- Trzydziestego stycznia obchodzimy Dzie  Zjednoczenia. 

- Tysi c dziewi set trzydziesty trzeci rok - szepn ł Rourke. 

- Pan zna t  dat ? 

- Ka dy j  zna lub powinien zna . Dzie , w którym Hitler został kanclerzem, 

dzie , w którym zapanowało zło. 

- Tego dnia wódz ogłosi nasze nowe zdobycze terytorialne. I wezwie naród do 

czynu o wiadczaj c,  e s  w ród nas zdrajcy. 

- Czy  nie s  zdrajcami? - John nadal mówił bardzo cicho. Cygaro zgasło. 

Rzucił je w zg stniałe błoto pod stopami, mia d c obcasem. 

- S  dobrymi lud mi. A on ka e ich publicznie rozstrzela . Jeden z nich, 

Dieter Bern, pragnie, aby nasza nauka i technologia przemieniły  wiat, by 

uczyniły ze  miejsce, gdzie wojna, taka jak ta mi dzy supermocarstwami, nigdy 

si  nie wydarzy. 

- Nazista-idealista? 

- On jest przede wszystkim człowiekiem, herr doktor. Je eli poprowadz  teraz 

ludzi, którzy my l  jak ja, na Complex... 

- Complex? - powtórzył Rourke. 

background image

 

-  Nasz dom - głos Manna ochrypł. - Je eli wyst pimy otwarcie przeciw 

Complexowi, przeciw wodzowi, rozp tamy walk , która pochłonie mnóstwo 

niepotrzebnych ofiar. Ale je eli paru zdecydowanych ludzi zdołałoby przedosta  

si  do Complexu i uwolni  Berna, gdyby który  z tych ludzi był lekarzem, wtedy... 

- Dlaczego akurat lekarzem? - spytał John, opuszczaj c karabin. 

- Zapali pan papierosa? 

- Nie, dzi kuj  - odparł. 

Patrzył, jak Mann wyjmuje papiero nic  z kieszeni trencza i wyci ga 

papierosa. W  wietle płomienia ujrzał wreszcie oczy m czyzny - intensywnie 

niebieskie, przejrzyste i stanowcze. Dostrzegało si  w nich jednak tak e 

zm czenie. 

- Dieter Bern znajduje si  pod działaniem narkotyków. Nie docieraj  do niego 

sygnały z zewn trznego  wiata. Nie mo e odpowiedzie  na oskar enie. Na 

wolno ci, wyzwolony z narkotycznego transu, zdołałby mo e przedosta  si  do 

Centrum Komunikacji i opowiedzie  wszystko. Wówczas ludzie mogliby dokona  

wyboru... Ale dzisiaj mamy... 

- Za cztery dni moja córka sko czy dwadzie cia osiem lat. Dzisiaj jest 

dwudziesty drugi stycznia. - John spojrzał na o wietlon  tarcz  rolexa. - Za 

dziesi  minut b dzie dwudziesty trzeci. 

- Wi c Dzie  Zjednoczenia wypada za siedem dni. Publiczna egzekucja Berna 

oznacza wojn  zamiast wolno ci. 

- Mówi pan o wojnie z niech ci , a przecie  jest pan wojskowym. 

- Niektórzy ludzie słu  swej ojczy nie, rasie, narodowi. Inni pełni  słu b  w 

obronie pokoju. 

- Co otrzymam w zamian za pomoc, której pan potrzebuje? - spytał Rourke. 

- Moi ludzie b d  chroni  ten obszar przed atakami komunistów. S  przecie  

inne statki na niebie, czy  nie? - powiedział Mann. 

- Cztery - przytakn ł John. 

- Pozostałe oddziały wysłałem w pogo  za Sowietami. 

- I tym samym b d  daleko od Complexu, gdy pan urz dzi tam przewrót? 

Mann za miał si  gło no. 

- Czy  nie łatwo mnie przejrze ? - Rzucił papierosa, zgniataj c go butem. 

- I zostawił pan niewielkie siły,  eby utrzyma  ł czno  radiow  z kwater  

główn  i rozproszonymi oddziałami? 

- Wi c jednak nietrudno mnie rozgry . 

- Wiedza medyczna pana ludzi musi by  bardziej zaawansowana ni  nasza. Po 

co jestem potrzebny? 

- Pan ma rannych. Ja lekarza, który mo e im pomóc i wprowadzi  pana w 

arkana naszej medycyny. Mój problem polega na tym,  e w Complexie 

rozpoznano by zarówno mnie, jak i któregokolwiek z oficerów, tak e lekarza. 

Natomiast pan nie zwróci na siebie uwagi. Mógłby pan porusza  si  swobodnie po 

Complexie, dopóki nie uzna pan,  e nadszedł odpowiedni moment do uderzenia. 

- Nie trzeba by  lekarzem,  eby wyprowadzi  kogo  ze stanu odurzenia 

narkotycznego. Pa ski lekarz mógłby z pewno ci  poinstruowa  którego  z pana 

ludzi. Dlaczego to,  e jestem lekarzem, ma takie znaczenie? 

background image

 

10 

- Kiedy uczyłem si  o tych promach kosmicznych, wyobra ałem sobie,  e s  

one czym  w rodzaju elementów projektu przetrwania zagłady. I dlatego technicy 

medyczni musieli si  na nich znajdowa . To,  e wła nie pan jest lekarzem to, po-

zwol  sobie powiedzie , szcz liwy, ale zwykły zbieg okoliczno ci. 

- Nadal nie rozumiem... 

- Wielu z nas gotowych byłoby uwolni  Berna. Ale  aden nie mo e tego zrobi . 

Widzi pan, doktorze, Bern jest wi ziony w szczególny sposób. Nie siedzi za 

kratami. Jego szyj  otacza obr cz, przytwierdzona ła cuchem do  ciany. 

Przepływa przez ni  pr d elektryczny. W ciało Berna wszczepiono elektrod  i 

kapsułk  wypełnion  syntetyczn  kurrar . Jakiekolwiek zakłócenie przepływu 

pr du spowoduje wysłanie natychmiastowego impulsu elektronicznego do 

elektrody i w tej samej chwili nast pi uwolnienie trucizny z kapsułki. To oznacza 

mier  Berna w ci gu czterech sekund. Nie istnieje antidotum, które wcze niej 

wstrzykni te, zneutralizowałoby trucizn . Kapsułka znajduje si  w arterii obok 

czego , co moi lekarze okre laj  mianem venule fistula. 

-  wietnie włada pan angielskim. 

- Oficerowie naszego korpusu musz  spełnia  wysokie wymagania, tak e je li 

chodzi o znajomo  j zyków obcych. Wracaj c do rzeczy, moi komandosi ustalili 

ponad wszelk  w tpliwo ,  e do miejsca, w którym przetrzymuj  Bema, 

prowadzi tylko jedno wej cie. Aby zmniejszy  szans  uwolnienia wi nia, 

umieszczono tam instalacj  wysyłaj c  identyczne sygnały jak te w obr czy. 

Zakłócenie sygnałów da efekt przypominaj cy rezultat działania pocisków 

rozpryskowych, u ywanych przed wojn  supermocarstw. Tysi ce niesko czenie 

małych igiełek rozlokowanych w strategicznych punktach pomieszczenia zostanie 

wystrzelone i, lec c z ogromn  pr dko ci , b d  one w stanie przebi  nawet 

sze ciomilimetrowy pancerz ochronny. 

- Hmm...  wier  cala - mrukn ł Rourke. 

- Ka da igiełka zawiera syntetyczn  substancj , pochodn  kurrary. Trzy 

ukłucia wystarcz , aby u mierci  przeci tnego m czyzn  w czasie krótszym ni  

trzydzie ci osiem sekund. 

Rourke znów usiadł na kamieniu. R ce bolały go niemiłosiernie. 

-  Czy istnieje mo liwo  przerwania poł czenia mi dzy obr cz  a 

wszczepion  elektrod ? - zapytał. 

- Zdaniem mojego lekarza, tak. Je eli usunie si  z ciała Berna elektrod . 

- Wobec tego uwolnienie Bema wymaga jedynie przedostania si  do miejsca, 

gdzie go przetrzymuj , pod stra  i przykutego do  ciany, oraz wykonania tam 

zabiegu chirurgicznego, nie zakłócaj c przy rym przepływu pr du? 

- To jedyny sposób. Podobno ludzie wierzyli kiedy  w istot  zwan  Bogiem? 

- Niektórzy jeszcze wierz . 

- Zanoszono modły do Niego. Pan zjawił si  tu, jakby w odpowiedzi na moj  

modlitw . Widziałem brawur , jak  wykazał pan tam, w obozie sowieckim, i 

pó niej, ratuj c człowieka z płon cego helikoptera. 

- Paul Rubenstein jest moim przyjacielem, a w tym obozie były moja  ona, 

córka i kobieta, która wiele dla mnie znaczy, a tak e dziewczyna nosz ca w łonie 

dziecko mego syna 

background image

 

11 

- Bern to człowiek, który szuka wolno ci. Kto , z kim, my l , miałby pan wiele 

wspólnego. Moje oddziały b d   ciga  Sowietów niezale nie od pa skiej decyzji, 

ale osobi cie nie chciałbym wydawa  wam wojny. Je eli Bern zostanie stracony, 

nikt nie zapanuje nad sytuacj  . Annie wodza przewróc   wiat do góry nogami. 

Wasza bro  b dzie bezu yteczna. John za miał si . 

- Nie musi mnie pan przekonywa . Wiem,  e nie zdołamy wam si  oprze . 

- Ale my l ,  e tak czy inaczej, b dziecie stawia  opór. Swoj  drog , nasze 

dwa korpusy mog  nie wystarczy  do rozbicia komunistów. Wybór nale y do 

was. Albo pomo ecie nam ocali  pokój, albo podejmiecie przeciw nam walk , 

tylko po to, by w ko cu ulec staremu wrogowi. A potem, wydaj c ostatnie 

tchnienie, b dziecie mogli bezczynnie przygl da  si  zmaganiom waszych dwóch 

nieprzyjaciół. A po tej walce mo e z naszej planety zosta  jedynie pył. I wtedy nie 

da si  ju  ocali  niczego. 

John zapalił nast pne cygaro, wa c w dłoniach poobijan  zapalniczk . 

- Rozumie pan,  e nie mog  mówi  w imieniu ludzi z ”Projektu Eden”... 

Mann przerwał: 

- Ten projekt... 

- Projekt Eden jest rzeczywi cie misj  na wypadek zagłady. Taki był zreszt  

kod operacji. Wi c, jak ju  powiedziałem, nie mog  wypowiada  si  w imieniu 

członków ”Projektu Eden”. Jednak, je li chodzi o mnie, herr standartenfuhrer... 

- To ranga w SS. Jestem pułkownikiem. Nie zaliczam si  do typowych 

członków Partii, takich, jakimi wyobra aj  ich sobie łudz . Czytałem zakazane 

ksi ki. 

- Nie ma zakazanych ksi ek, s  jedynie takie, które nie odpowiadaj  

indywidualnym upodobaniom. 

- Przypomina mi pan, doktorze, niektórych bohaterów tych ksi ek. 

- Wi c mo e powie pan, pułkowniku, swoim dwóm przyjaciołom czaj cym si  

za skałami,  eby zeszli? A pan zatrzyma swój pistolet, głównie dlatego,  e chc  go 

mie  na oku. Teraz proponuj  panu mały spacer. 

- Mój pistolet, podobnie jak pa ski karabin, jest przestarzały. To P-38. W 

Complexie mieszka człowiek, który wyrabia do niego amunicj . Z dawnych 

czasów pozostało jej niewiele i jest bardzo droga. Ale tego walthera nosił mój 

ojciec i jego ojciec, i wiele pokole  moich przodków. 

-  Musi to by  niezły pistolet. - Rourke u miechn ł si . Wskazał na bli niacze 

detoniki i dodał: - Te  maj  pi  wieków. Ale nie nazwałbym ich przestarzałymi. 

Zsun ł si  z kamienia. Na plecach ci gle jeszcze czuł ci ar Paula. W całym 

ciele pulsował ból. ”To nie była brawura, jak s dził pułkownik. To była 

konieczno ” - pomy lał. 

Wyci gn ł do Manna praw  r k : 

- Na imi  mi John, pułkowniku. 

U cisk dłoni Manna był twardy - taki, jaki powinien by  u cisk m czyzny. 

- Wolfgang. Przyjaciele mówi  mi Wolf. 

- Nie zapominaj o swoich kamratach. Musz  czu  si  tam straszliwie samotni, 

gdy my tu sobie gwarzymy. A gdyby kto  z ubezpieczaj cych patroli Dodda 

natkn ł si  na nich... 

- Dodd? 

background image

 

12 

- Dowódca ”Edena” i głównodowodz cy całego Projektu. Wi c, to mogłoby si  

le sko czy . 

Twarz Wolfganga Manna rozja nił u miech. 

- Zaczekajcie na mnie na obrze ach naszego obwodu - zawołał po niemiecku. 

- P-38 to dobra bro , wiem - rozpocz ł Rourke, id c obok pułkownika w 

kierunku perymetru obozu rozło onego wokół dwóch statków ”Projektu Eden”. - 

Jest ze mn  kobieta, któr  musisz pozna . Byli my ju  kiedy  w tym miejscu. To 

si  wtedy nazywało Arka. Ze wszystkich pistoletów, jakie tu składowano, wybrała 

tylko jeden. I dodatkow  bro  krótk . Wła nie P-38. Osobi cie nigdy nie byłem 

zwolennikiem kalibru dziewi  milimetrów. Ale w schronie, to znaczy tam, gdzie 

mieszkam, mam walthera P-38. Cholernie dobry pistolet, pomimo du ego 

kalibru. W dawnych czasach, przed Noc  Wojny, nie zawsze miałem dost p do 

”czterdziestki pi tki”. Wiesz, jak to bywa na wojnie. Par  razy u ywałem 

walthera P-5. Widziałe  go kiedy ? 

- Nie. 

- Szkoda - wymamrotał John. - Zało  si ,  e by ci si  spodobał. - Rourke 

zatrzymał si  na chwil . - Nie wiem, czy to nie przedwcze nie, ale... Kto , kto 

mówi o wolno ci i pokoju, có ... Nie mów o sobie ”nazista”. Jeste  po prostu Nie-

mcem. 

Wolfgang Mann nie odpowiedział.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

13 

Rozdział 2 

 

Helikopter wła nie wyl dował. Karamazow zeskoczył na piaszczyst  ziemi  

zachodniego Texasu. Zranione rami  ci gle krwawiło, a prowizoryczny 

opatrunek ograniczał ruchy pułkownika. Podmuch  migła zerwał mu czapk , 

zanim zd ył uchyli  głow . Poszedł dalej, nie przejmuj c si  tym. Który  z 

podwładnych na pewno mu j  przyniesie. Rzeczywi cie, przy jego boku 

natychmiast znalazł si  Antonowicz z czapk  w r ku. Karamazow zmru ył oczy, 

chroni c je przed piaskow  zawiej , wywołan  obrotami łopatek  migła. 

Przekrzykuj c hałas pracuj cego helikoptera, zawołał: 

- Nie ma czasu do stracenia, Mikołaj. Wykonasz rozkazy. 

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku. 

Władymir Karamazow skierował kroki w stron  szałasu, który miał mu 

zast pi  kwater  główn . Nast pne samoloty siadały na pasie startowym. Podczas 

nieobecno ci pułkownika jego ludzie wykonali solidn  robot  - sypki piasek 

niełatwo było przekształci  w l dowisko. Na pokładach l duj cych maszyn 

znajdowali si  ludzie, zapasy  ywno ci i syntetycznego paliwa. 

- ”Projekt Eden” na razie zostawimy w spokoju. - Karamazowowi brakowało 

tchu. Miał wyci t  cz  lewego płuca i zmiana wilgotno ci powietrza utrudniała 

mu oddychanie. Po chwili podj ł: - Nie mówiłem ci tego wcze niej, Mikołaj, w 

kontyngencie ”Projektu Eden” mam swojego agenta. 

- Agenta, towarzyszu pułkowniku? 

- Umie ciłem go tam pi  wieków temu, na wypadek gdyby miało si  okaza , 

e ”Eden” umo liwi przetrwanie zagłady. Przewidywałem to i nie myliłem si . 

- Ale , towarzyszu pułkowniku - odezwał si  major Antonowicz - kazali cie 

przecie  zniszczy  sze  promów ”Projektu Eden” wiedz c,  e na pokładzie 

jednego z nich jest... 

- Mój agent wiedział, czym ryzykuje. Zobaczymy, co wymy li,  eby 

uniemo liwi  realizacj  ”Projektu Eden”. Chc  by  informowany o poczynaniach 

ludzi z ”Edenu”. Przeprowadzisz zwiad lotniczy. We  samoloty lataj ce na 

wysokim pułapie. Zajmij si  tym i to szybko. - Dopiero teraz odebrał 

Antonowiczowi czapk . Trzymał j  w lewej r ce i otrzepywał z kurzu. - Odwołaj 

te  jednostki majora Krakowskiego, które pacyfikuj  dzikie plemiona Europy. 

Nazi ci bezczelnie przeszkadzaj  nam w realizacji naszych planów 

strategicznych. Musimy skoncentrowa  nasze siły. Krakowski b dzie nam po-

trzebny - dodał. 

- Ci nazi ci, towarzyszu pułkowniku, dysponuj ... 

- Zadziwiaj co wysok  technik  - wpadł w słowo Karamazow. - Ty, 

Antonowicz, zbierzesz mał  grup ... 

- Tak, towarzyszu pułkowniku? 

Karamazow zatrzymał si  przed wej ciem do szałasu. Wła nie przeje d ał 

konwój z posiłkami i zaopatrzeniem. Coraz wi cej ładunków napływało z 

podziemnego miasta na Uralu. 

- Zbierzesz mał  grup  i zdob dziesz wszelkie informacje dotycz ce kwatery 

głównej nazistów, dane o jej rozkładzie i mo liwo ciach obrony. Musimy mie  

pewno  co do struktury i wielko ci sił rezerwowych. Gdy tylko przyb dzie 

background image

 

14 

Krakowski, a mo e i wcze niej, ja sam poprowadz  wi kszo  naszych wojsk 

przeciwko ich fortecy. Po zniszczeniu kwatery głównej i  ródeł zaopatrzenia 

likwidacja nazistowskich sił ekspedycyjnych b dzie fraszk . 

- Ale... 

Karamazow miał wła nie wej  do szałasu. Zatrzymał si  w progu. 

- Towarzyszu pułkowniku, co z... 

- Rourke'em? - wyszeptał. - Co z nim? Jego rodzin  i moj   on ? -  miech 

Karamazowa zabrzmiał nieprzyjemnie. - Prawdopodobnie zabiłem mu syna. Ten 

yd, Rubenstein, te  pewnie nie  yje. Nazi ci, którzy nas atakowali, próbuj  

nawi za  kontakt z naszym dzielnym doktorem. Ja tylko go drasn łem, na razie. 

Niech sobie troch  pocierpi. Jak dot d, wszystko układa si  po mojej my li. Damy 

mu troch  czasu. Niech razem z moj   on  przygotuj  si  na to, co ich czeka. 

”Projekt Eden” nie stanie nam na przeszkodzie. Kiedy tylko rozprawimy si  z 

nazistami, bardzo powoli zaczniemy zaciska  p tl  wokół ”Edenu”. Bardzo 

powoli. Nie zasłu yli na szybk  i bez-bolesn   mier . Zniszczymy Rourke'a, 

Natali , zniszczymy wszystkich. I wtedy pozwolimy Krakowskiemu doko czy  

dzieła tam, gdzie niegdy  były Niemcy, Francja, Włochy. Zniszczymy dzikie 

plemiona lub uczynimy je naszymi niewolnikami. - Wargi Karamazowa 

wykrzywił grymas szyderczego u miechu. Pułkownik poklepał Antonowicza po 

ramieniu. - B d  władc  Ziemi! Albo nie b dzie w ogóle Ziemi! 

Zostawił majora Antonowicza. Znał go dobrze. Nie musiał zagl da  mu w 

oczy. Wiedział,  e mo e w nich wyczyta  jedynie podziw.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

15 

Rozdział 3

 

 

Iwan Krakowski obserwował cie  karabinu  lizgaj cy si  po sp kanej ziemi. 

”Zupełnie jak cie   mierci” - pomy lał. W ka dym szczególe doszukiwał si  

poezji. Zawsze była jego najwi ksz  miło ci . Czasy, w jakich  ył sprawiły,  e 

min ł si  z powołaniem. W innej epoce mógłby zosta  jednym z naj-

wybitniejszych rosyjskich poetów. W gł bi duszy był o tym przekonany i nigdy do 

ko ca nie wyrzekł si  pisania wierszy. Podbijaj c nowe ziemie i morduj c 

zamieszkuj ce je istoty ku chwale bohaterskiego pułkownika Karamazowa, 

marzył o dniu, kiedy jego dowódca obejmie we władanie  wiat, a on sam b dzie 

mógł odda  si  twórczo ci literackiej. Opisze dzieje tego okresu w kronice, a pie  

o zwyci stwie zabrzmi w triumfalnych strofach jego poezji. Wierzył,  e przyszłe 

pokolenia doceni  go nie tylko jako  ołnierza, or em współtworz cego 

komunistyczny ład, ale te  uwielbi  w nim poet . 

Cie   mierci. Wydawało si ,  e cie  ten łagodnie spowija wszystkie rzeczy w 

swym zasi gu. Nie m czyzn, nie kobiety - po prostu rzeczy. 

”Jak opowiedzie  t  histori ?” - zastanawiał si  Krakowski. Dzikie plemiona 

Europy nie mogły ro ci  sobie prawa do przynale no ci do rasy ludzkiej. 

Francuska próba przetrwania holocaustu zako czyła si  fiaskiem. Byli 

nieodpowiednio, a wła ciwie, nie byli wcale przygotowani na to, by przetrwa  

stulecia pod ziemi . Wyszli zbyt wcze nie, wystawiaj c si  na działanie 

promieniowania. Na powierzchni ci gle jeszcze znajdowały si  obszary, na 

których przez najbli sze tysi clecia  ycie b dzie niemo liwe. A nieszcz ni 

Francuzi opu cili schronienia, zanim stopie  oczyszczenia atmosfery pozwolił na 

rozwój ro linno ci. Głód, prawdopodobnie kanibalizm, mutacje genetyczne 

powstałe w wyniku promieniowania... A jednak tysi ce przetrwały. Strz py 

prymitywnej odzie y okrywały zrogowaciał  skór  istot bł kaj cych si  po 

równinach Europy. Wydzierali z ziemi resztki ro lin, noc  kulili si  w jaskiniach 

przy nikłym płomieniu tl cego si  ognia, który nie mógł ich nawet ogrza . Nie 

mówili  adnym ludzkim j zykiem. Wska nik  miertelno ci był szokuj cy. Ale 

mimo to trwali. 

Cie . Przemkn ł wzrokiem po jednej z owych istot. Kobieta - co mo na było 

pozna  jedynie po brudnych, obwisłych piersiach i dziecku przyci ni tym do 

jednej z nich. Wpatrywała si  w niebo. Cie   mierci. 

Krakowskiego rozpierała duma na my l,  e jest tu wraz ze swoimi lud mi, 

znosi te same trudy, co oni, spo ywa ten sam pokarm. Uj ł w dło  mikrofon w 

kształcie łzy: 

- Nie oszcz dzajcie naboi! - zawołał i dotkn ł lekko mechanizmu spustowego, 

uruchamiaj c karabiny maszynowe. 

Kobieta i dziecko, tak mało podobne do istot ludzkich, upadły w cieniu jego 

karabinu, rozlewaj c wokół strugi l ni cej, czerwonej krwi. Dwa ciała zlały si  w 

jedno. Cie   mierci. 

Swoje wra enia Krakowski opisał w dzienniku: Dokonałem dzi  likwidacji 

około stuosobowej grupy jednego z najwi kszych plemion. Natkn li my si  na nich 

podczas rutynowej akcji zwiadowczej. Czterdzie ci osiem osób - w pełni dojrzałych 

m czyzn i kobiet - mniej zdegenerowanych ni  reszta, zachowałem przy  yciu. 

background image

 

16 

Otoczymy ich specjaln  opiek . Mog  okaza  si  przydatni dla  wiatowego 

komunizmu. 

Owych czterdziestu o miu przedstawicieli dzikich plemion umieszczono 

wewn trz ogrodzenia ze stopu tytanu. Wygl dem przypominało ono 

ameryka skie zagrody dla koni lub bydła, jakie mo na było ogl da  na ta mach 

wideo, w westernach sprzed pi ciuset lat. Ogrodzenie było oczywi cie pod na-

pi ciem. 

Krakowski zamkn ł dziennik. Uchylił klap  namiotu i wyjrzał na zewn trz. 

Padał deszcz. Krople rozpryskiwały si  na siatce, z której leciały iskry. 

Wi niowie stali stłoczeni jak gromada szczeni t wokół wielkiej, niewidzialnej 

suki. 

Iwan Krakowski pomy lał o Karamazowie. Pułkownik zwykł wykorzystywa  

kobiety z dzikich plemion do zaspokajania swych potrzeb seksualnych. A przecie  

tylko kształtem przypominały one kobiety. Z moralnego punktu widzenia było to 

równoznaczne z uprawianiem sodomii. Bohaterski Karamazow miał jeszcze jeden 

ohydny zwyczaj - katował swoje partnerki, zabijaj c je w trakcie stosunku albo 

tu  potem. Krakowski nie miał ochoty my le  o okrutnych praktykach swego 

zwierzchnika. 

- Towarzyszu majorze! 

Krakowski nie pofatygował si , by wyj  z namiotu. Brasniewicz nie był 

oficerem. Odwrócił wzrok od czterdziestu o miu ciał zbitych za ogrodzeniem i 

usiadł przy biurku. Czekał, a  Brasniewicz zbli y si  do namiotu. Usłyszał jego 

głos przy wej ciu: 

- Towarzyszu majorze? 

- Wejd cie, towarzyszu. 

Krakowski zdegustowany spogl dał na ociekaj cego wod   ołnierza. 

- Doprawdy, nie wygl dacie na wojskowego. Powinni cie zosta  zdegradowani 

za wasz niechlujny wygl d. Ale zdaje si ,  e nie istnieje ju  ni szy stopie  od 

waszego? 

- Tak jest, towarzyszu majorze. Przepraszam, towarzyszu majorze. 

- Przynosicie jak  wiadomo . - Krakowski dojrzał informacyjny blankiet w 

r ku Brasniewicza. - Przeczytajcie j . 

- Tak jest! - Szeregowiec wyprostował si  słu bi cie. - To od towarzysza 

pułkownika Karamazowa. ”Iwan...” - zacz ł czyta . - Wybaczcie towarzyszu 

majorze, ale... 

- Czytajcie, Brasniewicz. 

- Tak jest. ”Nowe plany. Wycofaj si  natychmiast. Powtarzam: natychmiast. 

Doł cz do mnie jak najszybciej. Dowództwo Północnoameryka skie. Odpowiedz 

ETA natychmiast”. Podpis towarzysza pułkownika. 

- Podyktuj  wam odpowied . - Krakowski rozparł si  wygodnie, nogi w 

wojskowych butach oparł o brzeg biurka i utkwił w nich wzrok, dyktuj c 

wiadomo . - ”Do pułkownika Władymira Karamazowa Zrozumiałem. ETA: 

Północnoameryka skie Dowództwo”. - Oderwał spojrzenie od butów. - 

Zaszyfrujcie to. Nadacie, gdy porozumiem si  z moimi oficerami. Jeste cie wolni. 

Krakowski wstał, przeci gn ł si . Brasniewicz wykonał gwałtowny zwrot w 

tył i odmaszerował. Krakowski ziewn ł. Zdj ł z wieszaka trencz, zało ył go i 

background image

 

17 

przewi zał paskiem. Wzi ł czapk . Wyszedł z namiotu. W zetkni ciu z błotnistym 

gruntem wyglansowane buty straciły połysk. Szedł w stron  ogrodzenia, 

wzbijaj c bryzgi błota. Dwaj stra nicy stan li na baczno , prezentuj c bro . 

Krakowski dotkn ł dłoni  daszka czapki. 

- Podajcie mi bro  - powiedział. 

Przez chwil  wa ył w r kach karabinek automatyczny. Zbli ył si  do siatki. 

- Kapralu, prosz  wył czy  pr d. I przygotujcie zapasowy magazynek. 

- Tak jest, towarzyszu majorze. 

W oczach m czyzn obserwuj cych go zza ogrodzenia ujrzał strach. Buty 

zaczynały przemaka . 

- Pr d wył czony, towarzyszu majorze. 

- Dobrze, kapralu. Zapasowy magazynek. 

Palce stóp miał wilgotne. Potrafił znie  wi ksze niedogodno ci. Uniósł 

karabinek. Odbezpieczył i przestawił na ogie  ci gły. Strzelił. Karabin bluzn ł 

ogniem potrójnych serii. Idealnie nadawał si  do tego rodzaju przedsi wzi . 

Jedna seria wystarczała, by poło y  trupem kilka osób. Odpowiedziało mu wycie. 

Jak zarzynane bydło” - pomy lał. Opró nił czterdziestonabojowy magazynek. 

Nikt nie podał mu nast pnego. Odwrócił si . Kapral wymiotował. 

- Powinni cie si  kontrolowa , towarzyszu. Taka słabo  jest nie do przyj cia. 

M czyzna wyprostował si  na chwil , prosz c o wybaczenie. Ale znów 

chwyciły go torsje. Wymiociny, wymieszane z grudami ziemi i brudn  wod , 

tworzyły coraz wi ksz  kału . 

- Podam was do raportu. Jeste cie zwierz ciem. 

Krakowski załadował magazynek. Znowu poci gn ł za cyngiel. 

Jedna istot, bardziej ni  inne przypominaj ca prawdziw  kobiet , 

odczołgała si  od grupy. Krzepn ca krew na jej lewej nodze mogła ukrywa  

otwart  ran . Deszcz nie obmywał ciała. Nagie piersi dziewczyny  łobiły bruzdy 

w błocie. Krakowski nie lubił marnowa  amunicji, ale był lito ciwy. Strzelił jej 

prosto w twarz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

18 

Rozdział 4

 

 

Nadal było szaro. Rourke siedział na tylnej klapie forda. Rozmowa, która 

Dodd, Lerner i Styles prowadzili z Wolfgangiem Mannem, przypominała 

przesłuchanie. 

- Trudno mi uwierzy , pułkowniku,  eby kto  w nazistowskim mundurze 

mógł szczerze prosi  o pomoc w przywróceniu demokracji. 

- Nie w ”przywróceniu”. Nigdy nie mieli my demokracji. To, co mogłoby 

nadej , to  wit nowej epoki, kapitanie Dodd. 

- Z całym szacunkiem, pułkowniku - przerwał Jeff Styles, oficer badawczy 

”Edena l” -je eli udzielimy panu pomocy, mo e to zmniejszy  nasze szans  na 

przetrwanie. 

- Mamy wystarczaj co du o wrogów - podj ł Craig Lerner. - Je eli 

ktokolwiek z nas zaatakuje nazistów w Ameryce Południowej, musimy si  liczy  z 

akcjami odwetowymi. 

John obserwował oczy Manna - człowieka, który zapragn ł da   wiatu 

wolno . Stał, ci ko oparty o spychacz, którego u yto do przygotowania 

l dowiska. 

- Nie wiem, co jeszcze mógłbym doda , panowie. Ale je li w Dzie  

Zjednoczenia zamorduj  Bema, je eli nikt nie przeciwstawi si  wodzowi, wobec 

pot gi naszych armii  aden skrawek ziemi nie b dzie bezpieczny. Mówicie o 

wrogach. Rosjanie s  tak e naszym przeciwnikiem. Prosta logika nakazuje, aby 

ci, którzy wierz  w wolno , zjednoczyli si  przeciwko tym, którzy w ni  nie 

wierz . Tylko to zapewni jej przetrwanie. Je li zaczniemy walczy  mi dzy sob ... 

- Mann urwał. 

Zapadło milczenie. Dopiero po chwili odezwał si  John: - Ja pierwszy 

rozmawiałem z pułkownikiem i ja go tu przyprowadziłem. Cał  noc wysłuchuj  

waszych kłótni. Zrozumcie wreszcie,  e kłamstwo nie le y w interesie pułkownika. 

Mógł u y  swoich przewa aj cych sił. A jednak tego nie zrobił. Co wi cej, 

zaatakował Karamazowa, gdy ja pod yłem za rodzina i przyjaciółmi. Nie 

przeszkadzał nam w ucieczce. Kiedy Karamazow... 

- Ma pan obsesj  Karamazowa - warkn ł Dodd. 

- Bo to dziki i nieobliczalny facet - John u miechn ł si . U miech na jego 

twarzy powoli gasł. - Tak czy inaczej, Mann nie wykorzystał naszej bezbronno ci, 

eby nas zabi , a mógł to zrobi . 

- Nie owijaj c w bawełn , ma pan kompleks bohatera, doktorze Rourke - 

zacz ł Dodd. - Wyczułem to ju  wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałem pana 

przez radio, a szale cza odwaga, któr  pan wykazał, ratuj c ”Eden l” i swoich 

przyjaciół, tylko to potwierdziła. Prosz  mnie  le nie zrozumie . Jestem panu 

wdzi czny. Nie byłoby nas tutaj, gdyby nie pan. 

- Prosz  przej  do rzeczy. - Rourke zni ył głos. 

- Dobrze. - Dodd chodził tam i z powrotem po zaschni tym błocie. - Do rzeczy. 

W  adnym z planów nie przewidywali my,  e po powrocie na Ziemi , która 

przecie  została kompletnie zniszczona, wyjdzie nam kto  na spotkanie i do tego 

ten kto  oka e si  byłym agentem CIA, a w dodatku doktorem medycyny.  e 

background image

 

19 

b dzie miał przyjaciółk , swego czasu b d c  wysoko postawionym oficerem 

KGB i dzieci niewiele od siebie młodsze. Co do nich... 

- My lałem,  e ma pan zamiar przej  do rzeczy. - Rourke wyci gn ł cygaro, 

wsun ł w lewy k cik ust i zagryzł. 

- Wła nie to robi . Chodzi o to,  e nie my lałem,  e istniej  dobrzy i  li nazi ci. 

Nie s dziłem,  e b d  musiał walczy  z pi setletnimi rosyjskimi megalomanami i 

przyjmowa  rady od Amerykanina, który przetrwał trzeci  wojn   wiatow  i po-

ar nieba. Nie, doktorze, mam obowi zki wobec tych, którzy dopiero si  narodz . 

Nasze komputery przechowuj  w swej pami ci cał  wiedz  ludzko ci, w 

ładowniach mamy embrionalne formy  ycia ptaków, zwierz t i ro lin... 

- Nie s dz , aby ro liny wyst powały w embrionalnych formach, kapitanie 

Dodd - dobrodusznie powiedział John. 

- Pan doskonale wie, o czym mówi . Mog  przywróci  Ziemi  ycie, a pan chce, 

ebym zacz ł od zabijania Proponuje pan wojn . 

- Wojna ju  si  toczy - odparł Rourke. - Pan mo e pomóc j  zako czy . 

Oczywi cie, mo e pan te  zwyczajnie zagrzeba  głow  w piasek. Nic nie widzie , 

nic nie słysze . Zignorowa  sytuacj  i nie zwraca  uwagi na to,  e si  pogarsza. 

Wiem,  e kieruje panem troska o dobro ”Projektu Eden”. Mnie równie  nie jest 

on oboj tny. Pierwsze dziecko, które si  narodzi podczas realizacji Projektu 

b dzie symbolem odradzaj cego si  na tej planecie  ycia. Mój wnuk b dzie 

pierwszym od pi ciu wieków, który dorastaj c ujrzy kwiaty i usłyszy ptaki. I 

mo e b dzie miał szans  dorasta  w pokoju, a nie w atmosferze strachu i 

zagro enia. Albo zrobimy dobry pocz tek, kapitanie, albo zaczniemy od 

powtarzania starych bł dów.   Kto  powiedział,  e człowiek jest naprawd  wolny 

tylko wtedy, gdy inni s  wolni. Ale przez wieki wolno  istniała jedynie dla wy-

branych. I tak pozostanie, je li nie zniszczymy tyranii tu i teraz. - Rourke pochylił 

głow , by zapali  cygaro. Buchn ł niebiesko- ółty płomie . John zaci gn ł si  

gł boko. 

- To było pi kne, herr doktor - mrukn ł Mann. John spojrzał na pułkownika i 

u miechn ł si . 

- Je eli nazista mo e by  idealist , to były pracownik CIA, który zabił wielu 

ludzi... Ech, to głupie... 

- Te  mo e nim by ? - podpowiedział mu Dodd. John znów si  u miechn ł. 

- Tak, tak my l . 

- Zastanawiam si , w jaki sposób udało si  panu przetrwa  z takimi 

pogl dami, jak pogodził pan to z  yciem? - zapytał oficer lotnictwa Lerner, 

mru c ironicznie oczy. 

- Dwudziesty wiek nie sprzyjał rozwijaniu cnót, panie Lerner. Je li si  komu  

zaufało, za chwil  mo na było ju  nie  y . Przysi głe  sobie,  e nigdy wi cej nie 

zabijesz i od razu znajdowali si  tacy, którzy próbowali zabi  ciebie, wła nie z 

tego powodu. Ale zrozumiałem,  e je eli wierzy si  w co , co jest prawe, to nie 

wolno si  poddawa . Mo na umrze  i jedynie to zwalnia od ponawiania prób. 

mier  jest jedyn  wymówk , któr  skłonny jestem uzna . - Rourke zeskoczył z 

samochodu. Czuł si  zakłopotany, jakby schodził z zaimprowizowanej mównicy. - 

A wi c, kapitanie Dodd? - zapytał i, nie czekaj c na odpowied , zwrócił si  do 

background image

 

20 

Wolfganga Manna: - Cokolwiek postanowi kapitan Dodd, mo e pan liczy  na 

moj  pomoc. Dodd nerwowo oblizywał wargi. 

- Pan, pan przecie ... Rourke spojrzał na Dodda. 

- Pan zdecydował za mnie. Cokolwiek powiem, zrobi pan swoje - wydusił z 

siebie Dodd. 

- Chyba tak wła nie jest. Nie miałem zamiaru wymusza  na panu 

czegokolwiek. Mo e powinni cie głosowa  albo zda  si  jedynie na kapitana. Ale 

to, co dotyczy mnie, ju  powiedziałem. 

- Doktorze... - odezwał si  Dodd. - Dobrze, zgadzam si , ale z pewnym 

zastrze eniem. - Dodd ogl dał z uwag  swoje buty. - Bior  to na siebie, ja b d  

odpowiedzialny za wszystko. Mo e pan wzi  ludzi, którzy nie s  tu niezb dni i 

którzy zgłosz  si  na ochotnika. Głupot  byłoby proponowa  panu po yczenie 

jakiej  broni. 

John roze miał si . Faktycznie, był lepiej wyekwipowany ni  cała flota 

”Edenu”. 

- Chciałbym - rzekł nagle Mann - rozpocz  nasze przymierze gestem dobrej 

woli. Widziałem r ce doktora, jego syn i przyjaciel tak e s  ranni. Prosz  

pozwoli  mi na skontaktowanie si  z głównym oficerem medycznym mojego 

oddziału. W ci gu pi ciu wieków udoskonalili my nie tylko technik  zabijania, 

ale i sposoby leczenia. Zreszt , to o leczeniu wła nie mówili my chyba tak długo? 

Rourke oddalił si  od rozmawiaj cych. Bardzo potrzebował odpoczynku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

21 

Rozdział 5

 

 

Johnowi udało si  przespa  kilka godzin. Ale był to sen zbyt krótki, by mógł w 

pełni zregenerowa  siły. Oczy piekły go niemiłosiernie, wci  odczuwał ból 

mi ni. Szedł sztywno, prostuj c pozwijane pasy kabur. Ramiona uginały si  pod 

ci arem pistoletów. Przez ciemne szkła okularów spogl dał na wschód. Jeszcze 

godzina, a sło ce stanie w zenicie. Było chłodno, ale przed zimnem chroniła go 

skórzana kurtka lotnicza. W nocy te  było zimno. Sarah znowu z nim nie spała. 

Na zmian  z Annie i Madison czuwała przy Paulu i Michaelu. 

Rourke spojrzał na swoje r ce. Zaskakiwały go zmiany, jakie zaszły na 

powierzchni poparzonej skóry. Gdy lekarz Manna spryskał je preparatem w 

aerozolu, John poczuł najpierw ciepło wypieraj ce ból, a w nocy budziło go 

kilkakrotnie dziwne sw dzenie pod banda em. Gdy rano zdj ł opatrunek, za-

uwa ył ku swemu zdumieniu,  e po paru godzinach r ce wygl dały tak, jakby 

goiły si  przez kilka dni. 

Ogolił si , wzi ł pysznie, umył głow . Powtórnie rozpylił lek na ranach. 

Łagodny chłód, a pó niej przyjemne ciepło rozeszło si  po obolałych r kach. 

Zjadł lekkie  niadanie składaj ce si  z Tang; pami tał kampani  reklamow  

sprzed pi ciu wieków: ”Astronauci naprawd  tego u ywaj  - granulowanej 

kaszy, suszonych owoców”. 

Powróciło sw dzenie dłoni. Tym razem nie zdejmował banda y. 

Wizyta w szpitalu polowym nie była konieczna  ona powiadomiłaby go 

niezwłocznie, gdyby stan którego  z rannych pogorszył si . Doszedł do kra ca 

obozu. Stał, wpatruj c si  w c tkowany kadłub ”Edena l”. Tu  za nim znajdował 

si  drugi prom. Wkrótce miał wyl dowa  ”Eden 3”. 

Znalazł du y, płaski kamie . Usiadł na nim my l c, jak niewiele zmienił si  

wiat. Nadal istniej  ludzie gotowi nie   mier  i zniszczenie, by zrealizowa  

własne, niekoniecznie chlubne cele. Inni nadal trwali w apatii. A on sam? Ci gle 

kochał dwie kobiety.  adna z nich nie sypiała z nim. Sarah nie mogła mu 

darowa ,  e u ył kapsuł narkotycznych,  eby doda  lat dzieciom; Natalia za  - 

podobnie zreszt  jak on sam - za bardzo szanowała jego mał e stwo, by dopu ci  

si  czego , co uwa ała za zdrad . 

Dawno stwierdził,  e ras  ludzk  cechuje wrodzona głupota i nie uwa ał si  za 

wyj tek pod tym wzgl dem. 

- Doktorze Rourke? 

Głos był kobiecy, słyszał go po raz pierwszy. Odwrócił si . Dziewczyna o 

włosach raczej rudych ni  kasztanowych, bladej twarzy i trudnym do okre lenia 

kolorze oczu u miechała si  do niego. Odpowiedział równie  u miechem. 

- Chyba pani nie pami tam. Prosz  mi wybaczy , je li zostali my sobie 

przedstawieni, ale odk d wyl dowały ”Eden l” i ”Eden 2” poznałem tylu ludzi... 

- Nie zostali my sobie przedstawieni. Dostrzegłam pana z daleka. Po pa skim 

ubiorze domy liłam si , kim pan jest. Nie nosi pan kombinezonu NASA ani 

niemieckiego munduru. 

Rourke widział dzisiaj w obozie kilku ludzi Manna: in ynierów, personel 

medyczny. Wygl dało na to,  e pułkownik miał zamiar dotrzyma  przynajmniej 

cz ci umowy. 

background image

 

22 

- W czym mógłbym pani pomóc? - zapytał. 

- Nazywam si  Mona Stankiewicz. Jestem oficerem pomocniczym ”Edena l”. 

Chciałabym z panem porozmawia . 

- Przecie  wła nie rozmawiamy. 

- Tak, ale to b dzie dłu sza rozmowa. Teraz nie mam czasu. Za chwil  

wyl duje ”Eden 3”. 

- Panno Stankiewicz, dowódc  ”Edenu” jest kapitan Dodd. Je eli ma pani 

jaki  problem, powinna si  pani zwróci  do niego. 

- Jednak tylko panu mog  o tym powiedzie . Prosz ! Wi c po wyl dowaniu 

”Edena 3”... 

- Je li to takie wa ne, dlaczego nie powie mi pani teraz? 

- Ju  mówiłam. Zaj łoby to zbyt wiele czasu. Sporo nale y wyja ni . Je li po 

tym, co pan usłyszy, uzna pan,  e powinnam pój  do kapitana Dodda, zrobi  to. - 

Spojrzała na zegarek i u miechn ła si  zakłopotana. - Jestem ju  spó niona. 

Znajd  pana, gdy ”Eden” wyl duje, dobrze? John skin ł głow . 

- Je eli uwa a pani,  e tak trzeba... 

Dziewczyna u miechn ła si  raz jeszcze, odwróciła i uciekła. 

Parzył za ni  przez jaki  czas, pal c cygaro. Nie miał dzi  zbyt wiele do 

roboty. Kurinami i Natalia wystartowali ju  na sowieckich  migłowcach, 

podobnie jak dwóch Niemców oddelegowanych przez Manna Rourke nie miał do 

tej pory okazji, by porówna  zalety sowieckich i nazistowskich maszyn. Przed 

startem powiedział do Natalii: 

- Uwa aj na Karamazowa, ale miej te  na oku ludzi Manna. My l ,  e 

mo emy im ufa , ale lepiej by  ostro nym. 

Podniósł si  wreszcie z kamienia i ruszył w kierunku obozu. Przybyło wi cej 

Niemców. Podobnie jak mi dzynarodowa obsada obu promów, wylegli przed 

namioty. Wszyscy zadzierali głowy, wpatruj c si  w niebo w oczekiwaniu na 

ukazanie si  ”Edena 3”. 

Rourke szedł przez obóz do namiotu rekonwalescentów, Michaela i Paula, 

odwzajemniaj c po drodze skinienia głowy i u miechy. Spojrzał w gór . 

Helikopter Natalii znajdował si  nad nim, John pami tał numer na drzwiach 

ładowni. Zastukał w maszt namiotu. Brezent uchylił si . Zobaczył u miechni t  

twarz Sarah. Szarozielone oczy promieniowały ciepłem, jakiego dawno ju  w nich 

nie widział. - Cze . 

- Cze . Wygl dasz na zm czon . Ale jeste  pi kna. 

- To pierwsze na pewno jest prawd . Wejd ! 

Uniosła wy ej klap  namiotu. Był dokładnie taki, jak inne wojskowe namioty. 

Przez  ciany i sufit przenikało blade  ółte  wiatło. Na stoliku mi dzy łó kami 

płon ła lampa Colemana 

- Tata! - Madison posłała mu u miech. Kl czała przy łó ku Michaela, który 

chyba spał. - Wypoczywa. Cudowne niemieckie lekarstwa działaj  - powiedziała 

cicho. 

Sarah stan ła obok Johna. 

- Wida  wyra n  popraw  u nich obu - wyszeptała 

- Nie rozmawiajcie o mnie tak, jakby mnie tu nie było. - John zwrócił wzrok w 

stron , sk d dochodził głos. 

background image

 

23 

Paul Rubenstein nie spał. Przy jego łó ku Rourke zobaczył zwini t  w kł bek 

Annie. W  piworze wydawała si  dziecinnie mała. 

-  pi - szepn ł Paul. 

- Ty te  powiniene  spa  - odrzekł ze  miechem John. 

- Słuchajcie. - Sarah zni yła głos. - Pójd  poszuka  czego  do jedzenia 

Madison i ja nie jadły my od zeszłego popołudnia. 

- Nie przyniesiono wam? My lałem,  e... 

- Ale  owszem - przerwała Sarah. - Ale ja byłam zaj ta Paulem, a Madison nie 

miała ochoty najedzenie. Annie spałaszowała wszystko. 

- Co za dzieciak! - Rourke wyszczerzył z by w u miechu. - Zajm  si  

wszystkim. Id cie si  przewietrzy . 

Sarah zwróciła si  do synowej: 

- Chod , stawiam  niadanie. 

- Stawiasz? 

- Niewa ne, idziemy - Chwyciła młod  kobiet  za r k  i pomogła jej wsta . 

Rourke zauwa ył,  e Madison porusza si  sztywno. Dziewczyna odgarn ła 

włosy z twarzy i u miechn ła si . 

- John, wracamy za dziesi  minut - powiedziała Sarah, wychodz c z namiotu. 

- W porz dku. 

Usiadł przy stole. Poczekał, a  oczy przywykn  do ciemno ci. Spojrzał na 

syna. Michael oddychał równo, regularnie. 

- Dzi ki za ponowne uratowanie mi  ycia - powiedział nagle Paul. - Nie 

potrafisz zerwa  ze swymi nałogami. Ratowanie Rubensteina stało si  jednym z 

nich. 

- Niewielu mam takich przyjaciół, jak ty, stary. 

- Sarah opowiadała mi o nazistach. - Paul zmienił temat. 

- To Niemcy, Paul. Mówi  o sobie ”nazi ci” z braku lepszego okre lenia. 

- Jestem  ydem. Przyznasz wi c,  e niełatwo mi by  obiektywnym. Naprawd  

ufasz temu Mannowi? 

- Wydaje si  by  szczery. Ale moje plany uwzgl dniaj  te  odwrotn  sytuacj . 

- W jaki układ z nim wszedłe ? 

John miał ochot  zapali  cygaro, ale powstrzymał si . Dym mógłby obudzi  

Michaela lub Annie. 

- Mann jest zamieszany w swego rodzaju przewrót pałacowy - powiedział. - 

Chce obali  kogo , kogo nazywa wodzem; taki hitlerowski typ przywódcy. Nie 

spodobałby ci si . 

- Touche! - Paul za miał si  gło no. 

- W ka dym razie, w zamian za pomoc Mann obiecał nas wesprze  w walce 

przeciw Karamazowowi. Zostałem wybrany. 

- Argentyna? 

- Tak. Słyszałem,  e jest tam pi knie o tej porze roku. 

- Nawet po tym cudownym leku, którym spryskali moje rany... 

- ...nie b dziesz mógł jecha  - doko czył za niego Rourke. 

- A Natalia? 

- Prawdopodobnie - przytakn ł John. - Mo e Kurinami i Halwerson dla 

osłony naszego odwrotu. Sko nooki Japo czyk i czarnoskóra kobieta nie zdołaj  

background image

 

24 

niepostrze enie wmiesza  si  w tłum Niemców. Natalia - to jedyne rozs dne roz-

wi zanie. Nie zdziwiłbym si , gdyby mówiła po niemiecku. 

- Ty oczywi cie znasz niemiecki? 

- Na tyle,  eby sobie poradzi  - John nadal mówił bardzo cicho, spogl daj c 

na u pion  Annie. Zazdro cił jej spokoju. Była  liczna. Patrz c na ni , promieniał 

zachwytem. - Wspaniała dziewczyna! Opiekuj si  ni , gdy mnie tu nie b dzie. 

- Mo e Dodd mógłby udzieli  nam  lubu, jako kapitan statku. Wiesz, kocham 

j . - Paul za miał si  rado nie. - B dziesz moim te ciem. 

- Hmm... - mrukn ł Rourke. 

- Co  nie tak? 

John wpatrywał si  w swoje dłonie. Zaczaj mówi , nie patrz c na Paula: 

- Ty i Annie zrozumiecie mnie, kiedy b dziecie mie  własne dzieci. M czyzna 

maj cy córk  zastanawia si , na jakiego faceta dziewczyna trafi. My li, co zrobi 

temu sukinsynowi, je li spadnie jej włos z głowy. Musisz poczeka  ze  lubem, a  

wróc  i sam oddam ci j  za  on . 

-  Co mamy robi , czekaj c na ciebie? Budowa  nowy  wiat? - z u miechem 

zapytał Paul. 

- My l ,  e ludzie z ”Projektu Eden” ju  zaplanowali, jak powinien wygl da  

nasz nowy wspaniały  wiat Ty miej tu po prostu na wszystko oko i pilnuj,  eby 

nie popadli w kłopoty. Za par  dni b dziesz mógł si  jako tako porusza . Doktor 

Munchen i Hixon zaopiekuj  si  tob . Zatroszcz si  te  o Michaela. Niech 

wygrzebie si  z tego jak najszybciej. I daj mu do zrozumienia,  e masz wi cej 

do wiadczenia od niego. Michael bywa niepoprawny, odziedziczył to po mnie. 

Trzymaj r k  na pulsie i nie wtr caj si , chyba  e zaczn  robi  głupstwa. I zajmij 

si  Madison. Trzeba nauczy  j  prowadzi  samochód i lepiej strzela , a w tym 

wypadku nie mo na polega  na Michaelu. - John roze mał si . 

- Jedzie was tylko czworo. Nie podoba mi si  to - zacz ł Paul. 

- Nic si  nam nie stanie. Dbaj o siebie. Musisz by  w formie, kiedy wrócimy. 

Wtedy, razem z Natali , ruszymy za Karamazowem. Tylko my troje. Chocia , z 

drugiej strony, wolałbym nie wci ga  w to Natalii. 

Paul Rubenstełn powiedział, zni aj c głos: 

- To,  e Karamazow wtedy prze ył, to cud. Powinien był zgin  tamtej nocy 

na ulicach Aten. 

- Cud? - John spojrzał na przyjaciela - Nie jestem teologiem, ale Władymir 

Karamazow nie zasługuje na cud. Ale je eli dopadn  go tym razem, jedynie cud 

umo liwi mu pozostanie przy  yciu. - Rourke wstał. - Tym razem b d  miał pew-

no .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

25 

Rozdział 6

 

 

Przez dłu sz  chwil  John czekał na rudowłos  Mon , jednak zm czenie 

wkrótce dało mu si  we znaki. Powiedział do Kurinamiego: 

- Ma tu przyj  dziewczyna,  eby si  ze mn  spotka . Zapytaj j , czy ta 

sprawa mo e poczeka . Je eli nie, obud  mnie. 

Kurinami, czytaj c jakie  techniczne opracowanie, siedział przed namiotem, 

który dzielił z sze cioma kolegami. Przestawił płócienne krzesło przed namiot 

Johna. 

- Oczywi cie - powiedział. 

John wszedł do namiotu. Odruchowo sprawdził koce - jak zwykle nic. Byłby 

szcz liwy, gdyby znalazł w nich najmarniejszego robaka czy  mij . Przysiadł na 

kraw dzi posłania, rozwi zał wojskowe buty,  ci gn ł skarpetki. Zrzucił kurtk  i 

odpi ł kabury. Z ulg  wyci gn ł si  na łó ku. 

Po sp kanej powierzchni wyschni tego błota szła Mona Stankiewicz. 

Zauwa ywszy siedz cego przed namiotem Kurinamiego, zawołała z daleka: 

- Akiro! Nie widziałe  doktora Rourke'a? To jego namiot, prawda? 

- Doktor  pi. Był bardzo zm czony. Wiec to na ciebie czekał? Mona podeszła 

bli ej. Z tej odległo ci mogła bez trudu przeczyta  tytuł ksi ki, któr  Kurinami 

trzymał na kolanach. 

- Chyba miał ci ki dzie . Powiedz mu,  e wróc . 

- Obudz  go, je li to wa ne, Mona. 

- Nie trzeba. Mog  jeszcze troch  zaczeka . Powiedz mu,  e byłam. Mo e sam 

zechce mnie poszuka . 

Posłała Akiro u miech i ruszyła z powrotem przez ogrodzony teren. Na ogół 

ludzie uwa ali Japo czyków za istoty pozbawione poczucia humoru i zamkni te 

w sobie. Dla niej Kurinami był zabawny. Pami tała,  e kiedy  poło ył na krze le 

Dodda poduszk , która  ci ni ta, wydawała odgłos uchodz cych gazów. Gdy 

Dodd wstał, aby przemówi , a potem usiadł, efekt był nadspodziewany. Akiro 

jako jedyny zdołał zachowa  powag  - przynajmniej przez trzydzie ci sekund. 

Ale Kurinami potrafił by  te  niebezpieczny. Mona przypomniała sobie słowa 

Dodda: ”Kurinami jest cholernie dobrym pilotem. Mieli my szcz cie,  e nie było 

go na  wiecie podczas drugiej wojny  wiatowej”. 

Mona Stankiewicz nie wiedziała, dok d pój . Jednego miejsca postanowiła 

szczególnie unika . Okolice ”Edenu 3” stanowiły rejon, w którym wolała si  nie 

pokazywa . Była co prawda zar czona z jednym z przebywaj cych na jego pokła-

dzie astronautów i pragn ła ujrze  go znowu. Jednak to, co długi czas ukrywała, 

a teraz zdecydowała si  wyjawi , mo e sprawi ,  e jej chłopak nie zechce jej 

wi cej widzie . 

Id c oddalała si  od obozu. Jaki  Niemiec, którego wła nie mijała, u miechn ł 

si  i pozdrowił j  salutuj c. Odpowiedziała u miechem i jedynymi niemieckimi 

słowami, jakie znała: 

- Guten Tag. 

Niemiec zagadn ł Mon , ale ona zrozumiała tylko zako czenie: Fraulein. 

Szła dalej. Jej nogi szybko si  m czyły, miała jednak nadziej ,  e w ci gu 

kilku dni odzyska pełni  sił. Kapitan Dodd zorganizował ju   wiczenia, ale Mona, 

background image

 

26 

jak wi kszo  kobiet, nie brała w nich udziału. Po przebudzeniu wyst piła obfita 

menstruacja, bardziej uci liwa ni  zazwyczaj. Wykonywanie niektórych  wicze  

było po prostu niemo liwe. 

Znalazła kamie , na którym siedział Rourke podczas ich pierwszego 

spotkania. Usiadła, odgarniaj c z twarzy włosy, które spadały jej na oczy. 

- Doktor Rourke... - powiedziała do siebie. 

John był bardzo przystojnym m czyzn . Wysoki, muskularny, dobrze 

zbudowany. Ciemne, dobrze przystrzy one włosy okrywały kształtn  głow . 

Kilka srebrnych pasm na skroniach mo na było zauwa y  tylko dlatego,  e 

kontrastowały z gł bokim br zem reszty włosów. Mówiono o nim w obozie - 

głównie kobiety -  e jest wyj tkowo przystojny. Komentowały jego spojrzenia 

rzucane na Natali : ”Zauwa yła , jak patrzy na t  rosyjsk  kobiet ? A ona na 

niego? No i ta  ona, patrz ca na nich oboje!” Czegó  to nie wymy l  kobiety! 

Mona musiała jednak przyzna ,  e na atrakcyjno ci mu nie zbywało. Miał ciepły 

głos, który odbierało si  nieomal jak dotyk. I przyjemny blask oczu, gdy nie 

skrywały ich ciemne okulary. 

Co wła ciwie wiedziała o nim? Chyba niewiele. Zgodnie z informacjami 

Dodda, Lernera i Ełaine Halwerson uko czył studia medyczne, potem pracował 

w Centralnej Agencji Wywiadowczej - słowa te przyprawiły j  o bicie serca. Po 

opuszczeniu CIA zało ył szkoł  przetrwania. Uczył, jak prze y  w ekstremalnej 

sytuacji, jak posługiwa  si  broni . Pisał nawet ksi ki na ten temat. Wła ciwie 

nigdy nie pracował w swoim zawodzie, ale zdaniem Hixona - bior c pod uwag  

sposób, w jaki przeprowadził operacj  Michaela - był naprawd  doskonałym 

chirurgiem. Musiał te  by  piekielnie odwa ny. Mona słyszała, czego dokonał, 

ratuj c przyjaciela, którego  ydowskiego nazwiska nie mogła sobie przypomnie . 

Zdecydowała wi c,  e najlepiej b dzie porozmawia  z nim. Człowiek pokroju 

Rourke'a na pewno łatwiej j  zrozumie ni  Dodd. Usłyszała za sob  szmer, jakby 

odgłos kroków. ”Mo e to...” 

- Ach! To ty. Gdzie, gdzie jest.. 

Przed oczami błysn ła jej lufa pistoletu. U wiadomiła sobie,  e powinna była 

słysze  strzał, który wła nie oddano. Ale nie słyszała niczego. Nie mogła usłysze , 

gdy  cała jej uwaga skoncentrowała si  na pal cym bólu w klatce piersiowej. Za-

raz potem doznała uczucia , jakby jej głowa miała za chwil  wybuchn .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

27 

Rozdział 7

 

 

- Doktorze Rourke!!! 

John otworzył oczy. Nasłuchiwał. Krzyk... To chyba kobieta. Wyskoczył z 

łó ka. To nie mógł by  sen - nie miewał ju  snów. 

- John! - To był Kurinami. - Krzyczała jaka  kobieta. Ja... 

- Tak. - Zwil ył j zykiem suche wargi. - Id . Zaraz tam b d . 

Gwałtownym ruchem wyszarpn ł z kabur detoniki. Boso wybiegł z namiotu. 

Gnał naprzód, wciskaj c po drodze pistolety do kieszeni wytartych levis'ów. 

Sło ce raziło go. Zmru ył oczy. Widział Kurinamiego, który biegł przed nim. 

Zauwa ył,  e zatrzymuje si  w niewielkiej odległo ci od ciała kobiety. 

Rourke stan ł. Wiatr igrał z włosami le cej na ziemi dziewczyny. Rozwiewał 

pasma, których kolor trzeba było okre li  raczej jako rudy ni  kasztanowy. Mona 

Stankiewicz. 

Min ł Kurinamiego, padaj c raptownie na kolana. Łagodnie uniósł głow  

kobiety. Krew s czyła si  cienkim strumykiem z dwóch ran w klatce piersiowej. 

Powieki Mony zadr ały, gdy John oparł jej głow  o swoje kolana. 

- Nie próbuj mówi . 

Z wysiłkiem podniosła powieki. Miała bardzo pi kne oczy. Nie było w nich 

wida  bólu ani strachu. Jedynie spokój. Wargi Mony poruszyły si . Rourke 

pochylił głow , by usłysze  słowa 

- Sowiecki agent... - wyszeptała. 

Oczy pozostały otwarte, ale doktor nie wyczuwał ju  pulsu w t tnicy szyjnej. 

- Sowiecki agent - wymamrotał Kurinami. 

John rozejrzał si . Zd yli nadej  inni. Dodd, Lerner, Sarah i Elaine 

Halwerson stan li za jego plecami. Dodd odezwał si  pierwszy. Cicho i mi kko 

rzekł: 

- Ten... rzucaj cy si  w oczy, automatyczny pistolet, który major Tiemierowna 

nosi przy sobie, czy on nie jest wyposa ony... 

- ...w tłumik - doko czył Rourke, podnosz c głow . - Do Mony oddano dwa 

strzały, ale słycha  było tylko jej krzyk. - Spojrzał Doddowi prosto w oczy. - 

Natalia nie zrobiłaby tego w ten sposób. 

Popatrzył na twarz Mony. Teraz ju  wiedział, jakiego koloru s  jej oczy - 

jasnobr zowe, jakby inkrustowane zielonymi c tkami. Zamkn ł je delikatnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

28 

Rozdział 8

 

 

Sekcja zwłok nigdy nie nale y do przyjemno ci, ale w wypadku osoby znanej 

jest to wyj tkowo niemiłe. Rourke obserwował sekcj  dokonywan  przez doktora 

Hixona z ”Edena l” i doktora Munchena - lekarza wojsk podległych Wolfgangowi 

Mannowi. Uwa aj c,  e Munchen wniesie dodatkowe spostrze enia, oparte na 

bogatej wiedzy medycznej, John nalegał na jego udział w sekcji. Jednak gdy 

Hixon otworzył ciało, wszystko okazało si  a  nadto oczywiste. Munchen nie mógł 

nic doda . 

Strzały oddano z bliskiej odległo ci. Wyj te z ciała pociski - kaliber dziewi  

milimetrów - były lekko zdeformowane. Zdaniem Johna, musiano je wystrzeli  z 

broni o kalibrze 0,38. Sprawca nie omieszkał zabra  łusek. 

Natalia zwykła nosi  walthera 0,38. Jak słusznie zauwa ył Dodd, pistolet ten 

miał tłumik. 

Kapitan Dodd, tak e obecny przy ogl dzinach, powiedział flegmatycznie: 

- Czego wi cej panu potrzeba, doktorze? Mona Stankiewicz wskazała na 

rosyjskiego agenta. Zastrzelono j  z broni kalibru 0,38. 

- Z krótkiego browninga dziewi  milimetrów - wyszeptał Rourke. 

- A poniewa  nie słycha  było odgłosu strzałów, pistolet musiał mie  tłumik. 

Major Tiemierowna jest rosyjskim agentem... 

- Byłym - warkn ł cicho John. 

- Dobrze, byłym, ale Mona mogła nie pami ta  imienia. Zapami tała tylko 

fakt,  e jej zabójc  jest sowiecki agent, były czy aktualny - nie wiadomo. Jakim 

pistoletem zwykle posługuje si  major Tiemierowna? 

- Krótkim browningiem kaliber dziewi . 

- A wi c jest to bro , z jakiej zastrzelono Mon  Stankiewicz. 

Patrz c na lez ce ciało, Rourke poczuł co  w rodzaju zawstydzenia. Nagie 

piersi kobiety wystawiono na widok publiczny. Fałdy rozci tej skóry nie osłaniały 

wi cej tajemnic ludzkiego organizmu. A jednak ciało to kryło zagadk . Kto posta-

nowił zgładzi  Mon  Stankiewicz? 

Spojrzał na Dodda. W rozproszonym  wietle, przenikaj cym przez płótno 

namiotu, dojrzał na jego twarzy wyraz, którego wcze niej nigdy nie widział. 

Jakby nienawi  i głupota, wynikaj ce z braku logiki. Zwrócił si  do kapitana: 

- Niech e si  pan zastanowi. Natalia jest wrogiem Sowietów. Zale y jej na 

realizacji ”Projektu Eden”. Nie zabijałaby nikogo z naszych ludzi. To 

nielogiczne! 

- Do diabła z logik , doktorze. Ta kobieta była lub nadal jest rosyjskim 

agentem. Jej broni  dokonano zabójstwa. 

- Nie posyłajmy logiki do diabła, kapitanie. Mona Stankiewicz chciała mi co  

powiedzie , wła nie mnie. Czy zwróciłaby si  do mnie z czym , co obci ałoby 

Natali ? Wiedziała,  e jeste my przyjaciółmi. Nie, Dodd. Gdyby chodziło o 

Natali , Mona zwróciłaby si  do pana. Pan przecie  uwierzyłby w najgorsze, je li 

dotyczyłoby Natalii. Wiem teraz, o czym Mona chciała ze mn  rozmawia . Mamy 

tu sowieckiego agenta. Posłu ył si  broni  Natalii,  eby zabi  Mon . Kogo 

mo emy w tej chwili oskar y ? - John pozwolił sobie na u miech. - 

background image

 

29 

Niewykluczone,  e to pan, kapitanie. To wyja niałoby, dlaczego Mona nie poszła 

do pana. 

- Uwa aj, Rourke. - Dodd pochylił si  nad ciałem zamordowanej dziewczyny. 

John milczał przez chwil , po czym podj ł przyciszonym głosem: 

- A mo e zacz liby my od sprawdzenia, gdzie znajduje si  pistolet Natalii? 

Ona na pewno nie odmówi pomocy. Morderca nie bez przyczyny usiłuje j  

wrobi  w to zabójstwo. Mo e obawia si ,  e Natalia mogłaby go rozpozna ? Mon  

zabił wła nie dlatego. 

- Sowiecki agent w ”Edenie”? Rourke, jeste  stukni ty. 

- Odpieprz si  - skwitował ostro John. - Id  teraz porozmawia  z Natali . 

Idzie pan ze mn , Dodd? - Spojrzał na martw  Mon . Wzi ł prze cieradło,  eby 

zakry  zwłoki. Nie wiadomo do kogo wyszeptał: - Nie ma ju  wi cej sekretów do 

ujawnienia. 

- Sam pogadam z major Tiemierown  - nagle odezwał si  Dodd. 

- Natalia  le spała poprzedniej nocy. Dałem jej  rodek uspokajaj cy. Musi 

zregenerowa  siły przed wypraw  do Argentyny. To ju  jutro. Mo liwe,  e 

jeszcze  pi. Nie pozwol  jej przeszkadza . 

- Za godzin  l duje ”Eden 4”. Nie ma czasu na pierdoły, Rourke. Musimy 

znale  morderc . 

- Wi c mo e wreszcie spróbujemy go poszuka ? - John  ci gn ł chirurgiczne 

r kawiczki, z impetem rzucaj c je na ziemi . Skierował si  do wyj cia z namiotu. 

- Je eli b dzie pan przeszkadzał, Rourke, ka  odebra  panu bro . 

John, nie patrz c na kapitana, odparł: 

- Ale  prosz , niech pan to zrobi. - Znalazłszy si  w promieniach 

popołudniowego sło ca , wyj ł z kieszeni kurtki ciemne, lotnicze okulary. - A 

niech to cholera - sykn ł przez z by. 

Natalia Tiemierown  siedziała na kocu. Sło ce padało na jej nogi. Ubrana w 

niebiesk  koszul  Johna, stanowiła pon tny widok. Poruszała si  ostro nie, aby 

nie  ci gn  ciekawskich spojrze . Zamy lona, bezwiednie czy ciła bro . 

Umie ciła wkr t zabezpieczaj cy w przedniej cz ci szkieletu smitha. D wignia 

wróciła do prawidłowej pozycji, b benek - na swoje miejsce. Cała bro  Natalii 

wymagała czyszczenia po tym, jak przemokła. Deszcz nie był najlepszym 

rodkiem konserwuj cym. Rosjanka musiała naoliwi  skórzane pasy. 

Poło yła smitha na kocu obok bli niaczego rewolweru. Srebrzystoszare 

smithy były pierwsz  wersj  posiadaj c  specjalne zabezpieczenia b benka i 

frezowan  komor  nabojow . Te dwa podarowano niegdy  pierwszemu i zarazem 

ostatniemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych II - Samowi Chambersowi. 

Natalia otrzymała je od Chambersa za pomoc w ewakuacji Florydy. Popatrzyła 

na ameryka skie orły wyryte na płaskiej cz ci lufy. Pami tała opowie ci swego 

wuja, generała Izmaela Warakowa, o orle i nied wiedziu walcz cych na  mier  i 

ycie. 

Jej wuj, podobnie jak i wszyscy inni, od dawna nie  ył. Na my l o tym w 

oczach Natalii błysn ły łzy. 

Wzi ła do r ki metalicznego walthera PPK/S w wersji ameryka skiej. 

Kciukiem nacisn ła przycisk zwalniaj cy magazynek. Zarepetowała bro , 

wyrzucaj c nabój z komory. Poło yła magazynek i nabój na naoliwionej szmatce. 

background image

 

30 

Co  j  zaniepokoiło. Mosi na łuska l niła, a przecie  ładuj c bro , dotykała łu-

sek niezliczon  ilo  razy. Spojrzała na pierwszy nabój w magazynku. Powinien 

by  za niedziały. 

U ywaj c walthera, Natalia zawsze miała pełny magazynek i dodatkowy 

nabój w komorze. W tym typie pistoletu nie istniała mo liwo  wło enia naboju 

do komory od zewn trz. W tym celu nale ało zarepetowa  bro , co powodowało 

przej cie pierwszego naboju z magazynka do komory. Po zabezpieczeniu 

walthera wyjmowało si  magazynek,  eby doło y  brakuj cy nabój. Tym 

sposobem dwa naboje podlegały ci głej rotacji. Nie mo na ich było przy tym nie 

dotyka . Łuski poznaczone były rysami od nieustannego wkładania i wyjmo-

wania. 

Natalia przyjrzała si  magazynkowi. Kiedy , podczas strzelaniny upu ciła go, 

od tego czasu denko miało charakterystyczne zadrapanie. 

Chwyciła czarn , płócienn  torb , szukaj c zapasowych magazynków. Przez 

owalne otwory bocznej  cianki zauwa yła brak dwu nabojów w jednym z nich. 

Rosjanka podniosła pustego walthera, pow chała przykr cony do lufy tłumik. 

Charakterystyczny zapach spalonego prochu. Od czasu ostatniego czyszczenia nie 

był przecie  u ywany. 

Odkr ciła tłumik. Wyj ła zamek, wyci g i spr yn  powrotn . Na ko cu 

wyciora umie ciła biał  szmatk . Wprowadziła wycior do lufy. Na szmatce 

pozostały czarne  lady gwintowania. To potwierdziło jej wcze niejsze obawy. Z 

jej pistoletu niedawno strzelano. 

- Major Tiemierowna, prosz  przesta  czy ci  bro . Oderwała wzrok od 

walthera. Przy niej stał kapitan Dodd. 

Obok - John Rourke. 

- John, co... 

- Majorze, s dz c po tych zabrudzeniach na szmatce, z tego pistoletu 

strzelano. 

- W moim zapasowym magaznyku brakuje dwóch naboi. My l ,  e przeło ono 

je do pistoletu. 

- To kaliber 0,38, czy  nie? - spytał Dodd. - Tak, ale... 

- A ten przedmiot na kocu to chyba tłumik? 

- Tak - odparła. - I co z tego? 

- Jako dowódca floty ”Projektu Eden”, w imieniu najwy szych władz 

cywilnych i wojskowych, aresztuj  pani  pod zarzutem zabójstwa Mony 

Stankiewicz. 

John odwrócił głow  w kierunku Dodda: 

- Odpieprz si ! 

- Rourke, je eli jeszcze raz usłysz  co  podobnego... 

- Co wtedy?  miało, chciałbym si  dowiedzie . 

- Zamordowano... Kogo? - spytała Natalia. 

- Mon  Stankiewicz, drugiego nawigatora ”Edena l”. Zastrzelono j  z 

pistoletu kalibru 038. Niew tpliwie u yto tłumika. Jedyne, co było słycha , to jej 

krzyk. Przed  mierci  zd yła wskaza  na sowieckiego agenta jako swego 

zabójc . 

background image

 

31 

- A w obozie tylko ja mam pistolet kalibru dziewi  milimetrów. - Nie czekała 

na odpowied . - i tylko ja mam tłumik. I jedynie ja mog  by  uznana za 

sowieckiego agenta. Wi c musz  by  zabójc . Ale to nieprawda. - Si gn ła do 

torby, lecz przypomniała sobie,  e nie ma papierosów. Zerwała przecie  z 

nałogiem. Spojrzała prosto w oczy Dodda. - i pan w to wierzy? - zapytała. 

John wtr cił si , zanim Dodd zd ył cokolwiek powiedzie : 

- Czy miała  walthera ci gle przy sobie? 

- Nie wzi łam tabletki nasennej, ale troch  si  przespałam. Potem poszłam na 

spacer. Wzi łam tylko te dwa - Gestem wskazała smithy z wygrawerowanymi 

orłami. - Po powrocie poszłam pod prysznic. Walthera zostawiłam w namiocie. 

Ubrałam si  i wyszłam na zewn trz czy ci  bro . 

- Gdzie dokładnie znajdował si  pistolet? 

- W torbie, schowany w kaburze. Miałam go, gdy l dował ”Eden 3”. Potem 

ju  nie. 

Rourke odwrócił si  do Dodda. 

- A zatem, kto  wiedz c,  e Natalia ma pistolet z tłumikiem, przeszukał jej 

rzeczy, gdy była na spacerze albo pod prysznicem. Znalazł walthera, posłu ył si  

nim, by zabi  Mon  i podrzucił bro  na miejsce. Podmienił naboje,  eby Natalia 

nie spostrzegła od razu ich braku. 

- Czy kto  pani  widział na spacerze lub podczas k pieli? 

-  Mój namiot stoi na skraju obozu. Zajmuj  go razem z Elaine Halwerson, ale 

nie widziały my si  od l dowania ”Edena 3”. Nie s dz , aby kto  mnie zauwa ył 

na spacerze. A je li chodzi o drugie pytanie, zwykle k pi  si  sama. -U miechn ła 

si  z wysiłkiem. 

- Dlaczego zabójca miałby u y  wła nie pani broni? Nie jest pani jedyn  

osob , która posiada pistolet. Doktor Rourke, jego  ona, dzieci, Paul 

Rubenstein... Wszyscy s  uzbrojeni. 

- Mo e z powodu tłumika. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. 

Dodd uderzył pi ci  w otwart  dło . 

- Podtrzymuj  to, co powiedziałem. Jest pani aresztowana. Mo e mi pani 

zaufa . Zbadam dokładnie t  spraw . Je eli oka e si  pani niewinna, nie 

omieszkam przeprosi  za swój bł d. - Si gn ł do kabury. - Prosz  ze mn . 

Dwa detoniki, wymierzone w Dodda, błysn ły w dłoniach Johna. 

- Jeden fałszywy ruch, a jest pan martwy - wyszeptał Rourke. 

- Nie, John. - Natalia przykryła dłoni  lufy detoników. - Nie w ten sposób. 

Jestem niewinna. Wierz , ze kapitan Dodd potrafi udowodni  swe zarzuty. 

- Mieli my jutro jecha  do Argentyny. 

Ciemne okulary przesłaniały oczy Johna. Natalia widziała w nich tylko 

odbicie swych własnych oczu. Wyci gn ła r ce i delikatnie zdj ła mu okulary. 

- Nie bój si  o mnie. Kiedy wrócisz, wszystko ju  b dzie wyja nione. Nie 

zostaj  tu sama, jest jeszcze Paul, Michael, Annie i Madison. Zabierz ze sob  

Sarah. Poradzi sobie równie dobrze, jak ja. 

- Nie, Natalio... 

- Naucz  ci  posługiwa  si  moimi wytrychami, chyba  e kapitan Dodd zechce 

je zatrzyma  jako materiał dowodowy. Dam wam walthera. Bro  z tłumikiem 

zawsze si  przydaje. 

background image

 

32 

- Nie, nie chc ,  eby to tak było. 

Dotkn ła jego policzka. Był rozgrzany. U wiadomiła sobie, jak bardzo go 

kocha i jak beznadziejna jest to miło . 

- Potrafi  o siebie zadba , John. Wiesz o tym. I wiesz,  e jestem niewinna. 

Przecie  wła nie ty nauczyłe  mnie wierzy  w sprawiedliwo  tego ustroju. Teraz 

b d  mogła si  przekona . 

Nie wierzyła,  e Dodd odkryje prawdziwego morderc . Ktokolwiek zabił t  

kobiet  o polskim nazwisku, postarał si ,  eby wszystko wskazywało na Natali : 

jej bro , brak alibi i słowa umieraj cej dziewczyny. 

- Nie zostawi  ci  - cicho, lecz stanowczo powiedział Rourke. 

- Zostawisz. Oboje to wiemy. Zamkn ł oczy. Opu cił lufy pistoletów. 

- Czy Karamazow mo e mie  agenta w ”Edenie”? - zapytał. 

- Nie wiem, John. 

- Niech pan nie b dzie  mieszny, Rourke. Ka dy człowiek był wielokrotnie 

sprawdzany. Wszyscy maj  kryształowe opinie. 

- I to jest najbardziej niebezpieczne. Nie ma ludzi czystych jak łza, nawet je li 

tak mówi  akta. 

- Nawet pan, doktorze? 

- Gdyby wyci gn ł pan pistolet, ju  by pan nie  ył. 

- Pójd  si  przebra  - odezwała si  Natalia. - Potem b d  do pa skiej 

dyspozycji, kapitanie. 

Oddała Johnowi okulary, wspi ła si  na palce i pocałowała go w lewy 

policzek. Weszła do namiotu. Nie miała złudze . Dodd był przekonany o jej 

winie. Nic nie zmieni jego zdania. Ale nie mogła pozwoli ,  eby John wyst pił 

przeciw niemu. To skazałoby go - i wszystkich, których kochała - na banicj . 

Usiadła na brzegu łó ka. Poniewa  czekało j  nieuniknione, chciała wygl da  

jak prawdziwa kobieta. Postanowiła ubra  si  elegancko. Jaki  impuls kazał jej 

zabra  ze Schronu spódnic  i par  sandałów. Wkładaj c je, zastanawiała si , jak 

zdoła powstrzyma  Johna przed zrujnowaniem  ycia sobie i rodzinie. 

Jak  kar  zechc  jej wymierzy  za zabójstwo - tego nie wiedziała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

33 

Rozdział 9

 

 

Michael ju  nie spał. Jego otwarte oczy były czujne, cho  lekko zamglone. 

Rourke pomógł Paulowi usi

, Annie i Madison usadowiły si  na brzegu łó ek. 

Na Sarah padało  wiatło ze stoj cej na stole lampy Colemana. John stał przy 

wej ciu do namiotu. Był zbyt wzburzony, by spokojnie siedzie . 

- Jutro powinienem uda  si  do Argentyny, ale nie mog  tak zostawi  Natalii. 

Po Doddzie nie mo na spodziewa  si  niczego dobrego, czuj  to przez skór . 

Je eli jednak nie pojad , zabij  Berna i frakcja Manna przegra. Zostaniemy sami 

w obliczu sił Karamazowa, a zapewne i nazi ci zwróc  si  przeciw nam. W takiej 

sytuacji nigdy nie wygramy, przynajmniej na powierzchni. 

- Na powierzchni? - powtórzyła jak echo Sarah. - Wiele przeszłam od Nocy 

Wojny i zrozumiałam,  e miałe  racj  w wielu sprawach. Nie wolno ci si  teraz 

poddawa . Wiem,  e je eli zaatakuj  nas Rosjanie i nazi ci, b dziesz walczył do 

ko ca. Tak jak i my. Ale oni maj  bro , z któr  nasza nie mo e si  równa . I s  

ich setki, je li nie tysi ce. Przegramy. Kilkoro z nas pewnie przedrze si  w góry i 

b dziemy tam uprawia  partyzantk , ale to beznadziejne. Musisz i . 

- Mama ma racj  - powiedziała Annie. 

- Musisz - potwierdził Michael. 

- Nie powinnam si  chyba wtr ca , tato... 

- Ale  mów, Madison. To dotyczy nas wszystkich. 

- Natalia jest bliska nie tylko tobie, dla nas te  wiele znaczy. Ale je eli nie 

pomo esz pułkownikowi, wszyscy zginiemy. 

- Nie ma co, b dzie z niej wspaniała synowa - zacz ł Paul. - My tutaj b dziemy 

musieli sobie poradzi  bez ciebie. Du o o tym my lałem. Gdy słysz  o nazistach, 

dostaj  g siej skórki. Ale wygl da na to,  e Mann nie kłamie; nic by w ten sposób 

nie zyskał. Trzeba mu pomóc, skoro chce odsun  od władzy 

prawdziwych nazistów. Mo e wam si  uda. Musz  na to stawia , szczególnie w 

moim przypadku, czy  nie? 

Rourke skin ł głow , wpatruj c si  w cie  swojej  ony. 

- A co do Natalii, jak powiedziała Madison, b dzie bezpieczna - dodał Paul. 

- W obozie znajduje si  rosyjski agent - stwierdził Rourke. - Ro diestwieriski, 

a przed nim Karamazow wiedzieli dzi ki niemu o naszych posuni ciach. Kto  

przekazywał informacje KGB. Kimkolwiek on jest, chce usun  z drogi Natali . 

By  mo e obawia si  zdradzi  z czym , co tylko jej wydałoby si  podejrzane, albo 

boi si ,  e go rozpozna. W tpi ,  eby zabójstwo Mony Stankiewicz było po prostu 

ofiar  na ołtarzu zbrodni. Istniał konkretny powód. Cholera! Dlaczego nie 

zmusiłem jej do mówienia, kiedy pierwszy raz do mnie przyszła? - j kn ł. - W 

ka dym razie Karamazow na pewno zakłada,  e jego agent wci   yje i pr dzej 

czy pó niej wymy li jaki  sposób,  eby go wykorzysta  przeciw nam. Musimy 

znale  tego człowieka. Udowodnimy niewinno  Natalii i unieszkodliwimy 

agenta. To jedyna szansa,  eby przetrwa . 

Spojrzał na Sarah, która wła nie zdejmowała z włosów niebiesko-biał  

apaszk . Patrzyła na niego z tajemniczym u miechem. 

- O co chodzi, John? Nie lubisz tłumu? 

Rourke usiadł na krze le naprzeciwko  ony i wzi ł j  za r k . 

background image

 

34 

- Tak - roze mał si . - Chyba si  odzwyczaiłem. A wszystko powtarza si  od 

nowa. Czy by historia rzeczywi cie układała si  cyklicznie? 

- Masz na my li to, o co walczyłe ? Nachylił si  i dotkn ł ustami jej dłoni. 

- Zawsze wiedziałem, o co walcz . Wyst powałem przeciw chorobliwej 

głupocie. A ona ci gle gdzie  si  czai. Jest tak, jak dawniej. Ludzie gwałtem 

odpowiadaj  na wszystko.  ycie ludzkie nie ma warto ci, frymarcz  nim jak 

drobn  monet . Ju  nie wiem - wyszeptał ze  ci ni tym gardłem. 

- Zawsze starałe  si  robi  to, co nale y, John. Bardziej dla nas ni  dla siebie. 

Kochasz Natali , a mimo to pozostajesz mi wierny. - Chciał odpowiedzie , ale 

zakryła mu usta dłoni . -Jeste  porz dnym człowiekiem. Wspaniałym m czyzn . 

Mo e nawet zbyt wspaniałym, zbyt szlachetnym. Niełatwo z tob   y . Jeste  

perfekcjonist . Osłaniasz si  honorem jak pancerzem. Masz bogat  wiedz . Jeste  

doskonały i nie chcesz zrozumie ,  e reszta ludzko ci nie dorasta do ciebie. 

Walczysz z t  my l  i oddalasz si  od ludzi. Je eli kiedy  przestan  si  zabija , co 

b dziesz robił? 

Popatrzył na dło  Sarah, któr  trzymał w swojej r ce. 

- Mo e zało  prawdziwy szpital? Wkrótce zaczn  si  rodzi  dzieci,  ycie 

wróci do normy. - Oczy kobiety były ledwie widoczne w bladym  wietle lampy. - 

Ale my l ,  e to si  nigdy nie sko czy, Sarah. 

- Wierzysz,  e  ycie jest podłe, ale odmawiasz zgody na to, by takie pozostało. 

Cho  widzisz je w czarnych barwach, walczysz do ko ca. Taki jeste  i takim ci  

kocham, bardzo. 

Było tak, jakby siedzieli we własnym domu, w miejscu, którego ju  nie ma. 

- Kobieta nie mo e pragn c lepszego m czyzny - ci gn ła Sarah. - Ale nigdy 

nie b d  podziela  twego pogl du na  ycie. Mo e to nieracjonalne, jednak to mój 

wiadomy wybór, John. I przykro mi,  e ty miałe  racj . I ty tak e tego  ałujesz. 

Nało yłe  na siebie ci ar, jakiego ja sama nie zdołałabym ud wign . Nigdy. 

Trudno mi nawet dzieli  go z tob . Nie umiałam i chyba nadal nie potrafi . 

Pojad  z tob  do Argentyny. Istniej  miejsca, do których nie uda si  w lizn  

m czy nie, mog  wi c okaza  si  pomocna. Nie mówi  po niemiecku, ale jeden z 

ochotników zwerbowanych przez Kurinamiego - zdaje si ,  e nazywa si  Forrest 

Blackburn - zna ten j zyk. Zatem b dzie was dwóch. To zabrzmi głupio po tylu 

latach mał e stwa, ale, John, my tak naprawd  nie znamy si  nawzajem. Mamy 

szans  teraz. I, cokolwiek si  zdarzy, to my l ,  e tak czy inaczej, b dzie to nasza 

wygrana. 

- Kochani ci  - powiedział cicho, tul c jej dło . 

- Wiem. I wiem,  e kochasz te  Natali . Na to nie mog  nic poradzi . Bo to nie 

romans, tylko prawdziwe  ycie, a ja umiałabym znale  jedynie powie ciowe 

rozwi zanie. A przecie  w ten sposób niczego nie załatwimy. Rourke roze miał 

si . 

- W tym przypadku na pewno nie pomog  nam ksi ki. My l ,  e nie miała  

ze mn  łatwego  ycia, co? 

- Chocia  raz si  mylisz, John. Zawsze byłe  lepszy ni  otaczaj ca ci  

rzeczywisto . Ja nie. Ale jestem pewna,  e nigdy nie  ył na ziemi człowiek lepszy 

od ciebie. 

background image

 

35 

Wstała i przytuliła jego głow  do swoich piersi. Poczuł ciepło jej oddechu. 

Wargami musn ła jego czoło. 

Wtedy ze  wiata, od którego zdołali na chwil  si  odgrodzi , dobiegł ich 

pierwszy gniewny okrzyk.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

36 

Rozdział 10

 

 

- Prosz  tu pozosta . - U wej cia do namiotu na chwil  ukazała si  głowa 

stra nika ”Projektu Eden”. Natalia zd yła dostrzec M-16 w jego r ku. 

Na zewn trz słycha  było podniesione głosy. 

- Jest winna! Tak, to ona! Zabijmy j  i b dziemy mie  to z głowy! 

- Zabi  t  cholern  komunistyczn  dziwk ! Przysiadła na brzegu posłania, 

nogi przysun ła bli ej łó ka. 

Nerwowo obci gn ła spódnic . Bała si . 

Usłyszała Dodda usiłuj cego przekrzycze  tłum: 

- W porz dku. Major Tiemierowna jest Rosjank , ale na razie me 

udowodniono jej winy. Je eli popełniła zbrodni , zostanie ukarana, ale w 

majestacie prawa. Poniesie kar , lecz za zabójstwo Mony Stankiewicz, a nie za 

rozp tanie trzeciej wojny  wiatowej! 

- Do diabła, kapitanie! Mona i ja byli my zar czeni. 

- Haselton, wiem, co czujesz, chłopie, ale to nie jest... - Nie! 

Rozległ si  odgłos wystrzału, przypuszczalnie seria w powietrze z M-16. 

Natalia podci gn ła spódnic  i be ow  halk . Si gn ła po przywi zany 

chustk  do uda bali-song. Rozwi zała apaszk , nó  błysn ł w jej r ku. Wstała. 

Spódnica opadła poni ej kolan. Przeszła w tył namiotu. Zmi ła chustk  i wło yła 

j  do kieszeni. Przesun ła dłoni  po tylnej  ciance namiotu. Wbiła nó  w płótno. 

Patentowa klinga ”Wee Hawk” rozci ła brezent. Natalia spojrzała w kierunku 

wej cia. Ponowny wystrzał. Wrzaski. Wyzwiska. Si gn ła po le cy na łó ku 

niebieski sweter. Wło yła go i zapi ła pod szyj . Trzymaj c otwarty nó  w prawej 

r ce, przeło yła jedn  nog  przez rozci cie. Przeciskaj c si  przez w sk  

szczelin , ugodziła no em powietrze. 

Znalazła si  na dworze. Ci gle słyszała strzały i okrzyki: 

- Z drogi, kapitanie! 

Ruszyła biegiem, przeklinaj c w duchu pomysł z kobiecym ubraniem. 

Sandały nie nadawały si  do biegania. Sweter i a urowy bezr kawnik nie chroniły 

jej przed chłodem. Je eli zdoła dobiec do gór, spódnica b dzie zaczepia  o krzaki 

i wystaj ce korzenie. A jej jedyn  bro  stanowi bali-song. 

Za sob  słyszała ludzkie głosy: 

- Ta dziwka ucieka! Cholerna komunistka znów na wolno ci! Zabi  j ! 

Kobiecy okrzyk wybił si  ponad inne: - Powie cie j ! 

Natalia poczuła,  e zapiera jej dech w piersiach. Dobiegła do skraju obozu. 

Zwolniła i zatrzymała si . 

- Jest! Jest tam! 

- Uwa aj! Ma nó ! 

Dwaj uzbrojeni m czy ni biegli za ni . Z tej odległo ci mogli trafi  j  tylko 

przez przypadek. 

Skr ciła w lewo. Nabrała tempa. Nagle jej nogi zapl tały si  w co  i upadła. 

Padaj c na o lep wymierzyła cios. 

- Jezu! Poci ła mnie, poci ła! 

Lew  r k  raz po razie uderzała no em w ciemno . Ostrze trafiło na ko . 

Rozległ si  j k. Czyje  ciało osun ło si  na ziemi . 

background image

 

37 

Zd yła wsta , ale natychmiast pochwyciły j  silne ramiona m czyzn. 

Przerzuciła nó  do prawej r ki. Wymierzyła kolejny cios. Odpowiedział jej 

okrzyk bólu. Co  zmierzało w kierunku twarzy Natalii. Zanim si  uchyliła, 

otrzymała uderzenie w lew  skro . Straciła równowag . Prawe rami  miała 

wykr cone do tyłu. Poczuła, jak bali-song wypada jej z r ki. 

- Sukinsyny! - wrzasn ła. 

Podci gn ła do góry kolano, trafiaj c napastnika w krocze. Jednocze nie 

próbowała dosi gn  r k  drugiego m czyzn .  elazny u cisk na lewym 

nadgarstku uniemo liwił jej to. Jakie  r ce schwyciły nogi Natalii,  ci gaj c j  w 

dół. Przygnieciona do ziemi ci arem napastnika czuła,  e jej prawe rami  za 

chwil  p knie. Nie mogła oswobodzi  nóg. 

- Ten kabel jest tak samo dobry, jak sznur. - Natalia nie widziała twarzy 

mówi cego. 

- Dodd. - Ten głos był znajomy, to Haselton. - Niech pan pozwoli,  ebym ja to 

zrobił. Mona i ja mieli my si  pobra . Musz  to zrobi ! 

- Na co czekasz?! - krzykn ła Natalia. 

Z napieraj cego tłumu doszedł j  stłumiony głos Dodda: 

- Na miło  bosk ! Mieli cie by  elit  ludzko ci. Zachowujecie si  jak banda 

rozwydrzonych wyrostków. Na Boga, przesta cie! 

Podniesiono Natali . Jej prawe kolano natychmiast znalazło cel. 

- Kurwa! - wyj czał czyj  nabrzmiały bólem głos. Uderzono j  w twarz. Nogi 

pod ni  znów si  ugi ły. Ci gni to j  po ziemi. Gdy tylko próbowała wsta , 

wzrastał ucisk na ramieniu. 

- Przesta cie - krzykn ła. 

Ucisk nie zel ał. Wokół jej szyi owini to kabel. 

- Przywi emy ko cówk  do ci arówki Rourke'a. Nie gorszy sposób na 

wieszanie od innych! 

- Koniec zabawy! 

Natalia zamkn ła oczy, czekaj c na najgorsze. Uniosła powieki.  wiatło 

dochodz ce z obozu pozwoliło jej dojrze  sylwetk  Johna i nieodł czne detoniki w 

jego r kach. 

- Doktorze, my l ,  e sobie poradz ... 

- Zamknij si  pan, kapitanie. Poczuła,  e kabel na jej szyi rozlu niono. 

- Podnie cie j . Niech tu podejdzie. Pierwszy, który si  sprzeciwi, umrze. 

- John... - wyszeptała. 

Uwolniono j . P tla kabla opadła na piersi Natalii. Usiadła. Zerwała kabel i 

rzuciła na ziemi . Spróbowała wsta . Mechanicznym ruchem usiłowała otrzepa  

spódnic  z kurzu. Nie mogła opanowa  dr enia. 

- John, mam bali-songa Natalii - dobiegł j  głos Rubensteina. 

- Powiniene  by  w łó ku, Paul - odkrzykn ł Rourke. 

- Zamiast si  wylegiwa , ubezpieczam was z tego ko ca moim schmiesserem. 

Natalia usłyszała znany i jak e miły dla jej ucha odgłos odwodzonego zamka 

niemieckiej MP-40. 

- Troch  miejsca dla mojej przyjaciółki! - z prawej strony dobiegł głos Sarah. 

- Przysu  si  do Johna. Mo esz chodzi , Natalio? 

- Tak. 

background image

 

38 

Bolało j  gardło, a prawe rami  pozbawione było czucia. Powoli zbli ała si  

do Johna, spogl daj  w twarze widoczne w  wiatłach reflektorów 

prze lizguj cych si  po tłumie. Rourke stał w półcieniu. Pistolet połyskiwał w jego 

prawej dłoni, drugi był jeszcze matowy. 

- Tato, jest samochód - odezwał si  Annie. 

Siedziała za kierownic  niebieskiego forda, tego samego, przy pomocy którego 

chciano powiesi  Natali . 

- Wyci gnij mój rower i Natalii - głos Johna był ostry jak brzytwa. - Szybko, 

Sarah... 

- W porz dku. 

Natalia zobaczyła nadchodz c  z boku posta . Widziała napi cie wszystkich 

jego mi ni i powolne rozlu nianie. Z mroku wynurzyła si  sylwetka 

Kurinamiego. Japo czyk w r ku trzymał pistolet. 

- Jestem tutaj, doktorze. Elaine Halwerson jest ze mn . 

- Wskakujcie do ci arówki. Wycofajcie j .  wiatła niech b d  nadal 

wycelowane w ten rozwydrzony tłum. 

- Co pan, do diabła, robi, Rourke? - odezwał si  Dodd. - Jestem w stanie 

opanowa  sytuacj . 

- Wybieram si  do Argentyny. Czy by pan zapomniał? Zabieram Natali , 

Sarah, Akiro i Elaine. Nie mam zamiaru obra a  pa skiej inteligencji, 

u wiadamiaj c mu, co zrobi , je li kto  spróbuje nas zatrzyma . 

- Ta kobieta jest morderczyni ! 

- Tak, kapitanie. A ja jestem pa sk  ciotk  Emily, a wielkanocny zaj c b dzie 

tu za dziesi  minut, bo załapał si  na przeja d k  z z bow  wró k  na grzbiecie 

jednoro ca. Niech pan nie b dzie idiot , Dodd. Paul i Michael zostan  tu,  eby 

reprezentowa  moje interesy. Nie radz  wywiera  na nich presji. W przeciwnym 

razie módlcie si ,  eby odnalazł was Karamazow, zanim ja to zrobi . Dla 

rozrywki mo ecie zaj  si  poszukiwaniem prawdziwego mordercy. Bo je li nie 

znajdziecie sowieckiego agenta, a Karamazow tu powróci, zostaniecie wzi ci w 

dwa ognie. 

- B dzie pan wyj ty spod prawa, doktorze! 

Rourke tylko si  roze miał. Natalia była ju  blisko. Podtrzymał j ,  eby nie 

upadła. 

- Madison spakowała twoje rzeczy, a Sarah znalazła pistolety. S  w 

ci arówce. 

- John, zdaje si ,  e zrobiłam z ciebie banit . 

- Zawsze nim byłem - wyszeptał. 

Gdzie  w tłumie Natalia słyszała głos Paula. Chciała podej  do niego i 

u ciska . Był jej najdro szym przyjacielem. 

- John, zróbcie swoje w tej Argentynie. Ja znajd  morderc  i zabij  go - 

obiecał Paul. 

Natalia spojrzała na twarz Johna. Uczuła na skórze jego oddech, gdy Rourke 

szepn ł: -Wiem.

 

 

 

 

 

background image

 

39 

Rozdział 11

 

 

Antonowicz odczuwał pokus  si gni cia po steczkina, ale opanował si . Jego 

ludzie mogliby pomy le ,  e si  boi lub co  go niepokoi. Szedł powoli, patrz c 

uwa nie na wszystkie strony.  ołnierze szli nieforemnym klinem. Oddział 

przedzierał si  przez d ungl . 

Zwiadowcy potwierdzili wyniki obserwacji elektronicznej. Zamieszkały 

obszar otaczaj cy gór  nie miał umocnie . Strzegli go jedynie stra nicy, 

obserwuj cy teren z czterech wie  skierowanych na cztery strony  wiata. We 

wn trzu góry musiało znajdowa  si  gniazdo nazistów. Siła ognia samych 

helikopterów mogłaby nie wystarczy  do jego zniszczenia. 

Major Antonowicz chciał si  upewni . Musiał to zobaczy  na własne oczy. 

Unikaj c hałasu, brn ł naprzód. Upał panuj cy w d ungli wydawał mu si  

całkiem zno ny, jakby tchn cy wiosenn   wie o ci . Pami tał wybujałe 

tropikalne lasy, pełne zwierzyny i owadów. Ten las był inny. Dzikie owoce rosły 

wsz dzie. Soczysta ziele  li ci była wr cz groteskowa, nierealna, ale brakowało tu 

ycia. Jedyny d wi k, jaki m cił cisz , dochodził z przodu, spoza pl taniny drzew 

i krzewów. Antonowicz gestem wstrzymał pochód. 

Teraz wyj ł pistolet. Rozpoznał ludzki głos, mówi cy prawdopodobnie po 

niemiecku. Nie był tego pewien. Pułkownik Karamazow znał niemiecki, 

Antonowicz - nie. 

Trzymaj c w zaci ni tej pi ci steczkina, rozsun ł gał zie. Mógł rozró ni  

głos dziecka i kobiecy  miech. Rosjanin opadł na kolana Pod osłon  krzewów 

posuwał si  dalej. Zeschłe li cie przyczepiały si  do wojskowych spodni. Widok 

zasłaniała mu szerokolistna, niskopienna ro lina. Rozsun ł li cie na boki. 

Zobaczył kobiet  o blond włosach upi tych nisko i przewi zanych kokard . Miała 

na sobie zwiewn , letni  sukienk . Dziecko w podkoszulce i szortach koloru khaki 

biegało dookoła, bawi c si  piłk . 

Z bliska kobieta wygl dała bardzo młodo. Złapała piłk  i posłała j  w 

kierunku chłopca, turlaj c po ziemi. Malec złapał piłk . Oboje zacz li si   mia . 

Kobieta poprawiła sukienk  i klasn ła w dłonie, wołaj c co  melodyjnym głosem. 

Antonowicz spojrzał w prawo - oszklona wie a, niew tpliwie klimatyzowana. 

Obserwował wie  gołym okiem, w obawie,  e odblask szkieł lornetki mógłby 

zdradzi  jego obecno . Znajdowało si  w niej prawdopodobnie dwóch ludzi. 

Jeden stał przy najbli szym oknie, drugi chyba siedział. Antonowicz dostrzegł 

tylko czubek jego głowy, gdy tamten si  poruszył. Wygl dali raczej na 

obserwatorów ni  stra ników. 

Wie a po lewej stronie była tak oddalona,  e stanowiła tylko nikły punkt na 

horyzoncie. Ale wła nie na lewo, nie opodal miejsca, na którym bawiła si  kobieta 

z dzieckiem, wznosiła si  góra. Odsłoni ty granitowy szczyt. U podnó a wida  

było masywne, chyba mosi ne drzwi, usytuowane mi dzy dwoma kolumnami, 

które przypominały pochodnie. Głowice paliły si  równym płomieniem gazu. 

miech dziecka ponownie przyci gn ł uwag  Antonowicza ku rozbawionej 

parze. Wówczas zauwa ył stoj ce w centralnym punkcie ogródka monumentalne 

popiersie z br zu. Bez trudu rozpoznał t  twarz. Mogła nale e  tylko do Adolfa 

Hitlera. 

background image

 

40 

Zmusił si , by odwróci  wzrok. Znowu lustrował gór . Jej wierzchołek 

spowijały strz py białej mgły. Na wysoko ci stu stóp ponad drzwiami widniały 

długie podesty. Uzbrojeni m czy ni przemierzali je w regularnych odst pach 

czasu. U samej góry musiały by  zainstalowane urz dzenia przeka nikowo-

radarowe. Antonowicz mógł teraz pogratulowa  sobie zdolno ci przewidywania. 

Rekonesans przeprowadzał przy zachowaniu maksymalnej ostro no ci, 

posługuj c si  sprz tem elektronicznym, co eliminowało niemal zupełnie 

mo liwo  bezpo redniego rozpoznania. 

Szczyt góry pokrywała sie  stanowisk przeciwlotniczych. Rodzaju dział 

Rosjanin nie mógł okre li . Wyniki bada  przeprowadzonych przy u yciu 

promieni podczerwonych kazały mu podejrzewa ,  e cała góra naje ona jest 

rakietami ”ziemia-powietrze”. 

Bez wzgl du na to,  e przewa aj ce siły nazistów znajdowały si  z dala od 

centrum, wykorzystanie helikopterów do zdobycia twierdzy było niemo liwe. 

Jedynie atak piechoty przy wsparciu z powietrza dawał szans  przedarcia si  do 

wn trza. 

Antonowicz jeszcze przez chwil  patrzył na ładn , młod  kobiet  i dziecko. 

Przypominali mu o rzeczach, o których nie wolno mu było my le , dopóki jego 

bohaterski pułkownik Karamazow nie opanuje całej Ziemi. 

A jednak tak bardzo pragn ł wyci gn  r k  i delikatnie dotkn  roze mianej 

kobiety.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

41 

Rozdział 12

 

 

Istniało na to jakie  francuskie okre lenie, które umkn ło jej z pami ci. 

Delikatnie masowała nabrzmiały brzuch, bardziej obserwuj c frau Mann, ni  jej 

słuchaj c. 

- Heleno? Wszystko w porz dku? Wydaje mi si ,  e... 

- W porz dku, pani Mann. Urodziłam ju  wiele dzieci, a to tutaj mówi mi,  e 

nadejdzie niedługo, ale jeszcze nie teraz. - Helena Sturm u miechn ła si , kład c 

r ce na dziel cym je stoliku. 

Było to ulubione miejsce  on oficerów. Poło one na najwy szym pi trze, obok 

kwater oficerów polowych. Z okien roztaczał si  widok na cały Complex. Ulice 

t tniły  yciem; ruch pieszych, kilka prywatnych pojazdów, natłok maszyn 

transportowych. W oddali wida  było Centrum Edukacji, usytuowane na 

obrze ach zabudowa  rz dowych. 

Helena pomy lała o Manfredzie i jego bezwzgl dnej lojalno ci wobec 

Jugendu. 

- Nie słuchasz mnie, Heleno. - Pani Mann u miechn ła si  lekko. 

- Przepraszam, pani Mann. My lałam o swoim najstarszym synu. 

- Obawiasz si ,  e ci  szpieguje? 

Fili anka w r ku Heleny zadr ała. Rozejrzała si  po przestronnej sali. 

S siednie stoliki zajmowały kobiety takie jak ona. Wi kszo  z nich znała. 

Siedz ca w pobli u Maria - narzeczona jej brata, Zygfryda, dostrzegła Helen  i 

pomachała r k . Helena u miechn ła si  i skin ła dłoni . Zygfryd, podobnie jak 

jej m , walczył teraz w Ameryce Północnej, pod dowództwem Wolfganga 

Manna. Niepokoiła si  o nich. Je li podwinie im si  noga, spisek przeciw wodzowi 

wyjdzie na jaw. Aresztowaniom nie b dzie ko ca. 

Dotkn ła swego brzucha, zmieniaj c pozycj . Małe krzesło z drewnianym 

oparciem było twarde i niewygodne. 

- Heleno? - głos pani Mann przywołał j  do rzeczywisto ci. 

- Nie, nie wiem na pewno. My l , ze Manfred ma oczy i uszy szeroko otwarte. 

Przywi zuje du  wag  do polityki. Czy szpieguje mnie na czyje  zlecenie? Chyba 

jeszcze nie. 

- Gdyby si  dowiedział... - Pani Mann przerwała w pół słowa. Podeszła 

kelnerka z tac  kanapek, zapytała, czy  ycz  sobie czego  i odeszła. Pani Mann 

podj ła na nowo: - Je eli Manfred si  dowie, wszyscy zostaniemy zgładzeni. 

- Nie mog  uwierzy ,  e byłby zdolny zło y  donos na własn  matk  - uparcie 

twierdziła Helena. 

Nie miała ochoty na kanapki ze sma on  kiełbas  i jajkiem. Sam zapach 

przyprawiał j  o mdło ci. Jednak ze wzgl du na swój stan próbowała zmusi  si  

do jedzenia. Wzi ła kawałek i skubała go w zamy leniu. 

Pani Mann zgasiła papierosa i ci gn ła dalej: 

- Mój m  nie nawi zał wczoraj kontaktu radiowego, tak mi powiedziano. To 

znaczy,  e albo co  jest nie w porz dku, albo czas zbyt bliski, by ryzykowa  

dekonspiracj . 

- Miejmy nadziej ,  e to drugie. Pułkownik Mann wie, co robi. 

background image

 

42 

- Rozmawiałam dzi  rano z członkiem sztabu feldmarszałka Richtera. 

Oficjalne komunikaty wci  napływaj . Znale li du e zgrupowanie wojsk 

sowieckich w południowo-zachodniej cz ci byłych Stanów Zjednoczonych. 

Pierwsze starcie wygrali. 

- To tylko umocni pozycj  wodza. Sowieci stan  si  pretekstem do zwi kszenia 

liczebno ci armii na wypadek wojny totalnej. 

- W tym komunikacie Wolfgang przesłał te  wiadomo  dla mnie. ”Znalazłem 

ró ”. Czyli znalazł sposób, aby ocali  Berna. 

Helena Sturm rozejrzała si  wokół niespokojnie. Wymawianie imienia Dietera 

Berna groziło natychmiastowym aresztowaniem pod zarzutem zdrady. 

- Mam nadziej ,  e ma pani racj , pani Mann. 

- A je eli mój m  i jego oddziały nie zd

 na czas, zrobimy to sami. Tak, jak 

ustalili my. Zgadzasz si ? 

- Tak. - Helena Sturm poło yła dło  na brzuchu. - Mimo wszystko. 

- Je li zabij  Wolfganga, wszystko stracone - wyszeptała pani Mann. 

Helena przygl dała si  jej. Ta z kolei wpatrywała si  w kanapk  - identyczn , 

jak zamówiona przez Helen . Poło yła serwetk  obok porcelanowego talerza, 

ozdobionego delikatnym chi skim wzorem. 

- Zaraz wracam. 

Pani Mann odsun ła krzesło i wstała, wygładzaj c spódnic  dłoni . 

Przewiesiwszy torebk  przez rami , skierowała si  do toalety. Helena  ledziła j  

wzrokiem.  ona Wolfganga Manna szła wyprostowana, wymieniaj c zdawkowe 

u miechy i powitania z kobietami, obok których przechodziła. Sposób poruszania 

si , fryzura, ubiór - wszystko było bez zarzutu, bliskie perfekcji. Jej m  był 

wy szym oficerem liniowym. Po pierwszej fazie kampanii miał awansowa  na 

oficera sztabowego. Ale je eli próba uratowania Bema i odsuni cia wodza od wła-

dzy nie powiedzie si , nast pnym szczeblem kariery Wolfganga Manna b dzie 

szubienica. 

Helena zdj ła serwetk  z kolan. Teraz ju  naprawd  nie mogła nic przełkn .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

43 

Rozdział 13

 

 

Rozpoznanie z powietrza potwierdziło aktywno  wojsk na pustyni w 

zachodnim Teksasie, gdzie na rozkaz standartenfuhrera Wolfganga Manna 

Helmut Sturm tropił sowieckie oddziały. 

- Herr hauptsturmfuhrer! 

Sturm zwrócił si  w stron  młodego  ołnierza: 

- O co chodzi, kapralu? 

- Wiadomo  od untersturmfuhrera Blocha. 

Sturm wyci gn ł r k  po zło on  kartk  papieru. Odpowiedział na salut 

hitlerowskim pozdrowieniem, jednocze nie rozkładaj c kartk . ”Helmut - moi 

ludzie s  na stanowiskach. Czekamy na sygnał. Zygfryd.” 

- Kapralu, mo ecie odej . 

ołnierz powtórnie zasalutował, zrobił zwrot w tył i truchtem ruszył przed 

siebie. Jego kroki dudniły głucho, wzniecaj c tumany piasku. 

Sturm odwrócił si  i zwil ył wargi wysuszone od sło ca i wiatru. Spojrzał w 

kierunku zgromadzonych niedaleko helikopterów, szukaj c swego 

obersturmfuhrera. 

- Fritz! - zawołał. - Dawaj sygnał! Atakujemy! 

- Tak jest, herr hauptsturmfuhrer! Obersturmfuhrer zasalutował. Sturm 

odpowiedział, wyrzucaj c praw  r k  w przód gwałtowniej ni  poprzednio. 

Szedł, nie zwracaj c uwagi na wzmagaj cy si  huk obracaj cych si  coraz 

szybciej wirników. Poprawił r kawiczki i pu cił si  biegiem w kierunku 

otwartych drzwi swojej maszyny. Biegn c sprawdził, czy jego pistolet znajduje si  

w kaburze. 

Widoczne na ziemi siły powietrzne Sowietów oszacował jako zbli one do jego 

własnych. L dowały z zaskakuj c  regularno ci , zupełnie jak podczas 

zakrojonej na szerok  skal  inwazji. Sturm mógł zaatakowa  z zaskoczenia. 

Zwolnił kroku, pochylił głow  i wskoczył do wn trza. Złapał sier anta za 

rami  krzycz c: 

- Herman, ku zwyci stwu! 

Przesun ł si  do przodu i opadł na fotel obok pilota, przy centralnym pulpicie 

sterowniczym. Nało ył słuchawki i znacz cym gestem uniósł kciuk do góry. Pilot 

skin ł głow . 

Helikopter wzbił si  w powietrze. 

W oddali migotały sygnały  wietlne wysyłane z najwy szej wydmy. Dla 

dowodzonej przez Zygfryda piechoty był to znak do rozpocz cia natarcia. 

Sturm zarz dził cisz  w eterze. Nie mógł pozwoli ,  eby jakakolwiek 

wiadomo  została przechwycona przez Rosjan, których ju  traktował jak swoj  

osobist  zdobycz. Tym samym standartenfuhrer Mann nie dowiedział si  o ataku. 

Ł czno  przerwano. 

Obserwuj c ziemi  przez pancern  szyb  w podłodze, Sturm rozmy lał o 

Wolfgangu Mannie. Standartenfuhrer pochodził z jednej z najlepszych rodzin, z 

elity, która pi  wieków temu zało yła Complex. Od urodzenia miał zapewnione 

członkostwo w partii, chocia  nigdy nie starał si  o awans w jej szeregach.  ona 

Manna była jedn  z najpi kniejszych kobiet, jakie Sturm widział w  yciu. 

background image

 

44 

Wywodziła si  z równie dobrej rodziny, jak jej m . Mówiono,  e pobrali si  z 

miło ci, nie powielaj c wzorca mał e stw elity, zawieranych na zasadzie 

wcze niejszej umowy, co nie sprzyjało trwało ci takich zwi zków. Mann, b d c 

młodszym oficerem, zreorganizował lotnictwo. Napotykał zreszt  przy tym na 

opory ze strony sztabu generalnego. Wkrótce sam zostanie członkiem sztabu i 

najmłodszym feldmarszałkiem w historii Complexu - pierwszym prawdziwym 

feldmarszałkiem od pi ciu wieków. W pewnych kr gach mówiło si  o nim: 

”młody Rommel”. To wła nie niepokoiło Helmuta Sturma. Sprawa Dietera 

Bema. Za wymówienie tego nazwiska groziła  mier . A Mann popierał Berna, 

sprzeciwiaj c si  idei renazyfikacji Complexu, propagowanej przez wodza. Na 

razie chroniła go pozycja, któr  zajmował. Rodzina, wpływy, błyskawiczna 

kariera - tego nie mo na było tak po prostu przeci . Znakomity strateg i taktyk, 

sam opanował sztuk  pilota u tak dobrze, jak  aden z wyszkolonych pilotów. No i 

kochali go ludzie. 

Dla Helmuta Sturma Mann był zarazem ideałem i zagro eniem. 

Z zadumy wyrwał go głos pilota: 

- Znajdujemy si  nad celem. - Wiem. 

Nadszedł czas, by nawi za  zerwan  ł czno . Nacisn ł przeł cznik na tablicy 

kontrolnej. 

- Orły uderzaj ! 

Z ziemi uniósł si  dym. Oddano pierwszy strzał z mo dzierzy. 

Władymir Karamazow wypr ył si  jak struna. W uszach dudniło mu echo 

eksplozji. Poderwał si  z łó ka, jednocze nie wsuwaj c nogi w wojskowe buty. 

Kolejny wybuch, tym razem bli szy. Karamazow był ju  na nogach. Z czarn , 

lotnicz  kurtk  w jednej r ce i kabur  w drugiej, wypadł przez drzwi. W jego 

kierunku biegł oficer. Sło ce o lepiało. Karamazow zmru ył oczy. Przez my l 

przemkn ł mu Rourke i jego ciemne okulary. 

- Jeste my pod ostrzałem, towarzyszu pułkowniku! 

-  migłowce w gór ! 

Pułkownik przebiegł obok m czyzny. Nie było czasu na rozmowy. Rzucił si  

w prawo i przypadł do ziemi. Pocisk z mo dzierza uderzył w pobli u, wzbijaj c 

fontann  piachu. Poderwał si . Biegł z kurtk  w r ku, usiłuj c otrzepa  j  z 

piasku. 

Helikopter Karamazowa był gotowy do startu. Spojrzał w prawo - płomienie i 

ogie  karabinów maszynowych. Przez wydmy na skraju obozu sun ły pojazdy, 

wygl daj ce jak miniaturowe czołgi. Karamazowowi przypominały volkswageny 

sprzed pi ciu wieków. Wysokie zawieszenie, ci kie uzbrojenie, niebie nikowane 

opony. Pierwsza fala pojazdów przekroczyła wydmy, zmierzaj c wprost na niego. 

Karamazow biegł. W pami  wrył mu si  obraz swastyki, znacz cej ka d  z 

nadci gaj cych tankietek. 

Drog  do helikoptera odci ły Karamazowowi pojazdy nadje d aj ce z 

przeciwległego kra ca obozu. 

Słyszał karabiny maszynowe, niestety, nie sowieckie. 

Spogl daj c w niebo, uskoczył za stert  rozsypanych skrzynek. Odpryski 

posypały si  pod ogniem z flanki. Cz  znajduj cych si  w górze helikopterów 

nale ała do Rosjan. Jednak wi kszo  - do wroga. 

background image

 

45 

- Do diabła z wami! - zakl ł po angielsku. 

Podniósł si  i biegł dalej. Musiał dotrze  do swojej maszyny, inaczej... Bez 

niego nie zdob d  si  na skuteczny kontratak. Wyszarpn ł bro  i odbezpieczył. 

Biegł. 

Obejrzał si  do tyłu. W centralnej cz ci obozu jego ludzie stawiali opór 

tankietkom. Nie mieli jednak broni przeciwpancernej. 

Teraz nazistowska piechota zagradzała mu drog  do helikoptera. Karamazow 

rzucił si  na ziemi , obok trupa jednego ze swoich ludzi. Wło ył rewolwer do 

kieszeni, podniósł karabinek automatyczny. Strzelano do niego. Karamazow 

otworzył ogie . Usłyszał, a po chwili zobaczył strzelanin  w otwartych drzwiach 

jego helikoptera. Upadło dwu nazistów. Trzeciego poło ył Karamazow. Miał 

wra enie,  e piasek wokół jego głowy wybucha. Przeturlał si  w lewo, ci gle 

strzelaj c. 

Jazgot karabinów maszynowych. Karamazow spojrzał w gór . Jeden z jego 

migłowców. W bezpo rednim s siedztwie nie było ju   ywych nazistów. 

Odrzucaj c karabinek, Karamazow wpadł w chmur  piasku, wzniecon  

ruchem łopatek wirnika. Wskoczył do kabiny helikoptera, krzycz c do pilota: 

- W gór , szybko! 

Przeczołgał si  do przodu.  migłowiec drgał i szarpał. Karamazow zerkn ł na 

tarcz  zegarka. Podnosz c si  i staraj c zachowa  równowag , za miał si . Je eli 

samoloty Krakowskiego przyb d  na czas... Jakby w odpowiedzi, usłyszał grzmot 

ponadd wi kowych silników. 

Wcisn ł si  w fotel obok pilota. 

- Zawracaj, chc  to zobaczy . 

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku. 

Helikopter wykonał gwałtowny zwrot Karamazow przez chwil  obserwował 

lini  horyzontu przez szyb  w podłodze. Maszyna powróciła do lotu poziomego. 

Niebo było poznaczone ciemnymi smugami. W dole tankietki rozpadały si  w ka-

wałki. Czarno-pomara czowe błyski pocisków ”powietrze-ziemia” roz wietlały 

smugi na niebie, pozostawione przez nadlatuj ce odrzutowce. 

Ostrzał z broni pokładowej odrzucił nazistów poza granice obozu. 

Sowieckie helikoptery walczyły ze  migłowcami nazistów. Karamazow z 

u miechem patrzył, jak cz  my liwców bombarduj cych przył cza si  do 

zabawy. Widział ju  kiedy  nalot bombowy, rozrywaj ce si  w powietrzu pociski. 

Teraz było podobnie, z tym,  e zamiast pocisków, wybuchały nazistowskie 

helikoptery. Dematerializowały si  błyskawicznie. 

Szyb , przez któr  patrzył Helmut Sturm, pokrywały plamy oleju. Chlusn ło, 

gdy w przelatuj cy obok helikopter trafił sowiecki pocisk. Nast pne trafienie i z 

maszyny nie pozostały nawet szcz tki. Po prostu wyparowała. 

Sturm podło ył r ce pod uda. Nie chciał,  eby ktokolwiek zobaczył,  e si  

trz sie. Wojna przestała by  przygod , tematem ksi ek i wieczornych opowie ci. 

Stała si  rzeczywisto ci . 

wiadomo  S turnia podpowiadała mu,  e obecno  Wolfganga Manna 

mogłaby odwróci  sytuacj . Przemieni  kl sk  w zwyci stwo. Jego własne siły 

były zdziesi tkowane. 

background image

 

46 

Widział cie  nieprzyjacielskich my liwców, kład cy si  na pozycje zajmowane 

przez Zygfryda. I morze ognia. 

Jak powie Helenie,  e jej brat poległ, a on nie mógł nawet zabra  jego ciała z 

pola bitwy? 

Zamkn ł oczy. M czy ni podobno nie płacz .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

47 

Rozdział 14

 

 

Annie wycisn ła mocniej r cznik. Woda kapała do miski. Zło yła go i poło yła 

na czole Paula Rubensteina, odgarniaj c rzedn ce ju  włosy. Pochylaj c si  nad 

nim, szepn ła: 

- Byłe  taki dzielny. Kocham ci . 

Gdy otworzył oczy, pocałowała go lekko w usta. 

- Co? Ach, cholera, ja... Przepraszam, ja... 

- No, po tym, jak mama, tato i Natalia uciekli z Kurinamim i Elaine... 

- Ju  sobie przypominam. - Paul u miechn ł si  z wysiłkiem. - Dodd, on... 

- Dodd stał po drugiej stronie. To był Forrest Blackburn. Ten facet, który 

mówił po niemiecku i miał jecha  z tat  do Argentyny. Uderzył ci  kluczem i 

próbował zabra  karabin. 

- No tak, a teraz boli mnie głowa. 

- Postrzeliłam go w lewe udo. Niegro nie. 

- Co si  tu dzieje? Jeste my pod ostrzałem, czy co? Annie poło yła r ce na 

kolanach, pilnie przypatruj c si  wzorowi na sukience. 

- Niezupełnie. Po tym, jak postrzeliłam Blackburna, Dodd, Lerner, Styles i 

Jane Harwood, która dowodzi ”Edenem 3”, wyci gn li pistolety, odebrali 

wszystkim bro  i zmusili tłum do rozej cia si . Dodd trzymał ci  na muszce, wi c 

musiałam odda  bro . - Westchn ła. - Teraz tylko oni posiadaj  bro . Nic nie 

mogłam zrobi . 

Patrzyła na Paula. Powieki mu drgały, szcz ki miał zaci ni te - 

prawdopodobnie z bólu. 

- Co b dzie, je li Rosjanie zechc  nam zło y  wizyt ? 

- O to samo zapytałam Dodda. Powiedział,  e wtedy odda wszystkim bro . 

-  wietny pomysł. Och!... 

- Doktor Munchen obejrzał ci . Powiedział,  e wszystko w porz dku. I  e 

mamie i tacie udało si  odlecie  do Argentyny z Natali  oraz pułkownikiem. Na 

razie s  bezpieczni. 

Paul wyci gn ł do niej r k . Annie uj ła jego dło  i czekała, a  zacznie 

mówi . 

- Annie, jak si  czuj ... 

- Michael  pi. Madison te . - Wskazała tyln  cz  namiotu. Brzydki nawyk 

przewidywania pyta  i udzielania na nie zawczasu odpowiedzi odziedziczyła po 

ojcu. 

- Musimy co  zrobi  w sprawie tego morderstwa, maj c na karku zabójc  i 

Dodda, który wszystkich rozbraja. O Bo e, gdyby... 

- Wiem, Paul. - Musn ła wargami jego dło . - Co mam zrobi ? 

- Musisz przekona  Dodda,  eby pozwolił ci pomóc. Morderc  jest kto  z 

”Edena l” lub 2. ”Eden 3” był na ziemi zbyt krótko, by ktokolwiek z pasa erów 

si  obudził - chyba,  e kto  z obsługi promu... Na pokładzie ”Edena l” znajduje 

si  główny komputer z danymi personalnymi. Zebrano je na wypadek, gdyby 

obudzenie wszystkich okazało si  z jakich  powodów niemo liwe lub 

niepraktyczne. Wybrano by wówczas ludzi do wykonania okre lonych zada . 

background image

 

48 

Musi istnie  jaki  zwi zek mi dzy Mon  Stankiewicz a kim  z promów. Mógłby 

to by  jej chłopak... 

- Haselton? 

- Tak, ale on przyleciał chyba ”Edenem 3”. Wi c jeszcze spał. Je eli Dodd 

udost pni ci komputer, szukaj powi za , cho  z pewno ci  b d  one bardzo 

subtelne. 

- Pracowałam na Apple IE taty, sama nauczyłam si  basicu. Na pewno 

poradz  sobie z komputerem pokładowym. 

- Zuch dziewczyna. - Paul u miechn ł si . 

Annie znów przycisn ła usta do jego r ki. Plan Paula pokrywał si  z jej 

własnym. Ale cieszyła si ,  e wyraził swoje zdanie. 

- Spróbuj znale  Dodda. I b d  ostro na. Nawet je li sowiecki agent nie ma 

ju  broni... 

- Wiem - przerwała Annie. - Nie zapominaj,  e tatu  uczył mnie samoobrony. 

- Kiedy wróci Natalia, powinna  nauczy  si  od niej jeszcze paru rzeczy. Jest 

wietna, a jej technika walki doskonale nadaje si  dla kobiet 

- Dobrze, Paul. Dasz sobie rad ? 

- Gdybym czego  potrzebował, obudz  Madison. 

- Doktor Munchen kazał ci pozosta  w łó ku przez dwadzie cia cztery 

godziny. Mogłe  dozna  lekkiego wstrz su mózgu. 

Paul zacz ł si   mia . Towarzyszył temu grymas bólu. 

- Mam tylko du ego guza. Kiedy wstan , poszukam tego typa, Blackburna. 

Nie chciałbym,  eby nasi denty ci byli bezrobotni. 

Annie pocałowała go lekko w usta. Prawd  mówi c, bała si  porusza  sama po 

obozie. Obawiała si  równie  zostawi  Paula bez opieki. Ale co  jej mówiło,  e 

je eli ona nie znajdzie mordercy, to on go poszuka. 

Odrzuciła włosy do tyłu i wstała. U miechn ła si  do Paula. 

- Postaraj si  nie popa  w kłopoty - wyszeptała. 

- Uwa aj na siebie - usłyszała wychodz c.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

49 

Rozdział 15

 

 

Dodd bardzo niech tnie wyraził zgod  na udost pnienie Annie komputera. 

To,  e j  w ogóle wyraził, Annie zawdzi czała Jane Harwood. 

Pierwszych dziesi  minut w kokpicie sp dziła, przygl daj c si  

poszczególnym instrumentom. Mgli cie pami tała starty promów kosmicznych 

ogl dane w telewizji. Pó niej widziała je wielokrotnie na kasetach wideo, które 

Rourke zabrał do Schronu. A niedawno była  wiadkiem l dowania floty 

”Edenu”. 

Zasiadła przy sterach promu. Nie umiała okre li  uczucia, jakie j  wtedy 

ogarn ło. Było to co  wi cej ni  fascynacja. 

Po do  długim czasie zaj ła si  komputerem. Z pasj  zaatakowała 

urz dzenie. 

Obsługa komputera nie nale ała do najtrudniejszych zada . Annie usadowiła 

si  wygodnie w fotelu Craiga Lernera. Jedyne, co musiała zrobi , to przywoła  

informacje. Komputer-matka był zaprogramowany tak e w j zyku angielskim. 

Wrzuciła dyskietk  i wystukała na klawiaturze polecenie: ”Przywołaj dane 

personalne z ”Edenu l”. Przycisn ła klawisz ”Return”. Na monitorze pojawił si  

napis ”SYNTAX ERROR”. Zorientowała si ,  e zrobiła niepotrzebny odst p mi -

dzy literami w wyrazie ”dane”. Kursorem zlikwidowała zb dn  spacj . ”JAKI 

SYSTEM” - na monitorze ukazało si  pytanie. 

Annie zastanowiła si . Powinna wybra  list  alfabetyczn , uwzgl dniaj c 

jednak wykonywany zawód. Zdecydowała si  na alfabetyczn . Ale jej palce 

wystukały napis: ”Systemy katalogowania”. 

Na ko cówce pojawił si  spis: alfabetycznie,

 

według wykonywanego zawodu, 

płci, grupy krwi, itd. Zaczekała do ko ca i wybrała listowanie alfabetyczne. 

Pierwszy był Abromowicz, Arthur A. 

Annie przymkn ła oczy. To niew tpliwie potrwa... 

Sło ce zachodziło, gdy szła przez obóz. Wiatr rozwiewał jej włosy i targał 

spódnic . To idiotyczne,  e nie pomy lała o tym wcze niej. Oczywi cie - 

rozwi zanie zagadki kryło si  w osobie samej Mony Stankiewicz. 

Annie znała ju  tajemnic  Mony. Nadal nie wiedziała, kto j  zabił, ale 

wiedziała, dlaczego. 

Zatrzymała si  przed namiotem, ogl daj c si  za siebie. Nikt nie kr cił si  w 

pobli u. Nie była te  obserwowana. 

Weszła do  rodka i usiadła na niskim krze le, obok Paula Rubensteina. Paul 

poczuł jej wzrok na .sobie, otworzył oczy. Annie wiedziała,  e potrafi go obudzi  

samym tylko spojrzeniem i troch  j  to przera ało. 

- Annie? 

- Nie  pisz, Paul? 

- Nie. Która... 

- Zachodzi sło ce. Posłuchaj, znalazłam co  w aktach Mony Stankiewicz. Nie 

mam poj cia, kim jest morderca, ale znam motyw. 

Paul chciał usi

, lecz Annie łagodnie pchn ła go z powrotem. 

- Odpoczywaj. Nie musisz wstawa ,  eby wysłucha  tego, co mam do 

powiedzenia. 

background image

 

50 

- Jeszce si  z tob  nie o eniłem - Paul u miechn ł si  - a ju  próbujesz mnie 

wzi  pod pantofel. 

- Gdyby  to ty mówił mi, co mam robi , na pewno bym to robiła, a 

przynajmniej udawała,  e robi . - Pochyliła si  na krze le. Spódnica omiatała 

podłog . - A wi c jestem Amerykank  w pierwszym pokoleniu; moi rodzice 

urodzili si  w Polsce. Mówi ci to co ? 

- Przed Noc  Wojny... 

- Wiele lat przed ni  Rosjanie napadli na Polsk . Czy  nie tak? 

- Uhm - przytakn ł Paul. - Pretekstem stała si  działalno  polskich zwi zków 

zawodowych, ale faktem jest,  e Polska wymykała im si  spod kontroli. 

- Załó my,  e Mona miała w Polsce rodzin . KGB mogło postawi  jej 

ultimatum: albo dostarczy  danych informacji, albo rodzin  spotka co  złego. 

Rozmawiałam z Jane Harwood i dowiedziałam si  ciekawych rzeczy. Główne i 

pomocnicze załogi lotów spotykały si  na specjalnych odprawach i sesjach 

treningowych. Mieli dost p do tajnych materiałów. Cały personel był 

ameryka ski, z wyj tkiem nawigatora ”Edena 6”. Ten był Anglikiem. Jane 

twierdzi,  e nie mieli poj cia, do czego ich przeznaczono. Nie spodziewali si ,  e 

stan  si  kontyngentem na wypadek zagłady. Ale  wiczenia specjalistyczne 

obejmowały posługiwanie si  licznikami promieniowania, l dowanie ró nymi 

samolotami na rozmaitych rodzajach nawierzchni i we wszystkich mo liwych 

warunkach. Tak wi c, Mona miała dost p do szeregu tajnych informacji. Ale 

najlepsze zostawiłam na koniec... 

- Ach, te kobiety... - za miał si  Paul. 

- Dobrze, m dralo. Wracaj c do sprawy, tylko główne i pomocnicze załogi 

mogły uzyska  dane dotycz ce procesu kriogenicznego. A s dz c po tym, co 

mówił tata, Karamazow posiadał informacje, których mie  nie powinien. 

-  Wi c w ród załogi lotów znajdował si  agent KGB, który wymuszał na 

Monie dostarczanie wiadomo ci, tak? - zapytał Paul. 

- Wła nie tak powiedziałam. - Annie usłyszała,  e Madison si  poruszyła 

Odwróciła si  z u miechem do dziewczyny, która wła nie usiadła. - Cze . Spała  

bardzo długo, Madison. 

- Nie wiedziałam,  e jestem taka zm czona. 

- Przysu  sobie krzesło. Rozwi zujemy zagadk   mierci Mony Stankiewicz. 

- Tej biednej Mony Stankiewicz? 

- Tej wła nie. - Annie nadal si  u miechała. Madison wstała, przeci gaj c si  

jak kot. Annie widziała koty na kasetach wideo i w nale cej do ojca 

”Encyklopedii Brytyjskiej”. Madison poprawiła ubranie, przechodz c na ich 

stron  namiotu. Opadła na krzesło stoj ce w nogach łó ka Paula. Wygl dała 

niezbyt przytomnie. Jej spódnica była straszliwie wygnieciona. 

- Annie dowiedziała si  - rozpocz ł Paul -  e Mona miała krewnych w Polsce... 

- Co to jest Polska? 

- To było pa stwo okupowane przez Rosjan przed Noc  Wojny. 

- Tak, Rosjanie to  li ludzie. Oprócz Natalii, która jest bardzo dobra. 

- Nie wszyscy Rosjanie byli  li. Tylko niektórzy, szczególnie ci z KGB - 

powiedział Paul. 

- Ale to Ka-Gie-Be... czy Natalia nie była w Ka-Gie-Be? 

background image

 

51 

- Ona jest wyj tkiem - stwierdził Paul. Annie przerwała im: 

- Tak czy inaczej, mo emy by  pewni,  e wobec Mony Stankiewicz 

zastosowano szanta . 

- Szan... szam... szamiec? To znaczy m czyzna? Ale tu jest wielu m czyzn. 

- Ale , Madison, nie ”szamiec”, tylko ”samiec”. A poza tym, wcale nie 

”samiec” tylko ”szanta ” - Annie próbowała wyja ni  to Madison. - Zagro ono 

krewnym Mony,  eby zmusi  j  do współpracy. Ale kiedy Mona si  obudziła -

Annie spojrzała na Paula i u miechn ła si  - Noc Wojny nale ała ju  do 

przeszło ci i panna Stankiewicz zrozumiała,  e KGB straciło wszystkie atuty w tej 

grze. Mogła wszystko wyjawi . I z tego doskonale zdawał sobie spraw  ten, kto j  

zabił. 

- A czy zabił j  ten sza... samiec? 

- Nie. Zrobił to kto  pracuj cy dla KGB. Równie dobrze mo e to by  kobieta. 

- Aha, samica? 

- Aaaa... - j kn ła Annie. Powinna po wi ci  Madison wi cej czasu. Michael 

nauczył j  tylko prowadzi  samochód, strzela  i kocha  si , najpilniej pracuj c 

nad tym ostatnim. 

- Ktokolwiek j  zabił - podj ł Paul - znajdziemy go przy pomocy komputera. 

Doktor Munchen był tu dzisiaj i powiedział,  e mog  jutro wsta . Nie wolno mi 

jedynie si  przem cza . 

- Nie chc  czeka . Pójd  tam teraz i sprawdz  tych, których opinie s  nadto 

nieskazitelne. 

- Najpierw opowiedz o przypuszczeniach Jane Harwood. S dz ,  e mo emy 

jej ufa . Niech skontaktuje si  z grup  ludzi, których jest pewna. Mo e si  

okaza ,  e zabójc  jest kto , za kogo Dodd r czyłby głow . 

- Zrobi  tak - zgodziła si  Annie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

52 

Rozdział 16

 

 

Rourke pił z manierki. Woda miała nieco inny smak ni  w północno-

wschodniej Georgii. Słodkawa, ale dobra. Do zachodu sło ca pozostało jeszcze 

kilka godzin. Wolfgang Mann sko czył rozmawia  z hauptsturmfuhrerem 

stoj cym w pobli u helikopterów. Id c w kierunku Johna, zapalił papierosa. 

Wypuszczaj c kł by dymu, zwrócił si  do niego: 

- Powinien pan był zabra  ze sob  kowbojski kapelusz, doktorze. 

Rourke patrzył w przestrze  ponad ramieniem Niemca. Dwaj ludzie zaj ci 

byli siodłaniem koni. ”Nie wierzyłem,  e znowu je zobacz  - pomy lał. - 

Wprawdzie ”Eden” posiada zamro one embriony zwierz t, ale...” 

- Z przysłowiow  niemieck  pedanteri  zachowali my niektóre zwierz ta 

domowe. Nie mogli my wiedzie ,  e zostanie wynalezione syntetyczne paliwo. 

Dlatego cz  Complexu wydzielono dla zwierz t, konkretnie dla par za-

rodowych. Kiedy ju  mo na było powróci  na powierzchni , postarali my si  

zwi kszy  ich liczb . Niestety, nie mamy  adnych psów i kotów. Słyszałem,  e to 

bardzo miłe zwierzaki. Trzymano je w domach. 

- To prawda - przytakn ł John. Pomy lał o psie, najlepszym przyjacielu 

swego dzieci stwa. Dawno nie wracał do niego pami ci . 

- Zatrzymali my tak e bydło, poniewa  stanowiło bogate  ródło protein. 

Równie  kurcz ta. Oprócz tego tylko konie i pewne gatunki ryb. 

- Jak udało ci si  sprowadzi  tu konie, nie zwracaj c niczyjej uwagi? 

- Konie zawsze były cenne dla wojska. Przydzielono je wi c armii. Dowódca 

jednostki odpowiedzialnej za ich rozród i szkolenie jest jednym z nas. 

Rourke złapał si  na tym,  e mimowolnie obserwuje Natali . Podeszła do 

okazałego gniadosza z białymi skarpetkami i tak  łatk  na czole. Energicznie 

uderzał kopytem o ziemi . 

- Zawrzyjmy umow  - powiedział John do Manna. - Je eli powiedzie si  nam i 

je eli znajd  sposób,  eby przetransportowa  je st d do Georgii... 

- Konie? Oczywi cie. Nale  do najlepszych. To krzy ówka araba z 

ameryka skim koniem wojskowym. T  odmian  cechuj : wigor, szybko  i 

inteligencja. Dlatego je hodowano. 

John upatrzył ju  konia, którego chciałby zatrzyma  dla siebie. Podobny do 

Sama, tak dobrze słu cego Sarah i dzieciom na pocz tku ich ucieczki, jeszcze 

przed Noc  Wojny. Ten był ciemniejszy , bardziej podobny do araba - czarne 

skarpetki, faluj ca, czarna grzywa i ogon. 

- Czy które  z tych zwierz t jest prywatn  własno ci ? 

- Ju  sobie wybrałe ? 

- Ten siwek, czy on... 

- Nale y do ciebie. Dokonałe  wła ciwego wyboru. Co do pozostałych 

wierzchowców, dostarczymy te, które sobie wybierzesz dla całej rodziny. 

John miał w Schronie siodło. Otrzymał je w podarunku od Meksykanina, z 

którym działał, rozpracowuj c siatk  terrorystów. Było to jeszcze przed Noc  

Wojny. Siodło miało niezwykle wysoki przedni ł k, typowo meksyka ski. 

Zrobione było z czarnej skóry, ozdobionej zawiłym wzorem. Na siwym koniu 

prezentowałoby si  doskonale. 

background image

 

53 

- Przyjmuj  i dzi kuj  - powiedział, podchodz c do konia. 

Nie nazwie go Sam. Imi  powinno wi za  si  z indywidualno ci  tego, kto je 

nosi. Przyszło mu do głowy,  e... Tak, nazwie go Wolf, na cze  człowieka, który 

podarował mu tego wierzchowca. Ale nie chciał gło no wymówi  imienia. Jeszcze 

nie. 

Wyl dowali w znacznej odległo ci od Complexu. Strzeg cy o rodka 

elektroniczny system radarowy był bardzo czuły. Nie mogli ryzykowa . 

Natalia  wietnie trzymała si  w siodle, podobnie jak jad ca obok niej Elaine 

Halwerson. Przed nimi znajdował si  Kurinami, nieco dziwnie wygl daj cy w 

basebalowej czapce z daszkiem i białym kombinezonie. 

Rourke i Mann zamykali pochód. Tu  przed nimi jechała Sarah, rozmawiaj c 

z jednym z ludzi Manna. Niemiec był najwyra niej zadowolony z tego,  e znał 

angielski. Sarah dotykała czule grzywy klaczy, bli niaczo podobnej do Tildie, 

któr  straciła podczas p kni cia tamy. Wtedy te  utracili Sama. John 

przypomniał sobie opowie ci Sarah i Annie o postawie Michaela. Okazał si  

wówczas taki dzielny! 

Głos Manna wyrwał go z wspomnie : 

- Od wczesnej młodo ci interesowałem si  histori  Complexu, jego 

pocz tkami, konstrukcj . Jak wi kszo  oficerów, mam dyplom in yniera. Wokół 

Complexu biegnie tunel. Przebywanie w nim było zabronione ze wzgl du na 

mo liwo  wyst pienia zawału. Ale jak zwykle młodzi, przedkładałem przygod  

nad bezpiecze stwo. Tak wi c, w tajemnicy przed wszystkimi, w drowałem 

korytarzami, a  stałem  si  niemal ekspertem w sprawach tunelu. Znalazłem 

wyj cie z Complexu. Planuj c uwolnienie Berna, brałem pod uwag  mo liwo  

ewakuacji t  drog . Nie s dziłem,  e wódz tak szybko rozpocznie kampani . 

Chyba w pewnej mierze przyczyniła si  do tego moja osoba. Walcz c daleko st d, 

nie mógłbym w  aden sposób przeszkodzi  w egzekucji Berna. 

- Miły facet, ten wasz wódz - zauwa ył John. 

- Jest sprytny. Gdyby zorientował si ,  e zamierzam przedosta  si  do 

Complexu przez tunel, na pewno by go nie zamkn ł. Zainstalowałby natomiast 

system niewinnie wygl daj cych pułapek. Wy, Amerykanie, nazywacie je 

”booby-traps”, prawda? 

- Zgadza si  - przytakn ł Rourke. Siedział w niewygodnym, angielskim siodle. 

Nie lubił tego typu uprz y. - Te tunele, gdzie one si  ko cz ? W którym miejscu 

Complexu wyjdziemy? 

- To wymaga kilku wyja nie . Zrobi  dzisiaj szkic. Ułatwi ci zrozumienie. 

Rourke patrzył przed siebie. Sło ce powoli znikało za lini  horyzontu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

54 

Rozdział 17

 

 

Młody sier ant zagotował wod  i zaj ł si  przygotowywaniem posiłku. Był to 

ten sam człowiek, z którym Sarah rozmawiała w drodze. Rourke dowiedział si , 

e Conrad Heinz - tak brzmiało jego nazwisko - pragn ł doł czy  do korpusu 

oficerskiego. Nic dziwnego,  e tak ochoczo rozmawiał z Sarah po angielsku. 

Wszak znajomo  tego j zyka stanowiła jeden z warunków uzyskania awansu. 

Johnowi pochlebiała estyma, jak  niemieckie dowództwo darzyło jego 

rodzimy j zyk. 

Heinz wraz z dwoma podoficerami obj ł pierwsz  wart . Pozostali skupili si  

wokół słu cej do przygotowywania posiłków kuchenki Colemana, w ulepszonej, 

niemieckiej wersji. Dawała nikłe ciepło i odrobin   wiatła. 

Hauptsturmfuhrer o nazwisku Hartman odezwał si  wysokim jak na 

m czyzn  głosem. Jego angielski był poprawny, cho  zabarwiony silnym 

akcentem niemieckim. 

- Chciałbym o co  zapyta , herr doktor. Ale mo e powinienem czeka  na 

swoj  kolej. 

- Mo esz mówi . To chyba oczywiste - wtr cił Mann. 

- Dzi kuj , herr standartenfuhrer. - Hartman zwrócił si  do Johna: - Herr 

doktor, jak ocenia pan nasze szans  jako osoba z zewn trz? 

Rourke zaci gn ł si  cygarem. Zacz ł mówi , wydmuchuj c cienkie stru ki 

dymu: 

- To, czy nam si  uda, zale y od zbyt wielu niewiadomych. Dotarcie do Bema 

jest mo liwe. Trudno mi w tej chwili okre li  charakter operacji, jak  b d  

musiał wykona . Nie jestem pewny, co nale y zrobi  z urz dzeniem, które 

usuniemy z ciała Berna. Wydaje mi si ,  e o wszystkim mo e zadecydowa  to, na 

ile dokładnie pułkownik ocenił publiczne poparcie dla sprawy Dietera Berna. 

Je eli jego uwolnienie wywoła rewolucj  w Complexie, a siły posłuszne wodzowi 

uda si  powstrzyma , wówczas mamy wszelkie szans . Ale wszystko opiera si  na 

tych ”je eli”. Musimy o tym pami ta . 

- Ale pan i major Tiemierowna nieraz ju  brali cie udział w tego typu 

akcjach? 

Wł czyła si  Natalia: 

- By  mo e dlatego John nie precyzuje swojej opinii. Sarah przypomniała mi 

co , co odpowiada naszej obecnej sytuacji. 

Hartman spojrzał na Sarah, siedz c  po prawej stronie Johna. 

- Co to było, pani Rourke? 

- My l ,  e Natalii chodzi o operacj , w której brałam udział podczas 

powstania. Aresztowano wtedy wielu m czyzn z ruchu oporu. Cz  kobiet 

znajdowała si  wówczas na przybrze nych wyspach. Tego dnia szalała burza. 

Zorganizowały my grup , która opanowała wi zienie. Udało nam si  wówczas 

ocali  tych m czyzn na chwil  przed egzekucj . Nie ponie li my strat. Chodzi o 

to,  e czasem nie wystarcz  racjonalne działania. Potrzeba odrobiny szale stwa, 

eby zrobi  to, co w danej chwili konieczne. I to pomaga utrzyma  nerwy na 

wodzy. 

background image

 

55 

John obj ł  on  ramieniem. Wolfgang Mann zacz ł si   mia . Akiro 

Kurinami powiedział: 

- W Japonii kr yły legendy o samurajach. Porywali si  z motyk  na sło ce i 

zwyci ali. 

- Musimy wzi  pod uwag  obie strony medalu - odezwała si  Elaine 

Halwerson. - To jest przede wszystkim walka o wolno . Nic nowego dla ludzi 

mojego koloni. Wolno  ci ko jest zdoby . Mam nadziej , panie pułkowniku, 

panie Hartman,  e wy swoj  wywalczycie. A wtedy i my zdob dziemy nasz . 

Wspaniale byłoby  y  w  wiecie, gdzie wszyscy ludzie mog  cieszy  si  wolno ci , 

gdzie nie ma ani tyranów, ani niewolników. Stary  wiat umarł pi  wieków temu. 

Nie mo emy pozwoli ,  eby historia si  powtórzyła. 

- Amen - zako czył Sarah. 

Rourke pomy lał o wy szo ci ogniska nad kuchenk . Nie było płomienia, do 

którego mógłby wrzuci  niedopałek cygara. 

Ludzie Manna ustawili osobny namiot dla Johna i Sarah. Rourke'a ogarn ło 

dziwne uczucie. Miał wra enie, jakby w ten sposób zdradzał Natali . 

Od ostatniej wojny nie sp dził nocy ze swoja  on . Teraz le eli obok siebie na 

dmuchanych materacach. John wpatrywał si  w sufit. Słyszał oddech Sarah. 

- John... 

- Tak? 

- Cokolwiek si  zdarzy, ciesz  si ,  e jestem z tob . 

- Ja te  si  ciesz  - odpowiedział. 

- Chyba wreszcie zrozumiałam, dlaczego tak post piłe  z dzie mi. Ci gle nie 

umiem si  z tym pogodzi , ale to stwarzało im szans  prze ycia. Gdyby ”Eden” 

nie powrócił... 

- Zrobiłem to, co uwa ałem za słuszne i konieczne. 

- John, dlaczego... Dlaczego ty i Natalia nigdy... 

- Nigdy si  nie kochali my? - Uhm. 

- Jeste  moj   on , Sarah. Nie wiedziałem, czy ci  kiedykolwiek odnajd , ale 

dopóki istniała najmniejsza szansa,  e  yjesz, to nie byłoby w porz dku. A teraz... 

Te  nie czułbym si  z tym dobrze. Trzeba by  w porz dku wobec siebie. 

- Czy nadal... Czy nadal pragniesz mnie cho  troch ? John patrzył w gór . 

- Mój problem polega na tym,  e od samego pocz tku kocham was obie. Sama 

to powiedziała . Pragn  ci ... Ale skłamałbym mówi c,  e nie pragn  Natalii. 

Natomiast nie podoba mi si  pomysł... 

- ...posiadania dwóch  on - dopowiedziała Sarah. -Wła nie. 

Sarah wybuchn ła  miechem. 

- Zdajesz sobie spraw ,  e nie kochali my si  od pi ciu wieków? 

John przysun ł si  do niej bli ej i obj ł ramieniem. 

- To szale stwo. Urodzili my si  w dwudziestym wieku, a teraz jest 

dwudziesty pi ty. Nie trzeba o tym my le . 

W ciemno ci nie mógł dostrzec jej twarzy. 

- Udawajmy, John - wyszeptała. Czuł oddech Sarah, jej palce wpl tane we 

włosy na jego piersi. - Udawajmy,  e nic si  nigdy nie wydarzyło. 

background image

 

56 

Przyci gn ł  on  do siebie, pochylaj c si  nad jej ciałem. Nawet jako chłopiec 

nie potrafił udawa . Rzadko umiał uto sami  si  z bohaterami dzieci cych 

ksi ek. 

Ale teraz - teraz było rzeczywi cie tak, jakby nigdy nie nastała Noc Wojny. 

Przycisn ł usta do ust Sarah. Jego r ka w lizn ła si  pod koc, napotykaj c ciało 

ony. Okrywała je cienka koszulka. Uniósł tkanin . Najpierw dło , a potem usta 

odnalazły piesi. Wykarmiła nimi dwoje dzieci. On sam tak e kosztował jej mleka. 

Pie cił Sarah, na nowo poznaj c jej ciało. R ka kobiety bł dziła wokół zamka 

jego spodni. John czuł narastaj ce po danie. Nakrył j  swoim ciałem, wsuwaj c 

si  mi dzy jej rozchylone uda. Nie było ju  miejsca na pozory.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

57 

Rozdział 18

 

 

Przybycie my liwców z Podziemnego Miasta uchroniło ich od zguby. Na 

szcz cie wyruszyły, by poł czy  si  z Karamazowem, natychmiast po otrzymaniu 

wiadomo ci wstrzymaniu działa  przeciw dzikim plemionom Europy. 

Dzi ki eskadrom odrzutowców udało si  przemieni  kl sk  w zwyci stwo, 

niestety, kosztowne. Osiem helikopterów zostało kompletnie zniszczonych, trzy 

inne wymagały powa nych napraw. Ekipy techniczne pracowały bez wytchnienia. 

Karamazow spojrzał na zegarek. Druga rano. 

W walce straciły  ycie lub odniosły ci kie obra enia sze dziesi t trzy osoby. 

Mechanicy naprawiali wła nie jeden z odrzutowców, który został lekko 

uszkodzony. 

Zdołano nie tylko odeprze  nazistów, ale i zada  im znaczne straty. Według 

szacunków Karamazowa zniszczono dziewi  helikopterów i dwana cie tankietek. 

Straty w ludziach pułkownik oceniał na około dwadzie cia procent 

Doniesienia o stratach nazistów nie poprawiały mu humoru. Mimo wszystko 

czuł si  rozgoryczony. I wła nie wtedy otrzymał zaszyfrowany raport 

Antonowicza o odnalezieniu głównej kwatery nazistów w równikowych lasach 

Argentyny. 

Władymir Karamazow przemierzał obóz wzdłu  i wszerz. Miał ju  

sprecyzowane plany. Niedługo przyb dzie Krakowski. Ale nie b dzie czekał na 

jego helikoptery i piechot . 

Odwołał odrzutowce  cigaj ce Niemców. Rozkazał Antonowiczowi 

przygotowa  l dowiska do przerzutu  ołnierzy i tankowania paliwa. 

Karamazow zatrzymał si  obok skleconego napr dce hangaru, gdzie 

naprawiano helikoptery. Ludzie pracowali wydajnie . Był z nich dumny. 

Gdy zdob dzie kwater  główn  nazistów w Argentynie, powróci do Georgii. I 

do ”Projektu Eden”. Nie zostanie po nim nawet  lad. 

Raz jeszcze pułkownik popatrzył na zegarek. Ekipy techniczne nie sko cz  

przed  witem. Zaraz potem odb dzie si  szybki pogrzeb poległych. A potem... 

Zwyci stwem nale y si  rozkoszowa . Władymir Karamazow chciał raz 

jeszcze poczu  jego smak.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

58 

Rozdział 19

 

 

- Nie ma go?! 

- Nie, Helmut 

- Wi c gdzie jest? - Helmut Sturm patrzył twardo na sturmbanfuhrera Axela 

Kleista, nie zwa aj c na to,  e rozmawia ze starszym rang  oficerem. 

Był brudny, zniech cony i zm czony, a musiał jeszcze wystosowa  listy 

kondolencyjne do rodzin poległych. 

- Standartenfuhrer Mann - Kleist starał si  ukry  zmieszanie - był zmuszony 

powróci  do Nowej Ojczyzny. 

Sturm zapalił papierosa, wpatruj c si  w swoje zabłocone buty. Po drodze 

musieli zatrzyma  si  w jakiej  dziurze w Luizjanie,  eby opatrzy  rannych. 

- Dlaczego, henr sturmbannfuhrer? 

- Te sprawy nie dotycz  młodszych oficerów. Nie musz  panu o tym 

przypomina , herr hauptsturmfuhrer. 

Helmut Sturm oderwał wzrok od butów i rozejrzał si  po obozie. Znikn ło 

dwana cie maszyn i cała kompania ludzi. Dalsze dwadzie cia cztery helikoptery 

szykowały si  do odlotu. 

- I potrzebny był mu cały legion? 

- Helmut, standartenfuhrer wie, co robi. 

- Sowieci nie zaatakuj  teraz Complexu. Nie s  jeszcze przygotowani. A ci 

Amerykanie? Na swoich przedpotopowych promach kosmicznych? To  mieszne! 

Jest tylko jeden powód, dla którego Standartenfuhrer pozwoliłby wróci  takiej 

liczbie ludzi do Nowej Ojczyzny. 

- Nie mów tak, Helmut - wyszeptał Kleist. 

Niewielkiego wzrostu, drobnej figury - zdawał si  by  miniaturk  oficera. 

Zw onymi oczami wpatrywał si  w góruj cego nad nim Sturma. 

- Mam nie mówi  o zdradzie, Axel? O tym,  e poszedł uwolni  Berna, zanim 

go zabij ? Dobrze. Je li mi powiesz,  e to nieprawda... 

- Standartenfuhrerowi chodzi o dobro całego narodu niemieckiego. 

- Wolfgang Mann nigdy nie był nazist . Ty tak e. Obaj nie wierzyli cie w ten 

sen o pot dze, co, Axel? 

-  Przekraczasz swoje kompetencje. Mógłbym kaza  ci  rozstrzela . 

- A ja, Axel, mógłbym zastrzeli  was obu. I zastrzel . -Wyci gn ł zza pasa  

walthera.  Dawno temu, w  Starej Ojczy nie u ywał go przodek Sturma. 

Odbezpieczył bro  i zarepetował. 

- Helmut! 

Nacisn ł spust raz i drugi. Oba pociski trafiły prosto w pier  Kleista. 

Krzykn ł do obersturmfuhrera, który stoj c w odległo ci stu jardów, 

wpatrywał si  w niego z otwartymi ustami: 

- Przejmuj  dowodzenie. Zbieram wszystkich lojalnych ludzi. Niech atakuj  

startuj ce helikoptery. Szybko, człowieku! 

Trzymaj c w dłoni odbezpieczony pistolet, ruszył p dem w kierunku lotniska 

na skraju obozu. 

background image

 

59 

migłowce ju  startowały. Wypalił w stron  najbli szego, zdaj c sobie 

spraw ,  e nie jest w stanie mu zaszkodzi . Znajdował si  za daleko, a kule z 

pistoletu i tak nie przebiłyby pancerza. 

Wystrzelał naboje do ko ca. 

Stał wpatrzony w niebo. Prawa r ka zwisała mu bezwładnie. Zdradzono go. 

Zdradzono Now  Ojczyzn . Wódz... 

Zbierze pozostałe, lojalne siły i ruszy w pogo  za renegatami. Ale wcze niej 

zniszczy ameryka skie statki kosmiczne i zabije wszystkich znajduj cych si  w 

obozie. 

Opanowała go  dza niszczenia. 

Wrzasn ł do obersturmfuhrera, przekrzykuj c ryk silników: 

- Sieg heil!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

60 

Rozdział 20

 

 

Siedziała przy zastawionym stole. Miejsce u szczytu było wolne - jak zawsze, 

kiedy jej ma  znajdował si  daleko od domu. Naprzeciwko niej siedział Manfred, 

najstarszy syn. Helena Sturm przygl dała si  jego  licznej twarzy. 

- O co chodzi, Manfred? - zapytała. - Niepokoj  si ... 

- Martwisz si  o ojca... Có , jestem pewna... 

- Mój ojciec i jego  ołnierze Nowej Ojczyzny powróc  jako zwyci zcy. Martwi 

mnie to, czego si  dowiedziałem. 

Ły eczka, któr  przed chwil  mieszała kaw , wypadła Helenie z r ki. 

- Nie wiem, o czym... 

- Ale  wiesz, matko. Doskonale wiesz. 

- Nie powiniene  w ten sposób odzywa  si  do matki. B d  musiała powiedzie  

ojcu... 

- W tpi , czy si  na to zdob dziesz.  ledziłem ci , jak by  mo e wiesz, matko. 

Ciekawi mnie, o czym tak potajemnie rozmawiasz z  on  standartenfuhrera 

Manna. 

- Pani Mann... - szepn ła Helena Sturm. - Przecie  jeste my przyjaciółkami. 

- Ale , matko. Nie zajmujesz tej pozycji, co ona. Istnieje inny powód waszych 

spotka . 

Helena Sturm podniosła ły eczk . Wida  było dr enie jej r k. 

- Nie rozumiem, Manfredzie. 

- Mamo, chc  jeszcze płatków - poprosił Willi. 

- Tak, kochanie, zaraz ci przynios . - Chciała wsta . 

- Willi, poczekasz na swoje płatki. Helena Sturm spojrzała na niego przez stół. 

- Nie wa  si  mówi  tak do brata, a tym bardziej do mnie. 

- W takim razie porozmawiam z opiekunem Jugendu. Opowiem mu o moich 

podejrzeniach. 

Helena podniosła si . Nie dbała o to,  e Manfred dostrze e jej trz s ce si  

r ce. Czuła, jak w łonie t tni  ycie - mo e nawet dwa, co stwierdził lekarz. 

Popatrzyła prosto na Manfreda. 

- B dziesz mi posłuszny. Mnie i ojcu. To, co robi , ciebie nie dotyczy. Je li nie 

podoba ci si  moje zachowanie, b dziesz mógł powiedzie  to ojcu, gdy wróci. 

Jeste  moim synem i to ja si  tob  opiekuj . Masz obowi zki wobec mnie i swoich 

braci. I wobec ojca. To ja jestem twoj  matk , a nie opiekun w Jugendzie. Czy 

wyraziłam si  jasno? 

- Pragn  ci przypomnie , matko,  e mam obowi zki głównie wobec partii. 

Hugo, jej drugi syn, wstał. 

- Manfred, nie powiniene  odnosi  si  do mamy w ten sposób. Bertold wstał 

równie . 

- Tak, jeste  niegrzeczny, Manfred. 

Willi, który zrezygnował z płatków lub zd ył ju  o nich zapomnie , odezwał 

si  dziecinnym głosem: 

- Jak b dziesz mówi  tak do mamy, rozkwasz  ci nos. Słysz c to, mimo grozy 

sytuacji Helena nie mogła si  nie u miechn . Upomniała jednak Williego: 

- Cicho, Willi. To twój starszy brat. Nale y mu si  troch  szacunku. 

background image

 

61 

Willi zrobił zdziwion  min . Sytuacja go przerastała. Manfred wstał. 

- Zostawiam was. Id  do opiekuna Jugendu. Ta rozmowa potwierdza moje 

najgorsze przypuszczenia. 

- Nie wyjdziesz z domu, Manfred. 

- To apartament, matko. Poj cie domu jest anachronizmem samo w sobie. 

yjesz przeszło ci  i nie chcesz przygotowa  si  na chwał  naszej przyszło ci. 

- Manfred! 

Rzucił serwetk . Stał wyprostowany, poprawiaj c chust  na szyi. 

- Wychodz , a bior c pod uwag  twój obecny stan, odradzam ci u ycie 

przemocy. Jak wszyscy w Jugendzie, powa am kobiety, które spełniaj c sw  

biologiczn  powinno , dostarczaj  istot dla przyszłej słu by naszej Nowej 

Ojczy nie. Ale musz  spełni  swój podstawowy obowi zek. 

Odwrócił si  i wyszedł z pokoju. 

- Mamo? 

Spojrzał na Hugona. 

- Tak, kochanie? 

- Bertold i ja mogliby my go zatrzyma . 

- Nie, to jednak wasz brat. 

- Mamo, czy mog  teraz dosta  płatków? 

Pochyliła si  i pocałowała Williego w czoło. Jednocze nie zdała sobie spraw , 

ze zaciska r ce na ramieniu Hugona. 

- Bertold, przynie  płatki dla swojego małego braciszka. Ja musz  zadzwoni . 

Okr yła stół. Weszła do małego przedpokoju. Manfreda ju  nie było. 

Podniosła słuchawk , próbuj c opanowa  dr enie r k. Pomyliła si , wybieraj c 

numer. Ponownie wykr ciła. 

- Pani Mann, przepraszam,  e pani  niepokoj . Niestety, Manfred...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

62 

Rozdział 21

 

 

Rourke zeskoczył z konia na skalisty grunt. Stan ł obok Wolfganga Manna. 

- Jeste my na miejscu - o wiadczył Mann z u miechem. John rozejrzał si  

wokół. Rozległa dolina przykuwała oczy soczyst  zieleni .  rodkiem płyn ła 

rzeka. Gdzieniegdzie przebijały szare wyst py skalne. Tak mógł wygl da  raj 

albo bramy piekieł. 

Rourke doznał niemiłego wra enia, jakby za chwil  miał si  o tym przekona . 

Kobiety zsiadły z koni. 

- Gdzie jest wej cie? - zapytała Natalia. - Zgodnie z planem gdzie  tutaj 

powinien by  trójk tny kamie . 

- St d go nie zobaczymy. Pójdziemy teraz bardzo w skim szlakiem. Konie 

musimy zostawi . Przepraszam pani , major Tiemierowna. Powinienem był to 

narysowa  lepiej. 

- Czy mamy i  z wami tunelem? - zapytała Elaine Halwerson. Siedziała na 

koniu, którego wodze trzymał Kurinami. 

- S dz ,  e John obmy lił dla was co  innego - odpowiedziała Sarah. 

- Rozmawiali my o tym wczoraj w nocy. Poniewa  wasz  prezencj  trudno 

byłoby uzna  za germa sk , nie mo ecie wej  do Complexu. Akiro zna ju  swoje 

zadanie. Ja, Sarah, Natalia i sier ant Heinz pójdziemy wraz z pułkownikiem 

Mannem. Ty, Elaine, i Akiro doł czycie do czwórki podoficerów. Kapitan 

Hartman otrzymał osobne zadanie. - Rourke popatrzył na czterech Niemców , z 

którymi miała pój  Elaine i Kurinami; nie zsiedli z koni,  aden z nich nie mówił 

po angielsku. - Zajmiecie strategiczn  pozycj  przy głównym wej ciu do 

Complexu. W razie potrzeby b dziecie nas osłania  albo poł czycie si  z siłami 

pułkownika Manna, gdy te nadejd . Pułkownik twierdzi,  e tunele s  zbyt w skie 

i zdradliwe, aby mogła nimi przej  du a grupa ludzi. Szczególnie w pełnym 

rynsztunku. Poniewa  znasz troch  niemiecki, Elaine, powinna  si  dogada  z 

tymi lud mi. 

Nie przerywaj c wypowiedzi, Rourke zacz ł wypakowywa  sprz t. Zdj ł 

plecak. CAR-a 15 zostawił w obozie, bior c ze sob  dwa M-16, ze wzgl du na ich 

wi ksz  sił  ra enia. Natalia i Sarah były uzbrojone identycznie. Mieli ze sob  

kilka pojemników z amunicj . W ka dym znajdowało si  po osiemset ostrych 

nabojów, kaliber 5.56 mm. Przewiesił karabiny na ukos przez rami , poprawiaj c 

chlebak,  eby nie zapl tał si  w paski, na których zawieszona była bro . 

- Gdyby co  si  stało, b dziecie nas ubezpiecza . Przytwierdził do pasa 

manierk . Podniósł chlebak i przymocował go do siodła. Halwerson i Akiro mieli 

zabra  konie. 

Popatrzył na Sarah i Natali  - równie  szykowały si  do drogi. Sier ant Heinz 

jako jedyny zabierał plecak. Niósł tak e dwa niemieckie karabinki. Były 

wzorowane na G-3, z t  ró nic ,  e ładowano je nabojami bezłuskowymi, 

podobnie jak czterdziestonabojowe sowieckie karabiny maszynowe. Ale 

magazynki w niemieckiej wersji wykonano z innego materiału ni  plastik i mogły 

słu y  do wielokrotnego u ytku. Johnowi bardziej podobała si  niemiecka 

modyfikacja G-3. 

background image

 

63 

Pistolet posiadał tylko Mann. Widocznie podoficerom nie dawano krótkiej 

broni. Wi kszo  pistoletów, jakie nosili nazi ci, przypominała walthera P-5, ale 

były wyposa one w dwukolumnowy magazynek o wi kszej pojemno ci. Miały 

kaliber mniejszy ni  9 milimetrów, raczej 0,30, podobnie jak karabin mauzer - 

zbli ony kształtem i typem amunicji. 

Obok Heinza stał ładownik z nabojami. Rourke odebrał z r k jednego z 

podoficerów drugi pojemnik. U miechn ł si , zadaj c sobie pytanie, czy 

egzaltowany standartenfuhrer zmieni Heinza, gdy ten b dzie d wigał oba 

pakunki. Gotów był zało y  si ,  e tak. 

- Jestem gotowa - oznajmiła Natalia, zakładaj c na plecy torb , jak zakłada 

si  tornister. Wzi ła dwa karabiny M-16 i przewiesiła je przez rami . 

Sarah stała obok Heinza. John u cisn ł dło  Elaine i Kurinamiego,  ycz c im 

powodzenia. Nie czekaj c na odpowied , przeszedł obok Manna, wydaj cego 

rozkazy pozostałym  ołnierzom. 

Czekał teraz na szczycie wzgórza wznosz cego si  nad dolin , maj c z jednej 

strony Sarah, z drugiej Natali . 

- Mo emy i  - o wiadczył Mann, zabieraj c sier antowi pudełko z amunicj  i 

ruszaj c szybkim marszem. 

Rourke z u miechem poszedł w jego  lady. Wygrał zakład.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

64 

Rozdział 22

 

 

Annie pami tała słowa ojca: ”B d  przygotowana”. Była. Przed opuszczeniem 

Schronu zapakowała trzy niezwykle przydatne rzeczy. Jedn  z nich była długa do 

kostek spódnica, która teraz nie wydawała jej si  ju  tak bardzo przydatna. 

Oprócz niej nie posiadała wielu ubra . Pozostałe dwa przedmioty wło yła do 

zapinanej na zamek torby. Ukryła j  pod siedzeniem w ci arówce ojca W 

rezultacie ucieczki rodziców i Natalii, samochód gruntownie przeszukano, ale 

nikt nie natrafił na skrytk  pod fotelem. 

Odczekała, dopóki si  nie  ciemniło. Po zachodzie sło ca poszła do ci arówki 

i wydostała torb  ze schowka. 

Siedziała teraz w małym namiocie, ustawionym obok tego, który zajmował 

Paul z Michaelem. Była z ni  Madison. 

- Masz takie tajemnicze spojrzenie. - Madison u miechn ła si , zapinaj c 

bluzk . Przysiadła na posłaniu,  eby zało y  buty. 

Annie podci gn ła halk  i zdj ła czarne, wełniane po czochy. Były ciepłe. 

Skutecznie chroniły j  przed zimnem ubiegłej nocy. Id c dzi  pod prysznic, 

owin ła si  kocem, ale niewiele to pomogło. Omal nie zamarzła. Znów nast piło 

gwałtowne ochłodzenie. Ci kie, szare chmury zapowiadały niechybnie opady 

niegu. 

Wstała i halka opadła poni ej kolan. Annie roze miała si . 

- Tajemnicze spojrzenie? 

- Tak, twoje oczy mówi : ”Mam sekret”. - Madison zawtórowała jej 

miechem. 

Annie zało yła szar  spódnic , przez głow  naci gn ła czarny sweter. 

Potrz sn ła włosami, pozwalaj c im swobodnie opa . Wyci gn ła spod łó ka 

par  wojskowych butów. Kupił je ojciec. Obuwie w rozmiarze Sarah, ale tak e w 

innych. Annie musiała przyzna ,  e okazał przy tym godn  podziwu 

dalekowzroczno  - mniejsze buty pasowały na Madison, wi ksze - na ni . 

- No, poka , co tam masz. - Madison wskazała na torb . Annie poło yła 

odzyskane przedmioty na łó ku. 

- To jest kabura typu Bianchi. Dobrze słu yła tacie, kiedy jeszcze w pracował 

CIA. Wło yłam wkładki do elastycznych opasek i teraz idealnie le y na mojej 

nodze. - Umocowała opaski w okolicy kolana. - A to - ci gn ła, podnosz c l ni cy 

pistolet - to jest 0,45 ACP z American Derringer Corporation. Ma taki sam 

kaliber jak detonik. Umie cimy go tutaj. - Wsun ła bro  do kabury. Zdj ła stop  

z posłania, spódnica opadła. 

- Teraz rozumiesz? 

- Pistolet na nodze? 

- Ameryka ska pomysłowo , dzieciaku. - Dziewczyna roze miała si . Usiadła 

na brzegu łó ka i zacz ła zakłada  wojskowe buty. 

Pracuj c przy komputerze, Annie jak dot d nie natkn ła si  na  aden 

podejrzany szczegół. Wszyscy mieli doskonałe dossier. Nie wydawało si ,  eby 

którekolwiek było sfałszowane. 

Wchodz c do namiotu Paula i Michaela, otuliła si  szczelniej płaszczem. Za 

ni  szła Madison. 

background image

 

65 

- Na lito  bosk , mogłaby  przynajmniej zapuka  - wymamrotał Michael, 

siedz c na łó ku. 

- Od razu wida ,  e poczułe  si  lepiej. - Roze mała si  i pocałowała go w 

policzek. 

Przeszła na drugi koniec namiotu, gdzie le ał Paul. U miechn ł si  do niej, a 

ona pocałowała go. 

- Jak si  dzisiaj czujesz? 

- Doktor Munchen powiedział,  e mog  si  ju  porusza . Spryskał mnie swoim 

cudownym preparatem i sw dzi jak diabli. 

Annie wybuchn ła  miechem, siadaj c na brzegu łó ka. 

- Wygl dasz, jakby  si  wybierała na Biegun Północny. 

- Gdyby  wychylił głow  z namiotu, nie dziwiłby  si . Za chwil  ubierzesz si  

tak samo. Skoro mo esz chodzi , zapraszam ci  na spacer do ”Edenu l”. Po 

drodze le y pełno wygodnych kamieni. B dziesz mógł usi

, je li si  zm czysz. 

Pomo esz mi rozpracowa  ten przekl ty komputer. Wczoraj siedziałam przy nim 

do północy. Ka dy okazuje si  chodz c  doskonało ci . Trzeba wymy li  jakie  

inne pytania dla tej maszyny. 

- Na przykład: ”Zagadki bytu” - za artował Paul. 

- Te ju  znamy. - Podniosła si . - Pomóc ci si  ubra , czy mam z Madison 

poczeka  na zewn trz? 

- Ubior  si  sam, ale nie mog  si  jeszcze schyla ... 

- Dobrze. Id  po twoje buty. M czy ni chyba uwielbiaj  ogl da  kobiety na 

kl czkach. To jedna z waszych obsesji. 

Złapała Madison za r k  i wybiegła z namiotu. 

Na pro b  Annie kapitan Dodd wystawił stra  przed ”Edenem l”. Przekonała 

go,  e je eli w komputerze kryje si  co , co umo liwi zidentyfikowanie mordercy, 

zabójca mo e podj  prób  zniszczenia maszyny. 

Gdy zbli ali si  do promu, Annie wyczuła,  e Paul jest zdenerwowany. 

Stra nikiem był bowiem Forrest Blackburn, ten sam, który zaatakował Paula, za 

co nie omieszkała ukara  go wówczas celnym strzałem w nog . Blackburn nie 

miał broni - wida  Dodd utrzymał w mocy zakaz jej posiadania. W przypadku 

człowieka stoj cego na warcie w newralgicznym miejscu zakrawało to na 

niebotyczn  głupot . Ale Dodd nie pytał jej o zdanie. 

- Ten sukinsyn... 

- Kiedy ju  wyzdrowiejesz - przerwała Paulowi - ja go nazw  tak samo. 

B dziesz mógł mu doło y , je li zechce zrobi  mi krzywd . Wyjdzie na jaw twoja 

rycersko . Ale na razie we  pod uwag  swoje ograniczone mo liwo ci. 

- I tak jest sukinsynem - sykn ł Paul przez zaci ni te z by. 

Znajdowali si  na tyle blisko Blackburna,  e mógł ich słysze . Lodowate 

podmuchy wiatru z północnego zachodu szarpały spódnic  Annie i targały włosy. 

Odgarniaj c je z twarzy, u miechn ła si  do wartownika i powiedziała: 

- Witam, panie Blackburn. Jak samopoczucie? 

- Dzie  dobry pa stwu. Nog  mam troch  sztywn , ale poza tym wszystko w 

porz dku. 

Paul zatrzymał si . 

- Blackburn, mamy rachunki do wyrównania - powiedział. 

background image

 

66 

- Przykro mi,  e pan tak uwa a, panie Rubenstein. Nie miałem osobi cie nic 

przeciwko panu tamtej nocy. 

- Gówno prawda. - Paul zrobił krok do przodu. 

Annie nie odezwała si , przytulaj c si  mocniej do jego ramienia. Wiatr 

wydawał jej si  teraz jeszcze bardziej porywisty. Blackburn zast pił im drog . 

- Kapitan Dodd nie wspominał nic o panu Rubensteinie. Obawiam si ,  e 

b dzie musiał pan zosta  na zewn trz. 

Paul otworzył usta, ale Annie go uprzedziła: 

- Posłuchaj, m dralo: albo zmarnujesz nasz bezcenny czas, wysyłaj c mnie na 

poszukiwanie Dodda, albo wpu cisz nas bez gadania. Morderca znajduje si  na 

wolno ci, niezale nie od tego, co ty i tobie podobni sobie wyobra acie. Je eli go 

nie znajdziemy, a Karamazow tu wróci, wszyscy b dziemy mieli si  z pyszna. 

Wi c jak? 

Czekała na reakcj  Blackburna. S dziła,  e chce si  po prostu odegra  na 

Paulu i jednocze nie pokaza , jaki jest twardy. Mogła wymierzy  mu szybki cios 

w jabłko Adama, jak nauczył j  ojciec, ale to oznaczałoby dalsze pogorszenie 

stosunków mi dzy rodzin  Rourke'a i jego przyjaciółmi a lud mi z ”Projektu 

Eden”. 

Min ła dłu sza chwila, nim Blackburn usun ł si  z przej cia. U miechn ł si . 

- Zawsze dobrze radziłem sobie z komputerami, panno Rourke. Na tym tutaj 

odbywałem nawet szkolenie. Chciałbym pa stwu pomóc. Pilnowa  komputera 

mog  równie dobrze od wewn trz, jak stoj c przed promem. Prosz  mi wybaczy , 

staram si  tylko wypełnia  swoje obowi zki. 

Blackburn wyci gn ł dło . 

Annie dojrzała w oczach Paula przełomy błysk niech ci. Przełamał si  jednak, 

co j  wyra nie ucieszyło. 

- Nie wiem, jak wy, chłopaki, ale ja prawie zamarzłam -odezwała si  

pojednawczym tonem. 

Blackburn roze miał si . 

- Id cie przodem - powiedział. 

Starał si  nawet pomóc Rubensteinowi wej  na schody. Samopoczucie Paula 

nie było najlepsze. Id c tutaj, odpoczywał tylko dwa razy. Teraz przymkn ł oczy. 

Najwyra niej zm czenie brało nad nim gór . Po chwili powiedział: 

- Naprawd  nie jestem jeszcze taki stary, chocia  tak wła nie si  czuj . - 

Grymas bólu czy zm czenia wykrzywił jego wargi. 

Annie pocałował go w czoło, gładz c dło mi twarz i szyj . Odwróciła si , by 

spojrze  na Forresta Blackburna. 

- Powiedzcie mi, czego szukacie. Postaram si  wam jako  pomóc. Komputery 

to moja specjalno . 

Annie spojrzała na Paula Rubenstein potakn ł. 

- Chcieli my znale  osob  z personelu ”Edena l” lub 2, której akta byłyby 

lepsze ni  innych. Niestety, wszyscy maj  nieskazitelne opinie. 

- Ja te ? - zapytał z u miechem Forrest Blackburn. 

- Tak, ale nie lepsz  od innych. 

- Wi c zakładacie,  e jakie  uosobienie wszelkich cnót wyst puje tu w roli 

sowieckiego agenta? 

background image

 

67 

- Otó  to. - W głosie Paula brzmiało zm czenie. - Wi c je li uwa asz,  e nie 

mamy racji i  e to Natalia jest morderc , dowied  tego. 

- Dobrze, my l ,  e potrafi  zmusi  komputer, aby sam przejrzał zbiór akt i 

wytypował podejrzanego w sposób logiczny i najbardziej subtelny. 

Przeszedł przez pomieszczenie i usiadł na fotelu, który zazwyczaj zajmowała 

Annie. 

- Nie uwa acie mnie chyba za intruza? - zapytał, patrz c na nich. 

- Nie, nie s dz  - odparł Paul. 

- Dobra, zabieraj si  do roboty - dodała Annie. 

Upłyn ły trzy godziny. Annie zastanawiała si , jak długo Blackburn miał 

pełni  wart . Przeprogramowywał system katalogowania akt personalnych. 

Wydawało si ,  e trwa to cał  wieczno . 

Siedziała na oparciu krzesła Paula i miała wła nie napomkn  o czynniku 

czasu, kiedy usłyszała strzały. 

- Co, u diabła? - Blackburn zerwał si  z fotela. 

Oboje rzucili si  do wyj cia. Oprócz wystrzałów słycha  było odgłosy 

eksplozji. 

Annie spojrzała w niebo ponad muskularnym ramieniem Forresta 

Blackubrurna. 

- Nazi ci - wyszeptała. 

- Cofnij si  - nakazał Blackburn. 

Annie wróciła do Edena. Promy kosmiczne nie stanowiły przedmiotu ataku. 

Kilka helikopterów i niewielkie grupy piechoty ostrzeliwały centraln  cz  

obozu. 

- Co si , u licha, dzieje? - Paul próbował wsta . 

- To na pewno resztki pozostawionych nazistów. Musieli dowiedzie  si , 

dlaczego Mann wyjechał i teraz atakuj . 

- Musz  si  st d wydosta  - powiedział Paul. 

Annie chciała go powstrzyma . Ruszyła w jego kierunku, gdy usłyszała głos 

Blackburna. Odwróciła si . 

W prawej r ce Forrest trzymał pistolet - odrapanego browninga, w którym 

rozpoznała bro  Paula. 

- Doprawdy, ci faceci nie mogli pojawi  si  w lepszym momencie. Winien im 

jestem podzi kowanie. - Blackburn u miechn ł si . 

- Co do... 

- Zamknij si , Rubenstein. Sied cie spokojnie. Nie musicie ju  traci  energii 

na zabaw  z komputerem. Ja udziel  wam niezb dnych informacji. 

- Ty... - wyszeptała Annie. 

- Nie wiem, czy komputer uznałby mój  yciorys za wyj tkowy. Ale mógłby 

powiedzie ,  e znałem Mon  Stankiewicz. I  e ucz szczałem do szkoły w 

Niemczech Zachodnich. A to na pewno dałoby wam do my lenia. Doszliby cie do 

wniosku,  e b d c w Zachodnich Niemczech, mogłem nawi za  kontakty we 

Wschodnich. I nie pomyliliby cie si . Doprowadziło mnie to do KGB. Ale w ci gu 

ostatnich kilku godzin wprowadziłem taki zam t w danych personalnych,  e nikt 

si  w tym nie połapie. Przynajmniej przez jaki  czas. Zamieszanie jest idealnym 

sprzymierze cem. We my na przykład twój pistolet, Rubenstein. Parabellum 

background image

 

68 

dziewi  milimetrów. O ile wiem, niemieccy oficerowie maj  do nich wyj tkow  

słabo . Do nich i tych chwalebnych dni pi  wieków temu, kiedy zabijali  ydów. 

- Twoja matka... 

- Zamknij si , Rubenstein. Dodd i reszta z pewno ci  pomy l ,  e zabili was 

Niemcy. A zanim odnajd  wasze ciała mi dzy poległymi, ja b d  ju  na 

przeciwległym kra cu obozu. 

- Składaj c raport temu b kartowi, Karamazowowi - rzucił Paul. 

- Niekoniecznie. Nie zabiłem Mony tylko po to,  eby ukry  swoj  to samo . 

Ona chciała zgubi  sam  siebie. Uznaj c ten czas za czas wojny, mo na by odda  

mnie pod s d polowy i rozstrzela . Nie, nie pójd  do Karamazowa. 

- Dlaczego wrobiłe  w to Natali ? - spytała Annie. - Teraz mo esz nam ju  

powiedzie . 

- Osobi cie nie mam nic przeciwko niej. Nigdy wcze niej nie spotkali my si . 

Była to kwestia wła ciwego wyboru. Tak czy inaczej musiałem zabi  Mon . 

Natalia idealnie nadawała si  na sprawc . Wszyscy wiedz ,  e była majorem 

KGB. Nic łatwiejszego ni  skierowa  przeciw niej nienawi  tłumu. Ani si  

spostrzegli, kto ich podburzył. Nie mam  adnych zobowi za  wobec 

Karamazowa. Był gotów zlikwidowa  mnie razem z całym ”Edenem”. Mam inne 

zamiary. 

- Czy by? - pow tpiewaj co zapytał Paul. 

- Biedny kapitan Dodd ginie podczas ataku nazistów, a ja zostaj  dowódc  

Projektu. Umiem dostosowywa  si  do okoliczno ci. A teraz wyła cie na 

zewn trz. 

- Mam ci  w dupie - warkn ła Annie. 

W odpowiedzi Blackburn chwycił j  wpół, ci gn c w kierunku wyj cia. Annie 

okładała go pi ciami, lufa pistoletu znajdowała si  na wysoko ci jej twarzy. 

- Dla mnie b dzie lepiej, je li umrzecie na zewn trz. - Głos Blackburna był 

ochrypły. - A s dz ,  e i dla was. Na otwartej przestrzeni mog  chybi . A mo e 

Rubenstein zd y mnie unieszkodliwi ... 

Paul powoli wstawał z krzesła. Rzucił si  na Blackburna w momencie, gdy ten 

nieznacznie odsun ł luf  od twarzy dziewczyny. Annie straciła równowag  i 

upadła. Korzystaj c z nieuwagi Blackburna, walcz cego z Paulem o pistolet, wy-

ci gn ła spod ubrania derringery i odwiodła kciukiem kurek, aby ust piła 

blokada mechanizmu spustowego. W tym momencie Blackburn kolb  browninga 

zadał Paulowi cios w głow . Rubenstein upadł. 

Annie wycelowała w niego bro . Blackburn wykonał gwałtowny obrót. 

Uniesion  nog  wytracił jej pistolet z r ki, po czym rzucił si  ku niej. Dziewczyna 

przeturlała si  po podłodze, usiłuj c dosi gn  pistoletu. Blackburn przycisn ł j  

do ziemi, wykr caj c rami . 

Ale derringer był ju  w zasi gu jej r ki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

69 

Rozdział 23

 

 

Roz wietlona tarcza rolexa wskazywała,  e ju  dwadzie cia minut posuwaj  

si  tunelami. Szli g siego. Korytarz przypominał rozmiarami kanały  ciekowe. 

Miejscami zw ał si , gdzieniegdzie blokowały go zwały błota i kamieni. Nie 

docierało tu  wiatło. Do najciemniejszych tuneli i labiryntów zawsze 

przedostawało si  jakie   wiatło. Tu panowała całkowita ciemno . Gdyby nie 

lampy zasilane syntetycznym paliwem, uton liby w zupełnym mroku. 

John Rourke szedł na czele, Mann - tu  za nim. Na ka dym rozwidleniu 

Niemiec wskazywał drog . 

Rourke starał si  zapami ta  tras  na wypadek, gdyby byli zmuszeni ucieka  

t dy be  Manna  ciany tunelu znaczył strzałkami. Licz c si  z tym,  e kto  inny 

mógłby zna  t  drog , rysował znaki wskazuj ce  lepe zaułki. Je eli z rozwidlenia 

wychodziły wi cej ni  dwa korytarze, zaznaczał ten wła ciwy. Miał nadziej ,  e 

ktokolwiek spróbuje ich  ledzi , szybko si  pogubi. 

Chwilami brakowało powietrza; płomienie lamp przygasały. Czasem 

wydawało si  ono g ste i wydzielało zgniły odór. Nie mog c złapa  oddechu, z 

wysiłkiem przyspieszali kroku, by wydosta  si  z tych rejonów. Po chwili 

wszystko wracało do normy. 

Przemarsz przez kanały, jaskinie i szyby zaj ł im trzy godziny. 

Znale li si  w obszernej grocie. Stoj c na wyst pie skalnym, zobaczyli 

otwieraj c  si  w dole przepa . Heinz przeniósł  wiatło latarki z sufitu jaskini na 

jej dno. U podnó a uskoku, w odległo ci stu stóp, wiła si  srebrna nitka 

strumienia 

- Tu odpoczniemy - o wiadczył John. 

Sarah przeszła obok niego. Stan ła na skraju przepa ci,  wiec c lamp  w 

otchła . Gazo arowa koszulka wokół płomienia skupiała  wiatło na kształt 

soczewki, czyni c je wystarczaj co intensywnym, by w jego blasku mo na było 

stwierdzi , i  w przepa ci istnieje tylko pustka. 

- To pi kne. Ale i przera aj ce - powiedziała Sarah, a echo odbijało jej głos 

w ród skał. - i to te  - dodała, echo zwielokrotniło jej słowa. 

Natalia usiadła obok Johna w niszy skalnej. Na chwil  poło yła mu głow  na 

ramieniu. U miechn ł si  do niej. Miała wypisane na twarzy,  e wie, co zaszło 

mi dzy nim i Sarah zeszłej nocy. On tak e me ukrywał tego. Wolał,  eby 

wiedziała. Dzi  rano pocałowała go w policzek i powiedziała: 

- Ciesz  si ,  e tak si  stało. Teraz zapytała: 

- Daleko jeszcze, pułkowniku? 

Mówili po angielsku ze wzgl du na Sarah, która nie znała niemieckiego. I z 

korzy ci  dla sier anta Heinza. 

- My l , pani major,  e dotrzemy na miejsce za jakie  dwie godziny. B dziemy 

teraz schodzi  w dół  cie k  tak strom ,  e nadaje si  bardziej dla kóz ni  dla 

ludzi. Czytałem o kozach. To musiały by  fascynuj ce zwierz ta. 

Rourke roze miał si . 

- Zdarzało nam si  jada  kozie mi so - powiedział. 

background image

 

70 

- Pewien starszy pan - Sarah podj ła opowie  - przynosił nam do domu tylne 

kulki kozy. W ko cu nauczyłam si  sma y  na grillu kozie  eberka, tak jak ka de 

inne... 

- Jedli cie kozy? - dopytywał si  Mann. 

- Ich mi so smakuje całkiem nie le. Jest kruche... 

- Kruche? Nie znam tego słowa. 

Natalia, której angielski był bezbł dny, wyja niła: 

- To znaczy,  e ma posmak dziczyzny, inny ni  mi so zwierz t hodowlanych. 

Jak na przykład sarnina. 

- Ach, łania. Rozumiem - powiedział Mann. 

- ”Je li sercu brak jest łani, niech poszuka Rosalindy” -wyrecytował 

rozbawiony John. Widz c zakłopotan  min  Manna, dodał: - Nie przejmujcie si  

mn . Zawsze miałem dziwne skojarzenia zwi zane z tym cytatem. To Szekspir. 

- Ruszamy, przyjaciele? 

- Czemu nie? - Rourke podniósł lamp  i ładownik. 

- Lepiej b dzie, je eli wezm  lamp  i pójd  przodem - powiedział Mann. 

John skin ł głow , przekazuj c mu latark . 

Mann poszedł pierwszy kamiennym pokładem, kieruj c si  w dół. Jego lampa 

była jedynym drogowskazem w otaczaj cych ich ciemno ciach. Za Mannem 

pod ał Heinz, Sarah i Natalia Rourke zamykał pochód. Widział kamienny 

chodnik w blasku lampy niesionej przez Natali . Spoza kr gu  ółtego, 

rozproszonego  wiatła dochodziły odgłosy spadaj cych kamyków. Sprawiało to 

dziwne wra enie. Słycha  było moment, w którym zaczynaj  si  osuwa  i d wi k 

ten trwał bez ko ca. A przecie  gdzie  musiały si  zatrzyma . 

Narastał szum podziemnej rzeki. Gdzie  tam ze skał z hukiem spadały 

kaskady wody. 

Przed wiekami te jaskinie na pewno roiły si  od nietoperzy. 

Dzi  nie istniało ju   adne z tych stworze . Kiedy płomienie zalały  wiat w 

czasie Wielkiej Po ogi, wygin ły wszystkie zwierz ta - zarówno te pi kne, jak i te 

budz ce odraz . 

Tunel ci gle opadał w dół. Droga stawała si  coraz bardziej stroma. Natalia 

zachwiała si . John pochwycił j ,  wiatło latarni zatoczyło kr g. 

Przej cie było teraz tak w skie,  e mogli posuwa  si  naprzód jedynie bokiem. 

Plecami przywierali do  cian, nieomal wtapiaj c si  w nie, by zyska  dodatkowe 

milimetry. Ka dy metr tunelu ci gn ł si  w niesko czono . 

Wydawało si ,  e id  ju  dobr  godzin . John spojrzał na zegarek - upłyn ło 

zaledwie pół. 

Wreszcie chodnik rozszerzył si . Wy łobiona w skale  cie ka pozwoliła im 

oderwa  si  od skraju urwiska. 

Droga stawała si  prawie wygodna. Mann stan ł. John, wpatrzony w faluj cy 

płomie  jego lampy, wpadł na Natali . 

Wolfgang Mann wprowadził ich w zagł bienie w skale, zbli one kształtem do 

muszli. John obserwował, jak  wiatło lampy rozprasza si  i ginie w ciemno ci. 

- Mo e odpoczniemy? - zaproponował Mann. 

- Czemu nie? 

Uformowali niezgrabne koło, skupiaj c si  wokół ustawionych na ziemi lamp. 

background image

 

71 

- Wkrótce pokonamy zakr t Stamt d  cie ka biegnie poziomo, czasem wznosi 

si  do góry. Jest bardzo w ska. Ale to nie wszystko. Na szcz cie, jako chłopiec 

odkryłem ten szlak w taki sposób,  e nikt si  nie dowiedział o jego istnieniu. Otó  

skały tworz  tam, naturaln  szepcz c  galeri . Na szczycie  cie ki efekt jest 

najsilniejszy. Zjawisko to zanika około sto jardów za wierzchołkiem. Szepcz c  

galeri  musimy przeby , zachowuj c całkowite milczenie. Nawet nasze oddechy 

b d  tam doskonale słyszalne. Jeden gło niejszy d wi k i wszystko przepadnie. W 

sklepieniu galerii wyst puj  p kni cia, przez które wzmocnione odgłosy 

wydobywaj  si  na powierzchni . A tam znajduj  si  posterunki stra y. Sam 

kazałem je ustawi  kilka lat temu. Przewidywałem,  e nieprzyjaciel mógłby je 

wykorzysta . Obsada placówki słyszy wszystko, co jest gło niejsze od szeptu. 

S dz ,  e zaczn  strzela  przez szczeliny. Mo emy dosta  rykoszetem. Ale to nie 

jest najgro niejsze. Odgłos strzelaniny na pewno nas ogłuszy i prawdopodobnie 

spowoduje lawin , która straci nas prosto w przepa . 

- Nareszcie rozumiem, dlaczego te jaskinie nie zostały zaliczone do atrakcji 

turystycznych. - Rourke u miechn ł si . 

- Widz ,  e zrozumiałe  mnie doskonale. - Mann odwzajemnił u miech. - 

Proponuj  krótki wypoczynek przed dalsz  drog . Kiedy ju  miniemy szepcz c  

galeri , b dziemy prawie u celu, do Complexu pozostanie niecała mila. A droga 

jest szeroka i biegnie poziomo. 

Rourke zdj ł z ramion karabiny. Kobieca dło  przesun ła si  po jego udzie, 

szukaj c r ki. U cisn ł j . Nie był pewien, czy nale ała do Sarah, czy mo e do 

Natalii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

72 

Rozdział 24

 

 

- Prosz  mi powiedzie , panie Rubenstein, jak pan sobie radził w  yciu z tak  

skłonno ci  do obrywania po głowie? -zapytał doktor Munchen z u miechem. 

Paul próbował si  podnie . 

- Nie wstawaj, młody przyjacielu. Nie było potrzeby pana operowa , ale to nie 

znaczy,  e nie musi pan odpoczywa . 

- Nie, on mnie nie uderzył, to znaczy, tak, uderzył... Blackburn, gdzie... - Paul 

odepchn ł r k  Munchena i usiadł. - Gdzie, do cholery... Och! - Dotkn ł głowy, 

przypomniał sobie wszystko. - Gdzie jest Annie? - zapytał. 

- Trwa jeszcze walka. Pozostawione tu oddziały standartenfuhrera Manna 

razem z waszymi lud mi odpieraj  ataki hauptsturmfuhrera Sturma. Zabijanie 

własnych towarzyszy nie jest łatwe. Zorientowałem si ,  e nigdzie nie ma pana 

ani fraulein Rourke. - Smutno si  u miechn ł. - Niestety. 

- Niestety co? - Rubenstein próbował wsta , ale Munchen poło ył mu r ce na 

ramionach. Paul ugi ł si  pod ich ci arem. 

- Brakuje jednego z sowieckich helikopterów. Gdy znalazłem pana 

nieprzytomnego, zrozumiałem,  e przypuszczenia panny Rourke ujrzały  wiatło 

dzienne. 

Przed Noc  Wojny Paul zarabiał na  ycie, redaguj c teksty, teraz wi c 

zastanawiał si  nad niefortunn  metafor  Munchena. 

- Co pan powiedział? 

- Fraulein Rourke... Obawiam si ,  e została porwana przez zabójc  

nieszcz snej fraulein Stankiewicz. 

- Ja... - Tym razem Munchen nie przeszkadzał Paulowi, gdy wstawał. 

Paul zatoczył si  i opadł na przepierzenie. Doktor podtrzymał go. Rubenstein 

uzmysłowił sobie ironiczn  wymow  tej sceny: m czyzna w nazistowskim 

mundurze pomagaj cy  ydowi. Zrozumiał,  e John Rourke miał racj . Ci 

Niemcy nosili po prostu niewła ciwe mundury, a i to chcieli teraz zmieni . 

Rubenstein spojrzał w niebieskie oczy Munchena. 

- Doktorze, to był Forrest Blackburn. Je li skradł  migłowiec, to znaczy,  e 

zmienił plany. Nie zabije Dodda i nie zostanie dowódc  ”Projektu Eden”. - 

Potrz sn ł bol c  głow . Zdał sobie spraw ,  e mówi nielogicznie. Oczy 

Munchena wyra ały zakłopotanie. - Czy kto , ktokolwiek... 

Kolana ugi ły si  pod nim. Muchen złapał go, nim zd ył si  osun  na 

podłog . 

- Herr Rubenstein, pan musi wypocz . 

- Nie - wyszeptał Paul. - Nie rozumie pan, doktorze? Blackburn jest rosyjskim 

agentem. Ma Annie, zabije j , ale... - Nagle rozja niło mu si  w głowie. Ból 

osłabiał go, ale jednocze nie o ywiał. Rubenstein zmusił si  do my lenia. - Prosz  

kontrolowa , czy mówi  z sensem. Blackburn chciał zabi  nas oboje i zrzuci  win  

na waszych ludzi. Akurat zaatakowali obóz. Miał mój pistolet, taki jaki nosz  

niemieccy oficerowie. Zabiłby nas, oskar ył waszych ludzi, potem zabiłby Dodda i 

przej ł dowodzenie. Ale je eli ukradł  migłowiec, musiało zdarzy  si  co  

nieprzewidzianego. Mo e Annie  yje, jest z nim. 

background image

 

73 

- Na pewno  yje, herr Rubenstein. Doktor Hixon i ja opatrywali my rannych. 

Niektórych przenie li my w pobli e szosy, z dala od najci szych walk. Wtedy 

zauwa yłem sowiecki helikopter wzbijaj cy si  w powietrze. Nikt do niego nie 

strzelał. Kołował przez chwil , po czym odleciał na północ. Szukaj c pana, 

doszedłem do promu. Natkn łem si  tam na rann  Jane Harwood. Opatrzyłem 

jej ran , wszedłem do  rodka i znalazłem pana. 

- Widocznie Jane przyszła po nas, gdy zacz ła si  strzelanina. 

- Nic jej nie b dzie. Jest pod dobr  opiek , panie Rubenstein. 

- Czy ona... 

- Tak, jest przytomna. Da pan rad  wsta ? 

Paul zwil ył j zykiem wyschni te wargi. Z pomoc  Munchena podniósł si . 

Dopiero teraz dotarły do niego odgłosy bitwy. Niepokoił si  o jej wynik. 

Gdyby atakuj cy wygrali... 

Szedł powoli, ci ko wsparty na ramieniu lekarza. - Jak przebiega... 

- Trwa. I chyba niepr dko si  sko czy. Hauptsturmfuhrer Sturm to lojalny 

nazista. Brak ludzi i broni nadrabia zaciekło ci . My l  jednak,  e nie zdoła nas 

pokona . Niestety, mamy ofiary w ród personelu ”Projektu Eden” i ludzi 

standartenfuhrera. 

Zatrzymali si  przed schodami. Zimno wpłyn ło na Paula orze wiaj co. 

Dostrzegł błyszcz cy w błocie przedmiot. 

- Prosz , niech pan to podniesie. Dam sobie rad . - Oparł si  o luk wej ciowy. 

Doktor Munchen popatrzył na niego, skin ł głow  i zbiegł po schodach. 

- To jaki  pistolet, herr Rubenstein. 

- Derringer, derringer Annie. - Paul rzucił si  na schody, niewiele brakowało, 

eby upadł. Munchen podtrzymał go. 

Stał teraz u podnó a schodów, bezmy lnie patrz c, jak kobieta ze słu by 

medycznej opatruje lewe rami  Jane Harwood. Kula przeszła powy ej piersi. 

Paul osłabł. Opadł na kolana, wsparł r ce o uda. Nie mo e teraz zemdle . 

- Kapitan Harwood, czy widziała pani Annie, Annie Rourke? Błagam... 

Wzi ł od Munchena pistolet Nacisn ł d wigni  blokuj c  cyngiel. Przesun ł 

d wigni  zabezpieczaj c . Nie brakowało  adnego naboju. 

- Cholera - zakl ł. 

Opu cił kurek i wło ył rewolwer do kieszeni. 

- Kapitan Harwood, o Bo e, prosz  co  powiedzie . 

- Annie, Forrest Bla... Blackburn... ona... -  yje? 

- Tak. - Głowa Jane Harwood opadła na poduszk . Piel gniarka odwróciła si . 

Miała ładn  twarz o jasnej cerze oraz br zowe włosy. W zielonych oczach 

malował si  spokój. Munchen ju  kl czał przy Jane. 

- Przez jaki  czas, panie Rubenstein, nie b dzie mogła rozmawia . 

- Co si  tu, u diabła, dzieje? - ostro zabrzmiał głos Dodda. 

- Kapitanie, Forrest Blackburn ukradł  migłowiec i uprowadził Annie. To on 

jest komunistycznym agentem. Musimy go dopa  - mamrotał Paul, z trudem 

utrzymuj c si  na nogach. 

- Musimy zrobi  wiele rzeczy, panie Rubenstein. Wygra  bitw , na przykałd. 

Co u... 

Dodd padł na kolana obok Jane Harwood, odrzucaj c M-16. 

background image

 

74 

- Słyszałem,  e j  postrzelono. Czy... 

- Powinna si  z tego wygrzeba  - powiedział Munchen. - Mo e wysłucha pan 

Paula. To mo e mie  znaczenie dla nas wszystkich. 

Dodd spojrzał przez rami . 

- Niew tpliwie dotyczy to panny Rourke. Gdyby nie pchała nosa... 

- Zamknij si , do kurwy n dzy! - wrzasn ł Paul. Niemal czuł, jak wzrasta mu 

poziom adrenaliny we krwi. 

- Ty... 

- Nie! Annie go zdemaskowała. Blackburn j  porwał. Gdyby nie kapitan 

Harwood, zabiłby nie tylko mnie i Annie, ale tak e pana. - Paul podniósł głow , 

nie zwa aj c na ból karku. - Czas wreszcie,  eby  wydoro lał, Dodd. Chc  złapa  

Blackburna. 

- Ten Blackburn - wtr cił Munchen - prawdopodobnie ukradł jeden z 

sowieckich helikopterów. 

- Nie odleci nim dalej ni  sto mil. Ciekawe, sk d wzi łby paliwo - Dodd 

zwrócił si  do Rubensteina. - Na północ od dawnego St. Louis nie ma nic prócz 

lodu. Przykro mi z powodu panny Rourke. Winienem wam przeprosiny, całej 

rodzinie, panie Rubenstein. A głównie major Tiemierownej. Ale najpierw 

musimy pokona  napastników, pochowa  zmarłych i przygotowa  si  do obrony. 

Nie mog  panu da  nawet pilota, nie mówi c ju  o samolocie. Do tego paliwo. Od 

naszego przetrwania zale y przetrwanie cywilizacji, demokracji. Co si  stanie, 

je li doktor Rourke i pułkownik Mann zawiod ? Kiedy ju  poradzimy sobie z 

tym, co si  tu dzieje, zejdziemy do podziemnego schronu. Wkrótce mo emy mie  

wszystkich na karku. Przykro mi z powodu panny Rourke, ale nie mog  nara a  

moich ludzi. 

Paul Rubenstein stan ł chwiejnie na nogach. 

- Skurwysyn! 

Zemdlał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

75 

Rozdział 25

 

 

Dotarli do szepcz cej galerii. Rourke wyra nie słyszał ci ki oddech Sarah, 

znajduj cej si  niedaleko niego. Własny oddech ogłuszał go. 

Stukot kroków na kamiennej posadzce, uderzenia kamyków spadaj cych w 

ciemno , głuchy ryk podziemnego strumienia, niewidocznego w otaczaj cym 

mroku. 

W kr gu  ółtego  wiatła widział stopy Natalii id cej przed Sarah. 

Nagle dał si  słysze  gło ny, przejmuj cy d wi k - to zamek jego kurtki otarł 

si  o  cian . Stan ł i - staraj c si  zrobi  to bezgło nie - zł czył zamek u dołu i 

zaci gn ł go. W efekcie usłyszał j k jakby rannego zwierza. Ruszył dalej. 

Niósł na ramionach powi zane karabiny, tak  eby nie obijały si  o siebie. 

Chlebak spełniał rol  buforu mi dzy broni  i manierk , do której był 

przywi zany par  zapasowych sznurowadeł. 

Najgło niej rozbrzmiewały kroki Manna. Szedł pierwszy, toruj c drog . Spod 

jego stóp usuwały si  kamienie, muł i piasek. Natalia uniosła lamp . W jej oczach 

John dostrzegł strach. Włosy i twarz Sarah. Determinacja na twarzy, jak wtedy 

gdy spotkali si , nim niebo stan ło w płomieniach. Nigdy przed Noc  Wojny nie 

widział u niej takiego zdecydowania. 

Lampa wróciła do poprzedniej pozycji. Znowu widział tylko swoje stopy na 

zw aj cej si   cie ce. Kierowali si  nieznacznie w gór . 

Mógł okre li  k t, pod jakim wznosiła si  droga. Lampa Manna znajdowała 

si  na wysoko ci piersi Johna, czyli tam, gdzie nie powinno jej by . 

Raptem prawa noga obsun ła mu si  na kraw dzi urwiska. Rourke przywarł 

do  ciany. Kolano ugi ło si  pod ci arem ciała, zanim zd ył złapa  równowag . 

Lawina małych kamyczków posypała si  w przepa , wydaj c zwielokrotniony 

odgłos, jakby staczały si  wielotonowe głazy. 

Nabrawszy oddechu, ruszył dalej.  cie ka pi ła si  pod gór , zw aj c si  

coraz bardziej. Patrz c przed siebie, widział blade  wiatło. Przy mione tumanami 

kurzu, było zbyt słabe, by o wietli  drog . Kilka kroków dalej mógł ustali  jego 

ródło. S czyło si  ze szczelin, o których wspominał Mann. 

Za ka dym razem John przesuwał stop  nie wi cej ni  o kilka cali. Nie mo na 

tego było nazwa  chodzeniem. Bro  niósł przed sob . Z trudem utrzymywał 

równowag , ale tylko w taki sposób mógł pokona  ten odcinek. 

Mann przechodził wła nie przez pierwszy snop  wiatła, gdy sier ant Heinz 

po lizn ł si  i znikn ł w mroku przepa ci. 

Rourke wstrzymał oddech. Huk grzmotu był niczym w porównaniu z 

odgłosem spadaj cych kamieni. W kr gu latarni Manna widział Natali  - kl czała 

nad otchłani . 

Wówczas stra nicy na górze otworzyli ogie . 

Hałas wstrz sn ł ciałem Johna. Otworzył usta, by wyrówna  ci nienie w 

b benkach uszu. Posuwaj c si  wzdłu  urwiska, widział Sarah z r kami 

przyci ni tymi do uszu i ustami otwartymi w bezgło nym krzyku. Natalia jedn  

r k  opierała si  o skał , w drugiej trzymała lamp , próbuj c o wietli  roz-

wieraj c  si  pod nimi gł bi . 

background image

 

76 

Kule przelatywały nad głowami, odbijaj c si  rykoszetem od  cian. Odłamki i 

pył pokruszonej skały zasypywały twarze. 

Rourke dotkn ł ramienia  ony, przyci gaj c j  do  ciany i wskazuj c snop 

wiatła przed nimi. 

Zrozumiała. Przywarła do  ciany. Przeciskał si  obok niej. Jedn  nog  

przesun ł nad przepa ci , szukaj c oparcia za Sarah. Stoj c teraz w rozkroku, 

obejmował j  wpół. Sarah chwyciła jego nadgarstek, podtrzymuj c go. Oderwał 

drug  nog  od ziemi i stan ł w ciasnej przestrzeni obok Sarah. Praw  r k  oparł 

o wyst p skalny. 

Udało si . Zrobił nieznaczny krok do przodu, szuraj c karabinem po  cianie. 

Teraz nie miało to ju  znaczenia. Wszystko uton ło w spot gowanym łoskocie 

ognia maszynowego. 

W uszach grzmiało przera liwe wycie przypominaj ce głos syreny alarmowej. 

Jeszcze kilka sekund, a wszyscy odnios  trwałe uszkodzenie słuchu, za  za par  

minut ogłuchn . 

Pył zasypywał mu oczy. Przymru ył je i starał si  dotrze  do Natalii i Manna, 

wyt aj cych wzrok w poszukiwaniu Heinza. 

Nagle o lepiło go  wiatło. Odwrócił głow , nie mog c znie  jasno ci. Gdy 

ponownie spojrzał w dół, zrozumiał,  e to Heinz, najwidoczniej  ywy, daje 

sygnały latark  o du ej mocy. 

Pułkownik Mann miał przewieszon  przez rami  alpinistyczn  lin . Rourke z 

gorycz  pomy lał,  e gdyby si  ni  obwi zali, Heinz nie znajdowałby si  teraz na 

dnie przepa ci. Albo le eliby tam wszyscy. 

Poło ył r k  na ramieniu Manna. Ten skin ł głow . Podał mu lin . John 

poszukał jej ko ca, podał go Mannowi. Pułkownik owin ł si  wokół ramion i pod 

pachami, zawi zuj c podwójny refowy w zeł. 

- To wystarczy - zaopiniował, stwierdzaj c jednocze nie,  e Jugend, o którym 

wspomniał Mann , nie umywa si  do skautingu. 

Cz  liny podał Natalii. Zrozumiała natychmiast i sprawnie wywi zała p tl . 

Reszt  sznura opu cił w czarn  otchła . 

Heinz sygnalizuj c u ywał nieznanego kodu. Trzy długie. Dwa krótkie. Jeden 

długi. Jeden krótki. 

Rourke spojrzał pytaj co na Manna. Pułkownik pokazał palcem w dół i skin ł 

głow . John poci gn ł za sznur. Lina nie drgn ła. Albo dotarła do Heinza, albo 

zaczepiła si  o wyst p skalny. Popatrzył znowu na Manna. Gdyby mogli mówi ... 

Na ich twarze ponownie posypały si  kamienie. 

Natalia zacz ła rozpl tywa  w zeł. Złapał j  za r ce. Zaci gn ł p tl . Pozbył 

si  swojego baga u, oddaj c go Sarah i Mannowi. Naci gn ł zakrwawione 

r kawiczki. Zacisn ł dłonie na Unie, gestem daj c do zrozumienia,  e schodzi. 

Ból rozsadzał uszy. 

Schodził,  lizgaj c si  butami po powierzchni skały, zaciskaj c r ce na linie. 

Zdał sobie spraw ,  e strzelanina musiała na chwil  usta . Przez kilka minut 

nie słycha  było strzałów. Teraz odezwały si  znowu. ”Nie jestem wi c całkiem 

głuchy” - pomy lał. 

Spojrzał w dół. Latarka zapalała si  i gasła. Mógłby pewnie odszyfrowa  

sygnały, ale w tej chwili nie miał na to czasu. 

background image

 

77 

Zsun ł si  po linie. Nogi coraz cz ciej traciły oparcie. Skała kruszyła si , a jej 

odłamki opadały w dół. Nieomal zataczał nogami koła, szukaj c stabilnych 

miejsc. Wahadłowy ruch przyprawiał go o mdło ci. 

Heinz ci gle wysyłał sygnały. 

Rourke zdał si  teraz wył cznie na instynkt. Ogłuszaj cy hałas odbierał mu 

przytomno  umysłu, uniemo liwiał my lenie. Bez udziału  wiadomo ci pod ał 

ku dochodz cemu z dna  wiatłu. Nie rozró niał d wi ków. Wszystko zlało si  w 

jedn  kakofoni , której  ródło tkwiło w jego głowie. 

To,  e nadal strzelano, nie ulegało w tpliwo ci. Odpryski skalne spadały na 

niego, rani c odsłoni te partie ciała. 

Raziło go  wiatło. Przesun ł si  w lewo. Schodził zygzakiem. Powierzchnia w 

jednym miejscu  liska, w innym była chropowata, czasem ostra. 

Błysk. Rourke oparł stopy o szeroki wyst p, zwarł kolana, przesuwaj c si  do 

tyłu. 

Błysk. Przycisn ł si  do  ciany, wyci gaj c r k  w jego kierunku. 

Błysk. Praw  r k  zacisn ł na linie, lew  zakrył latark . Prze wietlała teraz 

dziury w jego r kawiczce. 

Poci gn ł za latark . Odpowiedziało mu szarpni cie. Heinz. 

Znajdowali si  na skalnej półce. Opadł na kolana, podczołgał si  naprzód i 

trzymaj c si  sznura, ostro nie badał przestrze  wokół siebie. Bał si  spa  z 

kraw dzi. W ciemno ci nie widział jej. 

Potkn ł si  o co  mi kkiego. To był sier ant Heinz. 

Wyszarpn ł latark  i skierował j  na rysuj cy si  w mroku kształt. 

Z lewej skroni Heinza s czyła si  krew. Prawa r ka była zniekształcona w 

łokciu. Sier ant wskazał na swoje nogi. Rourke przesun ł  wiatło - lewa była 

złamana. Nie wydawało si  jednak,  eby wyst powały jakie  szczególne 

komplikacje. 

John wyj ł zza pasa sztylet. Wyszarpn ł nogawk  spodni z buta; stwierdził,  e 

zrobiono go z tworzywa imituj cego skór . Nie lubił tworzyw. 

Rozci ł materiał wzdłu  szwu. Ko  nie przebiła skóry, nie wida  było 

zaczerwienienia. 

Ponownie o wietlił twarz Heinza. Sier ant stracił przytomno . Z jego 

ramienia zwisały dwa niemieckie karabinki. 

Rourke sprawdził oddech i puls. Heinz znajdował si  w stanie omdlenia, ale 

jego  yciu nie zagra ało niebezpiecze stwo. 

Z nog  nie mógł nic zrobi . Przynajmniej na razie. 

Wsłuchuj c si  w odgłosy strzelaniny, doszedł do wniosku,  e stra nicy nie 

odkryli ich obecno ci w tunelu. Strzelali, poniewa  usłyszeli odgłos lawiny 

skalnej. Bardziej po to,  eby rozproszy  nud  codziennej słu by ni  z 

konieczno ci. Sporadyczne, na chybił trafił oddawane strzały wskazywały,  e nie 

ywili specjalnych podejrze . 

Najdelikatniej, jak tylko mógł, zdj ł karabinki z ramion Heinza. Wyrzucił 

magazynki i uwa nie przyjrzał si  broni, zastanawiaj c si , jak j  rozło y . 

Plastykowe ło a postanowił wykorzysta  jako łupki. 

Znalazł co , co przypominało suwadło. Odwiódł je, odsłaniaj c komor  

nabojow . Była pusta. Zacz ł rozkłada  karabinek. Miał konstrukcj  podobn  do 

background image

 

78 

pistoletu. Funkcjonował w nim ten sam system, co w waltherze P-38, ale tu 

zapadka zabezpieczaj ca zwalniała sworze . Wyj ł go. Lekko nacisn ł 

mechanizm spustowy. Natychmiast wypadł. Nie było to skomplikowane. Ale te  i 

nie tak solidne, jak w kolcie lub policyjnych czy sportowych strzelbach. Jeszcze 

jedna zapadka. Opu cił j . Lufa i komora nabojowa oderwały si  od ło a. 

Odrzucił metalowe cz ci, nie przejmuj c si  hałasem. 

Przysun ł si  do sier anta. Zdj ł jego br zowy, tkany pas. Przyło ył ło a do 

obu stron goleni. Naci gn ł nog , staraj c si  ustawi  ko . Heinz zwin ł si  z 

bólu. Rourke nie miał czasu na niego spojrze . Umocował prowizoryczn  szyn  i 

cisn ł j  pasem. 

Przeczołgał si  do ramion Heinza. Łagodnie zbadał wykrzywion  r k . 

Stwierdził zwichni cie barku. Łokie  był nie uszkodzony. 

Sprawdził oddech. Równy. Fakt,  e Heinz był nieprzytomny, ułatwiał mu 

zadanie. Jaki  czas po dyslokacji mi sie , który został oddzielony od ko ci, gdy 

wypadła ze stawu, zwykle wypełnia powstał  szczelin . Je eli ciało nie jest 

rozlu nione działaniem znieczulenia lub narkozy, przywrócenie naturalnej 

pozycji bywa utrudnione. 

Trzymaj c mocno rami  Heinza, szarpn ł jego r k , usiłuj c nastawi  

wywichni ty staw. Główka ko ci trafiła na swoje miejsce. Delikatnie zło ył r k  

Heinza na jego klatce piersiowej, zginaj c j  w łokciu. 

Teraz nale ało unieruchomi  r k  sier anta. John mógł to zrobi  jedynie 

swoim pasem. Musiałby wówczas upchn  pistolety w kieszeni. Nie namy laj c 

si  wiele, podniósł nó . Odci ł r kaw bluzy Heinza i poci ł go na pasma. Powi zał 

je. To powinno wystarczy  na prowizoryczny temblak. Upewnił si , czy rami  jest 

dobrze przymocowane. 

Mógł, co prawda, u y  liny, ale nie chciał ryzykowa . Nie wiedział, jaka 

długo  b dzie potrzebna,  eby bezpiecznie przetransportowa  Heinza na gór . 

Zaj ł si  tym teraz. Owijał sznur wokół ciała sier anta uwa aj c, by nie 

urazi  ramienia. Zwi zał mu nogi dla zapewnienia ciału stabilno ci. 

Zawlókł bezwładnego Heinza na drug  stron  skalnej półki. Wcze niej 

sprawdził, czy nie ma obra e  kr gosłupa. Rana na głowie okazała si  

powierzchowna. Krwawienie ustało samoczynnie. 

Zgasił latark  i przytroczył j  do pasa. Poci gn ł za lin . Z góry 

odpowiedziano szarpni ciem. Chwil  jeszcze podtrzymywał Heinza. Gdy tylko 

miał wolne r ce, zapalił latark . Sier anta wci gano do góry. 

John Rourke nic nie słyszał. I nic nie widział. Poza kr giem  wiatła rozci gała 

si  otchła  ciemno ci. 

Dwana cie minut trwała podró  Heinza na gór . W ko cu spuszczono lin . 

Rourke wdrapał si  z powrotem. 

Posuwali si  wzdłu  wyst pu. Wolfgang Mann niósł nieprzytomnego 

ołnierza. Po pi tnastu minutach John zmienił pułkownika. Ze wzgl du na 

ograniczon  przestrze  nie li go sposobem stra ackim. 

Min ła godzina. Przejmuj c Heinza po raz drugi z r k Manna, John 

zauwa ył,  e pogłos wystrzałów nieznacznie si  zmniejszył. Nie wiedział, kiedy 

przestali strzela . Ale za plecami ci gle słyszał ci ki oddech towarzyszy. 

background image

 

79 

Zanotował w pami ci,  e upłyn ło dziesi  minut, odk d min li ostatnie 

p kni cie skalne. Ciemno  przecinało teraz tylko  wiatło lamp. 

Szli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

80 

Rozdział 26

 

 

Niespodziewanie chodnik rozszerzył si . Czerni wokół nich nie wypełniała ju  

pustka. Szli teraz wykutym w skale tunelem. Widzieli jego  ciany i sklepienie. Pod 

stopami mieli lit  skał . 

Rourke niósł sier anta Heinza. Natalia i Sarah podzieliły si  jego 

ekwipunkiem. Mogli i  obok siebie. Droga była łatwiejsza. Opadała w dół. 

Pierwszy odezwał si  Mann. Jego głos wdarł si  w głuchy ryk, dudni cy w 

uszach Johna. Było to jak szum morza w znalezionej na pla y muszli. 

- Przeszli my szepcz c  galeri . Czy kto  mnie słyszy? 

- Tak - potwierdził John, skin wszy głow . 

- Słysz  pana, ale jako  dziwnie - powiedziała Sarah. 

- Dzwoni mi w uszach. Nie mog  temu zaradzi , ale nie jest najgorzej - 

stwierdziła Natalia. 

-  S dz ,  e Heinz miał szcz cie, przynajmniej pod tym wzgl dem. Stracił 

przytomno . Jego narz dy słuchu mogły łatwiej znie  hałas. Daleko jeszcze do 

wej cia do Complexu? - zapytał John. 

- Jakie  dziesi  minut. Musimy zachowa  cisz . 

Na razie nie mo na wi c było zaj  si  Heinzem. Cel znajdował si  ju  blisko. 

Tunel skr cał ostro w prawo - trakt zw ził si . Droga opadała stromo. Rourke 

wydłu ył krok. Niedługo sko czy si  ich podró  przez podziemia. Przyło ył lewy 

nadgarstek do ucha. Usłyszał cichutkie tykanie rolexa. Słuch mu wracał. 

Zakr t w lewo - droga biegła poziomo. Mann wysun ł si  do przodu. Gestem 

nakazał, by si  zatrzymali. 

Stan li. Natalia podtrzymywała ciało Heinza z prawej strony. Sarah 

znajdowała si  blisko Manna. Wymierzyła jeden z niesionych karabinów w  cian  

zagradzaj c  przej cie. 

Wygl dało to na  lepy zaułek. 

Mann badał r kami  ciany. Nagle skała usun ła si  spod jego rozpostartej 

dłoni. Wyj ł pistolet. Po chwili znikn ł za kamienn  płyt . 

John spojrzał w oczy Natalii - niewiarygodny bł kit. U miechn ła si . 

Usłyszał co . W przej ciu pojawiło si  dwóch niemieckich  ołnierzy. Sarah 

podniosła bro . Natalia błyskawicznie obróciła si  w kierunku wyj cia. 

Był tam ju  Mann. Dał znak,  e wszystko w porz dku. Dwaj Niemcy min li 

Sarah, podbiegli do Johna i odebrali z jego r k Heinza. 

Szeptem po niemiecku Rourke upomniał ich: 

- Uwaga na złaman  gole  lewej nogi i zwichni te prawe rami . Nie cie go 

ostro nie. 

- Tak jest, doktorze. 

Gdy Niemcy znikn li z Heinzem w gł bi korytarza, Mann skin ł na 

pozostałych, by przechodzili przez skalne wrota. Sam ruszył przodem. Rourke 

wzi ł od Sarah i Natalii karabiny oraz pudełka z amunicj . Wyprzedził 

wszystkich, pod aj c za Mannem. 

Dotarli do ogromnej elektrowni. Sufit zasłaniały rury o niespotykanej 

rednicy. Ryk turbin zagłuszał szum w uszach. 

background image

 

81 

Rourke rozejrzał si . Nie było wida  ko ca korytarza. Rury biegły tak e 

wzdłu  przeciwległej  ciany. Ta, przy której stał, podobnie jak podłoga, była 

betonowa. 

Niedaleko stał Mann. Trzymał w ramionach szczupł , wysok  kobiet  o 

urodzie rzymskiej patrycjuszki. Według wszelkich kanonów nale ało nazwa  j  

pi kno ci . 

Natalia i Sarah stan ły przy boku Rourke'a. 

- Teraz ju  wiem, dlaczego tak si  spieszył - powiedział John.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

82 

Rozdział 27

 

 

Przez pi  wieków trwania pod ziemi  Niemcy udoskonalili system zasilania 

hydroelektrycznego na bazie reakcji termoj drowych. 

Sarah, John, Natalia i pułkownik Mann dostali si  do Complexu w beczkach 

przeznaczonych do transportu płynnych produktów ubocznych. Sier ant Heinz, 

ze wzgl du na odniesione obra enia, nie mógł skorzysta  z tego  rodka lokomocji. 

Pozostał w elektrowni pod opiek  lekarza wojskowego. 

Elektrownia, jako punkt strategiczny, podlegała armii. Korpus oficerski 

składał si  wył cznie z SS. Ale wi kszo  oficerów, podobnie jak Wolfgang Mann, 

przej ła ze  jedynie mundury i oznaczenia. 

Elektrownia znajdowała si  pod kontrol  ludzi Manna. 

Ci arówka, do której załadowano beczki, podskakiwała na wybojach, co dla 

Johna, skulonego w pojemniku razem ze sprz tem bojowym, nie było zbyt 

przyjemne. 

Na rampie wyładunkowej, poło onej nieopodal oficyny wydawniczej Nowej 

Ojczyzny, przesiedli si  do pojazdu przypominaj cego mikrobus. Karabinki 

ukryli pod podłog . Czekały na nich niemieckie mundury. Rourke raz jeszcze 

miał okazj  podziwia  przysłowiow  niemieck  precyzj . Ubrania le ały jak ulał. 

Mimo to nie uwa ał,  eby Sarah i Natalii było w nich do twarzy. 

Mikrobus nie miał okien. Przez przedni  szyb  zauwa ył,  e zatrzymuj  si  

przed wysokim budynkiem. Szybko wysiedli. W pobli u oczekiwała ich pani 

Mann. Gestem nakazała po piech. 

Gdy stan li przed urz dzeniem o wygl dzie windy towarowej, Mann 

powiedział, uprzedzaj c pytanie Johna: 

- Wysocy rang  oficerowie maj  prawo do posiadania prywatnych pojazdów. 

Ich ilo  jest ograniczona, poniewa  nie chcemy mie  problemów zwi zanych z 

nadmiernym ruchem, szczególnie,  e system oczyszczania powietrza ma 

ograniczon  wydajno . St d zreszt  elektryczny nap d mikrobusu. 

Weszli za pani  Mann do windy. Natalia zdj ła wojskow  czapk  khaki i 

wepchn ła j  do kieszeni spódnicy. Podobnie jak Sarah, Natalia miała 

przewieszon  przez rami  du  torb  z broni . 

Drzwi zamkn ły si  z sykiem. Pani Mann wło yła klucz w otwór płyty 

rozdzielczej ustalaj cy pi tro. 

Winda ruszyła i prawie natychmiast zatrzymała si . Pani Mann wyszła 

pierwsza. Rourke trzymał w r ku jeden z detoników, drugi znajdował si  wraz z 

reszt  uzbrojenia w worku na narz dzia. 

- Bitte! 

Wyszli na korytarz. Pani Mann wskazała r k : 

- Geradeaus. 

Rourke skin ł głow . Z r k  na pistolecie przeszedł obok drzwi z napisem 

”Ausgang”. Skr cił. Obejrzał si  za siebie. Pani Mann biegła w jego kierunku, w 

jednej r ce trzymaj c szpilki, w drugiej torebk . 

- T dy, doktorze. 

- Mówi pani po angielsku? - zapytał. 

background image

 

83 

Korytarzem biegły Sarah i Natalia. Mann był ostatni. Zatrzymali si  przed 

jakimi  drzwiami.  ona Manna przekr ciła klucz w zamku, spogl daj c przez 

rami . 

- Schnell! 

John odsun ł si , przepuszczaj c Sarah i Natali . Gdy wszedł, rozejrzał si  po 

mieszkaniu. Był to przestronny apartament. W salonie z wysokim sufitem 

zaci gni to zasłony w oknach. Najprawdopodobniej wychodziły one na Complex. 

Usłyszał trzask zamykanych drzwi. Odwrócił si . Mann  miał si  rado nie, 

trzymaj c  on  w obj ciach. 

Rozgo ciwszy si  w mieszkaniu Mannów, wszyscy kolejno wzi li prysznic. 

Rourke siedział teraz czysty, z mokr  głow , naprzeciwko pani Mann i jej m a, 

na jednej z dwóch niebieskich kanap. Wolfgang te  si  wyk pał. Był w szlafroku, 

z r cznikiem narzuconym na szyj . 

Pani Mann przygotowała dla nich ubrania. Jak zwykle, pasowały. John 

zało ył niebiesk  koszul , spodnie w tym samym kolorze i czarne buty na 

gumowej podeszwie. Obok le ała cienka, czarna kamizelka, podobna do 

bezr kawników klubu ”Members Only”, noszonych przed Noc  Wojny. 

- Wygl da pan na zrelaksowanego, doktorze - odezwała si  pani Mann. 

U miechn ł si  do niej: 

- Pozory myl , mówi pewne angielskie powiedzenie. S dz ,  e w j zyku 

niemieckim istnieje jego odpowiednik. 

Przygl dał si  jej pi knej twarzy, dostrzegaj c teraz szczegóły, których 

wcze niej nie zauwa ył. 

- Pani natomiast jest czym  zdenerwowana. 

Miał ju  przypasane kabury z detonikami. Ufał Mannom, ale zawsze 

zachowywał jak najwi ksz  ostro no . 

- Ma pan racj . - U miechn ła si . - Kiedy ubierali cie si , doszły mnie 

niepokoj ce wie ci o jednej z kobiet z organizacji. 

- Jakie, kochanie? - zapytał Mann, wycieraj c r cznikiem włosy. 

- Aresztowano Helen  Sturm. 

- Mein Gott, ale  ona... 

- Kto to jest Helena Sturm? - przerwał mu John. Pani Mann zwijała w 

palcach r bek spódnicy. 

- Ona... jest raczej wa na. Oprócz mnie tylko ona znała dokładnie nasze 

plany... 

- No, to wspaniale - zauwa ył Rourke. - My l ,  e nie zabraknie im sposobów, 

by zmusi  j  do mówienia 

- Jest w ci y. Nie s dz ,  eby próbowali... - zacz ł Mann. 

- Ale , Wolf - pani Mann obj ła m a za szyj  - oni u yj  wszelkich  rodków. 

Nie b d  mieli  adnych wzgl dów dla nie narodzonych dzieci. Mo e powiniene  

przerwa  cisz  radiow  i powiadomi  jej m a? 

- On jest nazist . Obawiam si ,  e kocha parti  bardziej ni  własn   on . - 

Mann ucałował jej włosy, po czym delikatnie oswobodził si  z obj . 

Podszedł do okna. Zasłony były ju  rozchylone. Rourke mógł zobaczy  

wreszcie Complex. 

background image

 

84 

Miasto było całkowicie wbudowane w gór . Zakres wiedzy in ynierskiej, 

potrzebnej do sfinalizowania takiego przedsi wzi cia, przekraczał jego 

wyobra enia. Wykopa  ogromny szyb, zało y  taka ilo  ładunków,  eby nie 

wysadzi  całej góry w powietrze, a jednocze nie wydrze  jej wielk  przestrze  

pod zabudow  - to wszystko wydawało mu si  nie do pomy lenia. Ale Niemcy byli 

przecie  najlepszymi in ynierami na  wiecie. Oceniał wysoko  niektórych 

budynków na dwadzie cia pi ter i wi cej, chocia  ich podstawa nie przekraczała 

trzech mil kwadratowych. 

- Musimy j  stamt d wyci gn  - o wiadczył. 

- Dokładnie tak, John. - Wolfgang Mann odsun ł si  od okna. - Dokładnie. 

- Kogo? 

Rourke odwrócił si  w kierunku głosu. Sarah. U miechn ł si . Kiedy  to 

ostatni raz widział j  w spódnicy i nylonowych rajstopach? Pantofle na wysokim 

obcasie... Przypomniał sobie: w rocznic  ich  lubu, par  miesi cy przed Noc  

Wojny. Stała przed nim teraz w szarej sukience do kolan, z długim r kawem i 

małym, skromnym dekoltem. Włosy miała zaczesane do góry, w uszach perłowe 

kolczyki i sznur pereł wokół szyi. 

- Wygl dasz prze licznie! 

Zarumieniła si . Chrz kn ła z za enowaniem i zapytała ponownie: 

- Kogo b dziemy ratowa ? 

Nie zd yła odpowiedzie . Przerwał mu głos Natalii: 

- Jest pi kna, John. 

Spojrzał na Natali . Ubrana na czarno, co było do przewidzenia Sukienka 

podobna w kroju do sukni Sarah, krótka kamizelka. Złote kolczyki i taki  

ła cuszek były jej własne - pami tał je. Gdy wiatr rozwiewał włosy Natalii 

podczas jazdy motorem, wida  było wła nie te kolczyki. 

- Zarówno pa ska  ona, jak i przyjaciółka s  pi kne. Miałam racj  - ci gn ła 

pani Mann. - Bez najmniejszej w tpliwo ci mog  uchodzi  za  ony naszych 

oficerów, kobiety z elity. 

John bez słowa odwrócił si  i popatrzył na pani  Mann. 

- Kim jest osoba, której musimy pomóc? - dopytywała si  Natalia. 

- Helena Sturm - odpowiedział Wolfgang Mann. - Nale y do przywódców 

naszej organizacji. Oprócz nas, tylko ona w całym Complexie zna szczegóły 

planu. Jest w ci y... 

- Czas rozwi zania jest bliski - wtr ciła pani Mann. Sarah i Natalia usiadły na 

sofie. 

- Czy wie pani, dlaczego j  aresztowano? - zapytał John. - i dok d j  zabrano? 

- dodała Natalia. 

Pani Mann nerwowo pocierała dłonie. Siedziała na oparciu kanapy, obok 

m a. 

- Obawiam si ,  e to sprawka jej najstarszego syna, Manfreda. Helena ma 

jeszcze trzech innych. Ale Manfred oddany jest Jugendowi dusz  i ciałem. 

Obawiam si ,  e zdradził matk . Je eli tak, to Helena musi by  teraz na 

przesłuchaniu i nie znajdziemy jej w izbie zatrzyma , lecz w nowo oddanym bu-

dynku rz dowym, na powierzchni. 

background image

 

85 

- Niech pani spróbuje potwierdzi  te wiadomo ci, nie wzbudzaj c podejrze  - 

powiedział Rourke. - Kiedy b dziemy ich pewni, pójdziemy po ni . Dieter Bern 

musi zaczeka . 

Nie mieli wyboru. Nawet gdyby ich nie wydała, ze wzgl du na jej stan nie 

mogli jej zostawi .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

86 

Rozdział 28

 

 

Annie Rourke dała za wygran . Nie mogła rozwi za  sznurów kr puj cych 

jej r ce. Były z mi kkiego, sztucznego tworzywa, potrójnie plecione. 

Forrest Blackburn, zmusiwszy j  do wej cia na pokład sowieckiego 

helikoptera pod gro b  u ycia pistoletu, bardzo zr cznie - musiała to przyzna  - 

wymierzył jej cios w  rodek szcz ki. Gdy si  ockn ła, byli ju  w powietrzu. Annie 

siedziała przywi zana do fotela. R ce miała sp tane przed sob . 

Blackburn zało ył jej na uszy słuchawki. Zagrzmiał w nich jego głos: 

- Post p sowieckiej techniki jest zaskakuj cy. 

- Paul ci  zabije - powiedziała do male kiego mikrofonu, umieszczonego przy 

ustach. - Je li nie uprzedzi go Michael lub tata. 

- Doprawdy? B d  ci mówił ”Annie”, zgoda? Twój kochany tatu  jest w 

Argentynie, braciszek nie czuje si  najlepiej, a biedny pan Rubenstein, je eli w 

ogóle  yje po moim ciosie, nie b dzie zdolny ruszy  w po cig. Za  kapitan Dodd 

ma pełne r ce roboty, no, i nie b dzie nara ał swego bezcennego personelu,  eby 

wyzwoli  niesforn  dziewczyn  z r k ostatniego sowieckiego agenta. - Blackburn 

roze miał si . - Ze mn  b dzie ci naprawd  najlepiej. Trzymaj si  mnie, a dłu ej 

po yjesz. 

Wiedziała,  e ojciec by si  gniewał, nie mówi c o matce, ale nie mogła si  

powstrzyma  od okrzyku: 

- Pieprz  ci ! 

- Ciesz  si ,  e poruszyła  t  spraw . Wła nie tym si  zajmiemy niedługo. Od 

pi ciu wieków nie miałem kobiety. Pi  wieków...! 

- Szkoda,  e nie powiedziałe  ”o Bo e!”. 

- Mo e oka esz si  podobna do mamusi i tatusia. To byłoby bardzo smutne. 

- Dok d, u diabła, lecimy? - starała si  zmieni  temat. - Do Karamazowa? 

- Nie. To ostatni człowiek, którego chciałbym zobaczy , przynajmniej na 

razie. - Forrest przełkn ł  lin . 

Annie patrzyła przez chwil  na łopatki wirnika, potem przeniosła wzrok na 

dół. Przez szyb  obserwacyjn  widziała skaliste podło e. Przed nimi rozci gała si  

o lepiaj ca, jednolita biel. Lecieli na północ. 

- My lałam,  e Karamazow jest twoim szefem. - Jej palce dr twiały. 

- Był. Ale nigdy mu nie ufałem. Nawet pi  wieków temu. - U miechn ł si  

jakby do siebie. 

Manipulował sterami. Patrz c przez wizjer, Annie widziała zbli aj c  si  

ziemi . ”Chyba b dziemy l dowa ” - pomy lała. 

- Kiedy pi set lat temu Karamazow zacz ł podejrzewa ,  e ”Projekt Eden” 

istnieje, kazał mi przenikn  do niego. Nie ufałem mu, wi c chciałem mie  jak  

gwarancj  na przyszło . I dostałem j . Nie od niego, chyba nawet o tym nie wie-

dział. Dostałem lokalizacj  Podziemnego Miasta. 

- Czego? - Zakaszlała. - Czy my l dujemy? 

- Podziemne Miasto to projekt, który moi mocodawcy zacz li realizowa  na 

krótko przed tym, co wy nazywacie Noc  Wojny. Teraz jest ju  uko czony i 

samowystarczalny. Przeszedł dawno przez faz  eksperymentu. Tak, l dujemy. 

Jedno Karamazow dla mnie zrobił, sprawdziłem to zreszt : w stu miejscach na 

background image

 

87 

obszarze Stanów Zjednoczonych - bo nie mógł wiedzie , gdzie wyl duje ”Projekt 

Eden” - rozmie cił pojemniki z zapasami, specjalnie dla mnie. Hermetyczne 

kontenery z paliwem. Brort. I racje  ywno ciowe, na wszelki wypadek. Nie masz 

poj cia, ile trzeba czasu na zapami tanie stu zestawów współrz dnych. 

Annie miała ochot  si  roze mia . Był przynajmniej dobrym pilotem. 

Podchodzili do l dowania. Spojrzała na Blackburna.  miał si . 

- Pewnie my lisz, Annie,  e po tym, co si  stało, współrz dne magnetyczne 

zmieniły si . Masz racj . Ale zrobiłem odczyt z instrumentów ”Edena l”, 

wypisałem z pami ci współrz dne i znalazłem współczynnik korekcyjny. Jeste my 

na miejscu. 

Skradziony - je li chodzi o  cisło , dwukrotnie - sowiecki helikopter usiadł na 

ziemi. Prawie tego nie poczuła. Blackburn przyciskał guziki i pstrykał 

przeł cznikami, gasz c silnik. 

- Widzisz - mówił, nie patrz c na ni  -jak znajd  te pojemniki, podlecimy 

bli ej i zabierzemy je. Potem polecimy do Podziemnego Miasta, gdzie zostan  

bohaterem na miar  surrealistycznych wyobra e . Gdyby komu  przyszło do 

głowy nas  ciga ... có ... -  ci gn ł swoje słuchawki i nachylił si ,  eby zdj  jej. 

Dziewczyna krzykn ła, kiedy pasmo włosów zaczepiło si  o przewody. Zacz ł 

wypl tywa  włosy Annie. - ...Jeste  zakładniczk  i niew tpliwie chcieliby 

odzyska  ci   yw . 

Uwolnił jej włosy. Potrz sn ła głow , odrzucaj c je z twarzy. 

Forrest Blackburn wyskoczył z maszyny, zabieraj c ze sob  klucz. Przeszedł 

na drug  stron  i otworzył drzwi. 

Kawałkiem sznura skr pował kostki Annie, przywi zuj c j  do fotela. 

- Uwa asz,  e dok d pójd ? - zapytała. 

- Nigdzie - odpowiedział z grzecznym u miechem. 

Stał nad ni  przez chwil . Wysoki, przystojny, czarnowłosy, ubrany w du  

kurtk  z kapturem, niegdy  chyba wojskow . Zerwał szalik z jej ramion. Pochylił 

głow  Annie do przodu i zakneblował jej usta. Miała uczucie,  e za chwil  si  

udusi. 

- Teraz jeste  bezpieczna. A to nauczy ci  my le , jak nale y. - Rozpi ł jej 

płaszcz, zadarł spódnic  i halk . 

Chciała krzycze , ale knebel tłumił głos. Z jej ust wydobywały si  tylko ciche 

j ki. Blackburn zdarł z niej bielizn . Spojrzał na Annie i roze miał si . 

- W ten sposób zmarzniesz troch , wi c nie pogardzisz odrobin  ciepła, gdy 

wróc . Na razie. 

Zatrzasn ł drzwi helikoptera. Zostawił j  nag  od pasa w dół, upokorzon  i 

zal knion . Zacz ła płaka . Ale budziło si  w niej ju  co  innego. Szukała 

odpowiedniego okre lenia. ”Bunt.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

88 

Rozdział 29

 

 

- Paul, odpowiedz mi, do jasnej cholery! - John? 

- Michael. Co, u diabła, si  stało? Paul Rubenstein otworzył oczy. 

- Michael... - powiedział. 

- Przynie li ci  tu nieprzytomnego. Czy to ma zwi zek z Annie? 

Madison wtr ciła cichym głosem: 

- Mówiłam ci,  eby  nie wstawał. 

- Nic mi nie b dzie - odburkn ł Michael. 

Oparł si  o brzeg łó ka Paula. Od czasu operacji nie wstawał i mi nie 

brzucha bolały go, kiedy si  poruszał. Plecy, z których ojciec powyci gał mu kule, 

bolały równie . Wyprostował si  i oparł o maszt namiotu. Madison podeszła do 

niego, gubi c po drodze szal. Wyci gn ła r ce, by podtrzyma  Michaela. 

- Nic mi nie jest, Madison - wyszeptał Michael Rourke. Wiedział,  e jego głos 

przypomina głos ojca. Wszyscy tak twierdzili. Ale Johna tu nie było. Los Annie 

zale ał od niego i Paula. I od Madison. 

Paul uniósł si  na łokciu. Twarz miał bardzo blad . 

- Co tu si  dzieje, Paul? Doktor Munchen przyniósł ciebie, przy okazji zbadał 

mnie. Po artował z Madison, powiedział,  e po oczach poznaje si  kobiet  w 

ci y. 

Madison roze miała si . 

- Tego nikt nie potrafi. Ale on ma racj ,  e tutaj - dło mi dotkn ła brzucha - 

jest  ycie. 

Paul potrz sn ł głow . Usiadł mimo bólu. Praw  r k  wyci gn ł z kieszeni 

derringera. 

- Munchen jest w porz dku. Wiedział,  e go mam. 

- O co chodzi, Paul? Gdzie Annie? 

- Munchen ci nie powiedział? 

- O czym? 

- Annie... to znaczy, Forrest Blackburn jest sowieckim agentem. Porwał Annie 

i uciekł helikopterem. Dodd powiedział,  e Blackburn nie uleci daleko, bo nie ma 

paliwa. Ale nie chciał wysła  po cigu. 

- My pojedziemy. Równie dobrze mog  le e  w ci arówce - o wiadczył 

Michael. 

- Ja poprowadz  - zadeklarowała si  Madison. Michael przyci gn ł j  do 

siebie. 

- S dz ,  e mogłaby . 

- Tak zrobimy. Ja wezm  to. - Paul wskazał na derringera Annie. - Ładujemy 

si  na ci arówk . Zostawiłem tam zapasowego high powera i par  magazynków. 

Znalazłem go w Arce - spojrzał z u miechem na Madison - i zabrałem, tak na 

wszelki wypadek. Wiemy, gdzie s  rozmieszczone zapasy strategiczne, a 

Blackburn nie. Złapiemy go, gdy tej pieprzonej maszynie zabraknie paliwa. 

- Madison zostanie. Sam mog  prowadzi . - Michael ledwie trzymał si  na 

nogach. 

background image

 

89 

- Nie. Twój ojciec, Michael, nie zostawiłby jej tu na pastw  losu. A wyprawa 

dwóch kalek, które nie chciały wzi  ze sob  jedynej zdrowej osoby, te  by mu si  

nie spodobała. 

- Przecie  ona jest w ci y. 

- No i dobrze. Na szcz cie to nie dziewi ty miesi c. Ma jeszcze troch  czasu. 

Michael westchn ł i osun ł si  na łó ko. Madison uło yła mu nogi. Le ał 

płasko, wpatrzony w sufit. 

- W porz dku, Paul. Masz wi cej do wiadczenia. 

- Owszem, ale to ty nazywasz si  Rourke. - Za miał si  i natychmiast złapał za 

brzuch. 

- Dobra. Co robimy? 

- Na pocz tek... - przerwała mu Madison. 

”Co  mi si  zdaje,  e zaraziła si  od Annie” - pomy lał Paul. 

- Mogłabym wzi  derringera, zgadzasz si ? 

- Mogłaby , ale nie we miesz - powiedział Michael. 

- Nie przerywaj jej - wtr cił Paul. 

Michael patrzył, jak Madison podnosi z podłogi szal i owija go wokół tułowia. 

Zacz ła przechadza  si  tam i z powrotem. Spódnica w lewo, długie włosy w 

prawo. Raz, dwa, raz, dwa... 

- Wezm  pistolet Annie i pójd  do ci arówki taty Rourke'a. Je eli nie jest 

strze ona, podjad  ni  tutaj. Je eli jest, to ju  nie b dzie. 

Paul roze miał si , a Madison odrzuciła do tyłu włosy, patrz c na niego. 

- Wróc  tutaj i razem z Paulem pomo emy ci wsi

, Michael. Pojedziemy do 

Dodda i poprosimy ,  eby oddał nam bro . Je eli nie zechce, sami we miemy. 

Pasuje? 

Twarz Paula rozja niła si  w szerokim u miechu. 

- Wiesz, Michael, John miał racj . Zrobimy z niej prawdziw  Rourke. - 

Wło ył rewolwer w jej dło . - W porz dku, Madison, jest twój. Pami taj, iglic  

trzeba tak ustawi , by dolny pocisk wyszedł pierwszy. Wówczas celno  jest 

najwi ksza. Rozumiesz? 

- Tak, Paul.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

90 

Rozdział 30

 

 

John Rourke z teczk  w r ku szedł ulicami Complexu. Wielu m czyzn nosiło 

podobne. Jednak ró niły si  zawarto ci . Rourke miał w teczce pythona i 

amunicj . Znajdowały si  tam równie  detoniki ”Scoremaster”, które swego 

czasu zabrał z Arki i do tej pory nie miał okazji ich zwróci , oraz zapasowe 

magazynki. Pod pach , w podwójnej kaburze ”Alessi”, spoczywały detoniki 

”Combat Masters”. 

Id c nieskazitelnie czystym chodnikiem, widział przed sob  pani  Mann, 

Sarah i Natali . Ubrane, jakby dopiero wyszły z renomowanego salonu mód, 

zdawały si  przechadza  bez celu. 

W skórzanej torebce przewieszonej przez rami  Natalia ukrywała L-framy, 

PPK/S z tłumikiem te  tam był. Rourke wiedział,  e podwi zka na lewym udzie 

Natalii przytrzymuje nie tyle po czoch , co umieszczonego po wewn trznej 

stronie nogi bali-songa. 

W torebce Sarah, oprócz trappera scorpiona, do którego przyzwyczaiła si  po 

Nocy Wojny, zanim John j  odnalazł, le ał te  wysłu ony i rdzewiej cy 1911AL 

Sarah nigdy si  z nim nie rozstawała. 

Rourke zatrzymał si  przed witryn  sklepow . Wystawiono w niej ksi ki. 

Nie trzeba było biegłej znajomo ci niemieckiego,  eby zorientowa  si , i  zostały 

napisane przez wodza lub o nim. U miechn ł si  do swego odbicia. Mo e ju  

niedługo dzieła te b d  białymi krukami. 

W szybie odbijała si  twarz Wolfganga Manna. Jego obraz nało ył si  na 

portret wodza, którego oblicze starano si  upodobni  do twarzy Hitlera. 

Gdyby John nie wiedział,  e to Mann, nigdy by go nie poznał. Ubrany w 

garnitur, który pami tał lepsze czasy, wygl dał na biznesmana XXV wieku. Siwa 

peruka, sztuczne w sy, wymi ta czapka i laska stanowiły atrybuty staro ci. Pod 

pach  Mann trzymał pogniecion  paczk . Zawierała ona jego słu bowy pistolet i 

zapasowe magazynki. Laska była zakamuflowan  szpad  - relikt przeszło ci, 

spadek po przodku, który walczył przeciw ludzko ci u boku Hitlera. Dzi  miała 

sta  si  broni  przeciwko dziedzicom Rzeszy fuhrera. 

”W  yciu zawsze znajdzie si  odrobin  poezji” - pomy lał John. 

Min ł ksi garni  i szedł dalej, patrz c przed siebie. Natalia, Sarah i pani 

Mann zbli ały si  do wyj cia z Complexu. 

Sarah Rourke poczuła si  dziwnie, ujrzawszy swe odbicie w szybie sklepu z 

sukniami. Ogl dały wła nie najnowsze modele. 

Gdy po raz pierwszy zobaczyła si  w lustrze, ubrana w rzeczy dostarczone 

przez pani  Mann, miała wra enie,  e  ni. Droga suknia, wysokie obcasy, 

bi uteria, kunsztowne uczesanie, makija . Nie pami tała ju , jak to jest, kiedy ma 

si  umalowane usta. Teraz miała tak e cienie na powiekach. 

W tej chwili wydawało si  to bardziej rzeczywiste ni  czekaj ca je akcja, 

walka i przemoc - do czego przez długie lata była przyzwyczajona, a co zawsze 

napawało j  przera eniem. 

Je eli Johnowi si  uda i wódz zostanie obalony, co wtedy? Czy na ulicach 

rozpocznie si  walka? Czy kobietom takim jak pani Mann i Helena Sturm nie 

background image

 

91 

odbior  sklepowych wystaw? Czy dalej b d  mogły podziwia  najnowsze kroje i 

dodatki? 

Pomy lała o swoim m u. Znowu kochali si  po tylu wiekach przerwy. 

Pami tała uczucie rozkoszy, gdy g sta sperma wypełniła jej ciało. U wiadomiła 

sobie,  e mo e by  w ci y. To przecie  jej płodny okres. Oblizała wargi - poczuła 

smak pomadki i czego  nieokre lonego. 

Natalia i pani Mann odchodziły od wystawy. Sarah czuła si  mi dzy nimi jak 

kopciuszek. Uroda obu była ol niewaj ca. Wygl dały jak modelki z okładek 

”Vogue'a”. Usiłowała przypomnie  sobie, kiedy ostatni raz widziała to pismo. U 

dentysty, gdy Annie złamała mleczny z b. 

Były u wyj cia z Complexu. Je li jest w ci y, chciałaby,  eby to był chłopiec. 

Urodzony przywódca - Rourke, jak jej m  i Michael. Pełen m skich cnót, które 

pomogłyby przywróci  cywilizacj . To nie jest  wiat dla kobiet. 

Znajdowały si  poza Complexem, w blasku dziennego  wiatła. Natalia 

swobodnie rozmawiała po niemiecku z pani  Mann. Sarah potakiwała niem drze, 

nie rozumiej c ani słowa. O czym mogły mówi ? W pobli u kr cili si  niemieccy 

ołnierze. Z pewno ci  o przepisach kulinarnych i fatałaszkach. Sarah nie znosiła 

takich rozmów. 

Ale je li jest w ci y... Stra nik zasalutował pani Mann. Zatrzymała si , by z 

nim porozmawia . Sarah zrozumiała,  e j  przedstawiono i u miechn ła si  do 

ołnierza. Czy gdyby była w ci y, John porzuciłby nadzieje zwi zane z Natali ? 

Czy naprawd  by tego chciała? 

Nauczyła si   y  niezale nie od niego, by  odr bn  istot , nie tkwi  w cieniu 

m a. Teraz fakt narodzin kolejnego dziecka miałby na powrót przywi za  j  do 

Johna? 

Czego musieliby sobie odmówi ? Czy zd yli si  ju  podda ? 

Ale wiedziała,  e go kocha. 

Rourke stan ł, kiedy zobaczył,  e kobiety zatrzymały si . Pozwolił, by Mann 

go min ł. 

Patrzył na najbli sz  witryn . Bro  biała.  aden z wystawionych tam no y 

nie był wart jego gerbera. U miechn ł si . Kiedy pani Mann, Sarah i Natalia 

przechodziły koło tej wystawy, Natalia pogardliwie kiwn ła głow . Na pewno nie 

zamieniłaby swojego bali-songa na jakikolwiek inny, cho  liczył ju  sobie pi  

wieków. 

Natalia, Sarah... 

Wpatrywał si  we współczesn  wersj  no y szwajcarskiej armii. Była ich cała 

gama, ró nych rozmiarów, z instrukcj  obsługi. 

Czy Sarah jest w ci y? Dlaczego kochali si  tej nocy? Poniewa  nadal darzył 

j  miło ci . Tego był pewny. Tylko to trzymało go przy  yciu, zanim j  odnalazł. 

Był ciekaw, co Sarah my li o nim. 

Zawsze czuł si  nieswojo w otoczeniu ludzi, którzy uwa ali go za 

niezwyci onego bohatera o niewyczerpanych zasobach odwagi. Widział to w 

oczach Paula, Michaela, Annie. W oczach Natalii. 

Nigdy nie traktował siebie jak kogo  niezwykłego. Od dzieci stwa przebywał 

w swoistym odosobnieniu. Z wyboru. Interpretowano to jako milcz cy wyraz 

odwagi. Koncentrował si  na wybranym celu,  eby unikn  zb dnych wyborów. 

background image

 

92 

Wszystko planował wcze niej, bo nie wierzył w pomysłowo  innych. Polegał na 

sobie - w ten sposób zabezpieczał si  przed niekompetencj   wiata. 

Cenił Paula. Ł czyło ich wzajemne zrozumienie. Prawdziwa m ska przyja . 

Natalia - równie  niezawodny przyjaciel, ale John wyczuwał w niej 

zmysłowo , której nie sposób opisa . A jednak nigdy nie wykroczyli poza granice 

bliskich, lecz tylko przyjacielskich układów. 

Sarah bardzo si  od niej ró niła. Mimo to lubiły si . Nawet teraz. 

Patrzył na my liwski nó  z plastykow  r koje ci . Nie stosowano ju  jeleniego 

rogu ani ko ci słoniowej. 

Poszedł naprzód. Pi kna, dumna Sarah była jego  on . Istot  równie pi kn  i 

siln  uczynił w my lach swoj  kochank . Kobiety przeszły przez bram  

Complexu. Widział je ju  po drugiej stronie. 

Natalia Anastazja Tiemierowna przygl dała si  wysokiemu budynkowi 

rz dowemu, w którym znajdowała si  główna kwatera Jugendu. Starała si  nie 

zwróci  niczyjej uwagi. Dło mi przeci gn ła po udach, wygładzaj c sukienk . 

John. Sarah. Ich mał e stwo znowu zostało spełnione. Powiedziała mu,  e jest 

z tego zadowolona. I była. Dawno ju  zrezygnowała z kłamstw. Jak ka dy, kto 

kiedy   ył tylko nimi. Prawda była najwa niejsza. 

John kochał j  i kochał Sarah. Wobec Sarah miał obowi zki. A John 

wywi zywał si  z obowi zków. 

Zawsze b dzie go kocha . Ale ta miło  nigdy nie b dzie zmysłowa. 

Sarah - pi kna kobieta, z gatunku tych, które nie znaj  swej urody. 

Pani Mann wyszeptała: 

- Wchodzimy, zanim kto  zwróci na nas uwag . 

- Twój angielski jest doskonały. - Natalia u miechn ła si  do niej. 

-  Wolfgang mnie nauczył. W ten sposób wprawiał si  w mówieniu, zanim 

wszedł do korpusu oficerskiego. Nie byli my wtedy mał e stwem. Ale był moim 

kochankiem. Od zawsze. - Rumieniec oblał jej blade policzki. 

Oczy Sarah i Natalii spotkały si . 

- Pani Mann ma racj . Lepiej wejd my - powiedziała Sarah. 

- Tak - zgodziła si  Natalia. 

Jej stopy odwykły od wysokich obcasów, lecz gdy zobaczyła swoje odbicie w 

przydymionych szybach okien budynku, stwierdziła,  e warto było si  pom czy . 

Znała warto  swojej urody. Cz sto mówiono jej,  e jest pi kna. I przewa nie 

potrafiła to wykorzysta . 

Zni aj c głos, tak by nawet pani Mann nie słyszała, zwróciła si  do Sarah: 

- Ciesz  si  z tego, co było mi dzy tob  i Johnem. 

- Powiedział ci? - spytała Sarah bez cienia u miechu. 

- Nie musiał. Kiedy tylko unieszkodliwimy Karamazowa, odejd . 

- To niczego nie zmieni. Nie chc ,  eby  odchodziła. 

- Niczego nie nale y zmienia . Jeste  jego  on . To wystarczy. 

- Kocha ci  nie mniej ni  mnie. I po da ci  bardziej ni  mnie. 

- Dzi ki. Wiesz,  e nic mi dzy nami nigdy nie zaszło. Przysi gam. 

Zdobyła si  na wymuszony u miech. Nie chciała wzbudza  podejrze  

przechodniów. 

background image

 

93 

Było duszno. Wysoka temperatura i du a wilgotno  - tropik. Na szcz cie 

miała na sobie cienk  sukienk .  wieciło sło ce. L ni ca ziele  trawy przy 

wej ciu do budynku przypominała  wie o odkurzony dywan. 

- Kocha si  z tob  w my lach. Znam to spojrzenie. I widz  je równie  w twoich 

oczach. To doprawdy niezwykłe. 

- Jest twoim m czyzn , jakby na to nie patrze . 

- Czy by? - Sarah u miechn ła si  i przyspieszyła kroku. Natalia przystan ła 

na chwil , po czym ruszyła za Sarah. Obcasy wybijały równy rytm. 

Gdy wejd  do budynku, zacznie si . Jak zwykle. 

Rourke min ł stra e. Zatrzymali go okrzykiem. Odwrócił si . Przyci gn ł 

teczk  do uda. Odezwał si  po niemiecku: 

- Czy co  si  stało? 

- Nie przypominam sobie pana. 

U miechn ł si  z wysiłkiem. Sło ce raziło go, ale zrezygnował ze słonecznych 

okularów. W Complexie nikt ich nie nosił. 

- A ja widuj  was cz sto, kapralu. Macie słu b  we  rody od ósmej do 

czwartej. Raz widziałem pana w niedziel . Warto by  spostrzegawczym. 

- Chyba tak. A co jest w pa skiej teczce? Rourke roze miał si . 

- Chcecie zobaczy  plik nudnych papierów? A mo e skonfiskujecie je? Nie 

musiałbym dzisiaj pracowa . Mógłbym zrzuci  win  na was. Zgoda? 

ołnierz stoj cy obok kaprala zacz ł si   mia . Kapral potrz sn ł głow . 

- Prosz  przej . Współczuj  panu z powodu tej roboty. 

- A ja nie zazdroszcz  wam stania. - John odwrócił si  na pi cie i poszedł 

naprzód. 

W prawym r kawie miał ukryty sztylet, który podarował mu A.G. Russel pi  

wieków temu. Ruch ramienia umie ciłby go w dłoni. Dla kaprala był to szcz liwy 

dzie . 

Rourke zmierzał w kierunku budynku rz dowego. Jego wygl d był 

imponuj cy, cho  nieco surowy. Zmru ył oczy. Sarah, Natalia i pani Mann 

wchodziły do  rodka. 

Akiro Kurinami nerwowo przeci gn ł r k  po komorze nabojowej M-16. 

Elaine Halwerson przez chwil  patrzyła na niego, po czym wróciła do obserwacji 

Complexu. Z ukrycia na wzniesieniu w d ungli wida  było wej cie do twierdzy 

nazistów. Nie zastanawiaj c si  nad tym, co mówi, spytała: 

- O czym my lisz, Akiro? 

- O czym my l ?  e jako japo ski pilot jestem tu troch  nie na miejscu, 

pomagaj c jednej frakcji Niemców zwalcza  drug  w sercu argenty skiej 

d ungli. 

Podobne my li ju  od momentu przebudzenia kł biły si  i w jej głowie. Je eli 

sko czy si  walka i pozostan  przy  yciu, dopiero wtedy naprawd  odczuj  to, co 

si  stało. Ona ju  zaczynała to odczuwa . 

- Miałam rodzin . Nie m a czy dzieci, ale jednak rodzin . I ju  ich nie mam. 

- Taka kobieta jak ty powinna była wyj  za m  - powiedział Japo czyk, gdy 

odło yła lornetk . 

background image

 

94 

-  Nie jestem taka atrakcyjna, poza tym nikt mi si  nie o wiadczył. No - 

przypomniała sobie - był taki chłopak, ale robiłam akurat doktorat i my lałam,  e 

to mo e poczeka . Wtedy naprawd  wierzyłam,  e mamy du o czasu. 

Spojrzała w jego ciemne oczy. Był w nich smutek. 

- Ja miałem  on  i dwoje dzieci. Nie zgłaszałem si  na ochotnika do 

mi dzynarodowego korpusu astronautów. Dostałem przydział od mojego rz du. I 

my lałem,  e dla mojej ojczyzny b dzie zaszczytem, je li Japo czyk którego  dnia 

wyl duje na obcej planecie. Byłem lekkomy lny i przyj łem. Mój wuj... on był w 

Hiroszimie, gdy spadła bomba, a teraz... 

- Nie chciałam... 

-  Moja  ona była pi kn  kobiet . I łagodn . Stanowiła w waszym poj ciu typ 

idealnej  ony. Ci gle jeszcze j  kocham. Miała przyjecha  do mnie, do Ameryki. 

Wynaj łem dom w stylu japo skim, z ogródkiem. Wiem,  e by si  jej spodobał. 

Dzieci mówiły po angielsku lepiej od niej. Nie mogła si  nauczy . - Odwrócił 

wzrok. 

- To... - Elaine dotkn ła ucha, bolało po tym, jak Natalia powtórnie je 

przekłuła. - A jednak ci zazdroszcz . 

- Tego,  e straciłem rodzin ? 

-  e ja w ogóle miałe  - powiedziała cicho. - Teraz rozumiem: nierozwa ny, 

młody człowiek to po prostu maska. 

- W pewnym sensie, Elaine. Ale nie ma powodów, by by  ostro nym. 

Wyci gn ła r k  i dotkn ła jego ramienia. Nie odsun ł si . 

Rourke przeszedł przez szklane drzwi. Na wprost wej cia wisiało malowidło 

przedstawiaj ce wodza w morzu płomieni. W r ku trzymał czerwono-czarn  

flag  nazistowsk . 

Sklepienie było wysokie. Z sufitu zwisały metalowe rze by, umieszczone na 

ró nym poziomie. Sam sufit był lustrzany. 

Pod  cian , w pobli u malowidła stało wysokie biurko. Gdyby kto  spróbował 

przy nim usi

, całkowicie by go przesłoniło. Dwaj umundurowani m czy ni, 

pozornie bez broni (chocia  John nie dał si  zwie  pozorom), stali za biurkiem. 

Rozmawiali z ubogo ubranym staniszkiem. Natalia weszła pierwsza. Za ni  

Sarah, która zdawała si  czego  szuka  w torebce. Praw  r k  Natalia chowała za 

udem. Pani Mann przył czyła si  do nich i zacz ły cicho rozmawia . 

Rourke u miechn ł si . Był na tyle blisko, by słysze  rozmow  wartowników z 

przebranym Mannem. 

- Ja do pana Goethlera. Musz  zobaczy  si  z przeło onym Jugendu. 

- Goethler nie przyjmuje ka dego. Musi pan stara  si  oficjalnymi kanałami. 

Dam panu numer telefonu. Prosz  zadzwoni  jutro. 

- Ale przeszedłem taki szmat drogi. To bardzo wa ne. Natalia uniosła pistolet 

z tłumikiem. Odezwała si  po niemiecku, bez  ladu obcego akcentu: 

- Nie jest pan grzeczny dla starszych. 

Stra nik spojrzał w jej stron . Kula trafiła go mi dzy oczy. Upadł. Natalia 

nieznacznie przesun ła pistolet w lewo, oddaj c dwa strzały. Drugi stra nik 

dostał w szyj  i lewe oko. John był ju  przy biurku, gdy m czyzna padał. Zd ył 

zało y  słoneczne okulary. 

background image

 

95 

Upu cił aktówk  i podtrzymał ciało. Pani Mann - blada jak  ciana - i Sarah 

zaci gn ły je za biurko. 

Wolfgang Mann rozwin ł paczk . Wyj ł podobny do walthera, słu bowy 

pistolet. Zapasowe magazynki wsun ł do kieszeni. Papier wepchn ł pod biurko. 

Sarah trzymała trappera kaliber 0,45. Natalia ładowała magazynki PPK/S. 

Rourke wyj ł z aktówki pas z nabojami, kabur  i nó . Si gn ł do chlebaka po 

zapasowe magazynki i urz dzenie do szybkiego ładowania pythona. Przewiesił go 

przez rami . Wreszcie wyj ł dwa scoremastery i wło ył je do przednich kabur 

pasa. 

Spojrzał na Sarah. W obu r kach trzymała pistolety. 

Natalia wygl dała  miesznie z podwójn  kabur  ”Safari-land” na biodrach. 

Nie pasowała do jej eleganckiej sukienki i szpilek. 

Pani Mann miała pistolet podobny do pistoletu m a. 

-  Któr dy? - zapytał John, wyci gaj c z r kawa stinga i mocuj c go przy 

pasie. 

- Cofniemy si  tym korytarzem. Pó niej schody lub winda do piwnicy. Na 

pewno tam trzymaj  Helen  - powiedział Mann. 

John skin ł głow  i pu cił si  biegiem. Zerkn ł na tarcz  rolexa. Zmiana 

warty przewidziana była za godzin . Ale mógł nadej  ktokolwiek i odkry  zwłoki 

stra ników. 

Min ł windy i zwolnił. 

- Natalia, sprawd , czy nie maj  alarmu. Pospiesz si . Biegn c niezgrabnie w 

pantofelkach i obcisłej sukience, przemkn ła obok niego. Przykucn ła przy 

drzwiach. Spróbowała delikatnie obróci  klamk . 

- Nie jestem pewna, ale chyba nie. 

Rourke kiwn ł głow . Natalia odsun ła si . Wyci gn ł detonika. Odsun ł 

rygiel, zostawiaj c ła cuch. Przekr cił klamk . Nie słyszał  adnego d wi ku, co 

jednak niczego nie dowodziło. Bezgło ne alarmy na pewno nie stanowiły tu 

nowo ci. Przeszedł przez drzwi, uprzednio zlustrowawszy framug  w 

poszukiwaniu fotokomórki. Popatrzył w gór  - kamera. Przesuwała si  wraz z 

nim. 

- Oto i tajemnica - warkn ł. 

Wycelował w jej kierunku i nacisn ł spust. Soczewka rozprysła si  na 

wszystkie strony. 

Biegn c w kierunku schodów prowadz cych do piwnicy, obejrzał si  tylko 

raz. Przeszli ju  wszyscy. Drzwi zatrzasn ły si  z głuchym hukiem. 

Dopiero teraz, biegn c w dół z odbezpieczonym detonikiem, usłyszał wycie 

alarmu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

96 

Rozdział 31

 

 

Helena Strum krzyczała. 

- Nikt pani nie usłyszy. Te  ciany s  d wi koszczelne, pani Sturm. 

- Nic nie wiem - wydusiła, szarpi c pasy, którymi przymocowano jej 

nadgarstki i stopy do stalowego stołu operacyjnego. 

ciany, podłoga i sufit były wykonane z tego samego materiału. 

Nie widziała swych nóg, przesłaniał jej wzd ty brzuch. O ukryte w nim  ycie 

obawiała si  najbardziej. 

- Cokolwiek Manfred panu powiedział, panie Goethler, to kłamstwo. 

Przysi gam. Nie zrobiłam nic złego. 

Usiłowała uchyli  głow , ale r ka j  dosi gła. Kobieta krzykn ła. Łzy 

strumieniem spływały jej po twarzy. Czuła sól w ustach. 

- Kłamiesz. - Nie... 

Bito j . Uderzenia spadały jedno po drugim. Obróciła twarz w kierunku 

drzwi, modl c si  w duchu. Otworzyły si . Poczuła skurcz serca. Na pró no. W 

drzwiach ukazała si  twarz wodza. 

-  Wyje d am natychmiast, panie Goethler. Potwierdziły si  moje 

podejrzenia. Pi ta kolumna działa. Grupa uzbrojonych ludzi wtargn ła do 

budynku. Nie dotr  poni ej pierwszego poziomu, nie ma obawy. Ale musz  

wyjecha . Widziałem przesłuchanie. Nie idzie panu najlepiej. 

- Mein fuhrer, ja... 

- Pozwol  sobie co  zaproponowa  - powiedział. Obserwowała jego ciemne 

oczy. Nozdrza mu drgały nad  miesznym w sikiem. Poło ył r k  na jej brzuchu. 

Wzdrygn ła si , czuj c jego dotyk. - Kopi , nieprawda ? Bli niaki? - zapytał. 

Helena bała si  go sprowokowa . Wolała nie odpowiada . - Umiemy zmusi  pani  

do mówienia. W pokoju obok mamy pani trzech synów i mo emy zrobi  z nimi, 

co nam si  podoba. Zaczniemy od najmłodszego? Jak on si  nazywa? Willi? Ale 

jeden mógłby nie wystarczy ,  eby zacz ła pani mówi . Nasz lojalny Manfred 

opowiedział nam o pani roli w tej konspiracji. Znam lepsz  drog . - Przesun ł 

r k  na jej uda. Szarpn ł spódnic , podci gaj c j  do góry. 

- Co pan robi, mein fuhrer?! - krzykn ła. 

- Niech si  pan dobierze do nie narodzonych, herr Goethler - ci gn ł głosem 

wyzbytym emocji. - Nasz chirurg przygotuje si  do penetracji macicy. - Pochylił 

si  nad ni . Poczuła jego oddech, kwa ny i odra aj cy. - Je eli to bli niaki, 

zadowolimy si  by  mo e deformacj  jednego z nich. Wybór nale y do pani. 

Wyszczerzył w u miechu  ółte z by. Helena zamkn ła oczy. Dłu ej nie mogła 

na niego patrze . 

John Rourke skrył si  za rogiem i strzelał z detoników do grupy esesmanów, 

widocznej na ko cu korytarza, poni ej klatki schodowej. 

- Musimy si  wycofa ! - krzykn ł Mann. - Je li wy l   ołnierzy schodami, 

b dziemy odci ci. 

- Nie. Pami taj,  e maj  Helen  Sturm. 

Wło ył nowe magazynki, puste schował do chlebaka. Wyci gn ł pythona. 

background image

 

97 

Natalia ostrzeliwała skrzydło budynku zza framugi drzwi. Seria z 

automatycznego pistoletu przeleciała po drzwiach, obsypuj c twarz Natalii 

chmur  białych odprysków. Odsun ła si . 

Sarah wzi ła pistolet z r k pani Mann. 

- Wezm  go. Strzela seriami? Odpowiedział jej pułkownik: 

- Wyrzuca po dwa, trzy pociski. Ale jest tylko osiemna cie naboi. 

- Ile ma pan zapasowych? - zapytała. John u miechn ł si . 

- Jedna lub dwie osoby zostan  tutaj - powiedział - i b d  osłania  

pozostałych, którzy przebiegn  przez korytarz. Wówczas oni b d  nas osłania  z 

pistoletu maszynowego. 

- Ja zostan . Bieganie w spódnicy i szpilkach to nie moja specjalno  - 

o wiadczyła Sarah. 

Z framugi poleciały nowe odpryski. John spojrzał na  on . 

- Ja i Sarah zostaniemy tutaj. Wy przebiegniecie na drug  stron . Wolfgang, 

ty i pani Mann pierwsi. Pó niej Natalia. Ja i Sarah biegniemy razem. Natalia nas 

osłania. 

- To si  mo e uda . - Mann pozbywał si  wła nie resztek przebrania. - Nie 

mamy ju  nic do ukrycia. 

- Nie s dz , by udało nam si  ukry  ch  wydostania si  st d - za miał si  

Rourke. 

Pani Mann wyci gn ła z torebki magazynki. Trzy. 

- To wszystko, co mam - wyszeptała. 

Twarz miała blad , oczy podkr one. Strach, tak wygl dał strach. 

- Powodzenia. - Natalia podała Sarah magazynki. Natychmiast wsun ła je do 

kieszeni. 

Mann podał jej pistolet. 

- Przy takim ustawieniu zapadki strzela seriami - tłumaczył. 

- Dobrze. W dolnym poło eniu. 

- Zgadza si , pani Rourke. 

- Ruszajcie na znak Sarah - powiedział John. 

Obiema r kami trzymał py thona, gotów przerzuci  go przez otwór w 

drzwiach. 

- Gotowe - sykn ła Sarah. 

Natalia pobiegła, strzelaj c z obu pistoletów. Była boso, pantofle schowała w 

kieszeni sukienki. 

Rourke skierował luf  pythona na najwi ksz  grup  esesmanów. Sarah 

kl czała obok niego. Strzelała potrójnymi seriami. Teraz biegł Mann, popychaj c 

przed sob  bos , przera on   on . Strzelał. 

Opró niwszy pythona, John wyci gn ł scoremastery. Strzelał z obydwu, 

podczas gdy Sarah ładowała swój pistolet. 

Dwóch  ołnierzy SS w szarych mundurach BDU, z dystynkcjami oficerów 

sztabowych przy kołnierzu i swastykami na r kawach, wychyliło si  z ukrycia, 

mierz c do Natalii. 

Seria Johna  ci ła ich z nóg. W drgawkach osun li si  na posadzk . Jeden z 

automatycznych karabinków strzelił w sufit, wyrywaj c ze  płytki i kawałki 

gipsu. 

background image

 

98 

Scoremastery były puste. Rourke wepchn ł je za pas, nie zamykaj c nawet 

komór nabojowych. Sarah nadal strzelała z niemieckiego pistoletu. Kolejne serie 

poło yły trzech esesmanów. Dwóch zabitych, jeden czołgał si , wlok c zranion  

nog . 

Rourke strzelał z detoników ”Combat Masters”. 

wie o załadowane rewolwery Natalii pluły ogniem. Coraz wi cej niemieckich 

ołnierzy opuszczało ukrycie. 

Sarah ładowała magazynek. 

- To przedostatni, John - starała si  przekrzycze  strzały. Detoniki kalibru 

0,45 były puste. Wyrzucił magazynki i zało ył nowe z pasa amunicyjnego. 

- Biegnij. Jestem tu  za tob . 

Wypchn ł  on  na korytarz. Strzelaj c osłaniał j  własnym ciałem. Korytarz 

dudnił hukiem wystrzałów. Krzyki, j ki, przekle stwa. Liczba esesmanów 

zmniejszyła si  znacznie. 

Znowu sko czyły si  naboje w jednym z pistoletów Johna, Natalia wyszła z 

ukrycia,  ci gaj c ogie  na siebie. Jej rewolwery siały  mier  i zniszczenie. 

Rourke strzelał z detonika. Jaki   ołnierz rzucił si  na niego, lecz natychmiast 

dostał w twarz pustym pistoletem. Krew trysn ła z otwartych ust esesmana, z by 

posypały si  na ziemi . 

John przypadł do podłogi. Przetoczył si , szukaj c schronienia. Bro  była 

pusta. 

- John! - usłyszał krzyk Natalii. 

Poderwał si  na nogi. Sarah oddawała strzały do pozostałych przy  yciu 

ołnierzy. Nie było ich wi cej ni  dziesi ciu. 

Bali-song zal nił w r ku Natalii. Krew zalała szyj  najbli szego esesmana. Nó  

przebił aort . 

John rzucił si  w kierunku Natalii. Wbił w podbrzusze  ołnierza gerbera, 

zanim ten zd ył dosi gn  kolb  jego głowy. 

Pu cił nó  i wydarł karabin z r k padaj cego Niemca. Opu cił bro , mierz c 

kolb  w szcz k . Posługuj c si  karabinem jak pałk , zbił z nóg nast pnego 

ołnierza. 

Znowu zacz ł strzela . Naciskał spust, oddaj c potrójne serie. 

Słyszał odgłos pistoletu Sarah. Zu yła ostatni magazynek. Na szcz cie 

niektórzy z le cych esesmanów mieli bro  krótk . 

Rourke miał ju  pusty magazynek. Trzech Niemców nadal  yło. Jeden 

wystrzelił równocze nie z Sarah, znajduj c  si  mi dzy nim a m em. Jej strzał 

okazał si  celniejszy. Niemiec upadł, ale w tej chwili tak e Sarah zatoczyła si  w 

stron  Johna. 

Odgłos wystrzałów pistoletu Manna. Nó  Natalii przecinaj cy powietrze. 

Krzyk. 

John pochwycił  on  w ramiona, osłaniaj c j  sob . Natalia przeskoczyła 

przez nich. Mign ł mu ciemny kształt. I w tej sekundzie dobiegł go krzyk agonii. 

Natalia stała nad esesmanem, którego przebiła no em, mia d c mu kark 

bos  stop . 

Rourke zauwa ył krew na lewym przedramieniu Sarah. Podci gn ł r kaw 

sukienki. 

background image

 

99 

- Nigdy nie byłam... O Bo e, jak boli - wyszeptała. 

- Rana powierzchowna - uspokajaj co szepn ł John. Przesun ł r k  po jej 

ramieniu sprawdzaj c, czy ko  pozostała nienaruszona. Si gn ł do chlebaka po 

opatrunek. 

- Ja to zrobi , John. - Natalia padła na kolana obok nich. 

- Nic mi nie jest, tylko boli jak... - Sarah próbowała wsta . 

- Odpocznij chwil  - poradziła Natalia. - Opatrz  to. Pani Mann uło yła głow  

Sarah na swoich kolanach. Mann obszukiwał ciała zabitych, zabieraj c bro  i 

amunicj . 

Rourke podniósł si  i zacz ł zakłada  nowe magazynki, szepcz c do siebie: 

- Czysta rana. Troch  powa niejsza ni  dra ni cie, ale to nic. Post pił dwa 

kroki naprzód. Przykl kn ł obok esesmana. 

Jedn  r k  oparł o jego ciało, drug  wyszarpn ł gerbera. 

Wrócił do kobiet. Natalia aplikowała Sarah lekarstwo ofiarowane im przez 

Munchena. Było jednocze nie  rodkiem goj cym i dezynfekuj cym. 

- Zaraz sko cz . - U miechn ła si  do niego. Bali-song le ał koło niej. Na 

ostrzu l niła nie zakrzepła jeszcze krew. 

Dotkn ł dłoni  czoła  ony. 

- Coraz lepiej radzisz sobie w walce. 

- Sam radzisz sobie nie gorzej - odrzekła z u miechem. Pocałował j  lekko w 

usta. 

- Nic ci nie jest? Musimy i  dalej. 

- Nie. To było tylko oszołomienie. To w ko cu pierwszy raz. 

- Zostan  z ni  chwil  - odezwała si  Natalia. Jej te  chciałby co  powiedzie . 

Głos Manna wyrwał go z zamy lenia: 

- Mamy pi  pistoletów maszynowych, po dwa karabinki automatyczne dla 

ka dego i wi cej amunicji ni  zdołamy unie . 

- No, nie wiem. Ja mog  unie  du o - rzekł ze  miechem Rourke. 

Wytarł kling  gerbera o bluz  jednego z martwych esesmanów. Schował nó , 

odbezpieczył karabinki i przewiesił je przez rami . 

- Uniesiesz jeden? - zwrócił si  do Sarah. 

- Tak, ale nie wiem, czy jutro zrobi  to równie ochoczo. Mann, mamrocz c co  

pod nosem, przykl kn ł obok Sarah i wrzucił magazynki do jej torebki. 

John z Natali  pomogli rannej wsta . Natalia odbezpieczyła karabinki. 

Podniosła jeden pistolet i trzymaj c go pod pach , metodycznie i z wpraw  

ładowała reszt  broni. 

Ruszyli korytarzem. John dopiero teraz dostrzegł dziwny strój Rosjanki. 

No em rozci ła sukienk  do pasa. Nic ju  nie kr powało jej ruchów. Pani Mann 

trzymała w zaci ni tych dłoniach pistolet maszynowy. Jej ma  niósł dwa na 

ramieniu i jeden w r ku. 

Rourke, wysuwaj c si  na czoło, wyprzedził Wolfganga Manna. ”Niewiele 

czasu trzeba,  eby esesmani znów zapełnili korytarz” - pomy lał John. Ale byli 

przynajmniej lepiej wyekwipowani. Wida  było,  e Sarah odczuwa ból, ale mocno 

trzymała pistolet gotowy do strzału. Torebk  miała przewieszon  przez rami . 

Z planu, który wcze niej narysował Mann, wynikało,  e drzwi przed nimi 

prowadz  na klatk  schodow . 

background image

 

100 

- Pójd  pierwszy - powiedział Mann. - Je eli kto  tam na nas czeka, mo e 

zdołam go tym przekona . - Wskazał na karabin. 

- Mo e... - zgodził si  John, nie był jednak przekonany. 

Obejrzał si  do tyłu. Na korytarzu było pusto. Panowała cisza. Poniewa  

min li zakr t, nie widział ciał zabitych. Przerzucił jeden karabinek do przodu i 

zaj ł miejsce przy drzwiach, trzymaj c bro  w pogotowiu. Mann si gn ł do 

klamki. Przekr cił j . Drzwi otworzyły si  do wewn trz. Odczekali chwil . Mann, 

przechodz c na klatk , przesun ł luf  karabinu z lewej na praw  stron . 

- Droga wolna, przyjaciele. Pani Mann ruszyła pierwsza. 

- Poczekaj, kochanie. Pozwól, by doktor szedł za mn . 

Rourke doł czył do niego. Klatka schodowa była identyczna jak ta, która 

wiodła z pierwszego pi tra. Ale z tej schody prowadziły tylko w dół. Sprawiało to 

dziwne wra enie. 

Mann ju  schodził. John pod ał za nim. Spojrzał w dół. Wiedział,  e gdzie  

tam czekaj  na nich siły bezpiecze stwa. 

- Nic nie wiem! - krzyczała Helena Sturm. 

Goethler pochylał si  nad ni . W owłosionej r ce trzymał par  du ych 

lekarskich kleszczy z l ni cej, nierdzewnej stali. 

-  Zrobi  to osobi cie, je li w tej chwili nie powie pani wszystkiego, co chcemy 

wiedzie . Wiemy,  e pi ta kolumna istnieje. Wiedzieli my ju  od jakiego  czasu. 

Z naszych informacji... 

- Manfred - w jej głosie brzmiała udr ka - własny syn... 

- Pani Mann tak e nale y do spisku. Nie wiemy jedynie, w jakim stopniu jest 

zaanga owana. Prosz  to tylko potwierdzi , a zostawimy w spokoju pani  i jej nie 

narodzone dzieci. Reszt  opowie nam pani Mann. Od pani chc  tylko usłysze ,  e 

ona nale y do spisku, a jej m  jest jego przywódc . 

- Nie! 

- W takim razie... - Goethler potrz sn ł kleszczami. Poczuła zimn  stal na 

wargach sromu. Krzykn ła. 

- Zmusza mnie pani,  ebym zrobił co , czego oboje b dziemy  ałowa . 

- Je eli zabije pan te dzieci, przynajmniej nie b d  musiały  y  w 

społecze stwie, którym rz dz  tacy jak pan. 

Skurcz. Chłód stali wdzieraj cej si  w ciało.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

101 

Rozdział 32

 

 

John Rourke usłyszał głosy na pode cie klatki schodowej. Trzech stra ników 

przechodziło przez drzwi prowadz ce na główny korytarz drugiej piwnicy. 

Przesadził por cz, l duj c mi dzy nimi. Praw  pi ci  uderzył jednego 

esesmana w nasad  nosa, łami c ko , która przeszła przez ko  sitow  prosto do 

mózgu. M czyzna umierał na stoj co. 

W błyskawicznym obrocie chwycił za gardło drugiego stra nika, mia d c 

jabłko Adama. Prawym kolanem wymierzył mu cios w krocze. Wykonuj c 

jeszcze jeden obrót, trafił t  sam  nog  trzeciego esesmana. 

Kolejny obrót. Popchn ł bezwładnie ciało trzymanego za gardło Niemca na 

trzeciego stra nika, przewracaj c go na podłog . Gdy padał, wymierzył mu 

precyzyjne kopni cie pod mostek. Głowa przeciwnika uderzyła o betonow  

posadzk . 

Natalia zbiegła po schodach z niemieckim pistoletem w r ku. 

Z karabinkiem gotowym do strzału Rourke szarpn ł uchylone drzwi. 

Zawadziły o nog  jednego z le cych. Nikogo. Ruszył naprzód. Natalia 

dotrzymywała mu kroku. Tu  za nimi znajdowali si : Sarah, pani Mann i jej 

m . Sarah szła odchylona nieco do tyłu, obserwuj c klatk  schodow . Korytarz 

prowadził w dół. 

- Pokój przesłucha  powinien by  na ko cu korytarza. Jest równie  drugi 

pokój, gdzie zadaj  pytania, znacznie wygodniejszy. Za nim nast pny. 

Teoretycznie ma on przeznaczenie medyczne. Rodzaj ambulatorium - mruczał 

Mann. - Ale od jakiego  czasu kr

 słuchy,  e Goethler i jego ludzie z Jugendu 

dokonuj  tam potwornych eksperymentów. 

Rourke oblizał wyschni te wargi. Zdj ł słoneczne okulary. Przymru ył oczy, 

przyzwyczajaj c je do sztucznego  wiatła. 

- Je li maj  jej dzieci, powinny by  w pierwszym pokoju. -Zwrócił si  szeptem 

do Natalii: - Wejdziemy razem. B d  ochrania  chłopców. 

- A ja zajm  si  ich stró ami. Potem szybko do drugiego pokoju. 

- Zgoda. 

- Sarah nas osłania. Zostanie z chłopcami, gdy my przejdziemy do nast pnego 

pokoju. 

- Dobrze. 

Patrzył, jak Natalia wraca korytarzem. Nogi w samych po czochach były 

nieprawdopodobnie długie i pi kne. 

Nagle co  go tkn ło. Przyspieszył kroku. Zacz ł biec. Chyba szósty zmysł 

Annie był zara liwy, a mo e to kriogeniczny sen wyzwolił go w nim. 

Natalia była ju  obok niego. Drzwi coraz bli ej. Nie czas zastanawia  si , czy 

zamkni te. Przerzucił drugi karabin do przodu. Dał ognia, z obu jednocze nie, 

odcinaj c zamek od drzwi. Otworzył je kopni ciem. 

W prawym rogu stało trzech m czyzn i wysoki chłopak o dziewcz cej 

twarzy, pal cy papierosa. 

M czyzn poło ył seri  z karabinów. Chłopak wrzasn ł, upuszczaj c 

papierosa. Złapał niemiecki karabin maszynowy. Rourke wyci gn ł pythona. 

Naciskaj c spust, przesun ł si  j w prawo. Chłopiec zgi ł si  i upadł. 

background image

 

102 

John obejrzał si , słysz c strzały za sob . Natalia otworzyła j ogie  do trzech 

m czyzn, którzy wła nie weszli. Pomógł jej unieszkodliwi  trzeciego. 

Trzech chłopców, powi zanych drutem, z zakneblowanymi ustami, le ało 

nago. 

- Bestie - wycharczał Rourke. 

Zmierzali w stron  wewn trznego pokoju. Drzwi miały du , okr gł  klamk . 

Złapał j  lew  r k . Poczuł lodowate zimno - dotkni cie  mierci. 

Kopn ł drzwi, wyci gaj c spod pachy scoremastera. 

Na metalowym stole operacyjnym le ała kobieta. Jej brzuch wydawał si  

ogromny. Ubranie miała poci te. Z odsłoni tego krocza s czyła si  krew. Kobieta 

krzyczała. 

Pochylał si  nad ni  m czyzna z kleszczami. Wysoki chłopiec, podobny do 

tego za drzwiami, rzucał jej w twarz zapalone zapałki. Jego r ka wpl tana była 

we włosy kobiety. Wyrywał je gar ciami. 

- Skurwysyny! - krzykn ła Natalia. 

Ciało m czyzny zachwiało si . Natalia do ko ca opró niła magazynek. 

Rourke strzelił do niego raz. 

Obrócił si . Chłopiec - członek Jugendu - krzyczał wysokim, kobiecym 

głosem. Nad szyj  Heleny Sturm trzymał skalpel. John trafił go dwa razy w 

rami , prawie je odrywaj c od tułowia. Nó  upadł na zakrwawiony stół. 

Natalia strzelała bez opami tania. Ciało chłopca poleciało na  cian . 

Ze lizn ło si  po niej, zostawiaj c czerwone smugi na błyszcz cej stali. 

Helena Sturm zwróciła twarz w kierunku zakrwawionej  ciany. 

- Manfred!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

103 

Rozdział 33

 

 

Władymir Karamazow poczuł na twarzy ciepłe mu ni cie argenty skiego 

sło ca. Wła nie zachodziło. Pułkownik przed chwil  wysiadł z helikoptera. 

Czapk  trzymał w r ku. Otaczaj cy go oficerowie równie ch tnie pozbyliby si  

nakry  głowy. Wolał im tego nie sugerowa , zało ył wi c czapk . 

Wydłu ył krok. Krakowski i Antonowicz zbli ali si  do niego. Ocenił,  e 

spotkanie wypadnie dokładnie w połowie rozległej ł ki, słu cej jako l dowisko 

dla  migłowców . Odrzutowce l dowały na zachodzie, po drugiej stronie gór. 

Krakowski i Antonowicz zatrzymali si  kilka stóp przed nim. Zasalutowali 

jednocze nie. Władymir Karamazow odsalutował. 

- Koledzy! - rzekł, podnosz c głos, by mogli go usłysze  mimo brz czenia 

wirnika helikoptera. - Przed nami otwiera si  droga do spektakularnego 

zwyci stwa. O  wicie nasze siły b d  gotowe do zmasowanego ataku na twierdz  

nazistów: piechota, helikoptery, odrzutowce. S dz ,  e to nazi ci wymy lili 

Blitzkrieg. Tak te  si  stanie. 

- Wszystko gotowe, towarzyszu pułkowniku - zacz ł Antonowicz. - 

Dopilnowałem, by dane zwiadowcze, fotografie i poprawione mapy dotarły do 

dowódców liniowych. Wła nie programuje si  helikoptery według danych 

topograficznych twierdzy i jej otoczenia. 

Krakowski zacz ł relacj . Karamazow nie lubił młodszego ze swoich 

majorów. 

- Towarzyszu pułkowniku, odrzutowce powierzone mojej pieczy tankuj . S  

tak e programowane według danych uzyskanych od towarzysza majora 

Antonowicza. Moje załogi przygotowuj  helikoptery do walki. Siły naziemne 

zajmuj  przeznaczone im stanowiska. Wszystko czeka na pa skie rozkazy. 

Karamazow przyjrzał si  młodemu majorowi, który pisał poezje. 

- Obaj wywi zali cie si  doskonale ze swoich zada . Nie omieszkam zaznaczy  

tego w raporcie dla Komitetu Centralnego. Przy okazji, dostałem awans. 

Zostałem mianowany marszałkiem. 

- Gratuluj , towarzyszu marszałku - wybełkotał Krakowski. Antonowicz 

zasalutował. 

- Gratulacje, towarzyszu marszałku. 

Karamazow pozwolił sobie na u miech. Antonowicz nie miało wyci gn ł do  

r k . Karamazow j  przyj ł. Krakowski poszedł w  lady Antonowicza.  wie o 

upieczony marszałek podał mu lew  r k . Stali tak przez chwil  ze zł czonymi 

dło mi, stykaj c si  ramionami. Tworzyli nieregularn  figur  w kształcie litery 

X. Popatrzył na swoich starszych oficerów, którzy teraz mieli szans  zosta  

pułkownikami. 

- Zwyci stwo! I cała Ziemia b dzie moja - powiedział. W my lach za  dodał: 

”Cho  zawsze jest jeszcze druga strona medalu”. 

Akiro Kurinami i szeregowy Gessler, jeden z ludzi Manna, schodzili z 

zamaskowanego punktu obserwacyjnego. Droga była piaszczysta i stroma. 

Wykarczowano tu kawałek d ungli, by ułatwi  ruchy wojsk. Kurinami nie 

zazdro cił  ołnierzom, którzy musieli wdrapywa  si  na gór  w pełnym 

rynsztunku. Przeło ył M-16 do lewej r ki i przesun ł dłoni  po włosach. Nie mógł 

background image

 

104 

porozmawia  z Gesslerem. Nie znał niemieckiego, a szeregowy nie mówił po 

angielsku. Nie próbował zwraca  si  do niego po japo sku. Prawdopodobie stwo, 

e Gessler znał ten j zyk, było równie nikłe, jak to,  eby posługiwał si  

staro ytnym aramejskim. Porozumiewali si  gestami. Wła nie w tej chwili 

Gessler wymachiwał r kami. 

Kurinami zatrzymał si , cofaj c si  nieznaczne. Tak e on usłyszał jaki  

szelest. Przesun ł karabin, przygotowuj c si  do strzału. Kciukiem znalazł 

przycisk i ustawił go na ogie  ci gły. 

Z d ungli wybiegł umundurowany m czyzna. Gdy znalazł si  na zakr cie 

drogi, Kurinami otworzył ogie . 

Nagle wstrzymał oddech. Rozpoznał twarz nad niemieckim mundurem. Był to 

młodszy oficer pułkownika Manna. 

Gessler stan ł na baczno , oddaj c salut. 

Hauptsturmfuhrer Hartman odpowiedział na pozdrowienie i odezwał si  

poprawn  angielszczyzn , dziwnie akcentuj c słowa: 

- Poruczniku Kurinami, wszystko gotowe. 

- Kapitanie, wraz z Elaine Halwerson i  ołnierzami pułkownika Manna 

obserwowałem Complex. Zauwa yli my znaczne przemieszczenia wojsk w 

kierunku budynku, który według naszego rozeznania jest nowym budynkiem 

rz dowym. Ale nie mieli my  adnych wiadomo ci od pułkownika Manna. 

- Wobec tego - Hartman powoli zdejmował r kawiczki - proponuj  trzyma  

si      pierwotnej wersji planu standartenfuhrera i doktora. Wi kszo  moich sił 

ju  zmierza w tym kierunku. Niestety, przynosz  te  niepomy lne wie ci. Nasłuch 

sygnałów z Afryki wskazuje,  e hauptsturmfuhrer Sturm post pił wbrew 

rozkazom. Poniósł pora k  w starciu z Rosjanami i, stwierdziwszy po powrocie, 

e standartenfuhrer udał si  do Argentyny, zaatakował jego siły pozostawione w 

obozie, a nast pnie flot  ”Projektu Eden”. 

- Cholera - wyj kał Kurinami. 

- Sturm jest dobrym oficerem, ale niestety, jest te  lojalnym nazist . Jednak 

nasza rozmowa niczego nie zmieni. Pójdziemy. - Hauptsturmfuhrer uniósł brwi i 

lekko si  u miechn ł. 

Kurinami zabezpieczył bro . 

Wspinali si  teraz pod gór . Id c obok Hartmana, nie mógł powstrzyma  si  

od my lenia o poległych z ”Edenu”. Prze y  pi set lat we  nie i obudzi  si  z 

zamiarem odbudowania  wiata po to, by zosta  bezmy lnie zgładzonym. 

- Jakie to głupie - westchn ł. 

Droga była długa i pi ła si  ostro w gór . A on chciał ju  odpocz . 

Madison otuliła si  szalem. Było jej zimno. Nie tylko ze wzgl du na nisk  

temperatur . Bała si . Silny wiatr podwiewał jej spódnic , czuła na nogach 

lodowate podmuchy. 

Widziała z daleka ci arówk  Rourke'a i dwóch stra ników. Nie chciała na 

razie o tym my le . Przypomniała sobie, co czuła, gdy Michael został ranny 

podczas strzelaniny, a ona wpadła w r ce nieobliczalnego Rosjanina.  yczyła 

wtedy  mierci sobie i nie narodzonemu jeszcze dziecku. Była przekonana,  e 

Michael zgin ł. A znaczył dla niej wi cej ni  ktokolwiek inny. 

Potrz sn ła głow , odrzucaj c włosy. Próbowała si  u miechn . 

background image

 

105 

Michael i Paul powiedzieli jej, co ma robi . Miała jednak własny pomysł. 

”Oby skuteczny” - pomy lała. 

Stra nik w białym kombinezonie i zielonym płaszczu stał oparty o samochód. 

Odwrócił si  w jej stron  i zawołał: 

- O co chodzi, panienko? Zakazano wam wst pu do ci arówki. 

- Och, prosz . Musz  stamt d co  zabra . 

- Có  to takiego? Mo emy pani to poda . 

Podeszła bli ej, zwolniła kroku. Starała si  sprawi  wra enie niepewnej i 

zal knionej - bardziej ni  była w rzeczywisto ci. 

- Rzecz osobista. I w dodatku bardzo mała. 

Nie wiedziała jeszcze, co to powinno by . Ale od Annie nauczyła si  bardzo 

szybko,  e kobiety zawsze maj  jakie  rzeczy osobiste, a m czy ni s  ich zawsze 

bardzo ciekawi. 

- Przepraszam, ale je li nie mo e mi pani powiedzie , b dzie pani musiała 

omówi  to z kapitanem Doddem, dobrze? 

Madison zatrzymała si  blisko niego, u miechaj c si  z zakłopotaniem. 

- Naprawd  bardzo tego potrzebuj  i powiem panu, je eli to konieczne. Ale 

tylko panu, dobrze? 

Nauczyła si  pochlebia  m czyznom. Oni to uwielbiaj . 

Stra nik popatrzył przez chwil  na drugiego wartownika, po czym skin ł 

głow . Podeszła do niego ze spuszczonym wzrokiem. M czyzna był bardzo 

wysoki. 

- Czy mog  powiedzie  na ucho? Tak mi wstyd. Stra nik pochylił si  lekko. 

Madison wspi ła si  na palce, opieraj c lew  r k  na jego ramieniu. Do twarzy 

przystawiła mu derringera. 

- Co, do... 

- Zastrzel  pana. Pistolet jest odbezpieczony i ma du y kaliber. Niech pan 

rzuci bro  i powie koledze,  eby zrobił to samo. 

- Cholera! - Zmru ył oczy. Patrzyła na niego bez drgnienia.. - Rzu  bro , 

Harry - zawołał. 

Usłyszała,  e wykonuj  jej polecenie. Teraz powie im,  eby poło yli si  na 

ziemi i odjedzie. Miała zapasowe kluczyki. Potem Paul odbierze swój pistolet, ona 

i Michael b d  mieli karabiny. Odzyskaj  reszt  sprz tu i rusz  na pomoc Annie. 

Przypomniała sobie zasady dobrego wychowania wyniesione z domu. Celuj c 

z derringera w oko m czyzny, powiedziała grzecznie: 

- Bardzo wam obu dzi kuj . Odpowiedzi nie było. 

Dr ała z zimna i ze wstydu. Siedziała unieruchomiona w fotelu helikoptera. 

Nie mogła poprawi  ubrania. Nie wiedziała, jak długo była sama. W pewnym 

sensie pragn ła powrotu Blackburna. On mógł j  uwolni . Je eli wkrótce nie 

wróci, na pewno umrze przywi zana do siedzenia, odarta z ubrania i godno ci. 

Umrze z głodu i wyczerpania. Chyba,  e nowy  wiat chowa dla niej w zanadrzu 

inne horrory.  eby j  zgwałci , Forrest Blackburn musiałby j  przedtem 

uwolni . Przynajmniej tak przypuszczała. 

A wtedy b dzie miała szans . Cie  szansy. 

Chocia  planowała zmian  nazwiska, to przecie  w duszy pozostanie Annie 

Rourke. A Rourke'owie nie mieli zwyczaju si  poddawa . Zacisn ła powieki. 

background image

 

106 

Musi skoncentrowa  si  na czymkolwiek. Wówczas przestanie odczuwa  głód i 

zimno. 

Przywołała obraz pełnej dobroci twarzy Paula. Wywołało to u miech na jej 

wargach. Którego  dnia rzadkie ju  włosy znikn , zostanie tylko par  kosmyków. 

B dzie miała niezł  zabaw , drocz c si  z nim i masuj c łysin . 

Zastanowiła si , jak b dzie wygl da  ich pierwsza wspólna noc. Kiedy , gdy 

rozmawiali w ciemno ci i nie mogła dostrzec jego twarzy, wyznał,  e nigdy jeszcze 

nie miał kobiety. Chciała ,  eby był jej pierwszym m czyzn . 

Gwałtownie otworzyła oczy. Ujrzała Forresta Blackburna, który wła nie 

otwierał drzwi helikoptera. 

- T skniła  za mn , Annie? 

- Id  do diabła - warkn ła, gdy wyj ł jej knebel z ust. 

- Ju  nie pójd . Odnalazłem zapasy. Polecimy po nie. Zajmie nam to jakie  

dwie minuty. - Poło ył r k  na jej nagim udzie. - A pó niej odwiedzimy mateczk  

Rosj . Zanim tam dolecimy, Annie, musisz si  zdecydowa . Albo b dziesz ze mn , 

albo umrzesz, a zapewniam ci , nie b dzie to słodka  mier . 

Chciała mu powiedzie : ”No, dalej, zabij!”, ale co  j  powstrzymało. 

Odezwała si  w niej krew Rourke'ów i ich rodzinna cecha - cierpliwo . 

Pomy lała o Natalii. Ona umiałaby si  znale  w tej sytuacji. Jak zawsze, zreszt . 

Annie posiadała niezwykły dar, co  na kształt jasnowidzenia. Jak ten sen, gdy 

Michael był ranny. 

Zamkn ła oczy. Starała si  zobaczy  Natali , porozumie  si  z ni . Nie czuła 

ju  r ki Blackburna. Słyszała teraz szum  migła. Wydawało jej si ,  e widzi 

Natali  ubran  w ładn , czarn  sukienk , obsypan  białym pyłem i rozdart . 

”Natalia - pomy lała. - Natalia...” 

Natalia Anastazja Tiemierowna szła przodem. Odczuwała niezadowolenie ze 

swoich wrodzonych zdolno ci. 

Za Natali  kroczyła pani Mann, nios c w obj ciach jedn  z bli niaczek, obok 

Hugo nios cy drug . Dziewczynki dopiero przyszły na  wiat, były zdrowe, 

chocia  niedu e, nawet jak na noworodki. Sarah czuwała nad pozostał  dwójk  

młodych Sturmów - Bertoldem i Willim. Postrzelone rami  miała podwi zane 

prowizorycznym temblakiem. John Rourke i Wolfgang Mann nie li nosze, 

wykonane z aluminiowych pr tów o du ej wytrzymało ci, mi dzy którymi 

znajdował si  przezroczysty materac z poduszk . Le ała na nich Helena Sturm. 

Urodziła dwoje dzieci. 

A Natalia? Podczas gdy inne kobiety rodziły i opiekowały si  dzie mi, ona 

nosiła pistolet. Nadal była boso. Szybko posuwała si  naprzód. Uwalana tynkiem, 

rozdarta sukienka nie kr powała jej ruchów. 

Musiała przyzna ,  e trzymany w r kach niemiecki karabinek to przyzwoita 

bro , chocia  jej si  nie podobał. Miał zbyt mały magazynek. Poza tym nie lubiła 

broni, która zale nie od wyboru strzelała seriami lub pojedynczo. Znacznie lepsze 

poj cie miała o broni ni  o dzieciach. 

Obejrzała si . Noworodki owini to w r czniki zabrane z miejsca tortur. Tam 

si  urodziły. Były malutkie i takie kruche. 

Widziała, jak John przyjmuje poród. Ból w oczach Heleny Sturm, a po chwili 

rado . Zazdro ciła innym kobietom ich siły i bezbronno ci. 

background image

 

107 

Szła dalej. Nad jej głow  przebiegały rury, z których unosiła si  para. Mimo 

to powietrze było zimne. 

Z tyłu dobiegł j  głos Manna: 

- Panno Tiemierowna, prosz  skr ci  w prawo. 

Weszła w praw  odnog  tunelu. Z nagich  arówek umieszczonych mi dzy 

rurami wydobywało si  przy mione  wiatło. 

Zanim dotarli do tuneli, tropili ich  ołnierze. Wolfgang Mann doprowadził ich 

do ko ca drugiej piwnicy. Natalia wraz z Johnem d wigała nosze. Wydawało si , 

e znale li si  w  lepym zaułku. Przed nimi wyrosła betonowa  ciana. Mann wsu-

n ł bagnet w szpar  mi dzy cementowymi blokami. Płaszczyzna przesun ła si , 

odsłaniaj c wej cie do tunelu. Weszli. Mann z pomoc  Johna i Natalii dosun ł 

fragment  ciany na miejsce. 

W tej cz ci tunelu latarki okazały si  niezb dne. Mann wyja nił,  e wszystkie 

rz dowe budowy nadzorowane s  przez wojsko. Swego czasu sam kazał 

wybudowa  to sekretne przej cie. 

Od jakiego  czasu droga wiodła pod gór . Chłopcy byli ju  zm czeni. Trudy 

wi zienia i ucieczki dawały zna  o sobie. Przeszli jeszcze jedno tajemne przej cie. 

W nast pnym tunelu zbiegały si  instalacje wodne, elektryczne i komunikacyjne. 

Mann ostrzegł,  e tu mo na napotka   ołnierzy. 

Po czochy Natalii były w strz pach. Po raz pierwszy od wielu lat cieszyła si , 

e nie ma ju  zwierz t. Normalnie w kanałach roiło si  od szczurów. Tu panowały 

niepodzielnie ciemno ci i wilgo . 

Znowu zatrzymała ich  ciana. 

- To ostatnie tajne przej cie! - zawołał Wolfgang Mann. Słyszała, jak John 

uspokaja Helen  Sturm. Jego niemiecki 

był doskonały. Wsłuchiwała si  w równomierny stukot butów Rourke'a. Obok 

niego szedł Mann z bagnetem, który jeszcze niedawno przyklejony był plastrem 

do jego nogi. Zapalił latark , o wietlaj c zł cza cementowych bloków. 

- Tak, to chyba tutaj - mrukn ł pod nosem. 

Wło ył w  cian  ostrze bagnetu. Bloki drgn ły. Płyta wygl dała jak wyci ty 

kawałek szachownicy. Razem z Johnem naparli na ni . Usun ła si  stosunkowo 

łatwo. 

- Idziemy - wyszeptał Rourke. 

Podbiegł do noszy. Mann poszedł w jego  lady. 

Natalia przest piła próg. Znajdowała si  w jaskini. U jej wylotu, w odległo ci 

około stu stóp, widziała szare  wiatło. Przeci ła przestrze  luf  karabinu. Nic si  

nie poruszyło. 

- Mo ecie przechodzi  - szepn ła za siebie. 

John znajdował si  u wezgłowia noszy pani Sturm. Przed podró  

zaaplikował jej dwa zastrzyki: B-complex i łagodny  rodek uspokajaj cy. Drugi 

koniec noszy trzymał Wolfgang Mann. Jego przystojna twarz stanowiła dziwny 

kontrast z poplamionym i znoszonym ubraniem. Postawili nosze. Pani Mann i 

Hugo przeszli z noworodkami. Na szcz cie zachowywały si  cicho. Rourke, 

Natalia i Mann zasun li właz. 

Nie wiadomo dlaczego Natalia pomy lała o Annie,  e wyrosła na wspaniał  

kobiet . 

background image

 

108 

- U wyj cia z jaskini jest  cie ka. Za ni  drzewa. Mi dzy nimi znajduje si  

grota, w której b dziemy bezpieczni - rozległ si  głos Manna. 

Natalia przytakn ła. Oczy przywykły do szarego  wiatła. ”Chyba zachodzi 

sło ce” - pomy lała. 

Annie. 

Nagle przypomniała sobie sw  młodo . Pierwsze zadanie otrzymała w 

Ameryce Południowej. Razem z Władymirem. Współpracowali z lud mi, którzy 

sympatyzuj c z komunizmem, jednocze nie handlowali kokain . Miała 

w tpliwo ci, czy to etyczne. Wladymir uznał to za konieczno . Zdarzyło jej si  

wtedy popełni  bł d. Znalazła si  w ród nich sama, zdana na ich łask . Trafił si  

mi dzy nimi jeden, który wcale nie ukrywał,  e ma na ni  ochot . Wybrał 

moment, kiedy nie było w pobli u nikogo i usiłował j  zgwałci . Niewykluczone, 

e groziło jej tak e morderstwo. Gdyby jej towarzysze znale li zwłoki, napastnik 

obarczyłby zbrodni  tamtejsz  policj . 

Pami tała jego oddech na swojej twarzy. Obiecał,  e je li b dzie uległa, nie 

przysporzy jej zb dnych cierpie . Opierała si ... 

Znalazła jedyne logiczne wyj cie. Zgodne z zasadami, z jakimi zapoznano j  

na szkoleniu. Pozwoliła, by jego podniecenie osi gn ło szczyt Pozornie uległa, 

wbiła mu nó  w plecy, zanim zd ył w ni  wej . 

Prawie naga, w poszarpanym ubraniu, zastrzeliła z karabinu maszynowego 

jego trzech kumpli i uciekła skradzion  ci arówk . 

Dlaczego przypomniało jej si  to po tylu latach, wła nie teraz? 

Znowu Annie. 

Dotarł do niej głos Johna, niewiele gło niejszy od szeptu: 

- Wolf, gdy ju  dotrzemy do tej jaskini, ty, ja i Natalia pójdziemy uwolni  

Berna. Teraz albo nigdy. 

Miał racj . Nazi ci nie spodziewali si  powtórnego ataku. My li Natalii 

uparcie powracały do Annie Rourke. Nagle zrobiło jej si  zimno.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

109 

Rozdział 34

 

 

Wi zienie zajmowało połow  neogotyckiej budowli w samym sercu Complexu. 

Ju  z daleka mo na było zobaczy  jej dwie bli niacze wie yczki. Wzniesiono ten 

budynek przed pi cioma wiekami. Był to pierwszy rz dowy gmach. 

John Rourke, siedz c obok Manna, ładował magazynki. Wyszli przed jaskini  

ukryt  na skraju d ungli. Obaj mieli na sobie ciemnoszare mundury BDU SS. 

Mann dopilnował, by dostarczono je na czas wraz z innymi zapasami. ”Tak, Wolf 

jest nadzwyczaj zapobiegliwy” - pomy lał John. Oceniali wła nie swoje obecne 

poło enie, czekaj c na Natali , która si  przebierała. Mann szkicował na piasku 

plan sytuacyjny wi zienia. 

- Tak wi c, jedyne wej cie prowadzi przez główny trakt. Bramy w murach 

usytuowane s  naprzeciwko siebie, od frontu i od tyłu - upewniał si  John. 

- Zgadza si , a my musimy wej  frontow , poniewa  brama po drugiej 

stronie nie jest u ywana. Do budynku musimy si  przedosta  lew  stron  traktu. 

Nie wolno da  si  zwie  niewinnemu wygl dowi wie yczek. Licz  sobie pi set 

lat, to prawda, ale ich wn trze jest całkowicie nowoczesne.  ciany maj  

cylindryczne. Na czternastym pi trze znajduj  si  cele wi niów politycznych. 

Prawdopodobnie Bern jest tam teraz jedynym lokatorem, chyba  e dokonano 

nowych aresztowa , o których nie wiem. Podoba mi si  twój plan ucieczki. 

- To jedyny sposób - przytakn ł John. - Mam nadziej ,  e ten samochód 

skradziono niedawno. 

- Tak. Stra nicy w bramie nie b d  mieli poj cia,  e jest skradziony. 

- Ale rozpoznaj  ciebie i zorientuj  si ,  e ja i Natalia nie nale ymy do SS. 

- Wtedy brama b dzie ju  otwarta - rzekł z u miechem Mann. - No, i w ko cu 

mamy bro . Pami taj: to, czy ja prze yj , nie ma absolutnie znaczenia. Wa ne 

jest,  eby cie z major Tiemierown  dotarli do Berna, uwolnili go i doprowadzili 

do Centrum Ł czno ci po drugiej stronie. Na parterze s  wartownicy. Strome 

schody prowadz  na wy szy poziom, gdzie znajduje si  studio radiowe i 

telewizyjne oraz urz dzenia nagła niaj ce. Czy major Tiemierown  poradzi sobie 

ze sprz tem, je eli zajdzie taka konieczno ? 

- Z pewno ci . Jest specjalistk  od systemów elektronicznych. Problem polega 

na tym,  eby dosta  si  tam, zanim ode-tn  dopływ pr du. A gdzie przebywa 

wódz? 

- Po prawej stronie traktu mie ci si  jego kwatera. I mieszkanie. Te wie e 

naprawd  gwarantuj  mu bezpiecze stwo. 

Rourke chciał co  powiedzie , ale powstrzymało go nadej cie Natalii. 

Jej włosy zakrywała czapka BDU. Miała identyczny mundur jak oni, z tym  e 

zapinał si  na lew  stron . Niemiecki pistolet maszynowy w kaburze u pasa i 

wojskowa torba przewieszona przez rami  dopełniały tego niezbyt twarzowego 

stroju. 

- Gotowa? - zapytał. 

- Tak. - Natalia roze miała si . 

Pojazd miał nap d elektryczny. Był niewiele wi kszy od golfowego melexa. 

Wolfgang Mann prowadził, obok niego siedział John, Natalia z tyłu. Ciepłe 

powietrze uprzyjemniało podró  odkrytym pojazdem. 

background image

 

110 

Przed wej ciem do Complexu czterokrotnie zwi kszyła si  liczba stra ników, 

od czasu gdy przechodzili t dy, by uwolni  Helen  Sturm. 

Dwóch wartowników podeszło do nich. Rourke siedział na jednym z 

detoników, trzymaj c na nim r ce. Wyci gni cie pistoletu było kwesti  sekund. 

Najbli ej stoj cy stra nik autorytatywnym głosem za dał okazania 

dokumentów. Wolfgang Mann podał mu ich cały plik. M czyzna odezwał si  

szeptem: 

- Wszystko gotowe, herr standartenfuhrer. Otrzymali my sygnał. 

- Bardzo dobrze, Hartman - równie  szeptem odpowiedział Mann. 

Hartman podniósł głos: 

- Papiery w porz dku. Przepu ci . 

Mann zwolnił hamulec. Ruszyli. Nie odwracaj c głowy, zwrócił si  do Johna i 

Natalii: 

- Mamy szcz cie. Moi ludzie zd yli rozlokowa  si  w wyznaczonych 

miejscach. Hartmana przeniesiono do mojej jednostki dwa lata temu z ochrony 

SS. Kiedy nadałem radiowy sygnał ataku, osobi cie wykonał pierwsz  faz  planu. 

Jak wida , udało mu si  przej  baraki stra ników, ulokowane przy głównym 

wej ciu. Gdyby mu si  nie udało... 

Rourke wyj ł detonika. 

- Dobry pistolet - powiedział - ale nie siedzi si  na nim zbyt wygodnie. 

Nie chciał liczy  na łut szcz cia. Nie zawsze zdarza si  szcz liwy traf. 

Ludzie Manna ograniczyli si  do przej cia głównego wej cia. Zgodnie z 

planem powinni tam pozosta , udaj c pełni cych stra  esesmanów, chyba  e do 

wodza dotr  wie ci o planowanym uwolnieniu Dietera Berna i zarz dzona 

zostanie jego natychmiastowa egzekucja. 

”Przy tego typu niebezpiecznych akcjach to równie dobry plan jak ka dy 

inny” - pomy lał John. 

Pojazd znowu zwalniał. Miał teraz detonika za plecami. Spojrzał na le c  na 

podłodze wozu du , płócienn  torb . Znajdował si  w niej chlebak, drugi 

detonik ”Combat Master”, dwa scoremastery i gerber. Nó  ”Sting IA” miał 

schowany pod mundurem, jak równie  wa niejsze instrumenty chirurgiczne. 

Kleszcze do arterii, skalpel, małe szczypce do wyci gni cia kapsułki z elektrod . 

Wiedział, co zawiera torba Natalii. Rewolwery, zapasowe magazynki i 

komplet wytrychów, którymi Rosjanka posłu y si  do zdj cia obr czy z szyi 

Bema po zako czeniu operacji. 

Na siedzeniu le ała szara torba Manna, przyniesiona do jaskini razem z 

mundurami i zapasami. Był tam sprz t sprowadzony na specjalne  yczenie 

Johna, maj cy umo liwi  im przej cie usianego pułapkami pokoju. Poprosił o 

dostarczenie tego sprz tu jeszcze przed wyjazdem do Argentyny. 

Zatrzymali si  przed bramami zamykaj cymi drog  na go ciniec. Tego nie 

było w planie. 

- Zdaje si ,  e mamy kłopoty - wymamrotał Mann. ”Nic nowego” - pomy lał 

John. 

- Nie staranujemy bramy tym pojazdem. Poza tym, stra nicy rozpoznaliby 

mnie, gdybym si  tylko zbli ył. 

- Chod cie ze mn  - szepn ł Rourke. 

background image

 

111 

Wyci gn ł zza pleców detonik. Zakaszlał trzy razy. Z tyłu odpowiedziało mu 

kaszlniecie Natalii. 

Podeszli stra nicy. Najbli ej stoj cy porucznik SS chciał si  odezwa . Nagle 

otworzył usta i zacz ł ucieka . Rourke strzelił przez szyb  prosto w jego głow . 

Pojedynczymi strzałami kładł kolejnych stra ników. Natalia nie oszcz dzała amu-

nicji, dla ka dego przeznaczyła seri . 

John zeskoczył teraz na ziemi , wpychaj c za pas detonika. Krzykn ł do 

Manna: 

- Lepiej by było,  eby  miał racj  mówi c,  e ogrodzenie nie jest pod pr dem. 

Chwyciwszy pakunki, zacz ł biec. Od bramy dzieliło go dziesi  jardów. 

Wyci gn ł niemiecki pistolet maszynowy. Zacisn ł na nim obie r ce. Przyło ył 

jego luf  do szyi najbli szego esesmana. Potrójna seria prawie odci ła Niemcowi 

głow . Upadł. 

John Rourke był ju  w bramie. Z pobliskiego budynku wybiegało coraz 

wi cej  ołnierzy. Przypomniał sobie,  e Natalia nie lubiła broni na ogie  ci gły. 

On te  nie. Marnował cał  seri  na jednego człowieka, a tak  ilo ci  pocisków 

mógłby poło y  kilku. 

Wystrzelił po raz trzeci. Wiedział,  e mo e nacisn  spust tylko trzy razy. 

Nadbiegł Mann z Natali . Ostrzeliwali si  z broni maszynowej. 

John wepchn ł swój pistolet do kabury na biodrze. Zatrzymał si  na ułamek 

sekundy przed kut , stalow  bram . Wzi ł rozbieg i podskoczył, chwytaj c si  

szpikulców na szczycie. 

Prawa noga znalazła oparcie. Wywindował si  na gór . Błyskawiczny obrót i 

ju  znajdował si  po drugiej stronie. Opadł na chodnik w przysiadzie. Ugi te nogi 

zamortyzowały ci ar i sił  upadku. Pistolet maszynowy natychmiast znalazł si  

w jego r ce. 

Z wie y po lewej stronie wychodzili teraz stra nicy. Tam wła nie musiał uda  

si  Rourke. Strzelił trzy razy. 

Wymienił magazynki. Kolejna seria - kolejne trupy. 

Natalia przesadziła ogrodzenie. Strzelała, b d c jeszcze w powietrzu. 

Przeturlała si , opadła na kolana, ci gle strzelaj c. Mann, przechodz c przez 

bram , zaczepił r kawem o metalow  konstrukcj . Szamocz c si  krzykn ł: 

- Id cie! 

- Niedoczekanie! - mrukn ł John, kład c pokotem nadbiegaj cych 

stra ników. 

Natalia była ju  w drodze do wie y. W obu r kach trzymała pistolety 

maszynowe. Nie miała tyle siły, by precyzyjnie strzela  w ten sposób. Starała si  

kierowa  ogie  na p dz cych  ołnierzy. 

John ładował bro . 

Mann zeskoczył, ci ko uderzaj c o ziemi . Rourke obejrzał si . Wolfgang 

biegł z trudem, powłócz c lew  nog . 

- Niestety, zwichni ta lub złamana - krzykn ł. 

-  wietnie! Wunderbar! - odkrzykn ł Rourke. 

Biegł, odwracaj c si  co chwil , by strzela  w kierunku bramy, któr  

stra nicy z zaciekłym uporem starali si  otworzy . 

Zd ył zabi  sze ciu, zanim sko czyły si  naboje w magazynku. 

background image

 

112 

Pobiegł naprzód, nie ogl daj c si  ju  za siebie. Kule  wistały mu pod 

stopami, odbijaj c si  rykoszetem od  cian wie y. 

Rzucił si  do drzwi. Natalia kl czała, strzelaj c do  ołnierzy na pierwszym 

pi trze. Obok niej le ał drugi pistolet. John podniósł go i załadował. Wrzucił te  

wie y magazynek do swojego. 

Mann doł czył wreszcie do nich. Wszyscy troje prowadzili nieustanny ogie . 

John zacz ł biec. Natalia ruszyła za nim. Mann pozostał nieco w tyle. Kulej c 

pod ył za obojgiem. 

Ju  tylko trzech stra ników blokowało dost p do windy. Poradzili sobie z nimi 

łatwo. 

Przy windzie Rourke powiedział: 

-  Musimy zaryzykowa . - Spojrzał na zwichni t  nog  Manna. 

- Zgoda. - Rosjanka nacisn ła guzik. Drzwi windy rozsun ły si . Mann wszedł 

pierwszy. 

- B d  ci  osłania  - krzykn ła Natalia. John wpadł do windy. Jedn  r k  

rozpinał pas, który opadł na podłog , drug  naciskał przycisk pi tra. Natalia 

w lizn ła si  mi dzy nich. 

- Gdyby wył czyli pr d... 

- Wówczas Dieter Bern i tak by nie  ył. 

Rourke wyci gn ł z le cej na podłodze torby pythona i pas do magazynków. 

Zało ył kabur  na detoniki. 

Natalia zmagała si  ze swoj  broni .  ci gn ła czapk . Czarne włosy 

rozsypały si  na ramiona. 

John tak e  ci gn ł czapk  i rzucił j  na podłog . U miechn ł si  na my l,  e 

kto  mógłby ich obserwowa . 

Mann kl cz c ko czył ładowa  pistolet. 

- Gotowe - powiedział. 

John skin ł głow  i oblizał wargi. 

Winda stan ła Wyszedł pierwszy. Dwa detoniki w jego r kach - dwóch 

stra ników na ko cu korytarza. Strzelił z biodra. Maszynowy pistolet jednego ze 

stra ników pruł tynk na suficie. Biała chmura opadła na posadzk . 

Krzykn ł do Natalii: 

- Zablokuj windy! 

- Jasne! - Odgłos serii. - Zrobione! 

Podbiegł do drzwi na ko cu korytarza. Za szklan  płytk  znajdował si  

przeł cznik. Rozbił szybk  nog , natychmiast wciskaj c przycisk. Drzwi 

rozsun ły si . 

Jak dotychczas, wszystkie informacje Manna potwierdzaj  si ” - pomy lał. 

Stan ł w drzwiach. Na ko cu dobrze o wietlonego pokoju stała le anka. Na niej 

rysował si  drobny kształt m czyzny. Od obro y na szyi do  ciany biegł ła cuch. 

Dieter Bern. A w odległo ci dwóch stóp od miejsca, w którym znajdował si  

Rourke, była pierwsza fotokomórka, która mogła uwolni  nasycone kurrar  

igiełki. 

”Aby zmniejszy  szans  uwolnienia wi nia, umieszczono tam instalacj  

wysyłaj c  identyczne sygnały, jak te w obr czy. Ich zakłócenie da efekt 

przypominaj cy rezultat działania pocisków rozpryskowych, u ywanych przed 

background image

 

113 

wojn  supermocarstw. Tysi ce małych igiełek, rozlokowanych w strategicznych 

punktach pomieszczenia, zostan  wystrzelone i, lec c z ogromn  pr dko ci , b d  

w stanie przebi  nawet sze cio-milimetrowy pancerz ochronny.” 

Rourke przypomniał sobie te słowa Manna, wypowiedziane tamtej nocy na 

granicy obozu. 

Widział fotokomórki na  cianach, podłodze i suficie. Tak jak przypuszczał, 

tworzyły sie  nie do przebycia. 

- Natalia, bierzemy si  do roboty! - krzykn ł. Wolfgang Mann poło ył si  w 

drzwiach wej ciowych. 

W r ku trzymał pistolet maszynowy, cztery inne le ały obok. 

- Da  ci co  na nog ? Mog  zaaplikowa   rodek znieczulaj cy. Na nic innego 

nie ma czasu. 

- Ból wyostrza zmysły. Nie b d  ich przyt piał. Posta  na kanapce poruszyła 

si . 

- Czy on ci  zna? - John zwrócił si  do Manna. 

- Wiele lat temu był moim profesorem. 

- Odezwij si  do niego. Niech si  nie rusza, pomoc nadchodzi. 

Rourke odwrócił si  i min wszy Manna, wyszedł na korytarz. Ciekaw był, ile 

czasu zajmie rozw cieczonym, ale obci onym pełnym ekwipunkiem, esesmanom 

pokonanie czternastu pi ter. 

Uciekł od tej my li - czas był zawsze czynnikiem krytycznym. 

Szybko podszedł do wkl słej  ciany. Natalia ju  tam czekała. Rozmieszczała 

niemieckie ładunki wybuchowe. 

- Chyba gotowe. Mann wyja nił mi ich skład chemiczny. Maj  około 

sze dziesi t procent wi cej mocy ni  ameryka skie C-4. Powinni my si  gdzie  

schowa . 

Odwróciła si  i ruszyła biegiem, rozwijaj c drut Za ni  szedł John. Skr cili w 

główny korytarz i zatrzymali si  za rogiem, nie opodal unieruchomionych wind. 

Natalia zetkn ła ko cówki. Rourke złapał j  za ramiona, gdy wybuch wstrz sn ł 

korytarzem. 

Wyjrzał zza rogu. Chmura kurzu i gryz cego dymu. 

Pu cili si  biegiem w kierunku wysadzonej  ciany. Wyrwa miała wielko  

dwudziestu pi ciu stóp kwadratowych. 

Rourke wyjrzał na zewn trz. W dole zgromadzili si   ołnierze. Ale nawet 

snajper nie mógłby trafi  zamachowców, strzelaj c prostopadle na wysoko  

czternastu pi ter. 

Natalia wyj ła z torby Manna sznur i zacz ła go rozwija . Potem wyci gn ła 

co , co wygl dało jak du y pistolet CO2. Z lufy wystawała mała kotwiczka. 

Przysun ła si  do Johna i wyjrzała przez dziur . Z dołu strzelano, nie 

wyrz dzaj c im szkody. Spojrzała w gór . Wycelowała pistolet w parapet 

otaczaj cy wie  - dwadzie cia | stóp nad nimi. 

- Merde! - zakl ł Rourke. 

- Hmm... - mrukn ła u miechaj c si . 

Uj ła pistolet w obie r ce i wystrzeliła. Pocisk z kotwiczk  wyleciał w gór , 

poci gaj c za sob  przymocowany do  sznur. 

John poci gn ł za sznur. Był napi ty. Kotwiczka utkwiła w parapecie. 

background image

 

114 

Natalia obwi zała si  sznurem w pasie. John podsadził j  na kraw d  wyrwy. 

- Uwa aj na siebie. 

Roze miała si  i pocałowała go mocno w usta. Wyrzuciła sznur i wsparła si  

nogami o  cian . Ze lizn ła si . Ponowiła prób . Podci gn ła si  do góry, szeroko 

rozstawiaj c stopy. Si gn ła do torby. 

Na dole przetaczano ci kie uzbrojenie. 

Przesun ła si  nieco w bok, badaj c  cian . Przymocowywała plastikowe 

pakiety do  ciany. Wcze niej Mann pokazał jej zdj cia wie y w budowie. 

Wiedziała wi c dokładnie, gdzie zakłada  ładunki. Przył czyła druty. 

- Gotowe! - zawołała. 

Rourke trzymał sznur. Gdy Natalia znalazła si  na wysoko ci dziury, 

wci gn ł j  do  rodka. Odpi ła od pasa druty. 

- Odsu  si . 

Zetkn ła przewody.  ciany budynku zadr ały. Podłoga zakołysała si  pod 

stopami. 

Wyjrzał. Nowa wyrwa o  rednicy pi ciu stóp. Miał nadziej ,  e na wylot. 

Pod wie  wszcz ł si  tumult. Cegły i tynk spadały na głowy  ołnierzy. 

Rourke u miechn ł si . 

Ogie  z głównego korytarza. Niew tpliwie Mann rozprawia si  z siłami 

bezpiecze stwa SS. 

- Gotowy? Spojrzał na Natali . - Tak. 

Stan li w otworze powstałym w efekcie pierwszego wybuchu. Natalia obj ła 

go za szyj . Szybko pocałował j  i chwycił r kami sznur. Natalia za jego plecami 

obj ła lin  nogami. Odbijaj c si  od  ciany, posuwali si  w bok. Nogi Johna 

amortyzowały ci ar obojga, gdy opadali na mur. Jeszcze trzy stopy dzieliły ich 

od otworu w celi Dietera Bema. 

Rourke widział ju  łó ko. Bolały go ramiona. W dole dojrzał ci kie działo. 

Nie mógł jednak rozpozna , jakiego rodzaju. 

Jeszcze jedna stopa. Przerzucił nog  przez wyrw . Siedział teraz okrakiem. 

Natalia w lizn ła si  do  rodka. Napi cie liny zel ało. Zeskoczył na podłog . 

W celi le ały odłamy gruzu. ”Ryzykowali my  yciem Berna, ale udało si ” - 

pomy lał John. 

Podbiegł do człowieka na łó ku. Postawił torb  ze sprz tem medycznym i 

zapasow  amunicj . Natalia uwa nie ogl dała obr cz. Dotkn ła jej ostro nie. 

- Nigdy nie widziałam takiego zamka, John. Nie wiem, czy dam rad . 

- Przygotuj si  - sykn ł. 

Podał jej osypane talkiem chirurgiczne r kawiczki. Pomogła mu je wło y . 

Klamra spinaj ca arteri  - liczył na to,  e zdoła si  bez niej obej , bo je eli 

zablokuj  arteri  na zbyt długo, spowoduje to  mier  Bema. 

Arteria szyjna znajdowała si  około półtora cala pod skór . Po pi ciu 

sekundach jej blokady nast powała utrata przytomno ci, po dalszych siedmiu - 

zgon. 

Natalia antyseptycznym płynem zmywała blizn  po poprzednim naci ciu. 

- Gdy poprosz  o klamr , podaj j  najszybciej, jak mo esz - powiedział, 

bior c do r ki wysterylizowany skalpel. 

Bern zapytał po niemiecku: 

background image

 

115 

- Jak... 

Rourke tylko kiwn ł głow . Natalia wbiła igł . Za chwil  Bem straci 

przytomno . 

Spojrzał w jej oczy. Niewiarygodny bł kit, w którym wyczytał miło  i 

pewno . Nawet je li Sarah jest w ci y, nie opu ci Natalii. Na swój sposób 

po wi ciła mu  ycie. I kochał j , jak  adn  inn . 

Dotkn ł skalpelem skóry. Rozpocz ł naci cie dokładnie tam, gdzie zaczynała 

si  blizna. 

- G bka - sykn ł. 

Podała mu sterylne opakowanie. Wytarł krew. 

Wydawało mu si ,  e widzi kapsułk  w tkance ł cznej obok arterii. Nie mógł 

przewidzie , czy jej poruszenie nie wywoła eksplozji. Bema zabiłoby to, a jemu 

urwało palce. 

Odsun ł szczypcami płat skóry. Na pozór nie ró niło si  to od usuni cia kuli. 

A jednak... 

Zacisn ł szczypce na kapsułce, powoli zacz ł j  wyci ga . 

- Cholera! 

Szczypce zaklinowały si  w stalowym kołnierzu na szyi Berna. Natalia 

przytrzymała obr cz. 

- W porz dku. Chyba wychodzi - powiedziała. 

Rourke obrócił szczypce. Ciało Berna zadr ało. Nie mogli zastosowa  

prawidłowej narkozy - nie mieliby potem czasu go dobudzi . Szarpn ł. Kapsułka 

znalazła si  na zewn trz. John gwałtownie skoczył do okna, wyrzucaj c przez nie 

kapsułk . Słyszał strzały w drzwiach. Rozpoznał karabin Manna. Przypadkowe 

trafienie mogło uruchomi  niebezpieczny mechanizm. 

Opadł na kolana koło Bema. Natalia podała mu g bk . Osuszył ran  z krwi. 

Naci gn ł skór  na miejsce. Wzi ł od Natalii klamr . Spi ł ni  rozci t  skór . Nie 

było czasu na zakładanie szwów. Natalia dezynfekowała ran  preparatem 

Munchena. Odrzucił klamr . Podczas gdy Natalia banda owała ran , John 

zdejmował ju  r kawiczki. 

- Pozwól mi sko czy  - powiedział. 

Doko czył opatrunek. Natalia w lewej r ce trzymała sond , w prawej 

wytrych. Dobrała si  do zamka obro y. Nie mogli jej zdj  w inny sposób. 

- To nie jest zwykły zamek, John. Nie sadz ... 

- Musisz - powiedział cicho. 

- Nie mamy wyboru, prawda? - Wzi ła gł boki oddech. Jeszcze raz 

wysondowała zamek. - Poczekaj chwil . Chyba tak. Ju  wiem. 

Wystrzały. Głos Manna: 

- Dłu ej ich nie utrzymam. Spieszcie si ! Natalia przekr ciła wytrych. 

- Mogłoby to zaj  wiele godzin, ale chyba dam sobie rad . Wyci gn ła 

wytrych. Jeden obrót sondy i zamek otworzył si  z trzaskiem. 

- Brawo dla Chicago School! - krzykn ła i roze miała si . 

Rourke pochylił si  nad nieprzytomnym Bernem. Uj ł twarz Natalii w obie 

dłonie. 

- Bardzo ci  kocham. Pami taj o tym zawsze. Nie wiem, co b dzie dalej, ale 

nie wolno ci o tym zapomnie . A teraz pomó  mi. 

background image

 

116 

Natalia odło yła wytrychy. John bardzo ostro nie zdj ł obr cz, obawiaj c si  

jakiej  pułapki, o której nie wiedział nawet Mann. 

Udało si . 

Wyj ł z torby Manna brezentowe nosidło i zało ył je na pledy. Ogarn ło go 

dziwne uczucie - deja vu - jak wtedy, gdy wyci gał Paula z płon cego helikoptera. 

Kiedy  to było? 

Podniósł z posłania m czyzn . Natalia podtrzymała go przez chwil . Zarzucił 

Bema na plecy. Zapi li pasy zabezpieczaj ce. John z trudem utrzymywał 

równowag . 

- Pospiesz si  - ponaglała Natalia. 

Biegła w kierunku wyrwy z torb  Manna na ramieniu. Złapała lin . Miała 

wła nie przej  przez dziur , gdy nagle cofn ła si . 

Ogie  ci kiego kalibru z dołu - Rourke wyjrzał na zewn trz. Bezodrzutowe 

działo. 

- Natalia! - krzykn ł. 

Ale ona ju  wspinała si  po murze. Znów strzały. Zaledwie kilka stóp od 

Natalii oderwał si  kawał  ciany i run ł w dół. John odsun ł si . Bern mu ci ył. 

Gdy wyjrzał ponownie, szukaj c Natalii, Rosjanka była tu  przy parapecie. 

Strzały. Kolejny odłamek muru. Natalii ju  nie było w zasi gu wzroku. Lina 

zwisała lu no. Rourke wyci gn ł r k  po sznur i uskoczył. Nast pny fragment 

muru przeleciał koło niego. Znowu si gn ł po sznur. Tym razem złapał go. 

Zaczepił lin  o pier cienie przedniej cz ci nosidła. Wdrapał si  na kraw d  

wyrwy. Zgi ł si , pochylaj c si  mo liwie nisko ze wzgl du na Berna. 

Szarpn ł sznur. Odbił si  od  ciany i poczuł,  e jest podci gany do góry. W 

torbie Manna, któr  zabrała ze sob  Natalia, znajdowała si  wci garka. Odgłos 

liny nawijanej na b ben i huk działa zlały si  w jedno. Oczy zasypywały mu 

okruchy tynku i kawałki cegieł. Osłaniał Bema własnym ciałem. 

Czuł szarpni cie wci garki. Ale byli ju  blisko parapetu. Natalia podała mu 

obie r ce, pomagaj c wej  do  rodka. Przekroczył wyst p i padł na kolana. 

- Nic ci nie jest? 

- Chyba nie. 

Odetchn ł gł boko. Natalia uwalniała Bema. 

- Zosta  - powiedział. 

Ruchem ramion zrzucił paski nosidła. Bem był tu bezpieczny. Nie s dził, by 

działo niosło tak wysoko. Znajdowali si  na dachu wie y, na samym szczycie 

Complexu. Osłaniały ich parapety. 

Złapał lin  i po murze zacz ł spuszcza  si  w dół. Jego r kawiczki były w 

strz pach. 

Poziom celi Berna. John odepchn ł si  w tył, tym razem przesuwaj c si  w 

prawo. Usłyszał strzały. Ale był coraz bli ej celi, w której znajdował si  teraz 

Mann. Wreszcie zaczepił nog  o kraw d  otworu i wpadł do  rodka. Trzymaj c 

jedn  r k  lin , zacz ł strzela  do esesmanów zagradzaj cych wej cie do celi i 

zarazem jedyne z niej wyj cie. Niemcy padali jeden po drugim. Przesuwał si  

wzdłu   ciany - był pod obstrzałem. Pu cił lin  i załadował nowy magazynek. 

Wokół osypywał si  tynk. Rourke wyj ł drugi pistolet. 

- Wolfl - krzykn ł. - Biegnij! 

background image

 

117 

Jednocze nie zatkn ł puste scoremastery za pas, wyci gaj c detoniki 

”Combat Masters”. 

Mann biegł korytarzem, powłócz c chor  nog . Nieprzerwanie strzelał. 

Rourke schylił si  i zebrał gar  łusek. Mann min ł go. Rzucił si  na zwisaj cy w 

otworze sznur. 

- Łap podwójny. Od wci garki - krzykn ł John za nim. Mann znikał w 

wyrwie. Rourke, ci gle strzelaj c, złapał pojedynczy sznur i wypadł na zewn trz. 

Strzały. Odłamki. 

Wci garka zacz ła pracowa . Mann wznosił si  do góry. John przesun ł si  

do drugiego otworu. Mann zbli ał si  do szczytu wie y. Podwójny sznur kołysał 

si  za nim. 

John wrzucił gar  pustych łusek do celi Bema. Poleciały w kierunku siatki 

fotokomórki. Usłyszał huk eksplozji i krzyki esesmanów. 

Podwójna lina była znów na dole. Złapał j . Nieomal wyrwało mu ramiona ze 

stawów, gdy wci garka poci gn ła sznur do góry. 

Jeden z esesmanów przeło ył przez otwór karabin maszynowy. 

John wyj ł pythona. Przestawił go na ogie  ci gły. Dwa pociski trafiły 

ołnierza w twarz. Martwy, wypadł z wie y. 

Dotarł teraz do parapetu. Przetoczył si , l duj c na dachu. 

- John? 

Popatrzył na Natali . U miechn ł si . 

- Jak na razie, nie le nam idzie, co? 

Załadował magazynki do obu scoremasterów. Pó niej detoniki ”Combat 

Masters”. Wymienił naboje w pythonie. Napełnił b benek przy pomocy 

przystawki ładuj cej. Wyrzucił cztery puste łuski, pełne chowaj c do kieszeni. 

- Co teraz? - zapytała Natalia 

Na to pytanie odpowiedział Mann. Trzymał w r ku nadajnik i przekrzykuj c 

ryk bezodrzutowego działa, wrzeszczał po niemiecku: 

- Tu Wolf! Atak! Powtarzam: atak! Przy lijcie Kondora! Atakujcie! 

Z wie y na dach prowadziło jedno wej cie. Rourke wiedział, czego oczekiwa . 

Złapał Berna, który powoli odzyskiwał  wiadomo  i przeniósł go do małego, 

klimatyzowanego pomieszczenia, znajduj cego si  obok narz dziowni. Było to 

najlepsze schronienie, jakie mógł mu zapewni . 

Natalia pomagała i  Wolfgangowi Mannowi. Z jego nog  było coraz gorzej. 

John trzymał w dłoni pythona. Czekał na to, co musiało teraz nast pi . 

- Jeste my gotowi - powiedział Mann do Kurinamiego. 

Akiro skin ł głow . Przesun ł si  w tył. Krzesełko podwieszone do helikoptera 

zachybotało si . Elaine Halwerson krzyczała co , stoj c poza zasi giem łopatek 

wirnika. Brzmiało to, jak: ”B d  ostro ny”. 

Miał dokładnie taki zamiar. Powiedział do mikrofonu: 

- Pułkowniku Mann, Kondor odlatuje. 

Szarpn ł ster. Obroty łopatek wzrosły. Mini-helikopter poderwał si  

raptownie. Unosił si  nad zielon  równin , zostawiaj c za sob  zgrupowane tam 

siły Manna. W zasadzie były ju  w marszu.  migłowiec Kurinamiego zmierzał w 

kierunku głównego wej cia do Complexu. Czekał go najtrudniejszy lot w  yciu. 

background image

 

118 

Przestudiował plany Complexu, gdy lecieli do Argentyny. Znał na pami  

wysoko  ka dego budynku i odległo ci mi dzy zabudowaniami. 

Był ju  prawie u celu. Pod nim ludzie w mundurach BDU SS walczyli mi dzy 

sob . Wrogów oznaczały opaski ze swastykami na r kawach. 

Strzelano do niego z ziemi. Silny wiatr prawie kaleczył mu twarz. Je eli 

zwolni, b dzie miał wi ksze szans  przedosta  si  przez bram . Ale i wi ksze 

szans , by zosta  zestrzelonym. 

Pocisk odbił si  rykoszetem od obitych płótnem drzwi ładowni. Japo czyk 

podj ł decyzj . Przesun ł do ko ca d wigni  przepustnicy. Poczuł si  jak 

wielbł d przechodz cy przez ucho igielne. Zdał sobie spraw ,  e łopatki wirnika 

nie były oddalone od  ciany wi cej ni  o stop , kiedy przeciskał si  przez wrota. 

Wzi ł gł boki oddech. Wyra nie widział bez-odrzutowe działa strzelaj ce w 

kierunku lewej wie y i walk  tocz c  si  na jej szczycie. 

Wystrzelawszy wszystkie naboje z pythona, Rourke rozbił nim głow  jednego 

z esesmanów. Nó  Natalii ze  wistem przecinał powietrze. Krzyki dawały zna ,  e 

wła nie zagł bił si  w czyje  ciało. Wolfgang Mann strzelał z pistoletu maszyno-

wego. 

Rourke trafił na r koje ci scoremasterów. Python wypadł mu z r k. 

Wystrzela z obu jednocze nie. Padło dwóch esesmanów. 

Natalia przeczołgała si  obok niego. Chwyciła karabinek automatyczny. 

Wyrzucaj c bali-songa, precyzyjnie trafiła w cel. Wchodz cy na dach Niemiec 

padł martwy. 

Kl czała teraz, strzelaj c z karabinka, który w jej r kach okazywał si  

niezawodn  broni . 

Scoremastery Johna były puste. Jednym z nich Rourke uderzył w czoło 

esesmana zachodz cego Natali  od tyłu, po czym wło ył oba za pas, wyci gaj c 

detoniki ”Combat Masters”. 

Spojrzał w gór  i zobaczył mini-helikopter Kurinamiego. Podbiegł do Natalii, 

która stała teraz przy włazie na dach, sk d strzelała wzdłu  drabiny prowadz cej 

na sam dół. Odebrał jej jeden karabinek. Razem strzelali w dół szybu. 

Usłyszeli wybuch na dziedzi cu. Esesmani uciekali w popłochu. 

Rourke kopni ciem zatrzasn ł właz. Rzucił na ziemi  pusty karabinek. 

Natalia wyci gn ła z ciała zabitego esesmana bali-songa. Otarła zakrwawion  

kling  o jego sfatygowany mundur. Schowała ostrze i zacz ła ładowa  magazynki 

rewolwerów. 

John podniósł pythona. Nabił go. Pusty ładownik wrzucił do chlebaka. 

Nad nimi kołował Kurinami. Za chwil  wyl duje. 

Rourke pobiegł wzdłu  parapetu. Natalia z karabinkiem w r ku pilnowała 

włazu. 

Przykl kn ła koło Dietera Berna. Po operacji John wstrzykn ł mu witamin  

B-complex i łagodny  rodek pobudzaj cy. Stan Berna nie był zadowalaj cy. 

Wygl dał na wpół u pionego. John nie mógł zastosowa  silniejszego leku 

pobudzaj cego. Groziło to u mierceniem Dietera Bema. Trzymał jego głow  na 

kolanach, przemawiaj c do  uspokajaj co. 

- Musimy zabra  go do helikoptera. 

Popatrzył w gór . Kondor l dował. 

background image

 

119 

Siedz c za Kurinamim, Rourke ko czył mocowa  pasy. Półprzytomny Bern 

majaczył. John uniósł mu powieki. Oczy miał m tne. Dotkn ł ramienia 

Kurinamiego. Japo czyk kiwn ł głow . John odskoczył i opadł w przysiadzie. 

Maszyna zacz ła si  wznosi . 

Natalia stała przy włazie, trzymaj c dwa karabinki. Obok niej le ał Mann z 

pistoletem maszynowym w ka dej r ce. 

Helikopter kołował. Rourke wyci gn ł r k  i chwycił si  płozy. Gdy 

migłowiec nabierał wysoko ci, John miał wra enie,  e za chwil  siła ci enia 

wyrwie mu r k . 

Teraz pod nimi była ju  tylko ulica. Ci g siły no nej ranił mu twarz i targał 

włosy. Naszywki munduru kaleczyły jego szyj  i policzki. 

Przed nimi pojawił si  budynek Centrum Ł czno ci. Kondor podchodził do 

l dowania. John zeskoczył na płaski dach. Przetoczył si  kawałek. Wstał z 

wysiłkiem. Ze scoremasterami w dłoniach usuwał si  z drogi l duj cego 

helikoptera. 

migłowiec mi kko usiadł na dachu. 

John spojrzał w dół. Na ulicach trwała walka. Do m czyzn z białymi 

opaskami przył czyli si  cywile. 

Podbiegł do helikoptera. Kurinami rozpinał pasy zabezpieczaj ce Berna. 

- Zaczyna odzyskiwa  przytomno , John. 

- Mam nadziej ,  e b dzie mógł mówi  - odkrzykn ł Rourke. Krzepki 

Japo czyk chwycił Berna za ramiona. 

- Jest gotów! 

Rourke pokiwał głow . Pobiegł w kierunku sztucznego  wiatła kopuły 

Complexu, wznosz cej si  kilkaset stóp powy ej. Niesamowite cienie bł dziły po 

powierzchni dachu, a metaliczne powłoki detoników połyskiwały krwawo, 

przybieraj c momentami barw  przy mionej miedzi. 

Dotarł do drzwi. Otworzył je silnym, podwójnym kopni ciem. Szkło rozprysło 

si  na wszystkie strony. Si gn ł do uchwytu awaryjnego otwierania. Drzwi 

stan ły otworem. 

Centrum Ł czno ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

120 

Rozdział 35

 

 

Paul Rubenstein wybrał metod  bezpo redniej konfrontacji. Z browningiem 

w r ku udał si  do Dodda, który otrzymał ju  wiadomo  o kradzie y ci arówki. 

Przystawił luf  do głowy dowódcy ”Edenu”. Potem nale ało j  ju  tylko 

utrzyma  w tym miejscu, póki Dodd nie wyda niezb dnych rozkazów. 

Na ci arówk  zapakowano zapasy  ywno ci z drugiej ci arówki Rourke'a, 

sprz t z zajmowanych przez nich namiotów i to, co najwa niejsze - bro . 

Paul znajdował si  w odległo ci o miu stóp od samochodu. W tyle le ał 

Michael. Za kierownic  siedziała Madison. Słycha  było warkot motoru. 

Nale ało przej  te osiem stóp, nie odrywaj c lufy od skroni Dodda. 

Paul Rubenstein post pił krok naprzód. Dodd si gn ł po pistolet. Paul 

zachwiał si . Nie zd ył złapa  równowagi. Niewiele brakowało, by upadł. 

Wszystko stracone! Osuwał si  na ziemi . 

- Prosz  si  nie rusza , kapitanie Dodd, albo pana zastrzel . Munchen. 

- Niech si  pan nie wtr ca, doktorze - warkn ł Dodd. - Potrzebujemy tej 

ci arówki, tej broni i nawet tych ludzi, je li Niemcy znowu zaatakuj . 

Paul przymkn ł oczy. Chmura kurzu uniosła si , kiedy Munchen pu cił seri  

z pistoletu maszynowego. 

- Nast pna seria b dzie dla pana, kapitanie. Jako najstarszy rang  oficer 

reprezentuj  interes mego dowódcy. Ale nie tylko. Przemawiam te  w imi  

rozs dku. Nie dano tym ludziom helikoptera, w porz dku, militarna konieczno . 

Ale istniej  równie  obowi zki moralne. I dlatego musz  spróbowa  uratowa  

Annie Rourke. Prosz  pomóc wsta  panu Rubensteinowi, kapitanie. I prosz  mnie 

wi cej nie prowokowa . 

Przez moment wida  było oczy Dodda w  wietle najbli szej lampy. Po chwili 

pochylił si  nad Paulem. Rubenstein powoli wstawał. Praw  r k  zaj t  miał 

pistoletem, lew  chwycił Dodda za rami . 

Skierowali si  do samochodu. Kapitan podtrzymywał Paula. 

Madison pomogła mu wsi

Zajmuj c miejsce przy kierownicy, Paul odezwał si : 

- Trzymaj Dodda na muszce. Je eli si  poruszy, zabij sukinsyna. 

- Dobrze, Paul. - Wysun ła przez okno luf  M-16. Zwolnił hamulec. Wrzucił 

bieg. Krzykn ł w kierunku okna po stronie Madison: 

- Niech pana Bóg błogosławi! Oby cie znale li to, czego szukacie. 

Doktor Munchen stan ł na baczno  i lekko skłonił głow . 

- I wzajemnie, herr Rubenstein. Oby ten Bóg dopomógł i panu w waszych 

poszukiwaniach.  ałuj ,  e nie mog  zrobi  wi cej, by wam pomóc. 

- Wiem. - Paul skin ł głow . 

Skr cił kierownic  ostro w lewo, docisn ł pedał gazu. Z kr gu  wiatła 

wje d ał w mroki nocy. Annie... 

 

Annie Rourke podj ła decyzj . Obserwowała Forresta Blackburna 

wrzucaj cego pakunki na podkład  migłowca. W odpowiednim czasie da mu do 

zrozumienia,  e zdecydowała si  zda  na jego wol . I postara si ,  eby nie 

background image

 

121 

wypadło to zbyt ostentacyjnie. Łzy w oczach zawsze pomagaj  przy takich 

okazjach. B dzie musiał odpi  pasy. Chwila wahania, potem uległo . 

W skrzynkach ze sprz tem zauwa yła par  rzeczy, które mogły okaza  si  

przydatne. Dwa M-16. Pas z jakiej  tkaniny, a w nim pistolet. Widziała, jak 

sprawdzał go, a potem czy cił z substancji ochronnej. Był identyczny jak ten w 

szafce z broni  taty - Beretta 92 SB-F, wojskowa ”dziewi tka”, wyprodukowana 

tu  przed Noc  Wojny. 

Ale najbardziej zainteresował j  przedmiot w pochwie po drugiej stronie pasa 

- bagnet M-16. 

Nó . Mogłaby go zabi , gdy tylko otoczy j  ramionami, gdy tylko jej dotknie... 

Natalia. 

Czy tak wła nie zrobiłaby Natalia? Czy kiedy  ju  to robiła?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

122 

Rozdział 36

 

 

Rourke rozbił szklane drzwi na pode cie schodów. Rozległo si  wycie alarmu. 

Wysokie tony raziły słuch. Lew  r k  poci gn ł d wigni  awaryjnego otwierania. 

Pchn ł drzwi i przeszedł. Zd ył uskoczy . Kule karabinów automatycznych po-

trzaskały resztki szkła w drzwiach. 

Ostro nie wychylił si . Oddał jednoczesne strzały z dwóch scoremasterów. 

Dwaj esesmani padli. 

Za nimi, za zaułkiem korytarza, pi tro ni ej mie ciło si  Centrum Ł czno ci. 

Musieli tam dotrze . 

Kurinami był przy drzwiach. Uwolnił si  na chwil  od ci aru Dietera Berna. 

W r ku trzymał niemiecki pistolet maszynowy. 

- Co robimy? - zapytał. 

John wymieniał magazynki w scoremasterach. Głow  wskazał hali. Kurinami 

u miechn ł si . 

- Obawiałem si ,  e tak b dzie. Có , idziemy. 

Skoczył naprzód, John tu  za nim. Ich bro  bluzgała potokami ognia. Z 

gardła Kurinamiego wyrwał si  okrzyk: 

- Banzai! 

Esesmani za cielali swoimi ciałami podłog . Kule odbijały si  rykoszetem od 

cian. Rourke poczuł, jak co  ze lizn ło mu si  po  ebrach. Zamienił puste 

scoremastery na detoniki ”Combat Masters”. Walczyli z resztkami stra y SS. 

Kurinami wyrzucił w przód r ce. W obu miał bagnety. Wcze niej John 

widział je u niego za pasem. Ostrza zakre lały łuki - w gór , w bok, od lewej do 

prawej. Ka demu ruchowi wtórował krzyk esesmana. 

Wystrzelawszy wszystkie naboje, John chwycił r koje  gerbera. Jeden z 

Niemców podniósł karabinek automatyczny. Pchni cie no a. Klinga gerbera 

przygwo dziła esesmana do  ciany. 

Rourke wyj ł pythona. Niewielka grupa esesmanów nie stanowiła ju  

zagro enia. 

- Poradz  sobie. Id  po Berna. 

- Jeste  ranny, John! Rourke dotkn ł  eber. 

- Jaki  ty spostrzegawczy. Id  ju . 

Podniósł karabinek automatyczny. Ruszył na poszukiwanie zapasowych 

magazynków. Znalazł cztery. Załadował jeden i przestawił bro  na ogie  ci gły. 

Pu cił si  biegłem przez korytarz. Przed zakr tem przystan ł. 

Przewiesił karabinek przez rami  i przeładował pistolety. Obejrzał si : 

Kurinami niósł Berna, trzymaj c pod pach  pistolet. Znalazłszy si  koło Johna, 

szepn ł: 

- Słuchaj, wiesz, o co chodziło z tym ”Banzai”? 

- O co? - zapytał John. 

- Zawsze chciałem to wypróbowa . To tak, jakby kto  z Texasu krzyczał: 

”Pami tajcie o Alamo!” 

- Rozumiem. Idziemy. 

John wychylił si  zza załomu korytarza i natychmiast rzucił si  w tył. Pociski 

uderzyły w  cian , tu  przy jego głowie. 

background image

 

123 

- Co teraz? - zapytał Kurinami. 

Rourke chciał odpowiedzie : ”Nie wiem”, ale przerwała mu gło na kanonada. 

Znacznie silniejsza ni  poprzednio. Co  si  tu nie zgadzało. Wyjrzał raz jeszcze. 

- To Hartman. W porz dku. - Był ju  w biegu. Krzyczał do Kurinamiego: - 

Szybko! Pospiesz si ! 

Ludzie kapitana Hartmana, przebrani za esesmanów, walczyli teraz z 

prawdziwymi siłami bezpiecze stwa SS i byli w tym starciu gór . Rourke strzelał 

w plecy wycofuj cych si  esesmanów. Niektórzy odwracali si , próbuj c si  

broni . Strzelano z bliskiej odległo ci. Sw d spalonej skóry mieszał si  z 

gryz cym zapachem chemicznych zapalników niemieckiej broni. 

John zbli ył si  do walcz cych. Nie miał ju  naboi. Hartman rozprawiał si  z 

ostatnimi esesmanami. Oddał do ich dowódcy dwie serie z pistoletu 

maszynowego. Przeskoczył przez ciało i zatrzymał si  obok Johna. Zasalutował. 

- Herr doktor, mam przyjemno  oznajmi ,  e droga jest wolna. Bez 

przeszkód dotrzemy do newralgicznego obszaru Centrum Ł czno ci. Jest tam 

wódz w otoczeniu tuzina wiernych esesmanów. Musimy uda  si  tam 

natychmiast. - Hartman zwrócił si  do swoich ludzi: - Wy dwaj, uwolnijcie ja-

po skiego oficera od jego ci aru. - Zwracaj c si  ponownie do Johna, pochylił 

głow  w lekkim ukłonie i trzasn ł obcasami. - Herr doktor, prosz  za mn . 

- Co z Natali ? - pytał Rourke, id c obok niego i omijaj c ciała zabitych - i 

standartenfuhrerem? 

-  W zasadzie powinni my ju  mówi  o nim ”pułkownik”, nie s dzi pan, 

doktorze? Wszystko w porz dku. Czekaj  w pobli u nadajnika z reszt  mojego 

oddziału. Pan jest ranny? 

- Kula otarła si  o  ebra. Jutro b d  sztywny, ale dzisiaj jest w porz dku. 

Chocia  nie pogardziłbym prowizorycznym opatrunkiem. 

Hartman powiedział po niemiecku: 

- Opatrzcie jego ran . Szybko. 

Rourke zatrzymał si  przy barierce i spojrzał w dół. Natalia pomachała mu 

r k . Równie  Wolfgang Mann kiwn ł mu głow . On i jego ludzie obstawili 

korytarz wiod cy do Centrum Ł czno ci. Doł czali do nich  ołnierze Hartmana. 

John podci gn ł lew  stron  bluzy. Dotkn ł  eber. Rana była płytka, ale silnie 

krwawiła. Wzdrygn ł si  i zmru ył oczy, gdy spryskiwano mu ran  zimnym 

preparatem. Obwi zano go banda em. Wstrzymał oddech. Spojrzał na nie-

mieckiego  ołnierza. 

- Dzi kuj  - powiedział. Niemiec stan ł na baczno . 

- Doktorze! 

Rourke ruszył w dół, rozgl daj c si  wokół. Mogli przeprowadzi  atak 

frontalny. Mieli wystarczaj c  liczb  ludzi. 

Ale byłoby to zbyt kosztowne. Zanim znalazł si jia pode cie, Mann poderwał 

si  na nogi. Biegł kulej c. 

- Za mn ! - krzykn ł do swoich ludzi. 

Sun ł na czele, obok niego Hartman z pistoletem maszynowym. W studiu 

nagraniowym p kały szyby. 

background image

 

124 

Mo na było teraz usłysze  głos wodza. Brzmiał w nim strach. Mówił o 

konieczno ci zlikwidowania pi tej kolumny, o wierno ci ideom nazizmu, dzi ki 

którym Niemcy zaszli tak daleko. O powinno ci obrony wodza i dogmatów. 

John schodził po schodach. W dłoni miał scoremastera. Natalia czekała na 

dole. W prawej r ce trzymała rewolwer. Kiedy zszedł, oparł si  o ni  i poszli dalej 

razem. Wyprzedzał ich Mann, podtrzymywany przez dwóch ludzi, Hartman i 

jego oddział. 

Wystrzały. Krzyki. Wchodz c przez ostrzeliwane ze wszystkich stron wej cie, 

John i Natalia usłyszeli znajomy głos: 

-  Mówi pułkownik Wolfgang Mann. Wódz nie  yje. Przed wami stoi człowiek, 

któremu wszyscy ufamy, pan profesor Dieter Bern. 

Głos profesora dawał wła ciwe wyobra enie o człowieku, do którego nale ał - 

stary, zm czony i słaby. A cho  słowa przeze  wypowiadane były jeszcze starsze - 

”demokracja”, ”wolno ”, ”równo ”, ”tolerancja” - nie zmniejszało to ich mocy 

i wagi. 

John Rourke siedział na skórzanym, obrotowym krze le, z nogami na tablicy 

kontrolnej i fili ank  kawy w zasi gu r ki. Dieter Bern ju  dawno sko czył 

przemówienie. Zaledwie garstka esesmanów stawiała jeszcze opór - nie mo na 

było mówi  o walce. 

Wolfgang Mann odrzucił pomoc medyczn  i starał si  poł czy  z siłami 

pozostawionymi w Ameryce Północnej. Gło nik zachrobotał. Rourke 

wyprostował si . 

-  Tu hauptsturmfuhrer Helmut Manfred Sturm. Mówi  do pana, 

standartenfuhrer Mann, i wszystkich innych zdrajców: Wierne mi oddziały, 

które wy szły z potyczki z Rosjanami, przypuszczaj  w tej chwili szturm na baz  

”Projektu Eden”. Znamy ich liczebno  i wiemy,  e nie s  w stanie nam si  

oprze . A pó niej, herr standartenfuhrer, powrócimy do Complexu i wskrzesimy 

jedyny słuszny ustrój - narodowy socjalizm. 

John spojrzał na Wolfganga Manna. W oczach pułkownika malował si  

niekłamany ból, bynajmniej nie spowodowany urazem nogi. 

- M  Heleny Sturm! Mein Gott! John odebrał mu mikrofon. 

- Kapitanie, mówi John Rourke. Nie zna mnie pan. Ale ja znam pa sk   on , 

Helen . Jestem lekarzem . Odebrałem poród dwóch pa skich córeczek. Pana 

ona i dzieci znajdowały si  o krok od  mierci z r k SS, na bezpo redni rozkaz 

nie yj cego ju  wodza. Syn pana, Manfred, zdradził własn  matk . Zło ył na ni  

donos w Jugendzie. Kiedy pułkownik Mann i ja starali my si  wyrwa  pa sk  

on  z r k nazistów, Manfred asystował przy jej torturach. Czekał, a  zostanie 

dokonana deformacja waszych nie narodzonych dzieci. Pozostałych pa skich 

synów zostawiono na pó niej. Ich te  nie omin łyby tortury. Teraz pana  ona, 

bli niaczki i trzej synowie s  bezpieczni. Manfred nie  yje. Chciał zabi  matk . 

Trzymał skalpel przy jej t tnicy. Musieli my go zastrzeli . 

Z gło nika nie dochodził  aden d wi k. Jedynie suche trzaski. Pó niej 

paniczne, nieludzkie krzyki. I pojedynczy strzał. 

John oddał mikrofon Mannowi. Milczał. Odwrócił si  od tablicy kontrolnej. 

Natalia ruszyła za nim. Przeszli obok stygn cych ciał esesmanów i roztrzaskanego 

szkła. Trzymali si  za r ce. 

background image

 

125 

W foyer, za studiem nagra , stała niewysoka, biała kolumna. Na niej - 

identyczne jak przed Complexem, ale wykonane z innego materiału - popiersie 

Hitlera. 

Rourke, nie puszczaj c r ki Natalii, wyci gn ł pythona. Magnum 0,357 

idealnie nadawało si  do tego celu. 

Ostro nie wymierzył. Zni aj c głos, powiedział do Natalii: 

- Nie s dz ,  eby ktokolwiek jeszcze pragn ł go wielbi . 

Nacisn ł spust. Twarz Adolfa Hitlera rozsypała si  w proch.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Document Outline