background image
background image

Magda Bielicka

LISTA

HISTORIA

 ZBRODNI NIEDOSKONAŁYCH

background image

Redakcja:

 Zuzanna Gościcka-Miotk

Korekta:

 Katarzyna Czapiewska

Okładka:

 Bartosz

 Bielicki

Skład:

 Katarzyna

 Dambiec

©

 Magda

 Bielicka i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie

 prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki

w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie

 pierwsze

ISBN

 978-83-7942-298-2

NOVAE

 RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa

 96/98, 81-451

 Gdynia

tel.:

 58 698 21 61, e-mail: 

sekretariat@novaeres.pl

, 

http://novaeres.pl

Publikacja

 dostępna jest w księgarni internetowej 

zaczytani.pl

.

Wydawnictwo

 Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja

 do formatu EPUB/MOBI:

Legimi

 Sp. z o.o. | 

Legimi.com

background image

Rozdział I

Adam

 wrócił do ciasnego biura z kubkiem gorącego wywaru. Trzecim od 8

rano.  Przykrył  ziółka  notesem,  żeby  się  dobrze  zaparzyły.  Usiadł  wygodnie
za  biurkiem.  Nogi  położył  na  fotelu  po  jego  drugiej  stronie,  z  definicji
przeznaczonym  dla  petenta.  W  praktyce  jednak  nikt  nigdy  na  nim  nie
siedział.  Przynajmniej  za  kadencji  Adama,  bo  oba  fotele  z  pewnością
pamiętały lepsze czasy.

Na

  służbowym  laptopie  miał  otwartą  tylko  stronę  YouTube.  Piosenka,

której  słuchał  przed  wyjściem  po  melisę,  a  także  wcześniej  i  jeszcze
wcześniej,  dobiegła  końca.  Najechał  kursorem  na  „jeszcze  raz”.  Kliknął.
Popłynęła kojąca melodia i słowa:

Spokój grabarza.

Wszystko

 będzie dobrze...

–  Wszystko  będzie  dobrze  –  powtórzył  na  głos  razem  z  Kubą

Sienkiewiczem.

Zegar

  nad  drzwiami  wskazywał  15:30.  W  biurze  panowała  cisza.

Elektryczne Gitary dawno skończyły wykonanie. Adam budził się z drzemki.
Spojrzał na zegarek na ścianie, na ręku i na laptopie. Miał taki odruch, odkąd
trafił do nowej pracy, która polegała na czekaniu na godzinę 16.

Przespał

 ostatnie

 2 godziny. Dobrze. Zostało tylko 30 minut. Za kwadrans

wyłączy laptopa, włoży kurtkę i ostatnie kilka minut niecierpliwie przeczeka.

Poruszał

  palcem

  po  touchpadzie,  żeby  zlikwidować  wygaszacz.  YouTube

sugerował  inną  melodię  Elektrycznych  Gitar  – 

Ja

  mam  szczęście

.  Adam

wybrał jednak opcję „jeszcze raz”, upił łyk zimnej melisy, oparł się na fotelu
i przymknął powieki.

Wszystko

 będzie dobrze.

Facet

 ją rozbroił. Umawiali się inaczej. Zapłaciła z góry do końca roku. Mało

tego,  zapewniał  ją,  że  może  spokojnie  mieszkać  nawet  do  przyszłej  jesieni.

background image

Wówczas  być  może  zrobi  mały  remont  i  wynajmie  mieszkanie  studentom.
Ale do tego czasu na pewno nie zostawi jej na lodzie. Faceci! Nie można ufać
nawet właścicielowi stancji.

– Niech pani tak na mnie nie patrzy – znów uderzył w ten swój żałosny

ton. – Co ja mam zrobić, jak zaciążyła i żenić się muszą?

 Nie

  będziemy  ich

na dwóch pokojach trzymać. Robią bez umów. Kto im kredyt da?

– No

 właśnie, panie Franciszku, umawialiśmy się, że do czasu otrzymania

przeze mnie...

– Ja wiem. Ja wszystko wiem, pani kochana, ale co ja mogę? – rozkładał

ręce.  –  Mówiłem  swojej  starej,  ale  ona  w  takich  nerwach  teraz,  że  daj  pani
spokój.  Płacze,  że  wstyd,  że  jedyna  córka  z  brzuchem  do  ślubu,  że  babcią
przedwcześnie zostanie. Uparła się, żeby ich w Boże Narodzenie żenić, kiedy
nie  będzie  jeszcze  widać  i  ludzie  na  języki  nie  wezmą.  A  na

  remont

mieszkania miesiąc to jeszcze mało. Jakiś kąt dla dziecka...

Facet

 zaczął snuć wizje przestrzenne i przestała go słuchać. Nie chce się

teraz  przenosić.  Jeszcze  miesiąc,  może  dwa  i  dostanie  kredyt  na  własne
mieszkanie.  Ma  do  tego  czasu  żyć  na  walizkach?  Zresztą  przyzwyczaiła  się
do  tej  okolicy.  Nawet  jej  własne  cztery  kąty  miały  być  po  sąsiedzku.
Kupiłaby  nawet  to  mieszkanie,  gdyby  nie  miało  30  metrów  kwadratowych.
Potrzebowała  jednak  czegoś  większego,  żeby  Ania  miała  wreszcie  swój
pokój.

Pan

 Franciszek pokazywał jej właśnie ścianę, którą planował zburzyć na

rzecz salonu z aneksem.

Czy

  ci  młodzi  mają  po  15  lat,  że  rodzice  muszą  im  zapewniać

mieszkanie?  Nie  mają  rąk?  Nie  cierpiała  nierobów  najbardziej  na  świecie.
Westchnęła i zdecydowała, że da człowiekowi spokój. Niech wróci do żony
z wypełnioną misją.

– Do

 kiedy mamy czas na zalezienie czegoś nowego?

– Za

 tydzień przyjdzie ekipa remontowa.

Punktualnie

 o 16 opuszczał biuro. Wcześniej wyłączył laptopa i schował go

do szuflady, od której klucz włożył do organizera na długopisy. Taki 

prika

z.

Zamknął  biuro,  przekręcając

  klucz

  w  górnym  oraz  dolnym  zamku,  i  ruszył

background image

w  kierunku  wyjścia.  Po  obu  stronach  korytarza  znajdowały  się  podobne
biura. Były większe i pracowały w nich po dwie, trzy, a nawet cztery osoby.
Nikomu nie kiwnął na pożegnanie.

Zamknął  garaż.  Sprawdził

  dla

  pewności  i  ruszył  w  kierunku  klatki.

Wystukał  kod  na  domofonie.  Pomylił  się.  Skasował.  Nacisnął  wszystkie  7
cyferek  jeszcze  raz.  Pchnął  drzwi,  gdy  rozbrzmiał  nieprzyjemny  zgrzyt,
i znalazł się na klatce schodowej. Sprawdził skrytkę pocztową z numerem 9.
Ulotka.  Gazetka.  Ulotka.  Położył  śmieci  na  skrzynce  i  wszedł  na  drugie
piętro.

Mieszkanie

  miało  65  metrów  kwadratowych,  a  składały  się  na  nie

następujące pomieszczenia: salon z aneksem, gabinet do pracy po godzinach,
sypialnia  oraz  łazienka  z  wanną  z  hydromasażem.  Adam  wziął  na  ten
przybytek  spory  kredyt.  Przed  rokiem  mógł  sobie  pozwolić  na  miesięczną
ratę  w  wysokości  2150  złotych.  Przez  ostatnie  12  miesięcy  dużo  się  jednak
wydarzyło. Jego szef, właściciel dobrze prosperującej agencji nieruchomości,
pewnego  pięknego  dnia  zdefraudował  pokaźne  zaliczki  na  mieszkania  nad
Motławą  i  uciekł  za  granicę.  Wraz  z  posadą  kierownika  sprzedaży  na
województwo pomorskie Adam stracił lukratywne zarobki, na które składały
się: podstawa netto w wysokości 3000 złotych i prowizja od sprzedaży od 0
złotych przez pierwsze kilka miesięcy do 12 000 złotych po pół roku pracy.
Za  ostatnie  pensje  wyposażył  mieszkanie  w  najlepsze  meble,  wymienił
samochód  na  15  lat  młodszy  i  wpłacił  zaliczkę  na  zasłużony  urlop
w  szwajcarskich  Alpach.  Zaliczka  przepadła  w  momencie  nieuiszczenia
pozostałej kwoty.

Adam

  wysyłał  dziesiątki  aplikacji  dziennie  na  różne  stanowiska:  od

przedstawiciela  handlowego  po  kierownika  zespołu  sprzedaży  w  banku.  To,
co uważał na najlepszy punkt w CV – doświadczenie na wysokim stanowisku
w  renomowanej  firmie  –  stało  się  jego  przekleństwem.  Żyjący
w  przeświadczeniu,  że  firma  wciąż  świetnie  prosperuje,  bali  się,  że  będzie
chciał  zarabiać  krocie.  Ci,  którzy  słyszeli  o  aferze,  wybierali  kandydatów
mających doświadczenie w firmach o mniej wątpliwej reputacji. Tym samym
Adam  musiał  usunąć  ostatnią  pracę  z  rubryki  „Doświadczenie  zawodowe”,
a  pozostawić  jedynie  takie  posady  jak:  telemarketer  (w  sieci  telefonii

background image

komórkowej),  specjalista  ds.  obsługi  klienta  (w  lokalnym  oddziale  banku)
i przedstawiciel handlowy (branża farmaceutyczna).

Skasował  także

  informacje

  o  studiach  podyplomowych  i  certyfikacie

FCE.

Uboższe

  CV

  spotkało  się  z  większym  zainteresowaniem.  Dostał  6  ofert,

głównie  na  stanowiska  tak  zwanych  specjalistów  ds.  sprzedaży  (czytaj:
akwizytorów).  Podczas  4  rozmów  poinformowano  go,  że  musi  założyć
własną  działalność.  Jedna  firma  oferowała  mu  umowę  zlecenie,  druga  –
umowę  o  pracę.  Przystał  na  ostatnią  propozycję.  Umowa  o  pracę  była
niezbędna przy jego kredycie.

Kwota,  jaka

  na  niej  widniała,  przyprawiła  Adama  po  silny  ból  żołądka.

1500 złotych brutto. Jakieś 1100 na rękę. Prowizja uzależniona od wyników
sprzedaży  ubezpieczeń  na  życie.  Zanim  się  obejrzał,  siedział  w  obskurnym,
ciasnym  biurze,  do  którego  nikt  nie  zaglądał.  Sam  Adam  też  nie  kwapił  się
zapraszać  tu  potencjalnych  klientów.  W  firmie,  zajmującej  się  nie  tylko
ubezpieczeniami,  pracowało  jeszcze  kilkanaście  osób:  skwarek,  jak  zwykł
nazywać wielbicieli solarium o bardzo niskim ilorazie inteligencji, obu płci.
Wszyscy razem mieli mniejszy móżdżek niż jego kot.

A  właśnie.

  Adam

  wszedł  do  mieszkania,  gdzie  zniecierpliwionym

„mraau” przywitała go niezbyt sympatyczna kotka.

Kotka

 nie miała imienia. Adam nazywał ją za każdym razem inaczej.

–  Cześć,  wredna  małpo  –  przywitał  zwierzaka,  wieszając  jednocześnie

kurtkę w przedpokoju i wkładając

 buty

 do szafki.

– Jesteś głodna?
– Mraał – odparła, łasząc się

 do

 jego nóg.

Kotka

  Adama  posługiwała  się  trzema  słowami:  „mraau”,  gdy  była  zła

(czyli  przez  większość  czasu),  „miaau”,  gdy  była  smutna,  i  „wraau”,  gdy
wszystko przebiegało po jej myśli. Adam dostał ją od dzieciaków z osiedla.
Pewnego razu, gdy jak co dzień ruszył z garażu w kierunku domofonu, trójka
bachorów  w  wieku  bliżej  nieokreślonym  (Adam  nie  znał  się  na  dzieciach
i nie chciał poznać, bo ich zwyczajnie nie cierpiał) stanęła przed nim i zadała
mu zasadnicze pytanie:

– Chce

 pan kota?

background image

–  Dlaczego?  –  odparł  Adam,  na  co  bachory  nie  miały  odpowiedzi

i  patrzyły  na  niego  tępo.  Jedno  z  nich

  trzymało  za  przednie  łapy  niedużego

kota. Reszta zwierzaka bezładnie zwisała.

– Chce

 pan kota? – powtórzyły.

– A dajcie! – Zabrał dzieciakowi kota i zaniósł go na drugie piętro. Kotka

nie należała do przyjemnych zwierzaków. Gryzła jak pies, drapała jak tygrys
i syczała

 jak

 anakonda.

Adam

 otworzył lodówkę, gdzie dolną półkę zajmowały puszki z whiskasem.

– Ty

 mała bździągwo! Doprowadzisz mnie do bankructwa!

–  Mraau

  –  potwierdziła  kotka,  która  nie  chciała  jeść  niczego  poza

firmową  miękką  karmą.  Kiedy  Adam  kupił  jej  tańszy  zamiennik,  nawet  go
nie tknęła.

– Jedz, ty

 wstrętny wyzyskiwaczu – Poczęstował futrzanego przyjaciela.

– Mraau

 – podziękowała uprzejmie, po czym zabrała się za penetrowanie

miski.

Kiedy

  skończyła  posiłek,  oblizała  pyszczek,  a  następnie  łapkę,  którą

domyła  wąsy,  po  czym  lekko  wskoczyła  na  kolana  siedzącemu  przy
kuchennym stole Adamowi. Melisy strasznie go zmuliły i zrobił sobie mocną
kawę  po  turecku  według  własnej  receptury:  5  łyżek  niebieskiej  primy
i wrzątek. Żadnego mleka i cukru.

–  Co

  taka  miła  się  zrobiłaś,  obżartuchu  jeden?  Smutno  ci,  diable

tasmański?

– Miaaau.

– Nie tylko tobie. Jak nic nie wymyślimy, bank zabierze nam mieszkanie

i pożegnasz się z whiskasem

 raz na zawsze.

– Miaaau.

Kotka

  umościła  sobie  łapkami  miejsce  do  spania  i  zasnęła  snem

sprawiedliwego, a przynajmniej najedzonego kota.

– Wrrrau

 – dodała po chwili.

Adam

  ogarnął  wzrokiem  swoje  mieszkanie.  Zwlekał  z  ostatnią  ratą

kredytu.  Wcześniejsze  jakoś  uregulował  z  oszczędności.  Ma  dwa  wyjścia:
albo  rozpocząć  wyprzedaż  mebli  na  Allegro,  albo  podnająć  dwa  z  trzech

background image

pokoi.  Jemu  wystarczyłby  salon  z  aneksem.  Całkiem  spory  gabinet,  który
służył  do  pracy  po  godzinach,  i  sypialnia,  gdzie  gościł  mniej  lub  bardziej
poważne  znajome,  nie  były  mu  potrzebne,  odkąd  jego  kariera  legła
w  gruzach,  a  wraz  z  nią  życie  towarzyskie.  Z  drugiej  jednak  strony  nie
zniósłby  obcych  ludzi  przemykających  przez  jego  salon  do  kuchni  czy  do
łazienki.  W  ogóle  nie  lubił  z  nikim  mieszkać.  Drażniło  go  ludzkie
bałaganiarstwo  i  hałaśliwość.  Lubił  spokój  i  porządek.  Ostatnio  pedantyzm
tylko mu się nasilił. Odkąd przekonał się na własnej skórze, jak trudno trafić
na dobrą pracę za dobre pieniądze, wśród inteligentnych ludzi, stracił chęć do
życia. Wszystko i wszyscy działali mu na nerwy.

Zadzwonił

 dzwonek

 do drzwi. Domyślił się, że to ktoś z sąsiadów. Obca

osoba dzwoniłaby najpierw do domofonu. Wziął zwierzaka na ramię. Kotka
usiadła  na  człowieku  jak  papuga  i  z  zaciekawieniem  patrzyła,  komu  jej  pan
otwiera drzwi.

Gościem okazała się

 staruszka

 z pierwszego piętra.

–  Dobry  wieczór,  panie  Adamie.  List  do  pana.  Listonosz  wrzucił  przez

pomyłkę  do  nas.  –  Wręczając  kopertę,  tradycyjnie  zapuściła  żurawia  do
środka.  Facet  mieszkający  z  kotem

  udającym  papugę  wydawał  jej  się

podejrzany.

–  Dziękuje  pani.  –  Poczekał  cierpliwie,  aż  staruszka  wysunie  głowę,  by

nie  przytrzasnąć  jej  drzwiami.-  Złaź,  władco  piekieł  –  zrzucił  kotkę
i  otworzył  kopertę.

  Rachunek

  za  prąd.  Prawie  1000  złotych  za  ostatni

kwartał.

– Meduzo

 leśna, wynajmujemy mieszkanie!

– Mraaaauuu!

Na

  godzinie  wychowawczej  oddała  zaległe  klasówki  z  historii.  Trochę  je

przetrzymała,  ale  ostatnio  brakowało  jej  doby.  Po  pracy  pędziła  do
przedszkola odebrać córkę, która już dwa razy zmieniała grupę i w żadnej jej
się  nie  podobało.  Potem  często  do  wieczora  udzielała  korepetycji
z angielskiego, zostawiając dziecko pod opieką sąsiadki albo zabierając je ze
sobą.  Jej  klientom  nie  bardzo  odpowiadało,  że  przyjeżdża  z  córką,  ale  mała
siedziała cicho, zajęta kolorowanką czy inną książeczką, więc trudno im było

background image

o  uzasadnione  pretensje.  Do  tego  doszły  niezliczone  spotkania  w  bankach
i oddziałach doradztwa kredytowego.

Klasówki

  ze

  średniowiecza  sprawdzała  pół  nocy  i  teraz  już  była  pewna,

że jest to okres dziejów, który darzyła najmniejszą sympatią.

W klasie panował chaos. O ile na historii potrafiła utrzymać ciszę, o tyle

na  lekcji  wychowawczej  średnio  jej  to  wychodziło.  Jej  czwartoklasiści  raz
w  tygodniu  uzurpowali  sobie  prawo  do  czterdziestopięciominutowego
zajmowania  się  wyłącznie  sobą:  przepisywania  prac  domowych,  jedzenia,
grania  w  gry  i  tworzenia  ambitnych  statusów  na  Facebooku.  Dzieciaki  nie
miały  najbogatszych  rodziców,  ale  nie  zauważyła,  by  któreś  nie  przynosiło
do szkoły komórki z nieograniczonym

 internetem.

Wpisała

  do

  dziennika  temat  dzisiejszej  godziny  wychowawczej: 

Czy

jestem  asertywny?  i  również  postanowiła  zająć  się

  swoimi

  sprawami.

Spojrzała na klasę.

–  Czy  ktoś  może  wejść  na  Trójmiasto.pl  i  poszukać  mieszkań

  do

wynajęcia?

Tego

  dnia  Adam  przyniósł  do  swojej  „pracy”  czajnik  elektryczny.  Postawił

go  na  parapecie  obok  kaktusa,  którego  podlewał  częściej  niż  to  było
konieczne  (także  melisą)  i  który  zżółkł  od  tej  nadgorliwości.  Czajnik  nie
będzie  mu  już  potrzebny  w  domu,  bo  postanowił  oszczędzać  (sprawi  sobie
tradycyjny,  może  czerwony  albo  niebieski),  a  tylko  usprawni  jego
egzystencję w biurze, skąd nie będzie już musiał wychodzić nawet do kuchni
i  tym  samym  narażać  się  na  bliskie  spotkania  z  bardzo  opalonymi
osobnikami,  dyskutującymi  o  tipsach,  kaloriach  i  utleniaczach.  Nastawił
wodę  na  melisę  i  odpalił  laptopa.  Zapuścił  w  internecie  ściąganie  albumu
z najlepszymi przebojami Elektrycznych Gitar. Miał go na swoim pulpicie po
kilku  minutach.  Wybrał  Spokój  grabarza,  a  następnie  opcję 

repea

t.

Z kubkiem ziółek rozsiadł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy.

Obudził

  go

  telefon.  Zdążył  zakończyć  rozmowę,  a  dzwonek  rozbrzmiał

po  raz  kolejny.  Telefonowały  osoby  zainteresowane  najmem  pokoi
w  mieszkaniu  Adama.  Wczoraj  pod  wpływem  niebotycznego  rachunku  za
prąd  dał  ogłoszenie  na  kilku  portalach  i  teoretycznie  powinien  się  cieszyć

background image

z tak szybkiego odzewu. Tymczasem poczuł ból żołądka świadczący o tym,
że sprawy przybrały niepożądany i zbyt gwałtowny obrót.

Wszyscy

 dzwoniący, a było ich w sumie troje, chcieli umówić się na dziś,

więc po powrocie do domu Adam wziął się za porządki. Wymył i porządnie
wyfroterował podłogi – szwedy o rzadkim czekoladowym odcieniu, zaścielił
łóżko  w  sypialni,  przykrywając  je  kapą  w  czerwono-czarne  kwiaty
i  przyozdabiając  dodatkowo  złotymi  jaśkami,  wyczyścił  lustra  w  łazience
i  przedpokoju,  wyszorował  cifem  wannę,  umywalkę  i  sedes,  wymył  płytki,
wstawił  zakupione  po  drodze  czerwone  goździki  do  wazonu,  który  od
parapetówki  czekał  na  debiut.  Wyczytał  w  internecie,  że  kwiaty  wpływają
pozytywnie na potencjalnych najemców/kupców mieszkania.

Pierwsi

  zainteresowani  zapowiedzieli  się  na  20.  Ma  więc  czas,  by

poczytać kotce.

– Co

 dziś sobie życzysz do poduszki, diabelski pomiocie?

– Mraau. – Kotka weszła już Adamowi na ramię i spacerowała z nim

 po

wypełnionym książkami gabinecie. Gdzie on je teraz wszystkie przeniesie?!

–  Dawno

  nie  czytaliśmy  Puzo.  To  ten  od 

Ojca

  Chrzestnego  i 

Rodziny

Borgiów  –  przypomniał

  kotce,  na

  wypadek  gdyby  zapomniała.  –  Chyba  że

preferujesz coś mniej zawiłego? Jeśli tak, to polecam Dickensa. Co ty na to?

– Mraau.

–  Masz  rację.  Nie  ma  co  się  dołować.  Co  my  tu  jeszcze  mamy?  –

kontynuował  monolog,  wodząc  wzrokiem  po  półkach.  –  O,  proszę,  coś
w sam

 raz dla ciebie, chodząca agresjo: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

.

Kojarzysz

 sagę Larssona? A powinnaś, zakurzony ignorancie.

– Miaau – skomentowała kotka i postawiła uszy. W tej

 chwili zadzwonił

domofon.

– Oho, pierwsi

 zainteresowani. Bądź miła.

– Mraau.

Adam

 wpuścił do mieszkania dwie studentki. Choć sam nie wiedział czemu,

spodziewał  się  ułożonych  dziewczyn  o  inteligentnym  wyrazie  twarzy.
Tymczasem  po  jego  przybytku  rozglądały  się  dwie  blondwłose  skwarki.
Dziewczyny  były  tak  nienaturalnie  opalone,  że  na  pierwszy  rzut  oka  można

background image

było dostrzec jedynie białka ich oczu oraz zęby.

Chciały wiedzieć,

 czy

 wolno palić w mieszkaniu i ile osób maksymalnie

można zaprosić na noc. Wyraziły też nadzieję na zniżki, jako że biorą od razu
dwa  pokoje.  Adam  najspokojniej,  jak  tylko  potrafił,  poprosił,  by  opuściły
jego mieszkanie.

Nie

  minęło  15  minut,  a  domofon  rozdzwonił  się  ponownie.  Niezupełnie

doszedł  do  siebie  po  pierwszych  gościach,  kiedy  otwierał  drzwi  kolejnym.
Tym  razem  do  mieszkania  wkroczyła  para  z  dwójką  małych  dzieci.  Chyba
zapomniał  dodać  w  ogłoszeniu,  że  on  także  będzie  dalej  tu  mieszkał.  Jak
można  całą  ferajną  pchać  się  do  czyjegoś  domu?  Facet  miał  rude  włosy
i  takież  same  wąsy.  Był  niski  i  wątły.  Kobieta  –  wyższa  od  niego  i  dużo
bardziej tęga. Bachory od razu pobiegły do kota. Zanim się obejrzał, ciągnęły
go  po  podłodze  za  ogon.  Kotka  miauczała  i  syczała.  Wyszczerzyła  zęby
i w ostatniej sekundzie uchronił małe gnojki przed pogryzieniem.

Kobiecie

 nie podobały się półki z książkami i plazma blisko łóżka, a jej

mężowi (konkubentowi?) zdjęcia w ramkach przedstawiające kulturę Chin.

Wyszli

 zniesmaczeni. Adam odetchnął.

Kiedy

  domofon  rozbrzmiał  po  raz  trzeci,  chciał  go  zignorować

i  zapomnieć  o  pomyśle  najmu,  a  zamiast  tego  skupić  się  na  rzeczach
z  mieszkania,  które  może  dobrze  sprzedać.  Domofon  dzwonił  natarczywie
i  Adam  postanowił  wpuścić  intruzów.  Najwyżej  powie,  że  oferta  jest  już
nieaktualna.

Do

 mieszkania weszła młoda kobieta z dzieckiem. Matka miała na sobie

karmelowy  płaszcz,  niebieskie  jeansy  i  brązowe  oficerki.  Mała  była
opatulona  w  czerwoną  puchową  kurtkę,  szalik  w  kratkę,  dziecięce  sztruksy
i  kozaczki  z  wywiniętym  futerkiem.  Zanim  przystąpiły  do  oglądania,  zdjęły
buty  i  ustawiły  je  przy  szafce  w  przedpokoju.  Adam  poczuł  wewnętrzny
spokój.

–  Ile

  książek!  –  zachwyciła  się  kobieta,  gdy  tylko  przekroczyła  próg

gabinetu. Postanowił jej nie wyganiać. – O, czyta pan Davisa!

– Na

 razie przebrnąłem przez Boże Igrzysko i Europę

. Zna

 pani?

– Oczywiście. Jestem historykiem z wykształcenia i z zamiłowania także.

Nowych

 wydań, przyznam, nie czytałam. Kiedy studiowałam, dostępne były

background image

tylko wersje ocenzurowane.

–  Mogę  pani  pożyczyć  –  Adam  nie  wiedział,  czemu  właściwie  palnął

takie  głupstwo.  Nigdy.  Nikomu.  Nie  pożyczał  książek.  Jego  znajomi  mieli
zwyczaj pożyczać i nie oddawać. W dodatku, jak podejrzewał, nigdy ich nie
czytali, a jedynie

 chcieli udawać głupio-mądrych.

– Dziękuję. Chętnie skorzystam, jeśli oferta najmu jest jeszcze aktualna. –

Kobieta  miała  przyjemny  wygląd.  Adamowi  spodobała  się  jej  naturalność.
Ciemnobrązowe  włosy,  brązowe  oczy,  jasna  cera,  szczupła,  ale
niewychudzona sylwetka. Czy naprawdę w tych

 czasach normalne kobiety to

gatunek na wymarciu?

– Jest aktualna. Interesują panią dwa pokoje? – Dopiero teraz przyjrzał się

dziewczynce,  która  grzecznie  stała  przy  mamie,  z  zaciekawieniem  zerkając
na kotkę, dla odmiany zaczepnie zezującą w stronę dziecka.

–  Obecnie

  możemy  sobie  pozwolić  tylko  na  jeden...  Czy  to  jakiś

problem?

–  Nie,  skąd!  –  Adam  nawet  się  ucieszył,  bo  chociaż  nie  przepędził

lokatorów, jak planował, zachował sobie jeden z pokoi.

– Kiedy chciałaby się pani wprowadzić? I do

 którego pokoju?

– Myślę, że

 do

 sypialni.

– Nie ma sprawy. Postaram się przygotować go jak najszybciej. Wyniosę

część  mebli.  Zostawię  tylko  łóżko  i  szafę.

  Poszukam

  też  klucza  do  tych

drzwi.

– Idealnie! Podoba

 ci się, kochanie? – zwróciła się do dziecka.

–  Mamusiu,  a  mogę  pogłaskać  kotka?  –  Mała  miała  widać  co  innego

w głowie.

Adam

 wziął kotkę na ręce i podał dziewczynce.

– Tylko ostrożnie, bo gryzie i drapie.

Dziewczynka

 delikatnie głaskała kota.

– Jak

 ma na imię?

Adamowi

 przyszła na myśl Szkarłatna Ośmiornica.

– Jeszcze

 nie ma imienia. To kotka. Masz jakiś pomysł?

– Może Niutka?

– Niutka?

 Czemu nie?

background image

I  tak  rozkapryszony  małpiszon  został  Niutką,  a  Adam  zyskał  lokatorów

za 700 złotych miesięcznie. Jeśli nie będzie jadł i płacił rachunków,

  do

  raty

kredytu będzie mu brakowało tylko 350 złotych.

background image

Rozdział II

Zniosła

  do

  samochodu  ostatni  karton.  Po  raz  kolejny  pogratulowała  sobie

kombi. Już tyle razy jej się przydał. Oby to był przedostatni raz. Wróciła na
górę rozejrzeć się po mieszkaniu. Wolała niczego nie zapomnieć. Nie lubi się
wracać.  Poza  tym  miała  jeszcze  dobre  pół  godziny  do  przyjścia  pana
Franciszka.  Chciała  zwrócić  klucze  i  odebrać  zaliczkę  za  niewykorzystany
miesiąc.

Usiadła

 na

 taborecie w małej kuchni i rozejrzała się dookoła. W sumie to

nic jej się tu nie podobało. W życiu nie kupiłaby zielonej kuchni. Jeszcze te
niebieskie  płytki  na  ścianach!  Takie  połączenie  kolorów  zniosłaby  jedynie
w łazience. Swoje mieszkania miała zaplanowane w najmniejszym detalu. Od
paneli na podłodze po kolor zastawy stołowej.

Postanowiła wstać i zajrzeć w każdy kąt. Pod łóżkiem, gdzie, jak jej się

zdawało,  odkurzyła  dokładnie,  znalazła  jeszcze  jeden  kawałek  układanki
i  dwa  klocki  lego.  Wyrzuciła  je  do  śmietnika  po  zlewem,  w  którym
wymieniła właśnie worek. Trudno, nie będzie idealnie czysty. Zajrzała też za
okropne  meble  i  wtedy  coś  jej  błysnęło.  Nie  mogła  dosięgnąć  ręką,  więc
włożyła  w  szczelinę  kij  od  szczotki.  Przyciągnęła  maleńki  przedmiot  do
siebie.  Okazał  się  nim  złoty  pierścionek.  Zaczęła  wkładać  na  kolejne  palce.
Pasował  tylko  na  serdeczny.  Gdyby  była  zabobonna,  uznałaby  to  za  dobry
znak. Tymczasem schowała znalezisko do kieszeni.

W  samą  porę  odłożyła  szczotkę

  na

  miejsce  –  do  małej  komórki  na

akcesoria do sprzątania – gdy przyszedł właściciel.

Znów miał godną pożałowania minę.

 Nie

 patrząc na Agnieszkę, wręczył

jej kopertę. Oddała mu klucze.

– To

 chyba wszystko – burknął, obserwując własne buty.

– Tak. W przypadku

 korespondencji...

– Zadzwonię, zadzwonię – zapewnił gorliwie.
–  To  ja  już  będę  się  żegnać.  Do  zobaczenia,  panie  Franciszku.  Proszę

background image

pozdrowić  żonę  -wyciągnęła  rękę  do  zakłopotanego  mężczyzny.  Wtedy
o czymś

 sobie

 przypomniała.

–  Znalazłam  właśnie.  To  pewnie  żony.  –  Wyjęła  z  kieszeni

  złoty

pierścionek.

Pan

 Franciszek wziął biżuterię do ręki i obejrzał dokładnie.

– To

 nie żony. Pewnie poprzedniej lokatorki. Niech pani sobie weźmie –

zaproponował nieśmiało.

–  Nie,  w  żadnym  wypadku.  Niech  żona  zdecyduje,  co  z  nim

  zrobić.  Do

widzenia!

Agnieszka

 i niespełna 4-letnia Ania przeprowadziły się do Adama tydzień po

oględzinach. Miały ze sobą dwie duże walizki i dwa plecaki: jeden normalny,
drugi  dziecięcy.  Książki,  meble  i  inne  sprzęty,  jak  poinformowała  Adama
nowa  współlokatorka,  znalazły  przechowanie  w  wynajętym  od  znajomych
strychu.

Rozpakowały

  rzeczy

  do  szafy  trzydrzwiowej,  która  stała  w  sypialni.

Adam przeniósł swoje ubrania do komody w gabinecie.

Wieczorem,  kiedy

  lokatorka  położyła  zmęczoną  wrażeniami  dziewczynkę

spać, zaproponował drinka w gabinecie.

Podsunął

 Agnieszce

 swoje krzesło biurowe, a sobie przyniósł kuchenne.

–  Z  daleka  się  przeprowadzałyście?  –  zapytał,  stawiając  na  biurku  dwie

szklanki, colę i tonik. Wcześniej podsunął średnio wyposażony barek-globus
na kółkach, w którym znalazła się

 butelka

 johnniego walkera oraz pół flaszki

ginu. Pozostałości po ostatnich gościach, czyli mniej więcej sprzed pół roku.

–  Nie.  Można  powiedzieć,  że  mieszkałyśmy  po  sąsiedzku.  –  Usiadła

wygodniej  i  wreszcie  zaczęła  patrzeć  na  Adama.  Wcześniej  sprawiała
wrażenie skrępowanej. – Właściciel naszej stancji miał co do niej inne plany
i musieliśmy szukać czegoś nowego. Wynajmowałyśmy kawalerkę.

–  To  trochę  wam  będzie  ciasno  teraz.  –  Przygotował  Agnieszce  gin

z tonikiem, a sobie whiskey z odrobiną coli.

– Muszę przyoszczędzić. Staram się o kredyt – westchnęła i upiła drinka.

– Nie

 za mocny?

background image

– Nie, w sam

 raz.

– A gdzie

 pracujesz?

– Uczę historii i angielskiego w podstawówce.
–  O,  to  fajnie!  Robisz  to,  co  lubisz  –  stwierdził  Adam,  mimo  że  nie

pozazdrościł przebywania z tępym motłochem.

– Lubię historię, ale nauczanie młodzieży, która ma gdzieś ciebie i twoje

wywody,  nie  jest  najbardziej  satysfakcjonującym  zajęciem  na  świecie.  Jeśli
już uczyć, to na wyższej uczelni.

– Co

 więc stoi na przeszkodzie?

Dopiero

  po  chwili  zdał  sobie  sprawę  z  głupoty,  jaką  palnął.  Tak  jakby

sam  miał  wspaniałą  pracę,  którą  podjął  z  pełną  świadomością  o  własnym
rozwoju i realizacji marzeń.

– Sorry, to

 głupie pytanie – zreflektował się, ale Agnieszka przerwała mu

machnięciem ręki.

–  Nie,  w  porządku.  Przymierzam  się  do  doktoratu.  Kompletuję

opublikowane  artykuły,  no  i  zbieram  pieniądze.  Wcześniej  wiele  lat
pracowałam w marketingu

 Cos-Medu.

– Naprawdę?!

 To

 świetna firma! Dlaczego już tam nie pracujesz?

–  Można  powiedzieć,  że  zostałam  zmuszona  do  odejścia,  gdy  Ania

przyszła  na  świat.  Nic  nie  mów  –  skomentowała  jego  zaskoczoną  minę,
jednocześnie upijając drinka tytułem wstępu do rozwinięcia swojej historii. –
Wróciłam  do  firmy  zaraz  po  macierzyńskim.  Z  bólem  oddałam  Anię  do
żłobka.  Nawet  nie  wykorzystałam  urlopu.  Po  pierwsze,  nie  chciałam  im
dawać  powodu  do  niepodpisania  ze  mną  kolejnej  umowy,  a  po  drugie,  ze
względów finansowych. Wiesz, na umowie, tak jak wszyscy, od woźnego do
dyrektora, miałam najniższą krajową. Tak zwaną premię, a muszę przyznać,
że  nie  była  skromna,  dostawałam  do  koperty.  Na  macierzyńskim  ZUS
wypłacał mi marny tysiąc złotych. Nie poradziłabym sobie bez oszczędności.
Kiedy  jednak  wróciłam,  okazało  się,  że  nie  ma  już  dla  mnie  koperty.  Sama
podstawa. Rozpoczęłam więc kurs pedagogiczny i przyjęto

 mnie

 do szkoły.

Przy

  kolejnym  drinku  Adam  dowiedział  się,  że  pracę  w  Cos-Medzie

Agnieszka  podjęła  już  na  pierwszym  roku  zaocznych  studiów  –  historii  na
Uniwersytecie Gdańskim. Zaczęła jako asystentka w dziale marketingu i PR.

background image

Przeszła  całą  ścieżkę  kariery  w  tej  firmie.  Była  młodszym  i  starszym
asystentem, młodszym i starszym specjalistą, marketing menagerem, zastępcą
dyrektora  i  wreszcie  dyrektorem.  Wtedy  zaszła  w  ciążę.  Skończyła  właśnie
26 lat. Mimo że jej młodsze koleżanki miały już pociechy, Agnieszce nikt nie
gratulował.

Entuzjazmu

  nie  wykazał  też  jej  chłopak  –  Mariusz  –  prawnik  in  spe,

z  którym  wynajmowała  dwupokojowe  mieszkanie  we  Wrzeszczu.  Najpierw
zarzucił  jej  łapanie  męża  na  dziecko,  potem,  w  przypływie  czułości,
zasugerował  rozwiązanie  w  postaci  skrobanki,  by  wreszcie  stwierdzić,  iż
zapewne  puściła  się  z  kimś  z  pracy,  a  on  z  jej  bękartem  nie  chce  mieć  nic
wspólnego.

Mariusz

  został  w  mieszkaniu,  bo,  jak  zauważył,  ma  blisko  do  pracy,

a  Agnieszka  wynajęła  kawalerkę  na  Stogach.  Stare  budownictwo  i  smród
stęchlizny rekompensowała bliskość morza.

Adam

 stwierdził, że czas na trzeciego drinka. Agnieszka kontynuowała.

–  Budżetówka,

  nie

  powiem,  ma  wiele  plusów:  wakacje,  ferie,  wolne

weekendy,  żadnego  wyścigu  szczurów,  lobbingu,  dyskryminacji  kobiet.
Trzeba się postarać, żeby cię zwolnili.

– Ale

 kasa pewnie nie ta?

–  Nawet  nie  to.  Zaczęłam  jako  stażystka,  więc  na  początku  faktycznie

było  nieciekawie.  Teraz,  kiedy  mam  stopień  mianowanego  i  dyplomowany
przede  mną,  nie  jest  aż  tak  tragicznie.  Raczej  to  środowisko  mi  nie
odpowiada. Nauczyciele, jak by to delikatnie ująć, to bardzo wrażliwa grupa
zawodowa. Są gorsi niż dzieci, które uczą. O byle

 co się dąsają, obrażają, są

łasi na pochlebstwa. Trudno to opisać. Trzeba po prostu to przeżyć.

–  Chyba  wolę  się  nie  przekonywać.  –  Zaśmiał  się  dla  rozładowania

atmosfery i sięgnął

 po

 jej szklankę. – Dolać?

Przysunęła szklankę.
– Może włączę jakąś muzyczkę? – Otworzył laptopa.

– Pewnie. Dla

 mnie może być cokolwiek.

– Mogą być

 Elektryczne

 Gitary?

– Jasne. Dawno

 nie słuchałam.

Adam

 wszedł na YouTube i wpisał: Spokój grabarza.

background image

Słuchali

 bez

 słowa, sącząc drinki.

Spokój

 grabarza

 wszystko będzie dobrze.

Siódma dziesięć –

 kwas

 chlebowy w barze.

Pukanie

 w głowę, wszystko będzie dobrze.

Dobre

 chęci – ładne widoki.

Spojrzenie

 w górę, wszystko będzie dobrze.

Paproch

 w oku – Układ Słoneczny.

Niedaleko

 pada, wszystko będzie dobrze.

Człowiek człowiekowi orłem.

Machanie

 ręką, wszystko będzie dobrze.

Wspomnienie

 życia – dowód osobisty.

Dwadzieścia

 cztery

 godziny, wszystko będzie dobrze.

Na

 pochyłe drzewo każda koza.

Spokój

 grabarza, wszystko

 będzie dobrze.

Szerokiej

 drogi.

Spokój

 grabarza, wszystko

 będzie dobrze.

Siódma dziesięć –

 szerokiej

 drogi.

Na

 pochyłe drzewo, wszystko będzie dobrze.

Następny proszę.

–  Zauważyłeś,  że  wszystkie  teksty  Elektrycznych  Gitar  są  z  pozoru

kompletnie bez sensu? Ale jak się dobrze przysłuchać...

– Otóż to! Teraz jak nie ma w tekście „What the fuck?”, to nikt nie wie,

o co

 chodzi!

Roześmiali się.

–  Oglądałem  ostatnio  dobry  film  –  podjął,  uzupełniając  szkło

o bursztynowy

 płyn. – Idiokracja.

 Kojarzysz

?

– Nie, chyba

 nie oglądałam.

–  Wyobraź  sobie  więc,  że  inteligencja  coraz  rzadziej  decyduje  się  na

dziecko:  a  to  studia,  a  to  lepsza  praca,  a  to  większe  mieszkanie  i  tak  dalej.
Tymczasem  patologia  z  nizin  społecznych  pleni  się  aż  miło.  Dzieci  rodzą
dzieci, które wkrótce piją, palą i ćpają

 razem

 ze swymi rodzicielami.

–  Przepraszam,  że

  przerywam.  Czy

  ty  opowiadasz  film,  czy  wygłaszasz

ogólną prawdę? – Uśmiechnęła się.

background image

Odpowiedział uśmiechem i zadowolony kontynuował:
–  Za  kilkadziesiąt  lat  na  świecie  mamy  tylko  debili.  Nie  ma  żadnego

postępu,  cofamy  się  wręcz  w  rozwoju.  Świat

  czeka

  nieuchronny  koniec.

Wtedy...

– Wiesz

 co, nie opowiadaj mi. Chętnie sama obejrzę. Zaciekawiłeś mnie.

Czy to film amerykański?

– Tak, ale

 mimo tej strasznej skazy na życiorysie warto go obejrzeć. Jak

chcesz, to zaraz ściągnę. Jutro sobie obejrzymy.

– Chętnie! –

 Agnieszka

 miała wspaniały humor. – Ja też nie cierpię tych

amerykańskich gniotów, ale widać czasami im coś wyjdzie.

–  Mnie  osobiście  najbardziej  dobija  w  amerykańskich

  filmach

  ta

dosłowność  –  rozkręcił  się.  –  Wszystko  jest  wyłożone  jak  upośledzonemu
umysłowo.

– Co

 się dziwisz? Muszą dostosować poziom do odbiorców.

–  Masz

  rację.  Wyobrażasz  sobie,  jaką  bekę  muszą  mieć  producenci,

nagrywając te skończone głupoty?!

– No

 niestety, często potem tak jest, że jak oglądałeś jedną amerykańską

komedię romantyczną, to oglądałeś wszystkie.

– A wiesz, co mnie najbardziej rozwala w amerykańskich

 filmach?

 Kiedy

mają problemy, zawsze jadą na północ!

–  Dokładnie!  –  Agnieszka  roześmiała  się  głośno  i  zaraz

  zamarła

przerażona,  nasłuchując,  czy  nie  obudziła  Ani.  –  My  też  mamy  problemy.
Jedźmy  więc  na  północ!  –  dodała  konspiracyjnym  szeptem,  tłumiąc  atak
śmiechu.

– Mieszkamy w Gdańsku.

 Daleko

 nie zajedziemy! – wtórował jej Adam.

– Chyba, kurde, do Rozewia!

–  Do  Rozewia!  Hahaha  –  Agnieszka  zasłoniła  usta  dłonią,  a  wolną  ręką

złapała  się  za  brzuch.  Adam  od  dawno  nie  przebywał  w  tak  dobrym
towarzystwie, ale i tak

 postanowił lać jej od teraz sam tonik.

– Albo

 do Elbląga! – Płakała ze śmiechu.

– Czemu

 do Elbląga? – nie zrozumiał.

Odczekał chwilę, aż się

 uspokoi, by

 mu wyjaśnić.

– Kiedyś był taki kawał – mówiła, ocierając łzy po ataku śmiechawki. –

background image

Przychodzi facet z maciorą do weterynarza i mówi: „Panie doktorze, ona się
nie  chce  parzyć!”,  a  lekarz  na  to:  „A  czy  ona  nie  jest  przypadkiem
z Elbląga?”. „Dlaczego?!”, pyta zdumiony facet. A lekarz: „A bo moja żona
jest z Elbląga”.

– Hehe! Dobre! –

 Adam

 szczerze się zaśmiał.

Agnieszka

 znała mnóstwo dowcipów i dopiero o 2 w nocy stwierdzili, że

czas rozejść się spać.

Adam

  siedział  w  biurze  niewyspany,  ale  za  to  w  bardzo  dobrym  humorze.

Ściągnął  Idiokrację

  i  jeszcze  jedną  amerykańską  komedię,  która  miała

właśnie  premierę  w  kinach

  – 

Szefowie

  wrogowie.  Sądząc

  po

  tytule,  film

skłoni  ich  do  dyskusji.  Chciał,  by  spędzili  wieczór  tak  wesoło,  jak  wczoraj.
Przydałoby  się  też  uzupełnić  barek.  Sprawdził  zawartość  portfela  i  dobry
nastrój prysnął. Za 10 złotych kupi co najwyżej carskoje igristoje. Dziś musi
wystawić parę gratów na Allegro. Może jakieś ciuchy, których nie nosi, albo
duperelki,  które  znajomi  poprzynosili  na  parapetówki?  Do  wypłaty,
nieodmiennie  przyprawiającej  go  o  ból  żołądka,  pozostało  jeszcze  parę  dni.
Cały weekend!

Postanowił  wziąć  się  w  garść  i  powrócić  do  przeglądania  ofert  pracy.

Wszedł na Pracuj.pl i wybrał województwo pomorskie. Zawód i branża były
mu  obojętne.  Co  my  tu  dzisiaj  mamy?  RF  Product  &  Test  Engineer,
Application  Engineer  (Web  Automation),  Venue  Logistics  Coordinator,
Product  Sales  Specialist  Combines,  Account  Manager,  Key  Account
Specjalist. „What the fuck? Co to, kuźwa, jest?” Upewnił się jeszcze, czy ta
strona  na  pewno  kończy  się  „.pl”,  i  nacisnął  krzyżyk.  Napuszenie  dotarło
nawet  do  ofert  pracy.  Słowo  „akwizytor”  źle  się  kojarzy  i  trzeba  było  je
napisać  po  angielsku.  Najlepiej  na  sto  sposobów.  Wtedy  brzmi  jak  życiowa
szansa. Nie ma to, jak omamić biednego człowieka anglojęzycznym napisem
na wizytówce. Żenada.

Adam

  poczuł,  że  bez  melisy  się  nie  obejdzie.  Nastawił  czajnik,  który

szczęśliwie miał pod ręką, i włączył Spokój grabarza.

Dobranoc.

background image

Agnieszka,  jak

  większość  osób,  uwielbiała  piątki.  Zgodnie  z  planem  lekcji

kończyła  pracę  o  11:40  i  czekały  ją  prawie  trzy  dni  wolnego.  Ania  o  tym
wiedziała  i  już  od  drugiego  śniadania  wypatrywała  mamy  przez  okno,
ignorując  wysiłki  pań  przedszkolanek,  które  przygotowywały  właśnie  grupę
do jasełek. Ania, jako jeden z aniołów, nie miała specjalnie ambitnej roli i też
się  w  nią  zbytnio  nie  wczuwała.  Nauczycielka  nie  zgodziła  się,  by  była
Marią.  Twierdziła,  że  dziewczynka  jest  za  niska.  Mama  pocieszała  ją,  że
będzie  za  to  najpiękniejszym  z  aniołków,  ale  Ania  nie  lubiła  być  jedną
z wielu.

Na

 horyzoncie pojawił się znajomy samochód i dziewczynka zapomniała

o swoich życiowych dylematach.

Tradycyjnie

 już, gdy tylko Agnieszka weszła do przedszkola, córka stała

w  szatni  ubrana  do  wyjścia.  Towarzyszyła  jej  wychowawczyni  grupy,
wysuszona  blondyna  z  wyprostowanymi  włosami  sięgającymi  ramion,  która
nigdy nie omieszkała spojrzeć na samotną matkę z wyższością, uśmiechając
się przy tym fałszywie.

Agnieszka

 poprawiła dziecku czapkę i wyszły na ulicę.

– Mamo, kupisz mi jajko? – Ania prawie biegła przy mamie, kiedy były

już w Biedronce. –

 Czemu

 idziesz tak szybko?

– Nie

 mamy czasu, kochanie. Jak mi starczy, to ci kupię.

Agnieszka

  wrzucała  kolejne  zakupy  do  koszyka,  w  myślach  sumując

rachunek.  Przy  kasie  okazało  się,  że  nie  wydawała  tak  dużo,  jak  myślała,
więc  wzięła  Ani  kinder  niespodziankę  oraz  gumy  rozpuszczalne,  które  ta
sprytnie dobrała, widząc, że mama ma jeszcze pieniądze.

W domu podała córce danio i odesłała oglądać bajki, a sama wzięła się za

gotowanie.  Postanowiła  przygotować  większą  obiadokolację  i  zrobić  trochę
zapasów. Lodówka Adama świeciła bowiem pustkami. No, chyba żeby liczyć
Niutkowe  whiskasy.  Poza  tym  uwielbiała  gotować.  Po  pierwsze,  kochała
jeść. Miała to szczęście, że mogła się objadać do woli najbardziej tuczącymi
przekąskami i nie tyła. Znajome z pracy, które przechodziły na kolejne diety,
a  w  fitness  klubie  miały  złote  karty  stałego  klienta,  strasznie  jej  tego
zazdrościły.  Wprost  nie  mogły  patrzeć,  jak  na  każdej  przerwie  zapycha  się
batonikiem  albo  chipsami.  Częściej  można  ją  było  spotkać  pod  szkolnym

background image

sklepikiem,  gdzie  zajmowała  kolejkę  razem  ze  swoimi  uczniami,  niż
w pokoju

 nauczycielskim czy spacerującą po korytarzu.

Po

  drugie,  wszelkie  prace  domowe  ją  uspokajały,  a  tak  kreatywna

czynność  jak  gotowanie  dodatkowo  utwierdzała  w  przekonaniu,  że  potrafi
nad  czymś  zapanować  i  nawet  są  tego  rezultaty.  Dziś  miała  jeszcze  jeden
powód, by upichcić coś dobrego: Adam. Nie żeby desperacko szukała tatusia
dla Ani, ale cóż... porządny facet to dziś rzadkość, a już zbyt wiele dobrych
okazji  w  życiu  przepuściła.  Niedawno  przeczytała,  że  kolejne  nieszczęścia,
jakie  na  nią  spadają,  mogą  być  wynikiem  jej  negatywnego  nastawienia.
Postanowiła  zakończyć  użalanie  się  nad  swoim  losem,  a  zacząć  działać.
Złożyła podanie o kredyt, skontaktowała się z uczelnią w sprawie doktoratu
i dała sobie rok na znalezienie miłości. Ma jeszcze jakieś 10 miesięcy.

Zaczęła

  od

  deseru,  gdyż  karpatka,  którą  chciała  upiec,  jest  dość

czasochłonna.  Rozpuściła  margarynę  i  postawiła  do  wystygnięcia.  Wstawiła
wodę na zupę i wzięła się za mięso, po które stała w masarni, gdyż nie ufała
mrożonkom  z  marketu.  Rozbiła  piersi  i  schab.  Przyprawiła  i  odstawiła  do
lodówki.  Usiadła  na  krześle,  przystawiła  sobie  kosz  na  śmieci  i  zaczęła
obierać pieczarki.

Kiedy

  smażyła  mięso  częściowo  w  panierce  z  jajka  i  bułki  tartej

i  częściowo  z  płatków  kukurydzianych,  o  swojej  obecności  przypomniała
kotka Adama.

–  Mraau

  –  rzekła  na  przywitanie,  po  czym  wskoczyła  na  barek,  skąd

obserwowała poczynania Agnieszki.

– Jesteś głodna, Niutka?
– Mraau.

– Czemu

 nie jesz swojego whiskasa? Masz pełną miskę.

– Mraau.

– Chcesz

 trochę surowego mięska?

– Mraau.

Agnieszka

 odkroiła Niutce kawałek niedoszłego kotleta, który jeszcze nie

przeszedł panierki, ale kotka tylko go powąchała.

– Ach, przepraszam, może ty w piątki nie jesz mięsa, co? – Agnieszka nie

przepadała za kotką Adama, ale podobnie jak jej pan lubiła się z nią droczyć.

background image

–  Może  powinnam  była  ci  podać  łososia?  A  może

  wyskoczymy

  razem  na

sushi? Co ty na to?

Kotka

 zeskoczyła z barku i poszła skorzystać z kuwety.

– Małpa!

Około

  16

  postanowiła  zadzwonić  do  Adama,  by  upewnić  się,  czy  wraca  po

pracy  do  domu.  Przygotowując  obiad,  ciasto  i  przekąski,  nie  pomyślała
nawet, że może mieć inne plany. Domyśla się, że nie ma dziewczyny, ale nie
ma przecież pojęcia, co porabia w weekendy. Jest w jego domu dopiero drugi
dzień! Dziwne, bo czuje się, jakby mieszkali razem od zawsze...

Nie

 dodzwoniła się. Postanowiła zrobić sobie kąpiel.

– Ania, idę

 do

 łazienki. Jak coś chcesz, to krzycz. – Zajrzała do córki.

–  Mogę  pobawić  się  z  Niutką?  –  Dziewczynka  oglądała  bajkę,  której

bohaterkami  były  wojowniczki  w  seksownych

  lateksowych  strojach.

Wyglądała na znudzoną.

– Możesz,

 ale

 uważaj, żeby cię nie podrapała.

– A mogę w pokoju

 Adama?

– Pana

 Adama. Nie możesz.

– Ja

 mogę mówić „Adama”.

Agnieszka

 wolałaby, żeby jej córka nie spoufalała się z Adamem, kiedy,

mimo  jej  planów,  nie  wiadomo,  co  z  tego  wyniknie  i  jak  długo  zostaną
w  jego  mieszkaniu.  Ostatnio  Ania  coraz  częściej  pytała  o  tatę.  Za  każdym
razem Agnieszka zbywała córkę, zmieniając temat. Wreszcie będzie musiała
coś wymyślić.

– Baw się z Niutką w naszym pokoju. Tylko nie wychodź, bo otworzyłam

okna  w  kuchni  i  salonie  –  powiedziała  głosem  nieznoszącym  sprzeciwu
i zamknęła się w łazience.

„Kiedy

  wreszcie

  będę  miała  swoją  łazienkę?”  –  zastanawiała  się,

nalewając wody do wygodnej wanny z wypustkami i dziurkami. Wlała płyn
do  kąpieli  i  ręką  spotęgowała  pianę.  Wreszcie  zanurzyła  się  w  gorącej
wodzie, na włosy nałożyła odżywkę, a na twarz maseczkę o słodkim zapachu
kokosa i migdałów. Zasłużyła na relaks.

–  Maaamoooooo!  –  dobiegł  ją

  krzyk

  Ani,  nim  zdążyła  przymknąć

background image

powieki.

Jak

  każda  matka  zareagowała  błyskawicznie,  nie  pytając,  co  się  stało.

Owinęła  się  ręcznikiem  i  na  boso,  ociekając  wodą  z  pianą,  wyskoczyła
z łazienki.

Niutka

 uciekała właśnie z kotletem w zębach, ale nie kocią kradzież miała

Ania na myśli, wołając matkę. Niestety.

Okazało  się,  że

  nie

  tylko  w  kuchni  i  salonie  były  otwarte  okna.  Adam

nawet  zimą  zostawiał  uchylone  okno  w  swoim  gabinecie,  by  Niutka  mogła
wyjść  na  balkon,  jeśli  najdzie  ją  ochota,  by  przewietrzyć  futro.  Kiedy  Ania
i Niutka postanowiły wbrew zakazowi Agnieszki udać się do pokoju Adama,
silny wiatr za oknem wkroczył do akcji. Zaczął od salonu, gdzie przewrócił
stojący na parapecie wazon ze zwiędłymi już kwiatami, tworząc na podłodze
kałużę,  w  którą  Ania  wdepnęła,  biegnąc  za  kotem,  któremu  to  w  gabinecie
było jednak za zimno. Wywinęła orła na rozlanej wodzie i teraz podnosiła się
z  podłogi,  płacząc  bardziej  z  zaistniałej  sytuacji  niż  z  bólu.  Agnieszka
najpierw podbiegła zamknąć okna, a potem pocieszać córkę. W międzyczasie
stanęła  gołą  stopą  na  szkło  z  rozbitego  wazonu.  Sama  aż  krzyknęła  z  bólu
i  przysiadła  na  kanapie,  by  wyjąć  paskudztwo  z  nogi.  Krew  lała  się
strumieniem,  co  wzmogło  płacz  dziecka  i  zainteresowało  Niutkę.  Kotka
zaczęła  zaczepiać  łapkami  krwawiącą  ludzką  stopę,  a  kiedy  Agnieszka  ją
przegnała,  poszła  jak  niepyszna,  pozostawiając  krwawe  ślady  kocich  stópek
na podłodze, dywanie i (o nie!) na kanapie!

– Niutka, złaź!!! – krzyczała na kotkę, która, tylko zachęcona, zaczęła się

na  nią  rzucać,  gryząc  i  drapiąc

  jej

  prawie  nagie  ciało.  Nierówną  walkę  –

wściekły kot kontra półnaga kobieta – przerwało pojawienie się przerażonego
tym niemal apokaliptycznym widokiem Adama.

Agnieszka

  była  wdzięczna  żółtej  maseczce  na  twarzy,  że  zakryła  jej

rumieńce.

Kiedy

 Adam zajmował się dezynfekcją i zakładaniem opatrunku na stopę

lokatorki, ta siedziała bez słowa, wciąż owinięta tylko ręcznikiem, z odżywką
na mokrych włosach i zaschniętą maską na twarzy. Ania, na prośbę Adama,
poszła z Niutką do ich pokoju. Żółta kałuża ze śmierdzącej wody po kwiatach
wciąż zdobiła podłogę. Agnieszce chciało się wyć.

background image

Gorąca  kąpiel  i  parę  minut  spokoju.  Naprawdę  tak  dużo  wymaga  od

życia?  Czy  po  zrobieniu  miliona  dań  nie  zasłużyła  na  chwilę  odpoczynku?
Najwyraźniej nie.

Przechwyciła

  speszone

  jej  półnagością  spojrzenie  Adama  i  utykając,

poszła do łazienki.

Adam

  był  zachwycony  kuchnią  Agnieszki.  Dawno  nie  jadł  domowego

obiadu. Sam nawet nie pamiętał kiedy. Dziewczyny, które miewał, jakoś nie
garnęły się do garów.

Współlokatorka  podała

  najpierw

  zupę  pomidorową  z  ryżem.  Jego

ulubioną.  Potem  miał  do  wyboru  pieczone  ziemniaczki  ze  schabem
w panierce z płatków kukurydzianych lub z pieczarkami zapiekane z serem.
Mógł też wybrać piersi w panierce z brzoskwiniami lub pieczarkami, również
zapiekane  z  serem.  Postanowił  spróbować  każdej  wariacji  na  temat  kotleta
i  w  rezultacie  bał  się  ruszyć  z  krzesła,  tak  był  objedzony.  Wtedy  jego
lokatorka podała deser – karpatkę, której nie mógł sobie odmówić. Zapytany,
czy ma jeszcze na coś ochotę, poprosił o miętową herbatę.

Agnieszka,  na

  początku  przybita  wcześniejszym  zamieszaniem,

odzyskiwała  humor,  gdy  Adam  sukcesywnie  opróżniał  talerz  i  chwalił
kucharkę.

– Na

 kolację będą lżejsze przekąski – zapowiedziała.

–  Co?  To  będzie  jeszcze  kolacja?  –  Zaśmiał  się,  ale  był  też  poważnie

zaniepokojony.  Nie  znał  osobiście  przypadków  śmierci  z  przejedzenia,  ale
słyszał o takowych.

–  Dopiero  18.  Zgłodniejesz  –  stwierdziła  zadowolona  i  wzięła  się

  za

wstawianie naczyń do zmywarki.

– Ściągnąłem

 fajne

 filmy – przypomniało mu się.

– Fajnie. Obejrzymy, jak

 Ania pójdzie spać.

Dziewczynka

  po  zupie  przystąpiła  od  razu  do  karpatki  i  teraz

przymierzała  wrednemu  futrzunowi  czapki  dla  lalek.  Kotka  grzecznie  leżała
na  salonowej  kanapie  i  bez  miauknięcia  poddawała  się  tym  zabiegom.
Stwierdzili z Agnieszką, że do pyszczka jej w czerwonej.

background image

O  20:30,  kiedy  Agnieszka  poszła  poczytać  Ani  do  snu,  Adam  otworzył
kadarkę,  na  którą  była  dziś  promocja  w  Biedronce.  Z  jego  majątku  wydano
mu  nawet  10  groszy  reszty.  Szaleństwo!  Na  zakup  wina  w  niższej  cenie
skusiła się także Agnieszka, ale o tym

 miał się przekonać później.

Ustawił  napełnione

  do

  połowy  kieliszki  na  niskiej  ławie  w  salonie

i zajrzał do lodówki za jakąś przekąską. Wprawdzie był najedzony, ale jakoś
głupio  tak  nic  nie  chrupać  na  filmie.  Lodówka,  którą  przeważnie  szybciej
zamykał,  niż  otwierał,  mile  go  zaskoczyła  swoją  zawartością.  Jego  uwagę
przeciągnął talerz z pomidorami z mozzarelką w sosie winegret. A pomyśleć,
że  jeszcze  niedawno  szczytem  ekstrawagancji  na  wieczorze  filmowym  były
chipsy.  Z  szuflady  dobrał  sztućce,  a  z  szafki  dwa  małe  talerze  i  zaniósł
wszystko  do  salonu.  Zgasił  światła,  pozostawiając  jedynie  halogeny  nad
barkiem, ale się rozmyślił i przywrócił górne światło w salonie.

Idiokracj

a  ubawiła  Agnieszkę

  do

  łez,  podobnie  jak 

Szefowie

  wrogowie

.

Ten

 ostatni film, jak Adam podejrzewał, skłonił ich do dyskusji.

– Czy

 ciebie też molestowała szefowa? – zapytała rozbawiona.

–  Niestety,  takie  „mobbingi”  to  tylko  w  Ameryce  –  rzekł,  udając

niepomierny  smutek.  –  U  nas

  raczej  standard:  zatrudnianie  rodziny,

niewypłacanie  na  czas  wynagrodzenia,  nierejestrowanie,  pensje  uwłaczające
ludzkiej godności.

– No tak, nasi szefowie są nudni – przyznała w tym

  samym  ironicznym

tonie.

–  Ale  sam  pomysł  zemsty  nie  jest  zły.  Jak  byś  się  zemściła  na  swoim

szefie z Cos-Medu

?

Agnieszka

 upiła łyka kadarki, co było znakiem, że poważnie zastanawia

się nad odpowiedzią.

– Kiedyś życzyłam

 mu

  wszystkich  nieszczęść  świata,  ale  teraz  sama  nie

wiem... może los sam się na nim zemści. – Upiła mały łyczek.

– Może

 losowi

 trzeba pomóc? – podpowiedział niby żartem, napełniając

kieliszki.

background image

Rozdział III

Agnieszka  od  rana  nie  czuła  się  za  dobrze,  ale  nie  z  powodu  wczorajszego
wina,  choć  musiała  przyznać  przed  sobą,  że  dawno  nie  piła  alkoholu  dwa
wieczory  z  rzędu.  W  ogóle  rzadko  piła,  przez  co  była  nieprzywykła.  Teraz
głowa bolała ją niepomiernie, a przy tym gardło i ucho. W dodatku kręciło ją
w  nosie.  Innymi  słowy,  dopadła  ją  grypa.  Cóż,  bieganie  półnago  przy
otwartych  oknach  w  środku  zimy  nie  mogło  pozostać  obojętne  dla
organizmu.

Poprosiła Adama, by poszedł do apteki kupić jej wapno, coś niedrogiego

z rutyną i witaminą C oraz jakieś pastylki do ssania.

Ubrała Anię, żeby przeszli się razem na spacer.
–  Mamo,  a  mogę  jajko?  –  Dziewczynka  wykorzystała  okazję,  kiedy

matka wręczała Adamowi 100 złotych.

– Możesz. I kubusia jej weź – zwróciła się do współlokatora.
Zimno  jej  było  i  wróciła  do  łóżka.  Dobrze  pobyć  samej  choć  przez

chwilę.  Odkąd  Ania  jest  na  świecie,  takich  okazji  zdarza  się  naprawdę
niewiele.  Nie  może  sobie  pozwolić  na  żadne  wyjście,  bo  nie  ma  z  kim
zostawić córki. Zresztą po całodziennym pobycie w przedszkolu nie miałaby
serca jeszcze na wieczór czy weekend oddawać ją obcym pod opiekę.

Miły  ten  Adam.  Taki  normalny,  nie  żaden  pozer.  Inteligentny,  uczynny.

Widać,  że  troszkę  zagubiony,  ale  to  tylko  jeszcze  bardziej  ich  do  siebie
przyciąga.  Sama  też  od  paru  lat  nie  może  się  pozbierać  do  kupy.  Nie  ma
swojego miejsca, do którego z radością by wracała po dniu w niespełniającej
jej oczekiwań pracy.

Pomyślała o wczorajszej rozmowie z Adamem na temat zemsty na szefie.

Tak naprawdę z chęcią by się zemściła, i to nie tylko na Cos-Medzie. Głupio
jej było przyznać, ale nieraz myślała o sposobach rewanżu za swoje krzywdy.
Na jej czarnej liście, którą posiadała dosłownie, całkiem namacalnie w swoim
osobistym kalendarzu, znalazły się, poza jej eks i gościem, który buchnął jej

background image

portfel  przed  samymi  świętami,  głównie  osoby  związane  z  poprzednim
pracodawcą.  Poza  swoimi  osobistymi  wrogami  nienawidziła  wielu  innych
osób: nierobów, ludzi tępych, pustych, leniwych i zazdrosnych. Żałowała, że
nie ma selekcji na ludzi przydatnych światu i na wyżej wymienionych. Świat
byłby lepszy.

Adam  i  Ania  wrócili  z  zakupów.  Jej  współlokator  był  tak  domyślny  i  kupił
jeszcze coś od gorączki, a także sok pomarańczowy i cytryny do herbaty.

–  Wybacz,  że  wydaję  twoje  pieniądze,  ale  nadmiar  witaminy  C  ci  nie

zaszkodzi.

– Dziękuję – odparła mile zaskoczona troską obcego bądź co bądź faceta.

– Zmarzliście?

–  Ja  nie!  –  Ania  była  przeszczęśliwa,  gdyż  naciągnęła  Adama  na  dwie

kinder  niespodzianki.  Zrzuciła  pospiesznie  kurtkę  i  buty  i  rozsiadła  się  ze
słodkościami w salonie.

– Fajna pogoda na sanki. Może pójdziemy, jak wyzdrowiejesz? – zapytał

Adam nieśmiało. Zrobiło jej się ciepło na sercu.

– Pewnie – odpowiedziała tylko, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo

się ucieszyła.

– Zrobię nam herbatę.
– O nie, nie! Kładź się. Ja zrobię!
–  Dziwne,  że  w  amerykańskich  filmach  policja  odbiera  po  pierwszym

sygnale.  Myślisz,  że  naprawdę  tak  tam  jest?  –  zapytała  go,  kiedy  skończyli
oglądać  Ocean’s  Twelve,  kontynuację  hitu  o  napadzie  na  bank,  i  włączyli
jakiś  mniej  znany  film,  ale  w  podobny  deseń.  Powoli  uzależniali  się  od
amerykańskich produkcji, co zaczynało lekko Adama przerażać.

– Nie wiem. A w Polsce tak nie jest?
–  Od  razu  widać,  że  nigdy  nie  dzwoniłeś  na  policję.  –  Dziewczyna

solidnie  wydmuchała  nos  i  sięgnęła  po  herbatę,  którą  wzmocnił  rumem.
Zbierał  małe  buteleczki  z  alkoholami,  ale  na  czas  biedy,  miał  nadzieję
przejściowej, postanowił lekko zubożyć swoją kolekcję.

– W sumie to chyba nie – przyznał, przypominając sobie jednocześnie, że

jak  dotąd  miał  tylko  jedną  okazję,  by  wzywać  policję,  kiedy  w  tył  jego

background image

starego,  na  szczęście,  passata  wjechała  mazda  z  małolatem  za  kierownicą.
Zgodził  się  wtedy  nie  dzwonić  na  gliny  i  dogadać  z  ojcem  dzieciaka,  który
okazał się miejskich radnym. To się chyba nazywa szczęście w nieszczęściu.

–  Pocieszające  jednak,  że  Amerykanie  też  nie  mają  skutecznej  policji  –

skomentowała, kiedy bohaterkę odsyłano od Annasza do Kajfasza.

– Dlaczego tak mówisz?
–  Pod  koniec  mojej  kariery  w  Cos-Medzie  skradziono  mi  portfel  ze

wszystkimi  dokumentami.  W  miejscu  pracy.  W  moim  biurze  –  zaczęła
opowiadać.  –  Po  pierwsze,  na  policję  dodzwoniłam  się  po  jakichś  20
minutach, po drugie, wyśmiali mnie, kiedy zapytałam, czy zaraz tu będą. Po
trzecie, gdy do nich pojechałam, żeby złożyć obszerne wyjaśnienia na temat
okoliczności  zaginięcia  portfela,  i  podałam  podejrzanego,  kompletnie  to
olali...

– Podejrzewałaś kogoś z pracy?
–  Nie.  Swoją  drogą  to  by  było  faktycznie  trudne  do  udowodniania.

Sytuacja była klarowna, bo tego dnia, a było to w mikołajki, mieliśmy mały
poczęstunek w sali konferencyjnej. Przez jakąś godzinę wszyscy pracownicy
byli poza swoimi stanowiskami. Do firmy interesanci raczej nie przychodzili,
a  do  mojego  biura  na  trzecim  piętrze  to  już  w  ogóle  nikt  nie  miał  po  co
fatygować  się  bez  umówienia.  Jednak  tego  dnia  pojawił  się  facet  od
liczników.  Wiem,  bo  zaszedł  też  do  naszej  sali  po  klucz  od  jakiejś  tam
kanciapy.  Pominę  fakt,  że  wyglądał  jak  patologia,  bo  to  o  niczym  nie
przesądza,  ale  tylko  on  tego  dnia  przebywał  we  wszystkich  pokojach,  które
zwyczajowo nie były zamykane na klucz. Zadzwoniłam do zakładu, który go
wysłał, i potwierdzono mi, że facet o takim i takim wyglądzie miał dziś być
w naszej firmie. Ustaliłam jego imię i nazwisko, a także fakt, że był nowym
pracownikiem  na  zlecenie,  zatrudnionym  w  dodatku  na  okres  zimy.  Nikt
w firmie nie mógł za niego ręczyć.

Na  policji  moją  sprawą  zajmowała  się  taka  tępa  babka.  Każde  zdanie

zaczynała  od  „yyyyy”,  a  do  swojego  kolegi  z  pokoju  zwracała  się  „Pioter”.
Co  zadzwoniłam  zapytać  o  postępy  w  mojej  sprawie,  tylko  się
denerwowałam buractwem i niekompetencją.

– Może go sprawdzili i się zwyczajnie nie przyznał?

background image

–  No  jak  grzecznie  zapytali:  „czy  to  pan?”,  to  oczywiste,  że  się  nie

przyznał  –  oburzyła  się,  ale  nie  była  zła.  –  Zasugerowałam  policjantce  i  jej
koledze  „Pioterowi”,  żeby  mu  ściemnili,  że  jest  nagrany  na  kamerze.
Niestety,  kamer  w  firmie  nie  było,  bo  mój  eksszef  jest  staromodnym
człowiekiem. Nie wierzy ani żadnym nowoczesnym instytucjom, ani firmom
ochroniarskim,  ani  nawet  bankom.  Tak  czy  siak  złodziej  nie  musiał  o  tym
wiedzieć.  Stwierdzili  wówczas,  że  nie  muszę  ich  pouczać.  Przez  dwa
miesiące nie zdziałali kompletnie nic i ostatecznie się poddałam.

Agnieszka opowiadała wszystko z wielką swadą, zaprawioną sarkazmem,

więc roześmiał się, kiedy skończyła.

– Dużo ci ukradli?
– Właśnie nie, bo akurat, jak już ci opowiadałam, dostawałam tylko goły

etat  na  konto  i  nie  nosiłam  przy  sobie  dużej  gotówki.  W  sklepach  płaciłam
kartą.  Dużych  problemów  przysporzyło  mi  jednak  wyrobienie  wszystkich
dokumentów.  Wyobrażasz  sobie,  że  wydział  komunikacji  jest  tylko  do  14?
Dla kogo on jest? Dla nierobów? Kiedy ludzie pracujący mają coś załatwić?
Na dodatek musiałam chodzić tam kilka razy: to w sprawie nowego prawka,
to dowodu rejestracyjnego, to złożyć podanie, to odebrać, to coś tam donieść.
Masakra!  Ta  kradzież  przelała  szalę  goryczy.  Starałam  się  o  kredyt  na
mieszkanie w bardzo okazyjnej cenie. Właściwe mały domek do remontu. To
było jeszcze przed  boomem budowlanym i  dzisiaj nie kupiłabym  za tę cenę
nawet  działki,  na  której  stoi.  Kiedy  jednak  straciłam  wszystkie  dokumenty,
nie mogłam dopełnić formalności w banku, a tym samym straciłam zaliczkę
na ten dom i w konsekwencji ktoś mi go sprzątnął sprzed nosa. Potem ceny
nieruchomości  bardzo  poszły  w  górę,  ja  nie  miałam  już  wystarczającego
wkładu  własnego,  bo  zainwestowałam  w  nową  pracę,  która,  zwłaszcza  na
początku, kokosów nie przynosiła.

–  To  faktycznie  narobił  ci  kłopotu.  Czasami  złodzieje  odsyłają

dokumenty – stwierdził, choć osobiście nie znał takiego przypadku.

–  Ten  nie  miał  mózgu.  Mam  jego  dane.  Bo  znajoma  pracuje  w  policji,

w cywilu akurat, ale może sprawdzić, kogo tylko chce. Czekaj, przyniosę mój
kalendarz, może go znasz.

Agnieszka  pokazała  mu  wydruk  z  policyjnej  bazy.  Zdjęcie  i  dane

background image

personalne.  Roman  Pluta  był  wysoki  i  szczuły.  Miał  czarne  włosy  i  czarne
oczy. Zez szpecił twarz i sprawiał, że była antypatyczna, nawet odpychająca.
Był  starym  kawalerem,  mieszkającym  samotnie  na  wsi  nieopodal  Gdańska.
Nie  miał  zarejestrowanego  samochodu  ani  nawet  prawa  jazdy.  Nie  był  też
karany.

–  Po  co  ci  te  dane?  Chcesz  sama  wymierzyć  sprawiedliwość?  –

Uśmiechnął się.

–  Mam  tu  taką  małą  czarną  listę  po  prostu.  –  Też  się  uśmiechnęła

i zaczęła przeglądać kalendarz.

– O, mam nadzieję, że na nią nie trafię!
–  Wymaga  aktualizacji,  ale  nie  musisz  się  martwić  –  zapewniła

z uśmiechem i skupiła się na wertowaniu zapisków.

Tylko  złodziej  miał  wydruk  z  bazy.  Pozostali,  jak  zauważył,  zostali

zapisani na jednej kartce w „notatkach” na końcu brulionu.

– Kogo tam jeszcze masz? – zaciekawił się.
–  Głównie  „przyjaciółki”,  byłych  szefów,  mojego  eks...  Taki  standard

chyba.

–  Będziesz  chciała  się  na  nich  zemścić?  Nawiązując  do  wczorajszego

filmu, już wiesz, jak tego NIE robić! – zażartował.

– Dokładnie! Jednak wierzę w karmę. Życie samo się na nich zemści.

background image

Rozdział IV

Adam,  zainspirowany  czarną  listą  Agnieszki  postanowił  spisać  wszystkich,
którzy  przyczynili  się  do  jego  obecnych  i  minionych  problemów,  a  także
tych,  którzy  go  zwyczajnie  drażnią.  Kiedy  zapisał  całą  stronę  służbowego
kalendarza  (którego  pierwszy  raz  użył),  doszedł  do  wniosku,  że  jest  mało
oryginalny.  Podobnie  jak  u  jego  współlokatorki  na  liście  znaleźli  się  byli
szefowie i znajomi z różnych etapów życia. Nikt go nawet nie okradł ani nie
zaatakował  w  ciemnej  ulicy.  Stwierdził,  że  jest  jeszcze  nudniejszy,  niż
myślał. Podniosło mu to ciśnienie i pstryknął czajnik. Ostatnie dwie torebki
melisy. Dobrze, że dziś wypłata...

Po  drodze  z  pracy  zrobił  zakupy.  Postanowił  przygotować  obiad,  żeby

trapiona grypą Agnieszka nie musiała krzątać się po domu. Dziś na jej prośbę
zawiózł Anię do przedszkola i pierwszy raz od dawna poczuł się potrzebny.
Zajechał  do  Biedronki,  gdzie  kupił  składniki  do  spaghetti:  mięso  mielone,
dwa  słoiki  gotowego  sosu,  makaron,  ser  i  dwie  butelki  wina  po  11.99.
Wypłata wypłatą, ale nie może sobie pozwolić na szaleństwa.

Kiedy jednak wrócił, jedzenie czekało na stole.
– Miałaś leżeć w łóżku! – udawał niezadowolonego.
– Leżałam, naprawdę! – udawała, że się tłumaczy.- Odmroziłam rzeczy,

które przygotowałam w piątek. Dorobiłam tylko frytki. Ściślej: zrobiła to za
mnie  twoja  frytkownica.  Gdzie  Ania?  –  Spojrzała  na  niego  zaciekawiona
i wtedy sobie uświadomił: zapomniał odebrać dziecko.

– Już jadę! – Rzucił zakupy i wybiegł z mieszkania.

Ania  wyglądała  na  obrażoną,  a  pani  przedszkolanka,  którą  Agnieszka
telefonicznie  poinformowała  o  zaistniałej  sytuacji,  obserwowała  go  bacznie,
gdy pomagał dziewczynce się ubrać.

Usadowił  dziecko  na  tylnym  siedzeniu  i  zajął  miejsce  za  kierownicą.

Przekręcił  kluczyk.  Cisza.  Spróbował  ponownie.  Całkowita  cisza.

background image

Niemożliwe, żeby akumulator padł. Miał dopiero cztery lata. Tyle, co auto.

Otworzył  maskę.  Odłączył  akumulator  i  podłączył  go  od  nowa.  Jeśli  to

coś  od  komputera,  to  teraz  powinien  odpalić.  Niestety,  nie.  Miał  przy  sobie
i  kable,  i  prostownik.  Wypróbował  jedno  i  drugie.  Akumulator  nawet  nie
zaskoczył. Skończyły mu się pomysły.

Agnieszka nie czekała z obiadem na pozostałych biesiadników. Zjadła sama,
żeby  wziąć  leki  na  czas.  Rano  zdecydowała  się  na  wizytę  u  lekarza,  gdyż
znane  jej  suplementy  diety  nie  spełniły  swojej  roli.  Dostała  antybiotyk  na
zapalenie gardła i oskrzeli oraz tydzień zwolnienia.

Sprzątała  właśnie  ze  stołu,  gdy  zadzwonił  telefon.  Zdziwiła  się

niepomiernie,  słysząc  znajomą  z  Cos-  Medu.  Ala,  kiedyś  jej  asystentka,
wskoczyła na wolny fotel dyrektora po odejściu Agnieszki z firmy. Od tamtej
pory nie rozmawiały ze sobą. Nie z powodu zaistniałej sytuacji. Kontakt, jak
to  bywa  ze  znajomymi  z  pracy,  umarł  śmiercią  naturalną,  gdy  zaczęła
pracować gdzie indziej.

– Jestem w ciąży! – Ala łkała do telefonu.
–  To  gratuluję!  Przecież  się  staraliście...  –  Agnieszkę  zbiło  z  tropu  to

wyznanie, zwłaszcza że nie rozmawiały kilka lat.

– Podpisałam lojalkę! – Dziewczyna zaniosła się płaczem.
Agnieszka  milczała,  czekając,  aż  dziewczyna  się  uspokoi  i  opowie  do

końca.

–  Teraz  albo  sama  się  zwolnię,  albo  dostanę  dyscyplinarkę  –  mówiła

płaczliwym głosem, ale już bardziej składnie. – Co ja teraz zrobię? Wiesz, co
się dzieje na rynku pracy? Nic! Kompletnie nic! Żadnych ofert! A dla młodej
matki to już w ogóle. Nikt nie chce niedyspozycyjnej kobiety po trzydziestce.
Co ja mam zrobić?

– Uspokój się. Lojalka o zakazie zajścia w ciążę jest nielegalna. Nie mogą

ci nic zrobić.

– Mam się z nimi sądzić? Jaki pracodawca mnie przyjmie, jak będę miała

w  papierach  konflikt  z  byłym  szefem?  Kto  chce  zatrudnić  taką  osobę?  –
Znów uderzyła w płacz.

Agnieszka  westchnęła.  Nie  miała  ochoty  na  słuchanie  o  cudzych

background image

problemach. Własnych w zupełności jej wystarczało.

–  Idź  na  zwolnienie  lekarskie,  a  po  urodzeniu  dziecka  poszukasz  sobie

nowej pracy.

– Orłowski powiedział, że jak pójdę teraz na L4, to on się postara, żebym

już  żadnej  pracy  w  całym  Trójmieście  nie  dostała  –  płakała  dalej.  –  Co  ja
mam zrobić? Mamy kredyt, a teraz będziemy mieć dziecko. Bez mojej pensji
nie  damy  rady.  Sama  wiesz,  ile  dostaję  do  koperty.  Jak  mam  żyć  za  tysiąc
złotych?

Agnieszka nie rozumiała, co ma wspólnego z jej kłopotem, poza tym, że

kiedyś znalazła się w podobnej sytuacji. Tyle że nie miała kochającego męża,
który marzył o dziecku i który, jak by nie było, także zarabiał na rodzinę.

– Mogę ci jakoś pomóc?
Alka przestała płakać jak dziecko, któremu zaaplikuje się smoczek.
– Masz może kontakt z Mariuszem? Może udzieliłby mi jakiejś porady...

Słyszałam, że jest dobry...

Teraz to dopiero się zdenerwowała.
– Przypominam ci, że Mariusz zostawił mnie, gdy zaszłam w ciążę. Nie

przyznaje się do Ani, więc i mnie nie interesuje jego los. Ciesz się, że masz
męża i ten chce waszego dziecka. Przepraszam cię, Alicja, ale nie potrafię ci
pomóc  –  mówiła  podniesionym  głosem,  bo  bezczelność  dziewczyny
podniosła jej ciśnienie. Jak można być takim pustakiem?!

–  Myślałam,  że  mi  pomożesz  –  znów  uderzyła  w  płaczliwy,  a  do  tego

oskarżycielski ton. – To na razie...

–  Nara!  –  Niemożliwie  wręcz  zła  wybrała  „zakończ”.  „Co  za  idiotka!

A dlaczego ona taka zdziwiona? Dziwne, że nie pomyślała o tym, podpisując
lojalkę”.

Postanowiła się zdrzemnąć.
Zdążyła  przegnać  Niutkę  z  poduszki  i  się  położyć,  kiedy  zadzwonił

telefon.  Adam.  Od  razu  naszły  ją  niepokojące  myśli.  Może  nie  chcieli  mu
wydać Ani? Może córka nie chciała z nim wracać? Może jest chora?

Odebrała telefon, ale nie usłyszała pierwszego zdania Adama, bo Niutka,

która zajęła dla odmiany drugą poduszkę, miauknęła jej wprost do ucha.

– Co mówiłeś? Jesteś z Anią?

background image

– Miaaaaauuuu!!!
– ...byłem...
– Miaaauuuu.
– Coo?!
– Miaaaauuuuuu!!
– Zamknij się, Niutka, co mówisz?!
– Miaaauu!
– ...się później.
Rozłączył się.
Wyniosła Niutkę na balkon i postanowiła oddzwonić. Numer był jednak

zajęty. Spróbowała po chwili. Tym razem linia była wolna, ale nie odebrał.

Na zewnętrznym parapecie okna sypialni pojawiła się Niutka.
– Zabiję cię, ty małpo!!!

Adam  zrezygnował  z  assistance  przed  miesiącem,  kiedy  odnawiał
ubezpieczenie.  Zostawił  sobie  gołe  OC,  ze  względów  oszczędnościowych.
Zrezygnował też z AC i NNW. Bardzo, kuźwa, śmieszne!

Wrócił  do  samochodu,  gdzie  Ania  cierpliwie  czekała,  choć  nie  była

zadowolona.

–  Musi  nas  ktoś  podholować  do  mechanika,  a  nie  będziemy  fatygować

mamy. Zatrzymam zaraz kogoś, a ty poczekaj, dobrze?

O  tej  porze  ruch  pod  przedszkolem  był  żaden  i  dopiero  po  półgodzinie,

kiedy  był  bliski  śmierci  z  wychłodzenia  organizmu,  zatrzymał  się  jeden
tranzit.  Facet  miał  linę  holowniczą  i  podciągnął  go  do  najbliższego
mechanika.  Adam  dał  kierowcy  20  złotych  za  fatygę,  co  ten  przyjął  bez
pretensji.

Mechanik  skrupulatnie  obejrzał  samochód  pod  maską  i  zdecydował,  że

nie  obejdzie  się  bez  komputera.  Adam  wiedział,  co  to  oznacza:  100  złotych
za badanie, które może pokazać przyczynę albo nie. Rachunki niezapłacone,
a  wypłata  za  chwilę  zostanie  bezpowrotnie  wydana.  Kiedy  mechanik  robił
swoje, Adam stał bezczynnie na placu wypełnionym autami najróżniejszych
marek.  Postanowił,  że  musi  coś  przedsięwziąć,  bo  tak  dalej  nie  da  rady.
Pójdzie pod most!

background image

Ale co może  zrobić? Na aplikacje  zero odzewu. Po  firmach samemu się

nie chodzi, nie te czasy. Powystawiał jakieś rzeczy na Allegro, ale jeszcze nic
się  nie  sprzedało.  Mieszkania  nie  ma  co  wystawiać,  bo  po  niedawnym
boomie ceny nieruchomości sukcesywnie szły w dół i tylko by stracił. Poza
tym musi gdzieś żyć, a jak ma wynajmować i płacić komuś, to chyba lepiej
spłacać  swoje?  Logiczne.  Samochód?  Kupił  niemal  nówkę  i  sprzedając  po
czterech latach użytkowania, dużo straci. Ale chyba nie ma wyjścia. Naprawi
go i wystawi na sprzedaż.

Ania, która razem z samochodem została wepchnięta do warsztatu, teraz

znów pokazała się na horyzoncie. Wyszła z samochodu, bo myślała, że Adam
ją tu zostawia. Planowała wrócić do mamy na piechotę.

Wziął małą na ręce i pocieszył, że zaraz będą w domu.
– Jak chcesz, to kupimy po drodze jajko. Chcesz?
Ania kiwnęła na zgodę, choć nadal była smutna.
– Zimno ci?
–  Trochę  w  ręce.  –  Podała  Adamowi  rączki  w  różowych  rękawiczkach

pod kolor czapki i szalika, by mógł je rozetrzeć.

Pokazał się mechanik.
–  Tak  jak  myślałem  –  odezwał  się  wesoło,  jakby  chciał  oznajmić

wygraną, a nie kolejny wydatek. – Czujnik. Taki od sprzęgła. Czasami pada.

–  Ale  sprzęgło  jest  w  porządku?  –  upewnił  się  Adam,  bo  wszystko,  co

związane ze sprzęgłem, kojarzyło mu się z dużym wydatkiem.

–  O  sprzęgło  bym  się  nie  martwił,  ale  pilnej  wymiany  wymaga  koło

dwumasowe. W fokusach bardzo często pada i widzę, że i tu jest już po nim.
Musi pan je wymienić, bo inaczej będzie po samochodzie.

Adam  nawet  nie  podejrzewał  swojego  auta  o  posiadanie  czegoś  takiego

jak  koło  dwumasowe.  Miał  niepewną  minę.  Mechanik  postanowił
kontynuować.

–  Nie  gaśnie  w  czasie  jazdy?  To  główny  symptom  –  tłumaczył,

wycierając ręce w szmatę.

–  Myślałem,  że  to  gaźnik  –  przyznał,  na  co  mechanik  zareagował

dobrotliwym uśmiechem. – A ile to kosztuje?

–  Tak  już  po  rabacie  to...  jakieś  dwa  i  pół  tysiąca  z  robocizną.  Od  razu

background image

mówię, że nie polecam wstawiać jednej masy.

Adam  już  wiedział,  co  sprzeda  w  pierwszej  kolejności.  Strata

niebotyczna, ale nie ma innego wyjścia.

– A ten czujnik to finansowo jakaś grubsza sprawa?
–  Nie,  ale  muszę  go  zamówić.  Jutro  kupię,  to  w  środę  będzie.  Jeszcze

w  środę  gdzieś  o  tej  porze  będzie  pan  mógł  go  odebrać.  Będzie  jakieś
czterysta złotych. Koło też zamawiać?

– Jeszcze się pan wstrzyma. Dam znać w środę.
Ania  zaczęła  mu  ciążyć  albo  po  prostu  był  bliski  omdlenia.  Odstawił

dziewczynkę na ziemię.

– W takim razie go tu zostawiam. Płatne przed czy po?
– Może pan przy odbiorze. Daleko ma pan do domu?
– Nie, jeden przystanek autobusem.
Na przystanku nikt nie czekał. Oznaczało to, że do najbliższego autobusu

jeszcze  czas.  Postanowił,  że  wrócą  pieszo.  Wziął  znów  małą  na  ręce,  bo
wyglądała na zmarzniętą i zmęczoną. Sam był ledwo żywy z zimna i nowych
problemów.

Sytuacja finansowa zrobiła się dramatyczna. Nie miał pojęcia, skąd wziąć

na to koło dwumasowe. Bez jego wymiany nie będzie mógł ani jeździć, ani
sprzedać samochodu. Nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Dlaczego akurat
teraz?

Na horyzoncie pojawił się mały sklepik. Zaszli kupić Ani obiecane jajko,

a także truskawkową mambę i batonika.

Nawet polubił to dziecko. Szkoda, że nie ma kasy. Zabrałby dziewczyny

na jakąś wycieczkę, nakupował prezentów.

Przypomniało  mu  się,  że  nie  poinformował  Agnieszki,  kiedy  wrócą.

Sięgnął  po  telefon  do  kieszeni,  ale  go  nie  znalazł.  Pięknie!  Pewnie  zostawił
w  samochodzie.  Wypuścił  głośno  powietrze,  poprawił  sobie  Anię  na  rękach
i ruszył dalej.

Agnieszka  odchodziła  od  zmysłów,  gdy  Adam  wreszcie  się  pojawił  z  jej
dzieckiem.

Jeszcze  w  drzwiach  wyjaśnił  jej  pokrótce,  co  się  stało.  Córka  była

background image

przemarznięta.  Szybko  ją  przebrała  i  posadziła  przy  gorącym  obiedzie.  Ze
współlokatorem zrobiła to samo, wyłączając przebieranie.

–  Jak  chcesz,  możesz  jeździć  moim  samochodem  do  pracy,  ja  i  tak  do

końca  tygodnia  jestem  na  chorobowym.  No  chyba  że  nie  chcesz  takiego
grata.

– Daj spokój! Pewnie, chętnie skorzystam, choć sam chyba będę chory –

stwierdził i na dowód swych słów niezamierzenie kichnął ze cztery razy.

– Weź fervex na noc. Ani też coś dam, bo pewnie przemarzła.
– Chodź, wyprawimy cię do spania – zwróciła się do dziecka.
Jednak  Ania  i  Niutka,  które  składały  właśnie  zabawkę  z  kinder

niespodzianki na kanapie w salonie, nie bardzo były zainteresowane spaniem.

– Ten małpiszon denerwował mnie cały dzień – poskarżyła się Adamowi

na jego futrzaka.

– Wąsata kreaturo, czemu byłaś niegrzeczna?
Kotka tradycyjnie go olała.
– Leniwcze podły, mówię do ciebie!
Niutka wciąż widziała tylko nową zabawkę Ani.
Machnął ręką.
– Nie wiem, po co mi ten kuwetowy obsraniec. – Westchnął teatralnie.
– Dobrze, że chociaż dzieci lubi – stwierdziła Agnieszka na pocieszenie.

background image

Rozdział V

Agnieszka  zerwała  się,  gdy  usłyszała  dziwny  hałas  dochodzący  z  łazienki.
Coś szurało głośno po podłodze. Spojrzała na śpiącą Anię i po cichu opuściła
łóżko.  Na  korytarzu  spotkała  Adama  w  samych  spodniach  od  piżamy
zmierzającego do łazienki. Nie wyglądał jednak na zaniepokojonego, a raczej
złego.

– O, obudziła cię... – zmartwił się, widząc Agnieszkę w zielonej piżamie

w  kwiatki,  żółtych  wełnianych  skarpetach  i  z  roztrzepanymi  włosami.  –  Ta
mała łajza skorzystała z kuwetki i teraz namiętnie zakopuje. Może tak nawet
godzinę.  Zaraz  jej  strzelę  w  dupę.  –  Zniknął  w  łazience,  z  której  po  chwili,
potwornie miaucząc, wyleciała Niutka. Dała nura pod kanapę w salonie i tyle
ją  widzieli.  –  Wybacz,  muszę  ją  komuś  oddać  –  powiedział  przepraszająco,
ale Agnieszka nie była zła za pobudkę.

–  Nic  się  nie  stało.  Miałam  właśnie  wziąć  antybiotyk  –  odparła  i  poszła

do kuchni po szklankę wody.

– Mnie też daj – poprosił i usiadł przy stole.
Agnieszka  postawiła  dwie  szklanki  i  butelkę  niegazowanej  wody,  nie

bardzo wiedząc, o czym się rozmawia wyrwanym ze snu o 2 w nocy.

– Wiesz, mam poważne problemy finansowe – zwierzył się Adam.
–  Kto  ich  nie  ma?  –  Agnieszkę  speszyło  to  wyznanie  i  próbowała

zbagatelizować problem.

–  No  taak  –  Adam  przyznał  ze  smutkiem  i  pożałowała  swojego  tonu.

Postanowiła wykazać zainteresowanie.

– Masz jakiś plan?
– Napaść na bank! – Zaśmiał się gorzko.
–  No  cóż...  to...  ambitne.  Może  na  początek  coś  mniejszego?  –  rzekła

wesoło, żeby go jakoś pocieszyć.

Siedzieli chwilę w ciszy, popijając wodę.
–  Mam  dość  tego  życia  –  odezwał  się  Adam  podniesionym  głosem.  –

background image

Mam dojść tej głupiej pracy! Albo napadnę na bank, albo... nie wiem.

Agnieszce  przypomniał  się  film,  który  ostatnio  oglądali.  Pomyślała,  że

byliby  niezłą  parą  rabusiów.  Jednak  nie  mają  żadnego  doświadczenia
i  w  przeciwieństwie  do  bohaterów  amerykańskiej  komedii,  której  tytułu
zapomniała,  im  mogłoby  się  nie  udać.  Ale  jakby  zaczęli  od  czegoś  mniej
spektakularnego niż bank czy sklep jubilerski...

–  Mam  pomysł!  –  wypaliła  i  choć  w  myślach  zdążyła  się  już  za  niego

skarcić,  nie  było  odwrotu,  bo  Adam  spojrzał  na  nią  z  nadzieją  w  oczach.  –
Wiem, gdzie możemy się włamać!

– My?
– No chyba że mnie nie chcesz...
– Przestań! Mów! – Adam widocznie poweselał i tym bardziej nie mogła

się wycofać.

– Mój były szef, co nawet nie jest tajemnicą poliszynela, nie ufa bankom

i  trzyma  kasę  w  domu.  Wiem,  gdzie  mieszka,  i  znam  dom,  bo  co  roku
wydawał  w  nim  przyjęcia  z  okazji  swoich  urodzin.  Przychodzili  wszyscy
pracownicy.

– Urodzin? – zdziwił się Adam.
– Sam widzisz, że jest idealną ofiarą dla początkujących włamywaczy. –

Uśmiechnęła  się,  zadowolona  ze  swojego  pomysłu.  –  Mało  tego  –
kontynuowała  całkowicie  już  rozbudzona.  –  Na  początku  grudnia  zawsze
jeżdżą  z  żoną  na  bal  mikołajkowy  do  Sheratona.  Teraz  mikołajki  wypadają
w sobotę, więc jestem pewna, że bal będzie dokładnie szóstego – zakończyła
dumna z siebie.

–  Świetny  pomysł!  A  jesteś  pewna,  że  wtedy  na  pewno  nie  będzie  ich

w domu?

– Sprawdzę jeszcze tę imprezę w internecie, ale tak, jestem pewna.
–  A  nie  mają  alarmu?  –  Adam  wcale  nie  wymiękał,  wręcz  przeciwnie,

ale, jak to on, musiał się we wszystkim upewnić.

–  Nigdy  nie  miał.  Ma  za  to  dwa  dobermany.  Ale  z  psami  można  sobie

poradzić – stwierdziła ze znawstwem.

– Mikołajki są w tę sobotę?
– Tak.

background image

– To działamy, wspólniczko! – Sięgnął po wodę, by wznieść toast.
Agnieszka stuknęła się z nim szklanką.
–  To  co  jeszcze  spędza  ci  sen  z  powiek?  –  Uśmiechnęła  się  i  oboje

spojrzeli w stronę kanapy.

Niutka  wysunęła  przednie  łapy,  ale  bynajmniej  nie  planowała

opuszczenia kryjówki. Poczeka, aż zasną. Nie jest głupia.

Adam zwinął w kulkę papierek po cukierku i rzucił najdalej jak potrafił.
Kulka  wpadła  do  gabinetu.  W  sekundę  później  pojawiła  się  przy  niej

kotka.

– Ale ty jesteś durna, Niutka!

background image

Rozdział VI

W środę około 15:00 dostał telefon od mechanika z informacją, że samochód
jest już do odbioru. Wyszło 420 złotych. Mechanik pytał, czy zamawiać koło
dwumasowe.  Adam  powiedział,  że  może  zamówić,  ale  na  poniedziałek,  bo
teraz samochód jest mu potrzebny.

Plan  włamania  do  domu  eksszefa  Agnieszki  nie  tylko  pochłonął  go  bez

reszty, ale też przyprawił o bardziej optymistyczne podejście do życia. Udał
się do Oliwy, gdzie objechał całą rezydencję Orłowskiego i jego żony. Dom
miał  dwa  poziomy  i  wysoką  piwnicę,  przez  którą  Adam  zaplanował
wtargnięcie  do  środka.  Przed  domem  faktycznie  biegały  dwa  dobermany.
Znalazł  w  internecie  kilka  sposobów  na  nie  i  zakupił  już  odpowiednie
artefakty.

Z  sieci  dowiedział  się  wielu  innych  rzeczy,  między  innymi:  by  nie

zabierać  ze  sobą  telefonu  (policja  podobno  może  dojść  do  złodzieja  na
podstawie  drogi  logowania  jego  komórki),  założyć  nalewki  na  opony  (po
akcji  je  wyrzucić)  i  sformatować  dysk  po  uzyskaniu  tych  wszystkich
informacji  (nigdy  nie  wyszukiwać  z  własnego  komputera  fraz  typu  „jak
okraść dom”).

Pozostał problem, co zrobić z Anią. Agnieszka nigdy nie zostawiała córki

samej w domu, a nie miała też kogo poprosić o opiekę. Adam zaproponował
sąsiadkę  z  dołu,  ale  pomysł  nie  przemówił  do  jego  współlokatorki.  Ustalili,
że  jak  nie  wymyślą  niczego  konkretnego,  to  nie  położy  córki  na  drzemkę
w  ciągu  dnia,  a  do  tego  zapewnią  jej  cały  dzień  wrażeń  na  dworze,  żeby
zmęczona  bez  problemów  zasnęła  o  19  i  nie  budziła  się  aż  do  rana.  Na
wszelki  wypadek  poinformują  sąsiadkę  o  samotnie  śpiącym  dziecku
w  mieszkaniu  i  dadzą  jej  klucze,  by  interweniowała  w  razie  płaczu  czy
innego hałasu. Obliczyli, że nie będzie ich maksymalnie 3 godziny.

W  sobotni  wieczór  zaparkowali  samochód  na  poboczu  między  dwoma

background image

drzewami,  w  miejscu,  gdzie  nie  rzucał  się  w  oczy,  a  skąd  mieli  dobrą
widoczność na dom. W dwóch oknach paliły się światła, a więc gospodarze
jeszcze szykowali się do wyjścia.

Pogoda im sprzyjała. Było mroźnie, ale na szczęście nie zalegał śnieg, na

którym mogliby pozostawić ślady.

Adam  zauważył,  że  Agnieszka  drży.  Klimatyzacja  w  samochodzie  była

ustawiona  na  26  stopni,  więc  nie  mogło  być  jej  zimno.  Denerwowała  się.
Wiedział, że raczej nie martwi się o córkę, bo ta słodko zasnęła jeszcze przed
19,  a  w  dodatku  poprosili  sąsiadkę  o  czuwanie  i  reakcję  w  razie  hałasu  na
górze.  Wiedział,  że  może  liczyć  na  starszą  panią,  bo  na  pewno  nie
przepuściłaby okazji legalnego poszperania w jego mieszkaniu.

Włączył  radio  dla  rozluźnienia  atmosfery.  Tego  by  brakowało,  żeby  po

rozbudzeniu w nim tak wielkich nadziei wycofała się z całej akcji.

Liczył,  że  któraś  ze  stacji  będzie  grała  coś  optymistycznego,  najlepiej

z  przekazem  podprogowym  w  stylu  „idź,  okradnij  byłego  szefa”.  Niestety,
o 20:00 na wszystkich częstotliwościach emitowano wiadomości.

– W przyszłym roku mamy chyba wybory parlamentarne, co? – zagadał.
Agnieszka  tylko  na  niego  spojrzała,  więc  domyślił  się,  że  temat

parlamentarzystów nie pasjonuje jej specjalnie, zwłaszcza w mikołajki, które
spędza na grabieży czyjegoś domu.

– Chyba tym razem nie będę głosował – kontynuował niestrudzony.
Zgasły światła na piętrze i domownicy przenieśli się na parter.
Za  kilkanaście  minut  będą  mogli  zacząć  się  włamywać.  Już  nie  będzie

odwrotu.

–  Uważam,  że  posłowie  nie  powinni  być  wybierani  demokratycznie  –

odezwała  się  Agnieszka,  która  chyba  doszła  do  wniosku,  że  rozmowa
pozwoli oddalić nieuchronny moment.

– Tak, a dlaczego? – autentycznie się zaciekawił.
–  Po  pierwsze,  ludzie  w  Polsce  są  kompletnie  nieodpowiedzialni.  Ci,

którzy  mają  rozeznanie  w  polityce  i  są  w  stanie  wybrać  dobrze,  na  wybory
nie idą, bo uważają, że i tak niczego nie zmienią. W czym się zresztą mylą.
Po  drugie,  takie  wybory  są  drogie.  Po  trzecie,  nieekologiczne.  Plakaty
z facjatami kandydatów walają się miesiącami po każdych wyborach.

background image

– No to jak je inaczej przeprowadzić?
–  Normalnie  –  Agnieszka  zapaliła  się  do  tematu  i  chyba  zapomniała  na

chwilę,  gdzie  i  w  jakim  celu  się  znajduje.  –  Niech  chętni  zgłaszają  swoje
aplikacje.  Stosowna  komisja,  biorąc  po  uwagę  kwalifikacje,  nie
przynależność  polityczną,  wybierze  najlepszych:  ekonomistów,  prawników,
socjologów, politologów i tak dalej. Krajem powinni rządzić specjaliści, a nie
sportowcy czy gwiazdy telewizyjnych show.

– Szkoda, że nie jesteś prezydentem – powiedział z uznaniem.
– Prezydent o niczym nie decyduje – ucięła.
Orłowscy wyjeżdżali właśnie z posesji, więc zamilkli skupieni na nowej

sytuacji.

Kiedy honda eksszefa Agnieszki zniknęła za zakrętem, gdzie najpewniej

włączyła się do ruchu w stronę Sopotu, Adam spojrzał porozumiewawczo na
kobietę  i  wysiedli.  Z  bagażnika  wzięli  plecaki,  wcześniej  wyposażone
w  niezbędne  narzędzia.  Założyli  nowe  rękawiczki,  czarne,  podobnie  jak
reszta ich ubrań.

Posesja była ogrodzona. Bramę i furtkę zamknięto na patent i dodatkowo

na  klucz.  Po  ogrodzie  biegały  dwa  psy.  Adam  rzucił  zwierzakom
nafaszerowane  tabletkami  polędwiczki.  Dobermany  rzuciły  się  na  mięso.
Teraz  należało  odczekać  20  minut.  Zdecydowali  nie  wracać  do  samochodu.
Tym samym czas się im dłużył, gdy bezczynnie stali pod bramą Orłowskich.
O tej porze był mały ruch i tylko kilka razy musieli udawać, że przystanęli na
chwilę,  by  znaleźć  coś  w  plecaku.  W  końcu  psy  zrobiły  się  bardzo
towarzyskie i przyjacielskie. Radośnie biegały i zaczepiały się nawzajem.

Adam pierwszy wszedł na bramę i przeskoczył na drugą stronę. Pomógł

Agnieszce i po chwili znaleźli się przy małym piwnicznym oknie, należącym
do pomieszczenia wyglądającego na pralnię. Było też drugie okno, mniejsze.
Po  stosie  węgla  domyślili  się,  że  należy  do  kotłowni.  Wybrali  to  pierwsze.
Choć  przeanalizował  porady  forumowiczów-włamywaczy  na  temat
bezgłośnego  wyciągania  szyby  z  ościeżnic,  ostatecznie  sięgnął  po  kamień
i  wybił  szybę  tradycyjnym  sposobem.  Włożył  rękę  do  środka  i  przekręcił
klamkę.

Puścił  dziewczynę  przodem.  Zanim  sam  wszedł  do  środka,  ostatni  raz

background image

rozejrzał się po podwórku. Psy schowały się do altany, w której miały swoją
noclegownię. Przez jakąś godzinę nie powinny na nikogo szczekać.

Domy o wysokich piwnicach były praktyczne nie tylko dla włamywaczy.

Były szef Agnieszki zagospodarował piwniczne pomieszczenia na: spiżarnię,
pralnię, kotłownię, mały warsztat i garaż.

Nie włączali świateł. Używali tylko latarek, którymi torowali sobie drogę

po schodach na  górę. Znaleźli się  na parterze, a  konkretnie w przestronnym
przedpokoju. Ustawiono tu dużo ekstrawaganckich donic i wazonów, o które
mało się nie zabili. Idąc prosto przez korytarz, trafili do kuchni z wydzieloną
jadalnią.  Ta  pierwsza  była  bardzo  nowoczesna  –  miała  praktyczną  wyspę
i  najnowsze  sprzęty,  jadalnia  zaś  klasyczna  –  jej  centrum  stanowił  duży,
solidny drewniany stół i osiem krzeseł, zaś przy ścianie stał kredens z witryną
na fajansowe zastawy.

Agnieszka poczęstowała się w jadalni cukierkiem, schowała papierek do

kieszeni  i  wrócili  na  korytarz,  skąd  zajrzeli  kolejno  do  dwóch  pokoi
i  łazienki.  Obie  sypialnie  należały  niewątpliwie  do  nastolatków,  o  czym
świadczyły  chociażby  plakaty  zespołów,  których  Adam  nawet  nie  chciał
kojarzyć.  Po  wymianie  spojrzeń  udali  się  na  piętro.  Agnieszka  wyjaśniła
Adamowi, że dzieci wyjechały na studia i nie mieszkają już z rodzicami.

Przeszli  do  sypialni  gospodarzy.  Agnieszka  metodycznie  podnosiła

i  odstawiała  na  miejsce  wszystkie  przedmioty  w  poszukiwaniu  gotówki,  po
którą przyszli. W filmach i książkach bogaci ludzie mieli sejfy, ale zdaniem
Agnieszki  taki  przybytek  do  jej  szefa  nie  pasował.  Podejrzewała  raczej
powłokę od poduszki. Zajrzeli więc pod łóżko i do schowka na pościel. Ani
śladu kasy. Przejrzała zawartość szuflad w toaletce, ale nie znalazła nic poza
babskimi  szpargałkami,  w  tym  biżuterią,  którą  zignorowała.  Adam
obserwował  wspólniczkę  i  niespokojnie  zerkał  w  okno.  Póki  co  nikt  się  do
Orłowskich nie wybierał.

Znowu  wymienili  spojrzenia  i  udali  się  do  kolejnego  pokoju  na  piętrze.

Był  to  gabinet  szefa.  Adam  od  razu  pozazdrościł  mu  biurka,  a  raczej
dębowego  stołu,  wielkiego  niczym  kreślarski  blat.  W  gabinecie  królowały
regały,  na  których  w  nieładzie  piętrzyły  się  książki.  Adam  nie  mógł  się
powstrzymać  przed  zbadaniem  zawartości  tej  biblioteczki.  Pochwalił

background image

w  myślach  gospodarza  za  kolekcję  powieści  Dickensa  i  Irvinga.  Przeglądał
właśnie  Dostojewskiego,  gdy  jedna  z  książek  wydała  mu  się  dziwnie
nieprawdziwa. Nie ta faktura, nie ta waga... Oczywiście, to sejf! Otworzył ją
bez  problemu  i  ujrzał  dziesiątki,  a  może  nawet  setki  banknotów
dwustuzłotowych. 

Rozejrzał 

się 

poszukiwaniu 

Agnieszki, 

by

zakomunikować  jej  te  rewelacje,  ale  dziewczyny  nie  było  w  gabinecie.  Po
chwili  zauważył,  że  stoi  na  korytarzu  i  ma  zgaszoną  latarkę.  Schował
książkę-sejf  do  plecaka,  również  zgasił  latarkę  i  ruszył  w  jej  kierunku.
Podążył za wzrokiem wspólniczki i zobaczył to, co wprawiło ją w osłupienie.
W  przedpokoju  na  dole  zdejmował  właśnie  płaszcz  jej  szef.  Dało  się
zauważyć,  że,  po  pierwsze,  jest  sam,  a  po  drugie,  jest  wściekły.  Agnieszka
spojrzała pytająco na Adama.

background image

Rozdział VII

Stali,  wstrzymując  oddech  i  zastanawiając  się  intensywnie  nad  kolejnym
ruchem.  Kiedy  Orłowski  skierował  swe  kroki  do  kuchni,  Adam  postanowił
wycofać  się  do  gabinetu.  Pociągnął  za  sobą  Agnieszkę.  Gdy  przykucnęli  za
komodą, przerażona dziewczyna wyszeptała:

– Co teraz? Mamy liczyć na to, że pójdzie prosto do sypialni i będzie spał

jak kamień?

–  Ciekawe,  czy  widział  już  psy...  –  zastanawiał  się  tymczasem  Adam.  –

Ich  zachowanie  może  wzbudzić  w  nim  podejrzenia.  Jak  myślisz,  wezwał
policję?

Ogarnęła  ich  panika,  która  po  chwili  jeszcze  się  wzmogła,  bo  usłyszeli

kroki wspinającego się po schodach Orłowskiego. Zamarli.

Eksszef  Agnieszki  poszedł  do  sypialni,  gdzie,  sądząc  po  odgłosach,

położył  się  na  łóżku  i  włączył  telewizor.  Wymienili  spojrzenia.  Teraz  albo
nigdy!  Podnieśli  się  z  klęczek  i  pochyleni  zaczęli  kierować  się  w  stronę
schodów. Byli w przedpokoju, gdy usłyszeli, że Orłowski podnosi się z łóżka
i  zmierza  do  drzwi.  Przykucnęli  za  dużymi  wazonami  stojącymi  niczym
kolumny po przeciwnych stronach drzwi sypialni. Niespełna metr dzielił ich
od schodów na parter, skąd mogli wyjść normalnymi drzwiami.

Orłowski  wyszedł  z  sypialni  i  przystanął,  nasłuchując.  Był  zwrócony

tyłem  do  wazonu,  za  którym  chował  się  Adam,  a  przodem  do  wazonu
Agnieszki i siłą rzeczy dostrzegł ją jako pierwszą.

–  Co,  do  cho...  –  więcej  nie  zdążył  powiedzieć,  bo  Adam  uderzył  go

w  głowę  swoim  wazonem.  Mężczyzna  zachwiał  się  i  upadł  wprost  na  ręce
dziewczyny.  Ta  odepchnęła  go  od  siebie  prosto  na  schody.  Hałas,  jaki
towarzyszył  niemałemu  bezwładnemu  ciału,  turlającemu  się  ze  schodów,
zmobilizował  ich  do  szybkiej  ucieczki.  Kilkoma  susami  pokonali  schody
z  przeszkodą  w  postaci  nieruchomego  ciała  i  wybiegli  głównym  wyjściem.
Nie  zważali  na  psy,  które  wracały  do  formy  i  rzuciły  się  w  ich  stronę,

background image

ujadając  wściekle.  Jednym  susem  przeskoczyli  bramę  i  w  kilka  sekund
znaleźli  się  w  samochodzie.  Adam  drżącymi  palcami  przekręcił  kluczyk
w stacyjce i gwałtownie ruszył spod domu Orłowskich. Kierował się w stronę
obwodnicy,  bo  nie  miał  cierpliwości  do  zatrzymywania  się  na  każdych
światłach.

Przez  całą  drogę  nie  zamienili  ani  słowa.  Kiedy  weszli  do  mieszkania,

Agnieszka  poszła  prosto  do  Ani.  Upewniwszy  się,  że  córka  śpi,  ruszyła  do
łazienki i po 10 minutach znów zniknęła w sypialni. Tym razem nie wyszła
stamtąd do rana.

Adam  nie  mógł  zasnąć.  Bolała  go  głowa,  a  przed  oczami  miał  trupa

Orłowskiego.  Co  do  tego,  że  facet  zginął  na  miejscu,  nie  było  wątpliwości.
Rąbnął głową o marmur, aż trzasnęło w czaszce. Brr.

Zaczął analizować całą akcję pod kątem pozostawienia śladów po sobie.

Psy  na  pewno  wróciły  już  do  siebie.  Nikt  nie  będzie  badał  im  krwi,  to  nie
amerykański  film.  Okno.  To  już  poważniejsza  spawa,  choć  czyn  ten  może
zostać uznany za akt wandalizmu, zwłaszcza że teoretycznie z domu nic nie
zginęło.  Żona  Orłowskiego,  zdaniem  Agnieszki,  na  pewno  nie  wiedziała
o ukrytej w domu gotówce. Swoją drogą bardzo ciekawe, ile książek z całego
regału było tak naprawdę atrapami...

Wreszcie  zajrzał  do  plecaka,  skąd  wydobył  łup.  Otworzył  książkę-sejf

i wysypał banknoty na pościel. Ściśnięte nie prezentowały się tak imponująco
jak  teraz  –  w  postaci  góry  dwustuzłotówek.  Adam  przeliczył  dwukrotnie.
Ponad 70 tysięcy. Po 35 na „łebek”. Włożył je z powrotem do książki, którą
schował do plecaka. Postanowił zacząć dzień od mocnej kawy.

background image

Rozdział VIII

Agnieszka  wyłoniła  się  z  sypialni  parę  minut  po  6:00.  Była  blada  i  miała
mocno podkrążone oczy. Myślała, że Adam będzie jeszcze spał. Speszyła się
na jego widok.

– Usiądź, pogadamy – zaproponował. – Zrobić ci kawy?
–  Poproszę  –  odparła  cicho  i  siadła  na  krześle  z  umęczonym  wyrazem

twarzy.

Adam wyjątkowo zaparzył kawę w ekspresie, więc tylko wyjął filiżankę

i napełnił ją czarnym, gorącym płynem.

Podsunął  kawę  dziewczynie,  ale  nawet  nie  podziękowała.  Siedziała

nieruchomo ze wzrokiem wbitym w jeden niesprecyzowany punkt.

Nie bardzo wiedział, jak zacząć, ale jeśli teraz o tym nie porozmawiają, to

przy Ani wcale tego nie zrobią.

– Martwisz się, że wpadniemy?
Ocknęła się z zamyślenia, ale nic nie odpowiedziała.
–  Sama  mówiłaś,  że  Orłowska  nie  wie  o  oszczędnościach  męża,  bo  nie

interesuje  się  domowym  budżetem.  Nawet  nie  zauważy,  że  coś  z  domu
zginęło.  –  Ten  argument  wydał  mu  się  najlepszy,  a  ponadto  chciał  ją
zainteresować  łupem.  Nawet  nie  wiedziała,  że  znalazł  pieniądze  i  je  zabrał.
Mimo to nie podjęła wątku.

– Okno – rzuciła beznamiętnie.
– Co okno?
–  Okno  w  piwnicy.  Wybiłeś  je  kamieniem!  –  Wreszcie  wstąpiły  w  nią

nerwy,  a  więc  Adam  mógł  być  spokojniejszy.  Jego  współlokatorka  nie
popadła w żadną psychozę.

– Myślisz, że nie powiążą tego z jego... – Załkała na myśl o nieumyślnym

spowodowaniu śmierci człowieka, którego bądź co bądź długo znała.

–  To  był  nieszczęśliwy  wypadek.  –  Adam  nie  wiedział,  co  ma  jeszcze

powiedzieć. Dziewczyna rozpłakała się bowiem na dobre.

background image

– Popchnęłam go na schody – łkała.
– Bo go uderzyłem i na ciebie wpadł! To nie była twoja wina!
Agnieszka płakała cicho. Przez jakiś czas się nie odzywał. Przedsięwziął

wszelkie  środki  ostrożności.  Nawet  zmienił  nalewki  na  opony.  Policja
w życiu nie odkryje, co się tam wydarzyło. Zwłaszcza że teoretycznie nic nie
zginęło. Chyba że Orłowska jednak wiedziała o kasie w książce, ale to było
mało  prawdopodobne.  Kobieta  interesowała  się  tylko  wydawaniem
pieniędzy.

Podszedł do Agnieszki, ukucnął i wziął ją za ręce.
– Nie płacz, bo Ania zaraz wstanie. – Argument podziałał na dziewczynę.

Po chwili zamilkła.

–  To  był  drań.  Wyświadczaliśmy  światu  przysługę  –  mówił,  nie

wpuszczając  jej  dłoni  ze  swoich.  –  Przypomnij  sobie,  jaką  krzywdę  ci
wyrządził.  Nikt  nie  powiąże  jego  śmierci  z  nami.  Wszystko  wygląda  na
nieszczęśliwy  wypadek.  Oknem  się  nie  martw.  To  drobiazg,  który  nic  nie
wnosi do tej historii.

Puścił jej ręce, bo chciała otrzeć mokrą twarz.
–  Napij  się  kawy  –  poradził,  wracając  na  swoje  miejsce.  –  Wiesz,  ile

mamy kasy? – zapytał po chwili celowo radośniejszym tonem. Chciał, żeby
przestała się zadręczać Orłowskim.

Spojrzała na niego pytająco. Dochodziła do siebie.
–  Siedemdziesiąt  trzy  tysiące!  –  Podszedł  do  plecaka  po  książkę-sejf,

żeby  pokazać  gotówkę.  –  Proponuję  trzy  tysiące  zostawić  na  bieżące
i  przyszłe  rachunki  i  przyznać  sobie  po  trzydzieści  pięć  tysięcy  nagrody  –
powiedział  wesoło,  ale  szybko  zamknął  książkę,  bo  Ania  otworzyła  właśnie
drzwi od sypialni.

Agnieszka od razu weszła w rolę mamy i pani domu.
– Umyj buźkę, kochanie, zaraz będzie śniadanko.
Agnieszka  przygotowała  berlinki  zapiekane  z  serem  i  sosem

pomidorowym. Do tego kolorowe kanapki. Po śniadaniu wszyscy mieli dobre
humory, a zwłaszcza Ania, którą przypomniała sobie o obiecanych sankach.

– Mamo, jesteś już zdrowa? Pójdziemy na sanki?
W stronę Agnieszki pytające spojrzenie wbił również Adam.

background image

Na  sankach  ostatecznie  jechali  wszyscy.  Najpierw  Ania,  ciągnięta  przez

Agnieszkę i Adama, śmiała się jak szalona, bo co dwoje powożących, to nie
jeden.  Potem  Adam  przewiózł  Anię  z  Agnieszką,  a  na  koniec  dziewczyny
ciągnęły Adama, by ostatecznie doprowadzić do wywrócenia się sanek i jego
upadku  w  śnieg.  Kiedy  powrócili  do  pierwotnej  kombinacji,  postanowił
zagadnąć współlokatorkę.

– Co zrobisz ze swoimi pieniędzmi? – zapytał lekko, niby od niechcenia,

żeby nie wprowadzić dziewczyny w poprzedni nastrój.

–  Nie  wiem.  Na  bieżące  wydatki  trochę  za  dużo.  A  na  zainwestowanie

w coś konkretnego za mało.

Adamowi 

zaświtał 

pewien 

pomysł, 

ale 

postanowił 

poczekać

z podzieleniem się z nim.

– Może kupisz sobie nowy samochód? Sama mówisz, że ten twój to już

stary grat – zaproponował.

– Może tak zrobię, ale wydam na niego maksymalnie 15 tysięcy. Resztę

dołożę do wkładu własnego na konto kredytu.

– 20 tysięcy to za mało na wkład własny. Musiałabyś mieć przynajmniej

50.  Inaczej  będziesz  bulić  takie  raty  jak  ja.  –  Roześmiał  się,  żeby  nadać  tej
wypowiedzi niewinny ton.

–  Niekoniecznie,  bo  to  kredyt  z  dotacją  unijną.  Coś  jak  „Rodzina  na

swoim”,  tylko  dla  singli.  Zresztą  zaoszczędziłam  trochę  pieniędzy
z korepetycji.

–  Wiesz  co,  może  pojedziemy  do  jakiegoś  centrum  handlowego  po

prezenty na święta? Co ty na to?

– Ja robię tylko Ani, nie wyjeżdżamy nigdzie...
– No ja w sumie też nie... To sprawimy prezenty sobie! Należy nam się

odrobina szaleństwa!

–  No  nie  wiem  sama.  –  Przystanęła  i  popatrzyła  na  córkę.  –  Kupiłabym

Ani nową kurtkę i buty. I sobie...

– No widzisz! No to postanowione!

Pieniądze  szczęścia  nie  dają,  ale  bezsprzecznie  dają  je  zakupy.  Monroe
wiedziała, co dobre.

background image

Agnieszka  promieniała,  przymierzając  sukienki,  spódnice,  marynarki,

płaszcze,  szaliki  i  buty.  Adam  służył  radą  i  obsypywał  ją  komplementami
przy  każdym  wyjściu  z  przymierzalni.  Ostatecznie  zdecydowała  się
wymienić  połowę  swojej  garderoby.  Ani  kupiła  zaplanowaną  kurtkę  i  buty,
a  do  tego  różne  ciepłe  tuniczki,  spodnie,  dwie  sukienki,  czapki,  szaliki
i  najróżniejsze  dodatki  dla  małych  dziewczynek,  o  których  istnieniu  Adam
nie miał pojęcia.

Sobie  też  kupił  dużo  fajnych  ubrań,  w  tym  płaszcz,  buty,  trzy  swetry,

dwie koszule, sztruksy, jeansy i trochę bielizny.

Żeby  odetchnąć,  postanowili  coś  zjeść.  Na  prośbę  Ani  udali  się  do

McDonald’s. Adam preferował zdrowsze jedzenie, ale co tam, jak szaleć, to
szaleć. Wzięli po zestawie i zajadając bułki oraz frytki, ustalali plan na resztę
dnia: Empik, deser na starówce i bajka w Krewetce.

Agnieszka  wyglądała  uroczo  w  nowych  ciuchach,  które  postanowiła  od

razu  włożyć.  Stare  odniosła  do  samochodu.  Stwierdziła,  że  nie  może  już  na
nie  patrzeć.  Ania  już  po  wizycie  w  pierwszym  sklepie  wyszła  w  nowym
płaszczyku i dotąd nie dała go z siebie zdjąć.

Adam  także  się  przebrał,  co  bardzo  pozytywnie  wpłynęło  na  jego

samopoczucie. Przyjemnie jest dobrze wyglądać.

W  prawdziwy  szał  zakupów  wpadli  jednak  w  empiku.  Adam  uwielbiał

kupować książki, a że dawno nie mógł sobie pozwolić na nowe egzemplarze,
w jego koszyku znalazło się ponad 20 pozycji. Agnieszka pobiła jego rekord,
gdyż  poza  książkami  historycznymi  i  powieściami  z  gatunku  kryminału
wybrała też kilka zbiorów bajek i baśni dla Ani.

Obładowani  torbami,  ledwo  dotarli  do  samochodu  zaparkowanego  na

Targu Drzewnym, przy samej starówce.

–  Agnieszka?!  –  Oboje  w  tej  samej  chwili  odwrócili  się  od  bagażnika,

gdzie właśnie ustawiali zakupy.

Osłupiała  na  widok  dwóch  koleżanek  z  Cos-Medu,  podczas  gdy  te,  nie

tracąc  czasu,  zmierzyły  ją  od  góry  do  dołu,  by  następnie  to  samo  uczynić
z Anią, Adamem i jego samochodem, szczęśliwym fartem dzisiaj wymytym
i wywoskowanym, a więc prezentującym się nie gorzej niż cała trójka.

Koleżanki,  pofarbowane  na  czarno,  mocno  opalone  i  wymalowane

background image

trzydziestki,  zaczęły  obściskiwać  Agnieszkę,  nieustannie  zezując  na  całe  jej
otoczenie.

–  Wyglądasz  świetnie!  Nic  się  nie  zmieniłaś!  –  świergotały  fałszywie

jedna przez drugą.

Agnieszka wreszcie się ocknęła i dokonała prezentacji.
–  To  Wiola  i  Emilia,  moje  koleżanki  z  Cos-Medu,  a  to  Adam...  –

Wytapetowane  szczebiotki  rzuciły  się  podawać  rękę,  nie  przestając  się
uśmiechać.

–  To  dobrze,  że  ułożyłaś  sobie  życie  –  zapewniały  sugestywnie,  co

Agnieszka od razu postanowiła sprostować, ale Adam jej przerwał.

–  Pewnie  chcesz  porozmawiać  z  koleżankami.  Będziemy  z  Anią

u  Grycana,  kochanie.  –  Cmoknął  ją  w  policzek  i  z  Anią  za  rękę  odeszli
w stronę Długiej.

Nie zdążyła się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy doznała kolejnego szoku.
– Słyszałaś, że Orłowski nie żyje?! – wykrzyknęła Emilia, robiąc wielkie

oczy i przerażoną minę. Nie udało jej się ukryć podniecenia tą sytuacją.

–  Co?  Kiedy?  –  Agnieszka  udawała  zaskoczoną,  ale  czuła,  że  się

czerwieni i trzęsie ze zdenerwowania.

–  Wczoraj  wieczorem!  Spadł  ze  schodów  i  się  zabił!  –  wykrzykiwała

Emilia bez cienia żalu dla tragicznie zmarłego.

– Podobno pokłócił się z żoną – włączyła się Wiola, zniżając głos niemal

do  konspiracyjnego  szeptu.  –  Jechali  na  mikołajki,  wiesz,  jak  co  roku,  gdy
żona coś mu tam powiedziała nie tak, wysadził ją przed hotelem i wrócił do
domu. Kiedy po balu wróciła taksówką do domu, okazało się, że leży martwy
u dołu schodów. Możliwe, że dostał zawału z nerwów na nią.

– A więc to wypadek? – upewniła się, wciąż pełna najgorszych przeczuć.
– Niekoniecznie! – wtrąciła Emilia. – Podobno odkryli wybite okno!
– Ale nic z domu nie zginęło – przekonywała do swojej tezy Wiola.
– Bo pewnie złodzieje się przestraszyli na jego widok i uciekli!
– Na widok żywego czy martwego?
–  Może  właśnie  na  widok  złodziei  dostał  zawału.  Ci  się  przestraszyli

i uciekli!

– Nie wiadomo, czy w ogóle miał zawał. Może ktoś go zabił?

background image

– Kto?
– Może Alka. Chce jej dać dyscyplinarkę. Powiedziała, że go zabije!
– Głupia jesteś!
Dziunie, jak zawsze nazywała je Agnieszka, kłóciły się o wersje zdarzeń,

podczas gdy ona odchodziła od zmysłów. A jak się wyda? Czy widać po niej
winę?

–  Dobra,  nieważne!  –  podsumowała  Emilia.  –  Nie  przeszkadzamy  już.

Ale masz fajnego faceta. – Spojrzały jeszcze raz na samochód i odeszły.

Agnieszka miała nogi jak z waty i ledwo dotarła do lodziarni.
Adam  zamówił  już  wszystkim  desery  i  wesoło  gawędził  z  Anią,  gdy  ją

ujrzał. Była blada, rozglądała się nerwowo, więc wstał od stolika i podszedł
do niej.

–  Siadaj,  żono  –  zażartował.  –  Zamówiłem  ci  Kawowy  Poemat.  Mam

nadzieje, że się nie gniewasz za...

– Nie, nie – przerwała szybko i dała się poprowadzić do stolika.
– Mamo, mogę spróbować twojego? Na razie moje jest najlepsze.
– Pójdziesz po serwetki dla mamy?
Kiedy  dziecko  stało  pod  ladą,  czekając,  aż  ktoś  zwróci  na  nie  uwagę,

Agnieszka  opowiedziała  Adamowi  o  tym,  co  usłyszała  od  Dziuń.  Ten  nie
wydał się zmartwiony. Wręcz przeciwnie.

–  No  widzisz.  Myślą,  że  to  wypadek.  Zapewne  taką  też  wersję  przyjęła

policja – stwierdził bez niepokoju. – Może wolałaś Bakaliową Uwerturę?

– Adam, przestań, ja naprawdę się martwię!
–  Niepotrzebnie.  Za  parę  dni  nikt  nie  będzie  o  tym  mówił.  Żonie  został

dom  i  dobrze  prosperująca  firma,  więc  nie  będzie  dochodziła,  kto
wyświadczył jej przysługę. Nie martw się. – Uścisnął jej rękę.

Tymczasem  wróciła  Ania  z  raptem  jedną  serwetką,  a  przy  tym  miną

zdobywcy. Agnieszka odzyskała humor.

– Co się stało? – zapytał Adam, gdy nagle roześmiała się w głos.
Śmiała  się  jednak  jak  szalona  i  wiedział,  że  nią  ma  wyjścia,  jak

przeczekać ten atak.

Po jakichś dwóch minutach otarła wreszcie oczy z łez.
–  Przypomniały  mi  się  miny  Dziuń!  –  Była  w  świetnym  nastroju.  –

background image

Uśmiechały  się  fałszywie,  ale  dało  się  zauważyć,  że  były  wściekłe
z  zazdrości!  Chyba  myślały,  że  po  odejściu  z  Cos-Medu  skończyłam
w  przytułku  dla  samotnych  matek!  Miały  pecha,  że  natknęły  się  na  mnie
akurat dziś...

–  Zemściłaś  się  na  nich  –  odparł  Adam  równie  wesoło.  –  Masz  już  za

sobą zemstę na szefie, na Dziuniach, jeszcze został ci...

– Adam!
–  Przepraszam.  –  Fakt,  zagalopował  się,  ale  trzeba  przyznać,  że

Agnieszka nie wyglądała na autentycznie wkurzoną.

Mimo  to  resztę  czasu  w  lodziarni  spędzili  na  wymianie  opinii  na  temat

deserów  i  zaplanowali  lody  na  kolejne  wizyty  w  Grycanie.  Na  co  najmniej
rok.

Kot  w  butach  nie  rozbawił  Agnieszki  tak  jak  Shrek,  Epoka  lodowcowa  czy
Gdzie  jest  Nemo?,  ale  czas  w  kinie  minął  jej  bardzo  przyjemnie.  Na  sali
dominowali rodzice z dziećmi. Cieszyła się, że tym razem nie przyszła z Anią
sama.  Siedziała  w  środku,  mając  po  jednej  stronie  córkę,  a  po  drugiej
współlokatora, który mniej więcej w połowie seansu wziął ją za rękę i mocno
ścisnął. Agnieszka uśmiechnęła się na ten gest, a Adam nie puścił jej dłoni do
końca bajki.

Wracali  zmęczeni  wrażeniami,  ale  bardzo  szczęśliwi.  Ania  przysypiała

w samochodzie i po powrocie Agnieszka od razu położyła ją spać. Po kąpieli
sama planowała się położyć, ale Adam przygotował im drinki i usiedli w jego
gabinecie.

–  Przeglądałem  net.  Na  Trójmiasto.pl  piszą  o  Orłowskim,  ale

w  kontekście  nieszczęśliwego  wypadu,  więc  nie  ma  się  czego  obawiać  –
zapewnił.

Skinęła głową i spojrzała na regał z książkami.
–  Widzę,  że  już  postawiłeś  nowe  zdobycze.  Ciekawe,  kiedy  ja  będę

ustawiać swoje. – westchnęła i upiła łyk wódki ze sprite’em.

Adam nie chciał, żeby kiedykolwiek się od niego wyprowadziła, ale nie

mógł  jej  przecież  źle  życzyć.  Zdał  sobie  jednak  sprawę,  że  musi  ją  zdobyć,
i to zanim bank przyzna jej kredyt.

background image

Z drugiej strony bał się, że jak ją teraz pocałuje, to wszystko zepsuje i nie

będzie już miał u niej szans.

– Dużo masz jutro lekcji?
–  Idę  na  10,  kończę  o  17,  a  potem  dwie  godziny  korepetycji

z  angielskiego.  Nie  bardzo  mi  pasuje  tak  późno  odbierać  Anię,  ale  matka
ucznia bardzo nalegała na poniedziałkowe zajęcia i nie mogłam się wykręcić.

–  Jak  chcesz,  pojadę  do  przedszkola.  Rano  też  mogę  zawieźć  Anię.  Nie

będziesz musiała się zrywać, skoro ja wstaję do pracy.

Chociaż  na  ten  temat  nie  rozmawiali,  wiedzieli,  że  po  akcji

u  Orłowskiego  muszą  normalnie  pracować  w  tym  samym  zakresie  co
dotychczas.

– No nie wiem...
– Nie martw się. Tym razem o niej nie zapomnę – zapewnił.
Szczerze się ucieszyła.
– No dobrze. Przygotuję rano obiad, to już sobie zjecie, zanim wrócę.
– O nic się nie martw.
Rozmowa przestała się kleić. Zaczął szukać muzyki w komputerze.
– Masz ochotę na jakiś film?
– Nie, jestem zmęczona wrażeniami ostatniego dnia i nocy...
– Obejrzałbym coś europejskiego. Może wybierzemy się do Kameralnego

na coś ambitnego dla odmiany, co?

–  No  nie  ulega  wątpliwości,  że  amerykańskie  filmy  nas  psują.  –

Roześmiała się trochę sztucznie, bo wyraźnie speszyła ją propozycja bądź co
bądź randki tylko we dwoje.

Adam patrzył wyczekująco.
– Chętnie – odparła i szybko sięgnęła po drinka.
–  Zorientuję  się,  co  grają.  Wybierzemy  się  pod  koniec  tygodnia  –

podsumował, a Agnieszka wstała, ziewając.

– Idę spać. Dobranoc.
– Dobranoc. – Uśmiechnął się, choć było mu smutno się żegnać.
Agnieszka zniknęła w sypialni, a jemu nie chciało się spać. Wiedział, że

od  nadmiaru  wrażeń  szybko  nie  zaśnie.  Postanowił  się  nie  męczyć.  Myślał
o  tym,  jak  zaproponować  dziewczynie  kolejny  wypad  do  gabinetu  świętej

background image

pamięci  Orłowskiego.  Na  pewno  nie  będzie  chciała  ryzykować  i  nie
przekonają  jej  nawet  liczne  sejfy  książkowe,  które  mogłyby  rozwiązać
wszystkie ich problemy. Postanowił, że pomyśli o tym potem, a tymczasem
ponaparza  w  Battlefielda.  Nie  ma  to,  jak  zastrzelić  parę  osób  przed  snem.
Musi pokazać tę grę Agnieszce.

background image

Rozdział IX

W  pracy  nie  miał  nic  do  roboty.  Jak  zawsze.  Nie  zaparzył  sobie  jednak
melisy,  a  zabrał  się  za  przeszukiwanie  ofert.  Wysłał  kilka  aplikacji,  ale  bez
większego  przekonania.  Wbrew  wszelkiej  ostrożności  przejrzał  fora
włamywaczy.  Wciąż  myślał  nad  powrotem  do  domu  Orłowskiego.  Był
pewien,  że  nie  trafił  na  sejf  przypadkiem.  Książek  było  naprawdę  dużo,  nie
mógł mieć aż takiego szczęścia. Był przekonany, że atrap znajdowało się tam
znacznie więcej.

Sprawdził  repertuar  kin.  Wszyscy  pozytywnie  wypowiadali  się

o  nagrodzonym  licznymi  Oskarami  Artyście.  Postanowił,  że  wybiorą  się
właśnie  na  niego.  Jeden  z  seansów  był  na  20,  więc  Agnieszka  położy  Anię
i  bez  problemu  będą  mogli  spędzić  wieczór  sami.  Pójdą  do  kina,  potem  na
kolację i może spędzą razem noc. Wprost nie mógł doczekać się piątku.

We  wtorek  lekką  ręką  zapłacił  2,5  tysiąca  mechanikowi.  Obiecał,  że

pojawi  się  wiosną  na  wymianę  opon,  a  także  uzupełnienie  klimatyzacji.
Wracał  sprawnym  samochodem  w  świetnym  humorze.  Opłacił  zaległe
rachunki,  wpłacił  5  tysięcy  na  konto,  aby  było  na  dwie  raty  kredytu  do
przodu,  a  pozostałe  pieniądze  postanowił  jakoś  rozsądnie  spożytkować.  20
tysięcy to zbyt duża kwota na przebimbanie, ale zbyt mała na zainwestowanie
w coś konkretnego. Nie kupi za to ani mieszkania na wynajem studentom, ani
ziemi pod dom, ani nie otworzy własnego biznesu. Nie miałby nic przeciwko,
gdyby  ta  suma  powiększyła  się  o  zawartość  kolejnych  książek-sejfów
Orłowskiego. Szkoda, że Agnieszka nie będzie chciała nawet o tym słyszeć.

Zadzwonił telefon. Męski głos chciał wiedzieć, czy ogłoszenie jest nadal

aktualne,  a  także  ile  osób  przebywa  w  mieszkaniu  i  czy  na  pewno  jeden
pokój dla syna studenta by się nie znalazł. Adam poinformował, że nie może
sobie pozwolić na dodatkowych współlokatorów.

Od  zamieszczenia  ogłoszenia  nie  minęły  nawet  dwa  tygodnie,  a  w  jego

życiu  zdarzyło  się  tak  wiele.  Zyskał  nietuzinkowe  współlokatorki,  okradł

background image

dom  i  kto  wie,  co  go  jeszcze  czeka...  Swoją  drogą  wynajem  nieruchomości
w mieście studenckim to świetny biznes. Gdyby miał pieniądze Orłowskiego,
kupiłby  trzypokojowe  mieszkanie  do  remontu  i  emeryturę  miałby
zapewnianą. Musi przekonać Agnieszkę.

background image

Rozdział X

Tydzień  zleciał  jak  z  bicza  strzelił,  a  piątek  przywitał  ich  słońcem,  lekkim
mrozem i śniegiem.

Ania  od  rana  pokasływała,  a  wieczorem  miała  stan  podgorączkowy

i Agnieszkę dręczyły wyrzuty sumienia, że zostawia ją samą w mieszkaniu.
Wprawdzie dziecko zdążyło  zasnąć, zanim wyszli,  ale i tak  nie potrafiła się
wyluzować  w  drodze  na  randkę  z  Adamem.  Jeszcze  rano  była  bardzo
podekscytowana  na  myśl  o  wieczorze  tylko  we  dwoje,  a  teraz  zastanawiała
się,  czy  to  w  porządku  wobec  córki,  żeby  dzieliła  ich  wspólny  czas
z  mężczyzną.  Czy  wszystkie  samotne  matki  mają  taki  dylemat?  Szkoda,  że
nie ma z kim o tym pogadać. Z przyjaciółką, siostrą czy mamą. Wszystkie te
osoby  zniknęły  z  jej  życia  w  momencie,  gdy  zaszła  w  ciążę.  Akurat  wtedy
spodziewała się szczególnej aktywności z ich strony. Przyjaciółki okazały się
„przyjaciółkami”, gdy przestała bywać na firmować imprezach, a w końcu –
po  przyjściu  Ani  na  świat,  w  samej  firmie.  Matka,  zagorzała  katoliczka
o  wygórowanych  ambicjach  w  stosunku  do  swych  dwóch  córek,  dosłownie
obraziła  się  na  Agnieszkę,  gdy  ta  poinformowała  ją  o  ciąży  i  jednoczesnym
rozstaniu  z  Mariuszem.  Nie  taką  przyszłość  planowała  dla  swojego
wykształconego  w  dużym  mieście  dziecka.  Żeby  nie  robić  matce  jeszcze
większej  przykrości,  Agnieszka  zdecydowała  się  nie  przyjeżdżać  na
mazurską  wieś  ze  swym  „bękartem”,  jak  określiła  Anię  jej  siostra  Kaśka,
wówczas  świeżo  upieczona  mężatka,  mieszkająca  ze  swym  lubym  w  domu
mamusi.  Sytuację  nieco  inaczej  widział  ojciec.  Agnieszka  nie  pamiętała
jednak, by kiedykolwiek sprzeciwił się żonie.

– Adam, przepraszam cię, ale musimy wrócić do domu. Boję się o Anię.

Przepraszam.

–  Na  pewno?  –  Choć  wyglądał  na  rozczarowanego,  rozejrzał  się  za

możliwością zawrócenia.

– Sama nie wiem. Kaszlała od rana, boje się, że jeszcze jej się pogorszy.

background image

Myślisz, że przesadzam?

–  Nie  wiem,  nie  mam  doświadczenia...  –  Zjechał  w  zatoczkę  dla

autobusów,  zatrzymał  samochód,  ale  nie  wyłączył  silnika.  Włączył  za  to
awaryjne światła. – Jak masz się denerwować i źle bawić, to lepiej wróćmy
do domu – powiedział bez przekonania.

– Może masz rację – przyznała. – Nie gniewasz się?
–  No  coś  ty!  –  Wrzucił  bieg  i  już  miał  wrócić  na  trasę,  by  skorzystać

z najbliższego zjazdu, gdy Agnieszka złapała go za przedramię.

– Czekaj, to on! Boże, to on!
– Kto taki?
– Ten złodziej, co mnie okradł! To znak! Idę do niego!
–  Zaczekaj!  O  co  chodzi?  –  Adam  był  zszokowany  reakcją  Agnieszki.

Załapał ją za rękę, by nie wyszła z samochodu.

–  Tam  na  przystanku.  Ten  od  portfela.  Opowiadałam  ci.  To  on  mnie

okradł!

–  Jesteś  pewna?  –  zapytał  i  zaraz  pożałował,  bo  Agnieszka  spojrzała  na

niego z pretensją połączoną z wielką urazą. – Ale co chcesz zrobić?

–  Pomożesz  mi.  Nie  gaś  samochodu.  Chodź  ze  mną,  wciągniemy  go  tu

i potem pomyślimy. Musisz pomóc mi go obezwładnić.

– Żartujesz, prawda?
Kolejne spojrzenie.
Co w nią wstąpiło? Adam był autentycznie przerażony.
– Mam bić ludzi w środku miasta?
–  Jak  nie  chcesz  mi  pomóc,  to  czekaj  –  złapała  za  klamkę,  ale  Adam

zdążył zablokować drzwi.

– Poczekaj, pomogę ci, ale musisz mieć plan. Co chcesz z nim zrobić, czy

ma nas widzieć? Może lepiej nie pokazywać mu naszych twarzy?

–  Masz  rację.  Trzeba  go  czymś  uderzyć.  Najlepiej  od  tyłu.  Masz  coś

ciężkiego?

– Mam tylko narzędzia. Młotek na przykład. Ale w bagażniku...
– Dobra, to idź do bagażnika, wyjmij młotek, ja go podprowadzę. A teraz

wypuść mnie stąd!

Adam  posłusznie  odblokował  drzwi  i  też  opuścił  pozostawiony  na

background image

chodzie  samochód.  Kiedy  szukał  młotka  w  bagażniku,  Agnieszka  zdążyła
podejść do złodzieja i poprosić go o pomoc. Słyszał, jak mówiła: „Mąż sam
nie  da  rady  odkręcić.  A  ja  nie  jestem  w  stanie  mu  pomóc”.  Cały  czas
maksymalnie  zakrywała  twarz  kapturem,  żeby  nie  rozpoznał  jej  ze  zdjęć  na
dokumentach. Adam miał obawy, czy na pewno rozpoznała prawidłowo. Jest
przecież  ciemno  i  każdy  chodzi  opatulony.  Facet  był  wysoki  i  szczupły,  ale
miał  na  sobie  zimową  kurtkę  z  kapturem  i  Adam  nie  dałby  głowy,  że  to
złodziej z policyjnego wydruku...

Kiedy  mężczyzna  pochylił  się  nad  bagażnikiem,  Adam,  nie  zważając  na

ewentualnych  świadków,  uderzył  go  w  głowę.  Agnieszka  otworzyła  tylne
drzwi i razem pomogli pasażerowi zająć miejsce. Był nieprzytomny.

– Teraz jedź! – rozkazała, nie precyzując jednak dokąd.
Adam  jakiś  czas  jechał  prosto,  zanim  odważył  się  poprosić  o  dalsze

wskazówki.

– Nie mam pojęcia! Najlepiej do lasu. Gdzie jesteśmy?
Adam  ocenił,  że  znaleźli  się  na  wylotówce  na  Warszawę.  Ten  odcinek

„siódemki” był w remoncie. Wyznaczono objazd przez Bogatkę.

– Dojeżdżamy do Przejazdowa – poinformował.
–  Świetnie,  to  skręć  na  Wyspę  Sobieszewską.  Pojedziemy  nad  morze  –

powiedziała  zdecydowanie  i  tylko  lekkie  drżenie  głosu  zdradzało  brak
całkowitej kontroli nad sytuacją.

Po 15 minutach dojechali do Sobieszewa, gdzie skręcili w ulicę Plażową

i znaleźli się na parkingu, z którego było raptem kilka minut spacerkiem do
najszerszej  w  Polsce  plaży.  Wprawdzie  planował  wypad  z  Agnieszką  nad
morze, ale w jego fantazjach okoliczności przedstawiały się zgoła odmiennie.

– Zaparkuj jak najbliżej lasu – rozkazała, nie tracąc zimnej krwi.
Kiedy zatrzymał samochód, przeniosła się na tylne siedzenie i obmacała

kieszenie nieprzytomnego mężczyzny. Sprawdziła dokumenty.

– To on!
– Co chcesz mu zrobić?
–  To  samo,  co  on  mnie.  Zabiorę  mu  portfel.  A  że  ma  mało  istotne

dokumenty i na pewno nie straci tyle, co ja, musi zostać ukarany dodatkowo:
rozbierzemy go i zostawmy dokładnie w tym miejscu.

background image

Adam był przerażony. Ten cały wieczór to jakiś koszmar.
– Policja znajdzie nas po śladach – stwierdził sucho.
–  Śnieg  pada,  nie  znajdzie.  –  Rozbierała  już  złodzieja  z  kurtki,  butów

i spodni.

– Pomóż mi – poprosiła przy tej ostatniej czynności.
Adam potrzymał nieboraka za nogi, a Agnieszka zsunęła spodnie.
– Dobra, gacie mu daruję. Pomóż mi go wynieść w las.
Agnieszka  chwyciła  złodzieja  pod  ręce,  a  Adam  za  nogi  i  przeszli

kilkanaście metrów w las. Tam go porzucili.

Parę minut później wracali tą samą trasą już bez balastu.
Adam zajął miejsce za kierownicą, dziewczyna obok i ruszyli bez słowa.

Agnieszka  siedziała  z  młotkiem  w  ręku  i  milczała.  Kiedy  przejechali  most
i znaleźli się poza wyspą, przerwał cieszę:

–  Ludzie  z  wioski  mogli  nas  widzieć.  Chyba  mało  osób  jeździ  zimą

w kierunku plaży.

Agnieszka wiele razy jeździła tu zimą z Mariuszem, żeby uprawiać seks

w samochodzie, ale nie powiedziała o tym Adamowi.

– Nikt nas nie widział – stwierdziła tylko.
Resztę  drogi  pokonali  w  ciszy.  W  domu  Agnieszka  poszła  od  razu  do

Ani. Potem wykąpała się i położyła spać do córki.

Adam  nie  mógł  zasnąć.  Cały  czas  miał  w  głowie  głuchy  pogłos,  jaki

rozbrzmiał,  gdy  potraktował  obcego  człowieka  młotkiem.  Chwilami  niemal
współdzielił  ten  okrutny  ból  głowy  i  to  zapadanie  w  nieświadomość.  Nie
połamał mu czaszki, tego był raczej pewien. Ale na młotku pozostała krew.
Rano definitywnie się go pozbędzie.

Najbardziej z całego zdarzenia przerażało go zachowanie Agnieszki. Nie

wydawała  się  mściwa,  wręcz  przeciwnie,  wierzyła  przecież  w  karmę.
Wystarczyła  jednak  dobra  okazja,  by  wciągnęła  człowieka  do  samochodu
i  być  może  pozostawiła  na  pewną  śmierć  w  lesie,  gdzie  o  tej  porze  roku
diabeł  mówi  dobranoc.  W  dodatku  nie  mogła  być  przecież  pewna,  że  ten
właśnie  człowiek  ją  okradł.  Przecież  za  rękę  go  nie  złapała!  Ta  jej  nagła
pewność siebie też napawała go przerażeniem.

Zasypiając, myślał z niepokojem o dziewczynie, o mężczyźnie, który być

background image

może umiera w męczarniach i o zakrwawionym młotku w bagażniku swojego
samochodu.

background image

Rozdział XI

Agnieszka  obudziła  się  o  7.  Słońce  jeszcze  nie  wzeszło,  ale  śnieg,  który
grubą  białą  warstwą  pokrył  drogi,  samochody  i  budynki,  sprawiał  swym
blaskiem,  że  w  mieszkaniu  było  już  całkiem  jasno.  Ania,  całkowicie
obudzona, oglądała bajkę, której bohaterami były leśne skrzaty.

Las.  Śnieg.  Agnieszka  poczuła  mocniejsze  bicie  serce.  Co  ona  zrobiła?

Jeśli  ten  człowiek  się  nie  obudził,  to  najpewniej  zamarzł  w  lesie  na  śmierć.
Ogarnęła ją panika, której nie chciała okazywać przy dziecku. Do kuchni bała
się  pójść,  by  nie  naciąć  się  na  Adama.  Co  jej  odbiło?  Jak  można  się  tak
zachowywać? Naoglądała się filmów czy co?

Zamknęła oczy i leżała tak, dopóki nie usłyszała otwieranych, a następnie

zamykanych  na  klucz  drzwi  wejściowych.  Adam  wyszedł  z  mieszkania.
Pewnie  nie  chce  jej  widzieć.  Boże,  jeszcze  będzie  musiała  szukać  nowej
stancji! Teraz, kiedy odzyskiwała spokój i poznała porządnego faceta.

– Mamo, kiedy śniadanie? – niewinna buzia słodkiego dziecka w uroczej

piżamce tylko wzmogła poczucie winy. Poczuła uścisk w żołądku.

– Już mamusia robi. Mogą być naleśniki?
– Z nutellą?
– Tak.
– To mogą.
Agnieszka  skierowała  się  jednak  nie  do  kuchni,  a  do  łazienki,  gdzie

zwymiotowała.

Adam  spał  nad  wyraz  dobrze,  a  kiedy  się  obudził,  miał  do  wczorajszych
wydarzeń  zgoła  inne  podejście.  Bardzo  dobrze,  że  Agnieszka  dała  tej  łajzie
nauczkę.  Oduczy  się  kłaść  łapy  na  cudzych  rzeczach.  Bezczelnie  okradł
zdruzgotaną życiem dziewczynę i pokrzyżował jej plany posiadania własnego
domu.

Widok  za  oknem  polepszył  mu  już  i  tak  niezły  humor.  Osiedle  pokryte

background image

białą  kołderką  wyglądało  jak  z  bajki.  Postanowi  się  przejść,  a  przy  okazji
sprzątnąć  bagażnik.  Uśmiechnął  się  na  wspomnienie  Agnieszki  siedzącej
w  samochodzie  z  zakrwawionym  młotkiem  w  ręce.  Z  tą  dziewczyną  nie
sposób się nudzić.

Kiedy blada jak ściana Agnieszka smażyła naleśniki, Adam wrócił z udanego
spaceru  pustymi  jeszcze  osiedlowymi  uliczkami.  Zaszedł  przy  okazji  do
sklepu, gdzie kupił drożdżówkę ze śliwką do kawy.

Agnieszka  stała  przy  kuchence  i  unikała  jego  spojrzenia.  Skupiała  całą

uwagę na przewracaniu placków na patelni.

Uszczypnął ją żartobliwie w pasie, ale nawet nie zareagowała.
– Przygotuję kakao – stwierdził bynajmniej nie zniechęcony.
Na dźwięk Adamowej krzątaniny pojawiła się Niutka, a więc można było

pogadać niezobowiązująco i rozładować napiętą atmosferę.

– Co, leniwcze pospolity, głodna jesteś?
– Miaau.
–  I  co  się  o  mnie  ocierasz,  kocia  wywłoko?  Czekaj  przy  misce,  zaraz  ci

dam.

– Miaau.
–  Swoim  „miaau”  niczego  nie  przyspieszysz,  puchaczu  leśny.  Nie

sklonuję się.

Agnieszka wzdrygnęła się na słowo „leśny” i Adam postanowił pójść za

ciosem. Wiedział, co dręczy współlokatorkę, ale jak dotąd nie miał pomysłu
na zagajenie rozmowy.

–  Niezła  akcja  wczoraj  była.  Ładnie  się  złodziejowi  odpłaciłaś  –  rzucił

luzacko,  uśmiechając  się  szeroko  do  pleców  Agnieszki,  która  nie  odwróciła
się,  a  jedynie  przecząco  pokręciła  głową.  Z  zaciśniętymi  ustami  i  zimnym
wzrokiem  mechanicznie  przekładała  naleśniki  z  patelni  na  talerz.  –  Trzeba
przyznać, że zemsta jest słodka – kontynuował.

–  Uważasz,  że  zakatowanie  człowieka  na  śmierć  jest  zabawne?  –

zaatakowała  go  podniesionym  głosem,  ale  zaraz  przeszła  do  tak  zwanego
krzyku szeptem. – Mogłeś mnie powstrzymać!

– Oj tam, jestem pewien, że nic mu nie jest – też przeszedł na szept, ale

background image

jego  głos  nie  stracił  na  wesołości.  –  W  nocy  było  zero  stopni.  Co  najwyżej
nabawił  się  zapalenia  płuc.  Poza  tym  nie  tak  łatwo  cię  powstrzymać.  –
Uśmiechnął się.

– Chyba że w ogóle się nie obudził... – Agnieszce załamał się głos.
–  Przestań.  –  Przytulił  dziewczynę.  –  Jesteś  zmęczona,  poniosły  cię

nerwy.  Niedługo  święta,  to  sobie  odpoczniesz.  –  Zgasił  gaz  na  kuchence,
chwycił  dziewczynę  za  rękę  i  poprowadził  do  łazienki.  Zamknął  za  nimi
drzwi, żeby Ania nie zainteresowała się, czemu mama płacze.

Usiedli na brzegu wanny.
– Wszystko będzie dobrze – pocieszał, nie ruszając jej ręki. – Być może

twoja reakcja na tego złodzieja nie była popularna, ale z drugiej strony świat
stałby się lepszy, gdyby ludzie nie cackali się z patologią.

Nie płakała już, ale siedziała kompletnie zdruzgotana.
– Nie dziwię ci się – mówił dalej. – Ciężko pracujesz, sama wychowujesz

dziecko,  nie  możesz  na  nikogo  liczyć.  Ze  strony  innych  ludzi  spotkały  cię
tylko  przykrości.  Sam  wiele  razy  miałem  ochotę  pozabijać  wszystkich
naokoło, mimo że nie było mi nigdy tak ciężko jak tobie.

– Zabiłam już dwójkę ludzi – odezwała się, patrząc tępo w przestrzeń.
Złapał ją w ramiona.
– Nikogo nie zabiłaś! Słyszysz? Orłowski zginął przez przypadek! A ten

złodziej na pewno żyje i nic mu nie będzie!

Nie zareagowała, więc zmienił ton.
– Chodź na śniadanie, bo Ania będzie cię szukać.

Po  śniadaniu  Ania  zajęła  się  układanką,  więc  Agnieszka  zaparzyła  kawę
i nakroiła ciasta. Postanowiła zachowywać się normalnie, żeby nie wzbudzać
niepokoju  u  córki.  Kiedy  usiedli  w  salonie,  wzięła  kartkę  i  długopis.
Zamierzała zrobić listę zakupów na święta.

–  Masz  jakieś  specjalne  życzenia  co  do  menu?  –  zapytała  Adama,  który

wpatrywał się w nią badawczo.

– Jak dla mnie może być pizza. Wegetariańska, rzecz jasna.
–  Ha,  ha!  Co  powiesz  na  pierogi  z  kapustą  i  grzybami,  rybę  po  grecku,

karpia  z  pieczarkami  w  białym  winie,  grzybową,  barszcz  z  uszkami,  dorsza

background image

w sosie szafranowym i kompot z suszonych owoców?

– Myślisz, że zdołamy to wszytko zjeść przez święta?
–  To  menu  wigilijne.  Na  święta  planuję  bigos  myśliwski  z  czerwonym

winem i suszonymi śliwkami, gołąbki zapiekane w pomidorach, faszerowaną
paprykę,  kurczaka  na  piwie,  a  jak  zostanie  mi  mięsa  i  warzyw,  to  jeszcze
zrobię  szaszłyki  –  wyliczała  podekscytowana,  a  Adam  robił  coraz  większe
oczy. – Oczywiście upiekę makowiec, sernik i może jeszcze ciasto dyniowe,
bo Ania bardzo lubi. Może masz jakieś ulubione ciasto świąteczne?

– Nie, bardzo lubię te, które wymieniłaś.
Korciło  go,  żeby  zapytać,  czemu  nie  spędza  świąt  z  rodziną,  ale  bał  się,

że  Agnieszka  zechce  dowiedzieć  się  tego  samego.  Jego  rodzice,  prywatni
przedsiębiorcy, zbankrutowali na sieci małych sklepików spożywczych, gdy
na jego rodzime Kaszuby zawitały Biedronki i inne POLOmarkety. Sprzedali
za bezcen dom i wyjechali za pracą do Irlandii, zabierając ze sobą nastoletnią
wówczas  siostrę  Adama  –  Klaudię.  Tam  finansowo  odbili  się  od  dna,  ale
przyszło im zmierzyć się z innymi problemami. Ojciec znalazł sobie młodszą
kobietę  i  zostawił  dla  niej  matkę  po  prawie  30  latach  małżeństwa.  Siostra
miała  wówczas  21  lat  i  zaszła  właśnie  w  ciążę  z  nieodpowiedzialnym
Włochem.  Chłopak  zostawił  Klaudię,  gdyż  dziecko  nie  było  mu  na  rękę
zaledwie  po  paru  latach  spędzonych  na  Wyspach,  a  tym  samym  u  progu
kariery 

pośrednictwie 

nieruchomościami. 

Obie 

kobiety 

przed

popadnięciem w depresję uchronił tylko fakt, że były sobie nawzajem bardzo
potrzebne.  A  kiedy  na  świat  przyszedł  siostrzeniec  Adama  –  Colin  –
całkowicie  zapomniały  o  innych  samcach  tego  świata,  by  zająć  się
wychowywaniem  małego  Irlandczyka  o  polsko-włoskich  korzeniach
i sycylijskiej urodzie. Z ojcem nie miał żadnego kontaktu, a matka nie chciała
wracać  do  Polski.  Obie  z  siostrą  sporadycznie  dzwoniły  i  pisały  maile,  do
których załączały gigabajty zdjęć Colina w najróżniejszych sytuacjach. Adam
nigdy nie zorganizował się na tyle, by odwiedzić je w Dublinie.

Agnieszka  uzupełniała  swoją  listę  o  kolejne  substraty  do  przyrządzenia

świątecznych dań, więc zaproponował wybranie się na większe zakupy.

Ich  wózek  był  wyjątkowo  obładowany.  Adam  z  trudem  pchał  go  w  stronę

background image

kasy.  Dziewczyny  ciągle  coś  dokładały:  Agnieszka  bakalie,  suszone  owoce,
galaretki,  polewy  i  aromaty,  a  Ania  chipsy,  batoniki  i  gumy  do  żucia.  Przy
kasie  oboje  sięgnęli  po  portfele  i  zdecydowali,  że  zapłacą  na  pół.  W  końcu
razem prowadzili dom i wspólnie wyprawiali święta.

Kiedy  uporali  się  z  rozpakowaniem  zakupów,  Agnieszka  włączyła  Ani

telewizję,  by  samej  wziąć  się  za  obiad.  Adam  nie  chciał  przeszkadzać
w kuchni, więc zamknął się przed komputerem w swoim gabinecie.

Sprawdził  aktualne  oferty  pracy.  Znalazł  dwie  sensowne,  choć  obie  na

przedstawicieli handlowych. Aplikował online. Wszedł na stronę Trójmiasta.
Krew zmroził mu jeden z tytułów na głównej: Skazany na pewną śmierć. Kto
mu to zrobił?
 Drżącą ręką kliknął więcej.

„Skazany na pewną śmierć. Kto mu to zrobił?”
Rozebrany  do  naga  i  pozostawiony  w  lesie  na  śniegu  i  mrozie.

Uprowadzony  i  pozbawiony  przytomności  mężczyzna  może  mówić
o szczęściu. Choć jest w śpiączce, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Para,  która  po  imprezie  w  klubie  Paradise  na  Wyspie  Sobieszewskiej

wybrała  się  na  przejażdżkę  w  stronę  plaży,  przeżyła  prawdziwy  szok,
parkując samochód na skraju lasu.

–  Postanowiliśmy  pooddychać  świeżym  powietrzem  –  mówiła  policji

zszokowana  dziewczyna.  –  Nagle  zauważyliśmy  leżącego  na  śniegu
mężczyznę. Był nagi. Mój chłopak przeniósł go do samochodu i okrył, a ja od
razu zadzwoniłam na pogotowie.

Znalezionym w lesie mężczyzną okazał się 46-letni mieszkaniec Pszczółek,

który jest samotny i nikt nie zgłosił jego zaginięcia.

–  Ustaliliśmy,  że  mężczyzna  był  feralnego  dnia  w  pracy,  a  więc  został

uprowadzony  najwcześniej  kilka  minut  po  godzinie  17.  –  mówi  st.  asp.
Justyna  Bartoszek,  oficer  prasowy  Komendy  Wojewódzkiej  w  Gdańsku.  –
Będziemy  chcieli  przesłuchać  sąsiadów,  znajomych  z  pracy  i  ewentualną
rodzinę ofiary.

Nie wiadomo, jak mężczyzna znalazł się tak daleko od domu. Fakt, że był

rozebrany,  świadczy  najprawdopodobniej  o  porwaniu  i  porzuceniu.  To
jednak nie jedyna z możliwych wersji wydarzeń.

– Policja bierze pod uwagę różne scenariusze, których dla dobra śledztwa

background image

nie  może  ujawnić  –  dodaje  Bartoszek  i  jednocześnie  zwraca  się  za  naszym
pośrednictwem  do  osób,  które  przebywały  ostatnio  w  towarzystwie  ofiary
i mogą przyczynić się do odnalezienia sprawcy lub sprawców.

Wszelkie informacje można zgłaszać anonimowo, łącząc się z najbliższym

posterunkiem policji.

Jak  zdołaliśmy  ustalić,  mężczyzna  przebywa  w  szpitalu  wojewódzkim,

gdzie  został  wprowadzony  w  śpiączkę  farmakologiczną.  Jego  życiu  nie
zagraża niebezpieczeństwo.

Nie  wiedział,  czy  cieszyć  się  z  faktu,  że  mężczyzna  żyje.  A  jeśli  się

obudzi  i  opisze  prześladowców?  Jeśli  rozpoznał  Agnieszkę,  to  policja  zjawi
się u nich 5 minut później. Wpadł w popłoch. Co robić? Mówić jej o tym czy
liczyć na to, że sprawa przycichnie, a ofiara nic nie wie o osobach, które ją
napadły?

Postanowił  przeszukać  internet  pod  kątem  Orłowskiego.  Niczego  jednak

nie znalazł, nie skażą ich więc za podwójne zabójstwo, a jedynie usiłowanie
jednego. Bardzo pocieszające.

Agnieszka  zawołała  go  na  obiad,  zamknął  więc  komputer,  odetchnął

głęboko i przybrawszy sztuczny uśmiech, udał się do salonu.

Codziennie śledził serwisy informacyjne w internecie.

Mężczyzna  będący  w  śpiączce  farmakologicznej  został  z  niej  pomyślnie

wybudzony przez lekarzy – donosiło Trójmiasto.pl 17 grudnia.

Mężczyzna  przypomina  sobie,  że  napadła  go  kompletnie  obca  mu  para

w średnim wieku – przeczytał następnego dnia.

Ta informacja bynajmniej go nie uspokoiła. Facet może przecież kłamać.

Jeśli ukradł Agnieszce dokumenty i zabrał je do domu, a przemawiała za tym
próba  włamania  na  jej  konto,  to  wiedział,  jak  wygląda,  więc  mógł  ją
rozpoznać. 

Czyżby, 

nieusatysfakcjonowany 

wcześniejszym 

łupem,

postanowił  ją  teraz  szantażować?  A  może  policja  doradziła  mu  taką  grę,  by
nie spłoszyć podejrzanych?

Zdecydowanie  nie  ma  nerwów  do  popełniania  przestępstw.  Musi

zapomnieć o ponownym włamaniu do Orłowskiego. Ta sprawa ze złodziejem
portfela  powinna  być  dla  niego  przestrogą,  że  być  może  na  uczciwej  pracy

background image

nikt się nie dorobił, ale chociaż spokojnie śpi.

background image

Rozdział XII

W  wigilię  kuchenny  stół  przeniesiony  na  czas  świąt  do  salonu  dosłownie
uginał  się  pod  ciężarem  przysmaków,  które  przygotowała  Agnieszka.  Obok
zaplanowanych  ryb,  pierogów,  zupy  grzybowej  i  kompotu  ze  śliwek  Adam
zobaczył kilka sałatek, ciast i ciasteczek domowego wypieku.

Dzieląc  się  opłatkiem,  ucałowali  się  czule,  ale  oficjalnie  –  w  policzki.

Adam  postanowił  wówczas,  że  upije  dziewczynę,  by  przeszli  wreszcie  do
konkretów.

Tymczasem pod choinką czekało mnóstwo prezentów. Większość dla Ani

–  komputerowe  gry  edukacyjne,  układanki,  bajki  na  DVD  od  Agnieszki
i domek dla lalek od Adama. Prezenty dostała też Niutka – 6 puszek karmy
Bozita  od  Agnieszki  („Aż  93%  mięsa,  nie  4%,  jak  w  Whiskasie”  –
zaznaczyła) i drapak od Adama.

Pod  choinką  zostały  dwa  pakunki.  Adam  pierwszy  wręczył  prezent

Agnieszce. Chciał, żeby był koleżeński, tak jak obecny etap ich znajomości,
i nie wprawił dziewczyny w zakłopotanie. Była to książka Davisa, której sam
jeszcze nie posiadał w swojej kolekcji: Orzeł biały – czerwona gwiazda.  Nie
była tak opasła, jak inne tomy, bo liczyła zaledwie 360 stron, ale za to była
praktyczna – Agnieszka nie miała przecież zbyt wiele własnego miejsca.

Adam  również  dostał  książkę  –  kryminał  pod  znamienitym  tytułem

Dobrego  złodzieja  przewodnik  po  Amsterdamie  Chrisa  Ewana.  Nie  znał
autora,  ale  ucieszył  go  wybór  współlokatorki,  a  zwłaszcza  jej  dystans  do
ostatnich wydarzeń.

Po  kolacji  Ania  i  Niutka  zasiadły  pod  choinką,  by  dokładniej  obejrzeć

prezenty, a dorośli postanowili po raz setny obejrzeć Kevina samego w domu.
Są  filmy,  bez  których  święta  odbyć  się  nie  mogą.  Podczas  reklam,  które
trwały tyle, że można było zapomnieć, co się właściwie oglądało, Agnieszka
skakała  po  kanałach.  Większość  stacji  słusznie  postawiła  na  nieśmiertelne
polskie  komedie,  jak  Sami  swoi,  Kogel-mogel  czy  Seksmisja.  Agnieszka

background image

zatrzymała  się  jednak  na  lokalnej  Panoramie.  Adam  wstrzymał  oddech.
Pokazano  najpiękniejsza  szopkę  w  Gdańsku,  wigilię  bezdomnych  i  radość
rodziny  chłopca,  który  wygrał  z  nowotworem.  Agnieszka  zmieniła  kanał.
Adam odetchnął. Usłyszeli Edytę Geppert.

Szukaj mnie
Cierpliwie dzień po dniu.
Staraj się podążać moim śladem.
Szukaj mnie, bo sama nie wiem już,
Bo nie wiem, kiedy sama się odnajdę.
Zapowiedziano  drugą  część  perypetii  Kasi  Solskiej  oraz  Pawła  Zawady

i Agnieszka zapytała, czy obejrzą ją po Kevinie.

Adam  zgodził  się  nad  wyraz  chętnie.  Z  nerwów  postanowił  się  jednak

napić. Zaproponował wino.

Uzupełnił  Agnieszce  kieliszek  i  postawił  pustą  butelkę  pod  stołem.  Nie

chciało mu się wstać po kolejną. Czuł jednak, że się bez niej nie obejdzie. Ta
sprawa  ze  złodziejem  całkowicie  wyprowadziła  go  z  równowagi.  Robił,  co
mógł,  by  nie  dać  niczego  po  sobie  poznać.  Śmiał  się  z  filmu  i  zgadzał
z opiniami współlokatorki, że dobre polskie kino już nie wróci.

Ania, która znudzona zabawą przyłączyła się do oglądania, wydawała się

smutna. Agnieszka zapytała, co się stało.

– Mamusiu, a kto przyjdzie do mnie na Dzień Babci i Dzień Dziadka?
Pytanie wyraźnie ją speszyło. Nastała niezręczna cisza. Adam taktowanie

wstał wynieść butelkę do śmietnika, ale nie mógł nie słyszeć słów lokatorki.

– A mamusia nie może przyjść?
– Nie może! Wszystkie dzieci mają babcie! Czemu ja nie mam?! – mała

była zrozpaczona. Adam zawzięcie szukał wina po szafkach.

– Masz, kochanie, ale babcia i dziadek są daleko.
– A nie mogą przyjechać? Zadzwoń do nich! Powiedz, że będę śpiewała

im piosenkę.

Adama ścisnęło w gardle. Domyślał się, że Agnieszka też nie ma lekko.

Córka na pewno nieraz dopytywała o babcię, dziadka, tatę...

–  Dobrze,  zadzwonię  i  zaprosisz  dziadków  do  przedszkola.  A  teraz  to

chyba ładna bajka będzie. Włączyć ci drugi telewizor?

background image

– Nie. Daj mi kredki. Namaluję im obrazki.
Ania rozłożyła się z całym ekwipażem w ich pokoju. Agnieszka dała jej

blok,  kredki  i  mazaki.  Sama  poprosiła  o  dolewkę  wina.  Adam  bez  słowa
spełnił jej życzenie i wrócili do filmu, który już jednak ani nie śmieszył, ani
nie skłaniał do refleksji na temat polskiej kinematografii.

W  Boże  Narodzenie  Agnieszka  przygotowała  duże  śniadanie,  podczas
którego przystała na propozycję Adama, by pójść na spacer.

–  Kiedy  pomorskie  ma  ferie?  –  zagadnął,  gdy  dłuższy  czas  szli

nadmorskim deptakiem w ciszy. Nie było śniegu, więc nie mogli wziąć Ani
na  sanki.  Postanowili,  jak  większość  mieszkańców  Gdańska  i  ich
świątecznych gości, połazić po plaży.

Agnieszka od wczoraj była przygnębiona i nie mówiła zbyt wiele.
–  Praktycznie  zaraz  po  sylwestrze.  Po  świętach  idę  do  pracy  tylko  na

radę, a po sylwestrze dwa dni lekcji i mam dwa tygodnie wolnego.

– Macie jakieś plany na ferie?
– Nie wiem. Chciałabym gdzieś zabrać Anię, ale nie mam zbytnio dokąd

– przyznała, patrząc na córkę, która biegła przed nimi. – Kilkoro znajomych
z pracy jedzie z rodzinami w góry. Mogłabym się przyłączyć, ale jeszcze się
nie  zdecydowałam.  Koleżanki  mają  już  duże  dzieci  i  Ania  nie  bardzo  by
miała z kim się bawić. Sama nie wiem – westchnęła.

– A do dziadków Ani? – nie zdążył ugryźć się w język.
– Nie mam kontaktu z rodzicami – przyznała. – Nie rozmawiamy, odkąd

zaszłam w ciążę i rozstałam się z Mariuszem.

– Jak to?
–  Nie  winię  ich.  Szczycili  się  przed  sąsiadami,  że  ich  córka  robi  karierę

w dużym mieście, że wyjdzie za prawnika i tak dalej. A tymczasem zostałam
samotną  matką  bez  dobrej  posady,  zupełnie  jak  typowa  mieszkanka  naszej
wsi.

– No i co z tego?! – Adam nie mógł pojąć postępowania tych ludzi.
–  Moi  rodzice  mieli  w  stosunku  do  mnie  i  siostry  duże  plany.  Chyba

chcieli zrealizować za naszym pośrednictwem swoje ambicje. Nie bronię ich,
ale...

background image

–  Bronisz  ich,  i  to  całkiem  niepotrzebnie!  Przepraszam,  że  ci  to  mówię,

ale  pierwszy  raz  się  z  czymś  takim  spotkałem.  Rodzice  zostawili  cię,  kiedy
najbardziej ich potrzebowałaś. Wyrzekli się ciebie! Twojej córki też! Jak tak
można?!

Adam  był  wściekły,  ale  przystopował,  gdy  zobaczył  łzy  w  oczach

dziewczyny.

Zmienił temat.
– Byłaś kiedyś na nartach na Kaszubach?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
–  Może  pojedziemy  jutro  do  Przywidza?  To  bardzo  blisko.  Mają  tam

wyciąg narciarski, instruktorów jazdy. Co ty na to?

– Pewnie – powiedziała, siląc się na entuzjazm.
Do  końca  spaceru  rozmawiali  o  pierdołach.  Adam  nie  mógł  przestać

myśleć  o  rodzinie  Agnieszki.  Chciałby  spotkać  się  z  tymi  ludźmi  w  cztery
oczy i powiedzieć im, jaką mają dzielną córkę i wspaniałą wnuczkę.

Wieczór  spędzili  przed  komputerem.  Wreszcie  udało  mu  się  namówić
Agnieszkę,  by  poszukała  sobie  nowego  samochodu  za  pieniądze
Orłowskiego.  Dziewczyna  postanowiła  być  wierna  marce  volkswagen
i znalazła sprowadzonego z Niemiec, ale zarejestrowanego w Polsce golfa 4
kombi, którego sprzedawca mieszkał w Straszynie.

–  To  po  drodze  do  Przywidza.  Możemy  tam  zajechać  nawet  jutro,  jeśli

facet się zgodzi – zaproponował.

Napisali maila, bo nie wypadało dzwonić do kogoś w Boże Narodzenie.

O dziwo, dostali błyskawiczną odpowiedź, że mogą wpaść w każdej chwili,
bo właściciel akurat przyjechał na święta z zagranicy.

Zdecydowali się zobaczyć auto jutro w drodze na narty.

background image

Rozdział XIII

Agnieszka zaskoczyła Adama wiedzą o samochodach. Zadawała sprzedawcy
bardzo  rzeczowe,  profesjonalne  pytania.  Targowała  się  też  nie  najgorzej.
Facet  zgodził  się  opuścić  prawie  półtora  tysiąca  i  dorzucić  komplet  letnich
opon.  Umówili  się,  że  zaraz  po  świętach  podjadą  razem  do  mechanika
i dobiją targu.

–  Skąd  tak  się  znasz  na  samochodach?  –  zapytał,  gdy  jechali  już

charakterystycznymi  dla  Kaszub  krętymi  drogami  wśród  lasów  i  rzadkich
domostw.

– Przypominam ci, że jeżdżę starym samochodem, a nie mam męża, który

by za mnie coś przy nim zrobił – odpowiedziała wesoło. Odkąd wyjechali ze
Straszyna, była w świetnym humorze.

Dyskutowali  o  samochodach  i  zanim  się  obejrzała,  zaparkowali

w Przywidzu.

Dobrze  jeździła  na  nartach  i  lata  nie  szusowała  na  stoku,  jednak  ze

wglądu  na  Anię  poszły  na  oślą  łączkę,  by  potrenować  chodzenie  i  skręty.
Adam tymczasem stanął w kolejce do wyciągu.

Ani szło średnio. Agnieszka oceniła, że dali dziewczynce za długie kijki.

Sięgały  jej  prawie  brody.  Co  za  brak  profesjonalizmu!  Wnerwiona  stanęła
w  dzieckiem  w  kolejce  do  wypożyczalni.  Nie  było  wiadomo,  gdzie  jest
koniec, a gdzie początek. Ludzie posuwali się w stronę baraku jedną zwartą
masą.

–  Trzymaj  się  mnie  cały  czas  –  ostrzegła  córkę,  obserwując  motłoch

z  jednej  strony  i  rozbawionych  narciarzy  na  stoku  z  drugiej.  Nie  dostrzegła
Adama,  jednak  jej  uwagę  przykuł  wysoki,  dobrze  zbudowany  mężczyzna
w  niebieskiej  kurtce  narciarskiej  i  popielatych  spodniach.  Doskonale  znała
ten  zestaw,  bo  sama  go  wybierała  przed  wycieczką  do  Francji.  Kurtka
zapewniała  ponadprzeciętną  oddychalność.  Spodnie.  L.  Gore  &  Associates
zostały  wykonane  z  membrany  mikroporowatej  Gore-Tex.  Te  parametry

background image

zapamięta  do  końca  życia,  bo  debatowali  nad  nimi  w  sklepie  sportowym
chyba  ze  dwie  godziny.  W  końcu  się  pokłócili,  ale  Mariusz  i  tak  wziął  te
rzeczy, które ona uznała za najlepsze.

Serce zabiło jej mocniej i odruchowo ścisnęła rękę córki. Zjeżdżał z żoną.

Szczupłą,  długowłosą  blondynką,  ubraną  w  modny  czerwony  kombinezon,
kontrastujący  z  białymi  nartami  i  jasną  futrzaną  czapką.  Byli  opaleni
i  podejrzewała,  że  nie  na  skutek  korzystania  z  solarium.  Zapewne  wrócili
niedawno  z  ciepłych  krajów.  Mariusz  uwielbiał  Egipt,  podczas  gdy
Agnieszkę denerwował upał i niedający chwili spokoju sprzedawcy olejków
zapachowych  i  papirusów.  Poza  tym  od  bezczynnego  leżenia  nad  basenem
zdecydowanie wolała aktywny wypoczynek i zwiedzanie.

Wiedziała  od  wspólnych  znajomych,  że  ożenił  się  wkrótce  po  ich

rozstaniu. Wszyscy przedstawiali jego żonę jako brzydulę. Widać nie chcieli
jej dobijać.

Wybranką  Mariusza  okazała  się  córka  właściciela  kancelarii,  w  której

robił  staż.  Wpływowy  teść  uczynił  go  gwiazdą  palestry.  Obaj  brali
najbardziej kontrowersyjne sprawy nawet za darmo, byle zyskać rozgłos. Eks
Agnieszki wypowiadał się we wszystkich mediach: od prasy specjalistycznej
po  działy  porad  w  popołudniówkach.  Mariusz  od  zawsze  miał  parcie  na
karierę.  Założenie  rodziny  nie  leżało  w  kręgu  jego  zainteresowań.  Faktem
jest, iż nie wyniósł najlepszych wzorców z domu. Jego rodzice rozwiedli się,
gdy  był  nastolatkiem.  Podobno  po  dziś  dzień  drą  ze  sobą  koty  o  majątek.
Również apodyktyczna siostra Mariusza nie potrafiła ułożyć sobie życia. Co
najmniej dwa razy wychodziła za mąż. Nie miała dzieci.

Z Mariuszem nie widzieli się od lat. Teraz miała okazję przekonać się, że

nic się nie zmienił. Ten sam szelmowski uśmiech, te same kurwiki w oczach,
ta sama chłopięca buzia. Jak zawsze wesoły i beztroski.

Ania  pociągnęła  ją  w  tłum.  Kilka  osób  zdążyło  wykorzystać  nieuwagę

Agnieszki i znalazło się już prawie przy wejściu do wypożyczalni. Obejrzała
się ostatni raz na stok, ale Mariusza i jego żony już nie było. Na horyzoncie
pojawił się za to Adam, który serdecznie do nich pomachał.

Dzień narciarski zakończyli sytym obiadem w miejscowej pierogarni. Lokal

background image

słynął z ekstrawaganckiego menu.

Adam wybrał dla siebie pierogi z kaszą gryczaną i miętą w gęstej kwaśnej

śmietanie,  Agnieszka  zdecydowała  się  na  farsz  szpinakowy  w  sosie
jogurtowym na masełku. Tylko Ania postawiła na tradycję – pierogi z serem
na słodko.

W  drodze  powrotnej  zmęczona  wrażeniami  dziewczynka  zasnęła

w  samochodzie.  Adam  zadeklarował  się  zanieść  ją  do  domu.  Agnieszkę
ścisnęło  w  gardle  na  widok  mężczyzny  ze  słodko  śpiącym  dzieckiem  na
rękach.

Ania  nie  obudziła  się,  gdy  mama  rozbierała  ją  z  zimowych  ubrań

i  wkładała  piżamkę.  Agnieszka  usiadła  na  skraju  łóżka,  by  popatrzeć,  jak
mała  śpi.  Jej,  kariera,  chłopak,  rodzina  i  przyjaciele  –  wszystko,  co  straciła,
nie  miało  już  żadnego  znaczenia,  odkąd  jej  maleństwo  przyszło  na  świat.
Ania  była  grzecznym  dzieckiem.  Tak  jakby  wiedziała,  że  nie  może
denerwować mamy, której życie dało się już wystarczająco we znaki. Kiedy
się  przytulała,  mówiąc:  „Kocham  cię,  mamusiu”,  Agnieszka  nabierała  sił
w  najbardziej  kryzysowych  sytuacjach.  Tylko  z  myślą  o  dziecku  brała
zastępstwa  i  udzielała  korepetycji  rozpuszczonym  bachorom  bogatych
rodziców, by zarobić na utrzymanie i odłożyć na własny kąt.

Chciała, by jej córka miała wszystko, jednak nie była w stanie zapewnić

jej  najważniejszego:  pełnej  rodziny.  Na  wspomnienie  pytań  Ani  o  babcię
i  dziadka  łzy  stanęły  Agnieszce  w  oczach.  Pogłaskała  małą  po  policzku,
ucałowała w czółko i postanowiła, że sama zacznie szykować się do snu.

Wstała  niemal  wprost  w  ramiona  Adama.  Nie  wiedziała,  jak  długo  stał

w  drzwiach  i  ją  obserwował.  Teraz  przytulił  dziewczynę,  czule  pocałował
w  czoło,  tak  jak  ona  przed  momentem  dziecko,  potem  w  skronie  i  szyję.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by odszukał jej usta.

background image

Rozdział XIV

Kiedy  się  obudziła,  było  ciemno.  Przez  okna  wpadały  światła  osiedlowych
latarni. O tej porze roku równie dobrze mogła być druga w nocy, jak i siódma
rano.  Próbowała  coś  wyczytać  z  krajobrazu  za  oknem.  Z  ciemności  i  ciszy,
jaka  spowiła  przyprószone  śniegiem  osiedle.  Nie  usłyszała,  by  ktoś  odpalał
samochód  po  zimnej  nocy  ani  by  skrobał  szyby.  Najwidoczniej  zostało  jej
jeszcze trochę snu, zanim wstanie do pracy po świątecznej labie.

Spojrzała  na  rozrzucone  po  podłodze  części  swojej  garderoby.  Bała  się

popatrzeć  na  Adama.  Co  teraz  będzie?  Jak  to  potraktuje?  Może  uzna  za  nic
nieznaczącą przygodę? Kto by zechciał samotną matkę z dzieckiem? Jak ma
się  zachować  rano?  Zaczęła  panikować,  ale  kiedy  próbowała  wyswobodzić
się  z  objęć  Adama,  ten  przycisnął  ją  mocno  do  siebie  i  wszelkie  obawy
zniknęły.

Adam  był  szczęśliwy.  Od  dawna  tak  optymistycznie  nie  patrzył  na  świat.
Wyjątkowo  nie  zdenerwował  go  kolejny  ciemny  i  zimny  poranek  –  zanim
otworzył  garaż,  postał  chwilę  na  dworze,  wdychając  świeże,  mroźne
powietrze.  Ucieszył  go  widok  budzącego  się  do  życia  miasta:  gasnące
latarnie,  zapalające  się  światła  oknach,  odgłos  zapalanych  silników.
Wyjeżdżając,  ukłonił  się  sąsiadce  i  posłał  miły  uśmiech  jej  bliźniakom.
Dlaczego  nigdy  nie  rozmawiał  z  sąsiadami?  Oczywiście  poza  starszą  panią,
która  pewnie  nikomu  nie  dała  się  zignorować.  Bez  pretensji  ustawił  się
w  korku  odpowiadającym  długości  trasy  od  jego  domu  do  pracy  i  włączył
radio. Spiker zapowiedział Będę szedł Elektrycznych Gitar na dobry początek
dnia. No proszę, jak miło.

Podkręcił głośność i choć nie znał dobrze słów, przyłączył się do Kuby:
Będę szedł do ciebie przez puste ulice,
Będę szedł do ciebie w gęstym tłumie,
Po schodach, po schodach.

background image

Będę szedł do ciebie jeszcze raz od nowa,
Bo teraz już wiem, że tobie i mnie
To samo się śni...

Mówią,  że  nieszczęścia  chodzą  parami,  ale  szczęście  też  najwyraźniej  nie
lubi atakować w pojedynkę. Miała się o tym przekonać, kiedy po raz kolejny
przywołując  we  wspomnieniach  minioną  noc,  odebrała  telefon  z  banku.
Czekała  akurat  na  radę,  popijając  kawę  i  zajadając  ciastka  w  pokoju
nauczycielskim,  więc  mogła  spokojnie  rozmawiać.  Miły  męski  głos
poinformował ją, że dostała kredyt i może podejść dziś do banku, by dopełnić
formalności.  Wreszcie  i  do  niej  los  się  uśmiechnął!  Koniec  z  koczowaniem
po  stancjach!  Ania  będzie  miała  własny  pokój  z  mnóstwem  zabawek,  a  ona
swój gabinecik do pracy, salon z dużym stołem i kuchnię z wyspą.

Na radzie myślami była w we własnym mieszkaniu z Anią i... być może

z Adamem. Nie chciała lokalizować go w swoich planach, żeby nie zapeszyć,
ale nie mogła się powstrzymać.

W  banku  zeszło  jej  dłużej,  niż  myślała,  bo  zadawała  dużo  pytań

dotyczących tego, co musi opłacić u notariusza. Kwota za przepis mieszkania
(zdecydowała się na kilkuletnie, bo sama ze stanem deweloperskim by sobie
nie  poradziła)  i  podatek  trochę  ją  zaskoczyły.  Najwyżej  zadzwoni  do
sprzedawcy samochodu i powie, że jednak go nie bierze.

Wracając  z  pracy,  zastanawiał  się,  jak  to  będzie,  gdy  wróci  do  domu.
Agnieszka  przeważnie  wracała  wcześniej  niż  on  i  otwierała  mu  drzwi.  Czy
dziś  przywitają  się  inaczej?  Powinien  ją  pocałować  pierwszy  czy  raczej
czekać  na  reakcję  z  jej  strony?  Zamknął  samochód  w  garażu,  wystukał  kod
i ruszył po schodach na górę.

Po drodze spotkał sąsiadkę z dołu. A raczej ona spotkała jego.
– Dzień dobry, panie Adamie! – przywitała się entuzjastycznie i od razu

przystanęła,  co  oznaczało,  że  na  „dzień  dobry”  się  nie  skończy.  –  Jak  tam
zdrówko? – pytanie było dobrze przemyślane przez starszą panią.

–  Dobrze,  a  jak  pani  się  miewa?  –  Adam  nie  miał  wyboru,  jak  dać  się

złapać  w  pułapkę  bezproduktywnej  rozmowy.  Naprawdę  chciał  się

background image

integrować z sąsiadami?

–  Ach,  szkoda  gadać!  –  Westchnęła  teatralnie,  co  jednak  nie  oznaczało

wcale zakończenia, a wstęp do rozmowy.

Adam usłyszał o rwie kulszowej, o zbyt wysokim ciśnieniu, o cukrzycy,

miażdżycy  i  grzybicy.  To  ostatnie  tyczyło  się  synowej  sąsiadki,  która
nabawiła się nieprzyjemnej przypadłości na basenie.

–  Młode  kobiety  muszą  uważać  na  siebie  –  zauważyła  ze  znawstwem

starsza pani i bez cienia zażenowania zapytała o zdrowie jego „narzeczonej”.

Adam  poczuł  się  zakłopotany,  ale  niepotrzebnie,  bo  sąsiadka  nie

oczekiwała bynajmniej odpowiedzi.

–  Wygląda  na  zdrową  –  pochwaliła  i  gdyby  wyrwać  tę  uwagę

z kontekstu, można by pomyśleć, że mówi raczej o klaczy, a nie o kobiecie. –
Córka też dobrze się chowa widać. Ile ma lat? Pięć pewnie, bo zdaje się, że
do przedszkola jeszcze chodzi. Do tego naszego tutaj?

– Nie, tego koło podstawówki. Przepraszam panią, muszę lecieć.

Agnieszki  jeszcze  nie  było.  Zastał  jednak  zdenerwowaną  Niutkę.  Miaucząc
wściekle,  zaprowadziła  go  do  kuchni.  Nałożył  kotu  bozity  o  smaku  łosia
i pretensje znikły jak ręką odjął.

W sumie to dobrze, że jest sam. Ma czas pomyśleć o Agnieszce i w ogóle

o  przyszłości.  Dziś  postanowił,  że  nie  będzie  już  liczył  na  niewykazujące
entuzjazmu  jego  aplikacjami  trójmiejskie  firmy  i  sam  otworzy  jakiś  biznes.
Zawsze  się  przed  tym  wzbraniał.  Miał  rodziców  przedsiębiorców,  więc
wiedział, jak ciężki jest to kawałek chleba. Praca praktycznie piątek, świątek.
Żadnych urlopów, wyjazdów. Zawsze trzeba było pilnować swojego interesu.
W  dodatku  niebotyczny  ZUS  (niebezpiecznie  zbliżający  się  do  okrągłego
tysiąca), podatki, księgowa i inne opłaty. Miał nadzieję, że nigdy nie będzie
musiał zakładać własnego interesu, ale teraz nie widział innego wyjścia. Nie
może  tak  dłużej  wegetować,  tracić  czasu  na  bezsensowne  siedzenie
w  czterech  ścianach,  w  dodatku  za  marne  grosze.  Zanim  skonstruuje
biznesplan, by ubiegać się o dotację na rozpoczęcie działalności (kilkanaście
tysięcy  to  niedużo  w  biznesie,  ale  dobre  i  to),  musi  się  zastanowić,  jakie
usługi  mógłby  świadczyć.  Nie  miał  żadnego  specjalnego  fachu  w  rękach.

background image

Znał  programy  graficzne,  tajniki  marketingu,  w  tym  internetowego,  ale
agencji  reklamy  i  temu  podobnych  jest  teraz  wysyp.  Zna  się  na  rynku
nieruchomości,  ale  obecnie  ludzie  omijają  pośredników,  bo  zwyczajnie
szukają oszczędności w tych trudnych czasach, kiedy nawet paliwo staje się
dobrem luksusowym.

Usłyszał  piknięcie  domofonu,  oznajmiające,  że  ktoś  wybrał  kod  do

mieszkania.  Serce  zabiło  mu  mocniej.  Zawsze  się  stresował  na  początku
związku,  ale  teraz  to  już  wyjątkowo.  Potencjalną  niezręczną  sytuację
uratowało  niecodziennie  wejście  Agnieszki.  Wpadła  jak  burza,  cała
w skowronkach, oznajmiając, że dostała kredyt.

Śmiały  się  i  skakały  wraz  z  Anią  z  radości.  Ta  wiadomość  całkowicie

zbiła go z tropu. Dziewczyny się wyprowadzą i zostanie sam. Co będzie dalej
z  nimi?  Może  niepotrzebnie  traktował  wczorajszy  seks  tak  poważnie?  Być
może Agnieszka czuła się po prostu samotna.

Nie pozostało mu jednak nic innego jak gratulować i cieszyć się razem ze

współlokatorką.

Po  obiedzie,  kiedy  Ania  zajęła  się  zabawą,  zrobił  kawę  i  zaniósł  do

salonu.

– No to opowiadaj! – zaczął ze śmiechem. Wciąż nie wiedział, jak ma się

teraz zachowywać. Agnieszka była całkowicie zaabsorbowana kredytem i nie
zdradzała zdenerwowania niejednoznaczną sytuacją, jaka od wczoraj między
nimi nastała.

–  Ach,  chyba  nie  pojadę  jutro  po  samochód.  Może  mi  zabraknąć  na

opłaty – przyznała już z mniejszym entuzjazmem.

– A ile by ci zbrakło, jakbyś wzięła samochód?
–  Jakieś  5-6  tysięcy.  Wystawiłam  na  Allegro  swój  stary,  ale  więcej  niż

tysiąc  za  niego  nie  dostanę.  To  rocznik  94.  Chyba  jeszcze  trochę  nim
pojeżdżę.

–  A  jak  ci  padnie  w  najmniej  oczekiwanym  momencie?  Musisz  mieć

sprawny samochód. Pożyczę ci, kiedyś mi oddasz.

– Nie, nie ma mowy! Wystarczy mi jeden dług. W banku.
Adam  wiedział,  skąd  mogą  wziąć  pieniądze.  Bał  się  jednak  reakcji

Agnieszki na propozycję ponownego włamania do Orłowskiego. Zdaje się, że

background image

zdążyła zapomnieć o konsekwencjach ich pierwszej wizyty w tym domu.

Postanowił zaryzykować.
–  Wiesz,  że  w  domu  Orłowskiego  jest  jeszcze  mnóstwo  sejfów-książek,

o których Orłowska nie ma pojęcia... – bardziej stwierdził, niż zapytał.

–  Adam,  nie  możemy!  Mnie  jeszcze  pierwsze  włamanie  śni  się  po

nocach. Nie wiadomo, czy nas za to nie zamkną. Zostawiliśmy...

–  Wiem,  wiem  –  przerwał  jej.  –  To  była  luźna  propozycja.  Nie

rozmawiajmy o tym.

– Poza tym zachowalibyśmy się schematycznie: przestępcy wracający na

miejsce zbrodni.

–  Masz  rację.  To  przyjmij  moją  pożyczkę  i  jedźmy  po  golfa.  Drugi  raz

taka okazja ci się nie trafi.

– No nie wiem. Boję się szastania pieniędzmi.
– Nie martw się. Będzie dobrze. Nadszedł twój czas.
– Dobrze, jedźmy!

Wrócili  na  dwa  samochody.  Agnieszce  świetnie  się  prowadziło  nowy  wóz.
Bardzo  dobrze,  że  sprawiła  sobie  prezent.  Zaparkowała  przed  blokiem,  tuż
obok swojego starego modelu, który być może ktoś kiedyś kupi. Czekając, aż
Adam  zamknie  garaż,  patrzyły  z  Anią  na  nowy  samochód.  Bała  się  tego
wieczoru.  Nie  wiedziała,  jak  się  zachować:  położyć  się  spać  do  córki  czy
zostać ze współlokatorem.

Adam  podszedł  do  niech  i  przez  chwilę  razem  komplementowali  nowy

nabytek. Zaproponował, by pójść po szampana do sklepu i oblać nowy wóz.

Ania kolorowała książkę na podłodze w salonie, a Niutka pochylała się nad
dzieckiem jak pani profesor.

– Aby się dobrze sprawował! – Stuknął się z Agnieszką kieliszkiem. Nie

upili  dużo,  kiedy  w  mieszkaniu  rozległ  się  dźwięk  domofonu.  Spojrzeli  po
sobie, a następnie na zegar w kuchni. Dochodziła 19.

–  Pewnie  ulotki  –  stwierdził  i  wstał  do  zamontowanej  przy  drzwiach

słuchawki. Nie zdążył wrócić na miejsce, gdy rozległ się kolejny dzwonek –
tym razem do drzwi. Zajrzał przez judasza, a zdumienie odebrało mu mowę.

background image

Agnieszka  odwróciła  głowę,  gdy  usłyszała  damski,  pełen  entuzjazmu

głos.  Zdumiony  Adam  wpuścił  do  mieszkania  elegancką  kobietę,  ubraną
w  długi  płaszcz  w  modną  czarno-czerwoną  kratę  i  karmelowy  komin.
Kobieta  od  razu  rzuciła  się  ściskać  i  całować  jej  współlokatora,  który  dalej
stał jak wryty. Ania spojrzała na przybyłą z zaciekawieniem, a kotka prysnęła
pod łóżko.

– Co ty tu robisz? – zapytał wreszcie.
–  Przyjechałam  cię  odwiedzić!  –  Kobieta  zdejmowała  już  poszczególne

części  garderoby.  –  A  to  pewnie  twoje  dziewczyny!  –  Rzuciła  się  ściskać
najpierw zaciekawioną Anię, potem oszołomioną Agnieszkę, która wybąkała
tylko niewyraźne „dobry wieczór”.

– Mamo, kiedy przyjechałaś?
„Mamo?”  Agnieszce  spadł  kamień  serce.  Dziwne,  że  od  razu  o  tym  nie

pomyślała.  Przecież  podobieństwo  jest  wręcz  uderzające.  Ciemne  włosy,
brązowe oczy, śniada cera...

–  Przed  chwilą!  –  oznajmiła  kobieta,  nie  przestając  się  uśmiechać  do

wszystkich po kolei.

–  Mogłaś  zadzwonić,  wyjechałbym  na  lotnisko.  Te  walizki  są  strasznie

ciężkie. – Adam ustawiał torby pod ścianą.

– A co ja ci będę głowę zawracać! Taksówkę wzięłam.
–  Zrobię  pani  kolację.  –  Agnieszka  pogratulowała  sobie  w  myślach

zwyczaju gotowania na wyrost.

–  Jaka  pani!?  Mów  mi  Krysia!  –  rozkazała,  po  czym  rozsiadła  się  na

kanapie i kazała przynieść sobie jedną z walizek. – Tę w kropki, synuś. Mam
dla was prezenty.

– A skąd wiedziałaś o Agnieszce i Ani?
–  Od  twojej  sąsiadki!  Dzwoniła  parę  dni  temu,  że  masz  narzeczoną

z dzieckiem, to mówię: „Przyjadę, bo jeszcze się ożeni bez moje wiedzy!”. O,
herbatka, dziękuję ci, kochanie. Ty jesteś Agnieszka czy Ania?

– Agnieszka.
–  To  nie  tak,  mamo...  –  zaczął  Adam,  ale  ugryzł  się  w  język.  Nie  może

powiedzieć,  że  dziewczyny  są  tylko  współlokatorkami,  bo  sam  już  nie  jest
tego  pewien,  a  po  drugie  matka  nie  może  się  dowiedzieć,  że  miał  problemy

background image

finansowe. Zaraz by gderała, że nie zadzwonił.

–  No  chyba  nie  planujesz  życia  na  kocią  łapę?  Jak  ja  cię  wychowałam?

Kobieta  musi  mieć  poczucie  bezpieczeństwa.  Wiem  coś  o  tym,  odkąd  twój
ojciec...

– A co u was, jak wam się wiedzie?
– Twoja siostra poznała miłego chłopca. Mam nadzieję, że się z nią ożeni.

A  Colinek  chodzi  do  przedszkola.  Wydrukowałam  ci  parę  zdjęć.  Musicie
koniecznie przyjechać do Irlandii. Kiedy macie urlop?

– Nie mamy w ogóle.
–  Jak  to  nie  macie?  Czym  się  zajmujesz,  Agnieszko?  –  zwróciła  się

w stronę uwijającej się w kuchni dziewczyny.

– Jestem nauczycielką.
– O proszę, to masz dwa miesiące wolnego! A ty, synuś, też sobie załatw

i  przyjedziecie.  Nieładnie  nie  odwiedzać  ani  siostry,  ani  siostrzeńca.  A  tak
w ogóle to powinniście zamieszkać w Irlandii. Z waszym wykształceniem...

– Mamo! Wiesz, co myślę o pracy na wygnaniu. Daj mi spokój.
–  Jakim  wygnaniu,  co  ty  pleciesz?!  A  rób,  co  chcesz.  Chodź,  Aniu,

dziecko drogie, mam coś dla ciebie.

Ania  podeszła  posłusznie,  ale  zanim  usiadła  koło  gościa,  spojrzała

pytająco na mamę, by zyskać jej aprobatę.

– Chcesz przyjechać do babci do Irlandii? – zapytała, wręczając niewielki

pakunek.

– Ja nie mam babci – przyznała smutno dziewczynka.
– Jak to nie masz!? Ja jestem twoją babcią! Babcią Krysią. Zobacz, co ci

babcia przywiozła.

Ania rozpakowała prezent, którym okazał się różowy iPhone.
– Mamo, zobacz, co dostałam! – Ania wystartowała w kierunku kuchni. –

Telefon!

–  Podziękuj  babci.  –  Agnieszka  nie  wiedziała,  jak  zareagować  na  ten

drogi prezent.

–  U  nas  takie  gadżety  są  tanie  –  zapewniła  Krysia,  widząc  konsternację

dziewczyny. Dla niej także miała prezent.

Były  to  perfumy  Euphoria,  które  ją  mile  zaskoczyły,  bo  ten  zapach

background image

Calvina Kleina zawsze podobał jej się najbardziej.

– Dziękuję, uwielbiam je. Nie trzeba było...
–  Daj  spokój,  dziecko.  Masz,  synuś,  to  dla  ciebie.  Klaudia  ci  wybierała.

Ja tam się nie znam.

Adam  dostał  tablet  i  kiedy  Agnieszka  nakrywała  do  stołu,  wszyscy,

łącznie  z  kotem,  który  ostatecznie  zdecydował  się  uczestniczyć  w  tych
niecodziennych wydarzeniach, byli zajęci swoją elektroniką.

Podała  nadziewane  mięsem  mielonym  papryki  oraz  kilka  rodzajów

kotletów, jakie pozostały ze świąt. Teraz jedynie odgrzała je w mikrofalówce
lub przypiekła z serem w piekarniku.

Mama Adama była zachwycona.
–  Wspaniale  gotujesz,  Agnieszko.  Masz  piękną  córkę.  Cieszę  się,  że

Adam tak dobrze trafił.

Współlokatorzy  wymienili  spojrzenia  i  uśmiechy,  ale  nikt  nic  nie

sprostował.

– Babciu, a przyjedziesz do mnie do przedszkola? Będę mówiła wierszyk

i śpiewała piosenkę.

–  Aniu,  babcia  przyjechała  z  daleka...  –  Agnieszka  pospieszyła  ratować

sytuację.

– Oczywiście, że przyjdę! – ucieszyła się Krysia.
– Na długo zostajesz? – zapytał Adam, przerażony tak odległymi planami

matki.

–  Nie  martw  się,  u  was  będę  tylko  jedną  noc.  Jadę  do  Teresy.  To  moja

siostra, bezdzietna wdowa – wyjaśniła Agnieszce. – Chcę zostać u niej jakieś
2  –  3  tygodnie,  więc  spokojnie  wrócę  na  Dzień  Babci.  Córka  teraz  pracuje,
wnuczek chodzi do przedszkola, to nie mam co się spieszyć na Wyspy. A wy
nie planujecie drugiego dziecka?

– Mamo!
– No co?! Póki jestem jeszcze na chodzie, tobym pomogła.
– Masz jakieś wieści, co u taty? – zapytał, gdy skończyli jeść.
–  Nie  mam,  synuś.  –  Kobieta  wyraźnie  posmutniała.  –  Wiem  tylko,  że

ponownie się ożenił, ale jak mu się wiedzie, nie mam pojęcia. Mam nadzieję,
że jest zdrowy, bo początki miażdżycy miał...

background image

– Gdzie ci pościelić, Krysiu? – Agnieszka postanowiła ratować sytuację.

Pytanie było o tyle na miejscu, że już dawno zjedli i dochodziła 23. Ania nie
wstanie do przedszkola.

– A gdzie wy śpicie?
– W sypialni – wyjaśniła dziewczyna.
– W salonie – poinformował Adam.
Zaskoczonej Krysi szybko pospieszyli z zawiłym tłumaczeniem.

background image

Rozdział XV

Zaparkowała  pod  Złotą  Bramą  i  zanim  oddaliła  się  w  kierunku  kancelarii
notarialnej,  jeszcze  raz  spojrzała  na  nowy  lśniący  wóz.  Prezentował  się
naprawdę  świetnie.  Aż  nie  mogła  uwierzyć,  że  jest  jej.  Jak  załatwi  sprawy
u  notariusza,  to  podjedzie  do  wydziału  komunikacji  i  dopnie  formalności
z  golfem.  Umówi  się  też  na  przegląd  i  zadzwoni  do  ubezpieczalni.  Tym
razem  chyba  wykupi  AC.  Z  60-procentową  zniżką  nie  powinno  być  tak
bardzo drogie.

– Aga, stój! – Nie zdążyła się zdziwić, kto ją wola, gdy podbiegła do niej

Dziunia  nr  1,  czyli  Wiola.  –  Ile  ty  masz  tych  samochodów?  Ledwo  cię
poznałam!

–  Cześć,  co  słychać?  –  zapytała  ostrożnie,  zastanawiając  się,  czego

Dziunia może od niej chcieć.

– Słyszałaś o Orłowskim?
–  Nie.  –  Zbladła  ze  strachu.  No  pięknie,  szczęście  nie  mogło  jej  już

szybciej opuścić.

– Orłowska ma kochanka! Bardzo możliwe, że stary dostał zawału, kiedy

się  o  tym  dowiedział.  Mówią  też,  że  to  żona  z  kochankiem  ukartowali  jego
śmierć,  ale  wątpię.  Tak  czy  siak  Orłowski  jeszcze  nie  ostygł,  a  ta  już
w Egipcie się wyleguje z tym swoim gachem – wytrajkotała jak szalona.

–  Naprawdę?  Co  to  za  jeden?  –  wolała  skierować  rozmowę  na  nową

sensację.  Lepiej,  żeby  nie  wykazywała  zainteresowała  okolicznościami
śmierci swojego eksszefa.

–  Nie  wiem,  jakiś  młodszy.  Wiem  tylko,  że  w  święta  się  spakowali

i polecieli do Hurghady. Widziano ich na lotnisku.

Dziunia popaplała jeszcze chwilę i Agnieszka przeprosiła ją, by udać się

do  notariusza.  Zostawiła  u  niego  pełną  kwotę,  do  której  dołożył  się  Adam,
i  podpisała  potrzebne  pełnomocnictwa  do  załatwiania  za  nią  spraw
w urzędach. Jedno z głowy. Teraz jej „ukochany” wydział komunikacji.

background image

W  starostwie  tradycyjnie  była  gigantyczna  kolejka.  Wzięła  numerek

z  automatu  i  usiadła  obok  udręczonych  ludzi.  Ostatnio  jej  myśli  krążyły
wyłącznie wokół Adama. Teraz wspominała wczorajszy szalony wieczór. Jej
współlokator  zarządził,  że  pościeli  sobie  na  podłodze  w  gabinecie,  Krysia
przenocuje w salonie, a dziewczyny pozostaną w sypialni.

Taki porządek rzeczy uspokoił Agnieszkę, która wciąż była zakłopotana

z  powodu  tego,  co  się  między  nimi  wydarzyło.  Problem  rozwiązał  się  sam,
ale nie na długo, bo Krysia z samego rana ucałowała wszystkich serdecznie
i  wsiadła  do  taksówki.  Musiała  przyznać,  że  Adam  ma  sympatyczną  mamę.
Może  za  bardzo  bezpośrednią,  ale  za  to  szczerą  i  nieograniczoną
w  poglądach.  Pomyślała  o  swoich  rodzicach.  Tak  dawno  się  nie  widzieli,
a  w  ogóle  nie  tęskniła.  Może  jak  Ania  była  mała,  kiedy  czuła  się  samotna
i  bezradna.  Wtedy  brakowało  jej  kogokolwiek.  Choćby  do  pomocy  przy
maleństwie.

Czy  polubiliby  Adama?  Jeśli  tak,  to  na  pewno  nie  z  wzajemnością.  Nie

mógł  przeżyć,  że  rodzice  tak  po  prostu  zostawili  ją  w  potrzebie.  Był  jednak
inaczej  chowany  i  nie  rozumiał  ambitnych  ludzi,  żyjących  na  wsi,  wśród
prostaków bez perspektyw. Matka młodo zaszła w ciążę i zamiast studiować
polonistykę, jak marzyła, musiała zająć się dzieckiem i gospodarką, którą jej
mąż dostał po rodzicach. Ślubu i wesela też nie miała jak ze snów. Choć była
już  czwartym  miesiącu  ciąży,  ani  mdłości,  ani  migreny  jej  nie  opuściły.
Wymioty  chwyciły  ją  jeszcze  przed  samym  kościołem.  Goście  weselni
z dezaprobatą kiwali głowami. Kiedy szła od ołtarza pod rękę z poślubionym
właśnie  mężem,  oczy  zgromadzonych  były  zwrócone  na  jej  brzuch.  „Widać
czy nie widać?” Oto pytanie, jakie zadawały sobie złośliwie ciotki i kuzynki,
którym  szczęśliwie  udało  się  „wpaść”  dopiero  po  sakramentalnym  „tak”.
Nieważne, że ślubowały w wieku 16 lat.

Nie  chciała  takiego  losu  dla  córek.  Żyła  sukcesami  Agnieszki.  Jej

powodzeniem na studiach, kolejnymi awansami, chłopakiem uczącym się na
prawnika. Ciąża i rozstanie z Mariuszem najpewniej bardziej wstrząsnęły jej
życiem niż samej zainteresowanej.

Teraz  wszystko  zaczynało  się  układać.  Ale  czy  nowe  życie  Agnieszki

przypadłoby  matce  do  gustu?  Nawet  pomijając  popełnienie  przestępstw,

background image

chyba nie.

Kiedy Agnieszka oznajmiła mu, że włamują się do Orłowskiego, w pierwszej
chwili  potraktował  tę  deklarację  jako  żart.  Siedzieli  przy  winie  na  kanapie
w  salonie,  gdzie  Ania  mogła  wreszcie  testować  telefon,  bo  dostała  własny
numer.

Opowiedziała  mu  o  rozmowie  z  Dziunią  i  doszli  do  wniosku,  że  okazja

sama  do  nich  przychodzi.  Takiej  szansy  nie  mogą  zmarnować.  Pusty  dom,
pozostawiony praktycznie sam sobie. Właściciel nie żyje, a jego żona pieprzy
się w Afryce z jakimś młodziakiem. Pewnie i psy trafiły w dobre ręce. Lepiej
być nie mogło.

Agnieszka  wyciągnęła  kartkę  i  długopis,  by  nakreślić  plan  posesji.

Widząc  jej  determinację,  sam  zaczął  mieć  wątpliwości.  A  jeśli  dom
Orłowskiego  obserwuje  policja?  W  końcu  przyczyna  śmierci  biznesmena
wciąż  pozostaje  niewyjaśniona.  A  może  żona  tragicznie  zmarłego  odnalazła
pieniądze? To z kolei wyjaśniałoby jej ucieczkę z kochankiem.

Nie  powiedział  o  swoich  wątpliwościach  głośno,  żeby  nie  robić

przykrości  dziewczynie.  Postanowił  jednak  objechać  posesję  Orłowskich
i zorientować się w sytuacji.

Agnieszkę  obudziło  skrobanie  pod  drzwiami  sypialni.  Niutka  domagała  się
śniadania.  Wiedziała  już,  na  kogo  w  tym  domu  może  bardziej  liczyć.
Agnieszka  była  w  dżinsach  i  koszulce.  Zasnęła,  usypiając  Anię.  Miała
nadzieję,  że  Adam  nie  potratuje  tego  jako  jej  ucieczki  od  niego.  A  tak  to,
niestety,  mogło  wyglądać.  Dziś  przygotuje  romantyczną  kolację  i  przestaną
zachowywać  się  jak  nastolatki,  a  zaczną  jak  dorośli  ludzie.  Nie  miała
wątpliwości,  że  Adamowi  także  zależy,  więc  dzisiejszy  wieczór  spędzą
razem, jak przystało na zakochaną parę. Postanowione.

Adam  zamiast  do  pracy  udał  się  do  Oliwy.  I  tak  nikt  nie  zauważy  jego
nieobecności. W sylwester wiele osób wzięło wolne.

Rano  panował  tu  duży  ruch,  a  właśnie  na  zamieszaniu  mu  zależało.

Zaparkował  częściowo  na  chodniku,  a  jednocześnie  za  całym  sznurem  aut.

background image

Przeszedł  pieszo  jedną  przecznicę  i  znalazł  się  u  celu.  Brama  na  posesję
Orłowskich  była  zamknięta,  jednak  bez  problemu  wszedł  furtką.  Rozejrzał
się za psami. Nie było po nich śladu. Założył kaptur na głowę i zasłonił część
twarzy szalikiem.

Podszedł  do  piwnicznego  okna,  przez  które  ostatnio  wchodzili.

Właścicielka  wstawiła  kraty.  Ruszył  wyłożoną  polbrukiem  ścieżką  na  tyły
domu,  gdzie  Orłowscy  mieli  dwa  balkony:  jeden  na  pierwszym  piętrze
i  jeden  na  drugim.  Na  ten  pierwszy  wdrapałby  się  bez  problemu.  A  to  co?
Kamera?  Odruchowo  usunął  się  w  bok.  Wyjął  swojego  htc  i  zrobił  zdjęcie.
Poszedł  dalej.  Dotarł  do  drzwi  wejściowych,  nad  którymi  zamontowano
drugą  kamerę.  Jeszcze  bardziej  zakrył  twarz  i  zrobił  jej  zdjęcie  na  wprost.
Przez  okno  zajrzał  do  budynku  gospodarczego,  w  którym  ostatnio
urzędowały  psy.  Zauważył  narzędzia,  stare  meble,  ale  ani  śladu  zwierząt.
Oddała je do schroniska albo w inne dobre ręce. Za ogrodzeniem wolno, ale
nerwowo  przesuwał  się  sznur  samochodów.  Opuścił  posesję,  nie  zwracając
niczyjej uwagi.

W  pracy,  do  której  dotarł  na  10,  ściągnął  zdjęcia  z  telefonu  na  laptopa.

Odnalazł  model  kamery  w  internecie.  Tak  jak  myślał,  była  to  atrapa.  Swoją
drogą bardzo podobna do oryginału. Choć nie był znawcą, od razu wzbudziła
w  nim  podejrzenia.  Prawdziwą  kamerę  montuje  się  najczęściej  dyskretnie.
Fałszywki  mają  pełnić  funkcję  straszaka.  Pozostaje  kwestia,  jak  wejść  do
budynku, nie robiąc hałasu i nie alarmując sąsiadów lub przechodniów.

Już  teraz  wiedział,  że  najlepszą  porą  będą  godziny  szczytu.  Muszą  to

zrobić dziś, bo jutro Nowy Rok. Na ulicach będzie cisza i spokój.

Kiedy Adam zadzwonił i poprosił, by przyjechała do Oliwy, była zaskoczona
i  przerażona  jednocześnie.  Wolała,  by  skrupulatniej  zaplanowali  kolejny
włam  do  Orłowskich.  Zaczęła  mieć  wątpliwości,  czy  naprawdę  tak  bardzo
potrzebują tych pieniędzy. Pierwszy łup już im bardzo pomógł. Zastanawiała
się,  czy  warto  w  tej  sytuacji,  kiedy  wszystko  dobrze  się  układa,  tak
ryzykować. Adam zapewnił ją jednak, że wszystko pójdzie gładko, że nie ma
lepszej  okazji  niż  dziś  i  ta  akcja  raz  na  zawsze  zakończy  ich  niegodziwą
działalność.

background image

Zaparkowała  zgodnie  z  instrukcją  Adama  i  ruszyła  w  kierunku  domu
Orłowskich.  Na  chodniku  przed  bramą  czekał  na  nią  jej  współlokator...
z kwiatami. Po co mu te kwiaty?

– Wytłumaczę ci po drodze – zaczął, jak tylko podeszła. Otworzył przed

nią  furtkę  i  znaleźli  się  przed  domem  Orłowskich.  –  Okno,  przez  które
ostatnio  wchodziliśmy,  ma  już  nie  tylko  nową  szybę,  ale  też  kraty.  Zostało
nam okienko w kotłowni – tłumaczył. – Wyciąłem już szybę z ramy. Tylko ją
pchniesz i wchodzisz. Ja się przez takie małe okno nie przecisnę.

– Mam wejść sama?
–  Tak.  Wejdziesz  i  otworzysz  mi  drzwi  wejściowe.  Ja  będę  tymczasem

stał  z  kwiatami  i  udawał  gościa  Orłowskiej.  Na  kamery  nie  zwracaj  uwagi.
To atrapy.

Atrapy czy nie, Agnieszka opatuliła twarz szalikiem i założyła na głowę

kaptur  od  płaszcza.  Miała  na  nogach  kozaki  na  obcasie  i  trochę  jej  było
niewygodnie  wciskać  się  w  takim  eleganckim  stroju  przez  mikroskopijne
okno. Kiedy jednak Adam do niej zadzwonił, wychodziła z pracy i nie miała
okazji  się  przebrać.  Zeskoczyła  wprost  na  węgiel  i  pobrudziła  sobie
rękawiczki  i  spodnie  na  kolanach.  Ruszyła  znanymi  już  schodami  na  górę.
Mimo że dom był pusty, cały czas miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Czas
docierania  do  drzwi  dłużył  jej  się  niemiłosiernie.  Z  ulgą  wpuściła  Adama
i przekręciła za nimi zamek w drzwiach.

–  Świetna  robota  –  pochwalił  chłopak  i  wcisnął  kwiaty  do  najbliższego

wazonu.  Schodami,  na  których  ostatnio  wyzionął  ducha  Orłowski,  ruszyli
w górę.

–  Ile  spodziewasz  się  znaleźć  tych  książek-sejfów?  –  zapytała,  gdy  byli

już w gabinecie jej eksszefa.

– Nie wiem. Może kilkanaście, a może kilkadziesiąt. – Adam wyjmował

kolejne książki. Otwierał i odkładał na półkę.

– Mam brudne rękawiczki. Nie pomogę ci.
– Nie ma sprawy, stań za firanką i patrz w okno.
Sam  zabrał  się  za  wyjmowanie  i  chowanie  kolejnych  książek.  Na

pierwszej z półek nie było żadnej atrapy.

– Adam!

background image

– Co?
– Orłowska!
–  Gdzie?  –  Ostrożnie  wyjrzał  przez  okno.  Przed  bramą  zatrzymała  się

taksówka,  z  której  wysiadła  elegancka  kobieta  i  młody,  może
dwudziestopięcioletni chłopak. Oboje opaleni i w dobrych humorach. Wbrew
pozorom  kobieta  w  znacznie  lepszym.  Orłowska  zapłaciła  za  taksówkę,
a chłopak wziął obie walizki. Szli w stronę domu.

– O Boże, co my teraz zrobimy? – wyszeptała przerażona dziewczyna.
– Co zrobiłaś z szybą?
– Położyłam ją na zewnątrz, na ziemi. Chciałam wstawić, jak wyjdziemy

– wyrzucała z siebie nerwowo.

– Spokojnie. Nie pójdą tam. Może w ogóle nas nie zauważą.
– Nie chcę ich zabijać – mówiła płaczliwym głosem.
– Ciii...
Para  weszła  do  domu.  Dało  się  słyszeć  entuzjastyczną  rozmowę.

Adamowi przypomniały się kwiaty. Oby nie byli zbyt spostrzegawczy.

Kiedy  skierowali  się  na  schody,  Agnieszka  z  Adamem,  ściśnięci  pod

biurkiem, wstrzymali oddech.

Orłowska  szła  pierwsza,  co  można  było  poznać  po  stukocie  obcasów,

których  widać  nie  miała  zwyczaju  zdejmować  nawet  w  domu.  Jej  chłoptaś
wciąż dźwigał walizki.

Kobieta  paplała,  dopóki  za  nią  i  kochankiem  nie  zamknęły  się  drzwi

sypialni.

Agnieszka się poruszyła, ale Adam ją powstrzymał.
–  Może  będą  szli  do  łazienki,  a  zauważyłem,  że  wchodzi  się  do  niej

z korytarza – wyszeptał.

–  Zobacz,  która  godzina.  Zaraz  muszę  odebrać  Anię  –  odpowiedziała

nerwowym szeptem.

–  Odbierzesz  na  czas.  Wyjdziemy,  jak  się  w  tej  sypialni  bardziej

zadomowią.

Adam  nie  chciał  wychodzić  bez  książek.  Już  wiedział,  które  zawierają

kasę.  Był  głupi,  że  wcześniej  o  tym  nie  pomyślał.  To  oczywiste,  że  muszą
wyglądać  jak  ta  pierwsza  książka-sejf,  przecież  najpewniej  były  kupowane

background image

w  zestawie.  Mogą  się  różnić  jedynie  kolorem  okładki.  Ogarnął  wzrokiem
półki. Naliczył ich 11, a więc w sumie Orłowski miał ich 12. Tuzin. Nawet
pasuje.

Ponownie usłyszał Orłowską. Opuszczała sypialnię, śmiejąc się piskliwie.

Zniknęła w łazience. Chwilę później usłyszeli szum wody. Spojrzeli po sobie
porozumiewawczo,  ale  żadne  z  nich  nie  było  w  stanie  określić,  czy  jej
chłopak też jest w łazience.

Adam  postanowił  zaryzykować  wstanie  spod  biurka,  jednak  Agnieszka

przytrzymała  go  za  rękę.  W  tej  samej  chwili  usłyszeli  kroki  na  korytarzu.
Wstrzymali  oddech.  Adam  przesunął  się  spod  biurka  w  stronę  kominka.
Chwycił pogrzebacz. Agnieszka spojrzała na niego z wyrzutem. Nie chciała
kolejnej ofiary.

Chłopak  czaił  się  pod  łazienką  Orłowskiej,  nie  wiedząc  zapewne,  czy

wdowa liczy na to, że do niej dołączy, czy może zdzieli go w twarz. Jeśli się
nie zdecyduje, odbierze im najlepszą okazję ucieczki.

Adam  nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać  napięcia.  Wstał  i  trzymając

pogrzebacz  w  ręce,  cicho  podszedł  do  regału.  Zsunął  plecak  z  ramion,
delikatnie  go  otworzył  i  zaczął  wypełniać  kolejnymi  tomami.  Agnieszka
także  zdecydowała  się  na  opuszczenie  kryjówki.  Nie  mogła  siedzieć
bezczynnie. Postanowiła stanąć na czatach. Oczami wyobraźni widziała, jak
chłopak  Orłowskiej  postanawia  zajrzeć  do  gabinetu,  a  Adam  ogłusza  go
pogrzebaczem. Jeśli tak się stanie, tym razem nie ujdzie im to płazem.

Podskoczyła przerażona.
–  Spokojnie  –  szepnął  Adam,  który  znienacka  położył  jej  rękę  na

ramieniu. – Mam wszystko. Zaraz wychodzimy.

–  On  tu  łazi!  –  odszepnęła  mu  z  wyrzutem.  Stali  teraz  w  kącie  przy

drzwiach,  by  osoba,  która  wejdzie,  nie  mogła  ich  w  pierwszej  chwili
zauważyć. Adam ściskał pogrzebacz.

Ponownie usłyszeli Orłowską. Wyszła z łazienki. Roześmiała się, widząc

niezdecydowanego chłopaka pod drzwiami.

– A kto jest taki wstydliwy? – żartowała z kochanka. – Mój misio pysio?

Mój kotek łaskotek?

Kochanek tylko pomrukiwał zażenowany.

background image

Agnieszka z Adamem z trudem powstrzymali śmiech.
Para udała się do sypialni, jednak nie zamknęła za sobą drzwi. Stali więc

nieruchomo, nasłuchując, co się tam dzieje.

Orłowska  nieprzerwanie  poniżała  chłopaka  żartobliwymi  określeniami,

które bardziej pasowały do kociaka niż rosłego mężczyzny. Jego odpowiedzi,
jeśli jakakolwiek była, nie byli w stanie usłyszeć.

Chwilę  później  oboje  niemal  podskoczyli  z  przerażenia.  Po  całym  dom

rozniósł się potworny krzyk Orłowskiej, który dosłownie po kilku sekundach
całkowicie  ucichł.  I  to  przeraziło  ich  najbardziej.  Stali  jak  wryci.  Nie  byli
w  stanie  się  poruszyć.  Agnieszka  tak  zbladła,  że  Adam  wystraszył  się,  iż
jeszcze 

zemdleje 

skończą 

jak 

Orłowska 

– 

uduszeni 

przez

niedowartościowanego kochanka.

Tymczasem chłopak wybiegł z sypialni na korytarz.
– Co ja zrobiłem?! Co ja zrobiłem?! – krzyczał do siebie w szale.
Stając  pod  drzwiami  gabinetu,  usłyszeli,  jak  wystukuje  numer  na

komórce.

–  Policja?!  –  krzyczał,  sapiąc  jednocześnie  jak  po  przebiegnięciu

maratonu. – Zabiłem ją! Zabiłem Elwirę Orłowską! Przyjedźcie!

Adam  przytrzymał  Agnieszkę  przed  nieuchronnym  upadkiem.  Byli

w  pułapce.  Są  w  cudzym  domu  razem  z  psychopatą,  trupem,  a  za  moment
przyjadą tu jeszcze gliny.

Trzymając  dziewczynę  za  rękę,  wybiegł  z  gabinetu  i  uderzył  chłopaka

z  całej  siły  w  głowę  pogrzebaczem.  Włożył  narzędzie  do  wazonu
i  pokierował  ich  na  schody.  Zabrał  kwiaty  i  wychodząc,  kazał  Agnieszce
zachować spokój.

–  Idziemy  powolutku  jak  gdyby  nigdy  nic  –  tłumaczył.  –  Wybieraliśmy

się do wdowy z wyrazami współczucia, ale nikogo nie zastaliśmy. Idź prosto
i nie patrz ludziom w oczy.

Agnieszka  szła  jak  zahipnotyzowana  i  nie  wyglądała  specjalnie

naturalnie.

Plecak  ciążył  mu  niebotycznie,  ale  musiał  być  opanowany  za  dwoje.

Kiedy  wyszli  już  z  posesji,  otwierając  sobie  furtkę  kluczem,  który  para
zostawiła w zamku, objął Agnieszkę ramieniem.

background image

–  Jeszcze  moment  i  będziemy  w  samochodzie.  Może  chcesz  zostawić

swoje auto i wrócimy razem?

– Nie. Dam radę – wyszeptała, mimo że mogli już rozmawiać normalnie.
– Jedź pierwsza. Pojadę za tobą.

Agnieszka skręciła w stronę przedszkola, a Adam pojechał prosto do domu.
Czuł, że z nerwów okrutnie się spocił. Nie pamiętał, jak pokonał trasę. Przed
oczami miał obrazy i dźwięki z domu Orłowskich. Widział czekającego pod
łazienką  chłopaka.  Słyszał  obraźliwe  słowa  wdowy.  Oczami  wyobraźni
widział, jak kochankowi puszczają nerwy i w afekcie dusi swoją sponsorkę.
Schował samochód i z ulgą przyjął fakt, że od mieszkania dzieliło go już tak
niewiele. Plecak, który zarzucił na ramię, ciążył mu niesamowicie.

Po wejściu na klatkę schodową natknął się jednak na sąsiadkę i napięcie

powróciło.  Nie  chciał  rozmawiać  z  kobietą  ani  sekundy.  Nie  mógł  jednak
zwracać na siebie uwagi nagłym chamstwem.

– Dzień dobry! – wysilił się na lekki ton.
– O, dzień dobry, a co pan taki zmachany, panie Adamie?
– A nic, chyba grypa mnie rozbiera – rzucił niecierpliwie.
O nie! Nie do wiary! Naprawdę zaczął temat chorób?! To jakiś koszmar!
Zanim sąsiadka opowiedziała mu o przypadłościach wszystkich członków

jej rodziny, był mokry od potu.

Z  opresji  wybawił  go  dzwonek  komórki.  Przeprosił  i  popędził  na  górę,

szukając jednocześnie telefonu po kieszeniach. Niestety miał go w plecaku.

Drzwi  wejściowe  otwierał  w  takich  nerwach,  jakby  się  paliło.  Telefon

dzwonił  nieprzerwanie.  Wszedł  do  mieszkania,  zamknął  za  sobą  drzwi,
zrzucił plecak i kompletnie bez sił usiadł na podłodze, opierając się o ścianę.
Telefon nadal dzwonił. Wziął kilka głębokich wdechów. Pot spływał mu do
oczu. Zaczął walczyć z zamkiem od kurtki. Kiedy wreszcie ją z siebie zdjął,
rzucił  jak  najdalej  od  siebie.  Komórka  zamilkła  i  rozdzwoniła  się  na  nowo.
Podeszła do niego Niutka, jak zwykle głodna i zła.

Z tego wszystkiego zaczął się nerwowo śmiać. Niutka miauczała, telefon

dzwonił, a on się śmiał jak głupi do sera.

Kiedy  kotka  zaczęła  walczyć  z  plecakiem,  by  tradycyjnie  dać  do  niego

background image

nura  i  umościć  sobie  legowisko,  postanowił  wreszcie  odebrać  komórkę.
Dzwoniła Agnieszka. Opanowanie wróciło w mgnieniu oka.

–  Adam,  odebrałeś  Anię?  –  zapytała  ostro,  zanim  zdążył  powiedzieć:

„słucham”.

– Nie... – przestraszył się. – Co się stało?
–  Nie  ma  jej  w  przedszkolu!  –  dziewczyna  była  rozhisteryzowana.  –

Wychowawczyni  jej  grupy  mówi,  że  wydała  ją  tacie.  Jest  nowa.  Myślałam,
że mówi o tobie...

– Zaraz tam będę!
Ignorując  plecak,  chwycił  tylko  kurtkę,  zamknął  drzwi  na  jeden  zamek

i  zbiegł  do  garażu.  Jadąc,  miał  przed  oczami  artykuł  na  temat  powrotu  do
zdrowia  złodzieja,  którego  katowali  z  Agnieszką.  Miał  przeczucie,  iż  to
właśnie  on,  w  zemście,  a  może  dla  okupu,  porwał  Anię.  Dlaczego  go  to
spotyka? Teraz, kiedy wszystko się poukładało. Kiedy mógł być z Agnieszką,
kiedy  skończyły  się  ich  problemy  finansowe,  kiedy  mogli  robić  w  życiu  to,
na co mają ochotę, a nie to, co muszą. Bał się o Anię i chyba jeszcze bardziej
o Agnieszkę. To dla niej za dużo. Ta dziewczyna kompletnie się załamie.

background image

Rozdział XVI

Zastał  Agnieszkę  na  korytarzu  w  przedszkolu.  Wyglądała  na  kompletnie
zdruzgotaną.

Podbiegła, gdy go zobaczyła, a on uściskał ją z całej siły.
– Ustaliłaś coś?
–  Trochę  –  przyznała  bardzo  zdenerwowana.  –  Dyrektorka  przedszkola

zadzwoniła do nauczycielki, która miała dyżur do 15. Ta opisała mężczyznę
jako wysokiego i szczupłego. Jej zdaniem był „ciemny”. Zaraz tu przyjedzie
i dopytam się więcej. Myślisz, że to... złodziej?

– Też o nim pomyślałem. Podobno doszedł do siebie...
–  Boże,  nie  możemy  nawet  wezwać  policji!  –  wpadła  w  lament.  –  Co

powiemy?  Że  podejrzewamy  gościa,  którego  niedawno  ogłuszyliśmy,
wywieźliśmy do lasu, rozebraliśmy i pozostawiliśmy na pewną śmierć?

–  Spokojnie.  –  Położył  ręce  na  jej  ramionach.  –  Zaraz  dowiemy  się

więcej. Jeśli on ją porwał, to na pewno dla okupu. Po co mu dziecko? Nie jest
jakimś  zboczeńcem  przecież.  Na  pewno  chodzi  mu  o  okup,  a  akurat
pieniędzy  nam  nie  brakuje.  Spokojnie,  usiądźmy,  zastanówmy  się  na
spokojnie i przyjmijmy jakiś plan działania.

Usiedli  w  szatni,  gdzie  wisiało  jeszcze  kilka  kurtek  dzieci,  których

rodzice pracowali do późna.

Agnieszka rozpłakała się. Przytulił ją.
– Dzwoniłaś do niej? – zapytał retorycznie.
– Tak, ma wyłączony telefon – załkała.
– Uspokój się. Na pewno są gdzieś w okolicy. O której ją zabrał?
–  Jakieś  dwie  godziny  temu.  Gdybym  nie  poszła...  –  znów  wybuchła

płaczem.

–  Przestań!  Jeśli  miał  taki  plan,  to  i  tak  by  go  zrealizował.  Mamy

przewagę, bo znamy  jego adres, o  czym może nie  wiedzieć. Pojedźmy tam,
dobrze?

background image

– Miałam czekać na tę nauczycielkę – powiedziała, ocierając łzy.
– To weź jej numer i zadzwoń.
– Nie dają prywatnych numerów.
–  To  zostaw  swój.  Niech  zadzwoni  do  ciebie  najszybciej,  jak  to  będzie

możliwe, a my już jedźmy.

– To karma – wychlipała, gdy szli do jego samochodu.
Nic nie odpowiedział.

W drodze do Pszczółek nie rozmawiali ze sobą. Agnieszka trzymała w ręku
telefon,  licząc  na  to,  że  zadzwoni  Ania,  porywacz,  nauczycielka  lub
ktokolwiek,  kto  jej  pomoże.  Na  przemian  płakała  i  milczała.  Adam  nie
wiedział, co jest gorsze.

Adres  złodzieja  –  potencjalnego  porywacza  –  znalazł  bez  problemu.

Zaparkował tak, aby sąsiedzi nie widzieli z okien jego rejestracji.

–  Ja  pójdę,  ty  zostań  –  zdecydował.  Bał  się,  że  stało  się  najgorsze

i Agnieszka to zobaczy.

Oczywiście  nie  chciała  o  tym  słyszeć,  ale  przekonał  ją,  że  po  pierwsze

musi  czekać  na  telefon,  a  po  drugie,  w  razie  gdyby  długo  nie  wracał,  ma
zaryzykować i wzywać policję.

– Boże, a jak on tobie coś zrobi? Skoro porwał Anię, to wszystko wie... –

znów uderzyła w płacz. – Nawet nie możemy wezwać policji – chlipała.

– Uspokój się. Nie możemy zwracać na siebie uwagi sąsiadów. Ponadto

sytuacja wymaga od nas naprawdę trzeźwego podejścia. Idę. Czekaj tu.

Nie  wiedziała,  co  ze  sobą  zrobić.  Płacz  nie  pomagał.  Czuła  się  kompletnie
bezradna.  Chciwość  odebrała  jej  dziecko.  Tyle  by  dała,  żeby  cofnąć  czas
i  zjawić  się  po  Anię  o  tej  porze  co  zwykle.  Nie  była  osobą  wielkiej  wiary.
W życiu Kościoła nie uczestniczyła wcale. Nawet Ani nie ochrzciła. Fakt, że
poza  jej  stosunkiem  do  katolicyzmu  wpływ  na  to  miały  takie  obiektywne
czynniki jak brak pieniędzy i potencjalnych chrzestnych. Teraz jednak splotła
ręce i zaczęła błagać Boga, by oddał jej córkę, a jest gotowa się nawrócić.

Kiedy  targowała  się  ze  Stwórcą,  rozdzwoniła  się  jej  komórka.  Obcy

numer. Może porywacz? Jeśli tak, to z kim teraz rozmawia Adam?

background image

Była  to  nauczycielka  Ani.  Zanim  Agnieszka  zdążyła  powiedzieć  „halo”,

ta już mówiła:

– Tak strasznie  mi przykro. Ten  człowiek mówił, że  jest ojcem dziecka.

Ja  dopiero  rozpoczęłam  tu  pracę.-  Prawie  płakała  do  telefonu.  –  Czy  mamy
wzywać policję?

– Nie! – zaprotestowała trochę zbyt gwałtownie i szybko się opanowała.

– Proszę mi jeszcze raz opisać człowieka, który wyszedł z moją córką.

– Wysoki, zbudowany...
– Zbudowany? Podobno mówiła pani, że szczupły?
–  Tak.  Szczupły,  ale  w  sensie  wysportowany,  zadbany,  nie  taki

z brzuchem.

„No  cóż,  najwidoczniej  inaczej  postrzegają  sportową  sylwetkę”  –

pomyślała.

– Podobno mówiła pani, że ma ciemne włosy.
–  Nie  mówiłam  tak!  –  zdziwiła  się  młoda  nauczycielka.  –  Mówiłam,  że

ciemny. W sensie, że ciemna karnacja.

– Ciemna karnacja czy opalenizna? – Agnieszce zakręciło się w głowie.

Adam  niepotrzebnie  tam  szedł.  To  nie  złodziej  odebrał  Anię.  Spojrzała  na
dom, ale niczego nie zauważyła. Nie dobiegły też do niej żadne odgłosy.

– No chyba opalenizna... – dało się wyczuć zdenerwowanie nauczycielki.
– A jakie miał włosy?
– Nie wiem, miał czapkę...
– A ile mógł mieć wzrostu?
–  Ja  mam  170,  a  on  był  znacznie  wyższy  ode  mnie.  Nie  wiem,  może

nawet 190.

– Jak był ubrany? – Agnieszka nie spuszczała domu z oczu.
– W płaszcz, ale nie pamiętam koloru. W każdym razie nie wyglądał na

biednego. Raczej na eleganckiego, co mnie zmyliło... Miał w ręku kluczyki,
więc na pewno przyjechał samochodem.

To jej wystarczyło. To nie złodziej porwał Anię. To Mariusz.

Adam  zapukał  do  mieszkania,  a  kiedy  nikt  nie  odpowiedział,  nacisnął  na
klamkę. Drzwi były otwarte, co na wsi niekoniecznie oznaczało, że ktoś jest

background image

w domu.

Znalazł się w kuchni, w której czas się zatrzymał. Zobaczył piec kaflowy,

piecyk  węglowy  typu  koza,  na  którym  stał  usmolony  od  gazu  czajnik
z  aluminium.  Stał  tu  także  obdrapany  drewniany  stół  z  dwoma  krzesłami
i  beżowa  komoda  z  witryną.  Jego  babcia  miała  podobną,  tylko  jakieś  20  lat
temu.  Ogólnie  panował  tu  syf  i  zaduch.  Po  pokrytej  linoleum  podłodze
walały  się  butelki  po  tanim  winie  i  puszki  po  piwie.  W  rogu  stała  miotła
i szufelka. Póki co wszystko wskazywało, że chatę zamieszkuje biedny pijak,
a nie morderca i pedofil.

Nagle ktoś z całej siły uderzył go w głowę. Upadł na ścianę, a potem na

podłogę.

Jeśli  Ania  jest  z  Mariuszem,  to  raczej  krzywda  jej  się  nie  stanie.  A  już  na
pewno  nie  taka  jak  ze  strony  złodzieja.  Zadzwoniła  do  Eweliny,  koleżanki
z policji. Poprosiła ją o sprawdzenie obecnego adresu Mariusza.

–  Wszystko  ci  wyjaśnię,  ale  teraz  nie  mogę.  Sprawdź,  proszę,  jak

najszybciej.

–  Dobra,  zaraz  napisze  ci  esa  –  nie  powiedziała  nic  więcej,  bo  za

udostępnienie takich danych mogłaby stracić ciepłą państwową posadę.

Po  chwili  przeszedł  SMS:  Orzechowa  7,  Rumia.  To  zamieszkania.

Świętojańska 98/99, Gdynia. To do kancelarii. PS Ma 10 punktów i jeździ na
nieaktualnym przeglądzie :]

Do  Rumi  mają  kawałek,  a  Adam  nadal  nie  wraca.  Postanowiła,  że  po

niego pójdzie.

background image

Rozdział XVII

Adam  przewrócił  się.  Choć  odczuł  okrutny  ból  głowy,  nie  stracił
przytomności.  Chwycił  za  miotłę  i  ostrożnie  odwrócił  się  w  stronę
napastnika.  Był  nim  złodziej,  człowiek,  którego  potraktował  młotkiem,
rozebrał do naga i zostawił na pewną śmierć zimą w lesie.

Wyglądał  na  osobę  po  przejściach,  miał  bandaż  na  głowie,  ale  też

nieobliczalność w oczach. Mierzył w jego stronę metalową chochlą do węgla.
Adam asekurował się miotłą.

– Czego chcesz? Coś ty za jeden?
A więc go nie rozpoznał.
– Szukam dziecka. Małej dziewczynki. Podobno tu wchodziła – skłamał.
– Nie ma tu żadnej dziewczynki. Masz mnie za zboka? – Zamachnął się

chochlą, ale Adam odskoczył w porę.

– Chciałbym sprawdzić dom.
– Oszalałeś pan?! Jestem tu sam.
– W takim razie wzywam policję.
– Zaraz ja wezwę! – potrzasnął chochlą ostrzegawczo.
Cóż, punkt dla złodzieja.
Facet  chyba  fatycznie  nic  nie  wie  o  Ani.  Muszą  szukać  dalej.  Miał

wstawać, gdy usłyszał wołanie Agnieszki. Szukała go.

– Adam, co się dzieje? Tu nie ma Ani. Wiem, gdzie jest!
Złodziej spojrzał na Agnieszkę i choć nie wyglądał na bystrzaka, zmrużył

oczy i pokiwał głową.

– To wy! – Zamachnął chochlą raz przed Adamem, raz przed Agnieszką.
Adam zdzielił go z całych sił kijem od miotły. Facet upadł nieprzytomny.
– Nie chciałem – rzucił przepraszające spojrzenie dziewczynie.
Ta machnęła tylko ręką i pobiegli do samochodu.
Po drodze streściła mu to, czego się dowiedziała. Opowiedziała też o tym,

jak  widziała  Mariusza  i  jego  żonę  w  Przywidzu.  Zdawało  jej  się,  że  ich  nie

background image

dostrzegł,  ale  najwidoczniej  było  inaczej.  Wypatrzył  Anię.  Tylko  czego  od
niej  chce?  Pieniądze  ma,  dzieci  na  pewno  planuje  z  żoną.  Nieślubna  córka
raczej  nie  jest  mu  do  szczęścia  potrzebna.  Wręcz  przeciwnie,  sama
informacja  o  jej  istnieniu  mogłaby  zaszkodzić  jego  małżeństwu  i  karierze.
O co mu chodzi?!

Zaparkowali  przed  otoczoną  zielenią  willą.  Brama  wjazdowa  była  otwarta,
a wyłożone polbrukiem rondo doprowadziło ich pod same drzwi. Tym razem
Agnieszka kazała Adamowi zostać w aucie.

Roztrzęsiona  przycisnęła  dzwonek  i  dodatkowo  niecierpliwie  zapukała.

Niemal natychmiast w drzwiach pojawiła się kobieta. Nie przypominała żony
Mariusza,  którą  widziała  na  nartach.  Czyżby  pomyliła  adresy?  A  może
Ewelina  miała  nieaktualne  dane?  Kobieta,  która  otworzyła  jej  drzwi,  mogła
mieć maksymalnie 35 lat. Postarzała ją jednak tusza i styl ubierania: spódnica
do  kostek  i  szary  sweter  z  golfem.  Miała  jasne,  krótko  ścięte  włosy.  Nosiła
okulary  w  niemodnych  oprawkach.  Patrzyła  na  Agnieszkę  wyczekująco,  ale
nie złośliwie.

– Czy zastałam Mariusza Lewandowskiego?
–  Taka  osoba  tu  nie  mieszka  –  powiało  chłodem  od,  wydawać  by  się

mogło, miłej osoby.

–  Przepraszam,  pomyliłam  adres  –  wybąkała  i  już  chciała  wracać  do

samochodu, gdy kobieta wyjaśniła łagodniejszym tonem:

–  Nie  pomyliła  się  pani.  Mąż  już  tu  nie  mieszka.  Jest  pani  klientką?  –

Spojrzała w stronę samochodu i zniecierpliwionego Adama.

–  Tak  jakby.  Czy  może  mi  pani  powiedzieć,  gdzie  go  zastanę?  To

bardzo...

– Nie wiem – przerwała jej. – Nie interesuję się tym. Zapewne była pani

w  Gdyni  i  wie,  że  on  już  nie  pracuje  z  moim  ojcem.  Nie  mam  pojęcia  ani
gdzie obecnie mieszka, ani gdzie podejmuje klientów.

Agnieszka przeprosiła i wróciła do samochodu. Kazała Adamowi jechać

z  powrotem  do  Gdyni.  Dopiero  jak  wyjechali  z  Rumi,  opowiedziała  mu
o tym, co usłyszała od eksżony Mariusza.

– Rozwodzą się. Nie ma pojęcia, gdzie jest. A jak mu coś odwaliło? Jak

background image

wywiezie Anię za granicę? – Agnieszka znów zaczęła się rozklejać.

– Jaki ma samochód? Może gdzieś go zauważymy.
– Nie wiem, nie zapytałam. Zaraz napiszę do Eweliny.
Po chwili wypatrywali najnowszego czarnego modelu mondeo.

Krążyli  po  Trójmieście,  w  milczeniu  obserwując  mijające  samochody.
W  Gdyni  zatrzymali  się  przy  Skwerze  Kościuszki.  Kiedy  Agnieszka  była
z  Mariuszem,  lubili  tutejsze  knajpki,  w  których  piło  się  piwo  i  śpiewało
szanty.  Pomyślała  więc,  że  może  zabrał  Anię  do  oceanarium.  Obeszli
wszystkie  parkingi.  Nie  znaleźli  mondeo  o  rejestracji,  jaką  podała  Ewelina.
Zrezygnowali  więc  ze  spaceru  w  kierunku  plaży  i  ponownie  wsiedli  do
samochodu.

– Gdzie teraz? – zapytał Adam.
– Do Sopotu. Mariusz uwielbiał łazić po Monciaku.

Bez rezultatów przetrzepywali kolejny parking w okolicy Bohaterów Monte
Casino, a w głowie Agnieszki rodziły się czarne scenariusze. Może kobieta,
z  którą  był  na  nartach,  dowiedziała  się,  że  Mariusz  ma  córkę.  Czyżby
namówiła  go,  by  ją  dla  niej  porwał?  Kobiety,  które  nie  mogą  mieć  dzieci,
potrafią  być  nieobliczalne  w  dążeniu  do  macierzyństwa.  Może  uciekli  za
granicę? Być może oboje nie mają czego szukać w Polsce i uknuli taki plan?

Zaczęła grzebać w torebce, bo usłyszała dźwięk SMS-a. Adam przystanął

razem  z  nią.  To  był  MMS.  Na  zdjęciu  była  Ania.  Roześmiana.  Zdjęcie
zostało zrobione z ręki. Z jej ręki.

Bez słowa przekazała telefon Adamowi.
– Gdziekolwiek jest, nic jej nie grozi. Widać, że dobrze się bawi. No i ma

już włączony telefon.

Agnieszka spróbowała się połączyć, jednak nikt nie odebrał.
Z przerażeniem spojrzała na Adama.
–  Spokojnie.  Sądząc  po  zdjęciu,  są  gdzieś  na  basenie.  Te  szafki  za  nią

wyglądają  jak  z  aquaparku.  Tego  tu,  w  Sopocie.  Widocznie  wyłączył  jej
telefon,  a  gdy  poszła  się  przebierać,  włączyła  go  i  wysłała  ci  zdjęcie.
Zapewne  chciała  pokazać,  że  dobrze  się  bawi.  Przecież  SMS-ów  pisać  nie

background image

potrafi.

– Dlaczego nie zadzwoniła?
– To dzieciak. Rozpracowała robienie zdjęć i chciała się pochwalić.
– A dlaczego teraz nie odbiera?
– Może już wyszła się kąpać i zostawiła telefon w szafce.
– Masz rację. Jedźmy tam!
– Poczekaj!
– Co?
– Pokaż jeszcze raz to zdjęcie.
– Co chcesz zobaczyć?
–  Niestety,  nie  zastaniemy  ich  w  aquaparku  –  stwierdził.  –  Zobacz,  ma

mokre włosy. Już się kąpali. Teraz mogli pojechać gdzie indziej.

–  Faktycznie  –  ponownie  przyznała  mu  rację,  tym  razem  z  zawodem

w głosie.

– Ale są w Polsce, a nawet w Trójmieście. A może wciąż w Sopocie? Nic

jej nie grozi. Do końca dnia będzie z nami.

– Tylko gdzie teraz ją zabrał?
– A gdzie ty byś ją zabrała po basenie?
Zaczęła się zastanawiać.
– Do McDonalda! – powiedzieli w jednej chwili.

McDonald’s  miał  restaurację  na  Bohaterów  Monte  Casino,  więc  puścili  się
biegiem przez deptak, potrącając ludzi i ignorując ich oburzenie. Do knajpki
wpadli zdyszani. Na miejscu rozdzielili się, by szybciej odnaleźć mężczyznę
z  dzieckiem.  Po  chwili  jednak  spotkali  się  w  tym  samym  miejscu.  Nigdzie
ich  nie  było.  Agnieszka  usiadła  przy  pierwszym  lepszym  stoliku  i  ukryła
twarz w dłoniach.

Adam  wciąż  nerwowo  rozglądnął  się  po  restauracji  lub  wyglądał  na

ogród.

Gdzie mogli pojechać? Po basenie na pewno postanowili coś zjeść. Może

skorzystali z baru w aquaparku? Jednak jeśli nawet zaraz tam pojadą, to i tak
mogą już ich nie zastać. A może Mariusz zabrał ją do swojego mieszkania?
Tylko dokąd, skoro nawet żona nie zna jego adresu? Szanse na zalezienie Ani

background image

robiły  się  coraz  mniejsze,  ale  wolał  nie  mówić  tego  Agnieszce.  Była
kompletnie rozbita. Pomysł z McDonaldem rozbudził w nich nadzieje, które
okazały się płonne. Nie miał innych pomysłów. Nie wiedział, jak pocieszyć
zdruzgotaną matkę, która miała tylko córkę, nikogo więcej.

–  Siedź  tu  i  obserwuj  parking.  Idę  sprawdzić  łazienki  –  poinformował

dziewczynę, która podniosła mokrą od łez twarz. Kiwnęła głową na zgodę.

Przypomniała  mu  się  historia,  którą  usłyszał  w  swojej  znienawidzonej

w  pracy.  Opowiadała  ją  któraś  ze  skwarek,  więc  był  pewien,  że  jest
nieprawdziwa, ale i tak zrobiła na nim wrażenie.

Podobno  działo  się  to  w  gdańskiej  Ikei.  Młode  małżeństwo  kupowało

meble  dziecięce.  Towarzyszyła  im  córeczka.  W  pewnej  chwili  rodzice
zauważyli,  że  dziecko  zniknęło.  Powiadomili  ochronę,  która  natychmiast
zablokowała  wszystkie  wyjścia  i  poinformowała  klientów,  że  nie  mogą  się
przemieszczać.  Po  kilkunastu  minutach  poszukiwań  dziecko  znaleziono
w łazience. Dziewczynka miała ogoloną główkę i była przebrana w chłopięce
ciuszki.  Spała  odurzona  jakimiś  lekami.  Gdyby  nie  natychmiastowa
interwencja,  zostałaby  niepostrzeżenie  wywieziona  dziecięcym  wózkiem
poza market i być może oddana zagranicznej rodzinie do adopcji. Na rodzica
z  małym  chłopcem  nikt  nie  zwróciłby  uwagi.  Wszyscy  szukaliby
dziewczynki.

Agnieszka  z  trudem  skupiała  się  na  podjeżdżających  samochodach,
spacerowiczach i ludziach masowo wchodzących do McDonalda. Z nerwów
nie  mogła  się  skupić,  nie  potrafiła  jasno  pomyśleć  o  zwyczajach  Mariusza.
Okazał  się  innym  człowiekiem  od  tego,  z  którym  była  przed  laty.  Dawny
Mariusz, po pierwsze, nie cierpiał dzieci i na pewno nie zabrałby żadnego na
basen, a już na pewno nie chciałby mieć małego człowieka pod swoją opieką.
Jeśli się nie zmienił, a nie wierzyła w ludzkie metamorfozy, na pewno za jego
zachowaniem  kryje  się  jakiś  podstęp.  Tylko  czego  od  niej  chce,  skoro  na
córce  na  pewno  mu  nie  zależy?  Pieniędzy?  Na  pewno  nie  od  niej,  samotnej
matki, zatrudnionej jako nauczycielka. Może to jakaś chora zemsta na byłej
żonie? Może chęć zaimponowania innej kobiecie? W końcu nic nie wzrusza
damskiego  serca  bardziej  od  widoku  opiekuńczego  ojca  ze  śliczną

background image

dziewczynką.

W ogródku restauracji, w którym masy wychodzących i wchodzących do

knajpki  zlewały  się  ze  sobą,  mignęła  jej  czerwona  kurtka.  Poczuła  ból
w piersi. Serce  biło jak oszalałe.  Poderwała się do  wyjścia. Nie spuszczając
wzroku  z  czerwonego  koloru,  przedzierała  się  przez  głodny  tłum  tarasujący
drzwi wejściowe.

– Ania!
Dziewczynka  ucieszyła  na  widok  matki  i  szybko  do  niej  podbiegła.

Agnieszka  wzięła  dziecko  na  ręce  i  przytuliła  mocno,  by  nikt  go  jej  nie
odebrał.  Mariusz  stał  niewzruszony  jak  gdyby  nigdy  nic.  Nie  uciekał,  nie
wyglądał na przestraszonego. Czyżby oszalał?

–  Ania,  co  ci  mówiłam  o  obcych?  Dlaczego  to  zrobiłaś?  Przecież  jesteś

mądrą dziewczynką, wiesz dobrze, że tak nie wolno! – Była szczęśliwa i zła
jednocześnie, jak każda matka w takiej sytuacji.

– Ale to mój tata. Powiedział, że do nas wraca!
–  To  nie  twój  tata  –  powiedziała,  cedząc  słowa,  które  zrobiły  wrażenie

nawet  na  niej  samej.  Jeszcze  przed  momentem  bardzo  szczęśliwe  dziecko
było teraz przerażone. – Nie płacz. – Przytuliła córkę.

Mariusz podszedł do nich fałszywie zatroskany.
–  Wynoś  się  –  syknęła  z  nieskrywaną  odrazą.  –  Pożałujesz  tego,  co

zrobiłeś. Odpowiesz za porwanie mojej córki!

– To także moja...
– Zamknij się!
Adam  podbiegł  do  nich.  Agnieszka  bez  słowa  podała  mu  dziecko.

Zrozumiał, że ma zostawić ich samych. Zabrał Anię do środka.

– To twój facet? – zapytał, gdy zostali sami.
–  Nie  interesuj  się!  –  Była  wściekła.  Gdyby  nie  ludzie,  najpewniej

rzuciłaby się na niego i chyba rozszarpała. – Dlaczego porwałeś moją córkę?
Czego chcesz od mojego dziecka?

– To także moje...
– Zamilcz! Zostawiłeś mnie, gdy zaszłam w ciążę! Wyparłeś się jej! Nie

masz do niej żadnych praw i nawet układy z samym Bogiem na nic ci się nie
przydadzą!

background image

– Nie chcę odbierać ci Ani – stwierdził spokojnie, z uśmiechem.
– Czego ode mnie chcesz? Czemu porwałeś moje dziecko?! Zgłoszę to na

policję.  Tak  się  skończy  twoja  kariera!  –  krzyczała,  aż  ludzie  się  za  nimi
oglądali. – Chociaż z tego, co mówi twoja była żona, już się skończyła.

Zdziwienie  przemknęło  przez  jego  twarz,  ale  nie  przestawał  się

uśmiechać. Nie był to nawet ironiczny uśmieszek, tylko dziwnie miły, niemal
autentyczny.

– Aguś, kochanie, ja chciałem tylko spędzić trochę czasu z córką – mówił

przepraszającym tonem. – Wiedziałem, że nie dasz mi dziecka po tym, co ci
zrobiłem, a tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Jest wspaniała, mądra i śliczna.
Jak ty.

– Co ci się stało? Oszalałeś? – Teraz to ją dopiero przeraził.
– Oszalałem, kiedy zostawiłem cię samą. Nie daruję sobie tego do końca

życia. – Położył rękę na jej ramieniu, ale strząsnęła ją jak natrętnego owada.
– Chciałbym być ojcem dla Ani, chciałbym wszystko naprawić.

–  Żartujesz  sobie?!  Odejdź  z  naszego  życia!  Jak  tak  kochasz  dzieci,  to

czemu  ich  nie  masz?  Z  tego,  co  wiem,  byłeś  parę  lat  żonaty.  A  teraz  masz
chyba nową kobietę...

Jeśli się zdziwił tym, co o nim wie, nie okazał tego.
–  Nie  mogliśmy  mieć  dzieci  –  kontynuował  najspokojniej  w  świecie

i  prawie  zaczynała  mu  wierzyć.  –  Nie  mam  nowej  kobiety.  W  Przywidzu
widziałaś mnie z przygodną dziewczyną. Nie mam już z nią kontaktu.

–  To  zabawiaj  się  dalej  i  daj  nam  spokój!  Żegnam!  –  Odwróciła  się

w kierunku restauracji, ale zatrzymał ją, chwytając za rękę.

– Puść mnie!
– Nie. – Objął ją i tym razem nie zaprotestowała. – Nie puszczę, dopóki

mnie  nie  wysłuchasz.  Pozwól  mi  być  ojcem  Ani.  Proszę  cię.  Sama  widzisz,
jak  bardzo  chciałaby  mieć  tatę.  Będę  dobry,  będę  się  bardzo  starał.  Proszę
cię, daj mi szansę.

Wiedziała,  że  Ania  marzy  o  posiadaniu  ojca.  Zaczęła  się  zastanawiać.

W sumie skoro faktycznie tak bardzo chce...

Dostrzegł jej wahanie i zaczął mówić z jeszcze większą żarliwością.
–  Ten  dzień  był  najszczęśliwszym  w  moim  życiu.  Już  dawno  chciałem

background image

zabrać  ją  z  przedszkola,  ale  bałem  się,  że  nie  będzie  chciała  ze  mną  pójść.
Codziennie patrzę na wasze zdjęcie. Jak pomyślę, co straciłem...

–  Jakie  zdjęcie?  Skąd  masz  nasze  zdjęcie?  –  Agnieszka  była  wyjątkowa

czujna pod tym względem, bo nigdy nie założyła konta na żadnym serwisie
społecznościowym  i  nigdzie  nie  publikowała  zdjęć  Ani.  Wystawianie
fotografii dzieci w internecie w świecie pedofilów i kidnaperów uważała za
głupotę i nieostrożność ze strony rodziców.

Mariusz  zmieszał  się,  celowo  lub  spontaniczne,  ale  najwyraźniej

postanowił być szczery lub takiego grać do końca.

– Ukradłem ci z portfela – wyznał ze skruchą.
Agnieszce  zakręciło  się  w  głowie.  Albo  znalazł  skradziony  jej  portfel,

albo...

– Wynająłeś złodzieja, żeby mnie okradł! Czy ty wiesz...
– Jakiego złodzieja? O czym ty mówisz?
Chyba  zbierał  się  koło  nich  mały  tłum  ciekawskich.  Serial  wenezuelski

live.

– Skąd masz nasze zdjęcie? – zapytała ostatkiem cierpliwości.
– Byłem u ciebie w pracy w któreś mikołajki. Miałem dla was prezenty.

Nie zastałem cię jednak w biurze. Nie było też nigdzie twojej asystentki ani
nikogo  innego.  Miałaś  portfel  na  wierzchu.  Wiedziałem,  że  będą  w  nim
zdjęcia.  Zawsze  tak  robiłaś.  Chciałem  wyjąć  same  zdjęcie,  ale  było  za  tym
plastikiem.  Męczyłem  się  dłuższy  czas,  ale  nagle  usłyszałem,  że  trzaskają
gdzieś drzwi, więc zabrałam cały portfel. Nie miałaś pieniędzy. Przecież bym
odesłał.

–  Ale  miałam  dokumenty!  –  wybuchła  i  nic  nie  było  w  stanie  jej

powstrzymać. – Przez ciebie straciłam zaliczkę, szansę na kredyt i na własny
dom!  Od  tej  pory  tułam  się  po  stancjach!  Nie  nabiorę  się  na  twoją  nagłą
miłość!  Nie  wiem,  co  chcesz  osiągnąć  dzięki  Ani,  ale  nie  wierzę  w  twoje
dobre intencje! Jesteś świetnym aktorem, a w dodatku złodziejem!

– Ja jestem złodziejem? A to ciekawe bardzo!
Nowy Mariusz zniknął jak za dotknięciem różdżki.
– O co ci chodzi? – Agnieszka zamarła.
–  Przestań  ściemniać.  –  Nie  patrzył  już  na  nią  z  miłością,  a  raczej

background image

z  obrzydzeniem.  –  Wiem  wszystko  o  akcji  pod  kryptonimem  „Orłowski”.
Jeśli  nie  chcesz  pójść  za  kratki,  lepiej  przystań  na  moją  propozycję.  Inaczej
i tak stracisz córkę.

To było dla niej za wiele, ale nie mogła się załamać przy tym łachmycie.

Odwróciła  się  na  pięcie  i  na  drżących  nogach  odeszła  w  kierunku  Adama
i Ani.

– Wiem, gdzie mieszkasz! – krzyknął za nią z satysfakcją w głosie.

background image

Rozdział XVIII

–  Wyjedźmy  gdzieś!  Przed  nami  sylwester  i  twoje  ferie.  Ja  do  swojej

pracy  nie  muszę  wracać.  –  Propozycja  Adama,  choć  kusząca,  nie
rozwiązywała  problemu  z  Mariuszem.  Nie  mogła  zrozumieć,  skąd
o wszystkim wiedział. Śledził ich? Najwidoczniej tak, skoro znał przedszkole
jej  córki,  ich  stancję...  Jak  dużo  wiedział?  Czy  widział  oba  włamania,  czy
tylko jedno? Czy wie o przypadkowym zabójstwie Orłowskiego? A może też
o wywiezieniu do lasu złodzieja, który, jak się okazało, wcale jej nie okradł.
Boże,  skatowali  niewinnego  człowieka.  Co  jej  w  ogóle  strzeliło  do  głowy?
Czy matka i nauczycielka tak się zachowuje? Kradnie, morduje, torturuje? Co
się z nią stało?

Agnieszka  nie  odpowiedziała  i  dalszą  drogę  do  domu  pokonali

w milczeniu.

Położyła rozczarowaną dziewczynkę do łóżka. Serce jej pękało, gdy patrzyła
na bezbrzeżnie smutną, zawiedzioną dorosłymi córkę.

Kiedy  opuszczała  ich  pokój,  czekał  na  nią  Adam.  Przytulił  ją

i zaprowadził na kanapę.

Siedzieli przytuleni bez słowa. Bawił się jej włosami, a ona patrzyła tępo

w  przestrzeń.  Nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co  się  dziś  wydarzyło.  Włamanie
i  porwanie.  Takie  rzeczy  nie  zdarzają  się  przecież  normalnym  ludziom.
Chyba że już nie zaliczali się do normalnych...

– Znasz go. Myślisz, że jest zdolny spełnić swoje obietnice?
– Skoro nas śledził, to musi być bardzo zdeterminowany. Moim zdaniem

jest zdolny.

– Naprawdę zależy mu na dziecku? Może chce naszych pieniędzy? Może

powinniśmy zapłacić mu za milczenie i mieć spokój?

– Niczego mu nie zapłacę. Zresztą to są też twoje pieniądze.
– Daj spokój. Moje czy twoje... Co za różnica, jak wsadzi nas za kratki?

background image

To  nie  mieściło  jej  się  w  głowie.  Ta  łajza  chce  jej  odebrać  szanse  na

nowe,  szczęśliwe  życie.  Zabrać  jej  córkę.  Na  samą  myśl  o  utracie  dziecka
zaczęła płakać.

–  Wyjedźmy  gdzieś  –  przekonywał  Adam.  –  On  chce  od  ciebie  albo

dziecka,  albo  pieniędzy.  Bez  jednego  lub  drugiego  nie  pójdzie  na  policję.
Zresztą nie ma żadnych dowodów.

– Jest uznanym adwokatem. Uwierzą mu na słowo.
– Już nie jest, nie pracuje ze swoim teściem.
– A skąd wiesz, że nie robił nam zdjęć? Albo nie nagrał nas?
–  Nawet  gdyby,  musiałby  być  bardzo  blisko,  żeby  można  było  nas

zidentyfikować.  Na  pewno  byśmy  się  zorientowali,  gdyby  deptał  nam  po
piętach.

– Sama nie wiem...
– Pomyśl, gdzie na pewno nie będzie cię szukał...
– To nieistotne. Przecież przeczekanie nic nie da.
– Da. Będziemy mogli na spokojnie pomyśleć.
–  Nie  wiem,  dokąd  moglibyśmy  jechać.  Gdzie  by  mnie  nie  szukał?  Na

pewno  u  rodziców.  Pewnie  wie  od  znajomych,  że  przez  ciążę  zostałam
praktycznie wypisana z rodziny.

– Świetnie. To jedźmy do nich!
– Chyba oszalałeś!
– Ania będzie tam bardziej bezpieczna niż w jakimś hotelu. Będzie miał

się kto nią zająć, jakbyśmy musieli...

– Co? Co chcesz zrobić?
– Noo, na przykład przekazać pieniądze za jego milczenie.
– Masz rację. Pojedziemy do nich.

Agnieszkę  ściskało  w  żołądku  od  samego  rana.  Teraz  jechali  samochodem
Adama  do  jej  rodziny.  Rodziców  i  siostry,  których  nie  wiedziała  od  lat
i którzy nigdy nie widzieli jej córki.

Ania,  poinformowana,  że  zobaczy  drugą  babcię,  dziadka  i  ciocię

z  wujkiem,  odzyskała  wiarę  w  dorosłych.  Obok  niej  w  transporterze  dla
zwierząt  siedziała  niezadowolona  Niutka.  Nie  chciała  nigdzie  wyjeżdżać,

background image

czego domyślili się po tym, jak weszła na meble kuchenne, praktycznie pod
sufit  i  nie  sposób  było  jej  stamtąd  zdjąć.  Kiedy  przystawili  krzesło  przy
jednej  stronie  mebli,  spacerkiem  przechodziła  na  drugą.  I  tak  cały  czas.
W końcu rzucili jej kulkę nesquika na podłogę. Gwałtownie poderwała się do
zejścia i wpadła wprost do swojego podróżnego lokum.

– Nie wyglądasz na podekscytowaną wizytą u rodziców – Adam wyrwał

Agnieszkę z rozmyślań nad wczorajszym dniem. Zarzucała sobie właśnie, że
jest złą matką. Gdyby powiedziała Ani prawdę o tacie, ta nigdy by nie wyszła
z  Mariuszem.  Ale  z  drugiej  strony  nie  miała  serca  wyznać  córce,  że  własny
ojciec jej nie chciał.

–  Ty  też  nie  wyglądałeś  na  zachwyconego,  gdy  mama  cię  odwiedziła  –

odbiła piłeczkę, siląc się na miły uśmiech, ale chyba wyszedł jakiś grymas.

– To co innego, zaskoczyła mnie.
– Ale nie odwiedzasz jej w Irlandii.
– Ona by chciała, żebym tam zamieszkał.
– Dlaczego tego nie zrobisz? Miałbyś gdzie mieszkać na początek. Mało

osób  może  liczyć  na  taki  start  za  granicą.  A  tu  chyba  się  zbytnio  nie
spełnisz...

– Niby tak, ale chyba jestem patriotą. – Uśmiechnął się. – A ty mogłabyś

pracować dla Irlandczyków czy innych Wyspiarzy?

– Jakbym nie musiała jechać w ciemno, tylko do kogoś, to pewnie, czemu

nie? Wielu znajomych wyjechało za granicę. Na początku chwytali się jakiś
beznadziejnych  prac,  byle  coś  robić  i  zarabiać,  ale  szybko  awansowali  do
zawodów,  w  których  się  spełniają.  Znali  języki  i  nic  im  nie  stało  na
przeszkodzie.

–  Może  jeszcze  się  okaże,  że  będziemy  musieli  szukać  schronienia

w Irlandii.

Obserwowała  malownicze  jeziora,  teraz  skute  lodem,  zaszronione  pola
i  podupadłe  chaty  biednych  ludzi.  Czas  się  tu  zatrzymał.  Nie  zauważyła
w  swoim  rodzinnym  regionie  ani  jednej  nowej  stacji  benzynowej,  nie
położono  choćby  metra  nowego  asfaltu,  nie  wybudowano  żadnego  nowego
biurowca czy zakładu pracy. Bezrobocie najpewniej nadal jest tu najwyższe

background image

w  Polsce  i  niebezpiecznie  sięga  poziomu  40%.  Pokazało  się  za  to  kilka
Biedronek  –  sklepów  dla  biednych  ludzi.  Od  domu  dzieliło  ich  raptem  30
kilometrów.  Nerwy  ścisnęły  jej  nie  tylko  żołądek,  ale  i  gardło.  Z  trudem
przełykała ślinę.

Adam  spodziewał  się  niezręcznego  milczenia,  wzajemnych  oskarżeń.
Tymczasem jak tylko zajechali na otoczone sadem podwórze, z jednej części
bliźniaka  niepewnie  wyszedł  postawny,  acz  lekko  podstarzały  i  umęczony
życiem 

mężczyzna. 

Siedzieli 

jeszcze 

samochodzie, 

kiedy

z zaciekawieniem spoglądał w stronę przybyszy. Dopiero po kilku chwilach
jego  wyraz  twarzy  gwałtownie  się  zmienił.  Szczery  uśmiech  sprawił,  że
odmłodniał  o  kilkanaście  lat.  Zaczął  krzyczeć  w  stronę  otwartych  drzwi
domu.

– Zosia! Zoooosiaaa! Gusia nasza przyjechała!
Agnieszka  wyszła  z  auta  i  rozpoczęły  się  serdecznie  powitania,  niczym

córki,  która  wraca  ze  studiów  albo  z  zagranicy,  a  nie  z  wygnania,  na  które
sami ją skazali.

Kiedy  ojciec  ściskał  Agnieszkę,  z  domu  wybiegła  jej  matka.  Adam

zauważył,  że  płakała  już  od  progu.  Była  ładną  kobietą,  o  czym  świadczyły
regularne  rysy  twarzy,  duże  oczy,  wystające  kości  policzkowe  i  gęste
orzechowo-siwe włosy, ale czas, a może wyrzuty sumienia, odcisnęły na niej
swoje piętno. Wyglądała na nieszczęśliwą i zaniedbaną.

Podczas  gdy  matka  przytulała  Agnieszkę,  ojciec  podszedł  do  Adama

i  mocno  uścisnął  mu  rękę.  Wtedy  zobaczył  Anię,  do  tej  pory
z zaciekawieniem obserwującą niecodzienną sytuację.

– To moja wnusia? Taka duża?
Kiedy Adam przytaknął, ojciec wzruszył się na dobre. Ania domyśliła się,

że  ma  wyjść  z  samochodu  i  pozwolić  się  wyściskać,  wycałować.  Wtedy
z  drugiej  części  bliźniaka  wyszła  młoda  kobieta  z  dzieckiem  na  ręku.  Przez
moment  ze  zdziwieniem  obserwowała  całe  zajście  na  podwórzu,  ale  już  po
chwili  biegła  w  stronę  Agnieszki.  Postawiła  dziecko  na  ziemi  i  zaczęła
krzyczeć z radości.

– Guśka, wróciłaś!

background image

– Kasia!
Kobiety  padły  sobie  w  ramiona  i  Adam  domyślił  się,  że  nowo  przybyła

jest siostrą jego współlokatorki.

Do  domu  weszli  wesołą  gromadką,  powiększoną  jeszcze  tylko  o  psa,

który  przepychał  się  przed  małego  chłopca,  by  również  uczestniczyć  w  tym
niecodziennym wydarzeniu.

Agnieszka z roztargnieniem przedstawiła wszystkim Adama i wróciła do

udzielania  odpowiedzi  na  kolejne  pytania.  Skrótowo  opowiadała,  co  się
działo  przez  ostatnie  lata,  a  wzrok  członków  rodziny  wędrował  kolejno
z  dziecka  na  mężczyznę.  Agnieszka  mówiła  o  tym,  jak  straciła  pracę,  jak
postanowiła  uczyć,  jak  straciła  szansę  na  dom  i  jak  ponownie  ją  odzyskała,
otrzymując  zielone  światło  na  kredyt  hipoteczny.  Opowiadała  o  Ani,  jak
dzielnie  znosi  trudy  przeprowadzek  i  pozostawania  pod  opieką  kolejnych
osób. Jak dobrze radzi sobie w przedszkolu i jaka jest grzeczna.

Dziewczynka  czuła  się  nieswojo  wśród  obcych  ludzi,  których  wzruszał

każdy jej gest, i znalazła schronienie na kolanach Adama.

W końcu jednak ogłoszono obiad.
Przy  stole  matka  Agnieszki  wzięła  na  spytki  Adama.  Chciała  wiedzieć,

gdzie  pracuje  i  czym  się  zajmują  jego  rodzice.  Lekko  nagiął  rzeczywistość,
tłumacząc,  że  pracuje  w  nieruchomościach,  a  jego  rodzice  w  irlandzkich
korporacjach.

Aby ratować sytuację, Agnieszka zapytała Kasię, co u niej. Ta spojrzała

na  swojego  synka,  na  rodziców  i  rumieniąc  się,  wyznała,  że  jest  po
rozwodzie.  Adam  zauważył,  że  rodzice  zawstydzeni  pochyli  głowy,  a  sama
zainteresowała  zrobiła  się  czerwona  jak  burak.  Domyślił  się,  że  w  familii,
w  której  nieślubne  potomstwo  jest  wstydem  prowadzącym  do  zerwania
rodzinnych  więzi,  rozwód  to  hańba  porównywalna  z  wychowaniem  dziecka
na  seryjnego  zabójcę.  Dziewczyna  wyznała,  że  mąż  pił  i  bił  ją,  nawet  gdy
była  w  ciąży.  Na  rozwód  zdecydowała  się  jednak  dopiero  wtedy,  gdy  mały
Dawidek miał dwa lata, a więc dokładnie rok temu.

Agnieszka  wyglądała  na  zszokowaną  i  oburzoną.  Najwyraźniej

domyśliła,  się  że  decyzje  o  rozwodzie  odraczali  bogobojni  rodzice.  Jednak
nie chcąc psuć nastroju, powstrzymała się od komentarza.

background image

Atmosferę  zepsuł  Adam,  przypominając  sobie  o  Niutce  czekającej

w  samochodzie.  Kotka  miała  wielkie  wejście,  ale  nie  takie,  jakiego  się
w swym narcyzmie zapewne spodziewała. Okazało się, że w domu Agnieszki
wszyscy  mieli  alergię  na  koty:  od  matki  po  siostrzeńca.  Dziewczyna  o  tym
nie  wiedziała,  gdyż  poza  zwierzętami  gospodarskimi  zawsze  chowali  tylko
psy. Kiedy otworzył futrzunowi transporter i ten zrobił pierwsze dumne kroki
w nowym miejscu, wszyscy zaczęli niepohamowanie kichać i dusić się.

Czym  prędzej  upchnął  zwierzaka  z  powrotem  do  przenośnej  budki

i  wyniósł  do  samochodu.  Kiedy  wrócił,  alergicy  ocierali  z  łez  zapuchnięte,
czerwone oczy.

–  Może  będziemy  nocować  w  jakimś  pensjonacie,  w  którym  tolerują

zwierzęta? – zastanawiała się głośno Agnieszka.

– W żadnym razie! – krzyknęła jej matka, która już raz straciła córkę na

długie lata i teraz zapewne wolałaby nie rozstawać się z nią nawet na chwilę.

–  Nie  mamy  wyjścia.  Nie  możemy  spać  ani  u  ciebie,  ani  u  ciebie.  –

Spojrzała kolejno na mamę i siostrę.

–  Może  niech  śpią  u  Henryka,  co,  Zosiu?  –  z  propozycją  wyszedł  jej

ojciec.

– W żadnym wypadku! Tam nie ma ogrzewania! – zaprotestowała matka.
– Ale jest  kominek, damy sobie  radę – zapewniła  pojednawczo córka.  –

Nocowałam tam wiele razy i nic mi nie było.

–  No  dobrze,  ale  niech  Ania  śpi  tutaj  albo  u  Kasi  i  Dawidka.  Nie  chcę,

żeby się rozchorowała – targowała się matka.

–  No  nie  wiem...  –  miała  wątpliwości,  czy  zostawić  córkę  w  obcym

domu.  Ania  też  nie  pałała  entuzjazmem  na  takie  rozwiązanie.  Z  drugiej
strony  nie  chciała,  żeby  mała  złapała  jakąś  chorobę  po  nocy  w  starym,
wilgotnym  domu,  gdzie  przed  kilkoma  laty  ducha  wyzionęli  kolejno:
cioteczna babcia Stasia, wuj Henryk i ciotka Barbara.

Po obiedzie atmosfera trochę się uspokoiła. Rodzice zabrali Anię i Dawidka
na sanki, siostra poszła do siebie, upewniwszy się, że zaraz przyjdą do niej na
kawę,  i  zostali  wreszcie  sami  z  Adamem.  Zabrała  go  do  swojego  dawnego
pokoju,  gdzie  nic  się  nie  zmeniło  od  czasu  jej  wyjazdu  do  Trójmiasta,  czyli

background image

od dobrych 10 lat.

Na ścianach wciąż wisiały plakaty Backstreet Boys, boysbandu, który jak

żaden  inny  rozkochał  w  sobie  młodsze  i  starsze  nastolatki  lat  90.  Czego  by
nie  powiedzieć  o  jego  muzyce,  był  to  ostatni  zespół  wzbudzający  masową
histerię  wśród  płci  pięknej.  Nie  kojarzyła,  by  jego  następcy:  N’Sync,  Just  5
i inni odnieśli podobny sukces. Obecnie chyba żadna chłopięca grupa nie ma
monopolu  na  rwanie  włosów  na  koncertach.  Teraz  jest  tego  wszystkiego  po
prostu  za  dużo.  W  dodatku  współcześni  śpiewający  faceci  niebezpiecznie
przypominają kobiety.

–  Pamiętam,  jak  dziewczyny  kłóciły  się  o  wyższość  Kelly  Family  nad

Backstreet Boys. Też brałaś w tym udział? – zapytał Adam, po czym skupił
uwagę na ścianach w pokoju Agnieszki. Stanął z założonymi do tyłu rękami
i oglądał plakaty niczym znawca impresjonizmu obrazy w Luwrze.

– No oczywiście! – Ogarnęła ją wesołość na wspomnienie ataków fanek

Nicka  Cartera  na  wielbicielki  Paddy’ego  Kelly’ego.  Tak  naprawdę  podobali
jej  się  obaj,  ale  wówczas  strach  było  się  do  tego  przyznać.  –  Siadaj.  –
Odsunęła  stertę  koców  ze  swojego  dawnego  łóżka.  –  Pamiętam,  że  przed
Backstreetami  szalałam  za  Roxette.  Miałam  ich  wszystkie  albumy  i  single.
Oczywiście na kasetach magnetofonowych.

– Kaseta i ołówek. Czy ktoś z dzisiejszych małolatów wie, do czego ten

zestaw  służył?  –  rozmarzył  się  Adam.  –  Ja  z  kolei  wielbiłem  Jacksona.
Uczyłem się nawet tańczyć moonwalk.

– Nie wierzę! Chcę to zobaczyć!
Żartowali  z  wątpliwych  zdolności  Adama,  gdy  piknęła  jego  komórka.

Nagle zamilkł i diametralnie zmienił się na twarzy. Dotychczasowa beztroska
znikła bezpowrotnie.

Pokazał SMS Agnieszce.
Albo dziecko, albo życie na wolności. Wybierajcie.

Roztrzęsiona  Agnieszka  nerwowo  tłumaczyła  zszokowanej  siostrze,  by  pod
żadnym  pozorem  nie  wypuszczała  wieczorem  Ani  z  domu  i  nie  prowadziła
jej  do  chaty  wuja  Henryka.  Choćby  się  waliło  i  paliło,  choćby  krzyczała
i  płakała  za  mamą,  ma  zostać  z  nią  i  Dawidkiem  na  całą  noc,  dopóki

background image

z Adamem po nią nie wrócą.

Jeśli  kobieta  domyśliła  się,  że  niebezpieczeństwo  dla  dziewczynki

stanowi jej biologiczny ojciec, nie dała niczego po sobie poznać. Zapewniała,
że będzie strzec Ani jak źrenicy oka.

Jeżeli  zaś  Agnieszka  obawiała  się,  że  córka  nie  będzie  chciała  nocować

u nowo poznanej cioci, to niepotrzebnie. Adam czekał na dziewczynę przed
domem,  gdy  usłyszał  wesołą  gromadę  wracającą  z  sanek.  Ania  z  Dawidem
biegli  przed  dziadkami,  obrzucając  się  śnieżkami,  śmiejąc  i  piszcząc
z  radości.  Rodzice  Agi  wczuli  się  w  rolę  podwójnych  dziadków  i  co  rusz
upominali dzieci przed niebezpieczeństwami takich zachowań. Uwagi rzucali
raczej dla zasady niż dla uzyskania efektu, ciesząc się razem z maluchami.

Adam dołączył do ferajny i razem weszli do mieszkania.

Przy kolacji Agnieszka starała się robić dobrą minę do złej gdy, choć Adam
widział,  jakim  jest  kłębkiem  nerwów.  Jadła  mechanicznie,  sztućce
nieprzyjemnie  hałasowały  w  jej  drżących  rękach.  Tymczasem  niczego
niepodejrzewająca matka snuła sielskie plany.

–  Powinnaś,  córeczko,  przywieźć  tu  pana  Adama  latem.  Wie  pan,  jak

u nas jest pięknie latem? Jezioro, las, pola i łąki...

–  Proszę  mi  mówić  po  imieniu  –  siląc  się  na  miły  ton,  zwrócił  uwagę

kobiecie. Zastanawiał się, czy dystansuje go specjalnie, czy tak jej zależy na
etykiecie.

– A kotek jadł? – zaciekawił się ojciec.
– Nie, dam jej w domku, jak tylko się tam przeniesiemy.
–  Zbierajmy  się  –  zarządziła  Agnieszka  i  udawana  kolacja  dobiegła

końca.

Ania,  zmęczona  i  szczęśliwa  z  powodu  nowych  przygód  i  towarzystwa,

bez  sprzeciwu  wzięła  ciocię  za  rękę  i  powędrowała  do  jej  domu.  Kasia
posłała siostrze spojrzenie w stylu „nic się nie martw”.

Tymczasem  Adam  wyjął  z  samochodu  transporter  z  przeraźliwie

miauczącym  kotem,  kuwetę,  miskę  i  prowiant  dla  Niutki,  a  także  dwa
plecaki.

Agnieszka  zapewniła,  że  do  domku  jest  rzut  beretem.  Ruszyli  pieszo.

background image

Dziewczyna  szła  przodem  wąską  ścieżką,  prowadzącą  przez  zmarznięty  sad
i przyprószone śniegiem pole. Przyjemna zimowa sceneria nie była w stanie
pobudzić w nich optymizmu, zwłaszcza w Agnieszce, która maszerowała jak
w  transie.  Adam  zaczął  się  obwiniać  o  bycie  powodem  jej  wszystkich
nieszczęść.  Wątpił,  by  w  przeszłości,  nawet  takiej,  jaką  zaoferował  jej
nieodpowiedzialny chłopak i zacofani rodzice, była aż tak nieszczęśliwa jak
teraz. Dziw bierze, że jeszcze się z nim zadaje.

background image

Rozdział XIX

Nieduży  domek  śmierdział  mokrym  drewnem.  Składał  się  z  dużego  salonu,
aneksu kuchennego i  małej łazienki na  parterze oraz sypialni  ze skosami na
piętrze. Było w nim też przejmująco zimno, choć ojciec Agnieszki napalił już
w kominku. Szczęśliwie wykąpali się u rodziców.

Agnieszka  rzuciła  plecak  na  fotel,  zdjęła  kurtkę  i  wzięła  się  za

rozkładanie  koców  i  poduszek  przy  kominku,  bo  tylko  tu,  póki  co,  dało  się
usiąść i nie umrzeć z zimna. Zaproponowała Adamowi gorącą herbatę.

– Zrób mi kawę – poprosił, rozglądając się po przybytku za miejscem dla

Niutki.  W  jednej  ręce  trzymał  transporter  z  kotem,  w  drugiej  kuwetę.  –  Nie
chcę zasypiać.

– Zrobię dwie kawy – zadecydowała.
Zajął  miejsce  na  poduszce,  sadzając  kota  obok  siebie.  Niutka

błyskawicznie czmychnęła w stronę kuchni i równie prędko z niej wybiegła.
Najwidoczniej  obraziła  się  na  ich  dwoje.  Obserwował,  jak  wącha  dywan
i  drewnianą  podłogę.  Zajrzała  pod  szafę  i  łapką  wydłubała  spod  niej  jakiś
papierek. Po chwili cała się tam wślizgnęła.

Wstał, bo przypomniał sobie, że nie dał temu zakurzonemu sierściuchowi

jeść.

Na  dźwięk  lądującej  na  talerzu  miękkiej  karmy  spod  szafy  niespiesznie,

ale  zdecydowanie  zaczęła  wyłaniać  się  Niutka.  Najpierw  można  było
dostrzec  wąsiska  i  resztę  wdzięcznego  pyszczka,  potem  grzbiet  i  długaśny
ogon.  Była  cała  w  kurzu  i  miauczała  niezadowolona  z  tak  późno  podanego
obiadu.

Popijając mocną kawę przed kominkiem, obserwowali umorusanego kota

pałaszującego  bozitę  o  smaku  raka.  Na  chwilę  zapomnieli  o  ostatnich
wydarzeniach.  Adam  był  ciekawy,  od  kiedy  chatka  stoi  pusta  i  dlaczego
właściwie nikt w niej nie zamieszkał.

–  To  był  letniskowy  domek  mojego  wujostwa  –  zaczęła  wyjaśniać.  –

background image

Mieszkali  w  Toruniu,  ale  kochali  Mazury.  Spędzali  tu  każdy  urlop  i  długi
weekend. Kiedy przeszli na emeryturę, przepisali mieszkanie chrześnicy, bo
własnych  dzieci  nie  mieli,  i  przeprowadzili  się  tu  na  stałe.  Ciocia  Basia
jeszcze  w  Toruniu  zmagała  się  z  rakiem  i,  niestety,  zmarła.  Wujek  odszedł
dwa miesiące po niej. Nie chorował. Umarł z tęsknoty.

Ostatnie  zdania  wypowiedziała  ze  smutkiem  w  głosie  i  na  chwilę

zamilkli. Agnieszka obserwowała ogień w kominku, a Adam rozejrzał się za
Niutką.  Dla  odmiany  siedziała  na  szafie  z  jedną  łapą  w  górze,  myjąc  sobie
genitalia.  Obok  niej  walały  się  różne  graty,  w  tym  lampka  nocna,  mosiężny
trzyramienny  świecznik,  puszka  farby  (lub  po  farbie),  gazety  i  jakieś
narzędzia.

– Pisał? – zapytała Agnieszka, nakrywając się kocem.
Był  pewien,  że  nie  przyszedł  żaden  nowy  SMS,  ale  i  tak  sprawdził

komórkę.

– Nie, cisza.- Sam nie wiedział, czy to dobra, czy zła wiadomość. – Może

się  połóż.  Miałaś  naprawdę  ciężki  dzień.  –  Wskazał  na  kanapę,  choć  nie
wiedział, czy będą spać tu, czy na górze.

–  Położę  się  tutaj.  –  Owinęła  się  mocniej  i  leżąc  jak  w  kokonie,

przymknęła  oczy.  Położył  się  obok.  Bawiąc  się  miękkimi  włosami
dziewczyny, myślami powrócił do telefonu w sprawie najmu. To musiał być
Mariusz. Badał teren. Upewniał się. Najwidoczniej je śledził. Wiedział, gdzie
obecnie  mieszkają,  a  ogłoszenie  potwierdziło  jego  przypuszczenia
i  wzbogaciło  zebrany  materiał  o  numer  telefonu.  A  więc  faktycznie  nie
chodzi mu o kasę, którą zdobyli w międzyczasie, tylko o dziecko.

Zastanawiał  się,  czy  niepokoić  dziewczynę  swoim  odkryciem,  gdy

usłyszał  nadjeżdżający  samochód.  W  tej  samej  chwili  w  domku  zrobiło  się
widniej  od  świateł  wozu.  Agnieszka,  która  najwidoczniej  zdążyła  przysnąć,
zerwała się przestraszona. Adam był już przy oknie.

– Mondeo – powiedział tylko.
Pierwszym  odruchem  Adama  było  rzucenie  się  w  stronę  kominka

w poszukiwaniu ulubionego już narzędzia zbrodni – pogrzebacza.

Agnieszka pobiegła w przeciwną stronę – do okna, by upewnić się co do

tożsamości intruza. Z czarnego forda wyłonił się wysoki, dobrze zbudowany

background image

mężczyzna,  ubrany  w  sportową  kurtkę  z  kapturem  na  głowie.  Światła
w samochodzie już zgasły i nie było widać twarzy człowieka, który niegdyś
bliski Agnieszce, teraz stał się jej największym wrogiem.

– Odejdź od okna. – Adam pociągnął ją za rękę w stronę kuchni. – Zostań

tu, ja się tym zajmę.

–  Nie!  –  Wyrwała  się.  –  On  jest  bardzo  silny,  trenował  różne  cuda,  nie

dasz  mu  rady!  Zostanę  z  tobą.  Zresztą  nie  będzie  żadnej  walki.  I  odłóż  ten
pogrzebacz!

Nie  zdążył  jej  odpowiedzieć,  bo  rozległo  się  pukanie,  a  raczej  walenie

pięścią w drzwi.

– Otwórzcie, bo wezwę policję! – dobiegło ich z dworu.
– Otwórz mu – rozkazała.
Adam  odłożył  pogrzebacz  i  podszedł  do  drzwi.  Po  namyśle  wrócił  po

narzędzie. Agnieszka spojrzała na niego karcąco.

– Czego chcesz? – Otworzył drzwi, ale nie ustąpił przejścia do środka.
–  Doprawdy  groteskowo  wyglądasz  z  tych  pogrzebaczem.  Agnieszka

musi  być  bardzo  zdesperowana.  –  Intruz  odepchnął  chłopaka  i  wszedł  do
chaty. – Dawno tu nie byłem. – Udawał, że się rozgląda z zainteresowaniem.

Adam,  który  stał  za  Mariuszem,  zamachnął  się  pogrzebaczem.

Nieproszony  gość  odebrał  mu  narzędzie,  nawet  się  nie  odwracając.
Uśmiechnął się za to szeroko.

–  Nie  popisuj  się.  –  Agnieszka  zrobiła  krok  do  przodu.  –  Nie

odpowiedziałeś na pytanie. Czego chcesz?

– Jesteście bardzo gościnni, ale nie przyjechałem do was. Gdzie Ania? –

Skierował się w stronę schodów, ale zastąpiła mu drogę.

– Nie ma tu jej. Czego chcesz od mojej córki?
– To także moja córka.
–  Przestań  powtarzać  te  brednie!  Dobrze  wiem,  że  nie  zależy  ci  na

dziecku!  Chodzi  ci  o  pieniądze!  Dostaniesz,  ile  zechcesz,  tylko  daj  mi
spokój!

Adam poczuł się jak ofiara losu. Miał świadomość, że ta gnida nie chce

pieniędzy,  ale  jeżeli  nawet,  to  i  tak  kasa  nie  załatwi  sprawy.  Będzie  ich
prześladował do końca życia. Za dużo o nich wie. W dodatku plan, by zatłuc

background image

go pogrzebaczem, spalił na panewce. W chwili obecnej nie miał innego.

Agnieszka  kłóciła  się  zawzięcie  z  Mariuszem  i  nie  mógł  zebrać  myśli.

Spojrzał  ma  szafę,  by  sprawdzić,  co  u  kota.  Ten  widok  równie  mocno  go
zaskoczył, co ucieszył.

Wybudzona  z  poobiedniej  drzemki  Niutka  przeciągała  się  intensywnie.

Podczas  gdy  puchaty  zadek  wystrzelił  pod  sam  sufit,  przednie  łapy
powędrowały  daleko  do  przodu,  popychając  trójramienny  mosiężny
świecznik.

Adam  aż  się  skrzywił,  gdy  ciężki  przedmiot  spadł  wprost  na  głowę

intruza,  powodując  łomot,  krzyk  i  upadek.  Niekoniecznie  w  tej  samej
kolejności.

Niutka ponownie ulokowała się do snu.
Agnieszka odganiała Adama, który próbował dobić leżącego odzyskanym

pogrzebaczem, tłukąc go po rękach i nogach.

– Zostaw go! – Uklękła przy byłym chłopaku, by sprawdzić tętno. – Nie

czuję pulsu! – krzyknęła przerażona.

–  Ten  świecznik  ma  z  10  kilogramów.  –  Adam  wziął  w  ręce  narzędzie

zbrodni,  jeszcze  do  niedawna  pamiątkę  po  wujostwie,  a  wcześniej  miły
atrybut romantycznego wieczoru.

Również  ukucnął  przy  nieprzytomnym  lub  nieżywym  Mariuszu.  Z  rany

na głowie ciekła krew. Wydawało się, że już nie oddycha.

Spodziewał się, że Agnieszka zacznie płakać, ale zapytała tylko, co teraz

zrobią.

– Raczej nikt nie wie, że tu jest, więc musimy tylko pozbyć się ciała.
– I samochodu – dodała.
– Może ciała w samochodzie?
– Chcesz upozorować wypadek?
– Tak by było najlepiej. – Przezornie nie spuszczał ciała z oczu.
–  Ale  chyba  nie  tu?!  Całkiem  przepadkiem  zginie  pod  domem  swojej

byłej dziewczyny?

–  Pojedziemy  na  dwa  samochody  –  zadecydowała.  –  Jego  wóz  utopimy

w jeziorze, a naszym wrócimy.

– OK. Chodźmy po samochód.

background image

– Razem?
–  No  tak.  Przepchniemy  go  na  jałowym  biegu.  No  chyba  nie  chciałeś

odpalać go w środku nocy pod oknami rodziców?!

– Masz rację.
Zdecydowanie  wolał,  gdy  była  bezradna  i  zapłakana.  Jej  metodyczność

nie wiedzieć czemu go przerażała.

background image

Rozdział XX

Agnieszka  siedziała  za  kierownicą,  a  Adam  pchał  samochód,  dopóki  nie
znaleźli  się  pod  chatą.  Kiedy  próbował  złapać  oddech  po  wysiłku,
dziewczyna  wyszła  z  focusa  i  wsiadła  do  mondeo.  Zaparkowała  tyłem  pod
samymi drzwiami domku. Otworzyła bagażnik.

Weszli  do  środka.  Niutka  spała  na  piersi  Mariusza.  Odgonili  ją,  wzięli

trupa  pod  ręce  i  zaczęli  ciągnąć  przez  salon  do  wyjścia.  Eks  Agnieszki
pozostawiał po sobie ślady krwi z rozciętej głowy.

–  Musimy  założyć  mu  coś  na  głowę.  Nie  może  ubrudzić  bagażnika  –

zauważyła.

Adam  wrócił  się  do  kuchni  po  reklamówkę,  zostawiając  na  chwilę

dziewczynę  z  tragicznie  zmarłym  byłym  facetem.  Zabrał  też  pogrzebacz.
Kiedy  wrócił,  przyglądała  się  beznamiętnie  martwemu  dawnemu
kochankowi.  Założył  mu  na  głowę  reklamówkę,  nałozył  kaptur  od  kurtki
i  ruszyli  do  samochodu.  Nieporadnie  wrzucili  bezwładne  ciało  do
bagażnika.Pogrzebacz też tam wrzucił, ale po chwili namysłu przeniósł go do
samochodu.

Agnieszka chciała jechać mondeo.
– Jedź za mną. Znam miejsce, gdzie zimą dochodzi do wielu wypadków.
– Daleko stąd?
– Jakieś 40 kilometrów. Idealnie, żeby nie podpadało.

Agnieszka  ruszyła  pierwsza.  Adam  za  nią.  Wyjechali  na  główną  drogę,  bez
problemu  trzymając  się  jeden  za  drugim,  bo  o  tej  porze  nie  było  żadnego
ruchu. Pewnie dlatego Agnieszka nie uważała zbytnio i nie zareagowała, gdy
z  podporządkowanej  wyjechał  wprost  na  nią  ciemny  osobowy  samochód.
Adam  aż  krzyknął,  gdy  zobaczył,  że  nieostrożny  kierowca  stuka  w  bok
mondeo.  Agnieszka  nie  straciła  jednak  panowania  na  kierownicą.  Choć  jej
samochód  zatoczył  się  lekko,  szybko  go  wyprostowała.  Dobrze,  że  nie

background image

przyhamowała,  bo  pewnie  wpadłaby  w  poślizg.  Sprawca  kolizji  obrócił  się
wokół  własnej  osi  (Adam  zauważył,  że  ma  wgięty  zderzak),  ale  wyszedł
z  opresji,  zanim  Adam  zdążył  w  niego  stuknąć.  Ruszył  za  Agnieszką.
Wszystko wskazywało, że właściciel czarnego samochodu, w ocenie Adama
skody,  chciał  uczciwie  załatwić  sprawę.  Jednak  dziś  mu  się  upiekło,  bo
Agnieszka  raczej  nie  myślała  się  zatrzymywać.  Jak  się  domyślił,  nie  tyle
z powodu trupa w bagażniku, co faktu, iż to nie jej auto. Człowiek w skodzie
nie dawał jednak za wygraną i siedział Agnieszce na ogonie. Ta jechała coraz
szybciej. Zaczął się już obawiać, że dojdzie do najgorszego. W końcu skoda,
bez  włączonego  kierunkowskazu,  zaczęła  wyprzedzać  Agnieszkę.  Adam
przyspieszył,  by  zobaczyć,  co  zamierza  kierowca.  Może  chce  stanąć
w  poprzek  drogi  i  w  ten  sposób  zatrzymać  mondeo?  Ale  jak  można  być  do
tego  stopnia  nadgorliwym?  Wąskie,  nieoświetlone  nocą  ulice  idealnie  się
nadają,  by  zbiec  z  miejsca  zdarzenia.  Tablicy  rejestracyjnej  nie  widać,  bo
ciemno, choć oko wykol.

Skoda  wyprzedziła  już  Agnieszkę  i  dzięki  długiej  prostej  Adam  mógł

zauważyć,  że  facet  faktycznie  hamuje.  Jednak  ponownie  wpadł  w  poślizg.
Adam zwolnił intuicyjnie. To samo zrobiła jego współlokatorka. Tymczasem
skoda,  obróciwszy  się  wokół  własnej  osi,  wpadła  na  przydrożne  drzewo.
Usłyszał huk i trzask. Agnieszka przyspieszyła, więc zrobił to samo.

Od tej pory nie mijali praktycznie żadnych samochodów. Droga nie była

już  taka  prosta.  Jechali  bardzo  krętą  trasą,  a  w  dodatku  często  skręcali
w  boczne  odcinki.  Agnieszka  jechała  pewnie,  włączając  kierunkowskazy  na
długo przed skrętem, by w porę zmniejszył prędkość.

Dziewczyna bardzo zwolniła i domyślił się, że są u celu. Po jednej stronie

drogi  było  jezioro,  a  po  drugiej  kępa  drzew.  Tam  zaparkowała.  Zrobił  to
samo. Droga się jednak nie kończyła, prowadziła na wzniesienie.

Wyszedł  z  samochodu  i  poczuł  przyjemny  chłód.  Przez  chwilę  wdychał

noc, wodę i zimę.

Agnieszka  stała  już  przed  mondeo,  patrząc  w  stronę  nawet  łagodnego

pagórka,  porośniętego  drzewami.  Domyślił  się,  że  w  sezonie  za  dnia  jest  tu
uroczo.

– Widziałeś, co za baran? Sam się prosił o wypadek – wyrzucała z siebie

background image

nerwowo. – Myślisz, że zginął?

Był pewien, że tak, ale nic nie odpowiedział. Nie było sensu roztrząsać tej

tragedii akurat teraz.

– Jak planujesz go utopić? – zapytał.
–  Zaraz  ci  wytłumaczę  –  Pokazała  ręką,  żeby  wsiadł  z  nią  do  auta.  –

Zostawimy  tu  focusa  i  razem  pojedziemy  mondeo  na  drugą  plażę.  Droga
prowadzi  przez  wzniesienie.  Jak  ktoś  nie  wie,  gdzie  zjechać,  nie  trafi  na
plażę,  zwłaszcza  w  nocy.  Znajdzie  się  wówczas  na  stromej  górze  ze  dużym
spadem  od  strony  jeziora.  Tam  się  zatrzymamy.  Posadzimy  Mariusza
z  przodu,  zepchniemy  samochód,  zbiegniemy  z  górki  do  ukrytego  focusa
i odjedziemy. Na dwa samochody by się nie udało. Po pierwsze, nie byłoby
jak zawrócić, a po drugie, ktoś mieszkający po tamtej stronie wzgórza może
usłyszeć  hałas  i  odjeżdżające  auta.  A  wtedy  to  już  przestaje  wyglądać  na
wypadek.  Jak  zbiegniemy  wśród  krzaków  i  drzew,  nikt  nas  nie  zauważy.
Jasne?

– Tak jest, szefowo!

Agnieszka  prowadziła  pewnie,  podczas  gdy  zajmujący  siedzenie  pasażera
w  mondeo  Adam  nawet  nie  widział  drogi.  Ze  względów  bezpieczeństwa
jechali  bowiem  bez  świateł.  Samochód  podskakiwał  na  zamarzniętych
koleinach. Adam słyszał, jak schowane do bagażnika ciało podryguje razem
z samochodem. Był to dźwięk groteskowy i przerażający.

Poczuł ulgę, gdy dziewczyna zatrzymała samochód.
W ciemności wziął głęboki oddech. Rześkie powietrze już nie wydawało

mu  się  tak  przyjemne.  Być  może  przez  silniejszy  na  otwartej  przestrzeni
wiatr.  Nie  widział  końca  drogi  ani  zbocza  góry,  na  którą,  miał  wrażenie,
długo  wjeżdżali,  ani  nawet  jeziora.  Agnieszce  brak  widoczności  nie
przeszkadzał. Otworzyła bagażnik i poprosiła o pomoc.

Ponownie  wzięli  Mariusza  pod  ramię.  Tachali  go  raptem  na  siedzenie

kierowcy,  ale  i  tak  było  im  ciężko.  Może  to  wina  ciała  po  śmierci,  a  może
byli  już  zmęczeni.  Kiedy  zwalili  trupa  na  siedzenie,  ten  najzwyczajniej
jęknął.

Odskoczyli  zdumieni,  by  po  chwili  niespiesznie  na  nowo  zbliżyć  się  do

background image

ciała. Nic się jednak nie wydarzyło. Trup dalej zachowywał się jak trup, czyli
leżał tak, jak go ułożyli, nie wydając żadnych dźwięków.

–  Zdejmij  mu  worek.  –  Szturchnęła  Adama  tak  mocno,  że  prawie

wylądował na trupie.

Nie  miał  na  to  najmniejszej  ochoty,  ale  Mariusz  nie  mógł  przecież

przypadkowo zginąć, mając foliową torbę na głowie. Wyciągnął drżącą rękę
w  stronę  głowy  nakrytej  reklamówką.  Zdjął  ją  jednym  ruchem  i  odskoczył
jak oparzony.

– Co się stało?! Co zobaczyłeś?! – Agnieszka wpadła w panikę.
–  Chyba  nic.  Czekaj,  sprawdzę.  –  Wyjął  komórkę,  włączył  pierwszy

lepszy  przycisk  i  podszedł  z  nią  do  ciała.  Twarz  była  upaćkana  krwią,  ale
nadal wyglądała na twarz trupa.

– Albo nam się wydawało, albo był to jakiś jęk pośmiertny – podsumował

Adam.

–  Słyszałam,  że  trupy  miewają  gazy,  ale  żeby  jęczeć?  –  Agnieszka  nie

wyglądała na przekonaną.

–  Musiało  nam  się  wydawać.  –  Odwrócił  się  do  dziewczyny,  chowając

jednocześnie  komórkę  do  kieszeni.  –  To  co,  spychamy  samochód  do...  –
zdanie przerwało mu silne uderzenie w głowę. Gołą pięścią.

Agnieszka  krzyknęła.  Zaskoczony  Adam  odwrócił  się  w  stronę

napastnika,  co  było  błędem,  bo  czekał  go  tylko  kolejny  cios.  Tym  razem
pięść  Mariusza  wycelowała  w  jego  twarz.  Przewrócił  się,  zataczając,  pod
najbliższe drzewo. Gdyby nie ono, spadłby z górki wprost do jeziora.

–  Niee!  –  krzyknął,  gdy  Agnieszka  rzuciła  się  na  ożywionego  trupa

Mariusza.  A  raczej  Mariusza,  który  nigdy  nie  umarł,  a  zwyczajnie  stracił
przytomność i teraz z zakrwawioną głową i twarzą szukał odwetu na swoich
prześladowcach.

Szarpał  się  z  Agnieszką  z  całą  zawziętością.  Adam  wykorzystał  ten

moment na wstanie i podejście do napastnika od tyłu. Z całych sił złapał go
za kaptur i odepchnął od dziewczyny. Mariusz przewrócił się i nawet zaczął
turlać  z  góry  na  dół,  do  jeziora,  kiedy  udało  mu  się  złapać  jakiś  kamień
i podciągnąć się na dawne miejsce. Adam przypomniał sobie o pogrzebaczu
i  czekał  na  żywego  trupa  uzbrojony.  Tym  razem  Mariusz  przecenił  swoje

background image

możliwości  i  zanim  wyrwał  Adamowi  broń,  dostał  nią  po  głowie  i  znów
upadł.  Jego  ciało  zaczęło  bezładnie  turlać  się  z  górki  i  po  chwili  usłyszeli
głośny plusk.

–  Tu  jest  całkiem  płytko.  Może  się  ocknąć  i  wyjść  –  Agnieszka  znów

zaczęła panikować.

– Wątpię. Uderzyłem go z całej siły.
–  Świecznik  jakoś  go  nie  zabił.  Nie  możemy  ryzykować.  Zresztą  on  ma

zginąć w wypadku, nie możemy go tam zostawić, żywego czy martwego.

– To co chcesz zrobić? – Adam miał nadzieję, że nie to, co ma na myśli.
– Zejdziemy do wody i przyniesiemy go do samochodu.
A jednak. Po chwili na czworakach, w dodatku tyłem, wolno schodzili do

jeziora.  Adam  wciąż  dzierżył  pogrzebacz  w  ręce,  ale  jakoś  wolał  go  nie
wyrzucać. Mariusz leżał na brzegu. Gdyby żył, na pewno by wstał, bo woda
była  niebotycznie  zimna.  Chwycili  go  za  ręce  i  zaczęli  ciągnąć.  Nawet  nie
drgnął.

–  Nie  damy  rady.  Jest  ciężki,  a  w  dodatku  ma  mokre  ubranie  –

zawyrokował Adam.

– Chcesz go rozebrać?
– Co? Nie! Nie wiem...
– Haloo! – usłyszeli za plecami, gdy ściągali nasiąkniętą wodą puchową

kurtkę z zabitego po raz drugi Mariusza.

Odwrócili się przerażeni. Na szczycie wzniesienia stał człowiek i świecił

w ich stronę latarką.

– Co tam się stało? – chciał wiedzieć przybyły. – Mam wezwać policję?
– Nie! – Agnieszka zaprotestowała gwałtownie.
– Już wezwaliśmy – odkrzyknął gościowi Adam. – Policja już jedzie!
– Zejdę pomóc – uparł się człowiek z latarką.
Agnieszka spojrzała na Adama ze strachem w oczach. Wiedział, co chce

powiedzieć. On też nie miał pojęcia, co teraz. Wszystko się pogmatwało.

Tymczasem  mężczyzna  był  już  prawie  na  dole.  Przyświecając  sobie

latarką, pokonywał drogę szybko i sprawnie. W dodatku nie musiał poruszać
się na czworakach.

– Mieszkam niedaleko i usłyszałem hałas. Co się stało? – chciał wiedzieć,

background image

jak tylko stanął przy nich.

– Utonął – wyjaśnił krótko Adam, nie wiedząc, co dalej robić: rozbierać

Mariusza,  wyciągać  go  stąd  czy  może  poprosić  tubylca  o  pomoc
w sfingowaniu wypadku.

– Jak to utonął? Skąd ta krew? Co tu państwo robią? – człowiek z latarką

z  każdym  wyrzucanym  zdaniem  był  coraz  bardziej  podejrzliwy.  Kiedy
pochylił się nad trupem, by osobiście sprawdzić, co tu się święci, Adam nie
miał  innego  wyjścia,  jak  wykorzystać  okazję  i  zlikwidować  świadka.
Z  wprawą,  jakiej  chcąc  nie  chcąc  ostatnio  nabył,  ze  wszystkich  sił  uderzył
mężczyznę  pogrzebaczem  w  tył  głowy.  Ten  człowiek  bez  wątpienia  był
trupem. Kości czaszki aż gruchnęły po zderzeniu z tępym narzędziem.

Agnieszka nic nie powiedziała. Powróciła do rozbierania Mariusza.
Kiedy  go  zaciągnęli  do  samochodu,  sami  byli  ledwo  żywi.  Nie  mogli

posadzić  mężczyzny  za  kierownicą.  Musieli  się  wrócić  po  ubrania,  które
zostały na brzegu – kurtkę i buty.

– Popilnuj go, a ja szybko zejdę i zaraz z nimi wrócę – zadecydował.
–  Dobrze,  ale  pospiesz  się.  Tego  ciekawskiego  zaraz  zacznie  szukać

rodzina.

– Będę raz-dwa. Tylko co mam zrobić z tym facetem?
–  Znajdź  jakiś  większy  kamień  i  połóż  go  przy  nim.  Będzie  wyglądało,

jakby upadł z górki, wprost na niego – wymyśliła na poczekaniu.

– Czytasz za dużo kryminałów – zażartował i zaraz spoważniał. – Dobra,

to idę.

– Świeć sobie telefonem.
– OK.
Adam przyjął pozycję do schodzenia ze stromej i śliskiej góry. Agnieszce

nawet zachciało się śmiać na jego widok.

Zwłoki  Mariusza  leżały  przy  samochodzie.  Wsiadła  za  kierownicę

mondeo  i  oparła  się  o  siedzenie.  Zamknęła  oczy.  „Niech  ten  koszmar
wreszcie się skończy”.

Aż podskoczyła, gdy usłyszała dźwięk SMS-a. Sięgnęła do wewnętrznej

kieszeni  kurtki,  gdzie  trzymała  telefon,  jednak  to  nie  do  niej  napisano.  Stąd
widziała, że Adam używa swojej do oświetlenia drogi. Światełko migało nad

background image

samą wodą, więc zapewne brał rzeczy i przymierzał się do powrotu.

Zaczęła  rozglądać  się  po  samochodzie.  Nie  mogła  skojarzyć,  skąd

dochodził dźwięk. Miała strasznie słabą orientację. Zawsze pocieszała się, że
wiele  kobiet  skarży  się  na  podobne  problemy.  Nie  potrafiła  szybko
zlokalizować hałasu ani odróżnić lewej od prawej. Zajrzała na tylne siedzenia
i pod fotele. Nic. Obmacała schowki w drzwiach. Jakieś szpargałki, ale nic,
co  przypominało  telefon.  Schowek!  Przecież  to  oczywiste.  Bez  wątpienia
traciła zmysły.

Wyjęła  komórkę  Mariusza,  xperię  w  skórzanym  etui.  Przy  okazji  ze

zdumieniem stwierdziła, że jest 5 rano. Muszą wracać, bo o 7 zacznie świtać.
Ponadto  rodzice  mogą  wołać  ich  rano  na  śniadanie.  Matka,  przejęta  jej
powrotem,  zapewne  od  wieczora  planuje  poranne  menu.  Jak  nic  o  7  będzie
dzwonić, żeby przyszli jeść.

SMS  dostał  Mariusz.  Mała  koperta  u  dołu  dużego  wyświetlacza  była

opatrzona  żółtą  jedynką.  Albo  z  powodu  zmarzniętych,  roztrzęsionych  rąk,
albo  z  braku  doświadczenia  w  posługiwaniu  się  dotykowym  aparatem
w żaden sposób nie mogła dostać się do skrzynki odbiorczej. Włączyła nawet
Facebooka  i  o  mały  włos  nie  wybrała  opcji  „Zamelduj  się”.  Zaczęła
pospiesznie naciskać strzałkę, by znaleźć się w punkcie wyjścia.

Tymczasem wrócił Adam i schowała telefon do kurtki. Później poczytają.

Wydawało  się,  że  najgorsze  mają  za  sobą.  Ubrali  Mariusza,  posadzili  go  za
kierownicą i zepchnęli samochód. Poczekali, aż z hukiem wpadnie do jeziora,
a potem rzucili się biegiem do ucieczki.

Biegli,  ukrywając  się  za  drzewami  i  krzakami.  Adam  zapomniał  już,

gdzie zostawili focusa,  ale Agnieszka złapała  go za rękę,  gdy chciał skręcić
nie tam, gdzie trzeba. Odetchnął, gdy blisko ulicy, ale jednocześnie za kępą
krzaków i drzew, zobaczył samochód. Kiedy wsiedli – Adam za kierownicą,
Agnieszka  obok  –  i  pstryknęli  światełko,  oniemieli  na  swój  widok.  Byli
umorusani ziemią i krwią.

–  Musimy  się  jakoś  umyć  –  stwierdziła  dziewczyna,  patrząc

z dezaprobatą w małe lusterko. – Co powiemy, jak nas zatrzyma policja? Jak
wytłumaczymy fakt, że jesteśmy zakrwawieni?

background image

–  Krew  na  sobie  może  jakoś  wytłumaczymy,  ale  nie  tę  w  bagażniku  –

zauważył Adam, czym załamał Agnieszkę całkowicie.

–  Wiesz  co,  jedź  –  zadecydowała.  –  Nic  teraz  nie  wymyślimy.  Tylko

prowadź ostrożnie i nie przekraczaj dozwolonej prędkości.

Adam  nie  prowadził  w  takim  stresie  od  osiemnastki  kolegi,  kiedy  to  pił

na umór, a na koniec okazało się, że jest kierowcą. Kiedy zajechali pod dom
Agnieszki, chciał całować ziemię, na której stoi. Poskromiła jego entuzjazm,
mówiąc, że chyba siostra ich widziała, bo poruszyła się u niej firanka. Grunt,
żeby rodzicom nie przyszło do głowy stać przy oknie o 6 rano.

Zamknęli samochód, korzystając z kluczyka, żeby już nie pikać alarmem,

i puścili się biegiem w stronę chaty.

Tam  zastali  niemal  apokaliptyczny  widok.  Niutka  weszła  w  krew  na

podłodze,  którą  pozostawiła  rana  Mariusza,  i  teraz  w  całym  domku  były
czerwone  ślady  kocich  stóp:  na  dywanie,  na  parapecie,  na  kocach
i  poduszkach.  Gwiazda  wieczoru  budziła  się  właśnie  z  drzemki  uciętej  dla
odmiany przy kominku.

– Adam! – krzyknęła Agnieszka przerażona.
– Spokojnie, sprzątniemy.
– Ja nie o tym. Co zrobiłeś z reklamówką, którą Mariusz miał na głowie?
– Jest w bagażniku.
– Uff. Na pewno nie zostawiliśmy śladów?
– Nie, na pewno nie.
Powiedział  tak  tylko  po  to,  by  uspokoić  dziewczynę.  Sam  bowiem  całą

drogę  zastanawiał  się  nad  ewentualnymi  błędami,  jakie  popełnili.  Miewał
takie uczucie, gdy wyjeżdżał z domu na dłużej i nie mógł sobie przypomnieć,
czy wyłączył gaz.

Agnieszka  rzuciła  w  kąt  brudną  kurtkę  i  usiadła  na  kanapie.  Nie  miała

siły się rozpłakać. Ten bałagan ją dobił. Mogła doradzić Adamowi pozbycie
się Niutki, kiedy była ku temu okazja. Nie dość, że praktycznie przyczyniła
się do zabójstwa Mariusza, to jeszcze zrobiła z domku miejsce zbrodni rodem
z  horroru  klasy  B.  Z  drugiej  strony  gdyby  nie  kot,  jej  eks  mógłby  wezwać
policję  i  opowiedzieć  o  Orłowskim.  Zdarzenia  w  willi  wydawały  jej  się  tak
odległe, jakby minęły miesiące, a nie dni.

background image

Adam  wziął  się  za  porządki,  ale  nie  mogła  się  zmotywować,  by  mu

pomóc. Zmył podłogę zimną wodą z żelem do kąpieli. Za zmywak posłużył
mu  jakiś  podkoszulek.  Obserwowała,  jak  wyciera  meble  i  parapety.  Zdjął
poszewki  z  poduszek.  Złożył  je  w  kostkę  razem  z  kocami.  Schował  brudne
rzeczy do szafy.

– Na dywan muszę wziąć coś od twojej mamy – zadecydował.
Dopiero teraz przypomniała sobie o śniadaniu u rodziców. Jak zaraz tam

nie pobiegnie, gotowi tu po nich przyjść.

– Idę się wykąpać – powiedziała.
–  Zastanawiam  się,  czy  nie  powinniśmy  skorzystać  z  propozycji  twojej

matki  –  zasugerowała  Adamowi,  gdy  wyszedł  z  łazienki.  W  ekspresowym
tempie  wkładał  na  siebie  wszystko,  co  miał  w  plecaku,  upychając  w  nim
brudne jeansy. Sama też tak zrobiła, gdy wyszła spod lodowatego prysznica.
Niestety,  ich  kurtki  nadawały  się  do  wyrzucenia.  Buty  udało  się  w  miarę
doczyścić.  Ciekawe,  co  powiedzą  rodzice,  kiedy  zobaczą  ich  spacerujących
po podwórku w samych bluzkach? W środku zimy...

– Co masz na myśli?
– Wyjazd do Irlandii.
– Sam nie wiem...
Pożałowała  swoich  słów.  Być  może  Adam  nie  chce  się  z  nią  wiązać,

a  wspólna  przeprowadzka,  w  dodatku  do  innego  kraju,  jest  dość  poważnym
przedsięwzięciem. Zmieniła temat, żeby ukryć zmieszanie.

–  Chodźmy  na  śniadanie,  bo  będą  po  nas  dzwonić  –  powiedziała

i  przypomniała  sobie  o  zawartości  kieszeni.  –  Mam  komórkę  Mariusza.
Znalazłam  w  schowku.  –  Wygrzebała  telefon  z  kieszeni  steranej  kurtki
i  podała  go  Adamowi.  –  Przeczytaj  wiadomości,  bo  dla  mnie  to  za  dużo
techniki.

– Zaraz zobaczę. – Adam schował telefon do kieszeni spodni. – Możemy

już iść jeść? Umieram z głodu.

– Jasne. Chodźmy.

background image

Rozdział XXI

W  drodze  na  śniadanie  Adam  chciał  wziąć  Agnieszkę  za  rękę,  ale  obie
włożyła  do  kieszeni  spodni.  Szła  bardzo  szybkim  krokiem,  a  przed  samym
domem zaczęła biec. Wpadli do jej siostry jak po ogień. Kasię niewątpliwie
zaskoczył ich widok, ale nic nie powiedziała. Bez słowa wskazała Agnieszce
drzwi  do  dużego  pokoju.  Dzieci  niedawno  wstały  i  siedziały  na  dywanie,
oglądając  bajki  w  telewizji.  Ania  poderwała  się  jak  szalona  i  podbiegła  do
mamy. Z rozpędu uściskała też Adama, co wprawiło go w zakłopotanie, ale
też wzruszyło. Uwielbiał je obie.

Razem  poszli  na  śniadanie  do  rodziców.  Kasia  nie  skomentowała  ich

spaceru bez kurtek, ale mama Agnieszki nie mogła się powstrzymać.

–  A  gdzie  macie  kurtki?  Przeziębicie  się!  Pewnie  wymarzliśmy  w  tej

chacie. Mówiłam, żeby...

– Oj, mamo, daj spokój. Co na śniadanie?
– Siadajcie, bo stygnie. – Kobieta wróciła do krzątania w kuchni i temat

kurtek odszedł w niepamięć.

Chyba  nie  wyglądali  na  szczególnie  wypoczętych,  bo  cała  rodzina

przyglądała  im  się  badawczo.  Adam  był  strasznie  głodny.  Nałożył  sobie  na
talerz  wszystko,  co  oferował  stół:  jajecznicę,  kiełbaski,  chleb,  ser,  wędlinę,
pomidory, a nawet marynowaną paprykę, za którą nie przepadał. Pochłaniał,
nie  mówiąc  wiele,  przez  co  na  Agnieszkę  spadła  odpowiedzialność  za
podtrzymywanie  konwersacji  na  temat  tego,  jak  im  się  spało,  czy  zmarzli
i gdzie jest kot.

Agnieszka, siląc się na entuzjazm, odpowiadała kolejno: jak to na nowym

miejscu, jak to zimą w domku, dostał jeść i śpi.

Adam zauważył, że wszystkie informacje były nieprawdziwe.
Po  śniadaniu  poszedł  do  łazienki,  gdzie  przypomniał  sobie  o  telefonie

Mariusza.  Najpierw  sprawdził  połączenia.  Wczoraj  wieczorem  ktoś  usilnie
próbował  się  do  niego  dodzwonić.  Numer  był  jednak  zastrzeżony.  Wszedł

background image

w wiadomości. Ostatni SMS przyszedł około 5 rano.

Sister: I jak?
Ten SMS nie mógł się doczekać odpowiedzi. Adam przejechał palcem na

samą  górę,  by  przeczytać  wcześniejsze  rozmowy  rodzeństwa.  Nie  zakładał,
by jako Sister zapisał kogoś innego niż własną siostrę.

Sister: Udało się?
Ja: Jestem z nią. Potem prześlę Ci foty. Jest słodka. Uwielbia mnie J
Sister: OK, jak coś, wszystko załatwione. Jutro wyjedziecie? Informować

Larry’ego? Musi przygotować dalszy transport...

Ja: Tak.
Kolejna wymiana SMS-ów miała miejsce na drugi dzień.
Ja: Są małe problemy. Wyjedziemy jutro.
Sister: Co się dzieje? Czemu ode mnie nie odbierasz?
Ja: Po prostu przekaż Larry’emu, że będziemy jutro.
Sister: Oki...
A  więc  jego  współlokatorka  nie  myliła  się,  podejrzewając  porwanie

dziecka za granicę. Tylko co on sobie myślał? Że policja go nie znajdzie? Że
takie duże dziecko nie będzie chciało do mamy?

Odszukał  korespondencję  z  niejakim  Larrym.  Wymienili  krótkie

wiadomości 2 dni temu.

Larry:  Hi.  This  is  Larry,  your  sister’s  friend.  Write  this  number.

Documents waiting.

Ja: Hi. Thx 4 all. Where we’ll met?
Larry: Told U later.
A  więc  załatwił  sobie  i  dziecku  lewe  papiery.  Adam  nadal  nie  widział

w tym sensu. Wrócił do listy wiadomości.

Ja: Zobaczysz NYC prędzej, niż myślisz :)
!Sara:*: To szaleństwo! Jesteś wariat, wiesz? Lovvvvv.
Ja: Cieszysz się?
!Sara:*:  Czy  cieszę?  Wreszcie  zacznę  wszystko  od  nowa!  I  będę  mieć

rodzinkę :) Jesteś pewien, że odda Ci dziecko?...

Ja: Mówiłem Ci, że  ona jej nie  chce. Będzie z  nami szczęśliwa! Będziesz

MAMĄ!

background image

!Sara:*: Taaaak! Już ją uwielbiam<3.
Teraz to już w ogóle zdębiał. W porządku, Mariusz chciał uciec. Znalazł

wartą  siebie  kompankę,  która  prawdopodobnie  nie  mogła  mieć  dzieci,
a  bardzo  chciała.  Odegrał  rolę  ojca  walczącego  o  dziecko.  Ale  przecież  nie
zmienia  to  faktu,  że  w  końcu  znaleźliby  Anię!  Sama,  jakby  podrosła,
odszukałaby mamę. Zmroziło go jednak na myśl, że Agnieszka mogłaby być
choć dzień bez Ani. Jaki miał plan? Wrócił do listy wiadomości.

Ja: Przekazałeś kasę? Kiedy to zrobi?
Pablo:  Przekazałem.  Dzisiaj.  Śledzi  ich.  Są  w  trasie.  Jesteś  pewien,  że

chcesz to zrobić?

Ja: Tak. Sami mi podsunęli ten pomysł...
Pablo:  Jak  chcesz...  Bądź  pod  telefonem.  Będzie  do  Ciebie  dzwonił.

Wyprowadzisz  ich  na  dwór.  Wtedy  daj  sygnał.  On  podjedzie  pod  wskazane
miejsce. Będzie zawsze w promieniu kilometra. Ale nie bliżej.

Ja: OK. To nie będzie trudne.
Teraz  wszystko  stało  się  dla  niego  jasne.  Ani  nie  miałby  kto  szukać,  bo

oboje by nie żyli! Wyjął kartę z telefonu i spuścił ją w sedesie. Agnieszka nie
może się o tym dowiedzieć. Swoje już przeszła, a zagrożenie, jak by to ująć...
zostało wyeliminowane.

Podjął też inną ważną decyzję.

background image

Rozdział XXII

Odwożąc  Krysię  na  lotnisko,  wciąż  przeżywali  Dzień  Babci  w  przedszkolu
Ani.

–  Jaką  ładną  laurkę  dostałam!  Jak  tylko  wrócę,  wstawię  ją  w  ramkę  –

cieszyła  się  podwójna  babcia,  ulokowana  na  tylnym  siedzeniu  focusa  wraz
z  nowo  nabytą,  ale  już  ukochaną  wnusią.  –  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy
przyjedziecie.  Przygotuję  dla  was  duży  pokój,  zanim  znajdziecie  sobie  jakiś
kąt. I pracę oczywiście.

– Mamy spore oszczędności. Poradzimy sobie. – Adam, który prowadził,

mrugnął do Agnieszki porozumiewawczo.

–  Kiedy  mogę  się  was  spodziewać?  –  chciała  wiedzieć  Krysia,  gdy

czekali z nią na odprawę.

– Musimy wynająć mieszkania – tłumaczył Adam. – Agnieszka powinna

swoje dodatkowo wyposażyć pod kątem studentów.

–  Nie  miałaś  problemów  w  szkole?  –  jego  matka  zwróciła  się  do

dziewczyny.

– Dyrektorce było trochę przykro, ale znalazłam osobę na swoje miejsce,

więc nie robiła mi problemów.

– Cieszysz się, wnusiu, że zamieszkasz z babcią? – Krysia wzięła małą na

ręce  i  ucałowała  ją.  Pytanie  oczywiście  było  retoryczne,  bo  Ania  nie
posiadała  się  z  radości,  odkąd  usłyszała,  że  nie  musi  więcej  chodzić  do
znienawidzonego przedszkola.

Krysia była już przy bramce i jeszcze raz chciała wszystkich uściskać.
–  Pamiętaj,  synuś,  że  ja  życia  na  kocią  łapę  nie  toleruję  –  wyszeptała

jeszcze Adamowi.

– Oj, mamo...
– Nie dyskutuj ze mną!

background image

Rozdział XXIII

Gazeta.pl/Olsztyn:
„Podwójna śmierć w jeziorze”

„Pagórek  śmierci”,  jak  go  nazywają  mieszkańcy  Sokołowa  (gmina

Olsztynek),  zbiera  swoje  żniwo  nie  tylko  w  letnie  noce.  W  ostatni  weekend
znów doszło tam do tragedii. Na domiar złego – podwójnej.

–  36-letni  Mariusz  L.,  mieszkaniec  Gdańska,  najprawdopodobniej

zabłądził  i  znalazł  się  na  stromym  pagórku  przy  dzikiej  plaży  nad  jeziorem
Jasnym.  Nie  zauważył  końca  drogi  i  jego  samochód  kilkukrotnie  dachował,
po  czym  wpadł  wprost  do  jeziora.  Mężczyzna  nie  miał  szans  na  przeżycie  –
powiedział  st.  sierż.  Zbigniew  Rosiewicz,  oficer  prasowy  Komendy
Wojewódzkiej w Olsztynie.

Hałas  towarzyszący  wypadkowi  dotarł  do  domostw  zlokalizowanych  po

drugiej stronie „pagórka śmierci”.

– Mąż wziął latarkę i wyszedł sprawdzić, co się stało. Latem jest tu dużo

wypadków,  ale  zimą  jeszcze  nie  było.  Podzielił  jego  los...  –  mówiła  nam
zapłakana  wdowa  po  62-letnim  Kazimierzu  K.,  który  najprawdopodobniej
pośliznął  się  i  sturlał  się  z  górki  wprost  na  kamień  przy  plaży.  Uderzenie
w głowę okazało się śmiertelne.

Policja  wykluczyła  udział  osób  w  trzecich  w  obu  śmiertelnych

zdarzeniach. Nie będzie też sekcji zwłok.

–  Zarówno  siostra  mieszkańca  Gdańska,  która  przybyła  zidentyfikować

zwłoki, jak i wdowa po Włodzimierzu K. odstąpiły od prac prosektoryjnych –
poinformował rzecznik policji.

background image

Epilog

3 miesiące później
Aparat  Mariusza  miał  wiele  praktycznych  zastosowań.  Nawet  dla  niej,
technicznej  ignorantki.  Potrafiła  jednak  włączyć  playlistę.  Wybrała
Elektryczne  Gitary  i  losowe  wybieranie  utworów.  Popłynęła  optymistyczna
melodia:

I co ja robię tu?
U-u, co ty tutaj robisz?
12 ciężkich szczerozłotych koron moją głowę zdobi.
Jest tyle różnych dróg.
U-u, co ty tutaj robisz...

–  Co  ja  tutaj  robię?  –  zapytał  siebie  Adam,  ale  nucąca  pod  nosem

Agnieszka  nie  usłyszała  tego.  Leżała  z  głową  na  jego  podbrzuszu,
wystawiając  twarz  do  słońca.  Nakręcał  na  palce  jej  włosy,  rozkoszując  się
pięknym widokiem na zielone wzgórza. Piknikowali na kocu rozłożonym na
świeżej  wiosennej  trawce.  Dziewczyna,  ubrana  w  czarne  getry  i  koszulę
w  czerwoną  kratę,  odpoczywała  beztrosko  z  przymkniętymi  oczami.  Za
pomocą kciuka kręciła pierścionek na serdecznym palcu. Miała ładne, długie
place.  Sukcesywnie  obsypie  je  kolejnymi  brylantami.  Zrobiłby  to  już  teraz,
ale obiecali, że będą żyć normalnie. Przynajmniej na tyle, na ile się da, mając
400 tysięcy w gotówce i kilka trupów na sumieniu.

Matka  Adama  już  dzień  po  ich  przylocie  do  Dublina  nie  mogła

zrozumieć,  dlaczego  jeszcze  nie  szukają  pracy.  Aby  nie  wdawać  się
w  niepotrzebne  dyskusje,  postanowili  rozejrzeć  się  za  jakimś  przyjemnym
zajęciem. Ostatecznie Agnieszka zdecydowała się uczyć w polsko-irlandzkiej
szkole wieczorowej (chociaż nie została doktorem na uniwersytecie, wykłady
dla dorosłych dawały jej dużo frajdy), a Adam znalazł zatrudnienie w gazecie
dla  Polonii.  Skusiło  go  ogłoszenie  na  Dublikek.net,  zatytułowane

background image

„Handlowiec”  (wreszcie  nie  key  account  manager  czy  marketing  materials
compliance  specialist
).  Pracę  przyjęli  nie  tylko  z  uwagi  na  dociekliwość
matki  Adama,  ale  też  dla  ubezpieczenia.  Za  pół  roku  będzie  ich  więcej.
Wkrótce też przeprowadzą się do własnego domu.

– Adaś, dzwoniłeś do Niutki? – Agnieszka wciąż miała zamknięte oczy.

Teraz zdejmowała i na nowo zakładała pierścionek.

–  Nie,  ale  mama  dzwoniła  do  ciotki  Teresy.  Podobno  odkąd  ją

wykastrowała,  jest  miła  jak  baranek.  Spędza  dnie  na  jedzeniu  i  spaniu.
W ogóle nie broi. Podobno nawet nie miauczy, tylko „cudownie mruczy”.

– Trudno mi w to uwierzyć! – Roześmiała się.
– Noo... jak we wszystko ostatnio!
– Tęsknię za tym nieznośnym futrem – przyznała po chwili.
–  Za  futrem  śmierdzącym  starą  szafą?  –  upewnił  się,  dając  dziewczynie

buziaka w nosek.

– Za chodzącym roztoczem – potwierdziła, całując go w usta.
– Za wyleniałym śmierdzielem? – Oddał pocałunek.
– Za rozkapryszonym wąsiskiem.
– Za wąsatym mścicielem?
– Za leniem kuwetowym...

Wyszedł  pospiesznie  ze  sklepu.  Właścicielka  nie  omieszkała  wymownie
spojrzeć  na  zeszyt,  kiedy  za  zaskórniaki  kupował  dwa  specjale.  Jakby  nie
wiedziała, że zasiłek ma 10. Nie zachodziłby tu, nawet gdyby sklep miał we
wsi konkurencję. I gdyby tak bardzo go nie suszyło.

Złapał się za głowę, w którą bez wyraźnego powodu dwukrotnie oberwał,

i  ruszył  w  stronę  chałupy.  Na  podwórzu  zastał  opartego  o  rower  listonosza,
namiętnie  dyskutującego  z  sąsiadką  z  jego  bliźniaka.  Nie  cierpiał  tej  baby,
więc  spuścił  głowę,  by  niezauważonym  przemknąć  do  siebie.  O  dziwo,
listonosz czekał na niego.

– Pani Marysia powiedziała, że pan tylko do sklepu, to mówię: poczekam

– zagadał przyjaźnie, co bardzo go zaskoczyło, gdyż zasiłku nie spodziewał
się  jeszcze  przez  tydzień.  A  tylko  wówczas  listonosz  miał  świetny  nastrój,
gdyż  odpalał  sobie  prowizję  na  piwo.  Nie  zdziwiła  go  za  to  wszechwiedza

background image

sąsiadki. Posłał jej pełne odrazy spojrzenie, ale bynajmniej nie zniechęciło jej
to od stania przy płocie i słuchania, o czym mowa.

–  Mam  dziś  dla  pana  przekazik,  że  ho,  ho  –  cieszył  się  przedstawiciel

poczty,  znany  na  wsi  jako  pan  Rysio,  wyjmując  z  czarnej,  wypchanej  torby
jakiś świstek i długopis.

Od niechcenia podpisał wszędzie, gdzie mu kazano, bo choć był ciekawy

przekazu, bardziej spieszyło mu się, by zasmakować w zimnym piwie.

Pan  Rysio  schował  kartkę  i  długopis,  a  wyjął  plik  gotówki.  Zaczął

odliczać stuzłotowe banknoty.

–  Tysiąc...  dwieście,  czterysta,  sześćset,  osiemset,  dwa...  –  Listonosz

zaciekawił  go,  i  to  bardzo.  Również  pani  Marysia  wychyliła  się  przez  płot
i  z  niedowierzaniem  patrzyła,  skąd  jej  zapijaczony  sąsiad  dostaje  taką
gotówkę. – Dziewięć tysięcy osiemset i dziesięć! – Listonosz wygładził plik
banknotów i wręczył je Romanowi Plucie.

Listonosz  Mieczysław  Wrona  zatrzymał  motorek  przed  domem  wdowy
Kwiatkowskiej. Budynek prosił się o nowe schody i elewację. Kazik nie dbał
o  nic.  W  dodatku  był  wyrywny,  zwłaszcza  po  kielichu.  Wozi  tu  listy  od  20
lat,  więc  zna  ludzi  i  ich  historie.  Sami  opowiadają  mu  o  swoich  troskach:
począwszy od zbyt niskich rent i emerytur, które wciąż wypłaca im do ręki,
przez  choroby  i  dolegliwości,  po  problemy  z  niegarnącymi  się  do  roboty
dziećmi.

Dziś  miał  dla  Kwiatkowskiej  szczególną  przesyłkę.  Na  tych

popegeerowskich koloniach przekaz zza granicy był nie lada wydarzeniem.

Wdowa oporządzała świnie w chlewie, jak się domyślił po odgłosach ich

kwiczenia.  Zdecydował,  że  cierpliwie  poczeka.  Wiedział,  że  poza  nią
w  domu  może  być  tylko  syn,  nic  niewarty  wyrostek,  na  którego  ręce  nie
powierzyłby  nawet  ulotki  o  koncie  pocztowym,  a  co  dopiero  TAKĄ
przesyłkę.

Rozejrzał się po podwórzu. Piękne tereny i dużo ziemi. Oj, przydałaby się

wdowie  męska  ręka.  Człowiek  z  pomysłem  i  podstawową  wiedzą
o funduszach unijnych zrobiłby tu taki agrobiznes, że mucha nie siada.

Kwiatkowska, drobna kobieta o przyjemnej twarzy, wyszła z obory, więc

background image

ukłonił się nisko.

– Dzień dobry, pani Celinko! Jak tam zdróweczko?
–  O  dzień  dobry,  panie  Mietku.  A  jakoś  się  żyje,  dziękować  Bogu.

Ciężko,  bo  ciężko,  ale  taki  los  –  przyznała  swoim  zwyczajem,  wycierając
ręce w niebieski fartuch.

– Mam dla pani przekaz pocztowy, i to z daleka!
–  Dla  mnie?  Przekaz?  O,  to  pewnie  od  stryja  z  Ameryki.  Czasem

chłopina prześle parę groszy. Dawno nie słał, nie powiem. Myślałam, że mu
się umarło, biedakowi, bo stary już był i z tęsknoty pewnie...

– Nie, nie od stryja. Z Irlandii, pani Celinko droga.
– O święta Panienko! A gdzie to?
–  Na  Wyspach,  pani  Celinko.  Wszystkie  młode  tam  jeżdżą  pieniądze

robić.

Listonosz,  nie  chcąc  już  przedłużać  tej  chwili,  otworzył  torbę

i  z  przegrody  na  zamek  wyjął  gruby  plik  stuzłotowych  banknotów.
Przezornie  obejrzał  się,  czy  młody  Kwiatkowski  albo  jakiś  wścibski  sąsiad
czasem  nie  węszy  w  pobliżu,  i  zaczął  odliczać  banknoty  wprost  na  ręce
zdumionej wdowy.

background image

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Epilog


Document Outline