background image
background image

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym

background image

Magda Bielicka

LISTA

HISTORIA

 ZBRODNI NIEDOSKONAŁYCH

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Redakcja:

 Zuzanna Gościcka-Miotk

Korekta:

 Katarzyna Czapiewska

Okładka:

 Bartosz

 Bielicki

Skład:

 Katarzyna

 Dambiec

©

 Magda

 Bielicka i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie

  prawa  zastrzeżone.  Kopiowanie,  reprodukcja  lub  odczyt  jakiegokolwiek  fragmentu  tej  książki  w  środkach  masowego  przekazu  wymaga  pisemnej

zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie

 pierwsze

ISBN

 978-83-7942-298-2

NOVAE

 RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa

 96/98, 81-451

 Gdynia

tel.:

 58 698 21 61, e-mail: 

sekretariat@novaeres.pl

, 

http://novaeres.pl

Publikacja

 dostępna jest w księgarni internetowej 

zaczytani.pl

.

Wydawnictwo

 Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja

 do formatu EPUB/MOBI:

Legimi

 Sp. z o.o. | 

Legimi.com

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział I

Adam

 wrócił do ciasnego biura z kubkiem gorącego wywaru. Trzecim od 8 rano. Przykrył ziółka notesem, żeby się

dobrze  zaparzyły.  Usiadł  wygodnie  za  biurkiem.  Nogi  położył  na  fotelu  po  jego  drugiej  stronie,  z  definicji
przeznaczonym dla petenta. W praktyce jednak nikt nigdy na nim nie siedział. Przynajmniej za kadencji Adama, bo oba
fotele z pewnością pamiętały lepsze czasy.

Na

 służbowym laptopie miał otwartą tylko stronę YouTube. Piosenka, której słuchał przed wyjściem po melisę,

a także wcześniej i jeszcze wcześniej, dobiegła końca. Najechał kursorem na „jeszcze raz”. Kliknął. Popłynęła kojąca
melodia i słowa:

Spokój grabarza.

Wszystko

 będzie dobrze...

– Wszystko będzie dobrze – powtórzył na głos razem z Kubą Sienkiewiczem.

Zegar

 nad drzwiami wskazywał 15:30. W biurze panowała cisza. Elektryczne Gitary dawno skończyły wykonanie.

Adam  budził  się  z  drzemki.  Spojrzał  na  zegarek  na  ścianie,  na  ręku  i  na  laptopie.  Miał  taki  odruch,  odkąd  trafił  do
nowej pracy, która polegała na czekaniu na godzinę 16.

Przespał

 ostatnie

 2 godziny. Dobrze. Zostało tylko 30 minut. Za kwadrans wyłączy laptopa, włoży kurtkę i ostatnie

kilka minut niecierpliwie przeczeka.

Poruszał

 palcem

 po touchpadzie, żeby zlikwidować wygaszacz. YouTube sugerował inną melodię Elektrycznych Gitar

– 

Ja

 mam szczęście

. Adam

 wybrał jednak opcję „jeszcze raz”, upił łyk zimnej melisy, oparł się na fotelu i przymknął

powieki.

Wszystko

 będzie dobrze.

Facet

 ją rozbroił. Umawiali się inaczej. Zapłaciła z góry do końca roku. Mało tego, zapewniał ją, że może spokojnie

mieszkać nawet do przyszłej jesieni. Wówczas być może zrobi mały remont i wynajmie mieszkanie studentom. Ale do
tego czasu na pewno nie zostawi jej na lodzie. Faceci! Nie można ufać nawet właścicielowi stancji.

–  Niech  pani  tak  na  mnie  nie  patrzy  –  znów  uderzył  w  ten  swój  żałosny  ton.  –  Co  ja  mam  zrobić,  jak  zaciążyła

i żenić się muszą?

 Nie

 będziemy ich na dwóch pokojach trzymać. Robią bez umów. Kto im kredyt da?

– No

 właśnie, panie Franciszku, umawialiśmy się, że do czasu otrzymania przeze mnie...

– Ja wiem. Ja wszystko wiem, pani kochana, ale co ja mogę? – rozkładał ręce. – Mówiłem swojej starej, ale ona

w  takich  nerwach  teraz,  że  daj  pani  spokój.  Płacze,  że  wstyd,  że  jedyna  córka  z  brzuchem  do  ślubu,  że  babcią
przedwcześnie  zostanie.  Uparła  się,  żeby  ich  w  Boże  Narodzenie  żenić,  kiedy  nie  będzie  jeszcze  widać  i  ludzie  na
języki nie wezmą. A na

 remont mieszkania miesiąc to jeszcze mało. Jakiś kąt dla dziecka...

Facet

 zaczął snuć wizje przestrzenne i przestała go słuchać. Nie chce się teraz przenosić. Jeszcze miesiąc, może

dwa  i  dostanie  kredyt  na  własne  mieszkanie.  Ma  do  tego  czasu  żyć  na  walizkach?  Zresztą  przyzwyczaiła  się  do  tej
okolicy.  Nawet  jej  własne  cztery  kąty  miały  być  po  sąsiedzku.  Kupiłaby  nawet  to  mieszkanie,  gdyby  nie  miało  30
metrów kwadratowych. Potrzebowała jednak czegoś większego, żeby Ania miała wreszcie swój pokój.

Pan

 Franciszek pokazywał jej właśnie ścianę, którą planował zburzyć na rzecz salonu z aneksem.

Czy

 ci młodzi mają po 15 lat, że rodzice muszą im zapewniać mieszkanie? Nie mają rąk? Nie cierpiała nierobów

najbardziej  na  świecie.  Westchnęła  i  zdecydowała,  że  da  człowiekowi  spokój.  Niech  wróci  do  żony  z  wypełnioną
misją.

– Do

 kiedy mamy czas na zalezienie czegoś nowego?

– Za

 tydzień przyjdzie ekipa remontowa.

Punktualnie

  o  16  opuszczał  biuro.  Wcześniej  wyłączył  laptopa  i  schował  go  do  szuflady,  od  której  klucz  włożył  do

organizera  na  długopisy.  Taki 

prika

z.  Zamknął  biuro,  przekręcając

  klucz

  w  górnym  oraz  dolnym  zamku,  i  ruszył

w kierunku wyjścia. Po obu stronach korytarza znajdowały się podobne biura. Były większe i pracowały w nich po
dwie, trzy, a nawet cztery osoby. Nikomu nie kiwnął na pożegnanie.

Zamknął  garaż.  Sprawdził

  dla

  pewności  i  ruszył  w  kierunku  klatki.  Wystukał  kod  na  domofonie.  Pomylił  się.

background image

Skasował. Nacisnął wszystkie 7 cyferek jeszcze raz. Pchnął drzwi, gdy rozbrzmiał nieprzyjemny zgrzyt, i znalazł się
na klatce schodowej. Sprawdził skrytkę pocztową z numerem 9. Ulotka. Gazetka. Ulotka. Położył śmieci na skrzynce
i wszedł na drugie piętro.

Mieszkanie

  miało  65  metrów  kwadratowych,  a  składały  się  na  nie  następujące  pomieszczenia:  salon  z  aneksem,

gabinet do pracy po godzinach, sypialnia oraz łazienka z wanną z hydromasażem. Adam wziął na ten przybytek spory
kredyt. Przed rokiem mógł sobie pozwolić na miesięczną ratę w wysokości 2150 złotych. Przez ostatnie 12 miesięcy
dużo się jednak wydarzyło. Jego szef, właściciel dobrze prosperującej agencji nieruchomości, pewnego pięknego dnia
zdefraudował pokaźne zaliczki na mieszkania nad Motławą i uciekł za granicę. Wraz z posadą kierownika sprzedaży
na  województwo  pomorskie Adam  stracił  lukratywne  zarobki,  na  które  składały  się:  podstawa  netto  w  wysokości
3000 złotych i prowizja od sprzedaży od 0 złotych przez pierwsze kilka miesięcy do 12 000 złotych po pół roku pracy.
Za ostatnie pensje wyposażył mieszkanie w najlepsze meble, wymienił samochód na 15 lat młodszy i wpłacił zaliczkę
na zasłużony urlop w szwajcarskich Alpach. Zaliczka przepadła w momencie nieuiszczenia pozostałej kwoty.

Adam

 wysyłał dziesiątki aplikacji dziennie na różne stanowiska: od przedstawiciela handlowego po kierownika

zespołu  sprzedaży  w  banku.  To,  co  uważał  na  najlepszy  punkt  w  CV  –  doświadczenie  na  wysokim  stanowisku
w  renomowanej  firmie  –  stało  się  jego  przekleństwem.  Żyjący  w  przeświadczeniu,  że  firma  wciąż  świetnie
prosperuje,  bali  się,  że  będzie  chciał  zarabiać  krocie.  Ci,  którzy  słyszeli  o  aferze,  wybierali  kandydatów  mających
doświadczenie  w  firmach  o  mniej  wątpliwej  reputacji.  Tym  samym  Adam  musiał  usunąć  ostatnią  pracę  z  rubryki
„Doświadczenie  zawodowe”,  a  pozostawić  jedynie  takie  posady  jak:  telemarketer  (w  sieci  telefonii  komórkowej),
specjalista ds. obsługi klienta (w lokalnym oddziale banku) i przedstawiciel handlowy (branża farmaceutyczna).

Skasował także

 informacje

 o studiach podyplomowych i certyfikacie FCE.

Uboższe

  CV

  spotkało  się  z  większym  zainteresowaniem.  Dostał  6  ofert,  głównie  na  stanowiska  tak  zwanych

specjalistów  ds.  sprzedaży  (czytaj:  akwizytorów).  Podczas  4  rozmów  poinformowano  go,  że  musi  założyć  własną
działalność.  Jedna  firma  oferowała  mu  umowę  zlecenie,  druga  –  umowę  o  pracę.  Przystał  na  ostatnią  propozycję.
Umowa o pracę była niezbędna przy jego kredycie.

Kwota, jaka

 na niej widniała, przyprawiła Adama po silny ból żołądka. 1500 złotych brutto. Jakieś 1100 na rękę.

Prowizja  uzależniona  od  wyników  sprzedaży  ubezpieczeń  na  życie.  Zanim  się  obejrzał,  siedział  w  obskurnym,
ciasnym  biurze,  do  którego  nikt  nie  zaglądał.  Sam  Adam  też  nie  kwapił  się  zapraszać  tu  potencjalnych  klientów.
W firmie, zajmującej się nie tylko ubezpieczeniami, pracowało jeszcze kilkanaście osób: skwarek, jak zwykł nazywać
wielbicieli solarium o bardzo niskim ilorazie inteligencji, obu płci. Wszyscy razem mieli mniejszy móżdżek niż jego
kot.

A  właśnie.

  Adam

  wszedł  do  mieszkania,  gdzie  zniecierpliwionym  „mraau”  przywitała  go  niezbyt  sympatyczna

kotka.

Kotka

 nie miała imienia. Adam nazywał ją za każdym razem inaczej.

– Cześć, wredna małpo – przywitał zwierzaka, wieszając jednocześnie kurtkę w przedpokoju i wkładając

 buty

 do

szafki.

– Jesteś głodna?
– Mraał – odparła, łasząc się

 do

 jego nóg.

Kotka

 Adama posługiwała się trzema słowami: „mraau”, gdy była zła (czyli przez większość czasu), „miaau”, gdy

była  smutna,  i  „wraau”,  gdy  wszystko  przebiegało  po  jej  myśli. Adam  dostał  ją  od  dzieciaków  z  osiedla.  Pewnego
razu, gdy jak co dzień ruszył z garażu w kierunku domofonu, trójka bachorów w wieku bliżej nieokreślonym (Adam
nie znał się na dzieciach i nie chciał poznać, bo ich zwyczajnie nie cierpiał) stanęła przed nim i zadała mu zasadnicze
pytanie:

– Chce

 pan kota?

– Dlaczego? – odparł Adam, na co bachory nie miały odpowiedzi i patrzyły na niego tępo. Jedno z nich

 trzymało

za przednie łapy niedużego kota. Reszta zwierzaka bezładnie zwisała.

– Chce

 pan kota? – powtórzyły.

–  A  dajcie!  –  Zabrał  dzieciakowi  kota  i  zaniósł  go  na  drugie  piętro.  Kotka  nie  należała  do  przyjemnych

zwierzaków. Gryzła jak pies, drapała jak tygrys i syczała

 jak

 anakonda.

Adam

 otworzył lodówkę, gdzie dolną półkę zajmowały puszki z whiskasem.

background image

– Ty

 mała bździągwo! Doprowadzisz mnie do bankructwa!

– Mraau

 – potwierdziła kotka, która nie chciała jeść niczego poza firmową miękką karmą. Kiedy Adam kupił jej

tańszy zamiennik, nawet go nie tknęła.

– Jedz, ty

 wstrętny wyzyskiwaczu – Poczęstował futrzanego przyjaciela.

– Mraau

 – podziękowała uprzejmie, po czym zabrała się za penetrowanie miski.

Kiedy

 skończyła posiłek, oblizała pyszczek, a następnie łapkę, którą domyła wąsy, po czym lekko wskoczyła na

kolana siedzącemu przy kuchennym stole Adamowi. Melisy strasznie go zmuliły i zrobił sobie mocną kawę po turecku
według własnej receptury: 5 łyżek niebieskiej primy i wrzątek. Żadnego mleka i cukru.

– Co

 taka miła się zrobiłaś, obżartuchu jeden? Smutno ci, diable tasmański?

– Miaaau.

–  Nie  tylko  tobie.  Jak  nic  nie  wymyślimy,  bank  zabierze  nam  mieszkanie  i  pożegnasz  się  z  whiskasem

  raz  na

zawsze.

– Miaaau.

Kotka

  umościła  sobie  łapkami  miejsce  do  spania  i  zasnęła  snem  sprawiedliwego,  a  przynajmniej  najedzonego

kota.

– Wrrrau

 – dodała po chwili.

Adam

  ogarnął  wzrokiem  swoje  mieszkanie.  Zwlekał  z  ostatnią  ratą  kredytu.  Wcześniejsze  jakoś  uregulował

z  oszczędności.  Ma  dwa  wyjścia:  albo  rozpocząć  wyprzedaż  mebli  na Allegro,  albo  podnająć  dwa  z  trzech  pokoi.
Jemu  wystarczyłby  salon  z  aneksem.  Całkiem  spory  gabinet,  który  służył  do  pracy  po  godzinach,  i  sypialnia,  gdzie
gościł mniej lub bardziej poważne znajome, nie były mu potrzebne, odkąd jego kariera legła w gruzach, a wraz z nią
życie towarzyskie. Z drugiej jednak strony nie zniósłby obcych ludzi przemykających przez jego salon do kuchni czy
do  łazienki.  W  ogóle  nie  lubił  z  nikim  mieszkać.  Drażniło  go  ludzkie  bałaganiarstwo  i  hałaśliwość.  Lubił  spokój
i porządek. Ostatnio pedantyzm tylko mu się nasilił. Odkąd przekonał się na własnej skórze, jak trudno trafić na dobrą
pracę za dobre pieniądze, wśród inteligentnych ludzi, stracił chęć do życia. Wszystko i wszyscy działali mu na nerwy.

Zadzwonił

  dzwonek

  do  drzwi.  Domyślił  się,  że  to  ktoś  z  sąsiadów.  Obca  osoba  dzwoniłaby  najpierw  do

domofonu. Wziął zwierzaka na ramię. Kotka usiadła na człowieku jak papuga i z zaciekawieniem patrzyła, komu jej
pan otwiera drzwi.

Gościem okazała się

 staruszka

 z pierwszego piętra.

–  Dobry  wieczór,  panie Adamie.  List  do  pana.  Listonosz  wrzucił  przez  pomyłkę  do  nas.  –  Wręczając  kopertę,

tradycyjnie zapuściła żurawia do środka. Facet mieszkający z kotem

 udającym papugę wydawał jej się podejrzany.

–  Dziękuje  pani.  –  Poczekał  cierpliwie,  aż  staruszka  wysunie  głowę,  by  nie  przytrzasnąć  jej  drzwiami.-  Złaź,

władco piekieł – zrzucił kotkę i otworzył kopertę.

 Rachunek

 za prąd. Prawie 1000 złotych za ostatni kwartał.

– Meduzo

 leśna, wynajmujemy mieszkanie!

– Mraaaauuu!

Na

  godzinie  wychowawczej  oddała  zaległe  klasówki  z  historii.  Trochę  je  przetrzymała,  ale  ostatnio  brakowało  jej

doby.  Po  pracy  pędziła  do  przedszkola  odebrać  córkę,  która  już  dwa  razy  zmieniała  grupę  i  w  żadnej  jej  się  nie
podobało.  Potem  często  do  wieczora  udzielała  korepetycji  z  angielskiego,  zostawiając  dziecko  pod  opieką  sąsiadki
albo  zabierając  je  ze  sobą.  Jej  klientom  nie  bardzo  odpowiadało,  że  przyjeżdża  z  córką,  ale  mała  siedziała  cicho,
zajęta  kolorowanką  czy  inną  książeczką,  więc  trudno  im  było  o  uzasadnione  pretensje.  Do  tego  doszły  niezliczone
spotkania w bankach i oddziałach doradztwa kredytowego.

Klasówki

 ze

  średniowiecza  sprawdzała  pół  nocy  i  teraz  już  była  pewna,  że  jest  to  okres  dziejów,  który  darzyła

najmniejszą sympatią.

W klasie panował chaos. O ile na historii potrafiła utrzymać ciszę, o tyle na lekcji wychowawczej średnio jej to

wychodziło.  Jej  czwartoklasiści  raz  w  tygodniu  uzurpowali  sobie  prawo  do  czterdziestopięciominutowego
zajmowania  się  wyłącznie  sobą:  przepisywania  prac  domowych,  jedzenia,  grania  w  gry  i  tworzenia  ambitnych
statusów na Facebooku. Dzieciaki nie miały najbogatszych rodziców, ale nie zauważyła, by któreś nie przynosiło do
szkoły komórki z nieograniczonym

 internetem.

Wpisała

  do

  dziennika  temat  dzisiejszej  godziny  wychowawczej: 

Czy

  jestem  asertywny?  i  również  postanowiła

zająć się

 swoimi

 sprawami. Spojrzała na klasę.

background image

– Czy ktoś może wejść na Trójmiasto.pl i poszukać mieszkań

 do

 wynajęcia?

Tego

  dnia Adam  przyniósł  do  swojej  „pracy”  czajnik  elektryczny.  Postawił  go  na  parapecie  obok  kaktusa,  którego

podlewał częściej niż to było konieczne (także melisą) i który zżółkł od tej nadgorliwości. Czajnik nie będzie mu już
potrzebny  w  domu,  bo  postanowił  oszczędzać  (sprawi  sobie  tradycyjny,  może  czerwony  albo  niebieski),  a  tylko
usprawni jego egzystencję w biurze, skąd nie będzie już musiał wychodzić nawet do kuchni i tym samym narażać się
na  bliskie  spotkania  z  bardzo  opalonymi  osobnikami,  dyskutującymi  o  tipsach,  kaloriach  i  utleniaczach.  Nastawił
wodę  na  melisę  i  odpalił  laptopa.  Zapuścił  w  internecie  ściąganie  albumu  z  najlepszymi  przebojami  Elektrycznych
Gitar. Miał go na swoim pulpicie po kilku minutach. Wybrał  Spokój grabarza,  a  następnie  opcję 

repea

t.  Z  kubkiem

ziółek rozsiadł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy.

Obudził

  go

  telefon.  Zdążył  zakończyć  rozmowę,  a  dzwonek  rozbrzmiał  po  raz  kolejny.  Telefonowały  osoby

zainteresowane  najmem  pokoi  w  mieszkaniu  Adama.  Wczoraj  pod  wpływem  niebotycznego  rachunku  za  prąd  dał
ogłoszenie  na  kilku  portalach  i  teoretycznie  powinien  się  cieszyć  z  tak  szybkiego  odzewu.  Tymczasem  poczuł  ból
żołądka świadczący o tym, że sprawy przybrały niepożądany i zbyt gwałtowny obrót.

Wszyscy

  dzwoniący,  a  było  ich  w  sumie  troje,  chcieli  umówić  się  na  dziś,  więc  po  powrocie  do  domu Adam

wziął  się  za  porządki.  Wymył  i  porządnie  wyfroterował  podłogi  –  szwedy  o  rzadkim  czekoladowym  odcieniu,
zaścielił  łóżko  w  sypialni,  przykrywając  je  kapą  w  czerwono-czarne  kwiaty  i  przyozdabiając  dodatkowo  złotymi
jaśkami,  wyczyścił  lustra  w  łazience  i  przedpokoju,  wyszorował  cifem  wannę,  umywalkę  i  sedes,  wymył  płytki,
wstawił  zakupione  po  drodze  czerwone  goździki  do  wazonu,  który  od  parapetówki  czekał  na  debiut.  Wyczytał
w internecie, że kwiaty wpływają pozytywnie na potencjalnych najemców/kupców mieszkania.

Pierwsi

 zainteresowani zapowiedzieli się na 20. Ma więc czas, by poczytać kotce.

– Co

 dziś sobie życzysz do poduszki, diabelski pomiocie?

– Mraau. – Kotka weszła już Adamowi na ramię i spacerowała z nim

 po wypełnionym książkami gabinecie. Gdzie

on je teraz wszystkie przeniesie?!

– Dawno

 nie czytaliśmy Puzo. To ten od 

Ojca

 Chrzestnego  i 

Rodziny

 Borgiów – przypomniał

 kotce, na

 wypadek

gdyby zapomniała. – Chyba że preferujesz coś mniej zawiłego? Jeśli tak, to polecam Dickensa. Co ty na to?

– Mraau.

–  Masz  rację.  Nie  ma  co  się  dołować.  Co  my  tu  jeszcze  mamy?  –  kontynuował  monolog,  wodząc  wzrokiem  po

półkach. – O, proszę, coś w sam

  raz  dla  ciebie,  chodząca  agresjo: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

.  Kojarzysz

sagę Larssona? A powinnaś, zakurzony ignorancie.

– Miaau – skomentowała kotka i postawiła uszy. W tej

 chwili zadzwonił domofon.

– Oho, pierwsi

 zainteresowani. Bądź miła.

– Mraau.

Adam

  wpuścił  do  mieszkania  dwie  studentki.  Choć  sam  nie  wiedział  czemu,  spodziewał  się  ułożonych  dziewczyn

o inteligentnym wyrazie twarzy. Tymczasem po jego przybytku rozglądały się dwie blondwłose skwarki. Dziewczyny
były tak nienaturalnie opalone, że na pierwszy rzut oka można było dostrzec jedynie białka ich oczu oraz zęby.

Chciały  wiedzieć,

  czy

  wolno  palić  w  mieszkaniu  i  ile  osób  maksymalnie  można  zaprosić  na  noc.  Wyraziły  też

nadzieję  na  zniżki,  jako  że  biorą  od  razu  dwa  pokoje. Adam  najspokojniej,  jak  tylko  potrafił,  poprosił,  by  opuściły
jego mieszkanie.

Nie

 minęło 15 minut, a domofon rozdzwonił się ponownie. Niezupełnie doszedł do siebie po pierwszych gościach,

kiedy otwierał drzwi kolejnym. Tym razem do mieszkania wkroczyła para z dwójką małych dzieci. Chyba zapomniał
dodać w ogłoszeniu, że on także będzie dalej tu mieszkał. Jak można całą ferajną pchać się do czyjegoś domu? Facet
miał rude włosy i takież same wąsy. Był niski i wątły. Kobieta – wyższa od niego i dużo bardziej tęga. Bachory od
razu pobiegły do kota. Zanim się obejrzał, ciągnęły go po podłodze za ogon. Kotka miauczała i syczała. Wyszczerzyła
zęby i w ostatniej sekundzie uchronił małe gnojki przed pogryzieniem.

Kobiecie

  nie  podobały  się  półki  z  książkami  i  plazma  blisko  łóżka,  a  jej  mężowi  (konkubentowi?)  zdjęcia

w ramkach przedstawiające kulturę Chin.

Wyszli

 zniesmaczeni. Adam odetchnął.

Kiedy

  domofon  rozbrzmiał  po  raz  trzeci,  chciał  go  zignorować  i  zapomnieć  o  pomyśle  najmu,  a  zamiast  tego

background image

skupić się na rzeczach z mieszkania, które może dobrze sprzedać. Domofon dzwonił natarczywie i Adam postanowił
wpuścić intruzów. Najwyżej powie, że oferta jest już nieaktualna.

Do

  mieszkania  weszła  młoda  kobieta  z  dzieckiem.  Matka  miała  na  sobie  karmelowy  płaszcz,  niebieskie  jeansy

i brązowe oficerki. Mała była opatulona w czerwoną puchową kurtkę, szalik w kratkę, dziecięce sztruksy i kozaczki
z wywiniętym futerkiem. Zanim przystąpiły do oglądania, zdjęły buty i ustawiły je przy szafce w przedpokoju. Adam
poczuł wewnętrzny spokój.

– Ile

 książek! – zachwyciła się kobieta, gdy tylko przekroczyła próg gabinetu. Postanowił jej nie wyganiać. – O,

czyta pan Davisa!

– Na

 razie przebrnąłem przez Boże Igrzysko i Europę

. Zna

 pani?

– Oczywiście. Jestem historykiem z wykształcenia i z zamiłowania także.

 Nowych

 wydań, przyznam, nie czytałam.

Kiedy studiowałam, dostępne były tylko wersje ocenzurowane.

–  Mogę  pani  pożyczyć  –  Adam  nie  wiedział,  czemu  właściwie  palnął  takie  głupstwo.  Nigdy.  Nikomu.  Nie

pożyczał  książek.  Jego  znajomi  mieli  zwyczaj  pożyczać  i  nie  oddawać.  W  dodatku,  jak  podejrzewał,  nigdy  ich  nie
czytali, a jedynie

 chcieli udawać głupio-mądrych.

–  Dziękuję.  Chętnie  skorzystam,  jeśli  oferta  najmu  jest  jeszcze  aktualna.  –  Kobieta  miała  przyjemny  wygląd.

Adamowi  spodobała  się  jej  naturalność.  Ciemnobrązowe  włosy,  brązowe  oczy,  jasna  cera,  szczupła,  ale
niewychudzona sylwetka. Czy naprawdę w tych

 czasach normalne kobiety to gatunek na wymarciu?

– Jest aktualna. Interesują panią dwa pokoje? – Dopiero teraz przyjrzał się dziewczynce, która grzecznie stała przy

mamie, z zaciekawieniem zerkając na kotkę, dla odmiany zaczepnie zezującą w stronę dziecka.

– Obecnie

 możemy sobie pozwolić tylko na jeden... Czy to jakiś problem?

– Nie, skąd! – Adam nawet się ucieszył, bo chociaż nie przepędził lokatorów, jak planował, zachował sobie jeden

z pokoi.

– Kiedy chciałaby się pani wprowadzić? I do

 którego pokoju?

– Myślę, że

 do

 sypialni.

–  Nie  ma  sprawy.  Postaram  się  przygotować  go  jak  najszybciej.  Wyniosę  część  mebli.  Zostawię  tylko  łóżko

i szafę.

 Poszukam

 też klucza do tych drzwi.

– Idealnie! Podoba

 ci się, kochanie? – zwróciła się do dziecka.

– Mamusiu, a mogę pogłaskać kotka? – Mała miała widać co innego w głowie.

Adam

 wziął kotkę na ręce i podał dziewczynce.

– Tylko ostrożnie, bo gryzie i drapie.

Dziewczynka

 delikatnie głaskała kota.

– Jak

 ma na imię?

Adamowi

 przyszła na myśl Szkarłatna Ośmiornica.

– Jeszcze

 nie ma imienia. To kotka. Masz jakiś pomysł?

– Może Niutka?

– Niutka?

 Czemu nie?

I tak rozkapryszony małpiszon został Niutką, a Adam zyskał lokatorów za 700 złotych miesięcznie. Jeśli nie będzie

jadł i płacił rachunków,

 do

 raty kredytu będzie mu brakowało tylko 350 złotych.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział II

Zniosła

 do

 samochodu ostatni karton. Po raz kolejny pogratulowała sobie kombi. Już tyle razy jej się przydał. Oby to

był  przedostatni  raz.  Wróciła  na  górę  rozejrzeć  się  po  mieszkaniu.  Wolała  niczego  nie  zapomnieć.  Nie  lubi  się
wracać.  Poza  tym  miała  jeszcze  dobre  pół  godziny  do  przyjścia  pana  Franciszka.  Chciała  zwrócić  klucze  i  odebrać
zaliczkę za niewykorzystany miesiąc.

Usiadła

 na

 taborecie w małej kuchni i rozejrzała się dookoła. W sumie to nic jej się tu nie podobało. W życiu nie

kupiłaby  zielonej  kuchni.  Jeszcze  te  niebieskie  płytki  na  ścianach!  Takie  połączenie  kolorów  zniosłaby  jedynie
w  łazience.  Swoje  mieszkania  miała  zaplanowane  w  najmniejszym  detalu.  Od  paneli  na  podłodze  po  kolor  zastawy
stołowej.

Postanowiła wstać i zajrzeć w każdy kąt. Pod łóżkiem, gdzie, jak jej się zdawało, odkurzyła dokładnie, znalazła

jeszcze  jeden  kawałek  układanki  i  dwa  klocki  lego.  Wyrzuciła  je  do  śmietnika  po  zlewem,  w  którym  wymieniła
właśnie worek. Trudno, nie będzie idealnie czysty. Zajrzała też za okropne meble i wtedy coś jej błysnęło. Nie mogła
dosięgnąć ręką, więc włożyła w szczelinę kij od szczotki. Przyciągnęła maleńki przedmiot do siebie. Okazał się nim
złoty pierścionek. Zaczęła wkładać na kolejne palce. Pasował tylko na serdeczny. Gdyby była zabobonna, uznałaby to
za dobry znak. Tymczasem schowała znalezisko do kieszeni.

W  samą  porę  odłożyła  szczotkę

  na

  miejsce  –  do  małej  komórki  na  akcesoria  do  sprzątania  –  gdy  przyszedł

właściciel.

Znów miał godną pożałowania minę.

 Nie

 patrząc na Agnieszkę, wręczył jej kopertę. Oddała mu klucze.

– To

 chyba wszystko – burknął, obserwując własne buty.

– Tak. W przypadku

 korespondencji...

– Zadzwonię, zadzwonię – zapewnił gorliwie.
–  To  ja  już  będę  się  żegnać.  Do  zobaczenia,  panie  Franciszku.  Proszę  pozdrowić  żonę  -wyciągnęła  rękę  do

zakłopotanego mężczyzny. Wtedy o czymś

 sobie

 przypomniała.

– Znalazłam właśnie. To pewnie żony. – Wyjęła z kieszeni

 złoty pierścionek.

Pan

 Franciszek wziął biżuterię do ręki i obejrzał dokładnie.

– To

 nie żony. Pewnie poprzedniej lokatorki. Niech pani sobie weźmie – zaproponował nieśmiało.

– Nie, w żadnym wypadku. Niech żona zdecyduje, co z nim

 zrobić. Do widzenia!

Agnieszka

 i niespełna 4-letnia Ania przeprowadziły się do Adama tydzień po oględzinach. Miały ze sobą dwie duże

walizki  i  dwa  plecaki:  jeden  normalny,  drugi  dziecięcy.  Książki,  meble  i  inne  sprzęty,  jak  poinformowała  Adama
nowa współlokatorka, znalazły przechowanie w wynajętym od znajomych strychu.

Rozpakowały

  rzeczy

  do  szafy  trzydrzwiowej,  która  stała  w  sypialni. Adam  przeniósł  swoje  ubrania  do  komody

w gabinecie.

Wieczorem, kiedy

 lokatorka położyła zmęczoną wrażeniami dziewczynkę spać, zaproponował drinka w gabinecie.

Podsunął

 Agnieszce

 swoje krzesło biurowe, a sobie przyniósł kuchenne.

– Z daleka się przeprowadzałyście? – zapytał, stawiając na biurku dwie szklanki, colę i tonik. Wcześniej podsunął

średnio wyposażony barek-globus na kółkach, w którym znalazła się

 butelka

 johnniego walkera oraz pół flaszki ginu.

Pozostałości po ostatnich gościach, czyli mniej więcej sprzed pół roku.

–  Nie.  Można  powiedzieć,  że  mieszkałyśmy  po  sąsiedzku.  –  Usiadła  wygodniej  i  wreszcie  zaczęła  patrzeć  na

Adama.  Wcześniej  sprawiała  wrażenie  skrępowanej.  –  Właściciel  naszej  stancji  miał  co  do  niej  inne  plany
i musieliśmy szukać czegoś nowego. Wynajmowałyśmy kawalerkę.

– To trochę wam będzie ciasno teraz. – Przygotował Agnieszce gin z tonikiem, a sobie whiskey z odrobiną coli.
– Muszę przyoszczędzić. Staram się o kredyt – westchnęła i upiła drinka.

– Nie

 za mocny?

– Nie, w sam

 raz.

– A gdzie

 pracujesz?

– Uczę historii i angielskiego w podstawówce.

background image

– O, to fajnie! Robisz to, co lubisz – stwierdził Adam, mimo że nie pozazdrościł przebywania z tępym motłochem.

–  Lubię  historię,  ale  nauczanie  młodzieży,  która  ma  gdzieś  ciebie  i  twoje

  wywody,  nie  jest  najbardziej

satysfakcjonującym zajęciem na świecie. Jeśli już uczyć, to na wyższej uczelni.

– Co

 więc stoi na przeszkodzie?

Dopiero

  po  chwili  zdał  sobie  sprawę  z  głupoty,  jaką  palnął.  Tak  jakby  sam  miał  wspaniałą  pracę,  którą  podjął

z pełną świadomością o własnym rozwoju i realizacji marzeń.

– Sorry, to

 głupie pytanie – zreflektował się, ale Agnieszka przerwała mu machnięciem ręki.

–  Nie,  w  porządku.  Przymierzam  się  do  doktoratu.  Kompletuję  opublikowane  artykuły,  no  i  zbieram  pieniądze.

Wcześniej wiele lat pracowałam w marketingu

 Cos-Medu.

– Naprawdę?!

 To

 świetna firma! Dlaczego już tam nie pracujesz?

–  Można  powiedzieć,  że  zostałam  zmuszona  do  odejścia,  gdy  Ania  przyszła  na  świat.  Nic  nie  mów  –

skomentowała  jego  zaskoczoną  minę,  jednocześnie  upijając  drinka  tytułem  wstępu  do  rozwinięcia  swojej  historii.  –
Wróciłam do firmy zaraz po macierzyńskim. Z bólem oddałam Anię do żłobka. Nawet nie wykorzystałam urlopu. Po
pierwsze,  nie  chciałam  im  dawać  powodu  do  niepodpisania  ze  mną  kolejnej  umowy,  a  po  drugie,  ze  względów
finansowych.  Wiesz,  na  umowie,  tak  jak  wszyscy,  od  woźnego  do  dyrektora,  miałam  najniższą  krajową.  Tak  zwaną
premię, a muszę przyznać, że nie była skromna, dostawałam do koperty. Na macierzyńskim ZUS wypłacał mi marny
tysiąc złotych. Nie poradziłabym sobie bez oszczędności. Kiedy jednak wróciłam, okazało się, że nie ma już dla mnie
koperty. Sama podstawa. Rozpoczęłam więc kurs pedagogiczny i przyjęto

 mnie

 do szkoły.

Przy

  kolejnym  drinku Adam  dowiedział  się,  że  pracę  w  Cos-Medzie Agnieszka  podjęła  już  na  pierwszym  roku

zaocznych studiów – historii na Uniwersytecie Gdańskim. Zaczęła jako asystentka w dziale marketingu i PR. Przeszła
całą ścieżkę kariery w tej firmie. Była młodszym i starszym asystentem, młodszym i starszym specjalistą, marketing
menagerem, zastępcą dyrektora i wreszcie dyrektorem. Wtedy zaszła w ciążę. Skończyła właśnie 26 lat. Mimo że jej
młodsze koleżanki miały już pociechy, Agnieszce nikt nie gratulował.

Entuzjazmu

  nie  wykazał  też  jej  chłopak  –  Mariusz  –  prawnik  in  spe,  z  którym  wynajmowała  dwupokojowe

mieszkanie we Wrzeszczu. Najpierw zarzucił jej łapanie męża na dziecko, potem, w przypływie czułości, zasugerował
rozwiązanie w postaci skrobanki, by wreszcie stwierdzić, iż zapewne puściła się z kimś z pracy, a on z jej bękartem
nie chce mieć nic wspólnego.

Mariusz

 został w mieszkaniu, bo, jak zauważył, ma blisko do pracy, a Agnieszka wynajęła kawalerkę na Stogach.

Stare budownictwo i smród stęchlizny rekompensowała bliskość morza.

Adam

 stwierdził, że czas na trzeciego drinka. Agnieszka kontynuowała.

–  Budżetówka,

  nie

  powiem,  ma  wiele  plusów:  wakacje,  ferie,  wolne  weekendy,  żadnego  wyścigu  szczurów,

lobbingu, dyskryminacji kobiet. Trzeba się postarać, żeby cię zwolnili.

– Ale

 kasa pewnie nie ta?

– Nawet nie to. Zaczęłam jako stażystka, więc na początku faktycznie było nieciekawie. Teraz, kiedy mam stopień

mianowanego  i  dyplomowany  przede  mną,  nie  jest  aż  tak  tragicznie.  Raczej  to  środowisko  mi  nie  odpowiada.
Nauczyciele, jak by to delikatnie ująć, to bardzo wrażliwa grupa zawodowa. Są gorsi niż dzieci, które uczą. O byle

 co

się dąsają, obrażają, są łasi na pochlebstwa. Trudno to opisać. Trzeba po prostu to przeżyć.

– Chyba wolę się nie przekonywać. – Zaśmiał się dla rozładowania atmosfery i sięgnął

 po

 jej szklankę. – Dolać?

Przysunęła szklankę.
– Może włączę jakąś muzyczkę? – Otworzył laptopa.

– Pewnie. Dla

 mnie może być cokolwiek.

– Mogą być

 Elektryczne

 Gitary?

– Jasne. Dawno

 nie słuchałam.

Adam

 wszedł na YouTube i wpisał: Spokój grabarza.

Słuchali

 bez

 słowa, sącząc drinki.

Spokój

 grabarza

 wszystko będzie dobrze.

Siódma dziesięć –

 kwas

 chlebowy w barze.

Pukanie

 w głowę, wszystko będzie dobrze.

Dobre

 chęci – ładne widoki.

Spojrzenie

 w górę, wszystko będzie dobrze.

background image

Paproch

 w oku – Układ Słoneczny.

Niedaleko

 pada, wszystko będzie dobrze.

Człowiek człowiekowi orłem.

Machanie

 ręką, wszystko będzie dobrze.

Wspomnienie

 życia – dowód osobisty.

Dwadzieścia

 cztery

 godziny, wszystko będzie dobrze.

Na

 pochyłe drzewo każda koza.

Spokój

 grabarza, wszystko

 będzie dobrze.

Szerokiej

 drogi.

Spokój

 grabarza, wszystko

 będzie dobrze.

Siódma dziesięć –

 szerokiej

 drogi.

Na

 pochyłe drzewo, wszystko będzie dobrze.

Następny proszę.

–  Zauważyłeś,  że  wszystkie  teksty  Elektrycznych  Gitar  są  z  pozoru

  kompletnie  bez  sensu?  Ale  jak  się  dobrze

przysłuchać...

– Otóż to! Teraz jak nie ma w tekście „What the fuck?”, to nikt nie wie, o co

 chodzi!

Roześmiali się.

– Oglądałem ostatnio dobry film – podjął, uzupełniając szkło o bursztynowy

 płyn. – Idiokracja.

 Kojarzysz

?

– Nie, chyba

 nie oglądałam.

– Wyobraź sobie więc, że inteligencja coraz rzadziej decyduje się na dziecko: a to studia, a to lepsza praca, a to

większe mieszkanie i tak dalej. Tymczasem patologia z nizin społecznych pleni się aż miło. Dzieci rodzą dzieci, które
wkrótce piją, palą i ćpają

 razem

 ze swymi rodzicielami.

– Przepraszam, że

 przerywam. Czy

 ty opowiadasz film, czy wygłaszasz ogólną prawdę? – Uśmiechnęła się.

Odpowiedział uśmiechem i zadowolony kontynuował:
– Za kilkadziesiąt lat na świecie mamy tylko debili. Nie ma żadnego postępu, cofamy się wręcz w rozwoju. Świat

czeka

 nieuchronny koniec. Wtedy...

– Wiesz

 co, nie opowiadaj mi. Chętnie sama obejrzę. Zaciekawiłeś mnie. Czy to film amerykański?

–  Tak,  ale

  mimo  tej  strasznej  skazy  na  życiorysie  warto  go  obejrzeć.  Jak  chcesz,  to  zaraz  ściągnę.  Jutro  sobie

obejrzymy.

–  Chętnie!  –

  Agnieszka

  miała  wspaniały  humor.  –  Ja  też  nie  cierpię  tych  amerykańskich  gniotów,  ale  widać

czasami im coś wyjdzie.

–  Mnie  osobiście  najbardziej  dobija  w  amerykańskich

  filmach

  ta  dosłowność  –  rozkręcił  się.  –  Wszystko  jest

wyłożone jak upośledzonemu umysłowo.

– Co

 się dziwisz? Muszą dostosować poziom do odbiorców.

– Masz

 rację. Wyobrażasz sobie, jaką bekę muszą mieć producenci, nagrywając te skończone głupoty?!

–  No

  niestety,  często  potem  tak  jest,  że  jak  oglądałeś  jedną  amerykańską  komedię  romantyczną,  to  oglądałeś

wszystkie.

– A wiesz, co mnie najbardziej rozwala w amerykańskich

 filmach?

 Kiedy mają problemy, zawsze jadą na północ!

– Dokładnie! – Agnieszka roześmiała się głośno i zaraz

 zamarła przerażona, nasłuchując, czy nie obudziła Ani. –

My też mamy problemy. Jedźmy więc na północ! – dodała konspiracyjnym szeptem, tłumiąc atak śmiechu.

– Mieszkamy w Gdańsku.

 Daleko

 nie zajedziemy! – wtórował jej Adam. – Chyba, kurde, do Rozewia!

– Do Rozewia! Hahaha – Agnieszka zasłoniła usta dłonią, a wolną ręką złapała się za brzuch. Adam od dawno nie

przebywał w tak dobrym towarzystwie, ale i tak

 postanowił lać jej od teraz sam tonik.

– Albo

 do Elbląga! – Płakała ze śmiechu.

– Czemu

 do Elbląga? – nie zrozumiał.

Odczekał chwilę, aż się

 uspokoi, by

 mu wyjaśnić.

–  Kiedyś  był  taki  kawał  –  mówiła,  ocierając  łzy  po  ataku  śmiechawki.  –  Przychodzi  facet  z  maciorą  do

weterynarza  i  mówi:  „Panie  doktorze,  ona  się  nie  chce  parzyć!”,  a  lekarz  na  to:  „A  czy  ona  nie  jest  przypadkiem
z Elbląga?”. „Dlaczego?!”, pyta zdumiony facet. A lekarz: „A bo moja żona jest z Elbląga”.

– Hehe! Dobre! –

 Adam

 szczerze się zaśmiał.

background image

Agnieszka

 znała mnóstwo dowcipów i dopiero o 2 w nocy stwierdzili, że czas rozejść się spać.

Adam

  siedział  w  biurze  niewyspany,  ale  za  to  w  bardzo  dobrym  humorze.  Ściągnął Idiokrację

  i  jeszcze  jedną

amerykańską komedię, która miała właśnie premierę w kinach

 – 

Szefowie

 wrogowie. Sądząc

 po

 tytule, film skłoni ich

do  dyskusji.  Chciał,  by  spędzili  wieczór  tak  wesoło,  jak  wczoraj.  Przydałoby  się  też  uzupełnić  barek.  Sprawdził
zawartość  portfela  i  dobry  nastrój  prysnął.  Za  10  złotych  kupi  co  najwyżej  carskoje  igristoje.  Dziś  musi  wystawić
parę  gratów  na  Allegro.  Może  jakieś  ciuchy,  których  nie  nosi,  albo  duperelki,  które  znajomi  poprzynosili  na
parapetówki? Do wypłaty, nieodmiennie przyprawiającej go o ból żołądka, pozostało jeszcze parę dni. Cały weekend!

Postanowił  wziąć  się  w  garść  i  powrócić  do  przeglądania  ofert  pracy.  Wszedł  na  Pracuj.pl  i  wybrał

województwo pomorskie. Zawód i branża były  mu  obojętne.  Co  my  tu  dzisiaj  mamy?  RF  Product  &  Test  Engineer,
Application Engineer (Web Automation), Venue Logistics Coordinator, Product Sales Specialist Combines, Account
Manager, Key Account Specjalist. „What the fuck? Co to, kuźwa, jest?” Upewnił się jeszcze, czy ta strona na pewno
kończy  się  „.pl”,  i  nacisnął  krzyżyk.  Napuszenie  dotarło  nawet  do  ofert  pracy.  Słowo  „akwizytor”  źle  się  kojarzy
i  trzeba  było  je  napisać  po  angielsku.  Najlepiej  na  sto  sposobów.  Wtedy  brzmi  jak  życiowa  szansa.  Nie  ma  to,  jak
omamić biednego człowieka anglojęzycznym napisem na wizytówce. Żenada.

Adam

 poczuł, że bez melisy się nie obejdzie. Nastawił czajnik, który szczęśliwie miał pod ręką, i włączył Spokój

grabarza.

Dobranoc.

Agnieszka, jak

 większość osób, uwielbiała piątki. Zgodnie z planem lekcji kończyła pracę o 11:40 i czekały ją prawie

trzy dni wolnego. Ania o tym wiedziała i już od drugiego śniadania wypatrywała mamy przez okno, ignorując wysiłki
pań przedszkolanek, które przygotowywały właśnie grupę do jasełek. Ania, jako jeden z aniołów, nie miała specjalnie
ambitnej  roli  i  też  się  w  nią  zbytnio  nie  wczuwała.  Nauczycielka  nie  zgodziła  się,  by  była  Marią.  Twierdziła,  że
dziewczynka jest za niska. Mama pocieszała ją, że będzie za to najpiękniejszym z aniołków, ale Ania nie lubiła być
jedną z wielu.

Na

 horyzoncie pojawił się znajomy samochód i dziewczynka zapomniała o swoich życiowych dylematach.

Tradycyjnie

  już,  gdy  tylko  Agnieszka  weszła  do  przedszkola,  córka  stała  w  szatni  ubrana  do  wyjścia.

Towarzyszyła jej wychowawczyni grupy, wysuszona blondyna z wyprostowanymi włosami sięgającymi ramion, która
nigdy nie omieszkała spojrzeć na samotną matkę z wyższością, uśmiechając się przy tym fałszywie.

Agnieszka

 poprawiła dziecku czapkę i wyszły na ulicę.

–  Mamo,  kupisz  mi  jajko?  – Ania  prawie  biegła  przy  mamie,  kiedy  były  już  w  Biedronce.  –

  Czemu

  idziesz  tak

szybko?

– Nie

 mamy czasu, kochanie. Jak mi starczy, to ci kupię.

Agnieszka

  wrzucała  kolejne  zakupy  do  koszyka,  w  myślach  sumując  rachunek.  Przy  kasie  okazało  się,  że  nie

wydawała  tak  dużo,  jak  myślała,  więc  wzięła Ani  kinder  niespodziankę  oraz  gumy  rozpuszczalne,  które  ta  sprytnie
dobrała, widząc, że mama ma jeszcze pieniądze.

W domu podała córce danio i odesłała oglądać bajki, a sama wzięła się za gotowanie. Postanowiła przygotować

większą obiadokolację i zrobić trochę zapasów. Lodówka Adama świeciła bowiem pustkami. No, chyba żeby liczyć
Niutkowe  whiskasy.  Poza  tym  uwielbiała  gotować.  Po  pierwsze,  kochała  jeść.  Miała  to  szczęście,  że  mogła  się
objadać do woli najbardziej tuczącymi przekąskami i nie tyła. Znajome z pracy, które przechodziły na kolejne diety,
a  w  fitness  klubie  miały  złote  karty  stałego  klienta,  strasznie  jej  tego  zazdrościły.  Wprost  nie  mogły  patrzeć,  jak  na
każdej  przerwie  zapycha  się  batonikiem  albo  chipsami.  Częściej  można  ją  było  spotkać  pod  szkolnym  sklepikiem,
gdzie zajmowała kolejkę razem ze swoimi uczniami, niż w pokoju

 nauczycielskim czy spacerującą po korytarzu.

Po

 drugie, wszelkie prace domowe ją uspokajały, a tak kreatywna czynność jak gotowanie dodatkowo utwierdzała

w  przekonaniu,  że  potrafi  nad  czymś  zapanować  i  nawet  są  tego  rezultaty.  Dziś  miała  jeszcze  jeden  powód,  by
upichcić coś dobrego: Adam. Nie żeby desperacko szukała tatusia dla Ani, ale cóż... porządny facet to dziś rzadkość,
a  już  zbyt  wiele  dobrych  okazji  w  życiu  przepuściła.  Niedawno  przeczytała,  że  kolejne  nieszczęścia,  jakie  na  nią
spadają,  mogą  być  wynikiem  jej  negatywnego  nastawienia.  Postanowiła  zakończyć  użalanie  się  nad  swoim  losem,
a  zacząć  działać.  Złożyła  podanie  o  kredyt,  skontaktowała  się  z  uczelnią  w  sprawie  doktoratu  i  dała  sobie  rok  na
znalezienie miłości. Ma jeszcze jakieś 10 miesięcy.

background image

Zaczęła

 od

 deseru, gdyż karpatka, którą chciała upiec, jest dość czasochłonna. Rozpuściła margarynę i postawiła

do wystygnięcia. Wstawiła wodę na zupę i wzięła się za mięso, po które stała w masarni, gdyż nie ufała mrożonkom
z marketu. Rozbiła piersi i schab. Przyprawiła i odstawiła do lodówki. Usiadła na krześle, przystawiła sobie kosz na
śmieci i zaczęła obierać pieczarki.

Kiedy

 smażyła mięso częściowo w panierce z jajka i bułki tartej i częściowo z płatków kukurydzianych, o swojej

obecności przypomniała kotka Adama.

– Mraau

 – rzekła na przywitanie, po czym wskoczyła na barek, skąd obserwowała poczynania Agnieszki.

– Jesteś głodna, Niutka?
– Mraau.

– Czemu

 nie jesz swojego whiskasa? Masz pełną miskę.

– Mraau.

– Chcesz

 trochę surowego mięska?

– Mraau.

Agnieszka

  odkroiła  Niutce  kawałek  niedoszłego  kotleta,  który  jeszcze  nie  przeszedł  panierki,  ale  kotka  tylko  go

powąchała.

–  Ach,  przepraszam,  może  ty  w  piątki  nie  jesz  mięsa,  co?  –  Agnieszka  nie  przepadała  za  kotką  Adama,  ale

podobnie jak jej pan lubiła się z nią droczyć. – Może powinnam była ci podać łososia? A może

 wyskoczymy

 razem na

sushi? Co ty na to?

Kotka

 zeskoczyła z barku i poszła skorzystać z kuwety.

– Małpa!

Około

  16

  postanowiła  zadzwonić  do Adama,  by  upewnić  się,  czy  wraca  po  pracy  do  domu.  Przygotowując  obiad,

ciasto  i  przekąski,  nie  pomyślała  nawet,  że  może  mieć  inne  plany.  Domyśla  się,  że  nie  ma  dziewczyny,  ale  nie  ma
przecież  pojęcia,  co  porabia  w  weekendy.  Jest  w  jego  domu  dopiero  drugi  dzień!  Dziwne,  bo  czuje  się,  jakby
mieszkali razem od zawsze...

Nie

 dodzwoniła się. Postanowiła zrobić sobie kąpiel.

– Ania, idę

 do

 łazienki. Jak coś chcesz, to krzycz. – Zajrzała do córki.

–  Mogę  pobawić  się  z  Niutką?  –  Dziewczynka  oglądała  bajkę,  której  bohaterkami  były  wojowniczki

w seksownych

 lateksowych strojach. Wyglądała na znudzoną.

– Możesz,

 ale

 uważaj, żeby cię nie podrapała.

– A mogę w pokoju

 Adama?

– Pana

 Adama. Nie możesz.

– Ja

 mogę mówić „Adama”.

Agnieszka

 wolałaby, żeby jej córka nie spoufalała się z Adamem, kiedy, mimo jej planów, nie wiadomo, co z tego

wyniknie  i  jak  długo  zostaną  w  jego  mieszkaniu.  Ostatnio  Ania  coraz  częściej  pytała  o  tatę.  Za  każdym  razem
Agnieszka zbywała córkę, zmieniając temat. Wreszcie będzie musiała coś wymyślić.

– Baw się z Niutką w naszym pokoju. Tylko nie wychodź, bo otworzyłam okna w kuchni i salonie – powiedziała

głosem nieznoszącym sprzeciwu i zamknęła się w łazience.

„Kiedy

  wreszcie

  będę  miała  swoją  łazienkę?”  –  zastanawiała  się,  nalewając  wody  do  wygodnej  wanny

z wypustkami i dziurkami. Wlała płyn do kąpieli i ręką spotęgowała pianę. Wreszcie zanurzyła się w gorącej wodzie,
na włosy nałożyła odżywkę, a na twarz maseczkę o słodkim zapachu kokosa i migdałów. Zasłużyła na relaks.

– Maaamoooooo! – dobiegł ją

 krzyk

 Ani, nim zdążyła przymknąć powieki.

Jak

 każda matka zareagowała błyskawicznie, nie pytając, co się stało. Owinęła się ręcznikiem i na boso, ociekając

wodą z pianą, wyskoczyła z łazienki.

Niutka

 uciekała właśnie z kotletem w zębach, ale nie kocią kradzież miała Ania na myśli, wołając matkę. Niestety.

Okazało  się,  że

  nie

  tylko  w  kuchni  i  salonie  były  otwarte  okna.  Adam  nawet  zimą  zostawiał  uchylone  okno

w  swoim  gabinecie,  by  Niutka  mogła  wyjść  na  balkon,  jeśli  najdzie  ją  ochota,  by  przewietrzyć  futro.  Kiedy  Ania
i Niutka postanowiły wbrew zakazowi Agnieszki udać się do pokoju Adama, silny wiatr za oknem wkroczył do akcji.
Zaczął  od  salonu,  gdzie  przewrócił  stojący  na  parapecie  wazon  ze  zwiędłymi  już  kwiatami,  tworząc  na  podłodze
kałużę, w którą Ania wdepnęła, biegnąc za kotem, któremu to w gabinecie było jednak za zimno. Wywinęła orła na

background image

rozlanej wodzie i teraz podnosiła się z podłogi, płacząc bardziej z zaistniałej sytuacji niż z bólu. Agnieszka najpierw
podbiegła zamknąć okna, a potem pocieszać córkę. W międzyczasie stanęła gołą stopą na szkło z rozbitego wazonu.
Sama  aż  krzyknęła  z  bólu  i  przysiadła  na  kanapie,  by  wyjąć  paskudztwo  z  nogi.  Krew  lała  się  strumieniem,  co
wzmogło  płacz  dziecka  i  zainteresowało  Niutkę.  Kotka  zaczęła  zaczepiać  łapkami  krwawiącą  ludzką  stopę,  a  kiedy
Agnieszka ją przegnała, poszła jak niepyszna, pozostawiając krwawe ślady kocich stópek na podłodze, dywanie i (o
nie!) na kanapie!

– Niutka, złaź!!! – krzyczała na kotkę, która, tylko zachęcona, zaczęła się na nią rzucać, gryząc i drapiąc

 jej

 prawie

nagie  ciało.  Nierówną  walkę  –  wściekły  kot  kontra  półnaga  kobieta  –  przerwało  pojawienie  się  przerażonego  tym
niemal apokaliptycznym widokiem Adama.

Agnieszka

 była wdzięczna żółtej maseczce na twarzy, że zakryła jej rumieńce.

Kiedy

 Adam zajmował się dezynfekcją i zakładaniem opatrunku na stopę lokatorki, ta siedziała bez słowa, wciąż

owinięta  tylko  ręcznikiem,  z  odżywką  na  mokrych  włosach  i  zaschniętą  maską  na  twarzy. Ania,  na  prośbę Adama,
poszła  z  Niutką  do  ich  pokoju.  Żółta  kałuża  ze  śmierdzącej  wody  po  kwiatach  wciąż  zdobiła  podłogę.  Agnieszce
chciało się wyć.

Gorąca  kąpiel  i  parę  minut  spokoju.  Naprawdę  tak  dużo  wymaga  od  życia?  Czy  po  zrobieniu  miliona  dań  nie

zasłużyła na chwilę odpoczynku? Najwyraźniej nie.

Przechwyciła

 speszone

 jej półnagością spojrzenie Adama i utykając, poszła do łazienki.

Adam

  był  zachwycony  kuchnią  Agnieszki.  Dawno  nie  jadł  domowego  obiadu.  Sam  nawet  nie  pamiętał  kiedy.

Dziewczyny, które miewał, jakoś nie garnęły się do garów.

Współlokatorka  podała

  najpierw

  zupę  pomidorową  z  ryżem.  Jego  ulubioną.  Potem  miał  do  wyboru  pieczone

ziemniaczki ze schabem w panierce z płatków kukurydzianych lub z pieczarkami zapiekane z serem. Mógł też wybrać
piersi  w  panierce  z  brzoskwiniami  lub  pieczarkami,  również  zapiekane  z  serem.  Postanowił  spróbować  każdej
wariacji na temat kotleta i w rezultacie bał się ruszyć z krzesła, tak był objedzony. Wtedy jego lokatorka podała deser
– karpatkę, której nie mógł sobie odmówić. Zapytany, czy ma jeszcze na coś ochotę, poprosił o miętową herbatę.

Agnieszka,  na

  początku  przybita  wcześniejszym  zamieszaniem,  odzyskiwała  humor,  gdy  Adam  sukcesywnie

opróżniał talerz i chwalił kucharkę.

– Na

 kolację będą lżejsze przekąski – zapowiedziała.

–  Co?  To  będzie  jeszcze  kolacja?  –  Zaśmiał  się,  ale  był  też  poważnie  zaniepokojony.  Nie  znał  osobiście

przypadków śmierci z przejedzenia, ale słyszał o takowych.

– Dopiero 18. Zgłodniejesz – stwierdziła zadowolona i wzięła się

 za

 wstawianie naczyń do zmywarki.

– Ściągnąłem

 fajne

 filmy – przypomniało mu się.

– Fajnie. Obejrzymy, jak

 Ania pójdzie spać.

Dziewczynka

 po zupie przystąpiła od razu do karpatki i teraz przymierzała wrednemu futrzunowi czapki dla lalek.

Kotka grzecznie leżała na salonowej kanapie i bez miauknięcia poddawała się tym zabiegom. Stwierdzili z Agnieszką,
że do pyszczka jej w czerwonej.

O  20:30,  kiedy  Agnieszka  poszła  poczytać  Ani  do  snu,  Adam  otworzył  kadarkę,  na  którą  była  dziś  promocja
w Biedronce. Z jego majątku wydano mu nawet 10 groszy reszty. Szaleństwo! Na zakup wina w niższej cenie skusiła
się także Agnieszka, ale o tym

 miał się przekonać później.

Ustawił  napełnione

  do

  połowy  kieliszki  na  niskiej  ławie  w  salonie  i  zajrzał  do  lodówki  za  jakąś  przekąską.

Wprawdzie  był  najedzony,  ale  jakoś  głupio  tak  nic  nie  chrupać  na  filmie.  Lodówka,  którą  przeważnie  szybciej
zamykał,  niż  otwierał,  mile  go  zaskoczyła  swoją  zawartością.  Jego  uwagę  przeciągnął  talerz  z  pomidorami
z  mozzarelką  w  sosie  winegret. A  pomyśleć,  że  jeszcze  niedawno  szczytem  ekstrawagancji  na  wieczorze  filmowym
były  chipsy.  Z  szuflady  dobrał  sztućce,  a  z  szafki  dwa  małe  talerze  i  zaniósł  wszystko  do  salonu.  Zgasił  światła,
pozostawiając jedynie halogeny nad barkiem, ale się rozmyślił i przywrócił górne światło w salonie.

Idiokracj

a ubawiła Agnieszkę

 do

 łez, podobnie jak 

Szefowie

 wrogowie

. Ten

 ostatni film, jak Adam podejrzewał,

skłonił ich do dyskusji.

– Czy

 ciebie też molestowała szefowa? – zapytała rozbawiona.

–  Niestety,  takie  „mobbingi”  to  tylko  w Ameryce  –  rzekł,  udając  niepomierny  smutek.  –  U  nas

  raczej  standard:

background image

zatrudnianie rodziny, niewypłacanie na czas wynagrodzenia, nierejestrowanie, pensje uwłaczające ludzkiej godności.

– No tak, nasi szefowie są nudni – przyznała w tym

 samym ironicznym tonie.

– Ale sam pomysł zemsty nie jest zły. Jak byś się zemściła na swoim szefie z Cos-Medu

?

Agnieszka

 upiła łyka kadarki, co było znakiem, że poważnie zastanawia się nad odpowiedzią.

– Kiedyś życzyłam

 mu

 wszystkich nieszczęść świata, ale teraz sama nie wiem... może los sam się na nim zemści. –

Upiła mały łyczek.

– Może

 losowi

 trzeba pomóc? – podpowiedział niby żartem, napełniając kieliszki.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział III

Agnieszka od rana nie czuła się za dobrze, ale nie z powodu wczorajszego wina, choć musiała przyznać przed sobą, że
dawno nie piła alkoholu dwa wieczory z rzędu. W ogóle rzadko piła, przez co była nieprzywykła. Teraz głowa bolała
ją  niepomiernie,  a  przy  tym  gardło  i  ucho.  W  dodatku  kręciło  ją  w  nosie.  Innymi  słowy,  dopadła  ją  grypa.  Cóż,
bieganie półnago przy otwartych oknach w środku zimy nie mogło pozostać obojętne dla organizmu.

Poprosiła  Adama,  by  poszedł  do  apteki  kupić  jej  wapno,  coś  niedrogiego  z  rutyną  i  witaminą  C  oraz  jakieś

pastylki do ssania.

Ubrała Anię, żeby przeszli się razem na spacer.
– Mamo, a mogę jajko? – Dziewczynka wykorzystała okazję, kiedy matka wręczała Adamowi 100 złotych.
– Możesz. I kubusia jej weź – zwróciła się do współlokatora.
Zimno  jej  było  i  wróciła  do  łóżka.  Dobrze  pobyć  samej  choć  przez  chwilę.  Odkąd Ania  jest  na  świecie,  takich

okazji  zdarza  się  naprawdę  niewiele.  Nie  może  sobie  pozwolić  na  żadne  wyjście,  bo  nie  ma  z  kim  zostawić  córki.
Zresztą  po  całodziennym  pobycie  w  przedszkolu  nie  miałaby  serca  jeszcze  na  wieczór  czy  weekend  oddawać  ją
obcym pod opiekę.

Miły ten Adam. Taki normalny, nie żaden pozer. Inteligentny, uczynny. Widać, że troszkę zagubiony, ale to tylko

jeszcze  bardziej  ich  do  siebie  przyciąga.  Sama  też  od  paru  lat  nie  może  się  pozbierać  do  kupy.  Nie  ma  swojego
miejsca, do którego z radością by wracała po dniu w niespełniającej jej oczekiwań pracy.

Pomyślała o wczorajszej rozmowie z Adamem na temat zemsty na szefie. Tak naprawdę z chęcią by się zemściła,

i to nie tylko na Cos-Medzie. Głupio jej było przyznać, ale nieraz myślała o sposobach rewanżu za swoje krzywdy. Na
jej czarnej liście, którą posiadała dosłownie, całkiem namacalnie w swoim osobistym kalendarzu, znalazły się, poza
jej  eks  i  gościem,  który  buchnął  jej  portfel  przed  samymi  świętami,  głównie  osoby  związane  z  poprzednim
pracodawcą.  Poza  swoimi  osobistymi  wrogami  nienawidziła  wielu  innych  osób:  nierobów,  ludzi  tępych,  pustych,
leniwych  i  zazdrosnych.  Żałowała,  że  nie  ma  selekcji  na  ludzi  przydatnych  światu  i  na  wyżej  wymienionych.  Świat
byłby lepszy.

Adam  i  Ania  wrócili  z  zakupów.  Jej  współlokator  był  tak  domyślny  i  kupił  jeszcze  coś  od  gorączki,  a  także  sok
pomarańczowy i cytryny do herbaty.

– Wybacz, że wydaję twoje pieniądze, ale nadmiar witaminy C ci nie zaszkodzi.
– Dziękuję – odparła mile zaskoczona troską obcego bądź co bądź faceta. – Zmarzliście?
– Ja nie! – Ania była przeszczęśliwa, gdyż naciągnęła Adama na dwie kinder niespodzianki. Zrzuciła pospiesznie

kurtkę i buty i rozsiadła się ze słodkościami w salonie.

– Fajna pogoda na sanki. Może pójdziemy, jak wyzdrowiejesz? – zapytał Adam nieśmiało. Zrobiło jej się ciepło

na sercu.

– Pewnie – odpowiedziała tylko, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo się ucieszyła.
– Zrobię nam herbatę.
– O nie, nie! Kładź się. Ja zrobię!
– Dziwne, że w amerykańskich filmach policja odbiera po pierwszym sygnale. Myślisz, że naprawdę tak tam jest?

– zapytała go, kiedy skończyli oglądać Ocean’s Twelve , kontynuację hitu o napadzie na bank, i włączyli jakiś mniej
znany  film,  ale  w  podobny  deseń.  Powoli  uzależniali  się  od  amerykańskich  produkcji,  co  zaczynało  lekko  Adama
przerażać.

– Nie wiem. A w Polsce tak nie jest?
– Od razu widać, że nigdy nie dzwoniłeś na policję. – Dziewczyna solidnie wydmuchała nos i sięgnęła po herbatę,

którą  wzmocnił  rumem.  Zbierał  małe  buteleczki  z  alkoholami,  ale  na  czas  biedy,  miał  nadzieję  przejściowej,
postanowił lekko zubożyć swoją kolekcję.

–  W  sumie  to  chyba  nie  –  przyznał,  przypominając  sobie  jednocześnie,  że  jak  dotąd  miał  tylko  jedną  okazję,  by

wzywać policję, kiedy w tył jego starego, na szczęście, passata wjechała mazda z małolatem za kierownicą. Zgodził
się wtedy nie dzwonić na gliny i dogadać z ojcem dzieciaka, który okazał się miejskich radnym. To się chyba nazywa
szczęście w nieszczęściu.

background image

– Pocieszające jednak, że Amerykanie też nie mają skutecznej policji – skomentowała, kiedy bohaterkę odsyłano

od Annasza do Kajfasza.

– Dlaczego tak mówisz?
– Pod koniec mojej kariery w Cos-Medzie skradziono mi portfel ze wszystkimi dokumentami. W miejscu pracy.

W moim biurze – zaczęła opowiadać. – Po pierwsze, na policję dodzwoniłam się po jakichś 20 minutach, po drugie,
wyśmiali  mnie,  kiedy  zapytałam,  czy  zaraz  tu  będą.  Po  trzecie,  gdy  do  nich  pojechałam,  żeby  złożyć  obszerne
wyjaśnienia na temat okoliczności zaginięcia portfela, i podałam podejrzanego, kompletnie to olali...

– Podejrzewałaś kogoś z pracy?
– Nie. Swoją drogą to by było faktycznie trudne do udowodniania. Sytuacja była klarowna, bo tego dnia, a było to

w  mikołajki,  mieliśmy  mały  poczęstunek  w  sali  konferencyjnej.  Przez  jakąś  godzinę  wszyscy  pracownicy  byli  poza
swoimi  stanowiskami.  Do  firmy  interesanci  raczej  nie  przychodzili,  a  do  mojego  biura  na  trzecim  piętrze  to  już
w ogóle nikt nie miał po co fatygować się bez umówienia. Jednak tego dnia pojawił się facet od liczników. Wiem, bo
zaszedł też do naszej sali po klucz od jakiejś tam kanciapy. Pominę fakt, że wyglądał jak patologia, bo to o niczym nie
przesądza, ale tylko on tego dnia przebywał we wszystkich pokojach, które zwyczajowo nie były zamykane na klucz.
Zadzwoniłam  do  zakładu,  który  go  wysłał,  i  potwierdzono  mi,  że  facet  o  takim  i  takim  wyglądzie  miał  dziś  być
w naszej firmie. Ustaliłam jego imię i nazwisko, a także fakt, że był nowym pracownikiem na zlecenie, zatrudnionym
w dodatku na okres zimy. Nikt w firmie nie mógł za niego ręczyć.

Na policji moją sprawą zajmowała się taka tępa babka. Każde zdanie zaczynała od „yyyyy”, a do swojego kolegi

z  pokoju  zwracała  się  „Pioter”.  Co  zadzwoniłam  zapytać  o  postępy  w  mojej  sprawie,  tylko  się  denerwowałam
buractwem i niekompetencją.

– Może go sprawdzili i się zwyczajnie nie przyznał?
–  No  jak  grzecznie  zapytali:  „czy  to  pan?”,  to  oczywiste,  że  się  nie  przyznał  –  oburzyła  się,  ale  nie  była  zła.  –

Zasugerowałam policjantce i jej koledze „Pioterowi”, żeby mu ściemnili, że jest nagrany na kamerze. Niestety, kamer
w firmie nie było, bo mój eksszef jest staromodnym człowiekiem. Nie wierzy ani żadnym nowoczesnym instytucjom,
ani firmom ochroniarskim, ani nawet bankom. Tak czy siak złodziej nie musiał o tym wiedzieć. Stwierdzili wówczas,
że nie muszę ich pouczać. Przez dwa miesiące nie zdziałali kompletnie nic i ostatecznie się poddałam.

Agnieszka opowiadała wszystko z wielką swadą, zaprawioną sarkazmem, więc roześmiał się, kiedy skończyła.
– Dużo ci ukradli?
– Właśnie nie, bo akurat, jak już ci opowiadałam, dostawałam tylko goły etat na konto i nie nosiłam przy sobie

dużej  gotówki.  W  sklepach  płaciłam  kartą.  Dużych  problemów  przysporzyło  mi  jednak  wyrobienie  wszystkich
dokumentów.  Wyobrażasz  sobie,  że  wydział  komunikacji  jest  tylko  do  14?  Dla  kogo  on  jest?  Dla  nierobów?  Kiedy
ludzie pracujący mają coś załatwić? Na dodatek musiałam chodzić tam kilka razy: to w sprawie nowego prawka, to
dowodu  rejestracyjnego,  to  złożyć  podanie,  to  odebrać,  to  coś  tam  donieść.  Masakra!  Ta  kradzież  przelała  szalę
goryczy. Starałam się o kredyt na mieszkanie w bardzo okazyjnej cenie. Właściwe mały domek do remontu. To było
jeszcze  przed  boomem  budowlanym  i  dzisiaj  nie  kupiłabym  za  tę  cenę  nawet  działki,  na  której  stoi.  Kiedy  jednak
straciłam wszystkie dokumenty, nie mogłam dopełnić formalności w banku, a tym samym straciłam zaliczkę na ten dom
i w konsekwencji ktoś mi go sprzątnął sprzed nosa. Potem ceny nieruchomości bardzo poszły w górę, ja nie miałam
już wystarczającego wkładu własnego, bo zainwestowałam w nową pracę, która, zwłaszcza na początku, kokosów nie
przynosiła.

–  To  faktycznie  narobił  ci  kłopotu.  Czasami  złodzieje  odsyłają  dokumenty  –  stwierdził,  choć  osobiście  nie  znał

takiego przypadku.

– Ten nie miał mózgu. Mam jego dane. Bo znajoma pracuje w policji, w cywilu akurat, ale może sprawdzić, kogo

tylko chce. Czekaj, przyniosę mój kalendarz, może go znasz.

Agnieszka pokazała mu wydruk z policyjnej bazy. Zdjęcie i dane personalne. Roman Pluta był wysoki i szczuły.

Miał czarne włosy i czarne oczy. Zez szpecił twarz i sprawiał, że była antypatyczna, nawet odpychająca. Był starym
kawalerem,  mieszkającym  samotnie  na  wsi  nieopodal  Gdańska.  Nie  miał  zarejestrowanego  samochodu  ani  nawet
prawa jazdy. Nie był też karany.

– Po co ci te dane? Chcesz sama wymierzyć sprawiedliwość? – Uśmiechnął się.
– Mam tu taką małą czarną listę po prostu. – Też się uśmiechnęła i zaczęła przeglądać kalendarz.
– O, mam nadzieję, że na nią nie trafię!

background image

–  Wymaga  aktualizacji,  ale  nie  musisz  się  martwić  –  zapewniła  z  uśmiechem  i  skupiła  się  na  wertowaniu

zapisków.

Tylko  złodziej  miał  wydruk  z  bazy.  Pozostali,  jak  zauważył,  zostali  zapisani  na  jednej  kartce  w  „notatkach”  na

końcu brulionu.

– Kogo tam jeszcze masz? – zaciekawił się.
– Głównie „przyjaciółki”, byłych szefów, mojego eks... Taki standard chyba.
–  Będziesz  chciała  się  na  nich  zemścić?  Nawiązując  do  wczorajszego  filmu,  już  wiesz,  jak  tego  NIE  robić!  –

zażartował.

– Dokładnie! Jednak wierzę w karmę. Życie samo się na nich zemści.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział IV

Adam,  zainspirowany  czarną  listą Agnieszki  postanowił  spisać  wszystkich,  którzy  przyczynili  się  do  jego  obecnych
i minionych problemów, a także tych, którzy go zwyczajnie drażnią. Kiedy zapisał całą stronę służbowego kalendarza
(którego  pierwszy  raz  użył),  doszedł  do  wniosku,  że  jest  mało  oryginalny.  Podobnie  jak  u  jego  współlokatorki  na
liście  znaleźli  się  byli  szefowie  i  znajomi  z  różnych  etapów  życia.  Nikt  go  nawet  nie  okradł  ani  nie  zaatakował
w  ciemnej  ulicy.  Stwierdził,  że  jest  jeszcze  nudniejszy,  niż  myślał.  Podniosło  mu  to  ciśnienie  i  pstryknął  czajnik.
Ostatnie dwie torebki melisy. Dobrze, że dziś wypłata...

Po  drodze  z  pracy  zrobił  zakupy.  Postanowił  przygotować  obiad,  żeby  trapiona  grypą  Agnieszka  nie  musiała

krzątać się po domu. Dziś na jej prośbę zawiózł Anię do przedszkola i pierwszy raz od dawna poczuł się potrzebny.
Zajechał  do  Biedronki,  gdzie  kupił  składniki  do  spaghetti:  mięso  mielone,  dwa  słoiki  gotowego  sosu,  makaron,  ser
i dwie butelki wina po 11.99. Wypłata wypłatą, ale nie może sobie pozwolić na szaleństwa.

Kiedy jednak wrócił, jedzenie czekało na stole.
– Miałaś leżeć w łóżku! – udawał niezadowolonego.
– Leżałam, naprawdę! – udawała, że się tłumaczy.- Odmroziłam rzeczy, które przygotowałam w piątek. Dorobiłam

tylko  frytki.  Ściślej:  zrobiła  to  za  mnie  twoja  frytkownica.  Gdzie Ania?  –  Spojrzała  na  niego  zaciekawiona  i  wtedy
sobie uświadomił: zapomniał odebrać dziecko.

– Już jadę! – Rzucił zakupy i wybiegł z mieszkania.

Ania  wyglądała  na  obrażoną,  a  pani  przedszkolanka,  którą  Agnieszka  telefonicznie  poinformowała  o  zaistniałej
sytuacji, obserwowała go bacznie, gdy pomagał dziewczynce się ubrać.

Usadowił  dziecko  na  tylnym  siedzeniu  i  zajął  miejsce  za  kierownicą.  Przekręcił  kluczyk.  Cisza.  Spróbował

ponownie. Całkowita cisza. Niemożliwe, żeby akumulator padł. Miał dopiero cztery lata. Tyle, co auto.

Otworzył  maskę.  Odłączył  akumulator  i  podłączył  go  od  nowa.  Jeśli  to  coś  od  komputera,  to  teraz  powinien

odpalić.  Niestety,  nie.  Miał  przy  sobie  i  kable,  i  prostownik.  Wypróbował  jedno  i  drugie.  Akumulator  nawet  nie
zaskoczył. Skończyły mu się pomysły.

Agnieszka  nie  czekała  z  obiadem  na  pozostałych  biesiadników.  Zjadła  sama,  żeby  wziąć  leki  na  czas.  Rano
zdecydowała się na wizytę u lekarza, gdyż znane jej suplementy diety nie spełniły swojej roli. Dostała antybiotyk na
zapalenie gardła i oskrzeli oraz tydzień zwolnienia.

Sprzątała właśnie ze stołu, gdy zadzwonił telefon. Zdziwiła się niepomiernie, słysząc znajomą z Cos- Medu. Ala,

kiedyś  jej  asystentka,  wskoczyła  na  wolny  fotel  dyrektora  po  odejściu  Agnieszki  z  firmy.  Od  tamtej  pory  nie
rozmawiały  ze  sobą.  Nie  z  powodu  zaistniałej  sytuacji.  Kontakt,  jak  to  bywa  ze  znajomymi  z  pracy,  umarł  śmiercią
naturalną, gdy zaczęła pracować gdzie indziej.

– Jestem w ciąży! – Ala łkała do telefonu.
– To gratuluję! Przecież się staraliście... – Agnieszkę zbiło z tropu to wyznanie, zwłaszcza że nie rozmawiały kilka

lat.

– Podpisałam lojalkę! – Dziewczyna zaniosła się płaczem.
Agnieszka milczała, czekając, aż dziewczyna się uspokoi i opowie do końca.
–  Teraz  albo  sama  się  zwolnię,  albo  dostanę  dyscyplinarkę  –  mówiła  płaczliwym  głosem,  ale  już  bardziej

składnie. – Co ja teraz zrobię? Wiesz, co się dzieje na rynku pracy? Nic! Kompletnie nic! Żadnych ofert! A dla młodej
matki to już w ogóle. Nikt nie chce niedyspozycyjnej kobiety po trzydziestce. Co ja mam zrobić?

– Uspokój się. Lojalka o zakazie zajścia w ciążę jest nielegalna. Nie mogą ci nic zrobić.
– Mam się z nimi sądzić? Jaki pracodawca mnie przyjmie, jak będę miała w papierach konflikt z byłym szefem?

Kto chce zatrudnić taką osobę? – Znów uderzyła w płacz.

Agnieszka  westchnęła.  Nie  miała  ochoty  na  słuchanie  o  cudzych  problemach.  Własnych  w  zupełności  jej

wystarczało.

– Idź na zwolnienie lekarskie, a po urodzeniu dziecka poszukasz sobie nowej pracy.
– Orłowski powiedział, że jak pójdę teraz na L4, to on się postara, żebym już żadnej pracy w całym Trójmieście

background image

nie dostała – płakała dalej. – Co ja mam zrobić? Mamy kredyt, a teraz będziemy mieć dziecko. Bez mojej pensji nie
damy rady. Sama wiesz, ile dostaję do koperty. Jak mam żyć za tysiąc złotych?

Agnieszka nie rozumiała, co ma wspólnego z jej kłopotem, poza tym, że kiedyś znalazła się w podobnej sytuacji.

Tyle że nie miała kochającego męża, który marzył o dziecku i który, jak by nie było, także zarabiał na rodzinę.

– Mogę ci jakoś pomóc?
Alka przestała płakać jak dziecko, któremu zaaplikuje się smoczek.
– Masz może kontakt z Mariuszem? Może udzieliłby mi jakiejś porady... Słyszałam, że jest dobry...
Teraz to dopiero się zdenerwowała.
–  Przypominam  ci,  że  Mariusz  zostawił  mnie,  gdy  zaszłam  w  ciążę.  Nie  przyznaje  się  do Ani,  więc  i  mnie  nie

interesuje jego los. Ciesz się, że masz męża i ten chce waszego dziecka. Przepraszam cię, Alicja, ale nie potrafię ci
pomóc  –  mówiła  podniesionym  głosem,  bo  bezczelność  dziewczyny  podniosła  jej  ciśnienie.  Jak  można  być  takim
pustakiem?!

– Myślałam, że mi pomożesz – znów uderzyła w płaczliwy, a do tego oskarżycielski ton. – To na razie...
– Nara! – Niemożliwie wręcz zła wybrała „zakończ”. „Co za idiotka! A dlaczego ona taka zdziwiona? Dziwne, że

nie pomyślała o tym, podpisując lojalkę”.

Postanowiła się zdrzemnąć.
Zdążyła przegnać Niutkę z poduszki i się położyć, kiedy zadzwonił telefon. Adam. Od razu naszły ją niepokojące

myśli. Może nie chcieli mu wydać Ani? Może córka nie chciała z nim wracać? Może jest chora?

Odebrała  telefon,  ale  nie  usłyszała  pierwszego  zdania  Adama,  bo  Niutka,  która  zajęła  dla  odmiany  drugą

poduszkę, miauknęła jej wprost do ucha.

– Co mówiłeś? Jesteś z Anią?
– Miaaaaauuuu!!!
– ...byłem...
– Miaaauuuu.
– Coo?!
– Miaaaauuuuuu!!
– Zamknij się, Niutka, co mówisz?!
– Miaaauu!
– ...się później.
Rozłączył się.
Wyniosła Niutkę na balkon i postanowiła oddzwonić. Numer był jednak zajęty. Spróbowała po chwili. Tym razem

linia była wolna, ale nie odebrał.

Na zewnętrznym parapecie okna sypialni pojawiła się Niutka.
– Zabiję cię, ty małpo!!!

Adam  zrezygnował  z  assistance  przed  miesiącem,  kiedy  odnawiał  ubezpieczenie.  Zostawił  sobie  gołe  OC,  ze
względów oszczędnościowych. Zrezygnował też z AC i NNW. Bardzo, kuźwa, śmieszne!

Wrócił do samochodu, gdzie Ania cierpliwie czekała, choć nie była zadowolona.
–  Musi  nas  ktoś  podholować  do  mechanika,  a  nie  będziemy  fatygować  mamy.  Zatrzymam  zaraz  kogoś,  a  ty

poczekaj, dobrze?

O tej porze ruch pod przedszkolem był żaden i dopiero po półgodzinie, kiedy był bliski śmierci z wychłodzenia

organizmu, zatrzymał się jeden tranzit. Facet miał linę holowniczą i podciągnął go do najbliższego mechanika. Adam
dał kierowcy 20 złotych za fatygę, co ten przyjął bez pretensji.

Mechanik  skrupulatnie  obejrzał  samochód  pod  maską  i  zdecydował,  że  nie  obejdzie  się  bez  komputera.  Adam

wiedział,  co  to  oznacza:  100  złotych  za  badanie,  które  może  pokazać  przyczynę  albo  nie.  Rachunki  niezapłacone,
a  wypłata  za  chwilę  zostanie  bezpowrotnie  wydana.  Kiedy  mechanik  robił  swoje,  Adam  stał  bezczynnie  na  placu
wypełnionym autami najróżniejszych marek. Postanowił, że musi coś przedsięwziąć, bo tak dalej nie da rady. Pójdzie
pod most!

Ale  co  może  zrobić?  Na  aplikacje  zero  odzewu.  Po  firmach  samemu  się  nie  chodzi,  nie  te  czasy.  Powystawiał

jakieś  rzeczy  na  Allegro,  ale  jeszcze  nic  się  nie  sprzedało.  Mieszkania  nie  ma  co  wystawiać,  bo  po  niedawnym

background image

boomie  ceny  nieruchomości  sukcesywnie  szły  w  dół  i  tylko  by  stracił.  Poza  tym  musi  gdzieś  żyć,  a  jak  ma
wynajmować i płacić komuś, to chyba lepiej spłacać swoje? Logiczne. Samochód? Kupił niemal nówkę i sprzedając
po czterech latach użytkowania, dużo straci. Ale chyba nie ma wyjścia. Naprawi go i wystawi na sprzedaż.

Ania, która razem z samochodem została wepchnięta do warsztatu, teraz znów pokazała się na horyzoncie. Wyszła

z samochodu, bo myślała, że Adam ją tu zostawia. Planowała wrócić do mamy na piechotę.

Wziął małą na ręce i pocieszył, że zaraz będą w domu.
– Jak chcesz, to kupimy po drodze jajko. Chcesz?
Ania kiwnęła na zgodę, choć nadal była smutna.
– Zimno ci?
–  Trochę  w  ręce.  –  Podała Adamowi  rączki  w  różowych  rękawiczkach  pod  kolor  czapki  i  szalika,  by  mógł  je

rozetrzeć.

Pokazał się mechanik.
– Tak jak myślałem – odezwał się wesoło, jakby chciał oznajmić wygraną, a nie kolejny wydatek. – Czujnik. Taki

od sprzęgła. Czasami pada.

– Ale sprzęgło jest w porządku? – upewnił się Adam, bo wszystko, co związane ze sprzęgłem, kojarzyło mu się

z dużym wydatkiem.

– O sprzęgło bym się nie martwił, ale pilnej wymiany wymaga koło dwumasowe. W fokusach bardzo często pada

i widzę, że i tu jest już po nim. Musi pan je wymienić, bo inaczej będzie po samochodzie.

Adam  nawet  nie  podejrzewał  swojego  auta  o  posiadanie  czegoś  takiego  jak  koło  dwumasowe.  Miał  niepewną

minę. Mechanik postanowił kontynuować.

– Nie gaśnie w czasie jazdy? To główny symptom – tłumaczył, wycierając ręce w szmatę.
– Myślałem, że to gaźnik – przyznał, na co mechanik zareagował dobrotliwym uśmiechem. – A ile to kosztuje?
– Tak już po rabacie to... jakieś dwa i pół tysiąca z robocizną. Od razu mówię, że nie polecam wstawiać jednej

masy.

Adam już wiedział, co sprzeda w pierwszej kolejności. Strata niebotyczna, ale nie ma innego wyjścia.
– A ten czujnik to finansowo jakaś grubsza sprawa?
– Nie, ale muszę go zamówić. Jutro kupię, to w środę będzie. Jeszcze w środę gdzieś o tej porze będzie pan mógł

go odebrać. Będzie jakieś czterysta złotych. Koło też zamawiać?

– Jeszcze się pan wstrzyma. Dam znać w środę.
Ania zaczęła mu ciążyć albo po prostu był bliski omdlenia. Odstawił dziewczynkę na ziemię.
– W takim razie go tu zostawiam. Płatne przed czy po?
– Może pan przy odbiorze. Daleko ma pan do domu?
– Nie, jeden przystanek autobusem.
Na  przystanku  nikt  nie  czekał.  Oznaczało  to,  że  do  najbliższego  autobusu  jeszcze  czas.  Postanowił,  że  wrócą

pieszo.  Wziął  znów  małą  na  ręce,  bo  wyglądała  na  zmarzniętą  i  zmęczoną.  Sam  był  ledwo  żywy  z  zimna  i  nowych
problemów.

Sytuacja  finansowa  zrobiła  się  dramatyczna.  Nie  miał  pojęcia,  skąd  wziąć  na  to  koło  dwumasowe.  Bez  jego

wymiany  nie  będzie  mógł  ani  jeździć,  ani  sprzedać  samochodu.  Nie  wierzył,  że  to  dzieje  się  naprawdę.  Dlaczego
akurat teraz?

Na horyzoncie pojawił się mały sklepik. Zaszli kupić Ani obiecane jajko, a także truskawkową mambę i batonika.
Nawet  polubił  to  dziecko.  Szkoda,  że  nie  ma  kasy.  Zabrałby  dziewczyny  na  jakąś  wycieczkę,  nakupował

prezentów.

Przypomniało  mu  się,  że  nie  poinformował Agnieszki,  kiedy  wrócą.  Sięgnął  po  telefon  do  kieszeni,  ale  go  nie

znalazł. Pięknie! Pewnie zostawił w samochodzie. Wypuścił głośno powietrze, poprawił sobie Anię na rękach i ruszył
dalej.

Agnieszka odchodziła od zmysłów, gdy Adam wreszcie się pojawił z jej dzieckiem.

Jeszcze w drzwiach wyjaśnił jej pokrótce, co się stało. Córka była przemarznięta. Szybko ją przebrała i posadziła

przy gorącym obiedzie. Ze współlokatorem zrobiła to samo, wyłączając przebieranie.

– Jak chcesz, możesz jeździć moim samochodem do pracy, ja i tak do końca tygodnia jestem na chorobowym. No

background image

chyba że nie chcesz takiego grata.

–  Daj  spokój!  Pewnie,  chętnie  skorzystam,  choć  sam  chyba  będę  chory  –  stwierdził  i  na  dowód  swych  słów

niezamierzenie kichnął ze cztery razy.

– Weź fervex na noc. Ani też coś dam, bo pewnie przemarzła.
– Chodź, wyprawimy cię do spania – zwróciła się do dziecka.
Jednak Ania  i  Niutka,  które  składały  właśnie  zabawkę  z  kinder  niespodzianki  na  kanapie  w  salonie,  nie  bardzo

były zainteresowane spaniem.

– Ten małpiszon denerwował mnie cały dzień – poskarżyła się Adamowi na jego futrzaka.
– Wąsata kreaturo, czemu byłaś niegrzeczna?
Kotka tradycyjnie go olała.
– Leniwcze podły, mówię do ciebie!
Niutka wciąż widziała tylko nową zabawkę Ani.
Machnął ręką.
– Nie wiem, po co mi ten kuwetowy obsraniec. – Westchnął teatralnie.
– Dobrze, że chociaż dzieci lubi – stwierdziła Agnieszka na pocieszenie.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział V

Agnieszka zerwała się, gdy usłyszała dziwny hałas dochodzący z łazienki. Coś szurało głośno po podłodze. Spojrzała
na śpiącą Anię i po cichu opuściła łóżko. Na korytarzu spotkała Adama w samych spodniach od piżamy zmierzającego
do łazienki. Nie wyglądał jednak na zaniepokojonego, a raczej złego.

–  O,  obudziła  cię...  –  zmartwił  się,  widząc  Agnieszkę  w  zielonej  piżamie  w  kwiatki,  żółtych  wełnianych

skarpetach  i  z  roztrzepanymi  włosami.  –  Ta  mała  łajza  skorzystała  z  kuwetki  i  teraz  namiętnie  zakopuje.  Może  tak
nawet  godzinę.  Zaraz  jej  strzelę  w  dupę.  –  Zniknął  w  łazience,  z  której  po  chwili,  potwornie  miaucząc,  wyleciała
Niutka.  Dała  nura  pod  kanapę  w  salonie  i  tyle  ją  widzieli.  –  Wybacz,  muszę  ją  komuś  oddać  –  powiedział
przepraszająco, ale Agnieszka nie była zła za pobudkę.

– Nic się nie stało. Miałam właśnie wziąć antybiotyk – odparła i poszła do kuchni po szklankę wody.
– Mnie też daj – poprosił i usiadł przy stole.
Agnieszka  postawiła  dwie  szklanki  i  butelkę  niegazowanej  wody,  nie  bardzo  wiedząc,  o  czym  się  rozmawia

wyrwanym ze snu o 2 w nocy.

– Wiesz, mam poważne problemy finansowe – zwierzył się Adam.
– Kto ich nie ma? – Agnieszkę speszyło to wyznanie i próbowała zbagatelizować problem.
– No taak – Adam przyznał ze smutkiem i pożałowała swojego tonu. Postanowiła wykazać zainteresowanie.
– Masz jakiś plan?
– Napaść na bank! – Zaśmiał się gorzko.
– No cóż... to... ambitne. Może na początek coś mniejszego? – rzekła wesoło, żeby go jakoś pocieszyć.
Siedzieli chwilę w ciszy, popijając wodę.
– Mam dość tego życia – odezwał się Adam podniesionym głosem. – Mam dojść tej głupiej pracy! Albo napadnę

na bank, albo... nie wiem.

Agnieszce  przypomniał  się  film,  który  ostatnio  oglądali.  Pomyślała,  że  byliby  niezłą  parą  rabusiów.  Jednak  nie

mają żadnego doświadczenia i w przeciwieństwie do bohaterów amerykańskiej komedii, której tytułu zapomniała, im
mogłoby się nie udać. Ale jakby zaczęli od czegoś mniej spektakularnego niż bank czy sklep jubilerski...

– Mam pomysł! – wypaliła i choć w myślach zdążyła się już za niego skarcić, nie było odwrotu, bo Adam spojrzał

na nią z nadzieją w oczach. – Wiem, gdzie możemy się włamać!

– My?
– No chyba że mnie nie chcesz...
– Przestań! Mów! – Adam widocznie poweselał i tym bardziej nie mogła się wycofać.
–  Mój  były  szef,  co  nawet  nie  jest  tajemnicą  poliszynela,  nie  ufa  bankom  i  trzyma  kasę  w  domu.  Wiem,  gdzie

mieszka,  i  znam  dom,  bo  co  roku  wydawał  w  nim  przyjęcia  z  okazji  swoich  urodzin.  Przychodzili  wszyscy
pracownicy.

– Urodzin? – zdziwił się Adam.
– Sam widzisz, że jest idealną ofiarą dla początkujących włamywaczy. – Uśmiechnęła się, zadowolona ze swojego

pomysłu. – Mało tego – kontynuowała całkowicie już rozbudzona. – Na początku grudnia zawsze jeżdżą z żoną na bal
mikołajkowy do Sheratona. Teraz mikołajki wypadają w sobotę, więc jestem pewna, że bal będzie dokładnie szóstego
– zakończyła dumna z siebie.

– Świetny pomysł! A jesteś pewna, że wtedy na pewno nie będzie ich w domu?
– Sprawdzę jeszcze tę imprezę w internecie, ale tak, jestem pewna.
– A  nie  mają  alarmu?  – Adam  wcale  nie  wymiękał,  wręcz  przeciwnie,  ale,  jak  to  on,  musiał  się  we  wszystkim

upewnić.

– Nigdy nie miał. Ma za to dwa dobermany. Ale z psami można sobie poradzić – stwierdziła ze znawstwem.
– Mikołajki są w tę sobotę?
– Tak.
– To działamy, wspólniczko! – Sięgnął po wodę, by wznieść toast.
Agnieszka stuknęła się z nim szklanką.

background image

– To co jeszcze spędza ci sen z powiek? – Uśmiechnęła się i oboje spojrzeli w stronę kanapy.
Niutka wysunęła przednie łapy, ale bynajmniej nie planowała opuszczenia kryjówki. Poczeka, aż zasną. Nie jest

głupia.

Adam zwinął w kulkę papierek po cukierku i rzucił najdalej jak potrafił.
Kulka wpadła do gabinetu. W sekundę później pojawiła się przy niej kotka.
– Ale ty jesteś durna, Niutka!

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział VI

W środę około 15:00 dostał telefon od mechanika z informacją, że samochód jest już do odbioru. Wyszło 420 złotych.
Mechanik pytał, czy zamawiać koło dwumasowe. Adam powiedział, że może zamówić, ale na poniedziałek, bo teraz
samochód jest mu potrzebny.

Plan  włamania  do  domu  eksszefa  Agnieszki  nie  tylko  pochłonął  go  bez  reszty,  ale  też  przyprawił  o  bardziej

optymistyczne podejście do życia. Udał się do Oliwy, gdzie objechał całą rezydencję Orłowskiego i jego żony. Dom
miał dwa poziomy i wysoką piwnicę, przez którą Adam zaplanował wtargnięcie do środka. Przed domem faktycznie
biegały dwa dobermany. Znalazł w internecie kilka sposobów na nie i zakupił już odpowiednie artefakty.

Z  sieci  dowiedział  się  wielu  innych  rzeczy,  między  innymi:  by  nie  zabierać  ze  sobą  telefonu  (policja  podobno

może  dojść  do  złodzieja  na  podstawie  drogi  logowania  jego  komórki),  założyć  nalewki  na  opony  (po  akcji  je
wyrzucić) i sformatować dysk po uzyskaniu tych wszystkich informacji (nigdy nie wyszukiwać z własnego komputera
fraz typu „jak okraść dom”).

Pozostał  problem,  co  zrobić  z Anią. Agnieszka  nigdy  nie  zostawiała  córki  samej  w  domu,  a  nie  miała  też  kogo

poprosić o opiekę. Adam zaproponował sąsiadkę z dołu, ale pomysł nie przemówił do jego współlokatorki. Ustalili,
że  jak  nie  wymyślą  niczego  konkretnego,  to  nie  położy  córki  na  drzemkę  w  ciągu  dnia,  a  do  tego  zapewnią  jej  cały
dzień  wrażeń  na  dworze,  żeby  zmęczona  bez  problemów  zasnęła  o  19  i  nie  budziła  się  aż  do  rana.  Na  wszelki
wypadek  poinformują  sąsiadkę  o  samotnie  śpiącym  dziecku  w  mieszkaniu  i  dadzą  jej  klucze,  by  interweniowała
w razie płaczu czy innego hałasu. Obliczyli, że nie będzie ich maksymalnie 3 godziny.

W  sobotni  wieczór  zaparkowali  samochód  na  poboczu  między  dwoma  drzewami,  w  miejscu,  gdzie  nie  rzucał  się
w  oczy,  a  skąd  mieli  dobrą  widoczność  na  dom.  W  dwóch  oknach  paliły  się  światła,  a  więc  gospodarze  jeszcze
szykowali się do wyjścia.

Pogoda im sprzyjała. Było mroźnie, ale na szczęście nie zalegał śnieg, na którym mogliby pozostawić ślady.
Adam  zauważył,  że Agnieszka  drży.  Klimatyzacja  w  samochodzie  była  ustawiona  na  26  stopni,  więc  nie  mogło

być jej zimno. Denerwowała się. Wiedział, że raczej nie martwi się o córkę, bo ta słodko zasnęła jeszcze przed 19,
a  w  dodatku  poprosili  sąsiadkę  o  czuwanie  i  reakcję  w  razie  hałasu  na  górze.  Wiedział,  że  może  liczyć  na  starszą
panią, bo na pewno nie przepuściłaby okazji legalnego poszperania w jego mieszkaniu.

Włączył  radio  dla  rozluźnienia  atmosfery.  Tego  by  brakowało,  żeby  po  rozbudzeniu  w  nim  tak  wielkich  nadziei

wycofała się z całej akcji.

Liczył,  że  któraś  ze  stacji  będzie  grała  coś  optymistycznego,  najlepiej  z  przekazem  podprogowym  w  stylu  „idź,

okradnij byłego szefa”. Niestety, o 20:00 na wszystkich częstotliwościach emitowano wiadomości.

– W przyszłym roku mamy chyba wybory parlamentarne, co? – zagadał.
Agnieszka  tylko  na  niego  spojrzała,  więc  domyślił  się,  że  temat  parlamentarzystów  nie  pasjonuje  jej  specjalnie,

zwłaszcza w mikołajki, które spędza na grabieży czyjegoś domu.

– Chyba tym razem nie będę głosował – kontynuował niestrudzony.
Zgasły światła na piętrze i domownicy przenieśli się na parter.
Za kilkanaście minut będą mogli zacząć się włamywać. Już nie będzie odwrotu.
– Uważam, że posłowie nie powinni być wybierani demokratycznie – odezwała się Agnieszka, która chyba doszła

do wniosku, że rozmowa pozwoli oddalić nieuchronny moment.

– Tak, a dlaczego? – autentycznie się zaciekawił.
–  Po  pierwsze,  ludzie  w  Polsce  są  kompletnie  nieodpowiedzialni.  Ci,  którzy  mają  rozeznanie  w  polityce  i  są

w stanie wybrać dobrze, na wybory nie idą, bo uważają, że i tak niczego nie zmienią. W czym się zresztą mylą. Po
drugie, takie wybory są drogie. Po trzecie, nieekologiczne. Plakaty z facjatami kandydatów walają się miesiącami po
każdych wyborach.

– No to jak je inaczej przeprowadzić?
– Normalnie – Agnieszka zapaliła się do tematu i chyba zapomniała na chwilę, gdzie i w jakim celu się znajduje. –

Niech  chętni  zgłaszają  swoje  aplikacje.  Stosowna  komisja,  biorąc  po  uwagę  kwalifikacje,  nie  przynależność
polityczną,  wybierze  najlepszych:  ekonomistów,  prawników,  socjologów,  politologów  i  tak  dalej.  Krajem  powinni

background image

rządzić specjaliści, a nie sportowcy czy gwiazdy telewizyjnych show.

– Szkoda, że nie jesteś prezydentem – powiedział z uznaniem.
– Prezydent o niczym nie decyduje – ucięła.
Orłowscy wyjeżdżali właśnie z posesji, więc zamilkli skupieni na nowej sytuacji.
Kiedy honda eksszefa Agnieszki zniknęła za zakrętem, gdzie najpewniej włączyła się do ruchu w stronę Sopotu,

Adam  spojrzał  porozumiewawczo  na  kobietę  i  wysiedli.  Z  bagażnika  wzięli  plecaki,  wcześniej  wyposażone
w niezbędne narzędzia. Założyli nowe rękawiczki, czarne, podobnie jak reszta ich ubrań.

Posesja była ogrodzona. Bramę i furtkę zamknięto na patent i dodatkowo na klucz. Po ogrodzie biegały dwa psy.

Adam  rzucił  zwierzakom  nafaszerowane  tabletkami  polędwiczki.  Dobermany  rzuciły  się  na  mięso.  Teraz  należało
odczekać 20 minut. Zdecydowali nie wracać do samochodu. Tym samym czas się im dłużył, gdy bezczynnie stali pod
bramą Orłowskich. O tej porze był mały ruch i tylko kilka razy musieli udawać, że przystanęli na chwilę, by znaleźć
coś  w  plecaku.  W  końcu  psy  zrobiły  się  bardzo  towarzyskie  i  przyjacielskie.  Radośnie  biegały  i  zaczepiały  się
nawzajem.

Adam pierwszy wszedł na bramę i przeskoczył na drugą stronę. Pomógł Agnieszce i po chwili znaleźli się przy

małym piwnicznym oknie, należącym do pomieszczenia wyglądającego na pralnię. Było też drugie okno, mniejsze. Po
stosie węgla domyślili się, że należy do kotłowni. Wybrali to pierwsze. Choć przeanalizował porady forumowiczów-
włamywaczy  na  temat  bezgłośnego  wyciągania  szyby  z  ościeżnic,  ostatecznie  sięgnął  po  kamień  i  wybił  szybę
tradycyjnym sposobem. Włożył rękę do środka i przekręcił klamkę.

Puścił dziewczynę przodem. Zanim sam wszedł do środka, ostatni raz rozejrzał się po podwórku. Psy schowały

się do altany, w której miały swoją noclegownię. Przez jakąś godzinę nie powinny na nikogo szczekać.

Domy  o  wysokich  piwnicach  były  praktyczne  nie  tylko  dla  włamywaczy.  Były  szef  Agnieszki  zagospodarował

piwniczne pomieszczenia na: spiżarnię, pralnię, kotłownię, mały warsztat i garaż.

Nie  włączali  świateł.  Używali  tylko  latarek,  którymi  torowali  sobie  drogę  po  schodach  na  górę.  Znaleźli  się  na

parterze,  a  konkretnie  w  przestronnym  przedpokoju.  Ustawiono  tu  dużo  ekstrawaganckich  donic  i  wazonów,  o  które
mało  się  nie  zabili.  Idąc  prosto  przez  korytarz,  trafili  do  kuchni  z  wydzieloną  jadalnią.  Ta  pierwsza  była  bardzo
nowoczesna  –  miała  praktyczną  wyspę  i  najnowsze  sprzęty,  jadalnia  zaś  klasyczna  –  jej  centrum  stanowił  duży,
solidny drewniany stół i osiem krzeseł, zaś przy ścianie stał kredens z witryną na fajansowe zastawy.

Agnieszka  poczęstowała  się  w  jadalni  cukierkiem,  schowała  papierek  do  kieszeni  i  wrócili  na  korytarz,  skąd

zajrzeli kolejno do dwóch pokoi i łazienki. Obie sypialnie należały niewątpliwie do nastolatków, o czym świadczyły
chociażby  plakaty  zespołów,  których  Adam  nawet  nie  chciał  kojarzyć.  Po  wymianie  spojrzeń  udali  się  na  piętro.
Agnieszka wyjaśniła Adamowi, że dzieci wyjechały na studia i nie mieszkają już z rodzicami.

Przeszli do sypialni gospodarzy. Agnieszka metodycznie podnosiła i odstawiała na miejsce wszystkie przedmioty

w poszukiwaniu gotówki, po którą przyszli. W filmach i książkach bogaci ludzie mieli sejfy, ale zdaniem Agnieszki
taki  przybytek  do  jej  szefa  nie  pasował.  Podejrzewała  raczej  powłokę  od  poduszki.  Zajrzeli  więc  pod  łóżko  i  do
schowka  na  pościel.  Ani  śladu  kasy.  Przejrzała  zawartość  szuflad  w  toaletce,  ale  nie  znalazła  nic  poza  babskimi
szpargałkami, w tym biżuterią, którą zignorowała. Adam obserwował wspólniczkę i niespokojnie zerkał w okno. Póki
co nikt się do Orłowskich nie wybierał.

Znowu  wymienili  spojrzenia  i  udali  się  do  kolejnego  pokoju  na  piętrze.  Był  to  gabinet  szefa.  Adam  od  razu

pozazdrościł mu biurka, a raczej dębowego stołu, wielkiego niczym kreślarski blat. W gabinecie królowały regały, na
których  w  nieładzie  piętrzyły  się  książki.  Adam  nie  mógł  się  powstrzymać  przed  zbadaniem  zawartości  tej
biblioteczki.  Pochwalił  w  myślach  gospodarza  za  kolekcję  powieści  Dickensa  i  Irvinga.  Przeglądał  właśnie
Dostojewskiego, gdy jedna z książek wydała mu się dziwnie nieprawdziwa. Nie ta faktura, nie ta waga... Oczywiście,
to sejf! Otworzył ją bez problemu i ujrzał dziesiątki, a może nawet setki banknotów dwustuzłotowych. Rozejrzał się
w  poszukiwaniu  Agnieszki,  by  zakomunikować  jej  te  rewelacje,  ale  dziewczyny  nie  było  w  gabinecie.  Po  chwili
zauważył, że stoi na korytarzu i ma zgaszoną latarkę. Schował książkę-sejf do plecaka, również zgasił latarkę i ruszył
w jej kierunku. Podążył za wzrokiem wspólniczki i zobaczył to, co wprawiło ją w osłupienie. W przedpokoju na dole
zdejmował  właśnie  płaszcz  jej  szef.  Dało  się  zauważyć,  że,  po  pierwsze,  jest  sam,  a  po  drugie,  jest  wściekły.
Agnieszka spojrzała pytająco na Adama.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział VII

Stali,  wstrzymując  oddech  i  zastanawiając  się  intensywnie  nad  kolejnym  ruchem.  Kiedy  Orłowski  skierował  swe
kroki  do  kuchni,  Adam  postanowił  wycofać  się  do  gabinetu.  Pociągnął  za  sobą  Agnieszkę.  Gdy  przykucnęli  za
komodą, przerażona dziewczyna wyszeptała:

– Co teraz? Mamy liczyć na to, że pójdzie prosto do sypialni i będzie spał jak kamień?
–  Ciekawe,  czy  widział  już  psy...  –  zastanawiał  się  tymczasem Adam.  –  Ich  zachowanie  może  wzbudzić  w  nim

podejrzenia. Jak myślisz, wezwał policję?

Ogarnęła  ich  panika,  która  po  chwili  jeszcze  się  wzmogła,  bo  usłyszeli  kroki  wspinającego  się  po  schodach

Orłowskiego. Zamarli.

Eksszef  Agnieszki  poszedł  do  sypialni,  gdzie,  sądząc  po  odgłosach,  położył  się  na  łóżku  i  włączył  telewizor.

Wymienili spojrzenia. Teraz albo nigdy! Podnieśli się z klęczek i pochyleni zaczęli kierować się w stronę schodów.
Byli  w  przedpokoju,  gdy  usłyszeli,  że  Orłowski  podnosi  się  z  łóżka  i  zmierza  do  drzwi.  Przykucnęli  za  dużymi
wazonami stojącymi niczym kolumny po przeciwnych stronach drzwi sypialni. Niespełna metr dzielił ich od schodów
na parter, skąd mogli wyjść normalnymi drzwiami.

Orłowski  wyszedł  z  sypialni  i  przystanął,  nasłuchując.  Był  zwrócony  tyłem  do  wazonu,  za  którym  chował  się

Adam, a przodem do wazonu Agnieszki i siłą rzeczy dostrzegł ją jako pierwszą.

–  Co,  do  cho...  –  więcej  nie  zdążył  powiedzieć,  bo  Adam  uderzył  go  w  głowę  swoim  wazonem.  Mężczyzna

zachwiał  się  i  upadł  wprost  na  ręce  dziewczyny.  Ta  odepchnęła  go  od  siebie  prosto  na  schody.  Hałas,  jaki
towarzyszył  niemałemu  bezwładnemu  ciału,  turlającemu  się  ze  schodów,  zmobilizował  ich  do  szybkiej  ucieczki.
Kilkoma  susami  pokonali  schody  z  przeszkodą  w  postaci  nieruchomego  ciała  i  wybiegli  głównym  wyjściem.  Nie
zważali  na  psy,  które  wracały  do  formy  i  rzuciły  się  w  ich  stronę,  ujadając  wściekle.  Jednym  susem  przeskoczyli
bramę  i  w  kilka  sekund  znaleźli  się  w  samochodzie.  Adam  drżącymi  palcami  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce
i  gwałtownie  ruszył  spod  domu  Orłowskich.  Kierował  się  w  stronę  obwodnicy,  bo  nie  miał  cierpliwości  do
zatrzymywania się na każdych światłach.

Przez  całą  drogę  nie  zamienili  ani  słowa.  Kiedy  weszli  do  mieszkania,  Agnieszka  poszła  prosto  do  Ani.

Upewniwszy się, że córka śpi, ruszyła do łazienki i po 10 minutach znów zniknęła w sypialni. Tym razem nie wyszła
stamtąd do rana.

Adam nie mógł zasnąć. Bolała go głowa, a przed oczami miał trupa Orłowskiego. Co do tego, że facet zginął na

miejscu, nie było wątpliwości. Rąbnął głową o marmur, aż trzasnęło w czaszce. Brr.

Zaczął  analizować  całą  akcję  pod  kątem  pozostawienia  śladów  po  sobie.  Psy  na  pewno  wróciły  już  do  siebie.

Nikt nie będzie badał im krwi, to nie amerykański film. Okno. To już poważniejsza spawa, choć czyn ten może zostać
uznany za akt wandalizmu, zwłaszcza że teoretycznie z domu nic nie zginęło. Żona Orłowskiego, zdaniem Agnieszki,
na pewno nie wiedziała o ukrytej w domu gotówce. Swoją drogą bardzo ciekawe, ile książek z całego regału było tak
naprawdę atrapami...

Wreszcie  zajrzał  do  plecaka,  skąd  wydobył  łup.  Otworzył  książkę-sejf  i  wysypał  banknoty  na  pościel.  Ściśnięte

nie prezentowały się tak imponująco jak teraz – w postaci góry dwustuzłotówek. Adam przeliczył dwukrotnie. Ponad
70 tysięcy. Po 35 na „łebek”. Włożył je z powrotem do książki, którą schował do plecaka. Postanowił zacząć dzień od
mocnej kawy.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział VIII

Agnieszka wyłoniła się z sypialni parę minut po 6:00. Była blada i miała mocno podkrążone oczy. Myślała, że Adam
będzie jeszcze spał. Speszyła się na jego widok.

– Usiądź, pogadamy – zaproponował. – Zrobić ci kawy?
– Poproszę – odparła cicho i siadła na krześle z umęczonym wyrazem twarzy.
Adam wyjątkowo zaparzył kawę w ekspresie, więc tylko wyjął filiżankę i napełnił ją czarnym, gorącym płynem.
Podsunął  kawę  dziewczynie,  ale  nawet  nie  podziękowała.  Siedziała  nieruchomo  ze  wzrokiem  wbitym  w  jeden

niesprecyzowany punkt.

Nie bardzo wiedział, jak zacząć, ale jeśli teraz o tym nie porozmawiają, to przy Ani wcale tego nie zrobią.
– Martwisz się, że wpadniemy?
Ocknęła się z zamyślenia, ale nic nie odpowiedziała.
– Sama mówiłaś, że Orłowska nie wie o oszczędnościach męża, bo nie interesuje się domowym budżetem. Nawet

nie zauważy, że coś z domu zginęło. – Ten argument wydał mu się najlepszy, a ponadto chciał ją zainteresować łupem.
Nawet nie wiedziała, że znalazł pieniądze i je zabrał. Mimo to nie podjęła wątku.

– Okno – rzuciła beznamiętnie.
– Co okno?
–  Okno  w  piwnicy.  Wybiłeś  je  kamieniem!  –  Wreszcie  wstąpiły  w  nią  nerwy,  a  więc  Adam  mógł  być

spokojniejszy. Jego współlokatorka nie popadła w żadną psychozę.

–  Myślisz,  że  nie  powiążą  tego  z  jego...  –  Załkała  na  myśl  o  nieumyślnym  spowodowaniu  śmierci  człowieka,

którego bądź co bądź długo znała.

–  To  był  nieszczęśliwy  wypadek.  – Adam  nie  wiedział,  co  ma  jeszcze  powiedzieć.  Dziewczyna  rozpłakała  się

bowiem na dobre.

– Popchnęłam go na schody – łkała.
– Bo go uderzyłem i na ciebie wpadł! To nie była twoja wina!
Agnieszka  płakała  cicho.  Przez  jakiś  czas  się  nie  odzywał.  Przedsięwziął  wszelkie  środki  ostrożności.  Nawet

zmienił  nalewki  na  opony.  Policja  w  życiu  nie  odkryje,  co  się  tam  wydarzyło.  Zwłaszcza  że  teoretycznie  nic  nie
zginęło.  Chyba  że  Orłowska  jednak  wiedziała  o  kasie  w  książce,  ale  to  było  mało  prawdopodobne.  Kobieta
interesowała się tylko wydawaniem pieniędzy.

Podszedł do Agnieszki, ukucnął i wziął ją za ręce.
– Nie płacz, bo Ania zaraz wstanie. – Argument podziałał na dziewczynę. Po chwili zamilkła.
– To był drań. Wyświadczaliśmy światu przysługę – mówił, nie wpuszczając jej dłoni ze swoich. – Przypomnij

sobie,  jaką  krzywdę  ci  wyrządził.  Nikt  nie  powiąże  jego  śmierci  z  nami.  Wszystko  wygląda  na  nieszczęśliwy
wypadek. Oknem się nie martw. To drobiazg, który nic nie wnosi do tej historii.

Puścił jej ręce, bo chciała otrzeć mokrą twarz.
–  Napij  się  kawy  –  poradził,  wracając  na  swoje  miejsce.  –  Wiesz,  ile  mamy  kasy?  –  zapytał  po  chwili  celowo

radośniejszym tonem. Chciał, żeby przestała się zadręczać Orłowskim.

Spojrzała na niego pytająco. Dochodziła do siebie.
–  Siedemdziesiąt  trzy  tysiące!  –  Podszedł  do  plecaka  po  książkę-sejf,  żeby  pokazać  gotówkę.  –  Proponuję  trzy

tysiące  zostawić  na  bieżące  i  przyszłe  rachunki  i  przyznać  sobie  po  trzydzieści  pięć  tysięcy  nagrody  –  powiedział
wesoło, ale szybko zamknął książkę, bo Ania otworzyła właśnie drzwi od sypialni.

Agnieszka od razu weszła w rolę mamy i pani domu.
– Umyj buźkę, kochanie, zaraz będzie śniadanko.
Agnieszka  przygotowała  berlinki  zapiekane  z  serem  i  sosem  pomidorowym.  Do  tego  kolorowe  kanapki.  Po

śniadaniu wszyscy mieli dobre humory, a zwłaszcza Ania, którą przypomniała sobie o obiecanych sankach.

– Mamo, jesteś już zdrowa? Pójdziemy na sanki?
W stronę Agnieszki pytające spojrzenie wbił również Adam.
Na  sankach  ostatecznie  jechali  wszyscy.  Najpierw  Ania,  ciągnięta  przez  Agnieszkę  i  Adama,  śmiała  się  jak

background image

szalona, bo co dwoje powożących, to  nie  jeden.  Potem Adam  przewiózł Anię  z Agnieszką,  a  na  koniec  dziewczyny
ciągnęły Adama,  by  ostatecznie  doprowadzić  do  wywrócenia  się  sanek  i  jego  upadku  w  śnieg.  Kiedy  powrócili  do
pierwotnej kombinacji, postanowił zagadnąć współlokatorkę.

–  Co  zrobisz  ze  swoimi  pieniędzmi?  –  zapytał  lekko,  niby  od  niechcenia,  żeby  nie  wprowadzić  dziewczyny

w poprzedni nastrój.

– Nie wiem. Na bieżące wydatki trochę za dużo. A na zainwestowanie w coś konkretnego za mało.
Adamowi zaświtał pewien pomysł, ale postanowił poczekać z podzieleniem się z nim.
– Może kupisz sobie nowy samochód? Sama mówisz, że ten twój to już stary grat – zaproponował.
–  Może  tak  zrobię,  ale  wydam  na  niego  maksymalnie  15  tysięcy.  Resztę  dołożę  do  wkładu  własnego  na  konto

kredytu.

– 20 tysięcy to za mało na wkład własny. Musiałabyś mieć przynajmniej 50. Inaczej będziesz bulić takie raty jak

ja. – Roześmiał się, żeby nadać tej wypowiedzi niewinny ton.

–  Niekoniecznie,  bo  to  kredyt  z  dotacją  unijną.  Coś  jak  „Rodzina  na  swoim”,  tylko  dla  singli.  Zresztą

zaoszczędziłam trochę pieniędzy z korepetycji.

– Wiesz co, może pojedziemy do jakiegoś centrum handlowego po prezenty na święta? Co ty na to?
– Ja robię tylko Ani, nie wyjeżdżamy nigdzie...
– No ja w sumie też nie... To sprawimy prezenty sobie! Należy nam się odrobina szaleństwa!
– No nie wiem sama. – Przystanęła i popatrzyła na córkę. – Kupiłabym Ani nową kurtkę i buty. I sobie...
– No widzisz! No to postanowione!

Pieniądze szczęścia nie dają, ale bezsprzecznie dają je zakupy. Monroe wiedziała, co dobre.

Agnieszka  promieniała,  przymierzając  sukienki,  spódnice,  marynarki,  płaszcze,  szaliki  i  buty. Adam  służył  radą

i obsypywał ją komplementami przy każdym wyjściu z przymierzalni. Ostatecznie zdecydowała się wymienić połowę
swojej  garderoby.  Ani  kupiła  zaplanowaną  kurtkę  i  buty,  a  do  tego  różne  ciepłe  tuniczki,  spodnie,  dwie  sukienki,
czapki, szaliki i najróżniejsze dodatki dla małych dziewczynek, o których istnieniu Adam nie miał pojęcia.

Sobie  też  kupił  dużo  fajnych  ubrań,  w  tym  płaszcz,  buty,  trzy  swetry,  dwie  koszule,  sztruksy,  jeansy  i  trochę

bielizny.

Żeby  odetchnąć,  postanowili  coś  zjeść.  Na  prośbę  Ani  udali  się  do  McDonald’s.  Adam  preferował  zdrowsze

jedzenie, ale co tam, jak szaleć, to szaleć. Wzięli po zestawie i zajadając bułki oraz frytki, ustalali plan na resztę dnia:
Empik, deser na starówce i bajka w Krewetce.

Agnieszka  wyglądała  uroczo  w  nowych  ciuchach,  które  postanowiła  od  razu  włożyć.  Stare  odniosła  do

samochodu. Stwierdziła, że nie może już na nie patrzeć. Ania już po wizycie w pierwszym sklepie wyszła w nowym
płaszczyku i dotąd nie dała go z siebie zdjąć.

Adam także się przebrał, co bardzo pozytywnie wpłynęło na jego samopoczucie. Przyjemnie jest dobrze wyglądać.
W  prawdziwy  szał  zakupów  wpadli  jednak  w  empiku. Adam  uwielbiał  kupować  książki,  a  że  dawno  nie  mógł

sobie pozwolić na nowe egzemplarze, w jego koszyku znalazło się ponad 20 pozycji. Agnieszka pobiła jego rekord,
gdyż  poza  książkami  historycznymi  i  powieściami  z  gatunku  kryminału  wybrała  też  kilka  zbiorów  bajek  i  baśni  dla
Ani.

Obładowani torbami, ledwo dotarli do samochodu zaparkowanego na Targu Drzewnym, przy samej starówce.
– Agnieszka?! – Oboje w tej samej chwili odwrócili się od bagażnika, gdzie właśnie ustawiali zakupy.
Osłupiała na widok dwóch koleżanek z Cos-Medu, podczas gdy te, nie tracąc czasu, zmierzyły ją od góry do dołu,

by  następnie  to  samo  uczynić  z  Anią,  Adamem  i  jego  samochodem,  szczęśliwym  fartem  dzisiaj  wymytym
i wywoskowanym, a więc prezentującym się nie gorzej niż cała trójka.

Koleżanki,  pofarbowane  na  czarno,  mocno  opalone  i  wymalowane  trzydziestki,  zaczęły  obściskiwać Agnieszkę,

nieustannie zezując na całe jej otoczenie.

– Wyglądasz świetnie! Nic się nie zmieniłaś! – świergotały fałszywie jedna przez drugą.
Agnieszka wreszcie się ocknęła i dokonała prezentacji.
– To Wiola i Emilia, moje koleżanki z Cos-Medu, a to Adam... – Wytapetowane szczebiotki rzuciły się podawać

rękę, nie przestając się uśmiechać.

–  To  dobrze,  że  ułożyłaś  sobie  życie  –  zapewniały  sugestywnie,  co Agnieszka  od  razu  postanowiła  sprostować,

background image

ale Adam jej przerwał.

–  Pewnie  chcesz  porozmawiać  z  koleżankami.  Będziemy  z Anią  u  Grycana,  kochanie.  –  Cmoknął  ją  w  policzek

i z Anią za rękę odeszli w stronę Długiej.

Nie zdążyła się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy doznała kolejnego szoku.
– Słyszałaś, że Orłowski nie żyje?! – wykrzyknęła Emilia, robiąc wielkie oczy i przerażoną minę. Nie udało jej

się ukryć podniecenia tą sytuacją.

– Co? Kiedy? – Agnieszka udawała zaskoczoną, ale czuła, że się czerwieni i trzęsie ze zdenerwowania.
–  Wczoraj  wieczorem!  Spadł  ze  schodów  i  się  zabił!  –  wykrzykiwała  Emilia  bez  cienia  żalu  dla  tragicznie

zmarłego.

– Podobno pokłócił się z żoną – włączyła się Wiola, zniżając głos niemal do konspiracyjnego szeptu. – Jechali na

mikołajki, wiesz, jak co roku, gdy żona coś mu tam powiedziała nie tak, wysadził ją przed hotelem i wrócił do domu.
Kiedy po balu wróciła taksówką do domu, okazało się, że leży martwy u dołu schodów. Możliwe, że dostał zawału
z nerwów na nią.

– A więc to wypadek? – upewniła się, wciąż pełna najgorszych przeczuć.
– Niekoniecznie! – wtrąciła Emilia. – Podobno odkryli wybite okno!
– Ale nic z domu nie zginęło – przekonywała do swojej tezy Wiola.
– Bo pewnie złodzieje się przestraszyli na jego widok i uciekli!
– Na widok żywego czy martwego?
– Może właśnie na widok złodziei dostał zawału. Ci się przestraszyli i uciekli!
– Nie wiadomo, czy w ogóle miał zawał. Może ktoś go zabił?
– Kto?
– Może Alka. Chce jej dać dyscyplinarkę. Powiedziała, że go zabije!
– Głupia jesteś!
Dziunie,  jak  zawsze  nazywała  je  Agnieszka,  kłóciły  się  o  wersje  zdarzeń,  podczas  gdy  ona  odchodziła  od

zmysłów. A jak się wyda? Czy widać po niej winę?

–  Dobra,  nieważne!  –  podsumowała  Emilia.  –  Nie  przeszkadzamy  już.  Ale  masz  fajnego  faceta.  –  Spojrzały

jeszcze raz na samochód i odeszły.

Agnieszka miała nogi jak z waty i ledwo dotarła do lodziarni.
Adam  zamówił  już  wszystkim  desery  i  wesoło  gawędził  z  Anią,  gdy  ją  ujrzał.  Była  blada,  rozglądała  się

nerwowo, więc wstał od stolika i podszedł do niej.

– Siadaj, żono – zażartował. – Zamówiłem ci Kawowy Poemat. Mam nadzieje, że się nie gniewasz za...
– Nie, nie – przerwała szybko i dała się poprowadzić do stolika.
– Mamo, mogę spróbować twojego? Na razie moje jest najlepsze.
– Pójdziesz po serwetki dla mamy?
Kiedy dziecko stało pod ladą, czekając, aż ktoś zwróci na nie uwagę, Agnieszka opowiedziała Adamowi o tym, co

usłyszała od Dziuń. Ten nie wydał się zmartwiony. Wręcz przeciwnie.

– No widzisz. Myślą, że to wypadek. Zapewne taką też wersję przyjęła policja – stwierdził bez niepokoju. – Może

wolałaś Bakaliową Uwerturę?

– Adam, przestań, ja naprawdę się martwię!
– Niepotrzebnie. Za parę dni nikt nie będzie o tym mówił. Żonie został dom i dobrze prosperująca firma, więc nie

będzie dochodziła, kto wyświadczył jej przysługę. Nie martw się. – Uścisnął jej rękę.

Tymczasem wróciła Ania z raptem jedną serwetką, a przy tym miną zdobywcy. Agnieszka odzyskała humor.
– Co się stało? – zapytał Adam, gdy nagle roześmiała się w głos.
Śmiała się jednak jak szalona i wiedział, że nią ma wyjścia, jak przeczekać ten atak.
Po jakichś dwóch minutach otarła wreszcie oczy z łez.
–  Przypomniały  mi  się  miny  Dziuń!  –  Była  w  świetnym  nastroju.  –  Uśmiechały  się  fałszywie,  ale  dało  się

zauważyć,  że  były  wściekłe  z  zazdrości!  Chyba  myślały,  że  po  odejściu  z  Cos-Medu  skończyłam  w  przytułku  dla
samotnych matek! Miały pecha, że natknęły się na mnie akurat dziś...

– Zemściłaś się na nich – odparł Adam równie wesoło. – Masz już za sobą zemstę na szefie, na Dziuniach, jeszcze

został ci...

background image

– Adam!
–  Przepraszam.  –  Fakt,  zagalopował  się,  ale  trzeba  przyznać,  że  Agnieszka  nie  wyglądała  na  autentycznie

wkurzoną.

Mimo  to  resztę  czasu  w  lodziarni  spędzili  na  wymianie  opinii  na  temat  deserów  i  zaplanowali  lody  na  kolejne

wizyty w Grycanie. Na co najmniej rok.

Kot w butach nie rozbawił Agnieszki tak jak ShrekEpoka lodowcowa czy Gdzie jest Nemo?, ale czas w kinie minął
jej bardzo przyjemnie. Na sali dominowali rodzice z dziećmi. Cieszyła się, że tym razem nie przyszła z Anią sama.
Siedziała w środku, mając po jednej stronie córkę, a po drugiej współlokatora, który mniej więcej w połowie seansu
wziął ją za rękę i mocno ścisnął. Agnieszka uśmiechnęła się na ten gest, a Adam nie puścił jej dłoni do końca bajki.

Wracali zmęczeni wrażeniami, ale bardzo szczęśliwi. Ania przysypiała w samochodzie i po powrocie Agnieszka

od razu położyła ją spać. Po kąpieli sama planowała się położyć, ale Adam przygotował im drinki i usiedli w jego
gabinecie.

– Przeglądałem net. Na Trójmiasto.pl piszą o Orłowskim, ale w kontekście nieszczęśliwego wypadu, więc nie ma

się czego obawiać – zapewnił.

Skinęła głową i spojrzała na regał z książkami.
–  Widzę,  że  już  postawiłeś  nowe  zdobycze.  Ciekawe,  kiedy  ja  będę  ustawiać  swoje.  –  westchnęła  i  upiła  łyk

wódki ze sprite’em.

Adam nie chciał, żeby kiedykolwiek się od niego wyprowadziła, ale nie mógł jej przecież źle życzyć. Zdał sobie

jednak sprawę, że musi ją zdobyć, i to zanim bank przyzna jej kredyt.

Z drugiej strony bał się, że jak ją teraz pocałuje, to wszystko zepsuje i nie będzie już miał u niej szans.
– Dużo masz jutro lekcji?
–  Idę  na  10,  kończę  o  17,  a  potem  dwie  godziny  korepetycji  z  angielskiego.  Nie  bardzo  mi  pasuje  tak  późno

odbierać Anię, ale matka ucznia bardzo nalegała na poniedziałkowe zajęcia i nie mogłam się wykręcić.

–  Jak  chcesz,  pojadę  do  przedszkola.  Rano  też  mogę  zawieźć Anię.  Nie  będziesz  musiała  się  zrywać,  skoro  ja

wstaję do pracy.

Chociaż  na  ten  temat  nie  rozmawiali,  wiedzieli,  że  po  akcji  u  Orłowskiego  muszą  normalnie  pracować  w  tym

samym zakresie co dotychczas.

– No nie wiem...
– Nie martw się. Tym razem o niej nie zapomnę – zapewnił.
Szczerze się ucieszyła.
– No dobrze. Przygotuję rano obiad, to już sobie zjecie, zanim wrócę.
– O nic się nie martw.
Rozmowa przestała się kleić. Zaczął szukać muzyki w komputerze.
– Masz ochotę na jakiś film?
– Nie, jestem zmęczona wrażeniami ostatniego dnia i nocy...
– Obejrzałbym coś europejskiego. Może wybierzemy się do Kameralnego na coś ambitnego dla odmiany, co?
–  No  nie  ulega  wątpliwości,  że  amerykańskie  filmy  nas  psują.  –  Roześmiała  się  trochę  sztucznie,  bo  wyraźnie

speszyła ją propozycja bądź co bądź randki tylko we dwoje.

Adam patrzył wyczekująco.
– Chętnie – odparła i szybko sięgnęła po drinka.
– Zorientuję się, co grają. Wybierzemy się pod koniec tygodnia – podsumował, a Agnieszka wstała, ziewając.
– Idę spać. Dobranoc.
– Dobranoc. – Uśmiechnął się, choć było mu smutno się żegnać.
Agnieszka zniknęła w sypialni, a jemu nie chciało się spać. Wiedział, że od nadmiaru wrażeń szybko nie zaśnie.

Postanowił się nie męczyć. Myślał o tym, jak zaproponować dziewczynie kolejny wypad do gabinetu świętej pamięci
Orłowskiego.  Na  pewno  nie  będzie  chciała  ryzykować  i  nie  przekonają  jej  nawet  liczne  sejfy  książkowe,  które
mogłyby  rozwiązać  wszystkie  ich  problemy.  Postanowił,  że  pomyśli  o  tym  potem,  a  tymczasem  ponaparza
w Battlefielda. Nie ma to, jak zastrzelić parę osób przed snem. Musi pokazać tę grę Agnieszce.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział IX

W pracy nie miał nic do roboty. Jak zawsze. Nie zaparzył sobie jednak melisy, a zabrał się za przeszukiwanie ofert.
Wysłał  kilka  aplikacji,  ale  bez  większego  przekonania.  Wbrew  wszelkiej  ostrożności  przejrzał  fora  włamywaczy.
Wciąż  myślał  nad  powrotem  do  domu  Orłowskiego.  Był  pewien,  że  nie  trafił  na  sejf  przypadkiem.  Książek  było
naprawdę dużo, nie mógł mieć aż takiego szczęścia. Był przekonany, że atrap znajdowało się tam znacznie więcej.

Sprawdził  repertuar  kin.  Wszyscy  pozytywnie  wypowiadali  się  o  nagrodzonym  licznymi  Oskarami Artyście.

Postanowił, że wybiorą się właśnie na niego. Jeden z seansów był na 20, więc Agnieszka położy Anię i bez problemu
będą  mogli  spędzić  wieczór  sami.  Pójdą  do  kina,  potem  na  kolację  i  może  spędzą  razem  noc.  Wprost  nie  mógł
doczekać się piątku.

We wtorek lekką ręką zapłacił 2,5 tysiąca mechanikowi. Obiecał, że pojawi się wiosną na wymianę opon, a także

uzupełnienie klimatyzacji. Wracał sprawnym samochodem w świetnym humorze. Opłacił zaległe rachunki, wpłacił 5
tysięcy  na  konto,  aby  było  na  dwie  raty  kredytu  do  przodu,  a  pozostałe  pieniądze  postanowił  jakoś  rozsądnie
spożytkować.  20  tysięcy  to  zbyt  duża  kwota  na  przebimbanie,  ale  zbyt  mała  na  zainwestowanie  w  coś  konkretnego.
Nie  kupi  za  to  ani  mieszkania  na  wynajem  studentom,  ani  ziemi  pod  dom,  ani  nie  otworzy  własnego  biznesu.  Nie
miałby nic przeciwko, gdyby ta suma powiększyła się o zawartość kolejnych książek-sejfów Orłowskiego. Szkoda, że
Agnieszka nie będzie chciała nawet o tym słyszeć.

Zadzwonił  telefon.  Męski  głos  chciał  wiedzieć,  czy  ogłoszenie  jest  nadal  aktualne,  a  także  ile  osób  przebywa

w mieszkaniu i czy na pewno jeden pokój dla syna studenta by się nie znalazł. Adam poinformował, że nie może sobie
pozwolić na dodatkowych współlokatorów.

Od  zamieszczenia  ogłoszenia  nie  minęły  nawet  dwa  tygodnie,  a  w  jego  życiu  zdarzyło  się  tak  wiele.  Zyskał

nietuzinkowe  współlokatorki,  okradł  dom  i  kto  wie,  co  go  jeszcze  czeka...  Swoją  drogą  wynajem  nieruchomości
w  mieście  studenckim  to  świetny  biznes.  Gdyby  miał  pieniądze  Orłowskiego,  kupiłby  trzypokojowe  mieszkanie  do
remontu i emeryturę miałby zapewnianą. Musi przekonać Agnieszkę.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział X

Tydzień zleciał jak z bicza strzelił, a piątek przywitał ich słońcem, lekkim mrozem i śniegiem.

Ania  od  rana  pokasływała,  a  wieczorem  miała  stan  podgorączkowy  i Agnieszkę  dręczyły  wyrzuty  sumienia,  że

zostawia  ją  samą  w  mieszkaniu.  Wprawdzie  dziecko  zdążyło  zasnąć,  zanim  wyszli,  ale  i  tak  nie  potrafiła  się
wyluzować w drodze na randkę z Adamem. Jeszcze rano była bardzo podekscytowana na myśl o wieczorze tylko we
dwoje,  a  teraz  zastanawiała  się,  czy  to  w  porządku  wobec  córki,  żeby  dzieliła  ich  wspólny  czas  z  mężczyzną.  Czy
wszystkie samotne matki mają taki dylemat? Szkoda, że nie ma z kim o tym pogadać. Z przyjaciółką, siostrą czy mamą.
Wszystkie te osoby zniknęły z jej życia w momencie, gdy zaszła w ciążę. Akurat wtedy spodziewała się szczególnej
aktywności  z  ich  strony.  Przyjaciółki  okazały  się  „przyjaciółkami”,  gdy  przestała  bywać  na  firmować  imprezach,
a  w  końcu  –  po  przyjściu  Ani  na  świat,  w  samej  firmie.  Matka,  zagorzała  katoliczka  o  wygórowanych  ambicjach
w  stosunku  do  swych  dwóch  córek,  dosłownie  obraziła  się  na  Agnieszkę,  gdy  ta  poinformowała  ją  o  ciąży
i jednoczesnym rozstaniu z Mariuszem. Nie taką przyszłość planowała dla swojego wykształconego w dużym mieście
dziecka. Żeby nie robić matce jeszcze większej przykrości, Agnieszka zdecydowała się nie przyjeżdżać na mazurską
wieś ze swym „bękartem”, jak określiła Anię jej siostra Kaśka, wówczas świeżo upieczona mężatka, mieszkająca ze
swym lubym w domu mamusi. Sytuację nieco inaczej widział ojciec. Agnieszka nie pamiętała jednak, by kiedykolwiek
sprzeciwił się żonie.

– Adam, przepraszam cię, ale musimy wrócić do domu. Boję się o Anię. Przepraszam.
– Na pewno? – Choć wyglądał na rozczarowanego, rozejrzał się za możliwością zawrócenia.
– Sama nie wiem. Kaszlała od rana, boje się, że jeszcze jej się pogorszy. Myślisz, że przesadzam?
– Nie wiem, nie mam doświadczenia... – Zjechał w zatoczkę dla autobusów, zatrzymał samochód, ale nie wyłączył

silnika.  Włączył  za  to  awaryjne  światła.  –  Jak  masz  się  denerwować  i  źle  bawić,  to  lepiej  wróćmy  do  domu  –
powiedział bez przekonania.

– Może masz rację – przyznała. – Nie gniewasz się?
– No coś ty! – Wrzucił bieg i już miał wrócić na trasę, by skorzystać z najbliższego zjazdu, gdy Agnieszka złapała

go za przedramię.

– Czekaj, to on! Boże, to on!
– Kto taki?
– Ten złodziej, co mnie okradł! To znak! Idę do niego!
–  Zaczekaj!  O  co  chodzi?  –  Adam  był  zszokowany  reakcją  Agnieszki.  Załapał  ją  za  rękę,  by  nie  wyszła

z samochodu.

– Tam na przystanku. Ten od portfela. Opowiadałam ci. To on mnie okradł!
–  Jesteś  pewna?  –  zapytał  i  zaraz  pożałował,  bo Agnieszka  spojrzała  na  niego  z  pretensją  połączoną  z  wielką

urazą. – Ale co chcesz zrobić?

– Pomożesz mi. Nie gaś samochodu. Chodź ze mną, wciągniemy go tu i potem pomyślimy. Musisz pomóc mi go

obezwładnić.

– Żartujesz, prawda?
Kolejne spojrzenie.
Co w nią wstąpiło? Adam był autentycznie przerażony.
– Mam bić ludzi w środku miasta?
– Jak nie chcesz mi pomóc, to czekaj – złapała za klamkę, ale Adam zdążył zablokować drzwi.
–  Poczekaj,  pomogę  ci,  ale  musisz  mieć  plan.  Co  chcesz  z  nim  zrobić,  czy  ma  nas  widzieć?  Może  lepiej  nie

pokazywać mu naszych twarzy?

– Masz rację. Trzeba go czymś uderzyć. Najlepiej od tyłu. Masz coś ciężkiego?
– Mam tylko narzędzia. Młotek na przykład. Ale w bagażniku...
– Dobra, to idź do bagażnika, wyjmij młotek, ja go podprowadzę. A teraz wypuść mnie stąd!
Adam  posłusznie  odblokował  drzwi  i  też  opuścił  pozostawiony  na  chodzie  samochód.  Kiedy  szukał  młotka

w bagażniku, Agnieszka zdążyła podejść do złodzieja i poprosić go o pomoc. Słyszał, jak mówiła: „Mąż sam nie da

background image

rady  odkręcić.  A  ja  nie  jestem  w  stanie  mu  pomóc”.  Cały  czas  maksymalnie  zakrywała  twarz  kapturem,  żeby  nie
rozpoznał  jej  ze  zdjęć  na  dokumentach.  Adam  miał  obawy,  czy  na  pewno  rozpoznała  prawidłowo.  Jest  przecież
ciemno i każdy chodzi opatulony. Facet był wysoki i szczupły, ale miał na sobie zimową kurtkę z kapturem i Adam nie
dałby głowy, że to złodziej z policyjnego wydruku...

Kiedy  mężczyzna  pochylił  się  nad  bagażnikiem,  Adam,  nie  zważając  na  ewentualnych  świadków,  uderzył  go

w głowę. Agnieszka otworzyła tylne drzwi i razem pomogli pasażerowi zająć miejsce. Był nieprzytomny.

– Teraz jedź! – rozkazała, nie precyzując jednak dokąd.
Adam jakiś czas jechał prosto, zanim odważył się poprosić o dalsze wskazówki.
– Nie mam pojęcia! Najlepiej do lasu. Gdzie jesteśmy?
Adam ocenił, że znaleźli się na wylotówce na Warszawę. Ten odcinek „siódemki” był w remoncie. Wyznaczono

objazd przez Bogatkę.

– Dojeżdżamy do Przejazdowa – poinformował.
– Świetnie, to skręć na Wyspę Sobieszewską. Pojedziemy nad morze – powiedziała zdecydowanie i tylko lekkie

drżenie głosu zdradzało brak całkowitej kontroli nad sytuacją.

Po 15 minutach dojechali do Sobieszewa, gdzie skręcili w ulicę Plażową i znaleźli się na parkingu, z którego było

raptem kilka minut spacerkiem do najszerszej w Polsce plaży. Wprawdzie planował wypad z Agnieszką nad morze,
ale w jego fantazjach okoliczności przedstawiały się zgoła odmiennie.

– Zaparkuj jak najbliżej lasu – rozkazała, nie tracąc zimnej krwi.
Kiedy  zatrzymał  samochód,  przeniosła  się  na  tylne  siedzenie  i  obmacała  kieszenie  nieprzytomnego  mężczyzny.

Sprawdziła dokumenty.

– To on!
– Co chcesz mu zrobić?
– To samo, co on mnie. Zabiorę mu portfel. A że ma mało istotne dokumenty i na pewno nie straci tyle, co ja, musi

zostać ukarany dodatkowo: rozbierzemy go i zostawmy dokładnie w tym miejscu.

Adam był przerażony. Ten cały wieczór to jakiś koszmar.
– Policja znajdzie nas po śladach – stwierdził sucho.
– Śnieg pada, nie znajdzie. – Rozbierała już złodzieja z kurtki, butów i spodni.
– Pomóż mi – poprosiła przy tej ostatniej czynności.
Adam potrzymał nieboraka za nogi, a Agnieszka zsunęła spodnie.
– Dobra, gacie mu daruję. Pomóż mi go wynieść w las.
Agnieszka chwyciła złodzieja pod ręce, a Adam za nogi i przeszli kilkanaście metrów w las. Tam go porzucili.
Parę minut później wracali tą samą trasą już bez balastu.
Adam zajął miejsce za kierownicą, dziewczyna obok i ruszyli bez słowa. Agnieszka siedziała z młotkiem w ręku

i milczała. Kiedy przejechali most i znaleźli się poza wyspą, przerwał cieszę:

– Ludzie z wioski mogli nas widzieć. Chyba mało osób jeździ zimą w kierunku plaży.
Agnieszka wiele razy jeździła tu zimą z Mariuszem, żeby uprawiać seks w samochodzie, ale nie powiedziała o tym

Adamowi.

– Nikt nas nie widział – stwierdziła tylko.
Resztę drogi pokonali w ciszy. W domu Agnieszka poszła od razu do Ani. Potem wykąpała się i położyła spać do

córki.

Adam  nie  mógł  zasnąć.  Cały  czas  miał  w  głowie  głuchy  pogłos,  jaki  rozbrzmiał,  gdy  potraktował  obcego

człowieka  młotkiem.  Chwilami  niemal  współdzielił  ten  okrutny  ból  głowy  i  to  zapadanie  w  nieświadomość.  Nie
połamał mu czaszki, tego był raczej pewien. Ale na młotku pozostała krew. Rano definitywnie się go pozbędzie.

Najbardziej  z  całego  zdarzenia  przerażało  go  zachowanie  Agnieszki.  Nie  wydawała  się  mściwa,  wręcz

przeciwnie,  wierzyła  przecież  w  karmę.  Wystarczyła  jednak  dobra  okazja,  by  wciągnęła  człowieka  do  samochodu
i być może pozostawiła na pewną śmierć w lesie, gdzie o tej porze roku diabeł mówi dobranoc. W dodatku nie mogła
być przecież pewna, że ten właśnie człowiek ją okradł. Przecież za rękę go nie złapała! Ta jej nagła pewność siebie
też napawała go przerażeniem.

Zasypiając,  myślał  z  niepokojem  o  dziewczynie,  o  mężczyźnie,  który  być  może  umiera  w  męczarniach

i o zakrwawionym młotku w bagażniku swojego samochodu.

background image

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XI

Agnieszka obudziła się o 7. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale śnieg, który grubą białą warstwą pokrył drogi, samochody
i  budynki,  sprawiał  swym  blaskiem,  że  w  mieszkaniu  było  już  całkiem  jasno. Ania,  całkowicie  obudzona,  oglądała
bajkę, której bohaterami były leśne skrzaty.

Las.  Śnieg.  Agnieszka  poczuła  mocniejsze  bicie  serce.  Co  ona  zrobiła?  Jeśli  ten  człowiek  się  nie  obudził,  to

najpewniej zamarzł w lesie na śmierć. Ogarnęła ją panika, której nie chciała okazywać przy dziecku. Do kuchni bała
się pójść, by nie naciąć się na Adama. Co jej odbiło? Jak można się tak zachowywać? Naoglądała się filmów czy co?

Zamknęła  oczy  i  leżała  tak,  dopóki  nie  usłyszała  otwieranych,  a  następnie  zamykanych  na  klucz  drzwi

wejściowych. Adam wyszedł z mieszkania. Pewnie nie chce jej widzieć. Boże, jeszcze będzie musiała szukać nowej
stancji! Teraz, kiedy odzyskiwała spokój i poznała porządnego faceta.

– Mamo, kiedy śniadanie? – niewinna buzia słodkiego dziecka w uroczej piżamce tylko wzmogła poczucie winy.

Poczuła uścisk w żołądku.

– Już mamusia robi. Mogą być naleśniki?
– Z nutellą?
– Tak.
– To mogą.
Agnieszka skierowała się jednak nie do kuchni, a do łazienki, gdzie zwymiotowała.

Adam  spał  nad  wyraz  dobrze,  a  kiedy  się  obudził,  miał  do  wczorajszych  wydarzeń  zgoła  inne  podejście.  Bardzo
dobrze,  że  Agnieszka  dała  tej  łajzie  nauczkę.  Oduczy  się  kłaść  łapy  na  cudzych  rzeczach.  Bezczelnie  okradł
zdruzgotaną życiem dziewczynę i pokrzyżował jej plany posiadania własnego domu.

Widok  za  oknem  polepszył  mu  już  i  tak  niezły  humor.  Osiedle  pokryte  białą  kołderką  wyglądało  jak  z  bajki.

Postanowi  się  przejść,  a  przy  okazji  sprzątnąć  bagażnik.  Uśmiechnął  się  na  wspomnienie  Agnieszki  siedzącej
w samochodzie z zakrwawionym młotkiem w ręce. Z tą dziewczyną nie sposób się nudzić.

Kiedy  blada  jak  ściana Agnieszka  smażyła  naleśniki, Adam  wrócił  z  udanego  spaceru  pustymi  jeszcze  osiedlowymi
uliczkami. Zaszedł przy okazji do sklepu, gdzie kupił drożdżówkę ze śliwką do kawy.

Agnieszka stała przy kuchence i unikała jego spojrzenia. Skupiała całą uwagę na przewracaniu placków na patelni.
Uszczypnął ją żartobliwie w pasie, ale nawet nie zareagowała.
– Przygotuję kakao – stwierdził bynajmniej nie zniechęcony.
Na  dźwięk  Adamowej  krzątaniny  pojawiła  się  Niutka,  a  więc  można  było  pogadać  niezobowiązująco

i rozładować napiętą atmosferę.

– Co, leniwcze pospolity, głodna jesteś?
– Miaau.
– I co się o mnie ocierasz, kocia wywłoko? Czekaj przy misce, zaraz ci dam.
– Miaau.
– Swoim „miaau” niczego nie przyspieszysz, puchaczu leśny. Nie sklonuję się.
Agnieszka  wzdrygnęła  się  na  słowo  „leśny”  i  Adam  postanowił  pójść  za  ciosem.  Wiedział,  co  dręczy

współlokatorkę, ale jak dotąd nie miał pomysłu na zagajenie rozmowy.

–  Niezła  akcja  wczoraj  była.  Ładnie  się  złodziejowi  odpłaciłaś  –  rzucił  luzacko,  uśmiechając  się  szeroko  do

pleców  Agnieszki,  która  nie  odwróciła  się,  a  jedynie  przecząco  pokręciła  głową.  Z  zaciśniętymi  ustami  i  zimnym
wzrokiem  mechanicznie  przekładała  naleśniki  z  patelni  na  talerz.  –  Trzeba  przyznać,  że  zemsta  jest  słodka  –
kontynuował.

– Uważasz, że zakatowanie człowieka na śmierć jest zabawne? – zaatakowała go podniesionym głosem, ale zaraz

przeszła do tak zwanego krzyku szeptem. – Mogłeś mnie powstrzymać!

–  Oj  tam,  jestem  pewien,  że  nic  mu  nie  jest  –  też  przeszedł  na  szept,  ale  jego  głos  nie  stracił  na  wesołości.  –

W  nocy  było  zero  stopni.  Co  najwyżej  nabawił  się  zapalenia  płuc.  Poza  tym  nie  tak  łatwo  cię  powstrzymać.  –
Uśmiechnął się.

background image

– Chyba że w ogóle się nie obudził... – Agnieszce załamał się głos.
– Przestań. – Przytulił dziewczynę. – Jesteś zmęczona, poniosły cię nerwy. Niedługo święta, to sobie odpoczniesz.

– Zgasił gaz na kuchence, chwycił dziewczynę za rękę i poprowadził do łazienki. Zamknął za nimi drzwi, żeby Ania
nie zainteresowała się, czemu mama płacze.

Usiedli na brzegu wanny.
– Wszystko będzie dobrze – pocieszał, nie ruszając jej ręki. – Być może twoja reakcja na tego złodzieja nie była

popularna, ale z drugiej strony świat stałby się lepszy, gdyby ludzie nie cackali się z patologią.

Nie płakała już, ale siedziała kompletnie zdruzgotana.
– Nie dziwię ci się – mówił dalej. – Ciężko pracujesz, sama wychowujesz dziecko, nie możesz na nikogo liczyć.

Ze  strony  innych  ludzi  spotkały  cię  tylko  przykrości.  Sam  wiele  razy  miałem  ochotę  pozabijać  wszystkich  naokoło,
mimo że nie było mi nigdy tak ciężko jak tobie.

– Zabiłam już dwójkę ludzi – odezwała się, patrząc tępo w przestrzeń.
Złapał ją w ramiona.
–  Nikogo  nie  zabiłaś!  Słyszysz?  Orłowski  zginął  przez  przypadek!  A  ten  złodziej  na  pewno  żyje  i  nic  mu  nie

będzie!

Nie zareagowała, więc zmienił ton.
– Chodź na śniadanie, bo Ania będzie cię szukać.

Po śniadaniu Ania zajęła się układanką, więc Agnieszka zaparzyła kawę i nakroiła ciasta. Postanowiła zachowywać
się  normalnie,  żeby  nie  wzbudzać  niepokoju  u  córki.  Kiedy  usiedli  w  salonie,  wzięła  kartkę  i  długopis.  Zamierzała
zrobić listę zakupów na święta.

– Masz jakieś specjalne życzenia co do menu? – zapytała Adama, który wpatrywał się w nią badawczo.
– Jak dla mnie może być pizza. Wegetariańska, rzecz jasna.
–  Ha,  ha!  Co  powiesz  na  pierogi  z  kapustą  i  grzybami,  rybę  po  grecku,  karpia  z  pieczarkami  w  białym  winie,

grzybową, barszcz z uszkami, dorsza w sosie szafranowym i kompot z suszonych owoców?

– Myślisz, że zdołamy to wszytko zjeść przez święta?
–  To  menu  wigilijne.  Na  święta  planuję  bigos  myśliwski  z  czerwonym  winem  i  suszonymi  śliwkami,  gołąbki

zapiekane  w  pomidorach,  faszerowaną  paprykę,  kurczaka  na  piwie,  a  jak  zostanie  mi  mięsa  i  warzyw,  to  jeszcze
zrobię  szaszłyki  –  wyliczała  podekscytowana,  a Adam  robił  coraz  większe  oczy.  –  Oczywiście  upiekę  makowiec,
sernik i może jeszcze ciasto dyniowe, bo Ania bardzo lubi. Może masz jakieś ulubione ciasto świąteczne?

– Nie, bardzo lubię te, które wymieniłaś.
Korciło go, żeby zapytać, czemu nie spędza świąt z rodziną, ale bał się, że Agnieszka zechce dowiedzieć się tego

samego. Jego rodzice, prywatni przedsiębiorcy, zbankrutowali na sieci małych sklepików spożywczych, gdy na jego
rodzime Kaszuby zawitały Biedronki i inne POLOmarkety. Sprzedali za bezcen dom i wyjechali za pracą do Irlandii,
zabierając ze sobą nastoletnią wówczas siostrę Adama – Klaudię. Tam finansowo odbili się od dna, ale przyszło im
zmierzyć się z innymi problemami. Ojciec znalazł sobie młodszą kobietę i zostawił dla niej matkę po prawie 30 latach
małżeństwa.  Siostra  miała  wówczas  21  lat  i  zaszła  właśnie  w  ciążę  z  nieodpowiedzialnym  Włochem.  Chłopak
zostawił Klaudię, gdyż dziecko nie było mu na rękę zaledwie po paru latach spędzonych na Wyspach, a tym samym
u progu kariery w pośrednictwie nieruchomościami. Obie kobiety przed popadnięciem w depresję uchronił tylko fakt,
że  były  sobie  nawzajem  bardzo  potrzebne.  A  kiedy  na  świat  przyszedł  siostrzeniec  Adama  –  Colin  –  całkowicie
zapomniały  o  innych  samcach  tego  świata,  by  zająć  się  wychowywaniem  małego  Irlandczyka  o  polsko-włoskich
korzeniach  i  sycylijskiej  urodzie.  Z  ojcem  nie  miał  żadnego  kontaktu,  a  matka  nie  chciała  wracać  do  Polski.  Obie
z  siostrą  sporadycznie  dzwoniły  i  pisały  maile,  do  których  załączały  gigabajty  zdjęć  Colina  w  najróżniejszych
sytuacjach. Adam nigdy nie zorganizował się na tyle, by odwiedzić je w Dublinie.

Agnieszka  uzupełniała  swoją  listę  o  kolejne  substraty  do  przyrządzenia  świątecznych  dań,  więc  zaproponował

wybranie się na większe zakupy.

Ich  wózek  był  wyjątkowo  obładowany. Adam  z  trudem  pchał  go  w  stronę  kasy.  Dziewczyny  ciągle  coś  dokładały:
Agnieszka bakalie, suszone owoce, galaretki, polewy i aromaty, a Ania chipsy, batoniki i gumy do żucia. Przy kasie
oboje sięgnęli po portfele i zdecydowali, że zapłacą na pół. W końcu razem prowadzili dom i wspólnie wyprawiali

background image

święta.

Kiedy  uporali  się  z  rozpakowaniem  zakupów, Agnieszka  włączyła Ani  telewizję,  by  samej  wziąć  się  za  obiad.

Adam nie chciał przeszkadzać w kuchni, więc zamknął się przed komputerem w swoim gabinecie.

Sprawdził  aktualne  oferty  pracy.  Znalazł  dwie  sensowne,  choć  obie  na  przedstawicieli  handlowych. Aplikował

online. Wszedł na stronę Trójmiasta. Krew zmroził mu jeden z tytułów na głównej: Skazany na pewną śmierć. Kto mu
to zrobił?
 Drżącą ręką kliknął więcej.

„Skazany na pewną śmierć. Kto mu to zrobił?”
Rozebrany  do  naga  i  pozostawiony  w  lesie  na  śniegu  i  mrozie.  Uprowadzony  i  pozbawiony  przytomności

mężczyzna może mówić o szczęściu. Choć jest w śpiączce, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Para,  która  po  imprezie  w  klubie  Paradise  na  Wyspie  Sobieszewskiej  wybrała  się  na  przejażdżkę  w  stronę

plaży, przeżyła prawdziwy szok, parkując samochód na skraju lasu.

–  Postanowiliśmy  pooddychać  świeżym  powietrzem  –  mówiła  policji  zszokowana  dziewczyna.  –  Nagle

zauważyliśmy  leżącego  na  śniegu  mężczyznę.  Był  nagi.  Mój  chłopak  przeniósł  go  do  samochodu  i  okrył,  a  ja  od
razu zadzwoniłam na pogotowie.

Znalezionym w lesie mężczyzną okazał się 46-letni mieszkaniec Pszczółek, który jest samotny i nikt nie zgłosił

jego zaginięcia.

– Ustaliliśmy, że mężczyzna był feralnego dnia w pracy, a więc został uprowadzony najwcześniej kilka minut po

godzinie  17.  –  mówi  st.  asp.  Justyna  Bartoszek,  oficer  prasowy  Komendy  Wojewódzkiej  w  Gdańsku.  –  Będziemy
chcieli przesłuchać sąsiadów, znajomych z pracy i ewentualną rodzinę ofiary.

Nie  wiadomo,  jak  mężczyzna  znalazł  się  tak  daleko  od  domu.  Fakt,  że  był  rozebrany,  świadczy

najprawdopodobniej o porwaniu i porzuceniu. To jednak nie jedyna z możliwych wersji wydarzeń.

– Policja bierze pod uwagę różne scenariusze, których dla dobra śledztwa nie może ujawnić – dodaje Bartoszek

i  jednocześnie  zwraca  się  za  naszym  pośrednictwem  do  osób,  które  przebywały  ostatnio  w  towarzystwie  ofiary
i mogą przyczynić się do odnalezienia sprawcy lub sprawców.

Wszelkie informacje można zgłaszać anonimowo, łącząc się z najbliższym posterunkiem policji.
Jak  zdołaliśmy  ustalić,  mężczyzna  przebywa  w  szpitalu  wojewódzkim,  gdzie  został  wprowadzony  w  śpiączkę

farmakologiczną. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Nie  wiedział,  czy  cieszyć  się  z  faktu,  że  mężczyzna  żyje.  A  jeśli  się  obudzi  i  opisze  prześladowców?  Jeśli

rozpoznał Agnieszkę, to policja zjawi się u nich 5 minut później. Wpadł w popłoch. Co robić? Mówić jej o tym czy
liczyć na to, że sprawa przycichnie, a ofiara nic nie wie o osobach, które ją napadły?

Postanowił  przeszukać  internet  pod  kątem  Orłowskiego.  Niczego  jednak  nie  znalazł,  nie  skażą  ich  więc  za

podwójne zabójstwo, a jedynie usiłowanie jednego. Bardzo pocieszające.

Agnieszka zawołała go na obiad, zamknął więc komputer, odetchnął głęboko i przybrawszy sztuczny uśmiech, udał

się do salonu.

Codziennie śledził serwisy informacyjne w internecie.

Mężczyzna  będący  w  śpiączce  farmakologicznej  został  z  niej  pomyślnie  wybudzony  przez  lekarzy  –  donosiło

Trójmiasto.pl 17 grudnia.

Mężczyzna przypomina sobie, że napadła go kompletnie obca mu para w średnim wieku – przeczytał następnego

dnia.

Ta  informacja  bynajmniej  go  nie  uspokoiła.  Facet  może  przecież  kłamać.  Jeśli  ukradł  Agnieszce  dokumenty

i  zabrał  je  do  domu,  a  przemawiała  za  tym  próba  włamania  na  jej  konto,  to  wiedział,  jak  wygląda,  więc  mógł  ją
rozpoznać.  Czyżby,  nieusatysfakcjonowany  wcześniejszym  łupem,  postanowił  ją  teraz  szantażować? A  może  policja
doradziła mu taką grę, by nie spłoszyć podejrzanych?

Zdecydowanie  nie  ma  nerwów  do  popełniania  przestępstw.  Musi  zapomnieć  o  ponownym  włamaniu  do

Orłowskiego. Ta sprawa ze złodziejem portfela powinna być dla niego przestrogą, że być może na uczciwej pracy nikt
się nie dorobił, ale chociaż spokojnie śpi.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XII

W wigilię kuchenny stół przeniesiony na czas świąt do salonu dosłownie uginał się pod ciężarem przysmaków, które
przygotowała Agnieszka.  Obok  zaplanowanych  ryb,  pierogów,  zupy  grzybowej  i  kompotu  ze  śliwek Adam  zobaczył
kilka sałatek, ciast i ciasteczek domowego wypieku.

Dzieląc  się  opłatkiem,  ucałowali  się  czule,  ale  oficjalnie  –  w  policzki.  Adam  postanowił  wówczas,  że  upije

dziewczynę, by przeszli wreszcie do konkretów.

Tymczasem  pod  choinką  czekało  mnóstwo  prezentów.  Większość  dla  Ani  –  komputerowe  gry  edukacyjne,

układanki,  bajki  na  DVD  od Agnieszki  i  domek  dla  lalek  od Adama.  Prezenty  dostała  też  Niutka  –  6  puszek  karmy
Bozita od Agnieszki („Aż 93% mięsa, nie 4%, jak w Whiskasie” – zaznaczyła) i drapak od Adama.

Pod choinką zostały dwa pakunki. Adam pierwszy wręczył prezent Agnieszce. Chciał, żeby był koleżeński, tak jak

obecny etap ich znajomości, i nie wprawił dziewczyny w zakłopotanie. Była to książka Davisa, której sam jeszcze nie
posiadał w swojej kolekcji: Orzeł biały – czerwona gwiazda. Nie była tak opasła, jak inne tomy, bo liczyła zaledwie
360 stron, ale za to była praktyczna – Agnieszka nie miała przecież zbyt wiele własnego miejsca.

Adam  również  dostał  książkę  –  kryminał  pod  znamienitym  tytułem Dobrego  złodzieja  przewodnik  po

Amsterdamie  Chrisa  Ewana.  Nie  znał  autora,  ale  ucieszył  go  wybór  współlokatorki,  a  zwłaszcza  jej  dystans  do
ostatnich wydarzeń.

Po kolacji Ania i Niutka zasiadły pod choinką, by dokładniej obejrzeć prezenty, a dorośli postanowili po raz setny

obejrzeć Kevina samego w domu. Są filmy, bez których święta odbyć się nie mogą. Podczas reklam, które trwały tyle,
że  można  było  zapomnieć,  co  się  właściwie  oglądało,  Agnieszka  skakała  po  kanałach.  Większość  stacji  słusznie
postawiła  na  nieśmiertelne  polskie  komedie,  jak Sami  swoi,  Kogel-mogel  czy Seksmisja. Agnieszka  zatrzymała  się
jednak  na  lokalnej Panoramie.  Adam  wstrzymał  oddech.  Pokazano  najpiękniejsza  szopkę  w  Gdańsku,  wigilię
bezdomnych  i  radość  rodziny  chłopca,  który  wygrał  z  nowotworem.  Agnieszka  zmieniła  kanał.  Adam  odetchnął.
Usłyszeli Edytę Geppert.

Szukaj mnie
Cierpliwie dzień po dniu.
Staraj się podążać moim śladem.
Szukaj mnie, bo sama nie wiem już,
Bo nie wiem, kiedy sama się odnajdę.
Zapowiedziano drugą część perypetii Kasi Solskiej oraz Pawła Zawady i Agnieszka zapytała, czy obejrzą ją po

Kevinie.

Adam zgodził się nad wyraz chętnie. Z nerwów postanowił się jednak napić. Zaproponował wino.
Uzupełnił Agnieszce  kieliszek  i  postawił  pustą  butelkę  pod  stołem.  Nie  chciało  mu  się  wstać  po  kolejną.  Czuł

jednak, że się bez niej nie obejdzie. Ta sprawa ze złodziejem całkowicie wyprowadziła go z równowagi. Robił, co
mógł,  by  nie  dać  niczego  po  sobie  poznać.  Śmiał  się  z  filmu  i  zgadzał  z  opiniami  współlokatorki,  że  dobre  polskie
kino już nie wróci.

Ania, która znudzona zabawą przyłączyła się do oglądania, wydawała się smutna. Agnieszka zapytała, co się stało.
– Mamusiu, a kto przyjdzie do mnie na Dzień Babci i Dzień Dziadka?
Pytanie wyraźnie ją speszyło. Nastała niezręczna cisza. Adam taktowanie wstał wynieść butelkę do śmietnika, ale

nie mógł nie słyszeć słów lokatorki.

– A mamusia nie może przyjść?
– Nie może! Wszystkie dzieci mają babcie! Czemu ja nie mam?! – mała była zrozpaczona. Adam zawzięcie szukał

wina po szafkach.

– Masz, kochanie, ale babcia i dziadek są daleko.
– A nie mogą przyjechać? Zadzwoń do nich! Powiedz, że będę śpiewała im piosenkę.
Adama  ścisnęło  w  gardle.  Domyślał  się,  że  Agnieszka  też  nie  ma  lekko.  Córka  na  pewno  nieraz  dopytywała

o babcię, dziadka, tatę...

– Dobrze, zadzwonię i zaprosisz dziadków do przedszkola. A teraz to chyba ładna bajka będzie. Włączyć ci drugi

background image

telewizor?

– Nie. Daj mi kredki. Namaluję im obrazki.
Ania  rozłożyła  się  z  całym  ekwipażem  w  ich  pokoju. Agnieszka  dała  jej  blok,  kredki  i  mazaki.  Sama  poprosiła

o dolewkę wina. Adam bez słowa spełnił jej życzenie i wrócili do filmu, który już jednak ani nie śmieszył, ani nie
skłaniał do refleksji na temat polskiej kinematografii.

W  Boże  Narodzenie  Agnieszka  przygotowała  duże  śniadanie,  podczas  którego  przystała  na  propozycję  Adama,  by
pójść na spacer.

– Kiedy pomorskie ma ferie? – zagadnął, gdy dłuższy czas szli nadmorskim deptakiem w ciszy. Nie było śniegu,

więc  nie  mogli  wziąć  Ani  na  sanki.  Postanowili,  jak  większość  mieszkańców  Gdańska  i  ich  świątecznych  gości,
połazić po plaży.

Agnieszka od wczoraj była przygnębiona i nie mówiła zbyt wiele.
– Praktycznie zaraz po sylwestrze. Po świętach idę do pracy tylko na radę, a po sylwestrze dwa dni lekcji i mam

dwa tygodnie wolnego.

– Macie jakieś plany na ferie?
–  Nie  wiem.  Chciałabym  gdzieś  zabrać  Anię,  ale  nie  mam  zbytnio  dokąd  –  przyznała,  patrząc  na  córkę,  która

biegła przed nimi. – Kilkoro znajomych z pracy jedzie z rodzinami w góry. Mogłabym się przyłączyć, ale jeszcze się
nie  zdecydowałam.  Koleżanki  mają  już  duże  dzieci  i Ania  nie  bardzo  by  miała  z  kim  się  bawić.  Sama  nie  wiem  –
westchnęła.

– A do dziadków Ani? – nie zdążył ugryźć się w język.
–  Nie  mam  kontaktu  z  rodzicami  –  przyznała.  –  Nie  rozmawiamy,  odkąd  zaszłam  w  ciążę  i  rozstałam  się

z Mariuszem.

– Jak to?
– Nie winię ich. Szczycili się przed sąsiadami, że ich córka robi karierę w dużym mieście, że wyjdzie za prawnika

i tak dalej. A tymczasem zostałam samotną matką bez dobrej posady, zupełnie jak typowa mieszkanka naszej wsi.

– No i co z tego?! – Adam nie mógł pojąć postępowania tych ludzi.
– Moi rodzice mieli w stosunku do mnie i siostry duże plany. Chyba chcieli zrealizować za naszym pośrednictwem

swoje ambicje. Nie bronię ich, ale...

–  Bronisz  ich,  i  to  całkiem  niepotrzebnie!  Przepraszam,  że  ci  to  mówię,  ale  pierwszy  raz  się  z  czymś  takim

spotkałem. Rodzice zostawili cię, kiedy najbardziej ich potrzebowałaś. Wyrzekli się ciebie! Twojej córki też! Jak tak
można?!

Adam był wściekły, ale przystopował, gdy zobaczył łzy w oczach dziewczyny.
Zmienił temat.
– Byłaś kiedyś na nartach na Kaszubach?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Może pojedziemy jutro do Przywidza? To bardzo blisko. Mają tam wyciąg narciarski, instruktorów jazdy. Co ty

na to?

– Pewnie – powiedziała, siląc się na entuzjazm.
Do  końca  spaceru  rozmawiali  o  pierdołach.  Adam  nie  mógł  przestać  myśleć  o  rodzinie  Agnieszki.  Chciałby

spotkać się z tymi ludźmi w cztery oczy i powiedzieć im, jaką mają dzielną córkę i wspaniałą wnuczkę.

Wieczór  spędzili  przed  komputerem.  Wreszcie  udało  mu  się  namówić  Agnieszkę,  by  poszukała  sobie  nowego
samochodu  za  pieniądze  Orłowskiego.  Dziewczyna  postanowiła  być  wierna  marce  volkswagen  i  znalazła
sprowadzonego z Niemiec, ale zarejestrowanego w Polsce golfa 4 kombi, którego sprzedawca mieszkał w Straszynie.

– To po drodze do Przywidza. Możemy tam zajechać nawet jutro, jeśli facet się zgodzi – zaproponował.
Napisali  maila,  bo  nie  wypadało  dzwonić  do  kogoś  w  Boże  Narodzenie.  O  dziwo,  dostali  błyskawiczną

odpowiedź, że mogą wpaść w każdej chwili, bo właściciel akurat przyjechał na święta z zagranicy.

Zdecydowali się zobaczyć auto jutro w drodze na narty.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XIII

Agnieszka zaskoczyła Adama wiedzą o samochodach. Zadawała sprzedawcy bardzo rzeczowe, profesjonalne pytania.
Targowała  się  też  nie  najgorzej.  Facet  zgodził  się  opuścić  prawie  półtora  tysiąca  i  dorzucić  komplet  letnich  opon.
Umówili się, że zaraz po świętach podjadą razem do mechanika i dobiją targu.

– Skąd tak się znasz na samochodach? – zapytał, gdy jechali już charakterystycznymi dla Kaszub krętymi drogami

wśród lasów i rzadkich domostw.

–  Przypominam  ci,  że  jeżdżę  starym  samochodem,  a  nie  mam  męża,  który  by  za  mnie  coś  przy  nim  zrobił  –

odpowiedziała wesoło. Odkąd wyjechali ze Straszyna, była w świetnym humorze.

Dyskutowali o samochodach i zanim się obejrzała, zaparkowali w Przywidzu.
Dobrze  jeździła  na  nartach  i  lata  nie  szusowała  na  stoku,  jednak  ze  wglądu  na Anię  poszły  na  oślą  łączkę,  by

potrenować chodzenie i skręty. Adam tymczasem stanął w kolejce do wyciągu.

Ani  szło  średnio. Agnieszka  oceniła,  że  dali  dziewczynce  za  długie  kijki.  Sięgały  jej  prawie  brody.  Co  za  brak

profesjonalizmu! Wnerwiona stanęła w dzieckiem w kolejce do wypożyczalni. Nie było wiadomo, gdzie jest koniec,
a gdzie początek. Ludzie posuwali się w stronę baraku jedną zwartą masą.

– Trzymaj się mnie cały czas – ostrzegła córkę, obserwując motłoch z jednej strony i rozbawionych narciarzy na

stoku z drugiej. Nie dostrzegła Adama, jednak jej uwagę przykuł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w niebieskiej
kurtce narciarskiej i popielatych spodniach. Doskonale znała ten zestaw, bo sama go wybierała przed wycieczką do
Francji.  Kurtka  zapewniała  ponadprzeciętną  oddychalność.  Spodnie.  L.  Gore  &  Associates  zostały  wykonane
z  membrany  mikroporowatej  Gore-Tex.  Te  parametry  zapamięta  do  końca  życia,  bo  debatowali  nad  nimi  w  sklepie
sportowym  chyba  ze  dwie  godziny.  W  końcu  się  pokłócili,  ale  Mariusz  i  tak  wziął  te  rzeczy,  które  ona  uznała  za
najlepsze.

Serce  zabiło  jej  mocniej  i  odruchowo  ścisnęła  rękę  córki.  Zjeżdżał  z  żoną.  Szczupłą,  długowłosą  blondynką,

ubraną  w  modny  czerwony  kombinezon,  kontrastujący  z  białymi  nartami  i  jasną  futrzaną  czapką.  Byli  opaleni
i  podejrzewała,  że  nie  na  skutek  korzystania  z  solarium.  Zapewne  wrócili  niedawno  z  ciepłych  krajów.  Mariusz
uwielbiał  Egipt,  podczas  gdy  Agnieszkę  denerwował  upał  i  niedający  chwili  spokoju  sprzedawcy  olejków
zapachowych i papirusów. Poza tym od bezczynnego leżenia nad basenem zdecydowanie wolała aktywny wypoczynek
i zwiedzanie.

Wiedziała od wspólnych znajomych, że ożenił się wkrótce po ich rozstaniu. Wszyscy przedstawiali jego żonę jako

brzydulę. Widać nie chcieli jej dobijać.

Wybranką  Mariusza  okazała  się  córka  właściciela  kancelarii,  w  której  robił  staż.  Wpływowy  teść  uczynił  go

gwiazdą palestry. Obaj brali najbardziej kontrowersyjne sprawy nawet za darmo, byle zyskać rozgłos. Eks Agnieszki
wypowiadał się we wszystkich mediach: od prasy specjalistycznej po działy porad w popołudniówkach. Mariusz od
zawsze miał parcie na karierę. Założenie rodziny nie leżało w kręgu jego zainteresowań. Faktem jest, iż nie wyniósł
najlepszych wzorców z domu. Jego rodzice rozwiedli się, gdy był nastolatkiem. Podobno po dziś dzień drą ze sobą
koty  o  majątek.  Również  apodyktyczna  siostra  Mariusza  nie  potrafiła  ułożyć  sobie  życia.  Co  najmniej  dwa  razy
wychodziła za mąż. Nie miała dzieci.

Z Mariuszem nie widzieli się od lat. Teraz miała okazję przekonać się, że nic się nie zmienił. Ten sam szelmowski

uśmiech, te same kurwiki w oczach, ta sama chłopięca buzia. Jak zawsze wesoły i beztroski.

Ania  pociągnęła  ją  w  tłum.  Kilka  osób  zdążyło  wykorzystać  nieuwagę Agnieszki  i  znalazło  się  już  prawie  przy

wejściu  do  wypożyczalni.  Obejrzała  się  ostatni  raz  na  stok,  ale  Mariusza  i  jego  żony  już  nie  było.  Na  horyzoncie
pojawił się za to Adam, który serdecznie do nich pomachał.

Dzień narciarski zakończyli sytym obiadem w miejscowej pierogarni. Lokal słynął z ekstrawaganckiego menu.

Adam wybrał dla siebie pierogi z kaszą gryczaną i miętą w gęstej kwaśnej śmietanie, Agnieszka zdecydowała się

na farsz szpinakowy w sosie jogurtowym na masełku. Tylko Ania postawiła na tradycję – pierogi z serem na słodko.

W drodze powrotnej zmęczona wrażeniami dziewczynka zasnęła w samochodzie. Adam zadeklarował się zanieść

ją do domu. Agnieszkę ścisnęło w gardle na widok mężczyzny ze słodko śpiącym dzieckiem na rękach.

Ania nie obudziła się, gdy mama rozbierała ją z zimowych ubrań i wkładała piżamkę. Agnieszka usiadła na skraju

background image

łóżka,  by  popatrzeć,  jak  mała  śpi.  Jej,  kariera,  chłopak,  rodzina  i  przyjaciele  –  wszystko,  co  straciła,  nie  miało  już
żadnego znaczenia, odkąd jej maleństwo przyszło na świat. Ania była grzecznym dzieckiem. Tak jakby wiedziała, że
nie  może  denerwować  mamy,  której  życie  dało  się  już  wystarczająco  we  znaki.  Kiedy  się  przytulała,  mówiąc:
„Kocham  cię,  mamusiu”,  Agnieszka  nabierała  sił  w  najbardziej  kryzysowych  sytuacjach.  Tylko  z  myślą  o  dziecku
brała  zastępstwa  i  udzielała  korepetycji  rozpuszczonym  bachorom  bogatych  rodziców,  by  zarobić  na  utrzymanie
i odłożyć na własny kąt.

Chciała, by jej córka miała wszystko, jednak nie była w stanie zapewnić jej najważniejszego: pełnej rodziny. Na

wspomnienie pytań Ani o babcię i dziadka łzy stanęły Agnieszce w oczach. Pogłaskała małą po policzku, ucałowała
w czółko i postanowiła, że sama zacznie szykować się do snu.

Wstała  niemal  wprost  w  ramiona  Adama.  Nie  wiedziała,  jak  długo  stał  w  drzwiach  i  ją  obserwował.  Teraz

przytulił  dziewczynę,  czule  pocałował  w  czoło,  tak  jak  ona  przed  momentem  dziecko,  potem  w  skronie  i  szyję.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by odszukał jej usta.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XIV

Kiedy  się  obudziła,  było  ciemno.  Przez  okna  wpadały  światła  osiedlowych  latarni.  O  tej  porze  roku  równie  dobrze
mogła być druga w nocy, jak i siódma rano. Próbowała coś wyczytać z krajobrazu za oknem. Z ciemności i ciszy, jaka
spowiła  przyprószone  śniegiem  osiedle.  Nie  usłyszała,  by  ktoś  odpalał  samochód  po  zimnej  nocy  ani  by  skrobał
szyby. Najwidoczniej zostało jej jeszcze trochę snu, zanim wstanie do pracy po świątecznej labie.

Spojrzała na rozrzucone po podłodze części swojej garderoby. Bała się popatrzeć na Adama. Co teraz będzie? Jak

to  potraktuje?  Może  uzna  za  nic  nieznaczącą  przygodę?  Kto  by  zechciał  samotną  matkę  z  dzieckiem?  Jak  ma  się
zachować rano? Zaczęła panikować, ale kiedy próbowała wyswobodzić się z objęć Adama, ten przycisnął ją mocno
do siebie i wszelkie obawy zniknęły.

Adam  był  szczęśliwy.  Od  dawna  tak  optymistycznie  nie  patrzył  na  świat.  Wyjątkowo  nie  zdenerwował  go  kolejny
ciemny  i  zimny  poranek  –  zanim  otworzył  garaż,  postał  chwilę  na  dworze,  wdychając  świeże,  mroźne  powietrze.
Ucieszył go widok budzącego się do życia miasta: gasnące latarnie, zapalające się światła oknach, odgłos zapalanych
silników.  Wyjeżdżając,  ukłonił  się  sąsiadce  i  posłał  miły  uśmiech  jej  bliźniakom.  Dlaczego  nigdy  nie  rozmawiał
z sąsiadami? Oczywiście poza starszą panią, która pewnie nikomu nie dała się zignorować. Bez pretensji ustawił się
w  korku  odpowiadającym  długości  trasy  od  jego  domu  do  pracy  i  włączył  radio.  Spiker  zapowiedział Będę  szedł
Elektrycznych Gitar na dobry początek dnia. No proszę, jak miło.

Podkręcił głośność i choć nie znał dobrze słów, przyłączył się do Kuby:
Będę szedł do ciebie przez puste ulice,
Będę szedł do ciebie w gęstym tłumie,
Po schodach, po schodach.
Będę szedł do ciebie jeszcze raz od nowa,
Bo teraz już wiem, że tobie i mnie
To samo się śni...

Mówią,  że  nieszczęścia  chodzą  parami,  ale  szczęście  też  najwyraźniej  nie  lubi  atakować  w  pojedynkę.  Miała  się
o tym przekonać, kiedy po raz kolejny przywołując we wspomnieniach minioną noc, odebrała telefon z banku. Czekała
akurat na radę, popijając kawę i zajadając ciastka w pokoju nauczycielskim, więc mogła spokojnie rozmawiać. Miły
męski głos poinformował ją, że dostała kredyt i może podejść dziś do banku, by dopełnić formalności. Wreszcie i do
niej los się uśmiechnął! Koniec z koczowaniem po stancjach! Ania będzie miała własny pokój z mnóstwem zabawek,
a ona swój gabinecik do pracy, salon z dużym stołem i kuchnię z wyspą.

Na radzie myślami była w we własnym mieszkaniu z Anią i... być może z Adamem. Nie chciała lokalizować go

w swoich planach, żeby nie zapeszyć, ale nie mogła się powstrzymać.

W banku zeszło jej dłużej, niż myślała, bo zadawała dużo pytań dotyczących tego, co musi opłacić u notariusza.

Kwota  za  przepis  mieszkania  (zdecydowała  się  na  kilkuletnie,  bo  sama  ze  stanem  deweloperskim  by  sobie  nie
poradziła) i podatek trochę ją zaskoczyły. Najwyżej zadzwoni do sprzedawcy samochodu i powie, że jednak go nie
bierze.

Wracając z pracy, zastanawiał się, jak to będzie, gdy wróci do domu. Agnieszka przeważnie wracała wcześniej niż on
i otwierała mu drzwi. Czy dziś przywitają się inaczej? Powinien ją pocałować pierwszy czy raczej czekać na reakcję
z jej strony? Zamknął samochód w garażu, wystukał kod i ruszył po schodach na górę.

Po drodze spotkał sąsiadkę z dołu. A raczej ona spotkała jego.
– Dzień dobry, panie Adamie! – przywitała się entuzjastycznie i od razu przystanęła, co oznaczało, że na „dzień

dobry” się nie skończy. – Jak tam zdrówko? – pytanie było dobrze przemyślane przez starszą panią.

–  Dobrze,  a  jak  pani  się  miewa?  –  Adam  nie  miał  wyboru,  jak  dać  się  złapać  w  pułapkę  bezproduktywnej

rozmowy. Naprawdę chciał się integrować z sąsiadami?

– Ach, szkoda gadać! – Westchnęła teatralnie, co jednak nie oznaczało wcale zakończenia, a wstęp do rozmowy.
Adam usłyszał o rwie kulszowej, o zbyt wysokim ciśnieniu, o cukrzycy, miażdżycy i grzybicy. To ostatnie tyczyło

background image

się synowej sąsiadki, która nabawiła się nieprzyjemnej przypadłości na basenie.

–  Młode  kobiety  muszą  uważać  na  siebie  –  zauważyła  ze  znawstwem  starsza  pani  i  bez  cienia  zażenowania

zapytała o zdrowie jego „narzeczonej”.

Adam poczuł się zakłopotany, ale niepotrzebnie, bo sąsiadka nie oczekiwała bynajmniej odpowiedzi.
–  Wygląda  na  zdrową  –  pochwaliła  i  gdyby  wyrwać  tę  uwagę  z  kontekstu,  można  by  pomyśleć,  że  mówi  raczej

o  klaczy,  a  nie  o  kobiecie.  –  Córka  też  dobrze  się  chowa  widać.  Ile  ma  lat?  Pięć  pewnie,  bo  zdaje  się,  że  do
przedszkola jeszcze chodzi. Do tego naszego tutaj?

– Nie, tego koło podstawówki. Przepraszam panią, muszę lecieć.

Agnieszki  jeszcze  nie  było.  Zastał  jednak  zdenerwowaną  Niutkę.  Miaucząc  wściekle,  zaprowadziła  go  do  kuchni.
Nałożył kotu bozity o smaku łosia i pretensje znikły jak ręką odjął.

W sumie to dobrze, że jest sam. Ma czas pomyśleć o Agnieszce i w ogóle o przyszłości. Dziś postanowił, że nie

będzie już liczył na niewykazujące entuzjazmu jego aplikacjami trójmiejskie firmy i sam otworzy jakiś biznes. Zawsze
się  przed  tym  wzbraniał.  Miał  rodziców  przedsiębiorców,  więc  wiedział,  jak  ciężki  jest  to  kawałek  chleba.  Praca
praktycznie piątek, świątek. Żadnych urlopów, wyjazdów. Zawsze trzeba było pilnować swojego interesu. W dodatku
niebotyczny ZUS (niebezpiecznie zbliżający się do okrągłego tysiąca), podatki, księgowa i inne opłaty. Miał nadzieję,
że  nigdy  nie  będzie  musiał  zakładać  własnego  interesu,  ale  teraz  nie  widział  innego  wyjścia.  Nie  może  tak  dłużej
wegetować,  tracić  czasu  na  bezsensowne  siedzenie  w  czterech  ścianach,  w  dodatku  za  marne  grosze.  Zanim
skonstruuje  biznesplan,  by  ubiegać  się  o  dotację  na  rozpoczęcie  działalności  (kilkanaście  tysięcy  to  niedużo
w biznesie, ale dobre i to), musi się zastanowić, jakie usługi mógłby świadczyć. Nie miał żadnego specjalnego fachu
w  rękach.  Znał  programy  graficzne,  tajniki  marketingu,  w  tym  internetowego,  ale  agencji  reklamy  i  temu  podobnych
jest  teraz  wysyp.  Zna  się  na  rynku  nieruchomości,  ale  obecnie  ludzie  omijają  pośredników,  bo  zwyczajnie  szukają
oszczędności w tych trudnych czasach, kiedy nawet paliwo staje się dobrem luksusowym.

Usłyszał piknięcie domofonu, oznajmiające, że ktoś wybrał kod do mieszkania. Serce zabiło mu mocniej. Zawsze

się  stresował  na  początku  związku,  ale  teraz  to  już  wyjątkowo.  Potencjalną  niezręczną  sytuację  uratowało
niecodziennie wejście Agnieszki. Wpadła jak burza, cała w skowronkach, oznajmiając, że dostała kredyt.

Śmiały  się  i  skakały  wraz  z  Anią  z  radości.  Ta  wiadomość  całkowicie  zbiła  go  z  tropu.  Dziewczyny  się

wyprowadzą  i  zostanie  sam.  Co  będzie  dalej  z  nimi?  Może  niepotrzebnie  traktował  wczorajszy  seks  tak  poważnie?
Być może Agnieszka czuła się po prostu samotna.

Nie pozostało mu jednak nic innego jak gratulować i cieszyć się razem ze współlokatorką.
Po obiedzie, kiedy Ania zajęła się zabawą, zrobił kawę i zaniósł do salonu.
–  No  to  opowiadaj!  –  zaczął  ze  śmiechem.  Wciąż  nie  wiedział,  jak  ma  się  teraz  zachowywać. Agnieszka  była

całkowicie  zaabsorbowana  kredytem  i  nie  zdradzała  zdenerwowania  niejednoznaczną  sytuacją,  jaka  od  wczoraj
między nimi nastała.

–  Ach,  chyba  nie  pojadę  jutro  po  samochód.  Może  mi  zabraknąć  na  opłaty  –  przyznała  już  z  mniejszym

entuzjazmem.

– A ile by ci zbrakło, jakbyś wzięła samochód?
– Jakieś 5-6 tysięcy. Wystawiłam na Allegro swój stary, ale więcej niż tysiąc za niego nie dostanę. To rocznik 94.

Chyba jeszcze trochę nim pojeżdżę.

– A  jak  ci  padnie  w  najmniej  oczekiwanym  momencie?  Musisz  mieć  sprawny  samochód.  Pożyczę  ci,  kiedyś  mi

oddasz.

– Nie, nie ma mowy! Wystarczy mi jeden dług. W banku.
Adam wiedział, skąd mogą wziąć pieniądze. Bał się jednak reakcji Agnieszki na propozycję ponownego włamania

do Orłowskiego. Zdaje się, że zdążyła zapomnieć o konsekwencjach ich pierwszej wizyty w tym domu.

Postanowił zaryzykować.
– Wiesz, że w domu Orłowskiego jest jeszcze mnóstwo sejfów-książek, o których Orłowska nie ma pojęcia... –

bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Adam, nie możemy! Mnie jeszcze pierwsze włamanie śni się po nocach. Nie wiadomo, czy nas za to nie zamkną.

Zostawiliśmy...

– Wiem, wiem – przerwał jej. – To była luźna propozycja. Nie rozmawiajmy o tym.

background image

– Poza tym zachowalibyśmy się schematycznie: przestępcy wracający na miejsce zbrodni.
– Masz rację. To przyjmij moją pożyczkę i jedźmy po golfa. Drugi raz taka okazja ci się nie trafi.
– No nie wiem. Boję się szastania pieniędzmi.
– Nie martw się. Będzie dobrze. Nadszedł twój czas.
– Dobrze, jedźmy!

Wrócili na dwa samochody. Agnieszce świetnie się prowadziło nowy wóz. Bardzo dobrze, że sprawiła sobie prezent.
Zaparkowała przed blokiem, tuż obok swojego starego modelu, który być może ktoś kiedyś kupi. Czekając, aż Adam
zamknie garaż, patrzyły z Anią na nowy samochód. Bała się tego wieczoru. Nie wiedziała, jak się zachować: położyć
się spać do córki czy zostać ze współlokatorem.

Adam  podszedł  do  niech  i  przez  chwilę  razem  komplementowali  nowy  nabytek.  Zaproponował,  by  pójść  po

szampana do sklepu i oblać nowy wóz.

Ania kolorowała książkę na podłodze w salonie, a Niutka pochylała się nad dzieckiem jak pani profesor.

– Aby się dobrze sprawował! – Stuknął się z Agnieszką kieliszkiem. Nie upili dużo, kiedy w mieszkaniu rozległ

się dźwięk domofonu. Spojrzeli po sobie, a następnie na zegar w kuchni. Dochodziła 19.

–  Pewnie  ulotki  –  stwierdził  i  wstał  do  zamontowanej  przy  drzwiach  słuchawki.  Nie  zdążył  wrócić  na  miejsce,

gdy rozległ się kolejny dzwonek – tym razem do drzwi. Zajrzał przez judasza, a zdumienie odebrało mu mowę.

Agnieszka odwróciła głowę, gdy usłyszała damski, pełen entuzjazmu głos. Zdumiony Adam wpuścił do mieszkania

elegancką  kobietę,  ubraną  w  długi  płaszcz  w  modną  czarno-czerwoną  kratę  i  karmelowy  komin.  Kobieta  od  razu
rzuciła  się  ściskać  i  całować  jej  współlokatora,  który  dalej  stał  jak  wryty.  Ania  spojrzała  na  przybyłą
z zaciekawieniem, a kotka prysnęła pod łóżko.

– Co ty tu robisz? – zapytał wreszcie.
–  Przyjechałam  cię  odwiedzić!  –  Kobieta  zdejmowała  już  poszczególne  części  garderoby.  – A  to  pewnie  twoje

dziewczyny! – Rzuciła się ściskać najpierw zaciekawioną Anię, potem oszołomioną Agnieszkę, która wybąkała tylko
niewyraźne „dobry wieczór”.

– Mamo, kiedy przyjechałaś?
„Mamo?” Agnieszce  spadł  kamień  serce.  Dziwne,  że  od  razu  o  tym  nie  pomyślała.  Przecież  podobieństwo  jest

wręcz uderzające. Ciemne włosy, brązowe oczy, śniada cera...

– Przed chwilą! – oznajmiła kobieta, nie przestając się uśmiechać do wszystkich po kolei.
– Mogłaś zadzwonić, wyjechałbym na lotnisko. Te walizki są strasznie ciężkie. – Adam ustawiał torby pod ścianą.
– A co ja ci będę głowę zawracać! Taksówkę wzięłam.
– Zrobię pani kolację. – Agnieszka pogratulowała sobie w myślach zwyczaju gotowania na wyrost.
–  Jaka  pani!?  Mów  mi  Krysia!  –  rozkazała,  po  czym  rozsiadła  się  na  kanapie  i  kazała  przynieść  sobie  jedną

z walizek. – Tę w kropki, synuś. Mam dla was prezenty.

– A skąd wiedziałaś o Agnieszce i Ani?
– Od twojej sąsiadki! Dzwoniła parę dni temu, że masz narzeczoną z dzieckiem, to mówię: „Przyjadę, bo jeszcze

się ożeni bez moje wiedzy!”. O, herbatka, dziękuję ci, kochanie. Ty jesteś Agnieszka czy Ania?

– Agnieszka.
–  To  nie  tak,  mamo...  –  zaczął  Adam,  ale  ugryzł  się  w  język.  Nie  może  powiedzieć,  że  dziewczyny  są  tylko

współlokatorkami,  bo  sam  już  nie  jest  tego  pewien,  a  po  drugie  matka  nie  może  się  dowiedzieć,  że  miał  problemy
finansowe. Zaraz by gderała, że nie zadzwonił.

–  No  chyba  nie  planujesz  życia  na  kocią  łapę?  Jak  ja  cię  wychowałam?  Kobieta  musi  mieć  poczucie

bezpieczeństwa. Wiem coś o tym, odkąd twój ojciec...

– A co u was, jak wam się wiedzie?
–  Twoja  siostra  poznała  miłego  chłopca.  Mam  nadzieję,  że  się  z  nią  ożeni.  A  Colinek  chodzi  do  przedszkola.

Wydrukowałam ci parę zdjęć. Musicie koniecznie przyjechać do Irlandii. Kiedy macie urlop?

– Nie mamy w ogóle.
– Jak to nie macie? Czym się zajmujesz, Agnieszko? – zwróciła się w stronę uwijającej się w kuchni dziewczyny.
– Jestem nauczycielką.

background image

– O proszę, to masz dwa miesiące wolnego! A ty, synuś, też sobie załatw i przyjedziecie. Nieładnie nie odwiedzać

ani siostry, ani siostrzeńca. A tak w ogóle to powinniście zamieszkać w Irlandii. Z waszym wykształceniem...

– Mamo! Wiesz, co myślę o pracy na wygnaniu. Daj mi spokój.
– Jakim wygnaniu, co ty pleciesz?! A rób, co chcesz. Chodź, Aniu, dziecko drogie, mam coś dla ciebie.
Ania podeszła posłusznie, ale zanim usiadła koło gościa, spojrzała pytająco na mamę, by zyskać jej aprobatę.
– Chcesz przyjechać do babci do Irlandii? – zapytała, wręczając niewielki pakunek.
– Ja nie mam babci – przyznała smutno dziewczynka.
– Jak to nie masz!? Ja jestem twoją babcią! Babcią Krysią. Zobacz, co ci babcia przywiozła.
Ania rozpakowała prezent, którym okazał się różowy iPhone.
– Mamo, zobacz, co dostałam! – Ania wystartowała w kierunku kuchni. – Telefon!
– Podziękuj babci. – Agnieszka nie wiedziała, jak zareagować na ten drogi prezent.
– U nas takie gadżety są tanie – zapewniła Krysia, widząc konsternację dziewczyny. Dla niej także miała prezent.
Były  to  perfumy  Euphoria,  które  ją  mile  zaskoczyły,  bo  ten  zapach  Calvina  Kleina  zawsze  podobał  jej  się

najbardziej.

– Dziękuję, uwielbiam je. Nie trzeba było...
– Daj spokój, dziecko. Masz, synuś, to dla ciebie. Klaudia ci wybierała. Ja tam się nie znam.
Adam dostał tablet i kiedy Agnieszka nakrywała do stołu, wszyscy, łącznie z kotem, który ostatecznie zdecydował

się uczestniczyć w tych niecodziennych wydarzeniach, byli zajęci swoją elektroniką.

Podała  nadziewane  mięsem  mielonym  papryki  oraz  kilka  rodzajów  kotletów,  jakie  pozostały  ze  świąt.  Teraz

jedynie odgrzała je w mikrofalówce lub przypiekła z serem w piekarniku.

Mama Adama była zachwycona.
– Wspaniale gotujesz, Agnieszko. Masz piękną córkę. Cieszę się, że Adam tak dobrze trafił.
Współlokatorzy wymienili spojrzenia i uśmiechy, ale nikt nic nie sprostował.
– Babciu, a przyjedziesz do mnie do przedszkola? Będę mówiła wierszyk i śpiewała piosenkę.
– Aniu, babcia przyjechała z daleka... – Agnieszka pospieszyła ratować sytuację.
– Oczywiście, że przyjdę! – ucieszyła się Krysia.
– Na długo zostajesz? – zapytał Adam, przerażony tak odległymi planami matki.
–  Nie  martw  się,  u  was  będę  tylko  jedną  noc.  Jadę  do  Teresy.  To  moja  siostra,  bezdzietna  wdowa  –  wyjaśniła

Agnieszce.  –  Chcę  zostać  u  niej  jakieś  2  –  3  tygodnie,  więc  spokojnie  wrócę  na  Dzień  Babci.  Córka  teraz  pracuje,
wnuczek chodzi do przedszkola, to nie mam co się spieszyć na Wyspy. A wy nie planujecie drugiego dziecka?

– Mamo!
– No co?! Póki jestem jeszcze na chodzie, tobym pomogła.
– Masz jakieś wieści, co u taty? – zapytał, gdy skończyli jeść.
– Nie mam, synuś. – Kobieta wyraźnie posmutniała. – Wiem tylko, że ponownie się ożenił, ale jak mu się wiedzie,

nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że jest zdrowy, bo początki miażdżycy miał...

–  Gdzie  ci  pościelić,  Krysiu?  – Agnieszka  postanowiła  ratować  sytuację.  Pytanie  było  o  tyle  na  miejscu,  że  już

dawno zjedli i dochodziła 23. Ania nie wstanie do przedszkola.

– A gdzie wy śpicie?
– W sypialni – wyjaśniła dziewczyna.
– W salonie – poinformował Adam.
Zaskoczonej Krysi szybko pospieszyli z zawiłym tłumaczeniem.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XV

Zaparkowała pod Złotą Bramą i zanim oddaliła się w kierunku kancelarii notarialnej, jeszcze raz spojrzała na nowy
lśniący wóz. Prezentował się naprawdę świetnie. Aż nie mogła uwierzyć, że jest jej. Jak załatwi sprawy u notariusza,
to  podjedzie  do  wydziału  komunikacji  i  dopnie  formalności  z  golfem.  Umówi  się  też  na  przegląd  i  zadzwoni  do
ubezpieczalni. Tym razem chyba wykupi AC. Z 60-procentową zniżką nie powinno być tak bardzo drogie.

– Aga, stój! – Nie zdążyła się zdziwić, kto ją wola, gdy podbiegła do niej Dziunia nr 1, czyli Wiola. – Ile ty masz

tych samochodów? Ledwo cię poznałam!

– Cześć, co słychać? – zapytała ostrożnie, zastanawiając się, czego Dziunia może od niej chcieć.
– Słyszałaś o Orłowskim?
– Nie. – Zbladła ze strachu. No pięknie, szczęście nie mogło jej już szybciej opuścić.
– Orłowska ma kochanka! Bardzo możliwe, że stary dostał zawału, kiedy się o tym dowiedział. Mówią też, że to

żona z kochankiem ukartowali jego śmierć, ale wątpię. Tak czy siak Orłowski jeszcze nie ostygł, a ta już w Egipcie
się wyleguje z tym swoim gachem – wytrajkotała jak szalona.

–  Naprawdę?  Co  to  za  jeden?  –  wolała  skierować  rozmowę  na  nową  sensację.  Lepiej,  żeby  nie  wykazywała

zainteresowała okolicznościami śmierci swojego eksszefa.

–  Nie  wiem,  jakiś  młodszy.  Wiem  tylko,  że  w  święta  się  spakowali  i  polecieli  do  Hurghady.  Widziano  ich  na

lotnisku.

Dziunia popaplała jeszcze chwilę i Agnieszka przeprosiła ją, by udać się do notariusza. Zostawiła u niego pełną

kwotę, do której dołożył się Adam, i podpisała potrzebne pełnomocnictwa do załatwiania za nią spraw w urzędach.
Jedno z głowy. Teraz jej „ukochany” wydział komunikacji.

W starostwie tradycyjnie była gigantyczna kolejka. Wzięła numerek z automatu i usiadła obok udręczonych ludzi.

Ostatnio jej myśli krążyły wyłącznie wokół Adama. Teraz wspominała wczorajszy szalony wieczór. Jej współlokator
zarządził,  że  pościeli  sobie  na  podłodze  w  gabinecie,  Krysia  przenocuje  w  salonie,  a  dziewczyny  pozostaną
w sypialni.

Taki  porządek  rzeczy  uspokoił  Agnieszkę,  która  wciąż  była  zakłopotana  z  powodu  tego,  co  się  między  nimi

wydarzyło. Problem rozwiązał się sam, ale nie na długo, bo Krysia z samego rana ucałowała wszystkich serdecznie
i wsiadła do taksówki. Musiała przyznać,  że Adam  ma  sympatyczną  mamę.  Może  za  bardzo  bezpośrednią,  ale  za  to
szczerą  i  nieograniczoną  w  poglądach.  Pomyślała  o  swoich  rodzicach.  Tak  dawno  się  nie  widzieli,  a  w  ogóle  nie
tęskniła. Może jak Ania była mała, kiedy czuła się samotna i bezradna. Wtedy brakowało jej kogokolwiek. Choćby do
pomocy przy maleństwie.

Czy  polubiliby Adama?  Jeśli  tak,  to  na  pewno  nie  z  wzajemnością.  Nie  mógł  przeżyć,  że  rodzice  tak  po  prostu

zostawili  ją  w  potrzebie.  Był  jednak  inaczej  chowany  i  nie  rozumiał  ambitnych  ludzi,  żyjących  na  wsi,  wśród
prostaków bez perspektyw. Matka młodo zaszła w ciążę i zamiast studiować polonistykę, jak marzyła, musiała zająć
się dzieckiem i gospodarką, którą jej mąż dostał po rodzicach. Ślubu i wesela też nie miała jak ze snów. Choć była już
czwartym  miesiącu  ciąży,  ani  mdłości,  ani  migreny  jej  nie  opuściły.  Wymioty  chwyciły  ją  jeszcze  przed  samym
kościołem.  Goście  weselni  z  dezaprobatą  kiwali  głowami.  Kiedy  szła  od  ołtarza  pod  rękę  z  poślubionym  właśnie
mężem, oczy zgromadzonych były zwrócone na jej brzuch. „Widać czy nie widać?” Oto pytanie, jakie zadawały sobie
złośliwie  ciotki  i  kuzynki,  którym  szczęśliwie  udało  się  „wpaść”  dopiero  po  sakramentalnym  „tak”.  Nieważne,  że
ślubowały w wieku 16 lat.

Nie chciała takiego losu dla córek. Żyła sukcesami Agnieszki. Jej powodzeniem na studiach, kolejnymi awansami,

chłopakiem uczącym się na prawnika. Ciąża i rozstanie z Mariuszem najpewniej bardziej wstrząsnęły jej życiem niż
samej zainteresowanej.

Teraz  wszystko  zaczynało  się  układać.  Ale  czy  nowe  życie  Agnieszki  przypadłoby  matce  do  gustu?  Nawet

pomijając popełnienie przestępstw, chyba nie.

Kiedy Agnieszka oznajmiła mu, że włamują się do Orłowskiego, w pierwszej chwili potraktował tę deklarację jako
żart.  Siedzieli  przy  winie  na  kanapie  w  salonie,  gdzie  Ania  mogła  wreszcie  testować  telefon,  bo  dostała  własny
numer.

background image

Opowiedziała mu o rozmowie z Dziunią i doszli do wniosku, że okazja sama do nich przychodzi. Takiej szansy nie

mogą  zmarnować.  Pusty  dom,  pozostawiony  praktycznie  sam  sobie.  Właściciel  nie  żyje,  a  jego  żona  pieprzy  się
w Afryce z jakimś młodziakiem. Pewnie i psy trafiły w dobre ręce. Lepiej być nie mogło.

Agnieszka  wyciągnęła  kartkę  i  długopis,  by  nakreślić  plan  posesji.  Widząc  jej  determinację,  sam  zaczął  mieć

wątpliwości. A jeśli dom Orłowskiego obserwuje policja? W końcu przyczyna śmierci biznesmena wciąż pozostaje
niewyjaśniona.  A  może  żona  tragicznie  zmarłego  odnalazła  pieniądze?  To  z  kolei  wyjaśniałoby  jej  ucieczkę
z kochankiem.

Nie  powiedział  o  swoich  wątpliwościach  głośno,  żeby  nie  robić  przykrości  dziewczynie.  Postanowił  jednak

objechać posesję Orłowskich i zorientować się w sytuacji.

Agnieszkę obudziło skrobanie pod drzwiami sypialni. Niutka domagała się śniadania. Wiedziała już, na kogo w tym
domu może bardziej liczyć. Agnieszka była w dżinsach i koszulce. Zasnęła, usypiając Anię. Miała nadzieję, że Adam
nie potratuje tego jako jej ucieczki od niego. A tak to, niestety, mogło wyglądać. Dziś przygotuje romantyczną kolację
i  przestaną  zachowywać  się  jak  nastolatki,  a  zaczną  jak  dorośli  ludzie.  Nie  miała  wątpliwości,  że Adamowi  także
zależy, więc dzisiejszy wieczór spędzą razem, jak przystało na zakochaną parę. Postanowione.

Adam zamiast do pracy udał się do Oliwy. I tak nikt nie zauważy jego nieobecności. W sylwester wiele osób wzięło
wolne.

Rano  panował  tu  duży  ruch,  a  właśnie  na  zamieszaniu  mu  zależało.  Zaparkował  częściowo  na  chodniku,

a  jednocześnie  za  całym  sznurem  aut.  Przeszedł  pieszo  jedną  przecznicę  i  znalazł  się  u  celu.  Brama  na  posesję
Orłowskich  była  zamknięta,  jednak  bez  problemu  wszedł  furtką.  Rozejrzał  się  za  psami.  Nie  było  po  nich  śladu.
Założył kaptur na głowę i zasłonił część twarzy szalikiem.

Podszedł  do  piwnicznego  okna,  przez  które  ostatnio  wchodzili.  Właścicielka  wstawiła  kraty.  Ruszył  wyłożoną

polbrukiem ścieżką na tyły domu, gdzie Orłowscy mieli dwa balkony: jeden na pierwszym piętrze i jeden na drugim.
Na  ten  pierwszy  wdrapałby  się  bez  problemu. A  to  co?  Kamera?  Odruchowo  usunął  się  w  bok.  Wyjął  swojego  htc
i  zrobił  zdjęcie.  Poszedł  dalej.  Dotarł  do  drzwi  wejściowych,  nad  którymi  zamontowano  drugą  kamerę.  Jeszcze
bardziej zakrył twarz i zrobił jej zdjęcie na wprost. Przez okno zajrzał do budynku gospodarczego, w którym ostatnio
urzędowały psy. Zauważył narzędzia, stare meble, ale ani śladu zwierząt. Oddała je do schroniska albo w inne dobre
ręce. Za ogrodzeniem wolno, ale nerwowo przesuwał się sznur samochodów. Opuścił posesję, nie zwracając niczyjej
uwagi.

W pracy, do której dotarł na 10, ściągnął zdjęcia z telefonu na laptopa. Odnalazł model kamery w internecie. Tak

jak myślał, była to atrapa. Swoją drogą bardzo podobna do oryginału. Choć nie był znawcą, od razu wzbudziła w nim
podejrzenia.  Prawdziwą  kamerę  montuje  się  najczęściej  dyskretnie.  Fałszywki  mają  pełnić  funkcję  straszaka.
Pozostaje kwestia, jak wejść do budynku, nie robiąc hałasu i nie alarmując sąsiadów lub przechodniów.

Już teraz wiedział, że najlepszą porą będą godziny szczytu. Muszą to zrobić dziś, bo jutro Nowy Rok. Na ulicach

będzie cisza i spokój.

Kiedy Adam zadzwonił i poprosił, by przyjechała do Oliwy, była zaskoczona i przerażona jednocześnie. Wolała, by
skrupulatniej  zaplanowali  kolejny  włam  do  Orłowskich.  Zaczęła  mieć  wątpliwości,  czy  naprawdę  tak  bardzo
potrzebują  tych  pieniędzy.  Pierwszy  łup  już  im  bardzo  pomógł.  Zastanawiała  się,  czy  warto  w  tej  sytuacji,  kiedy
wszystko dobrze się układa, tak ryzykować. Adam zapewnił ją jednak, że wszystko pójdzie gładko, że nie ma lepszej
okazji niż dziś i ta akcja raz na zawsze zakończy ich niegodziwą działalność.

Zaparkowała zgodnie z instrukcją Adama i ruszyła w kierunku domu Orłowskich. Na chodniku przed bramą czekał na
nią jej współlokator... z kwiatami. Po co mu te kwiaty?

–  Wytłumaczę  ci  po  drodze  –  zaczął,  jak  tylko  podeszła.  Otworzył  przed  nią  furtkę  i  znaleźli  się  przed  domem

Orłowskich.  –  Okno,  przez  które  ostatnio  wchodziliśmy,  ma  już  nie  tylko  nową  szybę,  ale  też  kraty.  Zostało  nam
okienko w kotłowni – tłumaczył. – Wyciąłem już szybę z ramy. Tylko ją pchniesz i wchodzisz. Ja się przez takie małe
okno nie przecisnę.

– Mam wejść sama?
–  Tak.  Wejdziesz  i  otworzysz  mi  drzwi  wejściowe.  Ja  będę  tymczasem  stał  z  kwiatami  i  udawał  gościa

background image

Orłowskiej. Na kamery nie zwracaj uwagi. To atrapy.

Atrapy  czy  nie,  Agnieszka  opatuliła  twarz  szalikiem  i  założyła  na  głowę  kaptur  od  płaszcza.  Miała  na  nogach

kozaki  na  obcasie  i  trochę  jej  było  niewygodnie  wciskać  się  w  takim  eleganckim  stroju  przez  mikroskopijne  okno.
Kiedy  jednak Adam  do  niej  zadzwonił,  wychodziła  z  pracy  i  nie  miała  okazji  się  przebrać.  Zeskoczyła  wprost  na
węgiel i pobrudziła sobie rękawiczki i spodnie na kolanach. Ruszyła znanymi już schodami na górę. Mimo że dom był
pusty, cały czas miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Czas docierania do drzwi dłużył jej się niemiłosiernie. Z ulgą
wpuściła Adama i przekręciła za nimi zamek w drzwiach.

–  Świetna  robota  –  pochwalił  chłopak  i  wcisnął  kwiaty  do  najbliższego  wazonu.  Schodami,  na  których  ostatnio

wyzionął ducha Orłowski, ruszyli w górę.

– Ile spodziewasz się znaleźć tych książek-sejfów? – zapytała, gdy byli już w gabinecie jej eksszefa.
– Nie wiem. Może kilkanaście, a może kilkadziesiąt. – Adam wyjmował kolejne książki. Otwierał i odkładał na

półkę.

– Mam brudne rękawiczki. Nie pomogę ci.
– Nie ma sprawy, stań za firanką i patrz w okno.
Sam zabrał się za wyjmowanie i chowanie kolejnych książek. Na pierwszej z półek nie było żadnej atrapy.
– Adam!
– Co?
– Orłowska!
–  Gdzie?  –  Ostrożnie  wyjrzał  przez  okno.  Przed  bramą  zatrzymała  się  taksówka,  z  której  wysiadła  elegancka

kobieta i młody, może dwudziestopięcioletni chłopak. Oboje opaleni i w dobrych humorach. Wbrew pozorom kobieta
w znacznie lepszym. Orłowska zapłaciła za taksówkę, a chłopak wziął obie walizki. Szli w stronę domu.

– O Boże, co my teraz zrobimy? – wyszeptała przerażona dziewczyna.
– Co zrobiłaś z szybą?
– Położyłam ją na zewnątrz, na ziemi. Chciałam wstawić, jak wyjdziemy – wyrzucała z siebie nerwowo.
– Spokojnie. Nie pójdą tam. Może w ogóle nas nie zauważą.
– Nie chcę ich zabijać – mówiła płaczliwym głosem.
– Ciii...
Para weszła do domu. Dało się słyszeć entuzjastyczną rozmowę. Adamowi przypomniały się kwiaty. Oby nie byli

zbyt spostrzegawczy.

Kiedy skierowali się na schody, Agnieszka z Adamem, ściśnięci pod biurkiem, wstrzymali oddech.
Orłowska  szła  pierwsza,  co  można  było  poznać  po  stukocie  obcasów,  których  widać  nie  miała  zwyczaju

zdejmować nawet w domu. Jej chłoptaś wciąż dźwigał walizki.

Kobieta paplała, dopóki za nią i kochankiem nie zamknęły się drzwi sypialni.
Agnieszka się poruszyła, ale Adam ją powstrzymał.
– Może będą szli do łazienki, a zauważyłem, że wchodzi się do niej z korytarza – wyszeptał.
– Zobacz, która godzina. Zaraz muszę odebrać Anię – odpowiedziała nerwowym szeptem.
– Odbierzesz na czas. Wyjdziemy, jak się w tej sypialni bardziej zadomowią.
Adam  nie  chciał  wychodzić  bez  książek.  Już  wiedział,  które  zawierają  kasę.  Był  głupi,  że  wcześniej  o  tym  nie

pomyślał.  To  oczywiste,  że  muszą  wyglądać  jak  ta  pierwsza  książka-sejf,  przecież  najpewniej  były  kupowane
w  zestawie.  Mogą  się  różnić  jedynie  kolorem  okładki.  Ogarnął  wzrokiem  półki.  Naliczył  ich  11,  a  więc  w  sumie
Orłowski miał ich 12. Tuzin. Nawet pasuje.

Ponownie  usłyszał  Orłowską.  Opuszczała  sypialnię,  śmiejąc  się  piskliwie.  Zniknęła  w  łazience.  Chwilę  później

usłyszeli  szum  wody.  Spojrzeli  po  sobie  porozumiewawczo,  ale  żadne  z  nich  nie  było  w  stanie  określić,  czy  jej
chłopak też jest w łazience.

Adam  postanowił  zaryzykować  wstanie  spod  biurka,  jednak  Agnieszka  przytrzymała  go  za  rękę.  W  tej  samej

chwili usłyszeli kroki na korytarzu. Wstrzymali oddech. Adam przesunął się spod biurka w stronę kominka. Chwycił
pogrzebacz. Agnieszka spojrzała na niego z wyrzutem. Nie chciała kolejnej ofiary.

Chłopak czaił się pod łazienką Orłowskiej, nie wiedząc zapewne, czy wdowa liczy na to, że do niej dołączy, czy

może zdzieli go w twarz. Jeśli się nie zdecyduje, odbierze im najlepszą okazję ucieczki.

Adam  nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać  napięcia.  Wstał  i  trzymając  pogrzebacz  w  ręce,  cicho  podszedł  do  regału.

background image

Zsunął plecak z ramion, delikatnie go otworzył i zaczął wypełniać kolejnymi tomami. Agnieszka także zdecydowała
się  na  opuszczenie  kryjówki.  Nie  mogła  siedzieć  bezczynnie.  Postanowiła  stanąć  na  czatach.  Oczami  wyobraźni
widziała,  jak  chłopak  Orłowskiej  postanawia  zajrzeć  do  gabinetu,  a Adam  ogłusza  go  pogrzebaczem.  Jeśli  tak  się
stanie, tym razem nie ujdzie im to płazem.

Podskoczyła przerażona.
– Spokojnie – szepnął Adam, który znienacka położył jej rękę na ramieniu. – Mam wszystko. Zaraz wychodzimy.
– On tu łazi! – odszepnęła mu z wyrzutem. Stali teraz w kącie przy drzwiach, by osoba, która wejdzie, nie mogła

ich w pierwszej chwili zauważyć. Adam ściskał pogrzebacz.

Ponownie  usłyszeli  Orłowską.  Wyszła  z  łazienki.  Roześmiała  się,  widząc  niezdecydowanego  chłopaka  pod

drzwiami.

– A kto jest taki wstydliwy? – żartowała z kochanka. – Mój misio pysio? Mój kotek łaskotek?
Kochanek tylko pomrukiwał zażenowany.
Agnieszka z Adamem z trudem powstrzymali śmiech.
Para  udała  się  do  sypialni,  jednak  nie  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Stali  więc  nieruchomo,  nasłuchując,  co  się  tam

dzieje.

Orłowska  nieprzerwanie  poniżała  chłopaka  żartobliwymi  określeniami,  które  bardziej  pasowały  do  kociaka  niż

rosłego mężczyzny. Jego odpowiedzi, jeśli jakakolwiek była, nie byli w stanie usłyszeć.

Chwilę później oboje niemal podskoczyli z przerażenia. Po całym dom rozniósł się potworny krzyk Orłowskiej,

który  dosłownie  po  kilku  sekundach  całkowicie  ucichł.  I  to  przeraziło  ich  najbardziej.  Stali  jak  wryci.  Nie  byli
w stanie się poruszyć. Agnieszka tak zbladła, że Adam wystraszył się, iż jeszcze zemdleje i skończą jak Orłowska –
uduszeni przez niedowartościowanego kochanka.

Tymczasem chłopak wybiegł z sypialni na korytarz.
– Co ja zrobiłem?! Co ja zrobiłem?! – krzyczał do siebie w szale.
Stając pod drzwiami gabinetu, usłyszeli, jak wystukuje numer na komórce.
–  Policja?!  –  krzyczał,  sapiąc  jednocześnie  jak  po  przebiegnięciu  maratonu.  –  Zabiłem  ją!  Zabiłem  Elwirę

Orłowską! Przyjedźcie!

Adam  przytrzymał  Agnieszkę  przed  nieuchronnym  upadkiem.  Byli  w  pułapce.  Są  w  cudzym  domu  razem

z psychopatą, trupem, a za moment przyjadą tu jeszcze gliny.

Trzymając dziewczynę za rękę, wybiegł z gabinetu i uderzył chłopaka z całej siły w głowę pogrzebaczem. Włożył

narzędzie do wazonu i pokierował ich na schody. Zabrał kwiaty i wychodząc, kazał Agnieszce zachować spokój.

– Idziemy powolutku jak gdyby nigdy nic – tłumaczył. – Wybieraliśmy się do wdowy z wyrazami współczucia, ale

nikogo nie zastaliśmy. Idź prosto i nie patrz ludziom w oczy.

Agnieszka szła jak zahipnotyzowana i nie wyglądała specjalnie naturalnie.
Plecak ciążył mu niebotycznie, ale musiał być opanowany za dwoje. Kiedy wyszli już z posesji, otwierając sobie

furtkę kluczem, który para zostawiła w zamku, objął Agnieszkę ramieniem.

– Jeszcze moment i będziemy w samochodzie. Może chcesz zostawić swoje auto i wrócimy razem?
– Nie. Dam radę – wyszeptała, mimo że mogli już rozmawiać normalnie.
– Jedź pierwsza. Pojadę za tobą.

Agnieszka  skręciła  w  stronę  przedszkola,  a Adam  pojechał  prosto  do  domu.  Czuł,  że  z  nerwów  okrutnie  się  spocił.
Nie pamiętał, jak pokonał trasę. Przed oczami miał obrazy i dźwięki z domu Orłowskich. Widział czekającego pod
łazienką  chłopaka.  Słyszał  obraźliwe  słowa  wdowy.  Oczami  wyobraźni  widział,  jak  kochankowi  puszczają  nerwy
i  w  afekcie  dusi  swoją  sponsorkę.  Schował  samochód  i  z  ulgą  przyjął  fakt,  że  od  mieszkania  dzieliło  go  już  tak
niewiele. Plecak, który zarzucił na ramię, ciążył mu niesamowicie.

Po  wejściu  na  klatkę  schodową  natknął  się  jednak  na  sąsiadkę  i  napięcie  powróciło.  Nie  chciał  rozmawiać

z kobietą ani sekundy. Nie mógł jednak zwracać na siebie uwagi nagłym chamstwem.

– Dzień dobry! – wysilił się na lekki ton.
– O, dzień dobry, a co pan taki zmachany, panie Adamie?
– A nic, chyba grypa mnie rozbiera – rzucił niecierpliwie.
O nie! Nie do wiary! Naprawdę zaczął temat chorób?! To jakiś koszmar!

background image

Zanim sąsiadka opowiedziała mu o przypadłościach wszystkich członków jej rodziny, był mokry od potu.
Z  opresji  wybawił  go  dzwonek  komórki.  Przeprosił  i  popędził  na  górę,  szukając  jednocześnie  telefonu  po

kieszeniach. Niestety miał go w plecaku.

Drzwi  wejściowe  otwierał  w  takich  nerwach,  jakby  się  paliło.  Telefon  dzwonił  nieprzerwanie.  Wszedł  do

mieszkania,  zamknął  za  sobą  drzwi,  zrzucił  plecak  i  kompletnie  bez  sił  usiadł  na  podłodze,  opierając  się  o  ścianę.
Telefon  nadal  dzwonił.  Wziął  kilka  głębokich  wdechów.  Pot  spływał  mu  do  oczu.  Zaczął  walczyć  z  zamkiem  od
kurtki. Kiedy wreszcie ją z siebie zdjął, rzucił jak najdalej od siebie. Komórka zamilkła i rozdzwoniła się na nowo.
Podeszła do niego Niutka, jak zwykle głodna i zła.

Z tego wszystkiego zaczął się nerwowo śmiać. Niutka miauczała, telefon dzwonił, a on się śmiał jak głupi do sera.
Kiedy  kotka  zaczęła  walczyć  z  plecakiem,  by  tradycyjnie  dać  do  niego  nura  i  umościć  sobie  legowisko,

postanowił wreszcie odebrać komórkę. Dzwoniła Agnieszka. Opanowanie wróciło w mgnieniu oka.

– Adam, odebrałeś Anię? – zapytała ostro, zanim zdążył powiedzieć: „słucham”.
– Nie... – przestraszył się. – Co się stało?
– Nie ma jej w przedszkolu! – dziewczyna była rozhisteryzowana. – Wychowawczyni jej grupy mówi, że wydała

ją tacie. Jest nowa. Myślałam, że mówi o tobie...

– Zaraz tam będę!
Ignorując plecak, chwycił tylko kurtkę, zamknął drzwi na jeden zamek i zbiegł do garażu. Jadąc, miał przed oczami

artykuł  na  temat  powrotu  do  zdrowia  złodzieja,  którego  katowali  z  Agnieszką.  Miał  przeczucie,  iż  to  właśnie  on,
w  zemście,  a  może  dla  okupu,  porwał Anię.  Dlaczego  go  to  spotyka?  Teraz,  kiedy  wszystko  się  poukładało.  Kiedy
mógł być z Agnieszką, kiedy skończyły się ich problemy finansowe, kiedy mogli robić w życiu to, na co mają ochotę,
a  nie  to,  co  muszą.  Bał  się  o  Anię  i  chyba  jeszcze  bardziej  o  Agnieszkę.  To  dla  niej  za  dużo.  Ta  dziewczyna
kompletnie się załamie.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XVI

Zastał Agnieszkę na korytarzu w przedszkolu. Wyglądała na kompletnie zdruzgotaną.

Podbiegła, gdy go zobaczyła, a on uściskał ją z całej siły.
– Ustaliłaś coś?
–  Trochę  –  przyznała  bardzo  zdenerwowana.  –  Dyrektorka  przedszkola  zadzwoniła  do  nauczycielki,  która  miała

dyżur  do  15.  Ta  opisała  mężczyznę  jako  wysokiego  i  szczupłego.  Jej  zdaniem  był  „ciemny”.  Zaraz  tu  przyjedzie
i dopytam się więcej. Myślisz, że to... złodziej?

– Też o nim pomyślałem. Podobno doszedł do siebie...
– Boże, nie możemy nawet wezwać policji! – wpadła w lament. – Co powiemy? Że podejrzewamy gościa, którego

niedawno ogłuszyliśmy, wywieźliśmy do lasu, rozebraliśmy i pozostawiliśmy na pewną śmierć?

– Spokojnie. – Położył ręce na jej ramionach. – Zaraz dowiemy się więcej. Jeśli on ją porwał, to na pewno dla

okupu. Po co mu dziecko? Nie jest jakimś zboczeńcem przecież. Na pewno chodzi mu o okup, a akurat pieniędzy nam
nie brakuje. Spokojnie, usiądźmy, zastanówmy się na spokojnie i przyjmijmy jakiś plan działania.

Usiedli w szatni, gdzie wisiało jeszcze kilka kurtek dzieci, których rodzice pracowali do późna.
Agnieszka rozpłakała się. Przytulił ją.
– Dzwoniłaś do niej? – zapytał retorycznie.
– Tak, ma wyłączony telefon – załkała.
– Uspokój się. Na pewno są gdzieś w okolicy. O której ją zabrał?
– Jakieś dwie godziny temu. Gdybym nie poszła... – znów wybuchła płaczem.
– Przestań! Jeśli miał taki plan, to i tak by go zrealizował. Mamy przewagę, bo znamy jego adres, o czym może nie

wiedzieć. Pojedźmy tam, dobrze?

– Miałam czekać na tę nauczycielkę – powiedziała, ocierając łzy.
– To weź jej numer i zadzwoń.
– Nie dają prywatnych numerów.
– To zostaw swój. Niech zadzwoni do ciebie najszybciej, jak to będzie możliwe, a my już jedźmy.
– To karma – wychlipała, gdy szli do jego samochodu.
Nic nie odpowiedział.

W drodze do Pszczółek nie rozmawiali ze sobą. Agnieszka trzymała w ręku telefon, licząc na to, że zadzwoni Ania,
porywacz, nauczycielka lub ktokolwiek, kto jej pomoże. Na przemian płakała i milczała. Adam nie wiedział, co jest
gorsze.

Adres  złodzieja  –  potencjalnego  porywacza  –  znalazł  bez  problemu.  Zaparkował  tak,  aby  sąsiedzi  nie  widzieli

z okien jego rejestracji.

– Ja pójdę, ty zostań – zdecydował. Bał się, że stało się najgorsze i Agnieszka to zobaczy.
Oczywiście  nie  chciała  o  tym  słyszeć,  ale  przekonał  ją,  że  po  pierwsze  musi  czekać  na  telefon,  a  po  drugie,

w razie gdyby długo nie wracał, ma zaryzykować i wzywać policję.

– Boże, a jak on tobie coś zrobi? Skoro porwał Anię, to wszystko wie... – znów uderzyła w płacz. – Nawet nie

możemy wezwać policji – chlipała.

–  Uspokój  się.  Nie  możemy  zwracać  na  siebie  uwagi  sąsiadów.  Ponadto  sytuacja  wymaga  od  nas  naprawdę

trzeźwego podejścia. Idę. Czekaj tu.

Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Płacz nie pomagał. Czuła się kompletnie bezradna. Chciwość odebrała jej dziecko.
Tyle by dała, żeby cofnąć czas i zjawić się po Anię o tej porze co zwykle. Nie była osobą wielkiej wiary. W życiu
Kościoła nie uczestniczyła wcale. Nawet Ani nie ochrzciła. Fakt, że poza jej stosunkiem do katolicyzmu wpływ na to
miały  takie  obiektywne  czynniki  jak  brak  pieniędzy  i  potencjalnych  chrzestnych.  Teraz  jednak  splotła  ręce  i  zaczęła
błagać Boga, by oddał jej córkę, a jest gotowa się nawrócić.

Kiedy targowała się ze Stwórcą, rozdzwoniła się jej komórka. Obcy numer. Może porywacz? Jeśli tak, to z kim

teraz rozmawia Adam?

background image

Była to nauczycielka Ani. Zanim Agnieszka zdążyła powiedzieć „halo”, ta już mówiła:
– Tak strasznie mi przykro. Ten człowiek mówił, że jest ojcem dziecka. Ja dopiero rozpoczęłam tu pracę.- Prawie

płakała do telefonu. – Czy mamy wzywać policję?

–  Nie!  –  zaprotestowała  trochę  zbyt  gwałtownie  i  szybko  się  opanowała.  –  Proszę  mi  jeszcze  raz  opisać

człowieka, który wyszedł z moją córką.

– Wysoki, zbudowany...
– Zbudowany? Podobno mówiła pani, że szczupły?
– Tak. Szczupły, ale w sensie wysportowany, zadbany, nie taki z brzuchem.
„No cóż, najwidoczniej inaczej postrzegają sportową sylwetkę” – pomyślała.
– Podobno mówiła pani, że ma ciemne włosy.
– Nie mówiłam tak! – zdziwiła się młoda nauczycielka. – Mówiłam, że ciemny. W sensie, że ciemna karnacja.
–  Ciemna  karnacja  czy  opalenizna?  – Agnieszce  zakręciło  się  w  głowie. Adam  niepotrzebnie  tam  szedł.  To  nie

złodziej odebrał Anię. Spojrzała na dom, ale niczego nie zauważyła. Nie dobiegły też do niej żadne odgłosy.

– No chyba opalenizna... – dało się wyczuć zdenerwowanie nauczycielki.
– A jakie miał włosy?
– Nie wiem, miał czapkę...
– A ile mógł mieć wzrostu?
– Ja mam 170, a on był znacznie wyższy ode mnie. Nie wiem, może nawet 190.
– Jak był ubrany? – Agnieszka nie spuszczała domu z oczu.
– W płaszcz, ale nie pamiętam koloru. W każdym razie nie wyglądał na biednego. Raczej na eleganckiego, co mnie

zmyliło... Miał w ręku kluczyki, więc na pewno przyjechał samochodem.

To jej wystarczyło. To nie złodziej porwał Anię. To Mariusz.

Adam  zapukał  do  mieszkania,  a  kiedy  nikt  nie  odpowiedział,  nacisnął  na  klamkę.  Drzwi  były  otwarte,  co  na  wsi
niekoniecznie oznaczało, że ktoś jest w domu.

Znalazł się w kuchni, w której czas się zatrzymał. Zobaczył piec kaflowy, piecyk węglowy typu koza, na którym

stał  usmolony  od  gazu  czajnik  z  aluminium.  Stał  tu  także  obdrapany  drewniany  stół  z  dwoma  krzesłami  i  beżowa
komoda z witryną. Jego babcia miała podobną, tylko jakieś 20 lat temu. Ogólnie panował tu syf i zaduch. Po pokrytej
linoleum  podłodze  walały  się  butelki  po  tanim  winie  i  puszki  po  piwie.  W  rogu  stała  miotła  i  szufelka.  Póki  co
wszystko wskazywało, że chatę zamieszkuje biedny pijak, a nie morderca i pedofil.

Nagle ktoś z całej siły uderzył go w głowę. Upadł na ścianę, a potem na podłogę.

Jeśli Ania  jest  z  Mariuszem,  to  raczej  krzywda  jej  się  nie  stanie. A  już  na  pewno  nie  taka  jak  ze  strony  złodzieja.
Zadzwoniła do Eweliny, koleżanki z policji. Poprosiła ją o sprawdzenie obecnego adresu Mariusza.

– Wszystko ci wyjaśnię, ale teraz nie mogę. Sprawdź, proszę, jak najszybciej.
–  Dobra,  zaraz  napisze  ci  esa  –  nie  powiedziała  nic  więcej,  bo  za  udostępnienie  takich  danych  mogłaby  stracić

ciepłą państwową posadę.

Po  chwili  przeszedł  SMS: Orzechowa  7,  Rumia.  To  zamieszkania.  Świętojańska  98/99,  Gdynia.  To  do

kancelarii. PS Ma 10 punktów i jeździ na nieaktualnym przeglądzie :]

Do Rumi mają kawałek, a Adam nadal nie wraca. Postanowiła, że po niego pójdzie.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XVII

Adam  przewrócił  się.  Choć  odczuł  okrutny  ból  głowy,  nie  stracił  przytomności.  Chwycił  za  miotłę  i  ostrożnie
odwrócił  się  w  stronę  napastnika.  Był  nim  złodziej,  człowiek,  którego  potraktował  młotkiem,  rozebrał  do  naga
i zostawił na pewną śmierć zimą w lesie.

Wyglądał  na  osobę  po  przejściach,  miał  bandaż  na  głowie,  ale  też  nieobliczalność  w  oczach.  Mierzył  w  jego

stronę metalową chochlą do węgla. Adam asekurował się miotłą.

– Czego chcesz? Coś ty za jeden?
A więc go nie rozpoznał.
– Szukam dziecka. Małej dziewczynki. Podobno tu wchodziła – skłamał.
– Nie ma tu żadnej dziewczynki. Masz mnie za zboka? – Zamachnął się chochlą, ale Adam odskoczył w porę.
– Chciałbym sprawdzić dom.
– Oszalałeś pan?! Jestem tu sam.
– W takim razie wzywam policję.
– Zaraz ja wezwę! – potrzasnął chochlą ostrzegawczo.
Cóż, punkt dla złodzieja.
Facet  chyba  fatycznie  nic  nie  wie  o  Ani.  Muszą  szukać  dalej.  Miał  wstawać,  gdy  usłyszał  wołanie  Agnieszki.

Szukała go.

– Adam, co się dzieje? Tu nie ma Ani. Wiem, gdzie jest!
Złodziej spojrzał na Agnieszkę i choć nie wyglądał na bystrzaka, zmrużył oczy i pokiwał głową.
– To wy! – Zamachnął chochlą raz przed Adamem, raz przed Agnieszką.
Adam zdzielił go z całych sił kijem od miotły. Facet upadł nieprzytomny.
– Nie chciałem – rzucił przepraszające spojrzenie dziewczynie.
Ta machnęła tylko ręką i pobiegli do samochodu.
Po  drodze  streściła  mu  to,  czego  się  dowiedziała.  Opowiedziała  też  o  tym,  jak  widziała  Mariusza  i  jego  żonę

w Przywidzu. Zdawało jej się, że ich nie dostrzegł, ale najwidoczniej było inaczej. Wypatrzył Anię. Tylko czego od
niej chce? Pieniądze ma, dzieci na pewno planuje z żoną. Nieślubna córka raczej nie jest mu do szczęścia potrzebna.
Wręcz przeciwnie, sama informacja o jej istnieniu mogłaby zaszkodzić jego małżeństwu i karierze. O co mu chodzi?!

Zaparkowali  przed  otoczoną  zielenią  willą.  Brama  wjazdowa  była  otwarta,  a  wyłożone  polbrukiem  rondo
doprowadziło ich pod same drzwi. Tym razem Agnieszka kazała Adamowi zostać w aucie.

Roztrzęsiona przycisnęła dzwonek i dodatkowo niecierpliwie zapukała. Niemal natychmiast w drzwiach pojawiła

się  kobieta.  Nie  przypominała  żony  Mariusza,  którą  widziała  na  nartach.  Czyżby  pomyliła  adresy? A  może  Ewelina
miała  nieaktualne  dane?  Kobieta,  która  otworzyła  jej  drzwi,  mogła  mieć  maksymalnie  35  lat.  Postarzała  ją  jednak
tusza i styl ubierania: spódnica do kostek i szary sweter z golfem. Miała jasne, krótko ścięte włosy. Nosiła okulary
w niemodnych oprawkach. Patrzyła na Agnieszkę wyczekująco, ale nie złośliwie.

– Czy zastałam Mariusza Lewandowskiego?
– Taka osoba tu nie mieszka – powiało chłodem od, wydawać by się mogło, miłej osoby.
–  Przepraszam,  pomyliłam  adres  –  wybąkała  i  już  chciała  wracać  do  samochodu,  gdy  kobieta  wyjaśniła

łagodniejszym tonem:

–  Nie  pomyliła  się  pani.  Mąż  już  tu  nie  mieszka.  Jest  pani  klientką?  –  Spojrzała  w  stronę  samochodu

i zniecierpliwionego Adama.

– Tak jakby. Czy może mi pani powiedzieć, gdzie go zastanę? To bardzo...
– Nie wiem – przerwała jej. – Nie interesuję się tym. Zapewne była pani w  Gdyni  i  wie,  że  on  już  nie  pracuje

z moim ojcem. Nie mam pojęcia ani gdzie obecnie mieszka, ani gdzie podejmuje klientów.

Agnieszka  przeprosiła  i  wróciła  do  samochodu.  Kazała  Adamowi  jechać  z  powrotem  do  Gdyni.  Dopiero  jak

wyjechali z Rumi, opowiedziała mu o tym, co usłyszała od eksżony Mariusza.

– Rozwodzą się. Nie ma pojęcia, gdzie jest. A jak mu coś odwaliło? Jak wywiezie Anię za granicę? – Agnieszka

znów zaczęła się rozklejać.

background image

– Jaki ma samochód? Może gdzieś go zauważymy.
– Nie wiem, nie zapytałam. Zaraz napiszę do Eweliny.
Po chwili wypatrywali najnowszego czarnego modelu mondeo.

Krążyli  po  Trójmieście,  w  milczeniu  obserwując  mijające  samochody.  W  Gdyni  zatrzymali  się  przy  Skwerze
Kościuszki.  Kiedy Agnieszka  była  z  Mariuszem,  lubili  tutejsze  knajpki,  w  których  piło  się  piwo  i  śpiewało  szanty.
Pomyślała więc, że może zabrał Anię do oceanarium. Obeszli wszystkie parkingi. Nie znaleźli mondeo o rejestracji,
jaką podała Ewelina. Zrezygnowali więc ze spaceru w kierunku plaży i ponownie wsiedli do samochodu.

– Gdzie teraz? – zapytał Adam.
– Do Sopotu. Mariusz uwielbiał łazić po Monciaku.

Bez rezultatów przetrzepywali kolejny parking w okolicy Bohaterów Monte Casino, a w głowie Agnieszki rodziły się
czarne scenariusze. Może kobieta, z którą był na nartach, dowiedziała się, że Mariusz ma córkę. Czyżby namówiła go,
by ją dla niej porwał? Kobiety, które nie mogą mieć dzieci, potrafią być nieobliczalne w dążeniu do macierzyństwa.
Może uciekli za granicę? Być może oboje nie mają czego szukać w Polsce i uknuli taki plan?

Zaczęła grzebać w torebce, bo usłyszała dźwięk SMS-a. Adam przystanął razem z nią. To był MMS. Na zdjęciu

była Ania. Roześmiana. Zdjęcie zostało zrobione z ręki. Z jej ręki.

Bez słowa przekazała telefon Adamowi.
– Gdziekolwiek jest, nic jej nie grozi. Widać, że dobrze się bawi. No i ma już włączony telefon.
Agnieszka spróbowała się połączyć, jednak nikt nie odebrał.
Z przerażeniem spojrzała na Adama.
–  Spokojnie.  Sądząc  po  zdjęciu,  są  gdzieś  na  basenie.  Te  szafki  za  nią  wyglądają  jak  z  aquaparku.  Tego  tu,

w Sopocie. Widocznie wyłączył jej telefon, a gdy poszła się przebierać, włączyła go i wysłała ci zdjęcie. Zapewne
chciała pokazać, że dobrze się bawi. Przecież SMS-ów pisać nie potrafi.

– Dlaczego nie zadzwoniła?
– To dzieciak. Rozpracowała robienie zdjęć i chciała się pochwalić.
– A dlaczego teraz nie odbiera?
– Może już wyszła się kąpać i zostawiła telefon w szafce.
– Masz rację. Jedźmy tam!
– Poczekaj!
– Co?
– Pokaż jeszcze raz to zdjęcie.
– Co chcesz zobaczyć?
– Niestety, nie zastaniemy ich w aquaparku – stwierdził. – Zobacz, ma mokre włosy. Już się kąpali. Teraz mogli

pojechać gdzie indziej.

– Faktycznie – ponownie przyznała mu rację, tym razem z zawodem w głosie.
– Ale są w Polsce, a nawet w Trójmieście. A może wciąż w Sopocie? Nic jej nie grozi. Do końca dnia będzie

z nami.

– Tylko gdzie teraz ją zabrał?
– A gdzie ty byś ją zabrała po basenie?
Zaczęła się zastanawiać.
– Do McDonalda! – powiedzieli w jednej chwili.

McDonald’s  miał  restaurację  na  Bohaterów  Monte  Casino,  więc  puścili  się  biegiem  przez  deptak,  potrącając  ludzi
i  ignorując  ich  oburzenie.  Do  knajpki  wpadli  zdyszani.  Na  miejscu  rozdzielili  się,  by  szybciej  odnaleźć  mężczyznę
z  dzieckiem.  Po  chwili  jednak  spotkali  się  w  tym  samym  miejscu.  Nigdzie  ich  nie  było.  Agnieszka  usiadła  przy
pierwszym lepszym stoliku i ukryła twarz w dłoniach.

Adam wciąż nerwowo rozglądnął się po restauracji lub wyglądał na ogród.
Gdzie mogli pojechać? Po basenie na pewno postanowili coś zjeść. Może skorzystali z baru w aquaparku? Jednak

jeśli nawet zaraz tam pojadą, to i tak mogą już ich nie zastać. A może Mariusz zabrał ją do swojego mieszkania? Tylko

background image

dokąd, skoro nawet żona nie zna jego adresu? Szanse na zalezienie Ani robiły się coraz mniejsze, ale wolał nie mówić
tego Agnieszce. Była kompletnie rozbita. Pomysł z McDonaldem rozbudził w nich nadzieje, które okazały się płonne.
Nie miał innych pomysłów. Nie wiedział, jak pocieszyć zdruzgotaną matkę, która miała tylko córkę, nikogo więcej.

– Siedź tu i obserwuj parking. Idę sprawdzić łazienki – poinformował dziewczynę, która podniosła mokrą od łez

twarz. Kiwnęła głową na zgodę.

Przypomniała mu się historia, którą usłyszał w swojej znienawidzonej w pracy. Opowiadała ją któraś ze skwarek,

więc był pewien, że jest nieprawdziwa, ale i tak zrobiła na nim wrażenie.

Podobno  działo  się  to  w  gdańskiej  Ikei.  Młode  małżeństwo  kupowało  meble  dziecięce.  Towarzyszyła  im

córeczka.  W  pewnej  chwili  rodzice  zauważyli,  że  dziecko  zniknęło.  Powiadomili  ochronę,  która  natychmiast
zablokowała  wszystkie  wyjścia  i  poinformowała  klientów,  że  nie  mogą  się  przemieszczać.  Po  kilkunastu  minutach
poszukiwań dziecko znaleziono w łazience. Dziewczynka miała ogoloną główkę i była przebrana w chłopięce ciuszki.
Spała  odurzona  jakimiś  lekami.  Gdyby  nie  natychmiastowa  interwencja,  zostałaby  niepostrzeżenie  wywieziona
dziecięcym wózkiem poza market i być może oddana zagranicznej rodzinie do adopcji. Na rodzica z małym chłopcem
nikt nie zwróciłby uwagi. Wszyscy szukaliby dziewczynki.

Agnieszka z trudem skupiała się na podjeżdżających samochodach, spacerowiczach i ludziach masowo wchodzących
do  McDonalda.  Z  nerwów  nie  mogła  się  skupić,  nie  potrafiła  jasno  pomyśleć  o  zwyczajach  Mariusza.  Okazał  się
innym człowiekiem od tego, z którym była przed laty. Dawny Mariusz, po pierwsze, nie cierpiał dzieci i na pewno nie
zabrałby  żadnego  na  basen,  a  już  na  pewno  nie  chciałby  mieć  małego  człowieka  pod  swoją  opieką.  Jeśli  się  nie
zmienił, a nie wierzyła w ludzkie metamorfozy, na pewno za jego zachowaniem kryje się jakiś podstęp. Tylko czego
od niej chce, skoro na córce na pewno mu nie zależy? Pieniędzy? Na pewno nie od niej, samotnej matki, zatrudnionej
jako nauczycielka. Może to jakaś chora zemsta na byłej żonie? Może chęć zaimponowania innej kobiecie? W końcu
nic nie wzrusza damskiego serca bardziej od widoku opiekuńczego ojca ze śliczną dziewczynką.

W ogródku restauracji, w którym masy wychodzących i wchodzących do knajpki zlewały się ze sobą, mignęła jej

czerwona kurtka. Poczuła ból w piersi. Serce biło jak oszalałe. Poderwała się do wyjścia. Nie spuszczając wzroku
z czerwonego koloru, przedzierała się przez głodny tłum tarasujący drzwi wejściowe.

– Ania!
Dziewczynka ucieszyła na widok matki i szybko do niej podbiegła. Agnieszka wzięła dziecko na ręce i przytuliła

mocno,  by  nikt  go  jej  nie  odebrał.  Mariusz  stał  niewzruszony  jak  gdyby  nigdy  nic.  Nie  uciekał,  nie  wyglądał  na
przestraszonego. Czyżby oszalał?

– Ania, co ci mówiłam o obcych? Dlaczego to zrobiłaś? Przecież jesteś mądrą dziewczynką, wiesz dobrze, że tak

nie wolno! – Była szczęśliwa i zła jednocześnie, jak każda matka w takiej sytuacji.

– Ale to mój tata. Powiedział, że do nas wraca!
–  To  nie  twój  tata  –  powiedziała,  cedząc  słowa,  które  zrobiły  wrażenie  nawet  na  niej  samej.  Jeszcze  przed

momentem bardzo szczęśliwe dziecko było teraz przerażone. – Nie płacz. – Przytuliła córkę.

Mariusz podszedł do nich fałszywie zatroskany.
– Wynoś się – syknęła z nieskrywaną odrazą. – Pożałujesz tego, co zrobiłeś. Odpowiesz za porwanie mojej córki!
– To także moja...
– Zamknij się!
Adam podbiegł do nich. Agnieszka bez słowa podała mu dziecko. Zrozumiał, że ma zostawić ich samych. Zabrał

Anię do środka.

– To twój facet? – zapytał, gdy zostali sami.
– Nie interesuj się! – Była wściekła. Gdyby nie ludzie, najpewniej rzuciłaby się na niego i chyba rozszarpała. –

Dlaczego porwałeś moją córkę? Czego chcesz od mojego dziecka?

– To także moje...
–  Zamilcz!  Zostawiłeś  mnie,  gdy  zaszłam  w  ciążę!  Wyparłeś  się  jej!  Nie  masz  do  niej  żadnych  praw  i  nawet

układy z samym Bogiem na nic ci się nie przydadzą!

– Nie chcę odbierać ci Ani – stwierdził spokojnie, z uśmiechem.
– Czego ode mnie chcesz? Czemu porwałeś moje dziecko?! Zgłoszę to na policję. Tak się skończy twoja kariera! –

krzyczała, aż ludzie się za nimi oglądali. – Chociaż z tego, co mówi twoja była żona, już się skończyła.

background image

Zdziwienie przemknęło przez jego twarz, ale nie przestawał się uśmiechać. Nie był to nawet ironiczny uśmieszek,

tylko dziwnie miły, niemal autentyczny.

– Aguś, kochanie, ja chciałem tylko spędzić trochę czasu z córką – mówił przepraszającym tonem. – Wiedziałem,

że nie dasz mi dziecka po tym, co ci zrobiłem, a tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Jest wspaniała, mądra i śliczna. Jak
ty.

– Co ci się stało? Oszalałeś? – Teraz to ją dopiero przeraził.
– Oszalałem, kiedy zostawiłem cię samą. Nie daruję sobie tego do końca życia. – Położył rękę na jej ramieniu, ale

strząsnęła ją jak natrętnego owada. – Chciałbym być ojcem dla Ani, chciałbym wszystko naprawić.

– Żartujesz sobie?! Odejdź z naszego życia! Jak tak kochasz dzieci, to czemu ich nie masz? Z tego, co wiem, byłeś

parę lat żonaty. A teraz masz chyba nową kobietę...

Jeśli się zdziwił tym, co o nim wie, nie okazał tego.
– Nie mogliśmy mieć dzieci – kontynuował najspokojniej w świecie i prawie zaczynała mu wierzyć. – Nie mam

nowej kobiety. W Przywidzu widziałaś mnie z przygodną dziewczyną. Nie mam już z nią kontaktu.

–  To  zabawiaj  się  dalej  i  daj  nam  spokój!  Żegnam!  –  Odwróciła  się  w  kierunku  restauracji,  ale  zatrzymał  ją,

chwytając za rękę.

– Puść mnie!
–  Nie.  –  Objął  ją  i  tym  razem  nie  zaprotestowała.  –  Nie  puszczę,  dopóki  mnie  nie  wysłuchasz.  Pozwól  mi  być

ojcem Ani. Proszę cię. Sama widzisz, jak bardzo chciałaby mieć tatę. Będę dobry, będę się bardzo starał. Proszę cię,
daj mi szansę.

Wiedziała, że Ania marzy o posiadaniu ojca. Zaczęła się zastanawiać. W sumie skoro faktycznie tak bardzo chce...
Dostrzegł jej wahanie i zaczął mówić z jeszcze większą żarliwością.
– Ten dzień był najszczęśliwszym w moim życiu. Już dawno chciałem zabrać ją z przedszkola, ale bałem się, że

nie będzie chciała ze mną pójść. Codziennie patrzę na wasze zdjęcie. Jak pomyślę, co straciłem...

– Jakie zdjęcie? Skąd masz nasze zdjęcie? – Agnieszka była wyjątkowa czujna pod tym względem, bo nigdy nie

założyła  konta  na  żadnym  serwisie  społecznościowym  i  nigdzie  nie  publikowała  zdjęć Ani.  Wystawianie  fotografii
dzieci w internecie w świecie pedofilów i kidnaperów uważała za głupotę i nieostrożność ze strony rodziców.

Mariusz  zmieszał  się,  celowo  lub  spontaniczne,  ale  najwyraźniej  postanowił  być  szczery  lub  takiego  grać  do

końca.

– Ukradłem ci z portfela – wyznał ze skruchą.
Agnieszce zakręciło się w głowie. Albo znalazł skradziony jej portfel, albo...
– Wynająłeś złodzieja, żeby mnie okradł! Czy ty wiesz...
– Jakiego złodzieja? O czym ty mówisz?
Chyba zbierał się koło nich mały tłum ciekawskich. Serial wenezuelski live.
– Skąd masz nasze zdjęcie? – zapytała ostatkiem cierpliwości.
– Byłem u ciebie w pracy w któreś mikołajki. Miałem dla was prezenty. Nie zastałem cię jednak w biurze. Nie

było też nigdzie twojej asystentki ani nikogo innego. Miałaś portfel na wierzchu. Wiedziałem, że będą w nim zdjęcia.
Zawsze tak robiłaś. Chciałem wyjąć same zdjęcie, ale było za tym plastikiem. Męczyłem się dłuższy czas, ale nagle
usłyszałem, że trzaskają gdzieś drzwi, więc zabrałam cały portfel. Nie miałaś pieniędzy. Przecież bym odesłał.

– Ale miałam dokumenty! – wybuchła i nic nie było w stanie jej powstrzymać. – Przez ciebie straciłam zaliczkę,

szansę  na  kredyt  i  na  własny  dom!  Od  tej  pory  tułam  się  po  stancjach!  Nie  nabiorę  się  na  twoją  nagłą  miłość!  Nie
wiem, co chcesz osiągnąć dzięki Ani, ale nie wierzę w twoje dobre intencje! Jesteś świetnym aktorem, a w dodatku
złodziejem!

– Ja jestem złodziejem? A to ciekawe bardzo!
Nowy Mariusz zniknął jak za dotknięciem różdżki.
– O co ci chodzi? – Agnieszka zamarła.
– Przestań ściemniać. – Nie patrzył już na nią z miłością, a raczej z obrzydzeniem. – Wiem wszystko o akcji pod

kryptonimem „Orłowski”. Jeśli nie chcesz pójść za kratki, lepiej przystań na moją propozycję. Inaczej i tak stracisz
córkę.

To było dla niej za wiele, ale nie mogła się załamać przy tym łachmycie. Odwróciła się na pięcie i na drżących

nogach odeszła w kierunku Adama i Ani.

background image

– Wiem, gdzie mieszkasz! – krzyknął za nią z satysfakcją w głosie.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XVIII

–  Wyjedźmy  gdzieś!  Przed  nami  sylwester  i  twoje  ferie.  Ja  do  swojej  pracy  nie  muszę  wracać.  –  Propozycja

Adama,  choć  kusząca,  nie  rozwiązywała  problemu  z  Mariuszem.  Nie  mogła  zrozumieć,  skąd  o  wszystkim  wiedział.
Śledził  ich?  Najwidoczniej  tak,  skoro  znał  przedszkole  jej  córki,  ich  stancję...  Jak  dużo  wiedział?  Czy  widział  oba
włamania, czy tylko jedno? Czy wie o przypadkowym zabójstwie Orłowskiego? A może też o wywiezieniu do lasu
złodzieja, który, jak się okazało, wcale jej nie okradł. Boże, skatowali niewinnego człowieka. Co jej w ogóle strzeliło
do głowy? Czy matka i nauczycielka tak się zachowuje? Kradnie, morduje, torturuje? Co się z nią stało?

Agnieszka nie odpowiedziała i dalszą drogę do domu pokonali w milczeniu.

Położyła  rozczarowaną  dziewczynkę  do  łóżka.  Serce  jej  pękało,  gdy  patrzyła  na  bezbrzeżnie  smutną,  zawiedzioną
dorosłymi córkę.

Kiedy opuszczała ich pokój, czekał na nią Adam. Przytulił ją i zaprowadził na kanapę.
Siedzieli przytuleni bez słowa. Bawił się jej włosami, a ona patrzyła tępo w przestrzeń. Nie mogła uwierzyć w to,

co się dziś wydarzyło. Włamanie i porwanie. Takie rzeczy nie zdarzają się przecież normalnym ludziom. Chyba że już
nie zaliczali się do normalnych...

– Znasz go. Myślisz, że jest zdolny spełnić swoje obietnice?
– Skoro nas śledził, to musi być bardzo zdeterminowany. Moim zdaniem jest zdolny.
–  Naprawdę  zależy  mu  na  dziecku?  Może  chce  naszych  pieniędzy?  Może  powinniśmy  zapłacić  mu  za  milczenie

i mieć spokój?

– Niczego mu nie zapłacę. Zresztą to są też twoje pieniądze.
– Daj spokój. Moje czy twoje... Co za różnica, jak wsadzi nas za kratki?
To nie mieściło jej się w głowie. Ta łajza chce jej odebrać szanse na nowe, szczęśliwe życie. Zabrać jej córkę.

Na samą myśl o utracie dziecka zaczęła płakać.

–  Wyjedźmy  gdzieś  –  przekonywał Adam.  –  On  chce  od  ciebie  albo  dziecka,  albo  pieniędzy.  Bez  jednego  lub

drugiego nie pójdzie na policję. Zresztą nie ma żadnych dowodów.

– Jest uznanym adwokatem. Uwierzą mu na słowo.
– Już nie jest, nie pracuje ze swoim teściem.
– A skąd wiesz, że nie robił nam zdjęć? Albo nie nagrał nas?
–  Nawet  gdyby,  musiałby  być  bardzo  blisko,  żeby  można  było  nas  zidentyfikować.  Na  pewno  byśmy  się

zorientowali, gdyby deptał nam po piętach.

– Sama nie wiem...
– Pomyśl, gdzie na pewno nie będzie cię szukał...
– To nieistotne. Przecież przeczekanie nic nie da.
– Da. Będziemy mogli na spokojnie pomyśleć.
–  Nie  wiem,  dokąd  moglibyśmy  jechać.  Gdzie  by  mnie  nie  szukał?  Na  pewno  u  rodziców.  Pewnie  wie  od

znajomych, że przez ciążę zostałam praktycznie wypisana z rodziny.

– Świetnie. To jedźmy do nich!
– Chyba oszalałeś!
– Ania będzie tam bardziej bezpieczna niż w jakimś hotelu. Będzie miał się kto nią zająć, jakbyśmy musieli...
– Co? Co chcesz zrobić?
– Noo, na przykład przekazać pieniądze za jego milczenie.
– Masz rację. Pojedziemy do nich.

Agnieszkę ściskało w żołądku od samego rana. Teraz jechali samochodem Adama do jej rodziny. Rodziców i siostry,
których nie wiedziała od lat i którzy nigdy nie widzieli jej córki.

Ania, poinformowana, że zobaczy drugą babcię, dziadka i ciocię z wujkiem, odzyskała wiarę w dorosłych. Obok

niej w transporterze dla zwierząt siedziała niezadowolona Niutka. Nie chciała nigdzie wyjeżdżać, czego domyślili się
po tym, jak weszła na meble kuchenne, praktycznie pod sufit i nie sposób było jej stamtąd zdjąć. Kiedy przystawili

background image

krzesło  przy  jednej  stronie  mebli,  spacerkiem  przechodziła  na  drugą.  I  tak  cały  czas.  W  końcu  rzucili  jej  kulkę
nesquika na podłogę. Gwałtownie poderwała się do zejścia i wpadła wprost do swojego podróżnego lokum.

– Nie wyglądasz na podekscytowaną wizytą u rodziców – Adam wyrwał Agnieszkę z rozmyślań nad wczorajszym

dniem.  Zarzucała  sobie  właśnie,  że  jest  złą  matką.  Gdyby  powiedziała Ani  prawdę  o  tacie,  ta  nigdy  by  nie  wyszła
z Mariuszem. Ale z drugiej strony nie miała serca wyznać córce, że własny ojciec jej nie chciał.

– Ty też nie wyglądałeś na zachwyconego, gdy mama cię odwiedziła – odbiła piłeczkę, siląc się na miły uśmiech,

ale chyba wyszedł jakiś grymas.

– To co innego, zaskoczyła mnie.
– Ale nie odwiedzasz jej w Irlandii.
– Ona by chciała, żebym tam zamieszkał.
– Dlaczego tego nie zrobisz? Miałbyś gdzie mieszkać na początek. Mało osób może liczyć na taki start za granicą.

A tu chyba się zbytnio nie spełnisz...

– Niby tak, ale chyba jestem patriotą. – Uśmiechnął się. – A ty mogłabyś pracować dla Irlandczyków czy innych

Wyspiarzy?

–  Jakbym  nie  musiała  jechać  w  ciemno,  tylko  do  kogoś,  to  pewnie,  czemu  nie?  Wielu  znajomych  wyjechało  za

granicę.  Na  początku  chwytali  się  jakiś  beznadziejnych  prac,  byle  coś  robić  i  zarabiać,  ale  szybko  awansowali  do
zawodów, w których się spełniają. Znali języki i nic im nie stało na przeszkodzie.

– Może jeszcze się okaże, że będziemy musieli szukać schronienia w Irlandii.

Obserwowała malownicze jeziora, teraz skute lodem, zaszronione pola i podupadłe chaty biednych ludzi. Czas się tu
zatrzymał.  Nie  zauważyła  w  swoim  rodzinnym  regionie  ani  jednej  nowej  stacji  benzynowej,  nie  położono  choćby
metra nowego asfaltu, nie wybudowano żadnego nowego biurowca czy zakładu pracy. Bezrobocie najpewniej nadal
jest  tu  najwyższe  w  Polsce  i  niebezpiecznie  sięga  poziomu  40%.  Pokazało  się  za  to  kilka  Biedronek  –  sklepów  dla
biednych  ludzi.  Od  domu  dzieliło  ich  raptem  30  kilometrów.  Nerwy  ścisnęły  jej  nie  tylko  żołądek,  ale  i  gardło.
Z trudem przełykała ślinę.

Adam  spodziewał  się  niezręcznego  milczenia,  wzajemnych  oskarżeń.  Tymczasem  jak  tylko  zajechali  na  otoczone
sadem  podwórze,  z  jednej  części  bliźniaka  niepewnie  wyszedł  postawny,  acz  lekko  podstarzały  i  umęczony  życiem
mężczyzna. Siedzieli jeszcze w samochodzie, kiedy z zaciekawieniem spoglądał w stronę przybyszy. Dopiero po kilku
chwilach jego wyraz twarzy gwałtownie się zmienił. Szczery uśmiech sprawił, że odmłodniał o kilkanaście lat. Zaczął
krzyczeć w stronę otwartych drzwi domu.

– Zosia! Zoooosiaaa! Gusia nasza przyjechała!
Agnieszka  wyszła  z  auta  i  rozpoczęły  się  serdecznie  powitania,  niczym  córki,  która  wraca  ze  studiów  albo

z zagranicy, a nie z wygnania, na które sami ją skazali.

Kiedy ojciec ściskał Agnieszkę, z domu wybiegła jej matka. Adam zauważył, że płakała już od progu. Była ładną

kobietą,  o  czym  świadczyły  regularne  rysy  twarzy,  duże  oczy,  wystające  kości  policzkowe  i  gęste  orzechowo-siwe
włosy, ale czas, a może wyrzuty sumienia, odcisnęły na niej swoje piętno. Wyglądała na nieszczęśliwą i zaniedbaną.

Podczas  gdy  matka  przytulała Agnieszkę,  ojciec  podszedł  do Adama  i  mocno  uścisnął  mu  rękę.  Wtedy  zobaczył

Anię, do tej pory z zaciekawieniem obserwującą niecodzienną sytuację.

– To moja wnusia? Taka duża?
Kiedy Adam przytaknął, ojciec wzruszył się na dobre. Ania domyśliła się, że ma wyjść z samochodu i pozwolić

się wyściskać, wycałować. Wtedy z drugiej części bliźniaka wyszła młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Przez moment
ze  zdziwieniem  obserwowała  całe  zajście  na  podwórzu,  ale  już  po  chwili  biegła  w  stronę  Agnieszki.  Postawiła
dziecko na ziemi i zaczęła krzyczeć z radości.

– Guśka, wróciłaś!
– Kasia!
Kobiety padły sobie w ramiona i Adam domyślił się, że nowo przybyła jest siostrą jego współlokatorki.
Do domu weszli wesołą gromadką, powiększoną jeszcze tylko o psa, który przepychał się przed małego chłopca,

by również uczestniczyć w tym niecodziennym wydarzeniu.

Agnieszka  z  roztargnieniem  przedstawiła  wszystkim  Adama  i  wróciła  do  udzielania  odpowiedzi  na  kolejne

background image

pytania.  Skrótowo  opowiadała,  co  się  działo  przez  ostatnie  lata,  a  wzrok  członków  rodziny  wędrował  kolejno
z dziecka na mężczyznę. Agnieszka mówiła o tym, jak straciła pracę, jak postanowiła uczyć, jak straciła szansę na dom
i jak ponownie ją odzyskała, otrzymując zielone światło na kredyt hipoteczny. Opowiadała o Ani, jak dzielnie znosi
trudy  przeprowadzek  i  pozostawania  pod  opieką  kolejnych  osób.  Jak  dobrze  radzi  sobie  w  przedszkolu  i  jaka  jest
grzeczna.

Dziewczynka  czuła  się  nieswojo  wśród  obcych  ludzi,  których  wzruszał  każdy  jej  gest,  i  znalazła  schronienie  na

kolanach Adama.

W końcu jednak ogłoszono obiad.
Przy  stole  matka  Agnieszki  wzięła  na  spytki  Adama.  Chciała  wiedzieć,  gdzie  pracuje  i  czym  się  zajmują  jego

rodzice.  Lekko  nagiął  rzeczywistość,  tłumacząc,  że  pracuje  w  nieruchomościach,  a  jego  rodzice  w  irlandzkich
korporacjach.

Aby  ratować  sytuację,  Agnieszka  zapytała  Kasię,  co  u  niej.  Ta  spojrzała  na  swojego  synka,  na  rodziców

i  rumieniąc  się,  wyznała,  że  jest  po  rozwodzie.  Adam  zauważył,  że  rodzice  zawstydzeni  pochyli  głowy,  a  sama
zainteresowała  zrobiła  się  czerwona  jak  burak.  Domyślił  się,  że  w  familii,  w  której  nieślubne  potomstwo  jest
wstydem  prowadzącym  do  zerwania  rodzinnych  więzi,  rozwód  to  hańba  porównywalna  z  wychowaniem  dziecka  na
seryjnego  zabójcę.  Dziewczyna  wyznała,  że  mąż  pił  i  bił  ją,  nawet  gdy  była  w  ciąży.  Na  rozwód  zdecydowała  się
jednak dopiero wtedy, gdy mały Dawidek miał dwa lata, a więc dokładnie rok temu.

Agnieszka  wyglądała  na  zszokowaną  i  oburzoną.  Najwyraźniej  domyśliła,  się  że  decyzje  o  rozwodzie  odraczali

bogobojni rodzice. Jednak nie chcąc psuć nastroju, powstrzymała się od komentarza.

Atmosferę zepsuł Adam, przypominając sobie o Niutce czekającej w samochodzie. Kotka miała wielkie wejście,

ale nie takie, jakiego się w swym narcyzmie zapewne spodziewała. Okazało się, że w domu Agnieszki wszyscy mieli
alergię  na  koty:  od  matki  po  siostrzeńca.  Dziewczyna  o  tym  nie  wiedziała,  gdyż  poza  zwierzętami  gospodarskimi
zawsze  chowali  tylko  psy.  Kiedy  otworzył  futrzunowi  transporter  i  ten  zrobił  pierwsze  dumne  kroki  w  nowym
miejscu, wszyscy zaczęli niepohamowanie kichać i dusić się.

Czym  prędzej  upchnął  zwierzaka  z  powrotem  do  przenośnej  budki  i  wyniósł  do  samochodu.  Kiedy  wrócił,

alergicy ocierali z łez zapuchnięte, czerwone oczy.

–  Może  będziemy  nocować  w  jakimś  pensjonacie,  w  którym  tolerują  zwierzęta?  –  zastanawiała  się  głośno

Agnieszka.

– W żadnym razie! – krzyknęła jej matka, która już raz straciła córkę na długie lata i teraz zapewne wolałaby nie

rozstawać się z nią nawet na chwilę.

– Nie mamy wyjścia. Nie możemy spać ani u ciebie, ani u ciebie. – Spojrzała kolejno na mamę i siostrę.
– Może niech śpią u Henryka, co, Zosiu? – z propozycją wyszedł jej ojciec.
– W żadnym wypadku! Tam nie ma ogrzewania! – zaprotestowała matka.
– Ale jest kominek, damy sobie radę – zapewniła pojednawczo córka. – Nocowałam tam wiele razy i nic mi nie

było.

–  No  dobrze,  ale  niech Ania  śpi  tutaj  albo  u  Kasi  i  Dawidka.  Nie  chcę,  żeby  się  rozchorowała  –  targowała  się

matka.

–  No  nie  wiem...  –  miała  wątpliwości,  czy  zostawić  córkę  w  obcym  domu. Ania  też  nie  pałała  entuzjazmem  na

takie rozwiązanie. Z drugiej strony nie chciała, żeby mała złapała jakąś chorobę po nocy w starym, wilgotnym domu,
gdzie przed kilkoma laty ducha wyzionęli kolejno: cioteczna babcia Stasia, wuj Henryk i ciotka Barbara.

Po  obiedzie  atmosfera  trochę  się  uspokoiła.  Rodzice  zabrali  Anię  i  Dawidka  na  sanki,  siostra  poszła  do  siebie,
upewniwszy  się,  że  zaraz  przyjdą  do  niej  na  kawę,  i  zostali  wreszcie  sami  z  Adamem.  Zabrała  go  do  swojego
dawnego pokoju, gdzie nic się nie zmeniło od czasu jej wyjazdu do Trójmiasta, czyli od dobrych 10 lat.

Na ścianach wciąż wisiały plakaty Backstreet Boys, boysbandu, który jak żaden inny rozkochał w sobie młodsze

i starsze nastolatki lat 90. Czego by nie powiedzieć o jego muzyce, był to ostatni zespół wzbudzający masową histerię
wśród  płci  pięknej.  Nie  kojarzyła,  by  jego  następcy:  N’Sync,  Just  5  i  inni  odnieśli  podobny  sukces.  Obecnie  chyba
żadna chłopięca grupa nie ma monopolu na rwanie włosów na koncertach. Teraz jest tego wszystkiego po prostu za
dużo. W dodatku współcześni śpiewający faceci niebezpiecznie przypominają kobiety.

– Pamiętam, jak dziewczyny kłóciły się o wyższość Kelly Family nad Backstreet Boys. Też brałaś w tym udział? –

background image

zapytał Adam, po czym skupił uwagę na ścianach w pokoju Agnieszki. Stanął z założonymi do tyłu rękami i oglądał
plakaty niczym znawca impresjonizmu obrazy w Luwrze.

– No oczywiście! – Ogarnęła ją wesołość na wspomnienie ataków fanek Nicka Cartera na wielbicielki Paddy’ego

Kelly’ego. Tak naprawdę podobali jej się obaj, ale wówczas strach było się do tego przyznać. – Siadaj. – Odsunęła
stertę  koców  ze  swojego  dawnego  łóżka.  –  Pamiętam,  że  przed  Backstreetami  szalałam  za  Roxette.  Miałam  ich
wszystkie albumy i single. Oczywiście na kasetach magnetofonowych.

– Kaseta i ołówek. Czy ktoś z dzisiejszych małolatów wie, do czego ten zestaw służył? – rozmarzył się Adam. – Ja

z kolei wielbiłem Jacksona. Uczyłem się nawet tańczyć moonwalk.

– Nie wierzę! Chcę to zobaczyć!
Żartowali z wątpliwych zdolności Adama, gdy piknęła jego komórka. Nagle zamilkł i diametralnie zmienił się na

twarzy. Dotychczasowa beztroska znikła bezpowrotnie.

Pokazał SMS Agnieszce.
Albo dziecko, albo życie na wolności. Wybierajcie.

Roztrzęsiona  Agnieszka  nerwowo  tłumaczyła  zszokowanej  siostrze,  by  pod  żadnym  pozorem  nie  wypuszczała
wieczorem Ani  z  domu  i  nie  prowadziła  jej  do  chaty  wuja  Henryka.  Choćby  się  waliło  i  paliło,  choćby  krzyczała
i płakała za mamą, ma zostać z nią i Dawidkiem na całą noc, dopóki z Adamem po nią nie wrócą.

Jeśli kobieta domyśliła się, że niebezpieczeństwo dla dziewczynki stanowi jej biologiczny ojciec, nie dała niczego

po sobie poznać. Zapewniała, że będzie strzec Ani jak źrenicy oka.

Jeżeli zaś Agnieszka obawiała się, że córka nie będzie chciała nocować u nowo poznanej cioci, to niepotrzebnie.

Adam czekał na dziewczynę przed domem, gdy usłyszał wesołą gromadę wracającą z sanek. Ania z Dawidem biegli
przed dziadkami, obrzucając się śnieżkami, śmiejąc i piszcząc z radości. Rodzice Agi wczuli się w rolę podwójnych
dziadków i co rusz upominali dzieci przed niebezpieczeństwami takich zachowań. Uwagi rzucali raczej dla zasady niż
dla uzyskania efektu, ciesząc się razem z maluchami.

Adam dołączył do ferajny i razem weszli do mieszkania.

Przy  kolacji Agnieszka  starała  się  robić  dobrą  minę  do  złej  gdy,  choć Adam  widział,  jakim  jest  kłębkiem  nerwów.
Jadła mechanicznie, sztućce nieprzyjemnie hałasowały w jej drżących rękach. Tymczasem niczego niepodejrzewająca
matka snuła sielskie plany.

– Powinnaś, córeczko, przywieźć tu pana Adama latem. Wie pan, jak u nas jest pięknie latem? Jezioro, las, pola

i łąki...

– Proszę mi mówić po imieniu – siląc się na miły ton, zwrócił uwagę kobiecie. Zastanawiał się, czy dystansuje go

specjalnie, czy tak jej zależy na etykiecie.

– A kotek jadł? – zaciekawił się ojciec.
– Nie, dam jej w domku, jak tylko się tam przeniesiemy.
– Zbierajmy się – zarządziła Agnieszka i udawana kolacja dobiegła końca.
Ania,  zmęczona  i  szczęśliwa  z  powodu  nowych  przygód  i  towarzystwa,  bez  sprzeciwu  wzięła  ciocię  za  rękę

i powędrowała do jej domu. Kasia posłała siostrze spojrzenie w stylu „nic się nie martw”.

Tymczasem Adam wyjął z samochodu transporter z przeraźliwie miauczącym kotem, kuwetę, miskę i prowiant dla

Niutki, a także dwa plecaki.

Agnieszka  zapewniła,  że  do  domku  jest  rzut  beretem.  Ruszyli  pieszo.  Dziewczyna  szła  przodem  wąską  ścieżką,

prowadzącą  przez  zmarznięty  sad  i  przyprószone  śniegiem  pole.  Przyjemna  zimowa  sceneria  nie  była  w  stanie
pobudzić  w  nich  optymizmu,  zwłaszcza  w Agnieszce,  która  maszerowała  jak  w  transie. Adam  zaczął  się  obwiniać
o  bycie  powodem  jej  wszystkich  nieszczęść.  Wątpił,  by  w  przeszłości,  nawet  takiej,  jaką  zaoferował  jej
nieodpowiedzialny chłopak i zacofani rodzice, była aż tak nieszczęśliwa jak teraz. Dziw bierze, że jeszcze się z nim
zadaje.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XIX

Nieduży  domek  śmierdział  mokrym  drewnem.  Składał  się  z  dużego  salonu,  aneksu  kuchennego  i  małej  łazienki  na
parterze  oraz  sypialni  ze  skosami  na  piętrze.  Było  w  nim  też  przejmująco  zimno,  choć  ojciec Agnieszki  napalił  już
w kominku. Szczęśliwie wykąpali się u rodziców.

Agnieszka  rzuciła  plecak  na  fotel,  zdjęła  kurtkę  i  wzięła  się  za  rozkładanie  koców  i  poduszek  przy  kominku,  bo

tylko tu, póki co, dało się usiąść i nie umrzeć z zimna. Zaproponowała Adamowi gorącą herbatę.

–  Zrób  mi  kawę  –  poprosił,  rozglądając  się  po  przybytku  za  miejscem  dla  Niutki.  W  jednej  ręce  trzymał

transporter z kotem, w drugiej kuwetę. – Nie chcę zasypiać.

– Zrobię dwie kawy – zadecydowała.
Zajął miejsce na poduszce, sadzając kota obok siebie. Niutka błyskawicznie czmychnęła w stronę kuchni i równie

prędko  z  niej  wybiegła.  Najwidoczniej  obraziła  się  na  ich  dwoje.  Obserwował,  jak  wącha  dywan  i  drewnianą
podłogę. Zajrzała pod szafę i łapką wydłubała spod niej jakiś papierek. Po chwili cała się tam wślizgnęła.

Wstał, bo przypomniał sobie, że nie dał temu zakurzonemu sierściuchowi jeść.
Na  dźwięk  lądującej  na  talerzu  miękkiej  karmy  spod  szafy  niespiesznie,  ale  zdecydowanie  zaczęła  wyłaniać  się

Niutka.  Najpierw  można  było  dostrzec  wąsiska  i  resztę  wdzięcznego  pyszczka,  potem  grzbiet  i  długaśny  ogon.  Była
cała w kurzu i miauczała niezadowolona z tak późno podanego obiadu.

Popijając mocną kawę przed kominkiem, obserwowali umorusanego kota pałaszującego bozitę o smaku raka. Na

chwilę zapomnieli o ostatnich wydarzeniach. Adam był ciekawy, od kiedy chatka stoi pusta i dlaczego właściwie nikt
w niej nie zamieszkał.

– To był letniskowy domek mojego wujostwa – zaczęła wyjaśniać. – Mieszkali w Toruniu, ale kochali Mazury.

Spędzali tu każdy urlop i długi weekend. Kiedy przeszli na emeryturę, przepisali mieszkanie chrześnicy, bo własnych
dzieci  nie  mieli,  i  przeprowadzili  się  tu  na  stałe.  Ciocia  Basia  jeszcze  w  Toruniu  zmagała  się  z  rakiem  i,  niestety,
zmarła. Wujek odszedł dwa miesiące po niej. Nie chorował. Umarł z tęsknoty.

Ostatnie  zdania  wypowiedziała  ze  smutkiem  w  głosie  i  na  chwilę  zamilkli.  Agnieszka  obserwowała  ogień

w  kominku,  a  Adam  rozejrzał  się  za  Niutką.  Dla  odmiany  siedziała  na  szafie  z  jedną  łapą  w  górze,  myjąc  sobie
genitalia. Obok niej walały się różne graty, w tym lampka nocna, mosiężny trzyramienny świecznik, puszka farby (lub
po farbie), gazety i jakieś narzędzia.

– Pisał? – zapytała Agnieszka, nakrywając się kocem.
Był pewien, że nie przyszedł żaden nowy SMS, ale i tak sprawdził komórkę.
–  Nie,  cisza.-  Sam  nie  wiedział,  czy  to  dobra,  czy  zła  wiadomość.  –  Może  się  połóż.  Miałaś  naprawdę  ciężki

dzień. – Wskazał na kanapę, choć nie wiedział, czy będą spać tu, czy na górze.

– Położę się tutaj. – Owinęła się mocniej i leżąc jak w kokonie, przymknęła oczy. Położył się obok. Bawiąc się

miękkimi włosami dziewczyny, myślami powrócił do telefonu w sprawie najmu. To musiał być Mariusz. Badał teren.
Upewniał  się.  Najwidoczniej  je  śledził.  Wiedział,  gdzie  obecnie  mieszkają,  a  ogłoszenie  potwierdziło  jego
przypuszczenia i wzbogaciło zebrany materiał o numer telefonu. A więc faktycznie nie chodzi mu o kasę, którą zdobyli
w międzyczasie, tylko o dziecko.

Zastanawiał się, czy niepokoić dziewczynę swoim odkryciem, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. W tej samej

chwili w domku zrobiło się widniej od świateł wozu. Agnieszka, która najwidoczniej zdążyła przysnąć, zerwała się
przestraszona. Adam był już przy oknie.

– Mondeo – powiedział tylko.
Pierwszym  odruchem  Adama  było  rzucenie  się  w  stronę  kominka  w  poszukiwaniu  ulubionego  już  narzędzia

zbrodni – pogrzebacza.

Agnieszka  pobiegła  w  przeciwną  stronę  –  do  okna,  by  upewnić  się  co  do  tożsamości  intruza.  Z  czarnego  forda

wyłonił  się  wysoki,  dobrze  zbudowany  mężczyzna,  ubrany  w  sportową  kurtkę  z  kapturem  na  głowie.  Światła
w  samochodzie  już  zgasły  i  nie  było  widać  twarzy  człowieka,  który  niegdyś  bliski  Agnieszce,  teraz  stał  się  jej
największym wrogiem.

– Odejdź od okna. – Adam pociągnął ją za rękę w stronę kuchni. – Zostań tu, ja się tym zajmę.

background image

– Nie! – Wyrwała się. – On jest bardzo silny, trenował różne cuda, nie dasz mu rady! Zostanę z tobą. Zresztą nie

będzie żadnej walki. I odłóż ten pogrzebacz!

Nie zdążył jej odpowiedzieć, bo rozległo się pukanie, a raczej walenie pięścią w drzwi.
– Otwórzcie, bo wezwę policję! – dobiegło ich z dworu.
– Otwórz mu – rozkazała.
Adam  odłożył  pogrzebacz  i  podszedł  do  drzwi.  Po  namyśle  wrócił  po  narzędzie. Agnieszka  spojrzała  na  niego

karcąco.

– Czego chcesz? – Otworzył drzwi, ale nie ustąpił przejścia do środka.
–  Doprawdy  groteskowo  wyglądasz  z  tych  pogrzebaczem.  Agnieszka  musi  być  bardzo  zdesperowana.  –  Intruz

odepchnął chłopaka i wszedł do chaty. – Dawno tu nie byłem. – Udawał, że się rozgląda z zainteresowaniem.

Adam, który stał za Mariuszem, zamachnął się pogrzebaczem. Nieproszony gość odebrał mu narzędzie, nawet się

nie odwracając. Uśmiechnął się za to szeroko.

– Nie popisuj się. – Agnieszka zrobiła krok do przodu. – Nie odpowiedziałeś na pytanie. Czego chcesz?
–  Jesteście  bardzo  gościnni,  ale  nie  przyjechałem  do  was.  Gdzie Ania?  –  Skierował  się  w  stronę  schodów,  ale

zastąpiła mu drogę.

– Nie ma tu jej. Czego chcesz od mojej córki?
– To także moja córka.
– Przestań powtarzać te brednie! Dobrze wiem, że nie zależy ci na dziecku! Chodzi ci o pieniądze! Dostaniesz, ile

zechcesz, tylko daj mi spokój!

Adam poczuł się jak ofiara losu. Miał świadomość, że ta gnida nie chce pieniędzy, ale jeżeli nawet, to i tak kasa

nie  załatwi  sprawy.  Będzie  ich  prześladował  do  końca  życia.  Za  dużo  o  nich  wie.  W  dodatku  plan,  by  zatłuc  go
pogrzebaczem, spalił na panewce. W chwili obecnej nie miał innego.

Agnieszka kłóciła się zawzięcie z Mariuszem i nie mógł zebrać myśli. Spojrzał ma szafę, by sprawdzić, co u kota.

Ten widok równie mocno go zaskoczył, co ucieszył.

Wybudzona z poobiedniej drzemki Niutka przeciągała się intensywnie. Podczas gdy puchaty zadek wystrzelił pod

sam sufit, przednie łapy powędrowały daleko do przodu, popychając trójramienny mosiężny świecznik.

Adam  aż  się  skrzywił,  gdy  ciężki  przedmiot  spadł  wprost  na  głowę  intruza,  powodując  łomot,  krzyk  i  upadek.

Niekoniecznie w tej samej kolejności.

Niutka ponownie ulokowała się do snu.
Agnieszka  odganiała  Adama,  który  próbował  dobić  leżącego  odzyskanym  pogrzebaczem,  tłukąc  go  po  rękach

i nogach.

– Zostaw go! – Uklękła przy byłym chłopaku, by sprawdzić tętno. – Nie czuję pulsu! – krzyknęła przerażona.
– Ten świecznik ma z 10 kilogramów. – Adam wziął w ręce narzędzie zbrodni, jeszcze do niedawna pamiątkę po

wujostwie, a wcześniej miły atrybut romantycznego wieczoru.

Również ukucnął przy nieprzytomnym lub nieżywym Mariuszu. Z rany na głowie ciekła krew. Wydawało się, że

już nie oddycha.

Spodziewał się, że Agnieszka zacznie płakać, ale zapytała tylko, co teraz zrobią.
– Raczej nikt nie wie, że tu jest, więc musimy tylko pozbyć się ciała.
– I samochodu – dodała.
– Może ciała w samochodzie?
– Chcesz upozorować wypadek?
– Tak by było najlepiej. – Przezornie nie spuszczał ciała z oczu.
– Ale chyba nie tu?! Całkiem przepadkiem zginie pod domem swojej byłej dziewczyny?
– Pojedziemy na dwa samochody – zadecydowała. – Jego wóz utopimy w jeziorze, a naszym wrócimy.
– OK. Chodźmy po samochód.
– Razem?
–  No  tak.  Przepchniemy  go  na  jałowym  biegu.  No  chyba  nie  chciałeś  odpalać  go  w  środku  nocy  pod  oknami

rodziców?!

– Masz rację.
Zdecydowanie wolał, gdy była bezradna i zapłakana. Jej metodyczność nie wiedzieć czemu go przerażała.

background image

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XX

Agnieszka  siedziała  za  kierownicą,  a  Adam  pchał  samochód,  dopóki  nie  znaleźli  się  pod  chatą.  Kiedy  próbował
złapać  oddech  po  wysiłku,  dziewczyna  wyszła  z  focusa  i  wsiadła  do  mondeo.  Zaparkowała  tyłem  pod  samymi
drzwiami domku. Otworzyła bagażnik.

Weszli  do  środka.  Niutka  spała  na  piersi  Mariusza.  Odgonili  ją,  wzięli  trupa  pod  ręce  i  zaczęli  ciągnąć  przez

salon do wyjścia. Eks Agnieszki pozostawiał po sobie ślady krwi z rozciętej głowy.

– Musimy założyć mu coś na głowę. Nie może ubrudzić bagażnika – zauważyła.
Adam  wrócił  się  do  kuchni  po  reklamówkę,  zostawiając  na  chwilę  dziewczynę  z  tragicznie  zmarłym  byłym

facetem. Zabrał też pogrzebacz. Kiedy wrócił, przyglądała się beznamiętnie martwemu dawnemu kochankowi. Założył
mu na głowę reklamówkę, nałozył kaptur od kurtki i ruszyli do samochodu. Nieporadnie wrzucili bezwładne ciało do
bagażnika.Pogrzebacz też tam wrzucił, ale po chwili namysłu przeniósł go do samochodu.

Agnieszka chciała jechać mondeo.
– Jedź za mną. Znam miejsce, gdzie zimą dochodzi do wielu wypadków.
– Daleko stąd?
– Jakieś 40 kilometrów. Idealnie, żeby nie podpadało.

Agnieszka ruszyła pierwsza. Adam za nią. Wyjechali na główną drogę, bez problemu trzymając się jeden za drugim,
bo  o  tej  porze  nie  było  żadnego  ruchu.  Pewnie  dlatego  Agnieszka  nie  uważała  zbytnio  i  nie  zareagowała,  gdy
z  podporządkowanej  wyjechał  wprost  na  nią  ciemny  osobowy  samochód.  Adam  aż  krzyknął,  gdy  zobaczył,  że
nieostrożny  kierowca  stuka  w  bok  mondeo.  Agnieszka  nie  straciła  jednak  panowania  na  kierownicą.  Choć  jej
samochód zatoczył się lekko, szybko go wyprostowała. Dobrze, że nie przyhamowała, bo pewnie wpadłaby w poślizg.
Sprawca kolizji obrócił się wokół własnej osi (Adam zauważył, że ma wgięty zderzak), ale wyszedł z opresji, zanim
Adam  zdążył  w  niego  stuknąć.  Ruszył  za  Agnieszką.  Wszystko  wskazywało,  że  właściciel  czarnego  samochodu,
w  ocenie  Adama  skody,  chciał  uczciwie  załatwić  sprawę.  Jednak  dziś  mu  się  upiekło,  bo  Agnieszka  raczej  nie
myślała się zatrzymywać. Jak się domyślił, nie tyle z powodu trupa w bagażniku, co faktu, iż to nie jej auto. Człowiek
w  skodzie  nie  dawał  jednak  za  wygraną  i  siedział Agnieszce  na  ogonie.  Ta  jechała  coraz  szybciej.  Zaczął  się  już
obawiać,  że  dojdzie  do  najgorszego.  W  końcu  skoda,  bez  włączonego  kierunkowskazu,  zaczęła  wyprzedzać
Agnieszkę. Adam przyspieszył, by zobaczyć, co zamierza kierowca. Może chce stanąć w poprzek drogi i w ten sposób
zatrzymać mondeo? Ale jak można być do tego stopnia nadgorliwym? Wąskie, nieoświetlone nocą ulice idealnie się
nadają, by zbiec z miejsca zdarzenia. Tablicy rejestracyjnej nie widać, bo ciemno, choć oko wykol.

Skoda wyprzedziła już Agnieszkę i dzięki długiej prostej Adam mógł zauważyć, że facet faktycznie hamuje. Jednak

ponownie  wpadł  w  poślizg.  Adam  zwolnił  intuicyjnie.  To  samo  zrobiła  jego  współlokatorka.  Tymczasem  skoda,
obróciwszy  się  wokół  własnej  osi,  wpadła  na  przydrożne  drzewo.  Usłyszał  huk  i  trzask. Agnieszka  przyspieszyła,
więc zrobił to samo.

Od tej pory nie mijali praktycznie żadnych samochodów. Droga nie była już taka prosta. Jechali bardzo krętą trasą,

a w dodatku często skręcali w boczne odcinki. Agnieszka jechała pewnie, włączając kierunkowskazy na długo przed
skrętem, by w porę zmniejszył prędkość.

Dziewczyna bardzo zwolniła i domyślił się, że są u celu. Po jednej stronie drogi było jezioro, a po drugiej kępa

drzew. Tam zaparkowała. Zrobił to samo. Droga się jednak nie kończyła, prowadziła na wzniesienie.

Wyszedł z samochodu i poczuł przyjemny chłód. Przez chwilę wdychał noc, wodę i zimę.
Agnieszka stała już przed mondeo, patrząc w stronę nawet łagodnego pagórka, porośniętego drzewami. Domyślił

się, że w sezonie za dnia jest tu uroczo.

– Widziałeś, co za baran? Sam się prosił o wypadek – wyrzucała z siebie nerwowo. – Myślisz, że zginął?
Był pewien, że tak, ale nic nie odpowiedział. Nie było sensu roztrząsać tej tragedii akurat teraz.
– Jak planujesz go utopić? – zapytał.
–  Zaraz  ci  wytłumaczę  –  Pokazała  ręką,  żeby  wsiadł  z  nią  do  auta.  –  Zostawimy  tu  focusa  i  razem  pojedziemy

mondeo  na  drugą  plażę.  Droga  prowadzi  przez  wzniesienie.  Jak  ktoś  nie  wie,  gdzie  zjechać,  nie  trafi  na  plażę,
zwłaszcza w nocy. Znajdzie się wówczas na stromej górze ze dużym spadem od strony jeziora. Tam się zatrzymamy.

background image

Posadzimy Mariusza z przodu, zepchniemy samochód, zbiegniemy z górki do ukrytego focusa i odjedziemy. Na dwa
samochody by się nie udało. Po pierwsze, nie byłoby jak zawrócić, a po drugie, ktoś mieszkający po tamtej stronie
wzgórza  może  usłyszeć  hałas  i  odjeżdżające  auta. A  wtedy  to  już  przestaje  wyglądać  na  wypadek.  Jak  zbiegniemy
wśród krzaków i drzew, nikt nas nie zauważy. Jasne?

– Tak jest, szefowo!

Agnieszka prowadziła pewnie, podczas gdy zajmujący siedzenie pasażera w mondeo Adam nawet nie widział drogi.
Ze względów bezpieczeństwa jechali bowiem bez świateł. Samochód podskakiwał na zamarzniętych koleinach. Adam
słyszał, jak schowane do bagażnika ciało podryguje razem z samochodem. Był to dźwięk groteskowy i przerażający.

Poczuł ulgę, gdy dziewczyna zatrzymała samochód.
W ciemności wziął głęboki oddech. Rześkie powietrze już nie wydawało mu się tak przyjemne. Być może przez

silniejszy  na  otwartej  przestrzeni  wiatr.  Nie  widział  końca  drogi  ani  zbocza  góry,  na  którą,  miał  wrażenie,  długo
wjeżdżali, ani nawet jeziora. Agnieszce brak widoczności nie przeszkadzał. Otworzyła bagażnik i poprosiła o pomoc.

Ponownie wzięli Mariusza pod ramię. Tachali go raptem na siedzenie kierowcy, ale i tak było im ciężko. Może to

wina ciała po śmierci, a może byli już zmęczeni. Kiedy zwalili trupa na siedzenie, ten najzwyczajniej jęknął.

Odskoczyli zdumieni, by po chwili niespiesznie na nowo zbliżyć się do ciała. Nic się jednak nie wydarzyło. Trup

dalej zachowywał się jak trup, czyli leżał tak, jak go ułożyli, nie wydając żadnych dźwięków.

– Zdejmij mu worek. – Szturchnęła Adama tak mocno, że prawie wylądował na trupie.
Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale Mariusz nie mógł przecież przypadkowo zginąć, mając foliową torbę na

głowie.  Wyciągnął  drżącą  rękę  w  stronę  głowy  nakrytej  reklamówką.  Zdjął  ją  jednym  ruchem  i  odskoczył  jak
oparzony.

– Co się stało?! Co zobaczyłeś?! – Agnieszka wpadła w panikę.
–  Chyba  nic.  Czekaj,  sprawdzę.  –  Wyjął  komórkę,  włączył  pierwszy  lepszy  przycisk  i  podszedł  z  nią  do  ciała.

Twarz była upaćkana krwią, ale nadal wyglądała na twarz trupa.

– Albo nam się wydawało, albo był to jakiś jęk pośmiertny – podsumował Adam.
– Słyszałam, że trupy miewają gazy, ale żeby jęczeć? – Agnieszka nie wyglądała na przekonaną.
– Musiało nam się wydawać. – Odwrócił się do dziewczyny, chowając jednocześnie komórkę do kieszeni. – To

co, spychamy samochód do... – zdanie przerwało mu silne uderzenie w głowę. Gołą pięścią.

Agnieszka  krzyknęła.  Zaskoczony Adam  odwrócił  się  w  stronę  napastnika,  co  było  błędem,  bo  czekał  go  tylko

kolejny  cios.  Tym  razem  pięść  Mariusza  wycelowała  w  jego  twarz.  Przewrócił  się,  zataczając,  pod  najbliższe
drzewo. Gdyby nie ono, spadłby z górki wprost do jeziora.

– Niee! – krzyknął, gdy Agnieszka rzuciła się na ożywionego trupa Mariusza. A raczej Mariusza, który nigdy nie

umarł,  a  zwyczajnie  stracił  przytomność  i  teraz  z  zakrwawioną  głową  i  twarzą  szukał  odwetu  na  swoich
prześladowcach.

Szarpał się z Agnieszką z całą zawziętością. Adam wykorzystał ten moment na wstanie i podejście do napastnika

od  tyłu.  Z  całych  sił  złapał  go  za  kaptur  i  odepchnął  od  dziewczyny.  Mariusz  przewrócił  się  i  nawet  zaczął  turlać
z  góry  na  dół,  do  jeziora,  kiedy  udało  mu  się  złapać  jakiś  kamień  i  podciągnąć  się  na  dawne  miejsce.  Adam
przypomniał  sobie  o  pogrzebaczu  i  czekał  na  żywego  trupa  uzbrojony.  Tym  razem  Mariusz  przecenił  swoje
możliwości i zanim wyrwał Adamowi broń, dostał nią po głowie i znów upadł. Jego ciało zaczęło bezładnie turlać się
z górki i po chwili usłyszeli głośny plusk.

– Tu jest całkiem płytko. Może się ocknąć i wyjść – Agnieszka znów zaczęła panikować.
– Wątpię. Uderzyłem go z całej siły.
–  Świecznik  jakoś  go  nie  zabił.  Nie  możemy  ryzykować.  Zresztą  on  ma  zginąć  w  wypadku,  nie  możemy  go  tam

zostawić, żywego czy martwego.

– To co chcesz zrobić? – Adam miał nadzieję, że nie to, co ma na myśli.
– Zejdziemy do wody i przyniesiemy go do samochodu.
A  jednak.  Po  chwili  na  czworakach,  w  dodatku  tyłem,  wolno  schodzili  do  jeziora.  Adam  wciąż  dzierżył

pogrzebacz w ręce, ale jakoś wolał go nie wyrzucać. Mariusz leżał na brzegu. Gdyby żył, na pewno by wstał, bo woda
była niebotycznie zimna. Chwycili go za ręce i zaczęli ciągnąć. Nawet nie drgnął.

– Nie damy rady. Jest ciężki, a w dodatku ma mokre ubranie – zawyrokował Adam.

background image

– Chcesz go rozebrać?
– Co? Nie! Nie wiem...
– Haloo! – usłyszeli za plecami, gdy ściągali nasiąkniętą wodą puchową kurtkę z zabitego po raz drugi Mariusza.
Odwrócili się przerażeni. Na szczycie wzniesienia stał człowiek i świecił w ich stronę latarką.
– Co tam się stało? – chciał wiedzieć przybyły. – Mam wezwać policję?
– Nie! – Agnieszka zaprotestowała gwałtownie.
– Już wezwaliśmy – odkrzyknął gościowi Adam. – Policja już jedzie!
– Zejdę pomóc – uparł się człowiek z latarką.
Agnieszka spojrzała na Adama ze strachem w oczach. Wiedział, co chce powiedzieć. On też nie miał pojęcia, co

teraz. Wszystko się pogmatwało.

Tymczasem mężczyzna był już prawie na dole. Przyświecając sobie latarką, pokonywał drogę szybko i sprawnie.

W dodatku nie musiał poruszać się na czworakach.

– Mieszkam niedaleko i usłyszałem hałas. Co się stało? – chciał wiedzieć, jak tylko stanął przy nich.
–  Utonął  –  wyjaśnił  krótko Adam,  nie  wiedząc,  co  dalej  robić:  rozbierać  Mariusza,  wyciągać  go  stąd  czy  może

poprosić tubylca o pomoc w sfingowaniu wypadku.

– Jak to utonął? Skąd ta krew? Co tu państwo robią? – człowiek z latarką z każdym wyrzucanym zdaniem był coraz

bardziej podejrzliwy. Kiedy pochylił się nad trupem, by osobiście sprawdzić, co tu się święci, Adam nie miał innego
wyjścia,  jak  wykorzystać  okazję  i  zlikwidować  świadka.  Z  wprawą,  jakiej  chcąc  nie  chcąc  ostatnio  nabył,  ze
wszystkich sił uderzył mężczyznę pogrzebaczem w tył głowy. Ten człowiek bez wątpienia był trupem. Kości czaszki
aż gruchnęły po zderzeniu z tępym narzędziem.

Agnieszka nic nie powiedziała. Powróciła do rozbierania Mariusza.
Kiedy go zaciągnęli do samochodu, sami byli ledwo żywi. Nie mogli posadzić mężczyzny za kierownicą. Musieli

się wrócić po ubrania, które zostały na brzegu – kurtkę i buty.

– Popilnuj go, a ja szybko zejdę i zaraz z nimi wrócę – zadecydował.
– Dobrze, ale pospiesz się. Tego ciekawskiego zaraz zacznie szukać rodzina.
– Będę raz-dwa. Tylko co mam zrobić z tym facetem?
–  Znajdź  jakiś  większy  kamień  i  połóż  go  przy  nim.  Będzie  wyglądało,  jakby  upadł  z  górki,  wprost  na  niego  –

wymyśliła na poczekaniu.

– Czytasz za dużo kryminałów – zażartował i zaraz spoważniał. – Dobra, to idę.
– Świeć sobie telefonem.
– OK.
Adam  przyjął  pozycję  do  schodzenia  ze  stromej  i  śliskiej  góry.  Agnieszce  nawet  zachciało  się  śmiać  na  jego

widok.

Zwłoki  Mariusza  leżały  przy  samochodzie.  Wsiadła  za  kierownicę  mondeo  i  oparła  się  o  siedzenie.  Zamknęła

oczy. „Niech ten koszmar wreszcie się skończy”.

Aż  podskoczyła,  gdy  usłyszała  dźwięk  SMS-a.  Sięgnęła  do  wewnętrznej  kieszeni  kurtki,  gdzie  trzymała  telefon,

jednak  to  nie  do  niej  napisano.  Stąd  widziała,  że Adam  używa  swojej  do  oświetlenia  drogi.  Światełko  migało  nad
samą wodą, więc zapewne brał rzeczy i przymierzał się do powrotu.

Zaczęła  rozglądać  się  po  samochodzie.  Nie  mogła  skojarzyć,  skąd  dochodził  dźwięk.  Miała  strasznie  słabą

orientację. Zawsze pocieszała się, że wiele kobiet skarży się na podobne problemy. Nie potrafiła szybko zlokalizować
hałasu ani odróżnić lewej od prawej. Zajrzała na tylne siedzenia i pod fotele. Nic. Obmacała schowki w drzwiach.
Jakieś szpargałki, ale nic, co przypominało telefon. Schowek! Przecież to oczywiste. Bez wątpienia traciła zmysły.

Wyjęła komórkę Mariusza, xperię w skórzanym etui. Przy okazji ze zdumieniem stwierdziła, że jest 5 rano. Muszą

wracać,  bo  o  7  zacznie  świtać.  Ponadto  rodzice  mogą  wołać  ich  rano  na  śniadanie.  Matka,  przejęta  jej  powrotem,
zapewne od wieczora planuje poranne menu. Jak nic o 7 będzie dzwonić, żeby przyszli jeść.

SMS  dostał  Mariusz.  Mała  koperta  u  dołu  dużego  wyświetlacza  była  opatrzona  żółtą  jedynką. Albo  z  powodu

zmarzniętych,  roztrzęsionych  rąk,  albo  z  braku  doświadczenia  w  posługiwaniu  się  dotykowym  aparatem  w  żaden
sposób  nie  mogła  dostać  się  do  skrzynki  odbiorczej.  Włączyła  nawet  Facebooka  i  o  mały  włos  nie  wybrała  opcji
„Zamelduj się”. Zaczęła pospiesznie naciskać strzałkę, by znaleźć się w punkcie wyjścia.

Tymczasem wrócił Adam i schowała telefon do kurtki. Później poczytają.

background image

Wydawało  się,  że  najgorsze  mają  za  sobą.  Ubrali  Mariusza,  posadzili  go  za  kierownicą  i  zepchnęli  samochód.
Poczekali, aż z hukiem wpadnie do jeziora, a potem rzucili się biegiem do ucieczki.

Biegli, ukrywając się za drzewami i krzakami. Adam zapomniał już, gdzie zostawili focusa, ale Agnieszka złapała

go  za  rękę,  gdy  chciał  skręcić  nie  tam,  gdzie  trzeba.  Odetchnął,  gdy  blisko  ulicy,  ale  jednocześnie  za  kępą  krzaków
i  drzew,  zobaczył  samochód.  Kiedy  wsiedli  –  Adam  za  kierownicą,  Agnieszka  obok  –  i  pstryknęli  światełko,
oniemieli na swój widok. Byli umorusani ziemią i krwią.

– Musimy się jakoś umyć – stwierdziła dziewczyna, patrząc z dezaprobatą w małe lusterko. – Co powiemy, jak

nas zatrzyma policja? Jak wytłumaczymy fakt, że jesteśmy zakrwawieni?

– Krew na sobie może jakoś wytłumaczymy, ale nie tę w bagażniku – zauważył Adam, czym załamał Agnieszkę

całkowicie.

–  Wiesz  co,  jedź  –  zadecydowała.  –  Nic  teraz  nie  wymyślimy.  Tylko  prowadź  ostrożnie  i  nie  przekraczaj

dozwolonej prędkości.

Adam nie prowadził w takim stresie od osiemnastki kolegi, kiedy to pił na umór, a na koniec okazało się, że jest

kierowcą.  Kiedy  zajechali  pod  dom  Agnieszki,  chciał  całować  ziemię,  na  której  stoi.  Poskromiła  jego  entuzjazm,
mówiąc, że chyba siostra ich widziała, bo poruszyła się u niej firanka. Grunt, żeby rodzicom nie przyszło do głowy
stać przy oknie o 6 rano.

Zamknęli samochód, korzystając z kluczyka, żeby już nie pikać alarmem, i puścili się biegiem w stronę chaty.
Tam zastali niemal apokaliptyczny widok. Niutka weszła w krew na podłodze, którą pozostawiła rana Mariusza,

i teraz w całym domku były czerwone ślady kocich stóp: na dywanie, na parapecie, na kocach i poduszkach. Gwiazda
wieczoru budziła się właśnie z drzemki uciętej dla odmiany przy kominku.

– Adam! – krzyknęła Agnieszka przerażona.
– Spokojnie, sprzątniemy.
– Ja nie o tym. Co zrobiłeś z reklamówką, którą Mariusz miał na głowie?
– Jest w bagażniku.
– Uff. Na pewno nie zostawiliśmy śladów?
– Nie, na pewno nie.
Powiedział tak tylko po to, by uspokoić dziewczynę. Sam bowiem całą drogę zastanawiał się nad ewentualnymi

błędami,  jakie  popełnili.  Miewał  takie  uczucie,  gdy  wyjeżdżał  z  domu  na  dłużej  i  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  czy
wyłączył gaz.

Agnieszka  rzuciła  w  kąt  brudną  kurtkę  i  usiadła  na  kanapie.  Nie  miała  siły  się  rozpłakać.  Ten  bałagan  ją  dobił.

Mogła doradzić Adamowi pozbycie się Niutki, kiedy była ku temu okazja. Nie dość, że praktycznie przyczyniła się do
zabójstwa Mariusza, to jeszcze zrobiła z domku miejsce zbrodni rodem z horroru klasy B. Z drugiej strony gdyby nie
kot,  jej  eks  mógłby  wezwać  policję  i  opowiedzieć  o  Orłowskim.  Zdarzenia  w  willi  wydawały  jej  się  tak  odległe,
jakby minęły miesiące, a nie dni.

Adam wziął się za porządki, ale nie mogła się zmotywować, by mu pomóc. Zmył podłogę zimną wodą z żelem do

kąpieli.  Za  zmywak  posłużył  mu  jakiś  podkoszulek.  Obserwowała,  jak  wyciera  meble  i  parapety.  Zdjął  poszewki
z poduszek. Złożył je w kostkę razem z kocami. Schował brudne rzeczy do szafy.

– Na dywan muszę wziąć coś od twojej mamy – zadecydował.
Dopiero teraz przypomniała sobie o śniadaniu u rodziców. Jak zaraz tam nie pobiegnie, gotowi tu po nich przyjść.
– Idę się wykąpać – powiedziała.
–  Zastanawiam  się,  czy  nie  powinniśmy  skorzystać  z  propozycji  twojej  matki  –  zasugerowała  Adamowi,  gdy

wyszedł z łazienki. W ekspresowym tempie wkładał na siebie wszystko, co miał w plecaku, upychając w nim brudne
jeansy. Sama też tak zrobiła, gdy wyszła spod lodowatego prysznica. Niestety, ich kurtki nadawały się do wyrzucenia.
Buty  udało  się  w  miarę  doczyścić.  Ciekawe,  co  powiedzą  rodzice,  kiedy  zobaczą  ich  spacerujących  po  podwórku
w samych bluzkach? W środku zimy...

– Co masz na myśli?
– Wyjazd do Irlandii.
– Sam nie wiem...
Pożałowała  swoich  słów.  Być  może Adam  nie  chce  się  z  nią  wiązać,  a  wspólna  przeprowadzka,  w  dodatku  do

innego kraju, jest dość poważnym przedsięwzięciem. Zmieniła temat, żeby ukryć zmieszanie.

background image

– Chodźmy na śniadanie, bo będą  po  nas  dzwonić  –  powiedziała  i  przypomniała  sobie  o  zawartości  kieszeni.  –

Mam komórkę Mariusza. Znalazłam w schowku. – Wygrzebała telefon z kieszeni steranej kurtki i podała go Adamowi.
– Przeczytaj wiadomości, bo dla mnie to za dużo techniki.

– Zaraz zobaczę. – Adam schował telefon do kieszeni spodni. – Możemy już iść jeść? Umieram z głodu.
– Jasne. Chodźmy.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XXI

W  drodze  na  śniadanie  Adam  chciał  wziąć  Agnieszkę  za  rękę,  ale  obie  włożyła  do  kieszeni  spodni.  Szła  bardzo
szybkim  krokiem,  a  przed  samym  domem  zaczęła  biec.  Wpadli  do  jej  siostry  jak  po  ogień.  Kasię  niewątpliwie
zaskoczył  ich  widok,  ale  nic  nie  powiedziała.  Bez  słowa  wskazała  Agnieszce  drzwi  do  dużego  pokoju.  Dzieci
niedawno wstały i siedziały na dywanie, oglądając bajki w telewizji. Ania poderwała się jak szalona i podbiegła do
mamy. Z rozpędu uściskała też Adama, co wprawiło go w zakłopotanie, ale też wzruszyło. Uwielbiał je obie.

Razem poszli na śniadanie do rodziców. Kasia nie skomentowała ich spaceru bez kurtek, ale mama Agnieszki nie

mogła się powstrzymać.

– A gdzie macie kurtki? Przeziębicie się! Pewnie wymarzliśmy w tej chacie. Mówiłam, żeby...
– Oj, mamo, daj spokój. Co na śniadanie?
– Siadajcie, bo stygnie. – Kobieta wróciła do krzątania w kuchni i temat kurtek odszedł w niepamięć.
Chyba  nie  wyglądali  na  szczególnie  wypoczętych,  bo  cała  rodzina  przyglądała  im  się  badawczo.  Adam  był

strasznie  głodny.  Nałożył  sobie  na  talerz  wszystko,  co  oferował  stół:  jajecznicę,  kiełbaski,  chleb,  ser,  wędlinę,
pomidory, a nawet marynowaną paprykę, za którą nie przepadał. Pochłaniał, nie mówiąc wiele, przez co na Agnieszkę
spadła odpowiedzialność za podtrzymywanie konwersacji na temat tego, jak im się spało, czy zmarzli i gdzie jest kot.

Agnieszka, siląc się na entuzjazm, odpowiadała kolejno: jak to na nowym miejscu, jak to zimą w domku, dostał

jeść i śpi.

Adam zauważył, że wszystkie informacje były nieprawdziwe.
Po śniadaniu poszedł do łazienki, gdzie przypomniał sobie o telefonie Mariusza. Najpierw sprawdził połączenia.

Wczoraj  wieczorem  ktoś  usilnie  próbował  się  do  niego  dodzwonić.  Numer  był  jednak  zastrzeżony.  Wszedł
w wiadomości. Ostatni SMS przyszedł około 5 rano.

Sister: I jak?
Ten SMS nie mógł się doczekać odpowiedzi. Adam przejechał palcem na samą górę, by przeczytać wcześniejsze

rozmowy rodzeństwa. Nie zakładał, by jako Sister zapisał kogoś innego niż własną siostrę.

Sister: Udało się?
Ja: Jestem z nią. Potem prześlę Ci foty. Jest słodka. Uwielbia mnie 
Sister: OK, jak coś, wszystko załatwione. Jutro wyjedziecie? Informować Larry’ego? Musi przygotować dalszy

transport...

Ja: Tak.
Kolejna wymiana SMS-ów miała miejsce na drugi dzień.
Ja: Są małe problemy. Wyjedziemy jutro.
Sister: Co się dzieje? Czemu ode mnie nie odbierasz?
Ja: Po prostu przekaż Larry’emu, że będziemy jutro.
Sister: Oki...
A  więc  jego  współlokatorka  nie  myliła  się,  podejrzewając  porwanie  dziecka  za  granicę.  Tylko  co  on  sobie

myślał? Że policja go nie znajdzie? Że takie duże dziecko nie będzie chciało do mamy?

Odszukał korespondencję z niejakim Larrym. Wymienili krótkie wiadomości 2 dni temu.
Larry: Hi. This is Larry, your sister’s friend. Write this number. Documents waiting.
Ja: Hi. Thx 4 all. Where we’ll met?
Larry: Told U later.
A więc załatwił sobie i dziecku lewe papiery. Adam nadal nie widział w tym sensu. Wrócił do listy wiadomości.
Ja: Zobaczysz NYC prędzej, niż myślisz :)
!Sara:*: To szaleństwo! Jesteś wariat, wiesz? Lovvvvv.
Ja: Cieszysz się?
!Sara:*: Czy  cieszę?  Wreszcie  zacznę  wszystko  od  nowa!  I  będę  mieć  rodzinkę   :) Jesteś  pewien,  że  odda  Ci

dziecko?...

Ja: Mówiłem Ci, że ona jej nie chce. Będzie z nami szczęśliwa! Będziesz MAMĄ!

background image

!Sara:*: Taaaak! Już ją uwielbiam<3.
Teraz  to  już  w  ogóle  zdębiał.  W  porządku,  Mariusz  chciał  uciec.  Znalazł  wartą  siebie  kompankę,  która

prawdopodobnie nie mogła mieć dzieci, a bardzo chciała. Odegrał rolę ojca walczącego o dziecko. Ale przecież nie
zmienia to faktu, że w końcu znaleźliby Anię! Sama, jakby podrosła, odszukałaby mamę. Zmroziło go jednak na myśl,
że Agnieszka mogłaby być choć dzień bez Ani. Jaki miał plan? Wrócił do listy wiadomości.

Ja: Przekazałeś kasę? Kiedy to zrobi?
Pablo: Przekazałem. Dzisiaj. Śledzi ich. Są w trasie. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?
Ja: Tak. Sami mi podsunęli ten pomysł...
Pablo: Jak  chcesz...  Bądź  pod  telefonem.  Będzie  do  Ciebie  dzwonił.  Wyprowadzisz  ich  na  dwór.  Wtedy  daj

sygnał. On podjedzie pod wskazane miejsce. Będzie zawsze w promieniu kilometra. Ale nie bliżej.

Ja: OK. To nie będzie trudne.
Teraz wszystko stało się dla niego jasne. Ani nie miałby kto szukać, bo oboje by nie żyli! Wyjął kartę z telefonu

i spuścił ją w sedesie. Agnieszka nie może się o tym dowiedzieć. Swoje już przeszła, a zagrożenie, jak by to ująć...
zostało wyeliminowane.

Podjął też inną ważną decyzję.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XXII

Odwożąc Krysię na lotnisko, wciąż przeżywali Dzień Babci w przedszkolu Ani.

– Jaką ładną laurkę dostałam! Jak tylko wrócę, wstawię ją w ramkę – cieszyła się podwójna babcia, ulokowana na

tylnym siedzeniu focusa wraz z nowo nabytą, ale już ukochaną wnusią. – Nie mogę się doczekać, kiedy przyjedziecie.
Przygotuję dla was duży pokój, zanim znajdziecie sobie jakiś kąt. I pracę oczywiście.

–  Mamy  spore  oszczędności.  Poradzimy  sobie.  –  Adam,  który  prowadził,  mrugnął  do  Agnieszki

porozumiewawczo.

– Kiedy mogę się was spodziewać? – chciała wiedzieć Krysia, gdy czekali z nią na odprawę.
– Musimy wynająć mieszkania – tłumaczył Adam. – Agnieszka powinna swoje dodatkowo wyposażyć pod kątem

studentów.

– Nie miałaś problemów w szkole? – jego matka zwróciła się do dziewczyny.
– Dyrektorce było trochę przykro, ale znalazłam osobę na swoje miejsce, więc nie robiła mi problemów.
– Cieszysz się, wnusiu, że zamieszkasz z babcią? – Krysia wzięła małą na ręce i ucałowała ją. Pytanie oczywiście

było retoryczne, bo Ania nie posiadała się z radości, odkąd usłyszała, że nie musi więcej chodzić do znienawidzonego
przedszkola.

Krysia była już przy bramce i jeszcze raz chciała wszystkich uściskać.
– Pamiętaj, synuś, że ja życia na kocią łapę nie toleruję – wyszeptała jeszcze Adamowi.
– Oj, mamo...
– Nie dyskutuj ze mną!

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Rozdział XXIII

Gazeta.pl/Olsztyn:
„Podwójna śmierć w jeziorze”

„Pagórek  śmierci”,  jak  go  nazywają  mieszkańcy  Sokołowa  (gmina  Olsztynek),  zbiera  swoje  żniwo  nie  tylko

w letnie noce. W ostatni weekend znów doszło tam do tragedii. Na domiar złego – podwójnej.

– 36-letni Mariusz L., mieszkaniec Gdańska, najprawdopodobniej zabłądził i znalazł się na stromym pagórku

przy dzikiej plaży nad jeziorem Jasnym. Nie zauważył końca drogi i jego samochód kilkukrotnie dachował, po czym
wpadł wprost do jeziora. Mężczyzna nie miał szans na przeżycie – powiedział st. sierż. Zbigniew Rosiewicz, oficer
prasowy Komendy Wojewódzkiej w Olsztynie.

Hałas towarzyszący wypadkowi dotarł do domostw zlokalizowanych po drugiej stronie „pagórka śmierci”.
– Mąż wziął latarkę i wyszedł sprawdzić, co się stało. Latem jest tu dużo wypadków, ale zimą jeszcze nie było.

Podzielił  jego  los...  –  mówiła  nam  zapłakana  wdowa  po  62-letnim  Kazimierzu  K.,  który  najprawdopodobniej
pośliznął się i sturlał się z górki wprost na kamień przy plaży. Uderzenie w głowę okazało się śmiertelne.

Policja wykluczyła udział osób w trzecich w obu śmiertelnych zdarzeniach. Nie będzie też sekcji zwłok.
– Zarówno siostra mieszkańca Gdańska, która przybyła zidentyfikować zwłoki, jak i wdowa po Włodzimierzu K.

odstąpiły od prac prosektoryjnych – poinformował rzecznik policji.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=

background image

Epilog

3 miesiące później
Aparat  Mariusza  miał  wiele  praktycznych  zastosowań.  Nawet  dla  niej,  technicznej  ignorantki.  Potrafiła  jednak
włączyć playlistę. Wybrała Elektryczne Gitary i losowe wybieranie utworów. Popłynęła optymistyczna melodia:

I co ja robię tu?
U-u, co ty tutaj robisz?
12 ciężkich szczerozłotych koron moją głowę zdobi.
Jest tyle różnych dróg.
U-u, co ty tutaj robisz...

– Co ja tutaj robię? – zapytał siebie Adam, ale nucąca pod nosem Agnieszka nie usłyszała tego. Leżała z głową na

jego  podbrzuszu,  wystawiając  twarz  do  słońca.  Nakręcał  na  palce  jej  włosy,  rozkoszując  się  pięknym  widokiem  na
zielone wzgórza. Piknikowali na kocu rozłożonym na świeżej wiosennej trawce. Dziewczyna, ubrana w czarne getry
i koszulę w czerwoną kratę, odpoczywała beztrosko z przymkniętymi oczami. Za pomocą kciuka kręciła pierścionek
na serdecznym palcu. Miała ładne, długie place. Sukcesywnie obsypie je kolejnymi brylantami. Zrobiłby to już teraz,
ale obiecali, że będą żyć normalnie. Przynajmniej na tyle, na ile się da, mając 400 tysięcy w gotówce i kilka trupów
na sumieniu.

Matka Adama już dzień po ich przylocie do Dublina nie mogła zrozumieć, dlaczego jeszcze nie szukają pracy. Aby

nie  wdawać  się  w  niepotrzebne  dyskusje,  postanowili  rozejrzeć  się  za  jakimś  przyjemnym  zajęciem.  Ostatecznie
Agnieszka  zdecydowała  się  uczyć  w  polsko-irlandzkiej  szkole  wieczorowej  (chociaż  nie  została  doktorem  na
uniwersytecie,  wykłady  dla  dorosłych  dawały  jej  dużo  frajdy),  a Adam  znalazł  zatrudnienie  w  gazecie  dla  Polonii.
Skusiło  go  ogłoszenie  na  Dublikek.net,  zatytułowane  „Handlowiec”  (wreszcie  nie key  account  manager  czy
marketing materials compliance specialist). Pracę przyjęli nie tylko z uwagi na dociekliwość matki Adama, ale też
dla ubezpieczenia. Za pół roku będzie ich więcej. Wkrótce też przeprowadzą się do własnego domu.

– Adaś, dzwoniłeś do Niutki? – Agnieszka wciąż miała zamknięte oczy. Teraz zdejmowała i na nowo zakładała

pierścionek.

– Nie, ale mama dzwoniła do ciotki Teresy. Podobno odkąd ją wykastrowała, jest miła jak baranek. Spędza dnie

na jedzeniu i spaniu. W ogóle nie broi. Podobno nawet nie miauczy, tylko „cudownie mruczy”.

– Trudno mi w to uwierzyć! – Roześmiała się.
– Noo... jak we wszystko ostatnio!
– Tęsknię za tym nieznośnym futrem – przyznała po chwili.
– Za futrem śmierdzącym starą szafą? – upewnił się, dając dziewczynie buziaka w nosek.
– Za chodzącym roztoczem – potwierdziła, całując go w usta.
– Za wyleniałym śmierdzielem? – Oddał pocałunek.
– Za rozkapryszonym wąsiskiem.
– Za wąsatym mścicielem?
– Za leniem kuwetowym...

Wyszedł  pospiesznie  ze  sklepu.  Właścicielka  nie  omieszkała  wymownie  spojrzeć  na  zeszyt,  kiedy  za  zaskórniaki
kupował  dwa  specjale.  Jakby  nie  wiedziała,  że  zasiłek  ma  10.  Nie  zachodziłby  tu,  nawet  gdyby  sklep  miał  we  wsi
konkurencję. I gdyby tak bardzo go nie suszyło.

Złapał się za głowę, w którą bez wyraźnego powodu dwukrotnie oberwał, i ruszył w stronę chałupy. Na podwórzu

zastał opartego o rower listonosza, namiętnie dyskutującego z sąsiadką z jego bliźniaka. Nie cierpiał tej baby, więc
spuścił głowę, by niezauważonym przemknąć do siebie. O dziwo, listonosz czekał na niego.

–  Pani  Marysia  powiedziała,  że  pan  tylko  do  sklepu,  to  mówię:  poczekam  –  zagadał  przyjaźnie,  co  bardzo  go

zaskoczyło,  gdyż  zasiłku  nie  spodziewał  się  jeszcze  przez  tydzień. A  tylko  wówczas  listonosz  miał  świetny  nastrój,
gdyż  odpalał  sobie  prowizję  na  piwo.  Nie  zdziwiła  go  za  to  wszechwiedza  sąsiadki.  Posłał  jej  pełne  odrazy

background image

spojrzenie, ale bynajmniej nie zniechęciło jej to od stania przy płocie i słuchania, o czym mowa.

–  Mam  dziś  dla  pana  przekazik,  że  ho,  ho  –  cieszył  się  przedstawiciel  poczty,  znany  na  wsi  jako  pan  Rysio,

wyjmując z czarnej, wypchanej torby jakiś świstek i długopis.

Od niechcenia podpisał wszędzie, gdzie mu kazano, bo choć był ciekawy przekazu, bardziej spieszyło mu się, by

zasmakować w zimnym piwie.

Pan Rysio schował kartkę i długopis, a wyjął plik gotówki. Zaczął odliczać stuzłotowe banknoty.
–  Tysiąc...  dwieście,  czterysta,  sześćset,  osiemset,  dwa...  –  Listonosz  zaciekawił  go,  i  to  bardzo.  Również  pani

Marysia wychyliła się przez płot i z niedowierzaniem patrzyła, skąd jej zapijaczony sąsiad dostaje taką gotówkę. –
Dziewięć tysięcy osiemset i dziesięć! – Listonosz wygładził plik banknotów i wręczył je Romanowi Plucie.

Listonosz  Mieczysław  Wrona  zatrzymał  motorek  przed  domem  wdowy  Kwiatkowskiej.  Budynek  prosił  się  o  nowe
schody i elewację. Kazik nie dbał o nic. W dodatku był wyrywny, zwłaszcza po kielichu. Wozi tu listy od 20 lat, więc
zna  ludzi  i  ich  historie.  Sami  opowiadają  mu  o  swoich  troskach:  począwszy  od  zbyt  niskich  rent  i  emerytur,  które
wciąż wypłaca im do ręki, przez choroby i dolegliwości, po problemy z niegarnącymi się do roboty dziećmi.

Dziś miał dla Kwiatkowskiej szczególną przesyłkę. Na tych popegeerowskich koloniach przekaz zza granicy był

nie lada wydarzeniem.

Wdowa oporządzała świnie w chlewie, jak się domyślił po odgłosach ich kwiczenia. Zdecydował, że cierpliwie

poczeka. Wiedział, że poza nią w domu może być tylko syn, nic niewarty wyrostek, na którego ręce nie powierzyłby
nawet ulotki o koncie pocztowym, a co dopiero TAKĄ przesyłkę.

Rozejrzał  się  po  podwórzu.  Piękne  tereny  i  dużo  ziemi.  Oj,  przydałaby  się  wdowie  męska  ręka.  Człowiek

z pomysłem i podstawową wiedzą o funduszach unijnych zrobiłby tu taki agrobiznes, że mucha nie siada.

Kwiatkowska, drobna kobieta o przyjemnej twarzy, wyszła z obory, więc ukłonił się nisko.
– Dzień dobry, pani Celinko! Jak tam zdróweczko?
–  O  dzień  dobry,  panie  Mietku. A  jakoś  się  żyje,  dziękować  Bogu.  Ciężko,  bo  ciężko,  ale  taki  los  –  przyznała

swoim zwyczajem, wycierając ręce w niebieski fartuch.

– Mam dla pani przekaz pocztowy, i to z daleka!
– Dla mnie? Przekaz? O, to pewnie od stryja z Ameryki. Czasem chłopina prześle parę groszy. Dawno nie słał, nie

powiem. Myślałam, że mu się umarło, biedakowi, bo stary już był i z tęsknoty pewnie...

– Nie, nie od stryja. Z Irlandii, pani Celinko droga.
– O święta Panienko! A gdzie to?
– Na Wyspach, pani Celinko. Wszystkie młode tam jeżdżą pieniądze robić.
Listonosz,  nie  chcąc  już  przedłużać  tej  chwili,  otworzył  torbę  i  z  przegrody  na  zamek  wyjął  gruby  plik

stuzłotowych  banknotów.  Przezornie  obejrzał  się,  czy  młody  Kwiatkowski  albo  jakiś  wścibski  sąsiad  czasem  nie
węszy w pobliżu, i zaczął odliczać banknoty wprost na ręce zdumionej wdowy.

===bFU0VWRWN1FlXGpSZwIzC2hQYQcy VzEHPgxvCTEEMQU=


Document Outline