background image

Meredith Webber 

Niebezpieczne słońce

Medical duo 221

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miarka   się   przebrała,   to   koniec!   Za   kogo   on   mnie   ma,   za   idiotkę?   Pierwszy   raz 

umawiamy się na coś w rodzaju randki z prawdziwego zdarzenia, a on ją w ostatniej chwili 
odwołuje!

Rozjuszona Phoebe z całych sił zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu Charlesa Marlowe’a, 

odwróciła się na pięcie i zderzyła z jego starszym partnerem. Odbiła się od niego i byłaby 
upadła, gdyby Nick David nie przytrzymał jej za ramiona. 

Spojrzał z góry w jej ciemne, pałające furią oczy, i uśmiechnął się. 
– No i wyszło szydło z worka. Już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, kiedy wreszcie 

uda mu się sprowokować cię do pokazania pazurków. 

Phoebe w jednej chwili przeniosła na niego cały swój gniew i w jej oczach rozgorzała 

jeszcze większa wściekłość. Wyrwała mu się i zacisnęła piąstki, co mogło sugerować, że 
gotowa jest przejść do rękoczynów. 

–   Co   to   niby   miało   znaczyć?   Jakich   pazurków?   Nick   zachichotał,   rozbawiony   jej 

wzburzeniem. 

– Wszystkie te „tak, Charles, nie, Charles, oczywiście, Charles!”. Wobec mnie nawet w 

połowie nie byłaś taka uległa, nie wahałaś się nawet wygarnąć mi prosto w oczy, co o mnie 
myślisz, chociaż nie da się ukryć, że to ja jestem twoim szefem. 

– Wcale nie... – Phoebe zająknęła się, a potem z wrodzoną szczerością, za którą tak ją 

lubił, dodała: – Owszem, ale tylko raz, bo nie mogłam patrzeć spokojnie, jak rozkochujesz w 
sobie tę biedną młodą maszynistkę, która przyszła do nas na zastępstwo, a potem ryczysz na 
nią, kiedy zapatrzona w ciebie jak w obraz nie może się skupić na pracy. 

Z tymi słowami odwróciła się i wmaszerowała do ciasnej klitki, która służyła im za pokój 

dla personelu. Nick wszedł tam za nią, gotowy do dalszej dyskusji. 

– Jeśli działam na kobiety tak, jak sugerujesz, to dlaczego zakochałaś się w Charlesie, a 

nie we mnie?

– Bo już dawno uodporniłam się na takich jak ty – rzuciła przez ramię odwrócona do 

niego   plecami   Phoebe.   –   I   nie   „zakochałam   się”   w   Charlesie,   jak   to   obcesowo   ująłeś. 
Przypomnij sobie, że przechodził trudny okres, kiedy zaczęłam tu pracować. Było mi go żal. 
Potem ujęła mnie jego osobowość. 

Niedowierzające cmokanie Nicka kazało jej się odwrócić. 
– Zresztą nie ma się nad czym rozwodzić – dorzuciła, wymachując łyżeczką jak szablą. – 

To   już   skończone!   Powiedziałam   mu,   że   wychodzę,   daję   się   poderwać   pierwszemu 
napotkanemu mężczyźnie i niczego mu nie odmawiam!

– To brzmi jak wyzwanie, doktor Moreton – mruknął Nick. 
Przemknęło mu przez myśl, że powinien ją częściej denerwować. Do twarzy jej było z 

tymi rumieńcami gniewu i roziskrzonymi oczami. 

– Co przez to rozumiesz? – zapytała, słodząc mu kawę. 
– Ja jestem tym mężczyzną! – odparł, a kiedy spojrzała na niego ze zdziwieniem, uściślił: 

background image

– No, tym pierwszym, którego spotkałaś po wyjściu od niego. – Uśmiechnął się i ściągnął 
brwi, udając głęboki namysł. – Czego by tu od ciebie zażądać?

Phoebe dziwny dreszczyk przebiegł po plecach. 
– Nie wygłupiaj się – burknęła. – Nie bierz tego dosłownie. Ale nie powiem, zdarza się, 

że mężczyźni chcą się ze mną umówić, a ja do tej pory odmawiałam, bo naprawdę myślałam, 
że między mną a Charlesem coś jest. 

Zrobiło jej się smutno. Nie tylko myślała, była przekonana, że coś między nimi jest. Albo 

się narodzi, Z czasem... 

Charles był oddany pracy i nie miał zbyt wiele czasu na życie towarzyskie, ale właśnie 

takiego jak on mężczyznę wymarzyła sobie na męża. 

Stateczny, rzeczowy, niewymagający... 
Zupełne przeciwieństwo jej ojca. 
– Hej! To niezła myśl – zauważył Nick, podchodząc i ujmując ją pod brodę. 
Spojrzała mu w oczy. Były ciemnoniebieskie i trudne do odczytania. Zwłaszcza w tej 

chwili. 

Przypomniała  sobie, że jest rzekomo  uodporniona na takich  mężczyzn  i uświadomiła 

sobie, że umknęło jej to, co przed chwilą powiedział. 

– Możesz powtórzyć? – poprosiła, odsuwając się od niego. 
Sięgnął po filiżankę z kawą i pochylił się, żeby upić łyczek. Nie widziała teraz wyrazu 

jego twarzy. 

– Powiedziałem, że to niezła myśl. On chyba nie zdaje sobie sprawy, jak nieelegancko z 

tobą postępuje. Widząc cię w towarzystwie innego mężczyzny, poszedłby może po rozum do 
głowy. 

– Radzisz mi wzbudzić w nim zazdrość? – spytała, cedząc słowa. Ściągnęła mimowolnie 

brwi,   kiedy   spróbowała   to   sobie   wyobrazić.   –   Ale   Charles   nie   jest   typem   zazdrośnika. 
Widzisz, połowa problemów, z jakimi borykamy się w naszym związku – jeśli można nazwać 
związkiem tych kilka randek i wspólnych posiłków po pracy – bierze się z jego troski o Annę. 
Zamartwia się wciąż, że ona spotyka się z nieodpowiednimi mężczyznami i że któryś z nich 
może ją skrzywdzić. 

Nick przewrócił z niedowierzaniem oczami. Jak kobiety mogą być tak naiwne i nabierać 

się na podobny kit wciskany im przez mężczyzn w rodzaju Charlesa? Nie chciał być jednak 
tym, który pozbawi Phoebe złudzeń. Jeśli naprawdę jest zakochana w Charlesie, otwieranie 
jej oczu na jego wady nic dobrego nie przyniesie. 

– Ale co ci szkodzi spróbować? – podjął. – To lepsze, niż czekać z założonymi rękami, aż 

sytuacja sama się wyklaruje. 

–   Masz   rację!   –   podchwyciła   niemal   z   entuzjazmem,   ale   zaraz   na   jej   ładnej   twarzy 

pojawiło   się  zwątpienie.   Westchnęła  ciężko.  –  Ale   to  się  nie   uda.  Przecież  Charles   albo 
przesiaduje tutaj, na oddziale, albo pisze w domu artykuły, albo ugania się za Annę i wyciąga 
ją   z   tarapatów.   Na   całe   nasze   życie   towarzyskie   składają   się   wspólne   wieczory   w 
laboratorium i sporadyczne wypady do kina, ewentualnie jakiś drink po wyjściu z pracy. 
Mogłabym się spotykać z dziesięcioma mężczyznami, a on by tego nie zauważył, chyba że 

background image

kazałabym   im  biegać   za  sobą  po  salach  albo  czekać   z kwiatami  i  bombonierkami   przed 
głównym wejściem. 

– Po co zaraz dziesięciu? – mruknął Nick. 
Drażnił go lekceważący sposób, w jaki Charles traktuje Phoebe. Nie było w tym  nic 

osobistego. Po prostu pracowała na oddziale, którym on kierował, i czuł się za nią w jakimś 
sensie odpowiedzialny. 

– Rozwiązania nie trzeba szukać tak daleko – dodał. – Wystarczy, żebyś spełniła swoją 

pogróżkę.   Kto   był   pierwszym   mężczyzną,   którego   spotkałaś,   trzasnąwszy   drzwiami   jego 
gabinetu? Ja. 

Zobaczył w jej oczach podejrzliwość, wyczuł ją w gęstniejącej raptownie atmosferze. 
– Ty?
– Przecież jestem mężczyzną – zauważył, po części rozbawiony, po części stropiony jej 

reakcją. 

– Ale ty wolisz blondynki. Charles z miejsca by się zorientował, że to ukartowane. 
Nicka samego zaskoczył gniew, jakim zareagował na te słowa. Był to gniew domagający 

się   fizycznego   rozładowania.   Najchętniej   potrząsnąłby   tą   zaślepioną   kobietą,   której   od 
jakiegoś czasu starał się pomóc. 

W ciągu ostatnich miesięcy już kilka razy miał ochotę nią potrząsnąć. Delikatnie, ma się 

rozumieć, i bardziej w przenośni niż dosłownie. Uświadomić jej, jaki Charles jest naprawdę, 
zrobić coś, żeby zobaczyła w nim wreszcie mężczyznę, który nie potrafi zerwać definitywnie 
więzów łączących go z byłą żoną. Jess, jego poprzednia przyjaciółka, szybko to odkryła. 

Ale   nie   był   to   ani   czas,   ani   miejsce   na   uświadamianie   w   tym   względzie   młodszej 

koleżanki. Ani też na wspominanie o Jess. 

– Widywano mnie z jedną rudą – zaoponował. – Tudzież z ognistą brunetką. 
Phoebe prychnęła pogardliwie. 
– A ta, jak jej tam, Olivia czy Ophelia, z którą prowadzasz się od tygodnia?  Co jej 

powiesz?

– Juliet... – położył specjalny nacisk na to imię, bo dobrze wiedział, że Phoebe je zna – ... 

zdała sobie sprawę, że nad lekarzy przedkłada prawników. Odeszła. 

–   A   nie   została   aby   odprawiona?   –   spytała   Phoebe   z   uśmiechem   tak   przekornym   i 

porozumiewawczym,   że   Nickowi   znowu   przyszła   ochota   na   zastosowanie   przemocy 
fizycznej. 

Stłumił w sobie tę pokusę. 
– W każdym razie ją mamy z głowy. – Spojrzał na zegarek. – Ale my tu sobie gadu-gadu, 

a Charles lada moment wychodzi do domu. Nie należałoby wykorzystać tej okazji?

Wyjął z rąk Phoebe filiżankę i odstawił ją na blat. Potem wziął dziewczynę pod rękę i 

wyprowadził na korytarz. 

Phoebe poczuła dreszczyk niepewności. Łatwo było wygłaszać kąśliwe uwagi na temat 

romansów Nicka i droczyć się z nim, dopóki miała w odwodzie Charlesa, ale teraz wypływała 
na niezbadane wody i głos wewnętrzny podpowiadał jej, że rekiny to pestka wobec tego, co 
może ją tam czekać. 

background image

– Co ty wyprawiasz? Co to ma znaczyć? – żachnęła się, kiedy Nick przyparł ją do ściany i 

upozował z dbałością, którą zwykle rezerwował tylko dla pacjentów. 

– Dałaś się poderwać pierwszemu napotkanemu mężczyźnie i niczego mu nie odmawiasz, 

słonko – wymruczał, a jego niebieskie oczy zabłysły przewrotną wesołością. – Za chwilę 
usłyszymy skrzypienie przekręcanej gałki u drzwi. 

Znaczenie tych słów nie zdążyło jeszcze do niej dotrzeć, kiedy dźwięk otwieranych drzwi 

obwieścił, że Charles opuszcza swój gabinet. 

Zanim   zdążyła   zaprotestować,   Nick   pochylił   się   i   ustami,   o   których   tak   często 

fantazjowała – nie dlatego, że pragnęła być całowana, lecz ze względu na ich piękny wykrój – 
wpił się w jej wargi. 

„Wpił się” to właściwe określenie. W tym  zainscenizowanym  pocałunku nie było ani 

krzty łagodności. Zaskoczona Phoebe rozchyliła mimowolnie usta, zetknęły się ich języki i 
świat zawirował, a ona zupełnie zapomniała, dlaczego to robią. Oszołomiona budzącą się 
kobiecością,   z   której   istnienia   nie   zdawała   sobie   dotąd   sprawy,   poddała   się   nowym 
doznaniom. 

Kiedy   przez   tę   mgiełkę   odurzenia   przebił   się   głos   Charlesa,   wymawiającego   ze 

wzburzeniem jej imię, oprzytomniała na moment i podjęła próbę wyswobodzenia się z objęć 
Nicka. 

– Pamiętaj, że robimy to w dobrej sprawie – mruknął z ustami tuż przy jej szyi i ciepły 

powiew jego oddechu przyprawił ją o dreszcz, który spłynął do samych stóp. 

W dobrej sprawie, powtórzyła  w myślach, i dała się znowu ponieść fali namiętności, 

całując Nicka z gorliwością podróżniczki, która odkrywa nowe krainy. Słyszała oddalające się 
korytarzem kroki, gdzieś tam trzasnęły drzwi, ale odgłosy te wobec podniecenia,  jakiego 
dotąd nie odczuwała, były bez znaczenia. Rejestrowała je tylko jej podświadomość. 

Skończyło   się   tak   samo   raptownie,   jak   się   zaczęło.   Nick   oderwał   się   od   niej,   oparł 

plecami o ścianę i ostentacyjnym gestem popartym przez głośne „Ufff!”, otarł grzbietem dłoni 
czoło. 

Phoebe chciała oprotestować to teatralne zachowanie, ale nie mogła złapać tchu i słowa 

więzły jej w krtani. W tej sytuacji Nick odezwał się pierwszy:

– To ci dopiero – wydyszał, zerkając na nią podejrzliwie. – Jeśli całowałaś w ten sposób 

biednego Charlesa, to nic dziwnego, że facet chodzi z głową w chmurach. 

Zanim zdążyła zareagować i sprostować, że nigdy nie całowała się tak z Charlesem ani w 

ogóle z nikim, Nick odepchnął się od ściany i ruszył przed siebie korytarzem. Zatrzymał się 
przed drzwiami swojego gabinetu, otworzył je i spojrzał na nią. 

– No – powiedział głosem tak spokojnym, jakby nic się nie stało – co zaprezentujemy na 

bis?

Powinna mu powiedzieć od razu, że żadnego bisu nie będzie. Powiedzieć to stanowczo, 

bo cała ta błazenada nie warta była kontynuowania. Ale nie mogła dobyć z siebie głosu. W 
głowie   miała   pustkę.   Zupełnie   jakby   wskutek   tego   pocałunku   doszło   tam   do   jakiegoś 
krótkiego spięcia i mózg padł jak przeciążony komputer. 

– Naturalnie, całowanie się ze mną na korytarzu odpada. Nie będziemy się powtarzać. – 

background image

Nick mówił to tak rzeczowo i z takim spokojem, jakby omawiał grafik. – Może by tak na balu 
charytatywnym? To za dwa tygodnie, o ile się nie mylę? Charles na pewno na nim będzie, bo 
on nigdy nie opuszcza takich oficjalnych imprez. Czyli jesteśmy umówieni?

Phoebe   wiedziała,   że   musi   jakoś   zareagować,   potrząsnęła   więc   przecząco   głową. 

Wybierała się na ten bal z Charlesem. 

Czy aby na pewno?
Kiwnęła   głową   i   uświadomiła   sobie   swój   błąd   dopiero,   kiedy   Nick   powiedział 

„Doskonale!” i wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. 

Zobaczy się z nim nazajutrz. Powie, że nie może z nim iść. Chociaż Charles na pewno 

pójdzie, z nią czy bez niej, a ona ma swój własny bilet... 

Oderwała się od ściany i powlokła do szatni – jeszcze jednej klitki na małym oddziale, 

którego   większość   powierzchni   przeznaczono   na   gabinety,   laboratorium,   magazynek 
podstawowego sprzętu i poczekalnię dla pacjentów. 

Może w trakcie przebierania się dojdzie trochę do siebie, chociaż wątpiła, czy cokolwiek 

wymaże z jej pamięci ten pocałunek. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Poradnia nowotworów skóry przy oddziale dermatologii szpitala Southern Cross mieściła 

się na końcu długiego, niskiego budynku i wchodziło się do niej bezpośrednio z parkingu 
przeznaczonego   dla   licznych   pacjentów   ambulatoryjnych.   Phoebe   od   sześciu   miesięcy 
korzystała z tego wejścia. Przekraczała je codziennie z przyjemnym poczuciem satysfakcji, że 
nie tylko wykształciła się na lekarza, ale również dostała pracę w tej właśnie poradni. 

Do tej pory na jej dobre samopoczucie wpływał jeszcze jeden dodatkowy element,  a 

mianowicie perspektywa ujrzenia Charlesa, pracy z nim, walki ramię w ramię z rakiem skóry 
i badań nad tą groźną chorobą. 

Dzisiaj po tamtym dobrym samopoczuciu zostało tylko wspomnienie. Szła do pracy z 

ciężkim sercem. 

–   No   nie!   Gdzie   się   podziała   kobieta,   która   z   uśmiechem   na   ustach,   roztańczonym 

krokiem wchodziła codziennie przez te drzwi?

Nick dogonił ją, objął w talii i pociągnął za sobą. 
–   Łatwo   ci   mówić   –   burknęła,   przyśpieszając   odruchowo   kroku,   żeby   nie   stracić 

równowagi. – Jak ja mu teraz spojrzę w oczy?

– Zwyczajnie  – poradził jej  Nick. – Uśmiechniesz  się promiennie  i powiesz wesoło: 

„Dzień   dobry,   Charles”.   Nie   zapominaj,   że   stosujesz   wobec   niego   terapię   wstrząsową. 
Wycofywanie się na tym etapie wszystko zepsuje. 

Otaczająca   ją   w   tali   ręka   Nicka   działała   regenerująco,   koiła   roztrzęsione   nerwy, 

przypominała o wczorajszym incydencie. O pocałunku. 

Było to wspomnienie przyprawiające o zawrót głowy. 
–  A   wracając  do  celu,  który nam  przyświeca   –  ciągnął  Nick  –  może  byśmy  się  tak 

pocałowali? Charles wjechał właśnie na parking. Musiałaś mu wczoraj porządnie zaleźć za 
skórę. To do niego niepodobne, żeby zjawiać się w pracy w ostatniej chwili. 

– Pewnie zajrzał po drodze do Annę – podsunęła Phoebe i o dziwo myśl, że tak właśnie 

mogło być, nie wywołała w niej irytacji. 

Czy była to zasługa złudnego poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała jej bliskość Nicka, 

czy pocałunku, który składał właśnie na jej skroni?

Oczywiście,   pocałunku   nic   nie   znaczącego.   Prawdopodobnie,   całując   ją,   obserwował 

kątem oka Charlesa i napawał się frustracją kolegi. 

Nie   było   to   do   końca   fair   i   chciała   odsunąć   głowę,   ale   jej   ciało,   zapewne   wskutek 

wczorajszego krótkiego spięcia, nie reagowało na wysyłane przez mózg sygnały. 

– Słyszałem, że masz dziś rano bardzo ważne spotkanie z potencjalnym sponsorem – 

rzucił oschle do Nicka zbliżający się Charles. 

– Dopiero o dziesiątej trzydzieści – odparł spokojnie Nick i zwracając się do Phoebe, 

powiedział: – Chodźmy, kochanie. 

Charles skrzywił się, słysząc to pieszczotliwe określenie, i posłał Phoebe, której wreszcie 

udało się wyswobodzić z objęć Nicka, pełne pogardy spojrzenie. 

background image

To twoja wina, chciała mu powiedzieć, ale wiedziała, że to nie do końca prawda. Charles, 

choć odwoływał często spotkania, tłumacząc, że Annę ma jakiś kłopot i bez niego sobie nie 
poradzi, poza tym zachowywał się wobec niej jak dżentelmen. 

– Dzień dobry, Charles – powiedziała, idąc za radą Nicka. Posłała Charlesowi promienny 

uśmiech, ale wzrokiem uciekła w bok. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. 

Odwróciła   się   szybko   i   weszła   do   budynku.   Skinęła   głową   wartownikowi,   okazała 

przepustkę i pomaszerowała wyciągniętym krokiem w kierunku szatni, byle dalej od tych 
dwóch   mężczyzn.   Jeśli   szczęście   jej   dopisze,   Nick   i   Charles   skręcą   od   razu   do   swoich 
gabinetów i zastaną na biurkach stosy dokumentacji do przejrzenia, przygotowane przez ich 
wspólną sekretarkę Sheree. 

Phoebe zdjęła lekki płócienny żakiet, włożyła świeżo wyprany biały fartuch, przeczesała 

włosy i weszła do większego z dwóch gabinetów lekarskich, tego, w którym zainstalowano 
kamerę   wideo   i   skomputeryzowaną   aparaturę.   Pracująca   tu   na   stałe   pielęgniarka   Joannę 
poszła  na urlop, a jej  zastępczyni,  gburowatej  kobiety,  która już na samym  wstępie  dała 
wszystkim   wyraźnie   do   zrozumienia,   że   choroby   skóry   nie   mieszczą   się   w   sferze   jej 
zainteresowań, w gabinecie nie było. 

Phoebe westchnęła. Sheree zwróciła się już niewątpliwie do przełożonej pielęgniarek z 

prośbą   o   wyznaczenia   na   zastępstwo   kogoś   innego,   ale   na   razie   zadanie   informowania 
pacjentów o przebiegu kuracji spadało na nią. 

Pani Dixon czekała już na korytarzu. Przyszła na kolejne przeprowadzanych co pół roku 

badań kontrolnych. Phoebe zaprosiła ją do środka. 

– Mam się rozebrać? – spytała pani Dixon. 
– Częściej chciałbym to słyszeć z ust takich wartych grzechu kobiet – zauważył wesoło 

Nick, który przed chwilą wśliznął się do gabinetu. 

– Pana to się zawsze żarty trzymają. – Pani Dixon uśmiechnęła się do Phoebe. – Jesteśmy 

z doktorem Davidem starymi znajomymi. Już pięć lat mija, jak wypatrzył na mojej nodze tego 
czerniaka, a wciąż każe mi się rozbierać do naga i robi zdjęcia. 

– Powierzchowny rozrastający się czerniak – poinformował Nick Phoebe. Stał teraz tyłem 

do obu kobiet, sprawdzając kamerę i kable łączące ją z komputerem. 

– Czy pani Dixon należy grupy reprezentatywnej? – spytała Phoebe, kiedy kobieta weszła 

za parawan, by przebrać się tam w luźny bawełniany fartuch. 

– Od samego początku – odparł Nick, odwracając się i uśmiechając. Wdusił przycisk 

uruchamiający aparaturę i Phoebe zobaczyła na ekranie monitora swoją postać. 

–   To   możemy   już   zaczynać?   –   Pani   Dixon   wyszła   zza   parawanu   w   papierowych 

szpitalnych   kapciach.   Zatrzymała   się   w   zaznaczonym   na   podłodze   miejscu,   na   które 
nastawiona była ostrość kamery. Widać było, że nie jest tu po raz pierwszy i zna procedurę. 

Phoebe podeszła do kamery, którą zawsze chętnie obsługiwała. 
– Nie – powiedział Nick. – Dzisiaj ja zajmę się kamerą. Ty obserwuj ekran i informuj 

mnie o każdej zauważonej zmianie. Zaczynamy – zwrócił się do pacjentki. 

Pani Dixon zdjęła fartuch, uniosła w górę ręce i zaczęła się wolno obracać wokół własnej 

osi. 

background image

– Jak dotąd żadnych zmian nie stwierdzam – zameldowała po jakimś czasie Phoebe. 
Nick odwrócił się od kamery, pochylił i opierając dłoń na jej ramieniu, spojrzał na ekran. 

Czuła za sobą ciepło jego ciała. 

– Doskonale – orzekł. – Jeszcze jedno ostatnie ujęcie z nałożeniem. 
– Z jakim nałożeniem? – zainteresowała się niespodziewanie pani Dixon. 
–  Opracowujemy  nowy program  komputerowy –  wyjaśnił  Nick.  – Nakłada   on obraz 

rejestrowany aktualnie przez kamerę na przechowywane w pamięci zdjęcie z poprzedniego 
badania kontrolnego i dokonuje porównania. Mam nadzieję, że w ten sposób będziemy w 
stanie   wychwytywać   najmniejsze   zmiany   w   wielkości   i   teksturze   zaśniady   czy   innego 
przebarwienia skóry. 

– A nie można tego robić na oko? – spytała pacjentka. – Przecież mój lekarz robi mi 

regularnie zdjęcia. 

– Ależ marudna z pani kobieta – ofuknął ją żartobliwie Nick. 
Pani Dixon roześmiała się. 
– Lubię wiedzieć, co i jak – powiedziała. 
– I to się pani chwali – zapewnił ją Nick. – Ale na mnie już czas. Muszę żebrać u 

potencjalnego sponsora o pieniądze na zabawę z tą kamerą i programem komputerowym. 
Phoebe przebada panią jeszcze i wszystko wyjaśni. 

Pochylił   się   ponownie   nad   Phoebe,   by   spojrzeć   na   ekran,   przypomniał   jej,   żeby 

wprowadziła wszystko do pamięci, po czym dotknął lekko jej ramienia i wyszedł gabinetu. 

– Co za uroczy mężczyzna! – powiedziała pani Dixon, kiedy drzwi się za nim zamknęły. 
Phoebe, która nie miała jeszcze wyrobionego zdania w tym  względzie, kiwnęła tylko 

głową i czym prędzej zmieniła temat. 

– Pytała pani, co się dzieje ze zdjęciami, które robi pani lekarz ogólny – przypomniała 

pacjentce. – Otóż są one skanowane, wprowadzane do pamięci komputera i porównywane 
przez specjalnie opracowany program do wykrywania wszelkich zmian. Lekarz ogólny, nie 
dysponując   specjalistycznym   sprzętem,   nie   byłby   w   stanie   ich   zauważyć.   Sam   skaner   i 
komputer nie wystarczą. 

Wzięła szkło powiększające i przystąpiła do oględzin skóry rozebranej wciąż do naga 

pacjentki. 

– Nie znam się na nowoczesnej technice – przyznała pani Dixon. – Co to jest ten skaner?
Phoebe wyjaśniła jej, że to urządzenie do przenoszenia obrazu na twardy dysk komputera. 
– Wprowadzone do pamięci komputera zdjęcia można potem wywoływać w dowolnych 

kombinacjach na ekran i porównywać ze sobą poprzez nałożenie. 

–   Przecież   lekarz   sam   mógłby   to   robić,   kładąc   na   biurku   dwa   zdjęcia   obok   siebie   i 

spoglądając to na jedno, to na drugie – zauważyła pani Dixon, znikając znowu za parawanem. 

– Owszem, mierząc je i notując wszelkie różnice. Ale program komputerowy zrobi to 

szybciej   i   pewnie   dokładniej.   Człowiek   długo   może   się   wpatrywać   w   dwa   zdjęcia   tego 
samego brązowego znamienia i zastanawiać, czy ściemniało, czy nie, natomiast komputer w 
mgnieniu oka oszacuje nasycenie barwy i udzieli prawidłowej odpowiedzi natychmiast. 

–  No  a  po  co  ta  kamera?  Dlaczego  muszę   do  was  przyjeżdżać  taki  kawał,   skoro  to 

background image

wszystko może załatwić na miejscu mój lekarz?

Phoebe zaśmiała się, rozbawiona dociekliwością starszej pani. 
–   Przyjeżdża   pani   tutaj,   żeby   dopomóc   naszemu   zespołowi   w   opracowaniu   nowego 

programu, który jeszcze bardziej ułatwi pani lekarzowi stawianie rzetelnej diagnozy. Wie pani 
z własnego doświadczenia, że im wcześniej wykryje się raka skóry, tym większe są szanse na 
jego pełne wyleczenie. Jeśli uda nam się opracować ten program, to wyposażeni w niego 
lekarze ogólni będą mieli bardzo uproszczone zadanie. 

– Ale najpierw pacjent musi się do nich zgłosić – zauważyła pani Dixon. 
– Otóż to! – podchwyciła Phoebe. – Między innymi dlatego Nick usiłuje nakłaniać duże, 

bogate   firmy   do   sponsorowania   naszej   poradni.   Następnym   etapem   będzie   wczesne 
wykrywanie   zmian   na   podstawie   zdjęć   bez   potrzeby   porównywania   ich   ze   zrobionymi 
wcześniej, ale już teraz można zapakować kamerę i komputer do małego samochodu kombi, 
do kilku takich samochodów, które w regularnych odstępach czasu będą krążyły po kraju. Na 
tej   samej   zasadzie,   na   jakiej   z   myślą   o   wsiach   i   małych   miasteczkach   są   obecnie 
przeprowadzane objazdowe akcje badań mammograficznych i krwiodawstwa. 

– Takie samochody mogłyby dyżurować latem na plażach – zasugerowała pani Dixon. – 

Młodym ludziom do znudzenia można powtarzać o konieczności chronienia skóry, ale do 
nich to w ogóle nie dociera. 

Wzięła torebkę, podziękowała grzecznie Phoebe i opuściła gabinet. Phoebe usiadła znowu 

przed   monitorem,   na   którego   ekranie   widniały   wciąż   wykonane   przed   chwilą   zdjęcia 
Wprowadziła   je   do   pamięci,   zamknęła   plik   i   poprosiła   następnego   pacjenta.   Był   nim 
trzydziestoletni Ryan Abrams, u którego po przebytej kuracji odnowił się czerniak złośliwy. 
Pani Dixon miała dużo racji, twierdząc, że młodzi ludzie pozostają głusi na ostrzeżenia. 

O niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą długotrwałe przebywanie na słońcu, mówiono 

od lat, a mimo to pacjentów w przedziale wiekowym, do którego zaliczał się pan Abrams, 
było bez liku. 

– Stary, a głupi! – orzekł później Charles, kiedy na prośbę Phoebe zabrali się we trójkę w 

gabinecie Nicka, żeby omówić przypadek pana Abramsa. – To obecnie przedział wiekowy 
największego ryzyka. 

– Trudno mieć pretensję do młodych mężczyzn, że słomkowy kapelusz, koszula z długim 

rękawem i nacieranie się kremem do opalania nie pasują im do wizerunku macho, na którego 
usiłują pozować – wytknął mu Nick. 

– Żeby do nich trafić, trzeba by wykreować jakiegoś kultowego bohatera ubranego od 

stóp do głów – zauważyła Phoebe. 

– Nie potrafię sobie jakoś wyobrazić gitarzysty rockowego w zapiętej pod szyję koszuli z 

długim rękawem, w słomkowym kapeluszu na głowie i z liściem na nosie. – Nick uniósł brwi 
i spojrzał na nią. W jego niebieskich oczach migotały iskierki rozbawienia. 

Jesteś   uodporniona   na   takich   facetów,   powtórzyła   sobie   w   duchu,   bo   pod   tym 

wyzywającym spojrzeniem ciarki przebiegły jej po krzyżu. 

–   Pokażę   wam   zdjęcia   –   powiedziała,   kierując   rozmowę   z   powrotem   na   sprawy 

zawodowe, a jednocześnie przemknęło jej przez myśl, jak bardzo Nick przypomina jej ojca. 

background image

Przeniosła się na krzesło stojące przed komputerem, wywołała na ekran fragment skóry, 

który chciała pokazać specjalistom, i powiększyła przebarwione znamię. 

–   Zrobiłam   też   zdjęcia   polaroidowe   –   dodała,   obracając   się   z   krzesłem   do   Nicka   i 

Charlesa i rozkładając przed nimi fotografie. 

– Ależ to... – zaczął Charles. 
– A co ty o tym sądzisz, Phoebe? – spytał Nick, uciszając machnięciem ręki Charlesa. 
– Przypadek zdefiniowany jest w pliku jako... 
–   To   zwyczajne   znamię   nie   wykazujące   cech   nowotworu   złośliwego.   Tego   rodzaju 

znamiona ma wielu młodych  mężczyzn  – przerwał jej Charles z takim lekceważeniem w 
głosie, że stropiona poprawiła się na krześle. 

–   Wiem,   ale   znamiona,   o   których   mówisz,   nie   zmieniają   barwy,   natomiast   ja 

stwierdziłam, że znamię pana Abramsa jest obecnie ciemniejsze niż przed miesiącem. 

Nick wstał, zbliżył się do niej, nachylił i studiował przez chwilę obraz na ekranie. 
– Zrobiłaś wydruk nasycenia barwy wypadkowej porównania? – spytał. 
– To mnie właśnie zaniepokoiło – odparła. 
Bliskość Nicka działała na nią deprymująco, a widok poruszających się tuż obok warg, 

które narobiły wczoraj takiego zamieszania, przyprawiał o gęsią skórkę. 

Wzięła głęboki oddech i wyjaśniła:
– Program jakby nie dostrzegał zmiany w nasyceniu barwy, a przecież gołym okiem, jak 

również na ekranie i na wydruku, różnicę widać wyraźnie. Nałożyłam oba zdjęcia na siebie, 
ale nie stwierdziłam zmiany wielkości ani kształtu znamienia. 

– Jeśli komputer nie wykrywa  zmiany koloru, to znaczy,  że jej nie ma – powiedział 

Charles z pewnością siebie człowieka, który dopracowywał program. 

Podszedł  do nich i położył  dłoń  na ramieniu  Phoebe  tak poufałym  gestem,  że  miała 

ochotę ją strząsnąć. 

– Pan Abrams... na imię mu Ryan, tak? – Nick próbował sobie skojarzyć tego mężczyznę. 

– Młody, jasnowłosy, szare oczy... 

– Panikarz – dorzucił Charles. 
Nick przebiegał palcami po klawiaturze, przywołując na ekran szczegółowe dane osobiste 

pacjenta. 

– Też bym panikował, gdybym w wieku dwudziestu sześciu lat dowiedział się, że mam 

czerniaka złośliwego – uznał. – O, jest. Ryan Abrams! Czy to nie twój pacjent, Charles?

– To była rutynowa wizyta. Równie dobrze mogła go przyjąć Phoebe. 
– Nie w tym rzecz – mruknął Nick i teraz na ramionach Phoebe spoczywały już dwie 

dłonie. Dłonie dwóch mężczyzn! – Pan Abrams – ciągnął Nick – próbował już raz takiej 
sztuczki ze mną, kiedy ty byłeś na urlopie. Domalował na znamieniu jasnobrązową farbką 
nieregularne   krawędzie,   które   wyglądały   jak   otoczka   rozrastającego   się   czerniaka.   Na 
szczęście   dla   niego   starłem   farbkę,   przemywając   gazikiem   skórę   przed   nacięciem. 
Podejrzewam, że tym razem użył wodoodpornego tuszu albo flamastra, stąd ta zmiana koloru. 

– Ale dlaczego komputer tego nie wychwycił? – spytała Phoebe. 
–   I   jemu   to   się   wydaje   zabawne?   –   warknął   gniewnie   Charles,   odwracając   się   od 

background image

monitora. 

–   Komputer   wykrywa   zmianę   nasycenia   barwy   rozwijającego   się   czerniaka,   będącą 

wynikiem   proliferacji   komórek.   Tutaj   jej   nie   dostrzegł,   więc   zignorował   zmianę.   – 
Wyjaśniwszy to Phoebe, Nick wyprostował się i zwrócił do Charlesa: – Nie sądzę, żeby to był 
głupi żart z jego strony, chociaż może tak twierdzić, kiedy skonfrontujemy go z naszymi 
ustaleniami.   –   Zawiesił   na   chwilę   głos,   a   potem   dodał:   –   Chyba   masz   rację,   że   facet 
spanikował. Boi się, że moglibyśmy nie zauważyć innego podejrzanego znamienia, gdyby 
takie się pojawiło. Testuje nas, nasze metody i sprzęt. 

– Tylko czas nam zabiera – warknął gniewnie Charles. 
– Sobie również  – zauważył  Nick. – Powiedziałaś  mu,  że prawdopodobnie trzeba  to 

będzie usunąć, tak, Phoebe?

Phoebe kiwnęła głową. 
– Chciałam poprosić Charlesa, żeby od razu to zrobił, tyle Charles był na oddziale, więc 

kazałam przyjść panu Abramsowi jutro rano. 

Zebrała fotografie i znowu zaczęła je przeglądać. 
– Mam nadzieję, że się nie mylisz – powiedziała cicho, a dłoń Nicka ponownie spoczęła 

na jej ramieniu. 

–  Wszyscy  mamy   taką  nadzieję  –  odparł,  chociaż   ponure spojrzenie,  jakie  posłał  im 

Charles, sugerowało, że on się pod tym nie podpisuje. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

W oczach  Phoebe odprowadzającej  wzrokiem wychodzącego  Charlesa  Nick dostrzegł 

zatroskanie i domyślił się, że dręczą ją wyrzuty sumienia. 

Z nim było wprost przeciwnie. Aż się palił, by dać solidną nauczkę Charlesowi, który 

ostatnio działał mu dziwnie na nerwy. 

– Powinnam mu wszystko wytłumaczyć – odezwała się Phoebe – powiedzieć, że to był 

tylko żart. 

– A był? – spytał Nick ze świadomością, że lepiej by zrobił, gdyby w to uwierzył. Phoebe 

nie zaliczała się do kobiet, których towarzystwo preferował – dla kogoś takiego jak on była za 
młoda,   zbyt   ufna.   Gustował   raczej   w   kobietach   szukających   przygody,   a   nie   trwałego 
związku. Ani myślał się z kimkolwiek wiązać. 

– Przecież chcesz wzbudzić w nim zazdrość. Myślisz, że to się uda, jeśli się złamiesz po 

jednym chłodnym spojrzeniu i dwóch gniewnych łypnięciach spode łba? Nie możesz teraz się 
wycofać. 

Podniosła na niego wzrok i ściągnęła brwi, co nadało jej twarzy tak ujmujący wyraz 

niepewności, że omal znowu jej nie pocałował. 

Oczywiście tylko dla podniesienia na duchu. 
– Ja się chyba nie nadaję do takich intryg – powiedziała Phoebe, wzruszając ramionami. – 

Przypomina mi to pana Abramsa i jego fałszywe alarmy. 

– Naprawdę? – spytał Nick – A ja myślałem, że postanowiłaś mu się wreszcie postawić, 

że odezwał się w tobie instynkt samozachowawczy. Przecież nikt ci nie może zarzucić, że nie 
dałaś Charlesowi czasu na ostateczne zerwanie z Annę. 

Phoebe zastanowiła się i po chwili jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. 
– Masz rację! Wszystko przez to moje miękkie serce. Nie mogę patrzeć, że chodzi jak 

struty. Ale muszę się wziąć w garść. 

– No, teraz to rozumiem – stwierdził Nick. – Bierzmy się za planowanie naszej kampanii. 

W piątek wieczorem – Boże, to już pojutrze! – idziemy z Charlesem na kolację z dwoma 
specjalistami od chorób skóry, którzy przyjechali tu z wizytą ze Stanów. Charles ci o tym 
wspominał?

Phoebe miała już powiedzieć, że Charles nigdy nie zabierał jej na służbowe kolacje, ale w 

ostatniej chwili ugryzła się w język. W jej odczuciu byłby to przejaw nielojalności. Pokręciła 
tylko głową. 

– Czy to nieobecne spojrzenie oznacza, że się zgadzasz? – spytał Nick. 
– Nieobecne spojrzenie? Na co miałabym się zgadzać? Nick westchnął. 
– Zapraszam cię na tę piątkową kolację. Pójdziesz ze mną?
– Tak – odparła po chwili namysłu. – O której i gdzie się umówimy?
– Przyjadę po ciebie – oświadczył. – O siódmej, ewentualnie siódmej trzydzieści, zależnie 

od   tego,   o   której   wyjdziemy   z   pracy.   Zarezerwowałem   stolik   w   Printemps,   a   więc   strój 
wieczorowy nie obowiązuje. Phoebe uśmiechnęła się w duchu. 

background image

– A w przyszłym tygodniu – ciągnął Nick, zapalając się najwyraźniej do planowania – 

będziemy musieli skoordynować nasze przerwy na lunch, żeby siedzieć przy jednym stoliku. 
No a za dwa tygodnie w sobotę mamy bal. 

–   Z   tym   balem   to   nie   wiem...   –   zaczęła   Phoebe,   starannie   dobierając   słowa.   Mimo 

wszystko Nick robił to tylko dla niej i nie chciała  mu  sprawiać przykrości.  – Pracuję w 
Southern   Cross   od   niedawna,   ale   zdążyłam   się   już   zorientować,   że   to   dla   szpitala 
najważniejsze wydarzenie  roku i każda para widziana  tam razem jest już potem ze sobą 
kojarzona. 

Nick uśmiechnął się. 
– Boisz się, że będą cię ze mną kojarzyć? „Umieram ze strachu” byłoby trafniejszym 

określeniem, pomyślała Phoebe, ale nie powiedziała tego głośno. 

– Zresztą to nie odnosi się do mnie – dodał Nick. – Staram się przychodzić na każdy 

kolejny bal z inną pięknością. 

– Dlaczego?
Zapytała i od razu tego pożałowała, bo w oczach Nicka zgasły iskierki rozbawienia. 
– Im ich więcej, tym bezpieczniej – odparł z wymuszoną lekkością. 
– Tak się boisz związać z kimś na stałe? – zapytała, chociaż rozsądek podpowiada! jej, że 

nie należy drążyć tego tematu. 

– Panicznie  – przyznał,  wstając i dotykając  lekko  jej  ramienia  na znak, że uważa tę 

rozmowę   za   zakończoną.   Wypowiedział   to   słowo   tonem,   którego   jeszcze   u   niego  

t

  nie 

słyszała. Coś musiało się za tym kryć. 

– Mocne słowo, Nick – powiedziała zaintrygowana. 
– Nie tak znowu, jeśli wziąć pod uwagę staroświecki pogląd mojej matki na świętość 

instytucji małżeństwa, czy raczej na jego długotrwałość. To i nawał pracy czynią ze ? mnie 
marnego kandydata na męża. 

Odsunął się, a ona zrozumiała, że nie chce rozmawiać na ten temat i nie odpowie już na 

żadne pytanie. 

– A wracając do naszego planu, może zjedlibyśmy razem kolację? – Nick ze zręcznością 

dyplomaty skierował rozmowę na inny tor. – O ósmej mam spotkanie, ale jeśli nie spieszy ci 
się do domu, moglibyśmy przegryźć coś w stołówce. Charles będzie tam na pewno. Idzie na 
to spotkanie ze mną i zechce się przedtem posilić. 

Spodziewał się entuzjastycznej reakcji na tę propozycję, ale Phoebe ściągnęła brwi. 
– Nie musisz się w to angażować – powiedziała. – Zamiast wzbudzać w nim zazdrość, 

mogę po prostu przestać się z nim spotykać, dać mu do zrozumienia, że nasz związek, jeśli 
tych kilka randek można nazwać związkiem, uważam za zakończony. 

– Chyba znasz mnie już na tyle, aby wiedzieć, że rzadko robię coś, na co nie mam ochoty. 

A ponieważ sam podsunąłem pomysł wzbudzenia w nim zazdrości, to będę go wprowadzał w 
życie. Charles uważa, że może cię mieć bez żadnego wysiłku ze swojej strony. Pokażmy mu, 
że jest w wielkim błędzie. 

Z miny Phoebe wynikało, że nie jest przekonana. 

background image

– Zjeść i tak coś musisz – podjął Nick tonem perswazji, uświadamiając sobie w tym 

momencie,   że   bardzo   chce   –   z   przyczyn   niezupełnie   dla   niego   jasnych,   ale   raczej 
niezależnych od Charlesa – spożyć ten posiłek w towarzystwie Phoebe. – W stołówce nieźle 
ostatnio karmią. 

Phoebe studiowała przez chwilę jego twarz, usiłując odgadnąć motywy, jakimi w całej tej 

sprawie się kierował. 

– Nie gryzę – mruknął Nick. 
– Takiej możliwości nie brałam w ogóle pod uwagę – odparła z uśmiechem. 
– To idziemy? – spytał, też się uśmiechając. Wzruszyła ramionami. 
– Chyba tak. Nick spoważniał. 
– Tylko nie z takim entuzjazmem, jeśli łaska! – mruknął, spoglądając na nią wilkiem. – 

Bo jeszcze woda sodowa gotowa mi uderzyć do głowy. 

Phoebe zachichotała. 
– Będę robiła, co w mojej mocy, żebyś za bardzo nie uwierzył w siebie – obiecała. 
Wyszli z gabinetu. Na korytarzu Nick wziął ją pod ramię i poprowadził przez tłum, jaki 

tworzyli pacjenci, odwiedzający i personel medyczny, zapełniający tę główną arterię szpitala. 

W drzwiach stołówki zderzyli się z wychodzącym z niej Charlesem. 
– Jadłeś już? – spytał Nick. Charles zawahał się. 
– Właściwie to tak, ale wrócę i napiję się z wami kawy. 
– Wspaniale. – Nick przytrzymał Phoebe, która chciała się od niego odsunąć. – Zajmij 

nam stolik, a ja ci zafunduję kawę? Dużą czarną?

Phoebe zauważyła błysk złości w oczach Charlesa. Zorientował się, że jest traktowany 

lekceważąco i nie było mu 10 w smak. 

– Może trochę przesadzamy?  – spytała niepewnie Nicka, kiedy zajmowali miejsce na 

końcu kolejki. 

– Nie żałuj go – warknął Nick, ściskając ją za ramię i ten uścisk sprawił, że współczucie 

dla Charlesa stało się jej najmniejszym zmartwieniem. 

Nick wyczuwał, jak jest spięta, i przeklinał Charlesa w duchu za to, że tak wykorzystuje 

jej łagodne usposobienie, a jego zmusza do interwencji. 

Posuwał się za Phoebe w stronę lady, patrząc z góry na jej lśniące, gęste kasztanowe 

włosy.   Fascynowały   go.   Zwrócił   na   nie   uwagę   już   w   dniu,   kiedy   przyszła   na   wstępną 
rozmowę w sprawie pracy. Przypomniała mu wtedy ciemnowłosą Madonnę z obrazu, który 
kiedyś  widział.  Kobieta  na tym  obrazie  była  tak odprężona,  tak  spokojna, że pragnął  jej 
dotknąć w nadziei,  że jej pogoda ducha wprowadzi z powrotem ład w jego pogmatwane 
życie. 

Dla mężczyzny, który nie zamierza się wiązać, były to myśli niebezpieczne. I odetchnął z 

ulgą, kiedy Phoebe zainteresowała się Charlesem. 

– Nick! Co się z tobą dzieje? Wydzwaniam do ciebie od dnia powrotu, nagrywam się na 

automatyczną sekretarkę, a ty się nie odzywasz. 

Obejrzał   się,   wyrwany   z   zadumy.   W   ich   stronę   zmierzała   poprzednia   przyjaciółka 

Charlesa. 

background image

A w jej osobie nieprzewidziana komplikacja!
Trzeba to będzie przemyśleć, zapowiedział sobie w duchu, witając ciepło i całując w 

policzek wysoką, posągową blondynkę. 

– Wybacz, jeśli wyglądam na zaskoczonego, ale mam wrażenie, jakbym cię wyczarował. 

Wiele o tobie ostatnio myślałem. 

Uśmiechnął się przepraszająco, wziął się w garść i dodał:
– Moja automatyczna  sekretarka nawaliła.  Nie miałem  czasu zająć się tym  i dopiero 

wczoraj zainstalowałem nową. Jak tam wrażenia, Jess?

– Było fantastycznie! Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na nartach w Górach Skalistych. 

Coś niesamowitego. 

Mówiła do Nicka, ale przez cały czas zerkała z zaciekawieniem na Phoebe. Nick dokonał 

prezentacji. 

– Poznaj Phoebe Moreton. Przyszła do naszego małego zespołu po twoim wyjeździe. 

Phoebe, to Jessica Hunter,  czarodziejka  techniki  komputerowej.  Jess  pracowała  ze mną  i 
Charlesem nad oryginalnym programem, a potem pomagała nam w jego udoskonalaniu. 

Jess podała Phoebe rękę. 
–   Wróciłam   właśnie   ze   Stanów   z   sześciomiesięcznego   kursu   zastosowań   techniki 

komputerowej w medycynie – wyjaśniła i rozejrzała się po sali. – Nie ma z wami Charlesa?

Nicka nie zwiodła wystudiowana obojętność, z jaką zadane zostało to pytanie. 
– Szuka dla nas stolika – oznajmiła Phoebe, nieświadoma faktu, że przed wyjazdem do 

Stanów i pojawieniem się na scenie jej, Phoebe, Jess pełniła rolę pocieszycielki Charlesa. 

A może Charles jej powiedział? Nickowi wydało się, że wychwycił  w głosie Phoebe 

nutkę chłodu. 

–   Jeszcze   jedna  urodziwa   blondynka,   doktorze   David?   –  spytała   Phoebe,   kiedy  Jess, 

wypatrzywszy między stolikami Charlesa, ruszyła w jego stronę. 

Teraz co do tego chłodu nie było już wątpliwości. 
– Długi czas współpracowaliśmy – odrzekł wymijająco. Na szczęście dotarli do czoła 

kolejki i Phoebe zajęła się składaniem zamówienia. 

– Poproszę pieczeń z sosem, dwa ziemniaki, dynię, kalafior i fasolę – zwróciła się do 

wydającej. 

Nick, ubawiony zdecydowaniem, z jakim to powiedziała, nachylił się i wymruczał jej do 

ucha:

– Cieszę się, że kryzys w sprawach sercowych nie odebrał ci apetytu. 
Zachichotała. 
– Nie wyobrażam sobie, żeby cokolwiek mogło mnie zniechęcić do jedzenia. Nigdy nie 

pociągała mnie kariera modelki ani umartwianie się ścisłą dietą. Już dawno pogodziłam się z 
myślą, że powiększę szeregi kobiet o bardziej zaokrąglonych kształtach. 

Phoebe odebrała od wydającej napełniony talerz, podziękowała uśmiechem i odeszła od 

kontuaru. Nick skorzystał z okazji, by obejrzeć ją sobie od tyłu. 

Chuda jak patyk z pewnością nie była, ale jej wciętej talii i kształtnym biodrom nie dało 

się niczego zarzucić. Tak samo rozkosznie obłemu tyłeczkowi, który aż się prosił, by położyć 

background image

na nim dłoń... 

– Albo pan zamawia, albo proszę się odsunąć, bo ludzie czekają. 
Cierpka reprymenda wydającej przerwała mu strumień myśli, które nie powinny postać w 

jego głowie. 

– Poproszę to samo co tamta pani – wyrzucił z siebie pośpiesznie, wskazując ruchem 

głowy na Phoebe, która pochylała się już nad witryną z deserami. 

Po chwili zbliżył się do niej z napełnionym talerzem. 
– Widzę, że nie możesz się zdecydować – powiedział zaczepnym  tonem. – Może po 

trochu wszystkiego?

– Nie wódł mnie na pokuszenie – odparła, posyłając mu konspiracyjny uśmiech. – Już 

wiem! Wezmę sobie sernik. Co prawda sumienie podpowiada mi, i słusznie, że lepiej by mi 
zrobił   jogurt   owocowy,   ale   sernik   z   czekoladową   polewą   chyba   bardziej   pasuje   do 
wieczornego posiłku, prawda?

Nick kiwnął głową. 
– Załaduj to wszystko na tacę – poprosił, kiedy ruszali dalej – i weź po drodze sztućce, a 

ja tymczasem załatwię kawę i zapłacę. 

Pierwsze polecenie wykonała, ale zapłacić za swoją kolację chciała sama. 
– Nie, ja zapłacę – powtórzył Nick, popychając tacę w jej kierunku. 
– Przecież Charles i tak nie będzie wiedział, kto płacił, a więc nie ma się o co spierać – 

zauważyła, wyciągając z kieszeni fartucha zmięty banknot. 

– Ale ja chcę zapłacić – powtórzył Nick, tym razem z rozdrażnieniem. 
– Nie ma mowy! – ucięła Phoebe. 
Odwróciła się, podeszła do kasy i podała zmięty banknot kasjerce, wskazując za siebie na 

napełnioną tacę i zamawiając dodatkowo trzy kawy. 

–   Za   ciebie   też   zapłaciłam,   bo   robisz   to   tylko   dla   mnie   –   oznajmiła   z   promiennym 

uśmiechem, wracając. 

Zrezygnowany Nick nic już nie powiedział. Phoebe wzięła sztućce i serwetki i ruszyła w 

stronę stolika pod oknem, przy którym  siedzieli, gawędząc jak starzy znajomi,  Charles  z 
Jessicą. Phoebe zrobiło się na moment żal, że Jessica nie jest dziewczyną  Charlesa, lecz 
Nicka. Szybko odpędziła tę myśl i z uśmiechem zajęła miejsce naprzeciwko Charlesa. 

Nick postawił tacę na stoliku, podał Charlesowi kawę, Phoebe jej talerz, a desery odsunął 

na bok. 

– O kurczę, też chciałabym móc tyle zjeść i nie przybrać na wadze – zauważyła Jess. 
Phoebe podniosła na nią wzrok, doszukując się w tych słowach złośliwości. Ale uśmiech 

Jess  był  ciepły i przyjazny.  Nie pozostawało  jej  nic innego, jak też się uśmiechnąć.  Nic 
dziwnego, że ta kobieta podoba się Nickowi, pomyślała i ku własnemu zaskoczeniu poczuła, 
że robi jej się przykro. 

Rozmowa tocząca się przy stoliku dotyczyła pana Abramsa. 
– Phoebe pierwsza zwróciła na to uwagę – opowiadał Nick Jessice. – Ale ja od razu 

podejrzewałem, że mamy do czynienia z jakimś oszustwem, a nie z błędem komputera. 

– Zerknę na te zdjęcia, kiedy skończycie posiłek – zaproponowała Jess. 

background image

Nick spojrzał na zegarek. 
– O ósmej mamy z Charlesem spotkanie. – Phoebe wydało się, że słyszy w jego głosie 

żal. – Nie będę miał czasu. Ale Charles już jadł. Może on... 

Phoebe zerknęła na Charlesa. Nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem. Sprawiał 

wręcz wrażenie przybitego. Powinno ją to cieszyć, ale podejrzewała, że on bardziej gryzie się 
jakimś najnowszym dylematem Annę niż jej inscenizowaną zażyłością z Nickiem. 

Jess stała już nad Charlesem i czekała, aż ten dopije kawę i zaprowadzi ją do gabinetu. 

Charles odsunął od siebie kubek, łypnął gniewnie na Nicka, wstał, przeczesał palcami włosy i 
ruszył za Jess w stronę drzwi. 

– Wygląda na rozbitego – zauważyła Phoebe, zastanawiając się, dlaczego ta obserwacja 

nie przynosi jej najmniejszej satysfakcji. 

– I prawidłowo – potwierdził Nick z uśmiechem, na widok którego jakoś dziwnie zrobiło 

jej się na sercu. 

Jak to możliwe? Gdzie się podziała jej odporność? Dlaczego tak reaguje na każdą zmianę 

wyrazu twarzy Nicka, a nie wzrusza jej wyraźne przygnębienie Charlesa?

Skupiła się na posiłku, chociaż nie odczuwała już głodu. I to też było zastanawiające. Do 

tej pory nic nie było w stanie odebrać jej apetytu. 

– Zjem tego drugiego ziemniaka, jeśli już nie możesz – zaproponował Nick, a kiedy 

kiwnęła głową, nadział go na widelec i przeniósł na swój talerz. 

Phoebe sięgnęła po deser – sernik w czekoladowej polewie, na który zupełnie nie miała 

teraz ochoty. Może gdyby pomyślała o pracy... 

– Pan Abrams musi się strasznie bać nawrotu, skoro prowadzi z nami te niepoważne 

gierki – zaczęła. – Jak go uspokoić? Rozwiać jego obawy?

– To wielki problem i nie bardzo wiem, jak sobie z nim poradzić – przyznał Nick. – On 

potrzebuje naszego wsparcia, ale musi skończyć z tą dziecinadą. 

– Nie ma na skórze tylu znowu znamion – powiedziała, wracając myślą do zdjęć, które 

zrobiła. – Nie dałoby się usunąć wszystkich? Czy to by pomogło?

– Jemu właśnie o to chodzi – odparł Nick. – Już to nawet sugerował. Pytał, dlaczego nie 

usuniemy   wszystkich   i   nie   wyeliminujemy   w   ten   sposób   niebezpieczeństwa,   że   któreś 
przekształci się w nowotwór. 

Zawiesił głos. 
– No właśnie, dlaczego? – ponagliła go Phoebe. – Przecież niektóre kobiety z rodzin, w 

których występował nowotwór piersi, poddają się zapobiegawczo mastektomii. 

–   Słyszałem   o   takich   wypadkach   –   zgodził   się   Nick   –   ale   nie   zalecałbym   tego   w 

przypadku czerniaka. Moim zdaniem dałoby to pacjentowi złudne poczucie bezpieczeństwa. 
Przestałby przychodzić na kontrole okresowe, a sam mógłby nie zauważyć jakiegoś nowego 
przebarwienia,  na przykład  w  niedostępnym  miejscu. Wiesz przecież,  że powierzchniowy 
czerniak może być na początku całkiem jasny. 

– Tak, łatwo go przeoczyć – mruknęła Phoebe, tnąc sernik na małe cząstki i przesuwając 

je po talerzu. – Ale skoro usunięcie wszystkich znamion nie jest wyjściem, to co możemy 
zrobić?

background image

– Zapewnić go, że panujemy nad sytuacją? – Nick wzruszył ramionami, jakby zdawał 

sobie sprawę, że to nie wystarczy.  – Kazać mu przychodzić częściej? Zasugerować, żeby 
zgłosił się ze swoimi lękami do psychologa? Może on pomógłby mu radzić sobie z nimi... 

Urwał niespodziewanie, pochylił się nad stolikiem i musnął wargami jej usta, a potem 

pocałował, a ona, siedząc w szpitalnej stołówce nad nie dojedzonym sernikiem, oddała mu 
pocałunek. 

W stołówce!
Niedowierzanie wzięło na moment górę nad pożądaniem, ale potem przegrało bitwę. I 

było jej już wszystko jedno. 

– Mmm, sama słodycz – szepnął Nick, odrywając się od niej i prostując na krześle. 
Oszołomiona Phoebe próbowała dojść do siebie. Te pocałunki burzyły jej odporność. 

Trzeba   z   nimi   skończyć.   Tylko   tego   brakowało,   żeby   zakochała   się   w   Nicku.   Zbyt 
przypominał jej ojca. Sam nawet przyznał, że boi się panicznie trwałego związku. 

–   Z   rozkoszą   bym   to   powtórzył,   ale   niestety   muszę   cię   opuścić   –   powiedział   Nick, 

odsuwając się z krzesłem od stolika i wstając. – Obowiązki wzywają. 

Pochylił się jeszcze, musnął wargami jej włosy, mruknął coś niezrozumiałego i odszedł, 

zostawiając Phoebe w stanie kompletnego oszołomienia. 

Odepchnęła od siebie nieskończony deser, oparła się łokciami o stolik, ujęła twarz w 

dłonie i spróbowała zebrać myśli. 

Im bardziej Nick przypominał jej ojca, tym wyraźniej uświadamiała sobie, że wybrała 

Charlesa, bo ten był zupełnie inny. Był ucieleśnieniem jej snów – mężczyzną, którego już 
dawno wymarzyła sobie na męża. Teraz docierało do niej, że nie kocha Charlesa, że to, co 
brała za miłość, było tylko chwilowym zauroczeniem, że cala ta maskarada ze wzbudzaniem 
w nim zazdrości nie ma sensu i trzeba z nią skończyć. 

Ta myśl wprawiła ją w przerażenie. 
Nic nie miało już sensu. Patrzyła nie widzącym wzrokiem na salę i zachodziła w głowę, 

dlaczego ten drugi pocałunek był bardziej elektryzujący od pierwszego. A może tylko tak jej 
się wydawało?

– Mogę się przysiąść?
Wyrwana   z   zadumy   Phoebe   spojrzała   na   szczupłą   Jessikę,   która   nie   czekając   na 

zaproszenie, odsuwała już sobie krzesło tak niedawno zajmowane przez Nicka. 

– Ten facet, o którego tak się martwicie – zaczęła Jess – nie został zapisany na wizytę i 

Charles nie wie, o której ma przyjść. 

– Kazałam mu się zgłosić z samego rana, o ósmej, zanim zaczniemy przyjmować innych. 
– Wspaniale! – ucieszyła się Jess. – Mam o tej porze czas. Wpadnę. Pracuję nad pewną 

innowacją,   z   której   pacjenci   mogliby   korzystać   u   siebie   w   domu.   To   rodzaj   programu 
samokontroli   z   wykorzystaniem   zdjęć   wykonanych   cyfrowym   aparatem.   Nie   jest   to 
rozwiązanie   dla   każdego,   ale   pan   Abrams   chyba   potrafi   obsługiwać   komputer.   Może 
pomogłoby mu to uśmierzyć te jego lęki. 

– Rewelacja! – Phoebe była pod wrażeniem. – Ale czy nie zachodzi obawa, że je nasili? 

Lekarze mają, na przykład, wiele zastrzeżeń do domowych aparatów do pomiaru ciśnienia 

background image

krwi, które każdy może sobie teraz kupić. 

– Owszem – przyznała Jess. – Ale nie są to zastrzeżenia na tyle istotne, żeby zakazać 

używania   tych   aparatów.   Jeśli   pan   Abrams   potraktuje   mój   program   jako   uzupełnienie 
normalnych wizyt kontrolnych, a nie ich alternatywę... 

– I jeśli potrafimy go nakłonić, żeby zgłaszał  się do nas, kiedy coś go zaniepokoi  – 

dorzuciła Phoebe. 

– Właśnie – zgodziła się Jess. 
Phoebe   uśmiechnęła   się   do   niej.   Chętnie   dowiedziałaby   się   czegoś   bliższego   o   tej 

kobiecie. 

– Ale powiedziałaś przecież, że dopiero pracujesz nad tym programem. To chyba znaczy, 

że on jeszcze nie istnieje?

– Jeszcze nie – przyznała Jess. – Ale jeśli pan Abrams okaże zainteresowanie, to mogę go 

potraktować   jako   świnkę   doświadczalną   i   udostępnić   roboczą   wersję,   z   której   mógłby 
korzystać do czasu powstania właściwego programu. 

Rozmowa z Jess o tej ekscytującej możliwości zepchnęła na dalszy plan rozterki Phoebe 

związane z Charlesem i Nickiem. 

– Od dawna spotykasz się z Nickiem?
Pytanie   to,   zadane   po   długiej   fachowej   dyskusji   na   temat   wykorzystania   techniki 

komputerowej, kompletnie zaskoczyło Phoebe. 

– Z Nickiem? Nie spotykam się z Nickiem – zaprotestowała ze zdziwieniem. 
Aby do końca rozwiać wątpliwości Jess, miała już dodać, że sporadycznie spotyka się z 

Charlesem, ale przypomniała sobie, że to już nieaktualne i ugryzła się w język. 

– Odniosłam wrażenie, że... jak by to ująć... że coś was łączy. 
– Jeśli już, to kłótnie – wyjaśniła Phoebe. – Wciąż się o coś spieramy. 
– To i tak dużo – oświadczyła Jess, i Phoebe, słysząc w jej głosie smutek, zapowiedziała 

sobie, że kończy tę zabawę z Nickiem. Choćby przez wzgląd na Jess... 

– Jessiki nie interesuje, co ja robię – oznajmił Nick, kiedy nazajutrz zapoznała go ze 

swoją decyzją. 

Ponownie spotkali się na parkingu i on ponownie, jakby od niechcenia, objął ją w pasie. 
– Możesz sobie myśleć, że ona machnęła już na ciebie ręką, ale tak nie jest – oświadczyła 

wyniośle Phoebe i Nick zachichotał. 

Ten   chichot   przeniknął   przez   jej   skórę   i   zaszemrał   we   krwi.   Phoebe   zapomniała,   co 

chciała powiedzieć, i przywarła do niego mocniej. 

– Charles po lewej. Na dziesiątej, jak mawiają piloci. Ta wygłoszona wesołym tonem 

uwaga przypomniała Phoebe, że otaczające ją ramię i pocałunki są tylko na pokaz. Wyrwała 
się   Nickowi   i   wbiegła   do   budynku.   Towarzyszyło   jej   uczucie   bardzo   przypominające 
rozczarowanie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Pan Abrams zjawił się wczesnym rankiem. Wszedł do gabinetu w towarzystwie Jess, 

którą spotkał na korytarzu. 

Charles   powitał   go   chłodnym,   bardzo   formalnym   uściskiem   dłoni   i   wprowadził   do 

mniejszego   z   gabinetów,   do   którego   Sheree   wstawiła   kilka   krzeseł.   Postępująca   za   nimi 
Phoebe wyczuwała przygnębienie Charlesa, ale on zerkał częściej na Jess niż na nią, przyjęła 
więc, że nie ma ono związku z intrygą, którą uknuli z Nickiem. 

– Dzisiaj zbada pana szef przychodni, doktor David – zwrócił się Charles do pacjenta. – 

Doktor Moreton pan zna, a to panna Hunter, nasza specjalistka od zastosowań techniki w 
medycynie. 

– Poznaliśmy się już na korytarzu i jesteśmy na ty, Charles – wtrąciła Jessica. – O ile 

wiem, masz co innego do roboty, a więc spływaj, bo mam z Ryanem do pomówienia. 

Phoebe   zauważyła   rumieniec   występujący   na   policzki   Charlesa,   ale   nie   potrafiła 

stwierdzić,  czy to objaw złości, czy zakłopotania. Tak czy owak, jej nigdy nie udało się 
wywołać u tego mężczyzny podobnej reakcji. 

Do gabinetu wszedł Nick. Podał rękę Ryanowi Abramsowi, poprosił go o zajęcie miejsca, 

wskazał wolne krzesła jej i Jess, i przeszedł bez wstępów do rzeczy:

– Podejrzewamy, że podmalował pan sobie to znamię, tak samo jak kilka miesięcy temu 

inne niegroźne przebarwienie skóry. 

Teraz zarumienił się Ryan Abrams. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Nick nie dał 

mu dojść do słowa. 

– Rozumiemy,  że chce  nas  pan przetestować,  upewnić  się, czy znamy  się na swojej 

robocie. Ale my mamy pacjentów, którzy czekają na wizytę po trzy miesiące, pacjentów z 
groźnymi czerniakami, które w każdej chwili mogą się uaktywnić. 

– Przecież przyjmujecie od razu każdego, kto przychodzi do was ze skierowaniem od 

swojego lekarza – zaprotestował pan Abrams. 

– Tylko w miarę możliwości – odparł Nick. – Jeśli uda nam się ich jakoś upchnąć. 
– A ja zabieram wam czas? To chce mi pan powiedzieć, tak? A nie pomyśleliście, co ze 

mną? Ile czasu mi zostanie, jeśli to się powtórzy?

Tu wtrąciła się Jessica:
– Nam też to leży na sercu – powiedziała. – Po to tu jesteśmy. 
Pan Abrams strącił dłoń, którą położyła mu na ramieniu, i potoczył po nich gniewnym 

wzrokiem. 

–   Gdybyście   je   wszystkie   usunęli,   te   znamiona   czy   jak   je   tam   nazywacie,   to   nie 

zawracałbym wam głowy. 

–   Usunięcie   wszystkich   znamion   nie   gwarantuje   bezpieczeństwa   –   wyjaśnił   Nick.   – 

Doktor Marlowe wyjaśnił panu zapewne, że siedemdziesiąt procent czerniaków rozwija się na 
normalnie ubarwionej skórze. Tylko trzydzieści procent powstaje ze znamion. 

– Siedemdziesiąt procent rozwija się na normalnej skórze? – powtórzył z przerażeniem w 

background image

głosie pacjent, oglądając sobie dłonie. 

– Wszystko zaczyna  się od proliferacji melanocytów – ciągnął Nick – czyli komórek 

barwnikowych,   które   odpowiadają   za   kolor   skóry   i   włosów.   Silne   poparzenie   słoneczne, 
którego człowiek doznał w dzieciństwie i nawet o tym nie pamięta, mogło wpłynąć na część 
tych   komórek   i.   te,   chociaż   przez   długi   czas   pozostawały   w   uśpieniu,   mogą   się   nagle 
uaktywnić i zacząć mnożyć. Z tego właśnie powodu zapraszamy pana na kontrole okresowe. 
Jest pan zapewne na tyle zorientowany w temacie, że sam zwraca uwagę na te przebarwienia 
skóry,   które   potrafi   pan   dostrzec,   ale   my   oglądamy   pana   całego   i   przeprowadzamy 
komputerową analizę porównawczą. 

– Ja się tym  zajmuję  – odezwała  się Jess. – To ja opracowałam program,  z którego 

korzystają aktualnie nasi lekarze i chciałabym nawiązać z panem współpracę, w ramach której 
pomógłby mi pan ocenić celowość udostępnienia niektórym pacjentom uproszczonej wersji 
takiego programu do osobistego użytku. 

Ryan Abrams odwrócił się do niej i chwycił za rękę jak tonący. 
– Naprawdę? Mogłaby mi pani dać taki program?
– Ale nada! musiałby pan przychodzić na kontrole okresowe – uprzedził go Nick – a 

dzisiaj chciałbym jeszcze zerknąć na to sine przebarwienie. Byłby się pan łaskaw w związku z 
tym rozebrać? Zbadam pana, a o zasadach tej współpracy możecie porozmawiać z Jessiką w 
moim gabinecie potem, bo na mnie i Phoebe czekają zapisani na dziś pacjenci. 

Phoebe   nie   wierzyła   własnym   uszom.   Ona   i   Nick   mieliby   razem   pracować?   Dzisiaj 

większość   pacjentów   stanowili   ci   stali,   którzy   przychodzą   regularnie   na   kontrolę   starych 
znamion i na usuwanie nowych. Normalnie zajmował się nimi Charles, a Phoebe asystowała 
mu i przy okazji nabierała doświadczenia. 

– Zamieniliśmy się z Charlesem – wyjaśnił Nick, kiedy pan Abrams wyszedł z Jess z 

gabinetu. Zupełnie jakby czytał w jej myślach. 

Wzięła krzesło, żeby odnieść je do pokoju dla personelu, ale Nick ją powstrzymał. 
– Ja tu posprzątam. Ty idź do Sheree i spytaj, czy dostaniemy w końcu tę pielęgniarkę na 

zastępstwo. 

Odwracając się, musnął ją ramieniem. Phoebe zamknęła oczy, usiłując stłumić reakcję, 

jaką wywołał ten przypadkowy kontakt. Może gdyby odwiedziła ojca?

Dziś wieczorem. 
Kiwnęła głową i wyszła.  Przemaszerowała  przez poczekalnię,  witając cichym  „Dzień 

dobry” zebranych już tam pacjentów i skręciła do pokoju Sheree. 

Zamiast niej, zastała tam Charlesa pochylonego nad wysuniętą szufladą szafki na akta. 
–   Sekretarka   też   nam   zdezerterowała?   –   spytała,   próbując   lekkością   tonu   pokryć 

skrępowanie, jakie odczuła, niespodziewanie znalazłszy się z nim sam na sam. 

– Robi mi kawę – odburknął Charles, nie przerywając poszukiwań. – Ona jedna na tym 

oddziale okazuje mi jaki taki szacunek. 

–   Ja   też   cię   szanuję,   Charles   –   żachnęła   się   Phoebe.   –   Wspierałam   cię,   starałam 

zrozumieć, poświęcałam czas. 

I jak mi się odpłaciłeś? Usłyszałam, że nie masz zamiaru się z nikim wiązać!

background image

Odwrócił   się   do   niej   na   pięcie   i   gniewnym   ruchem   głowy   wskazał   na   przeszklone 

przepierzenie miedzy pokojem a poczekalnią. 

– Przestań urządzać sceny na oczach pacjentów – syknął, a potem dorzucił zjadliwie: – 

No tak, zapomniałem, czegóż innego można się spodziewać po kimś, kto dołączył do haremu 
Nicka!

Z trudem zdusiła falę furii. Jej wzrok przyciągnęło jakieś poruszenie za przepierzeniem. 

Nick   odniósł   już   na   miejsce   krzesła   i   wypełniając   obowiązki   nieobecnej   pielęgniarki, 
wprowadzał teraz pod rękę do gabinetu starszą niedołężną pacjentkę. 

Ten widok ostudził gniew Phoebe i kiedy wróciła Sheree, była już w stanie dobyć z siebie 

głos. 

– Co z tą pielęgniarką na zastępstwo? – zapytała jak gdyby nigdy nic. 
– Oczywiście nie podesłali jej nam i marne widoki, że podeślą – powiedziała Sheree, 

najwyraźniej nie wyczuwając napiętej atmosfery. Postawiła kawę dla Charlesa na szafce. – 
Szpital cierpi na brak średniego personelu medycznego, administracja jakby tego nie widziała, 
a już nasza przychodnia jest na szarym końcu ich listy priorytetów. 

–  Nie   przejmuj  się,  jakoś   sobie  poradzimy  –  zapewniła   Phoebe   wyraźnie   wzburzoną 

Sheree   i   nie   zaszczycając   spojrzeniem   mężczyzny,   w   którym   do   niedawna   czuła   się 
zakochana, wyszła z pokoju. 

Nie będzie się przejmowała fochami Charlesa. Ma ważniejsze problemy na głowie. 
–   Wszystko   bierze   się   z   tego,   że   nowotwory   skóry   wydają   się   mało   atrakcyjne   – 

powiedział Nick, kiedy podczas południowej przerwy na kawę podzieliła się z nim swoim 
oburzeniem   na  dyskryminację   przychodni   przez   zarząd   szpitala.   –   Operacje   na  otwartym 
sercu,   transplantacje,   chirurgia   mózgu,   nowoczesna   aparatura   pozwalająca   zaglądać   w 
najgłębsze   zakamarki   ludzkiego   ciała  –  to  przemawia   do wyobraźni.  A  pokazać   ludziom 
zdjęcie złośliwego nowotworu skóry, to zbiera im się tylko na wymioty. 

–   Przecież   skóra   jest   bardzo   ważna   –   zaprotestowała   Phoebe.   –   Chroni   ciało   przed 

drobnoustrojami, zabliźnia rany, pomaga kontrolować ciepłotę... 

–   Nie   wspominając   już   o   tym,   że   jest   także   głównym   organem   odbioru   wrażeń 

zmysłowych   z   otoczenia   –   dodał   Nick,   przesuwając   wolno   palcem   wskazującym   po 
wewnętrznej stronie ramienia Phoebe. – Bardzo wrażliwy organ, ta skóra!

Phoebe zadrżała, dając tym mimowolne świadectwo słuszności tego stwierdzenia. Żeby 

pokryć zmieszanie, ruszyła w kierunku drzwi. 

– Poproszę następnego pacjenta – powiedziała. Pierwsza popołudniowa pacjentka weszła 

pewnym siebie krokiem do gabinetu i na samym wstępie serdecznie ucałowała Nicka. 

– Pani Ramsey odwiedza nas już od kilku łat – wyjaśnił Nick. 
Phoebe z dziwnym uczuciem, które przecież nie mogło być  zazdrością, przyjrzała się 

kobiecie tak spoufalonej z Nickiem. Jeszcze jedna blondynka, z tym że dużo starsza od Jess, 
na   oko   dobrze   zakonserwowana   pięćdziesięciolatka.   Bujne   lśniące   włosy   koloru   złota, 
starannie nałożony makijaż, szczupła, wysportowana sylwetka, spódnica do połowy łydki i 
odpowiednio dobrana niebieska bluzka w odcieniu oczu Nicka. 

– Phoebe? Jesteś z nami? Teraz twoja kolej. 

background image

Phoebe zajrzała za parawan, za którym  rozbierała się pani Ramsey.  Podała pacjentce 

fartuch i pomogła położyć się na stole. 

–   Jesteśmy   aktualnie   przy   nogach   –   powiedziała   kobieta,   uśmiechając   się   do   niej 

konspiracyjnie. – Nickowi i Charlesowi udało się już wspólnymi siłami usunąć większość 
skóry z moich nóg i rąk, ale nadal każą mi przychodzić. Chyba się obawiają, że jeśli całkiem 
mnie wyleczą, mój mąż przestanie wspierać finansowo wasz oddział. 

– Byłbym nawet gotów zrezygnować z pieniędzy Dona – wtrącił się Nick, stając obok 

Phoebe – bylebyś wróciła w pełni do zdrowia. 

Pochylił się, żeby obejrzeć blizny na nogach pacjentki. 
– Jasnowłosa, niebieskooka, jasna, usiana piegami skóra... Pospaceruje taka zbyt długo na 

słońcu i nieszczęście gotowe – wymruczał. 

– Dodać do tego grę w tenisa w krótkich spódniczkach i bluzkach bez rękawów i mamy je 

jak w banku – powiedziała pani Ramsey do Phoebe. – Nie wspominając już o wylegiwaniu 
się w młodości całymi godzinami na plaży, żeby upodobnić się do archetypu opalonej na 
złoty brąz Australijki. 

– Usunęliśmy już pani Ramsey dziesiątki czerniaków w rozmaitych stadiach rozwoju – 

poinformował Nick Phoebe. 

– Mówiłam ci, że praktycznie obdarli mnie ze skóry – wtrąciła pani Ramsey. 
Nick zakończył oględziny i odsunął się. 
– W porządku, teraz pani, doktor Moreton. Proszę spojrzeć i powiedzieć mi, co pani 

proponuje. 

Phoebe, która przebadała już samodzielnie dziesiątki pacjentów, ogarnęła nagle panika. 

Czy wywołała ją obecność Nicka, czy może podejrzenie, że to rodzaj egzaminu?

Odpędziła od siebie te retoryczne pytania i pochyliła się nad nogami pani Ramsey. 
Zabliźnienia  w  miejscach,  z których  wycięto  bądź wypalono  ciekłym  azotem  zmiany 

patologiczne, były wyraźnie widoczne, ale na lewej łydce kobiety widniało jeszcze jedno 
znamię zatopione głęboko w starej bliźnie. 

Phoebe odwróciła się do monitora, na którego ekranie widniała pierwsza strona pliku z 

historią choroby pani Ramsey. 

–   Chcę   coś   sprawdzić   –   oznajmiła,   ale   pacjentka   była   tak   pochłonięta   pogawędką   z 

Nickiem, że chyba jej nie usłyszała. 

Odszukała   w   pliku   zdjęcia   wykonane   podczas   poprzedniej   wizyty.   Powiększyła 

interesujący ją obszar i nadaremnie szukała na nim różowawej plamki, którą wypatrzyła przed 
chwilą na nodze pani Ramsey. 

Odwróciła się z powrotem do pacjentki. 
– Mamy tu chyba nowy problem – powiedziała, pokazując podejrzane miejsce palcem 

obleczonej w rękawiczkę dłoni. 

Pani Ramsey westchnęła, Nick pochylił się nad jej nogą. 
– Tak, i co o tym sądzisz? – spytał. 
Phoebe spojrzała mu w oczy. Stał tak blisko, że widziała wyraźnie złote cętki w jego 

niebieskich tęczówkach. 

background image

–  To  chyba   nowy  albo  odnawiający  się czerniak,  ale   skóra  jest  w  tym   miejscu  zbyt 

cienka, żeby od razu go wycinać. 

– Co proponujesz?
Phoebe ściągnęła brwi, przywołując z pamięci wszystko, czego się nauczyła od czasu 

dołączenia do zespołu. Bardzo starała się dobrze wypaść. 

– Może metodę Mohsa? Usuwanie pod mikroskopem cienkich warstewek skóry, przy 

lekkim znieczuleniu i miejscowej blokadzie nerwów. Następnie przeszczep skóry, bo szwy 
nie   zdadzą   tu   egzaminu.   –   Zastanowiła   się.  –   Ale   mogą   być   problemy   z   przyjęciem   się 
przeszczepu   na   tym   fragmencie   nogi.   Hospitalizacja,   ograniczenie   ruchu,   zabezpieczenie 
przeszczepu sztuczną skórą?

Nick wyprostował się i dotknął lekko jej ramienia. 
– Może zrobimy jeszcze z ciebie dobrego lekarza – powiedział i zaczął wyjaśniać pani 

Ramsey – do której zwracał się per Elizabeth – na czym będzie polegała operacja i że skórę 
do przeszczepu pobierze się prawdopodobnie z jej uda. 

Potem   doprowadził   do   końca   badanie   rozpoczęte   przez   Phoebe,   a   ona   podziwiała   w 

skrytości ducha pewność jego ruchów, zręczność smukłych palców, kręcone ciemne włoski 
porastające nadgarstki. 

– Poproś Sheree, żeby zaparzyła kawę i przyniosła mi ją do gabinetu, dobrze? – zwrócił 

się do Phoebe, kiedy pacjentka ubierała się za parawanem. – Ja przejdę się z panią Ramsey do 
szpitala i ustalę termin operacji. Dasz tu sobie sama radę?

Phoebe   kiwnęła   bez   słowa   głową.   Rozczarowanie   ściskało   jej   krtań.   A   jeśli   Nick 

postanowił przyjmować z nią dzisiaj pacjentów przez wzgląd na panią Ramsey?

Przez resztę dnia usuwała niegroźne czerniaki, wyskrobując je szklanym przyrządem w 

kształcie łyżeczki i zabezpieczając krawędzie elektryczną igłą. Tam, gdzie stosowanie innych 
metod mogło uszkodzić chrząstkę, uciekała się do krioterapii. 

– Nosy i uszy – powiedziała do pana Bryanta, zamrażając ciekłym azotem obszar wokół 

czerniaka, który rozwinął się na płatku ucha – są niemal bez przerwy wystawione na działanie 
słońca, w każdym razie u mężczyzn, a przez to najbardziej narażone. 

Ale chociaż gawędziła i żartowała z pacjentami, to myślała wciąż o zachowaniu Nicka. A 

ściślej rzecz biorąc, o swojej reakcji na to zachowanie. 

Pod koniec dnia przeszła do małego laboratorium. Nick domyślił się, że ją tam zastanie, i 

chociaż czekała na niego góra papierkowej roboty oraz obchód oddziału, nogi same zaniosły 
go   do   laboratorium.   Zatrzymał   się   w   progu   i   przyglądał   przez   chwilę   postaci   w   białym 
fartuchu pochylonej nad mikroskopem. 

Chyba wyczuła jakimś szóstym zmysłem jego obecność, bo podniosła wzrok. Dostrzegł 

w jej oczach coś jakby radość, ale trwało to tylko moment. 

– Masz coś do zrobienia? – spytała, mrugając powiekami. – Potrzebujesz mikroskopu? Bo 

ja już kończę. Przeglądałam dzisiejsze slajdy. 

Czyżby   ten   potok   słów   miał   pokryć   zmieszanie?   Jeśli   tak,   to   mieliby   ze   sobą   sporo 

wspólnego. 

Niewiele   brakowało,   a   powiedziałby   Phoebe,   co   jeszcze   niedawno   łączyło   Jess   z 

background image

Charlesem. Kiedy jednak wyobraził sobie ból, jaki ujrzałby w jej ciemnych oczach, zarzucił 
ten pomysł. 

– Czemu nie odpowiadasz? – spytała. 
– Przepraszam. Zamyśliłem się. Co mówiłaś?
– Pytałam, czy ustaliłeś datę operacji pani Ramsey. 
– Tak. Były pewne trudności z zarezerwowaniem sali i skompletowaniem zespołu, ale 

stanęło   na   tym,   że   operuję   w   przyszły   poniedziałek.   Przy   okazji   usunę   to   znamię   panu 
Websterowi. 

Głos miał zupełnie normalny i miał już pogratulować sobie opanowania, kiedy usłyszał 

padające z jego własnych ust słowa, których wcale nie zamierzał wypowiedzieć:

– Chcesz mi asystować?
Phoebe rozpromieniła się, zupełnie jakby podarował jej jakiś cenny prezent, nie miał więc 

serca wycofać tej nieprzemyślanej propozycji. 

– Bardzo chętnie – zapewniła go, zbierając slajdy, które przeglądała. – Nie widziałam 

jeszcze operacji przeprowadzanej metodą Mohsa. – A potem zmieniła temat: – Wiesz, co 
wynikło z rozmowy Jessiki z panem Abramsem?

To związane z pracą pytanie pomogło mu wziąć się w garść i kiedy kończył opowiadać, 

jak   to   pan   Abrams   entuzjastycznie   zareagował   na   zaproponowaną   przez   Jess   metodę 
wprowadzania   zdjęć   wykonanych   cyfrową   kamerą   bezpośrednio   do   komputera,   był   już 
całkiem spokojny. 

– To wspaniale – ucieszyła się Phoebe. 
– Naprawdę uważasz, że uśmierzanie obaw pacjentów to krok we właściwym kierunku?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, a potem zdecydowanie pokiwała głową. 
– Oczywiście – powiedziała. – Przecież podstawowe zadanie medycyny to zapewnienie 

poczucia bezpieczeństwa. 

W   tym   momencie   dały   się   słyszeć   kroki   i   Phoebe   rozpoznała   po   nich   Charlesa. 

Przypomniało  jej się, jak zarzucił  jej  dzisiaj, że dołączyła  do „haremu  Nicka” i zapałała 
gniewem. Teraz mu pokaże. Uśmiechnęła się do Nicka, wspięła na palce i zarzuciwszy mu 
ręce na szyję, ze słowami: „To w dobrej sprawie”, pocałowała w usta. 

Cofnął   głowę   jak   oparzony,   ale   szybko   przypomniał   sobie   chyba   o   intrydze,   którą 

wspólnie uknuli, bo oddał pocałunek z takim zaangażowaniem, że Phoebe straciła kontakt z 
rzeczywistością. 

– Hm... nie przeszkadzajcie sobie! – przebił się do jej świadomości rozdrażniony głos 

Charlesa. 

2 trudem oderwała się od Nicka, usiłując zapanować nad rozbudzonymi zmysłami. 
– Chciałeś czegoś, Charles? – spytała. Po tym pytaniu zaległa cisza. Pierwszy doszedł do 

siebie Charles. 

– Wpadłem zapytać, czy wychodzisz już do domu – powiedział lekko zduszonym głosem. 

– Pożyczyłem  samochód  Jess, bo sprzedała swój przed wyjazdem.  Pomyślałem  sobie, że 
zabiorę się z tobą. 

Kątem oka Phoebe zobaczyła, że Nick cofa się do stołu laboratoryjnego i rozkłada ręce w 

background image

geście oznaczającym , ja się nie wtrącam”. Nie wypadało odmawiać, bo Charles odwoził ją 
często do domu, kiedy miała problemy z transportem, no i tym razem pomógł przynajmniej 
Jess, a nie Annę. 

Poza   tym   towarzystwo   Charlesa   pomoże   jej   odzyskać   równowagę,   którą   zakłóciły 

pocałunki Nicka. 

Z tym że ten ostatni sama sprowokowała. 
–   Jasne,   podrzucę   cię   –   powiedziała,   ignorując   Nicka   przewracającego   wymownie 

oczami. – Posprzątam tu tylko i zabiorę swoje rzeczy. Za piętnaście minut, dobrze?

Charles kiwnął głową i wyszedł, a Phoebe odetchnęła z ulgą. 
– Co ty, u licha, wyprawiasz – zapytał Nick. – Wystarczyło, że kiwnął palcem, a ty już 

biegniesz! Znowu jesteś na każde jego zawołanie. 

–  Wcale   nie!  –  zaprzeczyła  gwałtownie  i  nagle  uświadomiła  sobie,   że  nie   może   mu 

przecież powiedzieć, że zgodziła się odwieźć Charlesa do domu w nadziei, że pomoże jej to 
odbudować odporność, którą jakby traciła. Zebrała się w sobie i dodała: – Zgodziłam się mu 
pomóc, Nick, jak koleżanka koledze, nic ponadto. 

Potem   mruknęła   coś   jeszcze   pod   nosem   i   z   wysoko   uniesioną   głową   wyszła   z 

laboratorium. 

Zła jak osa, powiedziałaby jego matka. 
To   skojarzenie   przypomniało   mu,   że   miał   zadzwonić   do   matki.   Na   pewno   czeka 

niecierpliwie na wiadomości o Peterze, jego szkolnym koledze, którego uważała za swoje 
piąte dziecko od dnia, kiedy Nick po raz pierwszy przyprowadził go do domu. 

Wykrycie u Petera Cartera czerniaka, kiedy chodzili jeszcze do szkoły, zaszokowało obu. 

Peter przyjął tę diagnozę z rezygnacją, ale Nick nie pogodził się z myślą, że jego najlepszy 
przyjaciel może umrzeć. I to w tak młodym wieku! Postanowił zrobić wszystko, by do tego 
nie dopuścić – a przynajmniej przedłużyć życie Petera. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Charles   czekał   na   Phoebe   na   korytarzu.   Spodziewała   się,   że   znowu   będzie   jej   robił 

wyrzuty   w   związku   z   jej   ekscesami   z   Nickiem,   ale   on   był   jakiś   przygaszony.   A   nawet 
przygnębiony. 

– Jess rozgląda się za nowym samochodem – powiedział Charles, kiedy wychodzili z 

budynku – ale to może trochę potrwać, a ponieważ mieszka na przedmieściu, poszedłem jej 
na rękę i... 

– Ale jak sam sobie poradzisz bez samochodu? – spytała. 
Jak   będziesz   się   teraz   uganiał   za   Annę?   –   dodała   w   myślach.   Zerknęła   na   niego   i 

zauważyła, że zarumienił się lekko. 

– Wieczorem ma mi oddać auto – odparł. – W lokalnej gazecie jest kilka ogłoszeń o 

sprzedaży   samochodów,   zamieszczonych   przez   prywatne   osoby.   Umówiliśmy   się,   że 
pojeżdżę z nią po ogłoszeniodawcach. Jeśli się na któryś zdecyduje, przesiądzie się do niego, 
a mój mi zwróci. 

Skąd ja to znam, pomyślała Phoebe. Takie same drobne przysługi Charles wyświadczał 

Annę, odwołując częstokroć spotkania z nią, Phoebe, by nadskakiwać swojej byłej  żonie. 
Czyżby teraz swoją uczynnością wobec Jess próbował się na niej odegrać za ten pozorowany 
romans z Nickiem?

Jeśli nawet, jej to zupełnie nie wzruszało. 
A powinno?
Wszystko   przez   Nicka.   To   on  tak   jej   zamącił   w   głowie,   że   nie   potrafiła   już   myśleć 

normalnie, a co dopiero normalnie reagować!

– Igrasz z ogniem, wiesz – podjął Charles, przerywając jej te rozważania. 
– Odwożąc cię do domu? – zakpiła, chociaż wiedziała aż za dobrze, o co mu chodzi. 

Sama zdawała sobie sprawę, w co się wdaje. 

– Romansując z Nickiem. Nie pasujesz do niego, Phoebe. Nie rozumiesz zasad gry, w 

którą bawią się mężczyźni pokroju Nicka. 

– Nie rozumiem zasad gry, którą ty prowadziłeś, Charles – odparowała. – Dawałeś do 

zrozumienia,  że  ci  się  podobam,  że  jestem  dla  ciebie   kimś   szczególnym,   ale  na  tym   się 
kończyło. Zawsze trzymałeś mnie na dystans, stawiałeś na drugim miejscu za Annę. 

Ten zarzut położył kres ich rozmowie. W milczeniu wsiedli do samochodu, zapięli pasy 

bezpieczeństwa i wyjechali z parkingu. 

Skończę   tę   dziecinadę   z   Nickiem,   postanowiła   Phoebe,   włączając   się   do   ruchu   i 

zatrzymując na pierwszych światłach. Powiem mu, że nie idę na żaden bal. 

– Może tego nie wiesz, ale poprosiłem Jess, żeby towarzyszyła mi na balu. Założyłem, że 

ty nie będziesz chciała ze mną pójść. 

To był policzek! Phoebe z miejsca zapomniała o powziętym przed chwilą postanowieniu. 
– I słusznie założyłeś, idę z Nickiem – oświadczyła beztrosko, a potem jakiś diabełek 

podkusił ją, żeby wbić Charlesowi jeszcze jedną szpilę: – To mi o czymś przypomniało. Dziś 

background image

ostatni dzwonek, żeby sprawić sobie coś na tę okazję. Nie obrazisz się, jeśli wysadzę cię na 
przystanku autobusowym? Na wystawie u Rochelle widziałam niedawno szałową sukienkę. 
Nie darowałabym sobie, gdyby ktoś mi ją sprzątnął sprzed nosa. 

Gdyby spojrzeniem można było zabić, już by nie żyła. 
– Wysadź mnie pod centrum handlowym – wycedził Charles przez zaciśnięte zęby. – 

Złapię taksówkę. 

– Wspaniale! – wykrzyknęła Phoebe. – Przepraszam, ale wiem, że na pewno rozumiesz. 
Po Charlesie nie było jakoś widać zrozumienia. To, co malowało się na jego twarzy, 

przypominało raczej wściekłość. 

Żeby go ostatecznie pognębić, należałoby może dodać: „Mimo wszystko ty dosyć często 

wykręcałeś mi takie numery”. 

Skręciła   na   wielki   parking   przed   podmiejskim   centrum   handlowym,   w   którym   oboje 

robili zakupy. Stąd Charles miał już niedaleko do domu, taksówka nie powinna go kosztować 
więcej niż kilka dolarów. 

Zatrzymała samochód w pobliżu postoju taksówek. Charles wysiadł, zawahał się, pochylił 

i wsuwając głowę przez otwarte drzwi, zapytał:

– Czy latałabyś jak opętana po sklepach, gdybyś szła na ten bal ze mną?
Trzasnął   drzwiami,   zanim   zdążyła   odpowiedzieć.   Nie   pozostało   jej   nic   innego,   jak 

siarczyście zakląć. 

–   O   kurczę!   –   Pełen   zachwytu   okrzyk   Rochelle   nie   rozwiał   bynajmniej   wątpliwości 

Phoebe. 

– Za głęboko wycięta – mruknęła, spoglądając krytycznie na białą połać biustu widoczną 

w dekolcie czerwonej atłasowej sukni. 

–   Tylko   z   twojego   punktu   widzenia,   bo   patrzysz   z   góry  –   mądrzyła   się  Rochelle.   – 

Przestań go podciągać i przejrzyj się w lustrze. Tak ludzie będą cię widzieli. 

Phoebe zerknęła jeszcze raz na swoje odbicie. 
Od poprzedniego spojrzenia nic się nie zmieniło. Widziała obcą kobietę – zmysłową, 

seksowną nieznajomą w uwodzicielskiej sukni. 

– Ja... ja się w niej ludziom nie pokażę – wyjąkała, rumieniąc się z zażenowania. – Może 

na kimś szczupłym  wyglądałaby wspaniale, ale na mnie jest zwyczajnie nieskromna. Nie 
mogę w niej pójść. 

– Bzdura! – fuknęła Rochelle. – Jak na ciebie szyta. Chude kobiety tak się nie ubierają. 

Nie sprzedałabym jej komuś mniej... no... mniej wyposażonemu, że tak to określę. 

Phoebe spuściła wzrok. Piekły ją policzki i bez spoglądania w lustro wiedziała, że jej 

rumieniec pogłębia się i odcieniem dorówna wkrótce czerwieni sukni. 

– Jakaś specjalna okazja? ~ spytała Rochelle. 
– Mhm – bąknęła Phoebe. 
–  No  to  właśnie   takiej  sukni  ci   trzeba!  –  zapewniła  ją  Rochelle.  –  Padnie  trupem   z 

zachwytu, kiedy cię w niej zobaczy, kimkolwiek jest. 

– No dobrze – zadecydowała Phoebe, nie spoglądając już w lustro. – Biorę ją. 
– Jeszcze buty by ci się przydały – zauważyła Rochelle, pomagając jej odpiąć zamek 

background image

błyskawiczny. – W tym małym sklepiku za delikatesami widziałam boską parę czerwonych 
sandałków na wysokiej szpilce. 

Phoebe wzięła głęboki oddech. Sama suknia zdrowo nadszarpnie jej zasoby. Dodać do 

tego buty i przez trzy najbliższe miesiące będzie musiała żyć o chlebie i wodzie. Czy jest 
gotowa na takie poświęcenie?

–   Zapakować?   –   spytała   Rochelle,   kiedy   Phoebe   podała   jej   suknię   zza   drzwi   przy 

mierzalni. 

Kolejny głęboki oddech – i dreszczyk  emocji na myśl  o reakcji Nicka na widok tak 

odmienionej Phoebe. 

– Proszę – powiedziała stanowczo. – I dziękuję za informację o tych sandałkach. Zaraz 

idę je przymierzyć. 

W drodze do domu zerkała raz po raz na paczki leżące na fotelu pasażera i zachodziła w 

głowę, co ją opętało. Najpierw wyrzuca z samochodu Charlesa, choć wcześniej podjęła się 
odwieźć go do domu, a potem kupuje nie tylko czerwoną suknię, ale również egzotyczne 
czerwone sandały, których wcale kupić nie zamierzała. 

Seksowne czerwone sandały. 
Obuwie w stylu Mindy, ostatniej żony ojca. 
Dopiero teraz przypomniała sobie, że zamierzała go dzisiaj odwiedzić, ale było już za 

późno. O tej porze wyszli już pewnie z Mindy na kolację. O ile pamiętała, żadna z żon ojca – 
z wyjątkiem jej matki, która była pierwsza w kolejności, ale nie najważniejsza – nie potrafiła 
gotować. 

A ponieważ ojciec nie życzył sobie, żeby po domu kręciła mu się służba, od rozwodu z 

matką Phoebe kolacje jadał z konieczności w mieście. 

No nic, odwiedzi ojca w przyszłym tygodniu. 
Piątek był dniem operacji. Phoebe przyjechała do pracy wcześniej niż zwykle. Na biurku 

Sheree piętrzył się stosik dokumentów z naniesionymi ręką Nicka poprawkami. Świadczyło 
to, że pracował wczoraj do późna. Phoebe podeszła do swojego biurka. 

Leżała na nim kartka pokryta tym samym charakterem pisma. Phoebe wrzuciła do dolnej 

szuflady torebkę, wzięła kartkę do ręki i przeczytała:

, Phoebe, dzisiaj operuje Charles. Administracja obiecała przysłać nam pielęgniarkę. Zrób 

poranny obchód naszych hospitalizowanych  pacjentów, a potem idź na naradę. Będą tam 
goście z USA i Malcolm chce, żeby wziął w niej udział ktoś od nas”. 

Phoebe  spojrzała  na zegar.  Obchód  oddziału  rozpoczynał  się punkt  ósma  trzydzieści, 

miała więc jeszcze mnóstwo czasu. Włączyła komputer i wyszukała pliki hospitalizowanych 
pacjentów. Chociaż regularnie odwiedzała chorych poddawanych w szpitalu chemioterapii, 
przed udaniem się na obchód musiała dokładnie wiedzieć, na jakim etapie kuracji znajduje się 
każdy z nich. 

Kiedy przeglądała plik Jackie Stubbings, weszła Sheree. Jackie miała szesnaście lat, kiedy 

wykryto   u   niej   i   usunięto   złośliwego   czerniaka.   Ale   teraz,   po   trzech   latach,   dziewczyna 
wróciła do szpitala z przerzutami na lewe płuco i mózg. 

– Co z nią? – spytała Sheree, widząc na ekranie plik nastolatki. 

background image

–   Naświetlania   zmniejszyły   rozmiary   guzów.   Specjaliści   pokażą   nam   chyba   dzisiaj 

najnowsze zdjęcia i będą musieli zdecydować, czy operować jeden, czy oba naraz, a także 
określić zakres chemio – i radioterapii. 

– Biedactwo! – powiedziała Sheree. – Kiedy widzę takie beznadziejne przypadki, mam 

ochotę zmienić pracę. Wszystkiego mi się odechciewa!

– Wiem – przyznała Phoebe. – Ale sukcesów mamy jednak więcej niż porażek. Spójrz na 

to od tej strony. 

Sheree zerknęła na nią spod oka. 
– Widzę,  że jesteś  dzisiaj  nastrojona pozytywnie.  Na dobre ci wyszło,  że przejrzałaś 

wreszcie na oczy i skończyłaś z tym Charlesem. 

Phoebe  nie  była  zaskoczona,   że  Sheree   wie o  stanie  jej   stosunków   z Charlesem,   ale 

zaintrygowała   ją   fraza   „przejrzałaś   wreszcie   na   oczy”.   Chciała   już   zapytać,   co   to   miało 
znaczyć, kiedy do gabinetu wszedł Charles, dała więc spokój. 

– Myślałem,  że jesteś  na obchodzie  – zwrócił  się do niej Charles. Jego głos  ociekał 

chłodem, patrzył gdzieś na ścianę ponad jej głową. 

– Właśnie wychodzę – powiedziała, wymykając się z gabinetu. 
– A więc wypuścili cię wreszcie z tego swojego pudełka po butach w szeroki świat. – 

Malcolm Graham, starszy onkolog szpitala Southern Cross, powitał ją uśmiechem. – Znasz 
Geoffa Kerra i Frań Neibling?

Phoebe kiwnęła głową i uśmiechnęła się do dwójki lekarzy z oddziału onkologicznego. 

Poznała ich przy okazji pierwszych odwiedzin u pacjentów z czerniakiem i często widywała, 
odwiedzając oddział. 

– Rozmawialiśmy z panią Stubbings i Jackie. Chirurdzy zoperują jej płuco jeszcze w tym 

tygodniu – zwrócił się Malcolm do Phoebe. – Będziemy kontynuowali naświetlanie guza 
mózgu, a kiedy tylko poczuje się lepiej, rozpoczniemy chemioterapię płuca. 

– Co wykazały ostatnie badania? – spytała Phoebe, widząc, że Malcolm nie śpieszy się z 

rozpoczęciem obchodu. Pewnie czekał na gości ze Stanów. 

– Na razie nic – odparła Frań, ale jej ton potwierdził najgorsze obawy Phoebe. Nowe 

guzy mogły się rozwijać w ciele Jackie gdziekolwiek. 

– Od niej przejdziemy do pani Warren, a Petera Cartera zostawimy sobie na koniec – 

zapowiedział Malcolm. Byli to pacjenci z czerniakiem leżący aktualnie w szpitalu. 

Phoebe   poczuła   przypływ   podniecenia.   Peter   Carter   był   ich   przypadkiem 

doświadczalnym, naukowcem, który zgodził się poddać radykalnie nowej terapii. Podobne 
eksperymenty prowadziły też inne szpitale, ale Peter wybrał Southern Cross i jeśli jego stan 
nadal   będzie   się   poprawiał,   to   Jackie   pozostanie   jeszcze   ta   jedna   deska   ratunku,   gdyby 
zawiodły konwencjonalne metody leczenia. 

Zbliżali się do nich dwaj mężczyźni w pięknie skrojonych garniturach. 
– Ha! A oto i nasi goście – mruknął Malcolm i wyszedł im naprzeciw z wyciągniętą ręką. 

– Bill Cotter i profesor Brad Moss – oznajmił i przedstawił przybyłym członków swojego 
personelu. 

Przechodzili całą grupą z sali do sali. Phoebe trzymała się z tyłu i starała nie wchodzić w 

background image

drogę. 

– A więc ma pani specjalizację z dermatologii? – spytał Bill, kiedy po obchodzie zebrali 

się na naradę w pokoju lekarskim. Zajął miejsce obok Phoebe. 

– Nie, jeszcze nie – odpowiedział za nią Malcolm. – Ale reprezentuje tu dzisiaj naszą 

poradnię nowotworów skóry, której szefem jest Nick David. Poznaliście go, kiedy bawił w 
Stanach. Dołączy do nas na lunchu i zobaczycie go ponownie wieczorem. 

Rozmowa  zeszła na obiecujące  wyniki  nowej terapii  i poprawiający się stan zdrowia 

Petera Cartera. 

Phoebe wróciła z obchodu przed samym lunchem. Z gabinetu Nicka wychodziła właśnie 

Jess. Na widok Phoebe wyraźnie się rozpromieniła. 

– Nie zjadłabyś ze mną lunchu? – spytała. – Nick mi odmówił. Powiedział, że nie ma 

czasu. A ty, o ile mi wiadomo, zaczynasz przyjmować pacjentów dopiero po południu. 

Zaskoczona Phoebe przyjęła zaproszenie i poszła z Jess do stołówki. Zamówiły lunch, 

zajęły stolik i Jess zagaiła:

– Czy Nick albo Sheree mówili ci już o moim romansie z Charlesem?
Phoebe o mało nie spadła z krzesła. 
– O czym z kim? – wykrztusiła. 
– O moim romansie z Charlesem – powtórzyła z uśmiechem Jess. – Głupie, prawda? 

Zakochać się w mężczyźnie, który nadal ma obsesję na punkcie byłej żony. 

Westchnęła i zapatrzyła się w przestrzeń, co dało Phoebe okazję do pozbierania myśli. 
Charles   i   Jess!   Przynajmniej   nie   była   jedyną,   która   pomyliła   współczucie   z   czymś 

silniejszym!

Ale czy to jakaś pociecha?
Oczywiście, że nie. 
– Czemu nic nie mówisz? – spytała Jess i Phoebe zaczęła szukać gorączkowo jakiejś 

sensownej odpowiedzi. 

– Ty i Charles? – wybąkała. – Nie – dorzuciła szybko. 
– Nikt mi o tym nie wspominał! Pierwsze słyszę. 
Coś zaczynało jej świtać. Nick od chwili powrotu Jess na pewno zdawał sobie sprawę, że 

całe to przedstawienie ze wzbudzaniem u Charlesa zazdrości do niczego nie prowadzi. 

Ogarnął ją gniew. Poczekaj, Nick! Poczekaj!
– Myślałam, że pod moją nieobecność coś się wyklaruje – ciągnęła Jess. – Ale niestety, 

Charles ani o jotę się nie zmienił. 

Phoebe skoncentrowała się na słowach Jess. Z Nickiem policzy się później. Jess patrzyła 

na nią z nikłym uśmiechem, czekając na jakiś komentarz albo radę. 

– Kochasz go? – spytała Phoebe i Jess spoważniała. 
– Tak, kocham. Głupie, prawda?
Witaj w klubie sobie podobnych, pomyślała z goryczą Phoebe, chociaż na szczęście ona, 

jeśli się teraz dobrze nad tym zastanowić, nigdy tak naprawdę nie kochała Charlesa. Urzekła 
ją   tylko   jego   osobowość,   jego   powaga   i   pozorna   stateczność.   Tak   wyobrażała   sobie   w 
młodości ideał mężczyzny. 

background image

– No to musisz coś z tym zrobić – odezwała się. – Może porozmawiaj z Annę. Zorientuj 

się, czy naprawdę nie ma już żadnej nadziei, że ta para znowu się zejdzie. Bo jeśli ona chce 
go odzyskać, to nie masz najmniejszych szans. Ale jeśli ci powie, że taka ewentualność nie 
wchodzi w rachubę, to będziesz musiała przekonać jakoś Charlesa, że to już koniec i że teraz 
ty jesteś dla niego najważniejsza. 

Śmiechu warte. Doradzała Jess podjęcie kroków, które jeszcze niedawno sama zamierzała 

wykonać. Dobrze że przynajmniej nie podsuwa jej pomysłu wzbudzenia u Charlesa zazdrości. 

– Może i masz rację – rzekła bez przekonania Jess. – A gdyby tak wzbudzić w nim 

zazdrość? Co o tym  myślisz?  Skoro Nick jest wolny – bo powiedziałaś  przecież,  że nic 
między wami nie ma – to może zgodziłby się udawać, że jest mną zainteresowany!

Phoebe ścisnął się żołądek. 
– Dobry pomysł – mruknęła. – Ale nie przyszło ci do głowy, że Nick może mieć aktualnie 

jakąś przyjaciółkę?

Ku zaskoczeniu Phoebe Jess roześmiała się. Serdecznie!
– Nick i przyjaciółka! – wykrztusiła. – Tylko mi i nie mów, że dałaś się nabrać na ten 

jego harem urodziwych blondynek! Wystawowe manekiny, tak je nazywa. Pokazuje się z 
nimi z wyrachowania. Twierdzi, że kiedy na spotkaniu z ewentualnym sponsorem towarzyszy 
mu piękna kobieta, wysokość darowizny wzrasta średnio o kilka tysięcy dolarów. Sama raz 
występowałam w roli takiej dekoracji, bo nie miał akurat pod ręką nikogo innego. 

Phoebe przyswajała sobie tę informację z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony z ulgą, 

z drugiej ze złością na Nicka, który w ten sposób wykorzystuje kobiety. 

–   Jeśli   są   one   dla   niego   tylko   wystawowymi   manekinami,   to   co   z   jego   życiem 

uczuciowym? – spytała. – Chcesz powiedzieć, że mężczyzna taki jak Nick nikogo nie ma?

Jess uśmiechnęła się. 
– Wierzyć się nie chce, prawda? Ale tak właśnie jest. 
On twierdzi, że nie ma czasu na długotrwałe związki, ale ja czasami podejrzewam, że po 

prostu nie spotkał jeszcze odpowiedniej kobiety. 

Phoebe słuchała tego ze zdumieniem.  Do poradni  wracała  oszołomiona,  ale  z silnym 

postanowieniem, że pomści rodzaj żeński, że wykorzysta Nicka w ten sam sposób, w jaki on 
wykorzystuje kobiety – traktując je jak zabawki, które można wyrzucić, kiedy się znudzą. A 
przy okazji odbuduje swoją odporność na takich jak on. 

– No to kto, co i z kim robi dziś po południu? – spytał radośnie Nick. 
– Ja mam górę papierkowej  roboty – odparł Charles. – Potem przychodzi  Jess, żeby 

popracować nad poprawieniem rozdzielczości programu komputerowego. 

Spojrzał na Nicka. Phoebe zupełnie ignorował, traktował ją jak powietrze. 
– Wychodzi na to, że pacjentami będzie się musiał zająć ktoś inny... 
Nick zerknął na milczącą Phoebe. Coś się działo w tej ładnej główce. Czyżby dowiedziała 

się prawdy o Charlesie i Jess? A jeśli nawet, to czym się tak przejmuje?

– A więc Charles odpada – powiedział. – Zastąpisz go, Phoebe? Dzisiaj mamy same 

wizyty   kontrolne.   Może   trafić   się   parę   nowych   znamion   do   wypalenia,   ale   niczego 
poważniejszego się nie spodziewam. 

background image

Phoebe   kiwnęła   głową,   ale   myślami   była   jakby   gdzie   indziej.   Zdecydowanie   coś   ją 

gnębiło. 

Może źle zrobił, nie mówiąc jej od razu o poprzednim związku Charlesa. 
– Nikt nie zapyta, gdzie ja będę? – dorzucił. Sheree zachichotała. 
–   A   po   co?   –   powiedziała.   –   Peter   ma   dzisiaj   następny   zabieg.   Wszyscy   będziemy 

zaskoczeni, jeśli w ciągu najbliższych kilku dni oddalisz się od jego łóżka. 

– No to was zaskoczę – odparował. – Dziś wieczorem mam randkę z Phoebe, prawda, 

kochanie?

Zerknął   na   Phoebe   i   zdumiała   go   jej   reakcja.   Gdyby   wzrokiem   można   było   zabijać, 

leżałby już martwy na podłodze. 

Czyżby to „kochanie” tak ją wzburzyło?
Ale przecież właśnie tak miał się zachowywać. 
Zapomniała, że mają wzbudzić u Charlesa zazdrość. 
Tylko dlatego użył tego słowa. 
Czy aby na pewno?
Mruknął coś na pożegnanie i wyszedł z pokoju. Był wściekły na samego siebie, że dał się 

wciągnąć w tę idiotyczną intrygę. 

Idąc przez szpital do laboratorium, żeby jeszcze raz obejrzeć pod mikroskopem wycinki 

nowotworu pobrane od Petera, uświadomił sobie nagle, że wcale nie chce się wycofywać z 
tego przedsięwzięcia – nie wiedzieć czemu, nie chce się pozbawiać pretekstu do częstszych 
kontaktów z Phoebe. 

Phoebe   przez   całe   popołudnie   przyjmowała   pacjenta   za   pacjentem,   oglądała 

powierzchniowe przebarwienia, usuwała je z nóg, twarzy, klatek piersiowych, pleców i rąk. 

– Auć! Ale piecze – poskarżył się starszy mężczyzna, który przez całe życie pracował pod 

gołym niebem w samym podkoszulku i szortach, kiedy Phoebe wypalała mu ciekłym azotem 
znamię na ramieniu. 

– Tak, to wrażliwe miejsce – przyznała. – Wie pan, co robić w domu? Przemywać rankę 

spirytusem  metylowym,  chronić ją przed zanieczyszczeniem,  ale bandażować  tylko  kiedy 
wychodzi pan na powietrze... 

Recytowała   ostrzeżenia   i   zalecenia   znane   stałym   pacjentom   na   pamięć,   ale   wciąż 

obmyślała swój nowy plan, to zarzucając sobie głupotę, to znów rozważając z dreszczykiem 
podniecenia wszystkie za i przeciw. 

Chociaż   przyczyną   tego   dreszczyku   z   pewnością   nie   była   miłość,   lecz   zwyczajne 

pożądanie, to przespanie się z Nickiem skutecznie ją z niego wyleczy. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nick zapukał do jej drzwi dokładnie o siódmej trzydzieści. Ubrany był swobodnie – w 

jasne spodnie i obcisłą ciemnobrązową koszulkę polo opinającą klatkę piersiową. Jego widok 
każdą kobietę mógłby przyprawić o przyśpieszone bicie serca. 

Cały gniew na niego przeszedł Phoebe jak ręką odjął. Zapomniała, że miała go zapytać, 

co chciał osiągnąć, proponując tę intrygę z wywoływaniem zazdrości. Wyrzuciła też z myśli 
swój plan i starała się zachowywać jak najnaturalniej. 

Zaprosiła go do saloniku. 
– Jak tam Peter? – zapytała, uznając, że rozmowa na tematy zawodowe szybciej pozwoli 

jej dojść do siebie. 

Nick spoważniał. 
– W normie. – Przeczesał palcami włosy, pokręcił głową i zamruczał coś pod nosem. – 

Nie cierpię tych banalnych lekarskich odzywek, a teraz sam je wygłaszam. 

Spróbował się uśmiechnąć, ale bez powodzenia. 
– Przepraszam! Postanowiłem nie myśleć o tym dziś wieczorem i przynamniej udawać 

dobre samopoczucie. Zmieńmy temat, dobrze?

Phoebe chwyciła go za rękę i pociągnęła do wygodnego skórzanego fotela. 
–   Siadaj!   –   powiedziała   rozkazującym   tonem.   –   Zrobię   ci   drinka.   Czemu,   u   licha, 

zgodziłeś się pójść na tę kolację, skoro widzę, że wolałbyś być teraz z Peterem? Tylko nie 
waż się obwiniać mnie. Umówiłeś się na dzisiaj z tymi gośćmi, zanim ja pojawiłam się na 
scenie. 

Podeszła   do   małego   barku   w   kącie   pokoju   i   znalazła   butelkę   whisky   Glenlivit 

przyniesionej przez ojca przy okazji którejś z regularnych wizyt towarzyskich. 

Nalała niewielką porcję do szklanki, wrzuciła kostkę lodu i wpuściła kilka kropel wody. 

Nick siedział rozparty w fotelu, oczy miał zamknięte. 

– Proszę! Wiem, że lubisz whisky. Po takiej ilości będziesz mógł jeszcze prowadzić, ale 

gdybyś chciał powtórzyć, to zawiozę cię potem, gdzie tylko zechcesz. Tylko gdyby to miał 
być szpital, to poprzestań lepiej na jednej. 

Zerknął na nią spod uchylonej powieki. 
– Od kiedy to jesteś taka zasadnicza?
Wzruszyła tylko ramionami. Głowę miała zaprzątniętą kontemplowaniem tego widoku – 

on w jej fotelu, w jej saloniku!

Powieka opadła. Nick upił łyk i odetchnął głęboko. 
– Coś wspaniałego, a z twojej propozycji chętnie bym skorzystał, ale naprawdę muszę... 

musimy być dzisiaj na tej kolacji, moja słodka Phoebe. 

Usiadł prosto, otworzył oczy i spojrzał na nią tak, jakby dopiero teraz ją zauważył. 
–  Zwłaszcza   że  się  tak   rewelacyjnie   prezentujesz,   młoda  damo.  Zbrodnią   byłoby  nie 

zabrać cię nigdzie w tak pięknym stroju. 

Komplement   ten   wzniecił   kolejną   falę   prześladujących   ją   ostatnio   dreszczy,   chociaż 

background image

gdyby nie jego wyraźne przygnębienie, ofuknęłaby go za tę „młodą damę”. 

– Jeśli chcesz, mogę cię zawieźć po kolacji do szpitala – podsunęła. – Oczywiście, jeśli 

Peter nie będzie miał nic przeciwko temu, że odwiedzą go dwie, a nie jedna osoba. 

Oczy Nicka pociemniały. Odstawił drinka i kiwnął na nią. 
– Podejdź tu. 
Podeszła i zatrzymała się obok fotela. Nick otoczył ją niespodziewanie ramieniem w talii 

i przyciągnął do siebie. Wylądowała zaskoczona na jego kolanach, a on pocałował ją w szyję. 

– Wydaje mi się, że rozmawialiśmy o Peterze. O odwiedzeniu go w szpitalu – zdołała 

wykrztusić, chociaż w środku cała płonęła. 

Nick westchnął z rezygnacją. 
– Mnie też się tak wydaje, chociaż wolałbym porozmawiać o tobie. 
Wyzwoliła się z jego objęć i wstała. 
– No więc co z Peterem?
– No właśnie, Peter! – mruknął ledwie dosłyszalnie. Dopił resztę drinka i też wstał. 
– Wrócę do szpitala. Ale najpierw spełnijmy lepiej swój obowiązek i zjedzmy kolację z 

naszymi zamorskimi gośćmi. 

– Nie opowiadaj bzdur! – ofuknęła go Phoebe. – Martwisz się o Petera i nie masz ochoty 

na żadne towarzyskie spotkania. Zresztą, jeśli chodzi o reprezentację szpitala, to będą tam 
przecież Charles i Malcolm Graham. 

Nick uśmiechnął się. 
– Nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że drzemie w tobie „matka kwoka”. Już rozumiem, 

dlaczego Charles chodzi teraz jak struty. Do takiej opiekuńczości łatwo przywyknąć. 

W jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. 
–   A   więc   co   proponujesz?   Mam   zadzwonić   do   restauracji   i   powiedzieć,   że   coś   mi 

niespodziewanie wypadło? Nie, to odpada. Bo i ty się tam nie pojawisz. Chyba że pójdziesz 
na tę kolację, a ja pojadę do szpitala?

– Przecież miałam iść z tobą tylko po to, żeby Charles zobaczył nas razem – zauważyła. – 

Nie chcesz, żebym jechała z tobą do szpitala, to trudno. Jakoś to przeżyję. A na kolację sama 
nie pójdę, bo i po co?

Patrzył na nią przez chwilę niezdecydowanie. 
– Myślę, że twój widok sprawi Peterowi przyjemność – powiedział w końcu z uśmiechem 

i dodał: – Każdemu mężczyźnie by sprawił. 

– No to chodźmy – powiedziała, biorąc go pod rękę. 
– Ja poprowadzę, a ty zadzwonisz z samochodu do restauracji i przeprosisz. 
– Nie, ja poprowadzę, a ty zadzwonisz – odparł i Phoebe uśmiechnęła się w duchu. To był 

znowu Nick, którego znała! Przejmował inicjatywę, wydawał polecenia, organizował!

Była ósma, kiedy wchodzili na oddział. Większość odwiedzających opuściła już szpital. 

Peter leżał w jednoosobowej salce zwrócony twarzą do ściany. 

– Jak leci, stary? – zapytał Nick od progu. 
Peter obejrzał się, przewrócił na drugi bok i wzruszył bezradnie wątłymi ramionami. 
– Sam nie wiem – mruknął. – Pocieszacie mnie, że wszystko będzie dobrze, ale ja czuję, 

background image

że kuracja kuracją, a ta przeklęta choroba postępuje. 

Uniósł się na łokciach i spojrzał Nickowi w oczy. 
– Ale obiecaj mi, Nick, że jeśli nawet umrę, to wypróbujecie tę metodę na Jackie. Może z 

nią się uda. 

Wzruszenie chwyciło Phoebe ze gardło. 
–  Wystąpiliśmy   już  o zezwolenie  na  poddanie   Jackie   nowej   kuracji –  uspokoił  Nick 

swojego   pacjenta.   –   A   co   do   ciebie,   to   guzy   się   zmniejszają.   Ta   metoda   pomoże   wielu 
ludziom, w tym Jackie. 

–   Obiecaj   mi   –   zażądał   Peter   –   że   jedno   niepowodzenie   nie   spowoduje   przerwania 

eksperymentów. 

– Oczywiście, że nie – zapewnił go Nick. – Phoebe świadkiem. Nie rozumiem tylko, 

czemu   poruszasz   takie   tematy   w   obecności   pięknej   dziewczyny,   którą   ze   sobą 
przyprowadziłem. 

Peter opadł na poduszkę, uśmiechnął się przepraszająco do Phoebe i wskazał ruchem 

głowy na Nicka. 

– Ten facet od szkolnych lat powtarza mi, żebym o nic się nie martwił i zdał na niego. 
Phoebe spojrzała na Nicka. 
– Od szkolnych lat? Wiedziałam, że jesteście przyjaciółmi, ale nie miałam pojęcia, że od 

tak dawna. Nikt mi nie powiedział. 

– Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, trafiliśmy do tej samej szkoły z internatem, i tak to 

się zaczęło – odparł Peter. – A tobie współczuję. Nick zawsze był nieodpowiedzialny, ale 
dzisiaj przeszedł sam siebie. Umawiać się na randkę z lekarką i przyprowadzać ją do szpitala, 
to już przesada. 

– To nie randka – zaprotestowała. – W każdym razie nie taka z prawdziwego zdarzenia, a 

tę wizytę sama zaproponowałam. 

– Założę się, że ujęta tym jego spojrzeniem skarconego psa. Nawet morderstwo uszłoby 

mu na sucho, gdyby sędzią była kobieta, a on by ją nim obrzucił. 

Nick   otwierał   już   usta,   żeby   powiedzieć   coś   na   swoją   obronę,   ale   Peter   uciszył   go 

uniesieniem ręki. 

– Wynocha stąd! ~ huknął. – Zrobiłeś już na mnie karierę i nie życzę sobie, żebyś po 

każdym   zabiegu   przesiadywał   przy   moim   łóżku.   Zabierz   Phoebe   w   jakieś   sympatyczne 
miejsce, byle nie na tę kolację z Amerykanami, i bawcie się dobrze. No, już was tu nie ma!

Wykonał ręką gest odpędzania natrętnej muchy. Nick przyglądał się badawczo twarzy 

przyjaciela. Domyślał się, że Peter jest bardziej zmęczony, niż okazuje. 

– Dobrze, zrozumiałem aluzję – powiedział. – Ale nie zwiedziesz mnie tą pozorną troską 

o Phoebe. Dobrze wiem, że chcesz się nas pozbyć, bo zaraz przychodzi na dyżur ta seksowna 
ruda pielęgniareczka. 

Pochylił się nad łóżkiem i ścisnął lekko dłoń Petera. 
– Trzymaj się, stary!
Zerknął na Phoebe, która stała niezdecydowanie przy łóżku. 
– Chodź, idziemy stąd. Pacjent nas wyrzuca! Uśmiechnęła się, ale do Petera, nie do niego. 

background image

– Uważaj na siebie – powiedziała cicho i też lekko ścisnęła jego dłoń. 
–   To   ty   na   siebie   uważaj,   młoda   damo   –   odparł   Peter,   wymownym   ruchem   głowy 

wskazując Nicka jako potencjalne źródło grożącego jej niebezpieczeństwa. 

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, bo podsunęło jej to pewną przewrotną myśl. 
– Wiem, będę uważała – obiecała i wyszła z sali. 
– Nie skrzywdź jej – powiedział Peter do Nicka, kiedy Phoebe zniknęła za drzwiami. – 

To nie jest dziewczyna na jeden raz. 

Nick westchnął ciężko. 
– Nie musisz mi tego mówić, Pete! Ale nie da się ukryć, że sam pchasz ją w moje szpony, 

wypędzając nas za drzwi. 

Peter puścił ten zarzut mimo uszu i przez chwilę przyglądał się Nickowi badawczo. 
– Powiedziałeś już swojej mamie, że się z nią spotykasz?
Ta nagła zmiana tematu zaskoczyła Nicka. 
– A po co?! Przecież nic mnie z nią nie łączy. Pomagam jej tylko wzbudzić zazdrość w 

Charlesie. 

– Aha! A ja wyjdę stąd jutro zdrowy jak ryba! – odparował Peter. – Wynoś się! Zejdź mi 

z oczu!

– Co miał na myśli Peter, pytając, czy powiedziałeś już o mnie swojej mamie? – zagaiła 

Phoebe, kiedy szli do wyjścia labiryntem szpitalnych korytarzy. 

A więc słyszała!
– Peter za dużo i za głośno gada! – warknął gniewnie Nick w nadziei, że zniechęci ją tym 

do drążenia tematu. Zapach jej perfum łaskotał go w nozdrza, rozpraszał i nie pozwalał się 
skupić. 

– Chyba nie opowiadasz swojej matce o wszystkich kobietach, z którymi się spotykasz?!
– Jakich znowu wszystkich? – żachnął się. – Myślisz, że ile ich jest? Ty mnie chyba masz 

za jakiegoś Casanovę albo arabskiego szejka otoczonego całym haremem. Ale skoro chcesz 
wiedzieć, to owszem, opowiadam matce o wszystkich swoich kobietach, bo nie mam przed 
nią żadnych tajemnic!

Odetchnął głęboko. Umysł miał zamulony, ciało się go nie słuchało i jednego tylko był 

pewien: że nie chce o tym rozmawiać’ z Phoebe Moreton. 

– To gdzie pójdziemy zjeść? – zaczął z innej beczki i pogratulował sobie w duchu tego 

genialnego pomysłu. Kobieta lubiąca sobie podjeść tak jak Phoebe na pewno połknie przynętę 
i porzuci wszelkie inne myśli, żeby zastanowić się na poważnie nad odpowiedzią. 

Jakież było jego rozczarowanie, kiedy Phoebe mruknęła obojętnie:
– Oj, wszystko mi jedno. Nie jestem specjalnie głodna. 
– Coś cię gryzie? – spytał podejrzliwie. Wzruszyła tylko ramionami. 
– Mieszkam kilka minut drogi stąd – podjął. Sam nie wiedział, co go podkusiło. – Moja 

gosposia   to   prawdziwy   skarb.   Co   piątek   napełnia   mi   lodówkę   wszystkim,   co   do   życia 
potrzebne. Może chciałabyś się o tym przekonać?

W głowie Phoebe rozdzwoniły się dzwonki ostrzegawcze, ale zaraz przypomniała sobie o 

swoim planie. 

background image

– Czemu nie – odparła, siląc się na obojętny ton, chociaż serce waliło jej jak młotem, a 

żołądek miała tak ściśnięty, że o jedzeniu nie mogło być mowy. 

Nick ujął ją pod ramię, co jeszcze pogorszyło sprawę, i wyprowadził w chłodną noc. 

Wzdrygnęła się mimowolnie. 

– Zimno ci? – spytał cicho, wyczuwając ten dreszcz. 
– Nnie tak znowu – wyjąkała, wyrzucając sobie, że przyjęła jego propozycję. 
Nick   objął   ją   bez   słowa,   pochylił   się   i   pocałował.   Ochłonąwszy   z   pierwszego 

zaskoczenia,  pozwoliła  się  omotać  magii  jego ust  i bez  wahania oddała  mu  pocałunek  z 
desperacją tonącego, który chwyta się brzytwy. 

Czuła, jak fala gorąca rozchodzi się po całym jej ciele, zalewa brzuch, spływa do ud. 

Zarzuciła mu ręce na szyję, zanurzyła palce w jedwabistych włosach i przywarła do niego 
całym ciałem, jakby w obawie, że utonie w tych cudownych głębiach zmysłowych wrażeń, 
Nick pierwszy przerwał pocałunek. Cofnął głowę i odsunął się od niej tak raptownie, że oma! 
nie straciła równowagi. Miała ochotę rozpłakać się z rozczarowania, opanowała się jednak i 
nie dała po sobie poznać, jak jest sfrustrowana. Pozbierała szybko myśli. 

– Szkoda, że Charles tego nie widział – powiedziała,  by rozładować jakoś seksualne 

napięcie. 

Przynajmniej na dzisiejszy wieczór. 
Nick  mruknął  w  odpowiedzi  coś, czego  nie zrozumiała,  ale  powolność jego kroków, 

kiedy ruszyli  dalej przez parking w kierunku samochodu,  sugerowała, że żałuje teraz, że 
zaprosił ją do siebie. 

– A ponieważ go tu nie ma – dodała Phoebe – nie musimy jeść razem. Odwieź mnie lepiej 

do domu. 

Nick zatrzymał się i spojrzał na nią dziwnie. Przez chwilę myślała, że znowu chce ją 

pocałować. Z jednej strony pragnęła tego, z drugiej bała się. 

Wszystko wskazywało na to, że wypływała na niebezpieczne wody. 
– A ty wciąż o tym Charlesie! – odezwał się. – Jesteś gotowa na wszystko, byleby tylko 

zrobić mu na złość. 

– Jak to? – żachnęła się urażona. – Przecież to był twój pomysł. 
– Nieustannie mi o tym przypominasz, słodka Phoebe – zauważył z goryczą. – Ale ja 

odnoszę wrażenie, że prowadzisz jakąś głębszą grę. I nie patrz tak na mnie. Mam trzy siostry, 
które od lat posługują się takim spojrzeniem i wiedz, że ono na mnie nie działa. 

– Ja naprawdę nie jestem głodna – powtórzyła bezradnie. – Wolałabym wrócić do domu. 
Nick patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, potem pogładził ją po włosach i otworzył 

drzwi samochodu. 

– Wsiadaj – powiedział. – Odwiozę cię. 
Kiedy ruszali, próbowała odczytać  wyraz jego twarzy,  ale bez powodzenia. Zostawili 

parking daleko za sobą, a on wciąż się nie odzywał. To milczenie stawało się nieznośne. 
Musiała je jakoś przerwać:

– Jak myślisz, dostaniemy zezwolenie na zastosowanie wobec Jackie tej nowej metody 

leczenia? – zapytała. 

background image

Nick zerknął na nią przelotnie i kiwnął głową. 
– Raczej tak – powiedział powoli. – Ale dopiero kiedy wyczerpią się wszystkie inne 

możliwości. 

Ton jego głosu zdradzał, że nie jest zadowolony z takiego podejścia. 
– A ty sądzisz, że wtedy może już być za późno, tak?
– odgadła. 
Wzruszył ramionami i westchnął głęboko. 
– Tradycyjne  metody leczenia nowotworów obejmujące interwencję chirurgiczną oraz 

radio   –   i   chemioterapię   połączone   z   podawaniem   specjalistycznych   leków   dają   dobre 
rezultaty,   kiedy  choroba   zostanie   wykryta   we   wczesnym   stadium,   ale   w   przypadkach,   w 
których nastąpiły już przerzuty na inne organy, ich skuteczność jest niewielka. 

– I dlatego chciałbyś ją jak najszybciej poddać tej nowej terapii?
– Otóż to. W tej chwili wolno nam ją testować na zaledwie garstce pacjentów. Peter, jako 

naukowiec, wie, że to metoda będąca jeszcze w fazie eksperymentalnej. Zresztą zgłosił się na 
ochotnika.   Przeciwnicy   szybkiego   poddawania   Jackie   tej   terapii   wytoczą   między   innymi 
argument, że dziewczyna jest za młoda. 

– Przecież ona ma już osiemnaście lat, prawie dziewiętnaście, a czerniak przypomina raka 

piersi – zaprotestowała Phoebe. – Ludzi młodych atakuje z o wiele większą agresywnością 
niż starszych pacjentów. To chyba wystarczający powód, żeby też agresywnie go leczyć. 

Nick uśmiechnął się ponuro. 
– To ty tak uważasz. 
–   Nie   rozumiem,   skąd   te   kontrowersje   wokół   naszej   metody.   –   Phoebe   nie   kryła 

rozdrażnienia.   –   Przecież   pobierasz   tylko   od   pacjenta   trochę   komórek   nowotworowych, 
rozmnażasz   je   poza   ciałem   i   wstrzykujesz   z   powrotem   w   nadziei,   że   pobudzą   układ 
immunologiczny   chorego   do   odrzucenia   ich,   a   potem   do   odrzucenia   wszystkich   innych 
podobnych komórek znajdujących się już w jej czy jego ciele. 

– Autoodporność! – mruknął Nick, zatrzymując wóz przed jej domem. – Podobnie jak 

wszystkie   nowe   metody   leczenia,   ta   również   musi   się  sprawdzić   w   próbach   klinicznych, 
zanim zostanie dopuszczona do powszechnego stosowania. 

Zawiesił na chwilę głos, a potem dorzucił:
– A skoro już mowa o odporności, to może zostawmy w spokoju medycynę i sprawdźmy 

lepiej, w jakim stanie jest twoja?

Phoebe spojrzała na niego ze zdziwieniem. Musiał mieć mózg jak komputer i rejestrować 

każde jej słowo, skoro pamiętał, że wspomniała kiedyś o swojej odporności. 

A ponieważ powoli ją traciła, to powinna jak najszybciej wysiąść z tego samochodu. 
– W zupełnie dobrym – zełgała, szukając po omacku klamki. 
– Tutaj jest – powiedział Nick, przechylając się nad nią i naprowadzając jej dłoń na 

klamkę. – Jeśli jesteś pewna, że chcesz wysiąść. 

– Całkowicie ppewna – wykrztusiła Phoebe. – Nie odprowadzaj mnie. Sama trafię. 
Nie   posłuchał.   Wysiadł   z   samochodu,   okrążył   maskę   i   otworzył   jej   drzwi.   A   potem 

odprowadził ją ścieżką pod same drzwi frontowe, wyjął klucz z jej drżących palców, wsunął 

background image

w zamek i przekręcił. 

Myślała, że będzie chciał wejść, ale on skłonił się szarmancko i powiedział cicho:
– Dobranoc, słodka Phoebe. 
I odszedł, nie oglądając się za siebie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Phoebe spała źle. Może dlatego, że nie zjadła kolacji, ale przecież nie była głodna, kiedy 

Nick odwiózł ją do domu. W pewnym sensie rozczarowana, ale nie głodna. 

Kiedy się obudziła, był już jasny dzień. Zamknęła szybko oczy porażone blaskiem słońca. 

Piękna pogoda nie współgrała z jej nastrojem. Dziś lepszy byłby deszcz. 

Ulewa. 
Oberwanie chmury. 
Potop. 
Ze snucia tych meteorologicznych porównań wyrwał ją przenikliwy dźwięk telefonu. 
– Phoebe? Jesteś  już na nogach? Masz dzisiaj  dwie wolne godzinki? Ci Amerykanie 

usłyszeli   o   naszym   programie   Straży   Plażowej   i   koniecznie   chcą   nas   zobaczyć   w   akcji. 
Charles jest... 

Nick   urwał   nagle,   co   dało   Phoebe   czas   na   odzyskanie   oddechu,   który   straciła, 

usłyszawszy niespodziewanie jego głos w słuchawce. 

– ... zajęty! – dokończył Nick. – Ponieważ na plaży będą kamery telewizyjne i reporter, 

chciałbym, żebyśmy naradzili się przedtem, jak najpełniej wykorzystać taką okazję. 

– Kamery telewizyjne i reporter? – powtórzyła za nim, nic z tego nie rozumiejąc. 
– Zagraniczni eksperci są dla lokalnych mediów o wiele bardziej interesujący od tych 

samych   opatrzonych   gęb,   które   trują   o   zagrożeniach   związanych   z   długotrwałym 
przebywaniem na słońcu. To wielka szansa nie tylko na rozreklamowanie naszej poradni, ale 
również dotarcia do świadomości ludzi. 

Phoebe   kiwnęła   głową   do   słuchawki.   Projekt   uświadomienia   ludziom,   że   nawet 

umiarkowane kąpiele słoneczne są niebezpieczne, był oczkiem w głowie Nicka. To dlatego 
zainicjowali   program   Straży   Plażowej,   w   ramach   którego   studenci   i   pracownicy   poradni 
chodzili   po   popularnych   miejscowych   plażach   i   rozdawali   opalającym   się   broszurki 
ostrzegające przed szkodliwym działaniem słońca oraz proponowali szybkie badanie skóry. 

– Jesteś tam jeszcze? – spytał Nick. 
– Jestem, jestem! Zamyśliłam się tylko. 
– To nie myśl, tylko powiedz tak. Masz czas? Nie chcę cię do niczego zmuszać. 
Phoebe zachichotała. 
–   I   kto   to   mówi?   Próbkę   miałam   jeszcze   na   studiach.   Zmuszałeś   wtedy   wszystkie 

studentki do pomagania ci przez całe lato, wychodząc z założenia, że młodzi mężczyźni na 
plaży chętniej dadzą sobie przebadać skórę kobiecie. Nie chcę przez to powiedzieć, że miałam 
coś przeciwko – dodała szybko, bo wczesne wykrycie  objawów ewentualnego zagrożenia 
przynosiło jej wielką satysfakcję. 

– To przyjdziesz dzisiaj? Ekipa telewizyjna zjawi się tam o jedenastej, ale pomyślałem 

sobie... 

– Że skoro już będziemy na plaży, to moglibyśmy wybrać się na patrol – dokończyła 

Phoebe. 

background image

Zachichotał, a jej sprawiło dziwną przyjemność, że pobudziła go do śmiechu. 
– Czytasz w moich myślach – ucieszył się. – Podjadę po ciebie około dziesiątej. Dobrze?
Ponownie kiwnęła głową i poniewczasie zdała sobie sprawę, że on jej przecież nie widzi. 
– Dobrze. 
Ale wcale nie było dobrze. Bo czuła, że znajduje się na najlepszej drodze do zakochania. 

Prawdziwego zakochania. 

Nie  może  do  tego  dopuścić.  Powtórzyłaby  tylko  błąd  matki.  Nie,  nie  zakocha  się  w 

Nicku. 

Wszystkie te dziwaczne reakcje na jego osobę to tylko chemia, naturalny popęd. 
Kochanek na czas ściśle określony. W tej roli obsadzi Nicka Davida. 
Wzięła prysznic, nasmarowała się kremem przeciwsłonecznym i ubrała w strój „Plażowej 

Strażniczki”: białe bikini, bo chociaż lato dopiero się zaczynało, na plaży było już gorąco, 
luźne bawełniane spodnie i biała bawełniana bluzka z długim rękawem. 

Pakowała jeszcze torbę plażową, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzyła. 
– Oho! – zawołał Nick. – Phoebe w dziewiczej bieli! Zaraz, czy oryginalna Phoebe nie 

była czasem jakąś boginką?

– Owszem. Boginią księżyca, jeśli cię to interesuje – burknęła celowo nieuprzejmie. 
Pochyliła się znowu nad torbą. Krem, okulary słoneczne... 
– To teraz wiem, co mnie wczoraj podkusiło, żeby cię pocałować na parkingu. Była 

pełnia. 

– Miło słyszeć!  Bo już myślałam,  że coś cię we mnie  pociąga  – odburknęła  jeszcze 

bardziej zgryźliwie. 

– Teraz nie ma księżyca  – zauważył  wesoło. Zerknęła na niego znad torby i w jego 

pociemniałych niebieskich oczach dostrzegła coś w rodzaju pożądania. 

– I dlatego powinniśmy już ruszać na plażę – przypomniała mu, udając, że nie rozumie, 

co chciał przez to powiedzieć. 

Wyszła pierwsza, Nick zamknął drzwi. Ubrany był jak ona ~ w długie płócienne spodnie i 

koszulę z długim rękawem. 

–   Wzięłaś   kapelusz?   –  zapytał   i   dopiero   teraz   zdała   sobie   sprawę,   że   pochłonięta   tą 

sugestywną konwersacją zapomniała o podstawowym elemencie ochrony przeciwsłonecznej. 
Wygrzebała z torby klucze i wróciła do domu po panamę z obwisłym rondem. 

– Jak czuł się dzisiaj Peter? – spytała, przekręcając klucz w zamku. 
– O wiele lepiej – odparł Nick, ale jego poważny ton powiedział jej, że to chyba tylko 

chwilowa poprawa. 

– Ale widać już jakieś konkretne efekty leczenia? Nick potrząsnął tylko głową i otworzył 

drzwi samochodu. Odezwał się dopiero, kiedy wsiedli. 

– Kuracja na jedne guzy działa, na inne nie – powiedział. – Z prób przeprowadzanych na 

pacjentach   w   innych   szpitalach   wypływają   podobne   wnioski.   Układ   immunologiczny 
uaktywnia się, ale redukuje wielkość tylko niektórych guzów. I nie potrafimy dociec, skąd 
bierze się ta selektywność. 

Zapuścił silnik i ruszył spod krawężnika. Pionowa bruzda między brwiami świadczyła, że 

background image

intensywnie myśli. 

– Przecież do wywołania reakcji u danego pacjenta stosuje się komórki nowotworowe 

pobrane z jego guza – zauważyła Phoebe, idąc za jego tokiem rozumowania. – Wszystkie 
guzy   są   pochodną   czerniaka.   Czy   w   związku   z   tym   nie   powinny   mieć   takiej   samej 
charakterystyki?

– I reagować na terapię w ten sam sposób? – Nick westchnął. – Teoretycznie tak powinno 

być, prawda? I w tym właśnie tkwi problem. 

– Czy guzy mogą zmieniać swoją naturę albo strukturę? Nick wzruszył ramionami. 
– Zmieniają w tym sensie, że są proliferacją komórek organu, w którym powstają, jeśli 

jednak   wziąć   pod   uwagę,   że   każda   komórka   w   ciele   danego   człowieka   ma   tę   samą 
konfigurację DNA, to należałoby się spodziewać, że będą reagowały na kurację jednakowo. 

Phoebe zamyśliła się. Lubiła dyskutować z Nickiem o sprawach zawodowych. 
– Zakładam, że robiłeś próby z komórkami pobieranymi z guzów nie reagujących?
Nick posłał jej uśmiech. 
– Z podobnym negatywnym rezultatem. Do tego w ogóle działały mniej efektywnie, i nie 

stać nas na tę zabawę, bo jeden zastrzyk kosztuje sto czterdzieści tysięcy dolarów. 

– To  strasznie  drogo – przyznała  Phoebe.  – Chyba  już lepiej  pozostać  przy tym,  co 

skuteczniejsze. 

– Skuteczniejsze, ale nie w stu procentach – zauważył Nick. – I to mi właśnie nie daje 

spokoju.   Czy   przeznaczać   posiadane   środki   na   to,   co   działa   połowicznie,   czy   szukać 
rozwiązania gdzie indziej? Bo gdzieś takie musi być. 

– Idealnego rozwiązania na pewno trzeba szukać – odparła Phoebe. – Ale Peter i Jackie 

nie mogą czekać. Musimy dać im szansę i leczyć tym, czym aktualnie dysponujemy. 

– To prawda. – Zatrzymał się na światłach i sfrustrowany uderzy! dłonią w kierownicę. 
– Na razie organizujmy przynajmniej te plażowe patrole – powiedziała Phoebe. – Może 

dzięki nim mniej osób skończy jak Peter i Jackie. 

Światła się zmieniły i ruszyli. 
– Najpierw matka kwoka, teraz promyczek słońca. Marnowałaś się przy Charlesie, młoda 

kobieto. 

Phoebe zerknęła na Nicka, myśląc, że sobie z niej dworuje, ale na jego twarzy malowała 

się powaga. Chyba myślami  był przy Peterze. Odwróciła głowę i zaczęła wyglądać przez 
okno. 

Milczenie, które zapadło, wyrwało Nicka z zadumy.  Zerknął z ukosa na Phoebe. Ten 

profil, te pełne, zmysłowe usta. Z pewnością nie jest typem kobiety, którą można wykorzystać 
i porzucić, a on w tej chwili nie ma czasu na żadne związki. Zbyt  pochłaniała go praca 
zawodowa. 

A jednak od tamtego pierwszego pocałunku na korytarzu Phoebe jakby weszła mu w 

krew   i   teraz   na   jej   widok   jego   ciało   reagowało   w   sposób,   w   jaki   nigdy   dotąd   się   nie 
zachowywało, W stosunku do żadnej kobiety. 

– Dzielić posiadane środki, czy zabiegać o nowe źródła finansowania?
Dopiero teraz uświadomił sobie, że Phoebe od jakiegoś czasu coś mówi. Właśnie zadała 

background image

pytanie – ale jakie pytanie?

– Moim zdaniem trzeba poświęcić część funduszy na opracowywanie nowych terapii, a 

to,   co   zostanie,   na   próby   kliniczne   tych   już   istniejących   –   powiedział.   –   Zamierzam 
zaproponować   to   radzie.   Najlepszym   wyjściem   byłoby,   oczywiście,   dofinansowanie,   ale 
pozyskanie sponsorów wymaga wiele czasu i wysiłku. Pokręcił głową. 

– Wysiłku się nie boję, co innego z czasem. Spotkałem niedawno... 
W   tym   momencie   Phoebe   krzyknęła   ostrzegawczo.   Nick   kątem   oka   dostrzegł 

wybiegające   na   jezdnię   dziecko.   Nacisnął   odruchowo   hamulce   i   ostro   odbił   kierownicą. 
Czołowego zderzenia z nadjeżdżającym z przeciwka autem nie zdołał już uniknąć. Usłyszał 
głuchy łomot, z jakim Phoebe uderzyła głową o przednią szybę, ale kiedy na nią spojrzał, 
odpinała już pas bezpieczeństwa, żeby wyskoczyć z samochodu i biec do dziecka. 

– Nic ci nie jest? – spytał, ale ona była już na jezdni. Chciał też wysiąść, ale drzwi od jego 

strony zakleszczyły się. Musiał skorzystać z tych od strony pasażera. 

Obok samochodu klęczała kobieta i obejmowała drącego się wniebogłosy chłopczyka. 

Phoebe siedziała przy nich w kucki, uspokajając zszokowaną matkę i jej pociechę. 

– Nic mu się nie stało. W porę skręciłeś – powiedziała, wyczuwając obok siebie jego 

obecność. 

Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się uspokajająco. 
– Co z ludźmi z tamtego samochodu?
Nick   zamrugał   półprzytomnie   powiekami   i   odwrócił   się   do  podchodzącego   kierowcy 

drugiego auta. Czerwona jak burak twarz mogła oznaczać, że mężczyźnie albo podskoczyło 
ciśnienie, albo rozsadza go wściekłość. Albo i jedno, i drugie. 

– Co to za numery?! – wrzasnął na Nicka. – Spójrz no pan na mój wóz! Widzisz pan, co 

narobiłeś? Pijany, czy co?

– Raczej to drugie – odparł Nick, zostawiając Phoebe ze sprawcą wypadku i podchodząc 

do mężczyzny, żeby odciągnąć go na bok, zanim wyładuje swą złość na i tak już roztrzęsionej 
matce.   –   Przepraszam   za   to,   co   się   stało.   Podam   panu   numer   mojego   ubezpieczenia. 
Skręciłem, żeby nie najechać na dziecko i pech chciał, że znalazł się pan akurat na mojej 
drodze. 

– Gdzie? Jakie dziecko? – krzyknął mężczyzna. 
W tym momencie Phoebe wstała z chłopczykiem na rękach. Jego matka zbierała z jezdni 

rzeczy, które wysypały się jej z torby, kiedy rzuciła się malcowi na ratunek. 

– Tamto dziecko – odparł Nick, pokazując ruchem głowy na tę scenkę. 
– Przecież  to Jamie.  Mój wnuczek. Mieliśmy spotkać się na plaży.  Co to za kobieta 

trzyma go na rękach? Gdzie moja córka?

Nick pokręcił głową. Nie widział powodu, dla którego miałby odpowiadać na padające 

jedno po drugim pytania mężczyzny, zwłaszcza że do miejsca wypadku podjeżdżał już wóz 
policyjny. 

– Może lepiej podszedłby pan do córki – zwrócił się do mężczyzny. – Jest w szoku. 
Nieznajomy posłał mu jeszcze jedno wściekłe spojrzenie i skierował się w stronę młodej 

kobiety, już z daleka jej wymyślając. 

background image

I nagle Nickowi przypomniał się jego słowa: ^. Mieliśmy się spotkać na plaży”. My, 

znaczy kto?

Spojrzał   na   samochód   i   zobaczył   bezwładną   sylwetkę   kobiety   w   fotelu   pasażera. 

Zaaferowani świadkowie wypadku otworzyli już drzwi i zaglądali do środka, ale nikt nie 
próbował jej wyciągać. 

Nick skinął głową podchodzącemu policjantowi i wskazał na drugi samochód. 
– Za chwilę odpowiem na wszystkie pytania – oznajmił – ale najpierw chciałbym się 

zająć   pasażerką   tamtego   auta.   Jestem   lekarzem   –   dodał   i   zaczął   się   przepychać   przez 
gęstniejący tłumek. 

Policjant ruszył za nim. 
Kobieta   miała   około   sześćdziesięciu   lat   i   ubrana   była   w   długą   niebieską   plażową 

sukienkę. Wargi miała nienaturalnie sine. 

– To mi wygląda na atak serca – zwrócił się Nick do policjanta. – Proszę wezwać karetkę 

i powiedzieć im, że potrzebujemy sprzętu reanimacyjnego. 

Pochylił się nad kobietą i przystąpił do udzielania jej pierwszej pomocy metodą usta-usta. 

Kiedy   wróci!   policjant,   poprosił   go   o   pomoc   i   wspólnymi   silami   wyciągnęli   kobietę   z 
samochodu, układając ją na jezdni. 

– Nie ma czasu na szukanie innych obrażeń – wyjaśnił Nick. – Ja zrobię jej masaż serca, a 

pan niech odsunie gapiów, żeby karetka mogła tu bez przeszkód podjechać. 

Słyszał   już   syrenę   nadjeżdżającego   ambulansu.   Nie   tracił   nadziei,   że   kobietę   da   się 

jeszcze   odratować,   uciska!   więc   rytmicznie   jej   klatkę   piersiową,   dopóki   ktoś 
bezceremonialnie go nie odepchnął, mówiąc:

– Proszę zostawić to nam!
Nick podniósł wzrok na sanitariusza i ten zrobił wielkie oczy. 
– Doktor David?! Nie poznałem pana. Od dawna jest w tym stanie?
Nick podał mu czas, jaki upłynął od wypadku. Dwaj inni sanitariusze przygotowywali już 

aparat do elektrowstrząsów. Nick rozejrzał się wokół, wypatrując męża kobiety. Niemożliwe, 
by nie zauważył,  w jakim stanie znajduje się jego żona, a jeśli nawet, to nie mógł teraz 
przeoczyć karetki krzątających się przy jego samochodzie sanitariuszy. 

Wypatrzył go daleko na ścieżce. Rozeźlony mężczyzna trzymał wnuka na ręku, a drugą, 

wolną ręką gestykulował zapamiętale, łajając córkę. 

Phoebe też z nimi była. Prawdopodobnie wspierała moralnie nieszczęsną kobietę. 
– Serce już bije – zakomunikował jeden z sanitariuszy. – Ładujemy ją. Znamy personalia? 

Był z nią ktoś?

–   Tamten   facet   jest   prawdopodobnie   jej   mężem.   Zaraz   go   tu   przyprowadzę.   –   Nick 

obszedł  rozbite  samochody   oraz  wozy holownicze,  które  jak  spod  ziemi   pojawiły  się  na 
miejscu wypadku, i wkroczył na ścieżkę. 

Już   z   daleka   zobaczył   ulgę   odmalowującą   się   na   jego   widok   na   twarzy   Phoebe. 

Uśmiechnął się do niej i zaraz spoważniał. Była blada jak papier, z jej prawej skroni sączyła 
się strużka krwi. 

Stłumił impuls, który kazał mu zająć się najpierw jej raną, i zwrócił się do mężczyzny:

background image

– Pańską żonę zabiera karetka. Szpital będzie potrzebował danych. 
–   Mamusia!   –   pisnęła   kobieta   i   puściła   się   biegiem   w   stronę   miejsca   wypadku,   ale 

mężczyzna ani myślał okazywać takich emocji. 

– Jak to, karetka ją zabiera? Po co tu karetka? Nic jej nie jest. 
–   Miała   atak   serca.   Niech   pan   z   nią   jedzie   do   szpitala.   Jeśli   potrzebne   będą   jakieś 

wyjaśnienia, policja tam pana znajdzie. 

Mężczyzna zaczerwienił się jeszcze bardziej. Wcisnął malca w ramiona Phoebe i postąpił 

krok w stronę Nicka. 

–   A   czego   może   chcieć   ode   mnie   policja?!   –   ryknął,   tryskając   śliną.   –   To   pan 

spowodowałeś wypadek! To pana wina!

Młoda kobieta wróciła, odebrała dziecko od Phoebe i powiedziała do ojca:
– Zabierają mamę do Southern Cross. Jeśli chcesz z nią jechać, to się pośpiesz. Zostaw 

temu panu swoje nazwisko i adres, on przekaże je kierowcy holownika i policji. 

Mężczyzna patrzył na córkę jak na istotę z innej planety. 
– Szybciej, tato – ponagliła go łagodniejszym już tonem. – Będziesz mamie potrzebny w 

szpitalu. 

– Ona nigdy mnie nie potrzebowała – burknął, ale wyciągnął z kieszeni spodni portfel. 

Mrucząc coś pod nosem, wyjął z portfela wizytówkę i wręczył ją Nickowi. 

– Jeśli stracę ulgę za bezwypadkowość,  to ściągnę te  pieniądze  od pana – ostrzegł  i 

oddalił się za córką. 

– Czarujący gość ~ westchnęła Phoebe i osunęła się z gracją na ścieżkę. 
Ocknęła   się   prawie   natychmiast   i   zaprotestowała   głośno,   kiedy   Nick   kazał   jej   leżeć 

spokojnie. 

– O nie! – wyrzuciła z siebie. – Wszystko już w porządku. To pewnie szok. Naprawdę, 

Nick, nic mi nie jest. 

Odtrąciła   jego   rękę,   usiadła   na   krawężniku,   wzięła   się   za   głowę   i   zaczęła   głęboko 

oddychać. 

–   Głupia   sprawa!   –   mruknęła   bardziej   do   siebie   niż   do   niego.   –   Zemdleć   jak 

osiemnastowieczna dziewica!

I rumieniąc się, czy to z zażenowania, czy z gniewu, podniosła wzrok na Nicka. 
– Odwiozę cię do domu – powiedział głosem nabrzmiałym emocjami, których nawet nie 

próbował analizować. 

– O nie! – powtórzyła. – Jedziemy pełnić Straż Plażową. Wiem, że nieszczególnie teraz 

wyglądam, ale nie sądzę, żeby komuś rzuciło się to w oczy. 

Pokazała na rozbity samochód. 
– Zresztą wydaje mi się, że tym nikogo nigdzie nie zawieziesz. 
Uniosła rękę do skroni i to przypomniało Nickowi, że miał się zająć jej raną. 
– Krew mi leci? – spytała. – Mógłbyś ją obetrzeć? Kiedy przyjedzie ekipa telewizyjna, 

lepiej   ty   wystąp   przed   kamerą.   Widok   kontuzjowanej   lekarki   ze   Straży   Plażowej   może 
odstręczyć ludzi od naszego programu. 

Uśmiechnęła się do niego, ale ten uśmiech tylko pogłębił jego zatroskanie. Sięgnął do 

background image

kieszeni po chusteczkę t otarł skaleczenie. Palce mu drżały. Tak niewiele brakowało, żeby 
rana była poważniejsza. 

Pokusa, by wziąć ją w ramiona i chronić przed zagrożeniami – choćby nawet przez całe 

życie – była tak silna, że o mało jej nie uległ. Czyżby nadszedł czas na przewartościowanie 
priorytetów? Czas na... 

–   Cześć,   czołem!   Szkoda,   że   nie   mogliście   wczoraj   przyjść,   ale   teraz   musicie   nam 

pokazać, na czym polega ta wasza Straż Plażowa. 

Phoebe   podźwignęła   się   na   równe   nogi.   Zbliżali   się   do   nich   Brad   Moss   z   Billem 

Cotterem, po piętach deptał im policjant, który miał chyba kilka pytań do Nicka. 

– Zabiorę naszych gości na plażę – powiedziała Phoebe, wiedząc, że w tej sytuacji Nick 

głośno nie zaoponuje. 

Stał zasępiony, zwrócony twarzą do oceanu, ale po chwili spojrzał na nią i zamrugał. 

Zupełnie jakby próbował sobie przypomnieć, skąd ją zna. 

– Nie jestem za tym – powiedział ponuro, a potem zwrócił się do Billa: – Uważajcie na 

nią, dobrze? Bo ja muszę zamienić kilka słów z policją. Mieliśmy mały wypadek i Phoebe 
uderzyła się w głowę. Tak w ogóle, to powinna wrócić do domu, ale kobieta, jak się na coś 
uprze, to nikt jej tego nie wyperswaduje. 

Bill wziął sobie chyba tę prośbę ob serca, bo ujął Phoebe pod rękę i tak mocno przycisnął 

sobie do boku, że niemal syknęła z bólu. Ruszyli ścieżką prowadzącą na plażę. 

– Chyba powinniśmy zaczekać na ekipę telewizyjną – powiedziała Phoebe. – Przed ich 

przyjazdem mieliśmy z Nickiem przeczesać plażę, ale teraz nie ma już na to czasu. 

Wyswobodziła się z opiekuńczego uścisku Billa i sięgnęła do przewieszonej przez ramię 

torby. 

– To są materiały informacyjne, które rozdajemy plażowiczom – wyjaśniła, pokazując 

plik   kolorowych   broszurek   ostrzegających   przed   promieniowaniem   ultrafioletowym.   – 
Lokalna stacja radiowa i telewizja  podają w prognozach pogody komunikaty o poziomie 
promieniowania UV, i popatrzcie na tamtą mrugającą cyfrę... 

Pokazała na wieżę ratowników, na której mrugała cyfra sześć. 
– To dzisiejszy poziom promieniowania UV. Ostrzegamy też ludzi, żeby nie pozostawali 

na słońcu między dziesiątą rano a drugą po południu, kiedy poziom promieniowania UV jest 
bardzo wysoki. 

– Mamy podobny system ostrzegania w miasteczkach na wybrzeżu – odezwał się Brad – 

ale w głębi lądu trudniej z tym dotrzeć do ludzi. Nowotwór skóry jest kojarzony powszechnie 
z plażą. Niełatwo przekonać farmera do noszenia okularów przeciwsłonecznych i koszuli z 
długim rękawem. A gdyby mu powiedzieć, żeby między dziesiątą a czternastą powstrzymał 
się od pracy, popukałby się tylko w czoło. 

Phoebe kiwnęła głową. 
– To samo u nas. Jeszcze jeden – problem, to kierowcy ciężarówek na długich trasach. 

Jak ich przekonać do noszenia koszuli z długim rękawem, skoro tradycyjny ubiór tych ludzi 
to   szorty   i   czarny   podkoszulek?   Kiedy   zgłasza   się   do   nas   mężczyzna   z   poparzeniem 
słonecznym prawego ramienia, od razu wiemy, że to kierowca. 

background image

–   Temat   potraktowany   dosyć   skrótowo,   ale   tekst   zawiera   wszystkie   podstawowe 

informacje – orzekł Bill, przeglądając broszurkę. – Tylko co z problemem zaśmiecania plaż 
ulotkami, które część ludzi wyrzuca?

– Kiedy zaczynaliśmy je rozdawać, doszło do sporu na tym tle z miejscowymi władzami. 

Teraz pytamy ludzi, czy chcą broszurkę zatrzymać, czy tylko ją przejrzeć i oddać. 

– Już jestem!
Phoebe   obejrzała   się   i   zobaczyła   za   sobą   uśmiechniętego   Nicka,   a   w   tle   holownik 

odciągający jego uszkodzony samochód do warsztatu. 

– Zrób coś z tą miną – upomniał ją żartobliwie Nick. – Zaraz będziesz w telewizji. 
– Już ci mówiłam – odparowała. – Żadnych kamer. Spójrz, jak ja wyglądam. Sam się 

produkuj przed kamerami. W końcu ty tu jesteś szefem. 

– Owszem, owszem – odparł z uśmiechem. – Ale tak się jakoś składa, że przypominasz 

sobie o tym tylko wtedy, kiedy ci wygodnie. 

Otworzyła usta, żeby powiedzieć mu coś do słuchu, ale na szczęście wtrącił się Brad:
– Phoebe, może ty i Bill zajmiecie się dystrybucją broszur, a my z Nickiem udzielimy 

wywiadu? Zgoda?

Puścił oko do Nicka i dodał:
– Mam wrażenie, że Bill chciałby lepiej poznać twoją koleżankę. 
I pomimo że nie miała specjalnej ochoty krążyć po plaży z Billem na przyczepkę, był to 

niezły pretekst, by uwolnić się od bliskości Nicka i związanych z tym sensacji. 

Uśmiechnęła się do Billa, strząsnęła z nóg sandały, włożyła je do torby i nie oglądając się 

za siebie, zaczęła schodzić po schodkach prowadzących na ciepły złoty piasek. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nick odprowadzał ich przez chwilę wzrokiem, po czym  odwrócił się z wymuszonym 

uśmiechem do kamerzysty, który zbliżał się ścieżką, uginając pod ciężarem sprzętu. 

Lokalne media dawno już nie wspominały o programie Straży Plażowej, toteż należało 

możliwie najefektywniej wykorzystać nadarzającą się okazję dotarcia do szeroko rozumianej 
opinii publicznej, tym bardziej że zaczynało się lato i temat ochrony przed słońcem był jak 
najbardziej na czasie. 

– Poprosiłam o przydzielenie mi tego tematu, kiedy dowiedziałam się, że będzie tutaj 

apetyczny szef we własnej osobie – usłyszał za sobą. – Kim jest twój przyjaciel?

Nick   uśmiechnął   się   do   dziennikarki,   która   nadeszła   z   zupełnie   innej   strony,   niż   się 

spodziewał.   Umówił   się   kiedyś   raz   z   jasnowłosą   Lindą   Wilson,   by   wykorzystać   ją   w 
charakterze swojego „wystawowego manekina”. 

Dokonał prezentacji:
– To Brad Moss. Brad, poznaj Lindę Wilson. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc, że 

dworne maniery Amerykanina obudziły zainteresowanie Lindy. 

– Proszę mi powiedzieć, co pana tu sprowadza – zwróciła się Linda do gościa ze Stanów. 

–  Przecież  w   USA   na  pewno  macie  własne,   szeroko  zakrojone  programy   ochrony  przed 
słońcem. 

–   Owszem,   mamy   –   przyznał   Brad.   –   Ale   Queensland   jest   światowym   liderem   w 

badaniach, jak również w inicjatywach profilaktycznych, a więc rozumie się samo przez się, 
że specjaliści od nowotworów skóry chętnie tu przyjeżdżają. 

–   Jesteśmy   również   światowym   liderem   w   liczbie   zachorowań”   na   raka   skóry   – 

przypomniał mu Nick. – Proszę spojrzeć na tych opalających się ludzi. Z ostatnich badań 
wynika,   że   dwoje   na   pięcioro   dorosłych   przyznaje   się   do   regularnego   zażywania 
długotrwałych kąpieli słonecznych, pomimo że słyszeli ostrzeżenia i wiedzą, czym to grozi. I 
chociaż   dziewięćdziesiąt   procent   rodziców   twierdzi,   że   nie   wypuszcza   swoich   dzieci   na 
słońce,   nie   posmarowawszy   ich   uprzednio   kremem   ochronnym,   to   tylko   sześcioro   na 
dziesięcioro z nich stosuje krem przed wyjściem z domu. 

– Czy to najnowsze dane? – spytała Linda. 
Nick kiwnął głową. Patrzył teraz na ubraną na biało postać idącą przez plażę ramię w 

ramię z wysokim, przystojnym Amerykaninem. 

– Prześlę je faksem – dorzucił, wmawiając sobie, że nieprzyjemny ucisk w dołku to na 

pewno nie zazdrość. Już bardziej troska o koleżankę, która przed chwilą straciła przytomność. 

– Czy te liczby pokrywają się z wynikami waszych badań? – zwróciła się Linda do Brada 

i ten wyrecytował z pamięci garść statystycznych danych zebranych przez ośrodek badawczy 
jego uniwersytetu. 

– A jak u was z profilaktyką? – spytała Linda, – Tu, w Australii, rozdajemy wszystkim 

rozpoczynającym naukę w szkole dzieciom czapki, krem ochronny i przystępnie zredagowane 
informacje, i popieramy to takimi jak ten programami uświadamiającymi zagrożenie. Czy w 

background image

Stanach Zjednoczonych robicie coś podobnego?

Brad   zaczął   mówić   o   występujących   między   poszczególnymi   stanami   różnicach   w 

programach ochrony zdrowia i Nick odwrócił się. Phoebe i Bill zatrzymali się przy jakimś 
nastolatku. Phoebe przystępowała właśnie do oględzin skóry tego tyczkowatego rudzielca. 

– Oto przykład człowieka, który powinien wystrzegać, się plaży jak diabeł święconej 

wody – zwrócił się Nick do Lindy, pokazując jej tę scenkę. – A jeśli już na nią wchodzi, to 
broń Boże w samych kąpielówkach. 

W tym momencie Phoebe spojrzała w ich kierunku i widząc, że na nią patrzą, machnęła 

na Nicka. Poczuł w dołku ucisk innego rodzaju. Przeprosił ekipę telewizyjną i Brada, i biorąc 
po dwa stopnie naraz, zbiegł po schodach na plażę. 

– Co o tym sądzisz? – spytała Phoebe, kiedy do niej dotarł. A potem, zwracając się do 

chłopca,   dodała:  –  Phil,  to   jest  doktor   Nick  David.  Phil   powiedział  mi   przed  chwilą,  że 
wybiera się do lekarza ze znamieniem, które zrobiło mu się na szyi. 

Pokazała   palcem   znamię.   Była   to   ciemna,   niebiesko-brązowa   plamka   o   nierównych 

krawędziach, z różowawą opuchlizną u dołu. 

– Kiedy to się pojawiło? – spytał Nick. Młodzieniec wzruszył ramionami. 
– Jakieś dwa miesiące temu. Może od zawsze coś tam miałem. Cały jestem w piegach, a 

więc co znaczy jeden więcej albo mniej?

Mówił z luzacką nonszalancją swojego pokolenia, ale Nick słyszał w jego tonie starannie 

ukrywany   niepokój.   Mnóstwo   osób   nie   zgłaszało   się   do   lekarza   z   widocznymi   lub 
wyczuwalnymi  zmianami  na skórze w obawie przed diagnozą. Było to typowe chowanie 
głowy w piasek. Woleli nie wiedzieć, że mają problem. 

–   Wiesz   co,   wpadnij   w   poniedziałek   do   mnie   do   poradni.   –   Nick   powiedział   to 

swobodnym tonem, żeby jeszcze bardziej nie stresować nastolatka. – Oto moja wizytówka. 
Masz na niej adres. Gdybyś chciał ze mną o tym porozmawiać przed końcem weekendu, to 
dzwon śmiało albo poproś rodziców, żeby to zrobili. Będę pod telefonem. 

– W poniedziałek operujesz – przypomniała mu Phoebe. Nick ściągnął brwi i kiwnął 

głową. 

–   Nie   będzie   mnie   w   poradni   –   powiedział,   zwracając   się   znowu   do   chłopca   –   ale 

uprzedzę mojego kolegę, Charlesa Marlowe’a, że przyjdziesz. On cię przebada i wszystko ci 
wyjaśni. 

Phoebe widziała napięcie w oczach Phila i czuła je w mięśniach pod jego skórą, ale 

chłopak dalej starał się grać bohatera. 

– No to chyba koniec plażowania na dzisiaj – powiedział. – Pewnie każecie mi zaraz 

zmykać ze słońca?

– Chyba nie muszę ci tego mówić – mruknął Nick. W tym momencie podeszła do nich 

dziennikarka. Jedna z blondynek Nicka!

– Stwierdziliście coś niepokojącego? Możemy sfilmować pacjenta i śledzić jego dalsze 

losy? Badania, stawianie diagnozy, kurację? – spytała beztrosko. 

Niewiele myśląc, Phoebe stanęła przed Philem, zasłaniając go przed okiem kamery. 
– To tylko  plamka,  którą trzeba  zbadać  – oznajmiła.  – I chociaż  on nie jest jeszcze 

background image

pacjentem, to przysługuje mu prawo do prywatności i poufności. 

– Ale z tego byłby wspaniały materiał – nie dawała za wygraną Linda, szukając wzrokiem 

poparcia u Nicka. – Zwłaszcza gdyby się okazało, że to nowotwór złośliwy, a poradnia by go 
wyleczyła. Pomyślcie tylko, jaka by to była dla was reklama. 

Phoebe   z   ogniem   w   oczach   postąpiła   krok   w   stronę   bezczelnej   dziennikarki.   Nick, 

wietrząc awanturę, wziął Lindę pod rękę i odciągnął na bok. 

Na szczęście kamerzysta i Brad ruszyli za nimi. Przy chłopcu został z Phoebe tylko Bill, z 

tym że jego bardziej interesowała ona niż pacjent. 

– Może to nic groźnego – pocieszyła Phila Phoebe. – Nawet złośliwe nowotwory wykryte 

we wczesnym stadium dają się wyleczyć. Nie przejmuj się więc za bardzo, bo szkoda nerwów 
i weekendu. 

Phil uśmiechnął się z przymusem. 
– Łatwo mówić... 
– Właśnie – wtrącił Bill. – Z tymi lekarzami tak zawsze: najpierw pacjenta postraszą, a 

potem każą mu się nie przejmować. Ciekawe, jak sami by się czuli, gdyby to u nich na szyi 
wykryto jakąś podejrzaną plamkę. 

Było to chyba dobre podejście, bo Phil parsknął śmiechem i zaczął zbierać swoje rzeczy. 

Towarzysząca mu dziewczyna wyglądała na wstrząśniętą i trochę przestraszoną. Phoebe żal 
się zrobiło nastolatków, którym ponure widmo nowotworu popsuło wspaniały dzień na plaży. 

– Można im bez końca powtarzać, że rak to tylko słowo, a nie wyrok śmierci, ale do nich 

to nie trafia, prawda? – powiedział cicho Bill. 

– Oni dobrze wiedzą, że w wielu wypadkach to jednak jest wyrok śmierci – przypomniała 

mu Phoebe. – Chociaż taki stan rzeczy nie powinien już potrwać długo. 

Ruszyli  dalej plażą, rozdając broszurki, rozmawiając z ludźmi i dokonując wstępnych 

oględzin skóry u tych, którzy o to poprosili. W pewnej chwili zbliżył się do nich kamerzysta i 
wykonał  kilka długich ujęć. Phoebe domyślała  się, że posłużą one za tło do komentarza 
wygłaszanego spoza kadru przez dziennikarkę albo Nicka. 

Przygnębiona   odkryciem,   którego   dokonała,   przestała   się   wstydzić   swojej   niezbyt 

fotogenicznej   prezencji   i   wypełniała   dalej   zadanie,   przemierzając   wzdłuż   i   wszerz   piaski 
plaży i przekonując ludzi do większej dbałości o skórę. 

– Brad jest tu wynajętym  samochodem. Proponuje, żebyśmy zjedli wspólnie lunch, a 

potem odwiezie nas do domu. – Nick czekał na nich przy schodach. 

Bill z entuzjazmem podchwycił ten pomysł, ale Phoebe bolała głowa, a zresztą domyślała 

się, że Nick wolałby jechać do szpitala. 

–   Nie   mogę   pokazywać   się   publicznie   taka   spocona   i   brudna.   –   Uśmiechnęła   się 

przepraszająco do Brada. – Jeśli mi więc wybaczycie, to złapię taksówkę i pojadę odświeżyć 
się i odpocząć do domu. 

– Moglibyśmy cię tam podrzucić. Wzięłabyś prysznic, przebrała się i pojechalibyśmy na 

lunch – zaproponował Bill, ale Phoebe pokręciła głową. 

– Nie, naprawdę. Dosyć mam wrażeń jak na jeden dzień. Nick zgromił ją spojrzeniem. 

Czyżby miał jej za złe, że odrzuca zaproszenie? Ale ona poświęciła mu już połowę soboty i 

background image

nie zamierzała spędzać z nim ani chwili dłużej, dopóki nie przeanalizuje i nie poukłada sobie 
wszystkich nowych reakcji, jakich doświadczała w jego obecności. I dopóki nie przemyśli 
jeszcze raz swojego planu. 

– Odwiozę cię do domu – burknął Nick. Zwrócił się do Brada: – Wyjeżdżacie dopiero za 

kilka dni. Będzie jeszcze okazja się spotkać. 

Z tymi  słowami  uniósł rękę i jak spod ziemi  pojawiła się taksówka. Pożegnali  się z 

Amerykanami i wsiedli. 

– Wyglądasz jak zbity pies! – burknął gniewnie Nick, podawszy kierowcy adres. – To 

łażenie  po plaży w  twoim  stanie było  zwyczajną  głupotą.  Dlaczego,  u licha,  nie  kazałaś 
odwieźć się do domu wcześniej? Czyżby towarzystwo tego nadskakującego ci Amerykanina 
trzymało cię tam?

Jego gniewny ton z początku zaskoczył, a potem zdenerwował Phoebe. 
– Dziękuję za komplement! – odparowała. – A tak dla twojej informacji, to nie tylko 

wyglądam, ale i czuję się jak zbity pies! Jest mi niedobrze, więc siedź lepiej cicho i daj mi się 
skoncentrować, bo jeszcze cię całego obrzygam. 

– O cholera! Aż tak z tobą źle? Może zatrzymać taksówkę?
Otoczył ją ramieniem i chciał przyciągnąć do siebie. Oparła mu się, zdając sobie sprawę, 

jak niebezpieczny jest taki bliski kontakt fizyczny. Poza tym wciąż miotała nią złość. 

– Prawdę mówiąc, to niedobrze zrobiło mi się dopiero po zejściu z plaży – powiedziała. – 

Kto wie, czy nie na wspomnienie o lunchu. 

Taksówka zatrzymała się przed jej domem, tuż za lśniącym, ciemnozielonym jaguarem, 

który chyba przed chwilą tu podjechał. 

– O nie! Tylko nie to! Ojcowska wizyta, i to akurat dzisiaj ! – mruknęła pod nosem. 
– Czy to aby nie twój ojciec? – spytał w tym samym momencie Nick. 
Zanim zdążyła odpowiedzieć, ojciec otwierał już drzwi taksówki, pomagał jej wysiąść i 

witał się z tradycyjną kordialnością. 

– Czołem, Nick! Miło cię znów widzieć – zawołał, odrywając się od córki i wsuwając 

głowę do taksówki, żeby uścisnąć Nickowi rękę. – Wchodzisz?

– Nie, nie wchodzi! – warknęła Phoebe, odciągając ojca i zatrzaskując drzwi. – Śpieszy 

się do pacjentów. 

Nick musiał zrozumieć aluzję, bo taksówka ruszyła. 
– Pomyślałem sobie, że” wpadnę w odwiedziny do swojej ulubionej córeczki – oznajmił 

Michael Moreton. – Jak się czujesz, słonko?

– Skąd znasz Nicka Davida? – spytała Phoebe. Ojciec zaśmiał się krótko. 
– Kto odpowiada pierwszy? Ty czy ja?
– Czuję się dobrze. No, ja już odpowiedziałam. – Podeszła do drzwi i przekręciła klucz w 

zamku. – Teraz twoja kolej. 

– Był u mnie w zeszłym tygodniu. W sprawie sponsorowania programów medycznych. 

Edward Shields go do mnie skierował. 

Phoebe, która wieszała właśnie kapelusz na kołku, odwróciła się i spojrzała na niego 

pytająco. 

background image

– No i? – zapytała. 
–   Myślałem,   że   już   ci   zdążył   powiedzieć,   ale   widocznie   nie   dopracował   jeszcze 

szczegółów. 

Ojciec, jak to miał w zwyczaju, kiedy mówił, zaczął spacerować tam i z powrotem po 

puszystym, czerwonym tureckim dywanie, który sprezentował jej, kiedy kupiła ten domek. 

– Jakich szczegółów, tato? I przestań tak chodzić. Patrz na mnie. 
Zatrzymał  się i spojrzał na nią. Był  ciemnowłosym,  dobrze zbudowanym mężczyzną, 

wciąż jeszcze zabójczo przystojnym pomimo swych pięćdziesięciu czterech lat. 

– Rozmawialiśmy o tobie. Ze pracując w tej poradni, nie możesz robić specjalizacji. Ze 

nie możesz zaliczyć tego czasu do praktyki dermatologicznej. 

– Tato! – wybuchnęła Phoebe. – Jak mogłeś bez mojego pozwolenia rozmawiać z kimś o 

mojej pracy? I kto ci powiedział, że chcę się specjalizować? Od początku mówiłam, że chcę 
być lekarzem ogólnym. Wiedza z dziedziny nowotworów skóry przyda mi się, kiedy otworzę 
wreszcie własną praktykę. Co wy obaj knujecie? Czy Nick David obiecał pociągnąć w tej 
sprawie za sznurki w zamian za sutą darowiznę?

Teraz ona zaczęła krążyć po dywanie. 
–   Nic   dziwnego,   że   ludzie   zaczęli   wygłaszać   tajemnicze   uwagi   pod   moim   adresem. 

Jestem chyba ostatnią osobą, która pozostaje w błogiej nieświadomości. Niech ja tylko dorwę 
tego człowieka!

– Ależ, słonko! – Michael ruszył ku niej z wyciągniętymi ramionami. – Zawsze byłaś 

ambitna. Ze wszystkich moich dzieci ty najbardziej się we mnie wdałaś. Chciałaś być zawsze 
najlepsza, piąć się na sam szczyt, a specjalizacja to najprostsza droga do tego szczytu. 

Phoebe odetchnęła głęboko. Z każdym słowem ojca gniew jej mijał. 
– Tato – powiedziała, wskazując mu fotel i sama  opadając na drugi. – Nie chcę cię 

rozczarować, ale ze wszystkich twoich dzieci ja chyba najmniej się w ciebie wdałam, jak to 
określasz.   Poszłam   na   medycynę,   ponieważ   mama   uważała,   że   muszę   jakoś   sensownie 
wykorzystać moje zdolności, i ponieważ lubię pomagać ludziom. Teraz jestem lekarzem, ale 
to niczego nie zmienia. Interesuje mnie pomaganie ludziom na podstawowym poziomie, chcę 
być lekarzem ogólnym. Nie mierzę wyżej. Takie jest przynajmniej moje stanowisko w tej 
chwili. 

– Przecież to ślepa uliczka – zaprotestował ojciec. 
– Bzdura! – fuknęła Phoebe. – Lekarz ogólny co dnia staje przed nowym wyzwaniem i 

musi się ustawicznie kształcić, bo jego wiedza medyczna nie może się ograniczać do jednej 
wąskiej specjalizacji. 

– I to ci wystarczy?
Niedowierzanie w głosie ojca było tak szczere, że Phoebe nie mogła się powstrzymać i 

parsknęła śmiechem. Z tym, że zaangażowanie Nicka w tę sprawę wcale nie wzbudzało w 
niej radości. Wyjaśniało ochoczość, z jaką pomagał jej wzbudzać zazdrość w Charlesie. Po 
prostu podlizywał się jej, żeby wydębić od ojca darowiznę. 

Gorzkie   ukłucie   rozczarowania   znowu   przyprawiło   ją   o   mdłości   i   musiała   odetchnąć 

głęboko kilka razy, żeby oprzeć się jego trującemu efektowi. 

background image

Ojciec zdał sobie chyba sprawę, że dalsze drążenie tego tematu mija się z celem, bo 

zaczął   się   rozwodzić   nad   sukcesami   studiującego   informatykę   Matthew,   jej   przyrodniego 
brata z trzeciego małżeństwa ojca. Matthew był dopiero na pierwszym roku, a już prowadził 
małą firmę projektującą witryny internetowe. 

– A wiesz, że Celeste znowu jest w ciąży? Rodzi w lutym. 
Phoebe   kiwnęła   głową.   Celeste,   pierwsze   dziecko   ojca   z   drugiego   małżeństwa,   była 

najbliższa jej wiekiem i ojciec cenił ją za ambicję, która według Phoebe sprowadzała się jak 
dotąd do pogłębiania problemu przeludnienia. 

– Jeśli zamierzasz poprzestać na karierze lekarza ogólnego, to może pora już pomyśleć o 

małżeństwie i założeniu rodziny? – ciągnął ojciec. 

– Napijesz się kawy, tato? – zapytała Phoebe, czując, że znowu wzbiera w niej gniew na 

ojca. Lepiej poczęstować go kawą niż jakąś rośliną doniczkową. 

– A masz ziarnistą? Korzystasz z młynka, który ci dałem?
Chyba jednak należało rzucić w niego tą doniczką, pomyślała z irytacją i nie zaszczycając 

ojca odpowiedzią, wymaszerowała do kuchni. 

Ale i tu nie dane jej było zaznać spokoju. Ojciec ruszył za nią i zaczął opowiadać z dumą 

o jej licznym przyrodnim rodzeństwie, wychwalając pod niebiosa swoją czeredkę za sukcesy 
w nauce oraz pozaszkolną aktywność. 

Phoebe zmieliła i zaparzyła kawę, po czym wyszperała w kredensie napoczętą paczkę 

herbatników, które ojciec przyniósł kiedyś przy okazji którychś tam odwiedzin. 

Teraz usadowił się na kuchennym stołku i zdawał dalej relację z życia rodziny. 
– A nauczycielka gry na pianinie mówi nam, że Beatrice to geniusz w palcach... 
– Przecież ona skończyła dopiero trzy latka, tato. Nie forsujcie jej. 
W oczach ojca pojawiła się uraza. Uratował ją dzwonek do drzwi. Pobiegła otworzyć. 

Pewnie jakiś akwizytor. Zaprosi go na kawę, niech zajmie ojca prezentowaniem swojej oferty. 

– Niepokoiłem się o ciebie. – W progu stał Nick. – To może być spóźniona reakcja na 

uraz głowy albo szok. Byłem u Petera, ale rozmowa nam się nie kleiła. Wciąż myślałem o 
tobie. W końcu nie wytrzymałem i przyszedłem. 

Wyrzucił to z siebie jednym tchem. W innych okolicznościach może by ją nawet ujął 

swoją troskliwością, ale dzisiaj widziała w nim tylko źródło swoich problemów. 

– Jak śmiesz wykorzystywać mnie do wyciągania pieniędzy od mojego ojca?! Knuć z nim 

za   moimi   plecami,   roztaczać   wizję   specjalizacji,   której   ani   myślę   robić!   Dla   ciebie 
specjalizowanie się jest może treścią życia, ale ja mam inne plany na przyszłość, więc idź stąd 
i trzymaj się ode mnie z daleka!

Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem i wróciła do kuchni. 
Z   napięciem   wyczekiwała   następnego   dzwonka,   ale   ten   się   nie   rozległ.   Sama   nie 

wiedziała, czy poprawiło jej to nastrój, czy rozczarowało. Rozstrzygnie ten dylemat, kiedy 
ojciec sobie pójdzie. 

– Ktoś coś sprzedaje? – spytał ojciec. 
– Coś w tym rodzaju! – odburknęła. 
Ojciec   pożegnał   się   z   nią   wkrótce   potem   i   dopiero   wtedy   przyszło   opamiętanie. 

background image

Zatrzasnęła drzwi przed nosem własnemu szefowi!

I co teraz?
Zadzwonić do niego i przeprosić?
Ale czy to aby nie on powinien przepraszać? Bez jej wiedzy rozmawiał o niej z jej ojcem, 

tak jakby ona nie miała tu nic do powiedzenia. Wykorzystywał znajomość z nią do zdobycia 
tak pożądanej darowizny na rzecz poradni. 

Nie, nie zadzwoni do niego. Mało tego, więcej się do niego nie odezwie. 
Co   najwyżej   służbowo,   przyrzekła   sobie,   zrzucając   ubranie   i   wchodząc   pod   gorący 

prysznic. 

Późnym popołudniem dzwonek u drzwi znowu zabrzęczał. Przemknęło jej przez myśl, 

żeby nie otwierać. Może wyjrzy najpierw przez okno... 

– Phoebe, to ja, Jess. Otwórz, jeśli jesteś. Zaintrygowana otworzyła. 
Jess weszła do środka. 
– No, wyglądasz nieźle – powiedziała – chociaż ten szlafrok stracił już chyba termin 

ważności, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjmowanie w nim gości. 

– Wzięłam prysznic i chciałam się właśnie położyć – oświadczyła Phoebe. 
Jess zerknęła na zegarek. 
– O piątej po południu? Chora jesteś? Nick powiedział mi o wypadku i poprosił, żebym 

do ciebie zajrzała. Masz bóle głowy, zaburzenia ostrości widzenia? Na co tam jeszcze się 
uskarżają pacjenci ze wstrząsem mózgu?

– Na nadmiar odwiedzających! – warknęła Phoebe. – Jestem lekarzem i znam objawy 

wstrząsu mózgu, możesz więc z czystym sumieniem przekazać doktorowi Davidowi, że nic 
mi nie jest. 

Jess uniosła ręce w geście poddania. 
– Hej! Nie złość się na mnie. Robię tylko przysługę staremu kumplowi. 
Urwała i przyjrzawszy się podejrzliwie Phoebe, dodała:
– A skoro już o moim starym kumplu mowa, to coś ty mu takiego zrobiła, że zupełnie nie 

można się z nim dogadać? Podjechał pod mój dom z piskiem opon nowiutkim mercedesem, 
który pożyczył chyba od jakiegoś znajomego dealera, bełkotał coś niezrozumiale o wypadku 
samochodowym, o zatrzaskiwanych przed nosem drzwiach. Coś ty narozrabiała? Nie chciałaś 
się   z   nim   umówić?   Bo   nie   przychodzi   mi   do   głowy   nic   innego,   co   mogłoby   go   tak 
wyprowadzić z równowagi. 

–  Martwi   się  o  Petera   –  przypomniała  jej  Phoebe,   nie  dając  wiary,   że  Nick  mógłby 

zachowywać się tak z jej powodu. 

– Może i tak – mruknęła Jess, patrząc nadal badawczo na gospodynię. – Powiedział o 

tobie swojej matce?

Phoebe westchnęła. 
– Może jednak doznałam tego wstrząsu mózgu – powiedziała. – Słucham ciebie i nic nie 

rozumiem, zwłaszcza tego ostatniego. O to samo spytał wczoraj Nicka Peter. Co ja mam, u 
licha, wspólnego z matką Nicka?

Jess uśmiechnęła się. 

background image

– On zawsze opowiada matce o kobietach, z którymi się spotyka. Mówił jej nawet o mnie, 

chociaż nie mieliśmy ani razu randki z prawdziwego zdarzenia. 

– No to sprawa jasna – orzekła Phoebe. – To dowód, że między mną a Nickiem nic nie 

ma. Kiedy Peter spytał go wczoraj, czy powiedział o mnie matce, zarzekał się, że nie. 

– Hm! – mruknęła Jess, a Phoebe czym prędzej zmieniła temat, pytając ją o plany na 

wieczór. 

Okazało się, że nie ma żadnych. Nie umówiła się nawet z Charlesem. 
– A to dlaczego? – zainteresowała się Phoebe. Jess uśmiechnęła się z wyższością. 
– Zapowiedziałam mu, że nie umówię się z nim więcej, dopóki nie skończy na dobre z 

Annę. A jeśli Annę znajdzie się kiedyś w potrzebie, to możemy śpieszyć jej z odsieczą we 
dwójkę. 

Prostota tego rozwiązania wprawiła Phoebe w podziw. 
– Genialne! – powiedziała z uśmiechem. – I co on na to?
– Nie pytałam. Kazałam mu to tylko przemyśleć i zgłosić się do mnie, kiedy – i jeśli – 

podejmie decyzję. 

Gawędziły   jeszcze   jakiś   czas,   lecz   po   wyjściu   Jess   Phoebe   poczuła   się   gorzej   niż 

kiedykolwiek.   Wiedziała,   że   Charles   nie   wziąłby   nawet   pod   rozwagę   takiego   ultimatum, 
gdyby to ona mu je postawiła, co świadczyło, że na Jess zależy mu o wiele bardziej niż na 
niej. Stąd wniosek, że wzbudzanie w nim zazdrości mija się z celem. 

1   Nick   David,   znający   sytuację,   musi   zdawać   sobie   z   tego   sprawę.   Czemu   więc   jej 

pomaga? W nadziei, że ona wstawi się za nim u ojca? Innego wytłumaczenia nie widziała. 

Gniew   powrócił   jeszcze   intensywniejszy,   z   tym   że   teraz   towarzyszył   mu   jakiś 

wewnętrzny smutek, którego wolała nie analizować. 

Problem stanowił czas. Za dużo go miało. Może odwiedzi matkę? Przenocuje u niej, a 

jutro   wybierze   się   na   jakiś   piknik?   Lepsze   to,   niż   zadręczać   się   przez   cały   weekend 
niewesołymi myślami. 

Po   chwili   zastanowienia   wprowadziła   ten   pomysł   w   czyn.   Zadzwoniła   do   matki   i 

spakowała torbę, wrzucając do niej również rzeczy na poniedziałek, by móc jechać prosto do 
pracy. Niedzielę spędzą w górach, a potem zjedzą może kolację w Sanctuary Cove. 

Zająć się czymś – oto rozwiązanie!
W poniedziałek Phoebe miała już obmyślony nowy plan. Obu mężczyzn  postanowiła 

traktować jak kolegów z pracy. Będzie odnosiła się do nich uprzejmie, ale z dystansem, z 
chłodną rezerwą. 

– Gdzieś ty się, u licha, podziewała? – zawołał Nick, doganiając ją rano na parkingu, i 

nowy plan zachwiał się w posadach, zanim zaczęła wprowadzać go w życie. – Do domu na 
pewno nie zaglądałaś, bo wiedziałabyś, co się stało, nawet bez mojego listu. 

– Nie twoja sprawa, gdzie się podziewałam – odparła wyniośle. – I nie twoja sprawa, co 

robię, z wyborem kariery zawodowej włącznie. 

I nagle dotarł do niej sens słów Nicka. Zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na niego z 

niepokojem. 

– Jakiego listu? O czym ty mówisz?

background image

Serce podeszło jej do gardła na widok niepewności malującej się na jego twarzy. 
– Tylko mi nie mów, że Peter... – Głos się jej załamał. – On nie umarł, prawda?
– Nie, nie chodzi o Petera. Z nim wszystko w normie. Chodzi o ciebie... no, niezupełnie o 

ciebie. O mnie. Martwiłem się. Nie odbierałaś telefonu. Najczarniejsze myśli przychodziły mi 
do głowy. 

Urwał   i   Phoebe   wydało   się,   że   wszystko   wokół   znieruchomiało,   że   drzewa,   ptaki   i 

poranne powietrze zamieniły się w słuch i czekają w napięciu na to, co Nick teraz powie. 

– Skontaktowałem się z twoim ojcem. Nie miał klucza do twojego domu, wezwaliśmy 

więc policję, opisaliśmy sytuację i kazaliśmy im się włamać do środka. 

– Co kazaliście policji?! – wrzasnęła z niedowierzaniem Phoebe. 
– Martwiłem się... Zostawiłem ci list wyjaśniający, co się stało... Prosiłem w nim, żebyś 

do mnie   zatelefonowała  –  mamrotał  Nick,  rozglądając  się  niepewnie   po parkingu.  Coraz 
więcej osób zaintrygowanych histeryczną reakcją Phoebe przystawało i przypatrywało im się 
podejrzliwie. – Może weszlibyśmy do środka i tam kontynuowali tę rozmowę. 

Rzuciła mu mordercze spojrzenie, odwróciła się na pięcie i ruszyła sztywno w kierunku 

wejścia do budynku. Przynajmniej szła do poradni. Nie straci! w niej koleżanki. 

Na razie!

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nick powlókł się za nią wolniej, zachodząc w głowę, jak w ciągu jednego krótkiego 

tygodnia jego uporządkowane dotąd życie mogło się tak beznadziejnie pogmatwać. Zawsze 
sam wyznaczał sobie cele i określał priorytety. Lekarzem chciał zostać od dziecka. Decyzję o 
specjalizowaniu się w nowotworach skóry podjął po wykryciu czerniaka u Petera. Od tamtej 
pory, aż do niedawna, całe jego życie skupiało się na pracy. 

Teraz świat przesłaniała mu kobieta, którą jeszcze w zeszły poniedziałek traktował jak 

każdego członka zespołu. A wszystko zaczęło się od pozornie niewinnego pocałunku. Tego 
pierwszego pocałunku, który pociągnął za sobą takie katastrofalne skutki. 

Wlókł się noga za nogą przez zapełniający się samochodami parking, zastanawiając się, 

czy kiedykolwiek odzyska dawną energię i zapał do pracy. 

Pokazał   strażnikowi   przepustkę   i   skręcając   w   korytarz   prowadzący   do   poradni, 

uśmiechnął   się   w   duchu.   Phoebe   zapomniała   najwyraźniej,   że   ma   mu   dziś   asystować. 
Ciekawe, jak się będzie zachowywała w sali operacyjnej?

Phoebe o niczym nie zapomniała, nie miała tylko pewności, czy Nick pamięta. 
W tych sprawach jednak Nick był niezawodny. 
– Phoebe, za dwadzieścia minut musimy być w sali operacyjnej – usłyszała jego głos. 
Schowała torebkę do szafki i weszła na teren szpitala. Połowę z tych dwudziestu minut 

zajęło   jej   przebranie   się   i   umycie,   resztę   staranne   sprawdzenie   narzędzi   chirurgicznych 
przygotowanych przez pielęgniarki z bloku operacyjnego. 

Na salę wtoczono wózek z senną Elizabeth Ramsey, za którym kroczył Nick. 
–   Nawet   się   nie   obejrzysz,   jak   będziesz   z   powrotem   w   swoim   szpitalnym   łóżku   – 

pocieszył pacjentkę. 

Skinął głową Phoebe, ona odwzajemniła mu się tym samym, zadowolona, że nie musi się 

odzywać, bo w ustach miała zupełnie sucho. 

– Wiecie, co jest celem dzisiejszej operacji? – zwrócił się Nick do trzech studentów, 

którzy weszli za nim. 

– Usunięcie małego czerniaka z nogi pacjentki – powiedział jeden z nich. 
– Lekarze usuwają czerniaki na co dzień – przypomniał mu Nick. – Dlaczego dziś robimy 

to w sali operacyjnej i pod ogólnym znieczuleniem?

–   Bo   będzie   potrzebny   przeszczep   skóry?   –   powiedział   niepewnie   student   i   Phoebe 

wydało się, że słyszy, jak Nick zgrzyta zębami. 

– Dalej. Po co ten przeszczep skóry? – zapytał, a kiedy student wzruszył ramionami, 

podjął: – Nigdy nie pojmę, dlaczego przed wejściem do salę operacyjną nie czytacie historii 
choroby pacjenta. 

Zwrócił się do Phoebe. 
– Zechciałabyś  to wyjaśnić tym młodzieńcom?  – warknął, a sam odwrócił się i zajął 

przeglądem rozłożonych na tacy narzędzi. 

– Pani Ramsey usunięto już około setki znamion z nóg, rąk i twarzy. To nowe rozwinęło 

background image

się pod skórą, a więc zachodzi podejrzenie, że odnowił się usunięty już wcześniej czerniak. 

– I dlatego tym razem zastosujmy metodę Mohsa – dokończył za nią Nick – która pociąga 

za sobą konieczność przeszczepu skóry. 

Dał Phoebe znak ręką, żeby stanęła obok niego. Pielęgniarka przysunęła im mikroskop i 

operacja się zaczęła. 

Kiedy po zakończonym  pomyślnie  zabiegu panią Ramsey wywieziono  z sali, Phoebe 

odwróciła się, by wyjść. Nick nie prosił jej o asystowanie przy drugiej operacji. 

– Nie zostajesz, żeby nadal podziwiać moją maestrię? – usłyszała jego głos. 
– Nie mogę – odparła. – Ma przyjść ten młody człowiek, którego spotkaliśmy na plaży. A 

nawet jeśli już był, to ciekawa jestem, co Charles mu powiedział, co zadecydował. 

Nick pokiwał ze zrozumieniem głową. 
– Daj mi później znać. 
Patrzył za wychodzącą Phoebe. Na początek musi przestać ją całować. Zresztą ona i tak 

nie da mu się już do siebie zbliżyć. Co go opętało, żeby... ?

Do roboty, Nicku, a Phoebe wybij sobie z głowy!
Ale nie było to takie proste, jak się spodziewał. Dokonał tego niewesołego odkrycia jakiś 

czas   później,   siedząc   w   sali   Petera   i   jedząc   zeschniętą   kanapkę,   którą   Peter   zostawił   na 
talerzu. 

– Nie jest specjalnie budująca dla pacjenta sytuacja, kiedy prowadzący go lekarz siedzi 

przy jego łóżku i tak ciężko wzdycha – zauważył Peter. 

Nick, który dopiero teraz zdał sobie sprawę ze swojego zachowania, uśmiechnął się do 

przyjaciela i przeprosił. 

– Nie  przepraszaj  – powiedział  Peter.  – Nawet  nie  wiesz, co to za  ulga widzieć  cię 

zaabsorbowanego czymś poza mną. – Uśmiechnął się do Nicka zagadkowo i dodał: – Bo 
zakładam, że to nie ja wpędziłem cię w ten nastrój przygnębienia?

– Nie – przyznał Nick. – Sam nie wiem, co się ze mną dzieje. 
– Za to ja wiem. Od lat próbuję ci wytłumaczyć, że praca to nie wszystko. Ze trzeba mieć 

jakieś życie osobiste!

Nick chciał zaprotestować, ale Peter uciszył go uniesieniem ręki. 
– Nie, daj  mi  skończyć!  Wiem,  że tylko  udawałeś, że je masz.  Nie zmylił  mnie  ten 

korowód pięknych kobiet, z którymi przede mną paradowałeś’. Wiem, i ty wiesz, że od dnia, 
kiedy wykryto u mnie tę chorobę, zawiesiłeś własne życie na kołku. Tak jakbyś uważał, że 
skoro nie ma przyszłości dla mnie, to i ty na nią nie zasługujesz. 

– Bzdura,  stary – fuknął  Nick. – A  co do kobiet,  to dzielnie  ze mną  konkurowałeś. 

Pamiętasz Bette Sinclair?

Peter uśmiechnął się i pokręcił głową. 
–   Nie   próbuj   zmieniać   tematu,   Nick.   Ja  mówię   poważnie.   Robisz   się   za   stary   na  to 

zmienianie kobiet jak rękawiczki. Czas pomyśleć o przyszłości, ustatkować się. 

Nick przygląda! się przyjacielowi. Korciło go, by zbagatelizować jego słowa powiedzieć, 

że ma jeszcze na to mnóstwo czasu. Ale w ten sposób przypomniałby Peterowi, że jemu czasu 
nie zostało już wiele. A to byłoby okrucieństwem. 

background image

– Skąd u ciebie ten filozoficzny nastrój? – spytał. – Mama złożyła ci wizytę?
Peter pokręcił z uśmiechem głową. 
– Może poczułem,  że przyszła dla nas obu pora, żeby coś w naszym  życiu  zmienić, 

przejść do następnego etapu. Wiem, że jak ognia boisz się małżeństwa, ale przecież jesteś już 
na tyle dorosły, żeby ten lęk przezwyciężyć. Na tyle dorosły, żeby pomyśleć o zalotach, o 
małżeństwie,   o   dzieciach.   Jak   sądzisz?   Zdążę   jeszcze   zobaczyć   twoje   dziecko?   Mojego 
chrześniaka, ewentualnie chrześniaczkę? Dajmy na to Petera, albo Petrę?

Nickowi ściskała się krtań – może od tej zeschniętej kanapki, którą przed chwilą zjadł. 

Przełknął z trudem. 

Zerknął na przyjaciela i uznał, że najlepiej będzie obrócić to wszystko w żart. 
–  Skromne   masz  wymagania,  stary!  Moje  dziecko   możesz   zobaczyć   już   za  dziewięć 

miesięcy, ale te zaloty... ?

Pochylił się, udając, że się zastanawia, ale żołądek ściskała mu panika. 
– A więc zaloty, a potem dwanaście miesięcy od zaręczyn do ślubu. Przez ten czas moja 

wybranka zdąży się na mnie poznać i ucieknie, gdzie pieprz rośnie. I będę musiał zaczynać od 
początku. Może upłynąć pięć albo i dziesięć lat, zanim coś z tego wyjdzie. Cholera! Wiesz, 
lepiej zrobię, jeśli przysiądę fałdów i opracuję jakąś nową rewelacyjną metodę leczenia. A jak 
cię już wykurujemy, to sam sobie zmajstrujesz dziecko, a mnie dasz spokój. 

Peter zachichotał ubawiony tym monologiem i opadł na poduszkę. Był to znak, że jest 

zmęczony i chce spać. 

Nick dotknął jego dłoni i wyszedł z sali. 
Po głowie tłukło mu się jedno straszne słowo. 
Małżeństwo... 
Phoebe   skończyła   przyjmowanie   zapisanych   na   ten   dzień   pacjentów   i   siedziała   przy 

biurku nad teczką Phila. Phil zjawił się w poradni i Charles, zbadawszy go, zapisał chłopca na 
następny dzień na zabieg. 

Myślała   o   młodym   mężczyźnie   z   plaży  i   szczerze   mu   współczuła.   Ten   pośpiech   nie 

wróżył nic dobrego. 

– To wyniki badań Phila? – spytał Nick, wchodząc do pokoju. 
Kiwnęła głową i wręczyła mu teczkę. W jego oczach zobaczyła zakłopotanie, którego 

jeszcze nigdy tam nie widziała. Stał i obracał teczkę w rękach. 

Prawdopodobnie zastanawiał się, czy jest jeszcze na niego zła. Owszem, gniew wracał, 

ilekroć   przypomniała   sobie   o   wydarzeniach   ostatniego   weekendu   –   nie   mówiąc   już   o 
włamaniu do jej domu. 

–   Podejrzewam,   że   nie   zechciałabyś   za   mnie   wyjść?   –   powiedział,   wprawiając   ją   w 

osłupienie.   –   W   najbliższym   czasie?   –   dodał,   chociaż   jego   posępny   ton   świadczył,   że 
spodziewa się odpowiedzi przeczącej. 

Phoebe odzyskała wreszcie głos. 
– Ty chyba oszalałeś! – żachnęła się. – Najpierw knujesz za moimi plecami z moim 

ojcem, potem włamujesz się do mojego domu, a teraz mnie pytasz, czy bym za ciebie wyszła? 
Nie lubię cię, Nick!

background image

– Tak myślałem – skonstatował. 
Obserwowała go i musiała przyznać w duchu, że nieźle grał przygnębionego. Gdyby go 

lepiej nie znała, może nawet dałaby się na to nabrać. 

Na szczęście znała go jak własną kieszeń. Wyjęła torebkę z szuflady, wstała i ruszyła do 

drzwi, omijając tego człowieka szerokim łukiem. 

Niestety, niedostatecznie szerokim, bo zdołał złapać ją za ramię i osadzić w miejscu. 
– Nie możesz wrócić do domu – wyrzucił z siebie pośpiesznie. – To znaczy, sama. Beze 

mnie. 

Obrzuciła go najbardziej lodowatym spojrzeniem, na jakie było ją stać, i wyrwała rękę z 

jego uścisku. 

– Jeśli myślisz, że pozwolę ci się odprowadzić do domu, to się grubo mylisz, kolego – 

fuknęła, zapominając na moment, że mówi do szefa. – Żenić mu się zachciało!

Opuściła zdecydowanym krokiem pokój, lecz nie zdążyła ujść daleko. 
– Phoebe – powiedział zdławionym głosem, doganiając ją i chwytając znowu za ramię. – 

Przyznaję, że ten pomysł z małżeństwem to idiotyzm. Myślałem o rozmowie z Peterem i 
jakoś samo mi się wymknęło. Przestań się chociaż na chwilę boczyć i wysłuchaj mnie. 

Obrócił ją twarzą do siebie i spojrzał w oczy. 
– Wiem, że plotę bez sensu, sam niewiele z tego rozumiem, ale uwierz mi, że istnieje 

fizyczny   powód,   dla   którego   nie   możesz   wrócić   do   domu.   Nie   masz   klucza.   Podczas 
włamania uszkodzeniu uległ zamek. Wymieniłem go, oczywiście. Tyle przynajmniej mogłem 
zrobić. I potrzebny ci nowy klucz. Dlatego właśnie zostawiłem ci karteczkę. 

Słuchała, ale sens jego słów do niej nie docierał, bo mózg zajęty był przekonywaniem 

ciała, że nie chce przywrzeć do ciała Nicka, i ustom, że nie chcą go pocałować. 

Nick mówił dalej. Coś o kluczu, który zostawił w domu. A ona przeniosła wzrok z jego 

kuszących warg na oczy i serce zabiło jej żywiej. 

Musiała kiwnąć bezwiednie głową albo wykonać jakiś inny gest, który uznał za zgodę na 

coś, bo chwycił ją zdecydowanie za rękę i pociągnął za sobą korytarzem. 

Ma udawać, że dobrze wie, dokąd idą, czy lepiej o to zapytać? W jej aktualnym stanie 

oszołomienia to drugie było zdecydowanie lepszym wyjściem. 

– Dokąd idziemy?
Zatrzymał się jak wryty, ściągając brwi, ale po chwili twarz mu złagodniała. Spojrzał na 

nią i palcami dotknął delikatnie gojącego się skaleczenia na skroni. 

– Na pewno dobrze się czujesz? Nie masz zawrotów głowy? Zaburzeń ostrości widzenia?
Pokręciła głową. 
– To wysłuchasz mnie tym razem uważnie? – spytał z naciskiem. 
Kiwnęła głową. 
– Klucz od twojego nowego zamka zostawiłem w domu. Zaproponowałem, żebyś tam ze 

mną pojechała i zjadła ze mną kolację, bo chociaż w ten sposób chciałbym cię przeprosić za 
to wczorajsze zamieszanie. Potem odwiózłbym cię tutaj, do twojego samochodu, bo i tak 
wybieram się w odwiedziny do Petera. 

Tym razem Phoebe wszystko zrozumiała – i była zdumiona. 

background image

– I ty to wszystko już raz mówiłeś? – zapytała. 
– Nawet więcej, to było tylko podsumowanie – odparł z uśmiechem Nick. – Widzę, że 

kompletnie się wyłączyłaś. 

– Myślałam o czymś innym – przyznała cicho. Skrzyżowała za plecami palce i modliła 

się w duchu, żeby nie zapytał, o czym. 

– No to czekam na odpowiedź. Kiwnęłaś głową, założyłem więc, że się zgadzasz, ale 

skoro nie słyszałaś pytania... 

Wydało jej się, że wychwytuje w jego tonie niepewność, choć równie dobrze mogio to 

być   zakłopotanie.   Gdyby   ona   nakłoniła   policję   do   włamania   się   do   czyjegoś   domu,   też 
czułaby się zakłopotana. 

– To nie wyższa matematyka, Phoebe! – mruknął tonem bardziej teraz poirytowanym niż 

niepewnym.   –   Nie   wymaga   wielkiego   wysiłku   umysłowego.   Wpadniesz   do   mnie   coś 
przegryźć, czy nie?

–   Nie   –   powiedziała.   Równie   dobrze   mogłaby   wybiec   na   jezdnię   wprost   pod   koła 

nadjeżdżającego autobusu, albo wskoczyć do klatki lwów. – Pojadę za tobą i odbiorę klucz. 
Nie mam do ciebie pretensji o to włamanie. Właściwie to powinnam ci być wdzięczna za 
troskę. 

Nick   stłumił   cisnący   się   na   usta   pomruk   zawodu   i   ruszył   przez   parking   w   kierunku 

swojego samochodu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Nazajutrz Phoebe przywitała się w pracy z Nickiem uprzejmie, lecz z rezerwą. Zabieg 

usunięcia znamienia u Phila powiódł się, nowotwór nie był na szczęście złośliwy. 

Ta pomyślna wiadomość wprawiła wszystkich w dobry nastrój i dni płynęły szybko. Jess 

kończyła   pisanie   programu  dla   pana  Abramsa,   przyszła  zgoda   na  poddanie   Jackie   nowej 
kuracji i nawet Peter jakby lepiej się poczuł – guzy zaczynały powoli reagować na obudzone 
mechanizmy obronne jego organizmu. 

– Co wkładasz na bal? – spytała Jess, kiedy w czwartek spotkały się z Phoebe na lunchu 

w stołówce. 

– Nie idę na bal – odparła Phoebe, starając się nie okazać przykrości, jaką sprawiły jej te 

słowa. 

– Gadanie! – mknęła Jess. – Rozmawialiśmy niedawno z Nickiem o naszym stoliku i 

ciebie również policzył, a Charles od tygodnia się skarży, że wyrzuciłaś go z auta, żeby kupić 
sobie sukienkę na tę okazję. 

–   Myślałam,   że   nie   spotykasz   się   z   Charlesem   –   mruknęła   Phoebe,   żeby   skierować 

rozmowę na inne tory. 

Jess uśmiechnęła się z rozmarzeniem. 
– Doszliśmy już do porozumienia – powiedziała i zaczęła opowiadać z zapałem o swoim 

odnowionym związku. 

Słuchając jej szczęśliwego szczebiotu, Phoebe popadała w coraz większe przygnębienie, 

lecz Jess jakby wcale tego nie zauważała. 

– Co to za bzdury wygaduje Jess? – spytał Nick, kiedy spotkali się na oddziale. On 

wychodził właśnie od Petera, ona od Jackie Stubbing. – Podobno nie idziesz na bal?

– Zaprosiłeś mnie tylko przez wzgląd na Charlesa, a ponieważ teraz nawet dla takiej 

idiotki jak ja jest sprawą oczywistą, że on nigdy się mną nie interesował, to nie ma sensu, 
żebym szła. 

– Przecież kupiłaś już sukienkę – przypomniał jej Nick. Phoebe najchętniej zazgrzytałaby 

zębami, ale szkoda jej było szkliwa. 

–   Dosyć   często   kupuję   sukienki!   –   poinformowała   Nicka   wyniosłym   tonem,   który 

założyła   sobie   w   swym   nowym   planie.   –   Naprawdę   nie   rozumiem,   czemu   połowa   tego 
szpitala uznała to za doniosłe wydarzenie. 

Trochę zbiła go tym z tropu, ale szybko się pozbierał. 
–   Posłuchaj,   Phoebe   –   zaczął   –   to   jedyne   w   roku   spotkanie   towarzyskie,   w   którym 

uczestniczy cały personel szpitala. Jeśli nie chcesz, żeby skojarzono cię ze mną, przyjedź 
własnym samochodem albo taksówką. Po co ktoś ma sobie pomyśleć, że w naszej poradni 
dzieje się coś niedobrego? Przyjdziesz? Proszę cię. 

Phoebe   przyglądała   mu   się   badawczo.   Mówił   chyba   szczerze,   ale   nie   zależało   mu 

konkretnie na niej. 

Jako   szef   poradni   pragnął,   żeby   w   komplecie   stawił   się   cały   jego   personel.   Jedna 

background image

szczęśliwa rodzina. Na pokaz! Przykre, ale prawdziwe. 

Ale, jeśli się wyłamie, zostanie uznana za czarną owcę. 
– No dobrze, może przyjdę – mruknęła i Nick spojrzał na nią uważnie. 
– Ja cię do niczego nie zmuszam – warknął, odwrócił się i zderzył czołowo z wózkiem, na 

którym salowa wiozła brudne naczynia zebrane po obiedzie od pacjentów. 

Spadające   talerze,   sztućce   i   pokrywki   rozsypały   się   z   ogłuszającym   brzękiem   po 

posadzce. 

Phoebe podbiegła do miejsca kolizji i pomogła podnieść się salowej. Nick klął na czym 

świat stoi, ścierając brokuły z klap marynarki. Ze wszystkich stron nadbiegały pielęgniarki i 
sanitariusze. 

– Zostaw to! – warknął Nick do Phoebe, wyrywając jej z rąk skorupy potłuczonej zastawy 

i odkładając je na wózek. – Inni tu posprzątają. Wynośmy się stąd, zanim jeszcze bardziej 
narozrabiasz. 

– Jja? – wykrztusiła Phoebe i wycierając papierowym ręcznikiem zapaćkane resztkami 

jedzenia   dłonie,   posłusznie   wyszła   za   nim   z   oddziału   na   korytarz.   –   Przecież   to   nie   ja 
wpadłam na tę kobietę!

– Nie, ale przez ciebie to się stało – odparł ponuro, pchając ze złością jakieś drzwi i 

przestępując próg. 

To niesłuszne oskarżenie podsyciło w Phoebe gniew, który od kilku dni się w niej tlił. 

Musiała szybko dać mu ujście. Wpadła do pomieszczenia, w którym zniknęła jej ofiara, i na 
widok równego rzędu lśniących metalowych pisuarów, czerwona jak burak czym prędzej się 
wycofała. 

– Tak łatwo składasz broń, Phoebe?
Te kpiące słowa Nicka prześladowały ją przez całą drogę do domu. Przypominały jej, że 

zrezygnowała. Zrezygnowała z wprowadzenia w życie planu! Tego starego, nie nowego. 

W sobotę była tak spięta, że chciała się już wymówić chorobą i nie iść na bal. Żołądek 

wyprawiał dzikie harce, bolały ją wszystkie mięśnie. Obiecała Jackie, że po drodze wpadnie 
do szpitala, żeby pokazać się jej w sukni, ale czy naprawdę musi jechać potem do centrum 
konferencyjnego, gdzie miał się odbyć bal?

– A to ci spotkanie. Jesteś własnym samochodem, czy podwieźć cię do centrum?
Głos   Nicka   dotarł   do   jej   uszu,   kiedy   stała   w   sali   Petera   i   rumieniąc   się,   słuchała 

komplementów. 

Odwróciła się powoli, zachodząc w głowę, jak mogła zapłacić tyle pieniędzy za kawałek 

materiału, który tak skąpo okrywał jej ciało i odsłania! tyle nagiej skóry. Na widok Nicka w 
wieczorowym garniturze fala gorąca uderzyła jej do głowy. 

– Ja... 
Słowa   uwięzły   jej   w   krtani,   kiedy   napotkała   jego   oczy   płonące   jakimś   dzikim, 

pierwotnym płomieniem. 

– No, jeśli Peter już się napatrzył, to pójdziemy, co? – Nick uznał jej milczenie za zgodę i 

z zaskakującą obcesowością chwycił ją za ramię. 

Ale   natychmiast   je   puścił,   sam   chyba   zaskoczony   swoim   zachowaniem,   i   unikając 

background image

skwapliwie fizycznego kontaktu, jakoś wymanewrował Phoebe z sali na korytarz. 

Mercedes, którym ostatnio jeździł, stał pod samymi drzwiami, na parkingu dla personelu. 

Phoebe, zbyt oszołomiona, by protestować, pozwoliła się do niego zaprowadzić. 

– Mam nadzieję, że dasz radę przyjąć w tej sukience pozycję siedzącą? – powiedział 

Nick. 

Phoebe, wietrząc w tym pytaniu sarkazm, poderwała głowę, gotowa do wałki. 
Nick jednak uśmiechał się, a iskierki przekory w jego oczach studziły jej złość i jeszcze 

bardziej osłabiały odporność na tego mężczyznę. 

– Postaram się! – mruknęła i zajęła miejsce w obitym miękką skórą fotelu pasażera. 
Nick podał jej sprzączkę pasa bezpieczeństwa. 
– Przypnij się – powiedział i znowu się uśmiechnął. – Wyręczyłbym cię, ale wolę się nad 

tobą nie pochylać, bo groziłoby to nieprzewidywalnymi konsekwencjami. 

Zatrzasnął drzwi, zanim zdążyła się odciąć, ale w czasie, gdy okrążał auto, uznała, że to 

był komplement. 

Dalszych   komentarzy   pod   jej   adresem   już   nie   wygłaszał.   Po   drodze   do   centrum 

opowiadał o poprawiającym się stanie zdrowia Petera, a na salę balową wprowadził ją, nie 
musnąwszy nawet palcem. 

Phoebe szła za nim z poczuciem, że suknia nie jest wcale taka wspaniała, jak jej się 

wydawało. Ale kiedy mąż Sheree zagwizdał, a Charlesowi oczy stanęły w słup, uznała, że w 
sumie nie prezentuje się jednak tak źle i wzięła od przechodzącego kelnera lampkę szampana. 

– Fantastycznie wyglądasz! – szepnęła jej do ucha Jess. – Skarpetki mu spadną!
– Komu? – spytała Phoebe z lekkim skrępowaniem, bo przez jakiś czas jej celem były 

skarpetki Charlesa. 

– Nickowi, rzecz jasna – odparła Jess. – I tylko mi nie mów, że ci na tym nie zależy. 

Między wami przepływa tyle prądu, że starczyłoby go na oświetlenie szpitala. 

–   A   właśnie,   źe   mi   nie   zależy   –   odparła   Phoebe,   siląc   się   na   obojętność,   chociaż 

przyśpieszone bicie serca świadczyło o czymś wręcz przeciwnym. 

Na szczęście w tym momencie podano przystawki i rozmowa zeszła na tematy kulinarne. 

Nick, który stał za Phoebe i rozmawiał z kolegą ze szpitala o radioterapii, podał jej talerz, lecz 
apetyt,   który   straciła   przed   tygodniem,   jakoś   nie   wracał   i   te   wszystkie   przysmaki   nie 
wzbudzały w niej żadnych emocji. 

–   Coś   ci   musi   dolegać,   skoro   nie   jesz   –   zauważył   Charles   z   wylewną   jowialnością 

człowieka, który zapowiedział sobie, że będzie się dzisiaj dobrze bawił. 

– Może miłość? – mruknęła pod nosem Jess, pogarszając jeszcze sprawę. 
Zabawa  się rozkręcała.  W przerwach między skubaniem kanapek, na które nie miała 

ochoty, Phoebe tańczyła, rozmawiała i chyba dobrze maskowała swój nieszczególny nastrój, 
bo jakoś nikt nie pytał, co ją gryzie. Ale tak naprawdę myślami była zupełnie gdzie indziej, a 
muzyka i gwar prowadzonych wokół rozmów brzmiały dla niej jak szum. 

Nawet nie zauważyła, kiedy w pewnym momencie przysiad się do niej Charles. Dopiero 

jego głos wyrwał ją z zadumy. 

– Nie spodziewałem się zobaczyć cię na takiej imprezie w takiej sukience – oznajmił z 

background image

nieskrywaną dezaprobatą. 

Phoebe łzy napłynęły do oczu. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. I nagle czyjaś ciepła 

dłoń spoczęła na jej ramieniu. 

– To chyba mój taniec – powiedział Nick, ujmując ją pod ramię i siłą unosząc z krzesła. 
Podtrzymał ją, kiedy zachwiała się, wstając, i pociągnął na parkiet. 
Walcząc z poczuciem upokorzenia i efektami bliskości Nicka, dała się ponieść muzyce. 
– Śliczna sukienka – mruknął jej do ucha. – Z klasą. Rewelacyjna. Zachwycająca. Ma tę 

jedną wadę, że aż chce sieją z ciebie zdjąć. I nie słuchaj tego zrzędy Charlesa, jeśli próbuje ci 
wmawiać, że jest inaczej. 

Phoebe przywarła do niego całym ciałem i próbowała sobie przypomnieć, ile to lampek 

szampana już wypiła. Wychodziło jej, że dwie, chociaż pewna tego nie była. A więc to nie 
alkohol rozjaśnił jej tak umysł, z tym że odwaga niezbędna do wypowiedzenia na głos tego, 
co w tej chwili przyszło jej do głowy, mogła mieć jednak podłoże alkoholowe. 

– Mógłbyś ją zdjąć – odszepnęła, wpatrując się w ucho Nicka, żeby uniknąć jego wzroku. 

– Nie teraz, później. Jeśli chcesz. 

Dla kogoś, kto miał plan, nie zabrzmiało to zbyt przekonująco, ale Nick zesztywniał, 

zgubił krok, nadepnął jej na nogę i raptownie odsunął ją od siebie na długość wyciągniętych 
ramion. 

– Coś ty powiedziała? – zapytał, z trudem panując nad głosem. Wlepiał oczy w kobietę, 

która w jednej chwili z sympatycznej koleżanki zmieniła się w... 

Nie wiedział, w co się konkretnie zmieniła, ale z pewnością w coś, co wprowadzało 

zamęt w jego dobrze zorganizowane życie. 

Zarumieniona Phoebe spojrzała mu wyzywająco w oczy. 
– Naprawdę chcesz, żebym powtórzyła? Może mam powiedzieć głośniej?
Pokręcił głową i jęknął, a potem, uświadomiwszy sobie, że ludzie na nich patrzą, znowu 

przyciągnął   Phoebe   do   siebie   i   zaczął   się   z   nią   kołysać,   bardziej   udając,   że   tańczy,   niż 
tańcząc. 

– Co miałaś na myśli, mówiąc, że mogę ją zdjąć później? – zapytał, tym razem ciszej i 

spokojniej, przysuwając usta do jej ucha skrytego pod gęstwą ciemnych włosów. 

– Waśnie to – odparła z potulnością, która obudziła jego podejrzliwość. – U ciebie. Albo 

u mnie. Nie wiem za bardzo, jak to się odbywa i jak się zachowywać w takich sytuacjach – 
brak mi doświadczenia, rozumiesz – zdaję się więc na ciebie. I będę ci potem wdzięczna. 
Bardzo wdzięczna. To wstyd być w moim wieku dziewicą. 

Przechodził   już   do   porządku   dziennego   nad   propozycją   Phoebe,   a   tu   nowy   szok! 

Zamurowało go. 

Nie przerywając tańca, przesunął się ze swoją partnerką pod okna, pokręcił się z nią tam 

chwilę, potem chwycił za łokieć i pociągnął za sobą po schodach na dół, szukając jakiegoś 
miejsca, gdzie nikt ich nie podsłucha. 

– Proponujesz mi, żebym zabrał cię do domu i poszedł z tobą do łóżka, bo chcesz się 

wyleczyć z jakiegoś urojonego kompleksu na punkcie swojego dziewictwa? O to chodzi? – 
Nie mówił, lecz warczał. – Za kogo ty mnie masz? Za jakiegoś ogiera, który ugania się z 

background image

wywalonym jęzorem za kobietami i pozbawia je cnoty... 

– Teraz nazywa się takich dupomanami – podpowiedziała mu usłużnie Phoebe. 
Była już pewna, że tych lampek szampana musiało być  co najmniej  trzy i trochę się 

obawiała, co jeszcze ślina jej na język przyniesie. 

– Nie przerywaj mi – ryknął na nią Nick, ale chyba stracił wątek, bo zawahał się. 
Skorzystała z tej okazji i podjęła:
– Przepraszam.  To  był  głupi  pomysł.  Ale tak  dobrze całowałeś,  no i  jesteśmy oboje 

dorośli, z nikim nie związani, pomyślałem więc sobie... Ale chyba się pomyliłam.  Lepiej 
wrócę już na salę. Oboje powinniśmy wrócić, bo jeszcze wezmą nas na języki. 

– Nie, nie wrócimy tam – oświadczył zduszonym głosem i przez chwilę było jej go żal. 

Nie ulegało wątpliwości, że jest bardziej zdezorientowany niż ona. 

Zostawiła go i wyszła przed budynek w nadziei, że chłodne wieczorne powietrze ostudzi 

jej rozpalone policzki. Kiedy wróciła na salę balową, poprosił ją do tańca młody internista, 
którego poznała kiedyś na oddziale onkologii. 

Najchętniej wróciłaby do domu, położyła się do łóżka, naciągnęła kołdrę na głowę i nie 

wyszła spod niej przez rok, ale młodzieniec nalegał, a zresztą nie wypadało tak wcześnie 
opuszczać towarzystwa. Została. 

Przetańczyła z internistą może sześć kroków, kiedy za jej partnerem wyrosła jak spod 

ziemi znajoma sylwetka. Głos nie znoszący sprzeciwu oznajmił:

– Odbijany. 
Nie czekając na odpowiedź, Nick wyłuskał Phoebe z objęć internisty i wziął w swoje. 
– To było bardzo niekulturalne – fuknęła. 
– Chamskie! ~ skorygował, przyciągając ją do siebie. 
– Nie musisz ze mną tańczyć. Na pewno nie masz na to ochoty – mruknęła. 
– Ja wiem najlepiej, na co mam ochotę – odparł. – I teraz przyszła mi ochota na taniec z 

tobą. A poza tym, jako twój szef, jestem za ciebie w pewnym stopniu odpowiedzialny. Licho 
wie,  jakiemu   jeszcze  durniowi  mogłabyś  złożyć   swoją propozycję,  gdyby   cię  pozostawić 
samej sobie?

Phoebe znowu zapiekły policzki. Spuściła głowę, żeby je zasłonić, i poddała się muzyce. 
Gdy   orkiestra   przestała   grać,   wrócili   do   stolika.   Phoebe   usiadła,   odczekała   dla 

przyzwoitości parę minut, potem przeprosiła towarzystwo i wymknęła się z sali. Nick dogonił 
ją na korytarzu. 

– Tak wcześnie wychodzisz, Kopciuszku? – spytał, wlepiając w nią dziwnie roziskrzone 

oczy. 

– Ona wyszła o północy. Ja zostałam godzinę dłużej – zauważyła Phoebe, starając się 

panować nad głosem. 

– Odwiozę cię do domu, chyba że ma po ciebie podjechać jakaś wygodna dynia. 
– Dam sobie radę – powiedziała, wzruszając ramionami. – Wiem, że po tym,  jak się 

zachowałam, nie masz najmniejszej ochoty mnie odwozić. Przepraszam, jeśli wprawiłam cię 
w zakłopotanie albo zgorszyłam. 

Chciała zwalić wszystko ha szampana, ale sumienie jej na to nie pozwoliło, bo przecież 

background image

obmyśliła ten idiotyczny plan na trzeźwo. 

–   Odwiozę   cię   mimo   wszystko   –   powiedział   i   wziął   ją   pod   rękę,   co   natychmiast 

przywiodło jej na myśl mnóstwo powodów, dla których nie chciała znaleźć się z nim sam na 
sam. 

– Nie, wolę wrócić taksówką – mruknęła. 
– Będziesz tego żałowała – ostrzegł, i dziwny wyraz jego oczu przyprawił Phoebe o 

dreszcz. – Przecież tutaj nie mogę ściągnąć z ciebie tej sukienki, prawda?

Natychmiast pożałował tych słów, ale nie mógł ich już cofnąć. 
Phoebe odwróciła się i spojrzała na niego. 
– Czy musisz się nade mną tak pastwić? – spytała ze łzami w oczach. – Wiem, Nick, 

zachowałam się jak idiotka. Ale czyż nie jesteśmy oboje dorośli? Czyż kobietom nie wolno 
mówić dzisiaj takich rzeczy? Nie przyszło mi do głowy, że weźmiesz wszystko na poważnie. 
Myślałam, że uznasz to za dobry żart. 

Nick puścił jej ramię. Odeszła ze spuszczoną głową. Lśniące, ciemne włosy zakrywały jej 

twarz. Domyślał się, że płyną po niej łzy. Ruszył za nią. Zatrzymali się przy krawężniku. 
Kiedy   podjechała   taksówka,   otworzył   drzwi,   podał   kierowcy   adres   i   wsunął   mu   w   dłoń 
banknot. 

Potem dotknął delikatnie jej policzka. 
–   Wszystko   będzie   dobrze   –   obiecał   optymistycznie.   –   Przebrniemy   przez   to   i   od 

poniedziałku zabierzemy się znowu do pracy, tak jakby nic się nie stało. 

Ale   kiedy   taksówka   odjechała,   stracił   pewność,   że   tak   właśnie   będzie.   Ileż   musiało 

kosztować dziewczynę taką jak Phoebe złożenie takiej propozycji, jak musiała to przeżyć. 

I żałował teraz, że jej nie przyjął. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Ponieważ do poniedziałku świat się nie zawalił ani nie uległ zniszczeniu w żaden inny 

sposób, Phoebe zmuszona była zwlec się rano z łóżka. Mrużąc oczy przed świecącym prosto 
w okno słońcem, przejrzała z dezaprobatą zawartość ściennej szafy. 

Co, u diabła, wkłada się na siebie przed konfrontacją z szefem, który odrzucił złożoną mu 

seksualną   propozycję?   W   zeszły   poniedziałek,   po   zatrzaśnięciu   mu   drzwi   przed   nosem, 
znajdowała się w nieporównanie lepszej sytuacji. 

W końcu, po długim namyśle, wybrała płócienny żakiet cielistego koloru, spodnie, choć 

zazwyczaj nosiła spódnicę, i prostą białą bluzkę. 

Dodając sobie odwagi rozmową z samą sobą, wzięła prysznic, ubrała się i wyszła z domu 

wcześniej niż zwykle, żeby na parkingu przed szpitalem nie spotkać nikogo znajomego. 

– Dzień dobry, Phoebe. 
Nie musiała się odwracać. Poznała go po głosie. 
– Dzień dobry, Nick – wydusiła z siebie. 
– Pobieramy dzisiaj komórki z jednego z guzów Jackie, przed następną chemioterapią. 

Nie będzie mnie w poradni, ale poradzicie sobie z Charlesem. 

Rzeczywiście, tak jak zapowiedział, zachowywał się, jakby nic się nie stało, z tym że 

jemu przychodziło to o wiele łatwiej niż jej. 

Mruknęła coś w odpowiedzi i wzdrygnęła się, kiedy Nick dotknął jej ramienia. 
–   Wszystko   w   porządku?   –   spytał   łagodnie.   Spojrzała   mu   w   oczy,   ale   nie   potrafiła 

niczego z nich wyczytać. 

– Tak – skłamała. 
Czy będzie  mogła  jeszcze  kiedyś  z ręką na sercu odpowiedzieć’  twierdząco na takie 

pytanie? Jeśli to miłość, to nie. 

– Cześć. Wchodzicie czy nie? Dobrze się bawiłaś na balu, Phoebe? Fantastyczna była ta 

twoja sukienka. Gerry’emu gały wylazły na wierzch. Zagroziłam, że przyleję mu pasem, jak 
będzie cię tak nimi pożerał. 

To   była   Sheree.   Jej   opis   reakcji   męża   wywołał   na   usta   Phoebe   uśmiech.   Wszyscy 

doskonale wiedzieli, że Gerry całuje ziemię, po której stąpa Sheree. Gerry mierzył sobie metr 
osiemdziesiąt   z   hakiem   i   ciągłe   groźby   filigranowej   Sheree,   że   go   zbije   albo   poturbuje, 
śmieszyły cały personel poradni. 

– Założę się, że poskutkowało – powiedziała. 
Nick   i   Sheree   wdali   się   w   dyskusję   o   serwowanych   na   balu   przekąskach,   o   których 

Phoebe niewiele miała do powiedzenia. Szła za nimi, zastanawiając się, do objawów jakiej 
choroby – wyjąwszy miłość – może należeć brak apetytu. 

„Przebrniemy przez to”, powiedział, ale ona zaczynała wątpić, czy jej się to uda. Co 

znaczyło, że czeka ją sześć bardzo długich miesięcy. 

– I co tam nowego u ciebie  i u Nicka?  – spytała  Jess, kiedy znowu spotkały się w 

stołówce. 

background image

– Zaczajasz się tu na mnie, czy co? – zażartowała Phoebe. – Pracuję w poradni od sześciu 

miesięcy, a rzadko zdarzało mi się jeść lunch dwa razy z tą samą osobą. 

Nie licząc Charlesa, dodała w myślach ponuro. 
– A ciebie spotykam tu codziennie. 
– To dlatego, że do tej pory nie miałaś prawdziwego przyjaciela – odparła Jess. – Teraz 

masz go we mnie. 

Czyżby? – pomyślała Phoebe, ale uśmiechnęła się do Jess. 
– Chyba tak – przyznała. 
Po lunchu zajrzała na oddział. Jackie nie było, Peter spał. Nie mając nic innego do roboty, 

wróciła   do   poradni   i   zabrała   się   do   przeglądania   dokumentacji   pacjentów   zapisanych   na 
popołudnie. 

–   Wszystko   w   porządku?   –   spytała   Sheree,   bezwiednie   powtarzając   poranne   pytanie 

Nicka. 

– Oczywiście. Dlaczego nie miałoby być? Sheree wzruszyła ramionami. 
– Tak tylko spytałam. Siedzisz jakaś przygaszona, nie odzywasz się. 
– Przeglądam teczki pacjentów. 
To wyjaśnienie nie zgasiło jednak podejrzliwości w oczach Sheree. Będzie musiała wziąć 

się w garść i udawać, że wszystko jest w porządku. Zacznie od odwiedzenia ojca. Dzisiaj! 
Żeby przypomnieć sobie, dlaczego powinna wybić sobie raz na zawsze z głowy mężczyzn 
pokroju Nicka. Może to ją otrzeźwi i pomoże stać się znowu dawną, pełną życia Phoebe. 

, Ale z wizyty nic nie wyszło, bo tego właśnie dnia ojca nie było w domu. 
Przez cały tydzień chodziła przygnębiona, ale w pracy, pomna zmysłu obserwacyjnego 

Sheree, udawała radość i beztroskę, do których było jej daleko. W piątek odwiedziła jak 
zwykle Petera. 

– Wejdź, piękna damo – powiedział Peter, kiedy ostrożnie uchyliła drzwi i zajrzała, by się 

upewnić, czy jest sam. – Co słychać?

– Nic ciekawego. Cieszymy się wszyscy bardzo, że twój stan się poprawia. Wygląda na 

to, że układ immunologiczny wreszcie zadziałał. 

Peter uśmiechnął się. 
– Sądzę, że to chwilowa poprawa, ale dobre i to. Co z Jackie?
Phoebe niewiele mogła mu na ten temat powiedzieć. Agresywna chemioterapia, której 

poddano Jackie, pozbawiła dziewczynę odporności. Leżała teraz w izolatce. 

Gawędzili jakiś czas. Phoebe opowiadała mu, co się dzieje u pacjentów, których znał ze 

swoich poprzednich pobytów w szpitalu, on zaś bawił ją szpitalnymi dykteryjkami. 

Nagle zmienił temat. 
– To przez Nicka jesteś taka nieszczęśliwa? – spytał, a Phoebe zamurowało. 
Potem z odsieczą przyszedł jej gniew. Co komu do jej stanu ducha? To wyłącznie jej 

sprawa. 

– Po czym poznajesz, że jestem nieszczęśliwa? – zapytała. 
– Jesteś jakaś przygaszona – odparł Peter, a ją ogarnęła wściekłość. 
– A co ja jestem? Jakiś fajerwerk? Promyczek słońca, który musi świecić od rana do 

background image

wieczora? Co wy wszyscy z tym przygaszeniem! Jestem sobą i zawsze taka byłam. 

Peter pokiwał z powagą głową. 
– Ale twoje oczy zawsze błyszczały, a usta bez przerwy się uśmiechały. – Zawiesił głos, a 

potem podjął: – Niedawno powiedziałem Nickowi coś głupiego. Nie wiem, czy nie odbiło się 
to na tobie. 

– Cokolwiek mu powiedziałeś, nie ma to nic wspólnego ze mną – oświadczyła Phoebe, 

chociaż przypomniała sobie pewną osobliwą propozycję, jaką złożył jej Nick, i wymruczany 
potem komentarz do czegoś, co powiedział Peter. – To, co mówi albo robi Nick, nie ma nic 
wspólnego ze mną. 

Wstała, dając tym Peterowi do zrozumienia, że uważa ich rozmowę za zakończoną. 
– I nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że jest inaczej. Z tymi słowami podeszła do 

drzwi i wygięła usta w uśmiechu, nie wiedziała tylko, jak dodać blasku oczom. 

– Wpadnę do ciebie jutro, jeśli obiecasz, że nie poruszysz już tego tematu – powiedziała i 

Peter zachichotał. 

– Gdzieżbym śmiał – odparł i pomachał jej na pożegnanie. 
Była już na korytarzu i uśmiechała się do dyżurnej pielęgniarki, kiedy Peter przywołał ją 

z powrotem. 

– Jeśli będziesz się jutro do mnie wybierała, to możesz wpaść około drugiej po południu? 

– zapytał. – Oczywiście, o ile nie sprawi ci to kłopotu. 

Prośba ta wydała się Phoebe wielce podejrzana. 
–   Chyba   nie   zastawiasz   na   mnie   pułapki?   Nie   aranżujesz   spotkania   z   twoim   starym 

kumplem, ani nic w tym stylu?

Peter pokręcił głową. 
– Nawet mi to do głowy nie przyszło – odparł niewinnie. 
– Nie puściłabym ci tego płazem – ostrzegła go. – Ale jeśli przysięgniesz, że nic takiego 

nie knujesz, to będę o tej drugiej. 

Nadal jednak podejrzewała, że chodzi o zaaranżowanie jakiegoś spotkania, nie czuła się 

więc   zaskoczona,   kiedy   nazajutrz   zastała   u   Petera   elegancką   kobietę   w   średnim   wieku. 
Zakładając, że to jego matka, przywitała się z nią, położyła na tacy przyniesione winogrona i 
usiadła w drugim fotelu. 

Miała już wygłosić jakąś neutralną uwagę o pogodzie, ale kobieta ją uprzedziła. 
– Będzie z ciebie prawdziwie piękna panna młoda – oznajmiła. 
Phoebe zrobiła wielkie oczy, Peter się roześmiał. 
– Nie miej tego Marion za złe – poprosił. – Ona tak zawsze. Każdą młodą kobietę ubiera 

w szatki  panny młodej. Za młodu  przez wiele lat musieliśmy udawać z Nickiem,  że nie 
interesujemy   się   dziewczętami   i   nie   przyprowadzaliśmy   ich   do   domu,   żeby   Marion   nie 
namąciła im w głowach. 

–   Młode   dziewczęta   mają   prawo   mieć   namącone   w   głowie   –   oznajmiła   uroczyście 

Marion. Phoebe usiłowała tymczasem znaleźć dla Marion miejsce w młodzieńczych latach 
Nicka i Petera. – Młodzi ludzie mogą sobie wmawiać, że potrafią się obejść w życiu bez 
romansu, ale świat jest bez niego uboższy. 

background image

Ściągnęła brwi i spojrzała na Petera. 
– Wiem, że dworowaliście sobie z Nickiem z moich dziwactw, jak je nazywaliście, ale 

każda   suknia   ślubna   wychodząca   spod   mojej   igły   jest   uszyta   z   miłości.   Każdy   ścieg   to 
gwarancja, że małżeństwo mojej panny młodej będzie trwało wiecznie. 

Założyła ręce na piersi i kiwnęła głową. 
– Jak dotąd to się sprawdza. 
Phoebe uśmiechnęła się do niej. Teraz nabierało sensu jej pierwsze stwierdzenie. Kobieta 

szyła suknie ślubne. 

– Sama pani projektuje suknie, które szyje? – zapytała. 
–   Od   pierwszego   szkicu   –   przytaknęła   Marion.   –   Nie   wiem,   jak   to   się   dzieje,   ale 

wystarczy, że spojrzę na młodą kobietę i od razu widzę, jak będzie wyglądała na ślubie. 

– Możesz sobie wyobrazić, jak przerażeni byliśmy z Nickiem – wtrącił Peter – przy tych 

rzadkich okazjach, kiedy zobaczyła młodą kobietę w naszym towarzystwie. Czuliśmy się tak, 
jakby ktoś rzucał na nas urok. 

Marion zaśmiała się. Kim była dla Nicka i Petera? Może matką Petera, bo zwracał się do 

niej po imieniu?

– Ty nigdy nie wyglądałeś na specjalnie przestraszonego ~ rzekła czule Marion. 
Pogrzebała w swojej pojemnej torebce i wyjęła ołówek oraz mały szkicownik. 
– A Nick wynalazł idealne antidotum na moje uroki, umawiając się co wieczór z inną. 

Wybacz – zwróciła się do Phoebe – ale kiedy przychodzi mi do głowy jakiś pomysł, muszę go 
od razu przelać na papier. Masz taką śliczną twarz. Nie darowałabym sobie, gdybym jej nie 
uwieczniła. Rozmawiaj z Peterem. Nie musisz siedzieć nieruchomo, nic z tych rzeczy. 

Phoebe nie potrafiła rozmawiać na zawołanie. Nie przychodził jej do głowy żaden temat. 

Na   szczęście   Peter   ruszył   jej   z   pomocą   i   zagaił   rozmowę   o   Jackie.   Phoebe   zastanowiło 
ożywienie,  z jakim mówił  o jej rychłym  powrocie  na oddział.  Czyżby tych  dwoje ludzi, 
mających   przed   sobą   niepewną   przyszłość,   zbliżyło   się   do   siebie?   Czyżby   miłość   była 
silmejsza od cienia śmierci? Czyżby naprawdę potrafiła przenosić góry?

–   Może   tak   się   złoży,   że   wyjdziemy   stąd   w   tym   samym   czasie   –   ciągnął   Peter.   – 

Zabrałbym ją wtedy w podróż. Jak myślisz, co by na to powiedziała pani Stubbings?

– Na pewno nie miałaby nic przeciwko temu – zapewniła go Phoebe. – Masz na myśli 

jakieś   konkretne   miejsce?   Bo,   jeśli   nie,   to   mogłabym   ci   pomóc   w   podjęciu   decyzji. 
Przeprowadzić rozpoznanie. 

Peter rozpromienił się. 
– Byłabyś tak dobra? Chciałem poprosić Nicka, ale wiem, że on by nie pochwalił takiej 

wyprawy.  Chciałbym   pojechać  gdzieś,   gdzie   jest  spokojnie   i  cicho,  na  przykład  w   góry. 
Jackie przez cały czas opowiada o górach. Gdzieś, gdzie mielibyśmy zapewnione wszystkie 
posiłki. Byle to nie było za daleko. Wynająłbym samochód z szoferem, ale nie stać mnie, 
żeby jechać na drugą stronę Australii. 

–  Znam  pewien   pensjonat   w  Mount  Tamborine   –  powiedziała  Phoebe.   –  Są  stamtąd 

wspaniałe widoki. Z jednej strony na ocean, z drugiej na odległe pasmo górskie. To dom w 
starym queenslandzkim stylu z dużymi werandami, na których można przesiadywać. A kiedy 

background image

znudzi cię podziwianie jednego widoku, możesz przenieść się na werandę po przeciwległej 
stronie domu i podziwiać drugi. Mnóstwo tam dzikiego ptactwa, a małe kangurki podchodzą 
pod sam dom. Jednym słowem idealne miejsce na ucieczkę od cywilizacji. 

– Albo na spędzenie miesiąca miodowego – wtrąciła Marion, przypominając o swoim 

istnieniu. – Gotowe – dorzuciła i podała Phoebe szkic. – Nie musisz brać ślubu w sukni 
zaprojektowanej przez Marion Davio ale nie sądzisz, że w czymś takim byłoby ci bardzo do 
twarzy?

W sukni zaprojektowanej przez Marion David? Ta kobieta nazywa się David? Tak jak 

Nick? Czyżby była matką Nicka, a nie Petera?

Zdezorientowana Phoebe nawet nie spojrzała na szkic. Wsunęła go w wyciągniętą rękę 

Petera, mruknęła coś o umówionym spotkaniu, skinęła Marion głową, obiecała Peterowi, że 
jeszcze wpadnie, i opuściła pokój. 

Dopiero   teraz   przypomniała   sobie,   że   Peter   jest   sierotą   –   że   jego   rodzice   zginęli   w 

wypadku, a wtedy on trafił do szkoły z internatem, gdzie spotkał Nicka – a więc to nie mogła 
być jego matka. 

Dlaczego jednak zaaranżował to spotkanie? Chciał ją zapoznać z matką Nicka? I pokazać 

jej ją – Phoebe?

Spróbowała sobie przypomnieć, co odpowiedział Nick, kiedy zapytała go, czy naprawdę 

opowiada matce o każdej kobiecie, z którą się spotyka. Powiedział wtedy, że to strategia – 
najwyraźniej obliczona na to, żeby przestała mącić w głowie każdej kobiecie, z którą się 
umawia. 

Ale Marion go rozszyfrowała. 
Tylko po co ta dzisiejsza konfrontacja?
Phoebe westchnęła. Odpowiedź była oczywista. Po to, żeby została dopisana do listy, do 

haremu, i tym samym unieszkodliwiona. 

Przygnębiona   tym   odkryciem,   ruszyła   ze   spuszczoną   głową   korytarzem   w   kierunku 

wyjścia na parking. 

Nick zobaczył ją z daleka i zatrzymał się w drzwiach, żeby na nią zaczekać. 
– Phoebe? – zagadnął niepewnie, kiedy stało się dla niego oczywiste, że jest tak zatopiona 

w myślach, że minie go i nawet nie zauważy. 

Zatrzymała się jak wryta i poderwała głowę. Zaskoczenie malujące się w jej pięknych 

oczach świadczyło o tym, jak daleko stąd była myślami. Szybko jednak przywołała na twarz 
coś na kształt uśmiechu. 

– O, cześć, Nick – powiedziała chłodno. – Poznałam przed chwilą twoją matkę. 
Z tymi słowami pchnęła drzwi i wyszła z budynku. 
Chciał za nią wybiec, poprosić o chwilę rozmowy. Podjąć próbę naprawy tego, co się 

między nimi popsuło. Ale sens jej słów przykuł go do miejsca. Poznała jego matkę?

Jego matka poznała Phoebe?
Peter!
Ruszył wyciągniętym krokiem w stronę oddziału. Pałał żądzą mordu. Z tym mordem to 

może przesada, ale Peter, chory nie chory, odczuje na własnej skórze, co znaczy jego gniew. 

background image

Plan spalił na panewce, bo nie zastał w sali ani Petera, ani matki. Krążył przez chwilę wokół 
łóżka, zjadł kilka winogron, potem wziął machinalnie do ręki szkicownik matki leżący na 
szafce Petera. 

Narysowała Phoebe w sukni ślubnej, ale bez welonu. Suknia była prosta, udrapowana tak, 

że bardziej sugerowała, niż podkreślała krągłości Phoebe. 

Serce Nicka rozkołatało się jak szalone, wpadając w paniczną arytmię. Zabrakło mu tchu, 

krew   uderzyła   do   głowy.   Odrzucił   szkicownik   z   powrotem   na   szafkę   i   usiadł   na   łóżku, 
przyciskając dłoń do piersi i wciągając w płuca ogromne hausty powietrza. 

Wypadałoby pójść do kardiologa, pomyślał, może rozmowa z lekarzem zaradzi temu, co 

dzieje się z jego ciałem. Carl Simpson byłby najlepszy. Umówi się z nim na poniedziałek. 
Niech go gruntownie przebada. 

Oddychał już swobodniej, puls mu się uspokajał. Korciło go, żeby jeszcze raz rzucić 

okiem na szkic i udowodnić sobie, że to nie on był przyczyną ataku paniki, ale w końcu uznał, 
że rozsądniej będzie wynieść się z sali przed powrotem Petera. 

Zbeszta go kiedy indziej. 
Na przykład w poniedziałek o piątej trzydzieści po południu? Nick, wezwany na oddział 

onkologii, wchodził tam z przekonaniem, że to zwyczajna rutynowa wizyta. Jednak napięcie 
wiszące w powietrzu powiedziało mu, że chodzi o coś więcej, a gest pielęgniarki dającej do 
zrozumienia,   że   ma   wejść   do   pokoju   Petera,   natychmiast   napełnił   go   najgorszymi 
przeczuciami. 

Ale tego, co tam zastał, zupełnie się nie spodziewał. Peter siedział w fotelu na kółkach, 

obok   niego   w   takim   samym   fotelu   siedziała   wypuszczona   niedawno   z   izolatki   Jackie 
Stubbings, a nad nią stała jej matka. Phoebe przycupnęła na krawędzi łóżka, a w jego nogach, 
wyłamując sobie nerwowo palce, stał Malcolm Graham. 

– Widział pan, co się tu wyprawia? – zwróciła się do Nicka najwyraźniej wzburzona pani 

Stubbings. 

– Co? – spytał Nick, zerkając ukradkiem na zarumienioną Phoebe. 
– Ci dwoje chcą razem wyjechać, ot co. Jackie jest chora. Wymaga stałej opieki. Muszę ją 

odpowiednio karmić, podsycać jej apetyt, uważać, żeby się nie przemęczała i dbać, żeby spała 
ile trzeba. 

Rzuciła Peterowi pełne niechęci spojrzenie. 
– Myślałam, że pan o tym wie, panie Carter, i dla jej dobra nie będzie podjudzał do tego 

głupiego pomysłu. 

Nick nic z tego nie rozumiał. Zdezorientowany potrząsnął głową. 
– Do jakiego głupiego pomysłu? – spytał, kiedy to nie pomogło. 
– Do wspólnego wyjazdu! – wrzasnęła pani Stubbings. – A pan myślał, że do jakiego?!
Wpatrzyła   się   podejrzliwie   w   Jackie,   tak   jakby   spodziewała   się   wyczytać   na   czole 

dziewczyny kolejne „głupie pomysły”. 

– Może by tak od początku? – mruknął Nick, zwracając się do Malcolma. – Może ty mi 

wyjaśnisz. W czym problem?

Malcolm wzruszył ramionami. 

background image

– Ja nie mam żadnego wpływu na to, co robią pacjenci po wypisaniu ze szpitala. Mogę im 

doradzić   dietę   i   unikanie   nadmiernego   wysiłku,   mogę   im   dać   szczegółowe   instrukcje 
dotyczące zażywania leków, ale, jak już wyjaśniłem pani Stubbings, nie mogę im niczego 
nakazywać ani zakazywać. 

Zawahał się, a potem dodał:
– Prawdę mówiąc, to nie mogę tego zrobić, nawet jeśli jeszcze tu są. 
Nick dalej wiedział tyle, co na początku. Spojrzał na Phoebe, która najwyraźniej była 

zorientowana w sprawie. 

– Doktor Moreton?
Wzruszyła miękko ramionami, które przez cały ubiegły tydzień widywał w swoich snach, 

i spojrzała na Petera. Ten skinął głową i wziął Jackie za rękę. 

– Peter i Jackie chcą po wyjściu stąd spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Oczywiście, 

nie natychmiast po wypisaniu. Pani Stubbings zdenerwowała się, co zrozumiałe, bo martwi 
się, że Jackie nie będzie o siebie dbała. 

– Ja będę o nią dbał – odezwał się Peter. – Nie jestem skończonym idiotą. Wiem dobrze, 

przez co przeszła i jak ważne są dla niej takie rzeczy jak odpoczynek, regularne posiłki i 
zażywanie leków. 

Nick otwierał już usta, żeby wygłosić swoją opinię, ale ubiegła go Phoebe. 
– Skoro nie jesteś skończonym idiotą – zwróciła się do Petera – to z pewnością rozumiesz 

obiekcje pani Stubbings, jej niepokój. – Zawiesiła na chwilę głos, a potem podjęła:

– Na pewno zdajesz sobie sprawę, że po wykryciu  choroby u Jackie pani Stubbings 

przewartościowała swoje priorytety. Treścią jej życia stała się od tamtej pory troska o dobro 
Jackie. 

– Jak troska o moje stała się treścią życia Nicka – podchwycił Peter i Nickowi wydało się, 

że słyszy w tych słowach smutek. Peter zwrócił się teraz bezpośrednio do niego:

– No, stary, może włączysz się do dyskusji? Może powiesz, że nasz wspólny wyjazd na 

krótki czas to tylko głupi kaprys? Że ludzie, którym nie dane jest cieszyć się normalnym 
życiem,   nie   powinni   pretendować   do   normalności?   Że   nie   dla   nich   nawet   taka 
najnormalniejsza rzecz pod słońcem jak miłość?

– Oczywiście, że wolno wam się zakochać – powiedziała Phoebe i Nick był jej wdzięczny 

za to, że zabrała głos w tej sprawie. 

Sam był zbyt poruszony słowami Petera, żeby zebrać myśli, a co dopiero mówić. 
– I cieszę się, że się wam to przytrafiło – ciągnęła Phoebe. – Popełniliście tylko błąd, nie 

wtajemniczając   wcześniej   w   swoje   plany   pani   Stubbings,   nie   mówiąc   jej,   co   do   siebie 
czujecie. Nie mówiąc jej, że chcecie być razem. 

Phoebe urwała i zamrugała szybko powiekami. 
– Gdybyście to zrobili – podjęła – pani Stubbings na pewno cieszyłaby się za was oboje, 

bo   na   pewno   zgodzi   się   ze   mną,   że   miłość   rozkwitająca   w   tak   niesprzyjających 
okolicznościach to niemal cud. Poza tym, miłości się nie wybiera, to ona wybiera nas. 

Wstała i rzucając Nickowi wyzywające spojrzenie, dodała:
– Tyle chciałam powiedzieć. I wymaszerowała z sali. 

background image

Nick otworzył usta, lecz nie znajdując słów, zamknął je z powrotem. Chciał wybiec za 

Phoebe, ale co by jej powiedział? Musiał sobie jeszcze wiele rzeczy przemyśleć, zanim z nią 
na poważnie porozmawia. 

Zresztą, był potrzebny Peterowi. 
Spojrzał   na   przyjaciela   i   stwierdził,   że   ten   wcale   go   nie   potrzebuje,   może   tylko   do 

usunięcia z sali pani Stubbings i Malcolma. 

Bo Peter uśmiechał się błogo do Jackie, a ona odwzajemniała mu się równie błogim 

uśmiechem. 

– Proszę pani – zwrócił się Nick do oszołomionej kobiety – zechciałaby pani przejść z 

Malcolmem do pokoju dla personelu i omówić tam z nim przy kawie szczegóły wielkiej 
wyprawy tej pary?

Wziął panią Stubbings pod rękę, przywołał ruchem głowy kolegę i we trójkę opuścili 

pokój. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Po spacyfikowaniu pani Stubbings do tego stopnia, że zaczęła planować, jak wyprawi 

Jackie w podróż, Nick przeprosi! i wrócił do sali Petera. 

Tak   jak   się   spodziewał,   Jackie   już   tam   nie   było,   ale   na   twarzy   Petera   wciąż   gościł 

uśmiech. 

– Pani Stubbings się zgadza? – spytał. Nick kiwnął głową. 
– Powinniśmy byli to lepiej rozegrać, powiedzieć tej biedaczce, co do siebie czujemy, ale 

dopadło nas tak znienacka. Twoja Phoebe ma rację. Miłości się nie wybiera. To ona wybiera 
nas. 

– Ona nie jest moją Phoebe – zaprotestował Nick. – Sama wciąż mi powtarza, że jest 

uodporniona na takich jak ja. 

– Bzdura! – fuknął Peter. – Nie zapominaj, że się z nią widuję. Co tam się stało na balu?
– Chciała mnie zaciągnąć do łóżka! – warknął Nick. – Szlag mnie trafił. Mnie się marzy 

romantyczna miłość, a jej chodzi tylko o seks. 

–   Czy   mówimy   tutaj   o   tej   samej   Phoebe?   –   spytał   Peter.   –   Ciemnowłosej 

dwudziestoparoletniej lekarce z twojego zespołu?

Nick kiwnął głową. 
– No to się mylisz – stwierdził Peter. – Może i chciała seksu, ale na pewno nie tylko. 

Pamiętaj, że umysł kobiety pracuje inaczej, chociaż moim zdaniem musiałeś ją źle zrozumieć. 
Gdyby była na ciebie uodporniona, to nawet przez myśl by jej nie przeszło, żeby iść z tobą do 
łóżka. A swoją drogą, na czym polega ta odporność?

Nick, patrząc w okno, odtwarzał w pamięci słowa, które padły na balu. 
– Nie powiedziała – mruknął w zamyśleniu – ale wydaje mi się, że gdyby twój ojciec 

miał już piątą z kolei żonę, też byś się miał na baczności. 

– Jeśli naprawdę o to chodzi, to zapewniam cię, że jeszcze większą nieufność wzbudza 

mężczyzna, który co tydzień pokazuje się z inną kobietą – zauważył Peter. – Ale między 
wami musi coś być. 

– Tylko kiedy się całujemy – powiedział Nick i Peter się roześmiał. – Nie ma w tym nic 

śmiesznego – zgromił go Nick. 

– Waśnie że jest. Spójrz na siebie. Szalejesz za dziewczyną o dynamitowym pocałunku, a 

siedzisz tu i gadasz ze mną, zamiast być teraz z nią. Wynocha. 

Phoebe   otworzyła   drzwi   w   starym   szlafroku,   który   tak   skrytykowała   kiedyś   Jess,   i 

natychmiast tego pożałowała. 

Ale jeśli dobrze się zastanowić, to w czym miała otwierać drzwi? W balowej sukni?
– Nie zaprosisz mnie do środka? – spytał Nick. 
– Proszę, wejdź. – Wprowadziła go do saloniku. – Brałam właśnie prysznic, zaraz się 

przebiorę. Siadaj. Napijesz się czegoś? Kawy? Whisky?

– Może być kawa. 
Phoebe wycofała się pośpiesznie do kuchni, żeby mu ją zaparzyć, a przy okazji dojść 

background image

trochę do siebie. 

– No i co się wydarzyło u Petera po moim wyjściu? – spytała, wracając do pokoju. 
Postawiła przed Nickiem kubek z kawą i talerzyk z herbatnikami. 
Spróbował się uśmiechnąć. 
– Chyba udało ci się zapobiec wielkiej konfrontacji – stwierdził. – Zwłaszcza że Peter i 

Jackie przyjęli twoje słowa za rodzaj błogosławieństwa i natychmiast zaczęli się do siebie 
uśmiechać, tak jakby w pokoju nikogo poza nimi nie było. 

Uniósł kubek do ust i zerknął ponad jego krawędzią na Phoebe, ciekaw jej reakcji. Nie 

zauważył żadnej!

– Wyprowadziłem stamtąd panią Stubbings i Malcolma – podjął – na naradę do pokoju 

dla   personelu   i   doszliśmy   tam   do   porozumienia.   Pani   Stubbings   po   głębokim   namyśle 
zgodziła się. 

Tym razem dostrzegł reakcję. Phoebe się uśmiechnęła. 
– Poznałam twoją matkę – odezwała się, zmieniając temat. 
– Skoro tak, to już wiesz, że projektuje suknie ślubne – powiedział Nick. – Mój ojciec 

zmarł, kiedy ja i moje trzy siostry byliśmy jeszcze mali. Matka musiała nas jakoś utrzymać. 
Zawsze lubiła szyć  i mogła to robić w domu, a więc wybór zawodu był dla niej sprawą 
oczywistą. Ta praca sprawiła chyba, że mama wyrobiła sobie swoisty pogląd na instytucję 
małżeństwa. Uważa, że jeśli dwoje ludzi się pobiera, to już na całe życie. I wbijała nam to do 
głów od dzieciństwa. 

– Zdarzają się przecież takie małżeństwa – mruknęła Phoebe. 
– Tak, ale jak często? – Nick pokręcił głową. – Kocham matkę i bardzo się boję, że nie 

zdołam spełnić jej oczekiwań. Mam uraz na tym punkcie. Moje siostry chyba też. Żadna nie 
wyszła jeszcze za mąż. 

– Jak długo można to odwlekać? – spytała Phoebe i serce zabiło jej żywiej. 
– Nie mam pojęcia – mruknął. – Zielonego. Przeczesał palcami włosy. 
–   Jeszcze   niecały   miesiąc   temu   byłem   normalnym,   zrównoważonym   mężczyzną. 

Zrównoważonym, jeśli nie brać pod uwagę tej fobii na punkcie nieudanego małżeństwa. I 
nagle niewinny pocałunek z koleżanką na korytarzu przewrócił mój świat do góry nogami. 
Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wszystko oszalało. 

Te słowa wywołały u Phoebe dreszcz i obudziły w jej sercu nadzieję. 
– I dopiero dzisiaj, słuchając cię tam, u Petera, zrozumiałem, co było tego powodem. 

Zrozumiałem, że nie mogę bez ciebie żyć. Czy nie jest jeszcze za późno, żebyśmy zaczęli 
wszystko od początku, Phoebe?

Chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. W końcu, wyczuwając napięcie, z 

jakim Nick czeka na jej odpowiedź, kiwnęła głową. 

Uśmiechnął się. 
– To miało znaczyć „tak, za późno”, czy „tak, możemy zacząć od początku”?
Nadal nie mogła dobyć z siebie głosu. Wstała, podeszła do niego, uklękła i podniosła w 

jego stronę głowę. 

Ale Nicka gnębiło chyba coś jeszcze. Zamiast ją pocałować, wyprostował się i przejechał 

background image

ręką po włosach. 

– Od dawna chciałem cię zapytać, dlaczego na początku wybrałaś Charlesa, a nie mnie? – 

powiedział. 

Phoebe westchnęła. 
–   Po   prostu   szukałam   miłości,   Nick.   A   Charles   wydał   mi   się   mężczyzną,   o   jakim 

marzyłam... 

– Nie to co ja?
– W tobie widziałam takiego jak mój ojciec playboya. To dla mnie nauczka, żeby nie 

oceniać książki po okładce. 

– A co myślisz o mnie teraz? Phoebe uśmiechnęła się. 
– Powiem ci, jak przeczytam tę książkę. 

background image

EPILOG

Jackie Carter wzięła niemowlę na ręce. 
– Cześć, Jack – szepnęła. – Jestem twoją mamusią chrzestną, wiesz?
Przekazała go uśmiechniętemu od ucha do ucha Peterowi. 
– Jack Peter David! Imiona nie mogą być wyszukane. Może kiedyś każesz zwracać się do 

siebie per JP, DżejPi. Nie, to mi jakoś nie brzmi. Lepiej będzie Peter Jack. PJ, PiDżej. 

–   W   szkole   przezywaliby   go   Pidżama   –   zauważyła   Phoebe.   Siedziała   na   łóżku   i 

przyglądała się z uśmiechem, jak jej dwoje przyjaciół zachwyca się jej nowo narodzonym 
synkiem. – Zresztą Nick mówi, że w naszym życiu jest tylko jeden Peter, czyli ty. Poślubiając 
Jackie, zrobiłeś nam wielką przysługę, bo teraz możemy dać mu imię po niej. 

Odebrała dziecko od Petera. 
– A gdzież to szczęśliwy tatuś? – spytał Peter. 
– Też pytanie. W poradni. Przywiózł mnie do szpitala,  posiedział  z godzinkę, potem 

przypomniał sobie, że miał czegoś dopilnować, i tyle go widziałam. Pojawił się potem tylko 
raz, żeby zobaczyć Jacka zaraz po przyjściu na świat. 

– Ale przysyła ci kwiaty. – Jackie rozejrzała się znacząco po pokoju, który wyglądał jak 

kwiaciarnia. 

– I przyniósł szampana, żeby skropić nim dzidziusiowi główkę – oznajmił od drzwi Nick. 
Obejrzeli się. Stał w progu z zieloną butelką w jednej ręce i czterema kieliszkami na 

wysokich nóżkach w drugiej. 

– Jak również coś na ząb dla swojej żony, która podczas ciąży odzyskała apetyt. 
Mrugnął porozumiewawczo do Phoebe, podszedł do niej, odstawił butelkę szampana i 

kieliszki na stoliczek, i pochylił się nad synem. 

– Cześć, Jack! – powiedział, muskając palcem wskazującym policzek niemowlęcia. – 

Poczęstujemy mamusię łyczkiem szampana, ty musisz jeszcze trochę poczekać na swojego 
pierwszego drinka. 

Wziął   śpiące   dziecko   na   ręce   i   przeniósł   je   do   kołyski.   Potem   odkorkowat   butelkę, 

napełnił kieliszki i wzniósł toast. 

– Za nas wszystkich!
Phoebe sączyła szampana i przysłuchiwała się rozmowie. W końcu Nick uznał, źe jest 

zmęczona, i wyprosił gości za drzwi. Potem sam przysiadł na krawędzi łóżka i spojrzał jej w 
oczy. 

– No i co? – zapytała. 
–   Za   wcześnie   o   tym   mówić   –   mruknął.   –   Trzeba   to   jeszcze   przetestować.   Ale   jest 

nadzieja,   że   ta   nowa   metoda   klonowania   komórek   przyniesie   rezultaty.   –   Pochylił   się   i 
pocałował ją w usta. – Dzięki za wyrozumiałość. Musiałem być wczoraj w laboratorium, 
Obiecuję, że przy następnym dziecku nie odstąpię cię na krok. 

Wzruszenie ścisnęło ją za gardło. Szybko zamrugała powiekami. 
– Tylu  ludzi czeka z nadzieją na wyniki twojej pracy – przypomniała  mu. Wskazała 

background image

ruchem głowy na dziecko. 

– Może nawet Jack skorzysta z nich w przyszłości. Jak mogłam nie okazać zrozumienia. 
Nick wziął ją w ramiona i przytulił mocno. 
– Miłość to jednak wspaniała rzecz! – mruknął i wiedziała, że nie ma na myśli ani jej ani 

dziecka, lecz szczęście, które ich łączy. 

I będzie łączyło zawsze. 
Bo cokolwiek by powiedzieć, zostało wszyte w szwy jej ślubnej sukni. 


Document Outline