background image

Jayne Ann Krentz

Dolina 

klejnotów

1

background image

Rozdział pierwszy

O

głoszenie   na   ostatniej   stronie   katalogu   księgarskiego   było   małe   i   dyskretne,   toteż 

jedynie   doświadczony   kolekcjoner   białych   kruków   mógł   się   zorientować,   że   oferowany   na 

sprzedaż wolumin to unikatowy przykład osiemnastowiecznej erotyki.

DO   SPRZEDANIA:   „Dolina   tajemniczych   klejnotów”   Burleigha.   Pierwsze   wydanie,  

1795. Plansze. Stan bardzo dobry. Kontakt: Mercy Pennington, Pennington's Second Chance  

Bookshop, Ignatius Cove, Waszyngton. Tel.: (206) 555-1297.

Chociaż   Croft   Falconer   spędził   mnóstwo   czasu   nad   tymi   pięcioma   linijkami,   po   raz 

kolejny   przeczytał   ogłoszenie,   mając   nadzieję,   że   znajdzie   wreszcie   jakąś   wskazówkę 

pozwalającą się domyślić, jakim cudem książka pojawiła się na rynku po tylu latach.

Croft zignorował podany numer telefonu. W swoim domu na wybrzeżu nie miał telefonu. 

Nie miał też telewizora, radia ani kuchenki mikrofalowej. Mógł wprawdzie pojechać do miasta i 

zadzwonić z automatu, ale wiedział, iż będzie to daremny trud.

Musiał na własne oczy zobaczyć  książkę, aby być pewnym, że jest to ta, o którą mu 

chodziło. Chciał także osobiście poznać tę Mercy Pennington i dowiedzieć się, kim jest, ile wie i 

skąd ma książkę.

Jedyną bezsporną rzeczą był niepokojący fakt, iż ta książka nie miała prawa istnieć.

Dolina powinna była spłonąć w ogniu, który trzy lata wcześniej zniszczył znajdującą się 

na wyspie fortecę Egana Gravesa. Croft był naocznym świadkiem pożaru. Czuł na sobie jego 

diabelski żar, widział ogarniające wszystko płomienie i słyszał przeraźliwe okrzyki ofiar ognia.

Jakim cudem coś, co powinno było sczeznąć w płomieniach, pojawiło się znów w jakimś 

prowincjonalnym katalogu księgarskim? Istnienie książki otwierało na nowo sprawę, którą Croft 

uważał za zamkniętą na zawsze. Jeśli książka przetrwała pożar, to Croft musiał wziąć pod uwagę 

2

background image

również inną możliwość: iż jej ówczesny właściciel, Egan Graves, także wyszedł cało z tego 

pożaru.

A to by oznaczało, że Croft pokpił sprawę.

Ogłoszenie   o  Dolinie  dawało   asumpt   do   pewnych   pytań,   na   które   należało   znaleźć 

odpowiedź. Wskazywało na ślad, którym trzeba było podążyć.

Ślad zaczynał się u panny Mercy Pennington w Ignatius Cove w stanie Waszyngton.

Croft spoglądał przez okno swego gabinetu na oświetlony wschodzącym słońcem Pacyfik 

i rozmyślał o pannie Mercy Pennington. Nim doszedł do jakichkolwiek wniosków, rottweiler 

cicho zaskomlał mu za plecami. Croft rzucił okiem na wielkiego psa. Zwierzę odpowiedziało mu 

pełnym nadziei spojrzeniem.

- Masz rację, czas pobiegać - powiedział Croft. - Chodźmy na plażę. Już dzisiaj na pewno 

nie będę medytował.

Pies w milczeniu zaakceptował odpowiedź swego pana i ruszył do drzwi.

Gdyby ktoś zapytał Crofta o jego związek z rottweilerem, odpowiedziałby, iż po prostu 

jest jednym z tych ludzi, którzy lubią psy. W rzeczywistości miał o wiele więcej wspólnego ze 

stworzeniem, które szło teraz obok niego. Odwieczne, dzikie, myśliwskie instynkty nadal krążyły 

w żyłach rottweilera, choć na ogół zwierzę zachowywało się poprawnie i było do przyjęcia w 

cywilizowanym świecie. Jednakże w razie prowokacji fasada grzeczności zarówno u człowieka, 

jak i u psa, znikała natychmiast, odsłaniając drapieżne instynkty.

Croft   odsunął   japoński   parawan   i   wyszedł   do   holu.   Pokój   po   przeciwnej   stronie 

wyłożonego kafelkami korytarza wabił i kusił. Croft zajrzał do środka, czując, jak przyciąga go 

czysta   prostota.   Surowa   drewniana   podłoga,   pleciona   mata   i   wytwornie   skromna   dekoracja 

kwiatowa   w   niskim,   czarnym   wazonie   z   ceramiki   obiecywały   schronienie.   Okres   spokojnej 

porannej medytacji był dla Crofta tak samo ważną częścią jego codziennego życia, jak bieganie i 

wyczerpujące   ćwiczenia,   które   pomagały   mu   utrzymać   się   w   szczytowej   formie   w   walkach 

wschodnich.

Croft   przywiązywał   dużą   wagę   do   swych   przyzwyczajeń.   Wszystkie,   od   porannej 

medytacji   do   późniejszej   filiżanki   perfekcyjnie   zaparzonej   herbaty,   były   codziennymi 

składnikami   jego   doskonale   zorganizowanego,   samowystarczalnego   świata.   Nie   lubił 

rezygnować nawet z najdrobniejszych elementów samodzielnie wypracowanych rytuałów.

3

background image

Tego ranka nie miał wielkich nadziei na takie uspokojenie umysłu, które prowadziłoby do 

medytacyjnego transu. Zbyt wiele pytań wirowało mu w głowie; zbyt wiele materializowało się 

groźnych możliwości.

Postanowił, iż musi mu wystarczyć poranny bieg. Z psem u boku wyszedł z domu tylnymi 

drzwiami.

Croft miał na sobie tylko parę dżinsów i gdyby obserwowała go w tym momencie jakaś 

kobieta, byłaby zafascynowana harmonijnymi ruchami mięśni jego pleców i ramion. Emanował 

zdrową,  wytrenowaną  i   kontrolowaną   siłą.  Nikt  jednak  nie   przyglądał  się   zgrabnej   sylwetce 

mężczyzny. Croft nigdy nie sprowadzał kobiet do swego samotnego domu na wybrzeżu Oregonu.

Pięć   minut   później   mężczyzna   i   pies   biegli   po   błyszczącym   piasku   na   skraju   wody. 

Powietrze pełne było światła i energii nowego dnia i Croft razem z psem oddychali głęboko, 

biegnąc do odległego punktu na końcu plaży.

Podczas biegu Croft nadal zastanawiał się nad zupełnie nieznanym i nieprzewidywalnym 

kawałkiem nowej układanki - nad panną Mercy Pennington.

M

ercy   spojrzała   na   wielką   stertę   romansów   i   kryminałów,   które   wylądowały   przed 

chwilą na ladzie obok kasy. Uśmiechnęła się do kobiety po drugiej stronie lady, usiłując nie 

okazywać satysfakcji. Christina Seaton była doskonałą klientką. Można było liczyć, że kupi co 

miesiąc   przynajmniej   dwadzieścia   książek.   Za   każdym   razem,   kiedy  Christina   wchodziła   do 

księgarni Pennington's Second Chance, Mercy odczuwała przyjemny dreszczyk. W głębi duszy 

wiedziała, że tylko ktoś prowadzący, tak jak ona, niewielki interes, zrozumie istotę jej uczucia 

wobec tej właśnie klientki.

- Czy to już wszystko, Christino?

Klientka uśmiechnęła się. Miała lat trzydzieści, była więc o parę lat starsza od Mercy i 

cechowała ją ta świeża atrakcyjność, która doskonale pasowała do modnych dżinsów, luźnego 

swetra i drogich pantofli.

- Jeszcze pytasz? Moje dzieciaki i tak będą w tym miesiącu chodzić bez butów.

Mercy   roześmiała   się   głośno.   Niewielu   doprawdy   dzieciom   w   Ignatius   Cove   groziło 

chodzenie   bez   butów   czy   też   bez   czegokolwiek   innego,   o   czym   by  zamarzyły.   Miasteczko, 

położone   na   północ   od   Seattle,   było   oazą   bogatych,   odnoszących   sukcesy   ludzi,   z   których 

4

background image

większość pracowała w dużym mieście, ale wolała mieszkać z rodzinami w małym miasteczku. 

Ignatius   Cove   miało   same   zalety   -   leżało   dość   blisko   Seattle,   aby   można   było   korzystać   z 

wielkomiejskich uciech, a mimo  to symbolizowało wszelkie radości i korzyści wynikające z 

wiejskiego położenia nad brzegiem morza.

Mercy   świetnie   zdawała   sobie   sprawę   z   charakterystycznych   cech   Ignatius   Cove   od 

chwili, gdy odkryła tę miejscowość. Kiedy dwa lata wcześniej zaczęła szukać miejsca dla swojej 

księgarni,   dokładnie   wiedziała,   czego   chce:   dobrze   sytuowanej   i   wykształconej   zbiorowości, 

potencjalnych klientów księgarni, którzy mieli możliwości, aby zaspokajać swe zainteresowania. 

Ignatius Cove było miejscem idealnym.

Mercy nie usiłowała nawet konkurować z istniejącą już w miasteczku księgarnią, która 

specjalizowała się w najnowszych bestsellerach i albumach sztuki. Postanowiła wypełnić lukę na 

rynku   książki   z   drugiej   ręki,   uzupełniając   swoje   bogate,   uporządkowane   zapasy   nowymi 

popularnymi wydaniami w miękkich okładkach.

Takie połączenie okazało się udane i zyskowne. Pod koniec pierwszego roku działalności 

księgarnia  Pennington's Second Chance  zarobiła tyle, aby utrzymać się na rynku. Pod koniec 

drugiego roku Mercy miała już solidną klientelę. Swój sukces mierzyła tym, że teraz kupowała 

wino korkowane zamiast kapslowanego.

- Dorrie mówi, że jedziesz w przyszłym tygodniu na urlop - stwierdziła Christina, kiedy 

Mercy przygotowywała jej rachunek. - Najwyższy czas.

Mercy uśmiechnęła się, a jej lekko skośne, zielone oczy zabłysły z radości. Odruchowo 

uniosła rękę i założyła za ucho kosmyk złotobrązowych włosów.

- Po części jest to interes, po części - urlop. Okropnie się cieszę. W zeszłym miesiącu 

kupiłam na pchlim targu pudło chłamu i znalazłam w nim bardzo ciekawą starą książkę, która ma 

pewną wartość. Dałam ogłoszenie do katalogu starych książek. Po kilku dniach zadzwonił jakiś 

człowiek z Kolorado, który chce ją kupić. Mam mu ją dostarczyć w przyszłym tygodniu, kiedy 

pojadę na urlop.

- Chcesz  ją osobiście  zawieźć  do  Kolorado?   Czy to  aby  nie  przesada?  Dlaczego   nie 

możesz wysłać jej pocztą?

- Ten człowiek chce, abym mu dostarczyła tę książkę do rąk własnych. Powiedział, że nie 

ma zaufania do poczty, a ten egzemplarz jest bardzo ważny dla jego kolekcji. Rozumiem, że 

5

background image

poszukiwał go od jakiegoś czasu. Poza tym wlicza koszty mojej podroży do Denver w cenę 

książki. Mówi, że sam nie lubi podróżować.

- Płaci ci za podroż?

Mercy skinęła głową, kończąc podliczanie rachunku.

- Powiedział, żebym leciała business class, ale nie mam takiego zamiaru. Już i tak dość go 

to wszystko kosztuje. Polecę do Denver i wynajmę samochód, żeby dojechać na miejsce. To jest 

gdzieś w górach, chyba na odludziu. Zaprosił mnie, abym spędziła u niego kilka dni. Później 

przejadę się bez pośpiechu przez Góry Skaliste i wrócę do Denver. Stamtąd przylecę do domu.

- Hmmm. Brzmi interesująco. Młody czy stary?

- Kto?

- Twój klient - wyjaśniła niecierpliwie Christina. - Jest młody czy stary?

- Och. - Mercy zamyśliła się, marszcząc nos. - Prawdę mówiąc, nie jestem pewna. Przez 

telefon miał bardzo miły głos. Kulturalny, jeśli wiesz, o co mi chodzi, choć nie mam pojęcia, ile 

może mieć lat. Pewno ze czterdzieści.

- Trochę za stary, ale w granicach możliwości. Kobieta musi być dzisiaj elastyczna w 

swoich poglądach.

- Niezależnie od wieku nie jest najwyraźniej za stary, żeby wydać majątek na książkę. 

Wczoraj przesłał mi pieniądze.

Christina wybuchnęła śmiechem.

- Jesteś za młoda, żeby pieniędzmi zastąpić w życiu miłość.

- Nic podobnego. Zajmowanie się interesami  szybko człowieka postarza. Suma, którą 

zapłacił za  Dolinę,  wystarczy mi na opłacenie wielomiesięcznego czynszu. Ponadto dał mi do 

zrozumienia,   że   być   może   wliczy   w   cenę   książki   kilka   egzemplarzy   ze   swojej   kolekcji. 

Mogłabym  dać ogłoszenie tak samo  jak przy tej pierwszej  książce.  W ten sposób naprawdę 

zajmowałabym się białymi krukami. Oto dobra strona prowadzenia antykwariatu.

- Rozumiem.  - Christina  zmrużyła  oczy,  jakby wypatrując  czegoś  w  oddali.  - Mercy 

Pennington, antykwariuszka.

-  Nieźle   to   brzmi,   musisz   przyznać   -   stwierdziła   Mercy  z   zadowoleniem.   -   Pierwsze 

wydania, prywatne druki, piękne osiemnastowieczne oprawy, miedziorytowe ilustracje. Francja 

elegancja.

6

background image

- Czy to znaczy, że mam gdzie indziej zacząć szukać romansów i kryminałów?

-   Jeszcze   nie.   -   Mercy   roześmiała   się.   -   Wejście   na   rynek   rzadkiej   książki   zabiera 

mnóstwo czasu i pieniędzy. Nawet jeśli wszystko dobrze pójdzie ze sprzedażą tej książki, jeszcze

bardzo długo będę sprzedawała te używane tytuły. Białe kruki będą zajęciem ubocznym i nie 

wiadomo, czy staną się czymś bardziej znaczącym.

- Cóż, życzę ci szczęścia. I baw się dobrze na wycieczce do Kolorado. Czy Dorrie zajmie 

się księgarnią podczas twojej nieobecności?

Mercy kiwnęła głową.

- Wydaje  mi  się, że z  przyjemnością  zajmie  się wszystkim  przez  tydzień.  Nigdy nie 

zostawiałam jej samej na dłużej niż parę godzin.

W gruncie rzeczy Dorrie Jeffers była absolutnie zachwycona perspektywą samodzielnego 

prowadzenia   księgarni.   Po   kilku   miesiącach   pracy   w   niepełnym   wymiarze   godzin   chciała 

skorzystać z okazji.

- Dlatego właśnie tak bardzo potrzebujesz urlopu. Traktujesz ten sklep jak pierworodne 

dziecko. Poświęcasz mu stanowczo za dużo czasu. Musisz się od czasu do czasu zająć czymś 

innym. - Christina wzięła z lady papierową torbę pełną książek i odwróciła się w stronę wyjścia. - 

Baw się dobrze i uważaj za kierownicą. Drogi w Górach Skalistych nie są zbyt bezpieczne.

- Będę uważać.

-   I   przyjrzyj   się   dobrze   swemu   klientowi.   Nie   traktuj   go   wyłącznie   jako   środka   do 

rozpoczęcia nowej kariery w handlu białymi krukami. Nigdy nie wiadomo. To może być bardzo 

przystojny samotnik, czekający na kobietę swego życia, która go wyprowadzi z górskiej pustelni.

- Wątpię. Dlaczego tak bardzo ci zależy, żebym wyszła za mąż? Nie czytałaś opracowań 

socjologicznych, które mówią, iż kobiety stanu wolnego są szczęśliwsze niż mężatki?

- My, kobiety zamężne, nie lubimy patrzeć na panny, szczęśliwe, bogate i niezależne. - 

Christina uśmiechnęła  się. -To psuje obraz małżeństwa.  Poza tym  niedola  lubi towarzystwo. 

Uważaj na siebie, Mercy. Do zobaczenia po twoim powrocie. - Christina otworzyła drzwi i w 

sklepie rozległ się wesoły dźwięk dzwoneczka.

Mercy poczekała, aż dzwoneczek umilknie, po czym  wyszła zza lady,  żeby poprawić 

krzywo stojące półki z tyłu sklepu. W księgarni nie było nikogo, zbliżał się czas zamykania 

antykwariatu. Mercy zaczęła myśleć o kolacji.

7

background image

W   domu   w   szafce   miała   paczkę   gryczanego   makaronu.   I   była   prawie   pewna,   że   w 

zamrażarce jest jeszcze trochę sosu  pesto.  W kuchni czekała także butelka  zinfandela.  Mercy 

czekał  długi wieczór, w dodatku był  to wieczór  piątkowy.  Piątek zawsze oznaczał  pewnego 

rodzaju   uroczystość,   mimo   iż   księgarnia   była   otwarta   również   w   soboty.   Takie   małe 

przedsięwzięcia wymagały sześciodniowego tygodnia pracy. Po dwóch latach Mercy zdążyła się 

już przyzwyczaić do takiego trybu życia.

Wyjazd do Kolorado w poniedziałek rano miał być pierwszym prawdziwym urlopem od 

dwóch lat.

Nie wszyscy uważaliby zresztą tę wycieczkę za urlop, pomyślała ironicznie Mercy. W 

końcu była to zdecydowanie wyprawa w interesach. Mercy była jednak tak podekscytowana, 

jakby   wypływała   w   rejs   dookoła   świata.   Sprzedaż  Doliny   tajemniczych   klejnotów  była 

kamieniem milowym w jej karierze. Otwierał się przed nią nowy, wspaniały świat. Jeśli dobrze 

rozegra   karty,   znajdzie   się   w   ekskluzywnej   atmosferze   towarzystwa   antykwariuszy.   Ignatius 

Cove przyniosło jej szczęście.

Jej życie bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, pomyślała z satysfakcją Mercy. 

Dokładnie dwa lata wcześniej przekonała się, do jakiego stopnia nie zna się na mężczyznach. 

Musiała odwołać swój ślub i zrezygnować z pracy w bibliotece  publicznej. Teraz  mężczyzn 

traktowała z dużo większą ostrożnością, nie miała żadnego stałego przyjaciela, była szczęśliwa i 

doskonale urządzona w nowej pracy.

Stając na palcach, aby dosięgnąć książki na górnej półce, Mercy wróciła myślami  do 

kolacji. Zacisnęła palce na książce i nagle poraziło ją wrażenie, iż ktoś ją obserwuje. Było to 

nieprzyjemne   uczucie,   zwłaszcza   że   nie   słyszała   dzwoneczka,   który   dźwięczał   przy   każdym 

otwarciu drzwi. Mercy była absolutnie pewna, że nie jest w księgarni sama. Znieruchomiała.

- Szukam Mercy Pennington.

Krzyknęła i gwałtownie się odwróciła. Przy końcu rzędu półek stał jakiś mężczyzna. Jej 

pierwsze wrażenie dotyczyło ciemności... nieprzyjemnej, ogarniającej wszystko ciemności. Do 

sklepu wtargnął upiór nocy, szczupły, ponury duch z włosami koloru kruczego skrzydła. Miał na 

sobie czarne spodnie, czarne buty i czarną, rozpiętą pod szyją koszulę. Nawet dźwięk jego głosu 

przywodził na myśl noc i wszystkie jej tajemnice. Echo własnego imienia i nazwiska wydało się 

Mercy głębokie i ciemne jak dno oceanu.

8

background image

Jedynie  w   jego  oczach   dojrzała   promień   światła.   Osadzone   w  ciemnej  twarzy,   miały 

dziwny orzechowy odcień. Wyraz oczu był niepokojąco inteligentny i przenikliwy. Patrząc w nie 

Mercy zastanawiała się, jak człowiek może osiągnąć tak głęboki, wyrafinowany spokój.

I   co   mogłoby   zakłócić   spokój   tych   oczu?   Jakaś   prymitywna,   kobieca   cząstka   Mercy 

chciała   odkryć   tę   tajemnicę.   Przez   jedną   krótką,   kuszącą   chwilę   Mercy   zapragnęła   uderzyć 

obcego w twarz albo go pocałować, aby sprawdzić, czy uda jej się zmienić spokojny wyraz jego 

oczu.

Z niepokojem stwierdziła, że jej reakcje wynikają z zafascynowania obcym, który bez 

uprzedzenia   pojawił   się   w   jej   życiu.   Nigdy   do   tej   pory   nie   spotkała   mężczyzny,   który 

wywoływałby w niej natychmiastowe i gwałtowne poczucie świadomości własnej kobiecości. 

Uczucie było tak silne i obezwładniające, że musiała przytrzymać się najbliższej półki.

Pomyślała, że nieznajomy ma jakieś trzydzieści parę lat, może trochę więcej. W jego 

twarzy   wszystko   było   kanciaste:   wysokie   kości   policzkowe,   twardo   zarysowana   szczęka, 

arogancko   sterczący   nos.   I   stał   przed   nią   z   wyszukanym,   niemal   erotycznym   wdziękiem, 

atakującym jej zmysły.

Jego usta zaciśnięte były w wąską linię i powinny wyrażać całkowity brak emocji, ale z 

jakiegoś niejasnego powodu Mercy odnosiła wprost przeciwne wrażenie. W twardo zaciśniętych 

ustach dostrzegła wielki potencjał emocjonalny i umiejętność panowania nad sobą. Nie mogła 

jednak odkryć, czy za zimnym wyrazem ust kryje się namiętność, czy też przemoc.

Mercy pomyślała, że porywające byłoby każde uczucie, jakim ten mężczyzna obdarzyłby 

kobietę. Usiłowała otrząsnąć się z paraliżującej niemocy.

- Jestem Mercy Pennington. Przestraszył mnie pan. Nie słyszałam, kiedy pan wszedł. - 

Mocno wzięła się w garść. - Dzwonek nad drzwiami musiał się popsuć.

Mężczyzna rzucił okiem na drzwi.

- Dzwonek nie jest zepsuty- stwierdził.

- Przecież zawsze dzwoni, kiedy drzwi się otwierają.

- Tym razem nie zadzwonił. - Mężczyzna wzruszył ramionami. Tajemnica bezgłośnego 

dzwonka najwyraźniej nie była dla niego niczym ważnym. - Jeśli pani jest Mercy Pennington, ma 

pani na sprzedaż pewną książkę. Chciałbym ją zobaczyć i jeśli to jest to, czego szukam, zapłacę 

każdą cenę.

9

background image

-   Książkę?   -   Mercy   niczego   nie   kojarzyła.   Coś   w   tym   człowieku   kompletnie   ją 

dezorientowało. Pytał ją o książkę, a przecież miała wrażenie, iż powinni rozmawiać o sprawach 

znacznie bardziej osobistych, znacznie ważniejszych. Poczuła przelotne wrażenie porozumienia, 

coś   takiego,   jakby   znała   go   już   pod   pewnym   względem,   choć   nie   wiedziała   nawet,   jak   się 

nazywa. - Mam na sprzedaż setki książek.

- Chodzi mi o Dolinę tajemniczych klejnotów Burleigha. Przyjechałem z daleka.

Zabrzmiało to tak, jakby przybył z zewnętrznych kręgów Hadesu.

- Ach, o tę książkę panu chodzi. - Mercy, zadowolona, że wszystko szybko się wyjaśni, 

dodała:   -   Przykro   mi,   ale   już   ją   sprzedałam.   -   Uśmiechnęła   się   szeroko.   -   Szkoda,   że 

niepotrzebnie tak daleko pan jechał.

Mężczyzna zmrużył orzechowe oczy.

- Kiedy pani ją sprzedała?

- Parę dni temu. Zadzwonił jakiś człowiek z Kolorado i powiedział, że kupuje w ciemno.

- Odebrał już swój zakup?

- Nie, w gruncie rzeczy...

- Zapłacę więcej.

Mercy poczuła się zakłopotana.

- Nie mogę czegoś takiego zrobić. To byłoby nieetyczne. On już mi zapłacił za książkę i 

obiecałam mu ją dostarczyć.

- Uważa pani, że to... nieetyczne sprzedać temu, kto da więcej?

- Tak - odparła szybko Mercy, której nie podobało się nowe, jeszcze intensywniejsze 

zainteresowanie nieznajomego. Usiłowała wyzwolić się z dziwnego uczucia, jakie ją pochłaniało. 

- A teraz, jeśli pan wybaczy, mam jeszcze coś do zrobienia przed zamknięciem sklepu. Jest już 

po piątej.

Ruszyła w jego stronę, mając nadzieję, iż zrozumie aluzję i sobie pójdzie. Czuła się lekko 

podenerwowana faktem, że byli w księgarni sami.

Nie był to mężczyzna, którego chciałoby się spotkać w wąskim przejęciu między półkami 

księgarni albo w ciemnym zaułku. Ledwo sobie to uświadomiła, w wyobraźni ujrzała  ciemną 

sypialnię. Niecierpliwie odrzuciła na bok pomysł o znalezieniu się z tym człowiekiem w tak 

niebezpiecznym otoczeniu.

10

background image

Kiedy dzielnie ruszyła w jego kierunku, przybyły ani drgnął. Przyglądał jej się uważnie, a 

jego   postać   wyrażała   spokój   i   równowagę,   choć   nieruchoma   sylwetka   wyglądała   dość 

niepokojąco. Na dwa kroki przed nim Mercy zmuszona była się zatrzymać. Zacisnęła palce na 

książkach,   która   wzięła   wcześniej,   aby   je   przestawić   na   inną   półkę,   i   zaczęła   poważnie 

rozpatrywać stopień grożącego jej niebezpieczeństwa. W Ignatius Cove nie popełniano wielkich 

przestępstw,  lecz  samotna  właścicielka  sklepu  pod  koniec  dnia   pracy  zawsze   była  łakomym 

kaskiem.

- Przepraszam, niech się pan odsunie - powiedziała z całą mocą, jaką udało jej się z siebie 

wykrzesać. Czytała gdzieś kiedyś, że w takiej sytuacji należy zachować spokój i opanowanie. 

Można było wówczas mieć nadzieję, że człowiek jakoś się obroni przed niebezpieczeństwem.

- Chciałbym zobaczyć tę książkę.

- Nie mam jej tutaj.

- A gdzie? - spytał  cierpliwie, co było bardzo denerwujące, ponieważ nie dawało się 

przewidzieć, jak długo taka cierpliwość potrwa.

- Mam ją w domu. - Mercy przełknęła ślinę. - Nie chciałam tutaj jej trzymać. To cenna 

książka.

Przyglądał się jej przez chwilę, wlepiając w nią orzechowe oczy. Potem kiwnął głową, 

najwyraźniej pod wpływem podjętej decyzji.

- Dobrze. Pójdę do pani domu. Jak to daleko stąd?

Mercy zawahała się, usiłując wymyślić najbezpieczniejsze rozwiązanie.

- Niedaleko. Można dojść piechotą. - Na ulicy miała szansę zawezwania pomocy, gdyby 

zaszła   taka   potrzeba.   Na   ulicy   były   samochody,   przechodnie   i   inni   właściciele   sklepów 

zamykających je na noc. Poczuje się znacznie bezpieczniej. - Proszę zaczekać na dworze, zaraz 

wyjdę.

Znów kiwnął głową, odwrócił się, przeszedł do końca regałów i znikł jej z oczu.

Mercy patrzyła za nim, wstrzymując oddech i czekając na dźwięk dzwonka, oznaczający, 

iż faktycznie opuścił księgarnię. Nie mogła uwierzyć, że tak to łatwo poszło. Jedna jej część, 

przekonana, iż znajduje się w niebezpieczeństwie, nadal wysyłała do układu nerwowego sygnały 

mówiące o konieczności walki lub ucieczki, choć inna część jej osobowości była nieprzyjemnie 

zdziwiona spokojnym wyjściem obcego. Nigdy dotąd nie spotkała mężczyzny, który wywierałby 

11

background image

taki   natychmiastowy   wpływ   na   jej   uczucia.   Było   to   dziwnie   zaskakujące,   choć   groźne 

doświadczenie.

Dzwonek nie zadzwonił i nie słychać było otwierania i zamykania drzwi, lecz Mercy 

wiedziała, iż została w księgarni sama. Ostrożnie podeszła do okna i wyjrzała.

Ciemnowłosy nieznajomy stał na chodniku, opierając się o zderzak czarnego Porsche. 

Wpatrywał się w drzwi sklepu, czekając na wyjście Mercy, z cierpliwością myśliwego, który 

osacza ofiarę.

Mercy odłożyła trzymane w ręce książki. Rzuciła się do drzwi, sięgając ręką do zasuwy. 

Gdyby ją zamknęła, mogłaby wyjść tylnym wyjściem albo wezwać policję.

Mężczyzna, jakby czytając w jej myślach, znalazł się przy drzwiach wcześniej od niej. 

Drzwi otworzyły się na tyle, aby w szparze zmieścił się czubek jego buta i Mercy wiedziała, że 

przegrała   wyścig.   Tym   razem   dzwonek   zadzwonił,   co   było   w   pewnym   sensie   absurdalnie 

uspokajające. Nagłe poczucie bezpieczeństwa w połączeniu z adrenaliną pulsującą jej we krwi 

sprawiło, iż Mercy wpadła w złość.

- Bardzo przepraszam - warknęła, uderzając drzwiami w jego nogę - ale to mój sklep i 

chciałabym go zamknąć. Proszę wyjść.

Spojrzał na nią taksującym wzrokiem.

- Boi się mnie pani, prawda?

- Powiedzmy, że nie jest pan klientem w moim typie.

- Rozumiem, Mercy Pennington, nie ma się pani czego bać. Chcę tylko zobaczyć książkę. 

Nic pani nie zrobię.

Mercy otworzyła usta, aby mu powiedzieć, że w tych warunkach trudno jej w to uwierzyć, 

kiedy jednak spojrzała mu w oczy, protest zamarł jej w gardle.

Z jakiegoś bezsensownego, nielogicznego powodu naprawdę mu uwierzyła. Zdała sobie 

sprawę, iż rzeczywiście nic jej nie grozi. Gdyby tak było, ujrzałaby to w jego oczach. W tej 

chwili była bezpieczna. Mercy nie miała pojęcia, skąd się brała jej pewność. Dziwne poczucie 

porozumienia   z   obcym   mężczyzną   na   poziomie   podświadomości   powtórnie   ją   przeszyło,   co 

jednocześnie uspokajało i niepokoiło.

12

background image

Mijały sekundy, a oni patrzyli sobie w oczy. Żadne się nie poruszyło. Mercy pomyślała 

nagle, że nic się nie stanie, jeśli pokaże  mu  cenny egzemplarz  Doliny.  Opuściła  rękę, którą 

przytrzymywała drzwi.

- Wezmę torebkę - mruknęła i odwróciła się do lady. Mężczyzna z powrotem wyszedł na 

chodnik. I tym razem brak dzwonka świadczył o tym, że opuścił sklep.

Kiedy w chwilę później Mercy wyszła z księgarni i stanowczym ruchem zamknęła za 

sobą drzwi, dzwonek zadźwięczał równie perliście co zawsze. Dziwny klient odezwał się, gdy 

przekręcała klucz w drzwiach.

- Czy ten dzwonek pani nie irytuje?

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Dzięki niemu wiem, kiedy ktoś wchodzi albo wychodzi. Nie irytuje, lecz ostrzega.

- Dla mnie byłby drażniący. Jest niepotrzebny. Nawet dźwięk ma dość nieprzyjemny. Są 

inne sposoby, żeby wiedzieć, iż nie jest się samemu.

Kiedy wszedł do księgarni po raz pierwszy, Mercy wiedziała, że ktoś przyszedł, chociaż 

dzwonek nie zadzwonił. Zmarszczyła  brwi na to wspomnienie, a potem z głośnym brzękiem 

wrzuciła klucze do torebki. Zrobiła to celowo. Była pewna, że ten człowiek nigdy nie brzęczał 

kluczami. Bezgłośnie wsunąłby je do kieszeni.

-   Chciałabym   wiedzieć   -   zaczęła   Mercy  lekko   agresywnym   tonem,   ruszając   szybkim 

krokiem - dlaczego dzwonek nie dzwonił, kiedy wchodził pan i wychodził z księgarni.

- Już mówiłem - odparł, idąc obok niej. - Nie podoba mi się jego dźwięk.

Mercy   obrzuciła   go   ostrym   spojrzeniem,   ale   nie   zwrócił   na   to   uwagi.   Przyglądał   się 

eleganckiej, wysadzanej drzewami, widocznie bogatej ulicy. Większość butików i sklepów była 

już zamknięta. Fasady sklepów epatowały elegancką,  stylizowaną  wiejskością, wystawy były 

dyskretne i pełne drogich towarów. Wśród nielicznych samochodów parkujących jeszcze przy 

krawężniku   przeważały   BMW,   Volvo   i   Mercedesy.   Przechodnie   nosili   koszulki   polo   z 

wyhaftowanymi   zwierzątkami,   markowe   szorty   i   porządne   buty.   Wyglądali   na   zdrowych   i 

zadowolonych z siebie.

- Dotąd nie wiem, kim pan jest - stwierdziła Mercy.

- Nazywam się Croft Falconer.

- Skąd pan przyjechał?

13

background image

- Mów mi  Croft albo Falconer,  jeśli wolisz, tylko  daruj  sobie tego „pana”. Jestem z 

Oregonu.

- Rozumiem. Czyli nie przyjechałeś po Dolinę aż tak bardzo z daleka, prawda? Oregon to 

trzy, cztery godziny jazdy stąd.

- Nie wszystkie odległości mierzy się w kilometrach.

Nie wiedząc, co powiedzieć na ten suchy komentarz, Mercy postanowiła zmienić temat. 

Wiedziała,   że   nie   obawia   się   już   tego   człowieka,   lecz   zdecydowanie   była   świadoma   jego 

obecności. Nie pasował do żadnej kategorii mężczyzn, którą mogłaby jakoś sklasyfikować. Było 

to równie intrygujące, co niepokojące.

- Co z samochodem? Jesteś pewien, że chcesz go tu zostawić? Na ulicy?

- Chyba przez jakiś czas nic mu się nie stanie? Ignatius Cove nie wygląda mi na taką 

miejscowość,   gdzie   gangi   zaczynają   okradać   samochody   na   głównej   ulicy   w   pięć   minut   po 

zachodzie słońca.

- Nie, ale...

- Nie przejmuj się moim samochodem, Mercy.

- Nie mam zamiaru - odparła oschle. - W końcu to jest twój samochód, nie mój.

Przeszli dwie przecznice, minęli mały placyk z fontanną na końcu ulicy, a potem skręcili 

w lewo, aby wejść na wzgórze, gdzie mieszkała Mercy. Kiedy doszli do końca dość stromej 

ulicy,  Mercy,  jak zwykle,  była  trochę zdyszana.  Spacer  do domu  stanowił niezłe  ćwiczenie. 

Kiedy   przystanęli   przed   jej   blokiem,   Mercy   stwierdziła,   iż   oddech   obcego   w   ogóle   się   nie 

zmienił. To ją lekko zirytowało. Przecież ten człowiek musiał mieć jakieś słabe punkty.

- Czym się interesujesz, Croft? - spytała, wyciągając klucze z torebki.

- Czym się interesuję? - Rzucił jej zagadkowe spojrzenie.

- Mówię o twojej kolekcji książek - wyjaśniła niecierpliwie, idąc schodami do swego 

mieszkania na pierwszym piętrze. - Przyjechałeś z Oregonu, żeby zobaczyć Dolinę, musisz więc 

kolekcjonować książki. Co cię przede wszystkim interesuje?

Po   raz   pierwszy   się   uśmiechnął,   choć   było   to   tylko   lekkie   uniesienie   kącików 

stanowczych   ust.   Mercy   odniosła   wrażenie,   iż   nieznajomy   nie   miał   wielkiej   wprawy   w 

uśmiechaniu się. Był to jednak autentyczny uśmiech i Mercy odczuła niejakie zadowolenie, iż 

udało jej się go do tego sprowokować.

14

background image

- Chcesz wiedzieć, dlaczego usiłuję zdobyć  Dolinę tajemniczych klejnotów? -  spytał z 

lekkim rozbawieniem.

Mercy odchrząknęła i otworzyła drzwi do mieszkania.

- Hmm, to raczej niezwykła książka.

- To czysta  erotyka  - stwierdził  rzeczowo. - Jedna z najlepszych,  jakie kiedykolwiek 

napisano.

- Tak.

Mercy   nie   bardzo   wiedziała,   co   dodać.   Przypomniała   sobie   wcześniejszą   fantazję   o 

spotkaniu z Croftem w ciemnej sypialni. Cóż tu dopiero mówić o erotyce? Celowo zmusiła się do 

zadania logicznego pytania:

- Czy to właśnie zbierasz? Erotyki?

- Nie, Mercy. Moje zainteresowania dotyczą czegoś innego.

- Czego?  - Odwróciła  się do niego  w  drzwiach,  czując,  iż znów  jest  zdenerwowana. 

Szybko przeanalizowała swoją reakcję i doszła do wniosku, że wprawdzie się go nie boi, lecz nie 

potrafi się wyzwolić spod jego zmysłowego oddziaływania.

Uświadomiła sobie, że duchy, nawet te, które nie są niebezpieczne, zawsze przyprawiają 

ludzi o dreszcze.

- Można by powiedzieć, iż głównie interesuję się filozofią przemocy.

Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, nim znaczenie jego słów dotarło do Mercy. 

Zrobiła krok w tył, odruchowo się od niego odsuwając. Jej oczy rozszerzyły się.

- Przemocy?-szepnęła.

- Jestem w tej dziedzinie ekspertem.

15

background image

Rozdział drugi

C

roft   spostrzegł,   że   dobrze   przyjęła   jego   słowa.   Ucieszyło   go,   że   nie   jest   typem 

histeryczki. Oczywiście, mógłby zachować się subtelniej. Nadal jednak był na nią zły za to, że 

chciała się przed nim zamknąć w sklepie, i dlatego chciał ją zaszokować.

Zaskoczył  go fakt, iż  udało  jej  się sprowokować w  nim  taką reakcję.  Zazwyczaj  nie 

poddawał się drobnym emocjonalnym szturchnięciom. Przyzwyczajony był do tego, że ludzie źle 

się czuli w jego obecności. Czasem mieli ku temu rzeczywiste powody.

Mercy   wciąż   cofała   się,   prawdopodobnie   zmierzając   do   kuchni,   gdzie   było 

przypuszczalnie tylne wyjście. Uważnie go obserwowała, spodziewając się z jego strony jakiegoś 

gwałtownego gestu, ale w jej oczach widniało wyzwanie. Nie była tchórzem.

- Co pan właściwie ma na myśli, mówiąc, że jest pan ekspertem od przemocy?

Croft westchnął i wsunął ręce do kieszeni. Ludzie zazwyczaj czuli się uspokojeni, kiedy 

potencjalny napastnik chował ręce.

- Jestem właścicielem trzech szkół samoobrony. Dwóch w Kalifornii i jednej w Portland, 

w Oregonie.

Mercy zamrugała oczyma i lekko się rozluźniła.

- To znaczy, że jesteś ekspertem od dżudo czy karate?

- Coś w tym rodzaju - odparł zdawkowo. - Uczę swoją własną metodą. Opiera się na 

starych technikach walk wschodnich, których zachodni świat na ogół nie zna.

Nagle się uśmiechnęła, najwidoczniej zadowolona z logicznego wyjaśnienia.

- To fascynujące. I wszystko tłumaczy.

- Co tłumaczy?

- Sposób, w jaki się poruszasz. Jakbyś  płynął w powietrzu. To bardzo niepokojące. - 

Zrezygnowała z prób wyjaśnienia, o co jej chodzi. - Nie ma sprawy. Przyniosę Dolinę. Mam ją w 

pudełku w szafce w kuchni. Możesz ją sobie obejrzeć, skoro przyjechałeś aż z Oregonu, ale 

pamiętaj, że nie jest na sprzedaż. - Mercy rzuciła torebkę na sofę, odwróciła się i poszła do 

kuchni.

16

background image

Croft spoglądał za nią, zdając sobie sprawę, że chętnie popatrzyłby dłużej na jej uśmiech. 

Podobał mu się sposób, w jaki rozświetlały się jej oczy. Miała bardzo ładne oczy. Ich zielony 

odcień wyraźnie odzwierciedlał jej emocje. Jakby się spoglądało przez kawałek przezroczystego 

jadeitu. Od chwili gdy ją poznał, widział już w jej spojrzeniu wszystkie uczucia, od ciekawości 

do strachu. Zaczął się zastanawiać, w jaki sposób oczy Mercy odzwierciedliłyby namiętność.

Croft potrząsnął głową, trochę zdumiony kierunkiem swych myśli.  Przyjechał tutaj  w 

interesach i nigdy nie pozwalał, aby cokolwiek, zwłaszcza seks, przeszkadzało mu w pracy.

Jednakże   musiał   uczciwie   przyznać   sam   przed   sobą,   że   Mercy   Pennington   go 

zainteresowała. Nie była wprawdzie olśniewająco piękna, jednakże wcześniejsze porównanie do 

jadeitu pasowało do niej całej. Jadeit jest subtelnym kamieniem, który tylko uważny obserwator 

potrafi docenić.

Jadeit należy dokładnie zbadać i poznać, żeby zdołać go prawidłowo ocenić. Sposób, w 

jaki  kamień  odbija światło,  jego wewnętrzna  moc  i  cień, sposób, w jaki nabiera  ciepła  pod 

wpływem dotyku, wszystko to wynika z jego charakteru i nie daje się zauważyć na pierwszy rzut 

oka.

Croft dużo wcześniej nauczył się dokładnie obserwować to, co go interesowało. A Mercy 

z jakiegoś powodu, zapewne w związku z książką, zdecydowanie go zainteresowała.

Oceniał, iż dobiega  trzydziestki.  Nie była  wysoka,  miała  jakieś sto sześćdziesiąt  dwa 

centymetry wzrostu. Dobre dwadzieścia centymetrów mniej od niego. Jej włosy przypominały 

brązową sierść psa Crofta. Miały ten sam bogaty, ciepły odcień brązu, który sprawiał, iż chciało 

się je głaskać. Z wewnętrznym rozbawieniem zastanawiał się, jak Mercy przyjęłaby wiadomość, 

że porównuje ją z psem.

Chwilowo   jej   włosy   były   zwinięte   w   gładki   węzeł.   Croft   przypuszczał,   że   opadłyby 

poniżej   ramion,   gdyby   wyjęło   się   spinki   podtrzymujące   jedwabiste   kosmyki.   Teraz   fryzura 

odsłaniała szyję, której miękki, delikatny zarys przypominał Croftowi łodygę kwiatu. Ten widok 

był dla niego trochę zmysłowy i prowokacyjny. Croft wyczuł poruszenie swego ciała i rozzłościł 

się. W ciągu minionych lat nauczył się panować nad sobą i zaniepokoiło go to, że ta zielonooka, 

drobna kobieta mogła zachwiać jego umiejętnością kontrolowania siebie.

17

background image

Jej twarz składała się z ładnie zarysowanych, w miarę atrakcyjnych rysów: duże oczy w 

lekko   migdałowym   kształcie,   z   troszeczkę   uniesionymi   w   górę   zewnętrznymi   kącikami, 

impertynencki nosek, miękkie usta z dolną wargą nieco bardziej wydatną od górnej.

Miała na sobie rodzaj miejscowego uniformu: zielone spodnie i dopasowaną, zieloną, 

bawełnianą   koszulkę   polo.   Jednakże   koszulka   nie   miała   na   lewej   piersi   wyhaftowanego 

zwierzaka, a spodnie nie posiadały firmowego logo. Pantofle Mercy miały zdarte podeszwy i 

przyjemnie podstarzały wygląd.

Croft pomyślał o lewej piersi, tej bez firmowego wizerunku. Ani ona, ani jej towarzyszka 

z prawej strony nie odznaczały się dużymi rozmiarami, lecz miały w sobie rozkoszną pełność. 

Crofta nie pociągały przesadnie obfite kształty. We wszystkich sprawach pociągała go głównie 

subtelność.

Spodnie   w   kolorze   khaki   doskonale   opinały   łagodnie   zaokrąglone   biodra.   Croft   z 

łatwością mógł sobie wyobrazić, jak obejmuje dłońmi kształtne pośladki i podnosi Mercy w górę, 

przytulając ją do swych bioder.

- Cholera - mruknął pod nosem.

- Co się stało? - zawołała z kuchni Mercy. Trzasnęły drzwi od szafki.

- Nic. - W żaden sposób nie mógłby jej wytłumaczyć, co się stało. Sam tego nie rozumiał. 

Lepiej wszystkiego się wyprzeć. Usłyszał stukot kroków na kuchennej posadzce i zrozumiał, że 

Mercy wraca z książką.

Przyszedł tu, żeby zająć się książką, a nie Mercy Pennington. Powinien o tym pamiętać. 

Na ogół nie musiał się pilnować przed dystrakcjami. Jego uwagę zaprzątało jedynie to, co sam 

wybrał.

W oczekiwaniu na przyjście dziewczyny rozejrzał się po pokoju, podświadomie zbierając 

o niej informacje. Pomieszczenie było bardzo kolorowe i lekko zagracone. Mercy najwidoczniej 

lubiła wyraziste, jaskrawe barwy. W niewielkim, dobrze oświetlonym pokoju nie było beżów, 

miętowych zieleni ani rozwodnionych błękitów.

Cytrynowożółty  kolor  kanapy podkreślały turkusowe  poduszki.   Ciemnopomarańczowe 

lampy   reprezentowały   najnowszą   myśl   techniczną   w   formie   najrozmaitszych   wygięć   i 

odgałęzień. Półka na książki, także pomarańczowa, pociągnięta była błyszczącym lakierem, który 

18

background image

dodawał pomieszczeniu blasku. Dodatkowy blask pochodził z luster wiszących na ścianie nad 

kanapą - odbijały skrawek widoku na zatokę. Dywan był ciemnoszary, a ściany zupełnie białe.

Uwagę Crofta przyciągnęły obrazy na ścianach. Było ich bardzo dużo, same akwarele, 

malowane wyraźnie tą samą ręka, tą samą - okropną - techniką i bez śladu zrozumienia natury 

farb wodnych. Przedstawiały zatoczkę widzianą z balkonu, zachody słońca, żaglówki, wyspy na 

horyzoncie.

Kolor nieba i wody naniesiono ciężką  ręką. Mnóstwo purpury i kobaltowego błękitu. 

Żagle łódek były stanowczo za jaskrawe. Wyspy wydawały się grubymi, zielonymi plamami na 

horyzoncie, a nie zamglonymi, na wpół widocznymi zjawiskami. Zachodzące słońce miało ten 

sam pomarańczowy kolor co półka na książki.  Jakakolwiek zapowiedź  delikatnej  kreski czy 

subtelnej   barwy   została   zniszczona   od   początku   pędzlem,   który   wiodła   stanowcza,   kiepsko 

wyszkolona i wyraźnie niesiona entuzjazmem ręka.

Croft ze zdumieniem odkrył, iż wesołe akwarele oddziałują nań pewnym urokiem. Na 

ogół nie podobał mu się tak wyrazisty entuzjazm. Jednocześnie czuł nieodpartą chęć, aby wziąć 

za kark malarkę, posadzić ją nad papierem i pokazać, jak powinno się malować akwarelami.

Nie miał wątpliwości, że obrazy malowała Mercy Pennington.

Drugą, wyłącznie ozdobną rzeczą w tym pokoju był wielobarwny, drewniany parawan. 

Składał się z trzech części i miał blisko dwa metry wysokości. Było to dzieło profesjonalisty. 

Deseczki   zdobiły   zdumiewająco   egzotyczne   i   tropikalne   motywy:   soczyste   zielone   liście, 

turkusowe niebiosa, lśniące barwami tęczy kwiaty i jaskrawopomarańczowe owoce, które brały 

się wprost z wyobraźni artysty. Nie przypominały żadnych owoców, jakie Croft kiedykolwiek 

widział. Namalowana scena uosabiała pierwotną niewinność, tropikalny raj, nierzeczywisty, zbyt 

wyraźny sen.

W   centralnym   miejscu   parawanu   czaił   się   smukły,   złotooki   jaguar.   Był   tu   intruzem, 

śmiertelnie niebezpiecznym gościem, nie pasującym do otoczenia. Był stworzeniem z innego, 

znacznie   bardziej   złowieszczego   świata   i   zagrażał   niewinności   raju.   Jaguar   dominował   w 

otoczeniu, w jakim się znalazł, lekko pogardliwy wobec otaczającego go miękkiego, jaskrawego 

piękna. Spoglądał wzrokiem wyniosłym,  aroganckim i odległym.  Tak jakby jaguar znał inną 

rzeczywistość   i   wolał   ją  jako  coś   bardziej   dla   siebie   naturalnego.   W   jego   wielkich,   złotych 

19

background image

oczach widniała jednak również tęsknota: milczące, tajemnicze pragnienie, aby stać się częścią 

widocznej wokół bogatej, słodkiej jasności.

Niemożność   zaakceptowania   zwierzęcia   w   raju   sprawiła,   iż   Croft   odwrócił   się   od 

parawanu. Dla własnego spokoju nocne stworzenie powinno raczej cieszyć się właściwą sobie, 

bardziej niebezpieczną rzeczywistością.

Croft zakończył przegląd dużego pokoju Mercy w chwili, kiedy dziewczyna weszła do 

środka trzymając w dłoni starą, oprawną w skórę książkę.

- Czy dobierałaś meble do parawanu, czy parawan do mebli? - zapytał z ciekawości.

Mercy uśmiechnęła się, doceniając jego spostrzeżenie.

-   Najpierw   kupiłam   parawan,   a   później   musiałam   zmienić   meble.   Nie   najmądrzejszy 

sposób meblowania mieszkania.

- Jest w tym pewna logika.

- Rozumiem, że nie odpowiada ci mój gust?

Gdy Croft zastanawiał się nad jej pytaniem, Mercy uniosła wyczekująco brwi.

- Pasuje do ciebie - stwierdził wreszcie, usatysfakcjonowany podjętą decyzją.

- Dzięki. Chybabym zgadła, jaki masz dom. Prawie pusty, bez żadnych niepotrzebnych 

ozdóbek,   co?   Może   w   surowym   stylu   japońskim,   z   malowanymi   parawanami,   drewnianymi 

podłogami i kilkoma eleganckimi, prostymi  meblami?  To by pasowało do twojej pracy i do 

twojego wizerunku.

Zaskoczyło go, że tak łatwo to odgadła. Fakt, iż bez trudu odkryła jego upodobania, był 

lekko niepokojący, ale uznał, że to był tylko przypadek.

Skąd wiesz?

- Ja też mam swoje metody - odparła uśmiechając się wymownie, wyraźnie uradowana z 

sukcesu. Oczy zabłysły jej zadowoleniem. Stawała się wobec niego coraz bardziej przyjazna, 

coraz   milej   w   jego   obecności   zrelaksowana.   -   Jedni   potrafią   powstrzymać   dzwonek   od 

dzwonienia, inni odgadują wygląd domu kogoś obcego. Nie było to zresztą specjalnie trudne. Jest 

w  tobie  coś,  co   przywodzi  na  myśl   prostotę  i   całkowitą   niezależność.   Nie  chciałabym  znać 

twoich poglądów politycznych. Nie sądzę, abyś był człowiekiem liberalnym. Czy jesteś jednym z 

tych zwariowanych facetów nastawionych wyłącznie na przetrwanie, którzy mieszkają w lasach 

Oregonu i kolekcjonują luksusowe strzelby i małe czołgi?

20

background image

Nie wiedział, czy żartuje, czy mówi poważnie, i to go niepokoiło.

- A jak myślisz?

- Myślę, że kimkolwiek jesteś, nie jesteś wariatem. - Mercy westchnęła. - Za bardzo nad 

sobą panujesz.

-  Do  tej  pory udało   mi   się  przetrwać   -  stwierdził  ostrożnie.   -  Ale  strzelby  mnie   nie 

interesują. Są zbyt bezosobowe. I nie mam ani jednego czołgu.

- Tylko Porsche.

Pokiwała głową, jakby to coś wyjaśniało. Miał zamiar zapytać, co według niej oznacza 

taka, a nie inna marka samochodu, kiedy wyciągnęła do niego książkę.

- Proszę. Może nie jest to egzemplarz, którego szukasz. Wtedy nie będzie ci żal, że się 

spóźniłeś.

- Istnieje zaledwie kilka egzemplarzy. O ile wiem, wszystkie są w rękach kolekcjonerów 

europejskich.   Jestem   prawie   pewien,   że   to   jest   poszukiwana   przeze   mnie   książka.   Dlatego 

przyjechałem tu dzisiaj z Oregonu.

- Mogę się założyć, że nigdy niczego nie robisz, dopóki nie jesteś absolutnie pewien - 

mruknęła Mercy.

Spojrzał znad tytułowej strony  Doliny tajemniczych klejnotów  i zobaczył w jej oczach 

błysk   głębokiego   kobiecego   zainteresowania.   Widząc,   że   nie   jest   jej   obojętny,   z   satysfakcją 

skrzywił lekko usta.

- Przekonałem się, że warto znać odpowiedzi, nim się podejmie jakąś akcję, zwłaszcza 

jeśli w grę wchodzą ludzie. Stare powiedzenie mówi, iż należy znać swoich wrogów. Ja w nie 

wierzę.

Uśmiechnęła się troszeczkę za szeroko.

- Masz wielu wrogów?

- Nie. Jeśli chodzi o wrogów, jestem tak samo wybredny jak przy wyborze przyjaciół. - 

Sprawdził oznaczoną rzymskimi cyframi datę wydania książki, przewracając pieczołowicie stare 

pożółkłe stronice.

- A kochanki? Też je sobie starannie wybierasz?

Pytanie go zaskoczyło. Nigdy by się nie spodziewał, że Mercy Pennington potrafi zapytać 

o coś takiego. Croft powoli uniósł oczy znad stronicy, którą oglądał, wychwytując w wysokiej 

21

background image

intonacji kończącej pytanie nutę świadczącą o tym, iż dziewczyna żałuje, że o to spytała. W jej 

wzroku   dostrzegł   zażenowanie.   Wiedział,   iż   dałaby   wszystko,   aby   swoje   pytanie   cofnąć. 

Niechcący wyraźnie się przed nim odkryła. Mogło mu się to przydać.

- Mężczyzna musi być znacznie ostrożniejszy w wyborze kochanki niż przyjaciela czy 

wroga, Przyjaciół i wrogów się zna. Wiadomo, czego się można po nich spodziewać. Jednakże 

niełatwo jest poznać i zrozumieć kochankę. Może zawsze pójść dwiema drogami, prawda? I stać 

się przyjacielem albo wrogiem. A któż to odróżni, nim będzie za późno?

Zażenowanie i smutek w jej zielonych oczach mówiły same za siebie. Podobnie jak lekkie 

zaróżowienie policzków. Pomyślał,  iż to wystarczająca  kara za jej beztroskę. Z całego serca 

żałowała, że w ogóle zadała mu takie pytanie.

Oto na czym polega impulsywność. Sama w sobie zawiera karę. Miał wrażenie, że Mercy 

Pennington nie pierwszy raz żałuje własnej impulsywności. Znała jej konsekwencje, lecz nie 

zawsze potrafiła się powstrzymać. Była kobietą, która pozwala, aby emocje górowały czasem nad 

logiką. W trudnej sytuacji poszłaby za podszeptem instynktu, a instynkt wynikałby z jej więzów 

emocjonalnych. Gdyby miała dzieci, broniłaby ich jak lwica.

Wobec kochanka byłaby gwałtownie, namiętnie lojalna, chyba że zostałaby zdradzona. 

Wtedy stałaby się niebezpieczna.

Croft uśmiechnął się lekko, zadowolony, iż poznał podstawowe cechy charakteru Mercy. 

Z powrotem zaczął oglądać książkę, którą trzymał w dłoni. Przewrócił kilka stronic i doszedł do 

pięknie   narysowanej,   czarno-białej   ryciny   przedstawiającej   kobietę   i   mężczyznę   w   akcie 

miłosnym.

- To jest książka, której szukam. Oryginał.

-   Naturalnie,   że   to   oryginał   -   prychnęła   Mercy.   -   Sądziłeś,   że   chcę   komuś   sprzedać 

imitację?

- Mogłaś się pomylić - stwierdził pojednawczo Croft.

- Na pewno nie. Przez telefon dokładnie opisałam książkę panu Gladstone'owi, który 

powiedział,   że   z   moich   odpowiedzi   wynika   jednoznacznie,   iż   jest   to   oryginał.   Był   bardzo 

zadowolony i nie miał cienia wątpliwości.

- Panu Gladstone'owi?

- Temu panu z Kolorado, który chce ją kupić.

22

background image

- Opowiedz mi coś więcej o panu Gladstonie. - Croft przerzucił stronice do następnej 

ilustracji.   Był   to   starannie   i   ze   smakiem   wykonany   rysunek   zmysłowej   kobiety   -   leżała   na 

plecach, a klęczący między jej nogami mężczyzna zaspokajał ją w wyszukany sposób.

Mercy postąpiła krok do przodu, aby spojrzeć na ilustrację.

- Nie powinnam ci niczego opowiadać o panu Gladstonie. Moi klienci mają prawo do 

dyskrecji. Poza tym - dodała szczerze - niewiele o nim wiem. Mam nadzieję, że nie będziesz tak 

tu stał i ślinił się nad obrazkami. Plamy ze śliny mogą obniżyć wartość książki.

- Wstrzymam się ze ślinieniem do rzeczywistego aktu.

- Nie brzmi to szczególnie podniecająco - odparowała ze złością. - Czytałeś Dolinę?

- Nie. Po raz pierwszy w życiu mam ją w ręku. Do tej pory wiedziałem tylko, że istnieje. 

Dowiedziałem się o niej trzy lata temu w szczególny sposób.

- Dlaczego szczególny?

- Ta książka należała do pewnej bardzo cennej kolekcji. Interesował mnie jej właściciel. 

Chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o jego kolekcji i wówczas zetknąłem się po raz pierwszy z 

Doliną. Musisz przyznać, że to dość... niecodzienna książka.

- Dlaczego interesowałeś się akurat tą kolekcją? Chciałeś ją zdobyć dla siebie?

- Nie. Chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o jej właścicielu. To, jakie książki ktoś 

zbiera, może ci o nim wiele powiedzieć.

Przez moment panowała krótka, napięta cisza.

- Owszem - przyznała w końcu Mercy. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, poważnymi 

oczami. - Zbiór książek może wiele powiedzieć o jego właścicielu.

- Albo o właścicielce. - Croft delikatnie zamknął książkę.

- Czytałaś Dolinę, Mercy?

- Nawet gdybym ją przeczytała, na pewno bym się do tego nie przyznała. A już zwłaszcza 

nie tobie.

- Dlaczego nie mnie?

- Na litość boską, jesteś kimś zupełnie obcym. A to jest erotyczna książka. Przy odrobinie 

złej woli można ją nawet nazwać pornograficzną.

-   A   ty   nie   zamierzasz   przyznać   się   obcemu   człowiekowi,   że   czytasz   tego   rodzaju 

literaturę?

23

background image

Uśmiechnęła się udając zadowolenie z siebie.

-   Wszelkie   badania,   jakie   poczyniłam   nad  Doliną,  miały   na   celu   ustalenie   jej 

autentyczności i pochodzenia. W końcu byłam kiedyś bibliotekarką. Wiem, jak oceniać książki w 

sposób absolutnie obiektywny i zawodowy.

-   Absolutnie.   -   Croft   znów   się   uśmiechał.   -   Jestem   zawsze   pełen   szacunku   dla 

prawdziwych zawodowców.

- To dobrze. Skończyłeś już oglądać Dolinę?

- Nie. Mówiłem ci, że chcę mieć tę książkę.

W oczach Mercy pojawił się wyraz irytacji.

- Nie możesz jej kupić. Jest już sprzedana. Nie mogę zawieść klienta.

- Kiedy ją od ciebie dostanie?

- We wtorek.

-   Gladstone   przyjedzie   po   książkę   do   Ignatius   Cove?   -   spytał   Croft   i   pomyślał,   że 

wszystko razem może być łatwiejsze, niż przypuszczał.

Mercy niecierpliwie potrząsnęła głową.

- Mam mu ją dostarczyć. Poproszę o książkę, jeśli skończyłeś oglądać.

Croft nadal trzymał książkę w prawej dłoni.

- Masz mu ją dostarczyć? Osobiście?

- Tak.

-   Jak?   -   Spostrzegł,   że   drgnęła   lekko,   zaskoczona,   i   zrozumiał,   że   mówił   za   bardzo 

rozkazującym tonem. Przez chwilę w jej oczach zamigotała ostrożność.

- Biorę urlop na parę dni i lecę do Kolorado. W Denver wynajmę samochód i pojadę do 

domu pana Gladstone'a. Zupełnie nie rozumiem, co cię to obchodzi.

- Nie możesz tego rozumieć. Gdzie mieszka Gladstone?

-   Powiedział,   że   ma   dom   w   górach.   Nie   podał   mi   dokładnego   adresu   przez   telefon. 

Stwierdził,   że   byłoby   to   zbyt   skomplikowane.   W   Denver,   w   biurze   wynajmu   samochodów, 

będzie na mnie czekała mapa.

Mercy gwałtownym ruchem sięgnęła po książkę.

24

background image

Croft przewidział ten zamiar i leniwym gestem dłoni odsunął książkę na tyle, aby nie 

zdołała jej złapać. Rosnąca irytacja Mercy powoli zmieniała się w złość. Opuściła rękę, patrząc 

na niego z wściekłością. Wyzywająco uniosła głowę do góry.

- Czy masz zamiar nadużyć mojej gościnności i ukraść mi Dolinę?

Croft westchnął i z ociąganiem podał jej książkę.

- Nie, nie przyjechałem tu, aby ją ukraść. Ale twój klient coraz bardziej mnie zaciekawia.

Wzruszyła ramionami, wyrwała mu książkę z ręki i przycisnęła do siebie.

- Może uda ci się go przekonać, żeby ci odsprzedał Dolinę. Pan Gladstone może ze swoją 

własnością robić, co mu się żywnie podoba. Ja natomiast mam obowiązek mu ją dostarczyć.

- Czy zawsze wypełniasz swoje obowiązki, Mercy?

- Próbuję - odparła sztywno.

- Ja też - powiedział cicho, nie spuszczając z niej oczu. - Dlatego tu jestem. Jesteśmy do 

siebie podobni.

Potrząsnęła głową, lecz nie udało jej się ukryć niechętnego zainteresowania w oczach.

- Wątpię - stwierdziła sucho.

- Daj się przekonać. - Mówił głosem niskim, przekonywającym, uważnie ją obserwując. 

Croft był teraz pewien, że w głębinie jej zielonych oczu było coś więcej niż zwykłe poczucie 

własnej   kobiecości.   Widziała   w   nim   mężczyznę,   który   mimo   iż   mógł   się   jeszcze   okazać 

niebezpieczny,   wydawał   się   jej   fascynujący.   Mercy   była   na   tyle   impulsywna,   że   mogła   się 

poddawać takim uczuciom.

Croft doszedł do wniosku, że jej brawura może zadziałać na jego korzyść. Ostrożnym 

pochlebstwem   doprowadzi   do   tego,   iż   Mercy   zignoruje   ostrzegawczy   dzwonek   zdrowego 

rozsądku i podda się seksualnemu przyciąganiu. Z jednym ostrzegawczym dzwonkiem już mu się 

udało.

Croft zdawał sobie sprawę z działania pociągu seksualnego, i to nie tylko z własnej, ale i z 

jej strony. W ten sam rzeczowy sposób, w jaki akceptował głód i zimno, zaakceptował fakt, iż 

Mercy Pennington intryguje go seksualnie. Potrafił lekceważyć wszystkie te trzy odczucia, lecz 

w tej chwili nie musiał ignorować Mercy. W gruncie rzeczy byłoby nawet lepiej, gdyby tego nie 

robił. Była upartą małą osóbką i jej upór mógł się okazać niebezpieczny.

25

background image

W tej chwili za wiele było niewiadomych. Musiał szybko znaleźć odpowiedzi, a Mercy 

Pennington   była   do   tych   odpowiedzi   najkrótszą   drogą.   Oznaczało   to,   że   musiał   znaleźć 

najkrótszą drogę do samej Mercy, i wyglądało na to, iż może wykorzystać do tego istniejące 

między nimi zmysłowe iskrzenie.

- Kolacja - powiedział zwięźle.

- Jaka kolacja? - spytała Mercy marszcząc brwi i nadal przyciskając do piersi Dolinę.

- Chciałbym cię zaprosić na kolację. - Croft znów się uśmiechnął. - Przynajmniej tyle 

mogę zrobić w tych warunkach.

- Nie ma potrzeby.

- Byłoby mi bardzo miło.

- Nie musisz wracać do Oregonu?

- Dziś nie. Zatrzymałem się na noc w miejscowym zajeździe.

- Ach, tak?

Dał jej chwilę do namysłu i ponownie przypuścił atak:

- Masz jakieś inne plany?

- Nie. Jutro pracuję. Musze wcześnie wstać.

- Nie będę cię długo zatrzymywał. - Croft kiwnął głową. - Słowo honoru.

Spojrzała na niego z dziwnym zainteresowaniem, jakby czegoś w nim szukała. Nie po raz 

pierwszy   przyglądała   mu   się   w   ten   sposób.   Podobnie   patrzyła   na   niego   w   księgarni,   kiedy 

zapewnił, że jest przy nim bezpieczna.

Wtedy   także   miała   w   oczach   to   dziwne   zainteresowanie,   po   którym   przyszło 

zaakceptowanie   jego   słów.   Teraz   znów   miała   w   oczach   tę   akceptację.   Przypuszczalnie   nie 

zdawała sobie z tego sprawy, lecz Croft wiedział, że ufa mu na jakimś podstawowym poziomie, 

niekoniecznie będąc tego świadoma.

To mu się podobało i mogło mu się przydać.

- Miałam zamiar zjeść kolację w domu – stwierdziła w końcu Mercy. - Kupiłam gryczany 

makaron. Do tego chciałam otworzyć butelkę  zinfandela, którą chowałam na jakąś okazję. Jest 

przecież piątek.

- Dobrze. - Croft skinął głową.

- Słucham? - Mercy zamrugała oczyma.

26

background image

- Powiedziałem, że dobrze. Lubię gryczany makaron i zinfandela.

Mercy wpatrywała się w niego, jakby nie wiedziała, czy ma się roześmiać, czy krzyczeć z 

rozpaczy.

Croft uśmiechnął się do siebie. Mercy coraz bardziej wpadała w jego sidła.

D

wadzieścia   minut   później   Mercy   nadal   nie   wiedziała,   czy   się   śmiać,   czy   płakać. 

Odcedziła brokuły,  wzięła kieliszek z winem i oparła się o kuchenny blat. Jej gość, którego 

zaszeregowała do kategorii nieproszonych, siedział okrakiem na czarnym, okrągłym kuchennym 

krześle, z ramionami skrzyżowanymi na oparciu. W ręce trzymał kieliszek z winem. Głęboki, 

bogaty,   niemal   purpurowy   kolor  zinfandela  doskonale   wyglądał   w   jego   mocnych   palcach. 

Kolejny przykład na to, że Croft dobrze pasował do ciemności.

Natomiast  na pewno ten człowiek nie miał  problemów  z alkoholem.  Próbował swoje 

wino, ale pił niezwykle  powściągliwie. Mercy była  pewna, że Croft Falconer we wszystkim 

zachowywał   powściągliwość.   Przypuszczalnie   odnosiło   się   to   również   do   miłości.   Miał 

prawdopodobnie duże doświadczenie w dziedzinie sztuki miłosnej, ale na pewno przez cały czas 

zachowywał się powściągliwie i panował nad sobą. Trudno było wyobrazić sobie tego człowieka 

poddającego się jakimkolwiek silnym emocjom.

Mercy wciąż nie była  pewna, dlaczego zgodziła się, żeby został na kolację, jednakże 

miała wrażenie, że cała sytuacja od początku zdawała się nie do uniknięcia. Mercy zbyt mocno 

odczuwała obecność Crofta, zbyt mocno ją intrygował, za bardzo była nim zainteresowana, aby 

miało jej to wyjść na dobre. Ale jednak pozwoliła mu zostać.

- Od jak dawna jesteś właścicielem szkół samoobrony? - spytała na pozór od niechcenia. 

Od dwudziestu minut usiłowała prowadzić błahą, niezobowiązującą rozmowę, starając się zyskać 

na czasie, który był  jej potrzebny do oceny nieznajomego  i własnych  zaskakujących  reakcji 

wywołanych jego obecnością.

- Pierwsza powstała blisko trzy lata temu. Druga - w rok później, a trzecia - pół roku 

temu.

- Skąd się na tym znasz?

- Z książek i z podróży.

- Czy dużo podróżujesz w ciągu roku w związku ze swoją... pracą? - dociekała Mercy.

27

background image

- Nie, teraz już nie. Czasami odwiedzam swoje szkoły, aby poprowadzić jakiś specjalny 

kurs.

- Kto uczy w twoich szkołach?

-   Przyjaciele,   byli   studenci.   Zajmują   się   codziennymi   sprawami   związanymi   z 

prowadzeniem szkół.

- A ty siedzisz na plaży w Oregonie i kręcisz młynka palcami? - Mercy uśmiechnęła się.

- Można to i tak ująć.

- Niezła praca - stwierdziła z żartobliwą zazdrością. - Lepsza od mojej harówy.

- Mówiłaś, że byłaś bibliotekarką. Od kiedy prowadzisz własną księgarnię?

- Od paru lat. - Mercy odstawiła kieliszek i wróciła do brokułów. Wolała, aby rozmowa 

nie dotyczyła jej osoby.

Jakby   wyczuwając   jej   niechęć,   Croft   celowo   skoncentrował   się   na   temacie,   którego 

chciała za wszelką cenę uniknąć.

- Dlaczego postanowiłaś otworzyć księgarnię?

-   To   naturalne,   że   bibliotekarka   chce   sprzedawać   coś,   co   przez   całe   lata   jedynie 

wypożyczała,   prawda?   Dla   mnie   sprzedawanie   książek   jest   handlowym   odpowiednikiem 

bibliotekarstwa.

- Pochodzisz z Waszyngtonu?

Potrząsnęła głową, z niepokojem oczekując dalszego rozwoju sytuacji.

- Nie, z Kalifornii.

- Dlaczego przyjechałaś aż tutaj?

- Poszukiwałam odpowiedniej lokalizacji przez kilka miesięcy. Lubię stan Waszyngton, 

podoba mi się Ignatius Cove i moim zdaniem jest to odpowiednie miejsce dla takiej księgarni, 

jaką chciałabym mieć.

Mercy bez reszty zaprzątnięta była przygotowywaniem brokułów: rozdzielała różyczki, 

przelewała je zimną wodą i układała na wkładce do gotowania na parze.

- Dlaczego wyjechałaś z Kalifornii? - spytał Croft po krótkiej chwili ciszy.

Mercy jęknęła w duchu.

- Już ci mówiłam. Dość długo się rozglądałam i doszłam do wniosku, że tu mam lepsze 

perspektywy na rozwinięcie interesów.

28

background image

- Myślę, że twoja decyzja spowodowana była czymś  więcej niż tylko interesami. Nie 

jesteś kobietą, która łatwo przenosi się z miejsca na miejsce. Zapuszczasz korzenie i zadzierzgasz

więzy.

Obróciła się gwałtownie, zaskoczona jego chłodnym rozumowaniem.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

Pociągnął łyk wina, przyglądając się jej zagniewanym oczom.

- Chodziło o mężczyznę?

Zacisnęła usta, zastanawiając się, w jaki sposób przed kolacją pozbyć się gościa, który 

przyszedł na kolację.

- To nie jest twoja sprawa, prawda? - zapytała Crofta.

-  Czyli   chodziło   o   mężczyznę.   -   Skinął   głową   jeden   raz,   jakby   usatysfakcjonowany. 

Później znów napił się wina. - Uciekałaś przed nim?

Włażenie z kopytami w jej sprawy rozwścieczyło Mercy. Z trzaskiem przykryła garnek 

pokrywką.

-   Nie,   nie   uciekałam.   Byliśmy   zaręczeni.   Kiedy   zerwałam   zaręczyny,   postanowiłam 

zacząć od nowa gdzie indziej.

- Dlaczego zerwałaś zaręczyny? Oszukiwał cię?

Nalewając   wodę   na   makaron   Mercy   stwierdziła,   że   drżą   jej   ręce.   Usiłowała 

skoncentrować się na zajęciach kuchennych.

- Nie wiem. Jeśli tak było, nie wiedziałam o tym. Zerwałam zaręczyny z innego powodu.

- Musiało to być coś bardzo poważnego, skoro porzuciłaś mężczyznę.

- Nie świadczy też najlepiej o mojej inteligencji.

- No więc, co się stało?

- Czy zawsze jesteś taki bezczelny?

- Taki mam charakter. Lubię wiedzieć, z czym mam do czynienia.

-   Jedyne,   z   czym   masz   dziś   do   czynienia,   to   darmowa   kolacja.   Nie   trzeba   tu   wiele 

rozumieć.

- Jak to nie? Sama wiesz, że nic nie jest za darmo. Zawsze trzeba w końcu zapłacić 

rachunek.

29

background image

Nie wiedziała, czy mówi poważnie, czy żartuje, ale nie odważyła się odwrócić, żeby to 

sprawdzić.

- Możesz w każdej chwili stąd wyjść, zanim się za bardzo zaangażujesz.

-   Już   się   zaangażowałem.   Ale   nie   martw   się,   zapłacę   każdą   cenę.   Co   się   stało   w 

Kalifornii?

To przechodziło wszelkie pojęcie. Kiedy jednak Mercy spojrzała na niego przez ramię, 

poczuła,   że   jej   irytacja   maleje.   W   oczach   Crofta   zamiast   prześmiewczej   czy   wścibskiej 

ciekawości   ujrzała   intensywne,   niemal   fizyczne   zrozumienie.   Poczuła   przemożną   potrzebę 

wyjaśnienia mu wszystkiego. Nigdy z nikim nie rozmawiała o tym etapie swej przeszłości, ale 

teraz chciała, aby Croft zrozumiał, co się jej przydarzyło.

- Pamiętasz, co mówiłeś wcześniej o tym, jak trudno jest wybrać kochankę, ponieważ 

nigdy nie jest się pewnym, czy się wybiera przyjaciela, czy wroga?

- Pamiętam.

- Mój narzeczony okazał się wrogiem. Wykorzystał mnie, aby spróbować okraść mojego 

wuja i ciotkę, którzy są dość zamożni dzięki doskonałym inwestycjom, jakie poczynili wiele lat 

temu   w   handlu   nieruchomościami   w   Kalifornii.   W   samą   porę   wykryłam,   o   co   mu   chodzi, 

zerwałam   zaręczyny   i   wyjaśniłam   wszystko   moim   krewnym.   To   była   niesłychanie   przykra 

sytuacja. Niestety, nie miałam żadnych dowodów. Jestem pewna, że Aaron po prostu poszukał 

sobie innej ofiary. Przekazałam to, co wiedziałam, władzom i była to moja jedyna satysfakcja. 

Przynajmniej   mogą   go   mieć   na   oku.   Może   go   na   czymś   złapią,   jeśli   znów   zaplanuje   coś 

podobnego.

- Ale tobie taka zemsta nie wystarcza, co?

Podkręcając palnik pod wodą na makaron czuła na sobie jego spojrzenie.

-   Prawdę   mówiąc,   nie   wystarcza.   Chciałabym   ukarać   Aarona   Sandersa   bardziej 

konkretnie.

- Dlatego że chciał okraść twojego wuja i ciotkę?

- Nie, dlatego że chciał mnie do tego wykorzystać. - Wytarła ręce w ścierkę i wzięła się w 

garść. Nie pozwoli, aby ten człowiek przez cały wieczór  ją denerwował.  Zaproszenie  go na 

kolację było niewybaczalnym błędem.

Choć właściwie wcale go nie zapraszała, stwierdziła w duchu. Sam się wprosił.

30

background image

Croft spojrzał jej w oczy. Jego spojrzenie było niepokojąco poważne.

-   Rozumiem   twoje   uczucia.   Sądzę   jednak,   że   w   twoim   przypadku   takie   zakończenie 

sprawy wyszło dla ciebie na dobre. Gdybyś zrobiła następny krok, aby się zemścić, doszłoby do 

przemocy i niełatwo byłoby przewidzieć końcowy wynik. Mogłabyś przy okazji zniszczyć także 

siebie. Kiedy dochodzi do przemocy, w grę wchodzą siły, które nie zawsze da się kontrolować. 

Tworzy się nowe Koło, które musi się wypełnić.

- Koło? - powtórzyła zdumiona Mercy.

- Podmiot w ramach struktury uniwersalnej rzeczywistości, który musi się wypełnić, żeby 

nie zmienić się w siłę niszczycielską i nie powodować problemów w innych dziedzinach.

- O czym ty mówisz? O co chodzi z tym Kołem?

- Taka koncepcja.

- Twoja własna?

Croft wzruszył ramionami.

- Tak samo moja jak mój styl walk wschodnich. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za 

tworzenie koncepcji, które wykorzystujemy w życiu,

Mercy starała się zrozumieć.

- Czyli ta koncepcja Koła jest twoją własną koncepcją filozoficzną?

- Można to tak nazwać.

-  Powiedz  mi   coś   więcej.  -  Mercy  zapomniała   o  wcześniejszej  irytacji,  niewygodzie, 

nawet   o   swym   seksualnym   pociągu   do   tego   mężczyzny.   Teraz   chciała   tylko   jak   najwięcej 

dowiedzieć się o Crofcie Falconerze.

Zawahał   się,   jakby   szukając   prostych   odpowiedzi   na   skomplikowane   pytania.   Kiedy 

podniósł głowę, oczy mu błyszczały.

- To ma coś wspólnego z wiedzą. Ze sposobem rozumienia. Sposobem życia. Masz rację. 

To moja życiowa filozofia. Przekonałem się, że w celu utrzymania równowagi w moim świecie 

muszę przede wszystkim trzymać wszystkie Koła rzeczywistości zamknięte.

- Nie rozumiem.

- Nie musisz. Może któregoś dnia wyjaśnię ci coś więcej.

- Ale nie dziś wieczorem?

31

background image

- Nie dziś wieczorem. Po prostu musisz mi wierzyć. Dobrze zrobiłaś, nie posuwając się w 

chęci zemsty do Koła przemocy. Nie dałabyś sobie z nim rady.

Pewność w jego głosie napawała Mercy zdumieniem. W jego oczach było coś, co ją 

niemal przerażało, świadomość, że aż za dobrze wiedział, o czym mówi. Doskonale zdawał sobie 

sprawę   z   możliwości   fizycznej   przemocy.   Wcześniej   powiedział,   że   interesuje   go   filozofia 

przemocy i Mercy mu w tym momencie uwierzyła.

- Czy wiesz - mówił dalej Croft, jakby nie zdawał sobie sprawy, że Mercy patrzy na niego 

jak na stworzenie z Marsa - że silne przyciąganie seksualne ma coś wspólnego z przemocą? - Od 

niechcenia podniósł się z krzesła i postąpił w jej stronę. Mercy stała przygwożdżona do podłogi, 

niezdolna do jakiegokolwiek ruchu czy oderwania wzroku od jego pałających oczu. Wyciągnął 

rękę i powoli, z rozmysłem, pogłaskał ją po policzku. - Kiedy się podejmie wstępne kroki, trudno 

obie te siły kontrolować. Zaczyna się nowe Koło.

Z niesłychanym wysiłkiem woli Mercy odzyskała odrobinę zdrowego rozsądku.

- Cóż - stwierdziła, odwracając się do kuchenki - musimy wobec tego unikać wstępnych 

kroków, prawda?

32

background image

Rozdział trzeci

P

od   koniec   kolacji   Mercy   czuła   się   tak,   jakby  jaguar   z   parawanu   ożył   i   cichaczem 

wśliznął   się   do   kuchni.   Przybysz   z   innej   rzeczywistości.   Zdawała   sobie   sprawę   z 

niebezpieczeństwa, zbyt jednak była zauroczona tym nowym, fascynującym stworzeniem.

Fakt, iż on wiedział o jej fascynacji i pozwalał, by się przejawiała, zarówno ją męczył, jak 

i podniecał.

Croft Falconer był mężczyzną, którego bardzo by chciała lepiej poznać. Po części była to 

fascynacja czysto fizyczna. Mercy była zbyt trzeźwą realistką, aby temu zaprzeczać. Dotykał jej 

zmysłów na wiele różnych sposobów, poruszając wszystko - od delikatnych włosów na szyi do 

poziomu adrenaliny we krwi.

To   prawda,   że   od   dawna   nie   miała   fizycznego   kontaktu   z   mężczyzną.   Od   zerwania 

zaręczyn. Aaron Sanders był jej pierwszym i jedynym mężczyzną. Te kilka razy, które spędziła z 

nim w łóżku, nie były dla niej niczym szczególnym.

Jednakże   dwa   lata   spędzone   bez   żadnego   mężczyzny   nie   mogły   tłumaczyć   jej 

intensywnych   odczuć   dzisiejszego   wieczora.   W   ciągu   ostatnich   miesięcy   spotykała   się 

niezobowiązująco z różnymi  mężczyznami. Żadne z tych spotkań nie skończyło się w łóżku, 

czego Mercy wcale nie żałowała.

Seks nigdy nie był w jej życiu siłą dominującą, czymś, czego nie mogłaby bez trudu 

kontrolować.   To   prawda,   była   dość   tradycyjnie   wychowana,   ale   to   nie   stanowiło   jedynego 

powodu jej ograniczonego doświadczenia w tej dziedzinie. Po prostu w ciągu ostatnich dwóch lat 

czuła się całkiem nieźle, tak samo jak nieźle się czuła, zanim poznała Aarona, choć wtedy z 

pewnością   odczuwała   również   pewną   ciekawość.   W   gruncie   rzeczy   Mercy   zastanawiała   się 

czasem, czy przypadkiem nie brak jej pewnych hormonów, które zdają się kierować życiem 

innych ludzi w jej wieku.

Teraz,   po   raz   pierwszy,   nie   wątpiła,   iż   natura   wyposażyła   ją   w   komplet   żeńskich 

hormonów i instynktów. Zmysłowe przyciąganie zagęszczało atmosferę wokół stołu ze szklanym 

blatem.   Było   to   dość   niepokojące   i   Mercy   poważnie   się   obawiała,   czy   Croft   nie   mylił   się 

33

background image

twierdząc,   że   seks   może   mieć   coś   wspólnego   z   przemocą.   Obie   rzeczy   mogą   się   okazać 

niemożliwe do opanowania. Dla Mercy było to rewelacją.

Mimo wszystko Mercy była kobietą o silnej woli, która wiele przeszła od dnia, kiedy 

odkryła manipulacje Aarona Sandersa. Miała tyle wiary w siebie, iż wiedziała, że potrafi sobie 

poradzić   z   silnym   przyciąganiem   seksualnym,   nawet   jeśli   było   to   dla   niej   coś   nowego   i 

fascynującego.   Powinna   oceniać   Crofta   tak   jak   egzotyczne   dzieło   sztuki:   porywające, 

prowokacyjne, intrygujące, lecz zdecydowanie zbyt kosztowne. Mogła podziwiać taką sztukę, 

pożądać jej nawet, ale była w stanie od niej odejść z westchnieniem i wzruszeniem ramion.

Niestety,   jej   odczucia   wobec   Crofta   Falconera   nie   były   wyłącznie   kwestią   pociągu 

fizycznego. W sposób, którego nie umiała sobie wytłumaczyć, pociągał ją jego dystans. Jego 

specyficzny rodzaj samotności, jaką z pewnością musiał czasem odczuwać.

A może, jak jaguar namalowany na parawanie lub duch z innego wymiaru, Croft Falconer 

nie musiał ani nie chciał z nikim dzielić swego świata.

Mercy   wyczuwała   w   naturze   Crofta   siłę   i   dumę   i   odczuwała   wobec   niego   pewnego 

rodzaju szacunek. Ten człowiek był solidny i trwały jak skała, pod każdym względem.

W   czasie   kolacji   Mercy   prowadziła   rozmowę,   kierując   ją   na   tematy   bezpieczne. 

Opowiedziała   swemu   gościowi   o   księgarni,   o   życiu   w   Ignatius   Cove,   pytała   go   o   sprawy 

finansowe związane z prowadzeniem szkół samoobrony w dwóch różnych stanach. Odpowiadał 

grzecznie i wyczerpująco, choć nie powiedział niczego konkretnego.

Przez   cały   czas   szukała   w   duszy   odpowiedzi   na   pytania,   których   nie   umiała   jeszcze 

sformułować. Musiała jak najwięcej dowiedzieć się o Crofcie, a jego niechęć do mówienia o 

sobie tylko wzmagała jej potrzebę poznania jego sekretów.

Ciekawa była jego przyszłości, życia, które sprawiło, że poświęcił się dziedzinie walk 

Wschodu. Amerykanin, który wybierał taki zawód, powinien być albo wysoce profesjonalnym 

atletą, albo typem macho, gorylem o niewielkim rozumku.

Croft   najwyraźniej   nie   traktował   swojej   pracy   w   kategoriach   sportowych.   Nie   miał 

mentalności   zawodnika.   I   chociaż   był   bardzo   pewien   siebie,   nie   mogła   go   określić   mianem 

muskularnego goryla. W jego oczach za dużo było myślącej, analitycznej inteligencji, za dużo 

dowodów na to, że ma za sobą wiele rozmyślań i krytycznej samooceny. Jego pewność siebie 

wynikała   z   faktu,   że   dobrze   znał   samego   siebie   i   akceptował   to,   co   znał.   Instynktownie 

34

background image

wyczuwała,   że   stworzył   sobie   własny  styl   życia,   z   własnymi   zasadami   i   wartościami,   które 

niekoniecznie muszą się pokrywać z ogólnie przyjętymi  normami. Najważniejsze, że on sam 

zawsze przestrzegał własnych zasad.

Najwidoczniej   dużo   czasu   poświęcił   badaniu   filozofii   przemocy.   Mercy   poczuła 

ostrzegawczy   dreszcz,   zastanawiając   się,   czy   Croft   równie   dobrze   poznał   praktyczną   stronę 

przemocy. Większość ekspertów judo i karate nigdy nie używała swych umiejętności poza salą 

gimnastyczną.   Nie   chciała   myśleć   o   tym,   że   Croft   może   mieć   w   tej   sprawie   bezpośrednie 

doświadczenia.

Ale cóż innego mogłoby nadać jego orzechowym oczom taką ciemną, bezdenną barwę?

Mercy udało się odsunąć od siebie wątpliwości i spokojnie zakończyć  posiłek.  Teraz 

miała   przed   sobą   zadanie   subtelnego,   lecz   zdecydowanego   zakończenia   dziwnego   wieczoru. 

Stwierdziła w duchu, że wystarczająco długo, jak na jeden dzień, pozwoliła sobie na poddawanie 

się rosnącej fascynacji tym mężczyzną.

- Pewno wyruszysz jutro do Oregonu wczesnym rankiem - powiedziała ze spokojem, 

którego bynajmniej nie odczuwała, nalewając koniaku do dwóch malutkich koniakówek. Przeszli 

z powrotem do dużego pokoju. Mercy wydawało się, że namalowany na parawanie kot przygląda 

się swemu odpowiednikowi ze spokojnym zainteresowaniem.

- Nie - odparł Croft z prawdziwym spokojem. - Chyba nie. Jestem ci winien kolację.

- Boisz się być moim dłużnikiem? - Mercy uśmiechnęła się mimo woli.

- Chcę, żeby Koło było zamknięte.

- Już mówiłeś.

- To dług, który spłacę z przyjemnością. - Croft uśmiechnął się, odstawił koniakówkę i 

wstał. Kiedy na niego spojrzała, wyciągnął rękę i przyciągnął ją do siebie.

Mercy była zaskoczona dreszczem, jaki ją przejął, gdy jego palce zamknęły się wokół jej 

ręki. Jeszcze bardziej zdumiała ją łagodność dotyku. Croft doskonale kontrolował swoją siłę. 

Mercy pomyślała, że kobieta zawsze będzie świadoma jego siły, ale nigdy nie będzie się jej 

obawiać. Tymczasem Croft uwolnił ją od swej dłoni.

- Croft?

- Kolacja jutro wieczorem? - Stał bardzo blisko, lecz nie zamierzał wziąć jej w ramiona.

35

background image

Przecież wcale tego nie chciała! Na pewno nie tak szybko. Potrzebowała czasu. Ponownie 

usłyszała   daleki   dźwięk,   delikatne   ostrzegawcze   dzwoneczki.   Jednakże   dzwoneczki   ucichły, 

kiedy spojrzała w oczy Crofta. Poczuła nieodpartą chęć, by poznać go dokładniej.

- Kolacja - powtórzyła, słysząc we własnym głosie akceptację.

- Będę czekać niecierpliwie - dodała impulsywnie.

- Ja też.

Ruszył w stronę drzwi, Mercy za nim. Kiedy otworzyła drzwi i je przytrzymała, przeszedł 

przez   próg,   po   czym   odwrócił   się   do   niej.   Stojąc   tuż   za   drzwiami   wydawał   się   częścią 

migotliwych nocnych cieni. Coś podpowiadało Mercy, iż bezpieczniej będzie, jeśli pozostawi go 

za drzwiami. Croft przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, a potem podniósł rękę.

Mercy zacisnęła palce na framudze. Coś w niej nalegało, aby jak najszybciej zniknęła z 

zasięgu Crofta, ale nie była  w stanie się poruszyć.  Czubkami palców lekko przesunął po jej 

karku. Była  to pieszczota lekka jak mgiełka, lecz Mercy natychmiast zapomniała, że chciała 

odsunąć się od wędrujących  palców, natomiast  ogarnęło  ją przemożne  pragnienie,  by wtulić 

twarz w jego dłoń i by ją pocałować.

Z obawą pomyślała, że to pragnienie widoczne było w jej spojrzeniu, kiedy podniosła 

wzrok i napotkała w jego oczach męską satysfakcję. Jego palce jeszcze raz przesunęły się po jej 

karku, po delikatnych włosach. Mercy zadrżała.

Croft zabrał rękę.

- Marzyłem o tym przez cały wieczór - powiedział. - Dobranoc, Mercy.

- Dobranoc, Croft. - Z trudem wypowiedziała te słowa.

Odwrócił się, znikając w ciemnościach, nim jeszcze zamknęła drzwi. Z zadumą oparła się 

o   framugę   i   przez   krótką   chwilę   pomyślała   z   niepokojem   o   jego   samotnym   spacerze   do 

samochodu. Ignatius Cove było w sumie bezpiecznym miasteczkiem, choć...

Potrząsnęła głową nad bezsensem, jakim było martwienie się o Crofta Falconera. Jeśli ma 

ochotę tracić czas, powinna raczej martwić się o siebie.

C

roft   czekał   na   sobotni   wieczór   zaskoczony   własną   niecierpliwością.   Nie   był 

przyzwyczajony do takiego nurtującego niepokoju. Oczywiście jego życie składało się z okresów

36

background image

czekania i z okresów działania. Oba się przeplatały i wzajemnie wzmacniały, pasując do siebie z 

symetrią, która trzymała Koło w zamknięciu. Jednakże ten okres wyczekiwania był inny. Nie 

taki, który poprzedzał przemoc, choć zawierał w sobie podobne elementy. Było w nim znajome, 

dogłębne poczucie świadomości i intensywnej fizycznej gotowości. Różnica polegała na tym, że 

nie był w stanie ukierunkować lub kontrolować niecierpliwości, tak jak to normalnie robił.

Wszystko dlatego, że tym razem czekał na kobietę. Na Mercy Pennington. Czekał, żeby ją 

całkowicie odkryć. Czekał, żeby ją posiąść.

O świcie znalazł puste miejsce na plaży koło zajazdu i usiłował wprawić się w poranny 

trans medytacyjny. Rezultaty nie były oszałamiające. Bieganie poszło mu lepiej, ale nie bardzo 

przyczyniło się do rozładowania rosnącego w nim napięcia.

Powiedział sobie, że powinien zwolnić proces myślowy i pozwolić, by bieg wypadków 

prowadził nieuniknioną drogę do końcowego wypełnienia. Wiedział, co robi. Potrafił zapanować 

nad końcowym wynikiem. W końcu poprzedniego wieczoru widział w niej oczekiwanie.

W przypływie pożądania zacisnął na moment palce, przypominając sobie miękkość jej 

skóry. Dotknięcie jej karku uświadomiło mu, czym będzie dotykanie jej całej. Miał wrażenie, że 

nie zdawała sobie sprawy, ile się dowiedział z tej krótkiej pieszczoty. W łóżku będzie miękka, 

wrażliwa, chętna i zmysłowa.

Ciekaw był, o czym myślała dzisiaj w pracy. Wiedział, że wciąż trochę się go obawiała. 

Celowo  nie  zrobił  nic,  aby  to  przezwyciężyć,   i  wiedział   dlaczego.   Nie mógł  jej  powiedzieć 

wszystkiego, lecz chciał być wobec niej jak najuczciwszy.

Wracając z plaży do zajazdu na śniadanie Croft pomyślał o mężczyźnie, który skrzywdził 

Mercy w Kalifornii. Mercy na pewno szybko nie wybaczyłaby następnemu, który zechciałby ją 

wykorzystać i oszukać.

On jednak miał przed sobą ważne zadanie. Kluczem do jego rozwiązania była książka - 

należała do Mercy, która nie zamierzała z niej zrezygnować. Nie było też prostego sposobu, aby 

jej tę książkę zwyczajnie zabrać. Natychmiast wiedziałaby, kto to zrobił. Nie, pomyślał Croft. On 

i Mercy zostali ze sobą związani na jakiś czas, czy jej się to podobało, czy nie. Nie mógł jej 

spuścić z oczu, dopóki nie podąży śladem książki i nie znajdzie odpowiedzi, których szuka.

37

background image

Był  jednak na tyle  wobec siebie szczery,  aby przyznać,  że nie chciał  opuścić  Mercy 

również  z innych  powodów. Powodów, które nie miały nic wspólnego z zamknięciem  Koła 

sprawiedliwości i przemocy.

W jego umyśle szalał gwałtowny pożar, kiedy przeskakiwał po dwa stopnie do wejścia do 

zajazdu. Ogrzało go wczesne letnie słońce, ale oczyma wyobraźni widział płomienie wzbijające 

się w nocne niebo i jęki rozbrzmiewające w ciepłym, nocnym powietrzu.

Nastrój Crofta nie poprawił się, kiedy usiadł do śniadania i dostał herbatę w torebce i 

filiżankę letniej wody.

Jak zwykle w takich okolicznościach  nie zostawił napiwku. I zupełnie się nie przejął 

paskudnym spojrzeniem kelnerki.

D

rugi wieczór z Croftem zaczął się, zdaniem Mercy, całkiem pogodnie. Przez cały dzień 

przepełniało   ją   głębokie,   podniecające   oczekiwanie.   Oczekiwanie   zamieniło   się   w   szczęście, 

kiedy Croft przyjechał po nią i zabrał ją do doskonałej restauracji rybnej niedaleko miasteczka.

Mercy rozluźniła się i z przyjemnością obserwowała, jak Croft spokojnie i umiejętnie, ze 

znakomitym refleksem, prowadzi samochód. Stwierdziła, że jego panowanie nad sytuacją może 

być czasem niezwykle uspokajające.

Kiedy indziej ta cecha jego charakteru bywała prawdziwym utrapieniem. Croft potrafił 

błyskawicznie stworzyć kamienny mur lub po prostu odejść od tematów i pytań, o których nie 

chciał dyskutować. Mercy spotykała się z upartą odmową za każdym razem, kiedy zaczynała 

delikatnie  wypytywać  o jego przeszłość. Wkrótce postanowiła, że nie będzie psuła wieczoru 

drążeniem tematów, na które Croft nie chciał rozmawiać. Miała wątpliwości, czy w ogóle można 

zmusić Crofta Falconera do rozmowy o czymś, czego on nie chce poruszać.

Jadła właśnie łososia, kiedy Croft zaskoczył ją, oznajmiając:

- Chyba pojadę z tobą do Kolorado.

- Co?

- Słyszałaś. Wybiorę się z tobą do Gladstone'a.

- Nie możesz.

- Dlaczego?

38

background image

- Bo nikt cię nie zapraszał. Gladstone zaprosił tylko mnie. Podczas rozmowy telefonicznej 

odniosłam   wrażenie,   że   ceni   swoją   samotność.   Jestem   pewna,   że   nie   byłby   zachwycony 

pojawieniem się jeszcze jednego gościa, zwłaszcza kogoś, kto poluje na tę samą książkę.

- Nie musisz mu tego mówić. Niech myśli, że jestem twoim kochankiem, którego zabrałaś 

ze sobą na urlop.

- Nie jesteś moim kochankiem, a nawet gdybyś był, nie byłoby powodu, żebym cię ze 

sobą zabierała. To podroż służbowa, przynajmniej pierwsze trzy dni będą poświęcone interesom. 

W gruncie rzeczy mam nadzieję, iż będzie to początek mojej nowej kariery. Nie mam zamiaru 

zmarnować szansy i popsuć sobie opinii profesjonalnego, wiarygodnego antykwariusza. Ludzie, 

którzy odnoszą sukcesy w interesach, nie mieszają życia prywatnego z zawodowym.

- Jeszcze nie jesteś znana jako antykwariusz – powiedział cierpliwie Croft. - To twoja 

pierwsza transakcja.

- Dopiero zaczynam!

- I nie masz nic przeciwko temu, aby zaczynać tę prestiżową karierę od handlowania 

pornografią?

Mercy poczuła się dotknięta.

-  Chciałabym   cię  poinformować,  że   my,  profesjonaliści,  oznaczamy  takie  książki  jak 

Dolina Burleigha jako kurioza.

- Z całą pewnością jest to kuriozum. Większość ludzi zaczyna interesować się takimi 

przykładami w wieku lat pięciu. Nie o to chodzi. Nawet gdybyś była uznanym antykwariuszem, 

nikt by nie kwestionował twojego towarzysza podróży.

- Dlaczego tak ci zależy na poznaniu Gladstone'a?

- Mam swoje powody.

- Chciałbyś zdobyć tę książkę dla siebie.

- Czy to przestępstwo? - Croft obojętnie wzruszył ramionami. - Jestem kolekcjonerem. 

Kolekcjonerzy   potrafią   wiele   przedsięwziąć,   żeby   uzyskać   to,   czego   chcą.   Pamiętaj   o   tym, 

Mercy.

- Grozisz mi?

- Skądże znowu. Tylko ci radzę. Nigdy nikomu nie grożę.

- Akurat.

39

background image

- Naprawdę. - Zdziwił się, że Mercy wątpi w prawdziwość jego stwierdzenia. - Groźby są 

stratą czasu. Stwarzają pole do wątpliwości. Zachęcają przeciwnika, aby wypróbował twoją siłę 

woli lub twoją siłę fizyczną.

- Widzę, że dogłębnie przemyślałeś ten temat - rzuciła zgryźliwie.

- Chciałbym pojechać z tobą do Kolorado jeszcze z innego powodu.

- Jakiego?

- Chciałbym być z tobą dłużej.

- Nie jestem pewna, czy chcę być częścią twoich planów związanych z pozyskiwaniem 

książek do kolekcji. - Mercy zawzięcie zaatakowała łososia.

- Mercy?

- Tak?

- Staram się być z tobą szczery na tyle, na ile mogę. Chce mieć tę książkę. Poza tym chcę 

poznać Gladstone'a. I chcę także ciebie.

- Czy masz nadzieję, że zdobędziesz przynajmniej dwie z tych trzech rzeczy?

- Zdenerwowałem cię.

- Owszem.

Przez   chwilę   siedział   w   milczeniu,   a   potem   kiwnął   głową,   jakby   podejmując   jakąś 

decyzję.

- Dobrze. Zostawmy ten temat.

- Czy to znaczy, że nasz wieczór się skończył? - spytała wprost.

- Jak myślisz?

- Kiedy jestem z tobą, to czasem sama nie wiem, co mam myśleć. - Westchnęła.

- Jeśli cię to pocieszy, powiem, że ja mam podobne odczucia.

- Nie wierzę. Zawsze myślisz, że wiesz, co robisz. To złe przyzwyczajenie, Croft. Może 

zanadto komplikować życie.

- Doprawdy? - Uśmiechnął się.

-  Jasne   -  stwierdziła  Mercy  bez   większego  sensu,  ale   przynajmniej   miała  satysfakcję 

powiedzenia ostatniego słowa na ten temat.

Croft   odwiózł   ją   do   domu   dopiero   po   północy   i   wyglądało   na   to,   że   nie   zamierza 

wystawać pod drzwiami. Kiedy jednak Mercy doszła do wniosku, iż Croft odejdzie jedynie z 

40

background image

uprzejmym „dobranoc”, dotknął jej tak samo jak poprzedniego wieczoru. Biała, marszczona u 

góry suknia Mercy odkrywała szyję i zagłębienia przy obojczykach. Tym razem palce Crofta 

delikatnie błądziły po skórze Mercy. Zadrżała.

Pieszczota wydawała się jeszcze intymniejsza niż poprzednio. To śmieszne, pomyślała 

Mercy.   Takie   lekkie   dotknięcie   powinno   być   traktowane   jako   coś   przypadkowego,   niemal 

bezosobowego.

Kiedy jednak poczuła lekkie drżenie przebiegające przez jej nerwy i spojrzała w oczy 

Crofta, doznała niepokojącego uczucia zagłębiania się we własną przyszłość. Było to tak, jakby 

czytała w jego myślach. Pragnął jej, Mercy wiedziała o tym z absolutną pewnością.

W   jej   wiedzy   było   ponadto   coś   więcej   niż   zwykła   kobieca   intuicja.   Mercy   czuła 

pożądanie  Crofta   z  nowym,   nie   znanym  jej  dotąd   poczuciem   świadomości.  Jakby  naprawdę 

odczytała jego myśli.

Nie wiedziała, czy uciekać, czy rzucić mu się w ramiona.

Croft odwrócił się i zszedł po schodach, nim zdecydowała, jak pokierować tym dziwnym, 

zwodniczym wrażeniem.

Dopiero kiedy wsuwała się później do chłodnej pościeli, uświadomiła sobie, że Croft 

słowem nie wspomniał o spotkaniu się z nią następnego dnia. W niedzielę nie pracowała.

Powiedziała sobie stanowczo, iż powinna wykorzystać wolny dzień, aby się spakować 

przed wyjazdem do Kolorado. Nie powinna marnować niedzieli na pałętanie się z człowiekiem, 

którego nie w pełni rozumiała. Nie była poza tym pewna, czy w ogóle chce go zrozumieć. Miała 

wrażenie, że nie jest to najlepszy pomysł.

Przez   jakiś   czas   leżała   w   łóżku,   przyglądając   się   ciemnemu   sufitowi.   Jej   myśli 

przepłynęły   od   Crofta   do   cennej   książki,   schowanej   tymczasowo   w   kuchennej   szafce.   Była 

absolutnie rozbudzona i niespokojna. Wieczór zakończył się pieszczotą, która ją rozdrażniła.

Przepełniało   ją   nieznane,   raczej   nieprzyjemne   uczucie   fizycznego   dyskomfortu.   Ze 

zdumieniem zdała sobie sprawę z jego źródła. Nie była przyzwyczajona do tego, aby leżeć w 

łóżku i tęsknić za dotykiem mężczyzny.

Na ogół jej myśli przed zaśnięciem dotyczyły kwitów kasowych, zamówień na książki, 

rachunków i podatków. Ostatni raz leżała w łóżku myśląc o mężczyźnie dwa lata temu. A dwa 

41

background image

lata temu myśli o jej ówczesnym narzeczonym z pewnością nie wyczyniały takich sztuczek z jej 

ciałem. Dziwny ból między udami był z pewnością niepokojący.

Postanowiła napić się mleka.

Wstała   z   łóżka,   poszła   do   kuchni   i   otworzyła   lodówkę.   Padające   z   wnętrza   światło 

oświetliło ciemne pomieszczenie. Mercy zajrzała do środka i stwierdziła, że zapomniała kupić

mleko. Trudno.

Kiedy zamykała drzwi lodówki, promień światła oświetlił na moment kuchenną szafkę i 

Mercy pomyślała o  Dolinie.  Jednocześnie przypomniała sobie Crofta, trzymającego książkę w 

swych mocnych, wrażliwych dłoniach, którymi delikatnie przewracał stare strony.

Mercy bez namysłu zamknęła lodówkę, zapaliła górne światło i podeszła do szafki.

Dolina   tajemniczych   klejnotów  leżała   na   swoim   miejscu,   zapakowana   w   ochronne 

pudełko. Wytarta skórzana oprawa zabłysła w kuchennym świetle. Mercy wiedziała, że wytarcie 

skory nie było spowodowane wyłącznie wiekiem.  Dolina  przeszła przez wiele chętnych rąk, z 

których  nie wszystkie należały do szacownych kolekcjonerów. Pod koniec osiemnastego i w 

dziewiętnastym  wieku  Dolinę  niewątpliwie często czytywano  wyłącznie dla jej treści w celu 

osiągnięcia podniecenia seksualnego. Takie wykorzystanie z pewnością pogarszało stan książki.

Ale ona, pomyślała Mercy, jest przecież antykwariuszką, która ma uzasadniony powód do 

zajmowania się białymi krukami. Nie należy do osób, które niszczą stronice książki spoconymi 

rękami.   Jej   zainteresowanie   wynika   z   przyczyn   czysto   profesjonalnych.   W   końcu   ten   tom 

przedstawia wartość kilku tysięcy dolarów i stanowi zaczątek jej nowej kariery.

Wyjęła   książkę   z   pudełka   i   zabrała   ze   sobą   do   sypialni,   aby   ją   przed   spaniem 

przestudiować.

N

astępnego   ranka   Mercy   wstała   wcześnie   i   podążyła   pod   prysznic   z   na   wpół 

zamkniętymi oczami. Luksusem było to, że nie musiała się śpieszyć. Przez sześć dni w tygodniu 

wyskakiwała z łóżka i pośpiesznie wpadała w zorganizowaną rutynę mycia, ubierania i jedzenia 

śniadania. Siódmego dnia wykonywała te same rutynowe czynności, tyle że znacznie wolniej.

Dopiero przy drugiej filiżance kawy pozwoliła sobie na myślenie o Crofcie Falconerze.

Istniała, oczywiście, taka możliwość, że zrezygnował z poznania Erasmusa Gladstone'a i 

wyjechał z powrotem do Oregonu.

42

background image

Z drugiej strony powiedział, że pojedzie z nią do Kolorado i Mercy była przekonana, iż 

tak łatwo nie zrezygnuje, chociaż nie zamierzała go ze sobą zabierać.

Powiedział, że zależy mu na poznaniu Gladstone'a, ale również na spędzeniu z nią czasu.

Może kłamał.

O dziesiątej Mercy była już spakowana do wyjazdu. Zastanawiała się właśnie nad szybką 

wizytą w księgarni, aby sprawdzić, czy zostawiła wszystko w porządku dla Dorrie, która miała ją 

zastąpić od poniedziałku, kiedy wyjrzała przez okno i zobaczyła wspaniały widok.

Zatokę wypełniały kolorowe żagle łódek, ślizgających się po iskrzącym morzu. Niebo 

miało kolor czystego błękitu, a góry nad zatoką błyszczały w słońcu. Dachy poniżej jej okna, 

które opadały w dół wzgórza, w stronę wody, oblane były światłem. Jej nauczyciel malarstwa 

byłby do głębi poruszony taką okazją.

Mercy wiedziała,  że nigdy nie  będzie miała  lepszej  sceny do malowania.  Zajęcie się 

farbami pozwoli jej także zapomnieć o Crofcie Falkonerze. Szybko wystawiła na taras sztalugi i 

wzięła pudełko z farbami.

Półgodziny później, kiedy zobaczyła czarne Porsche wjeżdżające na parking, stwierdziła, 

iż poniekąd miała  rację. Rzeczywiście uchwyciła  niepowtarzalną szansę uwiecznienia zatoki, 

jednak nie potrafiła przestać myśleć o Crofcie Falconerze. Obserwując z nadzieją, jak wysiada z 

samochodu, zdała sobie sprawę, iż podświadomie cały czas na niego czekała.

Zamykając drzwi podniósł oczy w gorę.

- Dzień dobry, Mercy.

- Cześć, Croft. - O mało nie dodała głośno, że nie mogła się go już doczekać. To śmieszne 

tak się podniecać. Z wystudiowaną powolnością odłożyła pędzel, wstała i podeszła do barierki. 

Oparła się i spoglądała, jak Croft wchodzi po schodach do jej mieszkania. Stanowił fascynujące 

tło dla ciepłego, letniego światła - stworzenie nocy poruszające się bez trudu w ciągu dnia. Miał 

na   sobie   dopasowane,   nisko   opuszczone   na   wąskich   biodrach   dżinsy   i   ciemną   koszulkę   z 

krótkimi   rękawami,   której   wycięcie   podkreślało   silną   budowę   szyi.   Ciemne   włosy   chwytały 

słoneczne światło i pochłaniały je.

Croft   wszedł   na   taras,   zatrzymał   się   i   obrzucił   wzrokiem   nie   ukończoną   scenę   na 

sztalugach.

- Tak myślałem. To ty jesteś autorką wszystkich tych obrazków w mieszkaniu.

43

background image

- Uczę się. Jak widzisz, jeszcze wszystkiego nie umiem.

- To prawda. - Kiwnął głową, nie usiłując zaprzeczać.

Mercy zmarszczyła nos.

-   Mógłbyś   mi   przynajmniej   powiedzieć,   że   nadałam   temu   widokowi   niezwykłą 

interpretację albo że mam prawdziwy talent - stwierdziła.

Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, jakby chciał się upewnić, że żartuje, i doszedł do 

wniosku, iż tak jest w istocie.

- Nadałaś temu widokowi niezwykłą interpretację.

- A prawdziwy talent?

Croft zawahał się, a potem powiedział powoli;

-   Jeśli   masz   prawdziwy   talent,   to   obawiam   się,   że   ukryłaś   go   pod   wszystkimi   tymi 

warstwami farby.

Mercy uniosła w górę dłoń, śmiejąc się ze skruchą.

- Dobrze, już dobrze. Nie masz wprawy w mówieniu komplementów, co?

- Jeżeli chcesz, mogę się postarać.

- Teraz nie zabrzmiałoby to już szczerze. - Mercy przechyliła głowę i przyglądała mu się 

z zaciekawieniem. - Co cię tu dziś sprowadza, Croft? Sądziłam, że wróciłeś do Oregonu?

- Jak to? Przecież ci mówiłem, że jadę z tobą do Kolorado.

- Myślisz tylko o jednym.- Jęknęła.

-   Nie.   -   Natychmiast   potrząsnął   głową.   -   Wszystko   jest   ze   sobą   powiązane.   Dzięki 

zrozumieniu całości można zrozumieć część. Usiłuję koncentrować mój umysł, ale to nie to samo 

co myślenie jednotorowe. Jest pewna różnica.

Uniosła ręce w udawanym proteście.

- Wystarczy. Zbyt piękny dziś dzień, aby dyskutować o twoim umyśle lub jego brakach.

- Może byśmy pojechali do Seattle? - zaproponował gładko.

- Do Seattle? - zdziwiła się Mercy.

- Możemy zjeść tam obiad, przejść się po galeriach przy Pioneer Square albo przejechać 

promem. Jak ci się to podoba?

44

background image

- Bardzo - odparła natychmiast Mercy. - Poczekaj chwilę, muszę zanieść to wszystko do 

środka. - Odwróciła się, wzięła farby, sztalugi i nie dokończony widoczek i zaniosła wszystko do 

pokoju. Pięć minut później wytarła ręce w dżinsy. - Jestem gotowa.

- Tak jak stoisz?

- Chcesz, żebym się szykowała przez następne pół godziny?

Croft uśmiechnął się, a po chwili głośno roześmiał i w tym rzadkim u niego śmiechu było 

coś nieoczekiwanie ekscytującego i grzesznego.

- Nie będę ryzykował - stwierdził. - Chodźmy.

Spędzili całe popołudnie jak turyści, kłócąc się o obrazy w galeriach, jedząc kanapki na 

nadbrzeżu Seattle i zaglądając do niektórych, otwartych w niedziele księgarń. Zrezygnowali z 

przejażdżki promem, ponieważ czas płynął szybko i nie chcieli go tracić na oglądanie widoków 

przez okno. Każda minuta wydawała się bardzo ważna. Zjedli obiad w popularnej nadmorskiej 

restauracji i wrócili do Ignatius Cove o zachodzie słońca.

Podczas popołudniowej wyprawy do Seattle Mercy po raz pierwszy nie czuła się spięta w 

obecności   Crofta.  Rozkoszowała   się  tym   odczuciem  podczas   jazdy  powrotnej.  Kiedy jednak 

Croft parkował samochód na parkingu pod jej domem, zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem 

nie było to wszystko zamierzone i celowe.

Następnego ranka wyjeżdżała do Kolorado i Croft niejeden raz powtarzał, że zamierza jej 

towarzyszyć.

Wysiadła   z   samochodu   znów   niepewna   i   niespokojna.   Zamykając   drzwi   spojrzała   na 

Crofta ponad niskim dachem Porsche. Przyglądał się jej wyczekująco.

- Nadal  nie  zamierzam  zaprosić  cię   na wycieczkę  do  Kolorado  -  powiedziała,  mając 

nadzieję, iż zabrzmiało to stanowczo.

- Wieczór się jeszcze nie skończył - stwierdził z naciskiem. - Myślałem, że wpadnę na 

kieliszek koniaku.

- Naprawdę? - Czuła serce tłukące się w gardle.

Croft   więcej   się   nie   odezwał.   Wziął   ją   za   rękę   i   poprowadził   po   schodach.   Mercy 

pomyślała, że powinna zatrzymać go przy drzwiach.

Ale wiedziała, że tego nie zrobi.

45

background image

Przy drzwiach bez słowa wyjął jej z ręki klucz i gładko przekręcił w zamku, jakby miał do 

tego   wszelkie   prawo.   Mercy   wzięła   głęboki   oddech   i   weszła   do   mieszkania,   pstrykając   w 

przycisk od światła na ścianie. Nie dokończona akwarela natychmiast przyciągnęła wzrok Crofta.

- Przyniosę koniak - powiedziała cicho Mercy.

Pospiesznie przeszła do kuchni. Może zabranie go do Kolorado nie byłoby ostatecznie 

takie   niemożliwe.   U   Gladstone'a   miała   spędzić   tylko   dwa   dni.   Gdyby   jej   klient   stanowczo 

oponował przeciwko dodatkowemu gościowi, zawsze mogli zatrzymać się w motelu. Jeśli zdoła 

przekonać Crofta, aby nie przejawiał zbytniej chęci zdobycia Doliny, to może... Może...

Tydzień z Croftem Falconerem w górach Kolorado kusił ją coraz bardziej.

Nie powinna tego robić. To kiepski pomysł. Prawie wcale nie znała Crofta, a nie chciała 

się zblamować przed klientem. Poza tym Croftowi równie mocno zależało na książce, co na niej 

samej. Mercy nie zamierzała pozostawać w cieniu jakiejś osiemnastowiecznej pornografii.

Istniało wiele poważnych przyczyn, dla których nie powinna pozwolić Croftowi jechać do 

Kolorado.

Croft nadal przyglądał się nie dokończonej akwareli, kiedy Mercy wróciła do pokoju z 

dwoma   kieliszkami   koniaku.   Kiedy   przy   nim   stanęła,   obrzucił   ją   taksującym   spojrzeniem. 

Wyglądał tak, jakby usiłował starannie dobierać słowa.

- Ostrzegam, że nie lubię krytyki - powiedziała Mercy, wręczając mu kieliszek.

- Masz złe podejście do malowania - stwierdził poważnie.

- To  moje   hobby.  -  Mercy rzuciła  jednym   okiem  na  sztalugi.  -  Ładny  dzień  na  taki 

widoczek. Zajmujesz się malarstwem?

- Zajmowałem się akwarelami.

- To mnie zaskakuje. - Mercy wypiła łyk koniaku.

- Naprawdę? Są dla mnie - przerwał, szukając odpowiedniego słowa - satysfakcjonujące.

- Dlaczego? - spytała z nagłym zainteresowaniem.

- Ponieważ z wierzchu są bardzo przejrzyste. Bezpośrednie i oczywiste. Nie ma licznych 

warstw farby, które przeszkadzałyby widzowi, jedynie czyste pociągnięcie koloru. Malowanie 

akwarelą pozwala artyście na tworzenie wrażenia światła. Co może być bardziej przejrzystego 

niż światło?

Mercy potrząsnęła głową.

46

background image

-   Powiedziałeś,   że   akwarela   jest   taka   na   powierzchni.   Ale   nie   sądzę,   żeby   cię 

interesowała, gdyby nie było w niej czegoś więcej.

-   Masz   rację.   Przejrzystość   jest   fascynująco   złożona,   kiedy   się   ją   studiuje.   Odkrywa 

bardzo wiele przy użyciu tak skromnego środka. I tu właśnie robisz błąd w swoim malarstwie, 

Mercy. Chcesz pokazać w swojej pracy za dużo szczegółów. Używasz techniki, która zależy od 

światła, jakby to było piórko czy olej.

- Mam wrażenie, że nie zaprosiłam cię tu po to, abyś mnie uczył malarstwa.

- Nie? - Lekko wykrzywił wargi w uśmiechu. - To po co mnie zaprosiłaś?

Uchyliła się przed bezpośrednim pytaniem, nie chcąc przyznać się sama przed sobą, a co 

dopiero przed nim.

- Może żeby ci grzecznie podziękować za miły dzień?

Zastanawiał się chwilę, po czym odrzucił jej odpowiedź.

- Nie. To nie dlatego.

- Croft...

- Patrz. - Przerwał jej i wziął pędzel. Zwilżył  delikatne włosie w miseczce  z wodą i 

przeciągnął po żółtej farbie. Potem połączył żółć z odrobiną błękitu, tworząc delikatną zieleń.

Mercy nie mogła się powstrzymać od dokładnej obserwacji. Sądziła, że Croft za bardzo 

rozwodnił farbę. Ale potem przesunął pędzlem po papierze prędkim, zdecydowanym ruchem i 

stwierdziła ze zdumieniem, że namalował idealny odcień nieba przy zachodzie słońca nad zatoką. 

Nigdy nie przyszłoby jej do głowy użyć  w tym  celu zieleni  i nigdy nie użyłaby tak bardzo 

rozwodnionej farby. Wynik ją zachwycił.

- Piękne - szepnęła oczarowana.

Croft odłożył pędzel.

-   Myślę   -   powiedział   wolno   -   że   kochanie   się   z   tobą   przypominałoby   malowanie 

akwarelami.

Mercy znieruchomiała.

Croft objął ją dłonią za szyję, kciukiem unosząc jej brodę, jego oczy miały prawie złoty 

kolor.

- Tylko kolor i światło.

Nim Mercy zdążyła się poruszyć, przywarł do jej ust.

47

background image

Rozdział czwarty

M

ercy   natychmiast   poczuła,   że   reaguje   na   jego   dotyk.   Uczucie   było   ogromnie 

dezorientujące, niepodobne do niczego, co w życiu przeżyła. W przelocie pomyślała, że jego 

dotyk jest dokładnie taki jak w jej marzeniach: obłęd kolorów paraliżujący zmysły.

Kieliszek   w   jej   ręce   zadrżał,   a   potem   znikł,   kiedy   Croft   wyjął   go   jej   z   palców,   nie 

odrywając się od jej ust. Kiedy objął ją obiema rękami, straciła dech. Ciepło i siła Crofta porwały 

ją i wciągnęły w błyszczącą pułapkę. Cała fascynacja, fizyczna świadomość i głęboka, podskórna 

chęć bliższego poznania Crofta, które niepokoiły ją przez ostatnie dwa dni, wróciły ze zdwojoną 

siłą.

Wiedziała, że on wyczuwa jej reakcję. To sprawiło, iż poczuła się bezbronna i na moment 

powróciła   obawa,   która   kazała   jej   podjąć   skazaną   na   niepowodzenie   próbę   walki   z 

nieuniknionym. Croft objął ją mocniej.

- Przecież mnie chcesz - powiedział z ustami tuż przy jej ustach. - Widziałem to w twoich 

oczach. Przede mną tego nie ukryjesz. Twoje oczy są dla mnie tak przejrzyste jak akwarela. I ja 

cię chcę. Będę ostrożny. Nie masz powodu bać się mnie, Mercy. Już ci mówiłem, że przy mnie 

jesteś bezpieczna. Wiesz o tym, prawda?

Uwierzyła mu ponownie, tak samo jak za pierwszym razem, kiedy jej powiedział, że przy 

nim nic jej nie grozi. Rozluźniła się w jego objęciach, wtulając się w porywające ciepło ciała 

Crofta. Jej usta poddane były zdecydowanemu i głębokiemu naciskowi. Kiedy Croft dotknął 

kciukiem kącika jej ust, domagając się odpowiedzi, Mercy jęknęła cicho. Otworzyła przed nim 

usta i czekała na wtargnięcie jego języka.

Tymczasem   zamiast   spodziewanego   gwałtownego   ataku   nastąpił   subtelny,   delikatny   i 

pieszczotliwy najazd, który napełnił ją drżeniem. Dopiero kiedy powoli wypełniał jej usta w 

intymnej pieszczocie, Mercy pojęła, jak może wyglądać jego całkowite zwycięstwo. Wiedziała, 

że pocałunek był próbką, wstępem do tego, co ma nastąpić.

48

background image

Kiedy   Croft   niechętnie   oderwał   się   od   jej   ust   i   zaczął   obsypywać   delikatnymi 

pocałunkami jej twarz i płatek ucha, Mercy westchnęła w zachwycie. Objęła go ramionami za 

szyję.  Poczuła pod palcami  twarde, umięśnione  ramiona.  Lekko wbiła paznokcie  w materiał 

koszuli, odkrywając pod nią mocne ciało.

- Myliłem się - mruknął Croft przy jej uchu. - Jest w tobie coś więcej niż światło i kolor. 

Jest w tobie siła. Piękna, subtelna, kobieca siła. Czeka nas coś bardzo specjalnego.

-   Może   z   czasem   -   szepnęła,   zamykając   oczy   pod   wpływem   dotyku   jego   zębów   na 

koniuszku ucha.

- Dziś - poprawił.

Nie sprzeczała się z nim. Teraz by już nie mogła. Tego przecież chciała. Wiedział o tym i 

Mercy mogła wreszcie przyznać się sama przed sobą. Wszystko działo się zbyt szybko. Nic o 

nim nie  wiedziała,  ale jeszcze nigdy w życiu  nie potrzebowała  i nie chciała  mężczyzny  tak 

bardzo, jak pożądała  Crofta Falconera. Odmówienie  sobie tego dzisiaj byłoby odmówieniem 

sobie przyjemności, o której do tej pory nie miała nawet pojęcia, że istnieje.

- Czy nadal trochę się mnie boisz? - spytał. Przesunął dłońmi po jej plecach, przyciskając 

ją łagodnie do siebie. Zacisnął ręce na jej zaokrąglonych pośladkach i przyciągnął ją do swych 

rozpalonych ud.

- Tak. Nie. Nie wiem. - Mercy zrozumiała, iż nie ma to żadnego znaczenia. Wszelkie 

obawy znikły w palącym pożądaniu. Było to pożądanie wzajemne. Czuła twardy kształt pod 

napiętym materiałem dżinsów.

- Jak możesz się mnie bać, kiedy widzisz, jak bardzo cię pragnę? - zapytał zachrypniętym 

głosem, jeszcze mocniej przyciskając ją do siebie.

- Och, Croft.

Mercy wtuliła twarz w jego ramię, wdychając ostry, pierwotny zapach mężczyzny.

- Chcę, abyś ożyła pod moimi rękami tak, jak akwarelowy pejzaż ożywa na papierze.

Croft   przesunął   się,   obracając   ją   powoli   w   ramionach,   aż   stała   zwrócona   do   niego 

plecami. Kiedy nie rozumiejąc, o co mu chodzi, usiłowała wyzwolić się z jego objęć, szepnął:

- Nie walcz ze mną, skarbie. Otwórz oczy.

Mercy posłuchała i spojrzała wprost na ich odbicie w lustrze przed sobą. Była niemal 

zszokowana swym omdlewającym spojrzeniem spod wpółprzymkniętych powiek. Zaskoczyło ją 

49

background image

pożądanie widoczne w jej wzroku. To właśnie widział Croft, otwarte zaproszenie, połączenie 

zmysłowej   prośby   i   kobiecego   rozkazu.   Widok   siebie   w   lustrze   mógłby   ją   niesłychanie 

zażenować, gdyby nie drugie odbicie ukazujące w twarzy i w oczach Crofta niewyobrażalne 

podniecenie.

Zaczął   ją   rozbierać,   obserwując   w   lustrze   wyraz   jej   twarzy.   Powoli   i   z   namysłem 

przesuwał palcami wzdłuż bluzki. Kiedy rozpiął już wszystkie guziki, zsunął bluzkę z jej ramion 

i odrzucił od niechcenia na bok. Potem wtulił usta w jej włosy, nadal patrząc jej w lustrze w oczy 

i obejmując piersi obiema rękoma.

Mercy zdała sobie sprawę z przenikającej ją cudownej słabości. Wpatrywała się w lustro, 

zafascynowana   widokiem   siebie,   otoczonej   brązowymi   ramionami   Crofta.   Swymi   krągłymi 

piersiami wtulonymi w jego dłonie, z widocznymi między palcami brodawkami. Lekko przesunął 

kciukami po różowych czubkach stawiając je na baczność.

Złapała go za ręce, tak uwrażliwiona, iż obawiała się następnej pieszczoty.

- Proszę cię - wyjąkała. - Nie... To takie dziwne.

- Jesteś szalenie wrażliwa. Tak jak myślałem. Boisz się, że zaboli, kiedy to zrobię? - Croft 

brzegami kciuków pogłaskał ciemne otoczki brodawek, obserwując z uwagą jej twarz w lustrze.

Mercy złapała powietrze, gdy jej brodawki stały się jeszcze twardsze. Było to uczucie 

niemal nie do wytrzymania – ból, oczekiwanie i paląca wrażliwość. Opuściła powieki, na wpół 

zamykając oczy.

- Nie mam pojęcia, czego mam się po tobie spodziewać - stwierdziła szczerze.

- Czasami między przyjemnością a bólem istnieje bardzo subtelna granica.

- Czy zawsze wiesz, gdzie ona przebiega?

- Zawsze.

Wierzyła mu i wiedziała, że ta świadomość powinna ją przerażać, ale czuła radość. Oto 

człowiek, któremu nieobca była przemoc. Być może zdarzało mu się w momencie podniecenia 

przekraczać granicę między przyjemnością a bólem. Jednakże Mercy nie czuła obaw, a jedynie 

najgłębsze zaufanie. Croft znał granicę i nigdy by jej nie przekroczył. Mogła mu się oddać i czuć 

absolutnie  bezpiecznie.  Przy nim  mogła  się nauczyć  wzruszeń i przyjemności,  które istniały 

gdzieś w najgłębszych zakamarkach, nie obawiając się upadku, który ściągnie ją w przepaść.

50

background image

Ten mężczyzna zawsze będzie się nią opiekował. Mogła mu zaufać. Ponownie spojrzała 

mu w lustrze w oczy i tym razem się uśmiechnęła.

Był to powolny, zmysłowy, niezwykle kobiecy uśmiech zaproszenia, zachęty, pożądania i 

starej jak świat obietnicy, które to odczucia dobywały się z jej głębi i rozświetlały jej oczy. Ciało 

Mercy nabrało ciepłego, różowego koloru, rozlewającego się od jej piersi w górę, do policzków. 

W   oczach   Crofta   widziała,   iż   on   zdaje   sobie   sprawę   z   jej   wzrastającego   podniecenia.   W 

odpowiedzi poczuła, jak jego ciało napina się jeszcze bardziej, a Croft szepcze jej we włosy 

zachrypłe, tajemnicze słowa zachęty.

Nie sprzeciwiała się, kiedy puścił jej piersi i przesunął ręce w dół. Z cichym, metalicznym 

chrzęstem odpiął guzik i rozsunął suwak jej dżinsów, po czym zaczął je z niej ściągać.  Mercy 

była w pełni świadoma nacisku jego twardego członka. Jest duży, pomyślała. Solidny, ciężki i 

niewyobrażalnie męski.

- Czy wiesz, jak bardzo jesteś pociągająca? Mógłbym ci się przyglądać godzinami, moja 

słodka Mercy. Jesteś pełna miękkich, okrągłych wgłębień i załomków, które czekają na moje 

dłonie. Jesteś pełna wszelkich rodzajów cienia i światła.

Mercy słyszała słowa, ale nie widziała jego twarzy, ponieważ kiedy ściągał z niej dżinsy, 

znów zamknęła oczy. Czuła, że razem ze spodniami zdejmuje z niej figi i wiedziała, że gdyby 

uniosła powieki, zobaczyłaby siebie w lustrze całkiem nagą.

Nagle wzięły górę jej naturalne zahamowania.

- Nie zamierzam sama stać przed lustrem bez ubrania - zaprotestowała szeptem.

Croft roześmiał się cicho i pochylił, aby ją pocałować w ramię.

- To mnie rozbierz - powiedział.

Z lekkim okrzykiem obróciła się w jego ramionach i otworzyła oczy, napotykając w jego 

wzroku pełzające płomienie, które ją jednocześnie prowokowały i podniecały.

- Chcę cię dotykać.

- Chcę, żebyś mnie dotykała.

Rozpięła mu koszulę, usiłując zapanować nad drżącymi palcami. Croft nie ułatwiał jej 

zadania. Szeptał zmysłowe obietnice i obsypywał pocałunkami jej twarz i okolice uszu. Kiedy 

zmagała się z jego ubraniem, dłońmi pieścił jej wrażliwy kark. Nie wiedziała, że ta część ciała 

jest tak erogenna.

51

background image

Croft niecierpliwie zrzucił z siebie koszulę, kiedy Mercy skończyła ją rozpinać, i znów 

przyciągnął ją do siebie. Mając jej piersi przyciśnięte do swojej nagiej klatki piersiowej, Croft 

spojrzał w lustro i nagle się uśmiechnął. Powoli przesunął dłonie na jej nagie biodra. Mercy 

żachnęła się, kiedy wsunął palce w rowek dzielący jej pośladki.

- Croft!

Zignorował   ją.   Przesunął   palce   jeszcze   niżej,   wzdłuż   zmysłowej   ścieżki,   aż   znalazł 

wilgotne, gorące miejsce, które powiedziało mu wszystko, co chciał wiedzieć o jej gotowości. 

Kiedy przeciągnął palcami między jej wilgotnymi udami, Mercy oparła dłonie na jego szerokiej 

piersi. Odchyliła głowę do tyłu i zdusiła w gardle okrzyk. Przez kręcone, sztywne włosy wbiła 

paznokcie w skórę tuż nad płaskimi, męskimi brodawkami.

Gdy usłyszała, jak Croft wciąga głęboko powietrze, zdała sobie sprawę z tego, co robi. 

Spojrzała na niego przepraszająco.

- Nie chciałam cię zranić.

Uśmiechnął się.

- Nie jesteś w stanie mnie zranić. Ale łatwo możesz mnie doprowadzić do szaleństwa.

Mercy, uspokojona, odwzajemniła uśmiech, po czym, ze śmiałością, o którą by siebie do 

tej pory nie podejrzewała, a która zaczynała jej się podobać, rozpięła mu dżinsy. Potężny członek 

wyskoczył ze spodni i wsunął się w jej dłoń, sięgając jej aż do brzucha. Był twardy jak stal, ale 

jego koniec przypominał w dotyku miękki atłas. Kontrast był cudowny. Mercy zaczęła delikatnie, 

z niedowierzaniem głaskać pulsujący organ.

- Ty też przypominasz obraz - powiedziała. - Jest w tobie coś więcej niż to, co widać na 

pierwszy rzut oka. Więcej, niż się spodziewałam. - O wiele więcej, dodała w duchu. Wydawał się 

ogromny, wypełniając jej dłoń i pulsując życiem i energią. Ciekawa była, czy będą do siebie 

pasowali   tak   dobrze,   jak   wydawało   się   Croftowi.   Przejechała   językiem   po   dolnej   wardze   i 

stwierdziła z niepokojem: - Jesteś bardzo duży.

Croft wsunął jedną rękę pomiędzy ich ciała, wplątując palce w miękką kępkę włosów 

między jej nogami. Po czym wsunął palec w jej gorący, wilgotny kanał.

- Ach! - Jej ciało zacisnęło się wokół atakującego palca i Mercy zatoczyła  się lekko, 

puszczając ramiona Crofta.

52

background image

- A ty jesteś bardzo mała - szepnął łagodnie Croft. - I jedwabiście gładka. Będziemy do 

siebie doskonale pasować. Nie mogę się już doczekać, żeby się znaleźć w środku. Nie całkiem 

tak to sobie zaplanowałem. Jesteś już gotowa. Myślałem, że wszystko potrwa trochę dłużej. Nie 

chciałem niczego przyśpieszać.

- Wierz mi, że w tym, co robisz, nie widzę nic złego. - Mercy przechyliła się w jego 

stronę, wypełniona niewiarygodnym pożądaniem.

Nie rozumiesz - szepnął, - Ale nie jest to odpowiednia pora na wyjaśnianie. Spójrz na 

nas, Mercy. Spójrz w lustro i sama się przekonaj, jak bardzo do siebie pasujemy.

Przesunął się, obracając ich bokiem do lustra i Mercy rzuciła okiem w prawo, trochę się 

obawiając tego, co zobaczy. Zaniepokoił ją widok własnego ciała wtulonego w Crofta, którego 

dłonie   były   władczo   zaciśnięte   na   jej   zaokrąglonym   tyłeczku,   chociaż   tego   właśnie   mogła 

oczekiwać. Westchnęła głęboko, nie mogąc oderwać wzroku od lustra.

- O co chodzi, Mercy? - Croft wsunął muskularną nogę między jej uda, zmuszając ją do 

rozsunięcia nóg. - Czy nie wyglądamy dobrze razem? Czy nie podoba ci się to, co widzisz? 

Malujemy w lustrze akwarelę.

Pogłaskał jej biodro, przesuwając dłoń do góry, aż spoczęła obok piersi. Kontrast między 

opalonymi palcami a białą piersią był szalenie erotyczny. Równie zmysłowy kontrast stanowiła 

jego ciemna głowa pochylona nad jej jaśniejszymi włosami.

- Słoneczne światło i cień.

Oderwała wzrok od hipnotycznej sceny w lustrze. Podniosła oczy na Crofta. Już sam jego 

mroczny, zachrypnięty głos był uwodzicielski. Czuła się otwarta i bezbronna, kiedy przesuwał 

delikatnie udem między jej nogami. Umięśniona noga, twarda, owłosiona i kusząca, głaskała 

delikatną skórę wnętrza jej uda. Wiedziała, że Croft czuje jej nie kontrolowaną, wypływającą 

wilgoć i że go to szalenie podnieca.

Mercy   nie   potrafiła   zrozumieć,   jak   Croft   mógł   być   tak   samo   podniecony   jak   ona,   a 

jednocześnie tak bardzo się kontrolować. Coś jej w tej całej sytuacji nie pasowało.

- Croft, ty dokładnie wiesz, co robisz, prawda? - szepnęła, szukając wzrokiem jego oczu. 

Był z nią, choć niezupełnie do końca. Mercy czuła się zdezorientowana i oszołomiona reakcją 

swego   ciała,   Croft   natomiast   dokładnie   nad   sobą   panował.   Do   porzucenia   takiej   kontroli 

musiałoby go skłonić coś znacznie ważniejszego niż jedna noc z kobietą, która topniała pod jego 

53

background image

dotykiem jak wosk. Ta myśl sprawiła Mercy lekką przykrość, zrywając na chwilę słodką sieć 

namiętności, która ich otaczała.

- Ciii - szepnął, pochylając się i smakując nagą skórę jej ramienia. - Nie psuj tej chwili 

logiką. To nie pora na logikę i rozumowanie. To pora na analizowanie odczuć. Pozwól swemu 

ciału   reagować   na   mnie.   Spójrz   na   kobietę   w   lustrze.   Ona   się   nie   boi.   Czuje   się   wolna, 

rozluźniona i żywa. Nie zniszczy dzisiejszej nocy pytaniami, na które nie ma odpowiedzi.

Nim Mercy pozbierała rozrzucone myśli, aby jednak zastanowić się nad tymi pytaniami, 

Croft położył ją na dywanie przed lustrem. Mercy porzuciła resztki ostrożności.

Kątem   oka   ujrzała   kobietę   w   lustrze,   kurczowo   trzymającą   się   mężczyzny,   który 

zamierzał przykryć ją własnym ciałem. Kiedy ta kobieta krzyknęła i uniosła się w górę, ofiarując 

swe piersi głodnym wargom kochanka, Mercy zdumiała się gwałtownością reakcji. Jej włosy, 

moje włosy, uświadomiła sobie Mercy w desperackiej próbie rozróżnienia między wyobrażeniem

a rzeczywistością, rozłożyły się wachlarzem na szarym dywanie. Mężczyzna w lustrze wsunął 

palce w gęstwinę włosów kobiety, delikatnie łapiąc zębami jedną ze sterczących brodawek.

Jednocześnie   Mercy   poczuła,   jak   jej   własny   kochanek   wsuwa   dłonie   w   jej   włosy. 

Zachłysnęła się z rozkoszy, gdy zęby Crofta dotknęły czubków piersi. Kobieta w lustrze uniosła 

kolano   i   w   tej   samej   chwili   Mercy   poczuła   pod   własną   nogą   twarde,   muskularne   zarysy 

pośladków Crofta.

Zdawała sobie sprawę z oczekującej, pulsującej części męskiego ciała, która zawieszona 

była nad jej udami, i wiedziała, że kobieta w lustrze żyje w takim samym, napiętym jak struna 

oczekiwaniu.

- Teraz. - Głos Mercy był  niemal niedosłyszalny,  lecz kobiece błaganie wibrowało w 

powietrzu. - Proszę, Croft, teraz.

Kobieta   w   lustrze   uniosła   biodra   w   pożądliwym,   bolesnym   zaproszeniu.   Miękkie, 

jedwabiste włosy na wzgórku Mercy połączyły się z szorstkimi, twardymi włosami u nasady 

członka Crofta. Mężczyzna jęknął chrapliwie i gwałtownie.

- Dość się naczekałem - powiedział przez zaciśnięte zęby, wciskając się między jej nogi. - 

Za długo. Lata całe. A może od zawsze.

Mercy  nie   zrozumiała,   o  co  mu  chodzi,   nie   miała  jednak  chęci   zadawania  kolejnych 

pytań.   Był   tutaj,   w   rdzeniu   jej   ciała,   popychając   powoli,   jakby   zamierzał   odczuć   każdy 

54

background image

centymetr,   który   posiadł.   I   wtedy,   przeczuwając,   jak   dokładne   i   wszechstronne   będzie   to 

posiadanie, Mercy zesztywniała.

Kobieta   w   lustrze   w   gwałtownym,   niemym   proteście   wbiła   paznokcie   w   ramiona 

kochanka, gdy ten nieubłaganie posuwał się do przodu. Mercy odczuwała wrażenie rozciągania, 

niemal   na  krawędzi   bólu,  i wstrzymała  oddech,  nie  zdając  sobie  sprawy,   jak  głęboko  wbija 

paznokcie w ciało Crofta. Rozkoszne pożądanie, które do tej pory odczuwała, raptownie znikło. 

Jej   zmysły   skoncentrowały   się   na   rzeczywistości   zachodzących   wydarzeń   i   Mercy   się 

przestraszyła.

- Spokojnie - powiedział cicho Croft. Znieruchomiał, choć najwyraźniej nie przyszło mu 

to łatwo. Był w niej tylko częściowo. Oparł się na łokciach, czekając, aby jej ciało trochę się 

wokół niego rozluźniło. - Walczysz, a przecież nie ma pośpiechu. Mamy całą noc. Nie walcz ani 

ze mną, ani ze sobą. - Delikatnie odsunął jej z twarzy splątane włosy i spojrzał jej głęboko w 

oczy.

Mercy   poczuła   naprężone   mięśnie   Crofta,   któremu   udało   się   całkowicie   nad   sobą 

panować.

- Cały czas się kontrolujesz. - Jęknęła.

Protest był głupi, ale właśnie to obchodziło ją w tej chwili najbardziej.

- Gdyby nie to, mógłbym ci dziś zrobić krzywdę. Jesteś bardzo spięta i zdenerwowana. 

Myślę, że wciąż się mnie trochę boisz. Chodzi ci o moją osobę czy o to, że tak długo byłaś bez 

mężczyzny?

- Może jestem zdenerwowana, ponieważ jesteś zbyt pewny siebie, za bardzo panujesz nad 

własnym   ciałem.   -   Poruszyła   głową   rozczarowana.   -   Nie   mogę   się   rozluźnić   i   dać   ponieść 

emocjom,   dopóki   ty   tego   nie   zrobisz   -   stwierdziła   pośpiesznie.   -   Przestań.   Puść   mnie.   To 

wszystko zaszło za daleko.

W oczach Crofta zapaliło się coś gwałtownego.

- Wiesz, że cię chcę.

- Chcesz mnie uwieść. To coś innego.

- Tak się na tym znasz?

- Nie jestem idiotką. Nie śmiej się ze mnie.

- Nie - mruknął. - Nie jesteś idiotką. Ale najrozmaitsze obawy rozrywają cię na kawałki.

55

background image

- To ty mnie rozrywasz na kawałki. Dosłownie.

- Wiesz, że to nieprawda. Mówiłem ci, że ze mną jesteś bezpieczna.

- Nie wierzę. - Mercy wiedziała, że łapie się pretekstów. Sama nie wiedziała, co chce tym 

osiągnąć.   Zdawała   sobie   tylko   sprawę   z   desperackiej   potrzeby   sprowokowania   Crofta   do 

działania  nie kontrolowanego. Chciała, aby zachowywał  się tak samo  spontanicznie  jak ona. 

Chciała się przekonać, że Croft jest tak samo jak ona porwany i podniecony zaistniałą chwilą. - 

Słyszysz, Croft? Nie wierzę ci. Prawie cię nie znam. Skąd mogę wiedzieć, jakie masz poczucie 

honoru? Jak mogę ci zaufać? Byłabym głupia, gdybym się w pełni poddała mężczyźnie, który 

twierdzi, że jest specjalistą od przemocy. Nie wierzę ci. Nie ufam.

Odczuła   w   nim   natychmiastową   zmianę,   gwałtowną,   porywającą   namiętność.   Kiedy 

jednak dostrzegła w jego oczach nowy błysk, przestraszyła się, że posunęła się za daleko.

- Nie masz wyboru, musisz mi wierzyć. Będziesz moja.

-   Naprawdę?   -   Prowokowała   go,   wiedząc,   iż   w   każdym   innym   momencie   byłaby 

przerażona własną beztroską,

Croft nawinął sobie jej włosy na dłonie.

- Przyznaj się - rozkazał. - Przyznaj się, że mnie chcesz. Powiedz to.

Odetchnęła głęboko i powiedziała prawdę.

- Chcę ciebie.

- Powiedz, że mi ufasz. Powiedz, że kłamałaś, kiedy powiedziałaś, że mi nie wierzysz.

Mercy westchnęła i wyznała całą prawdę. Jej ograniczone opanowanie gdzieś znikło. Nie 

miała jego mocy ani siły woli. I szaleńczo go pożądała.

- Ufam ci.

- Dzięki Bogu, nie potrafisz mnie oszukiwać. - Złapał ją rękami za ramiona i opadł na jej 

usta z dzikim pożądaniem, które omal jej nie zatopiło. Napiął mięśnie ud i powoli, nieuchronnie 

parł do przodu.

Czuła, jak się w niej porusza, wchodząc w nią całkowicie z siłą, która pozbawiła ją tchu. 

Nie było bólu, tylko uczucie niewiarygodnego naprężenia. Później Mercy zapomniała o kobiecie 

w lustrze, zapomniała o wszystkim, oprócz zmysłowego zachwytu z powodu tego, że Croft w 

niej tkwi.

56

background image

- Och, Boże, Croft! - Trzymała go kurczowo, objęła nogami, usiłując trzymać go w sobie 

jak najgłębiej.

- Słodka Mercy. - Była to przysięga, modlitwa i stłumiony okrzyk tryumfu.

Croft obejmował  ją równie mocno,  jak Mercy jego. Wbijał palce  w jej ciało.  Mercy 

poddała się całkowicie cudownemu podnieceniu, świadoma, iż jej ciało zaciska się w zupełnie 

nowy sposób, w rytm poruszającego się w niej Crofta.

Mercy poczuła się wolna jak ptak. Pożądała gwiazd, których nigdy nie dotykała, po raz 

pierwszy w życiu oczekując tego, co ją czeka za progiem. Nawet sięgając na ślepo i całkowicie 

się oddając, wiedziała, że nie obawia się nieznanego doświadczenia, które ma przeżyć. Był z nią 

Croft. Razem sięgnęli po rozmigotane zakończenie ciasno zwijającej się spirali zmysłów.

-   Tak,   do   diabła,   tak.   -   Gardłowy   rozkaz   Crofta   zabrzmiał   w   chwili,   gdy   Mercy 

wykrzyczała ogarniającą ją potrzebę wyzwolenia. - Weź to, skarbie. To twoje.

Zadrżała w jego ramionach, poszukując i odnajdując nieznane dotąd spełnienie.

- Croft, ach, Croft, proszę. Już nie wytrzymuję. - Przyciskała go do siebie kurczowo, 

wtulając twarz w jego pierś. Na języku czuła smak jego potu.

- Ja też już nie mogę, słodka Mercy. - Croft wydawał się zdumiony własną namiętnością.

A   potem   nie   było   już   miejsca   na   zrozumiałe   słowa   czy   żądania.   Wylała   tama   ich 

pożądania i uniosła ich oboje w swym spełnieniu.

Dopiero po dłuższym czasie Mercy otworzyła oczy. Croft nadal leżał na niej, wciskając 

jej ciało w dywan. Uśmiechnęła się do siebie, głaszcząc czubkami palców jego ramiona. Croft 

złożył głowę na jej piersi i odwrócił ją w kierunku lustra.

Mercy nie miała pojęcia, iż obserwował ją w lustrze, dopóki nie rzuciła okiem w tamtą 

stronę i nie zobaczyła jego szeroko otwartych, bacznych oczu.

Uśmiechnęła się do niego zuchwale.

- Czemu się pan tak przygląda, panie ekspercie od walk wschodnich?

- Tobie.

- Nie przypominam sobie, abym na to pozwalała.

- Nie pytałem o pozwolenie. - Croft uniósł głowę, powoli się podnosząc. - Nie miałoby to 

większego sensu. Przypuszczalnie byś się nie zgodziła. Z przekory. - Lekko dotknął ustami jej 

57

background image

warg.   -   Nie   miałem   pojęcia,   jaka   będziesz   trudna,   kiedy   zobaczyłem   twoje   ogłoszenie   w 

katalogu.

W jego słowach Mercy nie usłyszała żartobliwego tonu. Widać było, że z trudem przyszło 

mu się z czymś pogodzić.

- Czy to takie ważne? - spytała.

Energicznie potrząsnął głową.

- Nie, nieważne. O której rano wyjeżdżamy?

Mercy na moment znieruchomiała. Croft się nie odzywał. Nadal przyciskał ją do dywanu i 

czekał. Jedynie czekał.

- Czyżbyś mnie dzisiaj uwiódł po to, żebym cię zabrała do Kolorado?

- Nie. Zrobiłbym to również wtedy, gdybyś  się jutro rano nie wybierała do Kolorado. 

Musiałem cię mieć. Jeszcze nigdy nie pragnąłem niczego tak bardzo jak ciebie dzisiaj.

Spojrzała w jego niewzruszoną twarz i uwierzyła.

- Cieszę się - stwierdziła miękko. - Ponieważ nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyłam.

- Och, Mercy, wiem. Jesteś taka przezroczysta. Zupełnie jak akwarela. - Uśmiechnął się 

lekko i pocałował ją w czubek nosa. - Kiedy na samym początku kazałem ci patrzeć na nas w 

lustrze, dostrzegłem szok w twoich oczach i poczułem w tobie szok, kiedy przed chwilą szalałaś 

w moich ramionach.

- Dumny jesteś z siebie, co? - Mercy zaczerwieniła się.

Białe zęby błysnęły w drapieżnym uśmiechu.

- To twoja wina. Wspaniale na mnie reagowałaś.

- Nie jestem pewna, czy podoba mi się to, że tak doskonale mnie odbierasz.

- Przyzwyczaisz się. - Croft poderwał się na nogi i schylił się, żeby pomóc Mercy wstać.

- Naprawdę? - Obrzuciła go badawczym spojrzeniem.

- Mhm. - Lekko dotknął palcem kącika jej ust. - Z radością myślę o tych kilku dniach, 

jakie spędzimy razem w Kolorado.

- Z radością myślisz, że może uda ci się namówić Gladstone'a do odstąpienia książki?

- Nie. - Croft potrząsnął głową. - Nie mam zamiaru namawiać Gladstone'a.

- Naprawdę? Słowo honoru?

- Słowo honoru. Przysięgam, że nie będę negocjował z Gladstone'em.

58

background image

Bardzo chciała mu wierzyć  i po badawczym  spojrzeniu mu  w oczy uznała, że mówi 

prawdę.

- Dobrze - stwierdziła Mercy, podejmując decyzję.

Croft znów się uśmiechnął i sięgnął po ich ubrania.

- Wiedziałem - powiedział, prowadząc Mercy do sypialni.

P

óźniej Croft leżał  nieruchomo  obok śpiącej Mercy i próbował analizować  cienie  w 

sypialni. Nie bardzo mu to wychodziło. Wiele razy zastanawiał się nad tymi samymi pytaniami i 

wciąż nie mógł uzyskać na nie odpowiedzi. Znów odczuwał niepokój i to mu przeszkadzało.

Jakby patrzył na akwarelę. Na powierzchni wszystko było krystalicznie jasne. Osiągnął 

to, co postanowił. Mercy uległa mu fizycznie, emocjonalnie i intelektualnie. Pojedzie z nią na 

spotkanie  z tajemniczym  kolekcjonerem,  który zgłosił  się po  Dolinę,  kiedy tylko  ogłoszenie 

ukazało się w katalogu.

Lecz Croft nie był usatysfakcjonowany i wiedział dlaczego. Chodziło mu o sposób, w jaki 

Mercy sprowokowała go wcześniej do utraty kontroli nad sobą. Do tej chwili wszystko toczyło 

się tak, jak zaplanował. Mercy roztapiała się w jego ramionach, poddając się ze słodką, czarującą 

zmysłowością,   która   tak   mu   się   podobała.   Do   diabła,   „podobała”   to   za   mało   powiedziane. 

Rozkoszował się nią i radował.

Prześladowała   go   myśl   o   delikatnym   podboju,   który   przywiązałby   do   niego   Mercy 

silnymi, uczuciowymi więzami.

Wcześniej tego dnia, kiedy Croft planował całą akcję, powiedział sobie, że nie będzie to 

wykorzystaniem Mercy. Wszystko dla jej własnego dobra. Leżąc teraz w jej łóżku skrzywił się 

na myśl o tym, jak zareagowałaby Mercy na takie racjonalizowanie sceny, która miała miejsce na 

podłodze jej dużego pokoju. Taka jednak była prawda. Croft zrobił to, co zrobił, aby ją chronić.

Przyznał   jednak   również   sam   przed   sobą,   iż   chciał,   żeby   Mercy   była   do   niego 

przywiązana. Zaplanował wszystko z premedytacją. Chciał, aby łączyły ich emocjonalne więzi 

na wypadek, gdyby w Kolorado coś się skomplikowało. Więzy te mogłyby być niesłychanie 

istotne. Mogłyby nawet uratować jej życie.

Croft wiedział,  że nie namówi  Mercy do rezygnacji  z wyjazdu  ani z książki.  Musiał 

wobec tego pojechać z nią na spotkanie z Gladstone'em. Potrzebowała ochrony na wypadek, 

59

background image

gdyby  Gladstone  okazał   się  człowiekiem,  który  powinien  był   zginąć  trzy  lata  temu.   I Croft 

wiedział, że jeśli ma odkryć prawdę, musi wejść do domu Gladstone'a.

Wszystko było ze sobą połączone. Nie znał na razie sposobu wyodrębnienia części całości 

bez zniszczenia powstającego właśnie delikatnego wzoru. Naprawa przerwanego Koła wymagała 

troski, cierpliwości i precyzji.

Robi tylko to, co musi być zrobione, zapewniał sam siebie Croft. Dzisiejsza akcja była 

nieodzowna, tak jak inne jego plany. Akceptował to, mimo iż wątpił, czy Mercy potrafiłaby to 

zaakceptować, gdyby wiedziała tyle co on. Zrobił to, co musiało być zrobione.

Nie, to nie wyrzuty sumienia nie pozwoliły mu zasnąć.

Nie mógł zasnąć, ponieważ z końcowej analizy wynikało, że nie panował całkowicie nad 

sobą ani nad miłosną sceną z Mercy. Jej reakcja uśpiła jego czujność. Wciągnęła go, schwytała i 

posiadła, mimo iż wmawiał sobie, że to on posiadł Mercy.

W końcu nie był ostrożnym, roztropnym uwodzicielem, który panowałby nad każdym 

etapem akcji, od początku do końca.

Sam został uwiedziony.

60

background image

Rozdział piąty

E

rasmus Gladstone siedział w eleganckim, pokrytym białą skorą fotelu i przyglądał się 

wspaniałemu widokowi górskiemu za oknem. Od czasu do czasu pociągał łyk doskonałego porto, 

które podała mu Isobel, i po raz tysięczny powtarzał sobie, iż ten górski azyl jest dokładnie tym, 

czego pragnie. Jest tu pięknie. Odludnie. Bezpiecznie.

Z domu prowadzi kilka różnych dróg ucieczki. Gladstone wyciągnął wnioski z sytuacji 

sprzed trzech lat, kiedy jego ucieczka zależała od jednego, kiepskiego starego tunelu, który mógł 

go w każdej chwili pogrzebać. Nie przygotował tunelu porządnie, ponieważ nie przyszło mu do 

głowy, że będzie musiał z niego skorzystać. Tutaj najpierw zbudowano tunel, a dopiero później 

podziemia.

Robotnika,   który  pomagał  mu   wykopać   i  wzmocnić  podziemny  korytarz,  wkrótce   po 

zakończeniu pracy spotkał nieszczęśliwy wypadek na górskiej drodze. Teraz Gladstone czuł się 

bezpieczny.  Oprócz niego nikt nie wiedział  o podziemnym  przejściu. Dallas, Lance  i Isobel 

przybyli dopiero po zakończeniu jego budowy.

Kiedyś   uważał,   iż   jest   bezpieczny   na   wyspie.   Dzięki   położeniu   geograficznemu   nie 

podlegał prawu Stanów Zjednoczonych ani urzędnikom rządowym małych wysp, rozrzuconych 

na   Karaibach.   Handlowy  spryt   pozwolił   mu   unikać   konkurentów.  Bezmyślny   fanatyzm   jego 

wyznawców   wykluczał   zdradę,   a   przynajmniej   tak   mu   się   zdawało.   Ponieważ   najbardziej 

gwałtowni i fanatyczni spośród jego zwolenników byli uzbrojeni, nie obawiał się ataku armii 

najemników.

Nie uchronił się jednak przed jednym, samotnym duchem, który przyszedł w nocy.

Tym  razem Gladstone postanowił, że nie popełni tego samego błędu i nie otoczy się 

tłumem idiotów. Nie będzie się spodziewał lojalności wynikającej z fanatyzmu i narkotyków. 

Niosło to za sobą zbyt duże ryzyko, o czym trzy lata wcześniej przekonał się na własnej skórze.

Tym razem wybrał prostotę. Odizolowane miejsce w górach, różnorodne drogi ucieczki, 

elektroniczne mechanizmy alarmowe, psy, trzej starannie dobrani ochroniarze, których lojalność 

zapewniał szantaż, pieniądze i urok osobisty - to były gwarancje jego nowego życia. Dzięki temu 

61

background image

jestem   otoczony   mniejszą,   lepiej   wyselekcjonowaną   grupką   ludzi,   pomyślał   z  zadowoleniem 

Gladstone. Grupką, którą można było kierować. Człowiek obcy czy duch zostałby wśród nich 

natychmiast rozpoznany,

Erasmus   oparł   srebrną   głowę   na   oparciu   fotela,   zamknął   jasnoniebieskie   oczy   i 

przypomniał sobie krzyki, szalejący ogień i duszący dym. Scena ta była na zawsze wtopiona w 

jego pamięć, ponieważ tamtej nocy o mało nie zginął; mógł zginąć z rąk człowieka, którego 

nigdy przedtem nie widział - z rąk ducha, jak go nazywali jego zrozpaczeni wyznawcy.

Gladstone   wiedział,   że   samotny   wojownik   był   człowiekiem,   a   nie   duchem,   mimo 

histerycznych okrzyków ogarniętych paniką członków Towarzystwa Łaski, którzy podczas tych 

ostatnich, tragicznych chwil w swojej głupocie zwrócili się po ratunek do swego przywódcy. Nie 

miał czasu martwić się kimkolwiek poza sobą. Lecz zdaniem Gladstone'a ten, który zniszczył 

wyspiarską siedzibę Towarzystwa, równie dobrze mógł być wysłannikiem piekieł. Był przyczyną 

nieszczęścia, po którym Gladstone dopiero teraz odzyskiwał siły.

Była   to   długa   walka.   Każdego   bez   wyjątku   dnia   Gladstone   rozmyślał   o   utracie 

wyspiarskiej fortecy. Posiadał przecież taką władzę na Karaibach. Jeszcze długo nie będzie w 

stanie dojść do takich bogactw i potęgi.

Chyba że odzyska książkę.

Dolina tajemniczych klejnotów była źródłem bezcennego sposobu dojścia do tego, czego 

chciał Erasmus Gladstone.

- Jeszcze porto?

Otworzył oczy i zobaczył Isobel; pochyliła się, aby napełnić mu kieliszek. W głębokim 

dekolcie   jedwabnej   sukni   widać   było   pełne,   okrągłe   piersi.   Gladstone   pozwolił   sobie   na 

przyjemność przyglądania się jej przez chwilę. Bogaty mężczyzna nie narzekał na brak pięknych 

kobiet, lecz niewiele z nich posiadało szczególne talenty Isobel Ascanius.

- Dziękuję, moja droga. Czy dotrzymasz mi towarzystwa?

-   Oczywiście.   -   Uśmiechnęła   się   do   niego   znad   krawędzi   kieliszka,   jak   zawsze 

odpowiadając uśmiechem na dźwięk jego głosu.

Gladstone dość wcześnie w życiu przekonał się, że głos jest jego najbardziej użytecznym 

narzędziem. Ludzie zawsze reagowali na ten głos. Pieścił ucho i czarował zmysły. Gladstone 

robił doskonały użytek ze swej tajemnej broni.

62

background image

- Czy mapa dla naszej panny Pennington jest gotowa?

- Otrzyma ją, kiedy wynajmie samochód w Denver - zapewniła go Isobel.

- A motel?

- Powiedziałam  jej, że  to jedyne  odpowiednie  miejsce  po drodze.  Tam  się zatrzyma. 

Dlaczego miałaby kwestionować nasze rady?

- Rzeczywiście, dlaczego? - mruknął zamyślony Gladstone.

- Jesteś pewien, że chcesz, aby spędziła noc w motelu, zanim przyjedzie do nas? - spytała 

Isobel. - To strata czasu.

- W ten sposób będziemy mogli sprawdzić, czy jest sama i czy nikt za nią nie jedzie. Jeśli 

będziemy mieli jakieś wątpliwości, możemy jej tam odebrać książkę. Pomyśli, że padła ofiarą 

rabunku   w   motelu.   To   się   zdarza.   Nikt   nie   będzie   niczego   innego   podejrzewał.   Jej   nocleg 

pierwszej   nocy   w   motelu   jest   po   prostu   dodatkowym   zabezpieczeniem.   Ta   książka   jest 

niebezpieczna, moja droga. Szalenie cenna i szalenie niebezpieczna.

Isobel podeszła do okna, obserwując zachodzące za szczytami gór słońce.

- Nadal uważam, że za dużo ryzykujemy, chcąc dostać tę książkę.

- Zrozumiesz, jak jest ważna, kiedy ją odzyskam.

-   Ale   teraz   nie   zdradzisz   mi   jej   tajemnicy,   prawda?   -   spytała   Isobel   ze   smutnym 

uśmiechem. - Nadal nie ufasz mi do końca?

- Nikomu nie ufam do końca, moja droga. Bądź jednak pewna, iż mam do ciebie większe 

zaufanie niż do kogokolwiek w moim życiu. - Gladstone napił się porto. - Wszystko w porządku 

w kolonii?

- Oczywiście. Wszyscy członkowie z niecierpliwością oczekują na przyjęcie.

- Wyobrażam sobie. - Gladstone wykrzywił w uśmiechu wąskie wargi.

- Jesteś pewien, że chcesz wydać przyjęcie w trakcie pobytu panny Pennington?

-   Jak   najbardziej.   Będzie   to   doskonała   przykrywka   na   wypadek,   gdybyśmy   musieli 

poczynić coś nieodwołalnego wobec słodkiej panny Pennington. Dodatkowa ostrożność, moja 

droga. Powinnaś się już przyzwyczaić do moich dziwactw.

- Twoje dziwactwa są czarujące, Erasmusie. - Isobel uśmiechnęła się do niego. - Tyle się 

od ciebie uczę.

- Niewątpliwie. - Gladstone odwzajemnił uśmiech.

63

background image

Isobel   była   piękną   kobietą   i   wiedziała   o   tym   od   dawna.   Przyjmowała   uwagi   o   swej 

urodzie jako coś zupełnie oczywistego. Właściwie ją nudziły. Oczarować ją można było jedynie 

pochwałami   jej   inteligencji   i   różnorakich   umiejętności.   Rozkwitała   przy   takim   podziwie. 

Kluczem do efektywnego jej wykorzystania było dostarczenie tego, czego najbardziej pożądała: 

prawdziwej władzy. Musiała czuć, że wreszcie zmierza do celu. Musiała wiedzieć, iż pewnego 

dnia zdobędzie to, co ma Gladstone. Isobel była bardzo ambitna.

Oprócz głosu Gladstone miał jeszcze jeden wrodzony talent: potrafił znaleźć właściwe 

podejście   praktycznie   do   każdego.   A   poza   tym   zawsze   pilnował,   aby   jego   talenty   się   nie 

marnowały.

N

astępnego   ranka   Mercy   obudziła   się   z   silnym   przeświadczeniem,   że   całe   jej   życie 

odmieniło się znacząco w ciągu ostatniej nocy. Jednakże psychiczne odczucia bardzo szybko 

zostały wyparte przez intensywny ból w górnych partiach ud.

Ostrożnie zgięła nogi pod kocem. Obiektywnie stwierdziła, że nie był to przykry ból. 

Przypominał o nocy spędzonej z Croftem.

Mercy zastanawiała się, czy Croft w pełni zdawał sobie sprawę z efektu, jaki wywarł na 

niej poprzedniego wieczoru. Zapewne tak. Ten człowiek był stanowczo zbyt spostrzegawczy. 

Czytał w niej jak w książce.

Ale i ona dowiedziała się o nim pewnych rzeczy. Falconer zazwyczaj kontrolował siebie i 

świat   wokół   siebie,   miał   jednak   pewne   ograniczenia   i   można   było   go   sprowokować   do   ich 

przekroczenia. Mercy wiedziała, że poprzedniego wieczoru to jej się udało.

W świetle dnia była nie tylko zaskoczona własną śmiałością, ale wręcz nią wstrząśnięta.

Otworzyła oczy i zobaczyła, że w pokoju jest jasno. Zegar wskazywał pół do szóstej. 

Rzuciła okiem na łóżko i stwierdziła, że Crofta nie ma.

Zmarszczyła   brwi;   usiadła.   Poniewczasie   przypomniała   sobie,   że   nie   włożyła   koszuli 

nocnej. Wstając z łóżka i sięgając po szlafrok Mercy starała się złowić uchem jakieś odgłosy: 

szumu wody z łazienki czy hałasów z kuchni. W mieszkaniu panowała absolutna cisza, choć 

Mercy wyczuwała, że ktoś jeszcze w nim jest.

64

background image

Zawiązując żółty pasek czerwonego szlafroka wokół szczupłej talii Mercy podeszła do 

drzwi sypialni i znów nadstawiła ucha. Nadal niczego nie słyszała, lecz była pewna, że Croft nie 

wyszedł. Po cichu przeszła korytarzem do dużego pokoju.

Croft siedział ze skrzyżowanymi nogami na podłodze przy oknie. Był nagi. Dłonie opierał 

na kolanach. Zdawało się, że całą uwagę skoncentrował na jakimś punkcie horyzontu. Mercy 

zrozumiała, że Croft medytuje.

Po cichu wycofała się i poszła do łazienki. Wchodząc kilka minut później pod prysznic 

stwierdziła,   iż   to   odkrycie   ją   zafascynowało.   Właściwie   w   tym   mężczyźnie   wszystko   ją 

interesowało.

Ale też ciągle bardzo niewiele o nim wiedziała. Zdrowy rozsądek nakazywał zwolnienie 

tempa   w   ich   wzajemnym   stosunku,   który   rozpalił   się  natychmiastowym   płomieniem   niczym 

pożar lasu w upalny dzień. Nie miała wątpliwości, że Croft wie, czego chce i co robi. Niestety, 

nie mogła tego samego powiedzieć o sobie.

Być   może   sama   potrzebowała   czasu   na   spokojną   medytację,   by   pozbierać   myśli   i 

zrozumieć odczucia. Mercy, owinięta w ręcznik, wyszła kwadrans później z łazienki i zobaczyła, 

że Croft ogląda w sypialni  Dolinę tajemniczych klejnotów,  którą zostawiła na nocnym stoliku. 

Miał na sobie tylko dżinsy. Poranne światło doskonale uwidaczniało jego umięśnione plecy i 

barki.  Croft  podniósł  głowę i  objął  spojrzeniem  mokre,   zaczesane  do  tyłu  włosy Mercy,   jej 

świeżo wymytą twarz i krople wody błyszczące na jej nagich ramionach. Lekki uśmiech, który 

rozbłysł   w   jego   oczach,   wyrażał   satysfakcję   i   zaspokojenie.   Zrobił   krok   do   przodu,   ale 

natychmiast zatrzymał się, gdy Mercy znieruchomiała. Uniósł do góry książkę.

- Nie zapomnij jej zabrać.

- Nie martw się. Nie mam zamiaru jej tu zostawiać.

- Widzę, że to twoja wieczorna lektura.

- To wyłącznie zawodowe zainteresowanie - poinformowała wyniośle i odwróciła się, 

żeby wyjąć z komody bieliznę.

Wiedziała, że się zaczerwieniła.

- Zawodowe zainteresowanie? Tak to nazywasz?

W jego głosie brzmiała dobroduszna kpina i Mercy nie wiedziała, czy cieszyć się z jego 

dobrego humoru, czy złościć, że znalazł książkę w takim kompromitującym miejscu - przy łóżku.

65

background image

- Owszem, przeglądałam ją z powodów zawodowych. Stworzyłam nawet pewną teorię na 

temat jej autora.

- Rivingtona Burleigha? - Croft stanął za nią i położył ręce na jej nagich ramionach. 

Lekko pocałował wilgotne włosy. - Do jakich doszłaś wniosków?

- Że autor jest kobietą.

Co?

Zaskoczyła go. Mercy uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Tak jest, kobietą,

- Osiemnastowieczna pornografia napisana przez kobietę? Niemożliwe.

- Dlaczego nie? W osiemnastym wieku było wiele pisarek. I często pisały pod męskimi 

pseudonimami.

- Ale coś takiego?

- Czyżbyś  był jednym z tych mężczyzn, którzy uważają, że kobiety nie interesują się 

erotyką? - Odsunęła się i podeszła do szafy, aby wyjąć dżinsy. - Jeśli tak, to coś ci powiem. Nasz 

gust erotyczny może być odmienny od gustów mężczyzn, nie znaczy to jednak, że nie potrafimy 

w pewnych okolicznościach doceniać erotyki.

- Ależ wierzę ci, Mercy - zapewnił z błyskiem w oczach. - Widziałem przecież twoją 

twarz, kiedy w nocy patrzyłaś w lustro.

- Prawdziwy dżentelmen nie przypominałby o tym. - Rzuciła mu oburzone spojrzenie.

- Prawdziwy dżentelmen przypuszczalnie w ogóle nie kazałby ci patrzeć w lustro.

- Ciekawe.

- Powiedz mi, dlaczego uważasz, że Burleigh to kobieta.

Mercy, trzymając w ręce dżinsy, zamyśliła się na chwilę.

-   Z   powodu   wrażliwości.   Książka   tak   samo   dokładnie   opisuje   wewnętrzne   odczucia 

głównego bohatera podczas scen miłosnych, jak działania fizyczne. Mężczyźni koncentrują się 

raczej na mechanicznym działaniu, a nie na reakcjach emocjonalnych.

- Jesteś ekspertem od pornografii skierowanej do mężczyzn? Nie miałem pojęcia, że twoje 

zawodowe zainteresowania są tak rozległe.

- I co? - spytała zaczepnie. - Czy to nie jest prawda? Czy mężczyźni nie zajmują się 

bardziej   sprawami   fizycznymi,   podczas   gdy   kobiety   skupiają   się   raczej   na   problemach 

66

background image

uczuciowych? Dlatego właśnie związek, którym manipuluje mężczyzna, zaczyna się od sypialni. 

A związek dwojga osób, kierowany przez kobietę, zacząłby się wolniej, z dużą ilością czasu 

przeznaczoną na wzajemne bliższe poznanie.

- Czyżby zmiana tematu? Nagle przechodzimy od spraw  zawodowych do osobistych? - 

Croft się nie poruszył, lecz atmosfera w pokoju uległa zagęszczeniu.

Mercy dumnie uniosła brodę do góry, chociaż mocno zaciskała palce na trzymanych w 

dłoni dżinsach. Spojrzała mu prosto w oczy.

- Owszem - odparła. - Myślę, że tak.

- Powiedz wprost, Mercy. Nie chciałbym znów błądzić w dżungli twych dziwacznych 

procesów myślowych.

-   Dobrze.   -   Mercy   odetchnęła   głęboko.   -   Uważam,   że   za   bardzo   się   pośpieszyliśmy. 

Wszystko   stało   się   zbyt   szybko.   Potrzebujemy   czasu,   aby   się   lepiej   poznać.   Jeśli   poważnie 

traktujesz ten... ten nasz związek, to musisz przyznać, że powinniśmy na jakiś czas ochłodzić 

nasze kontakty fizyczne.

- Do diabła!

Mercy była zaskoczona tym dosadnym, krótkim wyrażeniem niechęci. Poczuła się także 

urażona.

- Jeśli zależy ci tylko na seksie, to możesz go sobie poszukać gdzie indziej.

- W nocy nie miałaś nic przeciwko temu.

Nie podobał jej się ponury wyraz jego twarzy.

-   Coś   takiego   może   się   zdarzyć   pod   wpływem   chwili   -   powiedziała   ostrożnie.   -   To 

nagminne   i   powszechne,   że   ktoś   daje   się   ponieść   silnemu,   chwilowemu   uczuciu   fizycznej 

bliskości, które...

- To nie dotyczy ciebie.

- Słucham? - Mercy spojrzała na niego zmrużonymi oczyma.

- Ty się łatwo nie poddajesz silnemu, chwilowemu uczuciu fizycznej bliskości. Wyszłaś 

daleko poza siebie i to ja chroniłem cię przed całkowitym zatraceniem.

- To bardzo wymowny obraz, ale niczego nie zmienia.

67

background image

Podszedł do niej, zmuszając do cofnięcia się pod ścianę, nim zdążyła zrobić unik. W 

oczach Crofta błyszczało rzadkie uczucie, które mogło wyrażać zarówno gniew, jak i oburzenie. 

Kiedy oparła się plecami o ścianę, uwięził ją w miejscu, opierając dłonie po obu jej stronach.

-   Naprawdę   sądzisz,   że   jestem   zainteresowany   wyłącznie   seksem?   -   spytał   głosem 

podejrzanie łagodnym.

Mercy usiłowała odzyskać zimną krew.

-   Weźmy   choćby   tę   książkę   -   stwierdziła.   -   Nie   możesz   zaprzeczyć,   że   jesteś   nią 

zainteresowany.

- Nie waż się wspominać o Dolinie. Nie teraz. Nie rozmawiamy o tej cholernej książce. 

Rozmawiamy o nas. O tobie i o mnie. I chcę wiedzieć, czy naprawdę myślisz, że obchodzą mnie 

wyłącznie twoje wyczyny w łóżku.

Wzdrygnęła się; była przekonana, iż jej wyczyny, zarówno w łóżku, jak i na dywanie, 

były szalenie amatorskie. Miała doprawdy niewielkie doświadczenie i obawiała się, że nie dało 

się tego ukryć.

- Jestem pewna, że jest to częsty problem w związkach między kobietą a mężczyzną - 

desperacko broniła się Mercy.

- I w tej sprawie także jesteś ekspertem?

-  Przestań,  Croft.   Chcesz  mnie   zbić   z  tropu.  Mam   pewien  problem,  a  ty  powinieneś 

traktować go z szacunkiem i powagą.

-   Gdzie   jest   napisane,   że   mam   traktować   twoje   idiotyczne   problemy   z   szacunkiem   i 

powagą?

- Moje problemy nie są idiotyczne. Croft, przecież my się prawie wcale nie znamy. W 

piątek zjawiłeś  się w moim sklepie. W niedzielę wziąłeś mnie do łóżka. To stanowczo zbyt 

szybko z każdego punktu widzenia. A z mojego punktu widzenia działasz z prędkością światła. 

Chcę zwolnić, a jeśli naprawdę chcesz ze mną jechać do Kolorado, będziesz musiał też zwolnić 

tempo.

- To twoje ostatnie słowo?

- Tak - odparła z przekonaniem.

68

background image

Spoglądał   na   nią   przez   nieskończoną   chwilę.   Cienie   w   jego   oczach   zmieniały   się 

błyskawicznie, jakby robił w myśli przegląd możliwych odpowiedzi. Gwałtownie opuścił ręce i z 

niesmakiem potrząsnął głową.

- Jak ty to robisz, do diabła? - spytał cicho; odwrócił się i podszedł do okna.

Jego głos wydawał się tak cichy, że Mercy nie wiedziała, czy pytanie było przeznaczone 

dla jej uszu. Pytał raczej sam siebie i najwyraźniej nie potrafił sobie na nie odpowiedzieć.

- Croft...

Nie zareagował, przeciągając dłonią po włosach i wyglądając przez okno.

- Spędziłem trudne pół godziny, usiłując zaplanować czekający nas dzień, a ty w niecałe 

pięć minut zniszczyłaś wszystko, co osiągnąłem.

- Posłuchaj, Croft...

- Do diabła! - Odwrócił się do niej z potępiającym spojrzeniem. - Ja nigdy nie daję się 

wyprowadzić z równowagi.

- Nie możesz winić siebie za to, że straciłeś przeze mnie cierpliwość. Masz absolutne 

prawo   być   trochę   -   przerwała   w   poszukiwaniu   właściwego   słowa   -   zaskoczony   tym,   że 

postanowiłam przejąć kontrolę nad naszym związkiem. Posiadasz dominującą osobowość i przez 

kilka ostatnich dni kontrolowałeś sytuację. Naturalnie zaszokowało cię to, iż powiedziałam, że 

chciałabym zrezygnować na razie z doznań fizycznych, ale...

Przerwał jej gwałtownym ruchem ręki.

- Ani słowa więcej, Mercy. Ostrzegam cię. Jeśli sama nie chcesz zostać zaszokowana i 

zaskoczona, zamknij buzię i nie odzywaj się, dopóki nie zjem śniadania i nie wypiję herbaty.

Mercy, która już otwierała usta, aby wygłosić kolejne uspokajające stwierdzenie na temat 

przeceniania konieczności panowania nad sobą, zamknęła je od razu. W milczeniu przyglądała 

się, jak Croft wychodzi do łazienki.

Podobno droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek. Postanowiła, że przygotuje na 

śniadanie coś specjalnego. I powstrzyma  się od komentarzy.  Croft najwidoczniej przechodził 

okres przystosowawczy i potrzebował czasu do namysłu.

K

ilka   godzin   później   Mercy   siedziała   na   pasażerskim   siedzeniu   wynajętej   Toyoty   i 

walczyła   z   dużą,   poskładaną   mapą   Kolorado,   którą   dostała   w   wypożyczalni   samochodów. 

69

background image

Wyjechali z lotniska w Denver autostradą numer 25, wiodącą na południe, zgodnie z porządnie 

wypisanymi na maszynie wskazówkami, które czekały ją w wypożyczalni.

Kiedy wyjechali poza opary miasta, roztoczyło się przed nimi błękitne niebo Kolorado. 

Popołudniowe słońce zdawało się cieplejsze, bardziej intensywne niż w Waszyngtonie. Po prawej 

stronie   potężna   bariera   Gór   Skalistych   biegła   równolegle   do   autostrady,   dając   co   bardziej 

awanturniczym   kierowcom   pokusę   porzucenia   wygodnej   drogi   i   spróbowania   szczęścia   w 

znacznie bardziej prymitywnych warunkach. Większość kierowców zwalczała tę pokusę.

Croft prowadził samochód spokojnie. Był zrelaksowany, ostrożny i uważnie obserwował 

drogę.   W   wypożyczalni   wybrał   na   górskie   drogi   Toyotę   Celicę.   Mercy   obserwowała   go 

ukradkiem,   świadoma   jego   pełnej   koncentracji.   Taki   właśnie   był   i   wszystko,   czego   się 

podejmował,   wykonywał   z   pełnym   skupieniem.   Nie   należał   do   ludzi,   których   łatwo   można 

zwieść z raz obranej drogi.

To   ostatnie   spostrzeżenie   męczyło   ją   już   od   rana.   Właściwie   powinno   jej   to   było 

wcześniej przyjść do głowy, zganiła się w duchu. Z drugiej strony poprzedniego wieczoru chciała 

wierzyć, iż udało jej się zdekoncentrować Crofta. Jasne światło dnia i kilka godzin rozmyślań 

przypomniały jej, że jest to raczej mało prawdopodobne. Aby to osiągnąć, trzeba było czegoś 

więcej niż reakcje niedoświadczonej kobiety, która wpadając w objęcia Crofta Falconera omal 

nie przewróciła się o własne nogi.

- Co się stało? - Croft rzucił jej szybkie, pytające spojrzenie. - Pomyliłaś się?

- Nie. - Mercy zmarszczyła nos. - Nie pomyliłam się. Za parę kilometrów dojedziemy do 

miejsca, gdzie trzeba skręcić z autostrady.

Względnie normalne, pokojowe stosunki między Mercy a Croftem powróciły zaraz po 

śniadaniu,   złożonym   z   naleśników   polanych   syropem   klonowym,   ale   od   czasu   do   czasu 

następowało krótkie spięcie. Croft omal nie został oblany herbatą, kiedy zgłosił zastrzeżenie do 

herbaty z torebki. Usiłował poinstruować Mercy w kwestii parzenia prawdziwej herbaty, lecz 

jego wykład nie spotkał się ze zrozumieniem i przychylnym podejściem.

Z   początku   Mercy   przypuszczała,   że   szorstkie   zachowanie   Crofta   wynikało   z 

wcześniejszego wybuchu złości. Teraz jednak doszła do wniosku, iż przyczyna musiała leżeć 

gdzieś indziej. Miała dziwne wrażenie, że Croft myśli zupełnie o czymś innym, czymś znacznie 

dla niego ważniejszym niż siedząca obok zbuntowana kobieta.

70

background image

- Pan Gladstone proponuje w swoim liście, abyśmy zatrzymali się dziś na noc w pewnym 

motelu obok kurortu narciarskiego. To jeden z niewielu moteli otwartych o tej porze roku. Jutro 

rano   pojedziemy   dalej,   do   jego   domu   w   górach.   -   Mercy   pochyliła   się   do   przodu,   czytając 

przelatujące nad głową napisy. - Tutaj jest zjazd. Skręć i jedź w stronę gór.

Croft posłusznie zjechał z autostrady i wjechał na wąską, dwupasmową drogę. Wkrótce 

otoczyły ich góry. Rzadka do tej pory roślinność zgęstniała, zmieniając się w ciemnozielony las, 

który przesłonił im odległe szczyty.

-   Nigdy   nie   przepadałam   za   górami   -   rzuciła   Mercy   w   celu   nawiązania   rozmowy.   - 

Wydają mi się okropnie przygnębiające. W ciągu dnia w górach jest tak, jakby cały czas panował

zmierzch, a w nocy jest zupełnie ciemno. Za ciemno, i drzewa robią taki dziwny hałas.

- To zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że mieszkasz na północno-zachodnim wybrzeżu. - 

Croft koncentrował się na morderczej drodze. - Waszyngton słynie z gór.

- Mogę  na nie   patrzeć  -  wyjaśniła  cierpliwie  Mercy.  -  Ale może   zauważyłeś,  że  nie 

mieszkam w górach. Mieszkam nad morzem.

- Ja też.

- Nie dziwi mnie to zupełnie.

- Dlaczego? - Croft lekko się uśmiechnął.

- Może dlatego, że lubisz akwarele. Bardziej pasują do morskich pejzaży. A może dlatego, 

że wydajesz się człowiekiem, który potrafi docenić dramatyzm morskiego krajobrazu.

- Kiedy skończymy sprawy z Gladstone'em, zabiorę cię do Oregonu.

- Zgoda.

Mercy   uśmiechnęła   się.   Ucieszyła   się,   że   Croft   mówi   o   przyszłości.   I   pomyślała,   że 

dziwnie   sformułował   zdanie.   Nie   powiedział   o   dostarczeniu   książki   Gladstone'owi,   lecz   o 

zakończeniu spraw. Mercy przestała się uśmiechać i zmarszczyła brwi. Ze złością spojrzała na 

wijącą się przed nimi drogę.

- Może byś trochę zwolnił, co? Nie jesteśmy na autostradzie.

- Nie martw się, Mercy. Kontroluję sytuację.

Oparła się wygodniej i westchnęła; Croft miał rację. Prowadził samochód z wprawą i 

precyzją   zawodowego   kierowcy   wyścigowego.   Pokonywał   każdy   zakręt   z   doskonałym 

wyczuciem. Samochód reagował na dotyk mistrza.

71

background image

- Masz cholernie dobry refleks, co, Croft?

Zabrzmiało to prawie jak oskarżenie.

- Tak - odparł zwyczajnie, bez śladu przechwałki w głosie. Po prostu stwierdzał fakt.

Przed siódmą  wieczorem Croft zaparkował  samochód  na parkingu dość obdrapanego, 

choć  czystego  z  wyglądu   motelu.  Budynek  znajdował  się na  skraju  kurortu  narciarskiego,   z 

pewnością   bardzo   popularnego   w   sezonie   zimowym.   Piętrowy   motel   przypuszczalnie 

prezentował się znaczniej lepiej w otoczeniu śniegu i tłumów rozentuzjazmowanych narciarzy. 

Teraz,  w   spokojny letni   wieczór,  kiedy długie   cienie  zasłaniały  wszystko   wokół,  miejsce  to 

wydało się Mercy dość obskurne.

Croft spojrzał na nią, wyjmując bagaże z samochodu.

- Możemy poszukać innego motelu - zaproponował.

Mercy spojrzała na nieliczne samochody na parkingu.

-   Równie   dobrze   możemy   zostać   tutaj,   jest   dość   późno   i   nie   mamy   pewności,   że 

znajdziemy coś otwartego. Przynajmniej mają tu bar. Umieram z głodu.

Croft zawahał się, potem wzruszył ramionami i podążył w stronę wejścia.

Mercy nagle o czymś pomyślała. Dogoniła Crofta.

- Weź dwa pokoje.

Nie odezwał się, nawet na nią nie spojrzał.

- Na pierwszym piętrze - dodała zdecydowanie Mercy.

- Coś jeszcze?

Nie podobał jej się zimny ton jego głosu.

- Tak. Dowiedz się, czy mają sejf. Chciałabym schować tam na noc Dolinę.

Zatrzymał się i odwrócił.

- Po co? Przez ostatnie kilka tygodni trzymałaś ją u siebie w domu. Czego się teraz boisz?

- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - To miejsce jest takie obskurne. Nie wzbudza to 

specjalnego zaufania do obsługi. Nie wiadomo, kto tu w ogóle pracuje. Założę się, że zamek w 

drzwiach pokoju można otworzyć kartą kredytową. Kobiety, które podróżują samotnie, muszą 

być ostrożne. Gdyby jakiś żartowniś postanowił odwiedzić w nocy mój pokój w poszukiwaniu 

pieniędzy, mógłby przypadkiem natrafić na tę książkę i wziąć ją sobie.

- Nie musiałabyś się o to martwić, gdybyś spała ze mną.

72

background image

Jego logika była nie do odparcia, Mercy postanowiła więc się wykpić.

- Nie musiałabym - przyznała. - Nie zajmujesz się okradaniem damskich torebek nocą, w 

pokojach motelowych, prawda?

- Na ogół nie.

Recepcjonista, ku zaskoczeniu Mercy, okazał się grzeczny i pomocny. Dał im klucze do 

pokojów, po czym wziął od Mercy zawiniętą w papier książkę i włożył ją do sejfu, starego, lecz 

dość   solidnego.   Mercy   poczuła   się   raźniej,   widząc,   iż   zalążek   jej   przyszłych   interesów   jest 

bezpiecznie schowany.

Przy kolacji, składającej się z tłustych frytek z hamburgerem, Mercy usiłowała w pustym 

barze prowadzić z Croftem rozmowę. Ten jednak, przez cały dzień dość milczący, odpowiadał 

monosylabami. Kolejny raz Mercy miała wrażenie, że myśli o czymś innym. Było to frustrujące. 

I przygnębiające.

Mieliśmy się lepiej poznać przy okazji wspólnej wyprawy, pomyślała ponuro. Kładąc się 

do łóżka i gasząc światło zastanawiała się, czy ktoś kiedyś poznał lepiej Crofta Falconera. Miała 

co tego poważne wątpliwości.

Przez kilka chwil leżała w ciszy, nasłuchując dźwięków dobiegających z pokoju Crofta za 

ścianą.   Nie   słyszała   niczego   oprócz   odgłosów   instalacji   kanalizacyjnych.   I   nic   dziwnego, 

stwierdziła   w   duchu.   Ten   człowiek   porusza   się   bezszelestnie   jak   duch.   Mercy   poprawiła 

poduszkę, przewróciła się na bok i zamknęła oczy.

C

roft stał w ciemności, obserwując cienie za oknem motelowego pokoju. Już wcześniej 

otworzył  okno, aby wpuścić  do wilgotnego,  zakurzonego pokoju trochę świeżego powietrza. 

Sosny   i   jodły   wzdychały   boleśnie.   Mercy   miała   rację,   pomyślał   z   rozbawieniem.   Drzewa 

wydawały dziwne odgłosy. I zasłaniały światło gwiazd, które starało się przez nie przesączyć. U 

podnóża drzew było bardzo ciemno.

Jednakże w przeciwieństwie do Mercy Croft nie uważał ciemności za przygnębiającą. 

Rozumiał   oczywiście   instynktowną   niechęć   Mercy.   Była   stworzeniem   światła.   Błyszczącym, 

przejrzystym, wibrującym kolorami. On sam czuł się stworzeniem nocy. Wyczuwał ciemność, 

znał ją bardzo blisko, wykorzystywał ją, oswajał i akceptował.

73

background image

Minęło pół godziny,  nim Mercy wreszcie położyła  się spać. Słuchał, jak kręci się po 

pokoju,   odnotowując   każdy   dźwięk   i   zapamiętując   go   jako   część   jej   wieczornego   rytuału. 

Nadstawiał ucha z wytężoną uwagą, kiedy usłyszał, jak otwiera walizkę. Mógł sobie wyobrazić, 

że wyciąga stamtąd przyzwoitą, długą do kostek koszulę nocną.

Później   nasłuchiwał   z   przyjemnością,   jak   Mercy   otwiera   drzwi   szafy.   Zdejmuje   z 

pewnością jaskrawokolorową bluzkę, którą miała na sobie, rozpinając guziki i odsłaniając słodki 

zarys piersi. Chłód w pokoju na pewno sprawił, że brodawki zesztywniały.

Potem  przyszła  pora  na  dżinsy.  Usłyszał,  że  je zdejmuje  i  w  myślach   ujrzał  okrągły 

tyłeczek Mercy jedynie w cienkich figach. Po chwili figi podążyły za dżinsami. Usłyszał lekki 

ruch chwytania równowagi, kiedy Mercy przytrzymała się drzwi szafy, balansując po kolei na 

jednej nodze. I została naga. Wyobraził sobie brązowy trójkąt włosów u szczytu nóg, oświetlony 

nieprzyjemnym światłem górnej lampy.

Przyjemność ustąpiła miejsca frustracji, kiedy Croft usłyszał, że Mercy kładzie się do 

łóżka. Jego z trudem powstrzymywane pożądanie wprawiło go w niepokój.

Teraz, stojąc przy oknie, rozważał wejście do pokoju Mercy i dołączenie do niej w łóżku. 

Będzie rozespana i miękka, nie przygotowana na wygłaszanie pogadanek na temat ich związku.

Związku...

Pomyślał, że nie lubi tego słowa. Przypuszczalnie dlatego, że nie do końca je rozumiał. 

Było zbyt ogólnikowe, nieprecyzyjne. Słowo, którego nie mógł w pełni pojąć, słowo kobiece. 

Kobieta   mogła   go   użyć   i   nadać   mu   takie   znaczenie,   jakie   jej   w   danej   chwili   odpowiadało, 

pozostawiając mężczyźnie  poszukiwania właściwego sensu. Poza tym słowo to nie oddawało 

istoty ich wzajemnego połączenia, od kiedy zostali kochankami.

Pamiętał, jak oddała mu się całkowicie, uległa w jego ramionach i pomyślał, że gdyby 

wykazał   trochę   więcej   stanowczości,   uległaby   mu   także   tym   razem.   To   mu   się   podobało   - 

świadomość, iż mógłby pokonać jej ostrożność.

Myśl o tym, jak stracił poczucie kontroli, Croft zdecydowanie odrzucił. Łatwiej było nie 

myśleć o tym akurat aspekcie kochania się z Mercy.

Znękany   fizycznie   bliskością   niedostępnej   Mercy,   Croft   postanowił   zająć   się   czymś 

innym. Miał przecież pracować, pomyślał ponuro. Ta kobieta potrafiła zawrócić mu w głowie w 

sposób niepokojący i potencjalnie niebezpieczny.

74

background image

W tej chwili najważniejszą rzeczą była Dolina tajemniczych klejnotów. Croft zmarszczył 

brwi, gdy sobie przypomniał, jak bardzo Mercy nalegała na to, aby zamknąć książkę na noc w 

sejfie. Chciał zaproponować, że ją przechowa, ale wiedział, iż Mercy by się nie zgodziła. Nie 

podobało się jej to, że Croft interesuje się Doliną, i z tego powodu nie do końca mu ufała. Jemu z 

kolei nie podobał się jej brak zaufania, więc nawet nie wspomniał o możliwości zaopiekowania 

się książką. Wszystko razem było szalenie pogmatwane.

Croft nie miał wcześniej pojęcia, że ich związek stanie się tak skomplikowany. Jedno było 

wszakże jasne: im dłużej o tym myślał, tym mniej podobał mu się fakt, iż Dolina leży na dole, w 

recepcji, w kiepskim sejfie. I powody jego niechęci nie miały nic wspólnego z jego związkiem z 

Mercy. Powody takiego stanu rzeczy były proste i logiczne.

Nie byłoby problemu, gdyby Gladstone był zwyczajnym kolekcjonerem. Jeśli jednak jest 

on człowiekiem, który kiedyś nazywał się Egan Graves, to wie już, że Mercy nie podróżuje sama. 

Gladstone, uczciwy kolekcjoner, nie miałby zapewne nic przeciwko temu, iż Mercy wzięła ze 

sobą towarzysza podróży. Graves byłby tym faktem głęboko zaniepokojony.

Jeśli   jest   zaniepokojony,   czy   też   tylko   zaintrygowany,  Dolina  może   być   w 

niebezpieczeństwie. Książka będzie bezpieczniejsza, jeśli Croft wyjmie ją z sejfu i zabierze na 

resztę nocy do siebie.

Podjął decyzję i odsunął się od okna. Rano wyjaśni Mercy, że musiał zabrać książkę, 

ponieważ nie ufał nocnemu recepcjoniście. Każdy pracownik motelu na takim pustkowiu byłby 

ciekaw, co przelotny gość motelowy oddaje na przechowanie do sejfu.

Croft bezszelestnie otworzył drzwi od pokoju i przeszedł korytarzem do schodów.

Na   dole   zobaczył,   że   oświetlony   znak   wskazujący   na   wolne   pokoje   został   na   noc 

wyłączony. Światła były pogaszone. Croft podszedł do drzwi wejściowych i oparł się ramieniem 

o   dzwonek.   Panowała   całkowita   cisza   i   Croft   pomyślał,   iż   recepcjonista   zapewne   wyłączył 

dzwonek razem z neonem. Ciekawe, czy nieobecny właściciel motelu wiedział, że na noc usługi 

są tak ograniczane.

A może wcale mu to nie przeszkadzało. W końcu w tej okolicy, o tej porze roku, nie było 

wielkiego ruchu turystycznego.

Croft   przyjrzał   się   zawiasom   drzwi   wejściowych   i   stwierdził,   że   Mercy   miała   rację. 

Zamki można było otwierać kartą kredytową.

75

background image

W   chwilę   później   był   już   z   powrotem   w   recepcji.   Drzwi   wejściowe   zatrzasnęły   się 

bezszelestnie. Natychmiast uderzył go w nozdrza zapach taniego wina i Croft wiedział już, jaką 

rozrywkę   znajdował   sobie   w   nocy   recepcjonista.   Ciche   chrapanie   z   kanapy   w   kącie 

pomieszczenia potwierdziło jego podejrzenia.

Nocny recepcjonista obecny był tylko ciałem. Pusta butelka po tanim winie leżała na 

podłodze   przy   kanapie.   Croft   spróbował   obudzić   recepcjonistę,   po   czym   z   niesmakiem 

zrezygnował. Facet niewątpliwie znalazł niezawodny środek na bezsenność.

Croft wszedł za ladę. Na podłodze niewielkiego biura stał staromodny sejf. Croft otworzył 

trzy pierwsze szuflady i w trzeciej znalazł przyklejoną wewnątrz kartkę z szyfrem. Najwyraźniej 

w tym zakątku Kolorado nie przywiązywano wielkiej wagi do bezpieczeństwa.

76

background image

Rozdział szósty

M

ercy obudziła się nagle, z bijącym sercem i uczuciem zimna, które skoncentrowało się 

w jej żołądku.

Przez   moment   nie   miała   pojęcia,   gdzie   jest.   Przez   kilka   długich   sekund   jej   umysł 

odmawiał zidentyfikowania obcego otoczenia i niewygodnego łóżka. Zdawała sobie sprawę z 

dwóch rzeczy: nie jest we własnym mieszkaniu i dzieje się coś bardzo złego.

Leżąc nieruchomo pod przykryciem,  czekała, aż cienie w motelowym  pokoju nabiorą 

konkretnych kształtów. Powoli odzyskała kontrolę nad przyśpieszonym oddechem. To śmieszne, 

pomyślała. Za długo już mieszkała całkiem sama, aby budzić się ze strachu w ciemności. Nic się 

nie  stało.  Znajdowała  się  po prostu  w  obcym   pokoju.  Musiała   wziąć  się  w  garść.  Nie było 

powodów do niepokoju. W końcu Croft jest tuż za ścianą i na pewno usłyszałby nawet jej cichy 

okrzyk.

Podniosła   się   wolno,   przyciskając   do   piersi   prześcieradło   i   żałując,   że   Croft   nie   jest 

jeszcze bliżej. Nie miałaby nic przeciwko temu, aby się znajdował w tym samym pokoju.

Serce biło jej teraz wolniej, ale jeszcze wciąż zbyt szybko. Co się z nią działo? To było 

zupełnie do niej niepodobne.

Na dźwięk cichego drapania za oknem serce znów zabiło jej mocniej. Zrobiło jej się 

zimno. Przynajmniej wiedziała teraz, co ją obudziło.

Stwierdziła, że musi to być gałąź drzewa, drapiąca o ścianę budynku. Siłą woli Mercy 

zmusiła się, aby wstać z łóżka. Nie będzie się przecież trzęsła ze strachu z powodu głupiej gałęzi. 

Samotna   kobieta   nie   może   sobie   pozwolić   na   ataki   histerii   w   środku   nocy   spowodowane 

stukaniem gałęzi.

Mercy zdecydowanie podeszła do okna. Z czymś takim trzeba sobie po prostu radzić. 

Samotna   kobieta   jest   przyzwyczajona   do   wstawania   w   środku   nocy   z   powodu   dziwnych 

hałasów. To jedyny sposób, aby zachować przytomność umysłu. Wyjrzy przez okno, zobaczy tę 

gałąź i wreszcie się uspokoi.

77

background image

Była niespełna metr od okna, kiedy ciemny, wyraźnie ludzki kształt zamajaczył po drugiej 

stronie szyby.

Samotna kobieta potrafi sobie radzić z dziwnymi hałasami i potrafi być dzielna. Potrafi 

też wołać o pomoc.

Mercy wrzasnęła wniebogłosy.

Intruz na zewnątrz znieruchomiał, jakby się natknął na elektryczne ogrodzenie, po czym 

prześliznął się szybko po parapecie i znikł.

Kilka sekund później ktoś załomotał do drzwi Mercy.

- Mercy! Otwórz drzwi albo je wyłamię.

Mercy skoczyła do drzwi. Croft nie straszył, on tylko stwierdzał fakty i wolała nie musieć 

płacić właścicielowi motelu za wyłamane drzwi.

Otworzyła i Croft omal jej nie przewrócił, wpadając do pokoju. Poruszał się nie tylko 

bardzo cicho, lecz także bardzo szybko.

- Co się tu dzieje? - Obrzucił wzrokiem pokój, kiedy Mercy zapaliła światło.

- Tam, za oknem, ktoś był. Widziałam cień człowieka. Znikł, kiedy krzyknęłam.

Croft jednym susem znalazł się przy oknie, otworzył je szeroko i wyjrzał na zewnątrz.

- Nie ma nikogo. Na pewno skrył się w drzewach. Jeśli zna tę okolicę, zniknie między 

drzewami w jednej chwili. Przypuszczalnie zostawił samochód blisko wjazdu na autostradę.

- Ale co on tu robił za moim oknem? Uciekł, do diabła. Musimy coś zrobić, Croft.

- Co proponujesz? Żebym ścigał jego samochód na bosaka? - Croft zatrzasnął okno; jego 

wyważone ruchy wskazywały, jak bardzo jest spięty.

Mercy spostrzegła,  że Croft  ma  na sobie  wyłącznie  obcisłe  slipki. Kiedy przechodził 

przez pokój, zauważyła płynny ruch mięśni pod cienką skórą. Orzechowe oczy niebezpiecznie 

błyszczały. Croft był sfrustrowanym drapieżnikiem, któremu umknęła ofiara.

- W gruncie rzeczy - zaczęła ostrożnie  Mercy - myślałam  o czymś  mniej  ambitnym. 

Powinniśmy natychmiast zawiadomić recepcjonistę. - Sięgnęła po telefon.

- Dzwonek telefonu nie zbudzi go na pewno - mruknął pod nosem Croft. - Poczekaj 

chwilę, włożę dżinsy.

- Co masz na myśli  z tym  telefonem,  Croft? Wróć. Co się dzieje? - Mercy odłożyła 

słuchawkę telefonu i podążyła za Croftem, który wychodził już z jej pokoju.

78

background image

- Nic takiego. Później ci powiem - odparł, stojąc w otwartych drzwiach swego pokoju. - 

Lepiej włóż coś na siebie, jeśli chcesz zejść ze mną na dół.

Mercy poniewczasie zdała sobie sprawę, że ma na sobie tylko bawełnianą koszulę nocną. 

Wprawdzie wysoką zapinaną pod szyją i z długimi rękawami, ale stojąc na korytarzu Mercy 

czuła się w niej prawie naga. Rozejrzała się wokół pośpiesznie i wbiegła z powrotem do pokoju. 

Na   korytarzu   nie   otworzyły   się   dotąd   żadne   drzwi,   a   przecież   wystraszony   okrzyk   Mercy 

obudziłby każdego, kto by spał obok. Najwyraźniej Mercy i Croft byli na pierwszym piętrze 

jedynymi gośćmi.

Mercy wkładała pośpiesznie buty, kiedy na korytarzu pojawił się Croft. Narzucił na siebie 

koszulę i dopinał jeszcze dżinsy.

- Gotowa?

- Tak.

Szybko zeszli na dół i wyszli na dwór, w zimną noc.

- Czego chciał ten człowiek za oknem, Croft?

- Nie wiem, ale widocznie miałaś rację obawiając się nocnych rabusiów.

- Na szczęście schowałam Dolinę do sejfu.

- A właśnie - zaczął Croft, kiedy doszli do drzwi recepcji. - Chciałem ci dopiero rano 

wyjaśnić, że... - Przerwał gwałtownie na widok szeroko otwartych drzwi. - Co, do diabła?!

Mercy  znów   poczuła   cienką  strużkę   strachu,  która   jej   przebiegła  wzdłuż   koniuszków 

nerwów.

- Najpierw włamał się tutaj - szepnęła, przystając na progu. - Może okradł recepcjonistę, a 

potem poszedł szukać łupów po pokojach gości.

Croft przeszedł obok niej i wszedł do małego pomieszczenia. Sięgnął do kontaktu; Mercy 

podążyła za nim do środka.

- Cholera!

Mercy próbowała dojrzeć coś ponad jego ramieniem.

- Ach, mój Boże! - zawołała.

Nocny recepcjonista leżał na podłodze, z rany w głowie ciekła krew.

- Biedny człowiek. - Mercy przecisnęła się obok Crofta i podeszła do rannego. Uderzyły 

w nią opary alkoholu, wypełniające pokój.

79

background image

- Nie musieli go ranić. I tak był zupełnie nieprzytomny. - Croft przyklęknął na jedno 

kolano obok Mercy, która usiłowała wyczuć puls rannego.

- Co to znaczy? Croft, co się tu dzieje? - Mercy nie czekała na odpowiedź. - Musimy 

zadzwonić po jakąś pomoc lekarską. Żyje, ale jest poważnie ranny. - Gdy odjęła rękę od głowy 

recepcjonisty, palce miała uwalane krwią. Odruchowo wytarła je o dżinsy, patrząc z troską na 

leżącego mężczyznę.

Croft przyglądał się jej działaniom z dziwnym wyrazem twarzy.

- Widzę, że nie boisz się widoku krwi?

- Osoby samotne, pracujące na własny rachunek, muszą mieć silne nerwy. Dość mam 

zachodu z bankami i urzędem podatkowym. Dzwonisz po pomoc czy ja mam to zrobić?

-   Nie   mamy   wyboru.   Muszę   chyba   porozumieć   się   z   lokalną   władzą   -   stwierdził 

niechętnie Croft, podchodząc do telefonu. - Jest tutaj numer miejscowego szeryfa. Lepiej nie 

ruszaj recepcjonisty.

- Nie zamierzam.

Po drugiej stronie ktoś odebrał telefon i Croft podał niezbędne informacje bezbarwnymi, 

zwięzłymi zdaniami.

- Tak, dobrze, zaczekamy.

Mówiąc to niecierpliwym tonem, nie patrzył na Mercy, lecz powędrował wzrokiem do 

małego biura za pokojem recepcjonisty. Po chwili Croft skończył rozmawiać i spojrzał na Mercy.

- Zaraz przyjadą.

Kiwnięciem głowy przyjęła informację, nadal klęcząc przy rannym.

- Kto mógł coś takiego zrobić? Mało kto tu latem przyjeżdża. W kasie nie mogło być dużo 

pieniędzy. Jest tylko kilku gości i założę się, że większość zapłaciła za nocleg kartą kredytową, a 

nie gotówką. Ciekawa jestem, czy bandyta włamał się także do baru?

- A potem postanowił sprawdzić, czy w pokojach gości nie leżą luzem jakieś pieniądze? 

To całkiem możliwe.

- Mówisz to bez przekonania.

- Wszyscy pozostali goście mieszkają na parterze.  Tylko  my dwoje mamy pokoje na 

piętrze. Dlaczego ten facet ryzykował włażenie na gorę, kiedy mógł bez trudu dostać się do 

pokojów na dole?

80

background image

-   Kto   wie?   Może   nie   wiedział,   które   pokoje   są   wolne,   a   które   zajęte.   O   tej   porze 

większość ludzi śpi i światła są pogaszone. Trudno byłoby... - Mercy przerwała, słysząc dźwięk 

syreny. - No, jedzie policja.

- Na wiele się nie przyda - mruknął Croft.

- O co ci chodzi? Musieliśmy kogoś zawiadomić. Co masz przeciwko miejscowej policji?

- Nic. Po prostu nie dowierzam oficjalnym stróżom porządku.

- Naprawdę, Croft, czasami jesteś okropnie cyniczny. - Mercy powoli wstała i odwróciła 

się   do  Crofta.   -   Szkoda,  że   się   lepiej   nie   przyjrzałam   temu   facetowi.   Widziałam   tylko   cień 

człowieka za szybą. Na zewnątrz było bardzo ciemno i ja...

Przerwała, po raz pierwszy rzucając spojrzenie przez otwarte drzwi wewnętrznego biura.

- Croft!

Podążył wzrokiem za jej wzrokiem.

- Nie martw się, Mercy. Dolina jest bezpieczna.

- Nie przyszło mi do głowy, że ten ktoś mógł się włamać do sejfu. - Skoczyła do drzwi, 

patrząc z przerażeniem na otwarte drzwi sejfu. Szybki rzut oka potwierdził, iż sejf był w środku 

pusty. - Znikła. Croft, bandyta ukradł  Dolinę.  Cała moja przyszłość legła w gruzach. Zabrał i 

poszedł. Przypuszczalnie nawet nie wie, co ukradł. Sądził, że coś wartościowego, bo było w 

sejfie. Niech to szlag trafi. Mogłabym udusić faceta gołymi rękoma.

- Uspokój się, Mercy.

Syreny brzmiały teraz głośniej i pierwszy samochód wjeżdżał na parking. Croft przybliżył 

się do Mercy i złapał ją z tyłu za ramiona.

- Słuchaj, co do ciebie mówię.  Dolina  jest bezpieczna. Mam ją w pokoju na górze. - 

Przemawiał do niej cicho i stanowczo.

Obróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz.

- To niemożliwe. Włożyłam ją do sejfu i ktoś ją stąd zabrał.

- Ja ją wyjąłem z sejfu.

- Dlaczego? Kiedy? Jak? To ja podpisałam kwit. Croft, to wszystko jest bez sensu. Chcę 

wiedzieć, co tu się dzieje.

- Później ci powiem.

- Powiesz mi teraz!

81

background image

- Nie, nie teraz. - Croft potrząsnął głową. - Teraz porozmawiamy z szeryfem i chcę, żebyś 

mówiła to, co ja.

- Co masz zamiar zrobić? Oszukać go? - spytała ze złością Mercy.

- Powiem prawdę. Tak jest zawsze prościej, pod warunkiem, że nie dasz się ponieść 

szczegółom i niuansom. Będziemy mówić krótko i zwięźle.

- Nic nie rozumiem. - Mercy była zła i kompletnie zaskoczona. Nic nie rozumiała, a 

najbardziej dziwił ją fakt, iż Croft całkowicie panuje nad sytuacją.

- W tej chwili nie musisz niczego rozumieć. Ja będę mówił. Ty możesz opowiedzieć o 

człowieku za oknem i nic więcej. Ja się zajmę resztą.

Mercy chciała mu powiedzieć, że jest stuknięty i że nie zmusi jej do wprowadzania w 

błąd policji. Chciała powiedzieć, że nie pozwoli sobą manipulować. Chciała mu wykrzyczeć, iż 

nie   jest   aż   tak   głupia,   żeby   pozwolić   człowiekowi,  którego   poznała   zaledwie   przed   trzema 

dniami, mówić jej, co ma robić w tak poważnej sytuacji.

Tymczasem   Croft   spoglądał   na   nią   uspokajającym   wzrokiem,   a   jego   silne   dłonie, 

zaciśnięte na jej ramionach, zdawały się niszczyć jej opór.

- Mercy, wiesz przecież, że możesz mi zaufać.

- Nie, nie wiem.

Słowa   protestu   zabrzmiały   słabo   i   Mercy   doskonale   o   tym   wiedziała.   Na   parkingu 

samochód szeryfa zatrzymał się i syrena umilkła. Ktoś wysiadł z samochodu. Postać w mundurze

ruszyła w stronę drzwi recepcji.

Bez żadnego ostrzeżenia wzrok Crofta stał się przerażająco bezwzględny. Dłonie na jej 

ramionach tylko lekko wzmocniły uścisk, ale Mercy poczuła się tak, jakby ją trzymały żelazne 

kleszcze.   Zapanowała   nad   nią   wola   Crofta   -   potężna,   cicha   fala   męskiej   władzy,   której   nie 

potrafiła się przeciwstawić. Mercy zadrżała, podnosząc na niego wzrok.

- Do diabła, Croft, nie masz prawa tak mną rozporządzać - syknęła.

-   Nie   mam   wyboru.   Zrobisz   to,   co   mówię.   Słuchaj   mnie.   Później   porozmawiamy.   - 

Opuścił   ręce,   słysząc   za   drzwiami   kroki   szeryfa.   -   Weź   się   w   garść  i   nie   patrz   tak,   jakbyś 

zobaczyła ducha.

Mercy z przyjemnością walnęłaby go w arogancki łeb jakąś lampą, ale było już za późno 

na takie gesty. Szeryf wchodził właśnie do środka i Croft obracał się w jego stronę.

82

background image

Mercy pomyślała z niechęcią, że miała wszelkie prawo wyglądać tak, jakby zobaczyła 

ducha. Bezdenne  zimno,  jakie ujrzała w oczach  Crofta,  na pewno wywodziło  się z jakiegoś 

upiornego wymiaru.

S

iedząc  sztywno  na brzegu  łóżka  w swoim pokoju w motelu  Mercy przyglądała  się 

Croftowi, który właśnie wszedł z  Doliną tajemniczych klejnotów  w ręce. Szeryf odjechał kilka 

minut wcześniej, a nieprzytomnego recepcjonistę zabrała karetka pogotowia.

- Dobrze - zaczęła agresywnym tonem Mercy, kiedy Croft zamknął drzwi. - Masz Dolinę 

całą i bezpieczną. To tylko stwarza podstawy do nowych pytań i wątpliwości.

Władczym gestem wyciągnęła rękę po książkę.

Podał jej pakunek i patrzył ironicznie spod uniesionych brwi, jak odrywa taśmę z jednej 

strony, żeby sprawdzić zawartość.

- Dziękuję, że pozwoliłaś mi prowadzić rozmowę z szeryfem.

-   Nie   dziękuj.   Siłą   zmusiłeś   mnie   do   współpracy.   -   Mercy   wysunęła   książkę   z 

opakowania,   aby   być   stuprocentowo   pewną,   iż   ma   w   ręce   właściwy   tom,   po   czym   zaczęła 

starannie z powrotem opakowywać Dolinę. - Jak ci nie wstyd. Nie masz prawa tak terroryzować 

Bogu ducha winnych ludzi.

- Wcale cię nie terroryzowałem.

- Właśnie że tak. I po raz drugi na to nie pozwolę, jasne, Croft? - Zmrużonymi oczyma 

rzuciła mu mściwe spojrzenie.

Po raz pierwszy tej nocy na ustach Crofta zagościł lekki uśmiech.

- Gdybyś półtorej godziny temu była całkowicie sterroryzowana, nie bredziłabyś tak i nie 

przesadzała.

- Nie bredzę i nie przesadzam.

- Nie wydajesz się specjalnie zastraszona.

- Nie jestem zastraszona. Jestem wściekła.

- Czyli mój terroryzujący wpływ był dość krótkotrwały.

- Postanowiłam - poinformowała go z wyższością Mercy - dać ci szansę, abyś mógł się 

wytłumaczyć.

- Dziękuję.

83

background image

-   I   nie   udawaj   pokory.   Nie   działa   na   mnie.   Teraz   powiedz   mi   całą   prawdę.   Bez   tej 

bajkowej wersji, jaką sprzedałeś szeryfowi.

-   Powiedziałem   szeryfowi   prawdę   -   stwierdził   ze   złością   Croft.   -   Parę   godzin   temu 

zszedłem do recepcji i wyjąłem  Dolinę  z sejfu. Nie chciałem, żeby recepcjonista, z ciekawości 

lub z nudów, zaczął ją oglądać.

- Przyznaj się, Croft. Sądzisz, że recepcjonista będzie to wszystko pamiętał?

- Nie. Nim przyszedłem, wytrąbił całą butelkę wina. Nie będzie niczego pamiętał. Jeśli 

nie   z   powodu   wypitego   wina,   to   od   uderzenia,   jakim   go   później   potraktowano.   Tak   jak 

powiedziałem szeryfowi.

- Najwyraźniej był na tyle przytomny, żeby ci podać szyfr i pozwolić samemu otworzyć 

sejf - stwierdziła Mercy. - Tak przynajmniej sugerowałeś szeryfowi.

- To niezbyt odbiega od prawdy. - Croft wzruszył ramionami.

Mercy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

- To znaczy, że recepcjonista nie podał ci kombinacji szyfrowej?

- Powiedzmy, że zostawił ją na wierzchu.

- Posłuchaj, Croft, chcę znać całą prawdę.

- Dobrze. Kiedy przyszedłem, facet był już pijany. Wyłączony z rzeczywistości. Chciałem 

go obudzić, ale mi się nie udało. Znalazłem kombinację szyfrową w jednej z szuflad biurka. Nie 

masz pojęcia, ile osób trzyma  pod ręką hasła komputerowe, szyfry sejfowe i ważne numery 

telefonów. Osobiście otworzyłem sejf i wyjąłem twoją książkę. Zabrałem ją na górę i poszedłem 

do łóżka. Koniec historii.

- Dlaczego zawsze ci wierzę, nawet kiedy opowiadasz najbardziej niewiarygodne rzeczy?

Croft usiadł na jedynym fotelu w pokoju.

- Nie mam pojęcia. Pewno ze względu na mój urok i wdzięk osobisty.

- Ja bym to inaczej nazwała - mruknęła Mercy, przypominając sobie jego przejmującą siłę 

woli, którą zmusił ją do posłuszeństwa. - Dlaczego tak ci zależało na przekonaniu szeryfa, że 

bandycie nie chodziło o Dolinę?

- Nie musiałem się za bardzo wysilać. Szeryf sam doszedł do tego wniosku. W końcu ten 

człowiek,   który  otworzył   po  mnie   sejf,  włamał  się  także  do  baru,   ukradł  radio   z  jednego  z 

84

background image

samochodów  na  parkingu  i  trzy portfele   z  pokoi na  parterze,  zanim  przeniósł  się  na  piętro. 

Najwyraźniej sprawdzał wszystkie możliwości.

-   Na   to   wygląda,   co?   -   Mercy   zmarszczyła   brwi   i   spojrzała   na   pakunek   w   ręce. 

Faktycznie, złodziej nie tracił czasu. Ktoś, kto szukałby  Doliny,  nie zawracałby sobie głowy 

radiem samochodowym i paroma portfelami. - Kto mógł w ogóle wiedzieć o tej książce? Chyba 

że recepcjonista przekazał komuś wiadomość, że ktoś schował do sejfu coś cennego. To nie ma 

sensu.

- Jesteś pewna, że nie widziałaś twarzy tego człowieka za oknem? - spytał cicho Croft.

- Nie.  To  był   tylko   zarys   czarnej  postaci   za  szybą.  Zatrzymał   się  na moment,  kiedy 

krzyknęłam, a potem znikł. - Mercy gwałtownie uniosła do góry głowę, kiedy przypomniała 

sobie, w którą stronę przesunął się mężczyzna. - Przeszedł w kierunku twojego okna.

Croft milczał, spoglądając na ożywioną twarz Mercy.

- W gruncie rzeczy - szepnęła z namysłem Mercy mógł wejść przez okno do twojego 

pokoju i...

- Zdjąć ubranie i kilka sekund później zjawić się na progu twojego pokoju w odpowiedzi 

na twój krzyk? - skończył za nią zdanie Croft, zupełnie nie przejęty wnioskami Mercy. - Daj 

spokój. To nie ja byłem za twoim oknem.

Chłodna odprawa zirytowała Mercy.

- Oczekujesz, że uwierzę w każde twoje słowo, co? Skąd mam wiedzieć, że to nie byłeś 

ty?

- Gdybym to był ja, nie usłyszałabyś żadnego dźwięku - powiedział.

Nie chwalił się. Stwierdzał fakt.

Jak duch. Ducha się nie słyszy. Croft miał rację.

Mercy westchnęła i odłożyła książkę na łóżko.

- No, cóż, to tyle. Przypadkowy rabuś. Recepcjonista wyżyje, a intruzowi udało się uciec 

z radiem samochodowym i trzema portfelami.

- Mercy?

- Tak, Croft?

85

background image

- Jest jeszcze jedna możliwość. - Mówił głosem stanowczo zbyt łagodnym, rozsiadając się 

wygodnie w fotelu, opierając łokcie na poręczach i splatając palce pod brodą. Orzechowe oczy 

spoglądały z zamyśleniem.

- Obawiałam się tego - odparła Mercy. W jej głosie słychać było zmęczenie. - Nie jestem 

pewna, czy chcę o tym słyszeć.

- Myślę, że najwyższy już czas. Jest parę rzeczy, które powinnaś wiedzieć o mnie i o 

Dolinie tajemniczych klejnotów.

Mercy dotknęła papieru, w który była zawinięta książka, z poczuciem głębokiego smutku. 

Od początki wiedziała, że obecność Crofta w jej życiu nie będzie prosta ani zwyczajna. Mimo to 

jakaś jej część nie chciała znać całej prawdy. Była pewna, że wszystko się zmieni.

- Jeśli jest coś, co powinnam wiedzieć, to dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?

- Spójrz na mnie, Mercy.

Rzuciła mu krótkie, niechętne spojrzenie i wróciła wzrokiem do książki.

-   Croft,   powiedz,   co   masz   do   powiedzenia,   i   skończmy   z   tym.   Tym   razem   jednak 

oszczędź czasu i wysiłku i mnie, i sobie. Dla odmiany powiedz mi prawdę.

- Nigdy ci nie kłamałem.

- Czy mówiłeś mi całą prawdę?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo do tej pory nie musiałaś wszystkiego wiedzieć. Szukałem odpowiedzi na parę pytań. 

Nie miałem żadnych faktów, żadnych tropów, żadnych istotnych informacji, tylko egzemplarz 

Doliny.

- I co z tego?

- Ta książka nie ma prawa istnieć. Powinna była spłonąć w pożarze trzy lata temu, razem 

z człowiekiem, który nazywał się Egan Graves, i z całą jego kolekcją.

- Dlaczego tak się przejmujesz tym, że książka istnieje?

- Jeśli Dolina ocalała, istnieje możliwość, iż ocalał także Graves.

- Skąd o tym wszystkim wiesz?

- Byłem przy tym pożarze.

Mercy wciągnęła powietrze, obawiając się poruszyć.

86

background image

- Gdzie?

- W posiadłości Gravesa na Karaibach.

- Czy to ty podłożyłeś ogień?

-   Nie.   Ja   tak   nie   działam.   Nie   zamierzałem   wykorzystywać   ognia.   W   elektrowni 

posiadłości wybuchła walka. Strażnik rzucił mały granat i coś eksplodowało. Rozszalał się pożar, 

który zniszczył wszystko. Lub prawie wszystko. Później myślałem, że to już koniec. Nie było 

dowodów na to, że Graves przeżył. Nie wydawało mi się możliwe, aby on czy cokolwiek innego 

uratowało się z pożaru. To było piekło.

- Co tam robiłeś, Croft? O co chodziło?

- Egan Graves wdał się w ciemne interesy na jednej z wysp karaibskich, gdzie nie sięga 

władza   Stanów   Zjednoczonych.   Miała   to   być   komuna   religijna,   miejsce   oświecenia.   Graves 

nazywał  to  Towarzystwem  Łaski.  Przykrywka   dla  handlu  seksem  i  narkotykami,  wciągająca 

naiwnych   młodych   ludzi,   dziewczyny   i   chłopaków,   i   zmieniająca   ich   w   prawdziwych 

niewolników. Graves kontrolował ich za pomocą mieszanki narkotyków i jakiejś niesamowitej 

hipnozy.   Towarzystwo   wykorzystywało   swe   ofiary   jako   prostytutki,   aktorów   w 

najobrzydliwszych filmach pornograficznych, handlarzy narkotyków, złodziei i co tam jeszcze 

było   potrzebne   Gravesowi   do   budowania   swego   imperium.   A   wszystko   to   działo   się   pod 

przykrywką religijnego oświecenia.

- Skąd wiesz o tym wszystkim?

- Poproszono mnie, żebym pojechał na wyspę i wydostał jedną z ofiar. Córkę mojego 

przyjaciela. Chciał on dostać także Gravesa, Bardzo chciał go dostać. Świetnie go rozumiałem.

- Mój Boże! I co się stało?

-   Wyciągnąłem   dziewczynę   i   wiele   innych   osób.   Ale   nie   wszystkich,   Mercy.   Nie 

wyciągnąłem wszystkich. Niektórzy byli już tak oszalali, że zamiast ratować siebie, wbiegali w 

płomienie w poszukiwaniu swego guru. I nie dostałem Gravesa. Znikł w ogniu. Tak przynajmniej 

myślałem.

Mercy   spojrzała   na   niego,   z   łatwością   wyobrażając   sobie   tę   scenę.   Z   niesamowitą 

łatwością, jakby wrażenia wizualne przechodziły do niej ze wspomnień Crofta, a nie z jej własnej

wyobraźni. Nad nie chcianymi obrazami rozpostarło się niepokojące uczucie.

- Krzyczeli - szepnęła. - Strasznie krzyczeli.

87

background image

Croft obrzucił ją dziwnym spojrzeniem.

- Wiesz. Skąd wiesz?

Potrząsnęła   głową,   starając   się   pozbyć   tłoczących   się   tam   wyobrażeń.   Instynktownie 

podniosła rękę, jakby chciała dotknąć Crofta, ale siedział za daleko i ręka opadła.

- Nie  mogłeś  uratować  wszystkich,  Croft,  a  zwłaszcza  nie  tych  oszalałych.  Tej   nocy 

musiał   tam   panować   prawdziwy   chaos.   Płomienie,   biegający   i   krzyczący   ludzie,   strzelający 

strażnicy. Mogę sobie wyobrazić. Co za upiorna scena.

- Tak - powiedział cicho.- Upiorna.

Nie spuszczał oczu z twarzy Mercy.

Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Mercy myślała nad tym, co usłyszała. 

Rozdzierały   ją   współczucie   i   wściekłość.   Oszałamiało   ją   takie   połączenie   dwóch   potężnych 

uczuć. Ostrożnie usiłowała pozbierać fakty.

- Powiedziałeś, że przyjaciel poprosił cię, abyś pojechał na wyspę.

Croft przytaknął.

- Miał powody, aby przypuszczać, że uda ci się wydostać stamtąd jego córkę?

- Tak.

Mercy przełknęła ślinę.

- Robiłeś już wcześniej coś takiego?

- Tak.

- Croft, kim ty, na litość boską, jesteś? Jakimś najemnikiem? Wypożyczasz ciało i umysł 

każdemu, kto dostatecznie dużo zapłaci?

-   Pracowałem   dla   każdego,   kto   mnie   potrzebował,   naprawdę   potrzebował,   a   nie   dla 

pieniędzy.

- Nie widzę wielkiej różnicy.

- Przyjmowałem te prace, które chciałem. Byłem czymś w rodzaju prywatnego detektywa. 

Brałem duże pieniądze. Mogłem sobie pozwolić na wybieranie klientów.

-   Większość   prywatnych   detektywów   zajmuje   się   oszustwami   ubezpieczeniowymi   i 

szukaniem   dzieci   uprowadzonych   przez   własnych   rodziców,   którym   sąd   odebrał   władzę 

rodzicielską.

- Nie zajmowałem się czymś takim.

88

background image

- Nie wątpię. - Mercy zerwała się z łóżka i podeszła do okna. Oparła czoło o zimną szybę 

i   zamknęła   oczy.   -   Jesteś   utalentowany   w   innych   dziedzinach,   prawda?   Sam   mówiłeś,   że 

interesujesz się głównie filozofią przemocy.

- Od trzech lat w ogóle się tymi sprawami nie zajmowałem. Po powrocie z Karaibów 

otworzyłem szkołę walk Dalekiego Wschodu. Chciałem już skończyć ze swoim wcześniejszym 

zajęciem.

- Co chcesz powiedzieć, Croft? Że już nie jesteś człowiekiem przemocy?

- Nie jestem już człowiekiem, który przemocą zarabia na życie - stwierdził powoli Croft. - 

Jedynie pośrednio, ucząc samoobrony.

- Możesz tak powiedzieć? - Mercy obróciła się na pięcie. - Po tym, jak wychodziłeś ze 

skóry,   żeby   pojechać   ze   mną   do   Gladstone'a?   Dość   mam   połowicznej   prawdy,   Croft.   Chcę 

wiedzieć wszystko.

Croft podniósł się z fotela i stanął twarzą w twarz z Mercy.

- Powiedziałem ci prawdę. Istnienie  Doliny  wywołało pytania, na które muszę znaleźć 

odpowiedź. To nie jest nowa praca, to stare, nie dokończone zajęcie. I muszę je doprowadzić do 

końca.

Patrzyła na niego uważnie, wyczuwając siłę jego woli.

- A ty jesteś takim człowiekiem, który wszystko doprowadza do końca, tak?

- Koło musi się zamknąć.

-   Nie   chcę   słyszeć   tej   twojej   męskiej   filozofii.   Przedstaw   mi   fakty.   Z   faktami   sobie 

poradzę.   A   z   drugiej   strony,   może   mam   już   za   dużo   danych?   Nie   interesuje   cię  Dolina 

tajemniczych klejnotów,  żeby ją mieć dla siebie, lecz dlatego, że łączy się z czymś, o czym 

myślałeś, że zostało zakończone trzy lata temu, tak?

- Tak.

- Obawiasz się, że nie wykonałeś do końca zadania?

- Tak.

- I nie interesujesz się mną, dlatego że jestem fascynująca i nie do odparcia, lecz dlatego, 

że jestem jeszcze jednym kawałkiem układanki, którą usiłujesz rozwiązać. Wykorzystujesz mnie, 

żeby pójść śladem książki.

Croft zmarszczył brwi.

89

background image

- Dość tego, Mercy. Twoje rozumowanie traci sens. Ty i książka to dwie różne sprawy.

-   Akurat.   Potrafię   myśleć   równie   logicznie   jak   ty.   Wykorzystujesz   mnie   i   jeśli   się 

spodziewasz, że będę to tolerowała, to chyba zupełnie zwariowałeś.

Croft westchnął z prawdziwym żalem.

- Przykro mi, Mercy, ale nie masz żadnego wyboru. Sprawy zaszły za daleko.

Mercy miała ochotę zawyć z wściekłości; z trudem zdołała się opanować.

- O nie. Mogę wszystko zakończyć tu i teraz.

- Lepiej weź prysznic i spakuj rzeczy. Już prawie świta i wątpię, abyśmy mieli jeszcze 

pójść spać. - Croft odwrócił się i wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Mercy spoglądała za nim skonsternowana. Zapomniała o wyciu z wściekłości i miała 

ochotę   rozpłakać   się   z   żalu.   Czuła,   że   tkwi   w   pułapce   między   niewzruszonym   kodeksem 

etycznym Crofta i gniewem na myśl o tym, że jest przez niego wykorzystywana.

90

background image

Rozdział siódmy

P

rowadząc   samochód   w   kierunku   wschodzącego   słońca   Croft   nie   odrywał   oczu   od 

wąskiej, stromej, górskiej drogi, lecz myślami był przy siedzącej obok kobiecie. Pomyślał, że 

Mercy   jest   zbyt   spokojna.   To   mu   się   nie   podobało.   Milczenie   Mercy   nie   wróżyło   niczego 

dobrego.   Miotała   się   i   biła   z   myślami,   szukając   sposobów   stworzenia   między   nimi   barier   i 

przeszkód.

Nie należało zostawiać przeciwnikowi zbyt wiele czasu na myślenie, zwłaszcza kobiecie 

takiej jak Mercy. Już doszła do paru niebezpiecznych wniosków. Przyszedł czas, aby przejąć 

kontrolę.

- Jeśli przestałaś się na mnie boczyć, Mercy, możemy porozmawiać o tym, co zrobimy, 

kiedy znajdziemy się u Gladstone'a.

- Wcale się nie boczę. Myślę.

- Dobrze, nie będę się sprzeczać. Ale chciałbym z tobą porozmawiać.

- Skoro tak, to powiedz, dlaczego siedzę z tobą w samochodzie, kiedy powinnam była 

zostawić cię w motelu i pojechać sama do Gladstone'a?

- Jesteś tu ze mną, ponieważ w gruncie rzeczy mi ufasz, i dobrze o tym wiesz.

Na tę myśl poczuł przyjemną satysfakcję. Była to prawda i Croft ją znał przynajmniej na 

pół godziny przed tym, nim Mercy w milczeniu wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwiczki.

- Dobrze, przyznam, że wierzę w twoją niesamowitą historię. Myślę, że przejąłeś się, 

kiedy   po   trzech   latach  Dolina  nagle   wypłynęła   na   powierzchnię.   Jednakże   moim   zdaniem 

popełniasz błąd łącząc to, co się zdarzyło trzy lata temu, z moim klientem.

Croft lekceważąco wzruszył ramionami.

- Bardzo możliwe. Mam nadzieję, że się mylę. Liczę na to. Byłem pewien, że Graves 

zginął w pożarze. No, ale byłem też pewien, że i jego kolekcja spłonęła. Żadna inna z książek z 

jego zbioru nie pojawiła się w żadnym katalogu.

- Śledziłeś to?

Croft przytaknął.

91

background image

-   Kiedy   po   raz   pierwszy   miałem   wyruszyć   na   poszukiwanie   Gravesa,   wiele   czasu 

poświęciłem na zdobycie o nim jakichś informacji, choć nie było o nie łatwo. Jego zbiór książek 

był   jedyną   rzeczą,   której   nie   mógł   całkowicie   ukryć   przed   światem,   jeśli   chciał   zdobywać 

następne okazy do kolekcji. Był bardzo ostrożny w swych działaniach z księgarzami. Zawsze 

używał pośrednika i utrzymywał w tajemnicy swoje nazwisko. Jednakże istnieją przecieki, które 

do mnie docierały. Wykorzystałem pasję kolekcjonerską Gravesa do odnalezienia go na wyspie. 

Wierz mi, że bardzo dużo nauczyłem  się o jego zainteresowaniach.  Był  bardzo wybiorczy i 

wybredny. Większość tomów z jego kolekcji istniała tylko w jednym egzemplarzu. Niektóre z 

nich pochodziły nawet z szesnastego wieku. Większość z nich była niesłychanie cenna, po prostu 

dlatego,   iż   były   to   woluminy   unikatowe.  Dolina   tajemniczych   klejnotów  nie   była   ważnym 

nabytkiem, ponieważ nie była jedyna. Dlatego twoje ogłoszenie zwróciło moją uwagę. Istnieje 

jeszcze kilka egzemplarzy tej książki. Jest warta zaledwie kilka tysięcy dolarów. Gdyby ktoś, w 

czasie pożaru, chciał zdobyć naprawdę wartościową pozycję, wybrałby na pewno coś innego, a 

nie Dolinę.

-   Mówiłeś,   że   większość   pozostałych   egzemplarzy   jest  w   rękach   kolekcjonerów 

europejskich. Ta książka mogła tu dotrzeć z Europy.

- To egzemplarz Gravesa, Mercy. Jestem tego pewien. Mam na to aż za dużo dowodów, 

włącznie z dedykacją od pierwszego właściciela Doliny dla jego kochanki.

- No, dobrze - zgodziła się Mercy - więc książka uratowała się jakoś z pożaru. To nie 

znaczy, że Graves też się uratował. To nie znaczy, iż Graves to Gladstone, ani że Graves powstał 

z grobu, przepraszam za wyrażenie, aby odzyskać swój egzemplarz Doliny.

- Wiem o tym, Mercy - powiedział łagodnie Croft.

- Ale chcesz być pewien - stwierdziła kąśliwie.

- Muszę być pewien.

- Przejdźmy do spraw ważniejszych - kontynuowała po chwili Mercy. - Czy mówisz mi o 

tym wszystkim teraz z powodu tego intruza w motelu?

- Moim zdaniem włamanie w motelu nie było zbiegiem okoliczności.

-   Dlaczego   ktoś,   kto   chciał   ukraść  Dolinę,  interesował   się   radiem   samochodowym   i 

paroma portfelami?

- Dla zmylenia śladów.

92

background image

- Masz strasznie skomplikowany sposób rozumowania.

To go rozzłościło.

- Wprost przeciwnie. Poświęcam dużo czasu i energii na to, aby moje myślenie było jak 

najprostsze.

- Udaje ci się to tylko wtedy, kiedy masz do czynienia z kobietami. Zgadzam się, że w tej 

dziedzinie jesteś niesłychanie naiwny. W innych sprawach jesteś podstępny, skomplikowany i 

niebezpieczny.  - Przerwała na chwilę. - A ja przypuszczalnie jestem jeszcze bardziej naiwna 

zgadzając się, abyś mi towarzyszył do Gladstone'a jedynie po to, by zaspokoić twoją ciekawość.

- Mercy...

-   Przypuszczam,   że   bez   trudu   mogę   spisać   nasz   związek   na   straty.   W   końcu   jestem 

dorosła   i   wiem,   co   robię.   Kiedyś   musiałam   nawet   spisać   na   straty   całe   narzeczeństwo.   W 

porównaniu   z  tym   jedno   pójście   do  łóżka   to   betka.   Ostrzegam   cię   jednak,   że   ta   książka   to 

zupełnie coś innego. Rozpoczynam swoją zawodową karierę i jeśli ją zniszczysz, odstraszając 

mojego pierwszego klienta, nigdy ci tego nie wybaczę.

- To nie było jednorazowe pójście do łóżku i doskonale o tym wiesz. I tak łatwo nie uda ci 

się mnie pozbyć.

Croft   z   wysiłkiem   panował   nad   ogarniającym   go   gniewem,   Mercy   specjalnie   go 

prowokowała, choć szczególnie zirytował go fakt, iż musiał walczyć z własną złością. Jeszcze 

nigdy w życiu nie spotkał nikogo, kto by go tak łatwo wyprowadzał z równowagi.

- Cholera, Mercy, jak ci się to udaje?

Mówiąc te słowa, przypomniał sobie, że wypowiada je do niej nie po raz pierwszy.

Rzuciła mu piorunujące spojrzenie.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Wiesz, wiesz, ale pewno uważasz, że masz rację. Czy w ten sposób chcesz się na mnie 

mścić   za   każdym   razem,   kiedy   coś   ci   się   między   nami   nie   podoba?   Czy   masz   satysfakcję, 

wystawiając na szwank moją cierpliwość i sprawdzając, ile wytrzymam?

Croft pomyślał, że bardzo chciałby znać odpowiedź Mercy na swoje pytania. Czasami był 

pewien, iż rozumie myśli i emocje, które leżały u podłoża działań Mercy. Miał wrażenie, że 

rozumie sposób funkcjonowania jej umysłu, i wiedział, że rozumie ważne rzeczy dotyczące jej 

93

background image

podniecająco reagującego ciała. Czasem jednak musiał przyznać, iż pozostają w umyśle Mercy 

pewne obszary, które są dla niego zupełną terra incognita.

- Jak ci się coś nie podoba - powiedziała  słodkim tonem Mercy - to zawsze możesz 

wysiąść z samochodu i wrócić piechotą do Denver. Jeśli o mnie chodzi, mogę cię już nigdy w 

życiu nie zobaczyć.

Croft   był   zaskoczony.   Oderwał   wzrok   od   drogi   i   obrzucił   Mercy   przeciągłym 

spojrzeniem.

- To już niemożliwe.

- No tak, to byłaby długa droga.

- Nie mówię o drodze do Denver. Jeżeli wyobrażasz sobie, że możesz się mnie tak łatwo 

pozbyć, to naprawdę jesteś bardzo naiwna. Nie zostawię cię, dopóki się nie dowiem, dlaczego 

spychanie mnie na krawędź opanowania przychodzi ci z taką łatwością.

- Czy istnieje realne niebezpieczeństwo, że popchnę cię za daleko? - Mercy spoglądała na 

niego szeroko otwartymi, błyszczącymi oczyma, wyraźnie się z niego podśmiewając. Odwróciła 

się lekko w jego stronę, wsunęła jedną stopę pod udo i położyła lewe ramię na oparciu siedzenia. 

- Zdumiewasz mnie. Zdawało mi się, że od samego początku całkowicie panujesz nad sobą i nad 

sytuacją. Manipulowałeś mną jak kukiełką, prawda?

- Ładna mi kukiełka - mruknął. - Już ostrzysz nożyce, żeby poprzecinać sznurki. Ale to ci 

się nie uda, Mercy. Nie zerwiesz tak łatwo łączących nas więzów.

-   Zobaczymy.   Powiedz   mi   jedną   rzecz.   Czy   przyszło   ci   kiedykolwiek   do   głowy,   że 

mógłbyś grać ze mną fair od początku? Mogłeś wejść w piątek do księgarni i powiedzieć, o co 

chodzi i dlaczego interesujesz się Doliną.

-   Nie.   -   Croft   potrząsnął   głową.   -   Zastanawiałem   się   nad   takim   podejściem,   ale   je 

odrzuciłem.

- O rany, dzięki za zaufanie. A właściwie dlaczego?

Poraził go zjadliwy ton jej głosu. Postarał się odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

-   Po   pierwsze   musiałem   się   upewnić,   że   nie   odgrywasz   tu   innej   roli   niż   czysto 

przypadkowa.

- Mój Boże! Naprawdę myślałeś, że mogę mieć jakieś powiązania z Gravesem?

94

background image

- Zawsze istniała możliwość, że wykorzystujesz ogłoszenie w celu nawiązania kontaktu z 

Gravesem. Kiedy cię poznałem, odrzuciłem ten pomysł.

- Zapewne nie wydałam ci się dość bystra, co? Nie rozumuję podstępnie, jak prawdziwy 

przestępca, prawda? Czy też może o mej  niewinności przekonało cię coś w moich pięknych 

oczach?

- Przypuszczalnie chodziło o oczy - odparł z namysłem  i z satysfakcją spostrzegł, że 

Mercy nie wie, czy jego odpowiedź jest, czy nie jest żartem.

- Yhm.  A jak się już przekonałeś,  że jestem  istotą głupią  i  zamieszaną  w tę  sprawę 

przypadkowo, to dlaczego mi wszystkiego nie wyjaśniłeś?

-   Nie   chciałem   cię   niepotrzebnie   alarmować.   Zamierzałem   najpierw   sprawdzić   swoje 

podejrzenia, zanim bardziej cię w to wciągnę. Nie chciałem cię martwić bez powodu.

- Inaczej mówiąc, zrobiłeś to dla mojego własnego dobra? - spytała dziwnie obojętnym 

tonem.

Croft poczuł ulgę. Zrozumiała.

- Tak jest. - Zaczerpnął głęboko powietrza i rozluźnił się nieco. - Dla twojego dobra. 

Gdyby twoja umowa z Gladstone'em nie wzbudziła moich podejrzeń, nie musiałbym ci w ogóle 

niczego mówić. Moglibyśmy odbyć przyjemną wycieczkę do Kolorado i wykorzystać czas, żeby 

się lepiej poznać, tak jak chciałaś. Jeśli coś by się stało, mógłbym ci pomoc.

- Czy ktoś ci kiedyś mówił, Croft, że najgorszy pretekst do wykorzystania kobiety to 

twierdzić, iż to dla jej dobra?

Mercy zacisnęła w pięść rękę leżącą na oparciu. Croft dostrzegł to kątem oka i stwierdził, 

że za wcześnie zaczął się rozluźniać.

- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Porozmawiajmy lepiej o tym, jak się zachowamy 

względem Gladstone'a.

- Tak - powiedziała zuchowato Mercy. - Porozmawiajmy. Tak się składa, że mam parę 

pomysłów. Ale znajdźmy najpierw miejsce na śniadanie. Mamy za sobą noc pełną wrażeń i 

jestem głodna.

D

wadzieścia minut później Mercy siedziała naprzeciwko Crofta w małej kawiarni, którą 

znaleźli  w niewielkiej  górskiej wiosce, na skraju kolejnego kurortu narciarskiego. Cierpliwie 

95

background image

poczekała,   aż   Croft   zamówi   swą   poranną   herbatę   okraszając   to   niezliczona   ilością   bardzo 

precyzyjnych uwag i wskazówek. Kelnerka - pani w średnim wieku, w wytartych tenisówkach i 

poplamionym   fartuchu,   nadal   na   wpół   śpiąca   -   wysłuchała   wskazówek   Crofta   z   cierpliwym 

znużeniem.   Mercy,   która   poprzedniego   ranka   wysłuchała   tych   samych,   nie   kończących   się 

dyrektyw, współczuła biednej kobiecie.

-   Przypuszczam,   że   nie   macie   sypkiej   herbaty   -   stwierdził   ponuro   Croft.   -   A   nawet 

gdybyście mieli, byłby to jakiś podły gatunek. A więc torebka. Proszę ją włożyć do czajniczka i 

zalać wrzątkiem. Wolałbym, aby nalała pani do czajnika świeżej wody i upewniła się, że się 

naprawdę zagotowała. Musi się gotować, żeby wyciągnąć z herbaty pełny aromat, rozumie pani? 

Proszę nie używać ciepłej wody z ekspresu do kawy. Wrzątek, proszę pamiętać. Przydałoby się, 

żeby pani najpierw przepłukała imbryk  gorącą wodą, przed włożeniem torebki i zalaniem jej 

wrzątkiem.

Kiedy po paru minutach dostał herbatę - z ledwie ciepłą wodą w filiżance i torebką leżącą 

na spodeczku - przyjął to ze stoicką rezygnacją.

Mercy   po   raz   pierwszy   od   wielu   godzin   poprawił   się   humor.   Popijała   słabą   kawę   i 

uśmiechała się do Crofta znad brzegu filiżanki.

- Czasami musisz się przystosować do okoliczności.

Nie podniósł głowy, gdy wkładał do filiżanki torebkę herbaty i próbował z niej wydusić 

jakiś kolor i smak.

- Chciałaś powiedzieć, że czasami trzeba pójść na kompromis. Są jednak sprawy, które 

kompromis rujnuje. Jedną z nich jest herbata.

- Czy to kolejny aspekt twojej filozofii?

- Można tak powiedzieć.

Najwyraźniej nie chciał z nią na ten temat rozmawiać. Dlatego Mercy drążyła problem:

- Czy kompromis rujnuje jeszcze coś?

- Honor, zemstę i miłość.

Mercy otworzyła szeroko oczy.

- Widzę, że masz ten problem dogłębnie przemyślany.

- Tak.

- Czy kiedykolwiek szedłeś na kompromis w którejś z tych spraw?

96

background image

Spojrzał na nią znad słabej, jasnej herbaty.

- Nie jestem całkiem sztywny. Niejeden raz musiałem się zgodzić na kiepską herbatę. Czy 

to jest odpowiedź na twoje pytanie?

Mercy mogłaby się założyć, że nigdy nie zgodził się na kompromis w sprawach honoru 

czy zemsty. Powinna była dać spokój, ale drążyła nadal:

- A miłość? Czy tu nigdy nie musiałeś iść na kompromis?

- Nie.

- Byłeś kiedyś zakochany, Croft? Jakoś nie wyobrażam sobie ciebie ogarniętego takim 

uczuciem.

- Masz rację. Nigdy nie byłem  zakochany.  I nie wyobrażam  sobie siebie ogarniętego 

takim uczuciem.

- Aha. Czyli nie możesz stwierdzić, czy poszedłbyś w miłości na kompromis.

- Nie miej takiej tryumfującej miny. Fakt, iż o tak wczesnej porze dnia przepełnia cię 

uczucie tryumfu, jest dla mnie wyjątkowo nieprzyjemny. Wystarczy, że muszę pić obrzydliwą 

herbatę.

Zignorowała jego ostrzeżenie.

- Mogę się zgodzić, że twoje standardy filozoficzne są przypuszczalnie z granitu, kiedy 

chodzi   o   herbatę,   honor   i   zemstę,   ale   nie   masz   dostatecznego   doświadczenia,   żeby   się 

wypowiadać na temat miłości. Nie powinieneś wygłaszać pochopnych stwierdzeń, Croft.

-   Można   rozumieć   naturę   czegoś   takiego   jak   miłość   bez   osobistego   doświadczenia. 

Zobowiązania, ryzyko i nagroda są intelektualnie całkiem zrozumiałe. A ty, moja droga, jesteś 

ostatnią osobą, która ma prawo przestrzegać innych przed pochopnymi stwierdzeniami. Potrafisz 

zachować się tak lekkomyślnie, że aż brak mi tchu. Zjesz do końca swoje grzanki?

Mercy przyjrzała się dwóm grzankom, które leżały na jej talerzu.

- Nie. Weź je, jeśli masz ochotę.

- Dziękuję. - Croft sięgnął nad stołem i wziął obie grzanki. - Porozmawiajmy o czymś 

bardziej istotnym.

- Czyli o wizycie u Gladstone'a? - Mercy pomyślała, że wolałaby rozmawiać o miłości. 

Była pewna, że Croft mógłby się dużo od niej dowiedzieć. Najwyraźniej nie miał jednak nastroju 

do zasadniczych rozmów na tak ulotne tematy, w każdym razie nie w tej chwili. - Nie widzę 

97

background image

problemu. Będziemy się zachowywać w sposób absolutnie normalny, rozsądny i uczciwy. Nie 

wybieramy się tam, aby wyśledzić siatkę szpiegowską. Przynajmniej ja jadę tam w innym celu. 

Zamierzam sprzedać Gladstone'owi cenną książkę i zająć się handlem starymi drukami.

- Nie wierzysz w moją teorię?

-   Że   Gladstone   miałby   być   kolejnym   wcieleniem   Gravesa?   Myślę,   że   to   wysoce 

nieprawdopodobne. Czy rozpoznałbyś Gravesa, gdybyś go zobaczył?

- Jedyne jego zdjęcia, jakie miałem, były robione z dużej odległości. W czasie pożaru też 

go widziałem  tylko  z daleka.  Uciekał  przez płomienie.  Nie był  to, doprawdy,  zbyt  wyraźny 

wizerunek. Ale jeśli się za bardzo nie zmienił, poznam go z pewnością. Niestety, w ciągu trzech 

lat człowiek może się bardzo zmienić.

- Na przykład jak?

- Utyć lub schudnąć dziesięć kilo, zapuścić brodę, zrobić sobie operację plastyczną.

- Rozumiem. - Mercy rozmyślała przez chwilę nad tym, co powiedział Croft, rozbudzając 

na nowo swoją wyobraźnię. - A on poznałby ciebie?

- Nie. Nigdy mnie nie widział.

- A podczas pożaru?

- Jeśli w ogóle widział cokolwiek, w co wątpię, to jedynie cienie - stwierdził beztrosko 

Croft.

- Cień ducha. - Mercy zamyśliła się. - Croft, jeżeli jakimś cudem Gladstone jest naprawdę 

Gravesem, to co masz zamiar zrobić?

- Nic w twojej obecności - odparł szybko. - Nie chcę cię wciągać w te stare brudy.

-   Czy   dasz   mi   słowo   honoru,   że   będziesz   się   przyzwoicie   zachowywał,   kiedy   będę 

załatwiać swoje interesy? Nie zaatakujesz go znienacka przy śniadaniu ani nic w tym rodzaju?

- Postaram się.

-   Croft,   ja   nie   żartuję.   Chcę   wiedzieć,   co   zamierzasz   zrobić,   kiedy   będziemy   u 

Gladstone'a.

-   Mam   zamiar   spokojnie   się   rozejrzeć   i   spróbować   się   przekonać,   czy   jest   jakieś 

powiązanie między Gladstone'em a Gravesem. Chcę znaleźć odpowiedzi na kilka pytań.

- Czego będziesz szukał?

98

background image

- Jedna rzecz, którą obejrzę na pewno, to kolekcja książek Gladstone'a. Nie może mieć 

większości takich  samych  książek jak Graves, ponieważ jego zbiór był  unikatowy.  Znikł na 

zawsze w pożarze. Ale będę mógł stwierdzić, czy zakres zainteresowań Gladstone'a i jego wiedza 

na   ten   temat   dorównują   wiedzy   i   zainteresowaniom   Gravesa.   To   może   być   bardzo   istotna 

poszlaka.

- A jeśli obejrzenie kolekcji Gladstone'a nie przyniesie odpowiedzi na twoje pytania?

- Postaram się zajrzeć do jego prywatnych papierów. Wyczuć, na czym się dzisiaj bogaci. 

Tego rodzaju sprawy - powiedział od niechcenia Croft.

- Tylko tyle? - spytała ironicznie Mercy.

- Tyle. Odjedziemy w zaplanowanym dniu. Jeśli moje podejrzenia się potwierdzą, wrócę 

tam później, sam, aby je dalej sprawdzać. Nie przejmuj się, Mercy. Nie poćwiartuję go tępym 

nożem przy obiedzie.

Mercy zbladła i zakrztusiła się ostatnim łykiem kawy. Z łzawiącymi oczyma sięgnęła po 

szklankę z wodą. Zaskoczony Croft wstał, podszedł do niej i lekko uderzył ją w plecy.

- Już dobrze?

Gwałtownie kiwnęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Powoli spazm w gardle 

ustępował. Spróbowała znów napić się wody.

- Żartowałem, Mercy. - Croft usiadł na swoim miejscu; wydawał się zatroskany. - Nigdy 

nie naraziłbym cię na przemoc.

- Masz dziwne poczucie humoru. Pamiętaj, że mówisz o mojej przyszłości, kiedy tak 

sobie żartujesz.

- Twoja przyszłość - powtórzył w zamyśleniu. - To ciekawy temat.

- Owszem. Dużo o tym myślę. Ale w tej chwili nie zamierzam dyskutować z tobą o mojej 

przyszłości.   Wróćmy   do   wizyty   u   Gladstone'a.   Jest   jeszcze   jedna   sprawa,   którą   chciałabym 

ustalić. - Pochyliła się do przodu i wbiła w niego zmrużone oczy. - Musimy ustalić, na czym 

polega nasz związek.

- Nie lubię tego słowa. Długo się nad nim zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że jest 

to słowo bezużyteczne.

- Jakie słowo? Związek? Moim zdaniem jest bardzo użyteczne.

- Tylko dlatego, że w twoim życiu jest dość dużo nieokreśloności.

99

background image

- Mówię ci, Croft, że trzeba być elastycznym. Odchodzimy jednak od głównego tematu. 

Nasz związek...

- O co chodzi?

- Myślałam nad tym. Możemy wystąpić u Gladstone'a jako znajomi połączeni wspólnymi 

zainteresowaniami, którzy są ze sobą zaprzyjaźnieni. Niech sądzi, że ty również zajmujesz się 

handlem książkami i towarzyszysz mi ze względów zawodowych, ponieważ liczysz na to, że 

Gladstone zostanie również twoim klientem.

- To się nie uda.

- Dlaczego nie? - spytała urażona Mercy.

-   Po   pierwsze   dlatego,   że   profesjonaliści   nie   odwiedzają   klientów   w   towarzystwie 

konkurencji. Po drugie, jeśli Gladstone okaże się podejrzliwy, weźmie za telefon i sprawdzi, czy 

prowadzę księgarnię. Jak się dowie, że nie, nabierze dodatkowych podejrzeń.

- Tylko wtedy, jeżeli to on jest Gravesem albo ma z nim jakieś powiązania.

Mercy przygryzła dolną wargę; myślała szybko.

- Niekoniecznie. Gladstone jest najwyraźniej ekscentrykiem i ma cenną kolekcję. Może 

być zupełnie niewinnym człowiekiem i mimo to chcieć sprawdzić, kim jest nieproszony gość. 

Sam bym to zrobił na jego miejscu. Obawiam się, Mercy, że musimy udawać kochanków. Ty 

będziesz ekspertem od rzadkich książek. Ja po prostu ci towarzyszę. Postanowiłem pojechać z 

tobą na wspólny urlop. Wizyta u Gladstone'a to tylko krótki przerywnik w naszym namiętnym 

pobycie w górach Kolorado.

- Nie podoba mi się to - rzuciła ze złością Mercy.

- Nie masz specjalnego wyboru, chyba że wymyślisz coś lepszego i przekonasz mnie do 

tego.

- Jak mogę cię do czegokolwiek przekonać? Do wszystkiego, co wymyślę, jesteś z góry 

uprzedzony.

Croft zdecydowanie potrząsnął głową.

- Zawsze staram się być rozsądny i logiczny w obmyślaniu strategii postępowania. We 

wszystkim jestem zawsze rozsądny i logiczny.

- Jesteś najbardziej nierozsądnym, nielogicznym człowiekiem, jakiego znam.

100

background image

- Pewnego dnia, Mercy, nauczę cię kilku podstawowych założeń logiki i filozofii. Za 

długo żyłaś wyłącznie instynktem i emocjami.

- Gdybym opierała się wyłącznie na instynkcie i na emocjach, nie udałoby mi się przez 

dwa lata odnosić sukcesów w handlu książkami - rzuciła mu z tryumfem. - Gotów jesteś do 

drogi? Z mapy wynika, że powinniśmy być u Gladstone'a mniej więcej za godzinę.

Mercy   zamierzała   wstać   od   stołu,   kiedy   Croft,   w   mgnieniu   oka,   złapał   ją   za   rękę   i 

unieruchomił. Spoglądał na nią badawczym wzrokiem. Rozkaz w jego oczach był prawie tak 

wyraźny jak w nocy, kiedy kazał, aby mu się podporządkowała w rozmowie z szeryfem. Mercy 

się nie ruszyła.

-  U   Gladstone'a   występujemy   jako   kochankowie,   tak,   Mercy?   Nie   rób   mi   żadnych 

niespodzianek. Nie tam. Byłoby to zbyt ryzykowne.

- Mówiłeś, że jeśli wymyślę coś lepszego, to się zgodzisz - odparła z zakłopotaniem.

- Niczego lepszego nie wymyślisz. Dokładnie wszystko przemyślałem. Chcę być pewien, 

że będziesz grała rolę mojej dziewczyny przez następne parę dni.

- A jeżeli się nie zgodzę?

- To w tej chwili odwołujemy całą wycieczkę.

- Nie możesz tego zrobić! Waży się moja przyszłość. Nie strasz mnie, Croft.

- Wiele razy ci mówiłem, że ja nigdy nikogo nie straszę. 

Mercy poczuła się złapana w pułapkę. Rano próbowała przeciąć emocjonalne więzy, które 

zdawały się łączyć ją z wolą tego mężczyzny,  próbowała przekonać samą siebie, że Croft ją 

wykorzystuje  i że nie jest mu  nic winna. Teraz,  siedząc naprzeciwko niego w zapuszczonej 

kawiarence, wiedziała, że cała sytuacja nie jest ani prosta, ani jednoznaczna.

Musiała także, wielkie nieba, wziąć pod uwagę pewne oczywiste fakty, między innymi to, 

że Croft zaszczepił w niej nieprzyjemne podejrzenia co do tożsamości jej klienta. Już to samo 

nakazywało nie jechać do Gladstone'a samotnie.

Z drugiej strony nie mogła lekceważyć faktu, iż Croft wprowadził ją w błąd, czy raczej 

pozwolił,   aby   wyciągnęła   fałszywe   wnioski.   Nie   wątpiła,   że   działał   zgodnie   ze   swoim 

ekscentrycznym, surowym, choć honorowym kodeksem postępowania. Musiał skończyć zaczętą 

kiedyś sprawę. I chciał ją chronić, mimo iż wykorzystał ślad Doliny tajemniczych klejnotów. Na 

101

background image

swój sposób starał się wypełnić swe zobowiązania honoru i zemsty. Musiała to akceptować, choć 

kipiała ze złości.

Wobec konieczności upewnienia się, czy twórca Towarzystwa Łaski faktycznie nie żyje, 

plany Mercy związane z wejściem w świat książki antykwarycznej musiały zejść na plan dalszy. 

Mercy mogła najwyżej mieć nadzieję, że Gladstone jest bogu ducha winnym samotnikiem, za 

jakiego się podawał.

-   Dobrze   -   powiedziała   wreszcie,   wiedząc,   iż   nie   ma   wyboru.   -   Będziemy   udawać 

kochanków.

Cała siła woli wyrażana oczami natychmiast znikła. Kiedy Croft znów podniósł powieki, 

miał w oczach samo ciepło, a wargi wygięte uśmiechem.

- Nie będziesz miała problemów. Ostatecznie jesteśmy przecież kochankami.

Rozzłoszczona Mercy wyrwała mu rękę.

-   Wcale   nie   jesteśmy   kochankami.   Ta   wyprawa   jest   tylko   tym,   czym   miała   być   od 

początku: urlopem połączonym z interesami. - Zerwała się na nogi i sięgnęła po torbę.

- Mercy, nie deprecjonuj naszego... uuu... związku. Nie pozwolę ci udawać, że nic takiego 

nie  istnieje.  - Croft  wstał  i  podniósł  z podłogi   poplamiony  tłuszczem  rachunek,   który  spadł 

przedtem ze stołu. Pośpiesznie ruszył za Mercy.

Mercy odwróciła się i spostrzegła pusty blat stolika.

- Nie zostawisz napiwku? - mruknęła zgorszona, cicho, aby nie słyszała jej kelnerka.

Croft zmrużył oczy.

- Niby dlaczego? Nie chciało jej się zrobić herbaty tak, jak prosiłem. Napiwek daje się za 

dobrą obsługę. Nagradzanie bylejakości nie ma najmniejszego sensu. Tylko ich rozzuchwala.

- Oszczędź mi swych filozoficznych wynurzeń na temat istoty kary i nagrody. Ta kobieta 

zarabia grosze. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że jest rozwiedziona i sama wychowuje 

kilkoro dzieci. Przypuszczalnie skazana jest na tę dziurę na resztę życia. To dostateczna kara za 

kiepską herbatę, nie sądzisz? Zostaw jej napiwek, Croft.

Poddał   się  w   milczeniu   i   sięgnął   po   portfel.   Mercy  z   satysfakcją   kiwnęła   głową.   Za 

każdym   razem,   kiedy   już   rezygnowała,   odkrywała   w   nim   promyk   nadziei.   Crofta   daje   się 

poskromić. Wychować. Zmienić. Ale wymaga to ze strony kobiety ciężkiej pracy.

102

background image

J

adąc zgodnie ze wskazówkami Gladstone'a, Croft zjechał z wąskiej górskiej drogi jakieś 

dwadzieścia kilometrów za kawiarnią, gdzie jedli śniadanie. Nowa droga była jeszcze węższa. 

Najwyraźniej   władze   stanowe   zupełnie   o   niej   zapomniały.   Croft   zwolnił   do   pięćdziesięciu 

kilometrów   na   godzinę,   kiedy   Toyota   zaczęła   protestować   przeciwko   jeździe   po   nierównej 

nawierzchni.   Otaczające   drzewa   wyglądały   tak,   jakby   chciały   tę   drogę   całkiem   zepchnąć   z 

górskiego zbocza.

- Mam wrażenie, że nie dojedzie się tędy do żadnego większego kurortu narciarskiego - 

odezwała się Mercy.

- Miałaś rację, kiedy stwierdziłaś, że Gladstone lubi odludzie. Ta droga z pewnością nie 

zachęca do podróży.

Wyjechali   zza   wąskiego   zakrętu   i   bez   żadnego   ostrzeżenia   zobaczyli   przed   sobą 

opuszczone zbiorowisko poszarzałych i zniszczonych chat, zbudowanych na niewielkiej polanie.

- Miasto duchów! - zawołała zachwycona Mercy. - Prawdziwe, żywe miasto duchów.

- Myślę, że te określenia wzajemnie sobie zaprzeczają. - Croft zwolnił jeszcze bardziej, 

przejeżdżając   przez   zrujnowane   resztki   czegoś,   co   kiedyś   było   zapewne   prosperującym 

górniczym miasteczkiem.

Mercy z ciekawością i entuzjazmem przyglądała się zrujnowanym budynkom, wyrwanym 

zawiasów drzwiom, pustym oknom. Z jednej strony wzdłuż drogi rozciągały się pozostałości 

drewnianego   chodnika,   który   kiedyś   musiał   łączyć   szereg   sklepów.   Częściowo   zniszczony 

drewniany  wóz  leżał  przewrócony obok  budynku,  na  którym   nadal  widniał   spłowiały  napis: 

Sklep kolonialny w Drifter's Creek.

Początkowy zachwyt Mercy stopniowo się ulatniał. Zrujnowane budynki nie wydawały 

się całkiem realne. Porzucone miasto owiewała dziwna atmosfera pustki, jakby istniało w innym 

czasie   albo   w   innym   wymiarze.   Mercy   miała   wrażenie,   że   gdyby   wysiadła   z   samochodu   i 

dotknęła jakiejś spróchniałej deski, ta zwyczajnie by znikła. Miękkie westchnienia sosen również 

miały   w   sobie   coś   niesamowitego.   Było   już   prawie   południe,   ale   Mercy   zrobiło   się   zimno. 

Podciągnęła do góry szybę.

- Chyba wiem, dlaczego nazywają je miastami duchów.

- Tak.

103

background image

- Ale to fascynujące, prawda? Kiedy wyjedziemy od Gladstone'a, zatrzymajmy się tutaj i 

trochę rozejrzyjmy Nigdy do tej pory nie miałam okazji zwiedzać miasta duchów.

- Zgoda.

Croft   był   zadowolony.   Mercy   poniewczasie   zdała   sobie   sprawę,   że   przypuszczalnie 

potraktował jej propozycje jako pretekst do nadania ich wyprawie bardziej osobistego charakteru. 

Croft znów skręcił i Drifter's Creek znikło z tyłu. Niemal od razu Mercy zrobiło się cieplej.  Z 

powrotem opuściła szybę samochodu.

Parę kilometrów dalej droga jeszcze się pogorszyła.

-   Mam   przeczucie,   że   wypożyczalni   samochodów   bardzo   by   się   tu   nie   podobało   - 

stwierdziła Mercy.

-   Chyba   masz   rację.   -   Croft   zatrzymał   samochód   i   wyłączył   silnik.   Oparł   ręce   na 

kierownicy i pochylił się do przodu, badając wzrokiem teren przed nimi.

- Co się stało? Dlaczego stanęliśmy?

- Spójrz. Przed nami jest brama.

Mercy  przyjrzała   się  drzewom.   Luźno   połączone   kłody  wynurzały   się   z   lasu  po   obu 

stronach drogi i spotykały się pośrodku.

- Nie żadna brama. Zwykła furtka. W instrukcji od Gladstone'a jest coś o pozwoleniu na 

wjazd, kiedy dojedziemy do drewnianej bariery. To musi być to. Widzisz gdzieś telefon?

- Tam, między drzewami. - Croft otwierał już drzwi samochodu. Miał nieprzenikniony 

wyraz twarzy i czujny wzrok.

- Co się stało? - spytała Mercy, wysiadając pośpiesznie z samochodu.

- Chcę się przekonać, co to za brama. - Croft podszedł do drewnianej bariery, a potem, nie 

dotykając jej, skręcił i wszedł w las.

Mercy przyglądała mu się zaciekawiona. Gdy wrócił kilka minut później, wyglądał na 

usatysfakcjonowanego.

- Co trzy metry jest alarm. Wygląda to wszystko po wiejsku i malowniczo, ale wierz mi, 

że nie da się wjechać przez tę bramę tak, żeby nikt nie wiedział, że tu jesteś. Zadzwoń do domu.

Mercy podeszła  do budki telefonicznej,  na wpół skrytej  między  drzewami.  Podniosła 

słuchawkę; natychmiast ktoś się odezwał.

104

background image

- Witam, panno Pennington. Oczekujemy pani. Proszę zostać tam, gdzie pani jest. Ktoś 

przyjedzie za parę minut i poprowadzi panią do domu.

Mercy rzuciła okiem na Crofta.

- Jest ze mną mój przyjaciel. Mam nadzieję, że to nie przeszkadza. Nie chciałabym się 

narzucać, ale...

- Chwileczkę, panno Pennington.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem głos powrócił.

- Pan Gladstone z przyjemnością powita zarówno panią, jak i pani przyjaciela.

Mercy odwiesiła słuchawkę.

- Zdaje się, że twoja obecność nikomu nie przeszkadza - powiedziała powoli. - Nawet nie 

byli   zbytnio   zdziwieni.   Osoba,   z   którą   rozmawiałam;  wydawała   się   bardzo   przyjacielska   i 

gościnna.

- Może się mnie spodziewano - mruknął Croft.

- Czy ktoś ci już mówił, że od czasu do czasu przejawiasz nieprzyjemną tendencję do 

dramatyzowania?

105

background image

Rozdział ósmy

W

krótce potem Mercy po raz pierwszy rzuciła okiem na górską posiadłość Erasmusa 

Gladstone'a i stwierdziła, iż nie tylko Croft bywa podatny na melodramatyczne efekty.

Duży, piętrowy dom Gladstone'a był ostentacyjnie nowoczesnym budynkiem z gładkich, 

białych ścian i okien z dymnego szkła, ogrodzonym murem. Na pierwszy rzut oka przypominał 

Mercy górską twierdzę. Mur otaczający dom był wyższy od człowieka i zrobiony z kamienia. 

Szeroka, stalowa brama w murze była jedynym wejściem na teren posiadłości.

Brama była otwarta na oścież, co miało przypuszczalnie oznaczać serdeczne powitanie. 

Muskularny, przystojny młody mężczyzna, w letnich spodniach i koszulce z krótkimi rękawami 

czekał na gości Gladstone'a.

Mercy   ciekawa   była,   skąd   Gladstone   bierze   służbę.   Człowiek   przy   bramie   nie   był 

bynajmniej pierwszym atrakcyjnym mężczyzną, jakiego do tej pory spotkała. Młody człowiek, 

który wyjechał im na spotkanie pojazdem o napędzie na cztery koła, był równie przystojny. Obaj 

wyglądali na modeli z najdroższych agencji. Z wyjątkiem widocznych mięśni. Mercy pomyślała, 

że trudno byłoby zakryć te rozwinięte mięśnie eleganckim ubraniem, choć na pewno podobałyby 

się kobietom.

Umięśnione   ramiona,   piersi   i   uda   wynajętych   pomocników   Gladstone'a   uświadomiły 

Mercy,  jaką giętką i gładką formę miała siła Crofta. Moc zawarta w jego ciele była  daleko 

bardziej subtelna, przytłumiona i wdzięczna. Ludzie Gladstone'a dobrze wyglądaliby podnosząc 

ciężary na plaży kulturystów w Kalifornii. Croft na tej samej plaży wyglądałby jak drapieżnik z 

dżungli na spacerze.

Przystojny   kierowca   zatrzymał   się   wewnątrz   murów   i   gestem   pokazał   Croftowi,   aby 

zaparkował z boku.

- Pan Gladstone powiedział,  żeby przeszli  państwo od razu  do domu.  Dallas  wskaże 

drogę. Ja przyniosę bagaże i wstawię je państwu do pokoju.

106

background image

-   Dziękuję,   Lance   -   powiedziała   grzecznie   Mercy,   wysiadając   z   Toyoty.   Słowom 

towarzyszył ekstra ciepły uśmiech wdzięczności, który dodała widząc, że Croft w ogóle ignoruje 

Lance'a.

Croft spostrzegł uśmiech Mercy i rzucił jej ponure spojrzenie, wysiadając z samochodu.

- Nie musisz mu dawać napiwku - mruknął ponad dachem samochodu. - Na pewno dobrze 

mu tu płacą. - Złapał Mercy za ramię i poprowadził w stronę domu.

- Naprawdę, Croft, jak na człowieka, który uważa, że powinno się zawsze właściwie 

zachowywać, potrafisz być bardzo niegrzeczny.

- Staram się, jak mogę.

Z boku dobiegło ich krótkie, ostre szczeknięcie. Mercy odruchowo spojrzała w tamtą 

stronę. Po ogrodzonym wybiegu biegały tam i z powrotem dwa dobermany, z uwagą obserwujące 

obcych.

- Nie wyglądają na miłe zwierzaczki - mruknęła pod nosem Mercy.

- Rzeczywiście - przyznał Croft, uważnie przyglądając się psom.

-   Nie   trzeba   bać   się   psów.   Wypuszczamy   je   tylko   w   nocy,   żeby   pilnowały   domu   - 

powiedział   mężczyzna   imieniem   Dallas,   podchodząc   bliżej.   Uśmiechnął   się   cudownym 

chłopięcym   uśmiechem,   pokazując   nienagannie   białe,   równe   zęby.   -   Żyjemy   tu   trochę   na 

odludziu.   Psy   są   dodatkowym   środkiem   ostrożności.   Proszę   tędy,   panno   Pennington.   Pan 

Gladstone czeka na panią. I oczywiście na pani przyjaciela. - Dallas uprzejmie skinął głową 

Croftowi, który nie zwrócił na niego uwagi.

Mercy pośpieszyła z wypełnieniem towarzyskich obowiązków.

-   Pan   Gladstone   ma   wspaniałą   posiadłość.   Fantastyczny   widok.   I   powietrze   tutaj,   w 

górach, jest takie czyste. Szczyty i doliny wydają się bardzo bliskie.

-   Odległości   są   mylące.   Głównie   z   powodu   wysokości   i   braku   miejskiej   mgły   - 

poinformował ją Dallas. - Wielu turystów wybiera się na jakiś szczyt, który wydaje im się celem 

niezbyt odległym, a potem okazuje się, że muszą iść i wspinać się całymi godzinami, a nawet 

dniami dłużej, niż się spodziewali.

- To miejsce jest jedyne w swoim rodzaju. Wyobrażam sobie, że zimą jesteście całkowicie 

odcięci od świata. Jak sobie wtedy radzicie?

107

background image

Dallas   wskazał   dłonią   kierunek   i   Mercy   zobaczyła   mały   helikopter   na   betonowym 

placyku.

-   Helikopter   jest   jednym   ze   środków   transportu.   Mamy   także   pojazdy   śnieżne   i 

samochody z napędem czterokołowym. Nigdy nie jesteśmy tu całkiem uziemieni.

- Helikopter! - wykrzyknęła zaskoczona Mercy. - Chyba nie znam nikogo, kto miałby 

swój własny, prywatny helikopter.

- Proszę mi wierzyć, że podróż helikopterem jest znacznie przyjemniejsza niż jazda tą 

drogą, zwłaszcza w zimie. - Dallas rzucił jej swój zniewalający uśmiech. - Pan Gladstone na ogół 

proponuje przejażdżkę wszystkim swoim gościom. Z helikoptera jest wspaniały widok na góry.

- Nie, dziękuję. - Mercy zadrżała. - Nie lubię małych samolotów i jestem pewna, że tak 

samo nieprzyjemnie czułabym się w helikopterze. Za skarby świata nie wsiadłabym do czegoś 

takiego.

Croft zmarszczył brwi i raczył przyłączyć się do rozmowy:

- Boisz się latać małymi samolotami? - spytał.

- Moi rodzice zginęli w samolocie, który był własnością mojego ojca. Powiedziano mi, że 

rozbili się o górę w czasie burzy.

- I stąd twoja fobia?

- Przypuszczalnie. Nigdy się specjalnie nad tym nie zastanawiałam. Wiem po prostu, że 

nie znoszę małych samolotów. Ani helikopterów. Wydają mi się kruche i niebezpieczne. Spójrz, 

to musi być nasz gospodarz. - Mercy zdecydowanie zmieniła temat.

Byli przy wejściu do rozległego domu. Wielkie drzwi morskiego koloru były szeroko 

otwarte, odkrywając widok na hol wyłożony włoskim marmurem. Wysoki, elegancki, atrakcyjny 

mężczyzna pod pięćdziesiątkę stał w drzwiach. Miał w sobie coś z Europejczyka, jakiś trudny do 

określenia styl i wrażenie bogactwa, które przywodziło na myśl drogie kurorty narciarskie w 

Szwajcarii, Paryż, Saint-Tropez i Lazurowe Wybrzeże. Mercy nigdy nie była w żadnym z tych 

miejsc, lecz miała bujną wyobraźnię. Była pewna, że stoi przed nimi Erasmus Gladstone.

Jego włosy, niegdyś blond, stawały się srebrzystoszare. Połączenie złotego i srebrnego 

koloru uwydatniało najbardziej niebieskie oczy, jakie Mercy kiedykolwiek widziała. Nie potrafiła 

nazwać tego konkretnego odcienia błękitu, ale coś jej przypominał; może kolor z jej akwarel.

108

background image

Gladstone miał arystokratyczny nos i usta, które nie zbrzydły z wiekiem. Miał na sobie 

elegancką, sportową, jedwabną koszulę, ciemne spodnie i włoskie skórzane buty.

Mercy stwierdziła, że co jak co, ale ten człowiek na pewno nie wygląda jak guru, ani też 

nie mógłby być zamieszany w coś tak obmierzłego jak seks, niewolnictwo i handel narkotykami. 

Ten człowiek miał klasę. Kiedy się uśmiechał, miał także dużo męskiego wdzięku. Kiedy zaś się 

odezwał, okazało się, że jego głos jest jeszcze bardziej interesujący w rzeczywistości niż przez 

telefon. Wspaniały głos do głośnego czytania poezji czy recytowania rycerskich ballad.

Głos, który mógłby, ewentualnie, być bardzo pożyteczny w czarowaniu zasłuchanej grupy 

wyznawców. Mercy natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Nie pozwoli, aby melodramatyczne 

wnioski Crofta wpływały na jej osąd.

- Jakże się cieszę z pani poznania. Jestem Erasmus Gladstone. Proszę mówić do mnie 

Erasmus. - Odwrócił patrycjuszowską głowę w kierunku Crofta i wyciągnął do niego szczupłą 

dłoń o długich palcach. - Pan jest tym towarzyszem panny Pennington, o którym mi mówiono. 

Przepraszam, ale nie dosłyszałem nazwiska.

- Falconer. - Croft krótkim i zdecydowanym ruchem potrząsnął ofiarowaną dłonią. - Croft 

Falconer. Kiedy się dowiedziałem, że Mercy wybiera się na parę dni w te strony, zaproszona 

przez człowieka, którego nie znam, postanowiłem, też się wprosić. Jestem pewien, że mnie pan 

rozumie. Interesy interesami, ale... - Celowo nie dokończył zdania. Męska rozmowa.

- Rozumiem doskonale. - Gladstone uśmiechnął się. - Mężczyzna musi pilnować swojej 

własności. Zawsze gdzieś ktoś się czai, żeby ukraść coś cennego. I muszę przyznać, że panna 

Pennington wydaje się bardzo cenną osobą.

- Panna Pennington - przerwała mu Mercy, obrzucając Crofta zabójczym spojrzeniem - 

wolałaby, aby nie mówiono o niej jak o towarze.

Croft wzruszył tylko ramionami. Gladstone wybuchnął głębokim śmiechem i obejrzał się 

za siebie.

- Zapewniam cię, że doskonale rozumiem  uczucia Crofta. Gdyby moja Isobel została 

zaproszona przez obcego mężczyznę, mieszkającego kilkaset kilometrów stąd, zareagowałbym 

tak samo. Chodź i poznaj naszych gości, kochanie. Zawsze narzekasz, że zbyt rzadko kogoś 

zapraszamy. Powinnaś się dobrze bawić przez kilka następnych dni. Mercy, Croft, pozwólcie, że 

wam przedstawię moją towarzyszkę, Isobel Ascanius. Byłbym tu bez niej bardzo samotny.

109

background image

Mercy   wyczuła   jakiś   ruch   za   Gladstone'em   i   po   chwili   pojawiła   się   przed   nimi 

oszałamiająco piękna kobieta. Była niemal tego wzrostu co Gladstone, czyli sporo wyższa od 

Mercy. Kiedy podeszła bliżej, Mercy przekonała się, że Isobel jest niewiele niższa od Crofta.

Isobel   Ascanius   wyglądała   na   trzydzieści   parę   lat,   ale   jej   układ   kości   policzkowych, 

zdaniem Mercy, sprawiał, iż zawsze wyglądałaby młodo, nawet mając lat osiemdziesiąt. Miała 

włosy czarne  i błyszczące  jak obsydian,  zwinięte  w elegancki  kok, uwydatniający wystające 

kości   policzkowe   i   piękne,  ciemne   oczy.   Jej   usta   przypominały   reklamę   szminki,   błyszcząc 

koralowym odcieniem. Ten sam koralowy odcień zdobił długie, kształtne paznokcie.

Mercy ani przez moment nie wątpiła, że Isobel i Gladstone są kochankami. Towarzyszka 

Gladstone'a była ubrana równie elegancko jak on. Silne i zdrowe ciało okrywało jedwabne, białe 

safari. Była kobietą ponętnie zbudowaną, z pełnymi piersiami, ale nie było w niej nic miękkiego. 

Modelowo szczupłą talię Isobel otaczał czarny, skórzany pasek.

Mercy odruchowo spojrzała na siebie i pożałowała, że ma na sobie zwykłe dżinsy.

Kiedy Isobel podeszła bliżej, na światło słoneczne, i wyciągnęła do Crofta smukłą dłoń, 

Mercy pomyślała niechętnie, że tworzyliby nadzwyczaj piękną parę. Wzrost, ciemne włosy i 

oczy Isobel były wspaniałą, kobiecą wersją wzrostu i kolorytu Crofta. Błyszczący, olśniewająco 

biały ubiór Isobel jeszcze podkreślał ciemną barwę spodni i luźnej, bawełnianej koszuli Crofta. 

Kiedy Isobel podała rękę Croftowi, Mercy pomyślała, że jej paznokcie wyglądają na tle jego 

opalonej dłoni jak delikatne czerwone sztylety.

Mercy   przełknęła   ślinę   i   przyznała   sama   przed   sobą,   że   przeżywa   atak   gwałtownej 

zazdrości. Patrzyła na Crofta w krystalicznie czystym górskim powietrzu i zrozumiała, że się w 

nim zakochała.

Croft puścił rękę Isobel, odwrócił głowę i spojrzał na Mercy. W tym momencie była 

pewna, że zobaczył to, co przeżywa, odbite w jej oczach. Zawsze twierdził, że była dla niego 

istotą przejrzystą. Widział ją na wskroś, jakby patrzył na akwarelę. Na widok wyrazu zdziwienia 

w jego oczach Mercy szybko się odwróciła.

-   Proszę   wejść   do   środka   -   powiedziała   uprzejmie   Isobel,   wchodząc   pierwsza   do 

wyłożonego marmurem holu.

Z jednej strony westybulu znajdowały się szerokie schody, które prowadziły zarówno na 

dół, jak i na górę. Mercy zorientowała się, że dom ma także dużą piwnicę.

110

background image

-   Przygotowałam   dla   was   pokoje   na   piętrze   -   mówiła   Isobel.   -   Roztacza   się   z   nich 

wspaniały widok na południowy zachód. Kiedy się odświeżycie, zejdźcie na dół, żeby obejrzeć 

cały dom. Erasmus jest bardzo z niego dumny. No i, oczywiście, na pewno zainteresuje was 

biblioteka.

Mercy nagle przypomniała sobie prawdziwy powód swej wizyty.

- Mam egzemplarz  Doliny w bagażu. Jestem pewna, że chciałby pan jak najszybciej go 

zobaczyć.

- Proszę mi mówić po imieniu.

- Dobrze. - Mercy uśmiechnęła się do niego. - Wyjmę książkę i za chwilę przyniosę ją na 

dół.

- Nie ma pośpiechu. - On także się uśmiechnął. - Czekałem na tę książkę dość długo. 

Teraz„ kiedy wiem, że jest w zasięgu ręki, mogę poczekać jeszcze trochę. Choć przyznam, że 

chętnie wezmę ją do ręki, a spodziewam się, że jesteś równie zainteresowana sfinalizowaniem 

naszej transakcji.

- Twoja oferta jest bardzo szczodra - stwierdziła Mercy.

- Tak jak mówiłem, jako część zapłaty możesz sobie wybrać jedna lub dwie książki z 

mojej kolekcji.

Mercy uśmiechnęła się szeroko.

- Nie mogę się doczekać. Zamierzam wykorzystać egzemplarze z twojej kolekcji jako 

zaczątek nowej kariery w handlu starymi i rzadkimi książkami.

- Z góry się cieszę na rozmowę o naszych wspólnych zamiłowaniach - powiedział gładko 

Erasmus Gladstone. - Czy podzielasz naszą pasję, Croft?

- Wolę książki prosto z listy bestsellerów. - Croft wziął Mercy za rękę. - Później możesz 

porozmawiać o książkach. Chodźmy na górę. - Pociągnął ją za sobą szerokimi schodami w stronę 

Isobel,  która czekała  na nich  na półpiętrze.  Kiedy znajdowali się w połowie schodów, poza 

zasięgiem uszu Isobel i Gladstone'a, Croft dodał cicho i ze złością: - Przyjechałaś tu rozmawiać o 

książkach, a nie o „wspólnych zamiłowaniach”. Pamiętaj.

- O czym mam pamiętać? O wspólnych zamiłowaniach?

Ostrzegawczo   zacisnął   dłoń   na   jej   ręce,   ale   nie   miał   możliwości   odpowiedzi.   Isobel 

prowadziła gości wzdłuż korytarza. Ściany w środku domu były równie jasne, jak na zewnątrz; 

111

background image

ich jednostajną biel ożywiały od czasu do czasu dzieła sztuki. Mercy nie była ekspertem, lecz 

jeden z obrazów przypominał jej Picassa, inny - z jaskrawymi kreskami koloru - Mondriana.

Pochyliła się do Crofta i szepnęła mu do ucha:

- Czy sądzisz, że to oryginały?

- Tak - odparł Croft, nie zniżając głosu. - Myślę, że są to oryginały.

Mercy   zaczerwieniła   się   gwałtownie,   kiedy   Isobel   odwróciła   się   i   uśmiechnęła, 

rozbawiona.

- Masz rację, Croft - powiedziała. - To oryginalne obrazy. Wszystko w tym domu jest 

najwyższej jakości, łącznie z dziełami sztuki. Erasmus lubi się otaczać pięknymi rzeczami.

- I ludźmi - dodała bez zastanowienia Mercy.

- Tak, i ludźmi. Erasmus woli mieć wokół siebie ludzi atrakcyjnych, tak jak woli piękne 

rzeczy.

Mercy uniosła rękę w geście żartobliwej prośby.

- Isobel, proszę, nie mów już nic więcej na ten temat. Jestem dostatecznie przerażona 

myślą o tym, w co się przebrać do kolacji. Szmaragdowy naszyjnik i suknię od Saint Laurenta 

zostawiłam w domu, a ciuch Ungaro zginął zresztą mojego bagażu na lotnisku.

- Nie przejmuj się takimi drobiazgami - powiedziała Isobel. - Z przyjemnością pożyczę ci 

coś swojego.

Wielki Boże, pomyślała Mercy. Czy ta kobieta potraktowała ją serio?

- Uhm, ja tylko żartowałam...

- Nie ma problemu - stwierdziła łagodnie Isobel. - Możesz sobie coś wybrać w mojej 

garderobie.

- Nie ma o czym mówić - przerwał Croft. - Twoje ubrania nie pasują na Mercy. Czy to 

jest nasz pokój?

Mercy wściekała się w milczeniu, a Isobel gestem dłoni zaprosiła ich do apartamentu 

zaprojektowanego   w   stylu   art   déco.   Każda   rzecz   w   oświetlonym   słońcem   pokoju   była   we 

właściwej   geometrycznej   proporcji   do   innych.   Mała   rzeźba   nagiej   kobiety,   stojąca   obok 

szerokiego łóżka, przypominała  orientalizm  z lat  trzydziestych,  ale wrażenie  ogólne było,  w 

pewnym sensie, bardzo nowoczesne. Za oknem widać było błyszczące, pokryte śniegiem, szczyty 

gór i zielone doliny rozciągające się w nieskończoność.

112

background image

- Kiedy wspomniałaś Dallasowi, że ktoś ci towarzyszy, założyliśmy, że jest to ktoś bliski. 

Mam nadzieję Mercy, iż nasze założenie było słuszne.

-   Owszem   -   mruknął   Croft,   nim   Mercy   zdążyła   cokolwiek   powiedzieć.   Rzuciła   mu 

wściekłe spojrzenie, a Isobel uśmiechnęła się wprost do Crofta.

-   Zatem   spodziewam   się,   że   wszystko   będzie   w   porządku.   Ten   pokój   i   następny   są 

połączone drzwiami, więc możecie się urządzić, jak chcecie. Lance miał zostawić twój bagaż w 

drugim pokoju, Croft, ale oczywiście nie ma to żadnego znaczenia. Erasmus i ja chcemy tylko, 

żeby naszym gościom było wygodnie. A teraz przepraszam was, zejdę na dół, żeby sprawdzić, 

czy   wszystko   jest   na   wieczór   przygotowane.   Zejdźcie,   kiedy   będziecie   gotowi.   Za   godzinę 

pijemy koktajl.

Mercy westchnęła z ulgą, kiedy Isobel zamknęła za sobą drzwi.

- Sprawdź lepiej, czy nie utoczyła ci krwi z żył, kiedy ci podawała rękę - powiedziała do 

Crofta. - Ciekawe skąd ma takie wytworne paznokcie? Najbliższa manikiurzystka musi być ze 

dwieście kilometrów stąd.

- Isobel przypuszczalnie nie musi zajmować się pracami domowymi - zauważył Croft, 

powoli przemierzając pokój.

- No, myślę. - Mercy zmarszczyła brwi. - Ciekawe, kto się nimi zajmuje? Znaczy się, 

pracami domowymi.

- Zapewne Dallas i Lance.

- To muszą być wyjątkowo zdolni młodzi mężczyźni.

-   Wyjątkowo.   -   Croft   przyklęknął   na   jedno   kolano   i   przyglądał   się   elektrycznemu 

gniazdku w ścianie.

Mercy skrzywiła się, wiedząc, dlaczego to robi; Croft wszystko jej wytłumaczył, kiedy 

czekali na przewodnika. Sprawdzał, czy nie ma podsłuchu. Powiedział, że być może nie uda mu 

się go wykryć, jeśli został założony przez eksperta, i że Mercy musi uważać na to, co mówi na 

terenie domu. Mercy posłusznie przyjęła instrukcje, głownie dlatego, że z doświadczenia już 

wiedziała, iż z Croftem nie ma co dyskutować, kiedy jest w jednym ze swoich specyficznych 

nastrojów.

- I co? - spytała samymi ustami, bezdźwięcznie, kiedy Croft skończył sprawdzać pokój.

113

background image

- Chyba wezmę prysznic. - Croft zaczął spokojnie rozpinać koszulę. Kiwnął głową w 

kierunku łazienki znajdującej się między dwiema sypialniami.

- Dobrze. - Mercy od niechcenia podeszła do okna, aby spojrzeć na wspaniały widok. - To 

otoczenie jest absolutnie niewiarygodne, prawda?

Croft w jednej chwili znalazł się tuż za jej plecami, obejmując ją ręką za szyję. Mercy 

podskoczyła.

- No, wiesz, Croft. Czy zawsze musisz się tak do mnie podkradać?

- Powiedziałem, że idę pod prysznic. - Croft mówił cicho, wprost do ucha Mercy. - Masz 

przyjść do mnie do łazienki.

- Posłuchaj, Croft - zaczęła z oburzeniem Mercy, zamierzając wygłosić surowy wykład na 

temat ich wzajemnych stosunków. Nie dokończyła zdania. Croft wielką dłonią zakrył jej usta i 

pociągnął ją za sobą do łazienki. Czuła się jak kociak, transportowany za skórę na karku.

- Ciii, kochanie - mruknął, wciągając ją przez próg do przestronnej łazienki. - Czasami za 

dużo mówisz. - Nogą zatrzasnął  za sobą drzwi i podszedł do wielkiej, wyłożonej  kafelkami 

kabiny prysznica. Puścił Mercy i odkręcił wodę. - Teraz możesz mówić, ile chcesz.

Jego   cichy   głos   z   trudem   przebijał   się   przez   szum   wody.   Mercy   obrzuciła   go 

niezadowolonym spojrzeniem i zaczęła się odsuwać.

- Co mówisz? - zawołała.

- Powiedziałem - Croft wyciągnął rękę i znów złapał ją za ramię - że teraz możesz mówić, 

ile chcesz. Szum wody powinien całkowicie zagłuszyć nasze słowa.

- Ach. - W głowie Mercy zapaliło się światełko. Poczuła również pewne rozczarowanie. 

Najwyraźniej Croft myślał w tej chwili tylko o jednym. Nie zamierzał wciągnąć jej pod prysznic 

dla   igraszek   miłosnych.   Zapewne   Croft   nie   przepadał   za   seksualnymi   igraszkami   pod 

prysznicem. Bardziej pasowała do niego namiętna miłość o północy. Mercy podniosła głowę. - 

Tak się  składa,  że  nie mam  ci  nic do powiedzenia.  Dużo  bardziej  obchodzi  mnie  teraz  coś 

zupełnie innego niż szeptanie sekretów w łazience.

- Co takiego?

- Muszę znaleźć coś, co mogłabym włożyć na kolację. - Mercy odeszła od parującego 

prysznica. Jednakże w drzwiach łazienki zatrzymała się i spytała, marszcząc brwi:

- Czy... Czy on wygląda tak jak tamten?

114

background image

Croft wiedział, o co jej chodzi.

- Nie.

Mercy   uśmiechnęła   się   z   ulgą   i   poszła   sprawdzić,   gdzie   są   jej   bagaże.   Pierwsza 

przeszkoda została przekroczona. Erasmus Gladstone nie jest podobny do mężczyzny, który się 

nazywał Egan Graves. Wszystko będzie dobrze, powiedziała sobie uspokojona Mercy.

M

ercy i Croft zeszli na dół i weszli do pokoju, w którym jedyny żywszy kolor stanowił 

widok za oknami. Niskie meble były w bardzo bladym odcieniu brzoskwiniowym, zielonkawym 

i kości słoniowej. Zazwyczaj Croft wolał spokojne, zgaszone kolory, kiedy jednak wszedł do 

tego   pokoju,   pomyślał,   że   z   przyjemnością   znalazłby   się   teraz   w   mieszkaniu   Mercy,   z   jej 

jaskrawymi, eklektycznymi barwami i wzorami.

Dallas przygotowywał drinki przy małym barku w rogu pokoju. Isobel i Erasmus siedzieli 

przy jednym z okien, rozmawiając przyciszonymi  głosami. Oboje uśmiechnęli się serdecznie, 

gdy Mercy i Croft weszli do pokoju.

Croft przyjrzał się krytycznie Mercy i stwierdził, że niepotrzebnie się martwiła. Miała na 

sobie wąską suknię z jakiegoś cienkiego materiału, w żółte i białe wzory. Był to prosty, choć 

niezwykle   elegancki   strój,   zwłaszcza   w   połączeniu   z   upiętymi   do   góry   włosami   Mercy   i   z 

sandałkami   na   wysokich   obcasach.   Wprawdzie   długa   jedwabna   suknia   Isobel,   w   kolorze 

głębokiej purpury, na pewno kosztowała znacznie więcej, lecz Croft dawno temu nauczył się nie 

oceniać efektów na podstawie etykietki z ceną.

- Ach, widzę, że przyniosłaś mój skarb. - Erasmus Gladstone wyciągnął rękę i wziął od 

Mercy Dolinę tajemniczych klejnotów. - To zwiastuje koniec długich poszukiwań. Czy wiesz, że 

omal nie przegapiłem twego ogłoszenia w katalogu? Nigdy nie znalazłem nic ciekawego w tym 

piśmie i właściwie zamierzałem odwołać prenumeratę.

-   Wydawca   zgodził   się   wydrukować   moje   ogłoszenie.   Nie   stać   mnie   jeszcze   na 

wydawanie   własnego   katalogu.   -   Mercy   uśmiechnęła   się,   podając   książkę   Gladstone'owi.   - 

Dolina  jest   moim   pierwszym   i,   na   razie,   jedynym   okazem,   który   może   zainteresować 

prawdziwego kolekcjonera.

115

background image

Gladstone obejrzał książkę. Isobel z uwagą przyglądała się, jak przerzucał strony. Kiedy 

Gladstone zamknął w końcu oprawny w skórę tom, był  bardzo zadowolony.  Pytająco uniósł 

jedną brew.

- Nie było żadnych problemów z pieniędzmi przesłanymi na twoje konto, co? - spytał 

Mercy.

- Żadnych.

- Doskonale. Chodźcie ze mną do biblioteki, żeby znaleźć miejsce dla nowego nabytku.

Gladstone poprowadził pozostałą trójkę do holu i schodami w dół, na poziom położony 

poniżej parteru. Kiedy otworzył szklane drzwi na dole przy schodach, w ich nozdrza uderzył 

zapach   chlorowanej   wody,   któremu   towarzyszyła   ciężka   woń   bujnej   zieleni.   Cała   czwórka 

wyszła na mały taras i znalazła się pośrodku tropikalnego ogrodu. Jedyną rzeczą, która tu nie 

pasowała, był dziwny odcień światła. Brakowało mu prawdziwego ciepła światła słonecznego. 

Croft przyglądał się Mercy, której oczy rozszerzyły się na widok tego, co znajdowało się za 

drzwiami.

- Mój Boże, basen i ogród w środku domu! To cudowne! Przypomina plakaty reklamujące 

wakacje na Tahiti czy na Hawajach.

Gladstone   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem   i   ruchem   ręki   zaprosił   Mercy   w   kierunku 

schodków, które prowadziły w dół.

Tropikalna roślinność zajmowała większość powierzchni dużego pomieszczenia. Składały 

się na nią głównie rośliny o szerokich liściach i mnóstwo egzotycznych paproci. Oświetlenie było 

przyciemnione i sprytnie ukryte. Gdyby nie brak nieba nad głową, miejsce to mogłoby uchodzić 

za kawałek tropikalnego raju, łącznie ze sztucznym wodospadem na końcu zakręconego basenu.

- Same narty nie wystarczają - powiedział Gladstone, schodząc po schodach z tarasu. - 

Basen jest dla Isobel i dla mnie przyjemną odmianą. Kilka godzin w środku zimy spędzone tutaj 

cudownie wpływa na nastrój.

-   Mogę   sobie   wyobrazić.   -   Mercy   ruszyła   w   stronę   ścieżki,   która   wiła   się   wśród 

roślinności w kierunku basenu. Po chwili znikła im z oczu. A potem usłyszeli wyraźnie jej głos:

- Chodź tu i zobacz, Croft. To niewiarygodne.

Croft   szedł   powoli   wąską   kamienną   ścieżką   między   bujną   roślinnością.   Zarośla   były 

bardzo gęste i miejscami wyższe od człowieka. Z tarasu przy wejściu można było jeszcze dojrzeć 

116

background image

tu i owdzie wijącą się ścieżkę, ale na dole człowiek znajdował się w środku małej dżungli. Croft 

rozejrzał się wokół z ciekawością, odruchowo odnotowując realistyczne wyposażenie.

Można się tu było ukryć. Albo zapolować.

Skręcił i zobaczył Mercy, która stała na brzegu basenu i wpatrywała się w wodę. Basen 

oświetlony   był   podwodnymi   światłami.   Mercy   była   najwyraźniej   oczarowana.   W   jej   oczach 

błyszczała radość i ekscytacja.

- To jest niesamowite! Prawdziwy, ogromny! Widziałeś kiedyś coś takiego?

-   Tak,   ale   miejsce,   które   wyglądało   tak   jak   to,   pełne   było   insektów   i   węży.   To   jest 

filmowa wersja rzeczywistości.

- Wolę taką wersję niż miejsce z insektami i wężami. Szkoda że nie wzięłam kostiumu 

kąpielowego.

Za ich plecami pojawiła się Isobel.

- Mamy kostiumy dla gości. Znajdziesz coś dla siebie w kabinie koło sauny.  Chodź, 

pokażę ci, gdzie są przebieralnie. Możesz się wykąpać w każdej chwili.

Croft szedł powoli za obiema kobietami, nadal uważnie przyglądając się basenowi wśród 

tropikalnej roślinności. Cały kamuflaż nie do końca przesłaniał fakt, iż znajdowali się w dużej 

piwnicy. Nie było żadnych okien. Po zgaszeniu świateł miejsce to stałoby się czarną jaskinią.

Kilka minut później Isobel wyprowadziła ich z ogrodu i wskazała dużą drewnianą saunę i 

dwie kabiny.

- Sprawdź w tej kabinie na prawo, powinny tam być damskie kostiumy kąpielowe. W 

drugiej kabinie są męskie kąpielówki. - Isobel uśmiechnęła się ciepło do Crofta.

Mercy udawała, że ignoruje uśmiech skierowany do Crofta, jednakże on dostrzegł lekkie 

zmrużenie oczu, kiedy się odwracała, żeby pójść po kostium. Po raz drugi tego dnia przyszło mu 

na myśl, że Mercy jest zazdrosna o Isobel Ascanius. Była to szalenie intrygująca myśl.

Nie miał czasu, aby się dłużej nad tym zastanawiać. Isobel już wyprowadzała gości z 

terenu   basenu,   przez   inne,   szklane   drzwi,   które   prowadziły   do   całkiem   odmiennego 

pomieszczenia.

- Erasmus poszedł już otworzyć bibliotekę. Będzie się niecierpliwił - wyjaśniła z lekkim 

rozbawieniem Isobel. - Nie może się doczekać, żeby pochwalić się swoją kolekcją komuś, kto 

potrafi ją docenić. Tak rzadko mamy gości.

117

background image

Pokój   po   drugiej   stronie   szklanych   drzwi   urządzony   był   jak   staroświecka   prywatna 

biblioteka.   Były   tam   małe   lampki   z   zielonymi   kloszami,   miękkie   fotele   i   drewniane   stoliki. 

Brakowało tylko książek. Pośrodku jednej ze ścian zbudowano dużą kryptę. Miała drzwi z grubej 

stali   i  skomplikowany   mechanizm   otwierający.  Croft   z  zainteresowaniem  obrzucił  wzrokiem 

mechanizm.

Przez   otwarte   drzwi   krypty   wpadało   światło   i   klimatyzowane   powietrze.   Wewnątrz 

oczekiwał ich Erasmus Gladstone. Kiedy Mercy i Croft przekroczyli wysoki próg, znaleźli się w 

pomieszczeniu wypełnionym książkami. Półki, sięgające od podłogi do sufitu, zastawione były 

tomami   oprawionymi   w   skórę.   Nawet   laik   od   razu   mógł   się   zorientować,   że   książki   w 

większości, jeśli nie wszystkie, były bardzo stare i niezwykle cenne. Mercy została natychmiast 

zauroczona.   Croft   przyglądał   się,   jak   podeszła   do   rzędu   książek   i   czytała   tytuły   i   nazwiska 

autorów na grzbietach.

-   Boethius,   Chaucer,   Marlowe.   -   Z   szacunkiem   wymawiała   znane   nazwiska,   palcami 

prawie dotykając grzbietów, jakby się obawiała faktycznie ich dotknąć. - Nigdy nie widziałam 

czegoś takiego, Erasmusie, chyba w muzeum.

Gladstone zaśmiał się z zadowoleniem.

- Oczywiście trzeba mieć pewną liczbę druków sprzed roku tysiąc pięćsetnego, jeśli ma to 

być zbiór z prawdziwego zdarzenia. Przyznam się, że wciąż pracuję nad tą częścią kolekcji.

-   Ale   tyle   wspaniałych   woluminów.   -   Mercy   potrząsnęła   głową.   -   To   wprost 

niewiarygodne.

-   W   salach   aukcyjnych   pieniądze   pokonują   wiele   przeszkód,   moja   droga.   Osobiście 

bardziej się cieszę z pierwszego wydania  O pochodzeniu gatunków  Darwina niż z Chaucera. 

Darwina   bardzo   trudno   było   zdobyć,   mimo   iż   został   wydany   w   roku   tysiąc   osiemset 

pięćdziesiątym dziewiątym, czyli względnie niedawno. - Gladstone podszedł do innej półki. - 

Tutaj   mam   dość   interesującego   Henry   Fieldinga,   łącznie   z   oryginalnym   wydaniem   sześciu 

tomów  Toma   Jonesa  z   roku   tysiąc   siedemset   czterdziestego   dziewiątego.   Ostatnio   miałem 

szczęście, udało mi się kupić dwa pierwsze tomy  Pameli  Richardsona z roku tysiąc siedemset 

czterdziestego pierwszego.

- Nie wiem, co bym dała za Fieldinga czy za Richardsona.

Gladstone uśmiechnął się z aprobatą.

118

background image

- Lubię entuzjastycznych księgarzy. Przed waszym wyjazdem przyjdziemy tu jeszcze raz i 

porozmawiamy o tym, które książki chciałabyś dostać jako część zapłaty za Dolinę.

- Jesteś zbyt szczodry. - Mercy była wyraźnie przejęta. - Nie mogłabym wziąć żadnej z 

tych książek. Zwłaszcza jako dodatek do tego, co już mi zapłaciłeś.

- W świecie kolekcjonerów książek wszystko jest względne. Dolina była praktycznie nie 

do dostania,  a mnie  na niej  bardzo zależało.  Szukałem jej od jakiegoś czasu. Jestem hojny, 

ponieważ dzięki tobie mam coś, czego być może nigdy bym nie znalazł.

- Doprawdy brak mi słów. - Mercy uśmiechnęła się lekko drżącymi wargami.

- Wstawmy Dolinę, na właściwe miejsce. Tutaj trzymam kolekcję erotyków. - Gladstone 

przeszedł na koniec pokoju, gdzie - oddzielnie od reszty - stał mały rządek tomów. Były znacznie 

bardziej zużyte, niż ich szacowni towarzysze. - Dziękuję ci, Mercy Pennington, za to, że mogę 

dołączyć fascynującą pracę Burleigha do mojej kolekcji. To dla mnie wielka satysfakcja.

Gladstone   ostrożnie   ustawił   książkę   na   półce.   Stał   i   przyglądał   się   jej   przez   dłuższą 

chwilę. Kiedy się odwrócił, uśmiechał się szeroko, a jego niezwykle niebieskie oczy błyszczały z 

zadowolenia. Jego dobry nastrój udzielał się innym.

Ten człowiek ma wiele charyzmatycznego wdzięku, pomyślał Croft. To samo mówiono o 

Eganie Gravesie.

- Powinniśmy już wrócić do naszych drinków, Erasmusie - przypomniała cicho Isobel. - 

Lance ma podać kolację o siódmej.

- Naturalnie. - Gladstone ruszył do drzwi, biorąc Mercy pod ramię. - Nie martw się, moja 

droga. Będziesz miała dość czasu, aby się zapoznać z moją biblioteką podczas twojego tu pobytu. 

Ale Isobel ma rację. Lepiej wróćmy na górę. Mamy przed sobą kilka bardzo przyjemnych dni. 

Czy Isobel wspomniała o małym przyjęciu, które wydajemy jutro wieczorem z okazji zdobycia 

przeze mnie Doliny?

Croft  pomyślał,  że  musi   spędzić  więcej   czasu  w  krypcie,  żeby zbadać   jej  zawartość. 

Szybki   przegląd,   jaki   zrobił   przed   chwilą,   był   daleko   niewystarczający.   Usłyszał   pytanie 

Gladstone'a przechodząc przez próg krypty.

- Przyjęcie? Tutaj?

-   Bardzo   rzadko   przyjmujemy   gości.   Jak   sobie   możecie   wyobrazić,   jest   to   dość 

skomplikowane   -   stwierdził   jowialnie   Gladstone,   przeprowadzając   Mercy   przez   próg   i 

119

background image

odwracając   się, aby zamknąć   drzwi.  - Wymaga   szczegółowego  planowania   najdrobniejszych 

detali.   Tymczasem   zostałem   kimś   w   rodzaju   protektora   kolonii   utalentowanych   młodych 

artystów ulokowanej jakieś trzydzieści kilometrów stąd. Raz na rok zapraszam ich do siebie. 

Zapewniam   wszystko,   łącznie   z   transportem.   Artyści   są   na   ogół   bardzo   interesującymi 

znajomymi, pod warunkiem, że nie jest się zmuszonym przebywać z nimi na co dzień. To bardzo 

wybuchowi ludzie. Być może to się łączy z talentem. W tym roku będziecie świadkami tego 

wydarzenia. Mam nadzieję, że się wam spodoba.

Croft rzucił okiem na Mercy i zobaczył  oszołomienie w jej oczach. Poczuł przypływ 

gniewu, który szybko stłumił. Najwyraźniej jeszcze nigdy w życiu nie spotkała kogoś takiego jak 

Erasmus Gladstone i dlatego tak łatwo ją oczarował.

Croft   wiedział,   że   będzie   musiał   podjąć   jakieś   kroki,   aby   zapobiec   oddziaływaniu 

Gladstone'a na Mercy.

Postanowił, że dzisiejszej nocy Mercy nie będzie spała samotnie. Nadszedł czas, żeby 

wzmocnić więzy, które zawiązał tej nocy, kiedy Mercy mu się oddała.

120

background image

Rozdział dziewiąty

M

ercy zdała sobie sprawę z obecności Crofta w chwili, kiedy wszedł w nocy do jej 

sypialni.   Zrobił   to   absolutnie   bezszelestnie,   ale   jakiś   instynkt   sprawił,   iż   otworzyła   oczy   i 

odwróciła  głowę na poduszce.  Zobaczyła  jego sylwetkę  w drzwiach łączących  oba pokoje - 

ciemny cień wśród cieni jeszcze ciemniejszych. Wtedy zrozumiała też, że na niego czekała.

Drzwi między ich pokojami były zamknięte, dopóki Croft nie otworzył ich po cichu przed 

paroma sekundami. Specjalnie je zamknęła, szykując się do spania. Croft był wtedy w łazience. 

Kiedy wyszedł stamtąd chwilę później, nie uczynił nic, co by likwidowało tę słabą barierę.

Mercy leżała przez długi czas, oczekując, iż jej prywatność zostanie nagle zaatakowana. 

Widziała   spojrzenie   Crofta   podczas   kolacji.   Przyglądał   się,   jak   się   śmiała   i   rozmawiała   z 

Gladstone'em i choć się prawie nie odzywał, wyrażał swoją dezaprobatę w sposób subtelny, a 

jednak zauważalny dla Mercy.  Ich gospodarze nie zauważyli  może niebezpiecznie odległego 

wyrazu oczu Crofta, lecz Mercy czuła, jak pali jej nerwy.

Croft albo był trochę zazdrosny o Gladstone'a, albo bardzo zły na Mercy za to, że się go 

nie bała. Miała dość zdrowego rozsądku, aby wiedzieć, że chodziło o ten drugi przypadek. Nie 

wierzyła, aby Croft ulegał tak prymitywnemu uczuciu jak zazdrość. Jednakże, niezależnie od 

przyczyny, Mercy spodziewała się późniejszych pretensji ze strony Crofta.

Tymczasem   nie   usłyszała   żadnych   gorzkich   słów,   a   kiedy   spokojnie   zamknęła   drzwi 

łączące ich pokoje, Croft nie otworzył ich jednym kopnięciem. Mercy wśliznęła się do łóżka i 

czekała, ale w końcu poczucie męczącego wyczekiwania zmieniło się w senność. Nie wiedziała, 

jak długo spała, lecz gdy otworzyła oczy w ciemności, była pewna, że nie jest już sama.

Patrzyła, jak Croft wchodzi do środka i sunie bezszelestnie w stronę łóżka. Ten człowiek 

poruszał się jak duch, co było niesprawiedliwe, a jeszcze bardziej niesprawiedliwe było to, jak na 

nią działał. Poczuła, że krew gotuje jej się w żyłach, i powiedziała sobie, iż nie pozwoli tak się 

omotać jak ostatnim razem.

Mercy   doskonale   wiedziała,   co   sprowadza   Crofta   do   jej   sypialni.   Nie   było   to 

nieokiełznane pożądanie, szalona namiętność czy dozgonna miłość. Croft miał do wykonania 

121

background image

zadanie.   Dobre   samopoczucie   Mercy   w   towarzystwie   Erasmusa   Gladstone'a   stanowiło 

potencjalne   zagrożenie   jego  misji.   Przypuszczalnie   Croft   obawiał   się,   że   Gladstone   oczaruje 

Mercy, i postanowił odnowić zadzierzgnięte więzy. Chciał się upewnić, że Mercy wie, wobec 

kogo ma być lojalna.

Mogła   mu   powiedzieć,   że   nie   ma   się   czym   martwić,   pomyślała   Mercy,   kiedy   Croft 

przemierzał po ciemku jej sypialnię. Mogła go zapewnić, że nie wyrobiła sobie jeszcze zdania co 

do Gladstone'a. Ale tego rodzaju rozmowa była dość utrudniona, kiedy należało uważać na każde 

słowo ze względu na możliwość podsłuchu.

Croft zatrzymał się przy łóżku i spojrzał na Mercy. Miał na sobie tylko slipy. Nietrudno 

było stwierdzić, iż jest już dość podniecony. W ciemności jego orzechowe oczy pozbawione były 

koloru, ale Mercy widziała w nich koci błysk.

- Croft - zaczęła ochrypłym głosem, świadoma panującego między nimi napięcia. Musieli 

porozmawiać. I to jak najszybciej. - Łazienka...

- Nie - szepnął. Położył jedno kolano na łóżku i wyciągnął rękę, aby pogładzić jej ramię. 

Łóżko ugięło się pod jego ciężarem. - Nie musimy rozmawiać. Nie teraz.

Przejrzała jego zamiary i zapałała dziwnym gniewem. Odsunęła się od jego ręki, wstając 

na kolana po drugiej stronie łóżka. Oddychała szybko, patrząc mu w twarz.

- Chodź tutaj, Mercy. Wiem, że mnie chcesz. Potrafię tak zrobić, abyś mnie chciała.

- Co ty sobie właściwie wyobrażasz? Jakim prawem wchodzisz do mojej sypialni i chcesz 

mnie, uwieść? Nie jestem tu dla twojej wygody, Croft. - Mówiła cichym głosem, tak samo jak on. 

Wyglądało na to, że będą walczyć szeptem.

- Przecież wiesz, że nie chcesz się ze mną kłócić, kochanie. Chcesz odczuwać to, co 

czułaś w moich ramionach tamtej nocy. Chcesz mi się oddać.

- Doprawdy? A kim ty jesteś? Wszystkowiedzącym facetem, który myśli, że wie, czego 

naprawdę chcą kobiety? Mam dla ciebie znacznie trudniejsze pytanie, Croft? Czego ty chcesz?

- Odpowiem ci bez trudu. Chcę być w tobie, w środku. Chcę cię czuć całą owiniętą wokół 

mnie, drżącą z rozkoszy. Chcę dokładnie wiedzieć, jak bardzo mnie potrzebujesz.

- Nie potrzebuję ciebie ani trochę bardziej niż ty mnie. - Sama nie wiedziała, czy te słowa 

mają być prośbą o uspokojenie, czy buntowniczym wyzwaniem. Zabrzmiały jak wyzwanie.

122

background image

- Przysuń się bliżej i razem się przekonamy, na ile się wzajemnie potrzebujemy. - W jego 

głosie pobrzmiewała cicha satysfakcja.

- Wiesz, że ci na to nie pozwolę. Nie pójdę z tobą do łóżka, dopóki jesteś w takim 

nastroju. Zachowujesz się jak zimnokrwisty mężczyzna, który szuka łatwej zdobyczy. Chcesz 

tylko udowodnić sobie i mnie, że panujesz nade mną w łóżku, a ja się na to nie zgadzam. Udało 

ci   się   pierwszej   nocy,   kiedy   zachowałeś   się   w   bezwzględny   sposób,   ale   to   się   więcej   nie 

powtórzy, Croft.

- Bezwzględny?

- Musisz przyznać, że zrobiłeś to celowo. Uwiodłeś mnie, żeby... - Zobaczyła, że zmrużył 

oczy.  Poniewczasie przypomniała sobie jego ostrzeżenie o możliwości podsłuchu. Mercy ani 

przez   moment   nie  wierzyła,  że   Gladstone  może  być   przestępcą,   a  także  w   to,  że   w  pokoju 

zainstalowane są ukryte mikrofony, lecz dała wcześniej słowo Croftowi, iż będzie uważać. - To 

było celowe uwiedzenie, a nie żadne uczucie, prawda?

- Bardzo cię wtedy pragnąłem. I jeszcze bardziej pragnę cię teraz. Jeśli dla ciebie jest to 

celowe,   bezwzględne   uwiedzenie,   to   nic   na   to   nie   poradzę.   Kiedy   chodzi   o   interpretacje 

emocjonalne,   wszystko   jest   względne,   zwłaszcza   dla   kobiety.   Sądzę   jednak,   iż   jesteś 

niesprawiedliwa dla mnie i dla siebie, w tak sposób określając nasze kochanie. Istnieją setki 

sposobów zaspokojenia pożądania. Większość z nich nie ma nazwy.

- Nie zawracaj mi głowy swoją dziwaczną filozoficzną logiką. Nie na ten akurat temat. 

Nie   sądzę,   abyś   był   w   tej   dziedzinie   ekspertem,   i   nie   pozwolę,   abyś   mnie   omotał   swoim 

zwariowanym rozumowaniem. Muszę w którymś miejscu powiedzieć „dość”. Nie zgadzam się, 

żebyś mną manipulował.

- Spokojnie, Mercy. Rozluźnij się i chodź do mnie.

Zeskoczyła z łóżka, wyczuwając lekką zmianę w jego posturze.

- Zostań tam, gdzie jesteś. Nie waż się używać wobec mnie swoich trików.

Oczy   Crofta   błyszczały   w   ciemności.   Światło   gwiazd,   które   wpadało   przez   okno, 

oświetlało tylko jego twardą szczękę i gładkie kontury ramion. Obserwowanie jej ruchów nie 

przysparzało  mu  najmniejszych   trudności.  Mercy wiedziała   od początku,   że  Croft doskonale 

czuje się w ciemnościach.

123

background image

Croft   powoli   wstał.   Zaczął   okrążać   łóżko,   zbliżając   się   do   Mercy   gładkimi,   równym 

krokami.

- To ty używasz dzisiaj trików, kochanie. W co się ze mną bawisz? Popełniłem błąd 

zeszłej nocy, pozwalając ci spać samej.

Cofnęła się.

- To ja postanowiłam spać sama wczoraj i ja postanowiłam spać sama dzisiaj.

- Za chwilę zmienisz zdanie.

-   Mówisz,   że   się   z   tobą   bawię,   ale   to   ty   się   bawisz.   To   właśnie   robisz   z   naszym 

związkiem.   Bawisz   się   nim   tak,   jak   kot   bawi   się   myszą,   wykorzystując   go   dla   własnych 

interesów.

- Nie jesteś myszą, Mercy. - Croft uśmiechnął się przelotnie.

- Nie żartuję, Croft.

- Ja też nie. Przestańmy mówić o „związku” i pomówmy o nas. O tobie i o mnie.

Był już bardzo blisko. Mercy rzuciła za siebie szybkie spojrzenie i zobaczyła, że jest tuż 

przy ścianie. Nie miała dokąd uciekać. Zwróciła wzrok na Crofta, starając się jak najdokładniej 

ocenić odległość, po czym skoczyła do przodu, aby go ominąć.

- Cholera, Mercy!

Po raz pierwszy tej nocy Mercy usłyszała w jego głosie autentyczne uczucie. Niestety, 

było to uczucie zawodu i złości. Nie czuła nawet odrobiny satysfakcji, ponieważ jego ramię 

znalazło się nagle na jej drodze, zawijając się wokół niej i zatrzymując ją w miejscu. Mercy 

zderzyła się z piersią Crofta z głuchym łoskotem i wcisnęła twarz w jego nagie ramię. Ciepły, 

męski zapach zaatakował jej nozdrza.

- Puść mnie - powiedziała dotykając ustami jego skóry.

- Nie tak prędko, kochanie. - Croft przycisnął ją mocniej do siebie. - Jeszcze długo, długo 

nie.

Druga ręka Crofta objęła Mercy z drugiej strony. Zareagowała instynktownie, wbijając 

mu   pięści   w   żebra.   Wydawało   jej   się,   że   uderza   o   twardą   ścianę,   ale,   ku   swej   satysfakcji, 

usłyszała nagłe wciągnięcie powietrza. Lekko zwolnił uścisk i Mercy wysunęła się z jego objęć. 

Poczuła nowy rodzaj tryumfu.

Nie jest niezwyciężony.

124

background image

-   A,   czyli   nie   jesteś   taki   twardy,   jak   udajesz,   co?   -   Wpadła   w   euforię.   Odczuwała 

pulsującą we krwi adrenalinę. Poczucie zwycięstwa zaczynało jej się podobać. - Ostrzegałam cię, 

żebyś nie stosował wobec mnie swoich trików. Uczyłam się kiedyś samoobrony,

- Naprawdę?

- Naprawdę. - Odsunęła się od niego o kilka kroków. Nauka samoobrony trwała trzy 

godziny.   Były   to   zajęcia   prowadzone   przez   policjantkę,   którą   zatrudniła   biblioteka,   aby   jej 

pracownice były przygotowane na nieprzewidziane wypadki. Od tej pory minęły ponad dwa lata i 

Mercy wiedziała, że nie powinna zbyt się przechwalać.

- Jesteś pewna, że chcesz ze mną walczyć, Mercy?

- Jestem pewna, że chcę, abyś wrócił do swojego pokoju i dał mi święty spokój.

- Nie mogę.

- Spróbuj.

-   I   mam   cię   tu   zostawić,   rozmyślającą   o   tym,   jakim   czarującym,   wykształconym   i 

światowym mężczyzną jest Erasmus Gladstone? Nie ma mowy. Chcę, żebyś dziś myślała o mnie,

Mercy.

- Czyżbyś był zazdrosny?

-   Tego   byś   chciała?   Dlatego   w   nabożnym   skupieniu   wysłuchiwałaś   dziś   wieczorem 

każdego słowa Gladstone'a? Chciałaś się przekonać, czy jestem zdolny do zazdrości?

- Ale nie jesteś, prawda? - rzuciła szybko, zirytowana, wiedząc, iż przypuszczalnie będzie 

później żałować swoich słów. - W twoich żyłach płynie zbyt mało gorącej krwi.

Coś pojawiło się i znikło w oczach Crofta i Mercy,  mimo  swej ryzykownej  sytuacji, 

odczuła drobny tryumf. Zaczepianie Crofta Falconera było niebezpieczne, ale czasami tylko w 

ten sposób można się było przekonać, co się znajduje pod chłodną, całkowicie kontrolowaną 

powierzchnią.

- Może potrzeba mi trochę twojego ciepła, Mercy.

Bez ostrzeżenia skoczył naprzód i chwycił ją jedną ręką za kark.

- Do diabła, Croft - syknęła Mercy. - Ja ci na pewno niczego nie ułatwię. - Usiłowała 

wyrwać się z uścisku, ale jego siła była nie do pokonania.

Croft nieubłaganie ciągnął ją w stronę łóżka. Spróbowała kolejny raz uderzyć go w żebra, 

choć nie miało to większego sensu, nie chciała bowiem tak naprawdę zrobić mu krzywdy. Ciosy 

125

background image

kolanem w krocze czy palcem w oko z pewnością nie wchodziły w grę. Nie walczyła przecież o 

życie ani o swą cześć. Usiłowała tylko zmusić pewnego tępego faceta, żeby ją odpowiednio 

traktował. Postanowiła, że za wszelką cenę doprowadzi do tego, aby Croft stał się tak samo 

zaangażowany emocjonalnie jak ona.

Croft zignorował kuksańca w żebra, natomiast od razu zareagował, kiedy walnęła go piętą 

w bose palce stóp. Zaklął, zwięźle i dosadnie. Mercy nigdy nie słyszała tego słowa w jego ustach. 

Poderwał ją do góry i lekko potrząsnął.

- Ty mała wiedźmo. Powinienem dać ci klapsa w tyłek.

Mercy pokazała w uśmiechu wszystkie zęby.

-   Wydaje   mi   się,   że   czytałam   coś   o   tym   w  Dolinie   tajemniczych   klejnotów.  Czy   to 

skuteczna metoda?

- Nadepnij mi jeszcze raz na palce, to się przekonasz.

- Puść mnie, Croft. Nie pozwolę się w ten sposób zaciągnąć do łóżka.

- Nie mam chyba innego wyjścia.

Tym razem nie użyła pięty, lecz całej stopy. Zaczepiła nią o jego łydkę i próbowała go 

przewrócić. Croft nie stracił wprawdzie równowagi, ale stracił wreszcie cierpliwość.

- No, dobrze - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Jeśli chcesz, żeby bolało, będzie bolało. 

- Podniósł Mercy do góry i przyciągnął do siebie, nie zwracając uwagi na jej próby uwolnienia.

W dwóch krokach znalazł się przy łóżku i rzucił ją delikatnie na pomiętą pościel. Bose 

nogi Mercy zwisały z łóżka. Nim zdążyła się odsunąć, Croft wszedł między jej kolana. Rozstawił

szeroko nogi, tak aby jak najbardziej rozsunąć jej uda. Skromna koszula nocna Mercy podwinęła 

się do góry, odsłaniając pośladki. Mercy leżała z włosami rozrzuconymi na poduszce, z szeroko 

otwartymi oczyma i z powoli ogarniającą ją obawą, iż tym razem posunęła się za daleko. Croft 

stał z rękami na biodrach i spoglądał na nią z góry.

Mercy nerwowo wciągnęła oddech, widząc w skrzywieniu jego ust i w oczach głęboko 

zmysłowy wyraz. Czuła, że Croft promieniuje nowym rodzajem napięcia. Nie był już chłodnym, 

wyrachowanym   mężczyzną,   który  przyszedł   do   sypialni   z   zamiarem   wykorzystania   z   zimną 

krwią jej ciała. Teraz skupił na niej całą swą uwagę i choć Mercy mówiła sobie, że o to jej 

właśnie chodziło, naszły ją wątpliwości i obawy.

126

background image

W końcu niewiele wiedziała o tym obcym właściwie człowieku. Ryzykowała tak dużo, 

jak   jeszcze   nigdy  z   żadnym   innym   mężczyzną.   Zaufała   instynktom,   mimo   że   powinna   była 

słuchać raczej głosu rozsądku.

- Czy nauczyłaś się czegoś jeszcze na lekcji samoobrony, co chciałabyś wypróbować, nim 

przestaniemy się bawić? - spytał Croft z podejrzanym spokojem.

Mercy   podparła   się   na   łokciach,   wyraziście   zdając   sobie   sprawę   z   dotyku   jego 

owłosionych nóg między udami. Czuła się całkowicie bezbronna.

- Jeśli sądzisz, że cię zawczasu ostrzegę, to się bardzo mylisz. Lepiej uważaj na to, co 

zechcesz zrobić.

Z błyszczącymi oczyma jednym ruchem dłoni zsunął slipy i kopnięciem odrzucił je na 

bok.

- Nie martw się, mała wiedźmo. Będę bardzo, bardzo uważał. - Wyciągnął rękę, aby jej 

dotknąć.

Mercy jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego wielki, pulsujący członek. Drgnęła i 

spazmatycznie   odetchnęła,   kiedy   Croft   rozgarniał   palcami   trójkąt   ciemnych   włosów, 

zasłaniających jej ciepłą tajemnicę. Każdą cząsteczką ciała odczuwała jego dotyk. Wyzwalał w 

niej szalone podniecenie i jednocześnie ją uspokajał. Żaden mężczyzna, który dotykał kobiety w 

tak wyjątkowo zmysłowy sposób, nie mógłby jej zranić.

- Croft - szepnęła z tęsknotą jego imię. Wciąż wsparta na łokciach drżała, wiedząc, iż on 

czuje to drżenie, kiedy stoi między jej udami.

- Lubisz takie niebezpieczne zabawy, kotku?

Przesunął palcem po małym pączku rozkoszy, ukrytym  w miękkich włosach, i Mercy 

wciągnęła powietrze. Czuła się tak rozdzierająco odsłonięta i uwrażliwiona, że bała się, iż nie 

zniesie zachwycająco erotycznej pieszczoty. Z drugiej strony chciałaby wygiąć ciało tak, aby 

było jeszcze bliżej jego dłoni w błagalnej, niemej prośbie o dalsze pieszczoty. Nie wiedząc, co 

robić, Mercy wybrała bezpieczniejsze wyjście i spróbowała przesunąć się na łokciach do tyłu.

Croft złapał ją drugą ręką za nogę i zatrzymał w miejscu.

- Nigdzie nie idziesz, kotku. Dopóki mnie nie przeprosisz za wszystkie kłopoty, jakie mi 

dzisiaj sprawiłaś.

- A kłopoty, jakie ja miałam przez ciebie?

127

background image

-   Twoje   problemy   dopiero   się   zaczęły   –   poinformował   Croft   z   wyraźną   satysfakcją. 

Przesunął niżej palec i bez trudu znalazł swój cel.

- Och, Croft, proszę. - Mercy gwałtownie wciągnęła powietrze i wbiła palce w zmięte 

prześcieradło.   Zamknęła   oczy   i   odchyliła   do   tyłu   głowę,   czując,   jak   jego   palce   błądzą   po 

napiętym ośrodku rozkoszy.

- O co mnie prosisz? O to, żeby cię tu dotknąć? - Rozsunął ją czubkiem palca i Mercy 

zadrżała. - Czy może tu? - Przesunął rękę niżej. - Musisz mi wszystko dokładnie powiedzieć, 

słodka Mercy. Musisz mi powiedzieć, czego chcesz. A potem chyba poczekam, aż będziesz mnie 

błagać, żebym cię wziął. Dzisiaj twoja kara będzie współmierna do twych przewinień.

- Cholera! - Zabrzmiało to bardziej jak prośba niż jak przekleństwo.

-   Postaraj   się.   Chcę   słyszeć   słodkie,   gorące   słowa,   Mercy.   Wszystkie,   jakie   znasz.   - 

Znowu lekko rozsunął jej uda i przesunął kciukiem po nabrzmiałym pączku rozkoszy. Drugim 

palcem masował otwór, wyciągając z niego słodki płyn, który spływał mu na rękę. Tym razem 

Mercy  nie   próbowała  się  odsunąć.  Już  nie   było  w   niej   niepewności   ani  sprzecznych  uczuć. 

Chciała go mieć w sobie. Uniosła biodra pod jego dłonią.

-   No,   powiedz,   kotku.   Powiedz   mi   dokładnie,   czego   chcesz.   Wtedy   oboje   będziemy 

pewni. - Szept Crofta był gorętszy od wypływających z niej soków.

- Dotknij mnie, Croft. Proszę, dotknij mnie. Tam. Tak. W środku. Głębiej. -Wydusiła z 

siebie tę prośbę, choć z trudem jej to przyszło, ale jemu jeszcze trudniej było się jej oprzeć.

Croft obserwował twarz Mercy, rozkoszując się jej rosnącym pożądaniem, kiedy drżała 

pod jego dotykiem. Mercy wiedziała, że Croft uważnie się jej przygląda i to ją jeszcze bardziej 

podnieciło. Kiedy drażnił ją palcem, wsuwając się w nią i wysuwając, stawała się coraz bardziej 

niecierpliwa.

- Bardziej - błagała.

- Jak bardziej?

Z jękiem sięgnęła po jego dłoń i zmusiła go, żeby głębiej wsunął w nią palec. Zadrżała, 

kiedy posłusznie to zrobił.

- Ach - powiedział cicho Croft. - Czy tego właśnie chcesz?

- Uduszę cię, kiedy skończymy.

128

background image

- To moja zemsta. Słodka zemsta. - Wsunął w nią kolejny palec i kiedy krzyknęła z 

pożądania,   zaczął   powoli   rozsuwać   palce,   rozciągając   jej   wejście.   Drugą   ręką   masował 

nabrzmiały pąk rozkoszy.

Mercy szalała, unosząc w górę biodra i usiłując pociągnąć go na siebie.

- Teraz, Croft. Proszę, teraz albo zwariuję.

- Przekonamy się, co się dzieje, kiedy wariujesz. Chcę to zobaczyć.

- Uduszę cię, przysięgam.

- Ale jeszcze nie w tej chwili, prawda?

- Czy ktoś ci już mówił, że jesteś wstrętnym draniem?

- Owszem. Ale w twoich ustach brzmi to zupełnie inaczej.

- Śmiejesz się ze mnie!

- Nie, kocham się z tobą. - Głębiej wsunął palce, rozciągając gładkie, gorące wejście. 

Kiedy zadrżała gwałtownie, uklęknął między jej nogami.

Powoli   wyjął   palce.   Mercy   głośno   zaprotestowała,   ale   kiedy   poczuła   jego   dłonie   na 

wewnętrznej   stronie   ud,   zrozumiała,   co   się   za   chwilę   zdarzy.   Ciepły   oddech   Crofta   omiatał 

wilgotne, błyszczące włosy u szczytu nóg i pożądanie Mercy zmieniło się w panikę. Nikt jej tak 

nigdy nie całował.

- Nie, Croft. Przestań. Nie tak. Nie chcę, żebyś to robił... Ja nigdy... - Zaczerwieniła się, 

broniąc się przed nim.

Nie zwracał uwagi na jej urywane prośby. Rękami lekko przytrzymywał jej rozwarte uda, 

dotykając jej językiem w najbardziej intymnym pocałunku.

Z   początku   Mercy  gwałtownie   żachnęła   się   od   nieoczekiwanej   pieszczoty.   Usiłowała 

uciec przed jedwabistym dotykiem jego języka. I nagle panika zmieniła się w nieznane dotąd 

pożądanie. Wróciło szaleństwo, które ją porwało. Drżała w sposób nie kontrolowany.

Wzmagające się w niej napięcie pękło i zalało ją falami niesłychanej przyjemności.

Croft puścił ją i położył się na niej, kiedy jeszcze cała drżała. Wszedł w nią z jękiem, a jej 

ciało natychmiast się na nim zacisnęło i mocno wessało do środka. Mercy czuła go w sobie, 

gorącego i wielkiego, rozciągającego jej ciało do granic wytrzymałości, dopóki ponownie nie 

zalały jej fale orgazmu.

129

background image

Croft spróbował się trochę wysunąć, ale jej orgazm wessał go do środka, prowokując go 

do tego samego. Była to błyskawica uderzająca w gorący, suchy las. Spalił się w ogniu.

Mercy czuła, jak wybuchł w niej. Przez krótką, a jednocześnie pełną wieczności chwilę 

byli ze sobą związani i nim odeszły ostatnie drżenia, pełne uniesień, Mercy poczuła ogarniającą 

ją nadzieję.

Być może nie był to najbezpieczniejszy sposób kochania się, lecz Mercy dowiedziała się 

przynajmniej, że Croft wreszcie zdradził swe prawdziwe emocje. O swoich uczuciach wobec 

niego wolała na razie nie myśleć. Nie powinna była tak się przed nim odkryć, ale nie dało się 

tego uniknąć. Mogła się tylko starać o to, by go pociągać za sobą za każdym razem, kiedy w jego 

ramionach będzie traciła nad sobą kontrolę.

C

roft powoli otworzył oczy, nadal na wpół upojony ciepłym, aromatycznym zapachem 

wilgotnego   od  potu  ciała  Mercy.   Jedną  nogę  miała   zawiniętą  wokół  jego  nogi,  palcami   zaś 

błądziła po jego ramionach i szyi.

Przeciągnął się, rozluźniając mięśnie pleców, i ostrożnie wysunął się z przytulnego ciepła 

Mercy.   Spojrzał   w   dół   i   zobaczył,   iż   obserwuje   go   spod   rzęs.   Był   całkowicie   nasycony   i 

kompletnie wyczerpany. Z trudem udało mu się z niej zsunąć i położyć obok. Lekko uścisnął jej 

biodro.

Czuł się dobrze. Lepiej niż dobrze. Czuł się wspaniale. Zwycięzca przepełniony czułością 

dla pokonanego.

Problem polegał  jedynie  na tym,  że kolejny raz nie był  pewien, kto właściwie został 

pokonany. Jak ona to robi? Jak potrafi go tak dogłębnie porwać w burzę zmysłów? Miał zamiar 

kierować wszystkim i panować nad całością, ale znów nie całkiem mu się to udało. Stracił nad 

sobą kontrolę, którą przez lata całe przyjmował za pewnik. Nim się opamiętał, znalazł się w 

centrum nawałnicy z emocjami tak gwałtownymi, jak u Mercy.

Croft uśmiechnął się nagle w ciemnościach. Przynajmniej razem wskoczyli w przepaść. 

Mała uparciucha postanowiła, że nie będzie jedyną ofiarą ich miłości. Cóż, mógł przejść do 

porządku dziennego nad jej początkowym uporem. Dostała lekcję, a on też dostał za swoje, kiedy 

postanowił przypomnieć Mercy, wobec kogo miała być lojalna.

130

background image

- Jesteś zuchwałą kobietą, Mercy Pennington. Któregoś dnia wpadniesz w prawdziwe 

tarapaty.

- Z kim?

Roześmiał się cicho, słysząc wyzwanie w jej szepcie.

- Ze mną. Myślisz, że pozwolę ci rozrabiać i wpaść w tarapaty z kimś innym? Spróbuj się 

kiedyś spytać, czy możesz się zabawić z jakimś innym mężczyzną i wtedy się przekonasz.

- Jeśli musiałabym prosić o pozwolenie, to znaczy, że już jestem w opałach - stwierdziła 

poważnie.

-   Rozumujesz   bez   zarzutu,   kotku.   Trafiłaś   w   sedno.   -   Croft   postanowił   na   razie   nie 

zastanawiać   się   nad   prymitywnym   i   satysfakcjonującym   poczuciem   własności,   które   go 

przepełniało.   Wiedział,   że   istnieją   pewne   reakcje,   których   lepiej   nie   kwestionować   ani   nie 

analizować. Tak samo jak z instynktami. Pewne rzeczy należało zaakceptować i po prostu się do 

nich przystosować.

Uniósł się na łokciu i stwierdził, że będzie wygodniej dla nich obojga, kiedy się trochę 

poprawią na łóżku.

- Do góry - zakomenderował, siadając obok, zmieniając pozycję i kładąc ją z powrotem 

na poduszkach. - No, tak jest lepiej.

- Croft?

Spojrzał na zegarek i zmarszczył brwi.

- Już późno, kotku. Trzeba się trochę przespać. - Doszedł do wniosku, że domownicy też 

już chyba poszli spać. Chyba że Gladstone rzeczywiście zaplanował podsłuch w pokoju Mercy. 

Wyobraził sobie eleganckiego Gladstone'a, w jedwabnej bonżurce, schylonego nad głośnikiem i 

słuchającego   ich   ekstatycznych   jęków,   i   ta   myśl   go   rozbawiła.   Postanowił   jednak,   że   nie 

wspomni o tym Mercy. Jej by to przypuszczalnie nie bawiło.

- Croft, musimy porozmawiać.

Pochylił się i zamknął jej usta pocałunkiem.

- Nie teraz. Nie tutaj. Śpij, kotku.

- Ale Croft...

Przysunął usta do jej ucha.

- Podsłuch.

131

background image

-   Och.   -   Otworzyła   szerzej   oczy.   Najwyraźniej   chwilowo   zapomniała   o   możliwości 

istnienia ukrytych mikrofonów.

- Śpij. - Uśmiechnął się do siebie, kiedy ze zrezygnowanym westchnieniem posłusznie 

zamknęła oczy.

To, że Mercy uwierzyła w możliwość podsłuchu, było korzystne, chociaż Croft osobiście 

był przekonany, że pokój jest czysty. Zachowanie Mercy bywało nieprzewidywalne i gwałtowne. 

Powiedział sobie, że należy ją lekko, choć stanowczo, prowadzić.

Wydawało mu się, że jest mężczyzną, który się doskonale do tego nadaje.

Croft odczekał czterdzieści pięć minut, nim niechętnie wypuścił z objęć miękkie, śpiące 

ciało Mercy. Wstał ostrożnie z łóżka. Bezszelestnie przeszedł do swojego pokoju i włożył dżinsy.

Wyszedł na korytarz. Wzrok stopniowo przyzwyczaił mu się do cieni w ciemnościach. 

Musiał   tylko   sam   stać   się   jednym   z   nich.   Nie   skorzysta   ze   schodów.   Zbyt   duże   było 

prawdopodobieństwo, że zainstalowano tam urządzenie wyczuwające zmianę nacisku.

Croft   złapał   poręcz   biegnącą   przy   schodach,   wypróbował   ją   lekko   dłońmi   i   lekko 

podciągnął się w górę. Przez moment  trwał zawieszony,  intensywnie nasłuchując. Kiedy nie 

usłyszał niczego podejrzanego, spuścił się na dół, wyłącznie za pomocą rąk na poręczy. Po chwili 

znajdował się na parterze.

Jeszcze jedno piętro.

132

background image

Rozdział dziesiąty

M

ercy doszła do wniosku, że dość ma budzenia się w środku nocy z uczuciem, iż coś nie 

jest w porządku. Coś takiego, powtarzając się regularnie, mogło nabawić ją bezsenności. Tym 

razem   przynajmniej   potrafiła   się   zorientować,   o   co   chodzi,   kiedy   tylko   się   przeciągnęła   i 

poruszyła stopą pod kołdrą.

Croft znikł.

Drań.   Mercy   usiadła   na   łóżku,   rozgniewana.   Co   on   sobie   właściwie   wyobraża? 

Przychodzi  do  jej  pokoju,  kiedy  chce,  wskakuje  do niej   do łóżka,   a potem  wychodzi   przed 

świtem. Ten człowiek nie ma żadnej ogłady, mimo wyszukanych medytacji i sposobów parzenia 

herbaty. Jeśli zechce się przy niej nadal kręcić, pomyślała, odrzucając nakrycie, będzie się musiał 

trochę podciągnąć w dobrych manierach.

Wóz albo przewóz, jak mawiał wuj Sid.

Przeszła pośpiesznie  przez  pokój, chwyciła  lekki,  podróżny szlafrok i zdecydowanym 

krokiem   weszła   do   drugiego   pokoju.   Kiedy   wzrok   przyzwyczaił   jej   się   do   panującej   tam 

ciemności, przekonała się, że i tam Crofta nie ma.

Uczucie obrazy zmieniło się w obawę. Jedna ręką Mercy oparła się o drzwi. Niemal 

zapomniała, że Croft miał do spełnienia jakąś swoją misję. Mercy mogła uwierzyć w uczciwość i 

prawość   Gladstone'a,   ale   Crofta   niełatwo   przekonać.   Prawdopodobnie   wybrał   się   na 

poszukiwanie dowodów.

Wyobraziła   sobie,   co   by   się   stało,   gdyby   Dallas   lub   Lance   zaskoczyli   Crofta,   gdy 

sprawdza zawartość szuflad lub manipuluje przy zamku w podziemiach. Byłaby to żenująca i 

nieprzyjemna dla niej sytuacja.

W podziemiach. Oczywiście.

Jeśli Croft udał się na podchody, niewątpliwie poszedł wprost do podziemnej biblioteki. 

Stwierdził kiedyś, że odnalazł Egana Gravesa za pomocą jego kolekcji książek. Powiedział, że 

zamierza dobrze się przyjrzeć kolekcji Gladstone'a i porównać ją ze zbiorami i upodobaniami 

133

background image

Gravesa.   Niech   jednak   Bóg   ma   ich   w   swojej   opiece,   ją   i   Crofta,   jeśli   go   ktoś   nakryje   na 

myszkowaniu w bibliotece. Mercy nie miała złudzeń co do wielkoduszności ich gospodarza.

Postanowiła nie tracić więcej czasu na jałowe rozmyślania. Odnajdzie Crofta i ściągnie go 

z powrotem do pokoju, nim będą się musieli tłumaczyć Gladstone'owi, iż wcale nie mieli zamiaru 

go okraść.

Tak czy inaczej zanosiło się na to, że Croft stłumi w zarodku jej karierę antykwariuszki. 

Przypuszczalnie poświęciłby wszystko, aby tylko zakończyć tę swoją głupią misję zemsty.

Problem z Croftem polega na tym, pomyślała Mercy, wychodząc na korytarz i schodząc 

na palcach po schodach, że on się za bardzo angażuje. Kiedy coś postanowi, nie zrezygnuje z 

tego za skarby świata. To może być, oczywiście, w pewnych okolicznościach, bardzo korzystne. 

Gdyby, na przykład, nauczył się ją kochać, prawdopodobnie nigdy by nie przestał.

Zachowywał się niezwykle irytująco, ale Mercy nie mogła ani przez chwilę wątpić w jego 

całkowitą uczciwość. Był pewien, że postępuje słusznie, podejmując działania zmierzające do 

zamknięcia Koła, czy jak to tam nazywał. Na pewno nie mógłby niczego wykraść Bogu ducha 

winnym ludziom, jak jej były narzeczony, Aaron Sanders.

Byłoby jej dużo łatwiej dać sobie z nim radę, pomyślała ponuro Mercy, gdyby był po 

prostu kolejnym Aaronem Sandersem.

Z   domu,   zarówno   na   parterze,   jak   i   na   piętrze,   nie   dobiegał   żaden   odgłos.   Mercy 

odetchnęła   z   ulga,   przystając   na   moment   na   pierwszym   stopniu,   który   prowadził   do 

pomieszczenia z basenem i z tropikalnym ogrodem. Zeszła na dół, kiedy była przekonana, iż nikt 

jej nie słyszy. Na szczęście dobermany nie były psami domowymi i na pewno pełniły służbę na 

dworze.

Szklane drzwi prowadzące do ciemnego ogrodu łatwo ustąpiły, kiedy nacisnęła klamkę. 

Mercy weszła na niewielki taras. Światła w basenie nadal się paliły, ale tropikalna roślinność 

pogrążona była w ciemności. Do pomieszczenia bez okien nie wpadał nawet skromny odblask 

gwiazd.   Ze   swego   miejsca   na   tarasie   Mercy   widziała   kawałek   basenu,   położonego   między 

bujnymi   paprociami   i   wielkolistnymi   palmami.   Niebieskawe   światło   z   basenu   wyglądało 

szczególnie nienaturalnie.

Bujna roślinność wydzielała intensywny zapach, był silniejszy nawet od wiszącego w 

powietrzu zapachu chloru. Mercy po raz pierwszy zastanowiła się, czy łatwo odnalazłaby drogę 

134

background image

do podziemnej biblioteki. Po południu było to dość proste dzięki oświetleniu rozmieszczonemu 

pod sufitem i pośród roślin. W nocy wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Nie miała pojęcia, gdzie jest wyłącznik światła, ale nawet gdyby umiała go znaleźć, nie 

odważyłaby się go użyć.

Nie miała czasu do stracenia. Sądziła, że Croft odnalazł już drogę do podziemi. Ciekawe, 

jak   zamierza   dostać   się   do   środka.   Tymczasem   wzięła   się   w   garść   i   starając   się   odzyskać 

orientację w terenie zeszła po schodach w ciemny ogród.

Dość przypadkowo natknęła się na jedną z wysypanych żwirem ścieżek. Dalej poszła na 

wyczucie. Nie było to takie strasznie trudne. Kiedy niechcący zbaczała ze ścieżki, czuła, że żwir 

pod   stopami   zmienia   się   w   wilgotną   glinę.   Od   czasu   do   czasu   wpadała   na   pień   palmy   lub 

potykała się o paproć.

Droga   przez   ciemny   ogród   nastręczała   wiele   problemów   orientacyjnych.   Usiłowała 

kierować się niebieskawym odblaskiem z basenu, ale nie przychodziło jej to łatwo. W kilku 

miejscach rośliny rosnące między ścieżką a brzegiem wody całkowicie zasłaniały światła basenu.

Po   kilku   minutach   Mercy   stwierdziła,   że   jej   droga   nie   ma   sensu.   Odnosiła   mizerne, 

powolne i dotkliwie bolesne postępy. Żwir nie był zbyt przyjemną ścieżką dla bosych stop. A 

jeśli Croft wcale nie poszedł do podziemnej biblioteki? Ta cholerna wyprawa mogła się okazać 

kompletną   stratą  czasu  i  wysiłku.  Croft  może   równie  dobrze  siedzieć  na  górze  i  przeglądać 

zawartość biurka Gladstone'a.

Wszystko   to  jest  głupie,   śmieszne   i  dość  niebezpieczne,  pomyślała  ze   złością.   Kiedy 

znajdzie Crofta, powie mu, co o tym myśli.

Nagle duża męska dłoń zatkała jej usta, a ramię opasało talię. Mercy została całkowicie 

zaskoczona. Wcześniej nie usłyszała za sobą najmniejszego szelestu. W jednej chwili z trudem 

przedzierała się przez zarośnięty teren, w drugiej - stała się więźniarką, przyciśniętą do męskiego 

ciała.

Próbowała   krzyknąć,   lecz   nie   mogła   wydobyć   z   siebie   głosu.   Chciała   walczyć   o 

wyswobodzenie,   ale   była   unieruchomiona.   Kiedy   z   wściekłością   spróbowała   kilku   bardziej 

bolesnych form walki, jakich się nauczyła na trzygodzinnej lekcji samoobrony, okazały się one 

zupełnie bezużyteczne. Jedyne, co jej pozostało, to przestać walczyć.

135

background image

- Ty mała głupia kretynko. Co ty tu, do diabła, robisz w środku nocy? - zabrzmiał nad jej 

uchem wściekły szept Crofta. Powoli zabrał dłoń z jej ust, rozumiejąc, że inaczej nie będzie mu 

mogła odpowiedzieć. - Tylko mów cicho - dodał.

- Boże, wystraszyłeś  mnie na śmierć! - Mercy głęboko wciągnęła powietrze. - Nigdy 

więcej nie skacz tak na mnie zza krzaków. Słyszysz?

- Niech to szlag trafi! Myślałem, że śpisz na górze.

-   Spałam,   dopóki   nie   odkryłam,   że   zabawiasz   się   gdzieś   na   własną   rękę.   Nie   wolno 

pałętać się po domu Gladstone'a w środku nocy. Wybierałeś się do podziemi, prawda?

- Od kiedy nie ma cię w sypialni?

Mercy   zamrugała   oczyma,   starając   się   dojrzeć   w   ciemności   twarz   Crofta.   Z   trudem 

rozróżniała zarys jego ramienia - był przedłużeniem otaczających ją cieni.

- Nie wiem. Nie patrzyłam na zegarek. Chyba od paru minut. A bo co?

-  Zamknij  buzię  i   rób,  co  ci  powiem.   Przypuszczalnie   mamy  zaledwie   kilka   sekund. 

Chodź! - Złapał ją za rękę i poprowadził wprost w gęste krzaki przy ścieżce.

- Co robisz? Co się dzieje? - Mercy wpadła na pień palmy, a potem znalazła się na innej 

ścieżce. Croft ciągnął ją za sobą, nie zwracając żadnej uwagi na jej bose stopy. Dziwiła się, że 

Croft   tak   dobrze   widzi   w   ciemnościach,   i   stwierdziła   z   niechęcią,   że   to   pewnie   zasługa 

mieszkającego w nim ducha.

- Zdejmij szlafrok.

- Nie ma mowy. Nie jestem Jane, a ty nie jesteś Tarzanem. Wystarczy na dzisiejszą noc.

- Tarzan przyjdzie później. Na razie popływamy.

Przedarł   się   przez   okalające   basen   rośliny,   ciągnąc   Mercy   za   sobą.   Znalazła   się   na 

wyłożonym kafelkami brzegu; miała przed oczyma świecącą, niebieską wodę.

- Nie, dziękuję - mruknęła, kiedy dotarło do niej, co Croft zamierza. - Nie mam akurat 

ochoty na pływanie. Chcę, żebyś wrócił ze mną do naszego apartamentu, nim oboje znajdziemy 

się w kłopotach. Możesz sobie wyobrazić moje zażenowanie, kiedy cię złapią w podziemiach w 

środku nocy?

- Twoje zażenowanie jest naszym najmniejszym problemem. - Jedną ręką rozwiązywał 

pasek od jej szlafroka, drugą ściągał go jej z ramion. Pod spodem była naga. Widok ten nie 

136

background image

wywołał w nim przypływu szalonego pożądania. Zdawał się w ogóle nie zauważać jej nagości. - 

Jazda do wody! - rozkazał cichym, niebezpiecznym głosem. - Już!

Jednocześnie Croft rozpinał dżinsy i ściągał je w dół. Mercy więcej nie protestowała. Nie 

miało to sensu. Croft mógł być szaleńcem, ale mówił poważnie. Klęknęła na brzegu basenu i 

ostrożnie zsunęła się na drugą stronę. Croft był tuż za nią.

- Ach - westchnęła Mercy, rozluźniając się natychmiast pod dotykiem wody. - Wspaniale. 

Co my tu robimy, Croft?

- Zgadnij.

- Tego się obawiałam. - Mercy jęknęła. - Chowamy się, prawda? Na wypadek, gdyby ktoś 

nas usłyszał i zszedł na dół?

- Nie nas. Ciebie. Nikt nie słyszał mnie schodzącego po schodach.

- Jakim cudem? Czyżbyś fruwał?

- Ciszej.

- Chyba się złościsz.

- Mam powody.

Mercy pokiwała głową.

- Powoli uczę się akceptować każdą twoją uczciwą emocję. - Zamachała ręką w wodzie, 

posyłając   w   jego   stronę   małą   falę,   która   uderzyła   o   jego   pierś.   -   Myślałam,   że   będzie   tu 

chłodnawo,   tymczasem   czuję   się   jak   w   wannie.   Wspaniale.   Wiesz   co?   Nigdy   w   życiu   nie 

kąpałam się nago.

Croft spojrzał na nią z zaciekawieniem, płynąc nieśpiesznie do odległego końca basenu.

- Prowadziłaś uporządkowane życie, co?

- To wina mojego wuja i ciotki. Byli dość staromodni. - Obróciła się leniwie w wodzie, 

rozkoszując się nocnym pływaniem.

- Oni cię wychowywali? Ten wuj i ciotka?

Mercy była lekko zdziwiona jego zainteresowaniem tematem, zwłaszcza w ich obecnej 

sytuacji. Do tej pory nie wykazywał przesadnego zaciekawienia jej przeszłością.

- Mieli mnie  na głowie, odkąd skończyłam  trzy lata,  kiedy to moi  rodzice  zginęli  w 

wypadku samolotowym. Ciotka Ruth i wuj Sid mieli dwóch własnych, kilkunastoletnich synów, 

kiedy do nich przybyłam. Właśnie zaczęli cieszyć się myślą, że ich dzieci dorastają i niedługo 

137

background image

wyprowadzą się z domu, gdy musieli zaczynać na nowo ze mną. Myślę, że dlatego byli dla mnie 

dość surowi, że nie mieli własnej córki. Z wielu rzeczy musieli zrezygnować, biorąc mnie pod 

swoją opiekę.

- To wszystko wyjaśnia - stwierdził cicho Croft.

- Co wyjaśnia?

Oboje,   tak   jak   przedtem   w   sypialni,   rozmawiali   szeptem.   Widocznie   każdą   znaczącą 

rozmowę z tym mężczyzną musiała prowadzić ledwie słyszalnym głosem.

- Twoje uczucie  wdzięczności.  Myślisz,  że jesteś im coś winna, prawda? Czujesz się 

wobec nich dłużna w taki sposób, w jaki dziecko nigdy się nie czuje wobec własnych rodziców. I 

jesteś bardzo świadoma tego długu. Zwróciłem na to uwagę wtedy, kiedy mi opowiedziałaś, jak 

twój były narzeczony chciał tych ludzi wykorzystać. Nie byłaś zwyczajnie urażona osobiście, 

choć to przecież twoje narzeczeństwo się rozpadło. W sumie bardziej się przejmowałaś tym, co 

się omal nie stało twoim krewnym. Czułaś się za to odpowiedzialna, prawda? Uważałaś, że to 

była twoja wina.

- Bo to była moja wina. Mnie omamił Aaron Sanders. Ja go wprowadziłam do ich domu. I 

bardzo dużo zawdzięczam wujowi i ciotce. Nie musieli mnie brać do siebie. Opieka społeczna 

mogła mnie skierować do rodziny zastępczej. Nie mieli wobec mnie żadnych zobowiązań.

-   Kiedy   Sanders   chciał   ich   naciągnąć,   obwiniałaś   samą   siebie   za   to,   że   tak   głupio 

uwierzyłaś w jego miłość.

- Byłam głupia, wierząc, że mnie kocha. - Mercy nie podobał się kierunek, jaki zaczynała 

przybierać   ich   rozmowa.   Z   jednej   strony  chętnie   prowadziłaby   intymne,   odkrywcze,   szczere 

rozmowy z tym mężczyzną, z drugiej zaś - nie chciała być w tej wymianie zdań jedyną osobą, 

która szczerze zdradza swe sekrety.

- Chodzi mi o to, Mercy, że zareagowałaś w ten a nie inny sposób, ponieważ czułaś się 

odpowiedzialna, chociaż sama także byłaś ofiarą. Była to dla ciebie sprawa honoru.

Mercy przestała pływać i zaczęła spacerować po basenie, dotykając nogami dna.

- O co ci właściwie chodzi?

Croft   również   przestał   pływać   i   poruszał   się   w   wodzie   niedaleko   niej.   Bez   trudu 

utrzymywał   się   na   powierzchni.   Nie   musiał   walić   na   wszystkie   strony   rękami   ani   machać 

138

background image

nogami. Zwyczajnie unosił się na wodzie. Nierówne, nieziemsko niebieskie światło spod wody w 

niepokojący sposób oświetlało ostre rysy jego twarzy.

-   Chcę,   abyś   zrozumiała,   że   to,   co   dziś   zrobiłem,   wynikało   z   podobnego   poczucia 

zobowiązania.

Mercy uniosła brwi.

- Czy ty się przypadkiem usiłujesz usprawiedliwiać?

- Chciałem ci tylko wyjaśnić. - Croft zmarszczył brwi.

- Już wyjaśniałeś - odparła sztywno. - Wiem, dlaczego zszedłeś na dół dzisiaj w nocy. 

Wiem,   że  twoim  zdaniem   musisz   to  zrobić,   choć  możesz  zniszczyć  moją  przyszłą  karierę  i 

sprawić, że oboje zostaniemy aresztowani.

- Jeśli się mylę, wezmę na siebie pełną odpowiedzialność - stwierdził arogancko Croft.

- To fantastycznie. Kiedy w przyszłości moi potencjalni klienci nie będą chcieli robić ze 

mną interesów, ponieważ moja reputacja legnie w gruzach, będę od niechcenia nadmieniać, że to 

twoja   wina   i   że   bierzesz   na   siebie   pełną   odpowiedzialność.   Jestem   pewna,   że   to   wszystko 

rozwiąże.

- Mercy, ja...

Croft   urwał   gwałtownie,   kiedy   zabłysły   znienacka   górne   światła   i   ukryte   lampy 

ogrodowe. Mercy krzyknęła  zaskoczona i odruchowo odwróciła się, żeby spojrzeć na drzwi. 

Niestety gęsta roślinność uniemożliwiała zobaczenie z tego miejsca osoby stojącej na tarasie.

- Jest tam ktoś? - Był to głos Isobel.

- Tak - zawołał szybko Croft. - Tu, w basenie.

- Do diabła, Croft - mruknęła Mercy. - Jestem naga.

- Mówiłem ci, że to kamuflaż - szepnął.

- Przebywanie nago w wodzie przy tych wszystkich zapalonych światłach nie jest chyba 

najlepszym   kamuflażem.   -   Mercy   ruszyła   do   brzegu   basenu,   zamierzając   włożyć   szlafrok. 

Słyszała kroki na żwirowanej ścieżce i wiedziała, że Isobel idzie w ich stronę i za chwilę się przy 

nich znajdzie. Przy świetle nie było to trudne.

Isobel zjawiła się w momencie, gdy Mercy na wpół wynurzyła się z wody. Isobel, ze 

zmarszczonymi brwiami, wyszła z krzaków tuż przy basenie. Miała na sobie powiewną szatę ze 

139

background image

srebrnego atłasu, a jej drugie, czarne włosy luźno spadały na ramiona. Mercy zdążyła zauważyć, 

że czarna masa loków sięgała poniżej pasa. Tuż za Isobel stał Lance.

Mercy ponownie krzyknęła i wskoczyła z powrotem do wody. Lance natychmiast na nią 

spojrzał,   wędrując   wzrokiem   od   zaczerwienionej   twarzy   do   nagiego   ciała   pod   powierzchnią 

wody.

Mercy znów otworzyła usta, aby zaprotestować, kiedy dał się słyszeć głośny plusk i po 

chwili nagie ciało Crofta znajdowało się pomiędzy nią a zaciekawionym spojrzeniem Lance'a.

-  Przepraszam,   Isobel  -  powiedział  zimno  Croft.   -  Mieliśmy   wielką  ochotę  na   nocną 

kąpiel. Mówiłaś, że można korzystać z basenu przez cały czas i potraktowaliśmy to serio. Czy 

moglibyśmy się ubrać bez świadków?

- Ależ oczywiście. To ja przepraszam. - Isobel kiwnęła głową Lance'owi. - Jak widzisz, 

nic się nie dzieje. Dziękuję, że mnie powiadomiłeś. Możesz wracać do łóżka.

Lance bez słowa przyjął jej polecenie i znikł w krzakach.

Isobel uśmiechnęła się do Crofta, który stał przed Mercy. Spojrzenie jej ciemnych oczu 

omiotło jego nagie ciało z zawodowym, zdaniem Mercy, zainteresowaniem.

- Nie przeszkadzajcie sobie - powiedziała Isobel. - Możecie spokojnie popływać. Lance i 

Dallas zajmują pokoje z tyłu domu na piętrze. Lance wstał w nocy, żeby się napić czy coś takiego 

i zdawało mu się, że słyszy jakiś hałas. Tutaj w górach musimy poważnie traktować wszelkie 

niespodziewane   hałasy.   Żyjemy   na   pustkowiu,   a   Erasmus   ma   wiele   cennych   rzeczy.   Teraz 

jednak, skoro już wiem, co się dzieje, nie będę wam przeszkadzać. Życzę wam dobrej nocy i 

przyjemnego pływania. Zgaszę po drodze górne światła. Czy zostawić włączone lampki przy 

ścieżce? Po ciemku dość trudno tędy przechodzić.

-   To   bardzo   miło   z   twojej   strony   -   powiedział   Croft.   -   Dziękujemy.   I   jeszcze   raz 

przepraszam za alarm.

- Nie ma problemu. Zobaczymy się przy śniadaniu, chyba że wolicie dłużej pospać.

- Zejdziemy na śniadanie - zapewnił ją Croft.

Mercy odetchnęła z ulgą, kiedy Isobel odeszła.

- Ojej. Jakie to żenujące.

-   Gdybyś   chciała   uniknąć   w   przyszłości   kolejnego   zażenowania,   postaraj   się   nie 

wystawiać na pokaz Lance'owi.

140

background image

- Jeszcze śmiesz twierdzić, że to moja wina?! Wszystko, co zaszło dzisiejszej nocy, stało 

się przez ciebie! - Mercy wyszła z wody i złapała szlafrok. - I nie tylko na mnie wytrzeszczano 

tutaj oczy. Widziałam, jak Isobel się na ciebie gapiła. Woda zbyt wiele nie zasłania. Wyraźnie 

było widać, że nie masz nic na sobie.

Croft położył obie dłonie na brzegu basenu i jednym płynnym ruchem wyskoczył z wody. 

I zaskoczył Mercy niespodziewanym uśmiechem.

- Możesz się gapić, ile chcesz, kotku. Nie mam nic przeciwko temu.

- Dziękuję bardzo. - Mercy odwróciła się do niego tyłem i zawiązała pasek od szlafroka. - 

Myślę, że widziałam już, co chciałam.

Croft wzruszył ramionami. Z żalem rzucił okiem na daleki kąt pomieszczenia.

- Ja nie widziałem wszystkiego, co bym chciał, ale chyba nic więcej już dziś nie zobaczę - 

mruknął. - Teraz, gdy służba nie śpi i nasłuchuje, nie mogę ryzykować wejścia do podziemi. Tym 

razem ktoś mógłby zwrócić na to uwagę. Będę musiał spróbować kiedy indziej.

Wyszedł za Mercy z pomieszczenia i poszli na górę.

Kiedy  Mercy  weszła   do  swojego   pokoju  i  zamknęła   drzwi  łączące   ich   sypialnie,   nie 

usiłował ich otworzyć.

Przez długi czas Mercy siedziała na skraju łóżka, wpatrując się w bezdenne niebo nad 

górami. Postanowiła przeprowadzić następnego dnia poważną rozmowę z Croftem. Zmusi go, 

aby zabrał ją gdzieś na spacer, gdzie nie będzie musiała cały czas mówić szeptem i uważać na 

każde słowo.

Mercy pomyślała, że cały ten gwałt z podsłuchem w sypialni był bardzo na rękę Croftowi. 

Powstrzymywał   ją   od   zadawania   zbyt   wielu   pytań   i   wypowiadania   zbyt   wielu   żądań.   Ten 

człowiek potrafił osiągać swój cel.

N

astępnego ranka, siedząc przy śniadaniu z Isobel, Gladstone'em i z Mercy, Croft nie 

zastanawiał się nad swym talentem do osiągania określonego celu. Poważnie myślał o tym, że 

jego czas w górskiej fortecy Gladstone'a jest ograniczony. Na wieczór zaplanowano przyjęcie. 

Nazajutrz   wyjeżdżali.   W   nocy  omal   nie   doszło   do  nieszczęścia.   Zostawał   jedynie   dzisiejszy 

wieczór.

141

background image

Pyszne śniadanie podano w oszklonym pokoju, z którego na trzy strony rozciągał się 

wspaniały widok. Dallas i Lance serwowali świeże owoce, grzanki w podgrzewanych srebrnych 

pojemnikach, kolumbijską kawę i omlety z kozim serkiem. Croft dostał perfekcyjnie zaparzoną 

herbatę   w   podgrzanym   uprzednio   czajniczku.   Była   to   doskonała   mieszanka   cejlońskich   i 

hinduskich liści herbaty, o świetnym kolorze i aromacie.

Pokój   wypełniało   poranne   słońce,   które   bardzo   ładnie   odbijało   się   w   srebrnej   i 

kryształowej   zastawie.   Łososiowe   serwetki   i   skromny   bukiet   łososiowych   mieczyków 

zapewniały właściwe muśnięcie koloru w tym wytwornym pomieszczeniu.

Croft   wiedział,   że   z   czysto   estetycznego   punktu   widzenia   powinien   zachwycić   się 

aranżacją   kwiatów.   Była   doskonała,   skromna   i   subtelna.   Niewątpliwie   stanowiła   dzieło   rąk 

Isobel. Im dłużej jednak przyglądał się kwiatom, tym natrętniej nękała go myśl o tym, jak te 

kwiaty ułożyłaby Mercy. Przypuszczał, że przede wszystkim wybrałaby jaskrawszy odcień. A 

później   wyeksponowałaby   piękno   kwiatów.   W   końcowym   efekcie   bukiet   stanowiłby   jasny, 

krzyczący,   intrygujący   kontrapunkt   w   pokoju.   Croft   wiedział,   że   byłby   taką   aranżacją 

zachwycony, nawet gdyby ją skrytykował.

Gladstone   był   w   świetnym   nastroju   i   z   dużym   ożywieniem   rozmawiał   z   Mercy   o 

książkach. Z pewnością znał się na tym, co kolekcjonował, i robił to z dużym zacięciem. Mercy, 

tak   samo   jak   poprzedniego   dnia,   wisiała   mu   oczyma   na   wargach,   czynnie   uczestnicząc   w 

dyskusji, podczas gdy Isobel i Croft uprzejmie się przysłuchiwali.

- Musisz mi powiedzieć, jak zdobyłaś Dolinę – stwierdził Gladstone, sięgając po grzankę. 

- Nie miej mi tego za złe, moja droga, ale prędzej bym się spodziewał, iż ta książka wypłynie w 

jakimś   angielskim   domu   aukcyjnym   niż   w   antykwariacie   w   stanie   Waszyngton.   To   cenna 

pozycja.

- To  właśnie  jest  cudowne  w  handlu  książkami,  prawda?   - Mercy uśmiechnęła  się  z 

zadowoleniem. - Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek się natknie na jakąś wyjątkową okazję. 

Znalazłam Dolinę w kufrze z książkami, który kupiłam na pchlim targu. Nie miałam pojęcia, co 

jest w środku. Myślałam, że kufer pełen jest byle jakich powieści i jakiegoś śmiecia.

- Na pewno byłaś bardzo podekscytowana, kiedy się okazało, co ci wpadło w ręce.

- Z początku nie byłam pewna, ale przepracowałam parę lat jako bibliotekarka i na tyle 

znam się na książkach, żeby się domyślić, że Dolina może być cennym nabytkiem. Potrafiłam się 

142

background image

także dowiedzieć, czy ta książka jest naprawdę coś warta. Kiedy tylko udało mi się stwierdzić, że 

jest to oryginał, a nie udana reprodukcja, dałam ogłoszenie do katalogu, który wpadł ci w ręce.

- Czy ktoś jeszcze zwrócił się do ciebie w związku z ogłoszeniem? - spytał od niechcenia 

Gladstone.

Croft   zobaczył,   że   Mercy   zamrugała   oczami,   ale   odpowiedziała   bez   namysłu   i   bez 

zająknięcia:

- Nie. Nikt więcej nie dzwonił. Byłam zachwycona twoją ofertą.

-   Musiałaś   się   pewno   zastanawiać   nad   moimi,   eee,   zainteresowaniami.   Myślałaś,   że 

jestem jakimś starym lubieżnikiem?

- Skądże znowu - odparła  natychmiast  Mercy.  -  Dolina  w żadnym  wypadku  nie jest 

pornografią.   Miedziorytowe   ilustracje   są   pięknie   wykonane,   a   treść   jest   bardzo   literacka. 

Pierwszy właściciel musiał wydać majątek na oprawienie książki w tę doskonale wyprawioną 

marokańską skórę. Wielu kolekcjonerów chciałoby mieć na swoich półkach tak świetny unikat. 

To bardzo rzadka rzecz.

-   Rzeczywiście.   Wczoraj   wieczorem   nie   miałem   za   dużo   czasu,   ale   mam   w   swoich 

zbiorach   jeszcze   cenniejsze   egzemplarze   unikatów.   Na   przykład   japoński   malowany   zwój 

pergaminu z siedemnastego wieku. Nie jest to prawdziwa książka, to prawda, ale nie byłem w 

stanie  się powstrzymać,  kiedy znalazła  się na  rynku.  Japończycy,  podobnie  jak Chińczycy  i 

Indianie,   mają   wyszukaną   sztukę   erotyczną.   Ten   dział   mojej   kolekcji   nie   należy   do   moich 

głównych zainteresowań, lecz mimo to chciałbym,  aby był jak najdoskonalszy. Kupuję tylko 

najlepsze okazy.

Croft zobaczył, że Mercy przelotnie rzuciła okiem na Isobel, która tego nie dostrzegła.

- Masz szczęście, że stać cię na rozwijanie zainteresowań. Nie wszyscy możemy sobie na 

to pozwolić.

Gladstone zachichotał.

- Odziedziczenie dużych pieniędzy po kilku pokoleniach oszczędnych przodków bardzo 

pomaga.

Nagle zwrócił się do Crofta:

- Powiedz mi, Croft, czy podzielasz zainteresowania Mercy rzeczami rzadkimi i cennymi?

Croft spojrzał na Mercy.

143

background image

- Czasami rzeczy rzadkie i drogie szalenie mnie fascynują.

Być może to wyjaśniało jego fascynację Mercy Pennington, pomyślał Croft. Była czymś 

niesłychanie rzadkim i cennym, i zupełnie nie miała pojęcia o swej wyjątkowości. Rozkwitła dla 

niego jak jeden z tych pięknych kwiatów na górskiej łące, nieświadomych, że są tak wspaniałe.

- Zawsze starałem się otaczać rzeczami  pięknymi,  rzadkimi i cennymi  - kontynuował 

Gladstone. - Niektórzy ludzie twierdzą, iż jesteśmy tym, co jemy, ale ja wierzę, że w równie 

istotny sposób wpływa na nas otoczenie. Zgadzasz się ze mną?

Croft przyglądał się, jak Mercy je truskawkę. Sprawiało jej to wielką przyjemność i było 

to   widać.   Jej   przyjemność   sprawiała   przyjemność   Croftowi.   Niechętnie   oderwał   wzrok   od 

czerwonej, okrągłej truskawki znikającej w ustach Mercy i spojrzał na Gladstone'a.

- Umiejętność docenienia czegoś rzadkiego, egzotycznego czy pięknego zależy w dużej 

mierze od naszego wykształcenia i rozwoju pewnego typu wrażliwości. Nie ma nic wspólnego z 

tym, czy ten, który na to patrzy, ma w sobie odpowiednie cechy. Jeżeli człowieka z gruntu złego 

otoczy się dziełami sztuki i wielkiej urody, nie zmieni to jego natury.

- Innymi słowy - stwierdziła Mercy, sięgając po następną truskawkę - z ucha świni nie 

zrobi się jedwabnej sakiewki.

- Właśnie - mruknął Croft. Ale, dodał w duchu, to ucho można tak zakamuflować, że 

przez długi czas nikt go nie rozpozna.

Mercy wydęła wargi.

-   Skoro   już   mówimy   o   cennych   rzeczach,   to   czy   nie   boisz   się   tłumu   gości   dziś 

wieczorem? Co z zabezpieczeniem? Nie obawiasz się o swoją kolekcję?

- Dallas i Lance się tym zajmują - wyjaśniła Isobel. - A poza tym naprawdę nie musimy 

się przejmować możliwością kradzieży. Artyści z kolonii są bardzo wdzięczni Erasmusowi za 

jego patronat. Nikt z nich nie nadużyłby jego gościnności.

- Rozumiem. - Mercy zabrała się do omletu z kozim serkiem.

- Na co macie dzisiaj ochotę? - spytał życzliwie Gladstone. - Chcielibyśmy, żeby wam 

czas miło upłynął.

- Z chęcią poszłabym po śniadaniu na spacer - powiedziała Mercy, rzucając stanowcze 

spojrzenie na Crofta. - Nie miałam jeszcze okazji do podziwiania widoków.

144

background image

- Doskonały pomysł - przyznał Gladstone. - Mamy tu szereg alpejskich łąk i wspaniałe 

widoki na góry. Proponowałbym jednak, abyście zabrali ze sobą topograficzną mapę i kompas, 

albo nie oddalali się zbytnio od domu. Bardzo łatwo się tu zgubić. Nie wolno zapominać, że to 

jest naprawdę dzika okolica, jedna z ostatnich w Stanach.

-   Wyruszymy   zaraz   po   śniadaniu   -   powiedziała   entuzjastycznie   Mercy.   Po   czym 

uśmiechnęła   się   łagodnie   do   Crofta.   -   Założę   się,   że   Croft   wie,   jak   się   posługiwać   mapą   i 

kompasem, prawda, Croft?

W jej szeroko otwartych, niewinnych, zielonych oczach dojrzał chęć żartu i stwierdził, że 

ta część jej osobowości bardzo mu odpowiada. Mimo to nie zwiodła go ani na moment. Słodka, 

seksowna wiedźma chce go wyciągnąć z domu, żeby go pouczać do upojenia. Croft poddał się. 

Ostatnio coraz częściej mu się to zdarzało wobec Mercy.

- Na pewno nie zabłądzimy - stwierdził spokojnie i wrócił do omletu.

Godzinę później szli, według wskazówek Dallasa, w kierunku łąki, która była podobno w 

pełnym rozkwicie. Mercy miała na sobie dżinsy, kolorową koszulę i buty marki Nike. Związała 

włosy w krotki koński ogon i Croft pomyślał, że wygląda bardzo świeżo i uroczo. Zapowiadał się 

przyjemny poranek.

- Pewno, że nie zabłądzimy - przedrzeźniała go Mercy. - Od razu wiedziałam, że jesteś 

ekspertem od przechadzek w dzikich okolicach, tak jak od wszystkiego innego.

-   Nie   jestem   ekspertem   od   wszystkiego   i   nie   idziemy   daleko.   -   Nie   podobał   mu   się 

prowokujący ton jej głosu. Szukała sposobu, aby go złapać. - Nie rób tego - poradził.

- Czego?

- Nie staraj się mnie sprowokować. Wiem, że w tej chwili uważasz to za jedyną formę 

zemsty, ale nie jestem w nastroju.

- Zemsty? - Zrobiła niewinną minę. - Dlaczego miałabym się na tobie mścić? Tylko za to, 

że cała moja przyszłość wisi na jednej nitce i śmiertelnie się boję, że zrobisz coś, co tę nitkę 

przetnie?

- Nie przesadzaj. Cała twoja przyszłość nie wisi na nitce.

- Ależ tak. Lepiej bardzo uważaj ze swoim śledztwem przeciwko Gladstone'owi, bo to ja 

za to zapłacę. I nie życzę sobie więcej takich scen jak dziś w nocy.

- Nic by się nie stało, gdybyś nie wychodziła niepotrzebnie ze swego pokoju.

145

background image

- Nie  zrzucaj   teraz  wszystkiego  na  mnie.  To  wyłącznie   twoja  wina.  Zapewne  dzisiaj 

wieczorem, w trakcie przyjęcia, zamierzasz znów spróbować tam wejść?

Uniósł jedną brew, lekko zaskoczony jej przenikliwością.

- Nie mam wyboru. Jutro wyjeżdżamy. Jeśli mam znaleźć potrzebny mi dowód, muszę to 

zrobić dziś wieczorem.

- Czyli dziś w nocy w ogóle nie wszedłeś do podziemi?

- Nie miałem żadnej szansy. Właśnie zabierałem się do zamka, kiedy cię usłyszałem.

-   Ach,   jesteś   także   włamywaczem?   Umiesz   otwierać   zamki?   Co   za   wszechstronnie 

utalentowany człowiek.

Postanowił nie zwracać uwagi na jej sarkazm.

- Nie jestem włamywaczem, lecz w przeszłości musiałem się paru rzeczy nauczyć.

- Ach, tak, twoja przeszłość - podchwyciła z ponurą determinacją Mercy. - O tym właśnie 

chciałabym z tobą porozmawiać. Myślę, że możemy to zrobić teraz.

- Daj spokój, Mercy.  - Croft nagle poczuł się nieswojo. - Na ogół nie rozmawiam o 

przeszłości.

- Ze mną porozmawiasz. Teraz.

- Doprawdy? A to dlaczego?

- Ponieważ - obwieściła z widoczną satysfakcją - mam zamiar cię szantażować.

Croft zatrzymał się gwałtownie na stromej ścieżce.

- Możesz powtórzyć?

- Słyszałeś. Mam zamiar cię szantażować, abyś odpowiedział w końcu na parę moich 

pytań. Albo się zgodzisz, albo zdradzę cel twojej wizyty.  Gladstone wyrzuci cię z domu tak 

prędko, że nie będziesz wiedział, co się stało.

Croft wpatrywał się w Mercy. Mógłby ją podnieść jedną ręką, zawiesić nad brzegiem 

przepaści, ażby krzyczała w panice i nie mogła nic zrobić. Była delikatna jak kwiat, a mimo to 

wcale się go nie bała. Nie zdawała sobie sprawy z niebezpiecznej sytuacji.

Croft lekko się uśmiechnął. Pomyślał, że Mercy prawdopodobnie nie zdaje sobie również 

sprawy ze swojej integralności. Nie potrafiłaby go zdradzić, ponieważ w głębi duszy nie była 

zdolna do zdrady. Poza tym ufała mu.

- Blefujesz - powiedział Croft. I ruszył wąską ścieżką w kierunku łąki.

146

background image

Rozdział jedenasty

M

ercy była wściekła. Na nic cała jej wydumana taktyka.

- Skąd wiesz, że blefuję? - spytała, idąc za nim wąską dróżką.

Spojrzał na nią przez ramię.

- Uważaj, jak idziesz. Kwiaty na tych łąkach są szalenie delikatne i bardzo krotko kwitną. 

Lato nie trwa tu długo.

- Znam się na górskiej florze i faunie – poinformowała go ostrym tonem. - Nie jestem 

kompletną idiotką.

Uśmiechnął się i usiadł na leżącym obok kamieniu, jednym z wielu, jakie ktoś zgromadził 

na tym krańcu łąki.

- Wiem, że nie jesteś idiotką, Mercy, czasem jednak jesteś trochę za bardzo spontaniczna i 

naiwna. Chodź tutaj, usiądź i patrz na kwiaty. To rzadki widok: wysokogórska łąka w pełnym 

rozkwicie.

- Mówiłam ci już, że nie cierpię, kiedy odnosisz się do mnie protekcjonalnie i odgrywasz 

intelektualnego samca?

- Chyba coś wspominałaś, ale nie w ciągu ostatnich pięciu minut.

Mercy   podeszła   i   usiadła   na   nagrzanym   słońcem   kamieniu.   Wiatr   rozwichrzył   lekko 

włosy Crofta. Jak zwykle miał na sobie czarne spodnie i ciemną koszulę. Podciągnął jedną nogę i 

oparł na kolanie ramię, wpatrując się w oszałamiającą panoramę. Jego ciemna sylwetka ostro 

odbijała się w świetle słońca i na tle otaczających ich jaskrawych kolorów.

Coś   przeleciało   przez   myśl   Mercy,   wyobrażenie   Crofta   prześlizgującego   się   między 

dwoma wymiarami, swoim własnym i tym, w którym ona przebywała. Miała czasem wrażenie, 

że Croft, podobnie jak opuszczone miasto, przez które przejeżdżali w drodze do posiadłości 

Gladstone'a, pochodzi nie z tego świata.

Mercy z nagłą przenikliwością doszła do wniosku, że Croft potrzebuje kotwicy, czegoś, 

co by go mocno przywiązało do tutejszości i teraźniejszości. Zbyt łatwo się wyłączał i uciekał do 

147

background image

własnego   świata,   gdzie   wszystko   można   było   określić   w   kategoriach   zamkniętych   i   nie 

zamkniętych Kół. Z trudem akceptował dziwactwa, nierozsądek i nieprzewidywalność zachowań 

tych,   którzy   zamieszkiwali   rzeczywisty   świat.   Jednocześnie   Mercy   podejrzewała,   że   Croft   z 

jeszcze większym niepokojem mógł przyjąć możliwość występowania tych cech u siebie samego.

Oderwała wzrok od Crofta i zmusiła się do podziwiania krajobrazu. Musiała przyznać, iż 

jest doprawdy wspaniały. Kępy delikatnych dzikich kwiatów kwitły w zaskakującej mnogości, 

roztaczając wszystkie swe wdzięki w krótkim czasie, jakim dysponowały. Trawiasty dywan, w 

którym   rosły,   był   soczystozielony.   Niedaleko,   na   szczytach   gór,   błyszczał   śnieg.   Czuła   na 

ramionach ciepło słońca.

- Priorytety Falconera - powiedziała z westchnieniem Mercy.

- Co to ma znaczyć?

Wzruszyła ramionami.

- To typowe dla ciebie: bardziej się martwisz, żebym nie nadepnęła na kwiatek, niż że 

mogłabym cię szantażować.

- Mercy, oboje doskonale wiemy, że nie jesteś w stanie mnie szantażować. Nie strasz 

mnie czymś, czego nie umiesz zrobić.

- Nie powiesz mi o swojej przeszłości?

- Nie teraz. Może nigdy. Uwierz mi, kochanie, że nie chciałabyś o tym słuchać.

- Może masz rację. Dobrze, nie musisz mi o tym opowiadać. Ale musisz mi odpowiedzieć 

na parę pytań związanych ze sprawą Gladstone'a. Mnie to też dotyczy i chcę znać twoje plany.

-   Już   ci   powiedziałem.   Chcę   coś   znaleźć,   cokolwiek,   co   mogłoby   wskazywać   na 

powiązania Gladstone'a z Eganem Gravesem.

- Myślisz, że znajdziesz na to dowody w podziemiach?

- To najbardziej prawdopodobne miejsce. Jeśli nie tam, to może jest coś u niego w biurze. 

Powinienem zdążyć ze sprawdzeniem obu miejsc w czasie dzisiejszego przyjęcia. Isobel mówi, 

że będzie około pięćdziesięciu gości.

- Tym łatwiej ktoś cię nakryje.

- Tym łatwiej będzie mi zniknąć.

Mercy zadrżała.

- Wolałabym, abyś dał sobie z tym spokój, Croft.

148

background image

- Nie mogę.

Usłyszała w jego głosie determinację; westchnęła.

- Nie, nie możesz tego zostawić, prawda? Jesteś Croftem Falconerem, a to znaczy, że 

musisz zamknąć wszystkie drzwi, zalepić wszystkie szpary i powstrzymać wszystkie przecieki. 

Wszystko musisz przewidzieć i zabezpieczyć. Żadne pytanie nie może pozostać bez odpowiedzi.

- Zamknięte Koło.

- Jaka ona była, Croft? Ta młoda kobieta, którą pojechałeś ratować na Karaibach?

Croft zawahał się, po czym, ku zdumieniu Mercy, odpowiedział na jej pytanie.

- Osiemnastolatka. Ładna. Blondynka. Wysportowana. Pełna życia. Kiedy zabrałem ją z 

wyspy,   nie   była   już   ładną,   osiemnastoletnią   blondynką,   energiczną   i   pełną   życia.   Była 

uzależniona od narkotyków, wierzyła, że Egan Graves da jej prawdziwe zbawienie, i myślała, że 

spełnia swój obowiązek wobec Kościoła, sypiając z kumplami Gravesa.

- Brrr.

- Tak.

Mercy przez chwilę rozmyślała, przygryzając dolną wargę.

- A co jest z nią teraz?

- Jej ojciec mówił, że odzwyczajenie jej od narkotyków i przekonanie, że Graves był 

zwyczajnym alfonsem i handlarzem prochami, trwało rok. Ale dwa lata temu zaczęła studia i 

jeszcze ich nie rzuciła.

Mercy bezwiednie westchnęła z ulgą.

- Czyli wydobyła się z tego?

- Na to wygląda.

- Ty ją ocaliłeś - powiedziała cicho Mercy. - Już by przypuszczalnie nie żyła, gdybyś jej 

nie wyratował. Spotykasz się z nią czasem?

- Nie, ona mnie nie pamięta. Tamtej nocy wpadła w histerię. Podobnie jak inni, których 

udało mi się powstrzymać przed rzuceniem się w ogień. Wszystkich przekazałem przed świtem 

Rayowi, który czekał w łodzi kilka kilometrów od brzegu. Nigdy więcej nie widziałem tych 

dzieciaków, a oni też mi się dokładnie nie przyglądali. Powiedziałem Rayowi, że Graves nie żyje.

- Rayowi?

149

background image

- Rayowi Chandlerowi. To właśnie jego córkę miałem zabrać z wyspy.  Chciał dostać 

Gravesa w swoje ręce.

- To on cię poprosił, żebyś pojechał na wyspę?

- Tak.

- I nie wziąłeś pieniędzy za swoje usługi?

Croft rzucił jej dziwne spojrzenie.

- Nie, nie od Raya Chandlera - wyjaśnił cicho. - Miałem u niego dług.

- Dlaczego?

-   Ray   pracuje   dla   rządu.   Kiedyś   oddał   mi   przysługę.   Odwrócił   się   dyskretnie,   kiedy 

potrzebowałem paru informacji z poufnych materiałów.

- Kiedy więc Ray zwrócił się do ciebie o pomoc, ty mu się zrewanżowałeś.

-   Niektórzy   ludzie   nazywają   to   podtrzymywaniem   dobrej   karmy.   Inni   nazywają   to 

honorem. Ja to nazywam zamykaniem Koła.

- Tak właśnie przeżywasz życie, prawda? Utrzymujesz to... to Koło zamknięte wokół 

siebie. Wszystko musi być pod kontrolą. Również ja.

- Nawet nie wiesz, jaką niewiadomą jesteś w tym wszystkim, Mercy. Kiedy myślę, że już 

cię przyskrzyniłem,  robisz coś, co mnie śmiertelnie poraża. Na przykład dziś w nocy,  kiedy 

zeszłaś za mną na dół. Nigdy więcej tego nie rob.

Niewiadomą? Mercy poczuła przypływ odwagi.

- Wiesz, co myślę, Croft? Że od czasu do czasu trzeba tobą trochę potrząsnąć. Jesteś zbyt 

sztywny, zbyt rutynowy. Złościsz się, kiedy musisz zrezygnować z porannej medytacji albo kiedy 

kelnerka   przyniesie   ci   letnią  herbatę.  Uważasz,  że   twój   sposób  robienia  rożnych   rzeczy  jest 

jedyny i stajesz się tyranem, kiedy ktoś zaczyna z tobą dyskutować. Ta filozofia zamkniętego 

Koła wydaje mi się szalenie ograniczona. Sprawia, że nie jesteś elastyczny.  Może nawet nie 

pozwala ci się zakochać. - Mercy potrząsnęła głową. - Nie wydaje mi się to zdrowym stylem 

życia.

- A twój jest niby lepszy? Jesteś naiwna, nieopanowana i nieokiełznana. Specjalnie starasz 

się doprowadzić mnie do tego, żebym wpadł w gniew albo stracił nad sobą kontrolę. Tak, robisz 

to - dodał z mocą, widząc, że Mercy otwiera usta, aby zaprzeczyć. - Dziś w nocy mieliśmy tego 

klasyczny przykład. Nie przyszedłem do twego pokoju, aby bawić się w jakieś związki.

150

background image

- Nie, myślałeś, że wparujesz o dowolnej porze i lekko mnie podniecisz szybkim seksem 

bez zaangażowania. I jeszcze się upewnisz, że nadal mnie kontrolujesz. Wiem, jakimi torami 

podąża twoja myśl. Nie jestem aż tak naiwna. Myślisz, że jeśli połączy nas seks, to nie będę się 

sprzeciwiać twoim rozkazom i żądaniom. Nie lubisz, kiedy myślę samodzielnie, prawda? Nie 

podoba ci się, że patrzę obiektywnie na problem Gladstone'a. Dla ciebie jest to niebezpieczne, 

ponieważ mogłabym dojść do wniosku, że Gladstone jest niewinny, Nawiasem mówiąc, jestem 

prawie pewna jego niewinności, mimo twoich wyczynów w sypialni.

- Moja umiejętność seksualnego przywiązywania nie na wiele się zatem przydała. - Croft 

wykrzywił usta w grymasie.

- Pomyślałam sobie, że lepiej, abyś to wiedział.

- Doceniam twoje ostrzeżenie.

- Nie ma sprawy. - Mercy uświadomiła sobie, że teraz jemu udało się ją sprowokować.

Po dłuższej chwili ciszy Croft odezwał się:

- Jak chodzi o tę noc...

- Jeśli zamierzasz mnie przepraszać, to musisz się bardzo postarać. Nie jestem w nastroju 

do wysłuchiwania wymuszonych wysiłków zmierzających do poprawienia sytuacji.

- Chcesz, żebym tu ukląkł?

- Oczywiście.

- Wydaje mi się, że w pewnym momencie klęczałem przed tobą w nocy - stwierdził Croft. 

- Czy to się nie liczy?

- Ty... Zapowiedziałam, że cię uduszę i dziś to zrobię. - Mercy poderwała się z kamienia z 

prędkością wybuchającego granatu. Rzuciła się na Crofta, nie zważając na niebezpieczeństwo.

Chwycił ją bez trudu, przytulając do szerokiej piersi, żeby ją uchronić przed zranieniem 

się o skały. Z Mercy ciasno do niego przyciśniętą zsunął się łagodnie z kamienia na trawę.

Mercy poczuła twarde ciało Crofta, zamknęła oczy, gdy niebo zawirowało jej nad głowa, 

a kiedy je otworzyła, leżeli razem na łące, Croft na niej, ona zaś spoglądała wprost w jego 

roześmiane brązowe oczy.

Ten śmiech szybko ją rozbroił. Mercy uwielbiała śmiech Crofta.

- Myślisz, że jesteś najwspanialszym człowiekiem pod słońcem, co? - spytała i wplotła 

palce w jego włosy.

151

background image

- Gdybyśmy mieli więcej czasu, kochałbym się z tobą tutaj, na słońcu. Nieźle wyglądasz 

na dywanie z kwiatów.

- Nie boisz się, że je pogniotę?

- Twoje włosy rozrzucone na trawie wynagradzają mi tę stratę.

- To znaczy, że nie mamy czasu?

- Rozczarowana?

- Nawet gdyby tak było, nigdy bym się nie przyznała. I tak jesteś zbyt pewny siebie. Poza 

tym wiem, dlaczego tak ci się śpieszy do domu. Masz misję do spełnienia i nic nie może ci 

przeszkodzić. Porządek musi być, najpierw interesy, potem przyjemność, trzeba zamknąć Koło, i 

tak dalej, i tak dalej.

Przesunął wargami po jej ustach.

- Dlaczego stale ze mną walczysz? Dlaczego nie możesz mnie przyjąć takiego, jakim 

jestem, i zaakceptować tego, co jest między nami?

- Głownie dlatego, że nie mam pojęcia, co jest między nami. - Mercy odepchnęła jego 

ramiona i Croft powoli usiadł. Spojrzała za siebie, żeby sprawdzić, ile delikatnych stokrotek i 

niebieskich orlików zgniotła padając, ale Croft, w typowy dla siebie sposób, tak pokierował ich 

upadkiem, żeby ominąć kwiaty.

- Od samego początku ci mówiłem, że przy mnie nie masz się czego bać. - Wyciągnął 

rękę i bardzo delikatnie  dotknął  małego  gwiaździstego  orlika rosnącego między skałami.  - I 

chyba od początku mi ufałaś. Dlaczego więc teraz kłócisz się ze mną, czemu mnie prowokujesz?

- To nie jest kwestia zaufania. No, może w pewnym sensie jest. Przyznaję, choć mnie to 

złości, że mam do ciebie zaufanie. Wierzę, że jesteś wierny sobie i swojej filozofii. Ale nie 

jestem   pewna,   gdzie   jest   w   tym   moje   miejsce.   Nie   mogę   się   pozbyć   wrażenia,   że   mnie 

wykorzystujesz. Poprzednim razem, kiedy wykorzystał mnie mężczyzna, łatwo mi przyszło go 

znienawidzić. Odrzucał mnie i on, i to, co zrobił. Bez trudu od niego odeszłam. Z tobą jestem w 

pułapce.

- I nie nienawidzisz mnie.

Mercy westchnęła z żalem, myśląc o poprzedniej nocy.

- To chyba widać, prawda?

Wyraz jego oczu stał się daleki i surowy.

152

background image

-   Wiem,   że   kiedy   się   to   wszystko   skończy,   niezależnie   od   rezultatów,   będę   twoim 

dłużnikiem. Zawsze spłacam swoje długi i ten też spłacę, Mercy. Przysięgam.

- To wspaniale. - Zerwała się na nogi, strzepując kurz z dżinsów. - Będę się musiała 

poważnie zastanowić, czego od ciebie zażądać. W końcu będę się musiała odkuć.

Ruszyła przez łąkę, wiedząc, że Croft idzie za nią. Słońce nadal grzało i kwiaty kwitły 

rozkosznie, ale dzień stracił coś ze swej jasności. Mercy zrozumiała, że Croft poprzez swoje 

zobowiązanie będzie się czuł ostatecznie z nią związany. 

Będzie jej dłużnikiem.

Nie   miała   pojęcia,   jak   zmienić   w   związek   miłosny   dług   honorowy,   zwłaszcza   dług 

wynikający z surowej, własnej etyki Crofta.

- Mercy, zaczekaj.

Croft wyciągnął rękę i zatrzymał Mercy. Spojrzała mu w oczy.

- O co chodzi, Croft?

- Myliłem się - powiedział ochrypłym z lekka głosem, biorąc jej twarz w swoje dłonie. - 

Mamy dość świata. Mamy tę całą górską łąkę. To świat sam w sobie.

- A czas? - szepnęła.

- Znajdziemy go.

Kiedy Croft kładł Mercy na trawie, wróciła jasność dnia. Objęła go za szyję i pomyślała, 

że musi jej bardzo pragnąć, skoro zmienił zamiar. Uśmiechnęła się do swoich myśli.

Croft jęknął i wyciągnął się przy niej na trawie.

- Naprawdę jesteś czarownicą. - Przycisnął udem jej nogi i zaczął rozpinać guziki bluzki. 

-   Zobacz   tylko,   co   ty   ze   mną   robisz.   -   Wziął   jej   rękę   i   położył   na   rosnącej   wypukłości, 

napierającej na materiał spodni. - Nie mam nad tobą żadnej kontroli.

Mercy wplotła palce w jego gęste włosy. Oczy miała zamglone.

- To działa w obie strony - powiedziała. - Spójrz, co ty ze mną robisz.

- Wolałbym to raczej poczuć. Tak lubię cię dotykać.

Zsunął   jej   bluzkę   z   ramion   i   zaczął   rozpinać   dżinsy.   Działał   szybko,   z   jawną 

niecierpliwością. Kilka minut  później Mercy leżała  naga na polu dzikich kwiatów. Jej skórę 

grzało słońce i dotyk mężczyzny, który trzymał ją tak, jakby była jego częścią.

- Twoje ubranie - szepnęła. Dotknęła drżącymi palcami guzików jego koszuli.

153

background image

- To nieważne - mruknął. - Sam się tym zajmę. - Rozpiął suwak od spodni, usiadł po 

turecku i znów sięgnął po jej rękę. - Teraz możesz mi pomóc. - Nakierował jej palce na otwór w 

spodniach.

- Croft?

Spoglądał na nią figlarnie i pożądliwie. Oczy mu błyszczały.

- Długo mam czekać?

Wsunęła rękę w otwór spodni, znalazła rozporek slipek i zamknęła palce na twardym 

członku. Ciepłe, męskie ciało pulsowało w jej dłoni. Mercy delikatnie wyzwoliła członek Crofta 

z uwięzienia. Dotknęła go lekko, z wahaniem, i Croft jęknął. Wilgotna kropla zalśniła na czubku 

członka i zwilżyła czubek palca Mercy.

- Chodź tutaj, kotku. Nie mogę dłużej czekać. - Przyciągnął ją do siebie i posadził na 

swoich udach.

Mercy   złapała   go   za   ramiona,   siedząc   naprzeciwko   niego,   z   udami   szeroko 

rozwiedzionymi, z sekretnym miejscem między nogami w pełni widocznym. Twardy członek 

Crofta napierał na wewnętrzną stronę jej uda, ciężki i niecierpliwy.

- Croft, nie jestem pewna, czy to jest... - Nie przychodził jej na myśl żaden logiczny 

powód protestu. W ogóle nie była w stanie myśleć. Wiedziała jedynie, że siedząc w takiej pozycji

czuje się niesłychanie lubieżna.

-   Spokojnie   -   szepnął.   -   Pamiętaj,   że   przy   mnie   zawsze   jesteś   bezpieczna.   -   Później 

dotknął jej, świadomie badając palcami, sprawiając, iż Mercy cała zadrżała. Krzyknęła cicho i 

zamknęła oczy.

Croft   otarł   palec   o   wilgoć   na   jej   udach   i   powoli   masował   pączek   jej   rozkoszy. 

Zadowolony z jej reakcji, przesunął palec niżej. Mercy zadrżała, kiedy wsunął palec do środka, a 

potem przesunął go jeszcze niżej, odszukując wrażliwe  miejsce poniżej miękkiego,  mokrego 

tunelu. Tam poruszył się powoli w delikatnym masażu, doprowadzając Mercy do szaleństwa.

- Croft! - Zakręciła biodrami, starając się być jak najbliżej niego. - Och, Croft!

- Wiem - mruknął głosem mrocznym i ochrypłym z pożądania. - Wiem, czego chcesz. 

Zaraz ci to dam. Teraz. - Wziął jej pośladki w dłonie i z nieskończoną, dręczącą powolnością, 

wsunął ją na wzniesiony członek.

154

background image

Mercy   całym   ciałem   odczuwała   każdy   jego   centymetr,   jej   ciało   zacisnęło   się   w 

oczekiwaniu,   kiedy   Croft   w   nią   wszedł.   Śpieszyła   się   teraz.   Nie   była   w   stanie   kontrolować 

przenikających ją fal pożądania. Ciemny błysk w oczach Crofta zdradził, iż razem z nią dąży do 

celu.

Croft   zaczął   sterować   rytmem   ich   ciał.   Z   rękami   na   biodrach   Mercy   kołysał   nią   w 

zmysłowym tańcu.

Gwałtowny orgazm, który wstrząsnął nimi jednocześnie, był równie naturalny i wspaniały 

jak widok otaczających ich gór i łąk.

Okrzyk radosnej satysfakcji Crofta odbił się echem od gór.

Na koniec padli objęci na trawę i leżeli tak, dopóki ożywcze powietrze i jaskrawe słońce 

nie przywróciło im energii.

I

sobel Ascanius stała w oknie i przyglądała się Croftowi i Mercy wracającym ze spaceru. 

Zobaczyła, jak Falconer zatrzymuje się na chwilę i zdejmuje źdźbła trawy i kawałki suchych liści 

z włosów Mercy. Nietrudno było zrozumieć, że w jakimś momencie porannego spaceru Mercy 

leżała na plecach na ukwieconej łące. Isobel poczuła dziwną zazdrość.

Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz kochała się na trawie pod słonecznym niebem. Isobel 

starannie dbała o swój egzotyczny wygląd. Jej piękna, chłodna, wyzywająco zmysłowo fasada 

zawsze przyciągała uwagę. Od swych kochanków wymagała zręczności i doświadczenia. Nie 

była typem kobiety, która zadowoliłaby się zwykłą akrobatyką w trawie. Mało który mężczyzna 

odważyłby   się   jej   to   zaproponować.   Nie   mogła   sobie   na   przykład   wyobrazić   Erasmusa 

Gladstone'a   składającego   taką   propozycję.   Gladstone   był   doświadczonym   kochankiem,   ale 

czasami czuła do niego wstręt. Jego namiętność była zimna i mechaniczna, satysfakcjonująca, 

lecz nigdy nie uszczęśliwiająca.

Isobel mówiła sobie, że wystarcza jej beznamiętne kochanie się z Gladstone'em. Seks 

znajdował się nisko na liście jej potrzeb i pragnień. Prawdziwą przyjemność czerpała z faktu, iż 

Gladstone szanował jej umiejętności w dziedzinie bezpieczeństwa, i miała zamiar oszołomić go 

swymi planami strategicznymi. Musiała znaleźć sposób, aby go przekonać, że jest mu niezbędna.

Zaczęła pracować dla Gladstone'a, ponieważ czuła, że pewnego dnia stanie się na tyle 

potężny, iż będzie mógł jej zapewnić taki poziom władzy, o jakim marzyła. Pewnego dnia ona 

155

background image

także   znajdzie   się  na   czele   przynoszącej   ogromne   zyski   sieci   dostarczającej   podniecających, 

nielegalnych produktów dla rozpieszczonej, egocentrycznej i krótkowzrocznej klienteli. Będzie 

nieprawdopodobnie bogata, będzie panią życia i śmierci innych. Jej cel był jasny i wyraźny, i 

zamierzała go osiągnąć.

Kiedy jednak obserwowała wracającą do domu Mercy, zaczęła się zastanawiać, jakby to 

było na łące z Croftem Falconerem.

- Czy wszystko jest pod kontrolą na dzisiejszy wieczór? - spytał za jej plecami Erasmus.

- Oczywiście. Pewien jesteś, że musimy się pozbyć Falconera?

- Lepiej  się  zabezpieczyć,   niż  później   żałować  -  mruknął  Gladstone.  -  Z pozoru  jest 

zwykłym,  niezbyt  interesującym  człowiekiem. Na pewno doskonałym kochankiem dla naszej 

nudnej panny Pennington. Ale coś mnie w nim niepokoi. Czy zauważyłaś, jak on się porusza?

Isobel zerknęła przez okno.

- Zauważyłam.

- Nie podoba mi się to, że sprawy w motelu potoczyły się niekorzystnie. W jakiś sposób 

Falconer wydostał książkę z sejfu, nim dotarł do niej Dallas. I nie podoba mi się to, że w nocy 

znalazłaś Falconera i Mercy w ogrodzie. To zbyt blisko podziemi. Najbardziej jednak nie podoba 

mi się to, że nie dowiedziałaś się niczego o Falconerze.

- Wiem - powiedziała cicho Isobel. - Powinnam już coś o nim wiedzieć.

- Właśnie. Biorąc pod uwagę wszystkie te fakty oraz podejrzany brak informacji sądzę, że 

należy się go pozbyć.

- A panna Pennington?

Gladstone lekceważąco machnął ręką.

- Nalegałem, aby przyjechała z książką tutaj, żebym mógł ją osobiście ocenić i stwierdzić, 

ile wie. Zawsze istniała możliwość, że poznała prawdziwą wartość Doliny i chciała mnie złapać 

w pułapkę lub zaplanować szantaż. Wtedy łatwiej byłoby nam pozbyć się jej tutaj niż na jej 

terenie. Ale ona najwyraźniej jest tylko tym, na co wygląda. Naiwna panienka. Z drugiej strony, 

jeśli   Falconer   jest   kimś   innym,   niż   twierdzi,   przypuszczalnie   byłoby   najlepiej,   gdyby   pannę 

Pennington także spotkał tragiczny wypadek. Nic ani nikt nie może mnie łączyć z Doliną.

Isobel głęboko wciągnęła powietrze, zastanawiając się, nie pierwszy raz, czym jest dla 

Gladstone'a zabijanie. Wiedziała, że jest teraz z nim związana. Z zimną krwią podjęła decyzję i 

156

background image

nie   zamierzała   się   wycofywać.   Przez   cały   czas   przygotowywała   się   do   tego,   aby   stać   się 

doskonałą   najemniczką   i   doskonałą   konsultantką   w   sprawach   bezpieczeństwa   dla   jakiegoś 

bogatego i potężnego człowieka. Nie zawaha się przed pierwszym zabójstwem. Taka była droga 

do władzy, jakiej pragnęła. Pewnego dnia, jeśli jej plany się spełnią, to ona będzie wynajmowała 

ludzi do brudnej roboty.

A jednak zaniepokoiła ją dziwna obawa, jaką w głębi duszy odczuwała. Niewątpliwie 

byłoby jej łatwiej, gdyby udało jej się wyperswadować Gladstone'owi pozbycie się Falconera i 

dziewczyny. Byłoby to też bezpieczniejsze. Śmierć zawsze wywoływała pytania, a pytania mogły 

jej zaszkodzić.

- Skoro panna Pennington jest naiwna i głupia, spróbuj wyciągnąć z niej jakieś informacje 

o Falconerze. Wtedy moglibyśmy stwierdzić, na ile jest niebezpieczny, zanim podejmiemy jakieś 

działania. Potrafisz doskonale hipnotyzować.

- To dobra myśl. - Gladstone uśmiechnął się do Isobel. - Z przyjemnością dowiem się o 

nim czegoś więcej, chociaż i tak niedługo się go pozbędziemy. Wiedza jest zawsze użyteczna. 

Chciałbym,   na   przykład,   wiedzieć,   czy   pracuje   dla   kogoś,   czy   dla   siebie.   -   Przerwał, 

zastanawiając się chwilę. - Masz rację, moja droga. Porozmawiam sobie z panną Pennington i 

zrobię to jeszcze dziś po południu. Ty się zajmiesz Falconerem.

-   To   nie   będzie   problemem   -   odparła   gładko   Isobel.   -   Lance   wspomniał,   że   panna 

Pennington boi się latać małymi samolotami. Natomiast Falconer jest typem człowieka, który z 

pewnością doceni przejażdżkę helikopterem po okolicy.

Niebieskie oczy Gladstone'a patrzyły na nią bez wyrazu.

- Mam nadzieję, moja droga, że zapewnisz nam obojgu interesujące popołudnie.

Isobel   ponownie   wyjrzała   przez   okno.   Może   Gladstone   zrezygnuje   z   przygotowania 

„wypadków”, które zaplanował dla Mercy i Crofta, jeśli przekona się, że Falconer w niczym mu 

nie zagraża.

Niezależnie jednak od wyniku rozmowy Gladstone'a z Mercy Isobel wiedziała, że zrobi 

to, co trzeba, żeby zabezpieczyć własną przyszłość.

Zawsze trzeba coś zrobić po raz pierwszy, nawet zabić.

157

background image

W

 krotce po obiedzie Mercy stała przy wielkim szklanym oknie w salonie i patrzyła, jak 

Isobel Ascanius startuje małym helikopterem i kieruje go na południe. Croft siedział obok Isobel 

na miejscu dla pasażera. Nie odwrócił się nawet, aby pomachać Mercy.

Właściwie nie było w tym nic dziwnego, że to właśnie Isobel pilotowała helikopter. Ta 

kobieta potrafiła robić wszystko.

Mercy wciąż nie bardzo rozumiała, w jaki sposób rozdzielono ją z Croftem, podejrzewała 

jednak, iż był to pomysł Isobel. Jako pilotka wyglądała bardzo kompetentnie i przystojnie - w 

zielonkawym   kombinezonie   z   mnóstwem   kieszeni,   w   skórzanych   wysokich   butach   i   w 

odblaskowych przeciwsłonecznych okularach.

Zaproszenie na przejażdżkę po okolicy padło podczas obiadu, składającego się z łososia i 

szparagów w sosie holenderskim. Croft przyjął zaproszenie z entuzjazmem. Mercy wzdrygnęła 

się na myśl o lataniu nad szczytami w pudełku od sardynek i z żalem odmówiła. I teraz została 

sama, mogąc za to winić wyłącznie samą siebie.

- A, tu jesteś, moja droga. - Głos Erasmusa Gladstone'a dobiegł ją od drzwi. - Nie martw 

się, że z nimi nie poleciałaś. Każdy z nas ma jakąś drobną fobię. Isobel jest doskonałą pilotką, 

ale, prawdę mówiąc, ja sam nie bardzo lubię latać. Korzystam z helikoptera tylko wtedy, kiedy 

naprawdę muszę. Czasami w środku zimy jest to jedyny rozsądny środek transportu.

Mercy odwróciła się od okna i bez przekonania uśmiechnęła się do gospodarza.

- Jestem pewna, że widok z lotu ptaka zapiera dech w piersiach, ale, jak sam mówisz, 

wszyscy mamy jakieś lęki.

Gladstone   uśmiechnął   się   czarująco.   Jego   niezwykle   niebieskie   oczy   rozbłysły 

uwodzicielsko.

- Tak się składa, że chciałem ci zaproponować, abyśmy też trochę pozwiedzali. Coś, co 

jedynie ludzie z naszej branży potrafią docenić. Czy chciałabyś zejść na dół, Mercy, i spędzić 

popołudnie pośród moich skarbów? Muszę przyznać, że najbardziej lubię chwalić się nimi przed 

kimś, kto potrafi je docenić.

Humor Mercy od razu się polepszył.

- Bardzo bym chciała.

158

background image

- Dobrze. - Gladstone spojrzał na zegarek. - Powinniśmy mieć dla siebie parę godzin. 

Dallas i Lance mają wszystko gotowe na dzisiejszy wieczór, a goście nie pojawią się przed 

czwartą. Chodźmy więc do naszej wersji raju na ziemi.

Szkoda, pomyślała z oburzeniem Mercy, że Croft nie ufał jej na tyle, aby szczegółowo 

opowiedzieć, czego chciał szukać w bibliotece. Co prawda zbytnio go do tego nie zachęcała. Od 

samego początku nie przyjmowała do wiadomości, że Gladstone mógłby być oszustem. Ale teraz 

mogłaby   skorzystać   z   okazji   i   się   rozejrzeć.   Niestety,   nie   wiedziała,   czego   szukać.   Croft 

powiedział tylko, że chciał sprawdzić, czy zawartość biblioteki Gladstone'a pasowała do tego, co 

wiedział o kolekcjonerskiej pasji Egana Gravesa. W typowy dla siebie sposób Croft chciał jak 

najbardziej ograniczyć jej udział w całej sprawie. Taki był cholernie samodzielny i niezależny.

Mimo   wszystko   Mercy   postanowiła   zapamiętać   jak   najwięcej   tytułów.   Może   będzie 

mogła pomoc Croftowi w jego detektywistycznej pracy.

Czterdzieści   minut   później   Mercy   ostrożnie   przewracała   strony   doskonałej   kopii 

Znakomitości Anglii  Fullera z roku 1662, kiedy nagle stwierdziła, że w podziemiach robi się 

coraz cieplej. Gdy wcześniej weszli tu z Gladstone'em, było dość chłodno. Może otwarcie drzwi 

zakłóciło wewnętrzny system klimatyzacji?

Ze   zmarszczonymi   brwiami   spojrzała   na   tytułową   stronę   pracowicie   zestawionej 

narodowej biografii Fullera, przyglądając się dacie wypisanej rzymskimi cyframi i portretowi 

autora. Thomas Fuller, doktor teologii, był krzepkim, poważnym mężczyzną. Spoglądał ze swego 

portretu   takim   wzrokiem,   jakby   chciał   powiedzieć   czytelnikowi,   iż   oczekuje   poświęcenia 

należytej uwagi napisanym przez siebie biografiom.

- A  tutaj,  jeśli   znajdę  -  mówił   Gladstone  na  wpół  do  siebie  - mam   doskonałą  kopię 

Historii naturalnej Selbrone'a White'a. Piękna oprawa. Gdzie ja to... Och, jest. - Zdjął książkę z 

półki i zamierzał podać ją Mercy. Spojrzał na nią z nagłą troską. - Źle się czujesz, moja droga?

- Nie, wcale nie. Pomyślałam tylko, że robi się tu dość ciepło.

- Obawiam się, że tak się dzieje, kiedy drzwi są przez jakiś czas otwarte. Zakłóca się 

system   klimatyzacji.   Wszystko   wraca   do   właściwej   temperatury,   kiedy   się   zamknie   drzwi. 

Chwileczkę.

Nim Mercy zdążyła zaprotestować, Erasmus zamknął ciężkie drzwi. Małe pomieszczenie 

zrobiło   się   natychmiast   jeszcze   mniejsze,   przypominając   raczej   dużą   trumnę.   Mercy   po   raz 

159

background image

pierwszy   spostrzegła   mechanizm   zamykający   wewnątrz   drzwi   i   zdziwiło   ją,   że   można   mieć 

zamek zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

- Może lepiej zostawić drzwi otwarte – zaproponowała nieśmiało.

-  Nonsens.  Temperatura   szybciej   wróci   do  normy   i   poczujesz   się  lepiej.   -   Gladstone 

powrócił do półek. - Chcę, żebyś to obejrzała. Szczególnie piękny zbiór książek z prywatnej 

drukarni Williama Morrisa. Dumny jestem zwłaszcza z Chaucera. Wyjątkowy, prawda? Potem 

pokażę ci moje skarby z dziedziny medycyny.

Jego słowa brzmią jak melodia, pomyślała otumaniona Mercy. Gladstone ma wspaniały 

głos. W ograniczonej  przestrzeni brzmiał  jeszcze bardziej melodyjnie. Głos, który obiecywał 

mądrość,  zrozumienie  i wrażliwość. Słuchała  go, kiedy opowiadał  o swojej  kolekcji, powoli 

rozkoszując się bardziej samym dźwiękiem niż tym, co mówił. Zamknięte pomieszczenie mniej 

jej już dokuczało.

- Obawiam się, że moja namiętność do książek czasami zupełnie mnie pochłania. Podczas 

długich zimowych miesięcy Isobel nieraz narzeka, że spędzam więcej czasu w bibliotece niż w 

jej towarzystwie. - Gladstone sięgnął po kolejny tom. - Ale ty to rozumiesz, Mercy, prawda?

-   Z   pewnością   spędzam   dużo   czasu   w   mojej   księgarni   -   stwierdziła,   niepewna,   czy 

kiedykolwiek   będzie   miała   w   sobie   tyle   entuzjazmu   dla   starych   książek,   co   Gladstone. 

Fascynowały ją wprawdzie, ale nie odnosiła wrażenia, że traktuje je równie namiętnie jak on. W 

końcu w życiu są jeszcze inne sprawy. - Czy podziemia będą dziś wieczorem otwarte dla gości? - 

spytała.

Gladstone zdecydowanie potrząsnął głową.

- Nie. Nie wystawiam swoich książek na pokaz. Dallas i Lance zwrócą uwagę na obrazy i 

rzeźby, ale książki są za małe i zbyt łatwo je wynieść. Będzie tu dziś prawie pięćdziesiąt osób i 

nie   chciałbym   nikogo   wodzić   na   pokuszenie.   Niektórzy   z   tych   artystów   żyją   na   krawędzi 

ubóstwa. I choć są wdzięczni za okazane łaski, może któremuś z nich przyjść do głowy, że za 

jedną taką książkę mógłby przez parę lat nie martwić się o farby i rozrywkowe używki.

Opowiadał jej o swoim koniku, a Mercy usiłowała zapamiętać wszystkie informacje, jakie 

do   niej   trafiały,   choć   coraz   trudniej   było   się   jej   koncentrować.   Za   każdym   razem,   kiedy 

Gladstone na nią spoglądał, zwracała uwagę na jego oczy. Przypominały jej inny błękit, który 

niedawno widziała, dziwny, świecący błękit, którego nie mogła umiejscowić.

160

background image

-   ...Szalenie   się   ucieszyłem,   kiedy   dwa   lata   temu,   w   jednym   z   angielskich   domów 

aukcyjnych, zaoferowano ten zbiór akwatint Rudolpha Ackermanna.

Gladstone   wypowiedział   te   słowa   tak   jak   kochanek,   który   stwierdza,   że   przeżył 

najdoskonalszy orgazm w swoim życiu.

-   Tylu   wspaniałych   angielskich   artystów   terminowało   jako   ilustratorzy   książek 

Ackermanna.

Słowo „akwatinta” podrażniło Mercy, odwracając z lekka jej uwagę od zniewalającego 

brzmienia głosu Gladstone'a. To słowo sprawiło, że zaczęła myśleć o wodzie. A dokładniej rzecz 

biorąc o niebieskim basenie. Spojrzała na obrazy w książce, które pokazywał jej Gladstone.

- Są piękne - powiedziała.

- Bardzo piękne. Pewna jesteś, że nie jest ci za ciepło, Mercy? Moglibyśmy stąd wyjść i 

napić się herbaty z lodem, jeśli chcesz.

- Ach, nie, szkoda mi każdej minuty. - Mercy uśmiechnęła się słabo. - To musi być bardzo 

przyjemne,   zaciszne   miejsce   w   zimowy   wieczór.   Nie   obawiasz   się   awarii   elektryczności   w 

zimie? Zauważyłam, że nie ma tu kominków.

- Nie. - Po raz pierwszy głos Gladstone'a stracił nieco swoje melodyjne  brzmienie.  - 

Mówiłem już wcześniej, że wszyscy mamy swoje małe fobie. Ja nie lubię kominków, ani w ogóle 

otwartego ognia.

- Wyobrażam sobie, że byłoby to ryzyko dla twojej kolekcji - powiedziała szybko Mercy, 

zdając sobie sprawę, iż uderzyła w czuły punkt Gladstone'a.

- Tak. Ogromne ryzyko. Człowiek na moim stanowisku musi myśleć o wszystkim. Jestem 

bardzo ostrożny z ogniem, Mercy. Szanuję ogień. Jest bardzo czysty, bardzo dokładny, bardzo 

ostateczny.

Mercy rzuciła  okiem w kierunku drzwi, żałując, że nie są otwarte. W pomieszczeniu 

wcale nie zrobiło się chłodniej.

- Nie boisz się, że kiedyś możesz się tu zatrzasnąć?

Gladstone roześmiał się.

-   Wierz   mi,   jesteś   tu   bezpieczna.   -   Jego   głos   znów   nabrał   czarującego,   pięknie 

modulowanego, hipnotycznego brzmienia.

161

background image

- Te podziemia mogłyby być pułapką dla innych, lecz nie dla mnie. Jest wiele rodzajów 

ucieczki, Mercy: intelektualna, emocjonalna, fizyczna. Ja mam je tutaj wszystkie trzy. Pozwól, że 

pokażę ci jeszcze kilka z moich skarbów. Usiądź tam, na tym stołeczku. Niektóre książki są 

bardzo ciężkie. Położę ci je na kolanach.

Mercy posłusznie usiadła i starała się słuchać uważnie, lecz przychodziło jej to z trudem. 

Może już nigdy w życiu nie mieć takiej szansy. Usiłowała zapamiętać wszystko, o czym mówił 

Gladstone, ale nie mogła się skupić.

Czuła, jak dźwięk głosu Gladstone'a i ciepłe powietrze zamykają się nad nią. Przyciągał ją 

dziwny błękit oczu Gladstone'a. Była pewna, że jeszcze nigdy nie widziała takich oczu. Może 

nosił szkła kontaktowe.

Z drugiej strony ten konkretny odcień błękitu był bardzo znajomy.

Zamknęła oczy, usiłując sobie przypomnieć, gdzie go mogła widzieć. Z oddali słyszała 

głos Gladstone'a. Mówił i mówił. Wydawało jej się, że o coś ją pytał, ale nie miała siły, żeby 

otworzyć oczy i mu odpowiedzieć.

Bardzo niegrzecznie. To niewiarygodne, że zapadła w drzemkę pośród tak wspaniałej 

kolekcji. Co sobie o niej pomyśli gospodarz?

Niebieskie oczy. Takie dziwne niebieskie oczy. Już gdzieś widziała ten kolor. Świecący, 

dziwny kolor, nie kolor nieba.

O coś ją pytał. Nie rozumiała dokładnie pytania.

- ...Falconer, moja droga?

Nazwisko Crofta przywróciło jej przytomność.

- Słucham? - szepnęła Mercy. Falconer... Gladstone pytał ją o Crofta. To nie miało sensu. 

Powinien spytać Crofta, jeśli chce się czegoś dowiedzieć. Życzę szczęścia, pomyślała. Gladstone 

nie uzyska od Crofta żadnych odpowiedzi, dopóki Croft sam nie zechce mu powiedzieć. I tak 

samo nic nie da Gladstone'owi pytanie jej o Crofta. Opowiadanie o mężczyźnie, którego kocha, 

byłoby zdradą. Nie mogłaby zdradzić Crofta za skarby świata.

- ...jestem ciekaw, Mercy. Od jak dawna go znasz?

Mercy zmarszczyła brwi, zaskoczona. Nie, nie zna go od dawna, choć nie przyzna tego 

głośno. Zignorowała pytanie i pomyślała o Crofcie, jakby jego imię było jej mantrą. Nie była 

162

background image

pewna, dlaczego tak nagle musiała się skoncentrować na Crofcie, lecz bez wahania posłuchała 

instynktu.

Obraz   Falconera   wypełnił   jej   umysł,   blokując   wszystkie   pytania   Gladstone'a   i 

neutralizując jego zniewalający głos. Mercy przypomniała sobie, że w tej chwili Croft leci pod 

niebieskim niebem Kolorado z Isobel Ascanius. Przypuszczalnie właśnie w tym momencie Isobel 

zamierzała wprowadzić go do legendarnego Klubu Półtora Kilometra. Obrzydliwe. I niemożliwe. 

Byli   na   wysokości   półtora   kilometra,   nim   w   ogóle   wystartowali.   Nie   trzeba   się   kochać   w 

helikopterze,   żeby   zostać   członkiem   tego   kretyńskiego   klubu.   A   może   istniał   Klub   Trzech 

Kilometrów?

- ...wydaje się interesującym człowiekiem...

- Ja... - Jakiego właściwie koloru są oczy Gladstone'a? Mercy w zasadzie skupiała uwagę 

na Crofcie, ale część jej umysłu zastanawiała się nad kolorem oczu.

Dziwne niebieskie światło.

Woda, która świeciła światłem spod powierzchni.

Basen w tropikalnym ogrodzie.

Mercy otworzyła oczy. W pokoju nadal było ciepło, lecz Mercy nie czuła już znużenia. W 

gruncie rzeczy rozbawił ją fakt, że znalazła odpowiedź na swoje pytanie dotyczące koloru oczu 

Gladstone'a. Oczy Erasmusa były tego samego koloru, co basen w sąsiednim pomieszczeniu. 

Musi powiedzieć o tym Croftowi.

Uśmiechnęła się. Croft nadal tkwił w jej umyśle, choć z jakiegoś powodu nie był  jej 

dłużej potrzebny. Przez moment był jej tarczą i obroną, mimo iż nie potrafiłaby powiedzieć, 

przed czym się broniła i chowała. Teraz znów była bezpieczna.

- Ojej, nie miałam pojęcia, że tak mi się chce spać. Wybacz mi, Erasmusie. Strasznie mi 

wstyd. Potrzebuję chyba jednak trochę świeżego powietrza i herbaty z lodem.

- Ależ naturalnie - odparł Gladstone. W jego głosie pobrzmiewał ton żalu, a może irytacji. 

-   Dallas   zaraz   przyniesie   herbatę.   Sam   się   chętnie   napiję.   Jutro,   przed   waszym   wyjazdem, 

możemy jeszcze spędzić chwilę w bibliotece. Musimy zdecydować, które z książek wybierzesz 

jako częściową zapłatę za Dolinę.

Fantastycznie. - Mercy pośpiesznie wyszła z biblioteki, prawie oszołomiona uczuciem 

ulgi. Czuła się tak, jakby uciekała ze stalowej pułapki, do której niechcący weszła.

163

background image

Nie, nie niechcący,  przypomniała  sobie z poczuciem winy.  Wciągnął  ją tam Erasmus 

Gladstone   i   zatrzymał   zamkniętymi   drzwiami   i   swoim   hipnotyzerskim   głosem.   Gdyby   nie 

potrafiła w jakiś dziwny sposób skupić się na Crofcie i własnym wewnętrznym przekonaniu, że 

pod żadnym pozorem nie może go zdradzić, nie wiadomo, co by powiedziała, ani co by się stało.

Niestety, walcząc ze zmysłami i usiłując utrzymać się na powierzchni rzeczywistości, nie 

zapamiętała zbyt wiele z zawartości biblioteki. A tak chciała zrobić wrażenie na Crofcie. Szybko 

przypomniała sobie kilka tytułów, które widziała.

W   końcu   otrząsnęła   się   z   nieprzyjemnego   uczucia,   które   nadal   jej   w   jakiś   sposób 

towarzyszyło. Zadziwiające, jak ludzka wyobraźnia może w pewnych warunkach funkcjonować.

A   jeszcze   bardziej   zadziwiające   było   to,   jak   mogą   człowieka   zaczarować   dziwne 

niebieskie oczy i charyzmatyczny głos.

Mercy miała nadzieję, że Isobel nie będzie za długo trzymała Crofta w powietrzu. Jeśli 

już miała być zaczarowana, wolała raczej stać się ofiarą dzikiej zmysłowości Crofta niż oczu w 

dziwnym odcieniu błękitu i zbyt zniewalającego głosu.

C

roft pomyślał, że nieźle sobie poradził z zalotami Isobel. Mercy mogła być z niego 

dumna. Chociaż... W gruncie rzeczy nie bardzo wiedział, jak zareagowałaby Mercy.

Oczywiście to, że poradził sobie z Isobel, wynikało również z tego, że nie była natrętna. 

Isobel   Ascanius   nie   zachowałaby   się   w   sposób   oczywisty   czy   niezręczny,   bezpośredni   czy 

dosłowny. Nie okazała prawdziwej potrzeby emocjonalnej. Byłoby to bardzo prostackie.

Krótko mówiąc, nie przypominało to w niczym tego, co mogłaby zrobić w podobnych 

okolicznościach Mercy,  zakładając, iż potrafiłaby w ogóle przeprowadzić podobny seksualny 

atak.

Croft   uśmiechnął   się   do   siebie   na   myśl   o   Mercy,   starającej   się   aktywnie   uwieść 

mężczyznę. Byłaby w tym bardzo naturalna i namiętna, może nawet zuchwała. Mężczyzna nie 

miałby żadnych wątpliwości co do jej intencji.

Wiedziałby także, że Mercy musiała najpierw zakochać się szaleńczo i bez umiaru. Wtedy 

przyjęcie jej zaproszenia byłoby jeszcze słodsze, pomyślał Croft. Nie można by go odrzucić. 

Obietnica jej całkowitego oddania się byłaby zbyt kusząca.

164

background image

Jednakże   zachowanie   Isobel   było   czymś   zupełnie   innym.   Bardzo   gładkie,   bardzo 

wyszukane, bardzo eleganckie. I bardzo łatwe do zignorowania, bez zawstydzania kogokolwiek. 

Z intelektualnego punktu widzenia Croft podziwiał zachowanie Isobel. Była doskonałą pilotką i 

trzeba było  mieć  doprawdy wyjątkowe  predyspozycje,  aby jednocześnie  lecieć  nad górami  i 

usiłować uwieść mężczyznę. Jeśli chodzi o emocje, nie czuł nic. Gdyby tutaj siedziała Mercy, 

byłby już podniecony do granic wytrzymałości.

-   Erasmus   jest   fascynującym   człowiekiem,   bardzo   bogatym   i   bardzo   inteligentnym. 

Obawiam się tylko, że traktuje mnie jak jeden z okazów swojej kolekcji. - Isobel starała się 

przekrzyczeć hałas śmigła.

Croft pomyślał, że Isobel daje mu jeszcze jedną szansę, na wypadek, gdyby jej pierwsze 

podejście było zbyt subtelne.

- Rozumiem, że interesuje się przede wszystkim sztuką i książkami.

Odblaskowe okulary zasłaniały oczy Isobel.

- Szalenie go podziwiam. Ale ma on pewne problemy fizyczne. Dość niefortunne.

- Problemy fizyczne?

- Męskie problemy. Jestem pewna, że wiesz, o co mi chodzi - powiedziała gładko Isobel. - 

Cierpi na to od jakiegoś czasu. Miał wypadek i nigdy całkowicie nie wrócił do zdrowia. To mi 

czasem bardzo przeszkadza.

-   Chyba   rozumiem.   -   Croft   pochylił   się   do   przodu,   studiując   teren,   nad   którym 

przelatywali.   Zastanawiał   się,   czy   Gladstone   naprawdę   był   impotentem,   jak   dawała   do 

zrozumienia Isobel, i czy „wypadek”, o którym mówiła, był związany z pożarem. - Ten widok 

jest wprost niewiarygodny, prawda?

- Fantastyczny - mruknęła Isobel. - Zaletą helikoptera jest to, że mogę nim wylądować 

prawie wszędzie. Tam jest wspaniała łąka. - Rzuciła mu pytające spojrzenie.

- Gdybyśmy mieli czas, zabrałbym tu Mercy - powiedział Croft, udając, że nie zrozumiał 

podtekstów Isobel. - Chyba jednak to się nam nie uda. Jutro wyjeżdżamy.

- Rozumiem - odparła Isobel głosem maskującym żal.

Przyjemnie było porozmawiać z kobietą, która doceniała subtelność.

- Jesteś doskonałą pilotką, Isobel.

- Dziękuję.

165

background image

- Czy Gladstone też pilotuje helikopter?

- Kilka miesięcy temu dałam mu parę lekcji, ale nie jest jeszcze mistrzem. Chciał umieć 

tyle, aby móc w nagłym wypadku przejąć kontrolę. To mądry pomysł.

Kiedy Isobel zawróciła w kierunku domostwa Gladstone'a, Croft zaczął się martwić o 

zdolności Mercy do interpretowania pewnych odcieni subtelności. Niechętnie zostawił ją samą, 

chciał   jednak   obejrzeć   wszystko   z   góry.   Znajomość   terenu   jest   bardzo   ważna.   Croft   chciał 

również skorzystać z okazji i poznać bliżej różnorodne talenty Isobel Ascanius.

Był zadowolony z osiągnięcia pierwszego celu. Teraz znał już nieźle tereny otaczające 

królestwo Gladstone'a.

Co do drugiej sprawy,  nie był  pewien. Jednakże nie miał  wątpliwości,  że Isobel jest 

wspaniałą kobietą.

166

background image

Rozdział dwunasty

M

ercy nie zaprotestowała, kiedy wczesnym wieczorem Croft zaproponował, aby poszli 

na górę i przebrali się na wystawne przyjęcie. Większość gości przybyła wynajętym na tę okazję 

autobusem.  Stanowili egzotyczny tłum,  preferujący wyraźnie  awangardowe stroje, dziwaczne 

fryzury i jaskrawe makijaże.

Część gości udała się od razu na basen i tropikalny ogród pełen był półnagich i całkiem 

nagich Ew i Adamów. Dobiegający stamtąd śmiech słychać było w całym domu.

Dallas i Lance, na zmianę, przewozili grupki gości od bramy, gdzie autobus musiał się 

zatrzymać.  Teraz   obaj   przystojniacy  mieszali  drinki  i  kończyli   przygotowywanie   zakąsek  na 

bufecie.

- Nie mogę wyjść z podziwu, jak Dallas i Lance świetnie sobie ze wszystkim radzą - 

zauważyła Mercy, kiedy Croft wciągnął ją do apartamentu. - Tak trudno dziś o dobrą pomoc 

domową. Muszę spytać Erasmusa, skąd wziął tych dwóch. Isobel natomiast nie jest chyba aż tak 

użyteczna, ale w końcu nikt nie jest bez wad. Dokąd idziesz?

- Pod prysznic.

- Spociłeś się w czasie wycieczki krajoznawczej? - spytała słodziutko Mercy.

- Zabrzmiało  to dość kąśliwie.  - Croft wciągnął  Mercy do łazienki,  zamknął  drzwi i 

odkręcił wodę.

- To nie moja wina, spędziłam ciężkie popołudnie.

Croft oparł się o umywalkę i założył ręce.

- Opowiedz mi coś więcej.

- Nie było z pewnością tak ekscytujące jak twoje, miało jednak swoje momenty. Omal nie 

zasnęłam w bibliotece.

- Gladstone znów cię tam zaprosił?

- Mhm. I dowiedziałam się następujących rzeczy, które prawdopodobnie są nieważne i do 

niczego nieprzydatne. Gladstone nie ma tu kominków, ponieważ boi się otwartego ognia. Jest też 

bardzo zainteresowany twoją osobą.

167

background image

- Ach tak?

-  Nie   powinieneś   przywiązywać   do   tego   dużej   wagi,   Croft,   lecz   w   pewnej   chwili   w 

podziemiach   poczułam   się   tak   śpiąca,   że   mało   nie   zasnęłam.   A   Erasmus   ciągle   mówił. 

Zauważyłeś, że ma niezwykły głos? A ja słuchałam. Słyszałam, że pyta mnie o ciebie. To było 

dziwaczne uczucie. Chyba przypominało hipnozę.

- I co mu powiedziałaś? - spytał Croft, nie dając po sobie poznać zaniepokojenia.

- Nic. Wiedziałam, że mnie zamordujesz, jeśli powiem mu choćby najdrobniejszą rzecz. 

Więc byłam bardzo ostrożna.

Croft uśmiechnął się z chłodną satysfakcją.

- Wątpię, czybyś mnie zdradziła, nawet gdybyś chciała.

- Nie wiem, ale z jakiegoś powodu koncentrowałam się na jego oczach. Stwierdziłam, że 

mają taki sam kolor jak woda w basenie, kiedy w środku palą się światła. Potem powiedziałam 

mu, że chciałabym się napić herbaty z lodem, i Erasmus, gospodarz doskonały, szybko mi ją 

dostarczył. Koniec historii. Prawdę mówiąc nie sądzę, aby miało to jakieś większe znaczenie, 

jestem jednak pewna, że dla ciebie jest w tym cała masa złowieszczych  przesłanek. Bywasz 

czasami tak cudownie melodramatyczny. Chciałam cię zaskoczyć zapamiętaną listą ważniejszych 

książek   z   jego   kolekcji,   ale   senność   mi   przeszkodziła.   Mogę   ci   trochę   opowiedzieć   o   jego 

upodobaniach. - Szybko wyrecytowała tytuły i autorów, których oglądała.

- Ciekawe  - stwierdził  Croft, kiedy skończyła.  - Zupełnie  inny zakres  zainteresowań, 

chociaż książki są równie rzadkie. To bardziej ogólny zbiór niż u Gravesa.

- Nadal uważasz, że Gladstone jest Gravesem, prawda?

- Mam takie wewnętrzne przekonanie. Wszystko obraca się wokół  Doliny.  Chciałbym 

dziś wieczorem zajrzeć jeszcze raz do podziemi.

- Dlaczego?

- Intryguje mnie to miejsce. To najlepiej zabezpieczone pomieszczenie w całym domu. 

Lepiej, niż można by się spodziewać. Picasso i Mondrian nie są tak strzeżeni, choć obrazy są 

równie cenne jak książki. Tymczasem nawet względnie mało ważna książka - Dolina - trafia do 

podziemi.

- Wydaje mi się, że przykładasz zbyt wiele wagi do podziemi - powiedziała z niepokojem 

Mercy.

168

background image

-   Robię   to   za   przykładem   Gladstone'a.   Ciekawe,   że   drzwi   można   także   zamknąć   od 

środka. Dzięki temu biblioteka jest fortecą wewnątrz fortecy. Ostatecznym schronieniem.

- Albo więzieniem. - Mercy zadrżała na wspomnienie uczucia klaustrofobii.

- Tak - przyznał z namysłem Croft. - Fortecą albo więzieniem. Jednakże jeśli Gladstone 

jest   Gravesem,   to   musiał   sobie   zapewnić   jakąś   drogę   ucieczki.   Tym   razem   będzie   jeszcze 

ostrożniejszy.

-   Zakładając,   iż   to   jest   Graves.   A   teraz   opowiedz   mi   szczegółowo   o   wycieczce 

helikopterem. Czy Isobel starała się ciebie uwieść?

Croft przechylił głowę na bok.

- Skąd wiesz?

- Instynkt. Dzięki Bogu jutro wyjeżdżamy. Inaczej na pewno by zaplanowała wycieczkę, 

w której jednym z punktów byłoby przygniatanie dzikich kwiatów. Co ci powiedziała?

- O czym?

-   O   Erasmusie.   Daj   spokój,   Croft,   wiem,   że   nie   traciłeś   czasu   na   igraszki  z  Isobel. 

Dowiedziałeś się czegoś ciekawego?

-   Nie,   chyba   że   uznasz   za   ciekawy   fakt,   iż   Gladstone   jest   podobno   od   trzech   lat 

impotentem.

- Nie uznam. Uwierzyłeś jej?

- Dlaczego nie? - Croft wzruszył ramionami.

- Dlaczego nie? Powiem ci, dlaczego nie. Możesz mi wierzyć. Isobel Ascanius nie jest 

typem kobiety gotowej poświęcić się dla mężczyzny, który nie sprawdza się w łóżku. - Mercy 

postukała paznokciem w marmurowy blat i skrzywiła się na swój widok w lustrze. - Jest sprytną i 

piękną   kobietą.   Mogłaby   sobie   znaleźć   następnego   bogatego   kochanka   w   podeszłym   wieku, 

gdyby Gladstone nie dawał jej tego, co chce.

- Może dostaje od Gladstone'a to, co chce. I może to nie jest seks - stwierdził cicho Croft.

- Czego jeszcze może chcieć oprócz seksu i pieniędzy?

- Nie lubisz jej, prawda?

- Nie.

- Powiem ci, co może dać jej Gladstone: szacunek i władzę.

Mercy gwałtownie podniosła głowę.

169

background image

- Szacunek - za co?

- Na przykład za to, że jest doskonałą pilotką. Powiedziałem jej, że świetnie pilotuje 

helikopter i zareagowała tak, jakbym jej powiedział, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie.

- A władza? Jakiego rodzaju władza?

- Nie jestem jeszcze całkiem pewien, lecz powiem ci jedno. Ona się tutaj liczy, Mercy. 

Nie służy wyłącznie do dekoracji. Pamiętaj, że to właśnie Isobel znalazła nas wtedy w nocy w 

basenie. To nie Gladstone zareagował na włączony przez ciebie alarm, ale Isobel.

- I Dallas.

- To prawda, choć możemy spokojnie przyjąć, że Dallas i Lance są na dole hierarchii.

Mercy zastanawiała się przez chwilę.

- No, dobrze, co z tego jednak wynika dla nas? Co z tego, że Isobel jest kimś więcej niż 

kochanką Gladstone'a? O czym to świadczy?

-   O   niczym.   Interesująca   informacja,   to   wszystko.   -   Croft   odsunął   się   od   umywalki, 

pocierając szczękę. - Powinienem się chyba ogolić, co?

- Czy Isobel narzekała, że ją drapiesz? - spytała Mercy, nie mogąc się powstrzymać od 

złośliwości.

- Nie. - Croft zaczął rozpinać koszulę.

- Croft, powiedz mi, co się stało w helikopterze?

- Nic. - Zdjął koszulę i sięgnął po przybory do golenia.

- Zupełnie nic?

- Zupełnie nic.

- To dobrze - odparła Mercy z zadowoleniem.

Spojrzał jej w oczy w lustrze i uniósł brwi.

- Wierzysz mi?

- Jasne. Pod pewnymi względami jesteś całkowicie godzien zaufania.

- A pod innymi?

-   Pod   innymi   potrafisz   być   nieuchwytny   jak   duch.   Prawdę   mówiąc,   czasami   bardzo 

przypominasz ducha.

- Ducha?

170

background image

- Mhm. Jedyną rzeczą, dzięki której wiem, że nie jesteś duchem, jest to, iż niektóre części 

twojego ciała są zadziwiająco twarde i duże. - Celowo spojrzała na jego ciało poniżej klamerki 

od   paska.   Mercy   usiłowała   spoglądać   wzrokiem   chłodnym,   aroganckim   i   obojętnym,   choć 

policzki  paliły ją nawet wtedy,  kiedy ruszyła  do wyjścia  z łazienki.  Nie była  dobra w tego 

rodzaju seksualnych prowokacjach. Tylko myśl o Isobel podrywającej Crofta doprowadziła ją do 

takiej bezczelności. Od razu pożałowała tego, co powiedziała.

Croft wyciągnął znienacka rękę i bez ostrzeżenia złapał Mercy za szyję. Przyciągnął ją do 

siebie   i   pocałował.   Wśliznął   się   językiem   między   zęby,   a   rękami   pieścił   jej   włosy.   Mercy 

usłyszała własny cichy jęk i wiedziała, że Croft też go usłyszał. Kiedy ją puścił, brakło jej tchu. 

Croft spojrzał na nią błyszczącymi oczyma.

- Nie jestem duchem, Mercy. Kiedy to wszystko się skończy, z wielką przyjemnością 

pozwolę ci, abyś się przekonała, jak mogę być twardy i duży.

Mercy wybiegła z łazienki. Pomyślała, że powinna poradzić się Isobel.

O

  dziesiątej   przyjęcie   Gladstone'a   było   w   pełnym   rozkwicie.   Mercy   rozdarta   była 

między   fascynacją   a   przeczuciem   czegoś   niepokojącego.   Nigdy   nie   widziała   podobnie 

dziwacznego   tłumu,   choć   wychowywała   się   w   Kalifornii.   Jak   stwierdził   kiedyś   Croft, 

najwyraźniej wiodła życie pod kloszem.

Z   jakiegoś   dziwnego   powodu   najbardziej   przeszkadzał   jej   hałas.   Wyszukany   sprzęt 

muzyczny rozbrzmiewał jazzem i rockiem na wszystkich trzech piętrach, ale nie to stanowiło 

główny   problem.   Naprawdę   zaczynał   ją   irytować   coraz   głośniejszy   śmiech   i   rozmowy.   Nie 

rozumiała, jak ci ludzie mogą ze sobą rozmawiać.

Dobiegło ją kilka wykrzyczanych uwag na temat wartości dzieł sztuki, które znajdowały 

się   w   domu   Gladstone'a,   trudno   jednak   było   je   uznać   za   rozmowę.   Każdy   wydawał   się 

zainteresowany   wyłącznie   tym,   co   sam   miał   do   powiedzenia.   Zdanie   drugiej   osoby   tylko 

przeszkadzało i irytowało „rozmówcę”.

Była to dziwna, skupiona na sobie grupa ludzi, nie całkiem rzeczywistych w dziwacznych 

ubraniach, usiłujących skoncentrować uwagę innych wyłącznie na sobie.

Alkoholu nie brakowało, choć Mercy podejrzewała, że coś jeszcze przyczyniało się do 

powszechnej wesołości. Tu i ówdzie czuła cierpki zapach marihuany i inne, nie znane jej bliżej 

171

background image

aromaty.   Widziała   niejedną   osobę   wychodzącą   dyskretnie   z   pokoju   i   wracającą   kilka   minut 

później w nienaturalnie euforycznym nastroju.

Może Croft uważa mnie za naiwną, pomyślała Mercy, ale na pewno nie jestem głupia. No 

i ostatecznie pochodzę z Kalifornii.

- Dlaczego stoisz w kącie z tak poważną miną? To jest przyjęcie. Baw się, Mercy.

Z lewej strony dobiegł ją głos Crofta, dziwnie wesoły. Zbyt wesoły, biorąc pod uwagę 

całą sytuację.

- Tu jesteś. - Odczuła zarówno ulgę, jak i zdenerwowanie. - Zastanawiałam się, gdzie się 

podziałeś. Nie widziałam cię w tłumie i obawiałam się, że... - Przerwała, rozglądając się wokół. 

Nikt jednak nie  zwracał  na nich uwagi,  a żadne  urządzenie  podsłuchowe nie  mogło  działać 

skutecznie w takim hałasie. Obrzuciła Crofta wściekłym spojrzeniem. - Co ci tak wesoło? Na 

ogół nigdy się nie uśmiechasz. Dobrze się czujesz?

- Wiesz, podoba mi się, kiedy się na mnie złościsz. - Pociągnął łyk swojego drinka. - 

Czuję się świetnie. Doskonale. Jak rzadko kiedy.

- Bardzo się cieszę, bo wyglądasz na zmęczonego.

- Kamuflaż - szepnął konspiracyjnym tonem. - Muszę się upodobnić do reszty gości.

- Aha. Nieźle ci to wychodzi.

- W przeciwieństwie  do ciebie.  Stoisz tu jak potępieniec.  Co pijesz?  - Zajrzał  do jej 

szklanki.

- Wodę.

- To wszystko tłumaczy.

- Co tłumaczy?

Zmarszczył   brwi   i   potrząsnął   lekko   głową,   jakby   chciał   oprzytomnieć.   Jego   oczy   na 

moment pociemniały.

- Nie ma sprawy. - Rozejrzał się wokół. - Czas, aby wszystkie dobre duchy zajęły się 

swoimi sprawami, co? Czas na znikanie, pojawianie się i inne sztuczki.

Mercy pochyliła się w jego stronę. Była potwornie zdenerwowana, wręcz przerażona.

-   Czy   jesteś   pewien,   że   musisz   to   robić?   Czy   nie   mógłbyś   jakoś   inaczej   sprawdzić 

Gladstone'a. Jeśli cię złapią...

- Nie złapią.

172

background image

- To mnie szalenie uspokaja - warknęła, zła za jego beztroskę. Było to nienaturalne i 

niepodobne do Crofta. - Co zrobisz, jeśli cię jednak ktoś złapie?

- Będziesz udawała, że jesteś tak samo zaszokowana jak inni.

- O czym ty mówisz?

Croft   poklepał   ją   po   głowie,   jak   miłego   szczeniaka,   i   powiedział   z   przesadną 

cierpliwością:

- Jeśli mnie ktoś złapie, będziesz udawała, że nie masz pojęcia, po co poszedłem do 

podziemi. Powiesz wszystkim, że jesteś zaszokowana i zdezorientowana. A nawet przerażona. 

Najwidoczniej   wykorzystałem   cię,   żeby   się   dostać   do   cennej   kolekcji   Gladstone'a.   Jesteś 

niewinną ofiarą oszustwa.

- Zbyt często odgrywam taką rolę przy tobie. Posłuchaj, Croft, uważam, że powinieneś 

przemyśleć swój plan. Na dole, w ogrodzie i na basenie, na pewno będą jacyś goście, i ktoś 

zauważy, że wchodzisz do biblioteki.

- Nie. - Uśmiechnął się szeroko do przechodzącej młodej osoby z włosami ufarbowanymi 

na zielono, tak aby pasowały kolorystycznie do zielonej, opiętej sukienki. Kobieta odpowiedziała 

uśmiechem i przepłynęła obok nich, zaciągając się głęboko długim papierosem.

- Co to znaczy: nie? - Mercy miała ochotę uderzyć Crofta w twarz, aby wreszcie zwrócił 

na nią uwagę. Był dziwnie roztargniony, co zatrwożyło Mercy.

- Na dole nie ma teraz nikogo. Przed chwilą sprawdzałem.

- Nie widziałam, żebyś stąd wychodził.

-   Zaufaj   mi.   -   Croft   mrugnął   do   niej   łobuzersko.   -   Tam   nie   ma   nikogo.   -   Napił   się 

czerwonego wina. - Próbowałaś kanapek z łososiem? Są pyszne. Zjadłem większą ilość.

Mercy potrząsnęła głową. Od początku tego niepokojącego wieczoru nie była w stanie nic 

jeść ani wypić, oprócz wody. W nastroju Crofta było coś dziwnego. Nigdy go takim nie widziała. 

Dlaczego w takiej sytuacji rozmawia o kanapkach z łososiem?

Gdyby   go   dobrze   nie   znała,   mogłaby   przysiąc,   że   za   dużo   wypił.   To   było   jednak 

niemożliwe. Croft nigdy za dużo nie pił. Był równie powściągliwy w piciu, jak i we wszystkim 

innym. Coś się musi dziać...

- Przypuszczalnie Dallas i Lance wyprosili z dołu gości - stwierdziła Mercy. - Być może 

ubezpieczenie Gladstone'a nie obejmuje dwudziestu czy trzydziestu artystów wpadających  po 

173

background image

pijanemu   do   basenu.   Z   drugiej   strony   ktoś   tak   bogaty   jak   Gladstone   nie   musi   się   chyba 

przejmować ubezpieczeniem. Gdzie w ogóle jest Gladstone?

- Tam, przy oknie, rozmawia z facetem z brodą.

Mercy   rozejrzała   się   i   dostrzegła   Gladstone'a   pogrążonego   w   poważnej   rozmowie   z 

młodym człowiekiem. Isobel stała przy nich, przysłuchując się uprzejmie rozmowie, z wyrazem 

twarzy wyrażającym zapewne artystyczne zainteresowanie.

- To jest Micah Morgan. Poznałam go wcześniej - powiedziała Mercy. - Gladstone mówi, 

że   będzie   największym   wydarzeniem   na   rynku   sztuki   za   jakieś   trzy,   cztery   lata.   Gladstone, 

oczywiście, już zbiera jego obrazy. Te, które wiszą w salonie, to dzieła Morgana.

- Przyłącz się do nich.

Mercy zamieszała lód w szklance.

-   Kolejny   kamuflaż?   Chcesz,   żebym   odwróciła   uwagę   Gladstone'a   i   Isobel,   kiedy   ty 

pójdziesz na dół i zabawisz się we włamywacza?

- Zrobisz to dla mnie, słodka Mercy? - Croft uśmiechnął się do niej szeroko. - Dallas i 

Lance są tak zajęci obsługiwaniem baru i bufetu, że zapewne nie zejdą nieoczekiwanie na dół.

- Uważam, że moja pomoc nie jest ci potrzebna - odparła Mercy. - Znikasz i pojawiasz się 

bez mojej asysty.

- Małe zabezpieczenie nie zaszkodzi.

- No, dobrze. - Mercy niechętnie ruszyła w stronę okna, gdzie stali Gladstone i Isobel. Coś 

jednak kazało jej jeszcze się odwrócić do Crofta: - Jesteś pewien, że dasz sobie radę? Ile wina 

wypiłeś?

- Pół szklanki. Dla lepszego nastroju. - Croft znów się uśmiechnął. - Nie martw się, kotku. 

Wszystko jest pod kontrolą.

- Ciekawa jestem, czemu mnie to zupełnie nie uspokaja. - Nie czekając na odpowiedź, 

Mercy weszła w tłum.

C

roft, przedzierając się przez dżunglę w pomieszczeniu z basenem, myślał o wyrazie 

oczu   Mercy.   Nie   popierała   tego,   co   chciał   zrobić,   lecz   zamierzała   mu   pomóc.   Jest   z   nim 

związana. To go niesłychanie ucieszyło. Lubił, kiedy czuła się z nim związana. Postanowił odbyć 

z nią długą rozmowę o poczuciu przywiązania, jak się to wszystko skończy. Mercy była kobietą, 

174

background image

która wytrwa przy mężczyźnie w dobrym i w złym. W bogactwie i w biedzie, w chorobie i w 

zdrowiu...

Do diabła, teraz już był pewien, że coś jest z nim nie w porządku. Bardzo rzadko myślał o 

małżeństwie.

Poczuł mdłości - po raz trzeci w ciągu ostatniej półgodziny. Nie było to jeszcze nic złego, 

ale   jednak   sygnalizowało   potencjalne   niebezpieczeństwo.   Mdłości   mogą   przeszkodzić 

człowiekowi dokładnie tak samo jak uderzenie pięścią w twarz.

Croft nie przypominał sobie, kiedy ostatnio tak się czuł. Co mu jest? Może zaszkodziło 

mu coś, co zjadł? Ale przecież jadł tylko łososia i krakersy. No i wypił pół kieliszka wina, co 

przecież nie mogło wywołać takiego efektu. Poza tym było to doskonałe bordeaux, a nie jakiś 

sikacz.

Sikacz. Dobry dowcip. Gladstone podawał tylko najlepsze wina. Croft się uśmiechnął. To 

było cholernie śmieszne. Gladstone serwujący sikacza. Co za skandal! Croft omal nie roześmiał 

się w głos.

Nagle się przeraził. Ostatnią rzeczą, o jakiej powinien teraz myśleć, to głośny śmiech. Nie 

mógł robić najmniejszego hałasu. Był w tym dobry. Potrafił przejść na palcach przez moczary 

pełne aligatorów i nie obudzić ani jednego.

Czym  nazwała go Mercy?  Duchem. O, właśnie. Dostanie się tam jak duch. Wejdzie, 

obejrzy   dokładnie   wnętrze   podziemi   i   wyjdzie,   jeśli   niczego   nie   znajdzie,   wkradnie   się   do 

gabinetu na górze. Gdzieś w tym domu musi być coś, co da mu odpowiedź na jego wątpliwości. 

Wrodzony instynkt mówił mu, że Gladstone jest Gravesem. Zanadto byli do siebie podobni w 

stylu życia. Na przykład ta opieka nad odizolowaną od świata kolonią artystów. Zbyt przypomina 

kultowe praktyki Gravesa. I ten głos. Ray Chandler powiedział kiedyś Croftowi, iż jego córka 

nadal   wspomina   czarujący   głos   Gravesa.   I   to   przywiązywanie   wagi   do   bezpieczeństwa. 

Posiadłość w Górach Skalistych  przypominała  Croftowi posiadłość Gravesa na Karaibach. Z 

wyjątkiem psów. To było coś nowego.

Było mnóstwo innych drobnych wskazówek i śladów. Croft był  absolutnie pewny, że 

Gladstone   jest   reinkarnacją   Egana   Gravesa.   Musiał   to   tylko   udowodnić.   Kiedy   to   zrobi, 

natychmiast zabierze stąd Mercy. Przede wszystkim musi zatroszczyć się o nią.

175

background image

Fala mdłości minęła, pozostawiając po sobie dziwnie przyjemne uczucie. Croft usiłował 

je przeanalizować. Takie roztargnienie nie było całkiem normalne. To prawda, że minęły trzy lata 

od czasu, gdy ostatnio zabawiał się w ducha, ale na zawsze zapamiętał poczucie, jak bezbłędnie i 

w   jednym   rytmie   pracowały   wszystkie   jego   zmysły.   Pamiętał,   jak   odczuwał   uderzenie 

adrenaliny, wyjątkowe, niemal bolesne napięcie, radość z poruszania się wzdłuż ostrej krawędzi 

przepaści.

Bardzo dobrze pamiętał wszystkie te odczucia, a także związaną z nimi fascynację.

Teraz   jednak   były   to   zaledwie   ślady   tamtych   uczuć.   Przeważało   dziwne   wrażenie 

łatwości, beztroskiej radości. A radość tę od czasu do czasu przerywały mdłości.

Croft wciągnął głęboko powietrze, starając się przezwyciężyć nienormalny zawrót głowy. 

Powinien  był  odczuwać  wiele  rzeczy,  ale  nie zawroty głowy.  Coś  było  nie w  porządku.  W 

normalnych warunkach zrezygnowałby z dzisiejszej misji i odłożył ją do czasu, aż odzyska pełną 

kontrolę nad swym ciałem.

Uświadomił sobie, że brak kontroli nad samym sobą jest rzeczą niebezpieczną. Nigdy nie 

pozwalał sobie na utratę tej fundamentalnej podstawy, jaką była całkowita kontrola. Nigdy.

Jedynie wtedy, kiedy kochał się z Mercy.

Za każdym razem, gdy brał ją w ramiona, był pewien, iż zapanuje nad sobą i nad nią. 

Zawsze   jednak   kończyło   się   to   burzą   szalonych,   nieopanowanych   zmysłów.   Nie   do   końca 

rozumiał, co się działo, kiedy znajdował się w pobliżu tej dziewczyny. Niepokoiło go to, że nie 

potrafi racjonalnie wyjaśnić swoich namiętności, opiekuńczości czy dziwnego związku, jaki go z 

nią łączył.

Cóż, teraz jej tu nie było. Nie miał powodu, aby czuć się niepewnie czy nienaturalnie 

wesoło.   Coś   było   nie   w   porządku,   lecz   już   za   późno,   aby   się   wycofać.   Musiał   uzyskać 

odpowiedź.   Nie   będzie   następnej   okazji.   Nawet   gdyby   udało   mu   się   namówić   Mercy   do 

pozostania dzień lub dwa dłużej, wolał nie ryzykować. Na razie Mercy nic nie groziło, lecz 

gdyby Gladstone i Isobel zaczęli zadawać pytania, Mercy powinna stąd zniknąć.

Ostatnią rzeczą, której chciał, było narażanie Mercy na niebezpieczeństwo. Zakończenie 

tego, co rozpoczął przed trzema laty, było ważne, lecz nie ważniejsze od ochrony Mercy. A 

Mercy tak łatwo wpada w kłopoty.

Uśmiechnął się na myśl o beztroskiej zuchwałości Mercy. Musi się nią opiekować.

176

background image

Ta myśl prowadziła do następnej. Wyobraził sobie Mercy leżącą nago na łące dzikich 

kwiatów. Była taka pociągająca, ciepła, miękka, zapraszająca i nawet sobie nie zdawała z tego 

sprawy.

Croft znów potrząsnął głową, starając się wyrzucić z głowy zbędne myśli. Co się z nim, 

do   diabła,   dzieje?   Czuł   teraz   wzbierające   pożądanie.   To   wszystko   było   nie   w   porządku. 

Przeważnie bez problemów zajmował się akcją. Musi się skoncentrować na tym, co ma zrobić. 

To   jedyny   sposób,   aby   skoordynować   pracę   umysłu   z   ciałem.   Nie   mógł   sobie   pozwolić   na 

rozpraszanie uwagi myślami o kochaniu się z Mercy.

Wszystko popsuje, jeśli nie zdoła się opanować. Z nagłą przytomnością umysłu Croft 

spróbował odzyskać swą normalną fizyczną, emocjonalną i umysłową kontrolę. Całe lata uczył 

się bezwzględnej kontroli, niezależnej od tego, co działo się wokół niego lub w nim samym.

Przerwała   mu   nowa   fala   mdłości.   Tym   razem   trwała   jednak   zaledwie   parę   sekund. 

Przynajmniej odzyskiwał kontrolę nad żołądkiem. To na pewno łosoś. W takiej sytuacji zatruć się

rybą!

Mógł zrozumieć, że czuje się tak jak przy zatruciu rybą, ale - z drugiej strony - dlaczego 

towarzyszyło temu uczucie przyjemnej euforii? Zupełnie jakby się upił.

Croft nigdy się nie upijał. Nigdy. Nigdy sobie nie pozwolił na pójście w ślady ojca, nawet 

na parę godzin. Zanadto się bał. Znał swoje ograniczenia i ściśle ich przestrzegał. Wypił jedynie 

pół kieliszka wina z tej samej butelki, z której Dallas nalewał innym gościom. Croft rozejrzał się, 

wiedząc, że kiedy tu wszedł, górne światła nie paliły się. Basen lekko świecił. Od czasu do czasu

widział   przebłyski   wody,   gdy   szedł   po   ścieżce   w   stronę   podziemi.   Ogród   otaczała   dziwna, 

zielonocienista atmosfera - wywoływały ją lampy świecące spod liści. Miły, egzotyczny efekt. 

Podobałby się artystom na górze. Szkoda, że jest tu sam.

Kochanie się z Mercy pośrodku tropikalnego lasu byłoby niezłą zabawą.

Croft przeszedł przez ogród i oparł się ciężko o szklane drzwi prowadzące do wejścia do 

podziemi.   Widział   za   nimi   ciężkie,   metalowe   odrzwia.   Kiedy   pchnął   szklane   drzwi,   był 

zdumiony ich oporem. Poprzedniej nocy nie wydawały się takie ciężkie.

Wewnątrz podszedł wprost do zamkniętych podziemi. Musiał się przez chwilę zastanowić 

nad   sposobem,   w   jaki   otworzył   zamek   poprzedniej   nocy.   Wiedział,   że   nie   powinien   się 

177

background image

zastanawiać.   Ostatecznie   nauczył   się   kombinacji   na   pamięć.   Nie   chciał,   aby   coś   go   teraz 

opóźniało. Powoli wyciągnął maleńkie, delikatne narzędzia ze szwu koszuli.

Przyglądał   im   się   przez   chwilę,   lekko   się   kołysząc.   Miał   wprawę   w   używaniu   tych 

narzędzi. Po wielu latach praktyki miał tę wiedzę w czubkach palców. Nie powinien zatem stać i 

zastanawiać się, od czego zacząć.

Niecierpliwie odwrócił się do drzwi. Nie miał za dużo czasu.

Po paru żenująco niezgrabnych próbach wyszukany zamek wreszcie się poddał, podobnie 

jak poprzedniej nocy. Każdy zamek da się jakoś otworzyć. Chwilę później Croft zaczął otwierać 

ciężkie drzwi.

Mgliście pamiętał, że nie chodzi mu tylko o rzut oka na wnętrze biblioteki. Chciał jeszcze 

raz obejrzeć  Dolinę.  Ta cholerna książka była kluczem. Oglądał ją wiele razy, ale wiedział, że 

coś musiało umknąć jego uwagi. Klamka poruszyła się pod jego ręką.

W tym momencie zrozumiał, że ktoś jest niedaleko.

Nie było na to żadnych dowodów, lecz Croftowi nie były one potrzebne. Już przed laty 

przestał polegać wyłącznie na pięciu zmysłach. W pracy, jaką się zajmował, po to, żeby przeżyć, 

często trzeba było odwoływać się do szóstego zmysłu.

Ogarnęła go następna fala mdłości. Jeszcze tego było mu trzeba.

Lekko się zachwiał i całą mocą woli walczył z uczuciem mdłości. Musiał je pokonać.

Powoli   nieprzyjemne   wrażenie   minęło.   Croft   skorzystał   z   powracającej   euforii,   aby 

odnaleźć drogę do drzwi. Zamknął je za sobą, chociaż nie przekręcił zamka. Wszedł w cienie 

ogrodu, przypominając sobie pierwszą swoją myśl na jego widok.

Dobre miejsce na polowanie albo na ukrywanie się.

Pod stopą zachrzęścił żwir. Fałszywe przekonanie o bezpieczeństwie sprawiło, że stał się 

nieostrożny. A może to ktoś inny zachrzęścił idąc. Powinien był wyczuć różnicę.

Ciężki liść paproci zablokował mu drogę. Croft wyciągnął rękę i niecierpliwie go odsunął. 

Teraz   był   pewien,   że   w   ogrodzie   jest   ktoś   jeszcze.   Nie   gość.   Gość   nie   przejmowałby   się 

czynionym przez siebie hałasem. Ten ktoś usiłował się kryć.

Czas,   aby   się   zabawić   w   myśliwego,   powiedział   sobie   Croft,   czując   się   nagle 

niezwyciężony. Mercy zawsze mówiła, że przypomina jej ducha. Nadszedł czas, żeby zabawić 

się w ducha.

178

background image

Ponowny zgrzyt skórzanej podeszwy na żwirze. To jego krok czy kogoś innego? Croft 

przejechał wierzchem dłoni po czole i poczuł, że się poci.

To nie mogą być nerwy. Croft wiedział, jak smakuje strach, i nie odczuwał go teraz. W 

każdym razie jeszcze nie.

Instynktownie zmierzał w stronę basenu. W tej stronie było więcej światła. Zmusi tego 

drugiego, żeby się pokazał na tle niebieskiej poświaty podwodnych lampek. Wybrał inną ścieżkę 

i zmierzał do środka ogrodu.

Co za wspaniały pomysł, stwierdził. Niech ten drugi się ujawni. Szkoda, że nie ma tu 

Mercy i że ona nie widzi, jaki Croft jest genialny. Miał wrażenie, iż czasami niezbyt doceniała 

jego zdolności strategicznego planowania. Co ona tam wie. On jest po prostu dobry.

Cholernie dobry.

Ale nie dość dobry tej nocy.

Croft wyczuł za sobą ruch, jednakże jego ciało nie zareagowało tak, jak było nauczone.

Spróbował się odwrócić i potknął się, tracąc z lekka równowagę. Nie był to wspaniały 

przykład wyćwiczonej koordynacji, lecz zapewne uratował mu życie. Cios wymierzony w tył 

jego głowy opadł na ramię.

Croft miał dziwne wrażenie, że ktoś obserwuje go z ukrycia w krzakach. Nie mógł się 

jednak   skupić   na   niewidzialnym   przeciwniku.   Palący   ból   przeszył   mu   ramię   i   szyję.   Potem 

ogarnęło go uczucie wściekłości, które spowodowałoby trzęsienie ziemi, gdyby był w stanie dać 

mu wyraz.

Jedyne, co mógł zrobić, to poddać się ciosowi. Pozwolił wrzucić się do wody.

W chwili gdy wpadał do wody, ślepy instynkt kazał mu powstrzymać jakikolwiek ruch 

ciała. Leżał na wodzie twarzą w dół i wstrzymywał oddech. Wiedział, że jego los zależy od tego, 

czy napastnik pomyśli, że szybko utonie.

W tych warunkach było to logiczne założenie. Pijacy, walnięci w głowę i wrzuceni twarzą 

w dół do basenu, na ogół się topili.

Croft otworzył oczy i spojrzał w głąb świecącej wody. Mercy miała rację. Kolor wody w 

basenie niesłychanie przypominał kolor oczu Gladstone'a.

Mercy, słodka Mercy, potrzebuję cię.

179

background image

Rozdział trzynasty

M

ercy,   ku   swemu   zdumieniu,   zainteresowała   się   rozmową   z   Micahem   Morganem, 

Gladstone'em i Isobel. Entuzjazm Micaha był zaraźliwy, jeśli zaś uwagi Gladstone'a nie zawsze 

były zachwycająco odkrywcze czy genialne, z przyjemnością słuchało się jego cudownego głosu.

- Najważniejsze w pracy w Santa Fe - tłumaczył bardzo poważnie Micah - jest to, że od 

Nowego   Jorku   dzieli   mnie   parę   tysięcy   kilometrów.   Nie   musisz   się   martwić,   że   będę   pod 

wpływem instytucji artystycznych ze Wschodniego Wybrzeża. Dwa lata temu miałeś absolutną 

rację,   kiedy   mi   powiedziałeś,   że   muszę   się   wynieść   z   Nowego   Jorku.   Ale   teraz   znów   się 

zmieniam. Myślę, iż nadszedł czas, abym opuścił kolonię. Zaczynam się tu dusić.

- Przeprowadzka do Santa Fe nie jest wyjściem dla ciebie, Micah. Tam jest teraz za dużo 

wpływów z Zachodniego Wybrzeża - powiedział gładko Gladstone. - Musisz trochę okrzepnąć w 

swym wyjątkowym stylu, zanim spróbujesz pokazywać swoje obrazy w Los Angeles, Nowym 

Jorku czy w Santa Fe. Zaufaj mi. Jeszcze przez jakiś czas potrzebujesz kontroli i osamotnienia w 

kolonii. To miejsce ma na ciebie nieoceniony wpływ.

Głowa Micaha chodziła w dół i w górę jak jojo na gumce.

- Wiem, Erasmusie. Kolonia uczyniła dla mnie bardzo wiele. Przyznaję, że zazwyczaj 

masz rację, ale...

Isobel uśmiechnęła się szeroko.

- Erasmus ma zawsze rację. Musisz mu ufać w tych sprawach.

- Nie martw się, ufam mu. - Micah westchnął. - Tak samo jak większość ludzi w tym 

pokoju. - Uśmiechnął się do Mercy. - Wszyscy, jak tu jesteśmy dziś wieczorem, mamy dług 

wdzięczności   wobec   Erasmusa.   Bez   jego   pomocy   i   zachęty   finansowej   większość   z   nas 

usiłowałaby zarobić na życie reklamą lub dekorowaniem wystaw. Czy zamierzasz przyłączyć się 

do naszej kolonii?

- Obawiam się, że jestem kobietą interesu, a nie artystką. Ale widziałam twoje obrazy w 

salonie. Są wspaniałe. Podobają mi się twoje przyjemne, czyste kolory i kształty.

- Micah ma doskonałe wyczucie koloru i kształtu - wtrącił się Gladstone.

180

background image

Micah był zachwycony.

- Czy mogę ci przynieść coś do picia? - spytał Mercy.

Spojrzała na pustą szklankę i postanowiła nie przyznawać się, że piła wodę. Już zaczęła 

coś mówić, podając szklankę Micahowi, lecz o mało się nie zakrztusiła własnymi słowami, kiedy 

ujrzała w wyobraźni wodę.

Niebieską, świetlistą wodę. Wodę koloru oczu Erasmusa Gladstone'a. Mercy nie mogła 

się powstrzymać, aby nie rzucić szybkiego spojrzenia na Gladstone'a. Mówił coś do Isobel, na co 

ta uśmiechnęła się uprzejmie. Potem oboje się odwrócili, aby porozmawiać z kobietą w jaskrawo 

fluoryzującym wdzianku.

- Mercy? - Micah Morgan uniósł pytająco brew.

- Poproszę o szklankę... wody.

- Samej wody?

- Tak.

- Jasne. Zaraz wracam.

Mercy patrzyła, jak Micah znika w tłumie. Rzuciła okiem na Gladstone'a i Isobel, którzy 

wydawali się pochłonięci rozmową.

W wyobraźni znów ujrzała niebieską, świecącą wodę. Z niepokojem pomyślała o Crofcie 

w podziemiach. Odruchowo, tak jak to robiła co parę minut, sprawdziła, czy Dallas i Lance są w 

pokoju. Dallas zajmował się barem, a Lance właśnie wchodził do pokoju z tacą pełną nowych 

kanapek. Widziała, jak kilka minut wcześniej wychodził do kuchni.

To   naprawdę   idiotyczne.   Nie   ma   się   czym   martwić.   Nadal   nie   mogła   uwierzyć,   że 

Erasmus   Gladstone   jest   przebranym   Eganem   Gravesem,   a   nawet   gdyby   w   to   uwierzyła,   to 

wiedziała, że Croft da sobie radę. Zawsze dawał sobie radę.

Obraz wody znikł z jej wyobraźni, ale nie opuściło jej uczucie niepokoju. Mercy zaczęła 

się zastanawiać, jak długo można oglądać prywatną bibliotekę. Kiedy ktoś się zorientuje, że Croft 

znikł?

Na szczęście ten tłum zapewniał dobrą ochronę. Znajdowało się tu wielu mężczyzn w 

ciemnych garniturach i nieobecność Crofta nie rzucała się od razu w oczy.

Wszystko powinno być w porządku, ale nie było.

181

background image

Po tym,  jak Mercy obudziła się kilka razy w środku nocy z dziwnym,  niepokojącym 

uczuciem czegoś złego, tym bardziej nieskora była do ignorowania swego zaniepokojenia, nawet 

jeśli odezwało się w czasie przyjęcia. Przebywanie w towarzystwie Crofta wyczuliło jej szósty 

zmysł.

Przypomniała sobie jego wcześniejszą niezwykłą wesołość. Zaczęła się zastanawiać, czy 

Croft przypadkiem nie wypił jednak za dużo przed zejściem na dół. Twierdził wprawdzie, że 

wypił tylko pół kieliszka wina, ale nie wiadomo, ile wypił naprawdę, nim go zobaczyła.

Pomysł,   że   Croft   może   być   pijany,   wyglądał   niedorzecznie,   lecz   jej   towarzysz 

rzeczywiście sprawiał wrażenie, jakby był pod wpływem alkoholu.

Mercy nie czekała dłużej. Rozejrzała się po pokoju i zobaczyła, że Micah wdał się w 

rozmowę z blondynką w długich, czerwonych kalesonach i w siedmiocentymetrowych szpilkach. 

Gladstone i Isobel nadal rozmawiali ze znajomą we wdzianku. Mercy przemknęła przez tłum do 

wyjścia. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.

W korytarzu usłyszała śmiechy i szepty dochodzące z salonu. Ktoś zgasił tam światło i 

pary, które przebywały w salonie, najwidoczniej nie udały się tam po to, by podziwiać górskie 

widoki.

Mercy   odczekała   minutę,   żeby   się   upewnić,   że   nikt   jej   nie   zauważył,   i   podeszła   do 

schodów.  Stopniowo, kiedy  schodziła  w  dół,  zanikał  zapach   tytoniu  i  marihuany,   a odgłosy 

rozmów i śmiechu powoli cichły.

Gdy otworzyła szklane drzwi i znalazła się na tarasie, uderzyła ją niesamowita cisza i 

znajomy   aromat   chloru   połączony   z   wonią   tropikalnej   roślinności.   Świecący   błękit   basenu 

przyciągnął jej wzrok. Pomieszczenie było ciemne, ponieważ nie paliły się górne światła, ale nie 

tak bardzo jak poprzedniej nocy, gdyż zielone światło spod liści oświetlało ścieżkę prowadzącą 

do basenu.

Nigdy później nie mogła sobie uświadomić, dlaczego poszła w stronę wody. Teoretycznie 

powinna najpierw sprawdzić bibliotekę. Jednakże przyciągała ją aura świecącej niebieskiej wody. 

Ostatnio ten odcień błękitu dosłownie ją prześladował. Mercy szybko ruszyła żwirowaną, białą 

ścieżką.

W kilka sekund później  dostrzegła  ciemny kształt  leżący na wodzie.  Poraził  ją szok. 

Między palmowymi liśćmi i paprociami zauważyła jedynie czarną nogawkę spodni, nadymającą 

182

background image

się w wodzie, ale to jej wystarczyło. Zaczęła biec. Wprawdzie na przyjęciu jeszcze kilku gości 

miało na sobie ciemne garnitury, mogła się jednak założyć, że wszyscy oni znajdowali się na 

górze. Mężczyzną w basenie był Croft.

Nie mógł  być  martwy.  Nie w ten  sposób. Croft Falconer nie był  człowiekiem,  który 

wpadłby po pijanemu do basenu.

- Croft! Ach, mój Boże, Croft! Nie waż się utopić. Nie waż się. - Mercy dobiegła do 

brzegu basenu, lekko się potykając zrzuciła sandały na wysokich obcasach i wskoczyła do wody. 

Croft leżał na powierzchni tak, jakby był nieprzytomny albo martwy.

Mokry   dół   sukni   natychmiast   stał   się   bardzo   ciężki,   jednak   Mercy   znajdowała   się 

zaledwie kilka metrów od Crofta. Wykonała parę prędkich ruchów i złapała go za ramię.

Croft poruszył się pod wpływem jej dotyku, przekręcił w wodzie jak foka i uśmiechnął z 

zadowoleniem.

- Wiedziałem,  że  się tu zjawisz prędzej  czy później  - powiedział.  - Nigdy dotąd  nie 

musiałem na nikim polegać. To niebezpieczne. Mimo to byłem pewien, że mogę polegać na 

tobie. Dziwne, co?

Mercy puściła go jak oparzona.

- Co jest grane? - spytała przez zaciśnięte zęby. - W co ty się bawisz? Croft, przeraziłeś 

mnie na śmierć.

- Wątpię. Nie jesteś osobą, która mogłaby się przerazić na śmierć. Możesz się bać, ale nie 

ustaniesz, będziesz cały czas walczyć. Taką już masz naturę. Przez mokrą suknię prześwitują ci 

piersi. To szalenie podniecające.

-   Ty   kompletny   kretynie   -   warknęła   Mercy,   przyglądając   się   ze   zdumieniem 

rozanielonemu wyrazowi twarzy Crofta. - Jesteś pijany.

- Nigdy nie jestem pijany - powiedział Croft i uśmiechnął się szelmowsko. - Ciekaw 

natomiast   jestem,   jaka   ty   jesteś,   kiedy   sobie   trochę   wypijesz.   Czy   tracisz   wszystkie   swoje 

zahamowania i rzucasz się na mężczyznę?

- Rozmowa z tobą jest teraz stratą czasu. - Mercy zaczęła go ciągnąć do brzegu basenu. 

Dawał się ciągnąć, ani nie przeszkadzając, ani nie pomagając. - Musimy się stąd wydostać. Na 

litość boską, Croft, to cud, że nie utonąłeś.

- Potrafię bardzo długo wstrzymywać oddech - zdradził z dumą.

183

background image

- Doprawdy? - Dociągnęła go do schodków i usiłowała postawić w wodzie na nogi. - Jak 

długo?

- Przez jakiś czas.

- To fantastycznie. Od jak dawna leżysz na wodzie, ćwicząc wstrzymywanie oddechu?

Croft uniósł się do pionu.

- Od jakiegoś czasu - powtórzył. - Od dawna. - Potem pochylił się do przodu, jakby chciał 

jej   zdradzić   jakąś   tajemnicę:   -   Właśnie   miałem   zamiar   trochę   oszukać   i   odetchnąć,   kiedy 

przyszłaś.

- To szalenie inteligentne z twojej strony. - Jedną ręką przytrzymywała mokry dół sukni, 

drugą szarpała go za ramię. - Rusz się, Croft, chodź. Rusz się, do diabła.

- Nie klnij na mnie. Prawdziwa dama nie przeklina - powiedział lekko bełkotliwie Croft, 

wchodząc po schodkach i trzymając się poręczy. - Dobrze, że nie musiałem odetchnąć. Boby się 

domyślili.   Wiesz,   obserwowali   mnie.   Chcieli   być   pewni.   Ale   teraz,   jak   ty   tu   jesteś,   muszą 

udawać, że wszystko jest fajnie.

- Croft, nie mam zielonego pojęcia, o czym ty mówisz, i jeśli nie chcesz, żebym klęła, to 

zachowuj się lepiej.

-   Przecież   się   zachowuję.   Jak   prawdziwy   dżentelmen.   Gdybym   się   porządnie   nie 

zachowywał, to wiesz, co bym teraz robił?

- Nie wiem i nie chcę wiedzieć - mruknęła Mercy, podsadzając go na ostatni stopień. Poza 

basenem Croftem trudniej było manipulować.

Patrzył na nią z błyskiem pożądania.

-   Gdybym   nie   był   dżentelmenem,   zaciągnąłbym   cię   na   środek   tego   sztucznego 

tropikalnego ogrodu, zdjąłbym z ciebie ubranie i kochałbym się z tobą, aż byś nie mogła mnie 

przeklinać ani na mnie krzyczeć. Kiedy bym skończył, nie mogłabyś nawet patrzeć na mnie z 

taką złością jak teraz.  Leżałabyś  pode mną,  przytulałabyś  się do mnie,  błagałabyś  o więcej, 

szeptała moje imię, aż byś się spaliła w płomieniach. Robi mi się gorąco na samą o tym myśl.

Chwilowo jego oczy zmieniały się w płomienie. Mercy poczuła, że robi jej się ciepło pod 

wpływem   głodnego,   pożądliwego   spojrzenia   Crofta.   Nie   była   pewna,   czy   uderzenie   gorąca 

spowodowane było wyszeptaną przez Crofta seksualną pogróżką, czy też jej własną wściekłością.

184

background image

- Nie mogę uwierzyć, że doprowadziłeś się do takiego stanu - mruknęła, puszczając ramię 

Crofta i szukając butów. - Po prostu nie wierzę. To obrzydliwe.

Wyciągnął rękę, aby dotknąć jej piersi, widocznej przez mokry materiał.

- Nie zrobiłem tego celowo.

Odsunęła jego rękę.

- Nie brzmi to specjalnie uspokajająco.

Croft rozejrzał się, najwidoczniej czegoś szukając.

- Gdzie to jest?

-   Co?   Ręcznik?   Kąpiel   była   decyzją   spontaniczną.   Nie   wziąłeś   ze   sobą   ręcznika. 

Następnym  razem musisz  lepiej planować. - Woda spływała  z niej strużkami. - Chwileczkę. 

Tutaj, na leżaku, jest jakiś ręcznik. Musiał go zostawić któryś z gości po południu. - Wzięła 

ręcznik i podała Croftowi.

Croft uniósł brwi, gapiąc się na ręcznik, który trzymał w ręce. Niecierpliwie potrząsnął 

głową.

- Nie ręcznik. Książka.

Mercy znieruchomiała w trakcie wkładania drugiego buta. Podniosła głowę.

- Croft - powiedziała łagodnie i wyraźnie - czy dostałeś się do biblioteki?

Zamrugał oczyma.

- Oczywiście. Przecież po to tu przyszedłem. Zawsze kończę to, co zacząłem.

Mercy podniosła się powoli, mechanicznie wyciskając wodę z sukni. Woda była ciepła, a 

w ogrodzie było jeszcze cieplej, ale poczuła nagle zimny dreszcz.

- Wyniosłeś książkę z biblioteki?

- Miałem taki zamiar. - Croft znów zmarszczył brwi, - Chciałem ją jeszcze raz obejrzeć.

- Czy to była Dolina, Croft? - Mercy złapała go za rękaw, starając się go zmusić, aby się 

skupił.   -   Czy   wyniosłeś   z   biblioteki  Dolinę?  Cholera,   dlaczego   ja   w   ogóle   usiłuję   z   tobą 

rozmawiać, kiedy jesteś w takim stanie!

Nastrój Crofta zmienił się nagle. W jego oczach ponownie pojawił się wyraz pożądania.

-   Chcesz   ze   mną   pooglądać   obrazki,   Mercy?   Moglibyśmy   razem   obejrzeć  Dolinę  

przekonać się, jak na ciebie wpłynie.

185

background image

- Kobiety nie są w takim samym  stopniu jak mężczyźni  podatne na wizualne bodźce 

seksualnie - poinformowała go ostro Mercy.

- Naprawdę? - Wydawał się zafascynowany. - Wolałabyś coś prawdziwego, co? Proszę 

bardzo.

- Przestań, Croft. Musisz wziąć się w garść.

- Po co? To dobre dla samotnych mężczyzn. Ja mam ciebie. - Objął ją ciężkim, mokrym 

ramieniem.   Potknął   się   i   stracił   nieco   ze   swej   wesołości.   Najwyraźniej   niespotykany   brak 

koordynacji był dla niego zagadką, nawet w tym stanie.

- Co się ze mną dzieje?

- Jesteś pijany. Chodź, Wielki Mistrzu Nindża, czas do łóżka.

Potrząsnął głową, ale się nie odsunął, kiedy Mercy objęła go w pasie i zaczęła prowadzić 

po ścieżce.

- Tylko nie Nindża. Nindże są w telewizji.

- Ty też się poruszasz jak żółw.

- Książka - powiedział nagle.

- Jest bezpieczna. - Mercy wyczuwała jego błyskawicznie zmieniający się nastrój. Ze 

stanu głupiego upojenia alkoholowego przechodził do zaniepokojenia o Dolinę.

- Bezpieczna? Masz ją?

Szybko odwrócił głowę i przez kilka sekund Mercy się zdawało, że zobaczyła w jego 

oczach   promyk   rozsądnego   rozumowania.   Pomyślała   jednak,   że   był   to   tylko   skutek   słabego 

oświetlenia.

- Ja jej nie mam - przypomniała mu cierpliwie. - Książka jest w bibliotece.

- Zabierz ją stamtąd.

- Co? - Mercy przystanęła na ścieżce. - Zwariowałeś? Jak mam się tam dostać?

Croft otarł ręcznikiem wodę z czoła.

- Zostawiłem otwarte drzwi.

- Drzwi do biblioteki?

- Musiałem zostawić je otwarte. Byłem w środku, kiedy się zorientowałem, że ktoś mnie 

śledzi. Zamknąłem drzwi tylko na klamkę i wyszedłem zobaczyć, kto jest w ogrodzie. - Przerwał 

i skrzywił się. - Cholera, chyba będę musiał zwymiotować. Myślałem, że mdłości minęły.

186

background image

- Jesteś chory? Croft, słuchaj, co do ciebie mówię.

Wziął głęboki oddech.

- No, przeszło. Cholerne mdłości.

Mercy była coraz bardziej zdenerwowana i przestraszona. Złapała poły mokrej koszuli 

Crofta usiłując nim potrząsnąć. Croft zamrugał i spojrzał na nią,

- Znalazłeś kogoś w ogrodzie? - spytała cicho.

- Nie musiałem. Ktoś znalazł mnie - wyjaśnił Croft. - Jakiś mężczyzna. Dallas albo Lance. 

Żenujące. Nie powinienem mu pozwolić podejść tak blisko. Coś jest ze mną nie w porządku, 

Mercy.

Nagle Mercy zrobiło się niedobrze.

- Wrzucił cię do basenu?

Croft zastanowił się.

- Chyba chciał mnie ogłuszyć i wrzucić do wody. Ale go oszukałem. - Uśmiechnął się na 

wspomnienie własnej przebiegłości. - Wpadłem do wody sam z siebie.

- Boże! - Mercy szarpnęła go za ramię, szybko idąc żwirowaną ścieżką. - Musimy się stąd 

wydostać.

Croft   zatrzymał   się   gwałtownie   na   środku   żwirowanej   ścieżki.   Mercy   nie   mogła   go 

ruszyć.

- Musimy mieć tę książkę - powiedział.

Mercy była coraz bardziej zdesperowana.

- Czy pójdziesz ze mną, jeśli wydostanę tę cholerną książkę?

Croft z zadowoleniem pokiwał głową. Znów uśmiechnął się pożądliwie.

- Jasne. Zawsze chętnie z tobą idę, Mercy. Lubię z tobą iść i w ciebie wchodzić. Lubię, 

jak ty też dochodzisz do orgazmu. Lubię na ciebie patrzeć, kiedy nadchodzi ten moment. Lubię, 

kiedy jesteś gorąca, ciasna i mokra wokół mojego...

- Zamknij się. Jesteśmy w poważnych kłopotach. Jeśli nie przestaniesz mówić o seksie, 

wrzucę cię z powrotem do basenu. Słyszysz mnie, Crofcie Falconerze?

- Uch, co za zrzęda. Masz szczęście, że jestem łagodnym człowiekiem, prawda?

Mercy postanowiła, że najlepiej będzie zignorować jego słowa. Zależało mu tylko na 

książce. Jeśli ją wydostanie, może Croft będzie bardziej posłuszny jej poleceniom.

187

background image

Podjęła decyzję. Wyglądało na to, że będzie musiała wydać Croftowi kilka rozkazów. 

Wreszcie ją przekonał, że w posiadłości Gladstone'a dzieje się coś bardzo niedobrego. Wyjazd 

stąd był jedynym rozsądnym wyjściem, Croft wyraźnie nie był w stanie zorganizować ucieczki. 

Mercy sama musiała się tym zająć.

- Posłuchaj, Croft. Wydostanę dla ciebie Dolinę tajemniczych klejnotów, jeśli uda mi się 

wejść do środka. Potem pójdziemy na górę. Jeżeli ktoś nas zobaczy, będziemy udawać, że jesteś 

pijany   i   musisz   pójść   spać.   Na   górze   spakujemy   rzeczy   i   od   tyłu   przedostaniemy   się   do 

samochodu. Rozumiesz?

Croft uśmiechnął się i pokiwał posłusznie głową.

- Masz zupełną rację, słodka Mercy. Jestem na twoje rozkazy.

- Pamiętaj. - Sprowadziła go ze ścieżki między rośliny i postawiła pod wielką palmą. - 

Dobrze, Croft. Pierwszy rozkaz. Siadaj i nie ruszaj się stąd, dopóki nie wrócę z książką. Nawet 

jeśli ktoś wyjdzie na taras, nie zobaczy cię stamtąd. Siedź i się nie ruszaj. Udawaj, że medytujesz. 

Możesz to zrobić?

-  Oczywiście. - Usiadł pod palmą po turecku i spojrzał w górę, oczekując pochwały. - 

Nieźle, co?

- Fantastycznie - mruknęła.

-   Czy   przypadkiem   nie   chciałabyś   znów   się   kochać   w   takiej   pozycji,   co?   -   spytał   z 

nadzieją. - Wiesz, tak jak na łące? Mogłabyś usiąść tutaj i objąć mnie w pasie nogami. Potem ja...

- Cicho bądź - powiedziała z rozpaczą Mercy. - Idę teraz po książkę. Pamiętaj, nie ruszaj 

się, dopóki nie wrócę.

W oczach Crofta znów zamigotał przebłysk rozsądku.

- Idziesz po książkę?

- Tak.

- Dobrze. Pośpiesz się.

- Na pewno to zrobię - powiedziała, odwracając się.

Może Croft się mylił. Może nie zostawił otwartych drzwi do biblioteki. Jeśli nie będzie 

się mogła dostać do środka, oszuka go i powie, że ma książkę schowaną w fałdach sukni.

W pomieszczeniu, w którym znajdowała się biblioteka, było ciemno. Mercy pomyślała o 

zapaleniu światła i doszła do wniosku, że byłoby to szczytem głupoty. Przypominając sobie w 

188

background image

myśli, gdzie mniej więcej znajdują się metalowe drzwi, Mercy przeszła przez pokój i zaczęła 

macać wzdłuż ściany.

Jej   pamięć   okazała   się   dość   dobra.   Kilka   sekund   później   dotknęła   palcami   metalu. 

Znalazła klamkę i nie wiedziała, czy się modlić o to, żeby drzwi się otworzyły,  czy wprost 

przeciwnie.

Klamka lekko ustąpiła. Croft rzeczywiście otworzył zamek i tak go zostawił. Niesłychane 

osiągnięcie,   biorąc   pod   uwagę   jego   stan.   Mercy   odetchnęła   głęboko   i   weszła   do   zimnego, 

metalowego pomieszczenia.

Teraz musiała zapalić światło. W żaden sposób nie znalazłaby  Doliny  po ciemku. Nie 

mogła  jednak ryzykować,  że promyk  światła  przedostanie się do sąsiedniego pomieszczenia. 

Będzie musiała zamknąć za sobą drzwi, zapalić wewnętrzne światło i poszukać książki. Myśl o 

zamknięciu się w środku napawała ją najwyższą niechęcią.

Mercy przypomniała sobie, jak wypytywała Gladstone'a o możliwość zatrzaśnięcia się w 

bibliotece. Zapewniał ją, iż to miejsce nie jest dla niego pułapką, a czymś przeciwnym. Mercy 

zacisnęła usta i cicho zamknęła drzwi. Potem wyciągnęła rękę i zapaliła światło.

Gwałtownie zamrugała, czekając, aż oczy przyzwyczają się do jasnego światła. Szybko 

podeszła do tej części pokoju, gdzie stała półka z ciekawostkami. Dolina tajemniczych klejnotów  

Burleigha stała tam gdzie przedtem. Mercy ściągnęła ją z półki.

- Sprawił mi pan na razie same kłopoty, Rivingtonie Burleigh. Ciekawa jestem, czy pan o 

tym wie. Takie są skutki pisania erotyków. Czemu nie mógł pan być poetą metafizycznym czy 

kimś w tym rodzaju?

Na nowo wstrzymała oddech gasząc światło i podchodząc do drzwi. Przez jedną krótką 

chwilę  ciężkie  drzwi  nie  chciały  się  ruszyć,  kiedy  je  popchnęła.  Ze  strachem  pomyślała,   że 

niechcący przesunęła wewnętrzny mechanizm blokujący. Z przerażeniem wyobraziła sobie, że 

mogłaby być zamknięta w bibliotece. Nigdy nie sądziła, że cierpi na klaustrofobię, lecz w tym 

momencie przekonała się, iż bardzo się boi zamknięcia w małej, ograniczonej przestrzeni.

Ciężar   jej   ciała   przezwyciężył   normalny   bezwład   solidnych   drzwi,   które   się   cicho 

otworzyły. Mercy szybko przekroczyła podwyższony metalowy próg i zamknęła za sobą drzwi. 

Zawahała się, a potem postanowiła zamknąć także zamek. Przy odrobinie szczęścia Gladstone 

nie odgadnie, że ktoś był w środku. Wyciągnęła rękę i nacisnęła mały guzik na drzwiach.

189

background image

Zasunięciu zamka towarzyszył prawie niedosłyszalny trzask.

Mercy stwierdziła, że zaczyna się trząść w mokrej sukni. Przyciskając do siebie Dolinę, 

podniosła mokry dół sukni i wyszła z pomieszczenia z powrotem do ogrodu. Miała nadzieję, że 

Croft nie zacznie się teraz przed nią chować.

Siedział jednak tam, gdzie go zostawiła, w pozie medytacyjnej. Odwrócił głowę, kiedy 

podeszła bliżej.

- Cześć, kotku - powiedział grubym głosem.

- Mam książkę. Idziemy. - Wyciągnęła w dół rękę, aby go chwycić za ramię i pociągnąć 

na nogi. Poczuła kolejną gwałtowną zmianę jego nastroju. - Dobrze się czujesz?

- Znów mi niedobrze - wymamrotał.

- Och, Croft. Nie teraz. Poczekaj, aż będziemy na górze.

- Strasznie się rządzisz, wiesz?

- Nie tak bardzo jak ty. Daj mi ten ręcznik.

- Po co?

- Żebym mogła w niego owinąć Dolinę, tumanie. Nie chcę, żeby nas ktoś zobaczył z tą 

głupią książką. Jak byśmy się wytłumaczyli?

- Masz rację - pochwalił ją Croft.

- Chodź, pośpieszmy się.

Weszli na parter nie spotykając żywej duszy. Mercy przeprowadzała właśnie Crofta obok 

ciemnego wejścia do salonu, kiedy jakaś pijana para wyszła ze środka i omal nie wpadła na 

Crofta.

- Uważajcie, żebym nie zwymiotował wam na buty - poradził uprzejmie Croft.

Kobieta, ubrana głownie w błyszczący cień do powiek, spojrzała na niego ze zdumieniem. 

Jej towarzysz odsunął stopę z drogi Crofta.

- Źle się czujesz? - spytała ze współczuciem kobieta.

- Aha - przyznał wesoło Croft.

- Jesteś całkiem mokry - zauważył mężczyzna.

- Pływałem.

190

background image

Mercy   pociągnęła   Crofta   za   rękę.   Zawiniętą   w   ręcznik   książkę   starała   się   trzymać 

dyskretnie poza polem ich widzenia. Podtrzymywanie ręcznika, książki i mokrej sukni w jednej 

zbitej masie ułatwiało ukrywanie dziwnego kształtu pod wielkim, grubym ręcznikiem.

- Rusz się, kochanie. Nie chcesz się przecież skompromitować w środku przyjęcia.

Croft posłał nowym znajomym porozumiewawczy uśmiech.

- Ciągnie mnie na górę, żebyśmy się mogli kochać - powiedział.

- Croft!

- Dobrze, dobrze, kotku. Już idę. Nie chcę, żebyś za długo czekała.

Postawił jedną nogę w mokrym bucie na pierwszym stopniu schodów prowadzących na 

piętro, kiedy w korytarzu pojawiła się Isobel Ascanius. Wlepiła ostry, pytający wzrok w parę na 

schodach.

- Mercy? Co się stało? Jesteście oboje kompletnie przemoczeni. Wszystko w porządku?

- Cześć, Izzy - powiedział dobrodusznie Croft. - Czy to nowy strój pilota? Fantastyczny. 

Powinnaś wprowadzić nową modę.

- Nie zwracaj na niego uwagi - powiedziała z westchnieniem Mercy. - Jest całkowicie 

urżnięty. Postanowił popływać i o mało się nie utopił. Zabieram go na górę i kładę do łóżka.

- Czy mam ci pomoc? - spytała Isobel.

- Nie - zaprotestował Croft, nim Mercy zdołała odmówić. - Mercy da sobie ze mną radę. 

Potrzebuje tylko trochę praktyki. Dostarczę jej wielu okazji do ćwiczeń. - Konfidencjonalnie 

pochylił się do przodu omal się nie przewracając. - Wiesz, Mercy jest trochę nieśmiała. Pewne 

rzeczy ją zawstydzają, rozumiesz, o co mi chodzi. Ale szybko się uczy.

Mercy zatkała mu usta ręką.

- Wystarczy - syknęła. - To mnie nie bawi.

Croft spojrzał na nią zranionym wzrokiem.

- Przepraszam cię, Isobel - powiedziała Mercy. - To jest dość upokarzające. Położę go do 

łóżka i do rana mu przejdzie.

- Nie zdawałam sobie sprawy, że wypił aż tyle.

- Ma słabą głowę.

191

background image

Z zatkanych ręką Mercy ust Crofta dobiegł zduszony protest. Mercy poczuła na dłoni jego 

język  i szybko  zabrała  rękę. Croft uśmiechnął  się tryumfalnie,  usatysfakcjonowany drobnym 

zwycięstwem.

- Zachowuj się - warknęła Mercy. Przytrzymując zawiniętą w ręcznik książkę, starała się 

stać tak, aby Croft zasłaniał ją przed oczyma Isobel.

- Czy możesz przeprosić w naszym imieniu Erasmusa? - zwróciła się do Isobel.

- Oczywiście. Pewna jesteś, że dasz sobie radę?

- Tak, dziękuję. - Mercy ruszyła na górę.

Croft szedł posłusznie za nią, nadal zasłaniając ją swoim ciałem. Machał ręką do Isobel, 

póki ją widział.

- Doskonały pilot - powiedział, kiedy Mercy wepchnęła go do ich apartamentu.

- Skoro jesteś nią tak zachwycony, to dlaczego się upiłeś na jej przyjęciu i zrobiłeś z 

siebie głupca? - Mercy zaczęła mu rozpinać koszulę.

-  Nie  jestem  zachwycony.   Stwierdziłem   fakt.  Jest  dobrym   pilotem.  Myślę  jednak,  że 

jestem zachwycony tobą. - Spojrzał na Mercy, która zdjęła mu z ramion mokrą koszulę i zabrała 

się do rozpinania paska. - Byłoby łatwiej, gdybyś najpierw zdjęła mi buty.

-   Cholera,   nie   pomyślałam.   -   Mercy   bardzo   zła,   a   jednocześnie   jeszcze   bardziej 

przestraszona, popchnęła go na łóżko i uklękła przed nim na podłodze. Położyła  Dolinę  obok 

niego.

Croft nie zwrócił na to uwagi.

- Masz zamiar mnie rozebrać i rzucić się na mnie?

- Nie, mam zamiar wrzucić cię pod prysznic.

- Już jestem mokry.

-  Zmarzliśmy   oboje.   Musimy   się   rozgrzać   szybkim,   gorącym   tuszem   i   włożyć   suche 

ubrania. I musimy się pośpieszyć. - Ściągnęła mu wreszcie buty i szybko wstała. - Zdejmuj 

spodnie i idź pod prysznic.

Croft zmarszczył czoło i zaczął dłubać przy suwaku od spodni.

- Pomóż mi.

-   To   jest   po   prostu   niemożliwe.   -   Drżącymi   po   części   z   zimna,   po   części   ze 

zdenerwowania   palcami   Mercy   rozpięła   mu   spodnie   i   pomogła   je   zdjąć.   Nie   było   to   łatwe 

192

background image

zadanie. Croft miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. Z jakiegoś powodu autentycznie go to 

zaniepokoiło.

- Nie jestem pijany - mruknął, potykając się w wejściu do łazienki. - Nie mogę być pijany. 

Nigdy nie byłem pijany. Nigdy. Za duże ryzyko. Mógłbym stać się taki jak mój tata. Mógłbym 

zranić kogoś, kogo nie chcę zranić. Nigdy nie piję za dużo.

Mercy znów przyszło do głowy, że Croft przypuszczalnie mówi prawdę. Nie mógł być 

pijany. Miał misję do spełnienia. Na pewno nie wypiłby za dużo przed zejściem do podziemi.

Złapała go za ramię, gdy miał wejść pod prysznic.

- Croft, jeśli nie piłeś dużo, to co się z tobą dzieje?

- Nie wiem, do diabła. - Przyłożył sobie rękę do czoła. - Kręci mi się w głowie.

Mercy nie  czekała  dłużej. Sięgnęła  po jeden z  papierowych  kubków  przy umywalce, 

napełniła go wodą i podała Croftowi.

- Masz, pij.

- Nie chce mi się pić. - Wziął jednak kubek i wypił.

Kiedy skończył, Mercy znów nalała wody i kazała mu wypić. Zaczął protestować, kiedy 

napełniła kubek po raz trzeci.

- Więcej nie - mruknął. - Niedobrze mi.

-   Znakomicie.   O   to   mi   chodzi.   Najpierw   chcę   rozwodnić   tę   truciznę,   którą   cię 

potraktowali. Potem możesz rzygać do upojenia. Musisz wyrzucić to, co masz w żołądku. Pij tę 

wodę, Croft.

Spojrzał na nią ponad brzegiem kubka.

- Truciznę?

- Jeśli nie jesteś pijany, to dostałeś jakąś truciznę albo narkotyk. Pośpiesz się.

Wypił trzeci kubek wody i zrobił skrzywioną minę.

- A co teraz?

- Teraz wsadzę ci palec do gardła, żebyś zwymiotował.

Croft odwrócił się nagle do porcelanowej muszli.

- Chyba nie będziesz musiała tego robić.

Mercy podtrzymywała go, kiedy długo i gwałtownie wymiotował.

193

background image

I

sobel udała się na poszukiwanie Gladstone'a. Gdy go znalazła, odciągnęła go na bok. 

Wiedziała, że nie będzie zadowolony.

- Wyciągnęła go z basenu, zanim się utopił, ale już mu niewiele brakuje - powiedziała 

szybko. - Myśli, że jest pijany i zabrała go na górę, do łóżka.

Oczy Gladstone'a zapaliły się na moment niedobrym blaskiem.

- Już powinien być martwy. To miał być zwykły wypadek. Pijany gość pośliznął się i 

wpadł do basenu. Sekcja nic by nie wykazała.

- Wiem. Coś się nie udało.

- Nie lubię amatorszczyzny.

- Nawalił Dallas albo Lance. Ten z nich, który wymknął się na dół, żeby uderzyć Crofta i 

wrzucić go do basenu, zepsuł robotę.

- Powinien był się upewnić, że Falconer nie żyje.

- Nie mógł tkwić przy basenie dłużej niż minutę, góra dwie - powiedziała Isobel. - Na tym 

polegał cały plan. Gdyby policja zaczęła zadawać niewygodne pytania, komuś z gości mogłoby 

się przypomnieć, że ktoś z obsługi znikł na dłuższy czas. Liczył się czas. Poza tym Falconer 

powinien   był   być   nieprzytomny,   kiedy   wpadał   do   wody.   Powinien   był   utonąć   bez   żadnej 

dodatkowej pomocy.

- Nie toleruję niedbalstwa.

- To się da naprawić - zapewniła go Isobel.

- Postaraj się. Nie podoba mi się parę spraw. Falconer nie miał prawa uciec z pułapki. Pod 

wpływem narkotyku powinien był wydawać się kompletnie pijany.

- I tak było. Ale Pennington wyciągnęła go z basenu.

- Pilnuj ich obojga.

- Oczywiście, choć wątpię, czy byliby w stanie gdzieś się ruszyć. Falconer z trudem stoi 

na nogach. Wkrótce w ogóle nie będzie mógł stać. W każdym razie nie mogą się stąd wydostać 

bez naszej wiedzy. Jeśli spróbują, tylko nam ułatwią sprawę. Pijany kierowca, samochód i górska 

droga.   Wszystkie   warunki   potrzebne   do   nieszczęśliwego   wypadku.   Może   to   być,   w   gruncie 

rzeczy, najprostszy sposób. Załatwi naraz oboje.

Gladstone zamyślony pokiwał głową.

- Tak, to rzeczywiście może być najprostszy sposób. Czy Falconer wszedł do biblioteki?

194

background image

- Nie. Drzwi są nadal zamknięte. Dallas przed chwilą sprawdzał.

- Doskonale. - Gladstone znów pokiwał głową.

195

background image

Rozdział czternasty

C

roft   trząsł   się   cały,   kiedy   Mercy   wprowadziła   go   pod   prysznic.   Spod   naturalnej 

opalenizny   prześwitywała   blada   skora.   W   twarzy   o   wyostrzonych   rysach   oczy   błyszczały 

gorączkowo, na nogach trzymał się wyłącznie siłą woli.

Wróciła mu jednakże jasność myśli. Tak przynajmniej wmawiała sobie Mercy, ściągając z 

siebie mokre ubranie i wchodząc pod prysznic obok Crofta. Ciepła woda dawała przyjemną ulgę. 

Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo przemarzła.

Croft przyglądał jej się zagadkowo.

- Mam wrażenie, że nie przychodzisz tu dla zabawy i przyjemności. - Jedną ręką opierał 

się o wykafelkowaną ścianę, podstawiając głowę pod wodę.

- Masz rację. Jestem tu po to, żebyś nie runął na twarz.

-   Dlaczego   nie?   Robię   to,   odkąd   się   wszystko   zaczęło.   Sam   nie   wierzę,   że   tak   to 

spartoliłem. Powtarza się sytuacja sprzed trzech lat. - Zamknął oczy i oparł się o ścianę drugą 

ręką, żeby nie stracić równowagi. - Beznadzieja.

- Na ogół nie masz takich problemów, co? - Mercy wiedziała, że Croft nie jest w nastroju 

do dalszych żartów, jakimi zabawiał się wcześniej jej kosztem, lecz mimo to czuła się nieswojo, 

dzieląc z nim prysznic. To są wyłącznie zabiegi terapeutyczne, powiedziała sobie, stojąc jednak 

do niego plecami. Jak tylko się ogrzeją, muszą uciekać.

- Trzy lata temu też niezbyt dobrze mi poszło - stwierdził zamyślony Croft. - Ale oprócz 

tego i dzisiejszego wieczoru na ogół nie miałem żadnych problemów.

- Mój ty bohaterze.

Croft otworzył jedno oko.

- Jesteś wściekła.

- Boję się. - Mercy zakręciła wodę. - Chodź, Croft. Musimy się stąd wydostać. Spakuję 

twoje rzeczy, kiedy się będziesz ubierał.

- Nie jestem w stanie prowadzić dziś samochodu po górskich drogach - powiedział cicho 

Croft, przyglądając się Mercy, która tymczasem rzuciła mu ręcznik.

196

background image

- Ja będę prowadzić.

- A potrafisz?

- W tych warunkach nie masz specjalnego wyboru.

- Racja. - Croft wykrzywił usta w uśmiechu.

Mercy nie była pewna, czy uśmiech jest wywołany resztkami narkotyku, czy też Croft 

uważa, że sytuacja jest rzeczywiście zabawna.

Szybko się wytarła i wyrwała Croftowi ręcznik z rąk.

- Wystarczy. Teraz włóż jakieś suche ubranie. Przyjęcie jest w pełnym toku i większość 

gości jest już zupełnie nieprzytomna. Wydaje mi się, że możemy zejść na dół i dostać się do 

samochodu tak, żeby nas nikt nie zauważył.

- Wątpię. - Croft pozwolił się zaprowadzić do sypialni. Jego nagość zupełnie mu nie 

przeszkadzała. Bardziej się przejmował lekkim drżeniem rąk. To go najwyraźniej zaalarmowało.

Wkładając mu czystą koszulę Mercy obrzuciła go szybkim, zatroskanym spojrzeniem.

- Jak to: wątpisz?

- Wydaje mi się to zbyt proste.

- Nawet jak ktoś zobaczy, że wychodzimy, nie ośmieli się nas zatrzymać w obecności 

wszystkich tych ludzi.

- Może tak, może nie. - Croft zaczął zapinać koszulę, poświęcając tej czynności całą 

uwagę.

- Masz jakiś lepszy pomysł? - spytała zirytowana Mercy.

- Nie.

- To wspaniale.  Dopóki nie wymyślisz  czegoś  lepszego,  przestań  się czepiać  mojego 

planu.

- Dobrze. Nie będę się czepiał twojego planu, dopóki nie wymyślę czegoś lepszego. Gdzie 

są moje spodnie?

- Tutaj. - Wyciągając z szafy podróżną torbę Crofta, drugą ręką rzuciła mu dżinsy. Szybko 

przebiegła przez pokój, zbierając resztę jego rzeczy.

-   Moje   buty   są   mokre.   Pójdę   boso.   -   Croft   rozejrzał   się   po   pokoju;   wydawał   się 

zatroskany.

- Dobrze. Przyniosę moje rzeczy. Zostań tu i nigdzie się nie ruszaj, rozumiesz?

197

background image

Z powrotem zwrócił na nią wzrok.

- Nie możesz mnie traktować jak pijanego męża, który cię skompromitował na przyjęciu. 

Moja głowa powoli dochodzi do siebie.

- Nie martw się, na pewno nie potraktuję cię jak męża, pijanego czy trzeźwego. Trzymaj. - 

Wcisnęła mu w rękę torbę. - Zaraz wracam.

Mercy była gotowa po paru minutach, gdy tylko wepchnęła byle jak swoje rzeczy razem z 

Doliną do walizki. Kiedy wróciła do drugiego pokoju, Croft stał tam, gdzie go zostawiła.

Uśmiechnął się szeroko.

- Nie ruszyłem się.

- Ale będziesz mógł teraz iść? - spytała z troską.

Nie  trząsł  się  tak  bardzo  jak  przedtem,   ale  nadal  wyglądał   tak,  jakby  trzymał   się  na 

nogach wyłącznie siłą woli i dzięki jej narzekaniu.

- Prowadź, szefowo. Nadal nie wymyśliłem niczego lepszego.

Mercy wyciągnęła do niego rękę.

- Masz kluczyki od samochodu?

Zastanawiał się przez chwilę.

-   Tutaj.   -   Poklepał   swoją   torbę.   Otworzył   boczną   kieszeń,   wyjął   kluczyki   i   podał   je 

Mercy. Złapała kluczyki, zdając sobie sprawę z tego, że jej palce również drżą. Uważaj, skarciła 

samą siebie. Musiała przecież prowadzić samochód. Pocieszyła się, że może następnego dnia 

znajdzie chwilę czasu, aby przeżyć nerwowe załamanie. Teraz jednak wyglądało na to, że musi, 

chcąc nie chcąc, wszystkim pokierować. Na szczęście Croft się nie sprzeciwiał.

- Ruszamy.

Kiedy wyszli z apartamentu, na korytarzu nie było nikogo. Na górę dobiegały głośne 

śmiechy, muzyka i rozmowy. Mercy poprowadziła Crofta wyłożonym dywanem korytarzem w 

kierunku tylnych schodów.

Po drodze nie spotkali żywej duszy. Kiedy wyszli na dwór, zobaczyli przed sobą gładkie, 

ciemne cienie.

- Psy - szepnęła Mercy, przystając. - Myślałam, że będą zamknięte.

Psy nie wydały z siebie dźwięku, ale sztywno postawiły uszy i podeszły bliżej. Mercy 

cofnęła się w popłochu.

198

background image

Croft się nie poruszył. Wyciągnął rękę do bliższego dobermana.

- Dobry piesek - powiedział cicho. - Wyszliśmy odetchnąć świeżym powietrzem.

Przemawiał spokojnie do zwierząt głosem tak cichym, że Mercy ledwie odróżniała słowa.

Psy przechyliły łby, słuchając uważnie. Zdawało się, że ich psie wątpliwości rozwiały 

ciche słowa Crofta.

- W porządku - powiedział Croft. - Nie będą nam przeszkadzać.

- Jesteś pewien?

- Tak.

- Nigdy nie lubiłam dobermanów - szepnęła Mercy, przechodząc obok obserwujących ich 

psów. - Zawsze wyglądają tak, jakby zaraz miały zaatakować.

- Bo zawsze gotowe są zaatakować.

- Rozumiem. Kiedy się zaprzyjaźniłeś z tymi dwoma?

- Mam dobre kontakty z psami. Rozumiemy się wzajemnie.

- Może powinieneś zmienić pracę i zajmować się hodowlą psów?

Wrzucili rzeczy na tylne siedzenie Toyoty. Mercy usiadła za kierownicą. Croft wsiadł i 

opadł na siedzenie obok niej. Mercy przekręcała kluczyk w stacyjce. Gdy zaczęła wyjeżdżać 

tyłem z podjazdu, Croft pochylił się do przodu i spojrzał na wskaźnik benzyny.

- Mamy podwójne szczęście - powiedział.

- Dlaczego? - Skupiła uwagę na prowadzeniu, ruszając w kierunku bramy.

- Nikt nie spuścił benzyny z baku i wiem, jak otworzyć bramę.

Mercy zacisnęła palce na kierownicy.

- Nie sądzisz, że może za dużo tego szczęścia?

- To bardzo możliwe. - Croft oparł się wygodnie.

- Croft!

- Nie przejmuj się. Sama to wszystko wymyśliłaś.

Mercy rozpromieniła się.

- Może wszystko nam się uda, dzięki temu, że był to taki spontaniczny pomysł. W końcu 

nikt się nie spodziewał, że się wymkniemy dziś wieczorem.

- To prawda. Spodziewali się raczej, że skończę w basenie. A ty...

- A ja?

199

background image

- Nie wiem, Mercy - powiedział znużonym głosem Croft. Głębokie zmęczenie ogarniało 

go na przemian z pijacką euforią i mdłościami. - Nie potrafię jeszcze jasno myśleć. Wyjedźmy 

stąd.

- Jak się czujesz, Croft?

- Jestem wykończony.  - Wyciągnął przed siebie dłonie i przyglądał się im w świetle 

tablicy rozdzielczej. - Myślę jednak, że poradzę sobie z bramą.

Kilka   minut   później   udowodnił,   że   miał   rację.   Światła   domu   zbladły,   kiedy   Mercy 

przejechała   przez   bramę   i   zaczęła   zjeżdżać   stromą   drogą.   W   chwilę   potem   dojechali   bez 

przeszkód do zewnętrznej bramy.

- Tę można by, w razie potrzeby, staranować samochodem - stwierdził rzeczowo Croft, 

wsiadając do samochodu po otwarciu drugiej bramy. - Wygląda na to, że nasze szczęście nie ma 

dzisiaj granic. Widocznie dobrze się sprawujemy.

Wielki autokar, który przywiózł gości na przyjęcie, wyglądał w świetle gwiazd jak śpiący 

dinozaur.   Mercy   przecisnęła   się   koło   niego   samochodem   i   wzięła   pierwszy   z   niezliczonych 

zakrętów, które wytyczały górską drogę. Z piskiem opon wyjechała z pierwszego zakrętu.

- Rozumiem, że nie masz wielkiego doświadczenia w prowadzeniu po górskich drogach - 

stwierdził po paru minutach Croft.

- Nie martw się. Szybko się uczę.

- To dobrze. - Znów zamknął oczy.

Samotność  i nie kończące  się strome  zakręty mogą  doprowadzić człowieka  do szału, 

pomyślała   Mercy,   koncentrując   się   na   prowadzeniu.   Przejechała   zaledwie   kilka   powolnych, 

morderczych kilometrów, kiedy w lusterku zobaczyła za sobą błysk reflektorów. Znikły prawie 

natychmiast za zakrętem, ale Mercy była pewna, że nie było to złudzenie. Nacisnęła pedał gazu.

- Croft!

Otworzył oczy, koncentrując się od razu na wąskim zakręcie, do którego zbliżali się z 

dużą prędkością.

- Mercy, może byś trochę zwolniła, co? Nawet moje Porsche nie bierze zakrętów z taką 

prędkością.

- Ktoś za nami jedzie.

200

background image

- To nie będzie miał kłopotu, żeby nas znaleźć,  jak spadniemy w przepaść. Zrobimy 

ładną, wielką dziurę w barierce.

- Być może o to mu właśnie chodzi. Może chce, żebyśmy spadli. - Mercy niechętnie 

zwolniła. Przejechała następny zakręt. Opony piszczały protestująco, trzymając  się kurczowo 

powierzchni drogi. Croft się wzdrygnął.

- Zaczynasz być tak samo melodramatyczna jak ja. - Croft odwrócił się i wyjrzał przez 

tylną szybę. - To musi być Dallas albo Lance. Albo obaj. Chyba nie możesz z nimi wygrać.

- Dziękuję za zaufanie. - Mercy znów nacisnęła na gaz. Następny zakręt pojawił się w 

świetle reflektorów za prędko.

- Zapomnij o Formule Jeden. Powiedziałem, że z nimi nie wygrasz. Ten, kto prowadzi 

tamten samochód, zna tę drogę znacznie lepiej od ciebie. To mu daje wyraźną przewagę.

- Posłuchaj, jeśli nie masz nic konstruktywnego do powiedzenia, lepiej się nie odzywaj i 

daj mi spokojnie prowadzić. - Mercy zaschło w ustach.

- Jesteś zdenerwowana - zauważył Croft.

- Co za błyskotliwe spostrzeżenie. Niezła z nas para, co? Ty zasypiasz, kiedy gonią nas 

bandyci, ja jestem kompletnie przerażona, a oboje trzęsiemy się jak liście osiki.

- Drifter's Creek - powiedział krótko Croft.

- Co?

-   Dowieź   nas   do   Drifter's   Creek,   tego   małego   wymarłego   miasteczka,   przez   które 

przejeżdżaliśmy.

- I co tam będziemy robić? Panikować?

- Jak wszystko inne zawiedzie. Dowieź nas tam, kotku. Myślę, że mamy trochę czasu. 

Ten, kto za nami jedzie, na razie nie bardzo się śpieszy. Przypuszczalnie chce nas mieć w zasięgu 

wzroku, dopóki nie dojedziemy do głównej drogi.

- Dlaczego?

- Wypadek będzie wyglądał bardziej naturalnie, jeśli się zdarzy na głównej drodze.

- Wypadek? Croft, naprawdę myślisz...

- Chcieli mieć przypadkowe utonięcie, przynajmniej w moim przypadku. Skoro się nie 

udało, ten drugi plan wydał im się równie dobry. I z pewnością byłoby lepiej, gdyby wypadek 

zdarzył się na głównej drodze. W ten sposób nikt go nie będzie łączył z Gladstone'em. Jeżeli 

201

background image

zdarzyłby się tutaj, ktoś mógłby się zacząć zastanawiać, skąd się tu wzięliśmy w środku nocy. 

Chociaż dochodzenie i tak by dalej nie poszło. W najgorszym razie Gladstone powiedziałby 

prawdę. Byliśmy jego gośćmi, wypiliśmy parę drinków, wyjechaliśmy wcześniej z przyjęcia i 

wpadliśmy w przepaść.

- Wolałabym, żebyś nie używał czasu przeszłego.

Mercy wyjechała z zakrętu i znalazła się na krótkim odcinku prostej drogi. Maksymalnie 

przyśpieszyła. Samochód wpadał w każdą dziurę.

-   Przy   takiej   jeździe   sztuka   polega   na   tym,   żeby   hamować   wchodząc   w   zakręt   i 

przyśpieszać, kiedy się z niego wychodzi - powiedział cierpliwie Croft.

- To nie jest odpowiednia pora, żeby mnie pouczać. - Mercy pokonała kolejny zakręt i 

zobaczyła w światłach reflektorów pierwsze zrujnowane budynki Drifter's Creek.

- Zgaś światła - powiedział spokojnie Croft.

- Żartujesz? - Mercy nie wierzyła własnym uszom. - Przecież nic nie będę widziała.

- To stań i zamień się ze mną.

- Ależ, Croft, nie jesteś w stanie prowadzić, sam mówiłeś. Jeśli myślisz, że pozwolę ci 

jechać przez góry, w dodatku bez świateł, to znaczy, że dostałeś w głowę o jeden raz za dużo.

Nie odpowiedział, lecz jego bosa stopa znalazła się nagle po jej stronie. Zepchnął jej nogę 

z pedału gazu i wyłączył światła. W następnej chwili naciskał na hamulec.

- Wysiadaj. Już. - Faktycznie wypychał ją z samochodu, przesiadając się za kierownicę.

- Do diabła, Croft. - Mercy natychmiast przestała się kłócić, otworzyła drzwi samochodu, 

wyskoczyła na zimne, nocne powietrze i błyskawicznie przebiegła na drugą stronę. Croft ruszył, 

nim zdążyła dobrze zamknąć za sobą drzwiczki.

- Co chcesz zrobić?

- Ukryć samochód tam, pośród drzew.

Mercy spojrzała we wskazanym kierunku. Widziała jedynie masę ciemnych pni i gałęzi.

- Między tymi drzewami nie ma miejsca na samochód.

- Jest. - Croft ostrożnie zjechał samochodem z drogi. Koła wpadły w dół, po czym Toyota 

przejechała na drugą stronę.

- W nocy, oczywiście, widzisz lepiej niż większość ludzi. - Mercy nie starała się ukryć 

ironii.

202

background image

- Tak.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie, ale ledwie widziała jego profil. Croft koncentrował się na 

prowadzeniu, usiłując unikać najgorszych wybojów.

Zbliżyli się do drzew - gęstej, solidnej wiązki cieni. Samochód wsuwał się w ciemność. 

Jakaś gałąź uderzyła ze świstem o przednią szybę. Mercy patrzyła wprost przed siebie. Trochę 

widziała, ale nie potrafiłaby wjechać samochodem w ten czarny labirynt. Croft jechał bardzo 

wolno, ale pewnie. Przypomniała sobie swoje najwcześniejsze odczucia, kiedy Croft sprawiał na 

niej wrażenie stworzenia wywodzącego się z ciemności.

Zatrzymał samochód i wyłączył silnik.

- To nam musi wystarczyć. Czy możesz otworzyć drzwi z tamtej strony?

Mercy odblokowała drzwi i ostrożnie je otworzyła.

- Mogę, chociaż z trudem. Agencja wynajmu samochodów oszaleje.

- Dlaczego? Nigdzie nie porysowałem lakieru. - Mówiąc to Croft wysiadał z samochodu i 

zamykał za sobą drzwi.

-   Na   pewno   porysowałeś.   Przejechałeś   przed   chwilą   między   drzewami.   Musiałeś   coś 

zarysować. - Nie miała pojęcia, czemu się upiera przy takim głupim, nieistotnym oskarżeniu. 

Widocznie była to reakcja na zdenerwowanie.

- Będziemy się o to martwić później - powiedział pojednawczo.

Z tonu jego głosu Mercy wiedziała,  że Croft  stara się ją udobruchać.  Był  absolutnie 

pewien, że nie porysował samochodu. Spojrzała na niego. Stał nieruchomo nasłuchując. Z trudem 

go dostrzegła między cieniami. Gdyby nie wiedziała, że tu jest, przypuszczalnie nigdy by go nie 

spostrzegła. Ta myśl spowodowała nowy dreszcz. Przypomniała sobie o kiepskim stanie Crofta.

- Jak się czujesz? - spytała.

- Okropnie.

Mercy zwalczyła w sobie nagłą chęć krzyku lub płaczu.

- Czy zostaniemy tutaj przy samochodzie?

- Nie. Samochód jest za duży. Postarałem się go schować jak najlepiej, ale ten, kto za 

nami jechał, może go odnaleźć. Chodź.

- Dokąd idziemy? - Mercy obeszła Toyotę i stanęła przy Crofcie. Gdy spojrzała mu w 

twarz, dojrzała jedynie bezbarwny błysk oczu. Oczu ducha.

203

background image

Wziął ją za ramię i zaczął prowadzić między drzewami.

- Do miasta.

Mercy chciała mu zadać kilka pytań, zapomniała jednak o nich na widok błysku światła w 

ciemności.

- Ten ktoś jest już blisko. - Nie mogła stwierdzić, czy Croft nadal drży, bo sama okropnie 

się trzęsła.

Croft rzucił okiem za siebie na drogę, która wiodła z góry, od posiadłości Gladstone'a. 

Światła na moment zabłysły i znikły. Mercy miała rację. Nie mieli zbyt wiele czasu. Czuł, jak 

Mercy drży, i zastanawiał się, które z nich jest w gorszym stanie. Wyszedł na otwartą przestrzeń, 

pociągnął za sobą Mercy i ruszył w stronę najbliższej starej chaty.

To wszystko jego wina, ganił się w duchu, biegnąc do chylącego się budynku. Mercy 

znalazła się w niebezpieczeństwie z powodu jego głupoty. Poczuł, jak się potknęła o szyszkę, 

której nie zauważyła,  i szybko  pociągnął ją do góry.  Musi pamiętać, że Mercy nie widzi w 

ciemnościach tak dobrze jak on. Niewielu ludzi ma tę zdolność.

Umiejętność   widzenia   w   ciemności   była   jednym   z   dziwnych   talentów,   z   którymi   się 

urodził i które przez lata pielęgnował. W większości były to zdolności bezużyteczne. Przydawały 

się na tyle, żeby wpakować go w sytuację, w jakiej on sam albo ktoś inny mógł zginąć. Gdyby się 

urodził krótkowidzem, z inklinacją do dużego brzucha oraz niechęcią do myślowych spekulacji i 

analiz, wiódłby całkiem inne życie. Może znalazłby satysfakcję pracując przy taśmie w fabryce 

albo w biurze księgowego.

Niestety,   nie  było   mu   to  sądzone.   Okazało  się,   że  ma   doskonałą  koordynację  ciała   i 

umysłu oraz dokładną ocenę przemocy. A w dodatku miał także dość inteligencji, aby rozumieć, 

iż był przez to niebezpieczny zarówno dla siebie, jak i dla innych.

- Chcesz, żebyśmy się schowali w jednej z tych starych chat?

Mercy   gwałtownie   chwytała   powietrze,   nie   tyle   z   wysiłku   spowodowanego   krótkim 

biegiem przez pole, co z wrażenia. Croft znał ten objaw. Dopiero lata treningu i silnej woli 

pozwalały   eksploatować   nagły   przypływ   energii   wywołany   adrenaliną.   Mercy   zdumiewająco 

dobrze dawała sobie radę. Poczuł dla niej nowy rodzaj podziwu.

- Zostawię cię w tamtej chacie nad strumykiem. Stoi z tyłu i na pewno nie zaczną od niej 

poszukiwań.

204

background image

- Poszukiwań! Spodziewasz się, że ten ktoś z samochodu będzie nas tu szukał?

- Jeśli znajdą w drzewach samochód, zaczną nas szukać. Oczywiście istnieje spora szansa, 

że nie zauważą Toyoty. Pojadą dalej, myśląc, że jesteśmy przed nimi.

- Nie masz na to zbyt wielkich nadziei, co?

Uśmiechnął się smutno.

- Dla własnego dobra nie powinnaś być taka spostrzegawcza.

-   Od   jakiegoś   czasu   mam   wrażenie,   że   przyczyną   jest   przebywanie   w   twoim 

towarzystwie. - Zatrzymała się gwałtownie, kiedy Croft przystanął, aby otworzyć drzwi starej 

chałupy. Zardzewiałe zawiasy zapiszczały z wysiłku. - Nie wejdę tam, Croft.

Usłyszał w jej głosie głębokie przekonanie i czuł opór ciała, gdy usiłował ją przeciągnąć 

przez próg.

- Będziesz tu bezpieczniejsza niż na otwartej przestrzeni, zwłaszcza jeśli mają broń.

Mercy spojrzała w ciemne wnętrze.

- Zaryzykuję z tobą na otwartej przestrzeni.

- Nie ma mowy. Muszę się swobodnie poruszać. Nie mogę się jednocześnie opiekować 

tobą i zajmować tym kimś, kto za nami jechał. - Croft postanowił, że najpierw spróbuje łagodnej 

perswazji.   Mercy   jest   sprytną   kobietą,   chwilowo   trochę   zdenerwowaną.   Starał   się   mówić 

uspokajającym głosem, choć świadomość uciekającego czasu utrudniała to.

- Będę tam w pułapce, Croft. - Obróciła się do niego, spoglądając szeroko otwartymi, 

proszącymi oczyma. - Nie wytrzymam ani minuty. Wolę już schować się w drzewach. Muszę 

mieć możliwość ucieczki.

Słyszał w jej słowach strach. Miał ochotę przytulić ją do siebie i zapewnić, że nie ma się 

czego   bać,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Nie   miał   jednak   czasu,   aby   stłumić   jej   obawy. 

Przytrzymał ją mocno za ramiona i lekko potrząsnął.

- Posłuchaj, Mercy. Wystarczająco trudno jest mi zapanować nad sobą. Nie mam nawet 

paru   minut,   żeby   ci   wytłumaczyć,   dlaczego   powinnaś   się   schować   tutaj,   a   nie   na   wolnym 

powietrzu. Uwierz mi na słowo, że nie uciekniesz przed kulą. I ani słowa więcej. Ten samochód 

będzie tu za parę sekund. Wejdź do środka, połóż się na podłodze i czekaj, dopóki nie wrócę.

- Co chcesz zrobić?

- To, co umiem. Zabawić się w ducha. Właź do środka.

205

background image

- Nie chcę tam wchodzić, Croft.

Dalsza dyskusja nie miała sensu. Croft bosą nogą otworzył drzwi i przeciągnął Mercy 

przez   próg.  Początkowo  usiłowała   z  nim   walczyć,   ale   po  chwili   rozluźniła  mięśnie.  W   tym 

momencie   czuł,   że   postanowiła   mu   się   nie   sprzeciwiać.   Na   chwilę   przytulił   ją   do   siebie, 

przyciskając jej twarz do koszuli.

- Nic ci się tu nie stanie, Mercy. Leż na podłodze i bądź cicho, dobrze?

Bez słowa kiwnęła głową. Kiedy ją puścił i podszedł do drzwi, nadal się nie odezwała. Z 

pewnością   nie   mogła   go   widzieć,   lecz   odwróciła   głowę   w   jego   stronę.   Wychodził   już   na 

zewnątrz, kiedy dobiegł go jej cichy głos.

- Croft?

- O co chodzi, Mercy? - Wyraźnie słyszał nadjeżdżający samochód.

- Uważaj na siebie.

- Będę uważał. Siedź cicho. Bardzo, bardzo cicho. - Zamknął za sobą drzwi.

Samochód   wyskoczył   z   ostatniego   zakrętu   i   pojawił   się   na   drodze   wiodącej   przez 

wymarłe miasteczko. Reflektory szerokim łukiem oświetliły na moment puste, zniszczone chaty.

Parę minut później samochód przejechał przez miasteczko, kierując się do głównej drogi. 

Croft stał w cieniu starego sklepu i patrzył za znikającym pojazdem. Nie zamierzał się jeszcze 

cieszyć z takiego obrotu sprawy. Prędzej czy później zorientują się, że droga przed nimi jest 

pusta.  I dojdą do wniosku, że jedynym  miejscem,  gdzie  Toyota  mogła  zjechać  z drogi, jest 

Drifter's Creek.

Wkrótce tu wrócą.

Crofta ogarnęła kolejna fala osłabiających dreszczy. Objął się rękami za ramiona i zmusił 

do   uspokojenia.   Przynajmniej   mdłości   ustały   dzięki   pomocy   Mercy.   Bolesne   zmęczenie 

doskwierało  mu  coraz bardziej  i wciąż od czasu do czasu kręciło mu  się w głowie. Musiał 

podtrzymywać swe wewnętrzne siły. Żeby działać, potrzebował solidnej dawki adrenaliny.

Croft oparł się o drewniane deski starego sklepu i zamknął oczy,  koncentrując się na 

przywołaniu resztek energii i siły woli. Musiał trzymać się na nogach i panować nad sytuacją. 

Życie Mercy zależało od tego, jak potrafi się zmobilizować. Ona ocaliła mu życie wieczorem w 

rezydencji Gladstone'a. Powinien przynajmniej spłacić dług.

Mercy, słodka Mercy. Musi to dla niej zrobić.

206

background image

Powoli skierował uwagę do wewnątrz, odszukując w umyśle spokojne miejsce, w którym 

siła   i   energia   wirowały   razem.   Kolejny   atak   dreszczy   przeszył   mu   nerwy,   rozpraszając   na 

moment skupienie, ale Croft zdołał je pokonać. 

Nocne   powietrze   było   świeże   i   wzmacniające.   Działało   na   prymitywne   instynkty 

myśliwskie  i ożywiało  stare zmysły,  od dawna w większości zapomniane  we współczesnym 

świecie. Croft głęboko odetchnął.

Wkrótce znalazł się na znajomej ścieżce własnego umysłu, podążając za spokojną spiralą 

energii do jej punktu kulminacyjnego. Tutaj przychodził, kiedy medytował. Odkrył to miejsce, 

gdy wreszcie zrozumiał potencjał przemocy istniejący w jego umyśle. Wtedy też pojął, że jeśli 

nie znajdzie przeciwwagi dla tego morderczego elementu swej natury, ta dzika, destruktywna, 

rozpierająca go energia zupełnie go zniszczy.

Croft   już   dawno   doszedł   do   wniosku,   iż   pod   niektórymi   względami   był   jednostką 

regresyjną z bardziej prymitywnych  czasów. Przemoc przychodziła mu tak łatwo, jakby była 

wbudowana w jego geny. Dzięki doskonałemu refleksowi i instynktom potrafiłby wiele przeżyć i 

być   w   innych   czasach   i   miejscu   cenionym   członkiem   społeczeństwa.   Część   jego  organizmu 

zawsze instynktownie rozumiała prymitywne sposoby przeżycia.

Jednakże   nie   urodził   się   w   zamierzchłych   czasach,   lecz   w   bardziej   cywilizowanym 

społeczeństwie, gdzie przemoc jest zdarzeniem wyjątkowym, a nie sposobem życia. Większość 

Amerykanów   w   ostatniej   ćwierci   dwudziestego   wieku   styka   się   z   przemocą   wyłącznie   przy 

czytaniu tytułów w porannych gazetach. Co prawda ludzie przeważnie obawiają się gwałtownych 

przestępstw, ale w rzeczywistości niewiele osób staje się ich ofiarą. Mało komu potrzebne są 

prymitywne instynkty, które ich przodkowie wykorzystywali na polowaniu i w obronie własnej. 

U przeciętnego człowieka pozostałości tych instynktów są uśpione.

U Crofta, niestety, owe instynkty były wiecznie żywe. Był stale świadom ich podskórnej, 

pulsującej obecności. Zawsze były gwałtowne, silne i bardzo żywe. Gdyby nie znalazł drugiej 

strony swej natury, części, którą można było ucywilizować, analizować i racjonalnie uspokoić, w 

końcu by zwyciężyły. Ta część mogła kontrolować drugą stronę jego istoty.

Można też było jej użyć, w jakiś dziwny sposób, jako źródła energii, środka do stymulacji 

bardziej agresywnych elementów jego natury.  Croft miał nawet teorię na temat jej działania. 

Zakładała   ona   stwierdzenie,   że   cywilizowane   zachowanie   wymaga   więcej   siły   woli   i 

207

background image

mocniejszych uczuć niż agresja i przemoc. Siły te musiały być większe, aby cywilizacja mogła 

zwyciężyć, choć były one mniej zrozumiałe i mniej podatne na kontrolę.

Od chwili tego odkrycia Croft cieszył się z wyzwania, jakie przynosiło mu kontrolowanie 

wewnętrznego źródła siły. Było to jego zbawienie. Powstrzymywało go od przeistoczenia się w 

potwora   na   łasce   własnych,   bardziej   agresywnych   i   gwałtownych   instynktów.   Dzisiaj 

potrzebował   tej   siły   bardziej   niż   kiedykolwiek   do   tej   pory.   Druga   strona   jego   natury   była 

wykończona, poważnie zniszczona trucizną lub narkotykami. A dziś właśnie jej potrzebował.

Coś musiało być dodane do tej cholernej ryby.  Już nigdy w życiu nie zje wędzonego 

łososia. Ależ nie... Trucizna czy narkotyk były raczej w winie.

Pijany. Cokolwiek to było, sprawiło, że czuł się i zachowywał jak pijany. Czy tak właśnie 

czuł się ojciec?

Odepchnął od siebie zbędne myśli. Miały na niego wpływ osłabiający, a Croft nie mógł 

sobie pozwolić na dalszą słabość.

Potrzebował   siły.   Odnalazł   jej   źródło   w   sobie,   przeczuwając,   że   będzie   musiał 

wykorzystać wszystkie swoje rezerwy energetyczne.

Usłyszał szum silnika samochodowego. Ten, kto jechał za nimi z posiadłości Gladstone'a, 

zrozumiał, że ofiara zboczyła z drogi w Drifter's Creek.

Croft wsunął się bardziej do cienia, skupiając umysł na głównym punkcie spokojnej siły, 

która była teraz jego jedyną nadzieją. Zauważył, że przestał drżeć.

Mimo zimna miał poczucie słuszności. Ciemność dawała kryjówkę, pozwalając królować 

w   pełni   prymitywnym   zmysłom.   Mercy   przypuszczalnie   powiedziałaby,   iż   to   jest   dla   niego 

wymarzone miejsce - miasto duchów, pomyślał ponuro Croft.

Samochód wjechał z powrotem do miasteczka i zatrzymał się gwałtownie na końcu ulicy. 

Wyskoczyły z niego dwie męskie postacie. Croft zobaczył w ich rękach dziwne kształty i poznał, 

że Dallas i Lance trzymają pistolety.

208

background image

Rozdział piętnasty

M

ercy   zwinęła   się   w   kłębek   w   cieniach   zrujnowanego   wnętrza   i   słuchała   szumu 

wracającego samochodu. Croft, jak zwykle, miał rację.

Pomyślała,   że  najchętniej   by  po  prostu   znikła.   Przesunęła  się   ostrożnie   bliżej  ściany, 

uważając   na   niewidoczne   w   ciemnościach   przedmioty,   o   które   mogła   się   potknąć.   W   starej 

chałupie   było   jedno   okno,   tyle   że   od   dawna   zabite   deskami.   Na   szczęście   w   drewnianych 

ścianach   pełno  było   szpar  i  dziur.   Kiedy  przycisnęła  twarz   do  desek,  widziała  kilka  innych 

zniszczonych budynków. Ich kontury wydawały się teraz nieco wyraźniejsze. Może jej wzrok 

bardziej się przyzwyczaił do ciemności.

W obronie przed zimnem objęła się rękami. W Drifter's Creek było nie tylko zimno. Było 

coś   jeszcze.   Mercy   przypomniała   sobie   uczucie   niepokoju,   jakiego   doznała,   kiedy   po   raz 

pierwszy przejeżdżali z Croftem przez wymarłe miasto. Pamiętała też, że Croft niczego dziwnego 

nie czuł.

Może to, co jej wydawało się dziwne, dla niego  było normalne, pomyślała Mercy. Ten 

człowiek jest jedną wielką niewiadomą. I jak tu się w nim kochać.

Zobaczyła światła samochodu, który zatrzymał się na środku drogi. Ten, kto prowadził, 

nie martwił się zbytnio, że tarasuje przejazd; zresztą o tej porze i w tym miejscu trudno było się 

spodziewać dużego ruchu.

Światła   w   samochodzie   pozostały   włączone,   aby   oświetlać   drogę   między   starymi 

budynkami.   Sam   pojazd   stał   w   głębokim   cieniu,   ale   Mercy   dostrzegła   jakiegoś   człowieka 

wyskakującego z samochodu i kucającego przy zderzaku. A może było dwóch ludzi. Nie była 

pewna. Prawdopodobnie Dallas i Lance podróżowali razem. Podobno węże też poruszają się 

parami.

Mercy   wiedziała,   że   jest   niewidoczna,   ale   mimo   to   cofnęła   się   instynktownie, 

zastanawiając się, gdzie jest Croft. Rozejrzała się w popłochu dookoła, starając się rozpaczliwie 

pokonać panikę. Nienawidziła takiego zamknięcia. Czuła się jak zwierzę w pułapce, oczekujące 

na przyjście myśliwych.

209

background image

Musi się stąd wydostać.

W normalnych warunkach Croft mógłby sobie poradzić. Miał w sobie przerażającą siłę, 

która wywodziła się zarówno z jego emocji, jak i możliwości fizycznych. Sam przyznał, że jest 

zafascynowany przemocą. Mercy musiała przyjąć do wiadomości, że Croft także jest jednym z 

myśliwych tego świata, drapieżnikiem, który dobrze czuje się w ciemności.

Jednakże tego wieczoru Croft był osłabiony jakimś paskudztwem. Przerażeniem napawała 

ją myśl, że będzie musiał poradzić sobie z dwoma gorylami Gladstone'a.

Croft może nawet zginąć, a ona się o tym nie dowie, dopóki Dallas i Lance nie znajdą jej 

kiepskiej kryjówki.

Mercy zadrżała. Nienawidziła tego ciemnego, zimnego pomieszczenia. Ciekawe, co tu 

było, kiedy Drifter's Creek prosperowało jako górnicze miasteczko. Nie zdziwiłaby się, gdyby się 

okazało, że ten właśnie budynek służył kiedyś jako kostnica.

Na myśl  o tym zrobiło jej się niedobrze. Usiłowała sobie wmówić, że miasteczka tej 

wielkości   nie   mają   kostnic,   lecz   wyobrażenie   zwłok   rozciągniętych   na   stole   nie   chciało   jej 

opuścić.

W wyobraźni widziała te zwłoki bardzo wyraźnie. Zmarły ubrany był w strój górniczy. 

Brudna koszula miała na piersi czerwonobrązową plamę od pocisku. Doktor pochylał się nad 

nim, trzęsąc głową. Za późno. Jeszcze jedna ofiara kłótni o urobek.

Na drugim stole leżała kupka rzeczy należących do nieboszczyka. Pistolet w kaburze, 

żelazny szpadel z drewnianą rączką, zniszczony kapelusz.

Nie zdążył wyciągnąć pistoletu.

Mercy wzdrygnęła się i wróciła do rzeczywistości. Za chwilę zwariuje. Nawet jeśli Croft 

przeżyje i przyjdzie po nią, znajdzie obłąkaną kobietę. Musi się stąd wydostać.

Mercy skoczyła do drzwi i omal się nie przewróciła, potykając się o coś w ciemnościach. 

Rękoma wymacała długi, drewniany przedmiot i instynktownie zacisnęła na nim palce. Był to 

kawałek drewna o zadziwiająco okrągłym kształcie.

Mercy wstała i podeszła do drzwi. Wyszła na zewnątrz, trzymając kurczowo kawałek 

drewna. Dodawał jej otuchy i stwarzał wrażenie, że jest jakoś uzbrojona.

Na otwartej przestrzeni od razu poczuła się lepiej. Ostatnio coraz bardziej odczuwała 

klaustrofobię. Najpierw bała się zamknięcia w bibliotece Gladstone'a, a teraz miała te straszne 

210

background image

koszmary   dotyczące   nieboszczyka   na   stole.   Przebywanie   w   towarzystwie   Crofta   znacznie 

pobudziło jej wyobraźnię. Jego melodramatyczne inklinacje powoli zaczynały jej się udzielać.

Mercy ostrożnie ruszyła  wzdłuż ściany zrujnowanej  chałupy;  budynek  zasłaniał  ją od 

drogi. Cichy bulgot ostrzegł ją przed płynącym parę kroków dalej strumykiem. Spojrzała w dół i 

zobaczyła  ciemną  powierzchnię wody.  Gdyby do niej wpadła, dopiero byłoby jej zimno.  To 

przypomniało jej, że Croft chodzi na bosaka.

Nad głową słyszała dziwny, żałobny jęk wiatru w koronach drzew. Nienawidziła tego 

szepczącego   płaczu.   Był   symbolem   samotności   i   izolacji.   Tak   jak   Croft.   Był   gdzieś   tam   w 

ciemnościach, z ciężarem odpowiedzialności za nich oboje na barkach. Wyczuwała, że Croft jest 

przyzwyczajony do załatwiania takich spraw samotnie. Przypuszczalnie nie byłby zachwycony 

pomocą amatora.

Jednakże znajdował się w bardzo złym stanie. Potrzebował jej pomocy. Ona także była 

żywotnie zainteresowana  wynikiem rozgrywki. Była absolutnie przekonana, iż i ona, i Croft, 

walczą o życie.

Wystrzał, który zabrzmiał kilka sekund później, zaskoczył Mercy. Zrozumiała, że sprawa 

jest poważna. Zastygła w miejscu, czekając z przerażeniem na krzyk jednego z trzech mężczyzn, 

którzy polowali na siebie w ruinach.

- Tam. Cholera, widziałem go.

To był głos Lance'a. Mercy zamknęła oczy i w duchu powiedziała Croftowi, że nie może 

zginąć. Nie pozwala mu. Potem, ściskając drewniany kij, odeszła od chaty i przeszła w cień 

następnej  ruiny.  Słyszała   rozmowę   Dallasa   i  Lance'a.  Czyste  nocne  powietrze   dobrze  niosło 

dźwięki.

- A co z kobietą?

- Nie ma problemu. Znajdziemy ją później. Najważniejszy jest Falconer. Jesteś pewien, że 

go widziałeś?

Dallas mówił ze złością, niecierpliwie. I z lekkim zdenerwowaniem. Może polowanie w 

nocy na duchy nie było jego ulubionym zajęciem.

- Coś się poruszyło.

- To mogło być cokolwiek - mruknął Dallas.

211

background image

-   Wiemy,   że   nie   jest   uzbrojony.   I   zaszkodziło   mu   to,   czego   mu   dodałem   do   wina. 

Widziałeś, w jakim był stanie, kiedy ta dziewczyna wyciągnęła go z basenu. Długo nie pociągnie. 

Już powinien paść.

Dallas mówił tak, jakby chciał przekonać samego siebie.

- Nie bądź taki pewny. Powinien był paść w ogrodzie, a przeżył. Nie wiem, jakim cudem 

utrzymał  się na nogach. Na szczęście udało mi się zaciągnąć go do wody. O mało mnie nie 

dopadł. Mówię ci, Dallas, ten facet jest szybki i mocny.

- Powinieneś się był lepiej przyłożyć do roboty w ogrodzie. Wtedy nie byłoby nas teraz 

tutaj. Gladstone jest niezadowolony. Przestań się martwić tym, że facet jest szybki. Po tym, co 

zażył, jest już żywym trupem.

Lance wydawał się usatysfakcjonowany własnym rozumowaniem.

-   To   mi   się   podoba.   Żywy   trup.   Tak,   to   dobre.   Chcesz,   żebyśmy   się   podzielili,   czy 

idziemy razem?

- Rozdzielmy się. W ten sposób sprawdzimy większy teren. Ale uważaj z używaniem 

pistoletu. Jest ciemno i nie potrzeba nam pomyłek. Bądź pewien, że celujesz w Falconera lub w 

tę kobietę, a nie we mnie.

- Pamiętaj, że Gladstone chce, żeby to wyglądało na wypadek. Mamy ich wrzucić do 

przepaści, a nie faszerować pociskami.

-   Myślisz,   że   miejscowe   gliny   będą   szukać   kul,   kiedy   znajdą   dwa   spalone   ciała   w 

spalonym samochodzie? - Lance wyśmiał go. - Jak znajdą w organizmie Falconera alkohol, nie 

będą o nic więcej pytać.

- Tak, ale Gladstone...

- Przestań się martwić Gladstone'em. Zrobimy to po swojemu.

Zimny   wiatr   poruszył   gałęziami   nad   głową.   Wzrastające   jęki   konarów   zagłuszyły 

odpowiedź   Dallasa.   Mercy   schowała   się   za   jakąś   chatą   i   przykucnęła,   nasłuchując   kroków. 

Byłoby bez sensu, gdyby wyszła zza rogu którejś chałupy prosto na Dallasa albo Lance'a. Albo 

nawet Crofta. W stanie, w jakim się znajdował, mógł ją pomylić z wrogiem.

Po raz pierwszy zrozumiała, że jest w prawdziwym niebezpieczeństwie. Może jednak 

powinna była zostać tam, gdzie jej kazał Croft.

Rozmyślania przerwał krzyk człowieka i dwa szybkie strzały.

212

background image

- Mam go. Tutaj, Dallas. Mam drania.

Mercy skuliła się ze strachu, kiedy ciężkie kroki rozległy się w wąskim przejściu między 

domami,   blisko   jej   kryjówki.   Początkowo   nie   uwierzyła   własnym   uszom.   Lance   nie   mógł 

zastrzelić Crofta. To było niemożliwe. Jednakże wcześniej tego wieczora mogłaby przysiąc, że 

Croft Falconer nie może się upić i wylądować twarzą w basenie. Ten człowiek może był po 

części duchem, ale na pewno był także człowiekiem.

W pierwszym odruchu Mercy chciała pójść za Lance'em. Jeśli Croft był ranny, cała jego 

nadzieja   w   Mercy.   Złapała   za   kołek   wstając   na   drżące   nogi.  Usłyszała,   jak  Dallas   woła   do 

towarzysza:

- Lance? Gdzie jesteś? Na pewno go dostałeś? A co z kobietą?

Lance nie odpowiadał. Mercy weszła na wąski pas nierównej ziemi oddzielający dwa 

rzędy chałup.

Nikt nie krzyknął z radości ani ze złości. Nikt nie wołał o pomoc. Nic. Cisza, z wyjątkiem 

jęków wiatru. Lance wleciał w przestrzeń między domami i znikł w ciemnościach.

Ponure zarysy wokół Mercy przybrały znów wygląd na wpół nierzeczywisty.  Światło 

gwiazd w Górach Skalistych wyczyniało dziwne sztuczki.

- Lance, gdzie jesteś, do diabła?

Głos   Dallasa   zabrzmiał   za   Mercy.   Odruchowo   weszła   w   gęsty   cień   między   dwoma 

budynkami. Lance nadal się nie odzywał.

- Cholera, Lance, co się dzieje?

Teraz w głosie pytającego brzmiał prawdziwy strach. Mercy pomyślała, że to dziwne. To 

Dallas miał broń. Czego miałby się bać? Najwyraźniej polowanie na duchy w Drifter's Creek nie 

okazało się taką pasjonującą rozrywką, jakiej się spodziewał.

Mercy usłyszała ostrożne kroki i odgłos, jakby ktoś otwierał zaklinowane drzwi. Dallas 

stał na ganku budynku po prawej stronie Mercy. Jego latarka rzucała wąski promień światła. 

Mercy wzdrygnęła się, kiedy wystrzelił w ciemne wnętrze. Pomyślała, że Croft ma rację. Wiodła 

bardzo bezpieczne życie. Na przykład nigdy nie słyszała z bliska odgłosu wystrzału. Na tę myśl 

aż jej zadzwoniło w uszach.

- Cholera! Gdzie jesteś draniu? - Dallas mówił wściekłym szeptem. - Gdzie jesteś? - Nie 

wiadomo, czy mówił do swego milczącego partnera, czy do Crofta.

213

background image

Mercy usłyszała kroki Dallasa na ganku, a potem huk, kiedy przegniłe drewno załamało 

się pod jego ciężarem. Zaklął siarczyście, wyrwał nogę z dziury i zeskoczył z ganku.

Znalazł się dokładnie na tej samej wąskiej ścieżce między domami, gdzie chowała się 

Mercy. Natychmiast ją zobaczył w świetle latarki.

Przez ułamek sekundy po prostu się na nią gapił.

- Przeklęta suko! - wykrzyknął i uniósł w górę rękę z pistoletem.

Mercy zamknęła oczy przed oślepiającym światłem latarki i rzuciła się do przodu z kijem 

w obu rękach, wymierzonym jak miecz w pierś Dallasa.

Kiedy dosięgła celu, rozległ się głuchy odgłos i wściekły jęk. Dallas zamachał szeroko 

rozłożonymi rękami, cofając się niepewnie - stracił równowagę pod wpływem uderzenia. Pistolet 

wypalił mu w ręce i huk był tak głośny, że Mercy pomyślała, iż tym razem na pewno ogłuchnie.

Nagle pojawił się Croft, wyłaniając się w alejce za plecami Dallasa, który nadal usiłował 

odzyskać równowagę. Dallas jakby wyczuł, że na niewielkiej przestrzeni jest jeszcze inny wróg 

oprócz Mercy. Obrócił się niezgrabnie do tyłu, starając się wycelować w Crofta, ale było za 

późno. Croft już się zamachnął.

Mercy obserwowała całe wydarzenie, później jednak nie potrafiła go opisać. W jednej 

chwili mężczyzna przed nią próbował wycelować w Crofta, w następnej - leżał nieprzytomny na 

ziemi.

Croft stał spokojnie, z lekko rozstawionymi  bosymi  stopami, z opuszczonymi  rękami. 

Rzucił okiem na mężczyznę na ziemi, a potem na Mercy.

- Nic ci nie jest? - spytał nienaturalnie obojętnym głosem.

Mercy potrząsnęła głową.

- A tobie? - zapytała.

- Zimno tu. - Croft wydawał się zdziwiony, jakby po raz pierwszy odczuł górski chłód. 

Mercy spojrzała na jego gołe stopy.

-   Tak   -   potwierdziła.   -   Jest   zimno.   -   Ale   dreszcz,   który   ją   przeszedł,   nie   miał   nic 

wspólnego z górskim powietrzem.

- Powinnaś była siedzieć tam, gdzie cię zostawiłem. - W głosie Crofta nie było złości ani 

wyrzutu; nie było wściekłości z powodu przekroczenia zakazu. Nie było w ogóle żadnej emocji. 

Jedynie absolutny spokój.

214

background image

Mercy nie wiedziała, jak zareagować. Nie robił jej wymówek, nie było zatem powodu, 

aby głośno się bronić, choć odruchowo miała na to ochotę. Chciała krzyczeć na Crofta, żeby 

przerwać ten nienaturalny spokój. Chciała paść mu w ramiona, aby ją mógł pocieszyć i uspokoić. 

Chciała,   żeby   na   nią   wrzeszczał   za   nie   po   słuchanie   rozkazu   i   żeby   mogła   też   na   niego 

nakrzyczeć.

Przemoc,   jakiej   dopiero   co   była   świadkiem,   sprawiła,   że   drżała   w   sposób   nie 

kontrolowany. Chciała potrząsnąć Croftem i wytłumaczyć mu, że dla niej - w przeciwieństwie do

niego   -   całe   wydarzenie   było   czymś   nienormalnym.   Potrzebowała   jakiegoś   wybuchu 

emocjonalnego jako ujścia dla nerwowej energii.

Jednakże powstrzymało ją jedno spojrzenie na odległy, dziwnie spokojny wyraz twarzy 

Crofta.   Jakikolwiek   wybuch   wydawał   się   bezużyteczny   wobec   tak   doskonałej   izolacji.   Nie 

poznawała tego człowieka.

Croft przyklęknął na jedno kolano obok nieprzytomnego Dallasa. Zaczął mu przeglądać 

kieszenie. Zachowywał się całkiem bezosobowo, metodycznie i beznamiętnie.

- Chyba powinniśmy stąd wyjechać - zaproponowała Mercy. Bezskutecznie poszukiwała 

odpowiednich słów, za pomocą których mogłaby się porozumieć z tym obcym mężczyzną.

- Tak - powiedział, wyciągając portfel z tylnej kieszeni Dallasa. Zajrzał do środka.

- Czego szukasz? - spytała szeptem Mercy.

Croft nie odpowiedział. Wyciągał z plastikowej osłonki kartę kredytową. Podniósł latarkę 

i spojrzał na nazwisko na karcie.

-   Cieszę   się,   że   jednak   masz   jakieś   ludzkie   cechy   -   mruknęła   bezmyślnie   Mercy.   - 

Myślałam już, że potrafisz czytać po ciemku.

Croft podniósł na nią wzrok.

- To nie jest karta Dallasa.

- A czyja?

- Myślę, że należy do któregoś z gości z motelu, w którym się zatrzymaliśmy w drodze do 

Gladstone'a.

Mercy   szeroko   otworzyła   oczy   ze   zdumienia.   Przykucnęła,   aby   przyjrzeć   się   karcie. 

Widniało na niej nazwisko: Michael J. Farrington.

- Może Farrington to prawdziwe nazwisko Dallasa?

215

background image

Croft wyciągnął z portfela następną kartę.

- Ta jest wystawiona na niejakiego Andrew G. Barnesa. Założę się, że Gladstone byłby 

wściekły, gdyby wiedział, że jego goryl załatwił sobie przy tej okazji coś na boku. Dallas i Lance 

przypuszczalnie   mieli   się   pozbyć   wszelkich   dowodów,   ale   z   chciwości   zatrzymali   karty 

kredytowe.

Mercy kiwnęła głową.

- Dopóki nie przekroczą pewnego minimum, mogą tych kart długo używać. Przekonałeś 

mnie, Croft - stwierdziła Mercy, wstając. - Można założyć, że te karty nie należą do Dallasa. 

Pewno Lance też ma w portfelu kilka pamiątek. - Przygryzła wargę. - A właściwie gdzie jest 

Lance?

Croft zgrabnie podniósł się i stanął przy niej. Kiwnął głową w stronę, z której przybiegł 

przedtem Lance, strzelając z pistoletu.

- Na końcu tego rzędu domów.

-   Nieprzytomny   czy...   -   Mercy   spojrzała   z   niepokojem   na   wąski   przesmyk.   Bała   się 

dokończyć pytania.

- Nieprzytomny - powiedział Croft.

- Dzięki Bogu.

Mercy nawet nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to na głos, dopóki Croft nie spytał 

beznamiętnym głosem:

- Myślałaś, że go zabiłem?

- Nie wiem, co mam myśleć. Przeleciał tą alejką i znikł. Wspominałeś o swojej filozofii 

przemocy i ja...

- Interesuję się przemocą. Nie śmiercią.

- A jest jakaś różnica?

- Obie rzeczy często się ze sobą łączą, ale jest między nimi różnica. Ogromna różnica.

Mercy   wiedziała,   że   Croft   widzi   ją   o   wiele   wyraźniej   niż   ona   jego.   Odwróciła   się, 

poklepując się po ramionach dla rozgrzewki. Spostrzegła, że nadal trzyma kij, którym się broniła.

- Gdzie to znalazłaś? - spytał Croft, biorąc od niej kij i rzucając na niego okiem.

- W tej okropnej chacie, gdzie mnie zostawiłeś. Nie mogłam tam dłużej siedzieć, Croft. 

To było straszne.

216

background image

Nie zwracał uwagi na jej słowa.

- Wygląda jak trzonek od szpadla.

Mercy patrzyła na kawałek drewna, który Croft odrzucił na bok. Oczyma wyobraźni znów 

zobaczyła zabitego górnika. Jego rzeczy ułożone na stoliku. Zniszczony kapelusz. Szpadel.

- Chodźmy stąd, Croft.

- Najpierw musimy związać tych dwóch i umieścić ich w jakimś budynku. Stary sklep 

świetnie się na to nada.

- Co zamierzasz zrobić w ich sprawie? Powinniśmy zawiadomić szeryfa.

- Mam taki zamiar. Anonimowe zgłoszenie. Powiemy policji, że jeśli chcą rozwiązać 

zagadkę rabunku w motelu, niech sprawdzą stary sklep w Drifter's Creek. I niech szeryf sobie 

radzi.

-  Jako  porządni   obywatele   powinniśmy   pójść  prosto  na  policję,   a  nie   uciekać  się  do 

telefonicznego anonimu.

- W tej chwili bycie porządnym obywatelem nie wydaje mi się najważniejsze. - Croft 

wyszedł na przesmyk między domami. - Mam co innego do roboty.

- Croft, nie możesz się sam tym zajmować. W takiej sytuacji powinieneś zawiadomić 

policję. - Mercy pośpiesznie ruszyła za Croftem między domami. - Mamy dowody, że Dallas i 

Lance   przypuszczalnie   brali   udział   w   rabunku   w   motelu   i   pewne   wskazania,   że   Erasmus 

Gladstone może być Eganem Gravesem, a w każdym razie, że jest z nim powiązany. Powinniśmy 

to wszystko przekazać szeryfowi i niech on się tym dalej zajmuje.

- Gdzie dalej? Może uda mu się postawić przed sądem Dallasa i Lance'a, ale oni są 

nieważni. Liczy się Gladstone i ani Dallas, ani Lance nie są dla niego groźni. Nigdy by sobie na 

to nie pozwolił. Jeśli szeryf go spyta, powie, że jest całkowicie zaszokowany wiadomością, iż 

wynajęci   przez   niego   ludzie   okazali   się   złodziejami.   Nikt   nie   uwierzy,   że   Gladstone   wysłał 

swoich goryli, żeby ukradli parę portfeli i włamali się do pustego sejfu w podrzędnym motelu. 

Przecież Gladstone nie potrzebuje kilku dolarów czy kradzionych kart kredytowych.

- Chyba masz rację - przyznała niechętnie Mercy. - Poza tym Gladstone przesłał mi już 

wcześniej pieniądze za książkę, więc niby dlaczego miałby chcieć ją ukraść. Każdy pomyśli, że 

Dallas i Lance działali na własne konto. Nikt nie posądzi Erasmusa Gladstone'a o to, że jest 

zwykłym złodziejem. A to, co się dziś wieczorem przydarzyło tobie?

217

background image

- Upiłem się i wpadłem do basenu.

- Potraktowano cię trucizną lub narkotykiem.

-   Przynajmniej   ze   czterdziestu   artystów   przebywających   w   rezydencji   Gladstone'a 

potwierdzi, że byłem pijany, kiedy mnie ostatni raz widzieli.

Mercy przygryzła dolną wargę.

- Może badanie krwi wykaże w twoim organizmie obecność trucizny albo narkotyku.

- Wątpię. To, czego użył Gladstone, na pewno będzie miało taki skład jak alkohol. Nowe 

substancje są coraz lepsze, a Gladstone ma dostęp do najlepszych rzeczy.

- Szukasz pretekstu, żeby się nie zgłaszać na policję.

- Masz rację. Nie lubię policji. Wolę działać sam.

- Teraz nie jesteś sam - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Ja też tu jestem.

Croft zatrzymał się i odwrócił tak prędko, że o mało na niego nie wpadła.

- Wierz mi, że doskonale zdaję sobie sprawę z twojej obecności.

Mercy otworzyła usta i gwałtownie je zamknęła. Croft mówił jej kiedyś, że nigdy nikogo 

nie straszy, czyli to, co ujrzała w jego oczach, musiało być stwierdzeniem faktu. Nie zamierzał 

wysłuchiwać dalszych argumentów na rzecz współpracy z policją. Mercy postanowiła więcej się 

nie odzywać.

Croft przyjrzał się jej, usatysfakcjonowany kiwnął głową i ruszył dalej.

Nie ma sensu kłócić się z duchem, powiedziała sobie Mercy.

Nie odezwała się ani słowem, kiedy Croft związał ręce i nogi nieprzytomnego Dallasa i 

Lance'a i porzucił ich w starym sklepie.

Nie odezwała się, kiedy Croft szybko sprawdził, co jest w ich samochodzie, wyłączył 

reflektory,   zjechał   z   drogi   i   ukrył   pojazd   między   drzewami.   Wysiadając   starannie   wytarł 

kierownicę i klamkę.

Nie   odezwała   się,   kiedy   Croft   wyjechał   Toyotą   spomiędzy   drzew.   Wreszcie   Croft 

przerwał ciszę.

- Musisz prowadzić. Zużyłem wszystko, co miałem. Muszę odpocząć. Dojedź najdalej, 

jak się da przed świtem i znajdź jakiś motel.

Nie czekał na jej odpowiedź. Podał jej kluczyki i przeszedł na stronę pasażera.

Zapiął pas, oparł głowę na podgłówku i zamknął oczy.

218

background image

Mercy przysięgłaby, że usnął, nim zdążyła wyjechać z Drifter's Creek.

„Zużyłem wszystko, co miałem”.

Mercy   wielokrotnie   przywoływała   te   słowa,   kiedy   prowadziła   samochód   tej   nocy. 

Mężczyzna obok niej nie drzemał. Spał głębokim snem zbliżonym do stanu nieprzytomności. 

Raz czy dwa pomyślała, że może powinna zawieźć go do lekarza, ale stwierdziła, że Croft nie 

byłby tym zachwycony.

Sama odczuwała dziwną kombinację wyczerpania i napięcia, która nie pozwoliłaby jej 

zasnąć. Przypuszczalnie nie powinna była także prowadzić samochodu, lecz przecież Croft kazał 

jej dojechać przed świtem jak najdalej.

Jechała zatem nie odrywając oczu od wciąż zakręcającego asfaltu w świetle reflektorów. 

Ręce zdrętwiały jej z zimna na kierownicy. Nerwy dygotały od resztek adrenaliny. Zdawała sobie 

sprawę z wyczerpania, ale była zbyt spięta, aby mu się poddać.

I tak nie mogłaby spać. Croft powiedział, że ma jechać. Nigdy by jej nie kazał, gdyby to 

nie było konieczne. Ktoś musiał ich stąd wywieźć, a on nie mógł tego zrobić.

„Zużyłem wszystko, co miałem”.

Croft nie jest naprawdę duchem,  pomyślała  Mercy.  Jest tylko  człowiekiem.  Wszelkie 

podobieństwo Falconera do istoty nadludzkiej było bardzo powierzchowne.

Ciekawe, czy Dallas i Lance by w to uwierzyli.

Niebo pojaśniało, kiedy górska droga stała się szersza i zaczęła się rozgałęziać w różnych 

kierunkach. Mercy wybrała pierwszą lepszą boczną drogę i dojechała do miasteczka niedaleko 

autostrady.

Były tam dwa motele. Mercy zdecydowała się na większy, wyraźnie wybierany przez 

kierowców ciężarówek. Na parkingu stały trzy wielkie maszyny. Przy jednej z nich zaparkowała 

Toyotę.

Croft odezwał się, nie otwierając oczu:

- Podaj fałszywe nazwisko, fałszywy numer rejestracyjny i zapłać gotówką.

- Jak mam sfałszować numer? Przecież mogą to sprawdzić.

- Nie sprawdzą.

Rzeczywiście,  pomyślała  Mercy,  recepcjoniści  w motelach  rzadko sprawdzali  numery 

samochodów na parkingu.

219

background image

Kilku   rannych   ptaszków   już   się   wyprowadzało   z   hotelu   i   zanosiło   bagaże   do 

samochodów. Recepcjonista nie zdziwił się, że Mercy wynajmuje tak wcześnie pokój. Był pewno 

przyzwyczajony do godzin odpoczynku kierowców ciężarówek.

Mercy wzięła klucz i wróciła do samochodu, zastanawiając się, jak przetransportować 

Crofta do pokoju. Jeśli nie uda jej się go porządnie dobudzić, będzie go musiała zostawić w 

samochodzie. Przecież go nie uniesie.

Croft   nie   poruszył   się,   kiedy   podeszła   do   samochodu   od   strony   pasażera,   lecz   nagle 

otworzył oczy.

- Mam klucz - powiedziała spokojnie Mercy, otwierając drzwi. - Dasz radę wejść na gorę?

Croft spojrzał na piętrowy budynek.

- Tak. - Wysiadł z auta i bez słowa poszedł za nią do pokoju. Jego ciężkie kroki na 

schodach wskazywały, jak bardzo był wciąż zmęczony. Zazwyczaj poruszał się bezszelestnie. 

Kiedy otworzyła kluczem drzwi, wszedł do środka.

- Przyniosę bagaże - powiedziała Mercy.

Gdy wróciła, Croft leżał wyciągnięty na łóżku, pogrążony w głębokim śnie.

Ona też musiała się przespać. Postawiła bagaże, czując zmęczenie w całym ciele. Weszła 

do łazienki i spojrzała na siebie w lustrze. Nie był to budujący widok.

Kilka minut później zwinęła się w kłębek obok Crofta i zamknęła oczy, mając nadzieję, 

że sen przyjdzie jej równie łatwo jak jemu.

Dwadzieścia minut później wciąż jeszcze nie spała. Zaczęła się obawiać, że już nigdy w 

życiu nie uśnie.

220

background image

Rozdział szesnasty

C

roft obudził się mniej żwawy niż zwykle, ale wiedział, że odespał skutki trucizny czy 

narkotyku,   a   także   dodatkową   adrenalinę,   którą   sobie   zaaplikował,   żeby   pokonać   Dailasa   i 

Lance'a.

Dodatkowa   dawka   adrenaliny   przypuszczalnie   pomogła   pozbyć   się   resztek   trucizny, 

pozostałych   po   działaniach   pierwszej   pomocy,   której   udzieliła   mu   Mercy.   Takie   połączenie 

całkowicie go wyczerpało. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak zmęczony.

Jak przez mgłę przypominał sobie, że o świcie przyszedł z Mercy do pokoju w motelu. 

Jasne słoneczne światło przeświecało teraz przez firankę. Croft przeciągnął się, sprawdzając stan 

mięśni i siłę. Później przekręcił głowę na poduszce i poszukał wzrokiem Mercy. Powinna spać 

głębokim snem obok niego, tymczasem w ogóle nie było jej na łóżku.

Croft pomyślał, że nie powinien był kazać jej prowadzić w nocy samochodu na górskiej 

drodze, lecz nie miał żadnego wyboru. Uważał, że powinni jak najdalej odjechać od Gladstone'a, 

a sam nie był w stanie jechać.

Jak zwykle, pomyślał z wyrzutami sumienia, nie dał Mercy wyboru.

Ona   jednak   nie   sprzeciwiała   się,   ani   nie   kłóciła.   Wsiadła   po   prostu   do   samochodu   i 

pojechała, chociaż sama też musiała być zmęczona i spięta, i choć w tak krótkim czasie była 

świadkiem tylu gwałtownych wydarzeń, jakich inni ludzie nie oglądają przez całe życie.

Dobra kobieta i dobry przyjaciel. Taki, na którym można polegać w potrzebie. Zeszłej 

nocy nie raz to udowodniła. Wciąż pamiętał, co czuł, kiedy patrzył w dół na dwa i pół metra 

świecącej, niebieskiej wody pod spodem.

Croft podparł się na łokciu i rozejrzał za Mercy. Zastanawiał się, dlaczego nie spała przy 

nim. Może jest w łazience. A może już się wyspała i zeszła na śniadanie.

Tymczasem Mercy nie była w łazience ani nie zeszła na śniadanie. Siedziała po turecku 

na wytartym dywanie, nadal w tym samym swetrze i dżinsach, które narzuciła na siebie przed 

wyjazdem od Gladstone'a. Miała zamknięte oczy i dłonie wsparte na kolanach.

Medytowała. Croft był tak zaskoczony, że odruchowo się odezwał:

221

background image

- Mercy? Dobrze się czujesz?

Otworzyła   oczy   i   szybko   odwróciła   głowę.   Zobaczył   nienaturalny   blask   jej   oczu   i 

pomyślał, że wciąż męczy ją napięcie.

- Nie - powiedziała. - Nie czuję się dobrze. Nie mogę spać, nie mogę myśleć, nie mogę się 

odprężyć. W środku czuję się tak, jakbym jechała sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.

- To stres - powiedział cicho Croft, doskonale rozumiejąc, co się z nią dzieje. - Czasami 

przychodzi już po wszystkim.

- Po czym wszystkim, Croft? Po tym, jak cię znalazłam niemal utopionego w basenie? Po 

tym, jak dwóch bandytów z pistoletami ścigało nas po wymarłym mieście? Po tym, jak jechałam 

nocą przez góry, kiedy każdy rozsądny człowiek poczekałby do rana? Po tym, jak postanowiłam 

nie iść na policję z doniesieniem o próbie morderstwa? Nie bądź śmieszny. Czemu miałoby mi 

przeszkadzać kilka takich drobiazgów? Tobie nie przeszkodziły i spałeś jak zabity.

Croft zrozumiał, że Mercy nakręcona jest bardziej niż sprężyna. Usiadł przy niej powoli i 

zaczął przemawiać niskim, uspokajającym głosem.

- Wszystko jest w porządku, Mercy. Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Potrzebujesz 

odpoczynku. Jesteś w tej chwili dość spięta, ale kiedy się prześpisz, poczujesz się znacznie lepiej.

- Akurat. I byłabym  ci wdzięczna,  gdybyś  nie przemawiał  do mnie  tak, jakbym  była 

jednym z tych dobermanów. Siedzę tu od godziny usiłując medytować, ale mi to zupełnie nie 

wychodzi.

- Medytacja wymaga praktyki. Wielu lat ćwiczeń.

- Nie mam tyle czasu. Potrzebuję czegoś teraz. - Zerwała się na nogi i spojrzała na niego 

błyszczącymi oczyma. - To wszystko twoja wina.

- Wiem.

- Tylko nie ośmielaj się brać na siebie całej odpowiedzialności.

- Mercy, powiedziałaś przed chwilą, że to wszystko jest moją winą i ja przyznaję ci rację.

- Nie staraj się mnie udobruchać. - Mercy z wściekłości uniosła w gorę ręce. - Nie jestem 

dzieckiem. To prawda, że wykorzystałeś mnie, żeby się dostać do Gladstone'a, ale nie masz co 

przepraszać. Oboje wiemy, że zrobiłbyś to ponownie w takich samych okolicznościach. W twojej 

naturze leży robienie tego, co uważasz za konieczne. Nie pozwalasz, aby ktokolwiek ci w tym 

przeszkadzał, zwłaszcza kobieta, która...

222

background image

- Kobieta, która co, Mercy? - spytał z ciekawością.

- Kobieta, która cię kocha, do diabła.

Croft znieruchomiał, starając się pojąć jej słowa. Nigdy nie widział Mercy w takim stanie. 

Była zaczerwieniona od gorąca, co w innych okolicznościach uznałby za dowód seksualnego 

podniecenia. Jej oczy były błyszczącymi, zielonymi zbiornicami nieobliczalnej energii. Żyła na 

fali resztek napięcia, które paliły się w niej jak ogień, żywiąc się jej nerwami. Nie wiedziała, co 

mówi.

- Uspokój się, Mercy - powiedział stanowczo. - Usiądź. Pomogę ci medytować. Pomogę 

ci dotrzeć do tej części ciebie, która jest spokojna. Posłuchaj mnie. Podam ci słowa...

Bez ostrzeżenia, z oszalałym  okrzykiem,  Mercy skoczyła  przez pokój. Rzuciła  się na 

łóżko i padła na Crofta, który nie wiedział, co się dzieje. Siła jej uderzenia popchnęła go na 

poduszkę. Jej nogi splątały się z jego nogami. Wbiła mu paznokcie w ramiona, obrzucając go 

palącym spojrzeniem.

- To ty mnie posłuchaj, i posłuchaj uważnie, ty arogancki draniu. Wykorzystałeś mnie i od 

samego początku mną manipulowałeś. Byłeś nawet na tyle bezczelny, że się do tego przyznałeś. 

Wydawałeś mi rozkazy i podejmowałeś wszystkie decyzje. Byłeś na tyle bezczelny, żeby się ze 

mną kochać, bo myślałeś, że jeśli zmienisz mnie w swą seksualną niewolnicę, będziesz miał nade 

mną większą kontrolę.

- Seksualną niewolnicę? Chyba trochę przesadzasz, Mercy.

Zacisnęła palce na jego ramionach. Croft pomyślał, że zostaną mu ślady na skórze.

- Zamknij się. Nie jestem zainteresowana twoją logiką ani twoją filozofią. Teraz ja mówię 

i jeszcze nie skończyłam. Nie spotkałam do tej pory nikogo tak zadufanego jak ty, lecz to się 

zmieni. Do tej chwili wszystko działo się tak, jak ty chciałeś, ale od teraz ja tu rządzę.

- Mercy, kotku, jesteś zdenerwowana. Musimy oczyścić twój umysł. Musisz się uspokoić.

- Jestem w takim stanie wyłącznie przez ciebie. I ty musisz coś na to poradzić.

- Zrobię to - obiecał. - Pomogę ci.

- Pewno, że mi pomożesz - mruknęła, szarpiąc guziki jego koszuli. - Ale nie mam nastroju 

do   medytacji.   I   nie   chcę   słuchać   twojego   szlachetnego   gadania   o   braniu   na   siebie 

odpowiedzialności. Wiemy już, że to twoja wina. Chcę czegoś więcej niż słów. Chcę czegoś, co 

mi   pomoże   usnąć.   Jestem   zestresowana   na   maks,   jak   mówią   w   Kalifornii.   Muszę   z   siebie 

223

background image

wyrzucić   całe   to   nerwowe   napięcie.   To   znaczy,   że   potrzebuję   fizycznego   ujścia.   Wiesz   co? 

Wykorzystam do tego ciebie. Najwyższy czas, abym ja ciebie jakoś wykorzystała.

- Mercy, kotku, uspokój się - mówił Croft, do którego wreszcie dotarło, co Mercy planuje. 

Nie wiedziała, co robi. Usiłował złapać ją za ręce, ale go zignorowała, wyszarpnęła się i nadal 

rozpinała mu koszulę.

- Nie uspokoję się, więc szkoda twojego gadania. Mogę cię wykorzystać albo jako worek 

bokserski, albo jako ogiera. Wybieraj, tylko szybko.

- Jeśli się nie chcesz uspokoić, to przynajmniej trochę zwolnij tempo. Muszę wejść pod 

prysznic.

Mercy rozpięła koszulę i nerwowo atakowała sprzączkę od paska. Czuł jej ciepło, kiedy 

się ześliznęła na dolną część jego ciała.

- Nie zamierzam zwalniać, a prysznic możesz wziąć później. Choć raz zrobimy coś, jak ja 

chcę.

Rozpięła mu dżinsy tak gwałtownie, że Croft wciągnął powietrze.

- Uważaj, Mercy.

- Dlaczego miałabym nagle uważać? Nie uważam, odkąd cię poznałam. - Zsunęła się 

niżej, zszarpując z niego dżinsy. Ściągnęła mu je z bioder, po czym podniosła głowę i spojrzała 

na niego z wyzwaniem w oczach. - I co? Chcesz być moim workiem treningowym czy ogierem?

-   Daj   spokój,   Mercy,   to   śmieszne.   -   Nie   wiedział,   czy   się   śmiać,   czy   mocno   nią 

potrząsnąć, aby wróciła do swego normalnego stanu.

- Zapomnij, że miałeś jakiś wybór. Postanowiłam, że większy będzie z ciebie pożytek w 

charakterze ogiera. Chcę seksu, a nie siłowni. - Szarpnęła za gumkę szortów i ściągnęła je w dół 

mniej więcej do wysokości kolan, gdzie tkwiły jego dżinsy.

Poczuł, że bierze w dłonie jego sztywniejący członek.

-   Zaczekaj   chwilkę,   kotku.   Jeśli   chcesz,   żebym   się   z   tobą   kochał,   daj   mi   minutkę   i 

wszystko załatwię.

- Nie robimy tego tak, jak ty chcesz. Teraz ja decyduję. Nie musisz się o nic martwić, 

tylko działać na rozkaz. Zamknij usta i skup się. Możesz spróbować medytacji. Zamiast mantry 

dam ci coś innego.

224

background image

Croft nie miał pojęcia, co zamierza Mercy, dopóki nie poczuł na biodrach jej włosów. 

Miękkimi ustami odnalazła go w szaleńczo intymnej pieszczocie. Croft cały zadrżał.

- Och, Mercy.

Nie odpowiedziała. Zajęta była eksploracją za pomocą języka.

Croft   wiedział,   że   nigdy   w   życiu   nie   robiła   czegoś   takiego,   lecz   wcale   jej   to   nie 

przeszkadzało.

Z   początku   była   ostrożna,   ale   chętna,   i   to,   czego   jej   brakowało   z   doświadczenia, 

nadrabiała zdecydowaniem. Nie była zupełnie zainteresowana radami czy sugestiami ze strony 

swojej  ofiary.  Palcami  obejmowała  ciężkie  kule u nasady pulsującego  członka, smakując  go 

jednocześnie językiem.

Croft   poczuł   na   najbardziej   wrażliwym   miejscu   swego  ciała   lekkie   dotknięcie   zębów 

Mercy i o mało nie eksplodował jej w ustach.

Powiedział jej kiedyś, że między przyjemnością a bólem jest bardzo cienka granica, i 

teraz Mercy ją odnalazła.

Twierdziła,   że   robi   to   dla   własnego   zaspokojenia.   Szukała   jakiegoś   ujścia,   sposobu 

pozbycia się nerwowego spięcia. Croft był jednak oszołomiony tą seksualną napaścią. Nigdy w 

życiu nie doświadczył czegoś podobnego.

Przez całe lata uczył się panowania nad sobą. Panowanie nad sobą ułatwiało panowanie 

nad innymi. Zawsze był tym, który rządzi, nawet w rzadkich chwilach seksualnego spełnienia.

Oprócz tych sytuacji, kiedy był z Mercy.

Udowodniła już, że potrafi go sprowokować do dzielenia z nią dzikiego, szaleńczego 

orgazmu. Teraz uczyła go, że ma nad nim całkowitą władzę. Mogła go zmusić do poddania. 

Żadna kobieta nigdy jeszcze tak go nie traktowała.

Żadna kobieta nigdy jeszcze tak go nie pożądała.

Croft jęknął, kiedy Mercy oblizała go językiem. Rozdarty był między chęcią złapania jej i 

wsunięcia pod siebie a zdumiewająco silnym pragnieniem nieruchomego leżenia i rozkoszowania

się   dziwnym   uczuciem   podporządkowania   drugiej   osobie.   Z   natury   był   człowiekiem 

dominującym; przy Mercy uczył się, że są inne sposoby doznawania rozkoszy.

Mercy powiedziała, że chce go wykorzystać dla własnej przyjemności, ale z pewnością 

żadna kobieta nie mogłaby tak się zachowywać, gdyby nie czuła czegoś jeszcze prócz pożądania.

225

background image

Croft   zamknął   oczy,   wplatając   palce   w   rozrzucone   włosy   Mercy.   Powodowany 

wzrastającym pożądaniem, które groziło zapanowaniem nad zmysłami, uniósł biodra, pragnąc 

być jak najbliżej słodkich, gorących pocałunków Mercy. Odpowiedziała na to milczące błaganie 

ostatnim pocałunkiem motyla i zaczęła się od niego odsuwać.

- Nie - mruknął Croft, otwierając oczy i widząc, że Mercy klęczy między jego udami. - 

Nie przestawaj. Nie teraz.

Chwilowe zafascynowanie rolą ofiary Mercy szybko znikło. Za bardzo go podnieciła. Nie 

mógł jej pozwolić na wycofanie się. Wyciągnął do niej rękę.

- Nie ruszaj się - rozkazała Mercy. - Jesteś dokładnie w takiej pozycji, jaka mi odpowiada. 

- Chwyciła brzeg swetra i ściągnęła go przez głowę odrzucając go bezceremonialnie na bok.

Croft westchnął głęboko, widząc, że Mercy nic nie ma pod spodem. Ciemne, napięte 

brodawki wysokich piersi odbijały się od jasnej skory. Marzył  o tym,  aby wziąć do ust taki 

klejnot. Podniósł rękę, pozwalając palcom musnąć jedną białą pierś.

Mercy nie zwróciła na niego uwagi. Za bardzo była zajęta wydobywaniem się z dżinsów. 

Jednocześnie ze spodniami zdjęła figi. Brązowy trójkąt włosów błyszczał w porannym słońcu.

Croft głęboko wciągnął powietrze, zwarty i ciężki od pożądania. Instynkt podpowiadał 

mu, żeby wciągnąć ją pod siebie i mocno się w nią wbić. Miał już dość poddańczej, pasywnej 

roli.   Była   to   interesująca   nowość,   teraz   jednak   zjadała   go   niecierpliwość.   Zamknął   dłoń   na 

biodrze Mercy, wbijając palce w jej mocne, ciepłe ciało.

- Zabierz rękę - syknęła, kończąc zdejmowanie dżinsów.

- Mercy, co się z tobą dzieje? Przecież mnie chcesz. Sama mówiłaś.

- Mam dość twojej kontroli. Teraz ja rządzę. Leż i bądź cicho.

Przesunęła się na niego i Croft znów został wciśnięty w poduszki. Mercy przebierała 

palcami po włosach na jego piersi, ustami dotykała szyi i ciasno go obejmowała miękkimi udami.

Croft poruszył się i głośno jęknął, kiedy się opuściła na jego uniesiony członek. Najpierw 

poczuł jej ciepło, a sekundę potem - wilgoć. Pomyślał, że za moment zwariuje.

Uniosła się na chwilę, mocno wspierając się o jego pierś rękami. Potem powoli zaczęła 

wbijać   go   w   siebie.   Croft   usłyszał   jej   głębokie,   niecierpliwe   westchnienie   spowodowane 

początkowym oporem jej ciała.

- Cholera - mruknęła, kręcąc biodrami, aby go w sobie zmieścić.

226

background image

Była   mała,   wrażliwa   i   delikatna.   Czyż   nie   wiedziała,   że   nie   można   robić   tego   zbyt 

pośpiesznie? Croft chciał się roześmiać, ale kręte ruchy jej bioder o mało go nie wykończyły. 

Krótkotrwałe   rozbawienie   spowodowane   jej   niecierpliwością   ustąpiło   miejsca   znacznie 

silniejszemu pragnieniu złapania jej za biodra i naciągnięcia na siebie do końca. Zacisnął ręce na 

jej udach, nie mogąc się powstrzymać przed przejęciem kontroli. Nie mógł już czekać.

Natychmiast odepchnęła jego dłonie. Croft zaklął cicho, ale nie zaprotestował. Sama nie 

wiedziała, jak bardzo jest bezbronna. Mógł ją chwycić jedną ręką, wciągnąć pod siebie i nakryć 

własnym ciałem. W ciągu dwóch sekund mógł zakończyć ten przejaw kobiecej agresji. Mercy 

musiała   wiedzieć,   że   gdyby   naprawdę   zechciał   przejąć   kontrolę,   nie   byłaby   w   stanie   go 

powstrzymać.

Jednakże nie bała się, nie czuła, że jest mniejsza i słabsza, nie przyszło jej do głowy, że 

Croft może stać się agresorem.

Wskazywało to, jak bardzo mu ufała.

Jego frustracja i niecierpliwe oczekiwanie nabrały nowych wymiarów, kiedy Mercy, z 

cichym okrzykiem, wciągnęła go w siebie.

- O, słodka Mercy! - Było to zawołanie radości, niecierpliwy okrzyk protestu przeciwko 

łagodnej, kobiecej dominacji i zakamuflowany wyraz rozkoszy. - Mercy!

Wbijając   mu   paznokcie   w   ramiona,   Mercy   ustaliła   powolny,   jednostajny   rytm,   który 

przyprawił   ich   oboje   o   drżenie.   Croft   rozchylił   usta,   kiedy   Mercy   pochyliła   się   nad   nim   i 

poszukała   jego   warg.   Wsunęła   język   do   środka   w   agresywnej   penetracji,   która   była 

podniecającym odpowiednikiem tego, co działo się niżej.

Croft objął ją mocniej i wyczuł, że Mercy traci kontrolę, ogarnięta szalonymi wrażeniami, 

nad którymi chciała zapanować. Znał to uczucie. Kiedy się kochali, zawsze to się tak dla niego 

kończyło. W ostatecznym rozrachunku nie było zwycięzcy ani pokonanego, jedynie namiętne 

połączenie i szalony orgazm, który mogli ze sobą dzielić. 

Mercy  krzyknęła   i   lekko   ugryzła   go   w   ucho,   gdy  skręcona   sprężyna   wreszcie   pękła. 

Drobne  spazmy ściskały go pożądliwie  i  Croft, jakby z  daleka,  usłyszał  własny,  tryumfalny 

okrzyk. Jego ciało po raz ostatni wbiło się w nią i Croft przeżywał własne wyzwolenie.

Obejmowali się nawzajem bardzo mocno i razem przeżyli burzę, która poraziła ich ciała.

Razem powrócili do rzeczywistości.

227

background image

Razem opadli na wymięte prześcieradło, spoceni, ze splątanymi nogami.

Razem.

Croft leżał przez długi czas nieruchomo, rozkoszując się ciężarem Mercy w ramionach. 

Po chwili poruszyła się, odsunęła i zwinęła obok niego w kłębek. Odwrócił głowę, aby na nią 

spojrzeć, i zobaczył, że go obserwuje spod przymkniętych powiek. Zamrugała oczami i ziewnęła 

jak śpiący kot.

- Już dobrze, kotku - powiedział łagodnie. - Wiem, że nie mówiłaś tego poważnie.

- Czego poważnie? - Oczy jej się zamykały, kiedy układała się wygodniej na poduszce.

- Kiedy mówiłaś przedtem, że mnie kochasz. To wszystko z nerwów. Masz skłonności do 

mówienia bez namysłu, zanim się zastanowisz.

- Powinieneś wreszcie przestać pleść bzdury, Croft. - Odwróciła się na bok, pokazując mu 

plecy. - Już i tak z trudem przyjdzie mi traktować cię rano poważnie.

Zasnęła, nim zdążył cokolwiek powiedzieć. Croft przez dłuższą chwilę wpatrywał się w 

jej nagie ramię, a później wstał, włożył dżinsy i znalazł ukojenie w medytacji.

M

ercy zbudziła się i stwierdziła, że jest sama w pokoju. Sądząc po słońcu, musiało być 

wczesne   popołudnie.   Przypuszczalnie   nie   spała   więcej   niż   cztery   godziny,   ale   czuła   się 

wypoczęta.

Przeciągnęła się z rozkoszą, pozwalając myślom cofnąć się w przeszłość. W świetle dnia 

wydarzenia z Drifter's Creek wydawały się bardzo odległe. Duchy zawsze bledną na słońcu.

Z   wyjątkiem   Crofta.   On   nawet   w   pełnym   świetle   dnia   był   tak   samo   rzeczywisty   i 

namacalny.

Mercy   odrzuciła   przykrycie   i   poszła   pod   prysznic.   Stojąc  pod   strumieniami   wody 

zastanawiała się, czy Croft wykonał swój obywatelski obowiązek i zadzwonił na policję.

„Nie lubię policji”. Przypomniała sobie jego słowa, nie wiedząc, co by miały znaczyć.

Umyła się, włożyła dżinsy i świeżą bluzkę. Kiedy kończyła upinać włosy w gładki węzeł, 

aby brązowa fala nie opadała jej wciąż na oczy, w drzwiach stanął Croft.

Jak zwykle nie było odgłosu otwieranych drzwi, kroków, pukania. Po prostu w jednej 

chwili drzwi były zamknięte, a w następnej Croft był razem z nią w pokoju. Najwyraźniej wrócił 

do swego normalnego stanu. Miał w ręce papierową torbę z restauracji.

228

background image

Ich   oczy   spotkały   się   w   lustrze   i   Mercy   zastygła   z   uniesionymi   w   gorę   rękami.   Na 

wspomnienie swej rannej agresji poczuła, że za chwilę obleje się rumieńcem. Na szczęście udało 

jej się zapanować nad sobą.

- Przyniosłeś kawę? Świetnie. Chętnie się napiję. Dzwoniłeś do szeryfa w sprawie Dallasa 

i Lance'a? - Mówiła głosem dźwięcznym i lekkim, kończąc upinanie fryzury.

- Kawa dla ciebie, herbata dla mnie. Tak, dzwoniłem do szeryfa. Jakieś dwie godziny 

temu. Z automatu, nie podałem nazwiska. - Podszedł i stanął za nią, nie spuszczając z niej

oczu w lustrze.

Mercy pierwsza odwróciła wzrok, udając, że szuka spinki.

- Znajdą zatem Dallasa i Lance'a.

- Jeśli Gladstone nie znalazł ich wcześniej.

- Myślisz, że mógł ich szukać?

Croft postawił na stoliku filiżankę kawy, pochylił się i pocałował Mercy w odkryty kark. 

Zadrżała i znów spojrzała na niego w lustrze.

- Nie. - Croft wyprostował się, najwyraźniej zadowolony z faktu, że wywołał w niej tak 

wymowny dreszcz. - Nie sądzę, że Gladstone ich znalazł. Wątpię, czy ich w ogóle szukał. Kiedy 

Dallas i Lance nie wrócili, z pewnością pomyślał, że nie żyją.

- Nie żyją!

- On na moim miejscu nie zostawiłby ich żywych. - Croft wzruszył ramionami. - Teraz na 

pewno zajmuje się czymś ważniejszym.

- Ucieczką? - Mercy przygryzła dolną wargę.

Croft potrząsnął głową.

- Daleko nie będzie uciekał. Jeszcze nie. Za dużo niejasności. Ale helikopter daje mu dużo 

możliwości. Mam nadzieję, że na razie uzna, iż jest dostatecznie bezpieczny tam, gdzie jest. 

Nawet jeśli Dallas i Lance wpadną w ręce szeryfa, Gladstone'owi nie grozi nic więcej niż kilka 

grzecznych pytań.

- Nie będzie się obawiał, że złożymy na niego skargę?

- Nie sądzę. Przypuszczalnie  założy,  że działamy  na własną rękę. Tego bym  właśnie 

chciał. A więc nie polecimy na policję. Zresztą nawet gdybyśmy tak zrobili, Gladstone powie, że 

nie miał zielonego pojęcia o działalności Dallasa i Lance'a.

229

background image

- Ty naprawdę wierzysz, że Gladstone jest Eganem Gravesem, co?

-   Jestem   teraz   prawie   pewien.   Ale   nie   mam   ruchu,   dopóki   nie   będę   wiedział,   gdzie 

zamierza się schować. Jak tylko się dowiem... - Croft nie dokończył zdania i podszedł do okna. 

Wypił łyk herbaty. - Ta książka jest nadal kluczem do wszystkiego. - Spojrzał przez ramię na 

Mercy. - Mamy ją, ponieważ byłaś na tyle odważna, aby wejść do biblioteki i ją stamtąd wynieść. 

Dziękuję ci, Mercy.

- Nie dziękuj - odparła sucho. - Nie miałam wyboru. Odmówiłeś wyjścia z ogrodu bez 

książki, pamiętasz?

- Jak przez mgłę.

Mercy uniosła brwi.

- Jak się czujesz? Nie masz kaca?

- Nie. Wszystko znikło.

- To niesamowite, że w ogolę mogłeś w nocy funkcjonować, nie mówiąc już o potyczce z 

Dallasem i Lance'em. Byłeś na skraju wyczerpania.

-   To   ty   wyciągnęłaś   mnie   z   wody   i   zorganizowałaś   naszą   ucieczkę   z   rezydencji 

Gladstone'a.

- Czyli jesteś moim dłużnikiem, tak?

- Tak.

- Świetnie. Nie mogę się doczekać na odbiór długu.

Zaskoczył ją przelotnym, figlarnym wyrazem twarzy.

- Myślałem, że już go odebrałaś. Dziś rano.

Mercy straciła kontrolę nad rumieńcem, który groził jej, odkąd Croft wszedł do pokoju. 

Usiłowała wykpić się z sytuacji przesadnie wyniosłym uśmiechem.

- Przyznaję, że potrafisz być bardzo interesującym niewolnikiem.

- Dziękuję. Staram się, jak mogę. Powiedz mi prawdę. Czy nadal mnie szanujesz?

Nie była pewna, co miało oznaczać jego prowokujące pytanie, lecz na wszelki wypadek 

postanowiła nie ulegać.

- Masz w sobie pewne cechy, które z pewnością warte są szacunku. - Spuściła wzrok 

poniżej paska w dżinsach.

- Któregoś dnia...

230

background image

Nie widziała, żeby się poruszył, ale nagle znalazł się tuż przy niej. Złapał ją za ramiona i 

podniósł na nogi. Kiedy rzuciła mu spłoszone spojrzenie, zobaczyła w jego orzechowych oczach 

śmiech i irytację.

We wzroku Crofta nie było tak dobrze znanej obojętności, nie było śladu pustki. Mercy 

była zachwycona.

- Jeśli chodzi o szacunek - zaczął ostrzegawczo Croft.

Mercy uśmiechnęła się do niego promiennie.

- Chciałabym cię zapewnić, Croft, że głęboko cię szanuję.

Śmiech   w   jego   oczach   zmienił   się   w   nieprzenikniony   wyraz.   Spojrzenie,   którym   ją 

obdarzył, nie było odległe ani obojętne, jedynie enigmatyczne. Pochylił się i pocałował ją.

- Na początek wystarczy - powiedział.

- Croft?

Puścił ją i podszedł z powrotem do okna.

- Musimy porozmawiać, Mercy.

- Wiem.

- O Gladstonie. Czy o Gravesie, wszystko jedno.

- Wiem. - Mercy westchnęła. - Co dalej?

- Zadzwonisz do swojej księgarni, żeby ostrzec tę kobietę, która cię zastępuje, że ktoś 

może tam do ciebie dzwonić. Niech zapisze numer dzwoniącego i przekaże ci, kiedy się z nią 

znów skontaktujesz. Postaraj się nie robić z tego sprawy. Nie ma co jej straszyć. Ale niech pod 

żadnym pozorem nie podaje twojego numeru tutaj temu, kto cię będzie szukał.

- O czym ty mówisz? Kto zadzwoni do Dorrie, szukając mnie?

- Gladstone - powiedział z absolutnym przekonaniem Croft. - To jedyny kontakt, jaki ma.

- Dlaczego miałby mnie szukać?

- Nas - poprawił odruchowo Croft. - Będzie chciał nas odnaleźć i domyśli się, że czekamy 

na jego telefon.

- Dlaczego?

- Bo chce odzyskać książkę. Na pewno już odkrył, że nie ma jej w bibliotece. Zbyt dużo 

przeszedł, za dużo ryzykował, za często zdawał się na przypadek, żeby odzyskać ten egzemplarz 

Doliny Burleigha. Będzie ją chciał mieć z powrotem.

231

background image

-   Jest   kolekcjonerem.   Kolekcjonerzy   robią   wiele   rzeczy,   aby   zdobyć   coś   do   swojej 

kolekcji.

- Nie Gladstone. Nie ryzykowałby zdemaskowania nowej tożsamości. Żadna z książek w 

jego bibliotece nie jest duplikatem tych, które posiadał jako Egan Graves. Nie usiłuje odbudować 

starej kolekcji. W gruncie rzeczy, sądząc z tego, co ci pokazywał, celowo unika książek, które 

zbierał   jako   Graves.   Jest   na   tyle   sprytny,   żeby   wiedzieć,   iż   nie   powinien   robić   niczego,   co 

mogłoby go kojarzyć  z poprzednim wcieleniem. Próba odtworzenia starej kolekcji byłaby za 

dużym ryzykiem. Gdyby ktoś się przyczaił i czekał, aż się znów pojawi...

- Dobrze, rozumiem. Nie usiłuje odbudować starej kolekcji, lecz zadał sobie wiele trudu, 

aby dostać Dolinę.

- To książka droga, ale nie bezcenna. Ma swoją wartość, nie jest jednak prawdziwym 

skarbem. Nie dla takiego człowieka jak Gladstone. Nie jest też specjalnie charakterystyczna dla 

jego zbioru.

- A przecież chciał nas przez nią zabić?

- Ta książka jest kluczem. Będzie usiłował ją odzyskać.

- Ciekawe dlaczego?

- Ba, sam chciałbym wiedzieć. - Croft przejechał ręką po włosach. - Obejrzałem ją jeszcze 

raz rano, kiedy spałaś. Nie widziałem śladów podmienionych stron, co nie znaczy, że w tekście 

nie ma jakiegoś ukrytego szyfru.

- Szyfru!

- Nie bądź taka podekscytowana. Wierz mi, że czepiam się wszystkiego. Próbuję znaleźć 

powód,   dla   którego   Gladstone   tak   bardzo   chce   mieć   tę   książkę.   -   Croft   odszedł   od   okna   i 

skończył herbatę. - Chodźmy coś zjeść. Zadzwonisz do Dorrie i powiesz jej, że ktoś może chcieć 

się z tobą skontaktować. I nie mów jej, gdzie jesteś, rozumiesz? Może się przypadkiem wygadać 

przed Gladstone'em, a to byłoby mało śmieszne.

- Albo jesteś melodramatyczny, albo zbyt powściągliwy i oszczędny w słowach. Powiedz 

mi, co chce osiągnąć Gladstone, kontaktując się z nami w sprawie książki?

- W tej chwili jest prawie pewien, że nie mamy nic wspólnego z policją. To znaczy, że 

jesteśmy drobnymi kanciarzami, którzy przypadkowo trafili na interes swego życia i usiłują z 

tego skorzystać. Będzie zakładał, że zechcemy dostać za Dolinę większą sumę pieniędzy, skoro 

232

background image

już wiemy, jak bardzo mu na tej książce zależy. Wyobrażam sobie, że zaproponuje nam jakiś 

układ.

- Ale my go nie przyjmiemy. Tak?

- Owszem, przyjmiemy. Na naszych warunkach.

233

background image

Rozdział siedemnasty

N

ie   podoba   mi   się   to,   Croft.   W   najmniejszym   stopniu   mi   się   nie   podoba.   -   Mercy 

chodziła  przed nim tam i z powrotem,  z poważną  miną  i ściągniętymi  brwiami.  Nie po raz 

pierwszy zwracała się do niego o zachowanie zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Sprzeczała się z 

Croftem przez całe popołudnie. Nadeszła pora kolacji i nic nie uzyskała. Z uporem twierdził, że 

sam sobie poradzi z Gladstone'em.

- Nie musi ci się to podobać, Mercy. Od tej pory ja decyduję. - Croft leżał na łóżku oparty 

o stos poduszek, z rękami założonymi za głowę.

Przez cały czas nie tracił cierpliwości. Ta niewyczerpana cierpliwość złościła Mercy tak 

samo jak niewyczerpany upór.

- To głupota. Idiotyzm. Powinniśmy zawiadomić policję.

- Nie.

- Co masz przeciwko glinom? Po to płacimy podatki, żeby policja zajmowała się takimi 

rzeczami.

- Nie poradzą sobie z Gladstone'em. Nie mogli go ruszyć, kiedy był Eganem Gravesem, i 

nie ruszą go teraz. Jest pod dobrą ochroną. I jest bardzo ostrożny. Oczywiście zajmuje się czymś 

równie   obrzydliwym   jak   przedtem   na   Karaibach,   ale   niesłychanie   trudno   będzie   mu   to 

udowodnić.

- Postąpił wbrew prawu. Wysłał Dallasa i Lance'a, żeby nas zepchnęli w przepaść.

- Udowodnij mu to. Dallas i Lance byli parą wynajętych ludzi, którzy działali także na 

własną rękę i w wolnym czasie okradali gości w motelu. Glinom trudno będzie nawet to im 

udowodnić. Nie ma szans na sprawę o próbę zabójstwa.

Mercy obróciła się i stanęła przed Croftem, z rękami na biodrach.

- Czy nie ufasz żadnym autorytetom, czy tylko policji?

- Mówiłem ci, ja nie...

- Za bardzo lubię policję. Wiem. Chcesz wiedzieć dlaczego? - Oskarżycielsko wymierzyła 

w niego wskazujący palec.

234

background image

Uśmiechnął się do niej i spojrzał pytająco.

- Dlaczego?

- Ponieważ ludzie, którzy lubią dominować nad innymi, nie czują się najlepiej, gdy ktoś 

dominuje nad nimi. Nigdy się nie nauczyłeś, że czasem trzeba innym dać porządzić.

- To ciekawa teoria. Czy tego właśnie uczyłaś mnie dziś rano, kiedy mnie zaatakowałaś w 

łóżku? Że powinienem wiedzieć, jak się podporządkować innym?

-   To   nie   ma   nic   do   rzeczy,   jeszcze   nie   skończyłam   z   twoimi   wynaturzeniami   w 

zachowaniu - zagroziła Mercy.

- Tak?

- Tak - mruknęła i znów zaczęła spacerować po pokoju. - Chodzi nie tylko o to, że jesteś 

osobowością dominującą, lecz także o to, że jesteś taki wyizolowany i opanowany. Działasz we 

własnym   świecie,   który   od   czasu   do   czasu   koliduje   z   prawdziwym   światem.   Z   rzadka, 

przypuszczalnie jedynie w najbardziej koniecznych przypadkach, usiłujesz wejść do tego świata, 

gdzie żyją ludzie tacy jak ja.

Rzucił jej dziwne spojrzenie.

- Dlatego nazwałaś mnie duchem? Bo sądzisz, że nie należę do twojego świata?

Mercy westchnęła i usiadła na brzegu łóżka.

- Być może. Ale ty nie jesteś duchem, Croft. Jesteś tak samo rzeczywisty i prawdziwy jak 

inni ludzie. Tyle że znalazłeś sobie oddzielne miejsce, prawda? Jak ci się to udało?

Ku całkowitemu zaskoczeniu Mercy Croft odpowiedział na jej pytanie:

- Musiałem sobie znaleźć takie miejsce bardzo wcześnie w życiu.

- Dlaczego, Croft?

- Nic takiego, co by się nie zdarzało innym dzieciakom. - Croft wzruszył ramionami. - Dla 

mnie to było ważne.

- Co się stało?

Croft zawahał się, wyraźnie przypominając sobie stare wspomnienia i emocje.

- Mój ojciec pił. Bardzo dużo.

- Och, Croft.

- Mówiłem ci, że to częsty problem. Myślę, że starał się jakoś dać sobie radę. Łapał się 

każdej pracy, był robotnikiem w fabryce, pracował na dniówkę, u chłopa, gdziekolwiek. Ożenił 

235

background image

się z moją matką, kiedy miała osiemnaście lat i była w ciąży. Po paru latach biedowania moja 

matka postanowiła, że ma dość takiego życia i wybrała jaskrawe światła Los Angeles. Miałem 

wtedy pięć czy sześć lat. Nigdy jej więcej nie widzieliśmy. Myślę, że wówczas tata zaczął pić. Z 

upływem lat było coraz gorzej. Kiedy się upijał, stawał się... bardzo gwałtowny. Niebezpieczny. 

Jakby alkohol wyzwalał w nim całą wewnętrzną wściekłość. Po pewnym czasie nauczyłem się 

chować, dopóki mu nie przeszło. Chyba go nienawidziłem.

Mercy przełknęła ślinę. Croft powiedział to tak spokojnie.

- To musiało być straszne.

- Kiedy był trzeźwy, wszystko było dobrze. Wzajemnie się tolerowaliśmy. Kiedy jednak 

pił, było okropnie. Myślę, że wiedział, iż był po pijanemu niebezpieczny, lecz nie potrafił się 

kontrolować. Chyba się bał, że pewnego dnia naprawdę zrobi coś złego.

- Tobie?

- Tak. Albo też zdawał sobie sprawę, że rosnę i któregoś dnia przestanę się przed nim 

chować. Mógłbym mu oddać. Zaczął na soboty i niedziele wyjeżdżać do miasta i tam się upijać. 

Byłem z tego zadowolony. Zapisałem się na kursy samoobrony. Na początku mówiłem sobie, że 

chcę się obronić przed ojcem. Później zafascynował mnie świat walk Wschodu i związana z nim 

filozofia kontroli ciała i umysłu. Znalazłem na tych kursach schronienie, miejsce, gdzie mogłem 

być silny.

- Inny świat.

- W pewnym sensie. Instruktor był dobry, ale miał swoje ograniczenia i wiedział o tym. 

Powiedział mi, że powinienem wyjechać, znaleźć innych nauczycieli, którzy pomogą mi dać z 

siebie wszystko. Podał mi nazwiska ludzi, którzy mogliby mnie przyjąć na naukę. Nie miałem 

pieniędzy na takie podróże i lekcje. Czułem się zamknięty w pułapce. Potem zdecydowałem, że 

nie mogę dłużej zwlekać. Wyjechałbym wcześniej, ale wydawało mi się, że ojciec umrze, jeśli 

mnie   przy   nim   nie   będzie.   Kiedy   jednak   skończyłem   osiemnaście   lat   i   spakowałem   się   do 

wyjazdu, ojciec pojechał do miasta i nie wrócił.

- Co się stało?

- Został zabity w głupiej, bezsensownej bójce w jakimś zaułku. Ktoś go napadł dla paru 

dolarów i butelki taniego wina.

Mercy zamknęła oczy, wiedząc, co za chwilę usłyszy.

236

background image

- Odnaleziono tego, co go zabił? - spytała.

- Policja  nie  poświęciła   tej  sprawie  wiele  czasu.  -  Głos   Crofta  nabrał  niebezpiecznie 

obojętnego   brzmienia.   -  Mój   ojciec   był   jednym   z   wielu   pijaków   zabitych   w   ulicznej   bójce. 

Zwykła sprawa. Policja ma co innego do roboty niż szukanie tego typu zabójców.

Mercy bezwiednie wbiła paznokcie w dłonie.

- Postanowiłeś sam odszukać zabójcę, prawda?

- Nikt inny nie chciał tego zrobić. Nienawidziłem mojego ojca, ale kiedy został zabity, nie 

mogłem się z tym pogodzić, bo przecież był moim ojcem. Starał się, jak mógł.

- I ty się postarałeś. Postanowiłeś uczynić zadość sprawiedliwości. Odszukałeś zabójcę?

- Tak. Nie było to trudne. Zacząłem się rozpytywać w tej części miasta, gdzie ojciec pił. 

Ludzie odpowiadali na moje pytania.

- Nie wątpię.

Croft potrząsnął głową.

- Nie było tak, jak myślisz. Nie musiałem stosować przemocy. Ci ludzie chcieli, żeby ktoś 

odnalazł   zabójcę.   Mój   ojciec   nie   był   jego   pierwszą   ofiarą.   Oni   wszyscy   byli   potencjalnymi 

ofiarami i zdawali sobie z tego sprawę. Bali się współpracować z policją, ale nie bali się młodego 

szczeniaka, który chciał się dowiedzieć, co się stało z jego starym. Pomogli mi. I znalazłem 

faceta, który pchnął tatę nożem.

- Co się z nim stało? - Mercy nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.

Croft obrzucił ją chłodnym wzrokiem.

- Nie zabiłem go.

- Prawie, ale nie całkiem?

-   Nie   całkiem.   Zostawiłem   go   nieprzytomnego   na   schodach   komisariatu.   W   jego 

kieszeniach zostawiłem dość dowodów, aby mogli go skazać za zabójstwo mojego ojca i jeszcze 

paru takich jak on.

- Skąd wziąłeś dowody?

Croft wzruszył ramionami.

- Facet nosił przy sobie rzeczy, które zabrał ofiarom. I nóż, którym zabił mojego ojca. Nie 

był   bardzo   sprytnym   mordercą.   Policja   była   szczęśliwa,   że   może   zakończyć   kilka   spraw   o 

237

background image

morderstwo bez kiwnięcia palcem. Nie zaglądali w zęby darowanemu koniowi. Nawet udało im 

się zmusić faceta, żeby się przyznał. Sprawiedliwości, tak czy owak, stało się zadość.

Mercy wytrzymała jego spojrzenie.

- Zamknięte Koło?

- Tak. - Croft lekko skrzywił usta.

- Co było potem, Croft? - spytała Mercy spokojnie, choć czuła ucisk w żołądku.

-   Szukając   zabójcy   mojego   ojca   dowiedziałem   się   czegoś   o   sobie.   Czegoś,   czego 

wolałbym nie wiedzieć. To mnie przestraszyło.

- Pozwól, że zgadnę - powiedziała miękko Mercy. - Myślę, że dowiedziałeś się dwóch 

rzeczy. Po pierwsze, że mogłeś to zrobić. Znalazłeś zabójcę i się zemściłeś. Po drugie, okazało 

się, że twoje zajęcie jest... interesujące? Czy to właściwe słowo?

Ani na chwilę nie spuścił oczu z jej twarzy.

-   Właściwe   słowo   to:   „fascynujące”.   Miałem   do   tego   smykałkę.   Kiedy   znalazłem 

człowieka, który zabił tatę, w pewnym sensie znalazłem siebie. Musiałem wiedzieć więcej. Nadal 

miałem jednak problem finansowy. Zaciągnąłem się więc do wojska i wtedy zrozumiałem, że nie 

daję sobie rady z władzą, zwłaszcza ze ślepą, biurokratyczną, głupią władzą, która najczęściej nie 

kieruje się ani rozsądkiem, ani logiką. Jednakże w wojsku miałem dobry trening.

- A potem?

- Moje zdolności zostały dostrzeżone - stwierdził sucho Croft. - Zaproszono mnie do 

udziału   w   specjalnej   jednostce,   ale   wkrótce   się   okazało,   że   nie   umiem   działać   zespołowo. 

Odszedłem, gdy tylko mogłem, wziąłem pieniądze, które zaoszczędziłem, i zacząłem szukać tych 

ludzi, których mi polecił mój pierwszy instruktor. Kilku znalazłem. Podróżowałem i uczyłem się, 

i wszystko, czego się nauczyłem, było w jakiś sposób niebezpieczne. Albo psychicznie, albo 

emocjonalnie, albo fizycznie. Musiałem się zatem nauczyć, jak kontrolować to, co już umiałem. 

Nie   poprzestałem   na   tym.   Zacząłem   praktykować   to,   czego   się   nauczyłem.   Miałem   gdzie 

sprzedać swoje umiejętności.

Mercy uśmiechnęła się mimo woli.

- Nie myśl, Croft, że mnie przestraszysz opowiadaniem, jaki to ty jesteś niebezpieczny. Za 

dobrze cię znam.

- Nie boisz się mnie, prawda? Ciekawe dlaczego? Jesteś taką miękką, łagodną kruszynką.

238

background image

- Fakt, że jestem od ciebie mniejsza i może trochę bardziej uczuciowa, choć na pewno nie 

głupsza, nie robi ze mnie „miękkiej, łagodnej kruszynki”. Nie boję się ciebie, ponieważ mimo 

zainteresowania przemocą i siły fizycznej, nie jesteś zwariowany. Panujesz nad sobą. Pogodziłeś 

się   ze   sobą   i   ze   swoją   naturą.   Pod   pewnymi   względami   jesteś   jednym   z   najbardziej 

cywilizowanych mężczyzn, jakich znam. Wszyscy mamy w sobie coś szalonego. Niewielu z nas 

nauczyło  się to kontrolować  i  żyć  z tym  na co  dzień. Ty potrafisz.  Może  taka  właśnie  jest 

naprawdę cywilizowana istota ludzka.

Croft zamknął oczy i oparł głowę o ścianę przy łóżku.

- Nie rób ze mnie bohatera romantycznego, Mercy.

- Nic podobnego nie robię. Próbuję cię zrozumieć.

Podniósł powieki; w jego oczach zobaczyła głód.

- Dlaczego?

- Już ci na to odpowiedziałam. Kocham cię.

Usiadł prosto i spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Nie wiesz, co mówisz, Mercy.

Zadzwonił głośno telefon. Mercy sięgnęła po słuchawkę.

- Z pewnością wiem, co mówię. Nie jestem kompletną idiotką.

- Mercy!

Zignorowała go, słysząc znajomy głos w telefonie.

- Cześć, Dorrie. Jak leci? Były jakieś telefony?

- Tylko jeden. Poczekaj chwilę, znajdę kartkę. Już mam. Dzwonił niejaki pan Glad. Czy 

na ten telefon czekałaś?

Pan Glad. Mercy spojrzała na Crofta. To musiał być Gladstone. W tym momencie Mercy 

zdała sobie sprawę, że do końca nie wierzyła, iż Gladstone się z nimi skontaktuje. Pobożne 

życzenia.

- Tak, Dorrie. Co ci przekazał?

Croft stał jej nad głową, jakby chciał jej wyrwać słuchawkę. Podał Mercy papier i ołówek.

- Zapisz każde słowo - powiedział.

Mercy kiwnęła głową, słuchając z uwagą Dorrie.

239

background image

- Zostawił krotką wiadomość - powiedziała Dorrie. - Masz do niego zadzwonić pod ten 

numer. - Podała go. - Zapisałaś?

- Zapisałam. Dzięki, Dorrie.

- Hej, co się dzieje? Myślałam, że twoja transakcja była już zaklepana.

- Ja też - stwierdziła Mercy z westchnieniem.

- Tak to jest w wielkim świecie rzadkich książek, co? Negocjacje, oferty, kontroferty i tak 

dalej. To szalenie ekscytujące, prawda?

- Tak - powiedziała cicho Mercy. - Ekscytujące.

Odłożyła słuchawkę i spojrzała na Crofta.

- Chce, żebyśmy zadzwonili.

Croft wyrwał jej papier z ręki.

- Nadal jest w rezydencji.

- Skąd wiesz?

- Sprawdziłem numery telefonów, kiedy tam byliśmy. To jeden z nich. Oczywiście jest 

zastrzeżony,   ale   nawet   ludzie,   którzy   zastrzegają   swój   numer   telefonu,   popełniają   błąd   i 

umieszczają go na aparacie telefonicznym, gdzie każdy może go zobaczyć.

- Może Gladstone nie przejmuje się tak bardzo tym, że ktoś niepowołany mógłby dostać 

ten numer.

- Siedzi sobie bezpiecznie w górach, w otoczeniu kilku sprawdzonych ludzi. Nauczył się 

nie ufać za bardzo tłumom nie tak znów wiernych zwolenników. Ciekaw jestem, co to za sprawa 

z tą kolonią artystów.

- Myślisz, że to przykrywka dla jakichś nielegalnych poczynań?

-   Myślę,   iż   jest   to   przykrywka   dla   czegoś   przynoszącego   duże   zyski,   absolutnie 

nielegalnego i bardzo niebezpiecznego. Gladstone w głębi duszy pozostał Gravesem. Chce mieć 

władzę i pieniądze. Dużo władzy i dużo pieniędzy. I umie je dostawać. Do czegoś tych artystów 

wykorzystuje.   Sytuacja   przypomina   tę   z   Karaibów.   Tym   razem   zapewne   także   chodzi   o 

narkotyki. Gladstone na tym zna się najlepiej. Przynajmniej wiemy na pewno, gdzie się teraz 

znajduje. I zmusiliśmy go do zrobienia pierwszego ruchu. To go trochę odsłania. - Croft przyjrzał 

się numerowi telefonu. - Chce, żebyśmy do niego zadzwonili?

- Tak.

240

background image

- Dobrze. - Croft sięgnął po telefon. - Nie każmy człowiekowi czekać.

Wykręcając numer Croft przyglądał się Mercy. Bała się. Nie jego, tylko tego, co się miało 

zdarzyć. Przypuszczalnie domyślała się, jaki będzie następny logiczny krok w tej śmiertelnej 

grze. Chciałby ją uspokoić, lecz teraz było to już niemożliwe. Sprawy zaszły za daleko, aby się 

wycofać. Nie potrafił się wycofać od dnia, kiedy zobaczył ogłoszenie o  Dolinie tajemniczych 

klejnotów  Burleigha.   Mercy   wiedziała   o   tym,   ale   to   nie   zmniejszało   jej   strachu   co   do 

ostatecznego zakończenia.

Telefon zadzwonił jeden raz. Odebrała Isobel. Jej niski, głos był czysty i opanowany.

- Halo.

Wie, kto dzwoni, pomyślał Croft.

- Daj mi Gladstone'a. - Nie chciał zdradzić, iż wie, że Gladstone jest naprawdę Eganem 

Gravesem. Teraz trzeba było przekonać Gladstone, że Croft jest tylko handlarzem bez żadnych 

skrupułów, który trafił na transakcję życia.

- Oczekiwaliśmy na pański telefon. Moment.

Tak miło go uwodziła, kiedy mówili sobie po imieniu. Croft czekał cierpliwie i po chwili 

usłyszał w słuchawce ciepły i czarujący głos Gladstone'a.

- Ach, to pan. Czemu sprawia mi pan tyle kłopotów?

- Nie wszyscy jesteśmy bogaci, Gladstone. Niektórzy z nas muszą korzystać z każdej 

nadarzającej się okazji. Zakładam, że jest pan zainteresowany odzyskaniem książki?

- Słusznie pan zakłada. Jestem rozsądnym człowiekiem. O jakiej sumie pan myślał?

- O dużej.

- Byłem  tego pewien. Jak pan się zapewne domyśla, ta książka jest dla mnie  bardzo 

ważna. Ma wielką wartość sentymentalną.

-   Pierwsze   słyszę,   żeby   ktoś   określał   pornografię   jako   sentymentalną,   ale   są   gusta   i 

guściki.

- Jaką cenę wyznaczył pan na moją książkę?

- Pięćdziesiąt tysięcy.

Z drugiej strony zapadła cisza.

- Nie grzeszy pan nieśmiałością, co, Falconer?

241

background image

- Mercy mówi, że nie ma zbyt wielu egzemplarzy tej książki. Moim zdaniem wykorzystał 

pan Mercy w pierwszej turze negocjacji.

- Czy tym razem dała panu pełnomocnictwa do negocjowania?

Croft spojrzał na Mercy.

- Powiedzmy, że złożyła wszystko w moich rękach.

- Isobel miała rację. Rzeczywiście pan i panna Pennington jesteście w siebie zapatrzeni. 

Dziwne. Cóż, tymczasem musimy się jakoś dogadać. Zgadzam się na pana propozycję. Płacę 

gotówką. Kiedy może pan tu być z książką?

- Chce pan, żebym wrócił do pańskiej posiadłości?

- Isobel może pana zabrać helikopterem z dowolnego miejsca.

- Nie, dziękuję. Wolę dojechać sam. I z powrotem też sam wyjadę, bez pomocy Isobel. 

Będę o świcie.

Po drugiej stronie znów zapadła cisza, po czym Gladstone zapytał gładko:

- Jak daleko pan teraz jest?

- Dostatecznie daleko.

- I nie może pan być tu wcześniej?

- Nie. Czeka mnie długa droga. Dojadę najwcześniej o świcie. O wschodzie słońca niech 

Isobel przyniesie pieniądze do pierwszej bramy. Tam się spotkamy.

- I będzie pan miał książkę?

- Zależy mi tylko na pieniądzach, Gladstone. Chętnie oddam panu książkę. I tak nie jest w 

moim guście.

- Jestem pewien, że nie jest. Niewątpliwie woli pan bardziej współczesny styl tych rzeczy.

W   głosie   Gladstone'a   zabrzmiało   lekkie   obrzydzenie.   Nie   udało   mu   się   powściągnąć 

poczucia snobistycznej wyższości intelektualnej, chociaż Croft zastanawiał się, jak można być 

snobem na tle preferencji erotycznych.

- Przy bramie nie chcę widzieć nikogo oprócz Isobel, Gladstone.

- Poza mną i Isobel nie ma tu nikogo. Dallas i Lance, jak pan zapewne wie, są w rękach 

policji.

- A pan nie zamierza wpłacić za nich kaucji, co?

242

background image

- Za dwóch złodziei, którzy wykorzystali moje dobre serce? - Gladstone był oburzony 

takim   pomysłem.   -   Kiedy   ich   zatrudniłem,   nie   miałem   pojęcia,   że   byli   już   karani.   Byłem 

zaszokowany, kiedy szeryf mi o tym powiedział.

- Wyobrażam sobie. Na pewno wszyscy panu współczują. Czyli gliny nie podejrzewają 

żadnego związku między panem a nimi?

- Policja wie, że jestem tylko niewinną osobą, która ich nieświadomie zatrudniła. Okazuje 

się, że Dallas i Lance którejś nocy włamali się do motelu. Opowiadali szeryfowi, że to ja ich tam 

posłałem,   ale   szeryf,   naturalnie,   nie   uwierzył   w   ani   jedno   słowo   tej   idiotycznej   opowieści. 

Obawiam się, że ich przeszłość mówi sama za siebie.

- To mnie nie dziwi.

-   Natomiast   to,   co   opowiedzieli   szeryfowi   o   tym,   jak   zostali   związani   w   wymarłym 

mieście, jest daleko bardziej interesujące - kontynuował z namysłem Gladstone. - Twierdzili, że 

gonili   włamywacza   i   ten   człowiek   znikł   w   Drifter's   Creek.   Kiedy   się   zatrzymali,   żeby   go 

odszukać,   nie   znaleźli   nikogo   oprócz   duchów.   Niewiele   pamiętają   z   całego   wydarzenia. 

Oczywiście poinformowałem szeryfa, że u mnie w domu nic nie zginęło i musiałem przyjąć, że 

Dallas i Lance zajmowali się jakąś swoją prywatną sprawą. Zasugerowałem mu jednak, że być 

może   jest   w   to   zamieszany   jakiś   trzeci   człowiek   i   że   mogły   to   być   porachunki   między 

złodziejami. To by wyjaśniało, skąd zatrudnieni przeze mnie ludzie mieli przy sobie dowody 

przestępstwa.

- I szeryf szuka teraz trzeciego złodzieja?

-   Niech   się   pan   nie   martwi,   Falconer.   Szeryf   na   pewno   nie   szuka   zbyt   energicznie. 

Przypuszcza, że ten człowiek już dawno ulotnił się z okolicy, porzucając wspólników. Szeryf jest 

zadowolony, że kłopotliwy gość nie przebywa już w jego zasięgu.

- Wszystko bardzo ładnie się ułożyło.

- Lubię, kiedy wszystko się ładnie układa.

-   Ja   też   -   stwierdził   Croft.   -   Niech   Isobel   będzie   przy   bramie   o   świcie.   -   Odłożył 

słuchawkę, nim Gladstone zdążył coś powiedzieć.

Mercy siedziała na łóżku, czekając na szczegóły. Zacisnęła ręce na kolanach i spoglądała 

na Crofta wielkimi oczyma.

- I co? - spytała tępo.

243

background image

-   Jeśli   chodzi   o   Gladstone'a,   wszystko   jest   załatwione.   Uważa   mnie   za   drobnego 

złodziejaszka, który chce mu oddać książkę za pięćdziesiąt tysięcy.

- To nie jest drobna suma.

Croft wzruszył ramionami.

- Musiałem podać sumę na tyle dużą, żeby go przekonać do moich intencji, ale nie za 

dużą,   żeby   nie   stwarzać   wrażenia,   iż   wiem,   jak   bardzo   ta   książka   jest   dla   niego   cenna. 

Pięćdziesiąt tysięcy to nie jest taka wielka suma dla Gladstone'a.

-   Wszystko   jest   względne   -   przyznała   Mercy   z   westchnieniem.   -   Za   takie   pieniądze 

mogłabym otworzyć parę księgarni.

- Nie wszystko jest względne. Niektóre rzeczy są bezwzględne.

- Wiem. Właściwie zaparzona herbata, honor i zemsta.

- I miłość.

Zignorowała jego słowa, przyglądając mu się z uwagą.

- I co teraz? Słyszałam, jak mówiłeś, że spotkasz się z przepiękną Izzy o świcie. Podróż 

nie zajmie ci całej nocy. To najwyżej cztery godziny jazdy. Wiem to najlepiej. Gdybyś wyjechał 

teraz, mógłbyś tam być o ósmej wieczorem.

- Zamierzałem tam dotrzeć na dziewiątą. Wolę działać w całkowitej ciemności.

Mercy głęboko odetchnęła.

-   Nie   masz   zamiaru   spotkać   się   z   Isobel   rano,   prawda?   Chcesz   się   dostać   na   teren 

posiadłości dziś wieczorem.

- Chcę zakończyć sprawę do rana - powiedział Croft. Czekał, aż Mercy zrozumie sens 

jego wypowiedzi.

- A co z Isobel?

- Ona mnie nic nie obchodzi. Chcę dostać Gladstone'a.

- Jesteś pewien, że Gladstone jest Gravesem? - jeszcze raz spytała z naciskiem Mercy.

- Jestem pewien. Nawet gdyby nim nie był, i tak musiałbym teraz coś z nim zrobić.

- Bo wysłał Dallasa i Lance'a, żeby nas zabili?

- Ponieważ zamierzał cię zabić po moim „utonięciu”, a po naszej ucieczce wysłał Dallasa 

i Lance'a, żeby cię zabili. - Croft wstał. Być może Mercy nie rozumiała, że w momencie, gdy 

Gladstone   kazał   Dallasowi   i   Lance'owi   zlikwidować   Mercy,   wydał   na   siebie   wyrok.   Nawet 

244

background image

gdyby Croft nie był pewien, czy Gladstone jest Gravesem, musiał działać. Wiedział, że nie ściga 

teraz Gladstone'a wyłącznie z powodu nie dokończonej sprawy sprzed trzech lat. Miał bardziej 

bezpośredni, bardziej palący powód.

Tym powodem była Mercy Pennington, która dwa razy stwierdziła, że go kocha.

- Croft? - Mercy przypatrywała mu się z troską.

- Mam godzinę do wyjazdu, Mercy. Chcę pomedytować. Muszę mieć czysty umysł.

- A ja?

- Będziesz tu bezpieczna. Nikt nie wie, gdzie jesteś.

Podskoczyła z gniewu.

- Nie chodzi mi o bezpieczeństwo. Chcę jechać z tobą.

- Nie ma mowy. Już i tak byłaś przeze mnie narażona na wiele niebezpieczeństw. Nie 

wezmę cię ze sobą.

- Ależ, Croft, do tej pory byliśmy w tym razem. Nie chcę cię teraz puścić samego.

Widział, że mówi poważnie, i był zdumiony tym, że w ogóle brała pod uwagę swój dalszy 

udział w tej sprawie.

- Wykluczone, Mercy. Jestem w tym najlepszy. I najlepiej działam sam.

- Możesz potrzebować pomocy.

- Nie.

-  Do cholery, zawsze jesteś taki pewny siebie. Taki samodzielny. Myślisz, że wszystko 

potrafisz zrobić sam, co? Nikogo nie potrzebujesz, a przynajmniej się do tego nie przyznasz. 

Któregoś dnia to się musi zmienić, Croft.

To się już zmieniało, ale nie wiedział, jak to powiedzieć.

Później, obiecał sobie w duchu Croft. Później powie jej, że ustawiła cały jego świat wokół 

innej osi, odnajdując połączenie między wymiarem, w którym egzystował, a tym, w którym sama 

żyła. Teraz nie było na to czasu, a poza tym nawet sobie nie potrafił jeszcze dokładnie tego 

wytłumaczyć.

- Mercy, porozmawiamy, jak wrócę.

- Chcę jechać z tobą - powtórzyła.

Potrząsnął głową.

- Nie. - Widział, że akceptuje jego decyzję.

245

background image

- Taki jesteś uparty. Zarozumiały - szepnęła.

- Tak musi być, Mercy.

- Zamknij się i idź medytować. Ja idę na kawę.

Odwróciła się i wybiegła z pokoju, nim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Po dłuższej chwili Croft otworzył  okno. Usiadł na dywanie i ogrzewał się w słońcu. 

Daleki dźwięk przejeżdżających samochodów i głosów ludzkich wpadał przez otwarte okno, ale 

Croft ich nie słyszał. Kiedy medytował, potrafił wytłumić wszelkie odgłosy.

Jednakże   tego   popołudnia   z   trudem   udawało   mu   się   wyrzucić   z   głowy  wspomnienie 

zielonych oczu odbijających emocje równie wyraźnie, jak akwarela odbija światło. Wspaniałych, 

przejrzystych oczu, w których mógł czytać jak w książce.

Mercy   powiedziała,   że   go   kocha,   i   on   w   tym   czasie   patrzył   jej   w   oczy.   Wcześniej 

wmawiał sobie, że nie wiedziała, co mówi, lecz sam siebie oszukiwał. Teraz, siedząc spokojnie i 

wyrzucając z umysłu wszystkie zbędne myśli, zrozumiał to dokładnie. Powoli skoncentrował się 

na punkcie świetlnym wewnątrz samego siebie i jego umysł się oczyścił.

Nie wątpił już w słowa Mercy. Wiedziała, co mówi. Widział tę wiedzę w jej oczach.

Kochała go.

Croft przyjął tę wiedzę w siebie, ucząc się jej, obracając ją w głowie, badając tak, jak 

bada się kwiat, zachód słońca czy morze o świcie. Chciał zrozumieć, co to znaczy być kochanym 

przez Mercy. Chciał to zrozumieć każdą cząstką swej istoty.

Pozwolił, by świadomość o tym, że Mercy go kocha, przepływała przez niego, dopóki go 

nie wypełniła, nie usatysfakcjonowała i nie dała mu uspokojenia.

Był to inny rodzaj uspokojenia niż ten, jaki uzyskiwał przez medytację i męczący trening 

fizyczny, ale w jakiś sposób z nim powiązany.

Croft   zdał   sobie   sprawę,   że   nigdy  do   tej   pory   nie   zaznał   prawdziwej   miłości.   Może 

dlatego jej nie poznał, a nawet chciał ją odrzucić, kiedy czuł, że rodzi się między nim a Mercy. 

Myślał, że rozumie miłość intelektualnie, myślał, że zna jej żądania i wymagania, ale nigdy 

naprawdę nie rozumiał jej władzy.

Teraz zaakceptował prawdę. Nie miał wyboru.

246

background image

Był zakochany w Mercy. Tak bardzo, jak ona w nim. Było to połączenie namiętności, 

przyjaźni, szacunku, a nawet podniecających i pobudzających spięć i odmiennych interpretacji 

ważnych pojęć.

Zamknięte Koło.

Croft studiował nowe Koło, które się zamknęło w jego umyśle, patrzył, jak się jednoczy 

wokół   punktu   światła,   na   którym   się   skoncentrował.   Było   doskonałe.   Nawet   te   jego   części, 

których nie dało się całkowicie zrozumieć, były częścią doskonałości. Nie było czegoś takiego 

jak wiedza absolutna. Pewne tajemnice pozostawały tajemnicami na zawsze i Croft czuł, iż w 

stosunkach między kobietą a mężczyzną nieznane rejony były równie ważne jak to, co dało się 

zrozumieć. Przyjął je, przyjął całość. Mercy należała do niego i on należał do niej.

Croft, wreszcie usatysfakcjonowany, przeszedł do następnego aspektu medytacji. Musiał 

przywołać czystą logikę i wytrzymałość, niezbędne na dalsze godziny.

Czas mijał. Kiedy jednak Mercy ostrożnie otworzyła drzwi pół godziny później, Croft był 

gotów. Odwrócił głowę i zobaczył ją w drzwiach, z białą papierową torbą w ręce.

- Przyniosłam ci coś do jedzenia. I filiżankę herbaty. Z torebki, ale kazałam im najpierw 

zagotować wodę. Skończyłeś medytować? - Wyjęła z torby dwie filiżanki i podała mu jedną, 

zdejmując przykrywkę z drugiej.

- Skończyłem. - Croft wstał, czując spokój, a jednocześnie pełną gotowość. Wszystkie 

jego zmysły były pobudzone i wyostrzone, choć w pełni je kontrolował. Tak się zawsze czuł 

przed dosięgnięciem granic przemocy i poznaniem na nowo radości istnienia.

Tak się zawsze czuł, kiedy kochał się z Mercy, chociaż czasami zabierała go znacznie 

dalej. Przy niej mógł stracić kontrolę i nadal czuć, że jest bezpieczny.

Zdjął pokrywkę ze swojej filiżanki i napił się herbaty.

- Kocham cię, Mercy - powiedział spokojnie.

Mercy o mało nie udławiła się kawą.

- Co? - parsknęła, krztusząc się. Do oczu napłynęły jej łzy.

Croft uderzył ją lekko w plecy, ignorując jej pytanie.

- Muszę już iść. Kanapkę zjem w drodze. Wrócę jutro rano. Do widzenia, Mercy.

Lekko musnął jej usta pocałunkiem i wyszedł, nie oglądając się za siebie.

247

background image

Rozdział osiemnasty

K

ocha ją.

Mercy,   jak   zwykle,   rozdarta   była   między   chęcią   potrząśnięcia   Croftem   a   namiętnym 

pragnieniem objęcia go. Uniemożliwił jedno i drugie wychodząc zaraz po swym wiekopomnym 

oświadczeniu.

To było typowe dla Crofta, wściekała się Mercy, chodząc tam i z powrotem po małym 

pokoju. Nie żadne namiętne wyznanie dozgonnej miłości przy kolacji ze świecami, nie wręczenie 

pierścionka   zaręczynowego,   nie   szalona   rozmowa   o   jego   emocjach   i   uczuciach.   Tylko 

stwierdzenie faktu przed wyjściem na ryzykowną wyprawę.

To musiało się zdarzyć podczas medytacji, pomyślała Mercy.

Najwyraźniej coś tam sobie wydumał w tym swoim pokręconym umyśle, wplątał rosnące 

przywiązanie do Mercy w swój prywatny pogląd na świat i zamknął jedno ze swych cholernych 

wewnętrznych   Kół.   Kiedy   wszystko   znalazło   swoje   miejsce,   zrozumiałe   i   zaakceptowane   w 

labiryncie   nazywanym   męskim   rozumem,   Croft   spokojnie   przedstawił   skończony   wynik 

rozmyślań, jakby to był normalny fakt, nic więcej.

A potem wyszedł, nie pozwalając Mercy na wzruszające pożegnanie ani na długie prośby 

o zachowanie ostrożności. Była skazana, aby tu tkwić, podczas gdy mężczyzna, którego kocha i 

który  twierdzi,  że   też   ją  kocha,   udał  się   na  samotną   wyprawę  po  prawdę,   sprawiedliwość  i 

zamknięcie Koła.

Chyba jej odbiło, że się w nim zakochała. Ledwie go znała.

Chociaż go naprawdę poznała. To było  najbardziej zdumiewające.  Podczas kilku dni, 

które razem spędzili, zdążyła go poznać lepiej niż kogokolwiek w życiu. W gruncie rzeczy znała 

zaledwie kilka faktów z jego życia. Krótka, ponura historia, jaką jej opowiedział po południu w 

rzadkiej chwili zaufania, była jedynym streszczeniem pewnego okresu jego życia, co zresztą nie 

miało  żadnego wpływu  na jej uczucia.  Kochałaby go nawet wtedy,  gdyby  nigdy jej nic nie 

opowiedział.

248

background image

Jej zrozumienie i akceptacja nastąpiły na innym poziomie, który niewiele miał wspólnego 

z faktami czy z logiką. Od pierwszej chwili, kiedy go poznała, zdawała sobie sprawę z nowego i 

odmiennego poczucia świadomości. Jakby Croft miał szczególną moc, aby ożywić w niej coś, co 

spało nie dostrzeżone przez wszystkie te lata, jakiś szósty zmysł, który niewiele miał wspólnego 

z rzeczywistością. To nadprzyrodzone poczucie świadomości miało własne sposoby omijania 

faktów i logiki.

Na   cóż   zresztą   przydałyby   się   fakty   i   logika   w   takiej   sytuacji?   Kiedyś   Mercy   znała 

mnóstwo faktów dotyczących byłego narzeczonego. Wiedziała o nim wszystko, poczynając od 

szkół, do których chodził, po sklepy, gdzie kupował markowe buty do biegania. Omawiała z nim 

szczeble jego kariery i wyniki meczów tenisowych. Wiedziała, jakie lubi filmy i samochody. 

Znała wszystkie ważne fakty z życia Aarona Sandersa oprócz najważniejszego: nie można było 

mu powierzyć kobiecej miłości ani jej skarbów.

Mercy gotowa była założyć się o całe pieniądze zainwestowane w Pennington's Second 

Chance o to, że Aaron Sanders nigdy w życiu nie zastanawiał się dłużej niż dwie sekundy nad 

swym poczuciem honoru czy godności, nie wspominając już o stworzeniu sobie jakiejś własnej 

filozofii.

Nie była to wyłącznie wina Aarona, stwierdziła Mercy. Żaden człowiek nie zastanawiał 

się nad czymś, co dla niego nie istnieje.

Nerwowo   przeszła   przez   pokój   i   otworzyła   walizkę,   żeby   wyjąć  Dolinę.  Do   szału 

doprowadzał ją fakt, że Croft ryzykował życie  z powodu głupiej książki. O mało nie zginął 

poprzedniej nocy. Oboje o mało nie zginęli.

Dlaczego ta książka jest taka ważna dla Erasmusa Gladstone'a?

Mercy położyła książkę na małym stoliku przy oknie i usiadła, aby jeszcze raz dokładnie 

jej się przyjrzeć. Przeczytała już większość tekstu i choć było to dość interesujące, z pewnością 

nie odpowiadało erotycznym gustom Gladstone'a. Mercy była absolutnie przekonana, że książki 

tej nie napisano dla mężczyzn. Za dużo tu było uczucia, za dużo autentycznej namiętności, za 

dużo   wrażeń.   Opowieść   była   bardziej   zmysłowa   niż   seksualna.   W   gruncie   rzeczy  Dolina 

tajemniczych   klejnotów  Burleigha   była   historią   miłosną,   nie   zaś   mechanicznym   opisem 

egzotycznego seksu. Choć cenna, nie była ani tak rzadka, ani nadzwyczajna, aby wzbudzić w 

Gladstonie takie szalone zainteresowanie.

249

background image

Dla Doliny nie warto byłoby popełniać morderstwa.

Wniosek nasuwał się sam. W książce było coś jeszcze, co nadawało jej wartość w oczach 

Gladstone'a.

Mercy obróciła książkę, przypatrując się uważnie zniszczonej skórzanej oprawie. Jeśli 

tekst zawierał jakiś tajemniczy szyfr, Mercy nie miała czego szukać. Z trudem rozwiązywała 

krzyżówkę w codziennej gazecie.

Trochę się jednak znała na starych książkach.

Powoli przewracała grube strony, zastanawiając się nad rożnymi możliwościami. Piękny, 

doskonałej   jakości   papier   używany   w   osiemnastym   wieku   nadal   był   przyjemny   w   dotyku   i 

pozostał w świetnym stanie. Ręczne notatki na marginesach z pewnością liczyły sobie wiele lat. 

Atrament   zbladł,   a   odręczne   pismo   w   osiemnastowiecznym   stylu   było   szalenie   trudne   do 

odczytania. Mercy nie zauważyła żadnych bardziej współczesnych zapisków. Nowe notatki na 

marginesach obniżyłyby wartość książki, ale zapiski z czasów jej wydania były czymś zupełnie 

innym. Dla wielu kolekcjonerów stanowiły dodatkową wartość, zwłaszcza jeśli pisała je jakaś 

znana postać historyczna.

Za oknem pokoju szybko dogorywało popołudnie. Mercy zastanawiała się, gdzie teraz jest 

Croft. Jechał na pewno prędko. Bez niej w samochodzie na pewno prowadził po górskiej drodze 

z   dużo   większą   prędkością   niż   za   pierwszym   razem.   Doskonały   refleks   i   znakomity   wzrok 

pozwalały   mu   pokonywać   zakręty   z   ryzykiem,   które   przepełniało   Mercy   dreszczem.   Jedyne 

ograniczenia wynikały z natury samochodu. Croft przypuszczalnie przestrzegał tych ograniczeń, 

ale wyciskał z Toyoty wszystko, co się dało.

Mercy przez chwilę wyglądała przez okno, martwiąc się o Crofta i denerwując własną 

bezsilnością.   Później   znów   spojrzała   na  Dolinę.  Długie   promienie   zachodzącego   słońca   w 

szczególny   sposób   oświetliły   oprawę.   W   skórze   widać   było   każde   załamanie,   każdy 

najdrobniejszy ślad narzędzi introligatora. Pierwszy właściciel  Doliny  nie szczędził kosztów na 

robotę mistrza.

Większość   książek   z   czasów   wydania  Doliny  wychodziła   w   oprawie   papierowej. 

Nabywca   posyłał   je   do   utalentowanego   mistrza,   który   oprawiał   je   w   skórę.   Kolekcjonerzy 

najwyżej cenili egzemplarze z tego okresu w oryginalnych okładkach, ale na drugim miejscu 

stawiali książki w oprawie wykonanej w tym samym  okresie, kiedy książka została wydana. 

250

background image

Dolina  była   tego   przykładem.   Ponieważ   wydrukowano   ją   nakładem   prywatnym,   istniała 

możliwość, że wydawca dał ją oprawić przed sprzedaniem.

Mercy przejechała palcami po grzbiecie książki, wpatrując się weń w pełnym  świetle 

zachodzącego słońca. Poczuła pod ręką pewien luz. Może w przeszłości książka upadła komuś na 

podłogę. W środku grzbietu też było coś nierównego, jakby skóra się przedarła, albo została 

wycięta, a następnie starannie naprawiona. Blada kreska widoczna była jedynie w silnym świetle. 

Nowy sposób percepcji, jaki Mercy niedawno w sobie odkryła, mówił jej, że ślad nie jest zwykłą 

rysą na skórze.

Mercy siedziała przez dłuższy czas nieruchomo, rozważając różne możliwości. Mogła 

założyć, że jej wyobraźnia zanadto pracuje, i zapomnieć o wszystkim. Albo mogła rozciąć skórę 

w miejscu, gdzie była już raz przecięta, i zaryzykować obniżenie wartości książki przez celowe 

zniszczenie i tak już zużytej oprawy.

Pomyślała o Crofcie w drodze do Gladstone'a i o tym, jak bardzo był przekonany, że 

Dolina  ma   kluczowe   znaczenie   dla   sprawy.   Było   w   książce   coś,   co   sprawiało,   iż   stała   się 

przyczyną usiłowania morderstwa.

Mercy nie wahała się dłużej. Podeszła do walizki i wyjęła kosmetyczkę, w której miała 

zaledwie   kilka   rzeczy:   pastę   do   zębów,   szczoteczkę,   grzebień   i   szczotkę   do   włosów,   parę 

kosmetyków, na ogół nie używanych przez zapomnienie i mały zestaw przyborów krawieckich. 

Z niego właśnie wyciągnęła maleńkie nożyczki.

Z   napięciem   wsunęła   czubek   nożyczek   w   niemal   niewidzialny   szew.   Książka,   którą 

zamierzała zniszczyć, miała dwieście lat i wielką wartość pieniężną, toteż Mercy trzęsły się ręce i 

targały nią wątpliwości. Kreska na skórze mogła wcale nie być szwem. Mogła być jakimś starym 

śladem albo błędem introligatora.

Kiedy   skóra   zaczęła   się   rozchodzić,   zaszokowana   Mercy   stwierdziła,   że   sklejono   ją 

klejem i to całkiem niedawno. Ten, kto to zrobił, wykonał swoją pracę starannie, ale nietrwale.

A może, pomyślała Mercy, ten ktoś chciał mieć na przyszłość łatwy dostęp do grzbietu 

książki.

Po długich minutach  uciążliwej  pracy szew rozszedł się do końca i Mercy zobaczyła 

wąski otwór między grzbietem książki a jej oprawą. Odłożyła nożyczki i nachyliła grzbiet pod 

innym kątem, żeby go lepiej oświetlić.

251

background image

Pod skórą znajdował się kawałek papieru.

Teraz Mercy drżała nie tylko ze zdenerwowania, lecz także z podniecenia. Wyciągnęła 

papier.

Była to zupełnie nowa, zwykła kartka papieru z notatnika, złożona w wąską kopertę.

Gdy Mercy odwróciła ją i potrząsnęła, wypadł z niej na stół mikrofilm. Wpatrywała się 

weń   przez   dłuższy   czas.   To   dlatego  Dolina   tajemniczych   klejnotów  miała   taką   wartość   dla 

Erasmusa Gladstone'a. Zawartość mikrofilmu przypuszczalnie pochodziła z czasów, kiedy był 

jeszcze Eganem Gravesem. I na tyle ważna dla Gladstone'a, że dla jej zdobycia narażał swoją 

nową tożsamość.

Mercy podniosła mikrofilm i spojrzała nań pod światło, kiedy głośno zadzwonił telefon. 

Podskoczyła nerwowo i szybko rzuciła mikrofilm na stół. Nieomal przewróciła się o krzesło, 

sięgając po słuchawkę.

- Halo?

- Mercy? To ja, Dorrie. Wszystko w porządku? Masz dziwny głos.

- W porządku. - Mercy głęboko wciągnęła powietrze. Cała ta sprawa wymykała im się z 

rąk. Croft byłby wściekły,  gdyby  zawiadomiła  policję, ale czasami  nawet Croft potrzebował 

pomocy.   Podejrzewała,   że   właśnie   nadszedł   taki   czas.   Nie   zaszkodzi   porozmawiać   ze 

zrównoważoną Dorrie.

-   Dorrie,   cieszę   się,   że   zadzwoniłaś.   Chcę   z   tobą   o   czymś   porozmawiać.   Potrzebuję 

pomocy.

- Dobrze, ale najpierw muszę ci coś przekazać – powiedziała Dorrie. - Pan Glad znów 

zadzwonił.

Mercy zacisnęła palce wokół słuchawki telefonicznej.

- Kiedy?

- Parę minut temu. Dlatego do ciebie dzwonię. Poprosił, żebym ci coś przekazała.

- Cholera.

- Co?

- Nic. Co masz mi przekazać?

Mercy była pewna, że jest to jakaś straszna wiadomość. Stało się coś bardzo, bardzo 

złego. Czuła to w ściśniętym żołądku.

252

background image

-   Poczekaj   chwilę,   wezmę   kartkę.   Bardzo   mu   zależało,   żebym   ci   to   przekazała   jak 

najdokładniej.  Jak ci idzie  ten interes?  On ma  taki  miły głos  przez  telefon.  Nigdy bym  nie 

pomyślała, że będziesz się tak targować z pierwszym klientem.

- Miałam ostatnio mnóstwo pomysłów. Co masz mi powtórzyć, Dorrie?

- Nie denerwuj się, już mam. Powiedział, że nastąpiła drobna zmiana planu. Pan Falconer 

przyjechał wcześniej i doszli do porozumienia. Masz jak najszybciej zadzwonić do domu do pana 

Glada.

Mercy zrobiło się zimno.  Dreszcze, które chodziły jej  po plecach,  przypominały te z 

poprzedniej nocy w Drifter's Creek. Niewidzącym wzrokiem patrzyła przez okno. Za parę godzin 

będzie ciemno.

- Mam do niego zadzwonić do domu - powtórzyła.

- Tak. Podać ci numer?

- Nie, znam ten numer. Dzięki, Dorrie.

- Jesteś pewna, że wszystko jest w porządku, Mercy?

Nic nie było w porządku.

- Tak. Jeszcze raz dziękuję, Dorrie. Niedługo do ciebie zadzwonię.

- Mam nadzieję, że szybko załatwisz ten interes, bo inaczej w ogóle nie będziesz miała 

urlopu.

- To bardzo prawdopodobne. Do widzenia, Dorrie.

- Uważaj na siebie i baw się dobrze - pożegnała ją wesoło Dorrie.

Mercy   odłożyła   słuchawkę,   patrząc   na   nią   wzrokiem   pełnym   obrzydzenia.   Później 

spojrzała na mikrofilm.

Pan Falconer przyjechał i doszli do porozumienia.

To niemożliwe.

Chyba że się wzięło pod uwagę helikopter.

Może   Gladstone   i   Isobel   zatrzymali   Crofta   w   jakimś   miejscu   drogi   prowadzącej   do 

posiadłości. Małym helikopterem można łatwo manewrować. Zdolny pilot potrafi wylądować na 

kawałku prostej drogi.

Isobel była doskonałym pilotem. Sam Croft tak stwierdził, a on nie sypał pochwałami.

253

background image

Niespodziewane   lądowanie   helikoptera   z   uzbrojonym   Gladstone'em   mogło   zrujnować 

staranne plany Crofta. Może nawet został uwięziony.  Gladstone wziął go jako zakładnika za 

mikrofilm.

To wszystko zaczynało nabierać przerażającego sensu.

Nie było na co czekać. Mercy podniosła słuchawkę i wykręciła numer Gladstone'a. Po 

pierwszym dzwonku zgłosiła się Isobel. W jej niskim, gardłowym głosie dźwięczała satysfakcja, 

choć słychać w nim było również pewne napięcie.

- Czekaliśmy na pani telefon.

- Chcę mówić z Gladstone'em.

- Będzie pani rozmawiać ze mną. Erasmus upoważnił mnie do załatwienia tego w jego 

imieniu. Zakładam, że otrzymała pani wiadomość od Dorrie?

- Tak.

- Doskonale. Wie pani zatem, że pan Falconer jest znów naszym gościem.

- Chcę z nim porozmawiać.

- Obawiam się, że w tej chwili jest to niemożliwe.

- Nie zrobię niczego, dopóki z nim nie porozmawiam.

- Daję pani słowo, że pani kochanek żyje i ma się dobrze, choć może nie jest szczególnie 

szczęśliwy.

- Pani słowo nie jest wiele warte.

- Przykro mi, że tak pani sądzi. Ale moje słowo to wszystko, co pani zostało.

- Czego właściwie chcecie ode mnie? - spytała Mercy, patrząc na mikrofilm.

- Chcemy, żeby pani do nas przyjechała. Nasze przyjęcie zakończyło się dość gwałtownie 

i Erasmus obawia się, że odnieśli państwo niemiłe wrażenie. Chcielibyśmy to nadrobić.

- Mam przyjechać z powrotem do posiadłości Gladstone'a?

- W tej sytuacji chyba pani samej na tym zależy. Biorąc pod uwagę, że pan Falconer jest 

dla pani bliskim człowiekiem.

Grozili, że zabiją Crofta, jeśli nie przyjedzie.

- Podróż zabierze mi wiele godzin.

- W żadnym wypadku nie chcemy, żeby jechała pani samochodem - zapewniła ją Isobel. - 

Spotkam panią po drodze. Proszę mi podać jakieś miejsce, gdzie może pani być za godzinę. 

254

background image

Zostanie nam godzina, żeby tu dotrzeć za dnia. Proszę wybrać odosobnione miejsce i nikogo ze 

sobą nie przywozić, jasne? Nie wyląduję, jeśli nie będzie pani sama, albo jeśli będę uważała, że 

ktoś za panią jedzie.

Isobel   miała   po   nią   przylecieć   helikopterem.   Mercy   skurczyła   się   na   samą   myśl. 

Niechętnie przysunęła do siebie mapę.

- Kilka kilometrów od motelu, gdzie zatrzymaliśmy się z Croftem pierwszej nocy, jest 

teren rekreacyjny.

- Znam go, za dużo tam ludzi. Ale osiem kilometrów na wschód od motelu jest łąka. 

Proszę tam być za godzinę.

- Jazda potrwa dłużej niż godzinę. Pewno z półtorej godziny.

- Więc niech pani już wyjeżdża.

- Cholera, to nie jest takie proste. Nie mam samochodu. - Mercy stwierdziła, że zaczyna 

się złościć, co w zbawienny sposób zmniejszało strach.

- To niech pani wynajmie. I lepiej niech się pani wreszcie ruszy. Po przyjeździe na łąkę 

proszę zaparkować samochód tak, żeby go nie było widać. Za zakrętem rośnie kępa jodeł. Niech 

pani tam schowa samochód.

-   Przypuszczam,   że   chcecie,   abym   przywiozła   ze   sobą   książkę   -   stwierdziła   ponuro 

Mercy.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

- Stanowczo - powiedziała wreszcie Isobel z naciskiem. - Musi pani przywieźć książkę. 

To najważniejszy cel pani wycieczki, prawda? - Odłożyła słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.

Mercy zmarszczyła brwi. Mogłaby przysiąc, że w głosie Isobel dźwięczało zdumienie, 

jakby nie wiedziała, iż to Mercy ma książkę. Przecież jeśli złapali Crofta, powinni już wiedzieć, 

że nie wziął książki ze sobą.

Mercy z przerażeniem zaczęła rozważać nowe możliwości. Jeśli wywiązała się walka, 

kiedy Gladstone i Isobel usiłowali pochwycić Crofta, mogli go zranić, a nawet, o zgrozo, zabić. 

Albo założyli, że ukrył gdzieś książkę, zanim go pojmali.

Tak czy inaczej Isobel i Gladstone mogli nie wiedzieć, co się stało z książką. To by 

tłumaczyło zaskoczenie Isobel na wieść o tym, że ma ją Mercy.

255

background image

Mercy wzięła do ręki Dolinę. Na próbę zamknęła książkę. W tej pozycji cieniutka kreska 

wewnątrz grzbietu była schowana. Isobel i Gladstone nie będą mieli powodu, aby przypuszczać, 

że ich tajemnica została odkryta.

Mikrofilm był jedyną kartą przetargową w tej niebezpiecznej grze.

Jeśli Croft żyje - a dla własnego zdrowia psychicznego Mercy musiała w to wierzyć - to 

potrzebuje jedynie odpowiedniej okazji. I tylko Mercy mogła mu taką okazję zapewnić. Gdyby 

zwróciła mikrofilm Gladstone'owi, nie miałaby już żadnych argumentów.

Właściwie była pewna, że Croft żyje. Wiedziałaby,  gdyby było inaczej. Nowy zmysł, 

który pojawił się w jej życiu dzięki Croftowi, znikłby razem z nim.

Mercy odłożyła książkę i wzięła do ręki mikrofilm. Musiała go gdzieś dobrze ukryć.

Po   kilkuminutowych   rozmyślaniach   na   temat   najlepszego   miejsca   na   kryjówkę   w 

niewielkim   pomieszczeniu   Mercy   wyjęła   z   szuflady   biurka   kopertę   z   nagłówkiem   motelu   i 

zaadresowała ją do siebie, do Ignatius Cove. Jeżeli nie wróci do Ignatius Cove za kilka dni, 

Dorrie zajrzy do jej skrzynki na listy i znajdzie tę kopertę. W końcu koperta dotrze do jakichś 

kompetentnych władz, które będą wiedziały, co z nią zrobić.

Po dalszych paru minutach rozmyślań Mercy napisała starannie sformułowaną notatkę, 

wyszczególniając   wszystko,   co   wiedziała,   lub   co   podejrzewała   na   temat   Gladstone'a.   Jeśli 

popełniała błąd idąc do jaskini lwa, mikrofilm i notatka mogą pozwolić jej i Croftowi ujść z 

życiem.

Kiedy skończyła, zeszła do recepcji, kupiła znaczek i wrzuciła kopertę do skrzynki na 

listy, mając nadzieję, że poczta amerykańska jest jeszcze w miarę pewna. Później powiedziała, że 

chce wynająć samochód.

Po wypełnieniu wszystkich związanych z tym papierów Mercy kupiła w staromodnym 

sklepie   niedaleko   motelu   buteleczkę   kleju.   Spędziła   kilka   cennych   minut   sklejając   na   nowo 

rozdarcie skórzanej oprawy grzbietu Doliny. Na koniec przyjrzała się krytycznie swemu dziełu i 

uznała, że ujdzie, pod warunkiem, że ktoś nie będzie się przyglądał zbyt dokładnie. Klej szybko 

wysechł.

Kilka minut później Mercy była w drodze na spotkanie z Isobel na odludnej górskiej łące.

256

background image

To pech, pomyślała Mercy, że tak nie lubi małych maszyn latających. Przekonała się 

jednak ostatnio, że jeden strach zagłusza drugi. Jej obawy dotyczące losu Crofta przesłaniały 

strach przed lataniem helikopterem.

M

ercy zaparkowała  samochód wśród drzew  i zaraz usłyszała  warkot śmigła.  Powoli 

wysiadła i przyglądała się, jak Isobel ląduje na środku łąki, nie zwracając absolutnie  żadnej 

uwagi na dziko rosnące kwiaty.

Croftowi by się to nie podobało.

Przyciskając do siebie Dolinę Mercy podeszła do helikoptera. Siedząca w środku Isobel 

ponaglała ją gestami. Drzwi od strony pasażera były otwarte. Śmigło powodowało gwałtowny 

pęd   powietrza,   który   rozburzył   Mercy   włosy,   kiedy   instynktownie   się   schylając   wsiadła   do 

kabiny.

- Ma pani książkę? - spytała głośno Isobel, patrząc na pakunek pod pachą Mercy.

Mercy kiwnęła głową i sięgnęła po pas. Żołądek jej się wywrócił, kiedy Isobel poderwała 

helikopter   w   powietrze.   Łąka   została   w   dole,   a   szczyty   gór   szczerzyły   się   jak   zęby   na   tle 

zachodzącego słońca. Jakże łatwo te zęby mogłyby chwycić mały helikopter i ściągnąć go w dół.

Trik   polega   na   tym,   żeby   się   skoncentrować   na   czymś   innym,   pomyślała   Mercy. 

Usiłowała sobie przypomnieć, co Croft mówił o medytacji. Musisz oczyścić umysł, skupić się na 

jednej, wyraźnej rzeczy...

- Jak się czuje Croft? - spytała Mercy, wyrzucając z głowy wyobrażenie roztrzaskanego 

helikoptera.

- Wkrótce sama się pani przekona. - Klasycznego profilu Isobel w najmniejszym stopniu 

nie zakłócały odblaskowe okulary słoneczne. Dodawały jej egzotycznej tajemniczości. Włosy 

miała upięte w kok, a zielony kombinezon wydawał się szczytem mody.

- To się wam nie uda - zawołała Mercy, przekrzykując hałas silnika. - Wiem, że w tej 

sytuacji brzmi to naiwnie, ale to prawda.

- Co się nam nie uda? Książka należy do nas. Chcemy ją tylko odzyskać.

- Chcieliście nas zabić.

-   Bzdura.   Oboje   się   upiliście   i   pojechaliście   samochodem   na   przejażdżkę   po   górach. 

Macie szczęście, że się wam nic nie stało.

257

background image

- Niech mi pani coś powie, Isobel. Czy lubi pani w ten sposób zarabiać na życie?

- Niech pani mnie coś powie. Czy była pani kiedyś tak strasznie biedna, że musiała pani 

sprzedać swe ciało, żeby zaspokoić głód?

- Nie i nie wierzę, że była pani aż tak biedna. Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji.

- Nie wie pani, co mówi. Jest pani małym, naiwnym stworzeniem. Otóż byłam aż tak 

biedna i postanowiłam, że to mi się już nigdy więcej nie przydarzy. Żaden mężczyzna już mnie 

nigdy nie wykorzysta. To ja będę ich wykorzystywać. Niedługo będę miała władzę nad takimi 

ludźmi jak Erasmus Gladstone i jemu podobni. I zrobię wszystko, żeby osiągnąć swój cel.

Mercy usłyszała w jej głosie wewnętrzne przekonanie i stwierdziła, że nie ma o czym 

dyskutować. Poprawiła się na siedzeniu i skoncentrowała na opanowaniu sensacji żołądkowych. 

W   końcu   musiała   zamknąć   oczy,   aby   się   odgrodzić   od   głębokich   przepaści   i   sterczących 

szczytów. Ponownie starała się znaleźć w sobie spokojne koło światła.

Podroż nie była  tak straszna, jak się obawiała, ale ulgę, jaką zaczęła  z tego powodu 

odczuwać, zabijał strach przed nieznanym.

Kiedy   dwadzieścia   minut   później   otworzyła   oczy,   zobaczyła,   że   Isobel   schodzi   do 

lądowania   na   dziedzińcu   posiadłości   Gladstone'a.   Słońce   zaszło   i   resztki   dziennego   światła 

szybko zmieniały się w mrok.

- Do środka - rozkazała Isobel, gasząc silnik. - Erasmus na panią czeka.

- Ojej, gdybym  wiedziała,  tobym  się bardziej  śpieszyła.  - Mercy powoli odpięła  pas. 

Spodziewała się, że Isobel wyrwie jej z ręki Dolinę, ale widać nie zamierzała tego robić. Ruszyła

obok Mercy do wejścia do domu. Psy zaczęły szczekać ze swej zagrody.

Kiedy kobiety podeszły bliżej, drzwi się otworzyły. W progu stał Gladstone; wyglądał 

zupełnie tak samo jak tego dnia, kiedy witał Mercy i Crofta w swojej luksusowej górskiej fortecy.

Różnica polegała na tym, że tym razem trzymał w prawej ręce pistolet.

-   Proszę   wejść,   moja   droga.   Cieszę   się,   że   cię   widzę.   Mieliśmy   przez   ciebie   masę 

kłopotów.

Mercy zmarszczyła nos i spojrzała na Isobel, która w milczeniu eskortowała ją do wejścia.

-   Naprawdę   lubisz   słuchać   się   tego   typa?   Mogłabyś   znaleźć   sobie   kogoś   lepszego. 

Gladstone nie jest, moim zdaniem, najbardziej wiarygodnym pracodawcą.

258

background image

- Lepiej uważaj na to, co mówisz - poradziła jej chłodno Isobel. - W całej tej sprawie 

tylko przeszkadzasz. Teraz, kiedy mamy już książkę, nie będziemy się z tobą cackać.

Mercy zastanawiała się, kiedy powinna wspomnieć, że mikrofilmu nie ma już w oprawie 

książki. Postanowiła poczekać do czasu spotkania się z Croftem. Może on będzie miał lepszy 

pomysł, jak rozegrać ich ostatniego asa.

Gladstone dostrzegł książkę w ręce Mercy i z aprobatą pokiwał głową.

- Widzę, że nadrobiłaś swoje ostatnie zaniedbania. Mamy książkę i wkrótce wszystko 

zakończymy. Proszę. - Wręczył pistolet Isobel. - Ty się tym zajmij. Wiesz, jak bardzo nie lubię 

broni. To twoje zadanie. Daj mi tę książkę.

Isobel pochyliła głowę i wzięła pistolet. Trzymała go z widoczną wprawą. Ruchem głowy 

skierowała Mercy do domu.

Mercy   wstrzymała   oddech,   widząc,   jak   Gladstone   obrzucił  Dolinę,  przelotnym 

spojrzeniem.   Najwyraźniej   niczego   podejrzanego   nie   zauważył.   Pewno   dlatego,   że   nie 

podejrzewa jej o dość rozumu do odkrycia tajemnicy, pomyślała ponuro Mercy.

-   Doprawdy   przydajesz   się   w   domu,   Isobel   -   mruknęła   Mercy,   wchodząc   do 

marmurowego holu.

Gladstone zachichotał.

- Jak najbardziej się przydaje, chyba że popełnia błędy, takie jak wczoraj wieczorem. 

Isobel jest moim gorylem i osobistą służącą. Odpowiada za moje bezpieczeństwo. Pilnuje, żebym 

dostawał to, czego chcę. Wie, że jeśli mnie w którejś z tych ról zawiedzie, nie będzie mi więcej 

potrzebna.   Strasznie   ją   zdenerwowałaś   wczorajszej   nocy,   moja   droga,   kiedy   udało   ci   się 

wyciągnąć kochanka z basenu.

Mercy przystanęła i odwróciła się do Isobel.

- A Dallas i Lance? Byli dodatkowymi służącymi?

- Dallas i Lance podlegali mnie - odparła Isobel. - Kiedy ich zatrudniłam, upewniłam się, 

że nie będą w stanie zaszkodzić w żaden sposób Gladstone'owi, nawet gdyby nawalili i dali się 

złapać policji. To że byli już notowani, świadczy przeciwko nim. Ponadto wiemy o nich takie 

rzeczy, o których nie mówią ich dotychczasowe wyroki, a które wystarczą, by móc ich posłać do 

więzienia na dożywocie.

- Czyli kontrolowałaś ich szantażem?

259

background image

Gladstone się uśmiechnął.

- Bardzo dobrze im płaciłem. I myślę, że do niedawna byli raczej zadowoleni.

- Posłałeś ich tamtej nocy do motelu po Dolinę, prawda? - spytała Mercy.

-   Kiedy   się   dowiedzieliśmy,   że   nie   przyjeżdżasz   sama,   Isobel   zaczęła   się   martwić   - 

wyjaśnił uprzejmie Gladstone. - Obecność Falconera stwarzała wiele niepokojących problemów. 

Isobel   postanowiła   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o   twoim   niespodziewanym   towarzyszu, 

wysyłając Dallasa i Lance'a, aby przejrzeli jego pokój w motelu. Doszła także do wniosku, że 

najlepiej   będzie   zabrać   przy   okazji   książkę,   żeby   uniknąć   jakichś   zaskoczeń.   Gdyby   coś 

nieprzewidzianego się zdarzyło, przynajmniej mielibyśmy Dolinę.

- Ale jej nie dostaliście.

- Niestety,  musieliśmy powrócić do pierwotnego planu, to znaczy wpuścić was oboje 

tutaj. Kontrolowaliśmy sytuację i musieliśmy dostać tę książkę. Oczywiście tobą się szczególnie 

nie   przejmowaliśmy.   Byliśmy   prawie   pewni,   że   jesteś   tym,   za   kogo   się   podajesz,   naiwną 

księgareczką,   która   miała   szczęście   znaleźć   coś   ważnego   i   chciała   to   legalnie   sprzedać. 

Zaprosiliśmy cię tutaj, ponieważ chcieliśmy się upewnić, że nie znasz prawdziwej tajemnicy tej 

książki. Myśleliśmy, że uda nam się to stwierdzić, obserwując cię przez kilka dni. Nietrudno jest 

rozpoznać prawdziwą naiwność i głupotę. Ale pan Falconer to było zupełnie coś innego. Nie 

mogliśmy się o nim niczego dowiedzieć w krótkim czasie i to się nam wydało podejrzane i 

niebezpieczne.

Mercy   przełknęła   ślinę.   Nie   może   dać   się   zwariować   własnej   wyobraźni.   Musi   być 

spokojna i opanowana.

- Skąd wiedzieliście, że oddałam książkę do sejfu w motelu?

- Wspomniał o tym nocny recepcjonista, kiedy Dallas zadał mu parę pytań i zaofiarował 

małą łapówkę. Recepcjonista był także na tyle uprzejmy, że powiedział, gdzie trzyma szyfr do 

sejfu. Wybraliśmy dla was ten motel, ponieważ wiedzieliśmy,  że recepcjonista ma problemy 

alkoholowe i będzie nam posłuszny. - Isobel obrzuciła Mercy świdrującym wzrokiem. - Dallas i 

Lance wiedzieli, że muszą to załatwić tak, jakby grasował tam złodziej, który brał wszystko, co 

podleci. Dlatego ukradli kilka rzeczy także innym gościom. Kiedy się okazało, że sejf jest pusty, 

Dallas postanowił sprawdzić twój pokój. Niestety obudziłaś się w niefortunnym momencie.

Gladstone uśmiechnął się czarująco.

260

background image

- Twoje przebudzenie właśnie o tej porze przyniosło pecha tobie i panu Falconerowi. 

Gdyby Dallasowi i Lance'owi udało się zdobyć wtedy  Dolinę,  przypuszczalnie odwołalibyśmy 

nasze zaproszenie i odesłali was zaraz na początku, przy pierwszej bramie. A tak... - Urwał, 

wzruszając z żalem ramionami.

-   Nie   wierzę   ci.   Nadal   byś   się   zastanawiał,   kim   jest   Croft   i   dlaczego   jest   ze   mną   - 

powiedziała Mercy.

Isobel uśmiechnęła się.

- Ona nie jest taka głupia ani naiwna, na jaką wygląda, Erasmusie. - Odwróciła się do 

Mercy. - Masz rację. Pan Falconer był nieznanym składnikiem równania i nie mogliśmy sobie 

pozwolić na to, aby go zignorować. Prędzej czy później musielibyśmy zapewne zaaranżować mu 

jakiś nieszczęśliwy wypadek; po prostu dla własnego bezpieczeństwa. Tobie mogłoby się udać.

- Wątpię - stwierdziła sucho Mercy.

Isobel znów się uśmiechnęła.

- Kiedy zobaczę Crofta? - spytała Mercy.

- Wkrótce do ciebie dołączy.

Mercy pozwoliła się popchnąć do schodów prowadzących do ogrodu.

- Gdzie on jest?

- Przy odrobinie szczęścia niedługo wszyscy się dowiemy - poinformował ją Gladstone, 

schodząc za obiema kobietami na dół.

Mercy   zatrzymała   się   przy   szklanych   drzwiach   i   obrzuciła   Isobel   morderczym 

spojrzeniem.

- Crofta tu nie ma? Przecież mówiłaś, że go złapaliście.

- Złapiemy go, Mercy, używając ciebie jako przynęty.

Mercy   zrobiło   się   niedobrze.   Croft   dostanie   szału.   Z   jakiegoś   powodu   właśnie   to 

najbardziej ją w tej chwili obchodziło. Odepchnęła od siebie tę myśl i spróbowała jeszcze raz.

- Dlaczego chcecie go zwabić w pułapkę? Macie już przecież waszą cenną książkę.

- To prawda. - Gladstone pokiwał głową. - Ale ja jestem człowiekiem ostrożnym. Nie 

lubię   zostawiać   nie   skończonych   spraw.   I   obawiam   się,   że   twój   pan   Falconer   jest   taką   nie 

skończoną,   bardzo   niebezpieczną   sprawą.   Lepiej   się   go   pozbyć,   nim   zdąży   nam   bardziej 

zaszkodzić.

261

background image

Mercy była potwornie na siebie wściekła. Ależ się okazała głupia. Naraziła na śmiertelne 

niebezpieczeństwo ich oboje. Sięgnęła do drzwi i szarpnęła je gwałtownie, chcąc, aby Isobel 

pomyślała, że chce uciec i ukryć się w ogrodzie.

Isobel   zareagowała   odruchowo,   robiąc   krok   w   kierunku  Mercy,   żeby   ją   złapać. 

Tymczasem Mercy, zamiast uciekać bez sensu do ogrodu, odwróciła się i rzuciła na Isobel.

- Do diabła! - Isobel uniosła w gorę pistolet w obronnym geście, ale Mercy udało się ją 

popchnąć i przewrócić na ziemię.

W   krótkiej   walce   wręcz   Mercy   koncentrowała   się   na   tym,   aby   dosięgnąć   pistoletu   i 

wyrwać   go   Isobel.   Usiłowała   zastosować   wszystko   to,   co   pamiętała   z   krótkiego   kursu 

samoobrony, ale zaraz okazało się to bezużyteczne.

Erasmus Gladstone zrobił krok do przodu i uderzył Mercy w głowę książką.

Mercy nie straciła przytomności, lecz przez jakiś czas widziała wirujące gwiazdy.

Kiedy się otrząsnęła z lekkiego zamroczenia, znajdowała się w bibliotece Gladstone'a.

Ciężkie drzwi zamknęły się za nią z głuchym stuknięciem.

Była w kompletnej ciemności i w kompletnej ciszy.

262

background image

Rozdział dziewiętnasty

C

roft   stał   pod   osłoną   drzew   i   przyglądał   się   lądowaniu   helikoptera   na   dziedzińcu 

posiadłości Gladstone'a. Szybko się ściemniało, ale światła zainstalowane na wysokim murze 

pozwalały widzieć wszystko, co się dzieje. Z ponurą wściekłością patrzył, jak Mercy wysiada z 

helikoptera i idzie do budynku.

Kiedy Croft usłyszał wcześniej złowieszczy dźwięk powracającego helikoptera, czuł, że 

stało się coś bardzo złego. Teraz już wiedział, jak bardzo. Mercy była więźniem Gladstone'a.

Z dogodnego punktu na wzgórzu Croft zobaczył Gladstone'a. W chwilę później Isobel, 

Mercy i Gladstone zniknęli w środku domu.

- Niech to szlag trafi! - Croft wpatrywał się w pusty dziedziniec.

Bez   trudu   domyślił   się,   że   Gladstone   zamierzał   wykorzystać   Mercy   jako   przynętę. 

Przypuszczalnie powiedział jej, że jego samego złapali wcześniej.

I Mercy ruszyła  mu na ratunek, mimo że oznaczało to przelot małym  helikopterem i 

groźbę pistoletu Gladstone'a. Croft potrząsnął głową ze zdumienia, jak bardzo Mercy go kocha. 

Dla niego gotowa jest na wszystko.

Oprócz posłuszeństwa rozkazom. Była  wybitnie  niechętna robieniu tego, co jej kazał. 

Kiedy wszystko się skończy,  będzie się z nią kochał aż do utraty tchu, a potem zagrozi jej 

najgorszymi karami za nieposłuszeństwo.

Wtedy przypuszczalnie Mercy powie mu, że nie jest psem, że nie lubi, kiedy ktoś jej 

mówi, co ma robić, i że ktoś taki jak Croft, kto ma problemy z podporządkowaniem się władzy, 

nie będzie jej pouczał.

Na to Croft zrezygnuje z ulepszania Mercy i znów ją weźmie do łóżka.

Ale najpierw musi ją wydostać z posiadłości Gladstone'a, a to nie będzie łatwe. Dostanie 

się do środka nie jest problemem. Już wykombinował, jak to zrobić. Trudniej będzie poradzić 

263

background image

sobie z Gladstone'em, ale Croft był pewien, że da sobie radę. Isobel była pewnym kłopotem, ale i 

z nią się upora, jeśli będzie mu przeszkadzać.

Najważniejszym problemem będzie wydostanie Mercy, zanim wróci, aby się porachować 

z Gladstone'em. Mercy jest najważniejsza. Dopóki znajduje się w rękach Gladstone'a, Croft nie 

ma swobody ruchu. Najwyraźniej Gladstone też doszedł do tego wniosku.

Croft   stał   przez   chwilę   wśród   drzew,   rozmyślając.   Mgliście   zdawał   sobie   sprawę   z 

chłodnego nocnego powietrza, z wiatru poruszającego liśćmi osik i z otaczających go dźwięków. 

Wtopił się w otoczenie, zaakceptował je i został przez nie zaakceptowany. Zaczął się zastanawiać 

nad tokiem myśli Gladstone'a.

Może Mercy zostanie zamknięta w sypialni na górze. Być może także, że pozostaje na 

dole, pod groźbą pistoletu. Tymczasem Gladstone i Isobel nie mieli pojęcia o tym, co zrobi Croft. 

Był   dla   nich   niewiadomą.   Nie   wiedzieli,   kiedy   i   gdzie   mają   się   go   spodziewać.   Mogli 

przypuszczać, że zjawi się w umówionym terminie, czyli że nie zobaczą go aż do świtu.

Ale muszą być także przygotowani na to, że Croft może ich zaskoczyć, dlatego powinni 

mieć wolne ręce i nie martwić się o Mercy. W tym momencie była dla nich tylko niepotrzebnym 

kłopotem. Ludzie tacy jak Gladstone i Isobel często popełniali błąd, nie biorąc poważnie osób 

takich jak Mercy. Widzieli jedynie to, co było na wierzchu. Nie zrobią nic złego Mercy, póki nie 

dostaną Crofta, lecz nie będą chcieli zawracać sobie nią głowy.

Biblioteka  była  najpewniejszym  miejscem w całym  domu,  wyborem tak naturalnym  i 

logicznym   jak   cela   więzienna.   Bezpieczniejszym   niż   pokój   na   górze   i   stwarzającym   dla 

Gladstone'a i Isobel sytuację dogodniejszą, nie musieliby bowiem pilnować Mercy przez kilka 

godzin. Instynkt podpowiedział Croftowi, że pomieszczenie na dole było czymś więcej, niż się na 

pierwszy rzut oka wydawało.

Ostatecznie Croft doszedł do wniosku, że Gladstone zamknie Mercy w bibliotece. Nie 

miała szansy, aby się otworzyć od środka.

Tak, Croft był pewien, że tam należy szukać kochanej, nieostrożnej Mercy. Jeśli tam jej 

nie będzie, przeszuka dokładnie cały dom.

Jeszcze przez długi czas stał między osikami, czekając, aż ogarnie wszystko całkowita 

ciemność. Światła na murze były jedyną jaśniejszą plamą, ale zdaniem Crofta nie na wiele się w 

nocy zdawały.

264

background image

Spostrzegł   dwa  ciemne,   poruszające   się   cienie.   Wypuszczono   dobermany.   Tym   Croft 

najmniej się martwił. Rozumiał psy, a one to doceniały.

Najłatwiejszym sposobem dostania się do środka było przeskoczenie muru za domem. 

Będzie musiał uważać na elektroniczne kamery, choć nie stanowiło to większego problemu. Były 

one nastawione na ludzi, a nie na duchy.

Następny   etap   to   dojście   do   helikoptera   i   jedynego   samochodu   w   obrębie   murów. 

Unieszkodliwienie ich zajmie parę minut, a potem Croft wejdzie do domu.

Odetchnął   głęboko   czystym,   zimnym   powietrzem,   pozwalając,   aby   jego   energia 

odświeżyła mu zmysły. Ciemność była przyjacielem i towarzyszem. Croft był cieniem pośród 

cieni. Szedł po ścieżkach, których nikt inny nie widział, poruszał się bezszelestnie, niesłyszalny 

dla innych. To wszystko było jego drugą naturą.

Noc należała do niego.

W

ewnątrz   biblioteki   Mercy   walczyła   z   własną   wyobraźnią   i   myślami.   Początkowo 

sądziła,   że   sobie   poradzi   z   przebywaniem   w   zamknięciu,   zwłaszcza   gdy   znalazła   przycisk 

światła. Po zupełnej ciemności oświetlenie stanowiło błogosławioną ulgę.

Była to jednak ulga krótkotrwała. W miarę upływu czasu coraz trudniej było jej zwalczyć 

uczucie klaustrofobii. Chodziła po niewielkim pomieszczeniu jak zwierzę w klatce. To tylko 

zdawało się pogarszać jej samopoczucie, nie mogła jednak pozostawać bez ruchu.

Przez jakiś czas oglądała mechanizm zamka, jednakże zrezygnowała, nie mając pojęcia, 

jak   się   do   niego   zabrać.   Croft   pewno   by   sobie   z   nim   poradził,   Mercy   jednak   znała   się   na 

sprzedawaniu książek, a nie na otwieraniu zamków.

Gladstone   stwierdził,   że   to   pomieszczenie   byłoby   pułapką   dla   każdego   oprócz   niego 

samego. Mercy zadrżała.

Kiedy dreszcz się przedłużał, Mercy zaczęła się poważnie obawiać o stan swego umysłu. 

W   bibliotece   było   chłodno,   ale   nie   zimno.   Było   dość   powietrza   do   oddychania.   W   jakimś 

momencie pewno będzie musiała skorzystać z toalety, nie był to jednak teraz pilny problem. 

Tymczasem nic jej nie grozi.

265

background image

Wykład wygłoszony do samej siebie nie na wiele się zdał. Mercy krążyła po pokoju, a 

czas mijał. Raz pojawiła się Isobel, otwierając zewnętrzne drzwi i gestem pokazując Mercy, aby 

poszła do łazienki. Mercy wygłosiła kilka sarkastycznych uwag, na które Isobel nie zareagowała.

Kiedy   wróciły,   Isobel   kazała   Mercy   stanąć   z   boku,   a   Gladstone   wszedł   do   środka   i 

pośpiesznie zabrał z półek jakieś książki.

- Wezmę  najcenniejsze tomy.  Resztę można będzie zdobyć  na nowo - powiedział  do 

Isobel i wyszedł.

Mercy nie za bardzo podobały się te słowa, ale się nie odezwała. Nie miała nic istotnego 

do powiedzenia.

Kiedy drzwi znów zostały zamknięte, Mercy coraz częściej zaczęła odczuwać długie ataki 

dreszczy. Jej zdenerwowanie znacznie się wzmogło. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że nie 

wiedziała, gdzie jest Croft i co się z nim dzieje. Mijały godziny. Zdrzemnęła się na chwilę, ale 

kiedy się zbudziła, była jeszcze bardziej zdenerwowana.

Dużo by dała za odrobinę spokoju Crofta.

Mercy usiadła w kącie, objęła rękami kolana i wbiła wzrok w półkę ze starymi, cennymi 

książkami. Tak jak przedtem w helikopterze, usiłowała znaleźć jakiś punkt koncentracji. Musiała 

się opanować. Cokolwiek się zdarzy, poradzi sobie lepiej, jeśli znajdzie w sobie siłę i spokój. 

Potrzebowała takiego opanowania, jakie znajdował w sobie Croft, kiedy medytował.

To przecież nie mogło być takie trudne.

Minęło kilka minut. Mercy nie czuła, żeby ogarnęło ją jakieś nadzwyczajne uspokojenie, 

lecz jej umysł, nie wiadomo dlaczego, zajął się dziwnymi myślami.

Prześladowały ją słowa Gladstone'a. Pokój był pułapką dla wszystkich oprócz niego. Co 

takiego powiedział Croft? Coś o tym, że Gladstone zawsze zostawiał sobie możliwość ucieczki.

Biblioteka   zamykała   się   także   od   wewnątrz.   Jedynym   logicznym   powodem   takiego 

dziwnego rozwiązania mogło być przewidywanie Gladstone'a, iż któregoś dnia sam może znaleźć

się w środku. 

Jeżeli zaplanował, że może kiedyś będzie się tu musiał zamknąć, to zapewnił sobie także 

jakieś  wyjście.  Mercy głęboko odetchnęła  i wstała.  Nie mając  pojęcia, czego  szuka, zaczęła 

systematycznie przeglądać wszystkie książki. Ostrożnie zdejmowała każdy tom z półki i układała

na podłodze.

266

background image

Zaczęła od tej części, której Gladstone nie zdążył jej wcześniej pokazać.

Od czasu do czasu górę brała w niej miłośniczka książek. Po przestudiowaniu łaciny na 

jednej  ze  stron  tytułowych  doszła  do  wniosku, że  ma  w  ręce   dzieło  Tomasza   z  Akwinu.  Z 

zachwytem  spoglądała na cenną książkę, dopóki zdrowy rozsądek nie przypomniał jej, że w 

obecnej sytuacji żadna cenna książka nic jej nie pomoże.

Kiedy się pochyliła, żeby odłożyć tom na podłogę, straciła równowagę i wyciągnęła rękę, 

żeby się czegoś przytrzymać. Chwyciła za górną podporę półki i ze zdumieniem stwierdziła, że ta 

część się poruszyła.

Mercy cofnęła rękę i metalowa podpórka wskoczyła na swoje miejsce. Spróbowała znów 

ją pociągnąć, ale tym razem nic nie drgnęło.

Może zaczynała mieć halucynacje.

Zastanawiała się nad taką możliwością, gdy drzwi biblioteki nagle się otworzyły. W tej 

samej chwili zgasło światło. Mercy obróciła się powstrzymując krzyk i zobaczyła przed sobą 

ciemną sylwetkę.

- Croft?

- Ciii - szepnął prawie bezgłośnie. - Ani słowa, Mercy.

Podeszła do niego z uczuciem ogromnej ulgi. Chciała powiedzieć tysiąc rzeczy, głownie o 

tym, jak bardzo się cieszy, że go widzi, jednakże posłuchała go i milczała.

Wziął ją za rękę i zaczął prowadzić do wyjścia.

Zrobili trzy kroki, kiedy rozbłysły światła. W drzwiach prowadzących do ogrodu stała 

Isobel z pistoletem wymierzonym w Mercy.

- Myślał pan, że będę polegać wyłącznie na elektronice? W żadnym wypadku. Nie wtedy, 

kiedy mam do czynienia z ludźmi takimi jak pan. Czekałam na pana. Proszę się nie ruszać, jeśli 

nie chce pan, żebym zabiła pańską słodką pannę Pennington.

Ostrzeżenie przyszło za późno. Croft już był w ruchu. Wszystko stało się tak szybko, że 

Mercy nie miała czasu na myślenie. Została obrócona i wepchnięta przez próg do biblioteki. 

Croft rzucił się za nią, zamykając za sobą drzwi.

Ciężkie metalowe drzwi zatrzasnęły się w tym samym momencie, kiedy w zewnętrznym 

pomieszczeniu rozległ się odgłos wystrzału. Croft odszukał przycisk światła i pochylił się nad 

mechanizmem wewnętrznego zamka.

267

background image

- Isobel powinna się nauczyć, że jeśli chce osiągnąć sukces, musi najpierw strzelać, a 

potem gadać.

- Co robisz? - spytała Mercy.

- Zamykam nas od środka. - Croft pchnął bolec, a kiedy nie drgnął, pchnął trochę mocniej. 

Metalowy trzpień wsunął się na swoje miejsce.

- Nie chciałabym ci o tym przypominać, ale jesteśmy tu w pułapce. - Mercy potarła ramię. 

Uderzyła się o półkę, kiedy Croft wepchnął ją z powrotem do biblioteki. Postanowiła, że nie 

będzie mu tego na razie wytykać. Miała inne, poważniejsze zastrzeżenie. - Nie powinieneś tak 

ryzykować, żeby mnie uwolnić. Teraz oboje tkwimy w tej przeklętej pułapce.

Croft odwrócił się do niej i spojrzał na nią nic nie mówiącym wzrokiem.

- Nic ci nie jest? - spytał.

Wzdrygnęła się słysząc, jak obojętnym tonem się do niej odezwał. Nie cierpiała, kiedy 

mówił w taki bezosobowy, obojętny sposób.

- Nie. Przepraszam, Croft.

- Co się stało? - Zwracał się do niej bez oskarżeń, bez wymówek, bez gniewu, tylko z 

ciekawością, jakby był obcym człowiekiem, pytającym, skąd się tu wzięła.

Zrozumiała,   że   Croft   pracuje.   Tak   się   zachowywał   w   trakcie   pracy.   Na   tym   etapie 

wydarzeń rzeczą głupią i niebezpieczną byłoby oczekiwanie na jakieś emocje.

- Przez Dorrie dostałam wiadomość od Gladstone'a i Isobel - wyjaśniła szybko Mercy. - 

Dali do zrozumienia, że cię schwytali i będą trzymać, dopóki nie przywiozę książki. Jak idiotka 

uwierzyłam w każde słowo i poleciałam.

- Skąd wiedzieli, że książka jest nadal u ciebie?

Mercy zmarszczyła brwi.

- Nie wiem. Nie złapali ciebie, nie mogli więc wiedzieć... To chyba moja wina. Kiedy 

powiedzieli,   że   cię   mają,   założyłam,   iż   nie   znaleźli   książki   przy   tobie.   I   zaproponowałam 

wymianę - ciebie za książkę.

- Chcieli cię tu ściągnąć, żeby mieć przynętę na mnie.

- W końcu sama to wykoncypowałam.

- I mieli zamiar zabić nas oboje. Ostatnim razem Gladstone nauczył się nie zostawiać za 

sobą śladów.

268

background image

- To właśnie mi się w tobie podoba, Croft. Niczego nie owijasz w bawełnę.

- Byłoby to bezcelowe.

- Pewnie masz rację. - Mercy przyglądała się Croftowi, marząc o tym, aby mu się rzucić 

w ramiona, ale wyczuwała, iż nie był to odpowiedni moment. - I co teraz?

- Teraz czekamy.  Z łatwością moglibyśmy  otworzyć  drzwi, ale musimy poczekać, aż 

Isobel znudzi się siedzenie z drugiej strony z pistoletem.

- Skoro mamy tu stać i bawić się rozmową, chcę ci coś pokazać. - Mercy położyła rękę na 

podpórce   półki,   która   się   przedtem   poruszyła.   Powiedziała   sobie,   że   zachowa   się   tak   samo 

chłodno i profesjonalnie jak Croft. - Nie wiem, czy to coś ważnego, lecz może nam się przydać, a 

jeśli nie zadziała, mam ci jeszcze coś do powiedzenia. Coś o Dolinie. Nigdy byś nie zgadł...

-   A,   pan   Falconer.   Po   raz   ostatni   przyjął   pan   moje   zaproszenie.   -   Głos   Gladstone'a 

dobiegający przez maleńki głośnik w suficie zabrzmiał donośnie w małym pomieszczeniu.

Mercy i Croft spojrzeli w górę na małą kratkę. Mercy chciała coś powiedzieć, ale Croft 

uciszył ją, kładąc jej dłoń na ustach. Kiedy spojrzała na niego pytającym wzrokiem, pokręcił 

przecząco głową. Kiwnęła głową, że rozumie, i Croft opuścił rękę.

- Wiem, że pan mnie słyszy, Falconer. Wiem także, że czujecie się chwilowo bezpieczni i 

odgrodzeni od pistoletu Isobel. Jednakże nigdy nie zamierzałem uśmiercić was za pomocą kuli. 

Nawet nasz miejscowy szeryf mógłby się zdobyć na energiczne śledztwo, gdyby was znaleziono 

zastrzelonych   w   bibliotece.   Ogień   jest   dużo   czystszy,   nieprawdaż?   Mam   doświadczenie   z 

ogniem.

Mercy szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w Crofta. Rzucił na nią okiem, a potem 

odpowiedział Gladstone'owi:

- Najwyraźniej ogień ostatnim razem nie wystarczył, Graves. Znów pana odszukałem, 

prawda?

-   Ach,   więc   pan   wie,   kim   jestem.   Tego   się   obawiałem.   -   W   głosie   Gladstone'a 

rozbrzmiewała zaprawiona smutkiem satysfakcja. - Kiedy czekałem na pana dziś wieczorem, 

zastanawiałem się nad tym niefortunnym zdarzeniem na wyspie. I doszedłem do wniosku, że 

mógł pan być w tamto zaangażowany. To był pan? Jeśli tak, to trzy lata temu zniszczył pan 

majątek wart wiele milionów dolarów. Nadal nie rozumiem, jak pan to zrobił. Moi ludzie nie 

269

background image

zauważyli żadnego ataku, żadnego śladu szybkich łodzi rządowych, helikopterów ani samolotów. 

Większa grupa ludzi nie mogłaby niepostrzeżenie wylądować na mojej wyspie.

- Nie należy myśleć w kategoriach niemożności - powiedział Croft. Bezgłośnie spytał 

Mercy, co chciała mu pokazać.

-   Pan   się   myli,   Falconer.   Myślę   w   takich   kategoriach   cały   czas.   I   myślę   także   o 

możliwościach. Przeanalizowałem to, co się mogło  zdarzyć  tamtej  nocy na Karaibach. Duża 

grupa nie mogła się dostać na teren mojej posiadłości bez zwrócenia na siebie uwagi. Można 

jednak, z trudem, przyjąć, iż mógł się tam dostać jeden człowiek. Pan był tym człowiekiem, 

prawda?

Mercy wskazała na podpórkę półki i gestami wyjaśniła, że można ją przesunąć. Złapała za 

metal i usiłowała to zademonstrować. Podpórka nie drgnęła.

- Falconer? Pan był człowiekiem, który trzy lata temu mnie zrujnował, prawda? Chcę to 

wiedzieć na pewno. Nie lubię nie dokończonych spraw.

- Ja też nie. - Ignorując głos Gladstone'a Croft skoncentrował się na oglądaniu podpórki. - 

W którą stronę się ruszyła? -spytał cicho.

- W lewo. Złapałam się jej, żeby nie upaść, i trochę się przesunęła. - Mercy pochyliła się i 

próbowała   poruszyć   metalową   podpórkę.   -   Gladstone   kiedyś   powiedział,   że   biblioteka   jest 

pułapką   dla   wszystkich   oprócz   niego.   A   ty   mówiłeś,   że   zawsze   musi   mieć   drogę   ucieczki. 

Zaczęłam jej szukać. Przez ostatnie kilka godzin nie miałam nic specjalnego do roboty.

- To logiczne. - Croft pokiwał głową. - Po pożarze na wyspie Gladstone musiał sobie 

zapewnić odwrót. Dlatego zrobił również tutaj wewnętrzny zamek.

- Odpowiadaj, Falconer, do cholery! - Głos Gladstone'a nabrał wyższych tonów.

- Zaczyna się denerwować - stwierdził Croft, tym razem nie zniżając głosu.

- Z pewnością ma poważne problemy emocjonalne – powiedziała normalnym  głosem 

Mercy, wiedząc, iż w ten sposób podrażni Gladstone'a. - Może wszyscy źli ludzie tacy są. Chorzy 

emocjonalnie.

- Nie - powiedział Croft z absolutną pewnością. - Gladstone wie, co robi. Przez cały czas 

dokonuje świadomego  wyboru.  Dlatego nie  można  mu  wybaczyć  ani zapomnieć.  Należy go 

zniszczyć.

270

background image

- To wy niedługo będziecie martwi! - wrzasnął Gladstone. - Zamknięcie się w bibliotece 

na nic się nie przyda.

Croft   pogłaskał   podpórkę,   jakby   była   chryzantemą   na   długiej   łodyżce.   Delikatnie 

przesuwał czubkami palców po powierzchni metalu, z góry na dół, badając i lekko naciskając. 

Kiedy doszedł do samego dołu, coś się lekko ugięło.

- Potrzeba mi na to trochę czasu - mruknął. - Musimy się postarać, żeby mówił.

Mercy kiwnęła głową, zdejmując z półki cenne książki, żeby Croft miał więcej miejsca.

- Odpowiadaj, kiedy do ciebie mówię, Falconer – zagrzmiał Gladstone.

- Dlaczego myślisz, że tym razem ci się uda? - spytał beztrosko Croft.

- Ostatnim razem pożar był nieoczekiwaną katastrofą - odpowiedział szybko Gladstone. -

Ale się nauczyłem. Przekonałem się, jaki pożar jest skuteczny. Wszyscy myśleli, że zginąłem w 

pożarze, prawda, Falconer? Nawet ty tak myślałeś. Prawie zginąłem. Kto inny na moim miejscu 

już by nie żył. Lecz ja nie jestem byle kim. Zawsze zostawiam sobie drogę ucieczki. W tamtym 

przypadku   droga   była   stara,   niebezpieczna   i   omal   nie   przypłaciłem   tego   życiem.   Musiałem 

przejść przez ścianę płomieni do tunelu i kiedy do niego doszedłem, już wypełniał się dymem. 

Ale przeżyłem i też się czegoś nauczyłem. Nigdy byś nie zgadł, ile operacji plastycznych w 

prywatnej szwajcarskiej klinice musiałem przejść, nim mogłem publicznie pokazać ręce i twarz. 

Były jednak warte swojej ceny, bo nikt mnie nie poznał. Wtedy zrozumiałem, że mogę zaczynać 

od początku. W końcu miałem odłożoną niezłą sumkę w szwajcarskim banku. Zawsze jestem 

zabezpieczony.

- Ile osób musiało umrzeć, żebyś mógł odłożyć tę sumkę, Gladstone? - Croft przesunął 

lekko dłoń na podpórce i nacisnął mocniej.

- Trzeba robić, co się da - odparł Gladstone. - Najpiękniejsze jest to, że człowiek, który 

rozumie, iż większość ludzi chce, żeby nimi kierowano, zawsze ma pole do popisu. Ludzie lubią 

się podporządkowywać i potrzebują autorytetów. Bardzo mało ludzi chce myśleć samodzielnie, 

zauważyłeś to, Falconer?

- Zauważyłem. - Podpórka zaczęła się przesuwać na bok.

- Daj takim ludziom nową religię, kult, poczucie bycia kimś specjalnym, innym i lepszym 

od reszty, a będą się pchali drzwiami i oknami błagając o wskazówki.

271

background image

-   Gladstone,   czy   prywatna   kolonia   artystów   miała   być  zaczątkiem   kolejnego   źródła 

niewolniczej pracy? - spytała Mercy, patrząc na Crofta. - Zawsze myślałam, że artyści są ludźmi 

niezależnymi. Dlaczego uważasz, że możesz nimi manipulować?

- Bystra z pani osóbka. Nawet się nie spodziewałem. Ma pani rację. Kolonia artystów 

miała się stać początkiem bardzo użytecznego ośrodka władzy. Ostatnim razem popełniłem błąd, 

pozwalając moim uczniom za bardzo się do mnie zbliżyć. W rezultacie okazało się to słabością. 

Pozwoliło jednemu człowiekowi napaść na moje sanktuarium. Ukrył się pośród otaczających 

mnie   tłumów.  Tym  razem  utrzymywałem   moich   naiwnych  asystentów,  jak  ich   nazywam,  w 

pewnej odległości. Nie mieli pojęcia, czemu służą, ani jak bardzo są mi potrzebni. Myśleli, że po 

prostu przewożą materiały malarskie i bagaże po kraju i po świecie. Jeśli zaś chodzi o kontrolę, 

to cóż, artyści może i są niezależni, lecz, jak wszyscy, mają swoje słabe punkty. Widziała ich 

pani i rozmawiała z nimi w czasie przyjęcia. Uważają mnie za swego patrona. Płacę za ich 

twórcze   dokonania,   a   przede   wszystkim   sprawiam,   że   czują   się   nadzwyczajni,   wyjątkowi, 

wybrani w świecie sztuki.

-   Co   miałeś   w   zamian?   -   spytał   Croft   przesuwając   podpórkę   w   bok   o   kilkanaście 

centymetrów. Zza półki dobiegło ciche szczęknięcie. Croft rzucił szybkie spojrzenie Mercy, która

przykucnęła obok niego.

-   Zacząłem   rozwijać   pewien   interesujący   projekt,   Falconer.   Projekt,   który   teraz   będę 

musiał na jakiś czas przerwać, ponieważ mi przeszkodziłeś. Tym razem jednak, dzięki moim 

przewidywaniom,  będę go mógł  wznowić w innym  miejscu.  Musiałem w tym  celu  rozesłać 

moich protegowanych po całym  świecie w poszukiwaniu artystycznych  inspiracji. Uwielbiają 

podróże. Mówią, że mają one cudowny wpływ na sztukę. Tu i ówdzie, w trakcie podróży, artyści 

spotykają się z moimi znajomymi, tak samo jak ja patronami sztuki. Te spotkania są przysługą 

dla mnie. Często dochodzi do wymiany obrazów.

-   Co   ci   podróżujący   artyści   naprawdę   przewożą,   Gladstone?   -   Croft   zabrał   rękę   i 

stanowczo potrząsnął głową, kiedy Mercy zaczęła popychać podpórkę.

- Jeszcze nie - szepnął. -Jeśli teraz to otworzymy, może zadziałać jakiś sygnał alarmowy, 

który dotrze do Gladstone'a. Poczekaj.

Mercy powstrzymała jęk wyrażający niecierpliwość, ale posłuchała Crofta.

272

background image

- Co takiego robią moi artyści? - powtórzył zadowolonym głosem Gladstone. - Zgadnij, 

Falconer.

- Na Karaibach zajmowałeś się narkotykami. To twoje pole działania. Zmieniłeś wygląd, 

nazwisko i rodzaj książek, które kolekcjonujesz, lecz nie przypuszczam, abyś zmienił dziedzinę 

interesów.   Na   Karaibach   byłeś   głównym   ogniwem   w   handlu   kokainą.   Czy   nadal   się   tym 

zajmujesz?

- Dobrze mnie znasz, Falconer, jakim sposobem? Gdzie się tyle o mnie dowiedziałeś?

- Trzy lata temu starałem się jak najwięcej o tobie dowiedzieć.

- To mi pochlebia. Czyli to jednak byłeś ty, na wyspie?

- Ja. - Croft oparł się o ścianę i założył ręce na piersiach. Wyglądał na znudzonego, ale 

cierpliwego, jakby musiał tylko jeszcze trochę poczekać, aż wszystko potoczy się zgodnie z jego 

oczekiwaniami. - A więc to znów są narkotyki, Graves?

-   Tak,   Falconer,   narkotyki.   Oczywiście   nic   takiego   komercyjnego   czy   głupiego   jak 

heroina lub kokaina. Te tereny są już zmonopolizowane przez innych i trudno by się było na nie 

dostać, nie zdradzając mojej poprzedniej tożsamości. Nie, tym razem uwiłem sobie jedyne w 

swoim rodzaju gniazdko na rynku bardziej niezwykłych narkotyków.

-   Narkotyki   najnowszej   generacji.   Szerokie   pole   do   działania   dla   nowych 

przedsiębiorców.  Czy to,  co  dostałem  podczas  przyjęcia,  było  przykładem  jednego z  twoich 

nowych produktów?

- Interesująca rzecz, nieprawdaż? Jest prawie gotowa, chociaż wymaga doszlifowania. 

Powinna być bardzo popularna wśród tych, którzy chcą się nieźle upić, a na drugi dzień nie mieć 

kaca. W twoim przypadku chcieliśmy, żebyś się upił i stracił przytomność, wpadając do basenu.

- Żeby moja śmierć wyglądała na przypadek?

- Właśnie. Te nowe narkotyki powstają w laboratoriach. Nie trzeba ziemi do uprawy czy 

armii ludzi do zbiorów. Wystarczą technicy pracujący na najlepszym sprzęcie laboratoryjnym. 

Ponadto   te   narkotyki   mogą   być   nieskończenie   zróżnicowane.   Struktura   cząsteczkowa 

poszczególnych rodzajów może być bez trudu zmieniana i od razu mamy nowy produkt. Tego 

rodzaju elastyczność sprawia, że trudno jest wykryć źródło. Jak tylko policja zidentyfikuje jeden 

narkotyk, znika on z rynku i na jego miejsce przychodzi inny. Ustawy delegalizujące narkotyki 

powstają wolniej niż nowe narkotyki.

273

background image

Mercy poruszyła się niespokojnie, chcąc, aby Gladstone skończył już swe przechwałki. 

Znów zaczęła chodzić tam i z powrotem po pokoju, dopóki nie spostrzegła, że Croft przygląda jej 

się z dezaprobatą.

- Słyszałem, jak niektórzy moi zwolennicy twierdzili, że w czasie pożaru widzieli widmo 

- mówił Gladstone z namysłem. - Wielu z nich wpadło w panikę. Wielu biegło w płomienie w 

głupiej próbie ratowania mnie albo umierania razem ze mną. Co za głupcy. Wielu było pod takim 

wpływem narkotyków i histerii, że nie wiedzieli, co robią. Słyszałem jednak, jak krzyczeli o 

postaci, która pojawiała się i znikała w ciemności. Mówili, że kazałeś im iść za sobą.

- Niektórzy poszli - powiedział Croft.

- Co z nimi zrobiłeś?

- Odesłałem ich do domów.

- Jak szlachetnie i wspaniałomyślnie. Ile ci za tę noc zapłacono, Falconer? Przemawia 

przez mnie ciekawość przedsiębiorcy. Ciekaw jestem, jakiego rodzaju wynagrodzenie otrzymuje 

człowiek   twojego   rodzaju?   Właśnie   przyszło   mi   na   myśl,   że   po   dzisiejszej   nocy   będę 

potrzebował nowego szefa bezpieczeństwa. W ostatecznym rozrachunku panna Ascanius się nie 

sprawdziła. Nie powinienem polegać na pięknej kobiecie, lecz początkowo byłem pod wrażeniem 

jej różnorodnych  talentów. Starając się dowieść, iż jest kimś więcej niż tylko  ładną kobietą, 

posiadła wiele umiejętności. Jednakże w końcu okazało się, że jest jedynie ładną buzią. Będę 

musiał się za kimś rozejrzeć.

- Wierz mi, Gladstone, na mnie nie byłoby cię stać.

- Obawiałem się, że tak powiesz. Cóż, to była taka luźna propozycja. Jeszcze jedno czy 

dwa pytania, Falconer, a potem będę musiał odejść. Jak mnie tym razem znalazłeś?

Croft nie odpowiedział.

Mercy przypomniała  sobie mikrofilm,  który wysłała  na swój adres  i zaczęła  szeptem 

opowiadać o nim Croftowi, ale Gladstone znów się odezwał.

-  To  przez   tę  książkę,  prawda?   Niewiele   osób  potrafiłoby   mnie   odnaleźć   za  pomocą 

zaledwie jednej książki. Większość nawet by się nie starała, zakładając, że nie żyję. Któż by 

pomyślał, że można po trzech latach zwrócić uwagę na ponowne pojawienie się książki? Czy 

zainteresować się człowiekiem, który chce ją kupić? Byłem pewien, że niczego nie ryzykuję. I 

bardzo chciałem ją mieć.

274

background image

- Dlaczego? - spytał cicho Croft. - Co w niej jest takiego, że ryzykowałeś utratę nowej 

tożsamości?

- Klucz do wielkiej władzy, Falconer. Bez niej musiałbym wydać mnóstwo pieniędzy i 

stracić masę czasu, aby dojść do takiej władzy. Teraz mogę pójść na skróty. Nigdy nie mam dość 

władzy.   Czyż   to   nie   dziwne?   Potrafię   się   zadowolić   skromnym   jedzeniem,   niewyszukanym 

napitkiem   czy   sporadycznymi   rozrywkami   seksualnymi,   jednakże   nieustannie   łaknę   władzy. 

Teraz, kiedy z powrotem dostałem Dolinę, zaspokoję to łaknienie.

- Jak Dolina uratowała się z płomieni, Graves?

- Sam się nad tym zastanawiałem. Nie miałem czasu, aby ją zabrać z biblioteki. Musiałem 

ratować życie. Wyobrażam sobie, że któryś z moich zwolenników nie był aż tak naiwnie we mnie 

wpatrzony, jak myślałem. Musiał to być ktoś z bliskich mi ludzi, ktoś, kto domyślił się znaczenia 

tej właśnie książki.

- Dziś nie ufasz już nikomu, prawda? - mruknął Croft.

- Niestety, przy prowadzeniu interesów na wielką skalę trzeba mieć pomocników. Ktoś 

taki musiał być na tyle przytomny, aby tamtej nocy wykraść  Dolinę z  biblioteki i z nią uciec. 

Najwyraźniej jednak nie potrafił odkryć jej sekretu i książka znalazła się na rynku. Ostatecznie 

wylądowała w kufrze pełnym byle jakich książek. Przypuszczalnie sprzedana za ułamek swej 

wartości. A potem wpadła w ręce panny Pennington, która zamieściła ogłoszenie. Zabawny figiel 

losu, co, Falconer?

- Nie ma figlów losu, istnieją jedynie pewne wzory, które układają się w zamknięte Koła.

-   Jesteś   interesującym   człowiekiem,   Falconer.   Szkoda,   że   nie   mogliśmy   dłużej 

porozmawiać o twojej oryginalnej filozofii. Niestety, nie stać mnie na taki luksus. Dość już czasu

minęło na tej wymianie pytań i odpowiedzi. Muszę iść. Spodziewam się, że spodoba się wam 

przedłużająca się śmierć w tych czterech ścianach. To, oczywiście, trochę potrwa. Urządzenie 

klimatyzacyjne   będzie   przez   jakiś   czas   filtrowało   dym.   Kiedy   jednak   zechcecie   szybciej 

wszystko zakończyć, możecie swobodnie otworzyć drzwi i wyjść.

- I dostać kulę w łeb od ciebie albo od Isobel? - spytał Croft.

Gladstone zaśmiał się dźwięcznie, czarująco. Ten śmiech też pomagał mu w zachowaniu 

charyzmy.

275

background image

- Już ci mówiłem, Falconer, nie ma mowy o strzelaniu. Skorzystam ze sposobu, który tak 

umiejętnie  zastosowałeś   trzy  lata  temu.  Zobaczymy,   jak  się  poczujesz  w  środku  pożaru.  To 

rzadka przyjemność. Dla człowieka, który, tak jak ty, żyje na krawędzi, może to być bardzo 

ciekawe zakończenie kariery.

- Podpalisz to miejsce tylko po to, żeby się nas pozbyć? - zapytał Croft. - To przesada.

-   Nie.   Muszę   brać   pod   uwagę   rezultaty.   Ostatnim   razem   ktoś   cię   wynajął,   Falconer. 

Inaczej nie ścigałbyś mnie. Jesteś, w gruncie rzeczy, najemnikiem. Muszę zakładać, że i teraz dla 

kogoś pracujesz. Może dla rządu. Pozbycie się ciebie nie oznacza pozbycia się tego, który cię 

posłał. Muszę się przygotować na najgorsze. I już to zrobiłem. Jeszcze raz muszę zniszczyć 

wszystko,  aby przekonać tych,  co cię  posłali,  że nie ma  już żadnych  śladów. Czekając dziś 

wieczorem na wasze przybycie Isobel i ja spakowaliśmy część moich cenniejszych skarbów. No i 

oczywiście nadal mam konto w szwajcarskim banku. Moje laboratoria na całym świecie wciąż 

działają i przetrwają, dopóki się z nimi nie skontaktuję jako zupełnie nowy człowiek. Tym razem 

jestem przygotowany na katastrofę, Falconer. Nauczyłem się tego od ciebie.

Zapadła cisza. Croft uważnie  obserwował głośnik, jakby był  w stanie stwierdzić,  czy 

Gladstone jeszcze tam jest, czy już odszedł. Usłyszeli jakieś szuranie i drapanie, a potem głuchy 

dźwięk. I znów zapanowała cisza.

- Myślę, że sobie poszedł - powiedział Croft, odchodząc od ściany.

- Co miał na myśli, mówiąc o pożarze? - Mercy przestała chodzić w kółko i podeszła do 

ruchomej półki.

- Przypuszczalnie zamontował jakiś system całkowitego zniszczenia. Tak żeby nie zostały 

żadne ślady.

- Co to był za dźwięk, który przed chwilą słyszeliśmy? - zapytała z przejęciem Mercy.

Głuchy   wybuch   na   zewnątrz   przerwał   dalsze   pytania.   Mercy   obróciła   się   na   pięcie, 

spoglądając na zamknięte drzwi biblioteki. Po paru sekundach rozległ się kolejny wybuch. I 

cisza.

- Croft, sprawdźmy, czy za tą półką jest naprawdę jakieś wyjście. Teraz. Proszę.

Croft kiwnął głową i położył rękę na metalowej podpórce.

Mercy jeszcze raz rzuciła okiem na drzwi.

- Croft?

276

background image

- Hmm? - Działał szybko.

- Chyba wiem, co to był za hałas.

- Tego się obawiałem.

- To Isobel, prawda?

- Powiedz sobie raczej, że Graves zachował się niezgrabnie - poradził jej Croft.

- Musimy sprawdzić, czy ona tam jest - powiedziała Mercy.

- Zwariowałaś? Sądząc po odgłosach tam się już zaczęła trzecia wojna światowa.

- Ale, Croft...

- Do diabła! Myślałem, że już stąd wychodzimy. - Jednakże Croft podszedł do drzwi i 

zaczął je otwierać. - Do tej pory nic mi w tej akcji nie wychodzi, dlaczego teraz miałoby się 

udać? - Ostrożnie popchnął drzwi. - Jeden rzut oka, nie więcej.

Po   drugiej   stronie   drzwi   zobaczyli   ogień   i   dym.   Tropikalny   ogród   był   jedną   ścianą 

płomieni. Mercy patrzyła na nie przez szparę w drzwiach.

- Mój Boże - szepnęła.

- Gladstone jest człowiekiem dokładnym.

Croft zaczął zamykać ciężkie drzwi.

- Czekaj! - krzyknęła Mercy. - Ona tam jest, na ziemi. To Isobel. Widzę ją.

Croft spojrzał we wskazanym kierunku.

- Powiedział, że nie okazała się specjalnie użyteczna. Przyznaję mu rację.

-   Poczekaj,   może   ona   żyje.   Musimy   to   sprawdzić.   To   potrwa   sekundę.   Leży   tuż   za 

drzwiami. - Mercy starała się przejść obok Crofta.

- Słuchaj, Mercy, nie mamy czasu, żeby zajmować się Isobel. Ona pewno i tak nie żyje.

- Przecież jej nie zastrzelił. Pamiętasz, mówił o tym, że nie będzie strzelał? Na pewno 

tylko ją ogłuszył. Słyszeliśmy, jak upadła. Otwórz drzwi.

Croft zawahał się chwilę, później zaklął i trochę uchylił drzwi. Żar był coraz większy, ale 

Mercy wiedziała, że na tym etapie najgorszy jest dym. Zatkała rąbkiem spódnicy nos i wyszła z 

biblioteki. Złapała Isobel za nogę i zaczęła ciągnąć. Croft jednym ruchem wciągnął nieprzytomną 

kobietę do środka, szybko zamknął drzwi i pochylił się nad Isobel. Mercy ukucnęła przy nim.

- Żyje?

- Żyje.

277

background image

- Musimy ją ze sobą zabrać

- Wiem. - Croft westchnął i wstał. - Sprawdźmy, co jest po drugiej stronie tej półki.

Przesunął   na   bok   metalową   podpórkę.   Za   regałem   rozległ   się   mechaniczny   dźwięk 

naoliwionego urządzenia i nagle pół ściany pochyliło się do środka. Przed nimi rozciągał się 

czarny tunel. Wpadało przezeń zimne, choć czyste powietrze.

- Nic nie będziemy widzieli - powiedziała cicho Mercy. - Nawet twój wzrok nie jest tak 

dobry.

Croft ukląkł na jedno kolano przy Isobel i szybko przetrząsnął jej kieszenie.

- Na szczęście Isobel jest zawsze na wszystko przygotowana. Ma przy sobie małą latarkę.

W tym momencie Isobel jęknęła i kaszlnęła. Croft wziął ją na ręce i przerzucił sobie przez 

ramię.

- Poniosę ją i pójdę przodem. Idź tuż za mną, Mercy

- Na pewno to zrobię.

- Dobrze.

- Przypomnij mi, żebym ci opowiedziała o mikrofilmie, jak stąd wyjdziemy.

-  O   jakim   mikrofilmie?   -   Croft   skierował   strumień   światła   latarki   w   głąb   długiego, 

skalistego tunelu.

Przynajmniej czegoś jeszcze nie wie, pomyślała Mercy.

- Nie masz pojęcia, Croft, jakie to miłe, gdy czasami cię na czymś przyłapię.

- Jak to czasami? Stale to robisz.

- Wyłącznie dla twojego dobra - wyjaśniła Mercy z głębokim przekonaniem.

278

background image

Rozdział dwudziesty

P

rzejście   przez   idący   pod   gorę   tunel   odbyło   się   bez   żadnych   niespodziewanych 

wydarzeń. Wychodząc spod ziemi na zboczu wzgórza niedaleko posiadłości Croft stwierdził, że 

rozumował słusznie. Tym razem Gladstone zapewnił sobie drogę ucieczki. Zawsze odczuwał 

pewną satysfakcję, kiedy okazywało się, że udało mu się logicznie odtworzyć tok rozumowania 

przeciwnika.

Ciemność na zewnątrz pulsowała płomieniami, które pożerały rezydencję Gladstone'a.

- Mój Boże - westchnęła Mercy, wychodząc z tunelu i przyglądając się piekłu, które 

niszczyło dom. - Nie mogę uwierzyć, że jeszcze parę minut temu byliśmy zamknięci w pułapce. 

Dlaczego ten ogień tak szybko się rozprzestrzenił?

Croft położył Isobel na ziemi.

- Gladstone użył środków wybuchowych. I nieźle je rozmieścił. Za kilka godzin nic tu nie

zostanie.

- Psy - szepnęła Mercy.

- Już dawno je uwolniłem.

Isobel poruszyła  się i otworzyła oczy. Rozkaszlała się, usiłując wyrzucić z płuc dym, 

którego się nałykała, kiedy Gladstone zostawił ją na pewną śmierć.

- To ja rozmieściłam środki wybuchowe.

- Gladstone umie okazać wdzięczność - mruknął Croft.

W ciemnych oczach Isobel rozbłysła furia.

- Drań. Winą za wszystko obarczył mnie. To jemu zależało na tej książce. Gdyby się tak 

do niej nie palił, nigdy byś nas nie znalazł.

- Nie licz na to. - Na dźwięk warczącego śmigła helikoptera Croft zwrócił uwagę na 

widok u stóp wzgórza.

- On ucieka. - Mercy była wściekła. - Nie może tego zrobić. Nie możemy pozwolić mu 

teraz uciec. Nie po tym wszystkim, co przez niego przeżyliśmy.

- Daleko nie ucieknie - stwierdził cicho Croft.

279

background image

Isobel podparła się na łokciu i spoglądała przed siebie.

- To dlatego chciał, żebym go uczyła latać. Twierdził, że to ze względów bezpieczeństwa. 

Powinnam była wiedzieć, że dba tylko o własne bezpieczeństwo.

- Typowy handlarz narkotyków - powiedział Croft. - Nikt i nic nie jest niezastąpione.

- Potrafi żyć jak kot - warknęła ze złością Isobel. - Powiedział mi kiedyś, że zawsze 

przeżyje. I miał rację.

- Nie tym razem - stwierdził spokojnie Croft. Rzucił okiem na Mercy. - Zostań tu z Isobel.

- Dokąd idziesz?

W tej samej chwili, kiedy zadawała pytanie, Croft popatrzył w jej oczy i zrozumiał, że zna 

na nie odpowiedź.

- Zaczekaj, Croft. Gladstone jest uzbrojony. Sam nie dasz mu rady. Znajdziemy go kiedy 

indziej. Nie schowa się przed tobą.

Croft dotknął umorusanego policzka Mercy.

- Nie ucieknie mi. Tym razem skończę swoje zadanie. Rozumiesz?

Mercy zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, miała czyste spojrzenie.

- Tak.

- Kocham cię, Mercy.

- Ja też cię kocham. Uważaj na siebie.

- Dobrze. - Odwrócił się i szybko ruszył w dół po zboczu.

Helikopter podrywał się z ziemi. Gladstone jeszcze nie zauważył Crofta. Koncentrował 

się na prowadzeniu maszyny.

Croft dobiegł do muru otaczającego posiadłość i wskoczył na kamienne ogrodzenie, kiedy 

helikopter wzniósł się na parę metrów, zadrżał i nagle z powrotem wylądował na ziemi.

Zapewne   Gladstone   spojrzał   na   wskaźnik   paliwa   i   zobaczył,   że   jest   prawie   pusty, 

pomyślał z satysfakcją Croft. Teraz Gladstone już wie, że ta droga ucieczki nie istnieje.

W tym momencie Gladstone spojrzał przez szklaną szybę kabiny i spostrzegł w świetle 

płomieni przykucniętego na murze Crofta, który uśmiechał się niczym duch.

Szok   i   wściekłość   zmieniły   arystokratyczną   twarz   Gladstone'a   w   maskę   nienawiści   i 

strachu. Croft lekko zeskoczył na ziemię i zaczął biec w kierunku unieruchomionego helikoptera.

280

background image

Gladstone   rozpoczął   nerwowe   poszukiwania   w   kabinie   i   znalazł   to,   czego   szukał. 

Wyskoczył z helikoptera, trzymając w obu rękach mały pistolet. Zapakowana w papier  Dolina 

upadła na ziemię tuż koło jego stóp. Nie zwrócił na to uwagi, podnosząc pistolet i celując w 

Crofta.

Było   jednak   za   późno.   Croft   był   za   blisko.   Wyciągnął   rękę   niemal   od   niechcenia,   a 

jednocześnie   tak   błyskawicznie,   że   Gladstone   nawet   tego   nie   zauważył.   Pistolet   poleciał   w 

ciemność.

- Przeklęty draniu! - wrzasnął Gladstone i cofnął się odruchowo. - Nie zbliżaj się do mnie, 

słyszysz? Czym ty jesteś? Duchem? Przecież już nie żyjesz.

Błyskające   płomienie   ognia   odbijały   się   w   oczach   Crofta,   gdy  podchodził   do   swojej 

ofiary.  Bez słowa zbliżał się do Gladstone'a powolnym,  nieustępliwym  krokiem, który jakby 

hipnotyzował przeciwnika. Croft wyraźnie się nie śpieszył. Tym razem załatwi sprawę do końca.

Ze wzgórza Mercy doskonale widziała całą scenę. W chwili gdy Gladstone wyskoczył z 

helikoptera z pistoletem, odruchowo się poderwała. Jednakże Isobel krzykiem zwróciła na siebie 

jej uwagę.

- To się nie może tak skończyć. Ja na to nie pozwolę.

Isobel zaczęła biec w dół, w stronę furtki w murze.

Mercy rzuciła się za nią. Wpadła przez furtkę kilka sekund później i zobaczyła, że Isobel 

kieruje   się   do   helikoptera.   Na   tle   szalejących   płomieni   Croft   i   Gladstone   nadal   rozgrywali 

śmiertelną grę drapieżnika i ofiary. Obaj mężczyźni zapomnieli o istnieniu kobiet.

Isobel dopadła helikoptera i zaczęła czegoś szukać pod siedzeniem. Kiedy Mercy do niej 

dobiegła, zobaczyła, że Isobel wyskakuje z kabiny z pistoletem w dłoni.

Mercy zaczepiła o coś nogą i prawie się potknęła. Łapiąc równowagę, dostrzegła na ziemi 

pakunek   z  Doliną.  Znała   doskonale   te   wymiary.   Pamiętała   także   ciężar   książki.   Nie 

zastanawiając się, myśląc jedynie o tym, że potrzebuje czegoś, co zrównoważyłoby pistolet w 

ręce Isobel, schyliła się i złapała książkę.

- Zabiję go! - krzyczała Isobel. - Obu ich zabiję. - Nie zwracała uwagi na Mercy, celując 

w jednego z mężczyzn, którzy przesuwali się powoli w stronę ściany ognia.

W tym momencie Mercy nie potrafiłaby stwierdzić, czy Isobel celuje w Crofta, czy w 

Gladstone'a. Nie mogła ryzykować.

281

background image

Silnie zamachnęła się książką, waląc Isobel w rękę, w której trzymała pistolet.

Isobel krzyknęła i pistolet upadł na ziemię. Mercy skoczyła, aby go chwycić.

- Ty zdziro! - Isobel trzymała się za uderzoną rękę. Na jej twarzy widać było wściekłość i 

ból. - Zabiję cię. Zabiję...

Gladstone krzyknął z rozpaczy i ze strachu i to na chwilę sparaliżowało obie kobiety. 

Mercy i Isobel odwróciły się i zobaczyły go schwytanego w pułapkę między ogniem a Croftem. 

Croft zbliżał się coraz bardziej, stawiając swą ofiarę przed piekielnym wyborem.

Mercy zastanawiała  się, jak oni mogli  znosić ten  żar.  Zaciskała  palce  na  pistolecie  i 

przyglądała się rozgrywanemu do końca strasznemu wydarzeniu.

W miarę jak Croft podchodził coraz bliżej, Gladstone krzyczał ze strachu i w końcu uległ 

histerycznej panice.

- Nie! Nie! Nie pozwolę! Nie pozwolę ci na to. Ty i wszyscy inni jesteście niczym. Nic 

niewartym śmieciem. Nie jesteście warci... Zawsze jest jakieś wyjście. Musi być jakieś wyjście. 

Gladstone odwrócił się i pobiegł w ogień. Coś ciężkiego spadło z dachu, jakiś palący się 

przedmiot. Uderzył w Gladstone'a, kiedy przekraczał próg swego domu.

Mercy zobaczyła, że Croft rzuca się do przodu.

- Nie, Croft! On nie żyje. Nie dotykaj go. To koniec. - Podbiegła do Crofta, obawiając się, 

że zechce wejść w ogień, powodowany chęcią zemsty i potrzebą absolutnej pewności.

Na dźwięk głosu Mercy Croft zatrzymał się w miejscu. Przez chwilę się jej przyglądał. 

Potem coś zabłysło w jego wzroku, coś jakby tęsknota i niewymowne pragnienie.

- Mercy!

- To koniec, Croft. Koniec. - Rzuciła mu się w ramiona, a on zamknął ją w mocnym 

uścisku.

- Wiem - szepnął ochryple. - Wiem. - Szybko odciągnął ją od przeraźliwego żaru.

Razem pobiegli do helikoptera. Mercy rozejrzała się wokół zdumiona.

- Nie ma Isobel! - krzyknęła.

- Mała szkoda. Uciekajmy stąd.

Croft   poprowadził   ją   przez   furtkę,   z   powrotem   na   wzgórze.   Przystanął   w   chłodnej 

ciemności i przyglądał się przez moment temu, co działo się na dole, upewniając się, że tym 

razem do końca wypełnił zadanie.

282

background image

- Co się stało z helikopterem? - spytała po chwili Mercy.

- Opróżniłem zbiorniki paliwa, nim wszedłem do domu. Samochód też ma pusty bak. Nie 

chciałem mu zostawić żadnej możliwości ucieczki.

- Czy to już naprawdę koniec? - Mercy dotknęła ręki Crofta.

Wiedział, co ma na myśli.

-   Koniec.   Tym   razem   znajdą   jego   ciało   w   płomieniach.   Tym   razem   będę   pewien. 

Widziałem, jak padał. Nie żyje. - Przerwał, po czym dodał cicho: - Chyba już czas.

- Na co?

- Na zawiadomienie władz. Tego przecież zawsze chciałaś, prawda?

- Wreszcie! Chyba zaczniemy od szeryfa.

- Myślałem o najbliższej straży pożarnej. Wokół posiadłości Gladstone'a są same puste 

tereny i ogień nie powinien się za bardzo rozprzestrzenić, lecz nie ma sensu ryzykować.

Mercy przyjrzała mu się z niedowierzaniem.

-   Nie   ma   sensu   ryzykować?   Trochę   późno   doszedłeś   do   tego   wniosku.   Zawsze 

podziwiałam w tobie wyczucie chwili.

Jednocześnie jednak Mercy wzięła go za rękę. Croft poczuł energię płynącą z jej miłości i 

chłonął ją wszystkimi zmysłami. Ta miłość go ożywiała, karmiła, uspokajała. Zdał sobie sprawę, 

iż   potrzebuje   Mercy   tak,   jak   jeszcze   nigdy   nie   potrzebował   drugiego   człowieka.   I   czuł   się 

bezpieczny, bo wiedział, że Mercy zawsze z nim będzie.

- Dobrze się czujesz, Croft?

- Tak. Teraz tak.

Mercy była bezpieczna, a ostatni krzyk, który Croft słyszał przed trzema laty, ucichł na 

zawsze. Stare Koło zamknęło się i powstawało nowe.

- A co z Isobel? - spytała niechętnie Mercy. - Uciekła.

- Na pewno więcej jej nie zobaczymy. - Zauważył, że Mercy trzyma pakunek z Doliną. 

Czyżbyś ocaliła tę przeklętą książkę?

-   Bardzo   mi   się   przed   chwilą   przydała.   Isobel   wyjęła   pistolet   z   helikoptera.   Chciała 

zastrzelić albo ciebie, albo Gladstone'a, albo was obu. Nie mam pojęcia kogo. Doliną wytrąciłam 

jej z ręki pistolet.

283

background image

- I kto to powiedział, że tego rodzaju literatura nie ma wartości? - stwierdził Croft z 

błyskiem rozbawienia w oczach.

Drżący nieco uśmiech Mercy ocieplił chłodną noc.

Pierwszy doberman pojawił się przed nimi, gdy szli do miejsca, gdzie Croft zaparkował 

Toyotę.  Drugi  siedział  przy samochodzie,  jakby go pilnował.  Oba psy podeszły do Crofta  i 

milcząco się z nim przywitały.

- Mam wrażenie, że w niedalekiej przyszłości będę musiała kupować mnóstwo pokarmu 

dla psów. - Mercy jęknęła.

K

iedy   dojechali   do   Denver,  Mercy  była   wykończona.   Croft   prowadził   bez   przerwy; 

zatrzymał   się   tylko   dwa   razy:   żeby   anonimowo   zgłosić   pożar   i   żeby   nabrać   benzyny.   Gdy 

wreszcie zaparkowali przed motelem, Mercy marzyła jedynie o gorącym prysznicu przed kolacją.

- Nie sądzisz, że recepcjonista nie będzie zachwycony tym, że chcemy zabrać do pokoju 

dwa dobermany?  - spytała Mercy, z powątpiewaniem spoglądając na psy rozparte na tylnym 

siedzeniu samochodu.

- Porozmawiam z nim. Jestem pewien, że się zgodzi.

Mercy nie była  przesadnie zdziwiona, kiedy się okazało, że Croft miał rację. Potrafił 

zdobywać to, na czym mu zależało.

- Ciekawe, co się stanie z Isobel? - spytała Mercy wieczorem, przy kolacji. - Cierpnie mi 

przy niej skóra. Poza tym jest idiotką.

- W niektórych sprawach rozumujesz w bardzo uproszczony sposób, prawda? - Croft był 

autentycznie rozbawiony. - Myślę, że w zasadzie mamy zbliżony pogląd na świat. Masz rację. 

Isobel jest idiotką, a Gladstone potrafił przyciągać idiotów. Jak sam mówił, jest wielu ludzi, 

którzy oddadzą kontrolę nad swoim życiem komuś innemu w zamian za poczucie bycia kimś 

ważnym i wyjątkowym.

- Co się z nią stanie?

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. - Croft wzruszył ramionami. - Jeśli o mnie chodzi, 

była drobną przeszkodą. Chodziło mi o Gladstone'a, a nie o nią. Isobel o tym wie i na pewno 

więcej jej nie zobaczymy. Sądzę, że znajdzie inną pracę i stanie się problemem dla kogoś innego. 

Prędzej czy później wyląduje w więzieniu albo zginie. To nieuniknione. Nie jest aż tak sprytna, 

284

background image

żeby   zrobić   karierę   pracując   dla   ludzi   pokroju   Gladstone'a.   Nie   zna   podstawowej   zasady, 

zapewniającej w tym fachu przeżycie.

- Jakiej?

- Nie wie, kiedy się trzeba wycofać.

Mercy zadrżała, słysząc, jak Croft bez śladu współczucia opisuje przewidywany koniec 

Isobel.

- Miałeś rację co do Gladstone'a czy Gravesa, czy jak on się tam naprawdę nazywał. To 

był zły, niebezpieczny człowiek.

- Nie powinienem był pozwolić, abyś się znalazła tak blisko niego.

- Przestań - poprosiła Mercy. - Nie miałeś specjalnego wyboru.

- Gdybym był od samego początku pewien, że Gladstone jest Gravesem, mógłbym cię 

powstrzymać przed skontaktowaniem się z nim.

- Nie podoba mi się ani ta rozmowa, ani wyraz twoich oczu.

- Jaki wyraz moich oczu? - spytał niewinnie Croft.

- Taki, który mówi: „W tym konkretnym przypadku nie udało mi się ponieść pełnej i 

szlachetnej odpowiedzialności”. Poczucie odpowiedzialności jest dobrą rzeczą, Croft, ale masz 

skłonności do przesady. To, co się zdarzyło w górach, nie było twoją winą. W końcu uratowałeś 

mi życie. Isobel też.

- To ty uratowałaś nam życie, odkrywając tunel.

Mercy poczuła się bardzo z siebie zadowolona.

- Tak, to mi się udało, prawda?

- Oczywiście, ale gdybyś mnie słuchała, w ogóle byś się nie znalazła w tak niebezpiecznej 

sytuacji - rzucił od niechcenia Croft.

Poczucie satysfakcji Mercy wyparowało w ogniu jej gniewu.

- Po tym, co przeżyłam w ciągu ostatnich dni, masz jeszcze czelność mnie pouczać?

- A co, twoim zdaniem, przeżyłem ja, kiedy zobaczyłem, jak wysiadasz z helikoptera? O 

mało wszystkiego nie zepsułaś.

Mercy przygryzła dolną wargę; poczuła się nagle okropnie winna.

- Przepraszam cię, Croft. Kiedy mi  powiedzieli,  że cię mają, nie miałam  specjalnego 

wyboru. Musiałam zrobić, co mi kazali.

285

background image

- Wiem - powiedział Croft, ku zaskoczeniu Mercy. - Na twoim miejscu przypuszczalnie 

zrobiłbym to samo.

- Wcale nie - stwierdziła ponuro Mercy. - Wymyśliłbyś jakiś genialny sposób, żeby mnie 

uratować. Co zresztą zrobiłeś.

- Możemy spokojnie uznać, że uratowaliśmy się wzajemnie. Skończmy ten temat, Mercy. 

Widzę, że jeśli ci wygarnę, co ci się należy, to będę musiał wysłuchiwać patetycznych, łzawych 

przeprosin.

Mercy zawahała się na moment, nie wiedząc, czy Croft sobie nie kpi.

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Żadnego płaszczenia się ani przeprosin z mojej strony, 

pod warunkiem że nie będę musiała słuchać bohaterskich zaklęć o pełnej odpowiedzialności za 

to, że w ogóle dopuściłeś do tego, że znalazłam się w niebezpieczeństwie. Nie mogę wytrzymać 

twojego gadania o tym, że jesteś moim dłużnikiem i że zawsze płacisz swoje długi. Zgoda?

Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.

- Nie chcesz mnie do siebie przywiązać honorowym zobowiązaniem? - spytał powoli.

- Czy to konieczne?

- Nie. Prawdę mówiąc, w żaden sposób się mnie nie pozbędziesz.

-   Świetnie.   -   Mercy   uśmiechnęła   się   promiennie.   Po   czym   uważnie   przyjrzała   się 

Croftowi. - Czy chcesz wrócić do swojej pracy sprzed trzech lat?

- Nie. Skończyłem  z tym,  nim cię poznałem.  Dlatego założyłem  szkoły samoobrony. 

Wiedziałem, że muszę coś jeszcze zrobić w życiu. Dość czasu spędziłem zajmując się tą moją 

stroną, która reaguje na przemoc. Postanowiłem spędzić więcej czasu nad badaniem tej części 

mojej osobowości, która znajduje przyjemność w logice, filozofii i innym rodzaju siły.

- Dobrze siebie znasz.

- Bardzo wiele nauczyłem się o sobie ostatnio od ciebie.

- Myślę, że to działa w obie strony. Ja też się od ciebie paru rzeczy nauczyłam. - Mercy 

podniosła głowę. - Jest nasze wino. Tego nam właśnie trzeba.

Croft   przyglądał   się,   jak   kelner   rozlewa   wino   do   kieliszków.   Kiedy   odszedł,   Croft 

podniósł kieliszek i obrócił go powoli pod światło, oglądając przejrzysty czerwony płyn. Był 

zamyślony, zbyt zamyślony.

Intuicja podpowiedziała Mercy, nad czym zamyślił się Croft.

286

background image

- Nie musisz się już o to martwić - powiedziała.

- O co?

- O to, że się upijesz. Nie jesteś swoim ojcem, Croft. Nie wypiłeś za dużo na przyjęciu 

Gladstone'a. Nasypali ci czegoś do wina. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek w życiu naprawdę się 

upijesz, ale nawet jeśli to zrobisz, jedno jest pewne.

- Co takiego?

Mercy uśmiechnęła się, podnosząc swój kieliszek.

- Wiemy, że nie jesteś ponurym pijakiem, jak twój ojciec. Owszem, stajesz się lubieżny i 

napalony,   ale   nie   ponury.   Nigdy   nie   stracisz   kontroli   nad   niebezpieczną   stroną   swojej 

osobowości.

- Wiesz, Mercy, czasami jesteś dla mnie prawdziwą pociechą. - Croft spojrzał na nią znad 

brzegu kieliszka wzrokiem, w którym było ciepło, miłość i uśmiech.

- Za nas! - Mercy stuknęła swoim kieliszkiem o kieliszek Crofta.

- Za nas!

A propos - zaczęła Mercy. - Mam ci coś do powiedzenia na temat pewnego mikrofilmu, 

który znalazłam w grzbiecie okładki Doliny. Moja mądrość cię zaskoczy.

- Tego się obawiałem. - Croft jęknął.

N

astępnego dnia Mercy obudziła się o świcie. Nie otwierając oczu poruszyła stopą pod 

kołdrą, szukając Crofta. Miejsce obok niej było puste. Pomyślała, że może Croft zabrał psy na 

poranny spacer. Kiedy jednak węszący, wilgotny nos wtulił się w jej dłoń, okazało się, że psy są 

w pokoju,

Wreszcie Mercy otworzyła oczy i powoli usiadła, starając się nie robić hałasu. Croft był 

tam, gdzie się spodziewała o tej porze. Siedział po turecku, nieruchomo przy oknie, patrząc na 

odległe góry. Miał na sobie tylko dżinsy.

Mercy przyglądała mu się przez chwilę, patrząc z miłością na silną, zwarta sylwetkę na tle 

porannego światła. Nie ma w nim nic z ducha, pomyślała z rozbawieniem.

Po cichu wstała z łóżka i sięgnęła po szlafrok. Pies, który ją przedtem szturchał nosem, 

wrócił do swego towarzysza w kącie pokoju. Mercy, nie przeszkadzając Croftowi, poszła do 

łazienki. Kiedy wróciła po jakimś czasie, wiedziała, że Croft kończy już medytację. Nie poruszył 

287

background image

się wprawdzie, lecz wyczuła w nim inny poziom świadomości. Powoli przyzwyczajała się do ich 

wzajemnego, subtelnego, milczącego zrozumienia.

- Dzień dobry - powiedziała cicho i podeszła do Crofta.

Kiedy na nią spojrzał, zmienił  się wyraz  jego twarzy.  Znikła obojętność; zastąpiło ją 

ciepło promieniujące wprost do Mercy.

- Dzień dobry - odparł.

Mercy uśmiechnęła się i usiadła przed nim, naśladując jego pozycję.

- Powinniśmy chyba porozmawiać.

- O czym? - Croft uśmiechnął się lekko.

- Jest parę kwestii dotyczących naszego związku, które musimy ustalić.

- Wszystko jest ustalone, Mercy.

- Naprawdę?

- Najpierw  będzie  okres  przystosowywania,  ale  to  nieważne.  Ważne  jest tylko  to, że 

będziemy razem.

- Naprawdę?

- Kocham cię. Koło mojego życia nie byłoby bez ciebie pełne.

- Och, Croft, ja czuję tak samo. Nie wiem, jak to się mogło zdarzyć tak szybko i tak 

całkowicie, wiem jednak, że chcę zostać z tobą do końca życia. Nie potrafię tego wyjaśnić, lecz 

jestem tego pewna tak mocno, jak jeszcze niczego z życiu nie byłam pewna. Kocham cię.

- Kiedy wzór jest zrozumiały i zaakceptowany, a Koło zamknięte, wszystko staje się jasne 

i przejrzyste jak akwarela. Kiedy odkryje się prawdę, widać, że świeci życiem. - Croft wziął jej 

rękę w swoje dłonie.

Spojrzał w oczy Mercy w momencie, gdy pełne światło poranka wdarło się przez okno. 

Jego   miłość   istniała   w   przepastnej   głębinie   orzechowych   oczu.   Ma   rację,   pomyślała   Mercy. 

Prawda świeci życiem, kiedy się ją odkryje. Poczuła, jak jego palce zaciskają się wokół jej ręki, i 

wiedziała,   że   ich   wzajemny   związek   jest   nierozerwalny.   W   jakiś   sposób,   którego   nigdy 

przypuszczalnie nie potrafi wytłumaczyć, należą do siebie i oboje to akceptują.

Prawda świeciła między nimi. Dwa umysły i dwie rzeczywistości zamigotały, zamazały 

się i wreszcie połączyły w olśniewającym momencie czasu.

I wtedy chwila realizacji minęła, zamknięta na zawsze w ich sercach i umysłach.

288

background image

- Oczywiście, musimy uzgodnić pewne szczegóły - stwierdził z zadumą Croft.

Mercy nadal czuła się lekko oszołomiona doświadczeniem, które dopiero co przeżyła.

- Szczegóły? - powtórzyła pytająco.

- Rozumiem, że nie możesz się przenieść do Oregonu. Musisz być blisko swojego sklepu. 

To znaczy,  że ja będę się musiał przeprowadzić do Ignatius Cove. Nie ma problemu. Mogę 

prowadzić interesy z każdego miejsca na wybrzeżu. Ale musimy znaleźć większy dom, bliżej 

wody. Obawiam się, że będziemy mieli trzy psy. Jednego mam już w domu. Kiedy mnie nie ma, 

opiekuje się nim sąsiad. Potrzebują miejsca do biegania i ja też.

- Sądzę, że bez trudu znajdziemy coś większego niż moje dotychczasowe mieszkanie. - 

Mercy była chwilowo skłonna do zgody.

- W naszym nowym domu muszę mieć pokój do medytacji, miejsce używane wyłącznie 

do   kontemplacji.   Nauczę   cię,   jak   się   medytuje.   Będę   cię   musiał   także   nauczyć   właściwego 

parzenia herbaty. Nie mogę przez resztę swoich dni egzystować na torebkach ekspresowych. I 

musisz wziąć lekcje malowania.

- Coś jeszcze? - spytała słodkim głosem Mercy.

-   Przypuszczalnie   będziemy   musieli   pozbyć   się   twojego   telewizora   -   powiedział   po 

namyśle Croft. - Nie znoszę telewizji. Przeszkadza mi migoczący ekran, nie mówiąc już o tej 

sieczce, którą w nim pokazują. I jest jeszcze problem twojego gustu w urządzaniu wnętrz. Zdaję 

sobie sprawę, że lubisz jaskrawe kolory, ale przy niewielkiej podpowiedzi z mojej strony na 

pewno docenisz subtelne niuanse delikatniejszych odcieni.

Mercy rzuciła mu mordercze spojrzenie.

- Czy to już koniec listy twoich wymagań?

- Przypuszczalnie coś jeszcze mi się przypomni. Będę zapisywał to, co mi przyjdzie na 

myśl.

- Cudownie. Powiedz mi, co ja będę miała z naszego związku?

Croft uśmiechnął się z zadowoleniem.

-   Dostaniesz   mężczyznę,   który   ci   pomoże   zapanować   nad   twoją   tendencją   do 

lekkomyślności. Mężczyznę, który wie, co jest dla ciebie najlepsze, i który ci zapewni wszystko, 

czego potrzebujesz, nawet jeśli to się nie zawsze będzie pokrywało z tym, czego będziesz chciała. 

289

background image

Dostaniesz także oddanego niewolnika seksu, który poświęci się twoim przyjemnościom. Czegóż 

więcej może chcieć kobieta?

To wystarczyło. Żarty Crofta przebrały miarę. Mercy rzuciła się na niego, przewracając 

go na dywan. Poddał się łatwo, patrząc na nią śmiejącymi się oczyma. Usiadła mu na piersi, 

przytrzymując mu ręce na podłodze.

- Wystarczy, niewolniku seksu.

- Czy znów chcesz mnie zaatakować?

- Jak najbardziej.

- Świetnie. Proponuję wobec tego, abyśmy zajęli wygodniejszą pozycję. - Bez ostrzeżenia 

przewrócił się i przycisnął ją swoim ciałem do podłogi.

- Croft! - prychnęła, rozdarta między śmiechem a udawanym oburzeniem. - Puść mnie! 

Jesteś za ciężki!

- Masz rację. Taka pozycja może być wygodniejsza dla mnie, ale wyobrażam sobie, że 

boli cię kość ogonowa. Dywan nie jest bardzo gruby, prawda? - Croft wstał, pociągając ją za 

sobą.

Pokój zawirował i Mercy kurczowo przytrzymała się Crofta. Kiedy wszystko wróciło do 

normy, stwierdziła, że leży na łóżku. Croft rozpinał spodnie. Kiedy je ściągnął, Mercy zobaczyła, 

że jest całkowicie podniecony. Jego ciężki członek pulsował oczekiwaniem. Zadrżał, kładąc się 

przy niej i biorąc ją w ramiona. Żartobliwy wyraz znikł z jego oczu i zastąpiło go znacznie 

intensywniejsze uczucie.

- Stale cię tak bardzo potrzebuję - stwierdził ochryple.

- Wydaje mi się, że w tym ataku tracę inicjatywę – szepnęła Mercy. Czuła go na swym 

udzie, twardego i niecierpliwego.

- Nic nie szkodzi - mruknął, zbliżając usta do jej piersi. Z łagodnym podziwem całował 

brodawkę, a potem znów podniósł głowę. - Zajmę się wszystkim.

- Tak myślałam - szepnęła w rozmarzeniu. Objęła go, gładząc szczupłe, umięśnione plecy. 

- Croft, tak strasznie cię kocham.

- Wiem  - powiedział.  Jego  oczy  nabrały koloru  starego  złota.   - Czuję to  i  widzę  za 

każdym  razem, kiedy na ciebie patrzę lub cię dotykam. Nawet nie wiesz, jakie to wspaniałe 

uczucie wiedzieć, że jesteś moja. Nigdy czegoś podobnego nie czułem.

290

background image

-  Mogę   sobie   wyobrazić,   jak   się   czujesz,   ponieważ   wiem,   że   jesteś   mój.   To   bardzo 

wyjątkowe uczucie, prawda?

- Niewiarygodne. - Wtulił twarz w jej szyję z cichym jękiem pożądania. Mercy zadrżała 

lekko, gdy przesunął dłoń między jej piersiami na brzuch. Kiedy przesunął rękę jeszcze niżej, 

miękko wymruczała jego imię i uniosła biodra. Przesunęła rękę na jego biodro, a potem wbiła 

palce w twardy, umięśniony pośladek.

- Skarbie.

- Och, Croft. - Znów zadrżała, gdy jego dotyk stał się jeszcze bardziej intymny. Poruszał 

palcami z niesłychaną pieszczotą, odszukując wszystkie tajemne, schowane miejsca. Dotykał jej, 

dopóki nie stała się mokra, ciepła i obolała z niecierpliwości i pożądania.

Gładził i pieścił, a Mercy skręcała się w jego ramionach. Dotykała go równie intymnie, 

biorąc w dłoń jego ciężki żar. Kiedy znów wymówił jej imię i rozsunął jej nogi stopą, z całej siły 

do niego przywarła.

- Weź mnie do środka - szeptał namiętnie Croft. - Potrzebuję twojego ciepła. Chcę cię 

czuć wokół siebie. Jedwabistą, gładką i silną. To cholernie wspaniałe być w tobie, kotku.

Otworzyła   się   dla   niego,   przyciągając   go   do   siebie   z   pragnieniem   równie   silnym. 

Ostrożnie skierowała go w siebie. Jęknął i wszedł w środek, szukając intymnego połączenia z jej 

ciałem. Jak zwykle zareagowała w najbardziej prymitywny sposób na jego agresywną twardość. 

To było tak, jakby jej ciało najpierw  szukało wyzwania, a potem witało najeźdźcę i mu się 

poddawało.

Na moment delikatne mięśnie przy otwarciu miękkiej, kobiecej zasłony Mercy napięły się 

w oporze. Croft pchnął powoli, nalegając na prawo do wejścia, i nim opór się zwiększył, wysunął 

się. Mercy natychmiast uniosła biodra w rozpaczliwej próbie odzyskania tego, co straciła. Croft 

powtórzył   powolne   wejście,   otwierając   drogę   dokładniej,   dopóki   Mercy   nie   krzyknęła   z 

zachwytem. I jeszcze raz się wycofał.

Zmysłowe podniecenie doprowadzało Mercy do szaleństwa. Kurczowo trzymała Crofta, 

aby nie mógł się jej wymknąć.

- Teraz. - Jęknęła, gryząc go w ucho. - Teraz cię potrzebuję.

- Nie możesz potrzebować mnie bardziej niż ja ciebie.

291

background image

Wsuwał się w nią, a ona go przyjmowała, rozciągając się, żeby go pomieścić, zamykając 

się wokół niego, przyciskając się do jego ciała. Był w niej zamknięty i trzymał ją uwięzioną w 

uścisku swych ramion.

Gwałtowna namiętność doprowadziła ich do szaleńczego spełnienia, które zdawało się 

trwać całe wieki. Razem unosili się w powietrzu, w cieple miłości i porannego słońca.

Po długim czasie Mercy poruszyła się i lekko uniosła, spoglądając z uśmiechem w oczy 

Crofta.

- Chyba wiem, co masz na myśli, mówiąc o zamykaniu Koła.

- Naprawdę? - Croft wsunął jej palce we włosy.

- Jesteśmy zamkniętym Kołem, ty i ja, prawda?

- Tak. - Wziął ją znów w ramiona. - Wiesz co? Będzie z ciebie lepsza studentka filozofii, 

niż się spodziewałem.

- Pobierałam nauki u eksperta.

- Umiesz wyprowadzać psy?

Doberman w kącie pokoju jęknął niecierpliwie, jakby rozumiał pytanie Crofta.

D

wa miesiące później Mercy stała na niskiej drabince między dwoma rzędami półek z 

książkami i zajmowała się ich odkurzaniem. Praca sprzedawcy książek nie ma końca.

Jednocześnie   planowała   nadchodzący   wieczór.   Croft   powróci   niedługo   z   dwudniowej 

wizyty w jednej ze swoich szkół w Kalifornii. Chciała mu przygotować coś specjalnego. Coś 

jeszcze oprócz nieprawdopodobnie mikroskopijnej i przezroczystej piżamy z falbankami, którą 

kupiła niedawno na ich miodowy miesiąc.

Może świeże krewetki. Z sałatą i z butelką chardonnay.

Rozmyślając o kolacji Mercy poczuła nagle, że nie jest w sklepie sama. Dzwonek nad 

drzwiami nie zadźwięczał, lecz jej szmatka do kurzu znieruchomiała na książkach.

Mercy uśmiechnęła się do siebie.

Wrócił Croft.

Odwróciła głowę i zobaczyła, że stoi przy końcu półek. Ciemny, szczupły, potencjalnie 

niebezpieczny,  ale   dla  niej  nigdy nie  był  zagrożeniem.  Jak  zwykle,   zjawił   się bezszelestnie, 

jednak Mercy wiedziała, że jest bardzo, bardzo prawdziwy i realny. W ręce trzymał jakąś paczkę.

292

background image

- Croft! Spodziewałam się ciebie dopiero za parę godzin.

Uśmiechnął się i otworzył dla niej ramiona. Mercy zeszła z drabiny i pobiegła ku niemu z 

powitalnym uśmiechem.

- Wyrwałem się wcześniej. - Pocałował ją, a potem wsunął jej w ręce paczkę. - Proszę. To 

dla ciebie.

- Co to jest?

- Prezent od Raya Chandlera.

-   Od   Chandlera?   -   Zmarszczyła   nos.   -   Ach,   tak,   już   wiem.   To   ten   twój   przyjaciel. 

Wyratowałeś jego córkę z tamtej wyspy. Gdzie go widziałeś?

-   Mówiłem   ci,   że   pracuje   dla   rządu.   Ponieważ   nie   przepadam   za   kontaktami   z 

najrozmaitszymi przedstawicielami władz, z wyjątkiem Raya, postanowiłem jemu właśnie posłać

ten mikrofilm, który znalazłaś w Dolinie.

- Zastanawiałam się, gdzie on przepadł. - Mercy rozpakowywała paczkę. - Ale dlaczego 

twój przyjaciel przysłał mi prezent? Przecież nawet mnie nie zna.

- Nie, ale jest ci wdzięczny za prezent, który od ciebie dostał.

- Ten mikrofilm? - Mercy podniosła głowę. - Co na nim było?

- Lista nazwisk. Część z nich to potężni handlarze narkotyków, z którymi Gladstone robił 

interesy w  swoim  wcześniejszym   wcieleniu,  jako  Graves.  Reszta  to  nazwiska  interesujących 

klientów.

- Klientów?

- Wysoko postawionych ludzi w tym kraju, którzy są w szponach narkotyków. To nie była 

tylko lista nazwisk. Były tam dowody przeciwko jego wspólnikom i ważnym klientom. Okazuje 

się,   że   Gladstone   uzyskał   swoje   informacje,   kiedy   działał   jeszcze   jako   Egan   Graves   i 

przechowywał   je   jako   ubezpieczenie   i   potencjalne   źródło   szantażu.   Większość   ludzi,   którzy 

widnieją na tym mikrofilmie, jest bardzo potężna i faktycznie nie do ruszenia. Ale informacje, 

które   Gladstone   zawarł   na   mikrofilmie,   umożliwią   różnorodnym   agencjom   rządowym   ich 

zidentyfikowanie i zneutralizowanie przynajmniej części z nich.

- Gladstone próbował odbudować swoje imperium.

- Odzyskanie tej listy szybko doprowadziłoby go do władzy, którą kiedyś posiadał.

293

background image

Mercy odpakowała prezent. Kiedy zobaczyła prawie doskonałe pierwsze wydanie Księgi 

prowadzenia domu pani Beeton, roześmiała się w głos.

- Właściwy prezent ślubny dla narzeczonej.

Croft zmarszczył brwi.

- Nie jest to dziedzina moich zainteresowań, lecz mówiono mi, że to rzadka książka. 

Umieszczona w katalogu przyciągnie powszechną uwagę.

- Niewątpliwie - powiedziała prędko Mercy, badając wzrokiem stronę tytułową. - Jest to 

pierwsze wydanie z tysiąc osiemset sześćdziesiątego pierwszego roku, w oryginalnej oprawie z 

materiału.   I   w   doskonałym   stanie.   To   znakomity   egzemplarz.   Z   przyjemnością   podziękuję 

twojemu przyjacielowi, panu Chandlerowi.

Croft uśmiechnął się pobłażliwie.

- Spytał, jak mógłby ci się odwdzięczyć i poradziłem mu, żeby kupił ci jakąś książkę, za 

pomocą   której   mogłabyś   na   nowo   zacząć   swą   krótkotrwałą   karierę   sprzedawcy   książek 

antykwarycznych.

Mercy roześmiała się.

- Pan Chandler ma dostęp do interesujących źródeł.

- Nie da się ukryć. - Croft spojrzał na zegarek. - Możesz już iść do domu?

- Tak. Po drodze musimy wstąpić do sklepu. Chcę kupić świeże krewetki i trochę jedzenia 

dla psów.

-   Proszę,   możesz   pozamykać.   -   Przyciskając   do   piersi   nowy   skarb,   Mercy   wręczyła 

Croftowi klucze od sklepu. Potem wzięła torebkę zza lady, otworzyła drzwi i wyszła na ulicę, 

gdzie czekała na Crofta. Kiedy zamykała za sobą drzwi, wesoło zadzwonił dzwonek.

Croft   spojrzał   na   nią   przez   szybę,   kiedy   sprawdzał   tylne   drzwi.   Ciągle   się   nie   mógł 

nadziwić, że Mercy jest jego żoną. Ta myśl sprawiała mu nieustanną przyjemność.

Croft wyszedł ze sklepu i podszedł do Mercy. Jak zwykle dzwonek nie zadzwonił.

Croft odwrócił się ze zmarszczonymi brwiami. Czasem trudno było zerwać ze starymi 

przyzwyczajeniami.

- Poczekaj chwilę, Mercy.

Croft otworzył  drzwi z klucza, wszedł do sklepu, zamknął drzwi i uśmiechnął się do 

Mercy przez szybę. Później otworzył drzwi i znów wyszedł na ulicę.

294

background image

Tym razem zadbał o to, żeby dzwonek głośno zadźwięczał.

- Nie musisz mi niczego udowadniać - powiedziała ze śmiechem i z miłością Mercy. - 

Nigdy nie wierzyłam, że naprawdę jesteś duchem. Tylko czasem trudno cię usidlić.

Croft objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. I wybuchnął głośnym śmiechem, który 

wypełnił całą ulicę i serce Mercy.

295


Document Outline