background image

 

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

Krystyna Siesicka 

 

 

 

Ludzie jak wiatr 

 

background image

 

 

I. POTRZEBNA MI RADA 

 

  

Jeżeli  potraficie  wyobrazić  sobie  drewniany,  jednopiętrowy  dom  ukryty  pośród  gęstych 

drzew iglastych, otoczony wieczną zielenią świerków i jodeł, owiany żywicznym zapachem lasu, 

przytulony  czule  do  niewielkiego  pagórka,  jeżeli  potraficie  zamknąć  oczy  i  w  wyobraźni 

stworzyć  sobie  obraz  tego  domu  -  będziecie  wiedzieli,  jak  wygląda  leśniczówka  starego  Prota. 

Od  najbliższej  szosy  można  tu  dojechać  jedynie  długą,  Wąską  przesieką,  po  której  beztrosko 

skaczą nie płoszone niczym szaraki - tak jest tam bezludnie i cicho. 

Tą  właśnie  przesieką  wolno  prowadziłem  swoją  „Syrenę",  nie  śpiesząc  się  po  raz 

pierwszy  od  wielu  lat.  I  może  po  raz  pierwszy  od  wielu  lat  byłem  naprawdę  sam.  W  mieście 

nigdy nie mogłem być sam. Nawet wtedy, kiedy byłem. Tuż obok mnie czyhał telefon, zawsze 

gotów  rozdzwonić  się  przeraźliwym  sygnałem,  nad  drzwiami  czuwał  melodyjny  gong,  który  w 

każdej  chwili  mógł  zwiastować  czyjeś  przybycie,  a  za  oknem  było  miasto.  Czy  to  wam 

wystarczy? 

Za oknem było miasto i to ono pożerało najdokładniej cały mój spokój, ono kazało mi żyć 

w  ciągłym  napięciu,  pośpiechu  i  pogotowiu.  Jestem  dziennikarzem,  redaktorem  kolumny 

miejskiej. Specjaliści angielscy uważają, że śmiertelność wśród dziennikarzy jest o 30% wyższa 

od przeciętnej  w  całym  społeczeństwie. Nie jestem  angielskim  specjalistą od śmiertelności,  ale 

ponieważ jestem dziennikarzem, sądzę, że w tym może tkwić prawda. 

Jechałem zatem leśną przesieką w stronę domu Prota i czułem, że na twarzy błąka mi się 

uśmiech nie przeznaczony dla nikogo. Przypomniały mi się słowa gospodyni Prota, Anity, którą 

złapałem kiedyś na podobnym uśmiechu. 

- Zapamiętaj sobie, Janie Sebastianie, że dopóki człowiek potrafi się śmiać sam do siebie, 

dopóty jest z nim wszystko w porządku. 

Nigdy  nie  byłem  przekonany,  czy  aby  na  pewno  Anita  miała  rację,  znałem  bowiem 

człowieka, który często uśmiechał się sam do siebie, a był to człowiek chory umysłowo, biedak, 

background image

 

 

któremu nawet smutne wydawało się zabawne. Teraz jednak milej było, mi sądzić, że jest ze mną 

„wszystko  w  porządku",  zwłaszcza  że  najdalej  za  piętnaście  minut  miałem  wpaść  w  objęcia 

Anity, w jej troskliwe ramiona. Ośmieliłem się mieć nadzieję, że przygotowała dla mnie pokój od 

północy,  ten,  w  którym  mieszkałem  już  kiedyś,  wiele  lat  temu.  Pamiętałem,  że  był  to  pokój 

nieduży, przytulny i że w jego kącie stała wielka dębowa skrzynia, do której Prot nie pozwolił mi 

zaglądać. 

- Nic tam ciekawego nie znajdziecie, Janie Sebastianie. Ot, rupiecie jakoweś i tyle... 

- Prot wie, jak ja lubię rupiecie! Niech mi Prot pozwoli - żebrałem. 

- Nie! - odpowiadał twardo, prawie oburkliwie. 

- Co ty się tak Protowi  naprzykrzasz z tą skrzynią?  - strofowała mnie Anita. - A nie daj 

Boże, jakżeś się na nią uparł! W kółko to samo i w kółko to samo! Weź sobie szarlotki, na stole 

stoi, chyba że koty zeżarły... 

Szarlotka Anity! Być może, że właśnie wspomnienie o niej przywiodło mi na myśl leśni-

czówkę Prota, kiedy zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle jest na świecie jakieś miejsce, w 

którym mógłbym spokojnie napisać książkę? Może to szarlotka Anity kierowała moimi krokami, 

kiedy wreszcie wybrałem się na pocztę, aby wysłać do Prota telegram, w którym zawiadomiłem 

go o swoim przyjeździe? Takich rzeczy się nie wie, one tkwią w podświadomości. Myślałem: 

cisza, spokój, ale kto wie, czy pod tym wszystkim nie kryła się szarlotka Anity, grubo posypana 

cukrem-pudrem...? 

Dojechałem do miejsca, w którym las rzedniał, za to jego podszycie gęstniało krzewikami 

jagód  i  borówek.  Spojrzałem  w  bok.  Tuż  przy  drodze  stał  kosz  pełen  szyszek.  Anita!  - 

przemknęło mi przez myśl.  Zatrzymałem wóz i  czekałem chwilę.  Nikt  się nie zjawiał,  nikt nie 

odzywał.  Wysiadłem  i  opierając  się  o  najbliższe  drzewo  zapaliłem  papierosa.  Postanowiłem 

zaczekać  dłużej  -  jeżeli  był  kosz,  powinna  być  i  Anita.  Nagle  usłyszałem  ostry  gwizd. 

Przenikliwy i przykry. Ptak? Podniosłem głowę, nasłuchiwałem. Gwizd rozległ się znowu, ale z 

innej strony, nie z tej, w którą patrzyłem. Kiedy skierowałem tam wzrok, ujrzałem wysoko, na 

gałęzi  młodej  sosny czyjeś nogi  w trampkach i  w dżinsach nieokreślonego koloru.  Niestety, to 

nie mogła być Anita. 

background image

 

 

- Hej! - zawołałem. - Hej! Może podwieźć? 

Chłopak - bo nogi należały do chłopaka - zsunął się z drzewa w przeciągu sekundy. Był 

wysoki, szczupły i bardzo opalony. Otrzepał ze spodni igliwie i resztki kory. Przyglądał mi się 

uważnie. 

- Pan do Prota? - zapytał wreszcie. 

- Tak. 

Bez  słowa  podniósł  z  ziemi  kosz  i  zbliżył  się  do  samochodu.  Odsunąłem  nieco  swoje 

bagaże, bezładnie rzucone w tyle wozu. Postawił tam kosz, sam usiadł przy mnie. Ruszyłem. Mój 

pasażer patrzył przed siebie i milczał. 

- Też do Prota? - zapytałem. 

- Tak. A dokąd by można w tę stronę? Czy pan zapomniał? Przecież pan już tu był. Pan 

zapomniał, że w tej stronie poza leśniczówką nie ma nic? 

- Pamiętam. Ale ciebie nie pamiętam. 

- Mnie tu nie było. W tym roku jestem przypadkiem. 

- Na lato? 

- Uhm... - mruknął. - Na lato... Rozmowny nie był i myślałem o tym z ulgą. Oderwał się 

dopiero po chwili. 

- Pan Jan Sebastian, tak? Roześmiałem się. 

- Tak mnie tu nazywają Prot i Anita. 

- Dziennikarz? - upewniał się dalej mój rozmówca. 

- I to się zgadza. Ale teraz chcę spróbować czegoś innego. Mam zamiar napisać książkę, 

dlatego tu jadę. Potrzebny mi spokój i cisza... 

Przez myśl  przemknęła  mi znowu szarlotka Anity. Chłopak spojrzał  na  mnie wzrokiem 

pełnym zdumienia. 

- Spokój i cisza? - zapytał z niedowierzaniem. 

- Właśnie. 

Teraz on się roześmiał. 

- To cię bawi? - zapytałem. 

background image

 

 

Znowu roześmiał się, wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Być może nie mieściło mu 

się w głowie, że człowiek może szukać takich dziwnych rzeczy jak spokój i cisza. W tęsknotę za 

szarlotką  uwierzyłby  łatwiej  -  pomyślałem.  Dopiero  później,  po  godzinie  czy  dwóch, 

zrozumiałem  ten  jego  śmiech  i  milczenie.  Na  razie  jednak  jechaliśmy  przesieką  w  stronę 

leśniczówki. 

-  Więc  ty  już  wiesz  -  zagaiłem  przyjacielsko  -  kim  jestem,  co  robię,  jak  się  nazywam. 

Może  czas,  żebym  i  Ja  dowiedział  się  czegoś  o  tobie?  O  ile  się  dobrze  orientuję,  będziemy 

mieszkać pod jednym dachem? 

- Nazywam się Tomasz Pochyłło. Przez „cecha" i dwa „eł". Pochyłło... takie mam głupie 

nazwisko. 

- Nie głupie. Raczej oryginalne. 

- Za dwa lata zdam maturę i nie mam bladego pojęcia, co dalej... - westchnął. 

- A co bliżej? - zapytałem żartobliwie. 

Spojrzał na mnie z ukosa. 

- Moja babcia i Anita pochodzą z jednej wsi. Teraz my mieszkamy w mieście, więc Anita 

zaprosiła  mnie  na  lato  do  siebie.  Dlatego  tu  jestem.  A  poza  tym  lubię  las...  -  powiedział  i  jego 

głos zmiękł nagle. - Nawet to idiotyczne zbieranie szyszek lubię... 

- Ja też zbierałem szyszki dla Anity, kiedy byłem tu ostatnim razem. Potem piekła na nich 

szarlotkę. 

Zamajaczył  mi  między  drzewami  dom  Prota,  po  chwili  zajeżdżałem  już  przed  ganek. 

Otworzyłem  drzwiczki  samochodu  i  wyskoczyłem  szybko.  Tomasz  bez  pośpiechu  wysiadł  od 

swojej  strony.  Coś  zaniebieściło  się  w  oknach  oszklonego  ganku,  w  swojej  naiwności  byłem 

pewien,  że  to  Anita  biegnie  na  moje  spotkanie.  Myliłem  się.  U  szczytu  schodków  stanęła 

dziewczyna ubrana w błękitną bluzkę i króciutkie, granatowe szorty. 

- Kto to jest? - zapytałem i po raz pierwszy owładnęło mną niedobre przeczucie. 

-  To  Monika.  Młodsza  wnuczka  Prota  -  wyjaśnił  Tomasz  i  roześmiał  się.  -  Chodzi  do 

szkoły muzycznej i lojalnie pana uprzedzam, że każdego dnia rano ćwiczy swoje wokalizy. 

- Wokalizy? - skrzywiłem się. 

background image

 

 

- No, tak... - Tomasz wyjął z wozu kosz i postawił go na ławce przy domu. - Samogłoski, 

sylaby, w różnych tonacjach. Nie jest to melodyjne. Czy mam wyjąć pana bagaż? 

Spojrzałem na Tomasza i dostrzegłem jego wzrok, trochę kpiący, trochę rozbawiony. 

- Bardzo cię proszę - odparłem. 

Zbliżyłem się do ganku. Monika podała mi rękę gestem trochę teatralnym, a może i nie 

teatralnym, lecz ja od razu poczułem do niej dziwną niechęć, niczym właściwie nie uzasadnioną, 

bo przecież nie słyszałem jeszcze tych jej wokaliz, jeszcze mi nigdy nie świdrowały uszu ani nie 

budziły ze snu. 

- Dziadek spodziewał się pana trochę później - powiedziała Monika - jest w lesie. Ale ja 

zaraz pobiegnę po niego! - zaofiarowała się. 

Zanim zdążyłem ją powstrzymać, wyminęła mnie i pobiegła w stronę wąskiej ścieżyny, 

która, o ile dobrze pamiętałem, prowadziła do szkółki leśnej. Tomasz postawił na ganku walizkę, 

maszynę do pisania i torbę. 

- Drobiazgi zostawiłem w wozie - powiedział, uprzejmie nazywając „drobiazgami" moją 

piżamę, kąpielówki i przybory do golenia, o których istnieniu przypomniałem sobie w ostatniej 

chwili. 

- Dziękuję. Bardzo ci dzię... 

Urwałem  w  połowie  słowa,  bo  nagle  usłyszałem  w  przedpokoju  czyjeś  kroki  i  szeroko 

rozpostarłem  ramiona,  żeby  powitać  wreszcie  Anitę.  Ale  to  nie  była  Anita.  Stało  przede  mną 

dziwne  stworzenie,  drobne,  chude,  spalone  na  brąz  tegorocznym  słońcem.  Stworzenie,  którego 

oczy dziwnie mi kogoś przypominały. 

- Dzień dobry panu! - zawołało to chu-chro radośnie. - Świetnie, że przyjechał pan przed 

obiadem. Spodziewaliśmy się pana dopiero wieczorem! 

„Spodziewaliśmy się..." - powiedziała. A więc i ona także spodziewała się mnie dopiero 

wieczorem. Ale kim była, u licha? 

- Kryśka... - usłyszałem za sobą dziwnie drwiący głos Tomasza. - Starsza wnuczka Prota. 

Powinienem się domyślić. Przecież to oczy starego Prota patrzyły na mnie z tej opalonej, 

dziewczęcej buzi. 

background image

 

 

-  Entuzjastka  big-beatu,  kolekcjonerka  taśm  magnetofonowych  -  prezentował  Tomasz 

dalej. - Nie mam pojęcia, czy wnosić pana bagaże do środka? 

Ja  również  nie  miałem  pojęcia.  Entuzjastka  big-beatu  patrzyła  na  mnie  wyczekująco. 

Najprawdopodobniej  szukała  sprzymierzeńca,  ale  ja,  niestety,  z  całego  serca  nie  lubiłem  big-

beatu. 

- Powiem Anicie, że pan przyjechał. Anita jest w piwnicy... 

Przemknęła obok mnie i wybiegła na dwór. Piwnica w leśniczówce była poza domem, w 

starej kuchni, której teraz już nie używano. 

- Może pan wejdzie dalej? - zaproponował Tomasz i popatrzył na mnie wzrokiem, który 

nie wróżył niczego dobrego. - O ile mnie słuch nie myli, właśnie nakrywa się do stołu. 

Istotnie, z jadalni dobiegał szczęk ustawianych talerzy. Wlokąc nogi za sobą zbliżyłem się 

do drzwi i uchyliłem je ostrożnie. Dziewczyna stała tyłem do mnie, widziałem tylko jej ciemne 

włosy i jasną linię przedziałka, krótkie kucyki sterczące nad uszami i zgrabną sylwetkę. Tomasz 

gwizdnął ostro. Odpowiedziało mu równie ostre gwizdnięcie, a potem słowa: 

-  Słyszałam  samochód!  Jeśli  mnie  przeczucie  nie  myli,  przyjechał  już  Wolfgang 

Amadeusz, czy jak mu tam. Bardzo drętwy? 

Odwróciła się i spojrzała na mnie. Z wolna jej policzki czerwieniały, a mina rzedła. 

- O, pardon... - szepnęła wreszcie wytwornie. - Nie przypuszczałam... 

- To jest Babetka! - zakomunikował Tomasz. - Najstarsza wnuczka Prota. 

Babetka.  To  imię  mnie  dobiło.  Babetka!  Odwróciłem  się  gwałtownie  i  spojrzałem  na 

Tomasza. Twarz wykrzywiał mu z trudem powstrzymywany śmiech. 

- Dużo tego jeszcze? - zapytałem bez krztyny uprzejmości. 

-  Nie!  To  ostatnia.  Więc  jak...  Czy  zanieść  bagaże  do  pokoju,  który  przygotowała  panu 

Anita? 

- Który to pokój? 

- Pomocny, ten sam, który zajmował pan poprzednim razem. 

- Zostaw tu moje rzeczy, dobrze? Chciałbym się umyć. 

- Tak przypuszczałem... - mruknął Tomasz i postawił walizkę obok kredensu. 

background image

 

 

Wyszedłem  z  pokoju  do  znajomej  sieni,  ale  zanim  ruszyłem  dalej,  zatrzymałem  się  dla 

nabrania oddechu. 

- Drętwy! - usłyszałem wysoki głos Babetki. - I źle wychowany! Nawet nie powiedział mi 

„dzień dobry!" 

Odwróciłem, się i znowu uchyliłem drzwi jadalni. 

- Dzień dobry, Babetko! - powiedziałem zgryźliwie. 

I  nagle,  zupełnie  nagle,  zupełnie  tak,  jakbym  się  tego  nigdy  w  życiu  nie  spodziewał, 

objęły mnie miękkie, pachnące szarlotką ramiona Anity. 

 

- Tak, tak, tak... - mówił Prot, potem przełykał kolejny kawałek mięsa i powtarzał znowu: 

- Tak, tak, tak... 

-  Dziadek  zachowuje  się  jak  popsuty  zegarek!  -  powiedziała  Babetka.  -  Tak,  tak,  tak!  - 

naśladowała gruby głos Prota. 

- A ty zachowujesz się jak niegrzeczna dziewczynka. Nie należy przedrzeźniać dziadka! - 

rozgniewała się Anita. 

Na  drugie  były  pieczone  kurczęta  i  kiedy  zaspokoiłem  pierwszy  głód,  zacząłem  obser-

wować  wnuczki  Prota.  Zawsze  wydawało  mi  się,  że  sposób,  w  jaki  człowiek  je,  określa  go  w 

pewnym stopniu. Monika oddzielała mięso od kości za pomocą sztućców. Męczyła się okropnie, 

ale przypuszczalnie wolałaby w ogóle zrezygnować z obiadu, niż jeść tak jak Kryśka. Bo Kryśka 

nie  przejmowała  się  niczym;  trzymała  w  garści  kurzą  nóżkę  i  bez  najmniejszego  zakłopotania, 

natomiast z wielkim apetytem rozprawiała się ze swoją porcją, a białe, mocne zęby służyły jej i 

za nóż, i za widelec. Babetka nie jadła nic. Od czasu do czasu sięgała po płatek mizerii i potem 

długo żuła go w ustach. 

-  Dlaczego  ty  nic  nie  jesz,  Babetko?  -  zapytał  Prot.  -  Musisz  coś  zjeść,  bo  inaczej 

schudniesz jak szczapa. 

-  Zjadłam  przecież  zupę,  dziadku.  To  mi  wystarczy.  Przecież  dziadek  wie...  -  odparła, 

patrząc na Prota porozumiewawczo. 

- Ona się odchudza  - wyjaśnił mi Prot.  - Twierdzi,  że jest za gruba. Ale spójrzcie sami, 

background image

 

 

Janie Sebastianie, i osądźcie sprawiedliwie. Czy ona jest za gruba? Ja tam nie widzę na niej ani 

grama tłuszczu. To są same gnaty. Aż dziwno, że nie klekocze przy chodzeniu! 

-  Klekocze!  -  wtrącił  Tomasz  żywo.  -  Sam  wczoraj  słyszałem,  jak  klekotała.  Poszła  po 

wodę do studni, kiedy rąbałem drzewo. I nagle słyszę: trzask, kle, trzask, kle, trzask, kle... 

-  To  wiadra  klekotały,  nie  ja!  -  oburzyła  się  Babetka.-  Nie  opowiadaj  takich  głupstw  i 

niech ci się nie zdaje, że jesteś dowcipny! 

Nagle  poczułem,  że  siedząca  obok  mnie  Kryśka  delikatnie  skubie  rękaw  mojej  koszuli. 

Odwróciłem się. 

- Czy pan może ofiarować mi swoje kości? - zapytała uprzejmie. - One nadają się dla psa. 

-  Ależ...  ach,  tak!  Oczywiście,  Krysiu!  -  zorientowałem  się  na  tyle  w  porę,  że  nikt  nie 

dostrzegł mojego przerażenia. 

Kryśka zgarnęła moje kości na swój talerz, wstała i wyszła z pokoju. Wtedy odezwała się 

Monika. 

-  Nie  wiem,  czy  pan  już  słyszał  o  tym,  że  dziś  o  godzinie  dwudziestej  odbędzie  się 

wieczorek zapoznawczy? - zapytała jak gdyby nigdy nic. 

- Gdzie? 

- Tu, w tym pokoju! 

- Wieczorek zapoznawczy? - zdziwiłem się. - Przecież wy się chyba znacie? 

- My się znamy, naturalnie! - przyznała. 

-  Wieczorek  zapoznawczy  odbędzie  się  z  okazji  pana  przyjazdu.  Najpierw  część 

artystyczna, a potem... 

Nie słuchałem, kiwałem tylko głową potakująco, bo wiedziałem, że nie ma sposobu na to, 

aby wieczorek zapoznawczy, który ma się odbyć z okazji mojego przyjazdu, odbył się 

beze mnie. I wiedziałem również, że nawet gdybym bardzo chciał, to i tak nie uda mi się 

rozpocząć  pierwszego  rozdziału  mojej  książki  w  terminie,  który  sobie  wyznaczyłem:  „dziś,  o 

godzinie dwudziestej" . 

- Dzieci, proszę sprzątnąć ze stołu i zmyć po obiedzie! - zarządziła wreszcie Anita. 

Wstali  posłusznie,  bez  gadania.  Kiedy  wyszli  z  pokoju,  Anita  powiedziała  z  wyraźną 

background image

 

 

dumą w głosie: 

- Wnuczki Prota są bardzo uzdolnione. W kierunku muzycznym.  Monika nawet  kształci 

się w śpiewie. 

- Wiem o tym, Tomasz mi mówi... 

-  Zdolne  bestyjki!  -  pochwalił  Prot.  -  Krystynka  ma  taką  pamięć  do  melodii,  że  aż  się 

człowiekowi w głowie nie mieści, jak to tak można: raz usłyszeć, a potem wyśpiewać nutka po 

nutce! Zdolne bestyjki... - powtórzył z zadowoleniem. 

O  Babetce  ani  słowa.  W  duchu  miałem  nadzieję,  że  może  chociaż  ta  jedna  okaże  się 

głucha jak pień. 

-  A  Babetka?  -  zapytałem  odważnie.  Prot  i  Anita  popatrzyli  na  siebie,  a  miny  mieli 

niewyraźne. 

-  Z  Babetka  to  jest  tak,  że  w  końcu  nie  wiadomo:  dobrze  czy  źle.  Mówią,  że  żadna 

dziewczyna nie potrafi tak grać jak ona, ale że niby to do chłopaków bardziej pasuje takie granie. 

- Piłka nożna? - domyśliłem się, ale niefortunnie. 

- Nie. Pyrkusja. 

-  Perkusja  -  poprawił  Anitę  Prot.  -  Babetka  gra  na  perkusji,  mają  taki  zespół  w  szkole  i 

ona tam właśnie, na tym bębnie... Powiedzcie nam, Janie Sebastianie, czy to w ogóle ma nogi, 

żeby dziewczyna grała na bębnie? Dla mnie to nie ma nóg. 

Kiedy ochłonąłem i mogłem już spojrzeć Protowi w oczy, zdecydowałem się na to jedno, 

najważniejsze dla mnie pytanie: 

- Czy ona ma tutaj instrument? 

- Nie! - Anita machnęła ręką pogardliwie. - Gdzie by tam się z pyrkusją do nas taszczyła. 

No, ale odpowiedz, Janie Sebastianie, kiedy cię Prot pyta. Czy to się godzi, żeby panienka grała 

na bębnie? 

- Dlaczego, może grać... - odparłem bez większego przekonania. 

Anita spojrzała na Prota i powiedziała ze smutkiem: 

- Widzisz ty, Procie? Jan Sebastian też nie jest tym zachwycony... 

W godzinę później udało mi się wyrwać na samotny spacer do lasu. Musiałem zastanowić 

background image

 

 

się  nad  tym,  co  właściwie  mam  robić  dalej.  Praca  nad  książką  przy  trzech  muzykalnych 

dziewczętach...? Nie, to było niemożliwe. Zestawienie moich imion: Jan Sebastian, było gorzką 

ironią, nie lubiłem muzyki, mimo że moja matka uwielbiała Bacha. Tęskniłem za ciszą, szukałem 

ciszy.  Perkusja,  wokalizy,  taśmy  magnetofonowe?  Czy  nie  lepiej  załadować  z  powrotem  cały 

bagaż do „Syreny" i uciec jak najdalej stąd? 

Pod nogami trzeszczały mi suche gałązki, podeszwy butów ślizgały się po złocistym igli-

wiu, duszny, aromatyczny zapach bił od podszycia. Macierzanka, zielone jeszcze kępki wrzosów. 

Rude wiewiórki, dzięcioł. A w domu uszczęśliwiony wzrok Prota i zaradne ręce Anity... Nie, dziś 

nie wyjadę. Może pojutrze, może za cztery dni. Tyle wytrzymam, tyle dam radę, dłużej na pewno 

nie.  Usiadłem  na  ściętym  drzewie.  Nad  moją  głową  ćwierkał  ptak,  biały  motyl  przycupnął  na 

żółtym kwiatku. 

- Szłam za panem, bo pomyślałam sobie, że to nudno tak chodzić samemu! - usłyszałem 

nagle czyjś głos za swoimi plecami. 

Odwróciłem  się.  To  była  Babetka.  Usiadła,  obok  mnie.  Milczeliśmy  przez  chwilę,  aż 

wreszcie ona, oczywiście ona, przerwała ciszę. 

-  Czy  pan  jest  dziś  w  złym  humorze,  czy  pan  jest  zawsze  taki!  -  zapytała  i  przechyliła 

głowę jak zainteresowany czymś szczeniak. 

- Zawsze jestem taki! - odparłem sucho. 

- Ahaa... - powiedziała przeciągle. 

Zrozumiałem, że rzeczywistość nie zgodziła się jej z wyobraźnią... 

Uniosła  w  górę  brwi,  jakby  zastanawiając  się  nad  czymś,  i  wreszcie  szepnęła  ni  to  do 

mnie, ni do siebie: 

- Może dlatego, że pan pisze... ale nie, bo kiedyś byłam na spotkaniu z Żukrowskim i on 

mi się wydał zupełnie normalny... 

A  więc  wydałem  się  nienormalny  najstarszej  wnuczce  Prota!  Pięknie!  Jeszcze  nikt  nie 

ocenił mnie tak szybko i otwarcie. Gdyby była trochę młodsza, najchętniej dałbym jej w skórę, 

gdyby zaś była trochę starsza, powiedziałbym bez namysłu, co sądzę o dziewczynach, które grają 

na bębnie. Ale Babetka była... 

background image

 

 

Spojrzałem na nią. Babetka była zmartwiona. 

-  Wie  pan  co?  -  powiedziała.  -  Dopiero  w  tej  chwili  dotarło  do  mnie  głupstwo,  które 

palnęłam. To już drugi raz. Czy mógłby mi pan wybaczyć te obydwa razy za jednym zamachem? 

- Mógłbym - powiedziałem wielkodusznie. - Powiedz mi, Babetko, ile ty właściwie masz 

lat? 

- Przedwczoraj skończyłam piętnaście - odparła precyzyjnie. 

- Och, w takim razie powinienem ci może mówić pani - zastanowiłem się poważnie. 

Nigdy  dotąd  nie  rozmawiałem  dłużej  z  dziewczynami,  które  przedwczoraj  skończyły 

piętnaście lat, i doprawdy nie wiedziałem, jak się do kogoś takiego zwracać. 

- Och, nie! - roześmiała się Babetka. - Skąd! To brzmiałoby strasznie głupio. 

- Poradź mi w takim razie, jak mam się zwracać do twoich sióstr, Babetko. 

- Po pierwsze, one nie są moimi siostrami. To kuzynki. Mamy wspólnego dziadka. Dzia-

dek Prot ma trzy córki. Moją mamę, mamę Kryśki i mamę Moniki. A po drugie, to różnica wieku 

pomiędzy  nami  jest  doprawdy  minimalna.  Wszystkie  trzy  urodziłyśmy  się  w  jednym  kwartale 

tego samego roku. Cieszę się, że pan już jest w lepszym humorze - zakończyła nieoczekiwanie. - 

Przypuszczam, że był pan po prostu zmęczony podróżą. 

-  Możliwe  -  przyznałem  i  na  chwilkę  zajrzałem  do  własnego  wnętrza.  Istotnie,  nastrój 

poprawił mi się trochę. - Czy wiesz, że przyjechałem tutaj, żeby napisać książkę? - zapytałem z 

nadzieją, że za pośrednictwem Babetki uda mi się może zdobyć kilka godzin ciszy dziennie. 

- Wiem. Tomek mi mówił! - odparła. - I właśnie chcemy, żeby pan opowiedział nam coś 

o swojej książce na wieczorku zapoznawczym. To może być ciekawe. Chyba że książka będzie 

nudna - dorzuciła z rezerwą. 

- Nie mam pojęcia, jaka będzie książka, bo jeszcze nie zacząłem jej pisać. 

- Chętnie panu pomożemy! - zaofiarowała się Babetka. - Tomek, moje kuzynki i ja. 

- No, wiesz... nie wiem... to ma być książka o miłości. 

-  To  świetnie  -  powiedziała.  -  Temat  nam  odpowiada,  mówiliśmy  właśnie,  że  najlepiej 

byłoby  o  miłości.  Naprawdę,  chętnie  panu  pomożemy!  -  zapewniła  widząc  moją  przerażoną 

minę. 

background image

 

 

- No tak... no tak... - stękałem. - No, oczywiście... 

-  Niech  pan  się  nie  martwi!  -  zawołała  Babetką.  -  Jakoś  to  będzie.  Przypuszczam,  że 

największe trudności będziemy mieli z pierwszym rozdziałem. 

Uśmiechała się do mnie krzepiąco, a ja czułem się jak bokser, którego przeciwnik wcisnął 

do narożnika i okłada, gdzie popadnie. 

 

Naprawdę  starałem  się  być  miły.  I  nawet  udało  mi  się  to  zupełnie  nieźle.  Do  pewnego 

momentu. Nie usnąłem słuchając kołysanki z „Porgy and Bess" Gershwina, którą specjalnie dla 

mnie  zaśpiewała  Monika.  Wytrzymałem  również  efekty  wokalne  zespołów  czerwonych, 

czarnych,  niebieskich,  i  Bóg  wie  jakich  jeszcze,  uśmiechając  się  przy  tym  jak  najuprzejmiej. 

Wypiłem również kawę, którą tego wieczoru parzyła Babetką, chociaż z zasady nie pijam kawy o 

tej  porze.  Naprawdę  starałem  się  być  miły,  i  byłbym  miły  z  pewnością  aż  do  końca  wieczorku 

zapoznawczego, gdyby Krystynka, ten chudzielec, nie wypaliła prosto z mostu: 

- A teraz porozmawiamy o tej książce. Może pan nam opowie dokładniej, o co właściwie 

będzie tam chodziło? 

-  Teraz  wam  nie  mogę  powiedzieć  -  odparłem  kategorycznie.  -  Kiedy  książka  będzie 

napisana, wtedy ją przeczytacie i będziecie wiedzieli. 

Przyglądali mi się z niedowierzaniem. Nawet Tomasz. 

- Pan chyba żartuje... - odezwała się Babetka po chwili przykrego milczenia. - Przecież ja 

już  mówiłam,  że  chcemy  panu  pomóc...  Wyglądało  to  tak,  jakbym  w  ostatniej  chwili  zerwał 

kontrakt zawarty w uczciwej umowie. 

- Niestety, moi drodzy! Dziękuję wam bardzo za dobre chęci, ale... 

Urwałem w połowie zdania i rozłożyłem ręce w bezradnym geście, który miał oznaczać, 

że odrzucam te ich dobre chęci w sposób podły i niemiłosierny. I tak to zrozumieli. 

- Książka ma być o miłości? - zaatakowała znowu Babetką. 

-  Tak.  O  pierwszej  miłości  dwojga  młodych  ludzi  -  określiłem  to  jaśniej.  -  Myślę,  że 

doprawdy wiem na ten temat trochę więcej niż wy. 

-  Pewno,  co  oni  tam  mogą  wiedzieć  -  wtrąciła  Anita  podnosząc  głowę  sponad  obrusa, 

background image

 

 

który  cerowała  starannie.  -  Nie  zwracaj  uwagi  na  tę  ich  gadaninę,  Janie  Sebastianie!  -  poparła 

mnie. 

- No, nie wiem... - Kryśka uśmiechnęła się sceptycznie. - Nie wiem, nie wiem, nie jestem 

wcale taka pewna, czy przypadkiem nie powinien pan się oprzeć na naszych doświadczeniach. 

- Co ty pleciesz, Krystynka! - ocknął się Prot. - Co tobie za głupstwa po głowie chodzą? 

Im  się  już  zupełnie  klepki  w  głowach  poplątały,  pewno  od  tych  wrzasków,  co  ich  wiecznie 

słuchają.  Jakie  ty  masz  doświadczenie,  ty  mi  powiedz,  jakie?  A  kto  by  na  takie  nic  spojrzał? 

Ledwie  od  ziemi  odrosła,  mądrala!  Czekaj,  czekaj,  ja  to  wszystko  powiem  ojcu!  Gdybyś  moja 

była,  wiedziałbym,  co  zrobić,  ot,  sprałbym  i  tyle.  Ale  wnuczki  palcem  nie  tknę,  niech  się  tam 

twój tato z tobą rozprawia. 

Prot sapał i rękawy od koszuli podciągał coraz wyżej, zły, patrzył na Kryśkę zagniewa-

nym okiem. 

- Dziadkowi to się ciągle zdaje, że my mamy po trzy lata - powiedziała nagle Monika. - A 

my naprawdę mamy więcej. 

- Cicho bądź! - fuknął Prot. - Nie o lata chodzi, tylko o rozum. A rozumu nie macie. 

- Żartują tylko! - wtrąciłem, aby ułagodzić Prota. 

- Ja wcale nie żartowałam! Mówiłam zupełnie poważnie! - zawołała Kryśka. 

- Ej, Krystynka, Krystynka! - Anita pokręciła głową. - Nie sprzeciwiaj ty się starszym, bo 

dobrze  na  tym  nie  wyjdziesz!  Co  ty  tam  o  kochaniu  możesz  wiedzieć?  O  tym  nic  jeszcze  nie 

wiesz,  boś  za  mała.  Popatrz  lepiej  na  Tomaszka,  starszy  od  ciebie  o  całe  dwa  lata,  a  stoi 

spokojnie i nic nie mówi, bo wie, że nie ma o czym! 

Spojrzałem i ja na Tomasza, rzeczywiście, stał z boku i nie odezwał się dotąd ani razu. 

Teraz  też  milczał,  ale  zdawało  mi  się,  że  nikły  uśmiech  przemknął  mu  po  twarzy,  uśmiech 

powstrzymany siłą. 

Tego wieczoru długo nie mogłem usnąć, nie wiem, czy przeszkadzała mi kawa wypita o 

zbyt późnej porze, czy księżyc, który oświetlał pokój przesuwając się wolno za otwartym oknem. 

Zasnąłem więc późno i spałem długo. Obudziło mnie stukanie do drzwi. 

- Proszę! 

background image

 

 

- To Ja...  - usłyszałem dziewczęcy  głos.  -  Anita  przysyła panu śniadanie, bo myśmy już 

zjedli, a niedługo będzie obiad, więc... 

- Chwileczkę! 

Wyskoczyłem z łóżka i ubrałem się szybko, zostawiając golenie i mycie na potem. Otwo-

rzyłem drzwi, za którymi stała Kryśka z tacą w ręku. 

-  O,  dziękuję  ci  bardzo!  -  ucieszył  mnie  widok  dzbanka  kawy  z  mlekiem  i  puszystego 

drożdżowego ciasta. 

Chciałem wziąć tacę z rąk Krystynki, ale ona trzymała ją mocno. 

- Postawię na stole - powiedziała wchodząc do pokoju - i jeżeli można, to poczekam, aż 

pan zje, żeby zabrać z powrotem naczynia. Dziś jest mój dzień na zmywanie - wyjaśniła. 

- Dziękuję - odparłem bez entuzjazmu, bo nie mogłem przecież wyprosić Kryśki za drzwi, 

chociaż właściwie miałem na to ogromną ochotę. 

Usiadła na dębowej skrzyni starego Prota i przyglądała mi się uważnie. Czułem na sobie 

ten wzrok, pomimo że starałem się nie patrzeć w jej stronę. Zastanawiałem się właśnie o czym 

mógłbym z nią porozmawiać, kiedy odezwała się: 

- Wydaje mi się, że pan nie słodził jeszcze kawy... 

Miała  rację,  mieszałem  łyżeczką  gorzką  kawę.  Nie  przeczuwając  niczego  sięgnąłem  po 

białą, porcelanową cukiernicę i uchyliłem pokrywkę. No cóż, musiało to wyglądać bardzo głupio, 

ale  myślę,  że  większość  ludzi  na  moim  miejscu  zachowałaby  się  podobnie!  Bo  czy  mogłem 

wiedzieć,  że  w  cukiernicy  siedzi  żaba?  Wyskoczyła  błyskawicznie  i  ja  również  błyskawicznie 

poderwałem  się  z  miejsca.  Skoczyła.  I  ja  również  skoczyłem  w  bok.  Skoczyła  jeszcze  raz. 

Skoczyłem i ja. 

-  Co  za  głupi  dowcip!  -  ryknąłem.  -  Co  za  idiotyczne  pomysły!  Wyrzuć  natychmiast  tę 

żabę, nie mam zamiaru uganiać się za nią! 

Dopiero  teraz  spojrzałem  na  Kryśkę.  Siedziała  na  skrzyni  Prota  z  miną  tak  poważną, 

jakby widok starszego pana bawiącego się w ciuciubabkę z żabą był dla niej widokiem zupełnie 

naturalnym. 

- Wyrzuć ją! - ryknąłem znowu i czułem, że ogarnia mnie coraz większa wściekłość. 

background image

 

 

- Dobrze - odparła spokojnie - zaraz wyrzucę. - Odwiązała fartuch, który miała na sobie, 

przyrzuciła nim żabę, a potem przechylając się przez okno, wypuściła ją na dwór. 

- Już po wszystkim... - zakomunikowała krótko i wróciła na swoje poprzednie miejsce. 

- Nie chciałbym robić ci przykrości - powiedziałem siląc się na opanowanie - i dlatego nic 

nie powiem twojemu dziadkowi, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego to zrobiłaś? Czy uważasz, że 

to był dobry dowcip? 

- Tak! - powiedziała bez uśmiechu. - Ja uważam, że to był dobry dowcip. A pan uważa, że 

był zły? 

- Idiotyczny. 

Dopiero teraz uśmiechnęła się zwycięsko. 

- To wspaniale! Wszystko się zgadza! 

- Wiesz co, Krystynko? Wolałbym zjeść śniadanie sam - powiedziałem oschle. 

- Dobrze, ja zaraz pójdę. Proszę mi tylko powiedzieć jedną rzecz, to nie zajmie panu dużo 

czasu... 

Nie  zachęciłem  jej  nawet  jednym  słowem  do  dalszych  wynurzeń.  Poczekała  chwile,  a 

później zaczęła sama: 

- Gdyby pan był w moim wieku, czy też uważałby pan ten dowcip za tak idiotyczny? 

- Nie wiem - powiedziałem z wahaniem.  - Wiesz, Krysiu, że nie potrafię ci powiedzieć. 

Tak dawno byłem w twoim wieku, że trudno mi... 

- Właśnie! - przerwała. - Tak dawno pan był w moim wieku, że trudno będzie panu pisać 

o pierwszej miłości, obywając się bez naszej pomocy. To chciałam panu udowodnić... 

Odwróciłem się gwałtownie. Siedziała na skrzyni Prota i patrzyła na mnie poważnie. 

- Pan przecież nic nie pamięta! 

To mnie dotknęło. Pamiętałem swoją pierwszą miłość znakomicie, żadne doświadczenia z 

żabami  nie  były  mi  potrzebne,  ostatecznie,  kiedy  człowiek  ma  czterdzieści  lat,  nie  jest  jeszcze 

kompletnym sklerotykiem. 

- Mylisz się. Pamiętam właśnie tyle, ile potrzeba mi do samodzielnego napisania książki. 

Ja wam naprawdę najuprzejmiej dziękuję za pomoc. A teraz powiedz mi, czy pomysł z żabą był 

background image

 

 

twój? 

Zawahała się. 

- A jeżeli nie mój...? 

- Nie proszę, żebyś mi mówiła, kto to wymyślił, ale wydaje mi się, że nie ty. Bo widzisz, 

sam pomysł, sam dowcip był głupi i dziecinny, ale zastosowanie go jako argumentu trochę może 

zbyt  dorosłe  jak  na  twoje  lata.  Nie  sądzę  również,  żeby  autorką  pomysłu  była  Monika  czy 

Babetka, odpadają z tych samych względów, z których ty odpadasz. Anita i Prot są wykluczeni z 

góry... 

- Więc...? - zaniepokoiła się Kryśka. 

- Tomasz - strzeliłem i jak się okazało, nie spudłowałem. 

Po raz pierwszy od chwili mojego przyjazdu ktoś spojrzał na mnie z szacunkiem. 

- Ale żabę złapałam ja - powiedziała nie bez dumy. 

- W to uwierzę. Jak również w to, że ciągnęłyście zapałki, żeby ustalić, która przyniesie 

mi tacę ze śniadaniem. 

-  Uhm...  -  mruknęła  Kryśka  tonem  wyrażającym  tylko  połowiczną  zgodę.  -  To  nie  były 

zapałki. Po prostu wyliczanka. 

Potem Kryśka zamilkła, ale jakoś nie śpieszyła się z opuszczeniem mojego pokoju. Pod-

czas  gdy  jadłem  drożdżowe  ciasto  i  popijałem  je  kawą,  Kryśka  przyglądała  mi  się  z  bardzo 

skupioną miną. Nagle powiedziała wolniutko: 

- Pan może mi się przydać... oczywiście, jeżeli pan będzie chciał zająć się tą sprawą... 

- Jaką sprawą, Krystynko? 

Nie odpowiedziała od razu, dopiero po chwili i przyznam się, że jej oświadczenie zdzi-

wiło mnie. Może nawet więcej niż zdziwiło. 

- Potrzebna mi rada. W tym domu dzieją się dziwne rzeczy. 

- Może ci się tylko, tak zdaje? - zapytałem, ale było coś w głosie Kryśki, co sprawiło, że 

zapytałem bez przekonania. 

- Nie zdaje mi się - odparła. - Wiem. Na przykład, ta skrzynia... 

W  tej  samej  chwili  coś  przeleciało  przez  pokój  i  na  twarzy  Kryśki  wylądował  mały, 

background image

 

 

przejrzały  pomidor.  Podbiegłem  do  okna.  Krzewy  przed  moim  oknem  chwiały  się  jeszcze  i 

wydawało mi się, że widzę pomiędzy nimi żółtą plamę, która szybko zginęła mi z oczu. 

- Co to za głupie żarty? - krzyknąłem, ale nikt mi nie odpowiedział. 

Cofnąłem się w głąb pokoju i podałem Kryśce swój ręcznik. 

- Nie, dziękuję. Pójdę się umyć. 

Potarła  policzek  wierzchem  dłoni,  w  pierwszej  chwili  sądziłem,  że  chce  wytrzeć  sok  z 

pomidora, później dostrzegłem, że były tam również i łzy. 

- Tak cię zabolało? - zaniepokoiłem się. 

-  Och,  nie...  -  powiedziała  cicho.  -  Ale  teraz  sam  pan  widzi,  że  w  tym  domu  dzieją  się 

niedobre  rzeczy.  Oberwałam  pomidorem  tylko  dlatego,  że  zachciało  mi  się  mówić  z  panem  o 

tym. Ktoś podsłuchiwał pod oknem... 

- Kto? 

- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Nie wiem właśnie... 

Kryśka stała już przy drzwiach i trzymała rękę na klamce, kiedy nagle odwróciła się i za-

pytała cicho: 

- Kiedy pan mieszkał w tym pokoju w czasie poprzedniego pobytu u dziadka, ta skrzynia 

już stała tutaj, prawda? 

Spojrzałem na dębową skrzynię, której zawartości Prot tak strzegł przede mną. 

- Z pewnością! - odparłem z przekonaniem. 

- Czy pan wie, co w niej jest? 

- Nie. Nie zaglądałem do niej nigdy. A ty? 

- Ja też nie. Klucze od kłódki dziadek zawsze trzyma przy sobie. Nawet w nocy kładzie je 

pod swoją poduszkę. Wydaje mi się właśnie - Kryśka ściszyła głos jeszcze bardziej - że jest w 

tym wszystkim jakaś tajemnica... 

Spojrzała na mnie z nagłą nieufnością. 

- Może pan sądzi, że ja sobie coś zmyślam? Nie, proszę pana! - zapewniła mnie. - Kiedyś 

opowiem panu więcej, ale teraz muszę już iść do kuchni. 

-  Poczekaj,  Krysiu!  -  chciałem  zatrzymać  ją  jeszcze  na  chwilę,  ale  pokręciła  głową 

background image

 

 

przecząco. 

-  Nie,  nie  teraz.  O  tej  rozmowie  nikt  nie  będzie  mógł  wiedzieć,  nikt!  O,  słyszy  pan?  - 

znieruchomiała nagle. 

Zacząłem nasłuchiwać, ale z głębi domu dobiegał jedynie nieokreślony jazgot. 

- Co to jest? - zapytałem. 

Kryśka spojrzała na mnie z wyraźnym obrzydzeniem. I dopiero wtedy zorientowałem się, 

że to przez radio śpiewał któryś z bigbitowych zespołów. 

Tego dnia Babetka spóźniła się na obiad. 

- Zawieruszyła się  gdzieś,  od południa na oczy jej  nie widziałam!  Z nią  to  tak  zawsze  - 

gderała Anita. - Gdzieś łazi, nad czymś rozmyśla, wykapany dziadek! 

Spojrzała  na  Prota,  ale  ten  tylko  uśmiechał  się  dobrotliwie  i  nawet  jednym  słowem  nie 

skwitował przycinków. 

- Ona najbardziej z usposobienia jest do Prota podobna  - mówiła dalej Anita. - Też taka 

jak Prot dziwna, całkiem nie do ludzkiego życia. Oni są jak owady jakieś, motyle albo biedronki, 

tylko  tak  by  się  snuli  po  świecie,  tu  na  roślince  przycupnąć,  tam  drzewo  oblecieć,  a  tu  znowu 

jakiś kwiat obejrzeć. To by im się podobało! Jak, Procie, nie mam racji? 

-  Może  i  masz,  Anito  -  powiedział  Prot  wolno  -  może  i  masz.  Ale  taka  znowu  zła  ta 

Babetka nasza nie jest, chociaż w dziadka poszła. 

- A czy ja mówię, że zła - żachnęła się Anita. - Tego mi nie przypisuj, Procie, bom tak nie 

mówiła.  Dziwna,  powiedziałam.  A  dziwna  nie  znaczy  zła.  Nalać  ci  jeszcze  kompotu,  Janie 

Sebastianie? 

Podsunąłem swój kubek pod brzeg wazy, Anita  nalewała mi kompot uważnie, żeby nie 

poplamić serwety. Nagle drgnęła, bo drzwi od ganku trzasnęły głośno. 

- Babetka - mruknęła Kryśka - czyli motyl albo biedronka. 

- Przepraszam za spóźnienie, ale zaszłam daleko, nie spojrzałam na zegarek, i tak jakoś... 

- To na drugi raz patrz, kiedy trzeba. Choćby co pięć minut. A nie żebym musiała osóbki 

jakieś odgrzewać, każdemu o innej porze. - burczała Anita, ale bez gniewu. 

Obejrzałem się, bo Babetka cały czas stała za moimi plecami, nie podchodząc do stołu. 

background image

 

 

Ubrana była w krótką płócienną spódnicę, i jaskrawożółtą bluzkę. A więc to chyba ona mignęła 

w krzewach malin pod moimi oknami! Zauważyłem, że ma ręce podrapane do krwi. 

- Biłaś się z kotem, Babetko?  - zapytałem, kiedy już usiadła przy stole. Pochwyciła mój 

wzrok. 

- Ach, to!... Nie, po, prostu, kiedy byłam w lesie, a właściwie, kiedy przechodziłam przez 

zagajnik... Dziękuję, Anito. Jestem strasznie głodna. 

Nachyliła  się  nad  talerzem  postawionym  przez  Anitę  i  pilnie  zajęła  się  jedzeniem. 

Obserwowałem ją nadal, aż wreszcie udało mi się zauważyć spojrzenie, które w pewnej chwili 

skierowała  na  Kryśkę,  właściwie  na  twarz  Kryśki,  na  miejsce  pod  okiem,  zaczerwienione  od 

uderzenia  pomidorem.  I  nie  zapytała,  co  jej  się  stało,  chociaż  każdy  pytał  o  to  i  każdy  zresztą 

otrzymywał tę samą odpowiedź: „Uderzyłam się o pal, który podtrzymuje sufit w starej kuchni". 

Potem  Babetka  opuściła  wzrok  i  spokojnie  jadła  -  zupę  szczawiową.  Jeżeli  działy  się  w  tym 

domu rzeczy zastanawiające Kryśkę, to zachowanie Babetki było pierwszą rzeczą, która zastano-

wiła mnie osobiście. 

Wypiłem  kompot  i  właśnie  zamierzałem  udać  się  do  swojego  pokoju,  aby  wreszcie 

rozpocząć pracę, kiedy rozległo się głośne ujadanie psów. 

-  Wyjrzyj,  Tomek!  -  poprosił  Prot.  -  Spójrz,  czego  one  tak  hałasują!  Tomasz  wstał, 

podszedł do okna i odwrócił się szybko. 

- Wopista z psem! - zakomunikował. - Idzie w stronę domu. 

Prot nie ruszył się z miejsca, natomiast Kryśka zaniepokoiła się wyraźnie. 

- Czego on tu szuka, dziadku? 

- A czy ja wiem? Czegoś tam musi chcieć. Z sieni dobiegł nas głos Anity. 

- A dzień dobry, dzień dobry! Niechże pan wejdzie, pan leśniczy jeszcze przy stole,  ale 

zaraz go poproszę. 

Weszła do pokoju niosąc drugie danie dla Babetki, za nią ukazała się w drzwiach wysoka 

postać w mundurze. 

- Przeszkadzam? - zapytał wopista. - Dzień dobry państwu. Dużo czasu nie zajmę... 

- Prosimy, niech pan siada! - Prot uniósł się z miejsca, uścisnął wyciągniętą dłoń. - Może 

background image

 

 

pan woli iść do kancelarii? - zapytał. 

- Nie, możemy tu porozmawiać. Ja mam tylko jedno pytanie do pana, panie leśniczy. 

Usiadł na krześle, czarny wilczur stanął obok jego kolan. Dwie pary oczu, jedne ludzkie, 

drugie psie, przesuwały się po naszych twarzach. Wreszcie zatrzymały się na mojej. 

- Nikogo obcego pan u siebie nie ma? - zapytał wopista Prota. 

-  Obcego  nie  mam...  -  odparł  Prot  spokojnie.  -  Przyjaciel  z  dawnych  lat  przyjechał 

wypocząć, ot i wszystko. 

- To pan? - wopista ciągle patrzył na mnie. 

- Tak. 

- Meldował się pan? 

-  Jeszcze  nie.  Przyjechałem  dopiero  wczoraj,  ale  zemelduję  się,  obywatelu  kapralu!  - 

zapewniłem go. 

Uśmiechnął się. 

- Tu strefa nadgraniczna  - powiedział. - Pan sam rozumie, musimy uważać. A że mamy 

właśnie pewne kłopoty, ja pana poproszą o dowód osobisty - zażądał grzecznie. 

Prot posłał Tomasza po moją marynarkę. Kiedy ją przyniósł, wyjąłem z portfela dowód 

osobisty i podałem go kapralowi. Obejrzał dokładnie, porównał zdjęcie z moją twarzą. 

- Dziennikarz? - zapytał. 

- Tak. 

Sprawdził jeszcze mój miejski meldunek, pieczątkę redakcyjną i zwrócił mi dowód. 

- Dziękuję! I proszę pamiętać: radzę panu jak najszybciej dokonać formalności. Biuro jest 

czynne codziennie od czternastej do osiemnastej. 

Spojrzałem na zegarek. 

- W takim razie pojadę do miasteczka jeszcze dziś - zdecydowałem się. 

- Bardzo dobrze! - pochwalił mnie kapral. 

- A pan? Może pana trzeba gdzieś podwieźć? Mam samochód. 

-  Nas  jest  dwóch!  -  wopista  poklepał  psa  po  masywnym  karku.  -  Jeżeli  to  możliwe, 

skorzystamy chętnie. 

background image

 

 

- Oczywiście. Jeszcze tylko pójdę po długopis i wypełnię kartę, bo przecież Prot musi mi 

podpisać. 

Prot już położył przede mną zielony blankiet. Kiedy wchodziłem do swego pokoju, do-

goniła mnie Kryśka. 

- Pojadę z panem, błagam! - powiedziała cicho. - Niech mi pan nie odmawia, bardzo pana 

proszę! To jedyna okazja, jedyna! To wprost znakomicie się składa! - nalegała. 

- Dobrze, Krystynko - zgodziłem się bez wahania. 

Kiedy wróciłem do jadalni, stała już obok mojego krzesła, jakby lękając się, że mogę nie 

dotrzymać słowa i pojechać sam. 

- Ja też jadę! - zwróciła się do Anity. - Pan już się zgodził. 

- Zgodziłeś się, Janie Sebastianie? - zapytała Anita. - Chcesz ją wziąć ze sobą? 

- Tak! - potwierdziłem i spojrzałem na Babetkę. Miała zaciśnięte usta i patrzyła w ziemię. 

- Czy ja też mogłabym pojechać? - zapytała gwałtownie. 

-  Przykro  mi,  Babetko.  Jedzie  przecież  pan  kapral  z  psem,  Krystynka  i  ja.  Może  innym 

razem? Naprawdę bardzo chętnie innym razem zabiorę ciebie... 

- Nie bądź natrętna! - powiedziała Monika, patrząc na Babetkę z wyrzutem. 

-  Ona  wcale  nie  jest  natrętna!  Po  prostu  zapytała,  czy  może  też  pojechać,  zwyczajna 

rzecz! - oburzył się Tomasz. - Chodź, Babetko, zagramy w badmintona. 

Ruszyli w stronę drzwi, zauważyłem, że Tomasz przepuścił Babetkę pierwszą, sam stanął 

w  progu  i  ręką  przytrzymywał  drzwi.  To  był  grzecznościowy  gest  mężczyzny,  do  tej  pory  nie 

zauważyłem  żadnych  grzecznościowych  gestów  ze  strony  Tomasza.  I  w  ogóle  uprzytomniłem 

sobie, że w jego głosie, kiedy zwracał się do Babetki, było coś, czego nie było, kiedy mówił do 

Kryśki lub do Moniki. Kapral z psem dojechał z nami aż do Rynku. 

-  Biuro  meldunkowe  jest  w  Radzie  Narodowej,  o  tam!  -  wskazał  mi  niewielki,  biały 

budynek obok kościoła. 

- Ja tam już byłam, trafię! - zawołała Krystynka. Kapral zasalutował. 

- Daj głos! - wydał komendę psu, który natychmiast szczeknął głośno. 

Jechałem powoli  w stronę Rady  Narodowej,  Krystynka siedziała obok  mnie, pochylona 

background image

 

 

do przodu. 

- O czym tak myślisz, Krysiu? 

- Zastanawiam się, kogo on szukał w leśniczówce. Kogo on miał nadzieję tam zastać, jak 

pan myśli? 

-  Myślę,  że  nikogo  nie  szukał,  po  prostu  spełniał  obowiązek.  Mówił  przecież,  że  tu  jest 

pas nadgraniczny i że muszą być czujni, to zrozumiałe. 

- A Ja myślę, że on kogoś szukał. Wczoraj w nocy widziałam sama... ktoś kręcił się koło 

starej kuchni. Jakiś mężczyzna. I to nie był ani dziadek, ani Tomasz. To był ktoś obcy. 

- Mówiłaś dziadkowi? 

-  Nnnnie...  -  odparła  początkowo  niechętnie,  jakby  z  wahaniem,  potem  ciągnęła  już 

raźniej. 

-  Kiedy  widziałam  tego  człowieka  na  początku  zeszłego  tygodnia,  wtedy  powiedziałam 

dziadkowi.  „Zdaje  ci  się!"  fuknął  na  mnie.  „Noc  jest  do  spania,  a  nie  do  siedzenia  w  oknie!" 

Mówiłam  dziadkowi,  że  nic  mnie  się  nie  zdawało,  że  w  starej  kuchni  ktoś  na  pewno  był. 

Powiedział,  żebym  nie  rozpowiadała  takich  głupstw,  bo  Anita  i  dziewczynki  będą  się  bały  w 

nocy spać... 

-  Słusznie!  -  przyznałem  rację  Protowi  i  zatrzymałem  wóz  przed  Radą.  Krystynka  nie 

wysiadła. 

-  Nie  wiem,  czy  słusznie...  zobaczyłam  tego  człowieka  po  raz  drugi  w  końcu  ubiegłego 

tygodnia, ze starej kuchni ktoś wyszedł do niego, a później obaj poszli do lasu... może się mylę, 

ale chyba jednak nie... chyba poznałam tego mężczyznę, który wyszedł z kuchni... 

Krystynka spojrzała na mnie niespokojnie. 

- To był Prot? 

-  Tak.  Kiedy  zapytałam  dziadka,  o  której  poszedł  spać,  powiedział  mi,  że  o  dziewiątej. 

Więc kiedy wczoraj znowu zobaczyłam tego obcego człowieka, wolałam już o nic nie pytać. 

-  Może  są  sprawy,  o  których  dziadek  nie  chce  mówić  nikomu!  -  chciałem  uspokoić 

Kryśkę. - Przecież nie musi się wam zwierzać ze wszystkiego. 

- Oczywiście! - przyznała. - Oczywiście, może to jest tylko zbieg okoliczności... 

background image

 

 

- Zbieg okoliczności? O czym ty jeszcze wiesz? Kryśka spojrzała na zegarek. 

- Może pan się zamelduje, a ja poczekam tutaj, dobrze? Potem, jeżeli pan będzie chciał, 

wejdziemy do kościoła. 

- Lubisz kościoły? - zapytałem. 

- Nie, nie lubię. Chcę tylko panu coś pokazać. To będzie dotyczyło zbiegu okoliczności... 

- Dobrze! - zgodziłem się. - Zaczekaj tu na mnie. 

Wysiadłem z wozu i skierowałem się w stronę wejścia do Rady. Opowiadanie Krystyny 

zaciekawiło mnie, chociaż byłem pewien, że Prot nie mógł robić nic złego, nawet jeżeli robił to 

„coś" po nocy i w tajemnicy przed resztą domowników. 

A  może  Krystynka  robi  ze  mnie  balona?  -  przemknęło  mi  przez  myśl.  Może  to  znowu 

jakieś wymysły całej czwórki? 

Kiedy  stałem  już  w  drzwiach,  odwróciłem  się  i  spojrzałem  w  stronę  wozu.  Krystynka 

siedziała  na  swoim  miejscu  tak  spokojnie  i  z  tak  smutną  miną,  że  już  sam  nie  wiedziałem,  co 

mam sądzić o tym wszystkim. 

Gdy  podałem  dowód  osobisty  i  kartę  meldunkową  urzędnikowi  siedzącemu  przy  stole, 

spojrzał na nazwisko, a później na mnie. 

- Aaa! To pan! - powiedział tonem, który wskazywał na to, że już słyszał o mnie. 

- Tak, to ja! - odparłem swobodnie. - Czekał pan na mnie? 

-  Ano,  czekałem!  -  przyznał.  -  Już się  tu  o  pana  nasze  władze  dopytywały,  meldowany, 

nie meldowany? Szukają pewno takiego, co się zameldować nie może albo nie chce. 

- Poważnie? Szukają kogoś? Urzędnik wzruszył ramionami. 

- Ja tam nie wiem. To ich sprawy, nie moje. Ja melduję tych, którzy się do mnie zgłaszają. 

Tych, co się nie zgłaszają, zameldować nie mogę, więc mojej winy nie ma... a tu, na pograniczu 

trafiają się różni ludzie... 

Nie wypytywałem dalej, ale zaczęło mi się wydawać, że, być może, Kryśka miała rację. 

Kapral z psem kogoś chyba szukał w leśniczówce. 

Kościół,  do  którego  weszliśmy  z  Kryśka,  był  wysoki  i  mroczny.  Tylko  przy  sklepieniu 

rozpraszało się światło, zabarwione kolorami witraży. 

background image

 

 

- To piękne, prawda? - zapytała Kryśka. 

Szliśmy  szerokim  przejściem  pomiędzy  ławkami,  w  stronę  głównego  ołtarza.  Byliśmy 

sami, nasze kroki rozbrzmiewały głuchym echem. 

- Tak, Krystynko, bardzo piękne. 

- Proszę zwrócić uwagę na te witraże - powiedziała. 

Mówiła szeptem, głowę uniosła do góry i szarymi, uczciwymi oczami Prota spoglądała na 

wysokie okna. 

Nie, ona mnie nie oszukuje! - pomyślałem. Ale i Prot jest z pewnością w porządku. Nie 

imałby się brudnych spraw! 

- Zauważyłem te witraże, to wspaniała robota - przyznałem. Kryśka zatrzymała się nagle. 

- A teraz proszę spojrzeć w bok... - szepnęła. 

We wnęce był ołtarz z wizerunkiem Madonny. Od głównego przejścia prowadził do niego 

czerwony chodnik, po którym szliśmy teraz. 

- Dlaczego pokazujesz mi ten obraz, Krysiu? Nie jest najlepszy, wydaje mi się, że... 

- Ach, nie! - przerwała mi. - Obraz nie jest ważny. Proszę spojrzeć w górę. 

Tak, tu okna pozbawione były witraży. Kolorowe szybki tłumiły dostęp światła. Ale było 

to zwykłe szkło wprawione w okienne ramy. 

-  To  jest  właśnie  zbieg  okoliczności,  o  którym  mówiłam...  Nie  wiem,  czy  pan  słyszał 

kiedyś o tym, będąc u dziadka? Nie od niego samego, ale od ludzi w miasteczku. Czy pan słyszał, 

że  te  wszystkie  witraże  zabezpieczono  w  czasie  wojny,  a  później  zwrócono  kościołowi,  i  że 

brakowało tylko tych, właśnie tych, z okien obok ołtarza Matki Boskiej? 

- Nikt mi o tym nie mówił - przyznałem. 

- Tak było. Milicja, historycy sztuki, wiele osób starało się odnaleźć resztę. Szukali tych 

witraży wszędzie, starali się odnaleźć jakiś ślad. I nic. Dopiero ostatnio... 

- Skąd o tym wszystkim wiesz? - przerwałem Krysi. 

-  Byłam  kiedyś  w  miasteczku  razem  z  Anitą.  Anita  poszła  na  targ,  a  ja  zajrzałam  do 

kościoła. Proboszcz oprowadzał akurat wycieczkę studentów historii sztuki i opowiadał im o tym 

szczegółowo.  Stąd  wiem,  że  ostatnio  natrafiono  na  pewien  ślad.  Znaleziono  kogoś,  kto  będąc 

background image

 

 

dzieckiem  mieszkał  obok  plebanii.  I  ten  ktoś  pamięta,  że  część  witraży  skradziono  w  czasie 

zabezpieczania, i pamięta również, że tej samej nocy, kiedy proboszcz stwierdził ich brak, jakiś 

człowiek zjawił się w domu, w którym mieszkał wtedy odnaleziony teraz świadek, i razem z jego 

ojcem wywozili coś do miejsca odległego, od kościoła o dziesięć kilometrów. 

- Skąd wiedział, że właśnie o dziesięć? - zainteresowałem się. 

- Bo pamiętał - wyjaśniła mi Kryśka - że ci ludzie mówili do jego matki: „To jest równo 

dziesięć  kilometrów  stąd,  do  rana  wrócimy,  Maryśka".  Powtarzam  panu  wszystko,  co  sama 

usłyszałam od księdza. W kilka dni  później zginęli  rodzice tego świadka, on sam  miał  dopiero 

dziewięć lat. Nigdy przedtem nie widział mężczyzny, który jechał z jego ojcem po nocy, ani nie 

słyszał wtedy żadnego nazwiska. 

- Może wieźli coś zupełnie innego? - powątpiewałem. 

- Nie. On pamięta, jak matka mówiła: 

„Czekajcie, jeszcze was kara boska spotka, kto to słyszał, kościół okradać". I płakała. 

- No, dobrze, Krystynko, ale od tego czasu minęło już tyle lat, że ten drugi, pozostały przy 

życiu  człowiek  mógł  tysiąc  razy  wywieźć  witraże  z  kraju,  zniszczyć  je  albo  przekazać  komuś 

innemu.  To  wszystko  nie  znaczy  jeszcze,  że  one  w  dalszym  ciągu  znajdują  się  w  promieniu 

dziesięciu kilometrów od kościoła! - tłumaczyłem. 

- Oczywiście! - zgodziła się. - Proboszcz myśli tak samo jak pan, chociaż poszukiwania 

ciągle trwają. A jednak bardzo się boję, że... 

Krystynka nie dokończyła. Stała obok mnie milcząc, jakby najtrudniejsza część jej zwie-

rzeń była zbyt ciężka do wyznania. 

- Czego ty się boisz, Krysiu? - zapytałem łagodnie i nagle poczułem wielką sympatię do 

tego brązowego, chudego stworzenia, które stało obok mnie tak oełne troski i obaw. 

- Boję się, że tym drugim człowiekiem był nasz dziadek. I nie mogę się z tym pogodzić. 

Dziadek  był  dla  mnie  zawsze  symbolem  czegoś  "naj"!  Uważałam  go  dotąd  za  cudownego 

człowieka i uważam nadal, a jednak... 

-  Na  czym  opierasz  te  obawy?  Przecież  nie  na  tym,  że  leśniczówka  jest  akurat  dziesięć 

kilometrów stąd i że dziadek mieszkał w niej już podczas wojny? To nonsens! 

background image

 

 

-  Tak,  to  byłoby  głupie,  gdybym  opierała  się  tylko  na  tym.  Ale  widzi  pan,  ja  słyszałam 

coś jeszcze... 

Kryśka odwróciła się i z wolna szliśmy do wyjścia. 

- Kiedyś przechodząc obok pokoju, w którym pan teraz mieszka, usłyszałam, jak dziadek 

z kimś rozmawiał. Nie wiem, z kim, bo słyszałam tylko głos dziadka. I właściwie zrozumiałam 

tylko kilka słów: „...to moja tajemnica... w naszym kościele przy ołtarzu Matki Boskiej... skarb 

większy, niż myślisz... nie zaglądam do tej skrzyni nigdy i boję się, żeby czas nie zniszczył...". 

Tyle słyszałam, ale to chyba dostatecznie dużo, prawda? 

Nie  odpowiedziałem.  To  było  dużo,  Krystynka  miała  rację.  Wyszliśmy  przed  kościół. 

Chciało mi się pić. 

- Chodź, Krystynko, widzę jakiś sklepik, może będzie tam woda sodowa. 

Wody  nie  było,  słodka  oranżada  nie  zaspokoiła  pragnienia.  W  nie  najlepszym  humorze 

wsiadłem do samochodu. Krystynka usiadła obok mnie smutna i zamyślona. Zrozumiała, że nie 

potrafię żadnym szybkim i logicznym wyjaśnieniem rozproszyć jej obaw. 

- Powtórzyłam panu to, co sama wiem - powiedziała, kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną. 

-  Może  panu  uda  się  przekonać  jakoś  dziadka,  żeby  zwrócił  wszystko.  Bo  myślę,  że  trzeba 

spróbować, może dziadek zrozumie... 

Zauważyłem obawę w jej wzroku. Może lękała się, że z punktu powiadomię o wszystkim 

milicję? 

- Oczywiście, że najpierw należy go przekonać! Jeżeli twoje obawy są słuszne, bo może 

nie są! - zastrzegłem. 

- I trzeba się spieszyć, bo przecież nie wiadomo, po co ten ktoś przychodzi do dziadka po 

nocy... - nagliła mnie nieudolnie. 

- Będę się starał możliwie szybko wyjaśnić tę sprawę, Krysiu! 

- Ale jak pan to zrobi? - zapytała. - Od czego pan zacznie? 

- Nie wiem! - odparłem. Bo naprawdę nie wiedziałem, od czego mam zacząć. 

 

background image

 

 

II. LUDZIE JAK WIATR 

 

 

Wróciliśmy  do  leśniczówki  przed  zachodem  słońca,  powietrze  było  parne,  nieruchome, 

nawet  odrobina  wiatru  nie  chwiała  koronami  drzew.  Poczułem  się  zmęczony.  Zajrzałem  do 

kuchni i łapczywie wypiłem kubek kompotu, który Anita zostawiła dla mnie z obiadu. 

- Pójdę się położyć, Anito. 

- A pewno! Przyjechałeś,  Janie Sebastianie, odsapnąć trochę, a nie odsapnąłeś ani  przez 

chwilę. Pewno, idź, się połóż. Jak będzie kolacja, przyślę kogoś po ciebie, najprędzej Babetkę, bo 

taka  smutna  chodziła,  jakżeś  z  Kryśką  pojechał,  że  aż  mi  żal  było  patrzeć.  Polubiły  ciebie 

dzieciaki, widzisz ty to? 

-  Tak.  One  są  zresztą  bardzo  miłe  -  powiedziałem,  starając  się  zapomnieć  o  swoim 

pierwszym wrażeniu. 

Mój  pokój,  północny,  był  mniej  nagrzany  od  innych.  Wyciągnąłem  się  na  łóżku  i  usi-

łowałem zasnąć. Nie mogłem jednak. Przypominało mi się ciągle opowiadanie Kryśki i bardzo 

chciałem  znaleźć  jakiś  prościutki  szyfr,  który  pozwoliłby  mi  rozwiązać  Krysiną  łamigłówkę. 

Mógłbym  wtedy  pójść  do  niej  i  powiedzieć:  No  i  zobacz,  Krystynko,  jakie  to  były  dziecinne 

mrzonki! 

Przez  pół  godziny  przewracałem  się  na  łóżku  usiłując  zasnąć.  Wreszcie  wstałem  i  wy-

szedłem  do  sieni.  Z  kancelarii  dobiegł  mnie  kaszel  Prota.  Uchyliłem  drzwi.  Prot  siedział  przy 

stole, pracowicie pochylony nad rachunkami. Od czasu do czasu przesuwał krążki liczydeł. 

- Czy mogę przeszkodzić, Procie? - zapytałem. 

Skinął  głową  i  dalej  podsumowywał  jakąś  rubrykę.  Dopiero  kiedy  skończył,  podniósł 

wzrok i spojrzał na mnie. Siedziałem już na wprost niego. 

- Co tam, Janie Sebastianie? - popatrzył na mnie uważnie. 

-  Właściwie  to  nic  takiego,  Procie.  Chciałbym  poszukać  czegoś  do  czytania  w  waszej 

bibliotece. 

background image

 

 

- A szukajcie, proszę, szukajcie jak u siebie. Po to są książki, żeby je czytać, a nie żeby 

tylko kurz na nich osiadał. 

Podszedłem  do  oszklonej  szafy,  w  której  Prot  trzymał  swój  księgozbiór.  Nieduży  był  i 

dobrany chaotycznie, widać, że to przypadek, a nie gust właściciela rządził tym zestawem. Przez 

chwilę przekładałem książki, oglądałem ich grzbiety, raz na najwyższej półce, raz na niższych. 

- Nic tam  chyba nowego nie znajdziecie, same stare, chyba że dziewczyny  coś  swojego 

dołożyły. 

- Ja nowych nie szukam. Wiecie, że właśnie to, co stare, bardziej mnie interesuje - 

odpowiedziałem z ożywieniem, bo od początku czekałem na chwilę, w której będę mógł 

wygłosić to zdanie. 

-  Stare  też  znacie.  Za  poprzednim  pobytem  wszystkieście  przeczytali  -  uśmiechnął  się 

Prot, złapany w moje sidła. 

- To prawda. Co tylko ruszę, okazuje się znajome. A w tej skrzyni, Procie, w tej, która u 

mnie stoi, nie macie przypadkiem czegoś ciekawego? 

Prot pochylił głowę, jakby go nagle zainteresowały przerwane obliczenia. 

- W skrzyni żadnych książek nie ma... - powiedział wolno. - Ja już wam chyba kiedyś to 

mówiłem Janie Sebastianie. Tam nie ma nic, co by was mogło zaciekawić... 

- A co tam trzymacie? - zapytałem, udając, że nic nie pamiętam. 

Prot przechylił się, sięgnął za siebie i wyjął z szafki, która stała za jego plecami, pękatą 

butelkę z nalewką i dwa kieliszki. 

- Napijecie się, Janie Sebastianie? 

- Połóweczkę. 

Podczas  gdy  napełniał  kieliszki  rubinowym  płynem,  ja  ciągle  czekałem  na  odpowiedź. 

Czyżby Prot w ogóle nie zamierzał mi jej dać? 

- Parny dzień... - powiedział Prot i otarł czoło białą chustką. - Ciężko pracować w takiej 

duchówce. A deszcz potrzebny, bo jak tak dalej pójdzie, lasy zaczną płonąć przy torach. 

Obracałem  w  palcach  nóżkę  kieliszka.  Zapytać  jeszcze  raz?  Przypomniałem  sobie 

powiedzonko, którym mnie raczył mój stryj przy brydżu: „Dobry furman dwa razy nawraca!" - 

background image

 

 

mówił, kiedy nie wychodziłem w odpowiedni kolor. Ale rozgrywka z Protem to nie był brydż, 

więc wahałem się. 

- Tak! - stwierdził Prot z zadowoleniem. - Udała się Anicie ta nalewka. To ubiegłoroczna, 

na wiśniach. Może jeszcze kapkę? 

- Nie, dziękuję, dla mnie i tego było za wiele. No cóż... Pójdę już, Procie, nie chcę wam 

przeszkadzać. 

- Nie przeszkadzacie mi, skądże znowu. Drzwi od kancelarii otworzyły się gwałtownie i 

do pokoju wpadła Babetka. 

- Dziadku!  - zawołała, ale na mój widok speszyła się i dopiero po  chwili  wolno dokoń-

czyła: - Chciałybyśmy obejrzeć sobie stare zdjęcia. Czy mogłabym je wziąć? 

- A weź sobie, dziecko, są w szafie w pudle! 

Babetka wyjęła z szafy kartonowe pudełko. Trzymając je pod pachą, stanęła przede mną. 

- Może i pan ma na to ochotę? 

-  Na  pewno...  -  mruknął  Prot  z  dziwnym  uśmieszkiem.  -  Jan  Sebastian  kocha  takie 

starocie... 

Wyszliśmy  na  ganek,  gdzie  przy  wiklinowym  stole  siedzieli  Tomasz  i  Monika.  Kryśka 

stała obok Anity i trzymała na wyciągniętych rękach gruby zwój wełny, którą Anita nawijała na 

kłębek.  Tomasz  podsunął  mi  fotel,  sam  przesunął  się  na  ławie  i  zrobił  obok  siebie  miejsce  dla 

Babetki. Usiadła i wolno rozwiązywała sznurek. 

- Jakie to dziwne! - westchnęła. - Oglądałam kiedyś te zdjęcia i pamiętam, że są tu nawet 

fotografie naszej prababci. Czy po nas też zostaną kiedyś tylko zdjęcia w kartonowym pudełku? 

- Ludzie są jak wiatr - powiedziała Anita obserwując uważnie bieg wełnianej nitki. - Jedni 

lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich 

serca złamane jak jakieś drzewa po huraganie. A inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na 

czas mogło kwitnąć i owocować. I po tych zostaję piękno naszego świata... 

Milczeliśmy wszyscy, Babetka z rękoma złożonymi  na kartonowym  pudełku, Monika z 

głową opartą na dłoniach, Kryśka stojąca nieruchomo i wpatrzona w Anitę, ja i wreszcie Tomasz 

z wyrazem szczególnego napięcia w oczach. 

background image

 

 

- Od czego zależy siła wiatru, Anito? - zapytał cicho. 

- Od nas samych. Od tego, co każde z nas ma w sobie! - powiedziała Anita bez namysłu i 

z  głębokim  przekonaniem.  -  Jeżeli  chcesz,  żeby  twoje  życie  było  piękne,  może  takie  być. 

Przecież to ty sam je układasz, nie? 

-  Tak,  ale  czasami  przychodzi  cierpienie  albo  coś,  co  jest  niezależne  od  naszej  woli  - 

wtrąciła Babetka nieśmiało. - Na przykład wojna albo czyjaś śmierć. I życie przestaje być piękne, 

chociaż można bardzo chcieć, żeby było. 

- A pewno! - zgodziła się Anita. - Ale cierpieć też można na różne sposoby. Jeden będzie 

ci  krzyczał  i  włosy  z  głowy  darł  pazurami,  a  drugi  zamknie  się  w  sobie.  I  chociaż  wam  się  to 

może w głowach nie pomieści, ale ja wam mówię, że z cierpienia człowiek też może wyjść o coś 

bogatszy. 

- O co? - zapytałem, bo zawsze ceniłem filozofię Anity. 

- O co? - powtórzyła ze zdziwieniem. - Ty mnie pytasz, Janie Sebastianie? Alboś ty sam 

mało  cierpiał  w  życiu?  Na  pewno  więcej  niż  ja.  I  co  w  tobie  cenię,  to  szacunek  dla  cudzego 

cierpienia i czyjejś troski. A tego ciebie nauczyły twoje własne nieszczęścia... Trzymaj, Kryśka, 

tę  wełnę  porządnie,  bo  nić  mi  plączesz!  -  huknęła  nagle.  -  Gapi  się  jak  to  cielę  na  malowane 

wrota! Buzię byś chociaż zamknęła, bo ci wrona wleci. Monika roześmiała się głośno. 

- A ty czego znowu? - spojrzała na nią Anita. 

- Bo to w końcu śmieszne, tak tu siedzisz, Anitko, w tej leśniczówce i tyle masz pracy, i 

tyle spraw na głowie, i jeszcze masz czas na myślenie. 

- Nie mam czasu na żadne myślenie! - fuknęła Anita. 

- Więc skąd wiesz o tym wszystkim, o czym nam mówiłaś? 

- Przecież ja tego nie wymyśliłam. Samo mi przyszło. 

Przyglądaliśmy  się  Anicie  w  milczeniu.  Siedziała  na  niskim  stołeczku,  tęga,  rumiana, 

siwowłosa. Pewnie nawet  nie wiedziała, że zastanawialiśmy się teraz nad każdym  z tych słów, 

które przed chwilą wypowiedziała tak łatwo i pewnie, jakby to były słowa wiersza wyuczonego 

na pamięć. 

-  Ty  wiejesz  jak  trzeba,  Anito!  -  powiedziałem,  sięgając  po  fajkę.  -  Czego  się  tkniesz, 

background image

 

 

kwitnie i owocuje... 

- E, nie gadaj, nie gadaj, Janie Sebastianie! - zniecierpliwiła się. - Niech ci lepiej Babetka 

pokaże  te  stare  fotografie.  Zacznij  od  pradziadka,  Babetko.  Pradziadek  jest  w  tej  zielonej 

kopercie, sama go tam kładłam. 

Wyjmowaliśmy kolejno grube, sztywne kartoniki. Kiedy Prot wyszedł na ganek, ogląda-

liśmy właśnie zdjęcie jego ojca. 

- Chyba był groźny, dziadku? - zapytała Monika podsuwając fotografię Protowi. - Ma taki 

surowy wygląd! 

-  W  miarę  groźny,  Monisiu.  Jak  przychodziło  co  do  czego,  to  potrafił  się  ze  mną  roz-

prawić. Spuszczał mi lanie na pokładankę. 

- Co to znaczy „na pokładankę"? 

- Kładł na kolanie i wrzepiał do wiwatu! - roześmiał się Prot. 

- Więc jednak był groźny! - powtórzyła Monika. 

- Nie. Na co dzień to on był cichy i małomówny. 

Babetka wyjęła teraz z pudełka następną kopertę. Zajrzała do niej. 

- To zdjęcia babci... - szepnęła. Prot sięgnął po jedno z nich, popatrzył chwilę i położył na 

stole przed nami. 

- Tak, to moja żona - zwrócił się do mnie. - Z okresu naszego narzeczeństwa. Spójrz tyl-

ko, Janie Sebastianie, jakie piękne miała oczy... 

- Żadna z nas nie jest podobna do babci Małgorzaty - westchnęła Kryśka z żalem. - Ja w 

każdym razie nic a nic nie jestem do niej podobna. 

Prot spoglądał teraz na swoje wnuczki uważnie, jakby szukał w ich twarzach czegoś, cze-

go dotąd nie udało mu się dostrzec. 

- Nie, Krystynko, ty nie jesteś do babci podobna. I Monika też nie.. 

Kiedy spojrzał na Babetkę, na jego twarzy pojawił się uśmiech. 

- Może jedna Babetka... 

- Naprawdę? - ucieszyła się. - A co ja mam po babci? 

Prot przesunął ręką po jej czole i podbródku. 

background image

 

 

- Czoło, nos i chyba kształt głowy. 

Cofnął rękę gwałtownie i zacisnął w pięść, jakby chciał zatrzymać w niej coś dalekiego, 

nieuchwytnego, coś, co wróciło teraz nieoczekiwanie. 

Prot wyszedł na dwór. Około godziny oglądaliśmy jeszcze zdjęcia, ale były coraz mniej 

odległe i mniej ciekawe. Postanowiłem pójść do swojego pokoju i ponowić próbę wypoczynku. 

Kiedy  wstałem  od  stołu,  jeszcze  raz  spojrzałem  na  dziewczęta.  Monika  i  Kryśka  zajęte  były 

układaniem  fotografii.  Babetka  zaś  siedziała  oparta  o  ścianę  i  patrzyła  w  bok,  nie  mogłem  ze 

swojego miejsca dojrzeć jej spojrzenia, widziałem jednak, komu przyglądała się tak uporczywie. 

I wtedy usłyszałem słowa Tomasza: 

- Masz dzisiaj dziwne oczy. Wyglądają jak nie ubrana choinka. 

I  pomyślałem  wtedy,  że  są  ludzie,  którzy  godzinami  czuwają,  aby  zobaczyć  moment, 

kiedy pączek rośliny zamienia się w liść, że są również tacy, którzy z kamerą pilnują chwili, w 

której  pisklę  wydobywa  się  ze  swojej  skorupki.  I  że  mnie  trafia  się  inna  okazja.  Mogłem 

zobaczyć, jak z gestów, ze słów, ze spojrzeń i lekkich dotknięć ręki powstaje może... przyjaźń, 

może... miłość. 

 

Obudził  mnie  wiatr:  Kiedy  otworzyłem  oczy,  biała,  przejrzysta  firanka,  którą 

przysłonięte,  było  okno  w  moim  pokoju,  wydymała  się  jak  nieforemny  balon.  Było  ciemno, 

musiały  nadejść  chmury  i  przesłonić  księżyc.  Chciałem  zapalić  lampkę  przy  swoim  łóżku,  ale 

światła nie było. Widać wichura uszkodziła gdzieś przewody, to często zdarzało się w leśniczó-

wce.  Przy  płomyku  zapalniczki  spojrzałem  na  zegarek.  Dochodziła  druga.  Prąd  zimnego  po-

wietrza szedł od okna, zrobiło mi się chłodno, postanowiłem wstać i wyjrzeć na dwór. 

Po omacku odnalazłem swój gruby sweter, naciągnąłem go na siebie i podszedłem do ok-

na.  Widać  było  stąd  doskonale  ciemny  zarys  budynku,  w  którym  mieściła  się  stara  kuchnia,  a 

kiedy  mój  wzrok  przywykł  do  ciemności,  potrafiłem  nawet  od  reszty  domku  odróżnić 

przybudówkę-spiżarnię. Dokoła panowała cisza i spokój, żaden cień nie przemykał się w pobliżu, 

żadne światło nie migotało w oknach kuchni, nie działa się żadna z tych rzeczy, których mogłem 

oczekiwać. 

background image

 

 

Zamknąłem  okno  i  usiadłem  na  łóżku.  Ćmiąc  fajkę  wpatrywałem  się  przed  siebie, 

zafascynowany tajemniczą nieruchomością sprzętów, które nocą wyglądają inaczej niż za dnia. 

Na wprost mojego łóżka, pod ścianą, stała skrzynia Prota. Prosta, dębowa skrzynia. Pamiętałem 

miejsca, w których zdobiły ją okucia, i chociaż nie widziałem ich teraz wyraźnie, mógłbym i tak 

bezbłędnie trafić ręką wprost na metalowe, półokrągłe uchwyty po jej bokach, mógłbym, nawet z 

zamkniętymi oczyma, dotknąć płaskich rzeźbionych ozdób i małej pociemniałej od rdzy kłódki... 

Znałem tę skrzynię na pamięć - była tak piękna, że oglądałem ją wiele razy. Teraz stała na niej 

moja torba podróżna, w której, jak sobie przypomniałem, powinna być latarka. Wstałem więc i 

idąc pewnym krokiem zbliżyłem się do skrzyni. Kiedy oparłem się o nią kolanem, poczułem, że 

uwiera mnie jakiś dziwny przedmiot. Co to może być? Przecież nie kłódka, bo kłódka wisiała z 

boku. Nie, to 

musiało być coś zupełnie nowego, coś, czego tu dotąd nie było. 

Odsunąłem kolano i dotknąłem ręką dziwnego przedmiotu. Był duży i ciężki. A jednak... 

jeszcze raz przesunąłem po nim dłonią, jeszcze raz uniosłem do góry... tak, to jednak była kłódka. 

Tylko inna, nowa. Kłódka, której z pewnością nie widziałem odpoczywając w swoim pokoju po 

powrocie z miasteczka. Kto i kiedy ją założył? 

Nie  potrzebowałem  zastanawiać  się  długo,  aby  rozwiązać  tę  zagadkę,  była  prostsza  od 

zagadek Krystyny. Kłódkę założył Prot, kiedy oglądałem zdjęcia na ganku, teraz przypomniałem 

sobie,  jak  wyszedł  na  dwór,  jak  wrócił  i  niósł  w  ręku  swoje  drewniane  pudło  z  podręcznymi 

narzędziami.  Tak,  to  Prot,  zaniepokojony  naszą  rozmową  w  kancelarii,  zabezpieczył  skrzynię 

przede  mną!  Dlaczego? Na  to  pytanie  już  nie  umiałem  znaleźć  odpowiedzi,  bo  łączyła  się  ona 

chyba z zagadką Krystyny. 

Przewracając  bezładnie  wszystkie  rzeczy  w  torbie  znalazłem  wreszcie  latarkę.  Skiero-

wałem światło na kłódkę. Prot nawet  nie usiłował  przymocować jej dyskretnie, z boku. Chyba 

nawet  przeciwnie, celowo zawiesił kłódkę na najbardziej widocznym  miejscu, aby stała się dla 

mnie  ostrzeżeniem.  Właściwie,  dopiero  teraz  ogarnął  mnie  prawdziwy  niepokój.  W  tej  skrzyni 

istotnie musiało być coś, czego Prot strzegł przed ludźmi. Jeżeli nie były to witraże, to... to co? 

Znowu  podszedłem  do  okna,  wyjrzałem  na  dwór.  Stara  kuchnia  przycupnięta  w  kącie 

background image

 

 

podwórza spała spokojnie, spokojnie spały psy w swoich budach, chyba tylko ja jeden snułem się 

tu tej nocy, targany niepokojem o starego przyjaciela. 

Sen  chwycił  mnie  nagle,  tak,  że  rano  obudziłem  się  na  kołdrze,  wypalona  fajka  leżała 

obok  łóżka,  na  podłodze.  Ze  snu  wytrąciły  mnie  jakieś  dziwne  głosy.  W  pierwszej  chwili 

wydawało mi się, że jest ich bardzo wiele, dopiero po jakimś czasie uprzytomniłem sobie, że to 

zaledwie jeden głos, za to ostry i wibrujący. Monika ćwiczyła swoje wokalizy. Widocznie jednak 

zdążyłem  przywyknąć  już  do  wnuczek  Prota,  bo  nie  ogarnęło  mnie  ani  zniecierpliwienie,  ani 

złość. Raczej coś w rodzaju rozrzewnienia towarzyszyło mi aż do śniadania. 

- Pięknie! - pochwaliłem Monikę, kiedy wszyscy spotkaliśmy się przy stole. - Masz silny 

głos. 

- Obudziłam pana? A ja myślałam, że śpiewam bardzo cicho. 

-  Możliwe,  że  potrafisz  robić  to  głośniej!  -  roześmiałem  się.  -  Kiedyś  musisz  mi 

zademonstrować całą skalę swojego głosu! - zaproponowałem Monice. 

-  Teraz  nie  mogę!  Boli  mnie  głowa,  zawsze  mnie  boli  głowa,  kiedy  zrywa  się  wiatr. 

Słyszał pan, jak wiało dziś w nocy? 

- Nie. Spałem. Obudziłem się tylko na chwilę. A gdzie się podział wasz dziadek? 

-  Przyjechał  nadleśniczy,  dziadek  poszedł  z  nim  do  szkółki  -  odpowiedziała  Babetka 

skubiąc suchą bułkę. - Jeśli ma pan ochotę, możemy też tam pójść. Był pan już w szkółce? 

- Nie, właściwie nie robiłem jeszcze żadnych spacerów, chętnie pójdę z tobą, Babetko. 

Uśmiechnąłem się, ale bardziej do siebie niż do Babetki, bo rozbawiła mnie nagle ta rola 

dobrego wujaszka, którą zachciało mi się grać od rana. 

- Ty doprawdy nic nie jesz! - powiedziałem. - Sucha bułka na śniadanie to chyba za mało, 

Babetko? 

-  Och,  nie!  To  nawet  za  dużo  o  suchą  bułkę!  Nie  powinnam  w  ogóle  jadać  śniadań. 

Śniadania są strasznie tuczące... 

Była  w  znakomitym  humorze.  Zauważyłem,  że  miała  na  ręku  trzy  srebrne  kółka,  które 

dźwięczały przy każdym ruchu. Może niezbyt pasowały do podrapanej dłoni, ale były widomym 

znakiem,  że  Babetka  zadbała  o  siebie  tego  dnia.  Kucyki  przewiązała  przy  uszach  czerwonymi 

background image

 

 

aksamitkami. Wczoraj w tych miejscach były zwyczajne gumki od lekarstw. 

- A gdzie Tomek? - zapytałem. 

- Poszedł po szyszki. Ja nie poszłam. 

- Dlaczego? Nie lubisz zbierać szyszek? 

- Lubię, ale dziś jest mój dzień na zmywanie. Poszedł z Kryśką. 

- Czy panu nie wydaje się, że Tomkowi Kryśka się podoba? - zapytała nagle Monika. 

- Nie, nie wydaje mi się. A tobie? 

- Mnie się wydaje! 

- Tomek przyjaźni się z Kryśka - wtrąciła Babetka ostro. - Czy zaraz trzeba robić z tego 

takie halo? 

- Nie  robię żadnego halo  -  odparła Monika spokojnie  - ty raczej  zrobiłaś halo  z mojego 

pytania. Jeżeli pan już zjadł, to umyj szklanki i możecie pójść do szkółki. 

- Zjadłem, dziękuję! A ty, Moniko, wybierzesz się z nami? 

- Nie, ja nie mogę. Obiecałam Anicie, że jej pomogę przy robieniu obiadu. Dziś pierogi z 

wiśniami. 

Babetka zebrała ze stołu i wyniosła naczynia do kuchni. Monika uśmiechnęła się z wy-

raźną ironią. 

- Jest śmiesznie zazdrosna. 

- O kogo? - udałem zdziwienie. 

- O Tomka. Widział pan jej minę, kiedy powiedziałam, że Tomkowi podoba się Kryśka? 

- Moniko...! 

- Och, może nie powinnam tego panu mówić! - zreflektowała się gwałtownie. 

Nie powinna mówić, a jednak powiedziała. Zaczęło mi się wydawać, że Monika jest bar-

dziej  zazdrosna  o  Tomka  niż  Babetka  i  że  nie  przyznaje  się  do  tego  sama  przed  sobą.  Czy  jest 

jeszcze dziecinnie przewrotna, czy może już taka na zawsze zostanie? 

-  Zdarzyło  mi  się  kiedyś  pokochać  dziewczynę,  z  którą  później  ożenił  się  mój  brat.  To 

bolało trochę, wiesz? Ale on nigdy nie dowiedział się o tym. 

Monika  nie  dopatrzyła  się  związku  pomiędzy  tym,  co  powiedziałem,  a  sobą.  Zapytała 

background image

 

 

tylko: 

- Czy to potem panu przeszło? 

- Przeszło mi. 

- Tak zupełnie? Bez śladu? 

- A czy jakiekolwiek uczucie może przechodzić bez śladu? Jak myślisz, Moniko? Chyba 

każde zostawia ślad? 

Nie  odpowiedziała.  W  tej  samej  chwili  wróciła  Babetka,  szła  szybko  przez  pokój, 

jednocześnie wkładając sweter. 

- Możemy iść! - powiedziała. - Trzy szklanki umyłam, dwie stłukłam, dlatego tak szybko 

poszło. 

Włożyłem wiatrówkę i wyszliśmy przed dom. Po zimnej nocy przyszedł zimny dzień. 

- Z pogodą to jak z humorem, właściwie nigdy nie wiadomo, kiedy się zmieni i do jakiego 

stopnia.  Ty,  na  przykład,  wczoraj  byłaś  w  złym  humorze,  a  dziś  jesteś  w  dobrym.  Pogoda 

odwrotnie. 

- Ja wczoraj, też byłam w dobrym humorze! 

- Oj, chyba nie! 

- Byłam w bardzo dobrym humorze! - upierała się Babetka. - Nie wiem, dlaczego uważa 

pan, że nie. 

- A kto rzucił w Kryśkę pomidorem? - zapytałem nagle. Zatrzymała się. 

- W Kryśkę? Pomidorem? - patrzyła mi prosto w oczy. - Ja? W Kryśkę? Pomidorem? 

- Tak, ty! 

- Dlaczego pan mnie o to posądza? 

-  Po  pierwsze,  dlatego  że  widziałem,  jak  zwiewałaś  w  maliny.  A  po  drugie,  dlatego  że 

kłamiesz teraz. 

Opuściła głowę i znowu ruszyła do ataku. 

- Rzuciłam w Kryśkę pomidorem dlatego, że jest wścibska, wszędzie chce wetknąć nos. 

Przecież słyszałam, co ona panu mówiła... 

- Ach tak? Więc jeszcze podsłuchiwałaś na dokładkę. No, no, ładny z ciebie numer! 

background image

 

 

Roześmiała  się.  Potem  zaczęła  przeskakiwać  z  jednej  kępy  trawy  na  drugą.  Wreszcie 

zatrzymała się, poczekała na mnie i znowu szliśmy obok siebie. 

- W tym domu nie ma żadnych tajemnic. Żadnych! - powiedziała dobitnie. 

- Każdy dom ma swoje tajemnice. Inaczej nie byłby domem - odparłem prowokacyjnie. - 

A co dopiero, kiedy w grę wchodzi dom tak sędziwy jak leśniczówka. Tu muszą być tajemnice, 

rozumiesz, Babetko? 

- Możliwe... - zgodziła się. - Ale jeżeli nawet są, to po co je odkrywać? 

- Ty je znasz? - zapytałem. 

Nie odpowiedziała. 

- Znasz je! - stwierdziłem. 

- Jedną znam. Ale nie zdradzę jej nikomu... - powiedziała Babetka tak cicho, że ledwie do 

słyszałem. 

- Dlaczego? Czy jest aż tak przerażająca? 

Znowu nisko zwiesiła głowę i milczała. Zatrzymałem się i na siłę podniosłem jej brodę do 

góry.  Odwróciła  głowę  w  bok,  ale  zbyt  późno.  Zdążyłem  zauważyć  oczy  pełne  łez.  Wziąłem 

podrapaną dłoń w swoją rękę i ruszyliśmy dalej w stronę szkółki. 

- Nie! - odpowiedziała Babetka po chwili. - Wcale nie jest przerażająca. 

 

* * * 

Monika i Kryśka grały w badmintona. Usiadłem na ławce przed domem i obserwowałem 

bieg lotki. 

Dlaczego marnuję czas? Powinienem teraz tkwić w swoim pokoju i zabierać się do pracy. 

A ja siedzę sobie w charakterze widza, patrzę, jak ta nieszczęsna lotka, fruwa w powietrzu, a co 

gorsza,  nabieram  coraz  większej  ochoty,  żeby  wyjąć  rakietę  z  rąk  Moniki  i  spróbować  tej 

zabawy. Wydaje mi się śmiesznie łatwa, ale to pewnie złudzenie. Jeżeli spróbuję, wygłupię się 

przed dziewczętami, a poza tym wieczorem będą mnie bolały wszystkie kości. O, Monika znowu 

nie odbiła lotki, chociaż padała jej wprost na rakietę! No nie, dajcie spokój, przecież to doprawdy 

żadna  filozofia,  trzeba  było  tylko  trochę  podskoczyć.  Chyba  spróbuję.  A  jeżeli  rozłożę  się  jak 

background image

 

 

długi  na  tym  żwirku?  Nie  zaryzykuję,  miałyby  zbyt  wiele  radości.  Teraz  Kryśka!  Czy  one 

doprawdy nie potrafią ruszać się trochę szybciej, a nie jak muchy w smole? Ja bym potrafił, ale 

może mi się tylko tak zdaje? Spróbować? Nie, nie spróbuję. Chociaż mógłbym, mimo że Monika 

i Kryśka uważają mnie z całą pewnością za kompletnego starca! W gruncie rzeczy osiągnąłem 

dopiero  wiek,  w  którym  człowiek  powinien  być  w  szczytowej  formie  psychicznej.  Fizyczna 

pozostawia  już  trochę  do  życzenia,  zwłaszcza  moja,  pewnie  właśnie  dlatego,  że  nie  uprawiam 

żadnego sportu. Nie, Krystynko, nie! Ruszasz się tak ciężko, jakby każda z twoich młodych nóg 

ważyła sto kilo! Ja ci zaraz pokażę, jak trzeba się ruszać... 

-  Moniko!  -  zawołałem.  -  Czy  mógłbym  wziąć  od  ciebie  rakietkę  na  dziesięć  minut? 

Tylko uprzedzam was, że ja jeszcze nigdy w życiu w to nie grałem! - zaznaczyłem przezornie. 

Monika zbliżyła się do mnie, podała mi rakietkę. 

- Proszę bardzo! To łatwo, nawet dziadek Prot próbował kiedyś i poszło mu świetnie. 

No, jeżeli Protowi poszło świetnie, to mnie pójdzie znakomicie, Prot ma przecież blisko 

dwa razy więcej lat niż ja! - pomyślałem z ulgą i podniosłem się z ławki. 

Kiedy  pierwszy  raz machnąłem rakietą, wyleciała mi ż ręki i  wylądowała obok Kryśki. 

Podała mi ją z uśmiechem pełnym wyrozumiałości. 

- Panu pokręciła się lotka z rakietą! Rakietę trzyma się w ręku. 

Udawałem, że jej uwaga szalenie mnie rozbawiła. 

-  Cha,  cha!  -  zaśmiałem  się  nieszczerze  i  odważnie  odbiłem  lotkę  w  stronę  Kryśki. 

Poleciała wysoko i upadła za moimi plecami. 

- O, do czorta! - zdenerwowałem się. 

Kryśka  podniosła  ją  i  odbiła  w  moją  stronę.  No,  wreszcie  udało  mi  się  dobiec  w  porę, 

jednakże pycha, w którą wpadłem na ułamek sekundy, była przedwczesna. 

-  Zupełnie  nieźle!  -  pochwaliła  mnie  Kryśka  pomimo  wszystko  i  odwracając  głowę  w 

stronę domu zapytała: 

- Prawda, Anito? 

Anita stała na ganku. 

- Pewno, że nieźle! Gdzie by człowiek nie spojrzał, tam Jana Sebastiana widzi. 

background image

 

 

No, tak. Widocznie była tu  już przez chwilę i obserwowała, jak miotałem  się po całym 

podwórku.  Stanowczo  powinienem  zrezygnować  z  dalszej  gry,  ale  obudził  się  we  mnie  duch 

walki, przypuszczam, że coś takiego budzi się w toreadorze na widok byka i w byku na widok 

toreadora. 

- Gramy dalej, Kryśka! - zawołałem. 

- Poczekajcie, niech ja przejdę! 

Anita  zeszła  ze  stopni  ganku  i  wolno  skierowała  się  w  stronę  starej  kuchni.  Podałem 

rakietę Monice. 

- Rezygnują! Graj ty. Ja pójdę z Anitą. 

Już wczoraj miałem ochotę zajrzeć do kuchni pod jakimś pretekstem. Wziąłem od Anity 

kosz na ziemniaki. 

- Pomogę. Po raz pierwszy na coś się tu przydam. 

-  E,  tam,  nie  musisz  się  na  nic  przydawać,  Janie  Sebastianie,  nie  po  to  przyjechałeś. 

Tomaszkowi  zapomniałam  powiedzieć,  żeby  mi  przyniósł...  -  pchnęła  drewniane  drzwi 

zamocowane na skrzypiących, zardzewiałych zawiasach. - Wejdź, tylko uważaj, bo tu sufit belką 

podparty... 

- Nie zamykacie na kłódkę tych drzwi, Anito? 

- A po co? Nic tu  nie ma ważnego. Ziemniaków parę metrów, ser, masło, trochę mięsa. 

Kto się na to będzie łaszczył? Ja sobie już kosz wezmę, a ty mi, Janie Sebastianie, tylko tę klapę 

podnieś i latarką do góry poświeć, bo tam to tak ciemno jest, że nic nie widać... 

Podniosłem ciężką przykrywę zasłaniającą wejście do piwnicy i latarką Anity oświetliłem 

ciemne wnętrze. Anita schodziła pomału. 

- Jezusie, o małom nie spadła... -  zatrzymała się w połowie drabiny.  -  Trzymaj  ty, Janie 

Sebastianie, to światło jak należy! 

Przestałem rozglądać się po kuchni i skupiłem uwagę na oświetlaniu drogi Anicie. Kiedy 

zeszła,  znowu  mogłem  popatrzeć  dookoła.  Kuchnia  była  zniszczona,  widać  nikt  z  niej  nie 

korzystał  od  lat.  W  progu  stał  rozpadający  się  piec,  obok  jakieś  stare  wiadra,  jakieś  połamane 

grabie, zdarta miotła i drewniana skrzynka, pusta, z resztkami węgielnego pyłu na dnie. Sufit był 

background image

 

 

poczerniały, w kątach wisiały pajęczyny, a okno... Chyba się nie myliłem! Okno było aż szare od 

kurzu  i  przez  szybę  nie  było  nic  widać,  nawet  zarysu  drzew  rosnących  tuż  obok.  A  jednak  na 

samym  środku,  widziałem  dokładnie,  na  samym  środku  szyby  jaśniał  krążek  wielkości 

spodeczka! 

Anita podała mi kosz pełen ziemniaków, wyszła z piwnicy otrzepując zamaszyście swój 

gospodarski fartuch. 

- Mógłby Prot piwnicę w naszej kuchni zrobić, a nie żebym tak się musiała mordować! 

Sama  zamknęła  klapę,  a  ja  trzymając  kosz  w  ręku  zbliżyłem  się  do  okna.  Spojrzałem 

przez  przetartą  szybę.  Widać  było  dróżkę  prowadzącą  do  domu;  widać  było  ganek  i...  i  nic 

więcej. 

- Ktoś tu sobie zrobił punkt obserwacyjny, Anito! 

Spojrzała w moją stronę, wzruszyła ramionami i powiedziała bez zainteresowania: 

-  Pewnie  dzieciaki.  Wszędzie  się  plączą.  Najpewniej  Tomaszek,  jak  po  ziemniaki 

przychodził. 

To  było  prawdopodobne  i  może  jasny  krążek  nie  interesowałby  mnie  dłużej,  gdybym 

nagle nie spojrzał w głąb drewnianej skrzynki. Z poprzedniego miejsca widziałem tylko resztki 

miału, teraz dostrzegłem coś jeszcze. W samym kącie, na rozwiniętym pakowym papierze leżały 

resztki  nie  dojedzonych  kromek  chleba.  Chyba  jednak  Tomasz  nie  musiał  przychodzić  do 

piwnicy  z  kanapkami  zawiniętymi  w  szary  papier,  dosyć  było  jedzenia  w  leśniczówce...  Anita 

stała w drzwiach. 

-  Pośpiesz  się,  Janie  Sebastianie!  -  poganiała  mnie.  -  Czego  ty  tam  szukasz  po  tych 

brudnych kątach? 

Wyszliśmy na dwór. Zaniosłem Anicie ziemniaki do kuchni i poszedłem do siebie. Otwo-

rzyłem okno i usiadłem przy stole. Wyjąłem swoje notatki, chciałem je przejrzeć, żeby wreszcie 

zabrać się do konkretnej pracy. 

- Ona po prostu wmawia w siebie! - usłyszałem nagle głos Moniki. - Tomek wcale w niej 

się nie kocha, wcale! 

- Podoba mu się, to widać. 

background image

 

 

Kryśka i Monika rozmawiały tuż pod moim oknem. Chcąc nie chcąc słyszałem każde sło-

wo. 

- Mylisz się! Ona wcale nie jest w jego typie! - zaprzeczyła Monika. - Mówił mi kiedyś, 

że ze swoją urodą pasowałaby do filmów kowbojskich. 

- Co z tego, że tak mówił? - głos Kryśki zabrzmiał ostro. - Być może jemu podobają się 

właśnie takie dziewczyny? Zwróć uwagę, jak on na nią patrzy... 

-  Na  mnie  patrzy  podobnie,  a  może  nawet...  -  Monika  urwała,  a  potem  zakończyła 

gwałtownie: - Och, ja i tak mam u niego większe szansę. 

- Ty? Ty u niego nie masz żadnej szansy! - roześmiała się Krystynka szczerze. - Przecież 

on na ciebie w ogóle nie zwraca uwagi. Bardzo mi przykro! - dorzuciła drwiąco. 

-  Dziecinna  jesteś.  Obydwie  jesteście  dziecinne,  i  ty,  i  Babetka.  Nadajecie  się  do  klasz-

toru. Zwłaszcza Babetka. 

- Do klasztoru? - oburzyła się Kryśka. 

- Zwariowałaś chyba! Babetka ze swoją perkusją? 

-  Babetka  ze  swoją  perkusją!  -  powtórzyła  Monika.  -  Właśnie  ona.  Babetka  jest  zbyt 

pozytywna, perkusja jej nie ratuje. Od takich dziewczyn chłopcy dostają mdłości. Są nudne. 

- Babetka nie jest nudna! 

- Może ty się z nią nie nudzisz. Ale Tomek...? 

- Z nas trzech Tomek najbardziej lubi Babetkę. Myśl sobie o tym, co ci się podoba, ale tak 

jest! 

- Mmmm... - zamruczała Monika. - Sądzisz, że najbardziej lubi Babetkę? 

- Na pewno! - odparła Krystynka z przekonaniem. - Na pewno - powtórzyła. 

- Naiwna jesteś, dziecino! Wściekle naiwna, przekonasz się o tym niedługo. 

Za  oknem  zapadło  milczenie,  położyłem  przed  sobą  arkusz  papieru  i  trzymając  w  ręku 

długopis  zastanawiałem  się  nad  pierwszym  zdaniem  mojej  książki.  W  gruncie  rzeczy  wy-

myśliłem je już dawno, ale nagle wydało mi się zupełnie nieodpowiednie, kiepskie stylistycznie. 

-  Grasz  czy  nie?  -  usłyszałem  znowu  głos  Kryśki.  -  Bo  jeżeli  w  dalszym  ciągu  jesteś 

zmęczona, to ja idę do domu, mam już dość siedzenia na tej ławce. 

background image

 

 

- Mogę grać. 

Usłyszałem ich kroki za oknem, potem zrobiło się już zupełnie cicho i właściwie mogłem 

się spokojnie zabrać do  roboty.  Ale właśnie w chwili, kiedy miałem zanotować kolejną wersję 

pierwszego zdania, rozległo się pukanie do drzwi. 

- Proszę... 

Weszła Babetka. 

-  Och,  pan  pracuje?  -  zatrzymała  się  w  progu  i  patrzyła  na  mnie  z  niedowierzaniem, 

widocznie wnuczki Prota zwątpiły już w to, abym kiedykolwiek wykazał się natchnieniem. 

-  Wejdź,  Babetko!  -  powiedziałem  z  nadzieją,  że  Babetka  uszanuje  jednak  mój  nastrój 

twórczy. 

Nie  uszanowała.  Weszła  i  energicznie  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Następnie  usiadła  na 

parapecie okna i westchnęła ciężko. 

- Przykro mi bardzo - powiedziała - ale przyszłam do pana po składkę. 

- Po jaką składkę? 

- Za kilka dni są imieniny Anity. Musimy jej kupić prezent. 

-  Oczywiście!  I  niepotrzebnie  jest  ci  przykro,  bo  chętnie  będę  uczestniczył  w  składce  - 

uspokoiłem Babetkę. - Co zamierzacie kupić i ile macie pieniędzy? 

Babetka sięgnęła do kieszeni spodni i wyjęła garść drobnych, które zaczęła ustawiać na 

parapecie w wysokie wieżyczki. Były to wyłącznie pięćdziesięciogroszówki. 

- Mamy dwadzieścia pięć złotych w bilonie! - zakomunikowała. - A chcemy kupić Anicie 

chustkę na głowę. 

- Piękny pomysł - pochwaliłem. - Ile kosztuje taka chustka? 

- Właśnie... widzi pan... nie bardzo mi to może przejść przez gardło - wyznała szczerze. 

Zrozumiałem, że oni załatwili sprawę bilonu, a ja miałem zająć się banknotem. To zresztą 

był  słuszny  podział i nie zamierzałem zgłaszać sprzeciwu. Położyłem portfel  na stole,  Babetka 

wbiła w niego wzrok. 

- Ile wam brakuje, Babetko? 

- Kiedyś byłam z Anitą w mieście i ona pokazywała mi chustkę w kwiatki, która... 

background image

 

 

- Która kosztowała...? - pomogłem. Babetka zamknęła oczy. 

- Sto trzydzieści złotych! - powiedziała jednym tchem. - Ale jeżeli pan uważa, że to jest 

zbyt dużo, to my zrezygnujemy. 

Powoli  unosiła  powieki  do  góry  i  wreszcie  zobaczyłem  jej  oczy,  w  których  czaiła  się 

przemożna chęć obdarowania Anity chustką w kwiaty. 

- Proszę cię bardzo, Babetko! 

Położyłem przed sobą brakującą sumę. Babetka zeskoczyła z okna i łapczywym gestem 

zgarnęła pieniądze. 

- Pan jest cudownym człowiekiem! - zawołała. - Naprawdę! Cudownym! I wcale pan nie 

jest nadęty! 

-  Nadęty?  -  zaniepokoiłem  się,  bo  sam  żywiłem  wyjątkową  niechęć  do  ludzi  nadętych. 

Dlaczego miałbym być nadęty? 

-  Nie  wiem,  dlaczego.  Ludzie  nadymają  się  z  różnych  powodów!  -  wyjaśniła  mi 

rzeczowo. - Ale niech pan się nie martwi, pan jest bardzo miły i kochany! 

Nadęty,  miły,  kochany.  Wszystkie  przymiotniki,  których  użyła  Babetka,  były  dla  mnie 

jednakowo szokujące. 

-  Więc  składkę  mam  już  z  głowy!  -  odetchnęła  chowając  pieniądze  do  kieszeni.  -  Po-

została jeszcze druga sprawa. Kupno. 

- No, to już wy sami musicie załatwić, ja nie wiem, o jakiej chustce marzy Anita. 

-  Oczywiście,  że  sam  pan  nie  pojedzie!  -  uspokoiła  mnie  Babetka,  w  każdym  razie  są-

dziła,  że  mnie  uspokaja.  -  Wybierzemy  się  we  trójkę:  pan,  Tomek  i  ja.  Tak  zostało  ustalone. 

Nawet  przez  myśl  nam  nie  przeszło,  żeby  wkładać  panu  na  głowę  sprawę  kupna!  -  zapewniła 

mnie uprzejmie. 

- Tak to zostało ustalone? - zapytałem niemrawo. - To znaczy, Babetko... 

-  To  znaczy,  że  jutro  rano  pojedziemy  samochodem  do  miasta.  Pan,  Tomek  i  ja.  Potem 

pan usiądzie sobie na ławeczce pod kościołem, a my pójdziemy kupić chustkę. 

„Na  ławeczce  pod  kościołem"!  A  więc  w  ich  przekonaniu  ja  się  nadają  jedynie  do 

siedzenia 

background image

 

 

na ławeczce pod kościołem. Zabolało mnie to, ale tylko troszeczkę, tak jak boli ukłucie 

szpilką. 

- Dlaczego mam siedzieć na ławeczce? Chętnie pójdę z wami! - zbuntowałem się. 

-  Pan  jest  genialny!  -  Babetka  obdarowała  mnie  kolejnym  przymiotnikiem.  -  Genialny  i 

cudowny! Jutro zaprosimy pana na lody, ach, nie!... - wycofała się nagle i mina jej posmutniała. - 

Myśmy się przecież złożyli na chustkę... 

- W takim razie ja stawiam wam lody. Najpierw pójdziemy do sklepu, a potem... 

- Do jakiego sklepu? - zdziwiła się Babetka. 

- Do sklepu z chustkami. 

- Chustkę kupimy na straganie! - zawołała Babetka nieomal zgorszona moją propozycją. - 

To jest przecież dzień targowy. 

Dzień targowy! Marzę o ciszy i spokoju, a jutro, z własnej woli, wpakuję się w ten tłum 

na  rynku!  Pomiędzy  stragany,  kosze,  gęganie  gęsi  i  pianie  kogutów.  Pomiędzy  konie,  kaczki, 

buraki, kalafiory. 

-  Strasznie  się  cieszę,  że  pan  pójdzie  z  nami  -  zapewniła  mnie  Babetka,  jednakże  w 

jednym ułamku sekundy radość na jej twarzy zmieniła się w zdumienie. 

Patrzyła na arkusz leżący przede mną. 

- Pan będzie sam ilustrował książkę? 

Spojrzałem i ja. W rogu papieru, zupełnie nieświadomie, narysowałem chłopięcą twarz. 

Babetka  pochyliła  głowę  nad  rysunkiem,  przyglądała  mu  się  uważnie,  a  potem  powiedziała 

cicho: 

- Przecież to Tomek... pan pisze o Tomku? 

Roześmiałem się tylko. Nie miałem ochoty zwierzać się Babetce z faktu, że nie napisałem 

dotąd ani jednego słowa. Gwałtownym ruchem podniosła arkusz do góry i zajrzała na odwrotną 

stronę. 

- Czego tam szukasz? - spytałem. 

- Niczego... tak tylko... nie rozumiem... czy to jest właśnie ta pana książka o pierwszej mi-

łości? 

background image

 

 

- Hmmm... - mruknąłem nieobowiązująco. 

Jeszcze raz odwróciła kartkę. Już nie pytałem, czego szuka, wiedziałem świetnie. Szukała 

rysunku drugiej twarzy, dziewczęcej. Nie znalazła jej. 

Dopiero  kiedy  Babetka  wyszła,  sięgnąłem  po  długopis  i  w  sąsiednim  narożniku 

naszkicowałem jej buzię. No cóż, ostatecznie tak właśnie mogła wyglądać ta para młodych ludzi, 

o których miałem zamiar pisać. Ale, oczywiście, książka nie będzie o Babetce i Tomku ani o ich 

miłości  malutkiej  i  zielonej  jak  ździebełko,  które  kiełkuje  wczesną  wiosną  i  z  którego  nie 

wiadomo, co wyrośnie. Może jakaś roślina mocna i zdrowa, a może chwast? I od czego to zależy 

w  końcu?  -  myślałem,  ozdabiając  kucyki  Babetki  czerwonym  długopisem.  To  proste  - 

odpowiedziałem sam sobie - wszystko zależy od ogrodników. To im wyrasta, co sami sieją, i tak 

im wyrasta, jak zasianego pilnują. Ej, Babetko, czy ty aby o tym wiesz? Albo ten drągal czy wie, 

że każde z nas jednym głupim słowem, jednym idiotycznym gestem może zmarnować to, co się 

tak pięknie zapowiadało? 

Gdybym  tak  przyszedł  do  niego  i  powiedział:  „Słuchaj,  stary,  chciałbym  ci  coś 

uprzytomnić...",  to  pewnie  machnąłby  ręką  pogardliwie  i  fuknął:  „Ja  wszystko  wiem,  dlaczego 

pan  się  wtrąca,  to  przecież  moja  rzecz!"  Ano  tak,  twoja  rzecz,  więc  mocuj  się  z  nią  sam,  ja 

najwyżej  mogę  ci  dorysować  kilka  piegów  na  nosie,  bo  dziś  przy  obiedzie  zauważyłem,  że  je 

masz. 

Z jednego narożnika zerkała w moją stronę Babetka, z drugiego patrzył Tomasz, a pomię-

dzy  nimi  była  czysta  kartka  papieru.  Nie,  moi  drodzy,  to  nie  ja  będę  pisał  książkę  o  waszej 

miłości,  nie  ja!  Sami  ją  sobie  napiszecie  i  doprawdy  nie  mam  bladego  pojęcia,  jaka  będzie  jej 

treść. No i styl. 

 

background image

 

 

III. PIERŚCIONEK Z JARMARKU 

 

  

Tomasz poszedł na pocztę, żeby nadać listy, które Anita pracowicie pisała poprzedniego 

wieczoru. 

- To my teraz pójdziemy kupić chustkę i spotkamy się z tobą pod kiełbaskami z rożna! - 

zapowiedziała mu Babetka. 

Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  spotykałem  się  z  nikim  pod  kiełbaskami  z  rożna,  ale  muszę 

przyznać,  że  miejsce  wydało  mi  się  bardzo  odpowiednie.  W  tym  zgiełku,  w  tym  tłoku,  z 

pewnością  było  jedynym,  które  odznaczało  się  jakąś  indywidualnością.  Babetka  ciągnęła  mnie 

przez tłum ludzi i nie mam pojęcia, jak to się działo, ale z całą pewnością każdy człowiek szedł 

tu  w  inną  stronę,  przy  czym  stron  było  tyle  samo,  ile  osób  na  targu.  Najprawdopodobniej 

wyglądałem  jak  cielę  prowadzone  na  rzeź.  Mój oprawca  -  Babetka  wlokła  mnie  energicznie,  a 

ręka naprężona do ostatecznych granic spełniała rolę postronka. 

-  Chustki  są  tam!  -  zawołała  Babetka,  wskazując  ruchem  brody  jakieś  miejsce,  które 

wydawało mi się odległe o całe lata świetlne. 

Wreszcie stanęliśmy przed straganem. 

- Którą wybierzemy? - zapytała Babetka. Obrzuciłem chustki błędnym spojrzeniem. 

Wszystkie były jednakowe, powiedziałem to Babetce, z trudem łapiąc oddech. 

- Ależ skąd, każda jest inna, proszą bardzo, niech pan spojrzy! - oburzyła się szczerze. - 

O, ta ma takie kolory kwiatów, widzi pan, a ta ma takie. A ta? Przecież ta ma jeszcze inne! O, tu 

ma niebieski, a tu czerwony. A tu ma zielony, a tam pomarańczowy. Ja panią poproszę o te dwie 

chustki  -  zwróciła  się  do  właścicielki  ogrodu  botanicznego  -  chciałabym  je  obejrzeć.  I  jeszcze 

może mi pani poda tamtą z niebieskim, i tamtą z fioletowym. 

Po chwili stała przede mną z kilkoma chustkami w ręku. Mruczała coś, pogadywała ci-

cho, przerzucała sobie przez ramię to jeden klomb, to drugi. Wreszcie coś zatrzymało jej wzrok 

na  dłużej.  Ujęła  w  dwa  palce  barwny  kwadrat,  odsunęła  go  z  daleka  od  siebie  i  przechylając 

background image

 

 

głowę  w  prawo,  w  lewo  -  usiłowała  podjąć  decyzję.  Złożyła  chustkę  w  trójkąt  i  nagle  jednym 

ruchem  zarzuciła  mi  ją  na  głowe.  Starałem  się  uwolnić  za  wszelką  cenę  od  roli  modelki,  ale 

Babetka silnie trzymała końce chustki pod moją brodą. 

- Proszę stać spokojnie, przecież muszę zobaczyć, jak to na kimś wygląda! - tłumaczyła 

mi  niecierpliwie.  -  Oj,  proszę  się  nie  wiercić...  och,  ta  gęś  chce  pana  uszczypnąć!  -  krzyknęła. 

Odwróciłem się gwałtownie. Tuż obok mnie stała druciana klatka, ponad którą wiła się długa i 

giętka  szyja.  Pomarańczowy  dziób  zbliżał  się  ku  mnie  niepokojąco.  Pomyślałem  z  gwałtowną 

tęsknotą o ławeczce pod kościołem, było jednak za późno... Tymczasem Babetka przymierzała 

mi już następną chustkę. 

- Panu jest w tych kolorach do twarzy! - zapewniła mnie. - Ale czy będą odpowiednie dla 

Anity? 

- Na pewno, na pewno! - powtarzałem gorączkowo. 

-  Czy  ja  wiem...  -  wahała  się  Babetka.  -  Pan  jest  brunetem,  a  Anita  siwa...  Może 

przymierzymy jeszcze tę fioletową. Tak! Pan w niej wygląda nieszczególnie, ale dla Anity... 

- Dzień dobry, panie redaktorze! - usłyszałem obok siebie jakiś głos. 

Spojrzałem w bok. Na twarzy wopisty pojawił się sympatyczny, powitalny uśmiech. 

- Moje uszanowanie, panie kapralu... - wystękałem z trudem, ponieważ Babetka usiłowała 

mi właśnie zawiązać pod brodą tę chustkę, w której wyglądałem nieszczególnie. 

-  Co  słychać  w  leśniczówce?  -  zapytał  wopista  obrzucając  moje  nakrycie  głowy 

podejrzliwym spojrzeniem. 

- Babetko, na miły Bóg, daj wreszcie spokój tym przymiarkom! - zdenerwowałem się w 

końcu. - Ona wybiera chustkę dla Anity! - zwróciłem się do wopisty usiłując rozwiązać supeł. 

- Ja panu pomogę! - zaofiarował się. 

- Zaraz, chwileczkę, niech tylko rzucę okiem!  - powstrzymała go Babetka, niestrudzenie 

dopasowując barwy kwiatów do siwizny Anity. 

- No, więc jak? - zapytał kapral ponownie. - Co tam słychać w leśniczówce? 

Uwolnił mnie wreszcie i podał chustkę Babetce. 

- Spokojnie? - przyglądał mi się uważnie. 

background image

 

 

- Zupełnie spokojnie - odparłem. 

- Nikt się tam nie kręci, pan leśniczy nie narzekał? 

- Nie, nie narzekał... 

-  To  w  porządku.  Jakby  coś,  panie  redaktorze,  to  zaraz  dajcie  znać.  Mówiłem 

leśniczemu...  -  spojrzał  na  chustkę  i  uśmiechnął  się  do  Babetki.  -  Ta  będzie  dobra  dla  Anity, 

niech panienka bierze bez namysłu! 

- Potworny dzień! - powiedziałem szczerze. - Zupełna makabra... a do tego ten upał. 

Nagle obudziła się we mnie dusza detektywa. Kryśka nie darowałaby mi nigdy straconej 

okazji. 

-  Wracając  zajdę  na  chwilę  do  kościoła!  -  zwierzyłem  się  kapralowi  podstępnie.  -  Tam 

będzie chociaż trochę chłodniej, a poza tym chciałbym obejrzeć witraże, tyle o nich słyszałem... 

- Tak... - powiedział. - Tak, jest na co popatrzeć... 

Urwał i nagle spojrzał na mnie pytająco z wyraźnym niepokojem. 

- A co pan o tych witrażach słyszał? - dokończył. 

- Że cenne - odpowiedziałem krótko. 

- Tak. Nawet bardzo. Kilku szyb brakuje, szukamy ich od dawna, ale, wie pan, jak to jest. 

Po tylu latach niełatwa sprawa. 

Babetka schowała już chustkę do koszyka i teraz stała obok nas. 

-  Wątpię,  żeby  ktoś  na  nie  trafił  -  wtrąciła  się.  -  Ich  tu  na  pewno  nie  ma!  -  opinia  ta 

zabrzmiała dość kategorycznie i wopista spojrzał na Babetkę ze zdziwieniem. 

-  Dlaczego?  Mogą  być.  I  to  w  miejscu  najmniej  oczekiwanym.  Spojrzał  na  zegarek  i 

zasalutował. 

- Czołem, panie redaktorze! Za parę minut rozpoczynam służbę. 

-  Idziemy teraz pod kiełbaski!  -  zarządziła Babetka.  -  Czy  pana naprawdę tak interesują 

witraże? - zapytała nagle.  

- Naprawdę. A szczególnie interesuje mnie los tych zaginionych - dorzuciłem. - A ciebie 

nie, Babetko? 

- Mnie nie - odparła krótko. 

background image

 

 

- Ale dlaczego? - zdziwiłem się, i to zdziwiłem się szczerze. 

Babetka długo nie odpowiadała na moje pytanie, zapach kiełbasek z rożna stawał się co-

raz bardziej intensywny i wszystko wskazywało na to, że jego źródło, a co za tym idzie, i Tomek, 

jest już blisko. Zrezygnowałem z podchwytliwych pytań. 

- Jesteś dziwną dziewczyną, Babetko! - powiedziałem. Roześmiała się. 

- To świetnie, wie pan? Zawsze marzyłam o tym, żeby być dziwną dziewczyną, a zawsze 

byłam zupełnie zwyczajna. Dopiero pan odkrył we ranie jakieś niezwykłe cechy. A właściwie, to 

dlaczego uważa mnie pan za dziwną? - zapytała. - Czy dlatego, że szanuję cudze tajemnice? Czy 

dlatego,  że  mnie  nie  interesuje  sprawa  jakichś  tam  witraży,  których  na  oczy  nie  widziałam? 

Interesują mnie za to inne rzeczy... 

- Na przykład? 

-  Ludzie.  Nie  przedmioty.  Ciekawią  mnie  ludzie,  ich  życie...  -  mówiła,  z  wyraźnym 

zakłopotaniem.  -  Może  to  się  panu  wyda  śmieszne,  ale  ja  na  przykład  chciałabym,  żeby  moje 

życie  było  ładne.  Pan  jest  dorosły  i  pan  przecież  wie  jeszcze  lepiej  niż  ja,  że  można  je  łatwo 

spaskudzić... 

Spojrzała  na  mnie  wzrokiem  spłoszonym  i  pytającym.  Pomyślałem,  że  musi  być  w  tej 

chwili  bardzo  szczera.  Często  spotykałem  się  z  tym,  że  ludzie  w  chwilach  szczerości  mają 

spojrzenia przestraszonych zwierząt, tak jak gdyby spojrzenie w głąb samego siebie było czymś 

niewłaściwym.  A  przecież  to  jest  właściwe  spojrzenie  i  im  szybciej  dochodzi  się  do  tego 

wniosku, tym lepiej dla patrzącego. 

- To wspaniale, Babetko! - ucieszyłem się. - To wspaniale, że o tym myślisz! 

Udało nam się wreszcie wydostać z zatłoczonego placu targowego. Szliśmy już chodni-

kiem, z dala widać było wyraźny napis: KIEŁBASKI Z ROŻNA. 

-  Kiedy  jesteście  u  dziadka  na  wakacjach,  czujecie  się  chyba  zupełnie  odizolowane  od 

swojego świata i ty, i twoje kuzynki, Babetko. Czy ci to odpowiada? 

-  Ja,  proszę  pana,  nie  umiem  izolować  się  od  świata.  Dla  mnie  świat  jest  wszędzie.  To 

jasne, że przez cały rok żyję inaczej niż tutaj, Kryśka i Monika też. Ale czy to źle mieć czas na 

rozrachunki? 

background image

 

 

- Na rozrachunki? Co ty mówisz, Babetko! Rozrachunki to sprawa ludzi dorosłych! 

Przeskoczyła zręcznie jakiś gumowy przewód przeciągnięty od pobliskiego domu aż do 

trawnika. 

- Moja wychowawczyni twierdzi, że rozrachunki ze sobą samym trzeba robić od małego. 

To wyrabia podobno uczciwe spojrzenie. Tak ona mówi, nie wiem, może nie ma racji. 

- Czy Kryśka i Monika też to robią? 

- Nie pytałam ich o to... - odparła Babetka z wahaniem. - Nie rozmawiałam z nimi nigdy 

na  ten  temat,  one,  zdaje  się,  uważają,  że  jestem  przemądrzała.  Gdybym  im  zaproponowała  na 

dokładkę robienie rozrachunków... - roześmiała się. 

- A Tomek? - zapytałem. 

- Tomek... - powtórzyła. - Skąd mogę wiedzieć, jaki on jest? 

- Przebywacie ze sobą dość często. 

- Tak, ale... 

Nie dokończyła zaczętego zdania. Opuściła głowę nisko i wyraźnie posmutniała. 

-  Spróbuj  być  ze  mną  szczera,  Babetko!  -  zaproponowałem  nagle.  Staliśmy  już  pod 

kiełbaskami, ale Tomka nie było tu jeszcze. Babetka rozglądała się niespokojnie. 

- Wolałabym, żeby Tomek nie słyszał tego, co mam do powiedzenia...  

- Więc nie wiesz, jaki jest? 

- Nie wiem. Może bym wiedziała, gdyby nie to, że chwilami mam wrażenie... no, wydaje 

mi się po prostu... że podobam mu się... - powiedziała z wysiłkiem. - Nie bardzo ufam chłopcom, 

którym się podobam. Oni zawsze starają się być inni, niż są naprawdę. 

- Nie ufasz żadnemu? - zdziwiłem się. 

-  W  końcu  któremuś  będę  musiała!  -  westchnęła  Babetka  z  zabawną  rezygnacją.  -  Ale 

prawdę mówiąc, nie ufam im. 

Przez chwilę obserwowała kiełbaski obracające się na rożnie. 

-  Kiedyś  jeden  taki  zbierał  chrabąszcze.  Uśmiercał  je  eterem  w  sposób  bardzo 

humanitarny,  to  muszę  przyznać.  Opowiadał  mi  o  tej  swojej  kolekcji  i  o  tym,  jak  pięknie 

wyglądają  ułożone  w  specjalnych  gablotkach.  I  wreszcie  poprosił,  żebym  przyszła  je  obejrzeć. 

background image

 

 

Dałam się nabrać. Rzeczywiście, to było prześliczne. Potem usiedliśmy i on zaczął mówić różne 

takie rzeczy, które działały na mnie tak właśnie, jak eter na chrabąszcze. Zwierzyłam się z tego 

Edzie, mojej koleżance. Musiałam się zwierzyć komuś, czułam straszliwą potrzebę mówienia o 

tym  chłopcu.  I  dobrze  zrobiłam,  wie  pan,  bo  okazało  się,  że  Eda  też  oglądała  kolekcję  chra-

bąszczy i też słyszała to wszystko. Więc powiedziałam sobie, że już nigdy nie dam się nabrać na 

żaden taki eter. Ostatecznie, mam siebie tylko jedną. To, że mam siebie tylko jedną, uprzytomniła 

mi moja wychowawczyni! - zaznaczyła Babetka lojalnie. 

-  Ona  musi  być  wspaniałą  kobietą,  Babetko!  -  powiedziałem  z  przekonaniem.  -  Jak  się 

nazywa? - zapytałem odruchowo. 

- Ma bardzo dziwne imię, Alodia. 

Alodia!  Alka!  Teraz  ja  wpatrywałem  się  iw  kiełbaski  wirujące  nad  płomieniem.  Czy  to 

możliwe? To imię jest jednak tak rzadkie, że chyba nie mogłem się mylić. Alka! 

- Czego was uczy ta pani Alodia? 

- Polskiego... 

No,  tak.  „Masz  siebie  tylko  jedną!"  -  mówiła  kiedyś  Alka  Babetce,  może  w  jakiejś 

rozmowie,  może  na  godzinie  wychowawczej.  I  gdzieś,  u  samych  podstaw  tego  sformułowania 

kryła się pewnie myśl o mnie, o moim przyjacielu z lat szkolnych, Ryśku, i o tym Tadku, który 

siedział  zawsze  na  ostatniej  ławce.  Żaden  z  nas  nie  zbierał  chrabąszczy,  ale  każdy  usiłował 

czarować Alkę eterem słów na wyrost. I żaden z nas nie pomyślał, że ona ma siebie tylko jedną! 

Dla  nas  była  wyłącznie  jeszcze  jedną  zdobyczą,  jeszcze  jednym  sukcesem,  jeszcze  jedną 

przechwałką w rozmowach, 

- Może pójdziemy! - usłyszałem nagle głos Tomka. 

Widocznie stał tu  już od chwili, bo spostrzegłem, że i  on, i  Babetka przyglądają mi się 

dość podejrzliwie. 

-  Oczywiście!  To  znaczy,  wy  ruszajcie  w  świat,  a  ja  zaczekam  na  was  przy  kościele. 

Dochodzę  do  wniosku,  że  ta  ławeczka,  którą  wczoraj  proponowała  mi  Babetka,  jest  dla  mnie 

rzeczywiście idealnym miejscem. 

- Odprowadzimy pana!  -  zaofiarował  się Tomek.  -  To w końcu nie ma znaczenia,  gdzie 

background image

 

 

będziemy, tu wszędzie jest dobrze! 

Uśmiechnął  się,  ale  nie  do  mnie,  tylko  do  Babetki.  Jeżeli  ja  nie  wiedziałem,  czy  jego 

uśmiech był eterem, czy prawdą, skąd mogła to wiedzieć Babetka? 

Kiedy  ulokowali  mnie  wreszcie  na  ławce  zacienionej  rozłożystym  kasztanowcem,  ode-

tchnąłem z ulgą. Wariacje targowego dnia nie były w moim stylu. 

Tomek  i  Babetka  dochodzili  już  do  szerokich  schodów,  które  łączyły  plac  z  przykoś-

cielnym ogrodem. Patrzyłem, jak szli szybko i jak zabawnie sterczące kucyki Babetki poruszały 

się  przy  każdym  energiczniejszym  ruchu.  Stanęli  u  szczytu  schodów.  Tomek  wyjął  coś  z 

kieszeni. Z odległości, która mnie od nich dzieliła, nie mogłem dostrzec, co to było. Widziałem 

tylko, że Babetka pochyliła się nad dłonią Tomka i oglądała coś ciekawie. Potem uniosła głowę 

do góry i stali tak przez chwilę, zupełnie nieruchomo,  jak gdyby to, co leżało na dłoni Tomka, 

zafascynowało ich swoją wyjątkowością. Potem widziałem jeszcze, że ten drobiazg, bo musiał to 

być  drobiazg,  przewędrował  z  ręki  Tomka  do  ręki  Babetki,  a  ona,  uniósłszy  się  na  palcach, 

pocałowała Tomka w policzek. Babetka zrobiła krok do przodu, później jednak odwróciła się i 

szybko zaczęła biec w moją stronę. Usiadła obok mnie i wyciągnęła przed siebie zaciśniętą garść. 

- Wie pan, co on mi kupił? - zapytała. 

- Nie. 

Tomek podszedł do nas, ale nie usiadł. Stał obok Babetki i przyglądał się z uśmiechem, w 

którym bez trudu rozpoznałem kogucią dumę i ważność. 

- Nie wiem, co ci kupił. 

Babetka  otworzyła  dłoń.  Zobaczyłem  pierścionek,  jarmarczny  pierścionek,  przeraźliwie 

złoty, z oczkiem o jadowitej czerwieni. 

- O! - zawołałem w sposób, który wyraźnie zaniepokoił Babetkę. 

Spojrzała mi w oczy i cała jej radość przycichła nagle. 

- Zabawny jest, prawda? - zapytała, odejmując pierścionkowi całą jego ważność. 

- Bardzo zabawny - przyznałem. - Zawiera w sobie folklor tego targu - dodałem sztywno. 

Babetka  ciągle  jeszcze  wpatrywała  się  w  pierścionek  i  nie  miała  odwagi  wsunąć  go  na 

palec. 

background image

 

 

-  Myślę,  że  możesz  go  nosić  bez  żadnych  zobowiązań!  -  roześmiałem  się,  udając,  że  to 

powiedzenie  jest  wyłącznie  żartem.  Spojrzałem  na  Tomka.  Przyglądał  mi  się  z  wyraźną 

niechęcią. A jednak pomogłem Babetce w jej rozterkach, bo teraz śmiało już wsunęła pierścionek 

na palec. 

- Będę miała pamiątkę! - powiedziała swobodnie. 

Tomek patrzył na rozłożyste gałęzie kasztanowca i gwizdał. 

 

* * * 

-  Zrzuć  to  świństwo,  mówię  ci!  A  ty,  Tomaszek,  chyba  rozum  postradałeś,  żeby  dziew-

czynie taką tandetę kupować! 

- Przecież to żarty, Anito! - broniła się Babetka. 

- Nie lubię takich żartów, jeszcze kto przyjdzie, zobaczy i wstydu się najemy. 

- Pozwól mi go nosić, Anitko! 

-  Oj,  nie  jęcz  mi  tu  nad  głową,  bo  już  się  zupełnie  w  tych  papierzyskach  połapać  nie 

mogę. Dziadek mi zostawił pisma do stadniny, ktoś tam musi pójść i do kancelarii oddać. 

-  Ja  pójdę!  -  ożywił  się  Tomasz.  -  Jeszcze  nie  byłem  w  tym  roku,  może  mi  dadzą 

pojeździć. 

-  Możesz  ty  pójść.  Tylko  pamiętaj,  żeby  w  kancelarii  te  pisma  przez  dziennik  przeszły. 

Tak Prot kazał. 

-  Chodźmy  wszyscy  -  zaproponowała  Krystynka.  -  Tani  jest  tak  fajnie  w  tej  stadninie. 

Może i pan się wybierze? 

- A wiesz, że się wybiorę, nawet chętnie. Lubię konie. 

Do  stadniny  było  osiem  kilometrów.  Kiedy  dochodziliśmy  do  zabudowań,  Tomasz 

wyprzedził nas. 

- Pójdę szybciej i oddam pisma w kancelarii. Spotkamy się przy stajniach, dobrze? 

Jest  już  późno,  nie  będziemy  mieli  dużo  czasu.  Kiedy  oddalił  się  od  nas,  Kryśka 

zauważyła domyślnie: 

- On chce złapać masztalerza. Jest tam jeden taki, który go zna. Oni niechętnie dają konie 

background image

 

 

obcym, ale może Tomkowi uda się jakiegoś wycyganić. 

Kiedy zbliżyliśmy się do stajni, Tomasz już tam był. 

- Pośpieszcie się! - zawołał w naszą stronę. - Zobaczycie zupełne cudo! 

Zupełne  cudo  stało  przy  maneżu.  Tomek  rozmawiał  z  masztalerzem,  gładząc  grzywę 

konia. Masztalerz przywitał się z nami, a potem przedstawił nam klacz: 

- To Dulcynea. 

- Dulcynea z Toboso - Tomasz wpatrywał się w nią jak urzeczony. - Spójrzcie, jaką ma 

szyję! 

Istotnie, szyję miała śliczną. Smukłą i gładką. 

- To bardzo młoda klacz, wychowanka naszej stadniny. - Masztalerz spojrzał na Tomasza 

z ukosa. - Pan, zdaje mi się... 

Nie dokończył. 

- A można? 

- Nie mam nic przeciwko temu, ale i jej trzeba grzecznie się zapytać - zażartował. 

-  Dulcynea,  zgadzasz  się?  Nie  tylko  Tomek,  ale  i  my  wszyscy  patrzyliśmy  w  ciemne, 

lśniące oczy Dulcynei. 

-  W  ubiegłym  roku  jechał  pan  na  Trosce,  pamiętam.  Zrzuciła,  aż  echo  poszło...  - 

przypomniał Tomkowi masztalerz. 

- Dulcynea nie zrzuci. 

- Zobaczymy, ostra jest! 

- Daj spokój... - szepnęła Babetka. - Może jest tu jakiś łagodniejszy koń... 

- Nie zrzuci mnie, przekonasz się. 

- Tomek, ja cię proszę... 

- Zrzuci cię! - roześmiała się Monika. - Już to widzę! Już widzę, jak leżysz. 

- Proszę cię... - szeptała Babetka coraz ciszej i coraz błagalniej. 

- Nie bój się, Babetko, przecież trenowałem w klubie przez cały rok. Troska zrzuciła mnie 

kiedyś, ale teraz nie jestem już taki zielony jak wtedy. 

Dulcynea czekała spokojnie, Babetka podeszła do niej i przesuwając palcem po paskach 

background image

 

 

tranzelki, poprosiła: 

- Nie zrzuć go, dobrze? 

Dulcynea gwałtownym ruchem uniosła głowę do góry, potem opuściła ją, wyciągając w 

stronę Babetki długą szyję. 

- Wierzę ci - powiedziała Babetka. Klacz zastrzygła uchem i lekko uniosła górną wargę. 

- Uśmiechnęła się?  -  zawołała Kryśka.  - Widziałaś? Och, nie zrzuci  go, możesz być pe-

wna! 

- Zrzuci! Zrzuci! - śmiała się Monika. Spojrzałem na masztalerza, przyglądał się Babetce i 

Dulcynei z pobłażliwym uśmiechem. 

-  Wygląda  na  to,  że  się  dogadały  -  powiedział.  -  Reszta  zależy  od  jeźdźca.  No  i  jak? 

Gotowy? Tomasz stał już z lewej strony Dulcynei. 

- Czy mogę wyjechać z maneżu? - zapytał. 

- Tak, na łąki. 

Dosiadł  Dulcynei  lekko,  wprawnie.  Przez  chwilę  szła  stępa,  potem  zmieniła  krok 

przechodząc w kłus. 

-  W  tym  roku  chłopak  trzyma  się  dobrze  i  radzi  sobie  pewnie  -  pochwalił  Tomka  ma-

sztalerz  zbliżając  się  do  mnie.  -  Na  Trosce  siedział  jak  na  gorącej  fajerce.  A  ta  mała  boi  się, 

spójrz pan... 

Istotnie, chociaż było ciepło, Babetka skuliła ramiona, podniosła kołnierz swetra pod sa-

mą brodę i przytrzymywała go dłońmi skulonymi w pięści. Przymrużyła oczy i wpatrywała się w 

kłusującą Dulcyneę. Przemknęli obok nas, Tomek uśmiechnął się do Babetkł, a mijając Monikę 

zawołał: 

- Patrz! 

Dulcynea galopowała teraz przez pusty maneż w stronę wyjścia na łąki. Babetka skuliła 

się jeszcze bardziej i jeszcze bardziej przymrużyła oczy. Skrzywiła buzię, opalone pięści zbielały 

nagle. 

Monika stała z głową uniesioną wysoko i bez lęku obserwowała oddalającego się szybko 

Tomasza. 

background image

 

 

- Teraz go zrzuci! 

- Nie zrzuci! Obiecała Babetce! - zawołała Kryśka z przekonaniem. 

- Dziecinna jesteś! - parsknęła Monika. - Zobaczysz, że go zrzuci! 

- Siedzi jak przyrośnięty - powiedział masztalerz spoglądając na Monikę z niechęcią. 

- Dlaczego ma go zrzucić? Tak panience na tym zależy, żeby się potłukł? 

- Lubię mocne rzeczy, a upadek z konia to mocna rzecz! - odparła Monika zaczepnie. 

Masztalerz wzruszył ramionami. Milcząca dotąd Babetka powiedziała gniewnie: 

-  Rzecz  jest  mocna  tylko  wtedy,  kiedy  człowiekowi  coś  się  udaje.  Czasami  bywasz 

głupia, Moniko... 

Babetka  mówiła  głośno,  twardo.  To  jej  pogardliwe:  „Bywasz  głupia,  Moniko"  -  za-

brzmiało jak wyzwanie. 

- Możliwe - odrzuciła Monika lekceważąco. - Za to nigdy nie bywam egzaltowana. 

Masztalerz przyglądał im się ze zdumieniem. Przyznam się zresztą, że i ja również. 

- Chodź! - Kryśka odciągnęła Babetkę na bok. - No, chodź! 

Słońce zachodziło czerwono. Ciemne chmury sunące ku nam wyglądały jak kłęby dymu 

podświetlone  ogniem.  Rozległe  łąki  oddzielone  od  horyzontu  pasmem  lasu  przykuły  znowu 

nasze  spojrzenia.  Dulcynea  płynnie  galopowała  po  równinie,  prężna,  zwinna,  być  może 

szczęśliwa. Koszula Tomasza odcinała się od tła bijącą w oczy bielą. 

-  To  cudowne!  -  powiedziałem  szczerze.  Chociaż  byłem  daleko,  chociaż  byłem  jedynie 

widzem,  udzieliło  mi  się  w  pewien  sposób  żywiołowe  uniesienie  tamtych  dwojga,  pędzących 

zuchwale  poprzez  lipcowe  łąki.  Zbliżali  się  do  nas,  spojrzałem  na  Babetkę.  Już  mogła  się 

uśmiechać i  uśmiechała  się, więc pomyślałem,  że pomimo  lęku i  ona także musiała dostrzegać 

malowniczość wszystkiego, co roztaczało się przed nami. Czy była dumna z tego zawadiackiego 

chłopaka, który pędził w jej stronę, żeby z młodzieńczą fantazją dowieść swojej odwagi? Chyba 

tak. 

Monika  stała  jak  posąg.  W  pierwszej  chwili  wydawało  mi  się,  że  jej  twarz  nie  wyraża 

niczego.  Dopiero  po  chwili  zrozumiałem,  że  ten  kamienny  spokój  to  spokój  człowieka,  który 

podjął decyzję. 

background image

 

 

Tomasz  był  już  blisko.  Babetka  podbiegła  w  stronę  zwalniającej  kroku  Dulcynei.  Koń 

biegł,  lecz  drogę  wyznaczał  jeździec.  Tomasz  zatrzymał  klacz  przed  stojącą  bez  uśmiechu 

Moniką. 

- No i jak? - zapytał zeskakując. - Zrzuciła czy nie zrzuciła? 

- Nie zrzuciła. To było wspaniałe! - odparła Monika i odsunęła zlepiony kosmyk włosów 

opadający na czoło Tomasza. - To było naprawdę wspaniałe! Spójrz, byłeś tam... 

Wyciągnęła rękę w stronę łąk, lasu, czerwonego nieba, skłębionych chmur. 

Babetka podeszła do Dulcynei. Klacz lśniła potem, oddychała szybko, uniesiona głowa i 

rozdęte chrapy nie przeraziły Babetki. Ostrożnie położyła rękę na czole Dulcynei i szepnęła coś 

po cichutku. Nie wiem, nie usłyszałem, co. Przypuszczam jednak, że szepnęła: dziękuję. 

 

Nie mogłem usnąć. Gdzieś niedaleko domu hukała sowa, ale to nie ona była winna mojej 

bezsenności.  Myślałem  o  swojej  książce,  ciągle,  jeszcze  nie  zaczętej,  i  ogarniały  mnie  coraz 

większe  wątpliwości.  Myślałem  o  Alce,  którą  tak  nieoczekiwanie  przypomniała  mi  Babetka, 

myślałem o sobie z dawnych lat. Czy to możliwe, żeby tamta odległa sprawa, która wydała mi się 

dziś  błaha  i  bez  znaczenia,  miała  jakikolwiek  wpływ  na  to,  jaka  Alka  jest  teraz?  Sam 

tłumaczyłem  Monice,  że  żadne  uczucie  nie  przechodzi  bez  śladu,  jednak  myślałem  wtedy  o 

innych  uczuciach,  starszych,  bardziej  dojrzałych.  Czyżby  liczyły  się  także  i  te  zielone 

ździebełka? 

Moja fajka żarzyła się w ciemności, spoglądałem w głąb cybucha jak wiedźma, która chce 

wróżyć z ognia. Czy to z mojego powodu i z powodu Ryśka i Tadka z ostatniej ławki uczy teraz 

Alka  swoje  dziewczynki  umiejętności  ciągłego  rozrachunku  i  czy  dlatego  wbija  im  w  głowy: 

„Masz siebie tylko jedną"? Gorzko. Może tytoń z tej nowej paczki nie jest najlepszy, a może to 

wcale nie sprawa tytoniu. 

Sowa przycichła, za to najwyraźniej dobiegł mnie zza okna czyjś śmiech. Krótki, jakby 

powstrzymywany  siłą.  Wystukałem  z  fajki  resztki  żarzącego  się  jeszcze  tytoniu.  Wstałem  i 

zbliżyłem się do okna. Odruchowo skierowałem wzrok w stronę starej kuchni, była ciemna jak 

zwykle. Pod moim oknem również nikogo nie dostrzegłem. A jednak ktoś śmiał 

background image

 

 

się tu niedawno, ktoś musiał tu być. Wytężyłem wzrok. Nagle na ścieżce prowadzącej w 

stronę szkółki leśnej dostrzegłem migające światło, było to chyba światło latarki, które raz po raz 

znikało z moich oczu, przysłaniane krzewami rosnącymi po bokach dróżki. 

Cofnąłem się w głąb pokoju i, jak tylko umiałem najszybciej, wciągnąłem na siebie dres. 

W chwili, kiedy wkładałem na nogi tenisówki, ktoś zastukał do drzwi mojego pokoju. 

- Proszę! - powiedziałem półgłosem. Drzwi uchyliły się i przez wąskie przejście wsunęła 

się Krystynka. Zapaliłem latarkę. 

- O! - zdziwiła się widząc, że stoję pośrodku pokoju, całkowicie ubrany. - A ja myślałam, 

że będę musiała pana budzić! Dlaczego pan nie śpi? 

- A dlaczego ty nie śpisz, Krysiu? 

- Widziałam światło w starej kuchni. A potem oni wyszli i... - urwała. - Czy pan może też 

to widział? - domyśliła się. 

- Widziałem światło na ścieżce. Pójdę, przekonam się, kto tam może łazić. A ty tu zostań, 

Krysiu, i zaczekaj na mnie. 

- O, nie! Ja pójdę z panem! - zaprotestowała gwałtownie. 

Szkoda mi było czasu na targi z Krystynka. Wyskoczyliśmy przez okno. Noc była jasna, 

ciepła, biegliśmy w stronę ścieżki trzymając się za ręce. Dopiero kiedy minęliśmy starą kuchnię, 

przystanąłem i rozejrzałem się dokoła. 

-  Chodźmy!  -  przynaglała  Krystynka.  -  Chodźmy,  bo  później  ich  nie  znajdziemy. 

Wystarczy, żeby weszli w las... 

Nie weszli w las. Z daleka migało  jakieś  światło i  poszliśmy w tamtą stronę. Krystynka 

szła  bezszelestnie,  lekko,  ale  pod  moim  ciężarem  coraz  to  skrzypiały  jakieś  gałązki,  suche 

igliwie, szyszki. 

- Boże! - jęknęła Kryśka w pewnej chwili. - Czy pan musi tak trzeszczeć? 

- Co ja na to poradzę? - fuknąłem. - W powietrzu nie potrafię biec. 

- Ja wiem, ale może jakoś na palcach? 

Nie odpowiedziałem, chociaż fakt, że Kryśka chce zrobić ze mnie baletnicę, trochę mnie 

zdenerwował. Nie dość, że wlokłem się gdzieś po nocy w imię Krysinych mrzonek i wyobraźni, 

background image

 

 

to  jeszcze  jej  było  źle.  Światło  przed  nami  znieruchomiało,  jak  gdyby  właściciel  latarki 

przystanął  specjalnie  po  to,  aby  wsłuchać  się  w  ciszę  lasu,  aby  upewnić  się,  czy  nic  jej  nie 

zakłóca. Zatrzymałem Kryśkę. 

- Poczekaj... - szepnąłem. - Poczekaj, nie ruszaj się... 

Po chwili światło zmieniło swój kierunek i ze zdumieniem stwierdziłem, że zaczyna się 

zbliżać do nas dość szybko. A więc jednak ktoś nas usłyszał. 

-  Zdawało  ci  się...  -  dobiegł  mnie  czyjś  głos  i  nie  potrzebowałem  trudzić  się  długo,  aby 

rozpoznać głos starego Prota. - Zdawało ci się, nikogo tu nie ma... 

- Wolę się upewnić! Diabeł nie śpi. Drugi głos był obcy. 

 

- Co mam powiedzieć dziadkowi, jeżeli nas tu znajdą? - szepnęła mi Kryśka do ucha. 

- Prawdę. Ty się zresztą nie odzywaj. Ja powiem, że zaniepokoił nas hałas przed domem i 

wyszliśmy sprawdzić, co się dzieje. Potem zobaczyliśmy światło i... 

Zamilkłem.  Wąska,  jasna  smuga  przesunęła  się  tuż  obok,  nie  obejmując  jednak  swoim 

zasięgiem ani mnie, ani Kryśki. 

- Tu nikogo nie ma! - powiedział Prot. - Możemy śmiało iść dalej. Jeżeli dłużej chcesz się 

tak  ślimaczyć,  to  nie  zajdziemy  tam  przed  świtem.  A  przed  świtem  to  ja  już  muszę  być  z 

powrotem! 

-  Boję  się,  że  my  w  ogóle  nie  zdążymy,  Procie!  -  obcy  głos  pełen  był  niepokoju  i 

zniecierpliwienia. - Czy doprawdy nie możemy tego zrobić za dnia? 

- Nie. Za dnia wszyscy nas mają na oczach. Musimy zajrzeć tam w nocy. 

- A ten twój gość? Nie obudził się, jak wychodziłeś? 

- Mój gość ma mocny sen. Śpi spokojnie. 

Chciałbym  sypiać  spokojnie  w  leśniczówce  Prota,  ale  doprawdy  było  to  niemożliwe. 

Gdzie, u diabła, Prot miał zamiar zaglądać w nocy? 

Nagle rozległ się ostry gwizd. Snop światła śmignął w górę. 

-  Jesteśmy  tutaj!  -  zawołał  towarzysz  Prota.  -  Idziemy  już,  daruj  sobie,  Marcinie,  to 

gwizdanie! 

background image

 

 

Dopiero  teraz  ujrzałem  twarz  nieznajomego,  podświetloną  od  dołu  jego  własną  latarką. 

Była  to  twarz  okolona  ciemnym  zarostem,  smagła,  podobna  może  trochę  do  twarzy  Prota,  ale 

młodsza i ostrzejsza w wyrazie. 

- Znasz go? - szepnąłem. 

- Nie. 

Krystynka kurczowo trzymała moją rękę. Miałem wielką ochotę pójść dalej śladem Prota, 

ale nie mogłem przecież ciągnąć ze sobą dziewczyny. 

Odchodzili szybko, zapewne ludzie, którzy czekali na nich w lesie, byli bardzo blisko, bo 

gwizd, który słyszeliśmy przed chwilą, nie mógł tu dobiec z daleka. 

- Wracamy do domu, Krystynko... 

- Nie! - zaprzeczyła. - Za nic! Chodźmy dalej, błagam pana! 

- To niemożliwe, Krysiu, musimy wracać! 

-  Czy  doprawdy  okaże  się  pan  ciepłymi  kluskami  w  decydującym  momencie?  -  zde-

nerwowała się Krystynka. 

Okazałem się  ciepłymi  kluskami w decydującym  momencie i  ruszyłem w stronę domu, 

ciągnąc za sobą Krystynkę. 

-  Teraz  sam  pan  się  przekonał,  że  coś  w  tym  wszystkim  jest!  -  mówiła  Kryśka  z 

rozżaleniem. 

- Nie masz chyba zamiaru śledzić własnego dziadka, Krysiu! - odparłem. - Chyba znasz 

go na tyle, żeby mieć zaufanie do wszystkiego, co robi. Ja go znam i mam do niego zaufanie! - 

stwierdziłem  kategorycznie,  chociaż  tej  nocy  moje  zaufanie  do  starego  Prota  trochę  zostało 

zachwiane... 

- Wiem, że śledzenie rodzonego dziadka nie jest... no, nie jest niczym chwalebnym, ale... 

och, tak się o niego martwię! Przecież starzy ludzie też mogą strzelać jakieś głupstwa! 

Zwrot  nie  był  właściwy  w  odniesieniu  do  Prota.  Zastanawiałem  się  przez  chwilę,  czy 

mam Krystynce zwrócić na to uwagę, ale w końcu przemilczałem, ona zaś ciągnęła dalej swoje 

wywody: 

- Niech pan pomyśli! Oni ukrywają coś przed nami wszystkimi, nawet przed panem. Czy 

background image

 

 

ukrywa się sprawy, w których nie ma nic złego? Można o nich nie mówić, ale ukrywać? 

- No, wiesz, Krystynko, bywają rzeczy, które wymagają tajemnicy. 

Zachciało mi się spać i bałem się piekielnie, że Krystynka zażąda ode mnie przykładów. 

- Na przykład? - zapytała. 

Westchnąłem. Wyliczyłem gładko cały szereg tajemnic państwowych, zawodowych i in-

nych, które trzeba zachować choćby ze względu na dane komuś słowo. 

-  Więc  pan  sądzi,  że  któraś  z  tych  tajemnic  może  obowiązywać  dziadka?  To  byłoby 

piękne, stale jednak pamiętam o tym, co przypadkowo słyszałam... 

Krystynka przerwała, bo nieoczekiwanie stanęła przed nami Babetka. 

- Na miły Bóg! - zawołałem. - Czy doprawdy w tej leśniczówce ludzie nie mają zwyczaju 

sypiać? A ciebie co wyciągnęło z łóżka? 

-  Głos  pana  i  Kryśki!  -  odparła  Babetka  bez  zakłopotania.  -  Usłyszałam  rozmowę  i 

zlękłam się po prostu, że włóczy się tu ktoś obcy. Krystyna, ja nie wiem, czy Anita będzie za-

chwycona, kiedy jej powiem o twoim nocnym spacerze! - zwróciła się do Kryśki ostro. 

- Więc jej nie mów o tym! - zaproponowała Krystynka i ta propozycja wydała mi się jak 

najbardziej uzasadniona. 

-  Sama  nie  śpisz  i  nie  dajesz  spać  innym!  I  jeszcze  wymagasz  ode  mnie,  żebym  nie 

mówiła o tym Anicie! 

Głos  Babetki  brzmiał  gniewnie,  w  ciemności  nie  widziałem  jej  twarzy,  ale  mogłem  się 

domyślić, że Babetka była wściekła. 

- Myśmy też słyszeli tu jakieś szmery! - wyjaśniłem, nie wdając się w szczegóły. - Chyba 

jednak nie było to nic groźnego, możemy spać spokojnie. A zatem, marsz do łóżek, moje panny! 

-  powiedziałem  tonem,  którego  niegdyś  używać  musiały  damy  klasowe  na  pensjach  dla 

dziewcząt, a którego z całą pewnością nie używałem nigdy ja sam. Moje nagłe przeobrażenie w 

damę klasową wstrząsnęło mną. 

- „...Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było..."  - 

zacytowała nagle Babetka. 

- Co masz na myśli? - zapytała Kryśka żywo. - O co ci chodzi? 

background image

 

 

- O nic. Po prostu  wszystkim  coś  się zdawało,  coś  groźnego, prawda? A tymczasem...  - 

nie dokończyła. Pan ma rację, pójdziemy chyba spać. 

Weszliśmy do domu przez drzwi, które Babetka zostawiła otwarte. Wtedy znalazłem się 

w  swoim  pokoju,  nareszcie  sam,  nareszcie  z  perspektywą  snu,  zamiast  ułożyć  się  wygodnie  i 

zamknąć  oczy,  usiadłem  na  łóżku  i  zapaliłem  światło.  Zastanawiałem  się  przez  chwilę  nad 

poczynaniami starego Prota, patrząc na stojącą na wprost mnie skrzynię. Wstałem i podszedłem 

do  niej,  zaciśniętą  dłonią  uderzyłem  w  wieko.  Odgłos  był  głuchy,  ale  w  dalszym  ciągu  nie 

miałem pojęcia, czy skrzynia była pusta, czy pełna, a jeżeli pełna, to do jakiego stopnia. I właśnie 

w tej chwili przypomniały mi się słowa Babetki: „...Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym 

bardziej  tam  Prosiaczka  nie  było..."  Czyżbym  z  kolei  z  damy  klasowej  przeobraził  się  w 

Puchatka? 

 

* * * 

Kiedy następnego dnia w południe wszedłem do kancelarii Prota, on siedział przy swoim 

stole i ziewał, natomiast Anita, jak zwykle pełna energii, przecierała szyby w oknie. 

- Coś mi się wydaje, żeście źle spali, Procie! - powiedziałem. 

- Człowiek ziewa nie tylko wtedy, kiedy śpiący! Czasami i z nudów mu się to przytrafia. - 

Prot poklepał leżącą przed nim książkę. - Rachunkowości nie lubię, wiecie? A noc miałem dobrą. 

Nawet bardzo dobrą! - zaakcentował. 

Pomyślałem, że musiała mu się udać nocna wyprawa. Prot miał minę wyraźnie zadowo-

loną. Przymrużył jedno oko i kciukiem wymownie wskazał za siebie. 

- Ale tylko kieliszeczek... - powiedziałem. 

-  Wy  to  zawsze  tylko  kieliszeczek!  -  roześmiał  się.  -  Kieliszeczek,  Janie  Sebastianie, 

dobry jest dla noworodka! 

-  Co  też  ty  pleciesz,  Procie  -  obruszyła  się  Anita.  -  Słyszał  to  ktoś,  żeby  do  noworodka 

kieliszeczek pasował? A co do Jana Sebastiana, to mu się chwali, że miary nigdy nie przebiera! - 

Anita spojrzała na Prota wzrokiem pełnym nagany. - Oj, ty Procie, oj! Nigdy więcej, zdaje mi się, 

ja żadnej nalewki nie zrobię, bo coś ciebie ten alkohol za często korci... 

background image

 

 

Zanim jednak Prot wyjął ze swojej szafki pękatą butelkę, zadzwonił telefon. Prot podniósł 

słuchawkę niechętnie. 

- Halo... - powiedział niedbale, głosem, w którym można było wyczuć znużenie. 

A  jednak,  w  miarę  jak  słuchał,  jego  twarz  rozjaśniała  się,  a  zmatowiałe  przedtem  oczy 

nabierały blasku. 

- Tak, tak! - powtarzał tylko. - Tak, tak! Tak, ja słucham, słucham, panie kapralu! 

A więc, to zapewne wopista przekazywał Protowi jakieś dobre wiadomości. 

- Nie! - usłyszałem nagle stanowczy głos Prota. - Z brodą to ja tu nikogo nie widziałem. 

Ani z brodą, ani bez brody zresztą... 

Urzytomniłem  sobie  z  całą  wyrazistością  twarz,  którą  dostrzegłem  minionej  nocy  w 

blasku latarki. Dlaczego Prot kłamał? Co mam teraz zrobić? Z kim rozmawiać, z Protem czy z 

kapralem? A może milczeć? 

W  tej  samej  chwili,  kiedy  Prot  odkładał  słuchawkę,  do  kancelarii  weszła  Monika. 

Trzymała w ręku butelkę z denaturatem. 

-  Nie  mogłam  znaleźć,  Anito!  -  powiedziała,  zbliżając  się  do  okna.  -  Dlatego  tak  długo 

trwało. 

Anita podała jej biały gałganek. 

- Skrop go, Monisiu, i weź się za drugą szybę, pomóż mi trochę, bo późno już i z obiadem 

nie wydołam. A ty, Procie, masz gościa, gajowy idzie! - stwierdziła patrząc przez okno. 

- Zaraz tu wrócę, Janie Sebastianie, poczekajcie chwilę. 

Prot wyszedł, sięgnąłem po fajkę, Anita spojrzała w moją stronę. 

-  Ty  to  jesteś  w  porządku,  Janie  Sebastianie!  -  pochwaliła  mnie  nagle.  -  Nie  pijesz, 

papierosisków  nie  kurzysz,  tylko  sobie  czasem  tę  fajeczkę  pykniesz.  A Prot...?  Mam  ci  ja  kło-

potów z tym twoim dziadkiem, Monisiu, oj, mam! 

- Dziadek jest dobry! - odparła Monika gwałtownie. - Dlaczego Anita na niego narzeka? 

-  Dobry  jest  dziadek!  -  Anita  uśmiechnęła  się  pobłażliwie.  -  Nawet  bardzo  jest  dobry, 

Monisiu!  Ponarzekam  sobie  na  niego  czasami,  to  prawda,  aleś  chyba  ode  mnie  złego  słowa  na 

Prota nie słyszała, co? Takie to moje narzekanie: słów dużo, ale złośliwości mało... 

background image

 

 

  

Przez  chwilę  Anita  w  milczeniu  szorow  białe  ramy  okna.  Potem  odłożyła  szczotkę, 

sięgnęła po miękki gałganek i znowu zaczęła mówić, głosem zatroskanym i smutnym: 

-  Życie  to  on  miał  ciężkie,  na  lepsze  zasłużył,  bo  z  kościami  dobre  chłopisko.  Rodzinę 

miał,  trzy  córki  przecie  i  ten  chłopak,  co  go  pochował,  zanim  się  z  niego  radości  doczekał.  A 

teraz sam się został, córki w świat poszły, tyle co czasem która tu zajrzy albo dzieciaka podrzuci 

dziadkowi na lato. Inny był Prot dawniej, a inny teraz jest. Odkąd mu żona zmarła, to już nigdy 

do siebie nie wrócił. Bo też była z tej Małgorzaty dobra kobieta... 

- Ja nic o babci nie wiem! - wtrąciła Monika. - Nic, zupełnie! Dziadek niechętnie o niej 

opowiada... 

-  Ty  mu  się  nie  dziw,  Monisiu!  Jak  kto  naprawdę  kocha,  to  mu  słowa  do  tego 

niepotrzebne. Ty sobie, dziecko, zapamiętaj, że w miłości słowa nic nie znaczą. W miłości to sam 

człowiek się liczy, a nie jego gadanie. I taka też Małgorzata była. Małomówna, cicha, ale serce 

miała  do  wszystkiego.  I  za  to  Prot  ją  kochał,  aż  do  samego  końca,  a  kiedy  zmarła,  tośmy  tu 

wszyscy myśleli, że on od zmysłów odejdzie. I ja ci coś powiem, Janie Sebastianie... 

Anita  odłożyła  ściereczki,  wytarła  ręce  w  fartuch  i  stojąc  przede  mną  ważyła  w  sobie 

jekieś słowa, widocznie niełatwe do wypowiedzenia. 

- Piękna ona nie była, wbrew temu, co Prot o niej mówi,  ale swoją rację on ma. Bo dla 

niego zawsze była najśliczniejsza, i wcale nie przez urodę, tylko, pomyśl sobie, Janie Sebastianie, 

przez to, co w niej kochania było warte... 

Monika przykucnęła na parapecie okna i przyglądała się Anicie w milczeniu. Zauważy-

łem, że i Anita spojrzała na nią z ukosa, zanim zdecydowała się mówić dalej. 

- Więc tak sobie często myślę, że choćby się dziewczyna nie wiem jak upiękniała, to na 

prawdziwe uczucie nigdy może nie natrafić, jeśli tego, co w sobie nosi, upiększyć nie umie. Bo 

tak  już  jest,  że  jak  się  szminkę  i  puder  z  buzi  zmyje,  to  człowiekowi  prawdziwa  jego  twarz 

zostaje, a tylko wtedy coś warta, jeśli sam człowiek coś wart... 

Nie odezwałem się, bo w pewnej chwili zrozumiałem, że Anita nie do mnie mówi, cho-

ciaż na mnie patrzy. Monika słuchała uważnie, ale mały, cierpki uśmieszek błąkał się koło jej ust. 

background image

 

 

Być może Anita dostrzegła go także, bo westchnęła, zanim powiedziała: 

- Teraz ja pójdę obiad przyrządzać. Monisiu, skończ to okno, a ty, Janie Sebastianie, na 

Prota zaczekaj, on tu zaraz będzie, bo coś mi się widzi, że gajowy to tylko tak przyszedł, na dwa 

słowa, nie więcej. 

Kiedy wyszła, Monika sięgnęła po szmatkę i automatycznym ruchem przecierała szybę w 

jednym i tym samym miejscu. 

- Coś ty się tak zadumała, Monika? Dziurę w końcu wytrzesz na wylot! - roześmiałem się. 

- Myślę po prostu o tym, co Anita przed chwilą mówiła. Nie bardzo lubię takie mowy... - 

odparła szczerze. 

- Dlaczego? 

- Bo to wszystko jest może słuszne, ale w życiu chyba...  - zawahała się - w życiu chyba 

inaczej się układa. 

- Jak, mianowicie? 

- A tak, że się przede  wszystkim  uroda liczy, ładne ciuchy, pieniądze.  A dopiero potem 

cała  reszta,  którą  Anita  uważa  za  najważniejszą.  I  dobrze  to  wszystko  mówić  komuś,  kto  już 

swoje przeżył... 

- Może to są właśnie wnioski, Moniko? 

- Wnioski? - roześmiała się. 

- No, wnioski, wnioski. - powtórzyłem z lekką irytacją. 

- Kiedy już będę stara, będę miała czas na wnioski - odparła Monika twardo. - Inne rzeczy 

liczą się na starość, a inne w młodości. 

- A więc dla ciebie: ciuchy, uroda, pieniądze? 

- Jeżeli liczą się dla innych, muszą się liczyć i dla mnie. 

- Na miły Bóg, Moniko! - zdenerwowałem się. - Nie wmówisz we mnie, że wszyscy mło-

dzi mają takie poglądy jak ty! 

- Och, oczywiście! - przyznała bez dyskusji. - Jest cała masa nudziarzy... 

- Nudziarzy...? 

- Uhm, nudziarzy. Ja tam nie lubię żadnych wielkich dyskusji, tak jak Kryśka, ani 

background image

 

 

żadnych przemyśleń, tak jak Babetka. Mnie to po prostu nie interesuje. Pan wie, że one 

kiedyś kłóciły się przez pół dnia o to, czy przeszczepy serca łączą się z jakimiś tam problemami 

moralnymi? A mnie to kompletnie nic nie obchodzi! Babetka twierdzi, że ona nie chciałaby mieć 

niczyjego serca, a Kryśka, że mogłaby, owszem, ale tylko z porządnego człowieka. A mnie jest 

wszystko  jedno,  ja  mogłabym  nosić  każde  serce,  jeżeli  to  byłoby  konieczne.  Oczywiście  serce 

człowieka, a nie zwierzęcia. Nie zniosłabym  świadomości,  że bije we mnie serce jakiegoś tam 

prosiaka albo krowy... 

Pomyślałem,  że  z  dwojga  złego  wolę  słuchać  wokaliz  Moniki  niż  jej  rozpraw 

światopoglądowych.  Zresztą  sama znudziła  się  najwyraźniej,  bo  nagle  zainteresowała  się  włas-

nym odbiciem w szybie i przez chwilę przygładzała ręką zwisające nad brwiami kosmyki. 

Do kancelarii wszedł Prot. Znowu powrócił mój niepokój o niego. Kimże był ten brodacz, 

o którego istnieniu Prot nie chciał powiadomić kaprala? 

-  No,  to  my  się  teraz  napijemy,  Janie  Sebastianie!  -  powiedział  wyciągając  z  szafki 

butelkę  i  kieliszki.  Napełnił  je,  podał  mi  jeden  i  sam  przybliżył  swój  do  mojego  -  Nasze 

kawalerskie! - uśmiechnął się i popatrzył na mnie tym swoim dobrotliwym spojrzeniem, które tak 

u niego lubiłem. 

- Nasze kawalerskie! - stuknąłem kieliszkiem o kieliszek Prota. 

Monika  zebrała  porozrzucane  gałganki,  zamknęła  butelkę  z  denaturatem  i  zeskoczyła  z 

okna  wprost  do  ogrodu.  Zostaliśmy  z  Protem  sami.  Zbyt  długo  i  zbyt  dobrze  go  znałem,  żeby 

milczeć. 

-  Wiecie...  -  zacząłem,  ale  trudno  mi  to  szło.  -  Wiecie,  widziałem  dzisiejszej  nocy, 

jakżeście szli, Procie, od starej kuchni w stronę lasu... 

-  Tak...?  -  zdziwił  się  szczerze.  -  A  to  dlaczego?  Co  wam  spać  nie  daje?  Zawsze  żeście 

dobrze spali, Janie Sebastianie, w mojej leśniczówce... 

- Tym razem nie mogę. Niespokojnie tu jakoś! 

- Eeeee! - Prot machnął ręką pogardliwie. - Jak kto chce, to i diabła może nocą zobaczyć, 

ważne, żeby w siebie żadnych głupstw nie wmawiać... 

Zakasłałem, bo mówienie szło mi coraz oporniej. 

background image

 

 

- Nie byliście sami, Procie, kiedy was widziałem. 

Podniósł na mnie wzrok i patrzył nieruchomo, poważnie. 

-  Wy,  Janie  Sebastianie,  skorzystajcie  lepiej  z  środków  nasennych,  Anita  ma  u  siebie w 

apteczce... - powiedział wreszcie, nie spuszczając ze mnie surowego spojrzenia. 

-  Ja  rozumiem,  że  wy  się  przede  mną  nie  musicie  tłumaczyć.  Ale  zrozumcie  i  mnie. 

Słyszę, szukają brodatego. A wyście przecież z tym brodatym byli! 

- Jak dziecko jesteście... - Prot pokiwał głową z pobłażaniem. - Zupełnie jak dziecko. 

- Byliście z brodatym! Widziałem go tak, jak was w tej chwili widzę. Chyba nie będziecie 

zaprzeczać... 

- Zaprzeczać to nie będę, ale czy to jeden brodaty po ziemi chodzi? Jakbyście wy brodę 

zapuścili, też by wam urosła, nie? 

- Tak, ale... 

Urwałem  i  przez  moment  myślałem,  jak  by  nakłonić  Prota  do  szczerej  rozmowy.  A  on 

odsunął się nieco od stołu i szeroko położył przed sobą wyciągnięte ręce. 

-  Wy  to  teraz  myślicie,  czy  nie  warto  w  sprawie  brodatego  do  kaprala  jechać,  tak?  - 

powiedział. - Boście przed chwilą moją rozmowę słyszeli, o uszy wam się coś jeszcze obiło, a 

może  i  sam  kapral  o  uwagę  prosił...  Ot,  i  rozumiem,  że  sprawa  gnębi!  Ale  jedno  tylko  wam 

powiem: nie śpieszcie się jechać do miasta, Janie Sebastianie. Nie macie z czym. Więcej mówić 

nie mogę, bo cała ta rzecz nie moja jest... 

Prot sięgnął po butelkę i dolał nalewki do swojego kieliszka. 

- No jak? - zapytał. - Wierzycie na słowo? 

- Jasna rzecz, Procie. Wierzę. Wierzyłem istotnie. 

- Jest tu jeszcze Jan Sebastian? - Anita zajrzała do kancelarii. - Jest, to dobrze. Chodź do 

kuchni, ja cię proszę, potem sobie wrócisz do Prota, dużo ci czasu nie zajmę. 

Podniosłem się, za mną Prot. 

- Do lasu idę. Wrócę na obiad, Anito! Anita popędzała mnie. 

- Prędzej, prędzej, taki mam z Babetką kłopot, że już sama nie wiem, co robić... 

- A co jej się stało? 

background image

 

 

- E, głupoty takie! Tomaszek jej pierścionek na jarmarku kupił, na palec wsadziła i teraz 

nieszczęście! Paluch napęczniał jak balon, bo pierścionek mały. Mydłem smarowałam, ale też nie 

może zsunąć, sama nie wiem, Janie Sebastianie, ale chyba będziesz go musiał przeciąć! Przetnie 

się chyba nożyczkami taką cienką obrączkę, nie? Babetką siedziała przy kuchennym stole. 

-  Pokaż  ten  palec!  -  Anita  pochyliła  się  nad  Babetką  i  zajrzała  jej  w  oczy.  -  Co  ty, 

dziewczyno? Ryczysz? Jezusie, Mario! O taki ból ona ryczeć będzie! Toż ciebie chyba jeszcze 

nigdy  w  życiu  nic  porządnie  nie  bolało!  Wytrzyj  nos,  słyszysz?  I  pokaż  palec,  Jan  Sebastian 

przyszedł z ratunkiem! 

Anita wyjęła z szuflady  długie, ostre nożyczki  i podała mi je bez słowa. Spojrzałem na 

nieszczęsny  palec,  wyglądał  brzydko,  ale  znowu  nie  tak,  żeby  wsunięcie  wąskiego  ostrza  pod 

obrączkę było niemożliwe. 

- Może ja jeszcze raz spróbuję mydłem? - poprosiła Babetką cicho. 

-  Co  tam  mydłem!  Przeciąć  i  już!  -  zarządziła Anita  zdecydowanie.  -  Będziesz  żałować 

takiej tandety? Nie maż się, dam ci pięć złotych, kupisz sobie drugi! 

- Ja wcale nie chcę drugiego, Anito... 

-  Więc  o  co  te  płacze?  Ty  sama  już  nie  wiesz,  dlaczego  beczysz,  paskudo!  Żebyś 

widziała, jak wyglądasz! Nos czerwony, oczy spuchnięte... 

Kiedy wsuwałem ostrze pod obrączkę, do kuchni wszedł Tomasz. 

-  Przyniosłem  ziemniaki,  Anito...  -  spojrzał  na  Babetkę  i  na  mnie.  -  Co  tu  się  dzieje? 

Podszedł bliżej. 

- O! - zawołał. - To fatalnie! Czy mogę panu pomóc? 

- Dziękuję, pójdzie szybko, tylko sekundę może poboleć, Babetko... 

Cienki  drucik  nie  stawiał  zbytniego  oporu.  Pierścionek  upadł  na  podłogę,  Tomasz 

podniósł go i podał Babetce. 

- Dlaczego płakałaś? - zapytał. - Bolało? 

-  Nie...  -  wymamrotała.  Patrzyła  na  pogięty  pierścionek,  który  leżał  teraz  na  jej 

wyprostowanej dłoni. 

- Spójrz, jak on teraz wygląda... - szepnęła, ale usłyszałem ten szept. 

background image

 

 

-  Więc  dlatego...?  -  Tomasz  przykrył  dłoń  z  pierścionkiem  swoją  ręką.  -  Nie  bądź 

głuptasem... a zresztą... - zawahał się. - Może właśnie nie jesteś! 

Nie wiem, jak Babetka, ale ja byłem wdzięczny Tomaszowi za te słowa. Przypomniały mi 

się  chrabąszcze,  które  w  życiu  Babetki  odegrały  jakąś  rolę,  pomyślałem  jednak,  że  nie  można 

dokonywać  wyboru  bez  prób  i  siebie  też  bez  prób  nie  można  sprawdzać.  Próbę  chrabąszczy 

Babetka  już  zaliczyła,  teraz  zalicza  próbę  jarmarcznego  pierścionka.  Cóż,  jak  długo  pamiętać 

będzie  przestrogę  Alki,  tak  długo  możemy  być  o  nią  zupełnie  spokojni!  I  ja,  i  dama  klasowa, 

która znowu złowieszczo przemówiła moim głosem: 

- Powinnaś przemyć to obtarte miejsce wodą utlenioną, Babetko! Może ci się paskudzić. 

 

background image

 

 

IV. TRZĘSIENIE ZIEMI 

 

  

- Myślę, że Anita naprawdę ucieszyła się z tej chustki! - powiedział Tomasz. 

- I mnie się tak wydaje - odparłem. 

Spasieni różnymi przysmakami siedzieliśmy we dwóch na plecionych fotelach przed do-

mem. Dziewczęta sprzątały po imieninowym podwieczorku. Stwierdziły, że popołudnie w dniu 

swoich  imienin  Anita  powinna  spędzić  przy  telewizorze,  przecież  prawie  nigdy  nie  ogląda 

programu,  zawsze  czymś  zaprzątnięta,  nawet  późnym  wieczorem.  Anita,  ujęta  ich  dobrymi 

intencjami, siedziała teraz przed aparatem i pokornie oglądała „Misia z okienka". 

-  Zdaje  mi  się,  że  po  dzisiejszym  programie  Anita  będzie  unikała  telewizji  co  najmniej 

przez miesiąc! - zauważył Tomek sceptycznie. - Po „Misiu" ma być czeska kreskówka, a potem 

mecz piłki nożnej. 

-  Przekonasz  się,  że  twardo  obejrzy  cały  program!  Jest  zachwycona,  że  dziewczęta 

pomyślały o tym. Zresztą, mecz ja również chętnie zobaczę. A ty? 

- Nie...  - Tomek skrzywił  się z niechęcią.  -  Piłka nożna zupełnie mnie nie pasjonuje. W 

gruncie rzeczy to jest potwornie żałosne, musi pan przyznać: gromada dorosłych mężczyzn lata 

po trawie za kawałkiem skóry. Ciekawę, czy oni w pracy też są tacy aktywni? Osobiście wątpię. 

- Nie lubisz sportu? - zdziwiłem się. 

- Sport lubię. Ale nie taki. 

- A jaki? 

-  Dżudo.  Mam  trzecie  kyu  -  powiedział  Tomasz.  -  Jeżeli  to  pana  interesuje,  mogę 

zademonstrować kilka chwytów. Na przykład duszenie... 

- Na kim chcesz demonstrować? - zapytałem przezornie. 

- Na panu. 

- W takim razie nie bardzo mnie to interesuje! - roześmiałem się. 

-  Ma  pan  rację!  -  zawołała  Babetka  wychylając  się  przez  okno.  -  Jak  zakładał  duszenie 

background image

 

 

Anicie,  to  Anita  wpadła  do  salaterki  z  galaretką!  A  jak  mnie  zakładał  duszenie,  to  dostałam 

potem czkawki, która mnie trzymała przez dwie godziny! 

- To dlatego, że mi się wyrywałaś! - zaperzył się Tomasz. - Gdybyś mi się nie wyrywała... 

- Ha! - przerwała Babetka. - Gdybym ci się nie wyrywała, już dawno kwiatki by na mnie 

wyrosły! Niech pan się nie da namówić na duszenie za żadne skarby! On kiedyś popełni zbrodnię 

zupełnie niechcący, dlaczego ma ją popełnić akurat na panu?? 

Byłem tego samego zdania. 

-  To  jest  takie  typowe  dziewczyńskie  gadanie!  -  powiedział  Tomek  szorstko,  ale 

jednocześnie  wpatrywał  się  w  okno  kuchenne  wzrokiem,  w  którym  było  wszystko  prócz 

szorstkości. 

- Ty też powinnaś znać podstawowe chwyty dżudo! - stwierdził. - Dopiero wtedy byłbym 

o ciebie zupełnie spokojny. 

Zupełnie spokojny! Spojrzałem na Tomasza. Wyglądał jak nastroszony kogut, tylko oczy 

miał mdłe jak rachatłukum. Babetka również patrzyła na niego. 

- I teraz możesz być o mnie zupełnie spokojny - powiedziała, a zabrzmiało to wyniośle - 

chociaż  nie  znam  żadnego  chwytu  dżudo.  Mam  za  to  charakter.  A  dziewczynie  charakter  jest 

bardziej potrzebny niż trzecie kyu! 

-  Oczywiście,  że  charakter  jest  bardziej  potrzebny  -  przyznał  Tomek.  -  Ale  dżudo  też 

może się czasami przydać, nie uważa pan? - zwrócił się do mnie. 

-  Jasne!  -  poparłem  go  lojalnie  i  z  przekonaniem  zresztą.  -  Powinnaś  koniecznie 

opanować kilka chwytów, Babetko! 

-  Nie  wiem,  czy  się  zdecyduję...  -  odparła,  przechylając  zabawnie  głowę.  Jeden  kucyk 

leżał teraz na ramieniu, drugi sterczał zadzierzyścię. 

Pomyślałem złośliwie, ale to była serdeczna złośliwość, że być może Babetka wcale nie 

ma ochoty znać żadnych chwytów dżudo, a przynajmniej nie chce, żeby Tomek o tym wiedział... 

Kto  wie,  co  się  tam  marzy  w  kucykowatym  łebku?  Nie  ufa  Tomkowi,  ale  zależy  jej  na  nim, 

opancerza się, wysuwa kolce jak mały jeż, ale jednocześnie płacze nad pogiętym pierścionkiem. 

„Ja mam charakter!" - mówi groźnie i dumnie, ale jednocześnie chciałaby, żeby ją Tomasz objął, 

background image

 

 

żeby powiedział: „Jesteś najcudowniejszą dziewczyną na świecie!" Chciałaby móc w to wierzyć, 

móc  przyznać,  że  i  on  stał  się  jej  bliski,  a  tu  trzeba  będzie  przerzucić  chłopaka  przez  bark  jak 

wiązkę słomy albo założyć mu duszenie. Hm... gdybym był Babetką... Gdybym był Babetką! Co 

za szczęście, że nie jestem. 

- W życiu zdarzają się paskudne układy! - powiedziała Babetką nagle. - Tak paskudne, że 

żadne dżudo nie jest w stanie ich zmienić. I mnie się zdaje... - urwała, podniosła w górę ramiona, 

a  w  jej  oczach  dostrzegłem  popłoch,  jakby  się  zlękła  własnej  odwagi.  -  Po  prostu,  uważam,  że 

znajdować  wyjście  z  niedobrych  układów  to  jest  dopiero  sztuka.  Znać  prawidłowe  chwyty, 

którymi można bronić siebie, ludzi... Ale żeby to nie było dżudo... 

Patrzyła  na  mnie  pytająco.  Zrozumiałem,  że  teraz  Babetką  nie  powtarza  już  żadnych 

sentencji  Alodii,  tylko  snuje  swoją  własną  teorię.  Może  po  raz  pierwszy?  Zanim  cokolwiek 

zdążyłem odpowiedzieć, Babetką zniknęła w głębi kuchni. Przez chwilę patrzyłem w puste okno. 

- Dziwna ona jest - powiedział Tomek. 

- Być może dziwna, być może nie dziwna. W każdym razie zadaje sobie pytania i to się 

liczy. Ktoś, kto o nic nie pyta samego siebie, ma zamazaną osobowość, nie sztuka powielać się 

na obcych wzorach, nie uważasz? 

Do tej pory Tomek nie wykazywał się zbytnią rozmownością, liczyłem się z tym, że zno-

wu  zareaguje  krótkim  „ma  pan  rację,  owszem,  tak"  albo  podobnie  ogólnikową  odpowiedzią. 

Myliłem się. 

- Jak Monika! - odparł krótko, ale treściwie. - Ona jest papużką. 

Papużką? Może i tak. Papużka-nierozłączka, ptaszek, który nie potrafi żyć samotnie, pięk-

nie upierzony, gruchający świergotliwie, ale przecież - to wszystko. 

- Babetką jest zupełnie inna - ciągnął dalej Tomek - i Kryśka jest inna. Nie wiem, czy pan 

to zauważył? 

Mój Boże, nawet gdybym bardzo chciał nie zauważyć wnuczek Prota, i tak by mi się to 

nie udało. 

- Zauważyłem, oczywiście! 

-  Kryśka  lubi  na  świecie  porządek.  Gdybym  był  karykaturzystą,  narysowałbym  Kryśkę 

background image

 

 

stojącą na kuli ziemskiej ze szczotką i froterką w ręku! - roześmiał się Tomasz. - Ona chciałaby 

bez przerwy porządkować ludzi i życie. To jest fajne w Kryśce, bardzo ją za to lubię. 

Pomyślałem, że chyba ma rację ten młodociany psycholog z trzecim kyu. Krystynka lubi 

sprawy przejrzyste i dlatego właśnie zamartwia się poczynaniami dziadka Prota. 

- A którą z nich trzech lubisz najbardziej? - zapytałem, udając, że nie wiem. 

A  jednak  Tomek  zaskoczył  mnie.  Oparł  się  wygodnie  o  poręcz  wiklinowego  fotela, 

wyciągnał przed siebie długie nogi, ręce wsunął w kieszenie spodni i pogwizdywał cichutko. Za-

stanawiałem się, co mu dyktuje tę pozę, wygoda czy nonszalancja, kiedy powiedział: 

-  Czy  ja  wiem?  Kryśkę  to  chyba  każdy  lubi.  Babetka  jest...  Babetka  jest...  och,  no!  - 

zmrużył  oczy  i  patrzył  przed  siebie.  Widać  nie  umiał  znaleźć  słowa,  które  mogłoby  określić 

Babetkę  w  sposób  jednoznaczny.  Natomiast  znalazł  słowo  dla  Moniki.  -  Monika  jest  ładna!  - 

stwierdził z przekonaniem. - Monika jest z pewnością najładniejsza z nich wszystkich. 

- Co z tego? Sam uważasz, że ona jest jak papużka. 

-  Tak!  -  przyznał.  -  Ale...  -  Tomasz  odwrócił  się  gwałtownie,  miałem  teraz  przed  sobą 

jego twarz. - Ale czy pan, na przykład, nie lubi papużek? - zapytał. 

Nie.  Ja,  na  przykład,  nigdy  nie  lubiłem  papużek,  ale  to  wcale  nie  było  ważne  i  nie 

potrzebowałem wyjaśniać Tomkowi swojego poglądu na tę sprawę. Treść zawarta w jego pytaniu 

nie odnosiła się do mnie, więcej,  to  może nawet  w ogóle nie było  pytanie. Tomasz stwierdzał: 

cenię i lubię szare wróbelki, zaradne i mądre. Ale mój wzrok przyciągają również barwne piórka 

papużek. Czy jestem w porządku? 

Nie  zdążyłem  odpowiedzieć,  bo  właśnie  Monika  podbiegła  do  nas  i  stanęła  na  wprost 

Tomka. 

- Idę po szyszki! - powiedziała zaczepnie. - Chodź ze mną! Pójdziesz? Proszę cię, chodź... 

- mruczała teraz przymilnie. - Tak nie lubię być sama w lesie... 

Nie  odpowiadał,  więc  rzuciła  mu  na  kolana  pleciony  koszyk.  Wtedy  wstał,  mruknął  w 

moją stronę coś, co miało oznaczać, że przeprasza mnie na chwilę, i ruszył w stronę lasu. Monika 

przez chwilę szła obok niego podskakując zabawnie, a potem wsunęła mu rękę pod ramię i szła 

dalej spokojnie, z podniesioną do  góry  głową, zdobywcza, pewna siebie. Tak ich widziałem,  a 

background image

 

 

później spojrzałem w okno kuchenne i przekonałem się, że Babetka widziała ich także. 

Wrócili  o  zmierzchu.  Babetka  nakrywała  stół  do  kolacji,  pochylona  nisko  nad  wielkim 

blatem wygładzała  rękoma załamania serwety.  Znieruchomiała, kiedy  Monika weszła, i  nie po-

trafiła ukryć swojego niepokoju: posłała Monice przelotne spojrzenie, które czasami jest bardziej 

wymowne i przenikliwe niż długa obserwacja, a potem uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. 

- Umyj się - powiedziała - jesteś brudna. 

Monika potarła ręką policzek. 

- Brudna? To pewnie jagody. Nie masz pojęcia, ile dziś było jagód w lesie! Znaleźliśmy 

całą masę. 

Monika  zakręciła  się  na  pięcie  i  pobiegła  w  stronę  drzwi,  w  progu  zderzyła  się  z 

Tomkiem. Oboje wybuchnęli śmiechem. Ten śmiech poraził Babetkę... z przeraźliwym hałasem 

rzuciła na stół łyżki i widelce, jak gdyby chciała zagłuszyć perliste gruchanie Moniki i stłumione 

parskanie Tomasza. 

- Masz cały policzek w jagodach! - zawołał Tomek. - Wyglądasz jak panna Jagodzianka... 

To  drugie  zdanie  było  już  ciche,  wyobrażam  sobie  jednak,  jak  głośno  zaświdrowało  w 

uszach Babetki. Monika wyszła, Tomek zbliżył się do stołu i zapytał: 

- Pomóc ci w czymś, Babetko? 

- Nic. 

- Może jednak? Chleb pokroję albo coś... 

- Nie! - powtórzyła Babetka ostro. - Wszystko już zrobione, Kryśka mi pomogła. 

Z pochmurną miną przyglądał się, jak Babetka układa sztućce na stole. 

- Talerze przyniosę - zaofiarował się. 

-  Kryśka  zaraz  przyniesie.  Jak  już zaczęłyśmy  wszystko  robić  we  dwie,  to  i  skończymy 

we dwie - powiedziała Babetka zaczepnie. 

- Nie myśleliśmy, że to  już tak późno. Wcale nie chcieliśmy się migać od rofroty, tylko 

tak jakoś nam zeszło... 

-  Czy  ja  ciebie  proszę,  żebyś  się  tłumaczył?  -  zapytała  Babetka  godnie.  -  Dlaczego  się 

tłumaczysz? Świat się nie zawalił! 

background image

 

 

Może się nie zawalił - pomyślałem - ale porządnie nim zatrzęsło. To znaczy tym światem 

Babetki. Być może Tomek rozumował podobnie, bo powiedział łagodnie: 

- Nie złość się, Babet... 

-  Wcale  się  nie  złoszczę!  -  krzyknęła  Babetka  gwałtownie  i  z  prawdziwą  wściekłością 

tupnęła nogą. - Nie wmawiaj mi, że się złoszczę! 

- Niczego ci nie wmawiam. Widzę po prostu. 

- To źle widzisz. Przydałyby ci się okulary. 

- Dobrze, poszukam okularów, mam je gdzieś w plecaku, bo używam tylko do czytania. 

-  Słuchaj,  Babetko  -  powiedziałem,  kiedy  wyszedł  -  czy  nie  sądzisz,  że  tobie  z  kolei 

przydałby się tłumik? 

Myślałem,  że  fuknie  na  mnie,  ale  ona  chyba  już  zdążyła  zrozumieć,  że  ma  we  mnie 

sojusznika, bo spojrzała tylko i powiedziała z westchnieniem: 

-  Ma  pan  rację,  ale  ja  nie  mam  takiego  tłumika.  Oni  mnie  rzeczywiście  potwornie 

rozzłościli.  Cała  imieninowa  kolacja  spadła  na  mnie  i  na  Kryśkę.  Czy  to  nie  świństwo  z  ich 

strony? Zrobiłyśmy kanapki, zrobiłyśmy sałatkę, zrobiłyśmy zapiekankę. We dwie. Czy pan się 

domyśla, ile z tym było roboty? 

- Domyślam się. 

A więc Babetka stała twardo na pozycji zmęczonej! To była w każdym  razie lepsza po-

zycja niż pozycja zazdrosnej, i nie mogłem mieć jej tego za złe. 

-  Za  to  masz  satysfakcję  -  powiedziałem  udając,  że  dałem  się  wyprowadzić  w  pole.  - 

Machnęłyście we dwie robotę za czworo. 

Przyjrzała  mi  się,  a  potem  przemknął  przez  jej  buzię  uśmiech  politowania.  Widocznie 

krytycznie  stwierdziła,  że  z  taką  znajomością  psychiki  nie  mam  szans  na  stworzenie  książki  o 

zagmatwanych sprawach pierwszej miłości. 

- Babetko! - zawołała Anita wchodząc do pokoju. - Byłam w kuchni, a co wyście tam za 

cudeńka naszykowały! Powiadam ci, Janie Sebastianie, całe przyjęcie urządziły! W życiu swoim 

takich imienin nie miałam. 

Spojrzenie Babetki rozjaśniło się, ale tylko  na chwilę, na króciutki  ułamek sekundy, bo 

background image

 

 

właśnie wszedł do pokoju Tomasz. Grube okulary w brązowej oprawce zsuwały mu się z nosa, 

więc przytrzymywał je palcem. 

- A jednak! - powiedział żartobliwie. - A jednak, Babetko! 

- Masz za słabe szkła - mruknęła. 

- O czym wy mówicie? - Anita spoglądała to na Babetkę, to na Tomka. - Po co ty w tych 

okularach, Tomaszku? 

Nie zdążył odpowiedzieć, bo Babetka była szybsza od niego. 

- Nie zwracaj na niego uwagi, Anitko! Nie warto! 

Nie warto! Tomasz opuścił rękę i okulary zsunęły mu się do połowy nosa. Patrzył teraz na 

Babetkę sponad oprawki, już poważnie, już bez uśmiechu. „Nie warto!" - powiedziała... 

- Tomek! - wołała Monika z sieni. - Chodź, zobacz, znalazłam tu wspaniałą rzecz! 

Tomasz  zdjął  okulary  i  wsunął  je  do  kieszeni.  Wyszedł  bez  słowa,  a  kiedy  wrócił  do 

pokoju, u jego ramienia wisiała Monika. 

- Cóż ty, Monisiu? - zapytała Anita z wyraźnym  niezadowoleniem.  - Sama nie potrafisz 

na nogach ustać? 

- Potrafię, ale tak złaziliśmy się po lesie, Anitko, że już ledwo żyję. Tomek, schowałeś do 

swojej kieszeni moją chustkę, możesz mi ją dać, pieseczku? 

-  Pieseczku!  -  parsknęła  Anita.  -  Też  sobie  pieseczka  znalazłaś,  kto  by  to  pomyślał! 

Prędzej już Tomaszek do jakiej żyrafy podobny, ale do pieseczka?... Pieseczek całkiem do niego 

nie pasuje - stwierdziła kategorycznie. 

Babetka przyniosła na stół wazonik z kwiatami. 

-  Może  pieseczek  do  mnie  nie  pasuje  -  powiedział  Tomek  samokrytycznie.  -  Ale  to  w 

końcu przyjemnie być pieseczkiem, Anito, bo każdy pieseczek... 

-  ...chodzi  na  smyczy  -  wtrąciła  Babetka.  -  A  chodzenie  na  smyczy  to  przecież  coś 

cudownego! 

Usiedliśmy do stołu, ale czekaliśmy z rozpoczęciem kolacji na Prota. Krystynka pobiegła 

do  kancelarii,  żeby  odciągnąć  go  od  rachunków.  Babetka  rozmawiała  z  Anitą  o  zapiekance, 

Tomasz bawił się widelcem, Monika skubała frędzle serwety. A ja myślałem o tym, jak szybko 

background image

 

 

zmienił się tu układ sił. I dlaczego? Przez odrobina zazdrości, być może nawet nieuzasadnionej, 

przez  jeden  zwrot  „nie  warto",  przez  jedno  słowo  „pieseczku"...  A  może  troszkę  i  przez 

różnobarwne piórka papużki? I oni chcieli mi pomagać w pisaniu książki o miłości! A przecież 

ona  dla  nich  jest  jeszcze  jak  mgła,  gęsta,  nieprzenikniona,  w  której  każdy  krok  stawia  się  po 

omacku, chwiejnie i tak często wcale nie w tę stronę, w którą pragnie się iść. 

- O czym ty myślisz, Janie Sebastianie? - usłyszałem głos Anity. - Taką masz minę, jakby 

świat dookoła ciebie nie istniał. 

-  A  tak,  siedzę  sobie  i  myślę,  Anito,  o  tym,  jak  trudno  jest  ludziom  chodzić  w  czasie 

mgły. 

Anita ściągnęła brwi, myślała dość długo, wreszcie powiedziała wolno: 

-  Masz  rację,  trudno  jest,  pobłądzić  można.  Nawet  kiedy  dwoje  idzie  blisko  siebie, 

zdarzyć się może, że coś ich rozdzieli.  I chociaż mogą ręce do siebie wyciągać, żeby jedno na 

drugie znowu trafiło, to nie, nie udaje się. Albo jeszcze inaczej może się przytrafić: pochwycisz 

jakąś rękę, wydaje ci się, że już znalazłeś tego, kogo zgubiłeś, a potem patrzysz: nieprawda! Ta 

ręka do innego człowieka należy... 

Monika już plotła czwarty warkoczyk z frędzelków, Tomasz podniósł głowę i wpatrywał 

się w ciemne belki sufitu. 

-  I  dziadka  nie  ma,  i  Kryśka  przepadła  -  powiedziała  nagle  Babetka  wstając  od  stołu.  - 

Pójdę, zobaczę... 

- Może ja pójdę? - Tomasz przytrzymał ją za łokieć. - Siadaj, Babet, ja pójdę. 

-  Dobrze  -  odparła  Babetka  łagodniejszym  tonem.  -  Dobrze,  jeżeli  chcesz...  Tomasz 

uśmiechnął  się  do  niej,  a  ona  również  próbowała  odpowiedzieć  mu  uśmiechem.  Widziałem,  z 

jakim wysiłkiem zmuszała do tego swoją buzię, swoje oczy. No cóż, niezbyt dobrze to wyszło. 

Monika skończyła zaplatać piąty warkoczyk. 

Tej nocy śniło mi się, że jestem na Capri, na której zresztą nigdy nie byłem, ale od dzie-

ciństwa ta nazwa posiadała dla mnie ogromny urok i od dzieciństwa również wydawało mi się, że 

właśnie na Capri mógłbym być szczęśliwy. Tylko raz, miałem wtedy dwanaście lat, przeżyłem 

chwilę  rozterki.  Przyjaciel  mego  ojca,  filolog,  wyjaśnił  mi,  że  nazwa  Capri  pochodzi  od 

background image

 

 

łacińskiego słowa c a p r o s, co znaczy koza. I to sprawiło, że moje marzenia o podróży na Capri 

zostały nieco stłumione. 

Wkrótce  jednak  znowu  począłem  tam  wracać  marzeniami.  Odwiedzałem  moją  wyspę 

każdej niemal nocy, odrywając się w ten sposób od rzeczywistości, od wojennego świata, którego 

prawem  stało  się  bezprawie.  Wróciłem  na  moją  Capri  zapominając  o  pochodzeniu  tej  nazwy. 

Teraz bywam tam rzadko, bo już wiem, że szczęście człowieka nie zależy od flory i fauny ani od 

nieba, pod którym żyje. 

Tej  nocy  jednak  śniło  mi  się  znowu,  że  jestem  na  Capri,  że  idę  stokiem  pełnym 

pachnących  narcyzów.  Sypiam  jednak  bardzo  czujnie  nawet  podczas  śródziemnomorskich 

wycieczek  i  każdy,  najdrobniejszy  szelest  budzi  mnie  natychmiast.  Tym  razem  ze  snu  wyrwał 

mnie  szmer  za  oknem.  Zupełnie  wyraźnie  słyszałem  czyjeś  kroki.  Sięgnąłem  po  latarkę,  którą 

każdego wieczoru kładłem pod poduszkę. Trzymałem ją w ręku, nie zapaloną, skierowaną jednak 

w  stronę  otwartego  okna.  Kroki  wydawały  mi  się  coraz  bliższe,  a  kiedy  ucichły,  byłem  już 

pewien, że ktoś przystanął pod moim oknem. Wpatrywałem się w ciemny prostokąt i nie było mi 

przyjemnie.  Nagle  ujrzałem  przed  sobą  nieczytelny  zarys  czyjejś  sylwetki.  Prot!  -  pomyślałem 

przesuwając  wyłącznik  latarki.  Ale  to  nie  był  Prot.  W  smudze  światła  zobaczyłem  obcą  twarz 

okoloną  obfitym  zarostem.  Wszystko  trwało  sekundy,  ale  zdążyłem  sobie  w  tym  czasie 

uświadomić, że z pewnością nie była to twarz brodatego człowieka, który towarzyszył Protowi w 

czasie jego nocnej wędrówki. Ten nowy brodacz zniknął mi z oczu równie błyskawicznie, jak się 

pojawił. Zerwałem się z łóżka i dopadłem okna. - Stać! - krzyknąłem, widząc, że ciemna postać 

ginie mi z oczu w krzakach malin. 

W mgnieniu oka wyskoczyłem przez okno i skierowałem światło latarki na krzewy. Kie-

dy  przedarłem  się  przez  kłujące  gałęzie,  zobaczyłem,  że  nieznajomy  biegnie  w  stronę  szkółki. 

Byłem  bez  szans,  moja  nie  najlepsza  forma  fizyczna  z  góry  przekreślała  sukces  jakiejkolwiek 

pogoni.  Mogłem  jedynie  możliwie  szybko  wrócić  do  domu,  obudzić  Prota  i  zawiadomić  go  o 

nocnej wizycie obcego brodacza. Pobiegłem wzdłuż żywopłotu, a potem 

ścieżką do drzwi wejściowych. Były zamknięte, zauważyłem jednak, że okno pokoju, w 

którym sypiał Prot, jest lekko uchylone. Po chwili stałem już przy jego łóżku. 

background image

 

 

- Procie! - zawołałem, gwałtownie szarpiąc go za ramię. Usiadł, przytomny od razu. 

- Co wam...? - zapytał z przestrachem. - Co wam, Janie...? 

-  Procie,  przed  chwilą  ktoś  zaglądał  do  mojego  pokoju.  Goniłem  go,  ale  uciekł!  - 

mówiłem, szukając jednocześnie wyłącznika przy nocnej lampce. 

Kiedy zapaliłem światło, Prot miał już buty na nogach. 

- Mówcie, jak wyglądał? Widzieliście go? Zauważyliście coś? 

- Wysoki, barczysty. Jasna broda. Więcej nic nie widziałem. 

-  Chodźmy  do  kancelarii,  będę  dzwonił  na  komendę  -  zdecydował  Prot.  -  Rysopis  się 

zgadza, to może być Walter. 

Nie wiedziałem, kim jest Walter, ale domyśliłem się od razu, że musi to być właśnie ten 

człowiek,  którego  kapral  szukał  w  okolicy,  bo  Protowi  nerwowo  drżała  ręka,  kiedy  nakręcał 

numer komendy. 

- Widzicie, Janie Sebastianie - mówił Prot czekając na sygnał  - teraz toście słusznie po-

dejrzenie  powzięli.  To  może  być  Walter.  Dziś  tu,  wczoraj  u  Węsierskiego  szukał...  Bezczelnie 

łaził  po  całym  podwórzu  gajówki,  myślał  pewnie,  że  nikogo  w  domu  nie  ma,  ale  się  pomylił, 

łotrzyk, bo Węsierska była. 

Stałem  obok  Prota  i  wyraźnie  usłyszałem  w  słuchawce  głos  dyżurnego.  Prot  złożył  mu 

krótką relację o tym, czego dowiedział się ode mnie. 

- Na strażnicę mam dzwonić? - zapytał jeszcze. 

- Nie trzeba! Ja już się z nimi łączę. Dziękuję... 

Prot  odłożył  słuchawkę,  ale  jeszcze  przez  chwilę  stał  trzymając  rękę  na  aparacie. 

Patrzyłem na jego dłoń, dużą, kościstą, opaloną. To była dobra dłoń przyjaciela. Ta sama, która 

wiele lat temu otworzyła mi drzwi, kiedy wychudzony i głodny stanąłem przed nimi, wyczerpany 

ucieczką z obozu. Ta sama, która później strzegła mnie i karmiła. Było  mi teraz niewymownie 

wstyd  za  chwilę  przelotnego  zwątpienia.  Ach,  Krystynko!  Są  ludzie,  których  nie  trzeba 

porządkować, kto wie, czy Babetka nie miała racji celując pomidorem w twój wścibski nosek... 

- Procie... 

Odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco. 

background image

 

 

- A co? Macie ochotę na coś mocniejszego, Janie Sebastianie? 

- O, nie! - zaprzeczyłem gwałtownie. Ale Prot wyjął już z szafki butelkę. 

- Może chociaż połóweczkę? - zapytał i prowokująco postawił na stole dwa kieliszki. 

- No, połóweczkę... 

- To rozumiem! - ucieszył się. 

Napełnił kieliszki, uniósł swój do góry i patrzył na mnie. 

- Na jakieś dwa dni przed waszym przyjazdem, Janie Sebastianie, zjawił się w miasteczku 

samochód z zagranicznymi znakami. Na Rynku widzieli, że wysiadło z niego dwóch mężczyzn. 

Jeden  niski,  cherlawy,  drugi  potężny  z  rudą  brodą.  Cherlawy  zagranicznik  wynajął  pokój  u 

kierownika restauracji, powiedział, że przyjechał odpocząć, że potrzebuje ciszy, bo nerwy leczy. 

Grzecznie się zameldował. Dziwne to się wydało naszym władzom, że aż u nas spokoju musiał 

szukać, parę kilometrów od strefy nadgranicznej... 

Prot podniósł kieliszek, 

-  Nasze  kawalerskie!  -  powiedział  i  wypił.  Sięgnął  po  papierosa,  chwilę  go  pokręcił  w 

palcach, wreszcie zapalił. 

- A ten drugi, ten z brodą, przepadł bez śladu. Ani w miasteczku się nie pokazywał,  ani 

biletu  na  autobus  nie  kupował,  ani  w  kasie  na  dworcu  kolejowym  kasjerka  nikogo  takiego  nie 

widziała.  Za  to  w  dwa  dni  później  gajowy  spotkał  go  w  lesie.  „Turysta  jestem,  okolicę 

zwiedzam",  mówił.  Podejrzany  wydał  się  Węsierskiemu,  więc  zameldował,  komu  trzeba.  A 

wieczorem, tego samego dnia, zjawił się brodacz u Marcina Zapały, który przy plebani mieszka. 

„Turysta  jestem,  mówi,  kościół  piękny  macie!"  I  dalej  Marcina  za  język  ciągnąć  o  witraże. 

Gdyby jednak Marcin coś o witrażach wiedział, to one by już dawno na swoje miejsce wróciły! 

Im  dłużej,  brodacz  siedział,  tym  bardziej  jego  twarz  wydawała  się  Zapale  znajoma.  „Gdzieś  ja 

tego chłopa widziałem!", myślał sobie i  to  mu  spokoju  nie dawało.  Dopiero w nocy, kiedy już 

dawno  tamten  poszedł,  Marcin  uprzytomnił  sobie,  z  kim  rozmawiał!  Rankiem  pobiegł  na 

komendę i mówi: „Walter Szulc był u mnie! O witraże pytał!" Na komendzie oczy wytrzeszczyli, 

bo nikt o żadnym Szulcu od lat nie słyszał. Wtedy Marcin całą historię opowiedział, jak to Walter 

Szulc podczas okupacji tu mieszkał, jak to się handlem zajmował i jak to on, Marcin, pamięta, że 

background image

 

 

Walter razem z innymi proboszczowi pomagał ukrywać kościelne witraże. Wtedy musiał część 

tych witraży ukraść. On i stary Borowski. 

A kiedy jeszcze tego samego dnia w południe Węsierskiemu żona zaczęła opowiadać, że 

się jakiś rudy brodacz u niej po podwórzu kręcił, jasne się stało, że Walter właśnie tych witraży w 

tajemnicy przed władzami szuka. 

- A ten drugi? - zapytałem. 

-  Drugi  u  kierownika  siedzi,  krwiste  befsztyki  zamawia  i  czeka.  -  Prot  napełnił  swój 

kieliszek, ale nie wypił go.  -  A Waltera pamięć zawodzi.  Pewno, tyle lat już minęło,  tyle się w 

okolicy  zmieniło!  Widać  na  papierze  nie  miał  narysowane,  gdzie  witraże  ukrył.  A  to  miejsce 

tylko on znał. On i Jan Borowski. Wy pamiętacie, jakżeście mnie tu którejś nocy wypatrzyli? 

- Pamiętam. 

- No! Z  Leonem  Borowskim, synem  Jana, wtedy  byłem.  I to  Leona broda taka wam  się 

podejrzana  wydała.  Równo  prawie  z  Walterem  Leon  pojawił  się  w  miasteczku.  Na  urlop  tu 

przyjechał, a kiedy dowiedział się, co i jak, to sobie za ambicję wziął, żeby skradzione przez ojca 

witraże  odnaleźć  i  zwrócić  kościołowi.  Cóż,  kiedy  władze  zakazały  mu  się  teraz  po  okolicy 

kręcić. Niechcący przecież Leon może Waltera na jakiś ślad naprowadzić, więc kazali mu cze-

kać. Tyle, że Leon ma usposobienie niecierpliwe i wyperswadować sobie nie daje, jak może, tak 

zerka  tu  i  ówdzie.  Tej  nocy,  coście  mnie  z  nim  widzieli,  aż  pięć  kilometrów  pognał  mnie  i 

Marcina.  Fundamenty  jakieś  znalazł  i  na  Boga  się  klął,  że  tym  razem  to  on  już  ma  witraże  w 

garści. Wstyd przyznać, poszliśmy obaj z Marcinem, tak Leon nas dręczył i prosił, tak się bał, że 

go Walter ze wszystkim uprzedzi. 

- I co? 

-  Nic!  -  roześmiał  się  Prot.  -  Bunkier  niemiecki  był  tam  kiedyś,  od  razu  powiedziałem 

Leonowi, ale on uparł się przy swoim jak kozioł. Przez dwie noce przychodził i molestował, żeby 

się z nim do tych fundamentów wybrać. 

- Za dnia nie mogliście pójść? Prot przesunął ręką po nastroszonej, siwej czuprynie. 

- Eee... za dnia! - mruknął. - Za dnia kapral mógłby nas zobaczyć. A Leon miał zakazane. 

Mówiłem wam, bali się, że Walter może jego śladem łazić. Wtedy tośmy poszli z Marcinem, bo 

background image

 

 

ja tam pewien byłem, że Leon o starym bunkrze mówi, więc nawet gdyby Walter szedł za nami, i 

tak żadnej korzyści z tego by nie miał... 

-  Nie  mogliście  mi  wcześniej  tego  wszystkiego  opowiedzieć,  Procie?  -  zapytałem  z 

wyrzutem. 

-  Ha!  -  roześmiał  się.  -  Móc  to  ja  mogłem,  ale  mi  zakazali.  „Dziennikarz"!  powiadali. 

„Dziennikarzy to my znamy! Najpierw niech się sprawy swoją koleją potoczą, a potem będziemy 

z  waszym  dziennikarzem,  Procie,  rozmawiać!"  Dopiero  wczoraj  wieczorem  ręką  machnęli. 

„Mówicie,  że  swój  i  że  wam  nijako  prawdę  omijać,  to  z  nim  pogadajcie,  gotów  jeszcze  i  on 

witraży na własną rękę szukać, a tego za wiele byłoby naraz!" 

Prot przymrużył oczy i patrzył na mnie z chytrym uśmieszkiem. 

-  Ja  wiem,  że  wam  to  spokoju  nie  dawało,  Janie  Sebastianie!  Ja  wiem,  że  wyście  mnie 

posądzali... 

-  Prawdę  mówiąc,  Procie,  coś  takiego  przez  głowę  mi  przemknęło!  -  przyznałem  z 

zakłopotaniem. - Wstyd mi, ale zrozumcie... 

- Ja rozumiem!  -  żachnął  się Prot.  - Nie potrzebujecie się przede mną tłumaczyć!  -  Prot 

spojrzał  na  zegarek.  -  Trzecia  dochodzi.  Myślę,  Janie  Sebastianie,  żebyście  wy  spokojnie  do 

łóżka wrócili. Uważam, że oni już Waltera mają... 

Prot odwrócił wzrok w stronę okna, ja także spojrzałem. Niebo jaśniało już, ale gęsty las 

był jeszcze mroczny. 

- Gdzie oni go tam znajdą! - zwątpiłem. 

- Znajdą. Czekali tylko na świeże ślady. Gajowy wczoraj po południu znalazł przy swoim 

płocie starą czapkę. Walter musiał ją zgubić, bo przez ten płot uciekał, kiedy spostrzegł, że go 

Węsierska wypatrzyła. Skoro teraz wiadomo, że przed godziną Walter do szkółki pobiegł, pieski 

go znajdą. Od czapki do Waltera droga dla nich będzie prosta, zwłaszcza że w tak krótkim czasie 

daleko uciec nie mógł. 

-  Ale  czy  są  podstawy  do  tego,  żeby  Waltera  zatrzymać?  -  zaniepokoiłem  się  nagle.  - 

Przecież niczego nie można mu udowodnić! 

-  Jedno  można.  To,  że  się  od  tygodnia  w  strefie  nadgranicznej  kręci,  a  o  meldunku  nie 

background image

 

 

pomyślał. A zresztą - dorzucił Prot po chwili  - on jeszcze coś tam ma na sumieniu,  tak mi się 

zdaje. No, Janie Sebastianie - zdecydował nagle - trzeba pospać. 

Kiedy wracałem do siebie, drzwi obok mojego pokoju uchyliły się ostrożnie. 

- Proszę pana... - poznałem głos Kryśki. Podszedłem bliżej. 

- Stało się coś? - zapytała niespokojnie. 

- Nic się nie stało, zmykaj spać. 

- Czy dziadek jest w domu? 

- Jest w domu, Krystynko, rozmawiałem z nim. 

- I co? 

Nie mogłem zbyć jej zdawkową odpowiedzią. 

- Daję ci słowo honoru, Krysiu, że możesz być o dziadka zupełnie spokojna. 

- Daje mi pan słowo honoru? - upewniła się Kryśka szeptem. - Przysięga pan? 

-  Przysięgam!  -  odparłem  uroczyście,  chociaż  nie  lubiłem  przysięgać  bez  istotnych 

powodów. 

No, nareszcie Kryśka może odłożyć swoją szczotkę i froterkę - pomyślałem - dziadek jest 

czysty jak łza. Odszedłem już parę kroków, kiedy znowu zatrzymał mnie w miejscu jej szept. 

- Proszę pana... 

Z westchnieniem wróciłem do uchylonych drzwi. 

- Proszę pana, w takim razie co dziadek może trzymać w tej skrzyni? 

- Nie wiem, Krysiu. W każdym razie na pewno nie trzyma w niej witraży. 

- Uhmmm... - wymamrotała bez wielkiego przekonania i zamknęła cichutko drzwi. 

Kiedy znalazłem się w swoim pokoju, zapaliłem światło i odruchowo skierowałem wzrok 

na  skrzynię  Prota.  Do  licha!  -  pomyślałem,  drwiąc  trochę  z  samego  siebie.  -  Co  też  Prot  może 

chować w tym pudle? 

 

* * * 

Śniadanie przyniosła mi Babetka. Zaledwie stanęła w drzwiach, zauważyłem, że buzię ma 

pochmurną. Nie spojrzała nawet na mnie, tylko zaburczała pod nosem jakieś powitanie. Kucyki 

background image

 

 

opadały smutno. Obraz nędzy i rozpaczy. 

- No co, Babetko? Widzę, że i dziś humor ci nie dopisuje. 

- Humor? - powtórzyła i uniosła w górę brwi ze zdziwieniem, jak gdyby to słowo było jej 

zupełnie obce. 

Postawiła tacę na stoliku. 

- Trzeba, żeby pan się pośpieszył że śniadaniem, bo już niedługo będzie obiad - poradziła 

mi. 

-  Rzeczywiście,  już  wpół  do  pierwszej,  ale  widzisz,  wstałem  niedawno.  Mam  za  sobą 

kiepską noc. Siadaj! - zaproponowałem. 

Nie  usiadła.  Najwyraźniej  wczorajsze  próby  pojednania  spełzły  na  niczym,  kucyki 

Babetki wzbudzały we mnie najszczersze współczucie. 

- Siadaj, siadaj, Babetko! - przysunąłem do stolika drugie krzesło. 

Przycupnęła na nim, bardzo wyprostowana i bardzo nadęta. Milczeliśmy, ja smarowałem 

chleb masłem, a ona śledziła wzrokiem ruch noża. 

- Masz dzisiaj smutne kucyki! - powiedziałem wreszcie i uśmiechnąłem się do niej. 

- Możliwe - odparła krótko. 

- Przypuszczam, że znowu trafił ci się zły dzień? - zapytałem z nadzieją, że sprowokuję ją 

do zwierzeń. 

- Chyba tak. 

Uff, to musiał być fatalny dzień. 

- Spotkała cię jakaś przykrość? 

Po raz pierwszy spojrzała na mnie. Pomyślałem, że ma w tej chwili dziwnie dorosłe oczy. 

Żałosne wydały mi się w dziecinnej buzi te dwa smutne, nieruchome światełka. 

- Babetko... - powiedziałem łagodnie, wiedziony nagłym współczuciem. - Babetko, co się 

z tobą dzieje? 

Pokręciła  przecząco  głową.  Bez  słowa.  Czyżbym  niedostatecznie  złagodził  naturalną 

szorstkość swojego głosu? 

-  Nie  możesz  mi  powiedzieć?  Dziecko,  przecież...  -  zająknąłem  się,  ale  skończyłem 

background image

 

 

gładko - masz we mnie przyjaciela! 

- Wiem! - odparła cicho i jakaś strunka wyraźnie drżała w tym szepcie. 

Opuściła  głowę,  a  ja  spoglądałem  na  nią  z  niepokojem.  Jaki  znowu  kłopot  przyniósł 

Babetce ten słoneczny poranek, który tak dokładnie przespałem? Wyprostowała się. 

- Dlaczego pan nie je? Nie jadłem, bo zmartwienia Babetki odebrały mi apetyt. 

-  Zaraz  zjem,  ale  widzisz,  chciałbym,  żeby  twoje  kucyki  poweselały  trochę!  - 

zażartowałem. 

Chwyciła rękoma dwie smutne kitki i uniosła je do góry. 

- Już! - uśmiechnęła się. 

- No, troszeczkę lepiej!  - przyznałem. - Sama jednak wiesz, że nie są to  jeszcze szczyty 

dobrego humoru. 

Opuściła ręce, kucyki znowu opadły po obu stronach jej buzi jak dwie miotełki. 

- Co się dzieje w domu? - zapytałem. Miałem nadzieję, że Babetce w odpowiedzi wyrwie 

się coś, co naprowadzi mnie na trop jej zmartwień. 

- Anita gotuje, dziadka nie ma, poszedł na strażnicę. Kryśka reperuje magnetofon; bo coś 

w nim wysiadło - recytowała. - Monika poszła na pocztę, bo do niej listy przychodzą, oczywiście, 

na poste restante... 

„Oczywiście" - powiedziała. - „Oczywiście, na poste restante". To był docinek, zrozumia-

łem. 

- A Tomek? 

Nie odpowiedziała od razu. Podsunęła mi cukiernicę i miseczkę z miodem. 

- Poszedł razem z Moniką... 

Ach, tak! Więc tu cię boli, Babetko. 

- Tomek też dostaje tajemnicze listy na poste restante? - zapytałem, żeby wywołać dalsze 

zwierzenia. 

-  Nie,  jemu  przywozi  listonosz.  Poszedł,  bo...  -  Babetka  urwała  w  połowie  zdania, 

miseczkę  z  miodem  przysunęła  jeszcze  bliżej  mojego  talerza.  -  Poszedł,  bo...  bo  Monika  tego 

chciała! - zakończyła gwałtownie. 

background image

 

 

- Nic dziwnego, przyjemniej jest chodzić w towarzystwie - odparłem uspokajająco. 

- Kryśka miała zamiar z nią pójść! Chciała sobie kupić kreton na plażówkę. 

- I...? 

-  I na to  Monika się nie zgodziła. „Chcę pójść z Tomkiem!"... tak powiedziała, A kiedy 

Tomek  zaczął  się  wykręcać,  mówiąc,  że  nie  ma  w  miasteczku  żadnych  spraw  do  załatwienia, 

Monika zaczęła te swoje sztuczki... 

- Jakie sztuczki? 

Babetka wzruszyła ramionami. 

-  Ja  przecież  nawet  nie  umiem  tego  powtórzyć  -  odparła  bezradnie.  -  Nie  umiem  robić 

takich  min  ani  mówić  takim  tonem,  Monika  robi  to  nadzwyczajnie...  -  w  głosie  Babetki 

zabrzmiała nutka zazdrości. 

No, proszę! - pomyślałem. - Jeszcze trochę, Babetko, a zapomnisz o przestrogach Alodii, 

o  doświadczeniach  z  chrabąszczami,  jeszcze  trochę,  a  zaczniesz  studiować  przed  lustrem 

spojrzenia  i  uśmiechy  zapożyczone  od  Moniki.  Gdzie  twój  charakter?  Gdzie  pewność  siebie? 

Widzisz,  jakie  to  wszystko  trudne?  Jeden  chłopak  -  i  zaraz  taki  zamęt.  Zapominasz  o  swoich 

zasadach, gubisz ambicję, tylko dlatego, że tak bardzo chcesz powiedzieć o nim: mój. A on? Roi 

mu się, że jest już dorosły, prawda? Sądzi, że więcej wie o życiu niż ja, i pakuje mi ropuchę do 

cukiernicy,  aby  mi  to  udowodnić.  A  przecież  nie  wie  nic,  jeżeli  potrafi  być  giętki  jak  trzcina. 

Myślałem w ten sposób, ale powiedziałem inaczej: 

- Przypuszczam, że Tomkowi było głupio odmówić i dlatego poszedł z Moniką. Zastanów 

się, co miał zrobić? 

- Nie wiem. Mieliśmy zamiar grać w badmintona. Umówiliśmy się, rakietki leżały już na 

ławce, kiedy Monika zaczęła te czary. Dlaczego potrafił zrezygnować właśnie z badmintona?  - 

zapytała. 

Dlaczego potrafił zrezygnować właśnie ze mnie? Tak powinnaś sformułować swoje py-

tanie, Babetko! - skorygowałem ją w myślach. 

Znowu opuściła nisko głowę i mówiła cicho: 

-  Kiedyś  powiedział  mi,  że  ze  wszystkich  wnuczek  naszego  dziadka  ja  jestem 

background image

 

 

najpodobniejsza do tej dziewczyny, którą sobie wymarzył. Mógł mi tego nie mówić, prawda? I 

mógł mi nie mówić... on w ogóle lubi słowa. A przecież mógł nic nie mówić, prawda? - zapytała 

gwałtownie  i  spojrzała  na  mnie  swoim  dawnym,  zaczepnym  spojrzeniem.  -  Ale  jeżeli  już  coś 

powiedział, to nie powinien tak łatwo dać się złapać Monice na te jej magiczne sztuczki! Jak to w 

końcu jest? Czy każdy chłopiec inną dziewczynę ceni, a inna mu się podoba? I czy lepiej być tą, 

którą ceni, czy tą, która mu się podoba, bo ja w końcu nie wiem... - zakończyła spokojniej. 

- A wiedziałaś? 

- Wiedziałam - szepnęła jakby do siebie - chyba... 

-  Więc  sama  widzisz,  jak  trudno  jest  korzystać  w  życiu  z  tego,  co  się  wie.  Człowiek 

czasami woli  udawać przed samym  sobą, że nie wie, Babetko.  I ty w tej  chwili też udajesz. A 

udajesz dlatego, że Tomasz zapadł ci w serce głębiej niż inni chłopcy. 

- Wcale mi nie zapadł! - skoczyła. - Gwiżdżę na niego! 

- To nieprawda - powiedziałem spokojnie. 

- Nieprawda - przyznała. - Po prostu jest mi przykro. 

Czekała przez chwilę w milczeniu, a potem zapytała: 

- Czy nic mi pan nie powie? 

- Co ja ci mogę powiedzieć, Babetko... 

- To, co pan myśli. Niech pan myśli głośno! - poprosiła. 

- Myślę, że ciągle jeszcze nie znam ciebie, ale że i ty siebie nie znasz. I myślę, że jesteś 

podobna do rzeźbiarza. 

- Do jakiego rzeźbiarza? 

- Do każdego. Mozolisz się, żeby nadać swoim uczuciom jakiś kształt, prawda? 

- Powiedzmy... 

-  A  więc  jesteś  jak  rzeźbiarz,  który  mając  przed  sobą  bryłę  gliny  szuka  dla  niej 

precyzyjnej  formy,  nadaje  bezkształtnej  masie  treść  i  charakter.  To,  co  stworzy,  jest  w  jakimś 

sensie prawdą o nim samym. Z tobą rzecz ma się podobnie. Sposób, w jaki ukształtujesz swoje 

uczucia, będzie odbiciem twojej osobowości. Odbiciem jednego klocka dziwnej łamigłówki, jaką 

jest każdy człowiek. Na podstawie jednego elementu nie można, oczywiście, oceniać całości, a 

background image

 

 

jednak  śmiem  przypuszczać,  że  ktoś,  kto  pilnuje  jednej  swojej  cząstki,  składa  się  w  ogóle  z 

cząstek dopilnowanych... 

- Ładnie pan to powiedział, ale ja chciałabym wiedzieć, co mam teraz robić? 

- A co chciałabyś robić? 

- Właściwie, nie mogę zrobić tego, na co mam ochotę. Kiedy byłyśmy małe, Monika za-

brała  mi  moją  ukochaną  szmacianą  lalkę.  Nie  chciała  mi  jej  oddać,  a  we  mnie  aż  się  coś 

przewracało,  kiedy  patrzyłam  na  to,  jak  ona  się  z  nią  obchodzi.  Wreszcie...  och,  po  prostu 

stłukłam Monikę na kwaśne jabłko i siłą zabrałam lalkę. Teraz to już nie jest sposób... 

-  Tak,  teraz  to  już  nie  jest  sposób  -  powtórzyłem.  -  Przedmiot  waszego  sporu  to  nie 

bezduszna, szmaciana lalka, tylko człowiek, który ma prawo wybierać sam. 

-  A  jeżeli  wybierze  Monikę?  Patrzyłem  na  Babetkę,  na  przestrach  w  jej  oczach 

przejrzystych jak małe jeziorka. 

-  Jeżeli  wybierze  Monikę,  to  znaczy,  że  nie  jest  ciebie  wart,  Babetko!  -  powiedziałem 

szczerze. 

Ściągnęła brwi i chyba zastanawiała się nad sensem tego zdania, bo dopiero po chwili za-

częła uśmiechać się wolno, chociaż ze smutkiem. 

-  Pan  tak  to  powiedział,  jakbym  była  cokolwiek  warta.  A  ja  nie  mam  o  sobie  tego 

przekonania. 

- To świetnie! - ucieszyłem się. - Najwspanialsi ludzie to ci, którzy zawsze chcą być warci 

więcej, niż są. 

Tym razem roześmiała się głośno. 

- Pan zawsze kota ogonem wykręci - powiedziała głosem dawnej Babetki. 

Ustawiła na tacy szklankę, talerzyki i wstała z krzesełka. 

-  Pójdę,  muszę  się  czymś  zająć  -  powiedziała.  -  Jeżeli  nie  zajmę  się  czymś,  to  w  końcu 

dostanę kręćka od tego myślenia. 

- Dobry pomysł, Babetko, zajmij się czymś - poparłem jej decyzję. 

Ja również wyszedłem przed dom. Zobaczyłem Prota, rozmawiał z Anitą, która raz po raz 

sięgała  ręką  do  podwiniętego  fartucha  i  rzucała  przed  siebie  ziarno,  szarą  smugą  opadające  na 

background image

 

 

ziemię, pomiędzy kwoki i kurczęta. 

- Sio! - tupnięciem nogi odstraszyła zaperzonego koguta. - A sio, pójdziesz! 

Odszedł dumnie, błyskając w stronę Anity obrażonym okiem. 

- Bezczelne kogucisko! Wszystkiego mu mało i mało, typowo męskie usposobienie, byle 

się samemu najeść, a o innych pomyśleć to już szkoda fatygi... 

- Co też ty mówisz, Anito? - rozgniewał się Prot. - Co też ty opowiadasz? 

- A bo czy to jest inaczej? Popatrz tylko, stary Piekarski, na przykład: w domu dzieciaki 

przez całą zimę gołe latają, a on i na wódkę ma, i głodny nie chodzi, ile razy restaurację mijam, 

tyle razy Piekarskiego widzę! 

-  E  tam,  Anito,  niby  mądra  z  ciebie  kobieta,  a  żebyś  się  w  swoich  sądach  na  jednym 

Piekarskim opierała! - bronił Prot, sam już nie wiem, mężczyzn, koguta czy siebie. - Lepiej byś 

mnie za przykład wzięła! 

- A ciebie czemu? - zdziwiła się. 

- Bom wczoraj od kolacji nic w ustach nie miał! Ot, czemu! - rozzłościł się wreszcie Prot. 

-  Jezusie!  -  krzyknęła  Anita,  gwałtownym  ruchem  wysypując  z  fartucha  resztę  ziarna.  - 

Toż prawda, Procie, żeś do lasu bez śniadania poszedł, z głowy mi to całkiem wyleciało! A ty 

byś  sobie  mojego  gadania  do  serca  nie  brał!  -  fuknęła.  -  Wiesz  przecież,  że  ja  tak  często  dla 

samego mówienia mówię! 

Anita odwróciła się i szybko pobiegła w stronę kuchni. Dopiero teraz Prot zauważył, że 

stoję na schodkach ganku. Jego twarz rozpogodziła się. 

- O! Jan Sebastian! - zawołał wesoło. - Jakże się wam spało? - Podszedł i poklepał mnie 

po ramieniu. - Dzielnieście się spisali, nie ma co mówić. Dziś wieczorem pan porucznik z milicji 

i kapral z WOP-u przyjadą wam osobiście podziękowanie złożyć. 

- Co z Walterem? - zapytałem niecierpliwie. 

-  Jest  Walter!  Z  początku  wszystkiemu  zaprzeczał,  ciągle  tylko  to  swoje.  „Turysta 

jestem!" powtarzał. Ale kiedy mu do oczu postawili Marcina Zapałę, inaczej zaczął śpiewać. Bo 

przez  ten  czas,  kiedy  Waltera  szukali,  Marcin  sobie  dowody  przygotował.  Ze  starych  ksiąg 

kościelnych, które się jeszcze z czasów wojny w kancelarii zachowały, Marcin jedną przyniósł. 

background image

 

 

„Popatrz, Walter!" powiada. „Tu jest czarno na białym twój podpis, jako ojca chrzestnego, więc 

ty się nie wymiguj, żeś inny Szulc. Ten sam Szulc jesteś, tylko ci lat przybyło i brody!" Jeszcze 

się  Walter  próbował  tłumaczyć,  że  nigdy  nie  był  u  nas, że  to  pewnie  ktoś  z jego  rodziny  w  te 

strony zawędrował. Ale porucznik podpis w księdze porównał z podpisem Waltera w dowodzie 

osobistym.  Wszystko  było  podobne,  a  najbardziej  ostatni  zawijas.  Wtedy  Szulc  zmarkotniał. 

Potem Zapała wyjął z portfela zdjęcie, duże jak pocztówka. A na nim ojciec chrzestny, Walter 

Szulc,  z  niemowlęciem  na  ręku!  „Dla  mnie  to  nic  nie  znaczy!"  mówi  Walter.  „Rodzinne 

podobieństwo".  Porucznik  na  to  mu  powiedział,  że  owszem,  możliwe,  i  że  jeśli  Walter  mówi 

prawdę,  a  to  się  po  sprawdzeniu  pokaże,  natychmiast  go  z  tymczasowego  aresztu  wypuszczą  i 

pięknie  przeproszą.  Ale,  niestety,  chociaż  im  miło  nie  jest,  teraz  muszą Waltera  zatrzymać,  bo 

wszystko wskazuje na to, że on właśnie jest tym gościem, który w województwie olsztyńskim z 

kościoła  koło  Giżycka  dwa  świątki  wyniósł,  a  z  kaplicy  niedaleko  Mrągowa,  w  biały  dzień, 

podając  się  kościelnemu  za  konserwatora,  ukradł  stary  obraz  Matki  Boskiej  z  Dzieciątkiem.  I 

jeszcze grzeczniej porucznik Waltera poprosił, żeby bez wielkiego gadania powiedział, gdzie się 

znajdują skradzione przedmioty. „O niczym nie wiem!" krzyczał Walter i tylko mu oczy latały z 

kąta w kąt. „Szkoda, porucznik na to, ale my i tak spokojni jesteśmy, że i pan Szulc niedługo się 

tego dowie, i milicja również." Co do witraży, nikt Walterowi nie może dowieść, że ich szukał, 

ale że szukał, dla wszystkich jest pewne... 

- Procie! - usłyszeliśmy  wołanie Anity. - Do obiadu niedaleko, ale ty chodź tu do mnie, 

przekąsisz trochę, bo ci w końcu żołądek do krzyża przyrośnie! 

- Już mi przyrósł... - burknął Prot, ale ruszył w stronę domu. 

Szedłem obok niego, a Prot im bliżej był kuchni, tym większe stawiał kroki. 

- A co z tym drugim? - zapytałem. 

- Myślę, że czeka, aż mu Walter witraże dostarczy. Zdrowo mu pewno płaci, ale dobrze 

wie, za co. Podobno te świątki, które Szulc ma na sumieniu, przedstawiają wartość muzealną. Za 

to  Leon  - Prot roześmiał  się nagle  -  Leon dziś  już od rana w okolicy  grasuje! Witraży szuka w 

rozwalonej  kuźni  przy  szosie  do  Wólki.  Rumowisko  z  kuźni  zostało,  niejedni  już  przepatrzyli 

cegłę po cegle. Nie, tam on niczego nie znajdzie. W jadalni Kryśka nakrywała do stołu. 

background image

 

 

- Oj, dziadku! - zawołała na widok Prota. - Na głodnego do tej pory chodzić... 

- O mnie ty się, Krystynko, nie martw. Najważniejsze, że tobie buzia ciut popełniała...  - 

przesunął dłonią po jej okrągłym policzku. 

Prot  poszedł  do  kuchni,  a  ja  usiadłem  na  wiklinowym  fotelu  przy  oknie.  Wyjrzałem. 

Babetka siedziała na progu starej kuchni z jakimś tygodnikiem w ręku. Nachylała się nad nim raz 

po raz i wpisywała rozwiązania w kratki krzyżówki. Kryśka stanęła obok mnie. 

- Biedna Babetka... 

- Biedna? 

- Uhmm. Byłam przy tym, jak ją Monika urządziła. Myśli pan, że to przyjemnie? Zostać z 

dwoma rakietkami, jak kto głupi? 

- Nie, nie myślę - przyznałem. 

-  No  więc.  A  Babetka  została.  I  na  dokładkę  musiała  jeszcze  patrzeć  na  to,  jak  Monika 

okręca sobie Tomasza wokół palca! 

- Sądzisz, że go dokładnie okręciła? 

-  Bardzo  dokładnie  -  powiedziała  Krystynka  dobitnie.  -  Już  ja  się  na  tym  znam.  On  ani 

zipnie, przekona się pan. 

-  Nie  jestem  taki  pewien.  Prawdę  mówiąc,  już  kilka  razy  widziałem,  jak  Tomasz 

przyglądał się Babetce z cielęcym zachwytem. 

- O, ja też to widziałam. I Monika także. Tylko panu i mnie zupełnie to nie przeszkadzało, 

a Monice tak. Monika wpada w szał, kiedy ludzie interesują się kimś bardziej niż nią. Gotowa 

jest  stanąć  na  głowie,  żeby  tylko  zwrócić  na  siebie  uwagę.  W  przypadku  Tomasza  nie 

potrzebowała  wcale  stawać  na  głowie.  Wystarczyło,  że  kilka  razy  przewróciła  oczami.  Ona  to 

robi w ten sposób, proszę spojrzeć! 

Krystyna wytrzeszczyła oczy, a potem poruszyła nimi tak, że źrenice uciekły jej aż pod 

powieki. 

- Dajże spokój, dziewczyno! Musisz dopracować ten system! - zawołałem. - Jeżeli 

i  ty  masz  zamiar  tą  metodą  czarować  chłopców,  to  z  góry  cią  uprzedzam,  że  nawet 

najbardziej zakochany ucieknie od ciebie na koniec świata. Okropność. 

background image

 

 

- Monika robi to bardzo podobnie i jednak ma rezultaty. Jeżeli chce pan wiedzieć, Tomek 

już od kilku dni patrzy na nią z takim samym cielęcym zachwytem, z jakim patrzył na Babetkę! - 

Krystynka nachyliła się w moją stronę i zapytała szeptem: - Czy to nie jest płaskie? 

- Co masz na myśli, Krysiu? 

-  Zachowanie  Moniki,  rzecz  jasna!  Uważam,  że  jest  płaskie.  Może  pana  dziwi  to 

określenie, ale mnie się wydaje, że ono znakomicie pasuje do sytuacji! 

Biedna Krystynka! Przez chwilę przyglądałem się jej zatroskanej buzi. Znowu trafiła na 

bałagan, znowu chętnie chwyciłaby za szczotkę i zrobiła porządek z całym tym kramem. 

- Powinien pan porozmawiać z Moniką! - usłyszałem. 

- Ja? - przestraszyłem się. 

- Pan! Właśnie pan! 

- Krystynko, ty zawsze żądasz ode mnie rzeczy niemożliwychl 

- Takiego mam już pecha, wie pan? - przyznała się. - Ile razy kogoś o coś poproszę, tyle 

razy  okazuje  się,  że  to  są  prośby  niemożliwe  do  zrealizowania.  Ale  zupełnie  nie  rozumiem, 

dlaczego pan nie chce z nią porozmawiać? 

- Rozmawiałem z nią kiedyś i nie sądzę, żebym mógł wywrzeć jakikolwiek wpływ na jej 

rozumowanie. 

-  Może  dlatego,  że  nie  ma  pan  talentów  pedagogicznych?  Rozumiem  to,  bo  ja  też  nie 

mam. Jestem za prędka, prawdziwy pedagog musi mówić ciurkiem, przez wiele dni, i to w ten 

sposób, żeby nikt nie zauważył, co się kryje pod jego gadaniem. A ja to tak: ciach, mach, kawa 

na ławę, nie  rozumiesz, cymbale, to  cześć, nie będę sobie dłużej  głowy  zawracać twoim oślim 

umysłem! To niepedagogiczne, prawda? 

Roześmiałem się. 

-  Pan  się  śmieje,  a  dla  mnie  ta  sprawa  jest  diabelnie  smutna.  Wybieram  się  właśnie  na 

pedagogikę. Ale jakie ja mogę mieć rezultaty z takim podejściem? Już teraz myślę z najgłębszym 

współczuciem o tych dzieciakach, które mi wpadną w ręce. Przecież ja im łby poukręcam! 

- Krystynko! 

- Poukręcam! Przekona się pan. Jakby mi się trafiła taka Monika, tobym  jej  ukręciła jak 

background image

 

 

dwa  razy  dwa  cztery!  -  Kryśka  mówiła  teraz  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Nie  cierpię,  kiedy 

dziewczyny  zawracają  głowy  chłopakom  tylko  dlatego,  żeby  móc  się  chwalić  sukcesami.  Już 

słyszę,  jak  Monika  trąbi  na  całą  klasę:  „On  za  mną  szalał!  Mówię  wam!  Kiedyś,  wieczorem 

pocałował mnie pod sosną!" 

- Pocałował ją pod sosną? - zdziwiłem się. - Skąd wiesz? 

- Wcale nie  wiem.  Może i  nie pocałował,  ale Monika tak właśnie będzie  mówiła. Jeżeli 

prawda będzie za uboga, to zmyśli. Inne dziewczyny też zaczną zmyślać, bo każda będzie chciała 

być lepsza od drugiej. 

- Czy ty nie przesadzasz, Krystynko? Nie chce mi się wierzyć; żeby dziewczęta myślały 

tylko i wyłącznie o chłopcach - zwątpiłem. 

- Tylko i wyłącznie nie myślą na pewno, ale myślą dużo. Niektóre, tak jak Monika, myślą 

przede wszystkim. 

-  Powiedziałaś,  Krystynko:  „bo  każda  będzie  chciała  być  lepsza  od  drugiej".  Czy 

doprawdy ilość chłopców, którym zawróciło się w głowach, jest miarą wartości? 

- Dla mnie nie. I dla Babetki nie. Dla Moniki tak. I to mnie złości. Tłumaczę panu prze-

cież, że takich Monik jest całe mnóstwo, tylko pan mi ciągle przerywa i dlatego gubimy wątek. 

- Dobrze, nie odezwę się już ani jednym słowem. Krystynka milczała. 

- No? Mów! - zniecierpliwiłem się wreszcie. 

- Kiedy mi wyleciało z głowy to, co chciałam powiedzieć, i teraz szukam. 

- Ach, tak! Więc szukaj dalej, będę czekał, aż znajdziesz. 

- Już prawie mam! Bo widzi pan, potem powstaje z tego jakaś zasada. Te dziewczyny, dla 

których  chłopcy  są  całym  światem,  robią  wokół  siebie  i  tych  spraw  tyle  hałasu,  że  ludziom 

zaczyna  się  wydawać,  że  my  naprawdę  nic  innego  nie  mamy  w  głowach.  Przylepiają  nam 

etykietki. Czy pan myśli, że łatwo pozbyć się takiego stempelka? Trudno, słowo daję. Piekielnie 

trudno!  Kiedy  ktoś  mnie  zaprasza  na  prywatkę,  moja  mama  umiera  z  przerażenia.  Umiera, 

dosłownie! 

- Dlaczego? 

-  A  właśnie  dlatego,  że  mamy  etykietkę!  I  starsi  uważają,  że  my  to  już  nie  potrafimy 

background image

 

 

bawić się po ludzku - mówiła Krystynka obrażonym tonem. 

Znowu  wyjrzałem  przez  okno.  Babetka  odłożyła  pismo  i  długim  patykiem  kopała  teraz 

głęboki dołek przy progu starej kuchni. 

- Co ona tam robi? - zaciekawiło mnie. 

- Kopie grób dla swojej miłości - odparła Kryśka posępnym głosem. - Tak się kończy ta 

opera! 

 

* * * 

Ciemniało już, kiedy przed dom Prota zajechał wojskowy łazik. 

- Mamy gości! - zawołała Anita. - Pan kapral, pan porucznik i Leon! Dzieci, pamiętajcie, 

że  trzeba  się  zachowywać  przyzwoicie.  Krystynka,  ja  bym  wolała,  żebyś  się  w  ogóle  nie 

odzywała. 

- Dlaczego, Anitko? 

-  Bo  ty  to  zawsze  tak  strzelasz,  ni  w  pięć,  ni  w dziesięć.  Już  raz  powiedziałaś  panu  po-

rucznikowi, że mu jakiś paproch siedzi na nosie, pamiętasz? A to była brodawka. 

- Skąd mogłam wiedzieć? Wcale nie wyglądało jak brodawka. 

-  Różne  są  brodawki.  Nie  należy  zabierać  głosu,  jeśli  się  nie  wie,  o  czym  się  mówi  - 

zakończyła Anita szybko, bo goście stanęli właśnie w progu. 

-  Panowie  do  was,  Janie  Sebastianie  -  powiedział  Prot  i  szerokim  gestem  zaprosił  ich 

dalej. - Prosimy! 

Wysłuchałem podziękowań i relacji z zatrzymania Waltera. 

- Pan to może ma i żal, panie redaktorze, żeśmy pana od razu nie wtajemniczyli w nasze 

kłopoty, ale szło nam o to, żeby się Walter jak najdłużej nie spostrzegł, że mamy go na oku, zaraz 

by się pilnować zaczął i stracił tę śmiałość, z jaką tu sobie poczynał. A tak, sam pan widział, łaził 

wszędzie jak u siebie, myszkował, myszkował, aż go kot złapał. 

- Nie kot, a pies! - roześmiał się Prot. - Powiedzcie mi, poruczniku, co robi ten drugi? 

- Wyjechał dziś nad ranem. 

- I tak żeście go puścili? Przecież  on te świątki i obraz święty z całą pewnością ze sobą 

background image

 

 

wozi! - zlękła się Anita. 

- Daleko nie wywiezie. Dostaliśmy polecenie, żeby z miasteczka wyjechał spokojnie, a co 

dalej będzie, to już nie nasza sprawa. Jeszcze drugi taki jeździ po okolicy i coś nam się widzi, że 

ich razem chcą załatwić. Teraz już Leon może śmiało do swojej roboty przystępować. Co masz w 

planie, Leonku? 

Leon gładził dłonią kędzierzawą brodę. 

- Szukanie - westchnął. - Ale już sam nie wiem, gdzie! Tylu ludzi przede mną szukało i 

nie znaleźli, ja tymi samymi tropami chodzę i też nie znajduję. Czuję, że urlop mi się skończy, a 

ja na tym będę stał, na czym teraz stoję. 

Kryśka  siedziała  obok  mnie,  nie  odzywała  się  ani  jednym  słowem.  W  pewnej  chwili 

poczułem, że szarpie mnie za łokieć. 

- Co znowu, Krystynko? - zapytałem cicho. 

-  Niech  pan  spojrzy,  ale  szybko...  Spojrzałem  w  to  miejsce,  na  które  i  ona  patrzyła. 

Tomek  i  Babetka  siedzieli  na  parapecie  okna.  Babetka  milczała,  a  Tomek  mówił  coś  szybko, 

chyba tłumaczył się z czegoś, bo gestykulował, jakby chciał jeszcze bardziej akcentować każde 

słowo. A Babetka tylko kręciła głową przecząco. 

- Ona się złamie, zobaczy pan! Ona uwierzy w tę jego drętwą mowę. 

-  Może  nie  drętwą?  -  szepnąłem.  -  Może  on  się  połapał,  że  Babetka  więcej  warta. 

Krystynka wzruszyła ramionami. 

- Połapie się na godzinę, a potem Monika znowu go omota. Ja Monikę znam nie od dziś, a 

jego też nie od wczoraj. 

Kapral opowiadał Protowi o tresurze psów milicyjnych, słuchałem jednym uchem, bo w 

drugie  Kryśka  kładła  mi  swoje  teorie.  Wreszcie  umilkła,  więc  zrozumiałem,  że  akcja  na 

parapecie  zaczęła  się  rozwijać  dalej.  Spojrzałem  na  tę  scenę,  była  zresztą  piękna:  na  tle  lasu 

ciemniejącego  w  oddali  i  skrawka  szarego  nieba  widziałem  dziewczęcy  profil  Babetki,  a  obok 

drugi,  chłopięcy,  ale  już  zdecydowanie  pozbawiony  miękości  profilu  dziecka,  chociaż  może 

jeszcze  i  nie męski.  Oceniwszy  ten  obraz  w  całości,  zająłem  się  szczegółami  -  i  to  w  porę,  bo 

mogłem  zobaczyć,  jak  na  buzi  Babetki  pojawił  się  słaby  uśmiech,  jak  rozjaśnia  jej  twarz 

background image

 

 

stopniowo,  od  ust  w  górę,  podobny  do  promieni  słońca,  które  spoza  chmur  nachodzą  łagodnie 

piaszczysty brzeg plaży. Aż wreszcie Babetka stała się ciepłym południem letniego dnia, uniosła 

rękę i położyła ją na ramieniu Tomasza, mówiąc chyba tylko jedno słowo, którego nie mogłem 

usłyszeć, ale które z całą pewnością usłyszał Tomasz, bo i on położył dłoń na swoim ramieniu, w 

tym  samym  miejscu,  w  którym  leżała  ręka  Babetki,  i  gładził  teraz  tę  rękę  lekko,  gestem 

rozbrajającej tkliwości. 

- Widzisz... - szepnąłem Kryśce do ucha. - To nie jest taki zły chłopak, mówię ci, że on... 

- Zły nie jest - przerwała mi Krystynka - jest nijaki, ja tam nie potrafiłabym zakochać się 

w nijakim! 

- Nie przesadzaj, wcale nie jest głupi, czasami potrafi odezwać się zupełnie sensownie. 

- Głupi nie jest! - powtórzyła znowu Kryśka. - Jest nijaki! - upierała się. 

- Nigdy biciem! - wołał kapral. - Nigdy biciem! Z psem trzeba jak z człowiekiem. Nie, ja 

dziękuję, panie leśniczy, ja nie mogę, dziś w nocy mam służbę... 

- Pół kieliszeczka! - nalegał Prot. 

- Słowo honoru, nie mogę! Chętnie bym się napił, ale pan wie, panie leśniczy, służba nie 

drużba. Pan redaktor potowarzyszy. 

- Napijecie się, Janie Sebastianie? - zwrócił się Prot do mnie. 

- Ja też dziękuję, dziś wieczorem będę pisał, muszę mieć przytomną głowę - wykręciłem 

się. 

Czy  będę  pisał?  Nie  wiem.  Na  razie  zużyłem  tylko  jeden  arkusz  papieru,  ten,  który 

ozdobiłem  rysunkiem  głów  Babetki  i  Tomka.  Moja  książka  ciągle  jeszcze  nie  miała  początku, 

Babetka i Tomek swoją historię tworzyli szybciej niż ja. 

- Niech pan opowie nam jeszcze coś o psach! - poprosił kaprala Tomasz, podchodząc do 

stołu. 

-  Może  o  koniach?  Konie  to  moje  hobby.  Przez  wiele  lat  byłem  dżokejem.  Wiecie,  pa-

nowie,  koń  to  jest  niezwykłe  stworzenie!  -  kapral  poprawił  się  na  krześle.  -  Zwłaszcza  koń 

wyścigowy.  Taki  „anglik",  na  przykład.  Cóż  to  za  inteligencja!  Albo  mieszaniec  „anglika"  z 

„arabem". Angielska krew to gracja i wdzięk, arabska to siła i zryw... 

background image

 

 

Anita przyniosła herbatę i szarlotkę. Rozstawiła szklane talerzyki. 

- Babetko, zajmij się, poczęstuj panów. Weź tę szarlotkę, dziecko, i nałóż na talerzyki. 

Babetka  sięgnęła  po  półmisek  dziwnie  niezręcznie.  Zauważyłem,  że  trzyma  coś  w 

zaciśniętej dłoni. 

- Przepraszam - powiedziała. - Jeszcze trochę, a wszystko zjechałoby na obrus. 

Odłożyła na swój talerzyk przedmiot, który trzymała w ręku, i pierwszy kawałek szarlotki 

podała  Leonowi.  Nawet  nie  podziękował  wpatrzony  w  zielony  drobiazg  leżący  na  talerzyku 

Babetki.  Nachylił  się,  żeby  obejrzeć  go  dokładniej.  Zauważyłem  w  jego  twarzy  intensywne 

skupienie. Wreszcie sięgnął po zielony okruch. Trzymał go teraz w dwóch palcach, blisko oczu. 

Potem opuścił rękę i spojrzał na Babetkę. 

- Dziewczyno! - powiedział bez tchu. - Skąd ty to masz? 

Babetka spojrzała na jego dłoń, którą wysunął ponad stół. 

-  Pojęcia  nie  mam.  Znalazłam  gdzieś,  ale  nie  pamiętam,  gdzie.  Fajne,  prawda?  Ma  taki 

ładny kolorek. 

Leon oglądał teraz pod światło niewielki kawałek zielonego szkła. Wreszcie poderwał się 

z miejsca tak, że jego krzesło, odepchnięte gwałtownym ruchem, upadło na podłogę. 

- Słuchajcie, jestem pewien, że to szkło z witraży! - zawołał. 

- ...i dlatego właśnie najbardziej lubię tego rodzaju gonitwy! - zakończył kapral i spojrzał 

na Leona z pobłażaniem. - Ej, ty zapalona głowo! - roześmiał się. - Wystarczy ci rozbita butelka 

po piwie, a już witraże widzisz! 

- Gdzie butelka po piwie, gdzie? - rozjątrzył się Leon. - Wiem, co mówię! 

- E tam, wiesz! - fuknął na niego kapral. Wziął do ręki szkiełko i przyjrzał mu się uważ-

nie. - Po piwie, faktycznie, to nie jest... 

- Pewno, po oranżadzie! - wtrąciła Anita. 

-  Po  oranżadzie  też  nie  jest  -  kapral  obejrzał  szkiełko  pod  światło.  -  Diabli  wiedzą,  po 

czym  jest...  - spojrzał  na  Leona pytająco.  - Jesteś pewien, że z witraży?  -  zapytał.  -  Z czego to 

wnosisz? 

-  Jak  nie  wierzysz,  jedźmy  do  kościoła.  Ja  ci  udowodnię.  Proboszcz  ma  u  siebie  jedną 

background image

 

 

szybkę z dolnego witraża, bo luźna była, i jutro ma przyjść szklarz, żeby ją przymocować. 

Trzy godziny wczoraj nad tym szkłem spędziłem. 

Milczeliśmy wszyscy. Wreszcie Prot zapytał Babetkę: 

- Przypomnij sobie, dziecko, gdzieś ty znalazła ten odłamek? Nie pamiętasz? 

- Myślę przez cały czas, dziadku. I nie wiem... 

- Skup się, Babetko! 

- Skupiam się, ale nie pamiętam... 

Zdawało  mi  się,  że  pochwyciłem  na  sobie  spojrzenie  Babetki.  Niespokojne,  spłoszone. 

Widać moje wrażenie było słuszne, bo Kryśka nachyliła się do mnie i szepnęła: 

- Babetka chce panu coś powiedzieć, ona sobie już przypomniała, tak mi się zdaje. 

- Babetko, to chyba niemożliwe, żebyś nie pamiętała - nalegał Prot. 

- Nie pamiętam. 

- Postaraj się, to przecież takie ważne! - prosił Leon. 

- Może pójdę do swojego pokoju i tam pomyślę! - zdecydowała się Babetka nagle. 

Wstała  i  przechodząc  obok  nas,  pociągnęła  Kryśkę  za  rękaw  bluzki.  Wyszły  z  pokoju 

razem, ale Krystynka wróciła szybko. Teraz ona miała spojrzenie pełne niepokoju. Usiadła obok 

mnie i sięgnęła po swój talerzyk. 

- Ona to  znalazła dziś  rano  -  szepnęła -  kiedy kopała przy starej  kuchni  grób dla swojej 

miłości, pamięta pan? 

- Uhm... - mruknąłem. 

- Czy ona ma to powiedzieć? Bo Jeżeli znalazła przy starej kuchni, to może... Pan wie... 

nasz dziadek... 

- Zwariowałyście doszczętnie! - syknąłem. - Niech ona tu wróci i wszystko powie! 

- Ale jeżeli to nasz dziadek, to jak my możemy... 

- To nie wasz dziadek, powiedziałem ci już raz! 

- Ale może pan się myli, może to właśnie nasz dziadek... 

- Kryśka! Marsz po Babetkę - zasyczałem znowu. 

- Bo, proszę pana, jeżeli to dziadek... Chciało mi się wyć. Patrzyłem teraz na zatroskaną 

background image

 

 

twarz Prota, słyszałem, jak mówi: 

- Ja myślę, że ona sobie pomalutku przypomni. 

Zauważyłem jednak, że tuż u nasady czoła Prota, tam gdzie zaczynała się siwa czupryna, 

pojawiły się nagle grube krople. Prot był spocony, chociaż już dawno zapadł chłodny wieczór. 

- Idź po Babetkę, Krystynko! - powiedziałem ostro. Posłuchała. 

- Trzeba będzie wziąć to szkiełko i porównać z kościelnym - zdecydował porucznik. - Ja 

proponuję, panie Leonie, żebyśmy zaraz pojechali do księdza. 

-  Dobrze!  -  Leon  wstał  z  miejsca.  -  Ja  mogę  jechać,  jestem  pewien,  że  mam  rację,  ale 

wam muszę to udowodnić! 

Prot otarł czoło chustką. 

- Duszno mi! - powiedział. Anita otworzyła okno. 

- Więc przypomniałam sobie! - powiedziała Babetka wchodząc do pokoju. - Ja to znala-

złam przy progu starej kuchni! 

Milczeliśmy, a Prot siedział i kiwał głową posępnie. 

- Tego się właśnie bałem - powiedział. - Tego się bałem, dziecko, żeś ty to znalazła koło 

naszego domu. 

- Ależ to byłoby wspaniale, Procie! - zawołał Leon. - To może znaczyć, że witraże ukryte 

są gdzieś tutaj! 

- Ja ich nie chowałem - powiedział Prot cicho. 

- Tego nikt z nas nie mówi, panie leśniczy! - oburzył się porucznik. 

- Ale co powiecie, jeżeli one się tu znajdą? 

- Za dawno się znamy, panie Procie, żebyśmy o was mówili to, co się prawdy nie trzyma! 

- kapral wstał z miejsca. - Jedziecie z nami na plebanię? 

- Zostanę - powiedział Prot i znowu otarł czoło chustką. 

- Jeżeli to szkiełko pochodzi z witraży, jutro od rana ma nas pani u siebie, pani Anito!  - 

powiedział porucznik, kiedy odjeżdżali swoim łazikiem do miasteczka. 

Dokończyłem  herbatę  i  poszedłem  do  pokoju,  rezygnując  tego  dnia  z  kolacji.  Szarlotka 

Anity wystarczyła mi, może nawet zjadłem jej zbyt dużo, bo wkrótce poczułem ociężałą senność. 

background image

 

 

Nie zasnąłem jednak, już po chwili rozległo się ciche stukanie do mojego pokoju. Zastanawiałem 

się, kogo zobaczę w progu: Krystynkę czy Babetkę, kiedy drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł 

Prot. 

Usiadł na krześle bez słowa i przesuwał palcami po siwej czuprynie. 

- A co wy o tym sądzicie, Janie Sebastianie? 

- Mogli coś tu ukryć. Był czas, kiedyście siedzieli w areszcie, Procie, wtedy, kiedy Niem-

cy znaleźli u was konie partyzantów. Jeszcze zanim się u was zjawiłem. 

- Myślałem o tym - powiedział Prot. - Jeżeli, to tylko przez te dwa tygodnie. Małgorzata 

jednak była w domu cały ten czas... - Czy jest możliwe, żeby pani Małgorzata pozwoliła ukryć u 

siebie witraże, nic wam o tym nie mówiąc? 

- Nie wiem, czy to jest możliwe, Janie Sebastianie, czy też niemożliwe - powiedział Prot z 

troską.  -  Małgorzata  nie  miała  przede  mną  tajemnic,  ale  widzicie...  jest  tu  w  tym  domu  jedna 

rzecz, której zawartości nie znam dokładnie. 

Milczałem. 

- Nie pytacie, dziękuję wam za to, Janie Sebastianie, ale ja bez pytania wam powiem, bo 

mi rada potrzebna, ot co... 

- Jeżeli tylko poradzić potrafię, Procie! 

- A właśnie!... - westchnął. Podniósł się z krzesła, podszedł do swojej skrzyni, pogładził 

okucia. 

- Anielskiej dobroci była Małgorzata, ale i dziwny to był człowiek. Ostatni raz do skrzyni 

zaglądałem  ze  trzydzieści  lat  temu.  Małgorzata  składała  do  niej  wtedy  wiano  dla  naszej 

najstarszej, dla Elżbiety. Bieliznę koronkami porozszywaną, kapy nasze ludowe, obrusy. Ja już 

wam  kiedyś  mówiłem,  Janie  Sebastianie,  że  Elżbieta  za  mąż  nie  po  naszej  myśli  poszła.  Bez 

pozwolenia.  I  matczynym  wianem  pogardziła.  Także  i  pamiątką,  którą  jej  Małgorzata  po  nas 

chciała  zostawić,  a  mianowicie,  suknią  ślubną  według  naszych  tradycji  szytą,  w  której  mi 

wierność w naszym kościele przy ołtarzu Matki Boskiej przysięgała. Płakaliśmy nad tym oboje, 

aż wreszcie Małgorzata zdecydowała: „Nie, to nie. Elżbieta nie chciała, może jej córka najstarsza 

zechce..."  I  tak  czeka  ta  skrzynia  z  otwarciem  na  zamążpójście  Babetki,  tej  mojej  wnuczki 

background image

 

 

najmilszej, najbardziej do Małgorzaty podobnej... 

- Czy Babetka wie o tym? 

- Powiedziałem jej, żeby w razie mojej śmierci swoje mogła otrzymać. Wie. 

A więc dlatego oberwałaś pomidorem, Krystynko! 

Prot stał obok skrzyni i przyglądał się jej badawczo, jakby tym spojrzeniem chciał prze-

niknąć stare drewno. Wreszcie zaczął mówić dalej: 

-  Pewnego  razu,  jeszcze  na  kilka  lat  przed  śmiercią,  Małgorzata  wymusiła  na  mnie 

obietnicę, że do dnia ślubu wnuczki, której wtedy jeszcze na świecie nie było, ja tej skrzyni nie 

otworzę,  „Dlaczego,  pytałem,  takiej  obietnicy  żądasz  ode  mnie,  Małgorzato?"  Nie  chciała  mi 

tego  wyjawić,  lecz  że  zawsze  prawym  człowiekiem  była,  zaufałem.  Skrzyni  strzegłem  i  przed 

ludzkim okiem, i przed ciekawością zbędną, bo i po co mieli się dziwować. „Ten stary Prot na 

głowę chyba upadł, żeby dla wnuczki stare klamoty na prezent ślubny trzymać", tak by mówili. 

Na  głowę  ja  nie  upadłem,  Janie  Sebastianie,  tylko  mam  takie  życzenie,  aby  wola  mojej 

Małgorzaty została spełniona. A teraz, widzisz... sam już nie wiem, czy tej skrzyni przypadkiem 

wcześniej nie otworzyć i nie sprawdzić jej zawartości... 

- Moglibyście, Procie, zrobić to nawet i teraz, choćby po to, żeby własne sumienie uspo-

koić. Zostawię was tu, pójdę do Anity. Jedno wasze słowo i wyjdę. 

- To ja wiem, ale co będzie, jeżeli... - Prot zawiesił głos i nie dokończył swojego pytania. 

- Jedno szkiełko znalezione przy waszym domu niczego jeszcze nie dowodzi, Procie. 

- Wiem, ale ta skrzynia podejrzanie ciężka mi się wydaje. 

- Sami musicie zdecydować. 

- I to wiem także. 

- Więc decydujcie. 

- Już od roku to podejrzenie za mną chodzi, ta myśl natrętna, że, nóż widelec, Małgorzata 

nie po mojej myśli postąpiła... Czasy takie były, mogła uważać, że lepiej niech to u niej będzie, 

niż wróg ma sponiewierać. A zmarła w ostatnim roku wojny! 

Znowu Prot milczał pogrążony w głębokiej zadumie, której nie chciałem mu przerywać. 

Podniósł wreszcie głowę, spojrzał na mnie siwymi oczyma. 

background image

 

 

- No, to wyjdź stąd, Janie Sebastianie, sam chcę zostać... 

Wyszedłem  ze  ściśniętym  sercem.  Trudno  mi  było  zostawić  Prota  samego,  ciężar  jego 

troski czułem niemal na swoich barkach. Przysiadłem obok drzwi, na schodach prowadzących na 

stryszek. Słyszałem stąd brzęk kluczy, a potem skrzypienie zawiasów. Chociaż niejedno w życiu 

dane  mi  było  przejść,  czułem,  że  ogarnia  mnie  wzruszenie.  Za  tymi  drzwiami  Prot,  mój  stary 

przyjaciel,  po  wielu  latach  trzyma  w  drżących  rękach  ślubną  suknię  swojej  żony.  Być  może 

kładzie  ją  na  krześle,  aby  wyjąć  ze  skrzyni  małe  pantofelki,  stroik  na  głowę.  A  potem  wiano 

Elżbiety,  czy  Babetki  raczej,  obrusy  haftowane  Małgorzaty  rękoma,  bieliznę  rozszywaną 

koronkami,  które  Małgorzata  sama  robiła.  Procie? Jak  tego  dokonałeś,  że  przez  tyle  lat  miłość 

żyje  w  tobie  taka  sama  jak  kiedyś,  a  może  i  większa,  chociaż  dziś  kochać  możesz  jedynie 

wspomnienia? A może właśnie ich suma jest najważniejsza? Całe życie składa się na nie i sztuka 

je tak przeżyć, takim być, tak kochać, żeby później niczego nie żałować. Spojrzeć wstecz na to, 

co ma się już poza sobą, i widzieć samo dobro. 

- Dlaczego pan tu siedzi? - głos Babetki wytrącił mnie z zamyślenia. 

- Usiądź i ty - zaproponowałem. 

- Nie mogą. Obiecałam Anicie, że jej pomogę zrobić twaróg. Lecę. Tomek na mnie czeka 

w kuchni. 

- Ach, tak... - powiedziałem z malusieńką ironią. 

- Ach, tak! - powtórzyła tym samym tonem i roześmiała się. 

Z mojego pokoju dobiegł odgłos kroków Prota. 

- Kto tam jest? - zdziwiła się Babetka. 

- Twój dziadek. 

- Sam? - położyła rękę na klamce. 

- Nie wchodź! - powstrzymałem ją w porę. 

- Dlaczego? Co dziadek tam robi?  

- Mniejsza z tym. Chce być sam. Patrzyła na mnie badawczo. 

- Pan, zdaje się, już wie, jakie tajemnice kryje leśniczówka... - powiedziała wolno. 

- Chyba wiem, Babetko. 

background image

 

 

-  A  więc,  może  trzeba,  żeby  pan  wiedział  wszystko.  Ja  na  pewno  nie  pogardzę  wianem 

mojej mamy i uratuję, co się tylko da uratować... 

- To pięknie, Babetko! Drzwi mojego pokoju uchyliły się i Prot wysunął głowę. 

- Możesz wejść, Janie Sebastianie... ach, ty też tu jesteś, Babetko? Wejdźcie oboje, dobrze 

się stało. 

Stanęliśmy  w  progu  niepewnie.  Spojrzałem  na  skrzynię,  była  zamknięta,  ale  obydwie 

kłódki leżały na stole. W powietrzu czułem wyraźnie specyficzny zapach od lat nie wietrzonego 

materiału. 

- Dziadku... - szepnęła Babetka. - Dlaczego? Przecież miałeś z tym czekać na mnie... 

- Stało się inaczej, niż miało się stać, moje dziecko. 

- Ale dlaczego? 

- Siadajcie! 

Usiedliśmy  oboje  na  moim  łóżku,  Prot  przysunął  sobie  krzesło,  jak  mógł  najbliżej 

Babetki. Dopiero wtedy dał jej do rąk pożółkłą kopertę. 

- Otwórz, jest zaklejona - powiedział. Babetka głośno odczytała napis: 

- „Do wnuczki najstarszej". 

- Kto to pisał, dziadku? 

- Któż mógł pisać, Babetko? - odpowiedział Prot pytaniem na pytanie. 

Podał  jej  scyzoryk,  który  Babetka  ostrożnie  wsunęła  pod  odstający  w  jednym  miejscu 

papier  i  rozcięła  go.  Wyjęła  z  koperty,  arkusik,  pokryty  nierównym  pasmem.  Czytała  w 

milczeniu, Prot nie patrzył na nią, widziałem tylko jego głowę pochyloną nisko. Nie podniósł jej 

nawet wtedy, kiedy po chwili Babetka głośno zaczęła odczytywać list swojej babki. 

 

Wnuczko moja! Tobie darują zawartość tej skrzyni i upraszam cię serdecznie, abyś z niej 

odpowiedni  użytek  uczyniła.  Co  ci  sercu  będzie  bliskie,  zatrzymaj,  zwłaszcza  lichtarze  dwa 

srebrne  opiece  twojej  powierzam,  bo  na  Ślubie  moim  świadczyły.  Nadto  cię  zawiadamiam,  że 

szkła  kościelne,  które  na  samym  dnie  znajdziesz,  w  drugim  roku  wojny  od  niejakiego 

Borowskiego  Jana  kupiłam  i  tu  ukryłam,  aby  ręce  wrogów  ich  nie  znalazły,  co  jest  moją  ta-

background image

 

 

jemnicą.  Jeśli  skrzynia  ta  otwarta  zostanie  za  czasów,  kiedy  ojczyzna  nasza  wolna  jeszcze  nie 

będzie,  strzeż  ich  dalej,  jeśli  zaś  uznasz,  że  czas  nadszedł,  aby  na  miejsce  swoje  przy  świętym 

ołtarzu  wróciły,  zwróć  je.  Borowski  Jan  i  Szulc  Walter  szkło  to  kościołowi  naszemu  ukradli, 

zaczem Borowski za plecami wspólnika mnie je sprzedał i odkupiłam, aby je ukryć. A ty, Procie, 

jeśli  żyjesz,  żalu  do  mnie  w  sercu  nie  chowaj,  że  przemilczałam  przed  tobą.  Takem  przysięgła 

Borowskiemu, który z lęku przed prawem przysięgi onej zażądał, bojąc się, że prędzej czy później 

ręka sprawiedliwości karę za popełnioną kradzież mu wymierzy. Teraz, po latach tylu niemożliwą 

jest rzeczą, aby Borowski żył jeszcze, nie sądź go, Procie, niech spoczywa w spokoju. I mnie nie 

sądź surowo, bom innego wyjścia nie miała... 

 

Babetka  odetchnęła  głęboko,  zanim  zaczęła  czytać  dalszy  ciąg  listu  Małgorzaty. 

Wiedziałem, że tylko oddechem usiłuje przemóc łzy, które płynęły po jej pobladłej buzi. 

 

...A Tobie, wnuczko moja, życzę, abyś w małżeństwie była szczęśliwa i u boku swego męża 

szła godnie na dobre z nim i na złe, i aby dobrego wiele było, a złego mało. 

 

 

 

Małgorzata 

 

background image

 

 

V. CUDOWNY WIECZÓR NA COPACABANIE 

 

 

Babetka  wsunęła  list  do  koperty,  wstała  i  obejmując  ramionami  pochylone  plecy  Prota, 

położyła  na  nich  głowę.  Nie  widziałem  jej  twarzy,  bo  odwróciła  ją  w  stronę  skrzyni,  a  kiedy 

dostrzegłem,  że  pochylone  plecy  drżą,  a  młoda  głowa  przytula  się  do  nich  coraz  mocniej  i 

mocniej - wyszedłem z pokoju cicho, niepostrzeżenie. 

 

- Jeśli tak zostało postanowione, to jest w tym jakaś racja - zdecydowała Anita. - I ty się, 

Procie, przeciwko temu nie buntuj. Tyle lat przeleżały pod naszym dachem i dobrze było, mogą 

do najbliższej niedzieli przeleżeć, wielkie rzeczy, cztery dni, masz o co krzyczeć! 

- Chciałbym już widzieć je na miejscu, Anito, zrozumieć to chyba możesz! 

-  Tylko  ja  mam  wszystko  rozumieć,  takie  moje  życie  -  westchnęła  Anita.  -  A  ty  mnie 

zrozumieć  nie  chcesz!  Już  dwa  dni  kęsa  chleba  wdusić  w  ciebie  nie  mogę,  Procie,  i  na  darmo 

tłumaczę, że nogi wkrótce wyciągniesz, jak się tak dalej będziesz odżywiał! 

- Anita ma rację, dziadku! - zawołała Krystynka. - Dziadek to już wygląda jak śledź! 

- A ciebie o zdanie nikt nie pyta - rozgniewał się Prot. - Przełknąć nie mogę, bo nerwami 

żyję! 

- Nerwami nikt nie żyje, dziadku. Od nerwów to wręcz odwrotnie... 

- Cicho bądź! Ty się, Krystynko, za dużo wtrącasz. 

-  Mogę  się  nie  wtrącać  -  powiedziała  Kryśka  potulnie.  -  Wszyscy  się  na  mnie  złoszczą, 

wszyscy! A przecież czasami miewam rację! - spojrzala na mnie wymownie. 

- Wszyscy się złoszczą, bo wsadzasz nos w nie swój sos - warknęła Monika. 

Spojrzałem na nią. Siedziała przy stole i szybko wyłuskiwała groszek z zielonych strącz-

ków. Była wściekła. Już od dwóch dni chodziła nadąsana, ale jednocześnie przyczajona jak kot, 

który szykuje się do skoku. 

Kiedy dziś  rano usiadłem,  żeby wreszcie uporać się z początkiem  pierwszego rozdziału 

background image

 

 

mojej  książki,  mimo  woli  sięgnąłem  po  arkusz  „Tomka  i  Babetki".  I  również  mimo  woli,  bez-

wiednie  niemal,  narysowałem  w  dolnym  rogu  stronicy  główkę  Moniki.  Dopiero  później,  kiedy 

szkic  był  już  gotowy,  uprzytomniłem  sobie,  że  ta  trzecia  główka  odgrywa  też  ważną  rolę  w 

wątku, który snuje tamta para... Kto wie przecież, czy finał całej historii nie będzie w równym 

stopniu sprawą Moniki, jak Tomka i Babetki. 

 

- Skończyłam, Anito! - Monika rzuciła do wiklinowego kosza ostatnie łupiny. - Czy mogę 

już iść? 

- Dokąd ty się wybierasz, Monisiu? - zapytała Anita. 

Monika spojrzała w stronę okna. Tylko kogut spacerował po ścieżce, raz po raz dumnie 

podnosząc głowę. 

- Nie wiem - odparła. 

Oczywiście,  nie  wiedziała,  dokąd  pójść,  żeby  natknąć  się  na  Tomka,  bo  Tomek  zginął 

nam  z  oczu  zaraz  po  śniadaniu.  Kiedy  Anita  zapytała  o  niego,  Babetka  powiedziała  z 

tajemniczym uśmiechem: 

- Och, nie szukaj go, Anitko, jest bardzo zajęty. 

A  potem  przepadła  i  Babetka.  Monika  wyszła  przed  dom,  a  po  chwili  ja  również  wy-

brałem  się  na  spacer.  Chciałem  dojść  do  karczowiska,  ruszyłem  wolno  w  tamtą  stronę, 

zadowolony,  że  idę  sam.  W  naszym  świecie,  w  którym  warkoty,  szumy  i  zgrzyty  zupełnie 

zagłuszają naturę, ptasi świergot staje się luksusem i także ciche gadanie drzew, i trzask suchych 

gałązek pękających pod stopami idącego człowieka. Wsłuchiwałem się więc w te odgłosy, pilnie 

łowiąc  uchem  każdy  szmer,  szybkie,  urywane  susy  wiewiórki,  pracowite  kucie  dzięcioła, 

brzęczenie trzmiela. 

Nagle przystanąłem. Dźwięczny śmiech Babetki usłyszałem tak wyraźnie, jakby stała tuż 

obok  mnie,  a  przecież  nie  widziałem  jej.  Rozejrzałem  się,  opasły  trzmiel  krążył  wokół  mojej 

głowy,  wiewiórka  przycupnęła  na  gałęzi  sosny,  równie  zaskoczona  jak  ja.  Babetka  śmiała  się 

znowu.  Teraz  już  wiedziałem,  że  jej  głos  dobiega  mnie  spoza  krzewów  jeżyn  rosnących  obok 

ścieżki. Chyba jednak nie była sama. Czy samotna dziewczyna może się śmiać aż tak? Bo śmiech 

background image

 

 

Babetki  wiercił  w  uszach  jakąś  szczególną  wibracją,  to  nie  było  zwyczajne  rozbawienie. 

Pomyślałem, że to chyba jedynie szczęście pozwala dziewczynie śmiać się w ten sposób. 

- Republika Białych Motyli - usłyszałem jej głos. - To jest prezydent, ten duży, widzisz? 

A to  premier. A ten malutki to  minister komunikacji, lata o wiele szybciej  niż inne. Chyba jest 

ich z dziesięć, nie mogę policzyć... 

Chwila ciszy, a potem głos Tomka: 

- Jedenaście. 

Znowu cisza i głos Babetki: 

- Dziesięć, na pewno dziesięć! 

- Jedenaście. 

- Dziesięć! - upierała się Babetka. 

- Jedenaście. Tam dziesięć i tu jeden. 

- Gdzie jeden? 

- Tu. 

Stojąc  za  jeżynami  nie  widziałem  dziesięciu  motyli.  Mogłem  się  jedynie  domyślać,  jak 

wyglądał jedenasty. Roześmiała się. 

- No, wiesz... 

- Ależ tak! 

A  więc  tak  wygląda  tajemnicze  zajęcie  Tomka!  -  pomyślałem  z  rozbawieniem.  Jest 

dostatecznie ważne na to, żeby mu nie przeszkadzać. Trzeba po prostu cicho minąć te krzewy i 

iść  dalej  w  stronę  karczowiska.  Niech  sobie  tylko  wiewiórka  słucha  dalej  tej  paplaniny  i  tego 

śmiechu, ja nie będę! - postanowiłem. 

Zauważyli mnie jednak. 

-  Proszę  pana!  -  zawołała  Babetka,  chociaż  już  oddaliłem  się  od  nich  o  kilka  kroków. 

Stanąłem. 

-  Proszę  pana,  niech  pan  tu  podejdzie,  niech  pan  zobaczył  -  trzepała  szybko.  -  Tu  jest 

Republika Białych Motyli, o! 

Podszedłem bliżej,  rzeczywiście nad kępkami macierzanki  krążyło  kilka motyli, pewnie 

background image

 

 

dziesięć. Jedenasty stał obok mnie. Tomek siedział na pniaku drzewa i... 

- Co ty robisz? - zapytałem nie wierząc własnym oczom. 

- Szyję. Pękły mi dżinsy na siedzeniu. 

Tak.  Siedział  ubrany  w  kolorowe  kąpielówki,  a  na  kolanach  trzymał  spodnie,  które 

energicznie dziobał igłą. 

-  Nie  mogłeś  poprosić  Anity?  Ona  zrobiłaby  to  lepiej  -  zwątpiłem  w  jego  zdolności 

krawieckie. 

- Anita nie ma czasu, a ja tylko te jedne portki przywiozłem ze sobą - wyjaśnił. - A poza 

tym, każdy chłopak reperuje swoje dżinsy sam, to jest zasada. 

- Pewnie dlatego one zawsze wyglądają na was trochę dziwacznie - zrozumiałem. - Ale w 

tej zasadzie jest jakiś wdzięk, to przyznaję. 

- Może pan usiądzie? - Babetka gościnnie wskazała mi ręką kępkę macierzanki. 

- Idę na karczowisko - wyjaśniłem, korzystając jednocześnie z zaproszenia. 

- Karczowiska są takie smutne - powiedziała Babetka. - Takie umarłe. 

Dopiero  teraz  zauważyłem,  że  tuż  obok  niej  stoi  dzbanek  z  jagodami.  Czy  spełniała 

polecenie Anity, czy też może wymyśliła sobie pretekst, żeby przyjść do Tomasza? 

 

Babetka poszła zaniesć dzbanek Anicie. Zostaliśmy sami z Tomaszem. 

- Jeden chłopak postanowił wybierać dziewczyny drogą eliminacji - powiedział po chwili. 

-  I  wie  pan,  jak  to  się  skończyło?  Zostało  mu  dziesięć.  I  spośród  dziesięciu  nie  potrafił  już 

wybierać. Podobały mu się wszystkie. Roześmiałem się. Tomasz także. 

- Głupie, co? A jednak. Pan powie, że za kilka lat on potrafi. Dziękuję pięknie, za kilka 

lat... - westchnął ciężko. 

Był  wyraźnie  zgnębiony,  rozumiałem,  że  w  jego  sytuacji  termin  „za  kilka  lat"  był  zbyt 

odległy. Chciał wybrać już, a chociaż wybierał spośród dwóch, a nie spośród dziesięciu, stopień 

trudności był równie wielki. Przyznać muszę, że byłem zaskoczony, wydawało mi się bowiem, że 

Tomasz podjął decyzję w chwili, kiedy siedząc  na oknie usiłował  przebłagać Babetkę, Tomasz 

jakby wyczuł moje myśli, bo nie pytany powiedział: 

background image

 

 

- Chwilami wydaje mi się, że już wiem na pewno. A potem, zupełnie nagle, tak ni z tego, 

ni z owego... - urwał i zaczął przyglądać się latającym nad samą ziemią motylom. 

Ładnie „ni z tego, ni z owego" - pomyślałem. - Po prostu ten mały kłusownik, Monika, 

zakłada swoje sidła, a ty wpadasz w nie, biedaku, jak zając oślepiony światłem. 

- Czy bardzo widać? - Tomasz włożył spodnie i odwrócił się do mnie tyłem. 

- Nie jest to robota arcymistrza - powiedziałem szczerze - ale ujdzie. 

- Wiem, że spartaczyłem trochę - wzruszył ramionami. - Trudno, musi zostać. Idziemy? - 

zapytał. 

- Dokąd? 

- Na karczowisko. 

Ach,  na  karczowisko,  zapomniałem,  Nie  uszliśmy  pięciu  kroków,  kiedy  zjawiła  się 

Monika.  Była  zadyszana,  uśmiechnięta,  wyraz  nadąsania  zginął  z  jej  buzi  bez  śladu.  Prawdę 

mówiąc, wyglądała ślicznie. 

- Gdzie się chowałeś przez całe rano? - zaatakowała Tomasza. - Szukałam i szukałam... 

-  Idziemy  na  karczowisko  -  odparł  Tomek  wymijająco,  zdejmując  z  jej  włosów  widełki 

igliwia. - Pójdziesz? 

- Nie, zmęczyłam się. Wolałabym zostać tutaj. O! - zawołała. - Ile motyli! 

Przysiadła na pieńku i z zachwytem obserwowała Latającą Republikę. Tego dnia ubrana 

była w jakiś malowniczy łaszek, który sprawiał, że Monika przypominała barwną łatkę. Rękoma, 

pociemniałymi  brzoskwiniową  opalenizną,  przytrzymywała  opadające  na  czoło  włosy. 

Spojrzałem  na  Tomasza.  Przymrużył  oczy,  jak  malarz,  który  z  daleka  ocenia  kolorystyczne 

walory pejzażu, ale pejzaż, oglądany przez Tomka, był żywy. Poruszał się, przeginał w szczupłej 

talii, przechylał głowę raz w prawo, raz w lewo. 

- Idziesz? - zapytałem Tomasza ostro. Drgnął. 

- Tak. Idę - zdecydował się szybko. 

-  Zostań!  -  powiedziała  Monika.  -  Zostań,  tu  tak  ładnie.  A  pan...  -  obrzuciła  mnie 

przelotnym  spojrzeniem  -  pan na pewno chce pomyśleć trochę o swojej  książce, będziesz tylko 

przeszkadzał. 

background image

 

 

- Będę przeszkadzał? - zapytał. 

Być może chciał, abym przytaknął, nie wiem. 

- Z pewnością nie - odparłem przekornie. - Będzie mi bardzo miło, nie wiem nawet, czy 

sam trafiłbym na karczowisko. 

Monika spojrzała na mnie zimno. 

- Zaczekaj tu na nas, wrócimy razem do domu - zaproponował Tomek dyplomatycznie. 

- Uhmmmm... - zamruczała. - Nie mam zamiaru siedzieć tu sama, zanudzę się. Zostań, na 

karczowisko łatwo trafić, zaraz za zakrętem tej ścieżki jest przecinka... - to było do mnie. 

Tomasz podrzucał w górę pękatą szyszkę. 

- Więc jak? - zapytałem. - Idziesz czy zostajesz? 

- Może zostanę - powiedział wpatrując się w śmigającą szybko szyszkę. 

Monika  spojrzała  na  mnie  z  ironicznym  uśmieszkiem.  Odwróciłem  się  i  z  wolna, 

ruszyłem w stronę karczowiska. 

Nagle usłyszałem głos Moniki: 

- Ile ich tutaj jest, policz! 

- Dziesięć. 

Zatrzymałem się na miejscu. 

- Dziesięć? Policzyłeś tak szybko? Ja nie mogę, ciągle mi się plączą. 

- Dziesięć, na pewno. 

A  więc  dziesięć.  Dziesięć,  nie  jedenaście.  Ty  przegrasz,  Moniko!  -  pomyślałem  z 

satysfakcją. 

 

Z traktu leśnego wyjechałem na szosę. Lubię prowadzić wóz nieuczęszczanymi drogami, 

lubię widzieć przed sobą wolną przestrzeń. Tomasz siedział obok mnie, Monika i Babetka z tyłu. 

Przysłuchiwałem  się  ich  rozmowie,  żartobliwej,  leciutkiej.  Żadne  słowo  nie  miało  wagi. 

Martwiłbym się może, gdybym nie wiedział, że co najmniej dwoje z tej trójki potrafi rozmawiać 

inaczej. Monika? No cóż, Monika. Teraz wszyscy pletli jakieś głupstwa i śmieli się, jakby było z 

czego.  Republika  Białych  Motyli?  O,  nie!  Cieszyli  się  po  prostu  dobra  chwilą,  egoistycznie 

background image

 

 

może, bo jechaliśmy przecież do apteki, po lekarstwo dla Kryśki chorej na anginę. 

Zwolniłem przejeżdżając przez tor kolejowy. Przy tym skrzyżowaniu udało mi się kiedyś 

wyskoczyć  z  transportu.  Przez  chwilę  kusiło  mnie,  żeby  powiedzieć  o  tym  głośno,  ale  roz-

myśliłem się, wolałem słuchać ich śmiechu, który jak pianka nakładał się na moje wspomnienia. 

Postanowiłem zaprosić ich na kawę. Nie na lody, na kawę. Na lody zaprasza się dzieci. 

Kiedy wjechaliśmy na Rynek, Tomasz poszedł do apteki, Monika na pocztę, dowiedzieć 

się o listy. Weszliśmy z Babetka do kawiarni. Wybraliśmy stolik przy oknie. 

- Poczekamy na nich, czy zamówić już coś dla ciebie, Babetko? 

- Poczekajmy. Tylko, że... 

- Że co? 

- Pan zapraszał nas na kawę, a ja wolałabym lody. 

-  Proszę  cię  bardzo,  niech  będą  lody.  Myślałem  o  kawie,  bo  to  tak  bardziej  dorośle  - 

uśmiechnąłem się do Babetki żartobliwie. 

- Nie lubię kawy - powiedziała Babetka szczerze i popatrzyła na mnie szeroko otwartymi 

oczyma. - Czy to naprawdę dowód, że jestem jeszcze dziecinna? 

- Nie, to chyba dowód, że jesteś wyłącznie sobą i że nie chcesz udawać nikogo innego - 

wyjaśniłem poważnie. 

Potem  przyszła  Monika.  Sunęła  od  drzwi  w  naszą  stronę  w  sposób  nieco  teatralny,  z 

podniesioną  wysoko  głową.  Dopiero  teraz  spostrzegłem,  że,  w  przeciwieństwie  do  Babetki, 

Monika  była  ubrana  niezwykle  starannie,  więcej  nawet  -  efektownie.  Króciutka  sukienka  od-

słaniała  długie,  szczupłe  nogi,  a  szerokie  rondo  zsuniętego  aż  na  ramiona  kapelusza  tworzyło 

obramowanie  dla  jej  ładnej  buzi.  Zauważyłem,  że  młody  chłopiec  siedzący  przy  pobliskim 

stoliku  przyglądał  się  jej  wzrokiem  pełnym  nie  ukrywanego  zachwytu.  Babetka  podniosła  się  z 

miejsca, żeby ułatwić Monice przejście. No tak, ta przyjechała w swoich wyszarzałych porciętach 

i kretonowej bluzce niedbale wyrzuconej na spodnie. Był w tym też jakiś młodzieńczy wdzięk, a 

może nawet i trochę nonszalancji, dostatecznie jednak umiarkowanej, żeby nie raziła. 

- Lody, Moniko? - zapytałem. 

- Miała być kawa - zdziwiła się. 

background image

 

 

- Ależ oczywiście! Lody, kawa. Ciekawe, na co zdecyduje się Tomek. 

Okazało się, że Tomek i przy tym wyborze nie grzeszył zdecydowaniem. 

- A mnie to wszystko jedno - zakomunikowała. - Może być to albo to. 

- Zdecyduj się. 

- To może kawa. Nie, przepraszam, lody! Albo może kawa. Tak, poproszę kawę. Dosta-

łem lekarstwo dla Krystyny. 

Podał mi fiolkę i buteleczkę z kroplami. W tym samym momencie podszedł do nas młody 

człowiek, który tak uważnie obserwował wchodzącą Monikę. 

- Cześć, Tomasz... - powiedział niskim głosem, trochę jakby przez zęby. Tomek odwrócił 

się gwałtownie. 

- Cześć! 

- Można się przysiąść? Tomasz spojrzał na mnie. 

- Nie wiem... - burknął. - Widzisz, że nie jesteśmy sami... 

-  Pan  pozwoli?  -  młodzieniec  ukłonił  mi  się  grzecznie,  choć  może  nieco  później,  niż 

należało. 

- Proszę bardzo. 

-  To  ja  tylko  przeniosę  swój  prowiant.  Jego  „prowiant"  składał  się  z  butelki  oranżady  i 

ptysia z kremem. 

- A ty co, Tomek? Na wakacjach? - zagaił rozmowny młodzieniec. 

- Na wakacjach. A ty? 

- Przejazdem. Autostopem zasuwam. 

-  To  kolega  z  Domu  Kultury,  chodzimy  razem  na  dżudo  -  wyjaśnił  Tomek  patrząc  na 

mnie. 

- Może podejdziecie do bufetu wybrać ciastka? - zaproponowałem dziewczynkom. 

Wstały obydwie, kolega z dżudo odprowadzał je przez chwilę wzrokiem. Potem spojrzał 

na Tomasza z błyskiem uznania w oczach. 

- Klasa... - szepnął. - Zwłaszcza ta w mini. 

Udawałem, że studiuję uważnie sposób podawania oxyterracyny. 

background image

 

 

- Klasa - przyznał Tomek również szeptem. 

- Chodzisz z nią? 

Z gardła Tomka wydobył się niewyraźny bełkot. 

- To pięknie! - pochwalił go kolega z dżudo, który najwyraźniej zrozumiał to, czego ja nie 

zrozumiałem. 

- Ta druga też klasa - przyznał młody człowiek. - Ale wysiada przy tej w mini, no nie? 

Znowu bełkot. 

- Masz szczęście, bracie, pozazdrościć. Takie nogi, ho, ho! Od ziemi aż po samą szyję. 

- Dobre lekarstwo kupiłem? - zapytał Tomek zwracając się do mnie. 

- Dobre, dlaczego miałeś kupić złe? Według recepty przecież. 

-  Wujaszek?  -  zapytał  domyślnie  kolega  z  dżudo,  wskazując  na  mnie  zarośniętą  skąpo 

brodą. 

- Nie. Pan redaktor jest tu na urlopie. Mieszkamy w leśniczówce. 

- Dziennikarz? - ożywił się kolega z dżudo i po raz pierwszy przyjrzał mi się z odrobiną 

szacunku. - Dobrze się składa, mam dla pana temat. 

Dlaczego oni wszyscy mają dla mnie tematy? - pomyślałem niechętnie. Jaki może mieć 

dla mnie temat ten zarośnięty bęcwał? 

- Tak? Jaki pan ma temat? 

- Temat jak cacko! - cmoknął własne palce z lubością. 

- Mianowicie? 

- Życiowy. Liczą się tylko życiowe tematy, nie? 

- Zależy, co się rozumie pod słowem życiowy - zauważyłem sceptycznie. 

- Krzywda młodzieży, ma pan pojęcie o czymś takim? 

- Ty, daj spokój... - skrzywił się Tomasz. 

- Co ty chcesz gadać, odbiło ci coś, daję słowo... 

- Pan redaktor nie chce, to narzucać się nie będę! - wycofał się nagle kolega z dżudo. 

- Sam w przyszłości wykorzystam, jak ten, no, ten, jakże mu tam... no, ten z pazurem do 

współczesności?... 

background image

 

 

- Nowakowski? - podsunął Tomek. 

- Nie, nie Nowakowski. Ten... taki... wyleciał mi z pamięci. 

- Głowacki? 

- Może i Głowacki, plączą mi się. Babetka i Monika wróciły wreszcie. 

-  Prosimy,  prosimy!  -  ożywił  się  znowu  kolega  z  dżudo.  -  My  tu  sobie  właśnie 

rozprawiamy o literaturze - wyjaśnił. 

Tomek spojrzał na mnie wzrokiem pełnym boleści. Odpowiedziałem mu podobnym spoj-

rzeniem. Szczęśliwie z opresji wyratował nas jakiś dryblas, który podszedł do naszego stolika i 

klepiąc kolegę z dżudo po ramieniu, powiedział: 

- Ej, Czesiek! Trafia nam się jeden gość z „Warszawą". Ruszymy chyba, nie? 

- Powiedział, że weźmie? 

- No! 

- Dobra. Spadamy stąd. 

Kolega  z  dżudo  wstał  i pożegnał  się  z  nami  niskim  ukłonem. Potem  sięgnął  jeszcze  po 

butelkę i wypił resztę oranżady. 

-  Powodzenia!  -  rzucił  Tomkowi  odchodząc.  -  I  gratulacje,  jeszcze  raz...  -  spojrzał  na 

Monikę przeciągle. 

Tego  wieczoru  zastanawiałem  się  długo  nad  tym,  w  jakim  stopniu  czyjeś  spojrzenie, 

czyjaś  opinia  kieruje  odruchami  drugiego  człowieka?  Bo  kiedy  wychodziliśmy  z  kawiarni, 

Tomek wsunął rękę pod ramię Moniki. A potem prowadził ją tak przez cały Rynek, aż do mojego 

wozu, który stał na parkingu. Prowadził ją tak, i widziałem na własne oczy, jak na jego twarzy 

malował  się  wyraz  błogiej  satysfakcji,  ilekroć  napotykał  spojrzenia  chłopców  taksujących  z 

uznaniem zuchwałą urodę Moniki. I widziałem, jaki był zaborczy w tym geście posiadacza, kiedy 

już na parkingu wysunął rękę spod ramienia i ogarnął nią szyję Moniki, i widziałem także, jak 

Babetka stanęła przy masce mojej  „Syreny"  gładząc ręką połyskliwą powierzchnię karoserii.  Z 

zadumą. A może ze smutkiem. Nagle Tomek jakby się ocknął z odurzenia. Zostawił Monikę przy 

drzwiczkach, a sam podszedł do Babetki. 

-  O  czym  myślisz?  -  zapytał  tym  najbardziej  niedyskretnym  pytaniem  świata,  bo  co  jak 

background image

 

 

co, ale myśli są najbardziej prywatną własnością człowieka, a którą z nich chce ujawnić, jest jego 

sprawą. 

Babetka poruszyła nieznacznie ramieniem i przechyliła głowę. 

- O niczym specjalnie... 

I  wtedy  Tomek  zrobił  najgłupszą  rzecz,  jaką  mógł  zrobić:  tak,  jak  przed  chwilą 

obejmował  Monikę,  objął  teraz  Babetkę.  Ciągle  niezdecydowany,  ciągle  niepewny,  ciągle 

rozdarty między tymi dwoma dziewczętami. 

Babetka odepchnęła Tomka łokciem i wysunęła się zręcznie z jego objęcia. 

- Daj spokój. Gorąco. 

Nie było gorąco. Przedwieczorny wiatr ogarnął Rynek ożywczym chłodem, na pewno nie 

było gorąco. Ale ten gest wyrównania, bo tak Babetka musiała go zrozumieć, obraził ją. Monika 

wsiadła do samochodu,  a ja opieszale przecierałem  przednią szybę wozu. Tomasz w milczeniu 

patrzył na Babetkę, a potem wiedziony impulsem, czy też silniejszym biciem serca, powiedział 

półgłosem: 

-  Jeżeli  czymkolwiek  dotknąłem  ciebie,  Babet,  to  przepraszam.  Ty  mnie  też  dotknęłaś 

teraz, więc rachunek jest wyrównany. 

Uśmiechnęła się z przymusem, ale odparła bez gniewu: 

-  Nie  mam  zwyczaju  wyrównywania  rachunków,  prowadzę  po  prostu  inny  rodzaj 

księgowości... 

Kiedy  wracaliśmy  do  leśniczówki,  nikt  się  nie  śmiał  po  drodze,  nikt  nie  rozmawiał. 

Kątem  oka  obserwowałem  siedzącego  obok  mnie  Tomka  i  myślałem  słowami  Kaliguli:  „...uti-

nam  populus  Romanus  unum  cervicem  habe-ret!..."  Co  w  tłumaczeniu  na  polski  znaczy:  „...o, 

gdybyż lud rzymski miał jedną tylko szyję!" 

Dopiero w niedzielę po południu Prot odzyskał utraconą równowagę ducha. 

- Jaki macie nastrój, Janie Sebastianie? - zapytał spoglądając znacząco na szafkę, w której 

chował nalewkę Anity. 

- Owszem, Procie, chętnie! Ale wiecie, jak to ja zawsze. Tylko ciut! 

- Tylko ciut! - powtórzył Prot zgodnie, z zadowoleniem. Uważnie napełniał kieliszki. 

background image

 

 

- Odetchnąłem, Janie Sebastianie, odkąd pozbyłem się z domu tego balastu. Ciążył mi. 

Prot odstawił butelkę i rozsiadł się wygodnie. 

- A jak idzie wasza praca, Janie Sebastianie? Dużo wam brakuje do końca? 

- O, to wszystko nie jest takie proste - odparłem wymijająco. 

Nie  miałem  ochoty  przyznawać  się  Protowi,  że  poza  szkicami  trzech  główek  nie  stwo-

rzyłem niczego więcej. Nie odpowiedziałem więc na jego pytanie i tak siedzieliśmy bez słowa, 

sącząc wolno klarowną nalewkę. 

Wróciłem myślami do pierwszych dni mojego pobytu w leśniczówce, a ściśle  - do tego 

dnia, w którym zaczęło mi się wydawać, że będę tu świadkiem narodzin pierwszej miłości, takiej 

właśnie, o jakiej chciałem pisać. Okazało się jednak, że pierwsza miłość ma swoją uwerturę! Jak 

ją nazwać? Czym jest właściwie? Czy tylko poszukiwaniem? A jeżeli tak, to gdzie jest granica, 

ten punkt zwrotny dzielący poszukiwanie od autentycznego uczucia? 

Do kancelarii weszła Krystynka z gardłem owiniętym ciepłym szalem Anity. 

- Dlaczego wstałaś? Marsz do łóżka! - zdenerwował się Prot. - Chcesz się doziębić, czy 

jak? Wracaj prędko! 

-  Dziadku,  ja  już  umieram  z  nudów.  Dziadku,  niech  dziadek  mnie  stąd  nie  wyrzuca  - 

prosiła błagalnie. 

Przysiadła na brzegu krzesła, niepewna swojego losu. Prot zdjął z poręczy fotela kraciasty 

koc i rzucił Kryśce na kolana. 

- Przykryj nogi. 

-  Czy  nie  mógłby  nam  dziadek  czegoś  opowiedzieć?  Dziadek  umie  tak  ciekawie...  - 

poprosiła w naszym imieniu. 

- Co ja tam mogę opowiedzieć, dziecko? Bajek nie umiem. 

- Coś, co się działo, kiedy dziadek był mały - zamówiła sobie Krystynka. 

- Ho, ho! Kiedy byłem mały? Za wiele wymagasz od mojej pamięci. 

- Więc może coś o tym, co było, kiedy dziadek był młody. 

- Młody to ja też byłem bardzo dawno. 

- Niech dziadek się nie wykręca, dziadku! Ja taka jestem chora, biedna... 

background image

 

 

-  Chora,  biedna!  -  przedrzeźniał  ją  Prot.  Potem  umilkł  i  ściągnął  brwi.  Krystynka 

przypatrywała mu się wyczekująco. 

- Może o tym, jak dziadek poznał babcię Małgorzatę - podpowiadała niestrudzenie. 

- Ja babci Małgorzaty w ogóle nie poznałem. Myśmy z babcią od małego razem byli, w 

tej samej wsi, po sąsiedzku. 

Krystynka westchnęła ciężko i nagle powiedziała, jakby odgadując moje myśli: 

-  Ale  przecież  w  pewnej  chwili  dziadek  zrozumiał,  że  babcię  kocha,  nie?  Więc  jak  to 

było? 

Prot przygładzał dłonią siwe włosy i milczał. Zastanawiałem się, czy potrafi znaleźć od-

powiedź na to pytanie. Być może wracał teraz myślą do jakiegoś wieczoru, słodkiego od zapachu 

maciejki, przypominając sobie chwilę, kiedy szedł z Małgorzatą po ogrodowej ścieżce, a krzywy 

księżyc  wisiał  nad  nimi  romantycznie?  A  może  pamiętał  jakiś  dzień,  w  którym  widząc 

Małgorzatę idącą od studni z wiadrami pełnymi wody i uginającą się pod ciężarem, zrozumiał, że 

chce  przejąć  wszystkie  jej  trudy  na  siebie?  A  może  to  było  jeszcze  inaczej,  może  kiedyś 

dowiedział się, że będzie musiał odejść od niej na długo, i wydawało mu się, że nie potrafi, bo 

już nie było dla niego szczęścia bez jej oczu, bez jej rąk, uśmiechu, bliskości? Może ten sygnał 

prawdziwej miłości to nie tylko zadurzenie, oczarowanie, uniesienie, ale także nagła, straszliwa 

wprost pewność? 

- Więc jak, dziadku? 

- Jak... jak... - powtórzył Prot. - Nie wiem, samo przyszło. 

- Samo przyszło, ale przecież na pewno podobały się dziadkowi jeszcze i inne dziewczęta. 

Dlaczego dziadek wybrał właśnie babcię? Po czym dziadek poznał, że to jest ta właśnie, z którą 

dziadek chce żyć przez całe życie? 

- Tyś chyba niemądra, Krystynko... - żachnął się Prot. - Co ty mnie, staremu, takie pytania 

zadajesz? Uczony nie jestem. 

-  Kochają  się  wszyscy  ludzie,  nie  tylko  uczeni  -  zauważyła  Krystynka  -  i  chyba  każdy 

powinien wiedzieć, czym się różni prawdziwa miłość od nieprawdziwej. 

- Ja tam wiem, czym się różni jodła od świerku, Krystynko! I to ci mogę jasno wyłożyć. 

background image

 

 

A na twoje pytania nic ci nie odpowiem, bo takiej odpowiedzi nie znam. I nikt jej nie zna. Każdą 

miłość, zdaje mi się, nawet tę najbardziej prawdziwą, tak można zmarnować, że śladu po niej nie 

zostanie.  A taką słabiutką, co ledwie koło  serca  ćwierka, tak niektórzy  potrafią  wyhodować, że 

staje się trwała i całe życie ludzkie wytrzymuje. 

- Słusznie mówisz, Procie! - odezwała się Anita od progu. 

Wszyscy spojrzeliśmy na nią. Nie zauważyliśmy, kiedy weszła, i nie wiedzieliśmy, od jak 

dawna była w kancelarii. 

-  I  ja  zawsze  powtarzam,  że  wszystko  od  ludzi  zależy.  To,  co  człowiek  jednego  dnia 

odczuwa,  następny  dzień  może  zmienić.  Wszystko  w  życiu  jest  jak  garnek  z  mlekiem.  Nie 

dopilnujesz, wykipi. A jeśli na dokładkę kochanie w grę wchodzi, dwoje musi płomyka pilnować. 

A  ty  nie  medytuj  nad  tymi  sprawami,  Krystynko,  bo  one  nie  na  twój  rozum.  Do  łóżka  idź,  bo 

znowu gorączki dostaniesz i z jutrzejszego wstawania nici będą. 

- Anito! 

- Nie marudź, tylko rób, co ci każę! Krystynka podniosła się niechętnie. 

- Nie zagrałby pan ze mną w domino? - patrzyła na mnie błagalnie. 

- Chętnie zagram, Krysiu. Wyglądała tak żałośnie. 

-  Co  ty  panu  suszysz  głowę,  Krystynko!  -  fuknęła  Anita.  -  Nie  może  to  Babetka  z  tobą 

zagrać? Widziałam, że się tu plącze po domu. 

-  Plątała  się,  Anitko,  ale  Tomek  wrócił  i  słyszałam,  jak...  -  Krystynka  roześmiała  się 

krótko. - Słyszałam, Anitko, jak on jej tłumaczył teorię prawdopodobieństwa. 

- Więc dlaczego się śmiejesz? To ładnie, że się uczą nawet w czasie wakacji. Krystynka 

zerknęła w moją stronę. 

-  Przecież  Tomek  sam  tej  teorii  nie  rozumie,  mogę  przysiąc.  Żeby  ją  zrozumieć,  Anito, 

trzeba mieć bardzo dobrze w głowie. Tomkowi się zdaje, że zaimponuje Babetce swoją rozległą 

wiedzą, ha, ha! To wszystko są akrobacje - spoważniała nagle Kryśka. - Kiedy pomyślę, że i ja 

mogę się nabrać na takie cyrkowe numery, włosy mi się jeżą z przerażenia. 

- Widać to - odparła Anita, przyglądając się Kryśce. - Tylko że tobie nie z przerażenia się 

jeżą, a z tego, żeś się nie czesała od rana. 

background image

 

 

Tego  dnia  popołudnie  wlokło  się  leniwie,  powietrze  wisiało  ciężkie,  już  od  godziny 

słychać było przewalającą się daleko burzę. 

- Lada chwila dojdą do nas te grzmoty, zobaczycie! - jęknęła Monika. - Umrę ze strachu, 

boję się burzy! 

- Iiii, przesadzasz! - Kryśka wzruszyła ramionami.  - Ja się tam burzy nie boję, dla mnie 

może błyskać cały dzień, a piorun? Co mi może zrobić? 

- Może cię zabić, niemądra! - krzyknęła Monika. 

- Iiii, zabić. Takie tam gadanie, raz na sto lat piorun zabija ludzi. Mnie nie zabije, prędzej 

ciebie, bo jesteś ode mnie wyższa, jak będę koło ciebie stała, to we mnie nie uderzy! 

- Dziadku! Niech ona przestanie! 

- Uspokój się, Krystynko! - Prot przeciągnął się. - Pójdę sobie pospać, odłożę robotę na 

wieczór, chłodniej będzie! - zdecydował wreszcie. 

- Może i ty, Janie Sebastianie?  - zaproponowała mi Anita. - Bo ja to też się przyłożę do 

poduszki na godzinkę. 

- Nie jestem śpiący, Anito. Tomek i Babetka grali w makao. Przyglądałem się rozgrywce 

bez zaciekawienia. 

- Pan w ogóle nie gra w karty? - zapytał Tomasz. - Nawet w brydża? 

- W ogóle nie gram, wyobraź sobie. 

- A ja będę grała w brydża, Tomek mnie nauczy! Pana też może nauczyć - zaproponowała 

Babetka. 

- Dziękuję pięknie, rezygnuję z edukacji. 

- A mnie nauczysz? - ożywiła się Monika. - Naucz mnie, błagam cię, pieseczku! 

- Mogę, dlaczego nie? Makao. 

- No, to ja przegrałam, na pewno zostały ci kiery! - westchnęła Babetka. 

- Przegrałaś. 

- Zawsze przegrywam, taki mój los. 

- To po co grasz? Tylko wtedy powinno się grać, kiedy człowiek jest już pewien swoich 

umiejętności, nie sądzisz? - zaatakowała Babetkę Monika. 

background image

 

 

- Dla mnie to rozrywka, nie drę włosów z głowy, kiedy jadę na minusach. 

- W życiu też? - zapytała Monika ostro. 

- Często ci się zdarza jechać na minusach, o ile wiem. 

- Każdemu się zdarza - odparła Babetka spokojnie. 

- O! Mnie nie! 

-  To  chyba  tobie  jednej  -  wtrąciła  Kryśka.  -  Ja  też  często  jadę  na  minusach.  To  nawet 

fajne, potem się bardziej ceni plusy, no nie, Babetko? 

- Jasne. 

- A ty, pieseczku? 

- Co ja? 

- Często jeździsz na minusach? 

Monika  siedziała  na  wałku  od  pluszowej  kanapy  i  machała  nogami.  Zauważyłem,  że 

Tomek przez chwilę obserwował te nogi, szczupłe i zgrabne. 

- Może nie często, ale czasami - powiedział w końcu i zaczął ustawiać domek z kart. 

- Czyj to domek? - zapytała Monika zaczepnie. 

- Mój - odparł z uśmiechem. 

- Kto w nim będzie mieszkał? 

- Ja. 

- I kto jeszcze? 

- Nie wiem. 

Przechylił głowę i uważnie budował pierwsze piętro. 

- A jeżeli i ja się tu wprowadzę? 

- Kwaterunek może cię wyrzucić! - zawołała Kryśka. 

- Pamiętaj o nosie i  o sosie, moja złota!  -  Monika zeskoczyła z kanapy i  zbliżyła się do 

stołu.  -  A  jeżeli  się  wprowadzę?  -  powtórzyła.  -  Na  siłę?  Przywiozę  swoje  klamoty  i  powiem: 

„Teraz ja też tu będę mieszkała!" Co wtedy zrobisz? Wyrzucisz mnie? 

- Nie. Wybuduję sobie drugi domek. 

- Naprzeciwko? 

background image

 

 

- To pojęcie względne. Jak spojrzysz na mapę, to Tatry też są naprzeciwko morza. 

Słuchałem  tej  rozmowy  patrząc  na  Babetką.  Ona  z  kolei  przyglądała  się  Monice,  która 

oparła się o stół i przybliżyła twarz do twarzy Tomasza. 

- Dlaczego nie jesteś dla mnie miły? - zapytała przechylając głowę. - Przecież potrafisz... 

- Monika! - nie wytrzymała Krystynka. 

- Jeżeli w ciebie trafi piorun, to daję słowo, że będzie miał rację. Gdybym ja była pioru-

nem, to przeleciałabym cały świat dookoła tylko po to, żeby ciebie znaleźć! 

- Ależ ty masz języczek, Krysiuniu! - roześmiała się Monika. - Oooo! - krzyknęła nagle i 

zakryła uszy rękoma. 

Przeciągły grzmot sygnalizował, że burza jest już niedaleko, coraz bliżej nas. 

- Ha! - roześmiała się Kryśka jadowicie. 

- Ha! 

- Daj spokój... - mruknęła Babetką cicho. - Daj spokój, rozumiesz? 

- Niby dlaczego? Kto tu powinien się uspokoić? 

- Ooooo! - krzyknęła znowu Monika. 

- Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy! 

Kryśka poczęstowała Monikę ulubioną sentencją Anity. - Ten jeszcze nie trafił w ciebie, 

ale następny... 

- Wiesz co, Krysiu? - Tomasz wstał od stołu i złożył karty. - Dałabyś już spokój. 

Usiedliśmy obydwaj na kanapie. Krystynka przycupnęła obok mnie. 

-  Chodź  do  nas,  Babetko!  -  poprosiła.  Objęły  się  ramionami  i  nie  słyszałem  tego,  co 

Babetką szeptała Kryśce na ucho. 

- No dobrze, już dobrze... - wymamrotała Krystynka niechętnie. Tomasz usiadł na wałku. 

- Zająłeś moje miejsce! - zawołała Monika. 

-  Miejsca  tu  jest  dosyć.  Połowa  kanapy  i  drugi  wałek  -  odparł.  I  wtedy  nagle  zgasło 

światło. 

-  To  się  często  zdarza  w  czasie  burzy  -  wyjaśniła  Babetka.  -  Po  prostu  elektrownia 

wyłącza. 

background image

 

 

-  Ja  to  nawet  lubię  tak  siedzieć  po  ciemku,  wie  pan?  -  Kryśka  podsunęła  mi  pod  plecy 

poduszkę. - Wygodnie? 

- Wygodnie. 

- To świetnie. Niech pan nam teraz opowie coś ciekawego o swoich podróżach. Gdzie pan 

był najdalej? 

- W Brazylii. 

- O! - usłyszałem w ciemności głos Tomasza. - To ciekawe! Służbowo? 

- Służbowo. Mieszkałem w Rio przez trzy miesiące. 

- I co? 

- No, pięknie tam jest! 

- A co najpiękniejsze? - zapytała Babetka? 

- Copacabana. 

- Copacabana... jaka to dziwna nazwa... Copacabana... - rozmarzyła się Krystynka. 

-  Copacabana  jest  dzielnicą  Rio.  Wyobraźcie  sobie  szeroką  autostradę,  która  z  jednej 

strony jest zabudowana luksusowymi wieżowcami, a z drugiej... 

Przymknąłem oczy, chociaż w pokoju było ciemno. Widziałem teraz przed sobą szeroką 

plażę Copacabany, odległe światła Niteroi i ciemną sylwetkę Głowy Cukru. 

- A z drugiej...? - niecierpliwiła się Krystynka. 

-  Z  drugiej  strony  Avenida  Atlantica  ciągnie  się  rozległa  plaża.  Przeżyłem  kiedyś 

cudowny wieczór na Copacabanie... 

Błysnęło. 

- Boże święty, to chyba w nas strzelił! - zawołała Monika. 

Dopiero teraz zauważyłem, że zajęła sobie miejsce na wałku  od kanapy, ale na tym  sa-

mym wałku, na którym siedziała poprzednio, więc tuż obok Tomka. 

- Nie przerywaj! - zdenerwowała się Kryśka. - Lepiej byś słuchała, ty strachajło! I co na 

tej Copacabanie? 

Znowu zagrzmiało przeciągle. Za oknami zerwał się silny wiatr i pierwsze krople deszczu 

gwałtownie uderzyły o szyby. 

background image

 

 

-  Kiedy  wieczorem  stoisz  na  plaży  Copacabany  i  patrzysz  przed  siebie,  widzisz  tylko 

światła  w  oddali,  błyski  grzywiastej  piany  fal  i  słyszysz  szum  morza,  tak  piękny,  jak  naj-

piękniejsza muzyka. I zapominasz, że tuż za twoimi plecami suną setki samochodów, toczy się 

życie wielkiego miasta. Pośród tysiąca ludzi czujesz się sam, i tylko ten ocean przed tobą... 

Błysnęło,  zagrzmiało  i  błysnęło  znowu.  W  mgnieniu  sekundy  zobaczyłem,  jak  Monika 

gwałtownie rzuciła się do tyłu. 

- Opanuj się - powiedział Tomek. 

- Kiedy nie mogę, boję się po prostu straszliwie! - łkała Monika. 

-  Ona  się  wygłupia  -  usłyszałem  szept  Krystynki.  -  Doskonale  wiem,  że  nie  boi  się 

burzy... 

Jej szept dotarł również do Babetki, która sprzeciwiła się gwałtownie. 

- Jesteś niesprawiedliwa. Boi się! 

- Zawracanie głowy. Boi się tylko wtedy, kiedy jej z tym wygodnie. No i co?  - zapytała 

Kryśka głośniej. - Co z tą plażą? 

- Widzisz, Krystynko, zawsze brak mi słów, kiedy chcę komuś opisać jej urok. Czasami 

myślę, że ludzie nie stworzyli jeszcze takich, które mogłyby oddać w pełni piękno tego miejsca. 

Każdy przymiotnik wydaje mi się zbyt ubogi, każdy rzeczownik zbyt suchy. 

- Czy chciałby pan mieszkać tam na stałe? 

- O, nie! Ale chciałbym zobaczyć to jeszcze raz. 

- I potem jeszcze raz... - szepnęła Babetka. 

- Możliwe - przyznałem. 

- I potem jeszcze raz... i jeszcze raz... - mówiła Babetka wolno. 

- A może to już tak jest, że pragnienie jest zawsze piękniejsze od spełnienia, Babetko? - 

zapytałem. 

-  Chyba  nie  -  zaprzeczyła  gwałtownie.  -  Chyba  nie  może  być  nic  piękniejszego  od 

spełnienia marzeń. 

- Kto wie - zastanowiłem się. - Kto wie... 

- Dziwne to wszystko - westchnęła Kryśka. - Człowiek chyba lepiej zna świat niż samego 

background image

 

 

siebie. 

Gadały  tak,  jak  zwykle  gada  się  po  ciemku:  trochę  refleksji,  trochę  zadumy.  Milczenie 

Tomka i Moniki zaczynało mnie niepokoić. Błysnęło raz po raz, zagrzmiało i znowu przeciągłe 

błękitne  światło  rozjaśniło  pokój.  I  wtedy  zobaczyłem  Monikę  wtuloną  w  objęcia  Tomka,  z 

twarzą tuż obok jego twarzy. 

- Może byś jednak zapalił jakąś świecę, Tomasz - powiedziałem głośno. 

Przez chwilę słyszałem potrącanie krzesła, skrzypienie drzwi, trzaskanie zapałki. W po-

marańczowym świetle odnalazłem twarz Moniki, jej uśmiech na pół drwiący, na pół zwycięski. 

Odnalazłem  również  zadumaną  buzię  Krystynki.  Rozejrzałem  się  po  pokoju.  Babetki  nie  było. 

Tomasz  również  szukał  jej  wzrokiem,  niespokojnie,  z  przestrachem.  A  potem  opuścił  głowę  i 

patrzył już tylko na świecę, którą trzymał przed sobą, na jej płomyk migotliwy, nierówny. 

- Postaw ją na stole i  chodź tu  do mnie!  -  głos  Moniki  zabrzmiał  despotycznie. Tomasz 

nie drgnął nawet. 

 

Odnalazłem ją w kuchni. Stała przy oknie, w które deszcz walił nieprzerwanie. 

- Babetko... 

Wtuliła twarz w rękaw mojego swetra, a kiedy  chciałem  pogłaskać jej policzek, poczu-

łem, że jest mokry od łez. 

- Babetko... 

Poruszyła  głową,  prosząc  tym  gestem,  żebym  milczał.  I  milczałem,  bo  cóż  mogłem 

powiedzieć? Że całe życie jest jeszcze przed nią, cudowne jak wieczór na Copacabanie? 

- Nie będę w to dłużej grała... - usłyszałem wreszcie jej stłumiony głos. - Mam już dosyć 

minusów. 

- O ile zdążyłem zauważyć, nie zawsze wygrywa ten, kto pierwszy mówi makao, Babet-

ko. 

- Ona już wygrała. 

- Nie jestem tego pewien. 

- Widziałam. 

background image

 

 

Wyprostowała się, podałem jej swoją chusteczkę. 

-  A  do  tego  nie  potrafię  przegrywać  -  powiedziała  żałośnie.  -  Jak  byłam  mała,  zawsze 

ryczałam, kiedy zostałam durniem. Teraz też. 

-  Z  tą  różnicą,  że  teraz  ty  ryczysz,  chociaż  durniem  został  ktoś  inny...  -  zauważyłem 

żartobliwie. 

Roześmiała się, ale przez łzy, bo wcale nie było jej lżej. Otworzyłem okno, deszcz prze-

stał  padać  równie  nagle,  jak  zaczął.  Wionęło  ku  nam  zapachem  wilgotnego  lasu,  coraz  ciszej 

szumiały liście drzew potrącane słabnącym wiatrem. 

Ktoś otworzył drzwi i przekręcił kontakt. 

- Światło już jest, Janie Sebastianie, cóż wy tak po ciemku? W pokoju zapalili świecę. 

- A myśmy właśnie od tej świecy uciekli, dziadku... Prot przyjrzał się Babetce uważnie. 

- Płakałaś...? 

Spuściła oczy, Prot odwrócił się i pogwizdując cicho włączył grzałkę. 

- Przyszła mi ochota na herbatę. Może i wy się napijecie, Janie Sebastianie? 

Nie  trafił  Prot.  Właśnie  w  tej  chwili  najchętniej  łyknąłbym  pół  kieliszeczka 

ubiegłorocznej nalewki Anity. Pół kieliszeczka, nie więcej. 

- Chętnie, Procie. 

- I ja też, dziadku... 

- O, proszę, ale mam towarzystwo! Naszykuj kubeczki, Babetko... 

Usiedliśmy  przy  kuchennym  stole,  Babetka  wyjęła  kubeczki  i  czekając  na  zagotowanie 

wody przysiadła na kolanie Prota. 

- Masz ci los! - stęknął. 

- A jak mówię, że powinnam się odchudzać, to dziadek mi nie wierzy. 

Herbata była mocna, aromatyczna, piliśmy ją pogadując od czasu do czasu. 

-  Dziaaadkuuu!  -  poprosiła  nagle  Babetka  rozwlekłym  tonem.  -  Nie  przeszedłby  się 

dziadek? 

- A czy ty masz dobrze w głowie, Babetko? Po takim deszczu? 

- Mamy przecież kalosze! 

background image

 

 

- Diabła tam kalosze. W te kałuże chcesz mnie wlec? Za stary jestem na takie spacery. 

-  Dziadek  stary!  Także  coś!  -  oburzyła  się  Babetka.  -  Dziaaadkuuu!  Ja  tak  dziadka 

proszę... 

- Ej, Babetko, co ci po głowie chodzi. Posmutniała. Wstałem. 

- Pójdę popracować, Procie! Muszę popracować w końcu. 

- Ano, pójdźcie, Janie Sebastianie. 

- A wy co będziecie robili? 

- Ja? - Prot przesunął dłonią po czyprynie, poklepał ją i jeszcze raz przygładził. - Ja to się 

chyba przejdę trochę, ot co będę robił... 

Nie  ruszyłem  się  z  miejsca.  Patrzyłem,  jak  wkładają  gumowce,  jak  Prot  narzuca  na 

ramiona  Babetki  swoją  brezentową  kurtkę.  Otworzył  drzwi  wyjściowe,  Babetka  wsunęła  rękę 

pod dziadkowe ramię. 

Kiedy zostałem sam, wyjąłem z kieszeni fajkę i pudełko z tytoniem. Od wygasłego pieca 

szło jeszcze łagodne ciepło, kot Anity siedział na wprost mnie, mrużąc sennie zielonkawe oczy. 

Nagle  usłyszałem  skrzypnięcie  drzwi,  odwróciłem  głowę  i  zobaczyłem  stojącego  w  progu 

Tomasza. Szybkim spojrzeniem ogarnął puste krzesełka. A potem wtargnął do kuchni. 

- Czy pan nie wie, gdzie jest Babetka? - zapytał gwałtownie. 

- Wiem, poszła na spacer z dziadkiem. 

- W którą stronę poszli? Jak pan myśli? Mógłbym ich dogonić? 

- Mógłbyś - odparłem spokojnie. - Nie wiem tylko, czy to jest celowe. 

- Dlaczego? 

- Bo ona ma dosyć minusów, powiedziała mi! - przestraszyłem go. Był zbyt pewny siebie 

i to mnie drażniło. 

- Więc pan sądzi, że... 

- Nic nie sądzę! - przerwałem mu. - Nie jestem sędzią, tylko widzem. Spochmurniał. 

- Nie mogę znieść myśli, że jej jest przykro! - powiedział otwarcie. - Nie mogę znieść. 

Przyglądałem mu się bez słowa. Do tej pory mogłeś, a teraz nie możesz! Widzisz, stary, 

jak to cię nagle złapało... - myślałem. 

background image

 

 

-  Wtedy,  pan  przecież  wie,  pan  przecież  też  to  widział,  prawda?  Więc  wtedy  właśnie 

zrobiło mi się brak  B a b e t k i! Czy to nie idiotyczne? 

Było to mniej idiotyczne, niż sądził. Podniosłem się z krzesła i podszedłem do otwartego 

okna. Tomasz stanął obok mnie. Po chwili wyciągnął rękę. 

- Tam! - powiedział. - Tam, widzi pan? 

Tak, zobaczyłem ich. Szli wolno w stronę lasu. On wysoki i barczysty, ona drobna i mała. 

Zupełnie inni, zupełnie tacy sami. 

 


Document Outline