background image

Krystyna Siesicka

Ludzie jak wiatr

background image

I. POTRZEBNA MI RADA

 

Jeżeli potraficie wyobrazić sobie drewniany, jednopiętrowy dom ukryty pośród gęstych 

drzew iglastych, otoczony wieczną zielenią świerków i jodeł, owiany żywicznym zapachem lasu, 

przytulony   czule   do   niewielkiego   pagórka,   jeżeli   potraficie   zamknąć   oczy   i   w   wyobraźni 

stworzyć sobie obraz tego domu - będziecie wiedzieli, jak wygląda leśniczówka starego Prota. 

Od najbliższej szosy można tu dojechać jedynie długą, Wąską przesieką, po której beztrosko 

skaczą nie płoszone niczym szaraki - tak jest tam bezludnie i cicho.

Tą   właśnie   przesieką   wolno   prowadziłem   swoją   „Syrenę",   nie   śpiesząc   się   po   raz 

pierwszy od wielu lat. I może po raz pierwszy od wielu lat byłem naprawdę sam. W mieście 

nigdy nie mogłem być sam. Nawet wtedy, kiedy byłem. Tuż obok mnie czyhał telefon, zawsze 

gotów rozdzwonić się przeraźliwym sygnałem, nad drzwiami czuwał melodyjny gong, który w 

każdej   chwili   mógł   zwiastować   czyjeś   przybycie,   a   za   oknem   było   miasto.   Czy   to   wam 

wystarczy?

Za oknem było miasto i to ono pożerało najdokładniej cały mój spokój, ono kazało mi żyć 

w   ciągłym   napięciu,   pośpiechu   i   pogotowiu.   Jestem   dziennikarzem,   redaktorem   kolumny 

miejskiej. Specjaliści angielscy uważają, że śmiertelność wśród dziennikarzy jest o 30% wyższa 

od przeciętnej w całym społeczeństwie. Nie jestem angielskim specjalistą od śmiertelności, ale 

ponieważ jestem dziennikarzem, sądzę, że w tym może tkwić prawda.

Jechałem zatem leśną przesieką w stronę domu Prota i czułem, że na twarzy błąka mi się 

uśmiech nie przeznaczony dla nikogo. Przypomniały mi się słowa gospodyni Prota, Anity, którą 

złapałem kiedyś na podobnym uśmiechu.

- Zapamiętaj sobie, Janie Sebastianie, że dopóki człowiek potrafi się śmiać sam do siebie, 

dopóty jest z nim wszystko w porządku.

Nigdy   nie   byłem   przekonany,   czy   aby  na   pewno   Anita   miała   rację,   znałem   bowiem 

człowieka, który często uśmiechał się sam do siebie, a był to człowiek chory umysłowo, biedak, 

background image

któremu nawet smutne wydawało się zabawne. Teraz jednak milej było, mi sądzić, że jest ze mną 

„wszystko  w porządku", zwłaszcza że najdalej  za piętnaście  minut miałem  wpaść w objęcia 

Anity, w jej troskliwe ramiona. Ośmieliłem się mieć nadzieję, że przygotowała dla mnie pokój od 

północy, ten, w którym mieszkałem już kiedyś, wiele lat temu. Pamiętałem, że był to pokój 

nieduży, przytulny i że w jego kącie stała wielka dębowa skrzynia, do której Prot nie pozwolił mi 

zaglądać.

- Nic tam ciekawego nie znajdziecie, Janie Sebastianie. Ot, rupiecie jakoweś i tyle...

- Prot wie, jak ja lubię rupiecie! Niech mi Prot pozwoli - żebrałem.

- Nie! - odpowiadał twardo, prawie oburkliwie.

- Co ty się tak Protowi naprzykrzasz z tą skrzynią? - strofowała mnie Anita. - A nie daj 

Boże, jakżeś się na nią uparł! W kółko to samo i w kółko to samo! Weź sobie szarlotki, na stole 

stoi, chyba że koty zeżarły...

Szarlotka Anity! Być może, że właśnie wspomnienie o niej przywiodło mi na myśl leśni-

czówkę Prota, kiedy zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle jest na świecie jakieś miejsce, w 

którym mógłbym spokojnie napisać książkę? Może to szarlotka Anity kierowała moimi krokami, 

kiedy wreszcie wybrałem się na pocztę, aby wysłać do Prota telegram, w którym zawiadomiłem 

go o swoim przyjeździe? Takich rzeczy się nie wie, one tkwią w podświadomości. Myślałem: 

cisza, spokój, ale kto wie, czy pod tym wszystkim nie kryła się szarlotka Anity, grubo posypana 

cukrem-pudrem...?

Dojechałem do miejsca, w którym las rzedniał, za to jego podszycie gęstniało krzewikami 

jagód   i   borówek.   Spojrzałem   w   bok.   Tuż   przy   drodze   stał   kosz   pełen   szyszek.   Anita!   - 

przemknęło mi przez myśl. Zatrzymałem wóz i czekałem chwilę. Nikt się nie zjawiał, nikt nie 

odzywał.   Wysiadłem   i   opierając   się   o   najbliższe   drzewo   zapaliłem   papierosa.   Postanowiłem 

zaczekać   dłużej   -   jeżeli   był   kosz,   powinna   być   i   Anita.   Nagle   usłyszałem   ostry   gwizd. 

Przenikliwy i przykry. Ptak? Podniosłem głowę, nasłuchiwałem. Gwizd rozległ się znowu, ale z 

innej strony, nie z tej, w którą patrzyłem. Kiedy skierowałem tam wzrok, ujrzałem wysoko, na 

gałęzi młodej sosny czyjeś nogi w trampkach i w dżinsach nieokreślonego koloru. Niestety, to 

nie mogła być Anita.

background image

- Hej! - zawołałem. - Hej! Może podwieźć?

Chłopak - bo nogi należały do chłopaka - zsunął się z drzewa w przeciągu sekundy. Był 

wysoki, szczupły i bardzo opalony. Otrzepał ze spodni igliwie i resztki kory. Przyglądał mi się 

uważnie.

- Pan do Prota? - zapytał wreszcie.

- Tak.

Bez słowa podniósł z ziemi kosz i zbliżył się do samochodu. Odsunąłem nieco swoje 

bagaże, bezładnie rzucone w tyle wozu. Postawił tam kosz, sam usiadł przy mnie. Ruszyłem. Mój 

pasażer patrzył przed siebie i milczał.

- Też do Prota? - zapytałem.

- Tak. A dokąd by można w tę stronę? Czy pan zapomniał? Przecież pan już tu był. Pan 

zapomniał, że w tej stronie poza leśniczówką nie ma nic?

- Pamiętam. Ale ciebie nie pamiętam.

- Mnie tu nie było. W tym roku jestem przypadkiem.

- Na lato?

- Uhm... - mruknął. - Na lato... Rozmowny nie był i myślałem o tym z ulgą. Oderwał się 

dopiero po chwili.

- Pan Jan Sebastian, tak? Roześmiałem się.

- Tak mnie tu nazywają Prot i Anita.

- Dziennikarz? - upewniał się dalej mój rozmówca.

- I to się zgadza. Ale teraz chcę spróbować czegoś innego. Mam zamiar napisać książkę, 

dlatego tu jadę. Potrzebny mi spokój i cisza...

Przez myśl przemknęła mi znowu szarlotka Anity. Chłopak spojrzał na mnie wzrokiem 

pełnym zdumienia.

- Spokój i cisza? - zapytał z niedowierzaniem.

- Właśnie.

Teraz on się roześmiał.

- To cię bawi? - zapytałem.

background image

Znowu roześmiał się, wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Być może nie mieściło mu 

się w głowie, że człowiek może szukać takich dziwnych rzeczy jak spokój i cisza. W tęsknotę za 

szarlotką   uwierzyłby   łatwiej   -   pomyślałem.   Dopiero   później,   po   godzinie   czy   dwóch, 

zrozumiałem   ten   jego   śmiech   i   milczenie.   Na   razie   jednak   jechaliśmy   przesieką   w   stronę 

leśniczówki.

- Więc ty już wiesz - zagaiłem przyjacielsko - kim jestem, co robię, jak się nazywam. 

Może czas, żebym  i Ja dowiedział  się czegoś  o tobie? O ile się dobrze orientuję, będziemy 

mieszkać pod jednym dachem?

- Nazywam się Tomasz Pochyłło. Przez „cecha" i dwa „eł". Pochyłło... takie mam głupie 

nazwisko.

- Nie głupie. Raczej oryginalne.

- Za dwa lata zdam maturę i nie mam bladego pojęcia, co dalej... - westchnął.

- A co bliżej? - zapytałem żartobliwie.

Spojrzał na mnie z ukosa.

- Moja babcia i Anita pochodzą z jednej wsi. Teraz my mieszkamy w mieście, więc Anita 

zaprosiła mnie na lato do siebie. Dlatego tu jestem. A poza tym lubię las... - powiedział i jego 

głos zmiękł nagle. - Nawet to idiotyczne zbieranie szyszek lubię...

- Ja też zbierałem szyszki dla Anity, kiedy byłem tu ostatnim razem. Potem piekła na nich 

szarlotkę.

Zamajaczył  mi między drzewami dom Prota, po chwili zajeżdżałem już przed ganek. 

Otworzyłem drzwiczki samochodu i wyskoczyłem szybko. Tomasz bez pośpiechu wysiadł od 

swojej strony. Coś zaniebieściło się w oknach oszklonego ganku, w swojej naiwności byłem 

pewien,   że   to   Anita   biegnie   na   moje   spotkanie.   Myliłem   się.   U   szczytu   schodków   stanęła 

dziewczyna ubrana w błękitną bluzkę i króciutkie, granatowe szorty.

- Kto to jest? - zapytałem i po raz pierwszy owładnęło mną niedobre przeczucie.

- To Monika. Młodsza wnuczka Prota - wyjaśnił Tomasz i roześmiał się. - Chodzi do 

szkoły muzycznej i lojalnie pana uprzedzam, że każdego dnia rano ćwiczy swoje wokalizy.

- Wokalizy? - skrzywiłem się.

background image

- No, tak... - Tomasz wyjął z wozu kosz i postawił go na ławce przy domu. - Samogłoski, 

sylaby, w różnych tonacjach. Nie jest to melodyjne. Czy mam wyjąć pana bagaż?

Spojrzałem na Tomasza i dostrzegłem jego wzrok, trochę kpiący, trochę rozbawiony.

- Bardzo cię proszę - odparłem.

Zbliżyłem się do ganku. Monika podała mi rękę gestem trochę teatralnym, a może i nie 

teatralnym, lecz ja od razu poczułem do niej dziwną niechęć, niczym właściwie nie uzasadnioną, 

bo przecież nie słyszałem jeszcze tych jej wokaliz, jeszcze mi nigdy nie świdrowały uszu ani nie 

budziły ze snu.

- Dziadek spodziewał się pana trochę później - powiedziała Monika - jest w lesie. Ale ja 

zaraz pobiegnę po niego! - zaofiarowała się.

Zanim zdążyłem ją powstrzymać, wyminęła mnie i pobiegła w stronę wąskiej ścieżyny, 

która, o ile dobrze pamiętałem, prowadziła do szkółki leśnej. Tomasz postawił na ganku walizkę, 

maszynę do pisania i torbę.

- Drobiazgi zostawiłem w wozie - powiedział, uprzejmie nazywając „drobiazgami" moją 

piżamę, kąpielówki i przybory do golenia, o których istnieniu przypomniałem sobie w ostatniej 

chwili.

- Dziękuję. Bardzo ci dzię...

Urwałem w połowie słowa, bo nagle usłyszałem w przedpokoju czyjeś kroki i szeroko 

rozpostarłem ramiona, żeby powitać wreszcie Anitę. Ale to nie była Anita. Stało przede mną 

dziwne stworzenie, drobne, chude, spalone na brąz tegorocznym słońcem. Stworzenie, którego 

oczy dziwnie mi kogoś przypominały.

- Dzień dobry panu! - zawołało to chu-chro radośnie. - Świetnie, że przyjechał pan przed 

obiadem. Spodziewaliśmy się pana dopiero wieczorem!

„Spodziewaliśmy się..." - powiedziała. A więc i ona także spodziewała się mnie dopiero 

wieczorem. Ale kim była, u licha?

- Kryśka... - usłyszałem za sobą dziwnie drwiący głos Tomasza. - Starsza wnuczka Prota.

Powinienem się domyślić. Przecież to oczy starego Prota patrzyły na mnie z tej opalonej, 

dziewczęcej buzi.

background image

- Entuzjastka   big-beatu,  kolekcjonerka  taśm  magnetofonowych  -  prezentował  Tomasz 

dalej. - Nie mam pojęcia, czy wnosić pana bagaże do środka?

Ja również  nie  miałem   pojęcia.   Entuzjastka  big-beatu  patrzyła  na  mnie   wyczekująco. 

Najprawdopodobniej szukała sprzymierzeńca, ale ja, niestety, z całego serca nie lubiłem big-

beatu.

- Powiem Anicie, że pan przyjechał. Anita jest w piwnicy...

Przemknęła obok mnie i wybiegła na dwór. Piwnica w leśniczówce była poza domem, w 

starej kuchni, której teraz już nie używano.

- Może pan wejdzie dalej? - zaproponował Tomasz i popatrzył na mnie wzrokiem, który 

nie wróżył niczego dobrego. - O ile mnie słuch nie myli, właśnie nakrywa się do stołu.

Istotnie, z jadalni dobiegał szczęk ustawianych talerzy. Wlokąc nogi za sobą zbliżyłem się 

do drzwi i uchyliłem je ostrożnie. Dziewczyna stała tyłem do mnie, widziałem tylko jej ciemne 

włosy i jasną linię przedziałka, krótkie kucyki sterczące nad uszami i zgrabną sylwetkę. Tomasz 

gwizdnął ostro. Odpowiedziało mu równie ostre gwizdnięcie, a potem słowa:

-   Słyszałam   samochód!   Jeśli   mnie   przeczucie   nie   myli,   przyjechał   już   Wolfgang 

Amadeusz, czy jak mu tam. Bardzo drętwy?

Odwróciła się i spojrzała na mnie. Z wolna jej policzki czerwieniały, a mina rzedła.

- O, pardon... - szepnęła wreszcie wytwornie. - Nie przypuszczałam...

- To jest Babetka! - zakomunikował Tomasz. - Najstarsza wnuczka Prota.

Babetka. To imię mnie dobiło. Babetka! Odwróciłem się gwałtownie i spojrzałem na 

Tomasza. Twarz wykrzywiał mu z trudem powstrzymywany śmiech.

- Dużo tego jeszcze? - zapytałem bez krztyny uprzejmości.

- Nie! To ostatnia. Więc jak... Czy zanieść bagaże do pokoju, który przygotowała panu 

Anita?

- Który to pokój?

- Pomocny, ten sam, który zajmował pan poprzednim razem.

- Zostaw tu moje rzeczy, dobrze? Chciałbym się umyć.

- Tak przypuszczałem... - mruknął Tomasz i postawił walizkę obok kredensu.

background image

Wyszedłem z pokoju do znajomej sieni, ale zanim ruszyłem dalej, zatrzymałem się dla 

nabrania oddechu.

- Drętwy! - usłyszałem wysoki głos Babetki. - I źle wychowany! Nawet nie powiedział mi 

„dzień dobry!"

Odwróciłem, się i znowu uchyliłem drzwi jadalni.

- Dzień dobry, Babetko! - powiedziałem zgryźliwie.

I nagle, zupełnie nagle, zupełnie tak, jakbym się tego nigdy w życiu nie spodziewał, 

objęły mnie miękkie, pachnące szarlotką ramiona Anity.

- Tak, tak, tak... - mówił Prot, potem przełykał kolejny kawałek mięsa i powtarzał znowu: 

- Tak, tak, tak...

- Dziadek zachowuje się jak popsuty zegarek! - powiedziała Babetka. - Tak, tak, tak! - 

naśladowała gruby głos Prota.

- A ty zachowujesz się jak niegrzeczna dziewczynka. Nie należy przedrzeźniać dziadka! - 

rozgniewała się Anita.

Na drugie były pieczone kurczęta i kiedy zaspokoiłem pierwszy głód, zacząłem obser-

wować wnuczki Prota. Zawsze wydawało mi się, że sposób, w jaki człowiek je, określa go w 

pewnym stopniu. Monika oddzielała mięso od kości za pomocą sztućców. Męczyła się okropnie, 

ale przypuszczalnie wolałaby w ogóle zrezygnować z obiadu, niż jeść tak jak Kryśka. Bo Kryśka 

nie przejmowała się niczym; trzymała w garści kurzą nóżkę i bez najmniejszego zakłopotania, 

natomiast z wielkim apetytem rozprawiała się ze swoją porcją, a białe, mocne zęby służyły jej i 

za nóż, i za widelec. Babetka nie jadła nic. Od czasu do czasu sięgała po płatek mizerii i potem 

długo żuła go w ustach.

-   Dlaczego   ty   nic   nie   jesz,   Babetko?   -   zapytał   Prot.   -   Musisz   coś   zjeść,   bo   inaczej 

schudniesz jak szczapa.

- Zjadłam przecież zupę, dziadku. To mi wystarczy. Przecież dziadek wie... - odparła, 

patrząc na Prota porozumiewawczo.

- Ona się odchudza - wyjaśnił mi Prot. - Twierdzi, że jest za gruba. Ale spójrzcie sami, 

background image

Janie Sebastianie, i osądźcie sprawiedliwie. Czy ona jest za gruba? Ja tam nie widzę na niej ani 

grama tłuszczu. To są same gnaty. Aż dziwno, że nie klekocze przy chodzeniu!

- Klekocze! - wtrącił Tomasz żywo. - Sam wczoraj słyszałem, jak klekotała. Poszła po 

wodę do studni, kiedy rąbałem drzewo. I nagle słyszę: trzask, kle, trzask, kle, trzask, kle...

- To wiadra klekotały, nie ja! - oburzyła się Babetka.- Nie opowiadaj takich głupstw i 

niech ci się nie zdaje, że jesteś dowcipny!

Nagle poczułem, że siedząca obok mnie Kryśka delikatnie skubie rękaw mojej koszuli. 

Odwróciłem się.

- Czy pan może ofiarować mi swoje kości? - zapytała uprzejmie. - One nadają się dla psa.

- Ależ... ach, tak! Oczywiście, Krysiu! - zorientowałem się na tyle w porę, że nikt nie 

dostrzegł mojego przerażenia.

Kryśka zgarnęła moje kości na swój talerz, wstała i wyszła z pokoju. Wtedy odezwała się 

Monika.

- Nie wiem,  czy pan już słyszał  o tym,  że dziś o godzinie  dwudziestej  odbędzie  się 

wieczorek zapoznawczy? - zapytała jak gdyby nigdy nic.

- Gdzie?

- Tu, w tym pokoju!

- Wieczorek zapoznawczy? - zdziwiłem się. - Przecież wy się chyba znacie?

- My się znamy, naturalnie! - przyznała.

-   Wieczorek   zapoznawczy   odbędzie   się   z   okazji   pana   przyjazdu.   Najpierw   część 

artystyczna, a potem...

Nie słuchałem, kiwałem tylko głową potakująco, bo wiedziałem, że nie ma sposobu na to, 

aby wieczorek zapoznawczy, który ma się odbyć z okazji mojego przyjazdu, odbył się

beze mnie. I wiedziałem również, że nawet gdybym bardzo chciał, to i tak nie uda mi się 

rozpocząć pierwszego rozdziału mojej książki w terminie, który sobie wyznaczyłem: „dziś, o 

godzinie dwudziestej" .

- Dzieci, proszę sprzątnąć ze stołu i zmyć po obiedzie! - zarządziła wreszcie Anita.

Wstali posłusznie, bez gadania. Kiedy wyszli z pokoju, Anita powiedziała  z wyraźną 

background image

dumą w głosie:

- Wnuczki Prota są bardzo uzdolnione. W kierunku muzycznym. Monika nawet kształci 

się w śpiewie.

- Wiem o tym, Tomasz mi mówi...

- Zdolne bestyjki! - pochwalił Prot. - Krystynka ma taką pamięć do melodii, że aż się 

człowiekowi w głowie nie mieści, jak to tak można: raz usłyszeć, a potem wyśpiewać nutka po 

nutce! Zdolne bestyjki... - powtórzył z zadowoleniem.

O Babetce ani słowa. W duchu miałem nadzieję, że może chociaż ta jedna okaże się 

głucha jak pień.

- A  Babetka?  -  zapytałem  odważnie.   Prot  i  Anita  popatrzyli  na  siebie,  a  miny  mieli 

niewyraźne.

- Z Babetka to jest tak, że w końcu nie wiadomo:  dobrze czy źle. Mówią, że żadna 

dziewczyna nie potrafi tak grać jak ona, ale że niby to do chłopaków bardziej pasuje takie granie.

- Piłka nożna? - domyśliłem się, ale niefortunnie.

- Nie. Pyrkusja.

- Perkusja - poprawił Anitę Prot. - Babetka gra na perkusji, mają taki zespół w szkole i 

ona tam właśnie, na tym bębnie... Powiedzcie nam, Janie Sebastianie, czy to w ogóle ma nogi, 

żeby dziewczyna grała na bębnie? Dla mnie to nie ma nóg.

Kiedy ochłonąłem i mogłem już spojrzeć Protowi w oczy, zdecydowałem się na to jedno, 

najważniejsze dla mnie pytanie:

- Czy ona ma tutaj instrument?

- Nie! - Anita machnęła ręką pogardliwie. - Gdzie by tam się z pyrkusją do nas taszczyła. 

No, ale odpowiedz, Janie Sebastianie, kiedy cię Prot pyta. Czy to się godzi, żeby panienka grała 

na bębnie?

- Dlaczego, może grać... - odparłem bez większego przekonania.

Anita spojrzała na Prota i powiedziała ze smutkiem:

- Widzisz ty, Procie? Jan Sebastian też nie jest tym zachwycony...

W godzinę później udało mi się wyrwać na samotny spacer do lasu. Musiałem zastanowić 

background image

się   nad   tym,   co   właściwie   mam   robić   dalej.   Praca   nad   książką   przy   trzech   muzykalnych 

dziewczętach...? Nie, to było niemożliwe. Zestawienie moich imion: Jan Sebastian, było gorzką 

ironią, nie lubiłem muzyki, mimo że moja matka uwielbiała Bacha. Tęskniłem za ciszą, szukałem 

ciszy. Perkusja, wokalizy, taśmy magnetofonowe? Czy nie lepiej załadować z powrotem cały 

bagaż do „Syreny" i uciec jak najdalej stąd?

Pod nogami trzeszczały mi suche gałązki, podeszwy butów ślizgały się po złocistym igli-

wiu, duszny, aromatyczny zapach bił od podszycia. Macierzanka, zielone jeszcze kępki wrzosów. 

Rude wiewiórki, dzięcioł. A w domu uszczęśliwiony wzrok Prota i zaradne ręce Anity... Nie, dziś 

nie wyjadę. Może pojutrze, może za cztery dni. Tyle wytrzymam, tyle dam radę, dłużej na pewno 

nie. Usiadłem na ściętym drzewie. Nad moją głową ćwierkał ptak, biały motyl przycupnął na 

żółtym kwiatku.

- Szłam za panem, bo pomyślałam sobie, że to nudno tak chodzić samemu! - usłyszałem 

nagle czyjś głos za swoimi plecami.

Odwróciłem się. To była  Babetka. Usiadła, obok mnie. Milczeliśmy przez chwilę, aż 

wreszcie ona, oczywiście ona, przerwała ciszę.

- Czy pan jest dziś w złym humorze, czy pan jest zawsze taki! - zapytała i przechyliła 

głowę jak zainteresowany czymś szczeniak.

- Zawsze jestem taki! - odparłem sucho.

- Ahaa... - powiedziała przeciągle.

Zrozumiałem, że rzeczywistość nie zgodziła się jej z wyobraźnią...

Uniosła w górę brwi, jakby zastanawiając się nad czymś, i wreszcie szepnęła ni to do 

mnie, ni do siebie:

- Może dlatego, że pan pisze... ale nie, bo kiedyś byłam na spotkaniu z Żukrowskim i on 

mi się wydał zupełnie normalny...

A więc wydałem się nienormalny najstarszej wnuczce Prota! Pięknie! Jeszcze nikt nie 

ocenił mnie tak szybko i otwarcie. Gdyby była trochę młodsza, najchętniej dałbym jej w skórę, 

gdyby zaś była trochę starsza, powiedziałbym bez namysłu, co sądzę o dziewczynach, które grają 

na bębnie. Ale Babetka była...

background image

Spojrzałem na nią. Babetka była zmartwiona.

- Wie pan co? - powiedziała. - Dopiero w tej chwili dotarło do mnie głupstwo, które 

palnęłam. To już drugi raz. Czy mógłby mi pan wybaczyć te obydwa razy za jednym zamachem?

- Mógłbym - powiedziałem wielkodusznie. - Powiedz mi, Babetko, ile ty właściwie masz 

lat?

- Przedwczoraj skończyłam piętnaście - odparła precyzyjnie.

- Och, w takim razie powinienem ci może mówić pani - zastanowiłem się poważnie.

Nigdy   dotąd   nie   rozmawiałem   dłużej   z   dziewczynami,   które   przedwczoraj   skończyły 

piętnaście lat, i doprawdy nie wiedziałem, jak się do kogoś takiego zwracać.

- Och, nie! - roześmiała się Babetka. - Skąd! To brzmiałoby strasznie głupio.

- Poradź mi w takim razie, jak mam się zwracać do twoich sióstr, Babetko.

- Po pierwsze, one nie są moimi siostrami. To kuzynki. Mamy wspólnego dziadka. Dzia-

dek Prot ma trzy córki. Moją mamę, mamę Kryśki i mamę Moniki. A po drugie, to różnica wieku 

pomiędzy nami jest doprawdy minimalna. Wszystkie trzy urodziłyśmy się w jednym kwartale 

tego samego roku. Cieszę się, że pan już jest w lepszym humorze - zakończyła nieoczekiwanie. - 

Przypuszczam, że był pan po prostu zmęczony podróżą.

- Możliwe - przyznałem i na chwilkę zajrzałem do własnego wnętrza. Istotnie, nastrój 

poprawił mi się trochę. - Czy wiesz, że przyjechałem tutaj, żeby napisać książkę? - zapytałem z 

nadzieją, że za pośrednictwem Babetki uda mi się może zdobyć kilka godzin ciszy dziennie.

- Wiem. Tomek mi mówił! - odparła. - I właśnie chcemy, żeby pan opowiedział nam coś 

o swojej książce na wieczorku zapoznawczym. To może być ciekawe. Chyba że książka będzie 

nudna - dorzuciła z rezerwą.

- Nie mam pojęcia, jaka będzie książka, bo jeszcze nie zacząłem jej pisać.

- Chętnie panu pomożemy! - zaofiarowała się Babetka. - Tomek, moje kuzynki i ja.

- No, wiesz... nie wiem... to ma być książka o miłości.

- To świetnie - powiedziała. - Temat nam odpowiada, mówiliśmy właśnie, że najlepiej 

byłoby o miłości.  Naprawdę, chętnie  panu pomożemy!  - zapewniła  widząc  moją przerażoną 

minę.

background image

- No tak... no tak... - stękałem. - No, oczywiście...

- Niech pan się nie martwi! - zawołała Babetką. - Jakoś to będzie. Przypuszczam, że 

największe trudności będziemy mieli z pierwszym rozdziałem.

Uśmiechała się do mnie krzepiąco, a ja czułem się jak bokser, którego przeciwnik wcisnął 

do narożnika i okłada, gdzie popadnie.

Naprawdę starałem się być miły. I nawet udało mi się to zupełnie nieźle. Do pewnego 

momentu. Nie usnąłem słuchając kołysanki z „Porgy and Bess" Gershwina, którą specjalnie dla 

mnie   zaśpiewała   Monika.   Wytrzymałem   również   efekty   wokalne   zespołów   czerwonych, 

czarnych, niebieskich, i Bóg wie jakich jeszcze, uśmiechając się przy tym jak najuprzejmiej. 

Wypiłem również kawę, którą tego wieczoru parzyła Babetką, chociaż z zasady nie pijam kawy o 

tej porze. Naprawdę starałem się być miły, i byłbym miły z pewnością aż do końca wieczorku 

zapoznawczego, gdyby Krystynka, ten chudzielec, nie wypaliła prosto z mostu:

- A teraz porozmawiamy o tej książce. Może pan nam opowie dokładniej, o co właściwie 

będzie tam chodziło?

- Teraz wam nie mogę powiedzieć - odparłem kategorycznie. - Kiedy książka będzie 

napisana, wtedy ją przeczytacie i będziecie wiedzieli.

Przyglądali mi się z niedowierzaniem. Nawet Tomasz.

- Pan chyba żartuje... - odezwała się Babetka po chwili przykrego milczenia. - Przecież ja 

już mówiłam, że chcemy panu pomóc... Wyglądało to tak, jakbym w ostatniej chwili zerwał 

kontrakt zawarty w uczciwej umowie.

- Niestety, moi drodzy! Dziękuję wam bardzo za dobre chęci, ale...

Urwałem w połowie zdania i rozłożyłem ręce w bezradnym geście, który miał oznaczać, 

że odrzucam te ich dobre chęci w sposób podły i niemiłosierny. I tak to zrozumieli.

- Książka ma być o miłości? - zaatakowała znowu Babetką.

- Tak. O pierwszej miłości dwojga młodych ludzi - określiłem to jaśniej. - Myślę, że 

doprawdy wiem na ten temat trochę więcej niż wy.

- Pewno, co oni tam mogą wiedzieć - wtrąciła Anita podnosząc głowę sponad obrusa, 

background image

który cerowała starannie. - Nie zwracaj uwagi na tę ich gadaninę, Janie Sebastianie! - poparła 

mnie.

- No, nie wiem... - Kryśka uśmiechnęła się sceptycznie. - Nie wiem, nie wiem, nie jestem 

wcale taka pewna, czy przypadkiem nie powinien pan się oprzeć na naszych doświadczeniach.

- Co ty pleciesz, Krystynka! - ocknął się Prot. - Co tobie za głupstwa po głowie chodzą? 

Im się już zupełnie  klepki w głowach poplątały,  pewno od tych  wrzasków, co ich wiecznie 

słuchają. Jakie ty masz doświadczenie, ty mi powiedz, jakie? A kto by na takie nic spojrzał? 

Ledwie od ziemi odrosła, mądrala! Czekaj, czekaj, ja to wszystko powiem ojcu! Gdybyś moja 

była, wiedziałbym, co zrobić, ot, sprałbym i tyle. Ale wnuczki palcem nie tknę, niech się tam 

twój tato z tobą rozprawia.

Prot sapał i rękawy od koszuli podciągał coraz wyżej, zły, patrzył na Kryśkę zagniewa-

nym okiem.

- Dziadkowi to się ciągle zdaje, że my mamy po trzy lata - powiedziała nagle Monika. - A 

my naprawdę mamy więcej.

- Cicho bądź! - fuknął Prot. - Nie o lata chodzi, tylko o rozum. A rozumu nie macie.

- Żartują tylko! - wtrąciłem, aby ułagodzić Prota.

- Ja wcale nie żartowałam! Mówiłam zupełnie poważnie! - zawołała Kryśka.

- Ej, Krystynka, Krystynka! - Anita pokręciła głową. - Nie sprzeciwiaj ty się starszym, bo 

dobrze na tym nie wyjdziesz! Co ty tam o kochaniu możesz wiedzieć? O tym nic jeszcze nie 

wiesz,   boś   za   mała.   Popatrz   lepiej   na   Tomaszka,   starszy   od   ciebie   o   całe   dwa   lata,   a   stoi 

spokojnie i nic nie mówi, bo wie, że nie ma o czym!

Spojrzałem i ja na Tomasza, rzeczywiście, stał z boku i nie odezwał się dotąd ani razu. 

Teraz  też  milczał,  ale  zdawało mi  się, że  nikły uśmiech  przemknął  mu  po twarzy,  uśmiech 

powstrzymany siłą.

Tego wieczoru długo nie mogłem usnąć, nie wiem, czy przeszkadzała mi kawa wypita o 

zbyt późnej porze, czy księżyc, który oświetlał pokój przesuwając się wolno za otwartym oknem. 

Zasnąłem więc późno i spałem długo. Obudziło mnie stukanie do drzwi.

- Proszę!

background image

- To Ja... - usłyszałem dziewczęcy głos. - Anita przysyła panu śniadanie, bo myśmy już 

zjedli, a niedługo będzie obiad, więc...

- Chwileczkę!

Wyskoczyłem z łóżka i ubrałem się szybko, zostawiając golenie i mycie na potem. Otwo-

rzyłem drzwi, za którymi stała Kryśka z tacą w ręku.

- O, dziękuję ci bardzo! - ucieszył mnie widok dzbanka kawy z mlekiem i puszystego 

drożdżowego ciasta.

Chciałem wziąć tacę z rąk Krystynki, ale ona trzymała ją mocno.

- Postawię na stole - powiedziała wchodząc do pokoju - i jeżeli można, to poczekam, aż 

pan zje, żeby zabrać z powrotem naczynia. Dziś jest mój dzień na zmywanie - wyjaśniła.

- Dziękuję - odparłem bez entuzjazmu, bo nie mogłem przecież wyprosić Kryśki za drzwi, 

chociaż właściwie miałem na to ogromną ochotę.

Usiadła na dębowej skrzyni starego Prota i przyglądała mi się uważnie. Czułem na sobie 

ten wzrok, pomimo że starałem się nie patrzeć w jej stronę. Zastanawiałem się właśnie o czym 

mógłbym z nią porozmawiać, kiedy odezwała się:

- Wydaje mi się, że pan nie słodził jeszcze kawy...

Miała rację, mieszałem łyżeczką gorzką kawę. Nie przeczuwając niczego sięgnąłem po 

białą, porcelanową cukiernicę i uchyliłem pokrywkę. No cóż, musiało to wyglądać bardzo głupio, 

ale myślę, że większość ludzi na moim miejscu zachowałaby się podobnie! Bo czy mogłem 

wiedzieć, że w cukiernicy siedzi żaba? Wyskoczyła błyskawicznie i ja również błyskawicznie 

poderwałem   się   z   miejsca.   Skoczyła.   I   ja   również   skoczyłem   w   bok.   Skoczyła   jeszcze   raz. 

Skoczyłem i ja.

- Co za głupi dowcip! - ryknąłem. - Co za idiotyczne pomysły! Wyrzuć natychmiast tę 

żabę, nie mam zamiaru uganiać się za nią!

Dopiero teraz spojrzałem na Kryśkę. Siedziała na skrzyni  Prota z miną tak poważną, 

jakby widok starszego pana bawiącego się w ciuciubabkę z żabą był dla niej widokiem zupełnie 

naturalnym.

- Wyrzuć ją! - ryknąłem znowu i czułem, że ogarnia mnie coraz większa wściekłość.

background image

- Dobrze - odparła spokojnie - zaraz wyrzucę. - Odwiązała fartuch, który miała na sobie, 

przyrzuciła nim żabę, a potem przechylając się przez okno, wypuściła ją na dwór.

- Już po wszystkim... - zakomunikowała krótko i wróciła na swoje poprzednie miejsce.

- Nie chciałbym robić ci przykrości - powiedziałem siląc się na opanowanie - i dlatego nic 

nie powiem twojemu dziadkowi, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego to zrobiłaś? Czy uważasz, że 

to był dobry dowcip?

- Tak! - powiedziała bez uśmiechu. - Ja uważam, że to był dobry dowcip. A pan uważa, że 

był zły?

- Idiotyczny.

Dopiero teraz uśmiechnęła się zwycięsko.

- To wspaniale! Wszystko się zgadza!

- Wiesz co, Krystynko? Wolałbym zjeść śniadanie sam - powiedziałem oschle.

- Dobrze, ja zaraz pójdę. Proszę mi tylko powiedzieć jedną rzecz, to nie zajmie panu dużo 

czasu...

Nie zachęciłem jej nawet jednym słowem do dalszych wynurzeń. Poczekała chwile, a 

później zaczęła sama:

- Gdyby pan był w moim wieku, czy też uważałby pan ten dowcip za tak idiotyczny?

- Nie wiem - powiedziałem z wahaniem. - Wiesz, Krysiu, że nie potrafię ci powiedzieć. 

Tak dawno byłem w twoim wieku, że trudno mi...

- Właśnie! - przerwała. - Tak dawno pan był w moim wieku, że trudno będzie panu pisać 

o pierwszej miłości, obywając się bez naszej pomocy. To chciałam panu udowodnić...

Odwróciłem się gwałtownie. Siedziała na skrzyni Prota i patrzyła na mnie poważnie.

- Pan przecież nic nie pamięta!

To mnie dotknęło. Pamiętałem swoją pierwszą miłość znakomicie, żadne doświadczenia z 

żabami nie były mi potrzebne, ostatecznie, kiedy człowiek ma czterdzieści lat, nie jest jeszcze 

kompletnym sklerotykiem.

- Mylisz się. Pamiętam właśnie tyle, ile potrzeba mi do samodzielnego napisania książki. 

Ja wam naprawdę najuprzejmiej dziękuję za pomoc. A teraz powiedz mi, czy pomysł z żabą był 

background image

twój?

Zawahała się.

- A jeżeli nie mój...?

- Nie proszę, żebyś mi mówiła, kto to wymyślił, ale wydaje mi się, że nie ty. Bo widzisz, 

sam pomysł, sam dowcip był głupi i dziecinny, ale zastosowanie go jako argumentu trochę może 

zbyt   dorosłe   jak   na  twoje   lata.   Nie   sądzę   również,   żeby   autorką   pomysłu  była   Monika   czy 

Babetka, odpadają z tych samych względów, z których ty odpadasz. Anita i Prot są wykluczeni z 

góry...

- Więc...? - zaniepokoiła się Kryśka.

- Tomasz - strzeliłem i jak się okazało, nie spudłowałem.

Po raz pierwszy od chwili mojego przyjazdu ktoś spojrzał na mnie z szacunkiem.

- Ale żabę złapałam ja - powiedziała nie bez dumy.

- W to uwierzę. Jak również w to, że ciągnęłyście zapałki, żeby ustalić, która przyniesie 

mi tacę ze śniadaniem.

- Uhm... - mruknęła Kryśka tonem wyrażającym tylko połowiczną zgodę. - To nie były 

zapałki. Po prostu wyliczanka.

Potem Kryśka zamilkła, ale jakoś nie śpieszyła się z opuszczeniem mojego pokoju. Pod-

czas gdy jadłem drożdżowe ciasto i popijałem je kawą, Kryśka przyglądała mi się z bardzo 

skupioną miną. Nagle powiedziała wolniutko:

- Pan może mi się przydać... oczywiście, jeżeli pan będzie chciał zająć się tą sprawą...

- Jaką sprawą, Krystynko?

Nie odpowiedziała od razu, dopiero po chwili i przyznam się, że jej oświadczenie zdzi-

wiło mnie. Może nawet więcej niż zdziwiło.

- Potrzebna mi rada. W tym domu dzieją się dziwne rzeczy.

- Może ci się tylko, tak zdaje? - zapytałem, ale było coś w głosie Kryśki, co sprawiło, że 

zapytałem bez przekonania.

- Nie zdaje mi się - odparła. - Wiem. Na przykład, ta skrzynia...

W tej samej  chwili coś przeleciało  przez pokój i na twarzy Kryśki  wylądował  mały, 

background image

przejrzały  pomidor.  Podbiegłem  do  okna.   Krzewy przed   moim   oknem   chwiały  się   jeszcze   i 

wydawało mi się, że widzę pomiędzy nimi żółtą plamę, która szybko zginęła mi z oczu.

- Co to za głupie żarty? - krzyknąłem, ale nikt mi nie odpowiedział.

Cofnąłem się w głąb pokoju i podałem Kryśce swój ręcznik.

- Nie, dziękuję. Pójdę się umyć.

Potarła policzek wierzchem dłoni, w pierwszej chwili sądziłem, że chce wytrzeć sok z 

pomidora, później dostrzegłem, że były tam również i łzy.

- Tak cię zabolało? - zaniepokoiłem się.

- Och, nie... - powiedziała cicho. - Ale teraz sam pan widzi, że w tym domu dzieją się 

niedobre rzeczy. Oberwałam pomidorem tylko dlatego, że zachciało mi się mówić z panem o 

tym. Ktoś podsłuchiwał pod oknem...

- Kto?

- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Nie wiem właśnie...

Kryśka stała już przy drzwiach i trzymała rękę na klamce, kiedy nagle odwróciła się i za-

pytała cicho:

- Kiedy pan mieszkał w tym pokoju w czasie poprzedniego pobytu u dziadka, ta skrzynia 

już stała tutaj, prawda?

Spojrzałem na dębową skrzynię, której zawartości Prot tak strzegł przede mną.

- Z pewnością! - odparłem z przekonaniem.

- Czy pan wie, co w niej jest?

- Nie. Nie zaglądałem do niej nigdy. A ty?

- Ja też nie. Klucze od kłódki dziadek zawsze trzyma przy sobie. Nawet w nocy kładzie je 

pod swoją poduszkę. Wydaje mi się właśnie - Kryśka ściszyła głos jeszcze bardziej - że jest w 

tym wszystkim jakaś tajemnica...

Spojrzała na mnie z nagłą nieufnością.

- Może pan sądzi, że ja sobie coś zmyślam? Nie, proszę pana! - zapewniła mnie. - Kiedyś 

opowiem panu więcej, ale teraz muszę już iść do kuchni.

-   Poczekaj,   Krysiu!   -   chciałem   zatrzymać   ją   jeszcze   na   chwilę,   ale   pokręciła   głową 

background image

przecząco.

- Nie, nie teraz. O tej rozmowie nikt nie będzie mógł wiedzieć, nikt! O, słyszy pan? - 

znieruchomiała nagle.

Zacząłem nasłuchiwać, ale z głębi domu dobiegał jedynie nieokreślony jazgot.

- Co to jest? - zapytałem.

Kryśka spojrzała na mnie z wyraźnym obrzydzeniem. I dopiero wtedy zorientowałem się, 

że to przez radio śpiewał któryś z bigbitowych zespołów.

Tego dnia Babetka spóźniła się na obiad.

- Zawieruszyła się gdzieś, od południa na oczy jej nie widziałam! Z nią to tak zawsze - 

gderała Anita. - Gdzieś łazi, nad czymś rozmyśla, wykapany dziadek!

Spojrzała na Prota, ale ten tylko uśmiechał się dobrotliwie i nawet jednym słowem nie 

skwitował przycinków.

- Ona najbardziej z usposobienia jest do Prota podobna - mówiła dalej Anita. - Też taka 

jak Prot dziwna, całkiem nie do ludzkiego życia. Oni są jak owady jakieś, motyle albo biedronki, 

tylko tak by się snuli po świecie, tu na roślince przycupnąć, tam drzewo oblecieć, a tu znowu 

jakiś kwiat obejrzeć. To by im się podobało! Jak, Procie, nie mam racji?

- Może i masz, Anito - powiedział Prot wolno - może i masz. Ale taka znowu zła ta 

Babetka nasza nie jest, chociaż w dziadka poszła.

- A czy ja mówię, że zła - żachnęła się Anita. - Tego mi nie przypisuj, Procie, bom tak nie 

mówiła.   Dziwna,   powiedziałam.   A   dziwna   nie   znaczy   zła.   Nalać   ci   jeszcze   kompotu,   Janie 

Sebastianie?

Podsunąłem swój kubek pod brzeg wazy, Anita nalewała mi kompot uważnie, żeby nie 

poplamić serwety. Nagle drgnęła, bo drzwi od ganku trzasnęły głośno.

- Babetka - mruknęła Kryśka - czyli motyl albo biedronka.

- Przepraszam za spóźnienie, ale zaszłam daleko, nie spojrzałam na zegarek, i tak jakoś...

- To na drugi raz patrz, kiedy trzeba. Choćby co pięć minut. A nie żebym musiała osóbki 

jakieś odgrzewać, każdemu o innej porze. - burczała Anita, ale bez gniewu.

Obejrzałem się, bo Babetka cały czas stała za moimi plecami, nie podchodząc do stołu. 

background image

Ubrana była w krótką płócienną spódnicę, i jaskrawożółtą bluzkę. A więc to chyba ona mignęła 

w krzewach malin pod moimi oknami! Zauważyłem, że ma ręce podrapane do krwi.

- Biłaś się z kotem, Babetko? - zapytałem, kiedy już usiadła przy stole. Pochwyciła mój 

wzrok.

- Ach, to!... Nie, po, prostu, kiedy byłam w lesie, a właściwie, kiedy przechodziłam przez 

zagajnik... Dziękuję, Anito. Jestem strasznie głodna.

Nachyliła   się   nad   talerzem   postawionym   przez   Anitę   i   pilnie   zajęła   się   jedzeniem. 

Obserwowałem ją nadal, aż wreszcie udało mi się zauważyć spojrzenie, które w pewnej chwili 

skierowała na Kryśkę, właściwie na twarz Kryśki, na miejsce pod okiem, zaczerwienione od 

uderzenia pomidorem. I nie zapytała, co jej się stało, chociaż każdy pytał o to i każdy zresztą 

otrzymywał tę samą odpowiedź: „Uderzyłam się o pal, który podtrzymuje sufit w starej kuchni". 

Potem Babetka opuściła wzrok i spokojnie jadła - zupę szczawiową. Jeżeli działy się w tym 

domu rzeczy zastanawiające Kryśkę, to zachowanie Babetki było pierwszą rzeczą, która zastano-

wiła mnie osobiście.

Wypiłem   kompot   i   właśnie   zamierzałem   udać   się   do   swojego   pokoju,   aby   wreszcie 

rozpocząć pracę, kiedy rozległo się głośne ujadanie psów.

-   Wyjrzyj,   Tomek!   -   poprosił   Prot.   -   Spójrz,   czego   one   tak   hałasują!   Tomasz   wstał, 

podszedł do okna i odwrócił się szybko.

- Wopista z psem! - zakomunikował. - Idzie w stronę domu.

Prot nie ruszył się z miejsca, natomiast Kryśka zaniepokoiła się wyraźnie.

- Czego on tu szuka, dziadku?

- A czy ja wiem? Czegoś tam musi chcieć. Z sieni dobiegł nas głos Anity.

- A dzień dobry, dzień dobry! Niechże pan wejdzie, pan leśniczy jeszcze przy stole, ale 

zaraz go poproszę.

Weszła do pokoju niosąc drugie danie dla Babetki, za nią ukazała się w drzwiach wysoka 

postać w mundurze.

- Przeszkadzam? - zapytał wopista. - Dzień dobry państwu. Dużo czasu nie zajmę...

- Prosimy, niech pan siada! - Prot uniósł się z miejsca, uścisnął wyciągniętą dłoń. - Może 

background image

pan woli iść do kancelarii? - zapytał.

- Nie, możemy tu porozmawiać. Ja mam tylko jedno pytanie do pana, panie leśniczy.

Usiadł na krześle, czarny wilczur stanął obok jego kolan. Dwie pary oczu, jedne ludzkie, 

drugie psie, przesuwały się po naszych twarzach. Wreszcie zatrzymały się na mojej.

- Nikogo obcego pan u siebie nie ma? - zapytał wopista Prota.

-   Obcego  nie   mam...   -   odparł   Prot   spokojnie.   -   Przyjaciel   z   dawnych   lat   przyjechał 

wypocząć, ot i wszystko.

- To pan? - wopista ciągle patrzył na mnie.

- Tak.

- Meldował się pan?

- Jeszcze nie. Przyjechałem dopiero wczoraj, ale zemelduję się, obywatelu  kapralu! - 

zapewniłem go.

Uśmiechnął się.

- Tu strefa nadgraniczna - powiedział. - Pan sam rozumie, musimy uważać. A że mamy 

właśnie pewne kłopoty, ja pana poproszą o dowód osobisty - zażądał grzecznie.

Prot posłał Tomasza po moją marynarkę. Kiedy ją przyniósł, wyjąłem z portfela dowód 

osobisty i podałem go kapralowi. Obejrzał dokładnie, porównał zdjęcie z moją twarzą.

- Dziennikarz? - zapytał.

- Tak.

Sprawdził jeszcze mój miejski meldunek, pieczątkę redakcyjną i zwrócił mi dowód.

- Dziękuję! I proszę pamiętać: radzę panu jak najszybciej dokonać formalności. Biuro jest 

czynne codziennie od czternastej do osiemnastej.

Spojrzałem na zegarek.

- W takim razie pojadę do miasteczka jeszcze dziś - zdecydowałem się.

- Bardzo dobrze! - pochwalił mnie kapral.

- A pan? Może pana trzeba gdzieś podwieźć? Mam samochód.

- Nas jest dwóch! - wopista poklepał  psa po masywnym  karku. - Jeżeli to możliwe, 

skorzystamy chętnie.

background image

- Oczywiście. Jeszcze tylko pójdę po długopis i wypełnię kartę, bo przecież Prot musi mi 

podpisać.

Prot już położył przede mną zielony blankiet. Kiedy wchodziłem do swego pokoju, do-

goniła mnie Kryśka.

- Pojadę z panem, błagam! - powiedziała cicho. - Niech mi pan nie odmawia, bardzo pana 

proszę! To jedyna okazja, jedyna! To wprost znakomicie się składa! - nalegała.

- Dobrze, Krystynko - zgodziłem się bez wahania.

Kiedy wróciłem do jadalni, stała już obok mojego krzesła, jakby lękając się, że mogę nie 

dotrzymać słowa i pojechać sam.

- Ja też jadę! - zwróciła się do Anity. - Pan już się zgodził.

- Zgodziłeś się, Janie Sebastianie? - zapytała Anita. - Chcesz ją wziąć ze sobą?

- Tak! - potwierdziłem i spojrzałem na Babetkę. Miała zaciśnięte usta i patrzyła w ziemię.

- Czy ja też mogłabym pojechać? - zapytała gwałtownie.

- Przykro mi, Babetko. Jedzie przecież pan kapral z psem, Krystynka i ja. Może innym 

razem? Naprawdę bardzo chętnie innym razem zabiorę ciebie...

- Nie bądź natrętna! - powiedziała Monika, patrząc na Babetkę z wyrzutem.

- Ona wcale nie jest natrętna! Po prostu zapytała, czy może też pojechać, zwyczajna 

rzecz! - oburzył się Tomasz. - Chodź, Babetko, zagramy w badmintona.

Ruszyli w stronę drzwi, zauważyłem, że Tomasz przepuścił Babetkę pierwszą, sam stanął 

w progu i ręką przytrzymywał drzwi. To był grzecznościowy gest mężczyzny, do tej pory nie 

zauważyłem żadnych grzecznościowych gestów ze strony Tomasza. I w ogóle uprzytomniłem 

sobie, że w jego głosie, kiedy zwracał się do Babetki, było coś, czego nie było, kiedy mówił do 

Kryśki lub do Moniki. Kapral z psem dojechał z nami aż do Rynku.

- Biuro meldunkowe jest w Radzie Narodowej, o tam!  - wskazał mi  niewielki,  biały 

budynek obok kościoła.

- Ja tam już byłam, trafię! - zawołała Krystynka. Kapral zasalutował.

- Daj głos! - wydał komendę psu, który natychmiast szczeknął głośno.

Jechałem powoli w stronę Rady Narodowej, Krystynka siedziała obok mnie, pochylona 

background image

do przodu.

- O czym tak myślisz, Krysiu?

- Zastanawiam się, kogo on szukał w leśniczówce. Kogo on miał nadzieję tam zastać, jak 

pan myśli?

- Myślę, że nikogo nie szukał, po prostu spełniał obowiązek. Mówił przecież, że tu jest 

pas nadgraniczny i że muszą być czujni, to zrozumiałe.

- A Ja myślę, że on kogoś szukał. Wczoraj w nocy widziałam sama... ktoś kręcił się koło 

starej kuchni. Jakiś mężczyzna. I to nie był ani dziadek, ani Tomasz. To był ktoś obcy.

- Mówiłaś dziadkowi?

-   Nnnnie...   -   odparła   początkowo   niechętnie,   jakby   z   wahaniem,   potem   ciągnęła   już 

raźniej.

- Kiedy widziałam tego człowieka na początku zeszłego tygodnia, wtedy powiedziałam 

dziadkowi. „Zdaje ci się!" fuknął na mnie. „Noc jest do spania, a nie do siedzenia w oknie!" 

Mówiłam   dziadkowi,   że   nic   mnie   się   nie   zdawało,   że   w   starej   kuchni   ktoś   na   pewno   był. 

Powiedział, żebym nie rozpowiadała takich głupstw, bo Anita i dziewczynki będą się bały w 

nocy spać...

- Słusznie! - przyznałem rację Protowi i zatrzymałem wóz przed Radą. Krystynka nie 

wysiadła.

- Nie wiem, czy słusznie... zobaczyłam tego człowieka po raz drugi w końcu ubiegłego 

tygodnia, ze starej kuchni ktoś wyszedł do niego, a później obaj poszli do lasu... może się mylę, 

ale chyba jednak nie... chyba poznałam tego mężczyznę, który wyszedł z kuchni...

Krystynka spojrzała na mnie niespokojnie.

- To był Prot?

- Tak. Kiedy zapytałam dziadka, o której poszedł spać, powiedział mi, że o dziewiątej. 

Więc kiedy wczoraj znowu zobaczyłam tego obcego człowieka, wolałam już o nic nie pytać.

-  Może   są  sprawy,   o   których   dziadek   nie   chce   mówić   nikomu!   -   chciałem   uspokoić 

Kryśkę. - Przecież nie musi się wam zwierzać ze wszystkiego.

- Oczywiście! - przyznała. - Oczywiście, może to jest tylko zbieg okoliczności...

background image

- Zbieg okoliczności? O czym ty jeszcze wiesz? Kryśka spojrzała na zegarek.

- Może pan się zamelduje, a ja poczekam tutaj, dobrze? Potem, jeżeli pan będzie chciał, 

wejdziemy do kościoła.

- Lubisz kościoły? - zapytałem.

- Nie, nie lubię. Chcę tylko panu coś pokazać. To będzie dotyczyło zbiegu okoliczności...

- Dobrze! - zgodziłem się. - Zaczekaj tu na mnie.

Wysiadłem z wozu i skierowałem się w stronę wejścia do Rady. Opowiadanie Krystyny 

zaciekawiło mnie, chociaż byłem pewien, że Prot nie mógł robić nic złego, nawet jeżeli robił to 

„coś" po nocy i w tajemnicy przed resztą domowników.

A może Krystynka robi ze mnie balona? - przemknęło mi przez myśl. Może to znowu 

jakieś wymysły całej czwórki?

Kiedy stałem już w drzwiach, odwróciłem się i spojrzałem w stronę wozu. Krystynka 

siedziała na swoim miejscu tak spokojnie i z tak smutną miną, że już sam nie wiedziałem, co 

mam sądzić o tym wszystkim.

Gdy podałem dowód osobisty i kartę meldunkową urzędnikowi siedzącemu przy stole, 

spojrzał na nazwisko, a później na mnie.

- Aaa! To pan! - powiedział tonem, który wskazywał na to, że już słyszał o mnie.

- Tak, to ja! - odparłem swobodnie. - Czekał pan na mnie?

- Ano, czekałem! - przyznał. - Już się tu o pana nasze władze dopytywały, meldowany, 

nie meldowany? Szukają pewno takiego, co się zameldować nie może albo nie chce.

- Poważnie? Szukają kogoś? Urzędnik wzruszył ramionami.

- Ja tam nie wiem. To ich sprawy, nie moje. Ja melduję tych, którzy się do mnie zgłaszają. 

Tych, co się nie zgłaszają, zameldować nie mogę, więc mojej winy nie ma... a tu, na pograniczu 

trafiają się różni ludzie...

Nie wypytywałem dalej, ale zaczęło mi się wydawać, że, być może, Kryśka miała rację. 

Kapral z psem kogoś chyba szukał w leśniczówce.

Kościół, do którego weszliśmy z Kryśka, był wysoki i mroczny. Tylko przy sklepieniu 

rozpraszało się światło, zabarwione kolorami witraży.

background image

- To piękne, prawda? - zapytała Kryśka.

Szliśmy szerokim przejściem pomiędzy ławkami, w stronę głównego ołtarza. Byliśmy 

sami, nasze kroki rozbrzmiewały głuchym echem.

- Tak, Krystynko, bardzo piękne.

- Proszę zwrócić uwagę na te witraże - powiedziała.

Mówiła szeptem, głowę uniosła do góry i szarymi, uczciwymi oczami Prota spoglądała na 

wysokie okna.

Nie, ona mnie nie oszukuje! - pomyślałem. Ale i Prot jest z pewnością w porządku. Nie 

imałby się brudnych spraw!

- Zauważyłem te witraże, to wspaniała robota - przyznałem. Kryśka zatrzymała się nagle.

- A teraz proszę spojrzeć w bok... - szepnęła.

We wnęce był ołtarz z wizerunkiem Madonny. Od głównego przejścia prowadził do niego 

czerwony chodnik, po którym szliśmy teraz.

- Dlaczego pokazujesz mi ten obraz, Krysiu? Nie jest najlepszy, wydaje mi się, że...

- Ach, nie! - przerwała mi. - Obraz nie jest ważny. Proszę spojrzeć w górę.

Tak, tu okna pozbawione były witraży. Kolorowe szybki tłumiły dostęp światła. Ale było 

to zwykłe szkło wprawione w okienne ramy.

- To jest właśnie zbieg okoliczności, o którym mówiłam... Nie wiem, czy pan słyszał 

kiedyś o tym, będąc u dziadka? Nie od niego samego, ale od ludzi w miasteczku. Czy pan słyszał, 

że te wszystkie witraże zabezpieczono w czasie wojny,  a później zwrócono kościołowi, i że 

brakowało tylko tych, właśnie tych, z okien obok ołtarza Matki Boskiej?

- Nikt mi o tym nie mówił - przyznałem.

- Tak było. Milicja, historycy sztuki, wiele osób starało się odnaleźć resztę. Szukali tych 

witraży wszędzie, starali się odnaleźć jakiś ślad. I nic. Dopiero ostatnio...

- Skąd o tym wszystkim wiesz? - przerwałem Krysi.

- Byłam kiedyś w miasteczku razem z Anitą. Anita poszła na targ, a ja zajrzałam do 

kościoła. Proboszcz oprowadzał akurat wycieczkę studentów historii sztuki i opowiadał im o tym 

szczegółowo. Stąd wiem, że ostatnio natrafiono na pewien ślad. Znaleziono kogoś, kto będąc 

background image

dzieckiem mieszkał obok plebanii. I ten ktoś pamięta, że część witraży skradziono w czasie 

zabezpieczania, i pamięta również, że tej samej nocy, kiedy proboszcz stwierdził ich brak, jakiś 

człowiek zjawił się w domu, w którym mieszkał wtedy odnaleziony teraz świadek, i razem z jego 

ojcem wywozili coś do miejsca odległego, od kościoła o dziesięć kilometrów.

- Skąd wiedział, że właśnie o dziesięć? - zainteresowałem się.

- Bo pamiętał - wyjaśniła mi Kryśka - że ci ludzie mówili do jego matki: „To jest równo 

dziesięć   kilometrów   stąd,   do   rana   wrócimy,   Maryśka".   Powtarzam   panu   wszystko,   co   sama 

usłyszałam od księdza. W kilka dni później zginęli rodzice tego świadka, on sam miał dopiero 

dziewięć lat. Nigdy przedtem nie widział mężczyzny, który jechał z jego ojcem po nocy, ani nie 

słyszał wtedy żadnego nazwiska.

- Może wieźli coś zupełnie innego? - powątpiewałem.

- Nie. On pamięta, jak matka mówiła:

„Czekajcie, jeszcze was kara boska spotka, kto to słyszał, kościół okradać". I płakała.

- No, dobrze, Krystynko, ale od tego czasu minęło już tyle lat, że ten drugi, pozostały przy 

życiu człowiek mógł tysiąc razy wywieźć witraże z kraju, zniszczyć je albo przekazać komuś 

innemu. To wszystko nie znaczy jeszcze, że one w dalszym  ciągu znajdują się w promieniu 

dziesięciu kilometrów od kościoła! - tłumaczyłem.

- Oczywiście! - zgodziła się. - Proboszcz myśli tak samo jak pan, chociaż poszukiwania 

ciągle trwają. A jednak bardzo się boję, że...

Krystynka nie dokończyła. Stała obok mnie milcząc, jakby najtrudniejsza część jej zwie-

rzeń była zbyt ciężka do wyznania.

- Czego ty się boisz, Krysiu? - zapytałem łagodnie i nagle poczułem wielką sympatię do 

tego brązowego, chudego stworzenia, które stało obok mnie tak oełne troski i obaw.

- Boję się, że tym drugim człowiekiem był nasz dziadek. I nie mogę się z tym pogodzić. 

Dziadek   był   dla   mnie   zawsze   symbolem   czegoś   "naj"!   Uważałam   go   dotąd   za   cudownego 

człowieka i uważam nadal, a jednak...

- Na czym opierasz te obawy? Przecież nie na tym, że leśniczówka jest akurat dziesięć 

kilometrów stąd i że dziadek mieszkał w niej już podczas wojny? To nonsens!

background image

- Tak, to byłoby głupie, gdybym opierała się tylko na tym. Ale widzi pan, ja słyszałam 

coś jeszcze...

Kryśka odwróciła się i z wolna szliśmy do wyjścia.

- Kiedyś przechodząc obok pokoju, w którym pan teraz mieszka, usłyszałam, jak dziadek 

z kimś rozmawiał. Nie wiem, z kim, bo słyszałam tylko głos dziadka. I właściwie zrozumiałam 

tylko kilka słów: „...to moja tajemnica... w naszym kościele przy ołtarzu Matki Boskiej... skarb 

większy, niż myślisz... nie zaglądam do tej skrzyni nigdy i boję się, żeby czas nie zniszczył...". 

Tyle słyszałam, ale to chyba dostatecznie dużo, prawda?

Nie odpowiedziałem. To było dużo, Krystynka miała rację. Wyszliśmy przed kościół. 

Chciało mi się pić.

- Chodź, Krystynko, widzę jakiś sklepik, może będzie tam woda sodowa.

Wody nie było, słodka oranżada nie zaspokoiła pragnienia. W nie najlepszym humorze 

wsiadłem do samochodu. Krystynka usiadła obok mnie smutna i zamyślona. Zrozumiała, że nie 

potrafię żadnym szybkim i logicznym wyjaśnieniem rozproszyć jej obaw.

- Powtórzyłam panu to, co sama wiem - powiedziała, kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną. 

- Może panu uda się przekonać  jakoś dziadka,  żeby zwrócił wszystko.  Bo myślę, że trzeba 

spróbować, może dziadek zrozumie...

Zauważyłem obawę w jej wzroku. Może lękała się, że z punktu powiadomię o wszystkim 

milicję?

- Oczywiście, że najpierw należy go przekonać! Jeżeli twoje obawy są słuszne, bo może 

nie są! - zastrzegłem.

- I trzeba się spieszyć, bo przecież nie wiadomo, po co ten ktoś przychodzi do dziadka po 

nocy... - nagliła mnie nieudolnie.

- Będę się starał możliwie szybko wyjaśnić tę sprawę, Krysiu!

- Ale jak pan to zrobi? - zapytała. - Od czego pan zacznie?

- Nie wiem! - odparłem. Bo naprawdę nie wiedziałem, od czego mam zacząć.

background image

II. LUDZIE JAK WIATR

Wróciliśmy do leśniczówki przed zachodem słońca, powietrze było parne, nieruchome, 

nawet   odrobina   wiatru   nie   chwiała   koronami   drzew.   Poczułem   się   zmęczony.   Zajrzałem   do 

kuchni i łapczywie wypiłem kubek kompotu, który Anita zostawiła dla mnie z obiadu.

- Pójdę się położyć, Anito.

- A pewno! Przyjechałeś, Janie Sebastianie, odsapnąć trochę, a nie odsapnąłeś ani przez 

chwilę. Pewno, idź, się połóż. Jak będzie kolacja, przyślę kogoś po ciebie, najprędzej Babetkę, bo 

taka   smutna   chodziła,   jakżeś   z   Kryśką   pojechał,   że   aż   mi   żal   było   patrzeć.   Polubiły   ciebie 

dzieciaki, widzisz ty to?

-   Tak.   One   są   zresztą   bardzo   miłe   -   powiedziałem,   starając   się   zapomnieć   o   swoim 

pierwszym wrażeniu.

Mój pokój, północny, był mniej nagrzany od innych. Wyciągnąłem się na łóżku i usi-

łowałem zasnąć. Nie mogłem jednak. Przypominało mi się ciągle opowiadanie Kryśki i bardzo 

chciałem  znaleźć  jakiś prościutki szyfr,  który pozwoliłby mi  rozwiązać Krysiną  łamigłówkę. 

Mógłbym wtedy pójść do niej i powiedzieć: No i zobacz, Krystynko, jakie to były dziecinne 

mrzonki!

Przez pół godziny przewracałem się na łóżku usiłując zasnąć. Wreszcie wstałem i wy-

szedłem do sieni. Z kancelarii dobiegł mnie kaszel Prota. Uchyliłem drzwi. Prot siedział przy 

stole, pracowicie pochylony nad rachunkami. Od czasu do czasu przesuwał krążki liczydeł.

- Czy mogę przeszkodzić, Procie? - zapytałem.

Skinął głową i dalej podsumowywał  jakąś rubrykę. Dopiero kiedy skończył,  podniósł 

wzrok i spojrzał na mnie. Siedziałem już na wprost niego.

- Co tam, Janie Sebastianie? - popatrzył na mnie uważnie.

- Właściwie to nic takiego, Procie. Chciałbym poszukać czegoś do czytania w waszej 

bibliotece.

background image

- A szukajcie, proszę, szukajcie jak u siebie. Po to są książki, żeby je czytać, a nie żeby 

tylko kurz na nich osiadał.

Podszedłem do oszklonej szafy, w której Prot trzymał swój księgozbiór. Nieduży był i 

dobrany chaotycznie, widać, że to przypadek, a nie gust właściciela rządził tym zestawem. Przez 

chwilę przekładałem książki, oglądałem ich grzbiety, raz na najwyższej półce, raz na niższych.

- Nic tam chyba nowego nie znajdziecie, same stare, chyba że dziewczyny coś swojego 

dołożyły.

- Ja nowych nie szukam. Wiecie, że właśnie to, co stare, bardziej mnie interesuje -

odpowiedziałem z ożywieniem, bo od początku czekałem na chwilę, w której będę mógł 

wygłosić to zdanie.

- Stare też znacie. Za poprzednim pobytem wszystkieście przeczytali - uśmiechnął się 

Prot, złapany w moje sidła.

- To prawda. Co tylko ruszę, okazuje się znajome. A w tej skrzyni, Procie, w tej, która u 

mnie stoi, nie macie przypadkiem czegoś ciekawego?

Prot pochylił głowę, jakby go nagle zainteresowały przerwane obliczenia.

- W skrzyni żadnych książek nie ma... - powiedział wolno. - Ja już wam chyba kiedyś to 

mówiłem Janie Sebastianie. Tam nie ma nic, co by was mogło zaciekawić...

- A co tam trzymacie? - zapytałem, udając, że nic nie pamiętam.

Prot przechylił się, sięgnął za siebie i wyjął z szafki, która stała za jego plecami, pękatą 

butelkę z nalewką i dwa kieliszki.

- Napijecie się, Janie Sebastianie?

- Połóweczkę.

Podczas gdy napełniał kieliszki rubinowym płynem, ja ciągle czekałem na odpowiedź. 

Czyżby Prot w ogóle nie zamierzał mi jej dać?

- Parny dzień... - powiedział Prot i otarł czoło białą chustką. - Ciężko pracować w takiej 

duchówce. A deszcz potrzebny, bo jak tak dalej pójdzie, lasy zaczną płonąć przy torach.

Obracałem   w   palcach   nóżkę   kieliszka.   Zapytać   jeszcze   raz?   Przypomniałem   sobie 

powiedzonko, którym mnie raczył mój stryj przy brydżu: „Dobry furman dwa razy nawraca!" - 

background image

mówił, kiedy nie wychodziłem w odpowiedni kolor. Ale rozgrywka z Protem to nie był brydż, 

więc wahałem się.

- Tak! - stwierdził Prot z zadowoleniem. - Udała się Anicie ta nalewka. To ubiegłoroczna, 

na wiśniach. Może jeszcze kapkę?

- Nie, dziękuję, dla mnie i tego było za wiele. No cóż... Pójdę już, Procie, nie chcę wam 

przeszkadzać.

- Nie przeszkadzacie mi, skądże znowu. Drzwi od kancelarii otworzyły się gwałtownie i 

do pokoju wpadła Babetka.

- Dziadku! - zawołała, ale na mój widok speszyła się i dopiero po chwili wolno dokoń-

czyła: - Chciałybyśmy obejrzeć sobie stare zdjęcia. Czy mogłabym je wziąć?

- A weź sobie, dziecko, są w szafie w pudle!

Babetka wyjęła z szafy kartonowe pudełko. Trzymając je pod pachą, stanęła przede mną.

- Może i pan ma na to ochotę?

-   Na   pewno...   -   mruknął   Prot   z   dziwnym   uśmieszkiem.   -   Jan   Sebastian   kocha   takie 

starocie...

Wyszliśmy na ganek, gdzie przy wiklinowym stole siedzieli Tomasz i Monika. Kryśka 

stała obok Anity i trzymała na wyciągniętych rękach gruby zwój wełny, którą Anita nawijała na 

kłębek. Tomasz podsunął mi fotel, sam przesunął się na ławie i zrobił obok siebie miejsce dla 

Babetki. Usiadła i wolno rozwiązywała sznurek.

- Jakie to dziwne! - westchnęła. - Oglądałam kiedyś te zdjęcia i pamiętam, że są tu nawet 

fotografie naszej prababci. Czy po nas też zostaną kiedyś tylko zdjęcia w kartonowym pudełku?

- Ludzie są jak wiatr - powiedziała Anita obserwując uważnie bieg wełnianej nitki. - Jedni 

lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich 

serca złamane jak jakieś drzewa po huraganie. A inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na 

czas mogło kwitnąć i owocować. I po tych zostaję piękno naszego świata...

Milczeliśmy wszyscy, Babetka z rękoma złożonymi na kartonowym pudełku, Monika z 

głową opartą na dłoniach, Kryśka stojąca nieruchomo i wpatrzona w Anitę, ja i wreszcie Tomasz 

z wyrazem szczególnego napięcia w oczach.

background image

- Od czego zależy siła wiatru, Anito? - zapytał cicho.

- Od nas samych. Od tego, co każde z nas ma w sobie! - powiedziała Anita bez namysłu i 

z   głębokim   przekonaniem.   -   Jeżeli   chcesz,   żeby   twoje   życie   było   piękne,   może   takie   być. 

Przecież to ty sam je układasz, nie?

- Tak, ale czasami przychodzi cierpienie albo coś, co jest niezależne od naszej woli - 

wtrąciła Babetka nieśmiało. - Na przykład wojna albo czyjaś śmierć. I życie przestaje być piękne, 

chociaż można bardzo chcieć, żeby było.

- A pewno! - zgodziła się Anita. - Ale cierpieć też można na różne sposoby. Jeden będzie 

ci krzyczał i włosy z głowy darł pazurami, a drugi zamknie się w sobie. I chociaż wam się to 

może w głowach nie pomieści, ale ja wam mówię, że z cierpienia człowiek też może wyjść o coś 

bogatszy.

- O co? - zapytałem, bo zawsze ceniłem filozofię Anity.

- O co? - powtórzyła ze zdziwieniem. - Ty mnie pytasz, Janie Sebastianie? Alboś ty sam 

mało cierpiał w życiu? Na pewno więcej niż ja. I co w tobie cenię, to szacunek dla cudzego 

cierpienia i czyjejś troski. A tego ciebie nauczyły twoje własne nieszczęścia... Trzymaj, Kryśka, 

tę wełnę porządnie, bo nić mi plączesz! - huknęła nagle. - Gapi się jak to cielę na malowane 

wrota! Buzię byś chociaż zamknęła, bo ci wrona wleci. Monika roześmiała się głośno.

- A ty czego znowu? - spojrzała na nią Anita.

- Bo to w końcu śmieszne, tak tu siedzisz, Anitko, w tej leśniczówce i tyle masz pracy, i 

tyle spraw na głowie, i jeszcze masz czas na myślenie.

- Nie mam czasu na żadne myślenie! - fuknęła Anita.

- Więc skąd wiesz o tym wszystkim, o czym nam mówiłaś?

- Przecież ja tego nie wymyśliłam. Samo mi przyszło.

Przyglądaliśmy się Anicie w milczeniu. Siedziała na niskim stołeczku, tęga, rumiana, 

siwowłosa. Pewnie nawet nie wiedziała, że zastanawialiśmy się teraz nad każdym z tych słów, 

które przed chwilą wypowiedziała tak łatwo i pewnie, jakby to były słowa wiersza wyuczonego 

na pamięć.

- Ty wiejesz jak trzeba, Anito! - powiedziałem, sięgając po fajkę. - Czego się tkniesz, 

background image

kwitnie i owocuje...

- E, nie gadaj, nie gadaj, Janie Sebastianie! - zniecierpliwiła się. - Niech ci lepiej Babetka 

pokaże   te   stare   fotografie.   Zacznij   od   pradziadka,   Babetko.   Pradziadek   jest   w   tej   zielonej 

kopercie, sama go tam kładłam.

Wyjmowaliśmy kolejno grube, sztywne kartoniki. Kiedy Prot wyszedł na ganek, ogląda-

liśmy właśnie zdjęcie jego ojca.

- Chyba był groźny, dziadku? - zapytała Monika podsuwając fotografię Protowi. - Ma taki 

surowy wygląd!

- W miarę groźny, Monisiu. Jak przychodziło co do czego, to potrafił się ze mną roz-

prawić. Spuszczał mi lanie na pokładankę.

- Co to znaczy „na pokładankę"?

- Kładł na kolanie i wrzepiał do wiwatu! - roześmiał się Prot.

- Więc jednak był groźny! - powtórzyła Monika.

- Nie. Na co dzień to on był cichy i małomówny.

Babetka wyjęła teraz z pudełka następną kopertę. Zajrzała do niej.

- To zdjęcia babci... - szepnęła. Prot sięgnął po jedno z nich, popatrzył chwilę i położył na 

stole przed nami.

- Tak, to moja żona - zwrócił się do mnie. - Z okresu naszego narzeczeństwa. Spójrz tyl-

ko, Janie Sebastianie, jakie piękne miała oczy...

- Żadna z nas nie jest podobna do babci Małgorzaty - westchnęła Kryśka z żalem. - Ja w 

każdym razie nic a nic nie jestem do niej podobna.

Prot spoglądał teraz na swoje wnuczki uważnie, jakby szukał w ich twarzach czegoś, cze-

go dotąd nie udało mu się dostrzec.

- Nie, Krystynko, ty nie jesteś do babci podobna. I Monika też nie..

Kiedy spojrzał na Babetkę, na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Może jedna Babetka...

- Naprawdę? - ucieszyła się. - A co ja mam po babci?

Prot przesunął ręką po jej czole i podbródku.

background image

- Czoło, nos i chyba kształt głowy.

Cofnął rękę gwałtownie i zacisnął w pięść, jakby chciał zatrzymać w niej coś dalekiego, 

nieuchwytnego, coś, co wróciło teraz nieoczekiwanie.

Prot wyszedł na dwór. Około godziny oglądaliśmy jeszcze zdjęcia, ale były coraz mniej 

odległe i mniej ciekawe. Postanowiłem pójść do swojego pokoju i ponowić próbę wypoczynku. 

Kiedy wstałem od stołu, jeszcze raz spojrzałem na dziewczęta. Monika i Kryśka zajęte były 

układaniem fotografii. Babetka zaś siedziała oparta o ścianę i patrzyła w bok, nie mogłem ze 

swojego miejsca dojrzeć jej spojrzenia, widziałem jednak, komu przyglądała się tak uporczywie. 

I wtedy usłyszałem słowa Tomasza:

- Masz dzisiaj dziwne oczy. Wyglądają jak nie ubrana choinka.

I pomyślałem wtedy,  że są ludzie, którzy godzinami czuwają, aby zobaczyć  moment, 

kiedy pączek rośliny zamienia się w liść, że są również tacy, którzy z kamerą pilnują chwili, w 

której   pisklę   wydobywa   się   ze   swojej   skorupki.   I   że   mnie   trafia   się   inna   okazja.   Mogłem 

zobaczyć, jak z gestów, ze słów, ze spojrzeń i lekkich dotknięć ręki powstaje może... przyjaźń, 

może... miłość.

Obudził   mnie   wiatr:   Kiedy   otworzyłem   oczy,   biała,   przejrzysta   firanka,   którą 

przysłonięte, było  okno w moim pokoju, wydymała  się jak nieforemny balon. Było  ciemno, 

musiały nadejść chmury i przesłonić księżyc. Chciałem zapalić lampkę przy swoim łóżku, ale 

światła nie było. Widać wichura uszkodziła gdzieś przewody, to często zdarzało się w leśniczó-

wce. Przy płomyku  zapalniczki  spojrzałem na zegarek. Dochodziła  druga. Prąd zimnego po-

wietrza szedł od okna, zrobiło mi się chłodno, postanowiłem wstać i wyjrzeć na dwór.

Po omacku odnalazłem swój gruby sweter, naciągnąłem go na siebie i podszedłem do ok-

na. Widać było stąd doskonale ciemny zarys budynku, w którym mieściła się stara kuchnia, a 

kiedy   mój   wzrok   przywykł   do   ciemności,   potrafiłem   nawet   od   reszty   domku   odróżnić 

przybudówkę-spiżarnię. Dokoła panowała cisza i spokój, żaden cień nie przemykał się w pobliżu, 

żadne światło nie migotało w oknach kuchni, nie działa się żadna z tych rzeczy, których mogłem 

oczekiwać.

background image

Zamknąłem   okno   i   usiadłem   na   łóżku.   Ćmiąc   fajkę   wpatrywałem   się   przed   siebie, 

zafascynowany tajemniczą nieruchomością sprzętów, które nocą wyglądają inaczej niż za dnia. 

Na wprost mojego łóżka, pod ścianą, stała skrzynia Prota. Prosta, dębowa skrzynia. Pamiętałem 

miejsca, w których zdobiły ją okucia, i chociaż nie widziałem ich teraz wyraźnie, mógłbym i tak 

bezbłędnie trafić ręką wprost na metalowe, półokrągłe uchwyty po jej bokach, mógłbym, nawet z 

zamkniętymi oczyma, dotknąć płaskich rzeźbionych ozdób i małej pociemniałej od rdzy kłódki... 

Znałem tę skrzynię na pamięć - była tak piękna, że oglądałem ją wiele razy. Teraz stała na niej 

moja torba podróżna, w której, jak sobie przypomniałem, powinna być latarka. Wstałem więc i 

idąc pewnym krokiem zbliżyłem się do skrzyni. Kiedy oparłem się o nią kolanem, poczułem, że 

uwiera mnie jakiś dziwny przedmiot. Co to może być? Przecież nie kłódka, bo kłódka wisiała z 

boku. Nie, to

musiało być coś zupełnie nowego, coś, czego tu dotąd nie było.

Odsunąłem kolano i dotknąłem ręką dziwnego przedmiotu. Był duży i ciężki. A jednak... 

jeszcze raz przesunąłem po nim dłonią, jeszcze raz uniosłem do góry... tak, to jednak była kłódka. 

Tylko inna, nowa. Kłódka, której z pewnością nie widziałem odpoczywając w swoim pokoju po 

powrocie z miasteczka. Kto i kiedy ją założył?

Nie potrzebowałem zastanawiać się długo, aby rozwiązać tę zagadkę, była prostsza od 

zagadek Krystyny. Kłódkę założył Prot, kiedy oglądałem zdjęcia na ganku, teraz przypomniałem 

sobie, jak wyszedł na dwór, jak wrócił i niósł w ręku swoje drewniane pudło z podręcznymi 

narzędziami. Tak, to Prot, zaniepokojony naszą rozmową w kancelarii, zabezpieczył  skrzynię 

przede mną! Dlaczego? Na to pytanie już nie umiałem znaleźć odpowiedzi, bo łączyła się ona 

chyba z zagadką Krystyny.

Przewracając bezładnie wszystkie rzeczy w torbie znalazłem wreszcie latarkę. Skiero-

wałem światło na kłódkę. Prot nawet nie usiłował przymocować jej dyskretnie, z boku. Chyba 

nawet przeciwnie, celowo zawiesił kłódkę na najbardziej widocznym miejscu, aby stała się dla 

mnie ostrzeżeniem. Właściwie, dopiero teraz ogarnął mnie prawdziwy niepokój. W tej skrzyni 

istotnie musiało być coś, czego Prot strzegł przed ludźmi. Jeżeli nie były to witraże, to... to co?

Znowu podszedłem do okna, wyjrzałem na dwór. Stara kuchnia przycupnięta w kącie 

background image

podwórza spała spokojnie, spokojnie spały psy w swoich budach, chyba tylko ja jeden snułem się 

tu tej nocy, targany niepokojem o starego przyjaciela.

Sen chwycił mnie nagle, tak, że rano obudziłem się na kołdrze, wypalona fajka leżała 

obok   łóżka,   na   podłodze.   Ze   snu   wytrąciły   mnie   jakieś   dziwne   głosy.   W   pierwszej   chwili 

wydawało mi się, że jest ich bardzo wiele, dopiero po jakimś czasie uprzytomniłem sobie, że to 

zaledwie jeden głos, za to ostry i wibrujący. Monika ćwiczyła swoje wokalizy. Widocznie jednak 

zdążyłem przywyknąć już do wnuczek Prota, bo nie ogarnęło mnie ani zniecierpliwienie, ani 

złość. Raczej coś w rodzaju rozrzewnienia towarzyszyło mi aż do śniadania.

- Pięknie! - pochwaliłem Monikę, kiedy wszyscy spotkaliśmy się przy stole. - Masz silny 

głos.

- Obudziłam pana? A ja myślałam, że śpiewam bardzo cicho.

-   Możliwe,   że   potrafisz   robić   to   głośniej!   -   roześmiałem   się.   -   Kiedyś   musisz   mi 

zademonstrować całą skalę swojego głosu! - zaproponowałem Monice.

- Teraz nie mogę! Boli mnie głowa, zawsze mnie boli głowa, kiedy zrywa się wiatr. 

Słyszał pan, jak wiało dziś w nocy?

- Nie. Spałem. Obudziłem się tylko na chwilę. A gdzie się podział wasz dziadek?

- Przyjechał  nadleśniczy,  dziadek   poszedł   z nim  do szkółki  -  odpowiedziała   Babetka 

skubiąc suchą bułkę. - Jeśli ma pan ochotę, możemy też tam pójść. Był pan już w szkółce?

- Nie, właściwie nie robiłem jeszcze żadnych spacerów, chętnie pójdę z tobą, Babetko.

Uśmiechnąłem się, ale bardziej do siebie niż do Babetki, bo rozbawiła mnie nagle ta rola 

dobrego wujaszka, którą zachciało mi się grać od rana.

- Ty doprawdy nic nie jesz! - powiedziałem. - Sucha bułka na śniadanie to chyba za mało, 

Babetko?

- Och, nie! To nawet za dużo o suchą bułkę! Nie powinnam w ogóle jadać śniadań. 

Śniadania są strasznie tuczące...

Była w znakomitym humorze. Zauważyłem, że miała na ręku trzy srebrne kółka, które 

dźwięczały przy każdym ruchu. Może niezbyt pasowały do podrapanej dłoni, ale były widomym 

znakiem, że Babetka zadbała o siebie tego dnia. Kucyki przewiązała przy uszach czerwonymi 

background image

aksamitkami. Wczoraj w tych miejscach były zwyczajne gumki od lekarstw.

- A gdzie Tomek? - zapytałem.

- Poszedł po szyszki. Ja nie poszłam.

- Dlaczego? Nie lubisz zbierać szyszek?

- Lubię, ale dziś jest mój dzień na zmywanie. Poszedł z Kryśką.

- Czy panu nie wydaje się, że Tomkowi Kryśka się podoba? - zapytała nagle Monika.

- Nie, nie wydaje mi się. A tobie?

- Mnie się wydaje!

- Tomek przyjaźni się z Kryśka - wtrąciła Babetka ostro. - Czy zaraz trzeba robić z tego 

takie halo?

- Nie robię żadnego halo - odparła Monika spokojnie - ty raczej zrobiłaś halo z mojego 

pytania. Jeżeli pan już zjadł, to umyj szklanki i możecie pójść do szkółki.

- Zjadłem, dziękuję! A ty, Moniko, wybierzesz się z nami?

- Nie, ja nie mogę. Obiecałam Anicie, że jej pomogę przy robieniu obiadu. Dziś pierogi z 

wiśniami.

Babetka zebrała ze stołu i wyniosła naczynia do kuchni. Monika uśmiechnęła się z wy-

raźną ironią.

- Jest śmiesznie zazdrosna.

- O kogo? - udałem zdziwienie.

- O Tomka. Widział pan jej minę, kiedy powiedziałam, że Tomkowi podoba się Kryśka?

- Moniko...!

- Och, może nie powinnam tego panu mówić! - zreflektowała się gwałtownie.

Nie powinna mówić, a jednak powiedziała. Zaczęło mi się wydawać, że Monika jest bar-

dziej zazdrosna o Tomka niż Babetka i że nie przyznaje się do tego sama przed sobą. Czy jest 

jeszcze dziecinnie przewrotna, czy może już taka na zawsze zostanie?

- Zdarzyło mi się kiedyś pokochać dziewczynę, z którą później ożenił się mój brat. To 

bolało trochę, wiesz? Ale on nigdy nie dowiedział się o tym.

Monika nie dopatrzyła się związku pomiędzy tym, co powiedziałem, a sobą. Zapytała 

background image

tylko:

- Czy to potem panu przeszło?

- Przeszło mi.

- Tak zupełnie? Bez śladu?

- A czy jakiekolwiek uczucie może przechodzić bez śladu? Jak myślisz, Moniko? Chyba 

każde zostawia ślad?

Nie   odpowiedziała.   W   tej   samej   chwili   wróciła   Babetka,   szła   szybko   przez   pokój, 

jednocześnie wkładając sweter.

- Możemy iść! - powiedziała. - Trzy szklanki umyłam, dwie stłukłam, dlatego tak szybko 

poszło.

Włożyłem wiatrówkę i wyszliśmy przed dom. Po zimnej nocy przyszedł zimny dzień.

- Z pogodą to jak z humorem, właściwie nigdy nie wiadomo, kiedy się zmieni i do jakiego 

stopnia.   Ty,   na   przykład,   wczoraj   byłaś   w   złym   humorze,   a   dziś   jesteś   w   dobrym.   Pogoda 

odwrotnie.

- Ja wczoraj, też byłam w dobrym humorze!

- Oj, chyba nie!

- Byłam w bardzo dobrym humorze! - upierała się Babetka. - Nie wiem, dlaczego uważa 

pan, że nie.

- A kto rzucił w Kryśkę pomidorem? - zapytałem nagle. Zatrzymała się.

- W Kryśkę? Pomidorem? - patrzyła mi prosto w oczy. - Ja? W Kryśkę? Pomidorem?

- Tak, ty!

- Dlaczego pan mnie o to posądza?

- Po pierwsze, dlatego że widziałem, jak zwiewałaś w maliny. A po drugie, dlatego że 

kłamiesz teraz.

Opuściła głowę i znowu ruszyła do ataku.

- Rzuciłam w Kryśkę pomidorem dlatego, że jest wścibska, wszędzie chce wetknąć nos. 

Przecież słyszałam, co ona panu mówiła...

- Ach tak? Więc jeszcze podsłuchiwałaś na dokładkę. No, no, ładny z ciebie numer!

background image

Roześmiała się. Potem zaczęła przeskakiwać z jednej kępy trawy na drugą. Wreszcie 

zatrzymała się, poczekała na mnie i znowu szliśmy obok siebie.

- W tym domu nie ma żadnych tajemnic. Żadnych! - powiedziała dobitnie.

- Każdy dom ma swoje tajemnice. Inaczej nie byłby domem - odparłem prowokacyjnie. - 

A co dopiero, kiedy w grę wchodzi dom tak sędziwy jak leśniczówka. Tu muszą być tajemnice, 

rozumiesz, Babetko?

- Możliwe... - zgodziła się. - Ale jeżeli nawet są, to po co je odkrywać?

- Ty je znasz? - zapytałem.

Nie odpowiedziała.

- Znasz je! - stwierdziłem.

- Jedną znam. Ale nie zdradzę jej nikomu... - powiedziała Babetka tak cicho, że ledwie 

do słyszałem.

- Dlaczego? Czy jest aż tak przerażająca?

Znowu nisko zwiesiła głowę i milczała. Zatrzymałem się i na siłę podniosłem jej brodę do 

góry. Odwróciła głowę w bok, ale zbyt późno. Zdążyłem zauważyć oczy pełne łez. Wziąłem 

podrapaną dłoń w swoją rękę i ruszyliśmy dalej w stronę szkółki.

- Nie! - odpowiedziała Babetka po chwili. - Wcale nie jest przerażająca.

* * *

Monika i Kryśka grały w badmintona. Usiadłem na ławce przed domem i obserwowałem 

bieg lotki.

Dlaczego marnuję czas? Powinienem teraz tkwić w swoim pokoju i zabierać się do pracy. 

A ja siedzę sobie w charakterze widza, patrzę, jak ta nieszczęsna lotka, fruwa w powietrzu, a co 

gorsza,   nabieram   coraz   większej   ochoty,   żeby   wyjąć   rakietę   z   rąk   Moniki   i   spróbować   tej 

zabawy. Wydaje mi się śmiesznie łatwa, ale to pewnie złudzenie. Jeżeli spróbuję, wygłupię się 

przed dziewczętami, a poza tym wieczorem będą mnie bolały wszystkie kości. O, Monika znowu 

nie odbiła lotki, chociaż padała jej wprost na rakietę! No nie, dajcie spokój, przecież to doprawdy 

żadna filozofia, trzeba było tylko trochę podskoczyć. Chyba spróbuję. A jeżeli rozłożę się jak 

background image

długi   na   tym   żwirku?   Nie   zaryzykuję,   miałyby   zbyt   wiele   radości.   Teraz   Kryśka!   Czy   one 

doprawdy nie potrafią ruszać się trochę szybciej, a nie jak muchy w smole? Ja bym potrafił, ale 

może mi się tylko tak zdaje? Spróbować? Nie, nie spróbuję. Chociaż mógłbym, mimo że Monika 

i Kryśka uważają mnie z całą pewnością za kompletnego starca! W gruncie rzeczy osiągnąłem 

dopiero wiek,  w którym  człowiek  powinien  być  w  szczytowej  formie  psychicznej.  Fizyczna 

pozostawia już trochę do życzenia, zwłaszcza moja, pewnie właśnie dlatego, że nie uprawiam 

żadnego sportu. Nie, Krystynko, nie! Ruszasz się tak ciężko, jakby każda z twoich młodych nóg 

ważyła sto kilo! Ja ci zaraz pokażę, jak trzeba się ruszać...

- Moniko! - zawołałem. - Czy mógłbym  wziąć od ciebie rakietkę na dziesięć minut? 

Tylko uprzedzam was, że ja jeszcze nigdy w życiu w to nie grałem! - zaznaczyłem przezornie.

Monika zbliżyła się do mnie, podała mi rakietkę.

- Proszę bardzo! To łatwo, nawet dziadek Prot próbował kiedyś i poszło mu świetnie.

No, jeżeli Protowi poszło świetnie, to mnie pójdzie znakomicie, Prot ma przecież blisko 

dwa razy więcej lat niż ja! - pomyślałem z ulgą i podniosłem się z ławki.

Kiedy pierwszy raz machnąłem rakietą, wyleciała mi ż ręki i wylądowała obok Kryśki. 

Podała mi ją z uśmiechem pełnym wyrozumiałości.

- Panu pokręciła się lotka z rakietą! Rakietę trzyma się w ręku.

Udawałem, że jej uwaga szalenie mnie rozbawiła.

-   Cha,   cha!   -   zaśmiałem   się   nieszczerze   i   odważnie   odbiłem   lotkę   w   stronę   Kryśki. 

Poleciała wysoko i upadła za moimi plecami.

- O, do czorta! - zdenerwowałem się.

Kryśka podniosła ją i odbiła w moją stronę. No, wreszcie udało mi się dobiec w porę, 

jednakże pycha, w którą wpadłem na ułamek sekundy, była przedwczesna.

- Zupełnie nieźle! - pochwaliła mnie Kryśka pomimo wszystko i odwracając głowę w 

stronę domu zapytała:

- Prawda, Anito?

Anita stała na ganku.

- Pewno, że nieźle! Gdzie by człowiek nie spojrzał, tam Jana Sebastiana widzi.

background image

No, tak. Widocznie była tu już przez chwilę i obserwowała, jak miotałem się po całym 

podwórku. Stanowczo powinienem zrezygnować z dalszej gry, ale obudził się we mnie duch 

walki, przypuszczam, że coś takiego budzi się w toreadorze na widok byka i w byku na widok 

toreadora.

- Gramy dalej, Kryśka! - zawołałem.

- Poczekajcie, niech ja przejdę!

Anita zeszła ze stopni ganku i wolno skierowała się w stronę starej kuchni. Podałem 

rakietę Monice.

- Rezygnują! Graj ty. Ja pójdę z Anitą.

Już wczoraj miałem ochotę zajrzeć do kuchni pod jakimś pretekstem. Wziąłem od Anity 

kosz na ziemniaki.

- Pomogę. Po raz pierwszy na coś się tu przydam.

- E, tam, nie musisz się na nic przydawać, Janie Sebastianie, nie po to przyjechałeś. 

Tomaszkowi   zapomniałam   powiedzieć,   żeby   mi   przyniósł...   -   pchnęła   drewniane   drzwi 

zamocowane na skrzypiących, zardzewiałych zawiasach. - Wejdź, tylko uważaj, bo tu sufit belką 

podparty...

- Nie zamykacie na kłódkę tych drzwi, Anito?

- A po co? Nic tu nie ma ważnego. Ziemniaków parę metrów, ser, masło, trochę mięsa. 

Kto się na to będzie łaszczył? Ja sobie już kosz wezmę, a ty mi, Janie Sebastianie, tylko tę klapę 

podnieś i latarką do góry poświeć, bo tam to tak ciemno jest, że nic nie widać...

Podniosłem ciężką przykrywę zasłaniającą wejście do piwnicy i latarką Anity oświetliłem 

ciemne wnętrze. Anita schodziła pomału.

- Jezusie, o małom nie spadła... - zatrzymała się w połowie drabiny. - Trzymaj ty, Janie 

Sebastianie, to światło jak należy!

Przestałem rozglądać się po kuchni i skupiłem uwagę na oświetlaniu drogi Anicie. Kiedy 

zeszła,   znowu   mogłem   popatrzeć   dookoła.   Kuchnia   była   zniszczona,   widać   nikt   z   niej   nie 

korzystał od lat. W progu stał rozpadający się piec, obok jakieś stare wiadra, jakieś połamane 

grabie, zdarta miotła i drewniana skrzynka, pusta, z resztkami węgielnego pyłu na dnie. Sufit był 

background image

poczerniały, w kątach wisiały pajęczyny, a okno... Chyba się nie myliłem! Okno było aż szare od 

kurzu i przez szybę nie było nic widać, nawet zarysu drzew rosnących tuż obok. A jednak na 

samym   środku,   widziałem   dokładnie,   na   samym   środku   szyby   jaśniał   krążek   wielkości 

spodeczka!

Anita podała mi kosz pełen ziemniaków, wyszła z piwnicy otrzepując zamaszyście swój 

gospodarski fartuch.

- Mógłby Prot piwnicę w naszej kuchni zrobić, a nie żebym tak się musiała mordować!

Sama zamknęła klapę, a ja trzymając kosz w ręku zbliżyłem się do okna. Spojrzałem 

przez przetartą  szybę.  Widać było  dróżkę prowadzącą do domu;  widać było  ganek i... i nic 

więcej.

- Ktoś tu sobie zrobił punkt obserwacyjny, Anito!

Spojrzała w moją stronę, wzruszyła ramionami i powiedziała bez zainteresowania:

-   Pewnie   dzieciaki.   Wszędzie   się   plączą.   Najpewniej   Tomaszek,   jak   po   ziemniaki 

przychodził.

To było prawdopodobne i może jasny krążek nie interesowałby mnie dłużej, gdybym 

nagle nie spojrzał w głąb drewnianej skrzynki. Z poprzedniego miejsca widziałem tylko resztki 

miału, teraz dostrzegłem coś jeszcze. W samym kącie, na rozwiniętym pakowym papierze leżały 

resztki   nie   dojedzonych   kromek   chleba.   Chyba   jednak   Tomasz   nie   musiał   przychodzić   do 

piwnicy z kanapkami zawiniętymi w szary papier, dosyć było jedzenia w leśniczówce... Anita 

stała w drzwiach.

- Pośpiesz  się, Janie  Sebastianie!  -  poganiała   mnie.  -  Czego  ty tam  szukasz po  tych 

brudnych kątach?

Wyszliśmy na dwór. Zaniosłem Anicie ziemniaki do kuchni i poszedłem do siebie. Otwo-

rzyłem okno i usiadłem przy stole. Wyjąłem swoje notatki, chciałem je przejrzeć, żeby wreszcie 

zabrać się do konkretnej pracy.

- Ona po prostu wmawia w siebie! - usłyszałem nagle głos Moniki. - Tomek wcale w niej 

się nie kocha, wcale!

- Podoba mu się, to widać.

background image

Kryśka i Monika rozmawiały tuż pod moim oknem. Chcąc nie chcąc słyszałem każde sło-

wo.

- Mylisz się! Ona wcale nie jest w jego typie! - zaprzeczyła Monika. - Mówił mi kiedyś, 

że ze swoją urodą pasowałaby do filmów kowbojskich.

- Co z tego, że tak mówił? - głos Kryśki zabrzmiał ostro. - Być może jemu podobają się 

właśnie takie dziewczyny? Zwróć uwagę, jak on na nią patrzy...

-   Na   mnie   patrzy   podobnie,   a   może   nawet...   -   Monika   urwała,   a   potem   zakończyła 

gwałtownie: - Och, ja i tak mam u niego większe szansę.

- Ty? Ty u niego nie masz żadnej szansy! - roześmiała się Krystynka szczerze. - Przecież 

on na ciebie w ogóle nie zwraca uwagi. Bardzo mi przykro! - dorzuciła drwiąco.

- Dziecinna jesteś. Obydwie jesteście dziecinne, i ty, i Babetka. Nadajecie się do klasz-

toru. Zwłaszcza Babetka.

- Do klasztoru? - oburzyła się Kryśka.

- Zwariowałaś chyba! Babetka ze swoją perkusją?

- Babetka ze swoją perkusją! - powtórzyła  Monika. - Właśnie ona. Babetka jest zbyt 

pozytywna, perkusja jej nie ratuje. Od takich dziewczyn chłopcy dostają mdłości. Są nudne.

- Babetka nie jest nudna!

- Może ty się z nią nie nudzisz. Ale Tomek...?

- Z nas trzech Tomek najbardziej lubi Babetkę. Myśl sobie o tym, co ci się podoba, ale tak 

jest!

- Mmmm... - zamruczała Monika. - Sądzisz, że najbardziej lubi Babetkę?

- Na pewno! - odparła Krystynka z przekonaniem. - Na pewno - powtórzyła.

- Naiwna jesteś, dziecino! Wściekle naiwna, przekonasz się o tym niedługo.

Za oknem zapadło milczenie, położyłem przed sobą arkusz papieru i trzymając w ręku 

długopis   zastanawiałem   się   nad   pierwszym   zdaniem   mojej   książki.   W   gruncie   rzeczy   wy-

myśliłem je już dawno, ale nagle wydało mi się zupełnie nieodpowiednie, kiepskie stylistycznie.

- Grasz czy nie? - usłyszałem znowu głos Kryśki. - Bo jeżeli w dalszym ciągu jesteś 

zmęczona, to ja idę do domu, mam już dość siedzenia na tej ławce.

background image

- Mogę grać.

Usłyszałem ich kroki za oknem, potem zrobiło się już zupełnie cicho i właściwie mogłem 

się spokojnie zabrać do roboty. Ale właśnie w chwili, kiedy miałem zanotować kolejną wersję 

pierwszego zdania, rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę...

Weszła Babetka.

- Och, pan pracuje? - zatrzymała  się w progu i patrzyła  na mnie z niedowierzaniem, 

widocznie wnuczki Prota zwątpiły już w to, abym kiedykolwiek wykazał się natchnieniem.

- Wejdź, Babetko! - powiedziałem z nadzieją, że Babetka uszanuje jednak mój nastrój 

twórczy.

Nie uszanowała.  Weszła  i energicznie  zamknęła  za sobą drzwi.  Następnie  usiadła  na 

parapecie okna i westchnęła ciężko.

- Przykro mi bardzo - powiedziała - ale przyszłam do pana po składkę.

- Po jaką składkę?

- Za kilka dni są imieniny Anity. Musimy jej kupić prezent.

- Oczywiście! I niepotrzebnie jest ci przykro, bo chętnie będę uczestniczył w składce - 

uspokoiłem Babetkę. - Co zamierzacie kupić i ile macie pieniędzy?

Babetka sięgnęła do kieszeni spodni i wyjęła garść drobnych, które zaczęła ustawiać na 

parapecie w wysokie wieżyczki. Były to wyłącznie pięćdziesięciogroszówki.

- Mamy dwadzieścia pięć złotych w bilonie! - zakomunikowała. - A chcemy kupić Anicie 

chustkę na głowę.

- Piękny pomysł - pochwaliłem. - Ile kosztuje taka chustka?

- Właśnie... widzi pan... nie bardzo mi to może przejść przez gardło - wyznała szczerze.

Zrozumiałem, że oni załatwili sprawę bilonu, a ja miałem zająć się banknotem. To zresztą 

był słuszny podział i nie zamierzałem zgłaszać sprzeciwu. Położyłem portfel na stole, Babetka 

wbiła w niego wzrok.

- Ile wam brakuje, Babetko?

- Kiedyś byłam z Anitą w mieście i ona pokazywała mi chustkę w kwiatki, która...

background image

- Która kosztowała...? - pomogłem. Babetka zamknęła oczy.

- Sto trzydzieści złotych! - powiedziała jednym tchem. - Ale jeżeli pan uważa, że to jest 

zbyt dużo, to my zrezygnujemy.

Powoli unosiła powieki do góry i wreszcie zobaczyłem jej oczy, w których czaiła się 

przemożna chęć obdarowania Anity chustką w kwiaty.

- Proszę cię bardzo, Babetko!

Położyłem przed sobą brakującą sumę. Babetka zeskoczyła z okna i łapczywym gestem 

zgarnęła pieniądze.

- Pan jest cudownym człowiekiem! - zawołała. - Naprawdę! Cudownym! I wcale pan nie 

jest nadęty!

- Nadęty? - zaniepokoiłem się, bo sam żywiłem wyjątkową niechęć do ludzi nadętych. 

Dlaczego miałbym być nadęty?

-   Nie   wiem,   dlaczego.   Ludzie   nadymają   się   z   różnych   powodów!   -   wyjaśniła   mi 

rzeczowo. - Ale niech pan się nie martwi, pan jest bardzo miły i kochany!

Nadęty, miły, kochany. Wszystkie przymiotniki, których użyła Babetka, były dla mnie 

jednakowo szokujące.

- Więc składkę mam już z głowy! - odetchnęła chowając pieniądze do kieszeni. - Po-

została jeszcze druga sprawa. Kupno.

- No, to już wy sami musicie załatwić, ja nie wiem, o jakiej chustce marzy Anita.

- Oczywiście, że sam pan nie pojedzie! - uspokoiła mnie Babetka, w każdym razie są-

dziła, że mnie uspokaja. - Wybierzemy się we trójkę: pan, Tomek i ja. Tak zostało ustalone. 

Nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby wkładać panu na głowę sprawę kupna! - zapewniła 

mnie uprzejmie.

- Tak to zostało ustalone? - zapytałem niemrawo. - To znaczy, Babetko...

- To znaczy, że jutro rano pojedziemy samochodem do miasta. Pan, Tomek i ja. Potem 

pan usiądzie sobie na ławeczce pod kościołem, a my pójdziemy kupić chustkę.

„Na   ławeczce   pod   kościołem"!   A   więc   w   ich   przekonaniu   ja   się   nadają   jedynie   do 

siedzenia

background image

na ławeczce pod kościołem. Zabolało mnie to, ale tylko troszeczkę, tak jak boli ukłucie 

szpilką.

- Dlaczego mam siedzieć na ławeczce? Chętnie pójdę z wami! - zbuntowałem się.

- Pan jest genialny! - Babetka obdarowała mnie kolejnym przymiotnikiem. - Genialny i 

cudowny! Jutro zaprosimy pana na lody, ach, nie!... - wycofała się nagle i mina jej posmutniała. - 

Myśmy się przecież złożyli na chustkę...

- W takim razie ja stawiam wam lody. Najpierw pójdziemy do sklepu, a potem...

- Do jakiego sklepu? - zdziwiła się Babetka.

- Do sklepu z chustkami.

- Chustkę kupimy na straganie! - zawołała Babetka nieomal zgorszona moją propozycją. - 

To jest przecież dzień targowy.

Dzień targowy! Marzę o ciszy i spokoju, a jutro, z własnej woli, wpakuję się w ten tłum 

na rynku! Pomiędzy stragany, kosze, gęganie gęsi i pianie kogutów. Pomiędzy konie, kaczki, 

buraki, kalafiory.

- Strasznie  się cieszę,  że pan pójdzie z nami  - zapewniła  mnie  Babetka,  jednakże  w 

jednym ułamku sekundy radość na jej twarzy zmieniła się w zdumienie.

Patrzyła na arkusz leżący przede mną.

- Pan będzie sam ilustrował książkę?

Spojrzałem i ja. W rogu papieru, zupełnie nieświadomie, narysowałem chłopięcą twarz. 

Babetka   pochyliła   głowę   nad   rysunkiem,   przyglądała   mu   się   uważnie,   a   potem   powiedziała 

cicho:

- Przecież to Tomek... pan pisze o Tomku?

Roześmiałem się tylko. Nie miałem ochoty zwierzać się Babetce z faktu, że nie napisałem 

dotąd ani jednego słowa. Gwałtownym ruchem podniosła arkusz do góry i zajrzała na odwrotną 

stronę.

- Czego tam szukasz? - spytałem.

- Niczego... tak tylko... nie rozumiem... czy to jest właśnie ta pana książka o pierwszej mi-

łości?

background image

- Hmmm... - mruknąłem nieobowiązująco.

Jeszcze raz odwróciła kartkę. Już nie pytałem, czego szuka, wiedziałem świetnie. Szukała 

rysunku drugiej twarzy, dziewczęcej. Nie znalazła jej.

Dopiero   kiedy   Babetka   wyszła,   sięgnąłem   po   długopis   i   w   sąsiednim   narożniku 

naszkicowałem jej buzię. No cóż, ostatecznie tak właśnie mogła wyglądać ta para młodych ludzi, 

o których miałem zamiar pisać. Ale, oczywiście, książka nie będzie o Babetce i Tomku ani o ich 

miłości   malutkiej   i   zielonej   jak   ździebełko,   które   kiełkuje   wczesną   wiosną   i   z   którego   nie 

wiadomo, co wyrośnie. Może jakaś roślina mocna i zdrowa, a może chwast? I od czego to zależy 

w   końcu?   -   myślałem,   ozdabiając   kucyki   Babetki   czerwonym   długopisem.   To   proste   - 

odpowiedziałem sam sobie - wszystko zależy od ogrodników. To im wyrasta, co sami sieją, i tak 

im wyrasta, jak zasianego pilnują. Ej, Babetko, czy ty aby o tym wiesz? Albo ten drągal czy wie, 

że każde z nas jednym głupim słowem, jednym idiotycznym gestem może zmarnować to, co się 

tak pięknie zapowiadało?

Gdybym   tak   przyszedł   do   niego   i   powiedział:   „Słuchaj,   stary,   chciałbym   ci   coś 

uprzytomnić...", to pewnie machnąłby ręką pogardliwie i fuknął: „Ja wszystko wiem, dlaczego 

pan się wtrąca, to przecież moja rzecz!" Ano tak, twoja rzecz, więc mocuj się z nią sam, ja 

najwyżej mogę ci dorysować kilka piegów na nosie, bo dziś przy obiedzie zauważyłem, że je 

masz.

Z jednego narożnika zerkała w moją stronę Babetka, z drugiego patrzył Tomasz, a pomię-

dzy nimi była czysta kartka papieru. Nie, moi drodzy, to nie ja będę pisał książkę o waszej 

miłości, nie ja! Sami ją sobie napiszecie i doprawdy nie mam bladego pojęcia, jaka będzie jej 

treść. No i styl.

background image

III. PIERŚCIONEK Z JARMARKU

 

Tomasz poszedł na pocztę, żeby nadać listy, które Anita pracowicie pisała poprzedniego 

wieczoru.

- To my teraz pójdziemy kupić chustkę i spotkamy się z tobą pod kiełbaskami z rożna! - 

zapowiedziała mu Babetka.

Jeszcze nigdy w życiu nie spotykałem się z nikim pod kiełbaskami z rożna, ale muszę 

przyznać,   że   miejsce   wydało   mi   się   bardzo   odpowiednie.   W   tym   zgiełku,   w   tym   tłoku,   z 

pewnością było jedynym, które odznaczało się jakąś indywidualnością. Babetka ciągnęła mnie 

przez tłum ludzi i nie mam pojęcia, jak to się działo, ale z całą pewnością każdy człowiek szedł 

tu   w   inną   stronę,   przy   czym   stron   było   tyle   samo,   ile   osób   na   targu.   Najprawdopodobniej 

wyglądałem jak cielę prowadzone na rzeź. Mój oprawca - Babetka wlokła mnie energicznie, a 

ręka naprężona do ostatecznych granic spełniała rolę postronka.

- Chustki są tam! - zawołała  Babetka, wskazując ruchem brody jakieś  miejsce, które 

wydawało mi się odległe o całe lata świetlne.

Wreszcie stanęliśmy przed straganem.

- Którą wybierzemy? - zapytała Babetka. Obrzuciłem chustki błędnym spojrzeniem.

Wszystkie były jednakowe, powiedziałem to Babetce, z trudem łapiąc oddech.

- Ależ skąd, każda jest inna, proszą bardzo, niech pan spojrzy! - oburzyła się szczerze. - 

O, ta ma takie kolory kwiatów, widzi pan, a ta ma takie. A ta? Przecież ta ma jeszcze inne! O, tu 

ma niebieski, a tu czerwony. A tu ma zielony, a tam pomarańczowy. Ja panią poproszę o te dwie 

chustki - zwróciła się do właścicielki ogrodu botanicznego - chciałabym je obejrzeć. I jeszcze 

może mi pani poda tamtą z niebieskim, i tamtą z fioletowym.

Po chwili stała przede mną z kilkoma chustkami w ręku. Mruczała coś, pogadywała ci-

cho, przerzucała sobie przez ramię to jeden klomb, to drugi. Wreszcie coś zatrzymało jej wzrok 

na dłużej. Ujęła w dwa palce barwny kwadrat, odsunęła go z daleka od siebie i przechylając 

background image

głowę w prawo, w lewo - usiłowała podjąć decyzję. Złożyła chustkę w trójkąt i nagle jednym 

ruchem zarzuciła mi ją na głowe. Starałem się uwolnić za wszelką cenę od roli modelki, ale 

Babetka silnie trzymała końce chustki pod moją brodą.

- Proszę stać spokojnie, przecież muszę zobaczyć, jak to na kimś wygląda! - tłumaczyła 

mi niecierpliwie. - Oj, proszę się nie wiercić... och, ta gęś chce pana uszczypnąć! - krzyknęła. 

Odwróciłem się gwałtownie. Tuż obok mnie stała druciana klatka, ponad którą wiła się długa i 

giętka szyja. Pomarańczowy dziób zbliżał się ku mnie niepokojąco. Pomyślałem z gwałtowną 

tęsknotą o ławeczce pod kościołem, było jednak za późno... Tymczasem Babetka przymierzała 

mi już następną chustkę.

- Panu jest w tych kolorach do twarzy! - zapewniła mnie. - Ale czy będą odpowiednie dla 

Anity?

- Na pewno, na pewno! - powtarzałem gorączkowo.

-   Czy   ja   wiem...   -   wahała   się   Babetka.   -   Pan   jest   brunetem,   a   Anita   siwa...   Może 

przymierzymy jeszcze tę fioletową. Tak! Pan w niej wygląda nieszczególnie, ale dla Anity...

- Dzień dobry, panie redaktorze! - usłyszałem obok siebie jakiś głos.

Spojrzałem w bok. Na twarzy wopisty pojawił się sympatyczny, powitalny uśmiech.

- Moje uszanowanie, panie kapralu... - wystękałem z trudem, ponieważ Babetka usiłowała 

mi właśnie zawiązać pod brodą tę chustkę, w której wyglądałem nieszczególnie.

-   Co   słychać   w   leśniczówce?   -   zapytał   wopista   obrzucając   moje   nakrycie   głowy 

podejrzliwym spojrzeniem.

- Babetko, na miły Bóg, daj wreszcie spokój tym przymiarkom! - zdenerwowałem się w 

końcu. - Ona wybiera chustkę dla Anity! - zwróciłem się do wopisty usiłując rozwiązać supeł.

- Ja panu pomogę! - zaofiarował się.

- Zaraz, chwileczkę, niech tylko rzucę okiem! - powstrzymała go Babetka, niestrudzenie 

dopasowując barwy kwiatów do siwizny Anity.

- No, więc jak? - zapytał kapral ponownie. - Co tam słychać w leśniczówce?

Uwolnił mnie wreszcie i podał chustkę Babetce.

- Spokojnie? - przyglądał mi się uważnie.

background image

- Zupełnie spokojnie - odparłem.

- Nikt się tam nie kręci, pan leśniczy nie narzekał?

- Nie, nie narzekał...

-   To   w   porządku.   Jakby   coś,   panie   redaktorze,   to   zaraz   dajcie   znać.   Mówiłem 

leśniczemu... - spojrzał na chustkę i uśmiechnął się do Babetki. - Ta będzie dobra dla Anity, 

niech panienka bierze bez namysłu!

- Potworny dzień! - powiedziałem szczerze. - Zupełna makabra... a do tego ten upał.

Nagle obudziła się we mnie dusza detektywa. Kryśka nie darowałaby mi nigdy straconej 

okazji.

- Wracając zajdę na chwilę do kościoła! - zwierzyłem się kapralowi podstępnie. - Tam 

będzie chociaż trochę chłodniej, a poza tym chciałbym obejrzeć witraże, tyle o nich słyszałem...

- Tak... - powiedział. - Tak, jest na co popatrzeć...

Urwał i nagle spojrzał na mnie pytająco z wyraźnym niepokojem.

- A co pan o tych witrażach słyszał? - dokończył.

- Że cenne - odpowiedziałem krótko.

- Tak. Nawet bardzo. Kilku szyb brakuje, szukamy ich od dawna, ale, wie pan, jak to jest. 

Po tylu latach niełatwa sprawa.

Babetka schowała już chustkę do koszyka i teraz stała obok nas.

- Wątpię, żeby ktoś na nie trafił - wtrąciła się. - Ich tu na pewno nie ma! - opinia ta 

zabrzmiała dość kategorycznie i wopista spojrzał na Babetkę ze zdziwieniem.

- Dlaczego? Mogą być. I to w miejscu najmniej oczekiwanym. Spojrzał na zegarek i 

zasalutował.

- Czołem, panie redaktorze! Za parę minut rozpoczynam służbę.

- Idziemy teraz pod kiełbaski! - zarządziła Babetka. - Czy pana naprawdę tak interesują 

witraże? - zapytała nagle. 

- Naprawdę. A szczególnie interesuje mnie los tych zaginionych - dorzuciłem. - A ciebie 

nie, Babetko?

- Mnie nie - odparła krótko.

background image

- Ale dlaczego? - zdziwiłem się, i to zdziwiłem się szczerze.

Babetka długo nie odpowiadała na moje pytanie, zapach kiełbasek z rożna stawał się co-

raz bardziej intensywny i wszystko wskazywało na to, że jego źródło, a co za tym idzie, i Tomek, 

jest już blisko. Zrezygnowałem z podchwytliwych pytań.

- Jesteś dziwną dziewczyną, Babetko! - powiedziałem. Roześmiała się.

- To świetnie, wie pan? Zawsze marzyłam o tym, żeby być dziwną dziewczyną, a zawsze 

byłam zupełnie zwyczajna. Dopiero pan odkrył we ranie jakieś niezwykłe cechy. A właściwie, to 

dlaczego uważa mnie pan za dziwną? - zapytała. - Czy dlatego, że szanuję cudze tajemnice? Czy 

dlatego, że mnie nie interesuje sprawa jakichś tam witraży,  których  na oczy nie widziałam? 

Interesują mnie za to inne rzeczy...

- Na przykład?

-  Ludzie.   Nie   przedmioty.   Ciekawią   mnie   ludzie,   ich   życie...   -   mówiła,   z   wyraźnym 

zakłopotaniem. - Może to się panu wyda śmieszne, ale ja na przykład chciałabym, żeby moje 

życie było ładne. Pan jest dorosły i pan przecież wie jeszcze lepiej niż ja, że można je łatwo 

spaskudzić...

Spojrzała na mnie wzrokiem spłoszonym i pytającym. Pomyślałem, że musi być w tej 

chwili   bardzo   szczera.   Często   spotykałem   się   z   tym,   że   ludzie   w   chwilach   szczerości   mają 

spojrzenia przestraszonych zwierząt, tak jak gdyby spojrzenie w głąb samego siebie było czymś 

niewłaściwym.   A   przecież   to   jest   właściwe   spojrzenie   i   im   szybciej   dochodzi   się   do   tego 

wniosku, tym lepiej dla patrzącego.

- To wspaniale, Babetko! - ucieszyłem się. - To wspaniale, że o tym myślisz!

Udało nam się wreszcie wydostać z zatłoczonego placu targowego. Szliśmy już chodni-

kiem, z dala widać było wyraźny napis: KIEŁBASKI Z ROŻNA.

-  Kiedy jesteście u dziadka na wakacjach, czujecie się chyba zupełnie odizolowane od 

swojego świata i ty, i twoje kuzynki, Babetko. Czy ci to odpowiada?

- Ja, proszę pana, nie umiem izolować się od świata. Dla mnie świat jest wszędzie. To 

jasne, że przez cały rok żyję inaczej niż tutaj, Kryśka i Monika też. Ale czy to źle mieć czas na 

rozrachunki?

background image

- Na rozrachunki? Co ty mówisz, Babetko! Rozrachunki to sprawa ludzi dorosłych!

Przeskoczyła zręcznie jakiś gumowy przewód przeciągnięty od pobliskiego domu aż do 

trawnika.

- Moja wychowawczyni twierdzi, że rozrachunki ze sobą samym trzeba robić od małego. 

To wyrabia podobno uczciwe spojrzenie. Tak ona mówi, nie wiem, może nie ma racji.

- Czy Kryśka i Monika też to robią?

- Nie pytałam ich o to... - odparła Babetka z wahaniem. - Nie rozmawiałam z nimi nigdy 

na ten temat, one, zdaje się, uważają, że jestem przemądrzała. Gdybym im zaproponowała na 

dokładkę robienie rozrachunków... - roześmiała się.

- A Tomek? - zapytałem.

- Tomek... - powtórzyła. - Skąd mogę wiedzieć, jaki on jest?

- Przebywacie ze sobą dość często.

- Tak, ale...

Nie dokończyła zaczętego zdania. Opuściła głowę nisko i wyraźnie posmutniała.

-   Spróbuj   być   ze   mną   szczera,   Babetko!   -   zaproponowałem   nagle.   Staliśmy   już   pod 

kiełbaskami, ale Tomka nie było tu jeszcze. Babetka rozglądała się niespokojnie.

- Wolałabym, żeby Tomek nie słyszał tego, co mam do powiedzenia... 

- Więc nie wiesz, jaki jest?

- Nie wiem. Może bym wiedziała, gdyby nie to, że chwilami mam wrażenie... no, wydaje 

mi się po prostu... że podobam mu się... - powiedziała z wysiłkiem. - Nie bardzo ufam chłopcom, 

którym się podobam. Oni zawsze starają się być inni, niż są naprawdę.

- Nie ufasz żadnemu? - zdziwiłem się.

- W końcu któremuś będę musiała! - westchnęła Babetka z zabawną rezygnacją. - Ale 

prawdę mówiąc, nie ufam im.

Przez chwilę obserwowała kiełbaski obracające się na rożnie.

-   Kiedyś   jeden   taki   zbierał   chrabąszcze.   Uśmiercał   je   eterem   w   sposób   bardzo 

humanitarny,   to   muszę   przyznać.   Opowiadał   mi   o   tej   swojej   kolekcji   i   o   tym,   jak   pięknie 

wyglądają ułożone w specjalnych gablotkach. I wreszcie poprosił, żebym przyszła je obejrzeć. 

background image

Dałam się nabrać. Rzeczywiście, to było prześliczne. Potem usiedliśmy i on zaczął mówić różne 

takie rzeczy, które działały na mnie tak właśnie, jak eter na chrabąszcze. Zwierzyłam się z tego 

Edzie, mojej koleżance. Musiałam się zwierzyć komuś, czułam straszliwą potrzebę mówienia o 

tym chłopcu. I dobrze zrobiłam, wie pan, bo okazało się, że Eda też oglądała kolekcję chra-

bąszczy i też słyszała to wszystko. Więc powiedziałam sobie, że już nigdy nie dam się nabrać na 

żaden taki eter. Ostatecznie, mam siebie tylko jedną. To, że mam siebie tylko jedną, uprzytomniła 

mi moja wychowawczyni! - zaznaczyła Babetka lojalnie.

- Ona musi być wspaniałą kobietą, Babetko! - powiedziałem z przekonaniem. - Jak się 

nazywa? - zapytałem odruchowo.

- Ma bardzo dziwne imię, Alodia.

Alodia! Alka! Teraz ja wpatrywałem się iw kiełbaski wirujące nad płomieniem. Czy to 

możliwe? To imię jest jednak tak rzadkie, że chyba nie mogłem się mylić. Alka!

- Czego was uczy ta pani Alodia?

- Polskiego...

No,   tak.  „Masz   siebie   tylko   jedną!"   -   mówiła   kiedyś   Alka   Babetce,   może   w   jakiejś 

rozmowie, może na godzinie wychowawczej. I gdzieś, u samych podstaw tego sformułowania 

kryła się pewnie myśl o mnie, o moim przyjacielu z lat szkolnych, Ryśku, i o tym Tadku, który 

siedział  zawsze na ostatniej  ławce. Żaden z nas nie zbierał  chrabąszczy,  ale każdy usiłował 

czarować Alkę eterem słów na wyrost. I żaden z nas nie pomyślał, że ona ma siebie tylko jedną! 

Dla   nas   była   wyłącznie   jeszcze   jedną   zdobyczą,   jeszcze   jednym   sukcesem,   jeszcze   jedną 

przechwałką w rozmowach,

- Może pójdziemy! - usłyszałem nagle głos Tomka.

Widocznie stał tu już od chwili, bo spostrzegłem, że i on, i Babetka przyglądają mi się 

dość podejrzliwie.

- Oczywiście! To znaczy, wy ruszajcie w świat, a ja zaczekam na was przy kościele. 

Dochodzę do wniosku, że ta ławeczka, którą wczoraj proponowała mi Babetka, jest dla mnie 

rzeczywiście idealnym miejscem.

- Odprowadzimy pana! - zaofiarował się Tomek. - To w końcu nie ma znaczenia, gdzie 

background image

będziemy, tu wszędzie jest dobrze!

Uśmiechnął się, ale nie do mnie, tylko do Babetki. Jeżeli ja nie wiedziałem, czy jego 

uśmiech był eterem, czy prawdą, skąd mogła to wiedzieć Babetka?

Kiedy ulokowali mnie wreszcie na ławce zacienionej rozłożystym kasztanowcem, ode-

tchnąłem z ulgą. Wariacje targowego dnia nie były w moim stylu.

Tomek i Babetka dochodzili już do szerokich schodów, które łączyły plac z przykoś-

cielnym ogrodem. Patrzyłem, jak szli szybko i jak zabawnie sterczące kucyki Babetki poruszały 

się   przy   każdym   energiczniejszym   ruchu.   Stanęli   u   szczytu   schodów.   Tomek   wyjął   coś   z 

kieszeni. Z odległości, która mnie od nich dzieliła, nie mogłem dostrzec, co to było. Widziałem 

tylko, że Babetka pochyliła się nad dłonią Tomka i oglądała coś ciekawie. Potem uniosła głowę 

do góry i stali tak przez chwilę, zupełnie nieruchomo, jak gdyby to, co leżało na dłoni Tomka, 

zafascynowało ich swoją wyjątkowością. Potem widziałem jeszcze, że ten drobiazg, bo musiał to 

być  drobiazg, przewędrował z ręki Tomka do ręki Babetki, a ona, uniósłszy się na palcach, 

pocałowała Tomka w policzek. Babetka zrobiła krok do przodu, później jednak odwróciła się i 

szybko zaczęła biec w moją stronę. Usiadła obok mnie i wyciągnęła przed siebie zaciśniętą garść.

- Wie pan, co on mi kupił? - zapytała.

- Nie.

Tomek podszedł do nas, ale nie usiadł. Stał obok Babetki i przyglądał się z uśmiechem, w 

którym bez trudu rozpoznałem kogucią dumę i ważność.

- Nie wiem, co ci kupił.

Babetka otworzyła dłoń. Zobaczyłem pierścionek, jarmarczny pierścionek, przeraźliwie 

złoty, z oczkiem o jadowitej czerwieni.

- O! - zawołałem w sposób, który wyraźnie zaniepokoił Babetkę.

Spojrzała mi w oczy i cała jej radość przycichła nagle.

- Zabawny jest, prawda? - zapytała, odejmując pierścionkowi całą jego ważność.

- Bardzo zabawny - przyznałem. - Zawiera w sobie folklor tego targu - dodałem sztywno.

Babetka ciągle jeszcze wpatrywała się w pierścionek i nie miała odwagi wsunąć go na 

palec.

background image

- Myślę, że możesz go nosić bez żadnych zobowiązań! - roześmiałem się, udając, że to 

powiedzenie   jest   wyłącznie   żartem.   Spojrzałem   na   Tomka.   Przyglądał   mi   się   z   wyraźną 

niechęcią. A jednak pomogłem Babetce w jej rozterkach, bo teraz śmiało już wsunęła pierścionek 

na palec.

- Będę miała pamiątkę! - powiedziała swobodnie.

Tomek patrzył na rozłożyste gałęzie kasztanowca i gwizdał.

* * *

- Zrzuć to świństwo, mówię ci! A ty, Tomaszek, chyba rozum postradałeś, żeby dziew-

czynie taką tandetę kupować!

- Przecież to żarty, Anito! - broniła się Babetka.

- Nie lubię takich żartów, jeszcze kto przyjdzie, zobaczy i wstydu się najemy.

- Pozwól mi go nosić, Anitko!

- Oj, nie jęcz mi tu nad głową, bo już się zupełnie w tych papierzyskach połapać nie 

mogę. Dziadek mi zostawił pisma do stadniny, ktoś tam musi pójść i do kancelarii oddać.

-   Ja   pójdę!   -   ożywił   się   Tomasz.   -   Jeszcze   nie   byłem   w   tym   roku,   może   mi   dadzą 

pojeździć.

- Możesz ty pójść. Tylko pamiętaj, żeby w kancelarii te pisma przez dziennik przeszły. 

Tak Prot kazał.

- Chodźmy wszyscy - zaproponowała Krystynka. - Tani jest tak fajnie w tej stadninie. 

Może i pan się wybierze?

- A wiesz, że się wybiorę, nawet chętnie. Lubię konie.

Do   stadniny   było   osiem   kilometrów.   Kiedy   dochodziliśmy   do   zabudowań,   Tomasz 

wyprzedził nas.

- Pójdę szybciej i oddam pisma w kancelarii. Spotkamy się przy stajniach, dobrze?

Jest   już   późno,   nie   będziemy   mieli   dużo   czasu.   Kiedy   oddalił   się   od   nas,   Kryśka 

zauważyła domyślnie:

- On chce złapać masztalerza. Jest tam jeden taki, który go zna. Oni niechętnie dają konie 

background image

obcym, ale może Tomkowi uda się jakiegoś wycyganić.

Kiedy zbliżyliśmy się do stajni, Tomasz już tam był.

- Pośpieszcie się! - zawołał w naszą stronę. - Zobaczycie zupełne cudo!

Zupełne  cudo  stało  przy maneżu.   Tomek  rozmawiał   z  masztalerzem,   gładząc   grzywę 

konia. Masztalerz przywitał się z nami, a potem przedstawił nam klacz:

- To Dulcynea.

- Dulcynea z Toboso - Tomasz wpatrywał się w nią jak urzeczony. - Spójrzcie, jaką ma

szyję!

Istotnie, szyję miała śliczną. Smukłą i gładką.

- To bardzo młoda klacz, wychowanka naszej stadniny. - Masztalerz spojrzał na Tomasza 

z ukosa. - Pan, zdaje mi się...

Nie dokończył.

- A można?

- Nie mam nic przeciwko temu, ale i jej trzeba grzecznie się zapytać - zażartował.

- Dulcynea, zgadzasz się? Nie tylko Tomek, ale i my wszyscy patrzyliśmy w ciemne, 

lśniące oczy Dulcynei.

-   W   ubiegłym   roku   jechał   pan   na   Trosce,   pamiętam.   Zrzuciła,   aż   echo   poszło...   - 

przypomniał Tomkowi masztalerz.

- Dulcynea nie zrzuci.

- Zobaczymy, ostra jest!

- Daj spokój... - szepnęła Babetka. - Może jest tu jakiś łagodniejszy koń...

- Nie zrzuci mnie, przekonasz się.

- Tomek, ja cię proszę...

- Zrzuci cię! - roześmiała się Monika. - Już to widzę! Już widzę, jak leżysz.

- Proszę cię... - szeptała Babetka coraz ciszej i coraz błagalniej.

- Nie bój się, Babetko, przecież trenowałem w klubie przez cały rok. Troska zrzuciła mnie 

kiedyś, ale teraz nie jestem już taki zielony jak wtedy.

Dulcynea czekała spokojnie, Babetka podeszła do niej i przesuwając palcem po paskach 

background image

tranzelki, poprosiła:

- Nie zrzuć go, dobrze?

Dulcynea gwałtownym ruchem uniosła głowę do góry, potem opuściła ją, wyciągając w 

stronę Babetki długą szyję.

- Wierzę ci - powiedziała Babetka. Klacz zastrzygła uchem i lekko uniosła górną wargę.

- Uśmiechnęła się? - zawołała Kryśka. - Widziałaś? Och, nie zrzuci go, możesz być pe-

wna!

- Zrzuci! Zrzuci! - śmiała się Monika. Spojrzałem na masztalerza, przyglądał się Babetce i 

Dulcynei z pobłażliwym uśmiechem.

- Wygląda na to, że się dogadały - powiedział. - Reszta zależy od jeźdźca. No i jak? 

Gotowy? Tomasz stał już z lewej strony Dulcynei.

- Czy mogę wyjechać z maneżu? - zapytał.

- Tak, na łąki.

Dosiadł   Dulcynei   lekko,   wprawnie.   Przez   chwilę   szła   stępa,   potem   zmieniła   krok 

przechodząc w kłus.

- W tym roku chłopak trzyma się dobrze i radzi sobie pewnie - pochwalił Tomka ma-

sztalerz zbliżając się do mnie. - Na Trosce siedział jak na gorącej fajerce. A ta mała boi się, 

spójrz pan...

Istotnie, chociaż było ciepło, Babetka skuliła ramiona, podniosła kołnierz swetra pod sa-

mą brodę i przytrzymywała go dłońmi skulonymi w pięści. Przymrużyła oczy i wpatrywała się w 

kłusującą Dulcyneę. Przemknęli obok nas, Tomek uśmiechnął się do Babetkł, a mijając Monikę 

zawołał:

- Patrz!

Dulcynea galopowała teraz przez pusty maneż w stronę wyjścia na łąki. Babetka skuliła 

się jeszcze bardziej i jeszcze bardziej przymrużyła oczy. Skrzywiła buzię, opalone pięści zbielały 

nagle.

Monika stała z głową uniesioną wysoko i bez lęku obserwowała oddalającego się szybko 

Tomasza.

background image

- Teraz go zrzuci!

- Nie zrzuci! Obiecała Babetce! - zawołała Kryśka z przekonaniem.

- Dziecinna jesteś! - parsknęła Monika. - Zobaczysz, że go zrzuci!

- Siedzi jak przyrośnięty - powiedział masztalerz spoglądając na Monikę z niechęcią.

- Dlaczego ma go zrzucić? Tak panience na tym zależy, żeby się potłukł?

- Lubię mocne rzeczy, a upadek z konia to mocna rzecz! - odparła Monika zaczepnie.

Masztalerz wzruszył ramionami. Milcząca dotąd Babetka powiedziała gniewnie:

-   Rzecz   jest   mocna   tylko   wtedy,   kiedy   człowiekowi   coś   się   udaje.   Czasami   bywasz 

głupia, Moniko...

Babetka   mówiła   głośno,   twardo.   To   jej   pogardliwe:   „Bywasz   głupia,   Moniko"   -   za-

brzmiało jak wyzwanie.

- Możliwe - odrzuciła Monika lekceważąco. - Za to nigdy nie bywam egzaltowana.

Masztalerz przyglądał im się ze zdumieniem. Przyznam się zresztą, że i ja również.

- Chodź! - Kryśka odciągnęła Babetkę na bok. - No, chodź!

Słońce zachodziło czerwono. Ciemne chmury sunące ku nam wyglądały jak kłęby dymu 

podświetlone   ogniem.   Rozległe   łąki   oddzielone   od   horyzontu   pasmem   lasu   przykuły   znowu 

nasze   spojrzenia.   Dulcynea   płynnie   galopowała   po   równinie,   prężna,   zwinna,   być   może 

szczęśliwa. Koszula Tomasza odcinała się od tła bijącą w oczy bielą.

- To cudowne! - powiedziałem szczerze. Chociaż byłem daleko, chociaż byłem jedynie 

widzem, udzieliło mi się w pewien sposób żywiołowe uniesienie tamtych dwojga, pędzących 

zuchwale   poprzez   lipcowe   łąki.   Zbliżali   się   do   nas,   spojrzałem   na   Babetkę.   Już   mogła   się 

uśmiechać i uśmiechała się, więc pomyślałem, że pomimo lęku i ona także musiała dostrzegać 

malowniczość wszystkiego, co roztaczało się przed nami. Czy była dumna z tego zawadiackiego 

chłopaka, który pędził w jej stronę, żeby z młodzieńczą fantazją dowieść swojej odwagi? Chyba 

tak.

Monika stała jak posąg. W pierwszej chwili wydawało mi się, że jej twarz nie wyraża 

niczego. Dopiero po chwili zrozumiałem, że ten kamienny spokój to spokój człowieka, który 

podjął decyzję.

background image

Tomasz był już blisko. Babetka podbiegła w stronę zwalniającej kroku Dulcynei. Koń 

biegł,   lecz   drogę   wyznaczał   jeździec.   Tomasz   zatrzymał   klacz   przed   stojącą   bez   uśmiechu 

Moniką.

- No i jak? - zapytał zeskakując. - Zrzuciła czy nie zrzuciła?

- Nie zrzuciła. To było wspaniałe! - odparła Monika i odsunęła zlepiony kosmyk włosów 

opadający na czoło Tomasza. - To było naprawdę wspaniałe! Spójrz, byłeś tam...

Wyciągnęła rękę w stronę łąk, lasu, czerwonego nieba, skłębionych chmur.

Babetka podeszła do Dulcynei. Klacz lśniła potem, oddychała szybko, uniesiona głowa i 

rozdęte chrapy nie przeraziły Babetki. Ostrożnie położyła rękę na czole Dulcynei i szepnęła coś 

po cichutku. Nie wiem, nie usłyszałem, co. Przypuszczam jednak, że szepnęła: dziękuję.

Nie mogłem usnąć. Gdzieś niedaleko domu hukała sowa, ale to nie ona była winna mojej 

bezsenności. Myślałem o swojej książce, ciągle, jeszcze nie zaczętej, i ogarniały mnie coraz 

większe wątpliwości.  Myślałem  o Alce, którą  tak  nieoczekiwanie  przypomniała  mi  Babetka, 

myślałem o sobie z dawnych lat. Czy to możliwe, żeby tamta odległa sprawa, która wydała mi się 

dziś   błaha   i   bez   znaczenia,   miała   jakikolwiek   wpływ   na   to,   jaka   Alka   jest   teraz?   Sam 

tłumaczyłem  Monice,  że żadne  uczucie  nie przechodzi  bez śladu, jednak myślałem  wtedy o 

innych   uczuciach,   starszych,   bardziej   dojrzałych.   Czyżby   liczyły   się   także   i   te   zielone 

ździebełka?

Moja fajka żarzyła się w ciemności, spoglądałem w głąb cybucha jak wiedźma, która chce 

wróżyć z ognia. Czy to z mojego powodu i z powodu Ryśka i Tadka z ostatniej ławki uczy teraz 

Alka swoje dziewczynki umiejętności ciągłego rozrachunku i czy dlatego wbija im w głowy: 

„Masz siebie tylko jedną"? Gorzko. Może tytoń z tej nowej paczki nie jest najlepszy, a może to 

wcale nie sprawa tytoniu.

Sowa przycichła, za to najwyraźniej dobiegł mnie zza okna czyjś śmiech. Krótki, jakby 

powstrzymywany   siłą.   Wystukałem   z   fajki   resztki   żarzącego   się   jeszcze   tytoniu.   Wstałem   i 

zbliżyłem się do okna. Odruchowo skierowałem wzrok w stronę starej kuchni, była ciemna jak 

zwykle. Pod moim oknem również nikogo nie dostrzegłem. A jednak ktoś śmiał

background image

się tu niedawno, ktoś musiał tu być. Wytężyłem wzrok. Nagle na ścieżce prowadzącej w 

stronę szkółki leśnej dostrzegłem migające światło, było to chyba światło latarki, które raz po raz 

znikało z moich oczu, przysłaniane krzewami rosnącymi po bokach dróżki.

Cofnąłem się w głąb pokoju i, jak tylko umiałem najszybciej, wciągnąłem na siebie dres. 

W chwili, kiedy wkładałem na nogi tenisówki, ktoś zastukał do drzwi mojego pokoju.

- Proszę! - powiedziałem półgłosem. Drzwi uchyliły się i przez wąskie przejście wsunęła 

się Krystynka. Zapaliłem latarkę.

- O! - zdziwiła się widząc, że stoję pośrodku pokoju, całkowicie ubrany. - A ja myślałam, 

że będę musiała pana budzić! Dlaczego pan nie śpi?

- A dlaczego ty nie śpisz, Krysiu?

- Widziałam światło w starej kuchni. A potem oni wyszli i... - urwała. - Czy pan może też 

to widział? - domyśliła się.

- Widziałem światło na ścieżce. Pójdę, przekonam się, kto tam może łazić. A ty tu zostań, 

Krysiu, i zaczekaj na mnie.

- O, nie! Ja pójdę z panem! - zaprotestowała gwałtownie.

Szkoda mi było czasu na targi z Krystynka. Wyskoczyliśmy przez okno. Noc była jasna, 

ciepła, biegliśmy w stronę ścieżki trzymając się za ręce. Dopiero kiedy minęliśmy starą kuchnię, 

przystanąłem i rozejrzałem się dokoła.

-   Chodźmy!   -   przynaglała   Krystynka.   -   Chodźmy,   bo   później   ich   nie   znajdziemy. 

Wystarczy, żeby weszli w las...

Nie weszli w las. Z daleka migało jakieś światło i poszliśmy w tamtą stronę. Krystynka 

szła   bezszelestnie,   lekko,   ale   pod   moim   ciężarem   coraz   to   skrzypiały   jakieś   gałązki,   suche 

igliwie, szyszki.

- Boże! - jęknęła Kryśka w pewnej chwili. - Czy pan musi tak trzeszczeć?

- Co ja na to poradzę? - fuknąłem. - W powietrzu nie potrafię biec.

- Ja wiem, ale może jakoś na palcach?

Nie odpowiedziałem, chociaż fakt, że Kryśka chce zrobić ze mnie baletnicę, trochę mnie 

zdenerwował. Nie dość, że wlokłem się gdzieś po nocy w imię Krysinych mrzonek i wyobraźni, 

background image

to   jeszcze   jej   było   źle.   Światło   przed   nami   znieruchomiało,   jak   gdyby   właściciel   latarki 

przystanął specjalnie po to, aby wsłuchać się w ciszę lasu, aby upewnić się, czy nic jej nie 

zakłóca. Zatrzymałem Kryśkę.

- Poczekaj... - szepnąłem. - Poczekaj, nie ruszaj się...

Po chwili światło zmieniło swój kierunek i ze zdumieniem stwierdziłem, że zaczyna się 

zbliżać do nas dość szybko. A więc jednak ktoś nas usłyszał.

- Zdawało ci się... - dobiegł mnie czyjś głos i nie potrzebowałem trudzić się długo, aby 

rozpoznać głos starego Prota. - Zdawało ci się, nikogo tu nie ma...

- Wolę się upewnić! Diabeł nie śpi. Drugi głos był obcy.

- Co mam powiedzieć dziadkowi, jeżeli nas tu znajdą? - szepnęła mi Kryśka do ucha.

- Prawdę. Ty się zresztą nie odzywaj. Ja powiem, że zaniepokoił nas hałas przed domem i 

wyszliśmy sprawdzić, co się dzieje. Potem zobaczyliśmy światło i...

Zamilkłem. Wąska, jasna smuga przesunęła się tuż obok, nie obejmując jednak swoim 

zasięgiem ani mnie, ani Kryśki.

- Tu nikogo nie ma! - powiedział Prot. - Możemy śmiało iść dalej. Jeżeli dłużej chcesz się 

tak   ślimaczyć,   to   nie   zajdziemy   tam   przed   świtem.   A   przed   świtem   to   ja   już   muszę   być  z 

powrotem!

-   Boję   się,   że   my   w   ogóle   nie   zdążymy,   Procie!   -   obcy   głos   pełen   był   niepokoju   i 

zniecierpliwienia. - Czy doprawdy nie możemy tego zrobić za dnia?

- Nie. Za dnia wszyscy nas mają na oczach. Musimy zajrzeć tam w nocy.

- A ten twój gość? Nie obudził się, jak wychodziłeś?

- Mój gość ma mocny sen. Śpi spokojnie.

Chciałbym  sypiać   spokojnie  w  leśniczówce  Prota,   ale  doprawdy było   to  niemożliwe. 

Gdzie, u diabła, Prot miał zamiar zaglądać w nocy?

Nagle rozległ się ostry gwizd. Snop światła śmignął w górę.

- Jesteśmy  tutaj!  - zawołał   towarzysz   Prota.   - Idziemy  już,  daruj   sobie,  Marcinie,  to 

gwizdanie!

background image

Dopiero teraz ujrzałem twarz nieznajomego, podświetloną od dołu jego własną latarką. 

Była to twarz okolona ciemnym zarostem, smagła, podobna może trochę do twarzy Prota, ale 

młodsza i ostrzejsza w wyrazie.

- Znasz go? - szepnąłem.

- Nie.

Krystynka kurczowo trzymała moją rękę. Miałem wielką ochotę pójść dalej śladem Prota, 

ale nie mogłem przecież ciągnąć ze sobą dziewczyny.

Odchodzili szybko, zapewne ludzie, którzy czekali na nich w lesie, byli bardzo blisko, bo 

gwizd, który słyszeliśmy przed chwilą, nie mógł tu dobiec z daleka.

- Wracamy do domu, Krystynko...

- Nie! - zaprzeczyła. - Za nic! Chodźmy dalej, błagam pana!

- To niemożliwe, Krysiu, musimy wracać!

- Czy doprawdy okaże się pan ciepłymi  kluskami w decydującym  momencie? - zde-

nerwowała się Krystynka.

Okazałem się ciepłymi kluskami w decydującym momencie i ruszyłem w stronę domu, 

ciągnąc za sobą Krystynkę.

-   Teraz   sam  pan   się   przekonał,   że   coś   w   tym   wszystkim   jest!   -   mówiła   Kryśka   z 

rozżaleniem.

- Nie masz chyba zamiaru śledzić własnego dziadka, Krysiu! - odparłem. - Chyba znasz 

go na tyle, żeby mieć zaufanie do wszystkiego, co robi. Ja go znam i mam do niego zaufanie! - 

stwierdziłem   kategorycznie,   chociaż   tej   nocy   moje   zaufanie   do   starego   Prota   trochę   zostało 

zachwiane...

- Wiem, że śledzenie rodzonego dziadka nie jest... no, nie jest niczym chwalebnym, ale... 

och, tak się o niego martwię! Przecież starzy ludzie też mogą strzelać jakieś głupstwa!

Zwrot nie był właściwy w odniesieniu do Prota. Zastanawiałem się przez chwilę, czy 

mam Krystynce zwrócić na to uwagę, ale w końcu przemilczałem, ona zaś ciągnęła dalej swoje 

wywody:

- Niech pan pomyśli! Oni ukrywają coś przed nami wszystkimi, nawet przed panem. Czy 

background image

ukrywa się sprawy, w których nie ma nic złego? Można o nich nie mówić, ale ukrywać?

- No, wiesz, Krystynko, bywają rzeczy, które wymagają tajemnicy.

Zachciało mi się spać i bałem się piekielnie, że Krystynka zażąda ode mnie przykładów.

- Na przykład? - zapytała.

Westchnąłem. Wyliczyłem gładko cały szereg tajemnic państwowych, zawodowych i in-

nych, które trzeba zachować choćby ze względu na dane komuś słowo.

- Więc pan sądzi, że któraś  z tych  tajemnic może  obowiązywać  dziadka?  To byłoby 

piękne, stale jednak pamiętam o tym, co przypadkowo słyszałam...

Krystynka przerwała, bo nieoczekiwanie stanęła przed nami Babetka.

- Na miły Bóg! - zawołałem. - Czy doprawdy w tej leśniczówce ludzie nie mają zwyczaju 

sypiać? A ciebie co wyciągnęło z łóżka?

-   Głos   pana   i   Kryśki!   -   odparła   Babetka   bez   zakłopotania.   -   Usłyszałam   rozmowę   i 

zlękłam się po prostu, że włóczy się tu ktoś obcy. Krystyna, ja nie wiem, czy Anita będzie za-

chwycona, kiedy jej powiem o twoim nocnym spacerze! - zwróciła się do Kryśki ostro.

- Więc jej nie mów o tym! - zaproponowała Krystynka i ta propozycja wydała mi się jak 

najbardziej uzasadniona.

- Sama nie śpisz i nie dajesz spać innym!  I jeszcze wymagasz ode mnie, żebym  nie 

mówiła o tym Anicie!

Głos Babetki brzmiał gniewnie, w ciemności nie widziałem jej twarzy, ale mogłem się 

domyślić, że Babetka była wściekła.

- Myśmy też słyszeli tu jakieś szmery! - wyjaśniłem, nie wdając się w szczegóły. - Chyba 

jednak nie było to nic groźnego, możemy spać spokojnie. A zatem, marsz do łóżek, moje panny! 

-   powiedziałem   tonem,   którego   niegdyś   używać   musiały   damy   klasowe   na   pensjach   dla 

dziewcząt, a którego z całą pewnością nie używałem nigdy ja sam. Moje nagłe przeobrażenie w 

damę klasową wstrząsnęło mną.

- „...Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było..." - 

zacytowała nagle Babetka.

- Co masz na myśli? - zapytała Kryśka żywo. - O co ci chodzi?

background image

- O nic. Po prostu wszystkim coś się zdawało, coś groźnego, prawda? A tymczasem... - 

nie dokończyła. Pan ma rację, pójdziemy chyba spać.

Weszliśmy do domu przez drzwi, które Babetka zostawiła otwarte. Wtedy znalazłem się 

w swoim pokoju, nareszcie sam, nareszcie z perspektywą snu, zamiast ułożyć się wygodnie i 

zamknąć   oczy,   usiadłem   na   łóżku   i   zapaliłem   światło.   Zastanawiałem   się   przez   chwilę   nad 

poczynaniami starego Prota, patrząc na stojącą na wprost mnie skrzynię. Wstałem i podszedłem 

do niej,  zaciśniętą  dłonią   uderzyłem  w   wieko. Odgłos   był  głuchy,  ale   w  dalszym  ciągu nie 

miałem pojęcia, czy skrzynia była pusta, czy pełna, a jeżeli pełna, to do jakiego stopnia. I właśnie 

w tej chwili przypomniały mi się słowa Babetki: „...Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym 

bardziej   tam   Prosiaczka   nie   było..."   Czyżbym   z   kolei   z   damy   klasowej   przeobraził   się   w 

Puchatka?

* * *

Kiedy następnego dnia w południe wszedłem do kancelarii Prota, on siedział przy swoim 

stole i ziewał, natomiast Anita, jak zwykle pełna energii, przecierała szyby w oknie.

- Coś mi się wydaje, żeście źle spali, Procie! - powiedziałem.

- Człowiek ziewa nie tylko wtedy, kiedy śpiący! Czasami i z nudów mu się to przytrafia. - 

Prot poklepał leżącą przed nim książkę. - Rachunkowości nie lubię, wiecie? A noc miałem dobrą. 

Nawet bardzo dobrą! - zaakcentował.

Pomyślałem, że musiała mu się udać nocna wyprawa. Prot miał minę wyraźnie zadowo-

loną. Przymrużył jedno oko i kciukiem wymownie wskazał za siebie.

- Ale tylko kieliszeczek... - powiedziałem.

- Wy to zawsze tylko kieliszeczek! - roześmiał się. - Kieliszeczek, Janie Sebastianie, 

dobry jest dla noworodka!

- Co też ty pleciesz, Procie - obruszyła się Anita. - Słyszał to ktoś, żeby do noworodka 

kieliszeczek pasował? A co do Jana Sebastiana, to mu się chwali, że miary nigdy nie przebiera! - 

Anita spojrzała na Prota wzrokiem pełnym nagany. - Oj, ty Procie, oj! Nigdy więcej, zdaje mi się, 

ja żadnej nalewki nie zrobię, bo coś ciebie ten alkohol za często korci...

background image

Zanim jednak Prot wyjął ze swojej szafki pękatą butelkę, zadzwonił telefon. Prot podniósł 

słuchawkę niechętnie.

- Halo... - powiedział niedbale, głosem, w którym można było wyczuć znużenie.

A jednak, w miarę jak słuchał, jego twarz rozjaśniała się, a zmatowiałe przedtem oczy 

nabierały blasku.

- Tak, tak! - powtarzał tylko. - Tak, tak! Tak, ja słucham, słucham, panie kapralu!

A więc, to zapewne wopista przekazywał Protowi jakieś dobre wiadomości.

- Nie! - usłyszałem nagle stanowczy głos Prota. - Z brodą to ja tu nikogo nie widziałem. 

Ani z brodą, ani bez brody zresztą...

Urzytomniłem   sobie   z   całą   wyrazistością   twarz,   którą   dostrzegłem   minionej   nocy   w 

blasku latarki. Dlaczego Prot kłamał? Co mam teraz zrobić? Z kim rozmawiać, z Protem czy z 

kapralem? A może milczeć?

W   tej   samej   chwili,   kiedy   Prot   odkładał   słuchawkę,   do   kancelarii   weszła   Monika. 

Trzymała w ręku butelkę z denaturatem.

- Nie mogłam znaleźć, Anito! - powiedziała, zbliżając się do okna. - Dlatego tak długo 

trwało.

Anita podała jej biały gałganek.

- Skrop go, Monisiu, i weź się za drugą szybę, pomóż mi trochę, bo późno już i z obiadem 

nie wydołam. A ty, Procie, masz gościa, gajowy idzie! - stwierdziła patrząc przez okno.

- Zaraz tu wrócę, Janie Sebastianie, poczekajcie chwilę.

Prot wyszedł, sięgnąłem po fajkę, Anita spojrzała w moją stronę.

- Ty to  jesteś   w  porządku,  Janie  Sebastianie!  -  pochwaliła   mnie  nagle.   - Nie  pijesz, 

papierosisków nie kurzysz, tylko sobie czasem tę fajeczkę pykniesz. A Prot...? Mam ci ja kło-

potów z tym twoim dziadkiem, Monisiu, oj, mam!

- Dziadek jest dobry! - odparła Monika gwałtownie. - Dlaczego Anita na niego narzeka?

- Dobry jest dziadek! - Anita uśmiechnęła się pobłażliwie. - Nawet bardzo jest dobry, 

Monisiu! Ponarzekam sobie na niego czasami, to prawda, aleś chyba ode mnie złego słowa na 

Prota nie słyszała, co? Takie to moje narzekanie: słów dużo, ale złośliwości mało...

background image

 

Przez   chwilę   Anita   w   milczeniu   szorow   białe   ramy   okna.   Potem   odłożyła   szczotkę, 

sięgnęła po miękki gałganek i znowu zaczęła mówić, głosem zatroskanym i smutnym:

- Życie to on miał ciężkie, na lepsze zasłużył, bo z kościami dobre chłopisko. Rodzinę 

miał, trzy córki przecie i ten chłopak, co go pochował, zanim się z niego radości doczekał. A 

teraz sam się został, córki w świat poszły, tyle co czasem która tu zajrzy albo dzieciaka podrzuci 

dziadkowi na lato. Inny był Prot dawniej, a inny teraz jest. Odkąd mu żona zmarła, to już nigdy 

do siebie nie wrócił. Bo też była z tej Małgorzaty dobra kobieta...

- Ja nic o babci nie wiem! - wtrąciła Monika. - Nic, zupełnie! Dziadek niechętnie o niej 

opowiada...

-   Ty   mu   się   nie   dziw,   Monisiu!   Jak   kto   naprawdę   kocha,   to   mu   słowa   do   tego 

niepotrzebne. Ty sobie, dziecko, zapamiętaj, że w miłości słowa nic nie znaczą. W miłości to sam 

człowiek się liczy, a nie jego gadanie. I taka też Małgorzata była. Małomówna, cicha, ale serce 

miała do wszystkiego. I za to Prot ją kochał, aż do samego końca, a kiedy zmarła, tośmy tu 

wszyscy myśleli, że on od zmysłów odejdzie. I ja ci coś powiem, Janie Sebastianie...

Anita odłożyła ściereczki, wytarła ręce w fartuch i stojąc przede mną ważyła w sobie 

jekieś słowa, widocznie niełatwe do wypowiedzenia.

- Piękna ona nie była, wbrew temu, co Prot o niej mówi, ale swoją rację on ma. Bo dla 

niego zawsze była najśliczniejsza, i wcale nie przez urodę, tylko, pomyśl sobie, Janie Sebastianie, 

przez to, co w niej kochania było warte...

Monika przykucnęła na parapecie okna i przyglądała się Anicie w milczeniu. Zauważy-

łem, że i Anita spojrzała na nią z ukosa, zanim zdecydowała się mówić dalej.

- Więc tak sobie często myślę, że choćby się dziewczyna nie wiem jak upiękniała, to na 

prawdziwe uczucie nigdy może nie natrafić, jeśli tego, co w sobie nosi, upiększyć nie umie. Bo 

tak już jest, że jak się szminkę i puder z buzi zmyje, to człowiekowi prawdziwa jego twarz 

zostaje, a tylko wtedy coś warta, jeśli sam człowiek coś wart...

Nie odezwałem się, bo w pewnej chwili zrozumiałem, że Anita nie do mnie mówi, cho-

ciaż na mnie patrzy. Monika słuchała uważnie, ale mały, cierpki uśmieszek błąkał się koło jej ust. 

background image

Być może Anita dostrzegła go także, bo westchnęła, zanim powiedziała:

- Teraz ja pójdę obiad przyrządzać. Monisiu, skończ to okno, a ty, Janie Sebastianie, na 

Prota zaczekaj, on tu zaraz będzie, bo coś mi się widzi, że gajowy to tylko tak przyszedł, na dwa 

słowa, nie więcej.

Kiedy wyszła, Monika sięgnęła po szmatkę i automatycznym ruchem przecierała szybę w 

jednym i tym samym miejscu.

- Coś ty się tak zadumała, Monika? Dziurę w końcu wytrzesz na wylot! - roześmiałem się.

- Myślę po prostu o tym, co Anita przed chwilą mówiła. Nie bardzo lubię takie mowy... - 

odparła szczerze.

- Dlaczego?

- Bo to wszystko jest może słuszne, ale w życiu chyba... - zawahała się - w życiu chyba 

inaczej się układa.

- Jak, mianowicie?

- A tak, że się przede wszystkim uroda liczy, ładne ciuchy, pieniądze. A dopiero potem 

cała reszta, którą Anita uważa za najważniejszą. I dobrze to wszystko mówić komuś, kto już 

swoje przeżył...

- Może to są właśnie wnioski, Moniko?

- Wnioski? - roześmiała się.

- No, wnioski, wnioski. - powtórzyłem z lekką irytacją.

- Kiedy już będę stara, będę miała czas na wnioski - odparła Monika twardo. - Inne rzeczy 

liczą się na starość, a inne w młodości.

- A więc dla ciebie: ciuchy, uroda, pieniądze?

- Jeżeli liczą się dla innych, muszą się liczyć i dla mnie.

- Na miły Bóg, Moniko! - zdenerwowałem się. - Nie wmówisz we mnie, że wszyscy mło-

dzi mają takie poglądy jak ty!

- Och, oczywiście! - przyznała bez dyskusji. - Jest cała masa nudziarzy...

- Nudziarzy...?

- Uhm, nudziarzy. Ja tam nie lubię żadnych wielkich dyskusji, tak jak Kryśka, ani

background image

żadnych przemyśleń, tak jak Babetka. Mnie to po prostu nie interesuje. Pan wie, że one 

kiedyś kłóciły się przez pół dnia o to, czy przeszczepy serca łączą się z jakimiś tam problemami 

moralnymi? A mnie to kompletnie nic nie obchodzi! Babetka twierdzi, że ona nie chciałaby mieć 

niczyjego serca, a Kryśka, że mogłaby, owszem, ale tylko z porządnego człowieka. A mnie jest 

wszystko jedno, ja mogłabym nosić każde serce, jeżeli to byłoby konieczne. Oczywiście serce 

człowieka, a nie zwierzęcia. Nie zniosłabym świadomości, że bije we mnie serce jakiegoś  tam 

prosiaka albo krowy...

Pomyślałem,   że   z   dwojga   złego   wolę   słuchać   wokaliz   Moniki   niż   jej   rozpraw 

światopoglądowych. Zresztą sama znudziła się najwyraźniej, bo nagle zainteresowała się włas-

nym odbiciem w szybie i przez chwilę przygładzała ręką zwisające nad brwiami kosmyki.

Do kancelarii wszedł Prot. Znowu powrócił mój niepokój o niego. Kimże był ten brodacz, 

o którego istnieniu Prot nie chciał powiadomić kaprala?

-   No,   to   my   się   teraz   napijemy,   Janie   Sebastianie!   -   powiedział   wyciągając   z   szafki 

butelkę   i   kieliszki.   Napełnił   je,   podał   mi   jeden   i   sam   przybliżył   swój   do   mojego   -   Nasze 

kawalerskie! - uśmiechnął się i popatrzył na mnie tym swoim dobrotliwym spojrzeniem, które tak 

u niego lubiłem.

- Nasze kawalerskie! - stuknąłem kieliszkiem o kieliszek Prota.

Monika zebrała porozrzucane gałganki, zamknęła butelkę z denaturatem i zeskoczyła z 

okna wprost do ogrodu. Zostaliśmy z Protem sami. Zbyt długo i zbyt dobrze go znałem, żeby 

milczeć.

-   Wiecie...   -   zacząłem,   ale   trudno   mi   to   szło.   -   Wiecie,   widziałem   dzisiejszej   nocy, 

jakżeście szli, Procie, od starej kuchni w stronę lasu...

- Tak...? - zdziwił się szczerze. - A to dlaczego? Co wam spać nie daje? Zawsze żeście 

dobrze spali, Janie Sebastianie, w mojej leśniczówce...

- Tym razem nie mogę. Niespokojnie tu jakoś!

- Eeeee! - Prot machnął ręką pogardliwie. - Jak kto chce, to i diabła może nocą zobaczyć, 

ważne, żeby w siebie żadnych głupstw nie wmawiać...

Zakasłałem, bo mówienie szło mi coraz oporniej.

background image

- Nie byliście sami, Procie, kiedy was widziałem.

Podniósł na mnie wzrok i patrzył nieruchomo, poważnie.

- Wy, Janie Sebastianie, skorzystajcie lepiej z środków nasennych, Anita ma u siebie w 

apteczce... - powiedział wreszcie, nie spuszczając ze mnie surowego spojrzenia.

- Ja rozumiem,  że wy się przede mną nie musicie tłumaczyć.  Ale zrozumcie i mnie. 

Słyszę, szukają brodatego. A wyście przecież z tym brodatym byli!

- Jak dziecko jesteście... - Prot pokiwał głową z pobłażaniem. - Zupełnie jak dziecko.

- Byliście z brodatym! Widziałem go tak, jak was w tej chwili widzę. Chyba nie będziecie 

zaprzeczać...

- Zaprzeczać to nie będę, ale czy to jeden brodaty po ziemi chodzi? Jakbyście wy brodę 

zapuścili, też by wam urosła, nie?

- Tak, ale...

Urwałem i przez moment myślałem, jak by nakłonić Prota do szczerej rozmowy. A on 

odsunął się nieco od stołu i szeroko położył przed sobą wyciągnięte ręce.

- Wy to teraz myślicie, czy nie warto w sprawie brodatego do kaprala jechać, tak? - 

powiedział. - Boście przed chwilą moją rozmowę słyszeli, o uszy wam się coś jeszcze obiło, a 

może i sam kapral o uwagę prosił... Ot, i rozumiem, że sprawa gnębi! Ale jedno tylko wam 

powiem: nie śpieszcie się jechać do miasta, Janie Sebastianie. Nie macie z czym. Więcej mówić 

nie mogę, bo cała ta rzecz nie moja jest...

Prot sięgnął po butelkę i dolał nalewki do swojego kieliszka.

- No jak? - zapytał. - Wierzycie na słowo?

- Jasna rzecz, Procie. Wierzę. Wierzyłem istotnie.

- Jest tu jeszcze Jan Sebastian? - Anita zajrzała do kancelarii. - Jest, to dobrze. Chodź do 

kuchni, ja cię proszę, potem sobie wrócisz do Prota, dużo ci czasu nie zajmę.

Podniosłem się, za mną Prot.

- Do lasu idę. Wrócę na obiad, Anito! Anita popędzała mnie.

- Prędzej, prędzej, taki mam z Babetką kłopot, że już sama nie wiem, co robić...

- A co jej się stało?

background image

- E, głupoty takie! Tomaszek jej pierścionek na jarmarku kupił, na palec wsadziła i teraz 

nieszczęście! Paluch napęczniał jak balon, bo pierścionek mały. Mydłem smarowałam, ale też nie 

może zsunąć, sama nie wiem, Janie Sebastianie, ale chyba będziesz go musiał przeciąć! Przetnie 

się chyba nożyczkami taką cienką obrączkę, nie? Babetką siedziała przy kuchennym stole.

- Pokaż ten palec!  - Anita pochyliła  się nad Babetką i zajrzała  jej w oczy.  - Co ty, 

dziewczyno? Ryczysz? Jezusie, Mario! O taki ból ona ryczeć będzie! Toż ciebie chyba jeszcze 

nigdy w życiu nic porządnie nie bolało! Wytrzyj  nos, słyszysz? I pokaż palec, Jan Sebastian 

przyszedł z ratunkiem!

Anita wyjęła z szuflady długie, ostre nożyczki i podała mi je bez słowa. Spojrzałem na 

nieszczęsny palec, wyglądał brzydko, ale znowu nie tak, żeby wsunięcie wąskiego ostrza pod 

obrączkę było niemożliwe.

- Może ja jeszcze raz spróbuję mydłem? - poprosiła Babetką cicho.

- Co tam mydłem! Przeciąć i już! - zarządziła Anita zdecydowanie. - Będziesz żałować 

takiej tandety? Nie maż się, dam ci pięć złotych, kupisz sobie drugi!

- Ja wcale nie chcę drugiego, Anito...

-   Więc   o   co   te   płacze?   Ty   sama   już   nie   wiesz,   dlaczego   beczysz,   paskudo!   Żebyś 

widziała, jak wyglądasz! Nos czerwony, oczy spuchnięte...

Kiedy wsuwałem ostrze pod obrączkę, do kuchni wszedł Tomasz.

- Przyniosłem ziemniaki, Anito... - spojrzał na Babetkę i na mnie. - Co tu się dzieje? 

Podszedł bliżej.

- O! - zawołał. - To fatalnie! Czy mogę panu pomóc?

- Dziękuję, pójdzie szybko, tylko sekundę może poboleć, Babetko...

Cienki   drucik   nie   stawiał   zbytniego   oporu.   Pierścionek   upadł   na   podłogę,   Tomasz 

podniósł go i podał Babetce.

- Dlaczego płakałaś? - zapytał. - Bolało?

-   Nie...   -   wymamrotała.   Patrzyła   na   pogięty   pierścionek,   który   leżał   teraz   na   jej 

wyprostowanej dłoni.

- Spójrz, jak on teraz wygląda... - szepnęła, ale usłyszałem ten szept.

background image

-   Więc   dlatego...?   -   Tomasz   przykrył   dłoń   z   pierścionkiem   swoją   ręką.   -   Nie   bądź 

głuptasem... a zresztą... - zawahał się. - Może właśnie nie jesteś!

Nie wiem, jak Babetka, ale ja byłem wdzięczny Tomaszowi za te słowa. Przypomniały mi 

się chrabąszcze, które w życiu Babetki odegrały jakąś rolę, pomyślałem jednak, że nie można 

dokonywać wyboru bez prób i siebie też bez prób nie można sprawdzać. Próbę chrabąszczy 

Babetka już zaliczyła, teraz zalicza próbę jarmarcznego pierścionka. Cóż, jak długo pamiętać 

będzie przestrogę Alki, tak długo możemy być o nią zupełnie spokojni! I ja, i dama klasowa, 

która znowu złowieszczo przemówiła moim głosem:

- Powinnaś przemyć to obtarte miejsce wodą utlenioną, Babetko! Może ci się paskudzić.

background image

IV. TRZĘSIENIE ZIEMI

 

- Myślę, że Anita naprawdę ucieszyła się z tej chustki! - powiedział Tomasz.

- I mnie się tak wydaje - odparłem.

Spasieni różnymi przysmakami siedzieliśmy we dwóch na plecionych fotelach przed do-

mem. Dziewczęta sprzątały po imieninowym podwieczorku. Stwierdziły, że popołudnie w dniu 

swoich   imienin   Anita   powinna   spędzić   przy   telewizorze,   przecież   prawie   nigdy   nie   ogląda 

programu,   zawsze   czymś   zaprzątnięta,   nawet   późnym   wieczorem.   Anita,   ujęta   ich   dobrymi 

intencjami, siedziała teraz przed aparatem i pokornie oglądała „Misia z okienka".

- Zdaje mi się, że po dzisiejszym programie Anita będzie unikała telewizji co najmniej 

przez miesiąc! - zauważył Tomek sceptycznie. - Po „Misiu" ma być czeska kreskówka, a potem 

mecz piłki nożnej.

-   Przekonasz   się,   że   twardo   obejrzy   cały   program!   Jest   zachwycona,   że   dziewczęta 

pomyślały o tym. Zresztą, mecz ja również chętnie zobaczę. A ty?

- Nie... - Tomek skrzywił się z niechęcią. - Piłka nożna zupełnie mnie nie pasjonuje. W 

gruncie rzeczy to jest potwornie żałosne, musi pan przyznać: gromada dorosłych mężczyzn lata 

po trawie za kawałkiem skóry. Ciekawę, czy oni w pracy też są tacy aktywni? Osobiście wątpię.

- Nie lubisz sportu? - zdziwiłem się.

- Sport lubię. Ale nie taki.

- A jaki?

-   Dżudo.   Mam   trzecie   kyu   -   powiedział   Tomasz.   -   Jeżeli   to   pana   interesuje,   mogę 

zademonstrować kilka chwytów. Na przykład duszenie...

- Na kim chcesz demonstrować? - zapytałem przezornie.

- Na panu.

- W takim razie nie bardzo mnie to interesuje! - roześmiałem się.

- Ma pan rację! - zawołała Babetka wychylając się przez okno. - Jak zakładał duszenie 

background image

Anicie, to Anita wpadła do salaterki z galaretką! A jak mnie zakładał duszenie, to dostałam 

potem czkawki, która mnie trzymała przez dwie godziny!

- To dlatego, że mi się wyrywałaś! - zaperzył się Tomasz. - Gdybyś mi się nie wyrywała...

- Ha! - przerwała Babetka. - Gdybym ci się nie wyrywała, już dawno kwiatki by na mnie 

wyrosły! Niech pan się nie da namówić na duszenie za żadne skarby! On kiedyś popełni zbrodnię 

zupełnie niechcący, dlaczego ma ją popełnić akurat na panu??

Byłem tego samego zdania.

-   To   jest   takie   typowe   dziewczyńskie   gadanie!   -   powiedział   Tomek   szorstko,   ale 

jednocześnie   wpatrywał   się   w   okno   kuchenne   wzrokiem,   w   którym   było   wszystko   prócz 

szorstkości.

- Ty też powinnaś znać podstawowe chwyty dżudo! - stwierdził. - Dopiero wtedy byłbym 

o ciebie zupełnie spokojny.

Zupełnie spokojny! Spojrzałem na Tomasza. Wyglądał jak nastroszony kogut, tylko oczy 

miał mdłe jak rachatłukum. Babetka również patrzyła na niego.

- I teraz możesz być o mnie zupełnie spokojny - powiedziała, a zabrzmiało to wyniośle - 

chociaż nie znam żadnego chwytu dżudo. Mam za to charakter. A dziewczynie charakter jest 

bardziej potrzebny niż trzecie kyu!

- Oczywiście, że charakter jest bardziej potrzebny - przyznał Tomek. - Ale dżudo też 

może się czasami przydać, nie uważa pan? - zwrócił się do mnie.

-   Jasne!   -   poparłem   go   lojalnie   i   z   przekonaniem   zresztą.   -   Powinnaś   koniecznie 

opanować kilka chwytów, Babetko!

- Nie wiem, czy się zdecyduję... - odparła, przechylając zabawnie głowę. Jeden kucyk 

leżał teraz na ramieniu, drugi sterczał zadzierzyścię.

Pomyślałem złośliwie, ale to była serdeczna złośliwość, że być może Babetka wcale nie 

ma ochoty znać żadnych chwytów dżudo, a przynajmniej nie chce, żeby Tomek o tym wiedział... 

Kto wie, co się tam marzy w kucykowatym łebku? Nie ufa Tomkowi, ale zależy jej na nim, 

opancerza się, wysuwa kolce jak mały jeż, ale jednocześnie płacze nad pogiętym pierścionkiem. 

„Ja mam charakter!" - mówi groźnie i dumnie, ale jednocześnie chciałaby, żeby ją Tomasz objął, 

background image

żeby powiedział: „Jesteś najcudowniejszą dziewczyną na świecie!" Chciałaby móc w to wierzyć, 

móc przyznać, że i on stał się jej bliski, a tu trzeba będzie przerzucić chłopaka przez bark jak 

wiązkę słomy albo założyć mu duszenie. Hm... gdybym był Babetką... Gdybym był Babetką! Co 

za szczęście, że nie jestem.

- W życiu zdarzają się paskudne układy! - powiedziała Babetką nagle. - Tak paskudne, że 

żadne dżudo nie jest w stanie ich zmienić. I mnie się zdaje... - urwała, podniosła w górę ramiona, 

a w jej oczach dostrzegłem popłoch, jakby się zlękła własnej odwagi. - Po prostu, uważam, że 

znajdować   wyjście   z   niedobrych   układów   to   jest   dopiero   sztuka.   Znać   prawidłowe   chwyty, 

którymi można bronić siebie, ludzi... Ale żeby to nie było dżudo...

Patrzyła  na mnie  pytająco.  Zrozumiałem,  że teraz  Babetką  nie powtarza  już  żadnych 

sentencji  Alodii,   tylko   snuje  swoją  własną  teorię.   Może  po  raz   pierwszy?   Zanim  cokolwiek 

zdążyłem odpowiedzieć, Babetką zniknęła w głębi kuchni. Przez chwilę patrzyłem w puste okno.

- Dziwna ona jest - powiedział Tomek.

- Być może dziwna, być może nie dziwna. W każdym razie zadaje sobie pytania i to się 

liczy. Ktoś, kto o nic nie pyta samego siebie, ma zamazaną osobowość, nie sztuka powielać się 

na obcych wzorach, nie uważasz?

Do tej pory Tomek nie wykazywał się zbytnią rozmownością, liczyłem się z tym, że zno-

wu zareaguje krótkim „ma pan rację, owszem, tak" albo podobnie ogólnikową odpowiedzią. 

Myliłem się.

- Jak Monika! - odparł krótko, ale treściwie. - Ona jest papużką.

Papużką? Może i tak. Papużka-nierozłączka, ptaszek, który nie potrafi żyć samotnie, pięk-

nie upierzony, gruchający świergotliwie, ale przecież - to wszystko.

- Babetką jest zupełnie inna - ciągnął dalej Tomek - i Kryśka jest inna. Nie wiem, czy pan 

to zauważył?

Mój Boże, nawet gdybym bardzo chciał nie zauważyć wnuczek Prota, i tak by mi się to 

nie udało.

- Zauważyłem, oczywiście!

- Kryśka lubi na świecie porządek. Gdybym był karykaturzystą, narysowałbym Kryśkę 

background image

stojącą na kuli ziemskiej ze szczotką i froterką w ręku! - roześmiał się Tomasz. - Ona chciałaby 

bez przerwy porządkować ludzi i życie. To jest fajne w Kryśce, bardzo ją za to lubię.

Pomyślałem, że chyba ma rację ten młodociany psycholog z trzecim kyu. Krystynka lubi 

sprawy przejrzyste i dlatego właśnie zamartwia się poczynaniami dziadka Prota.

- A którą z nich trzech lubisz najbardziej? - zapytałem, udając, że nie wiem.

A   jednak   Tomek   zaskoczył   mnie.   Oparł   się   wygodnie   o   poręcz   wiklinowego   fotela, 

wyciągnał przed siebie długie nogi, ręce wsunął w kieszenie spodni i pogwizdywał cichutko. Za-

stanawiałem się, co mu dyktuje tę pozę, wygoda czy nonszalancja, kiedy powiedział:

- Czy ja wiem? Kryśkę to chyba każdy lubi. Babetka jest... Babetka jest... och, no! - 

zmrużył  oczy i patrzył przed siebie. Widać nie umiał znaleźć słowa, które mogłoby określić 

Babetkę w sposób jednoznaczny. Natomiast znalazł słowo dla Moniki. - Monika jest ładna! - 

stwierdził z przekonaniem. - Monika jest z pewnością najładniejsza z nich wszystkich.

- Co z tego? Sam uważasz, że ona jest jak papużka.

- Tak! - przyznał. - Ale... - Tomasz odwrócił się gwałtownie, miałem teraz przed sobą 

jego twarz. - Ale czy pan, na przykład, nie lubi papużek? - zapytał.

Nie.   Ja,   na   przykład,   nigdy  nie   lubiłem   papużek,   ale   to   wcale   nie   było   ważne   i   nie 

potrzebowałem wyjaśniać Tomkowi swojego poglądu na tę sprawę. Treść zawarta w jego pytaniu 

nie odnosiła się do mnie, więcej, to może nawet w ogóle nie było pytanie. Tomasz stwierdzał: 

cenię i lubię szare wróbelki, zaradne i mądre. Ale mój wzrok przyciągają również barwne piórka 

papużek. Czy jestem w porządku?

Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo właśnie Monika podbiegła do nas i stanęła na wprost 

Tomka.

- Idę po szyszki! - powiedziała zaczepnie. - Chodź ze mną! Pójdziesz? Proszę cię, chodź... 

- mruczała teraz przymilnie. - Tak nie lubię być sama w lesie...

Nie odpowiadał, więc rzuciła mu na kolana pleciony koszyk. Wtedy wstał, mruknął w 

moją stronę coś, co miało oznaczać, że przeprasza mnie na chwilę, i ruszył w stronę lasu. Monika 

przez chwilę szła obok niego podskakując zabawnie, a potem wsunęła mu rękę pod ramię i szła 

dalej spokojnie, z podniesioną do góry głową, zdobywcza, pewna siebie. Tak ich widziałem, a 

background image

później spojrzałem w okno kuchenne i przekonałem się, że Babetka widziała ich także.

Wrócili o zmierzchu. Babetka nakrywała stół do kolacji, pochylona nisko nad wielkim 

blatem wygładzała rękoma załamania serwety. Znieruchomiała, kiedy Monika weszła, i nie po-

trafiła ukryć swojego niepokoju: posłała Monice przelotne spojrzenie, które czasami jest bardziej 

wymowne i przenikliwe niż długa obserwacja, a potem uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.

- Umyj się - powiedziała - jesteś brudna.

Monika potarła ręką policzek.

- Brudna? To pewnie jagody. Nie masz pojęcia, ile dziś było jagód w lesie! Znaleźliśmy 

całą masę.

Monika   zakręciła   się   na   pięcie   i   pobiegła   w   stronę   drzwi,   w   progu   zderzyła   się   z 

Tomkiem. Oboje wybuchnęli śmiechem. Ten śmiech poraził Babetkę... z przeraźliwym hałasem 

rzuciła na stół łyżki i widelce, jak gdyby chciała zagłuszyć perliste gruchanie Moniki i stłumione 

parskanie Tomasza.

- Masz cały policzek w jagodach! - zawołał Tomek. - Wyglądasz jak panna Jagodzianka...

To drugie zdanie było już ciche, wyobrażam sobie jednak, jak głośno zaświdrowało w 

uszach Babetki. Monika wyszła, Tomek zbliżył się do stołu i zapytał:

- Pomóc ci w czymś, Babetko?

- Nic.

- Może jednak? Chleb pokroję albo coś...

- Nie! - powtórzyła Babetka ostro. - Wszystko już zrobione, Kryśka mi pomogła.

Z pochmurną miną przyglądał się, jak Babetka układa sztućce na stole.

- Talerze przyniosę - zaofiarował się.

- Kryśka zaraz przyniesie. Jak już zaczęłyśmy wszystko robić we dwie, to i skończymy 

we dwie - powiedziała Babetka zaczepnie.

- Nie myśleliśmy, że to już tak późno. Wcale nie chcieliśmy się migać od rofroty, tylko 

tak jakoś nam zeszło...

- Czy ja ciebie proszę, żebyś się tłumaczył? - zapytała Babetka godnie. - Dlaczego się 

tłumaczysz? Świat się nie zawalił!

background image

Może się nie zawalił - pomyślałem - ale porządnie nim zatrzęsło. To znaczy tym światem 

Babetki. Być może Tomek rozumował podobnie, bo powiedział łagodnie:

- Nie złość się, Babet...

- Wcale się nie złoszczę! - krzyknęła Babetka gwałtownie i z prawdziwą wściekłością 

tupnęła nogą. - Nie wmawiaj mi, że się złoszczę!

- Niczego ci nie wmawiam. Widzę po prostu.

- To źle widzisz. Przydałyby ci się okulary.

- Dobrze, poszukam okularów, mam je gdzieś w plecaku, bo używam tylko do czytania.

- Słuchaj, Babetko - powiedziałem, kiedy wyszedł - czy nie sądzisz, że tobie z kolei 

przydałby się tłumik?

Myślałem,  że fuknie na mnie,  ale ona chyba już zdążyła  zrozumieć,  że ma  we mnie 

sojusznika, bo spojrzała tylko i powiedziała z westchnieniem:

-   Ma   pan   rację,   ale   ja   nie   mam   takiego   tłumika.   Oni   mnie   rzeczywiście   potwornie 

rozzłościli. Cała imieninowa kolacja spadła na mnie i na Kryśkę. Czy to nie świństwo z ich 

strony? Zrobiłyśmy kanapki, zrobiłyśmy sałatkę, zrobiłyśmy zapiekankę. We dwie. Czy pan się 

domyśla, ile z tym było roboty?

- Domyślam się.

A więc Babetka stała twardo na pozycji zmęczonej! To była w każdym razie lepsza po-

zycja niż pozycja zazdrosnej, i nie mogłem mieć jej tego za złe.

- Za to masz satysfakcję - powiedziałem udając, że dałem się wyprowadzić w pole. - 

Machnęłyście we dwie robotę za czworo.

Przyjrzała mi się, a potem przemknął przez jej buzię uśmiech politowania. Widocznie 

krytycznie stwierdziła, że z taką znajomością psychiki nie mam szans na stworzenie książki o 

zagmatwanych sprawach pierwszej miłości.

- Babetko! - zawołała Anita wchodząc do pokoju. - Byłam w kuchni, a co wyście tam za 

cudeńka naszykowały! Powiadam ci, Janie Sebastianie, całe przyjęcie urządziły! W życiu swoim 

takich imienin nie miałam.

Spojrzenie Babetki rozjaśniło się, ale tylko na chwilę, na króciutki ułamek sekundy, bo 

background image

właśnie wszedł do pokoju Tomasz. Grube okulary w brązowej oprawce zsuwały mu się z nosa, 

więc przytrzymywał je palcem.

- A jednak! - powiedział żartobliwie. - A jednak, Babetko!

- Masz za słabe szkła - mruknęła.

- O czym wy mówicie? - Anita spoglądała to na Babetkę, to na Tomka. - Po co ty w tych 

okularach, Tomaszku?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo Babetka była szybsza od niego.

- Nie zwracaj na niego uwagi, Anitko! Nie warto!

Nie warto! Tomasz opuścił rękę i okulary zsunęły mu się do połowy nosa. Patrzył teraz na 

Babetkę sponad oprawki, już poważnie, już bez uśmiechu. „Nie warto!" - powiedziała...

- Tomek! - wołała Monika z sieni. - Chodź, zobacz, znalazłam tu wspaniałą rzecz!

Tomasz zdjął okulary i wsunął je do kieszeni. Wyszedł bez słowa, a kiedy wrócił do 

pokoju, u jego ramienia wisiała Monika.

- Cóż ty, Monisiu? - zapytała Anita z wyraźnym niezadowoleniem. - Sama nie potrafisz 

na nogach ustać?

- Potrafię, ale tak złaziliśmy się po lesie, Anitko, że już ledwo żyję. Tomek, schowałeś do 

swojej kieszeni moją chustkę, możesz mi ją dać, pieseczku?

- Pieseczku!  - parsknęła  Anita.  - Też  sobie  pieseczka  znalazłaś,  kto by to pomyślał! 

Prędzej już Tomaszek do jakiej żyrafy podobny, ale do pieseczka?... Pieseczek całkiem do niego 

nie pasuje - stwierdziła kategorycznie.

Babetka przyniosła na stół wazonik z kwiatami.

- Może pieseczek do mnie nie pasuje - powiedział Tomek samokrytycznie. - Ale to w 

końcu przyjemnie być pieseczkiem, Anito, bo każdy pieseczek...

-   ...chodzi   na   smyczy   -   wtrąciła   Babetka.   -   A   chodzenie   na   smyczy   to   przecież   coś 

cudownego!

Usiedliśmy do stołu, ale czekaliśmy z rozpoczęciem kolacji na Prota. Krystynka pobiegła 

do kancelarii,  żeby odciągnąć  go od rachunków. Babetka rozmawiała  z Anitą o zapiekance, 

Tomasz bawił się widelcem, Monika skubała frędzle serwety. A ja myślałem o tym, jak szybko 

background image

zmienił się tu układ sił. I dlaczego? Przez odrobina zazdrości, być może nawet nieuzasadnionej, 

przez   jeden   zwrot  „nie  warto",   przez   jedno   słowo   „pieseczku"...   A   może   troszkę   i   przez 

różnobarwne piórka papużki? I oni chcieli mi pomagać w pisaniu książki o miłości! A przecież 

ona dla nich jest jeszcze jak mgła, gęsta, nieprzenikniona, w której każdy krok stawia się po 

omacku, chwiejnie i tak często wcale nie w tę stronę, w którą pragnie się iść.

- O czym ty myślisz, Janie Sebastianie? - usłyszałem głos Anity. - Taką masz minę, jakby 

świat dookoła ciebie nie istniał.

- A tak, siedzę sobie i myślę, Anito, o tym, jak trudno jest ludziom chodzić w czasie 

mgły.

Anita ściągnęła brwi, myślała dość długo, wreszcie powiedziała wolno:

-   Masz   rację,   trudno   jest,   pobłądzić   można.   Nawet   kiedy   dwoje   idzie   blisko   siebie, 

zdarzyć się może, że coś ich rozdzieli. I chociaż mogą ręce do siebie wyciągać, żeby jedno na 

drugie znowu trafiło, to nie, nie udaje się. Albo jeszcze inaczej może się przytrafić: pochwycisz 

jakąś rękę, wydaje ci się, że już znalazłeś tego, kogo zgubiłeś, a potem patrzysz: nieprawda! Ta 

ręka do innego człowieka należy...

Monika już plotła czwarty warkoczyk z frędzelków, Tomasz podniósł głowę i wpatrywał 

się w ciemne belki sufitu.

- I dziadka nie ma, i Kryśka przepadła - powiedziała nagle Babetka wstając od stołu. - 

Pójdę, zobaczę...

- Może ja pójdę? - Tomasz przytrzymał ją za łokieć. - Siadaj, Babet, ja pójdę.

-   Dobrze   -   odparła   Babetka   łagodniejszym   tonem.   -   Dobrze,   jeżeli   chcesz...   Tomasz 

uśmiechnął się do niej, a ona również próbowała odpowiedzieć mu uśmiechem. Widziałem, z 

jakim wysiłkiem zmuszała do tego swoją buzię, swoje oczy. No cóż, niezbyt dobrze to wyszło. 

Monika skończyła zaplatać piąty warkoczyk.

Tej nocy śniło mi się, że jestem na Capri, na której zresztą nigdy nie byłem, ale od dzie-

ciństwa ta nazwa posiadała dla mnie ogromny urok i od dzieciństwa również wydawało mi się, że 

właśnie na Capri mógłbym być szczęśliwy. Tylko raz, miałem wtedy dwanaście lat, przeżyłem 

chwilę   rozterki.   Przyjaciel   mego   ojca,   filolog,   wyjaśnił   mi,   że   nazwa   Capri   pochodzi   od 

background image

łacińskiego słowa c a p r o s, co znaczy koza. I to sprawiło, że moje marzenia o podróży na Capri 

zostały nieco stłumione.

Wkrótce jednak znowu począłem tam wracać marzeniami.  Odwiedzałem  moją wyspę 

każdej niemal nocy, odrywając się w ten sposób od rzeczywistości, od wojennego świata, którego 

prawem stało się bezprawie. Wróciłem na moją Capri zapominając o pochodzeniu tej nazwy. 

Teraz bywam tam rzadko, bo już wiem, że szczęście człowieka nie zależy od flory i fauny ani od 

nieba, pod którym żyje.

Tej   nocy   jednak   śniło   mi   się   znowu,   że   jestem   na   Capri,   że   idę   stokiem   pełnym 

pachnących   narcyzów.   Sypiam   jednak   bardzo   czujnie   nawet   podczas   śródziemnomorskich 

wycieczek i każdy, najdrobniejszy szelest budzi mnie natychmiast. Tym razem ze snu wyrwał 

mnie szmer za oknem. Zupełnie wyraźnie słyszałem czyjeś kroki. Sięgnąłem po latarkę, którą 

każdego wieczoru kładłem pod poduszkę. Trzymałem ją w ręku, nie zapaloną, skierowaną jednak 

w stronę otwartego okna. Kroki wydawały mi  się coraz bliższe,  a kiedy ucichły,  byłem  już 

pewien, że ktoś przystanął pod moim oknem. Wpatrywałem się w ciemny prostokąt i nie było mi 

przyjemnie. Nagle ujrzałem przed sobą nieczytelny zarys czyjejś sylwetki. Prot! - pomyślałem 

przesuwając wyłącznik latarki. Ale to nie był Prot. W smudze światła zobaczyłem obcą twarz 

okoloną   obfitym   zarostem.   Wszystko   trwało   sekundy,   ale   zdążyłem   sobie   w   tym   czasie 

uświadomić, że z pewnością nie była to twarz brodatego człowieka, który towarzyszył Protowi w 

czasie jego nocnej wędrówki. Ten nowy brodacz zniknął mi z oczu równie błyskawicznie, jak się 

pojawił. Zerwałem się z łóżka i dopadłem okna. - Stać! - krzyknąłem, widząc, że ciemna postać 

ginie mi z oczu w krzakach malin.

W mgnieniu oka wyskoczyłem przez okno i skierowałem światło latarki na krzewy. Kie-

dy przedarłem się przez kłujące gałęzie, zobaczyłem, że nieznajomy biegnie w stronę szkółki. 

Byłem bez szans, moja nie najlepsza forma fizyczna z góry przekreślała sukces jakiejkolwiek 

pogoni. Mogłem jedynie możliwie szybko wrócić do domu, obudzić Prota i zawiadomić go o 

nocnej wizycie obcego brodacza. Pobiegłem wzdłuż żywopłotu, a potem

ścieżką do drzwi wejściowych. Były zamknięte, zauważyłem jednak, że okno pokoju, w 

którym sypiał Prot, jest lekko uchylone. Po chwili stałem już przy jego łóżku.

background image

- Procie! - zawołałem, gwałtownie szarpiąc go za ramię. Usiadł, przytomny od razu.

- Co wam...? - zapytał z przestrachem. - Co wam, Janie...?

-   Procie,   przed   chwilą   ktoś   zaglądał   do   mojego   pokoju.   Goniłem   go,   ale   uciekł!   - 

mówiłem, szukając jednocześnie wyłącznika przy nocnej lampce.

Kiedy zapaliłem światło, Prot miał już buty na nogach.

- Mówcie, jak wyglądał? Widzieliście go? Zauważyliście coś?

- Wysoki, barczysty. Jasna broda. Więcej nic nie widziałem.

- Chodźmy do kancelarii, będę dzwonił na komendę - zdecydował Prot. - Rysopis się 

zgadza, to może być Walter.

Nie wiedziałem, kim jest Walter, ale domyśliłem się od razu, że musi to być właśnie ten 

człowiek, którego kapral szukał w okolicy,  bo Protowi nerwowo drżała ręka, kiedy nakręcał 

numer komendy.

- Widzicie, Janie Sebastianie - mówił Prot czekając na sygnał - teraz toście słusznie po-

dejrzenie powzięli. To może być Walter. Dziś tu, wczoraj u Węsierskiego szukał... Bezczelnie 

łaził po całym podwórzu gajówki, myślał pewnie, że nikogo w domu nie ma, ale się pomylił, 

łotrzyk, bo Węsierska była.

Stałem obok Prota i wyraźnie usłyszałem w słuchawce głos dyżurnego. Prot złożył mu 

krótką relację o tym, czego dowiedział się ode mnie.

- Na strażnicę mam dzwonić? - zapytał jeszcze.

- Nie trzeba! Ja już się z nimi łączę. Dziękuję...

Prot   odłożył   słuchawkę,   ale   jeszcze   przez   chwilę   stał   trzymając   rękę   na   aparacie. 

Patrzyłem na jego dłoń, dużą, kościstą, opaloną. To była dobra dłoń przyjaciela. Ta sama, która 

wiele lat temu otworzyła mi drzwi, kiedy wychudzony i głodny stanąłem przed nimi, wyczerpany 

ucieczką z obozu. Ta sama, która później strzegła mnie i karmiła. Było mi teraz niewymownie 

wstyd   za   chwilę   przelotnego   zwątpienia.   Ach,   Krystynko!   Są   ludzie,   których   nie   trzeba 

porządkować, kto wie, czy Babetka nie miała racji celując pomidorem w twój wścibski nosek...

- Procie...

Odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco.

background image

- A co? Macie ochotę na coś mocniejszego, Janie Sebastianie?

- O, nie! - zaprzeczyłem gwałtownie. Ale Prot wyjął już z szafki butelkę.

- Może chociaż połóweczkę? - zapytał i prowokująco postawił na stole dwa kieliszki.

- No, połóweczkę...

- To rozumiem! - ucieszył się.

Napełnił kieliszki, uniósł swój do góry i patrzył na mnie.

- Na jakieś dwa dni przed waszym przyjazdem, Janie Sebastianie, zjawił się w miasteczku 

samochód z zagranicznymi znakami. Na Rynku widzieli, że wysiadło z niego dwóch mężczyzn. 

Jeden   niski,   cherlawy,   drugi   potężny   z   rudą   brodą.   Cherlawy   zagranicznik   wynajął   pokój   u 

kierownika restauracji, powiedział, że przyjechał odpocząć, że potrzebuje ciszy, bo nerwy leczy. 

Grzecznie się zameldował. Dziwne to się wydało naszym władzom, że aż u nas spokoju musiał 

szukać, parę kilometrów od strefy nadgranicznej...

Prot podniósł kieliszek,

- Nasze kawalerskie! - powiedział i wypił. Sięgnął po papierosa, chwilę go pokręcił w 

palcach, wreszcie zapalił.

- A ten drugi, ten z brodą, przepadł bez śladu. Ani w miasteczku się nie pokazywał, ani 

biletu na autobus nie kupował, ani w kasie na dworcu kolejowym kasjerka nikogo takiego nie 

widziała.   Za   to   w   dwa   dni   później   gajowy   spotkał   go   w   lesie.  „Turysta   jestem,   okolicę 

zwiedzam",   mówił.   Podejrzany   wydał   się   Węsierskiemu,   więc   zameldował,   komu   trzeba.   A 

wieczorem, tego samego dnia, zjawił się brodacz u Marcina Zapały, który przy plebani mieszka. 

„Turysta  jestem,   mówi,   kościół   piękny  macie!"   I dalej   Marcina  za  język  ciągnąć  o  witraże. 

Gdyby jednak Marcin coś o witrażach wiedział, to one by już dawno na swoje miejsce wróciły! 

Im dłużej, brodacz siedział, tym bardziej jego twarz wydawała się Zapale znajoma. „Gdzieś ja 

tego chłopa widziałem!", myślał sobie i to mu spokoju nie dawało. Dopiero w nocy, kiedy już 

dawno   tamten   poszedł,   Marcin   uprzytomnił   sobie,   z   kim   rozmawiał!   Rankiem   pobiegł   na 

komendę i mówi: „Walter Szulc był u mnie! O witraże pytał!" Na komendzie oczy wytrzeszczyli, 

bo nikt o żadnym Szulcu od lat nie słyszał. Wtedy Marcin całą historię opowiedział, jak to Walter 

Szulc podczas okupacji tu mieszkał, jak to się handlem zajmował i jak to on, Marcin, pamięta, że 

background image

Walter razem z innymi proboszczowi pomagał ukrywać kościelne witraże. Wtedy musiał część 

tych witraży ukraść. On i stary Borowski.

A kiedy jeszcze tego samego dnia w południe Węsierskiemu żona zaczęła opowiadać, że 

się jakiś rudy brodacz u niej po podwórzu kręcił, jasne się stało, że Walter właśnie tych witraży w 

tajemnicy przed władzami szuka.

- A ten drugi? - zapytałem.

- Drugi u kierownika siedzi, krwiste befsztyki  zamawia  i czeka. - Prot napełnił  swój 

kieliszek, ale nie wypił go. - A Waltera pamięć zawodzi. Pewno, tyle lat już minęło, tyle się w 

okolicy zmieniło! Widać na papierze nie miał narysowane, gdzie witraże ukrył. A to miejsce 

tylko on znał. On i Jan Borowski. Wy pamiętacie, jakżeście mnie tu którejś nocy wypatrzyli?

- Pamiętam.

- No! Z Leonem Borowskim, synem Jana, wtedy byłem. I to Leona broda taka wam się 

podejrzana  wydała.  Równo prawie z Walterem  Leon pojawił się w miasteczku.  Na urlop tu 

przyjechał, a kiedy dowiedział się, co i jak, to sobie za ambicję wziął, żeby skradzione przez ojca 

witraże odnaleźć i zwrócić kościołowi. Cóż, kiedy władze zakazały mu się teraz po okolicy 

kręcić. Niechcący przecież Leon może Waltera na jakiś ślad naprowadzić, więc kazali mu cze-

kać. Tyle, że Leon ma usposobienie niecierpliwe i wyperswadować sobie nie daje, jak może, tak 

zerka tu i ówdzie. Tej nocy,  coście mnie z nim widzieli, aż pięć kilometrów  pognał mnie i 

Marcina. Fundamenty jakieś znalazł i na Boga się klął, że tym razem to on już ma witraże w 

garści. Wstyd przyznać, poszliśmy obaj z Marcinem, tak Leon nas dręczył i prosił, tak się bał, że 

go Walter ze wszystkim uprzedzi.

- I co?

- Nic! - roześmiał się Prot. - Bunkier niemiecki był tam kiedyś, od razu powiedziałem 

Leonowi, ale on uparł się przy swoim jak kozioł. Przez dwie noce przychodził i molestował, żeby 

się z nim do tych fundamentów wybrać.

- Za dnia nie mogliście pójść? Prot przesunął ręką po nastroszonej, siwej czuprynie.

- Eee... za dnia! - mruknął. - Za dnia kapral mógłby nas zobaczyć. A Leon miał zakazane. 

Mówiłem wam, bali się, że Walter może jego śladem łazić. Wtedy tośmy poszli z Marcinem, bo 

background image

ja tam pewien byłem, że Leon o starym bunkrze mówi, więc nawet gdyby Walter szedł za nami, i 

tak żadnej korzyści z tego by nie miał...

-   Nie   mogliście   mi   wcześniej   tego   wszystkiego   opowiedzieć,   Procie?   -   zapytałem   z 

wyrzutem.

- Ha! - roześmiał się. - Móc to ja mogłem,  ale mi zakazali.  „Dziennikarz"! powiadali. 

„Dziennikarzy to my znamy! Najpierw niech się sprawy swoją koleją potoczą, a potem będziemy 

z   waszym   dziennikarzem,   Procie,   rozmawiać!"   Dopiero   wczoraj   wieczorem   ręką   machnęli. 

„Mówicie, że swój i że wam nijako prawdę omijać, to z nim pogadajcie, gotów jeszcze i on 

witraży na własną rękę szukać, a tego za wiele byłoby naraz!"

Prot przymrużył oczy i patrzył na mnie z chytrym uśmieszkiem.

- Ja wiem, że wam to spokoju nie dawało, Janie Sebastianie! Ja wiem, że wyście mnie 

posądzali...

-   Prawdę   mówiąc,   Procie,   coś   takiego   przez   głowę   mi   przemknęło!   -   przyznałem   z 

zakłopotaniem. - Wstyd mi, ale zrozumcie...

- Ja rozumiem! - żachnął się Prot. - Nie potrzebujecie się przede mną tłumaczyć! - Prot 

spojrzał na zegarek. - Trzecia dochodzi. Myślę, Janie Sebastianie, żebyście wy spokojnie do 

łóżka wrócili. Uważam, że oni już Waltera mają...

Prot odwrócił wzrok w stronę okna, ja także spojrzałem. Niebo jaśniało już, ale gęsty las 

był jeszcze mroczny.

- Gdzie oni go tam znajdą! - zwątpiłem.

- Znajdą. Czekali tylko na świeże ślady. Gajowy wczoraj po południu znalazł przy swoim 

płocie starą czapkę. Walter musiał ją zgubić, bo przez ten płot uciekał, kiedy spostrzegł, że go 

Węsierska wypatrzyła. Skoro teraz wiadomo, że przed godziną Walter do szkółki pobiegł, pieski 

go znajdą. Od czapki do Waltera droga dla nich będzie prosta, zwłaszcza że w tak krótkim czasie 

daleko uciec nie mógł.

- Ale czy są podstawy do tego, żeby Waltera zatrzymać? - zaniepokoiłem się nagle. - 

Przecież niczego nie można mu udowodnić!

- Jedno można. To, że się od tygodnia w strefie nadgranicznej kręci, a o meldunku nie 

background image

pomyślał. A zresztą - dorzucił Prot po chwili - on jeszcze coś tam ma na sumieniu, tak mi się 

zdaje. No, Janie Sebastianie - zdecydował nagle - trzeba pospać.

Kiedy wracałem do siebie, drzwi obok mojego pokoju uchyliły się ostrożnie.

- Proszę pana... - poznałem głos Kryśki. Podszedłem bliżej.

- Stało się coś? - zapytała niespokojnie.

- Nic się nie stało, zmykaj spać.

- Czy dziadek jest w domu?

- Jest w domu, Krystynko, rozmawiałem z nim.

- I co?

Nie mogłem zbyć jej zdawkową odpowiedzią.

- Daję ci słowo honoru, Krysiu, że możesz być o dziadka zupełnie spokojna.

- Daje mi pan słowo honoru? - upewniła się Kryśka szeptem. - Przysięga pan?

-   Przysięgam!   -   odparłem   uroczyście,   chociaż   nie   lubiłem   przysięgać   bez   istotnych 

powodów.

No, nareszcie Kryśka może odłożyć swoją szczotkę i froterkę - pomyślałem - dziadek jest 

czysty jak łza. Odszedłem już parę kroków, kiedy znowu zatrzymał mnie w miejscu jej szept.

- Proszę pana...

Z westchnieniem wróciłem do uchylonych drzwi.

- Proszę pana, w takim razie co dziadek może trzymać w tej skrzyni?

- Nie wiem, Krysiu. W każdym razie na pewno nie trzyma w niej witraży.

- Uhmmm... - wymamrotała bez wielkiego przekonania i zamknęła cichutko drzwi.

Kiedy znalazłem się w swoim pokoju, zapaliłem światło i odruchowo skierowałem wzrok 

na skrzynię Prota. Do licha! - pomyślałem, drwiąc trochę z samego siebie. - Co też Prot może 

chować w tym pudle?

* * *

Śniadanie przyniosła mi Babetka. Zaledwie stanęła w drzwiach, zauważyłem, że buzię ma 

pochmurną. Nie spojrzała nawet na mnie, tylko zaburczała pod nosem jakieś powitanie. Kucyki 

background image

opadały smutno. Obraz nędzy i rozpaczy.

- No co, Babetko? Widzę, że i dziś humor ci nie dopisuje.

- Humor? - powtórzyła i uniosła w górę brwi ze zdziwieniem, jak gdyby to słowo było jej 

zupełnie obce.

Postawiła tacę na stoliku.

- Trzeba, żeby pan się pośpieszył że śniadaniem, bo już niedługo będzie obiad - poradziła 

mi.

- Rzeczywiście, już wpół do pierwszej, ale widzisz, wstałem niedawno. Mam za sobą 

kiepską noc. Siadaj! - zaproponowałem.

Nie   usiadła.   Najwyraźniej   wczorajsze   próby   pojednania   spełzły   na   niczym,   kucyki 

Babetki wzbudzały we mnie najszczersze współczucie.

- Siadaj, siadaj, Babetko! - przysunąłem do stolika drugie krzesło.

Przycupnęła na nim, bardzo wyprostowana i bardzo nadęta. Milczeliśmy, ja smarowałem 

chleb masłem, a ona śledziła wzrokiem ruch noża.

- Masz dzisiaj smutne kucyki! - powiedziałem wreszcie i uśmiechnąłem się do niej.

- Możliwe - odparła krótko.

- Przypuszczam, że znowu trafił ci się zły dzień? - zapytałem z nadzieją, że sprowokuję ją 

do zwierzeń.

- Chyba tak.

Uff, to musiał być fatalny dzień.

- Spotkała cię jakaś przykrość?

Po raz pierwszy spojrzała na mnie. Pomyślałem, że ma w tej chwili dziwnie dorosłe oczy. 

Żałosne wydały mi się w dziecinnej buzi te dwa smutne, nieruchome światełka.

- Babetko... - powiedziałem łagodnie, wiedziony nagłym współczuciem. - Babetko, co się 

z tobą dzieje?

Pokręciła   przecząco   głową.   Bez   słowa.   Czyżbym   niedostatecznie   złagodził   naturalną 

szorstkość swojego głosu?

-   Nie   możesz   mi   powiedzieć?   Dziecko,   przecież...   -   zająknąłem   się,   ale   skończyłem 

background image

gładko - masz we mnie przyjaciela!

- Wiem! - odparła cicho i jakaś strunka wyraźnie drżała w tym szepcie.

Opuściła  głowę, a ja spoglądałem na nią z niepokojem.  Jaki znowu kłopot przyniósł 

Babetce ten słoneczny poranek, który tak dokładnie przespałem? Wyprostowała się.

- Dlaczego pan nie je? Nie jadłem, bo zmartwienia Babetki odebrały mi apetyt.

-   Zaraz   zjem,   ale   widzisz,   chciałbym,   żeby   twoje   kucyki   poweselały   trochę!   - 

zażartowałem.

Chwyciła rękoma dwie smutne kitki i uniosła je do góry.

- Już! - uśmiechnęła się.

- No, troszeczkę lepiej! - przyznałem. - Sama jednak wiesz, że nie są to jeszcze szczyty 

dobrego humoru.

Opuściła ręce, kucyki znowu opadły po obu stronach jej buzi jak dwie miotełki.

- Co się dzieje w domu? - zapytałem. Miałem nadzieję, że Babetce w odpowiedzi wyrwie 

się coś, co naprowadzi mnie na trop jej zmartwień.

- Anita gotuje, dziadka nie ma, poszedł na strażnicę. Kryśka reperuje magnetofon; bo coś 

w nim wysiadło - recytowała. - Monika poszła na pocztę, bo do niej listy przychodzą, oczywiście, 

na poste restante...

„Oczywiście" - powiedziała. - „Oczywiście, na poste restante". To był docinek, zrozumia-

łem.

- A Tomek?

Nie odpowiedziała od razu. Podsunęła mi cukiernicę i miseczkę z miodem.

- Poszedł razem z Moniką...

Ach, tak! Więc tu cię boli, Babetko.

- Tomek też dostaje tajemnicze listy na poste restante? - zapytałem, żeby wywołać dalsze 

zwierzenia.

-   Nie,   jemu   przywozi   listonosz.   Poszedł,   bo...   -   Babetka   urwała   w   połowie   zdania, 

miseczkę z miodem przysunęła jeszcze bliżej mojego talerza. - Poszedł, bo... bo Monika tego 

chciała! - zakończyła gwałtownie.

background image

- Nic dziwnego, przyjemniej jest chodzić w towarzystwie - odparłem uspokajająco.

- Kryśka miała zamiar z nią pójść! Chciała sobie kupić kreton na plażówkę.

- I...?

- I na to Monika się nie zgodziła. „Chcę pójść z Tomkiem!"... tak powiedziała, A kiedy 

Tomek zaczął się wykręcać, mówiąc, że nie ma w miasteczku żadnych spraw do załatwienia, 

Monika zaczęła te swoje sztuczki...

- Jakie sztuczki?

Babetka wzruszyła ramionami.

- Ja przecież nawet nie umiem tego powtórzyć - odparła bezradnie. - Nie umiem robić 

takich   min   ani   mówić   takim   tonem,   Monika   robi   to   nadzwyczajnie...   -   w   głosie   Babetki 

zabrzmiała nutka zazdrości.

No, proszę! - pomyślałem. - Jeszcze trochę, Babetko, a zapomnisz o przestrogach Alodii, 

o   doświadczeniach   z   chrabąszczami,   jeszcze   trochę,   a   zaczniesz   studiować   przed   lustrem 

spojrzenia i uśmiechy zapożyczone od Moniki. Gdzie twój charakter? Gdzie pewność siebie? 

Widzisz, jakie to wszystko trudne? Jeden chłopak - i zaraz taki zamęt. Zapominasz o swoich 

zasadach, gubisz ambicję, tylko dlatego, że tak bardzo chcesz powiedzieć o nim: mój. A on? Roi 

mu się, że jest już dorosły, prawda? Sądzi, że więcej wie o życiu niż ja, i pakuje mi ropuchę do 

cukiernicy, aby mi to udowodnić. A przecież nie wie nic, jeżeli potrafi być giętki jak trzcina. 

Myślałem w ten sposób, ale powiedziałem inaczej:

- Przypuszczam, że Tomkowi było głupio odmówić i dlatego poszedł z Moniką. Zastanów 

się, co miał zrobić?

- Nie wiem. Mieliśmy zamiar grać w badmintona. Umówiliśmy się, rakietki leżały już na 

ławce, kiedy Monika zaczęła te czary. Dlaczego potrafił zrezygnować właśnie z badmintona? - 

zapytała.

Dlaczego potrafił zrezygnować właśnie ze mnie? Tak powinnaś sformułować swoje py-

tanie, Babetko! - skorygowałem ją w myślach.

Znowu opuściła nisko głowę i mówiła cicho:

-   Kiedyś   powiedział   mi,   że   ze   wszystkich   wnuczek   naszego   dziadka   ja   jestem 

background image

najpodobniejsza do tej dziewczyny, którą sobie wymarzył. Mógł mi tego nie mówić, prawda? I 

mógł mi nie mówić... on w ogóle lubi słowa. A przecież mógł nic nie mówić, prawda? - zapytała 

gwałtownie i spojrzała na mnie swoim dawnym, zaczepnym spojrzeniem. - Ale jeżeli już coś 

powiedział, to nie powinien tak łatwo dać się złapać Monice na te jej magiczne sztuczki! Jak to w 

końcu jest? Czy każdy chłopiec inną dziewczynę ceni, a inna mu się podoba? I czy lepiej być tą, 

którą ceni, czy tą, która mu się podoba, bo ja w końcu nie wiem... - zakończyła spokojniej.

- A wiedziałaś?

- Wiedziałam - szepnęła jakby do siebie - chyba...

- Więc sama widzisz, jak trudno jest korzystać w życiu z tego, co się wie. Człowiek 

czasami woli udawać przed samym sobą, że nie wie, Babetko. I ty w tej chwili też udajesz. A 

udajesz dlatego, że Tomasz zapadł ci w serce głębiej niż inni chłopcy.

- Wcale mi nie zapadł! - skoczyła. - Gwiżdżę na niego!

- To nieprawda - powiedziałem spokojnie.

- Nieprawda - przyznała. - Po prostu jest mi przykro.

Czekała przez chwilę w milczeniu, a potem zapytała:

- Czy nic mi pan nie powie?

- Co ja ci mogę powiedzieć, Babetko...

- To, co pan myśli. Niech pan myśli głośno! - poprosiła.

- Myślę, że ciągle jeszcze nie znam ciebie, ale że i ty siebie nie znasz. I myślę, że jesteś 

podobna do rzeźbiarza.

- Do jakiego rzeźbiarza?

- Do każdego. Mozolisz się, żeby nadać swoim uczuciom jakiś kształt, prawda?

- Powiedzmy...

-   A   więc   jesteś   jak   rzeźbiarz,   który   mając   przed   sobą   bryłę   gliny   szuka   dla   niej 

precyzyjnej formy, nadaje bezkształtnej masie treść i charakter. To, co stworzy, jest w jakimś 

sensie prawdą o nim samym. Z tobą rzecz ma się podobnie. Sposób, w jaki ukształtujesz swoje 

uczucia, będzie odbiciem twojej osobowości. Odbiciem jednego klocka dziwnej łamigłówki, jaką 

jest każdy człowiek. Na podstawie jednego elementu nie można, oczywiście, oceniać całości, a 

background image

jednak śmiem przypuszczać, że ktoś, kto pilnuje jednej swojej cząstki, składa się w ogóle z 

cząstek dopilnowanych...

- Ładnie pan to powiedział, ale ja chciałabym wiedzieć, co mam teraz robić?

- A co chciałabyś robić?

- Właściwie, nie mogę zrobić tego, na co mam ochotę. Kiedy byłyśmy małe, Monika za-

brała   mi   moją   ukochaną   szmacianą   lalkę.   Nie   chciała   mi   jej   oddać,   a   we   mnie   aż   się   coś 

przewracało,   kiedy   patrzyłam   na   to,   jak   ona   się   z   nią   obchodzi.   Wreszcie...   och,   po   prostu 

stłukłam Monikę na kwaśne jabłko i siłą zabrałam lalkę. Teraz to już nie jest sposób...

- Tak, teraz to już nie jest sposób - powtórzyłem.  - Przedmiot  waszego sporu to nie 

bezduszna, szmaciana lalka, tylko człowiek, który ma prawo wybierać sam.

-   A   jeżeli   wybierze   Monikę?   Patrzyłem   na   Babetkę,   na   przestrach   w   jej   oczach 

przejrzystych jak małe jeziorka.

- Jeżeli wybierze Monikę, to znaczy, że nie jest ciebie wart, Babetko! - powiedziałem 

szczerze.

Ściągnęła brwi i chyba zastanawiała się nad sensem tego zdania, bo dopiero po chwili za-

częła uśmiechać się wolno, chociaż ze smutkiem.

-   Pan   tak   to   powiedział,   jakbym   była   cokolwiek   warta.   A   ja   nie   mam   o   sobie   tego 

przekonania.

- To świetnie! - ucieszyłem się. - Najwspanialsi ludzie to ci, którzy zawsze chcą być warci 

więcej, niż są.

Tym razem roześmiała się głośno.

- Pan zawsze kota ogonem wykręci - powiedziała głosem dawnej Babetki.

Ustawiła na tacy szklankę, talerzyki i wstała z krzesełka.

- Pójdę, muszę się czymś zająć - powiedziała. - Jeżeli nie zajmę się czymś, to w końcu 

dostanę kręćka od tego myślenia.

- Dobry pomysł, Babetko, zajmij się czymś - poparłem jej decyzję.

Ja również wyszedłem przed dom. Zobaczyłem Prota, rozmawiał z Anitą, która raz po raz 

sięgała ręką do podwiniętego fartucha i rzucała przed siebie ziarno, szarą smugą opadające na 

background image

ziemię, pomiędzy kwoki i kurczęta.

- Sio! - tupnięciem nogi odstraszyła zaperzonego koguta. - A sio, pójdziesz!

Odszedł dumnie, błyskając w stronę Anity obrażonym okiem.

- Bezczelne kogucisko! Wszystkiego mu mało i mało, typowo męskie usposobienie, byle 

się samemu najeść, a o innych pomyśleć to już szkoda fatygi...

- Co też ty mówisz, Anito? - rozgniewał się Prot. - Co też ty opowiadasz?

- A bo czy to jest inaczej? Popatrz tylko, stary Piekarski, na przykład: w domu dzieciaki 

przez całą zimę gołe latają, a on i na wódkę ma, i głodny nie chodzi, ile razy restaurację mijam, 

tyle razy Piekarskiego widzę!

- E tam, Anito, niby mądra z ciebie kobieta, a żebyś się w swoich sądach na jednym 

Piekarskim opierała! - bronił Prot, sam już nie wiem, mężczyzn, koguta czy siebie. - Lepiej byś 

mnie za przykład wzięła!

- A ciebie czemu? - zdziwiła się.

- Bom wczoraj od kolacji nic w ustach nie miał! Ot, czemu! - rozzłościł się wreszcie Prot.

- Jezusie! - krzyknęła Anita, gwałtownym ruchem wysypując z fartucha resztę ziarna. - 

Toż prawda, Procie, żeś do lasu bez śniadania poszedł, z głowy mi to całkiem wyleciało! A ty 

byś sobie mojego gadania do serca nie brał! - fuknęła. - Wiesz przecież, że ja tak często dla 

samego mówienia mówię!

Anita odwróciła się i szybko pobiegła w stronę kuchni. Dopiero teraz Prot zauważył, że 

stoję na schodkach ganku. Jego twarz rozpogodziła się.

- O! Jan Sebastian! - zawołał wesoło. - Jakże się wam spało? - Podszedł i poklepał mnie 

po ramieniu. - Dzielnieście się spisali, nie ma co mówić. Dziś wieczorem pan porucznik z milicji 

i kapral z WOP-u przyjadą wam osobiście podziękowanie złożyć.

- Co z Walterem? - zapytałem niecierpliwie.

-   Jest   Walter!   Z   początku   wszystkiemu   zaprzeczał,   ciągle   tylko   to   swoje.   „Turysta 

jestem!" powtarzał. Ale kiedy mu do oczu postawili Marcina Zapałę, inaczej zaczął śpiewać. Bo 

przez   ten   czas,   kiedy   Waltera   szukali,   Marcin   sobie   dowody  przygotował.   Ze   starych   ksiąg 

kościelnych, które się jeszcze z czasów wojny w kancelarii zachowały, Marcin jedną przyniósł. 

background image

„Popatrz, Walter!" powiada. „Tu jest czarno na białym twój podpis, jako ojca chrzestnego, więc 

ty się nie wymiguj, żeś inny Szulc. Ten sam Szulc jesteś, tylko ci lat przybyło i brody!" Jeszcze 

się Walter próbował tłumaczyć, że nigdy nie był u nas, że to pewnie ktoś z jego rodziny w te 

strony zawędrował. Ale porucznik podpis w księdze porównał z podpisem Waltera w dowodzie 

osobistym.   Wszystko  było  podobne,  a  najbardziej  ostatni   zawijas.  Wtedy Szulc  zmarkotniał. 

Potem Zapała wyjął z portfela zdjęcie, duże jak pocztówka. A na nim ojciec chrzestny, Walter 

Szulc,   z   niemowlęciem   na   ręku!   „Dla   mnie   to   nic   nie   znaczy!"   mówi   Walter.   „Rodzinne 

podobieństwo". Porucznik na to mu powiedział, że owszem, możliwe, i że jeśli Walter mówi 

prawdę, a to się po sprawdzeniu pokaże, natychmiast go z tymczasowego aresztu wypuszczą i 

pięknie przeproszą. Ale, niestety, chociaż im miło nie jest, teraz muszą Waltera zatrzymać, bo 

wszystko wskazuje na to, że on właśnie jest tym gościem, który w województwie olsztyńskim z 

kościoła koło Giżycka dwa świątki wyniósł, a z kaplicy niedaleko Mrągowa, w biały dzień, 

podając się kościelnemu za konserwatora, ukradł stary obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. I 

jeszcze grzeczniej porucznik Waltera poprosił, żeby bez wielkiego gadania powiedział, gdzie się 

znajdują skradzione przedmioty. „O niczym nie wiem!" krzyczał Walter i tylko mu oczy latały z 

kąta w kąt. „Szkoda, porucznik na to, ale my i tak spokojni jesteśmy, że i pan Szulc niedługo się 

tego dowie, i milicja również." Co do witraży, nikt Walterowi nie może dowieść, że ich szukał, 

ale że szukał, dla wszystkich jest pewne...

- Procie! - usłyszeliśmy wołanie Anity. - Do obiadu niedaleko, ale ty chodź tu do mnie, 

przekąsisz trochę, bo ci w końcu żołądek do krzyża przyrośnie!

- Już mi przyrósł... - burknął Prot, ale ruszył w stronę domu.

Szedłem obok niego, a Prot im bliżej był kuchni, tym większe stawiał kroki.

- A co z tym drugim? - zapytałem.

- Myślę, że czeka, aż mu Walter witraże dostarczy. Zdrowo mu pewno płaci, ale dobrze 

wie, za co. Podobno te świątki, które Szulc ma na sumieniu, przedstawiają wartość muzealną. Za 

to Leon - Prot roześmiał się nagle - Leon dziś już od rana w okolicy grasuje! Witraży szuka w 

rozwalonej kuźni przy szosie do Wólki. Rumowisko z kuźni zostało, niejedni już przepatrzyli 

cegłę po cegle. Nie, tam on niczego nie znajdzie. W jadalni Kryśka nakrywała do stołu.

background image

- Oj, dziadku! - zawołała na widok Prota. - Na głodnego do tej pory chodzić...

- O mnie ty się, Krystynko, nie martw. Najważniejsze, że tobie buzia ciut popełniała... - 

przesunął dłonią po jej okrągłym policzku.

Prot poszedł do kuchni, a ja usiadłem na wiklinowym  fotelu przy oknie. Wyjrzałem. 

Babetka siedziała na progu starej kuchni z jakimś tygodnikiem w ręku. Nachylała się nad nim raz 

po raz i wpisywała rozwiązania w kratki krzyżówki. Kryśka stanęła obok mnie.

- Biedna Babetka...

- Biedna?

- Uhmm. Byłam przy tym, jak ją Monika urządziła. Myśli pan, że to przyjemnie? Zostać z 

dwoma rakietkami, jak kto głupi?

- Nie, nie myślę - przyznałem.

- No więc. A Babetka została. I na dokładkę musiała jeszcze patrzeć na to, jak Monika 

okręca sobie Tomasza wokół palca!

- Sądzisz, że go dokładnie okręciła?

- Bardzo dokładnie - powiedziała Krystynka dobitnie. - Już ja się na tym znam. On ani 

zipnie, przekona się pan.

-   Nie   jestem   taki   pewien.   Prawdę   mówiąc,   już   kilka   razy   widziałem,   jak   Tomasz 

przyglądał się Babetce z cielęcym zachwytem.

- O, ja też to widziałam. I Monika także. Tylko panu i mnie zupełnie to nie przeszkadzało, 

a Monice tak. Monika wpada w szał, kiedy ludzie interesują się kimś bardziej niż nią. Gotowa 

jest   stanąć   na   głowie,   żeby   tylko   zwrócić   na   siebie   uwagę.   W   przypadku   Tomasza   nie 

potrzebowała wcale stawać na głowie. Wystarczyło, że kilka razy przewróciła oczami. Ona to 

robi w ten sposób, proszę spojrzeć!

Krystyna wytrzeszczyła oczy, a potem poruszyła nimi tak, że źrenice uciekły jej aż pod 

powieki.

- Dajże spokój, dziewczyno! Musisz dopracować ten system! - zawołałem. - Jeżeli

i  ty masz   zamiar  tą   metodą  czarować  chłopców,  to  z  góry cią  uprzedzam,  że   nawet 

najbardziej zakochany ucieknie od ciebie na koniec świata. Okropność.

background image

- Monika robi to bardzo podobnie i jednak ma rezultaty. Jeżeli chce pan wiedzieć, Tomek 

już od kilku dni patrzy na nią z takim samym cielęcym zachwytem, z jakim patrzył na Babetkę! - 

Krystynka nachyliła się w moją stronę i zapytała szeptem: - Czy to nie jest płaskie?

- Co masz na myśli, Krysiu?

-   Zachowanie   Moniki,   rzecz   jasna!   Uważam,   że   jest   płaskie.   Może   pana   dziwi   to 

określenie, ale mnie się wydaje, że ono znakomicie pasuje do sytuacji!

Biedna Krystynka! Przez chwilę przyglądałem się jej zatroskanej buzi. Znowu trafiła na 

bałagan, znowu chętnie chwyciłaby za szczotkę i zrobiła porządek z całym tym kramem.

- Powinien pan porozmawiać z Moniką! - usłyszałem.

- Ja? - przestraszyłem się.

- Pan! Właśnie pan!

- Krystynko, ty zawsze żądasz ode mnie rzeczy niemożliwychl

- Takiego mam już pecha, wie pan? - przyznała się. - Ile razy kogoś o coś poproszę, tyle 

razy okazuje się, że to są prośby niemożliwe do zrealizowania.  Ale zupełnie  nie rozumiem, 

dlaczego pan nie chce z nią porozmawiać?

- Rozmawiałem z nią kiedyś i nie sądzę, żebym mógł wywrzeć jakikolwiek wpływ na jej 

rozumowanie.

- Może dlatego, że nie ma pan talentów pedagogicznych? Rozumiem to, bo ja też nie 

mam. Jestem za prędka, prawdziwy pedagog musi mówić ciurkiem, przez wiele dni, i to w ten 

sposób, żeby nikt nie zauważył, co się kryje pod jego gadaniem. A ja to tak: ciach, mach, kawa 

na ławę, nie rozumiesz, cymbale, to cześć, nie będę sobie dłużej głowy zawracać twoim oślim 

umysłem! To niepedagogiczne, prawda?

Roześmiałem się.

- Pan się śmieje, a dla mnie ta sprawa jest diabelnie smutna. Wybieram się właśnie na 

pedagogikę. Ale jakie ja mogę mieć rezultaty z takim podejściem? Już teraz myślę z najgłębszym 

współczuciem o tych dzieciakach, które mi wpadną w ręce. Przecież ja im łby poukręcam!

- Krystynko!

- Poukręcam! Przekona się pan. Jakby mi się trafiła taka Monika, tobym jej ukręciła jak 

background image

dwa   razy   dwa   cztery!   -   Kryśka   mówiła   teraz   przez   zaciśnięte   zęby.   -   Nie   cierpię,   kiedy 

dziewczyny zawracają głowy chłopakom tylko dlatego, żeby móc się chwalić sukcesami. Już 

słyszę, jak Monika trąbi na całą klasę: „On za mną szalał! Mówię wam! Kiedyś, wieczorem 

pocałował mnie pod sosną!"

- Pocałował ją pod sosną? - zdziwiłem się. - Skąd wiesz?

- Wcale nie wiem. Może i nie pocałował, ale Monika tak właśnie będzie mówiła. Jeżeli 

prawda będzie za uboga, to zmyśli. Inne dziewczyny też zaczną zmyślać, bo każda będzie chciała 

być lepsza od drugiej.

- Czy ty nie przesadzasz, Krystynko? Nie chce mi się wierzyć; żeby dziewczęta myślały 

tylko i wyłącznie o chłopcach - zwątpiłem.

- Tylko i wyłącznie nie myślą na pewno, ale myślą dużo. Niektóre, tak jak Monika, myślą 

przede wszystkim.

-   Powiedziałaś,   Krystynko:   „bo   każda   będzie   chciała   być   lepsza   od   drugiej".   Czy 

doprawdy ilość chłopców, którym zawróciło się w głowach, jest miarą wartości?

- Dla mnie nie. I dla Babetki nie. Dla Moniki tak. I to mnie złości. Tłumaczę panu prze-

cież, że takich Monik jest całe mnóstwo, tylko pan mi ciągle przerywa i dlatego gubimy wątek.

- Dobrze, nie odezwę się już ani jednym słowem. Krystynka milczała.

- No? Mów! - zniecierpliwiłem się wreszcie.

- Kiedy mi wyleciało z głowy to, co chciałam powiedzieć, i teraz szukam.

- Ach, tak! Więc szukaj dalej, będę czekał, aż znajdziesz.

- Już prawie mam! Bo widzi pan, potem powstaje z tego jakaś zasada. Te dziewczyny, dla 

których  chłopcy są całym  światem, robią wokół siebie i tych  spraw tyle  hałasu, że ludziom 

zaczyna   się   wydawać,   że   my   naprawdę   nic   innego   nie   mamy   w   głowach.   Przylepiają   nam 

etykietki. Czy pan myśli, że łatwo pozbyć się takiego stempelka? Trudno, słowo daję. Piekielnie 

trudno!   Kiedy   ktoś   mnie   zaprasza   na   prywatkę,   moja   mama   umiera   z   przerażenia.   Umiera, 

dosłownie!

- Dlaczego?

- A właśnie dlatego, że mamy etykietkę! I starsi uważają, że my to już nie potrafimy 

background image

bawić się po ludzku - mówiła Krystynka obrażonym tonem.

Znowu wyjrzałem przez okno. Babetka odłożyła pismo i długim patykiem kopała teraz 

głęboki dołek przy progu starej kuchni.

- Co ona tam robi? - zaciekawiło mnie.

- Kopie grób dla swojej miłości - odparła Kryśka posępnym głosem. - Tak się kończy ta 

opera!

* * *

Ciemniało już, kiedy przed dom Prota zajechał wojskowy łazik.

- Mamy gości! - zawołała Anita. - Pan kapral, pan porucznik i Leon! Dzieci, pamiętajcie, 

że   trzeba   się   zachowywać   przyzwoicie.   Krystynka,   ja   bym   wolała,   żebyś   się   w   ogóle   nie 

odzywała.

- Dlaczego, Anitko?

- Bo ty to zawsze tak strzelasz, ni w pięć, ni w dziesięć. Już raz powiedziałaś panu po-

rucznikowi, że mu jakiś paproch siedzi na nosie, pamiętasz? A to była brodawka.

- Skąd mogłam wiedzieć? Wcale nie wyglądało jak brodawka.

- Różne są brodawki. Nie należy zabierać głosu, jeśli się nie wie, o czym się mówi - 

zakończyła Anita szybko, bo goście stanęli właśnie w progu.

- Panowie do was, Janie Sebastianie - powiedział Prot i szerokim gestem zaprosił ich 

dalej. - Prosimy!

Wysłuchałem podziękowań i relacji z zatrzymania Waltera.

- Pan to może ma i żal, panie redaktorze, żeśmy pana od razu nie wtajemniczyli w nasze 

kłopoty, ale szło nam o to, żeby się Walter jak najdłużej nie spostrzegł, że mamy go na oku, zaraz 

by się pilnować zaczął i stracił tę śmiałość, z jaką tu sobie poczynał. A tak, sam pan widział, łaził 

wszędzie jak u siebie, myszkował, myszkował, aż go kot złapał.

- Nie kot, a pies! - roześmiał się Prot. - Powiedzcie mi, poruczniku, co robi ten drugi?

- Wyjechał dziś nad ranem.

- I tak żeście go puścili? Przecież on te świątki i obraz święty z całą pewnością ze sobą 

background image

wozi! - zlękła się Anita.

- Daleko nie wywiezie. Dostaliśmy polecenie, żeby z miasteczka wyjechał spokojnie, a co 

dalej będzie, to już nie nasza sprawa. Jeszcze drugi taki jeździ po okolicy i coś nam się widzi, że 

ich razem chcą załatwić. Teraz już Leon może śmiało do swojej roboty przystępować. Co masz w 

planie, Leonku?

Leon gładził dłonią kędzierzawą brodę.

- Szukanie - westchnął. - Ale już sam nie wiem, gdzie! Tylu ludzi przede mną szukało i 

nie znaleźli, ja tymi samymi tropami chodzę i też nie znajduję. Czuję, że urlop mi się skończy, a 

ja na tym będę stał, na czym teraz stoję.

Kryśka siedziała  obok mnie, nie odzywała  się ani jednym  słowem.  W pewnej chwili 

poczułem, że szarpie mnie za łokieć.

- Co znowu, Krystynko? - zapytałem cicho.

- Niech pan  spojrzy,  ale  szybko...  Spojrzałem  w  to miejsce,  na  które i  ona patrzyła. 

Tomek i Babetka siedzieli na parapecie okna. Babetka milczała, a Tomek mówił coś szybko, 

chyba tłumaczył się z czegoś, bo gestykulował, jakby chciał jeszcze bardziej akcentować każde 

słowo. A Babetka tylko kręciła głową przecząco.

- Ona się złamie, zobaczy pan! Ona uwierzy w tę jego drętwą mowę.

-  Może   nie   drętwą?   -   szepnąłem.   -   Może   on   się   połapał,   że   Babetka   więcej   warta. 

Krystynka wzruszyła ramionami.

- Połapie się na godzinę, a potem Monika znowu go omota. Ja Monikę znam nie od dziś, a 

jego też nie od wczoraj.

Kapral opowiadał Protowi o tresurze psów milicyjnych, słuchałem jednym uchem, bo w 

drugie   Kryśka   kładła   mi   swoje   teorie.   Wreszcie   umilkła,   więc   zrozumiałem,   że   akcja   na 

parapecie zaczęła się rozwijać dalej. Spojrzałem na tę scenę, była zresztą piękna: na tle lasu 

ciemniejącego w oddali i skrawka szarego nieba widziałem dziewczęcy profil Babetki, a obok 

drugi,   chłopięcy,   ale   już   zdecydowanie   pozbawiony   miękości   profilu   dziecka,   chociaż   może 

jeszcze i nie męski. Oceniwszy ten obraz w całości, zająłem się szczegółami - i to w porę, bo 

mogłem   zobaczyć,   jak   na   buzi   Babetki   pojawił   się   słaby   uśmiech,   jak   rozjaśnia   jej   twarz 

background image

stopniowo, od ust w górę, podobny do promieni słońca, które spoza chmur nachodzą łagodnie 

piaszczysty brzeg plaży. Aż wreszcie Babetka stała się ciepłym południem letniego dnia, uniosła 

rękę i położyła ją na ramieniu Tomasza, mówiąc chyba tylko jedno słowo, którego nie mogłem 

usłyszeć, ale które z całą pewnością usłyszał Tomasz, bo i on położył dłoń na swoim ramieniu, w 

tym   samym   miejscu,   w   którym   leżała   ręka   Babetki,   i   gładził   teraz   tę   rękę   lekko,   gestem 

rozbrajającej tkliwości.

- Widzisz... - szepnąłem Kryśce do ucha. - To nie jest taki zły chłopak, mówię ci, że on...

- Zły nie jest - przerwała mi Krystynka - jest nijaki, ja tam nie potrafiłabym zakochać się 

w nijakim!

- Nie przesadzaj, wcale nie jest głupi, czasami potrafi odezwać się zupełnie sensownie.

- Głupi nie jest! - powtórzyła znowu Kryśka. - Jest nijaki! - upierała się.

- Nigdy biciem! - wołał kapral. - Nigdy biciem! Z psem trzeba jak z człowiekiem. Nie, ja 

dziękuję, panie leśniczy, ja nie mogę, dziś w nocy mam służbę...

- Pół kieliszeczka! - nalegał Prot.

- Słowo honoru, nie mogę! Chętnie bym się napił, ale pan wie, panie leśniczy, służba nie 

drużba. Pan redaktor potowarzyszy.

- Napijecie się, Janie Sebastianie? - zwrócił się Prot do mnie.

- Ja też dziękuję, dziś wieczorem będę pisał, muszę mieć przytomną głowę - wykręciłem 

się.

Czy   będę   pisał?   Nie   wiem.   Na   razie   zużyłem   tylko   jeden   arkusz   papieru,   ten,   który 

ozdobiłem rysunkiem głów Babetki i Tomka. Moja książka ciągle jeszcze nie miała początku, 

Babetka i Tomek swoją historię tworzyli szybciej niż ja.

- Niech pan opowie nam jeszcze coś o psach! - poprosił kaprala Tomasz, podchodząc do 

stołu.

- Może o koniach? Konie to moje hobby. Przez wiele lat byłem dżokejem. Wiecie, pa-

nowie,  koń to jest niezwykłe  stworzenie!  - kapral  poprawił się na krześle. - Zwłaszcza  koń 

wyścigowy.  Taki „anglik", na przykład. Cóż to za inteligencja! Albo mieszaniec „anglika" z 

„arabem". Angielska krew to gracja i wdzięk, arabska to siła i zryw...

background image

Anita przyniosła herbatę i szarlotkę. Rozstawiła szklane talerzyki.

- Babetko, zajmij się, poczęstuj panów. Weź tę szarlotkę, dziecko, i nałóż na talerzyki.

Babetka   sięgnęła   po   półmisek   dziwnie   niezręcznie.   Zauważyłem,   że   trzyma   coś   w 

zaciśniętej dłoni.

- Przepraszam - powiedziała. - Jeszcze trochę, a wszystko zjechałoby na obrus.

Odłożyła na swój talerzyk przedmiot, który trzymała w ręku, i pierwszy kawałek szarlotki 

podała  Leonowi.  Nawet  nie  podziękował   wpatrzony w   zielony drobiazg   leżący na  talerzyku 

Babetki.   Nachylił   się,   żeby   obejrzeć   go   dokładniej.   Zauważyłem   w   jego   twarzy   intensywne 

skupienie. Wreszcie sięgnął po zielony okruch. Trzymał go teraz w dwóch palcach, blisko oczu. 

Potem opuścił rękę i spojrzał na Babetkę.

- Dziewczyno! - powiedział bez tchu. - Skąd ty to masz?

Babetka spojrzała na jego dłoń, którą wysunął ponad stół.

- Pojęcia nie mam. Znalazłam gdzieś, ale nie pamiętam, gdzie. Fajne, prawda? Ma taki 

ładny kolorek.

Leon oglądał teraz pod światło niewielki kawałek zielonego szkła. Wreszcie poderwał się 

z miejsca tak, że jego krzesło, odepchnięte gwałtownym ruchem, upadło na podłogę.

- Słuchajcie, jestem pewien, że to szkło z witraży! - zawołał.

- ...i dlatego właśnie najbardziej lubię tego rodzaju gonitwy! - zakończył kapral i spojrzał 

na Leona z pobłażaniem. - Ej, ty zapalona głowo! - roześmiał się. - Wystarczy ci rozbita butelka 

po piwie, a już witraże widzisz!

- Gdzie butelka po piwie, gdzie? - rozjątrzył się Leon. - Wiem, co mówię!

- E tam, wiesz! - fuknął na niego kapral. Wziął do ręki szkiełko i przyjrzał mu się uważ-

nie. - Po piwie, faktycznie, to nie jest...

- Pewno, po oranżadzie! - wtrąciła Anita.

- Po oranżadzie też nie jest - kapral obejrzał szkiełko pod światło. - Diabli wiedzą, po 

czym jest... - spojrzał na Leona pytająco. - Jesteś pewien, że z witraży? - zapytał. - Z czego to 

wnosisz?

- Jak nie wierzysz, jedźmy do kościoła. Ja ci udowodnię. Proboszcz ma u siebie jedną 

background image

szybkę z dolnego witraża, bo luźna była, i jutro ma przyjść szklarz, żeby ją przymocować.

Trzy godziny wczoraj nad tym szkłem spędziłem.

Milczeliśmy wszyscy. Wreszcie Prot zapytał Babetkę:

- Przypomnij sobie, dziecko, gdzieś ty znalazła ten odłamek? Nie pamiętasz?

- Myślę przez cały czas, dziadku. I nie wiem...

- Skup się, Babetko!

- Skupiam się, ale nie pamiętam...

Zdawało mi się, że pochwyciłem na sobie spojrzenie Babetki. Niespokojne, spłoszone. 

Widać moje wrażenie było słuszne, bo Kryśka nachyliła się do mnie i szepnęła:

- Babetka chce panu coś powiedzieć, ona sobie już przypomniała, tak mi się zdaje.

- Babetko, to chyba niemożliwe, żebyś nie pamiętała - nalegał Prot.

- Nie pamiętam.

- Postaraj się, to przecież takie ważne! - prosił Leon.

- Może pójdę do swojego pokoju i tam pomyślę! - zdecydowała się Babetka nagle.

Wstała i przechodząc obok nas, pociągnęła Kryśkę za rękaw bluzki. Wyszły z pokoju 

razem, ale Krystynka wróciła szybko. Teraz ona miała spojrzenie pełne niepokoju. Usiadła obok 

mnie i sięgnęła po swój talerzyk.

- Ona to znalazła dziś rano - szepnęła - kiedy kopała przy starej kuchni grób dla swojej 

miłości, pamięta pan?

- Uhm... - mruknąłem.

- Czy ona ma to powiedzieć? Bo Jeżeli znalazła przy starej kuchni, to może... Pan wie... 

nasz dziadek...

- Zwariowałyście doszczętnie! - syknąłem. - Niech ona tu wróci i wszystko powie!

- Ale jeżeli to nasz dziadek, to jak my możemy...

- To nie wasz dziadek, powiedziałem ci już raz!

- Ale może pan się myli, może to właśnie nasz dziadek...

- Kryśka! Marsz po Babetkę - zasyczałem znowu.

- Bo, proszę pana, jeżeli to dziadek... Chciało mi się wyć. Patrzyłem teraz na zatroskaną 

background image

twarz Prota, słyszałem, jak mówi:

- Ja myślę, że ona sobie pomalutku przypomni.

Zauważyłem jednak, że tuż u nasady czoła Prota, tam gdzie zaczynała się siwa czupryna, 

pojawiły się nagle grube krople. Prot był spocony, chociaż już dawno zapadł chłodny wieczór.

- Idź po Babetkę, Krystynko! - powiedziałem ostro. Posłuchała.

- Trzeba będzie wziąć to szkiełko i porównać z kościelnym - zdecydował porucznik. - Ja 

proponuję, panie Leonie, żebyśmy zaraz pojechali do księdza.

- Dobrze! - Leon wstał z miejsca. - Ja mogę jechać, jestem pewien, że mam rację, ale 

wam muszę to udowodnić!

Prot otarł czoło chustką.

- Duszno mi! - powiedział. Anita otworzyła okno.

- Więc przypomniałam sobie! - powiedziała Babetka wchodząc do pokoju. - Ja to znala-

złam przy progu starej kuchni!

Milczeliśmy, a Prot siedział i kiwał głową posępnie.

- Tego się właśnie bałem - powiedział. - Tego się bałem, dziecko, żeś ty to znalazła koło 

naszego domu.

- Ależ to byłoby wspaniale, Procie! - zawołał Leon. - To może znaczyć, że witraże ukryte 

są gdzieś tutaj!

- Ja ich nie chowałem - powiedział Prot cicho.

- Tego nikt z nas nie mówi, panie leśniczy! - oburzył się porucznik.

- Ale co powiecie, jeżeli one się tu znajdą?

- Za dawno się znamy, panie Procie, żebyśmy o was mówili to, co się prawdy nie trzyma! 

- kapral wstał z miejsca. - Jedziecie z nami na plebanię?

- Zostanę - powiedział Prot i znowu otarł czoło chustką.

- Jeżeli to szkiełko pochodzi z witraży, jutro od rana ma nas pani u siebie, pani Anito! - 

powiedział porucznik, kiedy odjeżdżali swoim łazikiem do miasteczka.

Dokończyłem herbatę i poszedłem do pokoju, rezygnując tego dnia z kolacji. Szarlotka 

Anity wystarczyła mi, może nawet zjadłem jej zbyt dużo, bo wkrótce poczułem ociężałą senność. 

background image

Nie zasnąłem jednak, już po chwili rozległo się ciche stukanie do mojego pokoju. Zastanawiałem 

się, kogo zobaczę w progu: Krystynkę czy Babetkę, kiedy drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł 

Prot.

Usiadł na krześle bez słowa i przesuwał palcami po siwej czuprynie.

- A co wy o tym sądzicie, Janie Sebastianie?

- Mogli coś tu ukryć. Był czas, kiedyście siedzieli w areszcie, Procie, wtedy, kiedy Niem-

cy znaleźli u was konie partyzantów. Jeszcze zanim się u was zjawiłem.

- Myślałem o tym - powiedział Prot. - Jeżeli, to tylko przez te dwa tygodnie. Małgorzata 

jednak była w domu cały ten czas... - Czy jest możliwe, żeby pani Małgorzata pozwoliła ukryć u 

siebie witraże, nic wam o tym nie mówiąc?

- Nie wiem, czy to jest możliwe, Janie Sebastianie, czy też niemożliwe - powiedział Prot z 

troską. - Małgorzata nie miała przede mną tajemnic, ale widzicie... jest tu w tym domu jedna 

rzecz, której zawartości nie znam dokładnie.

Milczałem.

- Nie pytacie, dziękuję wam za to, Janie Sebastianie, ale ja bez pytania wam powiem, bo 

mi rada potrzebna, ot co...

- Jeżeli tylko poradzić potrafię, Procie!

- A właśnie!... - westchnął. Podniósł się z krzesła, podszedł do swojej skrzyni, pogładził 

okucia.

- Anielskiej dobroci była Małgorzata, ale i dziwny to był człowiek. Ostatni raz do skrzyni 

zaglądałem   ze   trzydzieści   lat   temu.   Małgorzata   składała   do   niej   wtedy   wiano   dla   naszej 

najstarszej, dla Elżbiety. Bieliznę koronkami porozszywaną, kapy nasze ludowe, obrusy. Ja już 

wam kiedyś mówiłem, Janie Sebastianie, że Elżbieta za mąż nie po naszej myśli poszła. Bez 

pozwolenia. I matczynym  wianem pogardziła. Także i pamiątką, którą jej Małgorzata po nas 

chciała   zostawić,   a   mianowicie,   suknią   ślubną   według   naszych   tradycji   szytą,   w   której   mi 

wierność w naszym kościele przy ołtarzu Matki Boskiej przysięgała. Płakaliśmy nad tym oboje, 

aż wreszcie Małgorzata zdecydowała: „Nie, to nie. Elżbieta nie chciała, może jej córka najstarsza 

zechce..."   I   tak   czeka   ta   skrzynia   z   otwarciem   na   zamążpójście   Babetki,   tej   mojej   wnuczki 

background image

najmilszej, najbardziej do Małgorzaty podobnej...

- Czy Babetka wie o tym?

- Powiedziałem jej, żeby w razie mojej śmierci swoje mogła otrzymać. Wie.

A więc dlatego oberwałaś pomidorem, Krystynko!

Prot stał obok skrzyni i przyglądał się jej badawczo, jakby tym spojrzeniem chciał prze-

niknąć stare drewno. Wreszcie zaczął mówić dalej:

-   Pewnego   razu,   jeszcze   na   kilka   lat   przed   śmiercią,   Małgorzata   wymusiła   na   mnie 

obietnicę, że do dnia ślubu wnuczki, której wtedy jeszcze na świecie nie było, ja tej skrzyni nie 

otworzę, „Dlaczego, pytałem, takiej obietnicy żądasz ode mnie, Małgorzato?" Nie chciała mi 

tego wyjawić, lecz że zawsze prawym człowiekiem była, zaufałem. Skrzyni strzegłem i przed 

ludzkim okiem, i przed ciekawością zbędną, bo i po co mieli się dziwować. „Ten stary Prot na 

głowę chyba upadł, żeby dla wnuczki stare klamoty na prezent ślubny trzymać", tak by mówili. 

Na   głowę   ja   nie   upadłem,   Janie   Sebastianie,   tylko   mam   takie   życzenie,   aby   wola   mojej 

Małgorzaty została spełniona. A teraz, widzisz... sam już nie wiem, czy tej skrzyni przypadkiem 

wcześniej nie otworzyć i nie sprawdzić jej zawartości...

- Moglibyście, Procie, zrobić to nawet i teraz, choćby po to, żeby własne sumienie uspo-

koić. Zostawię was tu, pójdę do Anity. Jedno wasze słowo i wyjdę.

- To ja wiem, ale co będzie, jeżeli... - Prot zawiesił głos i nie dokończył swojego pytania.

- Jedno szkiełko znalezione przy waszym domu niczego jeszcze nie dowodzi, Procie.

- Wiem, ale ta skrzynia podejrzanie ciężka mi się wydaje.

- Sami musicie zdecydować.

- I to wiem także.

- Więc decydujcie.

- Już od roku to podejrzenie za mną chodzi, ta myśl natrętna, że, nóż widelec, Małgorzata 

nie po mojej myśli postąpiła... Czasy takie były, mogła uważać, że lepiej niech to u niej będzie, 

niż wróg ma sponiewierać. A zmarła w ostatnim roku wojny!

Znowu Prot milczał pogrążony w głębokiej zadumie, której nie chciałem mu przerywać. 

Podniósł wreszcie głowę, spojrzał na mnie siwymi oczyma.

background image

- No, to wyjdź stąd, Janie Sebastianie, sam chcę zostać...

Wyszedłem ze ściśniętym sercem. Trudno mi było zostawić Prota samego, ciężar jego 

troski czułem niemal na swoich barkach. Przysiadłem obok drzwi, na schodach prowadzących na 

stryszek. Słyszałem stąd brzęk kluczy, a potem skrzypienie zawiasów. Chociaż niejedno w życiu 

dane mi było przejść, czułem, że ogarnia mnie wzruszenie. Za tymi drzwiami Prot, mój stary 

przyjaciel, po wielu latach trzyma  w drżących  rękach ślubną suknię swojej żony. Być  może 

kładzie ją na krześle, aby wyjąć ze skrzyni małe pantofelki, stroik na głowę. A potem wiano 

Elżbiety,   czy   Babetki   raczej,   obrusy   haftowane   Małgorzaty   rękoma,   bieliznę   rozszywaną 

koronkami, które Małgorzata sama robiła. Procie? Jak tego dokonałeś, że przez tyle lat miłość 

żyje   w   tobie   taka   sama   jak  kiedyś,   a   może   i   większa,   chociaż   dziś   kochać   możesz   jedynie 

wspomnienia? A może właśnie ich suma jest najważniejsza? Całe życie składa się na nie i sztuka 

je tak przeżyć, takim być, tak kochać, żeby później niczego nie żałować. Spojrzeć wstecz na to, 

co ma się już poza sobą, i widzieć samo dobro.

- Dlaczego pan tu siedzi? - głos Babetki wytrącił mnie z zamyślenia.

- Usiądź i ty - zaproponowałem.

- Nie mogą. Obiecałam Anicie, że jej pomogę zrobić twaróg. Lecę. Tomek na mnie czeka 

w kuchni.

- Ach, tak... - powiedziałem z malusieńką ironią.

- Ach, tak! - powtórzyła tym samym tonem i roześmiała się.

Z mojego pokoju dobiegł odgłos kroków Prota.

- Kto tam jest? - zdziwiła się Babetka.

- Twój dziadek.

- Sam? - położyła rękę na klamce.

- Nie wchodź! - powstrzymałem ją w porę.

- Dlaczego? Co dziadek tam robi? 

- Mniejsza z tym. Chce być sam. Patrzyła na mnie badawczo.

- Pan, zdaje się, już wie, jakie tajemnice kryje leśniczówka... - powiedziała wolno.

- Chyba wiem, Babetko.

background image

- A więc, może trzeba, żeby pan wiedział wszystko. Ja na pewno nie pogardzę wianem 

mojej mamy i uratuję, co się tylko da uratować...

- To pięknie, Babetko! Drzwi mojego pokoju uchyliły się i Prot wysunął głowę.

- Możesz wejść, Janie Sebastianie... ach, ty też tu jesteś, Babetko? Wejdźcie oboje, dobrze 

się stało.

Stanęliśmy w progu niepewnie. Spojrzałem na skrzynię, była  zamknięta,  ale obydwie 

kłódki leżały na stole. W powietrzu czułem wyraźnie specyficzny zapach od lat nie wietrzonego 

materiału.

- Dziadku... - szepnęła Babetka. - Dlaczego? Przecież miałeś z tym czekać na mnie...

- Stało się inaczej, niż miało się stać, moje dziecko.

- Ale dlaczego?

- Siadajcie!

Usiedliśmy   oboje   na   moim   łóżku,   Prot   przysunął   sobie   krzesło,   jak   mógł   najbliżej 

Babetki. Dopiero wtedy dał jej do rąk pożółkłą kopertę.

- Otwórz, jest zaklejona - powiedział. Babetka głośno odczytała napis:

- „Do wnuczki najstarszej".

- Kto to pisał, dziadku?

- Któż mógł pisać, Babetko? - odpowiedział Prot pytaniem na pytanie.

Podał jej scyzoryk, który Babetka ostrożnie wsunęła pod odstający w jednym miejscu 

papier   i   rozcięła   go.   Wyjęła   z   koperty,   arkusik,   pokryty   nierównym   pasmem.   Czytała   w 

milczeniu, Prot nie patrzył na nią, widziałem tylko jego głowę pochyloną nisko. Nie podniósł jej 

nawet wtedy, kiedy po chwili Babetka głośno zaczęła odczytywać list swojej babki.

Wnuczko moja! Tobie darują zawartość tej skrzyni i upraszam cię serdecznie, abyś z niej 

odpowiedni   użytek   uczyniła.   Co   ci   sercu   będzie   bliskie,   zatrzymaj,   zwłaszcza   lichtarze   dwa 

srebrne opiece twojej powierzam, bo na Ślubie moim świadczyły. Nadto cię zawiadamiam, że 

szkła   kościelne,   które   na   samym   dnie   znajdziesz,   w   drugim   roku   wojny   od   niejakiego 

Borowskiego Jana kupiłam i tu ukryłam, aby ręce wrogów ich nie znalazły, co jest moją ta-

background image

jemnicą. Jeśli skrzynia ta otwarta zostanie za czasów, kiedy ojczyzna nasza wolna jeszcze nie 

będzie, strzeż ich dalej, jeśli zaś uznasz, że czas nadszedł, aby na miejsce swoje przy świętym  

ołtarzu wróciły, zwróć je. Borowski Jan i Szulc Walter szkło to kościołowi naszemu ukradli, 

zaczem Borowski za plecami wspólnika mnie je sprzedał i odkupiłam, aby je ukryć. A ty, Procie, 

jeśli żyjesz, żalu do mnie w sercu nie chowaj, że przemilczałam przed tobą. Takem przysięgła  

Borowskiemu, który z lęku przed prawem przysięgi onej zażądał, bojąc się, że prędzej czy później  

ręka   sprawiedliwości   karę   za   popełnioną   kradzież   mu   wymierzy.   Teraz,   po   latach   tylu  

niemożliwą jest rzeczą, aby Borowski żył jeszcze, nie sądź go, Procie, niech spoczywa w spokoju. 

I mnie nie sądź surowo, bom innego wyjścia nie miała...

Babetka   odetchnęła   głęboko,   zanim   zaczęła   czytać   dalszy   ciąg   listu   Małgorzaty. 

Wiedziałem, że tylko oddechem usiłuje przemóc łzy, które płynęły po jej pobladłej buzi.

...A Tobie, wnuczko moja, życzę, abyś w małżeństwie była szczęśliwa i u boku swego męża  

szła godnie na dobre z nim i na złe, i aby dobrego wiele było, a złego mało.

Małgorzata

background image

V. CUDOWNY WIECZÓR NA COPACABANIE

Babetka wsunęła list do koperty, wstała i obejmując ramionami pochylone plecy Prota, 

położyła na nich głowę. Nie widziałem jej twarzy, bo odwróciła ją w stronę skrzyni, a kiedy 

dostrzegłem,   że   pochylone   plecy  drżą,   a   młoda   głowa  przytula   się   do  nich   coraz   mocniej   i 

mocniej - wyszedłem z pokoju cicho, niepostrzeżenie.

- Jeśli tak zostało postanowione, to jest w tym jakaś racja - zdecydowała Anita. - I ty się, 

Procie, przeciwko temu nie buntuj. Tyle lat przeleżały pod naszym dachem i dobrze było, mogą 

do najbliższej niedzieli przeleżeć, wielkie rzeczy, cztery dni, masz o co krzyczeć!

- Chciałbym już widzieć je na miejscu, Anito, zrozumieć to chyba możesz!

- Tylko ja mam wszystko rozumieć, takie moje życie - westchnęła Anita. - A ty mnie 

zrozumieć nie chcesz! Już dwa dni kęsa chleba wdusić w ciebie nie mogę, Procie, i na darmo 

tłumaczę, że nogi wkrótce wyciągniesz, jak się tak dalej będziesz odżywiał!

- Anita ma rację, dziadku! - zawołała Krystynka. - Dziadek to już wygląda jak śledź!

- A ciebie o zdanie nikt nie pyta - rozgniewał się Prot. - Przełknąć nie mogę, bo nerwami 

żyję!

- Nerwami nikt nie żyje, dziadku. Od nerwów to wręcz odwrotnie...

- Cicho bądź! Ty się, Krystynko, za dużo wtrącasz.

- Mogę się nie wtrącać - powiedziała Kryśka potulnie. - Wszyscy się na mnie złoszczą, 

wszyscy! A przecież czasami miewam rację! - spojrzala na mnie wymownie.

- Wszyscy się złoszczą, bo wsadzasz nos w nie swój sos - warknęła Monika.

Spojrzałem na nią. Siedziała przy stole i szybko wyłuskiwała groszek z zielonych strącz-

ków. Była wściekła. Już od dwóch dni chodziła nadąsana, ale jednocześnie przyczajona jak kot, 

który szykuje się do skoku.

Kiedy dziś rano usiadłem, żeby wreszcie uporać się z początkiem pierwszego rozdziału 

background image

mojej książki, mimo woli sięgnąłem po arkusz „Tomka i Babetki". I również mimo woli, bez-

wiednie niemal, narysowałem w dolnym rogu stronicy główkę Moniki. Dopiero później, kiedy 

szkic był  już gotowy,  uprzytomniłem sobie, że ta trzecia główka odgrywa też ważną rolę w 

wątku, który snuje tamta para... Kto wie przecież, czy finał całej historii nie będzie w równym 

stopniu sprawą Moniki, jak Tomka i Babetki.

- Skończyłam, Anito! - Monika rzuciła do wiklinowego kosza ostatnie łupiny. - Czy mogę 

już iść?

- Dokąd ty się wybierasz, Monisiu? - zapytała Anita.

Monika spojrzała w stronę okna. Tylko kogut spacerował po ścieżce, raz po raz dumnie 

podnosząc głowę.

- Nie wiem - odparła.

Oczywiście, nie wiedziała, dokąd pójść, żeby natknąć się na Tomka, bo Tomek zginął 

nam   z   oczu   zaraz   po   śniadaniu.   Kiedy   Anita   zapytała   o   niego,   Babetka   powiedziała   z 

tajemniczym uśmiechem:

- Och, nie szukaj go, Anitko, jest bardzo zajęty.

A potem przepadła i Babetka. Monika wyszła przed dom, a po chwili ja również wy-

brałem   się   na   spacer.   Chciałem   dojść   do   karczowiska,   ruszyłem   wolno   w   tamtą   stronę, 

zadowolony,   że   idę   sam.   W   naszym   świecie,   w   którym   warkoty,   szumy   i   zgrzyty   zupełnie 

zagłuszają naturę, ptasi świergot staje się luksusem i także ciche gadanie drzew, i trzask suchych 

gałązek pękających pod stopami idącego człowieka. Wsłuchiwałem się więc w te odgłosy, pilnie 

łowiąc   uchem   każdy   szmer,   szybkie,   urywane   susy   wiewiórki,   pracowite   kucie   dzięcioła, 

brzęczenie trzmiela.

Nagle przystanąłem. Dźwięczny śmiech Babetki usłyszałem tak wyraźnie, jakby stała tuż 

obok mnie, a przecież nie widziałem jej. Rozejrzałem się, opasły trzmiel krążył wokół mojej 

głowy, wiewiórka przycupnęła na gałęzi sosny, równie zaskoczona jak ja. Babetka śmiała się 

znowu. Teraz już wiedziałem, że jej głos dobiega mnie spoza krzewów jeżyn rosnących obok 

ścieżki. Chyba jednak nie była sama. Czy samotna dziewczyna może się śmiać aż tak? Bo śmiech 

background image

Babetki   wiercił   w   uszach   jakąś   szczególną   wibracją,   to   nie   było   zwyczajne   rozbawienie. 

Pomyślałem, że to chyba jedynie szczęście pozwala dziewczynie śmiać się w ten sposób.

- Republika Białych Motyli - usłyszałem jej głos. - To jest prezydent, ten duży, widzisz? 

A to premier. A ten malutki to minister komunikacji, lata o wiele szybciej niż inne. Chyba jest 

ich z dziesięć, nie mogę policzyć...

Chwila ciszy, a potem głos Tomka:

- Jedenaście.

Znowu cisza i głos Babetki:

- Dziesięć, na pewno dziesięć!

- Jedenaście.

- Dziesięć! - upierała się Babetka.

- Jedenaście. Tam dziesięć i tu jeden.

- Gdzie jeden?

- Tu.

Stojąc za jeżynami nie widziałem dziesięciu motyli. Mogłem się jedynie domyślać, jak 

wyglądał jedenasty. Roześmiała się.

- No, wiesz...

- Ależ tak!

A   więc   tak   wygląda   tajemnicze   zajęcie   Tomka!   -   pomyślałem   z   rozbawieniem.   Jest 

dostatecznie ważne na to, żeby mu nie przeszkadzać. Trzeba po prostu cicho minąć te krzewy i 

iść dalej w stronę karczowiska. Niech sobie tylko wiewiórka słucha dalej tej paplaniny i tego 

śmiechu, ja nie będę! - postanowiłem.

Zauważyli mnie jednak.

- Proszę pana! - zawołała Babetka, chociaż już oddaliłem się od nich o kilka kroków. 

Stanąłem.

- Proszę pana, niech pan tu podejdzie, niech pan zobaczył - trzepała szybko. - Tu jest 

Republika Białych Motyli, o!

Podszedłem bliżej, rzeczywiście nad kępkami macierzanki krążyło kilka motyli, pewnie 

background image

dziesięć. Jedenasty stał obok mnie. Tomek siedział na pniaku drzewa i...

- Co ty robisz? - zapytałem nie wierząc własnym oczom.

- Szyję. Pękły mi dżinsy na siedzeniu.

Tak.   Siedział   ubrany   w   kolorowe   kąpielówki,   a   na   kolanach   trzymał   spodnie,   które 

energicznie dziobał igłą.

- Nie  mogłeś  poprosić  Anity?   Ona zrobiłaby to  lepiej  -  zwątpiłem   w  jego zdolności 

krawieckie.

- Anita nie ma czasu, a ja tylko te jedne portki przywiozłem ze sobą - wyjaśnił. - A poza 

tym, każdy chłopak reperuje swoje dżinsy sam, to jest zasada.

- Pewnie dlatego one zawsze wyglądają na was trochę dziwacznie - zrozumiałem. - Ale w 

tej zasadzie jest jakiś wdzięk, to przyznaję.

- Może pan usiądzie? - Babetka gościnnie wskazała mi ręką kępkę macierzanki.

- Idę na karczowisko - wyjaśniłem, korzystając jednocześnie z zaproszenia.

- Karczowiska są takie smutne - powiedziała Babetka. - Takie umarłe.

Dopiero   teraz   zauważyłem,   że   tuż   obok   niej   stoi   dzbanek   z   jagodami.   Czy  spełniała 

polecenie Anity, czy też może wymyśliła sobie pretekst, żeby przyjść do Tomasza?

Babetka poszła zaniesć dzbanek Anicie. Zostaliśmy sami z Tomaszem.

- Jeden chłopak postanowił wybierać dziewczyny drogą eliminacji - powiedział po chwili. 

- I wie pan, jak to się skończyło?  Zostało mu dziesięć.  I spośród dziesięciu  nie potrafił  już 

wybierać. Podobały mu się wszystkie. Roześmiałem się. Tomasz także.

- Głupie, co? A jednak. Pan powie, że za kilka lat on potrafi. Dziękuję pięknie, za kilka 

lat... - westchnął ciężko.

Był wyraźnie zgnębiony, rozumiałem, że w jego sytuacji termin „za kilka lat" był zbyt 

odległy. Chciał wybrać już, a chociaż wybierał spośród dwóch, a nie spośród dziesięciu, stopień 

trudności był równie wielki. Przyznać muszę, że byłem zaskoczony, wydawało mi się bowiem, że 

Tomasz podjął decyzję w chwili, kiedy siedząc na oknie usiłował przebłagać Babetkę, Tomasz 

jakby wyczuł moje myśli, bo nie pytany powiedział:

background image

- Chwilami wydaje mi się, że już wiem na pewno. A potem, zupełnie nagle, tak ni z tego, 

ni z owego... - urwał i zaczął przyglądać się latającym nad samą ziemią motylom.

Ładnie „ni z tego, ni z owego" - pomyślałem. - Po prostu ten mały kłusownik, Monika, 

zakłada swoje sidła, a ty wpadasz w nie, biedaku, jak zając oślepiony światłem.

- Czy bardzo widać? - Tomasz włożył spodnie i odwrócił się do mnie tyłem.

- Nie jest to robota arcymistrza - powiedziałem szczerze - ale ujdzie.

- Wiem, że spartaczyłem trochę - wzruszył ramionami. - Trudno, musi zostać. Idziemy? - 

zapytał.

- Dokąd?

- Na karczowisko.

Ach,   na   karczowisko,   zapomniałem,   Nie   uszliśmy   pięciu   kroków,   kiedy   zjawiła   się 

Monika. Była zadyszana, uśmiechnięta, wyraz nadąsania zginął z jej buzi bez śladu. Prawdę 

mówiąc, wyglądała ślicznie.

- Gdzie się chowałeś przez całe rano? - zaatakowała Tomasza. - Szukałam i szukałam...

- Idziemy na karczowisko - odparł Tomek wymijająco, zdejmując z jej włosów widełki 

igliwia. - Pójdziesz?

- Nie, zmęczyłam się. Wolałabym zostać tutaj. O! - zawołała. - Ile motyli!

Przysiadła na pieńku i z zachwytem obserwowała Latającą Republikę. Tego dnia ubrana 

była w jakiś malowniczy łaszek, który sprawiał, że Monika przypominała barwną łatkę. Rękoma, 

pociemniałymi   brzoskwiniową   opalenizną,   przytrzymywała   opadające   na   czoło   włosy. 

Spojrzałem   na   Tomasza.   Przymrużył   oczy,   jak   malarz,   który   z   daleka   ocenia   kolorystyczne 

walory pejzażu, ale pejzaż, oglądany przez Tomka, był żywy. Poruszał się, przeginał w szczupłej 

talii, przechylał głowę raz w prawo, raz w lewo.

- Idziesz? - zapytałem Tomasza ostro. Drgnął.

- Tak. Idę - zdecydował się szybko.

-   Zostań!   -   powiedziała   Monika.   -   Zostań,   tu   tak   ładnie.   A   pan...   -   obrzuciła   mnie 

przelotnym spojrzeniem - pan na pewno chce pomyśleć trochę o swojej książce, będziesz tylko 

przeszkadzał.

background image

- Będę przeszkadzał? - zapytał.

Być może chciał, abym przytaknął, nie wiem.

- Z pewnością nie - odparłem przekornie. - Będzie mi bardzo miło, nie wiem nawet, czy 

sam trafiłbym na karczowisko.

Monika spojrzała na mnie zimno.

- Zaczekaj tu na nas, wrócimy razem do domu - zaproponował Tomek dyplomatycznie.

- Uhmmmm... - zamruczała. - Nie mam zamiaru siedzieć tu sama, zanudzę się. Zostań, na 

karczowisko łatwo trafić, zaraz za zakrętem tej ścieżki jest przecinka... - to było do mnie.

Tomasz podrzucał w górę pękatą szyszkę.

- Więc jak? - zapytałem. - Idziesz czy zostajesz?

- Może zostanę - powiedział wpatrując się w śmigającą szybko szyszkę.

Monika   spojrzała   na   mnie   z   ironicznym   uśmieszkiem.   Odwróciłem   się   i   z   wolna, 

ruszyłem w stronę karczowiska.

Nagle usłyszałem głos Moniki:

- Ile ich tutaj jest, policz!

- Dziesięć.

Zatrzymałem się na miejscu.

- Dziesięć? Policzyłeś tak szybko? Ja nie mogę, ciągle mi się plączą.

- Dziesięć, na pewno.

A   więc   dziesięć.   Dziesięć,   nie   jedenaście.   Ty   przegrasz,   Moniko!   -   pomyślałem   z 

satysfakcją.

Z traktu leśnego wyjechałem na szosę. Lubię prowadzić wóz nieuczęszczanymi drogami, 

lubię widzieć przed sobą wolną przestrzeń. Tomasz siedział obok mnie, Monika i Babetka z tyłu. 

Przysłuchiwałem   się   ich   rozmowie,   żartobliwej,   leciutkiej.   Żadne   słowo   nie   miało   wagi. 

Martwiłbym się może, gdybym nie wiedział, że co najmniej dwoje z tej trójki potrafi rozmawiać 

inaczej. Monika? No cóż, Monika. Teraz wszyscy pletli jakieś głupstwa i śmieli się, jakby było z 

czego.  Republika  Białych  Motyli?  O, nie!  Cieszyli  się po prostu dobra chwilą,  egoistycznie 

background image

może, bo jechaliśmy przecież do apteki, po lekarstwo dla Kryśki chorej na anginę.

Zwolniłem przejeżdżając przez tor kolejowy. Przy tym skrzyżowaniu udało mi się kiedyś 

wyskoczyć   z   transportu.   Przez   chwilę   kusiło   mnie,   żeby   powiedzieć   o  tym   głośno,   ale   roz-

myśliłem się, wolałem słuchać ich śmiechu, który jak pianka nakładał się na moje wspomnienia. 

Postanowiłem zaprosić ich na kawę. Nie na lody, na kawę. Na lody zaprasza się dzieci.

Kiedy wjechaliśmy na Rynek, Tomasz poszedł do apteki, Monika na pocztę, dowiedzieć 

się o listy. Weszliśmy z Babetka do kawiarni. Wybraliśmy stolik przy oknie.

- Poczekamy na nich, czy zamówić już coś dla ciebie, Babetko?

- Poczekajmy. Tylko, że...

- Że co?

- Pan zapraszał nas na kawę, a ja wolałabym lody.

- Proszę cię bardzo, niech będą lody. Myślałem o kawie, bo to tak bardziej dorośle - 

uśmiechnąłem się do Babetki żartobliwie.

- Nie lubię kawy - powiedziała Babetka szczerze i popatrzyła na mnie szeroko otwartymi 

oczyma. - Czy to naprawdę dowód, że jestem jeszcze dziecinna?

- Nie, to chyba dowód, że jesteś wyłącznie sobą i że nie chcesz udawać nikogo innego - 

wyjaśniłem poważnie.

Potem przyszła Monika. Sunęła od drzwi w naszą stronę w sposób nieco teatralny,  z 

podniesioną   wysoko   głową.   Dopiero   teraz   spostrzegłem,   że,   w   przeciwieństwie   do   Babetki, 

Monika była ubrana niezwykle starannie, więcej nawet - efektownie. Króciutka sukienka od-

słaniała długie, szczupłe nogi, a szerokie rondo zsuniętego aż na ramiona kapelusza tworzyło 

obramowanie   dla   jej   ładnej   buzi.   Zauważyłem,   że   młody   chłopiec   siedzący   przy   pobliskim 

stoliku przyglądał się jej wzrokiem pełnym nie ukrywanego zachwytu. Babetka podniosła się z 

miejsca, żeby ułatwić Monice przejście. No tak, ta przyjechała w swoich wyszarzałych porciętach 

i kretonowej bluzce niedbale wyrzuconej na spodnie. Był w tym też jakiś młodzieńczy wdzięk, a 

może nawet i trochę nonszalancji, dostatecznie jednak umiarkowanej, żeby nie raziła.

- Lody, Moniko? - zapytałem.

- Miała być kawa - zdziwiła się.

background image

- Ależ oczywiście! Lody, kawa. Ciekawe, na co zdecyduje się Tomek.

Okazało się, że Tomek i przy tym wyborze nie grzeszył zdecydowaniem.

- A mnie to wszystko jedno - zakomunikowała. - Może być to albo to.

- Zdecyduj się.

- To może kawa. Nie, przepraszam, lody! Albo może kawa. Tak, poproszę kawę. Dosta-

łem lekarstwo dla Krystyny.

Podał mi fiolkę i buteleczkę z kroplami. W tym samym momencie podszedł do nas młody 

człowiek, który tak uważnie obserwował wchodzącą Monikę.

- Cześć, Tomasz... - powiedział niskim głosem, trochę jakby przez zęby. Tomek odwrócił 

się gwałtownie.

- Cześć!

- Można się przysiąść? Tomasz spojrzał na mnie.

- Nie wiem... - burknął. - Widzisz, że nie jesteśmy sami...

- Pan pozwoli? - młodzieniec ukłonił mi się grzecznie, choć może nieco później, niż 

należało.

- Proszę bardzo.

- To ja tylko przeniosę swój prowiant. Jego „prowiant" składał się z butelki oranżady i 

ptysia z kremem.

- A ty co, Tomek? Na wakacjach? - zagaił rozmowny młodzieniec.

- Na wakacjach. A ty?

- Przejazdem. Autostopem zasuwam.

- To kolega z Domu Kultury, chodzimy razem na dżudo - wyjaśnił Tomek patrząc na 

mnie.

- Może podejdziecie do bufetu wybrać ciastka? - zaproponowałem dziewczynkom.

Wstały obydwie, kolega z dżudo odprowadzał je przez chwilę wzrokiem. Potem spojrzał 

na Tomasza z błyskiem uznania w oczach.

- Klasa... - szepnął. - Zwłaszcza ta w mini.

Udawałem, że studiuję uważnie sposób podawania oxyterracyny.

background image

- Klasa - przyznał Tomek również szeptem.

- Chodzisz z nią?

Z gardła Tomka wydobył się niewyraźny bełkot.

- To pięknie! - pochwalił go kolega z dżudo, który najwyraźniej zrozumiał to, czego ja nie 

zrozumiałem.

- Ta druga też klasa - przyznał młody człowiek. - Ale wysiada przy tej w mini, no nie?

Znowu bełkot.

- Masz szczęście, bracie, pozazdrościć. Takie nogi, ho, ho! Od ziemi aż po samą szyję.

- Dobre lekarstwo kupiłem? - zapytał Tomek zwracając się do mnie.

- Dobre, dlaczego miałeś kupić złe? Według recepty przecież.

- Wujaszek? - zapytał domyślnie kolega z dżudo, wskazując na mnie zarośniętą skąpo 

brodą.

- Nie. Pan redaktor jest tu na urlopie. Mieszkamy w leśniczówce.

- Dziennikarz? - ożywił się kolega z dżudo i po raz pierwszy przyjrzał mi się z odrobiną 

szacunku. - Dobrze się składa, mam dla pana temat.

Dlaczego oni wszyscy mają dla mnie tematy? - pomyślałem niechętnie. Jaki może mieć 

dla mnie temat ten zarośnięty bęcwał?

- Tak? Jaki pan ma temat?

- Temat jak cacko! - cmoknął własne palce z lubością.

- Mianowicie?

- Życiowy. Liczą się tylko życiowe tematy, nie?

- Zależy, co się rozumie pod słowem życiowy - zauważyłem sceptycznie.

- Krzywda młodzieży, ma pan pojęcie o czymś takim?

- Ty, daj spokój... - skrzywił się Tomasz.

- Co ty chcesz gadać, odbiło ci coś, daję słowo...

- Pan redaktor nie chce, to narzucać się nie będę! - wycofał się nagle kolega z dżudo.

- Sam w przyszłości wykorzystam, jak ten, no, ten, jakże mu tam... no, ten z pazurem do 

współczesności?...

background image

- Nowakowski? - podsunął Tomek.

- Nie, nie Nowakowski. Ten... taki... wyleciał mi z pamięci.

- Głowacki?

- Może i Głowacki, plączą mi się. Babetka i Monika wróciły wreszcie.

-   Prosimy,   prosimy!   -   ożywił   się   znowu   kolega   z   dżudo.   -   My   tu   sobie   właśnie 

rozprawiamy o literaturze - wyjaśnił.

Tomek spojrzał na mnie wzrokiem pełnym boleści. Odpowiedziałem mu podobnym spoj-

rzeniem. Szczęśliwie z opresji wyratował nas jakiś dryblas, który podszedł do naszego stolika i 

klepiąc kolegę z dżudo po ramieniu, powiedział:

- Ej, Czesiek! Trafia nam się jeden gość z „Warszawą". Ruszymy chyba, nie?

- Powiedział, że weźmie?

- No!

- Dobra. Spadamy stąd.

Kolega z dżudo wstał i pożegnał się z nami niskim ukłonem. Potem sięgnął jeszcze po 

butelkę i wypił resztę oranżady.

- Powodzenia! - rzucił Tomkowi odchodząc. - I gratulacje, jeszcze raz... - spojrzał na 

Monikę przeciągle.

Tego wieczoru  zastanawiałem  się  długo nad tym,  w  jakim  stopniu czyjeś  spojrzenie, 

czyjaś   opinia   kieruje   odruchami   drugiego   człowieka?   Bo   kiedy   wychodziliśmy   z   kawiarni, 

Tomek wsunął rękę pod ramię Moniki. A potem prowadził ją tak przez cały Rynek, aż do mojego 

wozu, który stał na parkingu. Prowadził ją tak, i widziałem na własne oczy, jak na jego twarzy 

malował   się   wyraz   błogiej   satysfakcji,   ilekroć   napotykał   spojrzenia   chłopców   taksujących   z 

uznaniem zuchwałą urodę Moniki. I widziałem, jaki był zaborczy w tym geście posiadacza, kiedy 

już na parkingu wysunął rękę spod ramienia i ogarnął nią szyję Moniki, i widziałem także, jak 

Babetka stanęła przy masce mojej „Syreny" gładząc ręką połyskliwą powierzchnię karoserii. Z 

zadumą. A może ze smutkiem. Nagle Tomek jakby się ocknął z odurzenia. Zostawił Monikę przy 

drzwiczkach, a sam podszedł do Babetki.

- O czym myślisz? - zapytał tym najbardziej niedyskretnym pytaniem świata, bo co jak 

background image

co, ale myśli są najbardziej prywatną własnością człowieka, a którą z nich chce ujawnić, jest jego 

sprawą.

Babetka poruszyła nieznacznie ramieniem i przechyliła głowę.

- O niczym specjalnie...

I   wtedy   Tomek   zrobił   najgłupszą   rzecz,   jaką   mógł   zrobić:   tak,   jak   przed   chwilą 

obejmował   Monikę,   objął   teraz   Babetkę.   Ciągle   niezdecydowany,   ciągle   niepewny,   ciągle 

rozdarty między tymi dwoma dziewczętami.

Babetka odepchnęła Tomka łokciem i wysunęła się zręcznie z jego objęcia.

- Daj spokój. Gorąco.

Nie było gorąco. Przedwieczorny wiatr ogarnął Rynek ożywczym chłodem, na pewno nie 

było gorąco. Ale ten gest wyrównania, bo tak Babetka musiała go zrozumieć, obraził ją. Monika 

wsiadła do samochodu, a ja opieszale przecierałem przednią szybę wozu. Tomasz w milczeniu 

patrzył na Babetkę, a potem wiedziony impulsem, czy też silniejszym biciem serca, powiedział 

półgłosem:

- Jeżeli czymkolwiek dotknąłem ciebie, Babet, to przepraszam. Ty mnie też dotknęłaś 

teraz, więc rachunek jest wyrównany.

Uśmiechnęła się z przymusem, ale odparła bez gniewu:

-   Nie   mam   zwyczaju   wyrównywania   rachunków,   prowadzę   po   prostu   inny   rodzaj 

księgowości...

Kiedy   wracaliśmy   do   leśniczówki,   nikt   się   nie   śmiał   po   drodze,   nikt   nie   rozmawiał. 

Kątem oka obserwowałem siedzącego obok mnie Tomka i myślałem słowami Kaliguli: „...uti-

nam populus Romanus unum cervicem habe-ret!..." Co w tłumaczeniu na polski znaczy: „...o, 

gdybyż lud rzymski miał jedną tylko szyję!"

Dopiero w niedzielę po południu Prot odzyskał utraconą równowagę ducha.

- Jaki macie nastrój, Janie Sebastianie? - zapytał spoglądając znacząco na szafkę, w której 

chował nalewkę Anity.

- Owszem, Procie, chętnie! Ale wiecie, jak to ja zawsze. Tylko ciut!

- Tylko ciut! - powtórzył Prot zgodnie, z zadowoleniem. Uważnie napełniał kieliszki.

background image

- Odetchnąłem, Janie Sebastianie, odkąd pozbyłem się z domu tego balastu. Ciążył mi.

Prot odstawił butelkę i rozsiadł się wygodnie.

- A jak idzie wasza praca, Janie Sebastianie? Dużo wam brakuje do końca?

- O, to wszystko nie jest takie proste - odparłem wymijająco.

Nie miałem ochoty przyznawać się Protowi, że poza szkicami trzech główek nie stwo-

rzyłem niczego więcej. Nie odpowiedziałem więc na jego pytanie i tak siedzieliśmy bez słowa, 

sącząc wolno klarowną nalewkę.

Wróciłem myślami do pierwszych dni mojego pobytu w leśniczówce, a ściśle - do tego 

dnia, w którym zaczęło mi się wydawać, że będę tu świadkiem narodzin pierwszej miłości, takiej 

właśnie, o jakiej chciałem pisać. Okazało się jednak, że pierwsza miłość ma swoją uwerturę! Jak 

ją nazwać? Czym jest właściwie? Czy tylko poszukiwaniem? A jeżeli tak, to gdzie jest granica, 

ten punkt zwrotny dzielący poszukiwanie od autentycznego uczucia?

Do kancelarii weszła Krystynka z gardłem owiniętym ciepłym szalem Anity.

- Dlaczego wstałaś? Marsz do łóżka! - zdenerwował się Prot. - Chcesz się doziębić, czy 

jak? Wracaj prędko!

- Dziadku, ja już umieram z nudów. Dziadku, niech dziadek mnie stąd nie wyrzuca - 

prosiła błagalnie.

Przysiadła na brzegu krzesła, niepewna swojego losu. Prot zdjął z poręczy fotela kraciasty 

koc i rzucił Kryśce na kolana.

- Przykryj nogi.

-  Czy  nie   mógłby  nam   dziadek   czegoś  opowiedzieć?  Dziadek  umie  tak   ciekawie...   - 

poprosiła w naszym imieniu.

- Co ja tam mogę opowiedzieć, dziecko? Bajek nie umiem.

- Coś, co się działo, kiedy dziadek był mały - zamówiła sobie Krystynka.

- Ho, ho! Kiedy byłem mały? Za wiele wymagasz od mojej pamięci.

- Więc może coś o tym, co było, kiedy dziadek był młody.

- Młody to ja też byłem bardzo dawno.

- Niech dziadek się nie wykręca, dziadku! Ja taka jestem chora, biedna...

background image

-   Chora,   biedna!   -   przedrzeźniał   ją   Prot.   Potem   umilkł   i   ściągnął   brwi.   Krystynka 

przypatrywała mu się wyczekująco.

- Może o tym, jak dziadek poznał babcię Małgorzatę - podpowiadała niestrudzenie.

- Ja babci Małgorzaty w ogóle nie poznałem. Myśmy z babcią od małego razem byli, w 

tej samej wsi, po sąsiedzku.

Krystynka westchnęła ciężko i nagle powiedziała, jakby odgadując moje myśli:

- Ale przecież w pewnej chwili dziadek zrozumiał, że babcię kocha, nie? Więc jak to 

było?

Prot przygładzał dłonią siwe włosy i milczał. Zastanawiałem się, czy potrafi znaleźć od-

powiedź na to pytanie. Być może wracał teraz myślą do jakiegoś wieczoru, słodkiego od zapachu 

maciejki, przypominając sobie chwilę, kiedy szedł z Małgorzatą po ogrodowej ścieżce, a krzywy 

księżyc   wisiał   nad   nimi   romantycznie?   A   może   pamiętał   jakiś   dzień,   w   którym   widząc 

Małgorzatę idącą od studni z wiadrami pełnymi wody i uginającą się pod ciężarem, zrozumiał, że 

chce   przejąć   wszystkie   jej   trudy   na   siebie?   A   może   to   było   jeszcze   inaczej,   może   kiedyś 

dowiedział się, że będzie musiał odejść od niej na długo, i wydawało mu się, że nie potrafi, bo 

już nie było dla niego szczęścia bez jej oczu, bez jej rąk, uśmiechu, bliskości? Może ten sygnał 

prawdziwej miłości to nie tylko zadurzenie, oczarowanie, uniesienie, ale także nagła, straszliwa 

wprost pewność?

- Więc jak, dziadku?

- Jak... jak... - powtórzył Prot. - Nie wiem, samo przyszło.

- Samo przyszło, ale przecież na pewno podobały się dziadkowi jeszcze i inne dziewczęta. 

Dlaczego dziadek wybrał właśnie babcię? Po czym dziadek poznał, że to jest ta właśnie, z którą 

dziadek chce żyć przez całe życie?

- Tyś chyba niemądra, Krystynko... - żachnął się Prot. - Co ty mnie, staremu, takie pytania 

zadajesz? Uczony nie jestem.

- Kochają się wszyscy ludzie, nie tylko uczeni - zauważyła Krystynka - i chyba każdy 

powinien wiedzieć, czym się różni prawdziwa miłość od nieprawdziwej.

- Ja tam wiem, czym się różni jodła od świerku, Krystynko! I to ci mogę jasno wyłożyć. 

background image

A na twoje pytania nic ci nie odpowiem, bo takiej odpowiedzi nie znam. I nikt jej nie zna. Każdą 

miłość, zdaje mi się, nawet tę najbardziej prawdziwą, tak można zmarnować, że śladu po niej nie 

zostanie. A taką słabiutką, co ledwie koło serca ćwierka, tak niektórzy potrafią wyhodować, że 

staje się trwała i całe życie ludzkie wytrzymuje.

- Słusznie mówisz, Procie! - odezwała się Anita od progu.

Wszyscy spojrzeliśmy na nią. Nie zauważyliśmy, kiedy weszła, i nie wiedzieliśmy, od jak 

dawna była w kancelarii.

- I ja zawsze powtarzam, że wszystko od ludzi zależy. To, co człowiek jednego dnia 

odczuwa,   następny   dzień   może   zmienić.   Wszystko   w   życiu   jest   jak   garnek   z   mlekiem.   Nie 

dopilnujesz, wykipi. A jeśli na dokładkę kochanie w grę wchodzi, dwoje musi płomyka pilnować. 

A ty nie medytuj nad tymi sprawami, Krystynko, bo one nie na twój rozum. Do łóżka idź, bo 

znowu gorączki dostaniesz i z jutrzejszego wstawania nici będą.

- Anito!

- Nie marudź, tylko rób, co ci każę! Krystynka podniosła się niechętnie.

- Nie zagrałby pan ze mną w domino? - patrzyła na mnie błagalnie.

- Chętnie zagram, Krysiu. Wyglądała tak żałośnie.

- Co ty panu suszysz głowę, Krystynko! - fuknęła Anita. - Nie może to Babetka z tobą 

zagrać? Widziałam, że się tu plącze po domu.

- Plątała się, Anitko, ale Tomek wrócił i słyszałam, jak... - Krystynka  roześmiała się 

krótko. - Słyszałam, Anitko, jak on jej tłumaczył teorię prawdopodobieństwa.

- Więc dlaczego się śmiejesz? To ładnie, że się uczą nawet w czasie wakacji. Krystynka 

zerknęła w moją stronę.

- Przecież Tomek sam tej teorii nie rozumie, mogę przysiąc. Żeby ją zrozumieć, Anito, 

trzeba mieć bardzo dobrze w głowie. Tomkowi się zdaje, że zaimponuje Babetce swoją rozległą 

wiedzą, ha, ha! To wszystko są akrobacje - spoważniała nagle Kryśka. - Kiedy pomyślę, że i ja 

mogę się nabrać na takie cyrkowe numery, włosy mi się jeżą z przerażenia.

- Widać to - odparła Anita, przyglądając się Kryśce. - Tylko że tobie nie z przerażenia się 

jeżą, a z tego, żeś się nie czesała od rana.

background image

Tego   dnia   popołudnie   wlokło   się   leniwie,   powietrze   wisiało   ciężkie,   już   od   godziny 

słychać było przewalającą się daleko burzę.

- Lada chwila dojdą do nas te grzmoty, zobaczycie! - jęknęła Monika. - Umrę ze strachu, 

boję się burzy!

- Iiii, przesadzasz! - Kryśka wzruszyła ramionami. - Ja się tam burzy nie boję, dla mnie 

może błyskać cały dzień, a piorun? Co mi może zrobić?

- Może cię zabić, niemądra! - krzyknęła Monika.

- Iiii, zabić. Takie tam gadanie, raz na sto lat piorun zabija ludzi. Mnie nie zabije, prędzej 

ciebie, bo jesteś ode mnie wyższa, jak będę koło ciebie stała, to we mnie nie uderzy!

- Dziadku! Niech ona przestanie!

- Uspokój się, Krystynko! - Prot przeciągnął się. - Pójdę sobie pospać, odłożę robotę na 

wieczór, chłodniej będzie! - zdecydował wreszcie.

- Może i ty, Janie Sebastianie? - zaproponowała mi Anita. - Bo ja to też się przyłożę do 

poduszki na godzinkę.

- Nie jestem śpiący, Anito. Tomek i Babetka grali w makao. Przyglądałem się rozgrywce 

bez zaciekawienia.

- Pan w ogóle nie gra w karty? - zapytał Tomasz. - Nawet w brydża?

- W ogóle nie gram, wyobraź sobie.

- A ja będę grała w brydża, Tomek mnie nauczy! Pana też może nauczyć - zaproponowała 

Babetka.

- Dziękuję pięknie, rezygnuję z edukacji.

- A mnie nauczysz? - ożywiła się Monika. - Naucz mnie, błagam cię, pieseczku!

- Mogę, dlaczego nie? Makao.

- No, to ja przegrałam, na pewno zostały ci kiery! - westchnęła Babetka.

- Przegrałaś.

- Zawsze przegrywam, taki mój los.

- To po co grasz? Tylko wtedy powinno się grać, kiedy człowiek jest już pewien swoich 

umiejętności, nie sądzisz? - zaatakowała Babetkę Monika.

background image

- Dla mnie to rozrywka, nie drę włosów z głowy, kiedy jadę na minusach.

- W życiu też? - zapytała Monika ostro.

- Często ci się zdarza jechać na minusach, o ile wiem.

- Każdemu się zdarza - odparła Babetka spokojnie.

- O! Mnie nie!

- To chyba tobie jednej - wtrąciła Kryśka. - Ja też często jadę na minusach. To nawet 

fajne, potem się bardziej ceni plusy, no nie, Babetko?

- Jasne.

- A ty, pieseczku?

- Co ja?

- Często jeździsz na minusach?

Monika  siedziała  na wałku od pluszowej  kanapy i machała  nogami.  Zauważyłem,  że 

Tomek przez chwilę obserwował te nogi, szczupłe i zgrabne.

- Może nie często, ale czasami - powiedział w końcu i zaczął ustawiać domek z kart.

- Czyj to domek? - zapytała Monika zaczepnie.

- Mój - odparł z uśmiechem.

- Kto w nim będzie mieszkał?

- Ja.

- I kto jeszcze?

- Nie wiem.

Przechylił głowę i uważnie budował pierwsze piętro.

- A jeżeli i ja się tu wprowadzę?

- Kwaterunek może cię wyrzucić! - zawołała Kryśka.

- Pamiętaj o nosie i o sosie, moja złota! - Monika zeskoczyła z kanapy i zbliżyła się do 

stołu. - A jeżeli się wprowadzę? - powtórzyła. - Na siłę? Przywiozę  swoje klamoty i powiem: 

„Teraz ja też tu będę mieszkała!" Co wtedy zrobisz? Wyrzucisz mnie?

- Nie. Wybuduję sobie drugi domek.

- Naprzeciwko?

background image

- To pojęcie względne. Jak spojrzysz na mapę, to Tatry też są naprzeciwko morza.

Słuchałem tej rozmowy patrząc na Babetką. Ona z kolei przyglądała się Monice, która 

oparła się o stół i przybliżyła twarz do twarzy Tomasza.

- Dlaczego nie jesteś dla mnie miły? - zapytała przechylając głowę. - Przecież potrafisz...

- Monika! - nie wytrzymała Krystynka.

- Jeżeli w ciebie trafi piorun, to daję słowo, że będzie miał rację. Gdybym ja była pioru-

nem, to przeleciałabym cały świat dookoła tylko po to, żeby ciebie znaleźć!

- Ależ ty masz języczek, Krysiuniu! - roześmiała się Monika. - Oooo! - krzyknęła nagle i 

zakryła uszy rękoma.

Przeciągły grzmot sygnalizował, że burza jest już niedaleko, coraz bliżej nas.

- Ha! - roześmiała się Kryśka jadowicie.

- Ha!

- Daj spokój... - mruknęła Babetką cicho. - Daj spokój, rozumiesz?

- Niby dlaczego? Kto tu powinien się uspokoić?

- Ooooo! - krzyknęła znowu Monika.

- Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy!

Kryśka poczęstowała Monikę ulubioną sentencją Anity. - Ten jeszcze nie trafił w ciebie, 

ale następny...

- Wiesz co, Krysiu? - Tomasz wstał od stołu i złożył karty. - Dałabyś już spokój.

Usiedliśmy obydwaj na kanapie. Krystynka przycupnęła obok mnie.

- Chodź do nas, Babetko! - poprosiła. Objęły się ramionami  i nie słyszałem tego, co 

Babetką szeptała Kryśce na ucho.

- No dobrze, już dobrze... - wymamrotała Krystynka niechętnie. Tomasz usiadł na wałku.

- Zająłeś moje miejsce! - zawołała Monika.

- Miejsca tu jest dosyć. Połowa kanapy i drugi wałek - odparł. I wtedy nagle zgasło 

światło.

-   To   się   często   zdarza   w   czasie   burzy   -   wyjaśniła   Babetka.   -   Po   prostu   elektrownia 

wyłącza.

background image

- Ja  to nawet lubię tak siedzieć po ciemku, wie pan? - Kryśka podsunęła mi pod plecy 

poduszkę. - Wygodnie?

- Wygodnie.

- To świetnie. Niech pan nam teraz opowie coś ciekawego o swoich podróżach. Gdzie pan 

był najdalej?

- W Brazylii.

- O! - usłyszałem w ciemności głos Tomasza. - To ciekawe! Służbowo?

- Służbowo. Mieszkałem w Rio przez trzy miesiące.

- I co?

- No, pięknie tam jest!

- A co najpiękniejsze? - zapytała Babetka?

- Copacabana.

- Copacabana... jaka to dziwna nazwa... Copacabana... - rozmarzyła się Krystynka.

- Copacabana jest dzielnicą  Rio. Wyobraźcie sobie szeroką autostradę, która z jednej 

strony jest zabudowana luksusowymi wieżowcami, a z drugiej...

Przymknąłem oczy, chociaż w pokoju było ciemno. Widziałem teraz przed sobą szeroką 

plażę Copacabany, odległe światła Niteroi i ciemną sylwetkę Głowy Cukru.

- A z drugiej...? - niecierpliwiła się Krystynka.

-   Z   drugiej   strony   Avenida   Atlantica   ciągnie   się   rozległa   plaża.   Przeżyłem   kiedyś 

cudowny wieczór na Copacabanie...

Błysnęło.

- Boże święty, to chyba w nas strzelił! - zawołała Monika.

Dopiero teraz zauważyłem, że zajęła sobie miejsce na wałku od kanapy, ale na tym sa-

mym wałku, na którym siedziała poprzednio, więc tuż obok Tomka.

- Nie przerywaj! - zdenerwowała się Kryśka. - Lepiej byś słuchała, ty strachajło! I co na 

tej Copacabanie?

Znowu zagrzmiało przeciągle. Za oknami zerwał się silny wiatr i pierwsze krople deszczu 

gwałtownie uderzyły o szyby.

background image

- Kiedy wieczorem stoisz na plaży Copacabany i patrzysz przed siebie, widzisz tylko 

światła   w   oddali,   błyski   grzywiastej   piany   fal   i   słyszysz   szum   morza,   tak   piękny,   jak   naj-

piękniejsza muzyka. I zapominasz, że tuż za twoimi plecami suną setki samochodów, toczy się 

życie wielkiego miasta. Pośród tysiąca ludzi czujesz się sam, i tylko ten ocean przed tobą...

Błysnęło, zagrzmiało i błysnęło znowu. W mgnieniu sekundy zobaczyłem, jak Monika 

gwałtownie rzuciła się do tyłu.

- Opanuj się - powiedział Tomek.

- Kiedy nie mogę, boję się po prostu straszliwie! - łkała Monika.

-  Ona   się  wygłupia   -  usłyszałem   szept  Krystynki.  -  Doskonale  wiem,   że  nie   boi  się 

burzy...

Jej szept dotarł również do Babetki, która sprzeciwiła się gwałtownie.

- Jesteś niesprawiedliwa. Boi się!

- Zawracanie głowy. Boi się tylko wtedy, kiedy jej z tym wygodnie. No i co? - zapytała 

Kryśka głośniej. - Co z tą plażą?

- Widzisz, Krystynko, zawsze brak mi słów, kiedy chcę komuś opisać jej urok. Czasami 

myślę, że ludzie nie stworzyli jeszcze takich, które mogłyby oddać w pełni piękno tego miejsca. 

Każdy przymiotnik wydaje mi się zbyt ubogi, każdy rzeczownik zbyt suchy.

- Czy chciałby pan mieszkać tam na stałe?

- O, nie! Ale chciałbym zobaczyć to jeszcze raz.

- I potem jeszcze raz... - szepnęła Babetka.

- Możliwe - przyznałem.

- I potem jeszcze raz... i jeszcze raz... - mówiła Babetka wolno.

- A może to już tak jest, że pragnienie jest zawsze piękniejsze od spełnienia, Babetko? - 

zapytałem.

-   Chyba   nie   -   zaprzeczyła   gwałtownie.   -   Chyba   nie   może   być   nic   piękniejszego   od 

spełnienia marzeń.

- Kto wie - zastanowiłem się. - Kto wie...

- Dziwne to wszystko - westchnęła Kryśka. - Człowiek chyba lepiej zna świat niż samego 

background image

siebie.

Gadały tak, jak zwykle gada się po ciemku: trochę refleksji, trochę zadumy. Milczenie 

Tomka i Moniki zaczynało mnie niepokoić. Błysnęło raz po raz, zagrzmiało i znowu przeciągłe 

błękitne  światło  rozjaśniło  pokój. I wtedy zobaczyłem  Monikę wtuloną w objęcia Tomka,  z 

twarzą tuż obok jego twarzy.

- Może byś jednak zapalił jakąś świecę, Tomasz - powiedziałem głośno.

Przez chwilę słyszałem potrącanie krzesła, skrzypienie drzwi, trzaskanie zapałki. W po-

marańczowym świetle odnalazłem twarz Moniki, jej uśmiech na pół drwiący, na pół zwycięski. 

Odnalazłem również zadumaną buzię Krystynki. Rozejrzałem się po pokoju. Babetki nie było. 

Tomasz również szukał jej wzrokiem, niespokojnie, z przestrachem. A potem opuścił głowę i 

patrzył już tylko na świecę, którą trzymał przed sobą, na jej płomyk migotliwy, nierówny.

- Postaw ją na stole i chodź tu do mnie! - głos Moniki zabrzmiał despotycznie. Tomasz 

nie drgnął nawet.

Odnalazłem ją w kuchni. Stała przy oknie, w które deszcz walił nieprzerwanie.

- Babetko...

Wtuliła twarz w rękaw mojego swetra, a kiedy chciałem pogłaskać jej policzek, poczu-

łem, że jest mokry od łez.

- Babetko...

Poruszyła   głową,   prosząc   tym   gestem,   żebym   milczał.   I   milczałem,   bo   cóż   mogłem 

powiedzieć? Że całe życie jest jeszcze przed nią, cudowne jak wieczór na Copacabanie?

- Nie będę w to dłużej grała... - usłyszałem wreszcie jej stłumiony głos. - Mam już dosyć 

minusów.

- O ile zdążyłem zauważyć, nie zawsze wygrywa ten, kto pierwszy mówi makao, Babet-

ko.

- Ona już wygrała.

- Nie jestem tego pewien.

- Widziałam.

background image

Wyprostowała się, podałem jej swoją chusteczkę.

- A do tego nie potrafię przegrywać - powiedziała żałośnie. - Jak byłam mała, zawsze 

ryczałam, kiedy zostałam durniem. Teraz też.

- Z tą różnicą, że teraz ty ryczysz,  chociaż durniem został ktoś inny... - zauważyłem 

żartobliwie.

Roześmiała się, ale przez łzy, bo wcale nie było jej lżej. Otworzyłem okno, deszcz prze-

stał padać równie nagle, jak zaczął. Wionęło ku nam zapachem wilgotnego lasu, coraz ciszej 

szumiały liście drzew potrącane słabnącym wiatrem.

Ktoś otworzył drzwi i przekręcił kontakt.

- Światło już jest, Janie Sebastianie, cóż wy tak po ciemku? W pokoju zapalili świecę.

- A myśmy właśnie od tej świecy uciekli, dziadku... Prot przyjrzał się Babetce uważnie.

- Płakałaś...?

Spuściła oczy, Prot odwrócił się i pogwizdując cicho włączył grzałkę.

- Przyszła mi ochota na herbatę. Może i wy się napijecie, Janie Sebastianie?

Nie   trafił   Prot.   Właśnie   w   tej   chwili   najchętniej   łyknąłbym   pół   kieliszeczka 

ubiegłorocznej nalewki Anity. Pół kieliszeczka, nie więcej.

- Chętnie, Procie.

- I ja też, dziadku...

- O, proszę, ale mam towarzystwo! Naszykuj kubeczki, Babetko...

Usiedliśmy przy kuchennym stole, Babetka wyjęła kubeczki i czekając na zagotowanie 

wody przysiadła na kolanie Prota.

- Masz ci los! - stęknął.

- A jak mówię, że powinnam się odchudzać, to dziadek mi nie wierzy.

Herbata była mocna, aromatyczna, piliśmy ją pogadując od czasu do czasu.

-   Dziaaadkuuu!   -   poprosiła   nagle   Babetka   rozwlekłym   tonem.   -   Nie   przeszedłby   się 

dziadek?

- A czy ty masz dobrze w głowie, Babetko? Po takim deszczu?

- Mamy przecież kalosze!

background image

- Diabła tam kalosze. W te kałuże chcesz mnie wlec? Za stary jestem na takie spacery.

-   Dziadek   stary!   Także   coś!   -   oburzyła   się   Babetka.   -   Dziaaadkuuu!   Ja   tak   dziadka 

proszę...

- Ej, Babetko, co ci po głowie chodzi. Posmutniała. Wstałem.

- Pójdę popracować, Procie! Muszę popracować w końcu.

- Ano, pójdźcie, Janie Sebastianie.

- A wy co będziecie robili?

- Ja? - Prot przesunął dłonią po czyprynie, poklepał ją i jeszcze raz przygładził. - Ja to się 

chyba przejdę trochę, ot co będę robił...

Nie   ruszyłem   się   z   miejsca.   Patrzyłem,   jak   wkładają   gumowce,   jak   Prot   narzuca   na 

ramiona Babetki swoją brezentową kurtkę. Otworzył drzwi wyjściowe, Babetka wsunęła rękę 

pod dziadkowe ramię.

Kiedy zostałem sam, wyjąłem z kieszeni fajkę i pudełko z tytoniem. Od wygasłego pieca 

szło jeszcze łagodne ciepło, kot Anity siedział na wprost mnie, mrużąc sennie zielonkawe oczy. 

Nagle   usłyszałem   skrzypnięcie   drzwi,   odwróciłem   głowę   i   zobaczyłem   stojącego   w   progu 

Tomasza. Szybkim spojrzeniem ogarnął puste krzesełka. A potem wtargnął do kuchni.

- Czy pan nie wie, gdzie jest Babetka? - zapytał gwałtownie.

- Wiem, poszła na spacer z dziadkiem.

- W którą stronę poszli? Jak pan myśli? Mógłbym ich dogonić?

- Mógłbyś - odparłem spokojnie. - Nie wiem tylko, czy to jest celowe.

- Dlaczego?

- Bo ona ma dosyć minusów, powiedziała mi! - przestraszyłem go. Był zbyt pewny siebie 

i to mnie drażniło.

- Więc pan sądzi, że...

- Nic nie sądzę! - przerwałem mu. - Nie jestem sędzią, tylko widzem. Spochmurniał.

- Nie mogę znieść myśli, że jej jest przykro! - powiedział otwarcie. - Nie mogę znieść.

Przyglądałem mu się bez słowa. Do tej pory mogłeś, a teraz nie możesz! Widzisz, stary, 

jak to cię nagle złapało... - myślałem.

background image

- Wtedy, pan przecież wie, pan przecież też to widział, prawda? Więc wtedy właśnie 

zrobiło mi się brak  B a b e t k i! Czy to nie idiotyczne?

Było to mniej idiotyczne, niż sądził. Podniosłem się z krzesła i podszedłem do otwartego 

okna. Tomasz stanął obok mnie. Po chwili wyciągnął rękę.

- Tam! - powiedział. - Tam, widzi pan?

Tak, zobaczyłem ich. Szli wolno w stronę lasu. On wysoki i barczysty, ona drobna i mała.

Zupełnie inni, zupełnie tacy sami.