background image

MARIE FERRARELLA 

 
 
 

Noc Świętego Mikołaja 

 
 
 
 

The Night Santa Claus Returned 

 
 
 
 
 

Tłumaczył: Michał Wroczyński. 

background image

A jednak istnieje.  

Mamie, dzięki której Boże Narodzenie, nawet wtedy, gdy miałyśmy tylko 

siebie, zawsze było czymś szczególnym. I Lucii Macro, dzięki której te święta były 

czymś szczególnym.  

background image

Przepis Marie Ferrarella – 

Pierogi z kapustą  

 

– 

Ciasto: 1 jajo, 3 1/2 szklanki mąki, 1/2 szklanki wody, 1/2 łyżeczki soli  

 

Wymieszaj  wszystkie  składniki.  Dokładnie  ugnieć  i  wyrób ciasto. 

Rozwałkuj je wałkiem na cieniutki placek, a następnie potnij na kwadraciki o 
wymiarach 8x8 centymetrów.  

 
– 

Nadzienie: 1 kg kiszonej kapusty, 1 duża, drobno posiekana cebula, olej 

do smażenia, przyprawy do smaku  

 

Obgotuj kiszoną kapustę, odsącz, odciśnij wodę tak, by kapusta była sucha. 

Na  dużej  patelni  podsmaż  na  oleju  posiekaną  cebulkę.  Gdy  nabierze 

złocisto-brązowej barwy, dodaj kapustę i smaż całość przez około pięć minut. 

Przypraw solą i pieprzem do smaku.  

 
– Wykonanie: woda do gotowania

, rozpuszczone masło  

 

Na wycięte z ciasta kwadraciki nałóż łyżką nadzienie z kapusty, a następnie 

zawiń je, formując niewielkie trójkąty. Pamiętaj, aby przed sklejeniem brzegów 

nieco je zwilżyć.  

 

Gotuj  pierogi  we  wrzącej,  lekko  osolonej  wodzie  przez  pięć  minut. Po 

wyjęciu  i  odcedzeniu  wyłóż  na  talerz  i  podaj  do  stołu  polane  rozpuszczonym 

masłem.  

 

Jeżeli za jednym razem nie uda się zjeść wszystkich (w co wątpię), nie 

martw  się.  Podsmażone  i  zrumienione  na  maśle  będą  następnego  dnia 

wspaniałym śniadaniem. Smacznego! 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Ten strój miał jakieś tajemnicze właściwości.  

Początkowo wydawało się, że jest to najnormalniejszy w świecie kostium. 

Kiedy zastępca kierownika piętra wręczył mu w przebieralni pudło, okazało się, 

że  w  środku  jest  typowy,  jasnoczerwony  kostium  świętego  Mikołaja,  rozmiar 

czterdzieści dwa.  

Stało się to wówczas, gdy włożył go na siebie. Kiedy wsunął ramiona w 

rękawy  i  zapiął  kurtkę,  zalał  go  potok  żywych  wspomnień,  niczym  przypływ 

jakiegoś  czarodziejskiego  oceanu,  w  którym  ujrzał  naraz  odbicie  Bożego 
Narodzenia widzianego oczami dziecka.  

Timothy  Holt  popatrzył  w  lustro  zajmujące  całą  ścianę  przebieralni  i 

poprawił białą perukę oraz brodę, które skrywały jego wzburzone jasne włosy i 

kwadratowy męski podbródek. Kiedy doprowadził już strój do porządku, mógł 

przysiąc, że czuje zapach pieczonych ciasteczek. Jego matka na święta zawsze 

robiła  takie  łakocie,  ale  zdążył  już  zapomnieć,  jak  bardzo  lubił  ich  aromat. 

Zapomniał, jak ważne było dla niego Boże Narodzenie, święta szczególne i pełne 
czarów.  

Gerald Lakewood obrzucił Tima szybkim, nerwowym spojrzeniem. Cud, 

że przed godziną udało mu się wynająć tego mężczyznę.  

– 

Dobrze pan zamocował sztuczny brzuch? – zapytał. Tim skinął głową i 

poruszył biodrami, poprawiając wiszący z przodu dodatkowy ciężar. Poklepał się 
po brzuchu.  

– 

Mam nadzieję, że nie odpadnie.  

Gerald otworzył drzwi przymierzalni. W uszy nieprzyjemnie uderzył go 

gwar  ludzi  robiących  w  domu  towarowym  Mattingly’ego  gorączkowe  zakupy 

świąteczne.  

– 

Musi pan tylko siedzieć i słuchać. I uśmiechać się do fotografa.  

I robić notatki – zauważył w duchu Tim, wymijając Geralda.  

Ruszył  najbliższym  przejściem  i  wszedł  na  ruchome  schody,  które 

zawiozły go do działu zabawek. Ze wszystkich stron dzieciaki uśmiechały się do 

niego,  machały  i  coś  wołały.  Tim  odpowiadał  gestem  ręki.  Czuł,  że  się  poci. 

„Wyposażenie"  Mikołaja  ważyło  dobrych  siedem  kilogramów,  ale  mimo  tego 

ciężaru  czuł  się  dużo  lżejszy  niż  zazwyczaj.  Bardziej  wolny.  Pomachał  do 

dziewczynki, która miała najwyżej trzy lata, i dziecko wlepiło w niego wielkie, 

pełne zachwytu oczy. Tim od dawna już nie był tak pogodny. Czuł się cudownie.  

Napomniał  się  w  duchu,  że  ma  do  wykonania  pracę.  Nie  robił  tego 

wszystkiego dla zabawy czy kaprysu. Prowadził badania.  

– 

Proszę, niech pan tutaj usiądzie – powiedział Gerald, wskazując obite 

czerwonym aksamitem, przypominające tron krzesło, ustawione na niewielkim 

podium. Po lewej stronie krzesła znajdowała się chatka z elfem w środku, a na 

background image

statywie  stał  aparat  fotograficzny.  Zdjęcie  berbecia  ze  świętym  Mikołajem 

kosztowało sześć dolarów.  

Wszystko  ma  swoją  cenę,  pomyślał  melancholijnie  Tim.  Gdyby  jednak 

było inaczej, nie miałby pracy.  

– 

Nie wiem, co odbiło Jackowi – mruknął Gerald. – Był u nas Mikołajem 

od  pięciu  lat.  –  Popatrzył  na  poprawiającego  właśnie  pas  Tima.  –  I nie 

potrzebował sztucznego brzucha.  

Może i nie, przyznał w duchu Tim, ale potrzebował dodatkowych trzystu 

dolarów,  które  zapłacił  mu  za  natychmiastowe  odstąpienie  tej  roli!  Trzysta 

dolarów i całą gażę. Tima nie interesowały pieniądze, które za tę pracę płacił dom 

towarowy.  Interesowała  go  jedynie  rola  świętego  Mikołaja  w  popularnym 
sklepie.  

– 

Dostał zapalenia ślepej kiszki – wyjaśnił Tim, któremu wytłumaczenie to 

przyszło akurat do głowy. Ostatecznie Jack mógł tej pracy potrzebować jeszcze w 

przyszłym  roku.  A  Timowi  potrzebna  była  na  trzy  tygodnie,  żeby  opracować 
raport handlowy.  

– 

No cóż, tak się szczęśliwie składa, że może go pan zastąpić – powiedział 

Gerald pocierając brew.  

– 

Po to ma się bratanka – odmruknął Tim. Tak bowiem przedstawił się 

Geraldowi. Wszystko poszło gładko.  

Nagle pojawił się przed nim ciemnowłosy chłopiec, wyrywając dłoń z ręki 

najwyraźniej śpieszącej się matki.  

– 

Jesteś bratankiem Mikołaja? – Dziecko bacznie przyjrzało się Timowi.  

–  Co?  – 

Tim  zakaszlał  i  dodał  niskim,  grobowym  głosem:  –  Nie, to ja 

jestem prawdziwym Mikołajem. Mówiłem o swoim bratanku.  

Chłopiec zacisnął usta.  
– 

Nie wiedziałem, że Mikołaj mą bratanka.  

– 

Pewnie, że ma. – Tim skinął na chłopca. – Ale lepiej pomówmy o tobie. – 

Uszczęśliwione dziecko usadowiło się Mikołajowi na kolanach. – Co chcesz ode 

mnie dostać? 

Tim słuchał dźwięcznych dziecięcych głosów przez blisko trzy godziny. 

Spodziewał  się  czegoś  całkiem  innego.  Nie  było  w  nim  żadnej  rezerwy  i 
niezdecydowania – 

nie potrafił sobie tego wytłumaczyć... Czuł się rozluźniony, 

jakby  od  urodzenia grał  rolę  świętego  Mikołaja  i  rozmawiał  z  dziećmi.  W  tej 

chwili  nie  był  Timem  Holtem,  dyrektorem  Holt  Enterprises,  firmy 

marketingowej,  która  zaledwie  w  ciągu  sześciu  lat  z  nic  nie  znaczącego 
przedsi

ębiorstwa przekształciła się w czołową instytucję w tej branży. A już na 

pewno nie był wynajętym przez Imagination Toys badaczem, który miał zebrać 
informacje, co dzieci – a nie ich rodzice – 

naprawdę chcą dostawać na gwiazdkę.  

Tim czuł, że należy do tego miejsca jako... święty Mikołaj.  

To zapewne naftalina lub jakiś inny środek chemiczny, w którym od lat 

background image

przechowywano ten kostium, sprawił, że Tim wpadł w tak euforyczny nastrój.  

W miarę upływu godzin euforia rosła. Nie mieściło mu się to w głowie i w 

końcu  przestał  zastanawiać  się  nad  tym  problemem.  Cokolwiek  było  tego 

przyczyną, Tima ogarnął błogi nastrój. Siedział na wygodnym pluszowym krześle 

i pozwalał pani Mikołajowej – siwowłosej kobiecie w okularach bez oprawki – 

przyprowadzać do siebie dzieci. Tak, był w siódmym niebie! Takiego uniesienia 

nie  doświadczał  nawet  wtedy,  kiedy  urzędował  w  swoim  gabinecie.  Dzieci 

spoglądały na niego z ufnością, a jemu coraz bardziej przypadało to do serca. 

Uwielbiał słuchać ich paplaniny, szeptem przekazywanych Mikołajowi do ucha 

informacji, jakich prezentów spodziewają się pod choinką.  

Dzięki swej niezwykłej pamięci uporządkował ogromną ilość informacji 

napływającą  od  małoletniej  klienteli.  Natychmiast  katalogował  w  myślach 
wszystkie typy zabawek, o które nieustannie p

rosiły dzieci. Minuty zamieniły się 

w  godziny,  ale  Tim,  pochłonięty  swym  magicznym  zajęciem,  zupełnie  stracił 
poczucie czasu.  

Dlatego też początkowo nie zwrócił uwagi na jasnowłosego chłopca. Po 

prostu w pewnej chwili dostrzegł go, jak oparty o ladę przy kasie spogląda na 

niego  z  pełnym  samozadowolenia  wyrazem  twarzy.  Dziecko  miało  najwyżej 

sześć lat i było samo.  

Sześć lat to wiek, w którym jeszcze bez zastrzeżeń wierzy się w świętego 

Mikołaja. Tim pamiętał, że sam bardzo długo w niego wierzył; pod koniec już 

tylko po to, żeby choć na trochę zatrzymać odchodzące dzieciństwo.  

Pulchna blondyneczka w sukience w barwne kleksy zsunęła się z kolan 

Tima,  zachwycona  tym,  że  Mikołaj  obiecał  spełnić  każde  jej  życzenie.  Tim 

odwrócił się w stronę chłopca opartego o ladę, ale w tej samej chwili ktoś położył 

mu dłoń na ramieniu. Ujrzał radośnie uśmiechniętą panią Mikołajową.  

Zamrugał oczyma.  
– 

Słucham? 

– 

Powinieneś trochę odpocząć, Mikołaju – powiedziała i od grupki malców 

dobiegł cichy jęk zawodu.  

– 

Niedługo wrócę – zapewnił Tim, puszczając do nich perskie oko.  

Wstał  z  krzesła.  Dzieci,  które  brał  na  kolana,  spłaszczyły  mu  nieco 

sztuczny brzuch. Poklepał się po żołądku, dyskretnie doprowadzając do porządku 

grubą wkładkę. Zszedł z podium i zbliżył się do chłopca przy kasie. Ujrzał wbite 

w siebie duże jasnoniebieskie oczy. Patrzyły wyzywająco.  

Tim uśmiechnął się, broda na jego szerokich policzkach lekko zafalowała.  
– 

Cześć.  

Świetliste oczy popatrzyły na Mikołaja obojętnie, prawie wrogo.  
– 

Cześć – odparło dziecko jak echo, a następnie wsunęło ręce do kieszeni i 

odwróciło  się.  Tim  był  pewien,  że  chłopak  ma  dłonie  zaciśnięte  w  pięści. 

Zastanawiał się dlaczego.  

background image

– Czy wiesz, kim jestem? – 

zapytał starając się, żeby jego głos nie brzmiał 

zbyt protekcjonalnie.  

Chłopiec,  ciągle  odwrócony  tyłem,  zaczął  z  uwagą  badać  zabawkę  – 

ciężarówkę o dużych, szerokich kołach. Dotknął kciukiem jednego z nich, obrócił 
je – 

najpierw do tyłu, a potem do przodu.  

– 

Facetem, który udaje świętego Mikołaja.  

Tim  wiedział,  że  nie  ma  sensu  przekonywać  dziecka,  iż  jest  inaczej. 

Chłopiec wiedział swoje i za skarby świata nie zmieniłby tej opinii.  

– 

No cóż, sam Mikołaj jest w tym roku bardzo zajęty i musi wynajmować 

ludzi...  

Chłopiec  odstawił  samochodzik  i  popatrzył  na  Tima  zadziwiająco 

dor

osłym wzrokiem.  

– Wcale nie.  
– Wcale nie? – 

zdziwił się Tim, zbyt oszołomiony, żeby odpowiedzieć coś 

z sensem.  

Chłopiec zacisnął usta, po czym dodał twardo: 
– On nie istnieje.  

Ponieważ rozmowa przybrała obrót zbyt poważny, żeby prowadzić ją na 

odległość, Tim przysunął się do chłopca i przykucnął. Ich twarze znalazły się na 
tym samym poziomie.  

– 

Naprawdę? 

Na twarzy dziecka odmalował się gniew i uraza, tak namacalne, że Tim 

mógł prawie ich dotknąć.  

– Pewnie. Nie wiesz o tym? 

Cóż sprawiło, że to dziecko było właśnie takie? 
– Ile masz lat? 

Chłopiec wspiął się na palce.  
– 

Sześć.  

Było to bardzo małe sześć lat! 
– 

A zatem nie wierzysz we mnie... eee... to znaczy w świętego Mikołaja? 

– Nie. – 

Zabrzmiało to jak zamknięcie drzwi. Tym razem stojącemu twarzą 

w tw

arz z Timem chłopcu nawet nie zadrżał głos.  

– 

Jesteś  tego  absolutnie  pewien?  –  spytał  łagodnie  Tim.  Chłopczyk 

ponownie wepchnął ręce do kieszeni, jakby gest ten miał dodać mu sił i odwagi.  

– Jasne.  

Tim nie miał zielonego pojęcia, czemu ciągnie ten temat. Może to przez ten 

strój,  który  miał  na  sobie?  A  może  dlatego,  że  nie  spotkał  dotąd  dziecka  tak 

kompletnie odartego z marzeń, nadziei i fantazji.  

– 

A skąd masz tę pewność? 

Chłopiec głęboko wciągnął powietrze, jakby szykował się do udźwignięcia 

ciężaru własnych słów.  

background image

– 

Ponieważ w zeszłym roku prosiłem o tatusia, i mi go nie przyniósł.  

Tim w zadumie szarpnął brodę nie przejmując się wcale tym, że trochę ją 

przekrzywił.  

– 

Tata to wygórowane żądanie. Chłopiec buntowniczo uniósł podbródek.  

– 

Nie dla świętego Mikołaja. Jeśli to prawdziwy święty Mikołaj... – Urwał 

i dokończył cicho: – Ale on nie jest prawdziwy.  

Tim  położył  dłoń  na  ramieniu  dziecka.  Sprawiło  mu  przyjemność,  że 

chłopiec nie odtrącił jej.  

– 

A co stało się z twoim tatą? 

– Nie wiem – 

odparł cichym, bezradnym i pełnym bólu głosem chłopiec. – 

Nie ma go już od dawna. Od tak dawna, że go nie pamiętam. – Uniósł twarz i 

zaczął mówić szybciej.  

– 

Prosiłem o tatę i o kolejkę elektryczną, żebyśmy się mogli razem bawić. I 

żeby mama nie była taka smutna. – Potok stów ustał i dziecko zmarszczyło brwi. 
– 

Ale nie dostałem taty.  

– 

Może  w  tym  roku...  –  odezwał  się  Tim,  siłą  woli  zmuszając  się  do 

pogodnego uśmiechu.  

Ale brwi chłopca pozostały zmarszczone.  
– 

Nie. Przeprowadziliśmy się.  

Tim bezskutecznie próbo

wał doszukać się w tym stwierdzeniu logiki.  

– 

A co ma jedno do drugiego? Chłopiec westchnął niecierpliwie.  

– 

Przyjechaliśmy  z  daleka.  Nikogo  tu  nie  znamy.  A  tatusiowie  w 

sąsiedztwie mają już dzieci. Pochodzimy z Ohio.  

– 

Nazwę stanu dziecko powiedziało z wyraźnym ożywieniem. – Tu nie 

podoba mi się nic a nic.  

Tim, który pochodził z Kalifornii bardzo kochał ten zakątek kraju.  
– 

Kalifornia jest wspaniała. Chłopiec wciąż był nie przekonany.  

– 

Tu nie ma śniegu.  

– 

Cóż, to prawda, ale...  

– 

Wiem,  że  nie  jesteś  prawdziwy...  to  znaczy  wcale  nie  ma  Mikołaja  – 

poprawił sam siebie chłopiec. – Ale ja uwielbiam śnieg. – Jeszcze bardziej się 

nachmurzył. – W tym roku będziemy mieli sztuczną choinkę. Mama mówi, że to 

dużo taniej. – Głos mu zadrżał. – Nie ma niczego prawdziwego.  

Dawno już nic nie poruszyło Tima do tego stopnia.  

Zapragnął nagle przygarnąć do siebie dzieciaka, powiedzieć, że wszystkie 

smutki miną, wszystko będzie dobrze. Ale żadnego taty z worka wyciągnąć nie 

mógł.  

– 

Jak się nazywasz? 

Dziecko otarło grzbietem dłoni łzę z policzka.  
– Robbie. Robbie Lekawski.  
–  A co tu robisz sam? – 

Tim rozejrzał się, ale w tłumie kupujących nie 

background image

zobaczył nikogo, kto gorączkowo szukałby małego, jasnowłosego chłopca.  

– 

Wcale nie jestem sam. Jestem z mamą. – Robbie rozejrzał się. – Gdzieś tu 

musi być.  

– 

Gdzieś? 

– 

Musiała się zgubić – w oczach Robbie’ego pojawił się niepokój.  

Tim ujął w swą dużą, ubraną w rękawiczkę dłoń małą rękę dziecka.  
– 

Więc lepiej jej poszukajmy, zanim zacznie się niepokoić – powiedział 

łagodnie.  

Pani Mikołajowa z pewnością wie, co zrobić z dzieckiem, które się zgubiło 

– 

pocieszył się w myślach Tim. Rozejrzał się, ale jego towarzyszki już nie było. 

Najwyraźniej zrobiła sobie przerwę.  

– 

Mamusia  nie  pozwala  mi  rozmawiać  z  obcymi  –  oznajmił 

nieoczekiwanie Robbie.  

Tim popatrzył na niego z góry i szeroko się uśmiechnął.  
– 

Ależ  ja  nie  jestem  obcy.  Jestem  ziemskim  przedstawicielem  świętego 

Mikołaja.  

– 

Już ci mówiłem, że w niego nie wierzę – z uporem powtórzył chłopiec.  

– 

Zgoda.  Ale  ja  wierzę  –  odparł  Tim  i  zaprowadził  chłopca  na  swoje 

podium.  

– Robbie! 

Tim Holt zawsze był święcie przekonany, że istnieje na świecie ta jedna, 

jedyna  kobieta.  Nigdy  jej  wprawdzie  jeszcze  nie  spotkał,  ale wcale  mu  to  nie 

przeszkadzało.  

Wiedział, że ta konkretna osoba gdzieś istnieje. I wszystko było wyłącznie 

kwestią czasu. Pewnego dnia, w ten czy inny sposób, zapewne w chwili, kiedy 

będzie się tego najmniej spodziewał, spotka ją na swej drodze.  

I natychmiast pozna, że to ona.  
Ale w najkoszmarniejszych snach nie przychod

ziło mu do głowy, że stanie 

się to w chwili, kiedy na twarzy będzie miał długą, białą brodę i krzaczaste brwi 

opadające na oczy.  

– 

Robbie, gdzież ty się podziewasz? 

Laura Lekawski opadła na kolana i przytuliła do siebie syna. Z jej oczu 

płynęły łzy. Nie wiedziała, czy ma płakać i tulić dziecko, czy spuścić mu tęgie 

lanie za to, że tak ją wystraszyło. Przez ostatnie dwadzieścia minut, kiedy szukała 

synka, ułożyła już w myślach kilkanaście najgorszych scenariuszy.  

–  Jestem tutaj, mamo. Rozmawiam z nim –  ode

zwał  się  Robbie 

stłumionym głosem, gdyż matka tuliła jego twarz do piersi. Dzieciak wywinął się 

z objęć Laury i wskazał Tima.  

Laura uniosła twarz i ujrzała uśmiechającego się do niej szeroko świętego 

Mikołaja.  

background image

Rozdział drugi 

 

Tim zawsze myślał, że kiedy już się zakocha, będzie to proces powolny, 

niczym  rozwijający  się  stopniowo  wątek  ciekawej  powieści.  Powieść  jednak 

okazała się dreszczowcem, który od pierwszej strony bez reszty pochłonął jego 

uwagę.  Sądził,  że  budząca  się  miłość,  niczym  rozwijająca  się  piękna  suita,  w 

miarę powtarzania się refrenu powoli zapadałaby w jego duszę, serce i głowę. Ale 

rzeczywistość nie miała nic wspólnego z liryczną pieśnią. Był to raczej ognisty 

marsz Johna Philipa Sousy’ego, który od pierwszego grzmiącego tonu bez reszty 
w

ziął Tima w swe posiadanie.  

To nie miało sensu. Czy można się zakochać w ułamku sekundy? Po ciele 

Tima  przeszedł  dreszcz;  w  jednej  chwili  wrył  sobie  w  pamięć  najdrobniejsze 

szczegóły  fizjonomii  cudownej  kobiety,  którą  ujrzał  przed  sobą.  Lęk  o 
Robbie’ego s

prawił,  że  dziewczyna  była  zarumieniona,  sprawiała  wrażenie 

zagubionej, co jeszcze bardziej potęgowało zachwyt Tima.  

Poczuł, że świat wokół niego zaczyna wirować.  

Laura, nie wypuszczając z ręki dłoni Robbie’ego, podniosła się z kolan. 

Najwyraźniej była w pełni świadoma tego, że on – święty Mikołaj – gapi się na 

nią jak cielę na malowane wrota. Ogarnął ją nagły niepokój.  

Tim  za  wszelką  cenę  chciał  wykorzystać  tę  szansę.  Jak  ma  na  imię  ta 

niezwykła istota? Czy naprawdę jest niezamężna? 

Nie  mógł  jednak  zdobyć  się  na  odwagę,  by  od  razu  zaspokoić  swoją 

ciekawość.  

Za  tę  niewybaczalną  zwłokę  musiał  zapłacić.  Po  ramieniu  poklepała  go 

pani Mikołajowa. Odwrócił głowę i napotkał jej miły, uprzejmy uśmiech.  

– 

Święty Mikołaju, koniec przerwy. Dzieci czekają.  

– 

Pani  synek  wcale  się  nie  bał  –  oświadczył  Tim  matce  Robbie’ego, 

gorączkowo szukając w myślach słów, które choć trochę przypominałyby mowę 

kulturalnego człowieka, a nie bełkot idioty.  

Laura spojrzała na syna i wyraz jej twarzy się zmienił.  
– On nie, ale ja tak. – 

Rzuciła świętemu Mikołajowi ostatnie spojrzenie. – 

Dziękuję, że pan go odnalazł.  

Odwróciła się, żeby odejść. W jednej ręce trzymała torby ze sprawunkami, 

w drugim dłoń dziecka.  

– 

To on mnie znalazł! – zawołał zrozpaczony Tim. Pani Mikołajowa coraz 

energiczniej ciągnęła go za rękaw, kierując w stronę gwarnego tłumu dzieci.  

Kiedy  Tim  ponownie  znalazł  się  na  podium  i  zajął  miejsce  na  krześle, 

patrzył bezradnie, jak kobieta jego życia oddala się bezpowrotnie. Wymykała mu 

się z rąk niczym przesypujący się przez palce piasek, pozostawiając go na resztę 

dni w nieutulonej tęsknocie i rozpaczy.  

Tak  właśnie  myślał  Timothy  Holt,  choć  przez  jego  głowę  przemknęły, 

background image

ledwo zauważone, inne myśli. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że wcale się 

nie  zakochał  w  ciągu  tych ostatnich trzech minut, bo w tak krótkim czasie 

zakochać się nie można. To jednak nie miało znaczenia.  

A jednak Tim, choć nie wiedział dlaczego, był najgłębiej przekonany, że 

jeszcze spotka tę niezwykłą kobietę.  

Po prostu to wiedział.  

Myślał o niej do końca dnia. Myślał o niej, kiedy po pracy przemierzał 

parking, idąc do swego samochodu. Był tak pogrążony w myślach, że zapomniał 

pójść do przebieralni i zdjąć z siebie kostium.  

– 

Cześć,  święty  Mikołaju!  –  krzyknęła  za  nim  dwójka  chłopców 

bliźniaków,  których  rodzice  niecierpliwie  wpychali  do  stojącego  na  parkingu 
samochodu.  

Tim pomachał im, po czym, wymyślając sobie od najgorszych, zawrócił do 

domu  towarowego,  żeby  zdążyć  jeszcze  przed  zamknięciem  i  zmienić 
groteskowy strój na normalne ubranie.  

I wt

edy ponownie ją ujrzał.  

Zakupy zabrały Laurze więcej czasu, niż przewidywała.  

Torby ze sprawunkami pieczołowicie poukładała w bagażniku samochodu, 

który jak zwykle nie chciał zapalić. Kręciła kluczykami w stacyjce i kręciła, ale 

spod maski dobiegał jedynie głuchy, urywany klekot. Wysiadła z auta i obeszła je 

wokół,  jakby  samochód  okazał  się  nagle  przeciwnikiem,  którego  należy 

przechytrzyć.  

Robbie postępował za matką krok w krok i marudził, że jest głodny. Laura 

była już bliska tego, żeby w ślepej furii kopnąć oponę przedniego koła. Wiedziała 

jednak,  że  nic  by  to  nie  pomogło,  a  na  dodatek  zdarłaby  lakier  z  czubka 
granatowego pantofla na wysokim obcasie.  

Na  dodatek  obok  stał  Robbie  i  nie  wypadało  jej  wyładowywać  w  ten 

sposób złości. Spojrzała na dziecko myśląc, że nie byłby to najlepszy przykład dla 

syna, gdyby jego matka zachowywała się jak niepoczytalna.  

Westchnęła ciężko i wzięła chłopca za rękę.  
– 

Musimy zadzwonić do warsztatu. Wezmą nas na hol.  

– Super! – 

wykrzyknął Robbie, który marzył tylko o powrocie do domu.  

– Tak, super – 

mruknęła zgnębiona Laura. Przeciągnęła wolno dłonią po 

włosach. Była kompletnie załamana.  

– 

Coś nie w porządku? 

Laura drgnęła, odwróciła się i napotkała spojrzenie lśniących, zielonych 

oczu pod krzaczastymi brwiami. Kolejny święty Mikołaj, pomyślała. A może to 
ten sam? 

Przyjrzała się dokładniej stojącej przed nią postaci.  

To  był  ten  sam  święty  Mikołaj!  Rozejrzała  się  niespokojnie  po 

opustoszałym  parkingu.  Po  zamknięciu  domu  towarowego  wszyscy  klienci 

background image

odjechali  już  do  domów.  I  gdzież  podział  się  ten  tłum  kupujących,  kiedy  jest 

naprawdę potrzebny? – błysnęła jej myśl.  

Obronnym  ruchem  chwyciła  Robbie’ego  za  ramię  i  zasłoniła  dziecko 

własnym ciałem.  

–  Tak  – 

odparła i dodała szybko: – Kim pan jest? Dojrzał w jej oczach 

niedowierzanie. Jaki syn, taka matka, pomyślał.  

–  Samarytaninem  – 

odparł uprzejmie nie spuszczając wzroku z Laury. – 

Świętym Mikołajem. Niektórzy wołają na mnie Dziadek Mróz.  

Czemu  nie  przebrał  się  w  normalne  ubranie?  –  zastanowiła  się  Laura. 

Czyżby  czerpał  perwersyjną  przyjemność  z  paradowania  po  ulicach  w  takim 
stroju? 

– 

A jeszcze inni biorą pana za wariata – powiedziała zanim zdążyła ugryźć 

się w język.  

Tim wybuchnął dźwięcznym śmiechem.  
– 

No  cóż,  dzisiaj  już  usłyszałem,  że  w  ogóle  nie  istnieję.  Popatrzył 

znacząco  na  Robbie’ego,  który  najwyraźniej  nie  wiedział,  jak  ma  się  w  tej 

sytuacji zachować. Chłopiec spoglądał to na matkę, to na Tima, ciekaw, czy ten 

Mikołaj umie robić czary i sprawić, że ich samochód ruszy. Robbie oświadczył 
wprawd

zie, że nie wierzy w świętego Mikołaja, ale z całej duszy pragnął, żeby 

ktoś przekonał go, że jest inaczej. Zwłaszcza, jeśli z odsieczą przybędzie jeszcze 
renifer.  

Laura natomiast modliła się, żeby wreszcie ktoś pojawił się na parkingu. 

Bardzo by ją to uspokoiło. Przeciągnęła językiem po suchych wargach i nadała 
swej twarzy arogancki wyraz.  

– 

Proszę posłuchać, panie... – zająknęła się, nie znając jego nazwiska. A 

„święty Mikołaj" zabrzmiałoby zgoła śmiesznie.  

– 

Nazywam się Holt. Timothy Holt.  

I widząc na twarzy chłopca kpiący uśmieszek dodał w myślach: Poczekaj, 

Robbie.  Jeszcze  ci  pokażę,  kim  jest  święty  Mikołaj.  Ale  wszystko  w  swoim 
czasie.  

–  Panie Holt, ja... mmm... – 

Laura,  kiedy  ruszała  w  stronę  samochodu 

poczuła, że drżą jej kolana.  

Co mam powiedz

ieć? – myślała gorączkowo. Aha, że samochód się popsuł.  

– 

Coś  nie  tak  z  autem?  –  Tim,  widząc  dezorientację  i  niepewność 

dziewczyny, pośpieszył jej z pomocą.  

– 

Nie chce zapalić – odparł za matkę Robbie.  

Laura zastanawiała się chwilę, czy aby nie popełnia błędu, przyznając się 

do tego przed obcym mężczyzną. Wciągnęła głęboko powietrze i ujrzała wbity w 
siebie wzrok zielonych oczu nieznajomego.  

– 

A próbowała pani włączyć reflektory? 

–  Nie  – 

odparła,  uświadamiając  sobie,  że  mówi  szeptem.  –  Nie  – 

background image

powtórzyła dużo mocniejszym głosem.  

Tim wskazał samochód.  
– 

Proszę więc spróbować.  

Laura pochyliła się, wsunęła głowę do szoferki i przekręciła kluczyk. Tim 

obserwował jej długie, kształtne nogi wyłaniające się spod prostej sukienki.  

Reflektory zapaliły się, ale bardzo słabo.  

Tim niechętnie oderwał wzrok od powabnych nóg Laury.  
– To akumulator – 

stwierdził.  

– Masz babo placek – 

westchnęła opierając się o maskę samochodu.  

Tim nigdy w życiu nie grał roli błędnego rycerza w lśniącej zbroi. Ale w tej 

chwili z całej duszy zapragnął być takim wojownikiem, choć zamiast pancerza 

miał  na  sobie  jedynie  obramowany  futrem  czerwony  strój,  zapięty  na  duże 

kwadratowe sprzączki.  

– Mam w samochodzie kable – 

oświadczył.  

Laura nie lubiła prosić o pomoc obcych, zwłaszcza tak dziwnych obcych, 

przebranych w kostium świętego Mikołaja. Ale robiło się już późno i jej matka 

mogła się niepokoić. Zresztą, ona wszystkim się niepokoiła – było to wprost jej 
hobby.  

Ściskając mocno dłoń Robbie’ego, Laura poddała się.  
– 

A czy byłby pan tak uprzejmy i...  

– 

Mamusiu, czemu mnie tak mocno ściskasz? Nie czuję palców.  

Laura puściła dłoń chłopca. Spostrzegła, że twarz świętego Mikołaja pod 

białą brodą rozjaśnia szeroki uśmiech.  

– 

Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Tim, wykonując ręką gest 

nakazujący Laurze, by nie ruszała się z miejsca. – Proszę tu chwileczkę zaczekać.  

Dziewczyna znów oparła się o maskę zepsutego samochodu.  
– Nie mamy innego wyboru – 

mruknęła do Robbie’ego, mając nadzieję, że 

podjęła słuszną decyzję.  

Dzięki ci, święty Mikołaju, bez względu na to, gdzie jesteś, mruknął pod 

nosem Tim śpiesząc do swego jaguara.  

Samochód Laury zapalił przy drugiej próbie.  

Potem Tim odłączył kable i Laura zaczęła poganiać synka, żeby prędzej 

wsiadał do samochodu.  

– 

No  cóż,  bardzo  panu  dziękujemy  –  powiedziała  szybko  piskliwym 

głosem. Zawsze, gdy była zdenerwowana, jej głos stawał się dużo wyższy.  

Dziewczyna usadowiła się za kierownicą i chciała zatrzasnąć drzwiczki, 

ale Tim, pod wpływem nagłego impulsu, nie pozwolił jej tego zrobić. Było to do 

niego zupełnie niepodobne, ale też nigdy tak beznadziejnie się nie zakochał.  

– 

Właściwie mogę wam towarzyszyć aż do domu – oświadczył i widząc 

odmowny błysk w oczach dziewczyny dodał: – Chcę się upewnić, że znów nie 

wysiądzie wam akumulator.  

background image

Laura zawahała się. Ostatecznie mężczyzna im pomógł. Ale ciągle nic o 

nim nie wiedziała. Absolutnie nic.  

– 

Nie chciałabym sprawiać kłopotu...  

– 

Ależ to żaden kłopot.  

Laura obserwowała, jak  poryw  wiatru  wzburza  mu  koniec brody.  Może 

zareagowała zbyt nerwowo. Ale dlaczego nie zdjął przynajmniej brody? Czyżby 

miał zdeformowaną twarz? Wstydził się zajęczej wargi? A może skrywa coś dużo 
gorszego? 

– 

Jest pan pewien, że nie sprawi to panu kłopotu? – spytała powoli.  

– 

Słowo skauta – odparł, wznosząc w górę dwa palce. – Widzę, że niezbyt 

mi pani ufa.  

Laura uniosła brew.  
– 

Nie mam powodów, żeby ufać. Po prostu nie znam pana.  

Nie trzeba było być psychologiem, żeby pojąć, że te słowa płynęły prosto z 

serca. Dlaczego? – 

zastanowił się Tim. Co sprawiło, że ta piękna kobieta jest tak 

podejrzliwie nastawiona do świata i ludzi? 

– 

Jak się pani nazywa? 

–  Laura Lekawski. – 

Odruchowo uniosła ramię i położyła je na plecach 

syna.  

–  Laura  – 

powtórzył  powoli  Tim,  jakby  smakował  dźwięk  tego  słowa. 

Wypełniało mu głowę niczym najczystsza muzyka. Kobieta, którą kochał, miała 

na imię Laura. – To bardzo piękne imię.  

Dziewczyna spoglądała prosto przed siebie, wypatrując drogi wyjazdu z 

parkingu.  

– 

Moja matka w pełni by się z panem zgodziła.  

– Pasuje do 

pani. Mam na myśli imię.  

Laura obrzuciła go zniecierpliwionym spojrzeniem.  
– 

Proszę pana, nie lubię komplementów.  

Tak  zaczęło  się  ostatnim  razem!  Od  komplementów.  Tanich  i  pustych 

komplementów.  

– 

Wszyscy lubią komplementy – uśmiechnął się Tim.  

– Ale ja nie. – 

Uwierzyła kiedyś w pochlebstwa, uwierzyła w miłość. Ale 

chociaż niczego nie żałowała, bo dzięki temu w jej życiu pojawił się Robbie, była 

na  siebie  wściekła  za  własną  głupotę.  Głupoty  nie  potrafiła  sobie  darować.  – 

Lepiej będzie, jak już pojadę. Tim potrząsnął głową.  

– 

Muszę codziennie spełnić dobry uczynek.  

– 

Już pan spełnił – odparła. – Uruchomił pan mój samochód.  

– 

Zgoda, ale to tylko pół dobrego uczynku. Nie będzie się liczył, jeśli pani 

cała i zdrowa nie dotrze do domu. – Przerzucił przez ramię kable. – Schowam je 

do bagażnika i...  

Samochód Laury ruszył.  

background image

Tim  wrzucił  przewody  na  przednie  siedzenie.  Skrzywił  się  na  myśl  o 

śladach, jakie zostawią na jego nowym, skórzanym pokrowcu, ale Laura była w 

tej chwili najważniejsza. Była jego przyszłością.  

Włączył silnik i ruszył za samochodem dziewczyny.  

Laura zerknęła na wsteczne lusterko i ujrzała sunący z tyłu biały pojazd. W 

otwartym  oknie  furkotał  na  wietrze  skrawek  brody  świętego  Mikołaja. 

Dziewczyna potrząsnęła głową.  

–  Mamusiu, on nie jest prawdziwy? – 

spytał niepewnie Robbie, również 

obserwując samochód Tima.  

– 

Słucham?  –  Matka  popatrzyła  na  synka  i  przesłała  mu  wymuszony 

uśmiech. Nie chciała dziecka straszyć, ale sama ciągle żywiła wątpliwości co do 

intencji  mężczyzny  podążającego  ich  śladem.  –  Och, on jest na pewno 
prawdziwy.  

Robbie, wyraźnie zakłopotany, zmarszczył brwi.  
– 

Święty Mikołaj? 

Podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, kiedy dzieciak nalegał, żeby 

powiedziała mu prawdę, matka przyznała, że święty Mikołaj nie istnieje, że jest 

wyłącznie  postacią  z  bajki.  Chłopiec  to  doskonale  pamiętał.  Czyżby  teraz 

zmieniła zdanie? Czyżby święty Mikołaj jednak istniał? 

– 

Nie mówię o Mikołaju. Mówię o tym jadącym za nami mężczyźnie. – 

Wskazała  głową  tylną  szybę  samochodu.  –  Święty  Mikołaj  nie  jeździ 
samochodem marki Jaguar, rocznik 92.  

background image

Rozdział trzeci 

 

Janka Lekawski gwałtownymi ruchami rozcierała ramiona.  

Zimowe noce w południowej Kalifornii były wprawdzie dużo cieplejsze od 

tych, które pamiętała z dzieciństwa, gdy jako dziewczynka mieszkała w Polsce, 
ale i tutaj 

panował dotkliwy chłód. I w powietrzu, i w jej sercu.  

Wiedziała, że nie ma powodów do obaw. Laura była dorosłą kobietą, miała 

dwadzieścia  sześć  lat  i  doskonale  potrafiła  zadbać  zarówno  o  siebie,  jak  i  o 

Robbie’ego.  Istniało  wiele  logicznych  przesłanek,  które jeszcze przed trzema 

kwadransami Janka przyjmowała bez zastrzeżeń. Ale Laura była już spóźniona o 

godzinę, a jej matka nie potrafiła wyzbyć się nawyków, których nabrała przez 

całe życie.  

Westchnęła i wyszła na ulicę. Z całej duszy pragnęła, żeby pojawił się już 

znajomy samochód.  

Kiedy ujrzała zbliżającą się srebrną toyotę, z piersi wydarło się jej potężne 

westchnienie ulgi. Ale na widok jadącego za samochodem Laury auta, wyraz jej 

twarzy  uległ  natychmiastowej  zmianie.  Wprawdzie  znajomość  samochodów 
og

raniczała się u niej do tych, które stały w garażach sąsiadów, to natychmiast 

pojęła, że drugie auto należy do tych bardzo drogich.  

Kiedy  toyota  wjechała  na  podjazd,  drzwi  garażu  za  plecami  Janki 

otworzyły  się.  Zanim  samochód  zdążył  się  w pełni  zatrzymać, starsza kobieta 

stała już przy jego drzwiczkach.  

– 

Gdzie ty szię podziewałaś? Jesteś szpóźniona ponad godzinę.  

Laura wysiadła z samochodu i odrobinę za głośno zatrzasnęła drzwiczki. 

Po chwili z auta wygramolił się Robbie i stanął obok matki. Wiedział, że muszą 

stawić czoło kolejnym wyrzutom babci.  

– 

To przerażające, moja droga – oświadczyła Janka. Laura wiedziała, że 

matka czeka na wyjaśnienie.  

– 

Ulice były zatłoczone, mamo. A potem nie chciał mi zapalić silnik.  

Usłyszała, że przed domem zatrzymuje się samochód Tima. Postanowiła 

zignorować jego obecność; może to go zniechęci.  

Janka popatrzyła na srebrzystą maskę wozu córki.  
– 

Ale jakoś w końcu dojechałaś – oświadczyła krótko.  

Cichy  trzask  za  plecami  powiedział  Laurze,  że  Tim  wysiadł  i  zamknął 

samoc

hód.  Po  chwili  Holt  dołączył  do  nich.  Nie  patrząc  w  jego  stronę 

poinformowała sucho: 

– 

To ten pan pomógł mi uruchomić samochód.  

Janka zbliżyła się do nieznajomego. Tim uśmiechnął się i skinął jej głową. 

Kobieta popatrzyła na córkę i ponownie przeniosła wzrok na Tima.  

– 

Świenty Mikołaj? 

Laura  odwróciła  się  w  ich  stronę.  Ujrzała,  że  jej  matka  wpatruje  się  w 

background image

ubranego na czerwono samarytanina.  

– 

Święty,  mamo  –  poprawiła  ją.  –  Święty  Mikołaj.  Mimo  iż  Janka 

mieszkała w Ameryce już dwadzieścia dwa lata, ciągle źle wymawiała pewne 

słowa  lub  je  przekręcała.  Zazwyczaj  Laurze  to  nie  przeszkadzało,  uważała  to 

wręcz za sympatyczne. Teraz jednak, z jakichś bliżej nieokreślonych względów, 

kłopoty lingwistyczne matki niebywale ją zirytowały. Poczuła niepokój, choć nie 
po

trafiła znaleźć jego źródła Kiedy Tim ściągnął z głowy perukę, Laurze z emocji 

zatkało  dech  w  piersiach.  Był  przystojny.  Nieprzyzwoicie  przystojny.  Do  tej 

chwili  myślała,  że  ma  do  czynienia  z  podstarzałym  rencistą,  i  to  zapewne 

człowiekiem  prostym.  Olśniewająco  białe  zęby,  jakie  pokazywał  teraz  w 

uśmiechu, oszołomiły  Laurę. Z całej jego postaci biły delikatność i szczerość, 

które  łagodziły  ostre  rysy  twarzy,  nadając  mu  jednocześnie  wygląd  człowieka 

twardego  i  zdecydowanego.  Był  po  prostu  wspaniałym,  imponującym 

mężczyzną.  Ileż  potrafią  ukryć  sztuczne  włosy?  –  błysnęła  jej  w  głowie 

idiotyczna myśl.  

Tim  przesłał  uśmiech  ciemnowłosej  kobiecie  o  żywych,  orzechowych 

oczach, osadzonych w okrągłej twarzy.  

– 

Masz uroczą matkę, Lauro – powiedział.  

Na chwilę dziewczyna odrzuciła wszelką rezerwę. Popatrzyła na matkę z 

czułym uśmiechem.  

– 

Prawie wszyscy tak uważają – odparła z dumą.  

I była to prawda. Latem, w tydzień po ich przeprowadzce z Ohio, Janka 

miała już przyjaciół w całej okolicy. Kiedy w kolejną sobotę przybyła ekipa, która 

zajmowała się przewozem ich rzeczy, do pomocy stawili się wszyscy sąsiedzi.  

Laura  znów  popatrzyła  na  Tima.  Co  za  dużo,  to  niezdrowo,  pomyślała 

dając krok w stronę domu. Była zdecydowana skończyć na dobre znajomość z 

samarytaninem, mimo że okazał się tak oszałamiająco przystojny. Położyła dłoń 
na ramieniu Robbie’ego.  

– 

No cóż, będzie lepiej...  

Janka  dobrze  znała  ten  ton.  Laura  wyraźnie  się  wycofywała.  Starsza 

kobieta popatrzyła na wysokiego mężczyznę, po czym przeniosła wzrok na córkę 

uśmiechnęła  się.  Ogień,  który  płonął  w  oczach  młodzieńca,  bardzo  ją 

intrygował.  

– 

Jeszcze  mi  nie  przedsztawiłaś  człowieka,  który  cię  uruchomił  – 

powiedziała.  

Laura błyskawicznie odwróciła się na pięcie i zdążyła ujrzeć twarz Tima, 

który bezskutecznie pró

bował ukryć uśmiech.  

– 

Uruchomił samochód, mamo. On uruchomił samochód. Janka wzruszyła 

ramionami. Dla niej angielski zawsze był trudny do opanowania. Słowa brzmiały 

tak samo, a niosły inną treść.  

– 

Czy to ważne? – Popatrzyła bacznie na córkę.  

background image

Laura wie

działa, że będą stały przed domem tak długo, dopóki nie dokona 

prezentacji. Jej matka potrafiła być czasami nieprawdopodobnie uparta.  

– 

Skoro już tak bardzo chcesz... – Laura wskazała Jankę.  

– To jest moja matka, Janka Lekawski. Mamo, to jest pan Timothy Holt.  
– Witaj, Timothy – 

powiedziała Janka, ujmując wyciągniętą dłoń Tima i 

potrząsając nią.  Mężczyzna  oddał  jej  szczery  uścisk  i  kobieta  w  jednej  chwili 

polubiła  Timothy’ego  Holta.  Polubiła dobroć,  która  emanowała  z  jego oczu. I 

miłość.  

Popatrzyła na stojącego obok wnuka, po czym znów przeniosła wzrok na 

Tima. Podjęła decyzję.  

– 

A czy zna szię pan na lampkach świątecznych, które choć szą zapalone, 

nie chcą szię palić? 

Tim  rzucił  okiem  na  dom  i  zobaczył  szereg  zgaszonych,  kolorowych 

lampek okalających fasadę budynku.  

Mamo, nie rób mi tego – 

chciała wrzasnąć Laura, która poczuła, że oblewa 

ją fala ukropu.  

– 

Mamo, jestem pewna, że pan Holt... – zaczęła w tej samej chwili, w której 

Tim otworzył usta.  

Janka machnęła w jej stronę ręką, by umilkła.  
– 

Poczekaj,  pan  właśnie  zamierza  coś  powiedzieć.  Nie  przerywaj 

Timothy’emu.  

Odwróciła się w stronę mężczyzny z zachęcającym uśmiechem.  

Tim  w  jednej  chwili  zrozumiał,  po  kim  Laura  odziedziczyła  uśmiech. 

Uśmiech Janki był promienny.  

– 

Jeśli  pani  sobie  życzy,  z  chęcią  spróbuję  –  odparł.  Janka  była 

zachwycona.  

Ale Laura cały czas patrzyła na niego wilkiem. Zupełnie ignorowała wyraz 

twarzy swej matki.  

– 

Czy nie ma pan domu, do którego musi pan wrócić? 

– 

spytała obcesowo.  

Ale nieznajomy oglądał już najbliższą lampkę. Pozornie wszystko było w 

porządku, lecz to jeszcze nic nie znaczyło.  

– Mam, ale jest pusty i ciemny. – 

Popatrzył na Laurę. Stała w odległości 

zaledwie  kilkudziesięciu  centymetrów  od  niego.  Czuł  jej  zapach.  Delikatny, 

ulotny, słodki. I przyzywający. Tak, to była ona! – A ja kocham święta – dodał 
cicho.  

Spojrzenie jego oczu sprawiło, że Laurze zawirowało w głowie. W jednej 

chwili, jak dziecko, odrzuciła wszelkie uprzedzenia. Poczuła magnetyczną siłę 

bijącą od tego mężczyzny – zniewalającą, pełną pasji i namiętności. Nie potrafiła 

się jej oprzeć.  

– Jest pan rozwiedziony? 

background image

–  Nie, po prostu nie na swoim miejscu. – 

Potrząsnął  głową  i  pociągnął 

delikatnie za sznur lampek.  

– 

Przyjechałem do Huntington Beach z Los Angeles. Reszta mojej rodziny 

– rodzice, bracia, siostry, bratankowie i siostrzenice – 

mieszkają w okolicy Santa 

Barbara. Zazwyczaj  u nich spędzam święta, ale w tym roku sprawy służbowe 

zatrzymały mnie tutaj.  

Laura spojrzała na jego przebranie i oczy jej się zwęziły.  
– 

Sprawy służbowe? To znaczy co? Rola świętego Mikołaja? 

– 

To złożony problem – odparł dochodząc do miejsca, gdzie kończył się 

sznur lampek. – Rozumiem. – 

Tim wszedł do dokładnie zamiecionego garażu i 

podniósł z ziemi przedłużacz. – Kto włączał ten kabel? 

– My – 

pojawił się nieoczekiwanie Robbie, wskazując z dumą na siebie i 

matkę.  

Tim  najwyższym  wysiłkiem  woli  powstrzymał  się,  żeby  nie  pogłaskać 

chłopca po głowie.  

– 

Kawał  solidnej  roboty  –  pochwalił.  Schylił  się.  Przełącznik w 

przedłużaczu  nastawiony  był  na  „wyłączone".  –  Myślę,  że  już  wiem,  w  czym 
problem. – 

Przekręcił wyłącznik. – I jak teraz? 

– Wszpaniale! – 

klasnęła w dłonie Janka, podziwiając rzęsiście oświetlony 

dom. Ignorując groźny wyraz twarzy córki, ruszyła do garażu, wzięła Tima pod 

rękę i wyprowadziła na zewnątrz.  

– Szam zobacz, Timothy – 

Szerokim gestem ręki wskazała fasadę domu, 

która płonęła barwnym światłem lampek.  

– 

Po prostu odpowiednio nastawiłem przełącznik.  

– 

Zrobił pan dużo, dużo więczej. – Janka pogroziła mu palcem. Jej oczy 

były pełne życia. – Może w nagrodę za naprawienie światełek i za uruchomienie 

szamochodu  mojej  córki,  napiłby  się  pan  ajerkoniaku?  Tim  roześmiał  się, 

świadom tego, że Laura cały czas obrzuca ich gniewnym spojrzeniem.  

– Z najw

iększą przyjemnością.  

Wiedział już na pewno, że wbrew nastawieniu Laury Jankę ma po swojej 

stronie.  

Tim  rozpiął  w  kurtce  dwie  najwyższe  sprzączki  i  ruszył  do  jasno 

oświetlonego domu. Był przekonany, że zdobędzie Laurę Lekawski, choć w tym 
momencie wydawa

ło się to jeszcze mało realne.  

W salonie Tim ujrzał dwumetrowej wysokości drzewko, niebywale bujne i 

symetryczne.  

– 

Piękna choinka – odezwał się do Robbie’ego. Dzieciak, nie patrząc nawet 

na choinkę, wzruszył ramionami.  

– Sztuczna – 

mruknął, kiedy jego babcia wyszła do kuchni.  

– 

Ale za to jest ładna i praktyczna – dodała Laura.  

I na dłuższą metę dużo tańsza, dodała w myślach. Jednakże, przyznawała w 

background image

duchu, brakuje upojnego zapachu żywej choiny, który w czasach jej dzieciństwa 

przenikał  cały  dom.  Poczuła  nagle  wyrzuty  sumienia,  że  pozbawiła  własne 

dziecko tego rodzaju wspomnień.  

Robbie sprawiał wrażenie, jakby chciał kopnąć drzewko.  
– Ale sztuczna – 

upierał się z nadąsaną miną.  

Tim przystanął i przez chwilę z uwagą obserwował choinkę.  
– Czasami rzecz

y sztuczne są równie dobre jak prawdziwe – oświadczył. – 

A często nawet lepsze.  

– 

Jakie na przykład? – zaperzył się chłopiec.  

– 

Na przykład wyprawa do lunaparku, podczas której czujesz się jak w 

prawdziwym statku kosmicznym.  

Robbie  natychmiast  zrozumiał,  o  czym  mówi  Tim.  Był  w  wesołym 

miasteczku  przed  tygodniem.  Stanowiło  to  część  planu  jego  matki,  żeby 

zrekompensować  chłopcu  przykrości  wynikające  z  przeprowadzki  do 

południowej Kalifornii. Chłopiec uśmiechnął się, lecz natychmiast przypomniał 

sobie, że w czasie tych świąt nie będzie śniegu, że nie będzie obserwował, jak z 

nieba spadają cicho białe płatki, że nie będzie chwytał ich językiem.  

– 

Naprawdę? – burknął pogardliwie.  

Laura  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Zastanawiała  się,  co  też  Tim 

wymyśli, żeby zrobić jej na złość.  

– 

Przeżywasz dreszcz emocji unikając przy tym wszelkich niewygód.  

Robbie zmarszczył czoło. Był najwyraźniej zmieszany.  
– Niewygód? – 

spytał.  

Tim kątem oka dostrzegł, że z kuchni wyszła Janka z wielkim dzbanem w 

rękach. Przystanęła i najwyraźniej czekała na wyjaśnienia gościa.  

– 

Choroby lokomocyjnej. Ciasnoty. Nieważkości. – Tim zniżył głos, żeby 

jego  słowa  brzmiały  jeszcze  poważniej.  –  Nie  musisz  się  martwić,  czy  statek 

dobrze wyląduje.  

Z zadowoleniem stwierdził, że na twarzy Laury pojawił się cień uśmiechu. 

Zdobywał punkty bez względu na to, czy dziewczyna życzyła sobie tego, czy nie.  

Robbie popatrzył na choinkę z nowo rozbudzonym zainteresowaniem.  

Wyraz twarzy Janki, kiedy zbliżała się do Tima, wyraźnie mówił, że jest 

olśniona  jego  odpowiedzią.  Popatrzyła  Timowi  w  oczy,  a  następnie  wskazała 

głową wnuka.  

– Jeszt pan w tym dobry.  

Tim spojrzał w dół, na swój kostium, a następnie przeniósł spojrzenie na 

Jankę.  

– 

Na tym polega moja rola. Święty Mikołaj wie wszystko o sztuczkach i 

czarach.  

background image

Rozdział czwarty 

 

Timowi stanęły świeczki w oczach, kiedy palący ajerkoniak spłynął mu do 

żołądka. Chrząknął zastanawiając się, czy pozostały mu jeszcze struny głosowe. 

Janka bacznie go obserwowała. Wykonał kubkiem gest w stronę Laury.  

– 

Czegoś  takiego  w  sklepie  nie  kupisz,  prawda?  Laura  nie  potrafiła 

powstrzymać uśmiechu.  

– Nie, nie kupisz.  

Janka  dała  ręką  znak,  że  powinien  dokończyć  trunek.  Kiedy  posłusznie 

wypełnił to polecenie, oświadczyła: 

– 

To według mojego własznego przepiszu. Chodź ze mną do kuchni, to 

dosztaniesz nasztępną porcję.  

Tamtej było już za dużo, pomyślała Laura, nie ruszając się z miejsca.  
– 

Chodź  z  nami,  córeczko  –  dodała  Janka,  nie  odwracając  się  nawet  w 

stronę dziewczyny.  

Laura  wiedziała,  że  koniecznie  musi  zakończyć  tę  farsę.  Nie  powinna 

wcale iść do kuchni. Ostatecznie nie jest już dzieckiem, któremu mówi się, co ma 

robić. Nie, wcale nie musi iść z nimi do kuchni! 

Ale poszła. Nawet przed sobą nie ważyła się przyznać, że w gruncie rzeczy 

chciała tam iść.  

Pocałowała  Robbie’ego  w  czubek  głowy.  Uwagę  chłopca  bez  reszty 

pochłaniała kolejna bitwa, jaką toczyli jego ołowiani żołnierze.  

– 

Szykuj się do spania, synku – powiedziała. Dziecko popatrzyło w stronę 

kuchni.  

– 

Nie  chcę  jeszcze  spać.  Chcę  zostać  z  wami. Tego jestem pewna, 

pomyślała Laura.  

– 

O tej porze powinieneś już dawno być w łóżku.  

– 

Mamusiu, przecież jest piątek – odparł z kwaśną miną Robbie.  

Laura wskazała ręką schody.  
– 

Marsz na górę. Zaraz przyjdę powiedzieć ci dobranoc.  

–  Dobrze.  –  Przez p

ół  minuty  chłopiec  miał  przygnębioną  minę,  aż  w 

końcu  wymyślił  nową  zabawę  dla  żołnierzyków  i  wtedy  dopiero  grzecznie 

pomaszerował na górę. Przy odrobinie szczęścia matka nie tak szybko przyjdzie 

do jego pokoju i Robbie będzie mógł dłużej pobawić się w wojnę.  

Laura  westchnęła  i  ruszyła  za  Janką  i  Timem.  Jej  matki,  kiedy  coś  już 

zaczęła, nie sposób było powstrzymać i najlepsze, co Laura mogła uczynić, to 

uzbroić się w cierpliwość i jakoś tę burzę przeczekać.  

Idąc do kuchni wmawiała sobie, że jeśli tam nie pójdzie, to do północy 

matka  ustali  z  Timem,  jaki  posag  dostanie  jej  córka.  Poza  tym  nie  chciała 

zostawiać Janki sam na sam z nieznajomym.  

Wmawiała sobie wiele rzeczy.  

background image

Wszystko poza prawdą.  

Janka krzątała się przy kuchence, była w nieustannym ruchu. Cały czas 

zdejmowała coś z palników, stawiała na nich nowe garnki, co chwila pochylała 

się nad piekarnikiem.  

Starsza  kobieta  przed  świętami  była  zajęta  w  kuchni  przez  dwadzieścia 

cztery godziny na dobę.  

A  mnie  przez  to  tylko  przybywa  na  wadze,  pomyślała  ponuro Laura 

przesuwając dłońmi po biodrach.  

Laura  niechętnie  spojrzała  na  siedzącego  przy  stole  Tima.  Musiała  z 

przykrością  stwierdzić,  że  ów  nieproszony  gość  miał  swoje  zalety.  Zwłaszcza 

kiedy się uśmiechał. Jego na pół łobuzerski, na pół dziecinny uśmiech sprawiał, 

że trudno mu było nie ufać.  

Ale Laura mu nie wierzyła. Rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają 

na pierwszy rzut oka. Prawdy tej gorzko doświadczyła na własnej skórze.  

Mężczyzna odwrócił się w jej stronę.  
– 

Twoja matka jest czarująca.  

L

aura  rozejrzała  się  po  kuchni  i  widząc,  że  nie  ma  gdzie  się  podziać, 

usiadła naprzeciwko Tima.  

Holt pochylił się w jej stronę i ściszając głos powiedział: 
– 

Twoja matka ma pewne kłopoty z angielskim, prawda? Laura, na przekór 

sobie, roześmiała się.  

–  Mam

a  przybyła  do  Ameryki,  kiedy  miała  dwadzieścia  kilka  lat. 

Niektórych słów czy zgłosek nie jest w stanie poprawnie wymówić. Stąd zresztą 
Robbie jest Robbie, a nie Stephen. – 

Laura  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie 

wojny, jaka wybuchła między nią a matką przy wyborze imienia dla dziecka. – 

Nie potrafi poradzić sobie z językiem.  

Laura odwróciła twarz czując, że na widok jego oczu robi się jej nieznośnie 

gorąco.  

Tim  popatrzył  na  trzymany  w  obu  dłoniach  kubek.  Ajerkoniak  ciągle 

jeszcze szumiał mu w głowie.  

–  Nie 

wydaje  mi  się,  żeby  miała  kłopoty  z  językiem.  Laura  odruchowo 

skinęła głową. Jej matka, kiedy zaczęła mówić, potrafiła robić to godzinami.  

– Czasami gada jak katarynka.  

Tim nie był pewien, czy Laura stara się go przeprosić za matkę, czy też nie. 

W każdym razie, w jego odczuciu nie było żadnych powodów do wstydu.  

– 

Przypomina mi ciotkę Elisabeth.  

Laura  nie  chciała  nic  więcej  wiedzieć  o  Timie.  Im  mniej  się  wie  o 

człowieku,  tym  mniej  jest  powodów  do  sympatii.  A  ona  pragnęła  tylko,  by 

mężczyzna wyniósł się z jej domu na dobre.  

– 

Ciotka Elisabeth, jak cała twoja rodzina, mieszka w Santa Barbara? – 

spytała Laura. Ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku.  

background image

–  Tak...  – 

Miał  czas  tylko  to  powiedzieć,  gdyż  zbliżyła  się  Janka.  W 

uzbrojonych  w  rękawice  dłoniach  trzymała  tacę  ze  świeżo  upieczonymi 

ciasteczkami. Ostrożnie postawiła ją na stole między Timem a Laurą.  

– 

Czy  wiesz,  że  Laura  prowadzi  właszną  firmę?  –  Janka  potrząsnęła 

delikatnie tacą, żeby rozdzielić ciasteczka, i rzuciła Timowi chytre spojrzenie.  

Mężczyzna  nie  potrafił  zapanować  nad  łakomstwem  i  wziął  ciasteczko, 

które jednak natychmiast rzucił z powrotem na tacę.  

A teraz matka opowie o ostatniej wizycie u dentysty, pomyślała Laura.  
– Mamo, jego nie obchodzi moja firma – 

powiedziała ostro.  

– 

Wręcz przeciwnie, bardzo mnie to interesuje. – Ciasteczka ciągle jeszcze 

były zbyt gorące, żeby utrzymać je w palcach. – Jaka branża? 

Zdeterminowana  Laura  wzruszyła  ramionami.  No  cóż,  niech  wie. 

pomyślała.  

– 

Usługi  biurowe.  Przepisywanie  na  maszynie,  prowadzenie  ksiąg...  – 

Unosząc dłonie wykonała placami ruch, jakby pisała na maszynie. Natychmiast 

jednak się opanowała. Co we mnie wstąpiło, że opowiadam to z takim zapałem, 

pomyślała. – Takie tam różne głupstwa.  

T

im nie zrozumiał jej zakłopotania.  

– 

Drobne usługi są bardzo ważne.  

Laura  buntowniczo  poderwała  brodę  do  góry,  w  oczach  zapaliły  się  jej 

ognie.  

– 

Ależ wiem o tym i bardzo je cenię! 

W  rzeczywistości  była  dumna  z  tego,  co  robi,  z  interesu,  który  sama 

rozk

ręciła i prowadziła. Obecnie pracowały już dla niej trzy dziewczyny.  

– Przepraszam – 

powiedział Tim i popatrzył na Jankę. – Czy ona zawsze 

jest taka drażliwa? 

–  Wcale nie. – 

Janka  skończyła  właśnie  przekładać  ciasteczka  na 

świąteczną plastikową tacę, którą miała od lat. – Myślę, że to twoja osoba robi z 
niej nerwusza. – 

Z aprobatą poklepała Tima po ramieniu i skinęła głową. – To 

bardzo dobrze.  

Laura  pomachała  dłonią  przed  twarzą  matki.  Nienawidziła,  kiedy  ktoś 

rozmawiał o niej tak, jakby była nieobecna.  

– 

Mamo, ja żyję, dobrze się mam i jestem tutaj – oświadczyła z gniewem.  

Janka przesłała córce szeroki, serdeczny, pełen wyrozumiałości uśmiech.  
– 

Oczywiście, kochanie, że jeszteś. Proszę, poczęsztuj szę ciaszteczkiem.  

– 

Nie  chcę  żadnych  ciasteczek  –  warknęła  Laura,  ale  ze  zdumieniem 

obserwowała, jak Tim pałaszuje piąte ciastko. A każde z nich było olbrzymie! 

Gdzie on to wszystko mieści? 

– 

zastanawiała  się  dziewczyna.  Ciekawe,  czy  to  jego  brzuszysko  jest 

sztuczne? 

– 

Potrzebuję  kogoś  do  wykonania  pewnego  zlecenia komputerowego. – 

background image

Kątem oka dostrzegł aprobujący, pełen zadowolenia uśmiech Janki.  

Laura  wyciągnęła  się  w  krześle,  założyła  ręce  na  piersi  i  popatrzyła  na 

Tima.  

– 

A co wspólnego ma święty Mikołaj z komputerami? 

– 

zapytała.  

– 

Lauro,  żyjemy  w  latach  dziewięćdzieszątych  dwudziesztego  wieku  – 

parsknęła Janka.  

I po kiego diabła ona to wszystko komplikuje? – pomyślała starsza kobieta. 

Przecież od razu widać, że ten mężczyzna stracił dla niej głowę. A i sama Laura, 

bez względu na to, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, jest pod jego urokiem. 

W przeciwnym razie nie przekroczyłby progu tego domu. Oboje świetnie sobie 

zdają sobie z tego sprawę. Więc czemu Laura staje okoniem? Czemu nie chce 

chwycić szansy, jaką daje jej Tim? 

Bo się boi. Tamten typek, ojciec Robbie’ego, wystraszył Laurę śmiertelnie. 

Nie przestaje się bać... Trzeba ją pchnąć. Po to właśnie ma się matkę.  

– 

Nawet święty Mikołaj jeszt szkomputerowany – powiedziała, mrugając 

jednocześnie porozumiewawczo do Tima.  

– Skomputeryzowany, mamo – po

prawiła odruchowo Laura.  

–  Ma to po szwoim ojcu – 

powiedziała  Janka  pełnym  wyrozumiałości 

tonem.  

Tim przesłał jej najbardziej współczujące spojrzenie, na jakie było go stać.  
– 

Też zawsze panią poprawiał? 

– 

Nie,  ale  uważał,  że  ma  rację  –  odparła  z  pełnym samozadowolenia 

uśmiechem. – Nie wyprowadzałam go z błędu. Tim nie wątpił, że tak właśnie 

było.  Z  całą  pewnością  pan  Lekawski  nie  miał  najmniejszych  szans  w 

konfrontacji z żoną.  

Tim podjął natychmiastową decyzję. Shirley należy się urlop. Od dawna 

już skarżyła się, że zbyt mało czasu poświęca rodzinie. Trzeba więc jej zajęcia 

przekazać  Laurze.  Wyszczerzył  zęby.  Ostatecznie  jest  dyrektorem 

przedsiębiorstwa. Może zatrudnić każdego, kto mu się spodoba.  

– 

Jak myślisz, Lauro, jutro o dwunastej w południe? – spytał.  

Dziewczyna  ciągle  była  przekonana,  że  to  jakiś  żart.  Ale  pieniędzy 

potrzebowała naprawdę. Te rachunki napływające ze wszystkich dosłownie stron, 

trzy osoby do wyżywienia...  

– Ma pan bardzo nietypowe godziny pracy, panie Holt.  
– 

Zgadza się.  

– 

Moje dziewczęta mają już zajęty przyszły tydzień.  

– Wystarczy mi pani.  

W  sposobie,  w  jaki  wypowiedział  te  słowa,  było  coś,  co  sprawiło,  że 

Laurze przeszedł po krzyżu dreszcz.  

– 

Muszę  sprawdzić  w  moim  terminarzu  –  odparła  Laura,  nie  chcąc 

background image

okazywać  nadmiernego  entuzjazmu.  Bo  tak  naprawdę  jestem  go  kompletnie 

pozbawiona, pocieszyła się w duchu.  

Sama nie wiedziała, dlaczego tak rozpaczliwie starała się samą siebie o tym 

przekonać.  

Naraz uświadomiła sobie, że obok stoi matka, ciągle z tacą w rękach. Mina 

Ja

nki nie miała w sobie nic anielskiego i nic dobrego nie wróżyła.  

– 

Słucham? 

– 

Lauro, przecież w szoboty nie pracujesz.  

Ku  uldze  dziewczyny  Tim  nie  skomentował  uśmiechem  tego 

oświadczenia.  

– 

Ale chwilowo, niestety, mam nawał pracy – wycedziła. – A poza tym 

mam inne, osobiste zobowiązania.  

–  Nie masz – 

odparła  z  uporem  Janka.  –  Wczoraj  rano  zosztawiłaś  na 

kanapie otwarty terminarz. Szobotę masz wolną.  

Tim zdecydował, że należy interweniować.  
– 

Bardzo mi na tym zależy, Lauro. To pilna i terminowa praca,  a moja 

sekretarka zachorowała. Jestem w dramatycznej sytuacji.  

Nie wierzyła mu za grosz.  
– 

Może pan mówić tak długo, aż spuchnie.  

– 

Dobrze płacę.  

– 

Świetnie. Nie jestem wcale tania.  

Tym razem na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.  
– Nigdy w to n

ie wątpiłem.  

Laura nie wiedziała, czy Tim stroi sobie z niej żarty, czy mówi poważnie. 

Zacięła usta i opanowała się. Rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy. Interesy nie 

szły najlepiej i mogła się umówić z nim na następny dzień. Może zdoła jednak 

zarobić na kolejkę dla Robbie’ego? Może gra jest warta świeczki? Chłopiec pytał 

już matkę o tę kolejkę, ale ona nie była pewna, czy wydatek ten nie przekroczy jej 

budżetu. „Święty Mikołaj" mógłby zapewnić dziecku prezent.  

Popatrzyła na Tima.  
– 

Zgoda, przyjdę do pana.  

Tim wyjął z kieszeni marynarki portfel, wyciągnął wizytówkę, na której 

odwrocie napisał domowy adres i numer telefonu.  

– 

W  weekendy  pracuję  w  domu  –  wyjaśnił.  Pochylił  się,  żeby  podać 

wizytówkę Laurze, ale nieoczekiwanie kartonik znalazł się w rękach Janki, która 

schowała go do fartucha. Poklepała się po kieszeni.  

– 

Tak  będzie  lepiej  –  wyjaśniła  w  odpowiedzi  na  pytające  spojrzenie 

mężczyzny. – Ona czaszami lubi gubić różne rzeczy.  

Teraz Tim był już pewien, że Laura się u niego stawi. Skinął Jance głową.  
– 

Dzięki. Sądzę, że na mnie już pora – powiedział wstając.  

– 

I to najwyższa – dodała Laura nie ruszając się z krzesła. Dziewczyna 

background image

trzymała gniew na wodzy aż do chwili, kiedy jej matka, odprowadziwszy gościa 

do drzwi wyjściowych, wróciła do kuchni.  

– Mamo! – 

Janka uniosła w niemym pytaniu ciemne brwi. Laura czuła, że 

za chwilę zacznie wrzeszczeć. – Przestań mnie swatać! 

Starsza kobieta zebrała talerze ze stołu i włożyła je do zlewozmywaka.  
– 

Kto tu mówi o szwatach? Po prosztu zajmuję szię ludźmi. – Popatrzyła 

przez ramię na Laurę. – To bardzo miły młody człowiek, prawda? 

– Nie. – 

Laura w pasji zacisnęła dłonie w pięści. Czemu matka nie zostawi 

mnie w spokoju, pomyślała, aż kipiąc ze złości. – Nic o nim nie wiem.  

– 

Więc  szię  dowiesz.  W  szobotę.  –  Dla  Janki  sytuacja  była  klarowna  i 

oczywista.  

– 

Jesteś bardzo lekkomyślna. A może to jakiś Kuba Rozpruwacz? 

Ale Janka wiedziała swoje.  
– 

Timothy?  Przecież  on  nikogo  nie  rozpruje!  Potrafi  naprawiać  różne 

rzeczy.  Szamochody,  światła,  a  zapewne  i...  –  uniosła  głowę  i  popatrzyła 
przenikliwie na swoje jedyne dziecko – i szerca...  

– Mamo, moje serce zostaw w spokoju – 

oświadczyła lodowatym tonem 

Laura.  

– 

Najpierw  biło  ono  pod  moim  szercem  –  odparła  matka.  Dotknęła 

kciukiem piersi córki. – 

Najpierw należało ono do mnie, a dopiero później do 

ciebie. Więc zosztawię je w szpokoju dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że jeszt 

ono szczęśliwe.  

Laura westchnęła. Naprawdę nie chciała ranić matki. Wzięła ją w ramiona i 

pocałowała w gęste włosy, które zaczynały już siwieć.  

– 

Jesteś niemożliwa, wiesz o tym? – spytała serdecznym tonem.  

– 

Być może. Ale cię kocham. Laura wybuchnęła śmiechem.  

– Wiem o tym, mamo. Dobrze o tym wiem.  
– 

Więc chodźmy. Trzeba Robbie’ego zawlec do łóżka.  

– 

Zanieść, mamo. Zanieść – poprawiła Laura, nie wypuszczając matki z 

ramion.  

– 

Zawlec, zanieść, co za różnica. Chodzi o to, żeby znalazł się w łóżku.  

Laura, jak zwykle, dała za wygraną. Tak było najprościej; w każdym razie, 

jeśli chodziło o angielski.  

– 

Nie mam bladego pojęcia, na czym polega ta różnica.  

– Bladego? Dlaczego bladego? 
– 

Nieważne, mamo. Nieważne.  

background image

Rozdział piąty 

 

Wydawało się, że minęły wieki, nim Laura przekroczyła próg jego biura. 

Zrobiła  to  powoli,  z  godnością  i  majestatycznie.  Miała  na  sobie  prostą 

jasnobłękitną  sukienkę,  jaką  można  znaleźć  na  wystawie  każdego  domu 
towarowego.  

A jednak wyglądała jak królowa.  

Dziewczyna nie miała dotąd najmniejszego pojęcia, jak naprawdę wygląda 

Tim.  Miał  smukłą  sylwetkę,  którą  zawdzięczał  zapewne  systematycznym 

ćwiczeniom.  W  dżinsach  i  zwykłej  białobłękitnej  koszuli  z  podwiniętymi 

rękawami mógł być typem mężczyzny ze snów każdej kobiety.  

Laura na jego widok poczuła, że ziemia usuwa się jej spod stóp.  

Gospodarz natychmiast zamknął za nią drzwi i pomógł jej zdjąć płaszcz; 

zupełnie jakby bał się, że dziewczyna mu ucieknie.  

– 

Jak się miewa twoja matka, Lauro? – spytał.  

Pytanie zabrzmiało sztucznie, ale pozbawiony wsparcia Janki Tim czuł. że 

coś wiąże mu język.  

Laura  rozejrzała  się.  Byli  w  dużym,  ale  przytulnym  pokoju  zalewanym 

promieniam

i słońca wpadającymi przez okna umieszczone na dwóch ścianach. 

Był  to  typowy  apartament  należący  do  biznesmena,  któremu  się  wiodło  w 

interesach. Poprzedniego wieczora Laura znalazła w książce telefonicznej numer 

jego fumy i rano dwukrotnie chciała odwołać spotkanie. Za każdym razem jednak 

w ostatniej chwili odkładała słuchawkę. Potrzebowała tej pracy, pragnęła również 

zobaczyć Tima. Lecz mimo to czuła niepokój, prawie lęk. Ale przed czym? 

Przyszła tu gnana jakimś tajemnym nakazem, choć wiedziała, że to czyste 

szaleństwo. Ale bez względu na to, jak bardzo się tego wypierała, w Timie było 

coś,  co  pociągało  Laurę  z  hipnotyczną  wręcz  siłą.  Jednocześnie  to  samo  coś 

mówiło jej, że ten mężczyzna wprowadzi zamęt w jej myśli i życie.  

Ale mimo to przyszła.  
– 

Ciągle mówi o panu – odparła siląc się na obojętność. – Wywarł pan na 

niej ogromne wrażenie.  

– A na jej córce? 

Po  tych  słowach  Laurze  wydało  się,  że  Tim  swoją  osobą  bez  reszty 

wypełnia pokój. Nie było gdzie uciec, nie było gdzie się skryć.  

– Jej córka musi zaro

bić trochę pieniędzy na święta. – Odwracając się w 

jego stronę, Laura nieco zbyt kurczowo przyciskała do piersi torebkę.  

– 

Wyglądasz na zdenerwowaną – powiedział Tim czując, że i jemu trzęsą 

się ręce.  

– Wcale nie! – 

prawie krzyknęła Laura.  

– To bardzo dobrze – 

oświadczył cicho. – Ostatecznie nie masz żadnych 

powodów do obaw.  

background image

Ale tak naprawdę miała, i to bardzo dużo. Nie był to taki sobie zwykły 

strach i Laura świetnie o tym wiedziała. Tim z pewnością nie był psychopatą czy 

mordercą.  Bała  się  czegoś  stokroć  bardziej  skomplikowanego.  Bała  się  go 

polubić.  

Przeciągnęła językiem po wargach.  
– 

Kiedy zaczynamy pracę? – spytała sucho.  

Tim nie był w stanie dłużej się miarkować. Na tę chwilę czekał całe życie.  
–  Zaraz po tym – 

oświadczył  schrypniętym  głosem.  Chciała  coś 

odpowiedzieć,  ale  słowa  uwięzły  jej  w  gardle;  torebka  wyślizgnęła  z  rąk. 

Dziewczyna stała niczym zaczarowana, niezdolna wykonać najmniejszego ruchu.  

Timothy zanurzył palce w jej włosach. Delikatne. Jedwabiste. Dokładnie 

takie, jak sobie wyobrażał. Kiedy przykładał usta do jej warg, czuł, że w środku 

cały drży. Czy człowiek tak właśnie czuje się w chwilach miłosnego uniesienia? – 

błysnęło mu w głowie. Nie wiedział. Nigdy dotąd nie był zakochany.  

Serce Laury waliło jak oszalałe. Dźwięk ten wypełniał jej czaszkę, kiedy 

wznosząc oczy popatrzyła w źrenice Tima.  

Dostrzegła w nich namiętność i ten widok wzburzył w niej krew, sprawił, 

że  kompletnie  straciła  poczucie  miejsca  i  czasu.  Znała  cztery  chwyty  judo, 

każdym mogła swobodnie go powalić. Ale nie wykonała żadnego ruchu. Stała 

unosząc twarz, czując na ustach jego usta. Nie zaświtała jej nawet myśl, dlaczego 

robi coś tak idiotycznego.  

Pragnęła tego pocałunku, potrzebowała go. Mogło to trwać nawet ulotną 

chwilę, ale chciała jeszcze raz poczuć się kobietą, a on sprawiał, że tak się właśnie 

czuła.  

Pocałunek  poruszył  każdy  nerw  Laury.  I  rzeczywiście,  nie  był  to  tylko 

pocałunek.  Przede  wszystkim  była  to  przygoda,  doświadczenie,  coś,  co 

sprawiało, że nogi miała jak z waty. Laura straciła równowagę i żeby nie upaść, 

zarzuciła Timowi ręce na szyję. W uszach grzmiały jej wszystkie dzwony świata. 
Ogromne. Cudowne. Srebrzyste.  

Kompletne szaleństwo.  

Kiedy wreszcie oderwał wargi od jej ust, mogła tylko niemo spoglądać mu 

w oczy. Czy ciągle jeszcze jestem na Ziemi? – kołatało jej w czaszce. A może w 

jednym krótkim rozbłysku światła trafiłam do nieba? 

Tim  miał  wrażenie,  ze  stoi  na  dachu  najwyższego  drapacza  chmur  na 

świecie.  

– 

Kocham cię, Lauro.  

–  Tak?  – 

odparła.  Jej  własny  głos  docierał  do  niej  z  jakiejś  ogromnej 

odległości.  

– 

Właśnie to sprawdzałem.  

Laurze zaczął stopniowo wracać rozum. Cóż się tu w ogóle wydarzyło? 
– Po co? 

background image

Wyczuł w jej głosie konsternację i czujność. Doskonale to rozumiał. Jego 

również szybkość zdarzeń prawie zwaliła z nóg.  

– 

Żeby wiedzieć, że to ty.  

Podniosła torebkę z podłogi. Serce ciągle obijało się jej o żebra. W jaki 

sposób udało się temu mężczyźnie zdobyć nade mną taką władzę? – pomyślała z 

rozpaczą.  

– Po co? 
– 

Powtarzasz się, moja droga – wyszczerzył zęby Tim.  

Laura kątem oka popatrzyła w stronę drzwi. Nie było jeszcze za późno, 

żeby wyjść i wszystko zakończyć. Nie było za późno? Dręczyła ją myśl, że bez 

względu na to, jak bardzo pragnęłaby to uczynić, nie byłaby w stanie odwrócić się 

na pięcie i opuścić mieszkanie Tima. Odkryła właśnie istnienie czegoś, czego za 

żadne skarby nie chciałaby utracić.  

– 

A ty opowiadasz jakieś bzdury...  

Tim  w  głębi  serca  pragnął  przygarnąć  ją  do  siebie,  całować  każdy 

centymetr jej twarzy. Ale rozumiał, że Laura potrzebuje czasu, że musi się ze 

wszystkim oswoić.  

– 

Musiałem  przecież  sprawdzić,  czy  się  nie  mylę.  Nie  myliłem  się!  To 

właśnie ty! 

Laura przestała się zastanawiać, czy ma opuścić mieszkanie, i popatrzyła 

na gospodarza.  

– Po co? 
– 

Muszę wiedzieć, czy jesteśmy dla siebie stworzeni. Ta prosta odpowiedź 

oszołomiła ją.  

– 

Słucham? 

Dużo lepiej czuł się ukryty pod czerwonobiałym kostiumem. Teraz nic go 

nie  kryło.  Na  jego  twarzy  malowały  się  uczucia,  których  nie  maskowała  już 

broda. Stanowił łatwy cel.  

– 

Chyba nie wyłożyłem tego zbyt dobrze.  

Zdając  sobie  sprawę,  że  robi  głupstwo,  Laura  weszła  do  salonu.  Jasne 

promienie  słońca  wpadające  przez  okno  sprawiły,  że  poczuła  się  pewniej  i 
bezpieczniej.  

– 

Nie sądzę, żebyś mógł tę kwestię w ogóle wyłożyć.  

– 

Mam dwadzieścia dziewięć lat.  

– Naprawd

ę? Zwariował, pomyślała.  

– 

Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć.  

Laura poczuła, że krew uderza jej do głowy. Zaczęła cofać się w stronę 

wyjścia.  Tim  działał  zbyt  szybko,  ale  i  ona  zareagowała  zbyt  pośpiesznie. 

Wiedziała,  dokąd  to  wszystko  prowadzi,  i  nie  chciała,  żeby  historia  się 

powtórzyła. Tę lekcję przećwiczyła zbyt dobrze i zbyt boleśnie.  

– 

Czemu powinnam o tym wiedzieć? – spytała.  

background image

Nie  potrafił  znaleźć  odpowiednich  słów.  Powinienem  napisać  list, 

pomyślał. Miałbym czas nad wszystkim się zastanowić, dobrze to skomponować i 

wyłożyć.  

– 

Zazwyczaj kobiety lubią wiedzieć, ile lat ma mężczyzna, którego chcą 

poślubić.  

To też zabrzmiało nie najlepiej.  

Laura w jednej chwili pojęła, że Tim po prostu zamierza zaciągnąć ją do 

łóżka, nie do ołtarza. Zakaszlała i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.  

– Co? 
– 

Potrzebujesz trochę wody? – spytał i ruszył do kuchni. Usłyszała szum 

płynącej z kranu wody. – Nie twierdzę, że ma się to stać dzisiaj. – Wręczył jej 

szklankę. – Chodzi mi o to, że jest to nieuchronne.  

Laura, 

dla zyskania na czasie, popijała ze szklanki. Mężczyźni nie składają 

takich propozycji kobietom po niecałym dniu znajomości. Pomyślała o Craigu i 

usta wykrzywił jej ponury grymas.  

– 

Tim, chyba zwariowałeś.  

– 

Jeśli chodzi o ciebie, tak! 

– 

Jak mogłeś zwariować na moim punkcie? Przecież wcale mnie nie znasz.  

Teraz, kiedy już sprawę postawił otwarcie, czuł się dużo, dużo lepiej.  
– 

Ależ  wręcz  przeciwnie.  Znam  cię.  Wiem,  że  to  jesteś  ty.  Zawsze 

wiedziałem, że cię spotkam.  

O nie! pomyślała. To nie dla mnie. Nie pozwolę, żeby robił ze mnie balona. 

To bzdury.  

– 

Tim,  może  jakaś  inna  dziewczyna...  –  Boże,  mogłabym  nią  być  i  ja, 

pomyślała, gdybym nie była tym, kim jestem, i nie wiedziała tego, co wiem. – 

Słuchając ciebie mam wrażenie, że czytam kartkę na dzień świętego Walentego. 
Ale to nie dla mnie.  

Przypomniał sobie błysk paniki w jej oczach na chwilę przed pocałunkiem. 

Czego się bała? 

– Dlaczego? 
– 

Ponieważ przeżyłam już raz poryw serca. – Mówiła ostro, zdecydowanie. 

Wspomnienia pomagały. – Miałam maślane oczy zakochanej panienki i wiem, że 

po raz drugi to się nie stanie.  

Położył delikatnie dłonie na jej ramionach.  
– 

Ludzie  potrafią  wszystko  przezwyciężyć,  Lauro.  Chciała  strącić  jego 

ręce, ale uczucie, jakie wywoływał w niej jego dotyk, trzymało ją mocniej niż 

dłonie.  

– 

Być może – parsknęła. – Ale nie mam teraz czasu rozwodzić się nad tym. 

Masz dla mnie pracę czy nie? 

–  Mam  – 

wskazał  głową  pokój  po  lewej  stronie,  który  służył  mu  za 

domowe biuro. – 

Ale najpierw chciałbym porozmawiać.  

background image

Uniosła głowę.  
– 

Płacisz mi za godziny – przypomniała.  

– 

Traktuj to więc jako przerwę śniadaniową.  

– 

Zazwyczaj takie rozmowy prowadzi się po wykonanej pracy.  

– Nie jestem ortodoksem.  
– Gadaj zdrów – 

mruknęła ze złością.  

– 

Usiądziesz? – spytał nie zrażonywskazując dwuosobową sofę.  

– 

Nie. Tim usiadł.  

– 

Nie masz się czego bać. Nie gryzę.  

Laura  usiadła.  Sofa  była  mała  i  ich  ramiona  prawie  się  stykały.  Znów 

poczuła się zagrożona. Zresztą, pomyślała, cały wszechświat jest za mały, żebym 

czuła się bezpiecznie.  

– 

Nie boję się. I na nic nie licz. Nic się nie wydarzy.  

– 

Bo ty nie chcesz, żeby się wydarzyło.  

– 

Właśnie tak. – Jej oczy zwęziły się.  

Tim  tylko  się  uśmiechnął.  Laura  sprawiała  wrażenie  zwierzęcia 

schwytanego w pułapkę.  

– Lauro – 

powiedział. – Nie szukam panienki o maślanych oczach. Pragnę 

kobiety takiej jak ty. Kobiety, która coś sobą reprezentuje, która kocha swego 

syna i swoją matkę.  

Laura popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.  

Uświadomiła  sobie,  że  ujął  ją  tymi  słowami,  a  zupełnie  się  ich  nie 

spodziew

ała.  Craig  uwodził  ją szepcząc  namiętne  bzdury.  Tim  przemawiał do 

niej łagodnie i czule.  

– 

Trudno  ich  nie  kochać...  –  zawahała  się.  –  Posłuchaj,  Tim,  jesteś 

człowiekiem miłym...  

– 

To brzmi zachęcająco. Wcale nie zamierzała go zwodzić.  

– 

Moje życie jest już wypełnione bez reszty.  

– 

I nie ma w nim miejsca na miłość? 

Laura  patrzyła  na  niego  przez  chwilę,  a  potem  opuściła  głowę.  Zaczęła 

sobie  rozpaczliwie  powtarzać,  że  jest  zadowolona  z  życia,  jakie  prowadzi.  A 

przecież jego pocałunek sprawił, że zatęskniła naraz za innym życiem; życiem, 

które cały czas miała w zasięgu ręki. Za światem, który był już dla niej martwy. 

Nienawidziła za to Tima.  

– Kocham. Kocham dwie osoby.  

Wiedział,  że  to  właśnie  usłyszy.  Zaczynał  rozumieć  tok  jej  myśli, 

przynajmniej częściowo.  

– 

W porządku, ale mówię o kimś innym. – Uśmiechnął się. – O kimś, kto 

sprawi, że poczujesz się szczęśliwa.  

Patrząc na niego pojęła, że tym kimś mógłby być właśnie on. Prawie. Ale 

prawie nie wystarczało.  

background image

– 

Nie szukam tego rodzaju szczęścia.  

– Dlaczego nie? 
– 

Ponieważ go nie znajdę. – Postanowiła wszystko wyznać. Był to jedyny 

sposób, żeby Tim się od niej odczepił. – Posłuchaj, miałam dwadzieścia... nie, 

dziewiętnaście lat... no, prawie dwadzieścia, kiedy poznałam ojca Robbie’ego. 

Craig był miły, układny i nosił trzyczęściowe garnitury. Był cudowny. I miał w 

sobie,  jak  mi  się  wydawało,  wszystkie  zalety  prawdziwego  mężczyzny.  Z 

wyjątkiem  uczciwości.  Kiedy  zaciągnął  mnie  do  łóżka,  zapomniał  o  pewnym 
drobiazgu.  –  Jeszcze do tej chwili Laura nie mog

ła  się  z  tego  otrząsnąć.  – 

Zapomniał powiedzieć, że jest żonaty.  

Tim,  na  widok  bólu,  jaki  malował  się  w  oczach  dziewczyny,  znów 

zapragnął wziąć ją w ramiona. Ale wiedział, że tego akurat nie wolno mu zrobić. 

Laura musiała dokończyć swoją opowieść, wyrzucić to z siebie, a wtedy zamkną 

przeszłość na siedem pieczęci. Wspólnie.  

– 

Dalsze  przyjemności  przyszły  później,  kiedy  powiedziałam  mu,  że 

jestem w ciąży. – Roześmiała się na myśl, jak była wówczas naiwna. – Nawet się 

nie bałam. Przeciwnie, cieszyłam się z naszego wspólnego dziecka. Co za idiotka, 
prawda? – 

Popatrzyła na Tima, spodziewając się, że ujrzy w jego oczach wyraz 

współczucia, lub przynajmniej zrozumienia. Ale zaskoczył ją gniew malujący się 
w jego twarzy.  

– 

Nie ciebie należałoby tak nazwać, ale jego. Najpierw powiedziałbym mu 

kilka słów prawdy, a potem dał zdrowy wycisk.  

– 

No cóż. Wyzywałam siebie od najgorszych... – Wstała, dając tym znak, 

że  rozmowa  skończona.  –  A  teraz,  jeśli  łaska,  panie  Holt,  chciałabym  zacząć 

zarabiać pieniądze. – Rozejrzała się po pokoju. – Gdzie jest komputer? 

– Tam – 

ponownie wskazał mały pokoik przylegający do salonu.  

Rozumiał, że nie należy dalej naciskać dziewczyny i ciągnąć tej rozmowy. 

Laura najwyraźniej chciała odgrodzić się od niego pracą, ale i tak jak na jeden 
dz

ień wyznała bardzo dużo. Tim poczynił wyraźne postępy.  

Biurko z komputerem stało przy oknie. Tim jest najwyraźniej metodycznie 

działającym człowiekiem, który w życiu posługuje się wyłącznie logiką, myślała. 

Wyjątek  stanowi  tylko  ta  niewczesna  propozycja  małżeństwa.  Laura  położyła 

torebkę obok komputera i usiadła przed ekranem.  

– 

Zastanawiam się, co taki biznesmen jak ty robi w przebraniu świętego 

Mikołaja.  

Skoro dziewczyna wykazywała więcej ochoty do rozmowy podczas pracy, 

Tim zebrał przygotowane dokumenty i położył je obok niej na biurku.  

– 

To właśnie jest część mojej pracy.  

–  A co to ma wspólnego... ? – 

wskazała  papiery,  nie  widząc  żadnego 

związku.  

Mężczyzna, nie chcąc tracić Laury z oczu, przysiadł na skraju biurka.  

background image

– 

Firma, która wynajęła moje przedsiębiorstwo, pragnie dowiedzieć się, co 

dzieci  naprawdę  chcą  dostawać  na  Gwiazdkę.  A  w  jaki  sposób  łatwiej  je 

wysondować, jak nie w przebraniu... – urwał. Na twarzy Laury odmalował się 

bowiem wyraz osłupienia i niedowierzania.  

– 

Udajesz kogoś, komu ufają, żeby je wysondować; a wszystko to w imię 

wszechpotężnego dolara? 

Zarzut ten zdumiał Tima.  
– Nie, to nie na tym polega.  

Laura wstała i gwałtownie odepchnęła krzesło.  
– 

Jak mogłeś? 

– 

No cóż, najpierw musiałem przekupić kogoś, żeby zająć jego miejsce. 

N

astępnie... – ujrzał, że Laura otwiera usta i natychmiast je zamyka. – Chyba nie 

musimy rozmawiać o szczegółach technicznych całego przedsięwzięcia, prawda? 

I  pomyśleć,  że  przez  chwilę  wzbudził  we  mnie  cieplejsze  uczucia, 

pomyślała z bezbrzeżną goryczą Laura. Czemu byłam aż tak naiwna? Oszust. Oni 

wszyscy są oszustami.  

– Zdradzasz je.  
– 

Słucham? – Tim w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał.  

– 

Bierzesz te słodkie, niewinne dzieci i wypompowujesz z nich informacje 

dla swego spasionego, nadzianego fo

rsą klienta! 

Jej punkt widzenia kompletnie nie mieścił mu się w głowie.  
– 

Chyba zbyt dajesz ponosić się uczuciom.  

– 

Ja na pewno nie. Ale tobie by się to przydało. – Żałowała, że nie ma 

czegoś  ciężkiego  pod  ręką,  czym  mogłaby  w  niego  cisnąć,  dając  tym  upust 
gniewowi – 

na niego, na siebie za własną głupotę, że przez chwilę dała się ponieść 

marzeniom i uwierzyła, że Tim jest miłym, przyzwoitym człowiekiem. A także... 

Niech go piekło pochłonie! – Uważam, że twoja praca opiera się na zwykłym 

kłamstwie, oszustwie! – krzyknęła. – Dzieciństwo to ostatni próg niewinności. A 
ty cynicznie to wykorzystujesz! 

– 

Po prostu chcemy dać dzieciom to, czego rzeczywiście pragną.  

Czyżby miał mnie za ostatnią idiotkę? – pomyślała. Czyżby całował mnie i 

uwodził po to tylko, żebym przestała rozsądnie myśleć? 

– 

Nie.  Ty  chcesz  im  sprzedać  to,  czego  najbardziej  pragną.  –  Laura 

chwyciła torebkę i opuściła pokój. – A to jest ogromna różnica.  

Tim  długo  jeszcze  wpatrywał  się  w  drzwi,  które  z  hukiem  za  sobą 

zamknęła.  

background image

Rozdział szósty 

 
– 

Czy mam ci ten prezent zapakować, Mikołaju? 

Młody  sprzedawca,  choć  wyraźnie  zmęczony  ośmiogodzinnym  dniem 

pracy,  uśmiechnął  się  na  widok  niecodziennego  klienta.  Pomysł  pakowania 

prezentu dla świętego Mikołaja bardzo go śmieszył.  

– 

Słucham?... O, tak, proszę zapakować.  

Kiedy ekspedient zawijał kolejkę elektryczną w błyszczący jasnozielony 

papier,  Tim  błądził  myślami  gdzie  indziej.  Po  pracy  natychmiast  udał  się  do 

sklepu z zabawkami. Wiedział, że jeśli najpierw pójdzie się przebrać, nie zdąży 
przed zam

knięciem sklepu. W niedzielę wszystko zamykano wcześniej.  

Mężczyzna  bezskutecznie  próbował  usunąć  z  pamięci  wspomnienie 

wzroku  Laury  w  chwili,  kiedy  oburzona  opuszczała  jego  mieszkanie.  W  jej 

oczach było coś, co budziło w nim poczucie winy, choć wiedział, że nic złego nie 

zrobił. Ostatecznie prowadził tylko badania rynku, jedno z wielu tego typu badań, 

a poza tym rozpierała go uzasadniona duma, gdyż sondaże w wykonaniu jego 

firmy były bardziej wnikliwe i miarodajne niż większość innych.  

Kiedy sprzedawca w

ręczył  mu  olbrzymie  pudło,  Tim  podziękował 

skinieniem  głowy.  Kiedy  tylko  przekroczył  próg,  ekspedient  natychmiast 

zamknął  sklep.  Tim  popatrzył  w  stronę  domu  towarowego  Mattingly’ego. 

Magazyn również był już zamknięty na głucho. Mężczyzna westchnął i popatrzył 

w dół, na swój kostium. Uśmiechnął się pod nosem. Może to i dobrze, że jestem w 

tym stroju, pomyślał. Laura może złościć się na Tima Holta, ale nigdy nie na 

świętego Mikołaja.  

Kiedy  wchodził  na  parking,  błysnęła  mu  myśl,  że  tak  naprawdę  gniew 

dziewczy

ny  skierowany  był  nie  przeciw  niemu  czy  przeciw  jego  pracy  w 

przebraniu świętego Mikołaja. Wylała po prostu gromadzący się w niej latami żal 

do ojca Robbie’ego, który tak okrutnie zadrwił z ufnej dziewiętnastolatki.  

Po raz pierwszy w życiu Tim czuł, że ogarnia go szewska pasja, paląca 

nienawiść, chęć pobicia kogoś. Laura była młodziutką, niewinną, beznadziejnie 

zakochaną  kobietą.  Wszystkie  jej  ideały  i  nadzieje  zniszczył  ten  gruboskórny 

cham, który był na dodatek zbyt głupi, żeby zrozumieć, jaki skarb podarował mu 
los.  

Na szczęście dla mnie, dodał w myślach Tim.  

Podszedł do swego auta i otworzył bagażnik. Pudło z kolejką położył obok 

kabli do akumulatora. Uśmiechnął się ciepło na ich widok, poklepał je i zatrzasnął 

bagażnik.  

Mimo  nieszczęścia,  jakie  ją  spotkało,  Laura  nie  stała  się  zgorzkniałą 

kobietą.  Oczy  miała  jasne,  świetliste,  bez  śladu  owej  rezygnacji,  jaka  czai  się 

przeważnie  w  źrenicach  ciężko  doświadczonych  ludzi.  To  jej  oczy  właśnie 

wywarły na Timie tak piorunujące wrażenie. Oczy i pełen ciepła uśmiech, jaki 

background image

miała  na  twarzy  tuląc  do  siebie  Robbie’ego  w  dniu,  kiedy  ujrzał  ją  po  raz 
pierwszy.  

Pociągnął na szczęście swoją białą brodę, przekręcił kluczyki w stacyjce i 

pełen dobrych myśli ruszył w stronę domu Laury.  

Melodyjny dźwięk dzwonka przy drzwiach zaskoczył Laurę. Było już po 

dziewiętnastej.  Wiedziała,  że  o  tej  porze  nikt  ich  nie  powinien  odwiedzić. 

Mieszkający w okolicznych domach sąsiedzi byli na tyle grzeczni, że w niedzielę 

nie narzucali się ze swym towarzystwem.  

Potarła kark i uniosła głowę znad książki. Stół w jadalni zarzucony był 

papierami. Tego dnia Laura z różnych względów nie chciała być sama. Tęskniła 

za towarzystwem, pragnęła obserwować bawiącego się synka, słuchać krzątaniny 

matki, która w kuchni przygotowywała kolejny świąteczny specjał. Dlatego też 

zabrała ze swego małego pokoiku, który służył jej za pracownię, stos papierów i 

przeniosła się do jadalni, gdzie mogła jednocześnie pracować i być w centrum 

wydarzeń. Jadalnia łączyła się zarówno z kuchnią, jak i z salonem, i dziewczyna 

miała  stamtąd  doskonały  widok  na  Robbie’ego,  który  leżąc  na  brzuchu  na 

podłodze bawił się żołnierzykami. Laura natychmiast zorientowała się, że jego 

armia kieruje zmasowany ogień na znienawidzoną sztuczną choinkę.  

Dzwonek u drzwi zadzwonił ponownie.  
– 

Mamo, spodziewasz się gości? – spytała.  

Z kuchni, wycierając ręce w fartuch, wyszła Janka.  
– 

Czy szę szpodziewam? Może.  

Laura  potrząsnęła  głową.  Jej  matka,  kiedy  już  raz  coś  sobie  umyśliła, 

dążyła do celu ze ślepym uporem, nie zważając na nikogo i na nic.  

– 

Mamo, już ci mówiłam, że po tym, jak popędziłam Timowi Holtowi kota, 

drugi raz się u nas nie pojawi.  

Laura obserwowała, jak starsza kobieta otwiera drzwi. Janka uśmiechnęła 

się, postąpiła krok do tyłu i do mieszkania wkroczył Tim.  

– 

Najwyraźniej zbyt szłabo popędziłaś mu tego kota – oświadczyła Janka, 

uśmiechając się promiennie do gościa.  

Tim ponownie odniósł wrażenie, że trafił do Krainy Czarów. Był to zresztą 

tylko  jeden  z  powodów,  dla  których  tak  polubił  ten  dom.  Jedno  zachęcające 
spojrze

nie  Janki  odbudowało  natychmiast  całą  jego  nadwątloną  odwagę. 

Zrekompensowało  również  niezbyt  miły  widok  gniewnej  zmarszczki  na  czole 
Laury.  

– 

Dobry  wieczór.  Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadzam  –  powiedział 

ściągając  perukę  i  brodę.  Ujrzał  Robbie’ego,  który  podniósł  się  z  podłogi  i  z 

uwagą patrzył na ogromne pudło pod pachą gościa.  

Laura nie dostrzegła paczki. Widziała jedynie Tima.  
– 

Po co tu przyszedłeś? – spytała.  

Janka zamknęła drzwi i wprowadziła Tima do salonu.  

background image

– Lauro, to brzydko i niegrzecznie.  
– 

Nie,  dlaczego,  pani  Lekawski.  Ma  prawo  zapytać.  Przyniosłem 

Robbie’emu coś, co może sprawi, że sztuczna choinka wyda mu się ładniejsza.  

Robbie, który od początku liczył na jakąś niespodziankę, szeroko otworzył 

oczy.  

Laura szybko przeszła przez pokój. Gniew z poprzedniego wieczora wrócił 

z całą siłą.  

– Kolejne badania rynku? 
– 

Dzisiaj jest niedziela i już nie pracuję.  

– 

Więc chyba straciłeś sens życia – odparła zjadliwie. Sprzeczkę przerwał 

Robbie,  który  bezceremonialnie  wyjął  Timowi  spod  pachy  pudlo.  Dzieciak  aż 

ugiął się pod jego ciężarem.  

– Co to jest? 

Tim chwycił pakunek z drugiej strony i wspólnymi siłami położyli go na 

podłodze.  

– Kolejka elektryczna – 

wyjaśnił. – Puścimy ją wokół choinki. – Wskazał 

palcem nie przystrojone jeszcze drzewko. Zasta

nawiał  się  chwilę,  czy  Laura 

pozwoli mu wziąć udział w ubieraniu choinki.  

– 

Czy... czy mogę już teraz otworzyć? – spytał chłopiec. Z emocji aż się 

zająknął.  

– 

To  świetny  pomysł.  –  Nie  zdążył  jeszcze  dokończyć  zdania,  a  w 

powietrzu zaczęły latać strzępy zielonego papieru. Tim roześmiał się. Entuzjazm 

Robbie’ego przypomniał mu jego własne dzieciństwo.  

Już  sam  wygląd  opakowania  mówił,  że  zabawka  jest  droga.  Laury  na 

pewno nie byłoby na nią stać.  

– 

I tą kolejką chcesz do mnie dojechać? – wysyczała, zbliżając się do Tima.  

Dla  swoich  celów  potrafi  wykorzystywać  nawet  dzieci,  myślała  z 

wściekłością. To już ustaliliśmy. Nie pozwolę, żeby traktował mojego synka jak 
pionek na swojej szachownicy.  

Ale przede wszystkim miała do Tima żal o to, że pozbawił ją przyjemności 

podarowania Robbie’emu jego wymarzonej zabawki.  

Natychmiast jednak, widząc wyraz twarzy synka, opamiętała się. Poczuła 

wyrzuty  sumienia  za  swoją  małostkowość.  Czy  to  ważne,  od  kogo  dziecko 

dostało zabawkę? Chłopiec był szczęśliwy i tylko to się liczyło.  

Siłą woli stłumiła to pierwsze, cieplejsze uczucie, które zalęgło się na dnie 

jej serca. Tim grał nieuczciwie! 

–  Nie.  – 

Mężczyzna schylił się i zaczął zbierać porozrzucane papiery. – 

Chcę dojechać tylko do Robbie’ego. A wtedy może i ty wyruszysz w podróż.  

Janka zgrabnie odebrała od niego pogniecione strzępy papieru.  
– 

Pewnie, że wyruszy.  

I  znów  rozmawiają  o  mnie,  jakbym  była  wystawionym  na  sprzedaż 

background image

towarem, pomyślała z furią Laura.  

– Mamo, nie...  
– Lauro. – 

Tim zbliżył się do dziewczyny. – Słuchaj matki.  

Mając przeciwko sobie aż trzy osoby, uniosła bezbronnie ręce.  
– 

Poddaję się! 

Tim przesłał jej wesoły uśmiech, któremu Laurze coraz trudniej było się 

opierać.  

– No, nareszcie! – 

wykrzyknął nieco teatralnie.  

–  Musisz mi pomóc – 

odezwał się Robbie wskazując transformator. Na 

podłodze  walało  się  już  kilka  wagoników,  lokomotywa  i  niezliczone  odcinki 
szyn.  

Tim  odłożył  na  bok  brodę  i  perukę,  rozpiął  kurtkę  i  przesunął  nieco 

sztuczny brzuch. Potem rozsiadł się po turecku na dywanie.  

Czuje się jak u siebie w domu, pomyślała ze złością Laura, starając się 

wzbudzić  w  sobie  jeszcze  większy  gniew.  Kątem  oka  dostrzegła  triumfujący 

uśmieszek  na  twarzy  matki.  Ciężko  westchnęła,  usiadła  za  stołem  w  jadalni  i 

wróciła do przerwanej pracy.  

Tim złożył dwa kolejne odcinki szyn i dołączył je do reszty gotowych już 

torów.  

– 

Ostatni  raz  czymś  takim  bawiłem  się  jako  dziecko.  Tak  naprawdę  – 

pochylił się konfidencjonalnie do Robbie’ego – to wolno mi było tylko patrzeć. 

Całą frajdę z zabawki zagarnęli dla siebie mój tata i starsi bracia.  

– 

Ja nie mam tak dużej rodziny – odparł rzeczowo Robbie. – Mam tylko 

mamę i Nanę. – Wręczył dorosłemu kolejny odcinek szyn. – Ale pozwolę ci się ze 

mną bawić.  

Tim stłumił uśmiech.  
– 

Dzięki, kolego – powiedział biorąc do ręki kolejny odcinek torów.  

Potem dzieciak zajął się wagonikiem służbowym. Odkrył, że otwierają się 

w nim drzwi. Zachwycony roześmiał się na głos.  

– 

Jak  na  kogoś,  kto  udaje  świętego  Mikołaja,  jesteś  bardzo  fajny  – 

oświadczył z powagą.  

Tim popatrzył na niego badawczo.  
– 

A co musiałby dać ci święty Mikołaj, żebyś w niego uwierzył? 

Robbie wzruszył ramionami i odgarnął z czoła kosmyk włosów.  
–  Tatusia  – 

szepnął,  spoglądając  z  niepokojem  w  stronę  matki. 

Zadowolony, że go nie usłyszała, dodał: – I śnieg. Dużo śniegu na Wigilię. – 

Westchnął rozmarzony wspomnieniami. – Dużo śniegu wokół domu. Tak, jak to 

było zeszłego roku na Boże Narodzenie. Sypało przez całe dwa dni.  

W głosie chłopca brzmiał głęboki żal, ale Tim nie mógł na to nic poradzić. 

Mógł co najwyżej – i chciał – spełnić pierwsze życzenie chłopca.  

– 

Prosić Mikołaja, żeby dał ci tutaj śnieg, to bardzo wygórowane żądanie, 

background image

Robbie.  

– 

Nie dla świętego Mikołaja. Jeśli oczywiście on istnieje.  

– 

Popatrzył na siedzącego obok mężczyznę i szybko dodał: 

– 

Ale święty Mikołaj nie istnieje, więc nie mamy o czym mówić.  

Podał Timowi kolejny odcinek szyn.  
– 

Teraz  potrzebuję  zakrzywionego  –  odparł  mężczyzna  wskazując 

stosowny element. – 

Żaden z małych chłopców, których znam, nie mówi tak jak 

ty.  

Robbie  dotknął  maleńkiego dzwoneczka na szczycie zielono-czerwonej 

lokomotywki.  

– Czy to dobrze? 
–  Nie jestem pewien – 

odparł  szczerze  Tim.  Było  coś  bardzo 

przygnębiającego  w  małym  chłopcu  tak  zupełnie  pozbawionym  typowo 

dziecięcych marzeń.  

Robbie popatrzył na Tima z zainteresowaniem.  
– 

Czy znasz wielu małych chłopców? Tim szybko policzył w myślach.  

– Siedmiu.  
– To twoje dzieci? 
– Nie, kuzyni.  
– 

Masz żonę? 

Tim  mógłby  przysiąc,  że  w  głosie  chłopca  zabrzmiały  nutki  nadziei. 

Zastanowił się, czy Robbie zdaje sobie z tego sprawę. Popatrzył w stronę Laury. 

Choć  była  zajęta  pisaniem,  był  prawie  pewien,  że  dziewczyna  słyszy  każde 

wypowiedziane przez nich słowo.  

– Jeszcze nie.  

Laura wzięła głęboki oddech, wstała od stołu i ruszyła do kuchni. Co za 

dużo, to niezdrowo! 

– 

Już mi wybaczyłaś! – krzyknął za nią Tim.  

– 

Zastanowię się nad tym – rzuciła przez ramię i wyszła z pokoju.  

Janka  popatrzyła  na  córkę  znad  kipiącego  na  kuchni  garnka,  z  którego 

dolatywała smakowita, ostra woń.  

– 

Co masz mu wybaczyć? – spytała.  

– 

Tysiąc różnych rzeczy. – Laura nieświadomie dotknęła opuszkiem palca 

ust  Janka  uśmiechnęła  się  pod  nosem  i  pokiwała  głową.  –  Udaje  świętego 

Mikołaja, żeby odkryć, czego dzieci najbardziej chcą na gwiazdkę.  

–  Tak?...  – 

Janka  popatrzyła  na  córkę  czekając,  aż  ta  wyjaśni  wreszcie, 

jakiej to straszliwej zbrodni dopuścił się Tim.  

– 

Nie rozumiesz? On drąży im mózgi.  

Janka zmrużyła oczy zastanawiając się, co tak bardzo niepokoi jej córkę.  
– 

Drąży mózgi? 

Laura westchnęła głęboko.  

background image

– 

Zbiera informacje, których dostarczają mu nieświadome niczego dzieci. 

On później pisze raporty dla przedsiębiorstwa produkującego zabawki.  

Janka chwilę rozważała słowa córki.  
– 

A co w tym złego? Czyż dzieci nie powinny dosztawać takich rzeczy, 

jakich chcą, a nie śmiecie, z którymi potem nie wiadomo co robić? 

–  Po prostu niczego nie rozumiesz! – 

wykrzyknęła  Laura  siadając  na 

najbliższym krześle.  

–  Przeciwnie  – 

odezwał  się  nieoczekiwanie  Tim,  który  również 

zawędrował do kuchni. – Twoja mama rozumie to doskonale. – Puścił do Janki 
perskie oko i usiad

ł na krześle obok Laury. – Sprawa jest dużo głębsza niż same 

raporty.  Chodzi  o  to,  żeby  usunąć  z  rynku  buble,  żeby  produkować  rzeczy 

najlepsze, zabawki, które dzieciakom przyniosą prawdziwą radość.  

Mając Tima tak blisko siebie, Laura nie potrafiła zebrać myśli. Jego oczy 

były zbyt zielone, zbyt wiele było w nich uczucia. Dziewczyna odwróciła głowę.  

– 

Brzmi to tak, jakbyś poszukiwał lekarstwa na całe zło świata.  

– 

Nie, chcę tylko choć trochę przyczynić się do uporządkowania bałaganu, 

jaki na tym świecie zapanował. Każdemu to, czego najbardziej pragnie. – Położył 

dłonie na dłoniach dziewczyny. – Każdemu.  

Nie  spodobało  się  Laurze  to,  że  uczynił  ten  gest  tak,  jakby  była  to 

najnaturalniejsza  rzecz  pod słońcem.  A  jeszcze  mniej  się  jej  podobało,  iż pod 

wpływem tego dotyku ogarnął ją spokój, poczucie bezpieczeństwa. Skoro nie jest 

szczery, nie ma prawa tego robić, pomyślała.  

Nieoczekiwanie z pomocą przyszła jej, całkiem nieświadomie, matka.  
– 

Napijmy się tego.  

Zanurzyła  warząchew  w  garze  stojącym  na  kuchni  i  nalała  do  kubka 

czerwony,  parujący  napój.  Z  zachęcającym  uśmiechem  wręczyła  naczynie 
Timowi.  

background image

Rozdział siódmy 

 

Widząc niepewny wyraz twarzy Tima, Laura wybuchnęła śmiechem.  
– 

Nie musisz tego pić.  

Mężczyzna spostrzegł, że Janka bacznie go obserwuje. A niech to diabli, 

wypiję, zdecydował.  

– 

Ależ z wielką przyjemnością tego skosztuję – oświadczył.  

Wypił łyk. Płyn był gorący i gorzkawy, ale niesmaczny.  
– Hmmm, co to takiego? 
– Barszcz – 

poinformowała Janka.  

Tak, to wszystko wyjaśnia – pomyślał cierpko Tim. Popatrzył na Laurę.  
– 

Z czego to się robi? 

Laura nie próbowała nawet ukryć rozbawienia.  
– Z buraków.  
– Aha. – 

Jego pierwszym odruchem było odstawić kubek jak najdalej od 

siebie.  Ale  ponieważ  matka  Laury  nie  spuszczała  z  niego  wzroku,  wmusił  w 
siebie k

olejny łyk. – Nie jest to takie złe.  

Zadowolona Janka klasnęła w dłonie.  
– 

Lubię cię, Timothy. Jesteś zabawka. Teraz już Laura parsknęła głośnym 

śmiechem.  

– 

Wydaje mi się, że mama chciała powiedzieć: zabawny. Janka jednak nie 

widziała w tym wszystkim problemu.  

– 

No właśnie. O to mi dokładnie chodziło. – Nalała kubek barszczu dla 

Laury. – 

Zabawka, zabawny, co za różnica.  

Takiej okazji Tim nie mógł przepuścić. Wypił barszcz, pochwalił, zatem i 

Janka, i Laura muszą go wysłuchać.  

– 

O to mi dokładnie chodzi. Istnieją różnice, które właśnie badamy.  

Laura wzięła od matki pełen kubek. Tim z zainteresowaniem obserwował, 

jak dziewczyna bierze ogromny łyk barszczu. Najwyraźniej bardzo jej smakował. 

Zdumiewająca kobieta! Ale zapewne barszcz pija od dziecka.  

Laura westchnęła.  
– 

Przyjmuję twój punkt widzenia. Ale tylko przyjmuję. Nic więcej.  

– 

Na początek dobre i to. – Zadowolony z siebie Tim wypił kolejny łyk. 

Niebawem ze wszystkim się oswoisz, dodał w myślach pod adresem dziewczyny.  

Laura potrząsnęła głową, kiedy jej matka odwróciła się do piekarnika, żeby 

dopilnować wypieku swoich słodyczy.  

– 

Czy  zawsze  jesteś  takim  optymistą?  –  spytała.  Uśmiechnął  się.  Od 

dziecka potrafił znaleźć we wszystkim jasną stronę.  

– Niepoprawnym.  

Laura też kiedyś taka była, dopóki życie nie dało jej surowej lekcji.  
– 

I nikt ani nic dotąd cię nie otrzeźwiło? 

background image

– 

Pewnie. Wylano mi na łeb niejeden kubeł lodowatej wody.  

A zatem odbiera wszystkie sygnały, jakie do niego wysyłam, pomyślała 

Laura. Czemu więc nie daje mi spokoju? A może źle te moje znaki interpretuje? 

Może tak być. Na przykład... Nie, nie chcę nawet myśleć o tym, że odruchowo 

wysyłam sygnały dwojakiego rodzaju. Byłaby to groteska.  

Uniósł beztrosko ramiona, po czym je opuścił.  
–  Tak czy siak, zawsze szybko wysyc

hałem.  Wysychał.  Zużyty  i 

wydrążony. Tak właśnie ona się czuła, kiedy Craig wsunął jej do ręki pieniądze i 

całkowicie  znikł  z  horyzontu.  Nigdy  później  nawet  nie  zainteresował  się,  czy 

urodziła dziecko, czy też usunęła ciążę, co jej z całego serca doradzał.  

Laura ponuro spoglądała w kubek. W ciemnym płynie odbijało się światło 

lampy.  

– 

Pewne rzeczy mogą zdarzyć się tylko raz i potem już nigdy nie będzie tak 

samo.  

Tim  chciał  ująć  jej  dłoń,  ale  dziewczyna  kurczowo  zaciskała  palce  na 

kubku. Jeszcze nie była gotowa. Ale Tim święcie wierzył, że to ulegnie zmianie.  

– 

Czasami może być nawet lepiej – powiedział cicho.  

– Tim! – 

Z pokoju dobiegł zniecierpliwiony głos Robbie’ego. – Musisz mi 

pomóc.  

– Nie tylko tobie – 

mruknął mężczyzna spoglądając Laurze prosto w twarz. 

– 

Zaczekaj, już idę.  

Cóż on miał na myśli? Nie tylko tobie? Czyżby próbował powiedzieć mi, 

że i ja potrzebuję pomocy, a on jest gotów mi jej udzielić? No cóż, wcale jej nie 

potrzebuję, pomyślała Laura. Jest mi dobrze tak, jak jest.  

Posiedziała w kuchni jeszcze chwilę, po czym wstała od stołu. Zostało jej 

jeszcze trochę pracy. Wzięła głęboki oddech i wkroczyła do jadalni.  

Tim siedział na podłodze i kończył składać wielki, metalowy okrąg szyn, 

ciągnących się wokół choinki. Obok kręcił się z rozpaloną twarzą Robbie, gotów 

wykonać każde polecenie mężczyzny.  

Zasiadła do papierów. Ale wyrazy skakały jej przed oczyma. Żadne słowo 

nie miało sensu. Porządek jej życia zawalił się.  

Wcale nie chciała polubić Tima. Polubić go znaczyło odsłonić się, a to z 

kol

ei powodowało konsekwencje, których gorycz nie była jej obca. Słabo znała 

mężczyzn i zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że nie może ufać swojemu 

wyborowi.  A  gdyby  zaryzykowała,  w  grę  wchodziłyby  nie  tylko  jej  uczucia. 

Istniał  przecież  Robbie.  Nie  chciała,  żeby  ktoś  go  skrzywdził,  żeby  dziecko 

zaangażowało się w coś, co w końcu, z tego czy z innego powodu, rozwieje się 
jak dym.  

Była  to  gra  o  wysoką  stawkę;  gra,  w  której  kiedyś  już  wzięła  udział  i 

przegrała. Tak samo mogło się stać i teraz.  

– 

Wygląda  na  to,  że  szę  dogadali  –  szepnęła  Janka.  Zaskoczona  Laura 

background image

uniosła głowę. Zatopiona w myślach nie zauważyła, że obok niej stanęła matka.  

– 

Tak, dogadali się.  

Nie  było  sensu  zaprzeczać  temu  oczywistemu  faktowi.  Ale  czy  tak 

naprawdę było? I czy taki stan trwałby długo? 

Przynajmniej  w  tym  punkcie  jesteśmy  zgodne,  pomyślała  Janka.  Reszta 

przyjdzie z czasem.  

– 

Czasz do łóżka, Robbie. – Janka zaklaskała w dłonie. Dzieciak popatrzył 

na babcię z miną zbitego psa.  

– 

Ojejku, naprawdę muszę? 

Laura zauważyła, że syn zwraca się z prośbą nie do niej, nie do babci, ale 

do Tima. A to już zaczynało być groźne.  

– 

Kochanie, jutro masz szkołę.  

– 

Mamusiu,  jeszcze  tylko  pięć  minut  –  prosił  Robbie.  –  Już  prawie 

podłączyliśmy trans... trans... – popatrzył rozpaczliwie na Tima, szukając u niego 

pomocy w trudnym słowie.  

– Transformator.  
– 

Właśnie to – zakończył chłopiec. – Tak bardzo chciałbym zobaczyć, jak 

kolejka jeździ. Proszę, mamo, dobrze? 

Tim, ze śrubokrętem w dłoni, popatrzył w górę na Laurę.  
– 

Pięć minut niczego chyba nie zmieni, prawda? 

To  już  zaczynało  zakrawać  na  kpinę.  Od  dwóch  dni,  kiedy  w  jej  życiu 

pojawił się Tim, za każdym razem, kiedy postanawiała być nieustępliwa – miękła. 

Nie, zdecydowała. To musi ulec radykalnej zmianie. Ale ten ostatni raz chyba 

mogę jeszcze powiedzieć „tak".  

– 

Ale tylko pięć minut.  

Tim zasalutował jej śrubokrętem.  
– 

Pod taką presją wykonam pracę najlepiej, jak umiem. Laura wolała się 

nie dopytywać, co przez to rozumie.  

Pięć minut zamieniło się w dziesięć, a dziesięć – w kwadrans.  
Ja

nka siedziała na kanapie, obserwując dorosłego i dziecko, i aż w duszy jej 

grało. Kiedy ostatecznie wszystko podłączyli, Tim pozwolił Robbie’emu włączyć 

zasilanie,  a  następnie  stopniowo  zwiększyć  prędkość.  Staroświecki  pociąg, 

złożony z pięciu wagonów, wagonu służbowego i dymiącej prawdziwym dymem 

lokomotywy, ruszył w drogę dookoła choinki.  

– Bomba! 
–  Tak, bomba – 

przyznał  Tim,  bardziej  zadowolony,  niż  się  tego 

spodziewał.  

Laura siłą woli tłumiła w sobie radość, jaką napełniał ją widok lśniących 

oczu synk

a, ponieważ ostatecznym źródłem tej radości był Tim. Ale w końcu 

musiała dać za wygraną.  

– 

W porządku, panie inżynierze – powiedziała Janka wstając z kanapy. – 

background image

Pora do łóżka.  

Zdecydowanie wzięła wnuka za rękę i ruszyła do wyjścia.  
– 

Dziękuję! – zdążyło jeszcze krzyknąć pod adresem Tima dziecko.  

– Nie ma za co.  
–  Przyjdziesz jutro? – 

spytał  nieoczekiwanie  Robbie  przystając  na 

schodach.  

– 

Postaram się – obiecał Tim.  

O nie, wszystko, tylko nie to, solennie obiecała sobie Laura.  

Udając, że całą uwagę skupia na pracy, ignorowała obecność Tima.  
Czemu jeszcze nie wychodzi? – 

myślała.  Siedzi  sobie  na  podłodze  i 

majstruje przy szynach. Po tym, co wydarzyło się w jego mieszkaniu, Laura nie 

chciała przebywać z nim sam na sam, nawet jeśli na piętrze był jej synek i matka. 

Czuła,  że  narasta  w  niej  napięcie,  niczym  gromadząca  się  w  kondensatorze 

elektryczność.  

Tim podniósł się z podłogi i podszedł do Laury. Nie mogąc już dłużej nie 

zauważać jego obecności, uniosła znad papierów głowę.  

– 

Dziękuję za kolejkę – powiedziała.  

– 

A widzisz, miałem rację. Laurę zatkało.  

– 

Słucham? 

Skinął głową i wyjął jej z dłoni pióro. Oddała mu je bez oporu.  
– 

Właściwy prezent, właściwe dziecko.  

– 

A ty wciąż o swoich badaniach rynku.  

– 

Nie,  oczyszczam  się  z  zarzutów.  –  Kiedy ujął  jej  rękę,  zauważył,  że 

dziewczyna  ma  palce  zimne  jak  lód.  Pojął,  jak  bardzo  jest  zdenerwowana,  i 

ogarnął go nagły spokój.  

Uśmiechnął się. Idealnie się uzupełniali.  
– 

Nie jestem, Lauro, jakimś wysysającym dziecięce mózgi wampirem, jak 

mnie wczoraj okre

śliłaś.  

Laura poczuła, że ma suche gardło.  
– 

Musisz mnie zrozumieć. Nie cierpię kłamstwa i obłudy w żadnej formie. 

– 

Pragnęła, żeby serce przestało jej tak mocno bić.  

– To rozumiem. – 

Tim powolnym ruchem przeciągnął dłonią po policzku 

dziewczyny.  

Wbrew 

własnej  woli  zamknęła  oczy.  Wszystko  to  działo  się  wbrew  jej 

woli.  

– 

Hmmm, nie powinieneś przypadkiem być już w domu? 

– Nie.  

Słowo to zdawało się pieścić jej skórę – czule, delikatnie.  
– Twój raport... – 

Łapała się już każdego argumentu. Zdawała sobie sprawę 

z tego, że jeszcze chwila, a straci nad sobą kontrolę.  

– 

Nie ma pośpiechu. Sam go przepiszę. – Było to niewinne kłamstwo, ale w 

background image

grze  o  tak  wysoką  stawkę  całkiem  wybaczalne.  –  Bardzo  szybko  piszę  na 
maszynie. – 

Pisał czterema palcami. – Więc jeśli zajdzie taka potrzeba, spokojnie 

dam sobie radę.  

Poczuła wyrzuty sumienia, zwłaszcza teraz, kiedy Tim okazał tyle serca 

Robbie’emu.  

– 

Jeśli chcesz, mogę ten twój raport wprowadzić do komputera.  

Nie  wierzyła,  że  to  ona  wypowiedziała  te  słowa.  Przecież  nie  miała 

najmniejszego zamiaru niczego przepisywać.  

– 

Bardzo bym chciał.  

Ujął w dłonie jej twarz i skierował ku swojej. Przez ciało Laury przeszła 

fala ukropu.  

– 

Tim, proszę.  

Gładził delikatnie, uspokajająco i podniecająco jej policzki.  
– 

Cicho. Nic nie mów. Pocałował ją.  

Tym razem Laura była już gotowa. Tym razem wiedziała, co się wydarzy. 

Tym razem...  

Świat eksplodował.  

Nie można było porównać tych dwóch pocałunków. W mieszkaniu Tima 

nie czuła namiętności – ani u siebie, ani u niego.  

Teraz było inaczej. Tłumione od tak dawna pasja i namiętność zalały ją 

nagłą falą. Jej usta były głodne jego ust w równym stopniu, jak jego jej. Zdjął 

dłonie  z  twarzy  dziewczyny.  Czuła  dotyk  jego  palców  sunących  po  plecach, 

czuła,  że  sama  zanurza  dłonie  w  jego  włosach,  że  jeszcze  mocniej  przytula 

mężczyznę do siebie. Świat, a właściwie jego resztki, które zostały po eksplozji, 

zamienił się w jakąś olbrzymią otchłań pełną żaru, barw i nieprawdopodobnych 
snów.  

Pocałunek, zdawało się, trwał całą wieczność.  

A  i  tak  skończył  się  za  szybko.  Każdy  centymetr  jej  ciała  domagał  się 

więcej. Łaknął Tima.  

Wystraszyło  to  Laurę  śmiertelnie.  Długą  chwilę  trwało,  nim  zdołała 

wykrztusić przez ściśnięte gardło: 

– 

Naprawdę, proszę, nie rób tego więcej.  

Tim milczał. Spoglądał tylko na nią badawczo i poważnie. W końcu nie 

potrafiła dłużej znieść tego wzroku.  

– O co chodzi? 
– 

O nic. Wydawało mi się, że powiedziałaś, że nie cierpisz oszustwa w 

jakiejkolwiek formie.  

Laura zaczerwieniła się. Te ostatnie słowa wzbudziły w niej złość na Tima. 

Głównie dlatego, że ponownie wzbudził w niej takie emocje. Odwróciła się od 
niego plecami.  

– 

Nie pozwolę, żeby kierowały mną hormony. Albo zaślepienie.  

background image

– Wcale tego od ciebie nie wymagam. – 

Sięgnął po kurtkę i włożył ją. – 

Wymagam  tylko,  żebyś  podchodziła  do  tego  wszystkiego  logicznie,  tak  jak 

nakazuje zdrowy rozsądek.  

Odwróciła  się  na pięcie  i  wlepiła  w  mężczyznę  wzrok.  Cóż  on  nowego 

wykombinował? – pomyślała.  

– 

Słucham? 

Zapiął kurtkę świętego Mikołaja. Bez sztucznego brzucha wisiała na nim 

niczym namiot.  

– 

To, co słyszałaś. Twoja matka polubiła mnie. Myślę, że Robbie również. 

– 

Podniósł sztuczną brodę, czapkę oraz perukę i położył je na sztucznym brzuchu, 

którym wszystko to owinął. Podniósł pakunek i zajrzał Laurze głęboko w oczy. – 
Teraz zostajesz tylko ty.  

– Tak, tylko ja. – 

Wciągnęła w płuca powietrze, dodając sobie tym odwagi. 

– 

Ale ja chcę, żebyś zostawił mnie w spokoju, Tim. Przeszłam zbyt wiele. I nawet 

w przypadku, gdybym... – 

uświadomiła sobie swój błąd, kiedy było już za późno.  

– 

Gdybyś co? – spytał podchodząc do niej. Westchnęła ciężko.  

– 

Nie mogłabym, nawet gdybym chciała.  

Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Może wiec teraz zostawi mnie w spokoju, 

pomyślała. Ale widząc wyraz jego twarzy Laura pojęła, że do końca oblężenia 
jest jeszcze bardzo daleko.  

– Zobaczymy. – 

Złożył na jej ustach delikatny pocałunek, przeciągając go 

tylko  o  sekundę.  Ale  to  wystarczyło,  żeby  zrozumiał,  jak  na  Laurę  działa. 

Niebawem,  obiecał  sobie.  Niebawem!  –  Powiedz ode mnie swojej matce 
dobranoc.  

– 

Dobrze, pożegnam ją od ciebie.  

– 

Nie pożegnasz. Powiesz jej dobranoc – poprawił kładąc dłoń na klamce. 

– 

To duża różnica.  

Po tych słowach wyszedł. Różnica. Tak, tego Laura bała się najbardziej. 

Przyłożyła dłoń do piersi, w której serce biło jak oszalałe. I znów zachowuję się 

jak nastolatka, pomyślała.  

background image

Rozdział ósmy 

 

Minęło  niewiele  ponad  trzy  tygodnie  od  chwili,  kiedy  Laura  po  raz 

pierwszy zobaczyła tę brodatą twarz i zajrzała w zielone oczy, zielone niczym 
roziskrzone jezioro we Florida Keys.  

Tylko trzy tygodnie! 

I oto w ciągu tak krótkiego czasu Tim stał się nieodłączną częścią prawie 

każdego  dnia  Laury.  Dokładniej  –  każdego  wieczoru.  Ponieważ  całe  dnie 

wypełniała  mu  praca,  raport  trzeba  było  pisać  wieczorami.  Czując  się  niezbyt 
swobodnie w mieszkani

u  Tima,  Laura  zaproponowała,  żeby  pracę  dla 

Imagination Toys wykonywać u niej.  

Przystał na to z ochotą. Dawało mu to świetny pretekst, żeby codziennie u 

niej bywać. A Janka instynktownie wiedziała, kiedy należy zostawić ich samych.  

Laura usłyszała śmiech dobiegający z salonu, gdzie Robbie z Timem od 

dwóch godzin ubierali choinkę. Miała wrażenie, że Tim specjalnie wynajduje bez 
przerwy "jeszcze jeden element" do raportu. A to nowy grafik, a to nowa 
interpretacja...  

–  Lauro!  – 

zawołał  mężczyzna  tak  poufale  jak  ktoś,  kto  osiągnął 

zamierzony cel, a teraz umacnia tylko swoje pozycje.  

Popatrzyła na barwne punkty na ekranie komputera i wznosząc oczy do 

góry poprosiła niebiosa o więcej cierpliwości.  

– 

Słucham? 

– 

Chodź do nas – powiedział przymilnie. – Tracisz kapitalną zabawę.  

Chyba nie tylko zabawę, dodała w duchu.  
– 

Muszę skończyć przepisywanie twojego raportu. – Laura wiedziała, że 

zachowuje się jak stara złośnica, ale zdawała też sobie sprawę z tego, że to jedyna 

rozsądna taktyka wobec Tima.  

Ten  zajrzał  właśnie  do  jej  pokoiku.  Z  palców  sypał  mu  się  srebrzysty 

proszek, którym ozdabiał gałęzie świątecznego drzewka. Srebro zalśniło odbitym 

światłem rzucanym przez lampę. Oparł się biodrem o framugę drzwi i spoglądał 

na Laurę z uśmiechem. Miał na sobie normalne ubranie i dziewczyna zatęskniła 

naraz za jego absurdalnym przebraniem świętego Mikołaja. Był zbyt atletycznie 

zbudowany, zbyt niebezpieczny.  W ciemnozielonym pulowerze, włożonym na 

bawełnianą  koszulę  koloru  khaki,  stanowił  poważne  zagrożenie  dla  spokoju 
u

mysłu Laury.  

– 

Mam czas do końca roku, dokładnie do piątego stycznia. Pół godziny cię 

nie zbawi.  

Zbawi, zbawi, pomyślała zaciekle Laura. Zwłaszcza przed tobą, skoro te 

pół godziny miałabym spędzić w twoim towarzystwie.  

Już teraz poświęcała za dużo czasu na rozmyślania o nim, wyczekiwanie na 

dźwięk jego kroków, marzenia o ciepłym, serdecznym uśmiechu, z którym tak 

background image

mu było do twarzy.  

Do twarzy też mu było w przebraniu świętego Mikołaja.  

Obok Tima pojawił się Robbie. W obu garściach zaciskał lśniące srebrem 

pasemka anielskiego włosa. Przybranie znaczyło również drogę chłopca, którą 

przebył po dywanie.  

– 

Chodź, mama, poubieraj z nami choinkę.  

No cóż, przez te pół godziny chyba mnie nie zje, pomyślała cierpko. I tak 

spędziłabym ten czas z Robbie’em. Ta nie moja wina, że przyplątał się również 
Tim.  

Wstała  od  biurka.  Nacisnąwszy  kilka  klawiszy  wprowadziła  dane  do 

twardego dysku. Przykryła komputer.  

Tim popatrzył na Robbie’ego. Mężczyzna i dziecko wymienili pobłażliwe 

uśmiechy.  

– 

Nie bardzo się zna na ubieraniu choinek, prawda? – spytał Tim.  

– 

Ona... ona jest w porządku... jako mama – odparł lojalnie Robbie.  

Ponieważ Laura nie ruszała się z miejsca, Tim zaszedł ją od tyłu, położył 

lśniące srebrnym proszkiem dłonie na jej plecach i delikatnie popchnął w stronę 
drzwi.  

– 

Pokażemy ci, jak należy ubierać choinkę – oświadczył.  

– Hurra! 

Oczy Robbie’ego zalśniły radosnym blaskiem. Trzymał się cały czas blisko 

matki, jakby bał się, że w ostatniej chwili im ucieknie.  

Laura  nie  mogła  nie  zauważyć  szczęścia  malującego  się  na  twarzy  jej 

synka. Od chwili kiedy Tim wszedł w nasze życie, Robbie odmienił się nie do 

poznania, pomyślała cierpko.  

Żołądek wypełniła jej nagle lodowato zimna kula. Muszę się cały czas mieć 

na baczności, upomniała się w duchu.  

Takie marze

nia na jawie i naiwne nadzieje mogą doprowadzić do tego, że 

znów uwierzę w rzeczy, w które wierzyłam kiedyś, i z powodu których zostałam 

wystrychnięta na dudka! Ale drugi raz tak się już nie stanie! 

– 

A teraz patrz i ucz się – powiedział Tim, świadom tego, że wyraz twarzy 

Laury uległ lekkiej zmianie. Zastanawiał się, co było tego powodem. – Robbie, 
ognia! 

Dzieciak  nabrał  całą  garść  srebrnego  proszku  i  cisnął  nim  w  choinkę. 

Następnie  obszedł  drzewko  i  rzucił  z  drugiej  strony.  Trochę  pyłu  osiadło  na 

gałązkach,  lśniąc  jaskrawo  w  elektrycznym  świetle  lampy.  Ale  ponad  połowa 

wylądowała na dywanie, tworząc niewielkie plamy czystego srebra.  

– 

Dekorujecie choinkę czy dywan? – zwróciła się do Tima Laura.  

Mężczyzna roześmiał się i wplótł jej we włosy kilka pasemek anielskiego 

włosa.  

– 

Dekorujemy wszystko, co się da. Zdjęła z włosów srebrzystą przędzę.  

background image

– 

Dziękuję za ostrzeżenie.  

– 

Zawsze do usług. – Puścił do niej oko. Uśmiechnął się i Laura poczuła, że 

serce topnieje jej jak wosk. Tak było zawsze, kiedy Tim się do niej uśmiechał. 

Rozklejała się równie łatwo jak koperty, które otwierała nad jednym z parujących 
imbryków swojej matki.  

– 

Czy ktoś ma ochotę na chruścik? – spytała Janka, wkraczając do pokoju z 

tacą pełną pokrytych cukrem pudrem, poskręcanych ciasteczek, jeszcze gorących.  

– 

Co proszę? – spytał Tim, wręczając Robbie’emu kolejną garść proszku.  

– 

Chruścik  –  powtórzyła  powoli  i  wyraźnie  Janka.  Kiedy  podsuwała 

Timowi tacę, na jej twarzy gościł łobuzerski uśmiech.  

Tim wiedział już, że ryzykiem było próbować czegokolwiek w tym domu, 

ale ciasteczka akurat sprawiały wrażenie niegroźnych.  

– 

I ta kobieta ma kłopoty z angielską wymową? – zwrócił się zdumiony do 

Laury. On sam nie potrafił nawet zacząć nowo usłyszanego słowa.  

Gość ugryzł kawałek ciasteczka i twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech. Na 

ustach została mu odrobina cukru pudru.  

– 

To jest wspaniałe! 

– 

A szpodziewałeś szę, że uraczę cię jakimś paszkudztwem? – zaperzyła 

się Janka.  

Zrobiła  miejsce  na  małym  stoliku  i  postawiła  tacę.  Robbie  natychmiast 

wrzucił do pudełka srebrny proszek i żwawo zabrał się do faworków.  

– 

Musiałem chyba zupełnie stracić rozum – mruknął Tim wkładając do ust 

resztę  chrustu.  Nie  był  w  stanie  oprzeć  się  łakomstwu  i  sięgnął  po  następne 

ciasteczko, tym razem w kształcie krawata. – Ale wiecie co? Jak tak dalej pójdzie, 

nie będę potrzebował sztucznego brzucha do stroju Mikołaja.  

– 

Ja bym szę nie przejmowała. Masz brzuch płaszki jak sztół i twardy jak 

kamień. – Janka poklepała go po brzuchu, uśmiechnęła się i ruszyła do kuchni. – 
Ale zosztaw szobie jeszcze miejszce na piernik.  

– 

To będzie i piernik! – jęknął Tim.  

– Szpecjalny piernik – 

dobiegł z kuchni jej głos.  

Trudno było dąsać się na kogoś, kogo od pierwszego wejrzenia polubiła 

matka, kto sprawił, że Robbie jest tak szczęśliwy. Niewiele myśląc, Laura starła 

kciukiem odrobinę cukru z kącika ust Tima.  

Opuściła  natychmiast  rękę  świadoma,  że  mężczyzna  bacznie  się  jej 

przygląda.  

– 

Moja matka, kiedy widzi, jak pałaszujesz jej smakołyki, jest w siódmym 

niebie.  

Janka wróciła ze złocisto-brązowym ciastem, które zdążyła nawet pokroić.  
–  Teraz to – 

oświadczyła  stawiając  tacę  obok  chrustu.  Kiedy  wręczała 

Timowi serwetkę, w kuchni zadzwonił „sklerotyk". Tim obawiał się, że na stół 

wjadą kolejne przysmaki.  

background image

Kiedy  Janka  ponownie  zniknęła  w  czeluściach  kuchni,  Tim  położył  na 

serwetce plasterek ciasta. Laura dla siebie wybrała najmniejszy kawałek.  

– 

Matka zawsze dodaje do piernika odrobinę rumu – wyjaśniła.  

– 

Macie zamiar rozmawiać czy ubierać choinkę? – spytał zniecierpliwiony 

Robbie. 

Otarł  usta  wierzchem  dłoni,  ścierając  zaledwie  połowę  cukru,  który 

przylgnął mu do warg.  

Laura podniosła serwetkę do ust.  
– 

Naturalnie że ubieramy choinkę.  

Z wielką uwagą wyjęła z pudełka kilka srebrnych pasm anielskiego włosa i 

zaczęła dekorować wysoką gałąź, do której Robbie, mimo najszczerszych chęci, 

nie potrafi) dosięgnąć.  

Odwróciła  się  i  ujrzała,  że  Tim  z  chłopcem  obserwują  jej  poczynania  z 

wyraźną dezaprobatą.  

– No, zrobione – 

oświadczyła. – Bardzo ładnie.  

Ale nie dla nich.  

Tim westchnął i potrząsnął głową. Sięgnął po kolejny kawałek piernika, a 

następnie  wyjął  z  pudełka  garść  srebrnego  pyłu.  Laura  obserwowała  go  z 
niepokojem.  

– 

Co chcesz zrobić? – spytała.  

– 

Będę cię uczył.  

O tak, rzeczy, których wcale nie mam zamiaru się uczyć, pomyślała. Na 

przykład jak tracić nad sobą kontrolę w jego obecności.  

Włożył jej w dłoń proszek.  
– 

O, właśnie tak – poinstruował ją. Mimo że oboje dobrze wiedzieli, jak 

działa na nich wzajemny kontakt, chwycił jej dłoń.  

A ja, głupia, sądziłam, że nikt już nie jest w stanie wzbudzić we mnie takich 

uczuć, pomyślała z goryczą Laura.  

Tylko niewiele proszku opadło na gałęzie. Prawie wszystko wylądowało na 

dywanie.  

– 

Chyba  już  wiem,  o  co  chodzi  –  powiedziała  Laura  odsuwając  się  od 

Tima. Jej głos lekko drżał. Podobnie jak całe ciało.  

Tim roześmiał się. Kiedy wreszcie skapituluje? – pomyślał.  
– 

Też mam taką nadzieję.  

background image

Rozdział dziewiąty 

 

Następny  wieczór  minął  zbyt  szybko.  Tim  jak  zwykle  pojawił  się  z 

kolejnymi,  ostatnimi  już  poprawkami do raportu dla Imagination Toys. 

Następnego  dnia  była  Wigilia.  Koniec  ze  świętym  Mikołajem,  koniec  z 

badaniami  rynku.  Kiedy  Tim  wręczył  Laurze  nowe  dane,  dziewczyna  bardzo 

sprawnie po raz ostatni przetworzyła raport. Robiąc to, czuła jakiś nieokreślony 

żal.  

Potem  gotowy  materiał  został  wydrukowany,  a  Tim,  Laura,  jej  matka  i 

Robbie zasiedli do spóźnionego obiadu. Zupełnie jak w normalnej rodzinie. Tak 

powinno być zawsze, myślał Tim. Gdyby tylko Laura okazała mi więcej serca.  

Zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  nie  próbuje  dotrzeć  do  tęczy.  Ale 

spoglądając przez szerokość stołu w oczy Laury, doszedł do wniosku, że czasami 

można dotrzeć nawet i tam.  

Jeśli bardzo się tego chce.  

Lecz  teraz  zbliżał  się  czas  rozstania.  Obiecał  rodzinie,  że  pojawi  się na 

Wigilii. Stanowiło to rodzinną tradycję, szczególnie miłą jego sercu od czasu, 

kiedy interesy zawiodły go w inne strony kraju. W tej chwili jednak wyjątkowo 

niechętnie wybierał się do rodzinnego domu.  

Położył już prezenty pod choinką. Dla Janki pięknie tkany wełniany szal, 

dla Robbie’ego prom kosmiczny, a dla Laury złoty amulecik w kształcie figurki 

świętego Mikołaja. Nie pozostało już więcej nic do zrobienia. Powinien wstać i 

pożegnać się życząc wesołych świąt.  

Niechętnie  ruszył  w  stronę  drzwi  wejściowych.  Poruszał  się  tak  wolno, 

jakby  w  żyłach  miał  nie  krew,  lecz  gumę  arabską.  Nie  chciał,  by  wieczór  się 

skończył. Pod pachą niósł schludnie zapakowany w teczkę raport.  

– 

Och, zapomniałbym. – Sięgnął do kieszeni i wręczył Laurze czek.  

Dziewczyna popatrzy

ła nań ze zdumieniem.  

– 

Aż tyle? 

Chciała mu go zwrócić, ale Tim cofnął rękę i pokręcił głową.  
– Nadgodziny – 

oświadczył po prostu.  

Janka  koniecznie  chciała  wiedzieć,  czy  mężczyzna,  który  bywał  u  nich 

każdego wieczoru, pojawi się również w Wigilię.  

– Liczymy na ciebie – 

powiedziała, wręczając mu skórzaną kurtkę, którą 

przyniosła z przedpokoju. – Wydajemy szpore przyjęcie. Sząsiedzi, przyjaciele. 

To dla nasz duże święto.  

– 

Obchodzimy Wigilię tak, jak wy pierwszy dzień świąt – dodała Laura, 

kładąc dłonie na ramionach syna, zupełnie jakby ten gest miał zgasić niepokój, 

który drążył jej serce.  

– 

Kiedyś  zawsze  tłumaczyłam  Robbie’emu,  że  do  nas  święty  Mikołaj 

przychodzi pierwszy, zanim jeszcze zacznie inne wizyty.  

background image

Robbie strząsnął z ramion ręce matki. Kolejka pędziła właśnie przez tunel, 

który Tim zbudował tego wieczoru i chłopiec koniecznie chciał na to popatrzeć.  

– 

To było jeszcze przed tym, zanim odkryłem, że Mikołaja nie ma – rzuciło 

przez ramię dziecko.  

Tim potrząsnął głową.  
– 

Ciągle w niego nie wierzysz? 

Robbie popatrzył na imponującą makietę kolejki. Każdego wieczoru Tim 

przynosił coraz to nowe elementy: figurki kolejarzy, budynki, drzewa. Wszystko 

to  rozstawiano  obok  szyn.  Obecnie  Robbie  był  dumnym  właścicielem  całej 

wioski ze stacją kolejową.  

– Ni

e ma śniegu – odparł krótko.  

I tatusia, dodał w myślach Tim. Nie wypowiedziane słowo zawisło między 

nimi ciężką ciszą.  

–  Wpadniesz jutro, prawda? – 

Janka  wspięła  się  na  czubki  palców  i 

poprawiła Timowi kołnierz kurtki.  

Mężczyzna odwrócił się w stronę starszej kobiety. Tak bardzo nie chciałby 

sprawić jej zawodu.  

– 

Obawiam się, że nie. Zmarszczyła brwi.  

– Dlaczego? 
– Mamo, on ma inne plany – 

wtrąciła spokojnie Laura, choć ona również 

czuła straszne rozczarowanie.  

No  i  widzisz,  strofowała  się  w  duchu.  Historia  się  powtarza: 

rozczarowanie, smutek, żal. Lepiej skończ z tym teraz, zanim pojawią się dużo 

większe kłopoty.  

– Jakie plany? – 

spytała nieustępliwa Janka.  

– 

Jutro po południu wyjeżdżam do domu rodzinnego. – Choć kierował te 

słowa do Janki, patrzył na Laurę.  

Jej to wcale nie obchodzi, czy będę z nią, czy nie, pomyślał gorzko.  
– 

Jadę do Santa Barbara. Tam już na mnie czekają. No, może nie wszyscy – 

poprawił się mając na myśli brata Sama.  

Sam niedawno się ożenił i niewiele obchodzili go inni, z wyjątkiem Eileen. 

Tim pragnął tego samego: tak się zakochać, żeby cały świat przestał być ważny. 

Mógł to przeżyć z Laurą. Czuł to w jej pocałunkach, widział w jej oczach, kiedy 

zdradzała się obserwując, jak bawi się z Robbie’em.  

Janka popatrzyła wyczekująco na Laurę, ale ta tylko skinęła głową, biorąc 

tłumaczenie Tima za dobrą monetę. Starsza kobieta westchnęła. Niektóre sprawy 

załatwić mogła jedynie sama Laura, i w takich przypadkach matka była bezradna.  

– Nie szkosztujesz moich pierogów – 

powiedziała. Tim uniósł brew.  

– Pierogi? 
– 

Rodzaj ravioli, ale z kwaszoną kapustą – wyjaśniła automatycznie Laura. 

Roześmiała się. – To moje ulubione danie w pierwszy dzień świąt.  

background image

Tim ujął dłoń Janki.  
– 

Mogłabyś kilka zostawić? 

Janka uśmiechnęła się i skinęła głową.  
– 

Lubię tego chłopca, Lauro.  

Gdyby  mu  naprawdę  na  tym  zależało,  znalazłby  sposób,  żeby  z  nami 

zostać,  błysnęła  Laurze  myśl.  Oto  kolejny  dowód  na  to,  że  moje  pierwsze 

odczucia były słuszne. Nie wolno ci się z nim wiązać. Po prostu nie jest tego wart.  

– O ty

m wszyscy doskonale wiemy, mamo. Janka odwróciła się do córki.  

– A ty? 

Laurze odpłynęła z twarzy cala krew. Popatrzyła rozwartymi ze zdumienia 

oczyma na matkę.  

– Mamo! 

Tim nie próbował nawet ukryć rozbawienia, ale wiedział, że najlepsze, co 

może zrobić, to zaoszczędzić Laurze dalszego zmieszania.  

– 

Muszę już iść. Mam kilka rzeczy do załatwienia.  

– 

Wstąpisz  jeszcze  do  nas  przed  wyjazdem?  –  spytała  nieoczekiwanie 

Laura.  

Nie sądził, żeby był to dobry pomysł. Jeśli wstąpi, Janka zrobi wszystko, 

żeby został. A on tak bardzo pragnął z nimi zostać.  

– Nie jestem pewien...  

Laura  potrząsnęła  gwałtownie  głową,  przerywając  jego  nieporadne 

tłumaczenia.  

– 

Nieważne. Tak mi się wyrwało. Nie wiem, co mnie naszło.  

Tim wziął dziewczynę w ramiona. Kątem oka dostrzegł, że Janka podeszła 

do Robbie’ego i zaczęła rozmawiać z nim o elektrycznej kolejce. Święta kobieta! 

– 

Cieszę się, że to powiedziałaś. Laura nie miała siły go odepchnąć.  

– 

Byłeś bardzo dobry dla Robbie’ego.  

– Ale nie dla ciebie. – 

Czubkiem palca uniósł jej brodę. – Zajmiemy się tym 

zaraz po świętach.  

Pocałował  ją,  niepomny  obecności  w  pokoju  dwóch  innych  osób, 

niepomny na cały świat. Liczyła się tylko ta cudowna kobieta, którą kochał do 

szaleństwa. Choć musiał hamować namiętność, jaka ogarniała go, kiedy trzymał 

Laurę w objęciach, jej reakcja na jego pocałunek powiedziała mu wszystko, co 

chciał wiedzieć.  

No  cóż,  dumał,  wypuszczając  dziewczynę  z  objęć,  w  tym  punkcie 

wygrałem. Uśmiechnął się. Ostatecznie ciągle miał jeszcze cień szansy.  

– 

Zobaczymy się po świętach – obiecał.  

– 

Wesołych Świąt.  

Nawet  z  mleczarzem  czy  dostawcą  ze  sklepu  warzywnego  potrafi 

rozmawiać serdeczniej, pomyślał.  

Zatrzasnęła  za  Timem  drzwi.  Natychmiast ogarnęło  ją  dręczące  uczucie 

background image

pustki i samotności. Przeklinała własną głupotę.  

Jank

a podniosła się ciężko z podłogi, gdzie wraz z wnukiem bawiła się 

kolejką, i obrzuciła Laurę karcącym wzrokiem.  

– 

Czemu nie próbowałaś nawet go zatrzymać? 

Laura nie miała siły dyskutować z matką. Najpierw chciała dojść do ładu z 

własnymi uczuciami.  

– Prz

ecież słyszałaś, że wyjeżdża do rodziny – powiedziała podniesionym 

głosem.  

–  Tak, wiem. – 

Janka  skrzyżowała  ramiona  na  piersiach.  Twarz  jej 

spochmurniała. – Ale nie zrobiłaś nic, żeby został. Dlaczego nie zaprosiłaś do nas 
jego rodziny? 

– 

To zawsze można zrobić później. – Laura przeszła do kuchni. Koniecznie 

musiała napić się ajerkoniaku. – Mamo, on tu pojawiał się z różnych względów.  

Wyciągnęła z lodówki jedną z butelek.  
– 

Moja droga, zapewniam cię, że tylko z jednego.  

Laura energicznie odwróciła się w stronę matki. W oczach miała wyraz 

niemej prośby.  

– 

Mamo, tak naprawdę jest lepiej.  

–  Dla kogo? – 

spytała  Janka,  ale  już  dużo  łagodniej.  Laura  poczuła 

nieprzepartą chęć rąbnięcia flaszką w ceramiczną wykładzinę zlewozmywaka.  

–  Dla nas wszystkich. –  I p

o chwili dodała ciszej: – Dla mnie. Nie chcę 

przechodzić przez to jeszcze raz.  

Czyżby Laura była naprawdę aż tak niemądra? – zastanawiała się przez 

chwilę Janka.  

– 

A kto mówi, że będzie tak szamo? 

Ale  Laura  nie  dawała  się  przekonać.  Poprzednim  razem  była  okropnie 

pewna siebie, zakochana. Tak samo. Och, Boże! Dokładnie tak samo. Przecież ja 

go  kocham,  jęknęła  w  duchu.  Ale  to  już  nie  było  ważne.  To  już  niczego  nie 

zmieniało.  

– 

Nie stać mnie na takie ryzyko. – Kiedy nalewała ajerkoniak, drżała jej 

ręka.  

Janka wyjęła jej z dłoni butelkę i sama napełniła szklankę.  
– 

Lauro, w imię własznego szczęścia musisz zaryzykować.  

Dziewczyna  pociągnęła  z  naczynia  potężny  łyk.  Gęsty  napój  gładko 

przeszedł jej przez gardło.  

– 

Wielkie  dzięki,  już  raz  zaryzykowałam.  –  Trzymała  szklankę  w  obu 

dłoniach. – O jeden raz za dużo.  

Janka, słysząc taką filozofię, zjeżyła się.  
– 

Raz to za mało. Chyba że chodzi o śmierć. Ta rzeczywiście wysztarczy 

tylko raz.  

Laura zamknęła oczy. Nigdy nie udało się jej przegadać swojej matki.  

background image

– 

Mamo, proszę, już prawie Boże Narodzenie.  

– Wiem.  

Laura odstawiła szklankę na stół i objęła matkę za szyję.  
– 

Mamo, nie chcę się kłócić.  

– 

To się nie kłóć. Zadzwoń do niego.  

Laura zacięła gniewnie usta. Chwilami matka doprowadzała ją do szału.  
– Nie

. Gdyby chciał, sam zmieniłby plany jutrzejszego dnia. O nic go nie 

będę prosić.  

Janka westchnęła i poklepała córkę po ramieniu.  
– 

Jeszteś sztrasznie uparta, dziecko. Laura wybuchnęła śmiechem.  

– Ciekawe, po kim to mam.  
– 

Tego  nie  wiem.  Ale  wiem,  że  jeśli  go  odepchniesz,  gorzko  tego 

pożałujesz.  

Laura opuściła ręce i wsunęła dłonie do kieszeni.  
– 

No to pożałuję – odparła czupurnie.  

– 

A żebyś wiedziała – pokiwała posępnie głową Janka. – Pożałujesz.  

Nie doszły do porozumienia. Laura wskazała głową kipiący wielki gar i 

spytała: 

– 

Może ci w czymś pomóc? 

Janka nie znosiła w kuchni niczyjego towarzystwa. Był to zresztą jedyny 

przypadek, kiedy godziła się na samotność. W kuchni czuła się jak królowa i nie 

lubiła, gdy ktoś zaglądał jej do garnków, kiedy eksperymentowała.  

– 

Nie trzeba. Jeśli koniecznie chcesz zrobić coś pożytecznego, to zawiń 

prezenty dla Robbie’ego.  

– 

Jeszcze ich nie popakowałaś? 

I co w tym dziwnego? – 

zapytała samą siebie. Przecież matka wszystko 

zostawia  na  ostatnią  chwilę.  To  stanowiło  największą  kość  niezgody  między 

matką i córką.  

Janka obojętnie wzruszyła ramionami.  
– 

Czemu  nie  przygotujesz  wszystkiego  wcześniej?  –  chciała  wiedzieć 

Laura.  

Janka uśmiechnęła się szeroko.  
– 

Ponieważ  wtedy  mogę  prosić  ciebie  o  pomoc.  Wiesz,  jak  nie  cierpię 

pakowania  prezentów.  Lubię  je  tylko  kupować  i  patrzeć,  jak  rozjaśnia  szię  z 

radości buzia Robbie’ego.  

– 

A moje są popakowane? – Tak.  

– 

No cóż, zatem ty...  

– 

Muszę wracać do pracy. – Janka odwróciła się do zlewu, ale kiedy Laura 

wychodziła z kuchni, rzuciła przez ramię: – Telefon sztoi w przedpokoju koło 
szafy.  

Laura nie zadała sobie nawet trudu, żeby popatrzeć w stronę matki.  

background image

– Mamo, wiem gdzie jest telefon.  
– 

Chciałam ci tylko przypomnieć – odparła serdecznie Janka.  

background image

Rozdział dziesiąty 

 

Laura nie miała w życiu smutniejszej Wigilii. Jej matka zaprosiła licznych 

sąsiadów, nauczycielkę Robbie’ego oraz dziewczyny zatrudnione w firmie córki. 

Ludzie,  prezenty,  piękna  muzyka,  smaczne  jedzenie  i  przyjacielskie  rozmowy 

wypełniały dom od szóstej po południu prawie do jedenastej. Ale Laura nigdy 

jeszcze nie czuła się tak samotna. Zupełnie jakby opuścił ją ktoś bliski, na kogo 

czekała, na kogo liczyła i komu ufała.  

Opuścił ją.  

A ona okazała się kompletną idiotką.  

Usiadła na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę. Cóż się, do diabła, ze 

mną dzieje? – pomyślała.  

Przecież  Boże  Narodzenie  było  jej  ulubionym  świętem,  porą,  kiedy 

wszystko wydawało się lepsze, łatwiejsze, prostsze. Nawet w tamtych chudych 
latach, kiedy notorycznie brako

wało im pieniędzy, a ona i jej rodzice nie mieli nic 

poza  wzajemną  miłością,  nigdy  nie  czuła  się  tak  opuszczona  i  wypalona  od 

środka.  

Nie czuła się tak nawet wtedy, gdy porzucił ją Craig.  

Laura westchnęła i przeciągnęła palcami po włosach. To śmieszne żywić 

takie  uczucia  do  człowieka,  którego  prawie  nie  znała.  W  porządku,  ale  jego 

uśmiech  potrafił  dotrzeć  do  najmroczniejszych,  najskrytszych  zakamarków  jej 

umysłu, jego pocałunek sprawiał, że jasne światło zalewało jej duszę... że czuła 

takie  uniesienie,  iż  prawie  traciła  zmysły.  Czyżby  to  on,  jego  nieobecność 

sprawiała, że Laura czuje się tak zagubiona, tak załamana? 

Skąd  to  wrażenie,  że  znalazłam  się  na  samym  dnie  jakiejś  upiornej 

otchłani? Przecież, do cholery, nic o nim nie wiem poza skąpymi informacjami i 

zasłyszanymi tu czy tam plotkami, które i tak niewiele mnie obchodziły, myślała.  

Ale w głębi serca Laura znała prawdę aż za dobrze.  

Wypełniająca  ją  pustka  stawała  się  coraz  większa.  Mroczniejsza. 

Dziewczyna zaczęła cicho płakać.  

Niech go piekło pochłonie, szeptała. Niech go piekło pochłonie za to, że 

wzbudził we mnie takie namiętności. Za to, że znów pragnę być kochana. Za to, 

że uwierzyłam, iż ponownie mogę kogoś pokochać.  

– 

Nie śpisz? 

W sypialni rozległ się głos jej matki. Laura uniosła głowę i zobaczyła tak 

dobrze  znaną,  krępą  sylwetkę  stojącą  w  drzwiach.  Janka  miała  na  sobie  długi 

różowy szlafrok, a na nogach ulubione, schodzone kapcie.  

– 

Czemu nie śpisz? – spytała Laura.  

Janka zbliżyła się do łóżka. Szlafrok ciągnął się za nią po dywanie.  
–  Sz

łyszałam  twoje  wesztchnięcia.  Tutaj  ściany  szą  bardzo  cienkie. 

Szłychać cię było chyba aż w Ohio. Tęszknisz za nim, prawda? 

background image

Janka usiadła na brzegu łóżka, gotowa wysłuchać wyznań Laury. Tak jak 

dawniej,  gdy  dziewczyna  była  dużo  młodsza  i  każdy  problem  można  było 

rozwiązać w ciągu godziny lub dwóch. Położyła rękę na dłoni córki.  

– Nie... – 

Och, po co kłamać, pomyślała Laura. A zwłaszcza po co samą 

siebie okłamywać. – Nie wiem. Może... – bezradnie wzruszyła ramionami. – Coś 

utraciłam. – Uniosła buńczucznie twarz. Oczy jej zapłonęły. – Ale przecież mam 

wszystko. Ciebie, Robbie’ego, pracę, którą lubię, dom.  

– 

I ulubiony program telewizyjny co tydzień – zakpiła starsza kobieta.  

Laura roześmiała się. Nigdy nie udało jej się wyprowadzić w pole swojej 

matki.  

– C

zego próbujesz dowieść? – spytała.  

Janka  w  pierwszym  odruchu  chciała  przytulić  Laurę,  pogładzić  po 

włosach, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziała, że jej córka nie jest 

już dzieckiem. Istniały rzeczy, z którymi sama musiała sobie radzić, ryzyko, które 

sama musiała podejmować. Nikt nie mógł zrobić tego za nią.  

– 

Próbuję  ci  powiedzieć,  że  używasz  wielu  szłów  tylko  po  to,  żeby 

udowodnić, że czarne jeszt białe i odwrotnie.  

– 

Nie potrzebuję mężczyzny, mamo.  

W to Janka w żaden sposób nie mogła uwierzyć. Zgoda, mężczyzny nie, ale 

tamtego mężczyzny – tak. Mężczyzny, który będzie ją kochał zawsze.  

– 

Wszyszcy potrzebujemy kogoś do kochania.  

– 

W porządku. – Laura straciła rezon, odeszła ją cała odwaga. – Ale ja się 

boję mężczyzn.  

– 

Wszysztkie  szię  boimy.  –  Uśmiech  Janki  był  krzepiący,  pełen  ciepła. 

Stara kobieta przypomniała sobie swoją młodość, swoją miłość. – Ale to jeszt 

właśnie  wszpaniałe.  W  przeciwnym  razie  miłość  nie  byłaby  czymś  tak 

wyjątkowym. A poza tym myślę, że Timothy jeszt w porządku. – Ścisnęła dłoń 
Laury. – 

Zadzwoń do niego rano.  

Laura również bardzo chciała zadzwonić. Ale bała się.  
– I co mu powiem? 
– 

Wysztarczy „Weszołych Świąt".  

– 

Też  tak  sądzę  –  roześmiała  się  Laura,  ale  po  chwili  twarz  jej 

spochmurniała.  

– O co chodzi? 
– Przeci

eż wyjechał do rodziny – odparła Laura. – Nie znam numeru.  

Nocną ciszę zmącił donośny, dudniący hałas.  
– 

Co to było? – zainteresowała się Laura.  

Janka  wzruszyła  ramionami.  Miała  ważniejsze  sprawy  na  głowie  niż 

uliczne hałasy.  

– 

Może jakiś szamochód włączył wszteczną gazownicę.  

– 

Włączył wsteczny bieg, mamo – poprawiła Laura.  

background image

Uniosła  głowę.  Dźwięk  dobiegał  z  niedaleka,  jakby  z  ulicy.  Odchyliła 

kołdrę i sięgnęła po szlafrok. – Brzmi to tak, jakby pan Sinclair przywiózł na 

święta  autobusem  całą  swoją  rodzinę.  I  zwalił  ją  na  trawnik  przed  domem. 

Przeszła do holu, jej matka za nią.  

– 

Zapomniałaś kapci.  

– 

Jesteśmy w Kalifornii, mamo. – Laura zacisnęła mocniej pasek szlafroka 

i wyciągnęła spod kołnierza włosy. – Nie potrzebuję butów.  

Kiedy tylko znalazły się w holu, dobiegło ich wołanie Robbie’ego.  
– 

Mamo! Mamo, chodź tu szybko! 

Laura,  przestraszona,  wmawiała  sobie,  że  w  głosie  synka  słyszy  tylko 

podniecenie, nie strach. Ruszyła do jego sypialni.  

– 

Robbie? Robbie, gdzie jesteś? 

– W przedpokoju! 
Nie cze

kając, aż matka go znajdzie, dzieciak zbiegł do holu. Chwycił ją za 

rękę.  

– 

Mamo, musisz to zobaczyć! Ty też, Nana! To święty Mikołaj! 

Obie kobiety wymieniły spojrzenia.  
– 

Na  naszym  trawniku  święty  Mikołaj  lepi  bałwana!  Z  prawdziwego 

śniegu! 

– Co? – Laur

a spojrzała przez ramię na matkę, ale starsza kobieta, równie 

zmieszana jak córka, wzruszyła tylko ramionami.  

– 

Może coś mu szię przyśniło. Albo doształ gorączki. – Janka odruchowo 

położyła dłoń na czole dziecka.  

– 

Nie! Chodźcie! Zobaczcie! – Robbie zaciągnął Laurę na piętro do okna w 

korytarzu. Księżyc w pełni dokładnie oświetlał trawnik. Laura ujrzała ubranego 

na  czerwono  mężczyznę.  Miał  rozwianą  białą  brodę  i  lepił  ze  śniegu  coś,  co 

przypominało bałwana. Z prawdziwego śniegu.  

Laura w pierwszej chwili 

myślała, że śni.  

– Co to jest?...  
– On jest prawdziwy, mamo! – 

krzyknął Robbie. – Tim miał rację. Święty 

Mikołaj naprawdę istnieje! 

Rozentuzjazmowany  chłopiec  wyrwał  się  matce,  wybiegł  z  pokoju  i 

przeskakując po dwa stopnie, niemal sfrunął ze schodów. Kiedy wybiegł przed 

dom, nie zamknął nawet za sobą drzwi wejściowych.  

– Robbie, poczekaj na mnie! – 

Laura zdała sobie sprawę, że dziecko jej nie 

słyszy. Ruszyła śladem synka, za nią matka.  

To rzeczywiście był śnieg.  

Najprawdziwszy w świecie śnieg.  
Laura 

przekonała się o tym na własnej skórze, kiedy stanęła na nim bosymi 

nogami. Gdyby nie była tak przejęta, zadrżałaby z zimna. Śnieg pokrywał cały 

trawnik, sięgając prawie do frontowych schodków. Stanęła obok mężczyzny w 

background image

stroju Mikołaja i patrzyła na niego ze zdumieniem.  

– 

I co o tym myślisz? – spytał Robbie, który pojawił się nieoczekiwanie 

obok niej.  

Laura pociągnęła obcego za brodę. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie 

jest  świadkiem  cudu.  Broda  odeszła  łatwo.  Ale  nawet  wtedy  bała  się  mieć 

nadzieję, bała się uwierzyć.  

– Tim? 

Skinął głową. Widok jej miny wart był wszystkich zabiegów, kłopotów i 

wydatków, jakie poniósł. Spojrzenie, jakim go obdarzyła, było bezcenne.  

– 

Prawdziwy Mikołaj nie mógł przyjść osobiście. Rozumiesz, tyle dzieci i 

tyle zabawek – w

yjaśnił Robbie’emu. – Dzisiejszej nocy jest bardzo zajęty.  

– 

Śnieg! – wrzasnął Robbie, wyrzucając w górę fontannę białego puchu, 

który opadł mu na głowę.  

Tim zmierzwił mu dłonią włosy.  
– 

Możesz być tego pewien na sto procent Robbie nie mógł uwierzyć. To 

było zbyt piękne.  

– 

Ale skąd?...  

– 

Wierzysz w biegun północny? 

Laura wiedziała, że teraz Robbie gotów jest uwierzyć we wszystko.  
– Nie – 

pokręciła głową.  

Tim pociągnął ją na werandę, nie chcąc burzyć wiary Robbie’ego w czary. 

Jak dorośnie, Tim wszystko mu osobiście wytłumaczy. Po to są tatusiowie.  

– 

Znam kogoś, kto dostarcza śnieg do farmy Knott’s Berry. Złożyłem więc 

prywatne zamówienie.  

Laura dotknęła jego twarzy. Ciągle jeszcze nie mogła uwierzyć, że Tim jest 

przy niej.  

– A Santa Barbara? A twoja rodzina? 
– 

Rodzina ma tę dobrą stronę, że wszystko zrozumie i wybaczy.  

Rodzina  Tima  nie  tylko  go  rozumiała  –  pragnęła  mu  wręcz  nieba 

przychylić. Dzięki temu mógł zrobić, co zrobił.  

Zaaranżowanie  wszystkiego  zajęło  mu  większą  część  dnia:  kontakt  z 

właściwymi  ludźmi,  złożenie  zamówienia,  wypożyczenie  stroju  świętego 

Mikołaja,  stary  bowiem  spoczywał  w  pudle  w  magazynku  domu  towarowego 
Mattingly’ego.  

Tim wziął Laurę za rękę i odwrócił się do Robbie’ego.  
– 

No  i  co?  Powiedziałeś,  że  uwierzysz  w  świętego  Mikołaja,  jeśli 

sprowadzi ci na Wigilię śnieg.  

Laura  poczuła,  że  coś  chwyta  ją  za  gardło.  Tim  zrobił  to  wszystko  dla 

Robbie’ego, żeby uwierzył w świętego Mikołaja.  

– 

Prosiłem też o tatusia. – Robbie uniósł twarz i wyczekująco patrzył to na 

matkę, to na Tima.  

background image

Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.  
– 

To już zależy od twojej mamy.  

Laura dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że płacze. Policzki miała 

mokre od łez, w których odbijało się światło księżyca. Zarzuciła Timowi ręce na 

szyję i przytuliła policzek do białej brody, która teraz luźno zwisała mu aż na 
piersi.  

Czy  warto  dalej  się  wypierać?  –  pomyślała.  Wypierać  się  samej  siebie. 

Przecież go kocham. I każdy widzi, że Robbie pragnie, żebym została z Timem. 

Chłopiec zwariował na jego punkcie. Podobnie jak i jego matka.  

– 

Człowiekowi, który w południowej Kalifornii obsypał śniegiem małego 

chłopca po to, by uwierzył w czary, chętnie dam szansę.  

Tim objął Laurę.  
– 

Nie, nie szansę, Lauro. To rzecz absolutnie pewna.  

Na  werandzie,  pod  wypełnionym  gwiazdami  zimowym niebem, Tim 

całował Laurę. Chciał pokazać swą miłość całemu światu. W jego pocałunku była 

obietnica nadejścia jeszcze wielu, wielu czarów.  

– 

Wydaje  się,  kolego,  że  wszystkie  twoje  życzenia  zostały  spełnione  – 

odezwał się Tim. – Teraz już musisz uwierzyć w świętego Mikołaja.  

– 

Skoro ktoś tak duży jak ty w niego wierzy, muszę uwierzyć i ja – odparł 

chłopiec, strząsając śnieg ze swego dziecięcego szlafroka.  

Tim  uśmiechnął  się  do  Laury,  po  czym,  wciąż  obejmując  ją  w  pasie, 

zwrócił się do Janki.  

– 

Czy zostały jakieś pierogi? Twarz starszej kobiety rozjaśniła się.  

– 

Dla ciebie zawsze. A jeśli zabraknie, to dorobię. I poszłuchaj, Timothy...  

– Tak? 
– 

Jeśli ona zmieni zdanie i nie wyjdzie za ciebie, ja to zrobię.  

Tim roześmiał się.  
– 

Układ stoi.  

– 

Ani  mi  się  waż  –  ostrzegła  matkę  Laura.  –  Znajdź  sobie  własnego 

świętego Mikołaja.  

Janka  odwróciła  się,  wzięła  lodowatą  dłoń  Robbie’ego  i  zaczęła  ją 

rozcierać.  

– 

Myślę, że dziszejszej nocy wszyszcy znaleźliśmy świętego Mikołaja.  

Laura popatrzyła Timowi  w oczy.  W duszy grały  jej wszystkie dzwony 

świata.  

– 

Myślę, że masz rację, mamo.  

background image

Od autorki 

 

Kiedy  Harlequin  poprosił  mnie,  abym  napisała  opowiadanie  do 

bożonarodzeniowego zbioru, zgodziłam się bez wahania. Zadanie to wydało mi 

się niezwykle ekscytujące. Dlaczego? To jasne – ja wprost uwielbiam te święta! Z 

reguły przedświąteczne zakupy zaczynam robić już w lipcu. Pewnie, wiem, że to 

nierozsądne myśleć o Gwiazdce już pół roku wcześniej, ale co zrobić, kiedy te 

przygotowania sprawiają mi taką radość? No, a poza tym unikam w ten sposób 

całej tej przedświątecznej bieganiny...  

Boże  Narodzenie  to  dla  mnie  przede  wszystkim  święta  wspomnień. 

Wspomnień bardzo różnych, takich na przykład jak to, kiedy miałam dwanaście 

lat i mieszkałam wraz z rodzicami oraz młodszymi braćmi w Nowym Jorku. Nie 

pamiętam już teraz, jaki był tego powód, ale tamtego roku nigdzie nie można było 

kupić  choinki.  I  mimo  że  wszystko  inne  było  zapięte  na  ostatni  guzik,  to  w 

Wigilię wciąż byliśmy bez świątecznego drzewka. Ja oraz moi bracia byliśmy 

zrozpaczeni aż do momentu, kiedy... do domu wrócił tatuś. Udało mu się gdzieś 

wytrzasnąć jakieś drzewko i w ostatniej chwili przywiózł je metrem. Oczywiście, 

choinka jechała z ważnym biletem. Bez taryfy ulgowej! 

Święta  to  także  zapach  pieczonego  ciasta,  niekończące  się  listy 

upominków, dla mamy, dla taty, dla braci, a także... Źle zapakowane prezenty. 

Niezależnie od tego, jak bardzo się starałam, zawsze łamałam sobie palce, a efekt 

i tak był mizerny. Przede wszystkim jednak Boże Narodzenie kojarzy mi się z 

Mamą.  To  dzięki  niej  święta  zawsze  były  dla  nas  czasem  niezwykłym, 

zaczarowanym, nawet wtedy, gdy nie mieliśmy pieniędzy na prezenty i wspaniałe 

ozdoby choinkowe. Jej uśmiech, serdeczność, kolędy, które śpiewała, gdy razem 

ubieraliśmy choinkę, wszystko to jest i na zawsze pozostanie dla mnie częścią 

świąt.  

Moja mama umarła dziesięć lat temu. Mimo to każdego roku, gdy zapalam 

lampki na choince, czuję, że jest z nami. Wtedy znowu jesteśmy razem.  

Życzę  Wam,  drogie  Czytelniczki,  wesołych  świąt.  Niech  w  Waszych 

domach zagości szczęście i radość. Teraz i na zawsze.  

 

Marie Ferrarella 


Document Outline