background image

MARIE FERRARELLA

Noc Świętego Mikołaja

The Night Santa Claus Returned

Tłumaczył: Michał Wroczyński.

background image

A jednak istnieje. 
Mamie, dzięki której Boże Narodzenie, nawet wtedy, gdy miałyśmy tylko 

siebie, zawsze było czymś szczególnym. I Lucii Macro, dzięki której te święta  
były czymś szczególnym. 

background image

Przepis Marie Ferrarella – Pierogi z kapustą 

– Ciasto: 1 jajo, 3 1/2 szklanki mąki, 1/2 szklanki wody, 1/2 łyżeczki soli 

Wymieszaj   wszystkie   składniki.   Dokładnie   ugnieć   i   wyrób   ciasto. 

Rozwałkuj je wałkiem na cieniutki placek, a następnie potnij na kwadraciki o 
wymiarach 8x8 centymetrów. 

– Nadzienie: 1 kg kiszonej kapusty, 1 duża, drobno posiekana cebula, olej 

do smażenia, przyprawy do smaku 

Obgotuj   kiszoną   kapustę,   odsącz,   odciśnij   wodę   tak,   by   kapusta   była 

sucha.   Na   dużej   patelni   podsmaż   na   oleju   posiekaną   cebulkę.   Gdy   nabierze 
złocisto-brązowej barwy, dodaj kapustę i smaż całość przez około pięć minut. 
Przypraw solą i pieprzem do smaku. 

– Wykonanie: woda do gotowania, rozpuszczone masło 

Na   wycięte   z   ciasta   kwadraciki   nałóż   łyżką   nadzienie   z   kapusty,   a 

następnie zawiń je, formując niewielkie trójkąty. Pamiętaj, aby przed sklejeniem 
brzegów nieco je zwilżyć. 

Gotuj pierogi we wrzącej, lekko osolonej wodzie przez pięć minut. Po 

wyjęciu i odcedzeniu wyłóż na talerz i podaj do stołu polane rozpuszczonym 
masłem. 

Jeżeli za jednym razem nie uda się zjeść wszystkich (w co wątpię), nie 

martw   się.   Podsmażone   i   zrumienione   na   maśle   będą   następnego   dnia 
wspaniałym śniadaniem. Smacznego!

background image

Rozdział pierwszy

Ten strój miał jakieś tajemnicze właściwości. 
Początkowo wydawało się, że jest to najnormalniejszy w świecie kostium. 

Kiedy zastępca kierownika piętra wręczył mu w przebieralni pudło, okazało się, 
że w środku jest typowy, jasnoczerwony kostium świętego Mikołaja, rozmiar 
czterdzieści dwa. 

Stało się to wówczas, gdy włożył go na siebie. Kiedy wsunął ramiona w 

rękawy i zapiął kurtkę, zalał go potok żywych wspomnień, niczym przypływ 
jakiegoś   czarodziejskiego   oceanu,   w   którym   ujrzał   naraz   odbicie   Bożego 
Narodzenia widzianego oczami dziecka. 

Timothy   Holt   popatrzył   w   lustro   zajmujące   całą   ścianę   przebieralni   i 

poprawił białą perukę oraz brodę, które skrywały jego wzburzone jasne włosy i 
kwadratowy męski podbródek. Kiedy doprowadził już strój do porządku, mógł 
przysiąc, że czuje zapach pieczonych ciasteczek. Jego matka na święta zawsze 
robiła   takie   łakocie,   ale   zdążył   już   zapomnieć,   jak   bardzo   lubił   ich   aromat. 
Zapomniał,   jak ważne   było dla  niego Boże  Narodzenie,  święta  szczególne  i 
pełne czarów. 

Gerald Lakewood obrzucił Tima szybkim, nerwowym spojrzeniem. Cud, 

że przed godziną udało mu się wynająć tego mężczyznę. 

– Dobrze pan zamocował sztuczny brzuch? – zapytał. Tim skinął głową i 

poruszył biodrami, poprawiając wiszący z przodu dodatkowy ciężar. Poklepał 
się po brzuchu. 

– Mam nadzieję, że nie odpadnie. 
Gerald otworzył drzwi przymierzalni. W uszy nieprzyjemnie uderzył go 

gwar ludzi robiących w domu towarowym Mattingly’ego gorączkowe zakupy 
świąteczne. 

– Musi pan tylko siedzieć i słuchać. I uśmiechać się do fotografa. 
I robić notatki – zauważył w duchu Tim, wymijając Geralda. 
Ruszył   najbliższym   przejściem   i   wszedł   na   ruchome   schody,   które 

zawiozły go do działu zabawek. Ze wszystkich stron dzieciaki uśmiechały się do 
niego, machały i coś wołały. Tim odpowiadał gestem ręki. Czuł, że się poci. 
„Wyposażenie" Mikołaja ważyło dobrych siedem kilogramów, ale mimo tego 
ciężaru   czuł   się   dużo   lżejszy   niż   zazwyczaj.   Bardziej   wolny.   Pomachał   do 
dziewczynki, która miała najwyżej trzy lata, i dziecko wlepiło w niego wielkie, 
pełne   zachwytu   oczy.   Tim   od   dawna   już   nie   był   tak   pogodny.   Czuł   się 
cudownie. 

Napomniał   się   w   duchu,   że   ma   do   wykonania   pracę.   Nie   robił   tego 

wszystkiego dla zabawy czy kaprysu. Prowadził badania. 

– Proszę, niech pan tutaj usiądzie – powiedział Gerald, wskazując obite 

czerwonym aksamitem, przypominające tron krzesło, ustawione na niewielkim 

background image

podium. Po lewej stronie krzesła znajdowała się chatka z elfem w środku, a na 
statywie   stał   aparat   fotograficzny.   Zdjęcie   berbecia   ze   świętym   Mikołajem 
kosztowało sześć dolarów. 

Wszystko ma swoją cenę, pomyślał melancholijnie Tim. Gdyby jednak 

było inaczej, nie miałby pracy. 

– Nie wiem, co odbiło Jackowi – mruknął Gerald. – Był u nas Mikołajem 

od   pięciu   lat.   –   Popatrzył   na   poprawiającego   właśnie   pas   Tima.   –   I   nie 
potrzebował sztucznego brzucha. 

Może i nie, przyznał w duchu Tim, ale potrzebował dodatkowych trzystu 

dolarów,   które   zapłacił   mu   za   natychmiastowe   odstąpienie   tej   roli!   Trzysta 
dolarów i całą gażę. Tima nie interesowały pieniądze, które za tę pracę płacił 
dom towarowy. Interesowała go jedynie rola świętego Mikołaja w popularnym 
sklepie. 

– Dostał zapalenia ślepej kiszki – wyjaśnił Tim, któremu wytłumaczenie 

to   przyszło   akurat   do   głowy.   Ostatecznie   Jack   mógł   tej   pracy   potrzebować 
jeszcze w przyszłym roku. A Timowi potrzebna była na trzy tygodnie, żeby 
opracować raport handlowy. 

–   No   cóż,   tak   się   szczęśliwie   składa,   że   może   go   pan   zastąpić   – 

powiedział Gerald pocierając brew. 

– Po to ma się bratanka – odmruknął Tim. Tak bowiem przedstawił się 

Geraldowi. Wszystko poszło gładko. 

Nagle pojawił się przed nim ciemnowłosy chłopiec, wyrywając dłoń z 

ręki najwyraźniej śpieszącej się matki. 

– Jesteś bratankiem Mikołaja? – Dziecko bacznie przyjrzało się Timowi. 
– Co? – Tim zakaszlał i dodał niskim, grobowym głosem: – Nie, to ja 

jestem prawdziwym Mikołajem. Mówiłem o swoim bratanku. 

Chłopiec zacisnął usta. 
– Nie wiedziałem, że Mikołaj mą bratanka. 
– Pewnie, że ma. – Tim skinął na chłopca. – Ale lepiej pomówmy o tobie. 

– Uszczęśliwione dziecko usadowiło się Mikołajowi na kolanach. – Co chcesz 
ode mnie dostać?

Tim słuchał dźwięcznych dziecięcych głosów przez blisko trzy godziny. 

Spodziewał   się   czegoś   całkiem   innego.   Nie   było   w   nim   żadnej   rezerwy   i 
niezdecydowania – nie potrafił sobie tego wytłumaczyć... Czuł się rozluźniony, 
jakby od urodzenia grał rolę świętego Mikołaja i rozmawiał z dziećmi. W tej 
chwili   nie   był   Timem   Holtem,   dyrektorem   Holt   Enterprises,   firmy 
marketingowej,   która   zaledwie   w   ciągu   sześciu   lat   z   nic   nie   znaczącego 
przedsiębiorstwa przekształciła się w czołową instytucję w tej branży. A już na 
pewno nie był wynajętym przez Imagination Toys badaczem, który miał zebrać 
informacje,   co   dzieci   –   a   nie   ich   rodzice   –   naprawdę   chcą   dostawać   na 
gwiazdkę. 

background image

Tim czuł, że należy do tego miejsca jako... święty Mikołaj. 
To zapewne naftalina lub jakiś inny środek chemiczny, w którym od lat 

przechowywano ten kostium, sprawił, że Tim wpadł w tak euforyczny nastrój. 

W miarę upływu godzin euforia rosła. Nie mieściło mu się to w głowie i 

w końcu przestał zastanawiać  się nad tym problemem.  Cokolwiek było tego 
przyczyną,   Tima   ogarnął   błogi   nastrój.   Siedział   na   wygodnym   pluszowym 
krześle i pozwalał pani Mikołajowej – siwowłosej kobiecie w okularach bez 
oprawki – przyprowadzać do siebie dzieci. Tak, był w siódmym niebie! Takiego 
uniesienia nie doświadczał nawet wtedy, kiedy urzędował w swoim gabinecie. 
Dzieci spoglądały na niego z ufnością, a jemu coraz bardziej przypadało to do 
serca. Uwielbiał słuchać ich paplaniny, szeptem przekazywanych Mikołajowi do 
ucha informacji, jakich prezentów spodziewają się pod choinką. 

Dzięki swej niezwykłej pamięci uporządkował ogromną ilość informacji 

napływającą   od   małoletniej   klienteli.   Natychmiast   katalogował   w   myślach 
wszystkie typy zabawek, o które nieustannie prosiły dzieci. Minuty zamieniły 
się w godziny, ale Tim, pochłonięty swym magicznym zajęciem, zupełnie stracił 
poczucie czasu. 

Dlatego też początkowo nie zwrócił uwagi na jasnowłosego chłopca. Po 

prostu w pewnej chwili dostrzegł go, jak oparty o ladę przy kasie spogląda na 
niego z pełnym samozadowolenia  wyrazem twarzy. Dziecko  miało  najwyżej 
sześć lat i było samo. 

Sześć lat to wiek, w którym jeszcze bez zastrzeżeń wierzy się w świętego 

Mikołaja. Tim pamiętał, że sam bardzo długo w niego wierzył; pod koniec już 
tylko po to, żeby choć na trochę zatrzymać odchodzące dzieciństwo. 

Pulchna blondyneczka w sukience w barwne kleksy zsunęła się z kolan 

Tima,   zachwycona  tym,   że   Mikołaj   obiecał   spełnić   każde   jej  życzenie.   Tim 
odwrócił  się  w  stronę  chłopca   opartego   o  ladę,  ale  w  tej  samej   chwili  ktoś 
położył mu dłoń na ramieniu. Ujrzał radośnie uśmiechniętą panią Mikołajową. 

Zamrugał oczyma. 
– Słucham?
–   Powinieneś   trochę   odpocząć,   Mikołaju   –   powiedziała   i   od   grupki 

malców dobiegł cichy jęk zawodu. 

– Niedługo wrócę – zapewnił Tim, puszczając do nich perskie oko. 
Wstał   z   krzesła.   Dzieci,   które   brał   na   kolana,   spłaszczyły   mu   nieco 

sztuczny   brzuch.   Poklepał   się   po   żołądku,   dyskretnie   doprowadzając   do 
porządku grubą wkładkę. Zszedł z podium i zbliżył się do chłopca przy kasie. 
Ujrzał wbite w siebie duże jasnoniebieskie oczy. Patrzyły wyzywająco. 

Tim uśmiechnął się, broda na jego szerokich policzkach lekko zafalowała. 
– Cześć. 
Świetliste oczy popatrzyły na Mikołaja obojętnie, prawie wrogo. 
– Cześć – odparło dziecko jak echo, a następnie wsunęło ręce do kieszeni 

background image

i odwróciło się.  Tim był pewien,  że chłopak ma  dłonie zaciśnięte  w  pięści. 
Zastanawiał się dlaczego. 

–   Czy   wiesz,   kim   jestem?   –   zapytał   starając   się,   żeby   jego   głos   nie 

brzmiał zbyt protekcjonalnie. 

Chłopiec,   ciągle   odwrócony   tyłem,   zaczął   z   uwagą   badać   zabawkę   – 

ciężarówkę   o   dużych,   szerokich   kołach.   Dotknął   kciukiem   jednego   z   nich, 
obrócił je – najpierw do tyłu, a potem do przodu. 

– Facetem, który udaje świętego Mikołaja. 
Tim   wiedział,   że   nie   ma   sensu   przekonywać   dziecka,   iż   jest   inaczej. 

Chłopiec wiedział swoje i za skarby świata nie zmieniłby tej opinii. 

– No cóż, sam Mikołaj jest w tym roku bardzo zajęty i musi wynajmować 

ludzi... 

Chłopiec   odstawił   samochodzik   i   popatrzył   na   Tima   zadziwiająco 

dorosłym wzrokiem. 

– Wcale nie. 
– Wcale nie? – zdziwił się Tim, zbyt oszołomiony, żeby odpowiedzieć 

coś z sensem. 

Chłopiec zacisnął usta, po czym dodał twardo:
– On nie istnieje. 
Ponieważ rozmowa przybrała obrót zbyt poważny, żeby prowadzić ją na 

odległość, Tim przysunął się do chłopca i przykucnął. Ich twarze znalazły się na 
tym samym poziomie. 

– Naprawdę?
Na twarzy dziecka odmalował się gniew i uraza, tak namacalne, że Tim 

mógł prawie ich dotknąć. 

– Pewnie. Nie wiesz o tym?
Cóż sprawiło, że to dziecko było właśnie takie?
– Ile masz lat?
Chłopiec wspiął się na palce. 
– Sześć. 
Było to bardzo małe sześć lat!
– A zatem nie wierzysz we mnie... eee... to znaczy w świętego Mikołaja?
–   Nie.   –   Zabrzmiało   to   jak   zamknięcie   drzwi.   Tym   razem   stojącemu 

twarzą w twarz z Timem chłopcu nawet nie zadrżał głos. 

–   Jesteś   tego   absolutnie   pewien?   –   spytał   łagodnie   Tim.   Chłopczyk 

ponownie wepchnął ręce do kieszeni, jakby gest ten miał dodać mu sił i odwagi. 

– Jasne. 
Tim nie miał zielonego pojęcia, czemu ciągnie ten temat. Może to przez 

ten strój, który miał na sobie? A może dlatego, że nie spotkał dotąd dziecka tak 
kompletnie odartego z marzeń, nadziei i fantazji. 

– A skąd masz tę pewność?

background image

Chłopiec   głęboko   wciągnął   powietrze,   jakby   szykował   się   do 

udźwignięcia ciężaru własnych słów. 

– Ponieważ w zeszłym roku prosiłem o tatusia, i mi go nie przyniósł. 
Tim w zadumie szarpnął brodę nie przejmując się wcale tym, że trochę ją 

przekrzywił. 

– Tata to wygórowane żądanie. Chłopiec buntowniczo uniósł podbródek. 
–   Nie   dla   świętego   Mikołaja.   Jeśli   to   prawdziwy   święty   Mikołaj...   – 

Urwał i dokończył cicho: – Ale on nie jest prawdziwy. 

Tim   położył   dłoń   na   ramieniu   dziecka.   Sprawiło   mu   przyjemność,   że 

chłopiec nie odtrącił jej. 

– A co stało się z twoim tatą?
– Nie wiem – odparł cichym, bezradnym i pełnym bólu głosem chłopiec. 

– Nie ma go już od dawna. Od tak dawna, że go nie pamiętam. – Uniósł twarz i 
zaczął mówić szybciej. 

– Prosiłem o tatę i o kolejkę elektryczną, żebyśmy się mogli razem bawić. 

I żeby mama nie była taka smutna. – Potok stów ustał i dziecko zmarszczyło 
brwi. – Ale nie dostałem taty. 

– Może w tym roku... – odezwał się Tim,  siłą woli zmuszając  się do 

pogodnego uśmiechu. 

Ale brwi chłopca pozostały zmarszczone. 
– Nie. Przeprowadziliśmy się. 
Tim bezskutecznie próbował doszukać się w tym stwierdzeniu logiki. 
– A co ma jedno do drugiego? Chłopiec westchnął niecierpliwie. 
–   Przyjechaliśmy   z   daleka.   Nikogo   tu   nie   znamy.   A   tatusiowie   w 

sąsiedztwie mają już dzieci. Pochodzimy z Ohio. 

– Nazwę stanu dziecko powiedziało z wyraźnym ożywieniem. – Tu nie 

podoba mi się nic a nic. 

Tim, który pochodził z Kalifornii bardzo kochał ten zakątek kraju. 
– Kalifornia jest wspaniała. Chłopiec wciąż był nie przekonany. 
– Tu nie ma śniegu. 
– Cóż, to prawda, ale... 
– Wiem, że nie jesteś prawdziwy... to znaczy wcale nie ma Mikołaja – 

poprawił sam siebie chłopiec. – Ale ja uwielbiam śnieg. – Jeszcze bardziej się 
nachmurzył. – W tym roku będziemy mieli sztuczną choinkę. Mama mówi, że to 
dużo taniej. – Głos mu zadrżał. – Nie ma niczego prawdziwego. 

Dawno już nic nie poruszyło Tima do tego stopnia. 
Zapragnął nagle przygarnąć do siebie dzieciaka, powiedzieć, że wszystkie 

smutki miną, wszystko będzie dobrze. Ale żadnego taty z worka wyciągnąć nie 
mógł. 

– Jak się nazywasz?
Dziecko otarło grzbietem dłoni łzę z policzka. 

background image

– Robbie. Robbie Lekawski. 
– A co tu robisz sam? – Tim rozejrzał się, ale w tłumie kupujących nie 

zobaczył nikogo, kto gorączkowo szukałby małego, jasnowłosego chłopca. 

– Wcale nie jestem sam. Jestem z mamą. – Robbie rozejrzał się. – Gdzieś 

tu musi być. 

– Gdzieś?
– Musiała się zgubić – w oczach Robbie’ego pojawił się niepokój. 
Tim ujął w swą dużą, ubraną w rękawiczkę dłoń małą rękę dziecka. 
– Więc lepiej jej poszukajmy, zanim zacznie się niepokoić – powiedział 

łagodnie. 

Pani   Mikołajowa   z   pewnością   wie,   co   zrobić   z   dzieckiem,   które   się 

zgubiło – pocieszył się w myślach Tim. Rozejrzał się, ale jego towarzyszki już 
nie było. Najwyraźniej zrobiła sobie przerwę. 

–   Mamusia   nie   pozwala   mi   rozmawiać   z   obcymi   –   oznajmił 

nieoczekiwanie Robbie. 

Tim popatrzył na niego z góry i szeroko się uśmiechnął. 
– Ależ ja nie jestem obcy. Jestem ziemskim przedstawicielem świętego 

Mikołaja. 

– Już ci mówiłem, że w niego nie wierzę – z uporem powtórzył chłopiec. 
– Zgoda. Ale ja wierzę – odparł Tim i zaprowadził chłopca na swoje 

podium. 

– Robbie!
Tim Holt zawsze był święcie przekonany, że istnieje na świecie ta jedna, 

jedyna kobieta. Nigdy jej wprawdzie jeszcze nie spotkał, ale wcale mu to nie 
przeszkadzało. 

Wiedział,   że   ta   konkretna   osoba   gdzieś   istnieje.   I   wszystko   było 

wyłącznie kwestią czasu. Pewnego dnia, w ten czy inny sposób, zapewne w 
chwili, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał, spotka ją na swej drodze. 

I natychmiast pozna, że to ona. 
Ale   w   najkoszmarniejszych   snach   nie   przychodziło   mu   do   głowy,   że 

stanie   się   to   w   chwili,   kiedy   na   twarzy   będzie   miał   długą,   białą   brodę   i 
krzaczaste brwi opadające na oczy. 

– Robbie, gdzież ty się podziewasz?
Laura Lekawski opadła na kolana i przytuliła do siebie syna. Z jej oczu 

płynęły łzy. Nie wiedziała, czy ma płakać i tulić dziecko, czy spuścić mu tęgie 
lanie   za   to,   że   tak   ją   wystraszyło.   Przez   ostatnie   dwadzieścia   minut,   kiedy 
szukała synka, ułożyła już w myślach kilkanaście najgorszych scenariuszy. 

–   Jestem   tutaj,   mamo.   Rozmawiam   z   nim   –   odezwał   się   Robbie 

stłumionym głosem, gdyż matka tuliła jego twarz do piersi. Dzieciak wywinął 
się z objęć Laury i wskazał Tima. 

Laura uniosła twarz i ujrzała uśmiechającego się do niej szeroko świętego 

background image

Mikołaja. 

background image

Rozdział drugi

Tim zawsze myślał, że kiedy już się zakocha, będzie to proces powolny, 

niczym rozwijający  się   stopniowo  wątek   ciekawej  powieści.   Powieść   jednak 
okazała się dreszczowcem, który od pierwszej strony bez reszty pochłonął jego 
uwagę. Sądził, że budząca się miłość, niczym rozwijająca się piękna suita, w 
miarę powtarzania się refrenu powoli zapadałaby w jego duszę, serce i głowę. 
Ale rzeczywistość nie miała nic wspólnego z liryczną pieśnią. Był to raczej 
ognisty marsz Johna Philipa Sousy’ego, który od pierwszego grzmiącego tonu 
bez reszty wziął Tima w swe posiadanie. 

To nie miało sensu. Czy można się zakochać w ułamku sekundy? Po ciele 

Tima przeszedł dreszcz; w jednej chwili wrył sobie w pamięć najdrobniejsze 
szczegóły   fizjonomii   cudownej   kobiety,   którą   ujrzał   przed   sobą.   Lęk   o 
Robbie’ego   sprawił,   że   dziewczyna   była   zarumieniona,   sprawiała   wrażenie 
zagubionej, co jeszcze bardziej potęgowało zachwyt Tima. 

Poczuł, że świat wokół niego zaczyna wirować. 
Laura, nie wypuszczając z ręki dłoni Robbie’ego, podniosła się z kolan. 

Najwyraźniej była w pełni świadoma tego, że on – święty Mikołaj – gapi się na 
nią jak cielę na malowane wrota. Ogarnął ją nagły niepokój. 

Tim za wszelką cenę chciał wykorzystać tę szansę. Jak ma na imię ta 

niezwykła istota? Czy naprawdę jest niezamężna?

Nie   mógł   jednak   zdobyć   się   na   odwagę,   by   od   razu   zaspokoić   swoją 

ciekawość. 

Za tę niewybaczalną zwłokę musiał zapłacić. Po ramieniu poklepała go 

pani Mikołajowa. Odwrócił głowę i napotkał jej miły, uprzejmy uśmiech. 

– Święty Mikołaju, koniec przerwy. Dzieci czekają. 
–   Pani   synek   wcale   się   nie   bał   –   oświadczył   Tim   matce   Robbie’ego, 

gorączkowo szukając w myślach słów, które choć trochę przypominałyby mowę 
kulturalnego człowieka, a nie bełkot idioty. 

Laura spojrzała na syna i wyraz jej twarzy się zmienił. 
– On nie, ale ja tak. – Rzuciła świętemu Mikołajowi ostatnie spojrzenie. – 

Dziękuję, że pan go odnalazł. 

Odwróciła   się,   żeby   odejść.   W   jednej   ręce   trzymała   torby   ze 

sprawunkami, w drugim dłoń dziecka. 

–   To   on   mnie   znalazł!   –   zawołał   zrozpaczony   Tim.   Pani   Mikołajowa 

coraz   energiczniej   ciągnęła   go   za   rękaw,   kierując   w   stronę   gwarnego   tłumu 
dzieci. 

Kiedy Tim ponownie znalazł się na podium i zajął miejsce na krześle, 

patrzył bezradnie, jak kobieta jego życia oddala się bezpowrotnie. Wymykała 
mu się z rąk niczym przesypujący się przez palce piasek, pozostawiając go na 
resztę dni w nieutulonej tęsknocie i rozpaczy. 

background image

Tak właśnie myślał Timothy Holt, choć przez jego głowę przemknęły, 

ledwo zauważone, inne myśli. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że wcale się 
nie   zakochał   w   ciągu   tych   ostatnich   trzech   minut,   bo   w   tak   krótkim   czasie 
zakochać się nie można. To jednak nie miało znaczenia. 

A jednak Tim, choć nie wiedział dlaczego, był najgłębiej przekonany, że 

jeszcze spotka tę niezwykłą kobietę. 

Po prostu to wiedział. 
Myślał o niej do końca dnia. Myślał o niej, kiedy po pracy przemierzał 

parking, idąc do swego samochodu. Był tak pogrążony w myślach, że zapomniał 
pójść do przebieralni i zdjąć z siebie kostium. 

–   Cześć,   święty   Mikołaju!   –   krzyknęła   za   nim   dwójka   chłopców 

bliźniaków, których rodzice niecierpliwie wpychali do stojącego na parkingu 
samochodu. 

Tim pomachał im, po czym, wymyślając sobie od najgorszych, zawrócił 

do   domu   towarowego,   żeby   zdążyć   jeszcze   przed   zamknięciem   i   zmienić 
groteskowy strój na normalne ubranie. 

I wtedy ponownie ją ujrzał. 
Zakupy zabrały Laurze więcej czasu, niż przewidywała. 
Torby   ze   sprawunkami   pieczołowicie   poukładała   w   bagażniku 

samochodu, który jak zwykle nie chciał zapalić. Kręciła kluczykami w stacyjce i 
kręciła, ale spod maski dobiegał jedynie głuchy, urywany klekot. Wysiadła z 
auta   i   obeszła   je   wokół,   jakby   samochód   okazał   się   nagle   przeciwnikiem, 
którego należy przechytrzyć. 

Robbie   postępował   za   matką   krok   w   krok   i   marudził,   że   jest   głodny. 

Laura była już bliska tego, żeby w ślepej furii kopnąć oponę przedniego koła. 
Wiedziała jednak, że nic by to nie pomogło, a na dodatek zdarłaby lakier z 
czubka granatowego pantofla na wysokim obcasie. 

Na dodatek obok stał  Robbie i nie wypadało  jej wyładowywać  w ten 

sposób złości. Spojrzała na dziecko myśląc, że nie byłby to najlepszy przykład 
dla syna, gdyby jego matka zachowywała się jak niepoczytalna. 

Westchnęła ciężko i wzięła chłopca za rękę. 
– Musimy zadzwonić do warsztatu. Wezmą nas na hol. 
– Super! – wykrzyknął Robbie, który marzył tylko o powrocie do domu. 
– Tak, super – mruknęła zgnębiona Laura. Przeciągnęła wolno dłonią po 

włosach. Była kompletnie załamana. 

– Coś nie w porządku?
Laura drgnęła, odwróciła się i napotkała spojrzenie lśniących, zielonych 

oczu pod krzaczastymi brwiami. Kolejny święty Mikołaj, pomyślała. A może to 
ten sam?

Przyjrzała się dokładniej stojącej przed nią postaci. 
To   był   ten   sam   święty   Mikołaj!   Rozejrzała   się   niespokojnie   po 

background image

opustoszałym   parkingu.   Po   zamknięciu   domu   towarowego   wszyscy   klienci 
odjechali już do domów. I gdzież podział się ten tłum kupujących, kiedy jest 
naprawdę potrzebny? – błysnęła jej myśl. 

Obronnym   ruchem   chwyciła   Robbie’ego   za   ramię   i   zasłoniła   dziecko 

własnym ciałem. 

– Tak – odparła i dodała szybko: – Kim pan jest? Dojrzał w jej oczach 

niedowierzanie. Jaki syn, taka matka, pomyślał. 

– Samarytaninem – odparł uprzejmie nie spuszczając wzroku z Laury. – 

Świętym Mikołajem. Niektórzy wołają na mnie Dziadek Mróz. 

Czemu nie przebrał się w normalne ubranie? – zastanowiła się Laura. 

Czyżby czerpał perwersyjną przyjemność z paradowania po ulicach w takim 
stroju?

–   A   jeszcze   inni   biorą   pana   za   wariata   –   powiedziała   zanim   zdążyła 

ugryźć się w język. 

Tim wybuchnął dźwięcznym śmiechem. 
–   No   cóż,   dzisiaj   już   usłyszałem,   że   w   ogóle   nie   istnieję.   Popatrzył 

znacząco   na   Robbie’ego,   który   najwyraźniej   nie   wiedział,   jak   ma   się   w   tej 
sytuacji zachować. Chłopiec spoglądał to na matkę, to na Tima, ciekaw, czy ten 
Mikołaj umie robić czary i sprawić, że ich samochód ruszy. Robbie oświadczył 
wprawdzie, że nie wierzy w świętego Mikołaja, ale z całej duszy pragnął, żeby 
ktoś przekonał go, że jest inaczej. Zwłaszcza, jeśli z odsieczą przybędzie jeszcze 
renifer. 

Laura natomiast modliła się, żeby wreszcie ktoś pojawił się na parkingu. 

Bardzo by ją to uspokoiło. Przeciągnęła językiem po suchych wargach i nadała 
swej twarzy arogancki wyraz. 

– Proszę posłuchać, panie... – zająknęła się, nie znając jego nazwiska. A 

„święty Mikołaj" zabrzmiałoby zgoła śmiesznie. 

– Nazywam się Holt. Timothy Holt. 
I widząc na twarzy chłopca kpiący uśmieszek dodał w myślach: Poczekaj, 

Robbie. Jeszcze ci pokażę, kim jest święty Mikołaj. Ale wszystko w swoim 
czasie. 

– Panie Holt, ja... mmm... – Laura, kiedy ruszała w stronę samochodu 

poczuła, że drżą jej kolana. 

Co   mam   powiedzieć?   –   myślała   gorączkowo.   Aha,   że   samochód   się 

popsuł. 

–   Coś   nie   tak   z   autem?   –   Tim,   widząc   dezorientację   i   niepewność 

dziewczyny, pośpieszył jej z pomocą. 

– Nie chce zapalić – odparł za matkę Robbie. 
Laura zastanawiała się chwilę, czy aby nie popełnia błędu, przyznając się 

do tego przed obcym mężczyzną. Wciągnęła głęboko powietrze i ujrzała wbity 
w siebie wzrok zielonych oczu nieznajomego. 

background image

– A próbowała pani włączyć reflektory?
–   Nie   –   odparła,   uświadamiając   sobie,   że   mówi   szeptem.   –   Nie   – 

powtórzyła dużo mocniejszym głosem. 

Tim wskazał samochód. 
– Proszę więc spróbować. 
Laura pochyliła się, wsunęła głowę do szoferki i przekręciła kluczyk. Tim 

obserwował jej długie, kształtne nogi wyłaniające się spod prostej sukienki. 

Reflektory zapaliły się, ale bardzo słabo. 
Tim niechętnie oderwał wzrok od powabnych nóg Laury. 
– To akumulator – stwierdził. 
– Masz babo placek – westchnęła opierając się o maskę samochodu. 
Tim nigdy w życiu nie grał roli błędnego rycerza w lśniącej zbroi. Ale w 

tej   chwili   z   całej   duszy   zapragnął   być   takim   wojownikiem,   choć   zamiast 
pancerza miał na sobie jedynie obramowany futrem czerwony strój, zapięty na 
duże kwadratowe sprzączki. 

– Mam w samochodzie kable – oświadczył. 
Laura nie lubiła prosić o pomoc obcych, zwłaszcza tak dziwnych obcych, 

przebranych w kostium świętego Mikołaja. Ale robiło się już późno i jej matka 
mogła się niepokoić. Zresztą, ona wszystkim się niepokoiła – było to wprost jej 
hobby. 

Ściskając mocno dłoń Robbie’ego, Laura poddała się. 
– A czy byłby pan tak uprzejmy i... 
– Mamusiu, czemu mnie tak mocno ściskasz? Nie czuję palców. 
Laura puściła dłoń chłopca. Spostrzegła, że twarz świętego Mikołaja pod 

białą brodą rozjaśnia szeroki uśmiech. 

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Tim, wykonując ręką gest 

nakazujący   Laurze,   by   nie   ruszała   się   z   miejsca.   –   Proszę   tu   chwileczkę 
zaczekać. 

Dziewczyna znów oparła się o maskę zepsutego samochodu. 
– Nie mamy innego wyboru – mruknęła do Robbie’ego, mając nadzieję, 

że podjęła słuszną decyzję. 

Dzięki ci, święty Mikołaju, bez względu na to, gdzie jesteś, mruknął pod 

nosem Tim śpiesząc do swego jaguara. 

Samochód Laury zapalił przy drugiej próbie. 
Potem Tim odłączył kable i Laura zaczęła poganiać synka, żeby prędzej 

wsiadał do samochodu. 

–   No   cóż,   bardzo   panu   dziękujemy   –   powiedziała   szybko   piskliwym 

głosem. Zawsze, gdy była zdenerwowana, jej głos stawał się dużo wyższy. 

Dziewczyna usadowiła się za kierownicą i chciała zatrzasnąć drzwiczki, 

ale Tim, pod wpływem nagłego impulsu, nie pozwolił jej tego zrobić. Było to do 
niego zupełnie niepodobne, ale też nigdy tak beznadziejnie się nie zakochał. 

background image

– Właściwie mogę wam towarzyszyć aż do domu – oświadczył i widząc 

odmowny błysk w oczach dziewczyny dodał: – Chcę się upewnić, że znów nie 
wysiądzie wam akumulator. 

Laura zawahała się. Ostatecznie mężczyzna im pomógł. Ale ciągle nic o 

nim nie wiedziała. Absolutnie nic. 

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu... 
– Ależ to żaden kłopot. 
Laura obserwowała, jak poryw wiatru wzburza mu koniec brody. Może 

zareagowała zbyt nerwowo. Ale dlaczego nie zdjął przynajmniej brody? Czyżby 
miał zdeformowaną twarz? Wstydził się zajęczej wargi? A może skrywa coś 
dużo gorszego?

– Jest pan pewien, że nie sprawi to panu kłopotu? – spytała powoli. 
– Słowo skauta – odparł, wznosząc w górę dwa palce. – Widzę, że niezbyt 

mi pani ufa. 

Laura uniosła brew. 
– Nie mam powodów, żeby ufać. Po prostu nie znam pana. 
Nie trzeba było być psychologiem, żeby pojąć, że te słowa płynęły prosto 

z serca. Dlaczego? – zastanowił się Tim. Co sprawiło, że ta piękna kobieta jest 
tak podejrzliwie nastawiona do świata i ludzi?

– Jak się pani nazywa?
– Laura Lekawski. – Odruchowo uniosła ramię i położyła je na plecach 

syna. 

– Laura – powtórzył powoli Tim, jakby smakował dźwięk tego słowa. 

Wypełniało mu głowę niczym najczystsza muzyka. Kobieta, którą kochał, miała 
na imię Laura. – To bardzo piękne imię. 

Dziewczyna spoglądała prosto przed siebie, wypatrując drogi wyjazdu z 

parkingu. 

– Moja matka w pełni by się z panem zgodziła. 
– Pasuje do pani. Mam na myśli imię. 
Laura obrzuciła go zniecierpliwionym spojrzeniem. 
– Proszę pana, nie lubię komplementów. 
Tak zaczęło się ostatnim razem!  Od komplementów.  Tanich i pustych 

komplementów. 

– Wszyscy lubią komplementy – uśmiechnął się Tim. 
– Ale ja nie. – Uwierzyła kiedyś w pochlebstwa, uwierzyła w miłość. Ale 

chociaż niczego nie żałowała, bo dzięki temu w jej życiu pojawił się Robbie, 
była na siebie wściekła za własną głupotę. Głupoty nie potrafiła sobie darować. 
– Lepiej będzie, jak już pojadę. Tim potrząsnął głową. 

– Muszę codziennie spełnić dobry uczynek. 
– Już pan spełnił – odparła. – Uruchomił pan mój samochód. 
– Zgoda, ale to tylko pół dobrego uczynku. Nie będzie się liczył, jeśli pani 

background image

cała i zdrowa nie dotrze do domu. – Przerzucił przez ramię kable. – Schowam je 
do bagażnika i... 

Samochód Laury ruszył. 
Tim   wrzucił   przewody   na  przednie   siedzenie.   Skrzywił  się   na   myśl   o 

śladach, jakie zostawią na jego nowym, skórzanym pokrowcu, ale Laura była w 
tej chwili najważniejsza. Była jego przyszłością. 

Włączył silnik i ruszył za samochodem dziewczyny. 
Laura zerknęła na wsteczne lusterko i ujrzała sunący z tyłu biały pojazd. 

W   otwartym   oknie   furkotał   na   wietrze   skrawek   brody   świętego   Mikołaja. 
Dziewczyna potrząsnęła głową. 

– Mamusiu, on nie jest prawdziwy? – spytał niepewnie Robbie, również 

obserwując samochód Tima. 

–   Słucham?   –   Matka   popatrzyła   na   synka   i   przesłała   mu   wymuszony 

uśmiech. Nie chciała dziecka straszyć, ale sama ciągle żywiła wątpliwości co do 
intencji   mężczyzny   podążającego   ich   śladem.   –   Och,   on   jest   na   pewno 
prawdziwy. 

Robbie, wyraźnie zakłopotany, zmarszczył brwi. 
– Święty Mikołaj?
Podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, kiedy dzieciak nalegał, żeby 

powiedziała mu prawdę, matka przyznała, że święty Mikołaj nie istnieje, że jest 
wyłącznie   postacią   z   bajki.   Chłopiec   to   doskonale   pamiętał.   Czyżby   teraz 
zmieniła zdanie? Czyżby święty Mikołaj jednak istniał?

– Nie mówię o Mikołaju. Mówię o tym jadącym za nami mężczyźnie. – 

Wskazała   głową   tylną   szybę   samochodu.   –   Święty   Mikołaj   nie   jeździ 
samochodem marki Jaguar, rocznik 92. 

background image

Rozdział trzeci

Janka Lekawski gwałtownymi ruchami rozcierała ramiona. 
Zimowe noce w południowej Kalifornii były wprawdzie dużo cieplejsze 

od   tych,   które   pamiętała   z   dzieciństwa,   gdy   jako   dziewczynka   mieszkała   w 
Polsce, ale i tutaj panował dotkliwy chłód. I w powietrzu, i w jej sercu. 

Wiedziała, że  nie ma  powodów do obaw. Laura  była dorosłą  kobietą, 

miała dwadzieścia sześć lat i doskonale potrafiła zadbać zarówno o siebie, jak i 
o Robbie’ego. Istniało wiele logicznych przesłanek, które jeszcze przed trzema 
kwadransami Janka przyjmowała bez zastrzeżeń. Ale Laura była już spóźniona o 
godzinę, a jej matka nie potrafiła wyzbyć się nawyków, których nabrała przez 
całe życie. 

Westchnęła i wyszła na ulicę. Z całej duszy pragnęła, żeby pojawił się już 

znajomy samochód. 

Kiedy   ujrzała   zbliżającą   się   srebrną   toyotę,   z   piersi   wydarło   się   jej 

potężne westchnienie ulgi. Ale na widok jadącego za samochodem Laury auta, 
wyraz   jej   twarzy   uległ   natychmiastowej   zmianie.   Wprawdzie   znajomość 
samochodów ograniczała się u niej do tych, które stały w garażach sąsiadów, to 
natychmiast pojęła, że drugie auto należy do tych bardzo drogich. 

Kiedy   toyota   wjechała   na   podjazd,   drzwi   garażu   za   plecami   Janki 

otworzyły się. Zanim samochód zdążył się w pełni zatrzymać, starsza kobieta 
stała już przy jego drzwiczkach. 

– Gdzie ty szię podziewałaś? Jesteś szpóźniona ponad godzinę. 
Laura wysiadła z samochodu i odrobinę za głośno zatrzasnęła drzwiczki. 

Po chwili z auta wygramolił się Robbie i stanął obok matki. Wiedział, że muszą 
stawić czoło kolejnym wyrzutom babci. 

– To przerażające, moja droga – oświadczyła Janka. Laura wiedziała, że 

matka czeka na wyjaśnienie. 

– Ulice były zatłoczone, mamo. A potem nie chciał mi zapalić silnik. 
Usłyszała, że przed domem zatrzymuje się samochód Tima. Postanowiła 

zignorować jego obecność; może to go zniechęci. 

Janka popatrzyła na srebrzystą maskę wozu córki. 
– Ale jakoś w końcu dojechałaś – oświadczyła krótko. 
Cichy trzask za plecami powiedział Laurze, że Tim wysiadł i zamknął 

samochód.   Po   chwili   Holt   dołączył   do   nich.   Nie   patrząc   w   jego   stronę 
poinformowała sucho:

– To ten pan pomógł mi uruchomić samochód. 
Janka   zbliżyła   się   do   nieznajomego.   Tim   uśmiechnął   się   i   skinął   jej 

głową. Kobieta popatrzyła na córkę i ponownie przeniosła wzrok na Tima. 

– Świenty Mikołaj?
Laura odwróciła się w ich stronę. Ujrzała, że jej matka wpatruje się w 

background image

ubranego na czerwono samarytanina. 

–   Święty,   mamo   –   poprawiła   ją.   –   Święty   Mikołaj.   Mimo   iż   Janka 

mieszkała w Ameryce już dwadzieścia dwa lata, ciągle źle wymawiała pewne 
słowa lub je przekręcała. Zazwyczaj Laurze to nie przeszkadzało, uważała to 
wręcz za sympatyczne. Teraz jednak, z jakichś bliżej nieokreślonych względów, 
kłopoty lingwistyczne matki niebywale ją zirytowały. Poczuła niepokój, choć 
nie potrafiła znaleźć jego źródła Kiedy Tim ściągnął z głowy perukę, Laurze z 
emocji zatkało dech w piersiach. Był przystojny. Nieprzyzwoicie przystojny. Do 
tej chwili myślała, że ma do czynienia z podstarzałym rencistą, i to zapewne 
człowiekiem   prostym.   Olśniewająco   białe   zęby,   jakie   pokazywał   teraz   w 
uśmiechu, oszołomiły Laurę. Z całej jego postaci biły delikatność i szczerość, 
które łagodziły ostre rysy twarzy, nadając mu jednocześnie wygląd człowieka 
twardego   i   zdecydowanego.   Był   po   prostu   wspaniałym,   imponującym 
mężczyzną.   Ileż   potrafią   ukryć   sztuczne   włosy?   –   błysnęła   jej   w   głowie 
idiotyczna myśl. 

Tim   przesłał   uśmiech   ciemnowłosej   kobiecie   o   żywych,   orzechowych 

oczach, osadzonych w okrągłej twarzy. 

– Masz uroczą matkę, Lauro – powiedział. 
Na chwilę dziewczyna odrzuciła wszelką rezerwę. Popatrzyła na matkę z 

czułym uśmiechem. 

– Prawie wszyscy tak uważają – odparła z dumą. 
I była to prawda. Latem, w tydzień po ich przeprowadzce z Ohio, Janka 

miała już przyjaciół w całej okolicy. Kiedy w kolejną sobotę przybyła ekipa, 
która   zajmowała   się   przewozem   ich   rzeczy,   do   pomocy   stawili   się   wszyscy 
sąsiedzi. 

Laura znów popatrzyła na Tima. Co za dużo, to niezdrowo, pomyślała 

dając krok w stronę domu. Była zdecydowana skończyć na dobre znajomość z 
samarytaninem, mimo że okazał się tak oszałamiająco przystojny. Położyła dłoń 
na ramieniu Robbie’ego. 

– No cóż, będzie lepiej... 
Janka   dobrze   znała   ten   ton.   Laura   wyraźnie   się   wycofywała.   Starsza 

kobieta   popatrzyła   na   wysokiego   mężczyznę,   po   czym   przeniosła   wzrok   na 
córkę i uśmiechnęła się. Ogień, który płonął w oczach młodzieńca, bardzo ją 
intrygował. 

–   Jeszcze   mi   nie   przedsztawiłaś   człowieka,   który   cię   uruchomił   – 

powiedziała. 

Laura błyskawicznie odwróciła się na pięcie i zdążyła ujrzeć twarz Tima, 

który bezskutecznie próbował ukryć uśmiech. 

–   Uruchomił   samochód,   mamo.   On   uruchomił   samochód.   Janka 

wzruszyła   ramionami.   Dla   niej   angielski   zawsze   był   trudny   do   opanowania. 
Słowa brzmiały tak samo, a niosły inną treść. 

background image

– Czy to ważne? – Popatrzyła bacznie na córkę. 
Laura wiedziała, że będą stały przed domem tak długo, dopóki nie dokona 

prezentacji. Jej matka potrafiła być czasami nieprawdopodobnie uparta. 

– Skoro już tak bardzo chcesz... – Laura wskazała Jankę. 
– To jest moja matka, Janka Lekawski. Mamo, to jest pan Timothy Holt. 
– Witaj, Timothy – powiedziała Janka, ujmując wyciągniętą dłoń Tima i 

potrząsając nią. Mężczyzna oddał jej szczery uścisk i kobieta w jednej chwili 
polubiła Timothy’ego Holta. Polubiła dobroć, która emanowała z jego oczu. I 
miłość. 

Popatrzyła na stojącego obok wnuka, po czym znów przeniosła wzrok na 

Tima. Podjęła decyzję. 

– A czy zna szię pan na lampkach świątecznych, które choć szą zapalone, 

nie chcą szię palić?

Tim   rzucił   okiem   na   dom   i   zobaczył   szereg   zgaszonych,   kolorowych 

lampek okalających fasadę budynku. 

Mamo,   nie   rób   mi   tego   –   chciała   wrzasnąć   Laura,   która   poczuła,   że 

oblewa ją fala ukropu. 

– Mamo, jestem pewna, że pan Holt... – zaczęła w tej samej chwili, w 

której Tim otworzył usta. 

Janka machnęła w jej stronę ręką, by umilkła. 
–   Poczekaj,   pan   właśnie   zamierza   coś   powiedzieć.   Nie   przerywaj 

Timothy’emu. 

Odwróciła się w stronę mężczyzny z zachęcającym uśmiechem. 
Tim   w  jednej   chwili  zrozumiał,   po  kim  Laura   odziedziczyła   uśmiech. 

Uśmiech Janki był promienny. 

–   Jeśli   pani   sobie   życzy,   z   chęcią   spróbuję   –   odparł.   Janka   była 

zachwycona. 

Ale   Laura   cały   czas   patrzyła   na   niego   wilkiem.   Zupełnie   ignorowała 

wyraz twarzy swej matki. 

– Czy nie ma pan domu, do którego musi pan wrócić?
– spytała obcesowo. 
Ale nieznajomy oglądał już najbliższą lampkę. Pozornie wszystko było w 

porządku, lecz to jeszcze nic nie znaczyło. 

– Mam, ale jest pusty i ciemny. – Popatrzył na Laurę. Stała w odległości 

zaledwie   kilkudziesięciu   centymetrów   od   niego.   Czuł   jej   zapach.   Delikatny, 
ulotny, słodki. I przyzywający. Tak, to była ona! – A ja kocham święta – dodał 
cicho. 

Spojrzenie jego oczu sprawiło, że Laurze zawirowało w głowie. W jednej 

chwili, jak dziecko, odrzuciła wszelkie uprzedzenia. Poczuła magnetyczną siłę 
bijącą   od   tego   mężczyzny   –   zniewalającą,   pełną   pasji   i   namiętności.   Nie 
potrafiła się jej oprzeć. 

background image

– Jest pan rozwiedziony?
– Nie, po prostu nie na swoim miejscu. – Potrząsnął głową i pociągnął 

delikatnie za sznur lampek. 

–   Przyjechałem   do   Huntington   Beach   z   Los   Angeles.   Reszta   mojej 

rodziny   –   rodzice,   bracia,   siostry,   bratankowie   i   siostrzenice   –   mieszkają   w 
okolicy   Santa   Barbara.   Zazwyczaj   u   nich   spędzam   święta,   ale   w   tym   roku 
sprawy służbowe zatrzymały mnie tutaj. 

Laura spojrzała na jego przebranie i oczy jej się zwęziły. 
– Sprawy służbowe? To znaczy co? Rola świętego Mikołaja?
– To złożony problem – odparł dochodząc do miejsca, gdzie kończył się 

sznur lampek. – Rozumiem. – Tim wszedł do dokładnie zamiecionego garażu i 
podniósł z ziemi przedłużacz. – Kto włączał ten kabel?

– My – pojawił się nieoczekiwanie Robbie, wskazując z dumą na siebie i 

matkę. 

Tim najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się, żeby nie pogłaskać 

chłopca po głowie. 

–   Kawał   solidnej   roboty   –   pochwalił.   Schylił   się.   Przełącznik   w 

przedłużaczu nastawiony był na „wyłączone". – Myślę, że już wiem, w czym 
problem. – Przekręcił wyłącznik. – I jak teraz?

–   Wszpaniale!   –   klasnęła   w   dłonie   Janka,   podziwiając   rzęsiście 

oświetlony dom. Ignorując groźny wyraz twarzy córki, ruszyła do garażu, wzięła 
Tima pod rękę i wyprowadziła na zewnątrz. 

– Szam zobacz, Timothy – Szerokim gestem ręki wskazała fasadę domu, 

która płonęła barwnym światłem lampek. 

– Po prostu odpowiednio nastawiłem przełącznik. 
– Zrobił pan dużo, dużo więczej. – Janka pogroziła mu palcem. Jej oczy 

były pełne życia. – Może w nagrodę za naprawienie światełek i za uruchomienie 
szamochodu   mojej   córki,   napiłby   się   pan   ajerkoniaku?   Tim   roześmiał   się, 
świadom tego, że Laura cały czas obrzuca ich gniewnym spojrzeniem. 

– Z największą przyjemnością. 
Wiedział już na pewno, że wbrew nastawieniu Laury Jankę ma po swojej 

stronie. 

Tim   rozpiął   w   kurtce   dwie   najwyższe   sprzączki   i   ruszył   do   jasno 

oświetlonego domu. Był przekonany, że zdobędzie Laurę Lekawski, choć w tym 
momencie wydawało się to jeszcze mało realne. 

W salonie Tim ujrzał dwumetrowej wysokości drzewko, niebywale bujne 

i symetryczne. 

– Piękna  choinka  – odezwał  się  do  Robbie’ego. Dzieciak,   nie  patrząc 

nawet na choinkę, wzruszył ramionami. 

– Sztuczna – mruknął, kiedy jego babcia wyszła do kuchni. 
– Ale za to jest ładna i praktyczna – dodała Laura. 

background image

I na dłuższą metę dużo tańsza, dodała w myślach. Jednakże, przyznawała 

w   duchu,   brakuje   upojnego   zapachu   żywej   choiny,   który   w   czasach   jej 
dzieciństwa przenikał cały dom. Poczuła nagle wyrzuty sumienia, że pozbawiła 
własne dziecko tego rodzaju wspomnień. 

Robbie sprawiał wrażenie, jakby chciał kopnąć drzewko. 
– Ale sztuczna – upierał się z nadąsaną miną. 
Tim przystanął i przez chwilę z uwagą obserwował choinkę. 
– Czasami rzeczy sztuczne są równie dobre jak prawdziwe – oświadczył. 

– A często nawet lepsze. 

– Jakie na przykład? – zaperzył się chłopiec. 
– Na przykład wyprawa do lunaparku, podczas której czujesz się jak w 

prawdziwym statku kosmicznym. 

Robbie   natychmiast   zrozumiał,   o   czym   mówi   Tim.   Był   w   wesołym 

miasteczku   przed   tygodniem.   Stanowiło   to   część   planu   jego   matki,   żeby 
zrekompensować   chłopcu   przykrości   wynikające   z   przeprowadzki   do 
południowej Kalifornii. Chłopiec uśmiechnął się, lecz natychmiast przypomniał 
sobie, że w czasie tych świąt nie będzie śniegu, że nie będzie obserwował, jak z 
nieba spadają cicho białe płatki, że nie będzie chwytał ich językiem. 

– Naprawdę? – burknął pogardliwie. 
Laura   skrzyżowała   ręce   na   piersiach.   Zastanawiała   się,   co   też   Tim 

wymyśli, żeby zrobić jej na złość. 

– Przeżywasz dreszcz emocji unikając przy tym wszelkich niewygód. 
Robbie zmarszczył czoło. Był najwyraźniej zmieszany. 
– Niewygód? – spytał. 
Tim kątem oka dostrzegł, że z kuchni wyszła Janka z wielkim dzbanem w 

rękach. Przystanęła i najwyraźniej czekała na wyjaśnienia gościa. 

– Choroby lokomocyjnej. Ciasnoty. Nieważkości. – Tim zniżył głos, żeby 

jego słowa brzmiały jeszcze poważniej. – Nie musisz się martwić, czy statek 
dobrze wyląduje. 

Z   zadowoleniem   stwierdził,   że   na   twarzy   Laury   pojawił   się   cień 

uśmiechu. Zdobywał punkty bez względu na to, czy dziewczyna życzyła sobie 
tego, czy nie. 

Robbie popatrzył na choinkę z nowo rozbudzonym zainteresowaniem. 
Wyraz twarzy Janki, kiedy zbliżała się do Tima, wyraźnie mówił, że jest 

olśniona jego odpowiedzią. Popatrzyła Timowi w oczy, a następnie wskazała 
głową wnuka. 

– Jeszt pan w tym dobry. 
Tim spojrzał w dół, na swój kostium, a następnie przeniósł spojrzenie na 

Jankę. 

– Na tym polega moja rola. Święty Mikołaj wie wszystko o sztuczkach i 

czarach. 

background image

Rozdział czwarty

Timowi stanęły świeczki w oczach, kiedy palący ajerkoniak spłynął mu 

do   żołądka.   Chrząknął   zastanawiając   się,   czy   pozostały   mu   jeszcze   struny 
głosowe.   Janka   bacznie   go   obserwowała.   Wykonał   kubkiem   gest   w   stronę 
Laury. 

–   Czegoś   takiego   w   sklepie   nie   kupisz,   prawda?   Laura   nie   potrafiła 

powstrzymać uśmiechu. 

– Nie, nie kupisz. 
Janka dała ręką znak, że powinien dokończyć trunek. Kiedy posłusznie 

wypełnił to polecenie, oświadczyła:

– To według mojego własznego przepiszu. Chodź ze mną do kuchni, to 

dosztaniesz nasztępną porcję. 

Tamtej było już za dużo, pomyślała Laura, nie ruszając się z miejsca. 
– Chodź z nami, córeczko – dodała Janka, nie odwracając się nawet w 

stronę dziewczyny. 

Laura  wiedziała,  że  koniecznie   musi  zakończyć  tę farsę.   Nie  powinna 

wcale iść do kuchni. Ostatecznie nie jest już dzieckiem, któremu mówi się, co 
ma robić. Nie, wcale nie musi iść z nimi do kuchni!

Ale   poszła.   Nawet   przed   sobą   nie   ważyła   się   przyznać,   że   w   gruncie 

rzeczy chciała tam iść. 

Pocałowała   Robbie’ego   w   czubek   głowy.   Uwagę   chłopca   bez   reszty 

pochłaniała kolejna bitwa, jaką toczyli jego ołowiani żołnierze. 

– Szykuj się do spania, synku – powiedziała. Dziecko popatrzyło w stronę 

kuchni. 

–   Nie   chcę   jeszcze   spać.   Chcę   zostać   z   wami.   Tego   jestem   pewna, 

pomyślała Laura. 

– O tej porze powinieneś już dawno być w łóżku. 
– Mamusiu, przecież jest piątek – odparł z kwaśną miną Robbie. 
Laura wskazała ręką schody. 
– Marsz na górę. Zaraz przyjdę powiedzieć ci dobranoc. 
– Dobrze. – Przez pół minuty chłopiec miał przygnębioną minę, aż w 

końcu   wymyślił   nową   zabawę   dla   żołnierzyków   i   wtedy   dopiero   grzecznie 
pomaszerował na górę. Przy odrobinie szczęścia matka nie tak szybko przyjdzie 
do jego pokoju i Robbie będzie mógł dłużej pobawić się w wojnę. 

Laura westchnęła i ruszyła za Janką i Timem. Jej matki, kiedy coś już 

zaczęła, nie sposób było powstrzymać i najlepsze, co Laura mogła uczynić, to 
uzbroić się w cierpliwość i jakoś tę burzę przeczekać. 

Idąc do kuchni wmawiała sobie, że jeśli tam nie pójdzie, to do północy 

matka   ustali   z   Timem,   jaki   posag   dostanie   jej   córka.   Poza   tym   nie   chciała 
zostawiać Janki sam na sam z nieznajomym. 

background image

Wmawiała sobie wiele rzeczy. 
Wszystko poza prawdą. 
Janka krzątała się przy kuchence, była w nieustannym ruchu. Cały czas 

zdejmowała coś z palników, stawiała na nich nowe garnki, co chwila pochylała 
się nad piekarnikiem. 

Starsza kobieta przed świętami była zajęta w kuchni przez dwadzieścia 

cztery godziny na dobę. 

A   mnie   przez   to   tylko   przybywa   na   wadze,   pomyślała   ponuro   Laura 

przesuwając dłońmi po biodrach. 

Laura   niechętnie   spojrzała   na   siedzącego   przy   stole   Tima.   Musiała   z 

przykrością stwierdzić, że ów nieproszony gość miał swoje zalety. Zwłaszcza 
kiedy się uśmiechał. Jego na pół łobuzerski, na pół dziecinny uśmiech sprawiał, 
że trudno mu było nie ufać. 

Ale Laura mu nie wierzyła. Rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają 

na pierwszy rzut oka. Prawdy tej gorzko doświadczyła na własnej skórze. 

Mężczyzna odwrócił się w jej stronę. 
– Twoja matka jest czarująca. 
Laura rozejrzała się po kuchni i widząc, że nie ma  gdzie się podziać, 

usiadła naprzeciwko Tima. 

Holt pochylił się w jej stronę i ściszając głos powiedział:
–   Twoja   matka   ma   pewne   kłopoty   z   angielskim,   prawda?   Laura,   na 

przekór sobie, roześmiała się. 

–   Mama   przybyła   do   Ameryki,   kiedy   miała   dwadzieścia   kilka   lat. 

Niektórych słów czy zgłosek nie jest w stanie poprawnie wymówić. Stąd zresztą 
Robbie jest Robbie, a nie Stephen. – Laura uśmiechnęła się na wspomnienie 
wojny, jaka wybuchła między nią a matką przy wyborze imienia dla dziecka. – 
Nie potrafi poradzić sobie z językiem. 

Laura   odwróciła   twarz   czując,   że   na   widok   jego   oczu   robi   się   jej 

nieznośnie gorąco. 

Tim   popatrzył   na   trzymany   w   obu   dłoniach   kubek.   Ajerkoniak   ciągle 

jeszcze szumiał mu w głowie. 

– Nie wydaje mi się, żeby miała kłopoty z językiem. Laura odruchowo 

skinęła głową. Jej matka, kiedy zaczęła mówić, potrafiła robić to godzinami. 

– Czasami gada jak katarynka. 
Tim nie był pewien, czy Laura stara się go przeprosić za matkę, czy też 

nie. W każdym razie, w jego odczuciu nie było żadnych powodów do wstydu. 

– Przypomina mi ciotkę Elisabeth. 
Laura   nie   chciała   nic   więcej   wiedzieć   o   Timie.   Im   mniej   się   wie   o 

człowieku,   tym  mniej   jest   powodów   do   sympatii.   A   ona   pragnęła   tylko,   by 
mężczyzna wyniósł się z jej domu na dobre. 

– Ciotka Elisabeth, jak cała twoja rodzina, mieszka w Santa Barbara? – 

background image

spytała Laura. Ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku. 

– Tak...  – Miał czas  tylko to powiedzieć, gdyż zbliżyła się  Janka. W 

uzbrojonych   w   rękawice   dłoniach   trzymała   tacę   ze   świeżo   upieczonymi 
ciasteczkami. Ostrożnie postawiła ją na stole między Timem a Laurą. 

–   Czy   wiesz,   że   Laura   prowadzi   właszną   firmę?   –   Janka   potrząsnęła 

delikatnie tacą, żeby rozdzielić ciasteczka, i rzuciła Timowi chytre spojrzenie. 

Mężczyzna nie potrafił zapanować nad łakomstwem i wziął ciasteczko, 

które jednak natychmiast rzucił z powrotem na tacę. 

A teraz matka opowie o ostatniej wizycie u dentysty, pomyślała Laura. 
– Mamo, jego nie obchodzi moja firma – powiedziała ostro. 
–   Wręcz   przeciwnie,   bardzo   mnie   to   interesuje.   –   Ciasteczka   ciągle 

jeszcze były zbyt gorące, żeby utrzymać je w palcach. – Jaka branża?

Zdeterminowana   Laura   wzruszyła   ramionami.   No   cóż,   niech   wie. 

pomyślała. 

–   Usługi   biurowe.   Przepisywanie   na   maszynie,   prowadzenie   ksiąg...   – 

Unosząc dłonie wykonała placami ruch, jakby pisała na maszynie. Natychmiast 
jednak się opanowała. Co we mnie wstąpiło, że opowiadam to z takim zapałem, 
pomyślała. – Takie tam różne głupstwa. 

Tim nie zrozumiał jej zakłopotania. 
– Drobne usługi są bardzo ważne. 
Laura buntowniczo poderwała brodę do góry, w oczach zapaliły się jej 

ognie. 

– Ależ wiem o tym i bardzo je cenię!
W   rzeczywistości   była   dumna   z   tego,   co   robi,   z   interesu,   który   sama 

rozkręciła i prowadziła. Obecnie pracowały już dla niej trzy dziewczyny. 

– Przepraszam – powiedział Tim i popatrzył na Jankę. – Czy ona zawsze 

jest taka drażliwa?

–   Wcale   nie.   –   Janka   skończyła   właśnie   przekładać   ciasteczka   na 

świąteczną plastikową tacę, którą miała od lat. – Myślę, że to twoja osoba robi z 
niej nerwusza. – Z aprobatą poklepała Tima po ramieniu i skinęła głową. – To 
bardzo dobrze. 

Laura  pomachała   dłonią  przed   twarzą   matki.   Nienawidziła,  kiedy  ktoś 

rozmawiał o niej tak, jakby była nieobecna. 

– Mamo, ja żyję, dobrze się mam i jestem tutaj – oświadczyła z gniewem. 
Janka przesłała córce szeroki, serdeczny, pełen wyrozumiałości uśmiech. 
– Oczywiście, kochanie, że jeszteś. Proszę, poczęsztuj szę ciaszteczkiem. 
–   Nie   chcę   żadnych   ciasteczek   –   warknęła   Laura,   ale   ze   zdumieniem 

obserwowała, jak Tim pałaszuje piąte ciastko. A każde z nich było olbrzymie! 
Gdzie on to wszystko mieści?

–   zastanawiała   się   dziewczyna.   Ciekawe,   czy   to   jego   brzuszysko   jest 

sztuczne?

background image

– Potrzebuję kogoś do wykonania pewnego zlecenia komputerowego. – 

Kątem oka dostrzegł aprobujący, pełen zadowolenia uśmiech Janki. 

Laura wyciągnęła się w krześle, założyła ręce na piersi i popatrzyła na 

Tima. 

– A co wspólnego ma święty Mikołaj z komputerami?
– zapytała. 
– Lauro, żyjemy w latach dziewięćdzieszątych dwudziesztego wieku – 

parsknęła Janka. 

I   po   kiego   diabła   ona   to   wszystko   komplikuje?   –   pomyślała   starsza 

kobieta. Przecież od razu widać, że ten mężczyzna stracił dla niej głowę. A i 
sama Laura, bez względu na to, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, jest pod 
jego urokiem. W przeciwnym razie nie przekroczyłby progu tego domu. Oboje 
świetnie sobie zdają sobie z tego sprawę. Więc czemu Laura staje okoniem? 
Czemu nie chce chwycić szansy, jaką daje jej Tim?

Bo   się   boi.   Tamten   typek,   ojciec   Robbie’ego,   wystraszył   Laurę 

śmiertelnie.   Nie  przestaje   się  bać...   Trzeba  ją  pchnąć.   Po  to  właśnie  ma  się 
matkę. 

– Nawet święty Mikołaj jeszt szkomputerowany – powiedziała, mrugając 

jednocześnie porozumiewawczo do Tima. 

– Skomputeryzowany, mamo – poprawiła odruchowo Laura. 
– Ma to po szwoim ojcu – powiedziała Janka pełnym wyrozumiałości 

tonem. 

Tim przesłał  jej najbardziej  współczujące  spojrzenie, na jakie  było go 

stać. 

– Też zawsze panią poprawiał?
–  Nie,   ale   uważał,   że   ma   rację   –  odparła  z   pełnym  samozadowolenia 

uśmiechem. – Nie wyprowadzałam go z błędu. Tim nie wątpił, że tak właśnie 
było.   Z   całą   pewnością   pan   Lekawski   nie   miał   najmniejszych   szans   w 
konfrontacji z żoną. 

Tim podjął natychmiastową decyzję. Shirley należy się urlop. Od dawna 

już skarżyła się, że zbyt mało czasu poświęca rodzinie. Trzeba więc jej zajęcia 
przekazać   Laurze.   Wyszczerzył   zęby.   Ostatecznie   jest   dyrektorem 
przedsiębiorstwa. Może zatrudnić każdego, kto mu się spodoba. 

– Jak myślisz, Lauro, jutro o dwunastej w południe? – spytał. 
Dziewczyna   ciągle   była   przekonana,   że   to   jakiś   żart.   Ale   pieniędzy 

potrzebowała   naprawdę.   Te   rachunki   napływające   ze   wszystkich   dosłownie 
stron, trzy osoby do wyżywienia... 

– Ma pan bardzo nietypowe godziny pracy, panie Holt. 
– Zgadza się. 
– Moje dziewczęta mają już zajęty przyszły tydzień. 
– Wystarczy mi pani. 

background image

W sposobie,  w jaki wypowiedział  te słowa, było coś,  co sprawiło, że 

Laurze przeszedł po krzyżu dreszcz. 

–   Muszę   sprawdzić   w   moim   terminarzu   –   odparła   Laura,   nie   chcąc 

okazywać   nadmiernego   entuzjazmu.   Bo   tak   naprawdę   jestem   go   kompletnie 
pozbawiona, pocieszyła się w duchu. 

Sama nie wiedziała, dlaczego tak rozpaczliwie starała się samą siebie o 

tym przekonać. 

Naraz uświadomiła sobie, że obok stoi matka, ciągle z tacą w rękach. 

Mina Janki nie miała w sobie nic anielskiego i nic dobrego nie wróżyła. 

– Słucham?
– Lauro, przecież w szoboty nie pracujesz. 
Ku   uldze   dziewczyny   Tim   nie   skomentował   uśmiechem   tego 

oświadczenia. 

– Ale chwilowo, niestety, mam nawał pracy – wycedziła. – A poza tym 

mam inne, osobiste zobowiązania. 

– Nie masz – odparła z uporem Janka. – Wczoraj rano zosztawiłaś na 

kanapie otwarty terminarz. Szobotę masz wolną. 

Tim zdecydował, że należy interweniować. 
– Bardzo mi na tym zależy, Lauro. To pilna i terminowa praca, a moja 

sekretarka zachorowała. Jestem w dramatycznej sytuacji. 

Nie wierzyła mu za grosz. 
– Może pan mówić tak długo, aż spuchnie. 
– Dobrze płacę. 
– Świetnie. Nie jestem wcale tania. 
Tym razem na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 
– Nigdy w to nie wątpiłem. 
Laura nie wiedziała, czy Tim stroi sobie z niej żarty, czy mówi poważnie. 

Zacięła usta i opanowała się. Rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy. Interesy nie 
szły najlepiej i mogła się umówić z nim na następny dzień. Może zdoła jednak 
zarobić na kolejkę dla Robbie’ego? Może gra jest warta świeczki?  Chłopiec 
pytał  już   matkę   o  tę   kolejkę,  ale   ona   nie  była   pewna,   czy   wydatek   ten  nie 
przekroczy jej budżetu. „Święty Mikołaj" mógłby zapewnić dziecku prezent. 

Popatrzyła na Tima. 
– Zgoda, przyjdę do pana. 
Tim wyjął z kieszeni marynarki portfel, wyciągnął wizytówkę, na której 

odwrocie napisał domowy adres i numer telefonu. 

–   W   weekendy   pracuję   w   domu   –   wyjaśnił.   Pochylił   się,   żeby   podać 

wizytówkę Laurze, ale nieoczekiwanie kartonik znalazł się w rękach Janki, która 
schowała go do fartucha. Poklepała się po kieszeni. 

–   Tak   będzie   lepiej   –   wyjaśniła   w   odpowiedzi   na   pytające   spojrzenie 

mężczyzny. – Ona czaszami lubi gubić różne rzeczy. 

background image

Teraz Tim był już pewien, że Laura się u niego stawi. Skinął Jance głową. 
– Dzięki. Sądzę, że na mnie już pora – powiedział wstając. 
– I to najwyższa – dodała Laura nie ruszając się z krzesła. Dziewczyna 

trzymała gniew na wodzy aż do chwili, kiedy jej matka, odprowadziwszy gościa 
do drzwi wyjściowych, wróciła do kuchni. 

– Mamo! – Janka uniosła w niemym pytaniu ciemne brwi. Laura czuła, że 

za chwilę zacznie wrzeszczeć. – Przestań mnie swatać!

Starsza kobieta zebrała talerze ze stołu i włożyła je do zlewozmywaka. 
– Kto tu mówi o szwatach? Po prosztu zajmuję szię ludźmi. – Popatrzyła 

przez ramię na Laurę. – To bardzo miły młody człowiek, prawda?

–   Nie.   –   Laura   w   pasji   zacisnęła   dłonie   w   pięści.   Czemu   matka   nie 

zostawi mnie w spokoju, pomyślała, aż kipiąc ze złości. – Nic o nim nie wiem. 

– Więc szię dowiesz. W szobotę. – Dla Janki sytuacja była klarowna i 

oczywista. 

– Jesteś bardzo lekkomyślna. A może to jakiś Kuba Rozpruwacz?
Ale Janka wiedziała swoje. 
–   Timothy?   Przecież   on   nikogo   nie   rozpruje!   Potrafi   naprawiać   różne 

rzeczy.   Szamochody,   światła,   a   zapewne   i...   –   uniosła   głowę   i   popatrzyła 
przenikliwie na swoje jedyne dziecko – i szerca... 

– Mamo, moje serce zostaw w spokoju – oświadczyła lodowatym tonem 

Laura. 

–   Najpierw   biło   ono   pod   moim   szercem   –   odparła   matka.   Dotknęła 

kciukiem piersi córki. – Najpierw należało ono do mnie, a dopiero później do 
ciebie. Więc zosztawię je w szpokoju dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że jeszt 
ono szczęśliwe. 

Laura westchnęła. Naprawdę nie chciała ranić matki. Wzięła ją w ramiona 

i pocałowała w gęste włosy, które zaczynały już siwieć. 

– Jesteś niemożliwa, wiesz o tym? – spytała serdecznym tonem. 
– Być może. Ale cię kocham. Laura wybuchnęła śmiechem. 
– Wiem o tym, mamo. Dobrze o tym wiem. 
– Więc chodźmy. Trzeba Robbie’ego zawlec do łóżka. 
– Zanieść, mamo. Zanieść – poprawiła Laura, nie wypuszczając matki z 

ramion. 

– Zawlec, zanieść, co za różnica. Chodzi o to, żeby znalazł się w łóżku. 
Laura,   jak  zwykle,  dała   za   wygraną.  Tak   było  najprościej;   w  każdym 

razie, jeśli chodziło o angielski. 

– Nie mam bladego pojęcia, na czym polega ta różnica. 
– Bladego? Dlaczego bladego?
– Nieważne, mamo. Nieważne. 

background image

Rozdział piąty

Wydawało się, że minęły wieki, nim Laura przekroczyła próg jego biura. 

Zrobiła   to   powoli,   z   godnością   i   majestatycznie.   Miała   na   sobie   prostą 
jasnobłękitną   sukienkę,   jaką   można   znaleźć   na   wystawie   każdego   domu 
towarowego. 

A jednak wyglądała jak królowa. 
Dziewczyna   nie   miała   dotąd   najmniejszego   pojęcia,   jak   naprawdę 

wygląda   Tim.   Miał   smukłą   sylwetkę,   którą   zawdzięczał   zapewne 
systematycznym   ćwiczeniom.   W   dżinsach   i   zwykłej   białobłękitnej   koszuli   z 
podwiniętymi rękawami mógł być typem mężczyzny ze snów każdej kobiety. 

Laura na jego widok poczuła, że ziemia usuwa się jej spod stóp. 
Gospodarz natychmiast zamknął za nią drzwi i pomógł jej zdjąć płaszcz; 

zupełnie jakby bał się, że dziewczyna mu ucieknie. 

– Jak się miewa twoja matka, Lauro? – spytał. 
Pytanie zabrzmiało sztucznie, ale pozbawiony wsparcia Janki Tim czuł. 

że coś wiąże mu język. 

Laura rozejrzała się. Byli w dużym, ale przytulnym pokoju zalewanym 

promieniami słońca wpadającymi przez okna umieszczone na dwóch ścianach. 
Był   to   typowy   apartament   należący   do   biznesmena,   któremu   się   wiodło   w 
interesach. Poprzedniego wieczora Laura znalazła w książce telefonicznej numer 
jego   fumy   i   rano   dwukrotnie   chciała   odwołać   spotkanie.   Za   każdym   razem 
jednak w ostatniej chwili odkładała słuchawkę. Potrzebowała tej pracy, pragnęła 
również zobaczyć Tima. Lecz mimo to czuła niepokój, prawie lęk. Ale przed 
czym?

Przyszła tu gnana jakimś tajemnym nakazem, choć wiedziała, że to czyste 

szaleństwo. Ale bez względu na to, jak bardzo się tego wypierała, w Timie było 
coś, co pociągało Laurę z hipnotyczną wręcz siłą. Jednocześnie to samo coś 
mówiło jej, że ten mężczyzna wprowadzi zamęt w jej myśli i życie. 

Ale mimo to przyszła. 
– Ciągle mówi o panu – odparła siląc się na obojętność. – Wywarł pan na 

niej ogromne wrażenie. 

– A na jej córce?
Po   tych   słowach   Laurze   wydało   się,   że   Tim   swoją   osobą   bez   reszty 

wypełnia pokój. Nie było gdzie uciec, nie było gdzie się skryć. 

– Jej córka musi zarobić trochę pieniędzy na święta. – Odwracając się w 

jego stronę, Laura nieco zbyt kurczowo przyciskała do piersi torebkę. 

– Wyglądasz na zdenerwowaną – powiedział Tim czując, że i jemu trzęsą 

się ręce. 

– Wcale nie! – prawie krzyknęła Laura. 
– To bardzo dobrze – oświadczył cicho. – Ostatecznie nie masz żadnych 

background image

powodów do obaw. 

Ale tak naprawdę miała, i to bardzo dużo. Nie był to taki sobie zwykły 

strach i Laura świetnie o tym wiedziała. Tim z pewnością nie był psychopatą 
czy mordercą. Bała się czegoś stokroć bardziej skomplikowanego. Bała się go 
polubić. 

Przeciągnęła językiem po wargach. 
– Kiedy zaczynamy pracę? – spytała sucho. 
Tim nie był w stanie dłużej się miarkować. Na tę chwilę czekał całe życie. 
–   Zaraz   po   tym   –   oświadczył   schrypniętym   głosem.   Chciała   coś 

odpowiedzieć,   ale   słowa   uwięzły   jej   w   gardle;   torebka   wyślizgnęła   z   rąk. 
Dziewczyna   stała   niczym   zaczarowana,   niezdolna   wykonać   najmniejszego 
ruchu. 

Timothy zanurzył palce w jej włosach. Delikatne. Jedwabiste. Dokładnie 

takie, jak sobie wyobrażał. Kiedy przykładał usta do jej warg, czuł, że w środku 
cały drży. Czy człowiek tak właśnie czuje się w chwilach miłosnego uniesienia? 
– błysnęło mu w głowie. Nie wiedział. Nigdy dotąd nie był zakochany. 

Serce Laury waliło jak oszalałe. Dźwięk ten wypełniał jej czaszkę, kiedy 

wznosząc oczy popatrzyła w źrenice Tima. 

Dostrzegła w nich namiętność i ten widok wzburzył w niej krew, sprawił, 

że   kompletnie   straciła   poczucie   miejsca   i   czasu.   Znała   cztery   chwyty   judo, 
każdym mogła swobodnie go powalić. Ale nie wykonała żadnego ruchu. Stała 
unosząc   twarz,   czując   na   ustach   jego   usta.   Nie   zaświtała   jej   nawet   myśl, 
dlaczego robi coś tak idiotycznego. 

Pragnęła tego pocałunku, potrzebowała go. Mogło to trwać nawet ulotną 

chwilę, ale chciała jeszcze  raz poczuć się  kobietą, a on sprawiał, że tak się 
właśnie czuła. 

Pocałunek poruszył każdy nerw Laury. I rzeczywiście, nie był to tylko 

pocałunek.   Przede   wszystkim   była   to   przygoda,   doświadczenie,   coś,   co 
sprawiało, że nogi miała jak z waty. Laura straciła równowagę i żeby nie upaść, 
zarzuciła   Timowi   ręce   na   szyję.   W   uszach   grzmiały   jej   wszystkie   dzwony 
świata. Ogromne. Cudowne. Srebrzyste. 

Kompletne szaleństwo. 
Kiedy wreszcie oderwał wargi od jej ust, mogła tylko niemo spoglądać 

mu w oczy. Czy ciągle jeszcze jestem na Ziemi? – kołatało jej w czaszce. A 
może w jednym krótkim rozbłysku światła trafiłam do nieba?

Tim miał  wrażenie, ze  stoi na dachu  najwyższego  drapacza  chmur  na 

świecie. 

– Kocham cię, Lauro. 
– Tak? – odparła. Jej własny głos docierał do niej z jakiejś ogromnej 

odległości. 

– Właśnie to sprawdzałem. 

background image

Laurze zaczął stopniowo wracać rozum. Cóż się tu w ogóle wydarzyło?
– Po co?
Wyczuł w jej głosie konsternację i czujność. Doskonale to rozumiał. Jego 

również szybkość zdarzeń prawie zwaliła z nóg. 

– Żeby wiedzieć, że to ty. 
Podniosła torebkę z podłogi. Serce ciągle obijało się jej o żebra. W jaki 

sposób udało się temu mężczyźnie zdobyć nade mną taką władzę? – pomyślała z 
rozpaczą. 

– Po co?
– Powtarzasz się, moja droga – wyszczerzył zęby Tim. 
Laura kątem oka popatrzyła w stronę drzwi. Nie było jeszcze za późno, 

żeby wyjść i wszystko zakończyć. Nie było za późno? Dręczyła ją myśl, że bez 
względu na to, jak bardzo pragnęłaby to uczynić, nie byłaby w stanie odwrócić 
się   na   pięcie   i   opuścić   mieszkanie   Tima.   Odkryła   właśnie   istnienie   czegoś, 
czego za żadne skarby nie chciałaby utracić. 

– A ty opowiadasz jakieś bzdury... 
Tim   w   głębi   serca   pragnął   przygarnąć   ją   do   siebie,   całować   każdy 

centymetr jej twarzy. Ale rozumiał, że Laura potrzebuje czasu, że musi się ze 
wszystkim oswoić. 

– Musiałem przecież sprawdzić, czy się nie mylę. Nie myliłem się! To 

właśnie ty!

Laura przestała się zastanawiać, czy ma opuścić mieszkanie, i popatrzyła 

na gospodarza. 

– Po co?
–   Muszę   wiedzieć,   czy   jesteśmy   dla   siebie   stworzeni.   Ta   prosta 

odpowiedź oszołomiła ją. 

– Słucham?
Dużo lepiej czuł się ukryty pod czerwonobiałym kostiumem. Teraz nic go 

nie kryło. Na jego twarzy malowały się uczucia, których nie maskowała już 
broda. Stanowił łatwy cel. 

– Chyba nie wyłożyłem tego zbyt dobrze. 
Zdając sobie sprawę, że robi głupstwo, Laura weszła do salonu. Jasne 

promienie   słońca   wpadające   przez   okno   sprawiły,   że   poczuła   się   pewniej   i 
bezpieczniej. 

– Nie sądzę, żebyś mógł tę kwestię w ogóle wyłożyć. 
– Mam dwadzieścia dziewięć lat. 
– Naprawdę? Zwariował, pomyślała. 
– Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć. 
Laura poczuła, że krew uderza jej do głowy. Zaczęła cofać się w stronę 

wyjścia.   Tim   działał   zbyt   szybko,   ale   i   ona   zareagowała   zbyt   pośpiesznie. 
Wiedziała,   dokąd   to   wszystko   prowadzi,   i   nie   chciała,   żeby   historia   się 

background image

powtórzyła. Tę lekcję przećwiczyła zbyt dobrze i zbyt boleśnie. 

– Czemu powinnam o tym wiedzieć? – spytała. 
Nie   potrafił   znaleźć   odpowiednich   słów.   Powinienem   napisać   list, 

pomyślał. Miałbym czas nad wszystkim się zastanowić, dobrze to skomponować 
i wyłożyć. 

– Zazwyczaj kobiety lubią wiedzieć, ile lat ma mężczyzna, którego chcą 

poślubić. 

To też zabrzmiało nie najlepiej. 
Laura w jednej chwili pojęła, że Tim po prostu zamierza zaciągnąć ją do 

łóżka, nie do ołtarza. Zakaszlała i popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 

– Co?
– Potrzebujesz trochę wody? – spytał i ruszył do kuchni. Usłyszała szum 

płynącej z kranu wody. – Nie twierdzę, że ma się to stać dzisiaj. – Wręczył jej 
szklankę. – Chodzi mi o to, że jest to nieuchronne. 

Laura,   dla   zyskania   na   czasie,   popijała   ze   szklanki.   Mężczyźni   nie 

składają takich propozycji kobietom po niecałym dniu znajomości. Pomyślała o 
Craigu i usta wykrzywił jej ponury grymas. 

– Tim, chyba zwariowałeś. 
– Jeśli chodzi o ciebie, tak!
–   Jak   mogłeś   zwariować   na   moim   punkcie?   Przecież   wcale   mnie   nie 

znasz. 

Teraz, kiedy już sprawę postawił otwarcie, czuł się dużo, dużo lepiej. 
–   Ależ   wręcz   przeciwnie.   Znam   cię.   Wiem,   że   to   jesteś   ty.   Zawsze 

wiedziałem, że cię spotkam. 

O nie!  pomyślała.   To  nie dla  mnie.  Nie  pozwolę,  żeby   robił  ze  mnie 

balona. To bzdury. 

– Tim, może jakaś inna dziewczyna... – Boże, mogłabym nią być i ja, 

pomyślała, gdybym nie była tym, kim jestem, i nie wiedziała tego, co wiem. – 
Słuchając ciebie mam wrażenie, że czytam kartkę na dzień świętego Walentego. 
Ale to nie dla mnie. 

Przypomniał   sobie   błysk   paniki   w   jej   oczach   na   chwilę   przed 

pocałunkiem. Czego się bała?

– Dlaczego?
–   Ponieważ   przeżyłam   już   raz   poryw   serca.   –   Mówiła   ostro, 

zdecydowanie.   Wspomnienia   pomagały.   –   Miałam   maślane   oczy   zakochanej 
panienki i wiem, że po raz drugi to się nie stanie. 

Położył delikatnie dłonie na jej ramionach. 
– Ludzie potrafią wszystko przezwyciężyć, Lauro. Chciała strącić jego 

ręce, ale uczucie, jakie wywoływał w niej jego dotyk, trzymało ją mocniej niż 
dłonie. 

– Być może – parsknęła. – Ale nie mam teraz czasu rozwodzić się nad 

background image

tym. Masz dla mnie pracę czy nie?

–   Mam   –   wskazał   głową   pokój   po   lewej   stronie,   który   służył   mu   za 

domowe biuro. – Ale najpierw chciałbym porozmawiać. 

Uniosła głowę. 
– Płacisz mi za godziny – przypomniała. 
– Traktuj to więc jako przerwę śniadaniową. 
– Zazwyczaj takie rozmowy prowadzi się po wykonanej pracy. 
– Nie jestem ortodoksem. 
– Gadaj zdrów – mruknęła ze złością. 
– Usiądziesz? – spytał nie zrażonywskazując dwuosobową sofę. 
– Nie. Tim usiadł. 
– Nie masz się czego bać. Nie gryzę. 
Laura usiadła. Sofa była mała i ich ramiona prawie się stykały. Znów 

poczuła   się   zagrożona.   Zresztą,   pomyślała,   cały   wszechświat   jest   za   mały, 
żebym czuła się bezpiecznie. 

– Nie boję się. I na nic nie licz. Nic się nie wydarzy. 
– Bo ty nie chcesz, żeby się wydarzyło. 
– Właśnie tak. – Jej oczy zwęziły się. 
Tim   tylko   się   uśmiechnął.   Laura   sprawiała   wrażenie   zwierzęcia 

schwytanego w pułapkę. 

– Lauro – powiedział. – Nie szukam panienki o maślanych oczach. Pragnę 

kobiety takiej jak ty. Kobiety, która coś sobą reprezentuje, która kocha swego 
syna i swoją matkę. 

Laura popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
Uświadomiła   sobie,   że   ujął   ją   tymi   słowami,   a   zupełnie   się   ich   nie 

spodziewała. Craig uwodził ją szepcząc namiętne bzdury. Tim przemawiał do 
niej łagodnie i czule. 

–   Trudno   ich   nie   kochać...   –   zawahała   się.   –   Posłuchaj,   Tim,   jesteś 

człowiekiem miłym... 

– To brzmi zachęcająco. Wcale nie zamierzała go zwodzić. 
– Moje życie jest już wypełnione bez reszty. 
– I nie ma w nim miejsca na miłość?
Laura patrzyła na niego przez chwilę, a potem opuściła głowę. Zaczęła 

sobie rozpaczliwie powtarzać, że jest zadowolona z życia, jakie prowadzi. A 
przecież jego pocałunek sprawił, że zatęskniła naraz za innym życiem; życiem, 
które cały czas miała w zasięgu ręki. Za światem, który był już dla niej martwy. 
Nienawidziła za to Tima. 

– Kocham. Kocham dwie osoby. 
Wiedział,   że   to   właśnie   usłyszy.   Zaczynał   rozumieć   tok   jej   myśli, 

przynajmniej częściowo. 

– W porządku, ale mówię o kimś innym. – Uśmiechnął się. – O kimś, kto 

background image

sprawi, że poczujesz się szczęśliwa. 

Patrząc na niego pojęła, że tym kimś mógłby być właśnie on. Prawie. Ale 

prawie nie wystarczało. 

– Nie szukam tego rodzaju szczęścia. 
– Dlaczego nie?
– Ponieważ go nie znajdę. – Postanowiła wszystko wyznać. Był to jedyny 

sposób, żeby Tim się od niej odczepił. – Posłuchaj, miałam dwadzieścia... nie, 
dziewiętnaście lat... no, prawie dwadzieścia, kiedy poznałam ojca Robbie’ego. 
Craig był miły, układny i nosił trzyczęściowe garnitury. Był cudowny. I miał w 
sobie,   jak   mi   się   wydawało,   wszystkie   zalety   prawdziwego   mężczyzny.   Z 
wyjątkiem uczciwości. Kiedy zaciągnął mnie do łóżka, zapomniał o pewnym 
drobiazgu.   –   Jeszcze   do   tej   chwili   Laura   nie   mogła   się   z   tego   otrząsnąć.   – 
Zapomniał powiedzieć, że jest żonaty. 

Tim,   na   widok   bólu,   jaki   malował   się   w   oczach   dziewczyny,   znów 

zapragnął wziąć ją w ramiona. Ale wiedział, że tego akurat nie wolno mu zrobić. 
Laura musiała dokończyć swoją opowieść, wyrzucić to z siebie, a wtedy zamkną 
przeszłość na siedem pieczęci. Wspólnie. 

–   Dalsze   przyjemności   przyszły   później,   kiedy   powiedziałam   mu,   że 

jestem w ciąży. – Roześmiała się na myśl, jak była wówczas naiwna. – Nawet 
się nie bałam. Przeciwnie, cieszyłam się z naszego wspólnego dziecka. Co za 
idiotka, prawda? – Popatrzyła na Tima, spodziewając się, że ujrzy w jego oczach 
wyraz   współczucia,   lub   przynajmniej   zrozumienia.   Ale   zaskoczył   ją   gniew 
malujący się w jego twarzy. 

– Nie ciebie należałoby tak nazwać, ale jego. Najpierw powiedziałbym 

mu kilka słów prawdy, a potem dał zdrowy wycisk. 

– No cóż. Wyzywałam siebie od najgorszych... – Wstała, dając tym znak, 

że rozmowa skończona. – A teraz, jeśli łaska, panie Holt, chciałabym zacząć 
zarabiać pieniądze. – Rozejrzała się po pokoju. – Gdzie jest komputer?

– Tam – ponownie wskazał mały pokoik przylegający do salonu. 
Rozumiał,   że   nie   należy   dalej   naciskać   dziewczyny   i   ciągnąć   tej 

rozmowy. Laura najwyraźniej chciała odgrodzić się od niego pracą, ale i tak jak 
na jeden dzień wyznała bardzo dużo. Tim poczynił wyraźne postępy. 

Biurko   z   komputerem   stało   przy   oknie.   Tim   jest   najwyraźniej 

metodycznie działającym człowiekiem, który w życiu posługuje się wyłącznie 
logiką, myślała. Wyjątek stanowi tylko ta niewczesna propozycja małżeństwa. 
Laura położyła torebkę obok komputera i usiadła przed ekranem. 

– Zastanawiam się, co taki biznesmen jak ty robi w przebraniu świętego 

Mikołaja. 

Skoro   dziewczyna   wykazywała   więcej   ochoty   do   rozmowy   podczas 

pracy, Tim zebrał przygotowane dokumenty i położył je obok niej na biurku. 

– To właśnie jest część mojej pracy. 

background image

– A co to ma  wspólnego... ? – wskazała papiery, nie widząc żadnego 

związku. 

Mężczyzna, nie chcąc tracić Laury z oczu, przysiadł na skraju biurka. 
– Firma, która wynajęła moje przedsiębiorstwo, pragnie dowiedzieć się, 

co dzieci naprawdę chcą dostawać na Gwiazdkę. A w jaki sposób łatwiej je 
wysondować, jak nie w przebraniu... – urwał. Na twarzy Laury odmalował się 
bowiem wyraz osłupienia i niedowierzania. 

– Udajesz kogoś, komu ufają, żeby je wysondować; a wszystko to w imię 

wszechpotężnego dolara?

Zarzut ten zdumiał Tima. 
– Nie, to nie na tym polega. 
Laura wstała i gwałtownie odepchnęła krzesło. 
– Jak mogłeś?
– No cóż, najpierw musiałem przekupić kogoś, żeby zająć jego miejsce. 

Następnie... – ujrzał, że Laura otwiera usta i natychmiast je zamyka. – Chyba nie 
musimy   rozmawiać   o   szczegółach   technicznych   całego   przedsięwzięcia, 
prawda?

I   pomyśleć,   że   przez   chwilę   wzbudził   we   mnie   cieplejsze   uczucia, 

pomyślała z bezbrzeżną goryczą Laura. Czemu byłam aż tak naiwna? Oszust. 
Oni wszyscy są oszustami. 

– Zdradzasz je. 
– Słucham? – Tim w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. 
–   Bierzesz   te   słodkie,   niewinne   dzieci   i   wypompowujesz   z   nich 

informacje dla swego spasionego, nadzianego forsą klienta!

Jej punkt widzenia kompletnie nie mieścił mu się w głowie. 
– Chyba zbyt dajesz ponosić się uczuciom. 
– Ja na pewno nie. Ale tobie by się to przydało. – Żałowała, że nie ma 

czegoś   ciężkiego  pod  ręką,  czym  mogłaby   w  niego  cisnąć,   dając  tym upust 
gniewowi – na niego, na siebie za własną głupotę, że przez chwilę dała się 
ponieść marzeniom i uwierzyła, że Tim jest miłym, przyzwoitym człowiekiem. 
A także... Niech go piekło pochłonie! – Uważam, że twoja praca opiera się na 
zwykłym   kłamstwie,   oszustwie!   –   krzyknęła.   –   Dzieciństwo   to   ostatni   próg 
niewinności. A ty cynicznie to wykorzystujesz!

– Po prostu chcemy dać dzieciom to, czego rzeczywiście pragną. 
Czyżby miał mnie za ostatnią idiotkę? – pomyślała. Czyżby całował mnie 

i uwodził po to tylko, żebym przestała rozsądnie myśleć?

–   Nie.   Ty   chcesz   im   sprzedać   to,   czego   najbardziej   pragną.   –   Laura 

chwyciła torebkę i opuściła pokój. – A to jest ogromna różnica. 

Tim   długo   jeszcze   wpatrywał   się   w   drzwi,   które   z   hukiem   za   sobą 

zamknęła. 

background image

Rozdział szósty

– Czy mam ci ten prezent zapakować, Mikołaju?
Młody   sprzedawca,   choć   wyraźnie   zmęczony   ośmiogodzinnym   dniem 

pracy,   uśmiechnął   się   na   widok   niecodziennego   klienta.   Pomysł   pakowania 
prezentu dla świętego Mikołaja bardzo go śmieszył. 

– Słucham?... O, tak, proszę zapakować. 
Kiedy ekspedient zawijał kolejkę elektryczną w błyszczący jasnozielony 

papier, Tim błądził myślami gdzie indziej. Po pracy natychmiast udał się do 
sklepu z zabawkami. Wiedział, że jeśli najpierw pójdzie się przebrać, nie zdąży 
przed zamknięciem sklepu. W niedzielę wszystko zamykano wcześniej. 

Mężczyzna   bezskutecznie   próbował   usunąć   z   pamięci   wspomnienie 

wzroku   Laury   w   chwili,   kiedy   oburzona   opuszczała   jego   mieszkanie.   W   jej 
oczach było coś, co budziło w nim poczucie winy, choć wiedział, że nic złego 
nie zrobił. Ostatecznie prowadził tylko badania rynku, jedno z wielu tego typu 
badań, a poza tym rozpierała go uzasadniona duma, gdyż sondaże w wykonaniu 
jego firmy były bardziej wnikliwe i miarodajne niż większość innych. 

Kiedy   sprzedawca   wręczył   mu   olbrzymie   pudło,   Tim   podziękował 

skinieniem   głowy.   Kiedy   tylko   przekroczył   próg,   ekspedient   natychmiast 
zamknął   sklep.   Tim   popatrzył   w   stronę   domu   towarowego   Mattingly’ego. 
Magazyn   również   był   już   zamknięty   na   głucho.   Mężczyzna   westchnął   i 
popatrzył w dół, na swój kostium. Uśmiechnął się pod nosem. Może to i dobrze, 
że jestem w tym stroju, pomyślał. Laura może złościć się na Tima Holta, ale 
nigdy nie na świętego Mikołaja. 

Kiedy wchodził na parking, błysnęła mu myśl, że tak naprawdę gniew 

dziewczyny   skierowany   był   nie   przeciw   niemu   czy   przeciw   jego   pracy   w 
przebraniu świętego Mikołaja. Wylała po prostu gromadzący się w niej latami 
żal do ojca Robbie’ego, który tak okrutnie zadrwił z ufnej dziewiętnastolatki. 

Po raz pierwszy w życiu Tim czuł, że ogarnia go szewska pasja, paląca 

nienawiść, chęć pobicia kogoś. Laura była młodziutką, niewinną, beznadziejnie 
zakochaną kobietą. Wszystkie jej ideały i nadzieje zniszczył ten gruboskórny 
cham, który był na dodatek zbyt głupi, żeby zrozumieć, jaki skarb podarował 
mu los. 

Na szczęście dla mnie, dodał w myślach Tim. 
Podszedł do swego  auta i otworzył bagażnik. Pudło z kolejką położył 

obok kabli do akumulatora. Uśmiechnął się ciepło na ich widok, poklepał je i 
zatrzasnął bagażnik. 

Mimo   nieszczęścia,   jakie   ją   spotkało,   Laura   nie   stała   się   zgorzkniałą 

kobietą. Oczy miała jasne, świetliste, bez śladu owej rezygnacji, jaka czai się 
przeważnie   w   źrenicach   ciężko   doświadczonych   ludzi.   To   jej   oczy   właśnie 
wywarły na Timie tak piorunujące wrażenie. Oczy i pełen ciepła uśmiech, jaki 

background image

miała   na   twarzy   tuląc   do   siebie   Robbie’ego   w   dniu,   kiedy   ujrzał   ją   po   raz 
pierwszy. 

Pociągnął na szczęście swoją białą brodę, przekręcił kluczyki w stacyjce i 

pełen dobrych myśli ruszył w stronę domu Laury. 

Melodyjny dźwięk dzwonka przy drzwiach zaskoczył Laurę. Było już po 

dziewiętnastej.   Wiedziała,   że   o   tej   porze   nikt   ich   nie   powinien   odwiedzić. 
Mieszkający   w   okolicznych   domach   sąsiedzi   byli   na   tyle   grzeczni,   że   w 
niedzielę nie narzucali się ze swym towarzystwem. 

Potarła kark i uniosła głowę znad książki. Stół w jadalni zarzucony był 

papierami. Tego dnia Laura z różnych względów nie chciała być sama. Tęskniła 
za   towarzystwem,   pragnęła   obserwować   bawiącego   się   synka,   słuchać 
krzątaniny matki, która w kuchni przygotowywała kolejny świąteczny specjał. 
Dlatego też zabrała ze swego małego pokoiku, który służył jej za pracownię, 
stos papierów i przeniosła się do jadalni, gdzie mogła jednocześnie pracować i 
być   w   centrum   wydarzeń.   Jadalnia   łączyła   się   zarówno   z   kuchnią,   jak   i   z 
salonem, i dziewczyna miała stamtąd doskonały widok na Robbie’ego, który 
leżąc   na   brzuchu   na   podłodze   bawił   się   żołnierzykami.   Laura   natychmiast 
zorientowała   się,   że   jego   armia   kieruje   zmasowany   ogień   na   znienawidzoną 
sztuczną choinkę. 

Dzwonek u drzwi zadzwonił ponownie. 
– Mamo, spodziewasz się gości? – spytała. 
Z kuchni, wycierając ręce w fartuch, wyszła Janka. 
– Czy szę szpodziewam? Może. 
Laura potrząsnęła  głową. Jej  matka,  kiedy  już raz coś  sobie umyśliła, 

dążyła do celu ze ślepym uporem, nie zważając na nikogo i na nic. 

– Mamo, już ci mówiłam, że po tym, jak popędziłam Timowi Holtowi 

kota, drugi raz się u nas nie pojawi. 

Laura obserwowała, jak starsza kobieta otwiera drzwi. Janka uśmiechnęła 

się, postąpiła krok do tyłu i do mieszkania wkroczył Tim. 

– Najwyraźniej zbyt szłabo popędziłaś mu tego kota – oświadczyła Janka, 

uśmiechając się promiennie do gościa. 

Tim   ponownie   odniósł   wrażenie,   że   trafił   do   Krainy   Czarów.   Był   to 

zresztą   tylko   jeden   z   powodów,   dla   których   tak   polubił   ten   dom.   Jedno 
zachęcające   spojrzenie   Janki   odbudowało   natychmiast   całą   jego   nadwątloną 
odwagę. Zrekompensowało również niezbyt miły widok gniewnej zmarszczki 
na czole Laury. 

–   Dobry   wieczór.   Mam   nadzieję,   że   nie   przeszkadzam   –   powiedział 

ściągając perukę i brodę. Ujrzał Robbie’ego, który podniósł się z podłogi i z 
uwagą patrzył na ogromne pudło pod pachą gościa. 

Laura nie dostrzegła paczki. Widziała jedynie Tima. 
– Po co tu przyszedłeś? – spytała. 

background image

Janka zamknęła drzwi i wprowadziła Tima do salonu. 
– Lauro, to brzydko i niegrzecznie. 
–   Nie,   dlaczego,   pani   Lekawski.   Ma   prawo   zapytać.   Przyniosłem 

Robbie’emu coś, co może sprawi, że sztuczna choinka wyda mu się ładniejsza. 

Robbie,   który   od   początku   liczył   na   jakąś   niespodziankę,   szeroko 

otworzył oczy. 

Laura   szybko   przeszła   przez   pokój.   Gniew   z   poprzedniego   wieczora 

wrócił z całą siłą. 

– Kolejne badania rynku?
– Dzisiaj jest niedziela i już nie pracuję. 
– Więc chyba straciłeś sens życia – odparła zjadliwie. Sprzeczkę przerwał 

Robbie, który bezceremonialnie wyjął Timowi spod pachy pudlo. Dzieciak aż 
ugiął się pod jego ciężarem. 

– Co to jest?
Tim chwycił pakunek z drugiej strony i wspólnymi siłami położyli go na 

podłodze. 

– Kolejka elektryczna – wyjaśnił. – Puścimy ją wokół choinki. – Wskazał 

palcem nie przystrojone jeszcze  drzewko. Zastanawiał się chwilę, czy  Laura 
pozwoli mu wziąć udział w ubieraniu choinki. 

– Czy... czy mogę już teraz otworzyć? – spytał chłopiec. Z emocji aż się 

zająknął. 

–   To   świetny   pomysł.   –   Nie   zdążył   jeszcze   dokończyć   zdania,   a   w 

powietrzu zaczęły latać strzępy zielonego papieru. Tim roześmiał się. Entuzjazm 
Robbie’ego przypomniał mu jego własne dzieciństwo. 

Już  sam  wygląd  opakowania  mówił,  że  zabawka  jest  droga. Laury  na 

pewno nie byłoby na nią stać. 

– I tą kolejką chcesz do mnie dojechać? – wysyczała, zbliżając się do 

Tima. 

Dla   swoich   celów   potrafi   wykorzystywać   nawet   dzieci,   myślała   z 

wściekłością. To już ustaliliśmy. Nie pozwolę, żeby traktował mojego synka jak 
pionek na swojej szachownicy. 

Ale   przede   wszystkim   miała   do   Tima   żal   o   to,   że   pozbawił   ją 

przyjemności podarowania Robbie’emu jego wymarzonej zabawki. 

Natychmiast jednak, widząc wyraz twarzy synka, opamiętała się. Poczuła 

wyrzuty   sumienia   za   swoją   małostkowość.   Czy   to   ważne,   od   kogo   dziecko 
dostało zabawkę? Chłopiec był szczęśliwy i tylko to się liczyło. 

Siłą woli stłumiła to pierwsze, cieplejsze uczucie, które zalęgło się na 

dnie jej serca. Tim grał nieuczciwie!

– Nie. – Mężczyzna schylił się i zaczął zbierać porozrzucane papiery. – 

Chcę dojechać tylko do Robbie’ego. A wtedy może i ty wyruszysz w podróż. 

Janka zgrabnie odebrała od niego pogniecione strzępy papieru. 

background image

– Pewnie, że wyruszy. 
I   znów   rozmawiają   o   mnie,   jakbym   była   wystawionym   na   sprzedaż 

towarem, pomyślała z furią Laura. 

– Mamo, nie... 
– Lauro. – Tim zbliżył się do dziewczyny. – Słuchaj matki. 
Mając przeciwko sobie aż trzy osoby, uniosła bezbronnie ręce. 
– Poddaję się!
Tim przesłał jej wesoły uśmiech, któremu Laurze coraz trudniej było się 

opierać. 

– No, nareszcie! – wykrzyknął nieco teatralnie. 
– Musisz mi pomóc – odezwał się Robbie wskazując transformator. Na 

podłodze walało się już kilka wagoników, lokomotywa i niezliczone odcinki 
szyn. 

Tim   odłożył   na   bok   brodę   i   perukę,   rozpiął   kurtkę   i   przesunął   nieco 

sztuczny brzuch. Potem rozsiadł się po turecku na dywanie. 

Czuje się jak u siebie w domu, pomyślała ze złością Laura, starając się 

wzbudzić w sobie jeszcze większy gniew. Kątem oka dostrzegła triumfujący 
uśmieszek na twarzy matki. Ciężko westchnęła, usiadła za stołem w jadalni i 
wróciła do przerwanej pracy. 

Tim złożył dwa kolejne odcinki szyn i dołączył je do reszty gotowych już 

torów. 

– Ostatni raz czymś takim bawiłem się jako dziecko. Tak naprawdę – 

pochylił się konfidencjonalnie do Robbie’ego – to wolno mi było tylko patrzeć. 
Całą frajdę z zabawki zagarnęli dla siebie mój tata i starsi bracia. 

– Ja nie mam tak dużej rodziny – odparł rzeczowo Robbie. – Mam tylko 

mamę i Nanę. – Wręczył dorosłemu kolejny odcinek szyn. – Ale pozwolę ci się 
ze mną bawić. 

Tim stłumił uśmiech. 
– Dzięki, kolego – powiedział biorąc do ręki kolejny odcinek torów. 
Potem dzieciak zajął się wagonikiem służbowym. Odkrył, że otwierają się 

w nim drzwi. Zachwycony roześmiał się na głos. 

–   Jak   na   kogoś,   kto   udaje   świętego   Mikołaja,   jesteś   bardzo   fajny   – 

oświadczył z powagą. 

Tim popatrzył na niego badawczo. 
– A co musiałby dać ci święty Mikołaj, żebyś w niego uwierzył?
Robbie wzruszył ramionami i odgarnął z czoła kosmyk włosów. 
–   Tatusia   –   szepnął,   spoglądając   z   niepokojem   w   stronę   matki. 

Zadowolony, że go nie usłyszała, dodał: – I śnieg. Dużo śniegu na Wigilię. – 
Westchnął rozmarzony wspomnieniami. – Dużo śniegu wokół domu. Tak, jak to 
było zeszłego roku na Boże Narodzenie. Sypało przez całe dwa dni. 

W   głosie   chłopca   brzmiał   głęboki   żal,   ale   Tim   nie   mógł   na   to   nic 

background image

poradzić. Mógł co najwyżej – i chciał – spełnić pierwsze życzenie chłopca. 

– Prosić Mikołaja, żeby dał ci tutaj śnieg, to bardzo wygórowane żądanie, 

Robbie. 

– Nie dla świętego Mikołaja. Jeśli oczywiście on istnieje. 
– Popatrzył na siedzącego obok mężczyznę i szybko dodał:
– Ale święty Mikołaj nie istnieje, więc nie mamy o czym mówić. 
Podał Timowi kolejny odcinek szyn. 
–   Teraz   potrzebuję   zakrzywionego   –   odparł   mężczyzna   wskazując 

stosowny element. – Żaden z małych chłopców, których znam, nie mówi tak jak 
ty. 

Robbie dotknął maleńkiego dzwoneczka na szczycie zielono-czerwonej 

lokomotywki. 

– Czy to dobrze?
–   Nie   jestem   pewien   –   odparł   szczerze   Tim.   Było   coś   bardzo 

przygnębiającego   w   małym   chłopcu   tak   zupełnie   pozbawionym   typowo 
dziecięcych marzeń. 

Robbie popatrzył na Tima z zainteresowaniem. 
– Czy znasz wielu małych chłopców? Tim szybko policzył w myślach. 
– Siedmiu. 
– To twoje dzieci?
– Nie, kuzyni. 
– Masz żonę?
Tim   mógłby   przysiąc,   że   w   głosie   chłopca   zabrzmiały   nutki   nadziei. 

Zastanowił się, czy Robbie zdaje sobie z tego sprawę. Popatrzył w stronę Laury. 
Choć   była   zajęta   pisaniem,   był   prawie   pewien,   że   dziewczyna   słyszy   każde 
wypowiedziane przez nich słowo. 

– Jeszcze nie. 
Laura wzięła głęboki oddech, wstała od stołu i ruszyła do kuchni. Co za 

dużo, to niezdrowo!

– Już mi wybaczyłaś! – krzyknął za nią Tim. 
– Zastanowię się nad tym – rzuciła przez ramię i wyszła z pokoju. 
Janka popatrzyła na córkę znad kipiącego na kuchni garnka, z którego 

dolatywała smakowita, ostra woń. 

– Co masz mu wybaczyć? – spytała. 
– Tysiąc różnych rzeczy. – Laura nieświadomie dotknęła opuszkiem palca 

ust   Janka   uśmiechnęła   się   pod   nosem   i   pokiwała   głową.   –   Udaje   świętego 
Mikołaja, żeby odkryć, czego dzieci najbardziej chcą na gwiazdkę. 

– Tak?... – Janka popatrzyła na córkę czekając, aż ta wyjaśni wreszcie, 

jakiej to straszliwej zbrodni dopuścił się Tim. 

– Nie rozumiesz? On drąży im mózgi. 
Janka zmrużyła oczy zastanawiając się, co tak bardzo niepokoi jej córkę. 

background image

– Drąży mózgi?
Laura westchnęła głęboko. 
– Zbiera informacje, których dostarczają mu nieświadome niczego dzieci. 

On później pisze raporty dla przedsiębiorstwa produkującego zabawki. 

Janka chwilę rozważała słowa córki. 
– A co w tym złego? Czyż dzieci nie powinny dosztawać takich rzeczy, 

jakich chcą, a nie śmiecie, z którymi potem nie wiadomo co robić?

–   Po   prostu   niczego   nie   rozumiesz!   –   wykrzyknęła   Laura   siadając   na 

najbliższym krześle. 

–   Przeciwnie   –   odezwał   się   nieoczekiwanie   Tim,   który   również 

zawędrował do kuchni. – Twoja mama rozumie to doskonale. – Puścił do Janki 
perskie oko i usiadł na krześle obok Laury. – Sprawa jest dużo głębsza niż same 
raporty.   Chodzi   o   to,   żeby   usunąć   z   rynku   buble,   żeby   produkować   rzeczy 
najlepsze, zabawki, które dzieciakom przyniosą prawdziwą radość. 

Mając Tima tak blisko siebie, Laura nie potrafiła zebrać myśli. Jego oczy 

były   zbyt   zielone,   zbyt   wiele   było   w   nich   uczucia.   Dziewczyna   odwróciła 
głowę. 

– Brzmi to tak, jakbyś poszukiwał lekarstwa na całe zło świata. 
–   Nie,   chcę   tylko   choć   trochę   przyczynić   się   do   uporządkowania 

bałaganu,   jaki   na   tym   świecie   zapanował.   Każdemu   to,   czego   najbardziej 
pragnie. – Położył dłonie na dłoniach dziewczyny. – Każdemu. 

Nie   spodobało   się   Laurze   to,   że   uczynił   ten   gest   tak,   jakby   była   to 

najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. A jeszcze mniej się jej podobało, iż pod 
wpływem tego dotyku ogarnął ją spokój, poczucie bezpieczeństwa. Skoro nie 
jest szczery, nie ma prawa tego robić, pomyślała. 

Nieoczekiwanie z pomocą przyszła jej, całkiem nieświadomie, matka. 
– Napijmy się tego. 
Zanurzyła   warząchew   w   garze   stojącym   na   kuchni   i   nalała   do   kubka 

czerwony,   parujący   napój.   Z   zachęcającym   uśmiechem   wręczyła   naczynie 
Timowi. 

background image

Rozdział siódmy

Widząc niepewny wyraz twarzy Tima, Laura wybuchnęła śmiechem. 
– Nie musisz tego pić. 
Mężczyzna spostrzegł, że Janka bacznie go obserwuje. A niech to diabli, 

wypiję, zdecydował. 

– Ależ z wielką przyjemnością tego skosztuję – oświadczył. 
Wypił łyk. Płyn był gorący i gorzkawy, ale niesmaczny. 
– Hmmm, co to takiego?
– Barszcz – poinformowała Janka. 
Tak, to wszystko wyjaśnia – pomyślał cierpko Tim. Popatrzył na Laurę. 
– Z czego to się robi?
Laura nie próbowała nawet ukryć rozbawienia. 
– Z buraków. 
– Aha. – Jego pierwszym odruchem było odstawić kubek jak najdalej od 

siebie. Ale ponieważ matka Laury nie spuszczała z niego wzroku, wmusił w 
siebie kolejny łyk. – Nie jest to takie złe. 

Zadowolona Janka klasnęła w dłonie. 
– Lubię cię, Timothy. Jesteś zabawka. Teraz już Laura parsknęła głośnym 

śmiechem. 

– Wydaje mi się, że mama chciała powiedzieć: zabawny. Janka jednak nie 

widziała w tym wszystkim problemu. 

– No właśnie. O to mi dokładnie chodziło. – Nalała kubek barszczu dla 

Laury. – Zabawka, zabawny, co za różnica. 

Takiej okazji Tim nie mógł przepuścić. Wypił barszcz, pochwalił, zatem i 

Janka, i Laura muszą go wysłuchać. 

– O to mi dokładnie chodzi. Istnieją różnice, które właśnie badamy. 
Laura wzięła od matki pełen kubek. Tim z zainteresowaniem obserwował, 

jak   dziewczyna   bierze   ogromny   łyk   barszczu.   Najwyraźniej   bardzo   jej 
smakował. Zdumiewająca kobieta! Ale zapewne barszcz pija od dziecka. 

Laura westchnęła. 
– Przyjmuję twój punkt widzenia. Ale tylko przyjmuję. Nic więcej. 
– Na początek dobre i to. – Zadowolony z siebie Tim wypił kolejny łyk. 

Niebawem   ze   wszystkim   się   oswoisz,   dodał   w   myślach   pod   adresem 
dziewczyny. 

Laura potrząsnęła głową, kiedy jej matka odwróciła się do piekarnika, 

żeby dopilnować wypieku swoich słodyczy. 

–   Czy   zawsze   jesteś   takim   optymistą?   –   spytała.   Uśmiechnął   się.   Od 

dziecka potrafił znaleźć we wszystkim jasną stronę. 

– Niepoprawnym. 
Laura też kiedyś taka była, dopóki życie nie dało jej surowej lekcji. 

background image

– I nikt ani nic dotąd cię nie otrzeźwiło?
– Pewnie. Wylano mi na łeb niejeden kubeł lodowatej wody. 
A zatem odbiera wszystkie sygnały, jakie do niego wysyłam, pomyślała 

Laura. Czemu więc nie daje mi spokoju? A może źle te moje znaki interpretuje? 
Może tak być. Na przykład... Nie, nie chcę nawet myśleć o tym, że odruchowo 
wysyłam sygnały dwojakiego rodzaju. Byłaby to groteska. 

Uniósł beztrosko ramiona, po czym je opuścił. 
–   Tak   czy   siak,   zawsze   szybko   wysychałem.   Wysychał.   Zużyty   i 

wydrążony. Tak właśnie ona się czuła, kiedy Craig wsunął jej do ręki pieniądze 
i całkowicie znikł z horyzontu. Nigdy później nawet nie zainteresował się, czy 
urodziła dziecko, czy też usunęła ciążę, co jej z całego serca doradzał. 

Laura ponuro spoglądała w kubek. W ciemnym płynie odbijało się światło 

lampy. 

– Pewne rzeczy mogą zdarzyć się tylko raz i potem już nigdy nie będzie 

tak samo. 

Tim chciał ująć jej dłoń, ale dziewczyna kurczowo zaciskała palce na 

kubku. Jeszcze nie była gotowa. Ale Tim święcie wierzył, że to ulegnie zmianie. 

– Czasami może być nawet lepiej – powiedział cicho. 
– Tim! – Z pokoju dobiegł zniecierpliwiony głos Robbie’ego. – Musisz 

mi pomóc. 

–   Nie   tylko   tobie   –   mruknął   mężczyzna   spoglądając   Laurze   prosto   w 

twarz. – Zaczekaj, już idę. 

Cóż on miał na myśli? Nie tylko tobie? Czyżby próbował powiedzieć mi, 

że i ja potrzebuję pomocy, a on jest gotów mi jej udzielić? No cóż, wcale jej nie 
potrzebuję, pomyślała Laura. Jest mi dobrze tak, jak jest. 

Posiedziała w kuchni jeszcze chwilę, po czym wstała od stołu. Zostało jej 

jeszcze trochę pracy. Wzięła głęboki oddech i wkroczyła do jadalni. 

Tim siedział na podłodze i kończył składać wielki, metalowy okrąg szyn, 

ciągnących   się   wokół   choinki.   Obok   kręcił   się   z   rozpaloną   twarzą   Robbie, 
gotów wykonać każde polecenie mężczyzny. 

Zasiadła do papierów. Ale wyrazy skakały jej przed oczyma. Żadne słowo 

nie miało sensu. Porządek jej życia zawalił się. 

Wcale nie chciała polubić Tima. Polubić go znaczyło odsłonić się, a to z 

kolei powodowało konsekwencje, których gorycz nie była jej obca. Słabo znała 
mężczyzn i zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że nie może ufać swojemu 
wyborowi. A gdyby zaryzykowała, w grę wchodziłyby nie tylko jej uczucia. 
Istniał  przecież  Robbie.   Nie  chciała,  żeby   ktoś  go  skrzywdził,  żeby   dziecko 
zaangażowało się w coś, co w końcu, z tego czy z innego powodu, rozwieje się 
jak dym. 

Była to gra o wysoką stawkę; gra, w której kiedyś już wzięła udział i 

przegrała. Tak samo mogło się stać i teraz. 

background image

– Wygląda na to, że szę dogadali – szepnęła Janka. Zaskoczona Laura 

uniosła głowę. Zatopiona w myślach nie zauważyła, że obok niej stanęła matka. 

– Tak, dogadali się. 
Nie   było   sensu   zaprzeczać   temu   oczywistemu   faktowi.   Ale   czy   tak 

naprawdę było? I czy taki stan trwałby długo?

Przynajmniej w tym punkcie jesteśmy zgodne, pomyślała Janka. Reszta 

przyjdzie z czasem. 

–   Czasz   do   łóżka,   Robbie.   –   Janka   zaklaskała   w   dłonie.   Dzieciak 

popatrzył na babcię z miną zbitego psa. 

– Ojejku, naprawdę muszę?
Laura zauważyła, że syn zwraca się z prośbą nie do niej, nie do babci, ale 

do Tima. A to już zaczynało być groźne. 

– Kochanie, jutro masz szkołę. 
–   Mamusiu,   jeszcze   tylko   pięć   minut   –   prosił   Robbie.   –   Już   prawie 

podłączyliśmy   trans...   trans...   –   popatrzył   rozpaczliwie   na   Tima,   szukając   u 
niego pomocy w trudnym słowie. 

– Transformator. 
– Właśnie to – zakończył chłopiec. – Tak bardzo chciałbym zobaczyć, jak 

kolejka jeździ. Proszę, mamo, dobrze?

Tim, ze śrubokrętem w dłoni, popatrzył w górę na Laurę. 
– Pięć minut niczego chyba nie zmieni, prawda?
To już zaczynało zakrawać na kpinę. Od dwóch dni, kiedy w jej życiu 

pojawił   się   Tim,   za   każdym   razem,   kiedy   postanawiała   być   nieustępliwa   – 
miękła. Nie, zdecydowała. To musi ulec radykalnej zmianie. Ale ten ostatni raz 
chyba mogę jeszcze powiedzieć „tak". 

– Ale tylko pięć minut. 
Tim zasalutował jej śrubokrętem. 
– Pod taką presją wykonam pracę najlepiej, jak umiem. Laura wolała się 

nie dopytywać, co przez to rozumie. 

Pięć minut zamieniło się w dziesięć, a dziesięć – w kwadrans. 
Janka siedziała na kanapie, obserwując dorosłego i dziecko, i aż w duszy 

jej   grało.   Kiedy   ostatecznie   wszystko   podłączyli,   Tim   pozwolił   Robbie’emu 
włączyć   zasilanie,   a   następnie   stopniowo   zwiększyć   prędkość.   Staroświecki 
pociąg,   złożony   z   pięciu   wagonów,   wagonu   służbowego   i   dymiącej 
prawdziwym dymem lokomotywy, ruszył w drogę dookoła choinki. 

– Bomba!
–   Tak,   bomba   –   przyznał   Tim,   bardziej   zadowolony,   niż   się   tego 

spodziewał. 

Laura siłą woli tłumiła w sobie radość, jaką napełniał ją widok lśniących 

oczu synka, ponieważ ostatecznym źródłem tej radości był Tim. Ale w końcu 
musiała dać za wygraną. 

background image

– W porządku, panie inżynierze – powiedziała Janka wstając z kanapy. – 

Pora do łóżka. 

Zdecydowanie wzięła wnuka za rękę i ruszyła do wyjścia. 
– Dziękuję! – zdążyło jeszcze krzyknąć pod adresem Tima dziecko. 
– Nie ma za co. 
–   Przyjdziesz   jutro?   –   spytał   nieoczekiwanie   Robbie   przystając   na 

schodach. 

– Postaram się – obiecał Tim. 
O nie, wszystko, tylko nie to, solennie obiecała sobie Laura. 
Udając, że całą uwagę skupia na pracy, ignorowała obecność Tima. 
Czemu   jeszcze   nie   wychodzi?   –   myślała.   Siedzi   sobie   na   podłodze   i 

majstruje przy szynach. Po tym, co wydarzyło się w jego mieszkaniu, Laura nie 
chciała przebywać z nim sam na sam,  nawet jeśli na piętrze był jej synek i 
matka.   Czuła,   że   narasta   w   niej   napięcie,   niczym   gromadząca   się   w 
kondensatorze elektryczność. 

Tim podniósł się z podłogi i podszedł do Laury. Nie mogąc już dłużej nie 

zauważać jego obecności, uniosła znad papierów głowę. 

– Dziękuję za kolejkę – powiedziała. 
– A widzisz, miałem rację. Laurę zatkało. 
– Słucham?
Skinął głową i wyjął jej z dłoni pióro. Oddała mu je bez oporu. 
– Właściwy prezent, właściwe dziecko. 
– A ty wciąż o swoich badaniach rynku. 
– Nie, oczyszczam się z zarzutów. – Kiedy ujął jej rękę, zauważył, że 

dziewczyna ma palce zimne  jak lód. Pojął, jak bardzo jest zdenerwowana, i 
ogarnął go nagły spokój. 

Uśmiechnął się. Idealnie się uzupełniali. 
– Nie jestem, Lauro, jakimś wysysającym dziecięce mózgi wampirem, jak 

mnie wczoraj określiłaś. 

Laura poczuła, że ma suche gardło. 
–   Musisz   mnie   zrozumieć.   Nie   cierpię   kłamstwa   i   obłudy   w   żadnej 

formie. – Pragnęła, żeby serce przestało jej tak mocno bić. 

– To rozumiem. – Tim powolnym ruchem przeciągnął dłonią po policzku 

dziewczyny. 

Wbrew własnej woli zamknęła oczy. Wszystko to działo się wbrew jej 

woli. 

– Hmmm, nie powinieneś przypadkiem być już w domu?
– Nie. 
Słowo to zdawało się pieścić jej skórę – czule, delikatnie. 
–   Twój   raport...   –   Łapała   się   już   każdego   argumentu.   Zdawała   sobie 

sprawę z tego, że jeszcze chwila, a straci nad sobą kontrolę. 

background image

– Nie ma pośpiechu. Sam go przepiszę. – Było to niewinne kłamstwo, ale 

w grze o tak wysoką stawkę całkiem wybaczalne. – Bardzo szybko piszę na 
maszynie.   –   Pisał   czterema   palcami.   –   Więc   jeśli   zajdzie   taka   potrzeba, 
spokojnie dam sobie radę. 

Poczuła wyrzuty sumienia, zwłaszcza teraz, kiedy Tim okazał tyle serca 

Robbie’emu. 

– Jeśli chcesz, mogę ten twój raport wprowadzić do komputera. 
Nie   wierzyła,   że   to   ona   wypowiedziała   te   słowa.   Przecież   nie   miała 

najmniejszego zamiaru niczego przepisywać. 

– Bardzo bym chciał. 
Ujął w dłonie jej twarz i skierował ku swojej. Przez ciało Laury przeszła 

fala ukropu. 

– Tim, proszę. 
Gładził delikatnie, uspokajająco i podniecająco jej policzki. 
– Cicho. Nic nie mów. Pocałował ją. 
Tym razem Laura była już gotowa. Tym razem wiedziała, co się wydarzy. 

Tym razem... 

Świat eksplodował. 
Nie można było porównać tych dwóch pocałunków. W mieszkaniu Tima 

nie czuła namiętności – ani u siebie, ani u niego. 

Teraz było inaczej. Tłumione od tak dawna pasja i namiętność zalały ją 

nagłą falą. Jej usta były głodne jego ust w równym stopniu, jak jego jej. Zdjął 
dłonie z twarzy dziewczyny. Czuła dotyk jego palców sunących po plecach, 
czuła,   że   sama   zanurza   dłonie   w   jego  włosach,   że  jeszcze   mocniej   przytula 
mężczyznę do siebie. Świat, a właściwie jego resztki, które zostały po eksplozji, 
zamienił się w jakąś olbrzymią otchłań pełną żaru, barw i nieprawdopodobnych 
snów. 

Pocałunek, zdawało się, trwał całą wieczność. 
A i tak skończył się za szybko. Każdy centymetr jej ciała domagał się 

więcej. Łaknął Tima. 

Wystraszyło   to   Laurę   śmiertelnie.   Długą   chwilę   trwało,   nim   zdołała 

wykrztusić przez ściśnięte gardło:

– Naprawdę, proszę, nie rób tego więcej. 
Tim milczał. Spoglądał tylko na nią badawczo i poważnie. W końcu nie 

potrafiła dłużej znieść tego wzroku. 

– O co chodzi?
– O nic. Wydawało mi się, że powiedziałaś, że nie cierpisz oszustwa w 

jakiejkolwiek formie. 

Laura   zaczerwieniła   się.   Te   ostatnie   słowa   wzbudziły   w   niej  złość   na 

Tima. Głównie dlatego, że ponownie wzbudził w niej takie emocje. Odwróciła 
się od niego plecami. 

background image

– Nie pozwolę, żeby kierowały mną hormony. Albo zaślepienie. 
– Wcale tego od ciebie nie wymagam. – Sięgnął po kurtkę i włożył ją. – 

Wymagam   tylko,   żebyś   podchodziła   do   tego   wszystkiego   logicznie,   tak   jak 
nakazuje zdrowy rozsądek. 

Odwróciła się na pięcie i wlepiła w mężczyznę wzrok. Cóż on nowego 

wykombinował? – pomyślała. 

– Słucham?
Zapiął kurtkę świętego Mikołaja. Bez sztucznego brzucha wisiała na nim 

niczym namiot. 

–   To,   co   słyszałaś.   Twoja   matka   polubiła   mnie.   Myślę,   że   Robbie 

również.   –   Podniósł   sztuczną   brodę,   czapkę   oraz   perukę   i   położył   je   na 
sztucznym   brzuchu,   którym   wszystko   to   owinął.   Podniósł   pakunek   i   zajrzał 
Laurze głęboko w oczy. – Teraz zostajesz tylko ty. 

–   Tak,   tylko   ja.   –   Wciągnęła   w   płuca   powietrze,   dodając   sobie   tym 

odwagi. – Ale ja chcę, żebyś zostawił mnie w spokoju, Tim. Przeszłam zbyt 
wiele. I nawet w przypadku, gdybym... – uświadomiła sobie swój błąd, kiedy 
było już za późno. 

– Gdybyś co? – spytał podchodząc do niej. Westchnęła ciężko. 
– Nie mogłabym, nawet gdybym chciała. 
Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Może wiec teraz zostawi mnie w spokoju, 

pomyślała. Ale widząc wyraz jego twarzy Laura pojęła, że do końca oblężenia 
jest jeszcze bardzo daleko. 

– Zobaczymy. – Złożył na jej ustach delikatny pocałunek, przeciągając go 

tylko   o   sekundę.   Ale   to   wystarczyło,   żeby   zrozumiał,   jak   na   Laurę   działa. 
Niebawem,   obiecał   sobie.   Niebawem!   –   Powiedz   ode   mnie   swojej   matce 
dobranoc. 

– Dobrze, pożegnam ją od ciebie. 
– Nie pożegnasz. Powiesz jej dobranoc – poprawił kładąc dłoń na klamce. 

– To duża różnica. 

Po tych słowach wyszedł. Różnica. Tak, tego Laura bała się najbardziej. 

Przyłożyła dłoń do piersi, w której serce biło jak oszalałe. I znów zachowuję się 
jak nastolatka, pomyślała. 

background image

Rozdział ósmy

Minęło   niewiele   ponad   trzy   tygodnie   od   chwili,   kiedy   Laura   po   raz 

pierwszy zobaczyła tę brodatą twarz i zajrzała w zielone oczy, zielone niczym 
roziskrzone jezioro we Florida Keys. 

Tylko trzy tygodnie!
I oto w ciągu tak krótkiego czasu Tim stał się nieodłączną częścią prawie 

każdego   dnia   Laury.   Dokładniej   –   każdego   wieczoru.   Ponieważ   całe   dnie 
wypełniała mu praca, raport trzeba było pisać wieczorami. Czując się niezbyt 
swobodnie   w   mieszkaniu   Tima,   Laura   zaproponowała,   żeby   pracę   dla 
Imagination Toys wykonywać u niej. 

Przystał na to z ochotą. Dawało mu to świetny pretekst, żeby codziennie u 

niej   bywać.   A   Janka   instynktownie   wiedziała,   kiedy   należy   zostawić   ich 
samych. 

Laura usłyszała śmiech dobiegający z salonu, gdzie Robbie z Timem od 

dwóch godzin ubierali choinkę. Miała wrażenie, że Tim specjalnie wynajduje 
bez przerwy "jeszcze jeden element" do raportu. A to nowy grafik, a to nowa 
interpretacja... 

–   Lauro!   –   zawołał   mężczyzna   tak   poufale   jak   ktoś,   kto   osiągnął 

zamierzony cel, a teraz umacnia tylko swoje pozycje. 

Popatrzyła na barwne punkty na ekranie komputera i wznosząc oczy do 

góry poprosiła niebiosa o więcej cierpliwości. 

– Słucham?
– Chodź do nas – powiedział przymilnie. – Tracisz kapitalną zabawę. 
Chyba nie tylko zabawę, dodała w duchu. 
– Muszę skończyć przepisywanie twojego raportu. – Laura wiedziała, że 

zachowuje się jak stara złośnica, ale zdawała też sobie sprawę z tego, że to 
jedyna rozsądna taktyka wobec Tima. 

Ten zajrzał właśnie do jej pokoiku. Z palców sypał mu się srebrzysty 

proszek,   którym   ozdabiał   gałęzie   świątecznego   drzewka.   Srebro   zalśniło 
odbitym światłem rzucanym przez lampę. Oparł się biodrem o framugę drzwi i 
spoglądał na Laurę z uśmiechem. Miał na sobie normalne ubranie i dziewczyna 
zatęskniła naraz za jego absurdalnym przebraniem świętego Mikołaja. Był zbyt 
atletycznie   zbudowany,   zbyt   niebezpieczny.   W   ciemnozielonym   pulowerze, 
włożonym na bawełnianą koszulę koloru khaki, stanowił poważne zagrożenie 
dla spokoju umysłu Laury. 

– Mam czas do końca roku, dokładnie do piątego stycznia. Pół godziny 

cię nie zbawi. 

Zbawi, zbawi, pomyślała zaciekle Laura. Zwłaszcza przed tobą, skoro te 

pół godziny miałabym spędzić w twoim towarzystwie. 

Już teraz poświęcała za dużo czasu na rozmyślania o nim, wyczekiwanie 

background image

na dźwięk jego kroków, marzenia o ciepłym, serdecznym uśmiechu, z którym 
tak mu było do twarzy. 

Do twarzy też mu było w przebraniu świętego Mikołaja. 
Obok Tima pojawił się Robbie. W obu garściach zaciskał lśniące srebrem 

pasemka anielskiego włosa. Przybranie znaczyło również drogę chłopca, którą 
przebył po dywanie. 

– Chodź, mama, poubieraj z nami choinkę. 
No cóż, przez te pół godziny chyba mnie nie zje, pomyślała cierpko. I tak 

spędziłabym ten czas z Robbie’em. Ta nie moja wina, że przyplątał się również 
Tim. 

Wstała   od   biurka.   Nacisnąwszy   kilka   klawiszy   wprowadziła   dane   do 

twardego dysku. Przykryła komputer. 

Tim popatrzył na Robbie’ego. Mężczyzna i dziecko wymienili pobłażliwe 

uśmiechy. 

– Nie bardzo się zna na ubieraniu choinek, prawda? – spytał Tim. 
– Ona... ona jest w porządku... jako mama – odparł lojalnie Robbie. 
Ponieważ Laura nie ruszała się z miejsca, Tim zaszedł ją od tyłu, położył 

lśniące srebrnym proszkiem dłonie na jej plecach i delikatnie popchnął w stronę 
drzwi. 

– Pokażemy ci, jak należy ubierać choinkę – oświadczył. 
– Hurra!
Oczy   Robbie’ego   zalśniły   radosnym   blaskiem.   Trzymał   się   cały   czas 

blisko matki, jakby bał się, że w ostatniej chwili im ucieknie. 

Laura nie mogła nie zauważyć szczęścia malującego  się na twarzy jej 

synka. Od chwili kiedy Tim wszedł w nasze życie, Robbie odmienił się nie do 
poznania, pomyślała cierpko. 

Żołądek wypełniła jej nagle lodowato zimna kula. Muszę się cały czas 

mieć na baczności, upomniała się w duchu. 

Takie marzenia na jawie i naiwne nadzieje mogą doprowadzić do tego, że 

znów uwierzę w rzeczy, w które wierzyłam kiedyś, i z powodu których zostałam 
wystrychnięta na dudka! Ale drugi raz tak się już nie stanie!

–  A   teraz  patrz   i  ucz   się   –   powiedział  Tim,   świadom  tego,   że   wyraz 

twarzy Laury uległ lekkiej zmianie. Zastanawiał się, co było tego powodem. – 
Robbie, ognia!

Dzieciak nabrał całą  garść  srebrnego proszku i cisnął  nim w choinkę. 

Następnie obszedł drzewko i rzucił z drugiej strony. Trochę pyłu osiadło na 
gałązkach, lśniąc jaskrawo w elektrycznym świetle lampy. Ale ponad połowa 
wylądowała na dywanie, tworząc niewielkie plamy czystego srebra. 

– Dekorujecie choinkę czy dywan? – zwróciła się do Tima Laura. 
Mężczyzna roześmiał się i wplótł jej we włosy kilka pasemek anielskiego 

włosa. 

background image

– Dekorujemy wszystko, co się da. Zdjęła z włosów srebrzystą przędzę. 
– Dziękuję za ostrzeżenie. 
– Zawsze do usług. – Puścił do niej oko. Uśmiechnął się i Laura poczuła, 

że   serce   topnieje   jej   jak   wosk.   Tak   było   zawsze,   kiedy   Tim   się   do   niej 
uśmiechał. Rozklejała się równie łatwo jak koperty, które otwierała nad jednym 
z parujących imbryków swojej matki. 

– Czy ktoś ma ochotę na chruścik? – spytała Janka, wkraczając do pokoju 

z   tacą   pełną   pokrytych   cukrem   pudrem,   poskręcanych   ciasteczek,   jeszcze 
gorących. 

– Co proszę? – spytał Tim, wręczając Robbie’emu kolejną garść proszku. 
–   Chruścik   –   powtórzyła   powoli   i   wyraźnie   Janka.   Kiedy   podsuwała 

Timowi tacę, na jej twarzy gościł łobuzerski uśmiech. 

Tim wiedział już, że ryzykiem było próbować czegokolwiek w tym domu, 

ale ciasteczka akurat sprawiały wrażenie niegroźnych. 

– I ta kobieta ma kłopoty z angielską wymową? – zwrócił się zdumiony 

do Laury. On sam nie potrafił nawet zacząć nowo usłyszanego słowa. 

Gość ugryzł kawałek ciasteczka i twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech. Na 

ustach została mu odrobina cukru pudru. 

– To jest wspaniałe!
– A szpodziewałeś szę, że uraczę cię jakimś paszkudztwem? – zaperzyła 

się Janka. 

Zrobiła miejsce na małym stoliku i postawiła tacę. Robbie natychmiast 

wrzucił do pudełka srebrny proszek i żwawo zabrał się do faworków. 

– Musiałem chyba zupełnie stracić rozum – mruknął Tim wkładając do 

ust resztę chrustu. Nie był w stanie oprzeć się łakomstwu i sięgnął po następne 
ciasteczko,   tym   razem   w   kształcie   krawata.   –   Ale   wiecie   co?   Jak   tak   dalej 
pójdzie, nie będę potrzebował sztucznego brzucha do stroju Mikołaja. 

– Ja bym szę nie przejmowała. Masz brzuch płaszki jak sztół i twardy jak 

kamień. – Janka poklepała go po brzuchu, uśmiechnęła się i ruszyła do kuchni. – 
Ale zosztaw szobie jeszcze miejszce na piernik. 

– To będzie i piernik! – jęknął Tim. 
– Szpecjalny piernik – dobiegł z kuchni jej głos. 
Trudno było dąsać się na kogoś, kogo od pierwszego wejrzenia polubiła 

matka, kto sprawił, że Robbie jest tak szczęśliwy. Niewiele myśląc, Laura starła 
kciukiem odrobinę cukru z kącika ust Tima. 

Opuściła   natychmiast   rękę   świadoma,   że   mężczyzna   bacznie   się   jej 

przygląda. 

– Moja matka, kiedy widzi, jak pałaszujesz jej smakołyki, jest w siódmym 

niebie. 

Janka   wróciła   ze   złocisto-brązowym   ciastem,   które   zdążyła   nawet 

pokroić. 

background image

– Teraz to – oświadczyła stawiając tacę obok chrustu. Kiedy wręczała 

Timowi serwetkę, w kuchni zadzwonił „sklerotyk". Tim obawiał się, że na stół 
wjadą kolejne przysmaki. 

Kiedy Janka ponownie zniknęła w czeluściach kuchni, Tim położył na 

serwetce plasterek ciasta. Laura dla siebie wybrała najmniejszy kawałek. 

– Matka zawsze dodaje do piernika odrobinę rumu – wyjaśniła. 
–   Macie   zamiar   rozmawiać   czy   ubierać   choinkę?   –   spytał 

zniecierpliwiony Robbie. Otarł usta wierzchem dłoni, ścierając zaledwie połowę 
cukru, który przylgnął mu do warg. 

Laura podniosła serwetkę do ust. 
– Naturalnie że ubieramy choinkę. 
Z wielką uwagą wyjęła z pudełka kilka srebrnych pasm anielskiego włosa 

i   zaczęła   dekorować   wysoką   gałąź,   do   której   Robbie,   mimo   najszczerszych 
chęci, nie potrafi) dosięgnąć. 

Odwróciła się i ujrzała, że Tim z chłopcem obserwują jej poczynania z 

wyraźną dezaprobatą. 

– No, zrobione – oświadczyła. – Bardzo ładnie. 
Ale nie dla nich. 
Tim westchnął i potrząsnął głową. Sięgnął po kolejny kawałek piernika, a 

następnie   wyjął   z   pudełka   garść   srebrnego   pyłu.   Laura   obserwowała   go   z 
niepokojem. 

– Co chcesz zrobić? – spytała. 
– Będę cię uczył. 
O tak, rzeczy, których wcale nie mam zamiaru się uczyć, pomyślała. Na 

przykład jak tracić nad sobą kontrolę w jego obecności. 

Włożył jej w dłoń proszek. 
– O, właśnie tak – poinstruował ją. Mimo że oboje dobrze wiedzieli, jak 

działa na nich wzajemny kontakt, chwycił jej dłoń. 

A ja, głupia, sądziłam, że nikt już nie jest w stanie wzbudzić we mnie 

takich uczuć, pomyślała z goryczą Laura. 

Tylko niewiele proszku opadło na gałęzie. Prawie wszystko wylądowało 

na dywanie. 

– Chyba już wiem, o co chodzi – powiedziała Laura odsuwając się od 

Tima. Jej głos lekko drżał. Podobnie jak całe ciało. 

Tim roześmiał się. Kiedy wreszcie skapituluje? – pomyślał. 
– Też mam taką nadzieję. 

background image

Rozdział dziewiąty

Następny   wieczór   minął   zbyt   szybko.   Tim   jak   zwykle   pojawił   się   z 

kolejnymi,   ostatnimi   już   poprawkami   do   raportu   dla   Imagination   Toys. 
Następnego   dnia   była   Wigilia.   Koniec   ze   świętym   Mikołajem,   koniec   z 
badaniami rynku. Kiedy Tim wręczył Laurze nowe dane, dziewczyna bardzo 
sprawnie po raz ostatni przetworzyła raport. Robiąc to, czuła jakiś nieokreślony 
żal. 

Potem gotowy materiał został wydrukowany, a Tim, Laura, jej matka i 

Robbie zasiedli do spóźnionego obiadu. Zupełnie jak w normalnej rodzinie. Tak 
powinno być zawsze, myślał Tim. Gdyby tylko Laura okazała mi więcej serca. 

Zastanawiał   się,   czy   przypadkiem   nie   próbuje   dotrzeć   do   tęczy.   Ale 

spoglądając   przez   szerokość   stołu   w   oczy   Laury,   doszedł   do   wniosku,   że 
czasami można dotrzeć nawet i tam. 

Jeśli bardzo się tego chce. 
Lecz teraz zbliżał się czas rozstania. Obiecał rodzinie, że pojawi się na 

Wigilii. Stanowiło to rodzinną tradycję, szczególnie miłą jego sercu od czasu, 
kiedy interesy zawiodły go w inne strony kraju. W tej chwili jednak wyjątkowo 
niechętnie wybierał się do rodzinnego domu. 

Położył już prezenty pod choinką. Dla Janki pięknie tkany wełniany szal, 

dla Robbie’ego prom kosmiczny, a dla Laury złoty amulecik w kształcie figurki 
świętego Mikołaja. Nie pozostało już więcej nic do zrobienia. Powinien wstać i 
pożegnać się życząc wesołych świąt. 

Niechętnie ruszył w stronę drzwi wejściowych. Poruszał się tak wolno, 

jakby w żyłach miał nie krew, lecz gumę arabską. Nie chciał, by wieczór się 
skończył. Pod pachą niósł schludnie zapakowany w teczkę raport. 

– Och, zapomniałbym. – Sięgnął do kieszeni i wręczył Laurze czek. 
Dziewczyna popatrzyła nań ze zdumieniem. 
– Aż tyle?
Chciała mu go zwrócić, ale Tim cofnął rękę i pokręcił głową. 
– Nadgodziny – oświadczył po prostu. 
Janka koniecznie chciała wiedzieć, czy mężczyzna, który bywał u nich 

każdego wieczoru, pojawi się również w Wigilię. 

– Liczymy na ciebie – powiedziała, wręczając mu skórzaną kurtkę, którą 

przyniosła z przedpokoju. – Wydajemy szpore przyjęcie. Sząsiedzi, przyjaciele. 
To dla nasz duże święto. 

– Obchodzimy Wigilię tak, jak wy pierwszy dzień świąt – dodała Laura, 

kładąc dłonie na ramionach syna, zupełnie jakby ten gest miał zgasić niepokój, 
który drążył jej serce. 

–  Kiedyś   zawsze   tłumaczyłam  Robbie’emu,  że   do  nas  święty   Mikołaj 

przychodzi pierwszy, zanim jeszcze zacznie inne wizyty. 

background image

Robbie   strząsnął   z   ramion   ręce   matki.   Kolejka   pędziła   właśnie   przez 

tunel, który Tim zbudował tego wieczoru i chłopiec koniecznie chciał na to 
popatrzeć. 

– To było jeszcze  przed tym, zanim odkryłem,  że Mikołaja nie ma  – 

rzuciło przez ramię dziecko. 

Tim potrząsnął głową. 
– Ciągle w niego nie wierzysz?
Robbie popatrzył na imponującą makietę kolejki. Każdego wieczoru Tim 

przynosił coraz to nowe elementy: figurki kolejarzy, budynki, drzewa. Wszystko 
to   rozstawiano   obok   szyn.   Obecnie   Robbie   był   dumnym   właścicielem   całej 
wioski ze stacją kolejową. 

– Nie ma śniegu – odparł krótko. 
I   tatusia,   dodał   w   myślach   Tim.   Nie   wypowiedziane   słowo   zawisło 

między nimi ciężką ciszą. 

–   Wpadniesz   jutro,   prawda?   –   Janka   wspięła   się   na   czubki   palców   i 

poprawiła Timowi kołnierz kurtki. 

Mężczyzna   odwrócił   się   w   stronę   starszej   kobiety.   Tak   bardzo   nie 

chciałby sprawić jej zawodu. 

– Obawiam się, że nie. Zmarszczyła brwi. 
– Dlaczego?
– Mamo, on ma inne plany – wtrąciła spokojnie Laura, choć ona również 

czuła straszne rozczarowanie. 

No   i   widzisz,   strofowała   się   w   duchu.   Historia   się   powtarza: 

rozczarowanie, smutek, żal. Lepiej skończ z tym teraz, zanim pojawią się dużo 
większe kłopoty. 

– Jakie plany? – spytała nieustępliwa Janka. 
– Jutro po południu wyjeżdżam do domu rodzinnego. – Choć kierował te 

słowa do Janki, patrzył na Laurę. 

Jej to wcale nie obchodzi, czy będę z nią, czy nie, pomyślał gorzko. 
– Jadę do Santa Barbara. Tam już na mnie czekają. No, może nie wszyscy 

– poprawił się mając na myśli brata Sama. 

Sam   niedawno   się   ożenił   i   niewiele   obchodzili   go   inni,   z   wyjątkiem 

Eileen. Tim pragnął tego samego: tak się zakochać, żeby cały świat przestał być 
ważny.  Mógł  to przeżyć  z  Laurą.  Czuł  to  w  jej pocałunkach,  widział  w jej 
oczach, kiedy zdradzała się obserwując, jak bawi się z Robbie’em. 

Janka popatrzyła wyczekująco na Laurę, ale ta tylko skinęła głową, biorąc 

tłumaczenie   Tima   za   dobrą   monetę.   Starsza   kobieta   westchnęła.   Niektóre 
sprawy załatwić mogła jedynie sama Laura, i w takich przypadkach matka była 
bezradna. 

– Nie szkosztujesz moich pierogów – powiedziała. Tim uniósł brew. 
– Pierogi?

background image

–   Rodzaj   ravioli,   ale   z   kwaszoną   kapustą   –   wyjaśniła   automatycznie 

Laura. Roześmiała się. – To moje ulubione danie w pierwszy dzień świąt. 

Tim ujął dłoń Janki. 
– Mogłabyś kilka zostawić?
Janka uśmiechnęła się i skinęła głową. 
– Lubię tego chłopca, Lauro. 
Gdyby  mu   naprawdę  na  tym zależało,   znalazłby  sposób,  żeby   z  nami 

zostać,   błysnęła   Laurze   myśl.   Oto   kolejny   dowód   na   to,   że   moje   pierwsze 
odczucia były słuszne. Nie wolno ci się z nim wiązać. Po prostu nie jest tego 
wart. 

– O tym wszyscy doskonale wiemy, mamo. Janka odwróciła się do córki. 
– A ty?
Laurze   odpłynęła   z   twarzy   cala   krew.   Popatrzyła   rozwartymi   ze 

zdumienia oczyma na matkę. 

– Mamo!
Tim nie próbował nawet ukryć rozbawienia, ale wiedział, że najlepsze, co 

może zrobić, to zaoszczędzić Laurze dalszego zmieszania. 

– Muszę już iść. Mam kilka rzeczy do załatwienia. 
– Wstąpisz  jeszcze  do nas przed wyjazdem?  – spytała nieoczekiwanie 

Laura. 

Nie sądził, żeby był to dobry pomysł. Jeśli wstąpi, Janka zrobi wszystko, 

żeby został. A on tak bardzo pragnął z nimi zostać. 

– Nie jestem pewien... 
Laura   potrząsnęła   gwałtownie   głową,   przerywając   jego   nieporadne 

tłumaczenia. 

– Nieważne. Tak mi się wyrwało. Nie wiem, co mnie naszło. 
Tim   wziął   dziewczynę   w   ramiona.   Kątem   oka   dostrzegł,   że   Janka 

podeszła   do   Robbie’ego   i   zaczęła   rozmawiać   z   nim   o   elektrycznej   kolejce. 
Święta kobieta!

– Cieszę się, że to powiedziałaś. Laura nie miała siły go odepchnąć. 
– Byłeś bardzo dobry dla Robbie’ego. 
– Ale nie dla ciebie. – Czubkiem palca uniósł jej brodę. – Zajmiemy się 

tym zaraz po świętach. 

Pocałował   ją,   niepomny   obecności   w   pokoju   dwóch   innych   osób, 

niepomny na cały świat. Liczyła się tylko ta cudowna kobieta, którą kochał do 
szaleństwa. Choć musiał hamować namiętność, jaka ogarniała go, kiedy trzymał 
Laurę w objęciach, jej reakcja na jego pocałunek powiedziała mu wszystko, co 
chciał wiedzieć. 

No   cóż,   dumał,   wypuszczając   dziewczynę   z   objęć,   w   tym   punkcie 

wygrałem. Uśmiechnął się. Ostatecznie ciągle miał jeszcze cień szansy. 

– Zobaczymy się po świętach – obiecał. 

background image

– Wesołych Świąt. 
Nawet   z   mleczarzem   czy   dostawcą   ze   sklepu   warzywnego   potrafi 

rozmawiać serdeczniej, pomyślał. 

Zatrzasnęła za Timem drzwi. Natychmiast ogarnęło ją dręczące uczucie 

pustki i samotności. Przeklinała własną głupotę. 

Janka podniosła się ciężko z podłogi, gdzie wraz z wnukiem bawiła się 

kolejką, i obrzuciła Laurę karcącym wzrokiem. 

– Czemu nie próbowałaś nawet go zatrzymać?
Laura nie miała siły dyskutować z matką. Najpierw chciała dojść do ładu 

z własnymi uczuciami. 

– Przecież słyszałaś, że wyjeżdża do rodziny – powiedziała podniesionym 

głosem. 

–   Tak,   wiem.   –   Janka   skrzyżowała   ramiona   na   piersiach.   Twarz   jej 

spochmurniała. – Ale nie zrobiłaś nic, żeby został. Dlaczego nie zaprosiłaś do 
nas jego rodziny?

–   To   zawsze   można   zrobić   później.   –   Laura   przeszła   do   kuchni. 

Koniecznie musiała napić się ajerkoniaku. – Mamo, on tu pojawiał się z różnych 
względów. 

Wyciągnęła z lodówki jedną z butelek. 
– Moja droga, zapewniam cię, że tylko z jednego. 
Laura energicznie odwróciła się w stronę matki. W oczach miała wyraz 

niemej prośby. 

– Mamo, tak naprawdę jest lepiej. 
–   Dla   kogo?   –   spytała   Janka,   ale   już   dużo   łagodniej.   Laura   poczuła 

nieprzepartą chęć rąbnięcia flaszką w ceramiczną wykładzinę zlewozmywaka. 

– Dla nas wszystkich. – I po chwili dodała ciszej: – Dla mnie. Nie chcę 

przechodzić przez to jeszcze raz. 

Czyżby Laura była naprawdę aż tak niemądra? – zastanawiała się przez 

chwilę Janka. 

– A kto mówi, że będzie tak szamo?
Ale Laura nie dawała się przekonać. Poprzednim razem była okropnie 

pewna siebie, zakochana. Tak samo. Och, Boże! Dokładnie tak samo. Przecież 
ja go kocham, jęknęła w duchu. Ale to już nie było ważne. To już niczego nie 
zmieniało. 

– Nie stać mnie na takie ryzyko. – Kiedy nalewała ajerkoniak, drżała jej 

ręka. 

Janka wyjęła jej z dłoni butelkę i sama napełniła szklankę. 
– Lauro, w imię własznego szczęścia musisz zaryzykować. 
Dziewczyna   pociągnęła   z   naczynia   potężny   łyk.   Gęsty   napój   gładko 

przeszedł jej przez gardło. 

– Wielkie dzięki, już raz zaryzykowałam. – Trzymała szklankę w obu 

background image

dłoniach. – O jeden raz za dużo. 

Janka, słysząc taką filozofię, zjeżyła się. 
– Raz to za mało. Chyba że chodzi o śmierć. Ta rzeczywiście wysztarczy 

tylko raz. 

Laura zamknęła oczy. Nigdy nie udało się jej przegadać swojej matki. 
– Mamo, proszę, już prawie Boże Narodzenie. 
– Wiem. 
Laura odstawiła szklankę na stół i objęła matkę za szyję. 
– Mamo, nie chcę się kłócić. 
– To się nie kłóć. Zadzwoń do niego. 
Laura zacięła gniewnie usta. Chwilami matka doprowadzała ją do szału. 
– Nie. Gdyby chciał, sam zmieniłby plany jutrzejszego dnia. O nic go nie 

będę prosić. 

Janka westchnęła i poklepała córkę po ramieniu. 
– Jeszteś sztrasznie uparta, dziecko. Laura wybuchnęła śmiechem. 
– Ciekawe, po kim to mam. 
–   Tego   nie   wiem.   Ale   wiem,   że   jeśli   go   odepchniesz,   gorzko   tego 

pożałujesz. 

Laura opuściła ręce i wsunęła dłonie do kieszeni. 
– No to pożałuję – odparła czupurnie. 
– A żebyś wiedziała – pokiwała posępnie głową Janka. – Pożałujesz. 
Nie doszły do porozumienia. Laura wskazała głową kipiący wielki gar i 

spytała:

– Może ci w czymś pomóc?
Janka nie znosiła w kuchni niczyjego towarzystwa. Był to zresztą jedyny 

przypadek, kiedy godziła się na samotność. W kuchni czuła się jak królowa i nie 
lubiła, gdy ktoś zaglądał jej do garnków, kiedy eksperymentowała. 

– Nie trzeba. Jeśli koniecznie chcesz zrobić coś pożytecznego, to zawiń 

prezenty dla Robbie’ego. 

– Jeszcze ich nie popakowałaś?
I co w tym dziwnego? – zapytała samą siebie. Przecież matka wszystko 

zostawia na ostatnią chwilę. To stanowiło największą kość niezgody między 
matką i córką. 

Janka obojętnie wzruszyła ramionami. 
–   Czemu   nie   przygotujesz   wszystkiego   wcześniej?   –   chciała   wiedzieć 

Laura. 

Janka uśmiechnęła się szeroko. 
– Ponieważ wtedy mogę prosić ciebie o pomoc. Wiesz, jak nie cierpię 

pakowania prezentów. Lubię je tylko kupować i patrzeć, jak rozjaśnia szię z 
radości buzia Robbie’ego. 

– A moje są popakowane? – Tak. 

background image

– No cóż, zatem ty... 
– Muszę  wracać do pracy. – Janka odwróciła się do zlewu, ale kiedy 

Laura wychodziła z kuchni, rzuciła przez ramię: – Telefon sztoi w przedpokoju 
koło szafy. 

Laura nie zadała sobie nawet trudu, żeby popatrzeć w stronę matki. 
– Mamo, wiem gdzie jest telefon. 
– Chciałam ci tylko przypomnieć – odparła serdecznie Janka. 

background image

Rozdział dziesiąty

Laura nie miała w życiu smutniejszej Wigilii. Jej matka zaprosiła licznych 

sąsiadów,   nauczycielkę   Robbie’ego   oraz   dziewczyny   zatrudnione   w   firmie 
córki.   Ludzie,   prezenty,   piękna   muzyka,   smaczne   jedzenie   i   przyjacielskie 
rozmowy   wypełniały   dom  od  szóstej  po  południu  prawie   do  jedenastej.   Ale 
Laura nigdy jeszcze nie czuła się tak samotna. Zupełnie jakby opuścił ją ktoś 
bliski, na kogo czekała, na kogo liczyła i komu ufała. 

Opuścił ją. 
A ona okazała się kompletną idiotką. 
Usiadła na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę. Cóż się, do diabła, ze 

mną dzieje? – pomyślała. 

Przecież   Boże   Narodzenie   było   jej   ulubionym   świętem,   porą,   kiedy 

wszystko wydawało się lepsze, łatwiejsze, prostsze. Nawet w tamtych chudych 
latach, kiedy notorycznie brakowało im pieniędzy, a ona i jej rodzice nie mieli 
nic poza wzajemną miłością, nigdy nie czuła się tak opuszczona i wypalona od 
środka. 

Nie czuła się tak nawet wtedy, gdy porzucił ją Craig. 
Laura westchnęła i przeciągnęła palcami po włosach. To śmieszne żywić 

takie uczucia do człowieka, którego prawie nie znała. W porządku, ale jego 
uśmiech potrafił dotrzeć do najmroczniejszych, najskrytszych zakamarków jej 
umysłu, jego pocałunek sprawiał, że jasne światło zalewało jej duszę... że czuła 
takie   uniesienie,   iż   prawie   traciła   zmysły.   Czyżby   to   on,   jego   nieobecność 
sprawiała, że Laura czuje się tak zagubiona, tak załamana?

Skąd   to   wrażenie,   że   znalazłam   się   na   samym   dnie   jakiejś   upiornej 

otchłani? Przecież, do cholery, nic o nim nie wiem poza skąpymi informacjami i 
zasłyszanymi   tu   czy   tam   plotkami,   które   i   tak   niewiele   mnie   obchodziły, 
myślała. 

Ale w głębi serca Laura znała prawdę aż za dobrze. 
Wypełniająca   ją   pustka   stawała   się   coraz   większa.   Mroczniejsza. 

Dziewczyna zaczęła cicho płakać. 

Niech go piekło pochłonie, szeptała. Niech go piekło pochłonie za to, że 

wzbudził we mnie takie namiętności. Za to, że znów pragnę być kochana. Za to, 
że uwierzyłam, iż ponownie mogę kogoś pokochać. 

– Nie śpisz?
W sypialni rozległ się głos jej matki. Laura uniosła głowę i zobaczyła tak 

dobrze znaną, krępą sylwetkę stojącą w drzwiach. Janka miała na sobie długi 
różowy szlafrok, a na nogach ulubione, schodzone kapcie. 

– Czemu nie śpisz? – spytała Laura. 
Janka zbliżyła się do łóżka. Szlafrok ciągnął się za nią po dywanie. 
–   Szłyszałam   twoje   wesztchnięcia.   Tutaj   ściany   szą   bardzo   cienkie. 

background image

Szłychać cię było chyba aż w Ohio. Tęszknisz za nim, prawda?

Janka usiadła na brzegu łóżka, gotowa wysłuchać wyznań Laury. Tak jak 

dawniej,   gdy   dziewczyna   była   dużo   młodsza   i   każdy   problem   można   było 
rozwiązać w ciągu godziny lub dwóch. Położyła rękę na dłoni córki. 

– Nie... – Och, po co kłamać, pomyślała Laura. A zwłaszcza po co samą 

siebie okłamywać. – Nie wiem. Może... – bezradnie wzruszyła ramionami. – 
Coś utraciłam. – Uniosła buńczucznie twarz. Oczy jej zapłonęły. – Ale przecież 
mam wszystko. Ciebie, Robbie’ego, pracę, którą lubię, dom. 

– I ulubiony program telewizyjny co tydzień – zakpiła starsza kobieta. 
Laura roześmiała się. Nigdy nie udało jej się wyprowadzić w pole swojej 

matki. 

– Czego próbujesz dowieść? – spytała. 
Janka   w   pierwszym   odruchu   chciała   przytulić   Laurę,   pogładzić   po 

włosach, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziała, że jej córka nie 
jest już dzieckiem. Istniały rzeczy, z którymi sama musiała sobie radzić, ryzyko, 
które sama musiała podejmować. Nikt nie mógł zrobić tego za nią. 

–   Próbuję   ci   powiedzieć,   że   używasz   wielu   szłów   tylko   po   to,   żeby 

udowodnić, że czarne jeszt białe i odwrotnie. 

– Nie potrzebuję mężczyzny, mamo. 
W to Janka w żaden sposób nie mogła uwierzyć. Zgoda, mężczyzny nie, 

ale tamtego mężczyzny – tak. Mężczyzny, który będzie ją kochał zawsze. 

– Wszyszcy potrzebujemy kogoś do kochania. 
– W porządku. – Laura straciła rezon, odeszła ją cała odwaga. – Ale ja się 

boję mężczyzn. 

– Wszysztkie szię boimy. – Uśmiech Janki był krzepiący, pełen ciepła. 

Stara kobieta przypomniała sobie swoją młodość, swoją miłość. – Ale to jeszt 
właśnie   wszpaniałe.   W   przeciwnym   razie   miłość   nie   byłaby   czymś   tak 
wyjątkowym. A poza tym myślę, że Timothy jeszt w porządku. – Ścisnęła dłoń 
Laury. – Zadzwoń do niego rano. 

Laura również bardzo chciała zadzwonić. Ale bała się. 
– I co mu powiem?
– Wysztarczy „Weszołych Świąt". 
–   Też   tak   sądzę   –   roześmiała   się   Laura,   ale   po   chwili   twarz   jej 

spochmurniała. 

– O co chodzi?
– Przecież wyjechał do rodziny – odparła Laura. – Nie znam numeru. 
Nocną ciszę zmącił donośny, dudniący hałas. 
– Co to było? – zainteresowała się Laura. 
Janka   wzruszyła   ramionami.   Miała   ważniejsze   sprawy   na   głowie   niż 

uliczne hałasy. 

– Może jakiś szamochód włączył wszteczną gazownicę. 

background image

– Włączył wsteczny bieg, mamo – poprawiła Laura. 
Uniosła głowę. Dźwięk dobiegał z niedaleka, jakby z ulicy. Odchyliła 

kołdrę i sięgnęła po szlafrok. – Brzmi to tak, jakby pan Sinclair przywiózł na 
święta   autobusem   całą   swoją   rodzinę.   I   zwalił   ją   na   trawnik   przed   domem. 
Przeszła do holu, jej matka za nią. 

– Zapomniałaś kapci. 
–   Jesteśmy   w   Kalifornii,   mamo.   –   Laura   zacisnęła   mocniej   pasek 

szlafroka i wyciągnęła spod kołnierza włosy. – Nie potrzebuję butów. 

Kiedy tylko znalazły się w holu, dobiegło ich wołanie Robbie’ego. 
– Mamo! Mamo, chodź tu szybko!
Laura, przestraszona,  wmawiała  sobie, że w  głosie  synka słyszy  tylko 

podniecenie, nie strach. Ruszyła do jego sypialni. 

– Robbie? Robbie, gdzie jesteś?
– W przedpokoju!
Nie czekając, aż matka go znajdzie, dzieciak zbiegł do holu. Chwycił ją 

za rękę. 

– Mamo, musisz to zobaczyć! Ty też, Nana! To święty Mikołaj!
Obie kobiety wymieniły spojrzenia. 
–   Na   naszym   trawniku   święty   Mikołaj   lepi   bałwana!   Z   prawdziwego 

śniegu!

– Co? – Laura spojrzała przez ramię na matkę, ale starsza kobieta, równie 

zmieszana jak córka, wzruszyła tylko ramionami. 

– Może coś mu szię przyśniło. Albo doształ gorączki. – Janka odruchowo 

położyła dłoń na czole dziecka. 

– Nie! Chodźcie! Zobaczcie! – Robbie zaciągnął Laurę na piętro do okna 

w   korytarzu.   Księżyc   w   pełni   dokładnie   oświetlał   trawnik.   Laura   ujrzała 
ubranego na czerwono mężczyznę. Miał rozwianą białą brodę i lepił ze śniegu 
coś, co przypominało bałwana. Z prawdziwego śniegu. 

Laura w pierwszej chwili myślała, że śni. 
– Co to jest?... 
– On jest prawdziwy, mamo! – krzyknął Robbie. – Tim miał rację. Święty 

Mikołaj naprawdę istnieje!

Rozentuzjazmowany   chłopiec   wyrwał   się   matce,   wybiegł   z   pokoju   i 

przeskakując po dwa stopnie, niemal sfrunął ze schodów. Kiedy wybiegł przed 
dom, nie zamknął nawet za sobą drzwi wejściowych. 

– Robbie, poczekaj na mnie! – Laura zdała sobie sprawę, że dziecko jej 

nie słyszy. Ruszyła śladem synka, za nią matka. 

To rzeczywiście był śnieg. 
Najprawdziwszy w świecie śnieg. 
Laura   przekonała   się   o   tym   na   własnej   skórze,   kiedy   stanęła   na   nim 

bosymi   nogami.   Gdyby   nie   była   tak   przejęta,   zadrżałaby   z   zimna.   Śnieg 

background image

pokrywał cały trawnik, sięgając prawie do frontowych schodków. Stanęła obok 
mężczyzny w stroju Mikołaja i patrzyła na niego ze zdumieniem. 

– I co o tym myślisz? – spytał Robbie, który pojawił się nieoczekiwanie 

obok niej. 

Laura pociągnęła obcego za brodę. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie 

jest   świadkiem   cudu.   Broda   odeszła   łatwo.   Ale   nawet   wtedy   bała   się   mieć 
nadzieję, bała się uwierzyć. 

– Tim?
Skinął głową. Widok jej miny wart był wszystkich zabiegów, kłopotów i 

wydatków, jakie poniósł. Spojrzenie, jakim go obdarzyła, było bezcenne. 

– Prawdziwy Mikołaj nie mógł przyjść osobiście. Rozumiesz, tyle dzieci i 

tyle zabawek – wyjaśnił Robbie’emu. – Dzisiejszej nocy jest bardzo zajęty. 

– Śnieg! – wrzasnął Robbie, wyrzucając w górę fontannę białego puchu, 

który opadł mu na głowę. 

Tim zmierzwił mu dłonią włosy. 
– Możesz być tego pewien na sto procent Robbie nie mógł uwierzyć. To 

było zbyt piękne. 

– Ale skąd?... 
– Wierzysz w biegun północny?
Laura wiedziała, że teraz Robbie gotów jest uwierzyć we wszystko. 
– Nie – pokręciła głową. 
Tim   pociągnął   ją   na   werandę,   nie   chcąc   burzyć   wiary   Robbie’ego   w 

czary.   Jak   dorośnie,   Tim   wszystko   mu   osobiście   wytłumaczy.   Po   to   są 
tatusiowie. 

– Znam kogoś, kto dostarcza śnieg do farmy Knott’s Berry. Złożyłem 

więc prywatne zamówienie. 

Laura dotknęła jego twarzy. Ciągle jeszcze nie mogła uwierzyć, że Tim 

jest przy niej. 

– A Santa Barbara? A twoja rodzina?
– Rodzina ma tę dobrą stronę, że wszystko zrozumie i wybaczy. 
Rodzina   Tima   nie   tylko   go   rozumiała   –   pragnęła   mu   wręcz   nieba 

przychylić. Dzięki temu mógł zrobić, co zrobił. 

Zaaranżowanie   wszystkiego   zajęło   mu   większą   część   dnia:   kontakt   z 

właściwymi   ludźmi,   złożenie   zamówienia,   wypożyczenie   stroju   świętego 
Mikołaja, stary bowiem spoczywał w pudle w magazynku domu towarowego 
Mattingly’ego. 

Tim wziął Laurę za rękę i odwrócił się do Robbie’ego. 
–   No   i   co?   Powiedziałeś,   że   uwierzysz   w   świętego   Mikołaja,   jeśli 

sprowadzi ci na Wigilię śnieg. 

Laura poczuła, że coś chwyta ją za gardło. Tim zrobił to wszystko dla 

Robbie’ego, żeby uwierzył w świętego Mikołaja. 

background image

– Prosiłem też o tatusia. – Robbie uniósł twarz i wyczekująco patrzył to 

na matkę, to na Tima. 

Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce. 
– To już zależy od twojej mamy. 
Laura dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że płacze. Policzki miała 

mokre od łez, w których odbijało się światło księżyca. Zarzuciła Timowi ręce na 
szyję i przytuliła policzek do białej brody, która teraz luźno zwisała mu aż na 
piersi. 

Czy warto dalej się wypierać? – pomyślała. Wypierać się samej siebie. 

Przecież go kocham. I każdy widzi, że Robbie pragnie, żebym została z Timem. 
Chłopiec zwariował na jego punkcie. Podobnie jak i jego matka. 

– Człowiekowi, który w południowej Kalifornii obsypał śniegiem małego 

chłopca po to, by uwierzył w czary, chętnie dam szansę. 

Tim objął Laurę. 
– Nie, nie szansę, Lauro. To rzecz absolutnie pewna. 
Na   werandzie,   pod   wypełnionym   gwiazdami   zimowym   niebem,   Tim 

całował Laurę. Chciał pokazać swą miłość całemu światu. W jego pocałunku 
była obietnica nadejścia jeszcze wielu, wielu czarów. 

– Wydaje się, kolego, że wszystkie twoje życzenia zostały spełnione – 

odezwał się Tim. – Teraz już musisz uwierzyć w świętego Mikołaja. 

– Skoro ktoś tak duży jak ty w niego wierzy, muszę uwierzyć i ja – odparł 

chłopiec, strząsając śnieg ze swego dziecięcego szlafroka. 

Tim  uśmiechnął   się   do  Laury,  po  czym,  wciąż   obejmując   ją  w  pasie, 

zwrócił się do Janki. 

– Czy zostały jakieś pierogi? Twarz starszej kobiety rozjaśniła się. 
–   Dla   ciebie   zawsze.   A   jeśli   zabraknie,   to   dorobię.   I   poszłuchaj, 

Timothy... 

– Tak?
– Jeśli ona zmieni zdanie i nie wyjdzie za ciebie, ja to zrobię. 
Tim roześmiał się. 
– Układ stoi. 
–   Ani   mi   się   waż   –   ostrzegła   matkę   Laura.   –   Znajdź   sobie   własnego 

świętego Mikołaja. 

Janka   odwróciła   się,   wzięła   lodowatą   dłoń   Robbie’ego   i   zaczęła   ją 

rozcierać. 

– Myślę, że dziszejszej nocy wszyszcy znaleźliśmy świętego Mikołaja. 
Laura popatrzyła Timowi w oczy. W duszy grały jej wszystkie dzwony 

świata. 

– Myślę, że masz rację, mamo. 

background image

Od autorki

Kiedy   Harlequin   poprosił   mnie,   abym   napisała   opowiadanie   do 

bożonarodzeniowego zbioru, zgodziłam się bez wahania. Zadanie to wydało mi 
się niezwykle ekscytujące. Dlaczego? To jasne – ja wprost uwielbiam te święta! 
Z reguły przedświąteczne zakupy zaczynam robić już w lipcu. Pewnie, wiem, że 
to nierozsądne myśleć o Gwiazdce już pół roku wcześniej, ale co zrobić, kiedy 
te   przygotowania   sprawiają   mi   taką   radość?   No,   a   poza   tym   unikam   w   ten 
sposób całej tej przedświątecznej bieganiny... 

Boże   Narodzenie   to   dla   mnie   przede   wszystkim   święta   wspomnień. 

Wspomnień bardzo różnych, takich na przykład jak to, kiedy miałam dwanaście 
lat i mieszkałam wraz z rodzicami oraz młodszymi braćmi w Nowym Jorku. Nie 
pamiętam już teraz, jaki był tego powód, ale tamtego roku nigdzie nie można 
było kupić choinki. I mimo że wszystko inne było zapięte na ostatni guzik, to w 
Wigilię wciąż byliśmy bez świątecznego drzewka. Ja oraz moi bracia byliśmy 
zrozpaczeni aż do momentu, kiedy... do domu wrócił tatuś. Udało mu się gdzieś 
wytrzasnąć   jakieś   drzewko   i   w   ostatniej   chwili   przywiózł   je   metrem. 
Oczywiście, choinka jechała z ważnym biletem. Bez taryfy ulgowej!

Święta   to   także   zapach   pieczonego   ciasta,   niekończące   się   listy 

upominków, dla mamy, dla taty, dla braci, a także... Źle zapakowane prezenty. 
Niezależnie od tego, jak bardzo się starałam, zawsze łamałam sobie palce, a 
efekt i tak był mizerny. Przede wszystkim jednak Boże Narodzenie kojarzy mi 
się z Mamą. To dzięki niej święta zawsze były dla nas czasem niezwykłym, 
zaczarowanym,   nawet   wtedy,   gdy   nie   mieliśmy   pieniędzy   na   prezenty   i 
wspaniałe ozdoby choinkowe. Jej uśmiech, serdeczność, kolędy, które śpiewała, 
gdy razem ubieraliśmy choinkę, wszystko to jest i na zawsze pozostanie dla 
mnie częścią świąt. 

Moja   mama   umarła   dziesięć   lat   temu.   Mimo   to   każdego   roku,   gdy 

zapalam lampki na choince, czuję, że jest z nami. Wtedy znowu jesteśmy razem. 

Życzę   Wam,   drogie   Czytelniczki,   wesołych   świąt.   Niech   w   Waszych 

domach zagości szczęście i radość. Teraz i na zawsze. 

Marie Ferrarella


Document Outline