background image
background image

O  CZŁOWIEKU  KTÓRY  SIĘ  KULOM  NIE
KŁANIAŁ

Janina Broniewska

background image

Rozdział  pierwszy

O  piramidzie  z  prawdziwego  lukru,  o  czarodziejskiej  dorożce  i  bardzo
tajemniczym domu, czyli początek cał ej historii

Każdą  powieść  o  jakimś  nawet  bardzo  sławnym  człowieku  zawsze  najlepiej  zaczynać  od
samego początku. Tak właśnie, jak przebiega życie każdego z nas.

A więc zaczynamy. Prawdziwą historię o najprawdziwszym człowieku.

Rzecz  zaczyna  się  w  Warszawie.  Tylko  nie  myślcie,  że  dziś  albo  nawet  przed  samą  wojną.
Przecież zaczęliśmy od początku, więc będzie to sporo lat temu. Dokładnie w roku 1901.

Po  ulicy  Żelaznej  szedł  sobie  wielki  koń  na  bardzo  grubych  nogach.  Pomalutku,  kiwając
statecznie wielkim łbem, od czasu do czasu oganiając muchy ogonem. Za koniem toczył się po
szynach  granatowo-żółty  wagonik,  wypchany  szczelnie  pasażerami.  Kogo  tam  nie  było!
Paniusia w salopce, z torebką wyszywaną paciorkami, z parasolką falbaniastą, z paczuszkami
i  wypchaną  jaskółką  na  bardzo  cudacznym  kapelusiku.  Bledziutka  dziewczyna  w  tiulowym
kołnierzyku na fiszbinach (fiszbiny strugało się z płyt rogowych, które wielorybowi zastępują
zęby), takim sztywnym, że ani szyją pokręcić. Paru robotników w bardzo nędznych, cajgowych
marynarczynach.  Kobieciny  w  nijakiego  koloru  chusteczkach  na  głowie.  Mocno  zasapany
a  gruby  właściciel  browaru,  któremu  pękł  właśnie  resor  przy  powozie  i  rad  nierad  musiał  się
teraz tłoczyć w konnym tramwaju, zanim powozu nie naprawią w fabryce Geyera na Lesznie.

Woźnica (dziś zwałby się motorniczym) krzyknął na swój czteronożny motor, oganiający się od
much ogonem:

-Prrr! Stój!

Koń stanął, stanął i tramwaj. Tu był właśnie przystanek, na rogu Żelaznej i Chłodnej.

Z  wagoniku  wysiadła  ta  bledziutka  dziewczyna  w  kołnierzyku  tiulowym  na  wielorybich
fiszbinach. Weszła do narożnej cukierni, w której pracowała jako kasjerka. Przez otwarte drzwi
aż  buchnął  na  hałaśliwą  ulicę  zapach  wanilii,  czekolady,  świeżo  parzonej  kawy,  miodowych
pierników.

A  przy  wielkiej  szybie  cukierni  stał  sobie  chłopczyna.  Pociągnął  łakomie  zadartym  noskiem,
poczuwszy  te  smakowite  zapachy.  Oparł  trochę  zamorusane  łapiny  na  miedzianej
balustradzie otaczającej cukierniczą witrynę, zadarł głowę i patrzył jak urzeczony na wszystkie
cudeńka za szklaną taflą. A było się czemu przyglądać, zwłaszcza w tym wieku, kiedy się ma
pięć lat.

Na srebrnej nodze stała na samym środku taca. Na tej tacy tort czekoladowy. Na tym torcie
rosły  żółte  i  czerwone  róże,  jakby  je  ktoś  tylko  co  zerwał  z  różanego  krzaka.  Róże  były
z marcepanu, tort, jak się rzekło, czekoladowy. Ale to jeszcze nic. To nic wobec tej półmetrowej
chyba  wieży  z  najprawdziwszego,  bielutkiego  lukru.  Wieża  wyrastała  z  samego  środka
przystrojonego w marcepanowe kwiaty tortu. Wyglądała, jak utkana z jakiejś koronki, a może
z cieniutkich sopelków lodu?

Na  bocznych,  szklanych  półeczkach  za  szybą  stały  rzędami  pudełka.  Owalne,  okrągłe,
prostokątne. Na każdym wieczku inny obrazek. Tu kotki w koszyczku, tam dwa całujące się
gołąbki,  to  znów  roześmiana  dziewczynka  w  czerwonym  kapturku. A  co  w  tych  pudełkach?
Czekoladki, irysy, malinowe i miętowe cukierki w kolorowych, szeleszczących papierkach.

Chłopczyk  coraz  wyżej  zadzierał  łepetynę.  Stał  i  patrzył  oczarowany,  zachwycony,

background image

zapomniawszy  o  całym  świecie.  Nawet  o  tej  ulicy  Chłodnej,  po  której  jechały  właśnie  wielkie
furgony. Woźnice strzelali z batów, spod końskich kopyt szły iskry, chrobotało jakieś żelastwo
z  „Syreny”,  wielkiej  fabryki  metalowej.  Piętrzyły  się  bele  bawełny  wiezionej  do  wolskiej
przędzalni. Turkotały wiejskie wozy wracające z targu. Z klatki na chłopskim wozie wysuwała
długą szyję stara gęś, której nikt nie kupił. Syczała jakby z podziwem i zgorszeniem:

„Sssy... co tu za hałas! Żebyście mnie nawet samymi kluskami karmili, za nic nie chcę mieszkać
w takim wielkim mieście!”

A tymczasem w pewnym domu przy ulicy Kaczej zaczął się wielki harmider i narzekanie:

- Karolek! Karolek! Gdzie ten chłopak uprzykrzony?

- Może znów na Żelazną poleciał, tak jak stał, boso i umorusany?

- Jej! Jeszcze go konie przejadą! Bo to jeżdżą jak na pożar!

- Lonka, chodźmy go szukać, póki mama nic nie wie! - zdecydowała się bardzo zmartwiona
Henia.

Miałaż ona z tymi dziećmi, bo miała! Zostawi Lonkę, a znajdzie Karolka, to znów Lonki potem
szukaj trzymając Karolka, żeby się na nowo nie zgubił.

Przez Nowolipie wybiegły na Żelazną zaglądając w każde podwórko po drodze. Ani śladu!

Po  bruku  zakląskały  końskie  kopyta.  To  wracał  z  kursu  nocnego  sąsiad  ze  swoją  dorożką.
Nawet sennie już się kiwał na koźle. Pomachały ku niemu rękami, nawet nie zauważył. Szkapa
jakby je tylko poznała i parsknęła przyjaźnie.

- A widzisz, to dla nas! Co też taki koń mówi, jak mówi? - zaczęła swe zwykłe pytania Lonka.

-  Idźże,  idź!  Stajnię  poczuł,  to  parska!  Zajrzyj  no  lepiej  w  tamtą  sień,  nie  ma  go  czasem  na
podwórku? - zniecierpliwiła się skłopotana Henia.

I znów nic. W rozwrzeszczanej gromadce dzieciarni nie ma naszego zbiega.

Dopadły  go  wreszcie  przed  tą  cukiernią.  Stał  ciągle  z  zadartą  główką  wpatrując  się
w  lukrowane  cuda  za  szybą.  Lonka  pośpiesznie  przywarła  do  balustradki  i  zagapiła  się  na
lukrową wieżę.

-  Czekaj,  czekaj!  -  zaczęła  gniewnie  Henia,  jak  na  opiekunkę  tych  młodszych  przystało.  -
Wszystko  powiem  tatce!  Po  co  ci  ma  przynosić  po  robocie  cukierki  za  ciężko  zapracowany
grosz?

I sama zerk! - w cudowną szybę. Już miała powiedzieć: Ale te kotki jak żywe!

Tylko  że  się  w  porę  spostrzegła  -  trzeba  zachować  siostrzaną  powagę.  I  znów,  ciągnąc
opierającego się chłopca jedną ręką, a Lonkę drugą, prawiła już jednym tchem:

- Jak łobuz na bosaka po ulicy latasz! I od domu daleko! Konie cię roztratują, kominiarz weźmie
do  worka,  czekaj,  czekaj,  wszystko  tatce  opowiem  i  w  skórę  dostaniesz,  jak  nic! Albo  cię  u
Józefy w ogrodzie zamknę na haczyk i siedź.

Słowo „Józefa” podziałało znacznie mocniej niż obietnica ojcowskiej rozprawy. Karolek szedł
więc już posłusznie, trzymając Henię za rękę, potulny i cichy.

O tej Józefie przyjdzie nam się jednakże dowiedzieć później. Teraz powędrujemy ich śladem
na Kaczą nr 6.

Przy ulicy stał sobie zwykły piętrowy dom. Wchodziło się w podwórze przez furtkę w płocie.
Patrzysz do sąsiadów w prawo (w głębi podwórza): uwijają się umazani smarami ludzie. Huk
słychać jak w kuźni, dzwoni żelazo, chrobocze, ktoś młotem wali, piszczy pilnik, aż w uszach

background image

świdruje. To metalowa fabryczka sąsiada.

Patrzysz  do  sąsiadów  w  lewo:  prawie  wieś!  Przy  studni  dorożkarz  (ten,  co  wracał  z  nocnej
zmiany) poi ochwaconą szkapinę. Dorożkarz poziewa, konisko prycha, parska i na stajnię się
ogląda. A pod stajnią stoi właśnie dorożka. Na gumach, ma się wiedzieć nie byle jaka dorożka,
a  prawdziwa  warszawska.  Z  wyściełanym  siedzeniem,  gdzie  to  trochę  wyłażące  włosie
przykrywa  haftowany  przez  dorożkarzową  pokrowiec.  Dyszle  sterczą  ku  górze  jak  ręce
człowieka, co srodze spracowany przeciąga się właśnie, aż w stawach trzeszczy.

Karolek  siedzi  teraz  przy  swoim  domu,  na  wielkim  kamieniu.  Siedzi  niby  ta  trusia,  cichutki,
grzeczniutki. Brodę oparł na podrapanych kolanach i tylko zerka na dorożkarzowe podwórko.

No, niechże go już weźmie do tej stajni! Sam jak pójdzie spać, to do wieczora ani wyjrzy. To
dopiero będzie jazda, no!

Henia z Lonką pobiegły dla mamy po ocet do sklepiku, potem będą pomagać przy obiedzie.
Nareszcie  mały  człowiek  ma  spokój.  Nikt  go  już  nie  ofuknie,  nikt  kominiarzem  nie  postraszy,
może robić, co chce, byle znów go nie poniosło na tamte, ruchliwe ulice.

Niebieskie  oczy  patrzą  przez  szpary  w  sztachetach  na  dorożkarskie  podwórko,  czujnie,
wyczekująco.

Nareszcie! Koń podzwania łańcuchem w stajni, chrupie sieczkę z owsem, aż tu słychać, na tym
nagrzanym słońcem kamieniu. Z parterowego domku słychać ziewanie dorożkarza, pewnie się
do snu układa.

Hyc! Przez ten omszały, chybocący płot. Mały dopadł dorożki, wgramolił się na kozioł. Pochwycił
nie istniejące lejce, cmoknął na nie istniejącego konia. Pojechali! Jeszcze się raz przez ramię
obejrzał  na  pasażerkę.  Pasażerka  była  nie  byle  jaka.  Trzymała  na  kolanach  klatkę  z  wielką,
nastroszoną  a  zieloną  papugą.  Taką  samiuteńką,  jak  to  ma  kataryniarz,  kiedy  obchodzi
podwórka. Na głowie pasażerki kołysał się kapelusz z wisienkami i szczebiotały aż dwie, choć
wypchane, śliczne jaskółki.

Karolek pyta na wszelki wypadek bardzo grubym głosem:

- Na Pragę? Lesznem czy Chłodną?

„Arra!” - niedorzecznie, co prawda, odpowiada papuga.

- Znaczy Lesznem - potwierdza ciągle grubym głosem mały dorożkarz w pustej, wyprzężonej
dorożce.

Oto  już  i  kościół  na  Lesznie  z  kwadratową  wieżą.  Potem  miga  plac  Teatralny  z  kamienną
kolumnadą. I nagle już jest Wisła.

Wisła  z  galarami  czerwonych,  pachnących  jabłek.  To  nic,  że  na  świecie  jest  dopiero  maj,  że
gorzkawo  pachną  pomarańczowe,  żółte  i  czerwone  nasturcje  w  ogródku  gospodyni  przed
domem.

Nad  Wisłę  zjeżdżają  właśnie  z  turkotem  wozy  piaskarskie.  Do  wody  stoczyło  się  czerwone
jabłko  i  płynie  pod  żelazny,  kratowany  most  Kierbedzia.  „Utonie-nie-nie!”  -  krzyczy  papuga
w  klatce.  Jakże  tu  nad  Wisłą  ciekawie!  Ciągle  się  coś  dzieje.  O,  płynie  właśnie  tratwa  zbita
z  wielkich  pali.  Na  końcu  stoi  domek,  z  którego  wali  dym  przez  blaszaną  rurę  sterczącą
w daszku. Po tratwie z ujadaniem biegnie psiak z rudą łatą na uchu.

„Gryzie-zie-zie!”  -  drze  się  w  wielkim  strachu  papuga  w  pustej  dorożce,  na  kolanach  nie
istniejącej pasażerki.

- Karolek! Karolek! Chodź się myć! Po tatusia idziemy pod figurę! - cieniutkim głosikiem woła
z okna mieszkania Henia, aż podskakują w lewo i prawo warkoczyki nad uszami. Cieniutkie,
ciasno splecione warkoczyki z wplecioną w nie granatową wstążeczką.

background image

-  Prr!  Stój!  -  krzyknął  na  konia  Karolek.  I  nagle  wszystko  się  rozwiało.  Wisła,  jabłka,  tratwa,
pasażerka, papuga.

Chłopczyk zeskoczył z kozła, przesadził płot, choć majtki podejrzanie trzasnęły na gwoździu,
przebiegł podwórko i zaczął się wspinać na schody.

U  zbiegu  Nowolipia  i  Kaczej  stoi  w  krzakach  kwitnącego  bzu  stara  kapliczka  przydrożna.
Trawa wrosła między spękane kamienie. W gałązkach bzu jakieś ptaszki uwiły sobie gniazdo
i z niespokojnym trzepotem skrzydełek krążą nad dziećmi stojącymi przy figurze.

Ale  nasza  trójka  ani  myśli  zaglądać  do  ptasiego  gniazda.  Henia  przysłoniła  oczy  od  słońca
i patrzy w wylot ulicy.

-  Nie  powiesz,  nie?  -  niespokojnie  dopytuje  się  Karolek  ciągnąc  siostrę  za  wykrochmalony
fartuszek w różowe paski.

Karolek wcale nie jest tchórzem. Ani trochę. Ale jest ktoś, kogo się bardzo boi. Tego dziwnego
domu  naprzeciw  i  jego  mieszkańców.  Domu,  ukrytego  w  zdziczałym  ogrodzie,  o  zawsze
zamkniętych okiennicach. Nigdy sam nie widział „starego pana”, który tam podobno mieszka z
Józefą. Z domu dochodzą dziwne krzyki. Ni to pianie koguta, ni to miauczenie kota, ni to wycie
psa. Wtedy nawet Henia chowa się lękliwie za furtkę swojego domu, blednie leciutko i mówi
szeptem:

- Nawiedzona Józefa znów zaczyna...

„Nawiedzona”,  „opętana”,  jak  mówią  domownicy  siadujący  wieczorem  na  kamieniu  przed
domem, na wyniesionych z mieszkań krzesełkach. To postać najbardziej straszna. Jej także
żadne  z  dzieci  nie  widuje  za  dnia  ani  w  drzwiach  wymarłego  jakby  domu,  ani  w  zdziczałym
ogrodzie zarośniętym jaśminem, powojem, wysokimi badylami konopi.

Czasem  z  komina  na  dachu  z  czerwonej  dachówki  snuje  się  siwy  dymek.  Jedyny  znak,  że
domek w zdziczałym ogrodzie naprzeciw ma jednak mieszkańców.

Dorośli  mówią,  że  o  zmroku  wymyka  się  z  furtki  przygarbiona  kobieta  w  grubej  chustce
nasuniętej  na  oczy.  Stoi  przez  chwilę  patrząc  na  ulicę,  jakby  czaiła  się  do  skoku.  Potem
drobniutkim  truchtem  biegnie  w  stronę  figury  na  rozdrożu,  przebiega  jezdnię,  ginie  w  tłumie
przechodniów i tyleś ją widział. Nigdy nie chodzi do najbliższych sklepików ani do mydlarni, ani
do rzeźnika.

Czasem  znów,  o  świcie,  wraca  uginając  się  pod  ciężkim  koszem  wypchanym  główkami
kapusty, wiązkami marchwi. Pewnie aż z targowiska przy Żelaznej Bramie. W ciągu dnia dom
z  zamkniętymi  na  głucho  zielonymi  okiennicami  jest  jakby  wymarły.  Gdyby  nie  to  dziwaczne
pianie, miauczenie i wycie.

„Stary pan” wychodzi tylko do ogrodu. I to nocą. W blasku księżyca skacze za nim przełamany,
pokraczny cień po zarosłych trawą ścieżkach. Ale wtedy dzieciaki śpią już głębokim snem na
swoim pięterku naprzeciw tajemniczego ogrodu. Mama, stojąc czasem za firanką, powie cicho
do ojca siedzącego nad papierami w złocistym kręgu naftowej lampy:

- Stary snuje się po ogrodzie... Jak myślisz, co to za osobliwi ludzie?

- At,  pewnie  jakiś  dziwak!  -  odpowiada  ojciec  z  roztargnieniem,  odrywając  oczy  od  zawiłych
notatek. - Niechże sobie żyją, jak chcą, kiedy im z tym dobrze! Co nam do niego! Może ich
spotkało niegdyś jakieś nieszczęście i tak się od świata odgrodzili?

- A bo to na naszym kamieniu ludzie wieczorem łamią sobie nad tym ciągle głowę... - zaczyna
znów mama.

- Nie słuchaj bajań, nie słuchaj - mówił ojciec i na nowo pogrążał się w swoich papierach.

background image

Ojciec  jest  bardzo  małomówny,  surowy,  zamyślony  i  zapracowany.  I  po  Józefie  ojciec  jest
właśnie drugą osobą, której Karolek się często boi. Boi się, choć ojca bardzo kocha i wypatruje
go pod tą właśnie figurą. Taki wysoki, spojrzy surowo, najgorzej, jeśli właśnie nic nie powie, tylko
patrzy, patrzy, jakby Karolek był ze szkła. Przezroczysty. Wszystko wtedy pewnie widać, że
znów „latał” sam po ulicy, umorusany i boso. Że nie słuchał mamy, a nawet Heni. Takie tam
grzechy codzienne pięcioletniego młodzieńca! Któż z nas nie miał podobnych? Ojciec wtedy
pewnie widzi nawet te wydłubane z placka rodzynki, z mamy imieninowego placka dla gości. I
cukier, twardy, rąbany cukier, wyciągany z puszki ukradkiem.

- Idzie! - woła Henia pod figurą i poprawia na sobie wykrochmalony fartuszek w różowe paski,
przygładza czuprynę Karolka i patrzy uważnie na Lonkę, czy nos jest w porządku.

U  wylotu  ulicy  ukazuje  się  ojciec  w  tym  swoim  „sakpalcie”,  z  białą  paczuszką,  dyndającą  na
guziku.

Ojciec  idzie,  jak  zwykle,  leciutko  przygarbiony,  jakby  liczył  mijane  płyty  chodnika.  Wcale  nie
patrzy na wyczekującą trójkę przy rozkwitłych bzach. I nagle schodzi z chodnika na kocie łby
bruku, na przełaj ku dzieciom.

- Hm... - chrząka niby zaskoczony spotkaniem - a wy co tu robicie?

Ten  ceremoniał  powtarza  się  codziennie  w  obiadowej  przerwie  w  czasie  mozolnego
dwunastogodzinnego  dnia  pracy  w  fabryce  metalowej  pana  Gwiździńskiego  aż  na
Koszykowej.

Dzieciaki całują ojca w rękę. Mówią mu „dzień dobry”, bo przecie widzą się tego dnia po raz
pierwszy.  Ojciec  wyszedł  do  pracy  o  świcie,  kiedy  spały  jeszcze,  zatulone  w  sny  i  ciepło
watowanych, wiśniowych kołderek.

-  Co  tam  w  domu?  Co  na  obiad?  -  pyta  ojciec  niby  poważnie.  -  Jak  sprawowanie.  Nie  było
żadnych awantur?

Karolek  odrywa  oczy  od  tej  dyndającej  paczuszki  na  guziku  ojcowskiego  „sakpalta”,
wstrzymuje oddech i czeka przez chwilę w naprężeniu, choć niby patrzy na trzepocącego nad
gniazdem ptaszka.

Henia recytuje płynnie jak wyuczoną lekcję, cieniutkim głosikiem:

-  Wszystko  w  porządku,  proszę  taty,  zupa  będzie  pomidorowa,  mama  prosiła,  żeby  się
pośpieszyć...

-  Pomidorowa,  powiadasz,  to  dobrze. Ano,  chodźmy  -  odpowiada  ojciec  i  wyciąga  tak  jakoś
rękę, żeby Karolek mógł się jej już uczepić.

Niebezpieczeństwo minęło.

- Patrzcie, dzieciaki, jaka to wczesna wiosna w tym roku, jak te bzy pięknie rozkwitły! - mówi
tato.

I teraz już na pewno wiadomo, że ojciec jest dziś w dobrym humorze, że zawartość białego
pakuneczka  zostanie  po  obiedzie  rozdzielona  na  równe  części  między  dzieci.  Chyba  że
cukierków będzie nieparzysta liczba i ten dodatkowy dostanie właśnie najmłodszy Karolek.

Nie pójdą już tego dnia wypatrywać ojca drugi raz pod figurę. Ojciec wraca dobrze pod wieczór,
jeszcze bardziej przygarbiony, jakby stare „sakpalto” ważyło nagle z dziesięć funtów więcej niż
w południe (a dlatego funtów, że w tych czasach liczyło się tylko na funty, nawet te cukierki
w białym pakuneczku dyndającym na guziczku).

Ojca  giserska  praca  to  wcale  nie  przelewki.  Wymaga  ogromnego  skupienia,  napięcia  uwagi
i  zręczności.  Niechby  się  tam  gdzie  zagapił,  z  kim  zagadał  -  nieszczęście  gotowe.  Można
stracić  wszystkie  palce. Ale  stary  pan  Świerczewski  miał,  widać,  prócz  tej  codziennej  pracy

background image

fabrycznej, jeszcze inne zajęcia. Tego nie wiedziały dzieciaki i tego nigdy przy dzieciach nie
mówił. Dlaczego, dowiecie się w następnym rozdziale.

Wieczorami, w kręgu lampy naftowej siedział bardzo długo nad stosami jakichś książek, nad
długimi rzędami liczb. I wtedy dzieciom, układającym się do snu, nawet szeptać nie było wolno.

Ojciec robił jakieś wyliczenia, coś pilnie studiował z naukowych podręczników. Uczył się czegoś
bardzo trudnego. Robił notatki.

A  ta  chwila  wieczornego  mycia  była  właśnie  dla  dzieciaków  najtrudniejsza.  Pluskały  się
w wielkiej, emaliowanej miednicy pod komendą Heni. Komenda była wydawana na migi. Raz się
kładło  palec  na  ustach,  raz  groziło  nim  po  nosie,  to  znów  oczyma  dawało  znaki  w  kierunku
pleców ojca. Lonka jak na złość dawała Karolkowi kuksańca w bok. A mydło właśnie wciskało
się  do  oczu,  szczypiące,  złośliwe,  wierciło  w  nosie,  pakowało  się  do  ust.  I  wytrzymaj  tu,
człowieku! I nie piśnij ani nie zachichocz!

Dopiero pod wiśniową, watowaną kołderką zaczynał się już zupełny spokój. Pajac na gwoździu
nad łóżeczkiem Karola próbował robić jakieś pocieszne miny. Ale oczy kleiły się same. Coś tam
jeszcze  przychodziło  na  myśl  z  długiego,  pełnego  wrażeń  dnia.  Kotki  z  wieczka  pudełka  za
szybą cukierni. Pływające po Wiśle jabłko. I już przed samym zaśnięciem znów ta Józefa i dziki,
zachwaszczony ogród z przeciwka.

A właśnie, że się nie boję! Niech mnie tam kiedy zamknie na haczyk! No, i co mi zrobi? Figę! Nie
wolno się bać! Nawet „opętanej”! Niech sobie tam chodzi, ile chce, nawet jak ma rogi, to też
nic. Nie boję się i tyle!

Pajac  na  ścianie  kiwnął  głową  potakująco  i  bardzo  poważnie.  Potem  sufit  zrobił  się  ciemny
w  pomarańczowe  koła.  Wirowały,  wirowały  coraz  szybciej,  aż  oczy  zamknęły  się  na  dobre.
Karolek spał posapując lekko przez zadarty, troszkę perkaty nosek.

Tak  się  skończył  dzień  naszego  bohatera,  którego  poznaliśmy  w  pierwszym  rozdziale.
Pięcioletniego Karolka z ulicy Kaczej nr 6.

Adres sobie dobrze zapamiętajmy. Jeszcze kiedyś, po wielu latach, wrócimy pod ten dom.

background image

Rozdział  drugi

W którym czas szybko leci, nawet w nudnej szkole, choć w niej nie uczono
języka chińskiego (co by się bardzo, jak się okaże później, przydał o)

Ojciec  coraz  później  wracał  z  roboty.  Tak  późno,  że  dzieciaki  zasypiając  widziały  tylko,  jak
mama  niespokojnie  chodzi  po  pokoju,  coraz  to  przystając  przy  oknie.  Nasłuchuje  czyichś
kroków  na  schodach,  to  znów  wraca  do  okna.  Czasem  zaś  sąsiadka  przychodzi  na  górę
i szepcą ze sobą przy przyćmionej lampie.

- Stefana ze Skierniewickiej dziś w nocy wzięli. Przewrócili dom do góry nogami. Podłogi zrywali,
piec rozebrali i nic. Jezu, Jezu, co z nami będzie? - wzdychała sąsiadka. - Naszych jak nie ma,
tak nie ma. Może na noc nie wrócą? Strajk będzie, nic się, pani, nie bój. Nie dadzą się!

Karolek  jeszcze  bardziej  zaciskał  powieki,  żeby  się  nie  domyśliła  ani  mama,  ani  szepcząca
sąsiadka, że wszystko słyszy. Co to znaczy „dom przewrócić”? I to jak przewrócić! Sąsiadka
powiedziała, że „do góry nogami”. Podłogi to nawet zrywał sam u siebie dorożkarz, bo grzyb
jakiś zeżarł deski.

-  Parter,  wiadomo!  Wilgoć  się  wdała,  chałupa  bez  podmurówki.  To  podłoga,  patrz  jak  mi
zmurszała - tłumaczył Karolkowi układając spróchniałe deski pod ścianą szopy. - Na podpałkę
to nawet za liche, o jak się sypie!

Piec  rozebrać?  To  także  nic  nadzwyczajnego.  Nawet  u  nich  zdun  naprawiał  kuchenkę.
Wyjmował ostrożnie kafelki, układał na gazetach. Glinę wymiesił w szafliku, ręce miał po łokcie
czarne od sadzy.

- Teraz będzie cug, że proszę siadać! - powiedział mamie po skończonej robocie, chowając
dwa papierowe ruble do kieszeni umazanej gliną kapoty.

Ogień już dudnił pod płytą, w kominie huczało, na czajniku raz, dwa zaczęła skakać pokrywka.

- Dobry z pana fachowiec - pochwaliła mama. - Ile to się opału teraz zaoszczędzi...

To  wszystko  było  zrozumiałe.  Ale  ten  jakiś  dom  na  Skierniewickiej,  „przewrócony  do  góry
nogami”,  długo  nie  dawał  Karolkowi  zasnąć.  Kręcił  się  na  łóżku,  naciągał,  to  znów  odrzucał
starą,  wiśniową  kołderkę,  aż  się  mama  parę  razy  obejrzała  w  kierunku  jego  kąta.  Wtedy  się
znów  przyczaił. Ale  już  niczego  więcej  nie  słyszał,  bo  jeszcze  ciszej  zaczęły  szeptać  mama
z tą sąsiadką z dołu.

„Strajk”, to było słowo znane już dzieciom z tych stron Warszawy. Strajk, to znaczyło, że ojciec
nie pójdzie do pracy, że fabrykę otoczyli żandarmi na koniach, że strzelali do tłumu zebranych
pod fabryką robotników. Wyłamali bramę fabryczną, płazowali ludzi szablami.

- A tłum szedł im naprzeciw, rwał kamienie z bruku i śpiewał „Bój to będzie ostatni...” - mówił
ojciec. Potem ta „Cytadela” nad Wisłą. Tylko szepty dorosłych wokół przyćmionej lampki, późną
nocą, z oglądaniem się na śpiące dzieci:

-  Za  małe  toto...  Niepotrzebnie  się  komu  wygada.  Szubienica  stoi  na  stoku. Adwokaci  ręce
rozłożyli...

Trudno  się  było  Karolkowi  „wygadać”.  Rozumiał  zaledwie  poszczególne  zdania.  Reszta
wydawała się dziwaczna. Jak ten właśnie dom „przewrócony do góry nogami”. Szubienica. Ale
co to jest „stok Cytadeli”?

I kto to ten pan, co „rozkłada ręce”. Wiedział, że nie trzeba się rodziców pytać, kiedy sami nie

background image

mówią.

W szkole też by się wiele nie dowiedział. Chodził do takiej sobie kamienicy na rogu Smoczej, na
drugie piętro. Do zwyczajnej miejskiej szkoły początkowej, w której za czasów caratu uczyły
się dzieci tylko po rosyjsku. Trzeba było wykuwać na pamięć nie tylko tabliczkę mnożenia. To
byłoby  jeszcze  pół  biedy.  Najgorsze  to  tytuły,  imiona,  imiona  ojców  calutkiej  rodziny  carskiej.
Klepane jednym tchem i na wyrywki.

Nauczyciel,  pan  Liszewski,  wcale  nie  był  złym  człowiekiem.  Uczył  dzieci,  jak  mu  pewnie  tam
z góry kazali. Linia bywała na tych lekcjach często w robocie. Nie żeby nią liniować białe kartki
papieru,  w  paski  czy  kratki.  Maniek  siedzący  na  ostatniej  ławce,  wyrośnięty  dryblas  wśród
pierwszaków,  brał  się  nawet  „na  sposoby”.  Smarował  łapsko,  upstrzone  kurzajkami,  cebulą
przynoszoną  w  przepaścistej  kieszeni  kubraka  przerobionego  z  matczynego  kaftana.
Niezawodny  to  miał  być  „sposób”  w  doświadczeniach  szkolnych  na  pękanie  linii  (przy
wymierzaniu „łap” na rękach uczniów co bardziej tępych czy niesfornych). „Sposób” ten jednak
stale zawodził. Dawanie „łap” nauczycielską linią także. Maniek nie mógł się ani rusz wykuć na
pamięć tych tytułów wszystkich carskich ciotek-księżniczek i stryjów-książąt.

Karolek z „linią” miał parę spotkań w ciągu pobierania tej nauki szkolnej na Smoczej. Wypierać
się nie ma co, choć nie był ani tępy, ani szczególnie niesforny. Uczył się łatwo. Na pamięć i na
wyrywki wszystkiego, co pan Liszewski zadał „odtąd - dotąd” z rosyjskiej książki.

Prawdziwa  nauka,  przez  te  wszystkie  szkolne  lata,  zaczynała  się  jednakże  w  domu.  Z
ojcowskich,  polskich  książek,  zbitych  ciasno  na  półce  między  oknami.  Na  rożku  stołu
zawalonego  ojcowymi  książkami  i  notatkami,  w  kręgu  złocistym  lampy  naftowej  z  zielonym
kloszem.

Ojciec  czasem  się  nagle  uśmiechał,  gdy  Karolek,  otworzywszy  książkę,  patrzył  w  jej  kartki
mrugając  oczami.  Potem  przymykał  ją,  jeszcze  raz  oglądał  okładkę  znów  patrzył  w  drobno
zadrukowane kartki.

- Odłóż, odłóż! Jeszcze nie dasz rady - mówił ojciec - a takie niespodzianki bywają w moich
książkach... O weź tamtą, w oliwkowej okładce. To Sienkiewicz... „W pustyni i w puszczy”.

Istotnie, to były niespodzianki.

Na  okładce  „Czarodziejska  różdżka”,  znana  od  lat  (kiedy  ją  czytała  jeszcze  głośno  Henia).
Powinno  być  o  tym  psotnym  chłopcu,  Pawełku,  na  którego  „mama  spoglądała  przez  dwa
szkiełka”. A tu w środku dziwne, bardzo nawet dziwne tytuły: „Socjalizm a ruch robotniczy”,
„Karol Marks - Kapitał”.

Czytał  więc  Karolek  Sienkiewicza.  Nie  można  powiedzieć,  żeby  wszystko  od  razu  rozumiał.
Wracał  do  tych  książek  po  kilka  razy.  Potem  były  także  książki  pani  Orzeszkowej  Elizy.  W
okładce książki kucharskiej, pod śmiesznym tytułem „360 obiadów”, znalazł „Pana Tadeusza”.
Wtedy  już  kończył  tę  swoją  szkółkę  na  Smoczej.  Całe  cztery  klasy  umiał  na  pamięć  i  na
wyrywki. Wszystkie te mądrości wbijane nie tylko do głowy, ale i linią w ręce.

„Pana Tadeusza” trzeba było czytać samemu. Tylko to nie było wcale czytanie, a pochłanianie
prześlicznego wiersza. Uczenie się na pamięć co piękniejszych „ksiąg”, do których się wracało
po dziesięć razy w ciągu wieczora. Lampa zaczynała „filować”, znikał pokój, papiery ojca i sama
twarz siedzącego naprzeciw.

Twarz ojca, przez te lata wspólnego przesiadywania wieczorami, dziwnie się postarzała. Pod
oczami kładły się cienie, pogłębiły się bruzdy wokół ust. Czoło porysowały poziome zmarszczki.
Ojciec po prostu niedomagał. Coraz częściej zdarzało się, że któregoś ranka nie mógł pójść do
fabryki wskutek zawrotu głowy.

I wtedy właśnie na tym ich pięterku zjawił się pan Liszewski, nauczyciel Karola ze szkoły na
Smoczej.

background image

Przysiadł na krześle przy łóżku ojca:

- Co to panu, panie Świerczewski? Zdrowie zaczyna szwankować, jak widzę?

- Głupstwo, do jutra przejdzie! Napracował się człowiek w życiu, może by czas odpocząć, ale
nie da rady! Za dużo jeszcze jest do zrobienia na tym nie najlepszym świecie - odpowiedział
stary Świerczewski.

- A bo ja tu w takiej sprawie. Hm, jakby to powiedzieć? Ano właśnie... Karol skończył szkołę.
Zdolny  chłopak,  oj  zdolny!  Grzech  marnować  takie  zdolności!  Trzeba  by  go  dalej  kształcić.
Niechby  przyszedł  na  te  moje  kursy  handlowe.  Mam  tam  wieczorowe  godziny.  Jakoś  przy
pomocy dobrych ludzi dałoby się zrobić... z opłatą... z podręcznikami.

Stary Świerczewski aż się żachnął:

- Nie stać mnie na dalsze nauki, panie profesorze! Z darmochy nie zwykliśmy korzystać, czyli
z  dobrych  serc  tych  tam  dobrych  ludzi,  co  mają  pieniądze.  Niechże  już  będzie  sobie
robociarzem, jak i ja jestem!

Omal  się  nie  pokłócili.  Ojciec  z  nauczycielem.  Taki  już  ojciec  był  hardy.  I  taki  uparty  w  tej
giserskiej, robotniczej dumie.

Targ w targ stanęło na tym, że trochę się jeszcze po robocie Karol pouczy u nauczyciela. Za
opłatą, oczywista.

Robota  zaczęła  się  także.  W  tej  samej  fabryce,  w  której  ojciec  od  lat  pracował.  U
Gwiździńskiego  na  Koszykowej.  Karol  zaczął  się  uczyć  metalowego  tokarstwa.  Tokarka  to
maszyna piękna, wymyślna i trudna. Ręce z początku są jak z masła do takiej roboty, gdzie to
się ścigać trzeba mięśniami i uwagą z obrotem pasa transmisji. Wyuczył się sekretów trybów,
śrubek, wcięć i wycięć, zastosowania narzędzi, z początku dziwnych a niepojętych. Pomagali
starsi  koledzy  ze  względu  na  szacunek  i  miłość,  jaką  darzyli  w  tej  fabryce  starego
Świerczewskiego.

Z  różnych  pomruków,  spojrzeń  krzyżujących  się  znienacka  wymiarkował  Karol,  że  i  on  ma
powody być dumny z tego surowego, milczącego ojca. Bo ojciec to nie tylko giser, fachowiec
nad  fachowce  w  swojej  specjalności.  Nie  tylko,  choć  i  samouk,  z  łatwością  wczytujący  się
w dziwne, naukowe tomiska. Przypomniał sobie szept sąsiadki o „domu przewróconym do góry
nogami”, te powroty ojca o świcie, w 1905 roku, kiedy sam miał wszystkiego osiem lat. Książki
w  fałszywych  okładkach,  wiece  i  dziwnych  gości  ojca,  określanych  niezrozumiałym  słowem
„kontakty”.

Jak dziecinna, rozsypana, klockowa łamigłówka zaczynała się w oczach Karola układać historia
własnego ojca. Tego poza domem, poza, jakże znanym, kręgiem lampy z zielonym kloszem.

I wtedy zdarzyła się ta głupia przygoda przy maszynie. Karol zagapił się czy zamyślił, sam nie
wie. Maszyna obtaczała kawał żelaza. Pryskały ostre, gorące wióry. Nie uskoczył w porę i ucho
zapiekło boleśnie. Gorący strumień krwi aż chlusnął za kołnierz koszuli.

Podniósł  się  krzyk,  zatrzymano  maszyny.  Zbiegli  się  robotnicy.  Karol  stał  zawstydzony.  W
oczach zaczęły latać koła, jak kiedyś w dzieciństwie przed samym zaśnięciem.

Jeszcze tego brak, żebym tu zemdlał - pomyślał ze złością i zaciął zęby.

Ojciec, zawołany przez kogoś, właśnie nadchodził nie bardzo się śpiesząc. Żeby sobie znów
nie myśleli, że się tak nad synalkiem trzęsie, jak nad nieopierzonym kurczątkiem.

- Ej, dziamajdo, och, niedołęgo! A toś się urządził! A gdzieś to oczy podział? - zaczął go ojciec
przy  wszystkich  ostro  wykpiwać  i  karcić  bez  wszelkich  czułości.  -  To  fabryka  nie  freblówka,
wiesz to?

Zrobili mu w kantorku opatrunek i wysłali do domu.

background image

Pod  wieczór  zaczęło  w  głowie  huczeć,  jakby  jechały  platformy  z  żelastwem  do  wszystkich
wolskich fabryk na raz. Ucho rwało. Pulsowało w skroniach.

W  nocy  ból  stawał  się  coraz  nie  znośniejszy,  coraz  dokuczliwszy.  Karol  usiadł  na  łóżku
i  nasłuchiwał  w  ciemności.  Wszyscy  spali.  Zsunął  się  z  łóżka  i  słaniając  się  na  nogach,
przeszedł cicho w kierunku drzwi. Uchylił je i wyszedł na klatkę schodową. Szukał w ciemności
poręczy schodów. Ręka ciągle trafiała w próżnię. Przed oczami w tej ciemności zaczęły latać
dziwaczne  płatki,  gwiazdki  migocące  jak  iskierki  w  nie  domkniętych  drzwiczkach  pieca.
Strumienie  lodowatego  zimna  przebiegały  po  plecach,  to  znów  gorąco  zalewało  głowę,
ramiona,  spływało  do  pleców.  Poczuł  wreszcie  chłodną,  wyślizganą  poręcz  schodów.  Poręcz
zaczynała się skręcać, wić jakby wąż. Skrzypiący stopień, wyłuskany w ciemności bosą stopą,
zdawał  się  zapadać  gdzieś  w  przepaść.  Nagle  podjeżdżał  ku  górze,  w  uszach  zaczynały
dzwonić jakby szklane dzwoneczki.

Karol szedł w tej ciemności  zaciskając  zęby  i  myślał  z  uporem,  ze  złością  obróconą  przeciw
samemu sobie.

No,, no, bez kawałów! Zwyczajne schody! Jeszcze stopień, jeszcze dwa! Byle dobrnąć. Tego
jeszcze brak, żebyś narobił rumoru na cały dom. A właśnie, że się nie dam!

Dobrnął wreszcie do progu sieni. Na niebie mrugały dziesiątki gwiazd. Bezwładnie już opadł na
stary,  wielki  kamień.  Dyszał  ciężko,  jakby  zrzucił  z  ramion  ciężki  worek  kamieni.  Poprzez  te
cienkie,  szklane  dzwoneczki  usłyszał  cykanie  świerszczyków  w  jesiennym  ogródku  przed
domem.  Kamień  był  wilgotny  od  rosy.  Znów  zaczęło  nim  trząść  zimno.  Oparł  się  plecami
o ścianę, podciągnął kolana pod brodę, jak wówczas, gdy w dzieciństwie śledził dorożkarską
szkapę  wracającą  do  stajni.  Teraz  nie  bał  się  już,  że  jeżeli  się  zdrzemnie,  to  obudzi  jękiem
śpiącą matkę czy siostrę. A zwłaszcza ojca. Po prostu byłoby mu bardzo wstyd, że nie umie
opanować tego rwącego bólu w głowie, że nie może opanować własnej słabości.

Nowa fala gorąca. Coś się majaczy w obolałej głowie. Zdrzemnął się, by po chwili ocknąć się
nagle,  zlany  zimnym  potem.  Przemęczył  się  tak  do  świtu.  Gwiazdy  zbladły  na  szarzejącym
niebie  nad  domem.  Ból  jakby  trochę  ścichł.  Mocniej  oparł  się  plecami  o  chropowatą  ścianę
domu, wyprostował zdrętwiałe nogi.

A wtedy w pokoiku na górze zaczął się wczesny, poranny ruch. Pierwsza obudziła się Henia i z
niepokojem  patrzyła  przez  chwilę  na  puste  łóżko  brata.  Na  zmiętej  poduszce  w  półmroku
czerniała plama krwi.

Siostra,  wahając  się  przez  chwilę,  pochyliła  się  nad  śpiącym  ojcem.  Patrzyła  na  zmęczoną
twarz, na ciemne cienie wokół oczu, na rozsypane, siwiejące włosy. Zdecydowała się jednak
dotknąć ramienia ojca. Śpiący poderwał się nagle, zupełnie już przytomny.

-  Z  Karolem  coś  niedobrze,  proszę  ojca.  Czy  nie  zemdlał  na  schodach?  Krew  przeciekła
z bandażu na poduszkę.

Ojciec  podniósł  się  z  posłania.  Zarzucił  na  ramiona  stare  „sakpalto”,  służące  także  jako
szlafrok.  Wyszedł  na  błękitniejące  w  porannym  brzasku  schody.  Przystanął  patrząc
z  niepokojem  na  siedzącego  na  kamieniu  syna,  przy  progu  sionki.  Chłopak  coś  zamamrotał
przez sen. Ojciec położył mu delikatnie rękę na rozpalonej dłoni:

- No, no, bohaterze! Dosyć tego dobrego. Marsz na górę, do łóżka! Bandaż ci całkiem przesiąkł,
wyglądasz jak ranny na polu chwały - dodał już po swojemu, trochę kpiąco, żeby się chłopak
nie domyślił czułości ukrytej w tych słowach.

Karol ocknął się nagle z drzemki. Zatrzepotał powiekami:

- Co? Tak! Tak! Zaraz się ogarnę! Pewnie pora do roboty! Nie zaspałem czasem?

- No, wypisz, wymaluj, prawdziwy bohater! Do jakiej znów roboty się wybierasz z tym mokrym

background image

bandażem? Do felczera trzeba, nie do fabryki! Już cię tam jakoś wyręczę. No, marsz, marsz!

Podparł  go  ramieniem,  dźwignął  z  kamienia  i  weszli  tak  spleceni  uściskiem  po  skrzypiących
schodach.

- A jednak to dobrze, żeś taki jest, jakiś jest - powiedział ojciec. - Kto tam wie, co cię jeszcze w
życiu czeka? Ale taki już zostań. Twardy dla siebie, folgujący innym. Tak trzeba.

Co  miało  jeszcze  spotkać  Karola  w  tym  dalszym  życiu,  ojciec  się  nie  dowiedział.  Zmarł,  gdy
chłopak skończył właśnie szesnaście lat.

W dniu pogrzebu stanęły wszystkie fabryki warszawskie.

Za  trumną  niesioną  na  barkach  robotników  aż  na  Bródno  szły  tysiące  ludzi.  Tak  jak  wyszli
z opustoszałych nagle fabryk, w roboczych, zasmolonych bluzach. Może i piękne są pogrzeby
bogaczy.  Ze  sznurem  karoc,  z  końmi  w  żałobnych  czaprakach.  W  migocie  latarń,  w  połysku
srebrnych  okuć,  na  spowitym  w  kir  karawanie.  Ten  pogrzeb  robotnika  warszawskiego,  tylko
w chrobocie tysięcy nóg, w milczeniu, bez ozdobnych wieńców i szarf jedwabnych, pozostał
jednak  w  pamięci  ówczesnych  ludzi  jako  wielkie  wydarzenie  dla  zadymionej  Woli,  Leszna  i
Czerniakowa, skąd ściągnęły tłumy wprost od ślusarskich warsztatów.

Karol  szedł  za  ojcowską  trumną  z  gardłem  ściśniętym  żalem.  Wiedział,  że  teraz  na  niego
przeszły obowiązki głównego żywiciela i opiekuna całej rodziny.

W sercu było jeszcze i inne uczucie. Dumy. Kołysała się prosta trumna na barkach robotników.
Takich  samych,  jakim  był  ojciec.  Surowy,  milczący,  małomówny,  ciężko  spracowany  robotnik
warszawski.

Szli daleko za miasto. Przez uliczki o krzywych, na wpół zapadłych w ziemię ruderach. Obok
kawałów pola obsadzonego ziemniakami. Wzdłuż podmiejskich ugorów, na których bujnie rosło
zielsko.

Był  to  rok  1912.  Przed  starą,  zapadającą  się  w  ziemię  kuźnię  wyszedł  kowal  w  skórzanym
fartuchu.  Przez  szeroko  otwarte,  ledwo  wiszące  na  zawiasach  drzwi  widać  było  mroczne,
zakopcone wnętrze i pomarańczowe płomyki ognia, skaczące po palenisku.

Kowal patrzył przez chwilę na przeciągający pochód, odpasał skórzany fartuch, cisnął go za
siebie na kowadło i wmieszał się między robotników idących tuż za trumną.

Zza  zmurszałego  płotu,  już  opodal  cmentarza,  podniósł  się  z  klęczek  kamieniarz  wybijający
młotem  i  dłutem  na  kamiennej  płycie  jakiś  napis.  Odłożył  młotek,  dłuto,  ściągnął  z  kolan
skórzane podkładki i przyłączył się do idących.

Na sąsiednim podwórku stelmach naprawiający koło odstawił je pod szopę i także ruszył, tak
jak stał, w rozpiętej u szyi, wyburzałej na słońcu koszuli.

Dołączała się po drodze biedota podmiejska ze zmurszałych bud i krzywych opłotków. I rósł
pochód  żałobny,  jakiego  nie  widziała  w  tamtych  latach  Warszawa.  Ta  dawna  Warszawa
konnych tramwajów na przedmieściu, stara Warszawa gazowych latarń ulicznych, powozów
na gumach, sunących przez śliczne Krakowskie Przedmieście i wysadzane kasztanami aleje
Ujazdowskie, z rozrzuconymi w zieleni pałacykami.

W te lata przyszło też Karolkowi poznać Warszawę tak dokładnie, jak tylko może ją poznać
pieszy przechodzień biegnący z jednego jej krańca na drugi. W deszcz i zadymkę śnieżną. W
skwarze i kurzu lata.

Odnosił co tydzień, aż na Czerniakowską, wypolerowane łyżki. To była dodatkowa, wieczorna
praca  całego  rodzeństwa  i  matki.  Siedzieli  wokół  lampy,  z  irchowymi  ściereczkami,
wydobywając  srebrny  połysk  z  matowych  początkowo,  fabrycznych  arcydzieł  z  esami-
floresami na trzonkach. Tarło się taką łyżkę a tarło tym kawałkiem skórzanej ściereczki. Piekły
palce  ze  zdartym  aż  do  krwi  naskórkiem.  We  wklęśnięciu  każdej  łyżki,  jak  w  krzywym

background image

palce  ze  zdartym  aż  do  krwi  naskórkiem.  We  wklęśnięciu  każdej  łyżki,  jak  w  krzywym
zwierciadle, zaczynały się pokazywać zabawnie wykrzywione twarze pracujących. Wydłużały
się na wzór koziego oblicza, to znów stawały się pyzate jak księżyc w pełni.

Jakże  się  było  nie  śmiać  w  tym  małym  pokoiku,  choć  pod  łopatkami  aż  kłuło  od  żmudnej,
wytężonej  pracy?  Każde  z  rodzeństwa  miało  także  swoje  kłopoty.  Zwłaszcza  zawsze  taka
rozsądna i nad wiek poważna Henia martwiła się chyba najwięcej. Ciągle jej się zdawało, że ci
młodsi  ani  rusz  nie  dadzą  sobie  bez  niej  rady.  Poleruje  więc  tę  swoją  łyżkę  i  myśli  bardzo
stroskana:  „Karolowi  zdarły  się  buty.  Jak  w  wydatki  domowe  wstawić  nowe  zelówki?  Lonki
zimowy  żakiecik  trzy  razy  nicowany,  całkiem  jest  wiatrem  podszyty”.  Kiedy  tak  zaczęła
rozmyślać, zapomniała całkiem o sobie, o tym, że i jej buty przeciekają po każdym deszczu, aż
piszczy  w  nich  woda.  A  tu  trzeba  na  zimę  węgla,  kartofli,  bo  piwnica  całkiem  pusta.  Z
zamyślenia budził ją wybuch śmiechu. Zawsze skora do psot Lonka podsuwała właśnie swoją
łyżkę Karolowi pod sam nos. Łyżka lśniła jak lustro. Nos w tym wklęsłym lusterku rozpłaszczył
się i przeciągał od ucha do ucha. Oczy były skośne i wąziutkie jak szpareczki:

- Patrz, patrz, Karolku! Chłopczyk jak malowanie! Wróble mógłby straszyć.

Karol czym prędzej podsunął Lonce swoją łyżkę. W srebrzystej wklęsłości, na baniastym czole,
sterczały wytrzeszczone oczy, maleńki nosek, jak fasolka, łączył się z brodą poprzez wąskie,
rozciągnięte usta:

- A  to  piękność  nad  pięknościami!  Trochę  tylko  na  razie  zaklęta  w  żabę!  Jak  się  taki  zuch
znajdzie, co cię pocałuje, brrr... - otrząsnął się niby z wielkim obrzydzeniem - zły czar minie.

Lonka zamierzyła się łyżką. Karol odbił cios swoją, aż zadzwoniło.

-  Aj!  Porysujecie!  -  przestraszyła  się  Henia,  lecz  zaraz  także  zapomniała  o  tych  butach,
nicowanym żakiecie siostry i nawet pustej przed zimą piwniczce.

A kłopoty narastały, gdy zaczęła się jesienna szaruga, gdy wiatr gwizdał w kominie, a o szyby
bił śnieg zmieszany z deszczem.

Karol zmienił pracę. Stał się jednym z robotników wielkiej na te czasy fabryki Gerlacha. W tej to
fabryce zaskoczyła ich wojna 1914 roku. Urządzenia fabryczne wraz z robotnikami wywieźli
urzędnicy carscy, wycofując się przed Niemcami z Warszawy, w głąb Rosji. Robotnicy z fabryki
Gerlacha  ociągali  się,  lecz  carskie  prawo  wojenne  nie  pytało  ich  o  zgodę.  Zmobilizowano  po
prostu całą fabrykę. Karol nie chciał się rozstać z rodziną, zostawić jej bez pracy, bez żadnych
zapasów.  Wyruszyli  w  tę  daleką  drogę  z  jakimiś  tobołkami,  zebranymi  naprędce.  Siostry
popłakiwały w kącie zatłoczonego wagonu.

Karol stał przy oknie. Patrzył na uciekające za oknem ostatnie zabudowania Warszawy:

- I czego płaczecie? Wrócimy tu przecież! Na pewno wrócimy! Posadźcie tu matkę, o, na tym
kuferku. No, posuń się, Lonka. Weź ten tobół, Henia! O, tak!

Pośpiesznie  znów  przylgnął  do  szyby.  Za  nic  nie  chciał  w  tej  chwili  pokazać  swej  twarzy
dziwnie skurczonej, żałosnej.

- Jakże tu żyć bez Warszawy? Dobrze, że choć maszyny jadą z nami, zawsze to kawałek Woli.
I z nami wrócą. Ocalone od wojny! Jak będzie Polska. Bez cara i bez Niemców, i bez własnych
burżujów.

Uciekały pola, chałupiny słomą kryte. Rozczochrane wierzby nad polną, wozami wyjeżdżoną,
drogą zamachały gałązkami.

„Wrócicie - wrócicie - do Polski - do Polski - do wolnej od cara, od Niemca, do Polski pracującego
ludu...” - dudniły miarowo koła.

Przemknęły za oknem strzeliste topole. Uciekały jakby wstecz, właśnie w stronę Warszawy, po
której popłakiwały w kąciku siostry i żałośnie kurczyła się twarz Karola.

background image

Zaczęło się w dalekim mieście rosyjskim życie wśród obcych. Przy warsztacie, w Kazaniu, Karol
znalazł  jednak  przyjaciół.  Zrazu  przysłuchiwał  się  tym  rozmowom  nieufnie,  nie  brał  w  nich
żadnego  udziału,  pochylał  się  tylko  uważniej  nad  tokarką,  coś  tam  niby  pilnie  naoliwiając,
dokręcając i tak dobrze przykręconą śrubę.

- Iwanycz! Długo tak będziemy jak te barany dawać synów na rzeź? - mruczał stary ślusarz,
Pietrow, o pożółkłych od machorki, siwych wąsach i wielkiej, rozłożystej jak wachlarz brodzie.

Poprzez zgrzyt pilnika odpowiadał Iwanycz, w wyleniałej czapce futrzanej, ze sterczącymi na
boki nausznikami:

- Co chcecie, ojczulku? Dla chwały cara i wszystkich carskich pociotków umrzeć ponoć słodko?
Wygra car, to i tak ci dniówki nie podwyższy. Ale carska korona blasku nabierze, ho, ho!

- Wygra, nie wygra, ale się zadławić może! Kradzione nie tuczy, bracie. Tyle narodów przeklina
nas,  jakbyśmy  my,  tacy,  jak  ja  i  ty,  usmoleni  przy  warsztacie,  chcieli  cudzej  ziemi,  cudzych
fabryk. Albo to nasz prosty naród tego chce? - coraz gniewniej mówił stary Pietrow dokręcając
ze zgrzytem jakąś mutrę.

- Wiadomo, że nie! Ale czy to oni narodu pytają, jak chce żyć? Idź, ojczulku, do cara, pokłoń mu
się niziutko, może cię i wysłucha - kpił Iwanycz przesuwając wyleniałą czapę na tył głowy.

- Ej, a jak pójdziemy, hę! Tak wszyscy, jak ta Rosja długa i szeroka? My wszyscy, od takich
warsztatów jak nasz? Ej, Karol? Pójdziesz i ty, co? Macie i wy, Polacy, z carem do pogadania
czy nie macie? - spytał stary ślusarz groźnie ruszając pożółkłymi wąsiskami, a wypełzłe oczy
aż się zaśmiały w drobnej siatce zmarszczek.

Iwanycz przesunął znów czapę na czoło:

- E, jak tak hurmem, to się i kłaniać nie będziemy! A do Polski to nam nic. Nie nasza, niech tam
wasz naród sam o sobie stanowi, co, Karol, dobrze mówię? Po swojemu niech się rządzi lud
pracujący, co tam car ma mu do rozkazywania?

Nie było już co udawać, że się maszynę oliwi, kiedy smar ciekł z nadmiaru cienką strużką na
beton  fabrycznej  hali.  Wyprostował  się  więc  Karol  nad  swoją  tokarką.  Zwrócił  się  twarzą  ku
towarzyszom,  popatrzyli  sobie  w  oczy.  Ufnie,  poważnie.  I  prawie  jednocześnie  wyciągnęli  ku
sobie poczerniałe od smarów, twarde, jak z żelaza odlane, ręce. Uderzyli dłonią o dłoń.

- Zrobione! - odruchowo po polsku odpowiedział Karol.

Zrozumieli. Pośmieli się jeszcze trochę przyjaźnie. Pokiwali głowami. Przyjęli go za swego, tak
jak i on ich przyjął za swoich. W najważniejszej wspólnej sprawie.

Żeby każdy naród sam stanowił o sobie. Prosty naród, ten od warsztatów, jak my - pomyślał.

I  wtedy  nagle  stanęła  przed  oczami  Karola  ta  dawna  książka,  w  okładce  z  „Czarodziejskiej
różdżki”.  Książka,  w  której  szukał  owego  Pawełka,  a  znalazł  niezrozumiały  wówczas  napis:
„Socjalizm a ruch robotniczy”. I dziwnie uśmiechnięta twarz ojca w kręgu dawnej, warszawskiej
lampy.

W  dalekim,  rosyjskim  miasteczku,  o  drewnianych  domkach  z  rzeźbionymi  obramowaniami
okien, z rozłożystym piecem w izdebkach, odnalazł Karol jakby dawny, rodzinny dom. I to nie
jeden,  a  dziesiątki  na  raz.  Zbierali  się  w  nich  po  całodziennej  pracy  grupkami,  wystawiając
„czujkę” na podwórzach.

Często  nie  znali  swych  prawdziwych  nazwisk.  Wróciło  to  dawne  słowo  „kontakty”,  książki
w fałszywych okładkach, na cieniutkiej bibułce drobnym drukiem odbijane broszury. Gazety aż
starte od przechodzenia przez dziesiątki rąk. I ci sami, co w Warszawie, żandarmi płazujący
szablami strajkujących robotników.

- Po mojemu - to tak - zaczynał stary Pietrow wyciągając przed siebie guzowate, stwardniałe

background image

ręce - wszystko, na co spojrzysz: dom, twoja kapota, maszyna, szyba w oknie i moje chodaki
zrobiły takie ręce. Moje, twoje, ojców naszych, synów...

-  I  głowa,  Pietrow,  głowa  też  -  wtrącał  Iwanycz  wskazując  na  siedzącego  w  ich  gronie
szczupłego mężczyznę w okularach. - Dom wymaga planu, maszyna wyliczeń. To też praca.
Nasz inżynier, nauczyciel albo doktor pracują - dodał przeciągle.

- Słusznie, Iwanycz - zgadzał się stary ślusarz - a i o chłopie nie zapomnij, bo jesz jego chleb.
Pracujący ludzie, dobrze mówię?

- Dobrze, dobrze! - potwierdzili zebrani, a inżynier uśmiechnął się przyjaźnie.

- A  kto  się  na  naszej  pracy  wzbogaca?  My  sami?  Nie  widzę  tego  ani  po  twoim,  Iwanyczu,
kubraku, ani po swoich dziurawych butach, ani po Marty dzieciakach, które do szkoły nawet nie
chodzą. Nasz inżynier też ma, bez obrazy, łokcie wyświecone i dziurę w bucie... A czyja jest
ziemia, czyje fabryki, kopalnie? Nasze? Kto wypowiada wojnę, a kto na niej ginie?

Tak zaczynały się te wieczorne pogwarki. W głowie Karola zaczynał się coraz jaśniej rysować
obraz tego dziwnego świata, w którym nic nie mają do powiedzenia właśnie tacy, jak Iwanycz,
Pietrow, on sam czy nawet inżynier z wytartymi rękawami.

Coraz  częściej  padało  w  tych  pogwarkach,  książeczkach,  gazetach  słowo  „socjalizm”,
„sprawiedliwość społeczna”, „lud pracujący”.

Coraz  częściej  także  z  podwórka  dolatywał  umówiony  gwizd  „czujki”.  Wrzucali  pośpiesznie
książki, gazety, papiery do skrytki za rozłożystym piecem. Na sosnowy stół wypadała, nagle jak
z  rękawa,  zatłuszczona  talia  kart.  Gospodyni  stawiała  na  stole  butlę  z  wódką.  Zawsze  tę
samą,  na  wpół  napełnioną.  Ktoś  pośpiesznie  rozdawał  karty.  I  wtedy  na  progu  zjawiał  się
najpierw wielki, czerwony nochal „rewirowego”.

Potem pokazywały się sztywne wiechetki czarnych wąsów, jakby wysmarowanych czernidłem
do butów. Zza ramienia policjanta wyglądały rozbiegane, szczurze oczka chudego policyjnego
pomocnika  z  latającym  jabłkiem  grdyki.  Lustrowali  wszystkie  kąty  stojąc  na  progu  Izdebki.
Obiegali przenikliwymi oczkami krąg „graczy” rozpartych niedbale przy stole.

-  Dobrze,  dziateczki,  dobrze!  Pograjcie  sobie  w  karcięta,  wódki  popijcie!  Po  pracy  dobra
rozrywka.  Byle  tam  żadnej  polityki,  gazetek!  Tego  nasza  władza  nie  lubi!  Od  polityki  są
panowie, a nie wy, ciemny naradek. Nie wy! - rechotał grubym, ochrypłym głosem „rewirowy”.

Wychodzili trzaskając drzwiami. Słychać było jeszcze przez chwilę, jak się potykali na ciemnym
podwórku. „Czujka” odwołała alarm, stukając w szybkę w umówiony sposób. Znikała ze stołu
na  wpół  napełniona  butelka  i  talia  zatłuszczonych  kart.  Ze  skrytki  wracały  papiery,  gazety,
broszurki.

Rozchodzili  się  późno  w  noc.  W  komórce  gospodyni  piał  po  raz  drugi  kogut  przepowiadając
rychły świt.

Nie przewidział „rewirowy” ani jego pomocnik o rozbieganych, szczurzych oczach, że siedzący
przy tym stole tak prędko przestaną się przejmować tym, co lubi „władza” carska.

W  zmęczonym  wojną,  wygłodzonym  kraju  wybuchła  rewolucja.  Robotnicy  i  chłopi  rosyjscy
zrzucili cara z tronu.

Karola zobaczymy po roku w Moskwie. Będzie szedł w roboczej bluzie, wojskowych spodniach
i  dziurawych  butach  po  chodniku  ulicy.  Ręce  włożył  w  kieszenie,  spuścił  głowę  i  mruczy  do
siebie coś gniewnie.

Po  drugiej  stronie  ulicy,  także  po  chodniku,  drepcze  pośpiesznie  Henia.  Myśli,  po  swojemu,
bardzo zatroskana:

A może głupstwo zrobiłam? Co ja się tam na polityce znam? Co by na to powiedział ojciec,

background image

gdyby żył? Pewnie by jemu przyznał rację...

Heni jest coraz nieprzyjemniej. Patrzy w kierunku Karola, na tę drugą stronę ulicy. Chłopak ani
się obejrzy.

Przecie to już dorosły. Nie można na niego fukać jak kiedyś, gdy biegał pod wystawę narożnej
cukierni. Pewnie coś nakręciłam. I jak z tego wybrnąć, kiedy zagniewany, rozżalony na mnie?

Karol wcale nie był na siostrę zagniewany. To stanowczo za łagodne słowo. Karol był zły, zły,
upokorzony i jeszcze raz zły.

Po raz pierwszy myślał o niej tak brzydko:

Głupia  gęś!  Takiego  mi  narobić  wstydu!  Teraz  się  chłopaki  w  koszarach  pewnie  aż  za  boki
trzymają ze śmiechu. Bo i jakże nie? Przyszła siostrunia do komendanta, narobiła jazgotu, że
to ten braciszek jest Polak, to mu nic do rosyjskich spraw. Do tej całej rewolucji. Niech sobie
sami Rosjanie ją robią. I co z taką gadać? Kazał dowódca do domu iść z Czerwonej Gwardii...
Do siostruni, bom niepełnoletni. Ech, ja tej gęsi dam w domu! Już ja jej wszystko wygarnę.

Co się tam w domu działo, może i lepiej nie opisywać. Łagodny Karol zrobił Heni mały wykład
polityczny. Wcale niełagodny tym razem. Na ojca się powołał, na robotników z Warszawy, na
tych,  którzy  za  trumną  ojca  szli.  Za  trumną  człowieka,  który  nienawidził  cara  i  wszelkiego
ucisku człowieka pracującego. A teraz co? Kto tego cara zrzucił z tronu? Kto się domaga na
wszystkich wiecach, zebraniach, żeby naród polski sam sobie decydował o losach własnego
kraju?  Tacy  właśnie,  jak  ci  z  Czerwonej  Gwardii,  robotnicy,  chłopi,  lud  rosyjski.  Wrogowie
własnego cara i jedyni przyjaciele robotnika Woli, Czerniakowa, Powiśla.

-  Ech,  co  z  tobą  gadać.  Gęś,  głupia  gęś!  -  aż  krzyczał  ten,  zawsze  łagodny  dla  siostry,
ukochany braciszek.

Popłakała się Henia. Trochę ze wstydu, trochę z żalu. Sama nie wiedziała, czy z żalu nad sobą,
czy  właśnie  nad  Karolem.  Że  wyfruwa  już  z  tego  wspólnego  gniazda,  właśnie  jak  ptak
o mocnych lotkach, nagle dorosły. Już nie tokarz metalowy, lecz żołnierz. Pójdzie teraz gdzieś
tam,  na  jakiś  tam  front.  Dadzą  to  radę,  oni,  takie  robotnicze  wojsko,  byle  jak  odziane,
z karabinami na sznurkach, w butach dziurawych, głodne, bez amunicji... i to przeciw komu?
Przeciw  uzbrojonym  po  zęby  obrońcom  starego  ładu,  carskich  praw.  Przeciw  rosyjskim
generałom, przeciw wyćwiczonym pułkom, artylerii, jakimś tam karabinom maszynowym?

Na wojnie, tak jak i na polityce, nie znała się dobra nasza Henia nic a nic.

- Ano, to idź z Bogiem! A uważaj tam na siebie, Karolku. I nie gniewaj się już na głupią siostrę -
powiedziała w końcu, pochlipując.

Poszedł na drugi dzień. Z powrotem do swych koszar. Do Czerwonej Gwardii, z której powstała
Armia Radziecka. Przeszedł pośpiesznie przeszkolenie bojowe i wyruszył na front pod Orszę.
Przyszło  mu  skromnie  zaczynać.  Od  pisarza  kompanijnego,  jako  że  posiadał  cenną  sztukę
pisania. Wyrwał się jednak z tego mało bojowego fachu. Nie wyliczysz jednym tchem Polaków,
którzy  się  opowiedzieli  po  stronie  Wielkiego  Października.  Tłukli  się  na  wszystkich  frontach
z  białymi  bandami  o  wielką  Krainę  Rad.  O  pierwszą  w  świecie  Ojczyznę  Socjalizmu.  I  o  tę
przyszłą, sprawiedliwą Polskę ludu pracującego.

Bił  się  więc  i  Karol,  warszawski  metalowiec,  o  tę  samą  wspólną  sprawę,  na  czele  batalionu.
Prawdziwego, frontowego.

A batalion to był nad bataliony! Całe dwie kompanie miał w swoim składzie. W pierwszym byli
sami robotnicy czescy. Ci wiedzieli, za co się biją: za prawo do swoich fabryk, do swojej ziemi,
za wolne, ludowe Czechy. Z tymi dogadał się Karol, jako dowódca batalionu, z polsko-rosyjsko-
czeska raz, dwa.

Bo  i  co  to  za  sztuka?  Co  trzecie  słowo  to  jak  nie  całkiem  jednakowe,  to  chociaż  podobne.

background image

Słowiańskie. Marsz - to marsz. Stój - to stój! Chleb - to chleb. Strzelaj - to strzelaj.

Druga kompania nazywała swego dowódcę batalionu:

- Swier-czu-ju!

Właśnie  tak,  a  nie  inaczej.  Po  chińsku.  I  trudno  byłoby  inaczej,  bo  i  po  jakiemu  ma  mówić
prawdziwy Chińczyk? Nawet jeśli dowódcą batalionu jest prawdziwy Polak, warszawianin? Nie
złamie przecież języka dobry Chińczyk, choćby i chciał!

- Swier-czu-ju!

No,  właśnie!  Całkiem  wyraźnie.  Kiep  by  się  tylko  nie  domyślił,  że  to  znaczy  to  samo,  co
Świerczewski. Ale w tym batalionie nie było kpów. Trochę obdarci, trochę bosi, mocno głodni -
tłukli  się  jak  lwy.  Za  co  się  tłukli?  Za  wolne  Chiny  tak  samo  jak  za  wolną  Polskę.  Za  wolne
Czechy  tak  samo  jak  za  wolną  Rosję.  „Za  Waszą  i  naszą  wolność”,  jak  mówili  krótko  nasi
właśni pradziadkowie walczący wszędzie, gdzie tylko walka toczyła się o prawdziwą wolność
człowieka.

Uczyli  mnie  w  szkole  imion  carskich  pociotków,  stryjków,  babek,  dziadków.  Uczyli,  do  głowy
dzieciarni  wbijali.  Jak  w  łepetynę  źle  te  mądrości  wchodziły,  wbijali  je  drogą  okrężną,  przez
„łapy” wymierzane linią. I na co to komu się zdało, i po co? Wolałbym wiedzieć, choć tego w
żadnej  szkole  nie  uczą,  jak  po  chińsku  karabin,  a  jak  kocioł  z  zupą!  -  wzdychał  dowódca
batalionu i zafrasowany podrapał się za uchem. - Jakże to tak z własnym wojskiem gadać na
migi. Istny cyrk!

A  jednak  właśnie  na  migi,  a  jeszcze  częściej  całkiem  po  warszawsku  dogadał  się  ze  swymi
Chińczykami.  Nie  przynieśli  mu  wstydu  w  żadnej  potyczce,  w  żadnych  trudach  i  marszach,
w dziurawych najczęściej butach. Żołnierz to był wytrzymały, żołnierz to był odważny i sprawie
całą duszą oddany. Sprawie wolności wszystkich narodów, jakim by nie mówiły językiem. Spali
w błocku, szli po grudzie, zimnym kartoflem zagryzali albo spleśniałym sucharem. W skośnych
oczach czaił się spryt i zapał. I jedno wiedzieli na pewno, że Swier-czu-ju zawsze się obok nich
pojawi, kiedy właśnie najgęściej świszczą kule. Spokojny jak Chińczyk. I kpiący z tych kul jak
najprawdziwszy warszawianin.

Kto  ich  tam  wie,  jak  to  po  chińsku  brzmi:  „Za  Waszą  i  naszą  wolność”?  Albo:  „odwaga
nieustraszona”?

Nie  uczyli  tego  Karola  w  szkole  na  Smoczej.  No  i  obeszło  się.  Bez  słów  się  zrozumieli  -
żołnierze wolności.

I  nie  wrócił  już  Karol  Świerczewski  do  frezarki.  Nie  wrócił  do  żadnego  w  ogóle  z  „cywilnych”
fachów.

W głodzie, w chłodzie, z gruzów i wojną przeoranych ugorów rodziła się pierwsza na świecie
Ojczyzna Socjalizmu. Wyrastał nowy, nie znany w dziejach świata ustrój społeczny. Oparty na
nowej,  nie  znanej  w  świecie,  socjalistycznej  gospodarce.  Na  przekór  wszystkim
wydziedziczonym już posiadaczom majątków, fabryk, hut i kopalń.

Bandom carskich generałów, oficerów, wywłaszczonych posiadaczy hulającym wewnątrz kraju
przyszli  na  pomoc  kapitaliści  Anglii,  Francji,  Japonii,  Ameryki.  Rozpoczęli  zbrojną  wyprawę
przeciw pierwszej w świecie Krainie Rad.

Wrzynały  się  z  Północy,  Południa,  Wschodu  i  Zachodu  napastnicze  armie,  wyposażone
w najlepszy sprzęt wojenny, zasobne w żywność i amunicję.

Nastały  w  Krainie  Rad  surowe  lata.  Zbrojna  walka  z  najeźdźcami  i  z  rodzimymi  bandami
ogarniała cały kraj.

Bił  się  na  wszystkich  frontach  „kombat”  Świerczewski,  warszawski  metalowiec,  oddany  na
śmierć i życie sprawie Proletariatu.

background image

śmierć i życie sprawie Proletariatu.

Był jednym z tych, o których powiedział na początku wrogiej interwencji Lenin:

„Postanowiliśmy mieć na wiosnę armię liczącą milion ludzi, obecnie potrzebna nam jest armia
licząca trzy miliony ludzi. Możemy ją mieć. I będziemy ją mieli”.

Był więc jednym z owych trzech milionów obrońców Socjalistycznej Ojczyzny. Wiedział, o co
walczy i z kim walczy. Na krótkich, pobitewnych postojach oglądał zdobyczną broń. Owe colty,
mausery, parabellum, manlichery.

Przysiądzie,  bywało,  dowódca  batalionu  Armii  Czerwonej,  czyli  „kombat”  Świerczewski,  na
zwalonym  pniu.  Przesunie  kosmatą  „uszankę”  z  najprawdziwszego,  acz  wyleniałego  barana
na  tył  głowy.  Podwinie  połę  płaszcza  „wiatrem  podszytego”.  Położy  na  pole  płaszcza
poszczególne  części  zagranicznej,  zamorskiej  czy  „europejskiej”  zdobycznej  „sztuki”.
Pomedytuje  i  już  zwinne  palce  warszawskiego  metalowca  składają  część  do  części.
Zarepetuje z trzaskiem złożoną broń. Przyjrzy się jej jeszcze raz.

-  Jasny  gwint!  -  tak  właśnie  powie  sobie  z  warszawska  „kombat”  Świerczewski.  -  Niczego
sobie manlicher. Czepik szpetnie zapaskudzony ziemią. Hm, zdałaby się szmata z oliwą...

Rozejrzy  się  jasnymi  oczami  po  podkomendnych  w  poszukiwaniu  owej  oliwy.  Czerwony
odblask ogniska zamigocze na stali magazynka zdobycznego manlichera.

-  Będziemy  was  bić  waszą  własną  bronią,  psubraty!  Sami  się  napraszacie,  skoroście  aż  tu
zaleźli - mruknął i zamyślił się „kombat” Świerczewski. Już nie o szmatce z oliwą, którą zdałoby
się oczyścić zdobyczny manlicher. Myśli szerokim światem polecą. Daleko poza pnie rdzennie
rosyjskiego  lasu,  który  tak  niedawno  huczał  palbą  wystrzałów  i  wybuchami  rwących  się
granatów. Przemkną ponad Krajem Rad, w ogniu i walce budującym to nowe, dotąd w świecie
nie znane - Socjalizm.

Polecą  myśli  nad  Wisłę.  Do  kraju.  Do  Polski.  Na  zadymioną,  starą  Wolę.  Nie  ma  tam  już
carskiego żandarma, jakby go tylko zluzował polski policjant i polski żandarm, strzegący pilnie
interesów krajowego i zagranicznego kapitalisty w polskich tylko na pozór fabrykach.

- Jasny gwint! - powtórzył jeszcze raz z pasją warszawski metalowiec w żołnierskim szynelu. -
Akurat  wam  Polska  w  głowie! A  to  ją  przehandlujecie  za  własne,  kapitalistyczne  zyski  bez
mrugnięcia  okiem.  Pierwszy  to  raz  w  historii?  I  dlatego  bliższy  wam  był  carski  gubernator,
a  teraz  niemiecki,  angielski  czy  francuski  kapitalista  niż  polski  robotnik.  Ale  tutejszemu
robotnikowi całkiem na odwrót! Ot, i cała sztuka! Za jedno i to samo się tu bijemy! Nie może
być wolny żaden kraj, póki wy w nim rządzicie, oszusty!

Powstał z zaśnieżonego pnia, podsunął się bliżej ognia, między krąg swych podkomendnych.
Rozsunęli  się  skwapliwie,  któryś  dorzucił  naręcz  chrustu.  Strzeliły  iskry  pomarańczową  racą
pod nisko nawisłą gałąź świerku.

Z  przemokłych,  wytartych  szyneli  parowała  wilgoć.  Ten  i  ów  wyciągnął  bliżej  ognia  nogi
schodzone, w buciorach gęsto łatanych, to znów szczerzących przegniłe, drewniane ćwieczki.

-  Ciężko,  dzieci,  co?  -  powiedział  „kombat”  Świerczewski.  -  Noc  przyjdzie  na  głodnego
przetrwać. A w Pitrze, a w Moskwie wierzą w nas robotnicy, choć sami na ósemce czarnego
chleba raz na dwa dni...

- Przetrwamy, towarzyszu dowódco batalionu! - ni to służbiście, ni to serdecznie odraportuje
czerwonoarmista z zarośniętą twarzą, wieszając nad ogniem kociołek z roztopionym śniegiem.
-  My,  naród  twardy!  Wrzątku  popijesz,  pasa  przyciągniesz  i  jazda  naprzód!  Bitwa  czy
potyczka, tak czy siak! Nasza sprawa jest słuszna, zwycięstwo musi być nasze...

- Ano, to znaczy, będziemy ich gonić, skąd przyszli, choćby i na tym wrzątku - zakpił „kombat”,
a oczy w ciepłym uśmiechu obiegły poczerniałe ze znużenia twarze.

background image

-  Będziemy,  dajcie  tylko  rozkaz  wymarszu  -  odmruknęli  siedzący  przy  ognisku  schrypłymi
z zimna głosami.

- O świcie - zgodził się „kombat”. - Pośpijcie przy ogniu, buty wysuszcie! A ciepła załapcie na
zapas. W rękawy, w kieszenie!

W bojach, w marszu rosła i krzepła Armia Czerwona, późniejsza wyzwolicielka naszego kraju
stratowanego faszystowskimi czołgami.

Został w niej dowódca batalionu „kombat” Świerczewski, leśne, pobitewne postoje zmienił na
Wojskową  Akademię  im.  Michała  Frunze  w  Moskwie.  Trzy  lata  gruntownych,  fachowych
studiów.  Nad  najnowocześniejszą,  radziecką  strategią.  Nad  nową  bronią,  wyrabianą  przez
radzieckie fabryki. Dla obrony pierwszej w świecie Krainy Socjalizmu, tej, która miała po latach
wyzwolić kraje zmiażdżone przez faszyzm.

Skończyły  się  wprawdzie  ciężkie,  wojenne  lata.  Skończyły  się  również  czasy  kosmatej,
wyleniałej  „uszanki”  i  butów  gęsto  łatanych. Ale  życie  jest  nadal  surowe  i  pełne  wyrzeczeń,
skoro Kraina Rad weszła dopiero w pierwszy okres odbudowy i w pierwszy w dziejach świata
okres  planowej,  socjalistycznej  gospodarki.  Zacząć  trzeba  było  od  ciężkiego  przemysłu.  Od
żelaza  i  stali,  potrzebnych  do  budowy  maszyn.  Od  zabezpieczenia  do  cna  zrujnowanego
transportu.  Więc  surowo  żyje  mimo  pokojowych  czasów  żołnierz  i  dowódca  radziecki.  W
szkołach  wojskowych,  w  garnizonach  rozsianych  po  zniszczonych  miastach  i  miasteczkach,
które dopiero wielki, państwowy plan może przekształcić w centra przemysłu i kultury. Karol
Świerczewski szkoli nowych oficerów Armii Czerwonej. W garnizonach i szkołach oficerskich na
Ukrainie i w Smoleńsku. Potem w Moskwie, gdzie go przeniesiono służbowo, patrzy na rosnące
gmachy ze szkła i stali na dawnym targowisku z drewnianymi budkami, i po dawnemu mrużąc
oczy w trochę kpiącym uśmiechu, mówi:

-  Zły  przykład  dajemy!  Oj,  zły!  Prędzej  czy  później  nie  wytrzymają  zagraniczni  „obrońcy
cywilizacji”! Jak że to tak? Bez lokautów, bez strajków rosną gmachy dla ludu pracującego?
Bije to jak diabli w ich banki, kartele, procenty, dywidendy. Przecież patrzy na naszą odbudowę
proletariat całego świata. I jak patrzy! Całkiem dla kapitalistów niebezpiecznie...

Istotnie.  Kapitaliści  nie  wytrzymali.  Nie  wytrzymali  siły  tego  przykładu,  najbardziej
niebezpiecznego dla ich kapitalistycznych zysków i interesów.

Na świecie był rok 1936. I o tym właśnie w następnym rozdziale.

background image

Rozdział  trzeci

O  sł onecznym  kraju,  w  którym  często  przyjdzie  nam  wąchać  prawdziwy
proch,  czyli  rozdział   nie  przeznaczony  dla  „maminsynków”  wszelkiego
rodzaju

Jest  sobie  taki  kraj,  słoneczny  a  górzysty,  daleki  na  mapie,  a  sercu  polskiemu  nieobcy.  Po
wzgórzach pną się winnice, gdzie z krzewów starannie pielęgnowanych zwieszają się ciężkie
kiście złocistych kulek, o których nawet ten lis z bajki nie śmiałby powiedzieć, że kwaśne. Bo
czyż  mogą  być  kwaśne  winogrona,  nagrzane  najprawdziwszym  słońcem,  jakby  nabite  nim
w każdym gronku, w każdej na gronku pojedynczej kuleczce?

Przy  zapylonych  drogach,  zamiast  naszych  rozczochranych  wierzb  czy  strzelistych  topoli,
stoją sobie południowe drzewa-cudaki. Obwieszone gęsto oliwkami, o listkach aż szarych od
pyłu i skwaru.

Drogami  i  po  skalistych  ścieżkach  chodzą  pomaleńku  obwieszone  ciężarami  muły.  (Muł  to
potomek  aż  dwóch  naszych  zwierząt  pociągowych.  Po  matce-klaczy  odziedziczył  siłę,  a  po
tacie-osiołku upór i wytrzymałość.)

Kraj  ten  ma,  oczywiście,  prócz  tych  wzgórz,  winnic,  dróg  zapylonych,  miasta  ludne  i  bogate,
tunele kolejowe przebite w skałach. Pola pszenicy i jęczmienia, pastwiska żyzne i dużo kopalń
miedzi, żelaza, cynku, ołowiu, rtęci, soli (jak w naszej Wieliczce), manganu i siarki. Kraj ten miał
jednakże  prócz  pałaców  i  miejskich  domów  bogaczy  ze  szkła  i  marmuru  -  najnędzniejsze
lepianki wiejskiej biedoty i wilgotne, ponure, zatłoczone mury mieszkań robotniczych.

W kraju tym, czyli w Hiszpanii, w roku 1936 zaszły pewne wypadki, które, jak się potem okaże,
będą miały bardzo ścisłą łączność z naszymi późniejszymi losami.

Chciałabym  to  wam  przedstawić  możliwie  najkrócej,  a  i  najjaśniej,  żeby  znów  czytelnik  nie
musiał pytać: a dlaczego tak, a kto to był ten, a kto tamten?

Po ostatniej wojnie nie trzeba wam chyba tłumaczyć, co to są, na przykład, faszyści - ani kto to
był  Hitler  w  Niemczech  albo  Mussolini  we  Włoszech.  Do  czego  jeden  i  drugi  doprowadzili
własne kraje. Ile nieszczęść przynieśli całej Europie. Sami patrzycie na nasze odbudowujące się
z  ruin  i  zgliszcz  wsie  i  miasta,  przez  które  przeszedł  uzbrojony  po  zęby  hitleryzm,  czyli
faszyzm niemiecki. Faszyzm niemiecki, z którym tak pięknie dogadywał się i nasz faszystowski,
przedwrześniowy, sanacyjny rząd.

Otóż  wojna  zaczęła  się  wcale  nie  w  naszym  wrześniu  w  1939  roku.  Zaczęła  się  trzy  lata
wcześniej w Hiszpanii.

Hiszpańscy  faszyści  pod  wodzą  takiego  hiszpańskiego  Hitlera,  który  tam  nazywa  się
generałem  Franco,  zbuntowali  się  zbrojnie  przeciw  własnemu  rządowi,  republikańskiemu.
Chcieli  to  nazwać  wojną  „domową”.  Gdyby  co  prawda  obejrzeć  ich  ówczesną  broń  w  tej
„domowej”, niby tylko czysto „hiszpańskiej”, wojnie, to by się okazało, że broń ta ma fabryczne
znaki  niemieckie  i  włoskie.  Broń  hiszpańskich  faszystów  wyszła  prościutko  z  niemieckich
i  włoskich  fabryk.  Już  faszystowskich,  właśnie  w  tym  roku  1936.  I  nie  tylko  broń.  Oficerowie
jakby  z  nieba  spadli  prościutko  z  koszar  niemieckich  i  włoskich.  Także  z  faszystowskich
koszar. Na pomoc faszyście Franco, na hiszpańskiej ziemi. Po co? Na co?

Otóż to właśnie! Nam, Polakom, przecie nie potrzeba tłumaczyć, co się dzieje w takim kraju,
gdzie  zapanuje  faszyzm.  Nie  tylko  w  tym  kraju,  ale  i  u  najbliższych  sąsiadów. A  potem,  po
zawładnięciu  sąsiednim  krajem,  po  zbudowaniu  obozów,  krematoriów,  takiego  Majdanka,
Oświęcimia - dalsze podboje.

background image

Tylko  wtedy,  w  tym  roku  1936,  nie  wszyscy  rozumieli,  co  to  znaczy  owa  „domowa”  wojna
hiszpańska.

- To tak daleko od nas, niech sobie robią tam, co chcą! - mówili głupi ludzie, nawet tu u nas, w
Polsce.

-  Zaczęło  się!  To  pierwszy  „poligon”  faszystowski  -  zaprzeczali,  w  tejże  samej  Warszawie,
robotnicy  na  Woli,  Powiślu,  Czerniakowie  -  wypróbują  niemieckie  i  włoskie  bombowce  nad
Madrytem. A potem na Warszawę...

-  A  potem  na  Warszawę,  Łódź,  Poznań,  Katowice,  Kraków,  Gdynię  -  mówili  robotnicy
w  fabrykach,  hutach,  kopalniach.  -  Nie!  Tak  nie  może  być!  To  pierwsza  próba  opanowania
świata przez faszyzm!

I  zaczęło  się  przejeżdżanie  przez  granicę  w  ślicznych  wagonach  sypialnych.  Na  tę  niby  dla
faszystów  całego  świata  „domową”  wojnę  hiszpańską,  w  której  strzelały  już  w  najlepsze
niemieckie  i  włoskie  karabiny  i  armaty.  Przeciw  komu?  Przeciw  robotnikom  hiszpańskim
z takich samych jak nasze kopalń, hut, fabryk włókienniczych i metalowych. Przeciw chłopom
z małych skrawków hiszpańskiej ziemi.

Faszyści całego świata ciągnęli jakby na jakieś wielkie manewry wojskowe. Płynęły całe eskadry
z kolonii w Afryce na niemieckich samolotach transportowych. Szły morzem całe statki amunicji
niemieckiej i włoskiej.

Ale wtedy zaczęło się i przechodzenie przez granicę. Chyłkiem, w ciemne noce, za fałszywymi
dokumentami, z narażeniem życia. Szli przez siedem granic, łapani przez posterunki graniczne,
osadzani w więzieniach.

Robotnicy i chłopi z całego świata. Z kopalń i hut. I z małych skrawków chłopskiej ziemi. Wcale
nie  na  hiszpańską  wojnę  „domową”.  Na  pierwszą  wojnę  „Za  Waszą  i  naszą  wolność”.  Po
prostu, szczerze. Na pierwszą wojnę z faszyzmem niemiecko-włosko-hiszpańskim.

Z  tym  samym,  który  w  gruzy  obrócił  w  trzy  lata  potem  nasze  polskie  miasta  i  wsie.  Który
rozgniótł  czołgami  nasze  drogi.  Nie  wysadzane  oliwkami,  bez  winnic.  Polskie  drogi
o  przysiadłych  na  skraju  wierzbach  rozczochranych,  powiewających  żałośnie  żółknącymi  we
wrześniu listkami.

Czy trzeba po ostatniej wojnie mówić jeszcze więcej? Czy trzeba w naszym kraju, w Polsce
Ludowej, tłumaczyć, dlaczego wówczas znalazł się w walczącej Hiszpanii także i nasz brat czy
ojciec? Z warszawskiej fabryki na Woli, ze śląskiej kopalni czy huty, z gdyńskiego portu?

Myślę,  że  nie!  Wracajmy  więc  razem  z  nimi  do  tego  słonecznego,  dalekiego  kraju.  Stoimy
właśnie na zapylonej drodze. Front jest tuż... tuż...

Na wzgórzu, w miasteczku, zaczynają się pierwsze linie. Na drodze stoi człowiek w skórzanej
kurcie.  Bez  żadnych  odznak.  Patrzy  ku  białym  dymkom,  raz  po  raz  wybuchających  nad
pozycjami na wzgórzu. Twarz człowieka w skórzanej kurcie ma ostro zarysowane bruzdy od
nozdrzy ku kpiąco zarysowanym kącikom ust. Spod daszka czapki patrzą wesoło niebieskie
oczy na biegnącego właśnie w tumanach kurzu środkiem drogi cudaka w półkożuszku.

-  Wariat,  jak  myślisz,  Alek?  -  pyta  po  polsku  człowiek  w  kurcie  stojącego  obok,  młodego
człowieka. - Łapskami wymachuje jak wiatrak. Ano, kiedyś adiutant i tłumacz w jednej osobie,
to uważaj, co on tam nam klaruje? Po węgiersku, serbsku, angielsku, toż tu istna wieża Babel?
Po  francusku,  co? Aha,  lekarz!  Tyle  to  i  bez  ciebie  rozumiem.  Ech,  żeby  się  to  jaki  taki  do
rzeczy znalazł, żeby mi dokładnie powiedział, czy w tamtej uliczce, gdzie właśnie pękł szrapnel,
jeszcze  nasze  chłopaki  czy  Marokańczycy  Franco?  Ale  to  jakaś  oferma,  co  taki  będzie
wiedział? Dubois się zwie? A niech mu tam będzie i Dubois!

„Oferma” opuściła nagle rozbiegane ręce jak śmigła wiatraka. Przed człowiekiem w skórzanej

background image

kurcie prężył się teraz najbardziej zdyscyplinowany podwładny. Najczystszym językiem polskim
recytuje jednym tchem:

-  Obywatelu  Generale!  Melduje  się  szef  służby  sanitarnej  waszej  14  Brygady
Międzynarodowej, Mieczysław Domański z Warszawy, tutejszy Dubois. Tamta pozycja to już
marokańska. Ale  ja  się  na  wojnie  jeszcze  mało  znam  i  właśnie  mam  kłopoty  z  transportem
rannych... - kończy z całkiem już cywilnym zakłopotaniem.

- Nic, synku, nic! Praktyka na wojnie to główna rzecz. Smal śmiało na pierwsze linie, tam się
w lot domyślisz, co i jak - śmieje się dowódca Brygady Międzynarodowej, Generał Walter. - My
właśnie  tam  idziemy,  chodź  z  nami!  Z  Warszawy,  powiadasz,  synku?  Czekaj!  Powiedz  no
prędko, czy na rogu Żelaznej i Chłodnej jest jeszcze taka cukiernia Sommera? Przy witrynie był
miedziany pręt balustrady. Okropnie mi się wtedy wydawał wysoko...

Z twarzy Generała Waltera znikł kpiący uśmieszek. Roześmiane przed chwilą oczy zapatrzyły
się  gdzieś  tam,  przed  siebie,  znacznie  dalej  niż  widniejące  już,  jakby  na  dłoni,  miasteczko.
Przecięte frontem, w białych obłoczkach pękających szrapneli.

Szli  tak  pod  górę,  całkiem  widoczni  już  z  marokańskich  rowów  strzeleckich.  Ze  świergotem
przeleciała  nad  nimi  pierwsza  kulka.  Generał  jakby  nie  słyszał  tego  świergotu  narastającego
z każdą chwilą. Lekarz, odpowiadający na pytania o Warszawę, odruchowo parę razy skłonił
głowę.

- Nie kłaniaj się, synku, nie kłaniaj! Kulki psują i nas nie trafią. O, tam masz rów łączący, właź
i  pytaj  o  punkt  sanitarny. Alek  idź  z  nim,  ja  za  chwilę  do  was  przyjdę,  tylko  muszę  naszym
chłopakom coś powiedzieć w tamtym rowie! - powiedział Generał Walter i przeskoczywszy rów
łączący poszedł na przełaj odkrytym polem.

Lekarz stał zbaraniały w rowie, ze sterczącą głową nad nasypem. Patrzył za oddalającym się
dowódcą i bełkotał:

- Jakże wy tak pozwolicie?... To pewna śmierć... To coś niezwykłego... Pole ostrzału...

- Kiedyś taki bohater, to mu spróbuj choć słowo rzec! Ja już do tego przywykłem - odmruknął
Alek-adiutant  -  nie  od  razu,  to  się  wie!  Najpierw  mnie  sklął,  potem  paką  zagroził  za  brak
karności. Widać, coś tam na pierwszych liniach nietęgo. Chłopaki mało ostrzelane, może pietra
mają? Postanowił znów dodać chłopakom ducha.

Alek pobiegł łączącymi rowami na pierwsze linie w kierunku dowódcy. Zastał go stojącego nad
źle  okopanym  karabinem  maszynowym.  Na  nasypie,  osłaniającym  rów,  perorował  po
hiszpańsku Generał Walter, dopomagając sobie gestykulacją obu rąk.

- O, patrz, chłopcze! Coś najlepszego zrobił! Zasypane masz pole widzenia piaskiem, a lufa
gdzie sterczy? Panu Bogu będziesz niebo dziurawił? Do chrzanu taka robota! - to ostatnie
zdanie powiedział już po polsku, nie znajdując hiszpańskiej nazwy na „chrzan”.

Sprawnymi  ruchami  obu  rąk  majstrował  teraz  przy  karabinie.  Raz  po  raz  ćwierkały  kulki  od
marokańskiej  strony.  Twarz  młodego  Hiszpana  w  rowie,  czarna  od  prochu  i  niewyspania,
zaczynała się nagle rozjaśniać jakimś promiennym uśmiechem. Patrzy na stojącego na nasypie
dowódcę brygady jak urzeczony.

Nagle zakołysało się powietrze, jęknęła ziemia. Trzasnął opodal pocisk z 15-centymetrówki.

Zakręciło  Generałem,  prasnęło  nim  o  ziemię.  Żołnierz  coś  wykrzyknął  i  aż  przysiadł  na  dnie
swego  rowu.  Kiedy  zerwał  się  ponownie,  jakby  chciał  biec  dowódcy  na  ratunek,  zobaczył
Generała Waltera otrzepującego się z ziemi. Dowódca śmiał się głośno, wypluwał piasek, stojąc
znów wyprostowany na tym nasypie:

- A co, chłopcze, widzisz, że to nawet na otwartym polu wcale nie takie straszne?

- Widzę to po tobie, mój Generale! - wypalił chłopak rozjaśniony, mimo brudu na twarzy, jak

background image

- Widzę to po tobie, mój Generale! - wypalił chłopak rozjaśniony, mimo brudu na twarzy, jak
słońce w samo południe.

Querido - dodał miękko i rzewnie.

Dowódca nagle się zjeżył:

- Coś powiedział?!

Alek-adiutant wyskoczył na nasyp. Ciągnie Generała za rękaw, wbrew przepisom regulaminu
wojskowego i po polsku przekłada.

- Dobrze, dobrze, Generale. Querido to po hiszpańsku przecie znaczy „kochany”. Wcale nie to,
co myślicie...

- Aha - udobruchał się zaraz Generał. - Tom się przesłyszał. Myślałem, że  cabron

[1]

, bo to wcale

nieprzystojne słowo. A ty mi do rowu właź, gdzie się pchasz? No, to dalej, chłopcze, opuść lufę,
o tak, jeszcze ociupinkę. Dobra! - kończył Generał swoją ni to inspekcję, ni to naukę. Naukę
odwagi  i  naukę  dobrego  ustawiania  karabinu  przeciw  faszystom.  Poklepał  na  pożegnanie
Hiszpana po ramieniu:

-  Uszy  do  góry, carino

[2]

 - powiedział mu na wpół po polsku, na wpół po hiszpańsku i poszedł

tym swoim spokojnym, niedbałym krokiem wzdłuż nasypu pierwszej linii, do następnego ucznia
przy innym może także niedokładnie nastawionym karabinie.

Tylko  że  z  rowów  wysuwały  się  teraz  sznurem  rozjaśnione,  choć  zamorusane  twarze
żołnierzy, patrzące z zachwytem na swego dowódcę.

Tak to uczył Generał Walter swoich hiszpańskich żołnierzy bardzo trudnej sztuki ustawiania
karabinów maszynowych na pierwszej linii okopów. I jeszcze trudniejszej sztuki - chodzenia po
polu ostrzału, wśród świergotliwych kulek nieprzyjaciela.

I tej najtrudniejszej ze wszystkich: sztuki opanowania strachu przed własną śmiercią, gdy inni
jej  się  boją,  gdy  taki,  właśnie  lekko  kpiący,  uśmieszek  przywraca  wiarę  we  własne  siły,
w  przetrwanie  w  najgorszych  opałach.  No  i  w  zwycięstwo  słusznej  sprawy,  za  którą  karku
nadstawiasz.

Tak uczył żołnierzy. Tak uczył i oficerów w tej dalekiej, słonecznej, walczącej Hiszpanii.

Pewnego  dnia  wybrał  się  znów  na  pierwsze  linie.  Tym  razem,  jak  na  dowódcę  14  Brygady
Międzynarodowej, w sposób dość osobliwy. Jako szofer, wiozący pod ostrzałem amunicję na
front.

A  było  to  tak.  Na  bladym  od  upału  niebie  mruczał,  jak  miodem  opity  bąk,  niemiecki
„Messerschmitt”. To znów bzykał cichutko, jak chudy, złośliwy komar. Monotonnie, świdrująco
zniżał  lot  wypatrując  spod  nieba  ludzi  w  wąwozie.  Wąwóz  ten,  obsadzony  oliwkami,  to  była
jedyna  droga  do  frontu,  przez  którą  mogły  się  przedostawać  republikańskie  posiłki. A  w  tym
wąwozie  stała  właśnie  ciężarowa  maszyna,  naładowana  skrzynkami  amunicji.  Granaty,
zapalniki, pociski do działek. Szofera ani śladu. Może poszedł po wodę do chłodnicy i gdzieś
tam go zbłąkana kula czy odłamek pocisku unieruchomił?

Dowódca,  w  tej  jakże  już  znanej,  prostej  skórzanej  kurcie,  stał  chwilą  zafrasowany  nad
opuszczonym  ładunkiem  amunicji.  Na  taki  ładunek  zawsze  z  niepokojem  czekają  żołnierze
w rowach strzeleckich, ładujący już przedostatni magazynek z nabojami.

- Gdzie cię, szatanie, poniosło? - mruczał pod adresem szofera. - Może go jednak gdzie tam
śmierć dopadła? A ten tu jeszcze nad głową pikuje, niech no wóz dojrzy, to rąbnie, że bądź
zdrów! Z czego chłopaki strzelać będą? Z procy?

Wskoczył do szoferki, zapuścił wprawnie motor, włączył gaz, pedał nacisnął, ku górze popatrzył
na  oddalający  się  samolot  i  wyjechał  spod  cienia  oliwki  na  zapylony,  wyboisty  gościniec.  Na
drodze, jak zwykle, został z na wpół otwartymi ze zgorszenia ustami wierny adiutant. Puścił się

background image

pędem  za  uciekającą  w  stronę  frontu  maszyną.  Kurz  zasypał  mu  oczy,  coraz  to  zapadał
w wyboje, potykał się na jakichś kamieniach i klął całkiem po warszawsku:

- A bodaj cię! A niech cię kaczki zdepczą! Znów wystrychnęli cię na dudka!

Oczywista,  że  te  „kaczki”  miały  zdeptać  wyboistą  drogę.  Kto  zaś  adiutanta  wystrychnął  na
dudka,  nie  należy  nawet  dochodzić  zbyt  dokładnie,  jako  że  się  temu  sprzeciwia  regulamin
wojskowy.

Zakurzony,  zziajany  adiutant  siadł  wreszcie  pod  przydrożną  oliwką.  Postanowił  czekać  na
swego  dowódcę.  Obliczył  spokojnie,  że  za  pół  godziny  będzie  z  powrotem.  Siedział  więc
i  medytował  nad  tą  najcięższą  służbą,  kiedy  to  za  swym  dowódcą  poszedłby  w  największy
ogień, po każdym polu ostrzału, pomiędzy te ćwierkające kulki:

-  Ale!  Dałbyś  to!  Zawsze  zapchasz  mnie  do  rowu  łączącego,  na  bezpiecznej  drodze
zostawisz,  a  sam...  Ech,  gadać  szkoda!  Za  szofera  sam  siebie  przydzielił,  z  tym  diabelskim
ładunkiem na front zapycha. Widać go pewnie jak na dłoni, żeby go ten z góry nie wypatrzył...

„Ten  z  góry”  pomrukiwał  właśnie  znów  z  daleka,  cieniutko,  jak  uprzykrzony  komar. Adiutant
patrzył na drogę, w kierunku, gdzie to w obłokach pyłu zniknęła ciężarówka z amunicją. Potem
na tarczę zegarka, po której jakże wolno pełzła duża wskazówka. Poprzez warkot, idący od
nieba,  usłyszał  nareszcie  drugi  pomruk  zdyszanej  maszyny.  Po  chwili  nad  drogą  zaczęło  się
kurzyć,  motor  prychał,  parskał,  krztusił  się  coraz  wyraźniej.  Wreszcie  dojrzał  już  wyraźnie
maskę ciężarówki podskakującej z fantazją po tych wszystkich wybojach, kamieniach, licho wie
skąd  naniesionych.  Pisk  hamulców.  I  oto  Generał  Walter,  okrążywszy  brawurowym  łukiem
stojącego adiutanta, wjechał pod szpaler przydrożnych oliwek. Maszyna była pusta. Zniknęły
wszystkie skrzynki.

A to się uwinął! - z uznaniem pomyślał adiutant.

Od  drugiego  końca  drogi  podniósł  się  tuman  kurzu.  Szła  właśnie  na  nowe  pozycje  jakaś
formacja.

Dowódca,  Francuz,  dojrzawszy  wychodzącego  z  ciężarówki  Generała  Waltera,  zatrzymał
oddział i podbiegł zameldować się według wszelkich przepisów. Aż tu narasta ów uprzykrzony,
podniebny  warkot.  Lecą  trzy  „Messerschmitty”,  pikują  na  drogę.  Generał  przerwał  meldunek,
ręką  ku  żołnierzom  zamachał.  Pokryły  się  chłopaczyska  pod  drzewami,  przypadły  do  ziemi,
opustoszała  nagle  zatłoczona  przed  chwilą  droga.  Długi,  świdrujący  świst,  zakołysała  się
ziemia, czarny słup wzbił się pod niebo u wylotu drogi. Samoloty poderwały się, zatoczyły łuk,
wracają.

- Pudło! - stwierdza spokojnie Generał Walter do leciutko pobladłego Francuza. - Ale! Ale! Co
tam ostatnio grają w Paryżu w teatrach?

Francuz  zatrzepotał  powiekami,  uśmiechnął  się  z  wysiłkiem  i  odpowiada  już  trochę  tylko
drżącym głosem.

Generał  słucha  go  także  z  uśmiechem,  na  tym  środku  bombardowanej  drogi,  zerkając
jednocześnie ku żołnierzom w cieniu drzew:

- Ej tam, gdzie się pchasz! Padnij, padnij, bo znów rąbnie! - krzyknął ku któremuś z młodych
żołnierzyków, który zaczął się z cienia wysuwać.

- Ciekawa sztuka, ciekawa? Pełno było w teatrze?

„Messerschmitty” idą tuż nad głową, coraz bliższe, całkiem niziutko.

- O, tak, mój Generale... A czy następna bomba, jak myślicie, przeniesie w tył czy naprzód? - nie
mógł już dłużej wytrzymać Francuz.

- Ano, załóżmy się - śmieje się poprzez piekielny warkot Generał Walter, wolniutko zapalając

background image

papierosa. Ja mówię, że w piąte drzewo przed nami...

- Zakładam się! - pochwycił Francuz coraz bledszy. - W piąte za nami...

Zachichotało,  zawyło,  gorący  podmuch  buchnął  jak  z  otwartego  pieca,  zakołysało  się
powietrze, zachybotała ziemia, jak pokład okrętu na wzburzonej fali. Ścięło ich z nóg, zakręciło
i pchnęło na dwa przeciwległe drzewa.

- Przegraliśmy obydwaj! Padło pośrodku! - woła spod drzewa Generał i pokazuje lej na środku
drogi.  Otrzepuje  mundur  i  znów  wraca  na  dawne  miejsce.  Francuz  rad  nie  rad  musi  mu
dotrzymać towarzystwa.

- A  jak  była  obsadzona  główna  rola?  -  pyta  jakby  nigdy  nic  Generał  Walter,  choć  samoloty
wracają jako żywo.

Francuzowi ciemnieje w oczach. Trzyma się już ostatnim wysiłkiem woli. Próbuje więc bąkać,
głos więźnie mu w gardle.

- Uwaga, wasze chłopaki na nas patrzą! My też tu gramy główną rolę, co? Nie będziemy się
przecież  bawić  w  chowanego  z  faszystami,  właśnie  my,  dowódcy,  w  oczach  swoich
podkomendnych. No, więc, jak się nazywa tamten bohater ze sztuki?

A niech nawet zginę, przy takim dowódcy to i zginąć warto! - pomyślał Francuz w przypływie
nagłej  odwagi.  I  zaczął,  przekrzykując  narastający  warkot,  na  hiszpańskiej,  bombardowanej
przez faszystów, przyfrontowej drodze, opowiadać o tym przedstawieniu w dalekim paryskim
teatrze.

Żołnierze pod oliwkami zaczęli podnosić głowy od ziemi. Przecierali z pyłu nagle rozbłysłe oczy.
Patrzyli znów jak urzeczeni na tych dwóch stojących na drodze. Młody Hiszpan o czarnych,
aksamitnych  jakby  oczach  poprawił  opadający  na  czoło,  nieco  przyduży  hełm  i  powiedział
cienkim, chłopięcym głosem:

El general Polaco! Carino...

-  Swój  chłop,  z  naszej  wiary,  a  cóżeś  ty,  smyku,  myślał?  -  po  polsku  odpowiedział  wąsaty
sąsiad z prawa, zawadiacko przesuwając swój beret na lewe ucho. - U nas wszyscy tacy na
Woli! O, wa!

Poklepali się przyjaźnie po ramieniu.

Tak się uczy praktycznie regulaminu bojowego, na przykład o obowiązkach dowódcy wobec
żołnierza - pomyślał w tej chwili adiutant Alek. I już zapomniał o biegu za uciekającą maszyną
i o tych „kaczkach”, które coś tam miały zdeptać, a nawet o sobie, wystrychniętym jakoby nie
po raz pierwszy na dudka.

Wielojęzyczna Brygada Międzynarodowa szkoliła się w bojach. Tak właśnie pod ostrzałem, na
pierwszych  liniach.  Generał  Walter  nie  miał  łatwego  zadania,  jeśli  w  jednym  tylko  batalionie
bywało aż 26 narodowości. Jakże się z takimi dogadać? Było przecież parę słów hiszpańskich,
które jednoczyły wszystkich, iloma by tam władali językami.

Pierwsze to: libertad.

Po  naszemu  „wolność”.  Jasne,  prawda?  Po  to  ściągnęli  tu  z  całego  świata,  żeby  jej  służyć,
żeby jej bronić, gdziekolwiek obrony wymaga.

Drugie to: adelante!

Czyli:

„Naprzód!” - jak krzyknąłby Polak, podrywający się z okopu na faszystowskie pozycje. A wtedy
biegł obok niego Hiszpan, Francuz, Anglik, Szwajcar, Węgier czy Jugosłowianin.

background image

Czy w takiej chwili więcej mówić trzeba?

Trzecie to: no pasaran!

Słowo pisane na podziurawionych kulami ścianach kawałem wapna. Słowo pisane na rozbitym
domu  nieraz  i  krwią  przez  rannego,  który  strzelał  do  samej  śmierci.  Do  ostatniego  tchu
i ostatniej kulki w magazynku.

„Nie przejdą” - znaczy po naszemu. I nie przechodzili. Nie przechodzili faszyści lepiej uzbrojeni,
lepiej wyszkoleni.

W głodzie, chłodzie, diabelskich, nocnych marszach szło bractwo z całego świata na odsiecz
Madrytowi.  Tej  hiszpańskiej  Warszawie  1936  roku.  Madrytowi  bombardowanemu  przez
faszystowskie  samoloty.  Madrytowi  rozbijanemu  faszystowską  artylerią.  Tak  jak  Warszawa
w trzy lata później. Z domami rozłupanymi bombami od strychu do piwnic. Z cmentarzyskami
na skwerach ulicznych.

Do tamtych trzech hiszpańskich słów dorzucić trzeba jeszcze kilka. To już nazwy miast, które
znalazły  się  na  40-kilometrowym  froncie  14  Brygady  Międzynarodowej  Generała  Waltera.
Kordoba  i Almeria,  połączone  szosą,  której  nie  mogli  przekroczyć  faszyści.  Górnicze  rejony
Linares  i CarolinaJean,  stolica  Hiszpanii,  nie  miodem,  wprawdzie,  lecz  niemniej  cenną  oliwą
płynąca.

A wtedy poznali żołnierze najlepiej swego dowódcę - El general Polaco. W opóźnionej kuchni
polowej  drżały  opieszałemu  kucharzowi  łydki,  gdy  człowiek  w  skórzanej  kurcie  brał  się  za
chochlę. Zanurzał ją aż po dno kotła. Nic się wtedy nie udało ukryć. Ani tego, że cienka zupa do
dna jako żywo przywarła wskutek przypalonej kaszy. Ani tego, że obiad przestygły a ścierką
trąci.

Człowiek  w  prostej,  skórzanej  kurcie  patrzył  tymi  niebieskimi  oczami  na  opasłego  kucharza.
Bez uśmiechu tym razem. Pokazywał mu ręką przed siebie, właśnie tam, gdzie białe obłoczki
pękających szrapneli wytyczały linię frontu:

-- Tyś dla nich, nie oni dla ciebie! Rozumiesz? Wal z tą kuchnią ku nim, żebym cię ani minuty
dłużej tu nie widział! W biegu ci się ogień rozpali i ta lura choć jako tako się podgrzeje. A spisz
mi się jeszcze raz tak jak dziś, sam cały kocioł wychłepcesz, choćbyś pękł!

Przy karabinie, na pozycji, oczy znów były wesołe, kpiące:

- Tu, tu, patrz, braciszku! Zaciął się? Mucha! Patrz dobrze!

Zwinne palce Generała usuwały błyskawicznie defekt.

- A tyś myślał, że co? Że generał to tylko od przyjmowania defilad? Bywają generałowie, co od
tokarki metalowej zaczynali naukę. I patrz, jak znalazł! Nie takieśmy sztuki u Gwiździńskiego
robili - gawędził Generał po polsku, czasem jakieś słówko hiszpańskie czy francuskie wtrącając
w ten praktyczny wykład.

Słowa  zresztą  nie  były  ważne.  Żołnierz  kręcił  głową  z  uznaniem,  patrząc  na  te  właśnie  tak
pewne, tak zwinne palce warszawskiego metalowca-generała. Język złamałby jeden z drugim,
nimby  tego  „Gwiździńskiego”  wymówił. Ale  karabin  terkotał  po  tej  operacji  jak  maszyna  do
szycia. Szły seria za serią, równiutkie, odmierzone a celne.

Raz znów do cna zbaraniał, spec nad spece od artylerii, francuski major. Generał, zszedłszy
z punktu obserwacyjnego na wierzchołku drzewa, kazał mu skrócić, mówiąc fachowo, „ogień
o pół kilometra”.

- E, to się nie da zrobić - podrapał się za uchem zafrasowany artyleryjski spec. - Mój Generale...

- Myślisz? - kpiąco zapytał Generał. - Mam za ciebie dać także komendę baterii? Na drzewo
osobiściem właził, żeby cię wyręczyć, kiedyś sam na ten pomysł nie wpadł. No?

background image

Huknęła bateria. I to jak! Dokładnie skracając ów „ogień o pół kilometra” rozbiła faszystowski,
jakże dokuczliwy cekaem.

Generał ruszył na dalszą inspekcję pozostawiając, nie ma co ukrywać, czerwonego jak burak
artylerzystę. Już tam podobno później sam na drzewo wchodził, niechby i najwyższe, żeby na
własne oczy dokładnie „wypatrzeć cel”.

-  Nieba  nie  ma  co  dziurawić.  Błękitne,  pogodne. A  amunicji  żal  -  mruknął  mu  jeszcze  przez
ramię Generał Walter.

Z  południowego  frontu  przerzucono  brygadę  Generała  Waltera  na  front  madrycki,  gdzie  to
faszyści  zaczęli  na  dobre  nacierać  na  miasto  od  północo-zachodu,  wbijając  się  klinem
w republikańskie pozycje.

Chłopcy  byli  zmęczeni  poprzednimi  bojami  na  południu,  zmordowani  drogą.  Zasypiali  stojąc.
Kiedy  przyszli  na  ten  ostatni  postój  przed  nowym  bojem,  spóźnieni,  na  wpół  przytomni,
chcieliby po prostu lec byle gdzie, pod dachem, nie ściągając nawet rynsztunku.

I zasnąć kamiennym snem. A tu kwatery ani na lekarstwo.

Zaczął się pomruk: po czesku, francusku, serbsku, angielsku, hiszpańsku:

- Tej nocy atak? Ani gadania! Nogi w ziemię wrastają!

Kompania międzynarodowa, wiadomo, każdy mruczy po swojemu, ale to samo. Bo jednakowo
bolą nogi, plecy, wszystkie mięśnie. I jednakowo ciąży od niewyspania głowa, w jakim byś to
języku nie powiedział.

Dowódca kompanii przekłada. Dowódca batalionu już pokrzykuje. A oni nic. Chcą po prostu za
wszelką cenę spać. Niechby i pod gołym niebem.

- Zbierzcie ich, a żywo, w sali. Zaraz tam przyjdę rozkazał Generał Walter krótko a wyraźnie.

I  przyszedł.  Popatrzył  na  szare  twarze,  na  oczy  klejące  się  do  snu.  Nie  było  mu  lekko,  choć
i sam nie spał którąś już tam noc. Oczy od bezsenności piekły podobnie.

Przemówił.  Po  swojemu,  zwyczajnie,  po  prostu.  Nie  jakby  mówił  do  całej  kompanii,  lecz  do
każdego z osobna. Do tego, co się oparł o ścianę w berecie opadającym na oczy. I do tego, co
stał na szeroko rozstawionych nogach chwiejąc się sennie, aż hełm zsunął mu się na tył głowy.

Wcale  nie  o  dyscyplinie  wojskowej.  I  nie  o  tych  niedbale  siedzących  na  głowie  beretach  czy
hełmach.

Więc  najpierw  o  tym,  że  droga  była  taka  uciążliwa,  że  transport  nie  spisał  się  jak  należy.
Dlaczego  to  tak  się  stało,  a  nie  lepiej,  składniej?  Kto  temu  winien?  Tacy  sami  żołnierze,
koledzy,  właśnie  z  tego  transportu.  Przemęczeni?  Niedbali?  Źli  koledzy?  Otóż  to  właśnie!
Słusznie, całkiem słusznie!

- Po prostu myśleli tylko o sobie. O swoim wypoczynku. I teraz wy macie takie obolałe nogi,
oczy  jak  piaskiem  zasypane,  w  głowie  ciężkiej  jak  ołów  jedna  tylko  tłucze  się  myśl:  spać,  za
wszelką cenę spać!

Zaraz,  za  jaką  to  cenę?  Aha!  Prawda!  Wytrzymajcie  jeszcze  chwilę,  a  powiem  wam  całą
prawdę  o  tym,  co  się  tam  dzieje  na  froncie,  pod  Madrytem  -  spokojnie,  prawie  cicho  mówił
Generał Walter.

- Miasto walczy, kobiety, dzieci. Bez snu, wody, posiłku. Żołnierze nie śpią już wiele nocy. Tak,
tak właśnie tak, jak wy w tej chwili. Oprzyjże się, bracie, o ścianę, będzie ci wygodniej - gawędził
Generał Walter niby całkiem prywatnie, po przyjacielsku, oczy miał życzliwe, ciepło patrzące,
choć wyraźnie poczerwieniałe od niewyspania. Ciemne tylko cienie leżały na powiekach, ostro
rysowały się bruzdy od nozdrzy do kącików ust.

background image

- Faszyści zbliżają się do miasta - ciągnął dalej przecierając czoło ręką. - Od północno-zachodu
wbili  już  w  naszą  obronę  klin.  Rozszerzają  go  z  godziny  na  godzinę.  Bez  przerwy,  bez
wytchnienia,  bez  posiłku  bije  się  tam  twój  towarzysz  broni.  W  okopach  przejmujący  ziąb.  W
rozbitym schronie może nawet twoja siostra pochyla się nad dzieckiem ranionym odłamkiem.

Żołnierz,  który  przed  chwilą  oparł  się  o  ścianę,  wyprostował  się  nieznacznie.  Ten,  któremu
zsuwał się hełm z głowy, poprawił go także nieznacznym ruchem głowy.

- Rząd Ludowy waszej Republiki rzucił w ten klin najlepsze oddziały. Najbardziej wypróbowane
we wszystkich bojach, we wszystkich wojennych trudach. Za taki oddział uważaliśmy także
i waszą sławną 2 kompanię.

Po sali przeszedł szmer:

- Jak to uważaliśmy? A teraz już nie?

-  O,  co  to?  Mówicie  o  nas,  Generale,  jak  byśmy  już  funta  kłaków  nie  byli  warci,  jak  o  jakiejś
rezerwie, starych dziadach, emerytach?

- A tam kobiety bezbronne, dzieci ranne! Niedoczekanie, żeby nas tam nie było! I to już! I to
zaraz!

Generał  znów  przetarł  ręką  czoło,  jakby  się  nad  czymś  namyślał,  jakby  tych  pomników  nie
słyszał, zastanawiając się nad czymś:

-  Aha,  no  tak!  Jesteście  zmęczeni,  więc  trzeba  jednak  w  tej  ciasnocie  znaleźć  wam  jakiś
nocleg. Co mówicie? Niepotrzebny nocleg? - Twarz Generała rozjaśniła się powoli, cienie na
powiekach zaczęły się rozpływać, znikły nawet te ostre bruzdy idące od nozdrzy ku kącikom
ust.

- Dobrze, chłopcy! Więc ruszacie zaraz? - jeszcze niby dziwił się Generał Walter.

AdelanteAdelante! - krzyczała już na dobre sala zatłoczona tak do niedawna śpiącymi na
stojąco ludźmi.

I  poszli  w  noc.  Na  odsiecz  walczącemu  Madrytowi.  Powstrzymali  nacierających  faszystów.
Miasto nie padło.

W tych podmadryckich bojach spotkała się 14 Brygada Generała Waltera z 12 Brygadą, także
międzynarodową, w skład której wchodził polski batalion im. Jarosława Dąbrowskiego.

Generałowi  Walterowi  powierzył  ludowy  rząd  hiszpański  formowanie  pierwszej  dywizji,  nie
oznaczonej nawet jeszcze liczbą. Nazywano ją po prostu we wszystkich rozkazach dywizją
„A”. Dołączono do niej, prócz tych dwóch brygad międzynarodowych, jeszcze dwie, już czysto
hiszpańskie.

Teraz  Generał  Walter  był  w  stałych  objazdach.  Od  oddziału  do  oddziału  na  wszystkich
pierwszych  liniach.  W  okopach  rozrytych  ogrodów  na  krańcach  walczącego  Madrytu,
w  bunkrach  zamykających  wąskie,  staroświeckie  uliczki,  na  strychach  kamienic,  gdzie
umieszczono pod ostrzałem artylerii faszystowskiej republikańskie punkty obserwacyjne.

Najgorzej  było  z  rozkazami  na  piśmie,  gdzie  to  już  nie  można  się  porozumieć  na  migi,
uśmiechem, poklepaniem po ramieniu czy osobiście coś w nich naprawić, jak w zacinającym się
karabinie maszynowym.

Generał Walter pisał ten rozkaz po polsku. Dla całej swojej dywizji „A”. Adiutant-Alek tłumaczył
rozkaz na język francuski. Tłumacz Hiszpan, znający jako tako język francuski, przekładał go
wreszcie na swój język ojczysty. Ale to wcale nie koniec. Ów Hiszpan mało się znał na języku
wojskowym.  Nic  by  z  tego  nie  zrozumieli  jego  rodacy,  prawdziwi  dowódcy  frontowi.  Więc  na
koniec do tej” zawiłej roboty brał się jeszcze jeden Hiszpan, oficer oświatowy dywizji.

background image

Generał Walter patrzył potem na to pięknie już przepisane arcydzieło wojskowo-hiszpańskie
i bardzo zafrasowany tarł ręką czoło:

- Alek, jak myślisz, co to jest? A jeśli ten pierwszy coś ujął, drugi coś dodał, a trzeci po prostu
przekręcił, co też za groch z kapustą z tego wyjdzie? Jazda, jedziemy! Sprawdzimy na miejscu,
jak wygląda fantazja naszych tłumaczy.

I jeździli. Pod kulami bzykającymi cieniutko wokół głowy. Pod pociskami padającymi ciężko, aż
pojękiwała  ziemia,  pod  kołami  rozpędzonej,  bojowej  maszyny.  Zatrzymywali  się  za  węgłem
jakiegoś na wpół rozwalonego domu na przedmieściu Madrytu. I szli już sobie „piechotą” na
pozycje. Generał jak zwykle wyprostowany, w wytartym nieco, czarnym, skórzanym płaszczu.
Spod ziemi wysuwały się głowy w beretach i hełmach, oczy bystro przyglądały się dowódcy.
Oglądali  go  tak  od  butów  (mocno  zakurzonych)  poprzez  stary  płaszcz  (jakże  już  znany
w  każdym  rowie  strzeleckim),  aż  dopiero,  zadarłszy  głowę  w  berecie  czy  hełmie,  mogli  mu
spojrzeć  w  twarz.  Generał  stał  przecież  wysoko,  na  nasypie  rowu  albo  i  szedł  przez  pole
ostrzału po swojemu, „spacerkiem”.

- Uśmiecha się, pokpiwa, znaczy, sytuacja jest dobra na całym odcinku. No pasaran! - mówiło
sobie to całe wielojęzyczne bractwo w madryckich okopach.

Pewnego dnia w sztabie dywizji pojawili się dziwni cywile. Była to delegacja z Madrytu, która
przyszła  podziękować  Generałowi  Walterowi  i  tej  jego  międzynarodowej  brygadzie  za
bohaterską obronę hiszpańskiej stolicy.

Generał długo coś mruczał, zanim ku nim wyszedł:

- Kto tu ma komu dziękować i za co?

Obstąpili go Hiszpanie gestykulując żywo, bardzo wzruszeni.

Wtedy wygłosił im mowę, krótką, tak mniej więcej zapamiętaną przez naocznych świadków:

- To coś nie tak, moi drodzy. Porządek tej uroczystości jest odwrotny. Myśmy powinni do was
przyjść  w  delegacji.  Żeby  wam  właśnie  podziękować  za  możliwość  walki  na  waszej  pięknej
ziemi hiszpańskiej. Nie patrzcie na mnie z takim zdziwieniem. Na pewno ja mam rację. W tej
walce, na waszej ziemi, bierzemy piękną i wielce pożyteczną lekcję - jak trzeba bić faszystów,
jeśli przyjdzie nam bronić przed nimi naszej Ojczyzny, jeśli przekroczą i naszą granicę. Kto wie,
może wkrótce ta nauka okaże się dla każdego z nas w naszym kraju konieczna...

Dywizja  Generała  Waltera  była  w  nieustannych  bojach.  Zmieniał  się  jej  skład,  podwładni
w jednej z brygad angielskich nazywali go Dżeneral Uolter, pełni szacunku i podziwu dla jego
sztuki  wojowania.  W  warunkach  nieraz  bardzo  trudnych,  gdy  broń  była  przestarzała
i  przeważające  siły  nieprzyjacielskie,  trzeba  się  było  zdobywać  na  fortele,  których  nie
przewidział żaden regulamin wojskowy.

W walce o Saragossę szczególnie odznaczyła się dywizja Generała Waltera, zdobywając od
roku budowane przez faszystów umocnienia, na drodze do tego miasta, pod wioską Quinto.
Był  to  fortel,  któremu  opierali  się  nawet  artylerzyści  Hiszpanie,  jako  że  takiego  sposobu  nie
uczyli się w żadnej ze starych szkół wojskowych.

Generał kazał po prostu ciężarówce podciągnąć działo przez linie własnej piechoty i bić z niego
w owe umocnienia faszystów, zbudowane z najprawdziwszego betonu.

Faszyści  także,  przyznać  trzeba,  do  cna  zbaranieli  zobaczywszy  taką  niespodziankę  tuż
przed  nosem. Atak  republikańskiej  piechoty  udał  się  nadspodziewanie.  Wzięli  tego  samego
dnia od roku nie zdobyte pozycje wroga.

Gdyby  się  chciało  wymienić  wszystkie  bitwy  i  wszystkie  twierdze  zdobywane  przez  dywizję
Generała Waltera, zrobiłby się z tego bardzo szczegółowy podręcznik hiszpańskiej geografii.
Trzeba by do niego dołączyć także dużo mapek z zakreślonymi polami, na których ciągnęły się

background image

te wszystkie „pierwsze linie”. I na każdym takim polu oznaczać setki punkcików, gdzie wtedy
to a wtedy był wśród swoich chłopców Generał Walter-Świerczewski.

Chłopcy ci roznieśli sławę swego dowódcy po całym świecie. Znają go w każdym kraju Europy,
zna go także cała Ameryka. Gdy po upadku republikańskiej Hiszpanii wrócili uczestnicy tych
walk do swoich krajów rodzinnych - nie zapomnieli tej wielkiej lekcji walki z faszyzmem. Wtedy
jednakże,  mimo  bohaterskiej  walki  ludu  hiszpańskiego,  w  latach  1936-1938  faszyści  zdusili
Ludową Republikę Hiszpańską.

Nie na próżno Hitler i Mussolini posyłali hiszpańskiemu Franco tysiące swych żołnierzy, setki
samolotów i armat. Tych samych faszystowskich żołnierzy, te same faszystowskie samoloty,
te same faszystowskie armaty, które potem zniszczyły nasz kraj we wrześniu 1939 roku.

Tylko że i nasza nauka nie poszła w las. Ta hiszpańska nauka, jak bić faszystów na ojczystej
ziemi, nawet mimo początkowej porażki.

Znów wrócił legendarny już Karol Walter-Świerczewski do Moskwy. Do normalnego szkolenia
oficerów Armii Czerwonej w pokojowych warunkach Krainy Rad.

W  sercu  została  może  i  gorycz  po  tamtej,  hiszpańskiej  porażce.  Po  chwilowej  porażce.  To
wiedział na pewno. Wiedział także, że nieuniknione jest ostateczne starcie z faszyzmem, który
rozpełza  po  Europie,  zalewa  słabsze  kraje.  Słabsze  przemysłowo  i  militarnie,  ale  zasobne
w bogactwa naturalne, zasobne w ręce ludzkie. W ręce przyszłych niewolników.

Powikłane  i  tajemnicze  są  „interesy”  kapitalistów  całego  świata.  Ich  przecie  nie  obowiązują
żadne  kordony  graniczne,  gdy  chodzi  o  wspólny  zysk  w  kopalniach,  w  fabrykach  broni,
w bankach międzynarodowych. Wtedy się pogodzą zawsze, jakim by nie mówili językiem. Stąd
się i brały amerykańskie udziały w niemieckich fabrykach broni. Angielskie udziały w japońskim
przemyśle. Po to francuscy kapitaliści nawet i w czasie ostatniej wojny całkiem zgodnie dzielili
się z hitlerowskimi oprawcami francuskiego narodu wspólnym zyskiem.

Po zdławieniu republikańskiej Hiszpanii koncerny zbrojeniowe ruszyły na podbój świata. Padła
Austria, Czechosłowacja.

Hitlerowskie czołgi stratowały nasz kraj - Polskę. Faszyzm zatrzymał się u granic Krainy Rad.

Padła pod czołgami ze swastyką i Francja, ostatni kraniec zachodniej Europy.

Nad Anglią, spowitą na swej wyspie w mgły, ważyły się hitlerowskie bombowce.

- Coś to nie tak im wyszło, jak planowali od lat - mówili ludzie radzieccy. - Nie udała się zgodna
wyprawa na pierwszą Ojczyznę Socjalizmu. Przechytrzyli się w rodzinie kapitalistów, ale i tak
nie zrobią sobie krzywdy w „rodzince”. Obliczą sobie zyski, potem, jeśli nie liczą już ich dziś po
cichu, tajnie...

I rzeczywiście liczyli swe zyski kapitaliści. Wojenne zyski. Po cichutku, tajnie, choć pod bombami
giną  jednakowo  francuski  robotnik  w  fabrykach  okupowanej  Francji,  jak  i  ten  z  fabryk
angielskich  na  wyspie  spowitej  w  mgły.  Do  obozów  hitlerowskich  szli  komuniści  niemieccy
pospołu  z  ludnością  wszystkich  podbitych  przez  hitleryzm  krajów  Europy.  Kapitaliści,  niby
„wrogich”  w  tej  wojnie  stron,  mieli  swoje  sposoby  na  porozumiewanie  się  ponad  frontami
poprzez „neutralne” banki neutralnych krajów.

W moskiewskiej Akademii Wojskowej szkolą się wyżsi dowódcy i oficerowie Armii Czerwonej.

Warszawski  metalowiec  z  Woli,  zrąbanej  bombami,  legendarny  obrońca  hiszpańskich  miast,
Generał  Karol  Walter-Świerczewski,  jest  jednym  z  wykładowców  Akademii.  Właśnie  do
momentu,  gdy  aż  pod  Krasnodar  w  stanicy  Abinskaja,  gdzie  odbywały  się  letnie  ćwiczenia
w  obozie,  przyszedł  telegram.  Telegram  wzywał  natychmiast  Generała  do  Moskwy,  do
Dowództwa Armii Czerwonej.

Na świecie był czerwiec 1941 roku.

background image

Na świecie był czerwiec 1941 roku.

Więc  już!  -  pomyślał  Generał  złożywszy  starannie  depeszę.  Zasunął  ją  w  kieszeń
ćwiczebnego,  polowego  munduru.  Głęboka  troska  odmalowała  się  w  niebieskich  oczach,
w drobniutkiej już siatce zmarszczek.

Oczy nie patrzyły tak beztrosko jak ongiś, gdy oglądało się w blasku ogniska zdobyczną broń
ówczesnych „interwentów”.

Żebyśmy ich mogli pognać od razu na Berlin. Bez własnych, kto wie jak ciężkich, z początku
strat...  -  myślał,  gdy  pociąg  pędził  ku  Moskwie  w  tę  ciepłą  czerwcową  noc.  Patrzył  Generał
w okno wagonu, w ciemny, lustrzany kwadrat, za którym przemykał radziecki kraj.

Mrugały  gwiazdy  na  granatowym  niebie  nad  niezmierzonymi  polami,  po  których  przeszły
traktory,  wyręczające  człowieka  w  najczarniejszym  mozole.  Pola  kołchozowe,  wspólne,
gromadzkie.

Tysiącami  świateł  płonęły  mijane  miasta,  wzniesione  nieraz  przed  paru  zaledwie  laty  na
pustym do niedawna stepie. Socjalistyczne miasta.

Na małej stacyjce w krzewach rozkwitłego jaśminu kląskały słowiki. Takie same jak w ogrodzie
dalekiego, warszawskiego dzieciństwa przy ulicy Kaczej 6. W tajemniczym ogrodzie po drugiej
stronie starej uliczki brukowanej „kocimi łbami”.

Bez własnych, kto wie, jakich jeszcze ciężkich na początku strat... - powtórzył w myśli Generał
i  zobaczył  znów  tę  dawną  zadymioną,  fabryczną  Wolę,  wyszczerbioną  pewnie  mocno
bombami 1939 roku. - Tamtędy będziemy szli na hitlerowski Berlin. Gwiaździsto, według nowej,
najlepszej  radzieckiej  strategii.  Ze  wszystkich  stron,  żeby  nie  zdążyli  zamienić  nam  miasta
w ruinę!

W Moskwie zatrzymał się krótko. W dwa dni po tym był już na froncie ze swoją dywizją. Front
sunął  w  głąb  kraju.  Faszyści  parli  zmotoryzowaną  armię,  w  wizgu  bomb  zrzucanych  na
radzieckie  wsie  i  miasta,  w  zgrzycie  gąsienic  czołgów  wdzierających  się  w  tak  dawno
upragnioną zdobycz - w pierwszą na świecie Ojczyznę Socjalizmu.

Najgroźniejszy dla interesów kapitalistów całego świata ustrój radziecki nie zachwiał się i pod
tym  uderzeniem.  Radzieckie  fabryki,  ewakuowane  pod  hitlerowskimi  nalotami  na  dalekie
zaplecze  -  pracowały  na  trzy  zmiany.  Na  tyłach  wroga,  ledwo  przetoczyły  się  pancerne
kolumny, powstawały radzieckie oddziały partyzanckie.

Armia  Czerwona  cofała  się  w  głąb,  wciągała  hitlerowskie  wojska  we  wrogi,  opustoszały  kraj,
coraz dalej od hitlerowskich baz zaopatrzenia.

Ciężki  to  był  jednak  odwrót.  Krwawy,  zawzięty,  zostawiający  za  sobą  nie  tylko  groby
najeźdźców, ale i pośpiesznie ryte mogiły własnych towarzyszy broni, własne miasta obrócone
w  perzynę,  miasta  z  taką  miłością,  z  takim  trudem  wznoszone  przez  wszystkie  lata
socjalistycznego budownictwa.

Poczerniała twarz Generała, zapadły głęboko oczy, ostre linie zarysowały się od nozdrzy ku
kącikom  zaciętych  ust.  Być  dowódcą  w  odwrocie  jest  znacznie  trudniej  niż  przy  najcięższej
nawet ofensywie, na najbardziej umocnione pozycje wroga, na piekielne bunkry i zaminowane
pola.

Trzeba  nie  dać  ani  na  chwilę  zapomnieć  żołnierzowi  o  ostatecznym  zwycięstwie,  które
przyjdzie,  które  musi  przyjść,  nawet  kiedy  się  cofa  przez  własny,  płonący  kraj.  Tymi  samymi
drogami będzie się cofał przecie wróg ku swoim granicom. Pędzony, bity, rozbity ostatecznie.

Wierzyli  podkomendni,  tak  jak  i  ich  dowódca  Karol  Świerczewski,  w  ostateczne  zwycięstwo
radzieckiego oręża, w siłę Partii i w geniusz jej przywódców. Nawet wtedy, gdy trzeba się było
ponad trzy tygodnie przedzierać przez lasy, nocami forsować szosę pod krzyżowym ogniem
nieprzyjaciela.

background image

Spadł pierwszy, listopadowy śnieg. Jedyna kwatera to właśnie las. Ziemia, na parę godzin snu,
zamarznięta, śniegiem przyprószona. Suchy, dławiący kaszel rozrywa piersi. Trzeba go tłumić
za wszelką cenę, brzmi w lesie jak wystrzały alarmujące przyczajonych w pobliżu hitlerowców.
Generał ma chyba zapalenie płuc, ale ani na chwilę nie zdaje nikomu dowództwa. Przedzierali
się  raz  przez  leśną  polanę.  Gdzieś  zza  pni  sypnęła  się  salwa  z  automatu  hitlerowskiego.
Niepodobna było przyjąć bitwy nie znając siły nacierających. Przeszli głębiej w las. Na polanie
padł jeden z nich ugodzony hitlerowską kulą. Spojrzał za siebie zza pni Generał. Ścisnęło się
boleśnie  serce.  Całkiem  osobistym  bólem.  To  właśnie  także  Świerczewski.  Młodszy  brat.
Zobaczył  wyskakujących  zza  pni  hitlerowców.  Dopadli  do  leżącego.  Szarpnęli  go  brutalnie.
Bezwładnie, miękko opadły rozkrzyżowane ręce.

Nie dostali żywego! - pomyślał błyskawicznie Generał i dał znak tylko oczami. Cofnęli się głębiej
w  las,  dopadli  gęstwiny.  Hitlerowcy  cofnęli  się  za  pnie.  Stamtąd  puścili  jeszcze  parę  serii  na
oślep. Ze stukotem odbijały się kulki o omszałe, potężne drzewa. Z trzaskiem ułamała się jakaś
gałązka, zawirowała w powietrzu i opadła na mech.

Generał ze swoimi pozostał w zaroślach do nocy. Nocą wyszli we trzech na polanę. Pochowali
poległego  płyciutko  w  przyjaznej  ziemi  radzieckiej.  Wiedzieli,  że  wrócą  tu  jeszcze.  W
zwycięskim wówczas pochodzie, w piekielnym, nieubłaganym marszu na zachód. Tylko serce
Generała ciążyło jak ołów. Osobistym człowieczym bólem.

Ty już, bracie, nie dojdziesz ze mną na naszą Wolę - pomyślał Generał, gdy ruszyli znów dalej
w las.

W  płucach  rzęziło,  suchy  kaszel  rwał  się  do  gardła.  Generał  spojrzał  na  twarze  towarzyszy
broni. Tonęły w nocnym mroku ledwo dostrzegalną jaśniejszą plamą. Szeptem rzucił komendę.
Podali ją szeptem z ust do ust.

Wydarli się z okrążenia. Gdzieś tam za nimi na oślep pukały pojedyncze strzały, zaterkotała
seria  raz  i  dwa.  Kulki  odłupywały  korę  z  drzew,  łamały  suche  gałęzie,  otrząsały  szyszki
w opustoszałym już lesie.

Dobrnęli do swoich. Ocaleni do nowej walki. Do tego ostatecznego zwycięstwa, które przyjdzie,
które musi przyjść, nawet i po setkach krwawych bitew.

Generała  wysłano  do  Moskwy,  ze  stwierdzonym  zapaleniem  płuc.  Z  najsurowszym
skierowaniem  do  szpitala.  Na  nic  się  zdały  protesty  przerywane,  jak  na  złość,  szarpiącym
kaszlem.

Wjechał  w  czarne,  wygaszone  miasto.  W  miasto-twierdzę  niezdobytą,  w  której  dowództwo
czuwało nad losami tej wojny.

Na  jaśniejszym  pasie  od  zachodu  kołysały  się  balony  zaporowe.  Na  krańcach  miasta  białe
nożyce reflektorów, jakby strzygły czarne niebo. Pękały race pocisków artylerii przeciwlotniczej,
głucho dudniły działa.

Poprzez  nowy  atak  szarpiącego,  rozrywającego  płuca  kaszlu  po  raz  pierwszy  powiedział
Generał radośnie:

- Tu złamią zęby. Stąd ruszymy na nich. Potokiem stali, żelaza! Pal diabli, weźcie już do tego
szpitala. Może dadzą jakie proszki z sensem, przecie czasu nie mam!

Po  tygodniu  wyrwał  się  ze  szpitala,  choć  w  płucach  nadal  grało  potężnie,  tyle  że  jako  tako
wygoiły się pościerane do krwi nogi. I tu się zaczęła dopiero tragedia! Zamiast na front - dostał
Generał  zadanie  zorganizowania  szkoły  piechoty  w  tempie  całkiem  bojowym.  Właśnie
w  całkiem  ścisłym  związku  z  momentem  zwrotnym  w  tej  wojnie,  z  przejściem  do  wielkiej
ofensywy  spod  Moskwy.  Szkołą  miano  zakwaterować  na  dalekim  zapleczu,  w Aczyńsku  za
Nowosybirskiem.

Generał, nie ma co ukrywać, po prostu szalał, dopóki mu nie wytłumaczono, że na razie front

background image

okrzepł pod Moskwą i że to także bojowe zadanie: przygotować nowych oficerów. W tempie
bojowym. Tu nie ma już czasu na żadne normalne szkolenie garnizonowo-pokojowe. Trudno
było się nie podporządkować nie tylko tym argumentom, ale i rozkazowi. Rozkaz, jak wiadomo,
obowiązuje  nie  tylko  żołnierza,  lecz  i  generała,  wydany  jest  przecie  przez  najwyższe
Dowództwo Armii.

Pojechał, kaszląc sobie jeszcze tęgo i zaraz się wziął do bojowego zadania: w bojowym tempie
bojowo wyszkolić oficerów piechoty.

Słał  rezerwę  za  rezerwą.  Mógłby  tych  uczniów  liczyć  na  dobre  setki  już  w  samym  potem
Berlinie,  poprzez  wszystkie  fronty  po  drodze. Ani  nie  po  równej  drodze,  ani  nie  po  gładkiej
drodze.  Droga  na  Berlin  prowadziła  jako  żywo  i  przez  Stalingrad,  poprzez  to  legendarne
miasto, gdzie na dobre trzasnęła po raz pierwszy potęga „niezwyciężonej armii Hitlera”.

Sam  zdołał  ruszyć  ze  swymi  uczniami  po  roku.  Na  nowe  „zadanie  bojowe”,  zakończone,
według swych marzeń, najbardziej celowo: znów prawdziwym frontem. I to jakim frontem! Po
prostu - warszawskim.

Ale  o  tym  już  w  następnych  rozdziałach,  w  których  i  my  znajdziemy  się  już  jako  prawdziwi
żołnierze pod dowództwem Generała Świerczewskiego.

background image

Rozdział  czwarty

O  podziemnym  miasteczku,  kopiastym  śniegu  i  wiośnie  w  odwiecznej
puszczy, w której na zające poluje się światł em reflektorów

Most  skrzypiał  wszystkimi  dylami,  pojękiwał  od  ciężaru  dudniącej  po  nim  głucho  armaty.
Piszczały przeraźliwie gąsienice ciągnika, gdzieś tam, już na drugim brzegu, słychać było śpiew:

Maszerują chłopcy, maszerują,
młodość idzie z nimi w ślad...

Dołem płynęła wielka rzeka, szara, zmarszczona. Zimny, jesienny wiatr rozwiewał poły starego,
żołnierskiego płaszcza.

- E, oferma! Jakże ty idziesz? Gdyby stara baba kojec z kurami na grzbiecie niosła, też by tak
szła jak ty... - dogadywał chudy jak tyka, w strzępach cywilnego, łatanego paletka, młodemu
chłopcu w watowanym kubraku.

Szli tuż za armatą we dwóch, za nimi znów dwóch, potem cała czwórka z kuferkami, tobołkami.
Za tą gromadką jechała ciężarówka zapchana pod sam brezent dachu jakimiś kocami, pakami
mundurów związanych sznurem na krzyż.

-  Sto  pociech  i  jedna!  Jakże  wy,  chłopcy,  idziecie?  Istny  jarmark!  -  kpił  stary  żołnierz
z  sumiastymi  wąsami,  z  trzema  paskami  ze  zwykłej,  białej  tasiemki.  Przyczepił  je  co  prawda
czarną  nitką  na  naramiennikach  wiatrem  podszytego  płaszcza,  który  pamiętał  jako  żywo
warszawski wrzesień.

-  Panie  plutonowy,  a  taka  armata  to  co?  -  dopytywał  się  nieśmiało  wyrostek  w  wacianym
kubraku.

- Do wróbli strzela! Jak z procy, wiesz to? - wtrącił ten chudy z pierwszej pary i przerzucił na
lewe ramię swój mocno obtargany bagaż, jakieś pudło tekturowe po konserwach.

Teraz już plutonowy czegoś się mocno rozgniewał:

-  Pomalutku,  kolego,  pomalutku!  Po  pierwsze,  nie  ciebie  pytają,  a  mnie!  Po  drugie,  nie  kpij
z  młodszego,  a  ucz  go!  Po  trzecie,  z  armaty  kpić  żołnierzowi  nie  przystoi,  bo  ci  ta  piękna
armata  drogę  do  domu  otworzy.  Choć  parę  kilometrów  za  tobą  bije,  trudno  bez  jej  pomocy
będzie ci pójść na niemieckie okopy.

Spoważnieli  teraz  od  razu  wszyscy  idący  w  tej  gromadce.  Zaczęli  się  już  bez  kpinek
i śmieszków wypytywać plutonowego o wojsko. A jak to tam będzie za rzeką? Żadnych koszar
nie widać!

-  Koszar?  ano,  nie  widać!  -  zgodził  się  plutonowy.  - Albo  to  najważniejsze?  Cóż  wy  sobie
myślicie? Koszary ze sobą na wojnę weźmiecie? W koszarach siedzi sobie wojsko w czasie
pokoju. Ale teraz, kiedy wojna w najlepsze, to właśnie trzeba się uczyć wojowania w każdym
polu,  w  każdym  lesie,  jak  ci  stanie  na  drodze  do  samej  Warszawy!  I  w  śniegu,  braciszku,
najbardziej kopiastym, bo ku zimie idzie! A do domu jeszcze drogi szmat!

- Ano - zgodził się najmłodszy. - Śnieg już sypie, co prawda, to prawda. A Warszawa daleka
stąd  będzie?  Jakże  się  ta  rzeka  nazywa?  Całkiem  taka  jak  nasza  Wisła.  Szeroka,  szara,
zagniewana jesienią...

- Warszawa? Czekaj, synku, czekaj. Ta rzeka, to Oka. Tam będziesz miał Moskwę, na północo-
zachód.  Pewnie  ze  sto  i  osiemdziesiąt  kilometrów.  Od  Moskwy  znów  sobie  odlicz  tysiąc

background image

kilometrów i masz już naszą Warszawę! - tłumaczył wąsacz w starym, wrześniowym płaszczu.

- Daleko... daleko! - zaczęli wzdychać kamraci.

- Daleko, ale prostszej drogi nie masz. I bliższej - zgodził się plutonowy. - Wojna to wcale nie
łatwa rzecz i wojsko to nie zabawa...

Wyszli już po dygocącym moście na drugi brzeg pod sosny takie samiutkie, jak nad naszym
brzegiem wiślanym, właśnie gdzieś tam w Świdrze czy Otwocku pod Warszawą.

-  Wojna,  moje  dzieci,  to  niełatwa  rzecz.  Wojsko  to  nie  zabawa  -  mawiał  w  zwykłej,  wiejskiej
chałupie dowódca, chodząc od bielonego wapnem pieca do stołu pod oknem. Stół był założony
mapami, książkami.

-  Wszystko  musimy  zrobić  od  samego  początku.  To  nasze  wojsko  polskie,  na  radzieckiej
ziemi... Zaczątek odrodzonej siły zbrojnej, która przepędzi Niemców za Odrę. Ludowe Wojsko
Polski  Ludowej.  Dostaliśmy  najwspanialszą,  radziecką  broń,  o  jakiej  się  wam  do  września  w
Polsce  ani  nie  śniło.  Dostaliśmy  najlepszych  towarzyszy,  radzieckich  instruktorów.  Na  takich
polegać  można  w  najgorszym  ogniu.  Ale  naszych  ludzi  wychować  trzeba.  Na  nowo.  W
trudnych, bojowych warunkach.

„Dzieci”  stały  wpatrzone  w  dowódcę.  W  mundurach  jak  we  wrześniu,  choć  może  nie  tak
pięknie dopasowanych. Na gwoździach, wbitych w bieloną ścianę, wisiały czapki z orzełkiem
szerokoskrzydłym, piastowskim, takim jak na krypcie Bolesława Krzywoustego w Płocku.

Stasiek, dokładający właśnie polano do pieca, pociągał nosem w sposób szczególnie znaczący.
Kto jak kto, ale on właśnie, ordynans dowódcy, wiedział, co to wojna na co dzień, naprawdę,
w tych wszystkich marszach trudnych, w bitwach nieustannych, z nieprzyjacielem uzbrojonym
w czołgi, samoloty.

-  Pewnie,  pewnie,  że  niełatwa  rzecz.  Tak  i  było  wtedy  w  Hiszpanii...  -  mruczał  sobie  Stasiek
domykając drzwiczki pieca.

-  Nie  myślcie  sobie,  że  to  taki  spacerek.  Do  zimy  się  trzeba  przyzwyczaić  w  polu  -  ciągnął
dowódca - zima tu nie taka jak w naszej Warszawie. Ale póki pamiętam! Słuchajcie no, dzieci,
kto z was był ostatni na Kaczej? Nie pamiętacie przypadkiem, czy dom pod szóstką stoi tam
jeszcze?  Ot,  taki  jednopiętrowy,  wchodzi  się  przez  furtkę  w  płocie.  Przy  sieni  leży  wielki
kamień... - dowódca uśmiechnął się i patrzył w okno na śnieg sypiący z szelestem o szybki.

„Dzieci” patrzyły na siebie zakłopotane. Jak na złość nikt z nich nie był wtedy, we wrześniu
1939  roku,  przed  upadkiem  Warszawy,  na  Kaczej. Ale  teraz  zaczęła  się  i  tak  wędrówka  po
Warszawie. W tym właśnie roku 1943, w chałupie rosyjskiej za Oką. Dom za domem, ulica za
ulicą.  W  tej  kwaterze  dowódcy  Korpusu  Polskich  Sił  Zbrojnych,  jakby  rozsuwały  się  wapnem
bielone ściany. Oczy były czegoś wilgotne i serce biło nierówno a mocno.

-  Nie  widziałem  swego  miasta  tyle,  tyle  lat!  Co  wy  mi  tam  mówicie  o  swojej  tęsknocie,  po
czterech  latach!  Ani  się  do  mojej  nie  da  porównać.  Ale  dosyć,  już  dosyć,  bo  się  do  cna
rozkleimy.  Zadanie  na  jutro...  -  kończył  Generał  Świerczewski  surowo,  podchodząc  do  stołu
z rozłożonymi sztabowymi mapami.

Zaczynała  się  już  urzędowa  odprawa.  „Zadanie  na  jutro”  to  były  manewry  na  serio,  35
kilometrów w marszu, w śniegu, z bronią, w pełnym rynsztunku bojowym. Ostatnie manewry
przed wyruszeniem na front całego Korpusu: drugiej dywizji im. Dąbrowskiego, brygady artylerii
im. Bema, brygady czołgów im. Bohaterów Westerplatte, pierwszego batalionu kobiecego im.
Emilii Plater, formacji zwiadowczych, saperskich, łączności.

Po  skrzypiącym  moście,  przez  który  już  jesienią  poszli  Kościuszkowcy  na  front  za
Smoleńskiem, pod Lenino, w końcu listopada ruszyło całe żołnierskie miasteczko.

Z  ziemianek  o  belkowanym  stropie,  pachnących  sośniną  i  ciepłem  bijącym  od  przemyślnie

background image

ustawionych  pieców,  wyszli  żołnierze  nocą  na  zaśnieżone  pola.  Droga  była  oblodzona,
potykały  się  konie  ciągnące  kuchnie  polowe.  Długi  wąż  kolumn  marszowych  ciągnął  się  na
przestrzeni  paru  kilometrów.  Wszystko  musiało  być  zorganizowane,  przemyślane
w najdrobniejszych szczegółach. Tak właśnie, jak na najprawdziwszej wojnie. Gdzie telefony
polowe, wiodące od stanowisk ogniowych na punkt obserwacyjny dowództwa (łączące prócz
tego  piechotę  z  artylerią,  czołgami,  saperami).  Gdzie  kuchnie  polowe,  a  gdzie  pierwsze  linie.
Gdzie  punkty  sanitarne,  a  gdzie  amunicja,  którą  dowozić  przyjdzie  nawet  i  pod  ogniem
nieprzyjacielskim.  Zamaskowane  w  oślepiająco  białym  śniegu,  na  którym  dostrzec  może
nieprzyjaciel każdy ruch nieostrożny, każdy ciemny punkt na tej bieli.

Generał,  nawet  bez  adiutanta,  był  wszędzie  na  swym  zwrotnym  „Willysie”.  Przez  diabelskie,
chybotliwe mostki, przez zasypane śniegiem, zdradliwe wądoły, parowy, oślizłe górki. Pędził od
stanowiska  ciężkich  karabinów  maszynowych  do  moździerzy.  Od  zamaskowanych  składów
amunicji  do  punktów  sanitarnych.  W  ciemnoszarym  kożuszku,  w  czapie  ze  strzyżonego
baranka, przeprowadził setki inspekcji i „wykładów”. W pewnej ziemiance pod dębem całkiem
wyraźnie wymyślał jakiemuś dowódcy pułku, bodaj że za złą łączność z kompaniami w polu.

Plutonowy  Kąsik  i  Wacuś,  których  poznaliśmy  na  moście  na  początku  rozdziału,  stanowili
właśnie  obsługę  karabinu  ukrytego  za  stertą  przemyślnie  usypanego  śniegu.  Pole  było
bielutkie,  gładkie,  z  jakąś  samotną  topolą  na  widnokręgu.  Szczypał  w  twarz  lodowaty  wiatr,
wdzierał się w rękawy, dmuchał za kołnierz.

- Dobrze, chłopcy, bardzo dobrze! Zamarzliście na kość chyba, bo widzę, że gałgan kucharz
całkiem o was zapomniał. No, będzie się on miał z pyszna, kiedy mu na głowę spadnie moja
wizyta  -  mówił  Generał  stojąc  po  swojemu  na  śniegowym  nasypie  nad  zamaskowanym
karabinem. - Tylko powiedz no, synku drogi, jak tam pole widzenia? - zwrócił się do Wacusia. -
Nie będziesz to aby Panu Bogu nieba dziurawił? Patrz na tę topolę, a teraz na celownik. No?

Wacuś ani trochę nie stracił sprytu. Odpowiadał całkiem do rzeczy. Ani nie spostrzegł, że ta
rozmowa,  to  był  właściwie  egzamin.  I  nie  domyślił  się  także,  że  egzamin  wypadł  celująco.
Zamiast piątki, jak w szkole, dostał jedną pałkę. Takie są w wojsku dziwne zwyczaje. Mimo to
pałka,  czyli  jak  chłopcy  mówią  „belka”,  przyprawiła  Wacusia  o  taką  radość,  że  kiedy  usłyszał
o niej w pierwszym po manewrach rozkazie, mało przed frontem kompanii nie stanął na głowie
z radości.

-  No,  widzisz,  chłopie,  dobrze  cię  wychowałem?  -  mówił  ruszając  wąsikami  Kąsik.  -  Jesteś
starszym strzelcem! Przyszyj sobie tę naszywkę, przyszyj! Dam ci nawet tasiemkę z własnego
zapasu. Już jak cię tak dobrze ocenił nasz Generał, to się teraz staraj! Zna się on na wojsku
nie od dziś, oj, zna!

- Tak jest, obywatelu sierżancie - odpowiedział Wacuś czerwony z radości.

Teraz  i  Kąsik  leciutko  się  zaczerwienił  z  zadowolenia.  Właśnie  w  tym  samym  rozkazie
wyczytano i jego awans na sierżanta.

Pakowali  się  teraz  chłopcy  do  wyjazdu,  zostawiając  swe  miasteczko  wryte  w  ziemię  dla
trzeciej dywizji. Przed ziemiankami (z okienkiem, piecem z cegieł, belkowanym stropem, gładko
ułożoną  podłogą  z  desek)  zostały  po  nich  także  ogródki,  ze  skorup,  cegiełek  obtoczonych
kamyków i miału węglowego ślicznie układane orły i napisy:

Niech żyje Wolna Polska! Naprzód na Warszawę!

Pojechali  transportami  na  Smoleńsk  z  tą  Warszawą,  tak  właśnie  w  sercu  umieszczoną  na
zawsze, jak i nosił ją przez całe lata ich nauczyciel, dowódca i twórca Polskiego Korpusu za
Oką - Generał Karol Świerczewski.

-  Nasz  „Stary”  nic  się  jakoś  od  Hiszpanii  nie  zmienił  -  mówili  między  sobą  jego  hiszpańscy
chłopcy,  których  losy  zaniosły  znów  pod  rozkazy  legendarnego  Waltera  nad  rosyjską  rzeką
Oką.

background image

-  Niech  no  go  zobaczą  w  prawdziwym  ogniu,  całkiem  zbaranieją.  No  i  przylgną  do  niego  jak
i my, na zawsze.

Jeden z nich, Kościuszkowiec, a dawny Dąbrowszczak, zdobył już w Korpusie nie lada sławę.
On to przecież pod Lenino, w tej pierwszej bitwie na ziemi radzieckiej, leżąc z przestrzelonymi
nogami na zdobywanym wzgórzu, poderwał swoją kompanię do ataku okrzykiem:

- Naprzód, mściciele Warszawy!

To właśnie był uczeń hiszpańskiego Generała Waltera. To właśnie był uczeń tego dowódcy,
który przez wszystkie lata i fronty ani na chwilę nie zapomniał o swym rodzinnym mieście. O
Kaczej, Woli, Żelaznej, Czerniakowskiej, warszawskim Powiślu.

Gdyby  tak  rozłożyć  na  jakimś  wielkim  stole  mapę  z  drogą,  którą  przeszli  chłopcy  Generała
Świerczewskiego znad tej, jakże dalekiej już Oki, po Berlin, po Drezno, trzeba by na każdym
punkcie postoju, na każdym polu bitwy rysować malutką bodaj syreną warszawską. Była z nimi
wszędzie.  W  myślach,  we  wspomnieniach  i  w  tych  rozmowach  o  naszych  warszawskich
ulicach, skwerach, fabrykach, zaułkach, witrynach sklepowych, o jakiejś skrzywionej, samotnej
latarni, o frontonie staroświeckiej kamienicy.

-  Tam,  na  Młynarskiej,  u  jednych  przyjaciół  na  korytarzu  był  wspólny  zlew  dla  wszystkich
robotniczych  mieszkań.  A  przy  tym  zlewie  był  taki  dziwny  zaciek  wilgoci,  jakby  obraz,  na
którym coraz to coś innego widzisz - mówił z uśmiechem Generał kiedyś w Sumach. - Jak tylko
wejdziemy do Warszawy, zaraz pójdę zobaczyć tę plamę.

Sumy  to  było  miasteczko  ukraińskie,  dokąd  nadciągało  już  do Armii  Polskiej  po  trzy  tysiące
ludzi  w  ciągu  jednej  nocy.  Wyćwiczone  jednostki  Korpusu  przerzucono  właśnie  z  Frontu
Białoruskiego, spod Smoleńska, na Ukrainę.

Na  wielkim  dziedzińcu  jakichś  starych  koszar  wznosił  się  na  samym  środku  niewielki  grób,
otoczony  drewnianym  parkanem.  W  grobie  tym  leżały  popioły  żywcem  spalonych  przez
hitlerowców żołnierzy radzieckich, którzy się dostali do niewoli. Było ich na tym małym skrawku
ziemi  paruset.  Nasi  chłopcy  otoczyli  ten  grób  szczególną  opieką.  Zatrzymywali  się  przy
ogrodzeniu, zdejmowali czapki, mówili:

- Byle prędzej już pójść na front! Kto wie, co tam w domu zastaniemy.

Generał  formował  w  Sumach  nowe  oddziały  z  partyzantów,  z  młodzieży,  której  wojna
przerwała  naukę,  z  chłopów,  z  robotników,  ze  starych  żołnierzy  przedwrześniowych.  Z  tych
wszystkich, którzy zgłaszali się tysiącami z każdego terenu już odbijanego Niemcom.

Setki ludzi i spraw przewijało się przez jego pokój. O wszystkim musiał sam decydować. Nieraz
stawał późno w nocy przy oknie. Patrzył na ciemny dziedziniec i nad czymś rozmyślał.

- Bronek - mówił do ówczesnego adiutanta. - Idź, zapytaj, jak tam w kuchni. Czy starczy im
kotłów na wyżywienie wszystkich? Sprawdź także, czy wszyscy już mają słomę na pryczach!
Ale! Czekaj! Jak tam z łaźnią? Ilu ludzi można wykąpać dziennie? Czy kotły nastarczą grzać
wodę?

Wyprawiał Bronka-adiutanta i znów wracał do okna. Patrzył właśnie na ten grób na dziedzińcu.
Myślał wtedy z największym niepokojem, ze zgryzotą o tym, ile tam właśnie wyrasta każdego
dnia  grobów  za  linią  frontu,  na  ziemi  polskiej.  I  dlatego  też  dbał  o  każdy  szczegół,  który
przyspieszy  wyćwiczenie  żołnierza,  o  każdy  szczegół,  który  przyspieszy  zbrojne  starcie
z  hitlerowską  armią.  Jednakowo  są  ważne  te  właśnie  szczegóły:  czysta  żołnierska  koszula,
pełna menażka, jak i dobrze wyczyszczony karabin.

Na  świecie  zaczynała  się  wiosna.  Topniał  w  słońcu  śnieg,  pachniała  nagrzana  ziemia.  Ze
śpiewem wychodziły z koszar umundurowane oddziały do pułków, brygad, dywizji. Z dnia na
dzień  rosła  Pierwsza Armia,  wyposażona  w  najlepszą  broń,  wyrabianą  przez  fabryki  całego
Związku Radzieckiego.

background image

Generał wiedział o wszystkim. O każdym niedociągnięciu, braku, o niewygodach.

Na  wielkiej  sali  koszar  gromadzili  się  rekruci  przybyli  nocą.  W  łachmanach,  w  cuchnącym
przyodziewku, pokasłujący, nieufni, zbiedzeni. Tacy właśnie, którzy jeszcze tydzień temu byli
pod  Niemcami,  bitymi  teraz  na  łeb  i  szyją  przez  Armią  Radziecką  już  pod  Krzemieńcem,
Dubnem, Łuckiem.

Stali i patrzyli jak urzeczeni na napisy:

Niech żyje Wolna Polska!

Niech żyje odrodzone Wojsko Polskie!

Naprzód, na Warszawą!

Generał stojąc na podwyższeniu przemówił do ciasno nabitej sali.

I  wtedy  stała  się  rzecz  dziwna.  Wśród  ramię  obok  ramienia  stojących  „rekrutów”  przeleciał
najpierw cichutki szmer. A potem już słychać było ze wszystkich kątów po prostu płacz. Starzy
żołnierze,  młodzi  w  czapkach  szkolnych,  nauczyciele,  robotnicy,  chłopi,  w  cywilnych
łachmanach,  w  starych  mundurach,  przechowywanych  w  jakichś  zakamarkach,  rozcierali  po
twarzy wielkie łzy. Wierzchem dłoni, rękawem czy zmiętym strzępem wybrudzonej chustki.

A Generał mówił całkiem zwyczajnie, po prostu, tak jakby mówił do jednego tylko człowieka, do
każdego z tych tu stojących z osobna, prywatnie a poufnie. O najbliższych mu sprawach. O
tym, co przecierpiał każdy z nich.

I dlaczego?

O  tym,  co  może  każdy  z  nich  dokonać  w  najbliższej  przyszłości,  żeby  się  nigdy  nie  mógł
powtórzyć  polski  wrzesień.  Jako  żołnierz,  obrońca  swego  kraju,  obrońca  swojej  rodziny,
obrońca Warszawy. I jaka ma być przyszła, wolna, sprawiedliwa, Ludowa Polska.

I  obdarci,  zbiedzeni  ludzie  uwierzyli,  że  właśnie  mogą  i  będą  żołnierzami  Wolnej  Polski,
Sprawiedliwej, Ludowej.

Aż  wreszcie  pewnego  dnia  opustoszały  koszary  w  Sumach.  Tak  jak  jesienią  opustoszało
dalekie  podziemne  miasteczko  za  Oką.  Żołnierze  wyruszyli  na  front,  który  zaczynał  się
w odwiecznej puszczy poleskiej.

Bagnistą  drogę  wśród  drzew-olbrzymów  trzeba  było  mościć  zwalonymi  pniami,  by  mogły
przejść ciężkie działa, czołgi, furgony, kolumny piechoty, tabory zaprzężone w małe, mechate
koniki syberyjskie.

W  namiotach,  ziemiankach,  w  paru  wioskach,  zagubionych  w  odwiecznej  puszczy,
kwaterowało  wojsko.  Było  to  już  przed  Bugiem,  przed  którym  zatrzymał  się  tej  wiosny  front.
Podciągano  pospiesznie  posiłki  spod  Uralu,  z  Powołża,  z  Syberii,  Średniej  Azji.  Żywność,
amunicję, środki opatrunkowe, sprzęt bojowy.

Generał kwaterował w chłopskiej chacie, wyjeżdżał do obozów pod namiotami, przeprowadzał
nieustannie  szkolenie  swoich  chłopców.  Nocami  leciały  nad  puszczą  samoloty  radzieckie  na
bombardowanie  niemieckich  miast.  Niemcy  zaglądali  tu  także  i  z  powietrza,  bombardując
katedrę  w  Łucku,  w  której  nie  było  jako  żywo  ani  jednego  żołnierza,  tylko  właśnie  kobiety
i dzieci zgromadzone z całego miasta.

W odwiecznej puszczy umykały zające spod kół maszyny. W nocy, wpadłszy w smugę świateł,
stawały bezradnie słupkiem, jakby się oddawały do niewoli. Szofer przygaszał światło, zwalniał
bieg i wołał jak na kury, które weszły na zagonki w ogródku:

- A sio! A sio!

background image

Ocalony zając wpadał w las, tylko migał puszysty, krótki ogonek.

Coraz  to  nowi  ludzie  przychodzili  do  oddziałów.  I  znów  ich  trzeba  było  szkolić  od  początku.
Uczyć  każdej  części  rozłożonego  karabinu,  który  łatwiej  rozłożyć,  niż  potem  poskładać,
zwłaszcza rekrutowi. A cóż dopiero mówić o automatach, nie bardzo znanych nawet starym
żołnierzom. Albo o moździerzach, rusznicach przeciwpancernych, haubicach jak smoki!

Czołgi nasze, wielkie żelazne potwory, z białym orłem wymalowanym na stalowym pancerzu,
gromadziły wokół siebie żołnierzy, którzy mieli szczególny pociąg do mechaniki!

- Obywatelu poruczniku, ja bym chciał za kierowcę do tej maszyny. Stary warszawski szofer
jestem - meldował się świeżo przybyły do poleskiej puszczy żołnierz z pułku zapasowego.

- Ehe! Cóż wy myślicie, że to taksówka, którą wozi się gości na spacer w aleje Ujazdowskie? -
Śmiał  się  porucznik-czołgista.  -  Patrzcie  no  dobrze,  co  to  za  maszyna!  Gąsienice,  wieża
obrotowa, działko, karabin maszynowy...

-  Da  się  radę,  obywatelu  poruczniku,  poprowadzę,  tylko  się  jeszcze  w  maszynie  rozejrzę  -
prosił bardzo żarliwie warszawski szofer.

Przyjęto go, oczywista. Maszynie się przyjrzał i pięknie ją przez Bug przeprowadził, bił z niej
hitlerowców po Berlin, ranny znów wracał do swego czołgu, tyle że z Krzyżem Walecznych na
piersi.

Generał  w  swych  tysiącznych  chyba  inspekcjach  ze  znawstwem  wybierał  takich  właśnie
fachowców.  Przy  zaciętym  karabinie  maszynowym,  przy  stacji  telefonicznej,  w  kolumnie
samochodowej. Lubił także zapalonych lotników i tych wszystkich, którzy mieli wyraźny pociąg
do mechaniki. Sam prowadził każdą maszynę, a bywało w czasie lotów, że przysiadał się do
lotnika  i  odbierał  mu  te  wszystkie  drążki  sterowe,  gałki  kolorowe,  za  pomocą  których  lotnik
kieruje samolotem.

-  Dzisiejsza  wojna  to  już  technika,  moje  dziateczki,  z  którą  musi  być  żołnierz  za  pan  brat.  I
dlatego  nie  wolno  chłopaka  jednego  z  drugim  zahukać  samą  tylko  komendą.  Musi  rozumieć
swoje  zadanie,  musi  pracować  całą  inteligencją,  sprytem.  Czym  jesteście  w  cywilu,  mój
chłopcze? - pytał nieraz tych z obsługi czołgów czy dział.

Niech  no  padło  w  odpowiedzi,  że  był  tokarzem  metalowym  albo  giserem,  spawaczem  czy
choćby ślusarzem i to jeszcze z Warszawy! Żołnierz stał z okrągłymi ze zdziwienia oczami,
patrząc  na  swego  dowódcę,  tak  fachowo  rozprawiającego  o  warsztacie  u  Gerlacha,
wypytującego, co się tam przez lata zmieniło na tej czy innej hali fabrycznej.

-  Jak  mamę  kocham,  całkiem  nasz  człowiek,  z  Wolskiej!  -  mówił  potem  żołnierz  kamratom
z obsługi czołgu czy działa artyleryjskiego. - Nasz warszawski Generał! Z takim pójdziemy jak
strzelił prościutko do Warszawy!

„Nasz  warszawski  Generał”  przylgnęło  do  dowódcy  na  dobre  właśnie  w  poleskiej  puszczy,
gdzie po wymoszczonych pniami, bagnistych drogach skakały spłoszone zające.

Pewnego  dnia  lipcowego  ruszył  się  nareszcie  front.  W  lipcu  1944  roku.  W  nagrzanych
pasiekach poleskich brzęczały roje pszczół, pachniał żywicą nagrzany las. I wtedy przyszedł
rozkaz wymarszu. Od Bugu głucho biła już radziecka i nasza artyleria.

-  A  rób  sobie,  co  chcesz,  z  tymi  manatkami!  -  krzyknął  z  maszyny  Generał  Świerczewski
w stronę zafrasowanego Staśka stojącego na progu chałupy. - Nawet mnie nie pytaj o takie
głupstwa,  co  i  jak  zapakować,  bo  sam  wiesz  niezgorzej!  Papierów  pilnuj,  jak  oka  w  głowie!
Dogonisz mnie w Lublinie. No, jazda!

Strzałka na „Willysie” z miejsca podskoczyła na 80 mil angielskich.

Za Bugiem zaczęło się bombardowanie. Tym razem leciały pęki kwiecia polnego, ludziska stali
wzdłuż drogi, zabeczani i roześmiani jednocześnie:

background image

wzdłuż drogi, zabeczani i roześmiani jednocześnie:

- Niech żyje nasze wojsko! Niech żyje!

Ciepły wiatr bił w twarz w tym wariackim pędzie.

Osuszał, bardzo w porę, całkiem wilgotne oczy Generała.

-  Przypomniałem  sobie  te  uciekające  drzewa  sprzed  lat  chyba,  czekajcie,  trzydziestu.
Obiecywałem  wtedy  siostrom,  że  wrócimy  -  mówił  nam  już  w  Lublinie  nasz  dowódca.  - Ano,
wróciliśmy... Długo to trwało! Diabelnie długo!

Lublin  jeszcze  huczał  wystrzałami  odgryzających  się  z  piwnic  i  poddaszy  hitlerowców.  Na
ulicach  leżały  zwoje  splątanego,  kolczastego  drutu,  zerwane  przewody  elektryczne,  wzdęte
koniska zabite odłamkami pocisków. Wojsko szło naprzód. Dniami i nocami, z trudem goniąc
uciekających  Niemców.  W  lubelskim  gestapo  pozostały  w  stołówce  nie  dogryzione  kości  na
talerzach i nie dopite piwo w ciężkich, poniemieckich kuflach.

Szliśmy forsownymi marszami na Wisłę, 60 kilometrów na południe od Warszawy. Najbliższym
bojowym  zadaniem  było  zdobycie  pierwszego  przyczółka  na  drugim  brzegu  Wisły,  pod
Puławami.

I  tu  się  zaczyna  najbardziej  warszawska  ze  wszystkich  warszawskich  historii  naszego
Generała.

I dlatego umieściliśmy ją w następnym, także warszawskim, rozdziale.

background image

Rozdział  piąty

Warszawski,  w  którym  nawet  dowódcy  miewają  twarze  cał kiem  mokre  od
wody wiślanej

Od Lublina ku Wiśle biegła droga wyboista miejscami, wygryziona przez pociski, poszarpana
przez  gąsienice  czołgów  i  ciągników  artyleryjskich.  Wojsko  dniami  i  nocami  szło  na  zachód,
zakurzone,  rozśpiewane,  choć  ten  i  ów  utykał  na  nogach  opuchłych  w  tym  szalonym,
najradośniejszym marszu.

Na  polach  stało  już  zżęte  zboże.  Zza  opłotków  wyglądały  dzieciaki  o  zmierzwionych
czuprynach koloru słomy i znów się sypały pod koła pęki modraków, rumianków, maków:

- Niech żyje-ee! Nasze wojsko! Nasi!

Ten i ów z szeregów uśmiechał się ku dzieciarni serdecznie, błyskając zębiskami białymi jak
krajanka sera, z twarzy ogorzałej na wichrach, zadymkach i tym już słońcu lipcowym.

- Na Warszawę? Jak strzelił? - dopytywali się siebie w szeregach z niedowierzaniem, że takie
wielkie szczęście jest już przed nimi. Jeszcze tylko dziesiątek kilometrów i jeszcze dziesiątek.
Kilometrów wybijanych obolałymi nożyskami w tym swojskim już kurzu warszawskiej szosy.

- Musi nie! Jakże to miasto będziesz brał? Wystawisz mu naprzeciw własne armaty, będziesz
prażył do swoich w tych murach? - odpowiedział nasz sierżant Kąsik młodzikom. - Teraz się
inaczej wojuje!

- Ano inaczej! - zgadzał się Wacuś. - Miasta się teraz obchodzi, nieprzyjaciela jak rybę do saka
bierze...

-  Cie,  widzisz  go,  jaki  to  uczony  wojak!  Niczym  generał  ze  sztabu  -  patrzył  z  uciechą  na
wychowanka w sztuce wojennej sierżant Kąsik i zaraz by wąsa podkręcił, gdyby nie to, że miał
pełne ręce tych dziecinnych bukietów z wszelakiego kwiecia, jakie tylko wyrosło na łąkach po
drodze.

-  Wisły  też  jak  rybka  nie  przepłyniesz.  Przyczółki  na  tamtym  warszawskim  brzegu  trzeba
załapać.  A  hitlerowcy  przecie  nie  będą  stać  i  patrzeć,  jak  to  my  się  na  łodziach  do  nich
przeprawiamy - wywodził dalej Wacuś, rad z sierżantowej pochwały.

Tego już widać było nawet sierżantowi za wiele. Popatrzył z ukosa na wychowanka:

- Wacuś, nic, tylko cię do sztabu wezmą, chłopaku! Gdybyś to jeszcze zielem nie zapychał lufy
automatu. Za pas można założyć, w rękach potrzymać, ale automat to nie żadna kobiałka do
noszenia bukietów na targ...

Wacuś poczerwieniał jak te maki zatknięte w lufę automatu, zwłaszcza że ostatniej uwadze
sierżanta wtórował już rechot w dwóch najbliższych czwórkach. Chłopcy śmieli się, choć pot
zalewał oczy, cieknąc ciurkiem spod zakurzonych hełmów, choć z daleka dochodził już pomruk
armat, a nogi piekły, jakby szli po rozpalonej płycie kuchennej.

- Śmieją się jak głupi do sera - mruknął Wacuś i ze złością cisnął w bok szosy przywiędłą już
wiązankę polnego kwiecia.

Na  drodze  przed  nimi  zrobił  się  właśnie  zator.  Ugrzązł  w  jakiejś  wyrwie  po  granacie  wóz
taborowy wypchany worami kaszy dla polowych kuchen.

- A  bodaj  was!  -  wymyślał  koniom  woźnica.  -  Nuże!  Ciągnij  jeden  z  drugim,  bo  nas  jeszcze

background image

faszysty zaczną z powietrza naparzać! A jeszcze gorsze, jak się obiad spóźni na linię, kiedy
nasz „Stary” jak raz przyjdzie! Spacerkiem, po swojemu, to się wie!

Konie  strzygły  uszami,  jakby  rozumiały,  kto  to  ton  nasz  „Stary”,  co  tak  spacerkiem  między
liniami  chodzi.  Na  tych  faszystów  „z  powietrza”  machnęły  wobec  tego  zgodnie  ogonami.
Zebrały się w sobie, szarpnęły wozem raz i drugi. A wóz nic, tylko się na bok przechylił, worki
zaczęły się niepokojąco zsuwać.

Podparła go czym prędzej najbliższa czwórka z Kąsikiem i Wacusiem, przesuwając automaty
na plecy.

-  A  nie  śpij,  dziadu,  na  koźle,  to  dziury  zawsze  ominiesz!  -  powiedzieli  woźnicy  zgryźliwie
i zrównawszy szereg, ruszyli znów przed siebie, łapiąc zgubiony krok: lewa! lewa!

Mijali  miasteczko  o  sterczących  samotnie,  wypalonych  kominach.  Wioski  o  strzechach
osiadłych na zdruzgotanych belkach. Rozerwane na minach jakieś strzępy ludzkiej odzieży, od
których  odwracali  pospiesznie  oczy,  zwłaszcza  że  od  nieba  zaczęło  brzęczeć  znanym
warkotem silnika.

- Lecą!

- A niech i kark skręcą! Niedługo tego ich latania - pomamrotali w szeregu i leniwie zeszli w cień
pod  zakurzone  drzewa  przydrożne.  Szli  teraz  dwójkami,  niewidzialni  na  nagle  opustoszałej
szosie. Niemiecki samolot zaczynał pikować, leciał wzdłuż kremowej nitki pustej drogi. Puścił
z chichotem nie opodal bombę. Czarny słup ziemi wzbił się pod niebo ze ścierniska. Zapłonęła
jakaś kopa zboża stojąca samotnie opodal polnej gruszy.

A  oni  szli  nie  obejrzawszy  się  nawet  za  siebie,  choć  gorący  podmuch  jak  pięścią  walnął
ostatnią dwójkę w plecy.

- Jak ten znów drzemkę na wozie uciął, narobi kaszy! - zatroszczyli się o niedawno mijanego
woźnicę.

- Konie same wejdą pod drzewa, mądre nasze koniska, ostrzelane - pocieszał się któryś.

Od Życzyna zeszli z szosy w lasek, kierując się na południe od Warszawy. Sypki piach więził
obolałe nogi, pot coraz obficiej sączył się spod hełmów, zalewał oczy. Artyleria od strony Wisły
grzmiała już w najlepsze. Wsłuchiwali się uważnie w detonacje:

- Hitlerowcy walą, naszych wymacują! O, teraz bije zenitka! Sowiecka, od przeprawy! Patrzcie!
Patrzcie!  Cała  eskadra!  Widzisz,  jak  się  rozbiegają  niby  gołębie,  kiedy  je  szmatą  na  kiju
postraszysz! Czekaj! Tamten dymi od ogona! Dostał!

Wybiegli na łysawą polankę, zaczęli machać z radością rękami ku niebu, z głowami zadartymi
ku obłoczkom pękających pocisków z zenitówek, aż hełmy zsuwały się na karki. Zachodzące
słońce  czerwieniło  pnie  sosen,  przez  zagajnik  widać  było  już  jakieś  zabudowania  jakby
wymarłej wioski.

-  Jazda!  Jazda!  To  nie  pokaz  lotniczy  -  gderał  sierżant  Kąsik.  -  Robota  nas  czeka,  Wisła
całkiem niedaleczko!

Do  tej  Wisły  dobrnęli  już  o  gęstym  zmroku.  Przypadli  do  ziemi  i  zapatrzyli  się  jak  urzeczeni
w szary, migotliwy pas wody za piaszczystą wydmą, porosłą sztywnymi kępkami trawy.

Sierżant Kąsik zsunął jakoś dziwnie hełm na oczy, aż cała twarz utonęła w cieniu. Leżący za
nim Wacuś widział tylko drgające od czasu do czasu ramiona.

Hm,  wzięło  chłopa,  choć  taki  srogi!  -  pomyślał  z  rozczuleniem  i  bez  szelestu  podniósł  się
z  ziemi.  Obejrzał  się  za  siebie,  na  czerniejący  na  niebie  komin  jakiegoś  tartaku,  na
przeświecające, poszarzałe niebo przez krokwie rozbitego dachu.

background image

- Ano, to będzie widać nasza pozycja! - zaczął medytować na swój sposób. - Piach leciutki, raz
dwa się okopiemy, tylko że się sypać będzie z nasypu i osłona z góry by się zdała. Może pod
tymi sosnami byłoby najlepiej?

Na drugim brzegu wzleciała nagle pod niebo czerwona rakieta. Zaszczekał krótką serią karabin
maszynowy.

-  No,  dzieci,  sam  Hitler  nas  pozdrowił  -  trochę  tylko  zachrypniętym  głosem  odezwał  się
sierżant.  -  Bierzcie  się  za  łopatki,  na  rano  musimy  zagrzebać  się  w  ziemi,  że  i  mucha  nie
wypatrzy. Jakby wam żyrandol zaświecił, to się kładźcie i cicho, sza! Skoczę do batalionu, jak
tam z łącznością, a może się i kolacja znajdzie?

Górą, z powolnym terkotem przeleciał nasz samolot. Szedł niewidoczny, już na ciemnym niebie
na drugi brzeg Wisły. Znów strzeliła czerwona rakieta od niemieckiej strony. A wtedy zaczęły
się sypać z czarnego nieba świetliste snopy zielonych kulek na zdradzone rakietą stanowiska
nieprzyjacielskie.

W  ciszy  nocnej  słychać  było  jakby  rzucany  garściami  groch.  Hitlerowcy  odgryzali  się  z  ziemi
bezładną  strzelaniną  zenitówek,  snopami  czerwonych  kulek,  szukających  na  oślep
terkotliwego  samolociku.  Na  drugim  brzegu  rzeki  rozpętało  się  istne  piekło  świateł,  błysków,
huków, zajadliwego poszczekiwania karabinów...

- Coraz lepiej! - śmiał się w ciemności sierżant. - A to się wymądrzyli, no! Widzicie, chłopaki, ile
to tam tego dobrego! Wszystko pokazali, co mają! Kopać, dobrze kopać! Za dnia może nam
być całkiem gorąco! A to się nasz „kukuruźnik”

[ 3]

 spisał, co? Teraz pewnie się odezwie nasza

artyleria, kiedy się tak pięknie napraszają sami...

Górą zaczęły iść rzadkie świsty z naszego zaplecza.

Ciemna  woda  poczerwieniała  od  jakiegoś  pożaru  zza  Wisły,  raz  po  raz  w  piekielnym  huku
wybuchał ognisty płomień na drugim brzegu. Z daleka pomrukiwała jakaś nasza bateria, bijąca
w niemieckie pozycje za rzeką.

-  Strach  ma  wielkie  oczy,  co?  -  pokpiwał  Wacuś  kopiąc  coraz  głębszy  rów  w  sypkim,
mazowieckim  piachu.  -  Pewnie  Niemcy  myślą,  że  już  się  do  nich  przeprawiamy.  Oho!  Jest  i
żyrandol! Świeć sobie, świeć, dużo wyświecisz!

Przylgnęli  teraz  płasko  do  ziemi,  znieruchomieli  za  kępkami  trawy.  Nad  Wisłą  zawisł  ów
„żyrandol” na małym spadochronie, zalewając brzegi rzeki zimnym, zielonkawym światłem. Na
źdźble  trawy,  tuż  przy  twarzy,  dojrzał  Wacuś  przebudzoną  nagle  ważkę  o  szklistych,
migotliwych skrzydełkach. Przestraszony owad przyglądał mu się wyłupiastymi oczkami.

- Jak się masz, panienko? Ale oczy masz właśnie jak ten strach! Nic się nie bój, przy nas nie
zginiesz. Widzisz, postawił żyrandol i już poleciał do swoich, z powrotem. Tylko koło zatoczył
i po nim.

Sąsiad z lewa wpatrzony znów w mrówkę w piasku zaczął się sprzeczać:

- Baju, baju! Jak tak będą świecić, do rana nie skończymy. Gdzie tam odleciał? Znów wraca!
Kołuje nad nami! Rąbnie czy nie rąbnie?

Zachichotało nad nimi, zawyło! Zakołysała się ziemia, piasek zasypał oczy, gorący podmuch
runął im w twarz, aż przez chwilę zaparło dech.

- Uf, a bodaj cię! - stęknął Wacuś.

Parsknął wypluwając z ust piasek. Przetarł oczy. Ogarnęła go atramentowa, czarna noc.

Oślepłem - pomyślał błyskawicznie i poczuł lodowate zimno na plecach.

-  No,  przecie  zgasł  ten  żyrandol  nareszcie!  -  doleciał  go  w  tej  ciemności  spokojny  głos

background image

sierżanta.

- Bierzcie się do roboty, na mnie czas! Za godzinę wrócę. Trzeba iść po rozkazy. Teraz chyba
będzie cisza do świtu. A jakby co, to już sami wiecie... Udawać kępy trawy!

Wacuś  uśmiechnął  się  z  ulgą  i  podniósł  się  z  ziemi.  Teraz  poczuł,  że  lodowate  zimno  to  po
prostu wiślana woda, którą bomba, trafiając w brzeg, chlusnęła ku nim wielkim strumieniem.

Pracowali  tak  całą  noc,  pokrzepieni  gęstą  kaszą  z  kuchni  polowej.  Zerkali  ku  sierżantowi
ciekawie, ilekroć nakrywał się płaszczem, oglądając mapę w świetle latarki. Ale sierżant nic nie
mówił,  pomrukiwał  tylko  coś  pod  tym  płaszczem,  gasił  latarkę  i  wpatrywał  się  z  natężeniem
w przeciwległy brzeg. Schodził ostrożnie w ciemności ku rzece. Potem wracał do rowu, badał
głębokość, mierzył nasyp i powiedział dziwnie łagodnie:

- No, będzie, będzie! Przepisowy rów! Kładź się jeden z drugim i śpij, póki co! Ja tu już sam
dojrzę wszystkiego. Pierwsza warta moja...

Zawinęli  się  w  płaszcze,  przysunęli  ku  sobie  najciaśniej  na  dnie  rowu  i  zapadli  w  ciężki,
kamienny sen. Wacuś pomyślał sennie:

A tę ważkę to pewnie zmiotło, taka siła, no! Lej na trzy metry... „Póki co”, jak powiada sierżant,
żyjemy przecie... Moja warta za cztery godziny.

Zbudziła  ich  o  świcie  kanonada  z  lewego  i  prawego  skrzydła  pozycji.  Przecierając  zaspane
oczy jeszcze nie bardzo wiedzieli, co się dzieje. Z prawa i z lewa na sąsiednich odcinkach nie
było widać najmniejszego ruchu. Pękały raz po raz niemieckie szrapnele nad laskiem. Za Wisłą,
na  wprost  nich,  trwała  jakby  przyczajona  cisza.  Wysuwali  ostrożnie  głowy  znad  nasypu,
wpatrywali się poprzez rzekę w lekko zamglony brzeg.

- Schowajcie mi raz dwa te puste makówki! - krzyknął ostro sierżant. - Ogień będzie z całkiem
innego odcinka, a u nas może być właśnie przeprawa! Niechże myślą, że tu żywego ducha nie
ma! A wy co?

Szrapnele  zaczynały  pękać  coraz  bliżej.  Wróg,  przeczesawszy  pusty  lasek,  zaczynał  się
dobierać do piaszczystego brzegu. Sypała się ziemia nasypu do rowu, o drzewa na wydmie
trzaskały  odłamki.  Za  Wisłą  wybuchały  jednocześnie  pod  niebo  fontanny  czarnej  ziemi,
splątane drzewa z korzeniami, kawały cementu ze schronów. To biła już nasza artyleria w ten
drugi brzeg, celnie rozbijając schrony, podważając drzewa, pod które wkopali się hitlerowcy.

- No, trochę gorąco - westchnął sierżant. - Nasi, widzicie, ich uspokajają, a szrapnele jak lecą,
tak lecą. Zawzięli się, co? Ale i to im się znudzi. Oho, jakby zacicha...

Paru  młodszych  chłopców,  o  twarzach  zamazanych  ziemią,  patrzyło  na  sierżanta  oczyma
spłoszonymi jak zastraszone dzieci.

- Ej, dziateczki, dziateczki! Nie takie to straszne! Przyzwyczajenie to grunt! Przyzwyczaić się
trzeba,  że  te  kulki  nie  muszą  trafić  akurat  w  nas,  zwłaszcza  jak  sobie  na  nie  zaczynacie
gwizdać!  Gdybyście  to  widzieli  naszego  „Starego”,  jak  to  sobie  spacerkiem  chadza  po  polu
ostrzału, to byście gębusie szeroko otworzyli...

Jeszcze  nie  dokończył,  gdy  od  strony  tartaku,  z  zaplecza,  doszedł  warkot  motoru.  W
tumanach  kurzu  pędził  jakiś  „Willys”  wprost  ku  ich  pozycjom.  Zahamował  tuż  u  rozbitego
naroża  budynku,  diabelskim  łukiem  skręcając  za  mur.  Schował  się  za  budynkiem,  jakby  się
zapadł pod ziemię.

- Rety! Rozbił się czy jak?! - wykrzyknął któryś z młodzików.

Zapomnieli na chwilę o pękających szrapnelach, wykręcili się ku tamtej stronie, wysunęli głowy
z rowu, chronieni od Wisły nasypem.

Zza  rogu  wyszedł  Generał  z  biegnącym  tuż  obok  bledziutkim  adiutantem. Adiutant  składał

background image

ręce,  jakby  o  coś  bardzo  prosił  dowódcę.  Generał  opędzał  się  od  niego  rękami.  Przystanął
nawet na chwilkę, przez ramię patrząc na adiutanta:

-  Idźże,  dziecko  kochane,  idź,  nie  czepiaj  się  mnie,  bo  ci  co  brzydkiego  powiem  -  usłyszeli
wyraźnie  w  swoim  okopie  -  ja  jej  trzydzieści  lat  nie  widziałem,  rozumiesz?  Ale  co  ty  tam
rozumiesz, kiedy ty nawet tych lat nie masz.

Adiutant opuścił ręce, stanął wyprężony, oczy mu tylko świeciły tak dziwnie. Chłopcy w rowie
z szeroko otwartymi ustami stali także jak skamieniali, patrząc na tę scenę na samym środku
drogi.  I  tylko  oczy  adiutanta  i  ich,  spod  tych  przekrzywionych  hełmów,  miały  ten  sam  blask.
Podziwu i miłości.

- A co, kapujecie? Właśnie on! - szepnął sierżant. - Nie mówiłem to wam? Trzydzieści lat za tą
Wisłą tęsknił, to może mucha, co?

Generał  szedł  sobie  wolniutko,  wpatrzony  w  Wisłę.  Po  twarzy  przebiegł  jakiś  skurcz.  Znów
ostro  zarysowały  się  bruzdy  biegnące  od  nozdrzy  ku  kącikom  ust.  Wolniutko  zdjął  polową
czapkę  z  generalskim,  trochę  poczerniałym,  srebrzystym  wężykiem  na  otoku.  Przetarł  ręką
gładko  ogoloną  głowę.  Niebieskie  oczy  rozjaśnił  jakiś  rzewny,  niecodzienny  uśmiech.  Gęsta
siateczka zmarszczek na powiekach zbiegła się ku skroniom, jakby mrużył oczy od wielkiego,
słonecznego blasku.

Jeszcze raz pękł szrapnel nad samą Wisłą, kiedy schodził na brzeg. Rzucił czapkę na piach
i zanurzył ręce w wiślanej wodzie. Widzieli go teraz, wysuwając się już nad nasyp swego rowu
strzeleckiego,  jak  pochylił  się  ku  wodzie,  ukrył  twarz  w  dłoniach,  zanurzył  ją  w  wiślanej  fali.
Obrócił  się  na  chwilę,  popatrzył  w  stronę  tartaku.  Twarz  Generała  była  mokra.  Lecz  jakże
dociekać, czy tylko od wody wiślanej, czy także od łez, kiedy po tych czarnych, zamorusanych
ziemią  twarzach  żołnierskich  takie  same  łzy  płynęły  ciurkiem?  Żłobiły  całe  koleiny  w  kurzu
osiadłym na tej pierwszej frontowej wiślanej linii.

I  już  tylko  poprzez  te  łzy  widzieli,  jak  odwrócił  się  znów  ku  swojej  Wiśle,  rozbierając  się
z  generalskiego  munduru,  by  po  chwili  zanurzyć  się  w  rzece,  nad  którą  znów  pękł  szrapnel
niemiecki.

-  Jezusie!  -  jęknął  któryś  z  młodzików.  -  Żeby  go  ino  nie  wypatrzył  jaki  „snajper”  z  tamtego
brzegu...

- E, jeszcze się taki nie urodził między faszystami - schrypłym głosem odpowiedział sierżant
Kąsik - taki... - tu padło bardzo nieładne, choć bardzo żołnierskie słowo - co by trafił naszego
„Starego”!

-  E,  jeszcze  się  nie  urodził  taki...  co  by  mnie  mógł  trafić...  -  potwierdził  jakby  tymi  samymi
słowami Generał już w parę godzin później - nie czepiajcie się mnie, dzieci kochane...

A  powiedział  to  w  swojej  kwaterze,  chodząc  od  okna  ku  ławie  pod  piecem.  Wkoło  stali
oficerowie  -  ci  znad  Oki,  z  Sum,  z  Hiszpanii.  Bardzo  byli  wzburzeni  dowiedziawszy  się  o  tej
generalskiej kąpieli w Wiśle na oczach Niemców z drugiego brzegu. Regulamin nie pozwalał im
wypowiedzieć  po  prostu  tego,  co  w  tej  chwili  czuli.  Wielką  miłość  i  podziw,  ale  i  nieustanny
niepokój i lęk o jego bezpieczeństwo, o jego życie.

-  Nie  ględźcie,  nie  ględźcie,  sam  wiem,  co  robię!  Co  sobie  myślicie!  A  ci  chłopcy  tam  pod
ogniem, nie ostrzelani, młodziki często! Jakże im dowódca nie ma dodać ducha, nie pokazać,
że to wszystko nie takie straszne, jak się wydaje - mówił Generał.

- Ta-jes! - odpowiedzieli karnie i odmaszerowali, gęsiego przechodząc przez drzwi kwatery.

A Generał patrzył sobie spokojnie, uśmiechając się od czasu do czasu, przez okno chaty na
chłopskie podwórze, po którym biegały rozkrzyczane, rozdokazywane dzieciaki, szczęśliwe, że
wyszły  nareszcie  z  jamy  wykopanej  przez  ojca  przy  stodole.  W  tej  jamie  przesiedzieli
gospodarze  całe  bombardowanie,  ucieczkę  Niemców  i  nadejście  naszych.  Wyleźli  obsypani

background image

ziemią,  mrużąc  oczy  od  nagłego,  słonecznego  blasku.  Kręcili  się  radośnie  po  podwórzu
zatłoczonym wartownikami, łącznikami, samochodami sztabowymi. Generał wyszedł na próg.

- A „one” tu nie wrócom? - spytała babulka. - Panie żołnierz, nie wrócom?

Siedziała na progu, rozwijając jakiś tobołek. Wstała teraz patrząc w twarz Generała.

- Kto, babusiu? - śmiał się Generał, gładzony przez babulkę po rękawie zielonej koszuli.

- Hitlerowce, panie żołnierz! - zwierzyła się Generałowi szeptem.

- Nie wrócą, babusiu, nie wrócą! Będziemy ich gnać aż do Berlina, tylko Wisłę jeszcze przejść
trzeba - odpowiedział jej takim samym szeptem.

- A  to  daj  wam,  Panie  Boże,  zdrowie!  I  już  lepiej  tu  z  nami  zostańta,  jakby  co,  raźniej  nam
będzie. A może wyśta nie żołnierz, a jaki generał, nie? Powiadali, że generał tu mieszka, może
to wy, panie?

-  Nic  się,  babusiu,  przy  nas,  swoich  żołnierzach,  nie  bójcie!  -  uspokajał  ją  zaśmiewając  się
Generał  i  nieznacznie  popatrywał  ku  niebu,  skąd  słychać  było  znów  warkot  hitlerowskiego
samolotu.  Rozejrzał  się  po  obejściu,  wyszedł  na  drogę.  Szczęśliwie  wszystko  było  już
zamaskowane. Samochody w cieniu topoli, działka przeciwlotnicze pod gałęziami.

-  No,  może  i  babki  nie  nastraszą!  -  mruknął  uspokojony,  pogładził  po  płowej  czuprynie
raczkującego u progu dzieciaka i wrócił do kwatery w chałupie.

Wciągnął mundur wiszący na oparciu kulawego krzesła, dopiął pas na mundurze, oglądał się
tylko jeszcze za wyburzałą nieco od słońca furażerką. Spojrzał ku adiutantowi, który mu się
przyglądał niespokojnie, wyprężony na baczność.

- Zbieraj się, chłopcze, zajrzymy, co tam na Wiśle, jak się chłopaki czują, bo noc zapowiada się
gorąca... Czego tak na mnie patrzysz?! Sadze mam na nosie?

Adiutant westchnął tylko cichutko i pomyślał ze zgryzotą:

O, rety! Znów będzie heca! Co też dziś wymyśli dla pokrzepienia ducha tych żółtodziobów?
Gotów  sam  w  łodzi  przeprawą  dowodzić... A  tu  ani  piśnij,  dałby  mi  to!  Do  Warszawy  go  tak
ciągnie. Ano!

Od Wisły dochodziły głuche detonacje bomb lotniczych. Zaczął się właśnie nalot niemiecki na
przeprawę.

Generał bez słowa skoczył do „Willysa”. Szofer zapuścił motor. Nawet nie pytał o kierunek, bo
zbyt dobrze znał swego „Starego”.

Pojechali w tumanach kurzu ku Wiśle stojącej w słupach ognia i dymu, w lecących pod niebo
drzewach z korzeniami.

Poprzez warkot maszyn i huk pękających przy Wiśle bomb krzyknął Generał przez ramię ku
adiutantowi  siedzącemu  na  tylnym  siedzeniu  podskakującego  na  wybojach  „Willysa”.  Zerkał
jednocześnie na twarz szofera, pełną naprężenia, jakby skamieniałą:

-  Po  Warszawie  sam  was  będę  obwoził!  Najpierw  pojedziemy  na  naszą  Kaczą,  potem  wam
pokażę  na  Młynarskiej  taką  restaurację,  gdzie  najlepsze  flaki  na  całym  świecie!  Sam
poprowadzę maszynę, a wy będziecie siedzieć za mną. Wy przecie tak Warszawy nie znacie,
jak  ja!  No,  czego  macie  miny  jak  karawaniarze?  Nie  wstyd  to  wam?  Warszawa  już  tylko  za
rzeką, ze sto kilometrów na północ!

background image

Rozdział  szósty

O  wielkim  zwycięstwie,  które  przychodzi  po  wielu  dniach  bardzo  trudnych
i bardzo uciążliwych i wcale nie spada jako manna z nieba

Lublin, owa pierwsza stolica 1944 roku, leżał niby to już w głębokim zapleczu. Po ulicach ze
zgrzytem żelastwa toczyły się czołgi, armaty, wozy taborowe ciągnące na zachód.

Lecz  właśnie  zatrzymał  się  na  Wiśle  front  z  przerzuconymi  zaledwie  trzema  przyczółkami.
Jeszcze o 60 kilometrów na południe od Warszawy. Od Warszawy, która stała w ogniu, dymie,
wybuchach bomb, objęta powstaniem, z wysadzonymi przez hitlerowców mostami. Warszawa
we wrogim pierścieniu od Modlina po Warkę.

„Willys” Generała wracał jakby pod prąd w stronę Lublina. Generał miał poczerniałą od kurzu
i zgryzoty twarz. Jakże ostro rysowały się te bruzdy idące od kącików ust ku nozdrzom, jakże
ostro rysowały się cienie wokół oczu.

Adiutant,  podskakujący  po  wyboistej  drodze  na  tylnym  siedzeniu  maszyny,  wiedział,  że  nie
należy teraz o       nic pytać, że nie należy zaczynać żadnej rozmowy.

Niechże  to  sam  w  sobie  przegryzie.  Ej,  ciężko  „Staremu”,  ciężko  -  myślał  jakoś  żałośnie,
patrząc na ostry profil dowódcy zwrócony właśnie ku mijanemu w pędzie oddziałowi piechoty. -
Ale rozkaz to rozkaz.

I widać tak trzeba. Kiedy to tam nasi zdołają przedrzeć się całą siłą na drugi brzeg? Może się
to zaciągnie i do zimy?

- Bronek, zaraz mi wezwiesz na kwaterę, telefonuj, ściągaj z oddziałów, spod ziemi wydrapuj -
odezwał się wreszcie przez ramię dowódca. - Czekaj, kogo to możemy mieć?

Liczył na palcach jednej ręki:

-  Mietek  to  będzie  raz,  Ignac  to  będzie  dwa.  Ten  z  Hiszpanii,  tamten  z  partyzantki,  z Armii
Ludowej.  Major,  pułkownik.  Kapepowcy.  Na  tych  się  nie  zawiedziesz.  -  Ręka  zamknęła  się
w pięść. Generał aż się przekręcił na siedzeniu maszyny ku adiutantowi.

-  Ty  wiesz,  więcej  nie  mam  ich  ani  na  lekarstwo.  Wszystko  musi  zostać  tam,  na  liniach.  W
pułkach. Dywizjach. Brygadach. Pięciu ludzi! No, no! Jak palce u jednej ręki...

- Ta-jes - bąknął bardzo niepewnie adiutant.

- Ano, „ta-jes”, jak powiadasz. Muszę i ja tak sobie powiedzieć. Zadanie musi być wykonane
i będzie. Trudne zadanie... - powiedział z namysłem.

Po zmizerowanej twarzy Generała przelatywały już jakieś światła. Rozprężyły się jakby napięte
mięśnie,  wygładziły  się  ostre  bruzdy.  Spojrzał  na  tę  zaciśniętą  pięść,  rozprostował  palce,
przyglądał się im przez chwilę. Pokręcił głową. I nagle uśmiechnął się.

Adiutant  odetchnął  głęboko,  ostrożnie  wyciągnął  zdrętwiałe  nogi,  z  fantazją  przekrzywił  na
ucho zakurzoną czapkę polową.

Ano, minęło - pomyślał z uciechą. - Pięciu? Niech będzie i pięciu! Taki to z piasku bicz ukręci.
Oho!

Wjechali  w  miasto  już  o  zmroku,  szofer  wygasił  światła,  bo  właśnie  zaczynał  się  nalot.
Trzaskały  działka,  leciały  pod  niebo  z  suchym  terkotem  świetliste,  czerwone  kulki,  jak  groch
sypały się odłamki na blaszane dachy lubelskich domów.

background image

sypały się odłamki na blaszane dachy lubelskich domów.

Ludzie  stali  w  mrocznych  bramach  spoglądając  ku  rozjaśnionemu  niebu,  zagapieni,  prawie
weseli:

- Ale walą! Dadzą im łupnia. Odechce im się tych wizyt! Żeby to tak wtedy, w tym wrześniu! W
1939! Takie działka, no, no!

W  górze  zacichał  szum  motoru,  to  znowu  buczał  jak  bąk  uprzykrzony.  Samolot  kołował
wymykając  się  z  nożyc  reflektorów.  Generał  patrzył  na  niebo  ze  swej  otwartej  maszyny,
omawiając jednocześnie z adiutantem rozkład dzisiejszego wieczoru. Kogo to trzeba wezwać,
co przygotować na pierwszą odprawę tej piątki, tak dokładnie wyliczonej na palcach jednej ręki.

Już  w  kwaterze,  w  jakiejś  willi  po  hitlerowskim  dygnitarzu,  Generał  z  twarzą  namydloną
pienistym, białym mydłem wołał do adiutanta:

- E, Bronek, wywiedz mi się jeszcze, jak tam z koszarami! Ile ludzi pomieszczą? Tylko nie mów
za wiele, szyfrem, przecie że szyfrem! Kto wie, czyje tam jeszcze uszy podsłuchają?

Bronek wołał już w słuchawkę polowego telefonu:

-  Groza!  Groza!  Dajcie  Burzę!  Burzę,  mówię  przecie  wyraźnie!  Tak,  z  numerem  pierwszym,
z pierwszym!

-  Stasiek,  a  masz  tam  co  do  jedzenia?!  Trzeba  tu  będzie  po  odprawie  pięciu  głodomorów
podkarmić! Co powiadasz? Tak, swoi! Nasz Mietek, Ignac z partyzantki - pokrzykiwał w stronę
kuchni,  gdzie  krzątał  się  stary  ordynans  Stasiek,  ten  właśnie  jeszcze  spod  hiszpańskiego
Waltera.

-  Ano,  coś  się  nowego  zaczyna.  Kiedy  hiszpańskich  naszych  chłopaków  wzywa  i  tych
z  partyzantki,  starych  komunistów,  ma  się  wiedzieć,  widać  trzeba  znów  jakiś  bicz  z  piasku
skręcić,  od  pięciu  własnych  paluchów  zaczynać  -  mamrotał  Stasiek  i  rozbijając  fasowaną
puszkę kiełbasy, chrobotał menażkami i garnkami jak najprawdziwsza kucharka. Pochwalił się
jeszcze na pokrzykiwanie Generała:

- Zrobi się, zrobi, świeży dziś chleb wyfasowałem! Głodni nie będą, to się wie! Co tam pięciu
nakarmić!

Zjawili  się  wreszcie,  tak  właśnie  w  pięciu.  Zameldowali  się  nawet  bardzo  służbiście,  według
wszelkich  przepisów  regulaminu.  Oczy  tylko  chodziły  im  za  dowódcą,  wcale  nie  według
regulaminu, pełne ciekawości, uwielbienia, radości, że widać szykuje się jakaś wielka robota pod
jego rozkazami.

Generał  stanął  wreszcie  za  biurkiem  założonym  jak  zwykle  mapami,  papierami,  meldunkami.
Popatrzył na swą wierną piątkę. Przetarł ręką czoło, po swojemu wzruszył prawym ramieniem,
jakby  go  nagle  uwierał  kołnierz  munduru.  To  był  niezawodny  znak,  że  Generał  jest  czymś
wzruszony.

- Witam was, chłopcy! Od tej chwili stanowicie sztab Drugiej Armii.

Major  Mietek,  Dąbrowszczak,  zerknął  na  Ignaca,  pułkownika  z AL-u.  Potem  już  łańcuszkiem
sąsiad na sąsiada, tak sobie, spod oka.

Nikt z tej piątki nie wyrywa się z żadnym pytaniem, choć są zupełnie oszołomieni tą niezwykłą
nominacją. Na „sztab” armii, której przecie jeszcze nie ma ani śladu.

- Wracam znad Wisły. Nie jest tam najlepiej. Hitlerowcy wryli się w drugi brzeg. Będą go bronić
zębami i pazurami. Nie darmo odgrażali się w swych komunikatach, że Wisła jest ostatnią linią
obronną  przed  Berlinem.  Stoją  tam  wyborowe  hitlerowskie  dywizje  pancerne,  jedna  nawet
imienia  samego  ich  Goeringa.  Wgryźli  się  w  mazowiecką  ziemię.  Zaryli  się  w  piekielne
cementowe bunkry. I to nagłe powstanie! Łajdacki, londyński rząd! Płonie Warszawa, dom po
domu, ulica po ulicy... Jakże ją brać, gdy nie padł Modlin, gdy cała w żelaznym pierścieniu? Drugi

background image

front?  Tamci  widać  mają  czas!  Zza  morza  do  Warszawy  płonącej  daleko...  Mosty  zerwane.
Tragicznie  giną  powstańcy  odepchnięci  od  Wisły!  Próbowaliśmy,  próbujemy.  Cała  Pierwsza
Armia. Zginęły nasze dwa bataliony na tamtym brzegu. Musi się podciągnąć cały front, trzeba
obejść od północy i południa. Ileż bym za to dał, żebym mógł być właśnie tam, na liniach! Ale
rozkaz  jest  rozkazem!  Tu  nowe  zadanie,  pilne  zadanie.  Właśnie  ta  nasza...  Druga  Armia.
Formowana  już  tu!  Ćwiczona  na  gwałt,  gotowa  jako  posiłki  jak  najszybciej  -  mówił  Generał,
coraz to bardziej pochylając się ku rozłożonej mapie sztabowej.

Pierwszy odważył się bąknąć niepewnie major Mietek:

- Ta-jes! Ale jak my tu w pięciu...

-  Nie  ględź,  dziecko,  nie  ględź!  Właśnie  ty!  Czyś  pamięć  zatracił?  Tamtą  naszą  hiszpańską
pamięć? Jak to tworzyło się owo wojsko republikańskie, bez tych posiłków, które mamy dziś,
bez tej góry stali, amunicji, która ciągnie za nami? - dobrotliwie, po swojemu, tak właśnie, jakby
sobie  gawędził  całkiem  prywatnie,  po  przyjacielsku  czy  może  po  ojcowsku,  przerwał  mu
Generał.

Popatrzyli sobie w oczy. Długo, ufnie, serdecznie.

I  wtedy  już  nic  nie  było  trudnego.  Siedemnaście  tysięcy  zgłaszających  się  do  wojska  ludzi
znalazło  tej  nocy  gotowy  sztab.  Właśnie  tej  lubelskiej,  sierpniowej  nocy,  raz  po  raz
rozświetlanej  nożycami  reflektorów  przeciwlotniczych,  rozterkotanej  poszczekiwaniem
przeciwlotniczych dział.

Do świtu powstał gotowy plan, kościec jakby całej Armii, Drugiej Armii.

Dywizje piechoty 5 - 7 - 8 - 9 - 10. To raz.

Trzy brygady artylerii. To dwa.

Jeden korpus pancerny. To trzy.

Jedna brygada saperów. To cztery.

Właśnie kościec.

- Zwiad, łączność, formacje sanitarne? To jasne. Bez nich nie ma pełnej, samodzielnej armii -
powiedział Generał w pokoju aż siwym od dymu papierosów wypalonych przez tę pracowitą
noc.

Niebieski  świt  toczył  już  pojedynek  z  polową  lampką  akumulatorową  stojącą  na  biurku
założonym  notatkami.  Lampka  bladła,  przygasała,  rozpływało  się  jej  żółtawe  światło  na
dziwnych  wykresach,  na  tych  wszystkich  kółkach  z  kolorowej  kredki.  Od  kółek  szły  nici  jak
w sieci pająka. Promieniście, koliście, łącząc się znów przekątnymi.

- A  teraz  ludzie!  Mówcie,  pułkowniku  Ignacy  -  znad  wykresów,  drobno  zapisanych  notatek,
znad  tej  całej  zawikłanej  sieci  kółeczek,  linii  rozbieganych,  splątanych  na  pozór  tylko
nieczytelnie,  podniósł  twarz  dowódca  Drugiej  Armii.  W  niebieskim  blasku  świtu  i  żółtawym
świetle  przygasającej  żarówki  dziwacznie  załamywały  się  cienie  pod  oczami,  na  skroniach,
wokół ust. Na tej twarzy, tak znanej, tak umianej, jakby na pamięć. Tylko że na różnych tłach,
hiszpańskim, rosyjskim za Oką i tu już, na tle Wisły.

-  Ludzie!  Właśnie  tu,  w  kraju,  ludzie  spod  okupacji  hitlerowskiej  jeszcze  sprzed  miesiąca,
tygodnia, jeszcze sprzed trzech dni. Mówcie, pułkowniku!

I zaczęła się w tym coraz jaśniejszym blasku opowieść. Opowieść czy raport? Kto wie? Krótkie
zdania  jak  cięcia.  O  ludziach  pułkownika  Ignaca.  O  ich  przygotowaniu  bojowym.  O  tych
potyczkach  w  lasach  partyzanckich.  O  wysadzonych  torach,  zerwanych  mostach,
o zniszczonych niemieckich transportach wojskowych.

background image

Krzyżujące się pytania i odpowiedzi.

- Widzę dobrze. Odwagi, brawury aż nadto. I pogardy śmierci. A teraz chcę o parę poważnych,
najważniejszych dla nas w tej chwili spraw zapytać:

- A jak dyscyplina? Rozwijanie szyku w polu otwartym, a walka w mieście w murach?

- Co trzeba uzupełnić, na co położyć szczególny nacisk?

- Rozumiecie, to owe drożdże. A wokół nich narasta wielkie wojsko, cała armia.

- A  więc?  Przecież  będzie  także  i  rekrut.  Nie  ostrzelany.  Cywil,  młodzik,  sztubak,  inteligent,
chłop, robotnik.

- Nowa, nieznana broń. Technika. Ciężkie działa, czołgi.

- Zadania taktyczne?

- A co w sercach, w głowach? Jaki obraz tej nowej Polski? Tej wydzieranej z rąk wroga, metr za
metrem?

- Tak i tak.

Padały pytania. I padały odpowiedzi. I znów pytania:

-  Czego  chce  ten?  Jeden  z  czekających  już  siedemnastu  tysięcy.  O,  choćby  właśnie  ten!  -
palec  dowódcy  zatrzymuje  się  na  spisie  przesłanym  z  punktu  zbornego.  Atramentowym
ołówkiem wykaligrafowane przez pisarza imię, nazwisko. Chłop spod Lublina. Trzy morgi ziemi.
Rodzina, zaraz! Ośmioro?

- Ziemi! Żeby wyżywić z niej tych właśnie ośmioro - odpowiedź krótka jak raport.

-  A  ten?  Czekajcie!  Pracownik  tartaku  spod  Ryk.  Robotnik.  Rodzina?  Jest!  Czworo  dzieci.
Wdowiec. Babka. Aha! No?

- Pewnie szkoły dla tych dzieci. Dużej, jasnej, prawdziwej szkoły. I butów, żeby jesienią, żeby
w  mróz  nie  siedziały  skulone,  jak  dotychczas  przy  wystygłym  kominie,  na  wyrku  z  nie
heblowanych desek. I żeby już bez lęku o utratę pracy, o bezrobocie.

- Aha! No dalej! A ten, czekajcie, cóż to nabazgrane z takim zakrętasem. Rubryka: zawód?... -
Generał mruży oczy w porannym blasku.

- Zamazane. Nieczytelne. Kto go tam wie?

Odczytało się jednak i to w parę tygodni później.

Noc  była  w  koszarach.  Na  twardo  ubitym  sienniku  twardy  jest  także  sen.  Po  całym  dniu
ćwiczeń,  po  całym  dniu  mordęgi  żołnierskiej.  I  jakże  trudno  w  ten  sen  wdziera  się  alarmowy
gwizdek.  A  potem  nagle  napięcie  rozprężonych  we  śnie,  obolałych  mięśni.  I  już  stukot
pośpiesznie  wdziewanych  butów,  chrzęst  dopinanych  pasów,  chrobot  karabinów
zdejmowanych ze stojaka w kącie.

- Od prawego odlicz!

- Kompania! Naprzód - marsz!

Ciemna,  bezgwiezdna  noc,  droga  wyboista,  wyszukiwana  po  omacku  okutymi  buciorami.
Jeszcze  czarniejszy  las,  złe,  nieprzychylne,  splątane  korzenie  starych  drzew,  oślizłe  igliwie,
umykające spod nóg w atramentowej czerni. Nocne ćwiczenia? Ano, cóż!

- Kompania - stój! W miejscu - rozejść się! Z bronią do domów!

Cisza. Oddalające się głosy, zwyczajne. Znajome. Zwłaszcza ten, dowodzący kompanią. Jakiś

background image

zły śmiech, jakby huknął puszczyk. Porucznik?

Stoją w ciemności oniemiali, zbici w gromadkę. Z cywila, w tej rubryce (zawód) zapisani: chłop
małorolny,  robotnik  z  tartaku,  nauczyciel.  I  znów  chłop.  Robotnik  -  giser.  Urzędnik  Kasy
Chorych. Sztubak z liceum. Student medycyny. Stelmach. Fornal.

- E, chłopaki! Co jest? Bo ja rekrut! Jest taki rozkaz czy nie ma w tym regulaminie? - zdziwił się
robotnik-giser.

- E, gdzie tam! - oburzył się nauczyciel.

-  A  może  to  faszysty  pobite  na  amen?  Wojna  skuńczona  czy  jak?  -  zastanawiał  się  ten
małorolny z dawnego rozparcelowanego majątku.

-  Idź,  durny,  idź.  Nasi  nad  Wisłą  się  wgryźli  pod  bombami,  Warszawa  jeszcze  się  pali,  gdzie
koniec wojny, gdzie! A Berlin gdzie? Tak bez nas? - oburzył się robotnik z tartaku spod Ryk. -
Co? Berlin bez nas mieliby brać?

- Ani gadania! - zakrzyczeli zgodnie w ciemności.

-  Cosik  to  jest!  Przecie  porucznik  sam  tak  kazał...  -  nie  dawał  za  wygraną  ktoś  z  tych
ciemności.

- Idźże ty, idź! Porucznik to on musowo jest. Ale przecie to synalek naszego dziedzica. Od
tyciego panicza znam... - zaczął nareszcie domyślać się czegoś małorolny.

- Chłopaki, nie ma co tu w tym lesie rozprawiać! Jazda do koszar! Tam ci już powiedzą co i jak!
Co za cygaństwo, żeby żołnierzowi z bronią do chałupy kazać iść, kiedy tam nasze z Niemcami
jeszcze przed Warszawą się użerają, no! - krzyknął ten z cywila robotnik tartaczny, którego to
dzieciaki przesiadywały jesienne słoty na wyrku.

-  Noc,  że  oko  wykol!  Gdzie  to  nas  ten  paniczyk  twój  wyprowadził?  Kilometrów  będzie
z dziesięć, nie? A gdzie też oni poszli, co? - debatował w ciemności medyk.

- Nie do dworu, bo już dwór nie jest ich, a gromady. W las poszli, w bandy! Jeszcze ich tam
spotkasz, nie bój się nic! - odpowiedział giser marzący o szkole dla wszystkich dzieciaków.

Tak to rozwikłał się ów napis, nieczytelny jeszcze wówczas w Lublinie, w tę sierpniową noc,
gdy na kwaterze Generała rodziła się Druga Armia, Armia tworzona z owych przysłowiowych
„pięciu  palcćw”  sztabowych.  Lecz  armia  tworzona  właśnie  już  na  ziemi  polskiej,  na  tym
pierwszym  niby  zapleczu,  wokół  tej  pierwszej  wówczas  wolnej  stolicy  -  Lublina.  Z  chłopów,
robotników, z takich to nauczycieli, z młodzieży szkolnej, urzędników, medyków.

Skrzyknęli  się  jeszcze  w  ciemności,  przeliczyli  się  jako  tako  i  ruszyli  z  karabinami,  w  pełnym
rynsztunku  przez  ciemny  las.  Z  powrotem  do  koszar.  Klęli  przy  tym  w  tym  lesie  całkiem
nieprzystojnie.  Nie  tylko  na  korzenie,  o  które  się  trzeba  w  ciemności  potykać.  Nie  tylko  na
ośłizłe  igliwo. Ale  jeszcze  bardziej  na  tych,  co  ich  tu  wyprowadzili.  I  że  ich  tak  można  było
obrazić. Ich, przecież już wcale nieźle władających tym karabinem. Żołnierzy przygotowanych
na  front,  na  faszystów,  na  wywojowanie  tej  Polski,  co  da  ojcom  pracę,  dzieciom  szkołę,
a chłopom ziemię.

Generał  jeździł  znów  teraz  do  wszystkich  nowych  formacji.  Do  starych  koszar,  wiosek,
wszędzie, gdzie ćwiczyli się pośpiesznie i coraz bardziej niecierpliwie jego nowi żołnierze. Ci
właśnie  już  z  Drugiej Armii.  Przyszła  dżdżysta  jesień,  potem  mróz  skuł  ziemię.  Od  frontu  na
Wiśle  szły  wieści,  że  już  wzięta  Praga,  że  już  wolna  Saska  Kępa.  Pod  ostrzałem  zza  Wisły,
w nalotach, w terkocie motorów i w wizgu lotniczych bomb szykują się do wielkiego marszu. Do
wielkiego boju. Cała Pierwsza Armia. Cały radziecki kilkusetkilometrowy frontowy odcinek.

Aż wreszcie w mroźny, styczniowy dzień ruszył front. Przez lód na Wiśle runął potok żelaza
i stali na zachód. Przetoczył się przez Warszawę - ciche, śniegiem zasypane cmentarzysko.
Najstraszniejszy  to  był  może  dzień  w  życiu  Generała,  kiedy  wjechał  tak  maszyną  w  to

background image

Najstraszniejszy  to  był  może  dzień  w  życiu  Generała,  kiedy  wjechał  tak  maszyną  w  to
wytęsknione miasto. Aż spod Kąkolewnicy, gdzie mieścił się wówczas sztab jego Drugiej Armii,
nie opodal Radzynia.

Gdzież tu szukać w tych zwałach gruzów swojej Woli? Gdzież tu szukać starego, rodzinnego
domu na Kaczej, przed którym sterczy skrzywiona, samotna latarnia uliczna? Pozostała tylko
figura  na  rogu,  cała  w  dziobach  po  odłamkach.  Z  połamanymi  krzewami  bzu,  gdzie  to  się
czekało przed laty na ojca. Z paczuszką cukierków dyndającą na guziku starego „sakpalta”,
jak tak szedł ku dzieciakom, na przełaj, po kocich łbach bruku. Samotna figura wśród rozwalin,
wśród sterczących do cna wypalonych kominów. Z zawieszonymi schodami, które prowadzą
już tylko na ostatniej, pękniętej ścianie wprost w niebo styczniowe, nawisie, złe, stalowe.

Wrócił  Generał  z  twarzą  kamienną.  Z  tych  pierwszych  po  trzydziestu  latach  warszawskich
odwiedzin.  Do  tych  swoich  chłopaków  zbierających  się  właśnie  do  odmarszu.  W  oczach
zostało  coś  jak  ból  zapiekły.  W  sercu  gniótł  jakiś  ciężar  ni  to  kamienia,  ni  to  ołowiu,  ni  to
serdecznej, zapiekłej krwi.

Szli już i oni na zachód. Po twardej grudzie, po gołoledzi. Warszawa - Łódź - Brzeziny. Postój
lada  jaki.  Byle  onuce  przewinąć,  opatrzyć  sprzęt.  Potem  na  Poznań,  Wronki,  Czarnków  nad
Notecią. I tu właśnie, ten mostek, który łączył nad rzeką dwie części Czarnkowa (tę ocalałą i tę
wyzwoloną spod hitlerowców, w proch i pył obróconą).

Pierwsze  kroki  w  okutych  butach,  w  miękkich  wojłokowych  walonkach,  zdartych  w  marszu
jakże dalekim, szły po tym mostku jak w tańcu. Lekko a mściwie. Radośnie a wściekle. Jakby nie
było w nich utrudzonych straszliwie, obolałych, pościeranych, odbitych nóg. Na tym pierwszym
skrawku granicznym znów po wiekach niewoli - polskiej ziemi.

Przez ten most przeszedł i Generał wyskoczywszy ze swej maszyny w biegu.

Tylko  inaczej  po  drewnianych  dylach  mostu  dźwięczał  ten  krok.  Nie  mściwy  już,  a  po
gospodarsku.  Statecznie.  Prawie  jak  na  zapleczu.  Tak  właśnie,  jak  na  przyszłego  zdobywcę
Nysy  przystało.  Tej  Nysy,  co  jeszcze  była  przed  nimi  kawał  na  zachód.  Dopiero  ostateczna,
zachodnia granica.

- A  przyfolgujcie  tam  co  nieco!  Przecież  to  już  po  wieki  nasze,  tak  jak  przed  wiekami  było
nasze! Celnie ogniem kierujcie, żeby znów tak wszystkiego w perzynę nie obracać. Przecie to
nasze, budować przyjdzie w pocie czoła. A chałupa niech stoi, jeśli się tylko da. Przyjdą nasi do
odbudowy, na gospodarkę od nowa - dobry i taki dach nad głową na pierwszy początek - śmiał
się Generał na tym mostku.

Wzięli  się  ku  południowi  na  płonący  Wrocław.  Stali  pod  murami  przedmieścia.  Płonącego  we
dnie  i  w  nocy  miasta,  co  od  wieków  nasze,  po  wieki  będzie  nasze.  Hitlerowcy  się  w  mieście
pazurami  w  ziemię  zaryli.  Zębami  murów  bronić  niby  to  chcieli.  Wiedzieli,  że  to  już  stracona
pozycja, to i ją chcieli choć na odchodnym z ziemią zrównać.

Otworzyli ogień nasi. Żeby się bodaj lufy armatnie przeczyściły w marszu.

Piekło było w mieście. Piekło było nad miastem. Białe od ognia, czerwone od żaru, czarne od
słupów  ziemi  idących  pod  niebo.  Białe  właśnie  nocą,  czerwone  za  białego  dnia.  Waliły
w hitlerowców katiusze, prała artyleria. Postali, gdy znów rozkaz ich dalej pchnął. Tu się już bez
nich hitlerowcy wykończą, w tej, a nie w innej ziemi kości swe złożą na dobre, do Berlina na
żadną odsiecz nie nadążą. Na świecie był marzec. Parowała ziemia w słońcu, to znów błocko
skisłe chlupotało u nóg, to leciutki przymrozek ścinał ziemię w grudę chrupiącą. Szli w rejonie
Bolesławic (wówczas z tabliczek przydrożnych jeszcze „Buntzanem” zwanych). Szli ku Nysie.
Właśnie ku tej rzece, która naszą granicę na zachód wytycza.

A tu, na autostradzie lignickiej, wyboje, leje, zasieki i miny. Czarna noc, „korek” piekielny. Czołgi,
działa najcięższe, tabory, wozy sanitarne, zdyszana piechota. Istny kłąb. Koncentracja sił przed
uderzeniem  ostatecznym.  Front  przecie  nie  opodal,  nie  puścisz  po  tej  szosie  reflektorów
i maszyn. Nie oświetlisz tych wybojów, lejów, znaków, że są miny. Czarna, bezgwiezdna noc.

background image

Tam  się  gdzieś  konie  zaplątały  w  uprzęży,  tu  znów  prawie  na  miny  zjeżdżają  w  ciemności
czołgi  jak  smoki.  W  ten  kłąb,  w  zgrzyt  żelastwa,  w  ludzkie  przekleństwa,  w  nawoływania,
w pokrzyki, w sam środek harmideru, w czarną noc, nie wiadomo skąd spada Generał. W starej,
znajomej, wytartej kurcie skórzanej.

Nikogo co prawda po główce nie gładził, nikogo za rączkę z ciżby nie wyprowadzał. Przecie na
samo jego pojawienie się ucichło. Rozmotał się kłąb. Umilkły przekleństwa. Zacichł wizg koni,
ustał chrobot najeżdżających na siebie maszyn w ciemności. Potoczyło się nagle gładziutko.
Ten  na  lewo.  Ten  z  drogi.  Ten  ociupinkę  na  prawo.  Ten  w  tył,  a  ten  naprzód.  Cichutko,
sprawnie jak po stole zaczął płynąć potok stali, żelaza, dziwnie równo, miarowo zatętnił tupot
nóg piechoty.

Podciągnęli  siły.  Zamaskowali  się  przykładnie.  Ustawili  działa  na  pozycjach,  okopane,  ukryte
przed oczami niemieckich lotników.

Nad  Nysą,  po  naszej  już  stronie,  sterczy  skarpa  w  dół  lecąca  ku  wodzie.  Urwiście,  gładko,
stromo.  Widać  z  niej  jak  na  dłoni,  płasko  się  na  wierzchołku  położywszy,  przeciwległy  brzeg.
Miasteczko  zwie  się  Rottenburg  i  niech  już  tak  zostanie,  kiedy  jest  za  Nysą,  niemieckie.  Ze
sterczącą samotnie wieżą, w której mieści się punkt obserwacyjny nieprzyjaciela.

Dobrze położony punkt, nie można przyganić. Mogą i nas widzieć, jak i my widzimy ze szczytu
naszej skarpy to miasteczko za rzeką.

Na świecie jest 16 kwietnia 1945 roku. Na skarpie leży właśnie dowódca Drugiej Armii. Przylgnął
płasko  do  ziemi.  Nieruchomo  wpatruje  się  w  ten  drugi,  już  graniczny  później  brzeg.  Za  nim
ślicznie nocą pokopane rowy łączące. Okopy strzeleckie. Wzorowo jak w podręczniku. Cisza,
aż w uszach dzwoni.

Zawieszony  tak  nad  urwiskiem,  nad  tą  rzeką  płynącą  w  dole,  patrzy  na  ten  drugi,  na  ten
nieprzyjacielski brzeg.

Wolniutko przesunął rękę przed siebie. Centymetr za centymetrem. Żeby z tej tam, samotnej
wieży naprzeciw nie dojrzeli, że ktoś żywy leży na skarpie.

Teraz jeszcze jedno ręki posunięcie. Zza krawędzi rękawa wysuwa się tarcza zegarka. Patrzy
Generał  w  skupieniu,  jak  wolno  pełznie  ta  duża  wskazówka.  Od  szóstki  do  dwunastki  drogi
jakby mila. Lezie, lezie, lezie. Jeszcze raz tarczę musi przejść i jeszcze raz.

- A bodaj cię, zemdlić możesz człowieka, takaś -. nudna, ślamazarna... - mruczy Generał do tej
dużej wskazówki. - No, no, ruszaj się! Nareszcie!

W tej chwili jęknęła ziemia. Zaryczały wszystkie działa z naszego zaplecza. Rowy nagle zaroiły
się sterczącymi głowami.

Trzepią się chłopaki jak oszalałe po plecach:

-  Te!  Widzisz!  Widzisz!  „Poszli”  pod  niebo!  Mają  ci  teraz  luzu  pod  sam  księżyc!  Niech  nie
narzekają  hitlerowce,  że  im  ciasno  w  swoich  granicach,  że  bidaki  aż  zapychać  musieli  pod
Stalingrad  czy  pod  Moskwę. A  po  drodze  co  zostawili  i  z  Warszawy,  przeklętniki  jedne?!  -
wrzeszczy jak opętany nasz znajomy małorolny, z ciemnego wówczas lasu (na ówczesnych
nocnych niby to porucznikowo-dziedzicowych „manewrach”).

- I pomyśleć, że tamci dali drapaka w tył, na rozbój po szosach - wykrzywił się z obrzydzeniem
medyk.

- Ech, nie gadaj nawet, nie warci w tej chwili ani naszego wspomnienia! - odkrzyknął mu też
znajomy nauczyciel z tegoż lasu. - Tu się, bracie, robi historia w twoich oczach. Historia Polski,
wiesz to?

-  Patrzcie  go,  jak  to  składnie  wywiódł!  Tęga  głowa!  -  z  uznaniem  potwierdził  nasz  robotnik
z tartaku.

background image

z tartaku.

A  górą  szły  pociski  z  szumem,  chichotem,  trzaskiem,  warczeniem,  śmiesznym  jakimś
mlaskaniem, kląskaniem, jakby jakiś wielki żarłok kocioł kaszy do czysta wygarniał.

- Je jej! - cudowali się chłopcy. - Ile to tam tych naszych kuferków było? A pamiętasz, jak nasz
„Stary”- raban zrobił przy tym nocnym „korku” na szosie na Lignicę? Wiedział, co robi, nie bój
się! Niechby tak w porę nie dowieźli na pozycje wszystkiego, niechby tak co porozbijali, popsuli,
guzik by z tego był!

„Stary” wyprostował się na skarpie. Szedł ku rowom w tym huku piekielnym jakiś pojaśniały na
twarzy, roześmiany, radosny:

- No, dzieci, będziemy tę Nysę brać? Bez zakasywania nogawek u portek, w bród, co?

Odwrzasnęli mu tak, że przekrzyczeli chyba tę piekielną kanonadę:

- Będziemy! W bród!

I  wzięli  Nysę  w  bród.  Właśnie  bez  zakasywania  nogawek,  więc  w  buciorach,  w  których
chlupotała woda przez wiele godzin jeszcze i na tamtym brzegu, hitlerowskim.

Potem  stanęło  im  na  drodze  miasteczko  Nysky.  Tak  właśnie  się  z  niemiecka  zowiące.
Miasteczko niezbyt szczęśliwe i łatwe, bo z rąk do rąk przechodzące. Prażą ogniem karabiny
maszynowe,  pękają  szrapnele,  plują  moździerze.  Nasze  grupy  szturmowe  biją  się
z hitlerowcami o każdy dom, o każdy zaułek. Wpada na rynek miasteczka Generał. W swoim
„Willysie”, rzecz jasna. W biegu wyskakuje na bruk, czarny od kurzu i zły jak chrzan.

- Czego się z tymi Nyskami tak bawicie? Długo tego dobrego w takim to i takim miasteczku
(nieładnie się wyraził, całkiem nieładnie). Inni Berliny biorą, a wy co?

- Ta-jes - wymamrotał Julek, dowódca pułku (dobry, hiszpański znajomy i aż nadto znany tym
wszystkim spod Lenino).

- Pójdziemy zobaczyć, co oni się tak z tymi hitlerowcami guzdrzą!

-  Obywatelu  Generale!  Wam,  jako  dowódcy  armii,  nie  wolno!  Diabelski  taki  tam  ogień...  -
tłumaczył bardzo służbiście dowódca pułku i tylko oczy mu aż z niepokoju świecą, czy przyda
się na co takie zuchwalstwo.

- Właśnie dlatego pójdziemy zobaczyć, czego to taki diabelski ogień - całkiem spokojnie już
i łagodnie odpowiedział mu Generał.

Wyleźli  na  placyk  pod  ogniem.  A  tam  stoi  ogniomistrz  Tomaszewski,  chłopisko  chyba
dwumetrowe, siłacz nad siłacze.

Zobaczył  Generała,  chce  się  zameldować,  a  tu  ani  rusz.  Mimo  wzrostu  i  siły  niedźwiedziej
chłopak miał ciężki defekt wymowy. Po prostu jąkał się jak nieszczęście. A niech się jeszcze
czymś wzruszył, ani me, ani be. Nie wydusi, nie wykrztusi.

Nie wiedział przecie tego Generał, więc powiada, znów zły jak chrzan:

- Tyś co, chłopczyku, ze strachu przed hitlerowcami języka w gębie zapomniał?

Ogniomistrz Tomaszewski poczerwieniał jak burak i tylko błagalnie na dowódcę pułku patrzy.

Więc dowódca zaraz żarliwie:

- Obywatelu Generale, chłopak ma defekt wymowy, ale strzela jak anioł!

- Ano,  to  cię,  chłopcze,  przepraszam.  Nie  wiedziałem  przecie.  Widzisz  tę  wieżę? Ano,  rąbnij
w nią, trafisz?

background image

„Buch-buch”!  Dwa  razy  tylko  huknęło  działko.  Nad  wieżą  obłoki  różowego,  ceglanego  pyłu
i czyste niebo. Wieży ani śladu.

Popatrzył z uznaniem na ogniomistrza Generał:

- Ano, to się tam już nie melduj! Na migi też możesz, chorąży Tomaszewski, od tej chwili! Ale
strzelasz jak dwa anioły!

Nysky zostały wzięte i ruszyli w kierunku Drezna. Czołowe jednostki Drugiej Armii z Korpusem
Pancernym dotarły na odległość 10 kilometrów od Drezna.

Miasto  wyglądało,  jak  na  hitlerowskie  miasto,  ślicznie.  Nocą  jak  otwarte  drzwi  wielkiego,
hutniczego  pieca.  W  dzień  nie  wyglądało  wcale,  bo  było  do  cna  zasnute  czarnym  dymem,
przez  który  ani  jedna  wieża,  ani  jeden  komin  fabryczny  nie  chciał  się  ukazać  oczom
patrzących.

A patrzący, ci chłopcy z Drugiej Armii, tak to sobie mniej więcej gwarzyli:

- Ano, pali się ślicznie, chwała Bogu! Już nieraz człek w sprawiedliwość zwątpił. Pamiętasz to
nasz Nowy Świat? Albo i getto warszawskie?

- A plac Napoleona ładny zostawili, co?

- A plac Teatralny, moje strony od dziecka, matka tam za szatniarkę była w Operze...

- Niechże teraz zobaczą, jak to miło! Może im się ten Hitler ze łbów w tym dymie wykurzy, co?

W gwałtownym pościgu Druga Armia rozciągnęła się na znacznej przestrzeni od Nysy aż po
Drezno. Po drodze w zdobywanych miasteczkach zostawiali tylko lada jakie załogi. Powalony
faszyzm  leżał  u  nóg  wzdłuż  tych  szos  zapylonych,  rozgniecionych  gąsienicami  naszych
czołgów, w miasteczkach wyludnionych, gdzie miauczały tylko zdziczałe koty.

Na  północy  Berlin  odgryzał  się  jeszcze,  otoczony  przez Armię  Radziecką  i  naszą  Pierwszą
Armię.  A  wtedy  od  południa,  z  Czech,  zaczęły  się  przedzierać,  wyciskane  stamtąd  przez
żołnierza  radzieckiego,  ostatnie  już  hitlerowskie  formacje.  Właśnie  na  ten  swój  hitlerowski
Berlin. Nic już nie mające do stracenia, ale i nic do zdobycia. Byle na północ, byle właśnie do tej
stolicy Hitlera, przeklętego przez cały świat.

Z południa, z Czech, wiodła jedynie droga ku północy, ku Berlinowi.

Hitlerowcy, gnani już ostatnią wściekłością, zaczęli przecinać szosę z południa ku północy. Tu
i  tam  rozpoczął  się  zażarty,  ostatni  bój.  Bój  na  śmierć  i  życie.  Generał  ze  sztabem  został
odcięty od czołowej grupy walczącej pod Dreznem i od tyłów armii ciągnących na pozycję. Było
to chyba najtrudniejsze właśnie, w takim rozciągniętym marszu, zadanie bojowe. Generał nie
namyślał się długo: kazał otoczonym na północ od Budziszyna oddziałom zwrócić się frontem
ku  południowi.  Tu,  w  rejonie  Budziszyna,  w  małej  mieścinie  Klein-Welcke,  zgromadziły  się
wszystkie  najbardziej  zajadłe  formacje  hitlerowskie,  cały  korpus  pancerny,  nie  dobity  w
Czechach.

Sytuacja  była  bardzo  groźna.  Tak  groźna,  jak  tylko  na  wojnie  bywa  przy  otoczeniu  przez
nieprzyjaciela  obydwu  skrzydeł  naraz,  przy  zaskoczeniu.  W  miasteczku  wrzał  bój.  Zza
rozwalonych  domów  wysuwały  się  już  potworne  cielska  „Tygrysów”.  Waliły  działa,  terkotały
karabiny  maszynowe  z  czołgów.  I  właśnie  wprost  w  te  „Tygrysy”,  w  pełnym  biegu  wjechał
generalski „Willys” w sam środek największego ognia.

- Chłopcy, Welcka musi być wzięta! Szturmem!

Twarz Generała była aż straszna w tym ogniu, w czerwonej poświacie wybuchów. Rozpięta
w  biegu,  czarna,  skórzana  kurta,  jakże  znana  na  wszystkich  ogniowych  pozycjach.  Ze
wszystkich  pól  ostrzału,  gdzie  przechadzał  się  wolnym  krokiem  nad  nasypami  rowów
strzeleckich. Generał kpiący ze śmierci, kulom się nie kłaniający. I teraz, z rewolwerem w ręce,

background image

krzyknął  ku  chłopcom,  którzy  zalegli  w  nierównościach  zrytej  pociskami  ziemi,  pod  ogniem
idącym z „Tygrysów” i ze szczytu wzgórza nad szosą:

- Za mną, chłopcy!

Poderwali się z ziemi, runęli jak potok górski wiosną, nieprzytomni z uniesienia, rozkrzyczani
owym najpiękniejszym bojowym wrzaskiem:

- Naprzód! Naprzód!

Szli jak szaleńcy! Wyprostowani, nie ostrożną, przypadającą do ziemi tyralierą, lecz zwartym
murem! Na cofające się przed nimi „Tygrysy”. Wdarli się na wzgórze, zdusili granatami gniazda
rozszczekanych karabinów maszynowych, wytłukli hitlerowską obsługę do nogi.

Potem  go  nieśli  już  na  rękach.  Jakby  swój  sztandar  bojowy.  Na  próżno  im  się  po  swojemu
odmachiwał, opędzał.

- Niech żyje! Niech żyje! Nasz Generał! Nasz dowódca! Nasz „Stary”!

Wrócił  do  odciętego  sztabu.  Szosą,  pod  ogniem  nieprzyjaciela.  Czarny  od  prochu,
promieniejący.

Nie  było  i  tam  tak  znów  miło.  W  owej  Königswerdzie.  Hitlerowcy  przedzierali  się  bokiem,
nieświadomi, że sztab mają tuż w zasięgu strzału. I trudno się było ruszyć z niewielką ochroną.
Z dokumentami, z taborem sztabowym. O 150 metrów od kwatery stały działa artyleryjskie,
przygotowane  do  ognia  na  wprost,  na  terkoczące  nie  opodal  „Tygrysy”,  przedzierające  się
przez miasteczko na przełaj. Ciągle na północ, na ten hitlerowski Berlin.

Niechże tylko odrobinę kurs zmienią - będzie to już bój ostatni. Walka wręcz, aż do ostatniego
naszego naboju. Po kwaterze snuli się bladzi oficerowie. Co tam śmierć własna! Ale dowódca,
właśnie ich „Stary” jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wartownicy i łącznicy stali znów na
podwórzu  z  automatami  gotowymi  do  strzału,  wsłuchani  w  ten  nie  opodal  przepływający
chrobot hitlerowskich gąsienic. Z twarzami od naprężenia jakby wyciosanymi z drzewa.

A wtedy, właśnie wtedy, kiedy zdawałoby się, że pękną naprężone nerwy od tego chrobotu
przesuwających się nie opodal czołgów i od własnego, skupionego męstwa, wyszedł na próg
dowódca. Na próg domku. Człowiek, który właśnie znał całą grozę tych godzin. Najlepiej z nich
wszystkich.  W  rozchełstanej  kurtce  w  szarawoniebieskawe  paski,  wymiętej,  niedbale
wciągniętej,  jakby  się  do  drzemki  zabierał.  Stanął  sobie  na  progu.  Ziewnął.  Szeroko,
niefrasobliwie.  Popatrzył  ku  niebu,  jak  wiejski  gospodarz  wypatrujący  pogody.  Przeszedł  się
leniwie po podwórku, zajrzał przez płot do pustego ogródka. Znów ziewnął, wielce czymś jakby
znudzony.

Rozprężyły  się  napięte  mięśnie  skamieniałych  twarzy  chłopaków,  owej  nielicznej  ochrony
sztabu, z automatami gotowymi do strzału. Ten i ów przestąpił z nogi na nogę. Jakiś spokój
zaczął zalewać skurczone niepokojem serca.

Dowódca  pogmerał  w  kieszeni  spodni  z  generalskimi  lampasami.  Najpierw  w  lewej,  potem
w prawej. Wyciągnął miękką, skórzaną papierośnicę.

Nieprzerwanie  grzechotały  niemieckie  czołgi,  walące  na  północ  przez  miasteczko,  gdzieś
w sąsiedniej ulicy.

Generał  otworzył  papierośnicę.  Wybierał  wolniutko  papierosa.  Rozgniótł  w  palcach,  usypał
szczyptę zbyt nabitego w gilzie tytoniu.

Zaterkotał jakiś karabin na sąsiedniej ulicy. Huknął strzał pobliski z hitlerowskiego czołgu.

Dowódca wolniutko szukał teraz w kieszeni zapałek. Najpierw w lewej, potem w prawej. Zapalił
zapałkę.  Ręka  ani  mu  drgnęła.  Zdmuchnął  maleńki  płomyczek,  rzucił  zapałkę  na  ziemię,
przydeptał  ją  butem.  Jeszcze  raz  spojrzał  na  obłoczki,  zaciągnął  się  głęboko,  smakowicie

background image

dymem. Zakasłał. Wolniutko wszedł do domku.

- No, dobra jest! - odetchnął głęboko wartownik.

- Wiadomo, że nie musi być źle, kiedy sobie tak nasz „Stary” poziewuje. I bez munduru, bez
pasa,  ino  w  tej  rozmamłanej,  za  przeproszeniem,  kapocie  pogody  wypatruje  -  przytaknął
skwapliwie łącznik sztabowy.

Jak bardzo było źle w tej chwili, wiedział właśnie tylko sam Generał. Sztab odcięty całkowicie
od własnych formacji przewalającą się przez miasteczko kolumną niemieckich „Tygrysów”. I te
jedyne działka wystawione o 150 metrów od chałupy, ostatnia i jedyna broń. Obsługa każdego
z nich stała w pozycji bojowej wpatrzona w działonowego. W ciszy śmiertelnej oczekująca już
tylko jedynego i ostatniego rozkazu:

- Ogień na wprost! Czołgi przed nami!

Komenda taka bywa ostatnia i niepowtarzalna.

Potem już może być tylko ostatnia salwa. Z tych automatów przy sztabie. I koniec. Śmierć.

Ale cichną czegoś zgrzyty gąsienic „Tygrysów”. Jeszcze jeden się przetoczył. Cisza. I jeszcze
jeden.

Ostatni! Opadają bezwzględnie, z ulgą, zdrętwiałe na zamku działa ręce zamkowego.

A Generał już w progu kwatery. W dopiętym pasie. Już wskakuje do zapuszczonej maszyny.
Ani  myśli  ziewać.  Twarz  znów  naprężona,  normalna.  Jedzie  na  zagrożone  odcinki.  Tutaj  już
naprawdę  bezpiecznie.  Niechże  sobie  sztab  pracuje  w  spokoju!  Więc  jeszcze  tylko
z maszynami do oficera dyżurnego:

- A na łączność mi uważajcie! Jadę podciągnąć, co nam tam porozwlekali na tej szosie! A wy
tu cicho, jakby was nie było. Z tą ilością ludzi nie ważcie mi się narywać!

To „podciąganie”, to wiadomo, znów sam środek jakiejś bitwy z przedzierającymi się na innym
odcinku  szosy  hitlerowcami.  Znów  osobiste  podrywanie  chłopaków  z  ziemi  do  ataku,  znów
osobiste kierowanie ogniem, znów bzykanie kulek tuż przy głowie, przy tej mocno Wymiętej,
wyburzałej na słońcu i słocie czapce polowej, z poczerniałym, generalskim otokiem. Ale za nimi
już zdobyta Nysa, najbardziej na zachód wysunięta, wieczysta polska granica.

background image

Rozdział  siódmy

I ostatni o dwóch tylko kulach, także ostatnich

Padł  Berlin.  Padły  hitlerowskie  Niemcy.  Wrócił  żołnierz  polski,  zwycięzca  znad  Odry  i  Nysy.
Przeszły  podkute  żołnierskie  buty,  schodzone  na  wielkim  szlaku  bojowym  po  leżących
w prochu i pyle ulicznym hitlerowskich sztandarach. Wrócił żołnierz-zwycięzca, chłop z cywila
na własną już, a nie dziedzicową ziemię. Wrócił robotnik tartaczny, górnik, giser warszawski do
własnej fabryki, wrócił nauczyciel do szkoły, często bez szyb, z dziurawym dachem. I student
na  uniwersytet.  W  rusztowaniach  z  pachnących,  sosnowych  desek  stanęła,  zdawać  by  się
mogło, umarła Warszawa.

W domu przy ulicy Klonowej (nie opodal Belwederu z dumnie powiewającą na wietrze flagą z
Białym  Orłem  na  wieży)  zamieszkał  Generał  Karol  Walter-  Świerczewski.  Drugi  wiceminister
Obrony  Narodowej.  Patrzył  na  swoje  najdroższe  na  świecie  miasto.  Na  miasto  w  białych,
pachnących sosną rusztowaniach. I tu się, jak przed laty, spotkali z siostrami, Lonką i Henią.
Znów u siebie, w Warszawie.

- Czy pamiętasz tę piramidę z lukru za witryną cukierni Sommera na rogu Chłodnej i Żelaznej,
Karolku?

- Czy pamiętasz te polerowane łyżki, starą dorożkę I „nawiedzoną” Józefę, Karolku?

Tak właśnie pytały siostry, nazywając go znów jak przed laty dziecinnie, gdy przychodziły do
cichego domu na Klonową. Nie były to zbyt częste odwiedziny. Dzień Generała zaczynał się,
bywało, nieraz o świcie, a kończył się także dopiero, gdy pierwszy brzask przedzierał się przez
zasunięte  zasłony  gabinetu.  Na  świecie  był  pokój.  Lecz  nie  dla  Generała.  W  ciągłych
inspekcjach,  podróżach  do  najbardziej  zapadłych  zakątków,  gdzie  stały  różne  wojskowe
jednostki. Jak Polska długa i szeroka: od posterunków strzegących granic, poprzez rozsiane po
całej  Polsce  kompanie,  bataliony,  pułki,  dywizje  wszystkich  Okręgów  Wojskowych  jeździł
Generał  do  tych  swoich  chłopaków.  Z  Pierwszej,  z  Drugiej,  z  całego  już  wielkiego  Wojska
Polskiego.

Tu  naurągał  po  swojemu,  soczyście,  kucharzowi  za  brudy  w  kuchni  i  cienką  strawę  z
żołnierskiego  kotła.  Tam  pochwalił  szczególnie  czysto  utrzymany  blok  koszarowy,  pięknie
wyczyszczoną broń, porządne umundurowanie, czyste łóżka i wyszkolenie bojowe. I nie tylko
bojowe, lecz i wyszkolenie obywatelskie tego nowego Wojska, w którym żołnierz to nie jakiś
przyrząd  do  ładowania  broni,  lecz  człowiek  myślący,  świadomy  współgospodarz
i współbudowniczy Polski Ludowej.

Był posłem w Krajowej Radzie Narodowej, potem w Sejmie Ustawodawczym.

Polska Partia Robotnicza powołała go do Komitetu Centralnego.

Odbudowywał się, leczył rany kraj przeorany wojną, wyniszczony faszystowską grabieżą. Ale
na granicach buszowały po lasach bandy. Ze zbiegłych gestapowców, faszystów ukraińskich,
z hitlerowskich armii, z rodzimych faszystów z NSZ, z wysłanników rządu londyńskiego i takich,
co  to  swego  czasu  chłopców  z  bronią  na  dziwne  nocne  „manewry”  w  las  wyprowadzali  (w
całkiem przeciwnym kierunku niż front nad Wisłą).

Na bojowym posterunku, gdzieś tam, po zapadłych wioskach, lasach, mokradłach i bezdrożach
pogranicznych czuwali we dnie i w nocy chłopcy z Wojsk Ochrony Pogranicza.

I  oto  pewnego  marcowego  poranka,  w  małym  zapadłym  miasteczku  Baligrodzie,  nie  opodal
naszej  wschodniej  granicy  odbywała  się  taka  właśnie  inspekcja.  Kiedy  Generał  obejrzał  już

background image

sobie  wszystko  dokładnie,  po  swojemu,  nie  przepuściwszy  i  kucharzowi,  a  pogawędziwszy
z chłopcami stojącymi w ciasnej wokół niego gromadzie, zapytał nagle jednego z oficerów:

- Słuchajcie no, kapitanie! A gdzie tu będzie najbliższa komenda WOP-u? Jaka tam droga?

Kapitan  popatrzył  na  Generała  niepewnie.  Już  wiedział,  co  to  znaczy.  Jeśli  powie,  że  droga
dobra, to powie nieprawdę. Właśnie w okolicy włóczą się bandy leśne. Ci faszyści nie dobici,
krajowi i zagraniczni. Jeśli powie o tych bandach, to jeszcze gorzej, bo wtedy już na pewno
Generał pojedzie. Nie od dziś go znają. Zaczął więc dosyć wykrętnie:

- Obywatelu Generale! Droga taka sobie ani zła, ani dobra. Na sto procent za nią nie można
ręczyć. Bo... całkiem niebezpieczna.

- Cóż, mój kapitanie, znaczy niebezpieczna droga? A w Warszawie to ci cegła nie może spaść
na głowę, choć Warszawa całkiem teraz bezpieczna? - zakpił Generał.

Teraz już i inni zaczęli pomagać kapitanowi, choć bardzo niepewnie, bo także aż za dobrze
znali Generała.

- Kiedy ta maszyna, obywatelu Generale, ma opony całkiem zdarte i motor też nie tego... Nie
wyciągnie chyba...

-  Kiedy  to  nic  żeśmy  nie  przygotowali...  Bez  zwiadu  nie  można  w  taką  drogę  ruszać...
Posterunek WOP-u w Ciśnie.

Generał patrzył na nich po swojemu, kpiąco. Ale w oczach już było coś niedobrego. Czuli, że za
chwilę  mogą  usłyszeć  parę  słów  całkiem  nieprzyjemnych.  Jakąś  małą,  a  dosadną  lekcję
o odwadze, dyscyplinie i tym podobnych zaletach, bez których w wojsku to ani rusz. Generał
jeszcze się jednak pohamował i całkiem nawet miękko powiedział:

-Cisną? Ano, to się tam chłopcy ucieszą, jak nas zobaczą. Do nich i tak nikt nie przyjeżdża...

Głos był miękki, ale wiedzieli wokoło stojący oficerowie, że to właśnie rozkaz, że na nic się nie
zdadzą dalsze wykręty, prośby, przedkładania.

Trzy  maszyny  stały  już  zwrócone  w  kierunku  Leska.  Droga  tam  już  była  dokładnie
spenetrowana,  przepatrzono  lasy,  wystawiono  posterunki!  A  tu  masz!  Popatrzyli  na  siebie
spod  oka,  tak  żeby  Generał  nawet  nie  zauważył  tych  niespokojnych  zerkań.  I  co  by  to  im
zresztą pomogło? Znali go, bo znali, aż za dobrze! Jeśli niebezpieczny posterunek, to właśnie
on tam musi być osobiście, żeby się chłopcy raźniej poczuli. Bo to i pierwszy raz tak było?

Generał  wydał  rozkaz,  wykręciły  się  trzy  maszyny.  Na  tę  osobową  z  przetartymi  oponami
nawet  nie  spojrzał.  Siadł  sobie  na  wielkim  „Dodge'u”  przy  szoferze,  przykrył  się  kożuszkiem
i powiedział krótko:

- Jazda! Na Cisnę!

Pierwsza  maszyna  z  ochroną  zaczęła  prychać,  parskać  i  jak  znarowiony  koń. Ale  motor  nie
chciał się zapalić. Stoi. Szofer kręci korbą. Nic. Wskakuje do szoferki, kręci i majstruje, włącza,
wyłącza gaz, naciska pedał. Maszyna nic. Ani drgnie. Szoferowi aż pot ciurkiem cieknie spod
czapki. A maszyna jak stała, tak stoi.

Generał kazał ją wyminąć swojemu szoferowi. Za nimi ruszyła druga ciężarówka z żołnierzami.
Spojrzał na zegarek: 9.15.

Pędzą  po  szosie.  Na  tę  Cisnę.  Do  tych  chłopaków  z  WOP-u,  z  samotnego,  pogranicznego
posterunku.

Szosa  nawet  niczego.  Gładka.  Po  prawej  stronie  szosy  strome  wzgórze.  Kiedy  je  mijali,
zaterkotały nagle karabiny maszynowe, już z tyłu.

background image

- Gazu - mruknął Generał szoferowi - przez mostek!

A tu już ogień od przodu i z boku, wzdłuż całej trasy.

- Stać! - rozkazał Generał.

Zeskoczył  na  szosę.  Szybkim  spojrzeniem  objął  żołnierzy  zeskakujących  z  drugiej  maszyny.
Spojrzał  na  wzgórze.  Wznosiło  się  ze  150  metrów  nad  szosą.  Ciemniały  tam  od  czasu  do
czasu odrywające się od ziemi łby bandytów.

Generał stał wyprostowany. Od razu objął komendę:

- Brać wzgórze!

Chłopcy  wdarli  się  na  strome,  gładkie  zbocze,  porosłe  trawą.  Nogi  obsuwały  się  po  oślizłej
trawie,  z  góry  szedł  nieustanny  ogień.  Granatami  zaczął  bić  garłacz.  Utknęli  w  połowie
wzgórza.

Nagle  zaterkotał  karabin  z  lewej  strony.  Banda  otaczała  oddziałek  na  gładkiej  równinie.  Biją
więc już z dwóch stron.

Generał zbliżył się do mostku nad strumieniem.

Strumień zakręcał w tym miejscu, drugi, wyższy brzeg był ostatnim możliwym punktem oporu.

Przeszedł pod nie ustającym ogniem na prawy skraj szosy. Krzyknął ku swoim:

- Zostawić małą grupę na osłonę! Przechodzić na drugą stronę strumienia!

Znów  pod  tym  ogniem  na  lewą  stronę  mostku.  Pod  ogniem  nie  ustającym  wyprostowany.
Kpiący ze śmierci. Spokojny. Nagle, już nad tym strumieniem zachwiał się lekko, skurczył, ręce
przycisnął do brzucha. Czerwony strumień krwi trysnął przez palce:

- Jestem ranny w brzuch? - jak by się zdziwił.

Podskoczyli ku niemu z opatrunkiem. Stał wydając dalej rozkazy. Gwizdały kule. Od czasu do
czasu trzaskał na szosie granat z bandyckiego garłacza.

Generał  chyba  słabł  od  upływu  krwi.  Pozwolił  się  leciutko  podeprzeć  żołnierzowi  schodząc
wzdłuż strumienia na nową pozycję.

A  wtedy  druga  kulka,  zdradziecka  kulka  z  lewego  skrzydła,  trafiła  go  w  plecy.  Zachwiał  się.
Pochwycili  go  we  dwóch  już  lecącego  im  z  rąk  bezwładnie.  Położyli  go  na  rozpostartym
płaszczu.

-  Co  z  wami,  Generale?  -  pytali  przez  gardła  ściśnięte  spazmem,  rozpaczą.  Jeszcze  raz
podniósł powieki, spojrzał na swych wiernych chłopaków gasnącymi oczami:

- Umieram. Nie zostawcie mnie tutaj - wyszeptał już głosem zacichającym, ostatnim. Zapadały
powieki  na  oczy.  Cienie  rzuciły  się  na  skronie,  pogłębiły  się  nagle  te  bruzdy  od  kącików
bielutkich już ust ku zapadłym nozdrzom.

Zacichł ogień ze wzgórza. Jeszcze raz szczeknął bandycki karabin z lewego skrzydła. Z dala
od  szosy  leciał  już  szum  motoru.  Tego  samochodu,  który  miał  jechać  na  czele.  Zeskoczyli
chłopcy w biegu. Z automatami złożonymi do strzału poczęli się wdzierać na owo przeklęte
wzgórze, ale banda już uciekła w panice, w dzikim popłochu.

Na  rozpostartym  płaszczu  leżał  Generał.  Z  czerwonymi  plamami  krwi  serdecznej  na  starym,
jeszcze znad Oki mundurze, w którym najchętniej jeździł do tych swoich znad Oki chłopaków.
Znad Oki, Sum, Lublina, Wisły, Nysy.

Krwią  nasiąkł  stary  frontowy  płaszcz.  Choć  na  świecie  był  niby  pokój,  w  ten  marcowy  dzień

background image

1947 roku. Tylko jeszcze widać nie dla Niego i nie dla tych Jego chłopaków, co dnia ze śmiercią
za pan brat, co dnia na ogniowych pozycjach.

Choć  w  białych  już  rusztowaniach  stała  przywrócona  do  życia  Warszawa.  To  najbardziej
ukochane przez Niego miasto na świecie. Do którego szedł przez wszystkie pola bitew.

I wrócił do niej. Do serca kraju - Warszawy. Na zawsze.

W starym, bojowym mundurze, zbryzganym krwią.

„Warszawski Generał”. Nasz „Stary”, Karol Walter- Świerczewski.

Człowiek, który się kulom nie kłaniał.

background image

Spis treści

Rozdział  pierwszy  O  piramidzie  z  prawdziwego  lukru,  o  czarodziejskiej  dorożce  i  bardzo
tajemniczym domu, czyli początek całej historii
Rozdział  drugi  W  którym  czas  szybko  leci,  nawet  w  nudnej  szkole,  choć  w  niej  nie  uczono
języka chińskiego (co by się bardzo, jak się okaże później, przydało)
Rozdział trzeci O słonecznym kraju, w którym często przyjdzie nam wąchać prawdziwy proch,
czyli rozdział nie przeznaczony dla „maminsynków” wszelkiego rodzaju
Rozdział  czwarty  O  podziemnym  miasteczku,  kopiastym  śniegu  i  wiośnie  w  odwiecznej
puszczy, w której na zające poluje się światłem reflektorów
Rozdział piąty Warszawski, w którym nawet dowódcy miewają twarze całkiem mokre od wody
wiślanej
Rozdział  szósty  O  wielkim  zwycięstwie,  które  przychodzi  po  wielu  dniach  bardzo  trudnych
i bardzo uciążliwych i wcale nie spada jako manna z nieba
Rozdział siódmy I ostatni o dwóch tylko kulach, także ostatnich

O kł a d kę, st ro n ę t yt u ł o wą  i  i l u st ra c j e p ro j ekt o wa ł  KO N S TAN TY M . S O P O Ć KO
R ed a kt o r AN D R ZEJ BO GU S Ł AWS KI
R ed a kt o r t ec h n i c z n y ZO FI A S ZYM AŃ S KA
L EKTU R A S ZKO L N A
S z eść  t ysi ęc y st o  d z i esi ą t a  p u b l i ka c j a  Wyd a wn i c t wa  M O N
P ri n t ed  i n  P o l a n d
Wyd a wn i c t wo  M i n i st erst wa  O b ro n y N a ro d o wej  Wa rsz a wa  1978 r. Wyd a n i e XV
N a kł a d  100 000+ 330 eg z . O b j ęt o ść  5,57 a rk. wyd ., 7,75 a rk. d ru k. P a p i er d ru k. m a t  I V kl . 65 g , f o rm a t  82x104/16 z  Fa b ryki  C el u l o z y i  P a p i eru  i m . J. D ą b ro wski eg o  w Kl u c z a c h . D ru k
z  m a t ryc . O d d a n o  d o  d ru ku  we wrz eśn i u  1977 r. D ru k u ko ń c z o n o  w st yc z n i u  1978 r. w Wo j sko wyc h  Za kł a d a c h  Gra f i c z n yc h  w wa rsz a wi e. Za m . 2237.
C en a  z ł  10.-

Ilustracje zostały pominięte – zorg.

[ 1]

 C z yt a j : ka b ro n  (c a p , w z n a c z en i u  o b ra ź l i wym ).

[ 2]

 C z yt a j : ka ri n o  - ko c h a n i e.

background image

[ 3]

 D wu o so b o wy ra d z i ec ki  sa m o l o t  t yp u  U -2

background image

Table of Contents

[1]
[2]
[3]
Rozdział  pierwszy  O  piramidzie  z  prawdziwego  lukru,  o  czarodziejskiej  dorożce  i  bardzo

tajemniczym d

Rozdział  drugi  W  którym  czas  szybko  leci,  nawet  w  nudnej  szkole,  choć  w  niej  nie  uczono

języka chińs

Rozdział trzeci O słonecznym kraju, w którym często przyjdzie nam wąchać prawdziwy proch,

czyli rozd

Rozdział  czwarty  O  podziemnym  miasteczku,  kopiastym  śniegu  i  wiośnie  w  odwiecznej

puszczy, w której

Rozdział piąty Warszawski, w którym nawet dowódcy miewają twarze całkiem mokre od wody

wiślanej 48

Rozdział  szósty  O  wielkim  zwycięstwie,  które  przychodzi  po  wielu  dniach  bardzo  trudnych

i bardzo uci

Rozdział siódmy I ostatni o dwóch tylko kulach, także ostatnich. 68

background image

Table of Contents

[1]
[2]
[3]
Rozdział  pierwszy  O  piramidzie  z  prawdziwego  lukru,  o  czarodziejskiej  dorożce  i  bardzo

tajemniczym d

Rozdział  drugi  W  którym  czas  szybko  leci,  nawet  w  nudnej  szkole,  choć  w  niej  nie  uczono

języka chińs

Rozdział trzeci O słonecznym kraju, w którym często przyjdzie nam wąchać prawdziwy proch,

czyli rozd

Rozdział  czwarty  O  podziemnym  miasteczku,  kopiastym  śniegu  i  wiośnie  w  odwiecznej

puszczy, w której

Rozdział piąty Warszawski, w którym nawet dowódcy miewają twarze całkiem mokre od wody

wiślanej 48

Rozdział  szósty  O  wielkim  zwycięstwie,  które  przychodzi  po  wielu  dniach  bardzo  trudnych

i bardzo uci

Rozdział siódmy I ostatni o dwóch tylko kulach, także ostatnich. 68

background image