background image

Connie

Brockway

Zakochany

mściciel

Tytuł oryginału The Ravishing One

background image

2

Prolog

Niektórzy uważali, że lady Fia Merrick urodziła się zła, inni, że 

po  prostu  tak  ją  wychowano.  Bez  względu  na  przyczynę  zgadzano 
się powszechnie, że musiała ostatecznie stać się zła.

Zacznijmy  od  tego,  że  jej  osławiony  ojciec,  Ronald  Merrick, 

hrabia Carr, zabił jej matkę, a swoją żonę. Dziewczynka, rzecz jasna, 
nie wiedziała o niczym, poza tym, że dwóch braci i kochająca matka 
pewnego dnia zniknęli.

Nikt  jej  niczego  nie  wyjaśnił.  Przez  wiele  dni  niańka 

przychodziła  wystraszona,  milcząca,  a  potem  pewnego  dnia 
ucałowawszy dziecko przelotnie i ze łzami w oczach, także znikła.

Tak,  zjawiali  się  różni  ludzie.  Podawano  jej  posiłki,  pomagano 

ubierać  się  i  rozbierać,  co  dzień  przychodził  ktoś,  by  się  nią 
zajmować.  To  zadanie  przypadało  najczęściej  pannom  „do 
wszystkiego”,  starszym  od  Fii  zaledwie  o  dziesięć  lat.  Zmęczone  i 
przerażone  dziewczyny  zostawiały  ją  w  tym  zakątku  zamku,  gdzie 
akurat pracowały, i nakazywały, żeby się nie ruszała i nie odzywała, 
dopóki są zajęte.

W ten sposób Fia, z natury spokojna i wstrzemięźliwa, stała się 

taka  w  trójnasób.  Poruszała  się  cicho  i  obserwowała  wszystko  w 
milczeniu,  jak czarnowłosy cień  podążający za  służącymi. Kiedy ją 
dostrzegały,  czuły  zaskoczenie  i  niepokój.  Milczenie  córki 
Piekielnego Hrabiego służące uważały za rzecz dziwną; nie zdawały 
sobie  sprawy,  że  same  ją  do  tego  zmusiły  niewypowiedzianymi 
groźbami. A Fia najbardziej lękała się tego, że pewnego dnia obudzi 
się i nikogo przy niej nie będzie. Służba zanadto bała się jej ojca – a 
potem  jej  samej  –  żeby  się  z  nią zaprzyjaźnić,  goście  w  zamku  nie 
interesowali się małym, podobnym do lalki stworzeniem, a braciom 
nie pozwalano jej widywać.

Inne  dzieci  poznawały  litery  i  liczby,  i  uczyły  się  od 

guwernerów,  rodzeństwa,  rodziców  i  przyjaciół  zachowania 
wymaganego  od  nich  z  racji  urodzenia.  Fia  nie  miała  nikogo.  Nie 
wiedziała  nic  poza  tym,  co  sama  dostrzegła.  W  wieku  sześciu  lat 
nauczyła  się  czerpać  wiedzę  tam,  gdzie  akurat  była  dostępna. 
Zamiast  w  klasie  z  książkami  i  kajetami  kształciła  się  w  zamku-
spelunce, zwanym Rumieńcem Ladacznicy.

background image

3

W  dawnych  czasach  była  to  niezdobyta  forteca  na  wyspie, 

własność  dumnego  i  nieustraszonego  szkockiego  rodu  –
McClairenów  Przez  trzy  wieki  zamek  nosił  miano  Rumieńca
Dziewicy.

Pewnego  roku,  we  wczesnych  latach  panowania  Jerzego  II, 

gromada  wierzycieli  wypłoszyła  z  Anglii  Ronalda  Merricka.  Trafił 
on  do  Rumieńca  Dziewicy  jako  gość  lana  McClairena,  człowieka 
równie  uczciwego  i  szlachetnego,  jak  Merrick  był  zepsuty  i 
samolubny.

Ronald  Merrick,  choć  pozbawiony  majątku,  miał  jednak  czar  i 

wdzięk,  które  pozwalały  mu  ukryć  prawdziwą  naturę  przed 
gospodarzami. Niezwykle przystojny i bywały w świecie, bez trudu 
podbił  serca  szkockich  dam  mieszkających  wówczas  w  zamku, 
najważniejszą  zaś  z  nich  była  Janet  McClairen,  ulubiona  kuzynka 
lana.

Widząc,  że  to  kąsek  nie  do  pogardzenia,  Ronald  poślubił 

dziewczynę.  Przez  następne  lata  żył  z  dobrodusznej  szczodrości 
szkockich  gospodarzy,  korzystał  z  ich  gościnności,  zdobywał 
zaufanie  oraz,  ku  ich  późniejszemu,  głębokiemu  żalowi,  poznał  ich 
sekrety – w tym oddanie jakobickiej dynastii.

Kiedy  jakobitów  rozgromiono  pod  Culloden,  Ronald  złożył 

zeznania przeciwko rodzinie żony, osiągając w ten sposób dwa cele: 
po  pierwsze  stracono  mężczyzn  z  rodu  McClairenów;  po  drugie, 
wdzięczny  monarcha  podarował  mu  na  własność  Rumieniec 
Dziewicy wraz z wyspą, na której stał zamek.

Przez całe lata Janet nie chciała uwierzyć w to, o czym wiedziała 

w  głębi  serca  –  że  jej  mąż  zdradził  jej  ród  i  że  ich  krwią  opłacił 
przekształcenie Rumieńca Dziewicy w pyszny pałac, przechrzczony 
na Rumieniec Ladacznicy.

W końcu Janet nie mogła już ukrywać prawdy przed samą sobą i 

zarzuciła Carrowi zbrodnię. On zaś, nie czując większych wyrzutów 
sumienia, niż wtedy, gdy zdradził McClairenów, zrzucił ją ze skały, 
twierdząc później, że zginęła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Mordowanie przychodziło Carrowi z łatwością, a korzyści, jakie 

osiągał, stanowiły na  tyle  poważną przynętę, że  jeszcze  dwukrotnie 
poślubił  i  zabił  bogate dziedziczki. Wówczas  to  niegdyś wdzięczny 
suweren dowiedział się o owych praktykach i nieoficjalnie skazał go 
na wygnanie do Szkocji, grożąc śmiercią, gdyby odważył się wrócić 

background image

4

do  Londynu  i  obnosić  ze  swoim  zdobytym  dzięki  zbrodni 
bogactwem.

Po raz pierwszy Carr poznał smak rozpaczy. To Londyn stanowił 

powód jego mordów, a triumfalny powrót do stolicy – jedyny cel, do 
jakiego dążył.

Rozpacz  wszakże  minęła,  zamieniając  się  w  niezłomne 

postanowienie, które utkwiło w jego duszy jak czarne ziarno. Wróci 
do Londynu w glorii chwały. Zamienił zamek w gniazdo rozpusty i 
hazardu i zajął się kolekcjonowaniem długów – zarówno w monecie, 
jak  i  w  innej  postaci,  szantażując,  wywierając  nacisk  i  z  wolna 
gromadząc  dość  bogactwa  i  wpływów,  żeby  nikt  nie  ośmielił  się 
przeszkodzić  jego  planom.  Ludzie,  których  gościł  u  siebie,  byli 
potężni, bogaci i zepsuci.

To od nich Fia pobierała nauki.
Osiągnęłaby tak  wiek dojrzały, nie mając  nawet  podstawowych 

umiejętności, gdyby w dniu, gdy zaczęła siódmy rok życia, u drzwi 
kuchennych  nie  stanęła  zgarbiona  kaleka,  Szkotka  w  czarnym 
welonie  przesłaniającym  połowę  jej  twarzy.  Szukała  pracy,  prosząc 
jedynie o kąt i strawę w zamian za opiekę nad dziećmi Carra. Dzięki 
temu Carr po raz pierwszy od ostatnich dwóch lat przypomniał sobie 
o dzieciach.

Niechęć  Carra  do  brzydoty  zmagała  się  przez  chwilę  z 

chciwością, w końcu – jak zwykle u niego – ta ostatnia zwyciężyła.

Kobieta  o  imieniu  Gunna  została  przyjęta.  Dla  Asha  i  Raine'a, 

wyrzutków  z  piekła  rodem,  za  jakich  miał  ich  okoliczny  lud,  stara 
kobieta  była  rozrywką,  którą  tolerowali,  i  obdarzyli  niechętnym 
szacunkiem. Dla Fii brzydka stara kobieta stała się objawieniem.

Gunna  nie  tylko  nauczyła  Fii  pisania  i  czytania,  ale  przekazała 

jej całą swoją rozległą wiedzę na temat szkockich podań ludowych i 
ludowej  mądrości.  Co  najważniejsze  jednak,  Gunna,  pogodzona  z 
własnym kalectwem, a także świadoma wszystkich swoich słabości i 
zalet,  nauczyła  Fię,  żeby  była  uczciwa  wobec  siebie,  nigdy  nie 
odrzucając prawdy, niezależnie od tego, jak bardzo jest bolesna.

Kalectwo  Gunny  odstraszało  od  niej  mężczyzn,  pozycja 

społeczna  Fii  i  jej  nieziemski  spokój  wyróżniały  ją  spośród  innych 
ludzi.  Może  sprawiła  to  siła  przyciągania  się  przeciwieństw,  może 
jakieś  nienazwane  pokrewieństwo  dusz,  w  każdym  razie  między 
dziewczyną a starą, pokraczną kobietą zrodziła się głęboka więź.

background image

5

Na  nieszczęście  ta  sama  opatrzność,  która  zapewniła  Fii 

kochającą opiekunkę, ściągnęła na nią uwagę ojca.

Przypomniawszy sobie o  córce, Carr  rychło  zauważył, jaka  jest 

piękna.  Gdyby  spełniła  się  obietnica  zawarta  w  dziecięcej  urodzie, 
pewnego  dnia  dziewczyna  stałaby  się  obiektem  pożądania  wielu 
mężczyzn.  Szkoda  byłoby  nie  poświęcić  czasu  na  jej  wychowanie, 
tak  żeby  uczynić  z  niej  chętną  wspólniczkę  w  przyszłych  planach 
Carra  –  a  te  przewidywały  znalezienie  jej  w  Londynie  potężnego, 
wpływowego  męża.  Nie  mógł  jej  ośmieszać,  upokarzać  czy 
zastraszać, jak jej braci, bo oni byli tylko szczeniakami, które należy 
przegnać ze stada, jego stada, ale ona… Carr zabrał się do uwodzenia 
własnego dziecka.

Fia nie miała żadnych szans.
Choć  mądra,  nigdy  nie  nauczyła  się  znosić  samotności.  Gunna 

była  nauczycielką,  doradczynią  i  opiekunką.  Carr  dawał  jej  coś, 
czego nigdy nie miała, towarzystwo i pochlebstwa.

Zaczął pytać o Fię, domagać się jej obecności po kolacji, sadzać 

ją  sobie  na  ramionach  przy  różnych  okazjach  –  nieustannie 
przypominając,  że  jej  zachowanie  i  cnota  muszą  pozostać  bez 
zarzutu. A Fia, długo ignorowana i odrzucana, chłonęła jego uwagę, 
jak wyschła ziemia deszcz.

Carr  stał  się  powiernikiem  Fii,  jej  doradcą,  mądrym 

przewodnikiem  w  sprawach  dotyczących  ich  sfery.  Przyjmowała 
wszystko,  co  mówił  za  prawdę,  jego  słowa  traktując  jak  Pismo 
Święte. A on kształtował ją na swój wzór i podobieństwo.

Uczył  ją,  kogo  naśladować,  a  kogo  mieć  w  pogardzie.  Słynny 

uśmiech  przejęła  od  starej  francuskiej  kurtyzany,  płynne  ruchy  od 
rosyjskiej  baleriny,  sztukę  dowcipnej  rozmowy  od  węgierskiej 
księżniczki. Kiedy jednak nie ćwiczyła sztuczek, które zdaniem ojca 
miały  jej  się  kiedyś  przydać,  doskonaląc  umiejętność  uwodzenia, 
ukrywała  się  za  gładką  maską;  ten  właśnie  spokój  i  skrytość 
stanowiły jej własną, wyjątkową cechę.

Z  jednej  strony,  poczucie  własnej  wartości  dziewczyny 

podniosło  się  dzięki  pochlebstwom  ojca.  Z  drugiej,  wrodzony  dar 
obserwacji  i  uczciwość  kazały  jej  traktować  jego  słowa  z 
powątpiewaniem.  W  końcu  zobaczyła  dużo  więcej,  niż  to  leżało  w 
zamierzeniach Carra.

background image

6

Pewnego dnia do Rumieńca Ladacznicy przybył młody człowiek 

o  imieniu  Thomas  Donne.  Powiadano  o  nim,  że  jego  szkocki  ród 
wyrzekł się go za to, że tchórzliwie odmówił walki po stronie księcia 
Charliego.  Na  Fii  nie  robił  wrażenia  tchórza.  Wydawał  jej  się 
wspaniały.

Był nie tylko wysoki i ciemnowłosy, o szarych oczach i gładkim 

obejściu – w Rumieńcu Ladacznicy na każdym kroku spotykało się 
przystojnych,  bywałych  w  świecie  młodzieńców.  Tym,  co  go 
wyróżniało,  był  jego  charakter.  Tak  bardzo  różnił  się  od  innych 
gości, jak, zdaniem Carra, różnił się od nich on sam i Fia.

Tak,  grał,  pił  i  flirtował  z  kobietami,  ale  instynkt  podpowiadał 

Fii, że to dla niego rzeczy bez znaczenia, że Thomas Donne spędzał 
tylko w ten sposób czas, dopóki… Dopóki co?

Jego  oczy  patrzyły  równie  uważnie,  jak  oczy  Fii,  ręce  były 

równie  spokojne.  Zachowywał  się  dwornie,  bez  zarzutu.  Co  jednak 
najważniejsze,  traktował  piętnastoletnią  Fię  z  szacunkiem.  Kiedy 
kierował  na  nią  wzrok,  nie  mierzył  głębokości  jej  dekoltu  ani  nie 
liczył zdobiących ją szlachetnych kamieni, patrzył na nią. Mówił do 
niej. Były to zwykłe rozmowy bez żadnych dwuznaczności. Pytał ją 
o to, co lubi, co jej się nie podoba, jakich autorów czytała, co sądzi o 
tym, czy owym.

Fia zakochała się. Skryte dziecko stało się wrażliwą, nastoletnią 

dziewczyną. Nikt w zamku – a zwłaszcza Thomas Donne – tego nie 
zauważył. Wszystkim wydawała się równie obojętna i spokojna, jak 
przedtem.

Miłość  uczyniła  ją  bezbronną  i  nieszczęśliwą.  Kiedy  Donne 

zjawił  się  ponownie  w  Rumieńcu  Ladacznicy,  zauważyła,  że 
zainteresował  się  młodą  kobietą  o  imieniu  Rhiannon  Russell,  którą 
brat  Fii,  Ash,  sprowadził  do  zamku.  Zazdrość  zżerała  ją  do  tego 
stopnia,  że  kiedy  pewnego  zimnego,  wietrznego  dnia  Donne 
towarzyszył Rhiannon do ogrodu, poszła za nimi.

Skuliła  się,  trzęsąc  z  nienawiści  do  samej  siebie,  po  drugiej 

stronie  kamiennego  muru,  spodziewając  się,  że  usłyszy  wyznania 
miłosne. Zamiast tego usłyszała słowa, które miały zmienić jej życie.

„To  nie  jest  tylko  nieprzyjemna  rodzina”,  powiedział  Thomas. 

„Oni są źli. Carr zabił pierwszą żonę, a potem dwie następne. Nikt o 
tym głośno nie mówi, zwłaszcza nie ci, których uzależnił od siebie za 
pomocą  hazardu.  Kto  by  się  ośmielił?  Ale  w  Londynie  wszyscy  o 

background image

7

tym wiedzą, uznają to za rzecz pewną – włącznie z królem”.

Wiatr uniósł następne słowa.
„…jaki to opiekun, panno Russell! Pozwolił swoim synom gnić 

w tym piekle, byle tylko nie wydawać cennych pieniędzy na wykup.”

Znowu  umknęły  jej  jakieś  słowa,  tym  razem  jednak  nie 

wiedziała, czy zagłuszył je wiatr, czy szum krwi w jej uszach.

„Jego  brat  zgwałcił  zakonnicę!  Jest  równie  zły  jak  jego  ojciec. 

Oni wszyscy są źli. Fia to nierządnica Carra, którą pielęgnuje, żeby 
w przyszłości wydać jak najkorzystniej za mąż!”

Podniosła się z trudem i uciekła do zamku, z zamętem w głowie, 

skupiona tylko na jednej rzeczy. Znaleźć dowód. Właściwie nie był 
jej  wcale  potrzebny.  Wszystkie  jej  podejrzenia  zostały 
wypowiedziane na głos. Jego ustami.

W  bibliotece  Carra,  ze  skrytki  umieszczonej  w  gzymsie 

kominka,  którą  kiedyś  ojciec  przy  niej  otwierał,  wydobyła  gruby 
pakiet. Nie znalazła tam dowodu na to, że Carr zamordował matkę, 
ale  inne,  straszne  rzeczy,  wystarczające,  żeby  potwierdzić  zarzut 
Donna, że są przeklętą rodziną.

Musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Była córką złego człowieka. 

W jej  żyłach  płynęła  zła  krew.  Carr  hołubił  ją,  dbał  o  nią,  żeby 
sprzedać najzamożniejszemu zalotnikowi. I wciągnął ją do udziału w 
tych planach.

Od tej  chwili zmieniła  się z  dnia na  dzień.  Słabsza dziewczyna 

trwałaby w roli, którą narzucił jej los i urodzenie. Fia jednak nie była 
słaba.  Twarda  część  jej  charakteru  wzmocniła  się  jeszcze  bardziej. 
Kiedy Donne, który zdradził  jej brata, Asha, i  o  mało nie pozbawił 
go  miłości  Rhiannon  Russell,  wyjechał  parę  dni  później,  Fia 
odnotowała to z nowo odkrytym cynizmem, ale bez zaskoczenia.

Zajęła  się  układaniem  planów,  ufając  własnej  mądrości.  Nie 

pokłóciła  się  otwarcie  z  Carrem,  ale  prowokowała  go  i  wykpiwała, 
kiedy tylko mogła. Być może gdzieś w głębi serca miała nadzieję, że 
jej  perfidia  zrani  go  w  widoczny  sposób.  Nic  takiego  się  nie  stało. 
Bawiła go tylko. Od początku była tylko narzędziem w jego rękach.

Poprzysięgła sobie, że nigdy już nie wykorzysta jej ani Carr, ani 

nikt inny.

Zamierzała długo czekać, żeby wprowadzić w życie swoje plany, 

kiedy jednak jej brat, Raine, wrócił potajemnie do zamku, narażając 
się  na  niebezpieczeństwo,  stwierdziła,  że  nie  może  przyglądać  się 

background image

8

tylko  jego  nieszczęściu.  W  tajemnicy  przed  Carrem  przyjęła 
zaproszenie  brata  i  jego  żony,  żeby  wyjechać  z  nimi  do  Londynu  i 
być ich gościem.

Był  to  rozpaczliwy  krok.  Należało  się  spodziewać,  że  Carr 

będzie  ją  ścigać,  jeśli  nie  osobiście,  to  poprzez  jednego  z  setki 
swoich agentów, i ściągnie ją z powrotem. I raz jeszcze wtrąciła się 
opatrzność. Po ucieczce Fii zamek spłonął, a Carr, usiłując odzyskać 
listy, które służyły mu do szantażowania ludzi, został ciężko ranny.

Zanim  wyzdrowiał,  Fia  osiągnęła  już  swój  cel.  Podbijając 

szturmem  londyńskie  towarzystwo,  wybrała  z  gromady  swoich 
wielbicieli  bogatego  Szkota,  starszego  od  niej  o  kilkadziesiąt  lat 
wdowca z nizin, nazwiskiem Gregory MacFarlane, i uciekła z nim do 
Szkocji.  MacFarlane  był  człowiekiem  pozbawionym  wyobraźni, 
głupcem,  który  poślubiając  córkę  angielskiego  hrabiego,  osiągnął 
życiowy  cel  wejścia  bocznymi  drzwiami  w  wyższe  sfery 
angielskiego społeczeństwa.

Fią  również  kierowały  pobudki  wyrachowane,  jasne  i  proste. 

Musiała tylko poczekać do śmierci męża, aby jako wdowa po nim –
szkocka  wdowa  –  odziedziczyć  majątek.  W  końcu  uzyskałaby 
niezależność. A w dodatku wyrwała się spod kurateli Carra.

Wszystko  ułożyłoby  się  po  myśli  Fii,  gdyby  nie  jedna  rzecz. 

Przybywszy  do  domu  MacFarlane'a,  Fia  odkryła,  że  Gregory  nie 
powiedział jej o swoich dzieciach.

O dwojgu spadkobierców.
Ale  jak  zwykle  w  życiu  Fii  był  to  miecz  obosieczny.  O  ile 

pojawienie  się  Gunny  w  jej  życiu  było  niezwykłym  wydarzeniem, 
spotkanie  z  dziećmi  MacFarlane'a  otworzyło  przed  nią  nowy  świat. 
Każdego  dnia  odkrywała  coś  nowego  i  zdumiewającego.  Po  paru 
dniach  coś  zaskoczyło  ją  tak  bardzo,  że  musiała  zapytać  o  to 
Gregory'ego przy śniadaniu.

– Guwerner uczy dziewczynkę łaciny – oznajmiła.
–  Och?  A,  tak  –  odparł  Gregory  obojętnie,  jedząc  jajko  na 

twardo. – Twierdzi, że mała ma dar do języków.

– Wiedziałeś o tym? – Fakt, że ktoś mógłby płacić za kształcenie 

dziewczynki, wstrząsnął nią głęboko.

– Tak. To dość zręczne posunięcie z mojej strony. Kształcę oboje 

dzieciaków,  płacąc  tyle,  co  za  jedno,  co?  –  Gregory  nadal  jadł 
spokojnie  śniadanie,  jakby  nie  powiedział  niczego  dziwnego,  co 

background image

9

tylko umocniło podejrzenia Fii, że nie miała dotąd pojęcia, co świat, 
świat poza Rumieńcem Ladacznicy, uważa za… normalne.

– Cora pobiera te same nauki, co jej brat?
– Tak. Poczekaj… historia, geografia, matematyka. Zdaje się, że 

nauczyciel chce dorzucić odrobinę filozofii. – Gregory wsunął sobie 
kawałek herbatnika do ust.

– Rozumiem – szepnęła. Ale nie rozumiała. – Dlaczego?
–  Dlaczego?  –  Gregory  przerwał,  rozsmarowując  miękki  ser  na 

chlebie. – Dlatego.  Ponieważ  tak się robi. Kształci  się dzieci.  Twój 
ojciec wykształcił ciebie, a mój ojciec mnie. Nie wydaje mi się, aby 
któremuś z nas wyrządziło to trwałą szkodę, a poza tym mają jakieś 
zajęcie, ale skoro uważasz, że nie powinni…

– Nie! Nie, oczywiście, masz rację! – zawołała.
Przyszła  jej  do  głowy  pewna  myśl.  Zastanowiła  się  chwilę. 

Potem zaś głosem drżącym ze strachu, że jej intryga może wyjść na 
jaw,  a  ona  sama  zostanie  napiętnowana  jako  potwór  udający  istotę 
ludzką, powiedziała:

–  Sądzę,  że  moją  powinnością  jako…  ich  macochy  jest 

uczestniczyć w tych lekcjach i dopilnować, żeby… właściwie z nich 
korzystali?

–  Skoro  sobie  życzysz  –  odparł  Gregory  z  niezmąconym 

spokojem.  –  Spróbuj  tego  śledzia  w  śmietanie,  moja  droga.  Jest 
pyszny.

Przyglądał jej się, gdy jadła, marszcząc czoło.
–  Powiedz  mi,  lady  Fio,  czy  masz  swoją  krawcową?  Nalegam, 

abyś po powrocie do Londynu spotkała się z nią, aby omówić nową 
garderobę.  –  Otarł  resztki  ryby,  które  przykleiły  mu  się  do  dolnej 
wargi. Uśmiechnął się promiennie.

Zamrugała  niepewnie  oczami.  Uważała,  że  jej  suknie  zupełnie 

wystarczą w życiu, jakie teraz wiodła.

– Dziękuję, ale nie potrzebuję więcej sukien, milordzie. Mam ich 

aż  za  dużo,  jak  sam  się  przekonasz,  ponieważ  Gunna  wkrótce  je 
przywiezie.

– Kim jest Gunna? – zapytała Cora.
Fia  odwróciła  się  do  córki  MacFarlane'a,  patrząc  na  nią  ze 

zdziwieniem.

– Twoja niańka przyjedzie, żeby z nami mieszkać? – odezwał się 

Kay,  przyciągając  z  kolei  zdumiony  wzrok  Fii.  Kay  był 

background image

10

dziewięcioletnim synem Gregory'ego – i jego dziedzicem.

Dzieci.  Przy  stole.  Odzywają  się  nie  pytane.  Żadna  z  kilku 

książek,  które  przeczytała,  nie  wspominała  o  dzieciach,  a  już  z 
pewnością w żadnej z nich nie opisywano dziecka jedzącego posiłek 
w  towarzystwie  rodziców.  Po  co,  skoro  nawet  jako  rozpieszczana 
córka Carra, nigdy nie siadywała z nim i jego gośćmi przy stole.

– Dlaczego potrzebujesz niańki? – nie ustępował Kay.
– Nie potrzebuję.
– W takim razie – powiedział Kay – mam nadzieję, że zajmie się 

Corą, ponieważ ja jestem za duży na niańkę.

Fia zmarszczyła brwi.
– Nie. Gunna nie będzie niańką żadnego z was.
– Dlaczego więc przyjeżdża? – zdziwił się Kay.
–  Żeby  mi  pomóc  –  powiedziała  Fia,  sama  zdumiona  tym,  że 

odpowiada na natrętne pytania dziewięcioletniego chłopca. – Gunna 
zajmuje się wszystkim i wszystkiego pilnuje…

– Ach! – odetchnął Gregory. – Ma zastąpić panią Osborne jako 

gospodyni! Dobrze. Oto odpowiedź na twoje pytanie, Kay. Zechciej 
się już nie odzywać. W ogóle.

–  Czy  zagrasz  ze  mną  po  śniadaniu,  mamo?  –  zapytała  nagle 

Cora podejrzanie niewinnym głosikiem.

Fia odłożyła widelec, spoglądając z rozpaczą na Gregory'ego.
– Znowu nazwała mnie „mamą”! – szepnęła. – Dlaczego to robi? 

Prosiłam ją z dziesięć razy, żeby tak do mnie nie mówiła!

Gregory wzruszył ramionami.
– Przekomarza się z tobą.
Fia  znieruchomiała.  Otworzyła,  zamknęła  i  znowu  otworzyła 

usta.

– Przekomarza się?
Nikt  nigdy nie przekomarzał się z Fią. Częstowano ją najwyżej 

wulgarnymi  dwuznacznikami.  To  było  coś  innego.  Nie  potrafiła 
opisać uczuć, jakie ją przepełniały.

Nie, nic nie poszło zgodnie z planem, ale być może zdoła się do 

tego przyzwyczaić.

background image

11

1

Bramble House, nizina Szkocji 

Jesień 1765

–  Twój  ojciec  tu  jest  –  szepnęła  Gunna.  Stała  w  drzwiach, 

oglądając  się  przez  ramię,  jakby  spodziewała  się  ujrzeć  szatana  za 
plecami.  Do  tej  pory  nic  nie  przerażało  Gunny,  pomyślał 
zaintrygowany Kay.

A  Fia,  zwykle  równie  chłodna  jak  matematyczne  twierdzenia 

jego guwernera, drgnęła.

– Mój ojciec?
–  Tak.  –  Gunna  zagryzła  zniekształconą  dolną  wargę.  –  Mogę 

powiedzieć, że wyjechałaś.

Fia wstała, szeleszcząc czarnymi spódnicami.
– Nie. Dziwię się tylko, że czekał tak długo. Prawnicy zjawili się 

tutaj cztery miesiące temu. Kayu, Coro, zostańcie, proszę, z Gunną.

Znikła we wnętrzu domu. Gunna zawahała się, patrząc na dzieci 

surowym  wzrokiem.  Cora  pospiesznie  zamknęła  otwartą  buzię  i 
wróciła do szycia.

–  Lepiej  siedźcie  tutaj,  jeśli  chcecie  dzisiaj  pójść  do  łóżka  z 

całymi tyłkami – ostrzegła Gunna i poszła za Fią.

– Do kuchni – powiedziała Cora, zeskakując z krzesła.
–  Nie  bądź  dziecinna,  Coro  –  ofuknął  ją  Kay.  –  Nie  chodzi  ci 

chyba  o  podsłuchiwanie.  To  niepoważne.  Poza  tym,  już  jest  pora 
kolacji. Będą grzechotać garnkami i nic nie usłyszymy.

Cora rzuciła mu urażone spojrzenie i wyszła. Kay odczekał parę 

minut, po czym wstał. Nie chciał dawać Córze złego przykładu, ale 
marny  byłby  z  niego  pasierb,  gdyby  nie  próbował  odkryć,  co  tak 
poruszyło Fię.

Ruszył  korytarzem  w  stronę  schodów  dla  służby,  po  drodze 

zabierając szklany  kielich  z  kredensu w  jadalni. Zasmucił  się  przez 
chwilę na wspomnienie ojca.

Ojciec umarł przed pięcioma miesiącami. Zjadł o jeden pudding 

z  melasy  za  dużo,  tak  przynajmniej  im  powiedziano  i  nie  było  się 
czemu dziwić. Ostatnim razem, kiedy ojciec przyjechał do Bramble 
House, wyglądał jak opasły byk, tylko bez byczych rogów, sam tylko 
tłuszcz i buta.

background image

12

Ta  myśl  przygnębiła  Kaya,  bo  pamiętał  ojca  jako  dobrze 

zbudowanego,  postawnego  mężczyznę.  Odsunął  te  rozważania  na 
bok. Działo się coś ważnego. Chociaż przez wszystkie lata, kiedy Fia 
z nimi mieszkała, nigdy nie wspominała lorda Carra, ojciec wyręczał 
ją w tym z naddatkiem.

Podczas rzadkich wizyt w domu wciąż opowiadał o serdecznym 

druhu, Ronaldzie Merricku, lordzie Carze. Fii to się nie podobało. Jej 
twarz tężała, a oczy matowiały na każdą wzmiankę o hrabim. Ojciec 
nie  zauważył  tego  –  ale  on  w  ogóle  nie  odznaczał  się 
spostrzegawczością.

Na  górze  Kay  osunął  się  na  kolana  i  postawił  puchar  do  góry 

dnem na gołej podłodze. Zajęło mu parę minut, ale w końcu znalazł 
miejsce,  gdzie  dźwięk  docierał  najwyraźniej.  Głos  Fii,  niski, 
gardłowy, jak śpiew wiosennego ptaka, wibrował w szkle.

– …zaskoczyło mnie to, że od razu się go nie pozbyłeś.
–  Żeby  pójść  ci  na  rękę,  moja  droga?  Mam  nadzieję,  że 

wstrzemięźliwość jest jedną z moich zalet. W przeciwnym wypadku 
odziedziczyłabyś bogatą posiadłość i byłabyś całkowicie niezależna. 
Tak, Fio. Przejrzałem twój plan w chwili, kiedy usłyszałem o twojej
„ucieczce”.

–  Zapominasz  o  dzieciach.  –  Głos  Fii  wydawał  się  lekko 

zdławiony. – O spadkobiercach.

Mężczyzna się roześmiał. 
–  Wiesz  równie  dobrze,  jak  ja,  że  miałabyś  prawo  zarządzać 

włościami,  dopóki  chłopiec  nie  dorośnie.  Słyszałem,  że  nie 
wiedziałaś  przedtem  o  dzieciach.  Jak  to  musiało  boleć!  Naprawdę 
żałuję,  że  nie  byłem  muchą  na  ścianie  przy  waszym  pierwszym 
spotkaniu.

Nastąpiła  przerwa  i  Kay  usłyszał  odgłos  ciężkich,  miarowych 

kroków  lorda  Carra.  Mężczyzna  ustawił  się  dokładnie  pod  Kayem, 
ale mówił tak cicho, że do chłopca docierały tylko oderwane słowa.

– …dość wiary w twoją wyobraźnię… z  pewnością wychodząc 

za mąż, miałaś gotowy plan… pozbyć się szczeniaków… 

Potem odezwał się zimny i bezbarwny jak lód głos Fii. 
– Dlaczego przyjechałeś? Przysłałeś już prawników.
– Wiem,  co prawnicy już  ci powiedzieli  – roześmiał  się Carr  –

nie  mogłem  jednak  odmówić  sobie  przyjemności  powiedzenia  ci 
tego prosto w oczy.

background image

13

Odpowiedź Fii nie dotarła do Kaya, z wyjątkiem ostatnich słów:
– …ile?
– Wszystko, moja droga. Wszystko.
Po  dłuższej  chwili  Fia  powiedziała  coś,  czego  Kay  nie 

zrozumiał.

– Sądziłem, że będziesz szczęśliwa, iż to zrobiłem – odparł Carr. 

– MacFarlane był z pewnością uszczęśliwiony, że za niego ręczyłem. 
I przyjmowałem  jego  czeki.  I  inne  rzeczy. Sądzę,  że  uznawał  to  za 
dowód naszej przyjaźni.

– Zaprzyjaźniłeś się z nim z jednego powodu. – Tym razem głos 

Fii brzmiał wyraźnie. – Żeby się na mnie zemścić.

–  Mylisz  się.  Cóż,  ogromnie  się  mylisz.  Fio,  jesteśmy  tacy 

podobni  do  siebie,  ty  i  ja.  Nie  marnowałbym  energii  na  zwykłą 
zemstę  na  kimkolwiek  poza  tobą,  droga  córko.  Czyż  to  nie  dowód 
ojcowskiego uczucia?

Fia  nie  odpowiedziała.  Cisza  w  pomieszczeniu  pod  Kayem 

nabrzmiała mrocznymi emocjami. Nie rozumiał wszystkiego, o czym 
mówiono, ale instynkt podpowiadał mu, że dzieje się coś złego. Już 
chciał odejść, kiedy znów usłyszał głos Fii.

– Czego właściwie chcesz?
– Niczego nadzwyczajnego. Chcę, żebyś spełniła rolę, do jakiej 

cię przeznaczyłem od chwili twoich narodzin, a którą powinnaś była 
spełnić  przed  pięcioma  laty.  Uniknęłaś  tego,  uciekając  ze  swoim 
szkockim amantem. Rolę, do której zostałaś wychowana.

Coś uderzyło z łoskotem o podłogę.
–  Droga  Fio,  należy  ukrywać  emocje.  W  tej  swojej  małej 

wiejskiej posiadłości stałaś się miękka. Okolica jest dość dziwaczna, 
prawda?  Zarośnięta  i  płaska.  Nie  w  moim  guście,  ale  widzę,  że  ją 
polubiłaś. Możesz ją sobie zatrzymać. Jeśli zastosujesz się do moich 
życzeń.

Opowiedziała coś, ale słowa nie dotarły do Kaya.
– Przede wszystkim – oznajmił Carr – musisz ze mną wrócić do 

Londynu.

background image

14

2

Aria  dobiegła  końca.  Tęgi  Włoch  skłonił  się  w  odpowiedzi  na 

oklaski,  a  impresario  oznajmił  przerwę.  W  sali  rozległ  się  gwar 
rozmów; damy i dżentelmeni ruszyli do foyer.

Kapitan  Thomas  Donne  pozostał  na  miejscu.  Jego  towarzysze, 

Edward  „Robbie”  Robinson  i  Francis  Johnston,  rozsiedli  się  w 
swobodnych pozach, młody Pip Leighton wstał, rozglądając się.

Thomas poznał Pipa i jego siostrę, Sarah, na przyjęciu, na które 

zaprowadził  go  przyjaciel  i  wspólnik  handlowy,  James  Barton. 
Zazwyczaj  unikał  podobnych  okazji,  ale  ponieważ  naprawa  statku 
miała  zająć  tygodnie,  miał  dużo  wolnego  czasu.  Przez  parę  dni 
cieszył się towarzystwem panny Leighton, dopóki nie stało się jasne, 
że zależy jej na czymś innym niż na przyjacielskiej zażyłości.

Nie  mógłby  dać  swojego  nazwiska  angielskiej  damie.  Nie 

dlatego,  że  nie  chciał  –  w  głębi  duszy  pragnął  gorąco  takiego 
związku, jakim cieszył się James ze słodką Amelią, zanim influenca 
zabrała  ją  w  zeszłym  roku.  Nie,  nie  mógł  obdarzyć  nikogo  swoim 
nazwiskiem, bo nie miał żadnego, które mógłby dać.

Był  przestępcą,  jakobickim  zdrajcą,  który  wrócił  tu  pod 

fałszywym  nazwiskiem.  Nikt  nie  znał  jego  prawdziwego  imienia  –
Thomas Fitzgerald McClairen. Nawet James Barton.

Thomasa smucił  fakt, że  rani Sarah,  ale  zachował  przynajmniej 

dobrą opinię u jej brata, Pipa. Cieszył się z tego. Lubił młodzieńca.

– Jej imię oznacza obietnicę – odezwał się znienacka Pip.
Uśmiechnął się, słysząc obojętny ton chłopca. Pip zadurzył się w 

kolejnej kobiecie, damie o nazwisku MacFarlane. Uśmiech złagodził 
twarde  rysy  szczupłej,  opalonej  twarzy  Thomasa  i  nadał  ciepło 
stalowoszarym  oczom.  Gdyby  jego  brat,  który  urodził  się  martwy, 
żył,  zapewne  przypominałby  Pipa,  nie  tylko  wiekiem,  ale  i 
wyglądem; włosy Pipa przypominały odcień kruczoczarnych włosów 
Thomasa.

Gdyby wszystko było inaczej. Gdyby wojna i przyjazd Ronalda 

Merricka, hrabiego Carra, nigdy się nie zdarzyły.

Wspomnienie Carra zmroziło uśmiech Thomasa.
–  Niech  skonam.  Tam  jest  właśnie  Czarny  Diament  –  szepnął 

Francis Johnston.  – Tak nieprzystępnej piękności  mam nadzieję już 
nigdy nie spotkać.

background image

15

– Jest tutaj? Gdzie? – Pip pospiesznie odwrócił głowę.
– Tam, chłopcze – wskazał Robbie. – Patrzy z loży Comptonów. 

Albo raczej patrzą na nią.

–  No,  no!  –  zachichotał  Johnston.  –  Wyobrażam  sobie 

zamieszanie wśród innych ślicznotek. Nie dorastają jej do pięt.

–  Czarny  Diament?  –  zapytał  Thomas,  nie  rozglądając  się.  W 

dobrym  towarzystwie  obracało  się  wiele  eleganckich  kurtyzan  o 
intrygujących  przydomkach.  Niestety,  przydomki  były  zazwyczaj 
bardziej interesujące niż domy.

– Takie imię nadał jej jeden z chłopców z klubu. Oznacza ono, 

ze  to  piękność  tak  rzadka,  twarda  i  o  tak  czarnym  sercu,  jak  ów 
bajeczny klejnot – wyjaśnił Johnston.

–  Jest  zupełnie  wyjątkowa.  Ale  właściwie  dlaczego?  –

zastanawiał  się  Robbie.  –  Nie  stosuje  zwykłych  sztuczek.  Żadnych 
wachlarzy, ukośnych spojrzeń,  odymania ust…  Niech skonam, jeśli 
rozumiem, jak ona to robi.

– Nigdy się o tym nie dowiesz, Robinsonie – stwierdził siedzący 

za  nimi  dowcipniś.  –  Dla  tej  damy  nie  wystarczy  byle  wicehrabia. 
Potrzebowałbyś co najmniej mitry, żeby odkryć jej sekrety.

Dwuznaczność  tego  stwierdzenia  wywołała  rubaszny  śmiech, 

zmieszanie  i  chłodną  wzgardę.  Ale  nie  u  Pipa.  Pokryte  wczesnym 
zarostem policzki młodzieńca spłonęły ciemnym rumieńcem.

–  Lordzie  Tunbridge!  –  zawołał,  spoglądając  na  tamtego  z 

gniewem. – Domagam się przeprosin w imieniu tej damy.

Dobry  Boże,  Thomas  zamknął  oczy  z  rozpaczą,  oszczędź 

nieszczęsnego młodzieńca.  Ze wszystkich ludzi,  z  którymi  chłopiec 
mógł  się  pokłócić  o  jakąś  spódniczkę,  Pip  musiał  wybrać 
renomowanego  fechtmistrza.  Co  prawda  zręczność  Tunbridge'a 
mogła  ucierpieć  na  skutek  wypadku,  kiedy  parę  lat  wcześniej 
przybito  mu  dłoń  –  razem  z  kartą,  którą  ukrywał  –  do  stołu  w 
gospodzie. Przedtem Tunbridge fechtował się obiema rękami.

Tunbridge się roześmiał.
–  Powiedzcie  mi,  panowie,  czyżby  ten  młodzik  właśnie  mnie 

wyzwał?

Thomas odwrócił się spokojnie. Czas nie oszczędził Tunbridge'a. 

Niegdyś chudy, teraz sprawiał wrażenie szkieletu; kości policzkowe 
zdawały  się  przebijać  skórę  twarzy,  zapadnięte  oczy  otaczały  sińce 
barwy siarki.

background image

16

–  Ach  –  odezwał  się  Thomas,  uśmiechając  się  łagodnie.  –

Czyżby  to  Tunbridge,  na  Jowisza?  Tunbridge,  błagaj  chłopaka  o 
przebaczenie,  żebyśmy  mogli  wysłuchać  więcej  pieśni.  Jest 
stanowczo za wcześnie na pojedynek. – Ton jego głosu i zachowanie 
nie  były  tak  gładkie,  jak  niegdyś,  ale  Tunbridge  jakby  tego  nie 
zauważył.

–  Uznam  to  za  przysługę  oddaną  mnie  osobiście  –  dodał 

Thomas.

W  zapadniętych  oczach  Tunbridge'a  pojawił  się  błysk 

zrozumienia. Kiedy Thomas po raz pierwszy wrócił przed siedmioma 
laty  do  Anglii,  wcielił  się  w  postać  rozwiązłego  szkockiego 
wygnańca.  Tunbridge  królował  wówczas  w  salach  gry,  domach 
rozpusty i tawernach, które odwiedzał.

Celem Thomasa było zaprzyjaźnienie się z synem Carra, Ashem, 

i  zniszczenie  go,  tak  aby  później  zniszczyć  samego  Carra.  Niemal 
mu  się  to  udało  –  ale  stwierdził,  że  rola  Judasza  zaszkodziła  mu 
bardziej niż Ashowi. Wkrótce potem wyjechał z Anglii.

–  Czy  to  ty  Donne?  –  Tunbridge  zmrużył  oczy.  –  Wygnany  z 

gór, kiedy odmówiłeś walki po stronie księcia Charliego, prawda?

Thomas  nie  przestawał  się  uśmiechać.  Sam  rozpowszechniał  tę 

historyjkę, jako część swojego przebrania.

– Domagam się przeprosin, lordzie Tunbridge! – oznajmił Pip ze 

wzrastającym oburzeniem.

Przekleństwo z tym chłopakiem. Tunbridge zapomniałby o nim, 

gdyby siedział cicho.

–  Hę?  –  Tunbridge  odwrócił  lekko  głowę,  obrzucając 

niechętnym  spojrzeniem  uśmiechniętą  uprzejmie  twarz  Thomasa  i 
jego  twarde,  zwinne  ciało.  –  Przeprosić?  Ależ  oczywiście. 
Przepraszam. Nie miałem zamiaru…

Pip się skrzywił.
– Z pewnością była to…
– Nic się nie stało – wtrącił się Thomas. Chwycił ramię Pipa w 

żelazny  uścisk,  który  kłócił  się  z  przyjaznym  gestem.  –  Śmiem 
twierdzić,  że  wszyscy  mówimy  czasem  rzeczy,  których  żałujemy. 
Prawda, Robbie?

Zaciśnięte usta Robbiego złagodniały.
–  Bardzo  słusznie.  Mężczyźni  zwykle  robią  z  siebie  głupców  z 

powodu kobiet, które nie raczą zaszczycić ich spojrzeniem.

background image

17

Strzała  jednak  chybiła  celu,  gdyż  Tunbridge  oddalił  się  już 

pospiesznie.  Biegnąc  zapewne  z  jakąś  informacją  do  Carra. 
Tunbridge od zawsze był cieniem Carra.

Pip  usiłował  pójść  za  nim,  ale  Thomas  nie  zwolnił  uścisku,  a 

pozostali  mężczyźni,  nie  chcąc  dopuścić,  żeby chłopiec  bezmyślnie 
narażał  życie  na  niebezpieczeństwo,  ustawili  się  między  Pipem  a 
Tunbridgem.

–  Do  diabła  –  powiedział  Robbie,  klepiąc  Pipa  po  ramieniu.  –

Gdybym miał odpowiadać za każdą bezmyślną uwagę, zasłużyłbym 
na tysiąc nagrobków!

Johnston  wpadł  na  pomysł,  jak  skierować  myśli  wzburzonego 

młodzieńca na inne tory.

– Spójrz tam! Kilku dżentelmenów weszło do loży Comptonów. 

Na  Boga!  Powinni  uważać,  żeby  się  nie  zawaliła  i  nie  spadła  na 
widownię!

Thomas  poszedł  za  zdumionym  wzrokiem  Johnstona.  Skupił 

spojrzenie na pozłacanej loży.

– Podaj mi lornetkę, Robbie – mruknął, marszcząc czoło.
Podniósł  do  góry  oprawny  w  kość  słoniową  przedmiot.  Jakby 

kierowany tajemnym zrządzeniem losu, spojrzał wprost w jej oczy.

W oczy Fii Merrick.
Nie  mógł  się  mylić.  Od  lat  przemykała  się  na  obrzeżach  jego 

wyobraźni,  niczym  piękna  zjawa.  Nie  chciał  się  nigdy  nad  tym 
zastanawiać. Ale teraz… Wstrzymał oddech…

Zawsze  była  najbardziej  zachwycającą  istotą,  jaką  w  życiu 

widział. A teraz wypiękniała jeszcze bardziej.

Wciągu  sześciu  minionych  lat  jej  promienna,  nieziemska  uroda 

wysubtelniała.  Wysokie,  egzotyczne  kości  policzkowe,  czyste, 
gładkie czoło, delikatny zarys policzków stały się wyrazistsze.

Skóra nabrała kremowego odcienia, a oczy, wciąż świetliste jak 

kryształ,  wydawały  się  bardziej  błękitne  i  twardsze  niż  drogie 
kamienie.  Usta  stały  się  zarazem  pełniejsze  i  miększe.  Wbrew 
wszelkim  nakazom  mody  nie  pudrowała  włosów;  opadały  jej  na 
ramiona  kaskadą  czarnych  loków.  Miała  na  sobie  czarną  suknię,  o 
nisko wyciętym staniku.

– Fia – szepnął Thomas.
– Znasz ją?

background image

18

– Fię Merrick? – Thomas opuścił lornetkę. Pip nie miałby szans, 

gdyby ktoś taki go omotał. – Tak.

– Już nie nazywa się Merrick, staruszku – powiedział Johnston –

lecz MacFarlane.

A  zatem  wyszła  za  mąż.  Nic  dziwnego.  Carr  hodował  ją  od 

dzieciństwa,  żeby  zdobiła  ramię  jakiegoś  możnego,  wpływowego 
człowieka. Tyle tylko, że nazwisko MacFarlane nic mu nie mówiło.

–  Który  z  nich  jest  jej  mężem?  –  Thomas  nie  wiedział,  czemu 

zadał  to  pytanie.  Poza  tym,  że  chciał  przekonać  się,  jaki  człowiek 
mógł sobie pozwolić na Fię Merrick.

– Żaden z nich – odparł Robbie. – Zapominam, że nie było cię 

tutaj przez rok. Lady Fia nie ma męża. Miała go, ale umarł… Chyba 
rok temu. Nie, gdyby to było tak dawno, zrzuciłaby już żałobę…

– Dlaczego miałaby to zrobić? – Odezwał się cicho Johnston, nie 

spuszczając oczu z Fii. – Czerń nosi lepiej niż sama noc.

Robbie się roześmiał.
–  Słyszałeś,  Donne?  Boże,  chroń  nas,  jeśli  Johnston  stanie  się 

poetą!

Thomas  nie  słuchał.  Carr  miał  paskudny  zwyczaj  grzebania 

jednej żony za drugą. Czy Fia poszła w jego ślady?

– Jej mąż nie żyje, powiadasz?
– Tak – odparł Robbie, poważniejąc. – Nie znałem go osobiście. 

To  był  starszy  człowiek.  Solidny  szkocki  kupiec.  Powstało  niezłe 
zamieszanie, kiedy lady Fia z nim uciekła.

–  Uciekła?  –  Dlaczego  Fia  miałaby  uciekać  z  jakimś  szkockim 

kupczykiem?

–  I  to  zaledwie  miesiąc  po  przyjeździe  –  ciągnął  Johnston  –  a

wiem  na  pewno,  że  otrzymała  trzy  inne  propozycje,  zanim 
MacFarlane ją porwał.

– Był bogaty? – zapytał Thomas ironicznie.
– Wyjątkowo bogaty.
Pip  odwrócił  się  gwałtownie.  Widocznie  przysłuchiwał  się 

rozmowie.

–  Jest  tylko  jeden  powód,  dla  którego  taka  dama,  jak  lady  Fia, 

mogłaby z kimś uciec. Tym powodem musiała być miłość.

– Oczywiście. – Johnston pokiwał głową na znak zgody.
– Niewątpliwie – dodał Robbie.

background image

19

Pip  skinął  szybko  głową  i  ponownie  zajął  się  obserwowaniem 

Fii.

– Jak Carr przyjął wieść o ucieczce córki? – zapytał Thomas.
– Carr? – Nozdrza Robbiego rozszerzyły się lekko, jakby wyczuł 

nieprzyjemny  zapach.  –  Nie  pamiętam.  Chociaż  później  on  i 
MacFarlane stali się serdecznymi druhami. Byli nierozłączni.

– Lady Fia musiała przyjąć z ulgą tę zgodę między jej ojcem  a 

mężem – stwierdził Thomas.

–  Trudno  powiedzieć  –  odparł  Johnston.  –  Lady  Fia  nigdy  nie 

pokazywała  się  w  mieście.  Wycofała  się  z  życia  towarzyskiego, 
odkąd  wyszła  za  mąż.  Spędziła  pięć  lat  w  wiejskim  domu 
MacFarlane'a.  Boże,  jakże  musiała  tego  nienawidzić…  –Johnston 
pochylił się do przodu, patrząc podejrzliwie na plecy Pipa. – Mówiąc 
całkiem  otwarcie,  wróciła  do  towarzystwa  o  parę  miesięcy  za 
wcześnie, zanim zakończył się czas żałoby.

– Kto może ją o to winić? – mruknął gniewnie Pip.
Johnston  westchnął,  patrząc  w  sufit,  jakby  pytał  niebios,  jak  to 

możliwe, że chłopak ma tak świetny słuch.

–  Taka  piękna,  młoda  kobieta,  jak  ona?  –  ciągnął  Pip.  –

Zamknięta  w  barbarzyńskim  odosobnieniu,  chociaż  powinna  być 
czczona,  podziwiana,  uwielbiana?  To  niewybaczalne  ze  strony 
MacFarlane'a, że ją tam trzymał!

– Słusznie! – zgodził się Robbie.
– Zgadzam się z wami całkowicie. – Johnston pokiwał z zapałem 

głową.

Thomas  nie  chciał  postawić  tego  pytania,  ale  podejrzenia  nie 

pozwoliły mu milczeć.

–  Czy  towarzyszyła  MacFarlane'owi  w  ostatnich  godzinach 

życia?

–  Na  tym  polega  tragedia!  –  Pip  podniósł  rękę  do  góry.  –  On 

przebywał w mieście, a ona na wsi. 

Nie zabiła go.
–  Tak  –  dodał  Johnston.  –  MacFarlane  był  tutaj  z  tym…  z 

Carrem. Ten człowiek powinien odpowiadać za morderstwo.

Morderstwo. Thomas poczuł ucisk w piersi.
– A to dlaczego?
Oczy Johnstona rozbłysły.

background image

20

– Carr wciągnął go w wir zabaw, każąc mu próbować wszelkich 

rozrywek.  Stary  MacFarlane  w  końcu  nie  wytrzymał.  Picie, 
obżarstwo,  hazard,  kobiety,  dzień  po  dniu,  tydzień  po  tygodniu. 
Widać było gołym okiem, jak gaśnie. To było straszne.

– Choćby ojciec lady Fii dopuścił się wielkiego zła, nie wolno jej 

za to winić! – zawołał Pip. – Ona jest niewinna.

– Oczywiście – przyznał Robbie.
Ale  czy  tak  było?  Thomas  zastanawiał  się.  A  może  była 

ostrożniejsza  od  ojca?  Nie,  to  nienawiść  do  Carra  uprzedza  go  do 
niej.  Prawdopodobnie  nie  należało  się  w  tym  doszukiwać  czegoś 
więcej,  niż  pogoni  starego  człowieka  za  młodością,  pogoni,  której 
serce nie wytrzymało.

Pip skłonił głowę w kurtuazyjnym geście.
– Wybaczcie panowie, złożę uszanowanie lady Fii.
– Pójdę z tobą – powiedział Johnston. Objął młodego człowieka 

za ramiona, prowadząc go przez tłum i bawiąc dowcipną pogawędką. 
Kiedy  wychodzili  do  holu,  odwrócił  głowę,  poruszając  brwiami. 
Robbie parsknął śmiechem.

–  Co  za  gorącą  głowę  wziąłeś  pod  swoje  skrzydła,  Donne. 

Powinien  nauczyć  się  nad  sobą  panować,  zwłaszcza,  jeśli  będzie 
obdarzać uczuciem damy w rodzaju lady Fii.

– A to czemu?
– Ta kobieta słynie z tego, że łamie mężczyznom serca. Połowa 

towarzystwa  nie  wpuszcza  jej  do  domu,  druga  połowa  zasypuje 
zaproszeniami.  Boże,  Donne,  może  czasem  powinieneś  wyjść  z 
doków i zwrócić uwagę na to, co się wokół dzieje?

–  Wybacz  –  powiedział  Thomas.  –  Starałem  się  pilnować 

twojego ładunku.

Robbie uśmiechnął się radośnie.
–  Wobec  tego  uczynię  dla  ciebie  wyjątek  i  oświecę  cię  w  tej 

materii. Faktem jest, że w zeszłym miesiącu Czarny Diament stał się 
przyczyną czterech pojedynków. Czterech!

–  Teraz,  kiedy  mi  o  tym  mówisz,  zaczynam  rozumieć. 

Powinieneś uprzedzić Pipa, żeby zachował większą powściągliwość 
w  okazywaniu  uczuć,  gdy  tylko  do  nas  wróci  –  stwierdził  kpiąco 
Thomas.

Robbie westchnął.

background image

21

–  Masz  oczywiście  rację,  ale  czy  jakikolwiek  młody  człowiek 

słucha  mądrych  rad  w  kwestiach…  serca?  –  Pokręcił  głową.  –
Pamiętasz  swoje  pierwsze  zauroczenie,  Donne?  Ja  nigdy  nie 
zapomnę swojej pierwszej miłości. Lyssie Carter.

Thomas  nie  odpowiedział.  Nie  mógł.  Uwięziono  go  w  wieku 

trzynastu  lat  za  to,  że  stanął  zbrojnie  wobec  oddziałów  lorda 
Cumberlanda,  które  przybyły  na  północ,  by  nauczyć  Szkotów 
znaczenia słowa „odwet”. Jego starszy brat, John, został za tę samą 
zbrodnię powieszony, poćwiartowany i utopiony.

Thomasa oszczędzono  ze względu na młody wiek, ale najpierw 

osadzono  go  w  więzieniu,  potem  załadowano  na  statek,  a  w  końcu 
sprzedano  okrutnemu  panu  w  Indiach  Zachodnich.  Nie  było  tam 
zabaw,  gry  w  karty,  balów  maskowych  czy  flirtowania  przy  stole. 
Kobiety, które tam poznał, równie rozpaczliwie jak on szukały chwil 
zapomnienia w strasznym życiu, jakie  przypadło  im w udziale.  Ale 
nawet wtedy Thomas nigdy nie mylił rozpaczy z miłością.

Nigdy  nie  przeżył  „pierwszej  miłości”.  Nigdy  nie  zaznał 

„miłości” jako takiej.

–  Twoja  niechęć  do  podawania  imion  zawstydza  mnie  –

powiedział Robbie, porzucając temat i rozglądając się wokół. – Ha! 
Twój młody przyjaciel zdołał przepchać się przez tłum, żeby stanąć u 
boku bogini. Chociaż  wygląda na to,  że  raczej usiłuje  się rzucić do 
jej stóp.

Thomas podniósł  lornetkę do oczu.  Fia trzymała  rękę Pipa,  czy 

to  użalając  się  nad  młodzieńcem,  czy  to,  jak  cynicznie  pomyślał 
Thomas,  zdając  sobie  sprawę,  że  upadek  chłopca  z  loży  popsułby 
wszystkim zabawę.

Jej  twarz  rozjaśniła  się  uśmiechem,  oczy  rozbłysły.  Johnston 

miał rację. Nie było nic otwarcie uwodzicielskiego w jej zachowaniu 
czy  wyrazie  twarzy.  Można  by  przysiąc,  że  witała  Pipa  jak 
przyjaciela.

Thomas zmrużył oczy. Jakich korzyści mogła się spodziewać po 

znajomości z Pipem?

W  pewnej  chwili  w  polu  widzenia  ukazała  się  opalona  dłoń, 

która dotknęła ramienia Fii. Thomas uniósł wyżej lornetkę.

To był jego wspólnik, James Barton.

background image

22

Po  drugiej  stronie  sali  operowej  ktoś  równie  długo  spoglądał 

przez  lornetkę.  Ronald  Merrick,  hrabia  Carr,  leniwie  obserwował 
tłum.  Za  nim  toczono  sztuczną  rozmowę,  chociaż  określenie 
„rozmowa”  nie  jest  właściwym  słowem;  sztuka  prowadzenia 
konwersacji  najwyraźniej  zaginęła  w  londyńskim  towarzystwie 
podczas długich lat, które Carr musiał spędzić na szkockiej wyżynie.

Spojrzenie  Merricka  błądziło  w  tłumie.  To,  że  obronną  ręką 

wyszedł  ze  swoich  niepowodzeń  w  młodości,  dawało  świadectwo 
wyższości  jego  natury.  Gdyby  nie  pojechał  do  Szkocji,  nie 
poślubiłby Janet McClairen, której majątek stworzył podwaliny jego 
własnej  fortuny.  Zerknął  przez  ramię,  ciekaw,  czy  zobaczy  ducha 
Janet – nigdy nie wiedział, kiedy się pojawi; raz widział ją w Covent 
Garden, na grządce kapusty.

–  Szukasz  kogoś,  lordzie  Carr?  –  zapytał  jego  gospodarz,  lord 

Gerald  Swan.  Swan  wszedł  do  parlamentu  jako  osoba  o 
nieposzlakowanej  uczciwości.  Carr  jednak  był  w  posiadaniu 
pewnego  dokumentu,  który  zadawał  kłam  owej  reputacji.  Carr 
obdarzył Swana pobłażliwym spojrzeniem. Nie był głupcem. Zdawał 
sobie sprawę, że o Janet lepiej nikomu nie wspominać. Mogłoby to 
wywołać  plotki,  że  stał  się  spirytystą.  Jakże  mógłby  Uwierzyć  w 
podobne  bzdury!  Przyjąć,  że  duchy  istnieją,  a  uwierzyć,  że  to  z 
jakiegoś powodu ważne, to dwie zupełnie różne rzeczy.

–  Nie  –  odparł  Carr  przeciągle.  –  Miałem  tylko  nadzieję,  że 

znajdę coś, co uratuje mnie przed nudą.

Towarzystwo nie było już takie, jak niegdyś. W gruncie rzeczy w 

ciągu ostatnich paru lat Carr uznał, że wodzić prym w towarzystwie, 
to jak dyrygować małpami w piekle – bezowocne i niegodne zajęcie 
dla kogoś jego pokroju.

Od  dawna  miał  inny  cel  na  oku.  Skoro  nie  chciał  odgrywać 

pierwszych  skrzypiec  w  towarzystwie,  zapragnął  rządzić  Anglią. 
Żeby  to  osiągnąć,  musi  zdobyć  władzę  tak,  jak  ludzie  robili  to  od 
niepamiętnych  czasów,  skupiając  w  swoim  ręku  władzę  będącą  w 
posiadaniu innych ludzi. Małych ludzi. Takich jak Swan.

Swan odchrząknął.
– Widzę, że lady Fia wyjątkowo pięknie dzisiaj wygląda.
Carr uniósł brwi.

background image

23

– Czy tak? – Fia nie uprzedziła go, że będzie w operze. – Gdzież 

ona jest?

– W loży Comptonów. Trzeci rząd po drugiej stronie.
Carr  przyłożył  lornetkę  do  oczu.  Po  paru  sekundach  znalazł 

Wskazaną  lożę  i  natychmiast  rozpoznał  wyraziste  rysy  Fii  i  jej 
długie, nieupudrowane włosy…

Zmarszczył  brwi.  Dobry  Boże,  miał  nadzieję,  że  ludzie  z 

towarzystwa  nie  zaczną  strzepywać  pudru  z  peruk,  idąc  za 
przykładem  Fii.  Dotknął  swojej  eleganckiej,  posypanej  pudrem 
peruki. Niegdyś złociste  włosy lorda  zaczynały rzednąć.  Nie sądził, 
żeby  W  czarnej  peruce  było  mu  do  twarzy.  Z  tą  blizną…  Nie, 
wyglądałby zbyt okrutnie.

Ponownie  uniósł  lornetkę.  Fia  rozmawiała  przyjaźnie  z  jakimś 

żółtodziobem.  Po  chwili mocno zbudowany mężczyzna  o szerokich 
ramionach wkroczył do loży i stanął przy Fii. Wydawał się znajomy. 
Ach, tak. To James Barton, kapitan jakiegoś kupieckiego statku, o ile 
dobrze pamięta.

Dawno  temu  Carr  był  o  krok  od  tego,  żeby  umieścić  nazwisko 

Bartona  na  liście  ludzi  zobowiązanych  mu  służyć.  Z  jakiegoś 
powodu  to  się  nie  powiodło.  Nieważne.  Barton  był  tylko 
początkującym marynarzem. Teraz jednak, przyglądając się spince z 
rubinem zdobiącej ubiór kapitana oraz zawiłym złotym haftom przy 
jego  rękawach,  Carr  pożałował,  że  nie  dopiął  wówczas  swego.  Na 
szorstkiej dłoni Bartona lśnił ogromny brylant – Carr patrzył bardzo 
uważnie – tej samej dłoni, która spoczęła na ramieniu Fii.

Carr wygiął usta. Nie mogła być taka głupia. Musi wiedzieć, że 

nigdy  nie  pozwoli  jej  łajdaczyć  się  z  takim…  byle  kim!  Nie  teraz. 
Nie  teraz,  kiedy  już  prawie  zdecydował,  kto  będzie  jej  kolejnym 
mężem!

Opuścił  lornetkę,  rozzłoszczony.  Czy  nie  dość,  że  ledwie  ją 

tolerowano  w  dobrym  towarzystwie?  I  ona  wie  o  tym.  Celowo 
zachęca  do  plotek,  puszczając  w  obieg  sprośne  historyjki  na  swój 
temat,  odstraszając  odpowiednich  wielbicieli.  A  o  to  właśnie  jej 
chodziło, myślał ponuro Carr.

Carr  rzucał  jej  wściekłe  spojrzenia,  chcąc  żeby  odczula  jego 

gniew. Nie odczuła. Znał ją zresztą za dobrze, żeby się spodziewać, 
że  to  okaże.  Fia  nigdy nie  zdradzała  swoich  uczuć.  Od  dnia,  kiedy 
przyjechał  do  niej,  do…  jak  się  nazywał  ten  przeklęty  dom,  który 

background image

24

stanowił teraz jego własność? Babble House? Brummel?

–  Lordzie  Carr  –  odezwał  się  chrapliwy  głos.  Odwrócił  się.  W 

drzwiach  stał  Tunbridge.  Za  jego  plecami  Janet  schowała  się  za 
palmą w doniczce.

– O co chodzi, Tunbridge? – zapytał Carr, zastanawiając się, czy 

nie  powinien  znaleźć  jakiegoś  księdza,  który  odprawiłby 
egzorcyzmy.  Odkąd  Janet  opuściła  ciało  Favor  McClairen  –  czy  w 
ogóle  kiedyś  tam  przebywała?  –  nadal  nie  był  tego  pewien  –
prześladowała  go  nieustannie.  To  nie  było  przerażające;  raczej 
denerwujące.

Tunbridge podszedł bliżej.
–  Jest  tu  ktoś,  o  kim  chyba  powinieneś  wiedzieć.  To  Thomas 

Donne.

Donne?  Carr  znowu  podniósł  lornetkę,  kierując  ją  tam,  gdzie 

wskazał  Tunbridge.  Na  Boga,  Tunbridge  miał  rację.  Szkot  o 
szerokich  ramionach,  cerze  ciemnej  jak  u  dzikusa  i  szarych  oczach 
wpatrzonych  –  Carr  podniósł  lornetkę  wyżej  –  w  Fię.  Z  wyrazem 
zimnego potępienia na twarzy. Interesujące.

Biedna  Fia.  Donne  był  jedynym  mężczyzną,  którego,  wedle 

informacji  Carra,  kiedykolwiek  w  życiu  pragnęła  i  oto  właśnie  on 
przyglądał  się  jej  z  nieżyczliwością,  jaką  mógł  wzbudzić  widok 
jadowitej żmii. Carr uśmiechnął się.

Thomas  Donne,  urodzony  jako  McClairen:  ostatni  wódz  Mc-

Clairenów, wydziedziczony syn, przywódca na wygnaniu. Carr znał 
prawdziwe oblicze Donne'a od lat. I jeśli się nie mylił, był jedynym 
człowiekiem,  który  je  znał.  Przypuszczał,  że  Donne  przebywał 
gdzieś 2 daleka od Anglii. Ciekawe, dlaczego wrócił.

Odprawił  Tunbridge'a  machnięciem  dłoni;  chudy  mężczyzna 

rozpłynął się w cieniu.

Obojętnym  ruchem  odłożył  lornetkę  i  wstał.  Chwycił  laskę  o 

srebrnym końcu, której używał od czasu, gdy Rumieniec Ladacznicy 
obrócił  się  w  zgliszcza,  i  przygotował  się  do  opuszczenia  loży. 
Thomas  Donne  – niegdyś  McClairen  –  zainteresował  go.  Bardziej 
niż opera i z pewnością bardziej niż Swan.

–  Lordzie  Carr?  –  Swan  podniósł  się  pospiesznie.  –  Czy 

przynieść ci coś do picia? Co się stało?

– Nie, Swan, nic się nie stało – odparł Carr, szczerze zdziwiony. 

– Nigdy bym do tego nie dopuścił.

background image

25

3

–  Ta  kobieta  nie  jest  ciebie  warta,  Jim.  –  Thomas  przeczesał 

włosy w  geście rozpaczy.  Rozmawiali  o  tym,  odkąd  Thomas  zastał 
Jamesa na wiązaniu chusty pod szyją przed lustrem w holu. Zapytał 
ironicznie, czy to lady Fia tak lubi krępować swoich mężczyzn.

Nie  powinien  tego  powiedzieć.  Przerwał  milczenie,  które 

narzucił  sobie  w  poprzednim  tygodniu.  Zależność  Jima  od  Fii 
Merrick martwiła go i rozczarowywała. Od kilku dni słuchał historii 
ojej  łóżkowych  podbojach,  rozpasaniu  i  rozrzutności.  Służenie  lady 
Fii  było  niebezpiecznym  zajęciem.  Jej  reputacja  była  bezustannie 
narażona na szwank i dlatego stale należało jej bronić.

James  z  pewnością  słyszał  te  wszystkie  opowieści,  a  jednak 

wydawały się nie robić na nim żadnego wrażenia. Co wieczór biegł 
do  Fii  z  egzotycznymi  różnościami  i  kosztownymi  prezentami. 
Thomas zacisnął pięści.

–  Nie  rozumiesz,  Tom  –  powiedział  James.  Ton  jego  głosu, 

przed chwilą gniewny, złagodniał.

–  Raczej  dobrze  rozumiem  –  mruknął  Thomas.  Rozumiał,  że 

piersi Fii były śnieżnobiałe  i  pełne, usta kuszące,  a spojrzenie spod 
gęstych, czarnych, zakręconych rzęs równie bezwstydne i mądre, jak 
u  Lilit.  –  Po  tym,  co  przeżyłeś  z  Amelią,  jak  mogłeś  zadurzyć  się 
w…

– Przestań. – Oczy Jamesa, zwykle łagodne, rozbłysły gniewem. 

–Jeszcze trochę, a zmusisz mnie, abym cię wyzwał na pojedynek.

– Nie będę się z tobą bić.
– Używałem już przedtem pięści.
Thomas  parsknął  gorzkim  śmiechem.  Wiele  zawdzięczał  temu 

człowiekowi,  w  tym  własne,  nieszczęsne  życie.  To  właśnie  James 
Barton  wykupił  Thomasa  z  rąk  okrutnego  właściciela.  W  ciągu 
tygodnia  uwolnił  Thomasa  ze  służby,  którą  miał  cierpieć  jeszcze 
przez rok, i zatrudnił go na swoim statku.

James nigdy nie pytał Thomasa o przeszłość, a Thomas nigdy o 

niej  nie  mówił,  chociaż  wspomniał,  że  chciałby  kiedyś  porzucić 
morze  i  odbudować  rodzinny  dom  w  Szkocji.  Zastanawiał  się,  czy 
nie  wtajemniczyć  Jamesa  w  swoje  stosunki  z  Merrickami,  ale 
odrzucił  tę  myśl. James  powiedziałby tylko, że  Fia  była  dzieckiem, 
kiedy Carr zdradził McClairenów i ukradł ich siedzibę rodową.

background image

26

– Jakimi czarami cię opętała? – zapytał z rozpaczą.
– Jesteś do niej uprzedzony. Mówiła mi, że tak będzie. Ale ty jej 

nie znasz. – Twarz Jamesa była poważna i zmartwiona.

Thomas nie zwrócił żadnej uwagi na prośbę w głosie przyjaciela. 

Mówiła mu? Wyobraźnia zaczęła mu podsuwać różne wyjaśnienia.

Fia  wiedziała,  że  jest  w  Londynie.  Wiedziała,  że  on  i  Barton 

współpracują  ze  sobą  i  ostrzegła  Bartona,  że  Thomas  sprzeciwi  się 
wszelkim  związkom  pomiędzy  nią  a  Jamesem.  Uprzedziła  go!  Z 
trudem opanował wściekłość.

– Co ci powiedziała? – zapytał.
– Że kiedyś byłeś jedynym przyjacielem jej brata, że mieszkałeś 

w ich domu,  jadłeś i spałeś pod ich dachem, a potem zdradziłeś jej 
brata, niemal pozbawiając go jedynej rzeczy, której w życiu pragnął 
– kobiety, którą kochał.

Poczuł  ukłucie  winy  –  tym  ostrzejsze,  że  niespodziewane.  To 

prawda.  Prawdą  było  wszystko,  co  powiedziała  Fia.  Ale  ileż  się  za 
tym kryło!

– Powiedziałem jej, że musi się mylić. Tak, jak ty się mylisz co 

do niej, Thomasie.

–  Nie  mylę  się  –  odparł  Thomas  z  uporem.  –  Zrobiła  z  ciebie 

posłusznego pieska.

– Do diabła! – wybuchł James. –Więcej się za tym kryje, aniżeli 

sądzisz. Dużo więcej.

– Oświeć mnie.
–  Nie  mogę.  Dałem  Fii  słowo.  Boże!  To  wszystko  takie 

zagmatwane.

Thomas  pokiwał  głową  z  ironią.  Fia  zwykle  „gmatwała” 

mężczyznom w głowach. Miał tylko nadzieję, że biedny głupiec nie 
będzie  kiedyś  żałował  swojego  zadurzenia.  Ta  myśl  była  żrąca  jak 
kwas. Chwycił pelerynę, którą rzucił wcześniej na kanapę.

– Wychodzisz? – zapytał James.
– Tak – odparł szorstko Thomas. – I nie wrócę na noc.
Nie sądził, żeby mógł wrócić i znieść ze spokojem jej widok w 

towarzystwie Jamesa.

Jutro  złoży  Fii  wizytę  –  musi  jej  uświadomić,  że  James  ma 

również  przyjaciela,  nie  tylko  partnera  do  interesów.  Zanim  to 
nastąpi,  pójdzie  nad  rzekę  i  ochłonie  z  gniewu  w  towarzystwie 
twardych mężczyzn i jeszcze twardszych kobiet.

background image

27

Chociaż  wątpił,  żeby  mógł  natknąć  się  na  kobietę  twardszą  niż 

Fia Merrick.

Szczęk  stali  rozchodził  się  echem  w  mroku  poprzedzającym 

świt.  Thomas  zerknął  ponad  głową  chłopca,  który  oświetlał  mu 
drogę.

–  Lepiej  się  z  nimi  nie  zadawać.  –  Chłopiec  wskazał  w  stronę 

czarnej gardzieli zaułka. Światło pochodni zniekształcało dziwacznie 
rysy jego twarzy. – Chodźmy tędy.

–  A  to  czemu?  –  Głos  Thomasa  był  jak  cichy  odgłos  gromu; 

łatwo przechodził na portowy żargon. – Nie ma tam chyba jakiegoś 
franta, co by się kusił na moją sakiewkę, chłopcze?

–  Nie  –  odparł  chłopiec,  mierząc  Thomasa  obojętnym,  ale 

szacującym spojrzeniem. –Jesteś za duży. Masz za duże pięści i zbyt 
chytre oczy. To tylko przyjacielska rada.

Tędy  dojdą  do  schodów  York,  które  prowadzą  nad  rzekę. 

Ciemno tam. Pustkowie. Straż nie lubi tu zaglądać. Świetne miejsce 
dla głupków, żeby się kłuć nawzajem.

– Pojedynki? O to ci chodzi? – zapytał Thomas.
Chłopak wzruszył ramionami, a Thomas rzucił mu pensa. Gdzieś 

dalej w wąskiej ulicy otworzyły się drzwi. Z ich jasnego prostokąta 
wyłoniło  się  dwóch  chwiejących  się  na  nogach  mężczyzn.  Chłopak 
pośpieszył  w  ich  stronę,  żeby  zaoferować  swoje  usługi  w  razie, 
gdyby potrzebowali przewodnika w ciemnej, błotnistej ulicy.

Thomas odwrócił się ku skarpie. Wzdłuż jej grzbietu biegł rząd 

brudnych  latarni,  których  światło  w  wilgotnym,  nocnym  powietrzu 
przypominało  dziwaczne  macki.  Zapach  soli  i  gryzący  odór 
nieczystości zatykały mu nozdrza.

Ruszył dalej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i jego rozmowa z Fią 

przyniesie pożądane efekty, za parę dni będzie mógł uciec z miasta i 
pojechać na północ, na wyspę McClairenów.

Przywiązanie,  jakie  czuł  do  wyspy  i  zamku,  zdumiewało  go. 

Nigdy tam nie mieszkał, widział to miejsce zaledwie parę razy jako 
młody  człowiek,  ale  jak  magnez  przyciągało  nie  tylko  jego,  lecz 
także  innych  McClairenów.  Być  może  dlatego,  że  jako  wygnańcy 
dość mieli tułaczki.

– Następnym razem, gdy zapragniesz rozlewu krwi, znajdź sobie

lepszy powód!

background image

28

Głos Tunbridge'a odbił  się  echem od  rzeki. Thomasowi  zjeżyły 

się włosy na głowie. Wytężył słuch, żeby stwierdzić, skąd dokładnie 
dobiegał głos Tunbridge'a.

Do  diabła!  Wieczna  londyńska  mgła  i  kamienne  ulice  mąciły 

zmysły i sprawiały, że dźwięk  wydawał się dobiegać ze wszystkich 
stron  jednocześnie.  Obcasy  zastukały  na  bruku.  Jakiś  człowiek 
krzyknął,  wzywając  pomocy,  odpowiedziały  mu  czyjeś  głosy,  po 
chwili echo przebrzmiało i zapadła cisza.

– Gdzie jesteś?! – zawołał Thomas.
– Tutaj! – odpowiedział młody głos z nutą przerażenia. – Dobry 

Boże, pośpiesz się, proszę! Jest nieprzytomny, a krew… Pomocy!

Thomas  poszedł  za  głosem  długą,  mroczną  uliczką,  która 

kończyła  się  niewielkim  podwórkiem  otoczonym  z  trzech  stron 
wysokimi  domami  o  kamiennych  ścianach,  pokrytych  wilgotnym 
osadem  soli.  Po  drugiej  stronie,  u  szczytu  schodów  wiodących  nad 
rzekę, wznosił się rodzaj sklepionej altanki.

– Gdzie jesteś?
– Tutaj! Dzięki Bogu, że przyszedłeś, panie! Pomóż mi!
Jakaś postać poruszała się w altance. Thomas zbliżył się i ujrzał
młodzieńca,  przycupniętego  obok  innego  młodego  człowieka, 

spod  jego  ciała  rozlewała  się  połyskująca,  czarna  kałuża.  Pip 
Leighton.

Jedną  dłonią  przyciskał  chustkę  do  piersi,  druga,  wykręcona, 

spoczywała  pod  nim.  Obok  Pipa  leżała  nieprzyzwoicie  czysta 
szpada. Drugą widać było nieco dalej; nadłamany czubek był ciemny 
od krwi. To wszystko Thomas zauważył w ciągu paru sekund.

Nieszczęsny głupiec! Kopnął z furią szpadę Pipa, aż zsunęła się 

z hałasem po schodach.

– Kim jesteś? – zwrócił się do chłopca.
–  Albert  Hennington,  panie  –  odparł  chłopak  nieco  drżącym 

głosem.

Thomas  ledwie  go  słyszał.  Ukląkł  i  ostrożnie  zabrał 

bezużyteczną  szmatkę.  Przyjrzał  się  ranie.  Była  wysoko  na  piersi, 
bardzo  głęboka…  Zadana  jednym,  zdecydowanym  pchnięciem. 
Krew płynęła obficie, ale nie buchała z rany, ani też nie kipiała, co 
wskazywałoby na uszkodzenie płuca, nie wypływała też rytmicznie, 
jak by było w wypadku uszkodzenia arterii.

background image

29

Słaba pociecha. Daj Boże, aby Pip wyszedł z tego ze sprawnym 

ramieniem.  Pozwolił,  aby  krew  płynęła  jeszcze  chwilę  dłużej, 
wiedząc  z  doświadczenia,  którego  mu  życie nie  poskąpiło,  że  rany, 
które bardziej krwawią, mają mniejsze skłonności do gangreny.

Oderwał piękne, brukselskie koronki od mankietów koszuli Pipa 

i  przyciskając  do  rany  swoją  złożoną  chusteczkę,  przywiązał  ją  za 
pomocą koronek do ciała Pipa.

– Co on tu, do diabła, robił?
– To Tunbridge, panie – powiedział Albert. – Pip zobaczył go na 

przyjęciu, na które poszliśmy razem. Oskarżył go o obrazę lady Fii i 
zażądał satysfakcji! Tunbridge tylko się roześmiał. Pip poczekał, aż 
przeciwnik wyjdzie z balu i rzucił się na niego.

–  Głupiec!  –  szepnął  Thomas.  –  Cóż,  chłopcze,  módl  się,  aby 

twój przyjaciel przeżył, by móc żałować swojego szaleństwa!

Wsunął ostrożnie ramię pod kolana Pipa, a drugie pod plecy. Ze 

stęknięciem podniósł się na nogi.

– Chodź za mną, Albercie.
– Może powinienem poczekać? Tunbridge posłał po doktora!
– Nie wierzę – odparł Thomas – ale rób, jak chcesz. – Wyszedł 

spod daszku.

Chłopiec odczekał parę minut, aż odgłos szczura, przywabionego 

zapachem  świeżej  krwi,  zmusił  go  do  podniesienia  zakrwawionej 
szpady Tunbridge'a. Pomachał nią groźnie w stronę gryzonia. Szczur 
usiadł na tylnych łapkach i zajął się toaletą.

Dziesięć minut później Albert zrównał się z Thomasem.
Thomas  przepchnął  się  obok  lokaja  pilnującego  drzwi  Fii  i 

natknął  się  na  tarasującego  przejście  potężnie  zbudowanego 
kamerdynera.

– Gdzie jest twoja pani? – zapytał.
–  Jeśli  podasz  mi  swoje  nazwisko,  panie  –  odparł  chłodno 

służący – Zobaczę, czy lady Fia jest w domu…

Thomas chwycił go za ubranie na piersi i szarpnął. Miał niejasne 

poczucie, że znęca się nad kimś, kto nie może mu odpowiedzieć tym 
samym, ale gniew nie pozwolił mu się nad tym zastanawiać.

– Gdzie… jest… twoja… pani?
Służący nie odpowiedział, jakby lojalność wobec mocodawczyni 

zamknęła  mu  usta.  Tylko  ruch  oczu  w  stronę  schodów  stanowił 
pewną wskazówkę.

background image

30

Z  przekleństwem  na  ustach  Thomas  odepchnął  mężczyznę  i 

ruszył w górę po dwa stopnie naraz. Oczywiście zastanie ją w łóżku. 
Było przed południem.

Na  szczycie  schodów  przerażona  służąca  ze  stosem  bielizny 

wskazała  mu  drżącym  palcem  drogę  w  odpowiedzi  na  jego 
polecenie.  Podszedł  do  drzwi,  które  pokazała,  i  pchnął  je,  nie 
pukając.

Mirno wczesnego przedpołudnia w buduarze Fii zastał około pół 

tuzina  mężczyzn,  którzy  rozprawiali  na  temat  jej  toalety.  Otaczali 
kołem  toaletkę  z  różanego  drewna,  ich  wymuskane,  starannie 
umalowane  twarze  odbijały  się  w  wielkim  lustrze  z  aksamitną 
zasłonki,  stojącym  na  polakierowanym blacie.  Jeden  z  nich siedział 
na  wyściełanym  stołeczku  u  stóp  Fii.  Inny  klęczał,  zaglądając  do 
srebrnego  pojemniczka  ze  sztucznymi  pieprzykami.  Inni  stali  tuż 
obok. Wśród nich był też James.

Thomas nie zwrócił uwagi na przyjaciela, patrzył tylko na Fię.
Niczym  róża  wśród  polnych  kwiatów  siedziała  oparta  o 

wyściełany  tył  małego,  pozłacanego  krzesełka,  wspaniała  i  kobieca 
w  modnym  dezabilu.  Czarne,  wijące  się  pierścieniami  włosy 
spływały na jej gładkie białe ramiona, nagie nad pasmem delikatnej 
koronki. Różowy jak wnętrze  muszli  jedwab układał się miękko na 
wypukłościach jej ciała i opadał jedwabistą strugą do stóp.

Jej  uroda  budziła  niepokój,  kobiecość  oszałamiała.  Żaden 

niedoświadczony chłopak nie byłby w stanie oprzeć się jej czarowi.

Nie  zauważyła  mojego  wejścia,  stwierdził  z  goryczą  Thomas. 

Dlaczego  miałaby  go  zauważyć?  Jakie  znaczenie  ma  dla  niej 
obecność  jeszcze  jednego  mężczyzny?  Albo  nieobecność  jakiegoś 
chłopca?

Przedarł  się  ku  niej  przez  tłumek  wielbicieli.  Mężczyźni 

odwrócili  głowy  w  jego  stronę,  niezadowoleni  z  pojawienia  się 
kolejnego  rywala  do  względów  Fii.  Kiedy  zobaczyli,  co  trzyma  w 
ręku, ich irytacja zamieniła się w przestrach.

Thomas  uniósł  wyszczerbioną,  umazaną  krwią  szpadę 

Tunbridge'a jak  talizman.  Rzucił  ją  w  powietrze  i  chwycił za  nagie 
ostrze,  czując,  jak  przecina  mu  skórę.  Szepty  ucichły,  wszyscy 
zamarli  w  oczekiwaniu.  Fia,  która  przechylona  na  bok,  słuchała 
nieszczęsnego głupca, klęczącego obok niej, znieruchomiała.

background image

31

Odwróciła  lekko  głowę,  nie  podnosząc  wzroku,  jakby 

odnotowując  jego  obecność  innymi  zmysłami.  Rzęsy  kładły  się  na 
kremowej  krzywiźnie  policzków.  Nozdrza  rozchyliły się  delikatnie. 
Była nieziemsko piękna.

Czekał,  aż  na  niego  spojrzy.  Musi  zauważyć  jego  obecność, 

niech  ją  piekło  pochłonie,  zanim  się  odezwie.  Zmarszczyła  czoło, 
potem  wygładziła,  powoli  unosząc  oczy.  Jej  oczy  były  tak  samo 
niebieskie, jak je zapamiętał. Może nawet bardziej.

– Lordzie Donne. – Jej głos był cichy, ledwie słyszalny.
– Lady Fio.
–  Lady  Fio,  kto  to  jest?  –  zapytał  mężczyzna  o  śniadej  twarzy, 

klęczący u jej stóp.

– Lord Donne to stary przyjaciel rodziny. 
Patrzyli sobie w oczy.
– Thomas? – odezwał się James.
Thomas  nie  odpowiedział.  Nie  chciał  tu  być.  Czuł  gniew  i 

rozżalenie. Wydawało mu się, że już skończył z Merrickami. Ponad 
wszystko inne pragnął z nimi skończyć.

Ona  jednak,  niech  będzie  przeklęta,  wciągnęła  go  znowu  w ich 

trującą sieć i miał jej to za złe, podobnie jak smutek, jaki wzbudziły 
w nim drobne zmarszczki w kącikach jej przepięknych oczu i cienie 
na  policzkach.  Stłumił  w  sobie  nieoczekiwane  współczucie  wobec 
tych oznak słabości.

Bawiła  się  sercem  chłopca,  igrała  jego  życiem.  Wszyscy 

wiedzieli,  że  to  nie  pierwszy  raz  w jej  krótkiej,  ale  śmiertelnie 
niebezpiecznej karierze. Bawiła się i teraz musi za to zapłacić.

– Przyniosłem ci memento – powiedział.
Między czarnymi skrzydłami brwi pojawiła się bruzda.
– Memento?
– Szczególnego sukcesu w miłosnych podbojach.
–  Thomasie…  –  James  położył  ostrzegawczo  dłoń  na  jego 

ramieniu.  Thomas  strząsnął  ją.  James  był  jej  niewolnikiem.  To 
odpowiednie określenie, bo czyż sam nie odczuwał tej potężnej siły 
przyciągania, którą wykorzystywała tak lekkomyślnie?

–  Proszę.  –  Rzucił  jej  na  kolana  pokrwawione  ostrze,  cienki 

jedwab sukni naciągnął się pod jego ciężarem. – Możesz to dodać do 
swojej kolekcji.

background image

32

Spojrzała  w  dół,  kuląc  się.  Czekał;  serce  biło  mu  szybko, 

gwałtownie.  Nie  widział  jej  twarzy.  Pochylała  się  nad  szpadą, 
trzymając znieruchomiałe dłonie w powietrzu. Czarne loki opadały w 
dół jak welon.

– Co to jest? – zapytała niskim, chrapliwym głosem.
–  Na  Boga,  Thomasie,  posuwasz  się  za  daleko!  –  Mruknął 

gniewnie James.

–  Czyżby?  –  Spojrzał  na  towarzysza,  który  pobladł  i  drżał  na 

całym ciele. – A ja myślałem, że to ona posuwa się za daleko, bo to z 
jej powodu chłopiec dał Tunbridge'owi okazję wykazania się swoimi 
umiejętnościami. Dla niej…

– Jaki chłopiec? – Podniosła gwałtownie głowę.
– A jest ich tylu? – Uśmiechnął się niewesoło.
– Jaki chłopiec?
–  Opiszę  go  na  wypadek,  gdybyś  nie  pamiętała  jego  imienia  –

powiedział.  –  Chłopiec  około  osiemnastoletni,  ale  wyglądający  na 
młodszego. O rudych włosach i jasnej cerze…

–  Pip!  –  W  jej  oczach  było  przerażenie  i  przez  chwilę  Thomas 

zawahał  się.  Ale  przypomniał  sobie,  że  miała  przecież  audytorium, 
na którym musiała wywrzeć odpowiednie wrażenie.

–  Widzę,  że  go  sobie  przypominasz.  Będzie  uszczęśliwiony. 

Phillip Leighton. Pip. Pip nie bogaty, Pip nie wpływowy, ale równie 
zdolny  do  miłości,  jak  każdy  inny  dorosły  mężczyzna.  A  nawet 
bardziej. – Przebiegł wzrokiem grupę pozerów niczym szpadą, którą 
niedawno rzucił Fii na kolana. – No cóż, młodzi kochają tak żarliwie, 
tak zapamiętale, nieprawdaż? Po prostu szaleńczo.

– Tak – powiedziała cicho.  – Tak mi  mówiono.  Gdzie  on teraz 

jest? Co się stało?

–  Uchybiono  twojej  czci  –  odparł.  –  Pip  nie  mógł  tego  znieść. 

Młody  głupiec  wyzwał  Tunbridge'a  na  pojedynek,  a  Tunbridge 
przyjął  wyzwanie.  Walczyli.  Młody  Pip,  jak  widzisz  –  spojrzał 
znacząco na zakrwawione ostrze – przegrał.

– Nie żyje?
–  Jeszcze  dycha.  Szpada  przebiła  pierś,  ale  nie  uszkodziła 

życiowych  organów.  –  Odetchnęła.  Nie  da  jej  łatwo  o  tym 
zapomnieć.  –  Jeśli  ma  dużo  szczęścia  i  nerwy  nie  zostały 
uszkodzone,  może  uniknie  gangreny  i  będzie  żył,  żeby  wyciągnąć 
wnioski ze swojej pozbawionej sensu galanterii.

background image

33

– Może wszyscy je wyciągniemy – szepnęła, po czym podniosła 

oskarżycielski  wzrok  na  Thomasa.  –  A  ty?  Wydaje  się,  że  żywisz 
jakieś  uczucia  wobec  tego…  chłopca.  Byłeś  jego  sekundantem? 
Mężczyzna  w  twoim  wieku  sekundantem  chłopca?  Nie  mogłeś  go 
powstrzymać?

–  Nie  wiedziałem  o  pojedynku.  —  Jak  śmiała  zwalać  na  niego 

ciężar  winy  za  los  Pipa?  –  Usłyszałem  odgłosy  pojedynku  i 
poszedłem za nimi. Było po wszystkim, zanim tam dotarłem. Pip nie 
jest dobrym szermierzem.

Dotknięty  zarzutem,  że  pozwolił  chłopcu  wyzwać  lepszego 

przeciwnika, odpłacił jej w podobnym duchu:

–  Kiedy  spotkałaś  Pipa  po  raz  pierwszy?  Można  by  uniknąć 

nieszczęścia, gdybyś po prostu zostawiła chłopca w spokoju. Chyba 
nie stanowił dla ciebie szczególnego wyzwania.

– Nie – odparła głosem pełnym napięcia. – Żadnego.
–  Do  diabła,  człowieku  –  wybuchnął  James.  –  Jeśli  będziesz 

zachowywał się tak dalej, sam będę zmuszony cię wyzwać!

Fia  oparła  dłoń  na  poręczy  krzesła  i  wstała.  Szpada  stuknęła  o 

podłogę, zostawiając ciemny ślad na jasnej sukni.

Ostry  dźwięk  wyrwał  pozostałych  mężczyzn  z  wywołanego 

szokiem  bezruchu.  Ciemnolicy  młodzieniec  podniósł  się  na  nogi  i 
uderzył Thomasa z policzek.

– Podaj miejsce, panie! – rzucił przez zaciśnięte zęby.
– Nie.
– Tchórz! – parsknął inny dżentelmen.
Młody człowiek zacisnął zęby, zdesperowany. Podniósł dłoń, by 

spoliczkować Thomasa z drugiej strony, ale ten chwycił go za ramię.

– Nie rób tego – poradził mu lodowatym tonem. – Nie jest warta 

złamanego  nadgarstka,  a  co  dopiero  życia.  –  Żeby  nadać  moc 
słowom, ścisnął rękę przeciwnika, aż poczuł zgrzytanie kości o kość.

Ciemnoskóry  ściągnął  brwi  z  bólu.  Bezskutecznie  usiłował  się 

wyswobodzić,  ale  Thomas  miał  mocny  chwyt  –  nieraz  musiał 
utrzymywać  ciężar  własnego  ciała  jedną  ręką,  wisząc  piętnaście 
metrów nad pokładem, a drugą mocując żagiel.

–  Nie  pozwolę,  abyś  obrażał  damę!  –  wydyszał  mężczyzna 

głosem przerywanym ze strachu.

–  Thomasie,  przestań!  –  zawołał  James.  Wokół  rozległy  się 

oburzone  okrzyki.  Goście  Fii,  o  twarzach  pobladłych  z  wrażenia, 

background image

34

przestępowali niespokojnie z nogi na nogę.

– Przestań! – Głos Fii wzbił się ponad gwarem. – Puść go!
Thomas odwrócił się do niej, parskając gniewnie.
–  Nie  niepokój  się,  pani.  Twoje  sumienie  nie  ucierpi  z  mojego 

powodu.  –  Spojrzał  na  człowieka  wijącego  się  w  jego  uścisku.  –
Możesz wyzwać mnie tyle razy, ile ci się podoba, panie. – Potoczył 
wzrokiem dokoła. – Każdy z was może to zrobić, ale nie otrzymacie 
satysfakcji. Ani teraz, ani nigdy. Dość krwi przelano z jej powodu i z 
powodu jej podobnych. A sądząc po was, nieszczęśni głupcy – objął 
gniewnym  spojrzeniem  również  Jamesa  –  popłynie  jej  więcej.  Ale 
nie mojej. Nigdy.

Zakląwszy  pod  nosem,  Thomas  zwolnił  rękę  mężczyzny,  który 

przycisnął ją do piersi cofając się.

Thomas  czekał,  pewien,  że  głupiec  zechce  się  zemścić.  Nie 

widział  i  nie  słyszał,  co  robi  Fia.  Nagle  poczuł  ją  tuż  za  sobą. 
Odwrócił  się.  Stała  bliżej  niż  na  odległość  ramienia;  wspaniałe 
błękitne oczy lśniły gniewem.

– Jeśli ktoś cię wyzwie, lordzie Donne, to będę ja – powiedziała 

niskim, głębokim głosem.

– A to jest – odparł Thomas, odwracając się tyłem do niej i jej 

koterii  pochlebców  i  alfonsów  –  jedyne  wyzwanie,  które  mogę 
przyjąć.

Wyszedł z pokoju i ruszył korytarzem. Nie usłyszał, jak szepnęła 

głosem tak cichym, że nawet stojący najbliżej nie zrozumieli słów:

– En garde!

background image

35

4

– Niech powóz poczeka. To nie potrwa długo – powiedziała Fia, 

wysiadając. – Gunno, poczekaj tutaj, proszę.

–  Nie  chcę  –  sprzeciwiła  się  ostro  Gunna;  jej  szkocki  akcent 

utrudniał  jeszcze  zrozumienie  słów,  zniekształconych  na  skutek 
deformacji szczęki. Nie podobało jej się, że Fia może narażać się na 
niegrzeczne  potraktowanie.  –Jeśli  jego  rodzina  dawała  posłuch 
plotkarzom, mogą…

– Poczekaj tu, Gunno.
Tygrys  –  czarnoskóry,  ośmioletni  chłopczyk, bardziej  zadufany 

w sobie niż  połowa londyńskich dandysów – zeskoczył ze  swojego 
stanowiska na szczycie powozu i wbiegł po schodach ku skromnym, 
frontowym drzwiom. Pociągnął nosem, wyraźnie niezadowolony, że 
przyszło mu pukać do tak marnego domostwa. Doczekał się rychłej 
odpowiedzi na swoje stukanie.

– Co? Kto? O, Boże!
W  drzwiach  stanęła  zaczerwieniona  służąca.  Otworzyła  usta  ze 

zdumienia  na  widok  książęcego  powozu  przy  krawężniku.  Fii 
pożyczył  go  „na  zawsze”  lord  Stanley,  jeden  z  jej  bogatych 
wielbicieli. Wzrok dziewczyny przeniósł się powoli na Fię.

– Wielkie nieba!
– Przekaż  swojemu panu,  że  lady Fia  zjawiła  się, by przekazać 

panu  Leightonowi  wyrazy  troski  i  współczucia  –  powiedział 
uroczyście Tygrys.

Dziewczyna  skinęła  głową,  przełknęła  ślinę  i  wycofała  się 

pośpiesznie do holu.

–  Oczywiście!  Jeśli  zechcecie  wejść,  natychmiast  zawiadomię 

rodzinę.

–  Taka  jest  pewna,  że  mnie  przyjmą?  –  usłyszała  Gunna  szept, 

ale  na  twarzy,  jak  zwykle  nieodgadnionej,  nie  widać  było  ironii. 
Dziewczyna  wspięła  się  po  schodach.  Gunna  zauważyła  jednak 
szybkie wznoszenie  się i  opadanie koronki zdobiącej jej stanik. To, 
że  Fia  się  bała  i  usiłowała  ukryć  strach  przed  światem,  poruszyło 
twarde serce Gunny. Odmówiła krótką modlitwę, żeby Leightonowie 
okazali się dla niej mili.

Wkrótce potem Fia wyszła z domu. Gunna zerknęła na kieszonkę 

z  zegarkiem  umocowaną  do  jej  gorsu.  Mniej  niż  dziesięć  minut. 

background image

36

Głupcy wyprosili ją! Drzwi karety otworzyły się i Fia wsunęła się do 
środka. Nie spojrzała Gunnie w oczy.

–  Obrazili  cię,  co?  Nie  przejęłaś  się  tym,  co  oni  myślą,  tak?  –

zapytała Gunna.

– Byli zaskoczeni.
– A chłopiec?
Fia podniosła lśniące, błękitne oczy. Gunna widziała kiedyś górę 

lodową. Błękit w jego  wnętrzu był tak intensywny, że  wydawał się 
płonąć. Oczy Fii miały właśnie taki kolor.

– Może swobodnie poruszać dłonią i ramieniem. Ale jest bardzo 

słaby. – Umilkła.

– Był jednak szczęśliwy, mogąc cię zobaczyć.
– O, tak. Ucieszył się bardzo.
–  A  więc  tylko  to  się  liczy  –  powiedziała  Gunna,  zaciągając 

aksamitną zasłonkę. Woźnica ponaglił konie do biegu.

Nienawidziła życia, jakie prowadziła Fia. Nienawidziła każdego 

dnia,  gdy  coraz  bardziej  Fia  wchodziła  w  rolę  Jezabel.  Tylko  ona 
wiedziała,  ile  ją  ta  rola  kosztuje,  i  martwiła  się  o  to,  ile  jeszcze 
zostało  jej  duszy,  zanim…  Skrzywiła  się,  nie  pozwalając  rozwinąć 
się myśli.

– Zobaczysz chłopaka jeszcze parę razy – mruknęła pod nosem. 

–  Przyniesiesz  mu  książkę,  pasmo  swoich  włosów,  popieścisz  jego 
dłoń. Szybko znowu padnie do twoich stóp.

– Nie.
Gunna  podniosła  głowę,  przestraszona  gwałtownością  Fii.  Fia 

trzęsła się. Stara kobieta usadowiła się obok niej i  objęła jej drżące 
ciało.

–  Nie,  tak  nie  będzie  –  stwierdziła  Fia  szorstko.  –  Nigdy  nie 

powinnam  zaprzyjaźniać  się  z  tym  chłopcem.  Nie  powinnam 
wpuszczać go do domu, kiedy przychodził. Ale…

– Ale co, Fio? – zapytała cicho Gunna.
Fia  odwróciła  ku  niej  twarz,  z  której  wrażliwość  zdarła  maskę. 

Tyle bólu. Gunna ukołysała ją delikatnie.

– To dlatego, że tak bardzo przypominał mi Kaya – szepnęła.
– Odnosił się do mnie naturalnie, a mnie… tak tego brakowało. 

Boże,  dopomóż…  zachęcałam  go  do  odwiedzin.  –  Zaśmiała  się, 
prawie  szlochając.  –  Boję  się,  że  mój  egoizm  może  przynieść  mu 
śmierć.

background image

37

– O Boże.
– Nie chcieli mnie widzieć – powiedziała Fia głuchym głosem.
– Nie  wiedzieli  jednak,  jak  mnie  poprosić,  żebym  wyszła.  Nie 

powinnam  tam  przychodzić.  Wywołałam  tylko  ich  zmieszanie  i 
przyniosłam marną pociechę chłopcu. 

– Już  dobrze – powiedziała Gunna,  gładząc czarne jak noc loki 

Fii.  –  To  chłopiec,  a  chłopcy  zawsze  robią  wszystko,  żeby 
sprowadzić  na  siebie  śmierć.  Gdyby  nie  ty,  znalazłaby  się  jakaś 
inna… – Zawahała się, szukając słowa.

– Inna dziewka – dokończyła Fia.
– Inna kobieta – poprawiła ją Gunna.
– Powiedział mi, że powinnam zostawić Pipa w spokoju. – Czoło 

Fii  wygładziło  się.  Jej  twarz  znieruchomiała.  Ostatnie  ślady 
wrażliwej  duszy  znikły,  a  Gunna  zasmuciła  się  tym.  Minęły 
miesiące, odkąd była świadkiem przejawów jakichś szczerych uczuć 
u  dziewczyny  i  zdarzało  się  to  coraz  rzadziej.  –  Dał  mi  do 
zrozumienia, że nie mogę się powstrzymać przed tym, by nie usidlić 
każdego napotkanego mężczyzny

– Kto to powiedział? – zapytała Gunna.
– Thomas Donne.
Gunna  wstrzymała  oddech.  Thomas  Donne  był  przed  laty 

gościem Carra w Rumieńcu Ladacznicy. Okazywał Fii dość obojętną 
kurtuazję,  poświęcając  jej  od  czasu  do  czasu  odrobinę  uwagi.  Fia, 
młoda i boleśnie samotna, zadurzyła się w wysokim Szkocie. Trudno 
się dziwić. Należał do tych nielicznych znanych jej mężczyzn, którzy 
nie  byli  mi  bezwstydnymi  lubieżnikami,  ani  interesownymi 
pochlebcami.

To  oczarowanie  zniknęło  raptownie.  Gunna  nigdy  nie 

dowiedziała się, co takiego Thomas Donne zrobił czy powiedział, ale 
dziewczęca  miłość  Fii  z  dnia  na  dzień  zamieniła  się  w  zimną 
wrogość.  Wydoroślała  po  tym  doświadczeniu.  Przedtem  cynizm 
stanowił  cienką  powłokę,  ukrywającą  niepewną  siebie,  wrażliwą 
dziewczynę.  Po  sprawie  Thomasa  Donna  cynizm  i  wyrachowanie 
stały się prawdziwe.

– Gdzie go widziałaś?
– Dziś rano zjawił się u mnie. Zaatakował mnie.
– Niech go piekło pochłonie za głupią szlachetność. Myli się. Fia 

podniosła głowę. Jej oczy płonęły, ale usta miała zacięte.

background image

38

– Nie. On ma rację, Gunno, ale to nie daje mu prawa, żeby mnie 

sądzić. Jego dusza jest tak samo czarna, jak moja.

Gunna się skrzywiła.
–  Pamiętasz,  kiedy  Ash  przebywał  w  Rumieńcu  Ladacznicy,  a 

Rhiannon  Russell  znikła?  –  zapytała  Fia  bezbarwnym  tonem.  –  To 
Thomas  Donne  przyniósł  Ashowi  wieść,  że  Rhiannon  go  opuściła. 
Niemal  złamał  mu  serce.  Przysięgłabym,  że  miał  z  tym  coś 
wspólnego.  Byłam  tam.  Widziałam  ich,  Carra,  Asha  i  Thomasa 
Donne'a.  Żaden  posłaniec  złej  nowiny  nie  wydawał  się  bardziej 
zadowolony niż Donne.

Gunna  cofnęła  się.  Thomas  Donne  nigdy  nie  robił  na  niej 

wrażenia człowieka, który cieszyłby się cudzym nieszczęściem.

Fia wyprostowała się. Tylko słowa zdradzały silne uczucia, jakie 

nią owładnęły.

– Przysięgam, że rzucę go na kolana, zanim z nim skończę.
Fia weszła krętymi schodami na drugie piętro, mijając po drodze 

służącą  polerującą  poręcz  oraz  lokaja  wymieniającego  świece  w 
kryształowym  żyrandolu.  W  lśniącej  srebrnej  misie  na  stole 
ustawionym  na  szczycie  schodów  trzymano  róże,  których  zapach 
rozchodził  się  po  korytarzu.  Z  okna  na  półpiętrze  biło  światło. 
Ledwie zwracała uwagę na te wszystkie szczegóły.

Otworzyła  drzwi  do  buduaru,  gdzie  królował  nowy  francuski 

styl.  Pod  ścianą  stała  brzuchata  komoda,  do  zdobiącej  ją  kolekcji 
tabakierek  dodano  nową  tabakierkę  z  Miśni.  Naprzeciwko 
postawiono inkrustowaną toaletkę z lustrem, na którym udrapowano 
szkarłatny  aksamit.  Jeszcze  ciemniejszy  szkarłat  pokrywał  dwie 
bliźniacze kanapy.

Przeszła  przez  pokój,  nie odczuwając żadnej  przyjemności.  Nic 

nie należało do niej. Wszystko – dom, meble, ozdoby, stroje, służbę, 
a  nawet  żywność,  wynajął,  kupił,  zatrudniał,  utrzymywał  Carr. 
Wszystko  w  jednym  celu  –  żeby  zwabić  bogatych  i 
ustosunkowanych zalotników.

Pchnęła  drzwi,  które  prowadziły  z  buduaru  do  małego 

przedpokoiku, i podeszła do delikatnego biureczka. Wyciągnęła spod 
niego pozłacany taboret. Mimo zewnętrznego spokoju  serce biło jej 
jak szalone. Musiała zachować ostrożność.

Carr  zatrudniał  całą  służbę  w  domu,  z  wyjątkiem  Gunny  i 

kamerdynera,  Portera.  Wszyscy  pozostali  byli  jego  szpiegami  i 

background image

39

donosicielami.

Kilkoma  zręcznymi  ruchami  dłoni  Fia  usunęła  poduszeczkę 

siedzenia.  Pod  nią  leżał  cienki  pakiet  listów.  Uśmiechnęła  się;  jej 
uśmiech  w  tej  chwili  nie  przypominał  żadnego  z  tych,  które 
przybierała  poza  swoim  pokojem.  Zdradzał  zwyczajną,  szczerą  i 
prostą przyjemność.

Były  to  listy  od  braci  i  ich  żon,  które  zgromadziła  w  ciągu 

ubiegłych pięciu lat – osiem od Asha i Raine'a, pięć od Favor i sześć 
od Rhiannon.

Z  miną  znawcy  wybrała  jedną,  cienką  kopertę  i  otworzyła  ją 

pospiesznie.  Tak  często  czytała  ten  list,  że  poprzecierał  się  w 
złożeniach i wystrzępił na brzegach.

Dostała go od Raine'a przed dwoma laty; przebył długą drogę ze 

swej  słonecznej  posiadłości  w  północnej  Italii.  Przez  parę  miesięcy 
wyobrażała sobie, że  czuje zapach nektarynek, które jej brat kiedyś 
opisał.

Najdroższa siostro!
Dobre wieści! Dziś rano Favor powiła córeczkę – równie piękną, 

jak  jej  matka,  oraz,  jak  stwierdzam  z  dumą,  równie  wymowną. 
Nazwaliśmy ją Gillian Charlotte, nie na czyjąś cześć, ponieważ, jak 
powiada  Favor, ona jest naszą  przyszłością  i  nie będziemy oglądać 
się wstecz.

Moja  ukochana  żona,  jak  sama  widzisz,  nie  jest  zbytnio 

sentymentalna. Prosiła jednak, bym ją wspomniał w tym liście, może 
jest więc jeszcze nadzieja dla tej strasznej istoty.

Życzę tobie i Gregory'emu wszystkiego dobrego. Może nadejdzie 

dzień, kiedy i  wy powiększycie swoją  rodzinę. Muszę  wyznać, że ja, 
bogaty 

dziewięciogodzinnym 

doświadczeniem, 

jestem 

nim

wniebowzięty.

Serdecznie pozdrawiam, twój brat,
Raine Merrick

Fia  starannie  złożyła  list  i  wsunęła  z  powrotem  do  koperty. 

Zawahała się chwilę, zanim włożyła siedzenie na właściwe miejsce, 
nie  czytając  kolejnego  listu,  chcąc  roztropnie  dawkować  sobie  tę 
przyjemność, aby pozostała żywa i świeża przez następne lata.

Gillian. Gilly. A rok później urodził się syn, Robert. Ash również 

doczekał  się  syna,  rudowłosego  chłopca,  który  miał  po  nim 

background image

40

odziedziczyć hodowlę koni w Kornwalii.

Fia  potrząsnęła  głową  w  zamyśleniu.  Jej  bracia  byli  albo 

odważniejsi  od  niej,  albo  nie  podzielali  obaw,  od  których  ona  nie 
była w stanie się uwolnić. A może po prostu zapomnieli, czyja krew 
płynie  w  ich  żyłach  –  Boże!  Gdyby  tak  ona  sama  mogła  o  tym 
zapomnieć!

Cóż jednak wiedziała o braciach?  Kiedy dorastała, byli dla niej 

obcymi  ludźmi  i  zawsze  uważała,  że  nie  żywią  do  niej  żadnych 
uczuć.  Zbyt  późno  zrozumiała,  że  to  Carr  utrzymywał  ją  z  dala  od 
braci.

Poczuła  pieczenie  pod  powiekami.  Zawodziła  ją  zimna  krew, 

która nie opuszczała jej zazwyczaj w każdej chwili dnia. Zmusiła się, 
żeby  przyjrzeć  się  myślom,  które  zagrażały  wyłomem  w  jej 
wewnętrznym  murze.  Zawsze  narzucała  sobie  tego  rodzaju 
ćwiczenie.

Zbyt  wiele  odkryła  za  późno;  aż  nazbyt  wyraźnie  pamiętała 

dzień,  w  którym  straciła  dziecięcą  naiwność.  Była  żałosną, 
zakochaną dziewczyną, która wymknęła się z zamku, żeby podążyć 
za  swoim  bohaterem,  przystojnym  Szkotem,  Thomasem  Donnem  i 
piękną Rhiannon Russell.

Rozpętała  się  burza.  Pamiętała,  jak  zasłaniał  Rhiannon  przed 

porywistym  wiatrem,  podczas  gdy  Fia  kuliła  się,  godna  pogardy, 
żałosna, nadstawiając uszu, żeby usłyszeć jego słowa. Usłyszała je, a 
jakże.

„Carr zabił swoją pierwszą żonę, a potem dwie następne”.
„Pozwolił synom gnić w więzieniu”.
„Fia jest niczym innym, jak dziewką Carra”.
Tak,  pomyślała  Fia  z  satysfakcją,  wpatrując  się  w  swoje  palce. 

Nie  drżały.  Ani  trochę.  To  wspomnienie  nie  przyprawiało  jej  już  o 
gwałtowne bicie serce czy drżenie ciała. Ozdrowiała i stała się nawet 
twardsza  niż  przedtem.  Była  jednak  skrzywiona,  spaczona  jak  źle 
nastawiona  kość.  Zastanawiała  się  czasami,  czy  kolejne  złamanie 
mogłoby naprawić szkodę. Ale to i tak nie miało znaczenia.

Tak,  była  skażona  krwią  Merricków.  Mogła  to  wykorzystać  w 

dobrej  sprawie.  Kto  oprócz  niej,  od  dziecka  wychowywanej,  żeby 
zostać jego wspólniczką, mógł przejrzeć plany Carra? A jeśli uda się 
jej wykorzystać trujący dar, którym było wychowanie, do tego, żeby 
go trzymać w szachu, padnie na kolana i podziękuje Bogu za to, że 

background image

41

jest ulubienicą ojca.

Rozległo się pukanie.
– Co tam?! – zawołała.
– Jakiś dżentelmen chce się z panią zobaczyć. Jakiś pan Do… –

Głos Portera ścichł dyskretnie.

Jej puls gwałtownie przyśpieszył.
– Pan Donne?
– Nie, pani. Jakiś pan Dolan. Skuliła się, opuszczając ramiona.
– Powiedz panu Dolanowi, że nie ma mnie w domu.
– Jak pani sobie życzy.
Wróciła  myślami  do  tego,  co  się  działo  wcześniej.  Grala  rolę 

uwodzicielki, 

mozolnie 

podtrzymując 

własną 

legendę 

niesamowitymi, sprośnymi i całkowicie fałszywymi historyjkami. A 
to powstrzymywało liczących się zalotników przed poproszeniem jej 
o ręką. Jeśli zaś nikt nie poprosi ojej rękę, w jaki sposób Carr mógłby 
się nią posłużyć?

Wiedziała, kto nad nią stoi, zanim podniosła wzrok. A kiedy to 

zrobiła,  natychmiast  tego  pożałowała.  Thomas  miał  wojowniczy 
wyraz twarzy, bez  śladu współczucia czy niepewności.  Żaden wróg 
nigdy  nie  zdołał  go  pokonać.  Thomas  Donne  nie  wiedział,  co  to 
porażka.

Wysoki,  szczupły,  o  szerokich  ramionach,  nie  bardzo 

przypominał rozleniwionego panka, który grał przy stole u jej ojca.

Teraz był nawet bardziej jeszcze pociągający.
Ciemne, zwichrzone włosy oprószyła lekko siwizna. Ciało robiło 

wrażenie  twardszego  i  silniejszego.  Skóra  pociemniała  od  słońca  i 
wiatrów  tak  bardzo,  że  żadna  ilość  pudru  czy  maści  nie  zdołałaby 
ukryć  śladu  lat  spędzonych  na  pokładzie,  ani  zamaskować  bruzd 
rozchodzących  się  z  kącików  jasnych,  szarych  oczu.  Usta  miał 
szerokie i zdecydowane, szczękę szczupłą i kwadratową.

Przez  chwilę  znowu  stała  się  beznadziejnie  zadurzoną 

dziewczyną,  marzącą,  żeby  zwrócić  jego  uwagę,  zdobyć 
przychylność, pragnąc  w  głębi duszy,  by jego  groźna  siła  pokonała 
jej wrogów.

Ale  to  ona  była  wrogiem,  którego  chciał  pokonać. 

Zdumiewające,  że  zarzut  uwiedzenia  Pipa  –  biednego,  poczciwego 
chłopca – tak mocno ją zabolał. Duch dziewczyny, którą kiedyś była, 
rozwiał się. Przypomniała sobie brutalnie, kim jest i jaka jest.

background image

42

Nie była dobrą kobietą. Poślubiła Gregory'ego MacFarlane'a, bo 

był bogaty i dawał sobą powodować, ale przede wszystkim dlatego, 
że był Szkotem i po jego śmierci odziedziczyłaby jego majątek. Ten 
plan  nie  powiódł  się  zgodnie  z  oczekiwaniami.  Znowu  stała  się 
marionetką ojca. Ale nie wybrała sobie tej roli.

Podniosła brodę i przeszła do buduaru. Niewiele jej zostało poza 

głęboko  zakorzenioną,  dziwaczną  dumą.  Przydała  jej  się,  kiedy 
odkryła  oblicze  swojego  ojca;  skłoniła  ją  do  ucieczki  z 
MacFarlane'em. Duma pozwoliła jej przetrwać małżeństwo i rosnącą 
zależność  męża  od  ojca;  dzięki  dumie  przyjęła  ze  spokojem 
wiadomość  o  śmierci  MacFarlane'a  i  powrót  pod  opiekuńcze 
skrzydła  Carra.  Dzięki  dumie  nie  załamała  się  i  nie  uległa  jego 
machinacjom.

Duma  kazała  jej  złożyć  ślub  wobec  Gunny  w  zamkniętym 

powozie przed paroma godzinami.

Jeśli  Thomas  Donne  uważał,  że  jest  zła  –  cóż,  pokaże  mu,  jak 

bardzo zła potrafi być.

background image

43

5

– Chodź z nami, nie możesz poświęcać każdej chwili niańczeniu 

swojej łajby – nalegał Robbie.

– Posłuchaj go, Thomasie. Robbie jest znawcą rozrywek, wie, ile 

mężczyźnie  potrzeba  przyjemności,  żeby  zachować  siły  witalne.  –
Francis  Johnston  podszedł  do  stołu,  przy  którym  siedzieli  Robbie  i 
Thomas, i przysunął sobie puste krzesło. Skinął na właścicielkę, żeby 
podała  mu  kubek  kawy.  –  Trzecia  po  południu, a  ja  się  jeszcze  nie 
obudziłem. Jakże jednak miałbym przepuścić zabawę dziś wieczór?

–  Mógłbyś  choć  raz  spróbować  –  stwierdził  Thomas  sucho. 

Odchylił się do tyłu, splatając palce na płaskim brzuchu.

–  A  potem  żałować,  że  nie  byłem  na  balu  maskowym 

Portmanna?  –Jasne  brwi  Francisa  uniosły  się  w  górę.  –  Nigdy!  To 
wydarzenie  sezonu.  Spodziewają  się  tłumu  gości  i  dlatego  ponoć 
wznieśli specjalne pawilony na polach za domem.

– To brzmi zachęcająco, ale ja raczej spędzę wieczór z Pipem –

oznajmił Thomas.

–  Nie,  na  Boga  –  jęknął  Johnston.  –  Pozwól  tej  nieszczęsnej 

rodzinie choć trochę odpocząć. Twój widok musi ich przyprawiać o 
chorobę.

– Nie obawiaj się – odparł Thomas. – W ciągu ostatnich dwóch 

tygodni odwiedziłem go pięć razy Nie nadużywam gościnności.

– Z ogromną przykrością pozwolę sobie zauważyć – powiedział 

Johnston  łagodniejszym  tonem  –  że  twoja  obecność  –  jako  byłego, 
choć nieoficjalnego starającego się o rękę panny Sarah – może tylko 
wprawiać ją w zakłopotanie.

Thomas  zmarszczył  brwi.  Nigdy  nie  sprawiłby  świadomie 

przykrości Sarah Leighton. Czyżby troszcząc się o Pipa, wykazał się 
brakiem wrażliwości na sytuację panny?

– A niech to! – mruknął. – Jak można być takim ślepcem?
–  No  właśnie  –  stwierdził  Robbie  z  aprobatą.  –  Skoro  więc 

dzisiaj wieczór nie wybierzesz się tam, możesz równie dobrze pójść 
z nami.

Thomas  nie  odpowiedział  od  razu.  Naprawy  na  „Alba  Star” 

trwały  dłużej,  niż  przewidywano.  W  tym  tempie  nie  wydawało  się 
prawdopodobne,  żeby  zdołał  dostarczyć  ładunek  przed  Nowym 
Rokiem, jak obiecał.

background image

44

Może przekona Jamesa, by jego trasą popłynął wokół Przylądka 

Dobrej Nadziei na nowym statku – „Sea Witch”. A gdy „Alba Star” 
będzie  się  już  nadawała  do  morskiej  podróży,  on  sam  popłynie 
krótszą  trasą Jamesa  – wzdłuż  północnych wybrzeży Afryki. Warto 
się nad tym zastanowić;  porozmawia o tym z Jamesem, kiedy się z 
nim zobaczy następnym razem. Spoważniał.

Rzadko widywał Jamesa, odkąd rozstali się w dniu jego napaści 

na  dom  Fii  –  nie,  poprawił  sam  siebie  z  brutalną  uczciwością  –
napadu na Fię. Nie mógł sobie tego wybaczyć. Raz jeszcze głęboka 
nieufność  wobec  Merricków  kosztowała  go  wiele  z  trudem 
zdobytego szacunku do siebie.

Wystarczyło  jednak,  by  raz  spojrzał  na  wymizerowaną  twarz 

Pipa, a znowu ogarniał go gniew, który zaprowadził go do drzwi Fii. 
Byłoby najlepiej, gdyby już nigdy jej nie oglądał; przez ostatnie dwa 
tygodnie bardzo się o to starał.

– No, dalej – przynaglał Robbie. – Dzięki temu będziesz miał co 

opowiadać Pipowi przy następnej wizycie.

Thomas podniósł głowę.
–  Dlaczego  miałoby  go  to  zainteresować?  Czy  lady  Fia  tam 

będzie?

Robbie zamrugał oczami.
–  Lady  Fia?  Nie  sądzę.  Nie  pokazywała  się  publicznie  od 

przeszło  tygodnia.  –  Zagryzł  dolną  wargę.  –  Pewnie  nie  chce 
zwracać na siebie uwagi, tyle paskudnych plotek krąży o niej i…

–  O  tym,  że  to  ona  ponosi  winę  za  nieszczęście  Pipa  –

pośpiesznie wtrącił Johnston.

Thomas  zwrócił  wzrok  na  Johnstona.  Johnston  uśmiechnął  się 

blado; nie zwiódł Thomasa ani przez chwilę. Johnston słyszał o jego 
wizycie.  Cóż,  Thomas  nie  musi  przejmować  się  Fią  –  dopóki  nie 
uwikła Jamesa w swoje niecne plany.

No  cóż,  skoro  trafia  się  okazja  spędzenia  nocy  na  niewinnej 

zabawie,  prawie  na  pewno  bez  udziału  syreny  o  czarnym  sercu, 
dlaczego miałby jej nie wykorzystać. Zamiast włóczyć się po porcie.

– Czy będzie potrzebny kostium? – zapytał.
– Mój Boże, nie! – zawołał Robbie ze śmiechem. – Możesz iść, 

tak jak jesteś i wszyscy uznają, że wspaniale się przebrałeś.

– Przebrałem za co?
Robbie i Johnston wymienili spojrzenia i parsknęli śmiechem.

background image

45

– Za pirata – odparli zgodnym chórem.
Portmannowie  poświęcili  osiem  lat  na  budowę  olbrzymiego, 

wspaniałego  domu.  Niestety,  w  chwili,  gdy  budowa  Tiburn  House 
została  ukończona,  styl  architektoniczny,  w  jakim  go  wzniesiono, 
stracił popularność. Portmannowie mogli przynajmniej pogratulować 
sobie  położenia  posiadłości  –  zaledwie  kilometr  na  północ  od 
Grosvenor Square.

Było tylko kwestią czasu, kiedy miasto ogarnie Tiburn House, a 

płaskie,  monotonne  pastwiska  zamienią  się  w  gwarne  place  i  ulice. 
Na  razie  jednak  rezydencja  leżała  dokładnie  w  punkcie,  w  którym 
wieś  stykała  się  z  miastem;  frontowa  fasada  zwracała  się  ku 
miejskim  sąsiadom,  przed  tylną  rozciągała  się  połać  surowej,  z 
rzadka porośniętej ziemi.

Johnston,  jak  się  okazało,  mówił  prawdę.  Pod  niebem  koloru 

indygo  wzniesiono  pasiaste  pawilony.  W  trawnikach  wycięto  kręte 
ścieżki.  Wysokie  latarnie,  zakończone  szklanymi  kulami,  rzucały 
światło  na żywy obraz  w wykonaniu trupy aktorskiej  oraz gromadę 
minstreli.

W  niewielkiej  odległości  od  ogrodów  wycięto  krąg  dla 

tańczących.  Latarnie  na  jego  obwodzie  rzucały  snopy  światła  ku 
środkowi, gdzie odbijało  się od luster i  wracało  do punktu  wyjścia. 
Dzięki  temu  cały  okręg  przecinały w  różnych  kierunkach  świetliste 
linie,  a  tancerze  w  połyskujących  jedwabiach  i  iskrzących  się 
brokatach  przemykali  się  między  promieniami  światła  jak  srebrne 
płotki w ogromnej sieci.

Thomas stał z  boku, trzymając  w dłoni  kieliszek,  który wcisnął 

mu  lokaj,  i  przyglądał  się  zmiennym  konfiguracjom  tłumu.  Na 
zewnątrz  było  z  pewnością  nie  mniej  niż  pięćset  osób, 
prawdopodobnie drugie tyle w domu. Wszyscy mieli kostiumy; było 
tam  z  pół  tuzina  Kleopatr,  dwakroć  tyle  Hiszpanów,  kilkunastu 
Chińczyków  oraz  kilkanaście  indyjskich  księżniczek,  niepokojąco 
duża  gromada  mężczyzn  w  damskich  strojach  oraz  cały  zastęp 
piratów.

Thomas  zastosował  się  do  obowiązującej  konwencji.  Związał 

włosy,  przypiął  złoty  kolczyk  i  okrył  się  zniszczoną,  pozbawioną 
ozdób  peleryną,  którą  znalazł  na  rynku  Cheapside.  Większość 
uczestników  zabawy  nosiła  o  wiele  wspanialsze  stroje.  Chociaż 
Thomas wiedział, że gościom Portmannów nie odpowiadałoby słowo 

background image

46

„przebranie”,  zbyt  skromne  na  tę  okazję,  nie  mógł  jednak  znaleźć 
innego  określenia.  Wszystkie  maski,  domina,  makijaże,  ukrywające 
tożsamość właścicieli, służyły jednemu celowi – rozpasaniu.

Wino lejące się z fontann oraz mocny poncz zdążyły już wpłynąć 

na  nastrój  gości.  Z  domu  wyciągnięto  do  ogrodu  stoły  do  gry. 
Śmiech raz po raz  zrywał się w  grupkach gości, a tancerze krążyli, 
trzymając  się  w  ramionach,  choć  melodia  wcale  do  tego  nie 
zapraszała.

–  Marne  przebranie  –  odezwał  się  obok  pijacki  głos.  Thomas 

odwrócił  się  i  zobaczył  korpulentnego  jegomościa  owiniętego 
szkarłatną togą, który przedzierał się przez tłum w jego stronę.

–  Tak  uważasz?  A  ja  myślałem,  że  wyglądam  jak  paskudny, 

groźny pirat.

–  Nie  –  parsknął  mężczyzna.  –  Wyglądasz  jak  rzezimieszek. 

Natknąłem się kiedyś na bandę piratów, to wiem.

–  Coś  takiego  –  mruknął  Thomas,  usiłując  jakoś  przypomnieć 

sobie, kim jest intruz. Jowialny i przebiegły, robił wrażenie bankiera.

– Hm. – Człowiek skinął głową. – Przy północnych wybrzeżach 

Madagaskaru.  Statek  piracki  dognał  statek,  którym  płynąłem.  Ja, 
rzecz jasna, zamierzałem z nimi walczyć, ale kapitan nie chciał o tym 
słyszeć. Piraci wdarli się na nasz pokład. – Przerwał, żeby czknąć. –
Piekielne stwory – ciągnął. – Menażeria ras i typów. Źli, twardzi i –
łypnął  niezbyt  przytomnie  na  Thomasa  –  tacy  spaleni  słońcem,  jak 
ty.  Dobrze,  ręczę,  że  skórę  masz  odpowiedniego  koloru,  ale 
prawdziwy pirat nigdy nie odziałby się tak nędznie.

– Naprawdę?
–  Obnoszą  się  ze  swoim  łupem,  czy  jak  to  tam  nazywają. 

Popisują się jedni przed drugimi.

– Może nie jestem takim piratem, któremu się dobrze powodzi –

zauważył Thomas.

Mężczyzna pochylił się, przykładając do nosa pulchny palec.
– Słyszałem co innego.
– Tak?
– Słyszałem. – Mężczyzna rzucił ukradkowe spojrzenie na prawo 

i lewo. – Słyszałem, że nieźle sobie radzisz, sam i z pomocą paru –
uśmiechnął  się  obłudnie  –  szczęśliwych  inwestorów.  Może 
powinienem  wynająć  twój  statek  do  przewozu  mojego  kolejnego 
ładunku, hę? Podwoilibyśmy zyski, jak co niektóre grube ryby.

background image

47

Thomas  uśmiechnął  się  blado.  Jego  czujność  się  wzmogła.  W 

ciągu ostatnich paru dni usłyszał wiele takich tajemniczych aluzji. Za 
każdym  razem,  kiedy  żądał  wyjaśnień,  rozmówcy  wycofywali  się, 
udając,  że  nie  wiedzą,  o  co  chodzi.  Po  raz  pierwszy  miał  szansę 
rzeczywiście się czegoś dowiedzieć.

– Nie rozumiem, co masz na myśli.
Obcy skrzywił się i przyjrzał uważniej twarzy Thomasa.
–  A  niech  mnie.  Nie  jesteś  Bartonem,  prawda?  Ojej.  –  Zakrył 

uśmiech dłonią, jak niegrzeczne dziecko. – Cóż, daruj gadaninę. Nie 
chciałem  nikogo  urazić.  Myślałem,  że  rozmawiam  z  twoim 
wspólnikiem. Obaj jesteście tacy ciemni i w ogóle…

Oddalił się pośpiesznie. Thomas zastanawiał się, czy nie ruszyć 

za nim i nie wyciągnąć z niego jakichś wiadomości. Miejsce nie było 
jednak odpowiednie. Będzie musiał poczekać.

Zatopiony w myślach, szedł, nie patrząc, jedną z krętych ścieżek.
–  Co  za  groźna  mina,  monsieur  piracie  –  odezwał  się  za  nim 

damski głos z francuskim akcentem. Zanim się odwrócił, poczuł, jak 
lufa pistoletu wbija mu się w plecy. Zbyt wiele razy spotkało go coś 
podobnego, żeby się mylił. Stanął bez ruchu.

– Pst, pst. Nie mamy nic do powiedzenia? – zapytała. 
Zmusił się, żeby rozluźnić mięśnie ramion.
– Nie. Jeszcze nie.
–  Przewidujesz  zatem  przypływ  elokwencji  w  najbliższej 

przyszłości? – Znowu pchnęła go lufą pistoletu.

– Nie wiem, czy mogę  obiecać aż tyle, milady,  ale parę słów z 

pewnością.

Roześmiała się, a on poczuł, że uśmiecha się mimowolnie.
To obłęd. Nie tylko to, że sprowokowała go do uśmiechu, grożąc 

jednocześnie bronią, ale  to,  że  w ogóle mu  groziła.  Inni ludzie  byli 
zaledwie  o  parę  metrów  dalej.  Nie  mogła  się  spodziewać,  że  zdoła 
obrabować go i uciec. Czyż jednak można wymarzyć lepsze miejsca
dla złodzieja, jak bal maskowy nocą, na otwartym polu?

Podniósł ręce.
– Czy mogę się odwrócić?
–  Oczywiście  –  szepnęła.  Odwrócił  się  powoli  i  stwierdził,  że 

lufa  pistoletu  to  wykonana  z  kości  słoniowej  rączka  zamkniętego 
wachlarza.  Podniósł  wzrok,  napotykając  spojrzenie  niezwykle 
pięknych, błękitnych oczu.

background image

48

Ich  blask  przyćmiewał  tylko  odrobinę  cień  rzucany  przez 

artystycznie  wykutą  w  srebrze  maskę.  Zakrywała  górną  część  jej 
twarzy,  pozostawiając  na  widoku  pyszne,  kapryśnie  wygięte  wargi, 
delikatnie  zarysowany  podbródek  i  długą,  wdzięczną  szyję  –  szyję, 
na której chętnie zacisnąłby dłonie.

–  Mam  nadzieję,  że  dobrze  się  bawiłaś,  Fio.  –  Poznałby  ją 

wszędzie.

–  Nie  jestem  Fią  –  odparła.  –  Ale  owszem,  bawiłam  się.  –

Otworzyła wachlarz jednym ruchem i zalotnie zakryła usta.

Miękkie,  cienkie  pióro  zwisające  z  ucha  łaskotało  jej  pierś, 

przyciągała  uwagę  kremowobiała  skóra  widoczna  w  głębokim 
wycięciu  czarnego  stanika.  Cała  suknia  składała  się  z  czarnych  i 
srebrnych elementów; hebanowa czerń materiału pochłaniała światło, 
a srebro lśniło tak intensywnie, że sprawiało wrażenie lustra. Cień i 
światło gwiazd, ciemność w walce ze światłem.

Podniósł  wzrok  wyżej  i  po  raz  pierwszy  zauważył,  że  nakryła 

czarnogranatowe  loki  kunsztowną,  ozdobioną  czarnymi  różami 
srebrną peruką.

–  Chcesz  poznać  moje  imię?  –  przekomarzała  się 

uwodzicielskim tonem. – Chcesz wiedzieć, kim naprawdę jestem?

Podeszła  bliżej,  wśród  szelestu  tafty  i  aksamitu.  Powoli,  z 

namysłem,  podniosła  elegancką  dłoń,  jakby  chciała  go  dotknąć. 
Czekał, nagle niechętny, żeby odkryć coś, co poznało tylu mężczyzn 
przed nim. Jej ręka zawisła w powietrzu. Zbliżyła się…

Niebieskie oczy podniosły się ku jego oczom. Usta ułożyły się w 

aż nazbyt znaczącym uśmiechu.

– Noszę wiele imion. – Cofnęła się, a on poszedł za nią – wbrew 

sobie.  –  Królowa  Nocy.  Czarna  Dama…  –  Jej  oczy  lśniły 
pozbawionym szczerej wesołości rozbawieniem. – Pani Tęsknota.

Przeszła  obok  niego,  wysuwając  się  z  oświetlonego  obszaru  w 

cień. Czekał. Patrzył. Ciężkie spódnice gniotły trawę, wydobywając 
mocny, słodki zapach ziół. Przystanęła i skłoniła się głęboko; srebro 
na sukni rozbłysło i znikło.

– Dobrej nocy, piracie o niezbyt odważnym sercu.
Kpiła z niego. W kilku krokach zrównał się z nią, chwycił ją za 

ramię i obrócił w swoją stronę. Spodziewał się oporu. Zamiast tego 
poddała się łatwo, jakby się spodziewała, że to zrobi.

background image

49

Powinien  ją  puścić.  Odejść.  Do  diabła  z  jej  prowokującym 

zachowaniem i triumfalnym uśmieszkiem. Ale przysunęła się blisko 
–  a  może  sam  ją  przyciągnął?  Tak  czy  inaczej,  trzymał  jej  dłoń  na 
sercu.

Spojrzał  w  zamaskowaną,  uniesioną  twarz.  Nie  wydawała  się 

przestraszona.  W  niebieskich  oczach  widać  było  mieszaninę 
rozbawienia, gniewu i triumfu. Ale nie strach.

Poddawał  się  kolejnym  wrażeniom.  Zapach  jej  uwodzicielskich 

perfum, jedwabistość skóry, woń ciepłego oddechu, świadomość, jak 
bardzo jest mała, lekka i drobna.

Tak łatwo byłoby ją zranić.
Zatrzymać.
Pocałować.
Puścił jej rękę. Roześmiała się, jakby i to przewidziała. Jakżeby 

nie?  Miała  doświadczenie  w  tych  sprawach.  Manipulowała  nim 
równie zręcznie jak Bartonem.

– Nie podoba mi się ta gra, Fio.
–  Dlaczego  upierasz  się,  żeby  nazywać  mnie  Fią,  skoro 

powiedziałam  ci,  że  nie  jestem  damą,  za  którą  mnie  bierzesz?  –
zapytała z figlarnym uśmiechem.

– Cóż, jest jeden sposób, żeby się o tym przekonać. – Podniósł 

rękę  do  jej  maski.  Uśmiech  zamarł  na  jej  wargach.  Oddychała 
szybko.

– Nie zdejmiesz mi maski – szepnęła.
– Dlaczego?
–  Ponieważ  z  własnej  woli  przyszedłeś  na  bal  maskowy  i  tym 

samym  przyjąłeś  milcząco  zasady,  z  których  najważniejsza  jest  ta, 
żeby nie demaskować nikogo, kto nie chce być zdemaskowany.

Pogładził palcem czarne pióro przy jej masce.
– A także dlatego – dodała cicho – że cię o to proszę.
– Bardzo jesteś mnie pewna.
– Znam ludzi twojego pokroju.
– Cóż to znaczy?
– Jesteś dżentelmenem.
Parsknął śmiechem. Może  ta kobieta rzeczywiście  nie była  Fią. 

Kiedyś,  dawno  temu  Fia  Merrick  była  świadkiem  jego  całkiem 
niedżentelmeńskiego  zachowania,  kiedy  zdradził  jej  brata,  swojego 
przyjaciela.  Z  pewnością  nie  przypisywałaby  mu  roli,  którą 

background image

50

narzucało  pochodzenie  z  dumnego,  starego  rodu,  ale  której 
doświadczenie nie pozwalało mu przyjąć.

Nie  zachowywała  się  też  jak  Fia,  która  choćby  postępowała  w 

najgorszy  sposób,  zawsze  poruszała  się,  mówiła  i  gestykulowała  z 
niezwykłym  wdziękiem.  Ta  kobieta  ruszała  się  jak  Cyganka…  i 
śmiała często i wesoło. A jej oczy, chociaż mogły być tego samego 
koloru – trudno powiedzieć,  ponieważ  ocieniała je maska  – lśniły  i 
błyszczały  szczerym  rozbawieniem.  Oczy  Fii  były  jasne,  lecz 
głębokie,  niczym  szkło  na  mrocznej  tafli  wody  –  nie  sposób  było 
dotrzeć do ich dna.

Podniosła  rękę,  gładząc  wierzchem  dłoni  jego  policzek. 

Obudziło się w nim gwałtowne pożądanie; nie chciał tego. To także 
zrozumiała.

–  Tchórzliwe  serca  nie  zdobywają  względów  dam,  lordzie 

Piracie.  Czemu  mamy  zatrzymywać  się  teraz,  gdy  jesteśmy  tak 
blisko  porozumienia?  –  W  cichym  głosie  kryła  się  kpina,  ale  także 
jakieś  inne  uczucia.  Jego  gniew  zelżał.  Przyjrzał  się  uważnie 
zamaskowanej  postaci,  szukając  jakichś  wskazówek  co  do  jej 
tożsamości.

Czy to Fia? A jeśli nie, to czego od niego chciała?
–  Porozumienia,  do  którego  dążą  wszyscy  mężczyźni  i  do 

którego  skłaniają  się  w  końcu  wszystkie  kobiety:  wiesz,  jak 
zaspokoić swoje pragnienia i dzielisz tę wiedzę ze mną. – Teraz w jej 
głosie zabrzmiała gorycz, której nie usiłowała nawet ukryć.

– A co z twoimi pragnieniami?
– Jaki mężczyzna martwiłby się kiedykolwiek o coś takiego?
– Jeśli  uważasz, że to, co istnieje między kobietą a mężczyzną, 

sprowadza  się  do  zaspokajania  przyjemności  mężczyzny,  dlaczego 
miałabyś dążyć do pogłębienia „porozumienia” między nami?

Jej  miękkie,  kapryśne  wargi  zesztywniały.  Nie  przewidziała 

takich pytań, pomyślał Thomas, i to jej się nie spodobało.

–  Fe,  mój  panie  –  powiedziała  z  irytacją,  odwracając  się.  –

Zamieniłbyś prostą przyjemność w męczącą pracę. 

–  Coś  mi  mówi,  moja  pani,  że  żadna  przyjemność  nie  byłaby 

prosta z tobą.

Odwróciła  się  roześmiana;  jej  nastroje  zmieniały  się  równie 

szybko, jak cień i światło na jej sukni.

background image

51

– Być może masz rację. Ale przyjemność, która kosztuje więcej 

trudu, bardziej smakuje niż ta przypadkowa.

– Mówisz, pani, zawile. Oświeć mnie, błagam.
– O to – zamruczała jak kotka, kładąc dłonie na biodrach –często 

mnie  oskarżają.  –  Nagły  poryw wiatru  zatrzepotał  jej  suknią  wokół 
nóg i poruszył srebrne ozdoby na głowie. – Ale skoro odpowiada ci 
prosta mowa, objaśnię  ci  zatem,  co mam na myśli.  Grę hazardową. 
Grę w karty. – Wskazała pobliską, niezajętą ławkę. –Tam.

Zerknął  w  bok,  nagle  zaniepokojony.  Do  diabła,  ta  kobieta 

musiała  być  Fią.  Żadna  inna  nie  wywoływała  u  niego  takiej  gęsiej 
skórki.

– A stawka?
Dotknęła  ust,  udając,  że  się  zastanawia.  Thomas  nie  dał  się 

zwieść. Z pewnością dawno postanowiła, o co będzie się toczyć gra; 
był  też  przekonany,  że  każde  słowo,  które  padło  z  jej  czyjego  ust, 
zostało  przewidziane, a  wszystko, co  działo  się  przedtem,  miało  go 
doprowadzić  do  tego  miejsca  i  do  podjęcia  zakładu.  Nie  podobało 
mu  się,  że  ktoś  tak  zręcznie  porusza  sznurkami,  każąc  mu  tańczyć, 
jak zagra.

–  Wiem  –  powiedziała,  niezbyt  przekonująco  udając  namysł.  –

Skoroś  taki  pewien,  że  jestem  damą,  którą  znałeś  niegdyś,  jeśli 
wygrasz, pozwolę ci zdjąć mi maskę.

– A jeśli ty wygrasz?
–  Wówczas  –  płomień  pochodni  zadrżał  na  wietrze  –  wówczas 

będę miała prawo cię pocałować.

Uśmiechnął się drapieżnie.
–  Stawka  jest  wyraźnie  korzystna  dla  jednej  strony.  Jak  mogę 

przegrać?

Jej uśmiech był równie gładki, jak ton jego głosu.
– Cóż  za  łatwa galanteria! Miałam nadzieję  na  więcej. Chociaż 

nie spodziewałam się tego.

Jej słowa zabolały go… i był pewien, że o to właśnie chodziło.
– Całowanie ciebie to przecież nagroda. Zbyt nisko się cenisz.
–  Ach!  –  pokiwała  w  rozbawieniu  palcem.  –  Mężczyźni  słyszą 

to, co chcą usłyszeć, a nie to, co się im mówi. Powiedziałam, że to ja 
cię pocałuję. Musisz pozostać bez ruchu.

Spochmurniał.
– Co na to powiesz? – zapytała.

background image

52

Przynajmniej  wybrała  grę,  w  której  mieli  równe  szanse.  W 

faraona nigdy by z nią nie wygrał. Córka Carra wychowała się przy 
stołach gry, a Fia, jeśli dama była w istocie Fią, miała i tak zbyt dużą 
przewagę.

– Prowadź, pani.

background image

53

6

–  Pierwszy  ruch  jest  twój,  lordzie  Piracie  –  oznajmiła  kobieta 

odziana w czerń i srebro, wywołując szmer wśród tłumku zebranych 
wokół nich gapiów.

Zrobiła to, rozpowiedziała, na czym polega zakład, zapewniając 

im  publiczność.  Nawet  Johnston  pospieszył  w  tę  stronę, 
wypatrzywszy  prześliczną  istotę,  która  postawiła  pocałunek 
przeciwko zdjęciu maski.

Thomas zyskał przewagę:  jego król trefl  pokonał  jej króla kier. 

Patrzył na karty w dłoni. Prowadził dzięki asowi pik; jeśli nie miała 
pików,  musiała  albo  go  przebić,  albo  stracić  kolejkę.  Przebiła 
ósemką kier.

– To będzie moje – powiedziała, zgarniając karty i natychmiast 

położyła waleta kier, kolejny atut.

Thomas  zamyślił  się.  Pobił  waleta  królową  i  wyłożył  ósemkę 

pik.  Nie  miała  pików,  a  to  oznaczało,  że  musi  wyłożyć  silną  kartę 
albo  przegra.  Jeśli  nie  miała  więcej  atutów,  on  je  miał:  dziewiątkę 
trefl. Mało prawdopodobne, żeby Fia miała dziesiątkę i jeszcze jakiś 
atut.

Przebiła trójką trefl, zgarniając karty i wyrównując wyniki.
– Chwila prawdy – szepnęła.
–  O  nie,  moja  pani,  to  będzie  chwila,  kiedy  zostaniesz 

zdemaskowana. Dosyć teatru.

Wyłożyła  dziesiątkę  kier.  Podniósł  wzrok,  napotykając  jej 

iskrzące się w cieniu maski oczy.

– Wygrałam.
–  Tę  rundę,  pani  –  zgodził  się.  Podniósł  się.  –  Czekam 

niecierpliwie, kiedy odbierzesz wygraną.

Również wstała.
– Nie musisz długo czekać, bo odbiorę ją teraz.
Spojrzał na nią zimno.
–  Publiczny  spektakl  z  czegoś,  co  zaczęło  się  jako  prywatny 

zakład? Nie.

– Czy masz prawo głosu w tej sprawie? Nie przypominam sobie, 

byśmy omawiali kwestię, kiedy i gdzie zwycięzca odbierze nagrodę 
–  oznajmiła  wyzywająco.  Rozłożyła  ramiona,  odwracając  się  do 
publiczności. – Co wy na to, panowie?

background image

54

– Tu cię ma, chłopcze – odezwał się dandys w tureckim stroju. 

Inni,  w  tym  Johnston  –  przeklęty  niewierny  pies  –  przytaknęli 
skwapliwie.

Thomas zmusił się do uśmiechu
– A ja nie przypominam sobie, żebyśmy mieli odwoływać się do 

publiczności w sprawach spornych.

– Istotnie – odparła, opuszczając powoli ramiona. – Muszę zatem 

odwołać się do twojej uczciwości. Czy jesteś uczciwy?

– Wątpisz w to? – zapytał sucho.
– Ja? – odparła. – Nie znam cię, panie. Nie lepiej, niż ty mnie. –

Ton  jej  głosu  stał  się  chłodny.  –  Ja  przynajmniej  świadoma  jestem 
swojej ignorancji. To jednak – dodała znowu lekkim, kpiącym tonem 
–  nie  ma  w  tej  chwili  znaczenia.  Przyjmuję,  że  jesteś  uczciwy  i 
zapytam  tak:  czy  gdybyś  wygrał,  zgodziłbyś  się  zdjąć  mi  maskę 
innym razem w przyszłości? Złapała go.

– Nie. – Skłonił się nonszalancko. – Jestem, rzecz jasna, pani, do 

twoich usług.

Mężczyźni wokół zachichotali, a jej policzki poróżowiały.
–  Przypuszczam,  że  byłoby  za  wiele  prosić  cię,  żebyś  do  mnie 

podszedł?  –  powiedziała  tonem,  jakim  mówi  się  do  niegrzecznego 
dziecka.

–  Wcale  nie  –  odparł,  zbliżając  się  dwoma  wielkimi  krokami. 

Spojrzał na nią z góry, świadomy tego, jak bardzo nad nią dominuje. 
– Co chcesz, żebym teraz zrobił?

Odchyliła głowę do tyłu.
– Nic.
Nie  odwrócił  wzroku,  kiedy  jej  dłoń  przesunęła  się  w  górę  po 

jego  piersi.  Ich  oczy  spotkały  się  i  żadne  nie  chciało  odwrócić 
pierwsze  wzroku.  To  jest  głupie,  śmieszne,  pomyślał  Thomas,  a 
jednak… jednak wydawało się niezwykle ważne.

Dotknęła  palcami  jego  karku,  wsunęła  je  we  włosy.  W 

zacienionych  błękitnych  oczach  pojawiło  się  migotanie.  Rozchyliła 
wargi.  Jej nozdrza  rozdęły  się  lekko,  jakby  czuła  jego  podniecenie, 
policzki się zaróżowiły.

– Jesteś za wysoki. – Położyła mu drugą rękę na karku, splatając 

ją z pierwszą; wyciągnęła się, przyciskając do niego miękkie piersi.

Stanęła  na  palcach  i  przechyliła  jego  głowę  w  dół.  Wydała 

pomruk  niczym  kotka,  a  potem  jej  wargi  przesunęły  się  tuż  nad 

background image

55

powierzchnią  jego  policzka,  tak  blisko,  że  czuł  ich  ciepło  i 
łaskotanie.

Chciał więcej. Chciał, żeby  aksamitne miękkie usta przycisnęły 

się do jego ciała… Nie, do jego ust.

–  Odwróć  głowę,  panie  –  szepnęła,  tak  że  tylko  on  mógł  ją 

usłyszeć.  –  Bo  choć  jestem  pewna,  że  nigdy  nie  poprosiłbyś  o  coś 
więcej,  niż  dama  miałaby  ochotę  dać  z  własnej  woli,  ja  nie  jestem 
zrobiona z tej samej gliny. Chcę, czego chcę, lordzie Piracie, a chcę 
właśnie pocałować cię w usta.

Uśmiechnęła  się  i  powoli  przysunęła  wargi  do  jego  warg, 

drażniąc go, torturując tym, czego nie dawała.

Nie  pozwoli  jej  wygrać.  Nie  wymusi  głębszego,  pełnego 

pocałunku. Stał sztywno, czując łaskotanie jej śmiechu na wargach.

Koniuszek jej języka musnął wrażliwy kącik ust.
Ogarnęło go pożądanie, podniósł gwałtownie głowę. Oczy damy 

pod  maską  zalśniły  złośliwym  zadowoleniem.  Szybka  jak  kot, 
pociągnęła  jego  głowę  w  dół  i  wsunęła  mały  język  między  jego 
wargi. Zanim zdążył zareagować, odsunęła się tanecznym ruchem, z 
uśmiechem na twarzy.

Thomas  nagle  zdał  sobie  sprawę  z  obecności  innych  mężczyzn 

dokoła.  Większości  nie  znał.  Wszyscy  stali  w  milczeniu,  jak 
zaczarowani;  w  powietrzu  czuło  się  ledwie  powstrzymywane 
podniecenie.  Obudziła  coś  pierwotnego  i  drapieżnego.  Coś 
niebezpiecznego.

Lekko, jakby smakując, przesunęła językiem po wargach.
–  Brandy.  I  to  dobre  brandy.  Przypuszczam,  że  Król  Piratów 

bierze należną część łupu w trunkach.

Teraz  zwróciła  uwagę  –  na  nienaturalne  milczenie  widzów. 

Uśmiech  znikł  z  jej  twarzy.  Powiodła  oczami  po  nieruchomym, 
pełnym  napięcia  tłumku;  w  błękitnej  głębi  pojawiła  się  iskierka 
strachu.

Znajdowali  się  daleko  od  głównej  gromady  gości,  ścieżki 

prowadzące do tanecznego kręgu były ledwie oświetlone. Podniosła 
dłoń, nakazując mu podejść bliżej.

Odczuł  ponurą  satysfakcję.  Będzie  musiała  się  odwołać  do 

dżentelmenerii,  którą  wykpiła,  i  poprosić,  by  odprowadził  ją  w 
bezpieczne  miejsce,  z  dala  od  tych,  który  pożądanie  nieopatrznie 
wzbudziła swoim przedstawieniem. Podszedł do niej.

background image

56

–  Jesteśmy  kwita,  panie  Piracie  –  szepnęła.  Uśmiechnęła  się 

drwiąco.  Tego  także  się  domyśliła  –  że  on  uzna,  iż  poprosi  go  o 
pomoc. – Żegnaj. – Odsunęła się.

–  Poczekaj.  Uczciwy  gracz  dałby  przeciwnikowi  szansę  na 

odegranie się.

– Ale ja nie jestem uczciwym graczem – co nie powinno być dla 

ciebie  zaskoczeniem.  –  Odwróciła  się,  spojrzała  przez  ramię  i 
mówiąc cicho, tak żeby słowa dotarły tylko do niego, szepnęła: – A 
nawet gdybyśmy zagrali raz jeszcze i ty byś wygrał, jesteś pewien, że 
poznałbyś mnie bez maski?

Nie czekała na odpowiedź. Z nieziemskim wdziękiem Fii ruszyła 

w stronę gromady mężczyzn. Nie zwolniła, zbliżając się do nich – i 
to  właśnie  oraz  jej  królewska  obojętność  wprawiło  ich  w  takie 
zmieszanie, że rozstąpili się, pozwalając jej przejść.

Jeden  z  mężczyzn  odwrócił  się,  śledząc  ciemnymi  oczami 

oddalającą  się  postać.  Pozostali  kręcili  się  niepewnie.  Mężczyzna 
ruszył za nią.

– Nie robiłbym tego! – zawołał Thomas spokojnie.
Mężczyzna  stanął,  obejrzał  się  na  Thomasa,  krzywiąc  usta  w 

kpiącym uśmiechu.

– Umówiła się z tobą?
Pozostali  skierowali  wzrok  na  Thomasa,  jedni  z  zazdrością, 

drudzy  z  rezygnacją.  Tylko  Johnston  wydawał  się  nieszczęśliwy  i 
zmieszany.

– Tak. Jest  moja. – To  nieważne, że  kłamię, pomyślał,  patrząc, 

jak znika w kręgu światła.

Dopóki sam o tym pamiętał.

Przy tym oświetleniu, jakie zapewniono w Tiburn House, ani ja, 

ani mój kostium nie wyglądają korzystnie, pomyślał niechętnie lord 
Carr.

Odwracał  głowę  w  jedną  i  w  drugą  stronę.  Może  to  tylko  to 

przeklęte lustro. Sprawiało, że skóra wydawała się pokryta plamami i 
uwydatniało środek twarzy, to jest nos, który stracił już swoją dawną 
doskonałość. Musi dopilnować, żeby jego syn, Raine, zapłacił za to 
pewnego dnia.

background image

57

Wrócił  do  studiowania  swojego  odbicia.  Nie  poprawiało  mu 

nastroju  także  i  to,  że  pewni  ludzie  tutaj  mieli  na  sobie  taki  sam 
kostium, jak on. A był taki pewien, że jego strój jest wyjątkowy.

W  gruncie  rzeczy  nadal  był  przekonany  o  jego  oryginalności. 

Kiedy  wróci  do  domu,  odbędzie  krótką  pogawędkę  z  obecnym 
kamerdynerem  na  temat  konieczności  trzymania  języka  za  zębami. 
Być może człeczyna pożyje na tyle długo, żeby wyciągnąć wnioski z 
tej lekcji. Tresowanie nowych służących to męczące zajęcie.

–  Lordzie  Carr.  –  W  lustrze  pojawiła  się  inna  twarz. 

Przypominający  kościotrupa  Hiszpan  z  głupawą,  sztuczną,  kozią 
bródką i w doskonale okropnym czarnym, aksamitnym kubraku.

– O co chodzi, Tunbridge?
– Ona jest tutaj.
Wiedział już o tym.
–  Sądzisz,  że  moja  cera jest  mniej  gładka, czy  to  tylko te  tanie 

świece, których używa Portmann?

Tunbridge  zaczerwienił  się,  a  Carr  uśmiechnął.  Tunbridge 

nienawidził  swojej roli lizusa.  Nieszczęsny  głupiec,  chociaż zdawał 
sobie  sprawę,  że  im  bardziej  nienawidzi  Carra,  tym  większą 
przyjemność  ten  ostatni  czerpie  ze  znęcania  się  nad  nim,  i  tak  nie 
potrafił ukryć nienawiści.

–  I  co?  Proszę  o  uczciwą  odpowiedź.  Wiesz,  jak  polegam  na 

twojej uczciwości – zamruczał pieszczotliwie Carr.

– To świece. Bez cienia wątpliwości.
–  Hm.  Tak,  jak  myślałem.  –  Carr  odwrócił  się  do  swojego 

sługusa,  rozglądając  się,  żeby  sprawdzić,  czy  są  sami.  –  Czego 
dowiedziałeś się o kapitanie Bartonie i jego związku z moją córką?

– Ostatnie dwie podróże Bartona okazały się katastrofą. Pierwszą 

ubezpieczyła  firma  szwajcarska.  Nie  zdołałem  dojść,  czy  dostał 
odszkodowanie, czy nie. Druga była ubezpieczona tutaj, w Londynie, 
i Barton zdecydowanie odebrał wynagrodzenie za straty. Kupił nowy 
statek i szasta pieniędzmi. Głównie na użytek lady Fii.

Carrowi zadrżała dolna warga.
– To sprytne, ale cóż, całkiem daremne.
– Tak?
– To chyba oczywiste?
Tunbridge zmarszczył brwi.

background image

58

–  Są  kochankami  i  ona  czerpie  z  tego  wszelkie  możliwe 

korzyści?

–  Nie,  nie,  nie.  Naprawdę, pomyśl,  człowieku.  Co  wiesz  o  Fii? 

Poza tym, że kiedyś ośmieliłeś się pomyśleć, że ona – albo raczej ja 
– zechcę wziąć pod uwagę możliwość twojego z nią ślubu.

Tunbridge  nie  odpowiedział.  Jego  twarz…  cóż,  teraz  on  miał 

plamistą  cerę.  Carr  ponownie  zerknął  na  swoje  odbicie,  ale  widząc 
zdumienie na twarzy Tunbridge'a, westchnął, zniżając się raz jeszcze 
do  konieczności  oświecenia  istoty  o  niższej  inteligencji  w  materii, 
która wydawała się całkowicie oczywista.

– Nie są kochankami, lecz wspólnikami.
– Wspólnikami?
–  Tak,  głupcze.  On  jej  nadskakuje,  rzecz  jasna,  ale  Fia  jest  w 

końcu  moją  córką.  Miałaby  się  zadowolić  siedzeniem  pod  stołem  i 
czekaniem na kości, jakie… ten kolonista miałby jej rzucić, chociaż 
może mieć całą ucztę? – Parsknął na samą myśl o tym.

– Mało prawdopodobne.
–  Ale  –  wyjąkał  Tunbridge  –  ale  skoro  jest  jego  wspólniczką, 

dlaczego Barton zasypuje ją prezentami?

Carr  wytrzeszczył  oczy.  Nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że  musi 

wyjaśnić  i  to,  ale  kiedy  Tunbridge  ściągnął  brwi  w  głębokim,  choć 
bezowocnym skupieniu, Carr się poddał.

–  Przyjmuje  jego  prezenty,  biorąc  jednocześnie  swoją  część 

ubezpieczenia.  Dzięki  temu  zgarnia  więcej  niż  połowę  udziałów.  –
W jego wzroku pojawiła się czułość. – Mądre stworzonko, prawda?

– Skąd to wiesz, panie? Jak możesz być tego pewien? – zapytał 

Tunbridge, otwierając szeroko oczy w trupich oczodołach.

–  Nie  wyobrażasz  sobie  chyba  choć  przez  chwilę,  że  polegam 

wyłącznie  na  twoich  raportach?  –  Nie  czekał  na  odpowiedź.  –
Zbadałem  tę  sprawę.  Od  pojawienia  się  kapitana  Bartona,  Fia 
zainwestowała tysiąc funtów w rozmaite interesy.

–  Poza  tym,  gdyby  byli  kochankami,  Fia  nie  kokietowałaby 

wszystkich mężczyzn w mieście, prawda?

Twarz  Tunbridge'a  stwardniała.  Głupiec  wciąż  darzył  Fię 

uczuciem, choć sądząc z wyrazu jego twarzy, uczucia nie miały już 
romantycznej natury.

–  Zachowywałaby  się  tak,  gdybyś  to  ty  był  jej  kochankiem, 

Tunbridge  –  stwierdził  Carr  sucho.  –  Nie  podejrzewam  jednak,  by 

background image

59

uprawiała  podobne  gierki  z  mężczyzną  pokroju  kapitana  Bartona. 
Nie,  jeszcze  nie  oszalała,  by  wziąć  sobie  za  kochanka  wodnego 
szczura  z  kolonii.  Byłoby  to  aktem  chorobliwej  natury,  gdyby  Fia 
postawiła się poza nawiasem raz na zawsze.

Carr  spotkał  Fię  wcześniej  tego  wieczoru,  na  tarasie.  Zdumiało 

go, że jej usta drżały pod srebrną maską, a ramiona i szyję pokrywał 
gniewny  rumieniec.  Jego  córka,  którą  zazwyczaj  można  było 
zrozumieć  tak  łatwo  jak  chiński  alfabet,  wydawała  się  bliska 
wybuchu furii.

Parę  minut  później  Thomas  Donne,  z  ponurą  twarzą, 

przemaszerował po trawniku. Czy to wysoki Szkot doprowadził Fię 
do tego stanu? Och, gdyby tylko mógł być świadkiem tej sceny!

Podniósł oczy i stwierdził, że Tunbridge wciąż kręci się obok z 

nieszczęśliwą miną.

– Cóż? – parsknął niecierpliwie. Służalcy byli bardzo pożyteczni, 

ale  podporządkowanie  sobie  nawet  Tunbridge'a  po  pewnym  czasie 
przykrzyło się.  –  Powiedziałeś,  co  miałeś  do  powiedzenia. Jeśli  nie 
masz innych cennych wiadomości, możesz odejść.

Tunbridge  skulił  się  i  oddalił.  Carr,  który  znowu  spojrzał  w 

lustro, zmarszczył czoło.

– Tunbridge! – zawołał.
Chuda postać zatrzymała się w drzwiach.
– Tak, milordzie?
– Nie sądzisz, że różowy kolor był błędem?
Dłoń  Tunbridge  zacisnęła  się  w  pięść,  z  tej  strony,  której  Carr 

nie widział.

– Nie, milordzie. Wyjątkowo dobrze dobrany odcień.
Carr  kiwnął  głową  z  zadowoleniem,  przyjmując  komplement 

jako należną daninę.

–  Tak  właśnie  myślałem.  Idź  już.  Nie  chcę,  żeby  powzięto 

niepochlebne mniemanie, że ty i ja jesteśmy wspólnikami.

Tunbridge  znikł  bez  słowa,  zostawiając  Carra  przed  lustrem. 

Może nadeszła pora, żeby przyłączyć się do zabawy, pomyślał Carr. 
Nadal było tu wiele osób, które należało poznać czy powitać, wiele 
sekretów, które trzeba było wyświetlić, informacji, które powinno się 
zgromadzić.  Ułożył  usta  w  uśmiechu,  poprawił  różową,  obszytą 
koronkami  koszulę,  otworzył  wachlarz  ze  strusich  piór  i  ruszył 
naprzód.

background image

60

7

Thomas  wyszedł  na  słońce  wczesnego  popołudnia.  Jego  usta 

nadal  były  zacięte,  tak  jak  podczas  rozmowy  z  lordem  Ffolkesem, 
jednym  z  członków  zarządu  Kompanii  Ubezpieczeniowej  Lloyda. 
Wpadł  na  niego  przed  dwoma  dniami,  kiedy  wychodził  z  balu 
maskowego  u  Portmanna.  Ffolkes  zaprosił  Thomasa  do  siebie,  do 
biura,  na  „prywatną  pogawędkę”.  Jego  ciekawość  wzmogła  ponura 
mina Ffolkesa – znał go tylko powierzchownie, ale zawsze uważał za
przyzwoitego, zrównoważonego człowieka. Zgodził się.

Informacje,  jakie  zyskał  w  ciągu  pół  godziny,  warte  były 

zachodu. Rozzłościło go, że plotki wokół Jamesa Bartona dotarły tak 
daleko  i  zostały  tak  poważnie  potraktowane.  Thomas  zapewnił 
Ffolkesa,  że  Barton  nie  był  winien  oszustwa  ubezpieczeniowego  i 
oznajmił,  że  dostarczy  dowody.  Zerknął  na  kopię  sprawozdania 
dotyczącego  „Iony”,  którą  wciąż  ściskał  w  dłoni.  Obiecał 
Ffolkesowi,  że  poprosi  szwajcarską  firmę,  która  ubezpieczyła 
ładunek  Bartona,  o  list  potwierdzający,  że  dotarł  on  istotnie  na 
miejsce.  Gorąco  pragnął  odkryć,  kto  się  kryje  za  dziwacznymi 
oskarżeniami.

W  takim  nastroju  zszedł  po  schodach  i  przeszedł  przez  ulicę, 

manewrując  wśród  gęstniejącego  szeregu  karoc  i  powozów,  aby 
dojść  do  parku  naprzeciwko.  Otulająca  Londyn  wieczna  mgła 
podniosła  się;  niebo  nad  głową  było  czyste,  poza  jakimiś 
przemykającymi  od  czasu  do  czasu  chmurkami.  Słońce  grzało 
przyjemnie i Thomas, nieco podniesiony na duchu, zwolnił kroku.

Tłum  londyńczyków  spacerował  po  parku,  korzystając  z  ładnej 

pogody  Powietrze  rozbrzmiewało  rozmaitymi  dźwiękami:  głuchym 
stukotem  końskich  kopyt,  radosnym  piskiem  bawiących  się  dzieci, 
skrzypieniem lekkich powozów sunących powoli wzdłuż żwirowych 
alejek, śpiewem ukrytych w krzakach ptaków.

Nie był z nikim umówiony, postanowił więc wrócić do domu na 

piechotę, dróżką przecinającą cały park. Doszedł do Wężowej Drogi 
i zatrzymał się, żeby kupić od chłopca gorący pasztecik; w tej samej 
chwili  zauważył  w  pobliżu  parę  –  kobieta  pochylała  się  nad 
siedzącym na ławce mężczyzną.

Nawet  z  tej  odległości  widać  było,  że  mężczyzna  jest  w 

rozpaczy, a po sposobie, w jaki kobieta krążyła wokół niego, można 

background image

61

było  wnosić,  że  nie  wie,  co  robić.  Para  wydawała  się  znajoma. 
Thomas powiedział chłopcu, żeby zatrzymał resztę i ruszył w stronę 
ławki.  Podszedłszy  bliżej  rozpoznał  Sarah  Leighton  i  Pipa. 
Zaniepokojony, przyśpieszył kroku.

Sarah  podniosła  głowę.  Przez  chwilę  jej  twarz  przybrała 

nieszczęśliwy wyraz, potem jednak przeważyła troska o brata.

– Kapitanie Donne, ja… my… Pip jest chory.
– To widać. – Thomas usiadł obok chłopca. 
Pip  zwiesił  głowę  na  piersi  i  oddychał  z  trudem.  Bladą  skórę 

pokrywała  lśniąca  warstewka  potu.  Thomas  szybko  ujął  chłopca  za 
nadgarstek.  Puls  był  stały,  choć  przyśpieszony,  a  skóra  ciepła,  lecz 
nie gorąca. Młody głupiec po prostu się przemęczył.

– Wydawało się, że jest mu dużo lepiej, poruszał się po domu z 

taką  łatwością  i  kiedy…  kiedy  wspomniał,  że  chciałby  pójść  na 
spacer  po  parku,  pomyślałam,  że  nie  stanie  mu  się  nic  złego,  jeśli 
wyjdzie na krótko i przyprowadziłam go tutaj.

Pip uśmiechnął się słabo.
–  Musiała  wyjść  ze  mną,  Tom.  Myślałem,  że  zwariuję,  jeśli 

spędzę  jeszcze  jeden  dzień  w  tym  przeklętym  domu.  Nie  dałem  jej 
wyboru. To nie jej wina.

– Jestem tego pewien – powiedział Thomas, uśmiechając się do 

Sarah. Spuściła głowę, unikając jego wzroku.

– Czy zechciałbyś…
– Oczywiście. – Thomas wstał, rozglądając się dokoła. Chociaż 

alejkami przesuwało się wiele powozów, żaden nie był do wynajęcia. 
Do wyjścia z parku było dobre czterysta metrów i choć Thomas nie 
wątpił,  że  zdoła  donieść  chłopaka,  zawahał  się  w  obawie,  że  rana 
Pipa mogłaby się otworzyć.

Zza  zakrętu  wyłonił  się  lekki  powozik  zaprzężony  w  jednego 

konia.  Thomas  stwierdził  z  ulgą,  że  na  koźle  siedzi  James  Barton. 
Stanął  na  środku  drogi  i  dał  Jamesowi  znak,  żeby  się  zatrzymał. 
Pasażera, który  siedział  obok przyjaciela,  rozpoznał  za  późno.  Była 
to  Fia.  Zawadiacko  przekrzywiony  czarny,  trój  graniasty  kapelusz 
ocieniał  jej  twarz,  ale  wyzywający  uśmiech  świadczył,  że  go 
poznała.

– Thomas?! – zawołał James.
– Jest tu Pip Leighton. Potrzebuje pomocy.

background image

62

– Oczywiście. – James skierował powóz na trawnik obok drogi, 

umocował wodze i zeskoczył na ziemię. – Co mogę zrobić?

Sarah  również  zobaczyła  i,  jak  się  wydawało,  poznała  Czarny 

Diament.  Krew  odpłynęła  z  jej  policzków,  ale  podniosła  dumnie 
brodę.

– Gdybyśmy mogli prosić… – Przerwała, zmieszana swoim tak 

śmiałym zachowaniem wobec kogoś obcego.

– James Barton, pani – powiedział James, skłaniając się. Spojrzał 

zmartwiony na nieszczęśliwego Pipa.

– Lady Fia! – Na twarzy chłopca odbiła się męka, kiedy usiłował 

się podnieść.

Thomas położył mu rękę na ramieniu.
– Jestem pewien, że lady Fia wybaczyła ci, że nie wstaniesz.
– Na Boga, Pip, siedź spokojnie! – zawołała Fia ostro.
Thomas  spojrzał  na  nią,  zaskoczony  szczerym  strachem  w  jej 

głosie. Wpatrywała się w Pipa niespokojnym wzrokiem.

–  Tęskniłem  za  tobą  –  szepnął  Pip,  wyczytując  z  jej  twarzy 

troskę i współczucie, o których mógł tylko marzyć. 

– Pip. – Głos brzmiał ciepło, ale, tak nagle, jak nagle zamykają 

się  drzwi,  wyraz  jej  twarzy się  zmienił.  –  Nic  dziwnego. –  Mówiła 
przyjemnym,  choć  niedbałym  tonem.  –  Doprawdy,  żyłam  w  takim 
pośpiechu, że przysięgam, sama się zagubiłam! Kiedy to ostatnio do 
mnie zajrzałeś? W tym tygodniu, czy w zeszłym? – Roześmiała się. –
Powinnam lepiej pamiętać, kto mnie odwiedza.

To, że zdawała się nie pamiętać, iż Pip został ranny w obronie jej 

honoru,  było  wyjątkowo  okrutne.  Thomas  wyczuł,  jak  Pip 
sztywnieje.  Gniew  wywołał  rumieniec  na  policzkach  Sarah.  James, 
zmieszany, zagryzł wargę.

– Fio…
–  Czy  możesz  odwieźć  Pipa  do  domu,  Jamesie?  –  zapytał 

Thomas.

– Oczywiście.
Thomas  zerknął  na  Sarah.  Stała  sztywno  wyprostowana,  ze 

wzrokiem  skierowanym  poza  karetę,  usiłując  wmówić  sobie,  że 
bezwzględna, urodziwa istota, która otumaniła jej brata, w ogóle nie 
istnieje.  Na  próżno.  To  tak,  jak  patrzeć  w  słońce  i  zaprzeczać,  że 
wypala oczy.

background image

63

Thomasowi  było  jej  żal;  wiedział,  że  współczucie  ją  zrani, 

podobnie  jak  to,  że  odprowadzając  ją  do  domu,  sprawi  jej  tylko 
przykrość.  Powóz  Jamesa  nadawał  się  dla  dwóch  osób  i  chociaż 
mógł pomieścić trzy, zupełnie nie było w nim miejsca dla czterech. 
James zawahał się, wyraźnie ubolewając nad tym, że musi zostawić 
Sarah. Nie widział jednak innego wyjścia.

Thomas skłonił głowę w jej stronę.
– Jeśli panna Leighton zechce pozwolić mi, bym odprowadził ją 

do domu…

– Ale dlaczego miałaby  to  robić?  – zapytała Fia.  – Musi,  rzecz 

jasna, pojechać z bratem.

– Ale… –James wodził wzrokiem od jednej do drugiej kobiety, z 

których jedna wyraźnie się zmieszała, a druga była równie wyraźnie
rozbawiona. – A co będzie z tobą, Fio?

– Cóż, wymuszę na kapitanie Donnie, żeby odprowadził mnie do 

domu. Już wie, gdzie mieszkam. – Uśmiechała się, jej wzrok wyrażał 
przesłanie  przeznaczone  tylko  dla  Thomasa.  W  tej  sytuacji  i  tych 
okolicznościach  podobna  zalotność  sprawiała  odrażające  nużenie  i 
Fia zdawała sobie z tego sprawę. Jej niestosowne zachowanie miało 
jednak  tę  dobrą  stronę,  że  oszczędziło  Sarah  Leighton  dalszego 
wahania,  a  Pipowi  mogło  pomóc  uświadomić  sobie  jej  prawdziwą 
naturę.

– Będę zachwycony – oznajmił Thomas oficjalnym tonem.
–  A  zatem  postanowione.  –  Podniosła  się  i  unosząc  czarne 

spódnice,  wyciągnęła  rękę  rozkazującym  gestem.  Nie  miał  wyboru 
jak tylko ją przyjąć. Zeskoczyła zręcznie jak czarny łabędź.

Pip patrzył na nią z bolesnym zdumieniem. Fia nie zwracała na 

niego uwagi. Jej uroczy, figlarny uśmiech przeznaczony był wylanie 
dla Thomasa.

Usadowienie  Pipa  z  Sarah  u  boku  zajęło  tylko  parę  minut,  po 

czym  James,  rzucając  ostatnie  niespokojne  spojrzenie  w  stronę  Fii, 
zaciął  konia  batem,  zabierając  Leightonów  do  domu  i  zostawiając 
Tomasa samego. Z Fią.

Fia  poczekała,  aż  kareta  zniknie  z  widoku,  i  dopiero  wtedy 

odwróciła się. Jej twarz, bez uśmiechu, była gładka i tajemnicza jak 
zwykle. Ruszyła bez słowa, a Thomas poszedł za nią.

Serce  biło  jej  jak  oszalałe.  Nie  spodziewała  się,  że  zobaczy  go 

tak  szybko.  Zerknęła  w  bok;  zauważyła  silną  opaloną  szyję  nad 

background image

64

śnieżnobiałym kołnierzem, pamiętała aż nazbyt wyraźnie dotyk jego 
skóry pod wargami i pożądanie w szarych oczach.

– Wiem, że byłaś damą w srebrnej masce na balu u Portmanna. 
Zaskoczył ją.
– Nie wiem, co masz na myśli – powiedziała.
Jej  zachowanie  u  Portmannów  było  błędem.  James  był  jednak 

zajęty  gdzie  indziej,  a  ona  zjawiła  się  na  balu  niezapowiedziana  i 
kiedy zobaczyła  Thomasa,  postanowiła  dać  mu  nauczkę,  przekonać 
się, jak bardzo jest odporny na to, czym tak jawnie gardzi. Zamiast 
tego poznała tylko własną słabość. Uległa nastrojowi, a nigdy tak nie 
postępowała. Nie mogła sobie na to pozwolić.

Nie  była  niedojrzałą  dzierlatką,  która  błaga  o  życzliwość,  jaką 

Thomas okazywał Sarah Leighton, i jakiej ona sama pozbawiła Pipa.

Była  samolubna.  Pewna,  że  skoro  Pip  jest  tylko  chłopcem, 

bezpiecznie będzie się z nim zaprzyjaźnić. Tak  bardzo przypominał 
jej Kaya, a w tej gmatwaninie intryg i spisków pragnęła przyjaciela, 
przy którym mogłaby przestać grać.

Ale dość tego. Nigdy już nie pozwoli, aby jej pragnienia naraziły 

na niebezpieczeństwo niewinne życie. Stała się mądrzejsza.

–  Czy nosisz  czasami  inne kolory niż  czarny?  –  Głos  Thomasa 

przestraszył ją.

–  Sądziłam,  że  jesteś  mężczyzną,  który  lubi  czerń  i  biel.  To 

oszczędza trudu rozróżniania subtelności.

Roześmiał się, serce zabiło gwałtownie. Nie przewidziała, że się 

roześmieje. Miał się poczuć urażony.

–  Przyznaję,  że  dobrze  ci  w  nim,  pani  –  powiedział.  –  Pięknie 

wyglądałaś w sukni, którą włożyłaś na bal maskowy u Portmannów.

Uśmiechnęła się, ani nie odrzucając, ani nie potwierdzając jego 

domysłów.

– Cóż, kapitanie Donne, musi pan uważać, aby nie dostać się pod 

moje  straszliwe  wpływy.  –  Powiedziała  to  ze  smutkiem  i  zdziwiła 
się, kiedy zmarszczył czoło.

– To ładnie z twojej strony, że odstąpiłaś pannie Leighton swoje 

miejsce – stwierdził krótko.

Ona jednak wróciła do odgrywanej roli. Uniosła brwi, układając 

wargi w uśmiechu, który mężczyznom wydawał się tak pociągający.

– Chyba oboje wiemy, że  słowo „ładnie” rzadko przychodzi do 

głowy w połączeniu z moim imieniem, kapitanie. Miałam ochotę się 

background image

65

przejść. Z tobą. – Rzuciła mu ukradkowe, wyzywające spojrzenie. –
A więc idę. Z tobą.

– Nie wierzę.
Wzruszyła ramionami.
Zrobiło  się  ciepło,  peleryna  zaczęła  jej  ciążyć.  Rozluźniła 

jedwabne wiązadło pod szyją.

–  Wiedziałaś,  że  Sarah  Leighton  nie  jest  ci  życzliwa,  a  jednak 

odstąpiłaś jej swoje miejsce.

–  A  więc  o  to  chodzi?  Cóż,  pozwól,  że  ci  wyjaśnię,  zanim 

przedwcześnie  uznasz  mnie  za  świętą.  Sarah  Leighton  jest 
rozpaczliwie  nudną  osobą.  –  Wyczuła  niechęć  Thomasa.  Dobrze.  –
Nie jest godna miana rywalki. W ogóle nie jest warta uwagi.

Łatwo zdobyła się na to kłamstwo. W rzeczywistości podziwiała 

Sarah  Leighton.  Dziewczyna  była  uczciwa  i  dobra,  a  jej  troska  o 
brata  głęboko  szczera.  Nie  chciała  jednak  dzielić  się  tym 
przekonaniem z Thomasem. Taka otwartość dawałaby mu przewagę, 
a  tej  za  nic  nie  chciała  zapewnić  Thomasowi.  Jak  żadnemu  ze 
wszystkich znanych jej mężczyzn – włącznie z ojcem. Władza ojca 
nad  nią  sprowadzała  się  jedynie  do  gróźb,  a  władza  Thomasa… 
Stłumiła tę myśl.

Mówiła dalej, twardym, ale lekkim tonem – niczym szkło.
–  Nie.  Niezależnie  od  swoich  zalet  panna  Leighton  nie  jest 

rywalką do względów Jamesa. On z pewnością należy do mnie. Pip 
także jest pod moim urokiem. A zatem tylko ty opierasz się uparcie 
moim wdziękom.

– Kłamiesz – powiedział głucho.
Zdołała się roześmiać. Lekko, z rozbawieniem.
– Ty, lepiej niż ktokolwiek inny tutaj, znasz moje pochodzenie. 

Jestem  hazardzistką  ze  starego  rodu  hazardzistów.  Co  w  tym 
dziwnego,  że  nie  potrafię  oprzeć  się  wyzwaniu,  zamiast  zadowalać 
się tym, co już zdobyłam?

Spojrzała na niego spod gęstej zasłony rzęs.
– Przecież, to ty sam rzuciłeś mi wyzwanie.
Zerknął na nią zdumiony.
Zatrzymała  się,  przywołując  go  dłonią  ku  sobie.  Nie  miał 

wyjścia, mógł tylko pochylić się nad nią, żeby usłyszeć, co powie.

–  W  moim  buduarze  –  szepnęła,  pozwalając,  aby  jej  ciepły 

oddech dosięgnął jego ucha. – Kiedy przyszedłeś, żeby mnie ukarać, 

background image

66

powiedziałeś, że tylko mojemu wyzwaniu nie odmówisz.

Zamiast  cofnąć  się,  jak  się  spodziewała,  odwrócił  głowę,  żeby 

odpowiedzieć.  Ich  usta  znalazły  się  blisko  siebie.  Jasne  oczy 
Thomasa lśniły jak polerowana cyna w opalonej twarzy.

– Nie to miałem na myśli i dobrze o tym wiesz.
Nie miała zamiaru się cofnąć. Podjęli próbę sił, grę, w której nie 

mogła  sobie  pozwolić  na  przegraną,  choć  sama  nie  wiedziała 
dlaczego.  Podniosła  głowę,  zbliżając  policzek  do  jego  twarzy. 
Pachniał drzewem sandałowym i kawą. Miał gładką skórę. Ogolił się 
przed kilku godzinami.

– Ale ja właśnie to miałam na myśli.
Poruszył się lekko, słońce oślepiło ją. Odwróciła twarz, mrugając 

oczami. Jej rzęsy zatrzepotały na policzku. Usłyszała, jak wstrzymał 
oddech i nagle jego dłonie mocno objęły jej kibić.

Przez  sekundę  nie  była  pewna,  czy  zamierza  przyciągnąć  ją  do 

siebie,  czy  odepchnąć  i  wyczuła  wyraźnie,  że  on  sam  też  tego  nie 
wie. Czuła dotyk każdego z długich palców, dłoni, kciuków powyżej 
kości  biodrowych.  Powinna  ruszyć  się,  uderzyć  go  w  twarz, 
nawymyślać,  ale  jedyne,  o  czym  mogła  myśleć,  to  to,  że  Thomas 
Donne  dotyka  jej  w  sposób  wyrażający  mniej  niż  namiętność,  ale 
więcej niż obojętność.

Każde włókienko jej ciała ożywiło się. Serce łomotało dziko. Nie 

mogła  złapać  tchu  i  słyszała  jego  nierówny, przyspieszony  oddech, 
oznakę  pożądania.  Szukał  wzrokiem,  zakłopotany,  zły  i  zmieszany, 
jej spojrzenia. Zachwiała się i w tym momencie peleryna zsunęła się 
jej z ramion, opadając wokół stóp.

Jedna  z  jego  rąk  opuściła  jej  kibić  i  powędrowała  wolno  po 

plecach w stronę karku. Spuściła powieki. Czubki jego palców były 
twarde, szorstkie i ciepłe. Odchyliła głowę, zamieniając jego dotyk w 
rodzaj pieszczoty, całą uwagę skupiając na tym doznaniu.

Jego dłoń opadła.
Cofnął dłoń z jej pasa.
–  Nosisz  naszyjnik  Amelii  Barton.  –  Głos  brzmiał  pusto  i 

bezbarwnie.

Tak.  To  nie  mogło  mu  się  spodobać.  Amelia  Barton  była 

najcudowniejszą  kobietą,  jaką  Fia  poznała  w  swoim  życiu.  Bez 
wątpienia była także najcudowniejszą kobietą, jaką poznał  Thomas. 
Może nawet był w niej zakochany.

background image

67

Otworzyła  oczy.  Nadal  stał  bardzo  blisko.  W  jego  oczach 

odbijały się uczucia, których nie słychać było w głosie.

– Doprawdy?
–  Doskonale  wiesz,  że  tak.  James  dał  ten  naszyjnik  Amelii  w 

dniu ślubu.

– Naprawdę? – Chciała mu powiedzieć, że to maskarada. Część 

gry.  Część  przedstawienia.  Ale  nie  mogła  mu  ufać  i  nie  ufała. 
Thomas  nienawidził  Merricków  Zrobił  wszystko,  żeby  zranić  jej 
brata, Asha. Nie miała powodu, by sądzić, że ją potraktuje lepiej. Nie 
zrobił tego, jak dotąd.

–  Nie  powinien  ci  go  dawać  –  ciągnął  zimno  Thomas.  –  Ten 

klejnot należał do jego rodziny od pokoleń.

Schyliła się, podnosząc pelerynę. Wyprostowała się; zrobił krok 

do  tyłu.  Niedbałym  ruchem  zarzuciła  lekki,  wełniany  płaszcz  na 
ramiona. Zmarzła. Przemarzła do kości.

– Zostaw Jamesa w spokoju, Fio.
– Trochę już na to za późno, nie sądzisz?
– Zasługuje na coś lepszego.
–  Niż  co?  –  zapytała,  urażona.  Jego  słowa  wzbudziły  w  niej 

gniew tlący się pod maską opanowania. Dotykał jej, pieścił ją. Teraz 
patrzył  na  nią  z  nienawiścią,  zarzucając,  że  kala  pamięć  zmarłej 
kobiety,  nosząc  jej  naszyjnik  na  szyi.  –  Coś  lepszego  ode  mnie? 
James sam wie najlepiej, na co zasługuję, a na co nie.

–  Posłuchaj  mnie,  Fio.  Wiem,  że  usiłujesz  wciągnąć  Jamesa  w 

jakąś  ciemną  intrygę.  Nie  dopuszczę  do  tego.  Słyszysz?  James 
Barton  jest  uczciwym,  szlachetnym  człowiekiem  i  nie  pozwolę  ci 
pociągnąć go za sobą w przepaść.

Przez chwilę gniew i urazę zastąpiło zadowolenie. Jeśli Thomas 

usłyszał plotki, inni usłyszeli je także.

Thomas  odczytał  triumf  na  twarzy  Fii  i  uznał,  że  napawa  się 

zwycięstwem.  Stłumił  to…  to  coś,  co  przez  chwilę  osłabiło  jego 
czujność. Może to pożądanie, z braku lepszego określenia.

Przez krótki moment uwierzył w niemożliwe: w Merricka, który 

ma  serce.  Wyobraził  sobie,  że  widzi  smutek  w  zamierającym 
uśmiechu  Fii,  kiedy  śledziła  wzrokiem  oddalający  się  powóz 
Bartona. Pomyślał  wówczas,  że  celowo  uraziła  Pipa,  żeby uchronić 
go  przed  czymś  gorszym.  A  kiedy  jej  dotknął…  jak  wytłumaczyć 
nagły przypływ pożądania i czułości?  Boże dopomóż, czułości. Dla 

background image

68

niej.

Nie  mógł  uwierzyć  we  własną  głupotę.  Merrick  obdarzony 

sercem?  Wątpił,  czy  Fia  ma  duszę.  Kiedy  to  stał  się  mdłym 
romantykiem, zamiast być realistą, jakim uczyniło go życie? Dłonie 
świerzbiły  go,  żeby  ukarać  ją  za  to,  że  jest  piękna,  fałszywa, 
pozbawiona litości i za to, że tak doskonale udaje kogoś innego.

– Ostrzegam cię, Fio.
– To brzmi jak groźba… Thomasie.
– Nie – powiedział. – To obietnica.
Roześmiała  się  –  dźwięcznie,  lekko.  A  jednak,  na  Boga,  jej 

śmiech  wydawał  się  rodzić  z  bólu,  jakby  ostrze  przebiło  jej  serce. 
Wbrew  rozumowi  i  całej  nabytej  ciężkim  trudem  wiedzy,  niemal 
wyciągnął do niej ręce.

Ona jednak odwróciła się i odeszła, nie dbając, że jest sama i bez 

opieki.  Szedł  za  nią  w  przyzwoitej  odległości,  aż  doszli  do  ulicy, 
gdzie zatrzymała powóz.

background image

69

8

–  Wyglądasz  jak  śmierć  na  chorągwi  –  powiedziała  Gunna 

głuchym głosem.

–  Zdaje  ci  się  –  stwierdziła  Fia,  migając  igłą  przy  tamborku. 

Szycie,  jak  dowiedziała  się  od  jednej  z  opiekunek  Córy,  było 
zajęciem, które koi nerwy.

W drugim końcu pokoju Kay studiował jedną ze swoich książek 

szkolnych. Jego niespodziewany przyjazd poprzedniego dnia był Fii 
na rękę. Zmieniła plany na wieczór, nie chcąc, aby Kay wędrował po 
mieście  pozbawiony  opieki.  Dzięki  Bogu,  Akademia  dla  Młodych 
Dam  pani  Littleton  nie  wypuszczała  podopiecznych  spod  swoich 
skrzydeł równie łatwo, jak Oxford.

–  I  zdaje  mi  się,  albo  też  moje  stare  oczy  mnie  mylą,  że  masz 

czerwone podkowy pod oczami i okropnie chrypisz? – odezwała się 
Gunna, wyrywając Fię z zamyślenia.

– Mówię uczciwie, Gunno. Nic mi nie jest.
Naprawdę  jednak  była  u  kresu  sił.  Niekończące  się  noce 

udawania  zaczynały  się  na  niej  odbijać.  Zbyt  często  trapiły  ją 
zawroty głowy, Codziennie zaś trzęsła się z wyczerpania.

Jej  starcie  z  Thomasem  poprzedniego  dnia  nie  przyniosło  nic 

dobrego.  Od  tamtej  chwili  stała  się  płaczliwa  i  poirytowana  –  ona, 
Fia Merrick, zwykle panująca nad sobą. Wewnętrzna siła, którą tak 
się  chełpiła,  zdawała  się  ją  opuszczać.  Nie  wiedziała,  jak  długo 
jeszcze  wytrzyma.  Ale  nie  należało  mówić  tego  Gunnie.  Staruszka 
zaczęłaby  się  zamartwiać,  a  kiedy  już  wszystko  zostałoby 
powiedziane, to jej zamartwianie i tak niczego by nie zmieniło.

–  To  niezgodne  z  naturą,  żeby  tak  żyć  –  narzekała  Gunna  –

zamieniając dzień w noc i noc w dzień.

Fia rzuciła krótkie, ostrzegawcze spojrzenie w stronę Kaya. Kay 

nie wiedział, jakie krążą o niej opowieści i Fia chciała go przed nimi 
uchronić możliwie jak najdłużej.

– Picie, włóczenie się powozami i…
Fia  spojrzała  na  staruszkę  z  mieszaniną  rozpaczy  i  miłości. 

Gunna  najwyraźniej  postanowiła  nie  zwracać  uwagi  na 
niewypowiedziane ostrzeżenie.

– Ale teraz jest dzień, a ja jestem tutaj – oznajmiła Fia z fałszywą 

wesołością  –  obudzona,  w  swoim  własnym  domu,  zajmuję  się 

background image

70

niewinnym haftem, a jednak nadal mnie potępiasz.

–  Nie  mów  do  mnie  tym  tonem,  lady  Fio  MacFarlane  –

powiedział Gunna. – Twoje własne dobro leży mi na sercu i….

– I doceniam to, choćby mi to było nie w smak – przerwała jej, 

raz jeszcze spoglądając w stronę Kaya.

–  Czy  nie  możemy  zostawić  tego  domu,  wrócić  do  Bramble  i 

zacząć  od  tego,  na  czym  skończyliśmy?  – zapytała  po  raz  setny 
zgarbiona  staruszka.  Fia  nigdy  nie  wtajemniczyła  jej  w  szczegóły 
swojej umowy z Carrem.

Póki jej ojciec chciał ją widzieć w Londynie, póty tam zostanie. 

Kiedy powie jej, że ma poślubić, kogo jej wskaże, zrobi to. Inaczej 
straci dom w Bramble, a nad tym nawet nie chciała się zastanawiać. 
Carr,  oczywiście,  nie  wiedział  o  tym.  Sądził,  że  przystała  na  jego 
żądania ze strachu – przed nim i przed widmem nędzy.

–  Nie.  Nie  możemy  –  odparła.  Podniosła  palce  do  skroni, 

zataczając na nich małe kółeczka. – Wiesz, Gunno, czuję się trochę 
zmęczona.  Może  przydałoby  mi  się  coś  na  wzmocnienie.  Czy 
zechciałabyś przyrządzić jakiś napar?

Odczuła  lekkie  wyrzuty  sumienia  na  widok  niepokoju,  jaki 

odmalował  się  na  twarzy  Gunny  oraz  pośpiechu,  z  jakim  staruszka
zerwała się na nogi i wybiegła z pokoju. Lepiej jednak poskarżyć się 
Gunnie  na  coś,  czemu  mogła  zaradzić,  zamiast  pozwolić,  by 
martwiła  się  bezużytecznie  czymś,  na  co  i  tak  nie  miała  żadnego 
wpływu.

Kay podniósł głowę, gdy tylko Gunna wyszła.
– Gunna ma rację. Wyglądasz blado.
– Pochlebco, wbijasz mnie w dumę.
Kay,  przywykły  do  spokojnej  ironii  Fii,  wrócił  do  lektury.  W 

wieku  piętnastu  lat  nadal  przypominał  chłopca,  którego  poznała 
przed  sześcioma  laty.  Twarz  miał  tak  samo  otwartą,  włosy  równie 
niesforne i wciąż oceniał ludzi po pozorach. Zastanawiała się, kiedy 
to się zmieni i czy to ona będzie narzędziem jego przebudzenia.

Nie  chciała  tego.  Mądrość  świata,  o  czym  przekonała  się  już 

dawno, w końcu staje się udziałem tych, którzy jej nie szukają. Być 
może  oddawała  Kayowi  złą  przysługę,  starając  się  go  chronić. 
Podniosła tamborek.

Po  paru  minutach  w  drzwiach  salonu  pojawił  się  cień.  Tylko 

jeden  człowiek  miał  czelność  pojawiać  się  w  jej  domu  bez 

background image

71

uprzedzenia.

– Witaj, ojcze – powiedziała Fia, kończąc ścieg. Każdy mięsień 

jej  ciała  napiął  się  z  obawy  przed  tym,  co  się  stanie.  Od  dawna, 
bardzo  dawna  czekała  na  tę  wizytę.  Narzuciła  sobie  spokój,  chcąc 
zyskać  na  czasie,  żeby  przeobrazić  się  w  zimną,  twardą  istotę,  za 
którą  zwykła  się  kryć  w  trudnych  sytuacjach.  Nie  będąc  w  stanie 
odnaleźć maski, uniosła głowę.

– Cóż cię sprowadza?
Ojciec,  jak  zwykle  wspaniały,  w  haftowanej  kamizelce  koloru 

miedzi  i  niebieskim  kubraku,  leniwie  rozglądał  się  po  pokoju. 
Podniósł  laskę  ze  srebrną  gałką  i  wycelował  w  Kaya.  Serce  w  niej 
zamarło.

– Co ten chłopak tutaj robi?
Spojrzała  na  Kaya  i  przybrała  lekko  zaskoczony  wyraz  twarzy, 

jakby o nim przedtem zapomniała.

– To Kay. Syn MacFarlane'a.
Kay  wstał  pospiesznie,  wyraźnie  zaciekawiony.  Nie,  Kay, 

błagała go w myślach. Nie zwracaj na siebie jego uwagi.

– Dziedzic MacFarlane'a, co? – mruknął Carr.
– W istocie jeden z  dwojga – odparła Fia znudzonym tonem.  –

Drugi to córka. Jest w szkole.

– Możesz sobie pozwolić na trzymanie jej w szkole?
–  Cóż,  alternatywą  byłoby  znosić  ją  tutaj  –  wyjaśniała  Fia  bez 

zająknięcia.  –  Wprawdzie  londyńczycy  są  pobłażliwi,  a  moi 
wielbiciele niezbyt pedantyczni,  ale  chyba  nie  pozostaliby obojętni, 
gdybym wyrzuciła dzieci MacFarlane'a na ulicę. Nie sądzisz?

Carr zamyślił się.
– Być może. Ale dlaczego on tu jest?
–  Właśnie  wychodzi  –  odparła  Fia.  –  Właśnie  w  tej  chwili. 

Odejdź, chłopcze.

Policzki  Kaya  poczerwieniały.  Młodość  i  zmieszanie  sprawiły, 

że wydawał się pozbawiony wdzięku. Skłonił się krótko, niezgrabnie 
i szybko wyszedł z pokoju.

Fia  patrzyła  za  nim  niewzruszona.  Przeżyje  tę  urazę  własnej 

godności.  Może  nawet  będzie  szczęśliwy,  jeśli  dla  Carra  okaże  się 
bezużyteczny – nie wykorzysta go do szantażowania córki. Ale żeby 
Carr  mógł  podejrzewać,  że  Fia  żywi  do  chłopca  jakieś  uczucia, 
musiałby  być  obdarzony  nie  tylko  wyobraźnią,  ale  i  sercem.  Nie, 

background image

72

Kay był bezpieczny. Chyba że Fia się zdradzi.

– Nie usiądziesz? – powiedziała, kiedy Kay odszedł. – Powiedz 

mi,  czemu  zawdzięczam  tę  wizytę?  Tęsknisz  za  moim 
towarzystwem?

– Jeśli  ten banalny sarkazm  zastępuje ci dowcip, nic dziwnego, 

że otacza cię taka pospolita hołota.

– A ja myślałam, że powód jest całkiem inny – powiedziała Fia 

gładko. – I że nie ma nic wspólnego z… dowcipem.

Carr skrzywił usta.
– Nie nauczyłaś się pokory, Fio.
Ruszył przez pokój; lekkie utykanie, jakiego nabawił się podczas 

ucieczki z Rumieńca Ladacznicy, było ledwie zauważalne. Usiadł na 
najbliższym krześle i położył laskę na kolanach.

– Przyszedłem, żeby ci powiedzieć, że wiem, co robisz, i że na to 

nie pozwolę.

– Co robię – powtórzyła.
–  Pozwól,  oszczędzę  nam  trochę  czasu.  Wiem,  że  skłoniłaś 

kapitana  Jamesa  Bartona  do  udziału  w  spółce,  w  której  kupujesz 
ładunek,  ubezpieczasz  na  wysokość  jego  podwójnej  wartości,  a 
następnie umieszczasz na jednym z jego statków.

Podniósł wypielęgnowaną dłoń, nie dając jej zaprzeczyć.
–  Następnie  kapitan  Barton  uszkadza  statek,  biorąc  za  niego 

odszkodowanie, ty zaś odbierasz ubezpieczenie ładunku. – Odwrócił 
dłoń, oczekując jej komentarza. Zastosowała się do jego życzenia.

– Cóż to za cudownie kunsztowny plan – powiedziała. – Żałuję 

tylko, że sama go nie wymyśliłam.

–  Ależ  tak  –  stwierdził  Carr.  –  Zbadałem  sprawę  bardzo 

dokładnie. Byłaś, muszę  przyznać, sprytna.  I ostrożna. Dotarłem do 
niewielu  konkretnych  informacji,  kilka  spośród  nich  jest  jednak 
niezwykle  znacząca.  Tak  bardzo,  że  po  zsumowaniu  rozmaitych 
danych, które odkryłem, zostaje tylko jedno wyjaśnienie, to, które ci 
przedstawiłem i które już znasz.

Uniosła brwi.
–  Masz  pewne  podejrzenia,  ale  jak  sam  powiedziałeś  nic  poza 

tym. Z pewnością nie masz niczego, czego mógłbyś użyć – jakie jest 
to  zabawne  słowo,  którym  określasz  wymuszenie?  …w  charakterze 
rozpędu.  A  skoro  tak  właśnie  jest,  powiedz  mi,  ojcze,  po  co 
właściwie odbywamy tę rozmowę?

background image

73

Carr odął wargi.
–  Z  faktu,  że  nie  mogę  szantażować  twojego…  przyjaciela, 

wcale nie wynika, że możesz robić, co ci się podoba. Nadal nie masz 
domu,  Fio.  Ani  pieniędzy.  Nie  masz  niczego,  oprócz  pięknych 
podarków,  jakimi  kapitan  Barton  usiłuje  kupić  sobie  drogę  do 
twojego  łóżka.  O  tak.  Wiem  wszystko  o  naszyjniku,  pierścionku  i 
obrazach. Sprzedaj to, a przez pół roku będziesz prowadzić taki tryb 
życia, jakim cieszysz się obecnie.

Pozwoliła,  aby  zauważył  jej  zmieszanie  –  tylko  przez  chwilę. 

Jego twarz rozpromieniła się łagodnym uśmiechem.

–  A  tego  byś  nie  chciała,  prawda?  Nie.  Doprawdy,  Fio –

powiedział  powoli  –  myślałaś,  że  pozwolę,  aby  twoja  spółka  z 
Bartonem pomogła ci uzyskać niezależność?  Moja droga, poślubisz 
kogo,  kiedy  i  gdzie  ci  każę.  Nie  jesteś  niezależna.  Nie  teraz.  Ani 
wkrótce. – Udał nadąsanie i  pokręcił głową. – Obawiam się, że nie 
będziesz nigdy.

Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
– Czego chcesz?
Uśmiechnął się.
–  No,  nareszcie!  Czuję  się  o  wiele  lepiej,  kiedy  między  nami 

panuje pełne porozumienie, a ty? – Nagle uśmiech ulotnił się, jakby 
po prostu starł  go z  twarzy. – Chcę  twojego  udziału.  Twojej części 
udziałów.

Odczekała  pół  uderzenia  serca,  a  potem  nadała  głosowi  ledwie 

zauważalne gniewne brzmienie.

– Nie mogę tego zrobić.
–  Naprawdę,  ze  względu  na  twoje  dobro,  mam  nadzieję,  że  się 

mylisz. Czy wiesz, że markiz de Mannett pytał o ciebie? Niezbyt to 
pociągający  człowiek,  z  tą  swoją  podagrą  i  ropiejącymi  wrzodami, 
ale  jestem  pewien  –  mam  w  każdym  razie  nadzieję  –  że  ich 
przyczyną,  jak  głosi  plotka,  nie  jest  francuska  choroba.  Plotki  to 
paskudna rzecz.

–  Nie  możesz  mnie  zmusić,  żebym  za  niego  wyszła  –

powiedziała, oddychając ciężko.

– Nie. Ale mogę dopilnować, żebyś nie wyszła za nikogo innego. 

Wszelkimi  dostępnymi  środkami.  –  Oczy  miał  tak  pozbawione 
wyrazu, jak oczy trupa. Zadrżała, tym razem bez udawania.

background image

74

– Nie mogę… – Urwała nagle i odetchnęła głęboko. Nie wolno 

jej  źle  zagrać  roli.  –  Jak  sam  zauważyłeś,  kapitan  Barton  był 
niezwykle  ostrożny.  Nie  ma  dowodów.  Nic,  czego  mógłbyś  użyć, 
aby skłonić go do wciągnięcia ciebie do spółki.

Spojrzał jej w oczy i nie odwrócił wzroku.
– Nie doceniasz siebie samej, Fio. Jakie to do ciebie niepodobne. 
Odpowiedziała na jego wężowe spojrzenie obojętnie.
– Chcesz, abym wymieniła swoje łaski na udział?
Jeśli jej słowa go uraziły, nie okazał tego. Odchylił tylko głowę 

do tyłu i pogładził w zamyśleniu podbródek.

–  Nie.  Znam  ludzi  pokroju  Bartona.  Jest  romantykiem.  Taka 

czysto  handlowa  transakcja  mogłaby  go  do  ciebie  zniechęcić.  Nie, 
trzeba  go  uwieść.  Musi  myśleć,  że  przyjmując  mnie  do  spółki, 
zdobywa ciebie.

–  To  niemożliwe  –  odparła  Fia.  Musi  być  mądra.  Działać  bez 

pośpiechu. Naprowadzić go. – Wszyscy wiedzą, że gardzę tobą.

I tym razem coś, co powinno urazić uczucia ojca, nie wywołało 

nawet grymasu.

–  Wiem  –  stwierdził  Carr.  –  Będziesz  musiała  znaleźć  inny 

sposób.

Postukała lekko palcami w poręcz krzesła. Zmrużyła oczy, jakby 

zastanawiając się nad czymś.

– Trzeba mu zaoferować coś, czego ja, jego zdaniem, mogłabym 

pragnąć.  Coś,  dzięki  czemu  w  swoim  przekonaniu  uzyska  moją 
kapitulację.

– Cóż to takiego?
– Nie wiem. Musi wierzyć, że nie mogłabym się temu oprzeć, a 

przy tym powinno to być coś dostatecznie wielkiego, aby przeważyć 
ryzyko  wejścia  z  tobą  w  spółkę.  –  W  jej  uśmiechu  nie  było 
wesołości. – Choć wątpię, aby zdobył się na poproszenie o klejnoty 
koronne.

– Bardzo zabawne. Myśl dalej.
– Nie wiem… Zaraz. Bramble House.
– Co? – Carr pochylił się naprzód. – Wiejski dom MacFarlane'a? 

To prowincja.

– Tak. Wiem. – Nie za wiele naraz. Subtelna mieszanina prawdy 

i  kłamstwa.  Czyż  sam  jej  tego  nie  nauczył?  –  Barton  zawsze 
opowiada  o  przyjemnościach  życia  na  wsi.  Wyrobiłam  w  nim 

background image

75

przekonanie,  że  podzielam  jego  uczucia  w  tym  względzie.  Może 
zechce kupić ten dom jako nasze gniazdko miłosne, sądząc, że w ten 
właśnie  sposób  wkupi  się  w  moje  łaski.  Tak  czy  inaczej,  chciałby 
wejść w jego posiadanie. Mówił, że pragnie nabyć ziemię.

Carr przyglądał się jej uważnie.
–  Być  może  –  mruknął.  –  W  końcu,  nic  nie  mam  na  tego 

człowieka, prawda?

–  Prawda  –  zgodziła  się  chłodno.  –  Nigdy  jednak  nie  dałeś  mi 

zajrzeć do swojego zbioru materiałów.

Była  to  podstawa  władzy  Carra  –  zbiór  aktów  prawnych, 

hipotek,  weksli,  niedyskretnych  listów  i  kradzionych  dokumentów 
kościelnych. Widziała je tylko raz – zgrabnie spakowane i ukryte w 
bibliotece  Carra  w  Rumieńcu  Ladacznicy. Od  dawna  podejrzewała, 
że  Carr  odniósł  rany,  wydobywając  je  stamtąd  podczas  pożaru. 
Szkoda, że nie spłonęły. Do diabła z nimi.

– I nigdy ci na to nie pozwolę, moja miła. – Oparł srebrne okucie 

laski na podłodze i wstał. – Może przez jakiś czas powinnaś trzymać 
się od Bartona z daleka.

– Dlaczego?
–  Och.  Rozstanie  powoduje,  że  mięknie  serce  –  tak  przecież 

mówią. Barton będzie cię bardziej pragnął, a w takim stanie łatwiej 
przyjdzie go oszukać.

– Pomyślę o tym.
Carr westchnął ciężko.
–  Czy  nasze  rozmowy  zawsze  muszą  się  kończyć  męczącą 

manifestacją twojej niezależności? Po prostu zrób, to, co mówię.

Nie odpowiedziała, ani też  nie wstała i nie pożegnała  go, kiedy 

wychodził.  To  nie  pasowałoby  do  roli.  Odłożyła  robótkę.  Dobrze 
poszło. Teraz tylko James musi odpowiednio zagrać swoją rolę.

Lord  Carr  wyszedł  z  budynku i  odesłał  powóz.  Miał  ochotę  na 

spacer.  Czuł  się  wspaniale,  tak  wspaniale,  że  kiedy  zobaczył  Janet 
wyglądającą z okna na piętrze, ukłonił się dwornie i ucałował czubki 
palców,  posyłając  jej  pocałunek.  Znikła,  a  on  roześmiał  się  na  całe 
gardło.

Droga  Fia!  Kto  by  pomyślał,  że  okaże  się  taka  zabawna?  I 

zrobiła  to  tak  dobrze,  nie  można  zaprzeczyć.  Jego  pierś  wypełniła 
ojcowska  duma.  Może  gdyby  próbowała  nabrać  kogoś  innego,  w 
końcu odzyskałaby Bramble House.

background image

76

Ale  ona  usiłowała  oszukać  jego.  Pokręcił  głową,  chichocząc  z 

czułym  rozbawieniem.  Na  nieszczęście  dla  Fii  nie  zapomniał, 
dlaczego uciekła z tym okropnym, szkockim pożeraczem ropuch ani 
że  przez  lata  małżeństwa  nie  opuszczała  żałosnej  wiejskiej 
rezydencji,  dowodząc,  że  zrobiłaby  wszystko  –  tak,  wszystko  –  by 
wyrwać się spod jego władzy.

A więc w taki sposób zamierzała odzyskać wolność – skłaniając 

go,  by  przekazał  mały,  nędzny  dom  na  wsi  człowiekowi,  który 
następnie oddałby go jej.

Przetarł oczy. Bez wątpienia sądziła, że nie będzie miał wyboru, 

i  że  musi  pozbyć  się  domu,  jeśli  chciał  brać  udział  w  aferze 
ubezpieczeniowej  Bartona  i  Donne'a.  Myliła  się.  To  nie  było 
potrzebne.

Jakkolwiek  było  prawdą,  że  nie  miał  nic  na  Jamesa  Bartona,  z 

pewnością miał coś na jego wspólnika, Thomasa Donne'a. Czy raczej 
Thomasa McClairena.

background image

77

9

–  Zamiana  naszych  tras  to  najrozsądniejsze  rozwiązanie.  –

Thomas  wyciągnął  nogi  przed  siebie.  Obejmował  dłonią  wypukły 
kieliszek brandy, ogrzewając bursztynowy alkohol.

Z drugiej strony kominka siedział James Barton. Był to jeden z 

nielicznych  wieczorów,  kiedy  James  nie  wyszedł  z  domu,  by 
podążać  za  Fią  jak  wierny,  choć  może  niezbyt  błyskotliwy  pies. 
Thomas  postanowił,  że  dzisiaj  naprawią  skutki  niezgody,  jaką  Fia 
zasiała między nimi. Omijał wszelkie wzmianki o niej, trzymając się 
ściśle  tematów,  które  interesowały  ich  obu,  zwłaszcza  spraw 
handlowych.

– „Alba Star” nie będzie gotowa w porę, żebym mógł dotrzymać 

terminu – ciągnął. – Upłynie co najmniej miesiąc, zanim wymieni się 
żagle, poza tym trzeba położyć jeszcze ostatnie warstwy farby. Jeśli 
nie dotrzymamy terminu, pożegnamy się z pięknym zyskiem.

James, wyraźnie zmartwiony, wysunął do przodu dolną wargę.
–  Nie  miałem  zamiaru  tak  szybko  opuszczać  Londynu.  To  nie 

jest mi na rękę.

–  Nie  na  rękę?  Dlaczego?  Nie  mów,  że  zatrzymują  cię 

zobowiązania  towarzyskie.  Odkąd  to  nabrały  dla  ciebie  takiego 
znaczenia? – zapytał Thomas spokojnie.

–  Nie  nabrały.  –  Twarz  Jamesa  stwardniała  w  uporze.  –Jest  po 

prostu pewna sprawa, którą chciałbym zakończyć, zanim wyruszę na 
morze. A nie jestem pewien, czy zdołam tak szybko doprowadzić do 
jej rozstrzygnięcia.

Rozstrzygnięcia czy orgazmu? – pomyślał Thomas z goryczą, ale 

ugryzł  się  w  język.  Czy  James  posłucha  głosu  rozsądku,  jeśli  głos 
serca mówi mu co innego? Nie. Trzeba czegoś więcej, by przekonać 
przyjaciela. Thomas musi znaleźć jakiś sposób.

Raz  jeszcze  wziął  pod  uwagę,  czy  nie  powiedzieć  Jamesowi,  z 

jakiego  rodzaju  rodziną  zaczął  się  zadawać.  Że  jego  własny  ród 
został  zdziesiątkowany  przez  Carra,  że  Carr  ukradł  ziemię  i 
wszystko,  co  z  urodzenia  należało  do  McClairenów,  ponosił 
odpowiedzialność za śmierć wielu ludzi, włącznie z bratem i wujem 
Thomasa.  Zakołysał  brandy  w  kieliszku,  wpatrując  się  w  napój  w 
zamyśleniu.

background image

78

W  ten  sposób  jednak  wyjawiłby  mu,  że  za  każdym  razem,  gdy 

stawiał  stopę  na  angielskiej  ziemi,  ryzykował,  że  zostanie 
rozpoznany  jako  banita  i  stracony.  Celowo  trzymał  to  w  tajemnicy 
przed  Jamesem,  nie  dlatego,  że  mu  nie  ufał,  ale  dlatego,  że  James, 
otwarty  i  łagodny  z  natury,  nie  potrafił  dochować  tajemnicy.  A 
dochowanie tajemnicy było  niezmiernie  istotne,  skoro  z  jego osobą 
związany był los innych ludzi.

Poza  tym,  gdyby  mu  powiedział,  James  zapytałby  tylko,  co  to 

ma wspólnego z Fią MacFarlane. James pozostawał pod jej urokiem.

–  Mam  pomysł  –  odezwał  się  nagle  James.  –  Może  to  ty 

popłyniesz  „Sea  Witch”  dookoła  przylądka,  a  ja,  po  zakończeniu 
prac na „Alba Star” pożegluję do Afryki Północnej?

Thomas pokręcił głową.
– Statek jest jak kobieta, Jamesie. Na tych wodach bezpieczniej 

znać  go  lepiej  od  własnej  kochanki.  Na  nieszczęście  nie  znasz 
sekretów tej pani.

James zacisnął usta.
– Mówiłem o statku. – Thomas uśmiechnął się.  – Skoro jednak 

poruszyłeś  ten  temat,  marny  byłby  ze  mnie  przyjaciel,  gdybym  raz 
jeszcze nie ostrzegł cię przed Fią MacFarlane.

James postawił kieliszek brandy na podłodze i wstał na równe na 

nogi.

– Nie  rozumiem  twojej  wrogości.  Nienawiść  bez  powodu  nie 

leży  w  twoim  charakterze,  a  twoja  nienawiść  wobec  Fii  jest  wręcz 
namacalna.

Nienawiść?  –  pomyślał  zaskoczony  Thomas.  Nie  czuł  do  Fii 

nienawiści i fakt, że James tak uważał, rozzłościł go.

– Nie nienawidzę jej. Boję się jej. Ze względu na ciebie.
– Dlaczego?
– Jej ojciec…
– Ona nie jest swoim ojcem, Thomasie.
– Jest nieodrodną córką swojego ojca.
– Co tego dowodzi?
–  Sądzę,  że  jej  reputacja  dostatecznie  to  potwierdza.  James 

machnął niecierpliwie ręką.

– Zwykłe plotki. Na Boga, człowieku, czy nie widzisz… – Urwał 

i odwrócił się, patrząc w okno.

Thomas dopił resztkę brandy; powoli tracił cierpliwość.

background image

79

– Obyż tylko ta diablica zniknęła z powierzchni ziemi i wróciła 

do ciemnego, piekielnego królestwa, z którego wyszła – mruknął.

–  Nie  mów  tak,  Thomasie  –  powiedział  James.  –  Nie  wiesz,  o 

czym mówisz.

– Na Boga, człowieku! Zobacz, co z tobą zrobiła!
– Co takiego, Thomasie?
– Spotkałem się wczoraj z panem Ffolkesem. Pytał, co się stało z 

twoimi  ostatnimi  dwoma  ładunkami.  Dawał  do  zrozumienia,  że 
zniszczyłeś je celowo, żeby odebrać ubezpieczenie.

Jego  słowa  nie  wywołały  wściekłości  i  zdumienia,  jak  się 

spodziewał. James zamyślił się tylko.

– I co mu powiedziałeś, Tom?
– Że to kłamstwo.
James  skinął  głową.  Nic  więcej.  Thomas  patrzył  na  niego 

szeroko  otwartymi oczami;  po  plecach przebiegł  mu  zimny dreszcz 
strachu.  James  powinien  poczuć  się  głęboko,  boleśnie  urażony. 
Powinien napisać list do Ffolkesa, żądając spotkania już, teraz, w tej 
chwili.  A  przynajmniej  powinien  zaklinać  się,  że  odkryje,  kto 
rozsiewa podobne kłamstwa. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy.

–  Święty  Boże!  –  James  uświadomił  sobie  nagle,  o  co  go 

podejrzewa przyjaciel. – Nie wierzysz chyba w to, co mówi Ffolkes, 
Thomasie?

– Nie. Oczywiście, że nie.
–  Przysięgam,  nie  zrobiłem  niczego,  co  byłoby  niezgodne  z 

prawem – oznajmił sztywno James.

Usłyszał szczerość  w jego  glosie i  uwierzył  mu,  choć  nie mógł 

pozbyć  się  wspomnienia  Fii,  która  śmiała  się  mówiąc,  że  James 
należy  do  niej.  Ani  też  obrazu  naszyjnika  Amelii  zdobiącego  szyję 
Fii.

– Oczywiście.
–  Oczywiście  –  powtórzył  James  z  goryczą,  wyczuwając  jego 

wątpliwości. – Zatem co chciałbyś, żebym zrobił, Thomasie?

Nie powinien o nic prosić. W ten sposób przyznałby, że wątpi w 

uczciwość  przyjaciela.  To  byłby  cios,  może  ostateczny,  dla  ich 
przyjaźni.  Jeśli  jednak  dzięki  temu  zdołałby  uwolnić  Jamesa  spod 
wpływu Fii MacFarlane, warto było podjąć ryzyko.

– W porządku – powiedział chłodno. – Chcę, żebyś się ze mną 

zamienił,  tak jak  proponowałem.  Zostanę  tutaj,  dopóki  będą  trwały 

background image

80

naprawy  na  „Alba  Star”,  i  zajmę  się  Ffolkesem  oraz  wszelkimi 
innymi sprawami, które wynikną.

Żyła nabrzmiała na szyi Jamesa. Jego usta zamieniły się w wąską 

kreskę.

–  Dobrze,  Thomasie  –  powiedział.  –  Skoro  uważasz,  że  to 

potrzebne. Kiedy mam odpłynąć?

– Za trzy tygodnie.
Obaj mężczyźni rozumieli, że wszystko już zostało powiedziane, 

toteż nie padło więcej ani jedno słowo.

Droga Fio!
Nie  chciałaś,  abyśmy  powierzali  papierowi  sprawy,  które 

dotyczą  nas.  Nie  mogę  jednak  spotkać  się  z  Tobą  ani  dzisiejszego 
wieczoru,  ani  następnego,  a  sądzę,  że  wiadomość,  którą  chcę  się  z 
Tobą podzielić, wymaga podjęcia tego ryzyka.

Twoje  obawy  wobec  Thomasa  Donne'a  mogą  mieć  pewne 

podstawy.  Boję  się,  że  pragnie  on  wyrządzić  Ci  jakąś  krzywdę,  a 
chociaż nie uwierzyłbym nigdy, że zamierza dokonać jakiejś napaści 
czy zamachu na Ciebie, jego słowa zaniepokoiły mnie, ponieważ dość 
gwałtownie życzył Ci, abyś znikła.

Gdybyś tylko zechciała zwolnić  mnie z obietnicy  niemówienia o 

naszych  sprawach.  Do  tego  czasu,  rzecz  jasna,  zastosuję  się  do 
Twego  życzenia.  Mogę  mieć  tylko  nadzieję,  że  to  ostrzeżenie  jest 
niepotrzebne. Nic innego nie mogę zrobić.

Mam  więcej  do  powiedzenia,  ale  pamiętając  Twoje  obawy, 

poczekam,  aż  spotkamy  się  osobiście,  i  wtedy  przekażę  Ci  te 
naprawdę ważne nowiny.

Pozostaję, jak zwykle, Twoim wiernym sługą
James Harold Barton

Carr  czekał  w  powozie,  gdy  jego  lokaj  wbiegł  na  schody  i 

zapukał głośno do drzwi domu. Był wczesny wieczór, ale robiło się 
już  ciemno.  Zaczął  mżyć  drobny  deszcz,  białe  schody  w  świetle 
latarni po obu stronach drzwi lśniły jak kości.

background image

81

Służący  otworzył  i  rzuciwszy  zdumione  spojrzenie  na  powóz 

czekający na ulicy, zamknął drzwi ponownie.

Carr  wyglądał  na  zewnątrz  bez  zainteresowania.  Nie  po  raz 

pierwszy  jego  pojawienie  się  wywoływało  taką  reakcję.  Lęk  i 
podziw,  jak  sądził.  Jakaś  kobieta  ukazała  się  nagle  na  szczycie 
ulicznej latarni. To była Janet.

–  A  ty  co  tutaj  robisz?  –  mruknął  Carr.  Zawołałby  na  nią,  ale 

doświadczenie ostatnich  pięciu lat nauczyło go, że to bezskuteczne. 
Rozpłynęłaby się. Zawsze tak robiła.

Janet  wyraźnie  bawiło  drażnienie  go.  Była  na  niego  zła  z 

jakiegoś  powodu.  Na  pewno  nie  dlatego,  że  ją  zabił.  Tamto  mu 
wybaczyła, inaczej nie zawracałaby sobie głowy ostrzeganiem go w 
tę  noc,  kiedy  spłonął  Rumieniec  Ladacznicy.  Musi  być  zatem  inna 
przyczyna jej uporczywego milczenia.

Nie  miał  pojęcia,  o  co  jej  chodziło.  Niezbyt  go  to  obchodziło. 

Lepszy już milczący duch, niż taki, który gada za dużo. Czuł się po 
prostu  urażony  jej  brakiem  poczucia  przyzwoitości.  Tak  jak  się 
spodziewał,  zaczęła  drżeć  i  blednąc,  a  potem  całkiem  znikła. 
Odwrócił dłoń, przyglądając się paznokciom.

Drzwi  na  szczycie  schodów  otworzyły  się  ponownie  i  lokaj 

ukłonił  się  nisko.  Służący  Carra  zbiegł  ze  schodów  i  rozwarł  na 
oścież drzwi karety.

Carr  wyszedł  na  ulicę  i  wspiął  się  powoli  po  schodach;  nie 

zwracając uwagi na zaczerwienionego lokaja wszedł pewnie do holu, 
a  potem  ruszył  wąskim  korytarzem  do  otwartych  drzwi  po  lewej 
stronie.  Małe  miejskie  rezydencje  były  wszystkie  jednakowe.  To 
mógł  być  jedynie  salon,  i  tak  rzeczywiście  było.  Wszedł.  Thomas 
Donne stał pośrodku pokoju, czekając na niego.

Carr  rozejrzał  się.  Przyjemny,  przeciętnie  urządzony  pokój. 

Obowiązkowe  półki  z  oprawnymi  w  skórę  tomami  o  złoconych 
grzbietach,  niebieskie  aksamitne  zasłony,  dywan  z  Aubusson. 
Wszystko dość pospolite.

– Lordzie Carr – odezwał się Donne. Szare oczy patrzyły bystro 

w  opalonej  twarzy.  –  Minęło  dużo  czasu.  Czy  zechcesz  usiąść  i 
powiedzieć mi, czemu zawdzięczam tę wizytę?

Carr  zrzucił  z  ramion  lekką  pelerynę.  Drepczący  za  nim 

nerwowo lokaj złapał ją, zanim dosięgła podłogi.

– Możesz odejść – odesłał go Carr. 

background image

82

Lokaj  spojrzał  na  Donne'a,  a  kiedy  i  ten  skinął  głową,  wycofał 

się z pokoju.

–  Mam  maść,  która  mogłaby  temu  zaradzić  –  powiedział  Carr, 

siadając na miejscu wskazanym przez Donne'a.

– Na co?
–  Na  twoją  skórę.  Mam  maść,  która  mogłaby  nieco  wybielić 

opaleniznę.

– Dziękuję, ale nie. – Mimo uśmiechu i miłego tonu Thomas nie 

uspokoił  się, ale krążył  po pokoju.  Carr znał  to  doskonale. Thomas 
Donne  poruszał  się  w  towarzystwie  jak  wielki  bengalski  tygrys,  co 
stanowiło  atrakcję  dla  dam  podczas  rzadkich  wizyt  w  Rumieńcu 
Ladacznicy.  –  Wątpię,  abyś  przybył  po  to,  żeby  udzielać  mi  porad 
kosmetycznych.

Carr  umieścił  czubek  laski  między  stopami  i  złożył  dłonie  na 

ciężkiej gałce.

– Oczywiście, że nie. Przyszedłem, żeby cię szantażować.
Miał nadzieję, że zaskoczy tym groźnego Szkota, ale mu się nie 

udało.  To  się  zdarza,  uznał  po  zastanowieniu,  kolejny  raz.  Za 
każdym  razem,  kiedy  ostatnio  czynił  to  szczególne  oświadczenie, 
spotykał  się  jedynie  z  bierną  rezygnacją.  Żadnych  wybuchów 
histerii, szoku, przerażenia – jakby ofiary poddały się losowi, zanim 
zdążył sprawić sobie przyjemność wyjawienia im swoich zamiarów. 
Co było złośliwe z ich strony.

Donne opadł w końcu na krzesło naprzeciwko Carra, zakładając 

nogę na nogę.

– Znam cię. Jesteś Thomasem McClairenem.
Wzrok  Donne'a pozostał  obojętny  Czekał,  co  Carr  powie  dalej. 

Szczwana  sztuka.  W  tym  momencie  rozmowy  wiele  ofiar  Carra 
zaczynało  męczącą  litanię  zaprzeczeń  i  wyjaśnień.  To  była  dość 
przyjemna odmiana.

– Wystarczy, żebym…
–  Tak,  tak  –  przerwał  niecierpliwie  Donne.  –  Wystarczy,  że 

powiesz  słowo,  a  mnie  powieszą.  Rozumiem.  Czy  możemy  przejść 
nad tym do porządku? Czego chcesz?

Carr,  niezadowolony,  odął  wargi.  Ten  człowiek  pozbawiał  go 

wszelkiej przyjemności. Donne nie musiał się przecież śpieszyć. Nie 
słyszał, by się gdzieś wybierał. A jednak… tak bardzo się śpieszył.

– I co?

background image

83

Carr wydał ciężkie westchnienie rozpaczy.
–  Chcę  wziąć  udział  w  oszustwie  ubezpieczeniowym,  w  jakie 

zaangażowałeś się wraz ze swym wspólnikiem.

Ani śladu zaniepokojenia.
– Nie dokonaliśmy żadnego oszustwa ubezpieczeniowego.
Ach, więc tak to wygląda.
–  Doprawdy?  A  ja  wracam  prosto  od  córki,  która,  nawiasem 

mówiąc,  czerpie  tyle  korzyści  z  waszego  przedsięwzięcia,  że  jest 
jego chodzącą reklamą.

– Powiedziała ci, że James jest w to zamieszany?
– Nie, mój drogi. Ja jej to powiedziałem. Nie zaprzeczyła.
– To nie brzmi zbyt przekonywająco, jeśli o mnie chodzi.
–  Ta  mała,  czarnowłosa  owieczka  spodziewała  się  wyraźnie 

mojego przybycia. Miała gotowy plan, jak przekonać Bartona, żeby 
dopuścił mnie do spółki.

Donne  przyglądał  mu  się  w  milczeniu.  Czy  ten  człowiek 

zupełnie nie zna się na sztuce konwersacji? Wielki Boże!

– Kochaneczka chce zostać właścicielką Bramble House.
– Bramble House?
–  Tak.  –  Carr  zmarszczył  brwi,  patrząc  na  fałdy  mankietu. 

Potrząsnął delikatnie dłonią, tak by cienka koronka ułożyła się wokół 
nadgarstka  w  sposób  bardziej  elegancki.  –  Nie  kłopocz  się,  jeśli 
nigdy  o  nim  nie  słyszałeś.  Nikt  o  nim  nie  słyszał.  To  dom  wiejski. 
Jego  właścicielem  był  kiedyś  zmarły  mąż  Fii,  a  obecnie  należy  do 
mnie. MacFarlane przepisał go na mnie parę miesięcy przed swoim 
odejściem – podobnie jak wiele innych rzeczy. Tym gorzej dla Fii… 
i jego syna, rzecz jasna.

– MacFarlane miał syna? – zapytał zdziwiony Donne.
– Tak. Nieciekawa figura.
Donne zacisnął usta z niechęcią, dlaczego – Carr nie był w stanie 

powiedzieć.

– Dlaczego F… twoja córka chce go mieć?
–  Chce  go  mieć,  ponieważ  to  cenna  posiadłość,  do  tego  dość 

rozległa,  z  żyznymi  ziemiami.  Gdyby  weszła  w  jej  posiadanie, 
mogłaby dostatnio żyć z dochodów, jakie przynosi.

Twarz  Thomasa  stężała.  Carr  oparł  podbródek  na  dłoniach 

spoczywających na rączce laski. Nie zamierzał mówić Donne'owi o 
raczej  rozpaczliwym  pragnieniu  Fii  uwolnienia  się  od  ojca.  To 

background image

84

mogłoby obudzić współczucie w kapitanie, chociaż Carr raczej w to 
wątpił.  Nawet  kiedy  Donne  gościł  w  Rumieńcu  Ladacznicy,  a  Fia 
uganiała się za nim z zapałem świeżo rozkwitłej kobiecości, oparł się 
jej wdziękowi i niezbyt subtelnym zalotom.

Biedna Fia. W oczach Thomasa Donne'a nic nie mogło zmienić 

czy  przysłonić  faktu,  że  była  córką  jego  wroga;  zawsze  nią 
pozostanie; cokolwiek by zrobiła, on nigdy o tym nie zapomni.

– Ale dość o Fii  – powiedział Carr. –  I o Bartonie.  To ty mnie 

interesujesz. Czy dojdziemy do jakiegoś porozumienia, Donne – czy 
też powinienem rzec, McClairen?

Donne wzruszył ramionami.
– Nie wierzę, by James zrobił coś niezgodnego z prawem, choć 

twoja  córka  najwidoczniej  usiłowała  go  do  tego  skłonić.  Jeśli  się 
zgodzę,  będziesz  musiał  powstrzymać  Fię  przed  naciskami  na 
Jamesa.

–  To  nie  będzie  potrzebne  –  odparł  Carr.  –  Jeśli  zawiążemy 

spółkę,  Barton  wkrótce  zaprzestanie  swoich  operacji.  Nawet 
skończony  głupiec  zrozumie,  że  każdy  statek  we  flocie  nie  może 
paść  pastwą  płomieni  czy  piratów.  A  Fia?  Kiedy  pojmie,  że  ją 
przechytrzono,  szybko  wypuści  z  rąk  Bartona  i  spożytkuje  swoje 
zdolności  na  znalezienie  innego  sposobu,  by  zapewnić  sobie…  –
urwał; o mało nie powiedział „wolność” – dom.

Thomas patrzył na niego przymrużonymi oczami.
– A jeśli odmówię, powiesz władzom, kim jestem.
– Właśnie! Oczywiście, przy odrobinie szczęścia może uda ci się 

uciec z Anglii, ale nigdy już nie będziesz mógł zawinąć bezpiecznie 
do angielskiego portu, a ponieważ Anglia panuje na morzach…

– Rozumiem.
– Byłem pewien, że zrozumiesz.  – Carr stuknął końcem laski o 

dywan, dając znak, że pierwsza część rozmowy dobiegła końca. –A 
więc przechodzimy do kolejnego etapu naszej umowy?

Donne  skrzywił  się,  zamyślony.  Carr  nie  popędzał  go. 

Nienawidził pośpiesznych, powziętych pod wpływem uczuć decyzji.

–  To  zajmie  około  miesiąca  –  odezwał  się  w  końcu  Donne.  –

Trzeba  będzie  kupić  ładunek.  Wszystko  musi  wydawać  się  w 
porządku.  Popłynę  do  Francji  i  sprowadzę  towary,  które  dadzą  się 
bez  trudu  ubezpieczyć  na  znaczną  sumę,  a  następnie  sprzedać  z 
zyskiem w obcych portach.  Brandy.  Płótna.  Tego  rodzaju  rzeczy.  –

background image

85

Nie będziemy potrzebować kupca, bo do żadnej transakcji nigdy nie 
dojdzie.  Załadujemy  towar,  a  w  noc  poprzedzającą  wypłynięcie  w 
morze wybuchnie pożar.

–  Doskonale!  –  zawołał  Carr  z  oczami  błyszczącymi  jak  w 

natchnieniu. – Aleja mam jeszcze lepszy pomysł.

– To znaczy? – zapytał Donne sucho.
– Czemu nie wyciągnąć podwójnego zysku? Załadować, poddać 

się  inspekcji  Lloyda,  a  potem,  tuż  przed  pożarem,  wyładować. 
Możemy gdzieś przechować towar i sprzedać go później.

– Świetnie.
Carr się nadąsał.
–  Myślałem,  że  to  wspaniały  pomysł,  ale  ty  nie  wydajesz  się 

zainteresowany.

– Wybacz, nie lubię szantażu. Poza tym boję się o ludzi. Ogień 

łatwo się rozprzestrzenia.

Obawia  się  o  życie  robotników  portowych?  –  pomyślał  Carr 

zdziwiony.

Donne podniósł wzrok.
– Chcę jednak coś z tego mieć. 
Carr pokiwał palcem karcąco.
– No, no, no. Nie wolno grozić temu, kto grozi.
– Ja nie grożę. Mówię ci, jaki jest jedyny sposób, żeby wydostać 

ode mnie to,  czego chcesz.  Nie kocham Anglii. Wygnanie z  wyspy 
nie skaże mnie na piekło na ziemi, jak sobie wyobrażasz.

W  jego słowach  dźwięczała  szczerość. Carr się  zastanowił.  Nie 

lubił godzić się na ustępstwa wobec tych, którzy padali jego ofiarą. 
Tym  razem  jednak  czuł,  że  nie  ma  wyjścia.  Donne  ucieknie,  nie 
oglądając się za siebie.

– Co takiego?
– To… – Thomas pochylił się naprzód i zaczął mówić.
Dziesięć  minut  później,  kiedy  Carr  opuszczał  dom,  lokaj 

przytrzymujący drzwi usłyszał, jak się śmieje.

Nie był to przyjemny dźwięk.
Thomas  rzucił  kieliszek  brandy  do  kominka.  Z  żarzącego  się 

popiołu buchnęły płomienie. Odwrócił się z jękiem.

Nie  wierzył,  że  trzy  krótkie  tygodnie  wystarczą,  by  wyrwać 

Jamesa ze szponów Fii. I nie podzielał wcale pewności Carra co do 
tego, że Fia posłucha rozkazu, żeby trzymać się z daleka od Jamesa.

background image

86

Mogła  zrobić  jakiś  rozpaczliwy  krok,  jeśli  stwierdzi,  że 

przyparto ją do muru.

Na nieszczęście dla niej, on czuł już ów mur za plecami.

background image

87

10

Fia  zajęła  krzesło  przy  oknie.  Wcześniej  ustawiła  je  tak,  żeby 

światło  od  okna  padało  na  twarz  każdego,  kto  na  nim  usiądzie.  Po 
nieprzyjemnościach poprzedniego dnia, związanych z wizytą ojca, w 
świetle  słońca  nie  powinna  wyglądać  korzystnie.  Wszystkie  linie, 
cienie,  powinny  się  uwydatnić.  Zaczęła  leniwie  przerzucać  stos 
listów, które trzymała w dłoni.

– Nic nie rozumiem! – wykrzyknął Pip. Nie usiadł od czasu, gdy 

zjawił się przed paroma minutami.

Fia westchnęła ciężko, z irytacją i spojrzała na chłopca chłodnym 

wzrokiem.  Chociaż  jego  cera  nadal  miała  odcień  wosku,  i  bardzo 
zeszczuplał, poruszał się bez wysiłku i oddychał swobodnie.

– Czego nie rozumiesz? – zapytała szorstko. – Planuję podróż za 

granicę z bliskim przyjacielem. Nie będzie mnie przez dwa tygodnie 
albo  dłużej.  Co  w  tym  takiego  trudnego  do  pojęcia?  –  Łatwo 
przyszło  jej  skłamać.  Myśl  o  ukrywaniu  się  w  domu,  podczas  gdy 
wszyscy będą przekonani, że przebywa za granicą, była krzepiąca.

– Kto jest tym przyjacielem? – zapytał chłopiec.
Podniosła  srebrny  nóż  do  otwierania  listów.  Nie  wolno  jej 

dopuścić  do  żadnej  sceny.  Gdyby  odpowiedziała  inaczej,  niż 
chłodem,  przekonałaby  go  tylko,  że  istnieje  jakieś  uczucie  między 
nimi.

– Sądzę, że to nie twoja sprawa, prawda?
– Ale… – Gniew znikł z młodej twarzy, zostawiając tylko ból i 

widoczne zmieszanie. – Co ja takiego zrobiłem? Wydajesz się jakaś 
inna.

– Doprawdy? – zapytała zdumionym tonem. – Dlaczego?
Przez  chwilę  myślała,  że  nie  odpowie,  ale  był  przecież  młody, 

został zraniony i było rzeczą naturalną, że będzie próbował także ją 
zranić. Wysunął wojowniczo dolną wargę.

–  Stałaś  się  nieczuła  –  powiedział.  –  Odpychająca.  Chcę 

wiedzieć, czemu.

Przez  chwilę  milczała  wyniośle,  jakby  jego  twarde  słowa  nie 

dotknęły  jej  w  najmniejszym  stopniu.  Jakby  nie  czuła  w  sercu 
głuchego bólu.

–  Być  może,  mój  drogi,  to  ty  się  zmieniłeś  –  odezwała  się  w 

końcu. – Może bliskie otarcie się o śmierć zmieniło twoje spojrzenie 

background image

88

na świat. I ludzi.

–  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  zawsze  taka  byłaś,  taka  zimna  i 

obojętna?

Roześmiała się.
– Wcale nie. Chcę powiedzieć, że może nigdy nie byłam ckliwą 

laleczką,  za  którą  mnie  uważałeś,  i  teraz  to  sobie  uświadomiłeś. 
Przykro  mi,  jeśli  rzeczywistość  cię  rozczarowała.  Na  swoją  obronę 
powiem jednak, że większość mężczyzn raczej nie zgodziłaby się z 
tobą. – Odęła lekko wargi, trzepocąc powiekami. 

Chłopiec zaczerwienił się.
– Może masz rację, lady Fio – powiedział sztywno. 
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Proszę – zawołała Fia, zadowolona z chwili wytchnienia. 
Drzwi otworzył Porter.
– Lady Fio… – Przerwał na widok Pipa. – Przeszkadzam pani…
– Wcale nie – odparła Fia. – Skończyliśmy już, Pip, czyż nie?
Chłopiec miał zaprotestować, ale się rozmyślił.
–  Tak.  Chciałbym  jednak  powiedzieć,  pani,  że  wiem,  kim  jest 

„przyjaciel”, z którym zamierzasz podróżować.

Fia uniosła brwi. Ponieważ zarówno podróż, jak i jej towarzysza 

wymyśliła,  taki  obrót  sprawy  wzbudził  w  niej  szczególne 
zainteresowanie.

– Naprawdę?
– Tak – odparł chłopiec chrapliwym głosem. – I ze względu na 

twój obraz, jaki kiedyś nosiłem w… darzyłem głębokim szacunkiem, 
pragnę cię przed nim ostrzec.

– Mów proszę – szepnęła. – Dlaczegóż to?
–  Ponieważ  Thomas  Donne  podawał  się  kiedyś  za  mojego 

przyjaciela,  a  sama  widzisz,  jak  uszanował  tę  przyjaźń, 
wykorzystując moją ranę, aby wkraść się w twoje łaski. W dodatku 
planuje podróż z tobą za granicę!

– Thomas Donne? – powtórzyła. – Powiedział ci, że wyjeżdża ze 

mną z Londynu?

–  Nie.  –  Pip  przestępował  niezgrabnie  z  nogi  na  nogę,  ale  nie 

wycofał się z tego, co powiedział. – Mówił, że wyjeżdża z Londynu 
na  parę  tygodni.  A  kiedy  mnie  odwiedził  podczas  mojej 
rekonwalescencji,  rozmawialiśmy  o  tobie.  Wydawało  mi  się 
wówczas,  że  szydzi  z  ciebie  i  jest  ci  niechętny,  ale  teraz  widzę,  że 

background image

89

kryła  się  za  tym  tylko  chęć…  lepszego  zrozumienia  ciebie.  Nie 
jestem  tak  głupi,  czy  dziecinny,  pani,  żeby  nie  wiedzieć,  że  dwa  i 
dwa  to  cztery.  –  Zaśmiał  się  z  goryczą,  ale  nie  wyszło  mu  to 
najlepiej. – I pomyśleć, że miał czelność ostrzegać mnie przed tobą.

Szybko odzyskała panowanie nad sobą.
– Tak, w istocie. Mężczyźni zwykle przedkładają swoje interesy 

ponad  interesami  innych.  Nawet  przyjaciół.  –  Wbrew  płynącym  z 
zazdrości  podejrzeniom  Pipa  wyjazd  Thomasa  nie  miał  z  nią  nic 
wspólnego. Odwróciła się od Pipa. 

W progu, zachowując znaczące milczenie, stał Porter.
– Mężczyźni? – powtórzył Pip z ironią.
–  Kobiety  również,  rzecz  jasna.  –  Spojrzała  na  niego  przez 

ramię. – I… dziękuję za troskę.

Nie odpowiedział.
– Sądzę, że Porter ma mi do przekazania coś natury osobistej. –

To była odprawa, w dodatku niezbyt grzeczna. Pip zaczerwienił się i 
przeszedł obok lokaja.

Fia  odczekała,  aż  rozległ  się  odgłos  zatrzaskiwania  drzwi 

frontowych i dopiero wtedy odezwała się zmęczonym głosem:

– O co chodzi, Porter?
– Wiem, że nie do mnie należy zastanawianie się nad intencjami 

pani przyjaciół i adoratorów, lady Fio.

– Zapewne nie – zgodziła się Fia z lekką ironią.
–  Nie  dopełniłbym  jednak  swoich  obowiązków,  gdybym 

podejrzewając  kogoś  o  złe  wobec  pani  zamiary,  zaniedbał 
ostrzeżenia pani o tym.

–  Mój  Boże,  to  zatem  kwestia  etyki.  Jeśli  tak,  to  wątpię,  bym 

była właściwą osobą do udzielenia ci odpowiedzi.

–  Wcale  nie,  lady  Fio.  Chcę  się  jedynie  upewnić  co  do  pani 

życzeń.

– Rozumiem. No cóż, jeśli ktoś miał wobec mnie jakieś niedobre 

zamiary,  ucieszyłabym  się  z  pewnością,  gdyby  mi  o  tym  w  porę 
doniesiono.

Porter skinął głową.
–  Zatem  muszę  przyznać  rację  panu  Leightonowi  co  do  jego 

podejrzeń wobec kapitana Donne'a.

Fia ożywiła się natychmiast.
– Dlaczego?

background image

90

–  Kapitan  Donne  był  tu  dzisiaj  wcześniej,  żeby  złożyć  pani 

wizytę.

–  Co?  –  powiedziała  Fia.  –  Dlaczego  mnie  o  tym  nie 

powiadomiono?

–  Ponieważ  kapitan  Donne  przykazał  stanowczo  lokajowi  –

młodemu  człowiekowi  o  imieniu  Bob  –  żeby  pani  nie  niepokoił. 
Kapitan przyszedł wcześnie; dużo wcześniej, niż wstaje jakakolwiek 
dama z towarzystwa; w gruncie rzeczy wcześniej niż wstają kobiety 
w  zwykłych  domach.  Chciał  się  z  panią  zobaczyć.  Kiedy  Bob 
oznajmił, że pani nie przyjmuje, kapitan zaśmiał się z zakłopotaniem 
i wyznał, że pragnie zobaczyć panią jak najprędzej.

Bob  uznał  kapitana  Donne'a  za  kolejnego  zakochanego 

adoratora.  Kapitan  zadał  mu  szereg  pytań  na  temat  pani 
przyzwyczajeń:  kiedy  najczęściej  bywa  pani  w  domu,  jak  wygląda 
pani dzień, kiedy najpewniej można panią zastać samą…

Fia zmarszczyła brwi.
– I Bob mu powiedział?
Porter skrzywił się lekko.
– Obawiam się, że tak, lady Fio. Kapitan Donne dał mu szczodry 

napiwek  i  poprosił  Boba  na  odchodnym,  aby  nic  nie  mówił  o  jego 
wizycie, ponieważ zaszkodziłoby mu to tylko w oczach damy, gdyby 
dowiedziała się o jego zapałach. A Bob, sam nieszczęśliwie starający 
się, przystał na to.

Bob przypadkiem tylko wspomniał przy mnie kapitana Donne'a, 

bo zobaczył pana Leightona i zdziwił się, że tylu panów ustawia się 
w kolejce przed śniadaniem. To słowa Boba, nie moje.

– Oczywiście – mruknęła Fia, czując zamęt w głowie. Zerknęła 

na  liścik,  jaki  przysłał  jej  James  Barton  przedostatniej  nocy. 
Pomyślała wówczas, że to zwykła ostrożność. Teraz jednak…

– Pani?
Podniosła  głowę.  Porter  stał  w  wyczekującej  postawie.  Podjęła 

decyzję.

–  Dziękuję  ci,  Porter,  zarówno  za  twoją  lojalność,  jak  i 

gorliwość.  Doceniam  twoją  troskę,  lecz  jest  ona  niepotrzebna. 
Rzeczywiście zamierzam wyjechać z Londynu. Być może już dzisiaj 
po południu, a może później. Moje plany nie są ustalone i zależą od 
czyjegoś humoru. Możesz zawiadomić służbę.

background image

91

Porter  zamrugał  oczami,  ale  lata  doświadczenia  pozwoliły  mu 

zachować niewzruszony wyraz twarzy.

– Oczywiście, lady Fio.
Fia  stała  przed  otwartą  szafą,  kiedy  do  pokoju  weszła  Gunna, 

niosąc  gorącą  czekoladę  na  tacy.  Garbuska  spojrzała  na  halki, 
koszule,  jedwabne  pończochy,  gorsety  poukładane  w  stosach  na 
łóżku, krzesłach, kanapie i wszelkich innych możliwych miejscach w 
pokoju.

–  Oszalałaś  –  powiedziała,  kiwając  głową  z  rezygnacją.  –  Cóż, 

nic dziwnego. To miasto świętego skłoniłoby do grzechu, a ty nigdy 
nie byłaś święta, moja droga.

–  Co  takiego?  –  Fia  wyciągnęła  rękę  w  stronę  ciężkiej, 

jedwabnej halki, ale zamiast tego sięgnęła po bawełnianą, leżącą pod 
spodem. – Dobrze, Gunno. Dobrze.

Gunna postawiła tacę na toaletce.
– Co robisz, dziewczyno?
Fia  rzuciła  na  łóżko  cztery  pary  pończoch,  pomyślała  chwilę  i 

dodała jeszcze jedną.

– Przygotowuję się do porwania.
– Co?
Słysząc  zdumienie  w  głosie  Gunny,  Fia  odwróciła  się  z 

uśmiechem.  Rzadko  kiedy  udawało  jej  się  zaskoczyć  swoją 
opiekunkę.

– Do porwania – powtórzyła spokojnie i spoglądając na stojący 

na kominku zegar, dodała:

– Do którego może dojść w każdej chwili.
Gunna  nie  odwzajemniła  uśmiechu.  Pomarszczona  twarz 

wydawała się zdecydowanie ponura.

–  Lepiej  wyjaśnij  mi  to,  Fio.  I  niech  to  będzie  rozsądne 

wyjaśnienie.

– Nie mam czasu.
– Lepiej go znajdź – burknęła Gunna cierpko.
Fia  nie  chciała  wdawać  się  z  nią  w  kłótnię.  Stara  Szkotka  z 

pewnością  by  wygrała  i  przekonała  ją  do  porzucenia  planu,  jaki 
zaświtał w jej umyśle, kiedy zrozumiała, że Thomas Donne zamierza 
ją porwać, żeby uchronić Jamesa Bartona przed jej złym wpływem.

Cóż za okazja, żeby załatwić kilka spraw za jednym zamachem! 

Posłucha  polecenia  ojca  i  usunie  się  na  czas  jego  rozmów  z 

background image

92

Jamesem. Jej zniknięcie pozwoli też wyjaśnić przygnębienie Jamesa 
–  drogiego,  uczciwego  Jamesa  –  podczas  owych  negocjacji. 
Powstrzyma również Thomasa od wtrącania się w nie swoje sprawy 
oraz dokona słodkiej zemsty na zadufanym Szkocie.

Otworzyła walizę i zaczęła upychać w niej ubrania. Nie powinna 

pakować  za  dużo  rzeczy,  żeby  nie  obudzić  podejrzeń  Thomasa. 
Odwróciła  się,  spoglądając  na  szczególnie  frywolną  suknię  z 
jasnofioletowego tiulu. Zdecydowanie było na nią miejsce w walizie.

– Fio… – W głosie Gunny brzmiało ostrzeżenie.
Spojrzała jej spokojnie w oczy.
–  Nie  musisz  się  martwić,  Gunno.  Celem  porwania  jest 

powstrzymanie  mnie  przed  uwiedzeniem  kogoś,  a  nie  uwiedzenie 
mnie samej.

–  Nie  pomyślałabym  –  wykrzyknęła  stara  kobieta  –  że  dożyję 

dnia,  kiedy  lady  Fia  Merrick  będzie  się  zachowywać  jak  naiwna 
owieczka.

– Nie jestem naiwna. Ani łatwowierna.
Gunna  spojrzała  na  Fię  uważnie  jednym,  zdrowym  okiem. 

Widocznie zadowoliło  ją to,  co zobaczyła, bo mruknąwszy coś pod 
nosem, opadła na brzeg łóżka.

– A kto jest owym świętym, który wziął na swoje barki zadanie 

uratowania  biednych  londyńczyków  przed  twoimi  diabelskimi 
wpływami?

– Thomas Donne.
–  Nie!  Tylko  nie  ten!  Prędzej  powierzyłabym  cię  diabłu. 

Kochałaś się w nim, odkąd byłaś dzieckiem, i nie pozwolę, abyś się 
oddała w jego ręce.

– Kochana Gunno.
–  Nie  mów  tak  do  mnie.  Nigdy  nic  ci  nie  przyszło  z  tego 

„kochana”, kiedy byłaś mała, i teraz nic ci z tego nie przyjdzie, kiedy 
dorosłaś.

–  Dobrze  –  powiedziała  Fia,  porzucając  pieszczotliwy  ton.  –  A 

więc jest tak. Będziesz musiała mi zaufać. Jeśli wyjadę z Thomasem 
Donne'em, zyskam pewność, że nie zrujnuje moich planów. Planów, 
dzięki  którym  wrócimy  do  Bramble  House.  Planów,  które  raz  na 
zawsze  pozwolą  mi  –  nam  –  uwolnić  się  od  wpływów  ojca.  –  Nie 
wspomniała o planowanej zemście.

background image

93

Gunna  skrzywiła  się,  gładząc  pobrużdżony  policzek  cienkimi 

palcami.

– No nie wiem…
– To jest całkowicie rozsądne. 
Gunna klepnęła się w kolano.
– Dobrze. Pojadę z tobą.
–  Nie!  Proszę,  nie.  Nie  zgodzi  się,  żeby  cię  zabrać,  a…  a  ty 

musisz  zostać  tutaj  z  Kayem.  I  Corą.  Może  się  pojawić  równie 
znienacka jak jej brat. –Wykorzystywanie uczuć Gunny wobec dzieci 
nie było uczciwe. Fia jednak nigdy nie miała okazji opanować sztuki 
walki o to, na czym jej zależało, za pomocą uczciwych środków.

Stara kobieta pokręciła głową.
–  Nie  podoba  mi  się  to.  Nie  wiesz,  do  czego  jest  zdolny  ten 

mężczyzna.

–  Na  pewno  nie  do  gwałtu  –  stwierdziła  Fia  z  niezachwianą 

pewnością.

Gunna spojrzała na nią karcąco.
–  Myślę,  że  to  nie  jest  mężczyzna,  który  musi  się  uciekać  do 

użycia siły.

– Ze mną nie będzie się do niczego uciekać – oznajmiła Fia. Co 

nie pocieszyło staruszki, ale przynajmniej przestała protestować. Fia 
zapięła  walizę  i  ustawiła  ją  przy  drzwiach  sypialni,  a  Gunna 
pocałowała  ją  w  policzek,  obiecując  zaopiekować  się  Kayem,  i  w 
końcu wyszła. 

Fia wyszeptała to, czego nie powiedziała przedtem głośno:
– Ale z pewnością dostanę to, czego od niego chcę.

background image

94

11

Na  placu  przed  miejskim  domem  MacFarlane'ów  panował 

spokój.  Świt  wstawał  ospale  nad  pustymi,  brukowanymi  uliczkami, 
słońce  grzało  szeroki  zad  konia  zaprzężonego  do  bryczki.  Jeszcze 
trochę, a służące wyjdą, żeby umyć schody i załatwić sprawunki, ale 
teraz,  o  siódmej,  zajmowały  się  spokojniejszymi  czynnościami,  tak 
żeby  nie  obudzić  pań  i  panów,  którzy  położyli  się  spać  zaledwie 
przed paroma godzinami.

Thomas przeskoczył przez kamienny mur okalający tylny ogród i 

wylądował na dachu wychodka. Stamtąd zsunął się lekko na ścieżkę 
i spojrzał z zadowoleniem na tył domu. Zgodnie z oczekiwaniami –
trzy  dni  przygotowań  nie  poszły  na  marne  –  okno  biblioteki  było 
otwarte.  Spojrzał  w  górę.  Zasłony  w  buduarze  Fii  falowały  na 
wietrze.

Musiał zatrzymać Fię poza miastem, póki James nie znajdzie się 

bezpieczny  na  pokładzie  „Sea  Witch”.  Wszystko  starannie 
zaplanował, począwszy od człowieka czekającego na końcu uliczki z 
zamkniętym  powozem,  aż  po  listy,  jakie  wysłał  do  Carra  i  do 
Jamesa, zawiadamiając ich, że pojechał do Francji po towar.

Po  powrocie  Thomasa  Carr  zrozumie,  że  kapitan  nie  kupił

żadnego  ładunku,  ani  że  nie  zamierza  zniszczyć  statku.  Carr 
poinformuje wówczas władze o tym, kim Thomas jest – wygnańcem, 
który  wrócił  do  Anglii  wbrew  zakazowi.  Thomas  ucieknie, 
porzuciwszy  marzenie,  nad  którego  urzeczywistnieniem  tak  ciężko 
pracował, marzenie odbudowania Rumieńca Dziewicy z popiołów, w 
jakie zamek obrócił się przez Carra.

Nie  żałował  tej  decyzji.  Był  winien  Jamesowi  Bartonowi  parę 

marzeń.  Zresztą  nawet  jeśli  nie  będzie  mógł  osobiście  nadzorować 
odbudowy,  pewnie  zdoła  tam  czasem  zajrzeć.  A  nawet  gdyby  nie 
było  mu  dane  zaznać  radości  z  powrotu  do  domu,  ucieszy  się, 
wiedząc, że jego klan wrócił na Wyspę McClairenów.

Nie,  nie  żałował  tej  decyzji.  Ale  to  nie  sprawiało,  że  lepiej 

wyglądał  we  własnych  oczach.  Nigdy  w  życiu  nie  potraktował  źle 
kobiety.  A  jednak  za  parę  minut  miał  porwać  damę  z  jej  własnego 
domu i zatrzymać ją przy sobie wbrew jej woli.

Wciągnął  głęboko  powietrze,  wsparł  dłonie  na  parapecie  okna 

biblioteki i wsunął się do środka, lądując bezszelestnie na dywanie.

background image

95

– Większość znajomych Fii korzysta z drzwi frontowych.
Zamarł.  Akcent  był  niewątpliwie  szkocki,  głos  młodzieńczy, 

chłopięcy. Odwrócił się.

W  fotelu  siedział  młody,  młodszy  nawet  od  Pipa,  chłopak.  Na 

kolanach  trzymał  otwartą  książkę.  Przyglądał  się  Thomasowi 
ciemnymi, zadumanymi oczami spod gęstej, brązowej grzywki.

Kim, do diabła, był?
Thomas zdołał się uśmiechnąć.
– Przyznaję, nie spodziewałem się kogoś tu zastać. Kim jesteś? 
Chłopiec zaznaczył stronę palcem.
– To chyba ja powinienem o to pytać, panie.
Mój Boże, chłopiec nie dawał się zbić z tropu. Jego opanowanie, 

lekko  suchy  ton,  kogoś  Thomasowi  przypominał.  Żadnych 
nerwowych  ruchów,  wyjątkowo  spokojny,  bezpośredni…  Chłopiec 
przypominał  mu  Fię.  Niemożliwe,  żeby  byli  spokrewnieni.  Poza 
podobnym  wyrazem  twarzy,  nie  było  między  nimi  żadnego 
podobieństwa.

–  Nie  jesteś  przypadkiem  synem  MacFarlane'a?  –  zapytał 

Thomas.

Napięcie chłopca odrobinę zelżało.
– Masz nade mną przewagę, panie – powiedział.
Thomas  uśmiechnął  się  szerzej,  usiłując  pośpiesznie  coś 

wymyślić.  Musiał  znaleźć  rozsądne  wyjaśnienie,  dlaczego  wszedł 
przez  okno  biblioteki,  choć  chłopiec  wychowany  przy  udziale  Fii 
przyzwyczaił  się  z  pewnością  do  niespodziewanych  wizyt  obcych 
mężczyzn.

– Jestem przyjacielem twojej macochy.
– Nigdy nie nazywam jej „macochą”, ani „mamą”. Nazywam ją 

Fią.  Jest  tylko  sześć  lat  starsza  ode  mnie  –  powiedział  chłopiec  z 
buntowniczą nutką w głosie.

Dobry Boże, jeszcze jedna zdobycz Fii!
–  Byłoby  absurdem,  gdybym  nazywał  ją  „mamą”  –  ciągnął 

chłopiec,  a  po  chwili  namysłu  dodał  –  Cora  nazywa  ją  czasem 
„mamą”, ale tylko po to, żeby się z nią przekomarzać.

Przekomarzać  się?  Myśl  o  tym,  że  ktokolwiek  mógłby 

przekomarzać się z Fią, była tak niezwykła, że Thomas przez chwilę 
zapomniał, po co się tu zjawił.

– Kim jest Cora, która przekomarza się z Fią?

background image

96

– To moja młodsza siostra. Okropna młodsza siostra. Drażni się 

z nią. Współczuję Fii. Jest takim łatwym celem, prawda?

Thomas  rozejrzał  się  skonsternowany,  jakby  spodziewał  się 

zobaczyć Córę siedzącą na jakimś krześle. Fia jako łatwy cel? Ofiara 
dziecinnych prześladowań?

–  Nie  martw  się.  –  Chłopiec  odczytał  jego  myśli.  –  Cora  jest 

daleko,  w  szkole.  W  Devonie.  W  dalekim  Devonie  –  podkreślił  z 
niekłamaną radością.

–  Rozumiem.  –  Ale  nie  rozumiał.  Powinien  być  już  na  górze, 

kneblując śliczne  usta  Fii,  zanim  zarzuci  ją sobie na ramię,  żeby ją 
uprowadzić. Zamiast tego gawędził z chłopcem.

Chłopiec wstał i skłonił się dwornie.
– Jestem Kay Antoine MacFarlane.
– Donne. Thomas Donne. – Thomas spojrzał na drzwi do holu. 

Służąca mogła pojawić się lada chwila.

– Jestem zaszczycony.
– Ja również, lordzie MacFarlane.
Maska  dorosłości  opadła  i  chłopiec  uśmiechnął  się  szeroko  i 

spontanicznie, w taki sposób, do którego Fia nie była zdolna.

– Po prostu Kay. Ten tytuł należał do mojego ojca i nie pragnę 

go  dla  siebie.  Być  MacFarlanem  z  Bramble  House  zupełnie  mi 
wystarcza.

Thomas poczuł sympatię do chłopca i złość do Carra, za to, że w 

nieuczciwy sposób pozbawił dobre dziecko własnego domu. Ta myśl 
przypomniała mu powód, który sprowadził go do domu Fii.

–  Cóż,  Kayu  MacFarlanie  z  Bramble  House,  muszę  zająć  się 

swoimi sprawami, zanim zwrócimy uwagę służby.

– A cóż to za sprawy, panie Donne? – W oczach Kaya błysnęła 

ponownie czujność.

Thomas rozłożył ręce, dłońmi do góry.
–  Chodzi  o  drobny  zakład  między  mną  a  Fią.  Twierdziłem,  że 

mogę wejść do domu i zabrać bukiet z wazonu na górze – Boże, oby 
na  górze  naprawdę  znajdował  się  jakiś  wazon  –  i  że  nikt  mnie  nie 
zobaczy, włącznie z Fią. – Potrząsnął melancholijnie głową. – Czyż 
nie  będzie  zachwycona,  dowiadując  się,  że  ledwie  wszedłem  do 
domu, a już zostałem przez ciebie odkryty? 

Usta chłopca zadrżały z rozbawienia.
– Tak. Fia tak chichocze, kiedy wygrywa, prawda?

background image

97

Chichocze?  Śmieje  się? Oczywiście, słyszał wiele  razy, jak  Fia 

się śmieje – drwiąco, okrutnie, pogardliwie – ale nigdy z taką zwykłą 
radością, o jakiej mówił chłopiec.

– My, mężczyźni, musimy trzymać się razem, nie sądzisz? 
Kay przyglądał mu się.
– Być może.
–  Posłuchaj,  Kayu.  Fia  zanadto  przywykła  wygrywać.  Pora, 

żebyśmy wygrali, my biedni, delikatni mężczyźni.

Chłopiec  kiwnął  głową,  gotów  rozpromienić  się  za  chwilę  w 

uśmiechu.

–  A  zatem  nie  przeszkadzaj  sobie  dłużej  w  tym,  co  robiłeś. 

Czytałeś, tak? Coś znakomitego, spodziewam się.

– Iliadę.
– Ach! Cóż może być wspanialszego. Czytaj zatem dalej – tyle 

że w swoim pokoju. Dzięki temu nie będziesz musiał odpowiadać na 
kłopotliwe  pytania  Fii,  kiedy  odkryje,  że  przegrała  zakład.  –  Puścił 
do niego oko.

– Sadzę, że mógłbym pójść do kuchni…
–  A  więc  do  kuchni!  –  powiedział  Thomas,  klepiąc  Kaya 

przyjacielsko po  plecach  i  czując  do  siebie  obrzydzenie.  –  Dobrze? 
Nie da się z nią żyć, jeśli nigdy nie przegra.

To przeważyło szalę na korzyść Thomasa. Kay pokiwał głową ze 

zrozumieniem.

– Masz rację, panie.
Thomas  zaśmiał  się  i  otoczył  ręką  szczupłe  ramiona  chłopca, 

prowadząc go do drzwi.  Kiedy tam doszli,  rzucił szybko spojrzenie 
w prawo i w lewo, po czym lekko wypchnął chłopca na korytarz.

Kay dotarł do połowy korytarza, kiedy nagle się odwrócił.
– Jak długo mam tam zostać?
–  Kwadrans  –  odparł  Thomas  niedbale  –  no,  może  odrobinę 

dłużej,  dla  wszelkiej  pewności.  Wiesz,  gdybym  musiał  się  ukryć  w 
jakimś pokoju przed lokajem czy pokojówką.

Chłopiec  skinął  głową.  W  minutę  później  zamknęły  się  za  nim 

drzwi  prowadzące  do  pomieszczeń  dla  służby.  Z  twarzy  Thomasa, 
kiedy  zaczął  wspinać  się  po  schodach  na  drugie  piętro,  znikł  ślad 
uśmiechu. Zapamiętał, który pokój należał do Fii. Wszedł szybko do 
środka, zamykając bezgłośnie drzwi.

background image

98

Rozejrzał  się,  badając  łukowato  sklepione  przejście  między 

buduarem  a  sypialnią.  Przeszedł  ostrożnie  po  podłodze,  oczekując 
widoku Fii uśpionej w łóżku, wbrew własnej woli podniecając się na 
myśl  o  jej  włosach,  rozrzuconych  na  białej  pościeli,  i  policzkach 
różowych od snu.

Nie było jej w łóżku.
Wyjrzał zza załomu ściany. Siedziała z podwiniętymi nogami na 

fotelu, z robótką na kolanach. Miała na sobie zwykłą, żółtą sukienkę 
ze skromnym dekoltem, z rękawami obszytymi potrójną koronką. W 
tym  świeżym,  żywym  kolorze  było  jej  równie  dobrze  jak  w 
zwykłych  dla  niej,  dramatycznych  zestawieniach  czerni  i  bieli;  jej 
skóra wydawała się promienieć, czarne włosy lśniły.

Podniosła  wzrok.  W  jednej  chwili  jej  wspaniałe  oczy 

pociemniały, lśniący błękit przeszedł w barwę leśnych fiołków.

–  Kapitan  Donne.  –  Nie  okazała  prawie  zdumienia  na  jego 

widok; dzięki znanej jej tylko diabelskiej sztuczce wygładziła twarz 
tak, że nie dało się z niej niczego wyczytać. – Czemu zawdzięczam 
ten zaszczyt?

Przeszedł  szybko  przez  pokój,  chwycił  ją  za  ramię  i  podniósł. 

Robótka spadła na podłogę. Zmarszczyła czoło w wyrazie niechęci, 
odzwierciedlającej jego własną.

–  Nie  chciałbym  cię  skrzywdzić,  Fio  –  powiedział  cicho  –  ale 

przysięgam, jeśli podniesiesz głos, pozbawię cię przytomności.

Uwolniła ramię, cofając się i patrząc na niego gniewnie.
– Nie zamierzam krzyczeć. Co tutaj robisz?
Odetchnął głęboko.
– Mogę nadać temu postać prośby, ale nie oszukuj się, Fio, to nie 

jest prośba. To oznajmienie.

Ciemne, wygięte jak ptasie skrzydło brwi uniosły się do góry.
– Zechciej mówić dalej.
– Pójdziesz ze mną!
Poczucie  humoru,  o  którym  opowiadał  Kay,  błysnęło  w  jej 

niezwykłych oczach.

–  Dokąd?  Na  Oxford  Street  odwiedzić  nowego  francuskiego 

bławatnika? A może do Covent Garden – chociaż, jak sądzę, owoce 
już dawno zostały zerwane. A może myślałeś o wycieczce do…

– Zabieram cię z Londynu. 
Spochmurniała.

background image

99

– Rozumiem. Na jak długo?
– Na dłuższy czas.
Czy  jej  alabastrowa  skóra  zbladła?  Tak  mu  się  wydawało, 

zauważył  też,  że  tego  ranka  nie  używała  żadnych  środków 
upiększających. Barwniki, perfumy i balsamy już nie tworzyły maski 
Czarnego Diamentu.

Dlaczego, na wszystkich świętych, ukrywała tak piękną cerę pod 

pudrem  i  malowidłami?  Jej  skóra  miała  ciepły,  półprzeźroczysty 
odcień,  jak  różowe  perły,  które  kiedyś  kupił  na  wyspie  na 
południowym Pacyfiku, nieoznaczonej na mapie.

– A zatem to porwanie.
– Tak.
Skinęła głową, jakby omawiali interesy.
–  Rozumiem.  Czy  mam  w  tej  sprawie  coś  do  powiedzenia? 

Oczywiście, że nie – pokręciła głową nad własną głupotą – gdybym 
miała  i  powiedziała  „tak”,  to  by  była  miłosna  eskapada,  a  nie 
porwanie. Słowa są takie ważne, nie sądzisz, panie?

Starała  się  zbić  go  z  tropu.  Był  świadkiem,  jak  robiła  to  z  pół 

tuzinem mężczyzn w ciągu paru ubiegłych tygodni, jak chwytała ich 
w pułapkę fałszywą słodyczą, która była jedynie maską.

Podeszła  bliżej,  zbyt  blisko.  Nie  zachowywała  się  tak 

prowokująco  jak  na  balu  u  Portmannów.  Nie  dotknęła  go,  chociaż 
jego  ciało  zesztywniało  w  oczekiwaniu  i  poczuł  dreszcz  na 
wspomnienie dotyku jej dłoni na swojej piersi.

–  Co  za  brak  pewności  siebie,  kapitanie!  Nie  przyszło  ci  do 

głowy,  że  mogę  nie  mieć  nic  przeciwko  wyjazdowi  z  tobą?  –
zaszczebiotała;  w kącikach jej pysznych  warg błąkał  się zwodniczy 
uśmiech. – Dlaczego po prostu mnie nie poprosisz?

Spostrzegł się w porę. Odmówiłaby ze śmiechem. Widział to w 

jej twardych lśniących oczach, które przeczyły miękkim ustom.

Brak  odpowiedzi  naruszył  jej  niezwykłe  panowanie  nad  sobą  –

nieznacznie,  ale  w  widoczny  sposób.  Spodziewała  się  próśb;  nie 
wiedziała, jak zachować się wobec odmowy.

–  Zatem  dobrze  –  powiedziała.  –  Usiądź,  proszę,  spakuję  parę 

rzeczy i możemy ruszać.

Jego zdumienie przywróciło jej panowanie nad sytuacją.
–  Cóż…  nie  wyobrażasz  sobie  chyba,  że  to  moje  pierwsze 

porwanie?  –  Roześmiała  się  perliście.  –  Na  Boga,  nie!  Uważam 

background image

100

sezon  za  stracony,  jeśli  choć  raz  nie  zostanę  uprowadzona. 
Jakkolwiek  –  w  jej  głosie  zabrzmiał  wyrzut  –  większość  moich 
porywaczy czyni mi tę uprzejmość, że mówi mi, jak długiego mogę 
się  spodziewać  wyjazdu.  Taki  plan  byłby  pomocny.  Mogłabym 
wówczas  zdecydować,  czy  wycofać  zamówienie  na  nową  suknię  –
nie ma przecież sensu szycie sukni na zabawę, skoro mnie na niej nie 
będzie?  A  dostawca  win  powinien  zostać  powiadomiony,  żeby  nie 
dostarczać… –  Przerwała,  dając mu  czas  na  naprawienie  błędu,  ale 
ponieważ milczał, ciągnęła dalej w desperacji. – Bez względu na to, 
jak długo  to  by miało  trwać. A  w dodatku  w tym tygodniu miałam 
odbyć  rozmowę  z  nową  gospodynią,  spotkać  się  z  fryzjerem, 
monsieur Gerardem – rozumiesz chyba, że jeśli po prostu nie stawię 
się na spotkanie, mogę się pożegnać z nadziejami, że ułoży w końcu 
moje  włosy;  czekało  mnie  też  mnóstwo  innych,  drobnych  spraw 
związanych  z  codziennym  życiem,  w  których  nawet  porwanie  nie 
powinno przeszkodzić.

Westchnęła z rezygnacją.
– Czy to, że nie mówisz mi, jak długo zamierzasz mnie więzić, 

czyni tę wyprawę bardziej romantyczną?

Te słowa wyrwały go z odrętwienia.
– To nie schadzka kochanków!
Zamrugała oczami, słysząc gniewny ton.
– Widzę, że nie. – Jej oczy rozszerzyły się nagle. – Zatem gwałt? 

– szepnęła.

– Nigdy w życiu! – zawołał.
–  Boże,  a  więc  co  to  jest  właściwie?  Mam  nadzieję,  że  nie 

przyszedł  ci  do  głowy  szalony  pomysł  domagania  się  za  mnie 
okupu? Zapewniam cię, nikt nie zapłaci grosza za mój powrót.

Nie umknęła jego uwagi leciutka nutka goryczy w jej tonie, ale 

fakt, że uznała go za zdolnego do gwałtu, za bardzo go dotknął, żeby 
się nad tyra zastanawiać.

–  Wątpię,  moja  pani  –  warknął.  –  Nie,  nie  oczekuję  okupu  za 

twój powrót. A teraz nie pytaj już o nic więcej, bo ci nie odpowiem. 
Powiem  tylko,  że  nie  poniesiesz  żadnej  szkody  w  wyniku  tego… 
tego…

– Porwania? – podpowiedziała Fia.
–  Porwania  –  powtórzył  szorstko.  –  We  właściwym  czasie 

wrócisz tutaj cała i zdrowa.

background image

101

– Przyrzekasz? – Aż do tej chwili nie zauważył, żeby planowane 

porwanie wywołało w niej coś więcej niż przelotny niepokój. Teraz 
stwierdził, że przy całej brawurze, czuła się bezradna.

– Przyrzekam.
–  Dobrze  –  odwróciła  się,  zanim  zdążył  zobaczyć  wyraz  jej 

twarzy; jej spódnice Zafalowały miękko, kiedy odchodziła.

Podeszła do malowanej skrzyni u stóp łóżka i podniosła wieko. 

Po  chwili  wyciągnęła  stamtąd  dużą  skórzaną  walizę  i  otworzyła 
zatrzask.

– Hm. – Pochyliła się, grzebiąc w jej wnętrzu. – Koszula, gorset, 

dwie halki…

Otworzył szeroko oczy.
– Masz przygotowaną walizę?
Pokiwała głową, nie patrząc na niego.
–  I  mały  kuferek  –  powiedziała,  wskazując  ręką  w  stronę 

zamkniętej szafy. Obok niej stał obity mosiądzem podróżny kuferek. 
– Z paroma sukienkami. Weźmiesz to, czy podjedziesz od tyłu, a ja 
polecę lokajowi znieść bagaż?

Przeszedł  przez  pokój  w  kilku  krokach.  Chyba  kpiła  sobie  z 

niego.  Jedno  spojrzenie  ukazało  mu  jednak  starannie  zapakowaną 
walizkę pełną delikatnych, koronkowych szmatek.

Podniósł walizę ze stłumionym sapnięciem i schylił się, sięgając 

po mosiężną rączkę kufra. Wsadził go sobie na ramię i odwrócił się. 
Czekała przy drzwiach.

– Nie próbuj, pani, wszczynać alarmu.
– Gdybym to  zrobiła,  nigdy bym się nie dowiedziała,  z jakiego 

powodu,  poza  uwiedzeniem  czy  zyskiem,  dżentelmen  –
zaakcentowała  to  słowo  lekko,  lecz  ironicznie  –  posuwa  się  do 
porwania? O nie! Chodź, pokojówki sprzątają jeszcze w pokojach od 
frontu. Możemy wyjść przez kuchnię.

Thomas przypomniał sobie Kaya.
– Nie. Przez bibliotekę. 
Wzruszyła ramionami, ujmując klamkę.
– Zaczekaj. 
Popatrzyła pytająco.
–  Napisz  list  i  zawiadom  rodzinę,  że  przystałaś  na  propozycję 

podróży po kontynencie.

Zdumiona uniosła brwi.

background image

102

– Nie chciałbym, żeby się martwili.
Spodziewał się, że wykpi jego troskę o pasierba, ale po krótkiej 

przerwie powiedziała tylko:

– Jak chcesz.
Wyjęła  grubą  kartkę  papieru  ze  stosu  na  biurku.  Napisała  parę 

linijek  i  złożyła  papier  na  pół.  Na  wierzchu  napisała  „Dla  Kaya”. 
Zostawiła kartkę na blacie i wróciła do Thomasa.

– Teraz dobrze?
– Tak. – Sięgnął za nią, otworzył drzwi i sprawdził, czy korytarz 

jest pusty. Gestem nakazał, żeby szła pierwsza.

Szedł za nią czujnie po schodach; waliza obijała się bezgłośnie o 

jego udo, brzeg kufra wbijał się mu w szyję. Spodziewał się, że Fia 
lada  chwila  puści  się  biegiem,  a  on,  głupiec,  sam  postawił  się  w 
takim położeniu, że nie mógłby jej przeszkodzić.

Gdzieś w głębi duszy pragnął, żeby uciekła, żeby nagle uniosła 

spódnice  i  pobiegła,  uwalniając  go od  szalonego  planu.  Nie  zrobiła 
tego.

Jakaś część jego serca cieszyła się z tego.

O  drugiej  po  południu  James  Barton  udawał  się  do  miejskiego 

domu  MacFarlane'ów.  Umówił  się  z  Fią,  że  pojadą  do  parku  St. 
James. Wykorzysta okazję, żeby jej powiedzieć, że wyjeżdża za parę 
tygodni.  Wręczy  jej  również  ostentacyjnie  prezent  w  postaci 
wspaniałych brylantowych  kolczyków.  Należały  do  Amelii.  Amelia 
nie miałaby nic przeciwko temu, pomyślał ze smutkiem. Obie, przed 
śmiercią Amelii, pisywały do siebie serdeczne listy.

To  właśnie  Amelii  udzieliła  Fia  tak  potrzebnej  im  przed 

siedmioma laty pomocy.

James  i  Amelia  wrócili  do  Londynu  po  pobycie  w  koloniach. 

Kapitana  rozpierała  duma,  kieszenie  wypełniały  pieniądze  z 
dochodów  jego  kompanii  handlowej,  która  odniosła  pierwsze 
sukcesy.  Pragnął  niecierpliwie  przedstawić  w  towarzystwie  swoją 
śliczną  żonę.  Trafili  na  ludzi,  którzy  zawieźli  ich  do  Rumieńca 
Ladacznicy.

Tam  zwrócił  na  niego  uwagę  hrabia  Carr.  Obyty  w  świecie, 

wymowny,  dowcipny  hrabia  pielęgnował  tę  znajomość,  pochlebiał 
Jamesowi, ale przede wszystkim zachęcał go do hazardu.

background image

103

W  ciągu  tygodnia  roczne  zyski  Jamesa  rozpłynęły  się. 

Przerażony,  nie  wiedząc,  do  kogo  się  zwrócić  ani  jak  o  tym 
powiedzieć  Amelii,  grał  dalej,  coraz  bardziej  zdesperowany. 
Wkrótce długi przerosły stan jego posiadania.

Wtedy Carr poprosił o rozmowę na osobności. Zaproponował, że 

w  zamian  za  „przysługę”  dopilnuje,  żeby  długi  Jamesa  zostały 
spłacone.  James  nigdy  nie  dowiedział  się,  jaka  miałaby  to  być 
przysługa,  ale  wiedział  z  całą  pewnością,  że  byłoby  to  coś 
nielegalnego. Poprosił o jeden dzień na zastanowienie, na co Carr, z 
wyrozumiałym uśmiechem, przystał.

W końcu James wyznał wszystko zdumionej i przerażonej żonie. 

Ona z kolei zwierzyła się z tego przedwcześnie dojrzałej córce Carra. 
Co  między  nimi  zaszło,  pozostało  tajemnicą  na  zawsze.  Wiedział 
tylko,  że  Fia  dała  Amelii  kameę.  Wspaniałą,  otoczoną  brylantami 
gemmę. Dała, niczego w zamian nie żądając i nie stawiając żadnych 
warunków.

Nigdy nie zrozumiał, dlaczego Fia Merrick przedtem nie okazała 

podobnej wielkoduszności, nikt też nie spodziewał się tego po niej w 
przyszłości.  Nie  próbował  twierdzić,  że  rozumie  tę  tajemniczą 
kobietę.  Myśl  o  przyjęciu  tak  kosztownego  daru  od  niemal  dziecka 
kłóciła  się  z  wszelkimi  zasadami  wyznawanymi  przez  Jamesa.  W 
końcu  jednak  Amelia  przekonała  go,  żeby  się  zgodził.  Pieniądze 
uzyskane w ten sposób  pokryły w dużej części dług. Resztę spłacał 
przez rok.

W końcu zrozumiał, ile zawdzięcza Fii Merrick. Plotki na temat 

Carra  przerosły  początkowe  obawy  Jamesa.  Hrabia  Carr  był 
bezlitosnym manipulatorem, który domagał się od swoich ofiar coraz 
większego haraczu.

Gdy  wiosną  James  zawitał  do  Londynu,  otrzymał  list  od  Fii. 

Natychmiast  do  niej  poszedł.  Po  wysłuchaniu  tego,  co  miała  do 
powiedzenia, obiecał pomóc jej w każdy możliwy sposób, przystając 
bez  wahania na  jej  plan.  Jeśli  czegoś żałował,  to  tylko  tego,  że  nie 
może wyjaśnić swojego postępowania Thomasowi Donne'owi.

Zatrzymał  powóz  przed  domem  Fii.  Lokaj  otworzył  drzwi, 

zapraszając  go  do  środka.  Kay,  pasierb  Fii,  stał  w  holu.  Powitał 
Jamesa zdziwionym spojrzeniem.

–  Kapitanie  Barton,  obawiam  się,  że  jeśli  szuka  pan  lady  Fii, 

czeka  pana  rozczarowanie.  Wyjechała.  Odbywa  podróż  po 

background image

104

kontynencie. – Chłopiec się uśmiechnął. – Robi zakupy.

James zmarszczył brwi.
–  Tak  mi  przykro  –  powiedział  uprzejmie  Kay.  –  Sądziłem,  że 

powiadomiła pana o tym, jako jednego z najbliższych przyjaciół, ale 
z jej listu wnoszę, że podjęła decyzję dość niespodziewanie.

Coś  się  tutaj  nie  zgadzało.  Dlaczego  Fia  miałaby  teraz  akurat 

wyjeżdżać z kraju i to nie zostawiając żadnego wyjaśnienia?

– Zostawiła list?
– Tak. – Kay skinął głową. – Gunna mi go przyniosła.
– Gunna z nią nie pojechała?
–  Nie.  –  Kay  uśmiechnął  się  krzywo.  –  I  wcale  nie  jest  z  tego 

zadowolona. Cały dzień narzekała na upór lady Fii. Przypuszczam –
pochylił się poufale – że miały z tego powodu jakąś sprzeczkę.

–  Rozumiem.  –  Mówił  spokojnym  tonem,  nie  chcąc  niepokoić 

chłopca.

–  Nie  tylko  ciebie  zaniedbała  zawiadomić  –  te  słowa  miały 

uspokoić zranioną, w przekonaniu chłopca, dumę Jamesa.

–  Doprawdy?  –  zapytał  James,  lekko  rozbawiony  mimo 

niepokoju. – O jakim to jeszcze wielbicielu zapomniała lady Fia?

Chłopiec się zaczerwienił.
–  Nie,  to  całkiem  coś  innego.  Dziś  rano  był  tu  pewien 

dżentelmen; podjął zakład z Fią, teraz będzie musiał poczekać jakiś 
czas, zanim odbierze nagrodę.

–  Zakład?  –  mruknął  James  z  roztargnieniem,  usiłując  znaleźć 

jakiś powód zniknięcia Fii. – Kim był ten dżentelmen?

– Pan… Donne.
Jamesowi przebiegł zimny dreszcz po plecach.
– Sądzisz,  panie, że  coś jest nie w porządku?  – W  głosie Kaya 

zabrzmiał strach.

– Nie. Wcale nie. Dobrze  znam  kapitana Donne'a. Byłem tylko 

ciekaw, czy wygrał zakład.

Chłopiec odetchnął z ulgą.
– Nie umiem powiedzieć. Gunna o nim nie wspominała.
– No cóż – rzekł James – nic tu po mnie. Jestem pewien, że lady 

Fia  napisała  do  mnie  list  i  znajdę  go,  jak  tylko  wrócę  do  domu. 
Dziękuję ci.

Pożegnał się z Kayem i wyszedł. Zamyślony wsiadł do powozu. 

Nie podobało mu się, że Thomas i Fia zniknęli tego samego dnia. A 

background image

105

jeszcze  bardziej  nie  podobało  mu  się  to,  że  Thomas  opowiadał 
Kayowi  o  jakiejś  przyjacielskiej  rywalizacji  z  Fią,  bo  choć  z 
pewnością 

istniała 

między 

nimi 

rywalizacja, 

określenie 

„przyjacielska” nie było w tej sytuacji odpowiednie.

Najbardziej  zaś  nie  podobało  mu  się,  że  Thomas  wyprowadził 

„Alba Star” z suchego doku, zanim zakończono naprawy i zostawił 
wiadomość, że ma do odebrania jakiś ładunek we Francji i dostanie 
za to bajeczne wynagrodzenie, o ile wyruszy od razu.

Cieszyło  go  to,  że  Gunna,  groźna  jak  smok  opiekunka  Fii, 

rozmawiała z nią o wyprawie na zakupy. A nawet posprzeczały się z 
tego powodu.

Tyle że ta myśl pocieszyła go tylko w niewielkim stopniu. Zbyt 

wiele  zbiegło  się  przypadków.  Nie  wiedział,  co  mógłby  zrobić. 
Wkrótce  będzie  musiał  wypłynąć.  Wobec  zeszłorocznej  katastrofy 
ich  kompania  handlowa  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  opóźnienia. 
Obowiązek  i  honor  wymagały,  aby  dotrzymać  obietnicy  danej 
Thomasowi.

Poczeka w Londynie, jak długo będzie mógł, z nadzieją, że Carr 

złapał  się  na  przynętę,  którą  Fia  pomachała  mu  przed  nosem. 
Wyjechać teraz, w ślad za Fią czy Thomasem, oznaczało zniszczenie 
ich misternego planu.

– Nie – westchnął, zręcznie wprowadzając konia w ruch uliczny 

–  nie  może  zrobić  nic,  co  rozwiałoby  albo  potwierdziło  jego 
podejrzenia co do Thomasa i Fii.

Znał jednak ludzi, którzy mogli to zrobić.

background image

106

12

Przenikliwa  woń  morza  wzmogła  się  wraz  z  falą  przypływu. 

Wysoko  w  górze  wiatr  szarpał  chmury,  zostawiając  długie  białe 
pasma na bladobłękitnym niebie. W dokach kłębił się tłum kupców i 
dostawców,  drobnych  przekupniów  i  straganiarzy,  marynarzy  i 
robotników,  którzy  wyładowywali  i  załadowywali  kołyszące  się  u 
nabrzeża łodzie. Dalej na morzu czekały wysokie statki, tworząc las 
masztów.

Thomas zaprowadził Fię do miejsca, gdzie przycumowano „Alba 

Star”.  Choć  nie  ukończono  jeszcze  wszystkich  prac,  brakowało 
połowy  żagli,  a  pozostałe  naprawiono  pośpiesznie  i  nie  wszędzie 
położono lakier, statek nadawał się do podróży.

Popatrzył  na  niego  z  czułością.  Hiszpańscy  szkutnicy 

skonstruowali mały, zwinny jednomasztowiec tak, aby mógł osiągać 
dużą  prędkość,  pozwalającą  umknąć  wrogowi  na  morzu.  Odkąd  go 
zdobył, dobrze mu służył w walce z korsarzami i piratami.

–  Popłyniemy  tą  łodzią?  –  zapytała  Fia,  kiedy,  przeszedłszy 

wąskim trapem, wyciągnął do niej rękę.

–  To  statek,  nie  łódź.  –  Wsunęła  dłoń  w  jego  rękę,  a  chociaż 

miała rękawiczki, poczuł dreszcz. To i godzina, jaką spędzili razem 
w  wynajętym  powozie,  upewniły  go  co  do  słuszności  wyboru 
podróży drogą morską, a nie lądową.

Ciepłe  wnętrze  przesiąkło  jej  zapachem;  cienie  kładły  się 

zmysłowo na jej policzkach i czole, uwypuklając wycięcie ust i zarys 
szyi. Zmusił się, żeby odwrócić wzrok, ale wyobraźnia podsuwała to, 
czego odmawiał zmysłom i wciąż miał jej drażniący, kuszący obraz 
przed oczami.

–  Nigdy  nie  byłam  na  pokładzie  statku.  –  Powiedziała  to 

doskonale obojętnym tonem, ale Thomas wyczuł w niej napięcie.

– To bardzo bezpieczny statek, lady Fio…
–  Zwykle  nazywałeś  mnie  Fią,  a  teraz  nagle,  kiedy  jestem  na 

twojej  łasce,  przywracasz  szacunek  mojemu  tytułowi?  Co  za 
oryginalność.

Zacisnął  usta.  Chciał  tylko  podnieść  ją  na  duchu,  a  ona 

wykorzystała okazję, żeby go zganić. Ale czy nie zachowałby się tak 
samo na jej miejscu? Czy nie wytknąłby wrogowi słabości czy braku 
konsekwencji? Tak. W gruncie rzeczy, postępował podobnie wobec 

background image

107

swojego dawnego pana.  Zostało mu  po  tym  na pamiątkę  parę blizn 
na plecach.

Puściła jego rękę i wstąpiła lekko na pokład. Chłopiec okrętowy, 

Portugalczyk,  podobnie  jak  większość  skromnej  załogi,  podszedł, 
żeby zabrać jej niewielki bagaż.

– Zaprowadzę cię do twojej kwatery – powiedział Thomas.
Poprowadził  ją  przez  pokład,  po  stromych  schodach  w  dół  do 

krótkiego  korytarza,  oddzielającego  dwie  główne  kabiny. 
Pomieszczenia  załogi  znajdowały  się  pod  pokładem.  Otworzył 
najbliższe drzwi.

Kabina  urządzona  była  po  spartańsku;  zawierała  jedynie 

przymocowaną  do  ściany  pojedynczą  pryczę  oraz  przybity  do 
podłogi  mały  stolik  i  komodę.  Przez  maleńkie  okienko  wpadało 
wąskie pasmo światła. Waliza i kuferek wypełniły resztę przestrzeni.

– Urocze – mruknęła. Odwróciła się do niego. – Jak długo tutaj 

będę?

– Trzy dni, jak sądzę. Może cztery.
– Czyli, jak się domyślam, nie płyniemy do Francji?
– Nie.
Nie zareagowała na jego słowa, tylko schyliła głowę, wchodząc 

do środka. Zdjęła kapelusz i położyła go ostrożnie na stole.

–  Czy  twoja  kabina  znajduje  się  naprzeciwko?  –  W  jej  tonie 

brzmiała  taka  uraza  i  groźba,  że  Thomas  poczuł, jak  krew  napływa 
mu do twarzy.

– Tak. – Niech sobie myśli, co chce!
–  Proponuję,  abyś  się  tam  udał,  o  ile  nie  masz  jakichś 

kapitańskich obowiązków. Życzę ci dobrego dnia.

Jej  zimna  krew  wywarła  na  nim  wrażenie.  Odprawiła  go  jak 

służącego. Nie dała mu wyboru, musiał odejść. Zostać byłoby nie do 
pomyślenia.

– Nie próbuj opuścić statku, lady Fio. Odpływamy za kwadrans, 

a moja załoga jest mi niezwykle oddana.

–  Co  za  pociecha  dla  ciebie  –  powiedziała,  nie  zadając  sobie 

trudu, żeby na niego spojrzeć, zajęta ściąganiem rękawiczek z dłoni.

Pochyliwszy głowę, wyszedł z kabiny.
Port,  jak  zwykle,  był  zatłoczony  i  wyprowadzenie  „Alba  Star” 

przez  las wysokich statków,  fregat i  jachtów  na  pełne morze zajęło 
resztę dnia. Kiedy zostawili Londyn za sobą i zwrócili się na północ 

background image

108

w  stronę  wybrzeża  Suffolk,  słońce  wisiało  tuż  nad  horyzontem, 
raniąc swój płonący brzuch o niezliczone londyńskie wieże.

Fia  nie  pokazała  się  na  pokładzie  i  Thomas  mógł  się  tylko 

domyślać,  że  jest  obrażona.  To  wyjaśnienie  nie  zadowoliło  go. Nie 
tego  od  niej  oczekiwał,  ale  z  drugiej  strony,  co  tak  naprawdę 
wiedział o Fii Merrick?

Ta  myśl  prześladowała  go  przez  cały  czas.  Jako  młoda 

dziewczyna  Fia  odgradzała  się  od  ludzi  niewidzialną  ścianą,  a  jej 
przedwczesna  dojrzałość  budziła  litość.  Była  cieniem  Carra,  jak 
przypominał  sobie  Thomas;  śledziła  nieustający  karnawał  w 
Rumieńcu  Ladacznicy  lśniącymi  oczami,  które  nie  zdradzały 
żadnych myśli.

Wówczas  jednak,  kiedy  miał  okazję  z  nią  rozmawiać, 

zdumiewała  go  jej  rezerwa,  widoczny  wysiłek,  jaki  wkładała  w 
prowadzenie  rozmowy.  To  go  zaintrygowało  –  rzecz  jasna  tylko  i 
wyłącznie jako ciekawostka.

Potem,  przez  następnych  sześć  lat,  chociaż  wiele  mówiono  o 

Carrze, nie usłyszał ani  słowa o  Fii. Kiedy w  końcu  dowiedział  się 
czegoś na jej temat, nie było to nic dobrego. Wyczytał wieści o niej 
w  uśmieszkach  rozmaitych  fircyków,  w  księgach  zakładów  klubów 
„dżentelmenów”;  wiele  wyjaśniła  też  historia  nieszczęsnego  Pipa, 
który  zetknięcie  z  nią  niemal  przypłacił  śmiercią.  Teraz  po  raz 
pierwszy  Thomas  zastanawiał  się,  dlaczego  Fia  wybrała  tak 
niesławną drogę.

Główny  żagiel  zadrżał  i  Thomas  przekręcił  ster  w  lewo, 

obracając statek i wołając na załogę, żeby podniosła kliwer. Po paru 
minutach  mniejszy  żagiel  wypełnił  się  i  statek  ustawił  się  pod 
korzystniejszym kątem do wiatru.

–  Kolacja  za  godzinę,  kapitanie!  –  zawołał  po  portugalsku 

starszy,  chudy  mężczyzna,  który  był  również  stewardem.  Thomas 
podniósł rękę, dając znak,  że usłyszał, i zawołał sternika. Przekazał 
mu ster i udał się do kabiny Fii.

Żaden  dźwięk  nie  odpowiedział  na  jego  pukanie.  Spróbował 

ponownie.

– Lady Fio?
– Odejdź.
Głos miała stłumiony.
– Dobrze się czujesz?

background image

109

– Doskonale. Odejdź.
–  Odejdę.  Jeśli  jednak  jesteś  głodna,  przyjdź  do  kambuza  za 

godzinę.

–  Odejdź!  –  Podniosła  głos  w  słabym  proteście.  –  Nie  chcę 

niczego…

Do  licha!  Morska  choroba.  Zbyt  często  słyszał  ten  wiele 

mówiący  odgłos,  żeby  się  mylić.  Otworzył  drzwi.  Siedziała  na 
brzegu  wąskiej  pryczy  w  koszuli  i  halce,  z  szeroko  rozsuniętymi 
kolanami  i  głową  zwieszoną  nad  miską,  która  stała  na  podłodze 
między jej stopami.

Długie,  wilgotne  pasma  włosów  przylegały  do  ramion  i  szyi. 

Podniosła  głowę,  jej  twarz  znalazła  się  w  smudze  popołudniowego 
światła.  Skóra  miała  zjawiskowy,  mlecznozielony  odcień,  w 
podkrążonych oczach widać było mękę.

– Odejdź! – poprosiła słabym głosem.
Odwrócił się, otworzył drzwi swojej kabiny i wszedł do środka. 

Złapał  dzban  z  wodą  ze  stołu,  cynowy  kubek,  ręcznik  i  wrócił  do 
kabiny Fii. Nie poruszyła się, tylko pochyliła niżej nad miską. Nalał 
wody do kubka i wyciągnął go w jej stronę.

– Wypij to.
– Boże.
– Wypij – rozkazał. Spojrzała na niego gniewnie przez splątane 

pasma włosów.

–  Ja…  nie…  nie  mogę…  och…  och…  –  Rzuciła  się  naprzód  i 

zwymiotowała. Słabo. Nie miała już czym.

Usiadł  i  objął  ją  ramieniem.  Jej  skóra  była  wilgotna  i  lepka, 

koszula  była  mokra  od  potu.  Podniósł  jej  brodę  czubkami  palców. 
Oczy miała mocno zamknięte.

Podniósł  kubek  do  jej  ust  i  lekko  przechylił.  Woda  spłynęła  z 

warg po brodzie.

– Wypij to, Fio. To pomoże. Przyrzekam.
Posłuchała – za słaba, żeby się kłócić, zbyt chora, żeby stawiać 

opór.

– Drobnymi łyczkami i to wszystko. Tak. Lepiej się czujesz?
– Nie – jęknęła cicho. Przyciągnął ją bliżej, zauważając ponuro, 

że choć była tak słaba, że ledwie mogła unieść głowę, usiłowała się 
opierać.  Była  mała  w  jego  objęciu,  tak  mała,  że  ogarnęło  go 
zdumienie. Jedną dłonią mógł wyczuć płytkie zagłębienia między jej 

background image

110

żebrami – głębokie wycięcie kibici i delikatną wypukłość biodra.

–  Uspokój  się  –  mruknął,  kładąc  dłoń  na  jej  policzku  i 

przyciskając  jej  twarz  do  ramienia.  Nie  miała  siły,  żeby  walczyć  i 
niechętnie  złożyła  głowę  pod  jego  brodą.  Oddychała  płytko, 
rozchyliwszy  blade  wargi.  Małą,  zwiniętą  piąstkę  oparła  na  jego 
piersi.

Jakże  jej  to  nie  odpowiadało.  Nie  potrafił  powiedzieć,  skąd  to 

wie, ale był pewien, że to nie jej stan fizyczny sprawiał, że czuła się 
upokorzona,  nie,  chodziło  o  coś  innego.  Czuł,  jaka  jest  krucha  i 
delikatna  i  jak  sama  siebie  za  to  nie  znosi;  pamiętał  własną 
wściekłość z powodu łez, jakie napływały mu do oczu po uderzeniu 
batem.

Ukrywając  wszelkie  oznaki  współczucia,  które  mogłyby  tylko 

wzmóc jej poczucie bezradności, podał jej więcej wody. Przyjęła ją, 
nadal mocno zaciskając powieki, tak jakby bała się zobaczyć w jego 
oczach litość.

Kiedy upiła parę łyków,  przechylił się  na bok, pociągając  ją za 

sobą.  Zanurzył ręcznik  w dzbanie i  wyżął  go, jak potrafił  najlepiej, 
jedną  ręką.  Delikatnymi,  ale  pewnymi  ruchami  wytarł  jej  czoło  i 
oczy, policzki, usta i szyję.

– Nie umrzesz – rzekł, kiedy kolejny, suchy skurcz wstrząsnął jej 

ciałem i minął po chwili.

W końcu otworzyła zapadłe, zamglone z bólu i strachu oczy.
– Tego właśnie – powiedziała – się obawiam.
Uśmiechnął  się,  zaskoczony  jej  niespodziewanym  żartem,  a 

jeszcze bardziej uśmiechem, który pojawił się na chwilę na bladych 
wargach, uśmiechem  innym  niż  te, którymi  obdarzała  go przedtem. 
Ich spojrzenia spotkały się na mgnienie oka, ale potem odsunęła się, 
marszcząc  wilgotne  czoło.  Odwróciła  głowę  i  ponownie  zamknęła 
oczy.

– Cierpisz na chorobę morską – wyjaśnił.
–  Naprawdę?  –  zapytała  z  zabójczą  ironią,  odzyskawszy 

panowanie nad sobą. – Dziękuję ci ogromnie, że mnie oświeciłeś w 
tym względzie. A ja myślałam, że to ten poranny śledź… – Jej oczy 
rozszerzyły się nagle i znowu wstrząsnął nią suchy skurcz.

Miał  ochotę  nią  potrząsnąć.  Czuł  się  oszukany,  wściekły, 

nienawidził nonszalancji, która przychodziła jej z taką łatwością. Nie 
mógł  znieść,  że  to  –jak  to  nazwać:  ludzkim  obliczem?  okruchem 

background image

111

duszy? – co zobaczył, znikło tak szybko.

–  Dobrze  ci  tak,  ty  złośnico  o  języku  żmii  –  mruknął, 

przechylając ją przez rękę i masując plecy między delikatnymi jak u 
ptaszka łopatkami. 

Odwróciła głowę, rzucając mu przestraszone spojrzenie.
– Co? 
Odchrząknął.
– Czy nikt dotąd nie nazwał cię złośnicą o języku żmii? 
Zamrugała oczami. Widocznie nie.
–  Niewybaczalne  przeoczenie!  Bo  gdyby  ktoś  miał  wcześniej 

odwagę wytknąć ci twój ostry język, może zdołałby go przytępić. A 
teraz  boję  się,  że  ktoś,  kto  cię  w  końcu  poślubi,  Pani  Złośnico,  co 
wieczór  będzie  kładł  się  do  łóżka,  modląc  się,  aby  następnego 
poranka  nie  obudził  się  całkiem  wykrwawiony,  skłuty  tysiąc  razy 
przez ten twój zjadliwy jęzor.

Jej oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia.
–  Ty!…  oooch!  –  Kolejny  spazm  uniemożliwił  jej  godną 

odpowiedź, jaką najwyraźniej  chciała go uraczyć; trzęsła się, zgięta 
wpół, przewieszona przez  jego ramię. Potem sięgnęła po stojący na 
podłodze  cynowy  kubek  i  drżącą  ręką  uniosła  go  do  ust.  Upiła 
odrobinę i wyprostowała się ostrożnie.

– Nie jesteś dżentelmenem.
–  Doprawdy?  –  zapytał.  –  Dziękuję,  że  mi  to  uświadomiłaś… 

uff!  –  Jej  łokieć  wbił  mu  się  w  żołądek.  Wyraz  triumfu  rozjaśnił 
piękną,  wymęczoną  twarz,  zanim  nastąpił  kolejny  atak  mdłości, 
przekształcając  zwycięstwo  w  niedolę  i  zmuszając,  żeby  ponownie 
pochyliła się nad miską. Podtrzymał jej czoło dłonią.

– Dziękuję ci. Odejdź.
Zawahał  się  przez  chwilę,  zanim  usunął  obejmujące  ją  ramię  i 

wstał. Jej głos brzmiał pewniej. Wypiła dość wody, żeby przywrócić 
w  ciele  równowagę  płynów.  Żadnemu  z  nich  dwojga  nie  wyszłoby 
na korzyść, gdyby wbrew jej woli został dłużej w kabinie.

– Musisz coś zjeść. Przyślę ci…
–  Jeśli  przyniesiesz…  –  przerwała,  przełknęła  głośno  ślinę,  po 

czym  podjęła  na  nowo  –  jedzenie  do  tego  pokoju,  nie  poprzestanę 
jedynie na kaleczeniu cię słowami. Czy wyrażam się jasno?

–  W  pełni.  Twierdzę  jednak,  jako  dobry  samarytanin  – jej  usta 

drgnęły – że poczujesz się lepiej, jeśli…

background image

112

–  Nie  mów  tego  słowa!  Wyjdź!  –  Podniosła  mokrą  szmatę  z 

kałuży na podłodze, ciskając nią w jego głowę. Uchylił się bez trudu. 
Poprawiło się jej, gdyż była siła w tym rzucie.

Wyszedł i dopiero wówczas stwierdził, że się uśmiecha. Z czego 

się  tak  cieszył?  Dziewczyna  próbowała  zrobić  mu  krzywdę, 
krzyczała  na  niego,  groziła,  a  on  się  zachowuje,  jakby  go  po  raz 
pierwszy pocałowała. Z pewnością oszalał.

Później  jednak  myślał  tylko  o  tym,  jak  się  niespodziewanie 

uśmiechnęła.

I o tym, jaki to piękny uśmiech.

background image

113

13

Nie miała  w sobie  nic z  żeglarza. Prawdę  mówiąc,  żaden  był  z 

niej żeglarz.

W  rzadkich  chwilach  w  ciągu  następnych  dwóch  dni,  kiedy 

mogła  zastanawiać  się  nad  czymś  innym,  niż  nad  tym,  jak  daleko 
znajduje się od wszechobecnej miski (pod koniec podróży owa miska 
znalazła  się  na  pierwszym  miejscu  najbardziej  znienawidzonych 
rzeczy)  uważała  to  za  krańcową  niesprawiedliwość.  Ostatecznie 
spędziła  dzieciństwo,  patrząc  na  morze  i  marząc  o  wielkim  statku, 
który  ją  zabierze  w  dal.  O  wielkim  statku  i  wysokim,  silnym 
kapitanie…

Ale ta droga prowadziła do katastrofy. Lepiej skupić się na tym, 

żeby wyjść na górny pokład i zachować nienaruszoną resztkę dumy 
Otworzyła  drzwi  i  zanim  postawiła  stopę  na  pokładzie,  ostrożnie 
wyjrzała na zewnątrz.

Po  trzech  dniach  wzburzonego  morza  nastał  spokojny  poranek. 

Nad  głową  wisiało  ciężkie,  ołowiane  niebo.  Słaby  wiatr  wypełniał 
żagle  „Alba  Star”,  pchając  leniwie  statek  po  powierzchni  oceanu 
barwy rtęci.

Fia przechyliła głowę, pozwalając ochlapać się wodnej mgiełce, 

która  pryskała  spod  prującego  morze  dzioba  statku.  Poczuła  słony 
smak  na  wargach  i  szczypanie  w  oczach,  ale  po  trzech  dniach 
spędzonych  w  kabinie,  gdzie  panował  cierpki  odór,  piła  czyste 
powietrze,  jak  spragniony  człowiek  wodę.  Otworzyła  oczy,  słysząc 
głosy. Od razu zauważyła Thomasa. Wsparty jedną stopą na relingu, 
z  łokciem  na  udzie,  stał  pogrążony  w  rozmowie  z  jednym  z 
członków  załogi.  Mrużył  oczy,  a  ciemne  brwi  miał  zsunięte  nisko 
nad śmiałym nosem.

Wyżej  wiatr  był  widocznie  silniejszy,  bo  chociaż  Thomas  nie 

miał  kubraka,  koszula  przylgnęła  ciasno  do  jego  piersi,  ukazując 
zarysy  twardych  mięśni,  i  łopotała  jak  żagle  w  górze.  W  pewnym 
momencie kiwnął głową i się wyprostował. Wyciągnął w górę długie 
ręce,  ziewając.  Odezwał  się,  a  marynarz  wybuchnął  śmiechem. 
Thomas  odpowiedział  męskim,  pewnym  siebie  uśmiechem, 
przypominając tym Fii dobitnie, że na tym statku to on był królem, a 
morze stanowiło jego królestwo. Marynarz odszedł, a Thomas potarł 
kark,  kierując  wzrok  na  wschód.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 

background image

114

zamyślenia. Wydawał się zmęczony i zmartwiony

Fia  zmarszczyła  brwi.  Nie  chciała,  żeby  był  bezradny.  Nie 

chciała  o  nim  myśleć  jako  o  człowieku,  który  boryka  się  z  jakimiś 
kłopotami  czy  strachem.  Nie  chciała,  żeby  był  podobny  do  niej  w 
jakikolwiek sposób.

Spojrzała w górę jeszcze raz. Odwrócił się, patrząc wprost przed 

siebie,  z  dłońmi  na  biodrach,  na  rozstawionych  nogach.  Wiatr 
oblepiał koszulę na szczupłych bokach i rozwiewał sznurowanie pod 
szyją, ukazując kości obojczyka pod opaloną skórą.

Zadrżała  i  naciągnęła  mocniej  lekki  szal  na  ramiona.  Zawsze 

pociągała  ją  siła  Thomasa  Donne'a,  zarówno  siła  charakteru,  jak  i 
fizyczna.  Kiedy  poznała  go  w  Rumieńcu  Ladacznicy,  doszła  do 
wniosku,  że  nie  należy  on  do  ludzi,  którzy  pozwolą  sobą 
manipulować  czy  też  się  szantażować  –  w  przeciwieństwie  do 
pozostałych gości w zamku.

I  to  go  wyróżniało  w  jej  myślach.  Nie.  Wyróżniało  go  w  jej 

sercu.  Zachowanie  Thomasa  wobec  niej,  nienagannie  uprzejme, 
umocniło tylko jej uczucia.

Jakaż była dziecinna. Patrząc wstecz, zrozumiała, że to, co brała 

za „dworną wstrzemięźliwość”, było ironią, a rycerskość wynikała ze 
zwykłej litości. Cóż, przynajmniej przestał ją traktować obojętnie.

Podniosła brodę tak jak Thomas. Rysy jej twarzy wygładziły się, 

znów stając się nieprzeniknioną, piękną maską, nieodłączną cechą jej 
osoby.

Przeżyła  to,  że  jest  dzieckiem  Carra,  dzięki  umiejętności 

mierzenia  się  z  gorzką  prawdą.  Teraz  nie  zamierzała  jej  unikać.  A 
prawda  była  taka:  zdaniem  Thomasa  Donne'a  wypełniła 
przeznaczenie,  które  jej  kiedyś  przepowiedział.  Stała  się  po  prostu 
dziewką Carra. To dlatego, jak sam powiedział, zabrał ją z Londynu 
– żeby uratować przed nią Jamesa Bartona.

Nie ułatwi mu sprawy, nie stanie się potulną ofiarą. Pozwoliła się 

porwać  częściowo  dlatego,  że  trzeba  było  udzielić  Thomasowi 
Donne'owi nauczki.

Zamrugała  gwałtownie,  żeby  się  pozbyć  niechcianych  łez.  Nie 

życzyła sobie, aby Thomas Donne wiedział, jak czuje się teraz, kiedy 
straciła wszelkie złudzenia.

Zdradził  ideał,  który  pielęgnowała  w  sobie  przez  te  wszystkie 

lata.  Czciła  Thomasa  Donne'a  jako  człowieka,  który  wznosił  się 

background image

115

ponad zwierzęce przyjemności i chucie, a pożądał tylko wtedy, kiedy 
kochał, i pragnął tylko tego, co cenił.

Nie  sprawiało  jej  najmniejszej  różnicy,  że  nie  traktowała  go 

sprawiedliwie,  że  nigdy nie  ubiegał  się  o  tę  wyniosłą  pozycję, jaką 
mu  wyznaczyła.  I  nie  miało  dla  niej  znaczenia,  że  wydawał  się 
zmęczony  i  wyczerpany.  Tu  nie  chodziło  o  sprawiedliwość!  To 
wzniosłe pojęcie rzadko wpływało na jej życie i teraz nie mogło być 
inaczej. Chodziło o zemstę.

Thomas,  którego  stworzyła  kiedyś  jej  dziewczęca  wyobraźnia, 

nie  istniał.  Mimo  niskiego mniemania  o  niej,  czuła  jego pożądanie. 
Bo pragnął  jej  mimo  wzgardy, nieufności,  i  mimo  wszystkiego, co, 
jak mu się wydawało, wiedział o niej.

Wyczuwała  to  w  jego  spojrzeniu,  w  tłumionej  chęci  dotykania 

jej,  w  tym,  że  się  od  tego  powstrzymywał.  Poznawała  to  po 
nachyleniu  jego  ciała,  kiedy  się  zbliżał,  zapachu,  skrywanym  z 
trudem podnieceniu, po napięciu, jakie panowało między nimi. Czuła 
jego tęsknotę. I gniew.

Naciągnęła mocniej szal.
– Lady Fio!
Otrząsnęła  się  gwałtownie  z  gorzkiego  zamyślenia,  zła,  że  ma 

łzy na policzkach. Szybko starła je wierzchem dłoni i odwróciła się, 
stwierdzając ze zdumieniem, że drży.

– Tak, kapitanie Donne? – Jej głos wzniósł się ponad łopotanie 

żagli; z nową siłą zapragnęła rzucić Thomasa na kolana.

Thomas zdjął okrycie z relingu i zbiegł po niskich schodkach na 

pokład. Podszedł  do niej i  zarzucił  jej kubrak na  ramiona.  Zatonęła 
nagle w przesiąkniętej jego zapachem gęstej, miękkiej wełnie.

– Jesteś zdrowa? Nie masz mdłości? – zapytał.
–  Czuję  się  o  wiele  lepiej.  –  Niech  go  piekło  pochłonie,  że 

przypomniał  jej  niedolę  z  ostatnich  paru  dni.  To  jej  odbierało 
przewagę  –  zwłaszcza  w  sytuacji,  kiedy  zamierzała  go  uwieść. 
Trudno  zachowywać  się  uwodzicielsko,  mając  w  pamięci  obraz 
samej siebie, jak pochyla się nad miską z wymiocinami.

– Nie wyglądasz dobrze – mruknął.
Roześmiała się.
–  Kapitanie!  Nie  wiem  doprawdy,  jak  mam  odpowiedzieć  na 

podobną galanterię. Powiedz mi, jak źle wyglądam?

background image

116

Tak!  To  powinno  zawstydzić  tę  wielką,  ciemnoskórą  bestię. 

Ściągnął brwi.

– Choroba sprawiła, że straciłaś nieco ciała, a pod twoimi oczami 

pojawiły się ciemne kręgi, ale z tym wszystkim jesteś równie piękna, 
jak zawsze i doskonale o tym wiesz – powiedział z wyrzutem. – Nie 
jestem w stanie tego dowieść, ale przysięgam, że na łożu śmierci, po 
ciężkiej chorobie, także byłabyś piękna.

Tym  razem  ona  się  zmieszała;  usiłowała  wymyślić  jakąś 

odpowiedź, ale nic dowcipnego nie przychodziło jej do głowy.

– Czy popłyniesz ze mną na niebezpieczne morza, żebym znowu 

zachorowała?

Spojrzał na nią zaskoczony.
– Dlaczego miałbym to zrobić?
– Zęby zaspokoić twoją ciekawość co do tego, do jakiego stopnia 

może ucierpieć moja uroda.

W jego oczach wyczytała urazę.
– Nie postąpiłbym tak okrutnie.
–  Nie?  Ale  wykradłeś  mnie  z  domu,  zabrałeś  od  przyjaciół  i 

rodziny  i  wywozisz  w  miejsce,  którego  nie  chcesz  zdradzić.  –
Uśmiechnęła  się  słodko.  –  Czy  dziwisz  się,  że  podejrzewam  cię  o 
okrucieństwo?

– Mam swoje powody – rzekł.
–  A  jakież  to  mogą  być  powody?  –  Wyciągnęła  rękę  w  stronę 

morza. –Jesteśmy, jak sądzę, w dostatecznej odległości od Londynu, 
żebyś  wyznał  mi  wreszcie  motyw  swego  niezwykłego  postępku  –
niezwykłego, skoro twierdzisz, że nie chodzi tu o romans.

– Nie chodzi.
– A zatem? – Uniosła brew z wyrazem królewskiej dumy.
–  Przywiodłem  cię  tutaj  nie  po  to,  żeby  cię  uwieść,  ale  po  to, 

żebyś  nie  mogła  skompromitować  mojego  przyjaciela,  Jamesa 
Bartona.

Odchyliła głowę do tyłu, parskając śmiechem.
–  O,  Boże!  –  Pociągnęła  nosem,  wycierając  rzekome  łzy 

wierzchem  dłoni.  –  Cudownie.  Niech  się  upewnię,  czy  dobrze 
zrozumiałam. W  zasadzie porwałeś mnie, żeby twój  przyjaciel tego 
nie zrobił, czy tak?

Popatrzył na nią zmrużonymi oczami.
– W zasadzie.

background image

117

– Wybaczysz, że ci nie uwierzę? – zapytała, wciąż uśmiechając 

się radośnie.

– Taka jest prawda. Możesz z tym zrobić, co ci się podoba. Nie 

obchodzi mnie to.

–  Ale  mnie  obchodzi  –  szepnęła,  podchodząc  bliżej,  aż  jego 

szeroka  pierś  osłoniła  ją  od  wiatru.  Nagrzany  jego  ciałem  kubrak 
chronił jej plecy. – I myślę, że jesteś kłamcą, kapitanie.

Podniósł  gwałtownie głowę. Gdyby nie  była kobietą,  uderzyłby 

ją za te słowa.

– Wiem, wmówiłeś sobie – ciągnęła – że ratujesz Jamesa przed 

straszliwą  pomyłką.  Naprawdę  jednak,  a  będziesz  musiał  to 
przyznać, kiedy skończę, naprawdę jednak zabrałeś mnie z Londynu, 
bo  mnie  pragniesz.  Nie  jako  zakładniczki.  Nie  jako  więźnia.  Jako 
kochanki.

– Mylisz się – odparł z powagą. 
Roześmiała się znowu.
– Nie dajesz mi wyboru, jak tylko ci to udowodnić. 
Na jego twarzy odbił się niesmak.
– Sądziłem, że jesteś za dorosła na te dziecinne gierki, Fio. 
Zaczerwieniła  się  na  tę  reprymendę,  zaskoczona  jego  szczerym 

rozczarowaniem. Mężczyźni rzadko byli nią rozczarowani – czasami 
rozczarowywały ich jej decyzje, zwłaszcza te, które nie zgadzały się 
z  ich  planami,  ale  nigdy  ona.  Ukryła  się  za  swoją  maską, 
przyciskając rękę do jego lewej piersi.

– Ostrzegałam cię – szepnęła. – Chcę ci złamać serce.
– Musiałabyś je najpierw zdobyć. 
Nie patrzył na nią.
– Twoją duszę też sobie wezmę – powiedziała cicho.
Na to uśmiechnął się niespodziewanie, jeszcze bardziej zbijając 

ją z tropu.

–  Cóż  za  dramatyzm,  Fio  –  oświadczył  w  końcu,  patrząc  jej  w 

oczy. – Teatry Londynu nie wiedzą, co tracą.

Zamrugała  oczami,  usiłując  wymyślić  odpowiedź,  która 

przywróciłaby jej przewagę.

– Wolę – mruknęła pieszczotliwie – widownię złożoną z jednej 

osoby.

Parsknął, chwycił  ją za  nadgarstek i  odsunął jej  dłoń  od swojej 

piersi.

background image

118

–  Jeśli  zamierzasz  mnie  uwieść,  musisz  zrobić  to  w  mniej 

banalny  sposób,  moja  droga.  Boję  się,  że  za  bardzo  przywykłaś 
polegać na swojej urodzie. Ja zaś zwracam uwagę nie tylko na to, co 
widzę,  ale  i  na  to,  co  słyszę.  Jeśli  wybaczysz  mi  śmiałość,  proszę, 
abyś spłodziła kilka nowych kwestii, które może wzbudziłyby moje 
zainteresowanie – oczywiście, o ile istotnie pragniesz zapewnić sobie 
moje nic nie warte względy – inaczej mogę się znudzić, zanim się do 
tego na dobre zabierzesz!

Tylko  lata  praktyki  w  ukrywaniu  uczuć  oszczędziły  jej  wstydu 

tupnięcia ze złości nogą.

–  No,  Fio  –  powiedział,  chociaż  nie  uśmiechał  się  już  tak,  jak 

poprzednio.  –  Nie  pozwól,  aby  taki  drobiazg  popsuł  ci  humor. 
Niedługo przybijamy. Spójrz.

Zanim  zdążyła  zareagować,  położył  jej  ręce  na  ramionach  i 

obrócił. Przyciągnął ją do siebie, tak że jej plecy przywierały do jego 
piersi;  duże  dłonie  obejmowały  jej  ramiona,  trzymając  ją 
nieruchomo.  Jego  serce  biło  równomiernie  między  jej  łopatkami. 
Ręce miał ciepłe i silne.

Nagły  ruch  statku  zachwiał  nią  tak,  że  przylgnęła  do  jego  ud. 

Wciągnął gwałtownie powietrze. Przesunął prawe ramię po jej piersi, 
przytrzymując  ją  mocno.  Pod  ciemną  opaloną  skórą  pulsowała 
nabrzmiała żyła, przyciśnięta to miękkiej, białej piersi.

Trzymał ją w ten sposób przez dłuższą chwilę. Chociaż zdawała 

sobie  sprawę,  że  taka  bliskość  sprzyja  jej  celom,  nie  potrafiła 
wykorzystać  przewagi.  Nie  przychodził  jej  do  głowy  żaden 
dowcipny,  prowokujący  komentarz,  w  ogóle  nie  była  w  stanie 
myśleć.  Każdym  włókienkiem  ciała  pragnęła  wtulić  się  w  niego 
jeszcze mocniej. A potem morze uspokoiło się i Thomas odsunął ją, 
uwalniając z uścisku. Cofnął się, wskazując na coś ręką.

–  Tam.  –  Jego  głos  brzmiał  ochryple,  jakby  wydobywał  się  z 

trudem. Czy to może tylko szum krwi w jej uszach sprawił, że takie 
odniosła wrażenie? Musiała coś powiedzieć.

– Co to jest? – zapytała.
– Ziemia. Szkocja.
Skupiła wzrok, wpatrując się w horyzont.
– Gdzie?
– Tam. Ta ciemna smuga.

background image

119

Odwróciła  się,  patrząc  na  niego.  Nie  odwrócił  wzroku  od  linii 

horyzontu.

– Dokąd mnie zabrałeś?
– Do domu – odparł cicho.

background image

120

14

A rzez  mały bulaj  Fia  zobaczyła  światło słoneczne  przebijające

się  przez  mgłę.  Wkrótce  potem  w  kabinie  zjawił  się  marynarz, 
nakazując jej niecierpliwym gestem pójść za sobą.

Nie  miała  powodu,  żeby  się  sprzeciwiać,  ale  kiedy  Thomas 

oznajmił jej, że wąski pas na horyzoncie to Szkocja, ogarnęła ją fala 
dziwnych uczuć. Spodziewała się, że Thomas gdzieś ją wywiezie, ale 
nie że wywiezie do Szkocji.

Patrzyła,  jak  marynarz  bezceremonialnie  pakuje  jej  rzeczy  do 

otwartej walizy. W  końcu podniósł  kufer, chwycił  walizę i  wskazał 
głową drzwi.

Tłumiąc  narastający  niepokój,  wyszła  z  kabiny  na  pokład. 

Thomasa  nigdzie  nie  było  widać.  Z  wahaniem  popatrzyła  na 
wybrzeże. Było już blisko. Przez gęstą mgłę widziała urwiste zbocza 
i  poszarpane  skały  u  ich  podstawy,  wyrastające  niczym  zębiska  ze 
spienionej paszczy zwierzęcia.

To mogła być tylko Wyspa McClairenów. Sądziła, że ogarnie ją 

smutek,  ale  nie,  nie  nadszedł.  Przeciwnie,  stwierdziła,  że  przygląda 
się ogromnej wyspie-fortecy z ciekawością i podnieceniem.

„Dom”,  powiedział  Thomas.  Nie  zapomniała,  że  posiadłość 

Thomasa  leży  trzydzieści  kilometrów  w  głąb  lądu  i  uznała,  że 
mówiąc  „dom”,  to  właśnie  miał  na  myśli.  Przywiódł  ją  jednak 
również do jej domu.

Znała każdy zagajnik na wyspie, każdą kępę paproci, wiedziała, 

gdzie na skale zakwitają wiosną bladoniebieskie dzwonki i w którym 
miejscu jesienią wyspa pokrywa się szkarłatem. Znała także zamek: 
szczerby w murze ogrodu, komnaty – pamiętała, w których z nich na 
suficie pokazuje się światło odbite od oceanu; wiedziała też, jak silny 
musi  być  wiatr,  żeby  blanki  śpiewały,  jakby  siedziało  na  nich 
pięćdziesięciu grajków z piszczałkami.

Oczy  jej  się  zamgliły.  Nie  było  już  blanek  ani  komnat  o 

rozświetlonych  słońcem  sufitach.  Rumieniec  Ladacznicy  spłonął 
przed sześcioma laty. Wyjechała tuż przed pożarem.

Carr został. Wydostał się z piekła, unosząc swoje cenne papiery; 

połamane  kości  i  oparzenia  wydawały  się  niewielką  ceną  za 
możliwość dalszego szantażowania ofiar.

background image

121

– Chodź. Szybciej – warknął marynarz. Fia ruszyła w kierunku, 

który  wskazał.  Przy  burcie  mężczyzna  zdjął  kufer  z  ramienia, 
krzyknął  głośno  i  przerzucił  go na  zewnątrz.  Fia  podbiegła, pewna, 
że cisnął jej rzeczy do oceanu. Na dole rozległy się gniewne okrzyki. 
Marynarz roześmiał się hałaśliwie i poklepał po udzie.

Fia zerknęła przez burtę. Mała łódeczka podskakiwała na falach, 

czterej  marynarze  wygrażali  pięściami  w  powietrzu.  Jeden  z  nich, 
siedzący obok jej kuferka, masował sobie nogę, krzywiąc się z bólu. 
Drugi ryczał ze śmiechu.

–  Co  tu  się  dzieje?  –  Śmiech  zamarł  raptownie,  podobnie  jak 

krzyki  i  przekleństwa  na  dole.  Thomas  przeszedł  przez  pokład,  na 
ramieniu miał torbę, wiatr rozwiewał mu włosy.

Portugalczyk  odpowiedział,  wyrzucając  z  siebie  mnóstwo  słów 

naraz.  Zraniony  marynarz  wrzasnął  coś,  co  musiało  być 
zaprzeczeniem.  Thomas  znienacka  upuścił  torbę  i  chwycił 
Portugalczyka za brudną koszulę.

Fia  cofnęła  się  instynktownie.  Marynarz  złapał  Thomasa  za 

nadgarstek, ale Thomas potrząsnął nim jak pies myśliwski zającem, 
mówiąc  coś  niskim,  groźnym  głosem.  Cokolwiek  powiedział, 
wrażenie  było  piorunujące.  Portugalczyk  zbladł,  przełknął  ślinę  i 
pokiwał skwapliwie głową.

Thomas puścił go, klnąc  pod nosem. Marynarz upadł na tyłek i 

wycofał  się,  dopóki  nie  trafił  na  maszt.  Wstał,  zanurkował  pod 
bomem i pospiesznie zniknął.

Thomas  schylił  się,  żeby  wziąć  torbę.  Podniósł  się  powoli, 

szczęki  miał  zaciśnięte,  oczy  pociemniałe  od  gniewu.  Cofnęła  się 
znowu o krok.

Bała się go.
Przez  wszystkie  lata  ich  znajomości,  we  wszystkich  trudnych 

okolicznościach,  kiedy  się  spotykali,  nigdy  naprawdę  jej  nie 
przeraził.  Nawet wówczas,  gdy gwałtownie wpadł  do jej buduaru  z 
zakrwawioną szpadą lorda Tunbridge'a. Teraz mu się to udało.

Zadziwiająco  jasno  uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  jest  w  jego 

władzy, a także to, że nic niemal nie wie o Thomasie Donnie.

Był jakimś  francusko-szkockim  mieszańcem z  mało znaczącym 

francuskim  tytułem,  który  przybył  do  Rumieńca  Ladacznicy  jako 
hazardzista, ale prawie nie grał. Jego siostra, Favor, również zjawiła 
się  w  zamku  i  przyciągnęła  uwagę  nie  tylko  ojca  Fii,  ale  także 

background image

122

młodszego z jej braci, Raine'a, który uciekł z francuskiego więzienia 
i  wrócił  na  wyspę  w  tajemnicy  przed  wszystkimi,  z  wyjątkiem 
Gunny i samej Fii.

Raine  i  Favor  zniknęli  z  Rumieńca  Ladacznicy  w  noc  pożaru. 

Pobrali się wkrótce potem. Favor nigdy nie wspominała Thomasa w 
listach, podobnie jak Raine czy Ashton.

Po  raz  pierwszy  zastanowiła  się,  czy  wdała  się  w  mądrą  grę. 

Pozwoliła się porwać, ponieważ przyjęła, że wie dokładnie, do czego 
zdolny jest  Thomas,  i  uznała  za  pewnik,  że  sama  jest  zdolna  do 
czegoś więcej niż on. Fia zawsze uważała, że w każdej sytuacji jest 
osobą  najbardziej  bezwzględną.  I  z  pewnością  najbardziej 
niebezpieczną.

Czerpała  z  tego,  jeśli  nie  pociechę,  to  przynajmniej  poczucie 

swobody.  Jeśli  rzeczywiście  nikt  na  świecie  nie  miał  mniej 
skrupułów  niż  ona,  to  przynajmniej  wiedziała,  co  ją  może  spotkać. 
Patrząc  jednak  na  ciemną,  surową  twarz  Thomasa,  odkryła,  że  nie 
potrafi ocenić mocy jego gniewu, ani powiedzieć z całą pewnością, 
co  za  chwilę  zrobi.  Wydawał  się  bliski  zabicia  marynarza  –  tylko 
dlatego, że nieszczęsny głupiec przerzucił jej kufer przez burtę.

Thomas odezwał się nagle, jakby wbrew swej woli:
– Jestem panem tego statku. Stanowię tu prawo. Tam również. –

Wskazał  głową  ląd.  –  Stanowię  o  zasadach  i  pilnuję,  aby  ich 
przestrzegano. W taki sposób, jaki uważam za stosowny.

Zaschło jej w ustach.
– Do diabła! Nie patrz tak na mnie. Rób, co mówię, a…
– Nie skończę ze złamanym karkiem? – podpowiedziała; wbrew 

temu, co zamierzała osiągnąć, jej głos nie brzmiał zbyt dzielnie.

W jednej chwili jego oczy z płonących stały się zimne jak lód.
–  Tak.  Może  cię  oszczędzę.  Może.  A  teraz  chodź  tu.  Opuszczę 

cię do łodzi.

Zmusiła  się,  żeby  do  niego  podejść.  Schylił  się,  ujmując  ją  za 

ramiona i pod kolanami, i podniósł bez wysiłku.

Trzymając  ją  wysoko  przy  piersi,  podszedł  do  burty  i  rzucił 

rozkaz marynarzowi, żeby sporządził uprząż z grubej liny.

Nie mogła odwrócić wzroku od jego twarzy Jego oczy nie były 

szare, jak jej się wydawało, tylko bladoniebieskie z zielono-szarymi 
plamkami, ciemnymi jak sama wyspa.

Zacisnął wokół niej ramiona.

background image

123

– Szybciej! – krzyknął.
Marynarz  podał  sznurowe  siedzenie,  które  właśnie  ukończył,  i 

Thomas posadził ją na nim.

– Trzymaj się liny – powiedział. – Będę na dole.
Puścił  ją.  Znalazła  się  z  drugiej  strony  burty.  Wciągnęła 

powietrze.  Woda  wydawała  się  daleko  w  dole;  jej  ciemna  matowa 
powierzchnia  napełniała  ją  przerażeniem.  Odkąd,  gdy  była  małą 
dziewczynką,  jej  matka  spadła  ze  skały,  nie  mogła  stanąć  na 
wysokości i spojrzeć w dół. Zwłaszcza na wodę.

Zacisnęła palce na linie, aż zbielały. Serce jej łomotało, w głowie 

czuła zamęt.

– Nie umiem pływać – usłyszała własne słowa.
–  Nie  będziesz  musiała  –  zapewnił  Thomas.  Przeszedł  przez 

burtę  i  powoli  zsunął  się  po  linie  do  łodzi,  wydając  rozkazy  po 
portugalsku.

W chwilę później lina, na której wisiała, napięła się gwałtownie. 

Fia  osunęła  się  o  parę  metrów,  po  czym  zawisła  w  miejscu, 
podskakując.  Zacisnęła  powieki,  obracając  się  jak  bąk  w  uprzęży. 
Choroba  morska  wróciła,  tym  razem  wzmocniona  strachem. 
Rozpłakałaby  się,  ale  gardło  tak  jej  wyschło,  że  nie  była  w  stanie 
wydobyć dźwięku.

Usłyszała, jak Thomas wydaje kolejny rozkaz. Przycisnęła czoło 

do  liny,  rozpaczliwie  starając  się  skupić  na  oddychaniu.  Nastąpił 
jakiś ruch, a potem nagle, w cudowny sposób, znowu znalazła się w 
jego  ramionach,  przywierając  policzkiem  do  jego  piersi,  czując 
spokojny rytm jego serca.

Usiadł, obejmując ją i  sadowiąc na swoich  kolanach. Nadal  nie 

mogła  otworzyć  oczu.  Dręczył  ją  strach,  niedający  się  opanować 
dziwaczny lęk wysokości.

Poczuła,  jak  jego  dłoń  ostrożnie  odsuwa  włosy  z  jej  twarzy 

Przemówił  i  łódź  skoczyła  naprzód,  gdy  marynarze  nacisnęli  na 
wiosła. On zaś przeczesywał palcami jej włosy.

Minęło  parę  chwil,  a  on  się  nie  odezwał,  ona  także  milczała. 

Ciszę zakłócał jedynie plusk wioseł w wodzie.

– Boisz się morza.
Zastanawiała się, czy wyprowadzić go z błędu, ale co dobrego by 

to  dało?  Może  gdyby powiedziała  mu,  czego się  boi,  zdołałby… O 
czym  ona  myśli?  Strach  ją  otumanił.  Powiedziała  mu,  tak  czy 

background image

124

inaczej.

–  Nie  wody.  Boję  się  być  wysoko  nad  wodą  –  powiedziała 

słabym  głosem,  nie  chcąc  uwalniać  się  z  jego  objęć.  Dlaczego, 
pomyślała  gorzko,  nie  miała  czerpać  pociechy,  skąd  się  dało?  To 
było  takie  niezwykłe,  że  ją  znalazła.  Została  zatem,  czując  się  jak 
złodziej, czekała, kiedy ją odepchnie.

Nie zrobił tego.
– A więc to wysokość cię przeraża?
Skinęła głową. Nie kpił z niej. Nie śmiał się. Jego ramiona nadal, 

bez  żadnej  wyczuwalnej  zmiany,  tuliły  ją.  Serce  biło  równym, 
niezakłóconym  rytmem.  Jego  ciepło  przenikało  przez  cienki  batyst 
jej sukni i powoli, jak woskowa świeczka przy palenisku, rozluźniła 
się cała, poczuła, jak jej ciało miękkie i przylega do niego.

Tak  zagubiła  się  w  niezwykłej  przyjemności  tego  rzadkiego 

spokoju,  że  zabrało  jej  długie  minuty,  zanim  zorientowała  się,  że 
rytm  jego  serca  przyspieszył,  a  szeroka  pierś  wznosi  się  i  opada 
gwałtownie.  Wiedziała  dlaczego.  Nawet  nieświadomie  twarde 
męskie ciało reagowało na miękkość jej własnego ciała.

Powinna to wykorzystać. Ale gniew, który kazał jej poprzysiąc, 

że  rzuci  go  na  kolana,  ulotnił  się  jakoś,  mewy  skrzeczały  na 
powitanie,  a  jedwabisty  szum  wody  odbierał  jej  wszelką  energię.  I 
czuła się bezpiecznie. Naprawdę bezpiecznie.

Po  raz  pierwszy  w  swoim  dorosłym  życiu  Fia  zasnęła  w 

ramionach mężczyzny.

Pragnął jej boleśnie.
Skuliła się na jego kolanach jak zmęczone kocię. Włosy opadły 

jej  na  twarz  i  ramiona.  Rozchyliła  wargi,  przy  każdym  oddechu 
poruszało  się  parę kosmyków. Długie  czarne  rzęsy,  które  nadawały 
psotny  wyraz  niebieskim  oczom,  leżały  teraz  nieszkodliwie  na 
bladych policzkach, na ich koniuszkach trzęsły się brylanciki mgły.

Jedną dłoń zwinęła lekko pod brodą, drugą ręką objęła go, kiedy 

łódź się zakołysała mocniej na fali. Przez płótno koszuli czuł każdy z 
jej palców na swoich żebrach, niczym dotknięcie rozgrzanego żelaza, 
tak jak czuł jej długie uda na swoich kolanach i  miękką wypukłość 
pośladków.

Oderwał  od  niej  wzrok,  wypatrując  rozpaczliwie  we  mgle 

miejsca,  gdzie  mieli  cumować.  Musiało  być  blisko.  Daj  Boże,  aby 
było  blisko.  Nie  sądził,  aby  mógł  to  dłużej  wytrzymać,  Fię 

background image

125

przytuloną  do  niego,  zagubioną,  zmęczoną,  wymagającą  opieki  i 
ochrony.

– Ląd przed nami, kapitanie! – zawołał Javiero.
Fia poruszyła się, a on przeklął w duchu marynarza za to, że ją 

obudził,  choć  przed  chwilą  modlił  się  o  uwolnienie  od  słodkiej 
tortury trzymania jej. Nie chciał jednak jej stracić, ani dlatego, że się 
zbudzi, ani dlatego, że dotrą do lądu.

Otworzyła  oczy,  błyszczące  i  przytomne.  Fia  Merrick, 

oczywiście,  nie  mogła  budzić  się  powoli,  stopniowo  wracając  do 
przytomności.  Odzyskiwała  świadomość  natychmiast,  mimo 
najgłębszego  snu.  Ponieważ  –  zmarszczył  czoło,  gdyż  coś  właśnie 
zrozumiał,  wpatrując  się  w  lśniące  błękitne  oczy  spoglądające  na 
niego przenikliwie i poważnie – inaczej byłoby to niebezpieczne.

background image

126

15

Fia  obudziła  się  i  stwierdziła,  że  Thomas  się  jej  przygląda. 

Podniosła się z trudem, a on natychmiast posadził ją na ławce obok 
siebie.  Któryś  z  marynarzy  odezwał  się  i  Thomas  odpowiedział, 
przerzucając nogi  przez  krawędź łodzi  i  wskakując do  głębokiej po 
pierś wody.

– Es mucho frio, si? – zapytał jeden z hiszpańskich marynarzy.
– Za mało, żeby ochłonąć – odparł Thomas po hiszpańsku. 
Marynarz zaśmiał się, rzucając jej dwuznaczne spojrzenie.
– Co powiedziałeś? – zapytała Fia.
– Powiedziałem, że woda jest bardzo zimna.
Kłamał.  Domyśliła  się  tego  po  gniewnym  spojrzeniu,  jakie  jej 

rzucił.  Nie  mogła  jednak  zmusić  go  do  powiedzenia  prawdy,  a 
widząc  uśmiechy  pozostałych  mężczyzn,  nie  wiedziała,  czy 
chciałaby  ją  usłyszeć.  Przyzwyczaiła  się  do  wulgarnych  żartów  i 
choć w Londynie uważała, że sama prowokuje podobne zachowanie, 
teraz nie zrobiła nic, żeby na to zasłużyć.

Inny  marynarz  przyłączył  się  do  Thomasa.  Razem  złapali  liny 

zwisające z burt i zaczęli płynąć w stronę brzegu. W połowie drogi 
do plaży wstali, zaparli się stopami w piasek i pociągnęli łódź, reszta 
załogi wiosłowała z zapałem.

Potem pozostali marynarze wyskoczyli z łodzi i wciągnęli ciężki 

kadłub na plażę.

– Witajcie! – odezwał się grzmiący głos ze szkockim akcentem.
Pomiędzy  skałami  ukazał  się  olbrzymi  mężczyzna.  Prowadził 

kudłatego  konia  zaprzężonego  do  starego  powozu.  Zabroniony 
prawem tartan owijał mu biodra i przepasywał luźną, nieokreślonego 
koloru koszulę.

Fia rozejrzała się.  Wylądowali  na cienkim  półksiężycu plaży, u 

stóp  stromej  skały.  Potężne  kamienie  na  brzegu  zasłaniały  ją  od 
strony  morza.  Wymarzone  miejsce  dla  przemytników.  Człowiek  z 
koniem  znakomicie  pasował  do  tej  roli.  Wydawał  się  także  jakby 
znajomy.

– Jamie! – krzyknął Thomas z radością. Szeroki uśmiech ukazał 

głębokie dołki na policzkach.

Olbrzym  zbliżył  się  i  opadł  na  jedno  kolano  przed  Thomasem. 

Rozczochrany ogon  rudawych,  przetykanych  siwizną  włosów opadł 

background image

127

mu  na  spaloną  słońcem  szyję.  Złapał  dłoń  Thomasa  i  przytknął  ją 
sobie  do  czoła.  Nawet  z  tej  odległości  czuła  bijącą  od  niego  woń. 
Zmarszczyła nos.

–  Mój  panie  –  mruknął  mężczyzna  –  zbyt  długo  cię  nie  było. 

Witaj w domu.

Thomas roześmiał się wesoło i zaraźliwie.
– Ach! Jeśli moja nieobecność skłania taką pogańską bestię, jak 

ty, do pokory, to wybiorę się w podróż dookoła przylądka, abyś mógł 
się całkiem udomowić.

Fia  przyglądała  się  Thomasowi  zaskoczona.  Z  łatwością 

przeszedł  na  szkocki,  silny  i  melodyjny  akcent.  Wiedziała,  że 
Thomas jest w połowie Szkotem, ale nigdy nie słyszała, żeby mówił 
z  akcentem  z  gór.  Jego  głos  brzmiał  naturalnie,  tak  naturalnie  jak 
uśmiech, który wciąż opromieniał mu twarz.

–  Najsłabsza  wymówka,  jaką  w  życiu  słyszałem,  młody 

rozrabiako  –  powiedział  Jamie  –  ale  jeśli  nie  masz  szacunku  dla 
swojej pozycji, ja go mam. Nie powstrzymasz mnie od oddania czci 
mojemu wo…

Nie dokończył, ponieważ Thomas postawił mu but na ramieniu i 

pchnął  do  tyłu.  Sapnąwszy  ze  zdumienia,  Jamie  usiadł,  a  potem, 
jęknąwszy  chrapliwie,  stanął,  górując  nawet  nad  wysokim 
Thomasem.

–  Tommy,  nie  jesteś  taki  stary,  żebym  nie  miał  cię  nauczyć 

szacunku dla starszych!

Thomas uśmiechnął się radośnie.
– Spróbuj, ty wielki, niedomyty koźle.
Marynarze, ożywieni  zapowiedzią  walki, ustawili  się w luźnym 

kręgu.  Gniew  znikł  nagle  z  poczerwieniałej  twarzy  olbrzyma; 
zastąpiło  go  podniecenie,  podobnie  jak  u  Thomasa.  Pogładził  w 
zamyśleniu brodę.

– Dwa upadki na trzy? Ramiona do ziemi?
Fia wpatrywała się w potężne, mięsiste ręce Jamiego i jego grube 

łydki. Zabiłby Thomasa.

– No cóż, to rozsądna propozycja.
–  Dla  mnie  nie  jest  rozsądna.  –  Dobry  Boże,  czy  to  jej  własne 

słowa?

Obaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę, z równie zdumionym 

wyrazem twarzy, jakby nagle przemówiła łódź.

background image

128

– Co  to  za  dziewczyna? – Oczy Jamiego zrobiły  się okrągłe ze 

zdumienia.  –  Matko  Boża,  nie  mów,  że  wziąłeś  narzeczoną!  Boże, 
czekaliśmy na ten dzień…

–  Nie  –warknął  Thomas.  –  To  nie  jest  moja  narzeczona.  Ona 

jest…

–  Jestem  więźniem  –  dokończyła  rzeczowym  tonem  Fia. 

Usiłowała  wymyślić  coś,  żeby  wyjść  z  tej  sytuacji  z  korzyścią  dla 
siebie,  a  kosztem  Thomasa.  Najwyraźniej  ta  góra  brudnego  mięsa 
darzyła go szacunkiem.

„Góra mięsa” gapiła się na nią przez dłuższą chwilę.
–  Powiedz  mi  jedno  –  odezwał  się  w  końcu  Jamie  ponurym 

głosem – czy to Angielka?

Thomas skinął głową z niewzruszonym wyrazem twarzy.
– Tak.
Jamie odetchnął z ulgą.
–  Wyrwałeś  cenną  sukę  z  angielskiej  psiarni,  co?  Dobrze  się 

sprawiłeś, Tommy. Miałeś ją już?

– Nie!
Fia  ledwie  usłyszała  głos  Thomasa,  była  zbyt  zajęta 

przyglądaniem się Jamiemu.

– Może to i dobrze – powiedział. – Wygląda na taką damulkę, co 

częstuje kiłą, jak by mnie kto pytał.

– To wstrętne! – zawołała Fia z oburzeniem.
– Bądź cicho, Jamie! – ryknął Thomas, podchodząc do łodzi.  –

To jest… lady MacFarlane.

– MacFarlane? To nie jest angielskie nazwisko… 
Fia podniosła brodę.
– Przed zamążpójściem byłam…
–  Nikogo  nie  obchodzi,  kim  byłaś  przed  zamążpójściem  –

przerwał jej Thomas, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie.

–  Mnie  obchodzi  –  nie  zgodził  się  Jamie.  –  Jeśli  jej  szuka 

szkocki mąż, lepiej żebym o tym wiedział.

– Nikt nie będzie jej szukać – powiedział Thomas.
Nie chciał tego, ale te słowa zakłuły ją jak igła.
– Jej mąż nie żyje. To był Szkot z nizin. – Odwrócił się do Fii i 

podniósł ją z ławki, na której stała.

– Zatrzymamy się w domu. – Słowo „dom” zaakcentował, jak jej

się  wydawało,  w  szczególny  sposób,  tak  szczególny,  że  słowa 

background image

129

protestu  zamarły  jej  na  ustach.  Podrzucił  ją  do  góry,  żeby  ująć 
wygodniej. Objęła go ramionami za szyję, pewna, że ją upuści.

– W domu – powtórzył Jamie, wodząc spojrzeniem od Thomasa 

do Fii.

– Tak. I dopilnuj, żeby pani MacNab pomogła jej we wszystkim, 

czego będzie potrzebowała.

– Nie potrzebuję twojej pomocy, ani pomocy twoich służących.
Thomas parsknął.
– O, tak. Jesteś bardzo zaradna. I tylko dlatego, że chciałaś mnie 

zatrzymać blisko przy sobie, codziennie zwracałaś obiad.

– Nieprawda! – Krew napłynęła jej do twarzy, a Jamie parsknął 

śmiechem.  Usiłowała  odzyskać  przewagę  w  jedyny  sposób,  jaki 
znała.  –  Ale  –  jej  glos  opadł  oktawę  niżej,  stał  się  gardłowym 
pomrukiwaniem  –  może  i  chciałam,  żebyś  był  blisko  mnie.  –
Przesunęła  palcami  po  jego  piersi,  zanim  zadała  ostateczny  cios.  –
Wiele na tym zyskałam.

Jamie  roześmiał  się  głośno,  kącik  ust  Thomasa  drgnął  w 

tłumionym uśmiechu.

– Wygadana ta twoja angielska dama – powiedział Jamie.
Nie całkiem angielska, pomyślała Fia. Była w części Szkotką  –

urodzoną i wychowaną tutaj. Ta właśnie jej część chciała zaprzeczyć 
temu, co mówił Jamie, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego. Nigdy 
ani myślą, ani słowem czy czynem nie wiązała się z żadnym ludem. 
Zawsze była córką Carra. Ale tutaj, teraz… Przesunęła wzrokiem po 
czarnych skałach wybrzeża, w kierunku, gdzie, jak sądziła, powinien 
znajdować  się  Rumieniec  Ladacznicy.  Chciała  zobaczyć,  gdzie 
kiedyś stał.

–  Tak.  Wygadana,  ale  starczy  jej  rozumu,  będzie  ostrożnie 

używać  języka,  bo  inaczej  sama  go  sobie  utnie  jakimś  ostrym 
słówkiem – rzekł Thomas.

Wiedziała,  co  miał  na  myśli.  Wydawało  się,  że  tutaj  także  to, 

kim  i  czym  była,  dało  się  ująć  słowami  „córka  Carra”,  ponieważ 
Thomas wyraźnie ostrzegał ją, żeby nie ujawniała swojego związku 
ze znienawidzonym Piekielnym Hrabią.

Znienawidzonym nie bez  powodu w tej dalekiej krainie. Każdy 

Szkot w promieniu czterdziestu kilometrów od Wyspy McClairenów 
został  czegoś  pozbawiony  przez  jej  ojca.  Wielu  zapłaciło  za  opór 
życiem.

background image

130

– Nie jestem głupia – zapewniła go szeptem.
–  Dobrze.  –  Podniósł  głos.  –Jamie,  wrzuć  kufer  i  torbę  na  tył 

powozu. Odwiozę naszego gościa do dworu.

– Do dworu? – Jamie uniósł brwi. – Ale musisz zobaczyć…
– To poczeka – odparł Thomas.
Olbrzym  nie  protestował.  Uznawał  autorytet  młodszego 

mężczyzny  i  był  mu  posłuszny.  Podniósł  bagaż,  który  marynarze 
złożyli na piasku, i wrzucił go do powozu. Thomas nadal trzymał Fię 
w ramionach, najwyraźniej zupełnie o tym nie pamiętając.

To podrażniło jej dumę. Mężczyźni, którzy trzymali Fię Merrick 

w ramionach, nigdy o tym nie zapominali.

– Mogę stać.
–  Piasek  jest  grząski,  a  twoje  buciki  cienkie,  poza  tym  jesteś 

słaba jak kociak.

– Zapewniam cię – spojrzała na niego przez gęstwinę rzęs – że 

mam dość siły na wszystko, czego możesz… się domagać.

–  Przestań  –  powiedział,  jakby  mówił  do  przedwcześnie 

rozwiniętego dziecka.

Zatrzepotała powiekami.
Usadowił  ją  bezceremonialnie  na  wąskim  siedzeniu,  po  czym 

sam wcisnął się obok niej.

– Jamie?
Rudowłosy diabeł pokręcił głową.
–  Nie.  Mam  tu  robotę.  Zobaczymy  się  rano.  –  Mówiąc  to, 

klepnął  kucyka  po  zadzie  i  odsunął  się,  podnosząc  rękę  w  geście 
pożegnania, z wyrazem niepewności na wielkiej twarzy.

Thomas poprowadził krzepkiego konika krętą dróżką na górę, a 

potem skierował go w głąb lądu. Fia wykręcała szyję, ale nie była w 
stanie przebić wzrokiem gęstej mgły. Wyspa McClairenów ukryła się 
przed  jej  wzrokiem.  Wkrótce  o  bliskości  morza  świadczył  jedynie 
zapach soli i odgłos fal, z każdą chwilą coraz słabszy.

Dalej na lądzie gęsta zasłona mgły podniosła się, chociaż niebo 

całkiem  się  nie  przetarło.  Fia  wciągała  głęboko  czyste,  wilgotne 
powietrze.  Rozglądała  się,  chłonąc  widoki  i  dźwięki,  które  były 
zarazem znane i zaskakujące, jak dźwięki zgubionej w dzieciństwie i 
odnalezionej po latach pozytywki.

Każdy  zakręt  drogi  mógł  nieść  słodkie  i  bolesne  wspomnienia. 

Gdzieś tu w pobliżu wpadła na swojego brata, Raine'a i jego śliczną 

background image

131

Favor,  którzy  uciekli  z  pikniku.  Favor  była  zmieszana  i 
zaczerwieniona, Raine zły i gotów bronić dziewczyny.

W  tej  kępie  drzew  dziesięć  lat  wcześniej  znalazła  małego 

króliczka w potrzasku. Wiedziała, że jeśli go uwolni, jakaś szkocka 
rodzina  pójdzie  tej  nocy  spać  głodna,  ale  stworzonko  było  takie 
maleńkie,  a  jego  piski  takie  żałosne.  Gunna  pomogła  jej  się  nim 
opiekować, aż całkiem wydobrzał. Wypuściła go… właśnie tam!

Wspomnienia  rozwiały  się  szybko,  kiedy  wyjechali  poza 

miejsce, do którego ośmieliła się wyprawić jako dziecko. Wkroczyli 
na  terytorium  niebezpieczne  dla  każdego,  kto  był  związany  z 
Carrem, zwłaszcza dla jego „ukochanej córki”.

Jednak  obcość  ma  swoje  uroki  i  Fia  obserwowała  zmieniający 

się  krajobraz  z  zainteresowaniem.  Widoki  tak  ją  zajęły,  że 
postanowiła odłożyć na  później  uwodzenie Thomasa Donne'a. Poza 
tym  po  raz  pierwszy  nie  była  wcale  pewna,  jaki  powinien  być 
kolejny krok. To, że go dotykała, nie powaliło go na kolana.

Podróżowali w milczeniu przez godzinę, aż w końcu Thomas się 

odezwał.  Słońce  poddało  się  i  przestało  przebijać  przez  ciemną 
pokrywę chmur; mrok wieczoru ogarniał powoli ziemię.

–  Imię  Merricków  jest  przeklęte  w  tych  stronach  –  powiedział 

ostrzegawczo. – We dworze są tacy, którzy pamiętają też imię córki 
hrabiego Carra, nie mów więc „Fia” nawet szeptem.

–  Zwykle  nie  zwracam  się  do  siebie  w  trzeciej  osobie  –

powiedziała uprzejmie, a on spojrzał na nią z niepokojem.

– Oczywiście, że nie. Jakże to głupio z mojej strony. 
Postanowiła wykorzystać okazję.
– Nie jesteś głupi, tylko oszukujesz sam siebie. 
Zmarszczył czoło i szarpnął lejce.
– Jak to?
–  Szlachetne  ratowanie  twojego  przyjaciela  Bartona  –  powody, 

które podajesz, to oszukiwanie samego siebie.

– Masz prawo tak myśleć – oświadczył sztywno.
–  Poza  tym  –  pozwoliła,  aby  kołysanie  powozu  przysunęło  ją 

lekko  do  jego biodra  i  uda  –  czy  pomyślałeś  choć  przez  chwilę,  że 
James może nie chce, aby go ratowano?

–  Jestem  pewien,  że  nie  chce  –  przyznał  ze  smutkiem.  Ten 

drobny sukces przyspieszył bicie jej serca.

– Ale to nie ma znaczenia.

background image

132

– Nie.
Położyła delikatnie dłoń na jego udzie. Mięsień pod jej palcami 

stwardniał jak żelazo.

–  Sądzę,  że  wyrządzasz  Jamesowi  wielką  krzywdę.  On  jest  w 

stanie oprzeć się pokusie. – Odczekała chwilę, ale on wpatrywał się 
w zrytą koleinami drogę. – A ty?

Zerknął na nią z ukosa, krzywiąc wargi.
– Lady Fio, zechciej może przestać? To się robi kłopotliwe. Dla 

nas obojga, jak mniemam.

Oderwała  rękę,  jakby  się  oparzyła,  i  spojrzała  na  niego 

okrągłymi oczami.

Zwrócił oczy z powrotem na drogę, zanim się odezwał.
– Doceniam to, że uważasz moją biedną osobę za wyzwanie dla 

swoich  kobiecych  wdzięków.  I  że  pragniesz  udzielić  mi  lekcji,  aby 
uzyskać  jakieś  zadośćuczynienie  za  upokorzenie,  na  jakie,  twoim 
zdaniem,  cię  naraziłem.  Przyznaję  nawet,  że  na  twoim  miejscu, 
zrobiłbym pewnie to samo, choć innymi środkami. Mówiąc wprost, 
moja  droga,  będziesz  musiała  znaleźć  inny  sposób,  żeby  mnie 
ukarać.

Zamrugała oczami.
– Jedną z oznak dojrzałości – ciągnął już swobodniejszym tonem 

– jest umiejętność godzenia się z faktami, których nie da się zmienić, 
i dopasowywania do nich swoich oczekiwań i celów. Niezależnie od 
twojej urody, od tego, jak śliczna jest twoja buzia i kuszące ciało, nie 
zdołasz mnie uwieść.

– Nie byłabym taka pewna – mruknęła gniewnie.
Mówił dalej, jakby jej nie słyszał.
–  Chociaż  możesz  rozważyć  wbicie  mi  noża  między  żebra. 

Jakkolwiek  –  skłonił  skromnie  głowę  –  wątpię,  aby  w  tym 
przedsięwzięciu bardziej ci się powiodło. Poza tym, gdybym umarł, 
nic by już nie stało pomiędzy tobą a miejscową ludnością, a oni tak 
nienawidzą Anglików. Nie, lepiej mnie nie zabijaj.

– Nie będę brudzić sobie rąk.
– Nie? Od kiedy to Merrickowie mają takie skrupuły?
Znowu  to  samo.  Thomas  wie  o  jakiejś  straszliwej  zbrodni 

popełnionej  przez  Carra.  Cóż,  Carr  popełnił  straszliwe  zbrodnie. 
Właściwie  wiele  zbrodni.  Fia  jednak  miała  wrażenie,  że  Thomas 
mówi o sobie. To było dziwne. Nie przypominała sobie, żeby wśród 

background image

133

papierów  ukrytych  w  bibliotece  ojca  natknęła  się  na  dokument 
opatrzony  nazwiskiem  Donne.  Inna  sprawa,  że  miała  w  ręku  ów 
pakiet tylko raz i szukała wtedy innych rzeczy.

–  Zechciej  zastanowić  się  nad  tym  przez  czas  jakiś.  To  ci 

zapewni zajęcie, kiedy mnie nie będzie.

– Nie będzie? – Takiego przebiegu zdarzeń nie brała nawet pod 

uwagę, skrzywiła się więc, zaskoczona. – Po prostu zostawisz mnie 
w tym swoim domu?

– Tylko w dzień. Będę wracał na noc. Podjąłem pewną pracę na 

swojej ziemi. Chciałbym zrobić jak najwięcej, zanim… wrócimy do 
Londynu.

– A kiedy to nastąpi?
– Za kilka tygodni – odparł Thomas, notując w pamięci, że musi 

wracać do domu późną nocą, kiedy Fia będzie już leżeć w objęciach 
Morfeusza.  Lepiej  Morfeusza  niż  jego.  Tak,  niech  biedny  bóg  snu 
spróbuje  oprzeć  się  Fii  wtedy, kiedy postanowi,  że  jest  nieodparcie 
ponętna.

Thomas  patrzył  prosto  przed  siebie.  Dzięki  temu  oraz  dzięki 

udawaniu, że nie w smak mu zaloty Fii, udawało mu się trzymać na 
wodzy pożądanie. Jakże żałosne były to sposoby.

Nie  będzie  potrzebowała  nawet  jednego  dnia,  żeby  odkryć,  że 

wystarczy  odrobina  wytrwałości,  a  jego  obrona  załamie  się  jak 
domek z kart. Mimo buńczucznych zapewnień i niezwracania uwagi 
na jej wdzięki, przez ostatnie godziny przeżywał piekielne męczarnie 
– i ciała, i ducha.

Jedyne wyjście to unikać jej towarzystwa.
A może powinien się poddać – czy to byłoby takie straszne? Jeśli 

w ten sposób chciała go ukarać, a on nie tylko pragnął, ale marzył o 
tym,  żeby  tę  karę  ponieść,  czemu  nie  miałoby  tak  być?  Zacisnął 
zęby. A jeśli okaże się, że nie dość tego? Już teraz wydawała mu się 
czymś  w  rodzaju  egzotycznego  narkotyku,  śmiertelnego, 
fascynującego, uzależniającego.

A była córką Carra.
Ta myśl naszła go znienacka. Na krótko o tym zapomniał. Jakże 

to możliwe?

– Czyj to dom? – zapytała, przerywając jego zamyślenie.
Pokonali  porośnięte  sosnami  wzniesienie,  zza  którego  wyłonił 

się  skromny  dworek.  Surowość  szarego  kamienia  łagodziło  dzikie 

background image

134

wino,  pnące  się  przy  wąskich,  ozdobnych  oknach.  Na  dole  było 
jasno.  Kiedy  podjechali,  drzwi  otworzyły  się  i  ktoś  stanął  w 
prostokącie żółtego światła.

– Kto tam? – zawołał młody głos.
– To ja, Thomas!
– Jaki Thomas? – zapytał młodzieniec, przykładając strzelbę do 

ramienia i celując w nich. Przeklęty chłopak!

Thomas spojrzał na Fię. Nie chciał jej mówić. Jeszcze nie. Może 

nigdy.  Ale  jakie  to  miało  znaczenie?  Jej  ojciec  złoży  władzom 
doniesienie,  kiedy  tylko  stanie  się  jasne,  że  Thomas  nie  dotrzymał 
swojej części umowy. Podniósł się na wozie.

– Jestem Thomas McClairen. Twój wódz.

background image

135

16

– Co powiedziałeś? – zapytała Fia.
Thomas  ściągnął  wodze,  po  czym  pozwolił  zmęczonemu 

koniowi potruchtać na podwórze koło domu.

– Thomas McClairen – odparł, nie patrząc na nią.
–  Syn  Colina  McClairena?  –  zapytała  zdumiona.  Colin 

McClairen  wyjechał  podczas  powstania  w  czterdziestym  piątym, 
zostawiając  dwóch  synów,  Johna  i  Thomasa,  pod  opieką  swego 
starszego  brata,  lana,  wodza  klanu  McClairenów.  Gdy  wrócił  z 
dalekiego świata, łan nie żył, zabity pod Culloden, jego żona zmarła 
przy  porodzie,  on  sam  został  nowym  wodzem  klanu,  a  jego  synów 
powieszono za zdradę.

Tak,  w  każdym  razie,  zawsze  Fii  mówiono.  Ale  teraz… 

Przyglądała  się  jego  profilowi;  w  jego  śmiałych  rysach  dostrzegła 
nieugiętego  ducha  szkockich  górali.  Znała  go tak  długo  i  nigdy  nic 
nie  podejrzewała,  ale  teraz  wszystko  nabierało  sensu.  Przybył  na 
Wyspę McClairenów incognito, szukając zemsty, i niemal udało mu 
się zemścić na jej bracie, Ashtonie, jeśli nie na samym Carrze.

Ogarnął  ją  strach.  Czy  była  pionkiem  w  toczącej  się  od 

dziesięcioleci grze między nim a jej ojcem?

– Nie powiesili cię – szepnęła.
Jego  twarz  rozjaśnił  na  krótką  chwilę  uśmiech,  nagły  jak 

błyskawica.

– Nie. Oszczędzili mi losu starszego brata ze względu na młody 

wiek.  Nic  dziwnego,  że  o  tym  nie  wiesz.  Czemu  miałabyś  się 
kłopotać  dociekaniem,  co  stało  się  z  tymi,  których  ziemie  i  domy 
ukradł twój ojciec?

–  Myślałam,  że  wszyscy  nie  żyją.  Wszyscy  McClairenowie  –

powiedziała.  Carr  twierdził  z  diabelską  radością,  że  wykorzenił  ze 
Szkocji  wszystkich  McClairenów.  Przeoczył  jednak  co  najmniej 
jednego…  –  Jeśli  jesteś  naprawdę  Thomasem  McClairenem,  to 
znaczy, że Favor…

– Także jest z rodu McClairenów. Tak.
– Raine wie.
– Myślę, że tak, ale nie wiem tego na pewno.
Czyżby  zemsta  Thomasa  McClairena  nie  dotyczyła  Raine'a? 

Dlatego,  że  ożenił  się  z  jedyną  żyjącą  krewną  Thomasa,  jego 

background image

136

młodszą siostrą?

Thomas zeskoczył na ziemię i podszedł do konia. Gordie zbiegł 

po schodach.

–  Teraz  już  nie  musisz  tracić  czasu,  zastanawiając  się  nad 

rodzajem  zemsty.  Merrickowie  mogą  się  wspaniale  zemścić,  moja 
miła.  Gdy tylko wrócisz  do  Londynu, możesz  donieść władzom,  że 
Thomas McClairen wrócił na angielską ziemię.

Spojrzała  na  niego  zaskoczona.  A  więc  zastanawiał  się,  jaką 

zemstę mu szykuje? Strach zaczął ustępować.

– Możesz mnie przecież zabić – powiedziała cierpko. 
Skrzywił się z niesmakiem.
– Nie jestem Carrem.
Oczywiście.  Nie  był.  Strach  ulotnił  się  całkowicie.  Cmoknął 

cicho, z dziwnie gorzkim wyrazem twarzy.

– Jeśli jednak chcesz się zemścić, musisz się pośpieszyć, zanim 

twój ojciec cię uprzedzi.

– Carr wie, kim jesteś? – Niemożliwe. Carr kazałby aresztować 

Thomasa  wiele  lat  temu.  Nie  miał  powodu,  żeby  oszczędzić 
męskiego potomka  niegdyś  dumnego  klanu,  który  Carr  zdecydował 
się zniszczyć.

–  Tak.  Latami  trzymał  tę  wiedzę  dla  siebie,  ale  nie  zamierza 

robić tego dłużej.

– Dlaczego?
–  Czy  to  ma  jakieś  znaczenie?  –  zapytał  Thomas  bezbarwnym 

głosem.

Jeśli  Thomas  sprowadził  ją  tutaj  nie  po  to,  żeby  zranić  Carra, 

jeśli istotnie  chciał  uchronić  Jamesa  od  jej  wpływu,  jeśli 
rzeczywiście  nie  chciał  zrobić  jej  nic  złego,  miało  to  ogromne 
znaczenie. Dla niej.

Me  jednocześnie  z  uświadomieniem  sobie  tej  prawdy 

zrozumiała,  jakim  szaleństwem  byłoby  powiedzieć  o  tym 
Thomasowi.  Nie  należy  wydawać  własnych  uczuć…  na  łaskę 
drugiego człowieka.

Ponieważ  nic  nie  odpowiedziała,  Thomas  przywiązał  konia  i 

przeszedł  na  tył  powozu.  Ściągnął  jej  kufer  i  walizę,  rzucając 
najpierw  jedno,  potem  drugie  młodemu  człowiekowi,  który  z 
otwartymi ustami przyglądał się swojemu wodzowi.

background image

137

Młodzieniec był od Thomasa niższy o głowę. Jasne  włosy miał 

rozczochrane, spodnie poplamione, koszulę podartą przy mankietach 
ale  twarz  dosyć  czystą.  Fia  dostrzegła  w  każdym  razie  piegi 
pokrywające zadarty nos.

–  Zabierz  to  na  górę,  Gordie.  Lady  MacFarlane  zajmie  pokój 

narożny.

–  Tak,  tak,  panie.  Tak  mówił  Tim  Gowan,  kiedy  przyszedł  z 

wiadomością od Jamiego.  – Gordie  schylił  głowę i  zarzucił  sobie z 
jękiem kufer na wąskie ramiona. Spojrzał na gościa swojego wodza –
w jego oczach pojawił się niekłamany podziw. Uśmiechnął się całą 
gębą.  Może  Gordie  nie  był  aż  taki  młody,  jak  jej  się  początkowo 
wydawało.

–  Uważaj,  żebyś  się  nie  poślizgnął  w  kałuży  własnej  śliny, 

Gordie-  burknął  Thomas  obojętnym  głosem.  Chłopak  zaczerwienił 
się. Odszedł ze swoim ciężarem, powłócząc nogami.

– Zostaw chłopca w spokoju, Fio.
– Nie mam zamiaru…
–  Oszczędź  mi  zaprzeczeń.  Ostrzegam  cię,  Fio.  Jest  tylko  tym, 

kim jest, to znaczy chłopcem.

– Nieprawda. Jest prawie w moim wieku – odparła.
Thomas obruszył się gniewnie.
–  Lata  mają niewiele  wspólnego z  wiekiem, w każdym razie w 

twoim wypadku, lady MacFarlane.

Miał  rację,  ale  fakt,  że  powiedział  na  głos  to,  co  sama  o  sobie 

myślała, sprawił jej niespodziewany ból.

– Nie chciałem cię urazić.
Podniosła głowę. Podszedł bliżej. Patrzył poważnie i z troską.
– Wybacz. To było nieuprzejme.
–  Ale  prawdziwe?  –  Próbowała  się  uśmiechnąć,  co  wypadło 

blado. Uśmiech znikł.

Spojrzał jej prosto w oczy.
–  Tak.  –  W  jego  głosie  brzmiał  żal  i  to  zabolało  ją  jeszcze 

bardziej.

–  Nieważne  –  powiedziała  z  ożywieniem,  ale  kiedy  jej 

nonszalancja  nie  starła  wyrazu  litości  z  jego  twarzy,  zdumienie 
przewyższyło  ból.  –  Dziwny  jesteś,  Thomasie.  Wykradasz  mnie  z 
domu,  a  potem  przepraszasz  –  nie  za  porwanie,  ale  za  to,  że  w 
przeszłości pozbawiono mnie dzieciństwa.

background image

138

–  Ktoś,  do  diabła,  powinien  za  to  przeprosić  –  powiedział  z 

gniewem.

Wstrzymała  oddech.  Ich  oczy  spotkały  się  i  czuła  wyraźnie,  że 

mówił  szczerze,  choć  żałował,  że  w  ogóle  to  powiedział.  Zwilżyła 
wargi koniuszkiem języka, bo czuła się niepewnie i niezręcznie, choć 
dotąd oba te uczucia były jej obce. Zdumiewał ją. Raz czuła w jego 
słowach smak trucizny, innym razem bronił jej i ją wspierał.

Zastanawiała się właśnie nad tym, usiłując bez powodzenia dojść 

do  jakichś  wniosków,  kiedy  Thomas  podszedł  z  boku  i 
bezceremonialnie  zdjął  ją  z  wozu.  Trzymał  ją  chwilę  dłużej,  niż  to 
było konieczne, po czym postawił na ziemi.

– Chodź – mruknął. Nie czekając, obszedł róg domu i wspiął się 

po schodkach. 

Fia poszła za nim. Dom wewnątrz wyglądał tak, jak zapowiadała 

surowa fasada. Był dobrze utrzymany, choć nie wydawał się bardzo 
czysty.  Kurz  pokrywał  parę  mebli  w  holu,  kamienne  płyty  podłogi 
domagały  się  miotły.  Z  ozdobnej  balustrady  schodów  na  dole 
zwieszała  się  pajęczyna,  a  gruby  pająk  spokojnie  przędł  dalej  swój 
dom.

– No, to jesteśmy. Tu… – Thomas zmarszczył brwi.
–  Tu  jest  brudno  –  dopowiedziała  Fia.  –  Przyprowadziłeś  mnie 

do brudnego domu na pustkowiu.

To był błąd. Thomas przeszedł na pozycje obronne.
–  Cóż,  przykro  mi,  że  to  nie  pachnący  kadzidłami  buduar  z 

łożem  z  płatków  róż  i  służącymi  w  jedwabnych  turbanach,  którzy 
chłodziliby  cię  wachlarzami  ze  strusich  piór,  czy  też  robili  coś,  co 
zwykle  się  robi  tam,  dokąd  zabierają  cię  biedni  głupcy,  na  których 
rzucasz swoje czary.

Czary?  Jego  wyobraźnia  przerosła  wszelką  rzeczywistość. 

Rzekomi  „kochankowie”  byli  wytworem  wyobraźni  innych 
mężczyzn  –  do  czego,  przyznawała  sprawiedliwie,  sama  ich 
zachęcała. Sądziła,  że  przywykła do  podobnych…  głupstw.  Ale nie 
oczekiwała ich z tego akurat źródła.

Co  więcej,  nie  wiedziała  właściwie,  czego  się  po  nim 

spodziewać. Niepewność  wynikająca z  odkrycia,  że  jest Thomasem 
McClairenem, tylko pogorszyła sytuację. Czy był wrogiem? Jeśli tak, 
to  czyjej  wrogiem,  czy  wrogiem  jej  ojca?  Czy  chronił  przyjaciela? 
Chciał  pomścić  rodzinę?  Nie  wiedziała  i  dlatego  nie  miała  pojęcia, 

background image

139

jak  się  zachowywać,  reagowała  więc  bez  zastanowienia,  co  niemal 
nigdy jej się nie zdarzało.

Podniosła  wyżej  brodę,  spojrzała  wyniośle,  zadzierając  lekko 

krótki, prosty nos, i oznajmiła przeciągle:

– Jestem uczulona na pióra. Wolę liście palmowe. Ale płatki róż 

są bardzo przyjemne.

Przypominało to drażnienie kijem pantery i rzeczywiście, na jego 

policzkach wykwitły czerwone plamy.

– Nie będzie płatków, lady MacFarlane, a co do tego, że jest tu 

brudno…

– Jak w chlewie. – Pociągnęła nosem, wiedząc doskonale, że jest 

niesprawiedliwa.

– Jak w chlewie… Dzięki temu będziesz miała co robić w dzień.
Jej dumna mina zrzedła.
– Nie mówisz poważnie – szepnęła.
– Jak najbardziej – odparł pozornie beztrosko. – Nie zatrudniam 

stałej służby. Zbyt rzadko korzystam z tego domu. Tylko stróż i jego 
żona, która zamiata…

– Raz na dwa lata?
Nie zwrócił na to uwagi.
– Zamiata, zmienia pościel i wietrzy pokoje. Sądzę, że można ją 

przekonać, żeby gotowała – przy odpowiedniej zachęcie. I – spojrzał 
na nią przymrużonymi oczami –jeśli jej nie obrazisz.

– Nie obrażę? – spytała Fia. – Drogi panie, przywykłam do tego, 

że służba martwi się o to, żeby mnie nie obrazić, a nie odwrotnie.

– Zatem – odparł, stopniowo podnosząc głos – sądzę, że nadeszła 

odpowiednia  pora,  żebyś  zaczęła  się  o  to  martwić,  bo  jeśli 
wypróbujesz tę wyniosłą pozę księżnej pani na Szkotce, skończysz, 
przyrządzając sama sobie jagły, ty mała zepsuta czarownico!

Miał  rację.  Przeszło  piętnaście  lat  niezbyt  czułej  opieki  Gunny 

zapoznało Fię z charakterem szkockich górali. A zwłaszcza góralek. 
Nie zamierzała jednak przyznać się do tego Thomasowi.

– Hm.
Uśmiechnął się. To mruknięcie mogło być tylko wyrazem złości 

– nie ustąpiła mu przecież ani na milimetr.

– Miotły są w kuchni.
– Doskonale – odparła słodkim głosikiem. 
Uniósł brwi.

background image

140

–  Zaraz  wymówię  zaklęcie  i  polecę  z  powrotem  do  Londynu. 

My, zepsute czarownice, robimy takie rzeczy.

Parsknął  śmiechem.  Patrzyła  na  niego  ze  zdumieniem,  które 

szybko  przeszło  w  fascynację.  Tak  pięknie  mrużył  oczy,  na 
policzkach znów pokazały się te zniewalające dołeczki.

Uśmiechał  się  szeroko,  ze  szczerym  rozbawieniem;  zęby  miał 

równe  i  białe.  W  bladoniebieskich  oczach  pojawiły  się  srebrne 
iskierki.

Potem  śmiech  powoli  zamarł  mu  w  gardle.  W  pokoju  zapadła 

pełna oczekiwania cisza.

Ściągnął  brwi,  ale  nie  w  gniewie,  lecz  ze  zdumienia.  Srebrne 

iskierki  w  jego  oczach  pociemniały.  Widziała,  jak  u  nasady  szyi 
pulsuje mu żyła. Jej usta zadrżały i już miała coś powiedzieć…

– Sypialnia gotowa! – zawołał Gordie ze szczytu schodów.
Fia odskoczyła. Jak to się stało, że stała tak blisko Thomasa?
Krzywił się teraz, najwidoczniej równie zmieszany, jak ona.
– Panie?
– Tak, Gordie. Dziękuję. Lady MacFarlane, proszę. – Przepuścił 

ją  pierwszą.  Na  górze  Gordie  zaprowadził  Fię  na  koniec  wąskiego 
korytarza.  Otworzył  ostatnie,  zbite  z  desek  drzwi  i  cofnął  się, 
pozwalając jej wejść.

Rozejrzała  się  bez  entuzjazmu.  Pokój  zawierał  dziwaczną  i 

zupełnie niepasującą do siebie kolekcję mebli. Ogromne dębowe łoże 
z  baldachimem  stało  pośrodku  pokoju;  ponure,  burego  koloru 
odsunięte  kotary  ukazywały  nieprawdopodobnie  czerwoną  kołdrę. 
Obok ustawiono delikatną toaletkę z drewna wiśniowego z lustrem i 
ławeczką  zdobną  w  rzeźbione  głowy  gryfów.  Dwa  zielone  krzesła 
umieszczono po obu stronach kominka, w którym palił się torf

Nie sądziła, żeby miała spędzać w tym pokoju wiele czasu.
– Mam… mam nadzieję,  że  ci się  podoba,  pani?  – odezwał się 

Gordie  nieśmiało,  splatając  dłonie  i  przestępując  z  nogi  na  nogę, 
wyraźnie onieśmielony tym, że wszedł do pokoju damy.

–  Podoba?  –  powtórzyła.  Już  miała  parsknąć  śmiechem  i 

powiedzieć coś złośliwego na przykład, że zły sen bardziej by się jej 
spodobał,  kiedy  coś  zwróciło  jej  uwagę.  Ktoś  zerwał  bukiecik 
żółtych  kwiatów  i  postawił  je  na  parapecie.  Tym  kimś  był  z 
pewnością Gordie.

background image

141

Prawdopodobnie  to  jemu  właśnie  przypadło  zadanie 

umeblowania pokoju w związku z jej przyjazdem. Wystrój stanowił 
dzieło  jego  natchnienia  i  teraz,  rozglądając  się,  zrozumiała,  że 
zgromadził najpiękniejsze i najrzadsze przedmioty w całym domu –
niezależnie  od  tego,  czy  pasowały  do  siebie,  czy  nie.  W  innym 
pokoju  –  z  inną  ławeczką  –  toaletka  wyglądałaby  ślicznie.  A 
wschodni parawan w kącie pokoju był naprawdę dziełem sztuki.

Podobnie,  jak  te  żółte  kwiaty.  Odwróciła  się,  z  serdecznym 

uśmiechem.

– Z pewnością będzie mi tu bardzo dobrze.
Chłopiec odetchnął i uśmiechnął się radośnie.
–  Jestem  szczęśliwy,  że  ci  się  tu  podoba,  pani.  Jamie  wysłał 

chłopaka,  który  gnał,  jakby  sam  diabeł  deptał  mu  po  piętach,  żeby 
dać znać, że przyjeżdżasz razem z wodzem. Zrobiłem, co się dało, w 
tak krótkim czasie.

–  Skoro  wiedziałeś,  że  przyjeżdżam,  dlaczego  chciałeś  do  nas 

strzelać? – zapytał Thomas ze zdziwieniem.

–  A  jak  by  to  wyglądało,  gdybyś  przyjechał,  a  ja  nie 

pilnowałbym  domu?  Pomyślałbyś,  że  marny  ze  mnie  strażnik!  –
odparł  Gordie  z  niezachwianą  logiką.  –  Widziałaś  kwiaty,  pani?  –
Wskazał na wazon.

– Są piękne – odparła szczerze. – Nigdy takich nie dostałam.
–  Tak  było  w  istocie.  Zasypywano  ją  różami  i  tulipanami,  ale 

nikt nigdy nie dał jej zwykłego, polnego kwiatka.

–  To  kaczeńce  i  to  już  ostatnie  –  oznajmił  Gordie  z  dumą.  –

Późno  się  pokazały  w  tym  roku,  ale  pamiętałem,  gdzie  jeszcze 
kwitną, i kiedy rozmawiałaś z wodzem, wymknąłem się i poszedłem 
po nie. Pewnie zastanawialiście się, gdzie się podziałem, co?

–  O  tak  –  skłamała  Fia,  zerkając  w  stronę  Thomasa,  który  stał 

dziwnie milczący i zamyślony. – Prawda?

Dlaczego patrzył na nią w ten sposób? Nie prowokowała chłopca 

ani słowem, a jednak znowu przybrał ponurą minę.

Ten  człowiek  naprawdę  powinien  nauczyć  się  częściej  śmiać. 

Tak  pięknie  się  śmieje.  Ironia  losu,  która  sprawiła,  że  ona,  Fia 
Merrick, zarzucała komuś, że jest zbyt poważny, wywołała uśmiech 
na  jej  twarzy  –  skierowany  do  Thomasa.  Zamrugał  oczami, 
przygnębienie przeszło teraz w zdumienie.

– Prawda, panie?

background image

142

–  Co?  –  zapytał,  otrząsając  się  z  zamyślenia.  –  Tak. 

Zastanawialiśmy  się,  gdzie  się  podziałeś.  Teraz  wiemy.  Chodź, 
Gordie.  Lady  MacFarlane  zechce  z  pewnością  przebrać  się  i 
przygotować do kolacji.

–  Do  licha,  założę  się,  że  tak  –  zgodził  się  skwapliwie  Gordie, 

przypominając  jej  tym  pośpiechem,  że  musi  być  brudna  i  niezbyt 
ładnie pachnąca.

Spojrzała  w  dół.  Koronkowe  obszycie  stanika  poszarzało,  pierś 

przecinała  brudna  smuga.  Niegdyś  sztywne  brokatowe  spódnice 
zwisały  żałośnie  z  obręczy  halki.  One  także  były  brudne  i 
poplamione, nie chciała się nawet zastanawiać czym. Co do twarzy i 
włosów… Cieszyła się, że nie spojrzała w lustro na toaletce.

–  Chętnie  bym  się  wykąpała.  Skąd  mogę  wziąć  wanienkę 

pokojową? – zapytała.

–  Wanienkę  pokojową?  –  powtórzył  niepewnie  Gordie, 

wywołując  u  Fii  podejrzenie,  że  znajomość  chłopaka  z  wannami, 
pokojowymi, czy nie, była mocno ograniczona.

–  Napełnij  wodą  wielki  gar  nad  paleniskiem  –  polecił  Thomas 

Gordiemu – i zagrzej ją. Kiedy będzie gorąca, przynieś ją do pokoju 
pani.

– A co z nią potem zrobię? – zapytał Gordie.
Thomas parsknął zniecierpliwiony.
– Opróżnię beczkę na deszczówkę z podwórka i przyniosę tutaj. 

Przelejesz do niej wodę.

– Mam się kąpać w beczce? – zapytała Fia.
–  Nie  obchodzi  mnie,  czy  się  będziesz  kąpać,  czy  nie.  Nic 

lepszego  nie  dostaniesz  w  tym  domu,  moja  pani,  i  za  to  powinnaś 
być wdzięczna.

– Dlaczego, odkąd tu jesteś, przybrałeś ten dziwaczny akcent? –

zapytała spokojnie. – To nie jest szkocki akcent, naprawdę. To jakiś 
zlepek. A tak nawiasem mówiąc, dokąd cię zesłano? Do kolonii?

– Nie… nie wiem, co masz na myśli – stwierdził z niewątpliwie 

brytyjskim  akcentem.  Popatrzył  na  Gordiego,  który  chichotał, 
zasłaniając usta dłonią. – No, dalej!

Chłopiec  kiwnął  głową  i  wybiegł  przez  otwarte  drzwi, 

zostawiając Thomasa samego z Fią.

– No i co? – powiedziała, unosząc brwi.
Wyszedł sztywno z pokoju.

background image

143

–  Przyniosę  tę  przeklętą  beczkę.  Rozpal  ogień.  –  Thomas 

wyszedł  w  mrok  i  obszedł  róg  domu.  Znalazł  beczkę,  wylał  z  niej 
brudną  wodę  i  zarzucił  ją  sobie  na  ramię.  Podniósł  głowę.  W 
narożnym  pokoju  zabłysło  światło.  W  chwilę  później  filigranowa 
sylwetka  Fii  urosła,  zbliżając  się  do  okna.  Pochyliła  się,  a  Thomas 
wiedział, że wącha kaczeńce.

Kiedy  tak  patrzył,  gniew  całkiem  go  opuścił  –  gniew  nie  na 

Gordiego czy Fię, ale na Carra za niegodne zaniedbanie córki i za to, 
że tak zleją traktował.

Nikt  nigdy  nic  dał  jej  zwykłego  kwiatka  i  Thomas  chciałby 

wiedzieć, dlaczego, do wszystkich diabłów, tak było.

Nawet  największy  głupek  na  ziemi  nie  mógłby  nie  zauważyć, 

jaka nieoczekiwana radość  odbiła się na zwykle  tajemniczej twarzy 
Fii,  czyniąc  ją  przez  chwilę  jeszcze  piękniejszą,  nadając  jej  wyraz 
czystości i prawdy.

Odeszła  od  okna,  a  on  poprawił  sobie  beczkę  na  ramieniu.  Ze 

smutkiem  pomyślał,  że  stoi  pod  oknem  dziewczyny,  marząc  o  niej 
jak żółtodziób. Gorzej – zazdrościł Gordiemu, że to on pierwszy dał 
jej kaczeńce. Nie dlatego, że ją to w widoczny sposób wzruszyło, ale 
dlatego, że uczyniło coś, czego nigdy by się nie spodziewał: dobroć.

Nie dało się tego wytłumaczyć inaczej. Fia chciała być dobra dla 

Gordiego i nie wyprowadziła go z błędu, kiedy myślał, że ona – i on 
także, jak przypomniał sobie ze zdumieniem – zastanawiała się nad 
nieobecnością  chłopca.  I  nie  sprzeciwiała  się  wcale  pozostaniu  w 
koszmarnym pokoju, jaki przygotował dla niej Gordie. Przypuszczał, 
że  odgadła  to  wcześniej,  zanim  sam  Gordie  przyznał,  że  to  jego 
dzieło. Okazała chłopcu serce. Dziwne.

Dobra? Wrażliwa? Nie mając na oku żadnej korzyści?
To było niebezpieczne. Wesoła, roześmiana, naturalna, czarująca 

i dobra Fia była niebezpieczna. Bardziej niebezpieczna od tej, która 
słodkim  głosikiem,  z  wyrachowaniem,  recytowała  uwodzicielskie 
dwuznaczności.

Stanął  przy  drzwiach  kuchni  i  otworzył  je  kopniakiem.  Czuł 

zamęt w głowie, tak jakby wpłynął na nieoznaczone na mapie wody. 
I był pewien, że powrotu nie ma.

background image

144

17

Obejrzała  swoje  odbicie  w  lustrze.  Rozebrała  się,  gdy  tylko 

Thomas  wyszedł,  i  tym  razem  wolna  od  jakichkolwiek  kalkulacji, 
stała w brudnej koszuli i pogniecionej halce, kiedy wrócił. I choć ona 
na  chwilę  zapomniała  o  wypowiedzianym  głośno  zamiarze 
uwiedzenia go, on o tym nie zapomniał.

Rzucił  na  nią  okiem  i  skrzywił  się  gwałtownie,  po  czym 

wymamrotał  coś  o  jakiejś  pani  MacNab,  która  miała  się  nią  zająć. 
Zanim zdążyła wymyślić odpowiedź, wyszedł.

Wykąpała się – był to niewątpliwy luksus, mimo że zrobiła to w 

beczce  –  i  właśnie  wkładała  świeże  ubranie,  kiedy  rozległo  się 
pukanie  do  drzwi.  Pod  drzwiami  znalazła  tacę  z  jedzeniem. 
Wygłodniała,  połknęła  posiłek,  spodziewając  się,  że  Thomas 
przyjdzie lada chwila. Nie przyszedł.

Następnego  dnia  czekała,  kiedy  zastuka  do  drzwi.  Na  próżno. 

Posiłek w środku dnia i kolację zjadła sama w swoim pokoju.

Trzeciego  dnia  zeszła  na  dół,  ubrana  najlepiej,  jak  to  było 

możliwe,  skoro  miała  do  dyspozycji  tak  niewiele  strojów.  Może  w 
ogóle  „nie  ubrała  się  dobrze”,  ponieważ  nie  zdołała  sama 
zasznurować  gorsetu  na  tyle mocno,  żeby uzyskać  figurę,  która  tak 
olśniewała  mężczyzn  w  Londynie.  A  delikatny,  przeźroczysty  szal 
nie  był  aż  tak  prowokujący,  chyba  że  mężczyźni  podniecaliby  się 
widokiem  gęsiej  skórki.  Zapomniała  już,  jak  zimno  bywa  na 
wyżynach.

A jednak to, że się wreszcie porządnie wyspała, dobrze wpłynęło 

na  jej  urodę.  Skóra  stała  się  gładsza,  białka  oczu  lśniły  jak  z 
porcelany a cienie pod oczami i w okolicy skroni znikły. Wyglądała 
zdecydowanie korzystnie i  w  niemałym stopniu  rozczarowało ją  to, 
że Thomas nie zjawił się pod jej drzwiami, błagając o przyjęcie.

Teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  Thomas  nie  tylko  nie  wracał  na 

kolację. On w ogóle nie wracał do dworku.

Czwartego  dnia  znalazła  Gordiego,  który  gromadził  kamienie 

wokół domu. Parę pytań pozwoliło ustalić, że Thomas powierzył mu 
zadanie  odbudowania  muru  przy  ogrodzie  –  w  ten  sposób,  jak 
podejrzewała  Fia,  chłopiec  miał  się  uchronić  od  jej  złego  wpływu. 
Na  pytanie,  gdzie  dokładnie  podziewa  się  Thomas,  Gordie 
zaniemówił, zaczerwienił się i wreszcie uciekł.

background image

145

Nie  miała  wątpliwości,  że  mogłaby  wydobyć  z  Gordiego  tę 

informację, ale to sprowadziłoby na chłopca kłopoty, a nie chciała go 
wciągać w to, co działo się między nią a Thomasem.

Popatrzyła na wschód, gdzie, jak sądziła, powinna znajdować się 

Wyspa McClairenów, ale choć bardzo ją tam ciągnęło, wiedziała, że 
nie może odejść aż tak daleko. Thomas nie musiał ostrzegać jej przed 
bandytami,  żeby  trzymała  się  miejsca,  w  które  trafiła  nie  z  własnej 
woli.  Mieszkała  kiedyś  na  tej  ziemi.  Oblicze  rozpaczy,  wywołanej 
nędzą, nie było jej obce; jej własny ojciec był tego przyczyną.

Powędrowała 

więc 

powrotem 

do 

brudnego, 

niewyczyszczonego, niepozamiatanego domu Thomasa, przyglądając 
się  leniwie  chudym,  spalonym  słońcem  plecom  Gordiego,  który 
ustawiał kamień na kamieniu, aż w końcu miała dość tego patrzenia.

Zdjęła  gorset  i  halkę,  włożyła  zwykłą  –  i  ciepłą  –  sukienkę  i 

zabrała  się  do  pracy,  znajdując  w  tym  jeśli  nie  przyjemność,  to 
przynajmniej sposób, żeby w nocy nie zasypiać z obrazem Thomasa 
przed oczami.

Tego  wieczoru  Fia  w  końcu  poznała  dotąd  niewidzialną  panią 

Grace  MacNab  –  kobietę,  której  talenty  kucharskie  stanowiły 
zadośćuczynienie za nieporządek panujący w domu. Starsza kobieta 
spojrzała na Fię, nie zdradzając najmniejszego śladu zainteresowania 
i mruknęła:

– Dobrze. Teraz nie będę musiała nosić tacy na górę.
Po  czym  wróciła  do  mieszania  warzyw  w  stojącym  na  ogniu 

garnku.

Po  niecałej  godzinie  Fia  zorientowała  się,  że  umiejętność 

prowadzenia rozmowy nie dorównuje umiejętnościom gospodarskim 
pani  MacNab.  Po  spróbowaniu  gęstej,  pysznej  zupy  przyrządzonej 
przez  Szkotkę  Fia  uznała,  że  jeśli  brud  w  domu  ma  być  ceną  za  tę 
zupę, to jest to niezły interes.

Chociaż  więc  pani  MacNab,  kiedy  już  uznała  za  stosowne 

odezwać  się,  mówiła  zawsze  brutalnie  szczerze,  była  jednak,  poza 
wiecznie  czerwieniącym  się  i  nieśmiałym  Gordim,  jedyną  osobą, 
którą Fia spotykała. Piątego wieczoru swojego pobytu we dworze Fia 
siedziała  już  w  kuchni,  kiedy  pani  MacNab  przybyła  ze  swojego 
domu, gdziekolwiek on się znajdował.

– Ach! Przyszłaś wcześniej. To dobrze. Jestem strasznie głodna 

– powiedziała Fia, kiedy otworzyły się drzwi kuchni i pani MacNab, 

background image

146

z naręczem świeżych warzyw w pulchnych objęciach, wkroczyła do 
kuchni.

–  Nie  jadłaś  obiadu?  –  zapytała pani  MacNab,  przyglądając  się 

jej uważnie i układając swój ciężar na stole. –Jesteś chora? Jeśli tak, 
to lepiej wyślę Gordiego, żeby sprowadził wodza.

– Nie – zapewniła pośpiesznie Fia. – Czuję się dobrze. Mam po 

prostu zdrowy apetyt.

–  Zauważyłam  –  przytaknęła  pani  MacNab,  potrząsając 

obszernym,  pogryzionym  przez  mole  kawałkiem  materiału  i 
przepasując nim wydatny brzuch. – Pewna jesteś?

– Tak! – Nie mogła sobie wyobrazić nic bardziej upokarzającego 

niż wezwanie do niej pod fałszywym pretekstem Thomasa Donne'a.

–  Czy  mam  ci  przynieść  jedzenie  do  jadalni?  –  zapytała  pani 

MacNab.

–  Nie  –  odparła  Fia  szybko,  bojąc  się,  że  zostanie  pozbawiona 

towarzystwa  jednej  istoty  ludzkiej.  Nigdy  by  jej  nie  przyszło  do 
głowy,  że  tak  bardzo  będzie  jej  zależeć  na  prostej  przyjemności 
przebywania z kimś innym. To ją nieco zaniepokoiło. – Zjem tutaj.

Poza  tym, myślała  w duchu,  nie ma powodu, żeby bałaganić  w 

pokoju.  Zwłaszcza  że  tego  właśnie  ranka  spędziła  tam  dobre  trzy 
godziny,  trzepiąc  przy  otwartych  szeroko  oknach  zasłony,  a 
następnie zamiatając dywan.

Nie  przejmowała  się  tym,  do  jakich  wniosków  doszedłby 

Thomas, gdyby odkrył, jak spędza czas. Doświadczenie mówiło jej, 
że mężczyźni rzadko zwracają uwagę na otoczenie, chyba że jest ono 
dla nich uciążliwe.

– Jak chcesz – powiedziała pani MacNab, znikając w spiżarni.
–  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żebym  została  tutaj,  podczas 

gdy  będziesz  przyrządzać  posiłek?  –  zapytała  Fia  nieśmiało, 
obawiając się odmowy.

Pani  MacNab  pojawiła  się  ponownie,  niosąc  ser  i  coś,  co 

wyglądało na wysuszone zielsko. Wszystko to złożyła na stole obok 
warzyw.

– To dla mnie bez różnicy.
Zabrała  się  następnie  do  krojenia,  siekania,  ubijania,  zgniatania 

tego,  co  leżało  na  stole,  po  czym  wszystkie  składniki  włożyła  w 
jakimś  tajemniczym  i  skomplikowanym  porządku  do  rondla  ze 
skwierczącym masłem. Od zapachu potrawy Fii niemal zakręciło się 

background image

147

w głowie.

Pani  MacNab nie mówiła przy tym  ani słowa. Błyskała nożem, 

wywijała  łyżką,  a  kiedy  skończyła,  mąka  wisiała  w  powietrzu  i 
pokrywała  każdą  powierzchnię  w  kuchni.  Po  jednym  kęsie 
rozpływającego  się  w  ustach,  pysznego  ciasta  z  warzywnym 
nadzieniem,  które  wyłoniło  się  z  rondla,  Fia  z  chęcią  umyłaby 
kafelki podłogi, byle dostać więcej.

W  końcu  odsunęła  się  od  stołu  i  obojętnym  tonem  zadała 

pytanie, które nie dawało jej spokoju.

– Gdzie jest kapitan… Thomas?
Pani  MacNab  upuściła  grudę  ciasta,  które  miesiła  w  ogromnej 

glinianej misie, na stół. Poklepała je, wzbijając chmurę mąki.

– Masz na myśli McClairena.
Fia popatrzyła ciekawie na tęgą kobietę.
– Czy wiesz, że klany zostały zniesione, a wodzowie pozbawieni 

władzy?

–  Tak  –  odparła  spokojnie  pani  MacNab,  ugniatając  dłońmi 

ciasto. – Słyszałam. Ale nas to nie obchodzi.

– Kim są ci „my”?
–  Klan  McClairenów  –  powiedziała  pani  MacNab  z  nutką 

zniecierpliwienia w głosie. – A któż by inny?

–  Aleja  myślałam,  że  Ca…  –  Urwała  w  porę.  –  Słyszałam,  że 

McClairenowie opuścili te strony.

–  Tak  –  parsknęła  pani  MacNab,  dalej  ugniatając  ciasto.  –

„Opuścili”.  Możesz  to  tak  nazwać.  Nie  było  nas  tutaj.  Ale  on  nas 
znalazł. – Po raz pierwszy jej głos nie brzmiał obojętnie. –Większość 
w  obu  Amerykach,  ale  trochę  na  nizinach  i  paru,  tak  jak  mnie,  w 
Edynburgu.

Przerwała ugniatanie ciasta.
– Tylko Jamie był tu cały czas ze starą Muirą i kilku innymi, co 

to woleli żyć jak zwierzęta w jaskiniach, niż uciekać. Reszta, wstyd 
powiedzieć,  rozproszyła  się  jak  kuny  wypłoszone  z  królikarni  po 
tym, jak Carr doniósł na Iana McClairena i zabił swoją żonę z rodu 
McClairen.

Fia  podniosła  gwałtownie  głowę.  Zmusiła  się  do  spokoju, 

słysząc,  jak  ktoś  tak  po  prostu  mówi  o  zabójstwie  jej  matki… 
Czekała  na  wewnętrzny  wstrząs,  który  zawsze  towarzyszył  myśli  o 
tym, że jej matkę zamordowano.

background image

148

Czy  jest  na  to  specjalna  nazwa?  Jak  „ojcobójstwo”  czy 

„matkobójstwo”?  Powinno  istnieć  jakieś  szczególne  określenie  na 
zabójstwo żony i szczególne określenie na dzieci takiego mordercy. 
Rodzaj piętna odzwierciedlającego piętno w jej umyśle i… sercu.

Poczuła  ból,  ale  nie  tak  palący  jak  zwykle.  Stare,  dręczące 

pytanie  pozostawało  wciąż  bez  odpowiedzi  –  co  odziedziczyła  z 
krwią Carra? Kim uczyniła ją płynąca w jej żyłach krew mordercy?

Przedtem zawsze bała się nad tym zastanawiać. Teraz ostrożnie 

przyjrzała się swemu pytaniu.

Kiedy  dowiedziała  się,  kim  jest  Thomas,  zrozumiała  gorycz  w 

jego  głosie,  gdy  przed  laty  rozmawiał  z  Rhiannon  Russell.  Carr 
dokonał  zbrodni  na  bezbronnej  kobiecie,  która  należała  do  rodziny 
Thomasa – choć była tylko daleką krewną.

A  skoro  Janet  była  krewną  Thomasa,  znaczyło  to,  że  klan 

Thomasa był w pewien sposób również jej klanem. To byli jej ludzie.

To  ją  zaskoczyło.  Uważała  się  zawsze  za  osobę  samotną  –  od 

braci  odsunął  ją  ojciec,  z  ojcem  podzieliła  ją  prawda.  Ale  nagle 
znalazła…  ludzi,  do  których  należała.  Spojrzała  na  skromną,  otyłą, 
pochyloną nad ciastem panią MacNab.

– Pochodzisz z klanu z McClairenów?
– Tak. W Edynburgu pracowałam w kuchni. Mojego męża zabili 

pod  Culloden.  Wódz  przyjechał  –  już  jakieś  pięć  lat  temu  –  i 
powiada, że zabierze mnie do domu – podniosła głowę, odchrząknęła 
i ciągnęła dalej – na wyspę. Byliśmy porozrzucani, ale wódz znalazł 
wszystkich,  którzy  zostali.  Wykupił  tych,  co  byli  w  niewoli,  i 
zapłacił za podróż tym, którzy byli daleko.

– A jest was wielu?
– Dwudziestu czterech. Do tej pory było dwudziestu trzech, ale 

zeszłej  wiosny  żona  Gavina  urodziła  syna.  –  Twarz  pani  MacNab 
rozjaśniła się nieoczekiwanie czułym uśmiechem.

Thomas McClairen odnalazł dwadzieścia trzy osoby i sprowadził 

je na tę ziemię. Dlaczego?

Fia  oderwała  kawałek  surowego  ciasta  i  zaczęła  go  bezmyślnie 

ugniatać  dwoma  palcami,  zdumiewając  się  coraz  bardziej 
zagmatwaną  tajemnicą  Thomasa  McClairena.  Urządził  sobie  ponoć 
wspaniałe życie w  amerykańskich koloniach. Dzięki  powodzeniu  w 
interesach zdobył majątek,  miał  dom  i  przyjaciół, którym okazywał 
niezachwianą lojalność – należał do nich James Barton.

background image

149

A  jednak  przebywał  tutaj,  w  Szkocji,  gdzie  groziło  mu 

rozpoznanie i śmierć. Całkiem realne ryzyko, skoro, jak powiedział, 
Carr zna jego tajemnicę. Dlaczego więc tu został?

Odpowiedź na to pytanie Fia uznała za niezwykle ważną, a tylko 

Thomas mógł jej udzielić.

Pani MacNab odwiązała fartuch z szerokich bioder i nakryła nim 

bryłę ciasta.

–  No  –  powiedziała  z  zadowoleniem.  –  Urośnie  w  nocy  i  rano 

będzie się nadawało do pieca.

– Gdzie jest Thomas McClairen?
Pani  MacNab  otrzepała  ręce,  sypiąc  wyschniętymi  kawałkami 

surowego ciasta.

– Pani MacNab, proszę, gdzie on jest? Muszę koniecznie z nim 

pomówić.

–  Tak,  tak  –  powiedziała  pani  MacNab,  cmokając  cicho.  –  Nie 

bądź taka niecierpliwa. Właśnie jest tutaj.

Fia odwróciła się zaskoczona. Za nią stał Thomas.
Przez  chwilę  nie  mogła  stłumić  radości,  nawet  nie  próbowała. 

Opalona twarz pociemniała jeszcze bardziej, cienkie, białe bruzdy w 
kącikach  oczu  wryły  się  głębiej.  Dumne  ramiona  wydawały  się 
dziwnie  proste,  jakby  siłą  woli  powstrzymywał  się  od  garbienia. 
Jednodniowy  zarost  porastał  stanowczą  szczękę,  w  czarnej 
szczecinie błyskało srebro.

Thomas przekroczył już trzydziestkę. Straszy od niej co najmniej 

o  dziesięć  lat,  nie  był  młodzieńcem,  ani  bywalcem  salonów  o 
nienagannych manierach. Był człowiekiem, który nawykł do ciężkiej 
pracy i trudu, i… do czego jeszcze?

– Gdzie byłeś?
– Miałem coś do zrobienia – powiedział, wyciągając stołek spod 

stołu  kuchennego  i  usiadł  naprzeciwko  niej.  –  Czy  zostało  coś  z 
kolacji, pani MacNab?

–  Tak.  –  W  ciągu  paru  minut  postawiła  na  stole  nie  tylko 

naczynie z ciastem, które tak smakowało Fii, ale i lśniącą od tłuszczu 
zimną,  pieczoną  wołowinę,  pasztet  z  gęsiej  wątróbki,  bochenek 
chleba  i  gruby  kawał  żółtego  sera.  Potem  napełniła  gliniany  dzban 
spienionym piwem i powiedziała:

– Wrócę rano. Uważajcie na chleb. – Po czym wyszła.

background image

150

– Pani MacNab – stwierdził Thomas, odgryzając kęs chleba – nie 

uznaje ceremonii. I podziela przekonanie górali, że nie jest gorsza od 
nikogo. – Błysk rozbawienia w jego oczach był taki uroczy.

– Poza tobą.
Roześmiał się.
–  Nie.  Obawiam  się,  że  nie  ma  żadnych  wyjątków.  W  gruncie 

rzeczy,  nie  jestem  pewien,  czy  jej  polecenie  nie  było  skierowane 
tylko do mnie.

–  Pani  MacNab  –  oznajmiła  Fia  stanowczo  –  czci  ziemię,  po 

której stąpasz. Jestem pewna, że gdybyś kazał jej przywdziać tunikę i 
tańczyć o świcie wokół stajni, uczyniłaby to z radością.

Oderwał kawałek chleba, włożył do ust i przełknął.
–  Cóż,  jeśli  zdołała  wmówić  ci  tak  jawną  nieprawdę,  muszę 

chyba  dać  jej  podwyżkę.  W  moim  interesie  jest  utrzymywać  cię  w 
przekonaniu, że istnieje przynajmniej jedna osoba, która darzy mnie 
podziwem.

Dobry Boże, żartował.
Uwielbiała, kiedy ktoś się z nią przekomarzał!
Kay  i  Cora  robili  to  czasami,  a  prostota,  bezpośredniość  i  urok 

ich żartów nie przestawały jej zachwycać. Tak się wtedy cieszyła, że 
można ją traktować w tak piękny i zwyczajny sposób.

Przyglądał się jej z rozbawieniem, machając kromką chleba dla 

podkreślenia słów.

– Co o tym sądzisz? – zapytał.
– Och, nie wiem – szepnęła, starając się spowolnić bicie swego 

serca.

– Ja też nie. Ale zobacz, przebywam w twoim towarzystwie całe 

piętnaście  minut,  a  ty  nie…  –  Nie  dokończył,  cokolwiek  chciał 
powiedzieć,  a  zamiast  tego  pochylił  się  nad  stołem  i  przesunął 
palcem po jej policzku. – Czy wiesz, że masz mąkę na twarzy?

Podniosła rękę, zakrywając twarz, a kiedy jej dotknęła, poczuła, 

jak  jest  gorąca;  uświadomiła  sobie,  że  się  rumieni.  Ona,  która 
pokazywała  się  publicznie  w  najbardziej  śmiałych  sukniach,  co  w 
najmniejszym stopniu nie wpływało na podniesienie temperatury jej 
ciała, czerwieniła się  z  powodu mąki na  policzku.  A może  dlatego, 
że jej dotknął i uśmiechał się z taką wesołą kpiną?

Nie  mogła  wymyślić  stosownej  odpowiedzi.  Nie  chciała,  żeby 

przestał  z  nią  żartować,  nie  rozumiała  jednak,  dlaczego  to  robi,  a 

background image

151

nigdy  nie  podejmowała  żadnego  kroku  bez  przygotowania, 
głębokiego  zastanowienia  i  rozwagi.  Z  drugiej  strony,  nie  chciała, 
żeby z  nią  żartował, bo  to  otwierało nowe  możliwości,  prowadzące 
do dalszych możliwości – i skutków.

Powinna  odejść.  Pójdzie  do  swojego  pokoju,  zastanowi  się  nad 

celem, jaki chce osiągnąć, i  zdecyduje, jak to  zrobić. Ale jej myśli, 
podobnie  jak  ciało,  wydawały  się  dziwnie  nieprawdziwe,  jakby 
przestała  istnieć  w  poprzedniej  postaci.  Miałam  go  uwieść, 
przypomniała sobie, patrząc na niego z zakłopotaniem.

Ale  to  było,  zanim  odkryła,  kim  jest.  Miał  powody,  najlepsze 

powody, żeby czuć do niej wrogość, a jednak nie zamierzał mścić się 
na  córce  wroga.  Nie,  nic  takiego  nigdy  nie  przyszło  mu  nawet  do 
głowy, tego była pewna. A zatem, co właściwie jeszcze tu robiła?

Nie przyszedł nawet  jej  odwiedzić, zajmował  się teraz mięsem, 

które  leżało  przed  nim  na  talerzu.  Jak  można  uwodzić  mężczyznę, 
który zajada pieczoną wołowinę?

Wstała.
– Usiądź, proszę. Miło mi w twoim towarzystwie – odezwał się, 

nie  odrywając  wzroku  od  mięsa,  które  wyraźnie  wymagało  w  tej 
chwili uwagi i skupienia.

Usiadła. Jaki miała wybór? Usiłowała rozpaczliwie znaleźć jakiś 

powód do urazy. Była więźniem w jego domu, trzymał ją z dala od 
ludzi, od wygód i przyjemności. Przywykła do towarzystwa, świateł 
i…

Nieprawda.  Choćby  nie  wiem  jak  starała  się  przekonać  siebie 

samą,  że  jest  inaczej.  Przywykła  do  samotności  i  do  powolnego 
rytmu życia na wsi. To jego towarzystwa jej brakowało.

Ich pochodzenie sprawiło, że byli wrogami. Potępiał ją. Myślał o 

niej  najgorsze  rzeczy.  Sprowadził  ją  tutaj,  ponieważ  sama  jej 
obecność  oznaczała  skażenie  złem,  przed  którym  należało  chronić 
niewinnych.

Ale przecież także podtrzymywał jej głowę i gładził plecy, kiedy 

chorowała.  Nakrył  ją  kubrakiem  i  zasłaniał  własnym  ciałem  od 
wiatru. Jej dzieciństwo budziło w nim litość i gniew. I żartował z nią.

Poddała się, skapitulowała bezwarunkowo i usiadła.
Thomas  próbował  trzymać  się  z  daleka,  „wytrzymał  pięć  dni, 

dręcząc  się  codziennie  wspomnieniem  tego,  jak  stoi  w  bieliźnie,  w 
oczywisty sposób nieświadoma wpływu, jaki wywiera na jego ciało. 

background image

152

Wrócił zdecydowany nie okazać jej, jak bardzo chciał wrócić.

Ale ta  rozmowa była,  na  swój sposób,  równie  podniecająca jak 

dotyk miękkiej skóry i blask czystych, pachnących włosów.

Urocze  policzki  Fii  miały  delikatny,  różowy  odcień.  Zbłąkany 

kosmyk  czarnych  włosów  wił  się  na  jej  szyi  i  znikał  pod  wsuniętą 
pod  brzegi gorsetu  koronkową  chustką,  która  osłaniała  dekolt.  Taki 
praktyczny, skromny, wiejski strój. A jednak na niej – zachwycający.

Musiał coś powiedzieć.
–  Mam  nadzieję,  że  pobyt  na  wsi  nie  jest  dla  ciebie  zbyt 

przygnębiający.

Podniosła głowę.
– Wcale nie. Kocham wieś.
–  Wybacz  –  powiedział.  –  Przekonywano  mnie,  że  to  mąż 

trzymał cię z dała od towarzystwa.

Pod maską spokoju na jej twarzy pojawiła się uraza.
– Nie dziwi mnie to. Uwierzyłeś zapewne w mnóstwo rzeczy na 

mój temat, które nie są prawdziwe. – W jej głosie nie było wyrzutu, 
ale wyczuł żal. Mówiła dalej, nie czekając na odpowiedź. – Gregory 
MacFarlane  nigdy  nie  był  o  mnie  zazdrosny,  nigdy też  nie  miał  ku 
temu powodów. Szanowałam  i  jego, i  przysięgę małżeńską do dnia 
jego śmierci. Tylko w jednej kwestii go nie posłuchałam, w kwestii 
naszego  wspólnego  mieszkania.  Nie  mieliśmy  wspólnego  domu.  Ja
nie chciałam pojechać do Londynu, on nie chciał zostać w Bramble 
House. W rezultacie na ogół mieszkaliśmy osobno.

Wierzył  jej.  Każde  słowo  wymawiała  bez  emocji  czy  nacisku. 

Opowiadała mu po prostu dzieje swojego małżeństwa.

– Rozumiem. Dlaczego mówisz mi to wszystko?
Wzruszyła ramionami.
–  Nie  wiem.  Prawda  w  moim  życiu  to  rzecz  względna.  Może 

chciałam ci przedstawić inną wersję. Moją wersję.

– Co jeszcze powinienem wiedzieć?
Patrzyła  na  niego  dłuższą  chwilę  i  Thomas  widział,  że  się 

zastanawia.

– Nic – powiedziała w końcu. – Na razie nic więcej.
Uspokoiła się i położyła łokcie na stole, składając dłonie palcami 

do góry, tuż przy ustach.

– Czy teraz ja mogę zadać ci pytanie?
– To się wydaje sprawiedliwe.

background image

153

– Dokąd cię zesłano, kiedy zostałeś skazany za zdradę?
Tego  nie  przewidział.  Spodziewał  się,  że  zechce,  żeby  jej 

powiedział, jak długo zamierzają tu trzymać, albo co robił, kiedy był 
poza dworem. Nie przyszłoby mu do głowy, że może ją interesować 
jego przeszłość.

–  Na  wyspę  w  Indiach  Zachodnich.  Sprzedano  mnie  tam  w 

niewolę. James Barton mnie wykupił.

–  Rozumiem  –  szepnęła.  A  Thomas  miał  wrażenie,  że 

rzeczywiście rozumie, że wie, co kryło się za tymi paroma słowami.

– Skazano cię, gdyż dopuściłeś się zdrady?
– Twój ojciec powiedział lordowi Cumberlandowi, że mój brat i 

ja byliśmy kurierami na usługach jakobickiej konspiracji.

Nie  zaskoczyło  jej  to,  nie  pytała  o  nic  więcej,  ani  nie 

zaprzeczała. Powiedziała jedynie:

–  To  dlatego  chciałeś  zranić  Asha,  wpychając  Rhiannon  w 

ramiona innego.

Żałował,  że  o  tym  wiedziała.  To  był  zły  uczynek,  który  go 

kompromitował.

– Dla Carra to by nie miało znaczenia – powiedziała. – Pomyliłeś 

się, sądząc, że dba o swoich synów.

– Nie chciałem wtedy zranić Carra. Chciałem zranić któregoś z 

Merricków – wyznał, a potem zaraz próbował podnieść ją na duchu. 
–Ale już nie chcę. Przysięgam.

Podniósł  dłoń  do  góry  i  wyciągnął  ją  ponad  stołem,  wyraźnie 

prosząc,  aby  okazała  mu  zaufanie.  Nie  opuściła  wzroku.  Ich  oczy 
spotkały się. Minęła długa chwila. Potem, tak nieśmiało, jak światło 
poranka przegania mrok nocy, wsunęła swoją dłoń w jego rękę.

background image

154

18

– …po miesiącu Kay uznał wyraźnie, że ma dosyć, bo podniósł 

się  nagle,  spojrzał  na  mnie  ze  złością  i  oznajmił  nauczycielowi: 
„Skoro ona zna wszystkie odpowiedzi, dlaczego nie zrobi zadania?”

Thomas  się  roześmiał.  Stanęli  pod  krzewem  głogu.  Słońce 

przeświecające  przez  delikatne  listowie  rzucało  drżącą  mozaikę 
światła i cienia na zwróconą ku górze twarz Fii.

– I zrobiłaś? – zapytał.
Fia  rzuciła  mu  figlarne  spojrzenie.  Przed  miesiącem  pewnie 

odebrałby  je  inaczej,  ale  tyle  czasu  spędzali  razem,  że  nauczył  się 
rozróżniać subtelności wyrazu jej twarzy.

To przypominało spoglądanie na głęboką wodę ponad krawędzią 

łódki.  Należało  spojrzeć  poza  odbity  w  wodzie  obraz  nieba,  żeby 
dojrzeć  wspaniałości  ukryte  pod  powierzchnią.  Niezwykle 
wciągające zajęcie. Przyglądanie się Fii sprawiało mu przyjemność.

–  Zrobiłaś?  –  dopytywał  się,  zyskując  przelotny,  nieśmiały 

uśmiech.

Oparła się plecami o drzewo i skrzyżowała ramiona.
–  Nie.  Pan  Elton  zaczął  udzielać  mi  prywatnych  lekcji  i  dzięki 

temu  przestałam  przeszkadzać  Kayowi  rozpaczliwie  niemądrymi 
pytaniami.  Oboje  na  tym  zyskaliśmy.  Kay  –  powiedziała  tonem 
zwierzenia  –  jest,  wiesz,  dosyć  ambitny.  –  Na  jego  pytające 
spojrzenie, kiwnęła poważnie głową. – I tak bardzo się cieszy, kiedy 
jest górą.

Najmilsza! Z trudem udało mu się powstrzymać i nie powiedzieć 

jej,  że  Kay  myślał  o  niej  niemal  dokładnie  to  samo,  wtedy  nie 
uwierzył chłopcu, teraz zmienił zdanie. Zdążył już uwierzyć w różne 
rzeczy, których przedtem nawet nie brałby pod uwagę.

– Czy twój… czy w dzieciństwie nie miałaś guwernerów? – Na 

mocy milczącego porozumienia wykluczyli słowo „Carr ze swojego 
słownika, podobnie jak „James Barton”. – A może nie chodziłaś zbyt 
pilnie na lekcje? – zapytał żartobliwie.

Fia  uwielbiała,  kiedy  to  robił.  Jej  oczy  rozbłyskiwały  przy 

najmniejszym żarcie… tak, jak teraz.

–  Nie  mieliśmy  żadnych  nauczycieli  –  odparła  swobodnie.  –

Chociaż wydaje mi się, że Ashowi udzielał czasem lekcji miejscowy 
proboszcz. A Raine był w Eton, potem go wyrzucono.

background image

155

– Ciebie jednak nie kształcono.
Jej szyja zaróżowiła się leciutko. Gdyby nie przyglądał jej się tak 

pilnie, nie zwróciłby na to uwagi.

– Nauczyłam się pisać i czytać, chociaż nie tego, co mam czytać. 

Pamiętaj,  że  przygotowywano  mnie  do  innej  roli.  –  Starannie 
dobierała  słowa.  –  Kiedy  przyjechałam  do  Bramble  House,  byłam 
mądrzejsza  niż  kobiety  trzy  razy  starsze  ode  mnie,  ale  także  nie 
umiałam nic. Pamiętam, jak podsłuchiwałam lekcję Kaya jednego z 
pierwszych dni. Nie mogłam pojąć ogromu tego, czego nie wiem. I 
postanowiłam się tego nauczyć – dodała cicho. Spojrzała na niego z 
iskierką wesołości w oczach. – A zanim coś powiesz – wiem, że jak 
dotąd nie całkiem mi się powiodło.

Tak rzeczywiście było. Raz po raz w trakcie ich rozmów mówił 

coś,  co  sprawiało,  że  mu  przerywała.  Prosiła,  żeby  powtórzył,  co 
powiedział,  i  z  uporem  i  zręcznością  zaprawionego  w  dysputach 
adwokata wypytywała go, dopóki nie wyczerpała się jego wiedza na 
dany  temat.  Luki  w  jej  wykształceniu  były  ogromne  i 
nieprzewidywalne, a głód wiedzy niezmierzony.

– Jestem dżentelmenem, nigdy nie wytknąłbym damie jej wad.
Opuściła ręce.
–  Tak  –  powiedziała,  robiąc  krok  w  jego  stronę  –  jesteś 

dżentelmenem.

Uśmiechnął się i zanim zdał sobie sprawę, co robi, podniósł jej 

warkocz i przełożył jej na plecy. Nagrzany słońcem był jedwabisty i 
ciepły.

– Jesteś rozczarowana? – zapytał.
W  odpowiedzi  zwróciła  głowę  tak,  jakby  chciała  poczuć 

dotknięcie  jego  palców  na  policzku.  Musiał  to  sobie  wyobrazić. 
Zaczął  nadawać  jej  gestom  znaczenia,  które  brały  się  z  jego 
własnego pragnienia.

Pragnienie.  Co  za  nędzne  określenie  dla  tego  uczucia.  Pochylił 

się ku niej lekko, w nadziei, że podniesie głowę. Nie podniosła.

– Czy wiesz, co oznacza słowo „platoniczny”? – zapytał.
Zamyśliła się.
–  Sądzę,  że  jest  to  rodzaj…  afektu,  opisany  przez  greckiego 

filozofa, Platona.

– Właśnie. A jakiego rodzaju to afekt?

background image

156

Ich  spojrzenia  spotkały  się;  niezmącony  błękit  jej  oczu  zaczął 

zasnuwać się cieniem.

– To głęboka przyjaźń.
Nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  mogłaby  widzieć  w  nim 

przyjaciela… nie był nawet pewien, czy chciałby tego. To mogłoby 
wykluczyć  co  innego.  Jednak  smutek  w  jej  lśniących  oczach 
uświadomił mu natychmiast, jak żałośnie śmieszne byłoby mniemać, 
że  istnieje  między  nimi  jakikolwiek  związek  –  a  zwłaszcza  „coś 
innego”.

Uprowadził ją, na Boga żywego! Trzymał ją tutaj, aby nie mogła 

zaszkodzić jego najlepszemu  przyjacielowi. Takie, w każdym razie, 
miał  kiedyś  zamiary.  Nie  był  już  pewien  ani  tego,  co  robi,  ani 
dlaczego  ją  więzi.  Wiedział  tylko,  że  teraz  nie  miało  to  już  wiele 
wspólnego z Jamesem Bartonem.

Ona zaś, ze swej strony, robiła dobrą minę do złej gry. Powinien 

być  wdzięczny,  że  odkąd  zjedli  razem  obiad  w  kuchni  przed 
tygodniem, ani razu nie wspomniała o zamiarze uwiedzenia go, ani 
też nie zachowała się prowokująco.

A może żałował.
Zamiast  tego  zaczął…  zaczął…  zabiegać  o  jej  względy.  Tak. 

Próbował skłonić ją do uśmiechu, sprawić, żeby się śmiała, mówiła, 
nie zastanawiając się  wpierw,  co powiedzieć.  Wciąż  stała,  czekając 
cierpliwie na… na co?

Odpowiedź  narzucała  się  w  sposób  boleśnie  oczywisty  –  żeby 

podjęli spacer.

– Czy coś się stało? – zapytała.
Raz jeszcze jego poczucie humoru uratowało sytuację.
–  Wybacz  –  powiedział,  odzyskując  panowanie  nad  sobą.  –

Musiałem połknąć muchę.

– Wszystko jest dobrze, mam nadzieję? – zapytała niewinnie.
– Wszystko dobrze.
– Może chciałbyś wrócić do dworu?
–  Nie.  Chodźmy  dalej,  proszę.  –  Podał  jej  ramię;  po  krótkiej 

chwili wahania przyjęła je i zaczęła iść u jego boku.

–  Mówisz  z  miłością  o  swoich  pasierbach.  Wiele  razy 

wspominałaś Kaya.

Miał  wrażenie,  że  powrót  do  tak  zwykłego  tematu  sprawił  jej 

ulgę.

background image

157

– Tak, bardzo go lubię.
– Opowiedz mi o nim.
Jak  zwykle,  kiedy  pytał  o  coś  osobistego,  unosiła  lekko  brodę, 

jakby zbierała siły. Czy zdradzi  jej zaufanie?  Ile  z  tego wykorzysta 
przeciwko  niej?  Takie  pytania  mogła  sobie  zadawać.  Wiedział, 
ponieważ sam miał podobne wątpliwości, kiedy ona pytała go o coś 
takiego. Jednak nie wykręcała się od odpowiedzi. On także nie.

Niebezpieczne to były rozmowy, uderzające do głowy; oboje tak 

bardzo  chcieli  wierzyć  sobie  nawzajem,  że  tłumili  podejrzenia, 
których żadne nie było w stanie się pozbyć. I dopiero niedawno

Thomas zdał  sobie sprawę z  nieoczekiwanej konsekwencji tych 

rozmów: działały niezwykle podniecająco.

Zaczął teraz podejrzewać, że nie bez powodu w języku biblijnym 

związek cielesny nazywano „wiedzą”.

–  Nigdy  sobie  nie  wybaczę,  że  Pip  został  ranny  –  powiedziała, 

zamiast odpowiedzieć na pytanie o Kaya. Zauważył, że spokój w jej 
głosie często przeczył targającym nią, głębokim uczuciom.

Już jej nie winił z powodu Pipa. Wiele zrozumiał od tamtej pory. 

Częściowo  od  niej,  częściowo  sam  –  dowiedział  się  tego,  o  czym 
wzdragała się powiedzieć.

Fię ujęła szczera, chłopięca wesołość chłopca. Nie snując żadnej 

intrygi,  traktowała  Pipa  tak,  jak  jedynego  innego  chłopca,  którego 
znała,  chłopca,  który  nie  interesował  się  nią  z  powodu  jej  urody, 
swojego  pasierba,  Kaya.  Nie  przewidziała,  że  Pip  pomyli  jej 
serdeczność z czymś innym. A kiedy to odkryła, było za późno.

– Przykro mi – powiedział.
Nie  zapytała,  dlaczego,  ale  lekko  zacisnęła  palce  na  jego 

rękawie.  Szli  przez  chwilę  w  milczeniu.  W  powietrzu  unosił  się 
zapach mokrego krzemienia i sosnowego igliwia, po których stąpali.

– Czy Kayowi brak ojca? – zapytał.
– Gregory'ego? Trochę, ale Gregory mało z nami przebywał.
– A czy tobie  brakuje  męża?  – Nie miał  pojęcia,  dlaczego o  to 

zapytał.

Zatrzymała  się  nagle  i  przyglądała  mu  się,  długo,  zanim 

odpowiedziała:

– Gregory MacFarlane był głupim człowiekiem, którego ambicją 

było przyjaźnienie się z wszelkiego rodzaju hultajami i utracjuszami. 
Traktował  swoje  dzieci  z  dobrotliwą  obojętnością,  a  mnie  z 

background image

158

niepokojącą  tolerancją,  to  znaczy  lepiej,  niż  większość  rodziców 
odnosi się do swoich dzieci i dużo lepiej, niż się spodziewałam. Ani 
go nie kochałam, ani nie nienawidziłam, ani nie szanowałam, ani nim 
nie gardziłam, co uczyniło nasze małżeństwo wyjątkowo obojętnym.

– Dlaczego go poślubiłaś?  – To nie było uczciwe; mogła nawet 

nie wiedzieć, dlaczego Carr wydał ją za MacFarlane'a.

– Wyszłam za niego z powodu domu – powiedziała, idąc dalej.
–  Z  pewnością  musiało  się  za  tym  kryć  coś  więcej  –  nalegał, 

zrównując  się  z  nią  i  kładąc  jej  rękę  na  ramieniu.  –  Carr  nie 
potrzebowałby domu na szkockiej nizinie.

– Carr? – powtórzyła. – Co Carr ma z tym wspólnego?
– Uznałem, że… namówił cię, żebyś wyszła za MacFarlane'a.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
Patrzył na nią, zmieszany
–  Ponieważ  –  powiedział  łagodnie  –  jak  sama  przyznałaś,  Carr 

od dziecka przygotowywał cię…

– Do diabła z Carrem – szepnęła nagle gniewnie. – Do diabła z 

planami  Carra. Poślubiłam  MacFarlane'a, żeby uciec  przed  Carrem, 
jego intrygami i knowaniami. Sądziłam, że po śmierci MacFarlane'a 
nikt  już  nie  będzie  mnie  traktował  jak  marionetkę,  nikt  nie  będzie 
mną kierował. Myślałam, że będę niezależna.

– Jak mogłaś tak myśleć? – zapytał. – MacFarlane miał przecież

syna…

–  Nie  wiedziałam,  że  MacFarlane  ma  dzieci,  kiedy  za  niego 

wychodziłam  –  powiedziała  napiętym  głosem.  Po  chwili  jej  twarz 
złagodniała. – Naprawdę.

Jej złość nie miała sensu. Skoro nienawidziła Carra, dlaczego tak 

często  przebywała  w  jego  towarzystwie?  Carr  pokazywał się  z  Fią, 
niczym handlarz końmi, który zachwala rasową klacz. Skrzywił się, 
to porównanie wydało mu się nagle trafniejsze, niż być powinno.

Myśli  idącej  obok  Fii  pobiegły  ku  przyjemniejszym  rzeczom. 

Kay i Cora. Miała do męża żal z ich powodu przez pierwsze tygodnie 
spędzone w Bramble House. Ale żal się rozwiał, a pustkę po nim z 
zadziwiającą szybkością wypełniło coś innego, jakieś nieznane dotąd 
uczucie.  Długo  usiłowała  znaleźć  dla  niego  nazwę,  zdumiona,  że 
mogło zagościć w jej twardym sercu.

Tak,  kochała  Gunnę  i  darzyła  późno  zrodzonym  uczuciem 

swoich  braci,  ale  to,  że  pokochała  dwoje  szkockich  dzieciaków! 

background image

159

Niewiarygodne.

Jak  mocno  je  pokochała,  dowiedziała  się  dopiero,  kiedy  umarł 

Gregory  i  pojawił  się  Carr.  Zrobiłaby  wszystko,  żeby  je  chronić. 
Zerknęła  z  ukosa  na  Thomasa  –  przyglądał  się  jej  z  zamyśloną, 
podejrzliwą miną.

Natychmiast przestała myśleć o Kayu, Córze i Carrze. Nie mogła 

znieść tego wyrazu jego twarzy. Minęła go szybko. Jakie znaczenie 
miały  dla  niego  powody,  dla  których  wyszła  za  mąż?  Inne  kobiety 
wychodziły za mąż dla majątku albo pozycji. W  gruncie rzeczy tak 
postępowała większość. Dlaczego zatem to wyznanie zrobiło na nim 
tak złe wrażenie?

Zagryzła  wargę,  czekając  w  napięciu  na  odgłos  jego  kroków. 

Cisza. Stał tam, gdzie go zostawiła. Obejrzała się niepewnie, patrzył 
na nią zdziwiony.

Czyżby się myliła? Czy na jego twarzy nie malował się niesmak 

i  nieufność?  Nigdy  przedtem  odgadnięcie  męskich  uczuć  nie 
sprawiało  jej  takiego  kłopotu.  Te  uczucia  zazwyczaj  nie  budziły 
wątpliwości, bo były dość prymitywne. Nietrudno było je odgadnąć.

Takie  uczucia  żywił  do  niej  również  Thomas,  to  jasne.  Ona 

jednak  chciała  być  czymś  więcej  niż  przedmiotem  lubieżnych 
męskich  fantazji.  Chociaż  być  przedmiotem  lubieżnych  fantazji 
Thomasa… Przełknęła ślinę.

Czasami w nocy myślała o nim tak, jak mężczyźni myśleli o niej 

–  w  każdym  razie  dość  często  szeptali  jej  o  tym  do  ucha.  Jej  ciało 
wyginało  się  ku  upragnionemu  kochankowi.  Czuła  mrowienie  na 
piersi i udach, dręczyło ją nigdy dotąd niezaspokojone pragnienie –
pragnienie,  które  zaledwie  sobie  uświadamiała.  Potrzebę  tę 
zaspokoić mógł Thomas. Gdyby by tylko zechciał.

Boże,  o  czym  ona  myślała?  Jej  myśli,  uczucia,  powody,  dla 

których  pozwoliła  się  porwać  –  wszystko  to  tworzyło  zamęt  w  jej 
głowie. Nic nie wyszło tak, jak planowała. Choćby nie wiadomo jak 
broniła się przed tą myślą – zadurzyła się w Thomasie McClairenie. 
Jak młoda dziewczyna! I nie miała pojęcia, co z tym zrobić.

Poczuła dotyk jego ręki na ramieniu. Thomas stał obok, patrząc 

na nią uważnie.

– Co takiego? – zapytała zduszonym szeptem.
–  Tak  bardzo  kochasz  Bramble  House?  Taki  jest  ważny  dla 

ciebie?

background image

160

–  Kocham?  –  powtórzyła  zmieszana.  Jej  świat  przechylił  się 

niebezpiecznie  na  bok  i  wirował  jak  szalony.  –  Nie  wiem.  To 
Rumieniec Ladacznicy był moim domem. Wiedziałam, że nigdy nie 
będzie mój, że nigdy nie zdołam…

– Nie zdołasz czego? – zapytał, badając jej twarz.
– Przywrócić mu dawnej świetności. Zawsze myślałam o zamku 

jako o królowej na wygnaniu, która musi ukrywać swoje królewskie 
pochodzenie pod szatą kurtyzany.

– Tak – szepnął. Przełknął ślinę, czuł ściskanie w gardle. 
Fię ogarnęła fala tęsknoty. Nie spuszczał wzroku z jej ust, jego 

usta były lekko otwarte. Co by się stało, gdyby przysunęła się bliżej? 
Co by zrobił? A jeśli nic?

Zmusiła się, żeby oderwać od niego oczy i podjąć rozmowę.
–  Znalazłam  sztychy  przedstawiające  zamek,  zanim  wszedł  w 

posiadanie  Carra.  Był  jak  z  bajki.  Ale  może  sprawił  to  tylko  talent 
rysowników.  –  Uśmiechnęła  się  ze  smutkiem.  –  Udawałam  przed 
sobą,  że  jestem  Lizabet,  pierwszą  panią  zamku,  która  czeka  na 
Dougala, żeby wrócił i przywrócił ład i porządek.

– Dougala McClairena?
– Tak – przyznała. Chciała znowu dotknąć jego twarzy, tak jak 

na  balu  maskowym.  Teraz  nie  był  tak  gładko  ogolony;  jego  skóra 
byłaby inna pod jej palcami. – Kiedy podrosłam, zrozumiałam, że nie 
jestem  Lizabet,  a  Dougal  nie  przybędzie.  Tak  więc  znalazłam  inne 
miejsce, które nazwałam domem.

– I innego Dougala? – zapytał.
– Nie – odparła z mocą. – Już wtedy byłam mądrzejsza.
– Znalazłaś dom w Bramble House.
– Znalazłam miejsce w Bramble House – sprostowała. – Ale to 

nigdy nie będzie Rumieniec Ladacznicy.

Wahał się przez chwilę, po czym zapytał:
– Czy chciałabyś go zobaczyć?
– Co?
– Zamek.
–  Tam  nie  ma  nic  do  zobaczenia.  Carr  mówił,  że  wszystko 

spłonęło.

– Nie wszystko. – Chwycił ją za rękę. – Chodź ze mną.

background image

161

19

W powietrzu czuło się ciepłą, południową bryzę. Jadący obok Fii 

Thomas nie był w stanie  zrozumieć porywu, który kazał mu  ją tam 
sprowadzić. Nigdy nie myślał o tym, by pokazać  jej zamek, ale też 
nigdy nie przyszło mu do głowy, że zamek coś dla niej znaczył.

Przez  ostatnie  dni  zdążyli  się  zaprzyjaźnić,  teraz  wrócili  do 

punktu  wyjścia.  Podczas  trwającej  kilka  godzin  jazdy  ledwie 
odzywali  się  do  siebie,  unikając  patrzenia  sobie  w  oczy.  W  miarę 
jednak,  jak  zbliżali  się  do  wybrzeża  i  Fia  zaczęła  rozpoznawać 
okolicę,  odprężyła  się  i  jej  nieśmiałość  ustąpiła  ciekawości. 
Zmieszanie Thomasa również zniknęło; śledził zapamiętale wszelkie 
oznaki radości na jej ślicznej twarzy.

Przypominało  to  obserwowanie  wirtuoza,  który  na  skrzypcach 

gra zawiłą, choć z pozoru prostą kantatę. Trzeba zwracać uwagę na 
subtelności.  Wiedział,  że  lubi  zapach  morza,  bo  oddychała  głęboko 
raz po raz. Jej  spojrzenie upewniło  go, że  przedkłada  jarzębinę nad 
głóg.  Zające  stanowiły  widocznie  plagę  warzywnika  w  Bramble 
House,  czego  dowiodło  nieznaczne  zaciśnięcie  warg,  kiedy  szarak 
przemknął ścieżką przed nimi.

Byli  już  blisko.  Przebyli  zagajnik  sosnowy  i  wjechali  na 

krzemienną skałę. Pod nimi rozciągało się wzburzone morze, Wyspa 
McClairenów i Rumieniec Dziewicy.

Zachodzące  słońce  opuszczało  niebo  w  pełnym  splendorze. 

Fiolety i róże, szkarłaty i pąsy zabarwiły horyzont, spowijając mury 
zamku  miękkim,  fosforyzującym  światłem.  Ze  wzniesienia 
Rumieniec Dziewicy wyglądał jak nieukończony zamek z bajki.

U  jego  podstawy  powoli  poruszały  się  maleńkie  figurki  –

robotnicy  opuszczali  niechętnie  plac  budowy,  jakby  rozżaleni,  że 
muszą  spać  i  jeść,  porzucając  swoje  dzieło.  Jako  że  zamek 
odbudowywano pieczołowicie i z miłością, nie po to, by przywrócić 
mu  dziwaczny  wygląd  z  czasów  Carra,  ale  wcześniejszą  urodę  i 
godność.

–  Odbudowujesz  go  –  szepnęła  Fia.  Skinął  głową,  zajęty 

widowiskiem w dole.

– Tak – powiedział cicho. – Taki, jaki miał być… tylko lepszy.
–  Ale  dlaczego?  –  zapytała  zdumiona.  –  Rumieniec 

Ladacznicy…

background image

162

–  Rumieniec  Dziewicy  –  poprawił  ją.  –  To  był  Rumieniec 

Ladacznicy, kiedy  twój  ojciec  władał  zamkiem,  ale  teraz  należy  do 
mnie i pozostanie Rumieńcem Dziewicy, dopóki będzie istnieć albo 
dopóki  nie  umrze  ostatni  McClairen.  –  Spojrzał  na  nią  kątem  oka, 
zarazem smutny i pełen triumfu. – Jeśli taki człowiek, jak Carr, nie 
może nas wybić, kto zdoła to zrobić?

–  Ale  jak  tego  dokonałeś?  –  zapytała  Fia,  chłonąc  wzrokiem 

widok w dole. Północne skrzydło ukończono i praca przeniosła się na 
krótką  część  środkową.  To,  co  zostało  z  fasady,  zasłaniało  ciężkie, 
drewniane rusztowanie.

– Carr nie chciał zamku  po pożarze – powiedział  Thomas. – Ja 

chciałem, a  on  nie  wzdragał  się  przed  sprzedaniem  go mnie  –  albo 
raczej mojemu agentowi.

Fia otworzyła szeroko oczy. Carr nigdy jej o tym nie powiedział. 

Sprzedał  dom,  nie  mówiąc  ani  słowa.  Zadrżała  mimowolnie, 
zdumiona,  że  zostało  w  niej  jeszcze  coś,  co  bezwzględność  Carra 
mogła zranić.

Tak było lepiej. Thomas dokonał tego, o czym zawsze marzyła –

uzdrowił  Rumieniec  Dziewicy,  zrywając  z  niego  nędzne  ozdóbki  i 
odsłaniając  dumne,  dawne  oblicze  budowli.  Nie  mogło  być  lepiej. 
Jak bardzo chciałaby zobaczyć spełnienie swoich marzeń!

Thomas  delikatnie  uniósł  jej  brodę  do  góry.  Podprowadził  do 

niej swojego konia.

– Płaczesz?
– Nie.
–  Zatem  widocznie  odblask  słońca  na  falach  razi  cię  w  oczy  –

powiedział,  podsuwając  jej  wymówkę,  po  rycersku  uszanowawszy 
jej smutek.

– Tak – odparła.
Uśmiechnął  się,  patrząc  na  nią  z  czułością;  przesunął  kciukiem 

po jej wardze. Instynktownie chwyciła jego rękę. Spojrzał niepewnie. 
Zawahała się, po czym odwróciła jego dłoń i dotknęła ustami.

Zacisnął boleśnie rękę na  jej nadgarstku. Gdyby  zobaczyła ślad 

litości w jego oczach, straciłaby panowanie nad sobą. Zamknęła więc 
oczy –jak tchórz – i przyłożyła wierzch jego dłoni do policzka.

Wydał  jakiś  dźwięk.  Przekleństwo?  Modlitwa?  Nie  potrafiła 

powiedzieć.  Potem  nagle  gorący  kłąb  konia,  na  którym  siedział 
Thomas,  trącił  ją  w  nogę  i  końskie  kopyta zatańczyły  na  ziemi.  Jej 

background image

163

koń uskoczył na bok. Thomas wyrwał swoją rękę i przyciągnął ją do 
siebie.

Otworzyła  gwałtownie  oczy.  Schylił  się,  ujmując  ją  pod 

kolanami i sadzając sobie na kolanach, drugą ręką chwycił jej włosy 
i delikatnie odchylił głowę do tyłu.

Przez  jedną  krótką  chwilę  ich  spojrzenia  spotkały  się,  a  potem 

zaczął  ją  całować,  całować  tak,  jakby  nigdy  nie  miał  przestać.  To 
były  głębokie  pocałunki,  delikatne  pocałunki,  wilgotne,  namiętne  –
takie, jakich nie znała. Jego głód zbudził w niej uczucie podobne.

Splotła  palce  za  jego  głową,  nie  chcąc,  żeby  skończyły  się  te 

oszałamiające, odbierające przytomność umysłu pocałunki.

Skończyły się, rzecz jasna. W końcu odsunął się i wzniósł twarz 

do  nieba.  Wówczas  zabrała  się  do  szukania  innych  miejsc,  które 
mogłaby  zbadać.  Pocałowała  jego  silny,  opalony  kark.  Był  słony. 
Niezwykły. Thomas zadrżał.

Polizała jego szyję. Zadrżał silniej, ale nie opuścił głowy.
Była  doświadczoną  uwodzicielką,  pozbawioną  serca  dziewką, 

której  nie  sposób  się  oprzeć.  Mężczyźni  wszędzie,  włącznie  z  tym 
tutaj,  mówili  to  samo.  Dlaczego  więc  nie  miałaby  uwieść  Thomasa 
McClairena na tyle, żeby dał jej więcej pocałunków?

– Thomasie – szepnęła.
Spojrzał  na  nią  z  góry,  nie  dając  jej  dokończyć.  Jego  oczy 

błyszczały ledwie hamowanym pożądaniem. Przejął ją strach.

– Czy to jakieś czary? – zapytał chrapliwie. – Tortura obmyślona 

w  tej  twojej  pokrętnej,  małej  główce?  To  nie  jest  potrzebne.  Nie 
możesz sprawić, żebym pragnął cię bardziej i uczynić to pragnienie 
mniej nieznośnym.

– Jesteś przecież większy, silniejszy ode mnie.
Spojrzał na nią smętnie.
–  Przy  tobie  jestem  słabszy  niż  jednodniowe  kocię,  pani. 

Pokonałaś mnie. Nie mógłbym narzucać się tobie, tak samo, jak nie 
umiałbym pofrunąć.

–  Nawet  gdybym  cię  kusiła,  drażniła  się  z  tobą,  prowadziła  na 

milimetr  od  tego,  czego  pragniesz?  –  Nie  wiedziała,  jaki  diabelski 
odruch kazał jej to powiedzieć.

Potrząsnął głową.
–  Czy  chcesz  mojej  krwi,  Fio?  Chętnie  ją  oddam,  jeśli 

zaprzestaniesz swych gierek i zostawisz mnie w spokoju.

background image

164

– Nie mogę.
–  Zatem  nie  ruszymy  się  stąd,  bo  ja  nie  mogę  cię  zostawić.  –

Uśmiechnął się z bezgranicznym smutkiem.

Serce jej biło gwałtownie. Stała nad przepaścią.
– Czego chcesz? – zapytała cicho.
Odpowiedział natychmiast.
–  Chcę,  żebyś  kazała  mi  zostać  –  oznajmił.  –  Ale  kazała  mi 

zostać, wiedząc, że będę cię miał pod sobą.

Nie wspomniał słowem o miłości, ale ona była teraz kobietą, nie 

dziewczyną. Jej łoże małżeńskie nie znało miłości. Wiedziała, co to 
miłość,  bo  doznała  jej  braku.  Nie  musiał  jej  ubierać  w  słowa,  żeby 
była prawdziwa.

– Proszę – zdołała wykrztusić – zostań.
Uśmiechnął  się  radośnie,  z  triumfem.  Przerzucił  nogę  nad 

siodłem i zsunął się na ziemię, nie wypuszczając jej z objęć.

Przeniósł  ją  przez  szczyt  wzgórza,  tam,  gdzie  rosła  gęsta, 

soczysta,  słodko  pachnąca  trawa,  tuż  przy  sosnowym  zagajniku. 
Dopiero  wtedy  ją  puścił,  zajmując  się  teraz  zdejmowaniem  z  niej 
spódnic, podczas gdy ona pośpiesznie rozsupływała wstążki gorsetu, 
jakby  spodziewała  się,  że  lada  chwila  jakiś  zegar  wybije  godzinę  i 
czar pryśnie.

Spódnice  opadły;  gorset  został  usunięty;  pantofelki  ześlizgnęły 

się ze stóp. Thomas odstąpił do tyłu.

Fia  spojrzała  niepewnie,  nagle  zawstydzona  i  zmieszana. 

Dlaczego tak na nią patrzył? To ona miała być ta tajemnicza, nie on!

–  Czy  położymy  się…  razem?  –  zapytała  ku  zaskoczeniu 

Thomasa.

Słowa brzmiały sztucznie, niepewnie, jakby nie potrafiła nazwać

tego,  czego  chciała  od  niego.  Ramiona  ściągnęła  do  tyłu,  brodę 
uniosła  z  rozdzierającą  serce  odwagą.  Nie  wiedziała  jednak,  co 
zrobić  z  rękami.  Wisiały  sztywno  u  jej  boków  z  dłońmi 
odwróconymi w nieświadomej prośbie. A jej ogromne oczy patrzyły 
z gorączkową niecierpliwością i… strachem.

W jego głowie zrodziło się podejrzenie. Czy to możliwe?
– Fio – spytał – ilu miałaś kochanków?
Była  słodka,  taka  bezradna.  Zadrżała,  stojąc  przed  nim  w 

bieliźnie, z piersią ledwie osłoniętą koronkami koszuli.

– Fio?

background image

165

Wciągnęła głęboko powietrze; pierś zadrżała rozkosznie.
–  Miałam  męża  –  oświadczyła.  –  Ale  nigdy  nie  miałam 

kochanka.

Dar, który mu ofiarowała, oszołomił go.
– Pozwól mi być twoim kochankiem, Fio.
– Chciałabym – odparła słabym głosem – ale wątpię, żebym była 

w stanie chodzić.

Roześmiał  się  na  to  szczere  wyznanie,  zachwycony  jej 

uczciwością.  Chwycił  ją  w  ramiona  –  miękką,  jedwabistą,  gibką, 
elegancką  i  przestraszoną.  Przytulił  twarz  do  jej  szyi,  przesunął 
wargami wzdłuż obojczyka i polizał zagłębienie u nasady szyi.

Potem  opadł  na  kolana,  wysuwając  spod  niej  ramiona  i 

zdejmując kubrak, tak żeby miała się na czym położyć.

–  Boże,  uwielbiam  twoje  włosy  –  szepnął,  podnosząc  garść 

jedwabistej  masy  i  pozwalając  jej  ześlizgnąć  się  po  swojej  ręce. 
Chciał, żeby to trwało. Chciał się z nią bawić, dotykać jej i być przez 
nią dotykanym.

– Co się stało? – zapytała, wyczuwając jego drżenie.
–  Nic  –  zapewnił;  pożądanie  plątało  mu  język.  –  Chcę  ciebie. 

Chcę ciebie i jest mi ciężko po prostu… cię nie wziąć.

Jego szorstkość wywołała rumieniec na jej twarzy i szyi. Ujął jej 

twarz w dłonie i pochylił się nad nią, zdumiony tym, jaka jest mała i 
delikatna.

– Nie zrobię tego.
– Ale ja tego pragnę.
To  wyznanie  nie  było  już  nieśmiałe;  uwierzyła  w  ogrom  jego 

pragnienia.  Dobry  Boże,  co  w  tym  dziwnego,  pomyślał  niewesoło. 
Jego ciało zdradzało go w sposób mało subtelny.

Podniósł  jej  halki,  odsłaniając  nogi  wciąż  odziane  w  drogie, 

jedwabne  pończochy.  Usiadł,  ujął  ją  za  kostki  i  ułożył  jej  nogi  na 
swoich kolanach. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

Uśmiechnął się do niej łobuzersko.
–  Masz  piękne  nogi,  lady  Fio.  Najpiękniejsza  para  nóg,  jakie 

widziałem.

Jej oczy zalśniły, wydała leciutki okrzyk zdumienia i zachwytu. 

Jak bardzo Fia lubiła żarty!

– Aż żal je zakrywać – powiedział. – Po co to robić?

background image

166

–  Może  pod  tymi  pończochami  są  brzydkie  wrzody  –

powiedziała, lekko dysząc, z nogami na kolanach Thomasa.

–  Myślę,  że  kłamiesz,  lady  Fio  –  odparł  Thomas  ujmującym 

tonem. – Sądzę,  że  twoje  nogi  są bez  skazy,  tak  jak reszta twojego 
ciała, i zamierzam to sprawdzić.

Nadal patrząc jej w oczy, chwycił jej kolano jedną ręką, a drugą 

rozluźnił  powoli  podwiązkę  ze  wstążki.  Przesunął  palcami  po 
wrażliwej  skórze  pod  kolanem.  Zadrżała.  Drapieżny  uśmiech 
Thomasa stał się jeszcze gorętszy.

Powoli  zsunął  jedwabną  pończochę,  wodząc  leniwie  palcem 

wzdłuż jej łydki. Oczy mu płonęły. Ten uśmiech mówił: „a teraz cię 
zjem”.

– Jaką mam ci wyznaczyć karę, jeśli ta noga okaże się tak samo 

bez skazy, jak cała reszta? – zapytał.

Nie mogła wydobyć głosu. Oddychała z trudem. Podniosła się na 

łokciach,  żeby  zobaczyć  ciemne,  silne  palce  na  swoich  udach.  Ten 
widok był niesłychanie zmysłowy.

– I co? – Jego oczy pociemniały. – Jest doskonała.
– Muszą być na drugiej nodze.
Uśmiechnął się z niedowierzaniem, ale ujął drugą nogę i jednym 

palcem rozwiązał podwiązkę. Pogładził dłonią tył jej łydki, przesunął 
ją powoli ponad kolano. Jeszcze wyżej. I wyżej. Przymknęła oczy i 
zadrżała.  Jego  dłoń  powędrowała  jeszcze  wyżej,  do  szczytu  jej  ud. 
Głowa  zatoczyła  się  między  ramionami.  Nie  dość  tego.  Czuła  to, 
już… O, tak! Otoczył dłonią jej pośladki.

Oddychała szybko, zamknąwszy oczy, żeby lepiej się skupić na 

jego  dotyku,  cieple  i  wielkości  dłoni,  szorstkości  stwardniałych  od 
pracy palców.

– Połóż się.
Głos odezwał się  bardzo  blisko.  Objął jej plecy długim, silnym 

ramieniem, pomagając się ułożyć.

– Połóż się, Fio, moja miłości.
Fio,  moja  miłości.  Ile  dziewcząt  legło  z  szeroko  rozłożonymi 

nogami na dźwięk podobnych słów? Ponaglał ją delikatnie, ze słodką 
niecierpliwością. Jej ciało zwiotczało, gorące i jednocześnie napięte. 
Połóż się, Fio, moja miłości.

Otoczył ręką jej pośladki, przesuwając palce coraz niżej, między 

jej  omdlałymi  udami,  aż  pogładził  mały  czarny  trójkąt  między  jej 

background image

167

nogami. Drgnęła zaskoczona.

Znów  pogładził  wzgórek  u  dołu  brzucha,  tym  razem  mocniej  i 

dłużej,  kreślił  palcem  wskazującym  zawiłe  wzory  najpierw  na  jego 
krawędzi,  a  potem  coraz  niżej,  aż  opuszek  palca  zaczął  pieścić 
najbardziej czułe miejsce, podążając płynnie i  delikatnie do małego 
celu.

Wielki  Boże! Chwyciła  go za  ramiona, bojąc  się,  że  zmiecie ją 

fala doznań. Trzymał ją wolną ręką, drugą odprawiając jednocześnie 
swoje  porażające  czary,  szepcząc  niezrozumiałe  słowa,  które 
brzmiały zarazem jak błaganie i zachęta.

– Tak Tak – odparła bez tchu, zawierając w tym jednym słowie 

zgodę i ponaglenie. – Tak.

Uniosła instynktownie biodra, szukając go. Jedno kolano osunęła 

na ziemię, otwierając się całkiem na jego pieszczoty.

– Spokojnie, Fio.
Palec wszedł w nią.
Wygięła się do góry jak napięty łuk, wbijając w niego paznokcie. 

Nie wiedziała. Słyszała o tym, ale nigdy tego nie doznała, uważając 
się za jedną z tych szczęśliwych kobiet, które nie są wydane na łaskę 
cielesnego pożądania. Głupia!

Palec poruszał się coraz głębiej. W głowie jej wirowało, ziemia 

obracała  się  w  szaleńczym  tempie.  Podniosła  powieki,  szukając 
Thomasa. Szaroniebieskie oczy przylgnęły do jej twarzy; warstewka 
potu sprawiała, że jego skóra lśniła jak naoliwiony brąz.

Zrozumiała.  Pragnął  jej  całej.  Chciał  więcej  niż  to.  Ona  także. 

Pragnęła, aby wypełnił ją głęboko.

– Proszę – szepnęła.
– Tak? – zapytał ochryple. – Powiedz mi, czego pragniesz?
– Ciebie.
Stoczył się z niej; z rękami na zapięciu bryczesów. Złapała go za 

nadgarstek.

– Chcę ciebie we mnie i chcę… żebyś był nagi.
Czekała wstrzymuje oddech, przerażona własną śmiałością. Czy 

uzna ją za tanią, wyuzdaną…

Jednym  zręcznym  ruchem  podniósł  się  i  ściągnął  koszulę. 

Odrzucił  ją  niedbale  na  bok,  zrzucił  buty,  a  potem  szybko  rozpiął 
spodnie.

background image

168

Był  taki  męski.  Ciemne  włosy  porastające  jego  szeroką  pierś 

zwężały  się  klinem  w  stronę  brzucha.  Ramiona  z  wyraźnie 
zarysowanymi  mięśniami  były  mocne  i  szczupłe,  skóra  gładka  i 
czysta.

Odwrócił się trochę i zsunął spodnie. Jego pośladki były równie 

twarde  i  wyraźnie  zarysowane  jak  reszta  ciała,  biodra  wąskie,  nogi 
długie. Przeniosła wzrok na jego twarz.

Wpatrywał  się  w  nią  ze  skupioną,  pełną  napięcia  uwagą,  jakby 

zamierzał ją połknąć, albo pochłonąć w jakiś inny sposób. Wysunął 
się z bryczesów i zrzucił bieliznę.

Powiodła  oczami  w  dół  płaskiego  brzucha.  Thomas  podążył  za 

jej  wzrokiem  do  miejsca,  gdzie  jego  członek  wzniósł  się  dumnie, 
gruby  i  wielki.  Nagły  niepokój  walczył  teraz  z  jej  pożądaniem. 
Uśmiechnął się lekko, ukazując ten swój czarujący dołek w policzku. 
Ten uśmiech był bardzo pewny siebie.

– Nie zrobię ci krzywdy.
– Wiem.
Mówił prawdę. Nie uczyni jej żadnej krzywdy, chyba że zostawi 

ją  tak,  jak  teraz,  na  krawędzi  jakiegoś  tajemniczego,  kobiecego 
przeżycia,  którego  istnienia  nawet  nie  podejrzewała,  a  w  tej  chwili 
nade wszystko pragnęła poznać.

Ukląkł  obok  niej  i  delikatnie  rozsunął  brzegi  koronkowej 

koszuli.

– Piękne.
Nigdy  nie  rozumiała  męskiej  fascynacji  piersiami,  teraz  jednak 

była  z  niej  zadowolona.  Zadowolona,  że  Thomas  zachwyca  się  nią 
tak  otwarcie,  z  taką  miłością.  Sprawił,  że  poczuła  się  niezwykle 
kobieca, dziwnie bezradna, a jednak pełna mocy.

Wiedziała, że jest piękna, ale nigdy nie czuła się piękna, dopóki 

Thomas McClairen jej tak nie nazwał.

Pochylił głowę i dotknął wargami jej sutka. Całował go, pieścił 

językiem,  ssał  w  ciepłym  wnętrzu  ust,  robił…  cudowne, 
podniecające  rzeczy,  toczył  między  wargami  jedwabistą  delikatną 
słodycz, póki nie zwilgotniała, pocierał nosem jej pierś, poświęcając 
uwagę obu piersiom.

Mruczała z rozkoszy, i chwytając obiema rękami jego jedwabiste 

włosy, przyciągała do siebie ciemną głowę.

background image

169

Wbiła  pięty  w  ziemię,  unosząc  biodra,  żądając,  błagając, 

szukając tego, czego pragnęła.

Jego.
W niej.
W końcu ręka Thomasa ześlizgnęła się na jej biodro. Popchnął ją 

delikatnie na ziemię i przełożył przez nią ciężką nogę. A ona poczuła 
spragniony, ciepły i twardy jak stal członek tuż przy sobie.

Pocałował  ją  w  usta,  pieszcząc  jej  wargi  swoimi,  tak  jak 

poprzednio.  Wiedziała  teraz,  czego  chce.  Otworzyła  usta, 
przeczesując  palcami  gęstwinę  jego  włosów,  po  czym  przesunęła 
dłońmi  wzdłuż  jego  pleców,  zachwycając  się  mocą  jego  mięśni  i 
gładkością skóry. A przez ten czas on całował ją głęboko i mocno.

Podciągnął biodra, układając się na niej. Jego ciało było twarde i 

władcze, jej – miękkie i oddane. Wsunął dłoń między nich. Ujął swój 
twardy miecz i powoli, delikatnie wsunął go między jej dwie śliskie 
fałdy.  Krzyknęła,  a  on  upajał  się  tym  dźwiękiem,  przysuwając  się 
bliżej, głębiej, aż…

–  Fio  –  szepnął,  wsuwając  się  w  nią  gwałtownym,  lecz 

opanowanym  ruchem.  Zadrżała.  Przerwał  pocałunek,  przesunął 
ustami po jej policzku i oparł czoło na ziemi obok niej.

–  Usiłuję  nad  tym zapanować  –  szepnął  w  napięciu.  –  Błagam, 

pomóż mi. Nie ruszaj się.

Otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  ruszać  się?  Skoro  on  jest  w  niej, 

czuje, jak leży na niej?

Niemożliwe!
Zakołysała  biodrami.  Jego  miecz  w  odpowiedzi  wycofał  się  z 

niej gwałtownie. O tak! Jeszcze. Jeszcze. Wysunął się z niej, potem 
powoli  znów  w  nią  wszedł.  A  ona  towarzyszyła  tym  ruchom, 
pragnąc ich więcej.

–  Nie,  poczekaj  –  szepnął  ochryple.  Wysunął  się  z  niej  z 

powolnym  westchnieniem  rozkoszy.  –  Teraz,  chodź  do  mnie, 
kochana.

Wszedł w nią gwałtownie, gdy uniosła biodra. Krzyk odkrywcy 

wyrwał się z jej ust.

– Jeszcze.
I  jeszcze.  Z  każdym  ruchem  uczyła  się  odwiecznego  rytuału. 

Przeżywała to każdym włókienkiem ciała. Jego pchnięcia były coraz 
głębsze i mocniejsze.

background image

170

– Tak  –  zaszlochała.  –  Proszę.  –  Bo  było  jeszcze  o  co  prosić. 

Pozostała jakaś obietnica do spełnienia.

Twarde  mięśnie  na  jego  piersi,  poprzecinane  sznurami  żył, 

napięły się. Skóra poczerwieniała z wysiłku.

Zamknęła oczy. Na atłasowej czerni zapalały się iskry. Rozkosz 

owładnęła  nią  tak  intensywna,  jak  ból.  Westchnęła,  gdy  twarde  jak 
skała ciało poruszało się nad nią, w niej, razem z nią.

Zatraciła 

się, 

instynkt 

przezwyciężył 

obawę 

przed 

niebezpieczeństwem.

– Proszę, Thomasie! Proszę!
Otoczył ją ramionami, uniósł  do góry. Przytulił  usta do jej szyi 

delikatnie, jakby na przekór twardym pchnięciom.

– Chodź, Fio – mruknął. – Chodź.
Ogarnęło ją ciepło, coraz bliżej i bliżej, póki wszystko nie stało 

się pożądaniem.

– Teraz ty. Zrób to teraz.
Po  tych  słowach  pożądanie  wybuchło  fajerwerkami  rozkoszy, 

przetaczając się przez jej ciało jak burza.

– Thomasie – szepnęła zdumiona. – Thomasie!
Nie odpowiedział, nie był w stanie. Jej ciało dopasowało się do 

jego  ciała,  przyjmując  i  odpowiadając  na  jego  namiętność  z  równą 
pasją. Nie istniało nic poza nimi dwojgiem, jej krzykiem, pięknem jej 
spełnienia.

Uda jej zesztywniały, palce wpiły się w jego ramiona. Krzyknęła 

ponownie. Był to krzyk nasycenia, gdy głęboko zacisnęła się wokół 
niego.

Teraz  on  przeżył  spełnienie.  Położył  dłonie  przy  jej  bokach, 

uniósł  wysoko biodra  i  wszedł  w nią do końca,  wykrzykując swoją 
rozkosz ku niebu.

background image

171

20

Fia  dotknęła  twarzy  Thomasa,  kładąc  opuszki  palców  na  jego 

ustach. Jej oczy były przejrzyste, ale smutne, jak światło księżyca.

– Nie wiedziałam, że tak może być – powiedziała.
Odwrócił  głowę  i  pocałował  jej  palce,  wyczytując  w  jej 

uśmiechu żal i rezygnację. Wiedział, co powie, zanim usłyszał słowa, 
a jednak każde z tych słów było jak nóż wbity w jego serce.

– To się nie może powtórzyć.
– Nie?
– To… bolałoby jeszcze bardziej, gdy się skończy.
Chciał  zaprzeczyć,  zapytać,  dlaczego  ich  miłość  musi  się 

skończyć. Dlaczego coś, co było takie prawdziwe i doskonałe, ma się 
skończyć?

Uczciwość  nie  pozwoliła  mu  na  to.  Miała  rację.  Dostrzegła 

zrozumienie na jego twarzy i zanim zdołał wyczytać coś więcej z jej 
myśli,  schyliła  głowę i  odwróciła się,  zawiązując  sznurowanie  przy 
koszuli. Jej szyja wydawała się krucha i delikatna.

Gdyby  to  był  romans  z  bajki,  zasnęliby  w  swoich  objęciach  i 

obudzili  się,  czując  na  twarzach  cień  przelatujących  łabędzi. 
Zaczęliby sobie szeptać słodkie przysięgi i zaklęcia, wstaliby z łoża z 
pachnących traw i odjechali ku zachodowi słońca.

Ale to nie była baśń.
Odwrócił głowę, przypominając sobie z  goryczą,  że  nie istnieją 

niezależnie od przeszłości, i od przyszłości. To, co robili, było ważne 
nie tylko dla nich, ale i dla innych. Wystarczyło spojrzeć na wschód, 
w stronę Wyspy McClairenów i ludzi, których tutaj sprowadził, żeby 
zrozumieć, jak mało czasu może poświęcić własnemu bólowi, nawet 
jeśli rana wydawała się śmiertelna.

Nawet, gdyby było inaczej… Nadal na tej ziemi był wyjęty spod 

prawa.  Wkrótce  będzie  musiał  uchodzić  z  Anglii,  prawdopodobnie 
na zawsze, jeśli mu życie miłe.

A Fia? Fia nadal była córką Carra i tydzień miłej rozmowy czy 

parę  chwil  namiętności  tego  nie  zmienią.  Znał  Fię  na  tyle  dobrze, 
żeby powierzyć jej własne życie, ale nie dość dobrze, by powierzyć 
jej życie innych ludzi. Ale to nie umniejszało pragnienia.

Gdyby  mieli  się  znowu  kochać  –  bo  więcej  w  tym,  co  zrobili 

razem,  było  miłości  niż  zwykłego  pożądania  –  „pragnienie” 

background image

172

zamieniłoby się w niemożliwą do zaspokojenia namiętność. Może na 
resztę życia.

Do  licha,  pomyślał.  Jak  na  człowieka,  który  chciał  usunąć  z 

życia  wszystko,  co  wiązało  się  z  Merrickami,  narobił  niezłego 
bałaganu.

Wciągnął buty i wstał. Chciał jej dotknąć, ale bał się, że wzbudzi 

pożądanie, które tliło się tuż pod powierzchnią.

– Wkrótce będzie za ciemno, żeby wrócić do dworu, droga jest 

zbyt słabo widoczna. Tę noc musimy spędzić w Rumieńcu Dziewicy.

Odwróciła się; jej niezwykle spokojna twarz przeczyła wyrazowi 

oczu.

–  Nie  martw  się  –  powiedział.  –  Nie  przeszkodzisz  mi  swoją 

obecnością. W murach zamku niektóre pokoje są już gotowe, w paru 
z nich jest już kilka prostych mebli. Będziesz spać w jednym, a ja w 
drugim. – Pod gwiazdami, pomyślał, ale tego nie powiedział.

Nie  śmiał  pozostawać  blisko  tego,  czego  tak  bardzo  pragnął. 

Ostatecznie był tylko mężczyzną.

Skinęła  głową  i  poczekała,  aż  przyprowadził  konie.  Bardzo 

ostrożnie podniósł ją i wsadził na siodło, po czym sam wskoczył na 
grzbiet swego konia.

Dróżka prowadziła do wąskiego, kamienistego przesmyku, który 

łączył  ląd  z  wyspą.  Przeszli  na  drugą  stronę,  gdy  mrok  wieczoru 
przeszedł w ciemność nocy. Nad ich głowami ptaki kołowały na tle 
nieba koloru indygo, a w trawie bzyczały owady. Na odbudowanym 
tarasie  migotało  światło  pochodni.  Kilku  kamieniarzy  nadal 
obrabiało kamienne bloki.

Fia  rozpoznała  w  jednym  z  nich  olbrzyma  Jamiego,  który 

powitał  ich  na  plaży.  Podniósł  głowę  na  odgłos  końskich  kopyt  i, 
rozpoznawszy Thomasa, ruszył w ich stronę.

–  No  tak…  –  Jamie  wymówił  te  słowa  powoli,  wodząc 

wszystkowiedzącym  wzrokiem  od  Thomasa  do  Fii.  –  Najwyższy 
czas.

– Zamilcz, Jamie – powiedział Thomas z większą złością, niż na 

to  zasługiwały przyjazne,  choć dwuznaczne słowa  olbrzyma. –  Każ 
komuś zająć się końmi. Lady MacFarlane zostanie na noc.

Olbrzym  otworzył  usta,  ale  jedno  spojrzenie  na  gniewną  twarz 

Thomasa  przekonało  go,  że  mądrzej  będzie  milczeć.  Zawołał 
jednego z mężczyzn.

background image

173

Thomas  zsiadł  z  konia  i  nie  czekając  na  przyzwolenie  Fii, 

chwycił  ją  w  pasie  i  postawił  na  ziemi.  Opuścił  ręce  i  stanął,  nie 
patrząc na nią.

Fia  odczuła  ból,  ale  nie  gorycz  czy  żal.  To  nie  niechęć  kazała 

Thomasowi  odwrócić  wzrok  i  dotykać  jej  tak  beznamiętnie. 
Przeciwnie  –  sprawiało  to  pożądanie,  szaleńcze,  beznadziejne, 
bolesne pożądanie. Wiedziała, ponieważ czuła to samo.

Jadąc za nim, gdy schodzili z gór, wpatrywała się w proste plecy, 

szerokie  ramiona,  w  biodra,  które  poruszały  się  płynnie, 
dostosowując  do  rytmu  końskiego  biegu.  Nachodziły  ją  fale 
pożądania,  budziły  się  świeże  wspomnienia  jego  bioder 
poruszających się  przy  jej  ciele,  szerokiej  piersi,  która  ją  okrywała, 
ramion, które ją obejmowały.

To dobrze, że  on tak jak i  ona uświadomił sobie szaleństwo  tej 

miłości.

Nigdy nie miała kochanka, bo tego nie chciała. Ale teraz, kiedy 

go już miała, pragnęła czegoś więcej. Chciała Thomasa. Nie na parę 
godzin, ale na wszystkie możliwe godziny i dni. Gdyby jednak uległa 
pokusie, nie zyskałaby niczego. Poza śmiercią Thomasa.

Albowiem  Carr,  odkrywszy,  co  zrobiła,  wydałby  Thomasa 

władzom;  aresztowano  by  go  i  powieszono,  a  jego  głowę  zatknięto 
na palu. Nie mogłaby z tym żyć.

Powinna  być  wdzięczna.  Sześć  lat  temu  porzuciła  wszelkie 

fantazje  na  temat  Thomasa,  a  teraz,  niezwykłym  zrządzeniem  losu, 
dane  jej  było  zakosztować  smaku  owych  marzeń,  które  okazały  się 
cudowniejsze  niż  wszystko,  co  zdołała  sobie  wyobrazić.  Powinna 
czuć  wdzięczność  za  to,  co  zostało  jej  dane.  Ale  nie  czuła,  chciała 
więcej, bo była chciwa i samolubna. Jak Carr.

W przeciwieństwie jednak do Carra, nie pozwoli, by rządziła nią 

chciwość. Nie każe Thomasowi płacić za swoją zachłanność.

Zmusiła się, żeby rozejrzeć po okolicy i ogarnęło ją zdumienie, 

uwalniając od bolesnych rozważań.

Ruszyła  naprzód,  wabiona  widokiem,  jaki  się  przed  nią 

rozpościerał.  Oddychała  z  trudem.  Odchyliła  głowę  do  tyłu,  nie 
zdając  sobie  sprawy,  że  uśmiecha  się,  rozpoznając…  Rumieniec 
Dziewicy.

–  Powiadają  –  usłyszała  obok  szept  Thomasa  –  że  Dougal 

McClairen  zobaczył  po  raz  pierwszy  Lizabet  McIntere  w  domu  jej 

background image

174

ojca, kiedy miała zaledwie trzynaście lat. Dougal widział dziewczynę 
tylko  raz,  ale  to  wystarczyło.  Opuścił  dom  McIntere'a,  wędząc,  że 
stary  łotr  chce  spowinowacić  swoją  rodzinę  z  bogatszą,  wydając 
Lizabet  odpowiednio  za  mąż.  To  nie  miało  znaczenia  dla  Dougala. 
Poprzysiągł, że ją dostanie. Przybył na wyspę i zbudował zamek nie 
do  zdobycia.  To  mu  zabrało  cztery  lata,  a  kiedy  skończył,  zebrał 
siedemdziesięciu  dobrze  uzbrojonych  górali  i  ruszył  w  zaloty. 
Lizabet,  na  szczęście,  jeszcze  nie  wyszła  za  mąż  –  chociaż  Dougal 
przysiągł, że to by nie miało znaczenia – a McIntere, rzuciwszy raz 
okiem na ludzi Dougala, przystał na małżeństwo. Dougal sprowadził 
Lizabet na tę wyspę… – Głos Thomasa ochrypł i zamilkł.

–  Zatrzymali  się  na  szczycie  wzgórza,  tuż  przed  zachodem 

słońca – ciągnęła cichym głosem Fia, bo świetnie znała tę opowieść, 
słyszała  ją  w  dzieciństwie,  od  Gunny.  Jej  wzrok  wędrował  z 
zachwytem  po  szorstkim,  srebrnawym  kamieniu  budowli, 
połyskujących,  głęboko  osadzonych  oknach  i  wysokich  iglicach 
wież. –I Dougal złożył uroczysty ślub. Kiedy Lizabet znajdzie się w 
murach zamku,  nie  dotknie  jej żaden  mężczyzna  poza  nim.  Lizabet 
zaczerwieniła się, a górale, którzy z nimi byli, słyszeli ślubowanie i 
widzieli rumieniec pani, i wydało im się, że w zachodzącym słońcu 
wielka szara forteca także spłoniła się od zapału swojego pana. Tak 
więc, po wsze czasy, zamek miał nosić miano Rumieńca Dziewicy.

Odwróciła się, wiedząc, że Thomas patrzy na nią. Pomyślała, że 

choćby  Dougal  spoglądał  na  żonę  z  największym  pożądaniem,  nic 
nie  mogło  się  równać  ze  spojrzeniem  szaroniebieskich  oczu 
Thomasa.

– Aż do czasów Carra – odezwał się Jamie, przerywając chwilę 

milczenia. Stał w pobliżu, uśmiechając się z goryczą.

– Tak – szepnął Thomas – aż do czasów Carra.
Jej ojciec zdobył zamek, zdradzając królowi jakobickie sympatie 

McClairenów,  a  potem,  potajemnie  złożył  donos  na  swego 
dobroczyńcę,  lana  McClairena,  i  tym  sposobem  doprowadził  do 
egzekucji i wodza klanu, i prawowitego właściciela zamku.

Wszedłszy w posiadanie zamku, nagrody za zdradę, Carr zabrał 

się  za  przekształcanie  wielkiej  szarej  damy  w  zwykłą  dziewkę. 
Pokrył  budowlę  dziwacznymi  ozdóbkami,  zniekształcił  dumną 
sylwetkę gmachu i zasłonił surowe ściany.

background image

175

Ale teraz… wieże uwolniły się od niepotrzebnych iglic i przypór. 

Blanki okalały szczyty jak prosta korona głowę starożytnego władcy. 
Nic  nie  zasłaniało  szarego kamienia.  Wszystko do  siebie  pasowało, 
jakby wykute z jednej bryły.

–  To  wspaniałe,  Thomasie  –  powiedziała  cicho  Fia.  –  Jak 

zdołałeś to zrobić? Skąd zdobyłeś pieniądze?

–  Piractwo  bardzo  mi  się  opłaciło  –  powiedział  z  ukradkowym 

uśmiechem.

Odwróciła się gwałtownie.
– Myślałam, że zajmujesz się przewozem towarów. 
Wzruszył ramionami.
– Czasami jedno miesza się z drugim.
– Rozumiem. – I tak też było. Niebezpiecznie było żeglować po 

morzach,  gdzie  grasowali  piraci,  ale  ściganie  i  zmuszanie  do  walki 
wrogich okrętów  niosło  również ogromne  ryzyko.  Nie podobało  jej 
się, że tak igrał z życiem, i to najwyraźniej często.

–  Robię  to  bardzo  dobrze,  Fio  –  powiedział.  –  I  nie  tylko  ja 

finansuję  odbudowę  zamku.  Jamie  Craigg  i  kilku  innych  także 
wyprawiało się na morze.

–  Rozumiem.  –  Poczuła  szczypanie  pod  powiekami.  Nie  miała 

prawa czuć takiego gniewu, a tym bardziej bać się o niego. To, że raz 
się  kochali,  nie  dawało  jej  takiego  przywileju.  Uznałby,  że  jest 
zaborcza, może powziąłby do niej niechęć.

Opanowała  się,  spoglądając  na  groźny  budynek,  który  go  tyle 

kosztował. Ta świadomość przyćmiewała nieco przyjemność płynącą 
z oglądania zamku.

–  Skąd  wiedzieliście,  jak  to  zrobić?  –  zapytała,  usiłując  nie 

myśleć o niebezpieczeństwach, na jakie się narażał i na jakie miał się 
narażać w przyszłości.

–  Polegamy  na  pamięci  tych,  którzy  mieszkali  w  zamku  przed 

Carrem – odparł.

– A jest ich wielu?
–  Nie.  Zbyt  mało,  i  pamięć  mają  słaba  –  oznajmił  Jamie, 

marszcząc  szerokie,  ogorzałe  czoło.  –  Zamierzałem,  Tommy, 
pogadać o tym z tobą. – Zagryzł wargę. – Mamy kłopot.

– Tak? – powiedział Thomas z niepokojem.
–  Nie  ma  nikogo,  kto  pamiętałby  komnaty  wokół  środkowego 

holu  –  ciągnął  Jamie.  –  Wiemy,  jak  wyglądało  północne  i 

background image

176

południowe  skrzydło,  bo  są  tacy,  co  mieszkali  w  tych  częściach 
zamku.  Ale  chociaż  jadali  w  głównym  holu,  rzadko  bywali  na 
pokojach.

– Do diabła – mruknął Thomas pod nosem. – Ale chyba możemy 

spróbować je odtworzyć, tak?

Jamie nie wydawał się przekonany.
– Same fundamenty to za mało, żeby odtworzyć dawny układ.
– Może mogłabym pomóc – odezwała się Fia. Znała komnaty na 

pamięć,  nie  tylko  układ  narzucony  przez  Carra,  ale  również  ten 
oryginalny.

Thomas spojrzał na nią ostrzegawczo. Odwzajemniła spojrzenie 

ze  spokojem.  Nie  zamierzała  zdradzać,  kim  jest.  Wiedziała 
doskonale,  na  jakie  niebezpieczeństwo  mogłaby  się  narazić  córka 
Carra.

Jamie przyglądał się jej z ciekawością.
–  Gościłam  kiedyś  w  Rumieńcu  Ladacznicy  –  powiedziała.  –

Spędziłam tam kilka miesięcy.

Wyraz  zdziwienia  na  twarzy  Jamiego  pogłębił  się  i  Fia 

uświadomiła  sobie  po  niewczasie,  że  przed  sześcioma  laty,  kiedy 
zamek  spłonął,  była  dzieckiem  –  przynajmniej  w  mniemaniu 
większości ludzi. Nie było możliwe, żeby Carr ją zaprosił.

– Mój ojciec przebywał w zamku jako gość Carra – wyjaśniła. –

Matka  zmarła,  kiedy  byłam  mała,  toteż  towarzyszyłam  ojcu.  Lord 
Carr pozwolił mi korzystać z biblioteki. Były tam foliały i mnóstwo 
szkiców  zamku,  namalowanych  przez  młodą  dziewczynę  z  klanu 
McClairenów.  Wiele  z  nich  stanowiło  studium  wnętrza  zamku. 
Domyśliłam się, sądząc po ilości obrazów i licznych szczegółach, że 
nieznana artystka mieszkała w środkowej części zamku.

–  Czy  to  prawda?  –  sapnął  Jamie,  patrząc  na  nią,  jakby  była 

manną zesłaną z niebios.

– Tak – odparła.
– I pamiętasz te obrazy?
–  Bardzo  dobrze.  Kopiowałam  je  –  oznajmiła,  a  widząc 

niedowierzające  spojrzenie  Jamiego,  dodała:  –  Nie  było  tam  zbyt 
wiele do roboty dla dziewczynki w moim wieku.

–  Ach!  –  jęknął  Jamie  w  zachwycie,  a  szeroką  twarz  ozdobił 

uśmiech. Poklepał Thomasa  po  ramieniu. –  A więc  to  dlatego  ją tu 
sprowadziłeś! Nigdy bym nie pomyślał, że należysz do ludzi, którzy 

background image

177

łączą przyjemność z pracą, chociaż gdy się na nią spojrzy, trudno się 
temu dziwić.

–  Zamilcz,  Jamie  –  powtórzył  Thomas  z  mieszaniną  urazy  i 

niepokoju.  Jamie  nie  obraził  się.  Na  jego  kłopot  znalazła  się 
nieoczekiwanie rada.

–  Czy  mogłabyś  od  jutra  zacząć  rysować  dla  nas  szkice,  lady 

MacFarlane?

– Oczywiście. We dworze też będę nad nimi pracować.
– We dworze?! – zawołał Jamie z oburzeniem. – To strata czasu.

Do południa przygotujemy ci milutki pokój w zamku. Po co męczyć 
się,  jeżdżąc  tam  i  z  powrotem,  jeśli  będziesz  tutaj,  prędzej  się 
dowiemy, gdy coś zrobimy nie tak, jak trzeba, co? – Zwrócił się teraz 
do  Thomasa.  –  Najlepiej  będzie,  jak  dziewczyna  tu  zostanie, 
Thomasie.

Zostać w Rumieńcu Dziewicy z Thomasem? Rozmawiać z nim, 

móc  wyjrzeć  za  drzwi  albo  przez  okno  i  wiedzieć,  że  może  go 
spotkać?  Ta  myśl urzekła  ją  jak  pieśń  syreny.  Nie  mogła pozbawić 
się kilku dni marzeń.

Spojrzała w ciemną, zasępioną twarz Thomasa.
– Tak, Thomasie – powiedziała. – Najlepiej będzie, jeśli zostanę.
W głębi jego oczu zapaliło się światełko. Wyciągnął do niej rękę 

i znieruchomiał.

– Może zostać – zdecydował.

background image

178

21

Droga  do  londyńskich  doków  okazała  się  nieprzejezdna.  James 

Barton wystawił głowę przez okno powozu i krzyknął na woźnicę:

– Wysiądę tutaj i pójdę dalej pieszo.
–  Łatwo  ci  mówić,  panie,  ale  ja  cię  wpakowałem  w  ten 

galimatias  i  nie  dostanę  za  to  zapłaty.  Trudno  będzie  się  stąd 
wydostać – powiedział woźnica z urazą i splunął.

James  rzucił  mu  parę  monet  i  wysiadł.  Tylko  kilka  kilometrów 

dzieliło  go  od  miejsca,  gdzie  kotwiczyła  „Sea  Witch”.  Obiecał 
Thomasowi,  że  popłynie  wokół  przylądka  i  tak  zrobi,  za  dwa  dni. 
Dzisiaj  właśnie miał  dokonać  inspekcji  statku, żeby  sprawdzić  jego 
stan przed podróżą.

Był  to  jakiś  sposób  na  spędzenie  czasu,  zwłaszcza  od  chwili, 

kiedy  zdecydował,  że  nie  może  odwiedzać  ślicznej  Sarah  Leighton 
trzy  popołudnia  z  rzędu.  Odkąd  Fia  zniknęła,  a  Thomas  odpłynął, 
Bóg wie dokąd, na niesprawnym statku, zbyt wiele czasu spędzał w 
towarzystwie panny Leighton.

Tego  dnia,  kiedy  zabrał  ją  i  Pipa  z  parku  St.  James,  zwrócił 

uwagę na jej słodycz i troskę o brata. Następnego dnia zwrócił szal, 
który  zostawiła  w  powozie,  a  ona  zaprosiła  go  do  domu,  by  mu 
podziękować  za  pomoc.  Powoli  zaczął  się  bać,  że  wypełnia  pannie 
cały wolny czas.

– Barton!
James odwrócił się, szukając źródła władczego głosu.
–  Tutaj,  panie! –  Na  ulicy,  gdzie  natłok  pojazdów  spowodował 

zahamowanie  ruchu,  z  okna  polakierowanego  na  czarno  powozu 
wysunęła się okuta srebrem laska i uderzyła w drzwi. W mrocznym 
wnętrzu  powozu  dostrzegł  z  trudem  dwie  postaci,  jedną  chudą  jak 
kościotrup,  drugą  w  wysokiej  peruce  nad  przystojną  twarzą.  Lord 
Carr.

– Nie gap się tak, panie – polecił głos. – Chodź tutaj.
Tego  właśnie  chcieli  on  i  Fia,  żeby  Carr  odszukał  Jamesa  i 

zażądał  wzięcia  go  do  spółki  przy  oszustwach  ubezpieczeniowych. 
James  zgodziłby  się  tylko  pod  warunkiem,  że  Carr  przepisze  na 
niego Bramble House, które on z kolei przekazałby Fii. Teraz jednak, 
kiedy ta chwila nadeszła, James poczuł ukłucie strachu.

background image

179

James  Barton nigdy nie  krył się  przed  niebezpieczeństwem,  ale 

do  tej  pory  nie  doznał  wrażenia,  że  dobrowolnie  staje  wobec 
czystego zła. A tak było teraz. Z wahaniem otworzył drzwi.

– Wsiadaj. Wsiadaj, Barton, powiadam.
Robię to dla Fii, pomyślał James i wsiadł.
Lord Carr  siedział  naprzeciwko lorda Tunbridge'a, o którym od 

dawna krążyły słuchy, że jest jego agentem i aniołem zagłady. Carr 
gestem  nakazał  Jamesowi,  żeby  usiał  obok  Tunbridge'a  i  James 
posłuchał.  Tunbridge  nie  spojrzał  na  niego.  Jak  mechaniczny 
człowiek oczekiwał, aż nakręci go dłoń Carra.

Carr przyjrzał się Jamesowi spod ciężkich powiek. Jego długie, 

eleganckie palce rozluźniły się na gałce laski.

– Dużo czasu minęło, co?
– Istotnie, panie – odparł James. 
Miękkie usta Carra wykrzywiły się.
– Wyobrażam sobie, żeś się mnie spodziewał. Do tego zmierzały 

te wszystkie machinacje Fii.

James  nie  umiał  opanować  zaskoczenia.  Carr  zauważył  to  i 

zachichotał.

– Obawiam się, że Fia zgłupiała, mieszkając na wsi. Oczywiście, 

że wiem, co planuje. To w końcu moje dziecko, prawda?

James  przełknął  ślinę;  diabeł,  który  siedział  w  tym  człowieku, 

objawił się. Był w jego głosie, w radosnym triumfie.

Uśmiech znikł nagle z twarzy Carra. Przeniósł wzrok za okno.
– W porządku, James! – krzyknął. – Kiedy tylko Fia powiedziała 

mi  o  upodobaniu  Bartona  do  wsi,  wiedziałem,  co  jej  chodzi  po 
głowie, tak jak wiem, czego chcesz ty!

James,  zaskoczony,  rozejrzał  się  dookoła.  Poboczem  drogi 

posuwał się wolno tłum ludzi z niższych klas. Wydawało mu się, że 
gdzieś  w  tłumie  mignęła  elegancka  spódnica  damy  i  modny 
kapelusz.

– Na co patrzysz, panie? – zapytał Carr. – Mówię do ciebie!
James zmieszany odwrócił się. Tunbridge pozostał nieruchomy i 

niemy, ale jego orle nozdrza zadrżały jakby w wyrazie kpiny.

W  lśniących  szafirowych  oczach  Carra  pojawił  się  niedobry 

błysk. Czy Carr prowadził ze mną jakąś grę? – zastanawiał się James 
z niechęcią.

background image

180

Był zwykłym, prostolinijnym mężczyzną, ale w ciągu paru chwil 

spędzonych  w  towarzystwie  Merricka  zrozumiał  głębię  jego 
szaleństwa i to, do czego jest w stanie się posunąć, żeby wygrać.

Powinien zdać sobie z tego sprawę wcześniej. Oboje powinni o 

tym pomyśleć.

Jak Fia i on sam mogli żywić nadzieję, że wygrają z kimś takim? 

Czyż  Carr  nie  zabił  matki  Fii  i  dwóch  kolejnych  żon?  A 
najprawdopodobniej również innych ludzi.

Zesztywniał. Carr zauważył to i napawał się jego reakcją.
– Powód, dla którego zatrzymałem cię, panie – powiedział – jest 

następujący.  Mam  wiadomość  dla  milej  Fii.  Przekaż,  proszę,  że  jej 
plan  całkiem  się  nie  powiódł,  że  spotkał  go  los  równie  zły,  jak, 
powiedzmy, ten, który wkrótce spotka „Alba Star”.

James  otworzył  szeroko  oczy.  Carr  roześmiał  się  z 

zadowoleniem.

–  Widzę,  że  nie  rozumiesz!  Pozwól,  że  cię  oświecę,  Barton, że 

byś  mógł  to  przekazać  Fii.  Chętnie  powiedziałbym  jej  to  sam,  ale 
właśnie wyruszam w podróż na kontynent i muszę odmówić sobie tej 
szczególnej przyjemności. A więc po pierwsze – splótł palce na gałce 
laski  i  pochylił  się  naprzód  –  podoba  mi  się  twój  interes 
ubezpieczeniowy  i  gratuluję  dotychczasowych  sukcesów.  –  Carr 
skłonił uprzejmie głowę.

Dobrze, pomyślał James. Carr złapał się na plotki, które oboje z 

Fią starannie rozpowszechniali. Może nie wszystko stracone.

–  Fia  jednak  powinna  zdawać  sobie  sprawę,  że  nigdy  nie  będę 

dążył do tego, żeby stać się częścią waszego duetu.

Nadzieje Jamesa się rozwiały.
– Ludzie, z którymi wchodzę w podobne układy, to ci, którzy do 

mnie  należą.  –  Odchylił  się  do  tyłu  i  westchnął.  –  Nie  jesteś  mój, 
panie. Jeszcze nie. Zastanowię się nad naprawą tej sytuacji.

Zanim  James  zdążył  odpowiedzieć,  Carr  pomachał  laską  w 

powietrzu.

–  Mam  wszakże  twojego  wspólnika,  Thomasa…  Donne'a,  tak 

się, ponoć, mieni? Jego uczyniłem swoim partnerem.

Powietrze  w  małym,  mrocznym  powozie  nagle  zgęstniało.  U 

nasady kręgosłupa  James  poczuł  mróz.  Obawa o  Thomasa  wzrosła, 
kiedy plany jego i Fii się zawaliły. Carr jako wspólnik Thomasa? To 
nie  miało  sensu!  Dlaczego  Thomas  nic  mu  nie  powiedział?  W  jaki 

background image

181

sposób Carr mógł „mieć” Thomasa?

Nie  potrafił  uratować  planu  Fii,  ale  mógł  próbować  chronić 

Thomasa.

– Czym szantażujesz Thomasa? – zapytał.
– Chcesz powiedzieć, że nie wiesz? Hm, hm. A ja myślałem, że 

jesteście dobrymi przyjaciółmi – odparł Carr bezbarwnym głosem.

–  Nie  obchodzi  mnie,  co  Thomas  zrobił,  albo  raczej,  co  zrobił 

wedle twego mniemania! – zawołał gniewnie James.

–  Czyżby?  –  zapytał  Carr.  –  To  dobrze,  bo  skoro  Thomas  nie 

uznał  za  stosowne  opowiedzieć  ci  o  swojej  przeszłości,  to  ja  z 
pewnością nie jestem do tego uprawniony.

– Nędzny draniu! – warknął James. 
Lśniące oczy Carra przygasły.
– Uważaj – ostrzegł.
James  nie  mógł  nic  zrobić.  Nawet  gdyby  ofiarował  siebie  albo 

statek w zamian za Thomasa, nic dobrego by z tego nie wyszło. Carr 
nie należał do ludzi, którzy dotrzymują umów.

– Bądź przeklęty, Carr – powiedział James ochrypłym z gniewu 

głosem.  –  Masz  żałosne  straszydła,  jak  ten  tutaj  –  kiwnął  głowę  w 
stronę  Tunbridge'a  –  które  gotowe  są  wypełnić  twoje  rozkazy  bez 
względu  na  to,  jak  podłe  to  dzieło.  Obaj  zdołacie  może  zrujnować 
moją kompanię. Spróbuj. Za dwa dni odpływam w stronę przylądka. 
Nawet dla ciebie wyzwaniem będzie czynić zło na taką odległość. I 
coś  ci  powiem:  gdy  odpłynę,  będę  szczęśliwy,  że  nie  muszę 
oddychać tym samym powietrzem, co ty!

Nie mówiąc więcej ani słowa, nacisnął na klamkę i kopnięciem 

otworzył obite pluszem drzwi. Zeskoczył na ziemię, przepychając się 
gwałtownie przez tłum.

Tunbridge obserwował go z wnętrza powozu.
– Czy mam wyzwać go na pojedynek?
– Pojedynek? – Carr zamrugał oczami. – Nie – odparł po chwili 

zastanowienia. – Żadnych pojedynków. Później się z nim rozprawię. 
Teraz interesuje mnie bardziej to, co powiedział. To mnie niepokoi.

–  Co  takiego?  –  zapytał  Tunbridge  zgodnie  z  oczekiwaniami, 

chociaż  w  jego  głosie  nie  słychać  było  zainteresowania.  Intonacja 
Tunbridge'a ostatnio rzadko ulegała zmianie.

– Barton powiedział, że popłynie w stronę przylądka.
– Tak?

background image

182

– Dałbym sobie głowę uciąć, że to Thomas żegluje tą trasą. Co 

każe mi się zastanowić – wyjrzał przez okno – gdzie on jest i co robi. 
A  zauważyłeś  zdumienie  Bartona,  kiedy  mu  kazałem  przekazać  Fii 
moje  słowa?  Przysiągłbym,  że  nie  wie,  gdzie  się  podziewa,  co  jest 
raczej  dziwne,  jeśli  chodzi  o  dwoje  ludzi  pozostających  ze  sobą  w 
ścisłym związku, prawda?

–  Niespecjalnie  –  stwierdził  po  chwili  Tunbridge.  –  My 

pozostajemy  „w  związku”  od  lat  –  tak  przynajmniej  uważa 
większość ludzi. A jednak rzadko się dowiaduję, co robisz, gdzie i z 
kim.  Może  jabłko  nie  upadło  tak  daleko  od  jabłoni  –  powiedział  z 
goryczą  –  i  ona  także  nie  czuje  potrzeby  zwierzać  się  swoim 
poplecznikom.

Trafiło to Carrowi do przekonania, bo odął wargi w zamyśleniu.
–  Może  masz  rację.  Mówiłem  jej,  żeby  była  ostrożna.  Nie 

podoba mi się to. – Potarł nos. – Mam pewne plany co do Francji i to 
wymaga jasnego  układu.  A nie podobałoby mi  się  jeszcze  bardziej, 
gdybym musiał sprawę przełożyć. Zatem…

–  Zatem  ja  zostanę  tutaj  i  spróbuję  ustalić,  czy  Fia  i  Donne 

zawiązali spółkę?

–  Tak.  Szukaj  wszystkiego,  co  wskazywałoby  na  to,  że  intryga 

Fii jest bardziej złożona, niż przypuszczałem, a ja zostałem… – Nie 
mógł  dokończyć  zdania,  określenie  „wystrychnięty  na  dudka” 
brzmiało  zbyt  dramatycznie.  Oczywiście  Fia  nie  spiskowała  z 
Donne'em od początku. To niedorzeczne.

– A jeśli znajdę dowód? – zapytał Tunbridge.
– Wtedy zezwalam ci zadać im ból. Obojgu.

zapadłych 

oczach 

Turnbridge'a 

zabłysła 

iskierka 

zainteresowania.

– Tak?
–  Ból,  ale  nie  śmierć  –  uściślił  Carr.  –  Nie  zrób  czegoś,  co  by 

skłoniło Donne'a do ucieczki. Gdyby spiskowali przeciwko mnie, to 
ja chcę być tym, który poinformuje władze, że Thomas Donne jest w 
istocie Thomasem McClairenem, wygnanym za zbrodnie przeciwko 
Koronie. Chcę być tym, kto pośle go na szubienicę. – Jego uśmiech 
był jak rana. – Naprawdę zależy mi na tym.

Tunbridge opuścił Carra przy nabrzeżu, gdzie zakotwiczony był 

statek  płynący  do  Hawru.  Nie  zawracał  sobie  głowy  żegnaniem 
swojego  pana,  ani  też  Carr  nie  odezwał  się  do  niego  więcej  ani 

background image

183

słowem, tylko od czasu do czasu wyglądał przez okno, mówiąc coś 
do swojej zmarłej żony.

Ten  człowiek  oszalał,  stwierdził  Tunbridge,  każąc  woźnicy 

zawieść  się  tam,  gdzie  przedtem  stała  „Alba  Star”.  Jak  to  zwykle 
szaleńcy, Carr był także sprytny i nadzwyczaj spostrzegawczy, oraz 
o  wiele  bardziej  niebezpieczny,  ponieważ  kierował  się  wyłącznie 
własnymi humorami.

Tunbridge  wiedział,  jak  nieodwołalne  i  nagłe  bywały  kaprysy 

Carra – nieraz był ich narzędziem. Dwa razy zadał śmierć. Mógł to 
zrobić ponownie.

Myślał o tym bez widocznego poruszenia, bez wstrętu, niechęci, 

zadowolenia  czy  choćby  strachu.  Zdolność  odczuwania  ludzkich 
emocji stracił przed laty. Obecnie najbardziej zdumiewało  go to, że 
nie  wydawał  się  sobie  zdumiewający.  Dotarł  do  takiego  etapu,  w 
którym człowiek sam dla siebie stanowi dziwactwo i jest tym jedynie 
lekko zaniepokojony.

Znalazłszy  się  na  molo,  Tunbridge  poświęcił  pół  godziny  na 

wypytywanie,  zastraszanie,  przekupywanie,  aż  w  końcu  zdołał 
ustalić, że Thomas Donne opuścił port przed piętnastoma dniami i że 
widziano,  jak  jakaś  dama  wchodziła  na  pokład  tuż  przed 
wyruszeniem statku. Nie udało mu się uzyskać informacji, czy owa 
„dama” zeszła z pokładu, czy nie.

Wrócił  do  powozu  i  kazał  się  zawieźć  do  domu  Fii.  Podczas 

jazdy usiłował bez powodzenia skierować myśli na inne tory, niż Fia 
Merrick i jej przypuszczalny związek z innym mężczyzną.

Kiedyś kochał Fię z namiętnością, która teraz budziła się w nim 

tylko  wtedy,  gdy  zabijał.  Pragnął  jej  ponad  wszystko  na  świecie,  a 
był na tyle młody, albo może na tyle ludzki, żeby wierzyć, że może 
ja. mieć.

Nie tylko Carr, ale i sama piękna Fia pozbawili go złudzeń co do 

tego.  Oboje  byli  okrutni,  ale  rozmowa  z  Fią  zraniła  go  bardziej. 
Patrzyła na niego bez cienia zainteresowania; jej oczy przypominały 
srebrne  lustro.  Nie  ofiarowała  mu  nawet  leczniczego  balsamu 
wrogości. Tylko całkowitą obojętność i krótkie, nieodwołalne „nie”.

Nie  zadała  sobie  trudu,  żeby  coś  wyjaśnić,  oskarżyć  go  o  coś. 

Nie  uznała  za  stosowne  nawet  się  roześmiać.  Tylko  „nie”.  Był  dla 
niej przedmiotem.

background image

184

Był  przedmiotem.  Carr  przekształcał  go  w  przedmiot  powoli, 

stopniowo pozbawiając człowieczeństwa. Gdyby tylko zdobył się na 
odwagę przed dwudziestu laty i oddał się w ręce władz za zabicie po 
pijanemu karczemnej dziewki. Ale się nie zdobył. Uciekł, pewien, że 
nikt  nie  odkryje  jego  tajemnicy.  Ale  –  ponury  uśmiech  wykrzywił 
jego usta – nie można uciec przed własną przeszłością. Carr był tam 
owej  nocy.  Nie  był  świadkiem  morderstwa,  ale  znalazł  kogoś,  kto 
podpisał papier, stwierdzający jego winę. Od tamtej pory trzymał go 
w garści.

Tunbridge  szarpnął  głowę  do  góry,  patrząc  na  zewnątrz 

niewidzącym wzrokiem.

Teraz  nic  nie  mógł  już  zrobić,  ale  przynajmniej  pocieszała  go 

myśl,  że  Fia  jest  nie  mniej  „rzeczą”,  niż  on  sam.  Przyglądał  się  jej 
przez  te  wszystkie  lata,  odkąd  go  odepchnęła,  i  wiedział,  że  żaden 
mężczyzna,  zwłaszcza  ten  szkocki  głupiec,  za  którego  wyszła,  nie 
przyniósł  jej  nawet  chwili  prawdziwego  szczęścia.  Była  równie 
pozbawiona uczuć jak Carr. Jak sam Tunbridge.

I to napełniało go zadowoleniem.
Odprężył  się,  zastanawiając  nad  informacją,  którą  Carr,  w 

nietypowy dla siebie sposób,  z nim się podzielił. Tak więc Thomas 
Donne był McClairenem. Zaskoczyło go, że Carr tak długo nie robił 
z tego żadnego użytku. O ile rzeczywiście tak było.

Powóz  zatrzymał  się  i  Tunbridge  uświadomił  sobie  nagle,  że 

upłynęła  godzina,  odkąd  wyjechał  z  portu.  Drzwi  otworzyły  się  i 
woźnica  rozwinął  schodki,  odsuwając  się,  kiedy  Tunbridge  zaczął 
schodzić.

Wspiął  się  po  schodach  przed  budynkiem  i  zapukał  w  drzwi 

frontowe.  W  szparze  ukazała  się  dumna  twarz  lokaja,  który  skłonił 
się i powiedział:

– Dzień dobry, panie, żałuję jednak, ale mojej pani nie ma w tej 

chwili w domu.

– Nie szkodzi – oznajmił Tunbridge, wchodząc do środka. – Bo 

to ciebie chciałem zobaczyć.

Tunbridge opuścił dom po dwudziestu minutach, zaczerpnąwszy 

informacji,  których  szukał.  Zajęło  mu  trochę  czasu  przekonanie 
dostojnego lokaja. Nie za prędko zdoła odzyskać szacunek do siebie i 
zapomnieć, że w końcu strach przeważył nad wiernością. Tunbridge 
zdawał  sobie  sprawę,  że  taka  lekcja  mogła…  zniszczyć  człowieka, 

background image

185

jeśli by ją powtarzano zbyt często. Co nie oznacza, że obchodziło go 
to.

Lokaj  potwierdził,  że  Fia  wyjechała  tego  samego  dnia,  co 

Thomas  Donne,  z  rodu  McClairen.  Wyraziste  wskazówki,  że  Fia 
obdarzyła  innego  mężczyznę  tym,  czego  Tunbridge  tak  bardzo 
kiedyś  pożądał,  zatruły  mu  niespodziewanie  krew.  Nienawiść 
przerosła  jego  żale,  a  za  tym  wszystkim  kryło  się  poczucie 
straszliwej straty.

Tak,  lordzie  Carr,  myślał  ponuro,  już  w  powozie,  z  pewnością 

ukarzę ich oboje.

background image

186

22

– Ja i inne kobiety – pani MacNab postawiła kociołek z duszoną 

baraniną  na  ziemi  i  oparła  potężne  dłonie  na  szerokich  biodrach  –
chciałybyśmy widzieć, co chcesz zrobić z młodą wdową? – Kiwnęła 
głową  w  stronę,  gdzie  Fia  siedziała  przy  prostym  stole  obok  muru 
zamku, pochylając się w skupieniu nad rysunkiem.

Thomas,  który  właśnie  sięgał  po  kociołek,  wyprostował  się 

nagle.

– Co?
–  Z  młodą  wdową  MacFarlane  –  cmoknęła  niecierpliwie  pani 

MacNab.  –  Nie  wykorzystałeś  jej,  kiedy  była  we  dworze.  Mogę 
przysiąc i zrobiłam to, kiedy była o tym mowa. Powiadają, że nocą 
śpisz  pod  gołym  niebem,  z  innymi  mężczyznami  –  ciągnęła  –
chociaż  każdy,  kto  ma  oczy  w  głowie,  widzi,  że  aż  się  palisz  z 
ochoty.

– Widać to? – powiedział Thomas, odzyskując głos.
– Tak – odparła sucho pani MacNab. – A z czymś, co wprost bije 

w  oczy,  trzeba  w  końcu  coś  zrobić  i  o  to  właśnie  cię  pytam:  co 
zamierzasz zrobić?

Do  diabła.  Jak  miał  odpowiedzieć,  skoro  sam  nie  wiedział? 

Wyraz  oczu  pani  MacNab  wskazywał,  że  nie  odejdzie,  nie 
uzyskawszy  odpowiedzi,  a  chciał,  żeby  odeszła.  Zaniesie  wtedy 
kociołek Fii, która przerwie pracę i całą uwagę poświęci jemu.

Bardzo  się  rozpuścił  przez  tych  krótkich  osiem  dni.  Bo  jeśli 

odmawiał  sobie  rozkoszy,  którą  znalazł  w  ramionach  Fii,  z 
pewnością nie skąpił sobie przyjemności płynącej z jej towarzystwa. 
Nic  dziwnego,  że  oczarowała  kobiety  z  rodu  McClairenów  –  i  ich 
mężczyzn.  Pracowała  wytrwale  i  bez  słowa  skargi.  Nie 
wykorzystywała  swojego  z  nim  związku,  ale  dawała  się  cenić  za
własne zasługi. I choć wyraźnie nie uważała się za jedną z nich, nie 
uważała również, że jest lepsza.

– No? – zapytała pani MacNab.
–  Pytasz  mnie  o  moje  zamiary  wobec  lady  MacFarlane,  pani 

MacNab?

–  Tak.  Bo  my  –  zerknęła  szybko  przez  ramię  w  stronę 

niespokojnej grupki pięciu kobiet z klanu McClairen – polubiłyśmy 
dziewczynę i nie chcemy, żeby nasz wódz potraktował ją źle czy bez 

background image

187

szacunku, tylko dlatego, że kiedyś była Angielką.

Kiedyś  była  Angielką.  Tak  właśnie  myślały  o  Fii,  jakby  była 

jedną  z  nich,  z  jakiegoś  tajemniczego  powodu  urodzoną  w 
angielskiej  rodzinie,  niczym  odmieniec.  I  tak  było,  stwierdził 
Thomas. Nigdy się nie dowiedzą, jak bardzo bliskie są prawdy.

Co by się stało, gdyby jego klan dowiedział się, że Fia jest córką 

hrabiego  Carra?  Może  i  tak  pozostaliby  pod  jej  urokiem.  Z  drugiej 
strony,  równie  dobrze  mogli  ukamienować  ich  oboje.  Chociaż 
prawem krwi był ich wodzem, w gruncie rzeczy niewiele wiedział o 
ludziach, których z takim trudem tu ściągnął.

Był  „wodzem”,  jeśli  można  go  było  nazwać  w  ten  sposób,  na 

odległość. Uznawał, że ich wierność odnosi się nie do niego, ale do 
tego, co reprezentuje.

Co mógł powiedzieć pani MacNab?
– Przyrzekam, pani MacNab, że nie potraktuję lady MacFarlane 

źle czy bez szacunku.

– Ale…
Nie była zadowolona. On też nie.
–  Masz  moje  słowo,  pani  MacNab  –  powiedział  tonem,  który 

podrywał na nogi jego załogę, a wrogów przyprawiał o drżenie.

– Tak, panie – dygnęła i podreptała do swoich towarzyszek.
Thomas podniósł kociołek, wyrzucając z pamięci panią MacNab 

i  jej  obawy.  Dzień  był  przyjemny  i  słoneczny,  a  Fia  siedziała  w 
odległości  kilku  metrów  przy  wielkim  zniszczonym  stole,  który 
Jamie  ustawił  pod  zwieszającymi  się  konarami  wielkiej  olchy. 
Marszczyła czoło w skupieniu. Nie podniosła głowy, kiedy podszedł.

– Czemu służyła ta komnata?  – zapytał Thomas, pochylając się 

nad nią i wskazując miejsce na rysunku. Zapach jej świeżo umytych 
włosów podrażnił jego zmysły.

– Ta? – Nie odwróciła się.
– Tak. – Pochylił się jeszcze niżej i ostrożnie jak złodziej musnął 

policzkiem  jedwabiste  sploty.  Świeże.  Chłodne.  Miał  ochotę 
zanurzyć w nich dłonie.

– To tam Carr tuczył dzieci, zanim je upieczono.
Tak  się  zatracił  w  marzeniach  na  jawie,  że  przez  chwilę  nie 

zareagował.

– Co?

background image

188

Obróciła się na krześle, opierając policzek na dłoni. Patrzyła na 

niego przekornie.

– Dzieci. Tuczyliśmy je przed włożeniem do pieca.
Na  widok  jego  miny  parsknęła  śmiechem.  Poczuł  przypływ 

pożądania. Boże, jaka była śliczna, kiedy się śmiała!

–  Tak  przynajmniej  powiedział  mi  dziś  rano  jeden  z  twoich 

ludzi.  Że  Carr  kupował  ukradzione  dzieci  od  Cyganów  i  tuczył  je, 
żeby nimi karmić swoich diabelskich przyjaciół.

– Co mu odpowiedziałaś? – zapytał z niepokojem.
Jej wesołość przygasła.
– Nic, oczywiście. Możesz mi wierzyć, nie czuję potrzeby ani też 

najmniejszej chęci bronić mojego ojca przed zarzutami, bez względu 
na to, jak są straszne, czy też, jak ten, zabawne.

Patrzyła  mu  w  oczy  spokojnie,  a  jednak  pod  maską  beztroski 

czuł głęboką urazę. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Nie mógł się 
uporać  z  własnymi  uczuciami;  jego  gniew  na  Carra  rósł  z  każdym 
dniem. Tak samo jak pragnienie, żeby ją chronić, być z nią, kochać 
ją. Co było niemożliwe.

–  Smutni  z  nas  ludzie,  prawda?  –  powiedziała  cicho,  jakby 

zgadywała jego myśli.

– Tak. – Uśmiechnął się słabo. – Biedni i smutni.
Podniosła się i wyciągnęła do niego ręce, rozglądając się wokół.
Robotnicy przerywali pracę, żeby spożyć południowy posiłek.
– Zabierzesz mnie do środka? – zapytała nagle.
– Dokąd?
– Do komnaty, gdzie trzymano dzieci, rzecz jasna – powiedziała 

z  nutką  poprzedniej  wesołości  w  głosie.  –  Zesztywniałam  trochę, 
chętnie się przejdę. I muszę jeszcze wejść do tej części zamku. Jamie 
powiada, że tam nie jest bezpiecznie. Zabierzesz mnie?

Jakże mógł odmówić, skoro uśmiechała się tak ujmująco?
– Jak sobie życzysz…  – Skłonił się dwornie i szerokim gestem 

wskazał jej drogę. Szedł za nią, gdy zmierzała żwawym krokiem w 
stronę wejścia do zamku.

W miarę jak się zbliżali, nasilał się zapach spalenizny. Wziął ją 

za  rękę  i  pomógł  jej  przedostać  się  przez  gruzy  przy  wejściu. 
Przyglądał  się  jej  badawczo,  odczytując  na  jej  twarzy  zdumienie, 
smutek i ciekawość.

background image

189

W górze czarne belki wyłaniały się z na wpół zawalonego sufitu, 

niczym  zepsute  zęby.  Przez  dziurę  w  dachu  wlewało  się  światło 
słońca.  Podczas  pożaru  zawaliły  się  całe  ściany,  zostawiając  tylko 
kominy,  które  kiedyś  służyły  poszczególnym  pomieszczeniom. 
Wielka  klatka  schodowa  zaczynała  się  sześć  metrów  nad  nimi,  a 
potem nagle urywała się, zawieszona w powietrzu.

–  Przypuszczamy,  że  pożar  wybuchł  w  jednej  z  komnat 

wychodzących na wschód – powiedział.

–  Nikt  tam  nie  mieszkał  –  odparła.  –  Używano  ich  jako 

magazynów, a pożar wzniecono celowo. Wielu ludzi miało powód i 
okazję,  żeby  to  zrobić.  Cieszę  się,  że  tak  się  stało,  bo  inaczej  Carr 
siedziałby  w  zamku,  wyciskając  z  niego  ostatnią  kroplę  krwi.  –
Odwróciła się, patrząc na niego iskrzącymi się oczami. – Robisz tutaj 
coś wspaniałego, Thomasie. Podziwiam cię. I – spuściła oczy – tak… 
tak się cieszę, że pozwoliłeś mi w tym uczestniczyć. Dziękuję.

– Nie mów tak – powiedział,  poruszony jej pokorą. – Oddajesz 

nam nieocenioną przysługę. To ja jestem ci winien podziękowania. –
Machnął ręką w stronę dziedzińca. – Wszyscy jesteśmy ci to winni.

Zarumieniła się i spojrzała na niego spod przymkniętych powiek. 

Patrzyli  tak  na  siebie  przez  długą  chwilę,  a  Thomas  poczuł  nagle 
wrażenie upływającego czasu i tego, że poza wyspą dzieją się rzeczy, 
które w końcu sprawią, że zostaną rozdzieleni na zawsze.

Jak może ją stracić? Ale też jak mógłby ją zatrzymać?
Za  dużo  między nimi  było  historii,  historii  innych ludzi.  Mimo 

że przez ostatnie tygodnie spędzał z nią tyle czasu, o wielu rzeczach 
nie  wiedział.  Była  jak  pąk  nieznanego  kwiatu,  który  rozwijał  się 
powoli, płatek po płatku.

Musiał  zachować  ostrożność,  nie  ze  względu  na  siebie,  ale 

innych, którzy wrócili… często łamiąc prawo. Tak wiele i tak wielu 
zależało od niego.

Chyba  że…  A  gdyby  opuścił  Szkocję?  Czy  Fia  pojechałaby  z 

nim?

– Nie zostanę już długo w Szkocji – powiedział. 
Skinęła głową, wcale nie zaskoczona.
– Jak długo jeszcze tu będziesz?
– Nie wiem. Są ludzie, którzy mnie ostrzegą, gdy sytuacja stanie 

się  groźna,  kiedy  Carr  doniesie,  kim  jestem.  Na  pewno  przejrzy 
podstęp, gdy swój powrót będę odwlekał w nieskończoność.

background image

190

Zmarszczyła brwi.
– Dlaczego Carr miałby cię wydać właśnie teraz?
Nie było powodu, żeby jej tego nie powiedzieć. I tak wkrótce by 

się dowiedziała.

–  Twój  ojciec  przyszedł  do  mnie  parę  tygodni  temu,  zanim  cię 

porwałem  –  odparł,  patrząc  na  nią  uważnie.  –  Miał  dla  mnie 
propozycję. – Uśmiechnął się gorzko. – Albo raczej, groźbę. Chciał, 
żebym zakupił dla niego jakieś towary, dużą partię drogiego towaru, 
który on by następnie  ubezpieczył i  wynajął mnie do przewiezienia 
go – podniósł rękę i opuścił ją – donikąd.

–  Nie  –  szepnęła  zdławionym  głosem.  –  Tylko  nie  to,  dobry 

Boże.

– Widzę, że rozumiesz – stwierdził szorstko. Wiedział, że była w 

to zamieszana, ale ten niepodważalny dowód jej udziału w korupcji 
Jamesa na nowo go zabolał. Nawet słysząc na własne uszy, jak o tym 
mówi,  nie  mógł  uwierzyć,  że  była  zdolna  do  czegoś  podobnego. 
Zmusiła  Jamesa  do  udziału  w  tym  przedsięwzięciu  tylko  pod 
wpływem  rozpaczy.  –  Carr  chciał,  żebym  zajął  miejsce  Jamesa  w 
oszustwie  ubezpieczeniowym.  Gdybym  odmówił,  zagroził,  że 
doniesie władzom, kim jestem.

Zakryła  oczy  dłonią.  Jej  palce  drżały.  Uświadomił  sobie  nagle, 

że dowiedziała się z jego ust o tym, że jej plan się nie powiódł.

– Nie mogłem pozwolić, żeby James narażał się na takie ryzyko 

–  powiedział.  –  Nic  na  nim  nie  ciąży,  tak  jak  na  mnie.  Toteż 
przystałem  na  żądania  Carra.  Nigdy  nie  zamierzałem  wprowadzić 
jego  planu  w  życie.  Chciałem  tylko  zyskać  na  czasie,  żeby  James 
zdążył opuścić kraj.

– I uwolnić się ode mnie – powiedziała.
– Tak.
Westchnęła  głęboko,  drżąc  na  całym  ciele.  Z  oczu  spłynęła  jej 

łza.  Jedna  łza  za  wszystkie  plany  i  nadzieje.  Nic  więcej.  Otarła  ją 
delikatnie.

– James nigdy nie miał zamiaru niszczyć statku – stwierdziła. 
Ogarnęło go nagłe poczucie ulgi.
– Nie?
–  Chciał,  żeby  Carr  myślał,  że  to  zrobi,  rozpuszczaliśmy  więc 

plotki. Plotki, których Carr nie mógł sprawdzić. Bo do czasu, kiedy 
prawda  wyszłaby  na  jaw,  Carr  musiał  albo  połknąć  przynętę,  albo 

background image

191

pozwolić, żeby rzekomo wielki zysk przeszedł mu koło nosa.

– Razem z Jamesem rozpowszechnialiście plotki?
–  Tak  –  odparła.  –  Ale  James  miał  naprawdę  zakupić  towary  i 

potem dostarczyć je Carrowi zgodnie z umową.

W  zamian  za  co?  Za  Bramble  House.  Dziedzictwo  Kaya. 

Uczucie ulgi, które go na chwilę opanowało, znikło.

Nie winił jej, że chciała mieć dla siebie Bramble House. Było dla 

niej domem, bezpieczeństwem, wolnością od Carra. Jednak w głębi 
duszy  zrobiło  mu  się  przykro,  że  tak  usilnie  stara  się  odebrać  dom 
pasierbowi  –  nawet  jeśli  nie  wątpił  ani  na  moment,  że  nie  uczyni 
chłopakowi krzywdy.

–  Carr  nie  mógłby  przecież  udać  się  do  władz  ze  skargą,  że 

otrzymał towar? A nic nie miał na Jamesa. – Odgarnęła gęste włosy 
ze skroni, zaciskając usta w gniewną linię. – Powinnam wiedzieć, że 
Carr nie będzie chciał mieć do czynienia z człowiekiem, którego nie 
może szantażować. Byłam jednak pewna, że przez  cały czas będzie 
się starał znaleźć coś na Jamesa.

–  Może  przystałby  na  twój  plan,  gdyby  we  mnie  nie  znalazł 

łatwiejszej ofiary – powiedział Thomas.

Potrząsnęła głową.
–  Nie  wiedziałam.  Myślałam,  że  to  się  może  udać.  Miałam 

nadzieję…

– Fio…
Uśmiechnęła się do niego smutnie.
– Wszystko zatem skończone. Nic już nie można zrobić.
Nie potrzebowałaby Bramble House, gdyby z nim pojechała. Ta 

myśl pojawiła się niespodziewanie, kusząc go ogromem możliwości.

–  Thomasie  –  odezwała  się  znowu,  na  nowo  zatroskana  –  dla 

ciebie  także  wszystko  się  skończyło.  Masz  rację,  Carr  wystąpi 
przeciwko tobie, gdy tylko odkryje, że go oszukano. Tak mi przykro, 
Thomasie.  Przykro  mi,  że  tak  się  przejąłeś.  Przykro,  że  nie 
wiedzieliśmy…  –  Cokolwiek  chciała  powiedzieć,  umilkła  i 
rozejrzała się dookoła. – Jakże będziesz mógł zostawić nieukończony 
zamek? –zapytała.

– Od czasu do czasu będę tutaj wracał – powiedział, wiedząc, że 

łączy ich  strata  tego,  o  czym  marzyli,  i  konieczność  ułożenia  sobie 
życia mimo wszystko. – Na wybrzeżu jest pełno sekretnych przystani 
i Szkotów, którzy nie przepadają za urzędnikami akcyzowymi.

background image

192

Pokiwała melancholijnie głową, przechodząc powoli z zasłanego 

gruzami korytarza do odnowionej części zamku, zaglądając to tu, to 
tam,  przystając,  żeby  się  czemuś  przyjrzeć.  Szedł  za  nią,  patrząc  z 
przyjemnością, jak wykrywa i aprobuje zmiany, jakie przeprowadził 
w oryginalnym planie.  W  końcu dotarli do nowej  części północnej, 
gdzie  ich  kroki  na  wypolerowanej,  wyłożonej  kaflami  podłodze 
rozbrzmiewały głośnym echem.

Weszła do komnaty, w której kiedyś podejmowano gości, a teraz 

używano  jako  sali  jadalnej.  Długa,  zniszczona  ława  stalą  pod 
wysokimi, wyglądającymi na morze oknami.

Fia  podeszła  do  okna,  przyciskając  dłoń  do  szyby.  Promienie 

słońca  tańczyły  wokół  niej,  spowijając  ją  ciepłym  światłem  barwy 
miodu.

– Wspaniałe, prawda?
– Cieszę się, że ci się podoba.
Uśmiechnęła  się.  Wyjrzał  na  morze.  Słońce  zeszło  poniżej 

zenitu.  Powinien  wrócić  do  Jamiego  i  reszty.  Tyle  chciał  jeszcze 
zrobić, zanim odjedzie. Tyle było do zrobienia. Bał się, że nie ma już 
czasu, by doprowadzić dzieło do końca.

Zmusił się, żeby porzucić niemądre myśli. Jak mógł prosić, żeby 

z  nim  wyjechała?  Nie  miał  nic.  Wszystko,  co  posiadał,  poświęcił 
temu miejscu i tym ludziom. Ona pragnęła niezależności i wolności, 
a on mógł jej ofiarować jedynie życie napiętnowanego zdrajcy.

– Powinniśmy wracać.
– Tak. – Była w zasięgu jego ręki, szalona dziewczyna. Nie mógł 

się powstrzymać od dotknięcia jej. Co złego może z tego wyniknąć? 
Jedna  krótka  pieszczota.  Musnął  czubkami  palców  jej  policzki  i 
uniósł  jej  twarz  do  góry.  Światło,  jak  złoty  liść,  przywarło  do  jej 
twarzy, lśniło w jej oczach i pobłyskiwało na wargach.

–  Byliśmy  tutaj  tak  długo.  Boję  się,  że  naraziłem  na  szwank 

twoją reputację. – Uśmiechnął się i opuścił rękę.

–  Tak.  –  Schyliła  głowę  i  zaczęła  się  odwracać  od  niego… 

Chwycił ją za rękę, zatrzymał w miejscu. Przez jedną krótką chwilę 
stała  nieruchomo,  z  bezradnością w  oczach,  a  on  też  patrzył na  nią 
bezradnie.

A potem znalazła się w jego ramionach, obejmując go rękami za 

szyję,  żeby  dosięgnąć  ust.  Przycisnął  ją  do  piersi;  głód,  żal, 
pożądanie  ogarnęły  go  płomieniem,  w  którym  znikł  wszelki  ślad 

background image

193

rozsądku.  Zakrył  łapczywie  wargami  jej  usta.  Przyciągnął  ją  do 
siebie bliżej, mocniej, tak jakby chciał ją wchłonąć, uczynić częścią 
siebie, żeby nigdy nie mogła go już opuścić.

–  Fio!  Słodka  Fio!  –  szepnął.  – Pocałuj  mnie.  Dobry  Boże, 

pocałuj mnie.

Podniosła ręce do jego twarzy i rozchyliła wargi. Pragnęła go tak 

samo, jak on jej, a on chciał się w niej zatopić.

Podniósł  ją  bez  trudu,  nie  przestając  całować,  i  niósł,  póki  nie 

oparli  się  o  stół.  Przytrzymał  ją  jedną  ręką,  drugą  zrzucił  ze  stołu 
miski,  talerze,  kubki,  które  z  hałasem  spadły  na  podłogę.  Jedną 
dłonią  obejmując  tył  jej  głowy,  okrywał  pocałunkami  usta,  oczy, 
szyję; położył ją na stole.

Zaczął się podnosić, ale złapała go za koszulę.
– Nie. Nie zostawiaj mnie ani na chwilę.
Opuściły go resztki silnej woli.
Przytulając jej lekkie ciało do piersi, oparł się kolanem o stół, i 

przesunął na środek blatu. Potem przycisnął ją własnym ciałem.

Chciała  zedrzeć  z  niego  koszulę,  ale  ciężar  jego  ciała  utrudniał 

jej  ruchy,  więc  przetoczył  się,  kładąc  ją  na  sobie,  podwinąwszy  jej 
spódnicę.  Objął  jej  pośladki,  słodkie,  bujne,  kobiece  ciało  i 
przyciągnął mocno do siebie. Westchnęła z rozkoszy.

W milczeniu przeklął swoją zapalczywość.
–  Przepraszam.  –  Miała  wilgotne  od  jego  pocałunków  wargi, 

miękkie i… Zsunął ją z siebie. – Wybacz.

Odepchnęła  go,  kładąc  płasko  dłoń  na  jego  piersi.  Oddychała 

nierówno, włosy opadały w cudownym nieładzie. 

– Nie.
– Nie – powtórzył głucho. Jego głowa stuknęła o blat stołu. Ręce 

opadły  na  boki. –  Nie.  –  Zamknął  oczy, przeklinając  cicho,  ale  nie 
próbował jej dotknąć.

Zdumiona, niepewna, co się stało, dlaczego nagle przestał… Fia 

czekała, aż  otworzy oczy.  Kiedy ich  nie otwierał,  pochyliła się nad 
nie  zaniepokojona.  Jej włosy omiotły mu  twarz  i  szyję;  wyciągnęła 
rękę,  żeby  je  odgarnąć.  Jej  nadgarstek  znalazł  się  nagle  w  silnym 
uścisku. Oczy miał nadal zamknięte, twarz wzburzoną.

– Co? – szepnęła, podniecona, zmieszana i trochę przestraszona. 

– Co się stało?

– Jeśli „nie”, to na miłość boską, Fio, zejdź ze mnie!

background image

194

Nie zrozumiał. Źle dobrała słowa. Pożądanie odebrało jej rozum.
– Nie. Chciałam powiedzieć: nie, pozwól, że ja cię będę całować.
Z jego twarzy znikł ból. Kąciki ust drgnęły w uśmiechu.
– Och – powiedział słabym głosem, a potem: – Proszę, pani, rób, 

na co masz ochotę.

Uzyskawszy  zgodę,  poczuła  dreszcz  podniecenia.  Mogła  robić, 

co jej się podobało, badać, dotykać, pieścić każdy cudowny milimetr 
jego ciała. Tak powiedział. Ale najbardziej pragnęła go widzieć.

Nie  wiedziała,  że  cielesna  miłość  może  być  czymś  tak 

zniewalającym,  tak  wspaniałym.  Wynikało  to  po  części  z  jej 
wychowania. Nigdy nie słyszała niczego złego o akcie miłosnym od 
innych  dziewcząt,  ani  też  słów  matki  potępiającej  kobiety,  które 
znajdowały przyjemność w łóżku, żadna też kobieta w jej obecności 
nie  wyraziła  nigdy  zdumienia  czy  zgorszenia  wobec  jakichkolwiek 
wyczynów  w  tej  dziedzinie.  Fia  nie  miała  więc  żadnych hamulców 
czy obaw.

Upajała się doznaniami, które otworzył przed nią Thomas. Była 

niewinna,  zdrowa  i  namiętna  w  sposób,  w  jaki  nie  mogłaby  być 
żadna  kobieta  w  jej  wieku  i  z  jej  sfery;  odpowiadała  na  jego 
pożądanie  równym  pożądaniem,  dążąc  bezwzględnie  do 
zaspokojenia  i  tym  samym  wzmagając  pożądanie  Thomasa  do 
ostatecznych granic.

Chwyciła brzegi koszuli i rozsunęła ją. Jego pierś była szeroka, 

twarda,  rzeźbiona  jak  szkocka  skała.  Obiegła  ją  zgłodniałym 
spojrzeniem.  Wielki,  męski,  silny,  leżał  pod  nią  spokojny, 
przynajmniej w tej chwili.

Pogłaskała  delikatnie  jedwabiste  włosy  porastające  jego  pierś. 

Mruknął  coś  z  głębi  gardła;  na  jego  twarzy  pojawił  się  uśmiech 
zadowolenia.

–  Jesteś  piękny,  Thomasie  McClairen.  –  Śmiał  się,  dopóki  nie 

pogłaskała  go  znowu,  zsuwając  dłoń  w  dół  brzucha,  tam  gdzie 
ciemny pas włosów znikał pod jej spódnicą. Jęknął.

Ujął ją za biodra, przyciągając mocno.
W głowie jej szumiało; wiedziała, że obietnica się spełni.
Poruszała  się,  pieszcząc  jego  ciało.  Jego  skóra  pod  jej  dłońmi 

płonęła, mięśnie napinały się i poruszały. Zamknęła oczy, wyginając 
plecy, szukając więcej przyjemności.

background image

195

–  Jeśli  zamierzasz  mnie  zabić,  pięknie  się  do  tego  zabierasz, 

pani.  –  Ciepły,  szkocki  akcent  uderzał  jej  do  głowy  jak  whisky. 
Spojrzała  na  niego.  Twarz  mu  pociemniała,  pierś  wznosiła  się  i 
opadała  gwałtownie. Ale  w  jego oczach  tliły  się  iskry, była  w  nich 
kpina i na nią właśnie odpowiedziała.

–  Nie  chcę  widzieć  cię  martwym,  Thomasie  McClairen.  Mam 

inne plany co do ciebie.

–  Zatem  na  wszystko  co  święte  zaklinam  cię,  pani,  zrób  to 

szybko, zanim zginę z pożądania.

– Zrobię – obiecała, z nieskromnym pośpiechem  rozpinając mu 

spodnie  i  wsuwając  dłoń  pod  materiał.  Zamknęła  ją  na  jego  ciele, 
gorącym i gładkim,

–  Nie  –  powiedział,  odczytując  jej  wahanie  i  chwytając  za 

nadgarstek. – Naucz się mnie. Dotykaj mnie.

Nie  było  w  nim  teraz  wesołości,  lecz  najgłębsze  pożądanie. 

Poruszyła  ręką,  eksperymentując.  Jego  biodra  drgnęły,  zęby 
zacisnęły się, oczy zwęziły, tworząc szparki koloru cyny. Przesunęła 
dłoń  w  dół.  Ciepła  cienka  warstwa  gorącego  ciała  przesunęła  się 
miękko…

Podskoczył do góry, podkładając ramię pod jej pośladki, a drugą 

ręką podtrzymując kark i przysuwając jej usta do siebie. Całował ją, 
głęboko  i  gorąco,  rozsuwając  jednocześnie  jej  kolana.  Podniósł  ją. 
Jednym szybkim ruchem wsunął się do jej wnętrza.

Krzyknęła  zaskoczona.  Natychmiast  znieruchomiał,  oddychając 

ciężko. Oparł czoło na jej głowie. Jego oddech łaskotał jej obojczyk.

– Wszystko w porządku? – jęknął. – Czy to za…
–  Nie!  Nie.  Nie  jest…  czuję…  czuję  tak  wiele  –  próbowała 

wyjaśnić.

– Zbyt wiele? – zapytał bez tchu, cofając się powoli.
–  Nie!  Ja…  –  Odwaga  niemal  ją  opuściła.  Szukała  słów.  –

Chciałabym…

–  Dzięki  Bogu,  dziewczyno  –  przerwał  jej,  raz  jeszcze 

zakrywając jej usta wargami. Poruszył się, pozbawiając ją zdolności 
myślenia, zmuszając do krzyku. – Bo ja też „bym chciał”.

Objęła jego gorące ciało, czując ruch mięśni pod śliską od potu 

skórą.  Drżała,  ogarnęła  ją  fala  pożądania,  narastająca  z  każdym 
ruchem bioder… Och!

background image

196

– Teraz pokaż mi, czego chcesz, Fio – mruknął jej do ucha – a ja 

zrobię to albo umrę, próbując.

Spełniła jego życzenie.

background image

197

23

Nagły łoskot poderwał Thomasa z legowiska ze spódnic i halek, 

na którym całował Fię.  Podniósł się z przekleństwem i podbiegł do 
okna, otwierając je szeroko.

– Co tam się dzieje?
–  Rusztowanie  przy  wschodniej  ścianie  się  przewróciło!  –

zawołał mężczyzna, biegnąc wraz z towarzyszem w stronę frontowej 
fasady.

–  Do  diabła.  –  Thomas  spojrzał  na  niebo,  wciągając  spodnie. 

Byli w zamku od trzech godzin? Niemożliwe.

Odwrócił  się  do  Fii.  Usiadła,  zasłaniając  piersi  pogniecioną 

halką,  z  wargami  opuchniętymi  od  pocałunków,  z  potarganymi 
włosami i nieprzytomnym wyrazem twarzy.

– Co się stało?
– Zapadło się rusztowanie.
– Czy ktoś został ranny? – Jej oczy spojrzały czujnie.
–  Nie  wiem.  –  Zapiął  spodnie  i  włożył  buty.  –  Muszę  wyjść  i 

sprawdzić. – Podniósł koszulę, włożył przez głowę i schował poły w 
spodnie.  –  Wrócę,  gdy  tylko  będę  mógł.  –  Schylił  się,  uniósł  jej 
brodę  do  góry  i  dopiero,  gdy  ich  usta  się  spotkały  w  przeciągłym, 
miękkim pocałunku, zdał sobie sprawę, jak bardzo myśl o powrocie 
do niej była naturalna i oczywista.

Choć spędzili popołudnie, kochając się namiętnie i gwałtownie, 

chłonąc  każdą  chwilę,  pragnął  jeszcze  więcej.  Nie  powinien  tego 
zrobić, nie tutaj, ale nie dało się oszukać wzajemnego pożądania. To, 
że tak go pragnęła, wciąż  go zdumiewało. A jednak nie poprosiłby, 
żeby czekała na niego. Nie wiedział, jak długo to potrwa.

– Muszę iść. 
Uśmiechnęła się.
– Poczekam na ciebie.
To był nieoczekiwany dar. Pokiwał z żalem głową.
– Nie wiem, co się stało, czy to poważna sprawa, ani jak długo 

zajmie naprawa.

–  Tak.  –  Nie  obraziła  się,  jak  można  by  się  spodziewać  po 

kochance,  której  właśnie  czegoś  odmówiono;  w  jej  poważnych 
oczach gościło zrozumienie i zgoda. – Tak.

background image

198

Nie  znalazł  słów,  żeby  wyrazić  to,  co  chciał  powiedzieć,  nie 

powiedział więc nic i wyszedł. Schylił się pod łukowatym przejściem 
prowadzącym  do  północnego  skrzydła  zamku.  Kilku  mężczyzn 
wracało  właśnie  stamtąd;  wyraz  niechęci  i  ulgi  goszczący  na  ich 
twarzach mówił sam za siebie.

Złapał murarza za rękaw.
– Nie ma rannych?
–  Nie  –  odparł  mężczyzna.  –  Chociaż  Arthur  i  Niall  mają  parę 

zadrapań.

– Co się stało?
– Powiem ci, co się stało. – Zza rogu wyłonił się Jamie Craigg z 

rulonem papieru w dłoni.  – Arthur i młody Niall chcieli oszczędzić 
trochę  czasu  i  nie  przymocowali  rusztowania  porządnie  do  ściany; 
wleźli na nie i przewróciło się.

–  Rozumiem. –  Chciał  w  pierwszym  odruchu  minąć  Jamiego  i 

wrócić do Fii, ale stary Szkot złapał go za ramię wielką łapą.

– Powoli, Thomasie. Jest parę rzeczy, którymi musisz się zająć, 

zanim  zajmiesz  się  swoją  damą.  –  Uśmiechnął  się  znacząco,  a 
Thomas poczerwieniał.

– Jeśli chcesz powiedzieć…
–  Chcę  powiedzieć,  że  masz  z  przodu  rozdartą  koszulę  i  że  ta 

koszula  wyłazi  ci  ze  spodni,  a  na  szyi  masz  znak,  którego  ja  nie 
nosiłem od czasu mojej nocy poślubnej – i diabelnie tego żałuję.

Thomas skrzywił się, wpychając koszulę w spodnie.
– Licz się ze słowami, Jamie.
–  Robię  to  –  odparł  Jamie,  mierząc  wodza  pełnym  podziwu 

spojrzeniem. Zaczął rozwijać długi rulon papieru. – Zanim więc tam 
wrócisz…  dokądkolwiek  się  wybierasz,  spójrz  na  plany,  które 
sporządziłem na podstawie rysunków lady Fii.

Thomas zamarł. Nikt nie znał imienia Fii. Było zbyt niezwykłe i 

zbyt łatwo kojarzyło się z jej ojcem.

– Co powiedziałeś?
Jamie  odwrócił  wzrok.  Nikogo  w  pobliżu  nie  było;  wszyscy 

wrócili do pracy.

–  Widziałem  ją  tylko  parę  razy,  Tommy,  lata  temu,  ale 

mężczyzna, który zobaczył Fię Merrick, nie zapomina jej.

Thomas  chwycił  za  potężne  ramię  olbrzyma  i  zmusił  go,  żeby 

spojrzał mu prosto w twarz.

background image

199

–  Nie  zrobisz  jej  krzywdy,  Jamie.  Ani  nikomu  nie  powiesz.  I 

ostrzegam cię, prędzej oddam życie, niż pozwolę, żeby coś złego jej 
się stało.

Jamie  patrzył  przez  chwilę  ciemnoniebieskimi  oczami  w 

jaśniejsze  oczy  Thomasa.  Prychnął  urażony  i  wyszarpnął  ramię. 
Thomas nie zwolnił uścisku i przyciągnął go bliżej.

– Mówię poważnie, Jamie.
– Tak, gorąca głowo – burknął Jamie. – Wiem, że tak jest, ale nie 

musisz  zabawiać  się  w  smoka  strzegącego  tej  dziewczyny.  Nie 
zamierzam  uczynić jej absolutnie  nic złego, ani też  nikt inny by jej 
nie  skrzywdził,  gdyby  wiedzieli,  kim  jest  –  wykorzystał  zdumienie 
Thomasa i uwolnił rękę – a tego nie wiedzą i nie dowiedzą się, chyba 
że zmienisz zdanie. – Pomasował ramię z obrażoną miną. – Chociaż 
widzi mi się, że oddajesz im kiepską przysługę, ukrywając to.

– Dlaczego? – powiedział Thomas zdrętwiałymi wargami.
–  Ach!  –  Jamie  był  wyraźnie  zdegustowany.  –  Nabroiliśmy 

wiele,  my,  McClairenowie,  zanim  nas  tu  sprowadziłeś.  Niektóre  z 
tych  rzeczy  zrobiliśmy  z  zemsty  i  nie  było  nam  z  tym  wesoło.  O 
mało  nie  zatraciliśmy  własnej  duszy.  Twoja  własna  siostra,  Favor, 
mogła  zapłacić  najwyższą  cenę  z  nas  wszystkich,  tylko  po  to, 
żebyśmy  mogli  się  zemścić  na  Carrze.  Wychowywaliśmy  ją  we 
Francji, a potem chcieliśmy ją wydać za Carra, Tommy…

Thomas  wzdrygnął  się  gwałtownie,  a  Jamie  złapał  go  za 

ramiona.

– Proszę! Wysłuchaj mnie! Nie mogliśmy ci o tym powiedzieć! 

Wiedzieliśmy, że nigdy na to nie przystaniesz, ale wbiliśmy sobie do 
głowy,  co  chcemy  zrobić  i  jak.  Wmówiliśmy  sobie,  że  niewinność 
jednej  młodej  dziewczyny  to  nie  jest  zbyt  wysoka  cena  za 
sprawiedliwość.  Gdyby  nie  Raine  Merrick,  zrobilibyśmy  to, 
wydalibyśmy  ją  za  Carra,  a  potem  zamordowali  go,  żeby  mogła 
odziedziczyć  jego  ziemię.  Ale  Raine  w  porę  nas  powstrzymał  i  nie 
pozwolił nam wyrządzić sobie zła, jakiego nie sprowadziłoby na nas 
nigdy spiskowanie i zdrady Carra.

Zagryzł wargi, nie patrząc na Thomasa; jego twarz pociemniała 

ze wstydu.

– Nie jestem dumny ze swojej roli. Dziękuję tylko Bogu, żeśmy 

nie  osiągnęli  celu,  jakeśmy  sobie  postawili.  –  Pokiwał  głową, 
wysuwając dolną wargę. – Nie dziw się więc, że będzie inaczej, niż 

background image

200

sobie  wyobrażałeś,  jeśli  powiemy  reszcie  o  lady  Fii.  Straciliśmy 
ochotę  na  zemstę  i  nie  mamy  czasu  szukać  zadośćuczynienia.  –
Popatrzył na Rumieniec Dziewicy. – Musimy odbudować zamek. A 
ty  musisz  zacząć  żyć  własnym  życiem.  Całe  dorosłe  życie 
pracowałeś  dla  nas.  Znalazłeś  nas  i  sprowadziłeś  tutaj,  ale  reszta 
należy do nas.

–  Chociaż  zawsze  będziesz  naszym  wodzem,  musisz  nam 

pozwolić  odpokutować  na  nasz  własny  sposób  to,  czym  niemal  się 
staliśmy,  a  my  nie  będziemy  ci  przeszkodą  w  tym,  co  ty  musisz 
zrobić – zakończył znacząco.

Thomas wpatrywał się w niego głęboko zdumiony. Favor nigdy 

mu o tym nie opowiadała. Jamie zwinął papier.

–  Obejrzymy  to  innym  razem,  co?  –  Klepnął  rulonem  w  udo  i 

rzuciwszy  Thomasowi  ostatnie  spojrzenie,  pomaszerował  w  stronę 
zamku. Na rogu przystanął. – To najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu 
widziałem. A jej charakter bardzo mi przypomina jej brata, Raine'a. 
To dobry człowiek.

Było  to  niemal  błogosławieństwo.  To,  co  dotąd  wydawało  się 

niemożliwe, nagle znalazło się w zasięgu ręki.

Jamie miał rację. Dawno minął czas, kiedy Carr sprawował nad 

nim taką władzę. Carr mógł wygnać go ze Szkocji i pozbawić domu, 
ale nie pozwoli mu zranić jego serca. Carr nie odbierze mu Fii.

Zapytają, czy z nim wyjedzie.
Jako jego żona.

Fia przeciągnęła się leniwie, jak opite śmietaną kocię. Trzy razy 

wzniosła  się  na  szczyty  pożądania,  trzy  razy  odpoczywali  z 
Thomasem  po  akcie  miłosnym,  spełnieni  i  syci.  Jej  twarz 
zaczerwieniła się od świeżych wspomnień.

Nie chciała, żeby ktoś znalazł ją tu przypadkiem, leżącą na stosie 

bielizny.  Bo  jakkolwiek  w  świecie  uchodziła  za  kusicielkę  i 
rozpustnicę, odznaczała się skromnością, a kiedy okoliczności na to 
pozwalały,  nawet  pewną  nieśmiałością.  Tak  więc  ubrała  się 
pospiesznie, podeszła do stołu i usiadła.

Wkrótce  jednak  wspomnienie  tego,  co  robili  z  Thomasem  na 

owym  stole,  przegnało  ją  stamtąd;  wyszła  z  pokoju  i  zaczęła 
wędrować  korytarzem,  podziwiając  piękno  i  spokój,  jakie  Thomas 
wydobył z ruin. W końcu trafiła jednak do środkowej części zamku, 

background image

201

nadpalonych szczątków tego, co zostało z panowania Carra.

Przełknęła ślinę, czując mrowienie na plecach. Spod stosu gipsu 

wystawała  ozdobnie  rzeźbiona  noga  od  stołu.  Dalej  walały  się 
skorupy  rozbitej  chińskiej  wazy,  niczym  brakujące  kawałki 
dziecinnej  układanki.  Pozostałości  ozdobnej,  złoconej  ramy  od 
obrazu stały oparte o ocalały fragment ściany.

Posuwała  się  ostrożnie  wśród  ruin.  To  musiał  być  hol  przed 

głównym wejściem, a to – przeszła nad poczerniałą belką – gabinet 
Carra.  Nic  nie  zostało.  Wielkie  biurko  znikło,  a  jeśli  nawet  obite 
aksamitem krzesła i bogate tapiserie w ogóle tam pozostały, to tylko 
w postaci popiołów.

Ostał  się  tylko  zniszczony  kominek.  Odpadł  jeden  bok  i 

brakowało  tylnej  ścianki.  Kosztowna  marmurowa  półeczka  znad 
kominka leżała, potłuczona, na podłodze. Podeszła ostrożnie, jak do 
martwego węża.

Tutaj  Carr  trzymał  swoje  materiały.  Uklękła,  odgarniając  grubą 

warstwę  popiołu.  Drugi…  nie,  trzeci  kafelek  po  prawej  stronie. 
Wsunęła  paznokcie  pod  płaską  płytkę,  próbując  ja  podnieść.  Ani 
drgnęła.

Rozejrzała się i wypatrzyła cienki kawałek poczerniałego drutu. 

Podniosła  go  i  wygięła,  robiąc  haczyk,  który  wcisnęła  pod  płytkę, 
podważając  ją.  Zajrzała  w  czarną  dziurę  i  wsunęła  do  niej  rękę. 
Zacisnęła palce  na  grubej  stercie  papierów;  pod  jej  palcami  coś  się 
osypywało. Wyjęła ostrożnie papiery.

To  były  listy,  te  na  zewnątrz  strawił  ogień,  ale  te  w  środku 

pozostały nietknięte.

Materiały Carra.
Zawsze  sądziła,  że  wydobył  wszystko  w  noc  pożaru.  Tak  jej 

powiedział, pokazując nawet niektóre. Teraz zrozumiała, dlaczego –
miała być świadkiem, że istnieją.

Ale  nie  wydostał  wszystkiego.  Wkrótce  po  pożarze,  kiedy 

oznajmiono  mu,  że  Rumieniec  Ladacznicy  spłonął  ze  szczętem, 
przyjechał  tu  i  zobaczył  tlącą  się  jeszcze  kupę  gruzów,  które 
stanowiły niegdyś jego dom. Widocznie uznał, że nic nie przetrwało 
pożaru.

I  nie  powinno  było  przetrwać.  Jaki  zdumiewający  przypadek 

pozwolił tej małej skrytce pozostać nietkniętą?

background image

202

Niecierpliwie rozłożyła pierwszy list. Był sprzed dwudziestu lat. 

Przebiegła zdumionymi oczami jego treść. Skończyła, złożyła kartkę, 
nie  patrząc,  i  wówczas  ostatecznie  zrozumiała  wartość  tego,  co 
trzymała w ręku.

Władza.
Moc nadzorowania i naginania innych do swojej woli. Naginania 

Carra  do  swojej  woli.  Moc,  którą  mogła  wymienić,  na  co  tylko 
chciała:  klejnoty,  suknie,  zamki,  ziemię.  Zadrżała.  Mogła  mieć 
wszystko. Mogła mieć… Bramble House.

– Fio?  – Głos Thomasa dobiegał jakby z  daleka.  Odwróciła się 

jak lunatyk. Stał  w drzwiach; smuga światła padała na jego ciemną 
głowę. Patrzył na nią zdziwiony.

– Czy wiesz, co to jest? – zapytała, wyciągając listy.
– Nie. – Pokręcił głową. – Co to takiego?
– Listy. Dokumenty. Darowizny. Czeki. Hipoteki. Źródło władzy 

Carra,  podstawa,  na  której  zbudował  swój  świat.  Krew  –  ściszyła 
głos – jego ofiar.

Nie  odpowiedział,  ale  prawie  nie  zwróciła  na  to  uwagi;  w  jej 

głowie powstawał plan za  planem. Dzięki temu, co znalazła, mogła 
uwolnić się od Carra, całkowicie, absolutnie i na zawsze. Zamknęła 
oczy,  zachwiała  się,  oszołomiona  możliwościami,  które  nagle 
otwierały się przed nią.

Albo…  mogłaby  zwrócić  Carrowi  papiery  w  zamian  za  dom  i 

niewielką sumę pieniędzy, która pozwoliłaby jej uciec. Z Thomasem. 
Nikt by się nie dowiedział.

– Fio?
Jakie to miało znaczenie dla tych innych, którzy od lat cierpieli 

w  jarzmie  Carra?  Wszystko  jedno,  kto  będzie  trzymał  w  ręku 
dowody  przeciwko  nim,  ona  czy  Carr.  Nawet  nie  muszą  o  tym 
wiedzieć.  Tylko  Carr  wiedziałby,  że  jeśli  będzie  próbował  zabrać 
Bramble  House,  ona  zwróci  papiery  właścicielom  i  jego  królestwo 
legnie w ruinie.

Pośle  mu  słówko,  może  jeden  z  mniej  groźnych  papierów  i 

wszystko, czego pragnie, będzie do jej dyspozycji. Wszystko.

Opanowało ją podniecające poczucie władzy. Odzyska wolność i 

nie tylko.

Ale zdobędzie to kosztem zniewolenia innych.

background image

203

Przełknęła ślinę, uspokajając się. Pomyślała gniewnie, że głupcy, 

których  podporządkował  sobie  Carr,  sami  oddali  się  w  jego  ręce. 
Zasługiwali  na  swój  los,  cudzołożnicy,  hazardziści,  oszuści  i 
szarlatani. Byli w rozpaczy.

Tak jak ona.
–  Mogłabym  mieć  Bramble  House  –  szepnęła.  Westchnęła, 

odrzucając pokusę, która ukazała jej się niczym ogień świętego Elma 
i, tak samo jak ogień świętego Elma wcale nie był ogniem, ta pokusa 
nie była możliwa do spełnienia. Była chimerą. Oszustwem.

O  mało  nie  uległa  tym  samym  instynktom,  które  kierowały 

postępowaniem jej ojca. Otworzyła oczy.

Thomas wszedł do pokoju.
–  Nie  rób  tego,  Fio.  –  Mówił  cichym,  naglącym  głosem,  twarz 

miał poważną.

– Nie? – powtórzyła niepewnie.
– Nie są ci potrzebne, Fio. Zniszcz je.
–  Nie  mogę!  –  zawołała.  Nic  by  się  nie  zmieniło,  gdyby  je 

zniszczyła. Carr nadal byłby w stanie…

–  Fio,  błagam.  Nie  musisz  z  tego  korzystać,  żeby  zdobyć 

Bramble  House.  Nie  możesz  być  aż  w  takiej  rozpaczy,  by  zastąpić 
ojca  w  zniewalaniu  tych  nieszczęsnych  głupców.  Nawet  nie 
powinnaś się nad tym zastanawiać! To nie jest w ogóle potrzebne!

Spojrzała  na  niego,  zobaczyła  jego  przerażenie  i  odczuła  je 

również. Słusznie się przeraził,  była przecież  gotowa pójść w ślady 
ojca. Niezależnie od motywów.

– Dam ci Bramble House – powiedział.
– Dasz mi Bramble House – powtórzyła jak echo. Podszedł i ujął 

ją za rękę. Nie miała siły się opierać. Miała wrażenie, jakby uszło z 
niej życie, a to, co zostało, było jedynie skorupą.

– Tak – powiedział, patrząc na nią z powagą. – Kiedy twój ojciec 

przyszedł  do  mnie,  zagroził,  że  mnie  wyda,  o  ile  nie  spełnię  jego 
żądań. Powiedział mi także o Bramble, o tym, jak wyłudził majątek 
od MacFarlane'a i o tym, że miałaś nadzieję odzyskać  spuściznę po 
mężu z pomocą Jamesa Bartona. Śmiał się, Fio, a potem powiedział 
mi o Kayu.

– Tak. Kay – powtórzyła bezbarwnie.
–  Nie  mogłem  znieść  myśli,  że  Carr  okrada  jeszcze  jednego 

chłopca z jego dziedzictwa, powiedziałem mu więc, że przystanę na 

background image

204

jego  propozycję  tylko  pod  tym  warunkiem,  że  przepisze  Bramble 
House na mnie. Ten dom miał dla niego znaczenie tylko dlatego, że 
ty go chciałaś, a Carr sądził  – właściwie był pewien – że ode mnie 
nigdy go nie dostaniesz.

– Nie mówiłeś o tym. – Oczywiście, że nie mówił. Nie ufał jej. I 

miał rację.

– Chciałem, żeby dostał go chłopiec. Ale jeśli spalisz te papiery, 

przysięgam, że będzie twój.

Cofnęła  rękę.  Puścił  ją  bez  oporu.  Tak  zwyczajnie.  Odwróciła 

się,  chcąc  przybrać  swoją  gładką,  nieskazitelną  maskę.  Z 
zamkniętymi  oczami  mocno  zagryzła  wargi,  żeby  nie  wybuchnąć 
płaczem. Gdzie ta przeklęta, przeklęta maska?

–  Nie  możemy  spalić  papierów  –  zdołała  w  końcu  powiedzieć. 

Ośmieliła się marzyć, że to wszystko skończy się jak w bajce, że ona 
i  jej  wysoki,  śniady  kapitan  pożeglują  za  morze  i  będą  żyć  długo  i 
szczęśliwie.

–  Boli,  Fio.  –  Dwa  krótkie  słowa  wyrażały  taki  ogrom 

rozczarowania jak dzwony żałobne.

–  Nigdy  nie  chciałam  zagarnąć  Bramble  House  dla  siebie  –

powiedziała. – Zamierzaliśmy z Jamesem przepisać go na Kaya.

– Tak?
– Tak – powtórzyła, odwracając się do niego.
Przyjrzał  jej  się  uważnie;  na  jego  twarzy  pojawiło  się 

zaskoczenie, potem nadzieja, która wreszcie ustąpiła miejsca radości. 
Ruszył ku niej, ale ona się cofnęła.

– Możesz to sprawdzić, pytając Jamesa Bartona.
– Jamesa? – Zatrzymał się, zdumiony. – Nie muszę.
–  Wołałabym,  żebyś  to  zrobił.  Chcę,  żebyś  wiedział,  że  nie 

robiłam niczego dla własnej korzyści czy wygody. Nie naraziłabym 
Jamesa na takie niebezpieczeństwo,  gdybym zdołała wymyślić inny 
sposób na zdobycie Bramble House dla Kaya.

– Oczywiście.
Nie mogła powstrzymać się od gorzkiego uśmiechu. Zrozumiał.
–  Fio,  to  że  nie  odgadłem  twoich  planów,  nie  znaczy,  że…  –

wyczuł jej rezerwę i się przestraszył. – Proszę, Fio. Kocham cię.

Drgnęła, ale jej śliczna, chłodna twarz nie złagodniała.
Thomas miał wrażenie, że ziemia rozstępuje mu się pod nogami. 

Przepaść ziała u jego stóp, a on chwiał się na krawędzi, nie mając się 

background image

205

czego przytrzymać.

– Fio, nie możesz mnie potępiać za to, że źle cię oceniłem. Nie 

możesz odrzucić tego, co jest między nami, kim dla siebie jesteśmy, 
tylko dlatego, że  wątpiłem w szlachetność twoich intencji.  – Strach 
wywołał gniew w jego głosie. – Mówiłaś, że chcesz domu. Nigdy nie 
wspomniałaś, że pragniesz go dla kogoś innego. Nie potępiaj mnie za 
niewiedzę, Fio, błagam!

– Nie potępiam cię wcale – odparła Fia chłodno.
–  Do  diabła,  robisz  to!  Karzesz  mnie  za  to,  że  pomyślałem  to 

samo,  co  pomyślałby  każdy  na  moim  miejscu.  Jakże  mogłoby  być 
inaczej? Jesteś przecież córką Carra!

Zatrzepotała  powiekami,  jakby  zadał  ostateczny  cios  czemuś 

ważnemu, czemuś, co pragnęła chronić, ale za późno stwierdziła, że 
nie jest w stanie tego zrobić.

– Masz rację – szepnęła. – Jakże mógłbyś myśleć inaczej?
Chwycił  ją  za  ramiona  w  geście  rozpaczy.  Chciałby  ponownie 

zapewnić ją o swojej miłości, ale przecież przed chwilą zlekceważyła 
to wyznanie. Nie będzie skamlał, błagając o uczucie, którego może w 
niej nie było.

Potrząsnął nią lekko, ale odeszła już od niego, tak jakby opuściła 

pokój. Odeszła i on to sprawił.

– Dlaczego mnie karzesz? Co takiego powiedziałem, co takiego 

zrobiłem, czego nie można mi wybaczyć?

Jej  smutek  dorównywał  jego  bólowi.  Dotknęła  delikatnie  jego 

policzka.

– Nie karzę cię, oszczędzam nam obojgu większego bólu.
– Cóż może być bardziej bolesnego?! – zawołał.
– Nie zrobiłeś niczego, czego nie dałoby się wybaczyć. To mnie 

nie  można  wybaczyć.  I  to  bez  względu  na  to,  co  uczyniłam.  –
Uśmiechnęła się blado. – Nie można mi wybaczyć tego, kim jestem. 
Sam  to  powiedziałeś.  A  jestem  córką  Carra.  Jak  mógłbyś  mi 
kiedykolwiek zaufać?

– Dobry Boże, Fio! – W panice szukał odpowiednich słów. – Nic 

mnie nie obchodzi to, że jesteś córką Carra.

–  Ależ  obchodzi  –  stwierdziła  ze  stanowczością,  a  jej  pewność 

wstrząsnęła nim. – Zawsze tak będzie. Możesz o tym zapomnieć na 
jakiś  czas,  możesz  sobie  wyobrażać,  że  jestem  kimś  innym,  ale  za 
każdym  razem,  kiedy  ogarną  cię  wątpliwości,  przypomnisz  sobie  o 

background image

206

tym.

– Nie. – Pokręcił głową. – Nie.
– Tak – odparła. – Masz rację, mówiąc to, bo ja sama to mówię. 

Myślałam o tym i czekałam od dzieciństwa, kiedy ujawni się piętno 
jego  krwi,  kiedy  odkryję  u  siebie  ciemną  duszę  mordercy.  Bo  ja 
jestem  córką  Carra,  Thomasie.  Zawsze  nią  będę,  a  ty  nigdy  nie 
zdołasz  o tym zapomnieć.  Ani też  nie  powinieneś.  Ja  nie zapomnę. 
Nawet tutaj. Nawet tego popołudnia. Miałeś rację, zastanawiając się, 
co  zrobię  z  tymi  listami.  Nie  pomyślałam,  tak  jak  ty,  żeby  je 
zniszczyć,  ale  chciałam  je  zatrzymać,  wykorzystać  –  żeby  się  od 
niego  uwolnić.  Widzisz  więc,  nie  mogę…  –  Głos  jej  się  załamał; 
opanowała się  szybko.  –  Nie  mogę cię  skazać  na  życie w  obawie  i 
oczekiwaniu.  Bo  mogę  już  cię  bez  cienia  wątpliwości  zapewnić, 
Thomasie, że nie jestem dobrą kobietą. Uwiodłam starego wdowca i 
nakłoniłam go, żeby mnie poślubił, wszystko dla jego domu, ziemi i 
pieniędzy,  a  kiedy  odkryłam,  że  ma  dzieci,  spadkobierców, 
znienawidziłam je za to, że zakłócają moje plany swoim istnieniem.

– Fio, każdy…
– Nie! – Mówiła teraz podniesionym głosem, wysunęła się z jego 

uścisku. – Nie każdy by to zrobił! Tylko ja! Córka Carra.

Podszedł,  a  ona  zapadła  się  w  sobie,  drżąc,  jak  sarna  w 

potrzasku,  z  wielkimi,  niewidzącymi  i  nieodgadnionymi  oczami 
przypominającymi szafiry.

– Proszę, zabierz mnie z powrotem.
– Do dworu? Tak – zgodził się z ulgą.
– Nie. Do Londynu.
– Za kilka dni…
– Teraz. Dzisiaj. Proszę. Nie mogę dłużej tutaj wytrzymać.
– Daj mi dwa dni – poprosił.
Spojrzała  tak,  jakby  mogła  złamać  się  na  pół  pod  jego 

dotknięciem. Objęła się mocno rękami w obronnym geście.

– Błagam cię, Thomasie. Zabierz mnie z powrotem do Londynu. 

Obiecałeś,  wywożąc  mnie  stamtąd,  że  wrócę,  nie  doznawszy 
krzywdy.

Jej słowa zraniły mu serce.
– Fio… –Wyciągnął rękę. Nie przyjęła jej.
–  Jeśli  nie  odwieziesz  mnie  natychmiast,  złamiesz  obietnicę.  –

Jej głos drżał. – A wiem, że jesteś dżentelmenem, dla którego słowo 

background image

207

jest święte.

Złamałby słowo tysiąc razy, gdyby sądził, że zatrzymując ją przy 

sobie,  zdoła  wymazać  ostatni  kwadrans. Nie  mógł  jednak  ranić  Fii, 
trzymając ją wbrew jej woli.

Odwrócił  się.  Przepaść  u  jego  stóp  znikła,  a  świat  wokół 

zamienił się nagle w bezkresną pustynię nocą – pustą, cichą i zimną.

–  Wyruszymy  z  zapadnięciem  wieczoru  –  powiedział, 

odchodząc.

background image

208

24

Żółty  blask  sączył  się  zza  frontowych  drzwi  domu,  padając  na 

mokry bruk,  gdzie stali  dwaj mężczyźni. W  chwilę  później  z  domu 
wyszedł trzeci i zszedł żwawo po schodach na ulicę.

– Tunbridge'a nie ma w klubie – oznajmił Johnston, stając obok 

Thomasa Donne'a. – I wątpię, żeby zjawił się później. Jest już prawie 
trzecia nad ranem.

Thomas  kiwnął  ponuro  głową  i  ruszył  przed  siebie.  Johnston  i 

Robbie przyspieszyli kroku, żeby się z nim zrównać.

–  To  szaleństwo  –  stwierdził  Robbie.  –  Schował  się  jak  pod 

ziemię.  Nie  widziano  go,  odkąd  ty  i  …  od  czasu  twojego  powrotu 
przed dwoma tygodniami!

Thomas się zatrzymał. Jego i tak ciemna twarz, teraz, w mroku, 

wydawała  się  jeszcze  ciemniejsza.  Tylko  oczy  lśniły  jak  rtęć. 
Johnston cofnął się odruchowo.

Thomas  wyglądał  jak  jakiś  straszny  anioł  zemsty.  Miało  się 

wrażenie, że jedynie gniew i zaciekłość trzymają go przy życiu.

Tę  swoją  zaciekłość  i  zdecydowanie  chciał  wykorzystać,  żeby 

osiągnąć jedno:  nie dopuścić,  aby  społeczeństwo  potępiło  do końca 
lady  Fię  MacFarlane.  Dzieło  oczerniania  Fii  podjął  pierwszy 
Tunbridge, rozpuszczając o niej wstrętne plotki.

–  Tunbridge –  wycedził  Thomas  przez  zaciśnięte  zęby  –

przebywa  z  pewnością  w  mieście.  Nie  mógłby  sączyć  swojej 
trucizny  z  daleka.  Ktoś  go  chroni,  dowiem  się  kto  i  znajdę  także  i 
jego. – Ton jego głosu sprawił, że przyjaciele zadrżeli.

–  Thomasie  –  próbował  przekonać  go  Johnston  –  nawet  jeśli 

znajdziesz Tunbridge'a i zamkniesz mu usta na zawsze, obaj wiemy, 
że już jest za późno.

– Nie – warknął Thomas. – Nie jest. Zwłaszcza jeśli… lady Fia 

da się przekonać, by wycofała swoje niedorzeczne oświadczenie, że 
wyjechała ze mną z własnej woli.

Johnston spuścił oczy.
–  Próbowałem.  Nie  chce  się  ze  mną  widzieć.  Nikogo  nie  chce 

widzieć. Żyje w odosobnieniu, przyczyniając się tylko do podsycania 
plotek. Widzisz, społeczeństwo wierzy w jej historię, nie w twoją.

Thomas  zaklął  gwałtownie,  ale  Johnston  ciągnął  nieustraszenie 

dalej.

background image

209

– Przy jej reputacji – mówił ostrożnie – to, co opowiada, wydaje 

się o wiele bardziej prawdopodobne niż twoja historia, Thomasie, o 
tym, jak to porwałeś ją wbrew jej woli. – Zwrócił błagalnie wzrok na 
Robbiego.

– Musisz przyznać, Thomasie – powiedział Robbie – że porwana 

kobieta nie chroniłaby przecież porywacza.

–  Nie  obchodzi  mnie,  co  wydaje  się  prawdopodobne,  a  co  nie! 

Tak właśnie było i wyzwę każdego, kto będzie twierdził inaczej.

– Wiemy – rzekł w końcu Robbie. – Ilu ludzi wyzwałeś, odkąd 

wróciłeś  do  Londynu?  Pięciu?  Sześciu?  Ile  pojedynków  zmuszony 
byłeś  odbyć?  Jeden.  Masz  szczęście,  że  ów  człowiek  wycofał  się, 
zanim któryś z was został poważnie ranny. Bo nie wiem, czy jeszcze 
pamiętasz, ale pojedynki są zakazane prawem!

Mimo  braku  odzewu  u  Thomasa,  Robbie,  zniechęcony,  ciągnął 

dalej:

– Igrasz z losem, Thomasie. Wkrótce ktoś zręczniejszy od ciebie 

powie coś, co i tak mówią wszyscy naokoło; zginiesz, i to na próżno, 
bo plotki tylko się nasilą. Nie pomagasz jej, Thomasie.

Thomas  przyspieszył  kroku,  aż  zafurkotała  peleryna. 

Wymieniwszy  bezradne  spojrzenia,  Johnston  i  Robbie  ruszyli  za 
nim, doganiając go po drugiej stronie ulicy.

–  Dokąd  idziesz?  –  zapytał  Johnston  niepewnie.  Nie  wiedział 

już,  co  myśleć,  przyjaciel  tak  bardzo  się  zmienił.  Twarz  miał 
nieruchomą  i  twardą,  jak  brązowe  płaskorzeźby  męczenników  w 
katakumbach świętego Piotra. Mówił chrapliwie.

–  Do  Hyde  Parku.  Kapitan  Pierpont  ma  się  tam  jutro  ze  mną 

spotkać  o  świcie,  a  ja  mam  fantazję,  żeby  wcześniej  to  miejsce 
obejrzeć.

Johnstonowi zimny dreszcz przebiegł po plecach.
– Thomasie, Pierpont jest znakomitym strzelcem.
– Ja również.
Robbie  pokręcił  głową.  To  było  samobójstwo.  Ale  być  może 

Thomas tego właśnie szukał… Nie. Był zbyt odważny, żeby pragnąć 
własnej śmierci.

– Będę, oczywiście, twoim sekundantem.
Thomas  się  zatrzymał.  Tym  razem  w  jego  spojrzeniu  nie  było 

gniewu, tylko bezbrzeżne wyczerpanie.

background image

210

– Nigdy nie chciałem żadnego z was w to mieszać. Teraz też o to 

nie proszę. Wracaj do domu, Robbie. Zabierz Johnstona. Nie chcę…

Czyjaś  ręką  chwyciła  Thomasa  za  ramię,  obracając  go  w 

miejscu.

–  Boże,  nie  –  szepnął  Johnston.  Pip  Leighton  cofnął  się  o  parę 

kroków.  Zaciskał  dłoń  na  rękojeści  szpady,  patrząc  z  gniewem  na 
kapitana.

–  Do  diabła,  chłopcze!  –  krzyknął  Thomas.  –  Zginiesz  w  ten 

sposób.

Pip podniósł rękę, wymierzając mu policzek.
– To za to, co jej zrobiłeś, łajdaku!
Na  twarzy  Thomasa  wykwitła  czerwona  plama,  ale  patrzył  na 

chłopca z niewzruszonym spokojem.

– Idź do domu, Pip.
Wargi  Pipa  rozchyliły  się,  obnażając  zęby;  bardzo  powoli 

podniósł  rękę  po  raz  drugi  i  wierzchem  dłoni  uderzył  Thomasa  w 
drugi policzek. Głowa kapitana odskoczyła do tylu, nie poruszył się 
jednak.

– Idź do domu, Pip. Nie będę z tobą walczyć, chłopcze.
–  Chłopcze?!  –  zawołał  gniewnie  Pip,  wyciągając  szpadę  ze 

świstem i kierując jej ostrze ku gardłu Thomasa. – Jestem chłopcem? 
Cóż, wolę być chłopcem niż mężczyzną, który ją uwiódł i zniszczył!

Oczy  Thomasa  zwęziły  się,  zamieniając  w  srebrne  szparki. 

Odezwał się niskim, wibrującym głosem.

–  Nie  byłbyś  w  stanie  nienawidzić  mnie  tak,  jak  ja  nienawidzę 

samego siebie za swój udział w jej niedoli.

Nienawiść na twarzy Pipa ustąpiła miejsca zmieszaniu i bólowi.
–  „Niedola”  to  łagodne  słowo  na  określenie  tego,  co  jej 

uczyniłeś!  –  powiedział  Pip  łamiącym  się  głosem.  –  Powinieneś  ją 
zobaczyć i wtedy odczułbyś może choć w części, co zrobiłeś!

– Widziałeś ją? – zapytał nagle ożywiony Thomas.
Chłopiec zacisnął zęby, znowu ogarnęła go nienawiść.
– Tak. Widziałem. I mówiłem do niej, choć niewiele usłyszałem 

w odpowiedzi. Nie ma życia w jej oczach i głosie. Nie ma nic. Jest 
pusta.  Zniszczyłeś  ją.  –  Thomas  podszedł  bliżej.  Koniuszek  szpady 
Pipa otarł się o jego pierś. – A teraz ja zniszczę ciebie.

– Pip, chłopcze – powiedział Johnston, odzyskawszy głos.

background image

211

Pip  dźgnął  lekko  pierś  Thomasa,  nie  odrywając  oczu  od  jego 

twarzy.

– Nie podchodź bliżej, Johnston.
Johnston podniósł obie ręce do góry, uśmiechając się.
–  Tylko  jeśli  na  to  pozwolisz.  Wiem  jednak,  że  nie  zabijesz 

bezbronnego człowieka. Pomyśl o hańbie, jaką by to sprowadziło na 
twoją rodzinę.

Poruszył właściwą strunę. Pip się zmieszał.
– Oczywiście, że nie. Wyciągnij szpadę, Donne!
– Nie.
– A niech to piekło – mruknął Robbie, szukając jakiegoś wyjścia 

z sytuacji.

–  Bądź  przeklęty!  Wyciągaj  szpadę!  Kocham  ją,  nie  rozumiesz 

tego? – Głos chłopca załamał się; zaszlochał. – Przeklęty, przeklęty. 
Nie  odmówisz  mi  przywileju  walki  o  jej  honor.  Nawet  ty  musisz 
mieć odrobinę przyzwoitości, resztki sumienia.

–  Do  diabła!  –  szepnął  Johnston  Thomasowi  na  ucho,  nie 

spuszczając  wzroku  z  czerwonej  twarzy  młodzieńca.  –  Będziesz 
musiał  z  nim  walczyć.  Biedak  jest  u  kresu  sił.  Nie  przeżyje,  jeśli 
zlekceważysz jego wyzwanie.

– Co mówisz, Johnston? – zapytał gwałtownym tonem Pip. – Nie 

jestem  jakimś  tam  chłopaczkiem,  którego  można  „uładzić”! 
Myślałem, że jesteś moim przyjacielem!

–  Jest  twoim  przyjacielem,  młody  głupcze!  –  powiedział 

Thomas, chwytając jedną ręką ostrze szpady i odsuwając je na bok, a 
drugą,  zwiniętą  w  pięść,  uderzając  Pipa  w  szczękę.  Na  twarzy 
upadającego Pipa pojawił się wyraz zaskoczenia i bólu.

–  Teraz  nie  będzie  musiał  martwić  się  o  swoją  cenną  godność. 

Dopilnujcie,  żeby  dotarł  do  domu,  dobrze?  –  Thomas  przestąpił 
przez 

nieruchome 

ciało 

chłopca, 

zostawiając 

za 

sobą 

zdezorientowanych przyjaciół.

– Dokąd idziesz?! – zawołał Robbie.
– Idę zobaczyć się z Fią i tym razem, na Boga, przyjmie mnie.

Nie  spała.  Wydawało  się,  że  sen  należał  do  tych  rzeczy,  które 

kiedyś uważała za nieodzowne, a wcale takimi nie były. Siedziała w 
fotelu,  który  przyciągnęła  do  okna,  i  czekała  na  świt.  Nadejdzie, 
powiedziała sobie. W napadzie bezrozumnego strachu, że tak się nie 

background image

212

stanie,  a  ona  na  zawsze  pozostanie  w  ciemnym  pokoju,  zacisnęła 
palce na książce, którą trzymała na kolanach.

Odpowiedziała  na  pukanie  do  drzwi  buduaru  natychmiast.  Do 

środka wszedł Porter.

– Przepraszam, pani. Ale…
Drzwi za nim otworzyły się i Thomas wypełnił je swoją wysoką, 

silną postacią. Ich oczy się spotkały.

– Każ mu odejść – powiedział. 
Porter zacisnął szczęki.
– Sprowadzę lokaja, pani, i razem…
–  Nie  –  odparła  Fia.  –  Nie.  Wszystko  w  porządku,  Porter. 

Możesz odejść.

– Ale…
– Proszę, Porter.
Porter,  niezadowolony,  skłonił  się  i  wyszedł  z  pokoju.  Thomas 

zamknął  za  nim  drzwi.  Serce  zabiło  jej  gwałtownie,  poczuła  ból  w 
piersi. Wyglądał okropnie. Oczy mu płonęły. Na twarzy miał zarost. 
Szczecina porastająca mocne szczęki, połyskiwała srebrem w świetle 
stojącej  na  stole  lampy.  Włosy  miał  rozczochrane,  ubranie  w 
nieładzie.  Wiedziała,  że  przyjdzie,  że  w  końcu  zmiecie  wszelkie 
przeszkody  między  nimi.  Nie  mógł  inaczej  postąpić.  Ponieważ  taki 
był.  Czuł,  że  dzieje  się  jej  krzywda  i  że  on  ponosi  za  to 
odpowiedzialność,  a  Thomas  –  szlachetny,  rozgniewany  Thomas  –
nie mógłby znieść, by kto inny płacił za jego czyny.

Sądziła, że przygotowała się na jego widok, ale nie była w stanie 

przygotować się na głód, jaki jego widok w niej obudził.

Mój  Boże!  Był  piękny.  Wielki,  silny.  Marzyła,  żeby  do  niego 

podejść,  schronić  się  w  jego  ramionach,  pozwolić,  żeby jego  siła  –
siła ducha, siła ciała – osłoniła ją jak tarczą.

Ale kto ochroni Thomasa przed nią, przed tym, co pewnego dnia 

może uczynić? Wiedziała, że Thomas musi przyjść do niej, ponieważ 
był  sobą,  ale  zdawała  sobie  również  sprawę,  kim  jest  ona  sama. 
Córką  Carra.  Pewnego  dnia  mogłaby  zapomnieć  o  szlachetnych 
pobudkach.  Pewnego  dnia  może  zechce  poświęcić  innych  dla 
własnych celów.

–  Fio.  –  Jego  głos  wstrząsnął  nią,  tyle  w  nim  było  błagania.  –

Boże, wyglądasz okropnie.

background image

213

Uśmiechnęła  się.  Czasami  Thomas  zapominał  o  manierach 

dżentelmena  i  zamieniał  się  w  nieowijającego  w  bawełnę  kapitana 
statku  kupieckiego.  Ta  rozbieżność  wydawała  jej  się  bardzo 
pociągająca…  Miesiąc  temu  zdobyłaby  się  pewnie  na  dowcipną 
ripostę, ale teraz… Nie miała do tego serca.

– Czuję się dobrze.
–  Naprawdę?  –  Postąpił  krok  naprzód,  z  niepokojem  badając 

wzrokiem jej twarz. – Nie jesteś chora?

– Pomimo tego, co widzisz, jestem zdrowa.
– To dobrze. Nie mogłem… musiałem się upewnić. Wybacz mi 

wtargnięcie. – Schylił głowę.

Odchodził?  Nie!  Jeszcze  nie.  Upłynęło  zaledwie  dwa  tygodnie, 

odkąd  na  „Alba  Star”  przypłynęli  z  powrotem  do  Londynu.  Dwa 
tygodnie,  odkąd  wynajęty  powóz  zabrał  ją  od  milczącego, 
zamkniętego w sobie człowieka, którego rzadko widywała w czasie 
krótkiej podróży.

–  Dostałam  wiadomość  od  przyjaciela  z  Francji.  Mój  ojciec 

opuścił  ten  kraj  i  przybędzie  tutaj  w  końcu  tygodnia.  Musisz 
wyjechać  z  Londynu,  Thomasie.  Zawiadomi  władze,  gdy  tylko 
wróci, żeby móc się napawać twoim nieszczęściem.

– Niech tak będzie.
– Thomasie… – Wyciągnęła błagalnie rękę. 
Widocznie jednak poczuł się urażony, bo zamknął oczy.
–  Nie  zostawię  cię  samej,  żebyś  ponosiła  konsekwencje  moich 

czynów.

– Naszych czynów. Mogłam to przerwać w każdym momencie.
–  Nie.  –  Pokręcił  głową.  –  Znalazłbym  jakiś  sposób.  Widzisz, 

miałaś rację, chciałem ciebie.  To nie miało  nic  wspólnego z  moimi 
szlachetnymi  pobudkami  i  słusznym  gniewem.  Chciałem  ciebie  i 
znalazłbym sposób, żeby się usprawiedliwić. Teraz o tym wiem. Nie 
potrafię  być  tak  uczciwy  jak  ty,  Fio.  –  Stał  sztywno,  jakby 
przytrzymywały go żelazne pasy.

– Przestań. – Nie mogła znieść widoku jego cierpienia.
– Nie martw się. Nie będę  cię dręczyć.  – Wciągnął  powietrze i 

wypuścił je powoli. Lampa zasyczała; migotliwy blask padł na jego 
twarz.  –  Jeśli  tylko  cofniesz  swoje  oświadczenie,  że  wyjechałaś  ze 
mną z własnej woli, zostawię cię w spokoju i… odejdę.

background image

214

– Nie mogę tego zrobić, Thomasie. Zostałbyś aresztowany… za 

porwanie… może za gwałt.

–  Przyrzekam,  że  mnie  nie  aresztują  –  powiedział  szybko.  –

Przysięgam.

– Ale obiecałeś już raz, że nie przelejesz krwi z mojego powodu 

i dowiodłeś, że to kłamstwo. Tak, Pip mi powiedział. Powiedział też, 
że nie odniosłeś poważnej rany. – Powiedziała to pytającym tonem.

– Żadnej rany.
–  To  także  kłamstwo.  Wiem,  że  miałeś  zakrwawioną  koszulę. 

Jakże więc mogę wierzyć twemu słowu?

– Nie wiem – odparł głucho; widziała, że zraniła go, nazywając 

kłamcą. Nie chciała tego.

– Przestań się pojedynkować, Thomasie, zaklinam cię. To nie ma 

sensu. Nic nie powstrzyma złych języków ani ciekawskich spojrzeń.

–  Nie  mogę,  Fio.  Nie  mam  nic,  co  przyjęłabyś  ode  mnie,  ale 

mogę cię zmusić, żebyś przyjęła obronę twojego dobrego imienia.

Nie mogła znieść więcej. Czuła, jak narzucony spokój zaczyna ją 

opuszczać, pękać jak nadwątlona  szklana tafla,  która rozpada  się  w 
końcu na milion kawałków. On nie może tego zauważyć. To by było 
zbyt bolesne.

– Odejdź – zdołała wykrztusić. – Proszę, odejdź. Teraz.
–  Ale  Fio…  –  Podszedł  parę  kroków,  a  ona  odwróciła  głowę, 

podnosząc  rękę,  żeby  go  powstrzymać.  Nie  powstrzymała. 
Delikatnie przesunął palcami po jej policzku. – Fio…

– Nie. – Wszystko zostało powiedziane. Nie mogła znieść nawet 

myśli o tym, jak wyglądałaby jego twarz, wyraz oczu, jak brzmiałby 
jego  głos,  gdyby  kiedyś  przegrała  walkę  z  naturą,  jaką  została  w 
spadku po Carrze.

Była  już  tak  blisko  poddania  się  jej.  Chciała  zatrzymać 

kompromitujące  innych  ludzi  materiały  ojca.  Spodobało  jej  się 
poczucie władzy, jakie ogarnęło ją, kiedy trzymała je w ręku, kiedy 
zdała  sobie  sprawę,  że  mogłaby  z  ich  pomocą  zniszczyć  Carra. 
Znalazła nawet usprawiedliwienie, żeby je zatrzymać, niemal zdołała 
się oszukać, że cel – zwrócenie Bramble House Kayowi – wart jest 
zatracenia duszy. Następnym razem mogłoby zabraknąć jej siły.

Zamknęła oczy, łzy piekły ją pod powiekami.
– Odejdź, Thomasie. Błagam cię.

background image

215

Pieszczota  nie  ustawała.  Miała  wrażenie,  że  jego  dłoń  drży. 

Potem  odsunął  rękę.  Nie  ośmieliła  się  spojrzeć.  Nie  ośmieliła  się 
poruszyć.  Usłyszała,  jak  drzwi  otwierają  się  i  zamykają.  Upadła  na 
podłogę, wstrząsana łkaniem.

Thomas zszedł po schodach z twarzą niezdradzającą śladu uczuć. 

Na dole czekał Porter, żeby go wypuścić.

Cokolwiek Porter zobaczył na twarzy Thomasa, wprawiło go to 

w najwyższe zdumienie. Nigdy nie widział, by mężczyzna…

Thomas zarzucił pelerynę na ramiona.
Do  końca  życia  Porter  zastanawiał  się,  co  kazało  mu  o  to 

uczynić, ale zapytał:

–  Jeśli  lady  Fia  chciałaby…  skontaktować  się  z  panem.  Dokąd 

miałaby posłać wiadomość?

Thomas  się  roześmiał;  dźwięk  jego  śmiechu  zjeżył  Porterowi 

włosy na głowie.

–  Przyszłą  korespondencję  będę  chyba  przyjmować  w  Hyde 

Parku – odparł z wisielczym humorem.

– Ale…
Uśmiechnął się.
– Nie martw się. Żartowałem tylko. A ona nie będzie chciała się 

ze mną kontaktować.

Z tymi słowami wyszedł.

background image

216

25

Późnym  rankiem  następnego  dnia  poczta  dostarczyła  szereg 

przesyłek, które nadano parę dni wcześniej.

Pierwsza  trafiła  do  domu  odnoszącego  sukcesy  bankiera,  który 

podniósł  głowę,  gdy  lokaj  wręczył  mu  przesyłkę.  Ucieszył  się  z 
przerwy;  kolumna  cyfr,  nad  którą  siedział,  nie  chciała  się  zgodzić. 
Będzie musiał obciąć kolejne wydatki domowe, a nie wiedział, jak to 
powiedzieć  żonie,  która  cerowała  właśnie  jego  koszulę  przy 
otwartym oknie.

Powietrze  pachniało  jesienią,  przywodząc  bankierowi  na  myśl 

inne  jesienie,  zwłaszcza  tę  sprzed  piętnastu  lat,  którą  chciałby  za 
wszelką  cenę  wymazać,  a  którą  zmuszony  był  wciąż  na  nowo 
przeżywać  co  kwartał.  To  była  jesień,  kiedy  wplątał  się  w
pozbawioną sensu, schlebiającą jego próżności przygodę.

Zerkając  teraz  na  cyfry,  zastanawiał  się,  czy  nie  powinien 

wyznać  wszystkiego  żonie,  ale…  Żona  była  jego  najbliższym 
przyjacielem,  najdroższą  towarzyszką,  prawdziwym  środkiem  jego 
świata. Za nic nie zaryzykowałby utraty jej miłości.

Z takimi myślami złamał pieczęć na małej paczuszce i wyrzucił 

jej  zawartość  na  stół.  Był  to  jakiś  stary  list,  pożółkły,  pociemniały, 
adres ledwie się dało odczytać…

Rzucając na żonę czujne spojrzenie, otworzył list. Rozpoznał go 

od razu, choć nie widział go prawie od piętnastu lat. To był list, który 
napisał  do  tej  kobiety  –  list,  który  ona  sprzedała  Carrowi.  Przez 
wszystkie  te  lata  Carr  wyciągał  z  tego  powodu  od  bankiera 
pieniądze.

Zmarszczył  brwi,  zaglądając  do  paczuszki.  Nic.  Żadnej 

wiadomości. Pusto.

Oparł się wygodnie, poczucie wolności zaszumiało mu w głowie. 

A  potem  powoli,  drżącymi  palcami,  podarł  list  na  drobne, 
drobniutkie kawałeczki.

W schludnym, modnym domu przy Berkeley Square, lord Gerald 

Swan wpatrywał się w dokument ze swoim podpisem; paczuszka, w 
której  list  dostarczono,  leżała  u  jego  stóp.  Nie  miał  nadziei,  że 
kiedykolwiek zobaczy to pismo, a co dopiero, że będzie trzymał je w 
ręku.

background image

217

Był  młodym,  żądnym  sukcesu  członkiem  parlamentu,  kiedy 

zbliżył  się  do  niego  jeden  z  mocarzy  jego  partii.  Człowiek  ów 
zaofiarował  Geraldowi  poparcie,  o  ile  Gerald  podpisze  dokument 
zapewniający  bardzo  korzystny  kontrakt  pewnej  nie  cieszącej  się 
dobrą sławą spółce. Uczynił to. Wkrótce potem wybuchł skandal, ale 
ponieważ  dokument  z  jego  podpisem  nigdy  nie  ujrzał  światła 
dziennego,  uchronił  się  od  piętna,  jakim  naznaczono  tylu  jego 
kolegów.

Carr w jakiś sposób zdobył ten dokument. Od tamtej pory Gerald 

płacił  drobnymi  przysługami  za  trzymanie  go  w  ukryciu.  Teraz,  z 
jakiegoś powodu, znowu trafił w jego ręce. Nie będzie już musiał się 
kompromitować.

Kiedy po chwili lokaj lorda Geralda zjawił się, żeby sprawdzić, 

skąd  bierze  się  swąd  spalenizny,  zastał  swojego  pana  w  głównym 
holu  wpatrującego  się  z  szerokim  uśmiechem  w  kupkę  popiołu  na 
ziemi.

– Lord Carr ma wrócić z Francji dziś po południu – powiedział 

Gerald. – Miałem wysłać po niego powóz na molo.

– Tak, panie?
– Odwołaj to polecenie.
– Czy mam wysłać wiadomość z wyjaśnieniem?
Swan zastanawiał się chwilę, po czym odparł lekkim tonem:
– Nie.  Żadne  wyjaśnienie  nie  jest  potrzebne,  a  jeśli  hrabia 

pytałby o mnie, dla niego nie ma mnie w domu. Ani teraz, ani nigdy.

Młoda  kobieta  w  Mayfair  podała  mężowi  list  noszący  datę 

sprzed siedmiu lat. Oczy miała szeroko otwarte ze zdumienia.

– Co to jest, Anne?
–  Sądzę,  że  to  zeznanie  akuszerki  stwierdzające,  że  nasz 

Reginald urodził się przed ślubem.

Mąż  wziął  papier  i  przyglądał  mu  się  długo,  zanim  złożył  go 

starannie. Kiedy znowu spojrzał na żonę, miał w oczach zdumienie i 
ulgę.

– Nie wiem, dlaczego teraz to zwraca – powiedziała niepewnym 

głosem, głęboko wstrząśnięta. 

Tak  długo  ukrywali,  że  ich  pierworodny  syn  jest  dzieckiem  z 

nieprawego łoża. Bart był młodym żołnierzem, kochali się, a potem 
on musiał wyjechać, ona także.

background image

218

Pobrali  się,  gdy  tylko  wrócił,  ale  było  za  późno,  żeby  ich  syn 

został  uznany,  nabywając  prawo  do  tytułu  po  jej  ojcu.  Akuszerka 
zdążyła umrzeć,  ale Carr  jakimś  sposobem wszedł  w posiadanie jej 
pisemnego  zeznania.  Ostatnimi  czasy  napomykał  natarczywie,  że 
ujawni  prawdę,  o  ile  nie  dostanie  jakiejś  części  spodziewanego 
spadku.

–  Carr  wie  widocznie,  że  mój  ojciec  choruje  i  że  Reginald 

wkrótce odziedziczy tytuł – szepnęła.

Mąż wstał i ucałował ją delikatnie.
– Nie sądzę, kochanie, żeby przysłał to Carr.
– A kto? – zapytała.
– Nie wiem, ale dzięki Bogu za niego.

W  holu  frontowym  nędznego  zajazdu  w  Cheapside  lord 

Tunbridge  przyjął  paczkę,  zapłaciwszy  listonoszowi  dodatkowego 
szylinga, żeby nie wygadał, gdzie Tunbridge przebywa. Rozejrzał się 
po zalanych deszczem  ulicach,  po  czym zamknął  drzwi  i  wrócił do 
swojego pokoju.

Tam otworzył paczkę. Cienki list, opalony z jednej strony, jakby 

trzymano go za blisko ognia, sfrunął na podłogę, za nim spadła mała 
kartka.

Najpierw podniósł karteczkę.

Lordzie Tunbridge!
Nie  przeczytałam  załączonego  listu,  ale  sądząc  po  kopercie, 

należy do ciebie.

Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić. 
Lady Fia MacFarlane
.

Zmrużył podejrzliwie oczy. Co to za nowa tortura? Przyjrzał się 

kopercie. Nigdy jej nie widział. Rozdarł ją i zaczął czytać, a w miarę 
jak  czytał,  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz  oszołomienia  i 
zdumienia.

List napisał medyk portowy przed dwudziestu laty. Przepraszał, 

że  niepokoi  lorda  Carra,  ale  słyszał  z  różnych  źródeł,  że  w 
najwyższym  stopniu  interesuje  go  los  młodej  kobiety,  Nell  Baxter, 
która  została  raniona  nożem  w  sprzeczce  z  młodym  arystokratą, 
hulaką  o  nazwisku  Tunbridge.  Dobrego  hrabiego  ucieszy  z 

background image

219

pewnością  wiadomość,  że  dziewczyna  nie  zmarła  na  skutek  ran. 
Doktor osobiście się nią  opiekował, aż  doszła  do zdrowia, tylko po 
to,  żeby  być  świadkiem  jej  tragicznej  śmierci  w  tydzień  później, 
kiedy  otrzymała  cios  w  głowę  metalowym  szyldem  w  karczemnej 
bójce.  Medyk  sądził,  że  wobec  zainteresowania  sprawą,  jakie  Carr 
wcześniej  okazywał,  hrabia  będzie  skłonny  wynagrodzić  jego 
bohaterskie wysiłki.

Tunbridge przeczytał list pięciokrotnie. Kiedy w końcu podniósł 

głowę,  zobaczył,  że  siedzi  na  środku  podłogi.  Poświęcił  życie, 
ukrywając  zbrodnię,  której  nie  popełnił,  i  w  tym  celu  dopuścił  się 
grzechów  po  trzykroć  gorszych.  Pokręcił  głową  i  wybuchnął 
śmiechem. Nie mógł przestać.

Lord  Carr  wszedł  do  swojej  wspaniałej  rezydencji,  machając 

laską z lekkim rozdrażnieniem. Podróż na kontynent nie okazała się 
tak  owocna,  jak  oczekiwał.  Janet  zaczęła  pojawiać  się  w  oknie, 
śmiejąc  mu  się  w  nos,  a  Swan,  wbrew  poleceniu,  nie  przysłał 
powozu.

Zapłaci za to przeoczenie.
Odzyskawszy dobry nastrój, Carr złożył pelerynę na ręce lokaja i 

kazał innemu przynieść sobie pocztę.

–  Milordzie.  –  Służący  skłonił  się,  podając  srebrną  tackę  z 

wątłym stosikiem kopert.

–  Reszta  jest,  jak  sądzę,  w  moim  gabinecie  –  stwierdził  Carr 

zimnym  tonem.  Nędzny  głupiec  powinien  dla  własnego  dobra 
nauczyć się, że kiedy lord Carr domaga się poczty, nie obchodzi go 
to, czy służbie jest niewygodnie ją dostarczyć.

– Nie, milordzie. To wszystko.
Musiała  zajść  jakaś  pomyłka.  Może  poczta  przeżywała  jakieś 

trudności,  kiedy  był  za  granicą,  a  może  jego  korespondencję 
kierowano do wiejskiej posiadłości.

Chwycił  stosik  listów  i  zaczął  je  przeglądać.  Pięć  dawno 

nieaktualnych zaproszeń, reszta rachunki.

Musiało być jakieś wyjaśnienie. Miał zamiar je znaleźć.

Ten  sam  mechaniczny  odruch,  który  kazał  Fii  uczesać  włosy  i 

umyć  zęby,  skłonił  ją  także  do  zejścia  na  dół  i  przejrzenia  poczty. 
Stwierdziła  wówczas,  że  jakaś  nieznana  agencja  z…  Edynburga 

background image

220

przysłała jej oficjalnie wyglądający list.

Ciekawość  wyrwała  ją  na  chwilę  z  odrętwienia.  Otworzyła list. 

Był  od  prawnika,  który  usiłował  ustalić  miejsce  pobytu  jej  brata, 
Ashtona  Douglasa  Merricka,  w  związku  z  powiększeniem  się  jego 
dóbr w Szkocji.

Fia, skonsternowana, zmarszczyła brwi. Ashton nie miał żadnych 

posiadłości  w  Szkocji.  Wydał  wszystkie  pieniądze  na  zakup 
posiadłości  w  Kornwalii…  Jej  twarz  wygładziła  się  –  nagle 
zrozumiała.

O  tym,  że  Thomas  zakupił  Rumieniec  Dziewicy  przez 

pośrednika, wiedziała, teraz jednak uświadomiła sobie, że to Ashton 
został  uznany za  prawnego  właściciela  zamku.  Oczywiście  Thomas 
chronił  w  ten  sposób  ziemię  przed  zawłaszczeniem  przez  Koronę, 
gdyż taki los spotykał majątki przestępców. Dzięki temu, gdyby Carr 
albo ktoś inny go wydał, majątek nie wróciłby w ręce angielskie. Ale 
dlaczego Ash?

Odpowiedź  przyszła  natychmiast.  Thomas  miał  nadzieję, 

wierzył, że Ash, jako najstarsze dziecko Janet McClairen, weźmie tę 
ziemię – a także ludzi, którzy na niej osiedli – pod opiekę. Chciał w 
ten sposób zadośćuczynić za zło, jakie wyrządził Ashowi.

– Thomasie – szepnęła.
– Milady. – Porter stanął, zmieszany, obok niej.
– Tak?
–  Usiłowałem  sprawdzić  bezskutecznie,  czy  należy  ci  mówić  o 

tym, pani…

Uśmiechnęła się lekko.
– Porter, byłeś moim opiekunem i kamerdynerem przez sześć lat 

i nigdy nie zawiódł cię instynkt. O co chodzi?

– Kapitan Donne.
Spuściła wzrok.
–  Jeśli  chodzi  o  zeszłą  noc,  nie  musisz  się  martwić  o 

niestosowność  tak  późnej  wizyty.  On  już  nie  wróci  –  powiedziała 
bezbarwnym tonem.

–  Tego  się  właśnie  obawiam,  pani.  –  Fia  spojrzała  na  niego  z 

nagłym ożywieniem. – Zeszłej nocy, kiedy kapitan Donne szykował 
się  do  odejścia,  zapytałem  go,  gdzie  można  będzie  go  znaleźć, 
gdybyś  chciała,  pani,  się  z  nim  porozumieć.  Roześmiał  się  i 
powiedział,  że  całą korespondencję  odbierać  będzie  w  Hyde Parku. 

background image

221

Milady, Hyde Park to miejsce, gdzie dżentelmeni staczają pojedynki.

Krew  zaszumiała  jej  w  głowie;  znaczenie  słów  Thomasa  nie 

pozostawiało wątpliwości.

– To nie wszystko.
– Jak to? – zapytała bez tchu.
Opowiedział  jej  o  dwóch  przybyszach,  którzy  zjawili  się  tego 

ranka w odstępie  zaledwie  paru  godzin, a kiedy  skończył, jej twarz 
była biała jak płótno, a wzrok błędny od strasznych przeczuć.

–  Natychmiast  poślij  po  powóz  –  powiedziała.  –  Jeśli  chcesz 

uchronić mnie przed szaleństwem, jeśli cenisz moje życie, zrób to w 
tej chwili!

background image

222

26

Późnym popołudniem tego samego dnia, na szczycie wzgórza w 

jednym  z  mniej  uczęszczanych  zakątków  Hyde  Parku,  wysoki, 
elegancki  młody  człowiek  w  cudzoziemskim  stroju,  siedział  w 
leniwej  pozie  u  stóp  pomnika  króla  Jerzego  II.  Wyciągnął  przed 
siebie  długie  nogi,  opierając  się  o  odlane  w  brązie  stopy  suwerena, 
palce zaplótł na odzianym w satynę brzuchu.

Podniósł do góry haftowany złotem kołnierz  peleryny, chroniąc 

się przed wilgocią, która z nadejściem wieczoru przekształciła się w 
legendarną londyńską mgłę. Nasunął trój graniasty kapelusz nisko na 
czoło.  Obserwował  uważnie  dwóch  dżentelmenów,  którzy  właśnie 
rozchodzili  się  w  przeciwne  strony  poniżej  jego  punktu 
obserwacyjnego.

Kiedy tak  siedział,  zbliżyła  się  do  niego  jakaś  postać  na  koniu, 

szczupły, zręczny mężczyzna w podniszczonej pelerynie i kapeluszu, 
czarnych  rękawiczkach  i  znoszonych  czarnych  butach  do  konnej 
jazdy. Rzekomy cudzoziemiec spojrzał w górę, zwracając uwagę na 
pięknego  konia,  a  potem  skierował  wzrok  ponownie  na  dwóch 
mężczyzn, którzy teraz zdejmowali peleryny.

– Który z nich jest Donne'em? – zapytał nowo przybyły, usiłując 

przebić wzrokiem mgłę.

– Ten wyższy po prawej – odparł wysoki młody człowiek.
– Dzięki. – Szczupły dżentelmen w niedbałym stroju zsunął się z 

konia  i  uwiązał  go  do  wyciągniętej  ręki  króla  Jerzego,  siadając  w 
drugim  końcu  marmurowego  podestu,  z  rękoma  wspartymi  na 
kolanach.

– Masz sprawę z Donne'em, panie? – zapytał po chwili elegancki 

młodzieniec,  kiedy  zwłoka  w  związku  z  uszkodzeniem  jednego  z 
pistoletów zaczęła się przedłużać.

– Hm – odparł drugi. – Słyszałem, że ten Francuz, Pierpont, jest 

świetnym  strzelcem.  Byłoby  zdecydowanie  prościej,  gdyby  wygrał, 
ale jeśli nie, to wyzwę Donne'a.

–  Dzięki  Bogu  –  szepnął  pierwszy  jego  rozmówca  i  odwrócił 

głowę  zaskoczony.  –  Ponieważ…  –  Przerwał,  gdyż  chcąc 
podziękować  swojemu  wybawicielowi,  stwierdził,  że  patrzy  w 
znajomą i dość przystojną twarz.

background image

223

Przez dłuższą chwilę obaj mężczyźni wpatrywali się w siebie w 

milczeniu.  W  końcu  krzywy  uśmiech  wygiął  wargi  szczupłego, 
niezbyt zadbanego dżentelmena.

– Raine? – powiedział.
Na  surowej,  wyrazistej  twarzy  drugiego  również  pojawił  się 

uśmiech.

– Ash?
Ashton  Merrick  podniósł  się  na  nogi,  podszedł  do  siedzącego 

brata i objął go w serdecznym uścisku. Raine uściskał brata równie 
serdecznie. Potem zaczęli się poklepywać przyjaźnie po plecach.

– Do diabła, dobrze cię widzieć! – powiedział Raine.
–  Tak  –  odparł  Ash  z  szerokim  uśmiechem.  Trzymał  brata  na 

odległość  ramienia,  mierząc  wzrokiem  jego  szczupłe  ciało.  –
Wspaniale  cię  widzieć,  Raine.  Zbyt  wiele  lat  upłynęło.  O  wiele  za 
dużo. Od czasu Francji.

–  Listy  są  w  porządku  i  cieszą,  ale  nie  mogą…  –  Przez  chwilę 

wzruszenie  nie  pozwoliło  Ashowi  mówić  dalej,  ale  opanował  się 
szybko.  –  Nie  mogą  nawet  w  przybliżeniu  przekazać  czegoś  tak 
okropnego, jak stroje roboty twego krawca.

Raine  roześmiał  się  dźwięcznie,  zaraźliwie,  rzucając  wiele 

mówiące  spojrzenie  na  marną  pelerynę,  okrywającą  szczupłą, 
elegancką sylwetkę Asha.

– Ale ja przynajmniej, mam krawca.
Ash z kolei parsknął śmiechem.
– Cóż, jestem tylko skromnym hodowcą koni, a nie czcigodnym 

konsulem włoskich książąt. Poza tym, przybyłem w pośpiechu.

– Tak. – Raine spoważniał. – Co tu robisz?
– Miesiąc temu otrzymałem list od człowieka nazwiskiem James 

Barton –  przyjaciela  Fii.  Tak,  w  każdym  razie,  twierdził,  a  musi  to 
być  prawda,  ponieważ  ostrzegał  mnie,  że  Fia  wplątała  się  w  jakąś 
aferę z udziałem Carra i Thomasa Donne'a. Znam – znałem Thomasa 
Donne'a.  Przyjechałem  wczoraj  i  odkryłem,  że  wszyscy  wycierają 
sobie  gęby  imieniem  Fii.  Z  powodu  Donne'a.  –  Zacisnął  usta.  –
Przyszedłem za nim tutaj.

Raine pokiwał głową.
– Przyjechałeś wczoraj? Ja też. I przeszedłem podobną drogę, na 

wezwanie  tego  samego  człowieka,  Bartona.  Nie  mogłem  inaczej. 
Zawsze  miałem  poczucie,  że  opuściłem  Fię,  wyjeżdżając  z  Anglii. 

background image

224

Nie mogłem zrobić tego po raz drugi.

– Rozumiem – odparł ponuro Ash. – Ja też miałem wrażenie, że 

zdradziłem  cię,  nie  wykupując  z  francuskiego  piekła.  Kiedy 
dowiedzieliśmy się z Rhiannon, że uciekłeś, długo cię szukałem, ale 
wtedy  z  powodu  wojny  przerwano  wszelką  łączność  z  Francją. 
Przysięgam, nie wiedziałem, że schwytano cię po raz wtóry. Dopóki 
nie  dostałem  twojego  listu,  w  którym  opowiedziałeś  mi  swoją 
historię.  –  Ash  położył  rękę  na  ramieniu  brata,  patrząc  na  niego  ze 
smutkiem i powagą. –Wybacz.

Raine, zmieszany, uśmiechnął się.
– Nie mam  ci  co wybaczać.  Gdybyś to  ty mnie  uratował, moja 

Favor nie miałaby tej przyjemności, a ja nigdy… – Pokręcił głową. –
Może  niemądrze  to  brzmi,  ale  spędziłbym  jeszcze  dziesięć  lat  w 
tamtym miejscu, byle wszystko ułożyło się tak, jak się ułożyło.

Odgłos wystrzału odwrócił ich uwagę.
Spojrzeli  w  dół.  Z  pistoletu  Pierponta  wydobywało  się  cienkie 

pasmo dymu. Thomas Donne stał z pistoletem u boku.

–  Mon  dieu!  –  krzyknął  Pierpont.  –  Jeśli  chcesz  strzelać,  to  na 

wszystkie świętości, strzelaj!

Thomas  podniósł  spokojnie  pistolet  i  wymierzył.  Nic  się  nie 

poruszyło.  Żaden  dźwięk  nie  wprawił  w  drżenie  nieruchomego, 
nasyconego wilgocią powietrza.

– Do diabła, jest zimny jak kamień – mruknął Raine.
– Tak – odparł Ash. – Zawsze był taki.
–  Czy  przeprosisz  publicznie  lady  Fię?  –  zapytał  nagle  Donne 

głosem jasnym i zimnym, jak powiew arktycznego wiatru.

Pierpont  nie  odzywał  się  przez  długą  chwilę,  a  potem,  głosem 

zdławionym ze wzruszenia, zawołał:

– Oui! Je suis d'accord!
Thomas  opuścił  pistolet.  Nawet  z  tej  odległości  usłyszeli,  jak 

Pierpont wydaje westchnienie ulgi. Francuz ruszył szybkim krokiem 
pod górę, w stronę braci, sekundant szedł za nim. Kiedy doszedł do 
nich, rzucił za siebie szybkie spojrzenie.

–  Zastanówcie  się  nad  swoją  próżnością,  przyjaciele  –  poradził 

im  cierpko.  –  Mówię  uczciwie,  uchodzę  za  odważnego  człowieka  i 
walczyłem  na  wielu  polach  bitew,  ale  nigdy  nie  stanąłem  wobec 
człowieka takiego, jak ten.

– Doprawdy? – odezwał się Ash. – Jakże to?

background image

225

– Patrzysz mu w oczy, a tam nie ma nic. Człowiek, który nie ma 

czego bronić, jest zaiste niezwykle niebezpieczny. – Podjął wysiłek, 
żeby  ratować  swoją  dumę.  –  Poza  tym,  byłem  pijany,  kiedy 
wypowiedziałem  te  nieszczęsne  słowa  o  lady  Fii.  Jestem 
dżentelmenem.  Nie  dla  własnego  bezpieczeństwa  rezygnuję  z 
pojedynku, jak się domyślacie, ale ze względu na honor damy.

– To z pewnością zdrowy odruch, kiedy ktoś uświadamia sobie 

w porę własne błędy – powiedział Raine. Uśmiechał się, ale w jego 
głosie zabrzmiało ostrzeżenie.

Pierpont spojrzał na niego niepewnie.
– Ach, tak. Cóż, no… Powodzenia.
Gdy odszedł, Raine zwrócił się do brata z ukłonem:
– Ty pierwszy.
Ash wygiął usta z niesmakiem.
– Byłeś tutaj przede mną.
– Tak. Ale moja żona wyrażała się przyjaźnie o Donnie, a ja nie 

chcę jej zranić.

–  Ale  on  był  kiedyś  moim  przyjacielem,  a  nawet  jeśli  udawał, 

jego  gra  była  lepsza  od  wszystkiego,  co  znałem,  wtedy  i  teraz.  Do 
samego końca.

– Ile masz dzieci, Ash? – zapytał Raine.
–  Tak,  to  także  ma  znaczenie.  –  Ash  skinął  głową  ze 

zrozumieniem.  –  To  groźny  przeciwnik.  Ale  zmartwię  cię,  mam 
zaledwie jedno, a ty troje.  – Odwrócił się z  westchnieniem i  zaczął 
schodzić po zboczu.

Jeśli  Thomasa  zdziwił  widok  przyjaciela,  którego  niegdyś 

zdradził,  nie  dał  tego  znać  po  sobie.  Poza  tym,  że  lekko  zacisnął 
wargi  i  skłonił  z  kurtuazją,  jak  w  londyńskim  salonie,  nie  okazał 
śladu emocji.

–  Nie  mogę  cię  zabić,  Ash  –  powiedział,  wysłuchawszy 

chłodnego  wyzwania.  –  Poza  tym, że  jesteś  bratem  Fii,  masz  pełne 
prawo domagać się ode mnie satysfakcji.

–  Ja  także  wolałbym  cię  nie  zabijać  –  odparł  Ash.  –  Zrobiłeś 

jednak  wiele,  by zniszczyć  reputację  mojej  siostry  –  niezależnie  od 
tego,  jak  bardzo  sama  się  do  tego  przyczyniła,  a  słyszałem,  że 
niemało.

–  Licz  się  ze  słowami  –  ostrzegł  Thomas  chrapliwym  głosem.

Spojrzał na parę pistoletów, które Johnston podsunął mu w milczeniu 

background image

226

i  machnął  przecząco  ręką.  –  Pamiętam,  że  twoją  mocną  stroną  jest 
biała broń. Przynieś nam, proszę, szpady.

Johnston ruszył po szpady, a Ash zrzucił pelerynę z ramion.
– Do diabła, wcale mi się to nie podoba, Thomasie. Czy przyszło 

ci do głowy, żeby ją poślubić?

– Przyszło – oznajmił sztywno Thomas.
– Pamiętam, że była ładna.  I choć zdaję sobie sprawę, że może 

nie być najlepszą kandydatką na żonę, z jej listów wnoszę, że jest w 
niej coś, co…

–  Idź  do  diabła,  Merrick!  –  ryknął  Thomas.  Gwałtowność  tego 

wybuchu  zdumiała  Asha  do  tego  stopnia,  że  przestał  wymachiwać 
szpadą i spojrzał na przeciwnika niedowierzająco.

– Rozumiem! Oświadczyłeś się, a ona cię nie przyjęła – szepnął 

zdumiony.

Thomas  nie  odpowiedział.  Zamiast  tego  rzucił  Ashowi  krótkie 

ostrzeżenie.

– En garde!
Ash  nie  miał  innego  wyjścia,  jak  tylko  bronić  honoru  Fii. 

Odwzajemnił  pozdrowienie  i  obaj  mężczyźni  przystąpili  do  walki. 
Walczyli w milczeniu, Ash atakował, Thomas zręcznie odparowywał 
ciosy.  Ich  coraz  bardziej  chrapliwe  oddechy  skraplały  się  w 
chłodnym powietrzu; na włosach błyszczały kropelki rosy, wilgotna 
trawa pod stopami stawała się coraz bardziej śliska.

Po  paru  minutach  Ash  uświadomił  sobie,  że  Thomas  walczy, 

przyjmując wyłącznie postawę obronną, nie odpowiadając ciosem na 
cios.  Fleche  Asha  nie  napotykał  odzewu  w  postaci  kontrataku,  a 
tylko mechaniczne parowanie. Thomas starał się kryć swoje intencje, 
ale  większość  poczynań  Asha  kończyła  się  powodzeniem. 
Dwukrotnie przełamał linię obrony Thomasa, kalecząc go do krwi w 
ramię,  a  potem  w  nadgarstek.  Kiedy  zdał  sobie  sprawę,  do  czego 
dąży Thomas, ogarnął go gniew.

Przypadła mu rola kata.
Natarł wściekle, zdecydowany uderzyć tak mocno, żeby wytrącić 

łotrowi szpadę z ręki. Potem… porozmawialiby chwilę.

Thomas  odparował  mechanicznie;  jego  apatia  podsyciła  tylko 

gniew Asha. Merrick zazgrzytał zębami, unikając mało precyzyjnego 
pchnięcia i…

background image

227

– Nie! – zabrzmiał w mglistym powietrzu kobiecy głos. – Nie!
Obaj  mężczyźni  opuścili  broń,  odwracając  się.  Drobna  kobieca 

postać zbiegała ze  wzgórza,  halki powiewały jej  wokół nóg, czarne 
włosy falowały. Po  chwili znalazła  się u stóp wzgórza, rzucając się 
na oniemiałego Donne'a. Objęła go szczupłymi, nagimi ramionami i 
przycisnęła mu głowę do piersi.

–  Nie!  –  Odwróciła  się  do  Asha.  –  Przestań.  Nie  mogłabym 

znieść tego, że jeden z was zadał mu śmierć.

To  była  Fia.  Ash  wpatrywał  się  w  nią  z  niedowierzaniem. 

Doskonała,  opanowana,  słodka  Fia.  Nie  była  kompletnie  ubrana, 
suknię miała narzuconą byle jak, włosy splątane, a stopy – na Boga! 
Stopy były bose.

– Idź do domu, Fio – usłyszał Ash słowa Thomasa. Nie wykonał 

żadnego  ruchu,  żeby  jej  dotknąć;  opuścił  ręce  po  bokach,  czubek 
szpady wbił się w ziemię.

–  Nie.  Nie,  dopóki  nie  przestaniesz  –  powiedziała  Fia,  a 

zwracając się do Asha, dodała: – Nie możesz mścić się na nim za to, 
co  zrobił,  co  próbował  zrobić  przed  wieloma  laty.  Miał  ku  temu 
powód. Dobry powód. On nie jest Thomasem Donne'em. To Thomas 
McClairen.  Kupił  Wyspę  McClairenów  i  ciebie  uczynił  jej 
właścicielem!

Ash spojrzał na nieprzeniknioną twarz Thomasa.
– Czy to prawda?
– Co to za różnica?
–  Duża  różnica,  powiedziałbym  –  odezwał  się  wściekły  głos 

Raine'a Merricka, który właśnie zmierzał w gęstniejącej mgle w ich 
stronę.  –  Bo  gdyby  miłemu  Ashowi  nie  udało  się  ciebie  zabić, 
przypadłaby moja kolej, żeby spróbować. A moja żona, która będzie 
musiała  mi  wiele  wyjaśnić,  kiedy  wrócę  do  domu  –  jego  twarz 
pociemniała  od  gwałtownych  uczuć  –  miałaby  może  coś  do 
powiedzenia, gdybym zabił jej brata, ty przeklęty, szkocki poganinie!

–  Nie  sądzę,  żeby  była  szczęśliwsza,  gdybym  zabił  jej  męża  –

odparł chłodno Thomas; wyszedłby naprzeciw Raine'a, gdyby Fia nie 
trzymała go tak mocno, tak zapamiętale, że nie mógł się ruszyć, nie 
czyniąc  jej  krzywdy.  Chwycił  ją  za  ramiona,  chcąc  się  uwolnić, 
kiedy  jednak  jego  wysiłki  wywołały  grymas  na  jej  twarzy,  poddał 
się, zrozpaczony i bezradny.

background image

228

–  Ach,  słodka  siostrzyczko  –  powiedział  cicho  Raine.  –  Jak 

dobrze, że przyłączyłaś się do nas.

– Nie mów do niej w ten  sposób  – odezwał się  Thomas. – Nie 

widzisz, jak ją to rani?

Bracia  spojrzeli  na  Fię.  Ash  zmarszczył  brwi.  Piękna  twarz  Fii 

była jak zwykle gładka i nie zdradzała żadnych uczuć. Jeśli Thomas 
sądził, że potrafi coś wyczytać z tej zagadkowej twarzy…

Ash  rzucił  szpadę,  obrócił  się  na  pięcie  i  chwycił 

masywniejszego, młodszego brata za ramię.

–  Idziemy  –  powiedział  głośno.  –  Nie  musisz  się  obawiać,  nie 

wrócimy, by dokończyć ten nonsens.

– Ale honor Fii! – zaprotestował Raine.
–  Ma  już  dobrego  obrońcę,  głupcze  –  syknął  Ash,  na  wpół 

ciągnąc brata za sobą.

Para stojąca w parodii miłosnego uścisku milczała.
– Proszę cię, Fio – powiedział błagalnie Thomas. – Nie rób tego 

więcej.

–  Zrobię  to  za  każdym  razem,  kiedy  narazisz  się  na 

niebezpieczeństwo. Za każdym razem – oznajmiła namiętnie.

Zadrżał.
– Co mam zatem zrobić? – zapytał niepewnie, tonem, jakiego Fia 

nie słyszała dotąd. – Nie wyrzekniesz  się mnie i  nie chcesz mnie  –
powiedział. – A ja muszę wiedzieć, czy będzie tak, czy inaczej.

Uśmiechnęła  się  lekko,  słysząc  namiętną  prośbę  w  jego  głosie, 

widząc  ściągniętą  zdecydowanie  linię  brwi.  Niewolę  zamienił  w 
zwycięstwo,  odnalazł  i  sprowadził  do  domu  swój  szkocki  klan, 
wywalczył dla nich wyspę; nigdy nie doznał długotrwałej klęski.

Ale z tym dało się żyć. Nie było innego wyjścia.
– Nie – powiedziała cicho. – Musisz się tylko odwrócić i odejść. 

Wiem, że będzie cię bolało poczucie, że mnie opuściłeś, ale tak nie 
jest.  Wybaczam  ci  porwanie.  Czy  chcesz  koniecznie,  żeby  ludzie 
także ci wybaczyli? Nie sądziłam, że to dla ciebie ważne.

– Wiesz, że nie tego pragnę.
– Zależy ci zatem, żeby to mnie wybaczyło towarzystwo; to nie 

ma  sensu,  ponieważ  nie  dbam  o  przychylność  czy  też  potępienie 
świata. To, co robisz, nie jest mi wcale potrzebne.

– Ale – powiedział zgnębiony – pewnego dnia zapragniesz mieć 

dom, rodzinę i mężczyznę, który podzieli z tobą życie.

background image

229

Co mogła mu powiedzieć? Ze nie chce nikogo, poza nim?
– Wiem, Fio – powiedział wolno, niskim, dźwięcznym głosem –

że  uważasz  się  za  gorszą  od  innych  i  wiem,  że  ja  to  sprawiłem. 
Wyrwałbym sobie serce z piersi, gdyby to mogło cofnąć moje słowa.

Położyła mu palce na wargach, ale odsunął je i zacisnął mocno w 

swojej dłoni.

–  Nigdy  nie  działałaś  pod  wpływem  złej  myśli  czy  odruchu. 

Poślubiłaś  bogatego  człowieka,  a  kiedy  umarł,  z  miłości  do  jego 
dzieci  gotowa  byłaś  poświęcić  swoją  przyszłość.  Znalazłaś  środki, 
żeby  na  zawsze  uwolnić  się  od  potwora  i  zrezygnowałaś  z  tego, 
zrezygnowałaś, zanim zdążyłem powiedzieć słowo. Wiem o listach, 
Fio. Swan powiedział Johnstonowi, a ten mnie. Wiem też, że nigdy 
nie użyłabyś ich, by odzyskać wolność.

– Mogłabym to zrobić – zaprzeczyła.
– Nie. – W jego wzroku była pewność. – Twoim postępowaniem 

nigdy  nie  kierowały  złe  pobudki,  a  moim  tak.  Celowo  udawałem 
przyjaciela twego brata, a potem wykorzystałem tę przyjaźń, żeby go 
zranić – powiedział z trudem. – A jednak mi wybaczyłaś. Nigdy mi 
nawet tego nie wypomniałaś. To, że jesteś córką Carra, nie dotyczy 
cię, Fio. Świadczy tylko o tym, jaka jesteś niezwykła.

Stłumiła  szloch.  Nie  ośmielała  się  myśleć  o  tym,  że  bycie 

dzieckiem  Carra  jest  czymś  innym  niż  piętnem,  trucizną,  jaką  w 
sobie nosi. Chyba nie wiedział, co mówi.

– Łatwo jest być dobrym, Fio, jeśli nie ma żadnych pokus.
– Nie jestem święta, Thomasie.
Nie  mogła  podnieść  wzroku;  ręce  trzymała  w  dole,  splatając 

palce. Wpatrywała się w jego buty, uświadamiając sobie niejasno, że 
musiały  przemoknąć  w  wilgotnej  trawie,  a  jej  stopy  też  są  mokre  i 
zimne.

–  Proszę,  Fio.  Kocham cię.  –  Oczy mu  płonęły.  –  Czy  ty  mnie 

kochasz?

–  Tak!  –  zawołała,  zaskoczona  zdumiewającym  odkryciem,  że 

on o tym nie wiedział.

– Zostań zatem moją żoną!
– Thomasie, bez względu, jak na to patrzysz, zawsze będę córką 

Carra. Oto prawda, przed którą nie można uciec.

Nie  czekała,  aż  odpowie,  bo  cóż  można  odpowiedzieć na  rzecz 

tak  oczywistą.  Odwróciła  się,  zmuszając  zdrętwiałe  nogi  do  ruchu, 

background image

230

patrząc niewidzącymi oczami w białą mgłę dookoła.

– Fio!
Nie zatrzymała się.
– Fio!
Jeszcze  kilka  kroków  i  zginie  w  miękkiej,  chłodnej, 

nieprzeniknionej pustce.

– Na miłość boską, Fio! – Jego głos, załamujący się na ostatnich 

słowach, sprawił, że się odwróciła. Ból, brak snu, głód, to wszystko 
doprowadziło go do kresu sił, ale to ona w końcu dokonała tego, co 
nie udało się okrutnemu strażnikowi w więzieniu ani strażnikom na 
statku,  ani  batowi  właściciela  niewolników;  złamała  ducha,  który 
ożywiał to potężne ciało, każąc mu trzymać się prosto i dumnie.

Klęczał na jednym kolanie, z jedną dłonią na ziemi, z pochyloną 

głową, tak jakby właśnie otrzymał cios.

Popatrzył w górę. Oczy miał jak kamienie; nienawidziła siebie za 

to, że sprawiła mu ból.

–  Co  mam  zrobić,  Fio?  Przysięgam,  że  krew  Carra  w  twoich 

żyłach  nie  jest  przekleństwem.  Dałbym  ci  swoją,  ale  nie  pozwolisz 
na to.

Podeszła  powoli,  przestraszona  bardziej  niż  kiedykolwiek  w 

życiu;  budziła  się  w  niej  nieśmiała,  lękliwa  nadzieja.  Przebiegł 
spojrzeniem  jej  twarz  i  to,  co  zobaczył,  rozpaliło  ogień  w 
przygasłych oczach. Podniósł się na nogi, czekał.

– Thomasie, czy nie wiesz, kim jestem?
Tym razem odparł z niezachwianą pewnością.
– Jesteś  sobą, Fio.  Zawsze nią byłaś i  będziesz.  Moją miłością, 

moim  życiem,  spełnieniem  moich  najśmielszych  snów.  Zanurz  mi 
ostrze w sercu, Fio, albo bądź moja. Na zawsze.

Łzy  spłynęły  spod  jej  powiek,  nie  mogła  ich  powstrzymać; 

spadły  z  oczu  barwy  szlachetnych  kamieni  i  bez  przeszkód 
ześlizgnęły się po policzkach, zwilżając wargi i kapiąc z brody.

Oślepiona, wyciągnęła  ręce,  ruszyła niepewnie,  a zanim  zrobiła 

drugi  krok,  już  była  w  jego  ramionach,  w  żelaznym  uścisku;  jego 
serce  biło  gwałtownie  obok  jej  serca,  całował  jej  usta,  policzki, 
powieki, skronie.

– Na zawsze – przysięgła.

background image

231

27

Rumieniec Dziewicy, Wyspa McClairenów

Wrzesień 1766

Kamienisty cypel łączący Wyspę McClairenów z lądem mógł w 

każdej  chwili  znaleźć  się  pod  wodą.  Wynajęty  powóz  przebył 
zaledwie  jedną  trzecią  drogi,  kiedy  woźnica  rozmyślił  się,  nie 
zważając  na  zachętę  w  brzęczącej  monecie  i  dał  pasażerowi  do 
wyboru: albo wróci, albo resztę drogi odbędzie na piechotę.

Ronald Merrick, hrabia Carr, postanowił iść. Wyszedł z powozu, 

rzucił woźnicy monetę i poczekał, aż odjedzie.

Odwrócił się, z jedną dłonią na biodrze, drugą na srebrnej gałce 

laski i popatrzył na masyw Rumieńca Dziewicy. Zamek wznosił się 
szary,  jednolity,  na  jego  blankach  uwijali  się  robotnicy  niczym 
termity w gnieździe.

Nienawidził tego miejsca. Zwłaszcza że ktoś – zapewne Thomas 

McClairen  –  uparł  się,  by  odbudować  zamek  w  pierwotnym, 
żałosnym  stylu.  Może,  pomyślał  Carr,  uda  się  go  odzyskać, 
szczególnie, że musi na jakiś czas opuścić Londyn.

Zaczął iść wzdłuż cypla; jego twarz ściągała nienawiść. Nie dał 

się  zniszczyć.  Nie!  Daleko  mu  było  do  tego.  Nadal  miał  materiały 
obciążające  wielu  ważnych,  wpływowych  ludzi,  a  nawet  jeśli  od 
czasu powrotu z Francji jeden, czy dwóch – może więcej, dlaczego 
miałby prowadzić rachubę? – naraziło się na jego gniew, ujawniając 
swoje  własne,  małe  tajemnice,  to  cóż,  nie  każdego  stać  na  taką 
odwagę.

Zbliżył się do stóp zamku, uważając, aby nie znaleźć się w polu 

widzenia  robotników;  kierował  się  na  tyły,  w  stronę  fasady 
wychodzącej na morze. Tam mógłby wejść do środka niezauważony.

Co z tego, że jego imię stało się przekleństwem, a ludzie, którzy 

jeszcze  miesiąc  temu  pełzali  przed  nim  na  kolanach,  teraz 
przechodzili  na  jego  widok  na  drugą  stronę  ulicy?  Spojrzał  złym 
wzrokiem na zamek. Powiedziano mu, że to przeklęte miejsce spaliło 
się  na  popiół.  Nic  nie  zostało.  Kto  mógł  przewidzieć,  że  reszta 
materiałów  przetrwa  pożar  i  zostanie  odnaleziona  przez  jego 
ukochane, najmłodsze dziecko?

background image

232

Raz  jeszcze  nienawiść,  jak  trąd,  zniekształciła  jego  twarz. 

Opanował  się,  oddychając  głęboko.  Fia  i  jej  fagas,  Thomas 
McClairen,  zapłacą  mu  za  to,  mimo  wysiłków  Tunbridge'a,  żeby 
udaremnić zemstę na Szkocie.

Carr  zanurzył  rękę  w  kieszeni,  wydobywając  tytułową  stronę 

„London Timesa”; przeczytał ponownie zamieszczony tam list.

Ja,  James  Wells,  lord  Tunbridge,  w  mojej  ostatniej  chwili  na 

ziemi,  daję  świadectwo  prawdzie  poniższego  wyznania.  Ja,  James 
Wells, lord Tunbridge, przewidując, że Ronald Merrick, hrabia Carr, 
wyda  Thomasa  Donne'a  i  oskarży  go  o  to,  że  jest  zdrajcą  i 
deportowanym  przestępcą,  Thomasem  McClairenem,  przedstawiam 
nieodparty  dowód,  że  wspomniany  człowiek  nie  jest  Thomasem 
McClairenem  i  że  nienawiść  i  złość  lorda  Carra  skłoniły  go  do 
oskarżenia  niewinnego  człowieka  w  nadziei  sprowadzenia  na  niego 
śmierci.

Wiem,  że  Thomas  Donne  nie  jest  Thomasem  McClairenem, 

ponieważ  ja,  James  Wells,  zabiłem  Thomasa  McClairena  z  zimną 
krwią  na  polecenie  Ronalda  Merricka  20  lutego  1752  roku  w 
gospodzie w Kingston, na wyspie Jamajce. Uczyniłem to jedynie po 
to,  aby  zadośćuczynić  żądaniu  lorda  Carra,  żywiącemu  do 
McClairenów zastarzałą nienawiść, podobnie jak zabiłem i innych z 
jego polecenia, w tym jego lokaja, Rankle'a.

Nie mogę dłużej żyć ze świadomością swoich zbrodni, toteż zdaję 

się  na  łaskę  Boga,  przysięgając,  że  wszystko,  co  napisałem,  jest 
prawdą. Bóg jest moim sędzią. Oby zlitował się nad moją duszą.

James Wells, lord Tunbridge

Sprytne,  pomyślał  Carr.  Tunbridge'a  rzeczywiście  aresztowano 

w  Kingston  za  zabójstwo  „nieznanych  osób”.  Co  do  reszty… 
widocznie  Tunbridge  nie  pokładał  zbytniej  ufności  w  łaskę  Bożą, 
skoro  naraził  swoją  nieśmiertelną  duszę  kłamiąc,  zanim  przeciął 
sobie żyły.

Ale  dlaczego?  Carr  podniósł  rękę,  jakby  prowadził  milczącą 

dyskusję  z  kimś  innym.  Tunbridge  musiał  nienawidzić  McClairena 
za to, że osiągnął coś, o co Tunbridge starał się latami, a mianowicie, 
że znalazł drogę do łoża Fii.

– Ponieważ ciebie nienawidził bardziej niż McClairena.

background image

233

Na dźwięk tego od dawna niesłyszanego głosu Carr odwrócił się 

z uśmiechem.

–  Janet.  Wiedziałem,  że  któregoś  dnia  znowu  się  do  mnie 

odezwiesz. Już się nie dąsasz, co?

Boże, była śliczna. Ciemne oczy lśniły, włosy opadały gęstymi, 

hebanowymi  falami.  Półuśmiech,  taki  zalotny,  taki  czarujący, 
rozświetlał jasną twarz. Naprawdę ją kochał.

Dygnęła, jej śliczna twarz promieniała z radości.
– Być może.
–  I  „być  może”  masz  rację  co  do  Tunbridge'a  –  stwierdził

wielkodusznie.

– Wiem, że mam. Dlaczego tutaj jesteś, Ronaldzie? 
Pomachał laską w powietrzu.
– Przyjechałem, żeby zabić McClairena.
– Ach – westchnęła. – Dlaczego?
–  Biedna,  niemądra  Janet.  Jeśli  zabiję  McClairena,  inni 

przekonają się, że  nadal  jestem człowiekiem, który budzi  strach,  że 
należy mnie słuchać, i liczyć się ze mną.

Roześmiała się, perlisty śmiech był jak blask słońca tańczący na 

wodzie. Przyzwała go bliżej.

– Nie sądzę – powiedziała, kiedy podszedł. Odwróciła się, sunąc 

ponad  kamienistym  gruntem,  pełna  wdzięku,  jak  pióro  na  wodzie. 
Szedł  za  nią  zahipnotyzowany  jej  urodą,  zachwycony,  jak  przed 
wielu laty, jej świeżością i oczywistym uwielbieniem dla niego.

– Poczekaj! Czemu tak myślisz?
Spojrzała na niego przez ramię, wzywając gestem, żeby poszedł 

za nią.

–  Nie  sądzę,  żeby  to  był  prawdziwy  powód,  dla  którego  się  tu 

zjawiłeś, Ronaldzie.

Jak śmie podawać w wątpliwość jego motywy!
–  Doprawdy?  –  Wypowiedział  to  słowo  z  wyższością,  ale  ona 

tylko się zaśmiała i ruszyła dalej, a on za nią.

–  Myślę,  że  chcesz  zabić  Thomasa,  bo  dopóki  on  żyje, 

McClairenowie  będą  górą!  –  szepnęła,  jak  psotne  dziecko 
ujawniające jakiś sekret.

– Nie są górą!
– Ale będą. – Zatrzymała się w końcu.
– Tak, Ronaldzie – odezwał się głos jakiejś starej kobiety.

background image

234

Odwrócił się powoli. Stała przed nim stara wiedźma, zgięta pod 

ciężarem  szarej  sukni,  z  czarnym  welonem  zakrywającym  połowę 
twarzy  i  odsłaniającym  zniekształcone  rysy,  rozbity  nos,  łzawiące 
oko, zdeformowane usta.

– Kim jesteś? – zapytał, zły, że przerwała jego rozmowę z Janet.
– Jestem Gunna – odparła. 
Pogrzebał w pamięci.
– Opiekunka Fii!
– Tak. 
Parsknął.
–  Na  Boga,  wciąż  trzyma  przy  sobie  istoty podobne  do  ciebie? 

Czyżby  postradała  zmysły?  –  Roześmiał  się  okrutnie,  oglądając  się 
przez ramię, żeby sprawdzić, czy Janet docenia jego dowcip. Zjawa 
wpatrywała  się  w  kaleką  postać;  z  wyrazu  jej  pięknych  czarnych 
oczu można było sądzić, że ją rozpoznaje.

–  Nie.  To  ty  je  postradałeś  –  odparła  Gunna.  Coś  się  nie 

zgadzało.  Sposób,  w  jaki  mówiła…  Otworzył  szeroko  oczy.  Gdzie 
się  podział  silny,  niemal  uniemożliwiający  zrozumienie  słów, 
szkocki akcent? Dlaczego nagle zaczęła mówić głosem Janet?

– Kim jesteś?
– Mówiłam ci – odparła. – Jestem Gunna.
–  Nie.  –  Pokręcił  głową.  Zobaczył,  że  Janet  go  naśladuje,  że 

duch  kręci  głową  coraz  gwałtowniej,  układając  usta,  jakby  mówił: 
„Nie, nie, nie”.

Wargi Gunny wygięły się w czymś w rodzaju uśmiechu.
– Były czasy, dawno temu, kiedy byłam kimś innym. Kimś, kto 

już nie istnieje.

–  Kim  takim?  –  zapytał,  czując,  jak  strach  skręca  mu 

wnętrzności.

– Nazywałam się Janet McClairen – odparła cicho.
Odwrócił gwałtownie głowę, napotykając psotny uśmiech Janet. 

Wzruszyła przesadnie ramionami.

–  Niemożliwe  –  powiedział.  –  Zabiłem  cię.  Zrzuciłem  cię…  –

Przerwał  i  rozejrzał  się,  jakby  oprzytomniał  z  omdlenia.  Dopiero 
wtedy zdał sobie sprawę, gdzie jest, dokąd go przyprowadziła.

Stał  na  dróżce  za  starym  warzywniakiem,  nad  skałami,  na 

których  zginęła  Janet.  Patrzył  ze  zgrozą  na  wzburzone  fale 
uderzające w brzeg poniżej skał.

background image

235

– Ty nie żyjesz – szepnął.
–  Nie.  Byłam  ranna…  bardzo  poważnie.  Ale  zachowałam 

przytomność umysłu. Przywarłam  do dryfującej  kłody.  Fala zniosła 
mnie  daleko  w  dół  wybrzeża,  gdzie  jacyś  rybacy  znaleźli  mnie  i 
uratowali.

Spojrzał  nieprzytomnie  błękitnymi  oczami.  Wiedźma  podniosła 

rękę  i  pociągnęła  za  welon.  Spadł,  ukazując  oblicza  Janusa, 
przerażające  połączenie  okaleczonej  twarzy  z  twarzą,  której  druga 
połowa  zachowała pełnię  urody, policzek  był  nadal  gładki, a  oko  o 
ciemnych rzęsach czarne jak atrament.

– Niemożliwe. – Cofnął się przejęty grozą.
–  Niezwykłe  –  poprawiła  go  staruszka  głosem  Janet.  –  Lata 

minęły, zanim doszłam do siebie. Pamiętasz, jak w noc, kiedy mnie 
zabiłeś,  przysięgłam,  że  zrobię  wszystko,  żeby  chronić  przed  tobą 
dzieci?  Dotrzymałam  słowa,  Ronaldzie.  Wróciłam.  Przy  twoim 
wstręcie  do  brzydoty  i  uwielbieniu  pieniędzy  łatwo  było  cię 
przekonać,  byś  najął  mnie  do  opieki  nad  własnymi  dziećmi. 
Musiałam  tylko  trzymać  się  z  dala  od  ciebie.  Mogłam  się  nimi 
zajmować, kochać je,  ale przede wszystkim starać się nie dopuścić, 
abyś zatruł je swoim jadem.

– Oni wiedzą? – zapytał.
Uśmiech, unoszący w górę kącik ust, znikł.
– Nie. Nie mogłam wyjawić, kim jestem, w obawie, że któreś z 

nich  wygadałoby  się,  a  ty  po  prostu  zabiłbyś  mnie  jeszcze  raz. 
Zostałam  więc  Gunną,  niańką.  Właściwie  udało  ci  się  mnie  zabić, 
Ronaldzie, bo teraz też nie mogę im nic powiedzieć. Jakże mogliby 
mnie zrozumieć? Bo choć byłam niańką, towarzyszką, nauczycielką, 
nigdy nie byłam już matką.

Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na piękną Janet. Nie było jej.
– Janet!
– Do kogo mówisz, Ronaldzie? – zapytała czarownica.
– Do Janet.  Do ciebie. Do… – Przerwał, jego oczy rozszerzyły 

się ze strachu. Jak może kogoś nawiedzać żyjąca kobieta? A jednak 
był nawiedzany, i to latami. Wystarczyło spojrzeć…

– Oszalałeś, Ronaldzie – powiedziała spokojnie Janet-potwór. –

Jak może prześladować cię mój duch, skoro wciąż jest w moim ciele, 
choć  tak  się  starałeś,  żeby  go  ode  mnie  oddzielić?  Jak  wyjaśnić 
ducha, którego widujesz? Oszalałeś. Własne zło cię nawiedza.

background image

236

– Nie! – zawołał. – Odejdź ode mnie. To ty jesteś duchem! Nie 

jesteś  prawdziwa.  Nie  jesteś  Janet!  Janet  jest  piękna.  Janet  mnie 
kocha. Janet…

– Jest tutaj.
Piękna  połowa  ust  wygięła  się  w  doskonałym,  pełnym  powabu 

uśmiechu,  druga  pozostała  ohydną,  bezzębną  dziurą.  Cofał  się, 
zasłaniając twarz rękami.

– Potwór!
Krzyczał tak ze zgrozy, spadając na skały u stóp urwiska.
Robotnicy dotarli na klify w ciągu kwadransa. Usłyszeli krzyk, a 

paru nawet widziało postać wymachującą dziko rękami, gdy znikała 
za krzemienną krawędzią skalnej ściany.

– Niech Bóg się nad nim zlituje, biedakiem – powiedział Jamie 

Craigg, zerkając na skały.

–  Możecie  mnie  do  niego  opuścić-  zaproponował  Gordie, 

obwiązując się liną w pasie.

–  Dobrze.  –Jamie  skinął  głową.  –  Ale  nie  ma  co  się  śpieszyć, 

chłopcze. Nikt nie przeżyłby upadku na te skały. Prawda, Gunno? –
Spojrzał  ze  smutkiem  na  starą,  powykrzywianą  kobietę,  która 
przydreptała za gromadką mężczyzn.

– Nie – odparła spokojnie. – Nikt nigdy tego nie przeżył.

background image

237

Epilog

Rumieniec Dziewicy, Wyspa McClairenów 

Święta Bożego Narodzenia 1766

– Nie ma szans – powiedział Ash Merrick. Siedział obok swojej 

żony,  Rhiannon,  zwracając  się  przyciszonym  głosem  do  brata, 
Raine'a. Na zewnątrz porywisty północny wiatr szarpał okiennicami, 
w komnacie jednak ogień na kominku przeganiał wszelki chłód.

Dzieci  Merricków  prośbą  i  groźbą  zapędzono  do  łóżek,  gdzie 

natychmiast  zapadły  w  sen.  Z  wyjątkiem  najmłodszego  dziecka 
Asha.  Gunna  siedziała  koło  kominka,  susząc  włosy  Cory 
MacFarlane,  a  Kay  usadowił  się  wygodnie  w  fotelu  z  otwartą 
książką, nieodstępną towarzyszką, na kolanach.

Rhiannon,  zajęta  karmieniem  córeczki,  nie  zwracała  uwagi  na 

męża. Raine jednak skinął głową na znak, że się z nim zgadza.

– Biedaczek. Wiem,  że nie powinienem go żałować,  ale żałuję. 

Nam też nie było lekko. Dlaczego z nim miałoby być inaczej?

– Słusznie – powiedział Ash.
Favor,  która  przed  chwilą  ułożyła  najmłodsze  dziecko  do  snu, 

stanęła  za  krzesłem  Raine'a.  Przechyliła  się  przez  jego  ramię  i 
pocałowała go w policzek. 

– W niedoli szuka się towarzystwa? – zapytała z wyzywającym 

błyskiem  w  oku.  –  Co  z  was  za  okropna  para.  Jak  możesz  życzyć 
innemu czegoś, czego tak otwarcie nie znosiłeś?

– Cóż – mruknęli zmieszani mężczyźni.
–  Favor,  moja  kochana  –  bronił  się  Raine  –  nie  jest  całkiem 

bezradny.

– Bez względu na to, co zrobił, jest tylko mężczyzną. Pomyśl, co 

go czeka – odparła Favor i na ten nieodparty argument  nie dało się 
już znaleźć odpowiedzi.

W tym momencie na korytarzu dał się słyszeć spokojny, łagodny 

kobiecy głos.

– Ashton pozwolił się wstępnie naszkicować. Raine pozował do 

wstępnego szkicu. Ja także.

Fia  weszła  do  salonu  w  zupełnej  ciszy;  piękna  twarz  była 

nieodgadniona jak zwykle, tylko sposób, w jaki akcentowała niektóre 
słowa,  zdradzał  lekką  irytację.  Zmarszczone  brwi  nadawały 

background image

238

milczeniu, które nastąpiło, wymowę królewskiego rozkazu.

– Jest bez szans – mruknął Ash. – Biedny drań.
–  Jakież  by  to  było  piękne  rodzinne  zgromadzenie.  –  Thomas 

Donne,  któremu  niedawno  przyznano  wakujący  tytuł  wicehrabiego 
McClairena  za  nieocenione  usługi  oddane  Koronie  w  walce  z 
morskimi rabusiami, wszedł za żoną do komnaty. Wysoki i szczupły 
wydawał się równie twardy, jak życie, które prowadził.

–  Nie  wiem.  –  Rhiannon  śledziła  jednak,  co  się  dzieje,  bo 

podniosła wzrok znad twarzy córki i spojrzała uważnie na Thomasa. 
– Stawiam złotą gwineę, ze McClairen nie da się sportretować.

–  Przyjmuję  zakład  –  powiedział  Ash,  a  pochylając  się  blisko, 

tak  żeby  tylko  Rhiannon  mogła  go  usłyszeć,  szepnął,  wywołując 
rumieniec na  jej  policzkach  –  ale  jeśli  wygram,  odbiorę  nagrodę  w 
czymś cenniejszym od złota, moja żono.

– Nie chcę rodzinnego portretu – powiedziała Fia, odwracając się 

nagle  i  podchodząc  do  Thomasa.  Patrzył  na  nią  z  niepokojem. 
Kołysała  lekko  biodrami  i  było  to  niezwykle  prowokujące.  Z 
doskonale zdawała sobie sprawę.

Zerknął  z  nadzieją  na  Asha  i  Raine'a,  którzy  odwzajemnili 

uśmiech  z  całkowicie  obojętnym  wyrazem  twarzy.  Najwidoczniej 
bracia  jego  żony  nie  zamierzali  nadstawiać  karku,  przychodząc  z 
pomocą.

–  Może  się  to  wydawać  dziwne  –  mówiła  Fia  z  coraz  większą 

ironią – ale chcę mieć obrazy w nowej galerii. Ponieważ galeria jest 
obecnie  pusta,  do  nas  należy  –  zwróć  uwagę,  Thomasie, 
powiedziałam  „do  nas”  –  zapełnić  ją  nowymi  płótnami. 
Przypuszczam  –  zwróć  uwagę,  powiedziałam  „przypuszczam”, 
Thomasie,  albowiem  mogę  być  w  błędzie  –  że  jako  wódz  klanu 
McClairenów chciałbyś  widzieć  na  ścianach portrety McClairenów. 
Ale to…

Zamknęła  oczy  na  krótką  chwilę,  opanowując  się,  a  kiedy  je 

otworzyła,  ujrzał  ich  lśniący,  czysty  błękit.  Patrzyli  na  siebie,  jak 
zaczarowani.  Nie  mógł  się  powstrzymać.  Podniósł  rękę,  delikatnie 
dotykając  jej  policzka.  Otworzyła  usta,  ale  nie  wydała  żadnego 
dźwięku. Leciutko przekręciła głowę, poddając się pieszczocie.

–  „Ale  to”  co?  –  Glos  Raine'a  podziałał  na  nich  jak  wiadro 

zimnej wody. Zdrajca!

Fia odsunęła się z podejrzliwym wyrazem twarzy.

background image

239

– Ale to  nie będzie możliwe – stwierdziła  cierpko  – jeśli  wódz 

nie  pozwoli  nawet  mojemu  nieszczęsnemu  artyście  wykonać 
prostego szkicu do własnego portretu!

Tupnęła małą, obutą w satynowy pantofelek, stopą. Ten przejaw 

uczuć wywołał szeroki  uśmiech na twarzy Asha.  Wydawało mu się 
niezwykłe,  że  ich  zazwyczaj  milcząca,  skryta  siostra  –  tylko  przy 
mężu  i  tylko  w  bezpiecznym,  ciepłym  wnętrzu  własnego  domu  –
ulega napadom różnych nastrojów.

Thomas jednak uchwycił się zaimka.
– Twojemu nieszczęsnemu artyście? – Postąpił krok naprzód. Fia 

się cofnęła. – Twojemu, lady McClairen? Jak to… twojemu?

Przełknęła ślinę, gdy podszedł bliżej, i odskoczyła o krok.
– Tak tylko powiedziałam! Wiesz, że kocham tylko… – Znalazła 

się  nagle  w  ramionach  Thomasa,  który  uśmiechał  się  do  niej 
drapieżnie.

– Thomasie! Zrobiłeś to specjalnie! – Jej pyszne, pąsowe wargi 

ułożyły się w uśmiechu, a potem roześmiała się, głośno, serdecznie. 
– Nie grasz uczciwie, panie!

Rhiannon uśmiechnęła się do męża.
– Mówiłam ci.
–  Mógł  wygrać  bitwę,  ale  następnego  dnia  znowu  zacznie  się 

walka  –  powiedział  Ash.  –  Spójrz.  Ona  już  się  przygotowuje. 
Widziałem to we własnym domu. Wiem, co mówię.

–  O,  tak!  –  kiwnął  głową  ze  zrozumieniem  Raine.  –  Jakie  to 

znajome.

Bo Fia właśnie otoczyła szeroką szyję Thomasa ramionami, a on 

patrzył jej w oczy, tym razem zupełnie inaczej.

–  Dość,  moja  piękna,  moja  kochana.  Wkrótce  będziesz  miała 

całkiem nowy portret do powieszenia na ścianie, a ja dopilnuję, żeby 
było wiele następnych – szepnął, gładząc jej szyję.

Favor miała świetny słuch; podniosła głowę, zaciekawiona.
– Co masz na myśli? – zapytała.
Thomas  zwrócił  się  do  małej  gromadki  z  dumą  na  ciemnej 

twarzy.

– Fia nosi pod sercem nasze dziecko.
Gunna znieruchomiała, przestając splatać włosy Córy.
– To prawda? – zapytała z oczami błyszczącymi od łez.

background image

240

–  Fio?  –  odezwał  się  Kay,  spoglądając  znad  książki  okrągłymi 

oczami. 

Cora uśmiechnęła się tylko.
–  Tak  –  odparła  nagle  onieśmielona  Fia.  –  On  się  urodzi 

wczesnym latem.

– Ona – sprostował gładko Thomas.
Raine  spojrzał  na  Asha,  na  jego  twarzy  odbiła  się  wyższość 

eksperta.

– Czy ktoś im mówił, jak to jest? – Spojrzał na siostrę i jej męża. 

– To nie jest tak, jakbyście składali zamówienie w oberży. Bierze się 
to, co się pojawi.

– Ona – powtórzył Thomas z uporem, patrząc na Fię. Błysk jego 

oczu sprawił, że policzki żony okryły się rumieńcem.

–  Przypuszczam,  że  wiesz  również,  jak  będzie  wyglądać?  –

powiedział kpiąco Ash.

– Tak – odparł cicho Thomas, patrząc z miłością na uniesioną w 

górę twarz Fii. – Jej włosy będą czarne jak niebo o północy i bardziej 
lśniące niż skrzydło kruka. Oczy tak błękitne jak najgłębsze morze, a 
skóra  biała  jak  klify  Dover.  –  Na  jego  przystojnej,  surowej  twarzy 
pojawił  się  uśmiech.  –  Będzie  taka,  jak  jej  matka…  zachwycająco 
piękna.

background image

241

Podziękowania

Po  napisaniu  kilku  książek  stwierdziłam,  że  dziękuję  w  nich 

wciąż tym samym osobom. Nie zamierzam z tym skończyć. Wierzę, że 
wynika to stąd, iż nasze przyjaźnie i związki nabierają z wiekiem siły. 
Właściwie,  jakby  powiedział  Clarr,  stanowczo  twierdzę,  że  tak 
właśnie jest, gdyż wiem z całą pewnością, że ci ludzie, których talent, 
szlachetność  i  zachęta  pomagały  mi,  inspirowały  mnie,  a  czasami 
wręcz  umożliwiały  odbicie  się  od  dna,  stają  się  z  każdym  rokiem 
lepsi.

Dziękuję zatem Damaris Rowland, mojej cudownej agentce, oraz 

Maggie  Crawford,  przenikliwemu  i  utalentowanemu  redaktorowi. 
Dziękuję Susan Kay Law, Geraldyn Dawson i Christinie Dodd, trzem 
znakomitym  pisarkom,  które  zawsze  były  gotowe  wspomóc  mnie 
swoimi umiejętnościami. Dziękuję Michcllc Miller za lata wspaniałej 
przyjaźni  oraz  Grace  Pedalino  za  wszystko,  co  robi.  I  wreszcie 
dziękuję  z  całego  serca  Dauidowi  i  Rachel,  światłu  mojego  życia, 
radości  mojego  istnienia.  Jesteście  wszyscy  najlepszymi  z 
najlepszych.