background image

Connie Brockway

Zakochany mściciel

Przekład 

Aleksandra Januszewska

Tytuł oryginału 

The Ravishing One

 

background image

Prolog

Niektórzy uważali, że lady Fia Merrick urodziła się zła, inni, że po prostu tak 

ją wychowano. Bez względu na przyczynę zgadzano się powszechnie, że musiała 
ostatecznie stać się zła.

Zacznijmy od tego, że jej osławiony ojciec, Ronald Merrick, hrabia Carr, 

zabił jej matkę, a swoją żonę. Dziewczynka, rzecz jasna, nie wiedziała o niczym, 
poza tym, że dwóch braci i kochająca matka pewnego dnia zniknęli.

Nikt   jej   niczego   nie   wyjaśnił.   Przez   wiele   dni   niańka   przychodziła 

wystraszona, milcząca, a potem pewnego dnia ucałowawszy dziecko przelotnie i ze 
łzami w oczach, także znikła.

Tak, zjawiali się różni ludzie. Podawano jej posiłki, pomagano ubierać się i 

rozbierać, co dzień przychodził ktoś, by się nią zajmować. To zadanie przypadało 
najczęściej  pannom  „do wszystkiego”,  starszym od  Fii zaledwie  o  dziesięć  lat. 
Zmęczone i przerażone dziewczyny zostawiały ją w tym zakątku zamku, gdzie 
akurat pracowały, i nakazywały, żeby się nie ruszała i nie odzywała, dopóki są 
zajęte.

W   ten   sposób   Fia,   z   natury   spokojna   i   wstrzemięźliwa,   stała   się   taka   w 

trójnasób.   Poruszała   się   cicho   i   obserwowała   wszystko   w   milczeniu,   jak 
czarnowłosy   cień   podążający   za   służącymi.   Kiedy   ją   dostrzegały,   czuły 
zaskoczenie i niepokój. Milczenie córki Piekielnego Hrabiego służące uważały za 
rzecz   dziwną;   nie   zdawały   sobie   sprawy,   że   same   ją   do   tego   zmusiły 
niewypowiedzianymi groźbami. A Fia najbardziej lękała się tego, że pewnego dnia 
obudzi się i nikogo przy niej nie będzie. Służba zanadto bała się jej ojca – a potem 
jej samej – żeby się z nią zaprzyjaźnić, goście w zamku nie interesowali się małym, 
podobnym do lalki stworzeniem, a braciom nie pozwalano jej widywać.

Inne   dzieci   poznawały   litery   i   liczby,   i   uczyły   się   od   guwernerów, 

rodzeństwa,   rodziców   i   przyjaciół   zachowania   wymaganego   od   nich   z   racji 
urodzenia. Fia nie miała nikogo. Nie wiedziała nic poza tym, co sama dostrzegła. 
W wieku sześciu lat nauczyła się czerpać wiedzę tam, gdzie akurat była dostępna. 
Zamiast w klasie z książkami i kajetami kształciła się w zamku-spelunce, zwanym 
Rumieńcem Ladacznicy.

W   dawnych   czasach   była   to   niezdobyta   forteca   na   wyspie,   własność 

dumnego   i   nieustraszonego   szkockiego   rodu   –   McClairenów   Przez   trzy   wieki 

background image

zamek nosił miano Rumieńca Dziewicy.

Pewnego   roku,   we   wczesnych   latach   panowania   Jerzego   II,   gromada 

wierzycieli   wypłoszyła   z   Anglii   Ronalda   Merricka.   Trafił   on   do   Rumieńca 
Dziewicy jako gość lana McClairena, człowieka równie uczciwego i szlachetnego, 
jak Merrick był zepsuty i samolubny.

Ronald Merrick, choć pozbawiony majątku, miał jednak czar i wdzięk, które 

pozwalały mu ukryć prawdziwą naturę przed gospodarzami. Niezwykle przystojny 
i bywały w świecie, bez trudu podbił serca szkockich dam mieszkających wówczas 
w zamku, najważniejszą zaś z nich była Janet McClairen, ulubiona kuzynka lana.

Widząc, że to kąsek nie do pogardzenia, Ronald poślubił dziewczynę. Przez 

następne lata żył z dobrodusznej szczodrości szkockich gospodarzy, korzystał z ich 
gościnności,   zdobywał  zaufanie  oraz,  ku ich  późniejszemu,  głębokiemu   żalowi, 
poznał ich sekrety – w tym oddanie jakobickiej dynastii.

Kiedy   jakobitów   rozgromiono   pod   Culłoden,   Ronald   złożył   zeznania 

przeciwko rodzinie żony, osiągając w ten sposób dwa cele: po pierwsze stracono 
mężczyzn z rodu McClairenów; po drugie, wdzięczny monarcha podarował mu na 
własność Rumieniec Dziewicy wraz z wyspą, na której stał zamek.

Przez całe lata Janet nie chciała uwierzyć w to, o czym wiedziała w głębi 

serca – że jej mąż zdradził jej ród i że ich krwią opłacił przekształcenie Rumieńca 
Dziewicy w pyszny pałac, przechrzczony na Rumieniec Ladacznicy.

W końcu Janet nie mogła już ukrywać prawdy przed samą sobą i zarzuciła 

Carrowi zbrodnię. On zaś, nie czując większych wyrzutów sumienia, niż wtedy, 
gdy zdradził McClairenów, zrzucił ją ze skały, twierdząc później, że zginęła na 
skutek nieszczęśliwego wypadku.

Mordowanie   przychodziło   Carrowi   z   łatwością,   a   korzyści,   jakie   osiągał, 

stanowiły na tyle poważną przynętę, że jeszcze dwukrotnie poślubił i zabił bogate 
dziedziczki.   Wówczas   to   niegdyś   wdzięczny   suweren   dowiedział   się   o   owych 
praktykach   i   nieoficjalnie   skazał   go   na   wygnanie   do   Szkocji,   grożąc   śmiercią, 
gdyby   odważył   się   wrócić   do   Londynu   i   obnosić   ze   swoim   zdobytym   dzięki 
zbrodni bogactwem.

Po raz pierwszy Carr poznał smak rozpaczy. To Londyn stanowił powód 

jego mordów, a triumfalny powrót do stolicy – jedyny cel, do jakiego dążył.

Rozpacz wszakże minęła, zamieniając się w niezłomne postanowienie, które 

utkwiło   w   jego   duszy   jak   czarne   ziarno.   Wróci   do   Londynu   w   glorii   chwały. 

background image

Zamienił   zamek   w   gniazdo   rozpusty   i   hazardu   i   zajął   się   kolekcjonowaniem 
długów   –   zarówno   w   monecie,   jak   i   w   innej   postaci,   szantażując,   wywierając 
nacisk i z wolna gromadząc dość bogactwa i wpływów, żeby nikt nie ośmielił się 
przeszkodzić jego planom. Ludzie, których gościł u siebie, byli potężni, bogaci i 
zepsuci.

To od nich Fia pobierała nauki.

Osiągnęłaby tak wiek dojrzały, nie mając nawet podstawowych umiejętności, 

gdyby  w  dniu,  gdy  zaczęła  siódmy   rok  życia,   u  drzwi  kuchennych  nie  stanęła 
zgarbiona kaleka, Szkotka w czarnym welonie przesłaniającym połowę jej twarzy. 
Szukała pracy, prosząc jedynie o kąt i strawę w zamian za opiekę nad dziećmi 
Carra. Dzięki temu Carr po raz pierwszy od ostatnich dwóch lat przypomniał sobie 
o dzieciach.

Niechęć Carra do brzydoty zmagała się przez chwilę z chciwością, w końcu 

– jak zwykle u niego – ta ostatnia zwyciężyła.

Kobieta o imieniu Gunna została przyjęta. Dla Asha i Raine'a, wyrzutków z 

piekła rodem, za jakich miał ich okoliczny lud, stara kobieta była rozrywką, którą 
tolerowali, i obdarzyli niechętnym szacunkiem. Dla Fii brzydka stara kobieta stała 
się objawieniem.

Gunna nie tylko nauczyła Fii pisania i czytania, ale przekazała jej całą swoją 

rozległą   wiedzę   na   temat   szkockich   podań   ludowych   i   ludowej   mądrości.   Co 
najważniejsze jednak, Gunna, pogodzona z własnym kalectwem, a także świadoma 
wszystkich swoich słabości i zalet, nauczyła Fię, żeby była uczciwa wobec siebie, 
nigdy nie odrzucając prawdy, niezależnie od tego, jak bardzo jest bolesna.

Kalectwo Gunny odstraszało od niej mężczyzn, pozycja społeczna Fii i jej 

nieziemski   spokój   wyróżniały   ją   spośród   innych   ludzi.   Może   sprawiła   to   siła 
przyciągania się przeciwieństw, może jakieś nienazwane pokrewieństwo dusz, w 
każdym razie między dziewczyną a starą, pokraczną kobietą zrodziła się głęboka 
więź.

Na   nieszczęście   ta   sama   opatrzność,   która   zapewniła   Fii   kochającą 

opiekunkę, ściągnęła na nią uwagę ojca.

Przypomniawszy   sobie   o   córce,   Carr   rychło   zauważył,   jaka   jest   piękna. 

Gdyby   spełniła   się   obietnica   zawarta   w   dziecięcej   urodzie,   pewnego   dnia 
dziewczyna stałaby się obiektem pożądania wielu mężczyzn. Szkoda byłoby nie 
poświęcić czasu na jej wychowanie, tak żeby uczynić z niej chętną wspólniczkę w 
przyszłych   planach   Carra   –   a   te   przewidywały   znalezienie   jej   w   Londynie 

background image

potężnego, wpływowego męża. Nie mógł jej ośmieszać, upokarzać czy zastraszać, 
jakjej braci, bo oni byli tylko szczeniakami, które należy przegnać ze stada, jego 
stada, ale ona… Carr zabrał się do uwodzenia własnego dziecka.

Fia nie miała żadnych szans.

Choć   mądra,   nigdy   nie   nauczyła   się   znosić   samotności.   Gunna   była 

nauczycielką, doradczynią i opiekunką. Carr dawał jej coś, czego nigdy nie miała, 
towarzystwo i pochlebstwa.

Zaczął pytać o Fię, domagać się jej obecności po kolacji, sadzać ją sobie na 

ramionach przy różnych okazjach – nieustannie przypominając, że jej zachowanie i 
cnota muszą pozostać bez zarzutu. A Fia, długo ignorowana i odrzucana, chłonęła 
jego uwagę, jak wyschła ziemia deszcz.

Carr   stał   się   powiernikiem   Fii,   jej   doradcą,   mądrym   przewodnikiem   w 

sprawach dotyczących ich sfery. Przyjmowała wszystko, co mówił za prawdę, jego 
słowa   traktując   jak   Pismo   Święte.   A   on   kształtował   ją   na   swój   wzór   i 
podobieństwo.

Uczył   ją,   kogo   naśladować,   a   kogo   mieć   w   pogardzie.   Słynny   uśmiech 

przejęła od starej francuskiej kurtyzany, płynne ruchy od rosyjskiej baleriny, sztukę 
dowcipnej   rozmowy   od   węgierskiej   księżniczki.   Kiedy   jednak   nie   ćwiczyła 
sztuczek, które zdaniem ojca miały jej się kiedyś przydać, doskonaląc umiejętność 
uwodzenia, ukrywała się za gładką maską; ten właśnie spokój i skrytość stanowiły 
jej własną, wyjątkową cechę.

Z jednej strony, poczucie własnej wartości dziewczyny podniosło się dzięki 

pochlebstwom ojca. Z drugiej, wrodzony dar obserwacji i uczciwość kazały jej 
traktować jego słowa z powątpiewaniem. W końcu zobaczyła dużo więcej, niż to 
leżało w zamierzeniach Carra.

Pewnego dnia do Rumieńca Ladacznicy przybył młody człowiek o imieniu 

Thomas Donne. Powiadano o nim, że jego szkocki ród wyrzekł się go za to, że 
tchórzliwie odmówił walki po stronie księcia Charliego. Na Fii nie robił wrażenia 
tchórza. Wydawał jej się wspaniały.

Był nie tylko wysoki i ciemnowłosy, o szarych oczach i gładkim obejściu – 

w Rumieńcu Ladacznicy na każdym kroku spotykało się przystojnych, bywałych w 
świecie   młodzieńców.   Tym,   co   go   wyróżniało,   był   jego   charakter.   Tak   bardzo 
różnił się od innych gości, jak, zdaniem Carra, różnił się od nich on sam i Fia.

Tak, grał, pił i flirtował z kobietami, ale instynkt podpowiadał Fii, że to dla 

background image

niego rzeczy bez znaczenia, że Thomas Donne spędzał tylko w ten sposób czas, 
dopóki… Dopóki co?

Jego oczy patrzyły równie uważnie, jak oczy Fii, ręce były równie spokojne. 

Zachowywał   się   dwornie,   bez   zarzutu.   Co   jednak   najważniejsze,   traktował 
piętnastoletnią   Fię   z   szacunkiem.   Kiedy   kierował   na   nią   wzrok,   nie   mierzył 
głębokości jej dekoltu ani nie liczył zdobiących ją szlachetnych kamieni, patrzył na 
nią. Mówił do niej. Były to zwykłe rozmowy bez żadnych dwuznaczności. Pytał ją 
o to, co lubi, co jej się nie podoba, jakich autorów czytała, co sądzi o tym, czy 
owym.

Fia zakochała się. Skryte dziecko stało się wrażliwą, nastoletnią dziewczyną. 

Nikt w zamku  – a zwłaszcza  Thomas Donne  – tego nie zauważył. Wszystkim 
wydawała się równie obojętna i spokojna, jak przedtem.

Miłość   uczyniła   ją   bezbronną   i   nieszczęśliwą.   Kiedy   Donne   zjawił   się 

ponownie w Rumieńcu Ladacznicy, zauważyła, że zainteresował się młodą kobietą 
o imieniu Rhiannon Russell, którą brat Fii, Ash, sprowadził do zamku. Zazdrość 
zżerała ją do tego stopnia, że kiedy pewnego zimnego, wietrznego dnia Donne 
towarzyszył Rhiannon do ogrodu, poszła za nimi.

Skuliła   się,   trzęsąc   z   nienawiści   do   samej   siebie,   po   drugiej   stronie 

kamiennego muru, spodziewając się, że usłyszy wyznania miłosne. Zamiast tego 
usłyszała słowa, które miały zmienić jej życie.

„To nie jest tylko nieprzyjemna rodzina”, powiedział Thomas. „Oni są źli. 

Carr zabił pierwszą żonę, a potem dwie następne. Nikt o tym głośno nie mówi, 
zwłaszcza   nie   ci,   których   uzależnił   od   siebie   za   pomocą   hazardu.   Kto   by   się 
ośmielił?  Ale w Londynie wszyscy o tym wiedzą, uznają to za rzecz pewną – 
włącznie z królem”.

Wiatr uniósł następne słowa.

„…jaki   to   opiekun,   panno   Russell!   Pozwolił   swoim   synom   gnić   w   tym 

piekle, byle tylko nie wydawać cennych pieniędzy na wykup.”

Znowu   umknęły   jej   jakieś   słowa,   tym   razem   jednak   nie   wiedziała,   czy 

zagłuszył je wiatr, czy szum krwi w jej uszach.

„Jego brat zgwałcił zakonnicę! Jest równie zły jak jego ojciec. Oni wszyscy 

są źli. Fia to nierządnica Carra, którą pielęgnuje, żeby w przyszłości wydać jak 
najkorzystniej za mąż!”

Podniosła się z trudem i uciekła do zamku, z zamętem w głowie, skupiona 

background image

tylko na jednej rzeczy. Znaleźć dowód. Właściwie nie był jej wcale potrzebny. 
Wszystkie jej podejrzenia zostały wypowiedziane na głos. Jego ustami.

W   bibliotece   Carra,   ze   skrytki   umieszczonej   w   gzymsie   kominka,   którą 

kiedyś ojciec przy niej otwierał, wydobyła gruby pakiet. Nie znalazła tam dowodu 
na to, że Carr zamordował matkę, ale inne, straszne rzeczy, wystarczające, żeby 
potwierdzić zarzut Donna, że są przeklętą rodziną.

Musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Była córką złego człowieka. Wjej żyłach 

płynęła zła krew. Carr hołubił ją, dbał o nią, żeby sprzedać najzamożniejszemu 
zalotnikowi. I wciągnął ją do udziału w tych planach.

Od tej chwili zmieniła się z dnia na dzień. Słabsza dziewczyna trwałaby w 

roli, którą narzucił jej los i urodzenie. Fia jednak nie była słaba. Twarda część jej 
charakteru wzmocniła się jeszcze bardziej. Kiedy Donne, który zdradził jej brata, 
Asha,   i   o   mało   nie   pozbawił   go   miłości   Rhiannon   Russell,   wyjechał   parę   dni 
później, Fia odnotowała to z nowo odkrytym cynizmem, ale bez zaskoczenia.

Zajęła się układaniem planów, ufając własnej mądrości. Nie pokłóciła się 

otwarcie z Carrem, ale prowokowała go i wykpiwała, kiedy tylko mogła. Być może 
gdzieś w głębi serca miała nadzieję, że jej perfidia zrani go w widoczny sposób. 
Nic takiego się nie stało. Bawiła go tylko. Od początku była tylko narzędziem w 
jego rękach.

Poprzysięgła sobie, że nigdyjuż nie wykorzysta jej ani Carr, ani nikt inny.

Zamierzała   długo   czekać,   żeby   wprowadzić   w   życie   swoje   plany,   kiedy 

jednak   jej   brat,   Raine,   wrócił   potajemnie   do   zamku,   narażając   się   na 
niebezpieczeństwo, stwierdziła, że nie może przyglądać się tylko jego nieszczęściu. 
W tajemnicy przed Carrem przyjęła zaproszenie brata i jego żony, żeby wyjechać z 
nimi do Londynu i być ich gościem.

Był to rozpaczliwy krok. Należało się spodziewać, że Carr będzie ją ścigać, 

jeśli  nie  osobiście,  to  poprzez  jednego  z  setki  swoich  agentów,  i ściągnie   ją z 
powrotem. I raz jeszcze wtrąciła się opatrzność. Po ucieczce Fii zamek spłonął, a 
Carr,   usiłując   odzyskać   listy,   które   służyły   mu   do   szantażowania   ludzi,   został 
ciężko ranny.

Zanim   wyzdrowiał,   Fia   osiągnęła   już   swój   cel.   Podbijając   szturmem 

londyńskie towarzystwo, wybrała z gromady swoich wielbicieli bogatego Szkota, 
starszego   od   niej   o   kilkadziesiąt   lat   wdowca   z   nizin,   nazwiskiem   Gregory 
MacFarlane,   i   uciekła   z   nim   do   Szkocji.   MacFarlane   był   człowiekiem 
pozbawionym wyobraźni, głupcem, który poślubiając córkę angielskiego hrabiego, 

background image

osiągnął   życiowy  cel   wejścia  bocznymi   drzwiami  w  wyższe   sfery  angielskiego 
społeczeństwa.

Fią również kierowały pobudki wyrachowane, jasne i proste. Musiała tylko 

poczekać   do   śmierci   męża,   aby   jako   wdowa   po   nim   –   szkocka   wdowa   – 
odziedziczyć majątek. W końcu uzyskałaby niezależność. A w dodatku wyrwała 
się spod kurateli Carra.

Wszystko ułożyłoby się po myśli Fii, gdyby nie jedna rzecz. Przybywszy do 

domu MacFarlane'a, Fia odkryła, że Gregory nie powiedział jej o swoich dzieciach.

O dwojgu spadkobierców.

Ale jak zwykle w życiu Fii był to miecz obosieczny. O ile pojawienie się 

Gunny   w   jej   życiu   było   niezwykłym   wydarzeniem,   spotkanie   z   dziećmi 
MacFarlane'a   otworzyło   przed   nią   nowy   świat.   Każdego   dnia   odkrywała   coś 
nowego   i   zdumiewającego.   Po   paru   dniach   coś   zaskoczyło   ją   tak   bardzo,   że 
musiała zapytać o to Gregory'ego przy śniadaniu.

– Guwerner uczy dziewczynkę łaciny – oznajmiła.

–   Och?   A,   tak   –   odparł   Gregory   obojętnie,   jedząc   jajko   na   twardo.   – 

Twierdzi, że mała ma dar do języków.

–   Wiedziałeś   o   tym?   –   Fakt,   że   ktoś   mógłby   płacić   za   kształcenie 

dziewczynki, wstrząsnął nią głęboko.

–   Tak.   To   dość   zręczne   posunięcie   z   mojej   strony.   Kształcę   oboje 

dzieciaków, płacąc tyle, co za jedno, co? – Gregory nadal jadł spokojnie śniadanie, 
jakby nie powiedział niczego dziwnego, co tylko umocniło podejrzenia Fii, że nie 
miała  dotąd pojęcia, co świat, świat poza Rumieńcem  Ladacznicy, uważa za… 
normalne.

– Cora pobiera te same nauki, co jej brat?

– Tak. Poczekaj… historia, geografia, matematyka. Zdaje się, że nauczyciel 

chce dorzucić odrobinę filozofii. – Gregory wsunął sobie kawałek herbatnika do 
ust.

– Rozumiem – szepnęła. Ale nie rozumiała. – Dlaczego?

– Dlaczego? – Gregory przerwał, rozsmarowując miękki ser na chlebie. – 

Dlatego. Ponieważ tak się robi. Kształci się dzieci. Twój ojciec wykształcił ciebie, 
a mój ojciec mnie. Nie wydaje mi się, aby któremuś z nas wyrządziło to trwałą 

background image

szkodę, a poza tym mają jakieś zajęcie, ale skoro uważasz, że nie powinni…

– Nie! Nie, oczywiście, masz rację! – zawołała.

Przyszła   jej   do   głowy   pewna   myśl.   Zastanowiła   się   chwilę.   Potem   zaś 

głosem drżącym ze strachu, że jej intryga może wyjść na jaw, a ona sama zostanie 
napiętnowana jako potwór udający istotę ludzką, powiedziała:

– Sądzę, że moją powinnością jako… ich macochy jest uczestniczyć w tych 

lekcjach i dopilnować, żeby… właściwie z nich korzystali?

–   Skoro   sobie   życzysz   –   odparł   Gregory   z   niezmąconym   spokojem.   – 

Spróbuj tego śledzia w śmietanie, moja droga. Jest pyszny.

Przyglądał jej się, gdy jadła, marszcząc czoło.

–   Powiedz   mi,   lady   Fio,   czy   masz   swoją   krawcową?   Nalegam,   abyś   po 

powrocie do Londynu spotkała się z nią, aby omówić nową garderobę. – Otarł 
resztki ryby, które przykleiły mu się do dolnej wargi. Uśmiechnął się promiennie.

Zamrugała niepewnie oczami. Uważała, że jej suknie zupełnie wystarczą w 

życiu, jakie teraz wiodła.

– Dziękuję, ale nie potrzebuję więcej sukien, milordzie. Mam ich aż za dużo, 

jak sam się przekonasz, ponieważ Gunna wkrótce je przywiezie.

– Kim jest Gunna? – zapytała Cora.

Fia odwróciła się do córki MacFarlane'a, patrząc na nią ze zdziwieniem.

–   Twoja   niańka   przyjedzie,   żeby   z   nami   mieszkać?   –   odezwał   się   Kay, 

przyciągając   z   kolei   zdumiony   wzrok   Fii.   Kay   był   dziewięcioletnim   synem 
Gregory'ego – i jego dziedzicem.

Dzieci. Przy stole. Odzywają się nie pytane. Żadna z kilku książek, które 

przeczytała, nie wspominała o dzieciach, a już z pewnością w żadnej z nich nie 
opisywano   dziecka   jedzącego   posiłek   w   towarzystwie   rodziców.   Po   co,   skoro 
nawet jako rozpieszczana córka Carra, nigdy nie siadywała z nim i jego gośćmi 
przy stole.

– Dlaczego potrzebujesz niańki? – nie ustępował Kay.

– Nie potrzebuję.

– W takim razie – powiedział Kay – mam nadzieję, że zajmie się Corą, 

ponieważ ja jestem za duży na niańkę.

background image

Fia zmarszczyła brwi.

– Nie. Gunna nie będzie niańką żadnego z was.

– Dlaczego więc przyjeżdża? – zdziwił się Kay.

– Żeby mi pomóc – powiedziała Fia, sama zdumiona tym, że odpowiada na 

natrętne   pytania   dziewięcioletniego   chłopca.   –   Gunna   zajmuje   się   wszystkim   i 
wszystkiego pilnuje…

– Ach! – odetchnął Gregory. – Ma zastąpić panią Osborne jako gospodyni! 

Dobrze. Oto odpowiedź na twoje pytanie, Kay. Zechciej się już nie odzywać. W 
ogóle.

–   Czy   zagrasz   ze   mną   po   śniadaniu,   mamo?   –   zapytała   nagle   Cora 

podejrzanie niewinnym głosikiem.

Fia odłożyła widelec, spoglądając z rozpaczą na Gregory'ego.

– Znowu nazwała mnie „mamą”! – szepnęła. – Dlaczego to robi? Prosiłam ją 

z dziesięć razy, żeby tak do mnie nie mówiła!

Gregory wzruszył ramionami.

– Przekomarza się z tobą.

Fia znieruchomiała. Otworzyła, zamknęła i znowu otworzyła usta.

– Przekomarza się?

Nikt nigdy nie przekomarzał się z Fią. Częstowano ją najwyżej wulgarnymi 

dwuznacznikami.   To   było   coś   innego.   Nie   potrafiła   opisać   uczuć,   jakie   ją 
przepełniały.

Nie,   nic   nie   poszło   zgodnie   z   planem,   ale   być   może   zdoła   się   do   tego 

przyzwyczaić.

background image

1

Bramble House, nizina Szkocji 

Jesień 1765

– Twój ojciec tu jest – szepnęła Gunna. Stała w drzwiach, oglądając się przez 

ramię,   jakby   spodziewała   się   ujrzeć   szatana   za   plecami.   Do   tej   pory   nic   nie 
przerażało Gunny, pomyślał zaintrygowany Kay.

A   Fia,   zwykle   równie   chłodna   jak   matematyczne   twierdzenia   jego 

guwernera, drgnęła.

– Mój ojciec?

– Tak. – Gunna zagryzła zniekształconą dolną wargę. – Mogę powiedzieć, że 

wyjechałaś.

Fia wstała, szeleszcząc czarnymi spódnicami.

– Nie. Dziwię się tylko, że czekał tak długo. Prawnicy zjawili się tutaj cztery 

miesiące temu. Kayu, Coro, zostańcie, proszę, z Gunną.

Znikła we wnętrzu domu. Gunna zawahała się, patrząc na dzieci surowym 

wzrokiem. Cora pospiesznie zamknęła otwartą buzię i wróciła do szycia.

– Lepiej siedźcie tutaj, jeśli chcecie dzisiaj pójść do łóżka z całymi tyłkami – 

ostrzegła Gunna i poszła za Fią.

– Do kuchni – powiedziała Cora, zeskakując z krzesła.

–   Nie   bądź   dziecinna,   Coro   –   ofuknął   ją   Kay.   –   Nie   chodzi   ci   chyba   o 

podsłuchiwanie. To niepoważne. Poza tym, już jest pora kolacji. Będą grzechotać 
garnkami i nic nie usłyszymy.

Cora rzuciła mu urażone spojrzenie i wyszła. Kay odczekał parę minut, po 

czym wstał. Nie chciał dawać Córze złego przykładu, ale marny byłby z niego 
pasierb, gdyby nie próbował odkryć, co tak poruszyło Fię.

Ruszył   korytarzem   w   stronę   schodów   dla   służby,   po   drodze   zabierając 

szklany kielich z kredensu w jadalni. Zasmucił się przez chwilę na wspomnienie 

background image

ojca.

Ojciec umarł przed pięcioma miesiącami. Zjadł o jeden pudding z melasy za 

dużo,  tak  przynajmniej   im powiedziano  i nie  było się   czemu  dziwić.  Ostatnim 
razem, kiedy ojciec przyjechał do Bramble House, wyglądał jak opasły byk, tylko 
bez byczych rogów, sam tylko tłuszcz i buta.

Ta   myśl   przygnębiła   Kaya,   bo   pamiętał   ojca   jako   dobrze   zbudowanego, 

postawnego mężczyznę. Odsunął te rozważania na bok. Działo się coś ważnego. 
Chociaż przez wszystkie lata, kiedy Fia z nimi mieszkała, nigdy nie wspominała 
lorda Carra, ojciec wyręczał ją w tym z naddatkiem.

Podczas   rzadkich   wizyt   w   domu   wciąż   opowiadał   o   serdecznym   druhu, 

Ronaldzie Merricku, lordzie Carze. Fii to się nie podobało. Jej twarz tężała, a oczy 
matowiały na każdą wzmiankę o hrabim. Ojciec nie zauważył tego – ale on w 
ogóle nie odznaczał się spostrzegawczością.

Na górze Kay osunął się na kolana i postawił puchar do góry dnem na gołej 

podłodze.   Zajęło   mu   parę   minut,   ale   w   końcu   znalazł   miejsce,   gdzie   dźwięk 
docierał   najwyraźniej.   Głos   Fii,   niski,   gardłowy,   jak   śpiew   wiosennego   ptaka, 
wibrował w szkle.

– …zaskoczyło mnie to, że od razu się go nie pozbyłeś.

– Żeby pójść ci na rękę, moja droga? Mam nadzieję, że wstrzemięźliwość 

jest   jedną   z   moich   zalet.   W   przeciwnym   wypadku   odziedziczyłabyś   bogatą 
posiadłość   i   byłabyś  całkowicie   niezależna.   Tak,   Fio.   Przejrzałem   twój   plan   w 
chwili, kiedy usłyszałem o twojej „ucieczce”.

– Zapominasz o dzieciach. – Głos Fii wydawał się lekko zdławiony. – O 

spadkobiercach.

Mężczyzna się roześmiał. 

–   Wiesz   równie   dobrze,   jak   ja,   że   miałabyś   prawo   zarządzać   włościami, 

dopóki chłopiec nie dorośnie. Słyszałem, że nie wiedziałaś przedtem o dzieciach. 
Jak   to   musiało   boleć!   Naprawdę   żałuję,   że   nie   byłem   muchą   na   ścianie   przy 
waszym pierwszym spotkaniu.

Nastąpiła przerwa i Kay usłyszał odgłos ciężkich, miarowych kroków lorda 

Carra. Mężczyzna ustawił się dokładnie pod Kayem, ale mówił tak cicho, że do 
chłopca docierały tylko oderwane słowa.

–   …dość   wiary   w   twoją   wyobraźnię…   z   pewnością   wychodząc   za   mąż, 

background image

miałaś gotowy plan… pozbyć się szczeniaków… 

Potem odezwał się zimny i bezbarwny jak lód głos Fii. 

– Dlaczego przyjechałeś? Przysłałeś już prawników.

– Wiem, co prawnicy już ci powiedzieli – roześmiał się Carr – nie mogłem 

jednak odmówić sobie przyjemności powiedzenia ci tego prosto w oczy.

Odpowiedź Fii nie dotarła do Kaya, z wyjątkiem ostatnich słów:

– …ile?

– Wszystko, moja droga. Wszystko.

Po dłuższej chwili Fia powiedziała coś, czego Kay nie zrozumiał.

–   Sądziłem,   że   będziesz   szczęśliwa,   iż   to   zrobiłem   –   odparł   Carr.   – 

MacFarlane   był   z   pewnością   uszczęśliwiony,   że   za   niego   ręczyłem.   I 
przyjmowałem jego czeki. I inne rzeczy. Sądzę, że uznawał to za dowód naszej 
przyjaźni.

– Zaprzyjaźniłeś się z nim z jednego powodu. – Tym razem głos Fii brzmiał 

wyraźnie. – Żeby się na mnie zemścić.

– Mylisz się. Cóż, ogromnie się mylisz. Fio, jesteśmy tacy podobni do siebie, 

ty i ja. Nie marnowałbym energii na zwykłą zemstę na kimkolwiek poza tobą, 
droga córko. Czyż to nie dowód ojcowskiego uczucia?

Fia   nie   odpowiedziała.   Cisza   w   pomieszczeniu   pod   Kayem   nabrzmiała 

mrocznymi emocjami. Nie rozumiał wszystkiego, o czym mówiono, ale instynkt 
podpowiadał mu, że dzieje się coś złego. Już chciał odejść, kiedy znów usłyszał 
głos Fii.

– Czego właściwie chcesz?

–   Niczego   nadzwyczajnego.   Chcę,   żebyś   spełniła   rolę,   do   jakiej   cię 

przeznaczyłem od chwili twoich narodzin, a którą powinnaś była spełnić przed 
pięcioma laty. Uniknęłaś tego, uciekając ze swoim szkockim amantem. Rolę, do 
której zostałaś wychowana.

Coś uderzyło z łoskotem o podłogę.

–   Droga   Fio,   należy   ukrywać   emocje.   W   tej   swojej   małej   wiejskiej 

posiadłości stałaś się miękka. Okolica jest dość dziwaczna, prawda? Zarośnięta i 
płaska. Nie w moim guście, ale widzę, że ją polubiłaś. Możesz ją sobie zatrzymać. 

background image

Jeśli zastosujesz się do moich życzeń.

Opowiedziała coś, ale słowa nie dotarły do Kaya.

– Przede wszystkim – oznajmił Carr – musisz ze mną wrócić do Londynu.

background image

2

Aria dobiegła końca. Tęgi Włoch skłonił się w odpowiedzi na oklaski, a 

impresario oznajmił przerwę. W sali rozległ się gwar rozmów; damy i dżentelmeni 
ruszyli do foyer.

Kapitan   Thomas   Donne   pozostał   na   miejscu.   Jego   towarzysze,   Edward 

„Robbie” Robinson i Francis Johnston, rozsiedli się w swobodnych pozach, młody 
Pip Leighton wstał, rozglądając się.

Thomas poznał Pipa i jego siostrę, Sarah, na przyjęciu, na które zaprowadził 

go przyjaciel i wspólnik handlowy, James Barton. Zazwyczaj unikał podobnych 
okazji,   ale   ponieważ   naprawa   statku   miała   zająć   tygodnie,   miał   dużo   wolnego 
czasu. Przez parę dni cieszył się towarzystwem panny Leighton, dopóki nie stało 
się jasne, że zależy jej na czymś innym niż na przyjacielskiej zażyłości.

Nie mógłby dać swojego nazwiska angielskiej damie. Nie dlatego, że nie 

chciał – w głębi duszy pragnął gorąco takiego związku, jakim cieszył się James ze 
słodką Amelią, zanim influenca zabrała ją w zeszłym roku. Nie, nie mógł obdarzyć 
nikogo swoim nazwiskiem, bo nie miał żadnego, które mógłby dać.

Był   przestępcą,   jakobickim   zdrajcą,   który   wrócił   tu   pod   fałszywym 

nazwiskiem.   Nikt   nie   znał   jego   prawdziwego   imienia   –   Thomas   Fitzgerald 
McClairen. Nawet James Barton.

Thomasa smucił fakt, że rani Sarah, ale zachował przynajmniej dobrą opinię 

u jej brata, Pipa. Cieszył się z tego. Lubił młodzieńca.

– Jej imię oznacza obietnicę – odezwał się znienacka Pip.

Uśmiechnął się, słysząc obojętny ton chłopca. Pip zadurzył się w kolejnej 

kobiecie, damie o nazwisku MacFarlane. Uśmiech złagodził twarde rysy szczupłej, 
opalonej twarzy Thomasa i nadał ciepło stalowoszarym oczom. Gdyby jego brat, 
który urodził się martwy, żył, zapewne przypominałby Pipa, nie tylko wiekiem, ale 
i wyglądem; włosy Pipa przypominały odcień kruczoczarnych włosów Thomasa.

Gdyby wszystko było inaczej. Gdyby wojna i przyjazd Ronalda Merricka, 

hrabiego Carra, nigdy się nie zdarzyły.

Wspomnienie Carra zmroziło uśmiech Thomasa.

background image

–   Niech   skonam.   Tam   jest   właśnie   Czarny   Diament   –   szepnął   Francis 

Johnston. – Tak nieprzystępnej piękności mam nadzieję już nigdy nie spotkać.

– Jest tutaj? Gdzie? – Pip pospiesznie odwrócił głowę.

– Tam, chłopcze – wskazał Robbie. – Patrzy z loży Comptonów. Albo raczej 

patrzą na nią.

– No, no! – zachichotał Johnston. – Wyobrażam sobie zamieszanie wśród 

innych ślicznotek. Nie dorastają jej do pięt.

–   Czarny   Diament?   –   zapytał   Thomas,   nie   rozglądając   się.   W   dobrym 

towarzystwie   obracało   się   wiele   eleganckich   kurtyzan   o   intrygujących 
przydomkach. Niestety, przydomki były zazwyczaj bardziej interesujące niż domy.

–   Takie   imię   nadał   jej   jeden   z   chłopców   z   klubu.   Oznacza   ono,   ze   to 

piękność   tak rzadka,  twarda  i  o tak  czarnym sercu,  jak  ów bajeczny  klejnot  – 
wyjaśnił Johnston.

–   Jest   zupełnie   wyjątkowa.   Ale   właściwie   dlaczego?   –   zastanawiał   się 

Robbie. – Nie stosuje zwykłych sztuczek. Żadnych wachlarzy, ukośnych spojrzeń, 
odymania ust… Niech skonam, jeśli rozumiem, jak ona to robi.

– Nigdy się o tym nie dowiesz, Robinsonie – stwierdził siedzący za nimi 

dowcipniś.   –   Dla   tej   damy   nie   wystarczy   byle   wicehrabia.   Potrzebowałbyś   co 
najmniej mitry, żeby odkryć jej sekrety.

Dwuznaczność tego stwierdzenia wywołała rubaszny śmiech, zmieszanie i 

chłodną wzgardę. Ale nie u Pipa. Pokryte wczesnym zarostem policzki młodzieńca 
spłonęły ciemnym rumieńcem.

–   Lordzie   Tunbridge!   –   zawołał,   spoglądając   na   tamtego   z   gniewem.   – 

Domagam się przeprosin w imieniu tej damy.

Dobry   Boże,   Thomas   zamknął   oczy   z   rozpaczą,   oszczędź   nieszczęsnego 

młodzieńca. Ze wszystkich ludzi, z którymi chłopiec mógł się pokłócić o jakąś 
spódniczkę, Pip musiał wybrać renomowanego fechtmistrza. Co prawda zręczność 
Tunbridge'a mogła ucierpieć na skutek wypadku, kiedy parę lat wcześniej przybito 
mu   dłoń   –   razem   z   kartą,   którą   ukrywał   –   do   stołu   w   gospodzie.   Przedtem 
Tunbridge fechtował się obiema rękami.

Tunbridge się roześmiał.

– Powiedzcie mi, panowie, czyżby ten młodzik właśnie mnie wyzwał?

background image

Thomas odwrócił się spokojnie. Czas nie oszczędził Tunbridge'a. Niegdyś 

chudy, teraz sprawiał wrażenie szkieletu; kości policzkowe zdawały się przebijać 
skórę twarzy, zapadnięte oczy otaczały sińce barwy siarki.

–   Ach   –   odezwał   się   Thomas,   uśmiechając   się   łagodnie.   –   Czyżby   to 

Tunbridge, na Jowisza? Tunbridge, błagaj chłopaka o przebaczenie, żebyśmy mogli 
wysłuchać więcej pieśni. Jest stanowczo za wcześnie na pojedynek. – Ton jego 
głosu i zachowanie nie były tak gładkie, jak niegdyś, ale Tunbridge jakby tego nie 
zauważył.

– Uznam to za przysługę oddaną mnie osobiście – dodał Thomas.

W zapadniętych oczach Tunbridge'a pojawił się błysk zrozumienia. Kiedy 

Thomas po raz pierwszy wrócił przed siedmioma  laty do Anglii, wcielił się w 
postać rozwiązłego szkockiego wygnańca. Tunbridge królował wówczas w salach 
gry, domach rozpusty i tawernach, które odwiedzał.

Celem   Thomasa   było   zaprzyjaźnienie   się   z   synem   Carra,   Ashem,   i 

zniszczenie go, tak aby później zniszczyć samego Carra. Niemal mu się to udało – 
ale stwierdził, że rola Judasza zaszkodziła mu bardziej niż Ashowi. Wkrótce potem 
wyjechał z Anglii.

– Czy to ty Donne? – Tunbridge zmrużył oczy. – Wygnany z gór, kiedy 

odmówiłeś walki po stronie księcia Charliego, prawda?

Thomas nie przestawał się uśmiechać. Sam rozpowszechniał tę historyjkę, 

jako część swojego przebrania.

–   Domagam   się   przeprosin,   lordzie   Tunbridge!   –   oznajmił   Pip   ze 

wzrastającym oburzeniem.

Przekleństwo   z   tym   chłopakiem.   Tunbridge   zapomniałby   o   nim,   gdyby 

siedział cicho.

–   Hę?   –   Tunbridge   odwrócił   lekko   głowę,   obrzucając   niechętnym 

spojrzeniem uśmiechniętą uprzejmie twarz Thomasa i jego twarde, zwinne ciało. – 
Przeprosić? Ależ oczywiście. Przepraszam. Nie miałem zamiaru…

Pip się skrzywił.

– Z pewnością była to…

– Nic się nie stało – wtrącił się Thomas. Chwycił ramię Pipa w żelazny 

uścisk,   który   kłócił   się   z   przyjaznym   gestem.   –   Śmiem   twierdzić,   że   wszyscy 

background image

mówimy czasem rzeczy, których żałujemy. Prawda, Robbie?

Zaciśnięte usta Robbiego złagodniały.

–   Bardzo   słusznie.   Mężczyźni   zwykle   robią   z   siebie   głupców   z   powodu 

kobiet, które nie raczą zaszczycić ich spojrzeniem.

Strzała   jednak   chybiła   celu,   gdyż   Tunbridge   oddalił   się   już   pospiesznie. 

Biegnąc zapewne z jakąś informacją do Carra. Tunbridge od zawsze był cieniem 
Carra.

Pip   usiłował   pójść   za   nim,   ałe   Thomas   nie   zwolnił   uścisku,   a   pozostali 

mężczyźni,   nie   chcąc   dopuścić,   żeby   chłopiec   bezmyślnie   narażał   życie   na 
niebezpieczeństwo, ustawili się między Pipem a Tunbridgem.

– Do diabła – powiedział Robbie, klepiąc Pipa po ramieniu. – Gdybym miał 

odpowiadać za każdą bezmyślną uwagę, zasłużyłbym na tysiąc nagrobków!

Johnston wpadł na pomysł, jak skierować myśli wzburzonego młodzieńca na 

inne tory.

– Spójrz tam! Kilku dżentelmenów weszło do loży Comptonów. Na Boga! 

Powinni uważać, żeby się nie zawaliła i nie spadła na widownię!

Thomas poszedł za zdumionym wzrokiem Johnstona. Skupił spojrzenie na 

pozłacanej loży.

– Podaj mi lornetkę, Robbie – mruknął, marszcząc czoło.

Podniósł do góry  oprawny w kość  słoniową  przedmiot.  Jakby  kierowany 

tajemnym zrządzeniem losu, spojrzał wprost w jej oczy.

W oczy Fii Merrick.

Nie mógł się mylić. Od lat przemykała się na obrzeżach jego wyobraźni, 

niczym   piękna   zjawa.   Nie   chciał   się   nigdy   nad   tym   zastanawiać.   Ale   teraz… 
Wstrzymał oddech…

Zawsze była najbardziej zachwycającą istotą, jaką w życiu widział. A teraz 

wypiękniała jeszcze bardziej.

Wciągu   sześciu   minionych   lat   jej   promienna,   nieziemska   uroda 

wysubtelniała.   Wysokie,   egzotyczne   kości   policzkowe,   czyste,   gładkie   czoło, 
delikatny zarys policzków stały się wyrazistsze.

Skóra nabrała kremowego odcienia, a oczy, wciąż świetliste jak kryształ, 

background image

wydawały   się   bardziej   błękitne   i   twardsze   niż   drogie   kamienie.   Usta   stały   się 
zarazem   pełniejsze   i  miększe.   Wbrew   wszelkim   nakazom   mody   nie   pudrowała 
włosów; opadały jej na ramiona kaskadą czarnych loków. Miała na sobie czarną 
suknię, o nisko wyciętym staniku.

– Fia – szepnął Thomas.

– Znasz ją?

– Fię Merrick? – Thomas opuścił lornetkę. Pip nie miałby szans, gdyby ktoś 

taki go omotał. – Tak.

–   Już   nie   nazywa   się   Merrick,   staruszku   –   powiedział   Johnston   –   lecz 

MacFarlane.

A zatem wyszła za mąż. Nic dziwnego. Carr hodował ją od dzieciństwa, 

żeby   zdobiła   ramię   jakiegoś   możnego,   wpływowego   człowieka.   Tyle   tylko,   że 
nazwisko MacFarlane nic mu nie mówiło.

–   Który   z   nich   jest   jej   mężem?   –   Thomas   nie   wiedział,   czemu   zadał   to 

pytanie. Poza tym, że chciał przekonać się, jaki człowiek mógł sobie pozwolić na 
Fię Merrick.

– Żaden z nich – odparł Robbie. – Zapominam, że nie było cię tutaj przez 

rok. Lady Fia nie ma męża. Miała go, ale umarł… Chyba rok temu. Nie, gdyby to 
było tak dawno, zrzuciłaby już żałobę…

– Dlaczego miałaby to zrobić? – Odezwał się cicho Johnston, nie spuszczając 

oczu z Fii. – Czerń nosi lepiej niż sama noc.

Robbie się roześmiał.

– Słyszałeś, Donne? Boże, chroń nas, jeśli Johnston stanie się poetą!

Thomas nie słuchał. Carr miał paskudny zwyczaj grzebania jednej żony za 

drugą. Czy Fia poszła w jego ślady?

– Jej mąż nie żyje, powiadasz?

– Tak – odparł Robbie, poważniejąc. – Nie znałem go osobiście. To był 

starszy człowiek. Solidny szkocki kupiec. Powstało niezłe zamieszanie, kiedy lady 
Fia z nim uciekła.

– Uciekła? – Dlaczego Fia miałaby uciekać z jakimś szkockim kupczykiem?

–  I  to   zaledwie   miesiąc   po   przyjeździe   –   ciągnął   Johnston   –   a  wiem  na 

background image

pewno, że otrzymała trzy inne propozycje, zanim MacFarlane ją porwał.

– Był bogaty? – zapytał Thomas ironicznie.

– Wyjątkowo bogaty.

Pip odwrócił się gwałtownie. Widocznie przysłuchiwał się rozmowie.

– Jest tylko jeden powód, dla którego taka dama, jak lady Fia, mogłaby z 

kimś uciec. Tym powodem musiała być miłość.

– Oczywiście. – Johnston pokiwał głową na znak zgody.

– Niewątpliwie – dodał Robbie.

Pip skinął szybko głową i ponownie zajął się obserwowaniem Fii.

– Jak Carr przyjął wieść o ucieczce córki? – zapytał Thomas.

–   Carr?   –   Nozdrza   Robbiego   rozszerzyły   się   lekko,   jakby   wyczuł 

nieprzyjemny zapach. – Nie pamiętam. Chociaż później on i MacFarlane stali się 
serdecznymi druhami. Byli nierozłączni.

– Lady Fia musiała przyjąć z ulgą tę zgodę między jej ojcem a mężem – 

stwierdził Thomas.

– Trudno powiedzieć – odparł Johnston. – Lady Fia nigdy nie pokazywała 

się w mieście. Wycofała się z życia towarzyskiego, odkąd wyszła za mąż. Spędziła 
pięć lat w wiejskim domu MacFarlane'a. Boże, jakże musiała tego nienawidzić… –
Johnston pochylił się do przodu, patrząc podejrzliwie na plecy Pipa. – Mówiąc 
całkiem otwarcie,  wróciła do towarzystwa o parę miesięcy  za wcześnie,  zanim 
zakończył się czas żałoby.

– Kto może ją o to winić? – mruknął gniewnie Pip.

Johnston westchnął, patrząc w sufit, jakby pytał niebios, jak to możliwe, że 

chłopak ma tak świetny słuch.

–   Taka   piękna,   młoda   kobieta,   jak   ona?   –   ciągnął   Pip.   –   Zamknięta   w 

barbarzyńskim   odosobnieniu,   chociaż   powinna   być   czczona,   podziwiana, 
uwielbiana? To niewybaczalne ze strony MacFarlane'a, że ją tam trzymał!

– Słusznie! – zgodził się Robbie.

– Zgadzam się z wami całkowicie. – Johnston pokiwał z zapałem głową.

background image

Thomas nie chciał postawić tego pytania, ale podejrzenia nie pozwoliły mu 

milczeć.

– Czy towarzyszyła MacFarlane'owi w ostatnich godzinach życia?

– Na tym polega tragedia! – Pip podniósł rękę do góry. – On przebywał w 

mieście, a ona na wsi. 

Nie zabiła go.

– Tak – dodał Johnston. – MacFarlane był tutaj z tym… z Carrem.  Ten 

człowiek powinien odpowiadać za morderstwo.

Morderstwo. Thomas poczuł ucisk w piersi.

– A to dlaczego?

Oczy Johnstona rozbłysły.

– Carr wciągnął go w wir zabaw, każąc mu próbować wszelkich rozrywek. 

Stary MacFarlane w końcu nie wytrzymał. Picie, obżarstwo, hazard, kobiety, dzień 
po   dniu,   tydzień   po   tygodniu.   Widać   było   gołym   okiem,   jak   gaśnie.   To   było 
straszne.

– Choćby  ojciec lady Fii dopuścił się wielkiego zła, nie wolno jej za to 

winić! – zawołał Pip. – Ona jest niewinna.

– Oczywiście – przyznał Robbie.

Ale czy tak było? Thomas zastanawiał się. A może była ostroż-niejsza od 

ojca? Nie, to nienawiść do Carra uprzedza go do niej. Prawdopodobnie nie należało 
się w tym doszukiwać czegoś więcej, niż pogoni starego człowieka za młodością, 
pogoni, której serce nie wytrzymało.

Pip skłonił głowę w kurtuazyjnym geście.

– Wybaczcie panowie, złożę uszanowanie lady Fii.

– Pójdę z tobą – powiedział Johnston. Objął młodego człowieka za ramiona, 

prowadząc go przez tłum i bawiąc dowcipną pogawędką. Kiedy wychodzili do 
holu, odwrócił głowę, poruszając brwiami. Robbie parsknął śmiechem.

– Co za gorącą głowę wziąłeś pod swoje skrzydła, Donne. Powinien nauczyć 

się nad sobą panować, zwłaszcza, jeśli będzie obdarzać uczuciem damy w rodzaju 
lady Fii.

background image

– A to czemu?

– Ta kobieta słynie z tego, że łamie mężczyznom serca. Połowa towarzystwa 

nie wpuszcza jej do domu, druga połowa zasypuje zaproszeniami. Boże, Donne, 
może  czasem powinieneś wyjść z doków i zwrócić uwagę na to, co się wokół 
dzieje?

– Wybacz – powiedział Thomas. – Starałem się pilnować twojego ładunku.

Robbie uśmiechnął się radośnie.

– Wobec tego uczynię dla ciebie wyjątek i oświecę cię w tej materii. Faktem 

jest,   że   w   zeszłym   miesiącu   Czarny   Diament   stał   się   przyczyną   czterech 
pojedynków. Czterech!

– Teraz, kiedy mi o tym mówisz, zaczynam rozumieć. Powinieneś uprzedzić 

Pipa, żeby zachował większą powściągliwość w okazywaniu uczuć, gdy tylko do 
nas wróci – stwierdził kpiąco Thomas.

Robbie westchnął.

–   Masz   oczywiście   rację,   ale   czy   jakikolwiek   młody   człowiek   słucha 

mądrych rad w kwestiach… serca? – Pokręcił głową. – Pamiętasz swoje pierwsze 
zauroczenie, Donne? Ja nigdy nie zapomnę swojej pierwszej miłości. Lyssie Carter.

Thomas nie odpowiedział. Nie mógł. Uwięziono go w wieku trzynastu lat za 

to,   że   stanął   zbrojnie   wobec   oddziałów   lorda   Cumberlanda,   które   przybyły   na 
północ, by nauczyć Szkotów znaczenia słowa „odwet”. Jego starszy brat, John, 
został za tę samą zbrodnię powieszony, poćwiartowany i utopiony.

Thomasa oszczędzono ze względu na młody wiek, ale najpierw osadzono go 

w więzieniu, potem załadowano na statek, a w końcu sprzedano okrutnemu panu w 
Indiach Zachodnich. Nie było tam zabaw,  gry w karty, balów maskowych  czy 
flirtowania   przy   stole.   Kobiety,   które   tam   poznał,   równie   rozpaczliwie   jak   on 
szukały chwil zapomnienia w strasznym życiu, jakie przypadło im w udziale. Ale 
nawet wtedy Thomas nigdy nie mylił rozpaczy z miłością.

Nigdy   nie   przeżył   „pierwszej   miłości”.   Nigdy   nie   zaznał   „miłości”   jako 

takiej.

– Twoja niechęć do podawania imion zawstydza mnie – powiedział Robbie, 

porzucając   temat   i  rozglądając   się   wokół.  –   Ha!  Twój  młody   przyjaciel   zdołał 
przepchać się przez tłum, żeby stanąć u boku bogini. Chociaż wygląda na to, że 
raczej usiłuje się rzucić do jej stóp.

background image

Thomas podniósł lornetkę do oczu. Fia trzymała rękę Pipa, czy to użalając 

się nad młodzieńcem, czy to, jak cynicznie pomyślał Thomas, zdając sobie sprawę, 
że upadek chłopca z loży popsułby wszystkim zabawę.

Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem, oczy rozbłysły. Johnston miał rację. Nie 

było nic otwarcie uwodzicielskiego w jej zachowaniu czy wyrazie twarzy. Można 
by przysiąc, że witała Pipa jak przyjaciela.

Thomas zmrużył oczy. Jakich korzyści mogła się spodziewać po znajomości 

z Pipem?

W pewnej chwili w polu widzenia ukazała się opalona dłoń, która dotknęła 

ramienia Fii. Thomas uniósł wyżej lornetkę.

To był jego wspólnik, James Barton.

Po drugiej stronie sali operowej ktoś równie długo spoglądał przez lornetkę. 

Ronald Merrick, hrabia Carr, leniwie obserwował tłum. Za nim toczono sztuczną 
rozmowę,   chociaż   określenie   „rozmowa”   nie   jest   właściwym   słowem;   sztuka 
prowadzenia   konwersacji   najwyraźniej   zaginęła   w   londyńskim   towarzystwie 
podczas długich lat, które Carr musiał spędzić na szkockiej wyżynie.

Spojrzenie   Merricka   błądziło   w   tłumie.   To,   że   obronną   ręką   wyszedł   ze 

swoich   niepowodzeń   w   młodości,   dawało   świadectwo   wyższości   jego   natury. 
Gdyby nie pojechał do Szkocji, nie poślubiłby Janet McClairen, której majątek 
stworzył   podwaliny   jego   własnej   fortuny.   Zerknął   przez   ramię,   ciekaw,   czy 
zobaczy   ducha   Janet   –   nigdy   nie   wiedział,   kiedy   się   pojawi;   raz   widział   ją   w 
Covent Garden, na grządce kapusty.

– Szukasz kogoś, lordzie Carr? – zapytał jego gospodarz, lord Gerald Swan. 

Swan   wszedł   do   parlamentu   jako   osoba   o   nieposzlakowanej   uczciwości.   Carr 
jednak był w posiadaniu pewnego dokumentu, który zadawał kłam owej reputacji. 
Carr obdarzył Swana pobłażliwym spojrzeniem. Nie był głupcem. Zdawał sobie 
sprawę, że o Janet lepiej nikomu nie wspominać. Mogłoby to wywołać plotki, że 
stał się spirytystą. Jakże mógłby Uwierzyć w podobne bzdury! Przyjąć, że duchy 
istnieją, a uwierzyć, że to z jakiegoś powodu ważne, to dwie zupełnie różne rzeczy.

– Nie – odparł Carr przeciągle. – Miałem tylko nadzieję, że znajdę coś, co 

background image

uratuje mnie przed nudą.

Towarzystwo nie  było już  takie,  jak niegdyś. W  gruncie  rzeczy   w  ciągu 

ostatnich paru lat Carr uznał, że wodzić prym w towarzystwie, to jak dyrygować 
małpami w piekle – bezowocne i niegodne zajęcie dla kogoś jego pokroju.

Od   dawna   miał   inny   cel   na   oku.   Skoro   nie   chciał   odgrywać   pierwszych 

skrzypiec   w   towarzystwie,   zapragnął   rządzić   Anglią.   Żeby   to   osiągnąć,   musi 
zdobyć  władzę  tak,  jak  ludzie  robili  to  od  niepamiętnych  czasów,  skupiając   w 
swoim ręku władzę będącą w posiadaniu innych ludzi. Małych ludzi. Takich jak 
Swan.

Swan odchrząknął.

– Widzę, że lady Fia wyjątkowo pięknie dzisiaj wygląda.

Carr uniósł brwi.

– Czy tak? – Fia nie uprzedziła go, że będzie w operze. – Gdzież ona jest?

– W loży Comptonów. Trzeci rząd po drugiej stronie.

Carr przyłożył lornetkę do oczu. Po paru sekundach znalazł Wskazaną lożę i 

natychmiast rozpoznał wyraziste rysy Fii i jej długie, nieupudrowane włosy…

Zmarszczył brwi. Dobry Boże, miał nadzieję, że ludzie z towarzystwa nie 

zaczną   strzepywać   pudru   z   peruk,   idąc   za   przykładem   Fii.   Dotknął   swojej 
eleganckiej,   posypanej   pudrem   peruki.   Niegdyś   złociste   włosy   lorda   zaczynały 
rzednąć. Nie sądził, żeby W czarnej peruce było mu do twarzy. Z tą blizną… Nie, 
wyglądałby zbyt okrutnie.

Ponownie uniósł lornetkę. Fia rozmawiała przyjaźnie z jakimś żółtodziobem. 

Po chwili mocno zbudowany mężczyzna o szerokich ramionach wkroczył do loży i 
stanął przy Fii. Wydawał się znajomy. Ach, tak. To James Barton, kapitan jakiegoś 
kupieckiego statku, o ile dobrze pamięta.

Dawno temu Carr był o krok od tego, żeby umieścić nazwisko Bartona na 

liście ludzi zobowiązanych mu służyć. Z jakiegoś powodu to się nie powiodło. 
Nieważne.   Barton   był   tylko   początkującym   marynarzem.   Teraz   jednak, 
przyglądając się spince z rubinem zdobiącej ubiór kapitana oraz zawiłym złotym 
haftom przy jego rękawach, Carr pożałował, że nie dopiął wówczas swego. Na 
szorstkiej dłoni Bartona lśnił ogromny brylant – Carr patrzył bardzo uważnie – tej 
samej dłoni, która spoczęła na ramieniu Fii.

background image

Carr wygiął usta. Nie mogła być taka głupia. Musi wiedzieć, że nigdy nie 

pozwoli jej łajdaczyć się z takim… byle kim! Nie teraz. Nie teraz, kiedy już prawie 
zdecydował, kto będzie jej kolejnym mężem!

Opuścił lornetkę, rozzłoszczony. Czy nie dość, że ledwie ją tolerowano w 

dobrym towarzystwie? I ona wie o tym. Celowo zachęca do plotek, puszczając w 
obieg sprośne historyjki na swój temat, odstraszając odpowiednich wielbicieli. A o 
to właśnie jej chodziło, myślał ponuro Carr.

Carr   rzucał   jej   wściekłe   spojrzenia,   chcąc   żeby   odczula   jego   gniew.   Nie 

odczuła. Znał ją zresztą za dobrze, żeby się spodziewać, że to okaże. Fia nigdy nie 
zdradzała swoich uczuć. Od dnia, kiedy przyjechał do niej, do… jak się nazywał 
ten przeklęty dom, który stanowił teraz jego własność? Babble House? Brummel?

– Lordzie Carr – odezwał się chrapliwy głos. Odwrócił się. W drzwiach stał 

Tunbridge. Za jego plecami Janet schowała się za palmą w doniczce.

–   O   co   chodzi,   Tunbridge?   –   zapytał   Carr,   zastanawiając   się,   czy   nie 

powinien  znaleźć  jakiegoś księdza,   który  odprawiłby  egzorcyzmy.  Odkąd Janet 
opuściła ciało Favor McClairen – czy w ogóle kiedyś tam przebywała? – nadal nie 
był tego pewien – prześladowała go nieustannie. To nie było przerażające; raczej 
denerwujące.

Tunbridge podszedł bliżej.

– Jest tu ktoś, o kim chyba powinieneś wiedzieć. To Thomas Donne.

Donne?   Carr   znowu   podniósł   lornetkę,   kierując   ją   tam,   gdzie   wskazał 

Tunbridge. Na Boga, Tunbridge miał rację. Szkot o szerokich ramionach, cerze 
ciemnej   jak   u   dzikusa   i   szarych   oczach   wpatrzonych   –   Carr   podniósł   lornetkę 
wyżej – w Fię. Z wyrazem zimnego potępienia na twarzy. Interesujące.

Biedna   Fia.   Donne   był   jedynym   mężczyzną,   którego,   wedle   informacji 

Carra,   kiedykolwiek   w   życiu   pragnęła   i   oto   właśnie   on   przyglądał   się   jej   z 
nieżyczliwością, jaką mógł wzbudzić widok jadowitej żmii. Carr uśmiechnął się.

Thomas   Donne,   urodzony   jako   McClairen:   ostatni   wódz   Mc-Clairenów, 

wydziedziczony   syn,   przywódca   na   wygnaniu.   Carr   znał   prawdziwe   oblicze 
Donne'a   od   lat.   I   jeśli   się   nie   mylił,   był   jedynym   człowiekiem,   który   je   znał. 
Przypuszczał, że Donne przebywał gdzieś 2 daleka od Anglii. Ciekawe, dhczego 
wrócił.

Odprawił Tunbridge'a machnięciem dłoni; chudy mężczyzna rozpłynął się w 

cieniu.

background image

Obojętnym   ruchem   odłożył   lornetkę   i   wstał.   Chwycił   laskę   o   srebrnym 

końcu, której używał od czasu, gdy Rumieniec Ladacznicy obrócił się w zgliszcza, 
i przygotował się do opuszczenia loży. Thomas Donne – niegdyś McClairen – 
zainteresował go. Bardziej niż opera i z pewnością bardziej niż Swan.

– Lordzie Carr? – Swan podniósł się pospiesznie. – Czy przynieść ci coś do 

picia? Co się stało?

– Nie, Swan, nic się nie stało – odparł Carr, szczerze zdziwiony. – Nigdy 

bym do tego nie dopuścił.

background image

3

– Ta kobieta nie jest ciebie warta, Jim. – Thomas przeczesał włosy w geście 

rozpaczy. Rozmawiali o tym, odkąd Thomas zastał Jamesa na wiązaniu chusty pod 
szyją przed lustrem w holu. Zapytał ironicznie, czy to lady Fia tak lubi krępować 
swoich mężczyzn.

Nie powinien tego powiedzieć. Przerwał milczenie, które narzucił sobie w 

poprzednim   tygodniu.   Zależność   Jima   od   Fii   Merrick   martwiła   go   i 
rozczarowywała.   Od   kilku   dni   słuchał   historii   ojej   łóżkowych   podbojach, 
rozpasaniu   i   rozrzutności.   Służenie   lady   Fii   było   niebezpiecznym  zajęciem.   Jej 
reputacja była bezustannie narażona na szwank i dlatego stale należało jej bronić.

James z pewnością słyszał te wszystkie opowieści, a jednak wydawały się 

nie   robić   na   nim   żadnego   wrażenia.   Co   wieczór   biegł   do   Fii   z   egzotycznymi 
różnościami i kosztownymi prezentami. Thomas zacisnął pięści.

– Nie rozumiesz, Tom – powiedział James. Ton jego głosu, przed chwilą 

gniewny, złagodniał.

– Raczej dobrze rozumiem – mruknął Thomas. Rozumiał, że piersi Fii były 

śnieżnobiałe   i   pełne,   usta   kuszące,   a   spojrzenie   spod   gęstych,   czarnych, 
zakręconych rzęs równie bezwstydne i mądre, jak u Lilit. – Po tym, co przeżyłeś z 
Amelią, jak mogłeś zadurzyć się w…

– Przestań. – Oczy Jamesa, zwykle łagodne, rozbłysły gniewem. –Jeszcze 

trochę, a zmusisz mnie, abym cię wyzwał na pojedynek.

– Nie będę się z tobą bić.

– Używałem już przedtem pięści.

Thomas parsknął gorzkim śmiechem. Wiele zawdzięczał temu człowiekowi, 

w tym własne, nieszczęsne życie. To właśnie James Barton wykupił Thomasa z rąk 
okrutnego właściciela. W ciągu tygodnia uwolnił Thomasa ze służby, którą miał 
cierpieć jeszcze przez rok, i zatrudnił go na swoim statku.

James nigdy nie pytał Thomasa o przeszłość, a Thomas nigdy o niej nie 

mówił,   chociaż   wspomniał,   że   chciałby   kiedyś   porzucić   morze   i   odbudować 
rodzinny dom w Szkocji. Zastanawiał się, czy nie wtajemniczyć Jamesa w swoje 
stosunki z Merrickami, ale odrzucił tę myśl. James powiedziałby tylko, że Fia była 

background image

dzieckiem, kiedy Carr zdradził McClairenów i ukradł ich siedzibę rodową.

– Jakimi czarami cię opętała? – zapytał z rozpaczą.

– Jesteś do niej uprzedzony. Mówiła mi, że tak będzie. Ale ty jej nie znasz. – 

Twarz Jamesa była poważna i zmartwiona.

Thomas nie zwrócił żadnej uwagi na prośbę w głosie przyjaciela. Mówiła 

mu? Wyobraźnia zaczęła mu podsuwać różne wyjaśnienia.

Fia wiedziała, że jest w Londynie. Wiedziała, że on i Barton współpracują ze 

sobą i ostrzegła Bartona, że Thomas sprzeciwi się wszelkim związkom pomiędzy 
nią a Jamesem. Uprzedziła go! Z trudem opanował wściekłość.

– Co ci powiedziała? – zapytał.

– Że kiedyś byłeś jedynym przyjacielem jej brata, że mieszkałeś w ich domu, 

jadłeś i spałeś pod ich dachem, a potem zdradziłeś jej brata, niemal pozbawiając go 
jedynej rzeczy, której w życiu pragnął – kobiety, którą kochał.

Poczuł   ukłucie   winy   –   tym   ostrzejsze,   że   niespodziewane.   To   prawda. 

Prawdą było wszystko, co powiedziała Fia. Ale ileż się za tym kryło!

– Powiedziałem jej, że musi się mylić. Tak, jak ty się mylisz co do niej, 

Thomasie.

– Nie mylę się – odparł Thomas z uporem. – Zrobiła z ciebie posłusznego 

pieska.

– Do diabła! – wybuchł James. –Więcej się za tym kryje, aniżeli sądzisz. 

Dużo więcej.

– Oświeć mnie.

– Nie mogę. Dałem Fii słowo. Boże! To wszystko takie zagmatwane.

Thomas  pokiwał głową z ironią. Fia zwykle „gmatwała”  mężczyznom w 

głowach. Miał tylko nadzieję, że biedny głupiec nie będzie kiedyś żałował swojego 
zadurzenia. Ta myśl była żrąca jak kwas. Chwycił pelerynę, którą rzucił wcześniej 
na kanapę.

– Wychodzisz? – zapytał James.

– Tak – odparł szorstko Thomas. – I nie wrócę na noc.

Nie sądził, żeby mógł wrócić i znieść ze spokojem jej widok w towarzystwie 

background image

Jamesa.

Jutro   złoży   Fii   wizytę   –   musi   jej   uświadomić,   że   James   ma   również 

przyjaciela, nie tylko partnera do interesów. Zanim to nastąpi, pójdzie nad rzekę i 
ochłonie z gniewu w towarzystwie twardych mężczyzn i jeszcze twardszych kobiet.

Chociaż wątpił, żeby mógł natknąć się na kobietę twardszą niż Fia Merrick.

Szczęk stali rozchodził się echem w mroku poprzedzającym świt. Thomas 

zerknął ponad głową chłopca, który oświetlał mu drogę.

–   Lepiej   się   z   nimi   nie   zadawać.   –   Chłopiec   wskazał   w   stronę   czarnej 

gardzieli zaułka. Światło pochodni zniekształcało dziwacznie rysy jego twarzy. – 
Chodźmy tędy.

–   A   to   czemu?   –   Głos   Thomasa   był   jak   cichy   odgłos   gromu;   łatwo 

przechodził na portowy żargon. – Nie ma tam chyba jakiegoś franta, co by się kusił 
na moją sakiewkę, chłopcze?

–   Nie   –   odparł   chłopiec,   mierząc   Thomasa   obojętnym,   ale   szacującym 

spojrzeniem. –Jesteś za duży. Masz za duże pięści i zbyt chytre oczy. To tylko 
przyjacielska rada.

Tędy   dojdą   do   schodów   York,   które   prowadzą   nad   rzekę.   Ciemno   tam. 

Pustkowie. Straż nie lubi tu zaglądać. Świetne miejsce dla głupków, żeby się kłuć 
nawzajem.

– Pojedynki? O to ci chodzi? – zapytał Thomas.

Chłopak wzruszył ramionami, a Thomas rzucił mu pensa. Gdzieś dalej w 

wąskiej ulicy otworzyły się drzwi. Z ich jasnego prostokąta wyłoniło się dwóch 
chwiejących   się   na   nogach   mężczyzn.   Chłopak   pośpieszył   w   ich   stronę,   żeby 
zaoferować  swoje  usługi  w  razie,  gdyby  potrzebowali  przewodnika  w   ciemnej, 
błotnistej ulicy.

Thomas odwrócił się ku skarpie. Wzdłuż jej grzbietu biegł rząd brudnych 

latarni, których światło w wilgotnym, nocnym powietrzu przypominało dziwaczne 
macki. Zapach soli i gryzący odór nieczystości zatykały mu nozdrza.

Ruszył dalej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i jego rozmowa z Fią przyniesie 

pożądane efekty, za parę dni będzie mógł uciec z miasta i pojechać na północ, na 
wyspę McClairenów.

Przywiązanie, jakie czuł do wyspy i zamku, zdumiewało go. Nigdy tam nie 

background image

mieszkał,   widział   to   miejsce   zaledwie   parę   razy   jako   młody   człowiek,   ale   jak 
magnez  przyciągało nie tylko jego, lecz także innych McClairenów. Być może 
dlatego, że jako wygnańcy dość mieli tułaczki.

–   Następnym   razem,   gdy   zapragniesz   rozlewu   krwi,   znajdź   sobie   lepszy 

powód!

Głos Tunbridge'a odbił się echem od rzeki. Thomasowi zjeżyły się włosy na 

głowie. Wytężył słuch, żeby stwierdzić, skąd dokładnie dobiegał głos Tunbridge'a.

Do   diabła!   Wieczna   londyńska   mgła   i   kamienne   ulice   mąciły   zmysły   i 

sprawiały,   że   dźwięk   wydawał   się   dobiegać   ze   wszystkich   stron   jednocześnie. 
Obcasy   zastukały   na   bruku.   Jakiś   człowiek   krzyknął,   wzywając   pomocy, 
odpowiedziały mu czyjeś głosy, po chwili echo przebrzmiało i zapadła cisza.

– Gdzie jesteś?! – zawołał Thomas.

–   Tutaj!   –   odpowiedział   młody   głos   z   nutą   przerażenia.   –   Dobry   Boże, 

pośpiesz się, proszę! Jest nieprzytomny, a krew… Pomocy!

Thomas   poszedł   za   głosem   długą,   mroczną   uliczką,   która   kończyła   się 

niewielkim   podwórkiem   otoczonym   z   trzech   stron   wysokimi   domami   o 
kamiennych   ścianach,   pokrytych   wilgotnym   osadem   soli.   Po   drugiej   stronie,   u 
szczytu schodów wiodących nad rzekę, wznosił się rodzaj sklepionej altanki.

– Gdzie jesteś?

– Tutaj! Dzięki Bogu, że przyszedłeś, panie! Pomóż mi!

Jakaś postać poruszała się w altance. Thomas zbliżył się i ujrzał

młodzieńca, przycupniętego obok innego młodego człowieka, spod jego ciała 

rozlewała się połyskująca, czarna kałuża. Pip Leighton.

Jedną dłonią przyciskał chustkę do piersi, druga, wykręcona, spoczywała pod 

nim. Obok Pipa leżała nieprzyzwoicie czysta szpada. Drugą widać było nieco dalej; 
nadłamany czubek był ciemny od krwi. To wszystko Thomas zauważył w ciągu 
paru sekund.

Nieszczęsny głupiec! Kopnął z furią szpadę Pipa, aż zsunęła się z hałasem po 

schodach.

– Kim jesteś? – zwrócił się do chłopca.

– Albert Hennington, panie – odparł chłopak nieco drżącym głosem.

background image

Thomas ledwie go słyszał. Ukląkł i ostrożnie zabrał bezużyteczną szmatkę. 

Przyjrzał   się   ranie.   Była   wysoko   na   piersi,   bardzo   głęboka…   Zadana   jednym, 
zdecydowanym pchnięciem. Krew płynęła obficie, ale nie buchała z rany, ani też 
nie kipiała, co wskazywałoby na uszkodzenie płuca, nie wypływała też rytmicznie, 
jak by było w wypadku uszkodzenia arterii.

Słaba pociecha. Daj Boże, aby Pip wyszedł z tego ze sprawnym ramieniem. 

Pozwolił,   aby   krew   płynęła   jeszcze   chwilę   dłużej,   wiedząc   z   doświadczenia, 
którego mu życie nie poskąpiło, że rany, które bardziej krwawią, mają mniejsze 
skłonności do gangreny.

Oderwał   piękne,   brukselskie   koronki   od   mankietów   koszuli   Pipa   i 

przyciskając do rany swoją złożoną chusteczkę, przywiązał ją za pomocą koronek 
do ciała Pipa.

– Co on tu, do diabła, robił?

– To Tunbridge, panie – powiedział Albert. – Pip zobaczył go na przyjęciu, 

na które poszliśmy  razem. Oskarżył go o obrazę lady Fii i zażądał satysfakcji! 
Tunbridge tylko się roześmiał. Pip poczekał, aż przeciwnik wyjdzie z balu i rzucił 
się na niego.

– Głupiec! – szepnął Thomas. – Cóż, chłopcze, módl się, aby twój przyjaciel 

przeżył, by móc żałować swojego szaleństwa!

Wsunął ostrożnie ramię pod kolana Pipa, a drugie pod plecy. Ze stęknięciem 

podniósł się na nogi.

– Chodź za mną, Albercie.

– Może powinienem poczekać? Tunbridge posłał po doktora!

– Nie wierzę – odparł Thomas – ale rób, jak chcesz. – Wyszedł spod daszku.

Chłopiec odczekał parę minut, aż odgłos szczura, przywabionego zapachem 

świeżej   krwi,   zmusił   go   do   podniesienia   zakrwawionej   szpady   Tunbridge'a. 
Pomachał nią groźnie w stronę gryzonia. Szczur usiadł na tylnych łapkach i zajął 
się toaletą.

Dziesięć minut później Albert zrównał się z Thomasem.

Thomas przepchnął się obok lokaja pilnującego drzwi Fii i natknął się na 

tarasującego przejście potężnie zbudowanego kamerdynera.

– Gdzie jest twoja pani? – zapytał.

background image

– Jeśli podasz mi swoje nazwisko, panie – odparł chłodno służący – Zobaczę, 

czy lady Fia jest w domu…

Thomas chwycił go za ubranie na piersi i szarpnął. Miał niejasne poczucie, 

że znęca się nad kimś, kto nie może mu odpowiedzieć tym samym, ale gniew nie 
pozwolił mu się nad tym zastanawiać.

– Gdzie… jest… twoja… pani?

Służący nie odpowiedział, jakby lojalność wobec mocodawczyni zamknęła 

mu usta. Tylko ruch oczu w stronę schodów stanowił pewną wskazówkę.

Z przekleństwem na ustach Thomas odepchnął mężczyznę i ruszył w górę po 

dwa stopnie naraz. Oczywiście zastanie ją w łóżku. Było przed południem.

Na szczycie schodów przerażona służąca ze stosem bielizny wskazała mu 

drżącym palcem drogę w odpowiedzi na jego polecenie. Podszedł do drzwi, które 
pokazała, i pchnął je, nie pukając.

Mirno   wczesnego   przedpołudnia   w   buduarze   Fii   zastał   około   pół   tuzina 

mężczyzn,   którzy   rozprawiali   na   temat   jej   toalety.   Otaczali   kołem   toaletkę   z 
różanego   drewna,   ich   wymuskane,   starannie   umalowane   twarze   odbijały   się   w 
wielkim lustrze z aksamitną zasłonki, stojącym na polakierowanym blacie. Jeden z 
nich  siedział  na  wyściełanym stołeczku  u  stóp  Fii. Inny  klęczał,  zaglądając  do 
srebrnego pojemniczka ze sztucznymi pieprzykami. Inni stali tuż obok. Wśród nich 
był też James.

Thomas nie zwrócił uwagi na przyjaciela, patrzył tylko na Fię.

Niczym   róża   wśród   polnych   kwiatów   siedziała   oparta   o   wyściełany   tył 

małego, pozłacanego krzesełka, wspaniała i kobieca w modnym dezabilu. Czarne, 
wijące się pierścieniami włosy spływały na jej gładkie białe ramiona, nagie nad 
pasmem delikatnej koronki. Różowy jak wnętrze muszli jedwab układał się miękko 
na wypukłościach jej ciała i opadał jedwabistą strugą do stóp.

Jej uroda budziła niepokój, kobiecość oszałamiała. Żaden niedoświadczony 

chłopak nie byłby w stanie oprzeć się jej czarowi.

Nie   zauważyła   mojego   wejścia,   stwierdził   z   goryczą   Thomas.   Dlaczego 

miałaby   go   zauważyć?   Jakie   znaczenie   ma   dla   niej   obecność   jeszcze   jednego 
mężczyzny? Albo nieobecność jakiegoś chłopca?

Przedarł się ku niej przez tłumek wielbicieli. Mężczyźni odwrócili głowy w 

jego stronę, niezadowoleni z pojawienia się kolejnego rywala do względów Fii. 

background image

Kiedy zobaczyli, co trzyma w ręku, ich irytacja zamieniła się w przestrach.

Thomas   uniósł   wyszczerbioną,   umazaną   krwią   szpadę   Tunbridge'a   jak 

talizman. Rzucił ją w powietrze i chwycił za nagie ostrze, czując, jak przecina mu 
skórę. Szepty ucichły, wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Fia, która przechylona na 
bok, słuchała nieszczęsnego głupca, klęczącego obok niej, znieruchomiała.

Odwróciła   lekko   głowę,   nie   podnosząc   wzroku,   jakby   odnotowując   jego 

obecność innymi zmysłami. Rzęsy kładły się na kremowej krzywiźnie policzków. 
Nozdrza rozchyliły się delikatnie. Była nieziemsko piękna.

Czekał, aż na niego spojrzy. Musi zauważyć jego obecność, niech ją piekło 

pochłonie,   zanim   się   odezwie.   Zmarszczyła   czoło,   potem   wygładziła,   powoli 
unosząc oczy. Jej oczy były tak samo niebieskie, jak je zapamiętał. Może nawet 
bardziej.

– Lordzie Donne. – Jej głos był cichy, ledwie słyszalny.

– Lady Fio.

– Lady Fio, kto to jest? – zapytał mężczyzna o śniadej twarzy, klęczący u jej 

stóp.

– Lord Donne to stary przyjaciel rodziny. 

Patrzyli sobie w oczy.

– Thomas? – odezwał się James.

Thomas   nie   odpowiedział.   Nie   chciał   tu   być.   Czuł   gniew   i   rozżalenie. 

Wydawało mu się, że już skończył z Merrickami. Ponad wszystko inne pragnął z 
nimi skończyć.

Ona jednak, niech będzie przeklęta, wciągnęła go znowu w ich trującą sieć i 

miał jej to za złe, podobnie jak smutek, jaki wzbudziły w nim drobne zmarszczki w 
kącikach   jej   przepięknych   oczu   i   cienie   na   policzkach.   Stłumił   w   sobie 
nieoczekiwane współczucie wobec tych oznak słabości.

Bawiła się sercem chłopca, igrała jego życiem. Wszyscy wiedzieli, że to nie 

pierwszy raz wjej krótkiej, ale śmiertelnie niebezpiecznej karierze. Bawiła się i 
teraz musi za to zapłacić.

– Przyniosłem ci memento – powiedział.

Między czarnymi skrzydłami brwi pojawiła się bruzda.

background image

– Memento?

– Szczególnego sukcesu w miłosnych podbojach.

– Thomasie… – James położył ostrzegawczo dłoń na jego ramieniu. Thomas 

strząsnął ją. James był jej niewolnikiem. To odpowiednie określenie, bo czyż sam 
nie   odczuwał   tej   potężnej   siły   przyciągania,   którą   wykorzystywała   tak 
lekkomyślnie?

– Proszę. – Rzucił jej na kolana pokrwawione ostrze, cienki jedwab sukni 

naciągnął się pod jego ciężarem. – Możesz to dodać do swojej kolekcji.

Spojrzała w dół, kuląc się. Czekał; serce biło mu szybko, gwałtownie. Nie 

widział jej twarzy. Pochylała się nad szpadą, trzymając znieruchomiałe dłonie w 
powietrzu. Czarne loki opadały w dół jak welon.

– Co to jest? – zapytała niskim, chrapliwym głosem.

– Na Boga, Thomasie, posuwasz się za daleko! – Mruknął gniewnie James.

– Czyżby? – Spojrzał na towarzysza, który pobladł i drżał na całym ciele. – 

A ja myślałem, że to ona posuwa się za daleko, bo to z jej powodu chłopiec dał 
Tunbridge'owi okazję wykazania się swoimi umiejętnościami. Dla niej…

– Jaki chłopiec? – Podniosła gwałtownie głowę.

– A jest ich tylu? – Uśmiechnął się niewesoło.

– Jaki chłopiec?

– Opiszę go na wypadek, gdybyś nie pamiętała jego imienia – powiedział. – 

Chłopiec około osiemnastoletni, ale wyglądający na młodszego. O rudych włosach 
i jasnej cerze…

– Pip! – W jej oczach było przerażenie i przez chwilę Thomas zawahał się. 

Ale przypomniał sobie, że miała przecież audytorium, na którym musiała wywrzeć 
odpowiednie wrażenie.

–   Widzę,   że   go   sobie   przypominasz.   Będzie   uszczęśliwiony.   Phillip 

Leighton. Pip. Pip nie bogaty, Pip nie wpływowy, ale równie zdolny do miłości, jak 
każdy inny dorosły mężczyzna. A nawet bardziej. – Przebiegł wzrokiem grupę 
pozerów niczym szpadą, którą niedawno rzucił Fii na kolana. – No cóż, młodzi 
kochają tak żarliwie, tak zapamiętale, nieprawdaż? Po prostu szaleńczo.

– Tak – powiedziała cicho. – Tak mi mówiono. Gdzie on teraz jest? Co się 

background image

stało?

– Uchybiono twojej czci – odparł. – Pip nie mógł tego znieść. Młody głupiec 

wyzwał   Tunbridge'a   na   pojedynek,   a   Tunbridge   przyjął   wyzwanie.   Walczyli. 
Młody Pip, jak widzisz – spojrzał znacząco na zakrwawione ostrze – przegrał.

– Nie żyje?

–   Jeszcze   dycha.   Szpada   przebiła   pierś,   ale   nie   uszkodziła   życiowych 

organów.   –   Odetchnęła.   Nie   da   jej   łatwo   o   tym   zapomnieć.   –   Jeśli   ma   dużo 
szczęścia i nerwy nie zostały uszkodzone, może uniknie gangreny i będzie żył, 
żeby wyciągnąć wnioski ze swojej pozbawionej sensu galanterii.

–   Może   wszyscy   je   wyciągniemy   –   szepnęła,   po   czym   podniosła 

oskarżycielski wzrok na Thomasa. – A ty? Wydaje się, że żywisz jakieś uczucia 
wobec   tego…   chłopca.   Byłeś   jego   sekundantem?   Mężczyzna   w   twoim   wieku 
sekundantem chłopca? Nie mogłeś go powstrzymać?

– Nie wiedziałem o pojedynku. — Jak śmiała zwalać na niego ciężar winy za 

los   Pipa?   –   Usłyszałem   odgłosy   pojedynku   i   poszedłem   za   nimi.   Było   po 
wszystkim, zanim tam dotarłem. Pip nie jest dobrym szermierzem.

Dotknięty   zarzutem,   że   pozwolił   chłopcu   wyzwać   lepszego   przeciwnika, 

odpłacił jej w podobnym duchu:

– Kiedy spotkałaś Pipa po raz pierwszy? Można by uniknąć nieszczęścia, 

gdybyś  po   prostu   zostawiła   chłopca   w   spokoju.   Chyba   nie   stanowił   dla   ciebie 
szczególnego wyzwania.

– Nie – odparła głosem pełnym napięcia. – Żadnego.

– Do diabła, człowieku – wybuchnął James. – Jeśli będziesz zachowywał się 

tak dalej, sam będę zmuszony cię wyzwać!

Fia   oparła   dłoń   na   poręczy   krzesła   i   wstała.   Szpada   stuknęła   o   podłogę, 

zostawiając ciemny ślad na jasnej sukni.

Ostry   dźwięk   wyrwał   pozostałych   mężczyzn   z   wywołanego   szokiem 

bezruchu.   Ciemnolicy   młodzieniec   podniósł   się   na   nogi   i   uderzył   Thomasa   z 
policzek.

– Podaj miejsce, panie! – rzucił przez zaciśnięte zęby.

– Nie.

background image

– Tchórz! – parsknął inny dżentelmen.

Młody   człowiek   zacisnął   zęby,   zdesperowany.   Podniósł   dłoń,   by 

spoliczkować Thomasa z drugiej strony, ale ten chwycił go za ramię.

– Nie rób tego – poradził mu lodowatym tonem. – Nie jest warta złamanego 

nadgarstka,   a   co   dopiero   życia.   –   Żeby   nadać   moc   słowom,   ścisnął   rękę 
przeciwnika, aż poczuł zgrzytanie kości o kość.

Ciemnoskóry ściągnął brwi z bólu. Bezskutecznie usiłował się wyswobodzić, 

ale Thomas miał mocny chwyt – nieraz musiał utrzymywać ciężar własnego ciała 
jedną ręką, wisząc piętnaście metrów nad pokładem, a drugą mocując żagiel.

–   Nie   pozwolę,   abyś   obrażał   damę!   –   wydyszał   mężczyzna   głosem 

przerywanym ze strachu.

–   Thomasie,   przestań!   –   zawołał   James.   Wokół   rozległy   się   oburzone 

okrzyki. Goście Fii, o twarzach pobladłych z wrażenia, przestępowali niespokojnie 
z nogi na nogę.

– Przestań! – Głos Fii wzbił się ponad gwarem. – Puść go!

Thomas odwrócił się do niej, parskając gniewnie.

– Nie niepokój się, pani. Twoje sumienie nie ucierpi z mojego powodu. – 

Spojrzał na człowieka wijącego się w jego uścisku. – Możesz wyzwać mnie tyle 
razy, ile ci się podoba, panie. – Potoczył wzrokiem dokoła. – Każdy z was może to 
zrobić, ale nie otrzymacie satysfakcji. Ani teraz, ani nigdy. Dość krwi przelano z jej 
powodu i z powodu jej podobnych. A sądząc po was, nieszczęśni głupcy – objął 
gniewnym   spojrzeniem   również   Jamesa   –   popłynie   jej   więcej.   Ale   nie   mojej. 
Nigdy.

Zakląwszy pod nosem, Thomas zwolnił rękę mężczyzny, który przycisnął ją 

do piersi cofając się.

Thomas czekał, pewien, że głupiec zechce się zemścić. Nie widział i nie 

słyszał, co robi Fia. Nagle poczuł ją tuż za sobą. Odwrócił się. Stała bliżej niż na 
odległość ramienia; wspaniałe błękitne oczy lśniły gniewem.

– Jeśli ktoś cię wyzwie, lordzie Donne, to będę ja – powiedziała niskim, 

głębokim głosem.

–   A   to   jest   –   odparł   Thomas,   odwracając   się   tyłem   do   niej   i   jej   koterii 

pochlebców i alfonsów – jedyne wyzwanie, które mogę przyjąć.

background image

Wyszedł z pokoju i ruszył korytarzem. Nie usłyszał, jak szepnęła głosem tak 

cichym, że nawet stojący najbliżej nie zrozumieli słów:

– En garde!

background image

4

– Niech powóz poczeka. To nie potrwa długo – powiedziała Fia, wysiadając. 

– Gunno, poczekaj tutaj, proszę.

– Nie chcę – sprzeciwiła się ostro Gunna; jej szkocki akcent utrudniał jeszcze 

zrozumienie słów, zniekształconych na skutek deformacji szczęki. Nie podobało jej 
się, że Fia może  narażać się na niegrzeczne  potraktowanie. –Jeśli jego rodzina 
dawała posłuch plotkarzom, mogą…

– Poczekaj tu, Gunno.

Tygrys – czarnoskóry, ośmioletni chłopczyk, bardziej zadufany w sobie niż 

połowa  londyńskich   dandysów   –  zeskoczył  ze  swojego   stanowiska  na  szczycie 
powozu   i   wbiegł   po   schodach   ku   skromnym,   frontowym   drzwiom.   Pociągnął 
nosem, wyraźnie niezadowolony, że przyszło mu pukać do tak marnego domostwa. 
Doczekał się rychłej odpowiedzi na swoje stukanie.

– Co? Kto? O, Boże!

W drzwiach stanęła zaczerwieniona służąca. Otworzyła usta ze zdumienia na 

widok   książęcego   powozu   przy   krawężniku.   Fii   pożyczył   go   „na   zawsze”   lord 
Stanley, jeden z jej bogatych wielbicieli. Wzrok dziewczyny przeniósł się powoli 
na Fię.

– Wielkie nieba!

–   Przekaż   swojemu   panu,   że   lady   Fia   zjawiła   się,   by   przekazać   panu 

Leightonowi wyrazy troski i współczucia – powiedział uroczyście Tygrys.

Dziewczyna skinęła głową, przełknęła ślinę i wycofała się pośpiesznie do 

holu.

– Oczywiście! Jeśli zechcecie wejść, natychmiast zawiadomię rodzinę.

– Taka jest pewna, że mnie przyjmą? – usłyszała Gunna szept, ale na twarzy, 

jak   zwykle   nieodgadnionej,   nie   widać   było   ironii.   Dziewczyna   wspięła   się   po 
schodach.  Gunna   zauważyła  jednak   szybkie  wznoszenie   się  i  opadanie  koronki 
zdobiącej jej stanik. To, że Fia się bała i usiłowała ukryć strach przed światem, 
poruszyło twarde serce Gunny. Odmówiła  krótką modlitwę,  żeby  Leightonowie 
okazali się dla niej mili.

background image

Wkrótce   potem   Fia   wyszła   z   domu.   Gunna   zerknęła   na   kieszonkę   z 

zegarkiem umocowaną do jej gorsu. Mniej niż dziesięć minut. Głupcy wyprosili ją! 
Drzwi karety otworzyły się i Fia wsunęła się do środka. Nie spojrzała Gunnie w 
oczy.

–  Obrazili   cię,  co?   Nie   przejęłaś   się   tym,   co   oni  myślą,   tak?   –   zapytała 

Gunna.

– Byli zaskoczeni.

– A chłopiec?

Fia podniosła lśniące, błękitne oczy. Gunna widziała kiedyś górę lodową. 

Błękit w jego wnętrzu był tak intensywny, że wydawał się płonąć. Oczy Fii miały 
właśnie taki kolor.

– Może swobodnie poruszać dłonią i ramieniem. Ale jest bardzo słaby. – 

Umilkła.

– Był jednak szczęśliwy, mogąc cię zobaczyć.

– O, tak. Ucieszył się bardzo.

–   A   więc   tylko   to   się   liczy   –   powiedziała   Gunna,   zaciągając   aksamitną 

zasłonkę. Woźnica ponaglił konie do biegu.

Nienawidziła życia, jakie prowadziła Fia. Nienawidziła każdego dnia, gdy 

coraz bardziej Fia wchodziła w rolę Jezabel. Tylko ona wiedziała, ile ją ta rola 
kosztuje, i martwiła się o to, ile jeszcze zostało jej duszy, zanim… Skrzywiła się, 
nie pozwalając rozwinąć się myśli.

–   Zobaczysz   chłopaka   jeszcze   parę   razy   –   mruknęła   pod   nosem.   – 

Przyniesiesz   mu   książkę,   pasmo   swoich   włosów,   popieścisz   jego   dłoń.   Szybko 
znowu padnie do twoich stóp.

– Nie.

Gunna  podniosła   głowę,  przestraszona   gwałtownością  Fii. Fia  trzęsła   się. 

Stara kobieta usadowiła się obok niej i objęła jej drżące ciało.

– Nie,  tak  nie  będzie  –  stwierdziła Fia  szorstko.  – Nigdy  nie  powinnam 

zaprzyjaźniać się z tym chłopcem. Nie powinnam wpuszczać go do domu, kiedy 
przychodził. Ale…

– Ale co, Fio? – zapytała cicho Gunna.

background image

Fia odwróciła ku niej twarz, z której wrażliwość zdarła maskę. Tyle bólu. 

Gunna ukołysała ją delikatnie.

– To dlatego, że tak bardzo przypominał mi Kaya – szepnęła.

–   Odnosił   się   do   mnie   naturalnie,   a   mnie…   tak   tego   brakowało.   Boże, 

dopomóż…  zachęcałam go do odwiedzin. – Zaśmiała  się, prawie szlochając.  – 
Boję się, że mój egoizm może przynieść mu śmierć.

– O Boże.

– Nie chcieli mnie widzieć – powiedziała Fia głuchym głosem.

– Nie wiedzieli jednak, jak mnie poprosić, żebym wyszła. Nie powinnam tam 

przychodzić.   Wywołałam   tylko   ich   zmieszanie   i   przyniosłam   marną   pociechę 
chłopcu. 

– Już dobrze – powiedziała Gunna, gładząc czarne jak noc loki Fii. – To 

chłopiec,   a   chłopcy   zawsze   robią   wszystko,   żeby   sprowadzić   na   siebie   śmierć. 
Gdyby nie ty, znalazłaby się jakaś inna… – Zawahała się, szukając słowa.

– Inna dziewka – dokończyła Fia.

– Inna kobieta – poprawiła ją Gunna.

–   Powiedział   mi,   że   powinnam   zostawić   Pipa   w   spokoju.   –   Czoło   Fii 

wygładziło się. Jej twarz znieruchomiała. Ostatnie ślady wrażliwej duszy znikły, a 
Gunna   zasmuciła   się   tym.   Minęły   miesiące,   odkąd   była   świadkiem   przejawów 
jakichś szczerych uczuć u dziewczyny i zdarzało się to coraz rzadziej. – Dał mi do 
zrozumienia,   że   nie   mogę   się   powstrzymać   przed   tym,   by   nie   usidlić   każdego 
napotkanego mężczyzny

– Kto to powiedział? – zapytała Gunna.

– Thomas Donne.

Gunna wstrzymała oddech. Thomas Donne był przed laty gościem Carra w 

Rumieńcu Ladacznicy. Okazywał Fii dość obojętną kurtuazję, poświęcając jej od 
czasu do czasu odrobinę uwagi. Fia, młoda i boleśnie samotna, zadurzyła się w 
wysokim   Szkocie.   Trudno   się   dziwić.   Należał   do   tych   nielicznych   znanych   jej 
mężczyzn,   którzy   nie   byli   mi   bezwstydnymi   lubieżnikami,   ani   interesownymi 
pochlebcami.

To oczarowanie zniknęło raptownie. Gunna nigdy nie dowiedziała się, co 

takiego Thomas Donne zrobił czy powiedział, ale dziewczęca miłość Fii z dnia na 

background image

dzień   zamieniła   się   w   zimną   wrogość.   Wydoroślała   po   tym   doświadczeniu. 
Przedtem cynizm stanowił cienką powłokę, ukrywającą niepewną siebie, wrażliwą 
dziewczynę.   Po   sprawie   Thomasa   Donna   cynizm   i   wyrachowanie   stały   się 
prawdziwe.

– Gdzie go widziałaś?

– Dziś rano zjawił się u mnie. Zaatakował mnie.

– Niech go piekło pochłonie za głupią szlachetność. Myli się. Fia podniosła 

głowę. Jej oczy płonęły, ale usta miała zacięte.

– Nie. On ma rację, Gunno, ale to nie daje mu prawa, żeby mnie sądzić. Jego 

dusza jest tak samo czarna, jak moja.

Gunna się skrzywiła.

– Pamiętasz,   kiedy  Ash  przebywał  w Rumieńcu  Ladacznicy, a  Rhiannon 

Russell znikła? – zapytała Fia bezbarwnym tonem. – To Thomas Donne przyniósł 
Ashowi wieść, że Rhiannon go opuściła. Niemal złamał mu serce. Przysięgłabym, 
że miał z tym coś wspólnego. Byłam tam. Widziałam ich, Carra, Asha i Thomasa 
Donne'a. Żaden posłaniec złej nowiny nie wydawał się bardziej zadowolony niż 
Donne.

Gunna   cofnęła   się.   Thomas   Donne   nigdy   nie   robił   na   niej   wrażenia 

człowieka, który cieszyłby się cudzym nieszczęściem.

Fia   wyprostowała   się.   Tylko   słowa   zdradzały   silne   uczucia,   jakie   nią 

owładnęły.

– Przysięgam, że rzucę go na kolana, zanim z nim skończę.

Fia weszła krętymi schodami na drugie piętro, mijając po drodze służącą 

polerującą poręcz oraz lokaja wymieniającego świece w kryształowym żyrandolu. 
W lśniącej srebrnej misie na stole ustawionym na szczycie schodów trzymano róże, 
których zapach   rozchodził  się  po  korytarzu.  Z  okna na  półpiętrze  biło  światło. 
Ledwie zwracała uwagę na te wszystkie szczegóły.

Otworzyła drzwi do buduaru, gdzie królował nowy francuski styl. Pod ścianą 

stała   brzuchata   komoda,   do   zdobiącej   ją   kolekcji   tabakierek   dodano   nową 
tabakierkę z Miśni. Naprzeciwko postawiono inkrustowaną toaletkę z lustrem, na 
którym   udrapowano   szkarłatny   aksamit.   Jeszcze   ciemniejszy   szkarłat   pokrywał 
dwie bliźniacze kanapy.

background image

Przeszła przez pokój, nie odczuwając żadnej przyjemności. Nic nie należało 

do niej. Wszystko – dom, meble, ozdoby, stroje, służbę, a nawet żywność, wynajął, 
kupił,   zatrudniał,   utrzymywał   Carr.   Wszystko   w   jednym   celu   –   żeby   zwabić 
bogatych i ustosunkowanych zalotników.

Pchnęła   drzwi,   które   prowadziły   z   buduaru   do   małego   przedpokoiku,   i 

podeszła   do   delikatnego   biureczka.   Wyciągnęła   spod   niego   pozłacany   taboret. 
Mimo   zewnętrznego   spokoju   serce   biło   jej   jak   szalone.   Musiała   zachować 
ostrożność.

Carr  zatrudniał  całą   służbę   w  domu,   z  wyjątkiem  Gunny   i  kamerdynera, 

Portera. Wszyscy pozostali byli jego szpiegami i donosicielami.

Kilkoma zręcznymi ruchami dłoni Fia usunęła poduszeczkę siedzenia. Pod 

nią   leżał   cienki   pakiet   listów.   Uśmiechnęła   się;   jej   uśmiech   w   tej   chwili   nie 
przypominał   żadnego   z   tych,   które   przybierała   poza   swoim   pokojem.   Zdradzał 
zwyczajną, szczerą i prostą przyjemność.

Były to listy od braci i ich żon, które zgromadziła w ciągu ubiegłych pięciu 

lat – osiem od Asha i Raine'a, pięć od Favor i sześć od Rhiannon.

Z miną znawcy wybrała jedną, cienką kopertę i otworzyła ją pospiesznie. 

Tak   często   czytała   ten   list,   że   poprzecierał   się   w   złożeniach   i   wystrzępił   na 
brzegach.

Dostała   go   od   Raine'a   przed   dwoma   laty;   przebył   długą   drogę   ze   swej 

słonecznej posiadłości w północnej Italii. Przez parę miesięcy wyobrażała sobie, że 
czuje zapach nektarynek, które jej brat kiedyś opisał.

Najdroższa siostro!

Dobre wieści!  Dziś rano Favor  powiła córeczkę  – równie  piękną, jak jej  

matka, oraz, jak stwierdzam z dumą, równie wymowną. Nazwaliśmy ją Gillian  
Charlotte,   nie   na   czyjąś   cześć,   ponieważ,   jak   powiada   Favor,   ona   jest   naszą  
przyszłością i nie będziemy oglądać się wstecz.

Moja   ukochana   żona,   jak   sama   widzisz,   nie   jest   zbytnio   sentymentalna.  

Prosiła jednak, bym ją wspomniał w tym liście, może jest więc jeszcze nadzieja dla  
tej strasznej istoty.

Życzę   tobie   i   Gregory'emu   wszystkiego   dobrego.   Może   nadejdzie   dzień,  

kiedy   i   wy   powiększycie   swoją   rodzinę.   Muszę   wyznać,   że   ja,   bogaty  
dziewięciogodzinnym doświadczeniem, jestem nim wniebowzięty.

background image

Serdecznie pozdrawiam, twój brat,

Raine Merrick

 

Fia starannie złożyła list i wsunęła z powrotem do koperty. Zawahała się 

chwilę, zanim włożyła siedzenie na właściwe miejsce, nie czytając kolejnego listu, 
chcąc roztropnie dawkować sobie tę przyjemność, aby pozostała żywa i świeża 
przez następne lata.

Gillian. Gilly. A rok później urodził się syn, Robert. Ash również doczekał 

się syna, rudowłosego chłopca, który miał po nim odziedziczyć hodowlę koni w 
Kornwalii.

Fia potrząsnęła głową w zamyśleniu. Jej bracia byli albo odważniejsi od niej, 

albo nie podzielali obaw, od których ona nie była w stanie się uwolnić. A może po 
prostu zapomnieli, czyja krew płynie w ich żyłach – Boże! Gdyby tak ona sama 
mogła o tym zapomnieć!

Cóż   jednak   wiedziała   o   braciach?   Kiedy   dorastała,   byli   dla   niej   obcymi 

ludźmi   i   zawsze   uważała,   że   nie   żywią   do   niej   żadnych   uczuć.   Zbyt   późno 
zrozumiała, że to Carr utrzymywał ją z dala od braci.

Poczuła   pieczenie   pod   powiekami.   Zawodziła   ją   zimna   krew,   która   nie 

opuszczała jej zazwyczaj w każdej chwili dnia. Zmusiła się, żeby przyjrzeć się 
myślom, które zagrażały wyłomem w jej wewnętrznym murze. Zawsze narzucała 
sobie tego rodzaju ćwiczenie.

Zbyt wiele odkryła za późno; aż nazbyt wyraźnie pamiętała dzień, w którym 

straciła dziecięcą naiwność. Była żałosną, zakochaną dziewczyną, która wymknęła 
się z zamku, żeby podążyć za swoim bohaterem, przystojnym Szkotem, Thomasem 
Donnem i piękną Rhiannon Russell.

Rozpętała się burza. Pamiętała,  jak zasłaniał  Rhiannon przed porywistym 

wiatrem, podczas gdy Fia kuliła się, godna pogardy, żałosna, nadstawiając uszu, 
żeby usłyszeć jego słowa. Usłyszała je, a jakże.

„Carr zabił swoją pierwszą żonę, a potem dwie następne”.

„Pozwolił synom gnić w więzieniu”.

„Fia jest niczym innym, jak dziewką Carra”.

Tak, pomyślała Fia z satysfakcją, wpatrując się w swoje palce. Nie drżały. 

background image

Ani trochę. To wspomnienie nie przyprawiało jej już o gwałtowne bicie serce czy 
drżenie ciała. Ozdrowiała i stała się nawet twardsza niż przedtem. Była jednak 
skrzywiona,   spaczona   jak   źle   nastawiona   kość.   Zastanawiała   się   czasami,   czy 
kolejne złamanie mogłoby naprawić szkodę. Ale to i tak nie miało znaczenia.

Tak,   była   skażona   krwią   Merricków.   Mogła   to   wykorzystać   w   dobrej 

sprawie.   Kto   oprócz   niej,   od   dziecka   wychowywanej,   żeby   zostać   jego 
wspólniczką, mógł przejrzeć plany Carra? A jeśli uda się jej wykorzystać trujący 
dar,   którym  było   wychowanie,   do  tego,   żeby   go  trzymać   w  szachu,   padnie   na 
kolana i podziękuje Bogu za to, że jest ulubienicą ojca.

Rozległo się pukanie.

– Co tam?! – zawołała.

– Jakiś dżentelmen chce się z panią zobaczyć. Jakiś pan Do… – Głos Portera 

ścichł dyskretnie.

Jej puls gwałtownie przyśpieszył.

– Pan Donne?

– Nie, pani. Jakiś pan Dolan. Skuliła się, opuszczając ramiona.

– Powiedz panu Dolanowi, że nie ma mnie w domu.

– Jak pani sobie życzy.

Wróciła myślami do tego, co się działo wcześniej. Grala rolę uwodzicielki, 

mozolnie   podtrzymując  własną   legendę niesamowitymi,  sprośnymi  i  całkowicie 
fałszywymi  historyjkami.  A to powstrzymywało liczących się zalotników przed 
poproszeniem jej o ręką. Jeśli zaś nikt nie poprosi ojej rękę, w jaki sposób Carr 
mógłby się nią posłużyć?

Wiedziała,   kto   nad   nią   stoi,   zanim   podniosła   wzrok.   A   kiedy   to   zrobiła, 

natychmiast tego pożałowała. Thomas miał wojowniczy wyraz twarzy, bez śladu 
współczucia czy niepewności. Żaden wróg nigdy nie zdołał go pokonać. Thomas 
Donne nie wiedział, co to porażka.

Wysoki,   szczupły,   o   szerokich   ramionach,   nie   bardzo   przypominał 

rozleniwionego panka, który grał przy stole u jej ojca.

Teraz był nawet bardziej jeszcze pociągający.

Ciemne, zwichrzone włosy oprószyła lekko siwizna. Ciało robiło wrażenie 

background image

twardszego i silniejszego. Skóra pociemniała od słońca i wiatrów tak bardzo, że 
żadna ilość pudru czy maści nie zdołałaby ukryć śladu lat spędzonych na pokładzie, 
ani zamaskować bruzd rozchodzących się z kącików jasnych, szarych oczu. Usta 
miał szerokie i zdecydowane, szczękę szczupłą i kwadratową.

Przez chwilę znowu stała się beznadziejnie zadurzoną dziewczyną, marzącą, 

żeby zwrócić jego uwagę, zdobyć przychylność, pragnąc w głębi duszy, byjego 
groźna siła pokonała jej wrogów.

Ale to ona była wrogiem, którego chciał pokonać. Zdumiewające, że zarzut 

uwiedzenia Pipa – biednego, poczciwego chłopca – tak mocno ją zabolał. Duch 
dziewczyny, którą kiedyś była, rozwiał się. Przypomniała sobie brutalnie, kim jest i 
jaka jest.

Nie była dobrą kobietą. Poślubiła Gregory'ego MacFarlane'a, bo był bogaty i 

dawał sobą powodować, ale przede wszystkim dlatego, że był Szkotem i po jego 
śmierci   odziedziczyłaby   jego   majątek.   Ten   plan   nie   powiódł   się   zgodnie   z 
oczekiwaniami. Znowu stała się marionetką ojca. Ale nie wybrała sobie tej roli.

Podniosła brodę i przeszła do buduaru. Niewiele jej zostało poza głęboko 

zakorzenioną, dziwaczną dumą. Przydała jej się, kiedy odkryła oblicze swojego 
ojca;   skłoniła   ją   do   ucieczki   z   MacFarlane'em.   Duma   pozwoliła   jej   przetrwać 
małżeństwo i rosnącą zależność męża od ojca; dzięki dumie przyjęła ze spokojem 
wiadomość o śmierci MacFarlane'a i powrót pod opiekuńcze skrzydła Carra. Dzięki 
dumie nie załamała się i nie uległa jego machinacjom.

Duma kazała jej złożyć ślub wobec Gunny w zamkniętym powozie przed 

paroma godzinami.

Jeśli Thomas Donne uważał, że jest zła – cóż, pokaże mu, jak bardzo zła 

potrafi być.

background image

5

– Chodź z nami, nie możesz poświęcać każdej chwili niańczeniu swojej łajby 

– nalegał Robbie.

– Posłuchaj go, Thomasie. Robbie jest znawcą rozrywek, wie, ile mężczyźnie 

potrzeba przyjemności, żeby zachować siły witalne. – Francis Johnston podszedł 
do stołu, przy którym siedzieli Robbie i Thomas, i przysunął sobie puste krzesło. 
Skinął na właścicielkę, żeby podała mu kubek kawy. – Trzecia po południu, a ja się 
jeszcze nie obudziłem. Jakże jednak miałbym przepuścić zabawę dziś wieczór?

– Mógłbyś choć raz spróbować – stwierdził Thomas sucho. Odchylił się do 

tyłu, splatając palce na płaskim brzuchu.

– A potem żałować, że nie byłem na balu maskowym Portman-na? –Jasne 

brwi Francisa uniosły się w górę. – Nigdy! To wydarzenie sezonu. Spodziewają się 
tłumu gości i dlatego ponoć wznieśli specjalne pawilony na polach za domem.

– To brzmi zachęcająco, ale ja raczej spędzę wieczór z Pipem – oznajmił 

Thomas.

– Nie, na Boga – jęknął Johnston. – Pozwól tej nieszczęsnej rodzinie choć 

trochę odpocząć. Twój widok musi ich przyprawiać o chorobę.

– Nie obawiaj się – odparł Thomas. – W ciągu ostatnich dwóch tygodni 

odwiedziłem go pięć razy Nie nadużywam gościnności.

– Z ogromną przykrością pozwolę sobie zauważyć – powiedział Johnston 

łagodniejszym   tonem   –   że   twoja   obecność   –   jako   byłego,   choć   nieoficjalnego 
starającego się o rękę panny Sarah – może tylko wprawiać ją w zakłopotanie.

Thomas zmarszczył brwi. Nigdy nie sprawiłby świadomie przykrości Sarah 

Leighton.   Czyżby   troszcząc   się   o   Pipa,   wykazał   się   brakiem   wrażliwości   na 
sytuację panny?

– A niech to! – mruknął. – Jak można być takim ślepcem?

– No właśnie – stwierdził Robbie z aprobatą. – Skoro więc dzisiaj wieczór 

nie wybierzesz się tam, możesz równie dobrze pójść z nami.

Thomas nie odpowiedział od razu. Naprawy na „Alba Star” trwały dłużej, 

niż przewidywano. W tym tempie nie wydawało się prawdopodobne, żeby zdołał 
dostarczyć ładunek przed Nowym Rokiem, jak obiecał.

background image

Może   przekona   Jamesa,   by   jego   trasą   popłynął   wokół   Przylądka   Dobrej 

Nadziei   na   nowym   statku   –   „Sea   Witch”.   A   gdy   „Alba   Star”   będzie   się   już 
nadawała do morskiej podróży, on sam popłynie krótszą trasą Jamesa – wzdłuż 
północnych wybrzeży Afryki. Warto się nad tym zastanowić; porozmawia o tym z 
Jamesem, kiedy się z nim zobaczy następnym razem. Spoważniał.

Rzadko widywał Jamesa, odkąd rozstali się w dniu jego napaści na dom Fii – 

nie, poprawił sam siebie z brutalną uczciwością – napadu na Fię. Nie mógł sobie 
tego wybaczyć. Raz jeszcze głęboka nieufność wobec Merricków kosztowała go 
wiele z trudem zdobytego szacunku do siebie.

Wystarczyło jednak, by raz spojrzał na wymizerowaną twarz Pipa, a znowu 

ogarniał go gniew, który zaprowadził go do drzwi Fii. Byłoby najlepiej, gdyby już 
nigdy jej nie oglądał; przez ostatnie dwa tygodnie bardzo się o to starał.

– No, dalej – przynaglał Robbie. – Dzięki temu będziesz miał co opowiadać 

Pipowi przy następnej wizycie.

Thomas podniósł głowę.

– Dlaczego miałoby go to zainteresować? Czy lady Fia tam będzie?

Robbie zamrugał oczami.

– Lady Fia? Nie sądzę. Nie pokazywała się publicznie od przeszło tygodnia. 

–   Zagryzł   dolną   wargę.   –   Pewnie   nie   chce   zwracać   na   siebie   uwagi,   tyle 
paskudnych plotek krąży o niej i…

– O tym, że to ona ponosi winę za nieszczęście Pipa – pośpiesznie wtrącił 

Johnston.

Thomas  zwrócił wzrok na Johnstona.  Johnston  uśmiechnął  się  blado; nie 

zwiódł Thomasa ani przez chwilę. Johnston słyszał o jego wizycie. Cóż, Thomas 
nie musi przejmować się Fią – dopóki nie uwikła Jamesa w swoje niecne plany.

No cóż, skoro trafia się okazja spędzenia nocy na niewinnej zabawie, prawie 

na   pewno   bez   udziału   syreny   o   czarnym   sercu,   dlaczego   miałby   jej   nie 
wykorzystać. Zamiast włóczyć się po porcie.

– Czy będzie potrzebny kostium? – zapytał.

– Mój Boże, nie! – zawołał Robbie ze śmiechem. – Możesz iść, takjakjesteś i 

wszyscy uznają, że wspaniale się przebrałeś.

– Przebrałem za co?

background image

Robbie i Johnston wymienili spojrzenia i parsknęli śmiechem.

– Za pirata – odparli zgodnym chórem.

Portmannowie  poświęcili   osiem  lat  na   budowę  olbrzymiego,   wspaniałego 

domu.   Niestety,   w   chwili,   gdy   budowa   Tiburn   House   została   ukończona,   styl 
architektoniczny, w jakim go wzniesiono, stracił popularność. Portmannowie mogli 
przynajmniej   pogratulować   sobie   położenia   posiadłości   –   zaledwie   kilometr   na 
północ od Grosvenor Sąuare.

Było tylko kwestią czasu, kiedy miasto  ogarnie Tiburn House, a płaskie, 

monotonne   pastwiska   zamienią   się   w   gwarne   place   i   ulice.   Na   razie   jednak 
rezydencja   leżała   dokładnie   w   punkcie,   w   którym   wieś   stykała   się   z   miastem; 
frontowa fasada  zwracała się ku miejskim sąsiadom,  przed tylną rozciągała się 
połać surowej, z rzadka porośniętej ziemi.

Johnston,   jak   się   okazało,   mówił   prawdę.   Pod   niebem   koloru   indygo 

wzniesiono   pasiaste   pawilony.   W   trawnikach   wycięto   kręte   ścieżki.   Wysokie 
latarnie,   zakończone   szklanymi   kulami,   rzucały   światło   na   żywy   obraz   w 
wykonaniu trupy aktorskiej oraz gromadę minstreli.

W niewielkiej odległości od ogrodów wycięto krąg dla tańczących. Latarnie 

na jego obwodzie rzucały snopy światła ku środkowi, gdzie odbijało się od luster i 
wracało   do   punktu   wyjścia.   Dzięki   temu   cały   okręg   przecinały   w   różnych 
kierunkach świetliste linie, a tancerze w połyskujących jedwabiach i iskrzących się 
brokatach   przemykali   się   między   promieniami   światła   jak   srebrne   płotki   w 
ogromnej sieci.

Thomas stał z boku, trzymając w dłoni kieliszek, który wcisnął mu lokaj, i 

przyglądał się zmiennym konfiguracjom tłumu. Na zewnątrz było z pewnością nie 
mniej   niż   pięćset   osób,   prawdopodobnie   drugie   tyle   w   domu.   Wszyscy   mieli 
kostiumy; było tam z pół tuzina Kleopatr, dwakroć tyle Hiszpanów, kilkunastu 
Chińczyków oraz kilkanaście indyjskich księżniczek, niepokojąco duża gromada 
mężczyzn w damskich strojach oraz cały zastęp piratów.

Thomas zastosował się do obowiązującej konwencji. Związał włosy, przypiął 

złoty kolczyk i okrył się zniszczoną, pozbawioną ozdób peleryną, którą znalazł na 
rynku   Cheapside.   Większość   uczestników   zabawy   nosiła   o   wiele   wspanialsze 
stroje.   Chociaż   Thomas   wiedział,   że   gościom   Portmannów   nie   odpowiadałoby 
słowo „przebranie”, zbyt skromne na tę okazję, nie mógł jednak znaleźć innego 
określenia. Wszystkie maski, domina, makijaże, ukrywające tożsamość właścicieli, 
służyły jednemu celowi – rozpasaniu.

background image

Wino lejące się z fontann oraz mocny poncz zdążyły już wpłynąć na nastrój 

gości. Z domu wyciągnięto do ogrodu stoły do gry. Śmiech raz po raz zrywał się w 
grupkach gości, a tancerze krążyli, trzymając się w ramionach, choć melodia wcale 
do tego nie zapraszała.

– Marne przebranie – odezwał się obok pijacki głos. Thomas odwrócił się i 

zobaczył korpulentnego jegomościa owiniętego szkarłatną togą, który przedzierał 
się przez tłum w jego stronę.

– Tak uważasz? A ja myślałem, że wyglądam jak paskudny, groźny pirat.

– Nie – parsknął mężczyzna. – Wyglądasz jak rzezimieszek. Natknąłem się 

kiedyś na bandę piratów, to wiem.

– Coś takiego – mruknął Thomas, usiłując jakoś przypomnieć sobie, kim jest 

intruz. Jowialny i przebiegły, robił wrażenie bankiera.

–   Hm.   –   Człowiek   skinął   głową.   –   Przy   północnych   wybrzeżach 

Madagaskaru.   Statek   piracki   dognał   statek,   którym   płynąłem.   Ja,   rzecz   jasna, 
zamierzałem z nimi walczyć, ale kapitan nie chciał o tym słyszeć. Piraci wdarli się 
na nasz pokład. – Przerwał, żeby czknąć. – Piekielne stwory – ciągnął. – Menażeria 
ras i typów. Źli, twardzi i – łypnął niezbyt przytomnie na Thomasa – tacy spaleni 
słońcem,   jak   ty.   Dobrze,   ręczę,   że   skórę   masz   odpowiedniego   koloru,   ale 
prawdziwy pirat nigdy nie odziałby się tak nędznie.

– Naprawdę?

– Obnoszą się ze swoim łupem, czy jak to tam nazywają. Popisują się jedni 

przed drugimi.

– Może nie jestem takim piratem, któremu się dobrze powodzi – zauważył 

Thomas.

Mężczyzna pochylił się, przykładając do nosa pulchny palec.

– Słyszałem co innego.

– Tak?

– Słyszałem. – Mężczyzna rzucił ukradkowe spojrzenie na prawo i lewo. – 

Słyszałem, że nieźle sobie radzisz, sam i z pomocą paru – uśmiechnął się obłudnie 
– szczęśliwych inwestorów. Może powinienem wynająć twój statek do przewozu 
mojego kolejnego ładunku, hę? Podwoilibyśmy zyski, jak co niektóre grube ryby.

Thomas uśmiechnął się blado. Jego czujność się wzmogła. W ciągu ostatnich 

background image

paru dni usłyszał wiele takich tajemniczych aluzji. Za każdym razem, kiedy żądał 
wyjaśnień, rozmówcy wycofywali się, udając, że nie wiedzą, o co chodzi. Po raz 
pierwszy miał szansę rzeczywiście się czegoś dowiedzieć.

– Nie rozumiem, co masz na myśli.

Obcy skrzywił się i przyjrzał uważniej twarzy Thomasa.

–   A   niech   mnie.   Nie   jesteś   Bartonem,   prawda?   Ojej.   –   Zakrył   uśmiech 

dłonią,   jak   niegrzeczne   dziecko.   –   Cóż,   daruj   gadaninę.   Nie   chciałem   nikogo 
urazić. Myślałem, że rozmawiam z twoim wspólnikiem. Obaj jesteście tacy ciemni 
i w ogóle…

Oddalił się pośpiesznie. Thomas zastanawiał się, czy nie ruszyć za nim i nie 

wyciągnąć   z   niego   jakichś   wiadomości.   Miejsce   nie   było   jednak   odpowiednie. 
Będzie musiał poczekać.

Zatopiony w myślach, szedł, nie patrząc, jedną z krętych ścieżek.

– Co za groźna mina, monsieur piracie – odezwał się za nim damski głos z 

francuskim akcentem. Zanim się odwrócił, poczuł, jak lufa pistoletu wbija mu się w 
plecy.  Zbyt  wiele   razy   spotkało   go   coś  podobnego,  żeby   się   mylił.   Stanął   bez 
ruchu.

– Pst, pst. Nie mamy nic do powiedzenia? – zapytała. 

Zmusił się, żeby rozluźnić mięśnie ramion.

– Nie. Jeszcze nie.

–   Przewidujesz   zatem   przypływ   elokwencji   w   najbliższej   przyszłości?   – 

Znowu pchnęła go lufą pistoletu.

– Nie wiem, czy mogę obiecać aż tyle, milady, ale parę słów z pewnością.

Roześmiała się, a on poczuł, że uśmiecha się mimowolnie.

To   obłęd.   Nie   tylko   to,   że   sprowokowała   go   do   uśmiechu,   grożąc 

jednocześnie bronią, ale to, że w ogóle mu groziła. Inni ludzie byli zaledwie o parę 
metrów dalej. Nie mogła się spodziewać, że zdoła obrabować go i uciec. Czyż 
jednak można wymarzyć lepsze miejsca dla złodzieja, jak bal maskowy nocą, na 
otwartym polu?

Podniósł ręce.

– Czy mogę się odwrócić?

background image

– Oczywiście – szepnęła. Odwrócił się powoli i stwierdził, że lufa pistoletu 

to wykonana z kości słoniowej rączka zamkniętego wachlarza. Podniósł wzrok, 
napotykając spojrzenie niezwykle pięknych, błękitnych oczu.

Ich   blask   przyćmiewał   tylko   odrobinę   cień   rzucany   przez   artystycznie 

wykutą   w   srebrze   maskę.   Zakrywała   górną   część   jej   twarzy,   pozostawiając   na 
widoku   pyszne,   kapryśnie   wygięte   wargi,   delikatnie   zarysowany   podbródek   i 
długą, wdzięczną szyję – szyję, na której chętnie zacisnąłby dłonie.

– Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś, Fio. – Poznałby ją wszędzie.

–   Nie   jestem   Fią   –   odparła.   –   Ale   owszem,   bawiłam   się.   –   Otworzyła 

wachlarz jednym ruchem i zalotnie zakryła usta.

Miękkie,   cienkie   pióro   zwisające   z   ucha   łaskotało   jej   pierś,   przyciągała 

uwagę kremowobiała skóra widoczna w głębokim wycięciu czarnego stanika. Cała 
suknia składała się z czarnych i srebrnych elementów; hebanowa czerń materiału 
pochłaniała światło, a srebro lśniło tak intensywnie, że sprawiało wrażenie lustra. 
Cień i światło gwiazd, ciemność w walce ze światłem.

Podniósł   wzrok   wyżej   i   po   raz   pierwszy   zauważył,   że   nakryła 

czarnogranatowe loki kunsztowną, ozdobioną czarnymi różami srebrną peruką.

– Chcesz poznać moje imię? – przekomarzała się uwodzicielskim tonem. – 

Chcesz wiedzieć, kim naprawdę jestem?

Podeszła   bliżej,   wśród   szelestu   tafty   i   aksamitu.   Powoli,   z   namysłem, 

podniosła elegancką dłoń, jakby chciała go dotknąć. Czekał, nagle niechętny, żeby 
odkryć coś, co poznało tylu mężczyzn przed nim. Jej ręka zawisła w powietrzu. 
Zbliżyła się…

Niebieskie oczy podniosły się ku jego oczom. Usta ułożyły się w aż nazbyt 

znaczącym uśmiechu.

– Noszę wiele imion. – Cofnęła się, a on poszedł za nią – wbrew sobie. – 

Królowa Nocy. Czarna Dama… – Jej oczy lśniły pozbawionym szczerej wesołości 
rozbawieniem. – Pani Tęsknota.

Przeszła obok niego, wysuwając się z oświetlonego obszaru w cień. Czekał. 

Patrzył. Ciężkie spódnice gniotły trawę, wydobywając mocny, słodki zapach ziół. 
Przystanęła i skłoniła się głęboko; srebro na sukni rozbłysło i znikło.

– Dobrej nocy, piracie o niezbyt odważnym sercu.

background image

Kpiła z niego. W kilku krokach zrównał się z nią, chwycił ją za ramię i 

obrócił w swoją stronę. Spodziewał się oporu. Zamiast tego poddała się łatwo, 
jakby się spodziewała, że to zrobi.

Powinien ją puścić. Odejść. Do diabła z jej prowokującym zachowaniem i 

triumfalnym uśmieszkiem. Ale przysunęła się blisko – a może sam ją przyciągnął? 
Tak czy inaczej, trzymał jej dłoń na sercu.

Spojrzał w zamaskowaną, uniesioną twarz. Nie wydawała się przestraszona. 

W niebieskich oczach widać było mieszaninę rozbawienia, gniewu i triumfu. Ale 
nie strach.

Poddawał   się   kolejnym   wrażeniom.   Zapach   jej   uwodzicielskich   perfum, 

jedwabistość   skóry,   woń   ciepłego   oddechu,   świadomość,   jak   bardzo   jest   mała, 
lekka i drobna.

Tak łatwo byłoby ją zranić.

Zatrzymać.

Pocałować.

Puścił jej rękę. Roześmiała się, jakby i to przewidziała. Jakżeby nie? Miała 

doświadczenie w tych sprawach. Manipulowała nim równie zręcznie jak Bartonem.

– Nie podoba mi się ta gra, Fio.

– Dlaczego upierasz się, żeby nazywać mnie Fią, skoro powiedziałam ci, że 

nie jestem damą, za którą mnie bierzesz? – zapytała z figlarnym uśmiechem.

– Cóż, jest jeden sposób, żeby się o tym przekonać. – Podniósł rękę do jej 

maski. Uśmiech zamarł na jej wargach. Oddychała szybko.

– Nie zdejmiesz mi maski – szepnęła.

– Dlaczego?

–   Ponieważ   z   własnej   woli   przyszedłeś   na   bal   maskowy   i   tym   samym 

przyjąłeś milcząco zasady, z których najważniejsza jest ta, żeby nie demaskować 
nikogo, kto nie chce być zdemaskowany.

Pogładził palcem czarne pióro przy jej masce.

– A także dlatego – dodała cicho – że cię o to proszę.

– Bardzo jesteś mnie pewna.

background image

– Znam ludzi twojego pokroju.

– Cóż to znaczy?

– Jesteś dżentelmenem.

Parsknął   śmiechem.   Może   ta   kobieta   rzeczywiście   nie   była   Fią.   Kiedyś, 

dawno   temu   Fia   Merrick   była   świadkiem   jego   całkiem   niedżentelmeńskiego 
zachowania,   kiedy   zdradził   jej   brata,   swojego   przyjaciela.   Z   pewnością   nie 
przypisywałaby mu roli, którą narzucało pochodzenie z dumnego, starego rodu, ale 
której doświadczenie nie pozwalało mu przyjąć.

Nie zachowywała się też jak Fia, która choćby postępowała w najgorszy 

sposób, zawsze poruszała się, mówiła i gestykulowała z niezwykłym wdziękiem. 
Ta kobieta ruszała się jak Cyganka… i śmiała często i wesoło. A jej oczy, chociaż 
mogły być tego samego koloru – trudno powiedzieć, ponieważ ocieniała je maska – 
lśniły i błyszczały  szczerym rozbawieniem.  Oczy Fii były jasne, lecz głębokie, 
niczym szkło na mrocznej tafli wody – nie sposób było dotrzeć do ich dna.

Podniosła rękę, gładząc wierzchem dłoni jego policzek. Obudziło się w nim 

gwałtowne pożądanie; nie chciał tego. To także zrozumiała.

– Tchórzliwe serca nie zdobywają względów dam, lordzie Piracie. Czemu 

mamy zatrzymywać się teraz, gdy jesteśmy tak blisko porozumienia? – W cichym 
głosie kryła się kpina, ale także jakieś inne uczucia. Jego gniew zelżał. Przyjrzał się 
uważnie zamaskowanej postaci, szukając jakichś wskazówek co do jej tożsamości.

Czy to Fia? A jeśli nie, to czego od niego chciała?

– Porozumienia, do którego dążą wszyscy mężczyźni i do którego skłaniają 

się w końcu wszystkie kobiety: wiesz, jak zaspokoić swoje pragnienia i dzielisz tę 
wiedzę ze mną. – Teraz w jej głosie zabrzmiała gorycz, której nie usiłowała nawet 
ukryć.

– A co z twoimi pragnieniami?

– Jaki mężczyzna martwiłby się kiedykolwiek o coś takiego?

– Jeśli uważasz, że to, co istnieje między kobietą a mężczyzną, sprowadza 

się   do   zaspokajania   przyjemności   mężczyzny,   dlaczego   miałabyś   dążyć   do 
pogłębienia „porozumienia” między nami?

Jej miękkie,  kapryśne wargi zesztywniały. Nie przewidziała takich pytań, 

pomyślał Thomas, i to jej się nie spodobało.

background image

– Fe,  mój  panie  – powiedziała  z  irytacją, odwracając  się.  –  Zamieniłbyś 

prostą przyjemność w męczącą pracę. 

– Coś mi mówi, moja pani, że żadna przyjemność nie byłaby prosta z tobą.

Odwróciła się roześmiana; jej nastroje zmieniały się równie szybko, jak cień 

i światło na jej sukni.

–   Być   może   masz   rację.   Ale   przyjemność,   która   kosztuje   więcej   trudu, 

bardziej smakuje niż ta przypadkowa.

– Mówisz, pani, zawile. Oświeć mnie, błagam.

–   O   to   –   zamruczała   jak   kotka,   kładąc   dłonie   na   biodrach   –często   mnie 

oskarżają.   –   Nagły   poryw   wiatru   zatrzepotał   jej   suknią   wokół   nóg   i   poruszył 
srebrne ozdoby na głowie. – Ale skoro odpowiada ci prosta mowa, objaśnię ci 
zatem,   co   mam   na   myśli.   Grę   hazardową.   Grę   w   karty.   –   Wskazała   pobliską, 
niezajętą ławkę. –Tam.

Zerknął w bok, nagle zaniepokojony. Do diabła, ta kobieta musiała być Fią. 

Żadna inna nie wywoływała u niego takiej gęsiej skórki.

– A stawka?

Dotknęła   ust,   udając,   że   się   zastanawia.   Thomas   nie   dał   się   zwieść.   Z 

pewnością dawno postanowiła, o co będzie się toczyć gra; był też przekonany, że 
każde słowo, które padło z jej czyjego ust, zostało przewidziane, a wszystko, co 
działo się przedtem, miało go doprowadzić do tego miejsca i do podjęcia zakładu. 
Nie podobało mu się, że ktoś tak zręcznie porusza sznurkami, każąc mu tańczyć, 
jak zagra.

– Wiem – powiedziała, niezbyt przekonująco udając namysł. – Skoroś taki 

pewien, że jestem damą, którą znałeś niegdyś, jeśli wygrasz, pozwolę ci zdjąć mi 
maskę.

– A jeśli ty wygrasz?

– Wówczas – płomień pochodni zadrżał na wietrze – wówczas będę miała 

prawo cię pocałować.

Uśmiechnął się drapieżnie.

– Stawka jest wyraźnie korzystna dla jednej strony. Jak mogę przegrać?

Jej uśmiech był równie gładki, jak ton jego głosu.

background image

–   Cóż   za   łatwa   galanteria!   Miałam   nadzieję   na   więcej.   Chociaż   nie 

spodziewałam się tego.

Jej słowa zabolały go… i był pewien, że o to właśnie chodziło.

– Całowanie ciebie to przecież nagroda. Zbyt nisko się cenisz.

– Ach! – pokiwała w rozbawieniu palcem. – Mężczyźni słyszą to, co chcą 

usłyszeć, a nie to, co się im mówi. Powiedziałam, że to ja cię pocałuję. Musisz 
pozostać bez ruchu.

Spochmurniał.

– Co na to powiesz? – zapytała.

Przynajmniej wybrała grę, w której mieli równe szanse. W faraona nigdy by 

z nią nie wygrał. Córka Carra wychowała się przy stołach gry, a Fia, jeśli dama 
była w istocie Fią, miała i tak zbyt dużą przewagę.

– Prowadź, pani.

background image

6

– Pierwszy ruch jest twój, lordzie Piracie – oznajmiła kobieta odziana w 

czerń i srebro, wywołując szmer wśród tłumku zebranych wokół nich gapiów.

Zrobiła   to,   rozpowiedziała,   na   czym   polega   zakład,   zapewniając   im 

publiczność.   Nawet  Johnston  pospieszył  w tę  stronę, wypatrzywszy   prześliczną 
istotę, która postawiła pocałunek przeciwko zdjęciu maski.

Thomas zyskał przewagę: jego król trefl pokonał jej króla kier. Patrzył na 

karty w dłoni. Prowadził dzięki asowi pik; jeśli nie miała pików, musiała albo go 
przebić, albo stracić kolejkę. Przebiła ósemką kier.

– To będzie moje – powiedziała, zgarniając karty i natychmiast położyła 

waleta kier, kolejny atut.

Thomas zamyślił się. Pobił waleta królową i wyłożył ósemkę pik. Nie miała 

pików, a to oznaczało, że musi wyłożyć silną kartę albo przegra. Jeśli nie miała 
więcej atutów, on je miał: dziewiątkę trefl. Mało prawdopodobne, żeby Fia miała 
dziesiątkę i jeszcze jakiś atut.

Przebiła trójką trefl, zgarniając karty i wyrównując wyniki.

– Chwila prawdy – szepnęła.

– O nie, moja pani, to będzie chwila, kiedy zostaniesz zdemaskowana. Dosyć 

teatru.

Wyłożyła dziesiątkę  kier. Podniósł  wzrok, napotykając jej iskrzące  się w 

cieniu maski oczy.

– Wygrałam.

– Tę rundę, pani – zgodził się. Podniósł się. – Czekam niecierpliwie, kiedy 

odbierzesz wygraną.

Również wstała.

– Nie musisz długo czekać, bo odbiorę ją teraz.

Spojrzał na nią zimno.

– Publiczny spektakl z czegoś, co zaczęło się jako prywatny zakład? Nie.

background image

– Czy masz prawo głosu w tej sprawie? Nie przypominam sobie, byśmy 

omawiali   kwestię,   kiedy   i   gdzie   zwycięzca   odbierze   nagrodę   –   oznajmiła 
wyzywająco. Rozłożyła ramiona, odwracając się do publiczności. – Co wy na to, 
panowie?

– Tu cię ma, chłopcze – odezwał się dandys w tureckim stroju. Inni, w tym 

Johnston – przeklęty niewierny pies – przytaknęli skwapliwie.

Thomas zmusił się do uśmiechu

–   A   ja   nie   przypominam   sobie,   żebyśmy   mieli   odwoływać   się   do 

publiczności w sprawach spornych.

– Istotnie – odparła, opuszczając powoli ramiona. – Muszę zatem odwołać 

się do twojej uczciwości. Czy jesteś uczciwy?

– Wątpisz w to? – zapytał sucho.

– Ja? – odparła. – Nie znam cię, panie. Nie lepiej, niż ty mnie. – Ton jej 

głosu stał się chłodny. – Ja przynajmniej świadoma jestem swojej ignorancji. To 
jednak – dodała znowu lekkim, kpiącym tonem – nie ma w tej chwili znaczenia. 
Przyjmuję, że jesteś uczciwy i zapytam tak: czy gdybyś wygrał, zgodziłbyś się 
zdjąć mi maskę innym razem w przyszłości? Złapała go.

– Nie. – Skłonił się nonszalancko. – Jestem, rzecz jasna, pani, do twoich 

usług.

Mężczyźni wokół zachichotali, a jej policzki poróżowiały.

– Przypuszczam, że byłoby za wiele prosić cię, żebyś do mnie podszedł? – 

powiedziała tonem, jakim mówi się do niegrzecznego dziecka.

– Wcale nie – odparł, zbliżając się dwoma wielkimi krokami. Spojrzał na nią 

z góry, świadomy tego, jak bardzo nad nią dominuje. – Co chcesz, żebym teraz 
zrobił?

Odchyliła głowę do tyłu.

– Nic.

Nie odwrócił wzroku, kiedy jej dłoń przesunęła się w górę po jego piersi. Ich 

oczy spotkały się i żadne nie chciało odwrócić pierwsze wzroku. To jest głupie, 
śmieszne, pomyślał Thomas, a jednak… jednak wydawało się niezwykle ważne.

Dotknęła   palcami   jego   karku,   wsunęła   je   we   włosy.   W   zacienionych 

background image

błękitnych oczach pojawiło się migotanie. Rozchyliła wargi. Je jnozdrza rozdęły 
się lekko, jakby czuła jego podniecenie, policzki się zaróżowiły.

–   Jesteś   za   wysoki.   –   Położyła   mu   drugą   rękę   na   karku,   splatając   ją   z 

pierwszą; wyciągnęła się, przyciskając do niego miękkie piersi.

Stanęła na palcach i przechyliła jego głowę w dół. Wydała pomruk niczym 

kotka, a potem jej wargi przesunęły się tuż nad powierzchnią jego policzka, tak 
blisko, że czuł ich ciepło i łaskotanie.

Chciał więcej. Chciał, żeby aksamitne miękkie usta przycisnęły się do jego 

ciała… Nie, do jego ust.

– Odwróć głowę, panie – szepnęła, tak że tylko on mógł ją usłyszeć. – Bo 

choć   jestem   pewna,   że   nigdy   nie   poprosiłbyś   o   coś   więcej,   niż   dama   miałaby 
ochotę dać z własnej woli, ja nie jestem zrobiona z tej samej gliny. Chcę, czego 
chcę, lordzie Piracie, a chcę właśnie pocałować cię w usta.

Uśmiechnęła   się   i   powoli   przysunęła   wargi   do   jego   warg,   drażniąc   go, 

torturując tym, czego nie dawała.

Nie pozwoli jej wygrać. Nie wymusi  głębszego,  pełnego pocałunku. Stał 

sztywno, czując łaskotanie jej śmiechu na wargach.

Koniuszek jej języka musnął wrażliwy kącik ust.

Ogarnęło go pożądanie, podniósł gwałtownie głowę. Oczy damy pod maską 

zalśniły złośliwym zadowoleniem. Szybka jak kot, pociągnęła jego głowę w dół i 
wsunęła mały język między jego wargi. Zanim zdążył zareagować, odsunęła się 
tanecznym ruchem, z uśmiechem na twarzy.

Thomas   nagle   zdał   sobie   sprawę   z   obecności   innych   mężczyzn   dokoła. 

Większości nie znał. Wszyscy stali w milczeniu, jak zaczarowani; w powietrzu 
czuło   się   ledwie   powstrzymywane   podniecenie.   Obudziła   coś   pierwotnego   i 
drapieżnego. Coś niebezpiecznego.

Lekko, jakby smakując, przesunęła językiem po wargach.

– Brandy. I to dobre brandy. Przypuszczam, że Król Piratów bierze należną 

część łupu w trunkach.

Teraz zwróciła uwagę – na nienaturalne milczenie widzów. Uśmiech znikł z 

jej   twarzy.   Powiodła   oczami   po   nieruchomym,   pełnym   napięcia   tłumku;   w 
błękitnej głębi pojawiła się iskierka strachu.

background image

Znajdowali się daleko od głównej gromady gości, ścieżki prowadzące do 

tanecznego kręgu były ledwie oświetlone. Podniosła dłoń, nakazując mu podejść 
bliżej.

Odczuł ponurą satysfakcję. Będzie musiała się odwołać do dżentelmenerii, 

którą wykpiła, i poprosić, by odprowadził ją w bezpieczne miejsce, z dala od tych, 
który pożądanie nieopatrznie wzbudziła swoim przedstawieniem. Podszedł do niej.

– Jesteśmy kwita, panie Piracie – szepnęła. Uśmiechnęła się drwiąco. Tego 

także się domyśliła – że on uzna, iż poprosi go o pomoc. – Żegnaj. – Odsunęła się.

– Poczekaj. Uczciwy gracz dałby przeciwnikowi szansę na odegranie się.

– Ale ja nie jestem uczciwym graczem – co nie powinno być dla ciebie 

zaskoczeniem. – Odwróciła się, spojrzała przez ramię i mówiąc cicho, tak żeby 
słowa dotarły tylko do niego, szepnęła: – A nawet gdybyśmy zagrali raz jeszcze i ty 
byś wygrał, jesteś pewien, że poznałbyś mnie bez maski?

Nie czekała na odpowiedź. Z nieziemskim wdziękiem Fii ruszyła w stronę 

gromady  mężczyzn. Nie zwolniła, zbliżając się do nich – i to właśnie oraz jej 
królewska   obojętność   wprawiło   ich   w   takie   zmieszanie,   że   rozstąpili   się, 
pozwalając jej przejść.

Jeden  z  mężczyzn  odwrócił się,  śledząc   ciemnymi  oczami  oddalającą  się 

postać. Pozostali kręcili się niepewnie. Mężczyzna ruszył za nią.

– Nie robiłbym tego! – zawołał Thomas spokojnie.

Mężczyzna   stanął,   obejrzał   się   na   Thomasa,   krzywiąc   usta   w   kpiącym 

uśmiechu.

– Umówiła się z tobą?

Pozostali   skierowali   wzrok   na   Thomasa,   jedni   z   zazdrością,   drudzy   z 

rezygnacją. Tylko Johnston wydawał się nieszczęśliwy i zmieszany.

– Tak. Jest moja. – To nieważne, że kłamię, pomyślał, patrząc, jak znika w 

kręgu światła.

Dopóki sam o tym pamiętał.

background image

Przy tym oświetleniu, jakie zapewniono w Tiburn House, ani ja, ani mój 

kostium nie wyglądają korzystnie, pomyślał niechętnie lord Carr.

Odwracał głowę w jedną i w drugą stronę. Może to tylko to przeklęte lustro. 

Sprawiało, że skóra wydawała się pokryta plamami i uwydatniało środek twarzy, to 
jest nos, który stracił już swoją dawną doskonałość. Musi dopilnować, żeby jego 
syn, Raine, zapłacił za to pewnego dnia.

Wrócił do studiowania swojego odbicia. Nie poprawiało mu nastroju także i 

to, że pewni ludzie tutaj mieli na sobie taki sam kostium, jak on. A był taki pewien, 
że jego strój jest wyjątkowy.

W gruncie rzeczy nadal był przekonany o jego oryginalności. Kiedy wróci do 

domu,   odbędzie   krótką   pogawędkę   z   obecnym   kamerdynerem   na   temat 
konieczności   trzymania   języka   za   zębami.   Być   może   człeczyna   pożyje   na   tyle 
długo,   żeby   wyciągnąć   wnioski   z   tej   lekcji.   Tresowanie   nowych   służących   to 
męczące zajęcie.

–   Lordzie   Carr.   –   W   lustrze   pojawiła   się   inna   twarz.   Przypominający 

kościotrupa Hiszpan z głupawą, sztuczną, kozią bródką i w doskonale okropnym 
czarnym, aksamitnym kubraku.

– O co chodzi, Tunbridge?

– Ona jest tutaj.

Wiedział już o tym.

–   Sądzisz,   że   moja   cera   jest   mniej   gładka,   czy   to   tylko   te   tanie   świece, 

których używa Portmann?

Tunbridge zaczerwienił się, a Carr uśmiechnął. Tunbridge nienawidził swojej 

roli   lizusa.   Nieszczęsny   głupiec,   chociaż   zdawał   sobie   sprawę,   że   im   bardziej 
nienawidzi Carra, tym większą przyjemność ten ostatni czerpie ze znęcania się nad 
nim, i tak nie potrafił ukryć nienawiści.

–   I   co?   Proszę   o   uczciwą   odpowiedź.   Wiesz,   jak   polegam   na   twojej 

uczciwości – zamruczał pieszczotliwie Carr.

– To świece. Bez cienia wątpliwości.

–   Hm.   Tak,   jak   myślałem.   –   Carr   odwrócił   się   do   swojego   sługusa, 

rozglądając się, żeby sprawdzić, czy są sami. – Czego dowiedziałeś się o kapitanie 
Bartonie i jego związku z moją córką?

background image

–   Ostatnie   dwie   podróże   Bartona   okazały   się   katastrofą.   Pierwszą 

ubezpieczyła firma szwajcarska. Nie zdołałem dojść, czy dostał odszkodowanie, 
czy   nie.   Druga   była   ubezpieczona   tutaj,   w   Londynie,   i   Barton   zdecydowanie 
odebrał wynagrodzenie za straty. Kupił nowy statek i szasta pieniędzmi. Głównie 
na użytek lady Fii.

Carrowi zadrżała dolna warga.

– To sprytne, ale cóż, całkiem daremne.

– Tak?

– To chyba oczywiste?

Tunbridge zmarszczył brwi.

– Są kochankami i ona czerpie z tego wszelkie możliwe korzyści?

– Nie, nie, nie. Naprawdę, pomyśl, człowieku. Co wiesz o Fii? Poza tym, że 

kiedyś ośmieliłeś się pomyśleć, że ona – albo raczej ja – zechcę wziąć pod uwagę 
możliwość twojego z nią ślubu.

Tunbridge nie odpowiedział. Jego twarz… cóż, teraz on miał plamistą cerę. 

Carr   ponownie   zerknął   na   swoje   odbicie,   ale   widząc   zdumienie   na   twarzy 
Tunbridge'a, westchnął, zniżając się raz jeszcze do konieczności oświecenia istoty 
o niższej inteligencji w materii, która wydawała się całkowicie oczywista.

– Nie są kochankami, lecz wspólnikami.

– Wspólnikami?

– Tak, głupcze. On jej nadskakuje, rzecz jasna, ale Fia jest w końcu moją 

córką. Miałaby się zadowolić siedzeniem pod stołem i czekaniem na kości, jakie… 
ten kolonista miałby jej rzucić, chociaż może mieć całą ucztę? – Parsknął na samą 
myśl o tym.

– Mało prawdopodobne.

–   Ale   –   wyjąkał   Tunbridge   –   ale   skoro   jest   jego   wspólniczką,   dlaczego 

Barton zasypuje ją prezentami?

Carr wytrzeszczył oczy. Nie mógł wprost uwierzyć, że musi wyjaśnić i to, 

ale kiedy Tunbridge ściągnął brwi w głębokim, choć bezowocnym skupieniu, Carr 
się poddał.

– Przyjmuje jego prezenty, biorąc jednocześnie swoją część ubezpieczenia. 

background image

Dzięki temu zgarnia więcej niż połowę udziałów. – W jego wzroku pojawiła się 
czułość. – Mądre stworzonko, prawda?

– Skąd to wiesz, panie? Jak możesz być tego pewien? – zapytał Tunbridge, 

otwierając szeroko oczy w trupich oczodołach.

– Nie wyobrażasz sobie chyba choć przez chwilę, że polegam wyłącznie na 

twoich   raportach?   –   Nie   czekał   na   odpowiedź.   –   Zbadałem   tę   sprawę.   Od 
pojawienia   się   kapitana   Bartona,   Fia   zainwestowała   tysiąc   funtów   w   rozmaite 
interesy.

–   Poza   tym,   gdyby   byli   kochankami,   Fia   nie   kokietowałaby   wszystkich 

mężczyzn w mieście, prawda?

Twarz Tunbridge'a stwardniała. Głupiec wciąż darzył Fię uczuciem, choć 

sądząc z wyrazu jego twarzy, uczucia nie miały już romantycznej natury.

– Zachowywałaby się tak, gdybyś to ty był jej kochankiem, Tunbridge – 

stwierdził Carr sucho. – Nie podejrzewam jednak, by uprawiała podobne gierki z 
mężczyzną pokroju kapitana Bartona. Nie, jeszcze nie oszalała, by wziąć sobie za 
kochanka wodnego szczura z kolonii. Byłoby to aktem chorobliwej natury, gdyby 
Fia postawiła się poza nawiasem raz na zawsze.

Carr spotkał Fię wcześniej tego wieczoru, na tarasie. Zdumiało go, że jej usta 

drżały pod srebrną maską, a ramiona i szyję pokrywał gniewny rumieniec. Jego 
córka,   którą   zazwyczaj   można   było   zrozumieć   tak   łatwo   jak   chiński   alfabet, 
wydawała się bliska wybuchu furii.

Parę  minut  później  Thomas  Donne, z  ponurą twarzą,  przemaszerował   po 

trawniku. Czy to wysoki Szkot doprowadził Fię do tego stanu? Och, gdyby tylko 
mógł być świadkiem tej sceny!

Podniósł oczy i stwierdził, że Tunbridge wciąż kręci się obok z nieszczęśliwą 

miną.

–   Cóż?   –   parsknął   niecierpliwie.   Służalcy   byli   bardzo   pożyteczni,   ale 

podporządkowanie sobie nawet Tunbridge'a po pewnym czasie przykrzyło się. – 
Powiedziałeś,   co   miałeś   do   powiedzenia.   Jeśli   nie   masz   innych   cennych 
wiadomości, możesz odejść.

Tunbridge   skulił   się   i   oddalił.   Carr,   który   znowu   spojrzał   w   lustro, 

zmarszczył czoło.

– Tunbridge! – zawołał.

background image

Chuda postać zatrzymała się w drzwiach.

– Tak, milordzie?

– Nie sądzisz, że różowy kolor był błędem?

Dłoń Tunbridge zacisnęła się w pięść, z tej strony, której Carr nie widział.

– Nie, milordzie. Wyjątkowo dobrze dobrany odcień.

Carr kiwnął głową z zadowoleniem, przyjmując komplement jako należną 

daninę.

– Tak właśnie  myślałem.  Idź już.  Nie chcę, żeby  powzięto niepochlebne 

mniemanie, że ty i ja jesteśmy wspólnikami.

Tunbridge znikł bez słowa, zostawiając Carra przed lustrem. Może nadeszła 

pora, żeby przyłączyć się do zabawy, pomyślał Carr. Nadal było tu wiele osób, 
które należało poznać czy powitać, wiele sekretów, które trzeba było wyświetlić, 
informacji,   które   powinno   się   zgromadzić.   Ułożył   usta   w   uśmiechu,   poprawił 
różową, obszytą koronkami koszulę, otworzył wachlarz ze strusich piór i ruszył 
naprzód.

background image

7

Thomas   wyszedł   na   słońce   wczesnego   popołudnia.   Jego   usta   nadal   były 

zacięte, tak jak podczas rozmowy z lordem Ffolkesem, jednym z członków zarządu 
Kompanii Ubezpieczeniowej Lloyda. Wpadł na niego przed dwoma dniami, kiedy 
wychodził z balu maskowego u Portmanna. Ffolkes zaprosił Thomasa do siebie, do 
biura, na „prywatną pogawędkę”. Jego ciekawość wzmogła ponura mina Ffolkesa – 
znał   go   tylko   powierzchownie,   ale   zawsze   uważał   za   przyzwoitego, 
zrównoważonego człowieka. Zgodził się.

Informacje,   jakie   zyskał   w   ciągu   pół   godziny,   warte   były   zachodu. 

Rozzłościło go, że plotki wokół Jamesa Bartona dotarły tak daleko i zostały tak 
poważnie   potraktowane.   Thomas   zapewnił   Ffolkesa,   że   Barton   nie   był   winien 
oszustwa ubezpieczeniowego i oznajmił, że dostarczy dowody. Zerknął na kopię 
sprawozdania dotyczącego „Iony”, którą wciąż ściskał w dłoni. Obiecał Ffolkeso-
wi,   że   poprosi   szwajcarską   firmę,   która   ubezpieczyła   ładunek   Bartona,   o   list 
potwierdzający, że dotarł on istotnie na miejsce. Gorąco pragnął odkryć, kto się 
kryje za dziwacznymi oskarżeniami.

W takim nastroju zszedł po schodach i przeszedł przez ulicę, manewrując 

wśród gęstniejącego szeregu karoc i powozów, aby dojść do parku naprzeciwko. 
Otulająca Londyn wieczna mgła podniosła się; niebo nad głową było czyste, poza 
jakimiś przemykającymi od czasu do czasu chmurkami. Słońce grzało przyjemnie i 
Thomas, nieco podniesiony na duchu, zwolnił kroku.

Tłum   londyńczyków   spacerował   po   parku,   korzystając   z   ładnej   pogody 

Powietrze   rozbrzmiewało   rozmaitymi   dźwiękami:   głuchym   stukotem   końskich 
kopyt, radosnym piskiem bawiących się  dzieci, skrzypieniem lekkich powozów 
sunących powoli wzdłuż żwirowych alejek, śpiewem ukrytych w krzakach ptaków.

Nie był z nikim umówiony, postanowił więc wrócić do domu na piechotę, 

dróżką przecinającą cały park. Doszedł do Wężowej Drogi i zatrzymał się, żeby 
kupić od chłopca gorący pasztecik; w tej samej chwili zauważył w pobliżu parę – 
kobieta pochylała się nad siedzącym na ławce mężczyzną.

Nawet   z  tej   odległości   widać   było,  że   mężczyzna   jest   w   rozpaczy,   a  po 

sposobie, w jaki kobieta krążyła wokół niego, można było wnosić, że nie wie, co 
robić. Para wydawała się znajoma. Thomas powiedział chłopcu, żeby zatrzymał 
resztę i ruszył w stronę ławki. Podszedłszy bliżej rozpoznał Sarah Leighton i Pipa. 
Zaniepokojony, przyśpieszył kroku.

background image

Sarah   podniosła   głowę.   Przez   chwilę   jej   twarz   przybrała   nieszczęśliwy 

wyraz, potem jednak przeważyła troska o brata.

– Kapitanie Donne, ja… my… Pip jest chory.

– To widać. – Thomas usiadł obok chłopca. 

Pip zwiesił głowę na piersi i oddychał z trudem.  Bladą skórę pokrywała 

lśniąca warstewka potu. Thomas szybko ujął chłopca za nadgarstek. Puls był stały, 
choć przyśpieszony, a skóra ciepła, lecz nie gorąca. Młody głupiec po prostu się 
przemęczył.

–   Wydawało   się,   że   jest   mu   dużo   lepiej,   poruszał   się   po   domu   z   taką 

łatwością   i   kiedy…   kiedy   wspomniał,   że   chciałby   pójść   na   spacer   po   parku, 
pomyślałam,   że   nie   stanie   mu   się   nic   złego,   jeśli   wyjdzie   na   krótko   i 
przyprowadziłam go tutaj.

Pip uśmiechnął się słabo.

– Musiała wyjść ze mną, Tom. Myślałem, że zwariuję, jeśli spędzę jeszcze 

jeden dzień w tym przeklętym domu. Nie dałem jej wyboru. To nie jej wina.

–   Jestem   tego   pewien   –   powiedział   Thomas,   uśmiechając   się   do   Sarah. 

Spuściła głowę, unikając jego wzroku.

– Czy zechciałbyś…

– Oczywiście. – Thomas wstał, rozglądając się dokoła. Chociaż alejkami 

przesuwało się wiele powozów, żaden nie był do wynajęcia. Do wyjścia z parku 
było dobre czterysta metrów i choć Thomas nie wątpił, że zdoła donieść chłopaka, 
zawahał się w obawie, że rana Pipa mogłaby się otworzyć.

Zza zakrętu wyłonił się lekki powozik zaprzężony w jednego konia. Thomas 

stwierdził z ulgą, że na koźle siedzi James Barton. Stanąt na środku drogi i dał 
Jamesowi   znak,   żeby   się   zatrzymał.   Pasażera,   który   siedział   obok   przyjaciela, 
rozpoznał za późno. Była to Fia. Zawadiacko przekrzywiony czarny, trój graniasty 
kapelusz ocieniał jej twarz, ale wyzywający uśmiech świadczył, że go poznała.

– Thomas?! – zawołał James.

– Jest tu Pip Leighton. Potrzebuje pomocy.

– Oczywiście. – James skierował powóz na trawnik obok drogi, umocował 

wodze i zeskoczył na ziemię. – Co mogę zrobić?

background image

Sarah   również   zobaczyła   i,   jak   się   wydawało,   poznała   Czarny   Diament. 

Krew odpłynęła z jej policzków, ale podniosła dumnie brodę.

– Gdybyśmy  mogli  prosić… – Przerwała, zmieszana  swoim tak śmiałym 

zachowaniem wobec kogoś obcego.

–   James   Barton,   pani   –   powiedział   James,   skłaniając   się.   Spojrzał 

zmartwiony na nieszczęśliwego Pipa.

–   Lady   Fia!   –   Na   twarzy   chłopca   odbiła   się   męka,   kiedy   usiłował   się 

podnieść.

Thomas położył mu rękę na ramieniu.

– Jestem pewien, że lady Fia wybaczyła ci, że nie wstaniesz.

– Na Boga, Pip, siedź spokojnie! – zawołała Fia ostro.

Thomas   spojrzał   na   nią,   zaskoczony   szczerym   strachem   w   jej   głosie. 

Wpatrywała się w Pipa niespokojnym wzrokiem.

–   Tęskniłem   za   tobą   –   szepnął   Pip,   wyczytując   z   jej   twarzy   troskę   i 

współczucie, o których mógł tylko marzyć. 

– Pip. – Głos brzmiał ciepło, ale, tak nagle, jak nagle zamykają się drzwi, 

wyraz   jej   twarzy   się   zmienił.   –   Nic   dziwnego.   –   Mówiła   przyjemnym,   choć 
niedbałym tonem. – Doprawdy, żyłam w takim pośpiechu, że przysięgam, sama się 
zagubiłam! Kiedy to ostatnio do mnie zajrzałeś? W tym tygodniu, czy w zeszłym? 
– Roześmiała się. – Powinnam lepiej pamiętać, kto mnie odwiedza.

To, że zdawała się nie pamiętać, iż Pip został ranny w obronie jej honoru, 

było   wyjątkowo   okrutne.   Thomas   wyczuł,   jak   Pip   sztywnieje.   Gniew   wywołał 
rumieniec na policzkach Sarah. James, zmieszany, zagryzł wargę.

– Fio…

– Czy możesz odwieźć Pipa do domu, Jamesie? – zapytał Thomas.

– Oczywiście.

Thomas   zerknął   na   Sarah.   Stała   sztywno   wyprostowana,   ze   wzrokiem 

skierowanym   poza   karetę,   usiłując   wmówić   sobie,   że   bezwzględna,   urodziwa 
istota, która otumaniła jej brata, w ogóle nie istnieje. Na próżno. To tak, jak patrzeć 
w słońce i zaprzeczać, że wypala oczy.

Thomasowi było jej żal; wiedział, że współczucie ją zrani, podobnie jak to, 

background image

że odprowadzając ją do domu, sprawi jej tylko przykrość. Powóz Jamesa nadawał 
się dla dwóch osób i chociaż mógł pomieścić trzy, zupełnie nie było w nim miejsca 
dla czterech. James zawahał się, wyraźnie ubolewając nad tym, że musi zostawić 
Sarah. Nie widział jednak innego wyjścia.

Thomas skłonił głowę w jej stronę.

– Jeśli panna Leighton zechce pozwolić mi, bym odprowadził ją do domu…

–   Ale   dlaczego   miałaby   to   robić?   –   zapytała   Fia.   –   Musi,   rzecz   jasna, 

pojechać z bratem.

– Ale… –James wodził wzrokiem od jednej do drugiej kobiety, z których 

jedna wyraźnie się zmieszała, a druga była równie wyraźnie rozbawiona. – A co 
będzie z tobą, Fio?

– Cóż, wymuszę na kapitanie Donnie, żeby odprowadził mnie do domu. Już 

wie, gdzie mieszkam. – Uśmiechała się, jej wzrok wyrażał przesłanie przeznaczone 
tylko   dla   Thomasa.   W   tej   sytuacji   i   tych   okolicznościach   podobna   zalotność 
sprawiała odrażające nużenie i Fia zdawała sobie z tego sprawę. Jej niestosowne 
zachowanie miało jednak tę dobrą stronę, że oszczędziło Sarah Leighton dalszego 
wahania, a Pipowi mogło pomóc uświadomić sobie jej prawdziwą naturę.

– Będę zachwycony – oznajmił Thomas oficjalnym tonem.

–   A   zatem   postanowione.   –   Podniosła   się   i   unosząc   czarne   spódnice, 

wyciągnęła   rękę   rozkazującym   gestem.   Nie   miał   wyboru   jak   tylko   ją   przyjąć. 
Zeskoczyła zręcznie jak czarny łabędź.

Pip patrzył na nią z bolesnym zdumieniem. Fia nie zwracała na niego uwagi. 

Jej uroczy, figlarny uśmiech przeznaczony był wylanie dla Thomasa.

Usadowienie Pipa z Sarah u boku zajęło tylko parę minut, po czym James, 

rzucając   ostatnie   niespokojne   spojrzenie   w   stronę   Fii,   zaciął   konia   batem, 
zabierając Leightonów do domu i zostawiając Tomasa samego. Z Fią.

Fia poczekała, aż kareta zniknie z widoku, i dopiero wtedy odwróciła się. Jej 

twarz, bez uśmiechu, była gładka i tajemnicza jak zwykle. Ruszyła bez słowa, a 
Thomas poszedł za nią.

Serce biło jej jak oszalałe. Nie spodziewała się, że zobaczy go tak szybko. 

Zerknęła w bok; zauważyła  silną opaloną szyję nad śnieżnobiałym kołnierzem, 
pamiętała aż nazbyt wyraźnie dotyk jego skóry pod wargami i pożądanie w szarych 
oczach.

background image

– Wiem, że byłaś damą w srebrnej masce na balu u Portmanna. 

Zaskoczył ją.

– Nie wiem, co masz na myśli – powiedziała.

Jej zachowanie u Portmannów było błędem. James był jednak zajęty gdzie 

indziej, a ona zjawiła się na balu niezapowiedziana i kiedy zobaczyła Thomasa, 
postanowiła dać mu nauczkę, przekonać się, jak bardzo jest odporny na to, czym 
tak jawnie gardzi. Zamiast tego poznała tylko własną słabość. Uległa nastrojowi, a 
nigdy tak nie postępowała. Nie mogła sobie na to pozwolić.

Nie   była   niedojrzałą   dzierlatką,   która   błaga   o   życzliwość,   jaką   Thomas 

okazywał Sarah Leighton, i jakiej ona sama pozbawiła Pipa.

Była   samolubna.   Pewna,   że   skoro   Pip   jest   tylko   chłopcem,   bezpiecznie 

będzie   się   z   nim   zaprzyjaźnić.   Tak   bardzo   przypominał   jej   Kaya,   a   w   tej 
gmatwaninie intryg i spisków pragnęła przyjaciela, przy którym mogłaby przestać 
grać.

Ale   dość   tego.   Nigdy   już   nie   pozwoli,   aby   jej   pragnienia   naraziły   na 

niebezpieczeństwo niewinne życie. Stała się mądrzejsza.

– Czy nosisz czasami inne kolory niż czarny? – Głos Thomasa przestraszył 

ją.

– Sądziłam, że jesteś mężczyzną, który lubi czerń i biel. To oszczędza trudu 

rozróżniania subtelności.

Roześmiał się, serce zabiło gwałtownie. Nie przewidziała, że się roześmieje. 

Miał się poczuć urażony.

– Przyznaję, że dobrze ci w nim, pani – powiedział. – Pięknie wyglądałaś w 

sukni, którą włożyłaś na bal maskowy u Portmannów.

Uśmiechnęła się, ani nie odrzucając, ani nie potwierdzając jego domysłów.

– Cóż,  kapitanie  Donne,  musi   pan uważać,   aby  nie  dostać  się  pod  moje 

straszliwe wpływy. – Powiedziała to ze smutkiem i zdziwiła się, kiedy zmarszczył 
czoło.

– To ładnie z twojej strony, że odstąpiłaś pannie Leighton swoje miejsce – 

stwierdził krótko.

Ona jednak wróciła do odgrywanej roli. Uniosła brwi, układając wargi w 

background image

uśmiechu, który mężczyznom wydawał się tak pociągający.

– Chyba oboje wiemy, że słowo „ładnie” rzadko przychodzi do głowy w 

połączeniu   z   moim   imieniem,   kapitanie.   Miałam   ochotę   się   przejść.   Z   tobą.   – 
Rzuciła mu ukradkowe, wyzywające spojrzenie. – A więc idę. Z tobą.

– Nie wierzę.

Wzruszyła ramionami.

Zrobiło się ciepło, peleryna zaczęła jej ciążyć. Rozluźniła jedwabne wiązadło 

pod szyją.

– Wiedziałaś, że Sarah Leighton nie jest ci życzliwa, a jednak odstąpiłaś jej 

swoje miejsce.

– A więc o to chodzi? Cóż, pozwól, że ci wyjaśnię, zanim przedwcześnie 

uznasz mnie za świętą. Sarah Leighton jest rozpaczliwie nudną osobą. – Wyczuła 
niechęć Thomasa. Dobrze. – Nie jest godna miana rywalki. W ogóle nie jest warta 
uwagi.

Łatwo   zdobyła   się   na   to   kłamstwo.   W   rzeczywistości   podziwiała   Sarah 

Leighton. Dziewczyna była uczciwa i dobra, a jej troska o brata głęboko szczera. 
Nie chciała jednak dzielić się  tym przekonaniem z Thomasem.  Taka otwartość 
dawałaby mu przewagę, a tej za nic nie chciała zapewnić Thomasowi. Jak żadnemu 
ze wszystkich znanych jej mężczyzn – włącznie z ojcem. Władza ojca nad nią 
sprowadzała się jedynie do gróźb, a władza Thomasa… Stłumiła tę myśl.

Mówiła dalej, twardym, ale lekkim tonem – niczym szkło.

–   Nie.   Niezależnie   od   swoich   zalet   panna   Leighton   nie   jest   rywalką   do 

względów   Jamesa.   On   z   pewnością   należy   do   mnie.   Pip   także   jest   pod   moim 
urokiem. A zatem tylko ty opierasz się uparcie moim wdziękom.

– Kłamiesz – powiedział głucho.

Zdołała się roześmiać. Lekko, z rozbawieniem.

–   Ty,   lepiej   niż   ktokolwiek   inny   tutaj,   znasz   moje   pochodzenie.   Jestem 

hazardzistką ze starego rodu hazardzistów. Co w tym dziwnego, że nie potrafię 
oprzeć się wyzwaniu, zamiast zadowalać się tym, co już zdobyłam?

Spojrzała na niego spod gęstej zasłony rzęs.

– Przecież, to ty sam rzuciłeś mi wyzwanie.

background image

Zerknął na nią zdumiony.

Zatrzymała   się,   przywołując  go   dłonią  ku   sobie.   Nie   miał   wyjścia,   mógł 

tylko pochylić się nad nią, żeby usłyszeć, co powie.

– W moim buduarze – szepnęła, pozwalając, aby jej ciepły oddech dosięgnął 

jego ucha. – Kiedy przyszedłeś, żeby mnie ukarać, powiedziałeś, że tylko mojemu 
wyzwaniu nie odmówisz.

Zamiast cofnąć się, jak się spodziewała, odwrócił głowę, żeby odpowiedzieć. 

Ich usta znalazły się blisko siebie. Jasne oczy Thomasa lśniły jak polerowana cyna 
w opalonej twarzy.

– Nie to miałem na myśli i dobrze o tym wiesz.

Nie miała zamiaru się cofnąć. Podjęli próbę sił, grę, w której nie mogła sobie 

pozwolić   na   przegraną,   choć   sama   nie   wiedziała   dlaczego.   Podniosła   głowę, 
zbliżając policzek do jego twarzy. Pachniał drzewem sandałowym i kawą. Miał 
gładką skórę. Ogolił się przed kilku godzinami.

– Ale ja właśnie to miałam na myśli.

Poruszył się lekko, słońce oślepiło ją. Odwróciła twarz, mrugając oczami. Jej 

rzęsy zatrzepotały na policzku. Usłyszała, jak wstrzymał oddech i nagle jego dłonie 
mocno objęły jej kibić.

Przez sekundę nie była pewna, czy zamierza przyciągnąć ją do siebie, czy 

odepchnąć i wyczuła wyraźnie, że on sam też tego nie wie. Czuła dotyk każdego z 
długich palców, dłoni, kciuków powyżej kości biodrowych. Powinna ruszyć się, 
uderzyć go w twarz, nawymyślać,  ale jedyne, o czym mogła  myśleć,  to to, że 
Thomas Donne dotyka jej w sposób wyrażający mniej niż namiętność, ale więcej 
niż obojętność.

Każde włókienko jej ciała ożywiło się. Serce łomotało  dziko. Nie mogła 

złapać tchu i słyszała  jego nierówny, przyspieszony  oddech, oznakę pożądania. 
Szukał wzrokiem, zakłopotany, zły i zmieszany, jej spojrzenia. Zachwiała się i w 
tym momencie peleryna zsunęła się jej z ramion, opadając wokół stóp.

Jedna z jego rąk opuściła jej kibić i powędrowała wolno po plecach w stronę 

karku.   Spuściła   powieki.   Czubki   jego   palców   były   twarde,   szorstkie   i   ciepłe. 
Odchyliła   głowę,   zamieniając   jego   dotyk   w   rodzaj   pieszczoty,   całą   uwagę 
skupiając na tym doznaniu.

Jego dłoń opadła.

background image

Cofnął dłoń z jej pasa.

– Nosisz naszyjnik Amelii Barton. – Głos brzmiał pusto i bezbarwnie.

Tak. To nie mogło mu się spodobać. Amelia Barton była najcudowniejszą 

kobietą,   jaką   Fia   poznała   w   swoim   życiu.   Bez   wątpienia   była   także 
najcudowniejszą kobietą, jaką poznał Thomas. Może nawet był w niej zakochany.

Otworzyła   oczy.   Nadal   stał   bardzo   blisko.   W   jego   oczach   odbijały   się 

uczucia, których nie słychać było w głosie.

– Doprawdy?

– Doskonale wiesz, że tak. James dał ten naszyjnik Amelii w dniu ślubu.

– Naprawdę? – Chciała mu powiedzieć, że to maskarada. Część gry. Część 

przedstawienia. Ale nie mogła mu ufać i nie ufała. Thomas nienawidził Merricków 
Zrobił wszystko, żeby zranić jej brata, Asha. Nie miała powodu, by sądzić, że ją 
potraktuje lepiej. Nie zrobił tego, jak dotąd.

– Nie powinien ci go dawać – ciągnął zimno Thomas. – Ten klejnot należał 

do jego rodziny od pokoleń.

Schyliła   się,   podnosząc   pelerynę.   Wyprostowała   się;   zrobił   krok   do   tyłu. 

Niedbałym   ruchem   zarzuciła   lekki,   wełniany   płaszcz   na   ramiona.   Zmarzła. 
Przemarzła do kości.

– Zostaw Jamesa w spokoju, Fio.

– Trochę już na to za późno, nie sądzisz?

– Zasługuje na coś lepszego.

– Niż co? – zapytała, urażona. Jego słowa wzbudziły w niej gniew tlący się 

pod maską opanowania. Dotykał jej, pieścił ją. Teraz patrzył na nią z nienawiścią, 
zarzucając, że kala pamięć zmarłej kobiety, nosząc jej naszyjnik na szyi. – Coś 
lepszego ode mnie? James sam wie najlepiej, na co zasługuję, a na co nie.

– Posłuchaj mnie, Fio. Wiem, że usiłujesz wciągnąć Jamesa w jakąś ciemną 

intrygę.   Nie   dopuszczę   do   tego.   Słyszysz?   James   Barton   jest   uczciwym, 
szlachetnym człowiekiem i nie pozwolę ci pociągnąć go za sobą w przepaść.

Przez  chwilę gniew i urazę zastąpiło  zadowolenie. Jeśli  Thomas  usłyszał 

plotki, inni usłyszeli je także.

Thomas odczytał triumf na twarzy Fii i uznał, że napawa się zwycięstwem. 

background image

Stłumił to… to coś, co przez chwilę osłabiło jego czujność. Może to pożądanie, z 
braku lepszego określenia.

Przez krótki moment uwierzył w niemożliwe: w Merricka, który ma serce. 

Wyobraził sobie, że widzi smutek w zamierającym uśmiechu Fii, kiedy śledziła 
wzrokiem oddalający się powóz Bartona. Pomyślał wówczas, że celowo uraziła 
Pipa,   żeby   uchronić   go   przed   czymś   gorszym.   A   kiedy   jej   dotknął…   jak 
wytłumaczyć nagły przypływ pożądania i czułości? Boże dopomóż, czułości. Dla 
niej.

Nie mógł uwierzyć we własną głupotę. Merrick obdarzony sercem? Wątpił, 

czy Fia ma  duszę. Kiedy to stał się mdłym romantykiem,  zamiast  być realistą, 
jakim uczyniło go życie? Dłonie świerzbiły go, żeby ukarać ją za to, że jest piękna, 
fałszywa, pozbawiona litości i za to, że tak doskonale udaje kogoś innego.

– Ostrzegam cię, Fio.

– To brzmi jak groźba… Thomasie.

– Nie – powiedział. – To obietnica.

Roześmiała się – dźwięcznie, lekko. A jednak, na Boga, jej śmiech wydawał 

się rodzić z bólu, jakby ostrze przebiło jej serce. Wbrew rozumowi i całej nabytej 
ciężkim trudem wiedzy, niemal wyciągnął do niej ręce.

Ona jednak odwróciła się i odeszła, nie dbając, że jest sama i bez opieki. 

Szedł za nią w przyzwoitej odległości, aż doszli do ulicy, gdzie zatrzymała powóz.

background image

8

– Wyglądasz jak śmierć na chorągwi – powiedziała Gunna głuchym głosem.

– Zdaje ci się – stwierdziła Fia, migając igłą przy tamborku. Szycie, jak 

dowiedziała się od jednej z opiekunek Córy, było zajęciem, które koi nerwy.

W drugim końcu pokoju Kay studiował jedną ze swoich książek szkolnych. 

Jego niespodziewany przyjazd poprzedniego dnia był Fii na rękę. Zmieniła plany 
na wieczór, nie chcąc, aby Kay wędrował po mieście pozbawiony opieki. Dzięki 
Bogu, Akademia dla Młodych Dam pani Littleton nie wypuszczała podopiecznych 
spod swoich skrzydeł równie łatwo, jak Oxford.

– I zdaje mi się, albo też moje stare oczy mnie mylą, że masz czerwone 

podkowy pod oczami i okropnie chrypisz? – odezwała się Gunna, wyrywając Fię z 
zamyślenia.

– Mówię uczciwie, Gunno. Nic mi nie jest.

Naprawdę jednak była u kresu sił. Niekończące się noce udawania zaczynały 

się na niej odbijać. Zbyt często trapiły ją zawroty głowy, Codziennie zaś trzęsła się 
z wyczerpania.

Jej starcie z Thomasem poprzedniego dnia nie przyniosło nic dobrego. Od 

tamtej chwili stała się płaczliwa i poirytowana – ona, Fia Merrick, zwykle panująca 
nad sobą. Wewnętrzna siła, którą tak się chełpiła, zdawała się ją opuszczać. Nie 
wiedziała,   jak   długo   jeszcze   wytrzyma.   Ale   nie   należało   mówić   tego   Gunnie. 
Staruszka zaczęłaby się zamartwiać, a kiedy już wszystko zostałoby powiedziane, 
to jej zamartwianie i tak niczego by nie zmieniło.

– To niezgodne z naturą, żeby tak żyć – narzekała Gunna – zamieniając 

dzień w noc i noc w dzień.

Fia   rzuciła   krótkie,   ostrzegawcze   spojrzenie   w   stronę   Kaya.   Kay   nie 

wiedział,   jakie   krążą   o   niej   opowieści   i   Fia   chciała   go   przed   nimi   uchronić 
możliwie jak najdłużej.

– Picie, włóczenie się powozami i…

Fia   spojrzała   na   staruszkę   z   mieszaniną   rozpaczy   i   miłości.   Gunna 

najwyraźniej postanowiła nie zwracać uwagi na niewypowiedziane ostrzeżenie.

background image

– Ale teraz jest dzień, a ja jestem tutaj – oznajmiła Fia z fałszywą wesołością 

– obudzona, w swoim własnym domu, zajmuję się niewinnym haftem, a jednak 
nadal mnie potępiasz.

– Nie mów do mnie tym tonem, lady Fio MacFarlane – powiedział Gunna. – 

Twoje własne dobro leży mi na sercu i….

– I doceniam to, choćby mi to było nie w smak – przerwała jej, raz jeszcze 

spoglądając w stronę Kaya.

– Czy nie możemy zostawić tego domu, wrócić do Bramble i zacząć od tego, 

na czym skończyliśmy? – zapytała po raz setny zgarbiona staruszka. Fia nigdy nie 
wtajemniczyła jej w szczegóły swojej umowy z Carrem.

Póki jej ojciec chciał ją widzieć w Londynie, póty tam zostanie. Kiedy powie 

jej, że ma poślubić, kogo jej wskaże, zrobi to. Inaczej straci dom w Bramble, a nad 
tym nawet nie chciała się zastanawiać. Carr, oczywiście, nie wiedział o tym. Sądził, 
że przystała na jego żądania ze strachu – przed nim i przed widmem nędzy.

– Nie. Nie możemy – odparła. Podniosła palce do skroni, zataczając na nich 

małe kółeczka. – Wiesz, Gunno, czuję się trochę zmęczona. Może przydałoby mi 
się coś na wzmocnienie. Czy zechciałabyś przyrządzić jakiś napar?

Odczuła lekkie wyrzuty sumienia na widok niepokoju, jaki odmalował się na 

twarzy Gunny oraz pośpiechu, z jakim staruszka zerwała się na nogi i wybiegła z 
pokoju. Lepiej jednak poskarżyć się Gunnie na coś, czemu mogła zaradzić, zamiast 
pozwolić, by martwiła się bezużytecznie czymś, na co i tak nie miała żadnego 
wpływu.

Kay podniósł głowę, gdy tylko Gunna wyszła.

– Gunna ma rację. Wyglądasz blado.

– Pochlebco, wbijasz mnie w dumę.

Kay, przywykły do spokojnej ironii Fii, wrócił do lektury. W wieku piętnastu 

lat nadal przypominał chłopca, którego poznała przed sześcioma laty. Twarz miał 
tak   samo   otwartą,   włosy   równie   niesforne   i   wciąż   oceniał   ludzi   po   pozorach. 
Zastanawiała   się,   kiedy   to   się   zmieni   i   czy   to   ona   będzie   narzędziem   jego 
przebudzenia.

Nie chciała tego. Mądrość świata, o czym przekonała się już dawno, w końcu 

staje się udziałem tych, którzy jej nie szukają. Być może oddawała Kayowi złą 
przysługę, starając się go chronić. Podniosła tamborek.

background image

Po paru minutach w drzwiach salonu pojawił się cień. Tylko jeden człowiek 

miał czelność pojawiać się w jej domu bez uprzedzenia.

– Witaj, ojcze – powiedziała Fia, kończąc ścieg. Każdy mięsień jej ciała 

napiął się z obawy przed tym, co się stanie. Od dawna, bardzo dawna czekała na tę 
wizytę. Narzuciła sobie spokój, chcąc zyskać na czasie, żeby przeobrazić się w 
zimną, twardą istotę, za którą zwykła się kryć w trudnych sytuacjach. Nie będąc w 
stanie odnaleźć maski, uniosła głowę.

– Cóż cię sprowadza?

Ojciec,   jak   zwykle   wspaniały,   w   haftowanej   kamizelce   koloru   miedzi   i 

niebieskim kubraku, leniwie rozglądał się po pokoju. Podniósł laskę ze srebrną 
gałką i wycelował w Kaya. Serce w niej zamarło.

– Co ten chłopak tutaj robi?

Spojrzała na Kaya i przybrała lekko zaskoczony wyraz twarzy, jakby o nim 

przedtem zapomniała.

– To Kay. Syn MacFarlane'a.

Kay   wstał   pospiesznie,   wyraźnie   zaciekawiony.   Nie,   Kay,   błagała   go   w 

myślach. Nie zwracaj na siebie jego uwagi.

– Dziedzic MacFarlane'a, co? – mruknął Carr.

– W istocie jeden z dwojga – odparła Fia znudzonym tonem. – Drugi to 

córka. Jest w szkole.

– Możesz sobie pozwolić na trzymanie jej w szkole?

– Cóż, alternatywą byłoby znosić ją tutaj – wyjaśniała Fia bez zająknięcia. – 

Wprawdzie londyńczycy są pobłażliwi, a moi wielbiciele niezbyt pedantyczni, ale 
chyba nie pozostaliby obojętni, gdybym wyrzuciła dzieci MacFarlane'a na ulicę. 
Nie sądzisz?

Carr zamyślił się.

– Być może. Ale dlaczego on tu jest?

– Właśnie wychodzi – odparła Fia. – Właśnie w tej chwili. Odejdź, chłopcze.

Policzki Kaya poczerwieniały. Młodość i zmieszanie sprawiły, że wydawał 

się   pozbawiony   wdzięku.   Skłonił   się   krótko,   niezgrabnie   i   szybko   wyszedł   z 
pokoju.

background image

Fia patrzyła za nim niewzruszona. Przeżyje tę urazę własnej godności. Może 

nawet będzie szczęśliwy, jeśli dla Carra okaże się bezużyteczny – nie wykorzysta 
go   do   szantażowania   córki.   Ale   żeby   Carr   mógł   podejrzewać,   że   Fia   żywi   do 
chłopca jakieś uczucia, musiałby być obdarzony nie tylko wyobraźnią, ale i sercem. 
Nie, Kay był bezpieczny. Chyba że Fia się zdradzi.

– Nie usiądziesz? – powiedziała, kiedy Kay odszedł. – Powiedz mi, czemu 

zawdzięczam tę wizytę? Tęsknisz za moim towarzystwem?

– Jeśli ten banalny sarkazm zastępuje ci dowcip, nic dziwnego, że otacza cię 

taka pospolita hołota.

– A ja myślałam, że powód jest całkiem inny – powiedziała Fia gładko. – I 

że nie ma nic wspólnego z… dowcipem.

Carr skrzywił usta.

– Nie nauczyłaś się pokory, Fio.

Ruszył przez pokój; lekkie utykanie, jakiego nabawił się podczas ucieczki z 

Rumieńca Ladacznicy, było ledwie zauważalne. Usiadł na najbliższym krześle i 
położył laskę na kolanach.

–   Przyszedłem,   żeby   ci   powiedzieć,   że   wiem,   co   robisz,   i   że   na   to   nie 

pozwolę.

– Co robię – powtórzyła.

– Pozwól, oszczędzę nam trochę czasu. Wiem, że skłoniłaś kapitana Jamesa 

Bartona do udziału w spółce, w której kupujesz ładunek, ubezpieczasz na wysokość 
jego podwójnej wartości, a następnie umieszczasz najednym z jego statków.

Podniósł wypielęgnowaną dłoń, nie dając jej zaprzeczyć.

– Następnie kapitan Barton uszkadza statek, biorąc za niego odszkodowanie, 

ty   zaś   odbierasz   ubezpieczenie   ładunku.   –   Odwrócił   dłoń,   oczekując   jej 
komentarza. Zastosowała się do jego życzenia.

– Cóż to za cudownie kunsztowny plan – powiedziała. – Żałuję tylko, że 

sama go nie wymyśliłam.

– Ależ tak – stwierdził Carr. – Zbadałem sprawę bardzo dokładnie. Byłaś, 

muszę przyznać, sprytna. I ostrożna. Dotarłem do niewielu konkretnych informacji, 
kilka spośród nich jest jednak niezwykle znacząca. Tak bardzo, że po zsumowaniu 
rozmaitych danych, które odkryłem, zostaje tylko jedno wyjaśnienie, to, które ci 

background image

przedstawiłem i które już znasz.

Uniosła brwi.

–   Masz   pewne   podejrzenia,   ale   jak   sam   powiedziałeś   nic   poza   tym.   Z 

pewnością nie masz niczego, czego mógłbyś użyć – jakie jest to zabawne słowo, 
którym określasz wymuszenie? …w charakterze rozpędu. A skoro tak właśnie jest, 
powiedz mi, ojcze, po co właściwie odbywamy tę rozmowę?

Carr odął wargi.

–   Z   faktu,   że   nie   mogę   szantażować   twojego…   przyjaciela,   wcale   nie 

wynika,   że   możesz   robić,   co   ci   się   podoba.   Nadal   nie   masz   domu,   Fio.   Ani 
pieniędzy. Nie masz niczego, oprócz pięknych podarków, jakimi kapitan Barton 
usiłuje kupić sobie drogę do twojego łóżka. O tak. Wiem wszystko o naszyjniku, 
pierścionku i obrazach. Sprzedaj to, a przez pół roku będziesz prowadzić taki tryb 
życia, jakim cieszysz się obecnie.

Pozwoliła, aby zauważył jej zmieszanie – tylko przez chwilę. Jego twarz 

rozpromieniła się łagodnym uśmiechem.

– A tego byś nie chciała, prawda? Nie. Doprawdy, Fio – powiedział powoli – 

myślałaś,   że   pozwolę,   aby   twoja   spółka   z   Bartonem   pomogła   ci   uzyskać 
niezależność?   Moja   droga,   poślubisz   kogo,   kiedy   i   gdzie   ci   każę.   Nie   jesteś 
niezależna. Nie teraz. Ani wkrótce. – Udał nadąsanie i pokręcił głową. – Obawiam 
się, że nie będziesz nigdy.

Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

– Czego chcesz?

Uśmiechnął się.

– No, nareszcie! Czuję się o wiele lepiej, kiedy między nami panuje pełne 

porozumienie, a ty? – Nagle uśmiech ulotnił się, jakby po prostu starł go z twarzy. 
– Chcę twojego udziału. Twojej części udziałów.

Odczekała pół uderzenia serca, a potem nadała głosowi ledwie zauważalne 

gniewne brzmienie.

– Nie mogę tego zrobić.

– Naprawdę, ze względu na twoje dobro, mam nadzieję, że się mylisz. Czy 

wiesz, że markiz de Mannett pytał o ciebie? Niezbyt to pociągający człowiek, z tą 
swoją podagrą i ropiejącymi wrzodami, ale jestem pewien – mam w każdym razie 

background image

nadzieję – że ich przyczyną, jak głosi plotka, nie jest francuska choroba. Plotki to 
paskudna rzecz.

–   Nie   możesz   mnie   zmusić,   żebym   za   niego   wyszła   –   powiedziała, 

oddychając ciężko.

– Nie. Ale mogę dopilnować, żebyś nie wyszła za nikogo innego. Wszelkimi 

dostępnymi   środkami.   –   Oczy   miał   tak   pozbawione   wyrazu,   jak   oczy   trupa. 
Zadrżała, tym razem bez udawania.

– Nie mogę… – Urwała nagle i odetchnęła głęboko. Nie wolno jej źle zagrać 

roli.   –   Jak   sam   zauważyłeś,   kapitan   Barton   był   niezwykle   ostrożny.   Nie   ma 
dowodów.   Nic,   czego   mógłbyś  użyć,   aby   skłonić   go   do   wciągnięcia   ciebie   do 
spółki.

Spojrzał jej w oczy i nie odwrócił wzroku.

– Nie doceniasz siebie samej, Fio. Jakie to do ciebie niepodobne. 

Odpowiedziała na jego wężowe spojrzenie obojętnie.

– Chcesz, abym wymieniła swoje łaski na udział?

Jeśli jej słowa go uraziły, nie okazał tego. Odchylił tylko głowę do tyłu i 

pogładził w zamyśleniu podbródek.

–   Nie.   Znam   ludzi   pokroju   Bartona.   Jest   romantykiem.   Taka   czysto 

handlowa transakcja mogłaby go do ciebie zniechęcić. Nie, trzeba go uwieść. Musi 
myśleć, że przyjmując mnie do spółki, zdobywa ciebie.

– To niemożliwe – odparła Fia. Musi być mądra. Działać bez pośpiechu. 

Naprowadzić go. – Wszyscy wiedzą, że gardzę tobą.

I   tym   razem   coś,   co   powinno   urazić   uczucia   ojca,   nie   wywołało   nawet 

grymasu.

– Wiem – stwierdził Carr. – Będziesz musiała znaleźć inny sposób.

Postukała   lekko   palcami   w   poręcz   krzesła.   Zmrużyła   oczy,   jakby 

zastanawiając się nad czymś.

– Trzeba mu zaoferować coś, czego ja, jego zdaniem, mogłabym pragnąć. 

Coś, dzięki czemu w swoim przekonaniu uzyska moją kapitulację.

– Cóż to takiego?

background image

– Nie wiem. Musi wierzyć, że nie mogłabym się temu oprzeć, a przy tym 

powinno to być coś dostatecznie wielkiego, aby przeważyć ryzyko wejścia z tobą w 
spółkę. – W jej uśmiechu nie było wesołości. – Choć wątpię, aby zdobył się na 
poproszenie o klejnoty koronne.

– Bardzo zabawne. Myśl dalej.

– Nie wiem… Zaraz. Bramble House.

–   Co?   –   Carr   pochylił   się   naprzód.   –   Wiejski   dom   MacFarlane'a?   To 

prowincja.

– Tak. Wiem. – Nie za wiele naraz. Subtelna mieszanina prawdy i kłamstwa. 

Czyż sam jej tego nie nauczył? – Barton zawsze opowiada o przyjemnościach życia 
na   wsi.   Wyrobiłam   w   nim   przekonanie,   że   podzielam   jego   uczucia   w   tym 
względzie. Może zechce kupić ten dom jako nasze gniazdko miłosne, sądząc, że w 
ten właśnie sposób wkupi się w moje łaski. Tak czy inaczej, chciałby wejść w jego 
posiadanie. Mówił, że pragnie nabyć ziemię.

Carr przyglądał się jej uważnie.

– Być może – mruknął. – W końcu, nic nie mam na tego człowieka, prawda?

– Prawda – zgodziła się chłodno. – Nigdy jednak nie dałeś mi zajrzeć do 

swojego zbioru materiałów.

Była to podstawa władzy Carra – zbiór aktów prawnych, hipotek, weksli, 

niedyskretnych listów i kradzionych dokumentów kościelnych. Widziała je tylko 
raz – zgrabnie spakowane i ukryte w bibliotece Carra w Rumieńcu Ladacznicy. Od 
dawna   podejrzewała,   że   Carr   odniósł   rany,   wydobywając   je   stamtąd   podczas 
pożaru. Szkoda, że nie spłonęły. Do diabła z nimi.

– I nigdy ci na to nie pozwolę, moja miła. – Oparł srebrne okucie laski na 

podłodze i wstał.  – Może przez jakiś czas powinnaś trzymać  się od Bartona z 
daleka.

– Dlaczego?

– Och. Rozstanie powoduje, że mięknie serce – tak przecież mówią. Barton 

będzie cię bardziej pragnął, a w takim stanie łatwiej przyjdzie go oszukać.

– Pomyślę o tym.

Carr westchnął ciężko.

background image

–   Czy   nasze   rozmowy   zawsze   muszą   się   kończyć   męczącą   manifestacją 

twojej niezależności? Po prostu zrób, to, co mówię.

Nie odpowiedziała, ani też nie wstała i nie pożegnała go, kiedy wychodził. 

To nie pasowałoby do roli. Odłożyła robótkę. Dobrze poszło. Teraz tylko James 
musi odpowiednio zagrać swoją rolę.

Lord Carr wyszedł z budynku i odesłał powóz. Miał ochotę na spacer. Czuł 

się   wspaniale,   tak   wspaniale,   że   kiedy   zobaczył   Janet   wyglądającą   z   okna   na 
piętrze, ukłonił się dwornie i ucałował czubki palców, posyłając jej pocałunek. 
Znikła, a on roześmiał się na całe gardło.

Droga Fia! Kto by pomyślał, że okaże się taka zabawna? I zrobiła to tak 

dobrze, nie można zaprzeczyć. Jego pierś wypełniła ojcowska duma. Może gdyby 
próbowała nabrać kogoś innego, w końcu odzyskałaby Bramble House.

Ale   ona   usiłowała   oszukać   jego.   Pokręcił   głową,   chichocząc   z   czułym 

rozbawieniem.   Na   nieszczęście   dla   Fii   nie   zapomniał,   dlaczego   uciekła   z   tym 
okropnym,   szkockim   pożeraczem   ropuch   ani   że   przez   lata   małżeństwa   nie 
opuszczała żałosnej wiejskiej rezydencji, dowodząc, że zrobiłaby wszystko – tak, 
wszystko – by wyrwać się spod jego władzy.

A   więc   w   taki   sposób   zamierzała   odzyskać   wolność   –   skłaniając   go,   by 

przekazał mały, nędzny dom na wsi człowiekowi, który następnie oddałby go jej.

Przetarł oczy. Bez wątpienia sądziła, że nie będzie miał wyboru, i że musi 

pozbyć się domu,  jeśli chciał brać udział w aferze ubezpieczeniowej  Bartona i 
Donne'a. Myliła się. To nie było potrzebne.

Jakkolwiek było prawdą, że nie miał nic na Jamesa Bartona, z pewnością 

miał coś na jego wspólnika, Thomasa Donne'a. Czy raczej Thomasa McClairena.

background image

9

–   Zamiana   naszych   tras   to   najrozsądniejsze   rozwiązanie.   –   Thomas 

wyciągnął   nogi   przed   siebie.   Obejmował   dłonią   wypukły   kieliszek   brandy, 
ogrzewając bursztynowy alkohol.

Z drugiej strony kominka siedział James Barton. Był to jeden z nielicznych 

wieczorów, kiedy James nie wyszedł z domu, by podążać za Fią jak wierny, choć 
może   niezbyt   błyskotliwy   pies.   Thomas   postanowił,   że   dzisiaj   naprawią   skutki 
niezgody,   jaką   Fia   zasiała   między   nimi.   Omijał   wszelkie   wzmianki   o   niej, 
trzymając   się   ściśle   tematów,   które   interesowały   ich   obu,   zwłaszcza   spraw 
handlowych.

– „Alba Star” nie będzie gotowa w porę, żebym mógł dotrzymać terminu – 

ciągnął. – Upłynie co najmniej miesiąc, zanim wymieni się żagle, poza tym trzeba 
położyć jeszcze ostatnie warstwy farby. Jeśli nie dotrzymamy terminu, pożegnamy 
się z pięknym zyskiem.

James, wyraźnie zmartwiony, wysunął do przodu dolną wargę.

– Nie miałem zamiaru tak szybko opuszczać Londynu. To nie jest mi na 

rękę.

–   Nie   na   rękę?   Dlaczego?   Nie   mów,   że   zatrzymują   cię   zobowiązania 

towarzyskie. Odkąd to nabrały dla ciebie takiego znaczenia? – zapytał Thomas 
spokojnie.

– Nie nabrały. – Twarz Jamesa stwardniała w uporze. –Jest po prostu pewna 

sprawa,   którą   chciałbym   zakończyć,   zanim   wyruszę   na   morze.   A   nie   jestem 
pewien, czy zdołam tak szybko doprowadzić do jej rozstrzygnięcia.

Rozstrzygnięcia czy orgazmu? – pomyślał Thomas z goryczą, ale ugryzł się 

w język. Czy James posłucha głosu rozsądku, jeśli głos serca mówi mu co innego? 
Nie. Trzeba czegoś więcej, by przekonać przyjaciela. Thomas musi znaleźć jakiś 
sposób.

Raz   jeszcze   wziął   pod   uwagę,   czy   nie   powiedzieć   Jamesowi,   z   jakiego 

rodzaju rodziną zaczął się zadawać. Że jego własny ród został zdziesiątkowany 
przez   Carra,   że   Carr   ukradł   ziemię   i   wszystko,   co   z   urodzenia   należało   do 
McClairenów, ponosił odpowiedzialność za śmierć wielu ludzi, włącznie z bratem i 
wujem   Thomasa.   Zakołysał   brandy   w   kieliszku,   wpatrując   się   w   napój   w 

background image

zamyśleniu.

W ten sposób jednak wyjawiłby mu, że za każdym razem, gdy stawiał stopę 

na angielskiej ziemi, ryzykował, że zostanie rozpoznany jako banita i stracony. 
Celowo trzymał to w tajemnicy przed Jamesem, nie dlatego, że mu nie ufał, ale 
dlatego, że James, otwarty i łagodny z natury, nie potrafił dochować tajemnicy. A 
dochowanie tajemnicy było niezmiernie istotne, skoro z jego osobą związany był 
los innych ludzi.

Poza tym, gdyby mu powiedział, James zapytałby tylko, co to ma wspólnego 

z Fią MacFarlane. James pozostawał pod jej urokiem.

– Mam pomysł – odezwał się nagle James. – Może to ty popłyniesz „Sea 

Witch” dookoła przylądka, a ja, po zakończeniu prac na „Alba Star” pożegluję do 
Afryki Północnej?

Thomas pokręcił głową.

– Statek jest jak kobieta, Jamesie. Na tych wodach bezpieczniej znać go 

lepiej od własnej kochanki. Na nieszczęście nie znasz sekretów tej pani.

James zacisnął usta.

– Mówiłem o statku. – Thomas uśmiechnął się. – Skoro jednak poruszyłeś 

ten temat, marny byłby ze mnie przyjaciel, gdybym raz jeszcze nie ostrzegł cię 
przed Fią MacFarlane.

James postawił kieliszek brandy na podłodze i wstał na równe na nogi.

– Nie rozumiem twojej wrogości. Nienawiść bez powodu nie leży w twoim 

charakterze, a twoja nienawiść wobec Fii jest wręcz namacalna.

Nienawiść? – pomyślał zaskoczony Thomas. Nie czuł do Fii nienawiści i 

fakt, że James tak uważał, rozzłościł go.

– Nie nienawidzę jej. Boję się jej. Ze względu na ciebie.

– Dlaczego?

– Jej ojciec…

– Ona nie jest swoim ojcem, Thomasie.

– Jest nieodrodną córką swojego ojca.

– Co tego dowodzi?

background image

–   Sądzę,   że   jej   reputacja   dostatecznie   to   potwierdza.   James   machnął 

niecierpliwie ręką.

– Zwykłe plotki. Na Boga, człowieku, czy nie widzisz… – Urwał i odwrócił 

się, patrząc w okno.

Thomas dopił resztkę brandy; powoli tracił cierpliwość.

– Obyż tylko ta diablica zniknęła z powierzchni ziemi i wróciła do ciemnego, 

piekielnego królestwa, z którego wyszła – mruknął.

– Nie mów tak, Thomasie – powiedział James. – Nie wiesz, o czym mówisz.

– Na Boga, człowieku! Zobacz, co z tobą zrobiła!

– Co takiego, Thomasie?

– Spotkałem się wczoraj z panem Ffolkesem. Pytał, co się stało z twoimi 

ostatnimi   dwoma   ładunkami.   Dawał   do   zrozumienia,   że   zniszczyłeś   je   celowo, 
żeby odebrać ubezpieczenie.

Jego słowa nie wywołały wściekłości i zdumienia, jak się spodziewał. James 

zamyślił się tylko.

– I co mu powiedziałeś, Tom?

– Że to kłamstwo.

James skinął głową. Nic więcej. Thomas patrzył na niego szeroko otwartymi 

oczami; po plecach przebiegł mu zimny dreszcz strachu. James powinien poczuć 
się głęboko, boleśnie urażony. Powinien napisać list do Ffolkesa, żądając spotkania 
już, teraz, w tej chwili. A  przynajmniej  powinien zaklinać  się, że  odkryje, kto 
rozsiewa podobne kłamstwa. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy.

–   Święty   Boże!   –   James   uświadomił   sobie   nagle,   o   co   go   podejrzewa 

przyjaciel. – Nie wierzysz chyba w to, co mówi Ffolkes, Thomasie?

– Nie. Oczywiście, że nie.

–   Przysięgam,   nie   zrobiłem   niczego,   co   byłoby   niezgodne   z   prawem   – 

oznajmił sztywno James.

Usłyszał szczerość w jego glosie i uwierzył mu, choć nie mógł pozbyć się 

wspomnienia Fii, która śmiała się mówiąc, że James należy do niej. Ani też obrazu 
naszyjnika Amelii zdobiącego szyję Fii.

background image

– Oczywiście.

– Oczywiście – powtórzył James z goryczą, wyczuwając jego wątpliwości. – 

Zatem co chciałbyś, żebym zrobił, Thomasie?

Nie powinien o nic prosić. W ten sposób przyznałby, że wątpi w uczciwość 

przyjaciela. To byłby cios, może ostateczny, dla ich przyjaźni. Jeśli jednak dzięki 
temu zdołałby uwolnić Jamesa spod wpływu Fii MacFarlane, warto było podjąć 
ryzyko.

– W porządku – powiedział chłodno. – Chcę, żebyś się ze mną zamienił, 

takjak proponowałem. Zostanę tutaj, dopóki będą trwały naprawy na „Alba Star”, i 
zajmę się Ffolkesem oraz wszelkimi innymi sprawami, które wynikną.

Żyła nabrzmiała na szyi Jamesa. Jego usta zamieniły się w wąską kreskę.

– Dobrze, Thomasie – powiedział. – Skoro uważasz, że to potrzebne. Kiedy 

mam odpłynąć?

– Za trzy tygodnie.

Obaj mężczyźni rozumieli, że wszystko już zostało powiedziane, toteż nie 

padło więcej ani jedno słowo.

Droga Fio!

Nie chciałaś, abyśmy powierzali papierowi sprawy, które dotyczą nas. Nie  

mogę jednak spotkać się z Tobą ani dzisiejszego wieczoru, ani następnego, a sądzę,  
że wiadomość, którą chcę się z Tobą podzielić, wymaga podjęcia tego ryzyka.

Twoje obawy wobec Thomasa Donne'a mogą mieć pewne podstawy. Boję się,  

że pragnie on wyrządzić Ci jakąś krzywdę, a chociaż nie uwierzyłbym nigdy, że  
zamierza dokonać jakiejś napaści czy zamachu na Ciebie, jego słowa zaniepokoiły  
mnie, ponieważ dość gwałtownie życzył Ci, abyś znikła.

Gdybyś tylko zechciała zwolnić mnie z obietnicy niemówienia o naszych  

sprawach. Do tego czasu, rzecz jasna, zastosuję się do Twego życzenia. Mogę mieć  
tylko nadzieję, że to ostrzeżenie jest niepotrzebne. Nic innego nie mogę zrobić.

background image

Mam   więcej   do   powiedzenia,   ale   pamiętając   Twoje   obawy,   poczekam,   aż  

spotkamy się osobiście, i wtedy przekażę Ci te naprawdę ważne nowiny.

Pozostaję, jak zwykle, Twoim wiernym sługą

James Harold Barton

Carr czekał w powozie, gdy jego lokaj wbiegł na schody i zapukał głośno do 

drzwi domu. Był wczesny wieczór, ale robiło się już ciemno. Zaczął mżyć drobny 
deszcz, białe schody w świetle latarni po obu stronach drzwi lśniły jak kości.

Służący otworzył i rzuciwszy zdumione spojrzenie na powóz czekający na 

ulicy, zamknął drzwi ponownie.

Carr wyglądał na zewnątrz bez zainteresowania. Nie po raz pierwszy jego 

pojawienie się wywoływało taką reakcję. Lęk i podziw, jak sądził. Jakaś kobieta 
ukazała się nagle na szczycie ulicznej latarni. To była Janet.

– A ty co tutaj robisz? – mruknął Carr. Zawołałby na nią, ale doświadczenie 

ostatnich pięciu lat nauczyło go, że to bezskuteczne. Rozpłynęłaby się. Zawsze tak 
robiła.

Janet wyraźnie bawiło drażnienie go. Była na niego zła z jakiegoś powodu. 

Na pewno nie dlatego, że ją zabił. Tamto mu wybaczyła, inaczej nie zawracałaby 
sobie głowy ostrzeganiem go w tę noc, kiedy spłonął Rumieniec Ladacznicy. Musi 
być zatem inna przyczyna jej uporczywego milczenia.

Nie miał pojęcia, o co jej chodziło. Niezbyt go to obchodziło. Lepszy już 

milczący duch, niż taki, który gada za dużo. Czuł się po prostu urażony jej brakiem 
poczucia przyzwoitości. Tak jak się spodziewał, zaczęła drżeć i blednąc, a potem 
całkiem znikła. Odwrócił dłoń, przyglądając się paznokciom.

Drzwi na szczycie schodów otworzyły się ponownie i lokaj ukłonił się nisko. 

Służący Carra zbiegł ze schodów i rozwarł na oścież drzwi karety.

Carr wyszedł na ulicę i wspiął się powoli po schodach; nie zwracając uwagi 

na   zaczerwienionego   lokaja   wszedł   pewnie   do   holu,   a   potem   ruszył   wąskim 
korytarzem do otwartych drzwi po lewej stronie. Małe miejskie rezydencje były 
wszystkie jednakowe. To mógł być jedynie salon, i tak rzeczywiście było. Wszedł. 
Thomas Donne stał pośrodku pokoju, czekając na niego.

background image

Carr rozejrzał się. Przyjemny, przeciętnie urządzony pokój. Obowiązkowe 

półki z oprawnymi w skórę tomami o złoconych grzbietach, niebieskie aksamitne 
zasłony, dywan z Aubusson. Wszystko dość pospolite.

– Lordzie Carr – odezwał się Donne. Szare oczy patrzyły bystro w opalonej 

twarzy.   –   Minęło   dużo   czasu.   Czy   zechcesz   usiąść   i   powiedzieć   mi,   czemu 
zawdzięczam tę wizytę?

Carr   zrzucił   z   ramion   lekką   pelerynę.   Drepczący   za   nim   nerwowo   lokaj 

złapał ją, zanim dosięgła podłogi.

– Możesz odejść – odesłał go Carr. 

Lokaj spojrzał na Donne'a, a kiedy i ten skinął głową, wycofał się z pokoju.

– Mam maść, która mogłaby temu zaradzić – powiedział Carr, siadając na 

miejscu wskazanym przez Donne'a.

– Na co?

– Na twoją skórę. Mam maść, która mogłaby nieco wybielić opaleniznę.

– Dziękuję, ale nie. – Mimo uśmiechu i miłego tonu Thomas nie uspokoił 

się, ale krążył po pokoju. Carr znał to doskonale. Thomas Donne poruszał się w 
towarzystwie jak wielki bengalski tygrys, co stanowiło atrakcję dla dam podczas 
rzadkich   wizyt   w   Rumieńcu   Ladacznicy.   –   Wątpię,   abyś   przybył   po   to,   żeby 
udzielać mi porad kosmetycznych.

Carr umieścił czubek laski między stopami i złożył dłonie na ciężkiej gałce.

– Oczywiście, że nie. Przyszedłem, żeby cię szantażować.

Miał nadzieję, że zaskoczy tym groźnego Szkota, ale mu się nie udało. To się 

zdarza,   uznał   po   zastanowieniu,   kolejny   raz.   Za   każdym  razem,   kiedy   ostatnio 
czynił   to   szczególne   oświadczenie,   spotykał   się   jedynie   z   bierną   rezygnacją. 
Żadnych wybuchów histerii, szoku, przerażenia – jakby ofiary poddały się losowi, 
zanim zdążył sprawić sobie przyjemność wyjawienia im swoich zamiarów. Co było 
złośliwe z ich strony.

Donne opadł w końcu na krzesło naprzeciwko Carra, zakładając nogę na 

nogę.

– Znam cię. Jesteś Thomasem McClairenem.

Wzrok Donne'a pozostał obojętny Czekał, co Carr powie dalej. Szczwana 

background image

sztuka. W tym momencie rozmowy wiele ofiar Carra zaczynało męczącą litanię 
zaprzeczeń i wyjaśnień. To była dość przyjemna odmiana.

– Wystarczy, żebym…

– Tak, tak – przerwał niecierpliwie Donne. – Wystarczy, że powiesz słowo, a 

mnie powieszą. Rozumiem.  Czy możemy  przejść nad tym do porządku? Czego 
chcesz?

Carr,   niezadowolony,   odął   wargi.   Ten   człowiek   pozbawiał   go   wszelkiej 

przyjemności. Donne nie musiał się przecież śpieszyć. Nie słyszał, by się gdzieś 
wybierał. A jednak… tak bardzo się śpieszył.

– I co?

Carr wydał ciężkie westchnienie rozpaczy.

– Chcę wziąć udział w oszustwie ubezpieczeniowym, w jakie zaangażowałeś 

się wraz ze swym wspólnikiem.

Ani śladu zaniepokojenia.

– Nie dokonaliśmy żadnego oszustwa ubezpieczeniowego.

Ach, więc tak to wygląda.

– Doprawdy? A ja wracam prosto od córki, która, nawiasem mówiąc, czerpie 

tyle korzyści z waszego przedsięwzięcia, że jest jego chodzącą reklamą.

– Powiedziała ci, że James jest w to zamieszany?

– Nie, mój drogi. Ja jej to powiedziałem. Nie zaprzeczyła.

– To nie brzmi zbyt przekonywająco, jeśli o mnie chodzi.

–   Ta   mała,   czarnowłosa   owieczka   spodziewała   się   wyraźnie   mojego 

przybycia.   Miała   gotowy   plan,   jak   przekonać   Bartona,   żeby   dopuścił   mnie   do 
spółki.

Donne przyglądał mu się w milczeniu. Czy ten człowiek zupełnie nie zna się 

na sztuce konwersacji? Wielki Boże!

– Kochaneczka chce zostać właścicielką Bramble House.

– Bramble House?

–   Tak.   –   Carr   zmarszczył   brwi,   patrząc   na   fałdy   mankietu.   Potrząsnął 

background image

delikatnie dłonią, tak by cienka koronka ułożyła się wokół nadgarstka w sposób 
bardziej elegancki. – Nie kłopocz się, jeśli nigdy o nim nie słyszałeś. Nikt o nim 
nie   słyszał.   To   dom   wiejski.   Jego   właścicielem   był   kiedyś   zmarły   mąż   Fii,   a 
obecnie należy do mnie. MacFarlane przepisał go na mnie parę miesięcy przed 
swoim odejściem – podobnie jak wiele innych rzeczy. Tym gorzej dla Fii… i jego 
syna, rzecz jasna.

– MacFarlane miał syna? – zapytał zdziwiony Donne.

– Tak. Nieciekawa figura.

Donne   zacisnął   usta   z   niechęcią,   dlaczego   –   Carr   nie   był   w   stanie 

powiedzieć.

– Dlaczego F… twoja córka chce go mieć?

– Chce go mieć,  ponieważ to cenna posiadłość, do tego dość rozległa, z 

żyznymi   ziemiami.   Gdyby   weszła   w   jej   posiadanie,   mogłaby   dostatnio   żyć   z 
dochodów, jakie przynosi.

Twarz Thomasa stężała. Carr oparł podbródek na dłoniach spoczywających 

na rączce laski. Nie zamierzał mówić Donne'owi o raczej rozpaczliwym pragnieniu 
Fii uwolnienia się od ojca. To mogłoby obudzić współczucie w kapitanie, chociaż 
Carr raczej w to wątpił. Nawet kiedy Donne gościł w Rumieńcu Ladacznicy, a Fia 
uganiała   się   za   nim   z   zapałem   świeżo   rozkwitłej   kobiecości,   oparł   się   jej 
wdziękowi i niezbyt subtelnym zalotom.

Biedna   Fia.   W   oczach   Thomasa   Donne'a   nic   nie   mogło   zmienić   czy 

przysłonić faktu, że była córką jego wroga; zawsze nią pozostanie; cokolwiek by 
zrobiła, on nigdy o tym nie zapomni.

– Ale dość o Fii – powiedział Carr. – I o Bartonie. To ty mnie interesujesz. 

Czy   dojdziemy   do   jakiegoś   porozumienia,   Donne   –   czy   też   powinienem   rzec, 
McClairen?

Donne wzruszył ramionami.

– Nie wierzę, by James zrobił coś niezgodnego z prawem, choć twoja córka 

najwidoczniej   usiłowała   go   do   tego   skłonić.   Jeśli   się   zgodzę,   będziesz   musiał 
powstrzymać Fię przed naciskami na Jamesa.

– To nie będzie potrzebne – odparł Carr. – Jeśli zawiążemy spółkę, Barton 

wkrótce   zaprzestanie   swoich   operacji.   Nawet   skończony   głupiec   zrozumie,   że 
każdy statek we flocie nie może paść pastwą płomieni czy piratów. A Fia? Kiedy 

background image

pojmie, że ją przechytrzono, szybko wypuści z rąk Bartona i spożytkuje swoje 
zdolności na znalezienie innego sposobu, by zapewnić sobie… – urwał; o mało nie 
powiedział „wolność” – dom.

Thomas patrzył na niego przymrużonymi oczami.

– A jeśli odmówię, powiesz władzom, kim jestem.

– Właśnie! Oczywiście, przy odrobinie szczęścia może uda ci się uciec z 

Anglii, ale nigdy już nie będziesz mógł zawinąć bezpiecznie do angielskiego portu, 
a ponieważ Anglia panuje na morzach…

– Rozumiem.

– Byłem pewien, że zrozumiesz. – Carr stuknął końcem laski o dywan, dając 

znak,   że   pierwsza   część   rozmowy   dobiegła   końca.   –A   więc   przechodzimy   do 
kolejnego etapu naszej umowy?

Donne   skrzywił   się,   zamyślony.   Carr   nie   popędzał   go.   Nienawidził 

pośpiesznych, powziętych pod wpływem uczuć decyzji.

– To zajmie około miesiąca – odezwał się w końcu Donne. – Trzeba będzie 

kupić ładunek. Wszystko musi  wydawać się w porządku. Popłynę do Francji i 
sprowadzę   towary,   które   dadzą   się   bez   trudu   ubezpieczyć   na   znaczną   sumę,   a 
następnie  sprzedać z zyskiem w obcych portach. Brandy. Płótna. Tego rodzaju 
rzeczy. –  Nie będziemy  potrzebować  kupca,  bo do  żadnej  transakcji  nigdy  nie 
dojdzie.   Załadujemy   towar,   a   w   noc   poprzedzającą   wypłynięcie   w   morze 
wybuchnie pożar.

– Doskonale! – zawołał Carr z oczami błyszczącymi jak w natchnieniu. – 

Aleja mam jeszcze lepszy pomysł.

– To znaczy? – zapytał Donne sucho.

– Czemu nie wyciągnąć podwójnego zysku? Załadować, poddać się inspekcji 

Lloyda,   a   potem,   tuż   przed   pożarem,   wyładować.   Możemy   gdzieś   przechować 
towar i sprzedać go później.

– Świetnie.

Carr się nadąsał.

– Myślałem, że to wspaniały pomysł, ale ty nie wydajesz się zainteresowany.

– Wybacz, nie lubię szantażu. Poza tym boję się o ludzi. Ogień łatwo się 

background image

rozprzestrzenia.

Obawia się o życie robotników portowych? – pomyślał Carr zdziwiony.

Donne podniósł wzrok.

– Chcę jednak coś z tego mieć. 

Carr pokiwał palcem karcąco.

– No, no, no. Nie wolno grozić temu, kto grozi.

– Ja nie grożę. Mówię ci, jaki jest jedyny sposób, żeby wydostać ode mnie 

to, czego chcesz. Nie kocham Anglii. Wygnanie z wyspy nie skaże mnie na piekło 
na ziemi, jak sobie wyobrażasz.

W jego słowach dźwięczała szczerość. Carr się zastanowił. Nie lubił godzić 

się na ustępstwa wobec tych, którzy padali jego ofiarą. Tym razem jednak czuł, że 
nie ma wyjścia. Donne ucieknie, nie oglądając się za siebie.

– Co takiego?

– To… – Thomas pochylił się naprzód i zaczął mówić.

Dziesięć   minut   później,   kiedy   Carr   opuszczał   dom,   lokaj   przytrzymujący 

drzwi usłyszał, jak się śmieje.

Nie był to przyjemny dźwięk.

Thomas   rzucił   kieliszek   brandy   do   kominka.   Z   żarzącego   się   popiołu 

buchnęły płomienie. Odwrócił się z jękiem.

Nie   wierzył,   że   trzy   krótkie   tygodnie   wystarczą,   by   wyrwać   Jamesa   ze 

szponów Fii. I nie podzielał wcale pewności Carra co do tego, że Fia posłucha 
rozkazu, żeby trzymać się z daleka od Jamesa.

Mogła   zrobić   jakiś   rozpaczliwy   krok,   jeśli   stwierdzi,   że   przyparto   ją   do 

muru.

Na nieszczęście dla niej, on czuł już ów mur za plecami.

background image

10

Fia zajęła krzesło przy oknie. Wcześniej ustawiła je tak, żeby światło od 

okna   padało   na   twarz   każdego,   kto   na   nim   usiądzie.   Po   nieprzyjemnościach 
poprzedniego   dnia,   związanych   z   wizytą   ojca,   w   świetle   słońca   nie   powinna 
wyglądać   korzystnie.   Wszystkie   linie,   cienie,   powinny   się   uwydatnić.   Zaczęła 
leniwie przerzucać stos listów, które trzymała w dłoni.

– Nic nie rozumiem! – wykrzyknął Pip. Nie usiadł od czasu, gdy zjawił się 

przed paroma minutami.

Fia westchnęła ciężko, z irytacją i spojrzała na chłopca chłodnym wzrokiem. 

Chociaż jego cera nadal miała odcień wosku, i bardzo zeszczuplał, poruszał się bez 
wysiłku i oddychał swobodnie.

– Czego nie rozumiesz? – zapytała szorstko. – Planuję podróż za granicę z 

bliskim przyjacielem. Nie będzie mnie przez dwa tygodnie albo dłużej. Co w tym 
takiego trudnego do pojęcia? – Łatwo przyszło jej skłamać. Myśl o ukrywaniu się 
w domu,  podczas gdy wszyscy będą przekonani, że przebywa za granicą, była 
krzepiąca.

– Kto jest tym przyjacielem? – zapytał chłopiec.

Podniosła   srebrny   nóż   do   otwierania   listów.   Nie   wolno   jej   dopuścić   do 

żadnej sceny. Gdyby odpowiedziała inaczej, niż chłodem, przekonałaby go tylko, 
że istnieje jakieś uczucie między nimi.

– Sądzę, że to nie twoja sprawa, prawda?

– Ale… – Gniew znikł z młodej twarzy, zostawiając tylko ból i widoczne 

zmieszanie. – Co ja takiego zrobiłem? Wydajesz się jakaś inna.

– Doprawdy? – zapytała zdumionym tonem. – Dlaczego?

Przez   chwilę   myślała,   że   nie   odpowie,   ale   był   przecież   młody,   został 

zraniony  i było rzeczą  naturalną,  że  będzie  próbował  także  ją zranić.  Wysunął 
wojowniczo dolną wargę.

– Stałaś się nieczuła – powiedział. – Odpychająca. Chcę wiedzieć, czemu.

Przez chwilę milczała wyniośle, jakby jego twarde słowa nie dotknęły jej w 

najmniejszym stopniu. Jakby nie czuła w sercu głuchego bólu.

background image

– Być może, mój drogi, to ty się zmieniłeś – odezwała się w końcu. – Może 

bliskie otarcie się o śmierć zmieniło twoje spojrzenie na świat. I ludzi.

– Czy chcesz powiedzieć, że zawsze taka byłaś, taka zimna i obojętna?

Roześmiała się.

– Wcale nie. Chcę powiedzieć, że może nigdy nie byłam ckliwą laleczką, za 

którą mnie uważałeś, i teraz to sobie uświadomiłeś. Przykro mi, jeśli rzeczywistość 
cię rozczarowała. Na swoją obronę powiem jednak, że większość mężczyzn raczej 
nie zgodziłaby się z tobą. – Odęła lekko wargi, trzepocąc powiekami. 

Chłopiec zaczerwienił się.

– Może masz rację, lady Fio – powiedział sztywno. 

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę – zawołała Fia, zadowolona z chwili wytchnienia. 

Drzwi otworzył Porter.

– Lady Fio… – Przerwał na widok Pipa. – Przeszkadzam pani…

– Wcale nie – odparła Fia. – Skończyliśmy już, Pip, czyż nie?

Chłopiec miał zaprotestować, ale się rozmyślił.

– Tak. Chciałbym jednak powiedzieć, pani, że wiem, kim jest „przyjaciel”, z 

którym zamierzasz podróżować.

Fia uniosła brwi. Ponieważ zarówno podróż, jak i jej towarzysza wymyśliła, 

taki obrót sprawy wzbudził w niej szczególne zainteresowanie.

– Naprawdę?

– Tak – odparł chłopiec chrapliwym głosem. – I ze względu na twój obraz, 

jaki kiedyś nosiłem w… darzyłem głębokim szacunkiem,  pragnę cię przed nim 
ostrzec.

– Mów proszę – szepnęła. – Dlaczegóż to?

– Ponieważ  Thomas  Donne podawał  się  kiedyś za  mojego   przyjaciela,  a 

sama widzisz, jak uszanował tę przyjaźń, wykorzystując moją ranę, aby wkraść się 
w twoje łaski. W dodatku planuje podróż z tobą za granicę!

– Thomas Donne? – powtórzyła. – Powiedział ci, że wyjeżdża ze mną z 

background image

Londynu?

– Nie. – Pip przestępował niezgrabnie z nogi na nogę, ale nie wycofał się z 

tego, co powiedział. – Mówił, że wyjeżdża z Londynu na parę tygodni. A kiedy 
mnie   odwiedził   podczas   mojej   rekonwalescencji,   rozmawialiśmy   o   tobie. 
Wydawało mi się wówczas, że szydzi z ciebie i jest ci niechętny, ale teraz widzę, 
że kryła się za tym tylko chęć… lepszego zrozumienia ciebie. Nie jestem tak głupi, 
czy dziecinny, pani, żeby nie wiedzieć, że dwa i dwa to cztery. – Zaśmiał się z 
goryczą, ale nie wyszło mu to najlepiej. – I pomyśleć, że miał czelność ostrzegać 
mnie przed tobą.

Szybko odzyskała panowanie nad sobą.

–   Tak,   w   istocie.   Mężczyźni   zwykle   przedkładają   swoje   interesy   ponad 

interesami innych. Nawet przyjaciół. – Wbrew płynącym z zazdrości podejrzeniom 
Pipa wyjazd Thomasa nie miał z nią nic wspólnego. Odwróciła się od Pipa. 

W progu, zachowując znaczące milczenie, stał Porter.

– Mężczyźni? – powtórzył Pip z ironią.

– Kobiety również, rzecz jasna. – Spojrzała na niego przez ramię.  – I… 

dziękuję za troskę.

Nie odpowiedział.

– Sądzę, że Porter ma mi do przekazania coś natury osobistej. – To była 

odprawa, w dodatku niezbyt grzeczna. Pip zaczerwienił się i przeszedł obok lokaja.

Fia   odczekała,   aż   rozległ   się   odgłos   zatrzaskiwania   drzwi   frontowych   i 

dopiero wtedy odezwała się zmęczonym głosem:

– O co chodzi, Porter?

–   Wiem,   że   nie   do   mnie   należy   zastanawianie   się   nad   intencjami   pani 

przyjaciół i adoratorów, lady Fio.

– Zapewne nie – zgodziła się Fia z lekką ironią.

–   Nie   dopełniłbym   jednak   swoich   obowiązków,   gdybym   podejrzewając 

kogoś o złe wobec pani zamiary, zaniedbał ostrzeżenia pani o tym.

– Mój Boże, to zatem kwestia etyki. Jeśli tak, to wątpię, bym była właściwą 

osobą do udzielenia ci odpowiedzi.

– Wcale nie, lady Fio. Chcę się jedynie upewnić co do pani życzeń.

background image

– Rozumiem. No cóż, jeśli ktoś miał wobec mnie jakieś niedobre zamiary, 

ucieszyłabym się z pewnością, gdyby mi o tym w porę doniesiono.

Porter skinął głową.

–   Zatem   muszę   przyznać   rację   panu   Leightonowi   co   do   jego   podejrzeń 

wobec kapitana Donne'a.

Fia ożywiła się natychmiast.

– Dlaczego?

– Kapitan Donne był tu dzisiaj wcześniej, żeby złożyć pani wizytę.

– Co? – powiedziała Fia. – Dlaczego mnie o tym nie powiadomiono?

–   Ponieważ   kapitan   Donne   przykazał   stanowczo   lokajowi   –   młodemu 

człowiekowi o imieniu Bob – żeby pani nie niepokoił. Kapitan przyszedł wcześnie; 
dużo wcześniej,  niż wstaje jakakolwiek dama  z towarzystwa; w gruncie rzeczy 
wcześniej niż wstają kobiety w zwykłych domach. Chciał się z panią zobaczyć. 
Kiedy Bob oznajmił, że pani nie przyjmuje, kapitan zaśmiał się z zakłopotaniem i 
wyznał, że pragnie zobaczyć panią jak najprędzej.

Bob uznał kapitana Donne'a za kolejnego zakochanego adoratora. Kapitan 

zadał mu szereg pytań na temat pani przyzwyczajeń: kiedy najczęściej bywa pani w 
domu, jak wygląda pani dzień, kiedy najpewniej można panią zastać samą…

Fia zmarszczyła brwi.

– I Bob mu powiedział?

Porter skrzywił się lekko.

– Obawiam się, że tak, lady Fio. Kapitan Donne dał mu szczodry napiwek i 

poprosił   Boba   na   odchodnym,   aby   nic   nie   mówił   o   jego   wizycie,   ponieważ 
zaszkodziłoby mu to tylko w oczach damy, gdyby dowiedziała się o jego zapałach. 
A Bob, sam nieszczęśliwie starający się, przystał na to.

Bob przypadkiem tylko wspomniał przy mnie kapitana Donne'a, bo zobaczył 

pana   Leightona   i   zdziwił   się,   że   tylu   panów   ustawia   się   w   kolejce   przed 
śniadaniem. To słowa Boba, nie moje.

– Oczywiście – mruknęła Fia, czując zamęt w głowie. Zerknęła na liścik, jaki 

przysłał jej James Barton przedostatniej nocy. Pomyślała wówczas, że to zwykła 
ostrożność. Teraz jednak…

background image

– Pani?

Podniosła głowę. Porter stał w wyczekującej postawie. Podjęła decyzję.

– Dziękuję ci, Porter, zarówno za twoją lojalność, jak i gorliwość. Doceniam 

twoją   troskę,   lecz   jest   ona   niepotrzebna.   Rzeczywiście   zamierzam   wyjechać   z 
Londynu. Być może już dzisiaj po południu, a może później. Moje plany nie są 
ustalone i zależą od czyjegoś humoru. Możesz zawiadomić służbę.

Porter   zamrugał   oczami,   ale   lata   doświadczenia   pozwoliły   mu   zachować 

niewzruszony wyraz twarzy.

– Oczywiście, lady Fio.

Fia stała przed otwartą szafą, kiedy do pokoju weszła Gunna, niosąc gorącą 

czekoladę   na   tacy.   Garbuska   spojrzała   na   halki,   koszule,   jedwabne   pończochy, 
gorsety   poukładane   w   stosach   na   łóżku,   krzesłach,   kanapie   i  wszelkich   innych 
możliwych miejscach w pokoju.

– Oszalałaś – powiedziała, kiwając głową z rezygnacją. – Cóż, nic dziwnego. 

To miasto świętego skłoniłoby do grzechu, a ty nigdy nie byłaś święta, moja droga.

– Co takiego? – Fia wyciągnęła rękę w stronę ciężkiej, jedwabnej halki, ale 

zamiast   tego   sięgnęła   po   bawełnianą,   leżącą   pod   spodem.   –   Dobrze,   Gunno. 
Dobrze.

Gunna postawiła tacę na toaletce.

– Co robisz, dziewczyno?

Fia rzuciła na łóżko cztery pary pończoch, pomyślała chwilę i dodała jeszcze 

jedną.

– Przygotowuję się do porwania.

– Co?

Słysząc zdumienie w głosie Gunny, Fia odwróciła się z uśmiechem. Rzadko 

kiedy udawało jej się zaskoczyć swoją opiekunkę.

– Do porwania – powtórzyła spokojnie i spoglądając na stojący na kominku 

zegar, dodała:

– Do którego może dojść w każdej chwili.

Gunna   nie   odwzajemniła   uśmiechu.   Pomarszczona   twarz   wydawała   się 

background image

zdecydowanie ponura.

– Lepiej wyjaśnij mi to, Fio. I niech to będzie rozsądne wyjaśnienie.

– Nie mam czasu.

– Lepiej go znajdź – burknęła Gunna cierpko.

Fia nie chciała wdawać się z nią w kłótnię. Stara Szkotka z pewnością by 

wygrała i przekonała ją do porzucenia planu, jaki zaświtał w jej umyśle, kiedy 
zrozumiała, że Thomas Donne zamierza ją porwać, żeby uchronić Jamesa Bartona 
przed jej złym wpływem.

Cóż za okazja, żeby załatwić kilka spraw za jednym zamachem! Posłucha 

polecenia ojca i usunie się na czas jego rozmów z Jamesem. Jej zniknięcie pozwoli 
też   wyjaśnić   przygnębienie   Jamesa   –   drogiego,   uczciwego   Jamesa   –   podczas 
owych negocjacji. Powstrzyma również Thomasa od wtrącania się w nie swoje 
sprawy oraz dokona słodkiej zemsty na zadufanym Szkocie.

Otworzyła walizę i zaczęła upychać w niej ubrania. Nie powinna pakować za 

dużo rzeczy, żeby nie obudzić podejrzeń Thomasa. Odwróciła się, spoglądając na 
szczególnie frywolną suknię z jasnofioletowego tiulu. Zdecydowanie było na nią 
miejsce w walizie.

– Fio… – W głosie Gunny brzmiało ostrzeżenie.

Spojrzała jej spokojnie w oczy.

– Nie musisz się martwić, Gunno. Celem porwania jest powstrzymanie mnie 

przed uwiedzeniem kogoś, a nie uwiedzenie mnie samej.

– Nie pomyślałabym – wykrzyknęła stara kobieta – że dożyję dnia, kiedy 

lady Fia Merrick będzie się zachowywać jak naiwna owieczka.

– Nie jestem naiwna. Ani łatwowierna.

Gunna   spojrzała   na   Fię   uważnie   jednym,   zdrowym   okiem.   Widocznie 

zadowoliło ją to, co zobaczyła, bo mruknąwszy coś pod nosem, opadła na brzeg 
łóżka.

– A kto jest owym świętym, który wziął na swoje barki zadanie uratowania 

biednych londyńczyków przed twoimi diabelskimi wpływami?

– Thomas Donne.

– Nie! Tylko nie ten! Prędzej powierzyłabym cię diabłu. Kochałaś się w nim, 

background image

odkąd byłaś dzieckiem, i nie pozwolę, abyś się oddała w jego ręce.

– Kochana Gunno.

– Nie mów tak do mnie. Nigdy nic ci nie przyszło z tego „kochana”, kiedy 

byłaś mała, i teraz nic ci z tego nie przyjdzie, kiedy dorosłaś.

– Dobrze – powiedziała Fia, porzucając pieszczotliwy ton. – A więc jest tak. 

Będziesz   musiała   mi   zaufać.   Jeśli   wyjadę   z   Thomasem   Donne'em,   zyskam 
pewność,   że   nie   zrujnuje   moich   planów.   Planów,   dzięki   którym   wrócimy   do 
Bramble House. Planów, które raz na zawsze pozwolą mi – nam – uwolnić się od 
wpływów ojca. – Nie wspomniała o planowanej zemście.

Gunna skrzywiła się, gładząc pobrużdżony policzek cienkimi palcami.

– No nie wiem…

– To jest całkowicie rozsądne. 

Gunna klepnęła się w kolano.

– Dobrze. Pojadę z tobą.

– Nie! Proszę, nie. Nie zgodzi się, żeby cię zabrać, a… a ty musisz zostać 

tutaj   z   Kayem.   I   Corą.   Może   się   pojawić   równie   znienacka   jak   jej   brat.   –
Wykorzystywanie uczuć Gunny wobec dzieci nie było uczciwe. Fia jednak nigdy 
nie miała okazji opanować sztuki walki o to, na czym jej zależało, za pomocą 
uczciwych środków.

Stara kobieta pokręciła głową.

– Nie podoba mi się to. Nie wiesz, do czego jest zdolny ten mężczyzna.

– Na pewno nie do gwałtu – stwierdziła Fia z niezachwianą pewnością.

Gunna spojrzała na nią karcąco.

– Myślę, że to nie jest mężczyzna, który musi się uciekać do użycia siły.

–   Ze   mną   nie   będzie   się   do   niczego   uciekać   –   oznajmiła   Fia.   Co   nie 

pocieszyło staruszki, ale przynajmniej przestała protestować. Fia zapięła walizę i 
ustawiła ją przy drzwiach sypialni, a Gunna pocałowała ją w policzek, obiecując 
zaopiekować się Kayem, i w końcu wyszła. 

Fia wyszeptała to, czego nie powiedziała przedtem głośno:

background image

– Ale z pewnością dostanę to, czego od niego chcę.

background image

11

Na   placu   przed   miejskim   domem   MacFarlane'ów   panował   spokój.   Świt 

wstawał ospale nad pustymi, brukowanymi uliczkami, słońce grzało szeroki zad 
konia zaprzężonego do bryczki. Jeszcze trochę, a służące wyjdą, żeby umyć schody 
i   załatwić   sprawunki,   ale   teraz,   o   siódmej,   zajmowały   się   spokojniejszymi 
czynnościami, tak żeby nie obudzić pań i panów, którzy położyli się spać zaledwie 
przed paroma godzinami.

Thomas przeskoczył przez kamienny mur okalający tylny ogród i wylądował 

na dachu wychodka. Stamtąd zsunął się lekko na ścieżkę i spojrzał z zadowoleniem 
na tył domu. Zgodnie z oczekiwaniami – trzy dni przygotowań nie poszły na marne 
– okno biblioteki było otwarte. Spojrzał w górę. Zasłony w buduarze Fii falowały 
na wietrze.

Musiał zatrzymać Fię poza miastem, póki James nie znajdzie się bezpieczny 

na   pokładzie   „Sea   Witch”.   Wszystko   starannie   zaplanował,   począwszy   od 
człowieka czekającego na końcu uliczki z zamkniętym powozem, aż po listy, jakie 
wysłał do Carra i do Jamesa, zawiadamiając ich, że pojechał do Francji po towar.

Po powrocie Thomasa Carr zrozumie, że kapitan nie kupił żadnego ładunku, 

ani że nie zamierza zniszczyć statku. Carr poinformuje wówczas władze o tym, kim 
Thomas   jest   –   wygnańcem,   który   wrócił   do   Anglii   wbrew   zakazowi.   Thomas 
ucieknie,   porzuciwszy   marzenie,   nad   którego   urzeczywistnieniem   tak   ciężko 
pracował, marzenie odbudowania Rumieńca Dziewicy z popiołów, w jakie zamek 
obrócił się przez Carra.

Nie   żałował   tej   decyzji.   Był   winien   Jamesowi   Bartonowi   parę   marzeń. 

Zresztą nawet jeśli nie będzie mógł osobiście nadzorować odbudowy, pewnie zdoła 
tam czasem zajrzeć. A nawet gdyby nie było mu dane zaznać radości z powrotu do 
domu, ucieszy się, wiedząc, że jego klan wrócił na Wyspę McClairenów.

Nie, nie żałował tej decyzji. Ale to nie sprawiało, że lepiej wyglądał we 

własnych oczach. Nigdy w życiu nie potraktował źle kobiety. A jednak za parę 
minut miał porwać damę z jej własnego domu i zatrzymać ją przy sobie wbrew jej 
woli.

Wciągnął głęboko powietrze, wsparł dłonie na parapecie okna biblioteki i 

wsunął się do środka, lądując bezszelestnie na dywanie.

background image

– Większość znajomych Fii korzysta z drzwi frontowych.

Zamarł.   Akcent   był   niewątpliwie   szkocki,   głos   młodzieńczy,   chłopięcy. 

Odwrócił się.

W   fotelu   siedział   młody,   młodszy   nawet   od   Pipa,   chłopak.   Na   kolanach 

trzymał   otwartą   książkę.   Przyglądał   się   Thomasowi   ciemnymi,   zadumanymi 
oczami spod gęstej, brązowej grzywki.

Kim, do diabła, był?

Thomas zdołał się uśmiechnąć.

– Przyznaję, nie spodziewałem się kogoś tu zastać. Kim jesteś? 

Chłopiec zaznaczył stronę palcem.

– To chyba ja powinienem o to pytać, panie.

Mój Boże, chłopiec nie dawał się zbić z tropu. Jego opanowanie, lekko suchy 

ton,   kogoś   Thomasowi   przypominał.   Żadnych   nerwowych   ruchów,   wyjątkowo 
spokojny,  bezpośredni…  Chłopiec   przypominał  mu  Fię.  Niemożliwe,   żeby   byli 
spokrewnieni. Poza podobnym wyrazem twarzy, nie było między nimi żadnego 
podobieństwa.

– Nie jesteś przypadkiem synem MacFarlane'a? – zapytał Thomas.

Napięcie chłopca odrobinę zelżało.

– Masz nade mną przewagę, panie – powiedział.

Thomas uśmiechnął się szerzej, usiłując pośpiesznie coś wymyślić. Musiał 

znaleźć   rozsądne   wyjaśnienie,   dlaczego   wszedł   przez   okno   biblioteki,   choć 
chłopiec   wychowany   przy   udziale   Fii   przyzwyczaił   się   z   pewnością   do 
niespodziewanych wizyt obcych mężczyzn.

– Jestem przyjacielem twojej macochy.

– Nigdy nie nazywam jej „macochą”, ani „mamą”. Nazywam ją Fią. Jest 

tylko sześć  lat starsza ode mnie  – powiedział chłopiec z buntowniczą nutką w 
głosie.

Dobry Boże, jeszcze jedna zdobycz Fii!

– Byłoby absurdem, gdybym nazywał ją „mamą” – ciągnął chłopiec, a po 

chwili namysłu dodał – Cora nazywa ją czasem „mamą”, ale tylko po to, żeby się z 

background image

nią przekomarzać.

Przekomarzać się? Myśl o tym, że ktokolwiek mógłby przekomarzać się z 

Fią, była tak niezwykła, że Thomas przez chwilę zapomniał, po co się tu zjawił.

– Kim jest Cora, która przekomarza się z Fią?

–   To   moja   młodsza   siostra.   Okropna   młodsza   siostra.   Drażni   się   z   nią. 

Współczuję Fii. Jest takim łatwym celem, prawda?

Thomas rozejrzał się skonsternowany, jakby spodziewał się zobaczyć Córę 

siedzącą na jakimś krześle. Fia jako łatwy cel? Ofiara dziecinnych prześladowań?

– Nie martw  się. – Chłopiec  odczytał jego myśli.  – Cora  jest daleko, w 

szkole. W Devonie. W dalekim Devonie – podkreślił z niekłamaną radością.

–  Rozumiem.  –  Ale  nie   rozumiał.  Powinien  być  już  na   górze,  kneblując 

śliczne usta Fii, zanim zarzuci ją sobie na ramię, żeby ją uprowadzić. Zamiast tego 
gawędził z chłopcem.

Chłopiec wstał i skłonił się dwornie.

– Jestem Kay Antoine MacFarlane.

–   Donne.   Thomas   Donne.   –   Thomas   spojrzał   na   drzwi   do   holu.   Służąca 

mogła pojawić się lada chwila.

– Jestem zaszczycony.

– Ja również, lordzie MacFarlane.

Maska dorosłości opadła i chłopiec uśmiechnął się szeroko i spontanicznie, 

w taki sposób, do którego Fia nie była zdolna.

– Po prostu Kay. Ten tytuł należał do mojego ojca i nie pragnę go dla siebie. 

Być MacFarlanem z Bramble House zupełnie mi wystarcza.

Thomas poczuł sympatię do chłopca i złość do Carra, za to, że w nieuczciwy 

sposób pozbawił dobre dziecko własnego domu. Ta myśl przypomniała mu powód, 
który sprowadził go do domu Fii.

–   Cóż,   Kayu   MacFarlanie   z   Bramble   House,   muszę   zająć   się   swoimi 

sprawami, zanim zwrócimy uwagę służby.

– A cóż to za sprawy, panie Donne? – W oczach Kaya błysnęła ponownie 

czujność.

background image

Thomas rozłożył ręce, dłońmi do góry.

– Chodzi o drobny zakład między mną a Fią. Twierdziłem, że mogę wejść do 

domu i zabrać bukiet z wazonu na górze – Boże, oby na górze naprawdę znajdował 
się   jakiś   wazon   –   i   że   nikt   mnie   nie   zobaczy,   włącznie   z   Fią.   –   Potrząsnął 
melancholijnie głową. – Czyż nie będzie zachwycona, dowiadując się, że ledwie 
wszedłem do domu, a już zostałem przez ciebie odkryty? 

Usta chłopca zadrżały z rozbawienia.

– Tak. Fia tak chichocze, kiedy wygrywa, prawda?

Chichocze? Śmieje się? Oczywiście, słyszał wiele razy, jak Fia się śmieje – 

drwiąco, okrutnie, pogardliwie – ale nigdy z taką zwykłą radością, o jakiej mówił 
chłopiec.

– My, mężczyźni, musimy trzymać się razem, nie sądzisz? 

Kay przyglądał mu się.

– Być może.

–   Posłuchaj,   Kayu.   Fia   zanadto   przywykła   wygrywać.   Pora,   żebyśmy 

wygrali, my biedni, delikatni mężczyźni.

Chłopiec kiwnął głową, gotów rozpromienić się za chwilę w uśmiechu.

– A zatem nie przeszkadzaj sobie dłużej w tym, co robiłeś. Czytałeś, tak? 

Coś znakomitego, spodziewam się.

– Iliadę.

– Ach! Cóż może być wspanialszego. Czytaj zatem dalej – tyle że w swoim 

pokoju. Dzięki temu nie będziesz musiał odpowiadać na kłopotliwe pytania Fii, 
kiedy odkryje, że przegrała zakład. – Puścił do niego oko.

– Sadzę, że mógłbym pójść do kuchni…

– A więc do kuchni! – powiedział Thomas, klepiąc Kaya przyjacielsko po 

plecach i czując do siebie obrzydzenie. – Dobrze? Nie da się z nią żyć, jeśli nigdy 
nie przegra.

To   przeważyło   szalę   na   korzyść   Thomasa.   Kay   pokiwał   głową   ze 

zrozumieniem.

– Masz rację, panie.

background image

Thomas zaśmiał się i otoczył ręką szczupłe ramiona chłopca, prowadząc go 

do drzwi. Kiedy tam doszli, rzucił szybko spojrzenie w prawo i w lewo, po czym 
lekko wypchnął chłopca na korytarz.

Kay dotarł do połowy korytarza, kiedy nagle się odwrócił.

– Jak długo mam tam zostać?

–   Kwadrans   –   odparł   Thomas   niedbale   –   no,   może   odrobinę   dłużej,   dla 

wszelkiej   pewności.   Wiesz,   gdybym   musiał   się   ukryć   w   jakimś   pokoju   przed 
lokajem czy pokojówką.

Chłopiec   skinął   głową.   W   minutę   później   zamknęły   się   za   nim   drzwi 

prowadzące do pomieszczeń dla służby. Z twarzy Thomasa, kiedy zaczął wspinać 
się po schodach na drugie piętro, znikł ślad uśmiechu. Zapamiętał, który pokój 
należał do Fii. Wszedł szybko do środka, zamykając bezgłośnie drzwi.

Rozejrzał   się,   badając   łukowato   sklepione   przejście   między   buduarem   a 

sypialnią. Przeszedł ostrożnie po podłodze, oczekując widoku Fii uśpionej w łóżku, 
wbrew własnej woli podniecając się na myśl o jej włosach, rozrzuconych na białej 
pościeli, i policzkach różowych od snu.

Nie było jej w łóżku.

Wyjrzał zza załomu ściany. Siedziała z podwiniętymi nogami na fotelu, z 

robótką   na   kolanach.   Miała   na   sobie   zwykłą,   żółtą   sukienkę   ze   skromnym 
dekoltem,   z   rękawami   obszytymi   potrójną   koronką.   W   tym   świeżym,   żywym 
kolorze   było   jej   równie   dobrze   jak   w   zwykłych   dla   niej,   dramatycznych 
zestawieniach   czerni   i   bieli;   jej   skóra   wydawała   się   promienieć,   czarne   włosy 
lśniły.

Podniosła wzrok. W jednej chwili jej wspaniałe oczy pociemniały, lśniący 

błękit przeszedł w barwę leśnych fiołków.

– Kapitan Donne. – Nie okazała prawie zdumienia na jego widok; dzięki 

znanej jej tylko diabelskiej sztuczce wygładziła twarz tak, że nie dało się z niej 
niczego wyczytać. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?

Przeszedł   szybko   przez   pokój,   chwycił   ją   za   ramię   i   podniósł.   Robótka 

spadła na podłogę. Zmarszczyła czoło w wyrazie niechęci, odzwierciedlającej jego 
własną.

– Nie chciałbym cię skrzywdzić, Fio – powiedział cicho – ale przysięgam, 

jeśli podniesiesz głos, pozbawię cię przytomności.

background image

Uwolniła ramię, cofając się i patrząc na niego gniewnie.

– Nie zamierzam krzyczeć. Co tutaj robisz?

Odetchnął głęboko.

– Mogę nadać temu postać prośby, ale nie oszukuj się, Fio, to nie jest prośba. 

To oznajmienie.

Ciemne, wygięte jak ptasie skrzydło brwi uniosły się do góry.

– Zechciej mówić dalej.

– Pójdziesz ze mną!

Poczucie   humoru,   o   którym   opowiadał   Kay,   błysnęło   w   jej   niezwykłych 

oczach.

– Dokąd? Na Oxford Street odwiedzić nowego francuskiego bławatnika? A 

może do Covent Garden – chociaż, jak sądzę, owoce już dawno zostały zerwane. A 
może myślałeś o wycieczce do…

– Zabieram cię z Londynu. 

Spochmurniała.

– Rozumiem. Na jak długo?

– Na dłuższy czas.

Czy jej alabastrowa skóra zbladła? Tak mu się wydawało, zauważył też, że 

tego   ranka   nie   używała   żadnych   środków   upiększających.   Barwniki,   perfumy   i 
balsamy już nie tworzyły maski Czarnego Diamentu.

Dlaczego, na wszystkich świętych, ukrywała tak piękną cerę pod pudrem i 

malowidłami? Jej skóra miała ciepły, półprzeźroczysty odcień, jak różowe perły, 
które kiedyś kupił na wyspie na południowym Pacyfiku, nieoznaczonej na mapie.

– A zatem to porwanie.

– Tak.

Skinęła głową, jakby omawiali interesy.

– Rozumiem. Czy mam w tej sprawie coś do powiedzenia? Oczywiście, że 

nie – pokręciła głową nad własną głupotą – gdybym miała i powiedziała „tak”, to 
by   była  miłosna   eskapada,   a   nie  porwanie.   Słowa   są   takie   ważne,   nie   sądzisz, 

background image

panie?

Starała   się   zbić   go   z   tropu.   Był   świadkiem,   jak   robiła   to   z   pół   tuzinem 

mężczyzn w ciągu paru ubiegłych tygodni, jak chwytała ich w pułapkę fałszywą 
słodyczą, która była jedynie maską.

Podeszła bliżej, zbyt blisko. Nie zachowywała się tak prowokująco jak na 

balu   u   Portmannów.   Nie   dotknęła   go,   chociaż   jego   ciało   zesztywniało   w 
oczekiwaniu i poczuł dreszcz na wspomnienie dotyku jej dłoni na swojej piersi.

– Co za brak pewności siebie, kapitanie! Nie przyszło ci do głowy, że mogę 

nie   mieć   nic   przeciwko   wyjazdowi   z   tobą?   –   zaszczebiotała;   w   kącikach   jej 
pysznych   warg   błąkał   się   zwodniczy   uśmiech.   –   Dlaczego   po   prostu   mnie   nie 
poprosisz?

Spostrzegł się w porę. Odmówiłaby ze śmiechem. Widział to w jej twardych 

lśniących oczach, które przeczyły miękkim ustom.

Brak odpowiedzi naruszył jej niezwykłe panowanie nad sobą – nieznacznie, 

ale w widoczny sposób. Spodziewała się próśb; nie wiedziała, jak zachować się 
wobec odmowy.

–   Zatem   dobrze   –   powiedziała.   –   Usiądź,   proszę,   spakuję   parę   rzeczy   i 

możemy ruszać.

Jego zdumienie przywróciło jej panowanie nad sytuacją.

–   Cóż…   nie   wyobrażasz   sobie   chyba,   że   to   moje   pierwsze   porwanie?   – 

Roześmiała się perliście. – Na Boga, nie! Uważam sezon za stracony, jeśli choć raz 
nie zostanę uprowadzona. Jakkolwiek – w jej głosie zabrzmiał wyrzut – większość 
moich porywaczy czyni mi tę uprzejmość, że mówi mi, jak długiego mogę się 
spodziewać wyjazdu. Taki plan byłby pomocny. Mogłabym wówczas zdecydować, 
czy wycofać zamówienie na nową suknię – nie ma przecież sensu szycie sukni na 
zabawę,   skoro   mnie   na   niej   nie   będzie?   A   dostawca   win   powinien   zostać 
powiadomiony, żeby nie dostarczać… – Przerwała, dając mu czas na naprawienie 
błędu, ale ponieważ milczał, ciągnęła dalej w desperacji. – Bez względu na to, jak 
długo to by miało trwać. A w dodatku w tym tygodniu miałam odbyć rozmowę z 
nową gospodynią, spotkać się z fryzjerem, monsieur Gerardem – rozumiesz chyba, 
że jeśli po prostu nie stawię się na spotkanie, mogę się pożegnać z nadziejami, że 
ułoży w końcu moje włosy; czekało mnie też mnóstwo innych, drobnych spraw 
związanych   z   codziennym   życiem,   w   których   nawet   porwanie   nie   powinno 
przeszkodzić.

background image

Westchnęła z rezygnacją.

– Czy to, że nie mówisz mi, jak długo zamierzasz mnie więzić, czyni tę 

wyprawę bardziej romantyczną?

Te słowa wyrwały go z odrętwienia.

– To nie schadzka kochanków!

Zamrugała oczami, słysząc gniewny ton.

– Widzę, że nie. – Jej oczy rozszerzyły się nagle. – Zatem gwałt? – szepnęła.

– Nigdy w życiu! – zawołał.

– Boże, a więc co to jest właściwie? Mam nadzieję, że nie przyszedł ci do 

głowy szalony pomysł domagania się za mnie okupu? Zapewniam cię, nikt nie 
zapłaci grosza za mój powrót.

Nie umknęła  jego uwagi leciutka  nutka goryczy  w jej tonie, ale fakt,  że 

uznała   go   za   zdolnego   do   gwałtu,   za   bardzo   go   dotknął,   żeby   się   nad   tyra 
zastanawiać.

– Wątpię, moja pani – warknął. – Nie, nie oczekuję okupu za twój powrót. A 

teraz   nie   pytaj   już   o   nic   więcej,   bo   ci   nie   odpowiem.   Powiem   tylko,   że   nie 
poniesiesz żadnej szkody w wyniku tego… tego…

– Porwania? – podpowiedziała Fia.

– Porwania – powtórzył szorstko. – We właściwym czasie wrócisz tutaj cała 

i zdrowa.

– Przyrzekasz? – Aż do tej chwili nie zauważył, żeby planowane porwanie 

wywołało w niej coś więcej niż przelotny niepokój. Teraz stwierdził, że przy całej 
brawurze, czuła się bezradna.

– Przyrzekam.

–   Dobrze   –   odwróciła   się,   zanim   zdążył   zobaczyć   wyraz   jej   twarzy;   jej 

spódnice Zafalowały miękko, kiedy odchodziła.

Podeszła do malowanej skrzyni u stóp łóżka i podniosła wieko. Po chwili 

wyciągnęła stamtąd dużą skórzaną walizę i otworzyła zatrzask.

–   Hm.   –   Pochyliła   się,   grzebiąc   w   jej   wnętrzu.   –   Koszula,   gorset,   dwie 

halki…

background image

Otworzył szeroko oczy.

– Masz przygotowaną walizę?

Pokiwała głową, nie patrząc na niego.

– I mały kuferek – powiedziała, wskazując ręką w stronę zamkniętej szafy. 

Obok   niej   stał   obity   mosiądzem   podróżny   kuferek.   –   Z   paroma   sukienkami. 
Weźmiesz to, czy podjedziesz od tyłu, a ja polecę lokajowi znieść bagaż?

Przeszedł przez pokój w kilku krokach. Chyba kpiła sobie z niego. Jedno 

spojrzenie ukazało mu  jednak starannie zapakowaną  walizkę pełną delikatnych, 
koronkowych szmatek.

Podniósł   walizę   ze   stłumionym   sapnięciem   i   schylił   się,   sięgając   po 

mosiężną rączkę kufra. Wsadził go sobie na ramię i odwrócił się. Czekała przy 
drzwiach.

– Nie próbuj, pani, wszczynać alarmu.

– Gdybym to zrobiła, nigdy bym się nie dowiedziała, z jakiego powodu, poza 

uwiedzeniem   czy   zyskiem,   dżentelmen   –   zaakcentowała   to   słowo   lekko,   lecz 
ironicznie – posuwa się do porwania? O nie! Chodź, pokojówki sprzątają jeszcze w 
pokojach od frontu. Możemy wyjść przez kuchnię.

Thomas przypomniał sobie Kaya.

– Nie. Przez bibliotekę. 

Wzruszyła ramionami, ujmując klamkę.

– Zaczekaj. 

Popatrzyła pytająco.

– Napisz list i zawiadom rodzinę, że przystałaś na propozycję podróży po 

kontynencie.

Zdumiona uniosła brwi.

– Nie chciałbym, żeby się martwili.

Spodziewał się, że wykpi jego troskę o pasierba, ale po krótkiej przerwie 

powiedziała tylko:

– Jak chcesz.

background image

Wyjęła   grubą   kartkę   papieru   ze   stosu   na   biurku.   Napisała   parę   linijek   i 

złożyła papier na pół. Na wierzchu napisała „Dla Kaya”. Zostawiła kartkę na blacie 
i wróciła do Thomasa.

– Teraz dobrze?

– Tak. – Sięgnął za nią, otworzył drzwi i sprawdził, czy korytarz jest pusty. 

Gestem nakazał, żeby szła pierwsza.

Szedł za nią czujnie po schodach; waliza obijała się bezgłośnie o jego udo, 

brzeg kufra wbijał się mu w szyję. Spodziewał się, że Fia lada chwila puści się 
biegiem, a on, głupiec, sam postawił się w takim położeniu, że nie mógłby jej 
przeszkodzić.

Gdzieś w głębi duszy pragnął, żeby uciekła, żeby nagle uniosła spódnice i 

pobiegła, uwalniając go od szalonego planu. Nie zrobiła tego.

Jakaś część jego serca cieszyła się z tego.

O   drugiej   po   południu   James   Barton   udawał   się   do   miejskiego   domu 

MacFarlane'ów.   Umówił   się   z   Fią,   że   pojadą   do   parku   St.   James.   Wykorzysta 
okazję,  żeby  jej powiedzieć,  że wyjeżdża  za parę tygodni. Wręczy  jej również 
ostentacyjnie prezent w postaci wspaniałych brylantowych kolczyków. Należały do 
Amelii.  Amelia  nie miałaby  nic przeciwko temu,  pomyślał  ze smutkiem.  Obie, 
przed śmiercią Amelii, pisywały do siebie serdeczne listy.

To   właśnie   Amelii   udzieliła   Fia   tak   potrzebnej   im   przed   siedmioma   laty 

pomocy.

James   i   Amelia   wrócili   do   Londynu   po   pobycie   w   koloniach.   Kapitana 

rozpierała   duma,   kieszenie   wypełniały   pieniądze   z   dochodów   jego   kompanii 
handlowej, która odniosła pierwsze sukcesy. Pragnął niecierpliwie przedstawić w 
towarzystwie swoją śliczną żonę. Trafili na ludzi, którzy zawieźli ich do Rumieńca 
Ladacznicy.

Tam   zwrócił   na   niego   uwagę   hrabia   Carr.   Obyty   w   świecie,   wymowny, 

dowcipny   hrabia   pielęgnował   tę   znajomość,   pochlebiał   Jamesowi,   ale   przede 
wszystkim zachęcał go do hazardu.

background image

W   ciągu   tygodnia   roczne   zyski   Jamesa   rozpłynęły   się.   Przerażony,   nie 

wiedząc, do kogo się zwrócić ani jak o tym powiedzieć Amelii, grał dalej, coraz 
bardziej zdesperowany. Wkrótce długi przerosły stan jego posiadania.

Wtedy Carr poprosił o rozmowę na osobności. Zaproponował, że w zamian 

za „przysługę” dopilnuje, żeby długi Jamesa zostały spłacone. James nigdy nie 
dowiedział się, jaka miałaby to być przysługa, ale wiedział z całą pewnością, że 
byłoby to coś nielegalnego. Poprosił o jeden dzień na zastanowienie, na co Carr, z 
wyrozumiałym uśmiechem, przystał.

W końcu James wyznał wszystko zdumionej i przerażonej żonie. Ona z kolei 

zwierzyła się z tego przedwcześnie dojrzałej córce Carra. Co między nimi zaszło, 
pozostało   tajemnicą   na   zawsze.   Wiedział   tylko,   że   Fia   dała   Amelii   kameę. 
Wspaniałą, otoczoną brylantami gemmę. Dała, niczego w zamian nie żądając i nie 
stawiając żadnych warunków.

Nigdy nie zrozumiał, dlaczego Fia Merrick przedtem nie okazała podobnej 

wielkoduszności,   nikt   też   nie   spodziewał   się   tego   po   niej   w   przyszłości.   Nie 
próbował   twierdzić,   że   rozumie   tę   tajemniczą   kobietę.   Myśl   o   przyjęciu   tak 
kosztownego   daru   od   niemal   dziecka   kłóciła   się   z   wszelkimi   zasadami 
wyznawanymi   przez   Jamesa.   W   końcu   jednak   Amelia   przekonała   go,   żeby   się 
zgodził. Pieniądze uzyskane w ten sposób pokryły w dużej części dług. Resztę 
spłacał przez rok.

W   końcu   zrozumiał,   ile   zawdzięcza   Fii   Merrick.   Plotki   na   temat   Carra 

przerosły początkowe obawy Jamesa. Hrabia Carr był bezlitosnym manipulatorem, 
który domagał się od swoich ofiar coraz większego haraczu.

Gdy wiosną James zawitał do Londynu, otrzymał list od Fii. Natychmiast do 

niej poszedł. Po wysłuchaniu tego, co miała do powiedzenia, obiecał pomóc jej w 
każdy możliwy sposób, przystając bez wahania na jej plan. Jeśli czegoś żałował, to 
tylko tego, że nie może wyjaśnić swojego postępowania Thomasowi Donne'owi.

Zatrzymał powóz przed domem Fii. Lokaj otworzył drzwi, zapraszając go do 

środka. Kay, pasierb Fii, stał w holu. Powitał Jamesa zdziwionym spojrzeniem.

– Kapitanie Barton, obawiam się, że jeśli szuka pan lady Fii, czeka pana 

rozczarowanie.   Wyjechała.   Odbywa   podróż   po   kontynencie.   –   Chłopiec   się 
uśmiechnął. – Robi zakupy.

James zmarszczył brwi.

– Tak mi przykro – powiedział uprzejmie Kay. – Sądziłem, że powiadomiła 

background image

pana   o   tym,   jako   jednego   z   najbliższych   przyjaciół,   ale   z   jej   listu   wnoszę,   że 
podjęła decyzję dość niespodziewanie.

Coś się tutaj nie zgadzało. Dlaczego Fia miałaby teraz akurat wyjeżdżać z 

kraju i to nie zostawiając żadnego wyjaśnienia?

– Zostawiła list?

– Tak. – Kay skinął głową. – Gunna mi go przyniosła.

– Gunna z nią nie pojechała?

– Nie. – Kay uśmiechnął się krzywo. – I wcale nie jest z tego zadowolona. 

Cały dzień narzekała na upór lady Fii. Przypuszczam – pochylił się poufale – że 
miały z tego powodu jakąś sprzeczkę.

– Rozumiem. – Mówił spokojnym tonem, nie chcąc niepokoić chłopca.

–   Nie   tylko   ciebie   zaniedbała   zawiadomić   –   te   słowa   miały   uspokoić 

zranioną, w przekonaniu chłopca, dumę Jamesa.

– Doprawdy? – zapytał James, lekko rozbawiony mimo niepokoju. – O jakim 

to jeszcze wielbicielu zapomniała lady Fia?

Chłopiec się zaczerwienił.

– Nie, to całkiem coś innego. Dziś rano był tu pewien dżentelmen; podjął 

zakład z Fią, teraz będzie musiał poczekać jakiś czas, zanim odbierze nagrodę.

– Zakład? – mruknął James z roztargnieniem, usiłując znaleźć jakiś powód 

zniknięcia Fii. – Kim był ten dżentelmen?

– Pan… Donne.

Jamesowi przebiegł zimny dreszcz po plecach.

– Sądzisz, panie, że coś jest nie w porządku? – W głosie Kaya zabrzmiał 

strach.

– Nie. Wcale nie. Dobrze znam kapitana Donne'a. Byłem tylko ciekaw, czy 

wygrał zakład.

Chłopiec odetchnął z ulgą.

– Nie umiem powiedzieć. Gunna o nim nie wspominała.

– No cóż – rzekł James – nic tu po mnie. Jestem pewien, że lady Fia napisała 

background image

do mnie list i znajdę go, jak tylko wrócę do domu. Dziękuję ci.

Pożegnał   się   z   Kayem   i   wyszedł.   Zamyślony   wsiadł   do   powozu.   Nie 

podobało mu się, że Thomas i Fia zniknęli tego samego dnia. A jeszcze bardziej nie 
podobało   mu   się   to,   że   Thomas   opowiadał   Kayowi   o   jakiejś   przyjacielskiej 
rywalizacji z Fią, bo choć z pewnością istniała między nimi rywalizacja, określenie 
„przyjacielska” nie było w tej sytuacji odpowiednie.

Najbardziej zaś nie podobało mu się, że Thomas wyprowadził „Alba Star” z 

suchego   doku,   zanim   zakończono   naprawy   i   zostawił   wiadomość,   że   ma   do 
odebrania jakiś ładunek we Francji i dostanie za to bajeczne wynagrodzenie, o ile 
wyruszy od razu.

Cieszyło go to, że Gunna, groźna jak smok opiekunka Fii, rozmawiała z nią o 

wyprawie na zakupy. A nawet posprzeczały się z tego powodu.

Tyle   że   ta   myśl   pocieszyła   go   tylko   w   niewielkim   stopniu.   Zbyt   wiele 

zbiegło się przypadków. Nie wiedział, co mógłby zrobić. Wkrótce będzie musiał 
wypłynąć. Wobec zeszłorocznej katastrofy ich kompania handlowa nie mogła sobie 
pozwolić na opóźnienia. Obowiązek i honor wymagały, aby dotrzymać obietnicy 
danej Thomasowi.

Poczeka w Londynie, jak długo będzie mógł, z nadzieją, że Carr złapał się na 

przynętę, którą Fia pomachała mu przed nosem. Wyjechać teraz, w ślad za Fią czy 
Thomasem, oznaczało zniszczenie ich misternego planu.

– Nie – westchnął, zręcznie wprowadzając konia w ruch uliczny – nie może 

zrobić nic, co rozwiałoby albo potwierdziło jego podejrzenia co do Thomasa i Fii.

Znał jednak ludzi, którzy mogli to zrobić.

background image

12

Przenikliwa   woń   morza   wzmogła   się   wraz   z   falą   przypływu.   Wysoko   w 

górze   wiatr   szarpał   chmury,   zostawiając   długie  białe   pasma   na   bladobłękitnym 
niebie. W dokach kłębił się tłum kupców i dostawców, drobnych przekupniów i 
straganiarzy,   marynarzy   i   robotników,   którzy   wyładowywali   i   załadowywali 
kołyszące się u nabrzeża łodzie. Dalej na morzu czekały wysokie statki, tworząc las 
masztów.

Thomas   zaprowadził   Fię   do   miejsca,   gdzie   przycumowano   „Alba   Star”. 

Choć nie ukończono jeszcze wszystkich prac, brakowało połowy żagli, a pozostałe 
naprawiono   pośpiesznie   i   nie   wszędzie   położono   lakier,   statek   nadawał   się   do 
podróży.

Popatrzył na niego z czułością. Hiszpańscy szkutnicy skonstruowali mały, 

zwinny   jednomasztowiec   tak,   aby   mógł   osiągać   dużą   prędkość,   pozwalającą 
umknąć   wrogowi   na   morzu.   Odkąd   go   zdobył,   dobrze   mu   służył   w   walce   z 
korsarzami i piratami.

– Popłyniemy tą łodzią? – zapytała Fia, kiedy, przeszedłszy wąskim trapem, 

wyciągnął do niej rękę.

–   To   statek,   nie   łódź.   –   Wsunęła   dłoń   w   jego   rękę,   a   chociaż   miała 

rękawiczki,   poczuł   dreszcz.   To   i   godzina,   jaką   spędzili   razem   w   wynajętym 
powozie,   upewniły   go   co   do   słuszności   wyboru   podróży   drogą   morską,   a   nie 
lądową.

Ciepłe wnętrze przesiąkło jej zapachem; cienie kładły się zmysłowo na jej 

policzkach   i   czole,   uwypuklając   wycięcie   ust   i   zarys   szyi.   Zmusił   się,   żeby 
odwrócić wzrok, ale wyobraźnia podsuwała to, czego odmawiał zmysłom i wciąż 
miał jej drażniący, kuszący obraz przed oczami.

–   Nigdy   nie   byłam   na   pokładzie   statku.   –   Powiedziała   to   doskonale 

obojętnym tonem, ale Thomas wyczuł w niej napięcie.

– To bardzo bezpieczny statek, lady Fio…

– Zwykle nazywałeś mnie Fią, a teraz nagle, kiedy jestem na twojej łasce, 

przywracasz szacunek mojemu tytułowi? Co za oryginalność.

Zacisnął usta. Chciał tylko podnieść ją na duchu, a ona wykorzystała okazję, 

background image

żeby go zganić. Ale czy nie zachowałby się tak samo na jej miejscu?  Czy nie 
wytknąłby   wrogowi   słabości   czy   braku   konsekwencji?   Tak.   W   gruncie   rzeczy, 
postępował   podobnie   wobec   swojego   dawnego   pana.   Zostało   mu   po   tym   na 
pamiątkę parę blizn na plecach.

Puściła   jego   rękę   i   wstąpiła   lekko   na   pokład.   Chłopiec   okrętowy, 

Portugalczyk, podobnie jak większość skromnej załogi, podszedł, żeby zabrać jej 
niewielki bagaż.

– Zaprowadzę cię do twojej kwatery – powiedział Thomas.

Poprowadził   ją   przez   pokład,   po   stromych   schodach   w   dół   do   krótkiego 

korytarza, oddzielającego dwie główne kabiny. Pomieszczenia załogi znajdowały 
się pod pokładem. Otworzył najbliższe drzwi.

Kabina urządzona była po spartańsku; zawierała jedynie przymocowaną do 

ściany pojedynczą pryczę oraz przybity do podłogi mały stolik i komodę. Przez 
maleńkie   okienko   wpadało   wąskie   pasmo   światła.   Waliza   i   kuferek   wypełniły 
resztę przestrzeni.

– Urocze – mruknęła. Odwróciła się do niego. – Jak długo tutaj będę?

– Trzy dni, jak sądzę. Może cztery.

– Czyli, jak się domyślam, nie płyniemy do Francji?

– Nie.

Nie zareagowała na jego słowa, tylko schyliła głowę, wchodząc do środka. 

Zdjęła kapelusz i położyła go ostrożnie na stole.

– Czy twoja kabina znajduje się naprzeciwko? – W jej tonie brzmiała taka 

uraza i groźba, że Thomas poczuł, jak krew napływa mu do twarzy.

– Tak. – Niech sobie myśli, co chce!

–   Proponuję,   abyś   się   tam   udał,   o   ile   nie   masz   jakichś   kapitańskich 

obowiązków. Życzę ci dobrego dnia.

Jej zimna krew wywarła na nim wrażenie. Odprawiła go jak służącego. Nie 

dała mu wyboru, musiał odejść. Zostać byłoby nie do pomyślenia.

– Nie  próbuj  opuścić  statku,  lady  Fio. Odpływamy   za  kwadrans,   a moja 

załoga jest mi niezwykle oddana.

– Co za pociecha dla ciebie – powiedziała, nie zadając sobie trudu, żeby na 

background image

niego spojrzeć, zajęta ściąganiem rękawiczek z dłoni.

Pochyliwszy głowę, wyszedł z kabiny.

Port,   jak   zwykle,   był   zatłoczony   i   wyprowadzenie   „Alba   Star”   przez   las 

wysokich   statków,   fregat   i   jachtów   na   pełne   morze   zajęło   resztę   dnia.   Kiedy 
zostawili  Londyn za  sobą i zwrócili się  na północ w stronę wybrzeża Suffolk, 
słońce   wisiało   tuż   nad   horyzontem,   raniąc   swój   płonący   brzuch   o   niezliczone 
londyńskie wieże.

Fia nie pokazała się na pokładzie i Thomas mógł się tylko domyślać, że jest 

obrażona. To wyjaśnienie nie zadowoliło go. Nie tego od niej oczekiwał, ale z 
drugiej strony, co tak naprawdę wiedział o Fii Merrick?

Ta   myśl   prześladowała   go   przez   cały   czas.   Jako   młoda   dziewczyna   Fia 

odgradzała się od ludzi niewidzialną ścianą, a jej przedwczesna dojrzałość budziła 
litość.  Była cieniem  Carra, jak  przypominał  sobie  Thomas;   śledziła  nieustający 
karnawał w Rumieńcu Ladacznicy lśniącymi oczami, które nie zdradzały żadnych 
myśli.

Wówczas jednak, kiedy miał okazję z nią rozmawiać, zdumiewała  go jej 

rezerwa,   widoczny   wysiłek,   jaki   wkładała   w   prowadzenie   rozmowy.   To   go 
zaintrygowało – rzecz jasna tylko i wyłącznie jako ciekawostka.

Potem,  przez następnych sześć  lat, chociaż wiele mówiono  o Carrze, nie 

usłyszał ani słowa o Fii. Kiedy w końcu dowiedział się czegoś na jej temat, nie 
było to nic dobrego. Wyczytał wieści o niej w uśmieszkach rozmaitych fircyków, 
w   księgach   zakładów   klubów   „dżentelmenów”;   wiele   wyjaśniła   też   historia 
nieszczęsnego Pipa, który zetknięcie z nią niemal przypłacił śmiercią. Teraz po raz 
pierwszy Thomas zastanawiał się, dlaczego Fia wybrała tak niesławną drogę.

Główny żagiel zadrżał i Thomas przekręcił ster w lewo, obracając statek i 

wołając   na   załogę,   żeby   podniosła   kliwer.   Po   paru   minutach   mniejszy   żagiel 
wypełnił się i statek ustawił się pod korzystniejszym kątem do wiatru.

– Kolacja za godzinę, kapitanie! – zawołał po portugalsku starszy, chudy 

mężczyzna, który był również stewardem. Thomas podniósł rękę, dając znak, że 
usłyszał, i zawołał sternika. Przekazał mu ster i udał się do kabiny Fii.

Żaden dźwięk nie odpowiedział na jego pukanie. Spróbował ponownie.

– Lady Fio?

– Odejdź.

background image

Głos miała stłumiony.

– Dobrze się czujesz?

– Doskonale. Odejdź.

– Odejdę. Jeśli jednak jesteś głodna, przyjdź do kambuza za godzinę.

– Odejdź! – Podniosła głos w słabym proteście. – Nie chcę niczego…

Do licha! Morska choroba. Zbyt często słyszał ten wiele mówiący odgłos, 

żeby się mylić. Otworzył drzwi. Siedziała na brzegu wąskiej pryczy w koszuli i 
halce, z szeroko rozsuniętymi kolanami i głową zwieszoną nad miską, która stała 
na podłodze między jej stopami.

Długie,   wilgotne   pasma   włosów   przylegały   do   ramion   i   szyi.   Podniosła 

głowę,   jej   twarz   znalazła   się   w   smudze   popołudniowego   światła.   Skóra   miała 
zjawiskowy, mlecznozielony odcień, w podkrążonych oczach widać było mękę.

– Odejdź! – poprosiła słabym głosem.

Odwrócił się, otworzył drzwi swojej kabiny i wszedł do środka. Złapał dzban 

z wodą ze stołu, cynowy kubek, ręcznik i wrócił do kabiny Fii. Nie poruszyła się, 
tylko pochyliła niżej nad miską. Nalał wody do kubka i wyciągnął go w jej stronę.

– Wypij to.

– Boże.

–   Wypij   –   rozkazał.   Spojrzała   na   niego   gniewnie   przez   splątane   pasma 

włosów.

–   Ja…   nie…   nie   mogę…   och…   och…   –   Rzuciła   się   naprzód   i 

zwymiotowała. Słabo. Nie miała już czym.

Usiadł i objął ją ramieniem. Jej skóra była wilgotna i lepka, koszula była 

mokra od potu. Podniósł jej brodę czubkami palców. Oczy miała mocno zamknięte.

Podniósł   kubek   do   jej   ust   i   lekko   przechylił.   Woda   spłynęła   z   warg   po 

brodzie.

– Wypij to, Fio. To pomoże. Przyrzekam.

Posłuchała – za słaba, żeby się kłócić, zbyt chora, żeby stawiać opór.

– Drobnymi łyczkami i to wszystko. Tak. Lepiej się czujesz?

background image

– Nie – jęknęła cicho. Przyciągnął ją bliżej, zauważając ponuro, że choć była 

tak słaba, że ledwie mogła unieść głowę, usiłowała się opierać. Była mała w jego 
objęciu, tak mała, że ogarnęło go zdumienie. Jedną dłonią mógł wyczuć płytkie 
zagłębienia między jej żebrami – głębokie wycięcie kibici i delikatną wypukłość 
biodra.

– Uspokój się – mruknął, kładąc dłoń na jej policzku i przyciskając jej twarz 

do ramienia. Nie miała siły, żeby walczyć i niechętnie złożyła głowę pod jego 
brodą. Oddychała płytko, rozchyliwszy blade wargi. Małą, zwiniętą piąstkę oparła 
na jego piersi.

Jakże jej to nie odpowiadało. Nie potrafił powiedzieć, skąd to wie, ale był 

pewien, że to nie jej stan fizyczny sprawiał, że czuła się upokorzona, nie, chodziło 
o coś innego. Czuł, jaka jest krucha i delikatna i jak sama siebie za to nie znosi; 
pamiętał   własną   wściekłość   z   powodu   łez,   jakie   napływały   mu   do   oczu   po 
uderzeniu batem.

Ukrywając wszelkie   oznaki  współczucia,  które mogłyby   tylko wzmóc   jej 

poczucie bezradności, podał jej więcej wody. Przyjęła ją, nadal mocno zaciskając 
powieki, tak jakby bała się zobaczyć w jego oczach litość.

Kiedy   upiła   parę   łyków,   przechylił   się   na   bok,   pociągając   ją   za   sobą. 

Zanurzył   ręcznik   w   dzbanie   i   wyżął   go,   jak   potrafił   najlepiej,   jedną   ręką. 
Delikatnymi, ale pewnymi ruchami wytarł jej czoło i oczy, policzki, usta i szyję.

– Nie umrzesz – rzekł, kiedy kolejny, suchy skurcz wstrząsnął jej ciałem i 

minął po chwili.

W końcu otworzyła zapadłe, zamglone z bólu i strachu oczy.

– Tego właśnie – powiedziała – się obawiam.

Uśmiechnął się, zaskoczony jej niespodziewanym żartem, a jeszcze bardziej 

uśmiechem, który pojawił się na chwilę na bladych wargach, uśmiechem innym niż 
te, którymi obdarzała go przedtem. Ich spojrzenia spotkały się na mgnienie oka, ale 
potem   odsunęła   się,   marszcząc   wilgotne   czoło.   Odwróciła   głowę   i   ponownie 
zamknęła oczy.

– Cierpisz na chorobę morską – wyjaśnił.

–   Naprawdę?   –   zapytała   z   zabójczą   ironią,   odzyskawszy   panowanie   nad 

sobą. – Dziękuję ci ogromnie, że mnie oświeciłeś w tym względzie. A ja myślałam, 
że to ten poranny śledź… – Jej oczy rozszerzyły się nagle i znowu wstrząsnął nią 
suchy skurcz.

background image

Miał   ochotę   nią   potrząsnąć.   Czuł   się   oszukany,   wściekły,   nienawidził 

nonszalancji, która przychodziła jej z taką łatwością. Nie mógł znieść, że to –jak to 
nazwać: ludzkim obliczem? okruchem duszy? – co zobaczył, znikło tak szybko.

– Dobrze ci tak, ty złośnico o języku żmii – mruknął, przechylając ją przez 

rękę i masując plecy między delikatnymi jak u ptaszka łopatkami. 

Odwróciła głowę, rzucając mu przestraszone spojrzenie.

– Co? 

Odchrząknął.

– Czy nikt dotąd nie nazwał cię złośnicą o języku żmii? 

Zamrugała oczami. Widocznie nie.

–   Niewybaczalne   przeoczenie!   Bo   gdyby   ktoś   miał   wcześniej   odwagę 

wytknąć ci twój ostry język, może zdołałby go przytępić. A teraz boję się, że ktoś, 
kto cię w końcu poślubi, Pani Złośnico, co wieczór będzie kładł się do łóżka, 
modląc się, aby następnego poranka nie obudził się całkiem wykrwawiony, skłuty 
tysiąc razy przez ten twój zjadliwy jęzor.

Jej oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia.

– Ty!… oooch! – Kolejny spazm uniemożliwił jej godną odpowiedź, jaką 

najwyraźniej chciała go uraczyć; trzęsła się, zgięta wpół, przewieszona przez jego 
ramię. Potem sięgnęła po stojący na podłodze cynowy kubek i drżącą ręką uniosła 
go do ust. Upiła odrobinę i wyprostowała się ostrożnie.

– Nie jesteś dżentelmenem.

– Doprawdy? – zapytał. – Dziękuję, że mi  to uświadomiłaś…  uff! – Jej 

łokieć wbił mu się w żołądek. Wyraz triumfu rozjaśnił piękną, wymęczoną twarz, 
zanim   nastąpił   kolejny   atak   mdłości,   przekształcając   zwycięstwo   w   niedolę   i 
zmuszając, żeby ponownie pochyliła się nad miską. Podtrzymał jej czoło dłonią.

– Dziękuję ci. Odejdź.

Zawahał się przez chwilę, zanim usunął obejmujące ją ramię i wstał. Jej głos 

brzmiał pewniej. Wypiła dość wody, żeby przywrócić w ciele równowagę płynów. 
Żadnemu z nich dwojga nie wyszłoby na korzyść, gdyby wbrew jej woli został 
dłużej w kabinie.

– Musisz coś zjeść. Przyślę ci…

background image

– Jeśli przyniesiesz… – przerwała, przełknęła głośno ślinę, po czym podjęła 

na nowo – jedzenie do tego pokoju, nie poprzestanę jedynie na kaleczeniu cię 
słowami. Czy wyrażam się jasno?

– W pełni. Twierdzę jednak, jako dobry samarytanin – jej usta drgnęły – że 

poczujesz się lepiej, jeśli…

–   Nie   mów   tego   słowa!   Wyjdź!   –   Podniosła   mokrą   szmatę   z   kałuży   na 

podłodze, ciskając nią w jego głowę. Uchylił się bez trudu. Poprawiło się jej, gdyż 
była siła w tym rzucie.

Wyszedł i dopiero wówczas stwierdził, że się uśmiecha.  Z czego się tak 

cieszył? Dziewczyna próbowała zrobić mu krzywdę, krzyczała na niego, groziła, a 
on się zachowuje, jakby go po raz pierwszy pocałowała. Z pewnością oszalał.

Później jednak myślał tylko o tym, jak się niespodziewanie uśmiechnęła.

I o tym, jaki to piękny uśmiech.

background image

13

Nie miała w sobie nic z żeglarza. Prawdę mówiąc, żaden był z niej żeglarz.

W   rzadkich   chwilach   w   ciągu   następnych   dwóch   dni,   kiedy   mogła 

zastanawiać   się   nad   czymś   innym,   niż   nad   tym,   jak   daleko   znajduje   się   od 
wszechobecnej miski (pod koniec podróży owa miska znalazła się na pierwszym 
miejscu   najbardziej   znienawidzonych   rzeczy)   uważała   to   za   krańcową 
niesprawiedliwość. Ostatecznie spędziła dzieciństwo, patrząc na morze i marząc o 
wielkim   statku,   który   ją   zabierze   w   dal.   O   wielkim   statku   i   wysokim,   silnym 
kapitanie…

Ale ta droga prowadziła do katastrofy. Lepiej skupić się na tym, żeby wyjść 

na górny pokład i zachować nienaruszoną resztkę dumy Otworzyła drzwi i zanim 
postawiła stopę na pokładzie, ostrożnie wyjrzała na zewnątrz.

Po trzech dniach wzburzonego morza nastał spokojny poranek. Nad głową 

wisiało ciężkie, ołowiane niebo. Słaby wiatr wypełniał żagle „Alba Star”, pchając 
leniwie statek po powierzchni oceanu barwy rtęci.

Fia   przechyliła   głowę,   pozwalając   ochlapać   się   wodnej   mgiełce,   która 

pryskała spod prującego morze dzioba statku. Poczuła słony smak na wargach i 
szczypanie w oczach, ale po trzech dniach spędzonych w kabinie, gdzie panował 
cierpki   odór,   piła   czyste   powietrze,   jak   spragniony   człowiek   wodę.   Otworzyła 
oczy, słysząc głosy. Od razu zauważyła Thomasa. Wsparty jedną stopą na relingu, 
z   łokciem   na   udzie,   stał   pogrążony   w   rozmowie   z   jednym  z   członków   załogi. 
Mrużył oczy, a ciemne brwi miał zsunięte nisko nad śmiałym nosem.

Wyżej wiatr był widocznie silniejszy, bo chociaż Thomas nie miał kubraka, 

koszula   przylgnęła   ciasno   do   jego   piersi,   ukazując   zarysy   twardych   mięśni,   i 
łopotała jak żagle w górze. W pewnym momencie kiwnął głową i się wyprostował. 
Wyciągnął   w   górę   długie   ręce,   ziewając.   Odezwał   się,   a   marynarz   wybuchnął 
śmiechem.   Thomas   odpowiedział   męskim,   pewnym   siebie   uśmiechem, 
przypominając   tym   Fii   dobitnie,   że   na   tym   statku   to   on   był   królem,   a   morze 
stanowiło jego królestwo. Marynarz odszedł, a Thomas potarł kark, kierując wzrok 
na wschód. Na jego twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Wydawał się zmęczony i 
zmartwiony

Fia zmarszczyła brwi. Nie chciała, żeby był bezradny. Nie chciała o nim 

myśleć jako o człowieku, który boryka się z jakimiś kłopotami czy strachem. Nie 

background image

chciała, żeby był podobny do niej w jakikolwiek sposób.

Spojrzała w górę jeszcze raz. Odwrócił się, patrząc wprost przed siebie, z 

dłońmi   na   biodrach,   na   rozstawionych   nogach.   Wiatr   oblepiał   koszulę   na 
szczupłych bokach i rozwiewał sznurowanie pod szyją, ukazując kości obojczyka 
pod opaloną skórą.

Zadrżała i naciągnęła mocniej lekki szal na ramiona. Zawsze pociągała ją siła 

Thomasa Donne'a, zarówno siła charakteru, jak i fizyczna. Kiedy poznała go w 
Rumieńcu   Ladacznicy,   doszła   do   wniosku,   że   nie   należy   on   do   ludzi,   którzy 
pozwolą   sobą   manipulować   czy   też   się   szantażować   –   w   przeciwieństwie   do 
pozostałych gości w zamku.

I   to   go   wyróżniało   w   jej   myślach.   Nie.   Wyróżniało   go   w   jej   sercu. 

Zachowanie   Thomasa   wobec   niej,   nienagannie   uprzejme,   umocniło   tylko   jej 
uczucia.

Jakaż była dziecinna. Patrząc wstecz, zrozumiała, że to, co brała za „dworną 

wstrzemięźliwość”,   było   ironią,   a   rycerskość   wynikała   ze   zwykłej   litości.   Cóż, 
przynajmniej przestał ją traktować obojętnie.

Podniosła brodę tak jak Thomas. Rysy jej twarzy wygładziły się, znów stając 

się nieprzeniknioną, piękną maską, nieodłączną cechą jej osoby.

Przeżyła to,  że  jest  dzieckiem Carra,  dzięki  umiejętności   mierzenia  się  z 

gorzką  prawdą.  Teraz   nie  zamierzała  jej  unikać.  A   prawda   była  taka:  zdaniem 
Thomasa Donne'a wypełniła przeznaczenie, które jej kiedyś przepowiedział. Stała 
się po prostu dziewką Carra. To dlatego, jak sam powiedział, zabrał ją z Londynu – 
żeby uratować przed nią Jamesa Bartona.

Nie ułatwi mu sprawy, nie stanie się potulną ofiarą. Pozwoliła się porwać 

częściowo dlatego, że trzeba było udzielić Thomasowi Donne'owi nauczki.

Zamrugała gwałtownie, żeby się pozbyć niechcianych łez. Nie życzyła sobie, 

aby Thomas Donne wiedział, jak czuje się teraz, kiedy straciła wszelkie złudzenia.

Zdradził ideał, który pielęgnowała w sobie przez te wszystkie lata. Czciła 

Thomasa Donne'a jako człowieka, który wznosił się ponad zwierzęce przyjemności 
i chucie, a pożądał tylko wtedy, kiedy kochał, i pragnął tylko tego, co cenił.

Nie sprawiało jej najmniejszej różnicy, że nie traktowała go sprawiedliwie, 

że nigdy nie ubiegał się o tę wyniosłą pozycję, jaką mu wyznaczyła. I nie miało dla 
niej   znaczenia,   że   wydawał   się   zmęczony   i   wyczerpany.   Tu   nie   chodziło   o 
sprawiedliwość!   To   wzniosłe   pojęcie   rzadko   wpływało   na   jej   życie   i   teraz   nie 

background image

mogło być inaczej. Chodziło o zemstę.

Thomas, którego stworzyła kiedyś jej dziewczęca wyobraźnia, nie istniał. 

Mimo   niskiego   mniemania   o   niej,   czuła   jego   pożądanie.   Bo   pragnął   jej   mimo 
wzgardy, nieufności, i mimo wszystkiego, co, jak mu się wydawało, wiedział o 
niej.

Wyczuwała to w jego spojrzeniu, w tłumionej chęci dotykania jej, w tym, że 

się   od   tego   powstrzymywał.   Poznawała   to   po   nachyleniu   jego   ciała,   kiedy   się 
zbliżał, zapachu, skrywanym z trudem podnieceniu, po napięciu, jakie panowało 
między nimi. Czuła jego tęsknotę. I gniew.

Naciągnęła mocniej szal.

– Lady Fio!

Otrząsnęła   się   gwałtownie   z   gorzkiego   zamyślenia,   zła,   że   ma   łzy   na 

policzkach.   Szybko   starła   je   wierzchem   dłoni   i   odwróciła   się,   stwierdzając   ze 
zdumieniem, że drży.

– Tak, kapitanie Donne? – Jej głos wzniósł się ponad łopotanie żagli; z nową 

siłą zapragnęła rzucić Thomasa na kolana.

Thomas zdjął okrycie z relingu i zbiegł po niskich schodkach na pokład. 

Podszedł do niej i zarzucił jej kubrak na ramiona. Zatonęła nagle w przesiąkniętej 
jego zapachem gęstej, miękkiej wełnie.

– Jesteś zdrowa? Nie masz mdłości? – zapytał.

– Czuję się o wiele lepiej. – Niech go piekło pochłonie, że przypomniał jej 

niedolę z ostatnich paru dni. To jej odbierało przewagę – zwłaszcza w sytuacji, 
kiedy   zamierzała   go   uwieść.   Trudno   zachowywać   się   uwodzicielsko,   mając   w 
pamięci obraz samej siebie, jak pochyla się nad miską z wymiocinami.

– Nie wyglądasz dobrze – mruknął.

Roześmiała się.

–   Kapitanie!   Nie   wiem   doprawdy,   jak   mam   odpowiedzieć   na   podobną 

galanterię. Powiedz mi, jak źle wyglądam?

Tak! To powinno zawstydzić tę 'wielką, ciemnoskórą bestię. Ściągnął brwi.

– Choroba sprawiła, że straciłaś nieco ciała, a pod twoimi oczami pojawiły 

się ciemne kręgi, ale z tym wszystkim jesteś równie piękna, jak zawsze i doskonale 

background image

o tym wiesz – powiedział z wyrzutem. – Nie jestem w stanie tego dowieść, ale 
przysięgam, że na łożu śmierci, po ciężkiej chorobie, także byłabyś piękna.

Tym razem ona się zmieszała; usiłowała wymyślić jakąś odpowiedź, ale nic 

dowcipnego nie przychodziło jej do głowy.

–   Czy   popłyniesz   ze   mną   na   niebezpieczne   morza,   żebym   znowu 

zachorowała?

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Dlaczego miałbym to zrobić?

–  Zęby  zaspokoić  twoją  ciekawość   co  do  tego,  do  jakiego  stopnia   może 

ucierpieć moja uroda.

W jego oczach wyczytała urazę.

– Nie postąpiłbym tak okrutnie.

–   Nie?   Ale   wykradłeś   mnie   z   domu,   zabrałeś   od   przyjaciół   i   rodziny   i 

wywozisz w miejsce, którego nie chcesz zdradzić. – Uśmiechnęła się słodko. – Czy 
dziwisz się, że podejrzewam cię o okrucieństwo?

– Mam swoje powody – rzekł.

– A jakież to mogą być powody? – Wyciągnęła rękę w stronę morza. –

Jesteśmy,   jak   sądzę,   w   dostatecznej   odległości   od   Londynu,   żebyś   wyznał   mi 
wreszcie motyw swego niezwykłego postępku – niezwykłego, skoro twierdzisz, że 
nie chodzi tu o romans.

– Nie chodzi.

– A zatem? – Uniosła brew z wyrazem królewskiej dumy.

– Przywiodłem cię tutaj nie po to, żeby cię uwieść, ale po to, żebyś nie mogła 

skompromitować mojego przyjaciela, Jamesa Bartona.

Odchyliła głowę do tyłu, parskając śmiechem.

– O, Boże! – Pociągnęła nosem, wycierając rzekome łzy wierzchem dłoni. – 

Cudownie.   Niech   się   upewnię,   czy   dobrze   zrozumiałam.   W   zasadzie   porwałeś 
mnie, żeby twój przyjaciel tego nie zrobił, czy tak?

Popatrzył na nią zmrużonymi oczami.

background image

– W zasadzie.

– Wybaczysz, że ci nie uwierzę? – zapytała, wciąż uśmiechając się radośnie.

– Taka jest prawda. Możesz z tym zrobić, co ci się podoba. Nie obchodzi 

mnie to.

– Ale mnie obchodzi – szepnęła, podchodząc bliżej, aż jego szeroka pierś 

osłoniła ją od wiatru. Nagrzany jego ciałem kubrak chronił jej plecy. – I myślę, że 
jesteś kłamcą, kapitanie.

Podniósł   gwałtownie   głowę.   Gdyby   nie   była   kobietą,   uderzyłby   ją   za   te 

słowa.

– Wiem, wmówiłeś sobie – ciągnęła – że ratujesz Jamesa przed straszliwą 

pomyłką.   Naprawdę   jednak,   a   będziesz   musiał   to   przyznać,   kiedy   skończę, 
naprawdę   jednak   zabrałeś   mnie   z   Londynu,   bo   mnie   pragniesz.   Nie   jako 
zakładniczki. Nie jako więźnia. Jako kochanki.

– Mylisz się – odparł z powagą. 

Roześmiała się znowu.

– Nie dajesz mi wyboru, jak tylko ci to udowodnić. 

Na jego twarzy odbił się niesmak.

– Sądziłem, że jesteś za dorosła na te dziecinne gierki, Fio. 

Zaczerwieniła   się   na   tę   reprymendę,   zaskoczona   jego   szczerym 

rozczarowaniem.   Mężczyźni   rzadko   byli   nią   rozczarowani   –   czasami 
rozczarowywały ich jej decyzje, zwłaszcza te, które nie zgadzały się z ich planami, 
ale nigdy ona. Ukryła się za swoją maską, przyciskając rękę do jego lewej piersi.

– Ostrzegałam cię – szepnęła. – Chcę ci złamać serce.

– Musiałabyś je najpierw zdobyć. 

Nie patrzył na nią.

– Twoją duszę też sobie wezmę – powiedziała cicho.

Na to uśmiechnął się niespodziewanie, jeszcze bardziej zbijając ją z tropu.

– Cóż za dramatyzm, Fio – oświadczył w końcu, patrząc jej w oczy. – Teatry 

Londynu nie wiedzą, co tracą.

background image

Zamrugała oczami, usiłując wymyślić odpowiedź, która przywróciłaby jej 

przewagę.

– Wolę – mruknęła pieszczotliwie – widownię złożoną z jednej osoby.

Parsknął, chwycił ją za nadgarstek i odsunął jej dłoń od swojej piersi.

– Jeśli zamierzasz mnie uwieść, musisz zrobić to w mniej banalny sposób, 

moja droga. Boję się, że za bardzo przywykłaś polegać na swojej urodzie. Ja zaś 
zwracam uwagę nie tylko na to, co widzę, ale i na to, co słyszę. Jeśli wybaczysz mi 
śmiałość, proszę, abyś spłodziła kilka nowych kwestii, które może wzbudziłyby 
moje zainteresowanie – oczywiście, o ile istotnie pragniesz zapewnić sobie moje 
nic nie warte względy – inaczej mogę się znudzić, zanim się do tego na dobre 
zabierzesz!

Tylko lata praktyki w ukrywaniu uczuć oszczędziły jej wstydu tupnięcia ze 

złości nogą.

– No, Fio – powiedział, chociaż nie uśmiechał się już tak, jak poprzednio. – 

Nie pozwól, aby taki drobiazg popsuł ci humor. Niedługo przybijamy. Spójrz.

Zanim   zdążyła   zareagować,   położył   jej   ręce   na   ramionach   i   obrócił. 

Przyciągnął ją do siebie, tak że jej plecy przywierały do jego piersi; duże dłonie 
obejmowały jej ramiona, trzymając ją nieruchomo. Jego serce biło równomiernie 
między jej łopatkami. Ręce miał ciepłe i silne.

Nagły   ruch   statku   zachwiał   nią   tak,   że   przylgnęła   do   jego   ud.   Wciągnął 

gwałtownie   powietrze.   Przesunął   prawe   ramię   po   jej   piersi,   przytrzymując   ją 
mocno.   Pod   ciemną   opaloną   skórą   pulsowała   nabrzmiała   żyła,   przyciśnięta   to 
miękkiej, białej piersi.

Trzymał   ją   w   ten   sposób   przez   dłuższą   chwilę.   Chociaż   zdawała   sobie 

sprawę, że taka bliskość sprzyja jej celom, nie potrafiła wykorzystać przewagi. Nie 
przychodził jej do głowy żaden dowcipny, prowokujący komentarz, w ogóle nie 
była   w  stanie   myśleć.   Każdym  włókienkiem  ciała   pragnęła   wtulić   się   w   niego 
jeszcze mocniej. A potem morze uspokoiło się i Thomas odsunął ją, uwalniając z 
uścisku. Cofnął się, wskazując na coś ręką.

– Tam. – Jego głos brzmiał ochryple, jakby wydobywał się z trudem. Czy to 

może tylko szum krwi w jej uszach sprawił, że takie odniosła wrażenie? Musiała 
coś powiedzieć.

– Co to jest? – zapytała.

background image

– Ziemia. Szkocja.

Skupiła wzrok, wpatrując się w horyzont.

– Gdzie?

– Tam. Ta ciemna smuga.

Odwróciła się, patrząc na niego. Nie odwrócił wzroku od linii horyzontu.

– Dokąd mnie zabrałeś?

– Do domu – odparł cicho.

background image

14

A rzez mały bulaj Fia zobaczyła światło słoneczne przebijające się przez 

mgłę. Wkrótce potem w kabinie zjawił się marynarz, nakazując jej niecierpliwym 
gestem pójść za sobą.

Nie miała powodu, żeby się sprzeciwiać, ale kiedy Thomas oznajmił jej, że 

wąski pas na horyzoncie to Szkocja, ogarnęła ją fala dziwnych uczuć. Spodziewała 
się, że Thomas gdzieś ją wywiezie, ale nie że wywiezie do Szkocji.

Patrzyła,   jak   marynarz   bezceremonialnie   pakuje   jej   rzeczy   do   otwartej 

walizy. W końcu podniósł kufer, chwycił walizę i wskazał głową drzwi.

Tłumiąc narastający niepokój, wyszła z kabiny na pokład. Thomasa nigdzie 

nie było widać. Z wahaniem popatrzyła na wybrzeże. Było już blisko. Przez gęstą 
mgłę   widziała   urwiste   zbocza   i   poszarpane   skały   u   ich   podstawy,   wyrastające 
niczym zębiska ze spienionej paszczy zwierzęcia.

To mogła być tylko Wyspa McClairenów. Sądziła, że ogarnie ją smutek, ale 

nie,   nie   nadszedł.   Przeciwnie,   stwierdziła,   że   przygląda   się   ogromnej   wyspie-
fortecy z ciekawością i podnieceniem.

„Dom”, powiedział Thomas. Nie zapomniała, że posiadłość Thomasa leży 

trzydzieści kilometrów w głąb lądu i uznała, że mówiąc „dom”, to właśnie miał na 
myśli. Przywiódł ją jednak również do jej domu.

Znała każdy zagajnik na wyspie, każdą kępę paproci, wiedziała, gdzie na 

skale zakwitają wiosną bladoniebieskie dzwonki i w którym miejscu jesienią wyspa 
pokrywa się szkarłatem. Znała także zamek: szczerby w murze ogrodu, komnaty – 
pamiętała,   w  których  z   nich   na  suficie  pokazuje  się  światło   odbite   od  oceanu; 
wiedziała też, jak silny musi być wiatr, żeby blanki śpiewały, jakby siedziało na 
nich pięćdziesięciu grajków z piszczałkami.

Oczy   jej się  zamgliły.  Nie było  już blanek  ani  komnat  o  rozświetlonych 

słońcem sufitach. Rumieniec Ladacznicy spłonął przed sześcioma laty. Wyjechała 
tuż przed pożarem.

Carr został. Wydostał się z piekła, unosząc swoje cenne papiery; połamane 

kości   i   oparzenia   wydawały   się   niewielką   ceną   za   możliwość   dalszego 
szantażowania ofiar.

background image

–   Chodź.   Szybciej   –   warknął   marynarz.   Fia   ruszyła   w   kierunku,   który 

wskazał.   Przy   burcie   mężczyzna   zdjął   kufer   z   ramienia,   krzyknął   głośno   i 
przerzucił go na zewnątrz. Fia podbiegła, pewna, że cisnął jej rzeczy do oceanu. Na 
dole rozległy się gniewne okrzyki. Marynarz roześmiał się hałaśliwie i poklepał po 
udzie.

Fia   zerknęła   przez   burtę.   Mała   łódeczka   podskakiwała   na   falach,   czterej 

marynarze   wygrażali   pięściami   w   powietrzu.   Jeden   z   nich,   siedzący   obokjej 
kuferka, masował sobie nogę, krzywiąc się z bólu. Drugi ryczał ze śmiechu.

–   Co   tu   się   dzieje?   –   Śmiech   zamarł   raptownie,   podobnie   jak   krzyki   i 

przekleństwa  na  dole.  Thomas  przeszedł  przez  pokład,  na ramieniu  miał   torbę, 
wiatr rozwiewał mu włosy.

Portugalczyk   odpowiedział,   wyrzucając   z   siebie   mnóstwo   słów   naraz. 

Zraniony   marynarz   wrzasnął   coś,   co   musiało   być   zaprzeczeniem.   Thomas 
znienacka upuścił torbę i chwycił Portugalczyka za brudną koszulę.

Fia cofnęła się instynktownie. Marynarz złapał Thomasa za nadgarstek, ale 

Thomas potrząsnął nim jak pies myśliwski zającem, mówiąc coś niskim, groźnym 
głosem. Cokolwiek powiedział, wrażenie było piorunujące. Portugalczyk zbladł, 
przełknął ślinę i pokiwał skwapliwie głową.

Thomas puścił go, klnąc pod nosem. Marynarz upadł na tyłek i wycofał się, 

dopóki nie trafił na maszt. Wstał, zanurkował pod bomem i pospiesznie zniknął.

Thomas   schylił   się,   żeby   wziąć   torbę.   Podniósł   się   powoli,   szczęki   miał 

zaciśnięte, oczy pociemniałe od gniewu. Cofnęła się znowu o krok.

Bała się go.

Przez   wszystkie   lata   ich   znajomości,   we   wszystkich   trudnych 

okolicznościach,   kiedy   się   spotykali,   nigdy   naprawdę   jej   nie   przeraził.   Nawet 
wówczas,   gdy   gwałtownie   wpadł   do   jej   buduaru   z   zakrwawioną   szpadą   lorda 
Tunbridge'a. Teraz mu się to udało.

Zadziwiająco   jasno   uświadomiła  sobie,   jak  bardzo  jest  w  jego  władzy,  a 

także to, że nic niemal nie wie o Thomasie Donnie.

Był jakimś francusko-szkockim mieszańcem z mało znaczącym francuskim 

tytułem, który przybył do Rumieńca Ladacznicy jako hazardzista, ale prawie nie 
grał. Jego siostra, Favor, również zjawiła się w zamku i przyciągnęła uwagę nie 
tylko ojca Fii, ale także młodszego z jej braci, Raine'a, który uciekł z francuskiego 
więzienia i wrócił na wyspę w tajemnicy przed wszystkimi, z wyjątkiem Gunny i 

background image

samej Fii.

Raine i Favor zniknęli z Rumieńca Ladacznicy w noc pożaru. Pobrali się 

wkrótce   potem.   Favor  nigdy   nie  wspominała   Thomasa   w   listach,   podobnie  jak 
Raine czy Ashton.

Po raz pierwszy zastanowiła się, czy wdała się w mądrą grę. Pozwoliła się 

porwać, ponieważ przyjęła, że wie dokładnie, do czego zdolnyjest Thomas, i uznała 
za pewnik, że sama jest zdolna do czegoś więcej niż on. Fia zawsze uważała, że w 
każdej   sytuacji   jest   osobą   najbardziej   bezwzględną.   I   z   pewnością   najbardziej 
niebezpieczną.

Czerpała z tego, jeśli nie pociechę, to przynajmniej poczucie swobody. Jeśli 

rzeczywiście nikt na świecie nie miał mniej skrupułów niż ona, to przynajmniej 
wiedziała, co ją może spotkać. Patrząc jednak na ciemną, surową twarz Thomasa, 
odkryła, że nie potrafi ocenić mocy jego gniewu, ani powiedzieć z całą pewnością, 
co   za   chwilę   zrobi.   Wydawał   się   bliski   zabicia   marynarza   –   tylko   dlatego,   że 
nieszczęsny głupiec przerzucił jej kufer przez burtę.

Thomas odezwał się nagle, jakby wbrew swej woli:

– Jestem panem tego statku. Stanowię tu prawo. Tam również. – Wskazał 

głową ląd. – Stanowię o zasadach i pilnuję, aby ich przestrzegano. W taki sposób, 
jaki uważam za stosowny.

Zaschło jej w ustach.

– Do diabła! Nie patrz tak na mnie. Rób, co mówię, a…

– Nie skończę ze złamanym karkiem? – podpowiedziała; wbrew temu, co 

zamierzała osiągnąć, jej głos nie brzmiał zbyt dzielnie.

W jednej chwili jego oczy z płonących stały się zimne jak lód.

– Tak. Może cię oszczędzę. Może. A teraz chodź tu. Opuszczę cię do łodzi.

Zmusiła się, żeby do niego podejść. Schylił się, ujmując ją za ramiona i pod 

kolanami, i podniósł bez wysiłku.

Trzymając   ją   wysoko   przy   piersi,   podszedł   do   burty   i   rzucił   rozkaz 

marynarzowi, żeby sporządził uprząż z grubej liny.

Nie mogła odwrócić wzroku od jego twarzy Jego oczy nie były szare, jak jej 

się wydawało, tylko bladoniebieskie z zielono-szarymi plamkami, ciemnymi jak 
sama wyspa.

background image

Zacisnął wokół niej ramiona.

– Szybciej! – krzyknął.

Marynarz   podał   sznurowe   siedzenie,   które   właśnie   ukończył,   i   Thomas 

posadził ją na nim.

– Trzymaj się liny – powiedział. – Będę na dole.

Puścił ją. Znalazła się z drugiej strony burty. Wciągnęła powietrze. Woda 

wydawała   się   daleko   w   dole;   jej   ciemna   matowa   powierzchnia   napełniała   ją 
przerażeniem. Odkąd, gdy była małą dziewczynką, jej matka spadła ze skały, nie 
mogła stanąć na wysokości i spojrzeć w dół. Zwłaszcza na wodę.

Zacisnęła   palce   na   linie,   aż   zbielały.   Serce   jej   łomotało,   w   głowie   czuła 

zamęt.

– Nie umiem pływać – usłyszała własne słowa.

– Nie będziesz musiała – zapewnił Thomas. Przeszedł przez burtę i powoli 

zsunął się po linie do łodzi, wydając rozkazy po portugalsku.

W chwilę później lina, na której wisiała, napięła się gwałtownie. Fia osunęła 

się o parę metrów, po czym zawisła w miejscu, podskakując. Zacisnęła powieki, 
obracając się jak bąk w uprzęży. Choroba morska wróciła, tym razem wzmocniona 
strachem.   Rozpłakałaby   się,   ale   gardło   tak   jej   wyschło,   że   nie   była   w   stanie 
wydobyć dźwięku.

Usłyszała, jak Thomas wydaje kolejny rozkaz. Przycisnęła czoło do liny, 

rozpaczliwie starając się skupić na oddychaniu. Nastąpił jakiś ruch, a potem nagle, 
w cudowny sposób, znowu znalazła się w jego ramionach, przywierając policzkiem 
do jego piersi, czując spokojny rytm jego serca.

Usiadł,   obejmując   ją   i   sadowiąc   na   swoich   kolanach.   Nadal   nie   mogła 

otworzyć   oczu.   Dręczył   ją   strach,   niedający   się   opanować   dziwaczny   lęk 
wysokości.

Poczuła, jak jego dłoń ostrożnie odsuwa włosy z jej twarzy Przemówił i łódź 

skoczyła   naprzód,   gdy   marynarze   nacisnęli   na   wiosła.   On   zaś   przeczesywał 
palcami jej włosy.

Minęło parę chwil, a on się nie odezwał, ona także milczała. Ciszę zakłócał 

jedynie plusk wioseł w wodzie.

– Boisz się morza.

background image

Zastanawiała się, czy wyprowadzić go z błędu, ale co dobrego by to dało? 

Może gdyby powiedziała mu, czego się boi, zdołałby… O czym ona myśli? Strach 
ją otumanił. Powiedziała mu, tak czy inaczej.

– Nie wody. Boję się być wysoko nad wodą – powiedziała słabym głosem, 

nie chcąc uwalniać się z jego objęć. Dlaczego, pomyślała gorzko, nie miała czerpać 
pociechy, skąd się dało? To było takie niezwykłe, że ją znalazła. Została zatem, 
czując się jak złodziej, czekała, kiedy ją odepchnie.

Nie zrobił tego.

– A więc to wysokość cię przeraża?

Skinęła głową. Nie kpił z niej. Nie śmiał się. Jego ramiona nadal, bez żadnej 

wyczuwalnej zmiany, tuliły ją. Serce biło równym, niezakłóconym rytmem. Jego 
ciepło przenikało przez cienki batyst jej sukni i powoli, jak woskowa świeczka przy 
palenisku, rozluźniła się cała, poczuła, jak jej ciało miękkie i przylega do niego.

Tak   zagubiła   się   w   niezwykłej   przyjemności   tego   rzadkiego   spokoju,   że 

zabrało jej długie minuty, zanim zorientowała się, że rytm jego serca przyspieszył, 
a   szeroka   pierś   wznosi   się   i   opada   gwałtownie.   Wiedziała   dlaczego.   Nawet 
nieświadomie twarde męskie ciało reagowało na miękkość jej własnego ciała.

Powinna to wykorzystać. Ale gniew, który kazał jej poprzysiąc, że rzuci go 

na kolana, ulotnił się jakoś, mewy  skrzeczały na powitanie, a jedwabisty szum 
wody odbierał jej wszelką energię. I czuła się bezpiecznie. Naprawdę bezpiecznie.

Po   raz   pierwszy   w   swoim   dorosłym   życiu   Fia   zasnęła   w   ramionach 

mężczyzny.

Pragnął jej boleśnie.

Skuliła się na jego kolanach jak zmęczone kocię. Włosy opadły jej na twarz i 

ramiona. Rozchyliła wargi, przy każdym oddechu poruszało się parę kosmyków. 
Długie czarne rzęsy, które nadawały psotny wyraz niebieskim oczom, leżały teraz 
nieszkodliwie   na   bladych   policzkach,   na   ich   koniuszkach   trzęsły   się   brylanciki 
mgły.

Jedną dłoń zwinęła lekko pod brodą, drugą ręką objęła go, kiedy łódź się 

zakołysała mocniej na fali. Przez płótno koszuli czuł każdy z jej palców na swoich 
żebrach,   niczym   dotknięcie   rozgrzanego   żelaza,   tak   jak   czuł   jej   długie   uda   na 
swoich kolanach i miękką wypukłość pośladków.

Oderwał od niej wzrok, wypatrując  rozpaczliwie  we mgle  miejsca,  gdzie 

background image

mieli cumować. Musiało być blisko. Daj Boże, aby było blisko. Nie sądził, aby 
mógł   to   dłużej   wytrzymać,   Fię   przytuloną   do   niego,   zagubioną,   zmęczoną, 
wymagającą opieki i ochrony.

– Ląd przed nami, kapitanie! – zawołał Javiero.

Fia poruszyła się, a on przeklął w duchu marynarza za to, że ją obudził, choć 

przed chwilą modlił się o uwolnienie od słodkiej tortury trzymania jej. Nie chciał 
jednak jej stracić, ani dlatego, że się zbudzi, ani dlatego, że dotrą do lądu.

Otworzyła oczy, błyszczące i przytomne. Fia Merrick, oczywiście, nie mogła 

budzić się powoli, stopniowo wracając do przytomności. Odzyskiwała świadomość 
natychmiast,   mimo   najgłębszego   snu.   Ponieważ   –   zmarszczył   czoło,   gdyż   coś 
właśnie zrozumiał, wpatrując się w lśniące błękitne oczy spoglądające na niego 
przenikliwie i poważnie – inaczej byłoby to niebezpieczne.

background image

15

Fia obudziła się i stwierdziła, że Thomas się jej przygląda. Podniosła się z 

trudem, a on natychmiast posadził ją na ławce obok siebie. Któryś z marynarzy 
odezwał   się   i   Thomas   odpowiedział,   przerzucając   nogi   przez   krawędź   łodzi   i 
wskakując do głębokiej po pierś wody.

– Es mucho frio, si? – zapytał jeden z hiszpańskich marynarzy.

– Za mało, żeby ochłonąć – odparł Thomas po hiszpańsku. 

Marynarz zaśmiał się, rzucając jej dwuznaczne spojrzenie.

– Co powiedziałeś? – zapytała Fia.

– Powiedziałem, że woda jest bardzo zimna.

Kłamał. Domyśliła się tego po gniewnym spojrzeniu, jakie jej rzucił. Nie 

mogła jednak zmusić go do powiedzenia prawdy, a widząc uśmiechy pozostałych 
mężczyzn,   nie   wiedziała,   czy   chciałaby   ją   usłyszeć.   Przyzwyczaiła   się   do 
wulgarnych   żartów   i   choć   w   Londynie   uważała,   że   sama   prowokuje   podobne 
zachowanie, teraz nie zrobiła nic, żeby na to zasłużyć.

Inny marynarz przyłączył się do Thomasa. Razem złapali liny zwisające z 

burt i zaczęli płynąć w stronę brzegu. W połowie drogi do plaży wstali, zaparli się 
stopami w piasek i pociągnęli łódź, reszta załogi wiosłowała z zapałem.

Potem pozostali marynarze wyskoczyli z łodzi i wciągnęli ciężki kadłub na 

plażę.

– Witajcie! – odezwał się grzmiący głos ze szkockim akcentem.

Pomiędzy   skałami   ukazał   się   olbrzymi   mężczyzna.   Prowadził   kudłatego 

konia   zaprzężonego   do   starego   powozu.   Zabroniony   prawem   tartan   owijał   mu 
biodra i przepasywał luźną, nieokreślonego koloru koszulę.

Fia rozejrzała się. Wylądowali na cienkim półksiężycu plaży, u stóp stromej 

skały.   Potężne   kamienie   na   brzegu   zasłaniały   ją   od   strony   morza.   Wymarzone 
miejsce dla przemytników. Człowiek z koniem znakomicie pasował do tej roli. 
Wydawał się także jakby znajomy.

– Jamie! – krzyknął Thomas z radością. Szeroki uśmiech ukazał głębokie 

background image

dołki na policzkach.

Olbrzym zbliżył się i opadł na jedno kolano przed Thomasem. Rozczochrany 

ogon rudawych, przetykanych siwizną włosów opadł mu na spaloną słońcem szyję. 
Złapał dłoń Thomasa i przytknął ją sobie do czoła. Nawet z tej odległości czuła 
bijącą od niego woń. Zmarszczyła nos.

– Mój panie – mruknął mężczyzna – zbyt długo cię nie było. Witaj w domu.

Thomas roześmiał się wesoło i zaraźliwie.

–   Ach!   Jeśli   moja   nieobecność   skłania   taką   pogańską   bestię,   jak   ty,   do 

pokory,   to   wybiorę   się   w   podróż   dookoła   przylądka,   abyś   mógł   się   całkiem 
udomowić.

Fia   przyglądała   się   Thomasowi   zaskoczona.   Z   łatwością   przeszedł   na 

szkocki, silny i melodyjny akcent. Wiedziała, że Thomas jest w połowie Szkotem, 
ale nigdy nie słyszała, żeby mówił z akcentem z gór. Jego głos brzmiał naturalnie, 
tak naturalnie jak uśmiech, który wciąż opromieniał mu twarz.

–   Najsłabsza   wymówka,   jaką   w   życiu   słyszałem,   młody   rozrabiako   – 

powiedział Jamie – ale jeśli nie masz szacunku dla swojej pozycji, ja go mam. Nie 
powstrzymasz mnie od oddania czci mojemu wo…

Nie dokończył, ponieważ Thomas postawił mu but na ramieniu i pchnął do 

tyłu. Sapnąwszy ze zdumienia, Jamie usiadł, a potem, jęknąwszy chrapliwie, stanął, 
górując nawet nad wysokim Thomasem.

– Tommy, nie jesteś taki stary, żebym nie miał cię nauczyć szacunku dla 

starszych!

Thomas uśmiechnął się radośnie.

– Spróbuj, ty wielki, niedomyty koźle.

Marynarze,   ożywieni   zapowiedzią   walki,   ustawili   się   w   luźnym   kręgu. 

Gniew znikł nagle z poczerwieniałej twarzy olbrzyma; zastąpiło go podniecenie, 
podobnie jak u Thomasa. Pogładził w zamyśleniu brodę.

– Dwa upadki na trzy? Ramiona do ziemi?

Fia wpatrywała się w potężne, mięsiste  ręce Jamiego  i jego grube łydki. 

Zabiłby Thomasa.

– No cóż, to rozsądna propozycja.

background image

– Dla mnie nie jest rozsądna. – Dobry Boże, czy to jej własne słowa?

Obaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę, z równie zdumionym wyrazem 

twarzy, jakby nagle przemówiła łódź.

– Co to za dziewczyna? – Oczy Jamiego zrobiły się okrągłe ze zdumienia. – 

Matko Boża, nie mów, że wziąłeś narzeczoną! Boże, czekaliśmy na ten dzień…

– Nie –warknął Thomas. – To nie jest moja narzeczona. Ona jest…

– Jestem więźniem – dokończyła rzeczowym tonem Fia. Usiłowała wymyślić 

coś,   żeby   wyjść   z   tej   sytuacji   z   korzyścią   dla   siebie,   a   kosztem   Thomasa. 
Najwyraźniej ta góra brudnego mięsa darzyła go szacunkiem.

„Góra mięsa” gapiła się na nią przez dłuższą chwilę.

– Powiedz mi jedno – odezwał się w końcu Jamie ponurym głosem – czy to 

Angielka?

Thomas skinął głową z niewzruszonym wyrazem twarzy.

– Tak.

Jamie odetchnął z ulgą.

–   Wyrwałeś   cenną   sukę   z   angielskiej   psiarni,   co?   Dobrze   się   sprawiłeś, 

Tommy. Miałeś ją już?

– Nie!

Fia   ledwie   usłyszała   głos   Thomasa,   była   zbyt   zajęta   przyglądaniem   się 

Jamiemu.

– Może to i dobrze – powiedział. – Wygląda na taką damulkę, co częstuje 

kiłą, jak by mnie kto pytał.

– To wstrętne! – zawołała Fia z oburzeniem.

– Bądź cicho, Jamie! – ryknął Thomas, podchodząc do łodzi. – To jest… 

lady MacFarlane.

– MacFarlane? To nie jest angielskie nazwisko… 

Fia podniosła brodę.

– Przed zamążpójściem byłam…

background image

–   Nikogo   nie   obchodzi,   kim   byłaś   przed   zamążpójściem   –   przerwał   jej 

Thomas, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Mnie obchodzi – nie zgodził się Jamie. – Jeśli jej szuka szkocki mąż, lepiej 

żebym o tym wiedział.

– Nikt nie będzie jej szukać – powiedział Thomas.

Nie chciał tego, ale te słowa zakłuły ją jak igła.

– Jej mąż nie żyje. To był Szkot z nizin. – Odwrócił się do Fii i podniósł ją z 

ławki, na której stała.

–   Zatrzymamy   się   w   domu.   –   Słowo   „dom”   zaakcentował,   jak   jej   się 

wydawało, w szczególny sposób, tak szczególny, że słowa protestu zamarły jej na 
ustach. Podrzucił ją do góry, żeby ująć wygodniej. Objęła go ramionami za szyję, 
pewna, że ją upuści.

– W domu – powtórzył Jamie, wodząc spojrzeniem od Thomasa do Fii.

–  Tak.  I   dopilnuj,   żeby   pani  MacNab   pomogła   jej   we   wszystkim,   czego 

będzie potrzebowała.

– Nie potrzebuję twojej pomocy, ani pomocy twoich służących.

Thomas parsknął.

– O, tak. Jesteś bardzo zaradna. I tylko dlatego, że chciałaś mnie zatrzymać 

blisko przy sobie, codziennie zwracałaś obiad.

– Nieprawda! – Krew napłynęła jej do twarzy, a Jamie parsknął śmiechem. 

Usiłowała odzyskać przewagę w jedyny sposób, jaki znała. – Ale – jej glos opadł 
oktawę niżej, stał się gardłowym pomrukiwaniem – może i chciałam, żebyś był 
blisko mnie. – Przesunęła palcami po jego piersi, zanim zadała ostateczny cios. – 
Wiele na tym zyskałam.

Jamie   roześmiał   się   głośno,   kącik   ust   Thomasa   drgnął   w   tłumionym 

uśmiechu.

– Wygadana ta twoja angielska dama – powiedział Jamie.

Nie całkiem angielska, pomyślała Fia. Była w części Szkotką – urodzoną i 

wychowaną tutaj. Ta właśnie jej część chciała zaprzeczyć temu, co mówił Jamie, 
chociaż sama nie wiedziała, dlaczego. Nigdy ani myślą, ani słowem czy czynem 
nie   wiązała   się   z   żadnym   ludem.   Zawsze   była   córką   Carra.   Ale   tutaj,   teraz… 

background image

Przesunęła   wzrokiem   po   czarnych   skałach   wybrzeża,   w   kierunku,   gdzie,   jak 
sądziła, powinien znajdować się Rumieniec Ladacznicy. Chciała zobaczyć, gdzie 
kiedyś stał.

– Tak. Wygadana, ale starczy jej rozumu, będzie ostrożnie używać języka, 

bo inaczej sama go sobie utnie jakimś ostrym słówkiem – rzekł Thomas.

Wiedziała, co miał na myśli. Wydawało się, że tutaj także to, kim i czym 

była, dało się ująć słowami „córka Carra”, ponieważ Thomas wyraźnie ostrzegał ją, 
żeby nie ujawniała swojego związku ze znienawidzonym Piekielnym Hrabią.

Znienawidzonym nie  bez  powodu w  tej dalekiej  krainie. Każdy  Szkot  w 

promieniu   czterdziestu   kilometrów   od   Wyspy   McClairenów   został   czegoś 
pozbawiony przez jej ojca. Wielu zapłaciło za opór życiem.

– Nie jestem głupia – zapewniła go szeptem.

–   Dobrze.   –   Podniósł   głos.   –Jamie,   wrzuć   kufer   i   torbę   na   tył   powozu. 

Odwiozę naszego gościa do dworu.

– Do dworu? – Jamie uniósł brwi. – Ale musisz zobaczyć…

– To poczeka – odparł Thomas.

Olbrzym nie protestował. Uznawał autorytet młodszego mężczyzny i był mu 

posłuszny. Podniósł  bagaż, który  marynarze złożyli na  piasku,  i wrzucił go do 
powozu. Thomas nadal trzymał Fię w ramionach, najwyraźniej zupełnie o tym nie 
pamiętając.

To   podrażniło   jej   dumę.   Mężczyźni,   którzy   trzymali   Fię   Mer-rick   w 

ramionach, nigdy o tym nie zapominali.

– Mogę stać.

– Piasek jest grząski, a twoje buciki cienkie, poza tym jesteś słaba jak kociak.

– Zapewniam cię – spojrzała na niego przez gęstwinę rzęs – że mam dość 

siły na wszystko, czego możesz… się domagać.

–   Przestań   –   powiedział,   jakby   mówił   do   przedwcześnie   rozwiniętego 

dziecka.

Zatrzepotała powiekami.

Usadowił ją bezceremonialnie na wąskim siedzeniu, po czym sam wcisnął 

się obok niej.

background image

– Jamie?

Rudowłosy diabeł pokręcił głową.

– Nie. Mam tu robotę. Zobaczymy się rano. – Mówiąc to, klepnął kucyka po 

zadzie i odsunął się, podnosząc rękę w geście pożegnania, z wyrazem niepewności 
na wielkiej twarzy.

Thomas   poprowadził   krzepkiego   konika   krętą   dróżką   na   górę,   a   potem 

skierował   go   w   głąb   lądu.   Fia   wykręcała   szyję,   ale   nie   była   w   stanie   przebić 
wzrokiem   gęstej   mgły.   Wyspa   McClairenów   ukryła   się   przed   jej   wzrokiem. 
Wkrótce o bliskości morza świadczył jedynie zapach soli i odgłos fal, z każdą 
chwilą coraz słabszy.

Dalej na lądzie gęsta zasłona mgły podniosła się, chociaż niebo całkiem się 

nie  przetarło.  Fia wciągała  głęboko  czyste,  wilgotne  powietrze. Rozglądała   się, 
chłonąc widoki i dźwięki, które były zarazem znane i zaskakujące, jak dźwięki 
zgubionej w dzieciństwie i odnalezionej po latach pozytywki.

Każdy zakręt drogi mógł nieść słodkie i bolesne wspomnienia. Gdzieś tu w 

pobliżu wpadła na swojego brata, Raine'a i jego śliczną Favor, którzy uciekli z 
pikniku.   Favor   była   zmieszana   i   zaczerwieniona,   Raine   zły   i   gotów   bronić 
dziewczyny.

W   tej   kępie   drzew   dziesięć   lat   wcześniej   znalazła   małego   króliczka   w 

potrzasku. Wiedziała, że jeśli go uwolni, jakaś szkocka rodzina pójdzie tej nocy 
spać głodna, ale stworzonko było takie maleńkie, a jego piski takie żałosne. Gunna 
pomogła jej się nim opiekować, aż całkiem wydobrzał. Wypuściła go… właśnie 
tam!

Wspomnienia rozwiały się szybko, kiedy wyjechali poza miejsce, do którego 

ośmieliła się wyprawić jako dziecko. Wkroczyli na terytorium niebezpieczne dla 
każdego, kto był związany z Carrem, zwłaszcza dla jego „ukochanej córki”.

Jednak obcość ma swoje uroki i Fia obserwowała zmieniający się krajobraz z 

zainteresowaniem.   Widoki   tak   ją   zajęły,   że   postanowiła   odłożyć   na   później 
uwodzenie Thomasa Donne'a. Poza tym po raz pierwszy nie była wcale pewna, jaki 
powinien być kolejny krok. To, że go dotykała, nie powaliło go na kolana.

Podróżowali w milczeniu przez godzinę, aż w końcu Thomas się odezwał. 

Słońce   poddało   się   i   przestało   przebijać   przez   ciemną   pokrywę   chmur;   mrok 
wieczoru ogarniał powoli ziemię.

– Imię Merricków jest przeklęte w tych stronach – powiedział ostrzegawczo. 

background image

– We dworze są tacy, którzy pamiętają też imię córki hrabiego Carra, nie mów 
więc „Fia” nawet szeptem.

–   Zwykle   nie   zwracam   się   do   siebie   w   trzeciej   osobie   –   powiedziała 

uprzejmie, a on spojrzał na nią z niepokojem.

– Oczywiście, że nie. Jakże to głupio z mojej strony. 

Postanowiła wykorzystać okazję.

– Nie jesteś głupi, tylko oszukujesz sam siebie. 

Zmarszczył czoło i szarpnął lejce.

– Jak to?

–   Szlachetne   ratowanie   twojego   przyjaciela   Bartona   –   powody,   które 

podajesz, to oszukiwanie samego siebie.

– Masz prawo tak myśleć – oświadczył sztywno.

– Poza tym – pozwoliła, aby kołysanie powozu przysunęło ją lekko do jego 

biodra i uda – czy pomyślałeś choć przez chwilę, że James może nie chce, aby go 
ratowano?

– Jestem pewien, że nie chce – przyznał ze smutkiem. Ten drobny sukces 

przyspieszył bicie jej serca.

– Ale to nie ma znaczenia.

– Nie.

Położyła delikatnie dłoń najego udzie. Mięsień pod jej palcami stwardniał 

jak żelazo.

– Sądzę, że wyrządzasz Jamesowi wielką krzywdę. On jest w stanie oprzeć 

się pokusie. – Odczekała chwilę, ale on wpatrywał się w zrytą koleinami drogę. – A 
ty?

Zerknął na nią z ukosa, krzywiąc wargi.

– Lady Fio, zechciej może przestać? To się robi kłopotliwe. Dla nas obojga, 

jak mniemam.

Oderwała rękę, jakby się oparzyła, i spojrzała na niego okrągłymi oczami.

Zwrócił oczy z powrotem na drogę, zanim się odezwał.

background image

– Doceniam to,  że uważasz  moją   biedną osobę   za wyzwanie  dla  swoich 

kobiecych   wdzięków.   I   że   pragniesz   udzielić   mi   lekcji,   aby   uzyskać   jakieś 
zadośćuczynienie   za   upokorzenie,   na   jakie,   twoim   zdaniem,   cię   naraziłem. 
Przyznaję nawet, że na twoim miejscu, zrobiłbym pewnie to samo, choć innymi 
środkami. Mówiąc wprost, moja droga, będziesz musiała znaleźć inny sposób, żeby 
mnie ukarać.

Zamrugała oczami.

–   Jedną   z   oznak   dojrzałości   –   ciągnął   już   swobodniejszym   tonem   –   jest 

umiejętność godzenia się z faktami, których nie da się zmienić, i dopasowywania 
do   nich   swoich   oczekiwań   i   celów.   Niezależnie   od   twojej   urody,   od   tego,   jak 
śliczna jest twoja buzia i kuszące ciało, nie zdołasz mnie uwieść.

– Nie byłabym taka pewna – mruknęła gniewnie.

Mówił dalej, jakby jej nie słyszał.

– Chociaż możesz rozważyć wbicie mi noża między żebra. Jakkolwiek – 

skłonił   skromnie   głowę   –   wątpię,   aby   w   tym   przedsięwzięciu   bardziej   ci   się 
powiodło.   Poza   tym,   gdybym   umarł,   nic   by   już   nie   stało   pomiędzy   tobą   a 
miejscową ludnością, a oni tak nienawidzą Anglików. Nie, lepiej mnie nie zabijaj.

– Nie będę brudzić sobie rąk.

– Nie? Od kiedy to Merrickowie mają takie skrupuły?

Znowu to samo. Thomas wie o jakiejś straszliwej zbrodni popełnionej przez 

Carra. Cóż, Carr popełnił straszliwe zbrodnie. Właściwie wiele zbrodni. Fia jednak 
miała   wrażenie,   że   Thomas   mówi   o   sobie.   To   było   dziwne.   Nie   przypominała 
sobie, żeby wśród papierów ukrytych w bibliotece ojca natknęła się na dokument 
opatrzony nazwiskiem Donne. Inna sprawa, że miała w ręku ów pakiet tylko raz i 
szukała wtedy innych rzeczy.

– Zechciej zastanowić się nad tym przez czas jakiś. To ci zapewni zajęcie, 

kiedy mnie nie będzie.

–   Nie   będzie?   –   Takiego   przebiegu   zdarzeń   nie   brała   nawet   pod   uwagę, 

skrzywiła się więc, zaskoczona. – Po prostu zostawisz mnie w tym swoim domu?

– Tylko w dzień.  Będę wracał na  noc. Podjąłem pewną pracę na swojej 

ziemi. Chciałbym zrobić jak najwięcej, zanim… wrócimy do Londynu.

– A kiedy to nastąpi?

background image

– Za kilka tygodni – odparł Thomas, notując w pamięci, że musi wracać do 

domu   późną   nocą,   kiedy   Fia   będzie   już   leżeć   w   objęciach   Morfeusza.   Lepiej 
Morfeusza niż jego. Tak, niech biedny bóg snu spróbuje oprzeć się Fii wtedy, kiedy 
postanowi, że jest nieodparcie ponętna.

Thomas patrzył prosto przed siebie. Dzięki temu oraz dzięki udawaniu, że 

nie w smak mu zaloty Fii, udawało mu się trzymać na wodzy pożądanie. Jakże 
żałosne były to sposoby.

Nie będzie  potrzebowała  nawet  jednego  dnia, żeby  odkryć, że  wystarczy 

odrobina   wytrwałości,   a   jego   obrona   załamie   się   jak   domek   z   kart.   Mimo 
buńczucznych   zapewnień   i   niezwracania   uwagi   na   jej   wdzięki,   przez   ostatnie 
godziny przeżywał piekielne męczarnie – i ciała, i ducha.

Jedyne wyjście to unikać jej towarzystwa.

A może powinien się poddać – czy to byłoby takie straszne? Jeśli w ten 

sposób chciała go ukarać, a on nie tylko pragnął, ale marzył o tym, żeby tę karę 
ponieść, czemu nie miałoby tak być? Zacisnął zęby. A jeśli okaże się, że nie dość 
tego?   Już   teraz   wydawała   mu   się   czymś   w   rodzaju   egzotycznego   narkotyku, 
śmiertelnego, fascynującego, uzależniającego.

A była córką Carra.

Ta myśl naszła go znienacka. Na krótko o tym zapomniał. Jakże to możliwe?

– Czyj to dom? – zapytała, przerywając jego zamyślenie.

Pokonali porośnięte sosnami wzniesienie, zza którego wyłonił się skromny 

dworek. Surowość szarego kamienia łagodziło dzikie wino, pnące się przy wąskich, 
ozdobnych oknach. Na dole było jasno. Kiedy podjechali, drzwi otworzyły się i 
ktoś stanął w prostokącie żółtego światła.

– Kto tam? – zawołał młody głos.

– To ja, Thomas!

– Jaki Thomas? – zapytał młodzieniec, przykładając strzelbę do ramienia i 

celując w nich. Przeklęty chłopak!

Thomas spojrzał na Fię. Nie chciał jej mówić. Jeszcze nie. Może nigdy. Ale 

jakie to miało znaczenie? Jej ojciec złoży władzom doniesienie, kiedy tylko stanie 
się jasne, że Thomas nie dotrzymał swojej części umowy. Podniósł się na wozie.

– Jestem Thomas McClairen. Twój wódz.

background image

16

– Co powiedziałeś? – zapytała Fia.

Thomas ściągnął wodze, po czym pozwolił zmęczonemu koniowi potruchtać 

na podwórze koło domu.

– Thomas McClairen – odparł, nie patrząc na nią.

– Syn Colina McClairena? – zapytała zdumiona. Colin McClairen wyjechał 

podczas  powstania  w  czterdziestym  piątym,  zostawiając   dwóch  synów,  Johna  i 
Thomasa, pod opieką swego starszego brata, lana, wodza klanu McClairenów. Gdy 
wrócił z dalekiego świata, łan nie żył, zabity pod Culloden, jego żona zmarła przy 
porodzie,   on   sam   został   nowym   wodzem   klanu,   a   jego   synów   powieszono   za 
zdradę.

Tak, w każdym razie, zawsze Fii mówiono. Ale teraz… Przyglądała się jego 

profilowi; w jego śmiałych rysach dostrzegła nieugiętego ducha szkockich górali. 
Znała  go  tak  długo  i  nigdy   nic  nie  podejrzewała,  ale   teraz   wszystko   nabierało 
sensu. Przybył na Wyspę McClairenów incognito, szukając zemsty, i niemal udało 
mu się zemścić na jej bracie, Ashtonie, jeśli nie na samym Carrze.

Ogarnął ją strach. Czy była pionkiem w toczącej się od dziesięcioleci grze 

między nim a jej ojcem?

– Nie powiesili cię – szepnęła.

Jego twarz rozjaśnił na krótką chwilę uśmiech, nagły jak błyskawica.

– Nie. Oszczędzili mi losu starszego brata ze względu na młody wiek. Nic 

dziwnego, że o tym nie wiesz. Czemu miałabyś się kłopotać dociekaniem, co stało 
się z tymi, których ziemie i domy ukradł twój ojciec?

– Myślałam, że wszyscy nie żyją. Wszyscy McClairenowie – powiedziała. 

Carr   twierdził   z   diabelską   radością,   że   wykorzenił   ze   Szkocji   wszystkich 
McClairenów.   Przeoczył jednak  co  najmniej  jednego…  – Jeśli   jesteś  naprawdę 
Thomasem McClairenem, to znaczy, że Favor…

– Także jest z rodu McClairenów. Tak.

– Raine wie.

background image

– Myślę, że tak, ale nie wiem tego na pewno.

Czyżby   zemsta   Thomasa   McClairena   nie   dotyczyła   Raine'a?   Dlatego,   że 

ożenił się z jedyną żyjącą krewną Thomasa, jego młodszą siostrą?

Thomas zeskoczył na ziemię i podszedł do konia. Gordie zbiegł po schodach.

– Teraz już nie musisz tracić czasu, zastanawiając się nad rodzajem zemsty. 

Merrickowie   mogą   się   wspaniale   zemścić,   moja   miła.   Gdy   tylko   wrócisz   do 
Londynu, możesz donieść władzom, że Thomas McClairen wrócił na angielską 
ziemię.

Spojrzała   na   niego   zaskoczona.   A   więc   zastanawiał   się,   jaką   zemstę   mu 

szykuje? Strach zaczął ustępować.

– Możesz mnie przecież zabić – powiedziała cierpko. 

Skrzywił się z niesmakiem.

– Nie jestem Carrem.

Oczywiście. Nie był. Strach ulotnił się całkowicie. Cmoknął cicho, z dziwnie 

gorzkim wyrazem twarzy.

– Jeśli jednak chcesz się zemścić, musisz się pośpieszyć, zanim twój ojciec 

cię uprzedzi.

– Carr wie, kim jesteś? – Niemożliwe. Carr kazałby aresztować Thomasa 

wiele   lat   temu.   Nie   miał   powodu,   żeby   oszczędzić   męskiego   potomka   niegdyś 
dumnego klanu, który Carr zdecydował się zniszczyć.

–  Tak.  Latami   trzymał   tę  wiedzę   dla   siebie,   ale   nie  zamierza   robić  tego 

dłużej.

– Dlaczego?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – zapytał Thomas bezbarwnym głosem.

Jeśli Thomas sprowadził ją tutaj nie po to, żeby zranić Carra, jeśliistotnie 

chciał uchronić Jamesa od jej wpływu, jeśli rzeczywiście nie chciał zrobić jej nic 
złego, miało to ogromne znaczenie. Dla niej.

Me   jednocześnie   z   uświadomieniem   sobie   tej   prawdy   zrozumiała,   jakim 

szaleństwem byłoby powiedzieć o tym Thomasowi. Nie należy wydawać własnych 
uczuć… na łaskę drugiego człowieka.

background image

Ponieważ nic nie odpowiedziała, Thomas przywiązał konia i przeszedł na tył 

powozu.   Ściągnął   jej   kufer   i   walizę,   rzucając   najpierw   jedno,   potem   drugie 
młodemu człowiekowi, który z otwartymi ustami przyglądał się swojemu wodzowi.

Młodzieniec   był   od   Thomasa   niższy   o   głowę.   Jasne   włosy   miał 

rozczochrane,   spodnie   poplamione,   koszulę   podartą   przy   mankietach   ale   twarz 
dosyć czystą. Fia dostrzegła w każdym razie piegi pokrywające zadarty nos.

– Zabierz to na górę, Gordie. Lady MacFarlane zajmie pokój narożny.

– Tak, tak, panie. Tak mówił Tim Gowan, kiedy przyszedł z wiadomością od 

Jamiego. – Gordie schylił głowę i zarzucił sobie z jękiem kufer na wąskie ramiona. 
Spojrzał na gościa swojego wodza – w jego oczach pojawił się niekłamany podziw. 
Uśmiechnął   się   całą   gębą.   Może   Gordie   nie   był   aż   taki   młody,   jak   jej   się 
początkowo wydawało.

– Uważaj, żebyś się nie poślizgnął w kałuży własnej śliny, Gordie- b urknął 

Thomas obojętnym głosem. Chłopak zaczerwienił się. Odszedł ze swoim ciężarem, 
powłócząc nogami.

– Zostaw chłopca w spokoju, Fio.

– Nie mam zamiaru…

– Oszczędź mi zaprzeczeń. Ostrzegam cię, Fio. Jest tylko tym, kim jest, to 

znaczy chłopcem.

– Nieprawda. Jest prawie w moim wieku – odparła.

Thomas obruszył się gniewnie.

–   Lata   mają   niewiele   wspólnego   z   wiekiem,   w   każdym   razie   w   twoim 

wypadku, lady MacFarlane.

Miał  rację, ale  fakt,  że  powiedział  na  głos to,  co  sama   o sobie  myślała, 

sprawił jej niespodziewany ból.

– Nie chciałem cię urazić.

Podniosła głowę. Podszedł bliżej. Patrzył poważnie i z troską.

– Wybacz. To było nieuprzejme.

– Ale prawdziwe? – Próbowała się uśmiechnąć, co wypadło blado. Uśmiech 

znikł.

background image

Spojrzał jej prosto w oczy.

– Tak. – W jego głosie brzmiał żal i to zabolało ją jeszcze bardziej.

–   Nieważne   –   powiedziała   z   ożywieniem,   ale   kiedy   jej   nonszalancja   nie 

starła wyrazu litości z jego twarzy, zdumienie przewyższyło ból. – Dziwny jesteś, 
Thomasie. Wykradasz mnie z domu, a potem przepraszasz – nie za porwanie, ale 
za to, że w przeszłości pozbawiono mnie dzieciństwa.

– Ktoś, do diabła, powinien za to przeprosić – powiedział z gniewem.

Wstrzymała   oddech.   Ich   oczy   spotkały   się   i   czuła   wyraźnie,   że   mówił 

szczerze, choć żałował, że w ogóle to powiedział. Zwilżyła wargi koniuszkiem 
języka, bo czuła się niepewnie i niezręcznie, choć dotąd oba te uczucia były jej 
obce. Zdumiewał ją. Raz czuła w jego słowach smak trucizny, innym razem bronił 
jej i ją wspierał.

Zastanawiała się właśnie nad tym, usiłując bez powodzenia dojść do jakichś 

wniosków, kiedy Thomas podszedł z boku i bezceremonialnie zdjął ją z wozu. 
Trzymał ją chwilę dłużej, niż to było konieczne, po czym postawił na ziemi.

–   Chodź   –   mruknął.   Nie   czekając,   obszedł   róg   domu   i   wspiął   się   po 

schodkach. 

Fia poszła za nim. Dom wewnątrz wyglądał tak, jak zapowiadała surowa 

fasada. Był dobrze utrzymany, choć nie wydawał się bardzo czysty. Kurz pokrywał 
parę   mebli   w   holu,   kamienne   płyty   podłogi   domagały   się   miotły.   Z   ozdobnej 
balustrady   schodów   na   dole   zwieszała   się   pajęczyna,   a   gruby   pająk   spokojnie 
przędł dalej swój dom.

– No, to jesteśmy. Tu… – Thomas zmarszczył brwi.

– Tu jest brudno – dopowiedziała Fia. – Przyprowadziłeś mnie do brudnego 

domu na pustkowiu.

To był błąd. Thomas przeszedł na pozycje obronne.

– Cóż, przykro mi, że to nie pachnący kadzidłami buduar z łożem z płatków 

róż i służącymi w jedwabnych turbanach, którzy chłodziliby cię wachlarzami ze 
strusich piór, czy też robili coś, co zwykle się robi tam, dokąd zabierają cię biedni 
głupcy, na których rzucasz swoje czary.

Czary?   Jego   wyobraźnia   przerosła   wszelką   rzeczywistość.   Rzekomi 

„kochankowie”   byli   wytworem   wyobraźni   innych   mężczyzn   –   do   czego, 

background image

przyznawała   sprawiedliwie,   sama   ich   zachęcała.   Sądziła,   że   przywykła   do 
podobnych… głupstw. Ale nie oczekiwała ich z tego akurat źródła.

Co   więcej,   nie   wiedziała   właściwie,   czego   się   po   nim   spodziewać. 

Niepewność   wynikająca   z   odkrycia,   że   jest   Thomasem   McClairenem,   tylko 
pogorszyła sytuację. Czy był wrogiem? Jeśli tak, to czyjej wrogiem, czy wrogiem 
jej ojca? Czy chronił przyjaciela? Chciał pomścić rodzinę? Nie wiedziała i dlatego 
nie   miała   pojęcia,   jak   się   zachowywać,   reagowała   więc   bez   zastanowienia,   co 
niemal nigdy jej się nie zdarzało.

Podniosła wyżej brodę, spojrzała wyniośle, zadzierając lekko krótki, prosty 

nos, i oznajmiła przeciągle:

– Jestem uczulona na pióra. Wolę liście palmowe. Ale płatki róż są bardzo 

przyjemne.

Przypominało to drażnienie kijem pantery i rzeczywiście, na jego policzkach 

wykwitły czerwone plamy.

– Nie będzie płatków, lady MacFarlane, a co do tego, że jest tu brudno…

–   Jak   w   chlewie.   –   Pociągnęła   nosem,   wiedząc   doskonale,   że   jest 

niesprawiedliwa.

– Jak w chlewie… Dzięki temu będziesz miała co robić w dzień.

Jej dumna mina zrzedła.

– Nie mówisz poważnie – szepnęła.

–   Jak   najbardziej   –   odparł   pozornie   beztrosko.   –   Nie   zatrudniam   stałej 

służby.   Zbyt   rzadko   korzystam   z   tego   domu.   Tylko   stróż   i   jego   żona,   która 
zamiata…

– Raz na dwa lata?

Nie zwrócił na to uwagi.

– Zamiata, zmienia pościel i wietrzy pokoje. Sądzę, że można ją przekonać, 

żeby gotowała – przy odpowiedniej zachęcie. I – spojrzał na nią przymrużonymi 
oczami –jeśli jej nie obrazisz.

– Nie obrażę? – spytała Fia. – Drogi panie, przywykłam do tego, że służba 

martwi się o to, żeby mnie nie obrazić, a nie odwrotnie.

–   Zatem   –   odparł,   stopniowo   podnosząc   głos   –   sądzę,   że   nadeszła 

background image

odpowiednia pora, żebyś zaczęła się o to martwić, bo jeśli wypróbujesz tę wyniosłą 
pozę księżnej pani na Szkotce, skończysz, przyrządzając sama sobie jagły, ty mała 
zepsuta czarownico!

Miał rację. Przeszło piętnaście lat niezbyt czułej opieki Gunny zapoznało Fię 

z   charakterem   szkockich   górali.   A   zwłaszcza   góralek.   Nie   zamierzała   jednak 
przyznać się do tego Thomasowi.

– Hm.

Uśmiechnął   się.   To   mruknięcie   mogło   być   tylko   wyrazem   złości   –   nie 

ustąpiła mu przecież ani na milimetr.

– Miotły są w kuchni.

– Doskonale – odparła słodkim głosikiem. 

Uniósł brwi.

– Zaraz wymówię zaklęcie i polecę z powrotem do Londynu. My, zepsute 

czarownice, robimy takie rzeczy.

Parsknął śmiechem. Patrzyła na niego ze zdumieniem, które szybko przeszło 

w   fascynację.   Tak   pięknie   mrużył   oczy,   na   policzkach   znów   pokazały   się   te 
zniewalające dołeczki.

Uśmiechał się szeroko, ze szczerym rozbawieniem; zęby miał równe i białe. 

W bladoniebieskich oczach pojawiły się srebrne iskierki.

Potem   śmiech   powoli   zamarł   mu   w   gardle.   W   pokoju   zapadła   pełna 

oczekiwania cisza.

Ściągnął brwi, ale nie w gniewie, lecz ze zdumienia. Srebrne iskierki w jego 

oczach pociemniały. Widziała, jak u nasady szyi pulsuje mu żyła. Jej usta zadrżały 
i już miała coś powiedzieć…

– Sypialnia gotowa! – zawołał Gordie ze szczytu schodów.

Fia odskoczyła. Jak to się stało, że stała tak blisko Thomasa?

Krzywił się teraz, najwidoczniej równie zmieszany, jak ona.

– Panie?

– Tak, Gordie. Dziękuję. Lady MacFarlane, proszę. – Przepuścił ją pierwszą. 

Na górze Gordie zaprowadził Fię na koniec wąskiego korytarza. Otworzył ostatnie, 

background image

zbite z desek drzwi i cofnął się, pozwalając jej wejść.

Rozejrzała   się   bez   entuzjazmu.   Pokój   zawierał   dziwaczną   i   zupełnie 

niepasującą do siebie kolekcję mebli. Ogromne dębowe łoże z baldachimem stało 
pośrodku   pokoju;   ponure,   burego   koloru   odsunięte   kotary   ukazywały 
nieprawdopodobnie czerwoną kołdrę. Obok ustawiono delikatną toaletkę z drewna 
wiśniowego z lustrem i ławeczką zdobną w rzeźbione głowy gryfów. Dwa zielone 
krzesła umieszczono po obu stronach kominka, w którym palił się torf

Nie sądziła, żeby miała spędzać w tym pokoju wiele czasu.

–   Mam…   mam   nadzieję,   że   ci   się   podoba,   pani?   –   odezwał   się   Gordie 

nieśmiało, splatając dłonie i przestępując z nogi na nogę, wyraźnie onieśmielony 
tym, że wszedł do pokoju damy.

– Podoba? – powtórzyła. Już miała parsknąć śmiechem i powiedzieć coś 

złośliwego na przykład, że zły sen bardziej by się jej spodobał, kiedy coś zwróciło 
jej uwagę. Ktoś zerwał bukiecik żółtych kwiatów i postawił je na parapecie. Tym 
kimś był z pewnością Gordie.

Prawdopodobnie to jemu właśnie przypadło zadanie umeblowania pokoju w 

związku   z   jej   przyjazdem.   Wystrój   stanowił   dzieło   jego   natchnienia   i   teraz, 
rozglądając się, zrozumiała, że zgromadził najpiękniejsze i najrzadsze przedmioty 
w całym domu – niezależnie od tego, czy pasowały do siebie, czy nie. W innym 
pokoju – z inną ławeczką – toaletka wyglądałaby ślicznie. A wschodni parawan w 
kącie pokoju był naprawdę dziełem sztuki.

Podobnie, jak te żółte kwiaty. Odwróciła się, z serdecznym uśmiechem.

– Z pewnością będzie mi tu bardzo dobrze.

Chłopiec odetchnął i uśmiechnął się radośnie.

– Jestem szczęśliwy, że ci się tu podoba, pani. Jamie wysłał chłopaka, który 

gnał, jakby sam diabeł deptał mu po piętach, żeby dać znać, że przyjeżdżasz razem 
z wodzem. Zrobiłem, co się dało, w tak krótkim czasie.

– Skoro wiedziałeś, że przyjeżdżam, dlaczego chciałeś do nas strzelać? – 

zapytał Thomas ze zdziwieniem.

– A jak by to wyglądało, gdybyś przyjechał, a ja nie pilnowałbym domu? 

Pomyślałbyś, że marny ze mnie strażnik! – odparł Gordie z niezachwianą logiką. – 
Widziałaś kwiaty, pani? – Wskazał na wazon.

background image

– Są piękne – odparła szczerze. – Nigdy takich nie dostałam.

– Tak było w istocie. Zasypywano ją różami i tulipanami, ale nikt nigdy nie 

dał jej zwykłego, polnego kwiatka.

– To kaczeńce   i to  już ostatnie  –  oznajmił  Gordie  z dumą.   – Późno  się 

pokazały w tym roku, ale pamiętałem, gdzie jeszcze kwitną, i kiedy rozmawiałaś z 
wodzem, wymknąłem się i poszedłem po nie. Pewnie zastanawialiście się, gdzie się 
podziałem, co?

–   O   tak   –   skłamała   Fia,   zerkając   w   stronę   Thomasa,   który   stał   dziwnie 

milczący i zamyślony. – Prawda?

Dlaczego   patrzył   na   nią   w   ten   sposób?   Nie   prowokowała   chłopca   ani 

słowem, a jednak znowu przybrał ponurą minę.

Ten człowiek naprawdę powinien nauczyć się częściej śmiać. Tak pięknie się 

śmieje. Ironia losu, która sprawiła, że ona, Fia Mer-rick, zarzucała komuś, że jest 
zbyt   poważny,   wywołała   uśmiech   na   jej   twarzy   –   skierowany   do   Thomasa. 
Zamrugał oczami, przygnębienie przeszło teraz w zdumienie.

– Prawda, panie?

– Co? – zapytał, otrząsając się z zamyślenia. – Tak. Zastanawialiśmy się, 

gdzie   się   podziałeś.   Teraz   wiemy.   Chodź,   Gordie.   Lady   MacFarlane   zechce   z 
pewnością przebrać się i przygotować do kolacji.

– Do licha, założę się, że tak – zgodził się skwapliwie Gordie, przypominając 

jej tym pośpiechem, że musi być brudna i niezbyt ładnie pachnąca.

Spojrzała w dół. Koronkowe obszycie stanika poszarzało, pierś przecinała 

brudna smuga. Niegdyś sztywne brokatowe spódnice zwisały żałośnie z obręczy 
halki.   One   także   były   brudne   i   poplamione,   nie   chciała   się   nawet   zastanawiać 
czym. Co do twarzy i włosów… Cieszyła się, że nie spojrzała w lustro na toaletce.

–   Chętnie   bym   się   wykąpała.   Skąd   mogę   wziąć   wanienkę   pokojową?   – 

zapytała.

–   Wanienkę   pokojową?   –   powtórzył   niepewnie   Gordie,   wywołując   u   Fii 

podejrzenie, że znajomość chłopaka z wannami, pokojowymi, czy nie, była mocno 
ograniczona.

– Napełnij wodą wielki gar nad paleniskiem – polecił Thomas Gordiemu – i 

zagrzej ją. Kiedy będzie gorąca, przynieś ją do pokoju pani.

background image

– A co z nią potem zrobię? – zapytał Gordie.

Thomas parsknął zniecierpliwiony.

– Opróżnię beczkę na deszczówkę z podwórka i przyniosę tutaj. Przelejesz 

do niej wodę.

– Mam się kąpać w beczce? – zapytała Fia.

– Nie  obchodzi  mnie,  czy  się  będziesz   kąpać,  czy   nie.  Nic  lepszego  nie 

dostaniesz w tym domu, moja pani, i za to powinnaś być wdzięczna.

– Dlaczego, odkąd tu jesteś, przybrałeś ten dziwaczny akcent? – zapytała 

spokojnie. – To nie jest szkocki akcent, naprawdę. To jakiś zlepek. A tak nawiasem 
mówiąc, dokąd cię zesłano? Do kolonii?

– Nie… nie wiem, co masz na myśli – stwierdził z niewątpliwie brytyjskim 

akcentem. Popatrzył na Gordiego, który chichotał, zasłaniając usta dłonią. – No, 
dalej!

Chłopiec kiwnął głową i wybiegł przez otwarte drzwi, zostawiając Thomasa 

samego z Fią.

– No i co? – powiedziała, unosząc brwi.

Wyszedł sztywno z pokoju.

– Przyniosę tę przeklętą beczkę. Rozpal ogień. – Thomas wyszedł w mrok i 

obszedł róg domu. Znalazł beczkę, wylał z niej brudną wodę i zarzucił ją sobie na 
ramię. Podniósł głowę. W narożnym pokoju zabłysło światło. W chwilę później 
filigranowa sylwetka Fii urosła, zbliżając się do okna. Pochyliła się, a Thomas 
wiedział, że wącha kaczeńce.

Kiedy tak patrzył, gniew całkiem go opuścił – gniew nie na Gordiego czy 

Fię, ale na Carra za niegodne zaniedbanie córki i za to, że tak zleją traktował.

Nikt   nigdy   nic   dał   jej   zwykłego   kwiatka   i   Thomas   chciałby   wiedzieć, 

dlaczego, do wszystkich diabłów, tak było.

Nawet   największy   głupek   na   ziemi   nie   mógłby   nie   zauważyć,   jaka 

nieoczekiwana radość odbiła się na zwykle tajemniczej twarzy Fii, czyniąc ją przez 
chwilę jeszcze piękniejszą, nadając jej wyraz czystości i prawdy.

Odeszła od okna, a on poprawił sobie beczkę na ramieniu. Ze smutkiem 

pomyślał, że stoi pod oknem dziewczyny, marząc o niej jak żółtodziób. Gorzej – 

background image

zazdrościł Gordiemu, że to on pierwszy dał jej kaczeńce. Nie dlatego, że ją to w 
widoczny sposób wzruszyło, ale dlatego, że uczyniło coś, czego nigdy by się nie 
spodziewał: dobroć.

Nie dało się tego wytłumaczyć inaczej. Fia chciała być dobra dla Gordiego i 

nie wyprowadziła go z błędu, kiedy myślał, że ona – i on także, jak przypomniał 
sobie   ze   zdumieniem   –   zastanawiała   się   nad   nieobecnością   chłopca.   I   nie 
sprzeciwiała się wcale pozostaniu w koszmarnym pokoju, jaki przygotował dla niej 
Gordie. Przypuszczał, że odgadła to wcześniej, zanim sam Gordie przyznał, że to 
jego dzieło. Okazała chłopcu serce. Dziwne.

Dobra? Wrażliwa? Nie mając na oku żadnej korzyści?

To było niebezpieczne. Wesoła, roześmiana, naturalna, czarująca i dobra Fia 

była   niebezpieczna.   Bardziej   niebezpieczna   od   tej,   która   słodkim   głosikiem,   z 
wyrachowaniem, recytowała uwodzicielskie dwuznaczności.

Stanął przy drzwiach kuchni i otworzył je kopniakiem. Czuł zamęt w głowie, 

tak jakby wpłynął na nieoznaczone na mapie wody. I był pewien, że powrotu nie 
ma.

background image

17

Obejrzała swoje odbicie w lustrze. Rozebrała się, gdy tylko Thomas wyszedł, 

i   tym   razem   wolna   od   jakichkolwiek   kalkulacji,   stała   w   brudnej   koszuli   i 
pogniecionej   halce,   kiedy   wrócił.   I   choć   ona   na   chwilę   zapomniała   o 
wypowiedzianym głośno zamiarze uwiedzenia go, on o tym nie zapomniał.

Rzucił na nią okiem i skrzywił się gwałtownie, po czym wymamrotał coś o 

jakiejś   pani   MacNab,   która   miała   się   nią   zająć.   Zanim   zdążyła   wymyślić 
odpowiedź, wyszedł.

Wykąpała się – był to niewątpliwy luksus, mimo że zrobiła to w beczce – i 

właśnie   wkładała   świeże   ubranie,   kiedy   rozległo   się   pukanie   do   drzwi.   Pod 
drzwiami znalazła tacę z jedzeniem. Wygłodniała, połknęła posiłek, spodziewając 
się, że Thomas przyjdzie lada chwila. Nie przyszedł.

Następnego   dnia   czekała,   kiedy   zastuka   do   drzwi.   Na   próżno.   Posiłek   w 

środku dnia i kolację zjadła sama w swoim pokoju.

Trzeciego dnia zeszła na dół, ubrana najlepiej, jak to było możliwe, skoro 

miała do dyspozycji tak niewiele strojów. Może w ogóle „nie ubrała się dobrze”, 
ponieważ   nie   zdołała   sama   zasznurować   gorsetu   na   tyle   mocno,   żeby   uzyskać 
figurę, która tak olśniewała mężczyzn w Londynie. A delikatny, przeźroczysty szal 
nie był aż tak prowokujący, chyba że mężczyźni podniecaliby się widokiem gęsiej 
skórki. Zapomniała już, jak zimno bywa na wyżynach.

A   jednak   to,   że   się   wreszcie   porządnie   wyspała,   dobrze   wpłynęło   na   jej 

urodę. Skóra  stała się  gładsza,  białka oczu lśniły  jak z porcelany  a cienie pod 
oczami   i   w   okolicy   skroni   znikły.   Wyglądała   zdecydowanie   korzystnie   i   w 
niemałym stopniu rozczarowało ją to, że Thomas nie zjawił się pod jej drzwiami, 
błagając o przyjęcie.

Teraz zdała sobie sprawę, że Thomas nie tylko nie wracał na kolację. On w 

ogóle nie wracał do dworku.

Czwartego dnia znalazła Gordiego, który gromadził kamienie wokół domu. 

Parę pytań pozwoliło ustalić, że Thomas powierzył mu zadanie odbudowania muru 
przy ogrodzie – w ten sposób, jak podejrzewała Fia, chłopiec miał się uchronić od 
jej   złego   wpływu.   Na   pytanie,   gdzie   dokładnie   podziewa   się   Thomas,   Gordie 
zaniemówił, zaczerwienił się i wreszcie uciekł.

background image

Nie miała wątpliwości, że mogłaby wydobyć z Gordiego tę informację, ale to 

sprowadziłoby na chłopca kłopoty, a nie chciała go wciągać w to, co działo się 
między nią a Thomasem.

Popatrzyła   na  wschód,  gdzie,   jak  sądziła,   powinna  znajdować  się  Wyspa 

McClairenów, ale choć bardzo ją tam ciągnęło, wiedziała, że nie może odejść aż 
tak daleko. Thomas nie musiał ostrzegać jej przed bandytami, żeby trzymała się 
miejsca, w które trafiła nie z własnej woli. Mieszkała kiedyś na tej ziemi. Oblicze 
rozpaczy, wywołanej nędzą, nie było jej obce; jej własny ojciec był tego przyczyną.

Powędrowała   więc   z   powrotem   do   brudnego,   niewyczyszczonego, 

niepozamiatanego   domu   Thomasa,   przyglądając   się   leniwie   chudym,   spalonym 
słońcem plecom Gordiego, który ustawiał kamień na kamieniu, aż w końcu miała 
dość tego patrzenia.

Zdjęła gorset i halkę, włożyła zwykłą – i ciepłą – sukienkę i zabrała się do 

pracy, znajdując w tym jeśli nie przyjemność, to przynajmniej sposób, żeby w nocy 
nie zasypiać z obrazem Thomasa przed oczami.

Tego   wieczoru   Fia   w   końcu   poznała   dotąd   niewidzialną   panią   Grace 

MacNab   –   kobietę,   której   talenty   kucharskie   stanowiły   zadośćuczynienie   za 
nieporządek panujący w domu. Starsza kobieta spojrzała na Fię, nie zdradzając 
najmniejszego śladu zainteresowania i mruknęła:

– Dobrze. Teraz nie będę musiała nosić tacy na górę.

Po czym wróciła do mieszania warzyw w stojącym na ogniu garnku.

Po   niecałej   godzinie   Fia   zorientowała   się,   że   umiejętność   prowadzenia 

rozmowy   nie   dorównuje   umiejętnościom   gospodarskim   pani   MacNab.   Po 
spróbowaniu gęstej, pysznej zupy przyrządzonej przez Szkotkę Fia uznała, że jeśli 
brud w domu ma być ceną za tę zupę, to jest to niezły interes.

Chociaż   więc   pani   MacNab,   kiedy   już   uznała   za   stosowne   odezwać   się, 

mówiła zawsze brutalnie szczerze, była jednak, poza wiecznie czerwieniącym się i 
nieśmiałym Gordim, jedyną osobą, którą Fia spotykała. Piątego wieczoru swojego 
pobytu we dworze Fia siedziała już w kuchni, kiedy pani MacNab przybyła ze 
swojego domu, gdziekolwiek on się znajdował.

–   Ach!   Przyszłaś   wcześniej.   To   dobrze.   Jestem   strasznie   głodna   – 

powiedziała Fia, kiedy otworzyły się drzwi kuchni i pani MacNab, z naręczem 
świeżych warzyw w pulchnych objęciach, wkroczyła do kuchni.

– Nie jadłaś obiadu? – zapytała pani MacNab, przyglądając się jej uważnie i 

background image

układając swój ciężar na stole. –Jesteś chora? Jeśli tak, to lepiej wyślę Gordiego, 
żeby sprowadził wodza.

–   Nie   –   zapewniła   pośpiesznie   Fia.   –   Czuję   się   dobrze.   Mam   po   prostu 

zdrowy apetyt.

–   Zauważyłam   –   przytaknęła   pani   MacNab,   potrząsając   obszernym, 

pogryzionym przez mole kawałkiem materiału i przepasując nim wydatny brzuch. 
– Pewna jesteś?

–   Tak!   –   Nie   mogła   sobie   wyobrazić   nic   bardziej   upokarzającego   niż 

wezwanie do niej pod fałszywym pretekstem Thomasa Donne'a.

– Czy mam ci przynieść jedzenie do jadalni? – zapytała pani MacNab.

– Nie – odparła Fia szybko, bojąc się, że zostanie pozbawiona towarzystwa 

jednej istoty ludzkiej. Nigdy by jej nie przyszło do głowy, że tak bardzo będzie jej 
zależeć   na   prostej   przyjemności   przebywania   z   kimś   innym.   To   ją   nieco 
zaniepokoiło. – Zjem tutaj.

Poza   tym,   myślała   w   duchu,   nie   ma   powodu,   żeby   bałaganić   w   pokoju. 

Zwłaszcza że tego właśnie ranka spędziła tam dobre trzy godziny, trzepiąc przy 
otwartych szeroko oknach zasłony, a następnie zamiatając dywan.

Nie przejmowała się tym, do jakich wniosków doszedłby Thomas, gdyby 

odkrył, jak spędza czas. Doświadczenie mówiło jej, że mężczyźni rzadko zwracają 
uwagę na otoczenie, chyba że jest ono dla nich uciążliwe.

– Jak chcesz – powiedziała pani MacNab, znikając w spiżarni.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym została tutaj, podczas gdy będziesz 

przyrządzać posiłek? – zapytała Fia nieśmiało, obawiając się odmowy.

Pani   MacNab   pojawiła   się   ponownie,   niosąc   ser   i   coś,   co   wyglądało   na 

wysuszone zielsko. Wszystko to złożyła na stole obok warzyw.

– To dla mnie bez różnicy.

Zabrała   się   następnie   do   krojenia,   siekania,   ubijania,   zgniatania   tego,   co 

leżało   na   stole,   po   czym   wszystkie   składniki   włożyła   w   jakimś   tajemniczym   i 
skomplikowanym   porządku   do   rondla   ze   skwierczącym   masłem.   Od   zapachu 
potrawy Fii niemal zakręciło się w głowie.

Pani MacNab nie mówiła przy tym ani słowa. Błyskała nożem, wywijała 

łyżką,   a   kiedy   skończyła,   mąka   wisiała   w   powietrzu   i   pokrywała   każdą 

background image

powierzchnię w kuchni. Po jednym kęsie rozpływającego się w ustach, pysznego 
ciasta z warzywnym nadzieniem, które wyłoniło się z rondla, Fia z chęcią umyłaby 
kafelki podłogi, byle dostać więcej.

W końcu odsunęła się od stołu i obojętnym tonem zadała pytanie, które nie 

dawało jej spokoju.

– Gdzie jest kapitan… Thomas?

Pani   MacNab   upuściła   grudę   ciasta,   które   miesiła   w   ogromnej   glinianej 

misie, na stół. Poklepała je, wzbijając chmurę mąki.

– Masz na myśli McClairena.

Fia popatrzyła ciekawie na tęgą kobietę.

– Czy wiesz, że klany zostały zniesione, a wodzowie pozbawieni władzy?

–   Tak   –   odparła   spokojnie   pani   MacNab,   ugniatając   dłońmi   ciasto.   – 

Słyszałam. Ale nas to nie obchodzi.

– Kim są ci „my”?

– Klan McClairenów – powiedziała pani MacNab z nutką zniecierpliwienia 

w głosie. – A któż by inny?

– Aleja myślałam, że Ca… – Urwała w porę. – Słyszałam, że McClairenowie 

opuścili te strony.

–   Tak   –   parsknęła   pani   MacNab,   dalej   ugniatając   ciasto.   –   „Opuścili”. 

Możesz to tak nazwać. Nie było nas tutaj. Ale on nas znalazł. – Po raz pierwszy jej 
głos nie brzmiał obojętnie. –Większość w obu Amerykach, ale trochę na nizinach i 
paru, tak jak mnie, w Edynburgu.

Przerwała ugniatanie ciasta.

– Tylko Jamie był tu cały czas ze starą Muirą i kilku innymi, co to woleli żyć 

jak zwierzęta w jaskiniach, niż uciekać. Reszta, wstyd powiedzieć, rozproszyła się 
jak kuny wypłoszone z królikarni po tym, jak Carr doniósł na Iana McClairena i 
zabił swoją żonę z rodu McClairen.

Fia podniosła gwałtownie głowę. Zmusiła się do spokoju, słysząc, jak ktoś 

tak po prostu mówi o zabójstwie jej matki… Czekała na wewnętrzny wstrząs, który 
zawsze towarzyszył myśli o tym, że jej matkę zamordowano.

Czy  jest na to specjalna nazwa?  Jak „ojcobójstwo”  czy „matkobójstwo”? 

background image

Powinno   istnieć   jakieś   szczególne   określenie   na   zabójstwo   żony   i   szczególne 
określenie na dzieci takiego mordercy. Rodzaj piętna odzwierciedlającego piętno w 
jej umyśle i… sercu.

Poczuła   ból,   ale   nie   tak   palący   jak   zwykle.   Stare,   dręczące   pytanie 

pozostawało   wciąż   bez   odpowiedzi   –   co   odziedziczyła   z   krwią   Carra?   Kim 
uczyniła ją płynąca w jej żyłach krew mordercy?

Przedtem zawsze bała się nad tym zastanawiać. Teraz ostrożnie przyjrzała 

się swemu pytaniu.

Kiedy dowiedziała się, kim jest Thomas, zrozumiała gorycz w jego głosie, 

gdy przed laty rozmawiał z Rhiannon Russell. Carr dokonał zbrodni na bezbronnej 
kobiecie, która należała do rodziny Thomasa – choć była tylko daleką krewną.

A skoro Janet była krewną Thomasa, znaczyło to, że klan Thomasa był w 

pewien sposób również jej klanem. To byli jej ludzie.

To ją zaskoczyło. Uważała się zawsze za osobę samotną – od braci odsunął 

ją ojciec, z ojcem podzieliła ją prawda. Ale nagle znalazła… ludzi, do których 
należała. Spojrzała na skromną, otyłą, pochyloną nad ciastem panią MacNab.

– Pochodzisz z klanu z McClairenów?

–   Tak.   W   Edynburgu   pracowałam   w   kuchni.   Mojego   męża   zabili   pod 

Culloden. Wódz przyjechał – już jakieś pięć lat temu – i powiada, że zabierze mnie 
do domu – podniosła głowę, odchrząknęła i ciągnęła dalej – na wyspę. Byliśmy 
porozrzucani, ale wódz znalazł wszystkich, którzy zostali. Wykupił tych, co byli w 
niewoli, i zapłacił za podróż tym, którzy byli daleko.

– A jest was wielu?

–   Dwudziestu   czterech.   Do   tej   pory   było   dwudziestu   trzech,   ale   zeszłej 

wiosny   żona   Gavina   urodziła   syna.   –   Twarz   pani   MacNab   rozjaśniła   się 
nieoczekiwanie czułym uśmiechem.

Thomas McClairen odnalazł dwadzieścia trzy osoby i sprowadził je na tę 

ziemię. Dlaczego?

Fia   oderwała   kawałek   surowego   ciasta   i   zaczęła   go   bezmyślnie   ugniatać 

dwoma palcami, zdumiewając się coraz bardziej zagmatwaną tajemnicą Thomasa 
McClairena. Urządził sobie ponoć wspaniałe życie w amerykańskich koloniach. 
Dzięki powodzeniu w interesach zdobył majątek, miał dom i przyjaciół, którym 
okazywał niezachwianą lojalność – należał do nich James Barton.

background image

A jednak przebywał tutaj, w Szkocji, gdzie groziło mu rozpoznanie i śmierć. 

Całkiem realne ryzyko, skoro, jak powiedział, Carr zna jego tajemnicę. Dlaczego 
więc tu został?

Odpowiedź na to pytanie Fia uznała za niezwykle ważną, a tylko Thomas 

mógł jej udzielić.

Pani   MacNab   odwiązała   fartuch   z   szerokich   bioder   i   nakryła   nim   bryłę 

ciasta.

– No – powiedziała z zadowoleniem. – Urośnie w nocy i rano będzie się 

nadawało do pieca.

– Gdzie jest Thomas McClairen?

Pani   MacNab   otrzepała   ręce,   sypiąc   wyschniętymi   kawałkami   surowego 

ciasta.

– Pani MacNab, proszę, gdzie on jest? Muszę koniecznie z nim pomówić.

– Tak, tak – powiedziała pani MacNab, cmokając cicho. – Nie bądź taka 

niecierpliwa. Właśnie jest tutaj.

Fia odwróciła się zaskoczona. Za nią stał Thomas.

Przez chwilę nie mogła stłumić radości, nawet nie próbowała. Opalona twarz 

pociemniała   jeszcze   bardziej,   cienkie,   białe   bruzdy   w   kącikach   oczu   wryły   się 
głębiej.   Dumne   ramiona   wydawały   się   dziwnie   proste,   jakby   siłą   woli 
powstrzymywał się od garbienia. Jednodniowy zarost porastał stanowczą szczękę, 
w czarnej szczecinie błyskało srebro.

Thomas przekroczył już trzydziestkę. Straszy od niej co najmniej o dziesięć 

lat, nie był młodzieńcem, ani bywalcem salonów o nienagannych manierach. Był 
człowiekiem, który nawykł do ciężkiej pracy i trudu, i… do czego jeszcze?

– Gdzie byłeś?

–   Miałem   coś   do   zrobienia   –   powiedział,   wyciągając   stołek   spod   stołu 

kuchennego i usiadł naprzeciwko niej. – Czy zostało coś z kolacji, pani MacNab?

– Tak. – W ciągu paru minut postawiła na stole nie tylko naczynie z ciastem, 

które   tak   smakowało   Fii,   ale   i   lśniącą   od   tłuszczu   zimną,   pieczoną   wołowinę, 
pasztet   z   gęsiej   wątróbki,   bochenek   chleba   i   gruby   kawał   żółtego   sera.   Potem 
napełniła gliniany dzban spienionym piwem i powiedziała:

background image

– Wrócę rano. Uważajcie na chleb. – Po czym wyszła.

– Pani MacNab – stwierdził Thomas, odgryzając kęs chleba – nie uznaje 

ceremonii. I podziela przekonanie górali, że nie jest gorsza od nikogo. – Błysk 
rozbawienia w jego oczach był taki uroczy.

– Poza tobą.

Roześmiał się.

– Nie. Obawiam się, że nie ma żadnych wyjątków. W gruncie rzeczy, nie 

jestem pewien, czy jej polecenie nie było skierowane tylko do mnie.

– Pani MacNab – oznajmiła Fia stanowczo – czci ziemię, po której stąpasz. 

Jestem pewna, że gdybyś kazał jej przywdziać tunikę i tańczyć o świcie wokół 
stajni, uczyniłaby to z radością.

Oderwał kawałek chleba, włożył do ust i przełknął.

– Cóż, jeśli zdołała wmówić ci tak jawną nieprawdę, muszę chyba dać jej 

podwyżkę.   W   moim   interesie   jest   utrzymywać   cię   w   przekonaniu,   że   istnieje 
przynajmniej jedna osoba, która darzy mnie podziwem.

Dobry Boże, żartował.

Uwielbiała, kiedy ktoś się z nią przekomarzał!

Kay i Cora robili to czasami, a prostota, bezpośredniość i urok ich żartów nie 

przestawały jej zachwycać. Tak się wtedy cieszyła, że można ją traktować w tak 
piękny i zwyczajny sposób.

Przyglądał się jej z rozbawieniem, machając kromką chleba dla podkreślenia 

słów.

– Co o tym sądzisz? – zapytał.

– Och, nie wiem – szepnęła, starając się spowolnić bicie swego serca.

– Ja też nie. Ale zobacz, przebywam w twoim towarzystwie całe piętnaście 

minut, a ty nie… – Nie dokończył, cokolwiek chciał powiedzieć, a zamiast tego 
pochylił się nad stołem i przesunął palcem po jej policzku. – Czy wiesz, że masz 
mąkę na twarzy?

Podniosła   rękę,   zakrywając   twarz,   a   kiedy   jej   dotknęła,   poczuła,   jak   jest 

gorąca; uświadomiła sobie, że się rumieni. Ona, która pokazywała się publicznie w 
najbardziej   śmiałych   sukniach,   co   w   najmniejszym   stopniu   nie   wpływało   na 

background image

podniesienie temperatury jej ciała, czerwieniła się z powodu mąki na policzku. A 
może dlatego, że jej dotknął i uśmiechał się z taką wesołą kpiną?

Nie mogła wymyślić stosownej odpowiedzi. Nie chciała, żeby przestał z nią 

żartować,   nie   rozumiała   jednak,   dlaczego   to   robi,   a   nigdy   nie   podejmowała 
żadnego kroku bez przygotowania, głębokiego zastanowienia i rozwagi. Z drugiej 
strony,   nie   chciała,   żeby   z   nią   żartował,   bo   to   otwierało   nowe   możliwości, 
prowadzące do dalszych możliwości – i skutków.

Powinna odejść. Pójdzie do swojego pokoju, zastanowi się nad celem, jaki 

chce   osiągnąć,   i   zdecyduje,   jak   to   zrobić.   Ale   jej   myśli,   podobnie   jak   ciało, 
wydawały się dziwnie nieprawdziwe, jakby przestała istnieć w poprzedniej postaci. 
Miałam go uwieść, przypomniała sobie, patrząc na niego z zakłopotaniem.

Ale to było, zanim odkryła, kim jest. Miał powody, najlepsze powody, żeby 

czuć do niej wrogość, a jednak nie zamierzał mścić się na córce wroga. Nie, nic 
takiego nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, tego była pewna. A zatem, co 
właściwie jeszcze tu robiła?

Nie przyszedł nawet jej odwiedzić, zajmował się teraz mięsem, które leżało 

przed   nim   na   talerzu.   Jak   można   uwodzić   mężczyznę,   który   zajada   pieczoną 
wołowinę?

Wstała.

–   Usiądź,   proszę.   Miło   mi   w   twoim   towarzystwie   –   odezwał   się,   nie 

odrywając   wzroku   od   mięsa,   które   wyraźnie   wymagało   w   tej   chwili   uwagi   i 
skupienia.

Usiadła. Jaki miała wybór? Usiłowała rozpaczliwie znaleźć jakiś powód do 

urazy.   Była   więźniem   w   jego   domu,   trzymał   ją   z   dala   od   ludzi,   od   wygód   i 
przyjemności. Przywykła do towarzystwa, świateł i…

Nieprawda. Choćby nie wiem jak starała się przekonać siebie samą, że jest 

inaczej. Przywykła do samotności i do powolnego rytmu życia na wsi. To jego 
towarzystwa jej brakowało.

Ich   pochodzenie   sprawiło,   że   byli   wrogami.   Potępiał   ją.   Myślał   o   niej 

najgorsze   rzeczy.   Sprowadził   ją   tutaj,   ponieważ   sama   jej   obecność   oznaczała 
skażenie złem, przed którym należało chronić niewinnych.

Ale przecież także podtrzymywał jej głowę i gładził plecy, kiedy chorowała. 

Nakrył ją kubrakiem i zasłaniał własnym ciałem od wiatru. Jej dzieciństwo budziło 
w nim litość i gniew. I żartował z nią.

background image

Poddała się, skapitulowała bezwarunkowo i usiadła.

Thomas próbował trzymać się z daleka, „wytrzymał pięć dni, dręcząc się 

codziennie   wspomnieniem   tego,   jak   stoi   w   bieliźnie,   w   oczywisty   sposób 
nieświadoma wpływu, jaki wywiera na jego ciało. Wrócił zdecydowany nie okazać 
jej, jak bardzo chciał wrócić.

Ale   ta   rozmowa   była,   na   swój   sposób,   równie   podniecająca   jak   dotyk 

miękkiej skóry i blask czystych, pachnących włosów.

Urocze   policzki   Fii   miały   delikatny,   różowy   odcień.   Zbłąkany   kosmyk 

czarnych  włosów   wił   się   na  jej   szyi   i  znikał   pod  wsuniętą   pod  brzegi   gorsetu 
koronkową   chustką,   która   osłaniała   dekolt.   Taki   praktyczny,   skromny,   wiejski 
strój. A jednak na niej – zachwycający.

Musiał coś powiedzieć.

– Mam nadzieję, że pobyt na wsi nie jest dla ciebie zbyt przygnębiający.

Podniosła głowę.

– Wcale nie. Kocham wieś.

– Wybacz – powiedział. – Przekonywano mnie, że to mąż trzymał cię z dała 

od towarzystwa.

Pod maską spokoju na jej twarzy pojawiła się uraza.

– Nie dziwi mnie to. Uwierzyłeś zapewne w mnóstwo rzeczy na mój temat, 

które nie są prawdziwe. – W jej głosie nie było wyrzutu, ale wyczuł żal. Mówiła 
dalej, nie czekając na odpowiedź. – Gregory MacFarlane nigdy nie był o mnie 
zazdrosny, nigdy też nie miał ku temu powodów. Szanowałam i jego, i przysięgę 
małżeńską do dnia jego śmierci. Tylko w jednej kwestii go nie posłuchałam, w 
kwestii   naszego   wspólnego   mieszkania.   Nie   mieliśmy   wspólnego   domu.   Ja   nie 
chciałam   pojechać   do   Londynu,   on   nie   chciał   zostać   w   Bramble   House.   W 
rezultacie na ogół mieszkaliśmy osobno.

Wierzył jej. Każde słowo wymawiała bez emocji czy nacisku. Opowiadała 

mu po prostu dzieje swojego małżeństwa.

– Rozumiem. Dlaczego mówisz mi to wszystko?

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Prawda w moim życiu to rzecz względna. Może chciałam ci 

background image

przedstawić inną wersję. Moją wersję.

– Co jeszcze powinienem wiedzieć?

Patrzyła na niego dłuższą chwilę i Thomas widział, że się zastanawia.

– Nic – powiedziała w końcu. – Na razie nic więcej.

Uspokoiła się i położyła łokcie na stole, składając dłonie palcami do góry, 

tuż przy ustach.

– Czy teraz ja mogę zadać ci pytanie?

– To się wydaje sprawiedliwe.

– Dokąd cię zesłano, kiedy zostałeś skazany za zdradę?

Tego nie przewidział. Spodziewał się, że zechce, żeby jej powiedział, jak 

długo zamierzają tu trzymać, albo co robił, kiedy był poza dworem. Nie przyszłoby 
mu do głowy, że może ją interesować jego przeszłość.

– Na wyspę w Indiach Zachodnich. Sprzedano mnie tam w niewolę. James 

Barton mnie wykupił.

– Rozumiem – szepnęła. A Thomas miał wrażenie, że rzeczywiście rozumie, 

że wie, co kryło się za tymi paroma słowami.

– Skazano cię, gdyż dopuściłeś się zdrady?

– Twój ojciec powiedział lordowi Cumberlandowi, że mój brat i ja byliśmy 

kurierami na usługach jakobickiej konspiracji.

Nie   zaskoczyło   jej   to,   nie   pytała   o   nic   więcej,   ani   nie   zaprzeczała. 

Powiedziała jedynie:

– To dlatego chciałeś zranić Asha, wpychając Rhiannon w ramiona innego.

Żałował, że o tym wiedziała. To był zły uczynek, który go kompromitował.

– Dla Carra to by nie miało znaczenia – powiedziała. – Pomyliłeś się, sądząc, 

że dba o swoich synów.

– Nie chciałem wtedy zranić Carra. Chciałem zranić któregoś z Merricków – 

wyznał,   a   potem   zaraz   próbował   podnieść   ją   na   duchu.   –Ale   już   nie   chcę. 
Przysięgam.

Podniósł dłoń do góry i wyciągnął ją ponad stołem, wyraźnie prosząc, aby 

background image

okazała mu zaufanie. Nie opuściła wzroku. Ich oczy spotkały się. Minęła długa 
chwila. Potem, tak nieśmiało, jak światło poranka przegania mrok nocy, wsunęła 
swoją dłoń w jego rękę.

background image

18

– …po miesiącu Kay uznał wyraźnie, że ma dosyć, bo podniósł się nagle, 

spojrzał na mnie ze złością i oznajmił nauczycielowi: „Skoro ona zna wszystkie 
odpowiedzi, dlaczego nie zrobi zadania?”

Thomas się roześmiał. Stanęli pod krzewem głogu. Słońce przeświecające 

przez delikatne listowie rzucało drżącą mozaikę światła i cienia na zwróconą ku 
górze twarz Fii.

– I zrobiłaś? – zapytał.

Fia rzuciła mu  figlarne spojrzenie. Przed miesiącem pewnie odebrałby  je 

inaczej, ale tyle czasu spędzali razem, że nauczył się rozróżniać subtelności wyrazu 
jej twarzy.

To   przypominało   spoglądanie   na   głęboką   wodę   ponad   krawędzią   łódki. 

Należało spojrzeć poza odbity w wodzie obraz nieba, żeby dojrzeć wspaniałości 
ukryte   pod   powierzchnią.   Niezwykle   wciągające   zajęcie.   Przyglądanie   się   Fii 
sprawiało mu przyjemność.

– Zrobiłaś? – dopytywał się, zyskując przelotny, nieśmiały uśmiech.

Oparła się plecami o drzewo i skrzyżowała ramiona.

–   Nie.   Pan   Elton   zaczął   udzielać   mi   prywatnych   lekcji   i   dzięki   temu 

przestałam przeszkadzać  Kayowi rozpaczliwie niemądrymi pytaniami.  Oboje na 
tym zyskaliśmy. Kay – powiedziała tonem zwierzenia – jest, wiesz, dosyć ambitny. 
– Na jego pytające spojrzenie, kiwnęła poważnie głową. – I tak bardzo się cieszy, 
kiedy jest górą.

Najmilsza! Z trudem udało mu się powstrzymać i nie powiedzieć jej, że Kay 

myślał o niej niemal dokładnie to samo, wtedy nie uwierzył chłopcu, teraz zmienił 
zdanie. Zdążył już uwierzyć w różne rzeczy, których przedtem nawet nie brałby 
pod uwagę.

–   Czy   twój…   czy   w   dzieciństwie   nie   miałaś   guwernerów?   –   Na   mocy 

milczącego porozumienia wykluczyli słowo „Carr ze swojego słownika, podobnie 
jak   „James   Barton”.   –   A   może   nie   chodziłaś   zbyt   pilnie   na   lekcje?   –   zapytał 
żartobliwie.

background image

Fia uwielbiała, kiedy  to robił. Jej  oczy  rozbłyskiwały  przy najmniejszym 

żarcie… tak, jak teraz.

– Nie mieliśmy żadnych nauczycieli – odparła swobodnie. – Chociaż wydaje 

mi się, że Ashowi udzielał czasem lekcji miejscowy proboszcz. A Raine był w 
Eton, potem go wyrzucono.

– Ciebie jednak nie kształcono.

Jej szyja zaróżowiła się leciutko. Gdyby nie przyglądał jej się tak pilnie, nie 

zwróciłby na to uwagi.

– Nauczyłam się pisać i czytać, chociaż nie tego, co mam czytać. Pamiętaj, 

że   przygotowywano   mnie   do   innej   roli.   –   Starannie   dobierała   słowa.   –   Kiedy 
przyjechałam do Bramble House, byłam mądrzejsza niż kobiety trzy razy starsze 
ode mnie, ale także nie umiałam nic. Pamiętam, jak podsłuchiwałam lekcję Kaya 
jednego  z pierwszych dni. Nie mogłam  pojąć  ogromu  tego, czego  nie wiem.  I 
postanowiłam   się   tego   nauczyć   –   dodała   cicho.   Spojrzała   na   niego   z   iskierką 
wesołości w oczach. – A zanim coś powiesz – wiem, że jak dotąd nie całkiem mi 
się powiodło.

Tak rzeczywiście było. Raz  po raz w trakcie ich rozmów  mówił  coś, co 

sprawiało, że mu przerywała. Prosiła, żeby powtórzył, co powiedział, i z uporem i 
zręcznością   zaprawionego   w   dysputach   adwokata   wypytywała   go,   dopóki   nie 
wyczerpała się jego wiedza na dany temat. Luki w jej wykształceniu były ogromne 
i nieprzewidywalne, a głód wiedzy niezmierzony.

– Jestem dżentelmenem, nigdy nie wytknąłbym damie jej wad.

Opuściła ręce.

– Tak – powiedziała, robiąc krok w jego stronę – jesteś dżentelmenem.

Uśmiechnął się i zanim zdał sobie sprawę, co robi, podniósł jej warkocz i 

przełożył jej na plecy. Nagrzany słońcem był jedwabisty i ciepły.

– Jesteś rozczarowana? – zapytał.

W   odpowiedzi   zwróciła   głowę   tak,   jakby   chciała   poczuć   dotknięcie   jego 

palców   na   policzku.   Musiał   to   sobie   wyobrazić.   Zaczął   nadawać   jej   gestom 
znaczenia, które brały się z jego własnego pragnienia.

Pragnienie. Co za nędzne określenie dla tego uczucia. Pochylił się ku niej 

lekko, w nadziei, że podniesie głowę. Nie podniosła.

background image

– Czy wiesz, co oznacza słowo „platoniczny”? – zapytał.

Zamyśliła się.

– Sądzę, że jest to rodzaj… afektu, opisany przez greckiego filozofa, Platona.

– Właśnie. A jakiego rodzaju to afekt?

Ich spojrzenia spotkały się; niezmącony błękit jej oczu zaczął zasnuwać się 

cieniem.

– To głęboka przyjaźń.

Nigdy by nie przypuszczał, że mogłaby widzieć w nim przyjaciela… nie był 

nawet   pewien,   czy   chciałby   tego.   To   mogłoby   wykluczyć   co   innego.   Jednak 
smutek w jej lśniących oczach uświadomił mu natychmiast, jak żałośnie śmieszne 
byłoby mniemać, że istnieje między nimi jakikolwiek związek – a zwłaszcza „coś 
innego”.

Uprowadził ją, na Boga żywego! Trzymał ją tutaj, aby nie mogła zaszkodzić 

jego najlepszemu przyjacielowi. Takie, w każdym razie, miał kiedyś zamiary. Nie 
był już pewien ani tego, co robi, ani dlaczego ją więzi. Wiedział tylko, że teraz nie 
miało to już wiele wspólnego z Jamesem Bartonem.

Ona   zaś,   ze   swej   strony,   robiła   dobrą   minę   do   złej   gry.   Powinien   być 

wdzięczny, że odkąd zjedli razem obiad w kuchni przed tygodniem, ani razu nie 
wspomniała o zamiarze uwiedzenia go, ani też nie zachowała się prowokująco.

A może żałował.

Zamiast   tego   zaczął…   zaczął…   zabiegać   o   jej   względy.   Tak.   Próbował 

skłonić ją do uśmiechu, sprawić, żeby się śmiała, mówiła, nie zastanawiając się 
wpierw, co powiedzieć. Wciąż stała, czekając cierpliwie na… na co?

Odpowiedź narzucała się w sposób boleśnie oczywisty – żeby podjęli spacer.

– Czy coś się stało? – zapytała.

Raz jeszcze jego poczucie humoru uratowało sytuację.

–   Wybacz   –   powiedział,   odzyskując   panowanie   nad   sobą.   –   Musiałem 

połknąć muchę.

– Wszystko jest dobrze, mam nadzieję? – zapytała niewinnie.

– Wszystko dobrze.

background image

– Może chciałbyś wrócić do dworu?

– Nie. Chodźmy dalej, proszę. – Podał jej ramię; po krótkiej chwili wahania 

przyjęła je i zaczęła iść u jego boku.

– Mówisz z miłością o swoich pasierbach. Wiele razy wspominałaś Kaya.

Miał wrażenie, że powrót do tak zwykłego tematu sprawił jej ulgę.

– Tak, bardzo go lubię.

– Opowiedz mi o nim.

Jak zwykle, kiedy pytał o coś osobistego, unosiła lekko brodę, jakby zbierała 

siły. Czy zdradzi jej zaufanie? Ile z tego wykorzysta przeciwko niej? Takie pytania 
mogła sobie zadawać. Wiedział, ponieważ sam miał podobne wątpliwości, kiedy 
ona pytała go o coś takiego. Jednak nie wykręcała się od odpowiedzi. On także nie.

Niebezpieczne   to   były   rozmowy,   uderzające   do   głowy;   oboje   tak   bardzo 

chcieli wierzyć sobie nawzajem, że tłumili podejrzenia, których żadne nie było w 
stanie się pozbyć. I dopiero niedawno

Thomas   zdał  sobie   sprawę  z  nieoczekiwanej  konsekwencji  tych  rozmów: 

działały niezwykle podniecająco.

Zaczął teraz podejrzewać, że nie bez powodu w języku biblijnym związek 

cielesny nazywano „wiedzą”.

–   Nigdy   sobie   nie   wybaczę,   że   Pip   został   ranny   –   powiedziała,   zamiast 

odpowiedzieć na pytanie o Kaya. Zauważył, że spokój w jej głosie często przeczył 
targającym nią, głębokim uczuciom.

Już jej nie winił z powodu Pipa. Wiele zrozumiał od tamtej pory. Częściowo 

od niej, częściowo sam – dowiedział się tego, o czym wzdragała się powiedzieć.

Fię  ujęła  szczera,   chłopięca  wesołość   chłopca.  Nie  snując   żadnej  intrygi, 

traktowała Pipa tak, jak jedynego innego chłopca, którego znała, chłopca, który nie 
interesował się nią z powodu jej urody, swojego pasierba, Kaya. Nie przewidziała, 
że Pip pomyli jej serdeczność z czymś innym. A kiedy to odkryła, było za późno.

– Przykro mi – powiedział.

Nie zapytała, dlaczego, ale lekko zacisnęła palce na jego rękawie. Szli przez 

chwilę   w   milczeniu.   W   powietrzu   unosił   się   zapach   mokrego   krzemienia   i 
sosnowego igliwia, po których stąpali.

background image

– Czy Kayowi brak ojca? – zapytał.

– Gregory'ego? Trochę, ale Gregory mało z nami przebywał.

– A czy tobie brakuje męża? – Nie miał pojęcia, dlaczego o to zapytał.

Zatrzymała się nagle i przyglądała mu się, długo, zanim odpowiedziała:

–   Gregory   MacFarlane   był   głupim   człowiekiem,   którego   ambicją   było 

przyjaźnienie się z wszelkiego rodzaju hultajami i utracjuszami. Traktował swoje 
dzieci z dobrotliwą obojętnością, a mnie z niepokojącą tolerancją, to znaczy lepiej, 
niż   większość   rodziców   odnosi   się   do   swoich   dzieci   i   dużo   lepiej,   niż   się 
spodziewałam. Ani go nie kochałam, ani nie nienawidziłam, ani nie szanowałam, 
ani nim nie gardziłam, co uczyniło nasze małżeństwo wyjątkowo obojętnym.

– Dlaczego go poślubiłaś? – To nie było uczciwe; mogła nawet nie wiedzieć, 

dlaczego Carr wydał ją za MacFarlane'a.

– Wyszłam za niego z powodu domu – powiedziała, idąc dalej.

– Z pewnością musiało się za tym kryć coś więcej – nalegał, zrównując się z 

nią i kładąc jej rękę na ramieniu. – Carr nie potrzebowałby domu na szkockiej 
nizinie.

– Carr? – powtórzyła. – Co Carr ma z tym wspólnego?

– Uznałem, że… namówił cię, żebyś wyszła za MacFarlane'a.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

Patrzył na nią, zmieszany

– Ponieważ – powiedział łagodnie – jak sama przyznałaś, Carr od dziecka 

przygotowywał cię…

– Do diabła z Carrem – szepnęła nagle gniewnie. – Do diabła z planami 

Carra.   Poślubiłam   MacFarlane'a,   żeby   uciec   przed   Carrem,   jego   intrygami   i 
knowaniami.   Sądziłam,   że   po   śmierci   MacFarlane'a   nikt   już   nie   będzie   mnie 
traktował   jak   marionetkę,   nikt   nie   będzie   mną   kierował.   Myślałam,   że   będę 
niezależna.

– Jak mogłaś tak myśleć? – zapytał. – MacFarlane miał przecież syna…

– Nie wiedziałam, że MacFarlane ma dzieci, kiedy za niego wychodziłam – 

powiedziała napiętym głosem. Po chwili jej twarz złagodniała. – Naprawdę.

background image

Jej  złość  nie  miała  sensu.  Skoro  nienawidziła  Carra,  dlaczego   tak  często 

przebywała   w   jego   towarzystwie?   Carr   pokazywał   się   z   Fią,   niczym   handlarz 
końmi, który zachwala rasową klacz. Skrzywił się, to porównanie wydało mu się 
nagle trafniejsze, niż być powinno.

Myśli idącej obok Fii pobiegły ku przyjemniejszym rzeczom. Kay i Cora. 

Miała do męża żal z ich powodu przez pierwsze tygodnie spędzone w Bramble 
House. Ale żal się rozwiał, a pustkę po nim z zadziwiającą szybkością wypełniło 
coś   innego,   jakieś   nieznane   dotąd   uczucie.   Długo   usiłowała   znaleźć   dla   niego 
nazwę, zdumiona, że mogło zagościć w jej twardym sercu.

Tak, kochała Gunnę i darzyła późno zrodzonym uczuciem swoich braci, ale 

to, że pokochała dwoje szkockich dzieciaków! Niewiarygodne.

Jak mocno  je pokochała, dowiedziała się dopiero, kiedy umarł Gregory i 

pojawił   się   Carr.   Zrobiłaby   wszystko,   żeby   je   chronić.   Zerknęła   z   ukosa   na 
Thomasa – przyglądał się jej z zamyśloną, podejrzliwą miną.

Natychmiast przestała myśleć o Kayu, Córze i Carrze. Nie mogła znieść tego 

wyrazu jego twarzy. Minęła go szybko. Jakie znaczenie miały dla niego powody, 
dla których wyszła za mąż? Inne kobiety wychodziły za mąż dla majątku albo 
pozycji.   W   gruncie   rzeczy   tak   postępowała   większość.   Dlaczego   zatem   to 
wyznanie zrobiło na nim tak złe wrażenie?

Zagryzła wargę, czekając w napięciu na odgłos jego kroków. Cisza. Stał tam, 

gdzie go zostawiła. Obejrzała się niepewnie, patrzył na nią zdziwiony.

Czyżby się myliła? Czy na jego twarzy nie malował się niesmak i nieufność? 

Nigdy przedtem odgadnięcie męskich uczuć nie sprawiało jej takiego kłopotu. Te 
uczucia zazwyczaj nie budziły wątpliwości, bo były dość prymitywne. Nietrudno 
było je odgadnąć.

Takie uczucia żywił do niej również Thomas, to jasne. Ona jednak chciała 

być   czymś   więcej   niż   przedmiotem   lubieżnych   męskich   fantazji.   Chociaż   być 
przedmiotem lubieżnych fantazji Thomasa… Przełknęła ślinę.

Czasami   w   nocy   myślała   o   nim   tak,   jak   mężczyźni   myśleli   o   niej   –   w 

każdym razie dość często szeptali jej o tym do ucha. Jej ciało wyginało się ku 
upragnionemu kochankowi. Czuła mrowienie na piersi i udach, dręczyło ją nigdy 
dotąd niezaspokojone pragnienie – pragnienie, które zaledwie sobie uświadamiała. 
Potrzebę tę zaspokoić mógł Thomas. Gdyby by tylko zechciał.

Boże,   o   czym   ona   myślała?   Jej   myśli,   uczucia,   powody,   dla   których 

background image

pozwoliła się porwać – wszystko to tworzyło zamęt w jej głowie. Nic nie wyszło 
tak, jak planowała. Choćby nie wiadomo jak broniła się przed tą myślą – zadurzyła 
się w Thomasie McClairenie. Jak młoda dziewczyna! I nie miała pojęcia, co z tym 
zrobić.

Poczuła   dotyk   jego   ręki   na   ramieniu.   Thomas   stał   obok,   patrząc   na   nią 

uważnie.

– Co takiego? – zapytała zduszonym szeptem.

– Tak bardzo kochasz Bramble House? Taki jest ważny dla ciebie?

– Kocham? – powtórzyła zmieszana. Jej świat przechylił się niebezpiecznie 

na bok i wirował jak szalony. – Nie wiem. To Rumieniec Ladacznicy był moim 
domem. Wiedziałam, że nigdy nie będzie mój, że nigdy nie zdołam…

– Nie zdołasz czego? – zapytał, badając jej twarz.

–   Przywrócić   mu   dawnej   świetności.   Zawsze   myślałam   o   zamku   jako   o 

królowej na wygnaniu, która musi  ukrywać swoje  królewskie  pochodzenie  pod 
szatą kurtyzany.

– Tak – szepnął. Przełknął ślinę, czuł ściskanie w gardle. 

Fię ogarnęła fala tęsknoty. Nie spuszczał wzroku z jej ust, jego usta były 

lekko otwarte. Co by się stało, gdyby przysunęła się bliżej? Co by zrobił? A jeśli 
nic?

Zmusiła się, żeby oderwać od niego oczy i podjąć rozmowę.

–  Znalazłam   sztychy   przedstawiające   zamek,   zanim  wszedł   w   posiadanie 

Carra.   Był   jak   z   bajki.   Ale   może   sprawił   to   tylko   talent   rysowników.   – 
Uśmiechnęła   się   ze   smutkiem.   –   Udawałam   przed   sobą,   że   jestem   Lizabet, 
pierwszą panią zamku,  która czeka na Dougala, żeby wrócił i przywrócił ład i 
porządek.

– Dougala McClairena?

–  Tak  –  przyznała.   Chciała  znowu   dotknąć  jego  twarzy,  tak  jak  na  balu 

maskowym.  Teraz nie  był tak  gładko  ogolony;  jego  skóra byłaby  inna pod  jej 
palcami. – Kiedy podrosłam, zrozumiałam, że nie jestem Lizabet, a Dougal nie 
przybędzie. Tak więc znalazłam inne miejsce, które nazwałam domem.

– I innego Dougala? – zapytał.

background image

– Nie – odparła z mocą. – Już wtedy byłam mądrzejsza.

– Znalazłaś dom w Bramble House.

– Znalazłam miejsce w Bramble House – sprostowała. – Ale to nigdy nie 

będzie Rumieniec Ladacznicy.

Wahał się przez chwilę, po czym zapytał:

– Czy chciałabyś go zobaczyć?

– Co?

– Zamek.

– Tam nie ma nic do zobaczenia. Carr mówił, że wszystko spłonęło.

– Nie wszystko. – Chwycił ją za rękę. – Chodź ze mną.

background image

19

W powietrzu czuło się ciepłą, południową bryzę. Jadący obok Fii Thomas 

nie był w stanie zrozumieć porywu, który kazał mu ją tam sprowadzić. Nigdy nie 
myślał o tym, by pokazać jej zamek, ale też nigdy nie przyszło mu do głowy, że 
zamek coś dla niej znaczył.

Przez ostatnie dni zdążyli się zaprzyjaźnić, teraz wrócili do punktu wyjścia. 

Podczas   trwającej   kilka   godzin   jazdy   ledwie   odzywali   się   do   siebie,   unikając 
patrzenia sobie w oczy. W miarę jednak, jak zbliżali się do wybrzeża i Fia zaczęła 
rozpoznawać   okolicę,   odprężyła   się   i   jej   nieśmiałość   ustąpiła   ciekawości. 
Zmieszanie   Thomasa   również   zniknęło;   śledził   zapamiętale   wszelkie   oznaki 
radości na jej ślicznej twarzy.

Przypominało to obserwowanie wirtuoza, który na skrzypcach gra zawiłą, 

choć z pozoru prostą kantatę. Trzeba zwracać uwagę na subtelności. Wiedział, że 
lubi zapach morza, bo oddychała głęboko raz po raz. Jej spojrzenie upewniło go, że 
przedkłada jarzębinę nad głóg. Zające stanowiły widocznie plagę warzywnika w 
Bramble   House,   czego   dowiodło   nieznaczne   zaciśnięcie   warg,   kiedy   szarak 
przemknął ścieżką przed nimi.

Byli już blisko. Przebyli zagajnik sosnowy i wjechali na krzemienną skałę. 

Pod   nimi   rozciągało   się   wzburzone   morze,   Wyspa   McClairenów   i   Rumieniec 
Dziewicy.

Zachodzące słońce opuszczało niebo w pełnym splendorze. Fiolety i róże, 

szkarłaty   i   pąsy   zabarwiły   horyzont,   spowijając   mury   zamku   miękkim, 
fosforyzującym   światłem.   Ze   wzniesienia   Rumieniec   Dziewicy   wyglądał   jak 
nieukończony zamek z bajki.

U   jego   podstawy   powoli   poruszały   się   maleńkie   figurki   –   robotnicy 

opuszczali   niechętnie   plac   budowy,   jakby   rozżaleni,   że   muszą   spać   i   jeść, 
porzucając swoje dzieło. Jako że zamek odbudowywano pieczołowicie i z miłością, 
nie po to, by przywrócić mu dziwaczny wygląd z czasów Carra, ale wcześniejszą 
urodę i godność.

– Odbudowujesz go – szepnęła Fia. Skinął głową, zajęty widowiskiem w 

dole.

– Tak – powiedział cicho. – Taki, jaki miał być… tylko lepszy.

background image

– Ale dlaczego? – zapytała zdumiona. – Rumieniec Ladacznicy…

– Rumieniec Dziewicy – poprawił ją. – To był Rumieniec Ladacznicy, kiedy 

twój ojciec władał zamkiem, ale teraz należy do mnie i pozostanie Rumieńcem 
Dziewicy,   dopóki   będzie   istnieć   albo   dopóki   nie   umrze   ostatni   McClairen.   – 
Spojrzał na nią kątem oka, zarazem smutny i pełen triumfu. – Jeśli taki człowiek, 
jak Carr, nie może nas wybić, kto zdoła to zrobić?

– Ale jak tego dokonałeś? – zapytała Fia, chłonąc wzrokiem widok w dole. 

Północne skrzydło ukończono i praca przeniosła się na krótką część środkową. To, 
co zostało z fasady, zasłaniało ciężkie, drewniane rusztowanie.

– Carr nie chciał zamku po pożarze – powiedział Thomas. – Ja chciałem, a 

on nie wzdragał się przed sprzedaniem go mnie – albo raczej mojemu agentowi.

Fia otworzyła szeroko oczy. Carr nigdy jej o tym nie powiedział. Sprzedał 

dom, nie mówiąc ani słowa. Zadrżała mimowolnie, zdumiona, że zostało w niej 
jeszcze coś, co bezwzględność Carra mogła zranić.

Tak było lepiej. Thomas dokonał tego, o czym zawsze marzyła – uzdrowił 

Rumieniec   Dziewicy,   zrywając   z   niego   nędzne   ozdóbki   i   odsłaniając   dumne, 
dawne   oblicze   budowli.   Nie   mogło   być   lepiej.   Jak   bardzo   chciałaby   zobaczyć 
spełnienie swoich marzeń!

Thomas delikatnie uniósł jej brodę do góry. Podprowadził do niej swojego 

konia.

– Płaczesz?

– Nie.

– Zatem widocznie odblask słońca na falach razi cię w oczy – powiedział, 

podsuwając jej wymówkę, po rycersku uszanowawszy jej smutek.

– Tak – odparła.

Uśmiechnął   się,   patrząc   na   nią   z   czułością;   przesunął   kciukiem   po   jej 

wardze. Instynktownie chwyciła jego rękę. Spojrzał niepewnie. Zawahała się, po 
czym odwróciła jego dłoń i dotknęła ustami.

Zacisnął boleśnie rękę na jej nadgarstku. Gdyby zobaczyła ślad litości w jego 

oczach,   straciłaby   panowanie   nad   sobą.   Zamknęła   więc   oczy   –jak   tchórz   –   i 
przyłożyła wierzch jego dłoni do policzka.

Wydał   jakiś   dźwięk.   Przekleństwo?   Modlitwa?   Nie   potrafiła   powiedzieć. 

background image

Potem nagle gorący kłąb konia, na którym siedział Thomas,  trącił ją w nogę i 
końskie kopyta zatańczyły na ziemi.  Jej koń uskoczył na bok. Thomas wyrwał 
swoją rękę i przyciągnął ją do siebie.

Otworzyła gwałtownie oczy. Schylił się, ujmując ją pod kolanami i sadzając 

sobie na kolanach, drugą ręką chwycił jej włosy i delikatnie odchylił głowę do tyłu.

Przez   jedną  krótką   chwilę  ich  spojrzenia  spotkały   się,  a   potem  zaczął  ją 

całować, całować tak, jakby nigdy nie miał przestać. To były głębokie pocałunki, 
delikatne pocałunki, wilgotne, namiętne – takie, jakich nie znała. Jego głód zbudził 
w niej uczucie podobne.

Splotła palce za jego głową, nie chcąc, żeby skończyły się te oszałamiające, 

odbierające przytomność umysłu pocałunki.

Skończyły się, rzecz jasna. W końcu odsunął się i wzniósł twarz do nieba. 

Wówczas   zabrała   się   do   szukania   innych   miejsc,   które   mogłaby   zbadać. 
Pocałowała jego silny, opalony kark. Był słony. Niezwykły. Thomas zadrżał.

Polizała jego szyję. Zadrżał silniej, ale nie opuścił głowy.

Była   doświadczoną   uwodzicielką,   pozbawioną   serca   dziewką,   której   nie 

sposób się oprzeć. Mężczyźni wszędzie, włącznie z tym tutaj, mówili to samo. 
Dlaczego   więc   nie   miałaby   uwieść   Thomasa   McClairena   na   tyle,   żeby   dał   jej 
więcej pocałunków?

– Thomasie – szepnęła.

Spojrzał na nią z góry, nie dając jej dokończyć. Jego oczy błyszczały ledwie 

hamowanym pożądaniem. Przejął ją strach.

– Czy to jakieś czary? – zapytał chrapliwie. – Tortura obmyślona w tej twojej 

pokrętnej,   małej   główce?   To   nie   jest   potrzebne.   Nie   możesz   sprawić,   żebym 
pragnął cię bardziej i uczynić to pragnienie mniej nieznośnym.

– Jesteś przecież większy, silniejszy ode mnie.

Spojrzał na nią smętnie.

– Przy tobie jestem słabszy niż jednodniowe kocię, pani. Pokonałaś mnie. 

Nie mógłbym narzucać się tobie, tak samo, jak nie umiałbym pofrunąć.

– Nawet gdybym cię kusiła, drażniła się z tobą, prowadziła na milimetr od 

tego,   czego   pragniesz?   –   Nie   wiedziała,   jaki   diabelski   odruch   kazał   jej   to 
powiedzieć.

background image

Potrząsnął głową.

– Czy chcesz mojej krwi, Fio? Chętnie ją oddam, jeśli zaprzestaniesz swych 

gierek i zostawisz mnie w spokoju.

– Nie mogę.

– Zatem nie ruszymy się stąd, bo ja nie mogę cię zostawić. – Uśmiechnął się 

z bezgranicznym smutkiem.

Serce jej biło gwałtownie. Stała nad przepaścią.

– Czego chcesz? – zapytała cicho.

Odpowiedział natychmiast.

– Chcę, żebyś kazała mi zostać – oznajmił. – Ale kazała mi zostać, wiedząc, 

że będę cię miał pod sobą.

Nie wspomniał słowem o miłości, ale ona była teraz kobietą, nie dziewczyną. 

Jej   łoże  małżeńskie  nie  znało  miłości.   Wiedziała,  co  to  miłość,   bo  doznała  jej 
braku. Nie musiał jej ubierać w słowa, żeby była prawdziwa.

– Proszę – zdołała wykrztusić – zostań.

Uśmiechnął się radośnie, z triumfem. Przerzucił nogę nad siodłem i zsunął 

się na ziemię, nie wypuszczając jej z objęć.

Przeniósł ją przez szczyt wzgórza, tam, gdzie rosła gęsta, soczysta, słodko 

pachnąca trawa, tuż przy sosnowym zagajniku. Dopiero wtedy ją puścił, zajmując 
się teraz zdejmowaniem z niej spódnic, podczas gdy ona pośpiesznie rozsupływała 
wstążki gorsetu, jakby spodziewała się, że lada chwila jakiś zegar wybije godzinę i 
czar pryśnie.

Spódnice opadły; gorset został usunięty; pantofelki ześlizgnęły się ze stóp. 

Thomas odstąpił do tyłu.

Fia spojrzała niepewnie, nagle zawstydzona i zmieszana. Dlaczego tak na nią 

patrzył? To ona miała być ta tajemnicza, nie on!

– Czy położymy się… razem? – zapytała ku zaskoczeniu Thomasa.

Słowa brzmiały sztucznie, niepewnie, jakby nie potrafiła nazwać tego, czego 

chciała od niego. Ramiona ściągnęła do tyłu, brodę uniosła z rozdzierającą serce 
odwagą. Nie wiedziała jednak, co zrobić z rękami. Wisiały sztywno u jej boków z 
dłońmi   odwróconymi   w   nieświadomej   prośbie.   A   jej   ogromne   oczy   patrzyły   z 

background image

gorączkową niecierpliwością i… strachem.

W jego głowie zrodziło się podejrzenie. Czy to możliwe?

– Fio – spytał – ilu miałaś kochanków?

Była słodka, taka bezradna. Zadrżała, stojąc przed nim w bieliźnie, z piersią 

ledwie osłoniętą koronkami koszuli.

– Fio?

Wciągnęła głęboko powietrze; pierś zadrżała rozkosznie.

– Miałam męża – oświadczyła. – Ale nigdy nie miałam kochanka.

Dar, który mu ofiarowała, oszołomił go.

– Pozwól mi być twoim kochankiem, Fio.

– Chciałabym – odparła słabym głosem – ale wątpię, żebym była w stanie 

chodzić.

Roześmiał się na to szczere wyznanie, zachwycony jej uczciwością. Chwycił 

ją   w  ramiona   –  miękką,   jedwabistą,   gibką,   elegancką   i  przestraszoną.   Przytulił 
twarz do jej szyi, przesunął  wargami  wzdłuż obojczyka i polizał zagłębienie u 
nasady szyi.

Potem opadł na kolana, wysuwając spod niej ramiona i zdejmując kubrak, 

tak żeby miała się na czym położyć.

– Boże, uwielbiam twoje włosy – szepnął, podnosząc garść jedwabistej masy 

i pozwalając jej ześlizgnąć się po swojej ręce. Chciał, żeby to trwało. Chciał się z 
nią bawić, dotykać jej i być przez nią dotykanym.

– Co się stało? – zapytała, wyczuwając jego drżenie.

– Nic – zapewnił; pożądanie plątało mu język. – Chcę ciebie. Chcę ciebie i 

jest mi ciężko po prostu… cię nie wziąć.

Jego szorstkość wywołała rumieniec na jej twarzy i szyi. Ujął jej twarz w 

dłonie i pochylił się nad nią, zdumiony tym, jaka jest mała i delikatna.

– Nie zrobię tego.

– Ale ja tego pragnę.

To wyznanie nie było już nieśmiałe; uwierzyła w ogrom jego pragnienia. 

background image

Dobry Boże, co w tym dziwnego, pomyślał niewesoło. Jego ciało zdradzało go w 
sposób mało subtelny.

Podniósł   jej   halki,   odsłaniając   nogi   wciąż   odziane   w   drogie,   jedwabne 

pończochy.   Usiadł,   ujął   ją   za   kostki   i   ułożył   jej   nogi   na   swoich   kolanach. 
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

Uśmiechnął się do niej łobuzersko.

– Masz piękne nogi, lady Fio. Najpiękniejsza para nóg, jakie widziałem.

Jej oczy zalśniły, wydała leciutki okrzyk zdumienia i zachwytu. Jak bardzo 

Fia lubiła żarty!

– Aż żal je zakrywać – powiedział. – Po co to robić?

– Może pod tymi pończochami są brzydkie wrzody – powiedziała, lekko 

dysząc, z nogami na kolanach Thomasa.

– Myślę, że kłamiesz, lady Fio – odparł Thomas ujmującym tonem. – Sądzę, 

że twoje nogi są bez skazy, tak jak reszta twojego ciała, i zamierzam to sprawdzić.

Nadal patrząc jej w oczy, chwycił jej kolano jedną ręką, a drugą rozluźnił 

powoli   podwiązkę   ze   wstążki.   Przesunął   palcami   po   wrażliwej   skórze   pod 
kolanem. Zadrżała. Drapieżny uśmiech Thomasa stał się jeszcze gorętszy.

Powoli   zsunął   jedwabną   pończochę,   wodząc   leniwie   palcem   wzdłuż   jej 

łydki. Oczy mu płonęły. Ten uśmiech mówił: „a teraz cię zjem”.

– Jaką mam ci wyznaczyć karę, jeśli ta noga okaże się tak samo bez skazy, 

jak cała reszta? – zapytał.

Nie mogła wydobyć głosu. Oddychała z trudem. Podniosła się na łokciach, 

żeby zobaczyć ciemne, silne palce na swoich udach. Ten widok był niesłychanie 
zmysłowy.

– I co? – Jego oczy pociemniały. – Jest doskonała.

– Muszą być na drugiej nodze.

Uśmiechnął  się z niedowierzaniem, ale ujął drugą nogę i jednym palcem 

rozwiązał  podwiązkę.  Pogładził dłonią  tył jej  łydki, przesunął  ją  powoli ponad 
kolano.   Jeszcze   wyżej.   I   wyżej.   Przymknęła   oczy   i   zadrżała.   Jego   dłoń 
powędrowała   jeszcze   wyżej,   do   szczytu   jej   ud.   Głowa   zatoczyła   się   między 
ramionami. Nie dość tego. Czuła to, już… O, tak! Otoczył dłonią jej pośladki.

background image

Oddychała szybko, zamknąwszy oczy, żeby lepiej się skupić na jego dotyku, 

cieple i wielkości dłoni, szorstkości stwardniałych od pracy palców.

– Połóż się.

Głos odezwał się bardzo blisko. Objął jej plecy długim, silnym ramieniem, 

pomagając się ułożyć.

– Połóż się, Fio, moja miłości.

Fio, moja   miłości.  Ile  dziewcząt  legło z  szeroko  rozłożonymi  nogami   na 

dźwięk podobnych słów? Ponaglał ją delikatnie, ze słodką niecierpliwością. Jej 
ciało zwiotczało, gorące i jednocześnie napięte. Połóż się, Fio, moja miłości.

Otoczył   ręką   jej   pośladki,   przesuwając   palce   coraz   niżej,   między   jej 

omdlałymi udami, aż pogładził mały czarny trójkąt między jej nogami. Drgnęła 
zaskoczona.

Znów pogładził wzgórek u dołu brzucha, tym razem mocniej i dłużej, kreślił 

palcem wskazującym zawiłe wzory najpierw na jego krawędzi, a potem coraz niżej, 
aż   opuszek   palca   zaczął   pieścić   najbardziej   czułe   miejsce,   podążając   płynnie   i 
delikatnie do małego celu.

Wielki Boże! Chwyciła go za ramiona, bojąc się, że zmiecie ją fala doznań. 

Trzymał ją wolną ręką, drugą odprawiając jednocześnie swoje porażające czary, 
szepcząc niezrozumiałe słowa, które brzmiały zarazem jak błaganie i zachęta.

– Tak Tak – odparła bez tchu, zawierając w tym jednym słowie zgodę i 

ponaglenie. – Tak.

Uniosła instynktownie biodra, szukając go. Jedno kolano osunęła na ziemię, 

otwierając się całkiem na jego pieszczoty.

– Spokojnie, Fio.

Palec wszedł w nią.

Wygięła   się   do   góry   jak   napięty   łuk,   wbijając   w   niego   paznokcie.   Nie 

wiedziała. Słyszała o tym, ale nigdy tego nie doznała, uważając się za jedną z tych 
szczęśliwych kobiet, które nie są wydane na łaskę cielesnego pożądania. Głupia!

Palec poruszał się coraz głębiej. W głowie jej wirowało, ziemia obracała się 

w szaleńczym tempie. Podniosła powieki, szukając Thomasa. Szaroniebieskie oczy 
przylgnęły   do   jej   twarzy;   warstewka   potu   sprawiała,   że   jego   skóra   lśniła   jak 
naoliwiony brąz.

background image

Zrozumiała. Pragnął jej całej. Chciał więcej niż to. Ona także. Pragnęła, aby 

wypełnił ją głęboko.

– Proszę – szepnęła.

– Tak? – zapytał ochryple. – Powiedz mi, czego pragniesz?

– Ciebie.

Stoczył się z niej; z rękami na zapięciu bryczesów. Złapała go za nadgarstek.

– Chcę ciebie we mnie i chcę… żebyś był nagi.

Czekała wstrzymuje oddech, przerażona własną śmiałością. Czy uzna ją za 

tanią, wyuzdaną…

Jednym   zręcznym   ruchem   podniósł   się   i   ściągnął   koszulę.   Odrzucił   ją 

niedbale na bok, zrzucił buty, a potem szybko rozpiął spodnie.

Był taki męski. Ciemne włosy porastające jego szeroką pierś zwężały się 

klinem   w   stronę   brzucha.   Ramiona   z   wyraźnie   zarysowanymi   mięśniami   były 
mocne i szczupłe, skóra gładka i czysta.

Odwrócił się trochę i zsunął spodnie. Jego pośladki były równie twarde i 

wyraźnie zarysowane jak reszta ciała, biodra wąskie, nogi długie. Przeniosła wzrok 
na jego twarz.

Wpatrywał się w nią ze skupioną, pełną napięcia uwagą, jakby zamierzał ją 

połknąć, albo pochłonąć w jakiś inny sposób. Wysunął się z bryczesów i zrzucił 
bieliznę.

Powiodła oczami w dół płaskiego brzucha. Thomas podążył za jej wzrokiem 

do miejsca, gdzie jego członek wzniósł się dumnie, gruby i wielki. Nagły niepokój 
walczył teraz z jej pożądaniem. Uśmiechnął się lekko, ukazując ten swój czarujący 
dołek w policzku. Ten uśmiech był bardzo pewny siebie.

– Nie zrobię ci krzywdy.

– Wiem.

Mówił prawdę. Nie uczyni jej żadnej krzywdy, chyba że zostawi ją tak, jak 

teraz, na krawędzi jakiegoś tajemniczego, kobiecego przeżycia, którego istnienia 
nawet nie podejrzewała, a w tej chwili nade wszystko pragnęła poznać.

Ukląkł obok niej i delikatnie rozsunął brzegi koronkowej koszuli.

background image

– Piękne.

Nigdy nie rozumiała męskiej fascynacji piersiami, teraz jednak była z niej 

zadowolona.   Zadowolona,   że   Thomas   zachwyca   się   nią   tak   otwarcie,   z   taką 
miłością. Sprawił, że poczuła się niezwykle kobieca, dziwnie bezradna, a jednak 
pełna mocy.

Wiedziała, że jest piękna, ale nigdy nie czuła się piękna, dopóki Thomas 

McClairen jej tak nie nazwał.

Pochylił głowę i dotknął wargami jej sutka. Całował go, pieścił językiem, 

ssał w ciepłym wnętrzu ust, robił… cudowne, podniecające rzeczy, toczył między 
wargami jedwabistą delikatną słodycz, póki nie zwilgotniała, pocierał nosem jej 
pierś, poświęcając uwagę obu piersiom.

Mruczała   z   rozkoszy,   i  chwytając   obiema   rękami   jego   jedwabiste   włosy, 

przyciągała do siebie ciemną głowę.

Wbiła   pięty   w   ziemię,   unosząc   biodra,   żądając,   błagając,   szukając   tego, 

czego pragnęła.

Jego.

W niej.

W końcu ręka Thomasa ześlizgnęła się na jej biodro. Popchnął ją delikatnie 

na ziemię i przełożył przez nią ciężką nogę. A ona poczuła spragniony, ciepły i 
twardy jak stal członek tuż przy sobie.

Pocałował   ją   w   usta,   pieszcząc   jej   wargi   swoimi,   tak   jak   poprzednio. 

Wiedziała teraz, czego chce. Otworzyła usta, przeczesując palcami gęstwinę jego 
włosów, po czym przesunęła dłońmi wzdłuż jego pleców, zachwycając się mocą 
jego mięśni i gładkością skóry. A przez ten czas on całował ją głęboko i mocno.

Podciągnął biodra, układając się na niej. Jego ciało było twarde i władcze, jej 

– miękkie i oddane. Wsunął dłoń między nich. Ujął swój twardy miecz i powoli, 
delikatnie wsunął go między jej dwie śliskie fałdy. Krzyknęła, a on upajał się tym 
dźwiękiem, przysuwając się bliżej, głębiej, aż…

– Fio – szepnął, wsuwając się w nią gwałtownym, lecz opanowanym ruchem. 

Zadrżała. Przerwał pocałunek, przesunął ustami po jej policzku i oparł czoło na 
ziemi obok niej.

– Usiłuję nad tym zapanować – szepnął w napięciu. – Błagam, pomóż mi. 

background image

Nie ruszaj się.

Otworzyła szeroko oczy. Nie ruszać się? Skoro on jest w niej, czuje, jak leży 

na niej?

Niemożliwe!

Zakołysała   biodrami.   Jego   miecz   w   odpowiedzi   wycofał   się   z   niej 

gwałtownie. O tak! Jeszcze. Jeszcze. Wysunął się z niej, potem powoli znów w nią 
wszedł. A ona towarzyszyła tym ruchom, pragnąc ich więcej.

–   Nie,   poczekaj   –   szepnął   ochryple.   Wysunął   się   z   niej   z   powolnym 

westchnieniem rozkoszy. – Teraz, chodź do mnie, kochana.

Wszedł w nią gwałtownie, gdy uniosła biodra. Krzyk odkrywcy wyrwał się z 

jej ust.

– Jeszcze.

I jeszcze. Z każdym ruchem uczyła się odwiecznego rytuału. Przeżywała to 

każdym włókienkiem ciała. Jego pchnięcia były coraz głębsze i mocniejsze.

– Tak – zaszlochała. – Proszę. – Bo było jeszcze o co prosić. Pozostała jakaś 

obietnica do spełnienia.

Twarde mięśnie na jego piersi, poprzecinane sznurami żył, napięły się. Skóra 

poczerwieniała z wysiłku.

Zamknęła oczy. Na atłasowej czerni zapalały się iskry. Rozkosz owładnęła 

nią tak intensywna, jak ból. Westchnęła, gdy twarde jak skała ciało poruszało się 
nad nią, w niej, razem z nią.

Zatraciła się, instynkt przezwyciężył obawę przed niebezpieczeństwem.

– Proszę, Thomasie! Proszę!

Otoczył ją ramionami, uniósł do góry. Przytulił usta do jej szyi delikatnie, 

jakby na przekór twardym pchnięciom.

– Chodź, Fio – mruknął. – Chodź.

Ogarnęło   ją   ciepło,   coraz   bliżej   i   bliżej,   póki   wszystko   nie   stało   się 

pożądaniem.

– Teraz ty. Zrób to teraz.

background image

Po tych słowach pożądanie wybuchło fajerwerkami rozkoszy, przetaczając 

się przez jej ciało jak burza.

– Thomasie – szepnęła zdumiona. – Thomasie!

Nie odpowiedział, nie był w stanie. Jej ciało dopasowało się do jego ciała, 

przyjmując i odpowiadając na jego namiętność z równą pasją. Nie istniało nic poza 
nimi dwojgiem, jej krzykiem, pięknem jej spełnienia.

Uda jej zesztywniały, palce wpiły się w jego ramiona. Krzyknęła ponownie. 

Był to krzyk nasycenia, gdy głęboko zacisnęła się wokół niego.

Teraz on przeżył spełnienie. Położył dłonie przy jej bokach, uniósł wysoko 

biodra i wszedł w nią do końca, wykrzykując swoją rozkosz ku niebu.

background image

20

Fia dotknęła twarzy Thomasa, kładąc opuszki palców na jego ustach. Jej 

oczy były przejrzyste, ale smutne, jak światło księżyca.

– Nie wiedziałam, że tak może być – powiedziała.

Odwrócił   głowę   i   pocałował   jej   palce,   wyczytując   w   jej   uśmiechu   żal   i 

rezygnację. Wiedział, co powie, zanim usłyszał słowa, a jednak każde z tych słów 
było jak nóż wbity w jego serce.

– To się nie może powtórzyć.

– Nie?

– To… bolałoby jeszcze bardziej, gdy się skończy.

Chciał   zaprzeczyć,   zapytać,   dlaczego   ich   miłość   musi   się   skończyć. 

Dlaczego coś, co było takie prawdziwe i doskonałe, ma się skończyć?

Uczciwość nie pozwoliła mu na to. Miała rację. Dostrzegła zrozumienie na 

jego   twarzy   i   zanim   zdołał   wyczytać   coś   więcej   z   jej   myśli,   schyliła   głowę   i 
odwróciła się, zawiązując sznurowanie przy koszuli. Jej szyja wydawała się krucha 
i delikatna.

Gdyby to był romans z bajki, zasnęliby w swoich objęciach i obudzili się, 

czując na twarzach cień przelatujących łabędzi. Zaczęliby sobie szeptać słodkie 
przysięgi i zaklęcia, wstaliby z łoża z pachnących traw i odjechali ku zachodowi 
słońca.

Ale to nie była baśń.

Odwrócił głowę, przypominając sobie z goryczą, że nie istnieją niezależnie 

od przeszłości, i od przyszłości. To, co robili, było ważne nie tylko dla nich, ale i 
dla   innych.   Wystarczyło   spojrzeć   na   wschód,   w   stronę   Wyspy   McClairenów   i 
ludzi, których tutaj sprowadził, żeby zrozumieć, jak mało czasu może poświęcić 
własnemu bólowi, nawet jeśli rana wydawała się śmiertelna.

Nawet, gdyby było inaczej… Nadal na tej ziemi był wyjęty spod prawa. 

Wkrótce będzie musiał uchodzić z Anglii, prawdopodobnie na zawsze, jeśli mu 
życie miłe.

background image

A Fia? Fia nadal była córką Carra i tydzień miłej rozmowy czy parę chwil 

namiętności tego nie zmienią. Znał Fię na tyle dobrze, żeby powierzyć jej własne 
życie,   ale   nie   dość   dobrze,   by   powierzyć   jej   życie   innych   ludzi.   Ale   to   nie 
umniejszało pragnienia.

Gdyby mieli się znowu kochać – bo więcej w tym, co zrobili razem, było 

miłości niż zwykłego pożądania – „pragnienie” zamieniłoby się w niemożliwą do 
zaspokojenia namiętność. Może na resztę życia.

Do licha, pomyślał. Jak na człowieka, który chciał usunąć z życia wszystko, 

co wiązało się z Merrickami, narobił niezłego bałaganu.

Wciągnął buty i wstał. Chciał jej dotknąć, ale bał się, że wzbudzi pożądanie, 

które tliło się tuż pod powierzchnią.

– Wkrótce będzie za ciemno, żeby wrócić do dworu, droga jest zbyt słabo 

widoczna. Tę noc musimy spędzić w Rumieńcu Dziewicy.

Odwróciła się; jej niezwykle spokojna twarz przeczyła wyrazowi oczu.

– Nie martw się – powiedział. – Nie przeszkodzisz mi swoją obecnością. W 

murach zamku niektóre pokoje są już gotowe, w paru z nich jest już kilka prostych 
mebli. Będziesz spać w jednym, a ja w drugim. – Pod gwiazdami, pomyślał, ale 
tego nie powiedział.

Nie śmiał pozostawać blisko tego, czego tak bardzo pragnął. Ostatecznie był 

tylko mężczyzną.

Skinęła   głową   i   poczekała,   aż   przyprowadził   konie.   Bardzo   ostrożnie 

podniósł ją i wsadził na siodło, po czym sam wskoczył na grzbiet swego konia.

Dróżka prowadziła do wąskiego, kamienistego przesmyku, który łączył ląd z 

wyspą. Przeszli na drugą stronę, gdy mrok wieczoru przeszedł w ciemność nocy. 
Nad ich głowami ptaki kołowały na tle nieba koloru indygo, a w trawie bzyczały 
owady. Na odbudowanym tarasie migotało światło pochodni. Kilku kamieniarzy 
nadal obrabiało kamienne bloki.

Fia rozpoznała w jednym z nich olbrzyma Jamiego, który powitał ich na 

plaży. Podniósł głowę na odgłos końskich kopyt i, rozpoznawszy Thomasa, ruszył 
w ich stronę.

– No tak… – Jamie wymówił te słowa powoli, wodząc wszystkowiedzącym 

wzrokiem od Thomasa do Fii. – Najwyższy czas.

background image

–   Zamilcz,   Jamie   –   powiedział   Thomas   z   większą   złością,   niż   na   to 

zasługiwały przyjazne, choć dwuznaczne słowa olbrzyma. – Każ komuś zająć się 
końmi. Lady MacFarlane zostanie na noc.

Olbrzym   otworzył   usta,   ale   jedno   spojrzenie   na   gniewną   twarz   Thomasa 

przekonało go, że mądrzej będzie milczeć. Zawołał jednego z mężczyzn.

Thomas zsiadł z konia i nie czekając na przyzwolenie Fii, chwycił ją w pasie 

i postawił na ziemi. Opuścił ręce i stanął, nie patrząc na nią.

Fia odczuła ból, ale nie gorycz czy żal. To nie niechęć kazała Thomasowi 

odwrócić   wzrok   i   dotykać   jej   tak   beznamiętnie.   Przeciwnie   –   sprawiało   to 
pożądanie, szaleńcze, beznadziejne, bolesne pożądanie. Wiedziała, ponieważ czuła 
to samo.

Jadąc za nim, gdy schodzili z gór, wpatrywała się w proste plecy, szerokie 

ramiona, w biodra, które poruszały się płynnie, dostosowując do rytmu końskiego 
biegu. Nachodziły ją fale pożądania, budziły się świeże wspomnienia jego bioder 
poruszających się przy jej ciele, szerokiej piersi, która ją okrywała, ramion, które ją 
obejmowały.

To dobrze, że on tak jak i ona uświadomił sobie szaleństwo tej miłości.

Nigdy nie miała kochanka, bo tego nie chciała. Ale teraz, kiedy go już miała, 

pragnęła czegoś więcej. Chciała Thomasa. Nie na parę godzin, ale na wszystkie 
możliwe godziny i dni. Gdyby jednak uległa pokusie, nie zyskałaby niczego. Poza 
śmiercią Thomasa.

Albowiem   Carr,   odkrywszy,   co   zrobiła,   wydałby   Thomasa   władzom; 

aresztowano by go i powieszono, a jego głowę zatknięto na palu. Nie mogłaby z 
tym żyć.

Powinna być wdzięczna. Sześć lat temu porzuciła wszelkie fantazje na temat 

Thomasa, a teraz, niezwykłym zrządzeniem losu, dane jej było zakosztować smaku 
owych   marzeń,   które   okazały   się   cudowniejsze   niż   wszystko,   co   zdołała   sobie 
wyobrazić. Powinna czuć wdzięczność za to, co zostało jej dane. Ale nie czuła, 
chciała więcej, bo była chciwa i samolubna. Jak Carr.

W przeciwieństwie jednak do Carra, nie pozwoli, by rządziła nią chciwość. 

Nie każe Thomasowi płacić za swoją zachłanność.

Zmusiła się, żeby rozejrzeć po okolicy i ogarnęło ją zdumienie, uwalniając 

od bolesnych rozważań.

background image

Ruszyła   naprzód,   wabiona   widokiem,   jaki   się   przed   nią   rozpościerał. 

Oddychała   z   trudem.   Odchyliła   głowę   do   tyłu,   nie   zdając   sobie   sprawy,   że 
uśmiecha się, rozpoznając… Rumieniec Dziewicy.

–   Powiadają   –   usłyszała   obok   szept   Thomasa   –   że   Dougal   McClairen 

zobaczył po raz pierwszy Lizabet McIntere w domu jej ojca, kiedy miała zaledwie 
trzynaście lat. Dougal widział dziewczynę tylko raz, ale to wystarczyło. Opuścił 
dom   McIntere'a,   wędząc,   że   stary   łotr   chce   spowinowacić   swoją   rodzinę   z 
bogatszą,   wydając   Lizabet   odpowiednio   za   mąż.   To   nie   miało   znaczenia   dla 
Dougala. Poprzysiągł, że ją dostanie. Przybył na wyspę i zbudował zamek nie do 
zdobycia. To mu zabrało cztery lata, a kiedy skończył, zebrał siedemdziesięciu 
dobrze uzbrojonych górali i ruszył w zaloty. Lizabet,  na szczęście,  jeszcze  nie 
wyszła   za   mąż   –   chociaż   Dougal   przysiągł,   że   to   by   nie   miało   znaczenia   –   a 
McIntere, rzuciwszy raz okiem na ludzi Dougala, przystał na małżeństwo. Dougal 
sprowadził Lizabet na tę wyspę… – Głos Thomasa ochrypł i zamilkł.

– Zatrzymali się na szczycie wzgórza, tuż przed zachodem słońca – ciągnęła 

cichym głosem Fia, bo świetnie znała tę opowieść, słyszała ją w dzieciństwie, od 
Gunny.  Jej   wzrok  wędrował  z  zachwytem  po  szorstkim,  srebrnawym kamieniu 
budowli, połyskujących, głęboko osadzonych oknach i wysokich iglicach wież. –I 
Dougal złożył uroczysty ślub. Kiedy Lizabet znajdzie się w murach zamku, nie 
dotknie jej żaden mężczyzna poza nim. Lizabet zaczerwieniła się, a górale, którzy z 
nimi byli, słyszeli ślubowanie i widzieli rumieniec pani, i wydało im się, że w 
zachodzącym słońcu   wielka  szara   forteca  także   spłoniła  się   od  zapału  swojego 
pana. Tak więc, po wsze czasy, zamek miał nosić miano Rumieńca Dziewicy.

Odwróciła  się,  wiedząc,   że  Thomas  patrzy  na  nią.  Pomyślała,   że  choćby 

Dougal spoglądał na żonę z największym pożądaniem, nic nie mogło się równać ze 
spojrzeniem szaroniebieskich oczu Thomasa.

– Aż do czasów Carra – odezwał się Jamie, przerywając chwilę milczenia. 

Stał w pobliżu, uśmiechając się z goryczą.

– Tak – szepnął Thomas – aż do czasów Carra.

Jej   ojciec   zdobył   zamek,   zdradzając   królowi   jakobickie   sympatie 

McClairenów,   a   potem,   potajemnie   złożył   donos   na   swego   dobroczyńcę,   lana 
McClairena,   i   tym   sposobem   doprowadził   do   egzekucji   i   wodza   klanu,   i 
prawowitego właściciela zamku.

Wszedłszy   w   posiadanie   zamku,   nagrody   za   zdradę,   Carr   zabrał   się   za 

przekształcanie   wielkiej   szarej   damy   w   zwykłą   dziewkę.   Pokrył   budowlę 
dziwacznymi ozdóbkami, zniekształcił dumną sylwetkę gmachu i zasłonił surowe 

background image

ściany.

Ale teraz… wieże uwolniły się od niepotrzebnych iglic i przypór. Blanki 

okalały szczyty jak prosta korona głowę starożytnego władcy. Nic nie zasłaniało 
szarego kamienia. Wszystko do siebie pasowało, jakby wykute z jednej bryły.

– To wspaniałe, Thomasie – powiedziała cicho Fia. – Jak zdołałeś to zrobić? 

Skąd zdobyłeś pieniądze?

– Piractwo bardzo mi się opłaciło – powiedział z ukradkowym uśmiechem.

Odwróciła się gwałtownie.

– Myślałam, że zajmujesz się przewozem towarów. 

Wzruszył ramionami.

– Czasami jedno miesza się z drugim.

– Rozumiem. – I tak też było. Niebezpiecznie było żeglować po morzach, 

gdzie grasowali piraci, ale ściganie i zmuszanie do walki wrogich okrętów niosło 
również   ogromne   ryzyko.   Nie   podobało   jej   się,   że   tak   igrał   z   życiem,   i   to 
najwyraźniej często.

–   Robię   to   bardzo   dobrze,   Fio   –   powiedział.   –   I   nie   tylko   ja   finansuję 

odbudowę zamku. Jamie Craigg i kilku innych także wyprawiało się na morze.

– Rozumiem. – Poczuła szczypanie pod powiekami. Nie miała prawa czuć 

takiego gniewu, a tym bardziej bać się o niego. To, że raz się kochali, nie dawało 
jej takiego przywileju. Uznałby, że jest zaborcza, może powziąłby do niej niechęć.

Opanowała się, spoglądając na groźny budynek, który go tyle kosztował. Ta 

świadomość przyćmiewała nieco przyjemność płynącą z oglądania zamku.

–   Skąd   wiedzieliście,   jak   to   zrobić?   –   zapytała,   usiłując   nie   myśleć   o 

niebezpieczeństwach, na jakie się narażał i na jakie miał się narażać w przyszłości.

– Polegamy  na pamięci tych, którzy mieszkali  w zamku  przed Carrem – 

odparł.

– A jest ich wielu?

– Nie. Zbyt mało, i pamięć mają słaba – oznajmił Jamie, marszcząc szerokie, 

ogorzałe czoło. – Zamierzałem, Tommy, pogadać o tym z tobą. – Zagryzł wargę. – 
Mamy kłopot.

background image

– Tak? – powiedział Thomas z niepokojem.

– Nie ma nikogo, kto pamiętałby komnaty wokół środkowego holu – ciągnął 

Jamie. – Wiemy, jak wyglądało północne i południowe skrzydło, bo są tacy, co 
mieszkali w tych częściach zamku. Ale chociaż jadali w głównym holu, rzadko 
bywali na pokojach.

– Do diabła – mruknął Thomas pod nosem. – Ale chyba możemy spróbować 

je odtworzyć, tak?

Jamie nie wydawał się przekonany.

– Same fundamenty to za mało, żeby odtworzyć dawny układ.

– Może mogłabym pomóc – odezwała się Fia. Znała komnaty na pamięć, nie 

tylko układ narzucony przez Carra, ale również ten oryginalny.

Thomas   spojrzał   na   nią   ostrzegawczo.   Odwzajemniła   spojrzenie   ze 

spokojem.   Nie   zamierzała   zdradzać,   kim   jest.   Wiedziała   doskonale,   na   jakie 
niebezpieczeństwo mogłaby się narazić córka Carra.

Jamie przyglądał się jej z ciekawością.

– Gościłam kiedyś w Rumieńcu Ladacznicy – powiedziała. – Spędziłam tam 

kilka miesięcy.

Wyraz zdziwienia na twarzy Jamiego pogłębił się i Fia uświadomiła sobie po 

niewczasie,   że   przed   sześcioma   laty,   kiedy   zamek   spłonął,   była   dzieckiem   – 
przynajmniej   w   mniemaniu   większości   ludzi.   Nie   było   możliwe,   żeby   Carr   ją 
zaprosił.

– Mój ojciec przebywał w zamku  jako gość Carra – wyjaśniła. – Matka 

zmarła,   kiedy   byłam   mała,   toteż   towarzyszyłam   ojcu.   Lord   Carr   pozwolił   mi 
korzystać z biblioteki. Były tam foliały i mnóstwo szkiców zamku, namalowanych 
przez młodą dziewczynę z klanu McClairenów. Wiele z nich stanowiło studium 
wnętrza zamku. Domyśliłam się, sądząc po ilości obrazów i licznych szczegółach, 
że nieznana artystka mieszkała w środkowej części zamku.

– Czy to prawda? – sapnął Jamie, patrząc na nią, jakby była manną zesłaną z 

niebios.

– Tak – odparła.

– I pamiętasz te obrazy?

background image

–   Bardzo   dobrze.   Kopiowałam   je   –   oznajmiła,   a   widząc   niedowierzające 

spojrzenie Jamiego, dodała: – Nie było tam zbyt wiele do roboty dla dziewczynki 
w moim wieku.

–   Ach!   –   jęknął   Jamie   w   zachwycie,   a   szeroką   twarz   ozdobił   uśmiech. 

Poklepał Thomasa po ramieniu. – A więc to dlatego ją tu sprowadziłeś! Nigdy bym 
nie pomyślał, że należysz do ludzi, którzy łączą przyjemność z pracą, chociaż gdy 
się na nią spojrzy, trudno się temu dziwić.

– Zamilcz, Jamie – powtórzył Thomas z mieszaniną urazy i niepokoju. Jamie 

nie obraził się. Na jego kłopot znalazła się nieoczekiwanie rada.

– Czy mogłabyś od jutra zacząć rysować dla nas szkice, lady MacFarlane?

– Oczywiście. We dworze też będę nad nimi pracować.

–   We   dworze?!   –   zawołał   Jamie   z   oburzeniem.   –   To   strata   czasu.   Do 

południa przygotujemy ci milutki pokój w zamku. Po co męczyć się, jeżdżąc tam i 
z powrotem, jeśli będziesz tutaj, prędzej się dowiemy, gdy coś zrobimy nie tak, jak 
trzeba, co? – Zwrócił się teraz do Thomasa. – Najlepiej będzie, jak dziewczyna tu 
zostanie, Thomasie.

Zostać w Rumieńcu Dziewicy z Thomasem? Rozmawiać z nim, móc wyjrzeć 

za drzwi albo przez okno i wiedzieć, że może go spotkać? Ta myśl urzekła ją jak 
pieśń syreny. Nie mogła pozbawić się kilku dni marzeń.

Spojrzała w ciemną, zasępioną twarz Thomasa.

– Tak, Thomasie – powiedziała. – Najlepiej będzie, jeśli zostanę.

W   głębi   jego   oczu   zapaliło   się   światełko.   Wyciągnął   do   niej   rękę   i 

znieruchomiał.

– Może zostać – zdecydował.

background image

21

Droga   do   londyńskich   doków   okazała   się   nieprzejezdna.   James   Barton 

wystawił głowę przez okno powozu i krzyknął na woźnicę:

– Wysiądę tutaj i pójdę dalej pieszo.

– Łatwo ci mówić,  panie, ale ja cię wpakowałem w ten galimatias i nie 

dostanę za to zapłaty. Trudno będzie się stąd wydostać – powiedział woźnica z 
urazą i splunął.

James rzucił mu parę monet i wysiadł. Tylko kilka kilometrów dzieliło go od 

miejsca, gdzie kotwiczyła „Sea Witch”. Obiecał Thomasowi, że popłynie wokół 
przylądka i tak zrobi, za dwa dni. Dzisiaj właśnie miał dokonać inspekcji statku, 
żeby sprawdzić jego stan przed podróżą.

Był   to   jakiś   sposób   na   spędzenie   czasu,   zwłaszcza   od   chwili,   kiedy 

zdecydował, że nie może  odwiedzać ślicznej  Sarah Leighton trzy popołudnia z 
rzędu. Odkąd Fia zniknęła, a Thomas odpłynął, Bóg wie dokąd, na niesprawnym 
statku, zbyt wiele czasu spędzał w towarzystwie panny Leighton.

Tego dnia, kiedy zabrał ją i Pipa z parku St. James, zwrócił uwagę na jej 

słodycz i troskę o brata. Następnego dnia zwrócił szal, który zostawiła w powozie, 
a ona zaprosiła go do domu, by mu podziękować za pomoc. Powoli zaczął się bać, 
że wypełnia pannie cały wolny czas.

– Barton!

James odwrócił się, szukając źródła władczego głosu.

– Tutaj, panie! – Na ulicy, gdzie natłok pojazdów spowodował zahamowanie 

ruchu,  z okna  polakierowanego  na czarno  powozu  wysunęła  się  okuta  srebrem 
laska i uderzyła w drzwi. W mrocznym wnętrzu powozu dostrzegł z trudem dwie 
postaci,   jedną   chudą   jak   kościotrup,   drugą   w   wysokiej   peruce   nad   przystojną 
twarzą. Lord Carr.

– Nie gap się tak, panie – polecił głos. – Chodź tutaj.

Tego właśnie chcieli on i Fia, żeby Carr odszukał Jamesa i zażądał wzięcia 

go do spółki przy oszustwach ubezpieczeniowych. James zgodziłby się tylko pod 
warunkiem,   że   Carr   przepisze   na   niego   Bramble   House,   które   on   z   kolei 

background image

przekazałby   Fii.   Teraz   jednak,   kiedy   ta   chwila   nadeszła,   James   poczuł   ukłucie 
strachu.

James Barton nigdy nie krył się przed niebezpieczeństwem, ale do tej pory 

nie doznał wrażenia, że dobrowolnie staje wobec czystego zła. A tak było teraz. Z 
wahaniem otworzył drzwi.

– Wsiadaj. Wsiadaj, Barton, powiadam.

Robię to dla Fii, pomyślał James i wsiadł.

Lord   Carr   siedział   naprzeciwko   lorda   Tunbridge'a,   o   którym   od   dawna 

krążyły   słuchy,   że   jest   jego   agentem   i   aniołem   zagłady.   Carr   gestem   nakazał 
Jamesowi, żeby usiał obok Tunbridge'a i James posłuchał. Tunbridge nie spojrzał 
na niego. Jak mechaniczny człowiek oczekiwał, aż nakręci go dłoń Carra.

Carr przyjrzał się Jamesowi spod ciężkich powiek. Jego długie, eleganckie 

palce rozluźniły się na gałce laski.

– Dużo czasu minęło, co?

– Istotnie, panie – odparł James. 

Miękkie usta Carra wykrzywiły się.

–   Wyobrażam   sobie,   żeś   się   mnie   spodziewał.   Do   tego   zmierzały   te 

wszystkie machinacje Fii.

James nie umiał opanować zaskoczenia. Carr zauważył to i zachichotał.

– Obawiam się, że Fia zgłupiała, mieszkając na wsi. Oczywiście, że wiem, 

co planuje. To w końcu moje dziecko, prawda?

James przełknął ślinę; diabeł, który siedział w tym człowieku, objawił się. 

Był w jego głosie, w radosnym triumfie.

Uśmiech znikł nagle z twarzy Carra. Przeniósł wzrok za okno.

–   W   porządku,   James!   –   krzyknął.   –   Kiedy   tylko   Fia   powiedziała   mi   o 

upodobaniu Bartona do wsi, wiedziałem, co jej chodzi po głowie, tak jak wiem, 
czego chcesz ty!

James,   zaskoczony,   rozejrzał   się   dookoła.   Poboczem   drogi   posuwał   się 

wolno tłum ludzi z niższych klas. Wydawało mu się, że gdzieś w tłumie mignęła 
elegancka spódnica damy i modny kapelusz.

background image

– Na co patrzysz, panie? – zapytał Carr. – Mówię do ciebie!

James zmieszany odwrócił się. Tunbridge pozostał nieruchomy i niemy, ale 

jego orle nozdrza zadrżały jakby w wyrazie kpiny.

W lśniących szafirowych oczach Carra pojawił się niedobry błysk. Czy Carr 

prowadził ze mną jakąś grę? – zastanawiał się James z niechęcią.

Był zwykłym, prostolinijnym mężczyzną, ale w ciągu paru chwil spędzonych 

w towarzystwie Merricka zrozumiał głębię jego szaleństwa i to, do czego jest w 
stanie się posunąć, żeby wygrać.

Powinien   zdać   sobie   z   tego   sprawę   wcześniej.   Oboje   powinni   o   tym 

pomyśleć.

Jak Fia i on sam mogli żywić nadzieję, że wygrają z kimś takim? Czyż Carr 

nie zabił matki Fii i dwóch kolejnych żon? A najprawdopodobniej również innych 
ludzi.

Zesztywniał. Carr zauważył to i napawał się jego reakcją.

– Powód, dla którego zatrzymałem cię, panie – powiedział – jest następujący. 

Mam wiadomość dla milej Fii. Przekaż, proszę, że jej plan całkiem się nie powiódł, 
że spotkał go los równie zły, jak, powiedzmy, ten, który wkrótce spotka „Alba 
Star”.

James otworzył szeroko oczy. Carr roześmiał się z zadowoleniem.

– Widzę, że nie rozumiesz! Pozwól, że cię oświecę, Barton, że byś mógł to 

przekazać Fii. Chętnie powiedziałbym jej to sam, ale właśnie wyruszam w podróż 
na kontynent i muszę  odmówić  sobie tej szczególnej  przyjemności.  A więc po 
pierwsze – splótł palce na gałce laski i pochylił się naprzód – podoba mi się twój 
interes   ubezpieczeniowy   i   gratuluję   dotychczasowych   sukcesów.   –   Carr   skłonił 
uprzejmie głowę.

Dobrze, pomyślał James. Carr złapał się na plotki, które oboje z Fią starannie 

rozpowszechniali. Może nie wszystko stracone.

– Fia jednak powinna zdawać sobie sprawę, że nigdy nie będę dążył do tego, 

żeby stać się częścią waszego duetu.

Nadzieje Jamesa się rozwiały.

–   Ludzie,   z   którymi   wchodzę   w   podobne   układy,   to   ci,   którzy   do   mnie 

należą. – Odchylił się do tyłu i westchnął. – Nie jesteś mój, panie. Jeszcze nie. 

background image

Zastanowię się nad naprawą tej sytuacji.

Zanim James zdążył odpowiedzieć, Carr pomachał laską w powietrzu.

– Mam wszakże twojego wspólnika, Thomasa… Donne'a, tak się, ponoć, 

mieni? Jego uczyniłem swoim partnerem.

Powietrze   w   małym,   mrocznym   powozie   nagle   zgęstniało.   U   nasady 

kręgosłupa James poczuł mróz. Obawa o Thomasa wzrosła, kiedy plany jego i Fii 
się zawaliły. Carr jako wspólnik Thomasa? To nie miało sensu! Dlaczego Thomas 
nic mu nie powiedział? W jaki sposób Carr mógł „mieć” Thomasa?

Nie potrafił uratować planu Fii, ale mógł próbować chronić Thomasa.

– Czym szantażujesz Thomasa? – zapytał.

– Chcesz powiedzieć, że nie wiesz? Hm, hm. A ja myślałem, że jesteście 

dobrymi przyjaciółmi – odparł Carr bezbarwnym głosem.

– Nie obchodzi mnie, co Thomas zrobił, albo raczej, co zrobił wedle twego 

mniemania! – zawołał gniewnie James.

–   Czyżby?   –   zapytał   Carr.   –   To   dobrze,   bo   skoro   Thomas   nie   uznał   za 

stosowne opowiedzieć ci o swojej przeszłości, to ja z pewnością nie jestem do tego 
uprawniony.

– Nędzny draniu! – warknął James. 

Lśniące oczy Carra przygasły.

– Uważaj – ostrzegł.

James   nie   mógł   nic   zrobić.   Nawet   gdyby   ofiarował   siebie   albo   statek   w 

zamian za Thomasa, nic dobrego by z tego nie wyszło. Carr nie należał do ludzi, 
którzy dotrzymują umów.

– Bądź przeklęty, Carr – powiedział James ochrypłym z gniewu głosem. – 

Masz żałosne straszydła, jak ten tutaj – kiwnął głowę w stronę Tunbridge'a – które 
gotowe są wypełnić twoje rozkazy bez względu na to, jak podłe to dzieło. Obaj 
zdołacie może zrujnować moją kompanię. Spróbuj. Za dwa dni odpływam w stronę 
przylądka. Nawet dla ciebie wyzwaniem będzie czynić zło na taką odległość. I coś 
ci powiem:  gdy odpłynę, będę szczęśliwy, że nie muszę  oddychać tym samym 
powietrzem, co ty!

Nie mówiąc więcej ani słowa, nacisnął na klamkę i kopnięciem otworzył 

background image

obite   pluszem   drzwi.   Zeskoczył   na   ziemię,   przepychając   się   gwałtownie   przez 
tłum.

Tunbridge obserwował go z wnętrza powozu.

– Czy mam wyzwać go na pojedynek?

–   Pojedynek?   –   Carr   zamrugał   oczami.   –   Nie   –   odparł   po   chwili 

zastanowienia.   –   Żadnych   pojedynków.   Później   się   z   nim   rozprawię.   Teraz 
interesuje mnie bardziej to, co powiedział. To mnie niepokoi.

– Co takiego? – zapytał Tunbridge zgodnie z oczekiwaniami, chociaż w jego 

głosie   nie   słychać   było   zainteresowania.   Intonacja   Tunbridge'a   ostatnio   rzadko 
ulegała zmianie.

– Barton powiedział, że popłynie w stronę przylądka.

– Tak?

– Dałbym sobie głowę uciąć, że to Thomas żegluje tą trasą. Co każe mi się 

zastanowić – wyjrzał przez okno – gdzie on jest i co robi. A zauważyłeś zdumienie 
Bartona, kiedy mu kazałem przekazać Fii moje słowa? Przysiągłbym, że nie wie, 
gdzie się podziewa, co jest raczej dziwne, jeśli chodzi o dwoje ludzi pozostających 
ze sobą w ścisłym związku, prawda?

– Niespecjalnie  – stwierdził po chwili Tunbridge. – My  pozostajemy  „w 

związku” od lat – tak przynajmniej uważa większość ludzi. A jednak rzadko się 
dowiaduję, co robisz, gdzie i z kim. Może jabłko nie upadło tak daleko od jabłoni – 
powiedział   z   goryczą   –   i   ona   także   nie   czuje   potrzeby   zwierzać   się   swoim 
poplecznikom.

Trafiło to Carrowi do przekonania, bo odął wargi w zamyśleniu.

– Może masz rację. Mówiłem jej, żeby była ostrożna. Nie podoba mi się to. – 

Potarł nos. – Mam pewne plany co do Francji i to wymaga jasnego układu. A nie 
podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdybym musiał sprawę przełożyć. Zatem…

– Zatem ja zostanę tutaj i spróbuję ustalić, czy Fia i Donne zawiązali spółkę?

–   Tak.   Szukaj   wszystkiego,   co   wskazywałoby   na   to,   że   intryga   Fii   jest 

bardziej   złożona,   niż   przypuszczałem,   a   ja   zostałem…   –   Nie   mógł   dokończyć 
zdania,   określenie   „wystrychnięty   na   dudka”   brzmiało   zbyt   dramatycznie. 
Oczywiście Fia nie spiskowała z Donne'em od początku. To niedorzeczne.

– A jeśli znajdę dowód? – zapytał Tunbridge.

background image

– Wtedy zezwalam ci zadać im ból. Obojgu.

W zapadłych oczach Turnbridge'a zabłysła iskierka zainteresowania.

– Tak?

– Ból,  ale  nie śmierć  –  uściślił  Carr. –  Nie zrób  czegoś,  co  by  skłoniło 

Donne'a do ucieczki. Gdyby spiskowali przeciwko mnie, to ja chcę być tym, który 
poinformuje władze, że Thomas Donne jest w istocie Thomasem McClairenem, 
wygnanym   za   zbrodnie   przeciwko   Koronie.   Chcę   być   tym,   kto   pośle   go   na 
szubienicę. – Jego uśmiech był jak rana. – Naprawdę zależy mi na tym.

Tunbridge   opuścił   Carra   przy   nabrzeżu,   gdzie   zakotwiczony   był   statek 

płynący do Hawru. Nie zawracał sobie głowy żegnaniem swojego pana, ani też 
Carr nie odezwał się do niego więcej ani słowem, tylko od czasu do czasu wyglądał 
przez okno, mówiąc coś do swojej zmarłej żony.

Ten człowiek oszalał, stwierdził Tunbridge, każąc woźnicy zawieść się tam, 

gdzie przedtem stała „Alba Star”. Jak to zwykle szaleńcy, Carr był także sprytny i 
nadzwyczaj   spostrzegawczy,   oraz   o   wiele   bardziej   niebezpieczny,   ponieważ 
kierował się wyłącznie własnymi humorami.

Tunbridge wiedział, jak nieodwołalne i nagłe bywały kaprysy Carra – nieraz 

był ich narzędziem. Dwa razy zadał śmierć. Mógł to zrobić ponownie.

Myślał   o   tym   bez   widocznego   poruszenia,   bez   wstrętu,   niechęci, 

zadowolenia   czy   choćby   strachu.   Zdolność   odczuwania   ludzkich   emocji   stracił 
przed   laty.   Obecnie   najbardziej   zdumiewało   go   to,   że   nie   wydawał   się   sobie 
zdumiewający. Dotarł do takiego etapu, w którym człowiek sam dla siebie stanowi 
dziwactwo i jest tym jedynie lekko zaniepokojony.

Znalazłszy się na molo, Tunbridge poświęcił pół godziny na wypytywanie, 

zastraszanie, przekupywanie, aż w końcu zdołał ustalić, że Thomas Donne opuścił 
port przed piętnastoma dniami i że widziano, jak jakaś dama wchodziła na pokład 
tuż   przed   wyruszeniem   statku.   Nie   udało   mu   się   uzyskać   informacji,   czy   owa 
„dama” zeszła z pokładu, czy nie.

Wrócił do powozu i kazał się zawieźć do domu Fii. Podczas jazdy usiłował 

bez powodzenia skierować myśli na inne tory, niż Fia Merrick i jej przypuszczalny 
związek z innym mężczyzną.

Kiedyś kochał Fię z namiętnością, która teraz budziła się w nim tylko wtedy, 

gdy zabijał. Pragnął jej ponad wszystko na świecie, a był na tyle młody, albo może 
na tyle ludzki, żeby wierzyć, że może ja. mieć.

background image

Nie tylko Carr, ale i sama piękna Fia pozbawili go złudzeń co do tego. Oboje 

byli okrutni, ale rozmowa z Fią zraniła go bardziej. Patrzyła na niego bez cienia 
zainteresowania; jej oczy przypominały srebrne lustro. Nie ofiarowała mu nawet 
leczniczego balsamu wrogości. Tylko całkowitą obojętność i krótkie, nieodwołalne 
„nie”.

Nie zadała sobie trudu, żeby coś wyjaśnić, oskarżyć go o coś. Nie uznała za 

stosowne nawet się roześmiać. Tylko „nie”. Był dla niej przedmiotem.

Był   przedmiotem.   Carr   przekształcał   go   w   przedmiot   powoli,   stopniowo 

pozbawiając   człowieczeństwa.   Gdyby   tylko   zdobył   się   na   odwagę   przed 
dwudziestu   laty   i   oddał   się   w   ręce   władz   za   zabicie   po   pijanemu   karczemnej 
dziewki. Ale się nie zdobył. Uciekł, pewien, że nikt nie odkryje jego tajemnicy. Ale 
–   ponury   uśmiech   wykrzywił   jego   usta   –   nie   można   uciec   przed   własną 
przeszłością. Carr był tam owej nocy. Nie był świadkiem morderstwa, ale znalazł 
kogoś, kto podpisał papier, stwierdzający jego winę. Od tamtej pory trzymał go w 
garści.

Tunbridge   szarpnął   głowę   do   góry,   patrząc   na   zewnątrz   niewidzącym 

wzrokiem.

Teraz nic nie mógł już zrobić, ale przynajmniej pocieszała go myśl, że Fia 

jest nie mniej „rzeczą”, niż on sam. Przyglądał się jej przez te wszystkie lata, odkąd 
go odepchnęła, i wiedział, że żaden mężczyzna, zwłaszcza ten szkocki głupiec, za 
którego wyszła, nie przyniósł jej nawet chwili prawdziwego szczęścia. Była równie 
pozbawiona uczuć jak Carr. Jak sam Tunbridge.

I to napełniało go zadowoleniem.

Odprężył się, zastanawiając  nad informacją,  którą Carr, w nietypowy dla 

siebie sposób, z nim się podzielił. Tak więc Thomas Donne był McClairenem. 
Zaskoczyło   go,   że   Carr   tak   długo   nie   robił   z   tego   żadnego   użytku.   O   ile 
rzeczywiście tak było.

Powóz   zatrzymał   się   i   Tunbridge   uświadomił   sobie   nagle,   że   upłynęła 

godzina, odkąd wyjechał z portu. Drzwi otworzyły się i woźnica rozwinął schodki, 
odsuwając się, kiedy Tunbridge zaczął schodzić.

Wspiął się po schodach przed budynkiem i zapukał w drzwi frontowe. W 

szparze ukazała się dumna twarz lokaja, który skłonił się i powiedział:

– Dzień dobry, panie, żałuję jednak, ale mojej pani nie ma w tej chwili w 

domu.

background image

– Nie szkodzi – oznajmił Tunbridge, wchodząc do środka. – Bo to ciebie 

chciałem zobaczyć.

Tunbridge opuścił dom po dwudziestu minutach, zaczerpnąwszy informacji, 

których   szukał.   Zajęło   mu   trochę   czasu   przekonanie   dostojnego   lokaja.   Nie   za 
prędko   zdoła   odzyskać   szacunek   do   siebie   i   zapomnieć,   że   w   końcu   strach 
przeważył nad wiernością. Tunbridge zdawał sobie sprawę, że taka lekcja mogła… 
zniszczyć   człowieka,   jeśli   by   ją   powtarzano   zbyt   często.   Co   nie   oznacza,   że 
obchodziło go to.

Lokaj potwierdził, że Fia wyjechała tego samego dnia, co Thomas Donne, z 

rodu McClairen. Wyraziste wskazówki, że Fia obdarzyła innego mężczyznę tym, 
czego  Tunbridge  tak  bardzo  kiedyś pożądał,  zatruły  mu   niespodziewanie  krew. 
Nienawiść przerosła jego żale, a za tym wszystkim kryło się poczucie straszliwej 
straty.

Tak, lordzie Carr, myślał ponuro, już w powozie, z pewnością ukarzę ich 

oboje.

background image

22

– Ja i inne kobiety – pani MacNab postawiła kociołek z duszoną baraniną na 

ziemi i oparła potężne dłonie na szerokich biodrach – chciałybyśmy widzieć, co 
chcesz zrobić z młodą wdową? – Kiwnęła głową w stronę, gdzie Fia siedziała przy 
prostym stole obok muru zamku, pochylając się w skupieniu nad rysunkiem.

Thomas, który właśnie sięgał po kociołek, wyprostował się nagle.

– Co?

– Z młodą wdową MacFarlane – cmoknęła niecierpliwie pani MacNab. – Nie 

wykorzystałeś jej, kiedy była we dworze. Mogę przysiąc i zrobiłam to, kiedy była o 
tym mowa. Powiadają, że nocą śpisz pod gołym niebem, z innymi mężczyznami – 
ciągnęła – chociaż każdy, kto ma oczy w głowie, widzi, że aż się palisz z ochoty.

– Widać to? – powiedział Thomas, odzyskując głos.

– Tak – odparła sucho pani MacNab. – A z czymś, co wprost bije w oczy, 

trzeba w końcu coś zrobić i o to właśnie cię pytam: co zamierzasz zrobić?

Do diabła. Jak miał odpowiedzieć, skoro sam nie wiedział? Wyraz oczu pani 

MacNab wskazywał, że nie odejdzie, nie uzyskawszy odpowiedzi, a chciał, żeby 
odeszła. Zaniesie wtedy kociołek Fii, która przerwie pracę i całą uwagę poświęci 
jemu.

Bardzo się rozpuścił przez tych krótkich osiem dni. Bo jeśli odmawiał sobie 

rozkoszy, którą znalazł w ramionach Fii, z pewnością nie skąpił sobie przyjemności 
płynącej   z   jej   towarzystwa.   Nic   dziwnego,   że   oczarowała   kobiety   z   rodu 
McClairenów   –   i   ich   mężczyzn.   Pracowała   wytrwale   i   bez   słowa   skargi.   Nie 
wykorzystywała swojego z nim związku, ale dawała się cenić za własne zasługi. I 
choć wyraźnie nie uważała się za jedną z nich, nie uważała również, że jest lepsza.

– No? – zapytała pani MacNab.

– Pytasz mnie o moje zamiary wobec lady MacFarlane, pani MacNab?

– Tak. Bo my – zerknęła szybko przez ramię w stronę niespokojnej grupki 

pięciu kobiet z klanu McClairen – polubiłyśmy dziewczynę i nie chcemy, żeby 
nasz   wódz   potraktował   ją   źle   czy   bez   szacunku,   tylko   dlatego,   że   kiedyś  była 
Angielką.

background image

Kiedyś była Angielką. Tak właśnie myślały o Fii, jakby była jedną z nich, z 

jakiegoś tajemniczego powodu urodzoną w angielskiej rodzinie, niczym odmieniec. 
I   tak   było,   stwierdził   Thomas.   Nigdy   się   nie   dowiedzą,   jak   bardzo   bliskie   są 
prawdy.

Co by się stało, gdyby jego klan dowiedział się, że Fia jest córką hrabiego 

Carra? Może i tak pozostaliby pod jej urokiem. Z drugiej strony, równie dobrze 
mogli ukamienować ich oboje. Chociaż prawem krwi był ich wodzem, w gruncie 
rzeczy niewiele wiedział o ludziach, których z takim trudem tu ściągnął.

Był „wodzem”,  jeśli można go było nazwać w ten sposób, na odległość. 

Uznawał, że ich wierność odnosi się nie do niego, ale do tego, co reprezentuje.

Co mógł powiedzieć pani MacNab?

– Przyrzekam, pani MacNab, że nie potraktuję lady MacFarlane źle czy bez 

szacunku.

– Ale…

Nie była zadowolona. On też nie.

– Masz moje słowo, pani MacNab – powiedział tonem, który podrywał na 

nogi jego załogę, a wrogów przyprawiał o drżenie.

– Tak, panie – dygnęła i podreptała do swoich towarzyszek.

Thomas podniósł kociołek, wyrzucając z pamięci panią MacNab i jej obawy. 

Dzień był przyjemny i słoneczny, a Fia siedziała w odległości kilku metrów przy 
wielkim zniszczonym stole, który Jamie ustawił pod zwieszającymi się konarami 
wielkiej   olchy.   Marszczyła   czoło   w   skupieniu.   Nie   podniosła   głowy,   kiedy 
podszedł.

– Czemu służyła ta komnata? – zapytał Thomas, pochylając się nad nią i 

wskazując miejsce na rysunku. Zapach jej świeżo umytych włosów podrażnił jego 
zmysły.

– Ta? – Nie odwróciła się.

– Tak. – Pochylił się jeszcze niżej i ostrożnie jak złodziej musnął policzkiem 

jedwabiste sploty. Świeże. Chłodne. Miał ochotę zanurzyć w nich dłonie.

– To tam Carr tuczył dzieci, zanim je upieczono.

Tak się zatracił w marzeniach na jawie, że przez chwilę nie zareagował.

background image

– Co?

Obróciła   się   na   krześle,   opierając   policzek   na   dłoni.   Patrzyła   na   niego 

przekornie.

– Dzieci. Tuczyliśmy je przed włożeniem do pieca.

Na widok jego miny parsknęła śmiechem. Poczuł przypływ pożądania. Boże, 

jaka była śliczna, kiedy się śmiała!

– Tak przynajmniej powiedział mi dziś rano jeden z twoich ludzi. Że Carr 

kupował   ukradzione   dzieci   od   Cyganów   i   tuczył   je,   żeby   nimi   karmić   swoich 
diabelskich przyjaciół.

– Co mu odpowiedziałaś? – zapytał z niepokojem.

Jej wesołość przygasła.

–   Nic,   oczywiście.   Możesz   mi   wierzyć,   nie   czuję   potrzeby   ani   też 

najmniejszej chęci bronić mojego ojca przed zarzutami, bez względu na to, jak są 
straszne, czy też, jak ten, zabawne.

Patrzyła mu w oczy spokojnie, a jednak pod maską beztroski czuł głęboką 

urazę.   Nie   wiedział,   co   jej   odpowiedzieć.   Nie   mógł   się   uporać   z   własnymi 
uczuciami; jego gniew na Carra rósł z każdym dniem. Tak samo jak pragnienie, 
żeby ją chronić, być z nią, kochać ją. Co było niemożliwe.

– Smutni z nas ludzie, prawda? – powiedziała cicho, jakby zgadywała jego 

myśli.

– Tak. – Uśmiechnął się słabo. – Biedni i smutni.

Podniosła się i wyciągnęła do niego ręce, rozglądając się wokół.

Robotnicy przerywali pracę, żeby spożyć południowy posiłek.

– Zabierzesz mnie do środka? – zapytała nagle.

– Dokąd?

– Do komnaty, gdzie trzymano dzieci, rzecz jasna – powiedziała z nutką 

poprzedniej  wesołości  w  głosie.  –  Zesztywniałam trochę,  chętnie  się  przejdę.  I 
muszę   jeszcze   wejść   do   tej   części   zamku.   Jamie   powiada,   że   tam   nie   jest 
bezpiecznie. Zabierzesz mnie?

Jakże mógł odmówić, skoro uśmiechała się tak ujmująco?

background image

– Jak sobie życzysz… – Skłonił się dwornie i szerokim gestem wskazał jej 

drogę. Szedł za nią, gdy zmierzała żwawym krokiem w stronę wejścia do zamku.

W miarę jak się zbliżali, nasilał się zapach spalenizny. Wziął ją za rękę i 

pomógł jej przedostać się przez gruzy przy wejściu. Przyglądał się jej badawczo, 
odczytując na jej twarzy zdumienie, smutek i ciekawość.

W górze czarne belki wyłaniały się z na wpół zawalonego sufitu, niczym 

zepsute zęby. Przez dziurę w dachu wlewało się światło słońca. Podczas pożaru 
zawaliły   się   całe   ściany,   zostawiając   tylko   kominy,   które   kiedyś   służyły 
poszczególnym   pomieszczeniom.   Wielka   klatka   schodowa   zaczynała   się   sześć 
metrów nad nimi, a potem nagle urywała się, zawieszona w powietrzu.

– Przypuszczamy, że pożar wybuchł w jednej z komnat wychodzących na 

wschód – powiedział.

– Nikt tam nie mieszkał – odparła. – Używano ich jako magazynów, a pożar 

wzniecono celowo. Wielu ludzi miało powód i okazję, żeby to zrobić. Cieszę się, 
że tak się stało, bo inaczej Carr siedziałby w zamku, wyciskając z niego ostatnią 
kroplę krwi. – Odwróciła się, patrząc na niego iskrzącymi się oczami. – Robisz 
tutaj coś wspaniałego, Thomasie. Podziwiam cię. I – spuściła oczy – tak… tak się 
cieszę, że pozwoliłeś mi w tym uczestniczyć. Dziękuję.

–   Nie   mów   tak   –   powiedział,   poruszony   jej   pokorą.   –   Oddajesz   nam 

nieocenioną przysługę. To ja jestem ci winien podziękowania. – Machnął ręką w 
stronę dziedzińca. – Wszyscy jesteśmy ci to winni.

Zarumieniła się i spojrzała na niego spod przymkniętych powiek. Patrzyli tak 

na siebie przez długą chwilę, a Thomas poczuł nagle wrażenie upływającego czasu 
i   tego,   że   poza   wyspą   dzieją   się   rzeczy,   które   w   końcu   sprawią,   że   zostaną 
rozdzieleni na zawsze.

Jak może ją stracić? Ale też jak mógłby ją zatrzymać?

Za dużo  między  nimi  było historii, historii innych ludzi. Mimo  że  przez 

ostatnie tygodnie spędzał z nią tyle czasu, o wielu rzeczach nie wiedział. Była jak 
pąk nieznanego kwiatu, który rozwijał się powoli, płatek po płatku.

Musiał zachować ostrożność, nie ze względu na siebie, ale innych, którzy 

wrócili… często łamiąc prawo. Tak wiele i tak wielu zależało od niego.

Chyba że… A gdyby opuścił Szkocję? Czy Fia pojechałaby z nim?

– Nie zostanę już długo w Szkocji – powiedział. 

background image

Skinęła głową, wcale nie zaskoczona.

– Jak długo jeszcze tu będziesz?

– Nie wiem. Są ludzie, którzy mnie ostrzegą, gdy sytuacja stanie się groźna, 

kiedy Carr doniesie, kim jestem. Na pewno przejrzy podstęp, gdy swój powrót będę 
odwlekał w nieskończoność.

Zmarszczyła brwi.

– Dlaczego Carr miałby cię wydać właśnie teraz?

Nie   było   powodu,   żeby   jej   tego   nie   powiedzieć.   I   tak   wkrótce   by   się 

dowiedziała.

– Twój ojciec przyszedł do mnie parę tygodni temu, zanim cię porwałem – 

odparł, patrząc na nią uważnie. – Miał dla mnie propozycję. – Uśmiechnął  się 
gorzko. – Albo raczej, groźbę. Chciał, żebym zakupił dla niego jakieś towary, dużą 
partię   drogiego   towaru,   który   on   by   następnie   ubezpieczył   i   wynajął   mnie   do 
przewiezienia go – podniósł rękę i opuścił ją – donikąd.

– Nie – szepnęła zdławionym głosem. – Tylko nie to, dobry Boże.

–   Widzę,   że   rozumiesz   –   stwierdził   szorstko.   Wiedział,   że   była   w   to 

zamieszana, ale ten niepodważalny dowód jej udziału w korupcji Jamesa na nowo 
go zabolał. Nawet słysząc na własne uszy, jak o tym mówi, nie mógł uwierzyć, że 
była   zdolna   do   czegoś   podobnego.   Zmusiła   Jamesa   do   udziału   w   tym 
przedsięwzięciu tylko pod wpływem rozpaczy. – Carr chciał, żebym zajął miejsce 
Jamesa w oszustwie ubezpieczeniowym. Gdybym odmówił, zagroził, że doniesie 
władzom, kim jestem.

Zakryła   oczy   dłonią.   Jej   palce   drżały.   Uświadomił   sobie   nagle,   że 

dowiedziała się z jego ust o tym, że jej plan się nie powiódł.

–   Nie   mogłem   pozwolić,   żeby   James   narażał   się   na   takie   ryzyko   – 

powiedział. – Nic na nim nie ciąży, tak jak na mnie. Toteż przystałem na żądania 
Carra. Nigdy nie zamierzałem wprowadzić jego planu w życie. Chciałem tylko 
zyskać na czasie, żeby James zdążył opuścić kraj.

– I uwolnić się ode mnie – powiedziała.

– Tak.

Westchnęła głęboko, drżąc na całym ciele. Z oczu spłynęła jej łza. Jedna łza 

za wszystkie plany i nadzieje. Nic więcej. Otarła ją delikatnie.

background image

– James nigdy nie miał zamiaru niszczyć statku – stwierdziła. 

Ogarnęło go nagłe poczucie ulgi.

– Nie?

– Chciał, żeby Carr myślał, że to zrobi, rozpuszczaliśmy więc plotki. Plotki, 

których Carr nie mógł sprawdzić. Bo do czasu, kiedy prawda wyszłaby na jaw, 
Carr   musiał   albo   połknąć   przynętę,   albo   pozwolić,   żeby   rzekomo   wielki   zysk 
przeszedł mu koło nosa.

– Razem z Jamesem rozpowszechnialiście plotki?

–   Tak   –   odparła.   –   Ale   James   miał   naprawdę   zakupić   towary   i   potem 

dostarczyć je Carrowi zgodnie z umową.

W zamian za co? Za Bramble House. Dziedzictwo Kaya. Uczucie ulgi, które 

go na chwilę opanowało, znikło.

Nie   winił   jej,   że   chciała   mieć   dla   siebie   Bramble   House.   Było   dla   niej 

domem, bezpieczeństwem, wolnością od Carra. Jednak w głębi duszy zrobiło mu 
się przykro, że tak usilnie stara się odebrać dom pasierbowi – nawet jeśli nie wątpił 
ani na moment, że nie uczyni chłopakowi krzywdy.

– Carr nie mógłby przecież udać się do władz ze skargą, że otrzymał towar? 

A nic nie miał na Jamesa. – Odgarnęła gęste włosy ze skroni, zaciskając usta w 
gniewną linię. – Powinnam wiedzieć, że Carr nie będzie chciał mieć do czynienia z 
człowiekiem, którego nie może szantażować. Byłam jednak pewna, że przez cały 
czas będzie się starał znaleźć coś na Jamesa.

– Może przystałby na twój plan, gdyby we mnie nie znalazł łatwiejszej ofiary 

– powiedział Thomas.

Potrząsnęła głową.

– Nie wiedziałam. Myślałam, że to się może udać. Miałam nadzieję…

– Fio…

Uśmiechnęła się do niego smutnie.

– Wszystko zatem skończone. Nic już nie można zrobić.

Nie   potrzebowałaby   Bramble   House,   gdyby   z   nim   pojechała.   Ta   myśl 

pojawiła się niespodziewanie, kusząc go ogromem możliwości.

background image

– Thomasie – odezwała się znowu, na nowo zatroskana – dla ciebie także 

wszystko   się   skończyło.   Masz   rację,   Carr   wystąpi   przeciwko   tobie,   gdy   tylko 
odkryje,   że   go   oszukano.   Tak   mi   przykro,   Thomasie.   Przykro   mi,   że   tak   się 
przejąłeś. Przykro, że nie wiedzieliśmy… – Cokolwiek chciała powiedzieć, umilkła 
i rozejrzała się dookoła. – Jakże będziesz mógł zostawić nieukończony zamek? –
zapytała.

– Od czasu do czasu będę tutaj wracał – powiedział, wiedząc, że łączy ich 

strata tego, o czym marzyli, i konieczność ułożenia sobie życia mimo wszystko. – 
Na wybrzeżu jest pełno sekretnych przystani i Szkotów, którzy nie przepadają za 
urzędnikami akcyzowymi.

Pokiwała melancholijnie  głową, przechodząc  powoli z zasłanego  gruzami 

korytarza do odnowionej części zamku, zaglądając to tu, to tam, przystając, żeby 
się   czemuś   przyjrzeć.   Szedł   za   nią,   patrząc   z   przyjemnością,   jak   wykrywa   i 
aprobuje zmiany, jakie przeprowadził w oryginalnym planie. W końcu dotarli do 
nowej   części   północnej,   gdzie   ich   kroki   na   wypolerowanej,   wyłożonej   kaflami 
podłodze rozbrzmiewały głośnym echem.

Weszła do komnaty, w której kiedyś podejmowano gości, a teraz używano 

jako sali jadalnej. Długa, zniszczona ława stalą pod wysokimi, wyglądającymi na 
morze oknami.

Fia podeszła do okna, przyciskając dłoń do szyby. Promienie słońca tańczyły 

wokół niej, spowijając ją ciepłym światłem barwy miodu.

– Wspaniałe, prawda?

– Cieszę się, że ci się podoba.

Uśmiechnęła się. Wyjrzał na morze. Słońce zeszło poniżej zenitu. Powinien 

wrócić do Jamiego i reszty. Tyle chciał jeszcze zrobić, zanim odjedzie. Tyle było 
do zrobienia. Bał się, że nie ma już czasu, by doprowadzić dzieło do końca.

Zmusił   się,   żeby   porzucić   niemądre   myśli.   Jak   mógł   prosić,   żeby   z   nim 

wyjechała? Nie miał nic. Wszystko, co posiadał, poświęcił temu miejscu i tym 
ludziom. Ona pragnęła niezależności i wolności, a on mógł jej ofiarować jedynie 
życie napiętnowanego zdrajcy.

– Powinniśmy wracać.

–   Tak.   –   Była   w   zasięgu   jego   ręki,   szalona   dziewczyna.   Nie   mógł   się 

powstrzymać  od dotknięcia jej. Co złego może  z tego wyniknąć? Jedna krótka 
pieszczota.   Musnął   czubkami   palców   jej   policzki   i   uniósł   jej   twarz   do   góry. 

background image

Światło, jak złoty liść, przywarło do jej twarzy, lśniło w jej oczach i pobłyskiwało 
na wargach.

– Byliśmy tutaj tak długo. Boję się, że naraziłem na szwank twoją reputację. 

– Uśmiechnął się i opuścił rękę.

– Tak. – Schyliła głowę i zaczęła się odwracać od niego… Chwycił ją za 

rękę,   zatrzymał   w   miejscu.   Przez   jedną   krótką   chwilę   stała   nieruchomo,   z 
bezradnością w oczach, a on też patrzył na nią bezradnie.

A potem znalazła się w jego ramionach, obejmując go rękami za szyję, żeby 

dosięgnąć ust. Przycisnął ją do piersi; głód, żal, pożądanie ogarnęły go płomieniem, 
w   którym   znikł   wszelki   ślad   rozsądku.   Zakrył   łapczywie   wargami   jej   usta. 
Przyciągnął ją do siebie  bliżej, mocniej,  tak jakby chciał  ją wchłonąć, uczynić 
częścią siebie, żeby nigdy nie mogła go już opuścić.

– Fio! Słodka Fio! – szepnął. – Pocałuj mnie. Dobry Boże, pocałuj mnie.

Podniosła ręce do jego twarzy i rozchyliła wargi. Pragnęła go tak samo, jak 

on jej, a on chciał się w niej zatopić.

Podniósł ją bez trudu, nie przestając całować, i niósł, póki nie oparli się o 

stół. Przytrzymał ją jedną ręką, drugą zrzucił ze stołu miski, talerze, kubki, które z 
hałasem   spadły   na   podłogę.   Jedną   dłonią   obejmując   tył   jej   głowy,   okrywał 
pocałunkami usta, oczy, szyję; położył ją na stole.

Zaczął się podnosić, ale złapała go za koszulę.

– Nie. Nie zostawiaj mnie ani na chwilę.

Opuściły go resztki silnej woli.

Przytulając jej lekkie ciało do piersi, oparł się kolanem o stół, i przesunął na 

środek blatu. Potem przycisnął ją własnym ciałem.

Chciała zedrzeć z niego koszulę, ale ciężar jego ciała utrudniał jej ruchy, 

więc   przetoczył   się,   kładąc   ją   na   sobie,   podwinąwszy   jej   spódnicę.   Objął   jej 
pośladki, słodkie, bujne, kobiece ciało i przyciągnął mocno do siebie. Westchnęła z 
rozkoszy.

W milczeniu przeklął swoją zapalczywość.

– Przepraszam. – Miała wilgotne od jego pocałunków wargi, miękkie i… 

Zsunął ją z siebie. – Wybacz.

background image

Odepchnęła   go,   kładąc   płasko   dłoń   na   jego   piersi.   Oddychała   nierówno, 

włosy opadały w cudownym nieładzie. 

– Nie.

– Nie – powtórzył głucho. Jego głowa stuknęła o blat stołu. Ręce opadły na 

boki. – Nie. – Zamknął oczy, przeklinając cicho, ale nie próbował jej dotknąć.

Zdumiona, niepewna, co się stało, dlaczego nagle przestał… Fia czekała, aż 

otworzy  oczy. Kiedy ich nie otwierał, pochyliła się nad nie zaniepokojona. Jej 
włosy omiotły mu twarz i szyję; wyciągnęła rękę, żeby je odgarnąć. Jej nadgarstek 
znalazł się nagle w silnym uścisku. Oczy miał nadal zamknięte, twarz wzburzoną.

– Co? – szepnęła, podniecona, zmieszana i trochę przestraszona. – Co się 

stało?

– Jeśli „nie”, to na miłość boską, Fio, zejdź ze mnie!

Nie zrozumiał. Źle dobrała słowa. Pożądanie odebrało jej rozum.

– Nie. Chciałam powiedzieć: nie, pozwól, że ja cię będę całować.

Z jego twarzy znikł ból. Kąciki ust drgnęły w uśmiechu.

– Och – powiedział słabym głosem, a potem: – Proszę, pani, rób, na co masz 

ochotę.

Uzyskawszy   zgodę,  poczuła  dreszcz   podniecenia.  Mogła  robić, co  jej się 

podobało,   badać,   dotykać,   pieścić   każdy   cudowny   milimetr   jego   ciała.   Tak 
powiedział. Ale najbardziej pragnęła go widzieć.

Nie wiedziała, że cielesna miłość może być czymś tak zniewalającym, tak 

wspaniałym. Wynikało to po części z jej wychowania. Nigdy nie słyszała niczego 
złego   o   akcie   miłosnym   od   innych   dziewcząt,   ani   też   słów   matki   potępiającej 
kobiety, które znajdowały przyjemność w łóżku, żadna też kobieta w jej obecności 
nie wyraziła nigdy zdumienia czy zgorszenia wobec jakichkolwiek wyczynów w 
tej dziedzinie. Fia nie miała więc żadnych hamulców czy obaw.

Upajała się doznaniami, które otworzył przed nią Thomas. Była niewinna, 

zdrowa i namiętna w sposób, w jaki nie mogłaby być żadna kobieta w jej wieku i z 
jej sfery; odpowiadała na jego pożądanie równym pożądaniem, dążąc bezwzględnie 
do  zaspokojenia  i  tym samym   wzmagając  pożądanie   Thomasa  do  ostatecznych 
granic.

Chwyciła   brzegi   koszuli   i   rozsunęła   ją.   Jego   pierś   była   szeroka,   twarda, 

background image

rzeźbiona jak szkocka skała. Obiegła ją zgłodniałym spojrzeniem. Wielki, męski, 
silny, leżał pod nią spokojny, przynajmniej w tej chwili.

Pogłaskała delikatnie jedwabiste włosy porastające jego pierś. Mruknął coś z 

głębi gardła; na jego twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia.

– Jesteś piękny, Thomasie McClairen. – Śmiał się, dopóki nie pogłaskała go 

znowu, zsuwając dłoń w dół brzucha, tam gdzie ciemny pas włosów znikał pod jej 
spódnicą. Jęknął.

Ujął ją za biodra, przyciągając mocno.

W głowie jej szumiało; wiedziała, że obietnica się spełni.

Poruszała   się,   pieszcząc   jego   ciało.   Jego   skóra   pod   jej   dłońmi   płonęła, 

mięśnie napinały się i poruszały. Zamknęła oczy, wyginając plecy, szukając więcej 
przyjemności.

– Jeśli zamierzasz mnie zabić, pięknie się do tego zabierasz, pani. – Ciepły, 

szkocki akcent uderzał jej do głowy jak whisky. Spojrzała na niego. Twarz mu 
pociemniała, pierś wznosiła się i opadała gwałtownie. Ale w jego oczach tliły się 
iskry, była w nich kpina i na nią właśnie odpowiedziała.

– Nie chcę widzieć cię martwym, Thomasie McClairen. Mam inne plany co 

do ciebie.

– Zatem na wszystko co święte zaklinam cię, pani, zrób to szybko, zanim 

zginę z pożądania.

– Zrobię – obiecała, z nieskromnym pośpiechem rozpinając mu spodnie i 

wsuwając dłoń pod materiał. Zamknęła ją na jego ciele, gorącym i gładkim,

– Nie – powiedział, odczytując jej wahanie i chwytając za nadgarstek. – 

Naucz się mnie. Dotykaj mnie.

Nie było w nim teraz wesołości, lecz najgłębsze pożądanie. Poruszyła ręką, 

eksperymentując. Jego biodra drgnęły, zęby zacisnęły się, oczy zwęziły, tworząc 
szparki koloru cyny. Przesunęła dłoń w dół. Ciepła cienka warstwa gorącego ciała 
przesunęła się miękko…

Podskoczył   do   góry,   podkładając   ramię   pod   jej   pośladki,   a   drugą   ręką 

podtrzymując kark i przysuwając jej usta do siebie. Całował ją, głęboko i gorąco, 
rozsuwając jednocześnie jej kolana. Podniósł ją. Jednym szybkim ruchem wsunął 
się do jej wnętrza.

background image

Krzyknęła   zaskoczona.   Natychmiast   znieruchomiał,   oddychając   ciężko. 

Oparł czoło na jej głowie. Jego oddech łaskotał jej obojczyk.

– Wszystko w porządku? – jęknął. – Czy to za…

– Nie! Nie. Nie jest… czuję… czuję tak wiele – próbowała wyjaśnić.

– Zbyt wiele? – zapytał bez tchu, cofając się powoli.

– Nie! Ja… – Odwaga niemal ją opuściła. Szukała słów. – Chciałabym…

– Dzięki Bogu, dziewczyno – przerwał jej, raz jeszcze zakrywając jej usta 

wargami. Poruszył się, pozbawiając ją zdolności myślenia, zmuszając do krzyku. – 
Bo ja też „bym chciał”.

Objęła   jego   gorące   ciało,   czując   ruch   mięśni   pod   śliską   od   potu   skórą. 

Drżała, ogarnęła ją fala pożądania, narastająca z każdym ruchem bioder… Och!

– Teraz pokaż mi, czego chcesz, Fio – mruknął jej do ucha – a ja zrobię to 

albo umrę, próbując.

Spełniła jego życzenie.

background image

23

Nagły łoskot poderwał Thomasa z legowiska ze spódnic i halek, na którym 

całował   Fię.   Podniósł   się   z   przekleństwem   i   podbiegł   do   okna,   otwierając   je 
szeroko.

– Co tam się dzieje?

–   Rusztowanie   przy   wschodniej   ścianie   się   przewróciło!   –   zawołał 

mężczyzna, biegnąc wraz z towarzyszem w stronę frontowej fasady.

– Do diabła. – Thomas spojrzał na niebo, wciągając spodnie. Byli w zamku 

od trzech godzin? Niemożliwe.

Odwrócił się do Fii. Usiadła, zasłaniając piersi pogniecioną halką, z wargami 

opuchniętymi od pocałunków, z potarganymi włosami i nieprzytomnym wyrazem 
twarzy.

– Co się stało?

– Zapadło się rusztowanie.

– Czy ktoś został ranny? – Jej oczy spojrzały czujnie.

– Nie wiem. – Zapiął spodnie i włożył buty. – Muszę wyjść i sprawdzić. – 

Podniósł koszulę, włożył przez głowę i schował poły w spodnie. – Wrócę, gdy 
tylko będę mógł. – Schylił się, uniósł jej brodę do góry i dopiero, gdy ich usta się 
spotkały w przeciągłym, miękkim pocałunku, zdał sobie sprawę, jak bardzo myśl o 
powrocie do niej była naturalna i oczywista.

Choć   spędzili   popołudnie,   kochając   się   namiętnie   i   gwałtownie,   chłonąc 

każdą chwilę, pragnął jeszcze więcej. Nie powinien tego zrobić, nie tutaj, ale nie 
dało   się   oszukać   wzajemnego   pożądania.   To,   że   tak   go   pragnęła,   wciąż   go 
zdumiewało. A jednak nie poprosiłby, żeby czekała na niego. Nie wiedział, jak 
długo to potrwa.

– Muszę iść. 

Uśmiechnęła się.

– Poczekam na ciebie.

To był nieoczekiwany dar. Pokiwał z żalem głową.

background image

–   Nie   wiem,   co   się   stało,   czy   to   poważna   sprawa,   ani   jak   długo   zajmie 

naprawa.

– Tak. – Nie obraziła się, jak można by się spodziewać po kochance, której 

właśnie czegoś odmówiono; w jej poważnych oczach gościło zrozumienie i zgoda. 
– Tak.

Nie znalazł słów, żeby wyrazić to, co chciał powiedzieć, nie powiedział więc 

nic i wyszedł. Schylił się pod łukowatym przejściem prowadzącym do północnego 
skrzydła zamku. Kilku mężczyzn wracało właśnie stamtąd; wyraz niechęci i ulgi 
goszczący na ich twarzach mówił sam za siebie.

Złapał murarza za rękaw.

– Nie ma rannych?

– Nie – odparł mężczyzna. – Chociaż Arthur i Niall mają parę zadrapań.

– Co się stało?

– Powiem ci, co się stało. – Zza rogu wyłonił się Jamie Craigg z rulonem 

papieru   w   dłoni.   –   Arthur   i   młody   Niall   chcieli   oszczędzić   trochę   czasu   i   nie 
przymocowali rusztowania porządnie do ściany; wleźli na nie i przewróciło się.

– Rozumiem. – Chciał w pierwszym odruchu minąć Jamiego i wrócić do Fii, 

ale stary Szkot złapał go za ramię wielką łapą.

–   Powoli,   Thomasie.   Jest   parę   rzeczy,   którymi   musisz   się   zająć,   zanim 

zajmiesz się swoją damą. – Uśmiechnął się znacząco, a Thomas poczerwieniał.

– Jeśli chcesz powiedzieć…

– Chcę powiedzieć, że masz z przodu rozdartą koszulę i że ta koszula wyłazi 

ci ze spodni, a na szyi masz znak, którego ja nie nosiłem od czasu mojej nocy 
poślubnej – i diabelnie tego żałuję.

Thomas skrzywił się, wpychając koszulę w spodnie.

– Licz się ze słowami, Jamie.

– Robię to – odparł Jamie, mierząc wodza pełnym podziwu spojrzeniem. 

Zaczął rozwijać długi rulon papieru. – Zanim więc tam wrócisz… dokądkolwiek 
się wybierasz, spójrz na plany, które sporządziłem na podstawie rysunków lady Fii.

Thomas zamarł. Nikt nie znał imienia Fii. Było zbyt niezwykłe i zbyt łatwo 

kojarzyło się z jej ojcem.

background image

– Co powiedziałeś?

Jamie   odwrócił   wzrok.   Nikogo   w   pobliżu   nie   było;   wszyscy   wrócili   do 

pracy.

– Widziałem ją tylko parę razy, Tommy, lata temu, ale mężczyzna, który 

zobaczył Fię Merrick, nie zapomina jej.

Thomas chwycił za potężne ramię olbrzyma i zmusił go, żeby spojrzał mu 

prosto w twarz.

– Nie zrobisz jej krzywdy, Jamie. Ani nikomu nie powiesz. I ostrzegam cię, 

prędzej oddam życie, niż pozwolę, żeby coś złego jej się stało.

Jamie   patrzył   przez   chwilę   ciemnoniebieskimi   oczami   w   jaśniejsze   oczy 

Thomasa.   Prychnął   urażony   i   wyszarpnął   ramię.   Thomas   nie   zwolnił   uścisku   i 
przyciągnął go bliżej.

– Mówię poważnie, Jamie.

– Tak, gorąca głowo – burknął Jamie. – Wiem, że tak jest, ale nie musisz 

zabawiać  się   w  smoka  strzegącego  tej  dziewczyny.  Nie  zamierzam  uczynić   jej 
absolutnie nic złego, ani też nikt inny by jej nie skrzywdził, gdyby wiedzieli, kim 
jest – wykorzystał zdumienie Thomasa i uwolnił rękę – a tego nie wiedzą i nie 
dowiedzą się, chyba że zmienisz zdanie. – Pomasował ramię z obrażoną miną. – 
Chociaż widzi mi się, że oddajesz im kiepską przysługę, ukrywając to.

– Dlaczego? – powiedział Thomas zdrętwiałymi wargami.

–   Ach!   –   Jamie   był   wyraźnie   zdegustowany.   –   Nabroiliśmy   wiele,   my, 

McClairenowie, zanim nas tu sprowadziłeś. Niektóre z tych rzeczy zrobiliśmy z 
zemsty i nie było nam z tym wesoło. O mało nie zatraciliśmy własnej duszy. Twoja 
własna siostra, Favor, mogła zapłacić najwyższą cenę z nas wszystkich, tylko po to, 
żebyśmy mogli się zemścić na Carrze. Wychowywaliśmy ją we Francji, a potem 
chcieliśmy ją wydać za Carra, Tommy…

Thomas wzdrygnął się gwałtownie, a Jamie złapał go za ramiona.

–   Proszę!   Wysłuchaj   mnie!   Nie   mogliśmy   ci   o   tym   powiedzieć! 

Wiedzieliśmy, że nigdy na to nie przystaniesz, ale wbiliśmy sobie do głowy, co 
chcemy zrobić i jak. Wmówiliśmy sobie, że niewinność jednej młodej dziewczyny 
to   nie   jest   zbyt   wysoka   cena   za   sprawiedliwość.   Gdyby   nie   Raine   Merrick, 
zrobilibyśmy to, wydalibyśmy ją za Carra, a potem zamordowali go, żeby mogła 
odziedziczyć jego ziemię. Ale Raine w porę nas powstrzymał i nie pozwolił nam 

background image

wyrządzić sobie zła, jakiego nie sprowadziłoby na nas nigdy spiskowanie i zdrady 
Carra.

Zagryzł wargi, nie patrząc na Thomasa; jego twarz pociemniała ze wstydu.

– Nie jestem dumny ze swojej roli. Dziękuję tylko Bogu, żeśmy nie osiągnęli 

celu, jakeśmy sobie postawili. – Pokiwał głową, wysuwając dolną wargę. – Nie 
dziw się więc, że będzie inaczej, niż sobie wyobrażałeś, jeśli powiemy reszcie o 
lady Fii. Straciliśmy ochotę na zemstę i nie mamy czasu szukać zadośćuczynienia. 
– Popatrzył na Rumieniec Dziewicy. – Musimy odbudować zamek. A ty musisz 
zacząć żyć własnym życiem. Całe dorosłe życie pracowałeś dla nas. Znalazłeś nas i 
sprowadziłeś tutaj, ale reszta należy do nas.

–   Chociaż   zawsze   będziesz   naszym   wodzem,   musisz   nam   pozwolić 

odpokutować   na   nasz   własny   sposób   to,   czym   niemal   się   staliśmy,   a   my   nie 
będziemy ci przeszkodą w tym, co ty musisz zrobić – zakończył znacząco.

Thomas wpatrywał się w niego głęboko zdumiony. Favor nigdy mu o tym 

nie opowiadała. Jamie zwinął papier.

– Obejrzymy to innym razem, co? – Klepnął rulonem w udo i rzuciwszy 

Thomasowi   ostatnie   spojrzenie,   pomaszerował   w   stronę   zamku.   Na   rogu 
przystanął. – To najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem. A jej charakter 
bardzo mi przypomina jej brata, Raine'a. To dobry człowiek.

Było to niemal błogosławieństwo. To, co dotąd wydawało się niemożliwe, 

nagle znalazło się w zasięgu ręki.

Jamie miał rację. Dawno minął czas, kiedy Carr sprawował nad nim taką 

władzę. Carr mógł wygnać go ze Szkocji i pozbawić domu, ale nie pozwoli mu 
zranić jego serca. Carr nie odbierze mu Fii.

Zapytają, czy z nim wyjedzie.

Jako jego żona.

Fia przeciągnęła się leniwie, jak opite śmietaną kocię. Trzy razy wzniosła się 

na  szczyty  pożądania,   trzy   razy   odpoczywali  z  Thomasem  po  akcie   miłosnym, 
spełnieni i syci. Jej twarz zaczerwieniła się od świeżych wspomnień.

background image

Nie chciała, żeby ktoś znalazł ją tu przypadkiem, leżącą na stosie bielizny. 

Bo   jakkolwiek  w  świecie   uchodziła  za   kusicielkę  i  rozpustnicę,   odznaczała   się 
skromnością, a kiedy okoliczności na to pozwalały, nawet pewną nieśmiałością. 
Tak więc ubrała się pospiesznie, podeszła do stołu i usiadła.

Wkrótce jednak wspomnienie tego, co robili z Thomasem na owym stole, 

przegnało ją stamtąd; wyszła z pokoju i zaczęła wędrować korytarzem, podziwiając 
piękno   i   spokój,   jakie   Thomas   wydobył   z   ruin.   W   końcu   trafiła   jednak   do 
środkowej   części   zamku,   nadpalonych  szczątków  tego,   co  zostało  z   panowania 
Carra.

Przełknęła ślinę, czując mrowienie na plecach. Spod stosu gipsu wystawała 

ozdobnie   rzeźbiona   noga   od   stołu.   Dalej   walały   się   skorupy   rozbitej   chińskiej 
wazy,   niczym   brakujące   kawałki   dziecinnej   układanki.   Pozostałości   ozdobnej, 
złoconej ramy od obrazu stały oparte o ocalały fragment ściany.

Posuwała   się   ostrożnie   wśród   ruin.   To   musiał   być   hol   przed   głównym 

wejściem, a to – przeszła nad poczerniałą belką – gabinet Carra. Nic nie zostało. 
Wielkie biurko znikło, a jeśli nawet obite aksamitem krzesła i bogate tapiserie w 
ogóle tam pozostały, to tylko w postaci popiołów.

Ostał się tylko zniszczony kominek. Odpadł jeden bok i brakowało tylnej 

ścianki.   Kosztowna   marmurowa   półeczka   znad   kominka   leżała,   potłuczona,   na 
podłodze. Podeszła ostrożnie, jak do martwego węża.

Tutaj   Carr   trzymał   swoje   materiały.   Uklękła,   odgarniając   grubą   warstwę 

popiołu. Drugi… nie, trzeci kafelek po prawej stronie. Wsunęła paznokcie pod 
płaską płytkę, próbując ja podnieść. Ani drgnęła.

Rozejrzała się i wypatrzyła cienki kawałek poczerniałego drutu. Podniosła go 

i wygięła, robiąc haczyk, który wcisnęła pod płytkę, podważając ją. Zajrzała w 
czarną dziurę i wsunęła do niej rękę. Zacisnęła palce na grubej stercie papierów; 
pod jej palcami coś się osypywało. Wyjęła ostrożnie papiery.

To   były   listy,   te   na   zewnątrz   strawił   ogień,   ale   te   w   środku   pozostały 

nietknięte.

Materiały Carra.

Zawsze sądziła, że wydobył wszystko w noc pożaru. Tak jej powiedział, 

pokazując nawet niektóre. Teraz zrozumiała, dlaczego – miała być świadkiem, że 
istnieją.

Ale nie wydostał wszystkiego. Wkrótce po pożarze, kiedy oznajmiono mu, 

background image

że Rumieniec Ladacznicy spłonął ze szczętem, przyjechał tu i zobaczył tlącą się 
jeszcze kupę gruzów, które stanowiły niegdyś jego dom. Widocznie uznał, że nic 
nie przetrwało pożaru.

I nie powinno było przetrwać. Jaki zdumiewający przypadek pozwolił tej 

małej skrytce pozostać nietkniętą?

Niecierpliwie rozłożyła pierwszy list. Był sprzed dwudziestu lat. Przebiegła 

zdumionymi oczami jego treść. Skończyła, złożyła kartkę, nie patrząc, i wówczas 
ostatecznie zrozumiała wartość tego, co trzymała w ręku.

Władza.

Moc nadzorowania i naginania innych do swojej woli. Naginania Carra do 

swojej woli. Moc, którą mogła wymienić, na co tylko chciała: klejnoty, suknie, 
zamki, ziemię. Zadrżała. Mogła mieć wszystko. Mogła mieć… Bramble House.

– Fio? – Głos Thomasa dobiegał jakby z daleka. Odwróciła się jak lunatyk. 

Stał   w   drzwiach;   smuga   światła   padała   na   jego   ciemną   głowę.   Patrzył   na   nią 
zdziwiony.

– Czy wiesz, co to jest? – zapytała, wyciągając listy.

– Nie. – Pokręcił głową. – Co to takiego?

–   Listy.   Dokumenty.   Darowizny.   Czeki.   Hipoteki.   Źródło   władzy   Carra, 

podstawa, na której zbudował swój świat. Krew – ściszyła głos – jego ofiar.

Nie   odpowiedział,   ale   prawie   nie   zwróciła   na   to   uwagi;   w   jej   głowie 

powstawał plan za planem. Dzięki temu, co znalazła, mogła uwolnić się od Carra, 
całkowicie, absolutnie i na zawsze. Zamknęła oczy, zachwiała się, oszołomiona 
możliwościami, które nagle otwierały się przed nią.

Albo… mogłaby   zwrócić Carrowi  papiery  w  zamian  za  dom  i niewielką 

sumę   pieniędzy,   która   pozwoliłaby   jej   uciec.   Z   Thomasem.   Nikt   by   się   nie 
dowiedział.

– Fio?

Jakie to miało znaczenie dla tych innych, którzy od lat cierpieli w jarzmie 

Carra? Wszystko jedno, kto będzie trzymał w ręku dowody przeciwko nim, ona czy 
Carr. Nawet nie muszą o tym wiedzieć. Tylko Carr wiedziałby, że jeśli będzie 
próbował zabrać Bramble House, ona zwróci papiery właścicielom i jego królestwo 
legnie w ruinie.

background image

Pośle mu słówko, może jeden z mniej groźnych papierów i wszystko, czego 

pragnie, będzie do jej dyspozycji. Wszystko.

Opanowało ją podniecające poczucie władzy. Odzyska wolność i nie tylko.

Ale zdobędzie to kosztem zniewolenia innych.

Przełknęła ślinę, uspokajając się. Pomyślała gniewnie, że głupcy, których 

podporządkował sobie Carr, sami oddali się w jego ręce. Zasługiwali na swój los, 
cudzołożnicy, hazardziści, oszuści i szarlatani. Byli w rozpaczy.

Tak jak ona.

–   Mogłabym   mieć   Bramble   House   –   szepnęła.   Westchnęła,   odrzucając 

pokusę, która ukazała jej się niczym ogień świętego Elma i, tak samo jak ogień 
świętego Elma wcale nie był ogniem, ta pokusa nie była możliwa do spełnienia. 
Była chimerą. Oszustwem.

O mało nie uległa tym samym instynktom, które kierowały postępowaniem 

jej ojca. Otworzyła oczy.

Thomas wszedł do pokoju.

– Nie rób tego, Fio. – Mówił cichym, naglącym głosem, twarz miał poważną.

– Nie? – powtórzyła niepewnie.

– Nie są ci potrzebne, Fio. Zniszcz je.

– Nie mogę! – zawołała. Nic by się nie zmieniło, gdyby je zniszczyła. Carr 

nadal byłby w stanie…

– Fio, błagam. Nie musisz z tego korzystać, żeby zdobyć Bramble House. 

Nie   możesz   być   aż   w   takiej   rozpaczy,   by   zastąpić   ojca   w   zniewalaniu   tych 
nieszczęsnych głupców. Nawet nie powinnaś się nad tym zastanawiać! To nie jest 
w ogóle potrzebne!

Spojrzała na niego, zobaczyła jego przerażenie i odczuła je również. Słusznie 

się przeraził, była przecież gotowa pójść w ślady ojca. Niezależnie od motywów.

– Dam ci Bramble House – powiedział.

– Dasz mi Bramble House – powtórzyła jak echo. Podszedł i ujął ją za rękę. 

Nie miała siły się opierać. Miała wrażenie, jakby uszło z niej życie, a to, co zostało, 
było jedynie skorupą.

background image

– Tak – powiedział, patrząc na nią z powagą. – Kiedy twój ojciec przyszedł 

do mnie, zagroził, że mnie wyda, o ile nie spełnię jego żądań. Powiedział mi także 
o   Bramble,   o   tym,   jak   wyłudził   majątek   od   MacFarlane'a   i   o   tym,   że   miałaś 
nadzieję odzyskać spuściznę po mężu z pomocą Jamesa Bartona. Śmiał się, Fio, a 
potem powiedział mi o Kayu.

– Tak. Kay – powtórzyła bezbarwnie.

– Nie mogłem znieść myśli, że Carr okrada jeszcze jednego chłopca z jego 

dziedzictwa, powiedziałem mu więc, że przystanę na jego propozycję tylko pod 
tym warunkiem, że przepisze Bramble House na mnie. Ten dom miał dla niego 
znaczenie tylko dlatego, że ty go chciałaś, a Carr sądził – właściwie był pewien – 
że ode mnie nigdy go nie dostaniesz.

– Nie mówiłeś o tym. – Oczywiście, że nie mówił. Nie ufał jej. I miał rację.

– Chciałem, żeby dostał go chłopiec. Ale jeśli spalisz te papiery, przysięgam, 

że będzie twój.

Cofnęła  rękę. Puścił ją bez oporu. Tak zwyczajnie. Odwróciła się, chcąc 

przybrać   swoją   gładką,   nieskazitelną   maskę.   Z   zamkniętymi   oczami   mocno 
zagryzła wargi, żeby nie wybuchnąć płaczem. Gdzie ta przeklęta, przeklęta maska?

– Nie możemy spalić papierów – zdołała w końcu powiedzieć. Ośmieliła się 

marzyć, że to wszystko skończy się jak w bajce, że ona i jej wysoki, śniady kapitan 
pożeglują za morze i będą żyć długo i szczęśliwie.

– Boli, Fio. – Dwa krótkie słowa wyrażały taki ogrom rozczarowania jak 

dzwony żałobne.

– Nigdy nie chciałam zagarnąć Bramble House dla siebie – powiedziała. – 

Zamierzaliśmy z Jamesem przepisać go na Kaya.

– Tak?

– Tak – powtórzyła, odwracając się do niego.

Przyjrzał jej się uważnie; na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, potem 

nadzieja,   która   wreszcie   ustąpiła   miejsca   radości.   Ruszył   ku   niej,   ale   ona   się 
cofnęła.

– Możesz to sprawdzić, pytając Jamesa Bartona.

– Jamesa? – Zatrzymał się, zdumiony. – Nie muszę.

background image

– Wołałabym, żebyś to zrobił. Chcę, żebyś wiedział, że nie robiłam niczego 

dla   własnej   korzyści   czy   wygody.   Nie   naraziłabym   Jamesa   na   takie 
niebezpieczeństwo, gdybym zdołała wymyślić inny sposób na zdobycie Bramble 
House dla Kaya.

– Oczywiście.

Nie mogła powstrzymać się od gorzkiego uśmiechu. Zrozumiał.

– Fio, to że nie odgadłem twoich planów, nie znaczy, że… – wyczuł jej 

rezerwę i się przestraszył. – Proszę, Fio. Kocham cię.

Drgnęła, ale jej śliczna, chłodna twarz nie złagodniała.

Thomas miał wrażenie, że ziemia rozstępuje mu się pod nogami. Przepaść 

ziała u jego stóp, a on chwiał się na krawędzi, nie mając się czego przytrzymać.

– Fio, nie możesz  mnie  potępiać za to, że źle cię oceniłem. Nie możesz 

odrzucić  tego, co  jest  między   nami,  kim  dla  siebie  jesteśmy,   tylko dlatego,  że 
wątpiłem w szlachetność twoich intencji. – Strach wywołał gniew w jego głosie. – 
Mówiłaś,   że   chcesz   domu.   Nigdy   nie   wspomniałaś,   że  pragniesz   go   dla  kogoś 
innego. Nie potępiaj mnie za niewiedzę, Fio, błagam!

– Nie potępiam cię wcale – odparła Fia chłodno.

– Do  diabła,  robisz  to! Karzesz   mnie  za  to, że  pomyślałem  to  samo,   co 

pomyślałby każdy na moim miejscu. Jakże mogłoby być inaczej? Jesteś przecież 
córką Carra!

Zatrzepotała   powiekami,   jakby   zadał   ostateczny   cios   czemuś   ważnemu, 

czemuś, co pragnęła chronić, ale za późno stwierdziła, że nie jest w stanie tego 
zrobić.

– Masz rację – szepnęła. – Jakże mógłbyś myśleć inaczej?

Chwycił ją za ramiona w geście rozpaczy. Chciałby ponownie zapewnić ją o 

swojej miłości, ale przecież przed chwilą zlekceważyła to wyznanie. Nie będzie 
skamlał, błagając o uczucie, którego może w niej nie było.

Potrząsnął  nią lekko, ale odeszła  już od niego, tak jakby opuściła pokój. 

Odeszła i on to sprawił.

– Dlaczego mnie karzesz? Co takiego powiedziałem, co takiego zrobiłem, 

czego nie można mi wybaczyć?

background image

Jej smutek dorównywał jego bólowi. Dotknęła delikatnie jego policzka.

– Nie karzę cię, oszczędzam nam obojgu większego bólu.

– Cóż może być bardziej bolesnego?! – zawołał.

– Nie zrobiłeś niczego, czego nie dałoby się wybaczyć. To mnie nie można 

wybaczyć. I to bez względu na to, co uczyniłam. – Uśmiechnęła się blado. – Nie 
można mi wybaczyć tego, kim jestem. Sam to powiedziałeś. A jestem córką Carra. 
Jak mógłbyś mi kiedykolwiek zaufać?

– Dobry Boże, Fio! – W panice szukał odpowiednich słów. – Nic mnie nie 

obchodzi to, że jesteś córką Carra.

– Ależ obchodzi – stwierdziła ze stanowczością, a jej pewność wstrząsnęła 

nim. – Zawsze tak będzie. Możesz o tym zapomnieć na jakiś czas, możesz sobie 
wyobrażać,   że   jestem   kimś   innym,   ale   za   każdym   razem,   kiedy   ogarną   cię 
wątpliwości, przypomnisz sobie o tym.

– Nie. – Pokręcił głową. – Nie.

– Tak – odparła. – Masz rację, mówiąc to, bo ja sama to mówię. Myślałam o 

tym i czekałam od dzieciństwa, kiedy ujawni się piętno jego krwi, kiedy odkryję u 
siebie ciemną duszę mordercy. Bo ja jestem córką Carra, Thomasie. Zawsze nią 
będę, a ty nigdy nie zdołasz o tym zapomnieć.  Ani też nie powinieneś. Ja nie 
zapomnę. Nawet tutaj. Nawet tego popołudnia. Miałeś rację, zastanawiając się, co 
zrobię z tymi listami. Nie pomyślałam, tak jak ty, żeby je zniszczyć, ale chciałam je 
zatrzymać, wykorzystać – żeby się od niego uwolnić. Widzisz więc, nie mogę… – 
Głos jej się załamał; opanowała się szybko. – Nie mogę cię skazać na życie w 
obawie   i   oczekiwaniu.   Bo   mogę   już   cię   bez   cienia   wątpliwości   zapewnić, 
Thomasie, że nie jestem dobrą kobietą. Uwiodłam starego wdowca i nakłoniłam 
go,   żeby   mnie   poślubił,   wszystko   dla   jego   domu,   ziemi   i   pieniędzy,   a   kiedy 
odkryłam, że ma dzieci, spadkobierców, znienawidziłam je za to, że zakłócają moje 
plany swoim istnieniem.

– Fio, każdy…

– Nie! – Mówiła teraz podniesionym głosem, wysunęła się z jego uścisku. – 

Nie każdy by to zrobił! Tylko ja! Córka Carra.

Podszedł,   a   ona   zapadła   się   w   sobie,   drżąc,   jak   sarna   w   potrzasku,   z 

wielkimi, niewidzącymi i nieodgadnionymi oczami przypominającymi szafiry.

– Proszę, zabierz mnie z powrotem.

background image

– Do dworu? Tak – zgodził się z ulgą.

– Nie. Do Londynu.

– Za kilka dni…

– Teraz. Dzisiaj. Proszę. Nie mogę dłużej tutaj wytrzymać.

– Daj mi dwa dni – poprosił.

Spojrzała tak, jakby mogła złamać się na pół pod jego dotknięciem. Objęła 

się mocno rękami w obronnym geście.

– Błagam cię, Thomasie. Zabierz mnie z powrotem do Londynu. Obiecałeś, 

wywożąc mnie stamtąd, że wrócę, nie doznawszy krzywdy.

Jej słowa zraniły mu serce.

– Fio… –Wyciągnął rękę. Nie przyjęła jej.

– Jeśli nie odwieziesz mnie natychmiast, złamiesz obietnicę. – Jej głos drżał. 

– A wiem, że jesteś dżentelmenem, dla którego słowo jest święte.

Złamałby   słowo   tysiąc   razy,   gdyby   sądził,   że   zatrzymując   ją   przy   sobie, 

zdoła wymazać ostatni kwadrans. Nie mógł jednak ranić Fii, trzymając ją wbrew 
jej woli.

Odwrócił się. Przepaść u jego stóp znikła, a świat wokół zamienił się nagle w 

bezkresną pustynię nocą – pustą, cichą i zimną.

– Wyruszymy z zapadnięciem wieczoru – powiedział, odchodząc.

background image

24

Żółty blask sączył się zza frontowych drzwi domu, padając na mokry bruk, 

gdzie   stali   dwaj   mężczyźni.   W  chwilę   później   z   domu   wyszedł   trzeci   i  zszedł 
żwawo po schodach na ulicę.

– Tunbridge'a nie ma w klubie – oznajmił Johnston, stając obok Thomasa 

Donne'a. – I wątpię, żeby zjawił się później. Jest już prawie trzecia nad ranem.

Thomas   kiwnął   ponuro   głową   i   ruszył   przed   siebie.   Johnston   i   Robbie 

przyspieszyli kroku, żeby się z nim zrównać.

– To szaleństwo – stwierdził Robbie. – Schował się jak pod ziemię. Nie 

widziano go, odkąd ty i … od czasu twojego powrotu przed dwoma tygodniami!

Thomas się zatrzymał. Jego i tak ciemna twarz, teraz, w mroku, wydawała 

się jeszcze ciemniejsza. Tylko oczy lśniły jak rtęć. Johnston cofnął się odruchowo.

Thomas wyglądał jak jakiś straszny anioł zemsty. Miało się wrażenie, że 

jedynie gniew i zaciekłość trzymają go przy życiu.

Tę   swoją   zaciekłość   i   zdecydowanie   chciał   wykorzystać,   żeby   osiągnąć 

jedno: nie dopuścić, aby społeczeństwo potępiło do końca lady Fię MacFarlane. 
Dzieło oczerniania Fii podjął pierwszy Tunbridge, rozpuszczając o niej wstrętne 
plotki.

–   Tunbridge   –   wycedził   Thomas   przez   zaciśnięte   zęby   –   przebywa   z 

pewnością w mieście. Nie mógłby sączyć swojej trucizny z daleka. Ktoś go chroni, 
dowiem się kto i znajdę także i jego. – Ton jego głosu sprawił, że przyjaciele 
zadrżeli.

–   Thomasie   –   próbował   przekonać   go   Johnston   –   nawet   jeśli   znajdziesz 

Tunbridge'a i zamkniesz mu usta na zawsze, obaj wiemy, że już jest za późno.

–   Nie   –   warknął   Thomas.   –   Nie   jest.   Zwłaszcza   jeśli…   lady   Fia   da   się 

przekonać, by wycofała swoje niedorzeczne oświadczenie, że wyjechała ze mną z 
własnej woli.

Johnston spuścił oczy.

– Próbowałem. Nie chce się ze mną widzieć. Nikogo nie chce widzieć. Żyje 

w   odosobnieniu,   przyczyniając   się   tylko   do   podsycania   plotek.   Widzisz, 

background image

społeczeństwo wierzy w jej historię, nie w twoją.

Thomas zaklął gwałtownie, ale Johnston ciągnął nieustraszenie dalej.

– Przy jej reputacji – mówił ostrożnie – to, co opowiada, wydaje się o wiele 

bardziej prawdopodobne niż twoja historia, Thomasie, o tym, jak to porwałeś ją 
wbrew jej woli. – Zwrócił błagalnie wzrok na Robbiego.

– Musisz przyznać, Thomasie – powiedział Robbie – że porwana kobieta nie 

chroniłaby przecież porywacza.

– Nie obchodzi mnie, co wydaje się prawdopodobne, a co nie! Tak właśnie 

było i wyzwę każdego, kto będzie twierdził inaczej.

– Wiemy – rzekł w końcu Robbie. – Ilu ludzi wyzwałeś, odkąd wróciłeś do 

Londynu? Pięciu? Sześciu? Ile pojedynków zmuszony byłeś odbyć? Jeden. Masz 
szczęście, że ów człowiek wycofał się, zanim któryś z was został poważnie ranny. 
Bo nie wiem, czy jeszcze pamiętasz, ale pojedynki są zakazane prawem!

Mimo braku odzewu u Thomasa, Robbie, zniechęcony, ciągnął dalej:

– Igrasz z losem, Thomasie. Wkrótce ktoś zręczniejszy od ciebie powie coś, 

co i tak mówią wszyscy naokoło; zginiesz, i to na próżno, bo plotki tylko się nasilą. 
Nie pomagasz jej, Thomasie.

Thomas przyspieszył kroku, aż zafurkotała peleryna. Wymieniwszy bezradne 

spojrzenia,   Johnston   i  Robbie  ruszyli  za  nim,  doganiając   go  po  drugiej  stronie 
ulicy.

– Dokąd idziesz? – zapytał Johnston niepewnie. Nie wiedział już, co myśleć, 

przyjaciel tak bardzo się zmienił. Twarz miał nieruchomą i twardą, jak brązowe 
płaskorzeźby męczenników w katakumbach świętego Piotra. Mówił chrapliwie.

–  Do  Hyde  Parku.  Kapitan  Pierpont  ma  się  tam jutro  ze   mną   spotkać   o 

świcie, a ja mam fantazję, żeby wcześniej to miejsce obejrzeć.

Johnstonowi zimny dreszcz przebiegł po plecach.

– Thomasie, Pierpont jest znakomitym strzelcem.

– Ja również.

Robbie pokręcił głową. To było samobójstwo. Ale być może Thomas tego 

właśnie szukał… Nie. Był zbyt odważny, żeby pragnąć własnej śmierci.

– Będę, oczywiście, twoim sekundantem.

background image

Thomas się zatrzymał. Tym razem w jego spojrzeniu nie było gniewu, tylko 

bezbrzeżne wyczerpanie.

– Nigdy nie chciałem żadnego z was w to mieszać. Teraz też o to nie proszę. 

Wracaj do domu, Robbie. Zabierz Johnstona. Nie chcę…

Czyjaś ręką chwyciła Thomasa za ramię, obracając go w miejscu.

– Boże,   nie  –  szepnął  Johnston.  Pip  Leighton  cofnął  się  o  parę  kroków. 

Zaciskał dłoń na rękojeści szpady, patrząc z gniewem na kapitana.

– Do diabła, chłopcze! – krzyknął Thomas. – Zginiesz w ten sposób.

Pip podniósł rękę, wymierzając mu policzek.

– To za to, co jej zrobiłeś, łajdaku!

Na   twarzy   Thomasa   wykwitła   czerwona   plama,   ale   patrzył   na   chłopca   z 

niewzruszonym spokojem.

– Idź do domu, Pip.

Wargi Pipa rozchyliły się, obnażając zęby; bardzo powoli podniósł rękę po 

raz drugi i wierzchem dłoni uderzył Thomasa w drugi policzek. Głowa kapitana 
odskoczyła do tylu, nie poruszył się jednak.

– Idź do domu, Pip. Nie będę z tobą walczyć, chłopcze.

–   Chłopcze?!   –   zawołał   gniewnie   Pip,   wyciągając   szpadę   ze   świstem   i 

kierując   jej   ostrze   ku   gardłu   Thomasa.   –   Jestem   chłopcem?   Cóż,   wolę   być 
chłopcem niż mężczyzną, który ją uwiódł i zniszczył!

Oczy   Thomasa   zwęziły   się,   zamieniając   w   srebrne   szparki.   Odezwał   się 

niskim, wibrującym głosem.

– Nie byłbyś w stanie nienawidzić mnie tak, jak ja nienawidzę samego siebie 

za swój udział w jej niedoli.

Nienawiść na twarzy Pipa ustąpiła miejsca zmieszaniu i bólowi.

–   „Niedola”   to   łagodne   słowo   na   określenie   tego,   co   jej   uczyniłeś!   – 

powiedział Pip łamiącym się głosem. – Powinieneś ją zobaczyć i wtedy odczułbyś 
może choć w części, co zrobiłeś!

– Widziałeś ją? – zapytał nagle ożywiony Thomas.

background image

Chłopiec zacisnął zęby, znowu ogarnęła go nienawiść.

–   Tak.   Widziałem.   I   mówiłem   do   niej,   choć   niewiele   usłyszałem   w 

odpowiedzi. Nie ma życia w jej oczach i głosie. Nie ma nic. Jest pusta. Zniszczyłeś 
ją. – Thomas podszedł bliżej. Koniuszek szpady Pipa otarł się o jego pierś. – A 
teraz ja zniszczę ciebie.

– Pip, chłopcze – powiedział Johnston, odzyskawszy głos.

Pip dźgnął lekko pierś Thomasa, nie odrywając oczu od jego twarzy.

– Nie podchodź bliżej, Johnston.

Johnston podniósł obie ręce do góry, uśmiechając się.

– Tylko jeśli na to pozwolisz. Wiem jednak, że nie zabijesz bezbronnego 

człowieka. Pomyśl o hańbie, jaką by to sprowadziło na twoją rodzinę.

Poruszył właściwą strunę. Pip się zmieszał.

– Oczywiście, że nie. Wyciągnij szpadę, Donne!

– Nie.

– A niech to piekło – mruknął Robbie, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji.

– Bądź przeklęty! Wyciągaj szpadę! Kocham ją, nie rozumiesz tego? – Głos 

chłopca   załamał   się;   zaszlochał.   –   Przeklęty,   przeklęty.   Nie   odmówisz   mi 
przywileju walki o jej honor. Nawet ty musisz mieć odrobinę przyzwoitości, resztki 
sumienia.

–   Do   diabła!   –   szepnął   Johnston   Thomasowi   na   ucho,   nie   spuszczając 

wzroku z czerwonej twarzy młodzieńca. – Będziesz musiał z nim walczyć. Biedak 
jest u kresu sił. Nie przeżyje, jeśli zlekceważysz jego wyzwanie.

– Co mówisz, Johnston? – zapytał gwałtownym tonem Pip. – Nie jestem 

jakimś tam chłopaczkiem, którego można „uładzić”! Myślałem,  że jesteś moim 
przyjacielem!

– Jest twoim przyjacielem, młody głupcze! – powiedział Thomas, chwytając 

jedną   ręką   ostrze   szpady   i   odsuwając   je   na   bok,   a   drugą,   zwiniętą   w   pięść, 
uderzając   Pipa   w   szczękę.   Na   twarzy   upadającego   Pipa   pojawił   się   wyraz 
zaskoczenia i bólu.

– Teraz nie będzie musiał martwić się o swoją cenną godność. Dopilnujcie, 

żeby dotarł do domu, dobrze? – Thomas przestąpił przez nieruchome ciało chłopca, 

background image

zostawiając za sobą zdezorientowanych przyjaciół.

– Dokąd idziesz?! – zawołał Robbie.

– Idę zobaczyć się z Fią i tym razem, na Boga, przyjmie mnie.

Nie spała. Wydawało się, że sen należał do tych rzeczy, które kiedyś uważała 

za nieodzowne, a wcale takimi nie były. Siedziała w fotelu, który przyciągnęła do 
okna, i czekała na świt. Nadejdzie, powiedziała sobie. W napadzie bezrozumnego 
strachu, że tak się nie stanie, a ona na zawsze  pozostanie w ciemnym pokoju, 
zacisnęła palce na książce, którą trzymała na kolanach.

Odpowiedziała na pukanie do drzwi buduaru natychmiast. Do środka wszedł 

Porter.

– Przepraszam, pani. Ale…

Drzwi   za   nim   otworzyły   się   i   Thomas   wypełnił   je   swoją   wysoką,   silną 

postacią. Ich oczy się spotkały.

– Każ mu odejść – powiedział. 

Porter zacisnął szczęki.

– Sprowadzę lokaja, pani, i razem…

– Nie – odparła Fia. – Nie. Wszystko w porządku, Porter. Możesz odejść.

– Ale…

– Proszę, Porter.

Porter, niezadowolony, skłonił się i wyszedł z pokoju. Thomas zamknął za 

nim drzwi. Serce zabiło jej gwałtownie, poczuła ból w piersi. Wyglądał okropnie. 
Oczy mu płonęły. Na twarzy miał zarost. Szczecina porastająca mocne szczęki, 
połyskiwała srebrem w świetle stojącej na stole lampy. Włosy miał rozczochrane, 
ubranie   w   nieładzie.   Wiedziała,   że   przyjdzie,   że   w   końcu   zmiecie   wszelkie 
przeszkody między nimi. Nie mógł inaczej postąpić. Ponieważ taki był. Czuł, że 
dzieje   się   jej   krzywda   i   że   on   ponosi   za   to   odpowiedzialność,   a   Thomas   – 
szlachetny, rozgniewany Thomas – nie mógłby znieść, by kto inny płacił za jego 

background image

czyny.

Sądziła,   że   przygotowała   się   na   jego   widok,   ale   nie   była   w   stanie 

przygotować się na głód, jaki jego widok w niej obudził.

Mój   Boże!   Był   piękny.   Wielki,   silny.   Marzyła,   żeby   do   niego   podejść, 

schronić się w jego ramionach, pozwolić, żeby jego siła – siła ducha, siła ciała – 
osłoniła ją jak tarczą.

Ale   kto   ochroni   Thomasa   przed   nią,   przed   tym,   co   pewnego   dnia   może 

uczynić?   Wiedziała,   że   Thomas   musi   przyjść   do   niej,   ponieważ   był   sobą,   ale 
zdawała sobie również sprawę, kim jest ona sama. Córką Carra. Pewnego dnia 
mogłaby   zapomnieć   o   szlachetnych   pobudkach.   Pewnego   dnia   może   zechce 
poświęcić innych dla własnych celów.

–   Fio.   –   Jego   głos   wstrząsnął   nią,   tyle   w   nim   było   błagania.   –   Boże, 

wyglądasz okropnie.

Uśmiechnęła  się. Czasami  Thomas zapominał o manierach dżentelmena i 

zamieniał   się   w   nieowijającego   w   bawełnę   kapitana   statku   kupieckiego.   Ta 
rozbieżność wydawała jej się bardzo pociągająca… Miesiąc temu zdobyłaby się 
pewnie na dowcipną ripostę, ale teraz… Nie miała do tego serca.

– Czuję się dobrze.

– Naprawdę? – Postąpił krok naprzód, z niepokojem badając wzrokiem jej 

twarz. – Nie jesteś chora?

– Pomimo tego, co widzisz, jestem zdrowa.

– To dobrze. Nie mogłem… musiałem się upewnić. Wybacz mi wtargnięcie. 

– Schylił głowę.

Odchodził?  Nie! Jeszcze  nie. Upłynęło zaledwie dwa tygodnie, odkąd na 

„Alba Star” przypłynęli z powrotem do Londynu. Dwa tygodnie, odkąd wynajęty 
powóz zabrał ją od milczącego, zamkniętego w sobie człowieka, którego rzadko 
widywała w czasie krótkiej podróży.

– Dostałam wiadomość od przyjaciela z Francji. Mój ojciec opuścił ten kraj i 

przybędzie   tutaj   w   końcu   tygodnia.   Musisz   wyjechać   z   Londynu,   Thomasie. 
Zawiadomi władze, gdy tylko wróci, żeby móc się napawać twoim nieszczęściem.

– Niech tak będzie.

– Thomasie… – Wyciągnęła błagalnie rękę. 

background image

Widocznie jednak poczuł się urażony, bo zamknął oczy.

– Nie zostawię cię samej, żebyś ponosiła konsekwencje moich czynów.

– Naszych czynów. Mogłam to przerwać w każdym momencie.

– Nie. – Pokręcił głową. – Znalazłbym jakiś sposób. Widzisz, miałaś rację, 

chciałem ciebie. To nie miało nic wspólnego z moimi szlachetnymi pobudkami i 
słusznym gniewem. Chciałem ciebie i znalazłbym sposób, żeby się usprawiedliwić. 
Teraz o tym wiem. Nie potrafię być tak uczciwy jak ty, Fio. – Stał sztywno, jakby 
przytrzymywały go żelazne pasy.

– Przestań. – Nie mogła znieść widoku jego cierpienia.

– Nie martw się. Nie będę cię dręczyć. – Wciągnął powietrze i wypuścił je 

powoli.   Lampa   zasyczała;   migotliwy   blask   padł   na   jego   twarz.   –   Jeśli   tylko 
cofniesz swoje oświadczenie, że wyjechałaś ze mną z własnej woli, zostawię cię w 
spokoju i… odejdę.

– Nie mogę tego zrobić, Thomasie. Zostałbyś aresztowany… za porwanie… 

może za gwałt.

– Przyrzekam, że mnie nie aresztują – powiedział szybko. – Przysięgam.

– Ale obiecałeś już raz, że nie przelejesz krwi z mojego powodu i dowiodłeś, 

że to kłamstwo. Tak, Pip mi powiedział. Powiedział też, że nie odniosłeś poważnej 
rany. – Powiedziała to pytającym tonem.

– Żadnej rany.

– To także kłamstwo. Wiem, że miałeś zakrwawioną koszulę. Jakże więc 

mogę wierzyć twemu słowu?

– Nie wiem – odparł głucho; widziała, że zraniła go, nazywając kłamcą. Nie 

chciała tego.

– Przestań się pojedynkować, Thomasie, zaklinam cię. To nie ma sensu. Nic 

nie powstrzyma złych języków ani ciekawskich spojrzeń.

–   Nie   mogę,   Fio.   Nie   mam   nic,   co   przyjęłabyś   ode   mnie,   ale   mogę   cię 

zmusić, żebyś przyjęła obronę twojego dobrego imienia.

Nie mogła znieść więcej. Czuła, jak narzucony spokój zaczyna ją opuszczać, 

pękać   jak   nadwątlona   szklana   tafla,   która   rozpada   się   w   końcu   na   milion 
kawałków. On nie może tego zauważyć. To by było zbyt bolesne.

background image

– Odejdź – zdołała wykrztusić. – Proszę, odejdź. Teraz.

– Ale Fio… – Podszedł parę kroków, a ona odwróciła głowę, podnosząc 

rękę, żeby go powstrzymać. Nie powstrzymała. Delikatnie przesunął palcami po jej 
policzku. – Fio…

– Nie. – Wszystko zostało powiedziane. Nie mogła znieść nawet myśli o 

tym,   jak   wyglądałaby   jego   twarz,   wyraz   oczu,   jak   brzmiałby   jego   głos,   gdyby 
kiedyś przegrała walkę z naturą, jaką została w spadku po Carrze.

Była   już   tak   blisko   poddania   się   jej.   Chciała   zatrzymać   kompromitujące 

innych ludzi materiały ojca. Spodobało jej się poczucie władzy, jakie ogarnęło ją, 
kiedy trzymała je w ręku, kiedy zdała sobie sprawę, że mogłaby z ich pomocą 
zniszczyć   Carra.   Znalazła   nawet   usprawiedliwienie,   żeby   je   zatrzymać,   niemal 
zdołała   się   oszukać,   że   cel   –   zwrócenie   Bramble   House   Kayowi   –   wart   jest 
zatracenia duszy. Następnym razem mogłoby zabraknąć jej siły.

Zamknęła oczy, łzy piekły ją pod powiekami.

– Odejdź, Thomasie. Błagam cię.

Pieszczota nie ustawała. Miała wrażenie, że jego dłoń drży. Potem odsunął 

rękę. Nie ośmieliła się spojrzeć. Nie ośmieliła się poruszyć. Usłyszała, jak drzwi 
otwierają się i zamykają. Upadła na podłogę, wstrząsana łkaniem.

Thomas zszedł po schodach z twarzą niezdradzającą śladu uczuć. Na dole 

czekał Porter, żeby go wypuścić.

Cokolwiek Porter zobaczył na twarzy Thomasa, wprawiło go to w najwyższe 

zdumienie. Nigdy nie widział, by mężczyzna…

Thomas zarzucił pelerynę na ramiona.

Do   końca   życia   Porter   zastanawiał   się,   co   kazało   mu   o   to   uczynić,   ale 

zapytał:

–   Jeśli   lady   Fia   chciałaby…   skontaktować   się   z   panem.   Dokąd   miałaby 

posłać wiadomość?

Thomas   się   roześmiał;   dźwięk   jego   śmiechu   zjeżył   Porterowi   włosy   na 

głowie.

– Przyszłą korespondencję będę chyba przyjmować w Hyde Parku – odparł z 

wisielczym humorem.

background image

– Ale…

Uśmiechnął się.

– Nie martw się. Żartowałem tylko. A ona nie będzie chciała się ze mną 

kontaktować.

Z tymi słowami wyszedł.

background image

25

Późnym rankiem następnego dnia poczta dostarczyła szereg przesyłek, które 

nadano parę dni wcześniej.

Pierwsza   trafiła   do   domu   odnoszącego   sukcesy   bankiera,   który   podniósł 

głowę, gdy lokaj wręczył mu przesyłkę. Ucieszył się z przerwy; kolumna cyfr, nad 
którą   siedział,   nie   chciała   się   zgodzić.   Będzie   musiał   obciąć   kolejne   wydatki 
domowe,  a   nie  wiedział,  jak  to  powiedzieć   żonie,  która   cerowała   właśnie   jego 
koszulę przy otwartym oknie.

Powietrze pachniało jesienią, przywodząc bankierowi na myśl inne jesienie, 

zwłaszcza tę sprzed piętnastu lat, którą chciałby za wszelką cenę wymazać, a którą 
zmuszony był wciąż na nowo przeżywać co kwartał. To była jesień, kiedy wplątał 
się w pozbawioną sensu, schlebiającą jego próżności przygodę.

Zerkając   teraz   na   cyfry,   zastanawiał   się,   czy   nie   powinien   wyznać 

wszystkiego   żonie,   ale…   Żona   była   jego   najbliższym   przyjacielem,   najdroższą 
towarzyszką, prawdziwym środkiem jego świata. Za nic nie zaryzykowałby utraty 
jej miłości.

Z takimi myślami złamał pieczęć na małej paczuszce i wyrzucił jej zawartość 

na   stół.   Był   to   jakiś   stary   list,   pożółkły,   pociemniały,   adres   ledwie   się   dało 
odczytać…

Rzucając na żonę czujne spojrzenie, otworzył list. Rozpoznał go od razu, 

choć nie widział go prawie od piętnastu lat. To był list, który napisał do tej kobiety 
– list, który ona sprzedała Carrowi. Przez wszystkie te lata Carr wyciągał z tego 
powodu od bankiera pieniądze.

Zmarszczył brwi, zaglądając do paczuszki. Nic. Żadnej wiadomości. Pusto.

Oparł się wygodnie, poczucie wolności zaszumiało mu w głowie. A potem 

powoli, drżącymi palcami, podarł list na drobne, drobniutkie kawałeczki.

W   schludnym,   modnym   domu   przy   Berkeley   Square,   lord   Gerald   Swan 

wpatrywał   się   w   dokument   ze   swoim   podpisem;   paczuszka,   w   której   list 

background image

dostarczono,   leżała   u   jego   stóp.   Nie   miał   nadziei,   że   kiedykolwiek   zobaczy   to 
pismo, a co dopiero, że będzie trzymał je w ręku.

Był młodym, żądnym sukcesu członkiem parlamentu, kiedy zbliżył się do 

niego jeden z mocarzy jego partii. Człowiek ów zaofiarował Geraldowi poparcie, o 
ile Gerald podpisze dokument zapewniający bardzo korzystny kontrakt pewnej nie 
cieszącej się dobrą sławą spółce. Uczynił to. Wkrótce potem wybuchł skandal, ale 
ponieważ dokument z jego podpisem nigdy nie ujrzał światła dziennego, uchronił 
się od piętna, jakim naznaczono tylu jego kolegów.

Carr  w  jakiś sposób  zdobył  ten  dokument.  Od  tamtej  pory   Gerald  płacił 

drobnymi   przysługami   za   trzymanie   go   w   ukryciu.   Teraz,   z   jakiegoś   powodu, 
znowu trafił w jego ręce. Nie będzie już musiał się kompromitować.

Kiedy po chwili lokaj lorda Geralda zjawił się, żeby sprawdzić, skąd bierze 

się  swąd   spalenizny,  zastał  swojego  pana  w  głównym holu  wpatrującego  się  z 
szerokim uśmiechem w kupkę popiołu na ziemi.

– Lord Carr ma wrócić z Francji dziś po południu – powiedział Gerald. – 

Miałem wysłać po niego powóz na molo.

– Tak, panie?

– Odwołaj to polecenie.

– Czy mam wysłać wiadomość z wyjaśnieniem?

Swan zastanawiał się chwilę, po czym odparł lekkim tonem:

– Nie. Żadne wyjaśnienie nie jest potrzebne, a jeśli hrabia pytałby o mnie, 

dla niego nie ma mnie w domu. Ani teraz, ani nigdy.

Młoda kobieta w Mayfair podała mężowi list noszący datę sprzed siedmiu 

lat. Oczy miała szeroko otwarte ze zdumienia.

– Co to jest, Anne?

– Sądzę, że to zeznanie akuszerki stwierdzające, że nasz Reginald urodził się 

przed ślubem.

Mąż wziął papier i przyglądał mu się długo, zanim złożył go starannie. Kiedy 

znowu spojrzał na żonę, miał w oczach zdumienie i ulgę.

background image

– Nie wiem, dlaczego teraz to zwraca – powiedziała niepewnym głosem, 

głęboko wstrząśnięta. 

Tak długo ukrywali, że ich pierworodny syn jest dzieckiem z nieprawego 

łoża. Bart był młodym żołnierzem, kochali się, a potem on musiał wyjechać, ona 
także.

Pobrali się, gdy tylko wrócił, ale było za późno, żeby ich syn został uznany, 

nabywając prawo do tytułu po jej ojcu. Akuszerka zdążyła umrzeć, ale Carr jakimś 
sposobem   wszedł   w   posiadanie   jej   pisemnego   zeznania.   Ostatnimi   czasy 
napomykał   natarczywie,   że   ujawni   prawdę,   o   ile   nie   dostanie   jakiejś   części 
spodziewanego spadku.

–   Carr   wie   widocznie,   że   mój   ojciec   choruje   i   że   Reginald   wkrótce 

odziedziczy tytuł – szepnęła.

Mąż wstał i ucałował ją delikatnie.

– Nie sądzę, kochanie, żeby przysłał to Carr.

– A kto? – zapytała.

– Nie wiem, ale dzięki Bogu za niego.

W holu frontowym nędznego zajazdu w Cheapside lord Tunbridge przyjął 

paczkę, zapłaciwszy listonoszowi dodatkowego szylinga, żeby nie wygadał, gdzie 
Tunbridge   przebywa.   Rozejrzał   się   po   zalanych   deszczem   ulicach,   po   czym 
zamknął drzwi i wrócił do swojego pokoju.

Tam otworzył paczkę. Cienki list, opalony z jednej strony, jakby trzymano 

go za blisko ognia, sfrunął na podłogę, za nim spadła mała kartka.

Najpierw podniósł karteczkę.

Lordzie Tunbridge!

Nie przeczytałam załączonego listu, ale sądząc po kopercie, należy do ciebie.

Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić. 

Lady Fia MacFarlane.

background image

Zmrużył podejrzliwie oczy. Co to za nowa tortura? Przyjrzał się kopercie. 

Nigdy jej nie widział. Rozdarł ją i zaczął czytać, a w miarę jak czytał, na jego 
twarzy pojawił się wyraz oszołomienia i zdumienia.

List napisał medyk portowy przed dwudziestu laty. Przepraszał, że niepokoi 

lorda Carra, ale słyszał z różnych źródeł, że w najwyższym stopniu interesuje go 
los   młodej   kobiety,   Nell   Baxter,   która   została   raniona   nożem   w   sprzeczce   z 
młodym arystokratą, hulaką o nazwisku Tunbridge. Dobrego hrabiego ucieszy z 
pewnością wiadomość, że dziewczyna nie zmarła na skutek ran. Doktor osobiście 
się   nią   opiekował,   aż   doszła   do  zdrowia,   tylko  po   to,   żeby   być  świadkiem   jej 
tragicznej śmierci w tydzień później, kiedy otrzymała cios w głowę metalowym 
szyldem w karczemnej bójce. Medyk sądził, że wobec zainteresowania sprawą, 
jakie   Carr   wcześniej   okazywał,   hrabia   będzie   skłonny   wynagrodzić   jego 
bohaterskie wysiłki.

Tunbridge   przeczytał   list   pięciokrotnie.   Kiedy   w   końcu   podniósł   głowę, 

zobaczył, że siedzi na środku podłogi. Poświęcił życie, ukrywając zbrodnię, której 
nie popełnił, i w tym celu dopuścił się grzechów po trzykroć gorszych. Pokręcił 
głową i wybuchnął śmiechem. Nie mógł przestać.

Lord Carr wszedł do swojej wspaniałej rezydencji, machając laską z lekkim 

rozdrażnieniem. Podróż na kontynent nie okazała się tak owocna, jak oczekiwał. 
Janet   zaczęła   pojawiać   się   w   oknie,   śmiejąc   mu   się   w   nos,   a   Swan,   wbrew 
poleceniu, nie przysłał powozu.

Zapłaci za to przeoczenie.

Odzyskawszy   dobry   nastrój,   Carr   złożył   pelerynę   na   ręce   lokaja   i   kazał 

innemu przynieść sobie pocztę.

– Milordzie. – Służący skłonił się, podając srebrną tackę z wątłym stosikiem 

kopert.

– Reszta jest, jak sądzę, w moim gabinecie – stwierdził Carr zimnym tonem. 

Nędzny   głupiec   powinien   dla   własnego   dobra   nauczyć   się,   że   kiedy   lord   Carr 
domaga się poczty, nie obchodzi go to, czy służbie jest niewygodnie ją dostarczyć.

– Nie, milordzie. To wszystko.

background image

Musiała   zajść   jakaś   pomyłka.   Może   poczta   przeżywała   jakieś   trudności, 

kiedy   był   za   granicą,   a   może   jego   korespondencję   kierowano   do   wiejskiej 
posiadłości.

Chwycił   stosik   listów   i   zaczął   je   przeglądać.   Pięć   dawno   nieaktualnych 

zaproszeń, reszta rachunki.

Musiało być jakieś wyjaśnienie. Miał zamiar je znaleźć.

Ten sam mechaniczny odruch, który kazał Fii uczesać włosy i umyć zęby, 

skłonił ją także do zejścia na dół i przejrzenia poczty. Stwierdziła wówczas, że 
jakaś nieznana agencja z… Edynburga przysłała jej oficjalnie wyglądający list.

Ciekawość   wyrwała   ją   na   chwilę   z   odrętwienia.   Otworzyła   list.   Był   od 

prawnika,   który   usiłował   ustalić   miejsce   pobytu   jej   brata,   Ashtona   Douglasa 
Merricka, w związku z powiększeniem się jego dóbr w Szkocji.

Fia, skonsternowana, zmarszczyła brwi. Ashton nie miał żadnych posiadłości 

w Szkocji. Wydał wszystkie pieniądze na zakup posiadłości w Kornwalii… Jej 
twarz wygładziła się – nagle zrozumiała.

O tym, że Thomas zakupił Rumieniec Dziewicy przez pośrednika, wiedziała, 

teraz   jednak   uświadomiła   sobie,   że   to   Ashton   został   uznany   za   prawnego 
właściciela   zamku.   Oczywiście   Thomas   chronił   w   ten   sposób   ziemię   przed 
zawłaszczeniem przez Koronę, gdyż taki los spotykał majątki przestępców. Dzięki 
temu, gdyby Carr albo ktoś inny go wydał, majątek nie wróciłby w ręce angielskie. 
Ale dlaczego Ash?

Odpowiedź przyszła natychmiast. Thomas miał nadzieję, wierzył, że Ash, 

jako najstarsze dziecko Janet McClairen, weźmie tę ziemię – a także ludzi, którzy 
na  niej osiedli  –  pod opiekę.  Chciał  w  ten sposób   zadośćuczynić  za  zło, jakie 
wyrządził Ashowi.

– Thomasie – szepnęła.

– Milady. – Porter stanął, zmieszany, obok niej.

– Tak?

background image

– Usiłowałem sprawdzić bezskutecznie, czy należy ci mówić o tym, pani…

Uśmiechnęła się lekko.

– Porter, byłeś moim opiekunem i kamerdynerem przez sześć lat i nigdy nie 

zawiódł cię instynkt. O co chodzi?

– Kapitan Donne.

Spuściła wzrok.

– Jeśli  chodzi o zeszłą  noc, nie musisz  się martwić  o niestosowność  tak 

późnej wizyty. On już nie wróci – powiedziała bezbarwnym tonem.

–   Tego   się   właśnie   obawiam,   pani.   –   Fia   spojrzała   na   niego   z   nagłym 

ożywieniem.   –   Zeszłej   nocy,   kiedy   kapitan   Donne   szykował   się   do   odejścia, 
zapytałem go, gdzie można  będzie go znaleźć, gdybyś chciała, pani, się  z nim 
porozumieć. Roześmiał się i powiedział, że całą korespondencję odbierać będzie w 
Hyde Parku. Milady, Hyde Park to miejsce, gdzie dżentelmeni staczają pojedynki.

Krew zaszumiała jej w głowie; znaczenie słów Thomasa nie pozostawiało 

wątpliwości.

– To nie wszystko.

– Jak to? – zapytała bez tchu.

Opowiedział   jej   o   dwóch   przybyszach,   którzy   zjawili   się   tego   ranka   w 

odstępie zaledwie paru godzin, a kiedy skończył, jej twarz była biała jak płótno, a 
wzrok błędny od strasznych przeczuć.

– Natychmiast poślij po powóz – powiedziała. – Jeśli chcesz uchronić mnie 

przed szaleństwem, jeśli cenisz moje życie, zrób to w tej chwili!

background image

26

Późnym popołudniem tego samego dnia, na szczycie wzgórza w jednym z 

mniej uczęszczanych zakątków Hyde Parku, wysoki, elegancki młody człowiek w 
cudzoziemskim stroju, siedział w leniwej pozie u stóp pomnika króla Jerzego II. 
Wyciągnął   przed   siebie   długie   nogi,   opierając   się   o   odlane   w   brązie   stopy 
suwerena, palce zaplótł na odzianym w satynę brzuchu.

Podniósł do góry haftowany złotem kołnierz peleryny, chroniąc się przed 

wilgocią, która z nadejściem wieczoru przekształciła się w legendarną londyńską 
mgłę. Nasunął trój graniasty kapelusz nisko na czoło. Obserwował uważnie dwóch 
dżentelmenów,   którzy   właśnie   rozchodzili   się   w   przeciwne   strony   poniżej   jego 
punktu obserwacyjnego.

Kiedy tak siedział, zbliżyła się do niego jakaś postać na koniu, szczupły, 

zręczny mężczyzna w podniszczonej pelerynie i kapeluszu, czarnych rękawiczkach 
i znoszonych czarnych butach do konnej jazdy. Rzekomy cudzoziemiec spojrzał w 
górę, zwracając uwagę na pięknego konia, a potem skierował wzrok ponownie na 
dwóch mężczyzn, którzy teraz zdejmowali peleryny.

– Który z nich jest Donne'em? – zapytał nowo przybyły, usiłując przebić 

wzrokiem mgłę.

– Ten wyższy po prawej – odparł wysoki młody człowiek.

– Dzięki. – Szczupły dżentelmen w niedbałym stroju zsunął się z konia i 

uwiązał   go   do   wyciągniętej   ręki   króla   Jerzego,   siadając   w   drugim   końcu 
marmurowego podestu, z rękoma wspartymi na kolanach.

–   Masz   sprawę   z   Donne'em,   panie?   –   zapytał   po   chwili   elegancki 

młodzieniec,   kiedy   zwłoka   w   związku   z   uszkodzeniem   jednego   z   pistoletów 
zaczęła się przedłużać.

– Hm – odparł drugi. – Słyszałem, że ten Francuz, Pierpont, jest świetnym 

strzelcem. Byłoby zdecydowanie prościej, gdyby wygrał, ale jeśli nie, to wyzwę 
Donne'a.

–   Dzięki   Bogu   –   szepnął   pierwszy   jego   rozmówca   i   odwrócił   głowę 

zaskoczony.   –   Ponieważ…   –   Przerwał,   gdyż   chcąc   podziękować   swojemu 
wybawicielowi, stwierdził, że patrzy w znajomą i dość przystojną twarz.

background image

Przez dłuższą chwilę obaj mężczyźni wpatrywali się w siebie w milczeniu. 

W   końcu   krzywy   uśmiech   wygiął   wargi   szczupłego,   niezbyt   zadbanego 
dżentelmena.

– Raine? – powiedział.

Na surowej, wyrazistej twarzy drugiego również pojawił się uśmiech.

– Ash?

Ashton Merrick podniósł się na nogi, podszedł do siedzącego brata i objął go 

w serdecznym uścisku. Raine uściskał brata równie serdecznie. Potem zaczęli się 
poklepywać przyjaźnie po plecach.

– Do diabła, dobrze cię widzieć! – powiedział Raine.

–   Tak   –   odparł   Ash   z   szerokim   uśmiechem.   Trzymał   brata   na   odległość 

ramienia, mierząc wzrokiem jego szczupłe ciało. – Wspaniale cię widzieć, Raine. 
Zbyt wiele lat upłynęło. O wiele za dużo. Od czasu Francji.

– Listy są w porządku i cieszą, ale nie mogą… – Przez chwilę wzruszenie nie 

pozwoliło Ashowi mówić dalej, ale opanował się szybko. – Nie mogą nawet w 
przybliżeniu przekazać czegoś tak okropnego, jak stroje roboty twego krawca.

Raine   roześmiał   się   dźwięcznie,   zaraźliwie,   rzucając   wiele   mówiące 

spojrzenie na marną pelerynę, okrywającą szczupłą, elegancką sylwetkę Asha.

– Ale ja przynajmniej, mam krawca.

Ash z kolei parsknął śmiechem.

– Cóż, jestem tylko skromnym hodowcą koni, a nie czcigodnym konsulem 

włoskich książąt. Poza tym, przybyłem w pośpiechu.

– Tak. – Raine spoważniał. – Co tu robisz?

– Miesiąc temu otrzymałem list od człowieka nazwiskiem James Barton – 

przyjaciela Fii. Tak, w każdym razie, twierdził, a musi to być prawda, ponieważ 
ostrzegał mnie,  że Fia wplątała się w jakąś aferę z udziałem Carra i Thomasa 
Donne'a. Znam – znałem Thomasa Donne'a. Przyjechałem wczoraj i odkryłem, że 
wszyscy wycierają sobie gęby imieniem Fii. Z powodu Donne'a. – Zacisnął usta. – 
Przyszedłem za nim tutaj.

Raine pokiwał głową.

– Przyjechałeś wczoraj? Ja też. I przeszedłem podobną drogę, na wezwanie 

background image

tego samego człowieka, Bartona. Nie mogłem inaczej. Zawsze miałem poczucie, że 
opuściłem Fię, wyjeżdżając z Anglii. Nie mogłem zrobić tego po raz drugi.

– Rozumiem – odparł ponuro Ash. – Ja też miałem wrażenie, że zdradziłem 

cię, nie wykupując z francuskiego piekła. Kiedy dowiedzieliśmy się z Rhiannon, że 
uciekłeś,   długo   cię   szukałem,   ale   wtedy   z   powodu   wojny   przerwano   wszelką 
łączność z Francją. Przysięgam, nie wiedziałem, że schwytano cię po raz wtóry. 
Dopóki nie dostałem twojego listu, w którym opowiedziałeś mi swoją historię. – 
Ash położył rękę na ramieniu brata, patrząc na niego ze smutkiem i powagą. –
Wybacz.

Raine, zmieszany, uśmiechnął się.

– Nie mam ci co wybaczać. Gdybyś to ty mnie uratował, moja Favor nie 

miałaby tej przyjemności, a ja nigdy… – Pokręcił głową. – Może niemądrze to 
brzmi,   ale   spędziłbym   jeszcze   dziesięć   lat   w   tamtym   miejscu,   byle   wszystko 
ułożyło się tak, jak się ułożyło.

Odgłos wystrzału odwrócił ich uwagę.

Spojrzeli w dół. Z pistoletu Pierponta wydobywało się cienkie pasmo dymu. 

Thomas Donne stał z pistoletem u boku.

– Mon dieu! – krzyknął Pierpont. – Jeśli chcesz strzelać, to na wszystkie 

świętości, strzelaj!

Thomas   podniósł   spokojnie   pistolet   i   wymierzył.   Nic   się   nie   poruszyło. 

Żaden   dźwięk   nie   wprawił   w   drżenie   nieruchomego,   nasyconego   wilgocią 
powietrza.

– Do diabła, jest zimny jak kamień – mruknął Raine.

– Tak – odparł Ash. – Zawsze był taki.

– Czy przeprosisz publicznie lady Fię? – zapytał nagle Donne głosem jasnym 

i zimnym, jak powiew arktycznego wiatru.

Pierpont nie odzywał się przez długą chwilę, a potem, głosem zdławionym 

ze wzruszenia, zawołał:

– Oui! Je suis d'accord!

Thomas   opuścił   pistolet.   Nawet   z   tej   odległości   usłyszeli,   jak   Pierpont 

wydaje westchnienie ulgi. Francuz ruszył szybkim krokiem pod górę, w stronę 
braci, sekundant szedł za nim.  Kiedy doszedł do nich, rzucił za siebie szybkie 

background image

spojrzenie.

– Zastanówcie się nad swoją próżnością, przyjaciele – poradził im cierpko. – 

Mówię uczciwie, uchodzę za odważnego człowieka i walczyłem na wielu polach 
bitew, ale nigdy nie stanąłem wobec człowieka takiego, jak ten.

– Doprawdy? – odezwał się Ash. – Jakże to?

– Patrzysz mu w oczy, a tam nie ma nic. Człowiek, który nie ma czego 

bronić, jest zaiste niezwykle niebezpieczny. – Podjął wysiłek, żeby ratować swoją 
dumę. – Poza tym, byłem pijany, kiedy wypowiedziałem te nieszczęsne słowa o 
lady   Fii.   Jestem   dżentelmenem.   Nie   dla   własnego   bezpieczeństwa   rezygnuję   z 
pojedynku, jak się domyślacie, ale ze względu na honor damy.

–   To   z   pewnością   zdrowy   odruch,   kiedy   ktoś   uświadamia   sobie   w   porę 

własne  błędy – powiedział Raine. Uśmiechał  się, ale w jego głosie zabrzmiało 
ostrzeżenie.

Pierpont spojrzał na niego niepewnie.

– Ach, tak. Cóż, no… Powodzenia.

Gdy odszedł, Raine zwrócił się do brata z ukłonem:

– Ty pierwszy.

Ash wygiął usta z niesmakiem.

– Byłeś tutaj przede mną.

– Tak. Ale moja żona wyrażała się przyjaźnie o Donnie, a ja nie chcę jej 

zranić.

– Ale on był kiedyś moim przyjacielem, a nawet jeśli udawał, jego gra była 

lepsza od wszystkiego, co znałem, wtedy i teraz. Do samego końca.

– Ile masz dzieci, Ash? – zapytał Raine.

– Tak, to także ma znaczenie. – Ash skinął głową ze zrozumieniem. – To 

groźny przeciwnik. Ale zmartwię cię, mam zaledwie jedno, a ty troje. – Odwrócił 
się z westchnieniem i zaczął schodzić po zboczu.

Jeśli Thomasa zdziwił widok przyjaciela, którego niegdyś zdradził, nie dał 

tego znać po sobie. Poza tym, że lekko zacisnął wargi i skłonił z kurtuazją, jak w 
londyńskim salonie, nie okazał śladu emocji.

background image

–   Nie   mogę   cię   zabić,   Ash   –   powiedział,   wysłuchawszy   chłodnego 

wyzwania. – Poza tym, że jesteś bratem Fii, masz pełne prawo domagać się ode 
mnie satysfakcji.

– Ja także wolałbym cię nie zabijać – odparł Ash. – Zrobiłeś jednak wiele, by 

zniszczyć reputację mojej siostry – niezależnie od tego, jak bardzo sama się do tego 
przyczyniła, a słyszałem, że niemało.

– Licz się ze słowami – ostrzegł Thomas chrapliwym głosem. Spojrzał na 

parę pistoletów, które Johnston podsunął mu  w milczeniu  i machnął  przecząco 
ręką. – Pamiętam, że twoją mocną stroną jest biała broń. Przynieś nam, proszę, 
szpady.

Johnston ruszył po szpady, a Ash zrzucił pelerynę z ramion.

– Do diabła, wcale  mi  się  to nie podoba, Thomasie.  Czy  przyszło ci do 

głowy, żeby ją poślubić?

– Przyszło – oznajmił sztywno Thomas.

– Pamiętam,  że była ładna. I choć zdaję  sobie sprawę,  że może  nie  być 

najlepszą kandydatką na żonę, z jej listów wnoszę, że jest w niej coś, co…

– Idź do diabła, Merrick! – ryknął Thomas.  Gwałtowność tego wybuchu 

zdumiała   Asha   do   tego   stopnia,   że   przestał   wymachiwać   szpadą   i   spojrzał   na 
przeciwnika niedowierzająco.

– Rozumiem! Oświadczyłeś się, a ona cię nie przyjęła – szepnął zdumiony.

Thomas nie odpowiedział. Zamiast tego rzucił Ashowi krótkie ostrzeżenie.

– En garde!

Ash   nie   miał   innego   wyjścia,   jak   tylko   bronić   honoru   Fii.   Odwzajemnił 

pozdrowienie i obaj mężczyźni przystąpili do walki. Walczyli w milczeniu, Ash 
atakował,   Thomas   zręcznie   odparowywał   ciosy.   Ich   coraz   bardziej   chrapliwe 
oddechy skraplały się w chłodnym powietrzu; na włosach błyszczały kropelki rosy, 
wilgotna trawa pod stopami stawała się coraz bardziej śliska.

Po paru minutach  Ash  uświadomił  sobie,  że Thomas walczy, przyjmując 

wyłącznie postawę obronną, nie odpowiadając ciosem na cios.  Fleche  Asha nie 
napotykał odzewu w postaci kontrataku, a tylko mechaniczne parowanie. Thomas 
starał   się   kryć   swoje   intencje,   ale   większość   poczynań   Asha   kończyła   się 
powodzeniem. Dwukrotnie przełamał linię obrony Thomasa, kalecząc go do krwi 

background image

w ramię, a potem w nadgarstek. Kiedy zdał sobie sprawę, do czego dąży Thomas, 
ogarnął go gniew.

Przypadła mu rola kata.

Natarł wściekle,  zdecydowany uderzyć tak mocno,  żeby  wytrącić  łotrowi 

szpadę z ręki. Potem… porozmawialiby chwilę.

Thomas odparował mechanicznie; jego apatia podsyciła tylko gniew Asha. 

Merrick zazgrzytał zębami, unikając mało precyzyjnego pchnięcia i…

– Nie! – zabrzmiał w mglistym powietrzu kobiecy głos. – Nie!

Obaj   mężczyźni   opuścili   broń,   odwracając   się.   Drobna   kobieca   postać 

zbiegała ze wzgórza, halki powiewały jej wokół nóg, czarne włosy falowały. Po 
chwili znalazła się u stóp wzgórza, rzucając się na oniemiałego Donne'a. Objęła go 
szczupłymi, nagimi ramionami i przycisnęła mu głowę do piersi.

– Nie! – Odwróciła się do Asha. – Przestań. Nie mogłabym znieść tego, że 

jeden z was zadał mu śmierć.

To   była   Fia.   Ash   wpatrywał   się   w   nią   z   niedowierzaniem.   Doskonała, 

opanowana, słodka Fia. Nie była kompletnie ubrana, suknię miała narzuconą byle 
jak, włosy splątane, a stopy – na Boga! Stopy były bose.

– Idź do domu, Fio – usłyszał Ash słowa Thomasa. Nie wykonał żadnego 

ruchu, żeby jej dotknąć; opuścił ręce po bokach, czubek szpady wbił się w ziemię.

– Nie. Nie, dopóki nie przestaniesz – powiedziała Fia, a zwracając się do 

Asha, dodała: – Nie możesz mścić się na nim za to, co zrobił, co próbował zrobić 
przed wieloma laty. Miał ku temu powód. Dobry powód. On nie jest Thomasem 
Donne'em. To Thomas McClairen. Kupił Wyspę McClairenów i ciebie uczynił jej 
właścicielem!

Ash spojrzał na nieprzeniknioną twarz Thomasa.

– Czy to prawda?

– Co to za różnica?

–   Duża   różnica,   powiedziałbym   –   odezwał   się   wściekły   głos   Raine'a 

Merricka, który właśnie zmierzał w gęstniejącej mgle w ich stronę. – Bo gdyby 
miłemu   Ashowi   nie   udało   się   ciebie   zabić,   przypadłaby   moja   kolej,   żeby 
spróbować. A moja żona, która będzie musiała mi wiele wyjaśnić, kiedy wrócę do 
domu – jego twarz pociemniała od gwałtownych uczuć – miałaby może coś do 

background image

powiedzenia, gdybym zabił jej brata, ty przeklęty, szkocki poganinie!

– Nie sądzę, żeby była szczęśliwsza, gdybym zabił jej męża – odparł chłodno 

Thomas; wyszedłby naprzeciw Raine'a, gdyby Fia nie trzymała go tak mocno, tak 
zapamiętale,   że   nie   mógł   się   ruszyć,   nie   czyniąc   jej   krzywdy.   Chwycił   ją   za 
ramiona, chcąc się uwolnić, kiedy jednak jego wysiłki wywołały grymas na jej 
twarzy, poddał się, zrozpaczony i bezradny.

–   Ach,   słodka   siostrzyczko   –   powiedział   cicho   Raine.   –   Jak   dobrze,   że 

przyłączyłaś się do nas.

– Nie mów do niej w ten sposób – odezwał się Thomas. – Nie widzisz, jak ją 

to rani?

Bracia   spojrzeli   na   Fię.   Ash   zmarszczył   brwi.   Piękna   twarz   Fii   była   jak 

zwykle gładka i nie zdradzała żadnych uczuć. Jeśli Thomas sądził, że potrafi coś 
wyczytać z tej zagadkowej twarzy…

Ash   rzucił   szpadę,   obrócił   się   na   pięcie   i   chwycił   masywniejszego, 

młodszego brata za ramię.

– Idziemy – powiedział głośno. – Nie musisz się obawiać, nie wrócimy, by 

dokończyć ten nonsens.

– Ale honor Fii! – zaprotestował Raine.

– Ma już dobrego obrońcę, głupcze – syknął Ash, na wpół ciągnąc brata za 

sobą.

Para stojąca w parodii miłosnego uścisku milczała.

– Proszę cię, Fio – powiedział błagalnie Thomas. – Nie rób tego więcej.

– Zrobię to za każdym razem, kiedy narazisz się na niebezpieczeństwo. Za 

każdym razem – oznajmiła namiętnie.

Zadrżał.

–   Co   mam   zatem   zrobić?   –   zapytał   niepewnie,   tonem,   jakiego   Fia   nie 

słyszała dotąd. – Nie wyrzekniesz się mnie i nie chcesz mnie – powiedział. – A ja 
muszę wiedzieć, czy będzie tak, czy inaczej.

Uśmiechnęła   się   lekko,   słysząc   namiętną   prośbę   w   jego   głosie,   widząc 

ściągniętą zdecydowanie linię brwi. Niewolę zamienił w zwycięstwo, odnalazł i 
sprowadził   do   domu   swój   szkocki   klan,   wywalczył   dla   nich   wyspę;   nigdy   nie 

background image

doznał długotrwałej klęski.

Ale z tym dało się żyć. Nie było innego wyjścia.

– Nie – powiedziała cicho. – Musisz się tylko odwrócić i odejść. Wiem, że 

będzie   cię   bolało   poczucie,   że   mnie   opuściłeś,   ale   tak   nie   jest.   Wybaczam   ci 
porwanie. Czy chcesz koniecznie, żeby ludzie także ci wybaczyli? Nie sądziłam, że 
to dla ciebie ważne.

– Wiesz, że nie tego pragnę.

– Zależy ci zatem, żeby to mnie wybaczyło towarzystwo; to nie ma sensu, 

ponieważ nie dbam o przychylność czy też potępienie świata. To, co robisz, nie jest 
mi wcale potrzebne.

–   Ale   –   powiedział   zgnębiony   –   pewnego   dnia   zapragniesz   mieć   dom, 

rodzinę i mężczyznę, który podzieli z tobą życie.

Co mogła mu powiedzieć? Ze nie chce nikogo, poza nim?

– Wiem, Fio – powiedział wolno, niskim, dźwięcznym głosem – że uważasz 

się za gorszą od innych i wiem, że ja to sprawiłem. Wyrwałbym sobie serce z 
piersi, gdyby to mogło cofnąć moje słowa.

Położyła mu palce na wargach, ale odsunął je i zacisnął mocno w swojej 

dłoni.

–   Nigdy   nie   działałaś   pod   wpływem   złej   myśli   czy   odruchu.   Poślubiłaś 

bogatego   człowieka,   a   kiedy   umarł,   z   miłości   do   jego   dzieci   gotowa   byłaś 
poświęcić   swoją   przyszłość.   Znalazłaś   środki,   żeby   na   zawsze   uwolnić   się   od 
potwora   i   zrezygnowałaś   z   tego,   zrezygnowałaś,   zanim   zdążyłem   powiedzieć 
słowo. Wiem o listach, Fio. Swan powiedział Johnstonowi, a ten mnie. Wiem też, 
że nigdy nie użyłabyś ich, by odzyskać wolność.

– Mogłabym to zrobić – zaprzeczyła.

– Nie. – W jego wzroku była pewność. – Twoim postępowaniem nigdy nie 

kierowały złe pobudki, a moim tak. Celowo udawałem przyjaciela twego brata, a 
potem wykorzystałem tę przyjaźń,  żeby  go zranić – powiedział z  trudem.  – A 
jednak mi wybaczyłaś. Nigdy mi nawet tego nie wypomniałaś. To, że jesteś córką 
Carra, nie dotyczy cię, Fio. Świadczy tylko o tym, jaka jesteś niezwykła.

Stłumiła szloch. Nie ośmielała się myśleć o tym, że bycie dzieckiem Carra 

jest czymś innym niż piętnem, trucizną, jaką w sobie nosi. Chyba nie wiedział, co 

background image

mówi.

– Łatwo jest być dobrym, Fio, jeśli nie ma żadnych pokus.

– Nie jestem święta, Thomasie.

Nie   mogła   podnieść   wzroku;   ręce   trzymała   w   dole,   splatając   palce. 

Wpatrywała się w jego buty, uświadamiając sobie niejasno, że musiały przemoknąć 
w wilgotnej trawie, a jej stopy też są mokre i zimne.

– Proszę, Fio. Kocham cię. – Oczy mu płonęły. – Czy ty mnie kochasz?

– Tak! – zawołała, zaskoczona zdumiewającym odkryciem, że on o tym nie 

wiedział.

– Zostań zatem moją żoną!

– Thomasie, bez względu, jak na to patrzysz, zawsze będę córką Carra. Oto 

prawda, przed którą nie można uciec.

Nie   czekała,   aż   odpowie,   bo   cóż   można   odpowiedzieć   na   rzecz   tak 

oczywistą.   Odwróciła   się,   zmuszając   zdrętwiałe   nogi   do   ruchu,   patrząc 
niewidzącymi oczami w białą mgłę dookoła.

– Fio!

Nie zatrzymała się.

– Fio!

Jeszcze kilka kroków i zginie w miękkiej, chłodnej, nieprzeniknionej pustce.

– Na miłość boską, Fio! – Jego głos, załamujący się na ostatnich słowach, 

sprawił, że się odwróciła. Ból, brak snu, głód, to wszystko doprowadziło go do 
kresu sił, ale to ona w końcu dokonała tego, co nie udało się okrutnemu strażnikowi 
w więzieniu ani strażnikom na statku, ani batowi właściciela niewolników; złamała 
ducha, który ożywiał to potężne ciało, każąc mu trzymać się prosto i dumnie.

Klęczał na jednym kolanie, z jedną dłonią na ziemi, z pochyloną głową, tak 

jakby właśnie otrzymał cios.

Popatrzył  w górę.  Oczy   miał  jak  kamienie;  nienawidziła  siebie  za  to,  że 

sprawiła mu ból.

– Co mam zrobić, Fio? Przysięgam, że krew Carra w twoich żyłach nie jest 

przekleństwem. Dałbym ci swoją, ale nie pozwolisz na to.

background image

Podeszła powoli, przestraszona bardziej niż kiedykolwiek w życiu; budziła 

się w niej nieśmiała,  lękliwa nadzieja. Przebiegł spojrzeniem jej twarz i to, co 
zobaczył, rozpaliło ogień w przygasłych oczach. Podniósł się na nogi, czekał.

– Thomasie, czy nie wiesz, kim jestem?

Tym razem odparł z niezachwianą pewnością.

–   Jesteś   sobą,   Fio.   Zawsze   nią   byłaś   i   będziesz.   Moją   miłością,   moim 

życiem, spełnieniem moich najśmielszych snów. Zanurz mi ostrze w sercu, Fio, 
albo bądź moja. Na zawsze.

Łzy spłynęły spod jej powiek, nie mogła ich powstrzymać; spadły z oczu 

barwy   szlachetnych   kamieni   i   bez   przeszkód   ześlizgnęły   się   po   policzkach, 
zwilżając wargi i kapiąc z brody.

Oślepiona, wyciągnęła ręce, ruszyła niepewnie, a zanim zrobiła drugi krok, 

już była w jego ramionach, w żelaznym uścisku; jego serce biło gwałtownie obok 
jej serca, całował jej usta, policzki, powieki, skronie.

– Na zawsze – przysięgła.

background image

27

Rumieniec Dziewicy, Wyspa McClairenów

Wrzesień 1766

Kamienisty   cypel   łączący   Wyspę   McClairenów   z   lądem   mógł   w   każdej 

chwili znaleźć się pod wodą. Wynajęty powóz przebył zaledwie jedną trzecią drogi, 
kiedy woźnica rozmyślił się, nie zważając na zachętę w brzęczącej monecie i dał 
pasażerowi do wyboru: albo wróci, albo resztę drogi odbędzie na piechotę.

Ronald   Merrick,   hrabia   Carr,   postanowił   iść.   Wyszedł   z   powozu,   rzucił 

woźnicy monetę i poczekał, aż odjedzie.

Odwrócił   się,   z   jedną   dłonią   na   biodrze,   drugą   na   srebrnej   gałce   laski   i 

popatrzył na masyw Rumieńca Dziewicy. Zamek wznosił się szary, jednolity, na 
jego blankach uwijali się robotnicy niczym termity w gnieździe.

Nienawidził tego miejsca. Zwłaszcza że ktoś – zapewne Thomas McClairen 

– uparł się, by odbudować zamek w pierwotnym, żałosnym stylu. Może, pomyślał 
Carr, uda się go odzyskać, szczególnie, że musi na jakiś czas opuścić Londyn.

Zaczął   iść   wzdłuż   cypla;   jego   twarz   ściągała   nienawiść.   Nie   dał   się 

zniszczyć. Nie! Daleko mu było do tego. Nadal miał materiały obciążające wielu 
ważnych, wpływowych ludzi, a nawet jeśli od czasu powrotu z Francji jeden, czy 
dwóch – może więcej, dlaczego miałby prowadzić rachubę? – naraziło się na jego 
gniew, ujawniając swoje własne, małe tajemnice, to cóż, nie każdego stać na taką 
odwagę.

Zbliżył się do stóp zamku, uważając, aby nie znaleźć się w polu widzenia 

robotników; kierował się na tyły, w stronę fasady wychodzącej na morze. Tam 
mógłby wejść do środka niezauważony.

Co z tego, że jego imię stało się przekleństwem, a ludzie, którzy jeszcze 

miesiąc temu pełzali przed nim na kolanach, teraz przechodzili na jego widok na 
drugą stronę ulicy? Spojrzał złym wzrokiem na zamek. Powiedziano mu, że to 
przeklęte miejsce spaliło się na popiół. Nic nie zostało. Kto mógł przewidzieć, że 
reszta   materiałów   przetrwa   pożar   i   zostanie   odnaleziona   przez   jego   ukochane, 
najmłodsze dziecko?

background image

Raz  jeszcze   nienawiść,  jak  trąd,  zniekształciła   jego twarz.  Opanował się, 

oddychając głęboko. Fia i jej fagas, Thomas McClairen, zapłacą mu za to, mimo 
wysiłków Tunbridge'a, żeby udaremnić zemstę na Szkocie.

Carr   zanurzył   rękę   w   kieszeni,   wydobywając   tytułową   stronę   „London 

Timesa”; przeczytał ponownie zamieszczony tam list.

Ja, James Wells, lord Tunbridge, w mojej ostatniej chwili na ziemi, daję  

świadectwo   prawdzie   poniższego   wyznania.   Ja,   James   Wells,   lord   Tunbridge,  
przewidując, że Ronald Merrick, hrabia Carr, wyda Thomasa Donne'a i oskarży go  
o   to,   że   jest   zdrajcą   i   deportowanym   przestępcą,   Thomasem   McClairenem,  
przedstawiam   nieodparty   dowód,   że   wspomniany   człowiek   nie   jest   Thomasem  
McClairenem   i   że   nienawiść   i   złość   lorda   Carra   skłoniły   go   do   oskarżenia  
niewinnego człowieka w nadziei sprowadzenia na niego śmierci.

Wiem, że Thomas Donne nie jest Thomasem McClairenem, ponieważ ja,  

James Wells, zabiłem Thomasa McClairena z zimną krwią na polecenie Ronalda  
Merricka   20   lutego   1752   roku   w   gospodzie   w   Kingston,   na   wyspie   Jamajce.  
Uczyniłem to jedynie po to, aby zadośćuczynić żądaniu lorda Carra, żywiącemu do  
McClairenów zastarzałą nienawiść, podobnie jak zabiłem i innych z jego polecenia,  
w tym jego lokaja, Rankle'a.

Nie mogę dłużej żyć ze świadomością swoich zbrodni, toteż zdaję się na łaskę  

Boga, przysięgając, że wszystko, co napisałem, jest prawdą. Bóg jest moim sędzią.  
Oby zlitował się nad moją duszą.

James Wells, lord Tunbridge

Sprytne, pomyślał Carr.  Tunbridge'a rzeczywiście aresztowano w Kingston 

za zabójstwo „nieznanych osób”. Co do reszty… widocznie Tunbridge nie pokładał 
zbytniej ufności w łaskę Bożą, skoro naraził swoją nieśmiertelną duszę kłamiąc, 
zanim przeciął sobie żyły.

Ale dlaczego? Carr podniósł rękę, jakby prowadził milczącą dyskusję z kimś 

innym.   Tunbridge  musiał   nienawidzić   McClairena   za   to,   że   osiągnął   coś,   o   co 
Tunbridge starał się latami, a mianowicie, że znalazł drogę do łoża Fii.

– Ponieważ ciebie nienawidził bardziej niż McClairena.

background image

Na   dźwięk   tego   od   dawna   niesłyszanego   głosu   Carr   odwrócił   się   z 

uśmiechem.

– Janet. Wiedziałem, że któregoś dnia znowu się do mnie odezwiesz. Już się 

nie dąsasz, co?

Boże, była śliczna. Ciemne oczy lśniły, włosy opadały gęstymi, hebanowymi 

falami. Półuśmiech, taki zalotny, taki czarujący, rozświetlał jasną twarz. Naprawdę 
ją kochał.

Dygnęła, jej śliczna twarz promieniała z radości.

– Być może.

– I „być może” masz rację co do Tunbridge'a – stwierdził wielkodusznie.

– Wiem, że mam. Dlaczego tutaj jesteś, Ronaldzie? 

Pomachał laską w powietrzu.

– Przyjechałem, żeby zabić McClairena.

– Ach – westchnęła. – Dlaczego?

– Biedna, niemądra Janet. Jeśli zabiję McClairena, inni przekonają się, że 

nadal jestem człowiekiem, który budzi strach, że należy mnie słuchać, i liczyć się 
ze mną.

Roześmiała się, perlisty śmiech był jak blask słońca tańczący na wodzie. 

Przyzwała go bliżej.

–   Nie   sądzę   –   powiedziała,   kiedy   podszedł.   Odwróciła   się,   sunąc   ponad 

kamienistym   gruntem,   pełna   wdzięku,   jak   pióro   na   wodzie.   Szedł   za   nią 
zahipnotyzowany   jej  urodą,   zachwycony,  jak  przed  wielu  laty,  jej  świeżością  i 
oczywistym uwielbieniem dla niego.

– Poczekaj! Czemu tak myślisz?

Spojrzała na niego przez ramię, wzywając gestem, żeby poszedł za nią.

– Nie sądzę,  żeby  to był prawdziwy  powód, dla którego się  tu zjawiłeś, 

Ronaldzie.

Jak śmie podawać w wątpliwość jego motywy!

–   Doprawdy?   –   Wypowiedział   to   słowo   z   wyższością,   ale   ona   tylko   się 

background image

zaśmiała i ruszyła dalej, a on za nią.

– Myślę, że chcesz zabić Thomasa, bo dopóki on żyje, McClairenowie będą 

górą! – szepnęła, jak psotne dziecko ujawniające jakiś sekret.

– Nie są górą!

– Ale będą. – Zatrzymała się w końcu.

– Tak, Ronaldzie – odezwał się głos jakiejś starej kobiety.

Odwrócił się powoli. Stała przed nim stara wiedźma, zgięta pod ciężarem 

szarej sukni, z czarnym welonem zakrywającym połowę twarzy i odsłaniającym 
zniekształcone rysy, rozbity nos, łzawiące oko, zdeformowane usta.

– Kim jesteś? – zapytał, zły, że przerwała jego rozmowę z Janet.

– Jestem Gunna – odparła. 

Pogrzebał w pamięci.

– Opiekunka Fii!

– Tak. 

Parsknął.

–   Na   Boga,   wciąż   trzyma   przy   sobie   istoty   podobne   do   ciebie?   Czyżby 

postradała   zmysły?   –   Roześmiał   się   okrutnie,   oglądając   się   przez   ramię,   żeby 
sprawdzić, czy Janet docenia jego dowcip. Zjawa wpatrywała się w kaleką postać; 
z wyrazu jej pięknych czarnych oczu można było sądzić, że ją rozpoznaje.

– Nie. To ty je postradałeś – odparła Gunna. Coś się nie zgadzało. Sposób, w 

jaki   mówiła…   Otworzył   szeroko   oczy.   Gdzie   się   podział   silny,   niemal 
uniemożliwiający   zrozumienie   słów,   szkocki   akcent?   Dlaczego   nagle   zaczęła 
mówić głosem Janet?

– Kim jesteś?

– Mówiłam ci – odparła. – Jestem Gunna.

– Nie. – Pokręcił  głową.  Zobaczył, że Janet  go naśladuje,  że duch kręci 

głową coraz gwałtowniej, układając usta, jakby mówił: „Nie, nie, nie”.

Wargi Gunny wygięły się w czymś w rodzaju uśmiechu.

– Były  czasy,  dawno temu,   kiedy  byłam  kimś  innym.  Kimś,  kto już  nie 

background image

istnieje.

– Kim takim? – zapytał, czując, jak strach skręca mu wnętrzności.

– Nazywałam się Janet McClairen – odparła cicho.

Odwrócił gwałtownie głowę, napotykając psotny uśmiech Janet. Wzruszyła 

przesadnie ramionami.

– Niemożliwe – powiedział. – Zabiłem cię. Zrzuciłem cię… – Przerwał i 

rozejrzał się, jakby oprzytomniał z omdlenia. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, 
gdzie jest, dokąd go przyprowadziła.

Stał na dróżce za starym warzywniakiem, nad skałami, na których zginęła 

Janet. Patrzył ze zgrozą na wzburzone fale uderzające w brzeg poniżej skał.

– Ty nie żyjesz – szepnął.

–   Nie.   Byłam   ranna…   bardzo   poważnie.   Ale   zachowałam   przytomność 

umysłu.   Przywarłam   do   dryfującej   kłody.   Fala   zniosła   mnie   daleko   w   dół 
wybrzeża, gdzie jacyś rybacy znaleźli mnie i uratowali.

Spojrzał   nieprzytomnie   błękitnymi   oczami.   Wiedźma   podniosła   rękę   i 

pociągnęła   za   welon.   Spadł,   ukazując   oblicza   Janusa,   przerażające   połączenie 
okaleczonej twarzy z twarzą, której druga połowa zachowała pełnię urody, policzek 
był nadal gładki, a oko o ciemnych rzęsach czarne jak atrament.

– Niemożliwe. – Cofnął się przejęty grozą.

– Niezwykłe – poprawiła go staruszka głosem Janet. – Lata minęły, zanim 

doszłam   do   siebie.   Pamiętasz,   jak   w   noc,   kiedy   mnie   zabiłeś,   przysięgłam,   że 
zrobię wszystko, żeby chronić przed tobą dzieci? Dotrzymałam słowa, Ronaldzie. 
Wróciłam. Przy twoim wstręcie do brzydoty i uwielbieniu pieniędzy łatwo było cię 
przekonać,   byś   najął   mnie   do   opieki   nad   własnymi   dziećmi.   Musiałam   tylko 
trzymać się z dala od ciebie. Mogłam się nimi zajmować, kochać je, ale przede 
wszystkim starać się nie dopuścić, abyś zatruł je swoim jadem.

– Oni wiedzą? – zapytał.

Uśmiech, unoszący w górę kącik ust, znikł.

–   Nie.   Nie   mogłam   wyjawić,   kim   jestem,   w   obawie,   że   któreś   z   nich 

wygadałoby się, a ty po prostu zabiłbyś mnie jeszcze raz. Zostałam więc Gunną, 
niańką. Właściwie udało ci się mnie zabić, Ronaldzie, bo teraz też nie mogę im nic 
powiedzieć. Jakże mogliby mnie zrozumieć? Bo choć byłam niańką, towarzyszką, 

background image

nauczycielką, nigdy nie byłam już matką.

Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na piękną Janet. Nie było jej.

– Janet!

– Do kogo mówisz, Ronaldzie? – zapytała czarownica.

– Do Janet. Do ciebie. Do… – Przerwał, jego oczy rozszerzyły się ze strachu. 

Jak może kogoś nawiedzać żyjąca kobieta? A jednak był nawiedzany, i to latami. 
Wystarczyło spojrzeć…

– Oszalałeś, Ronaldzie – powiedziała spokojnie Janet-potwór. – Jak może 

prześladować cię mój duch, skoro wciąż jest w moim ciele, choć tak się starałeś, 
żeby go ode mnie oddzielić? Jak wyjaśnić ducha, którego widujesz? Oszalałeś. 
Własne zło cię nawiedza.

–   Nie!   –   zawołał.   –   Odejdź   ode   mnie.   To   ty   jesteś   duchem!   Nie   jesteś 

prawdziwa. Nie jesteś Janet! Janet jest piękna. Janet mnie kocha. Janet…

– Jest tutaj.

Piękna połowa ust wygięła się w doskonałym, pełnym powabu uśmiechu, 

druga pozostała ohydną, bezzębną dziurą. Cofał się, zasłaniając twarz rękami.

– Potwór!

Krzyczał tak ze zgrozy, spadając na skały u stóp urwiska.

Robotnicy dotarli na klify w ciągu kwadransa. Usłyszeli krzyk, a paru nawet 

widziało postać wymachującą dziko rękami, gdy znikała za krzemienną krawędzią 
skalnej ściany.

–   Niech   Bóg   się   nad   nim  zlituje,   biedakiem  –   powiedział   Jamie   Craigg, 

zerkając na skały.

– Możecie mnie do niego opuścić- zaproponował Gordie, obwiązując się liną 

w pasie.

– Dobrze. –Jamie skinął głową. – Ale nie ma co się śpieszyć, chłopcze. Nikt 

nie przeżyłby upadku na te skały. Prawda, Gunno? – Spojrzał ze smutkiem na starą, 
powykrzywianą kobietę, która przydreptała za gromadką mężczyzn.

– Nie – odparła spokojnie. – Nikt nigdy tego nie przeżył.

background image

Epilog

Rumieniec Dziewicy, Wyspa McClairenów 

Święta Bożego Narodzenia 1766

–   Nie   ma   szans   –   powiedział   Ash   Merrick.   Siedział   obok   swojej   żony, 

Rhiannon,   zwracając   się   przyciszonym   głosem   do   brata,   Raine'a.   Na   zewnątrz 
porywisty   północny   wiatr   szarpał   okiennicami,   w   komnacie   jednak   ogień   na 
kominku przeganiał wszelki chłód.

Dzieci Merricków prośbą i groźbą zapędzono do łóżek, gdzie natychmiast 

zapadły w sen. Z wyjątkiem najmłodszego dziecka Asha. Gunna siedziała koło 
kominka, susząc włosy Cory MacFarlane, a Kay usadowił się wygodnie w fotelu z 
otwartą książką, nieodstępną towarzyszką, na kolanach.

Rhiannon, zajęta karmieniem córeczki, nie zwracała uwagi na męża. Raine 

jednak skinął głową na znak, że się z nim zgadza.

– Biedaczek. Wiem, że nie powinienem go żałować, ale żałuję. Nam też nie 

było lekko. Dlaczego z nim miałoby być inaczej?

– Słusznie – powiedział Ash.

Favor, która przed chwilą ułożyła najmłodsze  dziecko do snu, stanęła za 

krzesłem Raine'a. Przechyliła się przez jego ramię i pocałowała go w policzek. 

– W niedoli szuka się towarzystwa? – zapytała z wyzywającym błyskiem w 

oku. – Co z was za okropna para. Jak możesz życzyć innemu czegoś, czego tak 
otwarcie nie znosiłeś?

– Cóż – mruknęli zmieszani mężczyźni.

– Favor, moja kochana – bronił się Raine – nie jest całkiem bezradny.

– Bez względu na to, co zrobił, jest tylko mężczyzną. Pomyśl, co go czeka – 

odparła Favor i na ten nieodparty argument nie dało się już znaleźć odpowiedzi.

W tym momencie na korytarzu dał się słyszeć spokojny, łagodny kobiecy 

głos.

background image

– Ashton pozwolił się wstępnie naszkicować. Raine pozował do wstępnego 

szkicu. Ja także.

Fia weszła do salonu w zupełnej ciszy; piękna twarz była nieodgadniona jak 

zwykle, tylko sposób, w jaki akcentowała niektóre słowa, zdradzał lekką irytację. 
Zmarszczone   brwi   nadawały   milczeniu,   które   nastąpiło,   wymowę   królewskiego 
rozkazu.

– Jest bez szans – mruknął Ash. – Biedny drań.

–   Jakież   by   to   było   piękne   rodzinne   zgromadzenie.   –   Thomas   Donne, 

któremu   niedawno   przyznano   wakujący   tytuł   wicehrabiego   McClairena   za 
nieocenione usługi oddane Koronie w walce z morskimi rabusiami, wszedł za żoną 
do   komnaty.   Wysoki   i   szczupły   wydawał   się   równie   twardy,   jak   życie,   które 
prowadził.

– Nie wiem. – Rhiannon śledziła jednak, co się dzieje, bo podniosła wzrok 

znad twarzy córki i spojrzała uważnie na Thomasa. – Stawiam złotą gwineę, ze 
McClairen nie da się sportretować.

– Przyjmuję zakład – powiedział Ash, a pochylając się blisko, tak żeby tylko 

Rhiannon mogła go usłyszeć, szepnął, wywołując rumieniec na jej policzkach – ale 
jeśli wygram, odbiorę nagrodę w czymś cenniejszym od złota, moja żono.

– Nie chcę rodzinnego portretu – powiedziała Fia, odwracając się nagle i 

podchodząc do Thomasa. Patrzył na nią z niepokojem. Kołysała lekko biodrami i 
było to niezwykle prowokujące. Z doskonale zdawała sobie sprawę.

Zerknął   z   nadzieją   na   Asha   i   Raine'a,   którzy   odwzajemnili   uśmiech   z 

całkowicie   obojętnym   wyrazem   twarzy.   Najwidoczniej   bracia   jego   żony   nie 
zamierzali nadstawiać karku, przychodząc z pomocą.

– Może się to wydawać dziwne – mówiła Fia z coraz większą ironią – ale 

chcę mieć obrazy w nowej galerii. Ponieważ galeria jest obecnie pusta, do nas 
należy – zwróć uwagę, Thomasie, powiedziałam „do nas” – zapełnić ją nowymi 
płótnami.   Przypuszczam   –   zwróć   uwagę,   powiedziałam   „przypuszczam”, 
Thomasie,  albowiem  mogę   być  w  błędzie  –  że   jako  wódz  klanu  McClairenów 
chciałbyś widzieć na ścianach portrety McClairenów. Ale to…

Zamknęła   oczy   na   krótką   chwilę,   opanowując   się,   a   kiedy   je   otworzyła, 

ujrzał ich lśniący, czysty błękit. Patrzyli na siebie, jak zaczarowani. Nie mógł się 
powstrzymać. Podniósł rękę, delikatnie dotykając jej policzka. Otworzyła usta, ale 
nie   wydała   żadnego   dźwięku.   Leciutko   przekręciła   głowę,   poddając   się 

background image

pieszczocie.

– „Ale to” co? – Glos Raine'a podziałał na nich jak wiadro zimnej wody. 

Zdrajca!

Fia odsunęła się z podejrzliwym wyrazem twarzy.

– Ale to nie będzie możliwe – stwierdziła cierpko – jeśli wódz nie pozwoli 

nawet   mojemu   nieszczęsnemu   artyście   wykonać   prostego   szkicu   do   własnego 
portretu!

Tupnęła   małą,   obutą   w   satynowy   pantofelek,   stopą.   Ten   przejaw   uczuć 

wywołał szeroki uśmiech na twarzy Asha. Wydawało mu się niezwykłe, że ich 
zazwyczaj   milcząca,   skryta   siostra   –   tylko   przy   mężu   i   tylko   w   bezpiecznym, 
ciepłym wnętrzu własnego domu – ulega napadom różnych nastrojów.

Thomas jednak uchwycił się zaimka.

– Twojemu nieszczęsnemu artyście? – Postąpił krok naprzód. Fia się cofnęła. 

– Twojemu, lady McClairen? Jak to… twojemu?

Przełknęła ślinę, gdy podszedł bliżej, i odskoczyła o krok.

– Tak tylko powiedziałam! Wiesz, że kocham tylko… – Znalazła się nagle w 

ramionach Thomasa, który uśmiechał się do niej drapieżnie.

– Thomasie! Zrobiłeś to specjalnie! – Jej pyszne, pąsowe wargi ułożyły się w 

uśmiechu, a potem roześmiała się, głośno, serdecznie. – Nie grasz uczciwie, panie!

Rhiannon uśmiechnęła się do męża.

– Mówiłam ci.

–   Mógł   wygrać   bitwę,   ale   następnego   dnia   znowu   zacznie   się   wałka   – 

powiedział Ash. – Spójrz. Ona już się przygotowuje. Widziałem to we własnym 
domu. Wiem, co mówię.

– O, tak! – kiwnął głową ze zrozumieniem Raine. – Jakie to znajome.

Bo Fia właśnie otoczyła szeroką szyję Thomasa ramionami, a on patrzył jej 

w oczy, tym razem zupełnie inaczej.

– Dość, moja piękna, moja kochana. Wkrótce będziesz miała całkiem nowy 

portret do powieszenia na ścianie, a ja dopilnuję, żeby było wiele następnych – 
szepnął, gładząc jej szyję.

background image

Favor miała świetny słuch; podniosła głowę, zaciekawiona.

– Co masz na myśli? – zapytała.

Thomas zwrócił się do małej gromadki z dumą na ciemnej twarzy.

– Fia nosi pod sercem nasze dziecko.

Gunna znieruchomiała, przestając splatać włosy Córy.

– To prawda? – zapytała z oczami błyszczącymi od łez.

– Fio? – odezwał się Kay, spoglądając znad książki okrągłymi oczami. 

Cora uśmiechnęła się tylko.

– Tak – odparła nagle onieśmielona Fia. – On się urodzi wczesnym latem.

– Ona – sprostował gładko Thomas.

Raine spojrzał na Asha, na jego twarzy odbiła się wyższość eksperta.

– Czy ktoś im mówił, jak to jest? – Spojrzał na siostrę i jej męża. – To nie 

jest tak, jakbyście składali zamówienie w oberży. Bierze się to, co się pojawi.

–   Ona   –   powtórzył   Thomas   z   uporem,   patrząc   na   Fię.   Błysk   jego   oczu 

sprawił, że policzki żony okryły się rumieńcem.

–   Przypuszczam,   że   wiesz   również,   jak   będzie   wyglądać?   –   powiedział 

kpiąco Ash.

– Tak – odparł cicho Thomas, patrząc z miłością na uniesioną w górę twarz 

Fii. – Jej włosy będą czarne jak niebo o północy i bardziej lśniące niż skrzydło 
kruka. Oczy tak błękitne jak najgłębsze morze, a skóra biała jak klify Dover. – Na 
jego   przystojnej,   surowej   twarzy   pojawił   się   uśmiech.   –   Będzie   taka,   jak   jej 
matka… zachwycająco piękna.

background image

Podziękowania

Po   napisaniu   kilku   książek   stwierdziłam,   że   dziękuję   w   nich   wciąż   tym  

samym osobom. Nie zamierzam z tym skończyć. Wierzę, że wynika to stąd, iż  
nasze przyjaźnie i związki nabierają z wiekiem siły. Właściwie, jakby powiedział  
Clarr, stanowczo twierdzę, że tak właśnie jest, gdyż wiem z całą pewnością, że ci  
ludzie, których talent, szlachetność i zachęta pomagały mi, inspirowały mnie, a  
czasami wręcz umożliwiały odbicie się od dna, stają się z każdym rokiem lepsi.

Dziękuję zatem Damaris Rowland, mojej cudownej agentce, oraz Maggie  

Crawford,   przenikliwemu   i   utalentowanemu   redaktorowi.   Dziękuję   Susan   Kay  
Law, Geraldyn  Dawson  i Christinie Dodd, trzem  znakomitym pisarkom, które  
zawsze były gotowe wspomóc mnie swoimi umiejętnościami. Dziękuję Michcllc  
Miller za lata wspaniałej przyjaźni oraz Grace Pedalino za wszystko, co robi. I  
wreszcie dziękuję z całego serca Dauidowi i Rachel, światłu mojego życia, radości  
mojego istnienia. Jesteście wszyscy najlepszymi z najlepszych.


Document Outline