background image
background image

MCS

Allan Cole & Chris Bunch

Sten

pierwszy tom cyklu Sten

Warszawa 1996

Amber

background image

Rozdział 1

Śmierć po kryjomu przyszła do Dzielnicy.

Kombinezon cuchnął. Wbity w niego Tech patrzył przez i porysowany wizjer na przewód okalający z
zewnątrz  obszar  rekreacyjny  i  wypuścił  z  siebie  wiązankę  przekleństw,  mogącą  zadziwić  nawet
żeglarza dalekiej przestrzeni.

Najbardziej  na  świecie  chciał  teraz  napić  się  zimnego  narkopiwa,  aby  uciszyć  dudniące  w  głowie
bębny  kaca.  Najmniej  zaś  na  świecie  chciał  wisieć  na  zewnątrz  Vulcana,  gapiąc  się  na
jednocentymetrową metalową rurkę, którą miał przyczepić. Ścisnął kołnierz specjalnym przyrządem,
moment obrotowy ustalił na wyczucie i wyrzucił z siebie kolejną wiązankę, tym razem włączając w
nią  szefa  i  tych  wszystkich  śmierdzących  Migów,  bawiących  się  w  odległości  jednego  metram,  i
całego świata.

Zrobione.  Zwolnił  przyrząd  i  włączył  mały  silniczek,  przyczepiony  do  kombinezonu.  Jego  szef  był
pieprzonym eks - kochasiem, i do tego miał zamiar przyczepiać się do sześciu pierwszych rund. Tech
wyłączył swój uziemiony mózg i pożeglował ospale w kierunku śluzy.

Oczywiście  moment  obrotowy  ustalił  nieprawidłowo.  Gdyby  rurka  nie  zawierała  fluoru  pod
wysokim ciśnieniem, nic by się nie stało.

Przeciążone złącze trzasnęło i surowy fluor stopniowo przeżerał metal, przez kilka dni nieszkodliwie
rozpościerając  się  w  przestrzeni.  Ale  w  miarę  poszerzania  się  pęknięcia  ciecz  kipiała  prosto  na
zewnętrzną okrywę Dzielnicy, poprzez izolację, a w końcu przez wewnętrzne warstwy spływała do
środka.

Na początku dziura miała wielkość łebka od szpilki. Spadek ciśnienia pod kopułą był z początku zbyt
mały,  aby  spowodować  jakąkolwiek  reakcję  czujników,  rozmieszczonych  wysoko,  powyżej  kabiny
kontrolnej w dachu Dzielnicy.

Dzielnica  mogła  mieścić  się  na  którejkolwiek  z  miliona  pionierskich  planet  -  zatrudnione  pracz
Kompanię  dziwki  obojga  płci  przeciskały  się  przez  tłum  Migów  w  poszukiwaniu  tych
Niewykwalifikowanych eMigrantów, którzy wciąż jeszcze mieli na karcie trochę kredytów.

Długie  rzędy  maszyn  do  gry  wygwizdywały  zachęty  do  przechodzących  robotników  i  wydawały  z
siebie syntetyczny chichot, gdy gra pochłaniała kolejny grosz.

Dzielnica  była  prowadzonym  przez  Kompanię  centrum  rekreacyjnym,  zbudowanym  z  myślą  o
"interesie Migów". "Bawiący się Mig to szczęśliwy Mig" - powiedział kiedyś psycholog Kompanii.
Nie dodał - bo nie musiał - że bawiący się Mig wydawał kredyty, oczywiście na korzyść Kompanii.
Każda przegrana oznaczała przedłużenie kontraktu.

background image

Właśnie dlatego, pomimo muzyki i śmiechu, w Dzielnicy czaił się smutek i zawziętość.

Dwóch muskularnych strażników włóczyło się w okolicy wejścia. Starszy kiwnął głową w kierunku
trzech  hałaśliwych  Migów,  przemieszczających  się  z  jednego  sklepu  monopolowego  do  drugiego,  i
zwrócił się do partnera:

- Gdybyś miał zamiar szarpać się za każdym razem, kiedy ktoś na ciebie spojrzy, bracie, to szybko
któryś ż tych Migów chciałby się przekonać, co zrobisz, gdy zaczną się naprawdę awanturować.

Nowy stażysta dotknął ogłuszacza.

- A ja chciałbym im to pokazać.

Starszy mężczyzna westchnął i rozejrzał się po korytarzu.

- O rany. Kłopoty.

Jego partner o mało nie wyskoczył z munduru.

- Gdzie? Gdzie?

Starszy  mężczyzna  pokazał  palcem.  W  stronę  wejścia  do  dzielnicy  kierował  się Amos  Sten.  Drugi
strażnik zaczął się śmiać z niskiego Miga w średnim wieku, gdy nagle zauważył mięśnie jego karku. I
rozmiar nadgarstka. I pięści jak młoty.

W tym momencie starszy ze strażników westchnął z ulgą i oparł się znów o ścianę.

- Wszystko w porządku, chłopcze. Ma ze sobą rodzinę. Kobieta o zmęczonej twarzy i dwoje dzieci
zbliżało się właśnie do Amosa.

- Co u diabła? - zdziwił się stażysta. - Ten karzełek nie wygląda mi zbyt groźnie.

- Nie znasz Amosa. Gdybyś znał, narobiłbyś w portki, zwłaszcza, jeśli miałby ochotę na małą bójkę
dla poprawienia sobie humoru.

Czwórka  Migów  po  kolei  dotykała  małych  białych  kwadratów  na  klawiaturze  terminala  i  centralny
komputer Vulcana zarejestrował przemieszczenie się rodziny Stenów do Dzielnicy.

Gdy  mijali  strażników,  starszy  uśmiechnął  się  i  skinął  Amosowi  głową.  Jego  partner  po  prostu
patrzył. Amos zignorował ich i poprowadził rodzinę do wejścia.

-  Mig  lubi  walczyć,  co?  To  chyba  nie  jest  to,  co  nazywamy  zachowaniem  aprobowanym  przez
Kompanię.

-  Synu,  gdybyśmy  chcieli  aresztować  każdego  Miga,  który  uszkodził  innego  w  Dzielnicy,  to
zabrakłoby forsy na nadgodziny.

background image

- Może powinniśmy go trochę przywołać do porządku.

- Wydaje ci się, że właśnie ty potrafisz to zrobić?

Młodszy strażnik skinął głową.

- Dlaczego nie? Przyłapać go na czymś i przywalić zdrowo.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się i dotknął długiej sinej blizny na prawej ręce.

- Już ktoś próbował. I to lepszy od ciebie. Ale może się mylę. Może naprawdę właśnie ty umiałbyś
coś zrobić. W każdym razie lepiej sobie zapamiętaj: Amos nie jest zwykłym starym Migiem.

- A co w nim takiego szczególnego?

Strażnik poczuł się nagle zmęczony nowym partnerem i całą tą dyskusją.

- Tam, skąd on pochodzi, takich chłopaczków jak ty zjadają na śniadanie.

Chłopak najeżył się i spojrzał spode łba. Ale przypomniał sobie, że nawet nie licząc brzucha, jego
kolega jest wciąż lepszy o jakieś dwadzieścia kilo i piętnaście lat. Okręcił się na pięcie i spojrzał na
starszą panią, która wytaczała się wesolutko z Dzielnicy. Popatrzyła na niego, wyszczerzyła dziąsła i
upadła miękko wprost pod nogi stażysty, na podłogę.

- Cholerne Migi!

Amos wsunął kartę w terminal i komputer automatycznie dodał godzinę do jego kontraktu. Czwórka
Stenów weszła do holu. Amos rozejrzał się dookoła.

- Nie widzę chłopaka.

- Karl mówił, że ma dodatkową pracę w szkole - przypomniała mu Fread, jego żona.

Amos wzruszył ramionami.

-  Nie  straci  wiele.  Facet,  który  pracuje  koło  mnie,  był  tu  wczoraj.  Mówił,  że  pierwsze
przedstawienie jest o jakimś Execu, który zakochuje się w dziwce i zabiera ją do siebie, do Oka.

Z teatru buchnęła muzyka.

- No tato, chodźmy już.

Amos i jego rodzina weszli do sali.

Sten  pospiesznie  uderzał  w  klawisze  komputera,  wreszcie  wcisnął  "przesyłanie  danych".  Ekran
błysnął,  a  potem  poszarzał.  Sten  drgnął.  Nie  da  rady  skończyć  na  czas,  by  zdążyć  na  spotkanie  z
rodziną.  Wiekowa  szkolna  sieć  komputerowa  nie  nadążała,  gdy  wielu  studentów  pracowało

background image

równocześnie.

Sten rozejrzał się po sali. Nikt na niego nie patrzył. Wcisnął "podstawowe funkcje", a potem szybko
szereg  klawiszy.  Odnalazł  drogę  do  banku  danych  centralnego  komputera.  Oczywiście  wbrew
wszelkim szkolnym przepisom. Ale Sten, jak wielu innych siedemnastolatków, nie lubił przejmować
się na zapas.

Po przejściu ścieżki dostępu włożył dyskietkę z zadaniem. I skrzywił się zobaczywszy, co ma zrobić.
To było techniczne ćwiczenie z cyberobróbki, wykonanie kątownika.

To zawsze wymagało zrobienia spawu i zauważył, że sugerowana technika, przestarzała nawet jak na
szkolne warunki, wyznaczała trzymikronowy szew.

A potem uśmiechnął się. Miał przecież dostęp do głównej bazy danych...

Za  pomocą  pióra  świetlnego  narysował  na  ekranie  dwie  stalowe  sztaby  i  wcisnął  "wykonanie
programu  -  spawanie".  Kilka  szybkich  ruchów  i  gdzieś  na  Vulcanie  dwie  metalowe  belki  zostały
połączone.

A może to była tylko symulacja komputerowa.

Sten  ze  zniecierpliwieniem  czekał,  aż  ekran  komputera  oczyści  się.  W  końcu  monitor  zajaśniał  i
wyświetlił  komunikat,  że  zadanie  zostało  prawidłowo  wykonane.  Sten  był  wykończony.  Jego  palce
przebiegły  po  klawiaturze,  odcinając  nielegalną  ścieżkę  dostępu,  włączając  się  z  powrotem  w
szkolną sieć, przesyłając prawidłowo wykonane zadanie z pamięci terminala i wyłączając końcówkę.
Zerwał się z miejsca i popędził do drzwi.

- Szczerze mówiąc, panowie - powiedział Baron Thoresen - mniej troszczę się o to, że programy R i
D  nie  zgadzają  się  z  jakimiś  wydumanymi  regułami  etycznymi  Imperium,  niż  o  dobro  naszej
Kompanii.

Zaczęło się jak zwyczajne zebranie rady dyrektorów Kompartii, tych sześciu istot, które kontrolowały
życie ponad miliona osób. Wtedy stary Lester zadał pytanie w najbardziej odpowiednim momencie.

Thoresen  nagle  wstał  i  zaczął  kroczyć  tam  i  z  powrotem.  Wielkie  cielsko  dyrektora  przyciągało
uwagę zgromadzenia niemniej niż grzmiący głos i autorytatywność.

-  Jeśli  to  brzmi  nie  patriotycznie,  to  bardzo  mi  przykro.  Jestem  człowiekiem  interesu,  a  nie
dyplomatą. Jak niegdyś mój dziad, wierzę tylko w naszą Kompanię.

Tylko jeden człowiek pozostał niewzruszony. Lester.

To  stary  złodziej,  pomyślał  Baron.  Zarobił  już  swoje,  a  więc  może  sobie  pozwolić  na  etyczne
skrupuły.

background image

-  Imponujące  -  powiedział  Lester.  -  Ale  my,  rada  dyrektorów,  nie  pytaliśmy  o  pańsltie  poglądy.
Pytaliśmy o nakłady na Projekt Bravo. Nie chciał pan nam wyjawić, o jaltiego rodzaju eksperymenty
chodzi,  ale  znowu  zwraca  się  pan  o  przyznanie  dodatkowych  funduszy.  A  ja  chciałbym  tylko
wiedzieć,  czy  mają  one  może  również  militarne  znaczenie,  ponieważ  wtedy  moglibyśmy  otrzymać
dotacje finansowe z jakiejś fundacji Imperium.

Baron  spojrzał  na  Lestera  z  namysłem,  lecz  bez  strachu.  To  Thoresen,  pomimo  wszystko,  rozdawał
karty. I wiedział dostatecznie dużo, by nie pozwolić temu staremu chytremu zapaśnikowi na ostatnie
słowo. I dostatecznie dużo, aby nie próbować przyduszać go. Lester wiele przeżył i nie bał się.

- Doceniam pański wkład. I pańską troskę o niezbędne wydatki. Ale ten projekt jest zbyt ważny dla
naszej przyszłości, bym mógł ryzykować jakiś przeciek.

- Czyżbym wyczuwał brak zaufania? - zapytał Lester.

- Nie w stosunku do panów. Nie bądźmy śmieszni. Ale gdyby konkurencja dowiedziała się o celach
Projektu Bravo, to nawet moje ścisłe powiązania z Imperatorem nie powstrzymałyby ich od kradzieży
i zrujnowania nas.

- Nawet gdyby zaistniały jakieś przecieki - spróbował drugi z członków zarządu - to zawsze mamy
inne rozwiązania. Możemy wpływać na zaopatrzenie w AM2

- Używając bliskich, osobistych powiązań z Imperatorem, oczywiście - podsunął miękko Lester.

Baron uśmiechnął się lekko.

-  Nawet  ja  nie  mogę  aż  tak  bardzo  polegać  na  naszej  przyjaźni.  AM2  to  energia,  dzięki  której
prosperuje Imperator i Imperium. Nikt inny.

Cisza.  Nawet  Lester  nic  nie  powiedział.  Duch  Wiecznego  Imperatora  zakończył  rozmowę.  Baron
rozejrzał się dookoła, po czym zaczął mówić rozmyślnie suchym, monotonnym głosem:

- Nie słysząc więcej uwag, uważam sprawę zwiększonych funduszy za ustaloną. Przejdziemy teraz do
prostszych  zagadnień.  Udało  nam  się  zmniejszyć  główne  nakłady  na  urządzenia  portowe  Vulcana  o
pełne piętnaście procent. Wchodzi w to nie tylko  wewnętrzne  oprzyrządowanie  miejsc  cumowania,
ale  także  przedsprzedaż  kontenerów.  Jednak  nadal  nie  jestem  zadowolony.  Byłoby  o  wiele  lepiej,
gdyby...

Amos otworzył szeroko oczy, gdy przedstawienie się skończyło i zapłonęły światła. O ile mógł się
zorientować,  Exec  i  jego  panienka  po  przeprowadzce  do  Oka  przenieśli  się  na  którąś  z  planet
pionierów i zostali zaatakowani przez jakieś zwierzę.

Ziewnął. Nie przepadał za przedstawieniami, ale dobra drzemka przyda się człowiekowi od czasu do
czasu.

Ahd trącił go lekko.

background image

- Właśnie to chciałbym robić, kiedy dorosnę. Zostać Execem.

Amos przeciągnął się i wstał.

- A właściwie, dlaczego, synu?

- Bo oni mają przygody i pieniądze, i medale... i wszyscy moi przyjaciele też chcą tacy być.

-  Pozbądź  się  lepiej  od  razu  takich  mrzonek  -  sapnęła  Freed.  -  Tacy  jak  my  nie  mieszają  się  z
Execami.

Chłopiec zwiesił głowę. Amos poklepał go po plecach.

-  To  nie  dlatego,  że  nie  jesteś  wystarczająco  dobry,  synu.  Do  diabła,  każdy  Sten  jest  wart  tyle,  co
sześciu tych cho...

- Amos!

- Przepraszam. Ludzi. - Amos skrzywił się i dodał: - Do diabła. Nazywanie Execów cholernymi nie
jest przeklinaniem. To zwykłe stwierdzenie faktu. Mimo wszystko, Ahd, oni nie są bohaterami. Oni są
najgorsi.  Mogliby  zabić  człowieka  dla  wyrównania  rachunku.  A  potem  oszukać  jego  rodzinę  na
pogrzebie.  Gdybyś  został  jednym  z  nich,  to  nie  moglibyśmy  być  z  ciebie  dumni,  ani  ja,  ani  twoja
matka, ani ty sam.

I wtedy odezwała się jego mała córeczka.

- Ja chcę być panienką do zabawy - stwierdziła.

Amos zdusił uśmiech, gdy zobaczył, że Freed podskoczyła na jakieś półtora metra. Zdecydował, że
teraz jej kolej na "rodzicielską rozmowę".

Ciśnienie ostatecznie rozerwało rurkę, i wydobywający się gaz skierował ją wprost na dziurę, którą
przedtem przebił w okrywie Dzielnicy.

Pierwszy zmarł stary Mig, który opierał się o wewnętrzną ścianę kopuły, kilka centymetrów od nagle
powstałego otworu. Zanim zdążył spostrzec fluor zżerający ciało i kości, już był martwy.

W  kabinie  kontrolnej  kilku  znudzonych  Techów  obserwowało  spłukanego  Miga,  usiłującego
namówić panienkę na zabawę po zniżonej stawce. Jeden z Techów chciał się założyć, ale nie znalazł
chętnych. Panienki nie dają jałmużny.

Ciśnienie w końcu spadło poniżej poziomu bezpieczeństwa i zapaliły się światła alarmu. Nikt nawet
nie drgnął. Załamania i alarmy stanowiły codzienne zjawisko na Vulcanie.

Główny Tech na wszelki wypadek podszedł do komputera. Nacisnął kilka klawiszy, uciszając syreny
i wygaszając światła alarmowe.

background image

- No, a teraz zobaczmy, co jest grane. Odpowiedź żwawo wypłynęła na ekran.

- Hm. To wygląda nieprzyjemnie. Spójrz. Jego asystent rzucił okiem przez ramię.

- Jakieś chemikalia dostają się do kopuły. Spróbuję zmniejszyć przeciek.

Tech nacisnął jeszcze parę klawiszy, domagając się więcej informacji z bazy danych.

UTRATA  POWIETRZA;  OBECNOŚĆ  ZANIECZYSZCZENIA;  POTENCJALNE  ZAGROŻENIE
ŻYCIA; CZERWONY ALARM.

Główny Tech w końcu stracił swój olimpijski spokój.

- Cholerne Zaopatrzenie i ich cholerne rurki. Wydaje im się, że nie mamy nic innego do roboty niż
sprzątanie po nich. Mam zamiar dać taki raport, że wypali każdy włos z ich łysiny.

- Proszę pana?

- Nie przeszkadzaj mi, kiedy się wściekam! Czego chcesz?

- Czy nie wydaje się panu, że to powinno zostać naprawione? I to zaraz?

- Taa. Założę się, że połowa z tych przeklętych czujników jest zepsuta albo ktoś wylał na nie piwo.
Gdybym dostawał jeden kredyt za każdym razem, gdy...

Gdy szukał przecieku, jego głos ścichł. W końcu zmniejszył zakres promienia, sprawdzając rurkę po
rurce.

- O cholera. Musimy się przebrać, żeby tam pójść. To leci przez kopułę tamtego laboratorium. O!

Diagram  zamarł  na  ekranie,  w  poprzek  przebiegły  czerwone  litery:  KAŻDY  PRZYPADEK
ZWIĄZANY  Z  PROIEKTEM  BRAVO  MUSI  BYĆ  ZGŁOSZONY  NATYCHMIAST  DO
THORESENA.

Jego asystent zastanowił się:

- Ale dlaczego to... - Zamilkł, bo zorientował się, że główny Tech nie słucha go.

- Cholerni Execowie. Zmuszają cię, żebyś uzgadniał z nimi za każdym razem, kiedy masz coś zrobić.

Wystukał informację, znalazł kod Thoresena, wcisnął "przesyłanie danych" i czekał.

Baron  ściskał  ręce  każdego  członka  rady  opuszczającego  posiedzenie.  Pytał  o  zdrowie  i  o  rodzinę.
Wspominał  o  kolacji.  Albo  komplementował  słuszność  ich  sugestii.  Dopóki  nie  przyszła  kolej  na
Lestera.

background image

- Doceniam pańską obecność, Lester, bardziej niż pan sobie wyobraża. Pańska mądrość ma wybitnie
korzystny wpływ na...

- Bardzo sprytnie wymigał się Pan od odpowiedzi na moje pytanie, Thoresen. Sam bym tego lepiej
nie zrobił.

- Ależ ja nie unikałem niczego. Ja tylko...

- Oczywiście, pan tylko. Proszę zachować pochlebstwa dla tych głupców. I pan, i ja dobrze znamy
nasze intencje.

- Pochlebstwa?

- Zapomnijmy o tym. - Lester ruszył powoli, jednak przystanął i odwrócił się. - Oczywiście rozumie
pan,  że  to  nie  jest  skierowane  przeciwko  panu,  Thoresen.  Jak  pan,  ja  także  dbam  tylko  o  interesy
naszej Kompanii, tylko to jest ważne.

Baron skinął głową.

- Niczego innego nie oczekiwałbym od pana.

Thoresen patrzył za wychodzącym starcem. I stwierdził, że stary złodziej głupieje albo... kłamie. Cóż
może być ważniejszego niż władza? Kompania?

Odwrócił  się  do  dyskretnego  brzęczyka  i  nacisnął.  Sześć  rzekomych  okładek  zabytkowych  książek
przesunęło się, ukazując dostęp do terminala.

Niespiesznie zrobił trzy kroki i dotknął przycisku. Główny Tech pojawił się na wizji.

- Mamy kłopot, sir. Tutaj, w Obszarze Wypoczynkowym Dwadzieścia Sześć.

Baron skinął głową.

- Proszę o raport.

Główny  Tech  wcisnął  klawisze,  monitor  rozbłysnął  i  szczegóły  przecieku  w  Dzielnicy  zaczęły
przesuwać się po ekranie. Baron natychmiast pojął, o co chodzi. Komputer przewidywał, że zabójczy
gaz wypełni rejon kopuły w ciągu piętnastu minut.

- Dlaczego to jeszcze nie zostało naprawione, Techniku? - Dlatego, że ten cholerny komputer ciągle
piszczy  "Projekt  Bravo,  Projekt  Bravo"  -  warknął  Główny  Tech.  -  Potrzebuję  tylko  pańskiego
pozwolenia, i zaraz to będzie zrobione bez narażania kogokolwiek, ja to panu gwarantuję.

Baron pomyślał chwilę.

-  Czy  nie  ma  innego  dojścia  do  miejsca  przecieku  niż  przez  laboratorium  Projektu  Bravo?  Czy  nie
można wysłać po prostu kogoś w skafandrze kosmicznym na zewnątrz?

background image

-  Nie  ma  mowy.  Rurka  jest  tak  poszarpana,  że  będziemy  musieli  to  odłączyć  u  źródła.  Tak,  panie
baronie. Wejście do tego laboratorium jest konieczne.

- Nie mogę wam pomóc.

Główny Tech zamarł.

- Ale... przeciek nie zatrzyma się w Dwudziestym Szóstym. Ten cholerny fluor zje wszystko oprócz
szklanych ścian.

- A więc rozwal Dwudziesty Szósty.

- Ale tam jest prawie tysiąc czterysta osób!

- Słyszałeś rozkaz.

Główny Tech gapił się na Thoresena. Nagle skinął głową i wyłączył się.

Baron westchnął. Zanotował sobie w pamięci, żeby zlecić Kadrom zatrudnienie nowych robotników.
A potem przejrzał w myślach całe wydarzenie, aby sprawdzić, czy nie przegapił niczego.

Istniała  jeszcze  sprawa  bezpieczeństwa.  Główny  Tech  i  oczywiście  jego  asystenci.  Mógłby  ich
gdzieś  przesunąć  albo  prościej...  Thoresen  przestał  rozważać  tę  sprawę.  Na  ekranie  pojawiło  się
menu obiadu.

Pogwizdując  bezgłośnie  Główny  Tech  powoli  przyłożył  palec  do  ekranu.  Jego  asystent  kręcił  się
obok.

- Czy nie powinniśmy...

Główny  Tech  popatrzył  na  niego;  ale  nic  nie  powiedział.  Odwrócił  się  od  terminala  i  szybko
otworzył czerwoną klawiaturę WPROWADZANIE DANYCH ALARMOWYCH.

Sten  popchnął  zawianego  Techa  i  pospieszył  w  głąb  korytarza  w  kierunku  wejścia  do  Dzielnicy,
szukając swojej karty. Młody strażnik stanął mu na drodze.

- Widziałem to, chłopcze.

- Co?

- To, co zrobiłeś temu Techowi. Nie wiesz, jak się odnosić do lepszych od siebie?

- O rany, proszę pana, on sam się poślizgnął. Ktoś musiał upuścić coś na chodnik. Wydaje mi się, że
nie mógł pan dobrze widzieć, co się tam zdarzyło. To dość duża odległość, zwłaszcza dla starszego
człowieka, proszę pana. - Patrzył na niego niewinnie.

background image

Strażnik cofnął rękę, nabierając rozmachu, ale partner złapał go za ramię.

- Nie zawracaj sobie głowy. To chłopak Stena.

- Ale mimo wszystko, powinniśmy... och, spadaj, mały. Możesz wejść.

- Dziękuję panu.

Sten podszedł do bramy i włożył kartę do terminala.

- Zachowuj się tak dalej, a wiesz, co się stanie?

Sten czekał.

- Uciekniesz. Do Buntowników. I będziemy polować na ciebie. Wiesz, co się dzieje, kiedy złapiemy
takiego szczura? Robimy mu pranie mózgu.

Strażnik uśmiechnął się.

- I wtedy są tacy milutcy. Czasami pozwalają nam pobawić się z ich dziewczynami... zanim się ich
pozbędą.

Nagle  zaryczała  hydraulika  i  stalowe  drzwi  śluzy  kopuły  zatrzasnęły  wejście.  Sten  cofnął  się
schodząc niżej.

Spojrzał  na  strażników.  Zaczęli  coś  mówić...  a  potem  przenieśli  wzrok  na  migający  nad  wejściem
czerwony napis:

WEJŚCIE ZAMKNIĘTE... NIEBEZPIECZEŃSTWO... NIEBEZPIECZEŃSTWO...

Powoli podniósł się.

- Moi rodzice - powiedział Sten głucho. - Oni są w środku!

A potem walił w potężne stalowe drzwi, dopóki nie odciągnął go starszy strażnik.

Ładunki wybuchowe wysadziły sześć części kopuły. Ciche trzaski zagubiły się w ryczącym tajfunie
uciekającego w przestrzeń kosmiczną powietrza.

Huragan zagarnął zamieszkane sześciany Dzielnicy i znajdujących się tam ludzi i rzucił ich w czerń.

A potem ten nagły wicher zamarł.

To, co pozostało z budynków, mebli i całego wyposażenia, dryfowało w zimnej poświacie odległego
słońca.  Razem  z  wysuszonymi,  skurczonymi  szczątkami  tysiąca  trzystu  osiemdziesięciu  pięciu  istot
ludzkich.

background image

Wewnątrz pustej kopuły, która była Dzielnicą, Główny Tech patrzył przez okienko kabiny kontrolnej.
Jego asystent wstał od swojego stanowiska, podszedł i położył mu rękę na ramieniu.

- Daj spokój. To byli tylko Migowie.

Główny Tech odetchnął głęboko.

- Tak. Masz rację. Oni nic nie znaczyli.

background image

Rozdział 2

Wyobraź sobie Vulcan.

Śmietnisko, krążące w blasku i ciemnościach. Jego centrum to zbiorowisko walców, grzybów, rur i
klocków ustawionych ryzykownie przez zidiociałe dziecko.

Wyobraź  sobie  sztuczny  świat  Vulcana,  wielomilionowe  serce  Kompanii.  Mechaniczny  świat
sklepów i fabryk. Rudowce Kompanii nieprzerwanie spływały w kierunku Vulcana, wioząc surowce.
Czyszczono,  przetwarzano,  wykonywano  wiele  produktów,  które  następnie  frachtowce  Kompanii
rozwoziły  do  połowy  galaktyki.  Dla  Imperium,  funkcjonującego  na  zasadach  przedsiębiorstwa
handlowego,  taki  gigantyczny  trust  powiązanych  ze  sobą  przemysłów  był  czymś  najzupełniej
normalnym i od początku zaakceptowanym.

Sześćset  lat  wcześniej  dziad  Thoresena  został  zachęcony  przez  Wiecznego  Imperatora  do  budowy
Vulcana.  Owa  zachęta  obejmowała  także  specjalne  tankowce  klasy  C  zawierające  Antymaterię2,
źródło energii, które otworzyło człowiekowi drogę w przestrzeń kosmiczną.

Prace  rozpoczęto  od  cylindra  o  wymiarach  osiem  na  szesnaście  kilometrów,  stanowiącego
pomieszczenie dla systemów zarządzających i utrzymujących przy życiu nowy świat.

Holowniki  przeciągnęły  ten  rdzeń  przez  dystans  dwudziestu  lat  świetlnych  i  umiejscowiły  go  w
zamarłym, ale bogatym w minerały systemie.

W  pełni  wyposażone  fabryki,  wiele  olbrzymich  walców,  zbudowano  w  cichych,  odległych
systemach,  a  następnie  przyłączono  do  rdzenia.  Wraz  z  nimi  zainstalowano  miriady  systemów
podtrzymywania życia, od pomieszczeń do upraw hydroponicznych po sprzęty służące rekreacji.

Ten zaprojektowany przez komputery świat robił wrażenie: groźny, super wydajny kolos utworzony
w celu najbardziej efektywnej eksploatacji robotników i materiałów. Komputery nie stworzyły tego
świata dla ludzi.

W  miarę  upływu  lat  często  łatwiej  było  zamykać  fabryki,  w  których  zamknięto  produkcję,  niż  je
przebudowywać.  Inne,  nowsze  zakłady,  baraki  i  kopuły  pomocnicze  były  wciskane  tam,  gdzie
zaistniała  potrzeba.  Skoro  grawitację  kontrolowały  generatory  McLeana,  góra  czy  dół  stanowiły
pojęcia umowne. Po upływie dwustu lat Vulcan zaczął przypominać metalową rzeźbę, którą można by
nazwać Odpadki Poszukujące Spawacza.

W  końcu  na  szczycie  zamontowano  Oko  -  kwaterę  główną  Kompanii,  przyczepioną  do  owego
najpierwszego  rdzenia.  Szeroki  na  szesnaście  kilometrów  grzyb  miał  w  czasach  Stena  zaledwie
dwieście lat, ponieważ dodano go po centralizacji Kompanii.

Poniżej  Oka  znajdował  się  obszar  ładowania  cargo,  zasadniczo  zarezerwowany  dla  własnych

background image

statków  Kompanii.  Niezależne  frachtowca  cumowały  w  przestrzeni  zewnętrznej  i  musiały
akceptować dodatkowe koszty związane z transportem ładunku i pasażerów przez promy kosmiczne
Kompanii.

Pod  dokiem  usytuowano  pomieszczenia  dla  gości.  Był  to  normalny,  ogólnodostępny  port,  z  tym,  że
każdy kredyt wydany przez kupca lub kogoś z jego załogi trafiał prosto na rachunek Kompanii.

Kopuły  dla  gości  były  najdalej  na  południe  wysuniętym  miejscem,  gdzie  mogli  docierać
zaświatowcy. Kompania w oczywisty sposób nie życzyła sobie, aby ktokolwiek zajmował się - czy
nawet spotykał - z jej robotnikami.

Niejasne  plotki  o  Vulcanie  krążyły  po  całej  galaktyce.  Nigdy  jednak  nie  zawitała  tam  Imperialna
Komisja Praw Człowieka. Bo Vulcan produkował.

Olbrzymi  moloch  przez  wieki  dostarczał  dokładnie  tego,  czego  potrzebowało  Imperium.  A  służba
bezpieczeństwa Kompanii dbała o wyciszenie spraw.

Wieczny  Imperator  był  wdzięczny.  Tak  wdzięczny,  że  nobilitował  dziada  Thoresena.  I  Kompania
nadal pracowała. Każdy moloch będzie się poruszał samą siłą inercji, czy mowa o imperium perskim
albo General Motors ze starożytności, czy o rozlazłych Konglomeratach z mniej odległej przeszłości.
Przez jakiś czas. Jeśli nawet ktokolwiek w czasach Stena stwierdził, że Kompania nie przodowała w
żadnej  technice,  albo  że  innowacje  i  wynalazki  są  utrącane  przez  departament  kadr,  to  nikt  nie
przedstawił tego problemu Baronowi.

Gdyby  nawet  znalazł  się  ktoś  dostatecznie  odważny  albo  głupi,  aby  tego  dokonać,  okazałoby  się  to
zbędne. Barona Thoresena bowiem od dawna prześladowała myśl, że coś, co stworzył jego dziad, z
wolna  kruszyło  się  na  jego  oczach.  Obwiniał  o  to  swego  ojca,  tchórzliwego  pieczeniarza,  który
pozwolił  biurokratom  wziąć  górę  nad  inżynierami.  Ale  nawet,  gdyby  trzeci  Thoresen  był  mężem
opatrznościowym, to i tak prawdopodobnie nie byłby w stanie kontrolować wielogłowej hydry, jaką
stworzył jego ojciec.

Młody  Baron  rósł  na  człowieka  odważnego  i  -  zafascynowanego  krwawą  walką  swego  dziada,
dosłownie i w przenośni, ale bez jego wrodzonej uczciwości. Kiedy ojciec Barona zaginął gdzieś w
przestrzeni  i  nikt  go  więcej  nie  widział,  nie  było  żadnych  wątpliwości,  że  młody  człowiek  może
stanąć na czele zarządu Kompanii.

Odtąd  miał  tylko  jeden  cel:  ożywić  to,  co  rozpoczął  jego  dziad.  Ale  nie  przez  przewrócenie
Kompanii do góry nogami i bitewki z konkurencją. Thoresen pragnął zrobić o wiele więcej. Opętała
go idea mistrzowskiego ciosu kendo.

Projekt Bravo.

I teraz brakowało mu zaledwie kilku lat do zebrania plonu. Baronowi podlegała rada oraz pomniejsi
kierownicy,  Execowie.  Żyjąc  i  mieszkając  jedynie  w  Oku,  trzymani  byli  przy  Kompanii  nie  tylko
przez  doskonale  sformułowane  kontrakty  czy  wysokie  płace,  ale  i  przez  najsłodsze  ze  wszystkich

background image

świadczeń: niemal nieograniczoną władzę.

Execom  podlegali  Technicy,  wysoko  kwalifikowani  i  dobrze  traktowani  specjaliści.  Z  nimi
podpisywano kontrakty na okres od pięciu do dziesięciu lat.

Kiedy kontrakt dobiegał końca, każdy Tech mógł powrócić do domu jako bogaty człpwiek, otworzyć
własny  interes  oczywiście  Kompania  zatrzymywała  wyłączne  prawa  do  rozprowadzania  wszelkich
nowych produktów, które mógłby wytworzyć - albo przejść na emeryturę.

Dla Execów i Techów Vulcan bardzo przypominał rodzaj przemysłowego nieba.

Dla Migów to było piekło.

Znaczący  jest  fakt,  że  zwycięzca  zorganizowanego  przez  Kompanię  konkursu  "Nazwij  Naszą
Planetę",  błyskotliwy  robotnik  -  Niewykwalifikowany  eMigrant  -  użył  pieniędzy  z  nagrody,  aby
wykupić  swój  kontrakt  i  bilet  na  podróż  do  miejsca  tak  oddalonego  od  Vulcana,  jak  tylko  było  to
możliwe.

Fellachowie,  chłopi,  robole  -  zawsze  będą  istnieć  wędrujący  robotnicy  gotowi  do  wykonywania
paskudnej  pracy.  Ale  tak,  jak  egipskiego  fellacha  zadziwiłby  geniusz  techniczny  Joada,  tak
dwudziestowiecznego pracownika przy taśmie montażowej zaszokowałby ktoś taki jak Amos Sten.

Dla Amosa jeden świat nigdy by nie wystarczył. Robiąc, co konieczne dla pełnego brzucha, kielicha
od  czasu  do  czasu  i  kupna  biletu  na  inną  planetę,  był  człowiekiem,  który  mógł  wszystko  nastawić,
zmusić do pracy przestarzałą żniwiarkę albo dla fantazji zrzucić cię ze schodów.

A potem przenieść się gdzie indziej.

Jego żonę, Freed, pochodzącą ze spokojnego, rolniczego świata, cechowało to samo pragnienie, aby
sprawdzić, co może dać następna planeta. Myśleli, że w końcu znajdą świat dla siebie, w sam raz do
ustatkowania się. Taki, na którym nie będzie zbyt wielu ludzi, i gdzie kobieta i mężczyzna nie muszą
pocić  się  na  cudzy  rachunek.  Lecz  ciągle  każde  miejsce  wydawało  im  się  lepsze  niż  to,  na  które
właśnie patrzyli.

A potem był Vulcan.

W ustach werbownika brzmiało to idealnie.

Dwadzieścia pięć tysięcy kredytów rocznie dla niego. Plus niezliczone dodatki dla człowieka o jego
zdolnościach.  Nawet  kontrakt  na  dziesięć  tysięcy  rocznie  dla  Freed.  I  możliwość  pracy  na
najnowszych w galaktyce narzędziach.

I werbownik nie kłamał.

Młyn Amosa był najbardziej skomplikowaną maszyną, jaką kiedykolwiek widział. Wkładano do niej
trzy płaty trzech różnych metali. Były mielone i elektronicznie łączone. Dopuszczalna tolerancja dla

background image

tych wsporników - Amosowi zajęło dziesięć lat, aby dowiedzieć się, co wytwarza - wynosiła jedną
milionową milimetra, plus minus jedna tysięczna milionowej.

I miał stanowisko mistrza maszynowego.

Ale wykonywał tylko jedną czynność: łapał wylatujące z otworu na odpadki zużyte części maszyny i
wybrakowane produkty. Wszystko inne było zautomatyzowane, regulowane przez komputer oddalony
o pół świata.

Pensja  także  nie  była  kłamstwem. Ale  werbownik  nie  wspomniał  o  tym,  że  jeden  komplet  ubrania
kosztuje sto kredytów, posiłek z soi dziesięć za porcję, a czynsz za trzy pokoje w barakach wynosi
tysiąc kredytów miesięcznie.

Data zakończenia kontraktu oddalała się coraz bardziej, podczas gdy Amos i Freed usiłowali znaleźć
jakąś drogę odwrotu. A potem przyszły dzieci. Nie planowane, ale chciane. Kompania zachęcała do
posiadania  potomstwa.  Następna  generacja  robotników,  bez  konieczności  ponoszenia  wydatków  na
rekrutację i transport.

Amos  i  Freed  walczyli  z  procesem  warunkowania  prowadzonym  przez  Kompanię.  Ale  trudno
wytłumaczyć, co znaczy otwarte niebo i spacer po nie znanych ścieżkach, komuś, kto wzrasta wśród
zakrzywionych, szarych sklepień i ruchomych chodników.

Freed,  po  długotrwałej  walce  z  Amosem,  przedłużyła  swój  kontrakt  o  sześć  miesięcy  z  powodu
nabycia kinotapety na całą ścianę, przedstawiającej śnieżny krajobraz na jakiejś odległej planecie.

Prawie  osiem  miesięcy  przeminęło,  zanim  śnieg  przestał  padać  na  urokliwe  skupisko  domków,  a
drzwi, otwarte na powitanie powracającego robotnika, przestały chwiać się na wietrze.

Tapeta  była  potrzebna  Amosowi  i  Freed,  ale  nie  Kartowi.  Chociaż  młody  Sten  nie  miał
najmniejszego  pojęcia,  jak  to  jest,  kiedy  żyje  się  bez  murów  odległych  o  wyciągnięcie  ręki,  był
pewien, że jedyny cel jego życia, nieważne za jaką cenę, stanowi wydostanie się z Vulcana.

background image

Rozdział 3

- Zapamiętaj sobie, synu. Musisz patrzeć na niego jak na niedźwiedzia.

- Tato, a co to jest niedźwiedź?

- No wiesz. Taki, jakiego używa Gwardia Imperialna do ćwiczeń. Widziałeś jednego na filmie.

- A, tak. Wygląda jak Doradca.

- No, może trochę, tylko nieco bardziej owłosiony i mniej nadęty. Mimo wszystko, kiedy siedzisz w
ćwiczebnym wozie i patrzysz w dół na niedźwiedzia, to też nie wygląda tak groźnie. Ale gdyby tak
stanął przed tobą...

- Nie rozumiem.

-  Ten  niedźwiedź,  to  jak  Vulcan.  Gdybyś  był  wysoko,  w  Oku,  to  wszystko  wyglądałoby  zupełnie
dobrze. Ale kiedy jesteś Migiem, tu, w dole...

Amos Sten kiwnął głową i nalał sobie następny kufel narkopiwa.

- Karl, musisz sobie zapamiętać, aby nigdy, ale to nigdy nie dać się złapać temu niedźwiedziowi.

Tego  Sten  zdążył  się  już  nauczyć.  Dzięki  Elmorowi.  Elmor  to  był  stary  Mig,  mieszkający  w
samodzielnym  mieszkaniu  na  końcu  korytarza.  Większość  wolnego  czasu  spędzał  na  placu  zabaw,
opowiadając dzieciom bajki.

To były piękne opowieści, element tradycji, którą ci przemysłowi wieśniacy przywieźli na Vulcana z
tysięcy światów, i która tu zrodziła ich podziemną kulturę.

Zbiory Ardmoru. Duchy statku z Capelli. Farmer, który został królem.

I  własne  legendy  Vulcana.  O  Buntowniku,  który  uratował  Kompanię.  Niesamowite,  szeptane
opowieści  o  kopułach  magazynów  i  fabryk,  w  których  od  pokoleń  nie  postała  noga  człowieka,  ale
wciąż coś żyło i poruszało się wewnątrz.

Ulubioną  bajką  Stena  była  ta,  którą  Elmor  opowiadał  najrzadziej  -  jak  to  kiedyś,  pewnego  dnia,
wszystko się zmieni. Przybędzie ktoś z innego świata i powiedzie Migów w górę, do Oka. Nadejdzie
dzień porachunków i system obiegu powietrza wypluje krew Execów. Najlepsze było na końcu, kiedy
Elmor mówił powoli, że człowiek, który powiedzie Migów, też będzie Migiem.

Rodzice z korytarza nigdy nie zwracali uwagi na Elmora. Trzymał dzieciaki z daleka od kłopotów i
byli  mu  za  to  wdzięczni.  Każdego  Dnia  Założyciela  przelewali  na  kartę  Elmora  coś  w  rodzaju

background image

prezentu.  Nawet  jeśli  zdawali  sobie  sprawę,  jakiego  rodzaju  są  te  opowieści,  to  i  tak  milczeli.  Po
prostu milczeli.

Koniec  był  więc  nieunikniony.  Któreś  dziecko  za  dużo  gadało  do  niewłaściwej  osoby.  Takiej  jak
Doradca.

Pewnego popołudnia Elmor nie przyszedł. Wszyscy zastanawiali się, co zaszło. Potem temat zaczął
nudzić i wszyscy zapomnieli.

Ale  nie  Sten.  Spotkał  kiedyś  Elmora  w  Dzielnicy.  Wielki  i  niezgrabny  człapał  powoli  za  maszyną
sprzątającą ulicę. Zatrzymał się przy Stenie i spojrzał w dół na chłopca.

Usta  Elmora  otworzyły  się,  próbował  coś  powiedzieć.  Lecz  język  tylko  drżał  bezsilnie,  mowa
brzmiała jak niezrozumiałe pomruki. Maszyna zaświstała, Ehnor posłusznie obrócił się i poszedł za
nią. Stenowi przez głowę przeleciała jedna myśl: pranie mózgu.

Powiedział ojcu o tym, co widział. Amos skrzywił się.

-  To  jest  tajemnica,  którą  musisz  poznać,  synu.  Naucz  się  być  od  nich  sprytniejszy.  Naucz  się
zygzakować.

- I co ja ci mówiłem o zygzakowaniu, synu?

- Nie mogłem, tato. Było ich czterech, i każdy większy ode mnie.

- To źle, chłopcze. Ale w życiu napotkasz jeszcze wiele większych od ciebie rzeczy. Jak masz zamiar
dać sobie z tym radę?

Sten namyślał się przez chwilę.

- Nie wyglądają tak strasznie, kiedy patrzy się na nich od tyłu, prawda, tato?

- Co za paskudna myśl, Karl. Paskudna. Zwłaszcza że prawdziwa.

Sten wstał.

- Dokąd idziesz?

- Ja... chciałem iść się bawić.

- Nie. Niech najpierw zniknie ten siniak pod okiem. I niech ludzie zapomną.

Dwa  tygodnie  później  jeden  z  tych  czterech  chłopców  wspinał  się  po  linie  podczas  ćwiczeń.  Lina
pękła. Spadł z wysokości sześciu metrów na stalową podłogę.

Trzy  dni  później  dwóch  innych  buszowało  po  nie  wykończonym  korytarzu.  Pewnie  mieli  po  prostu
pecha,  bo  stali  pod  ścianą,  której  wsporniki  nie  wytrzymały.  Kiedy  wypuszczono  już  chłopców  ze

background image

szpitala, Doradca udzielił ich rodzicom nagany.

Przywódca  atakujących  Stena  także  nie  miał  szczęścia.  Wracał  do  domu  późnym  wieczorem  i  ktoś
pobił go do nieprzytomności. W wyniku przeprowadzonego śledztwa Doradca stwierdził, że sprawcą
prawdopodobnie  był  Buntownik,  członek  jednego  z  młodzieżowych  gangów  buszujących  po
opuszczonych sektorach Vulcana, taki typ o jeden krok od prania mózgu.

Wyjaśnienia Doradcy przyjęto do wiadomości. Stena już zawsze pozostawiano w spokoju.

- Karl, chciałbym chwilę z tobą porozmawiać.

- Tak, tato?

- Ja i inni byliśmy na spotkaniu z Doradcą.

- Och.

- Zastanawiasz się pewno, czego chciał.

- Tak. No tak. Jasne, że o tym myślę.

- I nie masz najmniejszego pojęcia, o co chodzi?

- Nie, tato.

-  Tak  właśnie  myślałem.  Zdaje  się,  że  jakiś  młody  Mig  wynalazł  coś.  Jakiś  rodzaj  rozpylacza.  Nie
wiesz może czegoś na ten temat, chłopcze?

- Nie, tato.

-  No  pewno.  Ten  rozpylacz  śmierdzi  jak...  no,  tak  jak  wtedy,  kiedy  zbiornik  ścieków  wylał  się  na
Korytarz Tysiąc Osiemset Czterdziesty Piąty. Pamiętasz to?

- Tak, tato.

- Coś cicho jesteśmy dzisiaj, synku, co? Idźmy dalej. A więc ktoś poszedł i spryskał tym Doradcę i
czterech z jego pomocników. Spryskał ich portki, kiedy usiedli. Skrywasz uśmiech, czy mi się tylko
tak wydaje?

- Nie, tato.

-  Tak  myślałem.  Doradca  zażądał,  by  rodzice  przeprowadzili  dochodzenie,  po  czym  oddali  tak
aspołeczne dziecko w ręce sprawiedliwości.

- Co masz zamiar zrobić, tato?

background image

- Już zrobiłem. Poszedłem do biblioteki. Twoja mama rozmawiała z bibliotekarzem, a ja przejrzałem
fiszki, żeby sprawdzić, kto ostatnio czytał podręczniki do chemii.

- O.

- Tak. O. Niestety, wyszedłem i zapomniałem oddać te fiszki.

Sten siedział cicho jak mysz pod miotłą.

-  Mój  ojciec  powiedział  mi  kiedyś,  że  zanim  zacznę  kogoś  podpalać,  powinienem  najpierw
sprawdzić, czy co najmniej sześciu innych ludzi nie ma pochodni w swojej skrzynce z narzędziami.
Czy rozumiesz, o czym mówię?

- Tak, tato.

- Tak też mi się zdawało.

Jednym z najlepszych wydarzeń było to, o którym Sten zawsze myślał jako o Czasie Jaszczura.

Jaszczury,  wyjątkowo  obrzydliwe  małe  drapieżniki,  zostały  odkryte  przez  statki  zwiadowcze
Kompanii  na  jakimś  piekielnym  świecie.  Nikt  nie  wiedział,  dlaczego  załoga  wracając  przywiozła
kilka okazów tych psychopatycznych małych gadów. Ale przywiozła.

Mając zaledwie dwadzieścia centymetrów wysokości, Jaszczury przejawiały chęć zatopienia swoich
szczęk  i  pazurów  w  ciałach  przeciwników  nawet  sto  razy  większych.  Jeden  z  nauczycieli  Stena,
pochodzący z Primy, powiedział, że Jaszczury wyglądają jak małe tyranozaury.

Chociaż  prawie  wszystkiego  nienawidziły  tak  samo,  to  szczególną  niechęć  żywiły  do  osobników
własnego  gatunku.  Z  wyjątkiem  krótkiego  okresu  godowego  nic  nie  sprawiało  im  większej
przyjemności  niż  rozszarpanie  na  sztuki  innego  Jaszczura.  To  właśnie  czyniło  je  idealnymi
zwierzętami do walk na arenie.

Amos właśnie otrzymał od Kompanii nagrodę za odkrycie tego, że jego obrabiarka może pracować
dodatkowo tysiąc godzin pomiędzy konserwacjami, jeśli wylot rury wydechowej zostanie odsunięty
od wlotu powietrza do układu chłodzenia komputera. Z wielką pompą skrócili mu kontrakt o rok.

Amos, zawsze pierwszy do hazardu, użył tego rocznego kredytu do zakupienia Jaszczura.

Sten z początku nienawidził gada, zwłaszcza że błyskawiczne kłapnięcie szczęk omal nie pozbawiło
go małego palca.

Amos wyjaśnił mu:

- Ja też nie przepadam za tym żarłokiem. Nie lubię tego, jak wygląda, jak śmierdzi i jak żre. Ale to
będzie nasz bilet na wyjazd z Vulcana.

Argumenty  były  przekonujące. Amos  planował  wystawiać  jaszczura  w  krótkich  walkach  i  zakładać

background image

się o małe sumy.

-  Wygrywamy  mało,  miesięczny  kontrakt  tu,  tygodniowy  tam.  Ale  wcześniej  czy  później  wygramy
dość, aby stąd prysnąć.

Nawet matka Stena dała się przekonać, że coś będzie z tego najnowszego marzenia Amosa.

A piętnastoletni wówczas Sten z całej duszy pragnął wydostać się z Vulcana, pragnął tego bardziej,
niż  czegokolwiek  innego.  Więc  karmił  troskliwie  Jaszczura,  powstrzymywał  mdłości  znosząc
obrzydliwy  smród,  i  usiłował  nie  krzyczeć  zbyt  głośno,  gdy  po  karmieniu  spóźnił  się  z  cofnięciem
ręki z klatki.

I przez jakiś czas zdawało się, że wielki plan Amosa działa. Aż do tej nocy, kiedy Doradca pojawił
się na walkach prowadzonych w nie używanym korytarzu parę przecznic dalej.

Idący  za  Amosem  Sten  niósł  klatkę  z  Jaszczurem  na  arenę.  Doradca  dostrzegł  ich  poprzez  ring  i
pospieszył na spotkanie.

- No cóż, Amos - powiedział serdecznie - nie wiedziałem, że puszczasz Jaszczura do walki.

Amos ostrożnie skinął głową.

Doradca zlustrował popiskującą pod ramieniem Stena bestię.

-  Chyba  masz  niezłego  zwierzaka,  Amos.  Co  byś  powiedział  na  to,  żeby  wystawić  go  przeciwko
mojemu w pierwszej rundzie?

Sten spojrzał przez ring i zobaczył opasłego, wielkiego Jaszczura, którego niósł jeden z pomagierów
Doradcy. Powiedział:

- Tato, nie możemy. To jest...

Doradca zerknął na Stena krzywym okiem.

- Pozwalasz chłopakowi decydować za siebie, Amos?

Amos pokręcił głową.

-  No  tak.  Pokażmy  im,  że  jesteśmy  najlepszymi  i  najuczciwszymi  ze  sportowców.  Pokażmy  innym
korytarzom, że jesteśmy znudzeni ich rozlazłymi gadami, i wolimy wystawić nasze. Zgoda?

Czekał. Amos wziął kilka głębokich oddechów.

- Wydaje mi się, że nie zdecydował pan jeszcze, kto przejdzie do wytwarzania drutów, czyż nie?

Doradca uśmiechnął się.

background image

- No właśnie.

Nawet Sten wiedział, że noszenie długich na kilometry prętów z rozpalonego do białości metalu było
najbardziej niebezpiecznym zadaniem na zmianie Amosa.

-  My,  ja  i  mój  chłopak,  będziemy  dumni,  że  nasz  Jaszczur  walczy  z  pańskim  Jaszczurem,  panie
Doradco.

- To świetnie - powiedział Doradca. - Dajmy naprawdę świetne widowisko.

Pospieszył z powrotem dookoła areny.

- Tato - spróbował Sten - jego Jaszczur jest dwa razy większy od naszego. Nie mamy żadnej szansy.

Amos kiwnął głową.

-  Tak  właśnie  to  wygląda. Ale  pamiętasz,  jak  ci  mówiłem,  żeby  nie  robić  tego,  czego  się  inni  po
tobie  spodziewają?  Weź  moją  kartę.  Leć  do  automatu  z  soją  i  kup  tyle,  ile  zdołasz  zmieścić  pod
ubraniem.

Sten porwał kartę ojca i przecisnął się przez tłum.

Doradca był zbyt zajęty chwaleniem się, co może zrobić jego bestia, aby zauważyć, że Sten wkłada
pasma surowej soi do klatki wielkiego Jaszczura.

Po krótkiej chwili wrzasków, kłótni i przyjmowania ostatnich zakładów klatki z Jaszczurami zostały
wniesione na ring, ustawione i szybko otwarte.

Zwierzak Doradcy, obżarty do rozpuku, wytoczył się z klatki, ziewnął i zwinął do snu. Zanim zdążył
się obudzić, Jaszczur Amosa już go strawił w połowie.

Dookoła areny zaległa śmiertelna cisza. Amos spoglądał tak niewinnie, jak tylko potrafił.

- Tak, proszę pana. Miał pan rację. Pokazaliśmy im, że jesteśmy najlepszymi sportowcami, prawda,
proszę  pana?  Doradca  nic  nie  odpowiedział.  Po  prostu  odwrócił  się  i  zaczął  przepychać  się  przez
tłum.

Po  tym  wszystkim  Amos  nie  zdołał  już  wystawić  swojego  Jaszczura  do  żadnej  walki  na  żadnych
warunkach.  Nikt  nie  żałował,  kiedy  Jaszczur  zdechł  -  tak  jak  i  wszystkie  inne  -  po  miesiącu  czy
dwóch. Ktoś powiedział, że to z powodu braku niezbędnych składników diety.

Do  tego  czasu  Amos  zajął  się  już  obmyślaniem  następnego  planu  wydostania  siebie  i  rodziny  z
Vulcana.

Nadal planował, gdy Thoresen wysadził Dzielnicę w powietrze.

background image

Rozdział 4

Słowa Barona krążyły i odbijały się echem pod wysoką kopułą. Sten chwytał tylko niektóre zwroty:

-  Odważne  dusze...  pionierzy  Vulcana...  zmarli  dla  dobra  Kompanii...  nie  zapomnimy  ich  imion...
trzydzieści milionów naszych obywateli zawsze będzie pamiętać...

Sten nadal czuł odrętwienie.

Jakiś  wracający  z  pracy  człowiek,  patrząc  spode  łba,  torował  sobie  drogę  poprzez  tłum  około
pięćdziesięciu  Migów  -  żałobników,  zanim  zorientował  się,  o  co  chodzi.  Przybrał,  jak  mu  się
zdawało, smutny wyraz twarzy i spuścił wzrok.

Sten nic nie zauważył.

Patrzył w górę, na wielokrotnie powiększony obraz Barona wyświetlany na suficie. Thoresen stał w
swoim ogrodzie, w powiewającej szacie, jaką Execowie zawsze wkładali z okazji uroczystości.

Baron bardzo starannie dobrał strój na ceremonię pogrzebową. Myślał, że na Migach ta jego troska
zrobi  duże  wrażenie.  Dla  Stena  Baron  był  co  najwyżej  powiększoną,  bardziej  obłudną  wersją
Doradcy.

Sten przez pierwszy tydzień pozostawał w stanie szoku. Nadal mocno odczuwał stratę, jak człowiek
po amputacji, którego boli noga, choć dawno ją odcięto.

Ukrył się w mieszkaniu. Kiedy trzaskała klapa podajnika, podchodził i zjadał coś z tacy.

Był  nawet  wdzięczny  Kompanii  za  to,  że  zostawiła  go  w  spokoju.  Dopiero  w  wiele  lat  później
zorientował  się,  że  Kompania  po  prostu  postępowała  zgodnie  z  instrukcją:  "Wypadki  Przemysłowe
(Śmiertelne). Traktowanie Krewnych".

Poczynając  od  wyrazów  sympatii  od  zwierzchników Amosa  i  Freed  oraz  nauczycieli  dzieci  aż  do
dodatkowych  kredytów  na  zakupy  w  najbliższym  centrum  rekreacyjnym,  proces  wyciszania  żalu
osieroconych  był  doskonale  skalkulowany.  Zwłaszcza  izolacja  -  ostatnią  rzeczą,  której  chciałaby
Kompania,  to  rozpaczający  krewni  przemierzający  korytarze  i  przypominający  ludziom,  jak  cienki
jest margines oddzielający życie od śmierci na tym sztucznym, obliczonym na zysk świecie.

Wzniosłe słowa Barona nagle stały się w uszach Stena tylko hałasem. Odwrócił się. Ktoś pojawił się
obok niego. Sten spojrzał i zamarł. To był Doradca.

- Wzruszająca ceremonia - powiedział. - Doprawdy niezwykle wzruszająca.

Skierował Stena w stronę najbliższego baru i posadził na krześle. Włożył swoją kartę do terminala i
wcisnął  guzik.  Podajnik  wypluł  dwa  drinki.  Doradca  wziął  łyk  płynu  i  obracał  w  ustach.  Sten  po

background image

prostu patrzył na stojący przed nim pojemnik.

-  Zdaję  sobie  sprawę  z  twojej  żałoby,  młody  człowieku  -  powiedział  Doradca.  -  Ale  wszystko
powstaje z prochu. Wyjął coś ze swojej kieszeni i położył przed Stenem. To była karta magnetyczna z
napisem "Karl Sten, 03857 - con19 - 2Mig - niewyk" na wierzchu.

Sten zastanawiał się, kiedy zdążyli zrobić mu zdjęcie widniejące na karcie.

- Wiem, że po okresie żałoby będziesz się martwił o swój los. Nie masz przecież żadnego zawodu.
Nie masz pieniędzy. Rodziny. I tak dalej.

Przerwał i pociągnął łyk napoju.

- Przejrzeliśmy twoje akta i zdecydowaliśmy, że zasługujesz na wyjątkowe traktowanie.

Doradca uśmiechnął się i postukał w kartę żółtym paznokciem.

- Postanowiliśmy przyznać ci pełne pracownicze prawa obywatela ze wszystkimi związanymi z tym
korzyściami.  Otrzymasz  normalny  miesięczny  kredyt.  Pełny  dostęp  do  wszelkich  urządzeń
rekreacyjnych. Własny dom, ten właśnie, w którym dorastałeś.

Doradca zmierzał prosto do finału.

- Poczynając od jutra, Karlu Stenie, zajmiesz miejsce swego ojca przy najwspanialszych na świecie
taśmach montażowych Vulcana.

Sten siedział i milczał. Doradca pewnie sądził, że jest wdzięczny.

-  Oczywiście  oznacza  to,  że  musisz  odsłużyć  parę  lat,  które  zostały  jeszcze  do  końca  kontraktu
twojego  ojca,  dziewiętnaście,  o  ile  dobrze  pamiętam.  Ale  za  to  Kompania  anulowała  czas,  jaki
jeszcze pozostał na koncie twojej matki.

- To bardzo wspaniałomyślne ze strony Kompanii - stwierdził Sten.

- Oczywiście. Oczywiście. Ale jak Baron Thoresen zwykle wspominał mi podczas naszych częstych
pogawędek,  w  jego  ogrodzie,  chciałbym  dodać...  dobro  naszych  pracowników  liczy  się  przede
wszystkim. "Szczęśliwy robotnik to wydajny robotnik", tak zwykle powtarza.

- Jestem tego pewien.

Doradca  znowu  się  uśmiechnął.  Poklepał  Stena  po  ręce  i  wstał.  Potem  zawahał  się,  znowu  włożył
kartę do terminala i wcisnął kilka guzików.

- Napij się jeszcze, Obywatelu Stenie. Ja stawiam. I pozwól, że pogratuluję ci jako pierwszy.

Jeszcze raz poklepał Stena, po czym odwrócił się i wyszedł na ulicę. Sten patrzył za nim. Podniósł

background image

drinki i powoli wylał je na stolik.

background image

Rozdział 5

Zawyły syreny obwieszczające początek następnej zmiany i skwaszony Sten usiadł. Nie spał już od
prawie dwóch godzin. Czekał.

Nawet po upływie czterech cykli trzypokojowe mieszkanie przerażało pustką. Ale Sten nauczył się,
że  zmarli  muszą  sami  nosić  po  sobie  żałobę.  Ta  część  jego  życia  została  oddzielona  murem.  Ale
czasem coś się stamtąd wydostawało i żal znowu zaczynał dokuczać.

Powszechnie uchodził za cichego, posłusznego Miga, jak tego chciała Kompania. Albo, co najmniej
dobrze to udawał. Brzęknął podajnik ścienny i wysunęła się taca z energetycznym napojem, różnymi
środkami na kaca i antydepresyjnymi. Sten machnął ręką na chybił - trafił i wyrzucił to wszystko do
zsypu na śmieci. Nie chciał tego ani nie potrzebował, lecz wiedział, że rozsądniej usunąć zawartość
tacy niż pozostawić ją nietkniętą.

Po kilku godzinach zostałaby wycofana i spisana. Potem jakiś komputer zanotowałby i zameldował o
braku apetytu Stena. Co pociągnęłoby za sobą reprymendę od Doradcy.

Sten westchnął. Na wszystko były normy.

Daleko,  na  początku  kolejki  jakiś  robotnik  włożył  swoją  kartę  do  zegara  medycznego.  Maszyna
błysnęła  i  człowiek  włożył  ramię  do  jej  paszczy.  Zanotowano  jego  najważniejsze  wskaźniki,
stwierdzono, że jest wolny od alkoholu czy narkotyków, które mogły pozostać po ostatniej zabawie, i
wpuszczono go.

Mężczyzna zniknął we wnętrzu fabryki i kolejka posunęła się o dwa kroki.

Sten przesuwał się razem z innymi, dookoła niego szumiały plotki.

- Zważywszy na fakt, że Fran był najgorszy ze wszystkich w wyrabianiu normy, to wydaje mi się, że
Kompania postąpiła z nim cholernie dobrze, kiedy stracił rękę; jedyną rzeczą, do której jej używał,
było podszczypywanie panienek. Dali mu przecież miesięczny kredyt, nie...?

-  Znasz  mnie  przecież,  jeszcze  nikt  na  Vulcanie  nie  przerobił  mnie  w  piciu,  i  nie  mogę  się  już
doczekać końca zmiany! Taki jestem głupi. Przyprowadź ich, mówię ci, a zobaczysz... Nadeszła kolej
na  Stena.  Włożył  swoją  kartę,  stał  sztywno  obok  maszyny,  kiedy  sprawdzała  go  i  akceptowała,  i
wszedł powoli do fabryki.

Budynek taśmy był olbrzymi, poprzedzielany jak plaster - miodu od podłogi aż po sufit, wypełniony
pasami,  maszynami,  torami  i  innymi  urządzeniami.  Dla  Migów  przeznaczono  wąziutkie  ścieżki,
dzieliły  ich  centymetry  od  upadku  czy  wciągnięcia  między  tryby  jakiejś  maszyny,  która  by  ich
zmieliła, sprasowała, i zwinęła w jakieś bezimienne urządzenie, po przejściu całej taśmy odrzucone z
powodu wykrytych zanieczyszczeń.

background image

Po  spędzeniu  prawie  dwóch  miesięcy  w  fabryce  Sten  zaczął  nienawidzić  swojego  partnera  tak
bardzo, jak całej pracy. Robot był przysadzisty, szary, w kształcie jaja, przystrojony upiorną liczbą
czujników  zebranych  w  coś  w  rodzaju  dużego,  owadziego  oka.  Poruszał  się  na  kołach  i  odnóżach,
pozwalających kroczyć po schodach. Tylko powierzchnia oka i ruchliwe czułki wydawały się żywe.

A  najbardziej  nienawidził  Sten  jego  wysokiego,  ostrego  głosu.  Jak  u  starego  bibliotekarza,  którego
pamiętał z Pierwszego Żłobka.

- Pospiesz się - marudził robot - nie wyrabiamy normy. Dobry robotnik zawsze wyrabia normę. W
ostatnim cyklu jeden z pracowników w trzecim sektorze, Myal Thorkenson, wyrobił prawie dwieście
procent normy. Czyż nie jest to ideał wart naśladowania?

Sten popatrzył na maszynę i pomyślał, czy by jej nie kopnąć. Ostatnim razem kiedy tego spróbował,
kulał przez dwa dni.

Robot poderwał go swoim nieprzyjemnym głosem.

- Pospiesz się teraz. Następne krzesło.

Sten podniósł kolejne siedzenie ze stosu przed długą, srebrną tubą. Potem zaniósł je tam, gdzie czekał
robot.

To  robot  miał  stanowisko  technika.  Sten  pełnił  rolę  przynieś  -  podaj  -  pozamiataj.  Jego  praca
polegała  na  podniesieniu  siedzenia  ze  stosu,  włożenia  go  do  odpowiedniego  otworu  i  trzymania,
dopóki  robot  nie  zgrzeje  siedzenia  z  ramą.  To  było  niesłychanie  nużące  zajęcie,  którego  dla  swego
mechanicznego zastępcy szefa nigdy nie wykonywał właściwie.

- Nie tu - powiedział robot. - Zawsze robisz to źle. Pozycja jest ściśle określona. Włóż to jeszcze raz.
Włóż to. Końcówka spawająca robota rozjarzyła się.

- Szybko, teraz. Następne.

Sten powlókł się z powrotem przez przejście, gdzie spotkał robotnika, którego imienia nie mógł sobie
przypomnieć.

- Cześć. Słyszałeś już? Właśnie awansowałem.

- Moje gratulacje.

Mężczyzna promieniał.

- Dzięki. Robię wielką imprezę po zmianie. Zapraszam wszystkich. Na mój koszt.

Sten spojrzał na faceta.

background image

- Ale czy taki wydatek nie przedłuży ci kontraktu, to znaczy nawet mimo awansu?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Dam sobie radę. To doda mi tylko około sześciu miesięcy do mojego kontraktu.

Sten  rozważał,  czy  zapytać  go,  dlaczego  tak  bardzo  chce  się  pospieszyć  i  wydać  każdy  kredyt  -  i
jeszcze trochę - ze swojej podwyżki. Jak mógł tak wyrzucać sześć miesięcy swojego życia na... Ale
przecież znał odpowiedź. Więc nie zawracał już sobie głowy.

- Masz rację - westchnął. - Dasz sobie radę. Mig ruszył dalej.

Leta była niemal jedynym jasnym punktem w życiu Stena w tym czasie.

Pod  wieloma  względami  stanowiła  pokazowy  egzemplarz  panienki  do  zabawy.  Wychowana  na
spokojnej planecie podobnej do tej, z której pochodzili rodzice Stena, miała zamiar po zakończeniu
kontraktu  wyemigrować  na  jeden  ze  spokojnych  światów  Imperium,  tam  spotkać  jakiegoś  członka
królewskiej rodziny i wyjść za niego za mąż. No, mógłby to też być jakiś książę kupców.

Chociaż Sten nie wierzył już w mit kurwy o złotym sercu, wydawało mu się, że jej naprawdę sprawia
przyjemność rozmowa z nim i seks.

Sten leżał cicho na łóżku.

Dziewczyna pochylała się nad nim, uderzając lekko końcami palców.

Sten obrócił się i spojrzał na. nią.

Twarz Lety była łagodna, a źrenice rozszerzone po zażyciu narkotyków.

- Źźźle - zamruczała.

- Kontrakty. Kontrakty i normy, i Migowie. Zachichotała.

- Z tobą wszystko w porządku. I jesteś Migiem. Sten usiadł.

-  Nie  będę  nim  zawsze.  Kiedy  skończy  się  mój  kontrakt,  wydostanę  się  z  tego  cholernego  świata  i
zobaczę, co to znaczy być wolnym człowiekiem.

Leta roześmiała się.

- Wiem, co mówię. Nie będę grał. Nie będę w żaden sposób przedłużał kontraktu. Nigdy więcej nocy
spędzonych na piciu. Mam zamiar po prostu ograniczyć się tylko do koniecznego czasu. I tyle.

Leta pokręciła głową i wstała.

background image

Wzięła kilka głębokich wdechów, usiłując rozjaśnić sobie w głowie.

- Nie możesz tego zrobić.

- Dlaczego nie? - zapytał Sten.

- Do diabła, nawet dziewiętnaście lat to nie wieczność.

- Nie możesz tego zrobić, ponieważ to wszystko jest oszustwem. Wszystko. Kontrolowane. Jak twoja
praca.  Jak  gry.  Jak...  jak  nawet  to.  Ustalili  całość  tak,  że  nigdy  się  nie  wydostaniesz...  zawsze
będziesz do nich przywiązany. Działają na wszelkie sposoby.

Sten był zaszokowany

- Ale jeśli to jest oszustwo i nikt nie wydostaje się z Vulcana, to co z tobą?

- Jak to co ze mną?

-  Ciągle  mówisz  o  tym,  co  zrobisz,  kiedy  wyjedziesz,  i  o  planetach,  które  chcesz  zobaczyć,  i
mężczyznach,  jakich  chcesz  spotkać,  takich,  co  nie  śmierdzą  potem  i  smarami  i...  i  tak  dalej.  Leta
położyła mu dłoń na ustach.

- To ja, Sten. Nie ty. To ja wyjeżdżam. Mam kontrakt i dają mi pieniądze, narkotyki i wszystko, co
jem  i  piję.  Nie  mogę  nawet  brać  udziału  w  grach.  Automaty  nie  przyjmują  mojej  karty.  Nie  ma
znaczenia,  co  robię.  Po  prostu  dopóki  żyję,  mam  gwarancję,  że  wyjadę  z  Vulcana.  Tak,  jak  i  inne
panienki. Albo naganiacze czy bramkarze. Oni wszyscy mogą się wydostać. Techowie i strażnicy też.
Ale  nie  Migowie.  Migowie  zostają  tu  na  zawsze.  Sten  pokręcił  głową,  nie  wierząc  w  ani  jedno
słowo.

- Milutki chłopaczek z ciebie, Sten, ale ty umrzesz na Vulcanie.

Trzymał  się  z  dala  od  mieszkania  Lety  przez  jakiś  czas,  przekonując  sam  siebie,  że  nie  jest  mu
potrzebna.  Nie  chciał  mieć  obok  siebie  kogoś,  kto  opowiadał  mu  takie  rzeczy...  cóż,  to  musiały
przecież być kłamstwa, prawda?

Ale  im  dłużej  jej  nie  widział,  tym  więcej  myślał  i  zastanawiał  się  nad  jej  słowami.  W  końcu
zdecydował,  że  musi  z  nią  porozmawiać. Aby  jej  dowieść,  że  może  miała  rację  w  odniesieniu  do
wszystkich innych Migów, ale nie w odniesieniu do niego.

Z początku ludzie w domu zabawy udawali, że nigdy nie słyszeli o niej. Potem przypomnieli sobie.
Och,  Leta.  Przeniesiono  ją  albo  coś  takiego.  Taa.  Jakoś  tak  nagle.  Ale  wydawała  się  naprawdę
zadowolona, kiedy po nią przyszli. Może dostała pracę w Oku, dla Execów.

Sten zastanawiał się.

Przestał  się  zastanawiać,  kiedy  ukradł  klucze  od  jej  pokoju  i  znalazł  niepozorny  mikrofon  ukryty  w
suficie.

background image

Myślał często potem, co jej mogli zrobić za to, co powiedziała.

Miesięczne zestawienie wydatków:

Mieszkanie........... 1 000 kredytów

Jedzenie.................. 500 kredytów

Płaca majstra.......... 225 kredytów

Usługi..................... 250 kredytów

Razem 1 975 kredytów

Miesięczna płaca:

2 000 kredytów odjąć

1 975 kredytów wydatków

25 kredytów pozostało

Sten  po  raz  dziesiąty  sprawdził  wyliczenia  na  ekranie.  Zaciskał  pasa  do  granic  wytrzymałości.
Zlikwidował wszystkie rozrywki i ograniczył się do podstawowej diety graniczącej z wygłodzeniem.
Ale zawsze wychodziło mu to samo. Z dwudziestoma pięcioma kredytami na miesiąc nie był w stanie
skrócić swego kontraktu nawet o sześć miesięcy. I gdyby kontynuował ten sposób życia, oszalałby w
ciągu pięciu lat.

Sten zdecydował jeszcze raz wszystko sprawdzić. Może coś ominął. Wcisnął klawisze na konsoli i
wywołał Przewodnik Pracownika Kompanii. Przeglądał akapit za akapitem, szukając wyjścia.

- Cholera! - O mało tego nie pominął. Wrócił do tej strony i przeczytał ją, a potem znowu i znowu:

Ubezpieczenie:  Wszyscy  robotnicy,  Niewykwalifikowani  eMigranci,  muszą  płacić  podatek  na
ubezpieczenie w wysokości nie mniejszej niż 35 kredytów i nie większej niż 67 kredytów za każdy
okres  rozliczeniowy,  z  wyjątkiem  dodatkowych  prac  określanych  przez  Kompanię  jako  szczególnie

background image

niebezpieczne i podnoszące ryzyko wypadku śmierci, kiedy podatek musi wynosić nie mniej niż 75 i
nie  więcej  niż  125  kredytów  za  każdy  okres  rozliczeniowy.  Kompania  zobowiązuje  się  do
zapewnienia  odpowiedniej  opieki  medycznej  i 
lub zasiłku pogrzebowego nie przekraczającego 750
kredytów i lub...span>

Walnął pięściami w klawisze i ekran zamigotał parę razy, a potem zbladł.

Mieli go. Nieważne, co robiłeś, każdy Mig na zawsze był uziemiony.

Sten kiwał się w rozpaczy.

Robot wykończył zawartość ciągnika i odsunął się, czekając na następną rurę w kształcie cygara, aby
się  do  niej  podłączyć.  Wypełniony  samochód  zawarczał  odjeżdżając  kawałek,  do  tuby  transportu
pneumatycznego  prowadzącego  do  terminala  portu.  Ale  ktoś  albo  coś  nie  zdążył  przygotować
następnego stosu siedzeń.

Sten  ziewnął,  podczas  gdy  jego  robot  czepiał  się  innej  maszyny  o  zawalenie  norm.  Tamta  nie  była
zbyt chętna do brania winy na siebie. Kłóciły się elektronicznie, dopóki w końcu suwnica sufitowa
nie złożyła następnej dostawy siedzeń pomiędzy nimi. Robot wślizgnął się do ciągnika. Sten podniósł
siedzenie na ramię i wywlókł ze stosu.

Włożył je na miejsce i wysłuchiwał zgrzytów robota, gdy przesuwał siedzenie tam i z powrotem.

Robot  przemieścił  się  do  przodu,  przygotowany  do  spawania.  Sten  poczuł  nagle  mdłości
podchodzące do gardła. Całą resztę życia ma spędzić wysłuchując mamrotania tego szarego jaja. Sten
zakołysał  się  do  przodu.  Siedzenie  wślizgnęło  się  do  robota  i  maszyna  wrzasnęła,  bo  przyspawała
siebie do siedzenia i ramy ciągnika.

- Na pomoc! Na pomoc! Jestem w pułapce! - jęczała. Zawiadom kontrolę.

Sten zamrugał. Potem ukrył uśmiech.

- Jasne. Już idę.

Powlókł  ciągnik  powoli  do  panelu  kontrolnego,  wziął  głęboki  wdech  i  wcisnął  guzik  "Zadanie
ukończone". Drzwi ciągnika zamknęły się i całość zjechała do tuby transportu pneumatycznego.

- Zawiadomić... kontrola... na pomoc... na pomoc...

I  po  raz  pierwszy  od  czasu,  gdy  został  mianowany  robotnikiem,  Sten  poczuł  satysfakcję  z  dobrze
wykonanej pracy.

background image

Rozdział 6

Sten był "chory" przez ponad tydzień, zanim pokazał się Doradca.

Tak  naprawdę  to  był  rzeczywiście  chory  przez  pierwszy  dzień.  Chory  ze  strachu,  że  ktoś  mógłby
odkryć  jego  małą  zabawę  z  robotem.  Zostałaby  zakwalifikowana  jako  bezczelny  sabotaż,  był  tego
pewien..  Gdyby  miał  szczęście,  włożyliby  go  do  aparatu  do  prania  mózgu  i  wypalili  każdy  obszar
nieodpowiadający Idealnemu Wzorowi Robotnika.

Ale  istniało  zapewne  coś  jeszcze  gorszego.  Podobno  zawsze  istniało  na  Vulcanie.  Sten  nie  miał
pewności,  co  to  właściwie  jest.  Słyszał  opowieści  o  piekielnych  fabrykach,  dokąd  zsyłano
niepoprawnych, nikt jednak nie znał nikogo, kto byłby rzeczywiście zesłany do takiego zakładu. Może
opowieści  zmyślono,  a  może  po  prostu  nikt  nie  wracał  z  takich  miejsc.  Sten  zastanawiał  się
chwilami, czy nie wolałby przejść prania mózgu i zmienić się w roślinę.

Drugiego  dnia  zbudził  się  z  uśmiechem.  Zorientował  się,  że  nie  zauważono,  co  zrobił  z  robotem.
Więc  świętował  pozostając  w  domu,  wylegując  się  w  łóżku  jeszcze  dwie  godziny  po  rozpoczęciu
zmiany. Potem zjadł trochę wyśmienitego jedzenia z zapasów zgromadzonych przez rodziców i gapił
się na ścienną kinotapetę, na której nie padał śnieg. Wiedział dobrze, że nie powinien wkładać karty
do telewizora i oglądać programu, albo wychodzić do jakiegoś centrum rekreacyjnego. To mogłoby
ułatwić Kompanii stwierdzenie, że symuluje.

Płatki  zastygłe  w  powietrzu  na  tapecie  fascynowały  Stena.  Zamrożona  woda,  padająca  z  nieba.  To
chyba  nie  było  zbyt  higieniczne.  Sten  zastanawiał  się,  czy  w  ogóle  istnieje  jakakolwiek  droga
ucieczki  z  tego  świata.  Nawet  jeśli  te  płatki  nie  wydawały  się  praktyczne,  to  warto  kiedyś  je
zobaczyć. Warto zobaczyć cokolwiek - jeśli tylko znajdowało się dostatecznie daleko od Kompanii i
Vulcana.

Od trzeciego dnia zdecydował, że już nigdy nie pójdzie do pracy. Nie wiedział, jak długo uda mu się
symulować. Ani  co  z  nim  zrobią,  kiedy  go  złapią.  Po  prostu  siedział.  Myślał  o  płatkach  śniegu  i  o
tym,  jak  by  to  było  spacerować  pośród  nich,  bez  karty  w  kieszeni  przypominającej,  gdzie  teraz
powinien być i co powinien tam robić.

Właśnie nauczył się, że jeżeli zmruży trochę oczy, to śnieżynki prawie się ruszają, kiedy zabrzęczał
dzwonek u drzwi.

Nie poruszył się. Dzwonek znowu zabrzęczał.

-  Sten!  -  krzyczał  Doradca  przez  drzwi  -  wiem,  że  tam  jesteś!  Wpuść  mnie.  Wszystko  w  porządku.
Poradzimy sobie z tym. Razem. Tylko otwórz drzwi. Wszystko w porządku!

Sten wiedział, że nic nie jest w porządku. Ale w końcu podniósł się i podszedł do wejścia. Znowu
odezwał się dzwonek. Potem coś zaczęło zgrzytać w zamku. Sten czekał u drzwi.

background image

I  wtedy  zawahał  się  i  przeszedł  na  drugą  stronę.  Zamek  zaskoczył  i  płyta  drzwi  przesunęła  się.  Do
środka  wszedł  Doradca.  Jego  usta  były  otwarte,  coś  mówił.  Sten  skoczył,  zaciskając  ręce  wysoko
nad głową. Uderzenie trafiło Doradcę w bok głowy, rzucając na ścianę. Ześlizgnął się po niej i upadł
na podłogę. Nie poruszał się. Usta miał nadal otwarte.

Sten zaczął się trząść.

Nagle  poczuł  spokój.  Oto  wyeliminował  wszystkie  inne  możliwości.  Pozostało  mu  tylko  jedno.
Przeszedł  nad  nieprzytomnym  Doradcą  i  przeszukał  szybko  jego  kieszenie.  Znalazł  jego  kartę  i
schował do kieszeni. Jeśli użyje jej zamiast swojej własnej, to może Kontrola nie trafi tak szybko na
jego ślad. Ta karta otwierała mu wstęp do obszarów niedostępnych dla Miga Stena.

Sten obrócił się i rozejrzał po trzech pustych pokojach. Cokolwiek się później zdarzy, widzi je po raz
ostatni.  Potem  wybiegł  za  drzwi,  kierując  się  w  stronę  ruchomego  chodnika,  portu  kosmicznego  i
jakiejś drogi poza Vulcan.

Poczuł  się  nie  na  miejscu  w  chwili,  gdy  opuścił  ruchomy  chodnik.  Ludzie  tutaj  wyglądali  inaczej.
Widać było tylko kilku Migów, rzucających się w oczy w swoich szarych kombinezonach. Pozostali
mieli stroje bogate, wprost olśniewające: Techowie, urzędnicy, administratorzy, tu i ówdzie błyskał
dziwny kostium zaświatowca.

Sten  pospieszył  do  maszyny  z  ubraniami,  włożył  do  niej  kartę  Doradcy  i  wstrzymał  oddech.  Czy
zadźwięczy alarm? Czy strażnicy już biegną w jego kierunku?

Maszyna zawarczała i zaczęła wyświetlać pozycje do wyboru. Sten wybrał pierwszą rzecz w swoim
rozmiarze, która wyglądała na męską, i paczka wypadła na podajnik. Złapał ją i zaczął przeciskać się
przez tłum w kierunku obszarów wypoczynkowych.

Sten wszedł na teren administrowany przez zarząd portu kosmicznego, usiłując wyglądać tak, jakby to
było właściwe dla niego miejsce. Musiał szybko coś zrobić z kartą Doradcy. Gdziekolwiek poszedł,
zostawiał za sobą ślad szeroki jak papier wychodzący z drukarki komputerowej.

Stary, gruby urzędas bębnił w automat obok wydający narkopiwo.

- Cholerna maszyna. Mówi mi, że nie mam już tych cholernych kredytów na...

Sten podszedł powoli do niego, znudzony, ale lekko zaciekawiony. Ten facet był pijany tak bardzo, że
centralny komputer odciął go od dopływu alkoholu.

- To plamy na słońcu - powiedział Sten.

Urzędnik spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.

- Tak pan myśli?

- Jasne. To samo zdarzyło mi się wczoraj. Proszę. Niech pan spróbuje mojej karty. Może ją przyjmie.

background image

Urzędnik kiwnął głową, Sten wcisnął guzik i karta mężczyzny wypadła z automatu. Wziął ją i wsunął
tę, która należała do Doradcy.

Minutę później urzędnik z zadowoloną miną pociągał swoje narkopiwo.

Trzy  godziny  później  złapali  go.  Siedział  właśnie  w  swoim  ulubionym,  stałym  miejscu,  czując
przyjemny szum w głowie, gdy wpadło coś, co wyglądało jak sześć regimentów strażników. Zanim
miał czas odłożyć szklankę, był już pobity, związany i wieziony do centrum przesłuchań.

Szef patrolu wymachiwał zwycięsko kartą urzędnika. Tylko, że to nie była jego karta. To była karta
Doradcy.

Stena nie opuszczało to nieznane, nieuchwytne wrażenie od momentu, kiedy tylko wszedł do Centrum
dla  Odwiedzających  w  porcie  kosmicznym.  Nawet  w  panującym  tu  pośpiechu  wyczuwał  coś
dziwnego. Nie wiedział dokładnie, co to jest. Ale myślał, że ma to związek z wolnością.

Poruszał się pośród egzotycznego tłumu - od obcych i dyplomatów po zasobnych kupców i żeglarzy
dalekich przestrzeni. Nawet rozmowy brzmiały dziwnie: o systemach gwiezdnych i pozaprzestrzennej
jeździe, silnikach na antymaterię i imperialnych intrygach.

Sten  wyminął  dziwkę  i  wszedł  do  zapełnionej  tawerny.  Przepchał  się  przez  tłum  i  znalazł  puste
miejsce przy barze. Obok niego jakiś żeglarz zwierzał się kumplowi.

-  Ten  gówniarz  porucznik  po  prostu  mnie  lekceważy.  Możesz  w  to  uwierzyć?  Mnie!  Bosmana  po
przeklętych piętnastu latach na tym cholernym pokładzie!

Jego przyjaciel pokiwał głową.

- Oni wszyscy są tacy sami. Dwa lata w tej akademii dla dzidziusiów i myślą, że pozjadali wszystkie
rozumy.

- No więc wyobraź sobie - kontynuował ten pierwszy melduję, że są punkty na ekranie, a on mówi, że
nie ma żadnego powodu, żeby były punkty. Ja mu na to, że jednak są. Parę minut później trafiliśmy w
strumień meteorów. Zgrzytało nam w zębach i śmieci leciały z rur wylotowych. Pilot wyciągnął nas
w ostatniej chwili. Wpadliśmy w taki korkociąg, że kapitanowi mało nie wypadły szuflady z biurka.

Sten dostał swojego drinka, zapłacił za niego jednym ze swoich zachowanych kredytów, i przeszedł
powoli wzdłuż baru. Zwrócił uwagę na grupę żeglarzy. Stłoczyli się dookoła stołu, rozmawiali cicho
i powoli sączyli drinki zamiast chlustać nimi w gardło, jak inni. Nosili czyste ubrania, byli świeżo
ogoleni i mieli wygląd mężczyzn usiłujących skutecznie pozbyć się kaca.

Mieli wygląd ludzi wracających do domu.

- Czas iść - powiedział jeden z nich.

Równocześnie skończyli swoje drinki i podnieśli się. Sten przepychał się za nimi, gdy przechodzili
przez tłum i na zewnątrz.

background image

Sten skulił się w dziobowej części promu. Jakaś płyta ukryła go przed wzrokiem żeglarzy. Opuścili
Vulcan  i  w  chwilę  później  Sten  poprzez  przezroczysty  dziób  dostrzegł  frachtowiec,  do  którego
podpływał prom.

Frachtowiec  dalekiego  zasięgu,  olbrzymi  wieloczłonowy  owad,  rozciągał  się  na  kilometry.  Ciżba
podobnych do żuków holowników ciągnęła kolejne części i wstawiała je na miejsce. Sekcja główna
statku była kwadratowa i brzydka, z jeżącymi się dookoła czułkami. Gdy prom przybliżył się do niej,
rozdziawiła paszczę.

Zanim go połknęła, Sten pomyślał, że jest to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.

Sten ledwo słyszał sędziego, monotonnie wyliczającego jego zbrodnie przeciwko Kompanii. Otaczali
go strażnicy. Przed sędzią siedział Doradca, a jego głowę spowijały bandaże. Potakiwał boleściwie
za każdym razem, gdy sędzia wymieniał kolejne naruszenia prawa.

Znaleźli  Stena  na  promie,  skulonego  pod  kilkoma  kocami  i  otoczonego  skradzionymi  ze  statku
sprzętami. Kapitan usprawiedliwiał się przed nim cały czas, nawet wtedy, gdy zawiadamiał Vulcan,
aby kogoś przysłali. O tej planecie krążyły dziwne opowieści.

-  Nie  możemy  ci  pomóc  -  mówił  kapitan.  -  Służba  bezpieczeństwa,  szukając  takich  ludzi  jak  ty,
wysyła szperaczy na każdy statek, zanim pozwoli mu odlecieć.

Sten nic nie mówił.

-  Słuchaj  -  kontynuował  żeglarz  -  nie  mogę  podjąć  tego  ryzyka.  Gdyby  mnie  złapano  na  próbie
pomocy,  Kompania  zabrałaby  mi  prawo  do  handlu.  Byłbym  skończony.  Chodzi  nie  tylko  o  mnie.
Muszę myśleć o załodze...

Sten  ocknął  się,  gdy  strażnicy  popchnęli  go  do  przodu.  Sędzia  skończył  już  swoją  wyliczankę.  Co
teraz  będzie?  Pranie  mózgu?  Jeśli  tak,  to  Sten  miał  nadzieję,  że  zostanie  mu  dosyć  rozumu,  aby
popełnić samobójstwo.

Wtedy przemówił sędzia:

- Mam nadzieję, że jesteś świadom ogromu swoich przestępstw?

Sten zastanawiał się, czy udać pokornego Miga. A, do diabła. Nie miał nic do stracenia. Popatrzył na
sędziego.

- Rozumiem. Doradco, czy ma pan coś do dodania w kwestii okoliczności łagodzących?

Doradca zaczął coś mówić, ale raptownie pokręcił tylko głową.

-  Dobrze.  Kartu  Stenie,  ze  względu  na  twój  młody  wiek,  ponieważ  jesteś  w  stanie  służyć  jeszcze
wiele  lat  dla  dobra  Kompanii,  i  ponieważ  nie  chcemy  okazać  się  bezlitosnymi  oraz  dostrzegając

background image

możliwość poprawy, orzekamy jedynie... przeszeregowanie.

Przez chwilę Sten poczuł nadzieję.

-  Twoim  nowym  miejscem  pracy  będzie  Sekcja  Zewnętrzna.  Na  czas  nieokreślony.  Jeśli,  hmm,
okoliczności  ulegną  zmianie,  po  upływie  przewidzianego  prawem  okresu  wyrok  zostanie  ponownie
rozpatrzony.

Sędzia skinął głową na znak, iż powiedział już wszystko i wcisnął guzik "wprowadzanie danych" na
swoim  terminalu.  Strażnicy  poprowadzili  Stena.  Nie  był  pewien,  co  sędzia  miał  na  myśli.  I  na  co
naprawdę został skazany. Pozostawiono mu umysł i życie.

Odwrócił się u drzwi i po uśmiechu na twarzy Doradcy zorientował się, że zapewne nie na długo.

background image

Rozdział 7

-  To  po  prostu  kwestia  entropii.  Dowiodłem  tego  -  powiedział  starszy  mężczyzna.  I  podniósł  swój
kufel.

Młodszy,  siedzący  obok  niego  człowiek  w  błyszczącym  kombinezonie  oficera  pokładowego,
zachichotał  i  walnął  butami  w  stół.  Na  bluzie  miał  plakietkę  z  napisem  "H.E.  Raschid,  oficer
mechanik".

-  Co  w  tym  śmiesznego?  -  powiedział  wojowniczo  jego  zwierzchnik.  Popatrzył  na  czterech  innych
żeglarzy dalekiej przestrzeni siedzących przy stole tawerny. - To są moi oficerowie i oni nie słyszeli,
żebym powiedział coś śmiesznego. Prawda?

Raschid  rozejrzał  się  dookoła  i  uśmiechnął  szeroko,  gdy  chór  pijanych  głosów  odrzekł  "tak  jest".
Podniósł swój kufel i osuszył go do dna.

- Jeszcze jedna kolejka. Powiem wam. Słuchałem skwierczenia starych durniów, takich jak ty, o tym,
że wszystko idzie ku gorszemu i że im jest coraz gorzej, i tak dalej, i tak dalej, od czasów, gdy byłem
zupełnym szczeniakiem.

Barmanka,  największa  i  jedyna  atrakcja  baru  w  porcie  kosmicznym,  posłała  kufle  po  długiej,
wypolerowanej aluminiowej ladzie. Raschid zdmuchnął pianę z wierzchu i przełknął.

-  Mówienie  do  głupców  -  stwierdził  -  budzi  pragnienie.  Nawet  jeśli  są  wysoko  opłacanymi
kapitanami statków kosmicznych.

Mat  ze  statku  kapitana  złapał  szefa  za  ramię  -  gest,  który  na  tysiącach  światów  kończył  bijatykę,
zanim się zaczęła i spojrzał spode łba. Raschid znowu się roześmiał.

- Kiedy człowiek robi się za stary, żeby podejmować walkę, zawsze znajdzie jakiegoś żółtodzioba,
który to za niego odwali. Powiem ci coś, kapitanie. Daj mi chociaż jeden dobry przykład na to, jak
wszystko schodzi na psy, a może, powtarzam, może, uwierzę ci.

Kapitan  postawił  swoje  piwo  z  rozmachem  i  strząsnął  z  i  tak  przemoczonego  munduru  to,  co  się
wychlapało.

-  Sposób,  w  jaki  jesteśmy  traktowani.  Spójrz  na  nas.  Jesteśmy  oficerami.  Handlowcami.  Miliony
kredytów zależą od naszych decyzji. I popatrz dookoła. Jesteśmy na Primie. Serce Imperium i te inne
bzdury. Ale czy ktoś podchodzi do nas z należytym szacunkiem? Nie, do cholery!

- To my jesteśmy kołami napędowymi Imperium! - wrzasnął jeden z jego oficerów.

- Więc, czego byście chcieli?

background image

- Tak, jak powiedziałem. Szacunku. Dwieście, trzysta lat wstecz wszyscy łasiliby się do nas. Każdy
by chciał wiedzieć, jak jest tam, na zewnątrz. Kobiety uganiałyby się za nami. Mówię ci...

Kapitan  wstał  i  wskazał  palcem,  ale  efekt  tego  gestu  został  zniszczony  przez  nagły  wstrząs,  który
lekko  zachwiał  murami.  -  Gdy  Imperium  nie  potrafi  już  dbać  należycie  o  swoich  bohaterów,  to
znaczy, że upada! - Skinął triumfalnie głową, obracając się do swoich oficerów. - Dowiodłem, czy
nie?

Raschid zignorował wrzaskliwe potwierdzenie.

-  Wydaje  ci  się,  że  powinno  być  tak,  jak  kiedyś,  w  dawnych  dobrych  czasach?  Powiedzmy,  kiedy
były statki z napędem jonowym?

- Nie musimy cofać się aż tak daleko, ale to dobry przykład. Więcej piwa! Wróćmy do czasów, kiedy
żeglowały jonowe statki, a na nich prawdziwi mężczyźni!

- Jonowy napęd! - Raschid uśmiechnął się szyderczo. Tupnął lekko w podłogę. - Te statki. A wiesz,
jak one działały? Sterowane przez komputer. Od startu do lądowania.

Jeden z mężczyzn wyglądał na zaskoczonego.

- A załoga?

- Ta - ak. Załoga! Pozwólcie, że wam wyjaśnię to, czym filmy nie zawracały sobie głowy. Zdaje się,
że  na  większości  tych  statków  było  trochę  gorąco.  Od  dziobu  do  Bariery  Trzydzieści  Trzy,  gdzie
mieścił się ładunek i pasażerowie.

-  W  parę  lat  zaczęły  się  kłopoty  z  naborem  młodych  bohaterów  do  załogi  po  tym,  jak  a  młodzi
bohaterowie  zorientowali  się,  że  ich  kości  zielenieją  i  zaczynają  wychodzić  ze  stawów  po  dwóch,
trzech  podróżach.  Więc  wiecie,  kogo  brali  do  załogi?  Portowe  lumpy,  które  miały  akurat  dosyć
rozumu  na  to,  żeby  wyłączyć  silnik,  gdy  zaczynało  robić  się  gorąco  poniżej  Trzydziestej  Trzeciej.
Dali im dosyć taniego narkotyku, aby powstrzymać przed otworzeniem śluz i zobaczeniem, co jest po
drugiej  stronie,  naciśnięciem  odpowiedniego  guzika  i  zwianiem,  co  sił  w  nogach.  Tacy  byli  wasi
cholerni bohaterowie statków o napędzie jonowym, i ich bohaterscy oficerowie.

- I jak myślicie, czy ludzie o tym nie wiedzieli? Myślicie, że ich fetowano jak herosów? Jeśli tak, to
jesteście nawet głupsi, niż na to wyglądacie.

Kapitan  rozejrzał  się  po  swojej  załodze.  Czekali  na  replikę.  -  Jakim  cudem  możesz  tyle  o  tym
wiedzieć?  Bariera  Trzydzieści  Trzy.  Jedyny  sposób,  żeby  się  o  tym  wszystkim  przekonać,  to  bycie
jednym z załogi. - Kufel starego człowieka walnął w stół. - Niech to wszyscy diabli! Przychodzimy tu
na  spokojny  kufelek  albo  dwa,  siedzimy  sobie,  może  trochę  koloryzujemy...  ale  nie  zniesiemy  tego,
żeby ktoś myślał, że jesteśmy na tyle głupi, żeby uwierzyć...

- Byłem jednym z załogi - powiedział Raschid beznamiętnie.

Mężczyzna przerwał. Jego mat wstał.

background image

- Twierdzisz, że masz tysiąc lat?

Raschid pokręcił głową i dopił swoje piwo.

- Nie. Więcej.

Kapitan spojrzał na mata... mat zacisnął pięść, którą można by podnajmować jako kulę do burzenia
domów, i uderzył. Ale głowy Raschida już tam nie było.

Dał nura do przodu, poprzez stół. Z byka trafił trzeciego oficera, który upadł na kumpla i razem runęli
na podłogę wśród łomotu łamanych krzeseł.

Raschid  stanął  na  nogach,  gdy  mat  obracał  się.  Wkroczył  w  środek  drugiego  obrotu  i  pięścią
uzbrojoną w kastet trafił w przedramię. Mat zgiął się we dwoje.

Raschid  obrócił  się  uskakując,  gdy  dwóch  innych  ludzi  podnosiło  się  z  podłogi. Ale  uskoczył  nie
dość daleko. Kufel kapitana trafił go w tył głowy i Raschid zatoczył się do przodu, opierając o bar.

Podniósł  się  żwawo,  podkurczył  nogi  i  kopnął  z  całej  siły.  Ramię  trzeciego  oficera  trzasnęło  jak
zapałka; jęcząc opadł na podłogę. Raschid obrócił się dwa razy, łapiąc za rękę będącego akurat w
pobliżu mata. Pociągnął mocno.

Mat  prześlizgnął  się  do  przodu,  zbierając  na  czole  kolekcję  podstawek  od  piwa,  i  jakby  nagle
skamieniał.

Raschid odwrócił się od baru, uzbrojony w trzymaną w ręku nogę od krzesła, i uderzył nią kapitana
w bok.

Ten na chwilę stracił przytomność.

Raschid,  śmiejąc  się  radośnie,  złapał  czwartego  mężczyznę  za  klapy...  gdy  trzeci  oficer  ze  złamaną
ręką wykopał mu nogi spod tyłka.

Raschid wyrżnął o ziemię; podczas gdy ten czwarty walił w niego jak w bęben. Stary kapitan, sapiąc
jak wieloryb, tańczył - doprawdy bardzo rześko, jak na kogoś w jego wieku - dookoła toczącej się
masy, od czasu do czasu wymierzając kopniaki w żebra Raschida.

Znikąd pojawiły się dwie ręce i uderzyły równocześnie w uszy kapitana. Upadł ciężko, jak trafiony
toporem. Raschid poderwał się na nogi, kiwnął głową nowemu uczestnikowi bójki, a potem podniósł
trzeciego  oficera  i  rzucał  nim  w  kierunku  swojego  niespodziewanego  pomocnika,  szpakowatego
behemota, którego nos był tyle razy łamany, że nikt już nie chciał go nastawiać. Ten przez chwilę z
namysłem huśtał oficera w jednej ręce, zastanawiając się. Potem walnął go prosto w nos zaciśniętą
pięścią, upuścił i rozejrzał za następnym.

Raschid  siedział  na  czwartym  żeglarzu.  Wczepiwszy  dłonie  w  jego  włosy  systematycznie  walił
głową przeciwnika w podłogę baru.

background image

Szpakowaty mężczyzna podszedł, podniósł resztę piwa mata i wypił je. Potem mruknął:

- Myślę, że udowodnił już pan swój punkt widzenia.

Raschid  uniósł  powieki  mężczyzny,  zajrzał  w  źrenice  i  niechętnie  pozwolił  jego  głowie  opaść  w
końcu na podłogę. Wstał.

Mierzyli się nawzajem spojrzeniami.

- Tak, pułkowniku?

Szpakowaty mężczyzna sarknął.

- "H. E. Raschid". Oni głupieją z roku na rok. Albo może i kto inny.

- To trąca brakiem dyscypliny, pułkowniku.

-  Przepraszam.  Czy  Najwyższy  Ze  Wszystkich,  Wieczny  Imperator  Miliona  Słońc,  Władca  Ziliona
Planet i Król, Opiekun Zbyt Wielu Cholernych Ludzi zechce towarzyszyć swemu dobremu i wiernemu
słudze w drodze do pałacu, gdzie czekają ważne sprawy, czy też woli pan posłać ważne sprawy do
wszystkich diabłów i poszukać następnych atrakcji?

- Później, pułkowniku. Później. Nie wypada demoralizować młodzieży.

Wieczny  Imperator  otoczył  ramieniem  swego  towarzysza,  pułkownika  Iana  Mahoneya,  dowódcę
Korpusu Merkurego, szarą eminencję Imperium odpowiedzialną za wywiad, kontrwywiad oraz tajne
operacje - i obaj mężczyźni śmiejąc się, wyszli na słabe światło słońca świata Primy.

background image

Rozdział 8

Baron czekał w przedpokoju i przechadzając się nerwowo spoglądał co chwila na potężne postacie
dwóch wartowników z Gwardii Imperialnej, stojących u drzwi apartamentów Wiecznego Imperatora.
Gdyby pozwolił sobie na myślenie, po co tu jest - a usilnie próbował zapomnieć - to byłby mocno
wystraszony. Mało mu znane uczucie.

Został ściągnięty przez pół galaktyki wezwaniem Imperatora, przesłanym bez zwykłych, formalnych
uprzejmości.  Kazano  mu  po  prostu  stawić  się.  Natychmiast.  Bez  słowa  wyjaśnienia.  Thoresen  miał
słabą  nadzieję,  że  nie  jest  to  związane  z  Projektem  Bravo.  Z  drugiej  strony  był  pewien,  że  nawet
wypracowany system szpiegowski Imperatora nie mógł wykryć projektu. Jeśli było inaczej - już nie
żył.

W  końcu  zaświstały  otwierające  się  drzwi  i  szczupły,  odziany  w  togę  urzędnik  wyszedł,  aby  go
wprowadzić.  Thoresen  odprężył  się  odrobinę,  gdy  gwardziści  pozostali  na  swoich  miejscach.
Urzędnik  wyszedł  i  Baron  pozostał  sam  w  ogromnej  komnacie  wypełnionej  egzotycznymi
przedmiotami,  zbieranymi  przez  Imperatora  w  ciągu  całego  długiego,  ponad  tysiącletniego  życia.
Dziwne  i  straszne  bestie  z  ekspedycji  myśliwskich  na  obcych  światach,  niezwykłe  dzieła  sztuki,
starożytne  księgi  otwarte  na  cudownych  ilustracjach,  wielokrotnie  przewyższających  jakąkolwiek
sztukę komputerową.

Baron  gapił  się  na  to  wszystko,  czując  się  jak  barbarzyńca  z  zapomnianego  świata  pogranicza.  W
końcu  spostrzegł  mężczyznę,  czekającego  w  drugim  końcu  komnaty.  Odwrócony  był  do  Thoresena
plecami i najwyraźniej patrzył na świat Primy rozciągający się za wielką, zaokrągloną panoramiczną
szklaną ścianą. Miał na sobie prostą, białą szatę.

Wieczny Imperator obrócił się, gdy Baron zbliżał się zgięty w serii ceremonialnych pokłonów.

-  Zostaliśmy  powiadomieni  przez  naszych  przyjaciół  rzekł  Imperator  -  że  ma  pan  reputację  niezbyt
lojalnego. Najwyraźniej pomylili się w swoich informacjach.

Baron zadrżał.

- Przybyłem, gdy tylko...

Imperator gestem nakazał mu milczenie. Obrócił się i znowu patrzył przez szybę. Nastała długa cisza.
Baron niemal przestępował z nogi na nogę próbując odgadnąć myśli Imperatora.

-  Jeśli  chodzi  o  perspektywy  Kompanii,  wasza  wysokość,  mogę  zapewnić,  że  nie  ma  powodów  do
niepokoju. Postawiłbym swoją reputację na...

- Proszę spojrzeć tutaj - powiedział Imperator.

Zakłopotany Thoresen popatrzył na zewnątrz. Poniżej najważniejsze osobistości Cesarskiego Dworu

background image

Królewskiego przesuwały się po trawniku w skomplikowanym, powolnym tańcu.

-  Afektowani  głupcy.  Wydaje  im  się,  że  skoro  mają  tytuły,  to  Imperium  kręci  się  dookoła  nich.
Miliony obywateli pracują na to, żeby oni mogli się bawić.

Spojrzał na Thoresena. Na twarzy Imperatora pojawił się ciepły uśmiech.

- Ale my dwaj wiemy lepiej, prawda, Baronie? Wiemy, co to znaczy ubrudać sobie ręce. Wiemy, co
to znaczy praca.

Teraz Thoresen był naprawdę zakłopotany. Ten człowiek nie wiedział, czego chce. Dokąd zmierzał?
Czyżby  pogłoski  o  jego  starzeniu  się  mówiły  prawdę?  Nie,  ostrzegł  sam  siebie.  Jakim  cudem?
Przecież to Baron wymyślił i rozpuścił te plotki.

- Cóż? - spytał Imperator.

- Ale nie wiem, o co chodzi, wasza wysokość.

-  Dlaczego  prosiłeś  o  tę  audiencję,  Baronie?  Przejdźmy  wreszcie  do  rzeczy.  Czekają  delegacje  z
dwudziestu czy trzydziestu planet.

- A - ale, wasza wysokość, to pewnie jakaś pomyłka, nie pana, oczywiście. Ja... mnie wydawało się,
że to wy, panie, chcieliście...

-  Jesteśmy  zadowoleni,  że  pan  przybył,  Baronie  -  przerwał  Imperator.  -  Czekaliśmy  na  okazję,  aby
porozmawiać  z  panem  o  pewnych,  raczej  niepokojących  raportach.  -  Zaczął  kroczyć  przez  pokój,  a
Thoresen podążał za nim usiłując skupić się na temacie rozmowy, czegokolwiek tak naprawdę owa
rozmowa miała dotyczyć.

- Tak, wasza wysokość?

- Jesteśmy pewni, że nie ma to najmniejszego znaczenia, ale kilku pańskich agentów pozwoliło sobie
na wypowiadanie pewnych komentarzy wobec klientów. Niektórzy z naszych, ummm, reprezentantów
stwierdzili, że komentarze te mają znamiona, jak by to powiedzieć... zdrady stanu?

- Co ma pan na myśli? - Thoresen pozwolił sobie udać szok.

-  Och,  nic  konkretnego  nie  przychodzi  nam  na  myśl.  Tylko  niewielkie  sugestie,  że  niektóre  usługi
wykonywane przez Imperium mogłyby być lepiej spełnione przez Kompanię.

- Kto? Kto to powiedział? Natychmiast każę ich...

- Jesteśmy pewni, że pan tak uczyni, Baronie. Ale proszę nie być zbyt surowym. Wyobrażamy sobie,
że to tylko przypadek źle pojętej lojalności.

-  Mimo  wszystko,  Kompania  nie  może  być  przedmiotem  takich  plotek.  Nasza  polityka,  a  ma  to

background image

odzwierciedlenie nawet w prawie, gwarantuje nasze całkowite podporządkowanie Imperium.

-  Tak.  Tak.  Wiemy  o  tym.  To  pański  dziad  ułożył  te  prawa.  Sam  je  zatwierdziłem,  jako  wasz
suweren. To wspaniały człowiek, ten pana dziad. A propos, jak się miewa?

- Och, zmarł, wasza wysokość. Kilkaset lat...

- A, prawda. Moje kondolencje.

Doszli  z  powrotem  do  drzwi,  które  otworzono.  Mały  urzędnik  podszedł,  aby  wyprowadzić
kompletnie zdezorientowanego Thoresena. Imperator zaczął odwracać się, ale przerwał.

- Panie Baronie?

- Tak, wasza wysokość?

- Zapomniał pan powiedzieć nam, jaki był powód pańskiego przybycia. Czy ma pan problemy? Może
potrzebuje pan czegoś?

Długa pauza ze strony Thoresena.

- Nie, dziękuję bardzo. Po prostu przypadkiem byłem na Primie i zatrzymałem się, aby wypełnić, to
znaczy... chciałem tylko złożyć pozdrowienia.

-  Bardzo  rozsądnie  z  pana  strony,  Baronie.  A  więc  wszystko  postępuje  dokładnie  tak,  jak
planowaliśmy? Doskonale. A teraz proszę nam wybaczyć.

Drzwi  zasunęły  się.  Obok  Imperatora  rozległ  się  nagle  dziwny  dźwięk,  tak  jakby  ktoś  się  dusił  -  i
zasłona rozdzieliła się na dwoje. Zza niej wyszedł Mahoney. Zgięty wpół ze śmiechu.

Imperator uśmiechnął się, przespacerował do antycznego, drewnianego biurka i wyciągnął szufladę.
Wyjął z niej butelkę i dwa kieliszki. Nalał drinki.

- Próbowałeś tego kiedykolwiek?

Mahoney był nieufny. Jego szefa znano w pewnych kręgach z perwersyjnego poczucia humoru.

- A co to jest?

-  Po  dwudziestu  latach  poszukiwań  znalazłem  wreszcie  coś  najbardziej  zbliżonego  do  tego,  co
pamiętam jako diabelski napój. Nazywali to bourbon.

- Pan to zrobił, co?

- Tylko pomagałem. Laboratorium dostarczyło to dziś rano.

background image

Mahoney  odetchnął  głęboko.  Potem  przetknął  trochę  płynu.  Imperator  obserwował  go  z  dużym
zaciekawieniem. Długa pauza. Mahoney kiwnął głową.

- Całkiem niezłe.

Nalał sobie jeszcze, podczas gdy Imperator pociągnął łyk. Obracał go na języku, po czym przełknął.

- Nie trafili. Nie jest nawet podobne. W smaku przypomina gówno.

Imperator wypił do dna i napełnił kieliszek na nowo.

- A więc? Co o nim myślisz?

-  O  Baronie?  Jest  tak  skrzywiony,  że  rano  musi  się  wkręcać  w  skarpetki.  Nie  jest  też  lojalny,
niezależnie od tego, co próbował udawać, kiedy igrał pan z nim dzisiaj jak z rybą.

- Zauważyłeś to, co? Powiem ci coś, gdybym nie był największym dzieciakiem w tej piaskownicy, to
podciąłby mi gardło. Albo chociaż spróbował; na jedno wychodzi.

Imperator odsunął drinki i usiadł na swoim krześle, kładąc nogi na biurku.

- W porządku. Mieliśmy spotkanie twarzą w twarz. A propos, dobry pomysł. I zgadzam się z tobą, że
ten człowiek jest wystarczająco głupi i żądny władzy, aby zagrozić Imperium. No, a teraz wypluj to
wreszcie z siebie. O co mam się właściwie martwić?

Mahoney podsunął sobie inne krzesło, usiadł na nim i położył nogi obok stóp Imperatora.

-  Jest  wiele  takich  spraw. Ale  nie  możemy  niczego  dowieść.  Najlepsze,  co  mam:  naprawdę  dobre
źródło  poinformowało  mnie,  że  Thoresen  wydaje  mnóstwo  kredytów  na  coś,  co  nazywa  Projektem
Bravo.

- Co to jest?

- Nie mam zielonego pojęcia. Parę lat temu mój człowiek zaryzykował i po prostu zapytał. Thoresen
nie odpowiedział. Stwierdził tylko, cytuję, że jest to w najlepszym interesie Kompanii, koniec cytatu.

- Kim jest twój człowiek? Mahoney skrzywił się.

- Nie mogę powiedzieć.

- Pułkowniku! Zadałem pytanie!

Mahoney wyprostował się. Wiedział, kiedy żarty się kończą.

- Tak jest. To członek rady dyrektorów. Nazywa się Lester.

-  Lester...  Znam  go.  Byłem  na  jakimś  jego  jubileuszu.  Absolutnie  godny  zaufania  w  sprawach

background image

dotyczących Imperium. Oczywiście, jeśli chodzi o pokera, cóż, nikt nie jest doskonały. Więc Lester
podejrzewa coś w związku z Projektem Bravo?

- Tak. Thoresen praktycznie całkowicie spłukuje Kompanię, aby za to zapłacić. Pozostawia ledwie
tyle, aby zadowolić akcjonariuszy. Poza tym Lester podejrzewa, że fałszuje księgi.

-  To  za  mało.  Nawet  ja  nie  mogę  posłać  Gwardii  na  Vulcan  na  podstawie  zaledwie  podejrzeń.
Straciłbym  wiarygodność.  Do  diabła,  zbudowałem  to  Imperium  na  zasadach  wolnej  konkurencji  i
małej ingerencji rządu.

- Musi pan wierzyć we własną propagandę?

Imperator zastanawiał się przez chwilę, po czym z żalem odpowiedział:

- Tak.

- A więc?

Imperator zmarszczył brwi, potem westchnął i dopił swojego drinka.

- Nienawidzę tego robić, ale nie mam wyboru.

- To znaczy?

- To znaczy, że tracę swojego doskonałego kumpla do kieliszka. Na jakiś czas, oczywiście.

Mahoney zerwał się na równe nogi.

-  Nie  posyła  mnie  pan  chyba  do  tej  zapomnianej  przez  bogów  dziury?  Vulcan  jest  na  takim  końcu
świata, że nawet komety tam nie zaglądają!

- Masz jakiś lepszy pomysł?

Mahoney zastanowił się, po czym pokręcił głową. Osuszył kieliszek do dna.

- To kiedy mam wyjechać?

- To jeszcze tu jesteś?

background image

Rozdział 9

Cykl  wymiany  powietrza  zmierzał  ku  końcowi.  Gęsty  żółty  gaz  wypełniał  śluzę.  Sten  ledwo  mógł
dojrzeć innych robotników, stojących przy przeciwległej ścianie.

Wewnętrzne  drzwi  otworzyły  się  i  Sten  poszedł  w  kierunku  swojego  stanowiska  pracy  poprzez
szeroką na kilometr hemisferę Obszaru Roboczego nr 35.

Uświadomił sobie, że właśnie minęły dwa lata od czasu, gdy został skazany. Jak ten czas leci, kiedy
dobrze się bawisz, pomyślał ironicznie.

Ustawione  na  poziomie  podłoża  kadzie  bulgotały  i  wrzały,  szary  szlam  wylewał  się  na  drogę.  Sten
lawirował pomiędzy szumowinami, dookoła wielkich brył rosnącego kryształu.

Zatrzymał się przy pierwszym stanowisku i sprawdził podajnik pożywki przy jednym z wysokich na
metr bloków. Pół godziny i wiele potu kosztowało go wyjęcie skręconych zwojów ziarnistego raka z
drugiej  beki,  stojącej  obok.  Okruchami  nakarmił  "rośliny"  w  najbliższej  kadzi,  i  poszedł  dalej
poprzez wirujące, żółte powietrze.

Obszar  nr  35  był  sztucznym  duplikatem  jednego  z  odległych  światów,  gdzie  metale  żyły  swoim
własnym życiem. Minerały "rosły", "kwitły" i "umierały".

Próbki  różnych  metali  wykazywały  szczególne  właściwości,  na  przykład  niewiarygodną  lekkość
połączoną z wyjątkową wytrzymałością, daleko większą niż u znanych przedtem stopów.

Geologowie  Kompanii  uznali  te  minerały  za  interesujące,  o  wielkich  możliwościach  na  olbrzymim
potencjalnym rynku zbytu. Były tylko dwie trudności. Po pierwsze, ich środowisko naturalne zabijało
ludzi.  To  jednak  nie  stanowiło  poważnego  problemu.  Inżynierowie  Kompanii  umieli  odtworzyć
niemal  każde  warunki.  A  kiedy  do  zbioru  minerałów  używano  skazanych  Migów  z  Sekcji
Zewnętrznej, wskaźnik śmiertelności można było "zaniedbać". Po drugie, na początku spory problem
stanowiła  obróbka  materiałów.  Po  latach  eksperymentów  zmutowano  w  końcu  oparte  na  metalu
"wirusy" z macierzystego świata minerałów i użyto ich jako biologicznych narzędzi do przetwarzania
kryształów.

Ukształtowany  metal  stosowano  w  przypadku  urządzeń  pracujących  w  warunkach  maksymalnego
obciążenia,  w  ratunkowych  kapsułach  statków  kosmicznych,  w  czujnikach  umieszczonych  w
rdzeniach  stosów  atomowych,  a  także  jako  ekskluzywną  biżuterię  dla  snobów.  Rzecz  jasna,  koszty
tego były astronomiczne. Majster Stena ustalił kiedyś cenę jednej bryłki wielkości pięści na równą
wysokości rocznej płacy jakiegoś Execa.

Szybkość wzrostu i rozmiar każdego bloku były starannie ustalane i kontrolowane komputerowo. Ale
Sten  znalazł  sposób  na  to,  aby  nieco  zwiększyć  dopływ  pożywki  do  jednego  z  bloków.  W  ciągu
sześciu cykli pewna mała, nie zarejestrowana bryłka rosła, gram po gramie.

background image

Sten sprawdził "swój" blok. Bryłka była już gotowa do zbioru - i przetworzenia w pożyteczne, małe
narzędzie, o którym Sten nie miał zamiaru powiadomić Kompanii.

Odpiął  od  przegrody  mały  kanister  z  tnącym  wirusem  i  przycisnął  czubek  obok  podstawy  swojej
bryłki. Wyprysnął ledwie widoczny czerwony spray. Sten wycofał się poza zasięg jego działania.

Widział  kiedyś,  co  stało  się  z  robotnikiem,  który  pozwolił  odrobinie  tego  czerwonego  sprayu
przeniknąć przez kombinezon. Nie miał nawet czasu na zneutralizowanie wirusa, zanim ten przeżarł
go  na  wylot.  Eksplodował  -  zatłuszczona  kula  ognia,  ledwo  widoczna  poprzez  wirującą  żółtą  mgłę
utworzoną z połączenia powietrza z kombinezonu i atmosfery Obszaru nr 35.

Sten odczekał kilka sekund, zneutralizował wirus i odłamał swoją bryłkę od macierzystego bloku.

Zabrał ją do bioobrabiarki, włożył w odpowiednie miejsce. Zamknął i zapieczętował obszar roboczy
maszyny,  zakłócił  wskaźniki  czujników  precyzyjnie  opracowanym  przyrządem  tak,  aby  sekcja
kontroli Obszaru nr 35 nie mogła zarejestrować czasu pracy.

Zmienił układ sterowania na ręczny i wcisnął klawisze. Wirus rozpryskiwał się dookoła metalowej
bryłki. Sten poczekał, aż zostanie zneutralizowany, potem powtórzył operację.

Czekał.

Były tylko dwa sposoby spędzania czasu. Jeden - liczenie zgonów. Ale w momencie, gdy wskaźnik
śmiertelności  wynosił  dobrze  ponad  100  procent  rocznie,  to  tylko  przypominało  mu,  że  jest  na
niebezpiecznym końcu statystyki.

Drugi sposób to wspomnienia.

Nadzorca  ze  świńską  szyją  czekał,  aż  strażnicy  rozkują  Stena  i  pośpiesznie  powrócą  do  głównej
części Vulcana. Potem uderzył Stena ciężką pięścią prosto w twarz.

Sten upadł i ponownie stanął na nogach, czując smak krwi.

- Nie masz zamiaru zapytać, za co?

Sten stał cicho.

-  To  było  za  nic.  Jeśli  coś  zrobisz,  to  przydarzy  ci  się  coś  o  wiele  gorszego.  Jesteś  teraz  w  Sekcji
Zewnętrznej.  Nie  ochrzaniamy  się  tu  tak,  jak  ci  w  głównej  części.  Tutaj  Migowie  robią  to,  co  im
każą. Zewnętrzna dzieli się na różne obszary. Każdy z nich ma inne środowisko. Będziesz pracował
głównie  w  kombinezonie  próżniowym.  Każdy  obszar  to  jest  coś,  co  nazywają  Bardzo
Niebezpiecznym  Środowiskiem.  Dlatego  tylko  ochotnicy  tu  pracują.  To  ty.  Ty  jesteś  ochotnikiem.
Mieszkasz,  śpisz,  odpoczywasz  w  Barakach.  To  następna  kapsuła  poniżej  Sekcji  Strażników,  w
której  teraz  jesteś.  Nie  idziesz  na  północ  od  Baraków,  zanim  się  nie  upewnisz,  że  twoje  miejsce
pracy nie jest w stanie cię zabić. I jeszcze jedno. To, co się dzieje w Barakach, to nie twój interes.
Liczy  się  wyłącznie  to,  że  maszyny  mają  być  obsługiwane  na  każdej  zmianie  i  że  nie  próbujesz

background image

uciekać. To jedyne zasady.

Kiwnął głową i dwóch strażników Sekcji Zewnętrznej wypchnęło Stena.

Bryłka  miała  już  prawie  właściwe  wymiary.  Sten  jeszcze  raz  obszedł  swoją  "farmę"  i  sprawdził
dopływ  pożywki,  potem  powrócił  do  bioobrabiarki  i  nastawił  program  ostatecznego  wykańczania
narzędzia.

Pierwszą pracę Stena nadzorca nazwał łatwizną.

To  była  prototypowa  fabryka  drutu  w  atmosferze  azotu.  Niestety,  nie  działała  jak  należy.  Niektóre
wyciągarki zacinały się. Prasy wywierały zbyt duże ciśnienie albo, najczęściej, druty zrywały się z
bębnów.

I  za  każdym  razem,  gdy  psuła  się  instalacja,  ktoś  ginął.  Surowe  pręty  gromadzące  się  przy  zaciętej
wyciągarce odcinały człowiekowi ramię. Zerwany drut jak miecz przecinał robotnika na pół. Pętla,
wychodząca  z  maszyny,  owijała  się  dookoła  szyi  inspektora,  który  przez  moment  nie  uważał,  i
gilotynowała go.

Ponad  stu  "ochotników"  pracowało  w  fabryce.  Sten  stwierdził,  że  ginie  tu  jeden  człowiek  w  ciągu
zmiany.

Wydawało  mu  się,  że  nadzorca  żartował  sobie  z  niego.  Potem  dorósł  i  zorientował  się,  jak  prędko
inne obszary mordują Migów.

Wirus  przekształcił  bryłkę  w  matowy  czarny  prostopadłościan.  Sten  wcisnął  guzik  "zachować"  i
neutralizowanie,  potem  przeszedł  do  następnej  konsoli.  Szybko  zbudował  trójwymiarowy  model
narzędzia, które chciał wytworzyć. Zawierał on pomiary wnętrza luźno ściśniętej pięści Stena.

To narzędzie miało pasować tylko do jednego człowieka.

- Będziesz mi oddawał swoją rację alkoholu tak długo, jak będę chciał?

- Właśnie tak.

- Czego chcesz?

- Wiesz, jak walczyć. Nadzorca i jego kumple nie czepiają się ciebie.

-  No  jasne,  że  nie.  Po  całej  galaktyce  uczyłem  się  walczyć.  Chłopie,  miałem  nawet  trochę
przeszkolenia w Gwardii. Mały człowieczek wyprostował się dumnie. - Chcesz być twardy?

- O to chodzi.

- No tak. Czemu nie? Nie mam nic lepszego do roboty, prócz czekania na śmierć.

background image

Sten wcisnął "przekazywanie danych" i przesłał do obrabiarki swój model, jako program wzorcowy.
Czekał, aż ukaże się światełko "gotowy do pracy", potem dotknął guzika "start".

Mały,  średniej  mocy  laser  żarzył  się  i  krążył  wokół  bloku  metalu.  Wirus  rozprysnął  się  dookoła,  i
następna  porcja  okruchów  odpadła.  Potem  laser  "naznaczył"  kolejne  miejsca  i  wirus  ukształtował
przedmiot według danych wpisanych przez Stena. Przedmiot był kopią modelu.

Godziny  zmiany  uciekały  w  przeszłość,  a  obrabiarka  mruczała  z  zadowoleniem.  Raz  Sten  musiał
wyłączyć, gdy strażnik przechodził obok. Na szczęście nie zatrzymał się przy maszynie.

-  Pozycja  podstawowa.  Nie.  Cholera  jasna!  Ostrze  zawsze  idzie  przez  ciało.  Tuż  powyżej  pasa.
Potem jesteś gotów do każdej obrony.

- A co z nożem?

- Znasz ostrze, będziesz w stanie wsadzić nóż sześć cali powyżej flaków tego faceta, który usiłował
cię pchnąć. Teraz. Po pierwsze: obróć się w lewo. Ostrze idzie prosto w górę i w dół. Krok... nie!
Nie! Ostrze musi wejść z boku czyjejś szyi. Nie prosisz go do tańca. Zrób to jeszcze raz.

Na  godzinę  przed  zakończeniem  zmiany  zapaliło  się  światełko  sygnalizujące  zakończenie  zadania.
Sten zaczął sterylizowanie neutralizatorem wnętrza obrabiarki. Wiedział, że nie należy się spieszyć.

- Jesteś w knajpie. Jakiś człowiek tłucze butelkę. Podchodzi do ciebie. Co robisz?

- Kopię go.

-  Nie.  Nie.  Możesz  tylko  siebie  zranić  w  ten  sposób.  Rzuć  czymś.  Czymkolwiek.  Jeśli  zniży  rękę,
celuj  w  twarz.  Jak  nie  masz  jak  go  dopaść,  walnij  krzesłem  w  pachwinę.  Dobra.  Uderzasz  go.  On
wraca. Co dalej?

- Kopię. Kolano. Stopa, jeśli dam radę podejść bliżej. Szyja.

- Dobra. Tamten pada. Co robisz?

- Wsadzam mu jego butelkę w twarz.

- Sten, zaczynam być z ciebie dumny. A teraz zbierz dupę w troki. Ćwicz do końca wolnego czasu.
Jutro pokażę ci, co masz robić, kiedy to ty trzymasz nóż.

Sten otworzył pokrywę przestrzeni roboczej i wyjął swoje narzędzie.

Swoje własne... Po raz pierwszy w życiu miał coś, co nie było pożyczone ani wynajęte od Kompanii.
To,  że  materiał  kosztował  tyle,  co  okup  za  księcia  kupców,  a  proces  obrabiania  pochłonął  tyle
energii, ile potrzebowała cała kopuła, czynił to narzędzie jeszcze wspanialszym.

Sten  trzymał  obosieczny  sztylet  przez  ciężkie  rękawice  swojego  kombinezonu.  Rękojeść  była
dokładnie  przystosowana  do  palców  Stena  ściskających  ją  w  morderczym  chwycie  nożownika,  tak

background image

jak nauczył go mały człowieczek.

Nie  było  gardy,  jedynie  prążkowane  poziome  wyżłobienie  pomiędzy  trzonkiem  a  ostrzem,  które
zwężało się do czubka ostrego jak igła. Cały nóż był długi, wąski i płaski - prawdopodobnie było to
najbardziej  śmiercionośne  ostrze,  jakie  kiedykolwiek  skonstruowano.  Kryształ  miał  krawędzie
niewiarygodnie cienkie, ale wystarczał do przecięcia diamentu na pół.

Sten schował nóż do nieużywanej kieszeni kombinezonu. Miał już przygotowaną dla niego pochwę.

Hite zrobił ją dla niego.

On i Sten ukryli się tamtej nocy w starym, nieużywanym pomieszczeniu o normalnej atmosferze. Hite
dał mu ogólne znieczulenie. A potem delikatnie przystąpił do pracy.

Przy  użyciu  skradzionych  narzędzi  mikrochirurgicznych  naciął  przedramię  Stena,  przymocował
podłoże z żywej sztucznej skóry, po czym wkleił skonstruowaną wcześniej rurkę. Jej wnętrze kryło
ostrze noża. Mięsień nadgarstka owinął dokoła wejścia do pochwy, aby nóż trzymał się na miejscu.
Potem  przyczepił  na  powrót  warstwy  skóry  ponad  zoperowanym  przedramieniem  i  skleił  wszystko
razem.

Minęło trochę czasu, zanim ta kombinacja sztucznej i prawdziwej tkanki zrosła się i zagoiła. Ale Hite
był  zadowolony,  że  sztuczna  skóra  nie  spowodowała  podrażnień  i  ciało  Stena  regenerowało  się
prawidłowo.

Zadźwięczał dzwonek na koniec zmiany. Sten wyłączył obrabiarkę i skierował się w stronę śluzy.

Nikt nie wiedział dokładnie, za co Hite wylądował w Sekcji Zewnętrznej. Znaną sprawą było to, że
pracował  jako  lekarz  na  jakimś  pionierskim  świecie.  Znaną  sprawą  było  też  to,  że  wziął  kontrakt
Techa na Vulcanie dla niewiadomych powodów. I rzecz jasna musiał zrobić coś wyjątkowo złego.

Hite nigdy nie powiedział nikomu - włączając w to Stena co naprawdę popełnił.

Był nie tylko jedynym lekarzem, do jakiego Migowie mieli dostęp.

Był także jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miał Sten.

- Sten, bracie. Jedyny kłopot z tobą to ten, że za mało się śmiejesz.

-  Śmiech?  Utknąłem  w  odbycie  Vulcana...  Wszyscy  próbują  mnie  zabić.  I  zapewne  im  się  to
powiedzie. I ty chcesz, żebym się śmiał?

- No jasne, chłopcze. Bo czy może być coś zabawniejszego niż to wszystko?

- Nie rozumiem.

Hite przechylił się bliżej.

background image

- To dlatego, że bogowie nienawidzą cię. Osobiście.

Sten zamyślił się. Potem uśmiech powoli rozjaśnił mu twarz. A potem zaczął się śmiać.

- To twój drugi problem, chłopcze. Za dużo się śmiejesz.

- Co?

- A z czego tu się śmiać? Jesteś w tyłku Vulcana i wszyscy usiłują cię zabić. Zacząłbym się bać na
twoim miejscu.

Sten popatrzył na niego. Potem pokręcił głową i ryknął ze śmiechu.

W  szatni  Sten  spryskał  swój  kombinezon  środkiem  odkażającym  i  poczekał  chwilę.  Nie  stwierdził
żadnych  przecieków.  Strząsnął  środek  odkażający  do  odpowiedniego  zbiornika  i  powiesił
kombinezon  na  miejscu.  W  Sekcji  Zewnętrznej  używano  starych  kombinezonów  próżniowych,
odrzuconych przez Techów. Przecieki zdarzały się bardzo często. A po wejściu w strefę roboczą nie
było czasu na ich łatanie. Sten ziewnął i poszedł przez Baraki w kierunku swojej pryczy.

Nóż spoczywał wewnątrz jego ramienia. Otwarta ręka trzymała go bezpiecznie w pochwie. Sten nie
mógł się doczekać, aby pokazać to Hite'owi.

Baraki  śmierdziały  jak  Dzielnica.  Podniesiona  do  sześcianu.  Bez  strażników.  Paru  osiłków  minęło
beznamiętnie młodego chłopaka, leżącego bezwładnie w kałuży krwi. Jeden z nich uśmiechnął się do
Stena.

- Przyszła dzisiaj dostawa świeżego mięsa.

Sten  wzruszył  ramionami  i  poszedł  dalej.  Stanowisko  wydawania  alkoholu  było  zatłoczone  jak
zwykle. Zatrzymał się przy swojej pryczy. Kobieta - Mig, która zajmowała łóżko nad nim, powiesiła
swój koc jak kurtynę. Zza kurtyny dochodziły podwójne stękania i pochrząkiwania.

Sten skierował się ku kwaterze Hite'a. Stary człowiek chorował, ale Sten miał nadzieję, że czuje się
już lepiej. Chciał wypytać go trochę o Sektor Pionierów.

Dookoła  pryczy  Hite'a  stało  paru  ludzi.  Nadzorca  i  kilku  jego  pomagierów. A  obok  nich  wózek  -
robot.

Dwóch  zbirów  podniosło  szary,  kruchy,  sztywny  przedmiot  z  pryczy  i  rzuciło  bezceremonialnie  na
wózek.

Sten  rzucił  się  do  biegu,  gdy  wózek  automatycznie  zaczął  odjeżdżać.  Walnął  pięścią  w  panel
kontrolny i zatrzymał maszynę.

- Nie ma potrzeby - powiedział jeden z pomocników nadzorcy. - Stary drań zdechł.

- Co się stało?

background image

- Chyba po prostu umarł. Z przyczyn naturalnych.

Sten zaczął się odwracać... ale zatrzymał się i spojrzał na ciało przyjaciela.

Krew nadal sączyła się z rany na gardle Hite'a. Sten popatrzył na nadzorcę.

- Nie chciał iść na zmianę. Więc, jak powiedział Malek, po prostu umarł. Z przyczyn naturalnych.

Nadzorca popełnił błąd śmiejąc się.

Sten  podnosił  się  z  podłogi  ku  niemu.  Jeden  ze  zbirów  przeszukał  go  i  Karl  upadł.  Obrócił  się  i
znowu stanął na nogach. W jego umyśle odbiły się echem słowa małego człowieczka.

Nie wolno ci się złościć. Nie możesz chcieć niczego. Masz być odpowiedzią bez namysłu.

Jeden  z  pomocników  ruszył  się  i  stopa  Stena  wystrzeliła.  Kolano  mężczyzny  załamało  się  nagle  i
padł.

- Brać go.

Pomocnicy skoczyli do przodu. Jeden olbrzym dochodził z boku, łapiąc Stena w kleszcze swoich łap.
Chłopak uwolnił jedną rękę i trafił go pięścią z wystawionym kciukiem.

Zbir puścił Karla i cofnął się wyjąc, a krew spływała mu z oczodołu.

Sten  obrócił  się,  trafiając  draba  stopą  w  podstawę  szyi.  Coś  trzasnęło  i  mężczyzna  zwalił  się  na
podłogę.

- Załatwcie go, kretyni! - wrzeszczał nadzorca.

Dwóch  ludzi  stało  patrząc  na  niego  i  na  Stena,  próbując  zdecydować,  który  z  nich  gorszy.  Jeden  z
mężczyzn  wyłamał  pręt  podtrzymujący  pryczę,  a  drugi  sięgnął  do  kieszeni  i  wyciągnął  z  niej
błyszczący nóż, zaostrzony jak dłuto.

Sten miękko opuścił prawą rękę. Zacisnął palce. Nóż wskoczył w dłoń. Chłodny. Pewny.

Mężczyzna  ze  stalowym  prętem  pierwszy  dosięgnął  Stena,  obracając  się.  Chłopak  podniósł  nóż...  i
ostrze  przeszło  gładko  przez  stal.  Mężczyzna  spojrzał  na  trzymany  w  ręku  krótki  stalowy  ogryzek.
Sten skoczył i przeciął mu gardło miękko jak masło.

Nożownik udał, że uderza, gdy chłopak odwracał się, potem wycelował w brzuch. Sten zasłonił się
ręką...  Nadzorca  zamarł.  Ramię  jego  pomocnika,  z  nożem  wciąż  tkwiącym  w  dłoni,  upadło  na
podłogę.

Potem  nadzorca  odwrócił  się  i  pobiegł.  W  złym  kierunku.  W  dół,  oddalając  się  od  pomieszczeń
straży. W stronę obszarów roboczych.

background image

Sten  złapał  go  tuż  przed  szatnią.  Mężczyzna  obrócił  się.  Wyciągał  przed  siebie  obie  ręce.  Oczy
rozszerzyło mu przerażenie.

Sten uderzył raz.

Nadzorca wrzasnął, gdy wnętrzności wylewały mu się na zewnątrz, potem miękko opadł na podłogę.

- To było za nic.

Sten biegł po swój kombinezon, gdy rozdzwonił się alarm.

Wewnątrz  Obszaru  nr  35  Sten  doskonale  słyszał  bębnienie  w  drzwi  śluzy.  Nie  bał  się  za  bardzo.
Zawalił  śluzę  powietrzną,  a  wewnętrzne  drzwi  zaklinował  tak,  aby  pozostały  otwarte.  To  powinno
im zająć trochę czasu.

Strażnicy  najwyraźniej  uznali,  że  został  schwytany  w  pułapkę.  Miejsce  to  nie  miało  żadnego
połączenia z innym obszarem. A na zewnątrz królowała kosmiczna próżnia.

Sten  niesłychanie  ostrożnie  podniósł  zbiornik  zawierający  wirusa  i  dotaszczył  go  do  zakrzywionej,
zewnętrznej  ściany  kopuły.  Otworzył  zawór  i  wygramolił  się  do  tyłu,  do  przewróconych  sań
grawitacyjnych, podczas gdy czerwony spray wirusa świszczał naprzeciw okrywy kopuły.

Sanie  grawitacyjne  były  największą  rzeczą,  jaką  mógł  znaleźć.  Wszystkie  kotwice  wypuścił  na
zewnątrz i miał nadzieję, że utrzymają, gdy zacznie się polka.

Ściana  pokrywała  się  pęknięciami,  szczelinami,  bulgotała  i  wrzała,  aż...  mur  rozpuścił  się.
Eksplodowała  ciemność.  Burza  uciekających  gazów  ryczała,  uciekając  w  przestrzeń  kosmiczną.
Bryły kryształu, warte mnóstwa kredytów, pojazdy i narzędzia wirowały dookoła dziury i znajdowały
swą drogę na zewnątrz.

Sanie  zatrzeszczały...  kotwice  puściły  i  z  ogłuszającym  zgrzytem  pojazd  uwolnił  się  i  ruszył  w
kierunku  dziury.  Zaczął  się  przez  nią  przeciskać,  ale  był  po  prostu  zbyt  wielki,  aby  zmieścić  się
między dwiema głównymi belkami podpór.

I nagle ryk ustał. I to, co pozostawało z Obszaru nr 35, trwało w ciszy.

Krew  napłynęła  Stenowi  do  oczu,  gdy  uderzył  się  w  obręcz  wizjera  kombinezonu.  Mrugnął,
strzepując ją i starannie sprawdził, czy nie ma przecieków.

A potem prześlizgnął się dookoła sań i wysunął przez dziurę. Zachwiał się, czując chwilowy zawrót
głowy, gdy ciemność i ostre światło gwiazd rosły wokół niego.

Tak  czy  inaczej,  wydostał  się  z  Sekcji  Zewnętrznej.  Oraz  zdołał  uśmiechnąć  się  krzywo  -  spełnił
jedno ze swoich marzeń. Był poza Vulcanem.

Nie miał pojęcia, dokąd idzie. Najpierw szedł powoli, a potem, kiedy nabrał pewności i stwierdził,

background image

że  magnesy  butów  wystarczająco  mocno  trzymają  go  i  nie  odleci  w  przestrzeń,  zaczął  poruszać  się
długimi krokami.

Kilka razy o mało nie wpadł w panikę i rozglądał się w poszukiwaniu nieistniejącego ukrywa, kiedy
łodzie patrolowe i tratwy naprawcze przelatywały w pobliżu.

A potem zorientował się... że ich wszystkich zajmowała w tej chwili ta niespodziewana, kosztowna
eksplozja gdzieś daleko w Zewnętrznej. Gdyby go nawet zauważyli, to jeden człowiek w roboczym
kombinezonie nie mógłby zostać skojarzony z tymi zniszczeniami.

No, przynajmniej nie na tym etapie.

Trzymał  się  na  zewnątrz,  dopóki  rezerwy  powietrzne  kombinezonu  nie  uległy  całkowitemu
wyczerpaniu.  Wtedy  wszedł  do  środka  pierwszym  lukiem,  jaki  zobaczył.  Domyślał  się,  że  był  on
przeznaczony dla rutynowych dostaw zaopatrzenia.

Pogrzebał  przy  uchwycie  i  drzwi  łagodnie  otworzyły  się.  Wczołgał  się  do  małego  pomieszczenia
śluzy, zamknął zewnętrzne drzwi i wcisnął guzik wymiany powietrza.

Wewnętrzne  wrota  zapiszczały  otwierając  się,  po  drugiej  stronie  było  powietrze  mogące  przenosić
hałasy,  i  Sten  wszedł.  Długi,  pusty  korytarz  rozciągał  się  daleko  do  przodu  i  do  tyłu.  Na  ścieżkach
zalegała  gruba  warstwa  kurzu  i  część  oświetlenia  nie  działała.  Sten  opadł  ciężko  obok  grodzi.  Był
wolny. Był w domu.

Zastanowił się nad tymi dwiema myślami. I uśmiechnął się. A potem zaczął się śmiać.

Wolny. Dopóki go nie złapią. Dom? Vulcan?

Ale śmiał się, jak uczył go Hite.

Wydawało się to jak najbardziej właściwe.

background image

Rozdział 10

Thoresen  pospiesznie  wysiadł  z  sań  grawitacyjnych  i  szedł  w  stronę  promu.  Jeszcze  parę  minut  i
opuści  świat  Primy  i  podąży  na  Vulcan.  Nadal  denerwował  się  z  powodu  dziwnego  zachowania
Imperatora i spodziewał się, że w każdej sekundzie może zostać aresztowany.

Zamarł, gdy kilku gwardzistów nadeszło zza rogu. Ale byli pogrążeni w rozmowie i najwyraźniej nie
chodziło o niego. Odetchnął głęboko.

Jakaś  nieokiełznana  część  jego  natury  prawie  pragnęła  konfrontacji.  Nie  był  przyzwyczajony  do
składania  pokłonów  innym  ludziom.  Nie  lubił  czuć  przymusu.  Szedł  za  żołnierzami,  myśląc,  czy
poradziłby  sobie  z  nimi.  Natychmiast.  Jego  umysł  taksował  możliwości.  Pierwszemu  rozerwałby
gardło. Drugi umarłby, gdyby mu złamać nos i wtłoczyć chrząstki do mózgu. Trzeci... zrzucił z siebie
te myśli. Zaczął lżej oddychać, gdy wspinał się w górę rampy załadunkowej.

Trochę później siedział już w promie i leciał w kierunku liniowca, czekającego na orbicie planety.
Wygodnie usadowiony - naprawdę odprężony, po raz pierwszy od opuszczenia Vulcana - Thoresen
rozważał swoje spotkanie z Imperatorem.

Istniało kilka możliwości:

a) Imperator cierpiał na uwiąd starczy. Nieprawdopodobne.

b) Ten człowiek rzeczywiście usiłował ułagodzić kilku wasali. Nonsens. To nie w jego stylu.

c) Imperator wiedział o Projekcie Brawo. Nie. Przecież Thoresen jeszcze żył.

d) Podejrzewał, że coś się dzieje, ale nie mógł tego dowieść. Zaaranżował spotkanie, aby wytrącać
Barona z równowagi i przesłać subtelne ostrzeżenie. Tak, to było bardziej prawdopodobne.

W  porządku.  Jaki  ruch  uczyni  teraz  władca?  To  proste.  Zarządzi  dokładne  śledztwo.  Przyśle  na
Vulcan więcej szpiegów.

Thoresen  uśmiechnął  się  do  siebie.  Zamknął  oczy,  aby  zdrzemnąć  się  trochę.  Tuż  zanim  zasnął,
zanotował  sobie  w  pamięci:  musi  rozkazać  służbie  bezpieczeństwa,  aby  sprawdziła  razem  z  nim
papiery wszystkich obcokrajowców. Nie mógł się doczekać osobistego przesłuchiwania szpiegów.

background image

Rozdział 11

Sten  ukrywał  się  już  ponad  miesiąc,  gdy  spotkał  tę  dziewczynę.  Miała  około  piętnastu  lat  i
bezkształtny, brudny kombinezon. lej twarz i ręce były ubrudzone smarem. O mało co go nie zabiła.
Nazywała  się  Bet:  Stenowi  zdawało  się,  że  jest  najpiękniejszą  dziewczyną,  jaką  kiedykolwiek
widział.

Przez  cały  ten  czas  mieszkał  w  przewodach  wentylacyjnych,  które  oplatały  Vulcan.  Ich  rozmiar
zmieniał  się  od  głównych  traktów  o  szerokości  dwudziestu  metrów  do  wąskich  jak  ręka  rurek
prowadzących  do  poszczególnych  pokoi.  Przewody  pokrywał  kurz  gromadzony  przez  lata,  a
miejscami  blokowały  je  olbrzymie  ekrany  filtrów. Aby  móc  się  przez  nie  przedostać,  Sten  używał
małego generatora mocy, skradzionego z hurtowni.

Kanały  wentylacyjne  dochodziły  wszędzie,  dając  mu  szybki  dostęp  do  magazynów  żywności  i
pustych pomieszczeń, gdy musiał uzupełnić swoje zapasy. Naprawdę poważne zagrożenie, z którym
się liczył, to możliwość napotkania grup roboczych konserwujących ekrany filtrów. Ale można było
łatwo ich unikać. Słyszał także dziwne drapania i skrobania, i domyślał się obecności Buntowników.
Jak dotąd udawało mu się ich unikać, wiedział bowiem, jak by go przyjęli.

Jedyną  rzeczą,  której  się  rzeczywiście  obawiał,  były  powtarzające  się  wyprawy  eksterminacyjne
regularnie podejmowane przez Kompanię przeciwko Buntownikom. Jak słyszał dawno temu, jeszcze
jako Mig, tych nielicznych, którzy ocaleli, czekało pranie mózgu.

Póki  co,  żył  sobie  całkiem  nieźle  i  nawet  utył  kilogram  czy  dwa  podczas  tej  ucieczki.  Właśnie
zaczynał się lekko nudzić i stał się nieco wybredny w doborze jedzenia, gdy dokonał prawdziwego
odkrycia.

Farma hydroponiczna stanowiła pobłyskujący, zielony świat, rozciągający się jak okiem sięgnąć, aż
po  zamglone  krańce.  Widać  było  kołyszące  się  purpurowe  paprocie  i  rząd  za  rzędem  pełne  roślin,
jakie tylko można sobie wyobrazić, niektóre kwitnące, inne uginające się od dojrzewających jarzyn i
owoców. Sten nigdy przedtem nie widział czegoś podobnego, jedynie filmy w bibliotece wideo.

Nie było tam wcale ludzi. Roboty rolnicze, bardzo prymitywne, troszczyły się o rośliny i dokonywały
zbioru. Sten wypadł z kanału i wylądował na podłożu. Było miękkie i zielone. Spojrzał w dół, pod
nogi. A więc tak wygląda trawa.

Przeszedł między rzędami czując - świeże powietrze? Zapach kwiatów? Gleby? Zerwał kiść czegoś,
co  zapewne  było  winogronami.  Skubnął  trochę,  i  twarz  rozjaśniła  mu  się  pod  wpływem
zachwycającego  świeżego  smaku.  Sten  zerwał  z  siebie  koszulę  i  zaczął  ją  wypełniać,  aż  prawie
trzasnęły szwy.

Miękki  odgłos  kroków.  Sten  obrócił  się,  w  ręku  zabłysnął  nóż.  Potem  się  zawahał.  To  była
dziewczyna.

background image

Miała  broń  strażnika,  przywiązaną  do  długiego  na  pół  metra  giętkiego  pręta.  Nie  zauważyła  go
jeszcze  i  Sten  zaczął  ześlizgiwać  się  z  powrotem  w  rzędy  roślin.  Potem  zatrzymał  się.  Dziewczyna
nie zachowywała się jak Mig albo Tech. Musiała należeć do Buntowników.

Sten nagle przypomniał sobie jedną z maksym ojca: "Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".
Wyszedł zza wielkiej paproci na otwartą przestrzeń.

Dziewczyna  zauważyła  go,  schwyciła  broń  i  odchyliła  nieco  ramię,  gotowa  cisnąć  w  Stena
zaimprowizowaną włócznią.

- Zaczekaj.

Zatrzymała się. Nadal gotowa do akcji. Nie okazywała wcale strachu. Jej oczy rozszerzyły się, gdy
otworzył dłoń z nożem i ostrze zniknęło. Uniósł ręce w uspokajającym geście. - Kim jesteś?

- Na imię mam Sten.

- Uciekasz?

Sten skinął głową.

- Skąd?

- Z Sekcji Zewnętrznej.

Broń powędrowała w górę.

- Kłamca! Nikt nigdy...

- Wysadziłem cały obszar. Przeszedłem do głównego korpusu w kombinezonie próżniowym. Żyłem w
kanałach. Dziewczyna zadrżała.

- Słyszeliśmy, że był tam wypadek. Ale to niemożliwe.

Sten czekał.

- Masz muskuły, na pewno są skutkiem ciężkiej pracy. I blizny na twojej nodze... Jesteś zbiegiem.

- A więc co tutaj robię?

Uśmiechnęła się bez radości.

- Kto wie? Próbujesz przeniknąć do nas. Zastanawiam się. Może jednak naprawdę uciekasz.

Sten wzruszył ramionami.

- Wyciągnij ręce do przodu - rozkazała. - Pokaż dłonie.

background image

Sten wykonał polecenie. Dziewczyna dokładnie obejrzała stwardniałe i pokaleczone od pracy ręce i
sprawdziła uważnie zrogowaciałe paznokcie z wrośniętym w nie smarem.

- Mogłeś to spreparować. Rozbieraj się.

- Co? - wydusił z siebie Sten.

- Zdejmuj ubranie. Jeśli jesteś szpiegiem, to będziesz miał ciało miękkie jak ślimak.

Sten zawahał się.

- Ta broń - oznajmiła nagle dziewczyna - jest przeładowana. Wydziela z siebie około dwustu procent
siły więcej, niż powinna, przez mniej więcej dwie sekundy. Potem się wypala. Ale wtedy to, w co
uderzy, nadaje się już tylko do przetworzenia.

Sten odpiął zamknięcie i zdjął kombinezon.

Dziewczyna obeszła go dookoła, potem stanęła przed nim, zastanawiając się przez chwilę.

A później uśmiechnęła się lekko.

- To jest bardzo dobre ciało.

Potem jej uśmiech zanikł.

- Chodź. Ubierz się. Nazywam się Bet.

Gdy  wskoczył  z  powrotem  w  ubranie,  wyrzuciła  jego  "plon"  z  koszuli  i  podała  mu  ją.  Zaczęła
przebierać warzywa i owoce, odrzucając niektóre jako zbyt zielone, chowając resztę do torby.

- Masz szczęście, że przechodziłam - powiedziała. - Większość uciekinierów daje się złapać w ciągu
pierwszego miesiąca.

- Jesteś z Buntowników?

Posłała mu zdegustowane spojrzenie.

-  Dlatego  jeszcze  żyję.  Wiemy,  jak  uciekać  spod  miotły.  Znamy  dobre  kryjówki,  miejsca,  gdzie
prawie  nigdy  nie  zaglądają.  Niezły  Buntownik  może  przetrwać...  nawet  i  pięć  lat.  Sten  był
zaszokowany.

- A ty ile czasu już się ukrywasz ? - zapytał.

- Trzy lata.

Założyła torbę na ramię i ruszyła w stronę kanału wentylacyjnego.

background image

- Chodź. Zabiorę cię do Orona.

Wślizgnęła się do przewodu, przepuściła Stena przodem i umocowała ekran filtru z powrotem. Potem
spod ubrania wyciągnęła coś, co okazało się małą latarenką, włączyła światło i prześlizgnęła obok
Stena, aby objąć prowadzenie. Miękki dotyk jej ciała spowodował, że wyschły mu wargi. Odetchnął
głęboko i poczołgał się za nią.

Buntownicy  nie  zwrócili  na  nich  uwagi,  gdy  Sten  i  Bet  wyszli  z  kanału  do  nie  używanego  od  lat
magazynu.

Około trzydziestu osób, ubranych w stroje skradzione ze składów Vulcana, oblewało udaną wyprawę
na wyjątkowo obficie zaopatrzony magazyn. Większość z nich zdążyła się już upić albo zaćpać. To
była jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie Sten kiedykolwiek widział: impreza w niemal absolutnej
ciszy. Szept - nawet w zaciszu bezpiecznej bazy - stał się drugą naturą Buntownika.

Co jeszcze dziwniejsze, oni wszyscy byli jeszcze dziećmi. Najmłodsze, jak ocenił, nie miało więcej
niż  dwanaście  lat  dziewczyna,  rozcierająca  olejek  na  ciele  chłopaka  -  na  oko  trzynastolatka.
Najstarszy  Buntownik,  jakiego  Sten  zobaczył,  kiedy  Bet  prowadziła  go  pomiędzy  nimi,  nie  miał
jeszcze dwudziestu lat. Sten czuł się wśród nich jak stary człowiek.

Oron  leżał  w  biurowej  części  magazynu.  Na  pierwszy  rzut  oka  wyglądał  na  czterdziestolatka.  Po
bliższym przyjrzeniu się można było stwierdzić, że siwe włosy i uschnięte ramię należą do człowieka
starszego od Stena około roku.

Najgorzej  wyglądała  jego  twarz.  Połowa  była  zwyczajna.  Druga  połowa  zastygła  jak  śmiertelna
maska.

Obok  niego  siedziała  kluchowata  dziewczyna,  pracowicie  rozgrzebująca  stos  owoców.  Za  nim,  na
pokrytym futrami łóżku, leżały dwie nagie dziewczyny. Obie piękne i śpiące albo naćpane.

- To jest Sten - powiedziała Bet. - Jest zbiegiem.

Oron obrócił się ku tłustej dziewczynie i wskazał na Bet.

- Kim ona jest?

-  To  Bet.  Wysłałeś  ją  w  czasie  zeszłej  zmiany  na  farmę  hydroponiczną  -  odpowiedziała  bardzo
wyraźnie.

Sten zamarł, rozchylił dłoń, przygotowując się do użycia noża. Jeśli to był gang Bet, to dlaczego Oron
nie wiedział...? Mężczyzna uchwycił niepokój Stena. Połowa jego twarzy uśmiechnęła się.

- Fadal jest moją pamięcią - wyjaśnił, wskazując na kluchowatą dziewczynę. - Miałem - miałem... -
Podniósł brew. - Pranie mózgu - odpowiedziała za niego Fadal.

- Tak. Zrobiłem coś złego, kiedy byłem młody, za co oni zrobili mi... pranie mózgu. Ale coś im nie
wyszło. Nie zadziałało. Albo raczej... tylko częściowo.

background image

Wskazał na swoją twarz i uschnięte ramię.

- Moje ciało. I część mojego umysłu... Mam... amnezję.

- A więc jak ty...? - zaczął Sten.

- To, co zdarzyło się w ciągu tej zmiany pamiętam świetnie. Ale jutro nie będę miał pojęcia, co było
wczoraj.  Wiem,  jak  mówić.  I  że  jestem  Buntownikiem.  I  że  jestem  Oron.  Chociaż  o  tym  czasami
zapominam. I o tym, że przewodzę tej grupie. Ale... muszą mi przypominać... o... o... tak, o swoich
imionach. I o tym, co mieli zrobić.

-  On  jest  przywódcą  -  powiedziała  Bet  -  ponieważ  zawsze  wie,  gdzie  opłaca  się  zrobić  napad.  I
kiedy przeprowadzić się, zanim nastąpi następne "sprzątania".

- Oron jest Buntownikiem od dwunastu lat - dodała Fadal.

Wydawało się, że uważała to za komplement. Sten pomyślał, że chyba miała rację.

- A więc jesteś uciekinierem - powiedział Oron. - I chcesz przyłączyć się do nas?

Sten zawahał się, popatrzył na Bet i wzruszył ramionami.

- Jasne. Czemu nie?

- Czy ręczysz za niego, Bet?

Bet  zdziwiła  się.  Zwykle  były  jakieś  testy  i  pytania.  Dlaczego  Oron  chciał  polegać  tylko  na  jej
słowie?  Popatrzyła  na  Stena,  który  czekał  na  jej  odpowiedź.  I  wtedy  to  zobaczyła.  Ten  wyraz  jego
twarzy.  Nie  zależało  mu  na  Buntownikach  ani  Oronie.  W  oczywisty  sposób  wierzył  we  własne
możliwości przeżycia bez nich. On był tutaj dla... dla niej.

Sten poczuł, jak podskoczyło mu serce, kiedy skinęła głową.

- Przyjmujemy go?

Bet spotkała spojrzenie Orona. Nagle zaczęła się śmiać.

- Tak.

-  Bet  będzie  twoją  partnerką  -  stwierdził  mężczyzna,  zwracając  się  do  Stena.  -  Rób  to,  co  ona...
pokaże ci... a będziesz żył. A teraz siadaj... weź sobie wina. I opowiedz mi... swoją historię.

Sten przyjął szklankę wina i rozłożył się na podłodze. Zaczął swoją opowieść, coraz to spoglądając
na Bet.

background image

Rozdział 12

- Chcę oglądać filmy, mamusiu, chcę oglądać filmy.

Pielęgniarka ze Żłobka uwijała się dookoła chłopca, na jej twarzy jaśniał ciepły uśmiech. Przytuliła
go  i  wcisnęła  guzik;  ściana  zatrzeszczała  i  stała  się  ekranem,  na  który  wyskoczyli  bohaterowie
kreskówki. Czternastolatek zachichotał z zadowoleniem.

Rodzice Bet sprzedali ją Kompanii kilka dni wcześniej.

Ceną było anulowanie ich kontraktów, aby para Migów mogła opuścić Vulcan. Obie strony uważały
to za świetny interes.

Zwykle Kompania wolała, aby dzieci Migów wyrastały na Migów - mężczyzn i kobiety. Ale istniały
pewne wyjątki, których ciągle poszukiwano. Psycholog Kompanii, który przeprowadzał testy Bet, aż
gwizdnął  na  widok  wyników.  Przedstawiciele  Kompanii  odwiedzili  ojca  i  matkę  Bet.  Rodzice
powiedzieli jej, że idzie w znacznie lepsze miejsce. Pocałowali ją i położyli do łóżka. Obudziła się
w Żłobku, otoczona przez znacznie młodsze dzieci. Kompania zwykle zabierała dzieci w wieku około
pięciu lat, ale wyniki Bet zrobiły na nich wrażenie. Zdecydowali, że spróbują z ośmiolatką.

Po raz pierwszy w życiu Bet była otoczona miłością i uwagą. Żłobkowe Matki przytulały, całowały,
dawały zabawki. Niewiele przewinień powodowało kary albo ostre słowa. Mimo wszystko Bet nie
ufała  Matkom  nawet  przez  chwilę.  Nikt  nigdy  tego  nie  odkrył,  ponieważ  Bet  od  najmłodszych  lat
nauczyła się siedzieć cicho, odpowiadać tylko na pytania, i zawsze wykonywać polecenia.

Sporo czasu zabrało jej odkrycie, co ją tak przeraża. To były te inne dzieci... jej towarzysze zabaw.

Sten  przecisnął  się  za  Bet  i  spojrzał  w  dół  na  magazyn.  Wyglądał  dokładnie  tak,  jak  na  modelu
Orona.  Piętrzące  się  stosy  skrzynek  i  walców  służących  do  przewożenia  towarów,  wypełnione
wszystkim - od ubrań po luksusowe artykuły żywnościowe dla Techów i Execów. Było to miejsce,
do  którego  nie  musiała  zaglądać  istota  ludzka  -  w  legalnych  celach  -  ponieważ  wszystkie  prace
wykonywały  tu  roboty,  od  małych  urzędników  inwentaryzacyjnych  po  olbrzymie,  o  mózgu  idioty,
ładowarki.

Bet i inny Buntownik zaczęli szukać systemu alarmowego.

Oron omówił plan ze Stenem, a potem poprosił o sugestie.

-  Nie,  Sten  -  powiedział  po  wysłuchaniu  ich.  -  W  ten  sposób...  nie  zabezpieczysz  sobie  drogi
ucieczki. Patrz.

Jego palec wskazał odpowiednie miejsce na modelu.

- Blokujesz kratami wyjścia. Ale nawet jeśli wiesz, że są zamknięte, nadal musisz... myśleć o tym, że

background image

ktoś może tamtędy wejść. Powinieneś się z tym liczyć. Mieć inne...

Szukał odpowiedniego słowa.

- Taktykę. Jeśli jesteś Buntownikiem, musisz znać taktykę. Nawet jeśli plan wydaje się doskonały...
pamiętaj o tym, że... coś może nie wyjść. Nie wolno ci wpakować się w sytuację, z której... nie ma
odwrotu.

Sten skinął głową. I Oron zaczął pokazywać mu, jak zabezpieczyć tyły.

- Zrobimy tu tylne drzwi... posterunek wartowników tutaj... i tutaj.

Bet  znalazła  pierwszy  alarm  i  unieszkodliwiła  go.  Inny  Buntownik  zdążył  już  zdjąć  ekran  z  kanału.
Lina spłynęła w dół i minutę później stali już na podłodze magazynu.

Bet  skinęła  na  Stena,  aby  towarzyszył  jej  do  terminala  komputerowego.  Trójka  pozostałych  zaczęła
szukać następnych czujników alarmowych.

- Nie możemy zostawić żadnych śladów naszego pobytu zaszeptała.

Jej  palce  śmigały  po  klawiszach  terminala.  Najpierw  wywołała  program  dotyczący  czujników
alarmowych  i  rozkazała  wykrywaczom  ciała  ludzkiego,  aby  nie  "widziały"  ich  obecności.  Potem
zajrzała w "Spis inwentarza". Studiowała go uważnie, zrobiła parę notatek i zamknęła listę.

-  Możemy  brać  tylko  te  rzeczy.  Nikt  nie  będzie  za  nimi  tęsknił.  Dała  sygnał  innym  i  zabrali  się  do
roboty, metodycznie zbierając swoje łupy.

Gdy jeden z nich dźwigał ostatnią skrzynkę do stosu zdobyczy, ustawionego przy otwartym wylocie,
inni usłyszeli lekki, skrzeczący odgłos. Poszukali schronienia, gdy hałas stawał się coraz głośniejszy.

Robot  -  strażnik  wytaczał  się  zza  rogu,  czułki  miał  wyciągnięte  w  poszukiwaniu  oznak  obecności
ludzi.  Buntownicy  wstrzymali  oddechy,  gdy  czułki  przeszukiwały  teren  dookoła.  Wreszcie  zostały
wciągnięte i robot potoczył się w kierunku wyjścia.

Nagle zapiszczał i stanął. Jeden z ludzi zdusił jęk. Zostawił skrzynkę stojącą na środku podłogi, gdy
uciekał  z  pola  widzenia.  Szum  zasilania  robota  wzmógł  się.  Z  korpusu  wyłonił  się  paralizator  i
czujniki  strażnika  przeszukiwały  magazyn,  szukając  celu.  Nie  włączył  alarmu. Ale  nie  miał  jeszcze
pewności.  Chociaż  to  mało  prawdopodobne,  jakiś  zepsuty  mechaniczny  robotnik  mógł  zostawić  tę
skrzynię poza ułożonymi starannie stosami.

Bet obróciła się do Stena. Wskazała w górę na wysoki stos pojemników. Wysunęli się ze swojego
ukrycia i prześlizgnęli w kierunku stosu. Dziewczyna wspięła się na ramiona Stena, znalazła miejsce
na stopę i kontynuowała drogę na samą górę. Osiągnęła szczyt i przypadła do skrzynek, gdy jedna z
nich głośno zatrzeszczała pod nogą.

Robot obrócił się w stronę dźwięku.

background image

Przerażona Bet podniosła ciężki pojemnik i zrzuciła go na dół. Broń robota podniosła się i spadający
pojemnik roztrzaskał się na niej. Cały magazyn wypełnił się najbardziej odrażającym smrodem, jaki
Sten  kiedykolwiek  czuł.  Z  pojemnika  wydobył  się  płyn,  który  zmoczył  robota.  Maszyna  zaczęła
natychmiast kręcić się dookoła własnej osi.

Sten  złapał  spadającą  Bet.  Dławiąc  się  smrodem  zakryli  usta  i  nosy.  Rozpoznali  ten  zapach  jako
syntetyczne,  stężone  piżmo.  Z  mechanicznym  jękiem  robot  zatrzymał  się  w  swoim  szaleńczym
wirowaniu i wyciągnął broń, wymachując nią niepewnie.

Sten  popatrzył  na  Bet,  która  uśmiechnęła  się  i  odważnie  wyszła  zza  stosu  wprost  w  pole  widzenia
robota. Nawet jej nie zauważył. Sten podążył za dziewczyną, gdy szła niedbale tam, gdzie ukrywali
się inni. Wszyscy zaczęli ciągnąć łupy do otworu. Za nimi robot nadal niezdecydowanie wymachiwał
bronią.

Bet  nienawidziła  swojej  lalki.  Zabawka  była  miękka  i  przytulna,  zaprogramowana  do  roli
najlepszego przyjaciela małej dziewczynki. Bet dostawała gęsiej skórki trzymając ją blisko siebie.

Miała  już  dziesięć  lat  i  została  przeniesiona  na  Oddział  B,  na  drugi  etap.  Matki  Żłobka  nadal
rozdzielały  miłość,  ale  teraz  używano  jej  jako  nagrody  za  rezygnację  ze  wspólnej  zabawy  -
zachęcano dzieci do spędzania czasu w samotności. Do oglądania kreskówek.

Bet nigdy nie pozwoliła sobie na okazanie tego, co czuje do lalki. Widziała inne dzieci, które zostały
ukarane za ignorowanie czy maltretowanie tych zabawek. Zdawało się, że to jedyny grzech, jaki mogą
popełnić. Nie wiedziała, dlaczego tak czuje. Jej lalka była dokładnie taka jak inne: mała dziewczynka
chłopcy mieli małych chłopców - z cienkimi, długimi nogami i rękami oraz wielką głową. Na twarzy
miała szczęśliwy uśmiech, dla Bet wyglądający jak grymas idioty.

Ale pewnej nocy nie mogła już znieść tego przytulania się zabawki w łóżku i szeptu do ucha, błagania
o  podzielenie  się  dziewczęcymi  sekretami.  W  nagłym  napadzie  wściekłości  rzuciła  nią  o  podłogę.
Natychmiast przeraziła się. Co zrobiła najlepszego?

- Laleczko, obudź się. Nie umieraj...

Lalka otworzyła oczy i zaczęła mruczeć.

- Bet, czy wszyscy są szczęśliwi?

Bet skinęła głową.

- Czy nie chciałabyś położyć się ze mną i przytulić mnie i mogłybyśmy.... byśmy... byśmy opowiadać
sobie historyjki.

- Tak, Laleczko.

Podniosła  ją  na  pryczę  i  posłusznie  położyła  się  obok.  Lalka  wydawała  się  potem  całkiem  w
porządku, nawet jeśli powtarzała się trochę.

background image

Tak  naprawdę  to  zabawki  te  były  wysoce  skomplikowanymi,  zdalnie  sterowanymi  czujnikami
głównego  komputera  programu  Żłobka.  Rejestrowały  wszelkie  zmiany  fizyczne  i  psychiczne.  Mały
aparat kontrolował bliskość, dzięki temu komputer i jego operatorzy wiedzieli, kiedy jakieś dziecko
znajdowało  się  poza  zasięgiem  lalki.  Miało  to  wielkie  znaczenie,  ponieważ  dziecko  musiało  czule
przytulać  zabawkę,  zwłaszcza  w  nocy.  W  ten  właśnie  sposób  bowiem  urządzenie  precyzyjnie
podawało  konieczną  dozę  preparatu  -  zastrzyki  zakłócające  percepcję,  powodujące  wzrost
uzależnienia emocjonalnego oraz hamujące fizyczne i emocjonalno - seksualne dojrzewanie.

Kiedy  Bet  walnęła  lalką  o  ścianę,  spowodowała  lekkie  uszkodzenie  czujników.  Nadal  określały  ją
jako  dziecko  na  umysłowym  i  fizycznym  poziomie  dziesięciolatka,  a  więc  stwierdzono  u  niej
raptowne - i pożądane - zatrzymanie się rozwoju i podawano tylko minimalne ilości preparatu.

W  ciągu  dwóch  lat  Bet  zauważyła  różnicę  między  nią  a  innymi  dziećmi.  Chłopcy  mieli  okrągłe
policzki i nie rozwijali się. Dziewczynki nadal chichotały i bawiły się w proste gry.

Bet  nauczyła  się  zawsze  być  sama  i  ostatnia  wchodzić  pod  prysznic,  ponieważ  jej  piersi  i  biodra
zaczęły się rozwijać. Na szczęście dojrzewała na tyle wolno, że nie wystąpiła miesiączka.

Cały  czas  zdawała  sobie  sprawę,  że  coś  jest  straszliwie  nie  w  porządku.  Coś  złego  działo  się  z
innymi  dziećmi  i  ze  Żłobkowymi  Matkami.  Czuła,  że  sprawy  zmierzają  ku  okropnemu  zakończeniu,
ale nie mogła nic z tym zrobić. Była bezsilna.

Sten  pomyślał,  że  Bet  i  Fadal  posunęły  się  odrobinę  za  daleko.  Ubrane  jak  dziwki  uwodziły
podpitego Techa. Sten podglądał ze swojego ukrycia i kręcił głową. Nie z powodu tego, co robiły -
to  stanowiło  część  planu  -  ale  z  powodu  ich  wyobrażenia  na  temat,  jak  wyglądają  dziwki.  Nie
widział  takiego  migotania  od  czasu,  gdy  kadź  z  kryształami  wybuchła  w  Sekcji  Zewnętrznej.
Przysunął się bliżej i słuchał.

-  Czy  wy  dziewczyny  nie  jesteście  trochę  za  młode,  co?  Tech  oblizał  wargi  i  przyjrzał  im  się
uważnie.

- Nie przejmuj się, ja i moja siostra mamy dużo doświadczenia.

- Twoja siostra, co? To wspaniale. Czy jesteście pewne, że wasz tatuś nie będzie miał nic przeciwko
temu?

- A powinien? To był jego pomysł. Mówi, że jeszcze dwa lata i skończy się jego kontrakt, przy tej
forsie, którą przynosimy.

- Jego pomysł, co? No, słyszałem, że dzieci Migów dorastają szybko, ale myślałem, że to tylko bajki.

Bet i Fadal objęły go ramionami i poprowadziły do pokoju.

- Chodź. Zabawimy się.

Tech zdążył się już prawie rozebrać, gdy Sten zaczął kopać w drzwi.

background image

- Co u diabła! Co się dzieje?

Tech niemal dostał ataku serca. Wyglądał prawie jak owłosiona dziewica, gdy usiłował zakryć się
jedną ręką, drugą macając w poszukiwaniu spodni.

- Ale.. Ale... Co ty... Kim jesteś? Sten podniósł wielki klucz.

- One są moimi siostrami, oto kim jestem.

Odwrócił się do Bet i Fadal, kulących się na łóżku w udawanym przestrachu.

- Marsz do domu.

Wyszły szybko. Sten zamknął drzwi i zrobił krok w kierunku Techa.

- Mam zamiar dać ci lekcję. Chciałeś zgwałcić moje siostry, .co?

- Ale, słuchaj, one mówiły, że są...

-  Co?  Teraz  nazywasz  je  dziwkami?  Mój  Boże,  ale  ty  masz  tupet.  -  Podniósł  klucz  wyżej,
przygotowując się do zadania ciosu w łysą czaszkę Techa.

- Zaczekaj! - Może o tym porozmawiamy?

Sten zniżył klucz.

- Niby o czym?

Tech sięgnął do kieszeni i wyciągnął swoją kartę. Machnął nią w kierunku Stena.

- Mam dużo kredytów... bardzo dużo. Podaj swoją cenę.

Sten uśmiechnął się. Oron miał rację. To były łatwe pieniądze.

Głosy.  Bet  kręciła  się  nie  mogąc  zasnąć;  dawka  środków  oszałamiających  wstrzyknięta  przez  lalkę
nie  wystarczała  dla  dwunastoletniego  organizmu.  Bet  wychyliła  się  ze  swojej  pryczy  i  spojrzała
przez  sypialnię.  Światła.  Ściszone  mruczenie.  Zaczęła  wstawać,  spojrzała  na  lalkę  i  zawahała  się.
Zabawka zawsze "wiedziała", czy jest przytulana. Ale czy wiedziała, przez kogo?

Bet podniosła koc na następnym łóżku. I tak nie za bardzo lubiła Susi. Włożyła lalkę w jej ramiona.
Wskoczyła w kombinezon i przeszła przez oddział.

Na  wpół  zakazane  drzwi  na  korytarz  stały  otworem.  Rozejrzała  się  dookoła.  Wszystkie  dzieci  były
pogrążone w głębokim, narkotycznym śnie. Odetchnęła głęboko i  wyszła.  Centramy  korytarz  jaśniał
światłami. Na jednym z końców dostrzegła otwarte okno od czegoś, co zapewne było laboratorium.
Trzymając się blisko ściany, podkradła się tam.

background image

Głosy  odezwały  się  znowu.  Jeden  był  wysoki  i  dźwięczał  tak,  jakby  należał  do  bardzo  małego
dziecka.

-  Zrobiłem  to  bardzo  dobrze  dzisiaj,  prawda,  tatusiu?  Przesunąłem  ten  wielki  statek  aż  do  doku
zupełnie sam. Prawda, że to dobrze?

Zabrzmiał drugi głos. Ten był głębszy.

- Oczywiście, Tommie. Jesteś najlepszym pomocnikiem, jakiego mamy. Powiedziałem to lekarzowi i
obiecał mi, że dopilnuje, abyś dostał za to coś wspaniałego.

-  Cukierki?  Dostanę  cukierki?  Lubię  miętowe.  Wiesz  o  tym,  że  lubię  miętowe,  prawda,  tatusiu?
Przyniesiesz mi trochę miętowych, dobrze?

- Zobaczymy, synu. Zobaczymy.

Bet  zajrzała  do  środka.  O  mało  nie  wrzasnęła.  W  fotelu  na  kółkach  tkwiło  wyniszczone  ciało
mężczyzny.  Wyglądał  zupełnie  jak  jej  lalka.  Wielka  głowa,  spoczywająca  na  cieniutkiej  szyi.  W
dłoniach  trzymał  gotowe  do  użycia  narzędzia.  Głowa  miała  bezwłosą  twarz  młodego  chłopca,
nienaturalnie powiększoną. Ten wysoki głos wydobywał się z jego ust.

-  Widziałem  niektórych  z  tych  Migów,  o  jakich  opowiadałeś  mi  dzisiaj,  tatusiu.  Jestem  naprawdę
zadowolony,  że  Kompania  nie  pozwoliła  mi  na  wyrośnięcie  na  coś  takiego.  Oni  muszą  chodzić  i
brzydko  pachną.  Nigdy  się  nie  dowiedzą,  jak  to  jest  być  kimś  takim  jak  ja.  Pewnego  dnia  będę
kontrolował dźwigi, i roboty - holowniki. Są takie miłe dla mnie.

-  Oczywiście,  że  Kompania  jest  dla  ciebie  miła,  Tommie  stwierdził  drugi  głos.  Jego  właścicielem
był  normalny  mężczyzna,  ubrany  w  biały  fartuch  laboratoryjnego  Techa.  -  To  właśnie  dlatego
wzięliśmy cię do Żłobka, i dlatego pomagamy ci teraz. Kochamy cię.

- Ja też cię kocham. Jesteś najlepszym tatusiem, jakiego kiedykolwiek miałem.

Bet  obróciła  się  cichutko  i  rzuciła  się  w  głąb  korytarza,  mijając  wejście  do  sypialni.  Biegła.  Nie
wiedziała dokąd, ale nie przestawała, dopóki nie poczuła całkowitego wyczerpania. Zatrzymała się
w zakurzonym, nieużywanym korytarzu. Przytuliła się do ściany i w końcu pozwoliła sobie na łzy. Po
chwili  zauważyła,  że  na  poziomie  podłogi,  w  rogu,  znajduje  się  przykryty  ramą  z  prętami  otwór
kanału  wentylacyjnego.  Pociągnęła  za  to  i  powoli  odsunęła  pokrywę.  Wpełzła  do  odkrytej  w  ten
sposób jaskini i zwinęła się w kłębek. Jej smutek gdzieś znikł i zasnęła.

Gdy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą na wpół martwą, przyjazną twarz Orona:

Wychudły Buntownik wynurzył się z kanału wentylacyjnego, potem machnął ręką za siebie. Sześciu
innych zeskoczyło cicho do pustego korytarza handlowego.

Ktoś gwizdnął; chłopak obejrzał się za siebie. Z kanału wysunął się Sten i wskazał na sklep, będący
celem grupy. Chłopak przesunął się w cień i powoli poruszał się w tym kierunku.

background image

Sten cofnął się nieco, aby stać na straży.

Już  prawie  dziewięć  miesięcy  pozostawał  z  gangiem  Grona.  Gron  był  dobrym  nauczycielem  i  Sten
szybko  czynił  postępy.  Teraz  już  sam  planował  i  prowadził  łupieżcze  rajdy.  Był  dumny  z  tego,  że
żaden z jego wypadów nie pociągnął za sobą ofiar i że bardzo rzadko powracali bez imponującego
łupu.

Wiedział jednak, że takie szczęście nie będzie trwało wiecznie. Wcześniej czy później mogą natrafić
na  ekipę  "zamiataczy"  i  zostać  zniszczeni.  Takie  było  życie.  Widział  kiedyś,  podczas  zwiadu,
rezultaty  takiej  akcji.  Strażnicy  nie  zadali  sobie  nawet  trudu,  aby  zabrać  ciała.  Choć  szczątki  były
poczerniałe  i  wpół  zwęglone,  mógł  stwierdzić,  że  Buntownicy  nie  umierali  szybko.  Zwłaszcza
dziewczyny.

Pomyślał o Bet. Nadal pozostawała - niezależnie od jego przyjaźni z Gronem - jedyną przyczyną, dla
której trzymał się z gangiem. Sten kochał ją. Chociaż nigdy nie miał dosyć śmiałości, aby jej o tym
powiedzieć. Ona była... Ona była... Otrząsnął się z chwilowego zamyślenia i czuwał dalej.

Buntownicy  dotarli  do  sklepu.  Zabłysły  małe,  tnące  palniki  i  kraty  odpadły.  Wychudły  chłopak,
Rabet, odwrócił palnik i wybił szybę. Inni stłoczyli się przy nim, wyciągając wystawione przedmioty
i chowając je do toreb.

Sten  spojrzał  w  dół  korytarza.  Otworzył  szeroko  oczy.  Z  głębi  skradał  się  strażnik  z  paralizatorem
gotowym do strzału.

Sten  oblizał  wargi,  potem  zmienił  pozycję.  Strażnik  znalazł  się  tuż  poniżej  ujścia  kanału.  Sten
wysunął się z otworu i skoczył na wielkiego mężczyznę, nogami uderzając w szyję. Strażnik zwalił
się na podłogę, paralizator wyleciał mu z ręki.

Chociaż  tak  wielki,  mężczyzna  ruszał  się  szybko.  Stanął  na  nogach  odczepiając  ręczny  granat.  Sten
wylądował przez ramię, pociągając nogi za sobą. Rzucił się do przodu, jedną stopę podniósł wysoko,
oderwał  się  od  podłoża,  dołączył  drugą  stopę,  podkurczył  je,  gdy  palec  strażnika  gmerał  przy
zawleczce granatu.

Nogi  Stena  z  wielką  siłą  uderzyły  w  głowę  strażnika.  Jego  kark  pękł  z  głuchym  chrzęstem.  Gdy
mężczyzna padał, Sten zrobił półobrót i wylądował na równych nogach z gotowym do użycia nożem
w ręku.

Ale nie zostało już nic do zrobienia.

Członkowie  Gangu  spojrzeli  na  martwego  strażnika,  pośpiesznie  zebrali  resztę  rzeczy  z  wystawy  i
wsunęli się z powrotem do kanału.

Gdy  Rabet  wczołgiwał  się  w  otwór,  pokazał  Stenowi  uniesiony  w  górę  kciuk  i  uśmiechnął  się
szeroko.

Sten  kręcił  się  niespokojnie  w  swojej  pryczy.  Nie  mógł  zasnąć.  Ciągle  myślał  o  strażniku,  którego
zabił, i o poszarpanych ciałach Buntowników, umierających po długiej agonii. Musiał wydostać się z

background image

Vulcana.  Musiał  zabrać  Bet  ze  sobą.  Ale  jak?  W  myślach  obracał  różne  plany.  Wszystkie  już
wcześniej  dokładnie  rozważone.  Wszystkie  bez  szans  na  powodzenie.  Jednak  musi  być  jakieś
wyjście.

Coś zaszeleściło. Odwrócił się i Bet wślizgnęła się przez kotary do wnętrza pokoju.

- Co ty robisz?

Miękka dłoń opadła na jego usta, uciszając głos.

- Czekałam każdej nocy. Na ciebie. Nie mogłam już dłużej. Bardzo powoli zabrała rękę, potem ujęła
dłoń Stena i położyła na zamku swojego kombinezonu. W chwilę później strząsnęła ubranie z ramion
i pozwoliła mu opaść na podłogę. Pod spodem była naga.

Stanęła naprzeciwko Stena i zaczęła rozpinać mu ubranie. Odsunął jej rękę.

- Zaczekaj.

Sięgnął za siebie i wyciągnął coś spod poduszki. Mały tobołek. Rozłożył go. To była długa, lejąca
się suknia. Błyszczała i lśniła kalejdoskopem kolorów.

- To dla ciebie. Prezent.

- Jak długo to masz?

- Bardzo długo.

- Och... Założę ją. Później.

Znalazła się w jego ramionach i osunęli się na łóżko. W zupełnej ciszy.

Bet  szła  za  Stenem  w  dół  ciasnego  kanału.  Zwęził  się  jeszcze,  i  musieli  zgiąć  się  wpół.  Nie  miała
pojęcia,  dokąd  idą.  Sten  powiedział,  że  to  niespodzianka.  Minęli  zakręt  i  kanał  skończył  się
metalową ścianą.

- To nie jest niespodzianka - powiedziała. - To ślepy zaułek.

- Zobaczysz.

Sten wyjął kieszonkowy palnik i zaczął ciąć. W parę minut zrobił "drzwi", które tylko strzęp metalu
trzymał na miejscu.

- Zamknij oczy.

Bet zrobiła to i usłyszała świszczący odgłos tnącego dalej palnika i głośny stuk, gdy "drzwi" upadły.

background image

- Możesz już otworzyć oczy.

I  Bet  zobaczyła  "pejzaż"  po  raz  pierwszy  w  życiu.  Miękki  trawnik  łagodnie  opadał  ku  małemu
jeziorku.  Wysokie  zielone  rzeczy,  które,  jak  pomyślała,  były  pewnie  drzewami,  i  na  końcu  jeziora
mały  -  czyżby  z  drewna?  -  domek,  zbudowany  w  starym  stylu.  Komin,  delikatny  dymek.  Jak  na
obrazku. Sten pociągnął ją i podążyła za nim, jakby we śnie.

Popatrzyła  w  górę  i  zobaczyła  jasne,  błękitne  sztuczne  niebo.  Niespokojnie  rzucała  się  do  tyłu,
gotowa uciekać, przestraszona otwartą przestrzenią. Sten objął ją ramieniem i uspokoiła się trochę.

- Przez chwilę wydawało mi się, że upadnę... albo zemdleję. Sten roześmiał się.

- Przywykniesz do tego.

- Gdzie jesteśmy?

-  To  prywatny  obszar  wypoczynkowy  Głównego  Dyrektora  Kadr,  Gaitsona.  Wyjechał  dzisiaj  na
dwudniowy program rekrutacyjny na innych planetach.

- Skąd wiesz?

- Bawiłem się komputerem. Jestem w tym coraz lepszy, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć.

Bet czuła zdziwienie. To było miłe, ale... rozejrzała się dookoła...

- Co będziemy zabierać?

- Nie będziemy niczego zabierać. Mamy wakacje.

- Wakacje? To znaczy...

- Przez dwa dni nie będziemy robić nic, poza cieszeniem się każdą rzeczą, w jaką Gaitson zaopatrzył
to  miejsce.  Będziemy  jeść  to,  co  najlepsze,  pić  to,  co  najlepsze,  i  bawić  się.  Bez  wypraw.  Bez
strażników. Bez strachu.

Sten zaprowadził ją do jeziora. zdjął ubranie i powoli wszedł do wody.

- A w tej chwili biorę kąpiel.

Wszedł trochę dalej. Bet patrzyła, czekając, aż coś się wydarzy. Sten obrócił się i uśmiechnął.

- I co?

- Jak to jest?

- Mokro.

Bet  uśmiechnęła  się.  Potem  zachichotała.  A  potem  roześmiała.  Głębokim,  dźwięcznym  śmiechem.

background image

Pełną  piersią.  Tak,  jak  zwykła  była  robić,  kiedy  była  dzieckiem.  Przed  Żłobkiem.  Zupełnie  nie  jak
Buntownik.

Sięgnęła do zapięcia swojego kombinezonu.

- Sten?

- Tak?

- Nie śpisz?

- Ummmm... nie.

- Tak sobie myślałam.

- No?

- Nie chcę opuszczać tego miejsca. Długa cisza.

- Musimy. Niedługo.

- Wiem o tym. Ale tu jest tak... tak....

Uciszył ją i przyciągnął bliżej. Otarł łzę z policzka.

- Ja stąd odejdę - powiedział.

- Odejdziesz? Co przez to rozumiesz?

- Opuszczę Vulcan.

- Ale to niemożliwe.

- Tak jak i życie, jakie prowadzimy.

- Ale jak?

- Nie wiem jeszcze. Ale znajdę sposób. Bet wzięła go za rękę. Przytuliła ją.

- Weźmiesz mnie ze sobą?

Sten skinął głową. Potem wziął ją w ramiona i trwali tak przez całą noc.

background image

Rozdział 13

Mahoney  zeskoczył  z  ruchomego  chodnika,  przesadził  barierkę  i  wpadł  w  drzwi  do  sklepu.  Zwinął
się w powietrzu, wylądował na nogach i pobiegł.

Zwalił rząd urządzeń, przeleciał przez transporter i przetoczył na pas wywożący śmieci. Wyjechał na
nim  ze  sklepu  i  znalazł  się  parę  stóp  nad  drugim  chodnikiem,  prowadzącym  na  południe.  Przesunął
się na brzeg pasa i zawisł na nim na rękach.

Puścił  i  wylądował  na  chodniku.  Odetchnął  głęboko  kilka  razy  i  otrzepał  ubranie.  Gubienie  tego
ogona, pomyślał, staje się coraz trudniejsze. Thoresen i jego służba bezpieczeństwa najwyraźniej za
bardzo  interesowali  się  ruchami  sierżanta  Inna  Mahoneya  z  Gwardii  Imperialnej,  z  podsekcji
Kontroli Jakości Racji Polowych.

Jak dotąd "opieka" nad nim nie przekraczała granic normalnego dla Vulcana paranoicznego nadzoru
nad każdym cudzoziemcem. Miał taką nadzieję. Ale gdyby znaleźli go teraz, to na pewno zostałby w
końcu  zdmuchnięty.  Udało  mu  się  co  prawda  "pożyczyć"  kartę  Miga  na  wystarczająco  długo,  aby
zdążyć  wyprodukować  przyzwoitą  fałszywkę,  zwędził  też  komplet  ubrań  Miga  i  skierował  się  na
południe, jednak ciągle musiał uważać.

Znajdował się całe mile poniżej Oka. O wiele dalej, niż pozwalały przepustki Kompanii.

Gdyby  w  tych  rejonach  został  zdemaskowany  przez  służbę  bezpieczeństwa  albo  strażników,
Kompania  prawdopodobnie  uznałaby  przerobienie  go  na  nawóz  dla  najbliższej  farmy  kwiatków  za
prostsze od brnięcia przez wszystkie formalności deportacji. .

Mahoney  jednak  postąpił  tak  z  pełnym  rozmysłem.  Jakoś  nie  odniósł  do  tej  pory  sukcesów  przy
rekrutowaniu lokalnych agentów. Utknął w Oku i miał dostęp tylko do oczywistych prowokatorów i
Migów tak przerażonych, że nie warto było, zawracać sobie nimi głowy. W każdym razie, osobiste
przystąpienie  do  akcji  wydawało  się  mniej  ryzykowne  niż  zakończenie  misji  i  powrót  do  świata
Primy.

Imperator, myślał Mahoney, nie byłby zachwycony postępami w zbieraniu danych, skoro raport mógł
brzmieć co najwyżej jakoś tak:

1.  Thoresen  bez  wątpienia  tkwi  po  uszy  w  konspiracji  i  nie  pozwala  nikomu,  nawet  członkom
własnego  zarządu,  wtrącać  się  do  swoich  operacji.  Wielka  rzecz.  To  Imperator  wiedział  już  rok
temu, na Primie.

2. Thoresen prowadzi cicho kampanię propagandową przeciwko Imperium, adresowaną szczególnie
do Migów. Ale dopóki używał Doradców jako piorunochronów i postawił tyle szczebli pośrednich
pomiędzy sobą a Kompanią, nie można go ruszyć. Mahoney stwierdził, że działania się toczą, ale nie
mógł powiedzieć nic ponad to, że odznaczają się dużą intensywnością.

background image

Żachnął  się  sam  na  siebie.  Każdy  zwykły  szeregowiec  z  rezerwy  Sekcji  Modliszki  mógłby  się  tyle
dowiedzieć albo i wracać, żeby zostać zbieraczem gówna.

3.  System  bezpieczeństwa  planety  został  wzmocniony  i  krążą  uporczywe  plotki  jakoby  niektóre  z
produktów Kompanii przerabiano na wyposażenie wojskowe. Jak dotąd, nie można tego udowodnić.
I nawet gdyby Mahoney mógł dowieść prawdziwości tego twierdzenia, to Kompania zawsze była w
stanie uspokajać głosząc, że planuje ekspansję w Sektorze Pionierskim.

- Całkowite i absolutne nic, tyle mam - zamruczał Mahoney. I nagle zamarł. Daleko w przodzie, w
dole  chodnika  zobaczył  kordon  strażników  sprawdzających  karty  w  przenośnym  komputerze.  Jego
fałszywka  nie  była  aż  tak  dobra.  Szybko  zeskoczył  na  najbliższym  skrzyżowaniu,  stanął  na
prostopadłym  chodniku,  który  przesuwał  się  piszcząc  aż  do  wielkiej  kopuły.  Tu  też  była  blokada  i
sprawdzanie kart identyfikacyjnych.

Mahoney uskoczył na bok. Spokój. Iść powoli. Oddychać powoli. Wyglądać rześko. Trochę na haju.
Po  prostu  właśnie  zszedłem  ze  zmiany  i  wracam  do  swojego  mieszkania.  Wszedł  w  zwężający  się
korytarz, potem spokojnie zboczył w kolejny.

Obrócił się przy wejściu i wielkim skokiem ominął następny zakręt.

Zatrzymał się. Czekał. Nasłuchiwał. No oczywiście. Kroki za nim.

Jasne, wmanewrowano go. Ale nie miał zbyt wielu możliwości do wyboru. Poruszając się tak wolno,
jak tylko potrafił, pociągnął nagonkę głębiej w opuszczone sektory Vulcana.

Pierwszy  z  nich  popełnił  błąd  usiłując  zaskoczyć  Mahoneya  z  mijanej  ślepej  uliczki.  Pułkownik
Imperium prześlizgnął się pod skórzaną pałką i uderzył łokciem w gardło zbira. Kopniakiem wytrącił
broń z dłoni drugiego opryszka, złapał ją w powietrzu i nacisnął spust. Strażnik uchylił się, a wtedy
Mahoney z całej siły uderzył pięścią w postawę czaszki.

Dwóch.  Odwrócił  się  i  stwierdził,  że  tamci  tylko  blokowali  przejście.  Trzech  następnych
nadchodziło zza rogu. Jeden z nich miał broń. Wycelowaną.

Przywiązany do pręta paralizator, ciśnięty ze znajdującego się wyżej otworu wentylacyjnego, trafił w
oko uzbrojonego mężczyzny. Ten wrzasnął i runął na ziemię.

Mahoney  szedł  nadal  do  przodu,  chcąc  zmniejszyć  odległość  między  sobą  a  przeciwnikami,  gdy  z
otworu  kanału  wentylacyjnego  wyskoczył  młody  mężczyzna.  Jego  prawa  ręka  śmigała  tam  i  z
powrotem.

Oficer Imperium zamrugał, gdy głowa drugiego ze strażników oddzieliła się od tułowia, opryskując
wszystko fontanną krwi. Chłopak skulił się w obrocie. Podnosząc się do góry, zatoczył nożem pełne
koło.

Mahoney  zauważył,  że  trzyma  on  nadgarstek  swoją  wolną  dłonią,  używając  jej  jako  przewodnika.
Wiedząc to...

background image

Trzeci człowiek upadł z nożem tkwiącym głęboko w piersi. Młody mężczyzna schylił się, wyciągnął
nóż i wytarł go w ubranie trupa. Młody. Dobry. Odważny.

Mahoney  stał  bardzo  spokojnie  i  pozwolił  chłopakowi  przejść  obok.  Następny  chłopak  -  nie,
dziewczyna, wyskoczyła z otworu. Zabrała swoją broń.

Około dziewiętnastki, nieduży, powiedzmy sześćdziesiąt kilogramów. Poprawka: dziewiętnaście na
czterdzieści. Wyglądał jak każdy bezdomny dzieciak z parszywego świata, tyle że się nie płaszczył.
Mahoney  pomyślał,  że  pewnie  zawsze  nosił  głowę  wysoko.  Buntownik.  Oficer  prawie  się
uśmiechnął.

Sten  popatrzył  na  niego,  a  potem  na  leżące  obok  dwa  ciała.  Całkiem  dobrze,  jak  na  starego
człowieka.  Wyglądał  tak  gdzieś  na  czterdziestkę,  duży.  Sten  nie  potrafił  określić  go  precyzyjnie  z
powodu  kombinezonu  Miga.  Nic  dziwnego,  przecież  znał  tylko  trzy  kasty,  a  spotkał  się  twarzą  w
twarz tylko z dwiema.

- Pewnie wkrótce będzie ich więcej, przyjacielu - powiedział Mahoney. - Lepiej skróćmy wstępne
formalności.

- Nie ma pośpiechu. Nigdy nie widziałem pięciu strażników wysłanych za jednym człowiekiem. Co
takiego zrobiłeś?

- To trochę skomplikowane...

- Sten. Patrz.

Sten nie zdjął wzroku z Mahoneya. Bet wstała znad ciał i trzymając trzy karty podeszła do nich.

- To nie byli strażnicy. Mają karty Execów!

- To służba bezpieczeństwa Thoresena - stwierdził Mahoney. - Musieli iść za mną od Oka.

- Ty nie jesteś... jesteś cudzoziemcem.

- Tak.

Sten podjął decyzję.

- Rozbieraj się.

Mahoney najeżył się, potem załapał i zaklął. Dzieciak miał rację. Zdjął kombinezon, potem ściągnął
buty. Swoje własne buty z Primy. Zważył jeden na próbę w dłoni, potem trzasnął nim o ścianę. Obcas
pękł i szczątki małego przekaźnika posypały się na podłogę.

Sten kiwnął głową.

background image

- Dzięki temu mogli iść za tobą. Nałóż teraz ubranie z powrotem.

Złączył dłonie i podsadził Bet do otworu. Wyciągnęła rękę i pomogła mu wejść.

Wewnątrz kanału obrócił się, podczas gdy Mahoney podskoczył, złapał za krawędzie obiema rękami
i podciągnął się do środka.

- Trochę trudne dla kogoś w moim wieku.

- To nie kwestia wieku - powiedziała Bet.

- Idź za nami - stwierdził krótko Sten. - I nie gadaj.

Mahoney zamrugał znowu, gdy Sten schował swój nóż... najwyraźniej do ramienia. Potem pobiegł za
nimi w dół krętego przewodu.

background image

Rozdział 14

Nie, Fadal. Z pewnych przyczyn ja... pamiętam, czym jest Imperium - powiedział Oron.

Mahoney zaczął pytać. Sten pokręcał głową.

- Wywiad?

- Oczy.

- Aha. I chcesz, żeby moi ludzie... i ja sam, żebyśmy byli twoimi oczami?

- Nie - powiedział Mahoney. - Jestem za blisko zlikwidowania.

Oron popatrzył pytająco na Fadal. Nie odezwała się.

- Thoresen nie wysłałby za mną ważniaków ze służby bezpieczeństwa, gdyby nie był całkiem pewien,
kim jestem.

- Thoresen... szef Kompanii. Twój wróg - zaszeptała Fadal.

- Czego chcesz?

- Muszę mieć potwierdzenie planu Thoresena. Włamałem się do centralnego komputera i nie było tam
nic o Projekcie Brawo poza zestawem wypytujące - ostrzegającym.

- Ten... Thoresen. Ma wyłączny, zastrzeżony dostęp.

- Prawdopodobieństwo ponad dziewięćdziesiąt procent. Wtrącił się Sten.

- Co się stanie, jeśli to tam jest? I masz rację?

- Przyślemy Gwardię. Imperator powoła jakiś rodzaj lepszego rządu. Wszystko ulegnie zmianie. Dla
Migów. Dla wszystkich.

- To za mało - powiedziała Bet.

-  Będziemy  martwi,  zanim  przybędzie  to  twoje  cholerne  Imperium.  A  może  tego  nie  wiesz?  My,
Buntownicy, nie żyjemy na tyle długo, żeby zdążyć się zestarzeć - dodał Stem.

- Sten ma rację. Uciekinier z innej grupy przechodził tędy... kiedy?

- Dwa dni temu - powiedziała Fadal.

background image

- Mówił, że widział strażników w magazynach. Prowadzili ćwiczenia... z paralizatorami - stwierdził
Oron i uśmiechnął się, że aż tyle pamięta. - Niedługo ruszą grupy eksterminacyjne. A nas jest teraz
zbyt wielu, aby im uciec.

- Ile osób masz teraz w gangu?

- Piętnaście - odpowiedziała Fadal.

Mahoney  wykonał  szybką  kalkulację.  Mała  delegatura  Imperium  miała  swoją  własną  śluzę
powietrzną. Jeśli dostanie to, o co chodu, nie powinno być zbyt dokładnego dochodzenia...

- Dostaniecie transport z Vulcana. Dla wszystkich. Na dowolny świat należący do Imperium.

Sten  stwierdził,  że  wstrzymał  oddech.  Westchnął  głęboko  i  popatrzył  na  Mahoneya  z
niedowierzaniem.

-  Jestem  w  stanie  to  zrobić.  Wyprawicie  się  do  kwatery  Thoresena.  Dostarczycie  mi  wszystko,  co
znajdziecie na temat Projektu Bravo, co będziecie w stanie przynieść na statek. Imperium dotrzymuje
umów.

- Wydaje mi się, że nie ma... potrzeby dłużej nad tym dyskutować. Prawda?

Mahoney wstał.

Nie było takiej potrzeby.

Strażnik doszedł do końca swojej trasy i ziewnął. Potem odwrócił się i ruszył w dół korytarza.

Sten  obserwował  z  otworu  w  ścianie...  oddech...  oddech...  oddech...  spokój...  spokój...  naprzód.
Stanąć  na  straży.  Trzymać  się  w  czasie.  Oczy  utkwione  w  plecach  strażnika.  Blisko.  O  krok.
Wewnątrz trzymetrowej strefy bezpieczeństwa. Namierzyć cel. Przestać myśleć.

Lewa  ręka  Stena  owinęła  się  dookoła  szyi  strażnika.  Szarpnął  mocno  do  tyłu  jego  głowę  i  wsadził
nóż  głęboko  w  nerki.  Wstrzymał  oddech.  Mężczyzna  zacharczał.  Sten  przeszedł  na  bok,  gdy  ciało
upadło,  potem  zaciągnął  je  z  powrotem  do  otworu  i  wepchnął  do  środka.  Pobiegł  w  dół  korytarza,
tam, gdzie zaczynała się strefa Execów. Znalazł odpowiednie płyty i zaczął je odczepiać.

Kiedy Buntownicy rozmyślali nad kompletnymi planami Oka, zwędzonymi dla nich przez Mahoneya z
Centrum dla Gości, znaleźli sposób.

Najwyraźniej  Execowie  byli  bardziej  wrażliwi  niż  Techowie  czy  Migowie.  Większość  dróg
przelotowych, zwłaszcza przy terenach zamieszkałych przez osoby wyższe rangą, była odseparowana
wewnętrznymi, ekranującymi hałas ścianami.

Płyty  oddzieliły  się  gładko  i  Sten  skinął  ręką.  Czternaścioro  Buntowników  wysypało  się  z  otworu
wentylacyjnego  i  dołączyło  do  mego.  Jeden  za  drugim  wślizgiwali  się  do  przestrzeni  między
ścianami. Oron był w środku, z pustą twarzą. Prowadziła go Fadal. Sten zaklął cicho, mając nadzieję,

background image

że pamięć przywódcy wróci szybko, bo jeśli poniosą klęskę, większość z nich zginie w Oku. Nawet
jeśli kilkorgu uda się uciec na południe, na terytorium Migów, to i tak nie będzie końca wyprawom
eksterminacyjnym.

Znowu pomyślał, że przecież nie mieli wyboru. Bet zgodziła się z nim niechętnie. A potem wahali się
pomiędzy chęcią zobaczenia nowych światów, a obawą, czy będą tam pasować. Sten stwierdził, że to
dobry znak.

Przestrzeń  między  ścianami  zwęziła  się.  Sten  wciągnął  brzuch.  Muszą  być  jakieś  drzwi.  Jego  pierś
uwięzła  na  chwilę.  Prawie  wpadł  w  panikę,  ale  przypomniał  sobie,  że  musi  wypuścić  z  płuc
powietrze. Przeszedł z łatwością.

Przyczaili się obok wielkich, podwójnych drzwi do kwatery Thoresena. Sten z ciekawością dotykał
materiału.  Szorstki.  Ziarnisty.  Jak  zużyta  stal.  Ale  jeszcze  bardziej  szorstki.  Sten  zastanawiał  się,
dlaczego Thoresen nie kazał tej powierzchni chyba organicznej - bardziej wygładzić.

Bet przestroiła nadajnik na inną częstotliwość i dotknęła nim do drzwi. Zamknęła oczy... przebiegała
palcami po klawiszach. Dźwięki to nasilały się, to słabły w uszach Stena. Coś zaskoczyło. Główny
zamek stał otworem.

Bet  wyciągnęła  z  torby  plastikowy  pręcik.  Włączyła  ogrzewanie  i  włożyła  narzędzie  do
odpowiedniego  otworu  w  drzwiach.  Na  końcu  pręta  znajdował  się  duplikat  odcisku  palca
wskazującego  Thoresena,  podgrzany  do  temperatury  ludzkiego  ciała.  Sten  zastanawiał  się,  jak
Mahoney to zdobył.

Drzwi brzęknęły - członkowie grupy sięgnęli po broń i otworzyły się.

Weszli po cichu do środka. Czas zatrzymał się. Byli w raju.

Pokrywa kopuły pozostawała otwarta i przed nimi migotała przestrzeń. Tylko Sten widział przedtem
Vulcan  z  zewnątrz.  Miał  wystarczająco  dużo  przytomności  umysłu,  aby  miękko  zamknąć  drzwi  i
rozejrzeć się dookoła.

W kopule nie było nikogo innego.

Ogród.  Z  rozrzuconymi  gdzieniegdzie  meblami,  otoczonymi  łagodnie  przez  kwitnącą  roślinność,
zupełnie  jakby  ktoś  usunął  z  wielkiego  domu  ściany,  sufity,  podłogi,  pozostawiając  na  miejscu
wszystkie sprzęty.

Ruszyli do przodu, rozglądając się.

Sten  dostrzegł  detektor  ruchu,  obracający  się  w  ich  kierunku.  Pobiegł  do  przodu  i  przeciął  nożem
przewody.  Zlokalizował  pozostałe  kamery  i  wskazał  je.  Buntownicy  skinęli  głowami.  Ruszyli  do
przodu, klucząc pomiędzy nieznanymi roślinami.

Sten,  Oron  i  Bet  trzymali  się  razem,  szukając  czegoś,  co  wyglądałoby  na  biuro.  Z  boku  kopuły

background image

znajdowała  się  wysmakowana  salle  d'armes.  Broń  biała  i  palna,  pochodząca  z  wielu  różnych
światów i kultur, zdobiła ściany. A po drugiej stronie imponujący, wolno stojący pień, który musiał
być  biurkiem.  Obok  niego  najbardziej  skomplikowany  panel  komputerowy,  jaki  Sten  kiedykolwiek
widział. W pobliżu w zieleń wkomponowano stylizowaną rzeźbę wyjątkowo tłustej kobiety.

Sten popatrzył pytająco na Orona. Jego oczy jasno błyszczały. Machnął w kierunku rzeźby.

Sten  i  Bet  podeszli  do  niej.  To  musiało  być  to.  Na  przodzie  krzyżowały  się  dwie  wąskie  wiązki
promieni  ITV.  Sten  wyjął  zza  pasa  promiennik  ultrafioletu,  włączył  go,  ustalił  natężenie  i  poprzez
pokój skierował na rzeźbę.

Kilka minut zabrało znalezienie małego pęknięcia w postaci. Sten wypróbowywał różne możliwości.
To nie było proste. Znalezienie sekwencji otwierającej mogłoby zająć wieki.

Oron  odwrócił  się  i  Sten  wyjął  mały  maser  z  jego  plecaka.  Otworzył  go,  skierował  na  pęknięcie  i
włączył.  Lekkie  przyciśnięcie  spustu  i  rzeźba  rozsypała  się  w  proch,  odsłaniając  sejf  o  drzwiach
otwierających  się  na  dotyk.  Sten  bardzo  ostrożnie  wyciągnął  zamrażasz  ze  swojego  plecaka  i
odczepił mały statyw.

Otworzył  zamrażasz  i  po  pokoju  rozpyliła  się  biała  mgiełka,  pochodząca  ze  znajdującego  się  w
środku  cylindra  o  temperaturze  bliskiej  zera  absolutnego.  Sten  założył  rękawice  izolacyjne  i
przyłączył cylinder do statywu, celując dyszą wylotową na prawą stronę drzwiczek do sejfu. Zwolnił
spust i odsunął się na bok.

Z  cylindra  wytrysnęła  smużka  bieli  i  skrystalizowała  się  na  grubych,  stalowych  drzwiach  sejfu.
Potem  Bet  wyjęła  ze  swojego  tobołka  młotek  i  uderzyła.  Metal  prysnął  jak  szkło.  Cała  trójka
uśmiechnęła się do siebie.

Dotarli do środka.

Papiery, następne papiery, sterty kredytów Imperium. Sten zaczął zbierać banknoty do torby, ale Oron
machnął do niego ręką. Nie.

I wreszcie znaleźli czerwoną, cienką teczkę. "Projekt Bravo". Mieli go!

Żadne  z  nich  nie  zauważyło,  że  jeden  z  młodych  Buntowników  wszedł  do  salle.  Zafascynowany
archaiczną długą bronią, zdjął ją ze ściany. Cicho trzasnął umieszczony wyżej przełącznik.

Sten sięgnął po teczkę Projektu trzymaną przez Orona. Nagle w oczach przywódcy znów pojawiła się
pustka.  Ze  zdziwieniem  popatrzył  na  teczkę  i  wstał.  Akta  ześlizgnęły  się,  papiery  rozsypały  po
podłodze.  Sten  zaklął  cicho  i  zaczął  je  zbierać.  Nie  usiłował  ich  uporządkować,  tylko  pracował
najszybciej, jak potrafił.

Pierwszy strzał trafił trzech Buntowników w pierś, a część bocznego podmuchu zniszczyła listowie.
Strażnik stojący w drzwiach wciskał spust z całej siły i obracał się.

Następny ładunek uderzył w chłopaka, który przedzierał się przez krzaki, w połowie wypalając mu

background image

pierś.  Chrypliwe  krzyki  przerwały  ciszę.  Strażnik  wycofał  się  za  drzwi  -  wyczerpała  mu  się
amunicja.

Bet  wyszarpnęła  granat  z  plecaka,  wyciągnęła  zawleczkę  i  rzuciła  go,  padając  na  ziemię,  jakby
śmierć przypalała jej głowę.

Sten potoczył się w kierunku salle, kuląc się za pierwszym schronieniem, jakie zobaczył.

Trzy połączone zbiorniki, z długą rurą i bliźniaczymi uchwytami. Jakiś rodzaj broni.

Plakietka  powyżej  eksponatu  muzealnego  informowała:  "Ziemia  preimperialna.  Zachowane.  Broń
ogniowa".  Sten  miał  szczęście,  że  Thoresen,  jak  wielu  innych  kolekcjonerów,  utrzymywał  swój
arsenał  w  stanie  gotowym  do  użycia.  Sten  złapał  za  oba  uchwyty  i  mocno  pociągnął.  Zobaczył
pyknięcie  na  grzybkowatym  zakończeniu  dyszy  wylotowej,  mały  płomyk,  a  potem  smolisty,  czarny
ogień wylewający się z węża.

Trysnęło na pięćdziesiąt metrów poprzez pokój - daleko większy zasięg, niż planowali zmarli eony
temu konstruktorzy tego urządzenia - i napalm dosięgnął strażników. Zaczęli wrzeszczeć, śmierć była
wyjątkowo  bolesna,  zarówno  jeśli  człowiek  miał  tyle  szczęścia,  aby  wciągnąć  powietrze  do
wypalanych płuc, jak wtedy, gdy lepki napalm przepalał aż do kości. Ale jeden z mężczyzn przestał
wrzeszczeć na to mgnienie, potrzebne, aby wystrzelić z trzymanej wciąż broni, gdy jakby nieobecny
duchem, lekko zdziwiony Oron szedł ku drzwiom. Jego głowa przetoczyła się przez pokój.

Sten w osłupieniu, jak robot, postępował do przodu, przesuwając dyszą tam i z powrotem. Zacisnął
palec na spuście, oczy miał szeroko rozwarte, puste. I nagle ogień przygasł i wycofał się do węża.

Sten odrzucił broń i po prostu stał. Bet złapała go za ramię.

- Chodź!

Sten odzyskał przytomność umysłu. Patrol, który blokował wejście, zniknął. Wszyscy zginęli.

Sten i Bet przebiegli przez drzwi i tylko jeden Buntownik poszedł za nimi, wymykając się z ukrycia.

Minęli  wrota  i  rzucili  się  w  głąb  korytarza.  Nie  było  dość  czasu  na  to,  aby  wrócić  do  szczurzych
ścieżek  pomiędzy  ścianami.  Mogli  mieć  tylko  nadzieję,  że  biegnąc  oddalą  się  dość  szybko  od
kwatery Thoresena.

Mknęli  korytarzem  pochyleni.  Pościg  już  ruszył.  Wystraszeni  Execowie  cofali  się,  zamykali  i
blokowali drzwi.

Krata na podłodze. Sten i Bet podnieśli ją. Ustąpiła łatwo.

Sten spojrzał w dół. Droga wiodła w mrok. Nie było przewodów wentylacyjnych. Nie wiedział, po
co ją zbudowano. ale to już nie miało znaczenia. Patrol strażników biegł korytarzem za nimi.

background image

Po  jednej  stronie  błyszczały  wąskie  klamry  wspinaczkowe  i  Sten  zauważył  wejście  do  jakiegoś
tunelu  około  dziesięciu  metrów  poniżej  głównego  korytarza.  Skinął  na  Bet,  aby  weszła  do  dziury.
Wsunęła się ostrożnie do środka i Sten zorientował się, że jest ranna.

Podążył za nią.

Ostatni  z  członków  gangu  potrząsnął  głową,  gdy  trafił  go  pocisk  z  broni  strażnika  i  rozerwał  na
kawałki.

Bet poślizgnęła się, jedna noga spadła z klamry i dziewczyna obsunęła się w dół. Olej. Smar. Łapała
się za klamry, traciła uchwyt. Krzyknęła.

Zbyt  późno  Sten  sięgnął  do  niej,  gdy  spojrzał  w  niezgłębioną  przepaść.  Bet,  krzycząc  bez  końca,
oddalała się od niego. Sten patrzył na jej spadające ciało. Aż zniknęło mu z oczu.

Potem, poruszając się prędko, wślizgnął się do środka i zaczął mozolnie schodzić w dół.

Mahoney przechadzał się po biurze. Po usłyszeniu alarmu włamał się do sieci komputerowej patroli i
usłyszał, że wysłano oddziały uderzeniowe.

Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Sten. Ręce miał puste.

- Dopadli nas. Dopadli. Bet nie żyje. Mahoney pomyślał chwilę.

- Bet. Ta dziewczyna?

- Tak. Nie żyje. Nie żyje. I ten zbiór. Ten, którego chciałeś. Oron go miał.

- Gdzie jest Oron?

- Martwy. Jak Bet. Mahoney pohamował się.

- W porządku. Nie udało się. Ale układ nadal stoi. Mam statek gotowy do lotu.

- Nie. Nie chcę jechać.

- No więc czego chcesz?

- Daj mi broń. Widzisz, Bet nie żyje.

- Wracasz tam znowu?

- Bet nie żyje.

- Tak. Mam tutaj dwie sztuki. W tym biurku.

Sten odwrócił się i podszedł do biurka. Nie słyszał, że Mahoney podchodzi i nie widział uderzającej

background image

go wielkiej pięści. Upadł do przodu, na biurko.

Mahoney podniósł go i usadowił łagodnie na krześle. Potem pozwolił sobie na reakcję.

- Do jasnej cholery!

Potem wziął egzemplarz "Kodeksu" z szuflady. Położył na nim prawą rękę Stena.

- Nie mam pojęcia, jakiego jesteś wyznania. Jeśli w ogóle wyznajesz jakąś religię. Ale to nieważne.
Czy  ty...  jakkolwiek  masz  na  nazwisko,  niech  będzie  Sten.  Imię  nieznane.  Przysięgasz  własnym
życiem  bronić  Wiecznego  Imperatora  i  Imperium...  wiem,  że  tak,  mój  chłopcze.  Czy  uroczyście
przyrzekasz być posłusznym rozkazom, wydawanym ci z mocy prawa, przestrzegać honoru i tradycji
Gwardii  Imperialnej,  jak  tego  wymaga  Imperium?  Przyrzekasz,  na  pewno.  Witam  cię,  Stenie,  w
Służbie Imperium. Nie zrobiłeś błędu zaciągając się do Gwardii. I za osobisty zaszczyt poczytuję to,
że wybrałeś mój macierzysty oddział, Pierwszy Pułk Szturmowców Gwardii.

Odłożył książkę i zamilkł. Zmierzwił Stenowi włosy.

-  Jesteś  nieszczęsnym,  biednym  skurwielem  i  to  wstyd,  że  wszystko  poszło  tak,  jak  poszło.  Mogę
zrobić dla ciebie co najmniej tyle, aby zabrać cię z tego piekła i pozwolić żyć jeszcze chwilę dłużej.

Wcisnął przełącznik interkomu.

-  Poruczniku,  proszę  do  mojego  biura.  Nowy  rekrut  do  Gwardii.  Wydaje  się,  że  zemdlał,  bo  go
poraził majestat Imperium.

Mahoney  wziął  butelkę  alkoholu  z  biurka  i  nie  zawracając  sobie  głowy  szklanką,  wlał  prosto  do
gardła długi łyk.

- Pomyślnych wiatrów, przyjacielu.

background image

Rozdział 15

Thoresen brnął przez wymówki i usprawiedliwienia szefa bezpieczeństwa. Im dłużej patrzył na jego
obraz  w  wideofonie,  tym  bardziej  miał  ochotę  rozwalić  jego  gorliwą  gębę.  "Nie  zrobiono  żadnej
poważniejszej szkody", powiedział ten dureń. I skąd on to wiedział?

Thoresen nie dbał wcale o zniszczenia w swojej kwaterze ani o poszarpane ciała strażników. Ale co
z Projektem Bravo? Schował akta z powrotem. Byłby głupcem, gdyby nie pomyślał, że ktoś widział
wystarczająco wiele z zawartości teczki, aby móc stworzyć zagrożenie.

Thoresen  podniósł  gwałtownie  głowę,  gdy  wyłowił  coś  z  potoku  wymowy,  jakim  zalewał  go  szef
bezpieczeństwa.

- Co pan powiedział?

- Znaleźliśmy ciała trzynastu Buntowników i przeprowadziliśmy ich pełną identyfikację.

- Nie to. Potem.

- Aaa, jedno, może dwoje z nich uciekło. No tak. Miał prawo się bać.

- Kim oni byli?

-  No  cóż,  sir  -  powiedział  szef  -  zbadaliśmy  włosy,  odnalezione  w  pana  kwaterze.  Na  podstawie
komputerowej projekcji chromosomowej ustalono, że ten człowiek to zapewne...

- Sam zobaczę - warknął Baron.

Komputerowy  obraz  budował  się  na  ekranie  powoli,  tak,  jak  na  podstawie  analizy  chromosomów
komórka  po  komórce  odtworzono  obraz  człowieka.  W  końcu  powstała  całkowita,  trójwymiarowa
figura.  Thoresen  uważnie  przyglądał  się  obrazowi,  potem  potrząsnął  głową.  Nie  rozpoznawał
podejrzanego.

- Kto to jest?

-  Mig  o  nazwisku  Karl  Sten,  sir.  Uznano  go  za  zaginionego  w  tym  wybuchu  w  Sekcji  Zewnętrznej
jakiś czas...

- To znaczy, że człowiek odpowiedzialny za cały ten zamęt, żyje? Jak on to zrobił... no, nieważne. To
wszystko.

- Ale, sir, mam jeszcze infor...

background image

- Sam przeczytam ten raport. To wszystko!

Baron  przewinął  raport,  będący  właściwie  życiorysem  Stena.  Nie  zabrało  mu  to  wiele  czasu.  Nie
było tego dużo, jeśli odrzucić cały śmietnik bełkotu prawników i psychologów.

Nagle  znalazł  powiązanie.  Projekt  Bravo.  Sten  został  osierocony  po  wybuchu  w  Obszarze
Rekreacyjnym 26. Dzielnica wróciła, aby go prześladować.

Wcisnął  odpowiedni  guzik  na  konsoli  i  na  ekran  wpłynęła  zaniepokojona  twarz  szefa
bezpieczeństwa.

- Chcę, aby natychmiast odnaleziono tego człowieka. Chcę, aby wszyscy nad tym pracowali.

- A - a - a - le, obawiam się, że to niemożliwe, sir.

- Dlaczego? - wrzasnął Thoresen.

- No cóż, my... odnaleźliśmy go. Jest na statku Imperium, w okolicach...

Thoresen wyłączył go. To niemożliwe. Jak? Potem zebrał myśli na nowo.

Znajdzie tego Stena.

Parę chwil później Baron mówił coś cicho do małego, szarego człowieka na małym, szarym świecie.
Polowanie na Stena zaczęło się.

background image

Rozdział 16 .

Nuklearne  ognie  wykwitły  z  planety,  rysując  ostro  sylwetki  statków  wojennych,  zawieszonych  tuż
ponad atmosferą.

-  H  minus  pięćdziesiąt  sekund.  Odliczanie.  Czerwony  Jeden,  Czerwony  Dwa,  odłączone  do
indywidualnej  kontroli.  Rozpocząć  manewry  wejściowe.  -  Transmisja  ze  statku  komandora
trzeszczała na mostku statku szturmowego.

Kontrolki  ożyły  i  transportowce  floty  wysunęły  się  ze  swoich  orbit  stacjonarnych.  Zabłysły  ognie
rakiet hamujących, gdy statki wytracały szybkość i zbliżały się do krawędzi atmosfery.

-  "Foxfire  Sześć",  stwierdziłem  atak  naziemny.  Przewidywane  spotkanie  za...  hm,  trzydzieści  pięć
sekund. Prawdopodobieństwo trafienia osiemdziesiąt trzy procent. Rozpocząć uniki... - sygnalizował
satelita obserwacyjny.

Pilot  statku  "Foxfire  Sześć"  skręcił  i  wcisnął  pełną  moc  silnika.  Wyciągnął  dyskietkę  z  programem
zygzakowania i wcisnął ją do komputera.

Gdzieś głęboko w trzewiach statku Sten poleciał do przodu, ale zatrzymały go pasy bezpieczeństwa.
Sierżanta  rzuciło  na  ścianę  kapsuły.  Sufit  wirował  dookoła  Stena,  huśtał  się  szaleńczo,  po  czym
odpłynął dalej, gdy sztuczna grawitacja zanikła.

Sten  i  ludzie  z  jego  plutonu  zaklinowali  się  mocniej  w  swoich  antywstrząsowych  kokonach,  gdy
ciążenie wielokrotnie zmieniało kierunek podczas uników transportera.

Głośnik z mostka zaskrzeczał:

- Cztery sekundy do wejścia w atmosferę. H minus trzydzieści... procedura uników antyrakietowych
w toku.

Małe  punkciki  ognia  skoczyły  z  satelitów  I  oraz  O,  gdy  wystrzelono  pociski  antyrakietowe  w
kierunku sześciu wąskich smug dymu mknących w kierunku transportu.

Na tle czerni kosmosu zajaśniały mocne światła.

-  "Foxfire  Sześć",  trafiłem  jednego  z  twoich  ptaszków.  Drugi  z  nich  ma  uszkodzony  żyroskop.
Sugeruję przystąpienie do ataku.

Ogniomistrz  transportowca  skierował  dwie  baterie  gremlinów  na  nadchodzące  rakiety.  Działa
rzygnęły lawiną pocisków.

Rakiety uległy podstępowi i skierowały się w stronę gremlinów. Inne, prawdopodobnie sterowane z

background image

ziemi, leciały nadal ku wielkiej grupie transportowców.

-  "Foxfire  Sześć",  trafienie  z  prawdopodobieństwem  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent.  Sugeruję
odpalenie kapsuł. Wewnątrz kabiny Stena umilkł brzęczyk i głos z komputera oznajmił:

-  Odpalenie  kapsuł  po  krótkim  odliczaniu.  Kontakt  z  powierzchnią  minuta  dwanaście  sekund.  Pilot
transportowca  nacisnął  guzik  odpalania  i  statek  jakby  eksplodował.  Wielki  stożek  oddzielił  się  od
głównego korpusu rakiety i wyrzucił z siebie w przestrzeń dwadzieścia długich kapsuł. Ustawiły się
automatycznie  zgodnie  z  kursem  i  popłynęły  w  kierunku  robota,  ustawionego  wcześniej  w
wyznaczonej strefie.

Posiwiały kapral w kokonie obok Stena powiedział z namysłem:

- Zdaje mi się, że namierzyli nas. Sześć do pięciu, że nas mają, zanim wylądujemy. Cóż. Niech będzie
osiem do pięciu. Chcesz się założyć?

Sten przecząco pokręcił głową i kapsuła znowu zakołysała się dookoła niego.

Minęło  czterdzieści  sześć  sekund,  zanim  statki  inwazyjne,  "Czerwony  Jeden"  i  "Czerwony  Dwa",
odsunęły się od floty. Niebo nad planetą rozgorzało od nuklearnych i konwencjonalnych eksplozji.

Dwie rakiety detonowały w pobliżu statku. Kapsuła Stena zakołysała się.

- Weszliśmy w atmosferę - powiedział kapral.

Radar  umieszczony  w  dziobie  kapsuły  zapiszczał  i  przekazał  komputerowi  polecenie  zmniejszenia
prędkości.  Wielkie  skrzydła  wysunęły  się  z  jej  boków  i  zahuczały  silniki  hamujące.  Pionowe
nurkowanie kapsuły pogłębiało się, aż przednie krawędzie skrzydeł poczerwieniały od żaru, a potem
zrobiły się białe. Ryk powietrza docierał aż do wnętrza.

Niemal  równocześnie  komputer  wyrzucił  z  tyłu  kapsuły  trzy  spadochrony  na  długich  linkach,  a
pulsowanie  rakiet  odrzutowych  miało  zmienić  kurs  tak,  aby  przesunąć  ją  znad  oceanu  na  miejsce
wyznaczone  przez  automatyczny  nadajnik.  Komputer  zużył  dwa  zestawy  przeciwnurkowe,  które
wypaliły się, zanim osiągnięto prędkość poddźwiękową.

Obrona  przeciwlotnicza  dookoła  stolicy  planety,  leżącej  poniżej  kapsuły  Stena,  wystrzeliła  rakiety
krótkiego  zasięgu  ziemia  -  powietrze.  Myśliwce  skakały  i  ślizgały  się  poprzez  czarne  wykwity,  a
potem zniknęły z oczu.

Promienie laserów wskazywały gniazda obrony i bomby spadały prosto na cel.

Druga fala myśliwców przeleciała nad miastem, spuszczając kaskadę bomb zapalających. W samym
centrum  stolicy  wybuchła  burza  ogniowa;  stal  i  beton  płynęły  rzeką,  gdy  miasto  roztapiało  się  w
morzu płomieni.

Jeden ze sterowanych z ziemi pocisków rakietowych namierzył nadlatującą kapsułę Stena, dał pełną
moc,  ale  zagubił  się  w  panującym  zamieszaniu.  Nie  chcąc  wypuścić  ptaszka  z  garści  kierujący

background image

pociskiem oficer zdetonował go ręcznie, mając nadzieję, że spowoduje szkody wybuchem w bliskiej
odległości.

Kapsuła  wylądowała  poziomo  w  szerokiej  alei.  Na  ziemi!  Fala  wstrząsowa  pochwyciła  ją,  jedno
skrzydło ostro zawadziło o ulicę i kapsuła zakręciła się dookoła własnej osi.

Oczy  Stena  zamknęły  się.  Ciemność.  Potem  miniprzeciążenia  ustały  i  drzwi  kapsuły  odskoczyły  na
boki.

Ludzie wysypali się na ulicę.

Sten  potknął  się,  stanął  z  powrotem  na  nogach  i  automatycznie  opuścił  przyłbicę  hełmu.  Poprawił
przekrzywione pasy od pistoletu maszynowego; sprawdził magazynek; odbezpieczył. Klękną na jedno
kolano. Dziesięć metrów od najbliższego żołnierza ze swojego plutonu.

Bezpieczne ustawienie lądowania zakończone. Ryk sierżanta:

-  Pierwszy!  Drugi  oddział!  Manewry!  Trzeci  oddział!  Bezpieczeństwo!  Oddział  rakietowy,
stanowisko za tym pomnikiem! Ruszać się! Szyk rombowy! Naprzód!

Sten i jego oddział ruszyli do przodu, przepatrując uważnie ulicę. Uszy Stena w końcu zdecydowały
się zacząć funkcjonować i słyszał teraz uderzenia obcasów i skrzypienie pasów od broni.

Pierwsza rakieta, wysłana przez ludzi ukrytych za pomnikiem, zaszumiała w powietrzu i obróciła się
w poszukiwaniu celu.

- Chodź już, ty tam. Nie ma czasu na obserwowanie ptaszków. Trzymaj swój...

Oddział padł płasko, gdy waliły się gruzy. Sten przerolował się przez chodnik i wstał.

Schylił się znowu, schodząc z pola widzenia wielkiego, pomalowanego na szaro czołgu, gramolącego
się przez rumowisko w kierunku ich oddziału.

Sten wyciągnął granat zza pasa, odciągnął zawleczkę i rzucił nim w stronę pojazdu. Granat wybuchł,
o metry za blisko, i Sten zanurkował w dół, gdy jedna z dwóch głównych wieżyczek obróciła się w
jego kierunku.

Bębenki w uszach napinały się, a kręgosłup drętwiał, gdy maser czołgu podniósł się do strzału. Mur
ponad nim rozsypał się, gdy fale dźwiękowe zdruzgotały go całkowicie. Sten nie podnosił się, dopóki
czołg nie wycofał się.

Jedna  z  gąsienic  przeszła  o  metr  od  niego.  Sten  słyszał  długi,  bulgoczący  krzyk,  gdy  ktoś  -  jego
partner z drużyny - został zmiażdżony w szerokiej na trzy metry koleinie.

Sten wstał, gdy czołg przejeżdżał, złapał za zwisający koniec ciągniętej przez pojazd liny, dźwignął
się cicho z ziemi, chociaż i tak ryk silnika zagłuszał wszystko. Ostrożnie wypełznął zza czołgu, czując

background image

wyczerpanie, odczepił inny granat i wturlał go pomiędzy wieżyczki.

Odpadł i przytulił się do chodnika. Czołg przejechał jeszcze kilka metrów. Dostatecznie daleko, aby
Sten wyszedł z martwego pola czujników.

Kopuła karabinu maszynowego obróciła się w jego kierunku, broń zniżyła się do strzału, gdy właśnie
wybuchł granat. Detonacja odrzuciła jedną z dwóch głównych wieżyczek. Kręciła się w powietrzu,
aby w końcu zmiażdżyć dwóch kulących się gwardzistów.

Sten leżał, nie mogąc się ruszyć, dwadzieścia metrów za maszyną. Z krateru na jej szczycie buchnął
ogień, zdławiony po chwili gaśnicami. Druga wieżyczka obróciła się do tyłu. Jej karabin maszynowy
zaczął  strzelać  i  pociski  zagrzechotały  obok  Stena.  Krzyknął,  gdy  rozpalony  do  białośca  drut
przeniknął przez jego ramię, ale zerwał się na nogi i zanurkował do przodu, pod czołg, ślizgając się
przez chodnik.

Ból. To boli. Sten zmusił się do powtarzania wyuczonej mantry i zakończenia nerwów zamarły, ból
odpłynął. Ale  ramię  było  bezużyteczne.  Sten  ostrożnie  wypełzł  spod  czołgu  i  przypłaszczył  się  do
ziemi, gdy pociski uderzyły w pancerz tuż obok niego.

Kolumna  nieprzyjacielskiej  piechoty  poruszała  się  powoli  do  przodu,  poprzez  ruiny.  Otworzyli
ogień, gdy tylko Sten ukazał się w ich polu widzenia.

Silnik  zamruczał,  czołg  ruszył  przed  siebie.  Sten  trzymał  się  obok,  starając  się  mieć  go  pomiędzy
sobą a żołnierzami wroga. Słyszał wykrzykiwane rozkazy i rzucił się w dół, patrząc przez luźne koła
gąsienic. Zobaczył nogi biegnące obok w kierunku czołgu. Wyciągnął z plecaka granat dezorientujący
i rzucił go ponad pojazdem. Wizjer jego hełmu pociemniał, pochłaniając światło wybuchu.

Żołnierze przypadli do ziemi. Ogłupiali, nie mając poczucia kierunku ani czasu, zostali wyłączeni z
akcji na co najmniej pół godziny.

Zazgrzytały  biegi  i  czołg  wjechał  w  aleję,  kierując  się  w  stronę  dowództwa  plutonu  Stena.  Sten
złapał za klamrę i ostrożnie podciągnął się na pokrywę maszyny. Ocalała główna wieżyczka strzelała
małymi  ładunkami  w  dół  alei.  Lufy  karabinu  maszynowego  pokrywały  ogniem  budynki  po  drugiej
stronie czołgu.

Sten pełznął przez pancerz w kierunku wieżyczki. W szczelinie obserwatora błysnęło oko i karabin
maszynowy obrócił się w jego stronę. Skoczył na szczyt głównej wieżyczki. Zamrugał...

Sten  siedział  w  pokoju,  jego  głowę  skrywał  błyszczący  stalowy  hełm,  zasłaniający  pole  widzenia.
Wychodziły  z  niego  przewody  transmisyjne.  I  ten  sam  Sten  jechał  na  szczycie  ciężkiego  czołgu,
tocząc walkę na śmierć i życie gdzieś w jakimś bezimiennym świecie.

Paznokcie Stena połamały się, gdy wieżyczka przesuwała się tam i z powrotem, usiłując go strącić.
Skrzypnął właz i Sten rzucił się do przodu, wyciągając równocześnie nóż komandosa z cholewy buta.
Skoczył na czołgistę wychodzącego na zewnątrz z pistoletem gotowym do strzału.

background image

Nóż  trafił  żołnierza  w  usta.  Krew  trysnęła  na  rękę  Stena.  Mężczyzna  wycofał  się  z  powrotem  do
czołgu. Sten otworzył właz do końca, potem szarpnął się do tyłu, gdy z ulicy nadleciały pociski.

Sten  ściągnął  z  ramion  plecak,  uruchomił  granat  z  opóźnionym  zapłonem,  włożył  z  powrotem  i
wrzucił całość przez właz.

Skoczył. Wylądował czując ból naciągniętych ścięgien i wściekłość, cofnął się za niski, zrujnowany
murek,  podczas  gdy  obok  niego  eksplodował  czołg;  niszcząca,  pożerająca  wszystko  kula  ognia
wylała się z maszyny poprzez mur, docierając do Stena. Poczuł, jak jego ciało czernieje i osuwa się
coraz dalej i dalej w śmierć.

Nagranie skończyło się.

Sten zdjął hełm z głowy i rzucił nim przez pokój. Włączył się głośnik.

-  Uczestniczyłeś  właśnie  w  pierwszym  szturmie,  kiedy  twój  pułk,  Pierwszy  Pułk  Szturmowców
Gwardii,  wylądował  na  Demeter.  Pułk  poniósł  straty  wynoszące  sześćdziesiąt  cztery  procent  stanu
podczas  trzytygodniowej  operacji,  ale  w  terminie  zdobył  wszystkie  wyznaczone  obiekty  zgodnie  z
określonym planem.

-  Aby  uczcić  te  osiągnięcia,  Pierwszy  Pułk  Szturmowców  Gwardii  został  nagrodzony,  osobiście
przez  Wiecznego  Imperatora,  prawem  do  noszenia  na  ramieniu  Imperialnego  Sznura  w  kolorach
czerwonym, białym i zielonym. Odznaczenia z Demeter zostały dodane do barw dywizji. Dodatkowo
nagrodzono  wiele  przykładów  heroizmu,  wliczając  w  to  Krzyż  Galaktyczny,  pośmiertnie,  dla
Gwardzisty Jaime Shavala, którego doświadczenia miałeś zaszczyt podzielać w ramach dzisiejszego
testu.

Na koniec głośnik oznajmił:

-  Teraz  nastąpi  trzydziestominutowa  przerwa,  zanim  zostanie  podany  wieczorny  posiłek.  Testy
zostaną powtórzone jutro. To wszystko. Możesz opuścić pokój testów.

Sten podniósł się z krzesła. Dziwnie. Nadal czuł miejsce, gdzie uderzył go pocisk. Drzwi otworzyły
się i poszedł w kierunku jadalni. A więc tak czuje się bohater. I tak się czuje ten, który umiera. Żadna
z tych możliwości nie pociągała go szczególnie. Pomyślał jednak, że trzydzieści sześć procent to i tak
lepszy wskaźnik przeżycia niż w Sekcji Zewnętrznej.

Mimo wszystko nadal interesowało go, jakie to wartościowe cechy powinien w sobie rozwinąć, aby
zakwalifikować się do Pierwszego Oddziału Szturmowców Gwardii Tyłowych Dekowników.

Usiadł na brzegu pomnika jakiejś zapomnianej bitwy i czekał, aż długa kolejka przyszłych rekrutów
skróci  się  trochę.  Odetchnął  głęboko  naturalnym,  nie  wyprodukowanym,  powietrzem  i  zdziwił  się
trochę  stwierdzając,  że  czuje  się  szczęśliwy.  Zastanowił  się.  Bet?  Mógł  sobie  z  tym  poradzić.  Tak
samo, jak poradził sobie ze śmiercią swojej rodziny. Domyślał się, że z tego rodzaju sprawami idzie
łatwiej, gdy ma się już coś w rodzaju praktyki. I tego właśnie, zorientował się nagle, może mieć aż za
dużo w Gwardii.

background image

No  cóż.  Wstał  i  poszedł  na  koniec  kolejki.  Przynajmniej  opuścił  Vulcan.  I  nigdy  nie  będzie  musiał
tam wracać. Czasami pozwalał zaszaleć swojej wyobraźni i zgadywał, jak wyglądałby Vulcan, gdyby
tuż ponad Okiem zdetonować jakiś przyjemny ładunek antyplanetarny.

Bardzo powoli odsunął od siebie uroczą wizję i stwierdził, że jest głodny.

background image

Rozdział 17

Rykor  także  była  szczęśliwa.  W  jej  głowie  huczały  dzikie,  arktyczne  morza.  Fale  wspinały  się  do
szarego, zachmurzonego nieba, podczas gdy z lodowców z hukiem odpadały bryły lodu.

Obróciła  się,  gdy  wypłynęła  na  powierzchnię,  radośnie  wyskoczyła,  potem  skierowała  płetwy  w
stronę wody i lekko, wdzięcznie przeskakiwała z fali na falę. Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia.

Rykor otworzyła jedno oko i ponuro spojrzała na Frazera, jednego ze swoich asystentów.

- Czego chcesz? - zahuczała.

- Jest telefon do ciebie. Ze świata Primy.

Rykor  prychnęła  przez  wąsy  i  oparła  oba  ramiona  na  brzegach  zbiornika.  Podniosła  swój  olbrzymi
korpus  i  przeniosła  go  na  krzesło  grawitacyjne.  Fałdy  cielska  przelewały  się  przez  boki,  dopóki
drżące krzesło nie umieściło ich bezpiecznie na miejscu. Nacisnęła odpowiedni guzik i przeniosła się
do głównego ekranu. Frazer podążył za nią.

- To ma jakiś związek z tym nowym rekrutem Gwardii. Tym, do którego akt tylko ty masz dostęp.

- Jasne - zamruczała Rykor. - Przybędzie żartów o morsach.

Ekran  pozostał  pusty,  z  wyjątkiem  pojedynczej  linii  migających  liter.  Rykor  była  trochę  zdziwiona,
ale  wcisnęła  klawisz  szyfrowania  i  wpisała  swój  kod.  Kazała  Frazerowi  przesunąć  się  dalej  od
ekranu.

Monitor rozjaśnił się i Mahoney przyjaźnie skinął głową.

-  Pomyślałem,  że  zajmę  ci  trochę  czasu,  Rykor,  i  poproszę  o  sprawdzenie  jednego  z  moich
chłopaków.

Rykor dotknęła klawisza i obok rozświetlił się drugi ekran.

- Stena?

- Dobrze odgadłaś.

- Zgadłam? Po tym, jak dodałeś swój osobisty kod do procedury wywołania?

- To zawsze był mój problem. Nigdy nie wiem, jak zachować subtelność.

Rykor nie zawracała sobie głowy ripostą. Zbyt łatwa.

background image

- Chcesz obejrzeć jego wyniki?

-  Czy  niepokoiłbym  głównego  psychologa,  gdybym  chciał  tylko  usłyszeć  urzędnika  recytującego
sprawozdanie? Wiesz, o co mi chodzi.

Rykor odetchnęła głęboko.

- Ogólnie rzecz biorąc, on powinien być czymś, co nazywasz "kłębowiskiem węży".

Mahoney wyglądał na zdziwionego, ale nic nie odpowiedział.

- Wyjątkowo wysoki poziom inteligencji, powiązany z dobrą organizacją i spójną osobowością. To
nie  pasuje.  Powinien  być  katatonikiem  albo  psychopatą.  Zamiast  tego  jest  aż  nienaturalnie  zdrowy
psychicznie.  Możemy  przetestować  go  bardziej  intensywnie,  ale  już  nabieram  przekonania,  że
funkojonuje doskonale głównie dzięki temu, że jego doświadczenia nie zostały jeszcze przyswojone.

- Wyjaśnij.

- Warto byłoby go zbadać po ujawnieniu się tych problemów, przeżyć i nieuświadamianych emocji.

- Ale po co - zaoponował Mahoney. - Nie robimy poety. Chcę tylko żołnierza. Czy zniesie trening?

- Niemożliwe do przewidzenia z jakąkolwiek rozsądną pewnością. Moim zdaniem tak. Już przedtem
był poddawany stresom daleko większym, niż przewidują nasze limity.

- No więc, jakim żołnierzem może być?

- Bardzo złym.

Mahoney wyglądał na zaskoczonego.

-  Wykazuje  niewielką  emocjonalną  reakcję  na  konwencjonalne  bodźce,  małe  lub  żadne
zainteresowanie  zwykłymi  nagrodami  Gwardii.  Wysokie  prawdopodobieństwo  niewykonania
rozkazu, który uzna za nonsensowny lub niepotrzebnie niebezpieczny.

Mahoney smutno pokręcił głową.

- Zaczynam się zastanawiać, dlaczego go zwerbowałem. I to do mojego szczerze kochanego pułku.

-  Bardzo  prawdopodobne  -  powiedziała  sucho  Rykor  -  że  dlatego,  ponieważ  jego  profil
psychologiczny jest niezwykle podobny do twojego.

- Mmm. Zapewne dlatego trzymam się z daleka mojego szczerze kochanego pułku. Oprócz niektórych
uroczystości.  Rykor  nagle  roześmiała  się.  Zabrzmiało  to  jak  grzmot,  a  przez  jej  ciało  przebiegały
nieskończone fale drgań, niemal niszczące krzesło. W końcu przestała się śmiać.

background image

- Mam wrażenie, Ian, że wywołujesz jakiś stary film. Mahoney pokręcił głowa.

- Nie. Nie chcę, żeby chłopak załamał się podczas szkolenia. Jeśli mu się nie uda...

- Odeślesz go z powrotem do jego świata?

- Jeśli mu się nie uda - powiedział cicho Mahoney - przestanie mnie interesować.

Rykor wzruszyła ramionami.

- A propos. Powinieneś wiedzieć, że on ma nóż w ramieniu. Mahoney starannie ważył słowa.

-  Zasadniczo  mówi  się,  że  ma  nóż  w  rękawie,  jeśli  pozwolisz.  -  Powiedziałam  dokładnie  to,  co
chciałam.  Ma  mały  nóż,  zrobiony  z  jakiegoś  nieznanego  krystalicznego  materiału,  ukryty  w
chirurgicznie zmodyfikowanym prawym przedramieniu.

Mahoney podrapał się po policzku. Nie zauważył tego na Vulcanie.

- Chcesz, abyśmy to usunęli?

- Nie - Mahoney uśmiechnął się krzywo. - Jeśli instruktorzy nie poradzą sobie z tym, i jeśli jest na
tyle głupi, aby wyciągnąć go na któregoś z nich, to otworzy nam znakomite wyjście awaryjne. Czyż
nie?

- Chcesz, aby nadzorować jego postępy, rzecz jasna?

-  Oczywiście.  I  choć  jestem  świadomy,  że  to  nie  należy  do  obowiązków  głównego  psychologa,
byłbym wdzięczny, gdybyś zapieczętowała jego akta. I żebyś ty osobiście prowadzili jego przypadek.

Rykor gapiła się w ekran.

- Aha. Rozumiem.

Mahoney przesłał jej półuśmiech.

- Oczywiście. Wiedziałem, że zrozumiesz.

background image

Rozdział 18

- Nazywam się Lanzotta - grzmiał głos. - Szef szkolenia sierżant Lanzotta. Przez następny Imperialny
Rok możecie uważać mnie za Boga.

Sten, bezpiecznie ukryty w pstrej gromadzie rekrutów, spoglądał kątem oka na stojącego przed nim
masywnego  mężczyznę  w  średnim  wieku.  Lanzotta  nosił  cętkowany  brązowy  mundur  Bojowej
Dywizji  Gwardii  oraz  podwinięty,  szerokoskrzydły  kapelusz  Oddziału  Szkoleniowego.  Jedyną
dekoracją, poza małym czarnym oznaczeniem stopnia, był wieniec wielu gwiazd Weterana Bojowego
Oddziału Planetarnych Szturmowców.

Z obu stron stało dwoje potężnych kaprali.

-  Klękanie  i  ofiary  całopalne  nie  są  konieczne  -  ciągnął  Lanzotta.  -  Zwykły  szacunek  i  absolutne
posłuszeństwo całkowicie mnie uszczęśliwią.

Lanzotta  uśmiechnął  się  uprzejmie  do  rekrutów.  Jeden  z  mężczyzn,  ubrany  w  pstrokate,  lśniące
cywilne  jedwabne  ubranie  z  jakiegoś  dalekiego  świata  popełnił  ten  błąd,  że  uśmiechnął  się  w
odpowiedzi.

- Aha. Mamy tu kogoś z poczuciem humoru. - Lanzotta przeszedł do przodu, aż stanął tuż przed tym
człowiekiem. Wydaje ci się, że jestem zabawny, synu?

Z twarzy chłopaka zniknął uśmiech. Nic nie odpowiedział.

- Myślałem, że zadałem ci pytanie - rzekł Lanzotta. - Czy mówiłem za cicho, kapralu Carruthers?

Jedna z wielkich postaci poruszyła się lekko.

- Słyszałam pana dobrze, sierżancie - powiedziała kapral Carruthers.

Lanzotta  kiwnął  głową.  Jego  ręka  strzeliła  do  przodu  i  złapała  rekruta  za  gardło.  Zupełnie  bez
wysiłku podniósł chłopaka trochę do góry i trzymał.

-  Naprawdę  lubię  otrzymywać  odpowiedzi  na  moje  pytania  -  powiedział  z  namysłem.  -  Chciałbym
wiedzieć, czy uważasz, że jestem zabawny.

- N - nie - zabulgotał rekrut.

-  Zdecydowanie  wolę,  aby  zwracano  się  do  mnie  zgodnie  z  moją  rangą  -  oznajmił  Lanzotta.
Gwałtownie  odrzucił  chłopaka.  Ten  upadł  ciężko  na  ziemię.  -  Odkryjesz,  że  poczucie  humoru  jest
niezwykle użyteczne - dodał. - Jest was tu dzisiaj setka. Zostaliście wybrani, aby wstąpić w szeregi
Pierwszego  Pułku  Szturmowców  Gwardii.  Witam  was.  Musie  wiedzieć  o  tym,  że  nasza  komisja

background image

rekrutacyjna  jest  bardzo  wybredna.  Powiedzieli  mi,  że  mniej  niż  jedna  osoba  na  sto  tysięcy
kwalifikuje się do Gwardii. Biorąc to pod uwagę możecie uważać się za elitę. Kapralu Halstead, czy
oni wyglądają dla ciebie jak elita?

- Nie, panie sieriancie - zahuczał drugi behemot. - Wyglądają jak coś, co jest na dnie szamba.

- Umm - zastanawiał się Lanzotta. - Może nie jest aż tak źle.

Przeszedł  wzdłuż  nieruchomych  szeregów,  przyglądając  się  uważnie  rekrutom.  Zatrzymał  się  przed
Stenem,  zmierzył  go  wzrokiem  od  góry  do  dołu  i  uśmiechnął  się  lekko.  Potem  przespacerował  się
jeszcze trochę.

- Przepraszam, kapralu. Masz rację.

Lanzotta wrócił na przód formacji, potrząsając głową ze smutkiem.

-  Gwardia  Imperialna  jest  najwspanialszą  formacją  bojową  w  historii  człowieka.  A  Pierwszy
Szturmowy jest najlepszy w Gwardii. Nigdy nie przegraliśmy bitwy i nigdy nie przegramy.

Przerwał na chwilę.

- Niektórzy generałowie twierdzą, że zadaniem żołnierza nie jest walczyć, lecz umierać. Jeśli któryś
z  was,  wyskrobki,  dożyje  do  zakończenia  szkolenia,  to  będzie  gotowy  pomóc  żołnierzom  drugiej
strony  umrzeć  dla  swego  kraju.  Gwardia  nie  jest  zainteresowana  produkcją  mięsa  armatniego.
Wytwarzamy zabójców, a nie pokonanych. Przejdziecie w tym ośrodku szkolenie, trwające pełen rok.
Jeśli je zaliczycie, zostaniecie przeniesieni do oddziału polowego. Macie trzy możliwości do wyboru
podczas tego roku. Możecie zrezygnować w każdej chwili, a my będziemy szczęśliwi zrzucając was
do  batalionu  zaopatrzeniowego  zbierającego  szumowiny.  Albo  możecie  nauczyć  się,  jak  być
żołnierzami.

Zaczekał chwilę.

- Czy kogoś ciekawi trzecia możliwość?

W  odpowiedzi  nie  zabrzmiał  żaden  dźwięk  z  wyjątkiem  szumu  wiatru,  przelatującego  przez  wielki
plac defilad.

- Trzecia opcja to śmierć - Lanzotta uśmiechnął się znowu. - Kapral Halstead, kapral Carruthers albo
ja  sam  z  przyjemnością  zabijemy  was,  jeśli  uznamy,  że  chociaż  przez  chwilę  zagroziliście
bezpieczeństwu waszych kolegów w warunkach bojowych, albo że nie ma innego sposobu pozbycia
się  was.  1a  wierzę,  ludzie.  Wierzę  w  Imperium  i  służę  Wiecznemu  Imperatorowi.  Zabrał  mnie  z
wysypiska  śmieci,  gdzie  się  urodziłem,  i  zrobił  ze  mnie  człowieka,  jakim  jestem.  Walczyłem  dla
Imperium na stu różnych światach i będę walczył jeszcze na stu innych, zanim jakiś drań mnie spali. -
Oczy  Lanzotty  rozjarzyły  się.  -  Ale  będę  najdroższym  kawałkiem  mięsa,  na  jaki  kiedykolwiek
natrafił.

Lanzotta, jak gdyby nieświadomie, dotknął odznaki Szturmowców na piersi.

background image

- A teraz podam wam pierwsze cztery reguły na to, jak pozostać żywym i szczęśliwym. Po pierwsze,
musicie myśleć o sobie jak o czymś stojącym dwa stopnie niżej niż ścieki z latryny. Dam wam znać,
kiedy uznam, że możecie uważać się za istoty rozumne. W tej chwili wydaje mi się, że to nigdy nie
nastąpi. Po drugie, gdy ktoś z kadry zwraca się do was, stajecie na baczność, salutujecie, zwracacie
się do niego zgodnie z jego rangą i robicie dokładnie to, co wam każe.

Skinął na Carruthers. Kapral podbiegła do jednego z rekrutów.

- TY! - krzyknęła.

- Tak.

Pięść kaprala trafiła rekruta w brzuch, aż zwinął się i opadł rzężąc na kolana.

Carruthers odeszła jeden krok na bok.

- TY! - wrzasnęła na trzęsącą się kobietę.

- Tak jest... pani kapral - padła wyjąkana odpowiedź.

- SKACZ!

Dziewczyna gapiła się z rozdziawionymi ustami. Pięść Carruthers trafiła ją w policzek, aż upadła.

- ONI NIE SŁUCHAJĄ, SIERŻANCIE. - Odeszła na bok. - TY!

- Tak jest, pani kapral - udało się trzeciemu rekrutowi.

- SKACZ!

- Tak jest, pani kapral!

Chłopak zaczął skakać w górę i w dół.

- ZA NISKO!

Rekrut skoczył wyżej.

Carruthers patrzyła, potem pokiwała głową z satysfakcją. Wróciła na swoje miejsce obok Lanzotty.

-  Po  trzecie  -  Lanzotta  kontynuował,  jak  gdyby  nic  się  nie  stało.  -  Będziecie  poruszać  się  biegiem
wszędzie,  z  wyjątkiem  wnętrza  budynków  lub  momentów,  gdy  padnie  inny  rozkaz.  I  po  czwarte  -
Lanzotta  przerwał.  -  Czwarta  zasada  mówi,  że  wszystko  robicie  źle.  Chodzicie  źle,  mówicie  źle,
myślicie  źle  i  w  ogóle  jesteście  nie  w  porządku.  My  zaś  znaleźliśmy  się  tu  po  to,  aby  pomóc  wam
zacząć postępować prawidłowo.

background image

Lanzotta odwrócił się do Halsteada.

- Kapralu, zabierzcie mi z oczu te śmieci i zobaczcie, czy możecie coś zrobić, aby się poprawili.

- TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE. - Kapral zasalutował i pobiegł na bok formacji.

- W prawo... patrz! - wrzasnął.

Sten  aż  zamrugał,  gdy  stwierdził,  że  jego  ciało  reaguje  na  hipnotyczne  warunkowanie,  jakie
zaaplikowano mu podczas snu.

- Naprzód... marsz! Prawa... lewa!

Formacja rekrutów ruszyła przed siebie potykając się.

- A to wasz dom, dzieci - głos Halsteada grzmiał pośród długich koszar oddziału.

Sten i inni rekruci stali, każdy przy swojej pryczy.

- Dajemy wam łóżko, które będziecie mieli szczęście widzieć przez cztery godziny w nocy - mówił
dalej  Halstead.  Dostajecie  jedną  szafkę  na  złożenie  swojego  wyposażenia.  Pokażemy  wam,  jak  je
przechowywać.

Przespacerował się w tę i z powrotem.

- Wiem, że większość z was wychowała się na brudnej robocie. Będziecie utrzymywać te koszary w
czystości. Ale nigdy nie będą wystarczająco czyste.

Halstead podszedł do drzwi.

-  Macce  dwie  minuty  na  rozejrzenie  się  dookoła.  Potem  wyjdźcie  na  zewnątrz  pobrać  mundury  i
sprzęt.

Trzasnęły  zamykane  drzwi  baraku.  Przez  chwilę  trwała  cisza,  potem  szmer  podekscytowanych
rozmów.  Sten  rozejrzał  się  po  pomieszczeniu,  oglądając  swoich  kolegów.  Byli  w  dobrej  formie,
zdrowi. I przerażeni. Nie był najniższy w grupie, ale niewiele brakowało.

- Farmerzy. To sami farmerzy - powiedział rekrut stojący obok następnej pryczy. Sten popatrzył na
niego. To był młody mężczyzna ze świata będącego rajem dla turystów. Ten z "poczuciem humoru".
Wyciągnął ustawioną pionowo dłoń do Stena. - Gregor.

Sten dotknął palców i przedstawił się.

- Czy jest coś złego w farmerach? - spytał z zaciekawieniem.

- Zupełnie nic. Właśnie takich Imperium przerabia na bohaterów... - Gregor lekko skrzywił usta.

background image

- Ale ciebie to nie dotyczy?

Gregor uśmiechnął się.

- To ty w tym tkwisz. Ja nie.

Sten podniósł brew.

- Oficer. To jest bilet. Schowaj się i patrz. Kiedy zaczną spławiać przegranych... - Gregor znowu się
uśmiechnął.

Nagle zabrzmiał gwizd Halsteada. Zadudniły buty, gdy rekruci gnali w stronę drzwi.

- BIEGNIECIE ZA WOLNO, DZIECI. O WIELE ZA WOLNO. OSTATNICH PIĘCIU MA DYŻUR
W KUCHNI! - zaryczał Halstead.

- NASTĘPNY! - wrzasnął kapral. Sten, stojący nago w długiej kolejce, zastanawiał się, czy Halstead
umie mówić normalnie. Chyba nie, zdecydował. Rekrut przed Stenem podskoczył do wielkiej trumny,
wbiegł do środka, ustawił palce nóg na znaku. Halstead zatrzasnął drzwi.

Zaczekał chwilę, potem je otworzył.

-  WYCHODZIĆ  JUŻ,  JUŻ,  JUŻ!  -  wrzasnął.  Mężczyzna  wyskoczył  na  zewnątrz  i  pobiegł  w  głąb
korytarza do rynny zaopatrzeniowej, już zapełnionej zapakowanymi mundurami.

Sten  wyjął  głowę  spod  elektronicznego  fryzjera.  Przejechał  niepewnie  palcami  po  swojej  z  nagła
nagiej czaszce.

Carruthers uśmiechnęła się na jego widok i mruknęła:

- Taa, wyglądasz nawet jeszcze głupiej, niż się czujesz.

- Dziękuję, pani kapral! - krzyknął Sten i pobiegł z powrotem do czekającej formacji.

Sten,  z  ciężkim  workiem  podróżnym  zwisającym  z  jednego  ramienia,  biegł  z  powrotem  w  kierunku
koszar.

-  SZYBCIEJ,  SZYBCIEJ!  -  wrzeszczał  Halstead.  -  TO  WAŻY  TYLKO  CZTERDZIEŚCI  KILO,
WYSKROBKI.  Kątem  oka  Sten  zauważył  Carruthers,  klęczącą  na  piersi  jednego  z  rekrutów,  który
upadł pod ciężarem worka.

- Musisz zrozumieć - mruczała Carruthers - my tylko próbujemy ci pomóc, gnojku. - Nagle wrzasnęła,
nie schodząc z sapiącego człowieka. - NATYCHMIAST WSTAWAJ!

- Ooch - Lanzotta mruczał pod nosem, idąc wzdłuż długiego szeregu rekrutów. - Wydaje się wam, że
wyglądacie jak żołnierze?

background image

Zatrzymał się przed jednym z nich. Natychmiast Carruthers i Halstead znaleźli się obok niego.

- Synu, szwy na bluzie mają się pokrywać ze szwami na spodniach.

-  NIE  SŁYSZAŁEŚ,  CO  POWIEDZIAŁ  PAN  SIERŻANT?  -  wrzasnął  Halstead  ściągając  czapkę
rekruta na oczy.

- POWIEDZIAŁ, ŻE WYGLĄDASZ JAK FLEJTUCH krzyknęła Carruthers w drugie ucho chłopaka.
Lanzotta ciągnął dalej, jakby nie było obok dwojga wrzeszczących kaprali.

- Chcemy, żebyś wyglądał jak najlepiej - smutno potrząsnął głową i poszedł dalej, a Halstead rzucił
rekruta na pryczę, która załamała się po bokach.

Lanzotta stanął tuż przed Stenem.

Sten czekał.

Lanzotta zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, potem popatrzył mu w oczy. Lekki uśmiech skrzywił
mu usta. Poszedł dalej.

W uszach chłopaka zabrzmiał ciężki szept:

-  Wydaje  mi  się,  że  pan  sierżant  ciebie  lubi  -  powiedziała  Carruthers.  -  Myśli,  że  będzie  z  ciebie
niezły żołnierz. Ja też. Myślę, że powinieneś pokazać nam, jaki jesteś dobry.

Przerwa.

- PADNIJ! RÓB POMPKI! DUŻO POMPEK!

Sten opadł na ziemię, oparł się na rękach i zaczął opuszczać. Carruthers usiadła na jego ramionach i
Sten zwalił się na podłogę.

- POWIEDZIAŁAM RÓB POMPKI! - wrzasnęła Carruthers.

Stenowi udało się trochę unieść. Kapral wstała.

- NA NOGI! - krzyknęła.

Sten powstał, stanął na baczność.

-  MYŚLĘ,  ŻE  POPEŁNILIŚMY  BŁĄD.  NIE  WYDAJE  MI  SIĘ,  ŻE  Z  CIEBIE  KIEDYKOLWIEK
BĘDZIE ŻOŁNIERZ! - wrzeszczała Carruthers. - Z CIEBIE NIE BĘDZIE NAWET DOBRY TRUP!

Sten stał bez ruchu.

Carruthers patrzyła na niego chwilę spode łba, a potem przeszła do następnej ofiary.

background image

- Twój ojciec nie kochał cię, co, rekrucie?

- NIE, PANI KAPRAL.

- Twoja matka nienawidziła cię, co?

- TAK JEST, PANI KAPRAL.

- A dlaczego twoja matka nie kochała cię?

- NIE WIEM, PANI KAPRAL.

- Nienawidziła cię, bo zrobiła kiepski interes nie pozbywając się ciebie, kiedy była w ciąży. Mam
rację?

- TAK JEST, PANI KAPRAL.

- A kto jest jedyną osobą, która cię kocha, rekrucie?

- PANI, PANI KAPRAL.

Sten drgnął, kiedy Carruthers rzucała chłopakiem o ścianę.

- SKĄD JESTES, WYSKROBKU?

- Z planety Ryersbad Cztery, panie kapralu.

- CO? COŚ TY POWIEDZIAŁ?

- Ryersbad Cztery, panie kapralu.

- WEŹ TEN KOSZ NA ŚMIECI, REKRUCIE.

- Tak jest, gnie kapralu.

- PODNIEŚ GO NAD GŁOWĘ.

Śmieci posypały się kaskadą na ramiona chłopaka.

- WŁAŹ W TO.

Rekrut  ukląkł,  nakładając  stalowy  pojemnik  na  ciało.  Natychmiast  Carruthers  i  Halstead  zaczęli
wymierzać w kosz kopniaki.

- ŚMIECIU - łup - TY NIE MASZ ŻADNEGO DOMU - łup - GWARDIA JEST TWOIM JEDYNYM
DOMEM - łup - SKĄD POCHODZISZ? - łup.

- Znikąd, panie kapralu - powiedział stłumiony głos z wnętrza puszki.

background image

Halstead jęknął i usiłował sobie wyrwać ostrzyżone włosy.

- To beznadziejne - stwierdził cicho. - Absolutnie beznadziejne.

Wrzasnął znowu:

- REKRUCIE, MOŻESZ WYJŚĆ Z TEGO KOSZA NA ŚMIECI.

Usłużnie  kopnął  w  pojemnik.  Chłopak  wypełznął  ze  środka,  jego  mundur  był  usmarowany  i
śmierdzący .

-  WYGLĄDASZ,  JAKBYŚ  WŁAŚNIE  ZNALAZŁ  DOM,  REKRUCIE.  TERAZ  WEŹ  TEN
POJEMNIK  I  ZANIEŚ  GO  DO  STOŁÓWKI.  MASZ  STANĄM  W  NIM  I  MÓWIĆ  WSZYSTKIM,
KTÓRZY PRZEJDĄ OBOK, ŻE TO JEST TWEJ DOM.

- Tak jest, panie kapralu.

Chłopak wziął pojemnik i potykając się poszedł w stronę drzwi.

- Do łóżek - warknął Lanzotta.

Nadzy rekruci zanurkowali pod koce. Lanzotta podszedł do drzwi.

- Chciałbym, żebyście o czymś wiedzieli, dzieci - powiedział. - Mogę szczerze powiedzieć, że nie
zdarzyło  mi  się  jeszcze  spędzić  gorszego  pierwszego  dnia  szkolenia  z  bardziej  żałosną  bandą
wyskrobków. Nie chce mi się nawet was zabijać. Mam rację?

- TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE - zabrzmiał krzyk ze stu łóżek.

- Naprawdę trudno mi to wytrzymać. Dobranoc, dzieci. Lanzotta wyłączył światło.

- Czy jesteście wyczerpani? - zabrzmiało w ciemnościach pytanie.

- TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.

- Co takiego?

- NIE, PANIE SIERŻANCIE.

Światło zapaliło się znowu.

- To miło - powiedział Lanzotta. - Macie pięć minut. Wychodzić w stroju do ćwiczeń fizycznych.

Uśmiechnął się i wyszedł z koszar, podczas gdy rekruci gapili się na siebie w ogłupieniu.

Sten jeszcze raz przejechał przez twarz maszynką do golenia, tak dla pewności, wyłączył ją i zebrał
swoje  rzeczy  spod  prysznica.  Pobiegł  z  łazienki  do  swojej  pryczy.  Otworzył  szafkę  i  sprawdzając

background image

plan na kartce przyczepionej do wewnętrznej ścianki, ułożył wszystko na miejscu.

Spojrzał na zegar. Miał jeszcze półtorej minuty wolnego czasu, potem musiał się ubrać. Z pomrukiem
zadowolenia  usiadł  na  podłodze.  Jego  prycza  była  już  złożona  na  dzień,  koc  leżał  przepisowo  na
górze.

- Sten. Pomóż mi trochę.

Sten wstał i złapał za drugi koniec materaca Gregora.

Popatrzyli na siebie nawzajem i obaj nagle zachichotali.

-  Doskonały  materiał  na  film  o  Tyciu  rekruta  -  skrzywił  się  Gregor.  -  A  propos.  Zauważyłeś  coś
ciekawego?

- Nie ma nic ciekawego na tym cholernym świecie. Poza łóżkiem, jeśli mogę w nie wpełznąć.

- Rozejrzyj się dookoła. Coś interesującego. Mamy kobiety w naszej sekcji, tak?

- Dobrze myślisz, Gregor. Myślę, że muszą zrobić z ciebie oficera.

- Zamknij się. Wiesz, co jest jeszcze bardziej interesujące? Każdy śpi sam.

- Pewnie jakieś przepisy zabraniają albo coś takiego.

- Czy przepisy mogą zatrzymać kogoś, kto ma naprawdę ochotę?

Sten pokręcał głową.

- Dodają coś do jedzenia. O to chodzi. Jakieś leki. Bo nie chcą, żeby ktokolwiek przywiązał się do
kogoś, kogo prawdopodobnie spławią.

Sten zastanowił się. Mało prawdopodobne. Jeśli wszyscy czuli się tak jak on, to po prostu nie mieli
siły nawet na uśmiech. Zdecydował się zmienić temat rozmowy.

- Gregor, mówiłeś coś o tym, że chcesz zostać oficerem?

- Oczywiście.

- Jak?

-  Mam  szansę.  Nawet  trzy.  Po  pierwsze,  mój  tata.  Nie  mówiłem  nic,  bo  nie  chcę  wyglądać  na
samochwałę,  ale  on  jest  u  steru.  Nasza  rodzina  ma  na  własność  większość  Laskera  XII.  Tata  ma
wpływy. Byliśmy nawet przedstawieni u dworu.

Sten patrzył na Gregora z namysłem. Zgadywał, że to miało duże znaczenie.

- Po drugie: byłem w szkole wojskowej. A więc wiem, o czym oni mówią. I zaręczam ci, że podczas

background image

snu pakują w nas znacznie więcej niż tylko warunkowanie.

- Szkoły wojskowe. Czy Gwardia nie ma czegoś takiego jak akademia? Dla przyszłych oficerów?

Gregor wyglądał trochę niewyraźnie.

- Taa, ale mój tata... zdecydowałem, że będzie lepiej, jeśli zacznę od samego dołu. Znasz to, a więc
możesz łatwiej zrozumieć ludzi, którymi dowodzisz. Jesteś jednym z nich i tak dalej.

- Aha.

- Po trzecie: co jakiś czas wyróżniają jakiegoś wyjątkowo dobrego rekruta i promują go na oficera.
Prosto z podstawowego szkolenia.

- I masz nadzieję, że to będziesz ty?

- Wskaż kogoś innego. Rozejrzyj się i wskaż.

Sten popatrzył na rekrutów, wbijających się niezdarnie w mundury.

- Tak, jak mówił Lanzotta. Są tylko mięsem armatnim. Nie twierdzę, że jestem ósmym cudem świata,
ale nie widzę konkurencji. Chyba, że... ty.

Sten roześmiał się.

- Nie ja, Gregor. Nie ja. Dawno temu nauczyłem się, że jeśli się nie wychylasz, to cię nie złapią.

Huknęły otwierane drzwi.

- DOBRA. POSŁUCHAJCIE. MAMY ZMIANY W PLANIE ZAJĘĆ, BO NA DWORZE ROBI SIĘ
ZIMNO. JEST PRAWIE DWADZIEŚCIA STOPNI CELSJUSZA, BĘDZIEMY ĆWICZYĆ. NA DZIŚ
OBOWIĄZUJE WYPOSAŻENIE NA ZIMNE DNI.

Gregor otworzył usta ze zdziwienia.

- Wyposażenie na zimne dni? Mamy środek lata!

Sten otworzył drzwi szafki i zaczął wyciągać arktyczny mundur.

- Zdawało mi się, że zapamiętałeś już to, co Lanzotta mówił o naszym myśleniu.

Gregor niechętnie kiwnął głową i zaczął się przebierać.

- Raport!

- Sten. Rekrut podczas szkolenia!

background image

Lanzotta rozparł się na krześle.

- Uspokój się, chłopcze. To tylko formalność. Jak wiesz, Imperium przykłada dużą wagę do tego, aby
jego rekruci byli dobrze traktowani.

- Tak jest, sir!

- Dlatego zadam ci kilka pytań. Zostaną przesłane do Komisji Praw. Po pierwsze: czy od momentu
przybycia na Klisurę widziałeś jakieś przypadki fizycznego maltretowania?

- Nie rozumiem, sir.

-  Czy  widziałeś,  żeby  ktoś  z  kadry  znęcał  się  nad  jakimś  rekrutem?  To  jest  surowo  karane
przewinienie.

- Nie, sir!

- Czy byłeś świadkiem, aby ktoś z kadry zwracał się do rekruta w poniżający sposób?

- Nie, sir!

- Czy uważasz, że jesteś szczęśliwy?

- Tak jest, sir!

- Odmaszerować.

Sten zasalutował, odwrócił się i wybiegł. Lanzotta podrapał się w zamyśleniu po policzku i popatrzył
na Halsteada.

- Jego?

- Nie mam pewności. Ale prawdopodobnie.

background image

Rozdział 19

Zabójca był metodyczny.

Notował  w  myślach:  Sten;  Thoresen;  czas...  jeszcze  nie  wiadomo;  uzgodnić  z  Thoresenem.  Motyw:
osobisty. Możliwe - nie, to może być dla mnie niebezpieczne. Zadanie wątpliwe, chyba że...

- To kwestia ceny - powiedział w końcu.

- Już to ustaliliśmy wcześniej. Zapłacę dobrze.

- Mnie zawsze dobrze płacą. Chodzi o sposób dostarczenia. Aha... a moje wyjście awaryjne?

- Nie ufasz nam?

Nie.

Baron  poprawił  się  na  krześle  i  zamknął  oczy.  Nie  było  żadnych  obaw.  Po  prostu  odpoczywał  i
odprężał się.

- Wydaje się, że w tym momencie twoim problemem jest nie tyle wyjście awaryjne, droga ucieczki,
co twoje wiedza.

- Wiedza?

- Tak. Jeśli zdecydujesz się nie przyjąć tej oferty... no cóż, jesteś mocno wtajemniczony, musisz sobie
z tego zdawać sprawę. Czy mam kontynuować?

Zabójca obojętnie sięgnął przez biurko i wziął zabytkowe pióro.

- Jeśli nawet spojrzysz na któryś z alarmów - szepnął zanurzę to pióro w twoim mózgu.

Baron siedział spokojnie, a potem uśmiechnął się szeroko.

- Czy ty zawsze myślisz o wyjściu awaryjnym?

- Zawsze - powiedział morderca. - Kiedy wypełnię zadanie, mam bank w...

Thoresen machnął niedbale ręką.

- Zrobione. Cokolwiek ustalisz. Zrobione.

- Za mało pieniędzy.

background image

- Słucham?

- Żeby zacząć. Muszę dostać się do Gwardii Imperialnej. To może oznaczać jeszcze inne zabójstwa
oprócz planowanego.

- Masz zamiar wstąpić do Gwardii?

-  Możliwe.  Jest  jeszcze  sprawa  tego  człowieka,  który  zwerbował  Stena,  tego  agenta  wywiadu
imperialnego.

- To jakaś płotka.

- Jest pan pewien?

Baron zawahał się.

- Tak.

- Nadal potrzebuję więcej pieniędzy.

- To nie problem.

- Termin?

- Natychmiast.

Zabójca wstał, aby wyjść.

- A  więc  nie  mogę  tego  zrobić.  Nikt  nie  jest  w  stanie.  Jeśli  chce  pan  nadal  próbować,  dam  kilka
nazwisk, ale ktoś, kto podejmie się tej roboty, nie będzie kompetentny. Proszę o tym pamiętać.

Baron popatrzył na niego z namysłem.

- Ile czasu potrzebujesz?

- Ile będzie konieczne.

Thoresen myślał intensywnie o zabójcy. Ten był najlepszy. Więc... tak. To jedyny sposób.

- Dobrze. Zgadzam się.

Morderca skierował się do drzwi.

- Jeszcze chwileczkę - powiedział Thoresen. Tamten zatrzymał się.

- Chodzi o to pióro. Sposób, w jaki mógłbyś mnie zabić.

Zabójca pokręcił głową.

background image

- Nie jest na sprzedaż.

- Kolekcjonuję takie... zabójcze drobiazgi. Jestem gotowy zapłacić...

Morderca  podał  cenę  i  Thoresen  wyraził  zgodę.  Parę  minut  później  trzymał  łokieć  ustawiony  w
odpowiedniej pozycji.

background image

Rozdział 20

Sten  zamówił  cztery  kufle  piwa  i  wyjął  je  z  automatu.  Postawił  z  brzękiem  na  stole,  wypił  jeden  i
sięgnął po następny, zanim dwóch innych rekrutów zdążyło się do nich dostać.

- O czym myślisz, Wielki Szkoleniowy Kapralu Stenie? spytał Morghhan.

- Jest dokładnie tak, jak na tym cholernym świecie, z którego pochodzę. Za każdym razem, kiedy cię
awansują,  musisz  za  to  zapłacić.  Jedyną  różnicą  jest  to,  że  tutaj  biorą  pieniądze  natychmiast,  a  nie
później.

- Wykazujesz złe nastawienie, chłopie - powiedział Morghhan wysączywszy piwo.

Sten wlał jeszcze trochę do gardła i zastanowił się. Złe nastawienie? Niezupełnie. Nadal był całkiem
szczęśliwy, pomimo największych wysiłków Lanzotty i spółki. Może i ugrzązł w Gwardii. Ale tylko
na parę lat. I nic, co by zrobił, nie mogło przedłużyć tego kontraktu.

Poza  tym  miał,  jeśli  nie  przyjaciół,  to  przynajmniej  ludzi,  z  którymi  mógł  usiąść  i  pogadać.  Nawet
mimo  że  przez  większość  czasu  jedynie  zastanawiali  się,  z  jakiego  to  zbiornika  na  ścieki  wypełzł
Lanzotta, to w każdym razie nie czuł już samotności. Nowy język, którego tu używano, nie różnił się
bardzo od żargonu Migów.

Szybko odsunął myśli o Bet i zwrócił się do Morghhana, wychudłego rekruta, który był pewien, że
nie  da  rady  dotrwać  do  końca  ostatnich  tygodni  ćwiczeń  fizycznych  na  tej  planecie  o  ciążeniu
trzykrotnie przewyższającym ziemskie.

- Masz cholerną rację, mówiąc o złym nastawieniu. Nie prosiłem o dodatkowe paski. Nie płacą mi
lepiej dlatego, że muszę wam mówić, gnojki, kiedy mace się podcierać, prawda?

- Gdybym był na twoim miejscu - powiedział miękko Bjhalstred - czułbym się zaszczycony. Dzięki
temu  widzisz,  jak  bardzo  kadra  troszczy  się  o  ciebie,  widzisz,  że  oni  myślą,  że  będzie  z  ciebie
prawdziwy, bohaterski gwardzista.

Sten żachnął się na Bjhalstreda. Nie mógł rozgryźć tego chłopaka z rolniczego świata. Nikt nie może
być aż tak durny. Chociaż, dlaczego nie? Właściwie nie miało to znaczenia. Sten wzruszył ramionami
i wylał piwo Bjhalstreda na jego podołek. Ten wrzasnął i złapał się za krocze.

- Podoficerowie nie mają pozwolenia na dyscyplinowanie rekrutów. Nie wypełniasz regulaminów?
Chcesz wyjść na zewnątrz?

Sten wstał.

- Ty pierwszy.

background image

- Nie. Ty idź i zaczynaj beze mnie. Ja tymczasem zajmę się twoim piwem.

-  Skończcie  z  tym.  Masz.  Tu  jest  piwo  Gregora.  Wygląda  na  to,  że  nie  ma  zamiaru  się  pokazać  -
wtrącił się Morghhan.

Osuszyli swoje kufle i Sten ze smutkiem wyciągnął następną garść kredytów.

- Ja płacę, a kto inny fruwa.

Bjhalstred skierował się w stronę maszyny.

- Czy ty chociaż rozumiesz, dlaczego dali ci te dodatkowe paski? - spytał Morghhan.

Sten pokręcił głową.

- Na pewno nie czepiałem się Lanzotty. Może zdecydowali, że pozbyli się już tych słabszych i mają
zamiar wreszcie zacząć uczyć nas żołnierki.

- To nie pasuje.

- Dlaczego nie? Spędziliśmy dziewięć tygodni tylko na ćwiczeniu mięśni, i jest nas mniej, o ilu?

- Zostało siedemdziesięciu trzech. Ze stu.

- I tak za dużo, jak powiedziała mi Carruthers. Szkolenie kończy tylko dziesięciu na całą kompanię.
Powinno być już czterdzieści procent mniej. Podobno do tej pory traktowali nas zbyt łagodnie, a teraz
dopiero się zacznie.

- I co z tego? Tak czy tak dopadną cię, jeśli tylko zechcą.

-  Masz  świętą  rację  -  zgodził  się  Bjhalstred,  wracając  z  następną  kolejką.  - A  propos  słonia,  oto
wielki Lord Gregor we własnej osobie.

Gregor opadł na wolne siedzenie.

- Wyglądasz, jakby ktoś przepuścił cię przez maszynkę do mięsa - powiedział Morghhan. - Kto ci to
zrobił?

- Byłem z Lanzottą.

- Przez prawie godzinę? A nie widać śladów krwi.

Gregor uśmiechnął się krzywo.

- Ja ich nie mam. Ale Lanzotta będzie miał.

Sten czekał.

background image

- Poszedłeś do niego?

- Jakbyś zgadł. Powiedziałem mu, że wysyłam list do ojca.

-  Założę  się,  że  to  go  ucieszyło  -  stwierdził  poważnie  Bjhalstred.  -  To  bardzo  ważne,  aby  młody
rekrut kontaktował się listownie ze swoją rodziną.

- To było o tej cholernej sprawie tymczasowych stopni dla rekrutów.

Sten popatrzył znad kufla na Gregora.

- Nadal myślisz, że źle cię potraktowali, bo nie dali ci żadnego stopnia?

- Jasne. Do diabła, zasługuję na przynajmniej taką szansę, jak wszyscy inni. Powiedzieli, że te paski
są po to, aby wyłonić potencjalnych przywódców. Dlaczego nie ja?

- Może zorientowali się, że jesteś tylko potencjalnym śmieciem? - powiedział Morghhan.

- Przekonaj się sam - Gregor popatrzył spode łba.

- Zamknijcie się obaj - wtrącił się Sten, zanim Morghhan zdążył wybuchnąć. - Siedzimy sobie tutaj,
spokojnie pijemy piwo i oblewamy to, że mogliśmy wieczorem wyrwać się z koszar na dwie godziny
i przepłukać gardła.

-  Kadra  wystarczająco  daje  nam  popalić,  nie  musimy  wychodzić  po  to,  żeby  dokuczać  sobie
nawzajem - zgodził się Bjhalstred.

Morghhan dodał do tego potężne beknięcie i poszedł po następne piwa.

- Nie chcę się przechwalać - stwierdził Gregor. - Wiecie, że mój ojciec ma wpływy. Domagam się
zwykłej  sprawiedliwości.  Powiem  wam  coś.  Widzę,  Sten,  że  dali  ci  tylko  dwa  paski.  Ponieważ
jedynie ja i ty w tej kompanii dysponujemy i odrobiną inteligencji...

- Doceniam tę myśl - powiedział Bjhalstred. - Cieszę się, że takich dwóch admirałów floty jak wy
zdecydowało się wypić piwo z takim starym wypierdkiem jak ja.

-  Nie  o  to  mi  chodzi  -  stwierdził  Gregor  z  irytacją.  Tylko  Sten  i  ja  jesteśmy  świadomi  tego,  jak
bardzo cała wojskowa kariera zależy od tego, co zdarzy się tutaj, podczas szkolenia.

- Wojskowa kariera - stwierdził Morghhan, wróciwszy do stołu. - Fiu, fiu. Widzę, że zrobiło się tu
poważnie.

- Pozwól mu skończyć - uciął Sten.

-  Więc  powiedziałem  ojcu,  żeby  poszedł  prosto  na  dwór  Imperatora  i  dowiedział  się,  dlaczego
Gwardia marnuje swój najlepszy potencjał i ma instruktorów, którzy nie mogą dostrzec nawet słonia,

background image

chociaż usiądzie im na nosie.

- Daj spokój, Gregor. Wspomniałeś o paskach. Co to ma wspólnego?

-  Użyję  ciebie  jako  przykładu.  Masz  tylko  dwa  paski.  Powinieneś  być  co  najmniej  tymczasowym
dowódcą  plutonu.  Albo  i  lepiej.  Gdybym  nie  przechodził  już  wcześniej  szkolenia,  musiałbym
przyznać, że jesteś prawie tak dobry jak ja.

- Oho.

- Więc mam zamiar wspomnieć o tobie w moim liście. To zrobi z tego większą sprawę i kiedy mój
ojciec zatroszczy się o to wszystko, to ty też będziesz miał z tego korzyść.

Sten  zaczął  coś  mówić,  po  czym  zdecydował  się  poświęcić  parę  sekund  na  odczepienie  palców
Morghhana od kufla i pochłonięcie jego zawartości. Potem odstawił kufel.

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  mi  na  tym  zależało  -  powiedział  na  tyle  cicho,  na  ile  był  w  stanie.  -
Poradzę sobie na własną rękę, dzięki.

- Ale...

- Gregor. Pozwól, że użyję twoich własnych słów: koniec programu.

Gregor popatrzył na Stena i kiwnął głową.

- Jak sobie chcesz. Ale robisz błąd.

- To mój błąd.

Gregor wstał.

- No cóż. Mam list do napisania.

I poszedł.

- Kapralu Rekrucie Sten?

Sten odwrócił wzrok od drzwi i spojrzał na Bjhalstreda, który zerwał się wyprężony na baczność.

- Pozwalam ci mówić, Rekrucie Bunghole Bjhalstred.

- Proszę o wyjaśnienie sposobu postępowania. Koniec.

-  Uwaga.  Wyjaśniam.  Po  pierwsze:  może  ktoś  chce  zostać  tymczasowym  generałem  floty  albo
szambem  Gwardii  po  trzydziestu  latach  szkolenia.  Ja  nie.  Po  drugie:  zaraz  zapadnę  się  w  siebie.
Halstead powiedział, że szkolenie zacznie się tak naprawdę od jutra rana i to jest więcej, niż mogę
znieść nie mając kaca.

background image

Trzy kufle zadźwięczały melodyjnie.

- No dobra - Carruthers powiedziała to niemal ludzkim głosem. - Niedługo dostaniecie do ręki coś,
co  jest  najbardziej  starannie  skonstruowanym  przyrządem  do  zabijania  istoty  znanej  jako  człowiek.
Inżynierowie  Imperium  wymyślili  to  tak,  że  nawet  takie  ptasie  móżdżki  jak  wy  mogą  się  tym
posługiwać. To prawie niewiarygodne. Potrzebuję jednego głupka na ochotnika. Ty. - Machnęła ręką
na Stena. - Stawaj.

Sten wysunął się z rzędu ławek, podszedł do niskiego podestu i czekał stojąc na baczność.

Daleko,  za  plecami  Carruthers,  rozciągał  się  tysiącmetrowy  obszar  poligonu  strzeleckiego,  usiany
drzewami i krzewami, z wąską tarczą na drugim końcu.

Carruthers  otworzyła  pokrywę  pulpitu  wykładowcy  i  wyjęła  karabin.  Gładki  czarny  trójkąt  tworzył
rękojeść broni, a krótki odwrócony stożek kończył długą na siedemdziesiąt centymetrów lufę.

Carruthers trzymała broń z szacunkiem.

- Zapewne widzieliście to i trzymaliście podczas ćwiczeń w symulatorze. To jest karabin szturmowy
Mark  XI.  Nazywamy  go  karabinem  Willy'ego.  Powiem  wam  o  nim  coś  ciekawego.  Został
skonstruowany więcej niż tysiąc lat temu, na Ziemi, przez projektanta o nazwisku Robert Willy. To
świetny model - mówiła dalej Carruthers.  -  Jedyny  problem  w  tym,  że  lasery  nie  były  zbyt  dobre  i
nikt nie wiedział na pewno, jak sobie poradzić z antymaterią, co właśnie czyni tę broń tak śmiertelną.

Dotknęła przycisku i z kolby karabinu wyślizgnęła się długa tuba.

-  To  jest  amunicja.  Antymateria  Dwa,  AM2,  to  samo,  co  stanowi  źródło  energii  w  statkach
kosmicznych. Jedna tuba zawiera tysiąc czterysta ładunków. Nabój to jednomilimetrowa kulka AM2,
umiejscowiona  wewnątrz  ekranu,  który  jest  jedyną  rzeczą  powstrzymującą  cały  magazynek  od
eksplozji przy zetknięciu ze zwyczajną materią.

Obliczyliśmy raz, jeśli was to ciekawi, że jedna taka tuba wystarczy, aby statek kosmiczny obleciał
ten system dookoła przy pełnej mocy silników.

Czy ciebie to nie interesuje, Bjhalstred?

Bjhalstred podskoczył rozbudzony.

- Nie śpisz podczas mojego wykładu, prawda?

- NIE, PANI KAPRAL.

-  To  dobrze.  To  bardzo  dobrze.  Ale  proponuję,  żebyś  przyszedł  tu  do  nas  i  przyjął  pozycję  do
pompki, tylko po to, abyśmy wiedzieli, że nie czujesz senności.

Idziemy  dalej.  Tysiąc  czterysta  ładunków.  Gdyby  Imperium  sprzedawało  tę  broń  na  rynku,  czego

background image

oczywiście  nigdy  nie  uczyni,  to  jedna  mała  kulka  AM2  kosztowałaby  tyle  co  trzytygodniowy  żołd
gwardzisty. Widzicie, jakie Imperium jest dla was dobre?

Carruthers czekała.

- TAK JEST, PANI KAPRAL! - rozległ się krzyk.

- Czyż nie jesteście zadowoleni, że przyszliście i zaciągnęliście się?

- TAK JEST, PANI KAPRAL.

- To ostatnie zabrzmiało trochę słabo - warknęła Carruthers. - Karabin szturmowy Mark XI. Macie
dwa przyciski. Jeden to wybór trybu działania: zabezpieczenie - pojedynczy strzał - ogień ciągły, a
ten  drugi  to  spust.  Macie  jedną  diodę,  tutaj  na  kolbie,  pokazującą  stan  naładowania  baterii.  Każda
bateria  daje  laserowi  energię  około  dziesięciu  tysięcy  ładunków,  w  zależności  od  ciśnienia
atmosferycznego, jeśli jest, oraz innych warunków.

Lasera  używa  się  do  odpalania  cząsteczek.  To  oznacza,  że  jedynym  celownikiem,  jaki  macie  do
dyspozycji, jest siatka nitek. Nie musicie zastanawiać się nad trajektorią, torem opadania pocisku czy
jakimś innym drobiazgiem, ważnym przy broni konwencjonalnej.

To właśnie jest tak wyjątkowe w tym karabinie. Jeśli możecie coś wskazać, to uderzycie w to.

Demonstrator!

Sten podszedł do platformy. Carruthers dała mu karabin. Trzymał go ze zdziwieniem. Lekki. Prawie
zbyt lekki, jak zabawka. Carruthers uśmiechnęła się krzywo do niego.

- To nie jest to, co mógłbyś dać swojemu małemu braciszkowi na Dni Imperium - stwierdziła, jakby
czytając w jego myślach. Znowu otworzyła pulpit i wyjęła jakiś dosyć duży przedmiot opakowany w
plastyk. Zeskoczyła z podestu i podeszła do niskiej tarczy. Rozpakowała paczkę.

-  Tutaj  jest  mięso  -  powiedziała.  -  To,  co  smakuje  tak,  jak  niby  mają  smakować  te  śmiea  z  soi  w
stołówce. Ma prawie tę samą konsystencję co humanoid.

Przymocowała ociekający krwią kawałek mięsa do tarczy i wróciła na podest.

- Załatw ten śmiertelnie groźny befsztyk, rekrucie - powiedziała.

Sten  ostrożnie  podniósł  broń  do  ramienia  i  wymierzył  przez  celownik.  Nacisnął  spust.  Nic  się  nie
stało.

-  Może  najpierw  odbezpieczysz  -  warknęła  Carruthers.  Sten  przesunął  przełącznik  nad  spustem,
wycelował ponownie i wypalił. Rozległ się cichy trzask jonizowanego powietrza.

Otworzył  szeroko  oczy,  a  inni  rekruci  niemal  uśpieni  przez  wykład  podskoczyli  obudzeni.  Maleńka
cząsteczka uderzyła w mięso. Wyglądało, jakby ten kawałek eksplodował, krew opryskała wszystko

background image

w promieniu kilku metrów.

- Idź i przyjrzyj się temu uważnie, rekrucie - powiedziała Carruthers.

Sten  zeskoczył  z  platformy  i  podszedł  do  tarczy.  Zostało  tam  tylko  kilka  strzępków  mięsa.  Sten
popatrzył na opryskaną tablicę i grunt, potem wrócił do podwyższenia.

-  To  pozwala  wam  zastanowić  się  nad  tym  -  powiedziała  Carruthers  -  w  jak  dobrym  stanie  będzie
ten, kto znajdzie się na drodze tego ładunku. Odpowiedź brzmi - ciągnęła, podnosząc głos - że go po
prostu  już  wcale  nie  będzie.  Jeśli  jednym  z  tych  naboi  traficie  w  jakiegoś  humanoida  albo  coś
zbliżonego, nieważne w co, to już jest martwy. Jeśli nawet ładunek nie zrobi dziury wystarczającej,
aby wsadzić tam pięść, wstrząs dokończy dzieła.

Carruthers stała przez chwilę cecho, pozwalając im oswoić się z tą myślą.

-  W  PORZĄDKU,  GNOJKI.  WYSTARCZAJĄCO  DŁUGO  SIEDZIELIŚCIE  SOBIE.  TERAZ
PODNIEŚCIE TYŁKI Z TYCH ŁAWEK I ZRÓBCIE PORZĄDNY SZYK. Mamy zamiar pozwolić
wam dzisiaj na ustrzelenie kilku celów.

Carruthers zaczekała, aż rekruci utworzyli szereg, potem dodała miękko.

-  Jak  dotąd,  mniej  niż  jedną  trzecią  z  was,  dupki,  wysłaliśmy  z  powrotem  do  rodzinnych  dołów  na
świeca. Teraz i tutaj pozbędziemy się jeszcze paru zgniłków.

Spojrzała po nich z błyskiem w oczach.

-  Dzieci,  nie  ma  żołnierza,  który  nie  umie  strzelać.  Gdyby  jakaś  armia  na  to  pozwoliła,  nie
przetrwałaby długo. A Gwardia trwa już od tysiąca lat. I teraz zaczniemy czystkę na dobre.

- Albo zaliczycie ćwiczenia ze strzelania, albo wynocha. Proste jak drut. Jeśli osiągniecie więcej niż
trzeba na samo zaliczenie, to będziecie mieli z tego korzyści. Większą płacę i więcej ćwiczeń. Ale
najpierw  musicie  zdać.  Ponieważ  sama  słyszałam,  że  mają  powstawać  nowe  bataliony
zaopatrzeniowe, to chcę osobiście przeprowadzić pierwszą fazę zaliczeń. Tak będzie najlepiej.

Wzięła oddech.

-  A  teraz  zaczynamy.  PIERWSZY  SZEREG.  DZIESIĘCIU  WYSTĄP.  JEDEN  CZŁOWIEK  NA
STANOWISKO. BIEGIEM. RUSZAĆ SIĘ!

Dziesięciu rekrutów, pomimo intensywnych wysiłków i usilnej pracy, nie zaliczyło. Następnego dnia
ich prycze były złożone i puste.

Sten  nie  potrafił  zrozumieć,  dlaczego  dla  niektórych  jest  to  trudne.  Carruthers  miała  rację.
Wystarczyło wycelować karabin - i już. Trafione. Za każdym razem.

Gdy  kurs  posługiwania  się  bronią  skończył  się,  Sten  został  zakwalifikowany  do  następnego  etapu:
Strzelec  Wyborowy.  To  dało  mu  dziesięć  kredytów  więcej  w  miesiącu,  pierwszą  belkę  i  więcej

background image

ćwiczeń.

Carruthers zatrzymała się przy nim.

- Wycelowałeś?

Sten popatrzył przez celownik karabinu.

-  Tak  jest,  pani  kapral.  Carruthers  dotknęła  skrzynki  kontrolnej  obok  niego.  Cel  przesunął  się  i
zniknął z pola widzenia za odległym kamiennym murem.

-  Dobra.  Teraz.  Skup  się  na  murze.  Siatka  nitek  ucieka  z  celownika,  co?  Użyj  pierwszego
przełącznika na celowniku i przekręcaj go, dopóki nie ustalisz tego na miejscu.

Sten postąpił zgodnie z poleceniem.

- Masz już? Teraz użyj przełącznika poniżej celownika i przekręcaj, dopóki siatka nitek nie znajdzie
się  tam,  gdzie  twoim  zdaniem  jest  cel,  nawet  jeśli  go  nie  widzisz.  Masz  to?  Strzelaj  ogniem
pojedynczym.

Sten nacisnął spust.

Jego  snajperska  broń  z  czterdziestego  stulecia  miała  w  zasadzie  prostą  konstrukcję.  Nabojami  były
nadal  ekranowane  cząsteczki  AM2,  ale  zamiast  lasera  jako  źródła  energii  wyrzucającej  pocisk
zastosowano  tu  zmodyfikowany  akcelerator  liniowy  owinięty  dookoła  lufy.  Celownik  służył  do
ustalenia  dokładnej  odległości  od  celu,  a  kiedy  zasięg  pokrywał  się  z  niewidocznym  przedmiotem
ataku, akcelerator tak obracał cząsteczką, że mogła trafić nawet pod kątem dziewięćdziesięciu stopni,
jeśli to było konieczne.

Broń, która potrafiła trafiać zza rogu i zabijać poprzez ściany.

Sten usłyszał eksplozję i zobaczył, jak mur się wali.

- Trafione.

Carruthers trzepnęła go w plecy.

- Wiesz co, rób tak dalej, a Pierwszy Gwardii może dostanie niezłego strzelca.

I nie wiadomo dokładnie dlaczego Sten poczuł się bardzo z siebie dumny.

Sten  walnął  pojemnikiem  na  śmieci  o  kontener,  potem  go  postawił.  Wystarczająco  czysty.  Wsunął
rurę  ultradźwiękowego  odkurzacza  na  dno  i  nacisnął  włącznik.  Potem  jeszcze  kilka  razy  uderzył
pojemnikiem  o  beton  i  zaniósł  go  z  powrotem  do  stołówki.  Większość  czarnej  roboty  była
wykonywana  w  Gwardii  przez  cywilów  lub  żołnierzy  służby  zasadniczej  z  batalionów
zaopatrzeniowych.  Poza  naprawdę  paskudnymi  rzeczami.  Gwardia  rezerwowała  je  do  wymierzania

background image

kar. To nie bardzo przeszkadzało Stenowi. I tak było lepiej niż w jakiejkolwiek pracy na Vulcanie.

Poza tym nie wydawało mu się, aby mógł coś na to poradzić.

Był  zupełnie  szczęśliwy,  siedząc  sobie  na  piasku  i  patrząc  na  Halsteada  przybierającego  różne
postawy zgodnie z komendami Lanzotty.

- Nie wytwarzamy techników - stwierdził Lanzotta. - Mówiłem wam już to przedtem. Wytwarzamy
zabójców.  Chcemy  mieć  ludzi,  którzy  pragną  patrzeć,  jak  gałki  oczne  ich  wrogów  eksplodują  w
oczodołach, którzy pragną przekonać się, co się stanie, kiedy zanurzą zęby w czyimś gardle.

Sten  rozejrzał  się  po  innych  rekrutach.  Większość  z  nich  wyglądała  na  przerażonych.  Sten  zbladł.
Pamiętał śmierć aż za dobrze. Dziękuję bardzo, sierżancie, pomyślał.

- Potrzebujemy demonstratora.

Cisza.  Kompania  zdążyła  się  już  nauczyć,  że  pójście  na  ochotnika  prędzej  czy  później  załatwia
człowieka. A potem ktoś powiedział:

- Kapral Sten.

Sten  pomyślał,  że  to  pewnie  Gregor,  ale  nie  martwił  się.  Czuł  się  prawie  niewidzialny.  Lanzotta
kiwnął głową.

- Sten. Wystąp.

Sten mruknął, zerwał się na nogi i podbiegł.

- Tak jest, panie kapralu.

Halstead  wykonał  kilka  szybkich  ruchów.  Silne,  precyzyjne  ciosy.  Nieźle,  pomyślał  Sten. Ale  coś
kiepsko się osłania.

-  Rekrucie  kapralu  Sten.  Ten  człowiek  jest  twoim  śmiertelnym  nieprzyjacielem.  Zadanie  polega  na
zniszczeniu go!

Sten podszedł powoli. Wyciągnął ręce w geście, który jego zdaniem wyglądał jak atak, i wyskoczył
w powietrze. Przekręcił się w locie, stanął znowu na nogach i cofnął się lekko, gdy stopy dotknęły
ziemi. Umyślnie runął do przodu, twarzą w piach.

To powinno wystarczyć. I w tym momencie usłyszał, jak Lanzotta szepce:

- To był tylko mały pokaz, rekrucie kapralu Sten. Wiesz doskonale, jak to zrobić lepiej. A teraz chcę,
żebyś wstał, zanim twoi kumple zorientują się, co robisz, i zaatakował kaprala Halsteada.

Sten nie ruszył się.

background image

- Albo trzy dni pracy przy śmieciach. Sten westchnął i wstał.

Halstead  ruszył,  wyciągając  ręce.  Kiepsko.  Sten  skoczył  i  przekręcił  się  w  locie,  nogami  złapał
chwytem nożycowym biodra Halsteada.

Kapral  upadł.  Sten  chwycił  go  chwytem  zapaśniczym  i  wykorzystując  jego  rozpęd  przekręcił  go  na
bok. Gdy Halstead obracał się, Sten podniósł go, ramieniem podtrzymując jego tors.

Halstead pomknął w górę zakrzywionym lotem. Sten miał dosyć czasu na to, aby pomyśleć, co się z
nim stanie, jeśli wyśle kadrę na orbitę, potem ruszył. Kapral opadł ciężko na grunt, usiłując wstać i
Sten wymierzył mu dwa kopniaki prosto w żebra. Halstead pozostał na ziemi.

Sten podniósł się i odwrócił.

Rekruci  siedzieli  w  pełnej  podziwu  i  szacunku  ciszy.  Sten  popatrzył  na  Lanzottę,  który  westchnął
ciężko i obrócił kciuk. W dół.

Sten podniósł czapkę i skierował się w stronę stołówki.

I  tak  to  wyglądało.  Wykonałeś  -  źle,  nie  wykonałeś  -  też  źle.  Wziął  następny  pojemnik  na  śmieci  i
zaniósł go do stołówki.

Sierżant zaopatrzeniowy uśmiechnął się, gdy Sten wszedł do małego biura.

- Coś mi się zdaje, że cieszysz się z tego, że wracasz jutro na szkolenie, co?

Sten pokręcił głową.

- Wolisz być tutaj?

- Nie, panie sierżancie.

- No to w czym sprawa, rekrucie?

- Jutro zaczynamy szkolenie z nożem, panie sierżancie.

- I co z tego?

Taa.  I  co  z  tego.  Sten  nagle  zaczął  się  śmiać,  wieszając  pojemniki  z  powrotem  na  miejscu.  I  co  z
tego? I tak było lepiej niż na Vulcanie.

Nawet  Sten  czuł  się  odrobinę  niedobrze,  gdy  medyk  pracował  szybko  przy  krwawiących  ranach.
Ciało zostało podziurawione przez szrapnel i trzeba było zatamować krwotok.

- Sposób postępowania nie zmienił się od tysięcy lat powiedział instruktor medyczny. - Po pierwsze,
należy  rannemu  przywrócić  oddech.  Po  drugie,  zatamować  krwawienie.  Po  trzecie,  przeciwdziałać
wstrząsowi.

background image

Skończył, okrył człekokształtny manekin kocem termoizolującym i wstał. Rozejrzał się po sali.

- A potem wrzeszczcie o lekarza tak głośno, jak potraficie. Zakładając, że jakiś gorliwiec nie uznał
nas za najbardziej istotny cel, w jaki może uderzyć, i ktoś w ogóle pozostał przy życiu.

- A co potem? - spytał gruby rekrut Pech.

-  Jeśli  nie  ma  możliwości  uzyskania  profesjonalnej  pomocy,  użyjcie  pakietu  ze  swojego  plecaka.
Jeśli krwotok ustanie i wnętrzności są mniej lub więcej w porządku, środki antyseptyczne w zestawie
pozwolą waszemu kumplowi uniknąć zetknięcia z pełzającymi stworzonkami.

Zaśmiał się.

-  Oczywiście,  jeśli  wylądujecie  w  świecie,  o  którego  pluskwach  nie  wiemy  nic,  najlepsze,  co
możecie  zrobić,  to  starać  się  zostawić  po  sobie  dobrze  wyglądające  ciało.  -  Spojrzał  na  pyzate
policzki Pecha. - Co będzie dosyć trudne w twoim przypadku, Pech.

Sten i inni zachichotali. Lekarz był pierwszym instruktorem, który traktował ich chociaż odrobinę jak
myślące istoty.

Medyk otworzył dużą szafkę i skinął na Stena, który pomógł mu wyjąć inny manekin. Ten był ubrany
w kombinezon bojowy.

-  W  kombinezonie  sprawy  mają  się  nieco  inaczej  -  powiedział  instruktor.  -  Pakiet  medyczny
zainstalowano na stałe w środku i działa on automatycznie. Czasami nawet mu się to zdarza.

Następne prychnięcie śmiechu.

- Ale jeśli w kombinezonie zrobi się dziura, to jedyną rzeczą, jaką możecie zrobić, jest załatanie jej i
dostarczenie  rannego  do  punktu  medycznego.  Dowiecie  się  o  tym  więcej  podczas  ćwiczeń  z
kombinezonem. A teraz potrzebuję frajera, miałem na myśli ochotnika.

Rozejrzał się po słuchaczach i jego oczy zatrzymały się na Pechu.

- Chodź no tu, rekrucie.

Pech wystąpił z szeregów i stanął na baczność obok lekarza.

-  Spokojnie,  spokojnie.  Denerwujesz  mnie.  W  porządku.  Ten  facet  tutaj  to  twój  najlepszy  kumpel.
Razem  przechodziliście  szkolenie.  Razem  polowaliście  na  -  udawał,  że  dokładniej  przygląda  się
Pechowi - załóżmy, ameboidy. A w tej chwili właśnie odstrzelono mu ramię. Co masz zamiar zrobić?

Lekarz odsunął się na bok. Pech pochylił się niepewnie.

- Dalej, żołnierzu. Twój najlepszy przyjaciel wykrwawia się na śmierć. Ruszaj się!

background image

Pech bojaźliwie zrobił krok do przodu, a wtedy instruktor nacisnął ukryty w dłoni przełącznik i ramię
manekina eksplodowało. "Krew" opryskała wszystko dookoła - i Pecha, i stanowisko.

Chłopak zamarł.

- No ruszaj się, człowieku. Szybko.

Pech poszukał swojego pakietu medycznego i przysunął się bliżej. Następna porcja pulsującej "krwi"
oblała mu twarz. Otworzył pakiet i wyjął rolkę bandaża.

- Trzydzieści cztery, trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem... zostaw to, żołnierzu.

Pech  zdawał  się  nie  słyszeć  tych  słów  i  walczył,  aby  utrzymać  bandaże  na  miejscu.  W  końcu
"krwotok" ustał.

- Twój przyjaciel właśnie zmarł - powiedział lekarz ostro. - Wstań.

Pech podniósł się, patrząc tępo. Instruktor rozejrzał się po rekrutach, aby upewnić się, że dobrze go
rozumieją. Potem znowu odwrócił się do Pecha.

- Farba używana do tej krwi nie daje się zmyć przez dwa dni. To powinno pomóc ci zrozumieć, jak
byś się czuł, gdyby ta lalka naprawdę była twoim najlepszym kumplem.

Pech nigdy nie doszedł do siebie po tym incydencie. Kilka tygodni później, po serii porażek, zniknął.
Zmyło go.

Sten  zamrugał,  powoli  skupiając  wzrok.  On  i  pięciu  innych  rekrutów  patrzyli  na  siebie  głupio.
Halstead podniósł czarny wizjer swojego hełmu.

- Jak długo byliście wyłączeni? - spytał.

Sten wzruszył ramionami.

- Sekundę albo dwie, panie kapralu?

Halstead  pokazał  na  zegarek.  Minęły  dwie  godziny.  Odpiął  od  pasa  następny  niepozorny  granat
dezorientujący.

- Natychmiastowa utrata poczucia czasu. Nie masz pojęcia, co ci się przytrafiło i nie wiesz, że dzieje
się coś złego. To jest jeden z najbardziej efektywnych rodzajów broni, jakich będziecie używać.

Kompania kieruje się na ćwiczenia sprawnościowe. Zameldować się u kapral Carruthers.

Sten zasalutował i rekruci wybiegli.

Sten nie mógł pozbyć się obrazu tego człowieka. W całym zdarzeniu nie było nic niezwykłego, ale z
niewiadomych  przyczyn  postać  oficera  plątała  mu  się  po  głowie,  przypominając  się  w  różnych

background image

dziwnych momentach.

Tego dnia pełnił obowiązki dyżurnego kompanii i drzemał na biurku. Nie słyszał odgłosu otwierania
ani zamykania drzwi.

- Tylko wy jesteście tutaj, gwardzisto?

Sten, przebudzony, podskoczył i stanął na równych nogach.

Mężczyzna stojący przed nim był wysoki i szczupły. Sten zamrugał i zorientował się, że wgapia się w
jego mundur. Niemal niedostrzegalnie materiał zmienił kolor na taki, że wtapiał się we wzór tapety
na  ścianie.  Mężczyzna  nosił  też  miękką  czapkę  z  tego  samego  dziwnego  tworzywa  -  później  Sten
dowiedział się, że nazywają ją beretem. Była zsunięta zawadiacko na jedno oko.

Do  beretu  przypięto  uskrzydlony  sztylet.  Jedyną  inną  odznakę  na  mundurze  stanowiły  kapitańskie
gwiazdki  na  jednym  ramieniu  i  czarna  sylwetka  jakiegoś  owada  na  drugim.  Nie  wiadomo  dlaczego
Sten zaczął się jąkać.

- Ta - ak, sir.., oni są... o - oni wszyscy są na ćwiczeniach.

Oficer wręczył Stenowi zapieczętowaną kopertę.

-  To  dla  sierżanta  Lanzotty.  To  osobiste,  a  więc  proszę  dopilnować,  aby  trafiło  bezpośrednio  do
niego.

- Tak jest, sir.

I tamten poszedł.

Tydzień  później  Sten  miał  okazję  zapytać  Carruthers,  kim  był  ten  człowiek.  Kapral  aż  gwizdnęła,
kiedy Sten opisał mundur.

- To Sekcja Modliszki!

Sten popatrzył na nią bezmyślnie.

- To znaczy, że nie słyszałeś o tym?

Sten pokręcił głową, czując się jak król idiotów.

- Oni są najbardziej paskudną grupą żołnierzy w całej Armii Imperialnej - powiedziała Carruthers. -
Prawdziwa  elita.  Pracują  samotnie.  Humanoidzi  czy  nieziemcy.  Imperium  zabiera  z  Gwardii
najlepszych, którzy znikają potem w Korpusie Merkurego, w wywiadzie.

Sten przypomniał sobie Mahoneya i skinął głową.

background image

- No cóż. Modliszki noszą te swoje wspaniale kamuflujące mundury, kiedy możesz je zobaczyć. Ale
w większości przypadków nie widzisz ich, i lepiej miej nadzieję, że tak zostanie.

- Dlaczego?

-  Jeśli  spotykasz  kogoś  takiego  w  polu,  to  wiesz,  że  masz  du  -  uże  kłopoty.  Każde  z  nich  zapewne
pozbyło się jakichś dwóch albo i trzech tysięcy nieprzyjaciół.

Carruthers wyjątkowo pozwoliła sobie na uśmiech. Bardzo lubiła takie wojenne opowieści.

- Pamiętam, jeden raz na Altairze V. Byliśmy tam z pułkiem w misji pokojowej i nie wiadomo jak
zostaliśmy okrążeni.

Wzięła oddech.

-  Wrzeszczeliśmy  o  pomoc  na  każdej  długości  fal,  do  której  mogliśmy  się  dobrać,  i  usiłowaliśmy
utrzymać się na pozycji. Wiedzieliśmy, że już niedługo będziemy musieli poumierać sobie trochę.

Carruthers roześmiała się. Sten zorientował się, że właśnie powiedziała coś w rodzaju żartu i też się
uśmiechnął.

- A  więc,  pewnej  nocy  na  posterunku  pojawiła  się  ta  kobieta.  Jedna  z  Sekcji  Modliszki.  Przeszła
przez nieprzyjacielskie linie, nasze straże i pozycje i po prostu w pewnym momencie zauważyliśmy,
że  siedzi  sobie  obok  nas  i  je  obiad.  Kiedy  skończyła,  pożyczyła  sobie  kilka  tub  z AM2  i  granatów
dezorientujących i znowu znikła. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, ani co zrobiła, ale około dwunastu
tamtejszych godzin później pokazało się sześć krążowników Imperium i uratowało nasze tyłki.

Carruthers  popatrzyła  na  Stena  spode  łba,  co  spowodowało,  że  poczuł  się  o  wiele  lepiej.
Uśmiechnięta Carruthers to było coś, do czego chyba nie chciał przywyknąć.

- Ale oni zwykle działają w inny sposób - mówiła dalej. Jeśli kiedyś jeszcze zobaczysz któreś z nich,
żołnierzu, to leżysz i kwiczysz. Bo nadejdzie coś wielkiego i paskudnego, to pewne jak to, że masz
ogon tam, gdzie powinna być głowa. Pamiętaj o tym, słyszysz?

Sten słyszał ją naprawdę doskonale.

- Wszyscy zapoznacie się z kombinezonem bojowym - powiedział Lanzotta. - Niektórzy mają nawet
szansę  w  nim  umrzeć.  I  odkryjecie,  jak  ja  kiedyś,  że  ten  kombinezon  może  zabić  was  szybciej  niż
wróg.

W  tym  momencie  Sten  i  inni  zapadli  w  stan  drzemki.  Wszystkim  zdawało  się,  że  rozgryźli  już
Lanzottę. Każdy z tych małych wykładów wyglądał tak samo. Najpierw wstęp. Potem ulubiona część
Lanzotty - lekcja historii. Po której następowała porcja potrzebnych im informacji. W takiej chwili
wszyscy budzili się na nowo.

-  Jestem  wyjątkowo  przywiązany  do  tego  tematu  -  kontynuował  Lanzotta.  -  Tak  naprawdę  to

background image

przeprowadziłem  osobiste  badania  tego  kombinezonu.  Ponieważ  to  jest  ta  część  wyposażenia,  przy
której technicy osiągnęli absolutny szczyt absurdu.

Pyk.  Trzask.  Każdy  z  rekrutów  zapadł  natychmiast  głębiej  w  nieświadomość.  Lanzotta  skinął  na
Halsteada,  który  podszedł  do  terminala  i  nacisnął  kilka  klawiszy.  Coś  głośno  zazgrzytało  i
zapiszczało  i  wszyscy  rekruci  obudzili  się,  gdy  na  salę  wykładową  wysunął  się  wieszak  z
kombinezonami bojowymi.

Sten  przyglądał  się  im  i  wcale  nie  musiał  udawać  zainteresowania.  Większość  z  nich  rozpoznał  z
filmów  wojennych.  Wyglądały  jak  olbrzymie,  uzbrojone  przedmioty  ukształtowane  z  grubsza  na
podobieństwo ludzi. Niektóre mogły poruszać się na gąsienicach.

Pierwszą  rzeczą,  jaką  zauważył,  było  to,  że  powiększały  się  ich  rozmiary.  Na  początku  wieszaka
wyglądały na małe i niepozorne. Dalej stawały się coraz większe i większe, i pokaźniejsze, bardziej
skomplikowane,  aż  do  mniej  więcej  dwóch  trzecich  drogi  wzdłuż  szeregu.  Od  tego  miejsca  znowu
malały, ale wyglądały dużo groźniej.

Lanzotta przechadzał się wzdłuż szeregu kombinezonów, zatrzymując się przy największym.

-  Tutaj  mamy  przykład,  o  czym  mogę  osobiście  zaświadczyć,  jak  technokraci  naprawdę  przeszli
samych siebie. Widucie, to było takie logiczne. Dla każdego, z wyjątkiem gwardzisty. Produkowali
kule, a potem robili kamizelki kuloodporne.

Lanzotta  popatrzył  po  swojej  zasłuchanej  grupie,  jak  gdyby  oczekując  na  pytania.  Nikt  nie  był  tak
durny.

- Nie mam zamiaru wyjaśniać teraz, czym tak naprawdę były owe kule - ciągnął Lanzotta - powiem
tylko, że mogły one zrobić dziurę taką, jak karabin Willy'ego. Pod pewnymi względami nawet gorszą.

Sposób, w jaki Lanzotta mówiąc to uśmiechnął się, upewnił Stena, że to naprawdę było gorsze.

-  Im  bardziej  rozwijała  się  broń  przeciw  piechocie  -  kontynuował  Lanzotta  -  tym  więcej  technicy
ładowali  w  kombinezon.  Dopóki  w  końcu  nie  stał  się  on  odporny  właściwie  na  wszystko.  Lasery,
bomby, granaty, wymień co chcesz. Byliśmy nienaruszalni.

Sten zaczynał rozumieć, co było nie w porządku z tym kombinezonem.

Jakieś  pięćdziesiąt  lat  temu  miałem  wielką  przyjemność  testowania  tego  w  akcji.  Ja  sam  i  około
dwóch tysięcy towarzyszy broni.

Lanzotta zaśmiał się. Wśród rekrutów natychmiast wzrosło napięcie. Czy też powinni się śmiać? W
oczywisty  sposób  myślał,  że  powiedział  coś  zabawnego.  Ale  Carruthers  i  Halstead  zachowywali
kamienne  twarze.  Im  nie  wydawało  się  to  śmieszne.  Lanzotta  zakończył  sprawę  nie  zauważając
niczego i ciągnął dalej.

-  Mieliśmy  rozkaz  zdławienia  buntu  na  zapomnianej  przez  bogów  planecie  o  nazwie  Moros.
Wyposażono nas we wszystko, co było znane współczesnej nauce wojskowej. Łącznie z najnowszym

background image

kombinezonem bojowym.

Sten  przyjrzał  się  temu  bliżej.  To  był  największy  egzemplarz  umieszczony  na  wieszaku.  Zawierał
tuby, druty, małe ekrany wideo, wypustki i wyloty wszędzie dookoła. Wyglądał tak, jakby ważył pół
tony i wymagał całej drużyny techników do obsługi.

-  Kocham  ten  kombinezon  -  powiedział  Lanzotta.  -  Może  zrobić  wszystko.  Jest  zasilany  AM2  i
wyposażony w pseudo, mięśnie. Każdy, kto tkwi w środku, zastępuje trzydziestu ludzi. Mały oddział
żołnierzy ubrany w to przejdzie przez każdy rodzaj ognia nieprzyjaciela. Jest odporny właściwie na
wszystko i można w nim żyć przez całe miesiące bez żadnego wsparcia z zewnątrz.

Lanzotta pokręcił głową z podziwu.

-  Rzecz  jasna  nikt  nie  pomyślał  o  tym,  aby  powiadomić  o  wszystkim  tubylców  na  Moros.  Nie
powiedziano  im,  jakimi  jesteśmy  dzielnymi  i  zażartymi  wojownikami.  Nie  znali  nawet  słowa
technika, a więc, co mogli zrobić?

Westchnął.

- Wylądowaliśmy, a oni uciekli w dżunglę. Posuwaliśmy się do przodu pod ich ogniem, głównie dzid
i proc, i paliliśmy ich wioski. Aż pewnego dnia znudziła ich ta ucieczka.

Lanzotta  zaśmiał  się  znowu. Ale  tym  razem  Sten  i  inni  za  bardzo  zasłuchali  się  w  historię,  aby  to
spostrzec.

-  Zauważyli  następującą  rzecz:  no  tak,  byliśmy  wielkimi,  mocarnymi  żołnierzami  o  sile  rażenia
małego  czołgu.  Ale  nie  mieliśmy  zdolności  manewrowania.  I  byliśmy  odcięci  od  naszego
środowiska. A więc opracowali mały, prosty trick. Kopali małe dołki, maskowali je i uciekali przed
naszym  natarciem  w  ich  stronę.  Oczywiście  większość  naszych  wpadała  do  środka.  A  tam
znajdowały się sieci, podnoszące nas w górę.

Lanzotta nie uśmiechał się już.

- I podczas gdy usiłowaliśmy wygramolić się z sieci, podbiegali do dołka i wsadzali wielką, długą
włócznię  w  wylot  nieczystości  z  kombinezonu.  Ostrze  wchodziło  w  ciało  żołnierza.  Oczywiście,
razem  z  ostrzem  do  organizmu  dostawały  się  ekskrementy.  Rany  jątrzyły  się  tak  silnie,  że  pakiety
medyczne nie dawały sobie rady, i wielu z nas zgniło na śmierć.

Lanzotta pokręcił głową.

-  Straciliśmy  dwie  trzecie  z  gwardzistów,  którzy  przystąpili  do  szturmu.  I  więcej  w  następnym
lądowaniu. W końcu jedynym rozwiązaniem było wysadzić planetę, usiąść na tyłku i popatrzeć, jak
Moros płonie.

Lanzotta poklepał kombinezon.

background image

-  Niszczenie  planet  nie  jest  dobrze  widziane  w  kręgach  dyplomatycznych  operator  był  bardzo
nieszczęśliwy.

Lazotta uśmiechnął się krzywo, zmierzając do pointy swego wykładu.

- Nogi technicy - powiedział - zaczęli zmieniać ten kombinezon.

Sten  żałował,  że  nie  może  znaleźć  jakiegoś  schronienia.  Z  wyrazu  twarzy  Lanzotty  wnioskował,  że
powinno ono być bardzo głębokie i skonstruowane z czegoś mocnego co najmniej tak, jak tytan.

- To jest grzech i ohyda w oczach Boga - pienił się Smathers. - Moim obowiązkiem było zdać panu
sprawozdanie z ich zachowania.

Lanzotta  popatrzył  na  niego,  a  potem  na  dwóch  mężczyzn  stojących  obok  na  baczność.  Stena
zignorował - na chwilę.

- Colrath, Rranrak, czy on mówi prawdę?

- TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.

Lanzotta westchnął i zwrócił się do Smathersa.

- Smathers, mam dla ciebie dużą niespodziankę. Gwardia nie interesuje się tym, co jednostki robią
poza służbą, tak długo, jak długo są w stanic stanąć w szeregu następnego ranka.

- Ale...

-  Ale  ty  pochodzisz  ze  świata  założonego  przez  Braciszków  z  Plymouth.  W  porządku.  Twoi
współwyznawcy  wyprodukowali  paru  doskonałych  gwardzistów.  Lecz  każdy  z  nich  przekonał  się
wcześniej  czy  później,  że  ich  idee  nie  odpowiadają  nikomu  oprócz  nich  samych.  I  od  kiedy  to
zacząłeś nachodzić swojego sierżanta?

Smathers patrzył w podłogę.

- Przepraszam, panie sierżancie.

- Twoje przeprosiny zostają przyjęte. Powiedz mi jeszcze jedno: czy byłeś kiedykolwiek w łóżku z
mężczyzną?

Smathers wyglądał na przerażonego.

- Oczywiście, że nie.

- Więc jeśli nic o tym nie wiesz, to czy nie wydaje ci się, że coś tracisz? - powiedział Lanzotta.

Smathersowi oczy wylazły z orbit.

background image

- Tak czy siak - stwierdził rześko Lanzotta - marnujesz czas zajmując się czymś, co zupełnie nie jest
twoją  sprawą.  I  ponieważ  wydajesz  się  bardzo  zajęty  węszeniem  w  kloakach,  to  myślę,  że
potrzebujemy ochotnika do oczyszczenia tej w koszarach. Przyjmuję twoje zgłoszenie.

- Nie ma pan zamiaru...

- Nie mam - zgodził się Lanzotta. - A teraz ruszaj się.

Smathers ruszył w kierunku latryny. Lanzotta odwrócił się do Colratha i Rranraka.

- Chociaż Gwardia nie jest zainteresowana tym, co robicie lub czego nie robicie w wolnym czasie, to
mimo  wszystko  musimy  respektować  przekonania  kolegów.  Jestem  głęboko  zaniepokojony  tym,  że
was  dwóch  nie  zadało  sobie  trudu  poszukania  jakiegoś  odpowiedniego  miejsca  i  zamiast  tego
zakłócało sen i zadowolenie innych rekrutów. Idźcie pomóc mu w czyszczeniu szamba.

Dwóch mężczyzn o zawstydzonych twarzach powoli wyszło na zewnątrz. Lanzotta zwrócił wreszcie
uwagę na Stena.

- Rekrucie kapralu Sten!

- Tak jest, panie sierżancie.

- Dlaczego sam nie zająłeś się tą sprawą?

- Próbowałem, panie sierżancie. Smathers nalegał na spotkanie z panem.

-  To  jego  prawo.  Zwłaszcza,  jeśli  ma  do  czynienia  z  kapralem  rekrutem,  który  nie  umie  dać  sobie
rady ze zwykłą koszarową pyskówką.

- Tak jest, panie sierżancie.

- Po pierwsze, usuniesz te belki z pagonów.

- Tak jest, panie sierżancie.

- Po drugie, dołączysz do tamtych trzech.

- Tak jest, panie sierżancie.

- Odmaszerować.

Sten  podążył  za  innymi.  Następnym  razem,  pomyślał,  oszczędzi  wszystkim  kłopotu  i  po  prostu
przetnie Smathersa na pół.

background image

Rozdział 21

Tak w sumie, pomyślał Sten, to jednak nie dał dupy. Skończył konserwować ostatni kawałek metalu
na swoim pasie i schował go z powrotem do szafki.

Potem popatrzył w górę.

Stała  tam  Tomika,  trzymając  w  garści  kosmetyczkę.  Zdecydował,  po  jakimś  nieskończenie  długim
czasie,  że  ona  jest  najmilej  wyglądającym  aspektem  szkolenia.  I  że  spróbuje.  O  tak,  naprawdę
spróbuje.

- Kogo masz do pary, Sten?

- Moją lewą rękę - odpowiedział.

Rzuciła swoje rzeczy na jego pryczę i zaczęła poprawiać poduszkę. Stenowi opadła szczęka.

- Ale, Tomiko, pytałem cię przecież wcześniej i...

- Nie zadaję się z wyższymi rangą. Mam swoje zasady.

Sten  nagle  zdecydował,  że  wszystko  nie  tylko  nie  miało  znaczenia,  ale  było  nawet  zabawne.  Zgasił
swój śmiech, kiedy popatrzył na Gregora.

- Teraz widzisz, o czym mówiłem - stwierdził Gregor. A ty się myliłeś.

- Ja zawsze się mylę, Gregor. A o co chodzi tym razem?

- Oni są zbyt arbitralni. Nie dali mi rangi, na którą zasługiwałem. A ciebie zdegradowali. Widzisz?

- Nie. O ile wiem, to sobie na to zasłużyłem.

- To jest właśnie tutaj. Przed tobą.

Sten stwierdził, że Gregor zaczyna mówić wysokim, zawodzącym głosem.

- TNP, chłopie. To nie pasuje.

- Mój ojciec nauczył mnie, że każdy interes, który nie reaguje na nowe bodźce, padnie. To właśnie
Gwardia.  Chcą  tylko  mięsa  armatniego.  Każdy,  kto  nie  odpowiada  ich  wyobrażeniom  kretyńskiego
bohatera, jest wysyłany do jakiejś paskudnej roboty. A jeżeli pomylą się, jak w twoim przypadku, to
zdegradują tak szybko, jak szybko się zorientują.

- Ty naprawdę w to wierzysz, Gregor - powiedziała Torcika.

background image

-  Jak  jasna  cholera  -  stwierdził  Gregor.  -  Napisałem  następny  list  do  ojca,  Sten.  Już  on  dopilnuje,
żeby wszystko naprawiono.

Sten usiadł.

- Czy, umnnm, wspomniałeś o mnie?

- Nie, nie zrobiłem tego. Tak, jak chciałeś. Ale będziesz tego żałował. Zobaczysz.

I Gregor roześmiał się, odwrócił i poszedł do swojej pryczy.

- Hej, Rekrucie Krótkoterminowy Eks - Kapralu Stenie? Czy ten facet zupełnie ogłupiał?

Sten nie odpowiedział jej, tylko słuchał śmiechu Gregora dobiegającego z jego pryczy.

- I co się stanie, kiedy zrobię tak?

Tomika  zachichotała.  Sten  nagle  usiadł  na  pryczy  i  położył  jej  rękę  na  ustach.  Ruch.  Zduszony
chichot. Torcika wyciągnęła rękę i złapała go, pociągając na poduszkę.

- Nie, Sten - zaszeptała. - Zaczekaj.

Sten zaczekał - czas dłużył się odmierzany uderzeniami serca.

I potem zaczął się wrzask.

Ktoś  włączył  światło,  Sten  wyskoczył  z  łóżka.  Wrzask  dochodził  od  strony  miejsca  zajmowanego
przez Gregora.

Sten  przetoczył  się  przez  swoją  pryczę,  instynktownie  przyjmując  pozycję  bojową. A  potem  opadł
znowu na dół, śmiejąc się do rozpuku.

Gregor wrzeszczał coraz głośniej i młócił rękami.

Sten i inni rekruci ustawili się dookoła jego kwatery. Naprawdę był w tarapatach.

- To Wielki Pająk z Odala - powiedział ktoś zduszonym, niskim głosem. - Masz kłopoty, Gregor.

Gregor  naprawdę  miał  kłopoty.  Ktoś  musiał  ukraść  poprzedniego  dnia  pojemnik  z  liną  w  sprayu  z
terenu szkolenia. I podczas gdy Gregor spał, on, ona lub oni rozpięli linę od pryczy do szafki, potem
do butów, do pryczy, do butów szturmowych, znowu do szafki i zakończyli na nosie Gregora.

Wyjątkowo  mocna  i  wyjątkowo  przylepna  nić  utworzyła  bardzo  efektywną  pajęczynę,  stwierdził
Sten. Ktokolwiek rozpiął pajęczynę, zdjął przedtem utwardzacz z wylotu, a więc im bardziej Gregor
się szamotał, tym bardaej zaplątywał się w liny.

background image

Do tej pory zdołał uwikłać się beznadziejnie i tylko żalił się cicho.

Sten popatrzył na Tomikę.

- Kto ma pretensje do Gregora?

Machnęła niedbale ręką.

- Prawie wszyscy. - Zachichotała. - Wydaje mi się, że będzie dobrym oficerem.

- Stawiam trzy do jednego, że nie uda mu się wydostać powiedział Sten. - Poza tym...

- Dobrze się bawicie, dzieci? - rekruci zastygli nagle.

Sten  nigdy  nie  mógł  zrozumieć,  jakim  cudem  Carruthers  jest  w  stanie  wydać  z  siebie  szept  na
poziomie 116 decybeli.

- Czy jest jakiś szczególny powód tego, że nie stoimy wszyscy na baczność?

- Ba - aczność! - zakomenderował ktoś. Carruthers przeszła przez ich grupę. Popatrzyła na Gregora i
zacmokała z namysłem.

-  Wielki  Pająk  z  Odala.  Wiedziałam,  że  mamy  wszy  i  szczury,  ale  myślałam,  że  te  pająki
zniszczyliśmy przy ostatniej fumigacji.

Carruthers odwróciła się.

- Morghhan! Czy nie poszedłbyś do zaopatrzenia po pojemnik z rozpuszczalnikiem? Oczywiście, jeśli
nie masz nic przeciwko temu.

Drzwi trzasnęły za Morghhanem, zanim Carruthers zdążyła zakończyć zdanie.

-  Wielkie  pająki,  hmmm.  To  poważna  sprawa.  -  Szept  przeszedł  w  krzyk.  -  Rekruae  Sten,  jaki  jest
właściwy uniform do polowania na pająki?!

- Umm... nie wiem, pani kapral.

-  PADNIJ!  POWSTAŃ!  PADNIJ!  POWSTAŃ!  PRZESZEDŁEŚ  JUŻ  WIĘKSZOŚĆ  SZKOLENIA  I
MASZ  TO  WIEDZIEĆ!  REKRUCIE  TOMIKA,  POWINNAŚ  MU  TO  POWIEDZIEĆ!  PADNIJ!
POWSTAŃ! PADNIJ! POWSTAŃ!

Carruthers podeszła z powrotem do drzwi.

-  Macie  pięć  minut  na  ubranie  się  w  pełny  strój  do  polowania  na  pająki  i  przygotowanie  się  do
spędzenia reszty nocy na szukaniu czegoś, co, jak ustaliłam, jest pięcioma wielkimi pająkami.

background image

Trzasnęła  drzwiami.  Rekruci  spojrzeli  po  sobie.  Wystraszeni.  Drzwi  zaskrzypiały  otwierając  się
znowu.

- Każdy, kto nie będzie w odpowiednim ubraniu, spędzi dwa dni w kuchni. To wszystko, dzieci. Nie
traćcie czasu.

Kiedy  Bjhalstred  przejechał  po  kapralu  Halsteadzie  wozem  bojowym,  Sten  wiedział,  że  cały  czas
miał rację. W tym wiejskim chłopaku nie było nic z głupka. Nie, nikt nie mógł oskarżyć Bjhalstreda o
umyślne zmiażdżenie Halsteada. To tylko wypadek. No jasne, pomyślał sobie Sten, jasne.

-  To  -  wyjaśniał  Halstead  -  jest  jeszcze  jedno  urządzenie  Imperium,  przygotowane  specjalnie  dla
głupków. Jeden wskaźnik pokazuje stan naładowania baterii. Przekręcasz ten przełącznik i wóz rusza.
Ustawiasz dźwignię podnoszenia się na pożądaną wysokość. Od jednego do tysiąca metrów. Radar
Dopplera automatycznie utrzymuje wyznaczoną odległość od podłoża.

-  Przesuwając  dźwignię  kontrolną  do  przodu,  podnosisz  się.  Im  dalej  do  przodu,  tym  szybciej.
Maksymalna  prędkość  dwieście  kilometrów  na  godzinę.  Przesuwasz  dźwignię  na  bok,  wóz  obraca
się. Mamy jakiegoś ochotnika?

Halstead rozejrzał się po rekrutach, dopóki nie zauważył kogoś, kto usiłował stać się niewidzialny.

- Bjhalstred - zanucił. - Chodź tutaj; mój chłopcze. Bjhalstred stanął przed kapralem.

- Nigdy nie prowadziłeś samochodu, co?

- NIE, PANIE KAPRALU!

- Dlaczego nie, rekrucie?

- Nie wierzymy w nie na Outremer, panie kapralu. Należymy do sekty Amishów.

-  Rozumiem.  -  Halstead  zastanawiał  się  przez  chwilę,  po  czym  najwyraźniej  postanowił  nic  nie
mówić. - Do wozu.

Bjhalstred wdrapał się do środka.

- Nie masz żadnych religijnych obiekcji w stosunku do prowadzenia samochodu, prawda?

- NIE, PANIE KAPRALU.

- Dobrze. Włącz silnik, ustaw wysokość dwóch metrów i przejedź przez plac manewrowy. Obróć się
i wracaj.

Bjhalstred  popatrzył  z  zakłopotaniem  na  wskaźniki,  potem  mocno  ujął  w  dłoń  dźwignię  kontrolną  i
szarpnął ją w prawo.

Halstead  miał  akurat  dosyć  czasu  na  to,  aby  wrzasnąć  "NIEE!!!",  gdy  wóz  bojowy  obrócił  się

background image

dookoła  własnej  osi,  zderzak  uderzył  Halsteada  w  głowę  i  zrzucił  z  podestu  na  podłoże  i  pojazd
miękko ruszył do przodu. Jego radar miał wystarczający zasięg, aby uchwycić zapełnione rekrutami
ławki  (które  nagle  opustoszały),  i  podniósł  wóz  nieco  w  górę  ponad  siedzeniami,  a  potem  wehikuł
zrobił piętnastometrowe koło. Bjhalstred siedział za pulpitem jak skamieniały.

Lanzotta  i  Carruthers  natychmiast  wzięli  drugi  wóz  i  zaczęli  manewrować  obok  pierwszego,
krążącego  bez  celu.  Lanzotta  wskoczył  lekko  do  przedziału  osobowego,  sięgnął  ponad  ramionami
rekruta i wyłączył zasilanie. Wóz osiadł na podłożu. Lanzotta wyciągnął Bjhalstreda.

-  W  tym  momencie  -  stwierdził  -  chyba  ciebie  nie  lubię,  rekrucie.  Pozbawiłeś  jednego  z  moich
członków kadry przytomności, a to jest naprawdę Zła Rzecz. Sądzę, że chcesz uszczęśliwić kaprala
Halsteada, kiedy w końcu odzyska przytomność, prawda?

Bjhalstred skinął głową.

-  W  przeciwnym  przypadku  mógłby  cię  zabić,  rekrucie.  I  wtedy  musiałbym  pisać  raport
wyjaśniający,  dlaczego  to  zrobił.  A  więc  jestem  pewien,  że  chcesz  na  ochotnika  wyświadczyć
swojemu biednemu kapralowi osobistą przysługę, czyż nie?

Bjhalstred kiwnął znowu.

- Widzisz tę górę - powiedział Lanzotta, wskazując na odległy grzbiet. - Na tej górze jest strumień,
rekrucie. Kapral Halstead wyjątkowo lubi wodę z tego strumienia. A więc może weźmiesz pojemnik,
pobiegniesz tam i przyniesiesz mu jej?

- Co? - zdołał wyjąkać Bjhalstred.

- Chyba "Co, panie sierżancie" - stwierdził Lanzotta. I wydaje mi się, że dobrze mnie słyszałeś.

Bjhalstred kiwnął głową, podniósł się powoli z siedzenia i skierował w stronę baraków.

Lanzotta  patrzył  za  nim,  jak  biegnie  do  budynku,  wychodzi  niosąc  pojemnik  i  znika  w  dali.  Sten,
patrząc z szeregów, zobaczył, że ramiona Lanzotty drżą lekko. Nie, Bjhalstred nie był aż tak głupi.

background image

Rozdział 22

Lanzotta wyglądał na uszczęśliwionego.

Sten  zadrżał  i  pomyślał,  że  wolałby  być  gdzieś  w  tylnych  szeregach.  To  nie  zapowiada  się
przyjemnie.

Halstead zaczął stawiać kompanię na baczność. Lanzotta uciszył go.

- Coś bardzo ciekawego właśnie się zdarzyło, dzieci - powiedział miękko.

Przechadzał się tam i z powrotem. To będzie bardzo nieprzyjemne.

-  Właśnie  otrzymałem  list  od,  ujmijmy  to  w  ten  sposób,  wyższych  autorytetów.  Wydaje  się,  że  być
może nie spełniam swoich obowiązków w stosunku do Imperium w odpowiedni sposób.

Sten  zapragnął  nagle  znaleźć  sobie  bardzo  głębokie,  bardzo  mocno  obwarowane  schronienie.  Miał
nadzieję, że nie wie, o co chodzi.

- Być może nie poświęcam niektórym rekrutom właściwej uwagi. Szczególnie podczas akcji. Wydaje
się,  że  owe  autorytety  zastanawiają  się,  czy  niektórzy  z  bardzo  zdolnych  przywódców  nie  zostali
pominięci.

Tak. Bardzo interesujący list.

Uśmiech Lanzotty zniknął, zastąpiony poważnym spojrzeniem.

- Nie chciałbym się mylić pozostając w służbie Imperatora, prawda? Gregor! Wystąpić!

W tej właśnie chwili Sten pomyślał, że to odpowiedni moment na to, aby umrzeć. Gregor wystąpił
przed szeregi, wyprężył się i zasalutował.

- Rekrut Gregor? Jesteś teraz rekrutem komendantem kompanii.

Ktoś w tylnych szeregach powiedział bardzo głośno:

- O cholera!

Lanzotta postanowił być chwilowo głuchy.

-  Przejmij  dowodzenie  kompanią,  komendancie  Gregor.  Masz  jedną  godzinę  na  przygotowanie
jednostki do przemieszczenia się i przeprowadzenia szkolenia bojowego.

Możliwe  jest,  zdecydował  Sten,  aby  pomyśleć,  że  komuś  śmierdzi  z  ust,  tylko  słuchając,  jak  sapie

background image

przez  radio.  Poczuł,  że  swędzi  go  pomiędzy  łopatkami.  Niedobrze.  Jakiś  geniusz  tak  zaprojektował
szturmowy kombinezon bojowy, że swędziało wszędzie tam, gdzie nie można było się podrapać. Sten
powiedział sobie, że nic go nie swędzi, i powrócił do słuchania sapania Gregora na częstotliwości
komendanta.

No dawaj, pomyślał. Zdecyduj się.

- Pierwsza... to znaczy jeden jeden.

Sten włączył swój mikrofon.

- Słucham.

- Ten statek to patrolowiec klasy C. To znaczy, że wchodzimy do środka przez dysze wylotowe. Mój
pierwszy sierżant sprawdził je. Są zimne.

Sten  odkotwiczył  od  asteroidu,  za  którym  "ukrywał  się"  wraz  ze  swoim  plutonem,  i  przesunął  się
trochę.

Stary  kadłub  wisiał  w  ciemnościach  w  odległości  dwóch  kilometrów  i  mniej  więcej  wyglądał  jak
klasa C. Ale...

Sten wszedł na linię.

- Sześć? Tu jeden jeden. Proszę o szyfrowanie.

Gregor chrząknął i kazał reszcie kompanii opuścić tę częstotliwość.

- Wejście przez dysze jest zgodne z podręcznikiem, sir.

- Oczywiście, Sten. Dlatego właśnie...

- A nie wydaje ci się, że ci źli chłopcy też mogą czytać książki? I przewidywać?

- TNP, chłopie. To nie pasuje. Czego chcesz? Jakiegoś dziwacznego frontalnego ataku?

-  Cholera  jasna,  Gregor!  Wejdziemy  w  rurę,  ktoś  tam  będzie  czekał  na  nas,  przynajmniej  tak  się
domyślam. Jeśli możesz nas osłaniać, ja ze swoim plutonem wejdę z flanki.

- Kontynuuj... jeden.

Sten wzruszył ramionami. Nie zaszkodzi spróbować.

- Podejdziemy z boku. Przetniemy okrywę i zmniejszymy ciśnienie wewnętrzne. To ich załatwi i w
ten sposób przechytrzymy ich.

background image

Więcej sapania. Sten zastanawiał się, czy ojciec Gregora nie mógł sobie pozwolić na zoperowanie
syna.

- Przerwać, jeden. Wydałem rozkazy.

Sten z rozmysłem wyłączył szyfrowanie.

- Oczywiście, kapitanie.Jak pan kapitan sobie życzy. Jasne. Zaskrzypiał głos Carruthers.

- Jeden. Łamiecie ciszę radiową. Dyżur w kuchni.

Sten usłyszał wybuch śmiechu Gregora przez jego włączony mikrofon.

- Tu sześć. Po kolei... atak przez dysze... elementy manewru... naprzód.

Pluton Stena wypłynął na otwartą przestrzeń. Sten sprawdził odczyt i automatycznie wyrównał kurs.

Dywersyjny  ogień  laserowy  osłaniał  ich  od  strony  dwóch  innych  plutonów.  Sten  wprowadził
program nagłych zygzaków do komputera. Kontynuowali swoją drogę do statku.

Zanim  zbliżyli  się  do  jego  burt,  połowa  plutonu  pozostawała  zawieszona  bezradnie  w  przestrzeni.
Komputer uznał ich za zestrzelonych i rannych.

Sten  obrócił  wielki  projektor  należący  do  wyposażenia  i  ustawił  go  na  właściwej  pozycji.
Stwierdził, że spróbuje na chybił trafił i...

I został porażony wybuchem ognia prosto w oczy. Filtr hełmu pociemniał aż do czerni i Sten zobaczył
migający napis "ranny" na panelu kontrolnym kombinezonu.

Zdążył  już  przyzwyczaić  się  do  bycia  "zabijanym".  Prawdę  mówiąc,  po  raz  pierwszy  cieszył  się  z
tego. Nie spodziewał się, aby któryś z "rannych" musiał odbywać zwykłą porcję pracy przy szambie
po powrocie do bazy.

Lanzotta miał znacznie większą rybę na wędce. Albo może znacznie mniejszą, kto to wie.

Lanzotta  stał  bardzo  sztywno,  z  kamienną  twarzą.  Sten  zrelaksował  się  i  patrzył  na  Gregora  kątem
oka.

- Postępowałeś zgodnie z podręcznikiem, rekrucie komendancie kompanii?

- Tak jest, panie sierżancie.

- Czy zadałeś sobie trud, aby sprawdzić dokładnie tamten statek?

- Nie, panie sierżancie.

-  Gdybyś  to  zrobił,  zobaczyłbyś,  że  twój  nieprzyjaciel  przerobił  te  ekrany  słoneczne  na  projektory.

background image

Wycelowane  dokładnie  tam,  gdzie  normalnie  są  luki  w  obronie.  Dlaczego  tego  nie  sprawdziłeś,
rekrucie komendancie kompanii?

- Nie mam wytłumaczenia, panie sierżancie.

- Czy rozważałeś jakiś inny sposób dokonania szturmu?

- Nie, panie sierżancie.

- Dlaczego?

- Ponieważ... ponieważ tak właśnie podręcznik opisuje atak na statek klasy C, panie sierżancie.

- I gdybyś postępował niezgodnie z zasadami podanymi w książce, mógłbyś sobie narobić kłopotów.
Mam rację, rekrucie komendancie kompanii Gregor?

- No - o...

- ODPOWIEDZ NA TO CHOLERNE PYTANIE!

Sten i inni podskoczyli na metr w górę. Lanzotta krzyczał po raz pierwszy od początku szkolenia.

- Nie wiem, panie sierżancie.

- A ja wiem. Ponieważ zdawało ci się, że dopóki trzymasz się kurczowo książki, jesteś bezpieczny.
Nie  ośmieliłeś  się  zaryzykować  swoich  naramienników.  I  w  ten  sposób  zabiłeś  połowę  kompanii
gwardzistów. Mam rację?

Gregor nic nie odpowiedział.

- Zwiń swój materac, żołnierzu - powiedział Lanzotta. I zerwał odznakę rekruta Gwardii z munduru
Gregora. Potem odszedł.

Carruthers wystąpiła przed czoło kompanii.

- Przerwa na posiłek. Inspekcja kombinezonów za dwie godziny.

Nikt nie patrzył na Gregora, kiedy wracali do koszar. Stał samotnie na zewnątrz przez długi czas.

Ale zanim Sten i reszta wrócili z posiłku, Gregor i jego materac zniknęli, jakby ich nigdy nie było.

- Pierwszy sierżant! Raportować!

- Sir! Kompanie szkoleniowe A, B i C gotowe, stan osobowy sprawdzony. Pięćdziesiąt trzy procent
obecnych, sześciu w szpitalu, dwóch wyznaczonych na testach.

Rekrut pierwszy sierżant zasalutował. Sten odsalutował, zwrócił się twarzą do Lanzotty i zasalutował

background image

znowu.

- Wszyscy gotowi, stan osobowy sprawdzony.

-  Teraz  jest  równo  osiemnasta,  kapitanie  rekrucie.  Masz  objąć  dowództwo  nad  swoją  kompanią  i
przemieścić  ją  drogą  na  Obszar  Szkoleniowy  Numer  Szesnaście.  Rozmieścisz  swoich  ludzi  w
standardowym  szyku  obronnym.  Pozycje  mają  zostać  objęte  do  zmierzchu,  to  znaczy  do  godziny
dziewiętnastej siedemnaście. Jakieś pytania?

- Nie, panie sierżancie!

- Objąć dowództwo nad kompanią. Sten zasalutował i obrócił się znowu.

- KOMPANIA...

- Pluton... ton... ton - zaśpiewali dowódcy plutonów. - W prawo... patrz! Na ramię broń! Naprzód...
marsz. Długa kolumna wypełzła w zapadający zmierzch. Sten szedł sobie obok. Nauczył się już do tej
pory  iść,  maszerować,  nawet  biec  -  z  otwartymi  oczami,  rozbudzony  na  siedemdziesiąt  procent  -  i
głęboko spać. Lanzotta przesadził nieco mówiąc, że rekruci mają tylko cztery godziny na sen w ciągu
doby.

Może  i  tak  było  na  początku.  Ale  w  miarę  postępowania  szkolenia  ustawiano  poprzeczkę  coraz
wyżej. Teraz spławiano mniej osób, ale łatwiej można było podpaść.

Lanzotta wyjaśnił to Stenowi, dając mu belki rekruta komendanta kompanii.

-  Przez  kilka  pierwszych  miesięcy  próbowaliśmy  złamać  was  fizycznie.  Pozbyliśmy  się  słabeuszy,
przypadkowych  ludzi  i  głupków.  Teraz  wyrównujemy  szeregi.  Błąd,  który  popełniasz  podczas
szkolenia bojowego, może ciebie i twoich kolegów zaprowadzić prosto na cmentarz. Poza tym nadal
mamy  zbyt  wielu  ludzi  w  tej  turze.  Zbyt  wielu  ludzi.  Podsumowując  proces  selekcji  jednego  ze  stu
tysięcy, trzy kompanie po stu ludzi każda zostaną obcięte do sześćdziesięciu jeden.

Niezła nadwyżka.

Nie  wszyscy  się  wykruszyli.  Zderzenie  z  wozem  bojowym  spowodowało  śmierć  czterech  ludzi,
opady  podczas  treningu  w  górach  zabiły  dwóch  rekrutów,  a  dziura  w  kombinezonie  podarowała
jeszcze jednemu rekrutowi wielką, uroczystą ceremonię pogrzebową.

Lanzotta  stwierdził,  że  wielkie  wrażenie  wywarło  to,  że  rekrut  został  wcielony  do  pułku  przed
pogrzebem. Sten myślał zaś, że to naprawdę maleńki, cholerny szczegół. Był całkowicie pewien tego,
że  śmierć  trwała  bardzo  długo  i  że  pokarm  dla  robaków  nie  jest  szczególnie  zainteresowany
ceremonią.

No, cóż.

Do tej pory posuwali się od drużyny przez pluton aż do manewrów pełnej kompanii.

background image

Sten  zastanawiał  się,  jakie  to  radosne  niespodzianki  zaplanował  na  ten  wieczór  Lanzotta. A  potem
zepchnął te przygnębiające myśli gdzieś głęboko. Potrzebował odpoczynku. Wyłączył mózg, włączył
stopy i zasnął.

Z  zamkniętymi  oczami  Sten  nasłuchiwał,  co  dzieje  się  dookoła  szczytu  wzgórza.  Cztery  minuty,
dwadzieścia  siedem  sekund.  Wszystkie  odgłosy  nocnych  zwierząt  wróciły  do  normy.  Wszyscy
żołnierze pozostawali na swoich pozycjach. Całkiem nieźle.

Lanzotta podczołgał się do Stena i włączył światełko mapnika.

- W porządku. Są zupełnie przyzwoicie rozmieszczeni. Drugi pluton za bardzo trzyma się w kupie. I
zdaje mi się, że powinieneś ustawić nieco inaczej swój punkt dowodzenia. Ale... całkiem nieźle.

Sten  natężył  się.  Lanzotta  był  bardzo  uprzejmy.  Teraz  miał  pewność,  że  ćwiczenie  okaże  się
mordercze.

-  Podaję  zadanie.  Twoja  kompania  była  pod  intensywnym  ostrzałem  przez  dwa  lokalne  dni.  Masz,
zobaczmy,  sześćdziesiąt  sześć...  około  siedemdziesięciu  pięciu  procent  rannych.  Otrzymałeś  rozkaz
zaatakowania broniącej się mocno pozycji nieprzyjaciela, tam!

Lanzotta  wyjął  z  woreczka  przy  pasie  mały  pulpit  kontrolny  i  nacisnął  guzik.  Na  wzgórzu,
usytuowanym trochę na bok od ich stanowiska, zabłysło parę świateł.

-  Niestety,  pozycja  była  za  mocno  obsadzona  i  zostałeś  zmuszony  do  wycofania  się  na  szczyt  tego
wzgórza.  Jesteś  zbyt  daleko,  aby  otrzymać  wsparcie  artyleryjskie  i  z  powodów  operacyjnych  nie
uzyskasz  zwyczajnej  pomocy  z  powietrza  czy  z  satelity.  Opatrzyłeś  swoich  rannych,  a  więc  nie
musisz się o nich martwić. Problem jest bardzo prosty. Niedługo, za chwilę, nieprzyjaciel przypuści
kontratak.  Najprawdopodobniej  nie  będziesz  w  stanie  utrzymać  tej  pozycji.  Twój  bezpośredni
dowódca oddał ci komendę nad tym odcinkiem. Pozycje sprzymierzonych są tam - wskazał za siebie i
dotknął pulpitu. Na szczycie górskiego grzbietu pojawiły się silne, niezbyt mocno zaciemnione linie. -
Pomiędzy  twoją  kompanią  a  tymi  pozycjami  ustalono  istnienie  dwóch  oddziałów  wroga,
posługujących się lekkim czołgiem. Wybór należy do ciebie. Czy są jakieś pytania?

Sten zagwizdał cicho.

-  Rekrucie  kapitanie,  przejmij  dowództwo  nad  swoimi  ludźmi.  Masz  dwie  minuty  do  rozpoczęcia
akcji.

Lanzotta zniknął w ciemnościach.

Sten  skinął  na  Morghhana,  swojego  pierwszego  sierżanta.  Przesunęli  się  nieco  na  bok  od  pozycji
dowodzenia. Sten przesunął filtr UV nad oczy i włączył przytłumione światło mapy.

-  Sauve  qui  peut  i  reszta  tego  gówna  -  zaszeptał  Morghhan.  -  Chcesz  poddać  się  od  razu  i  uniknąć
porannego pośpiechu?

- My, zabójcy z Gwardii, nie poddajemy się nigdy.

background image

- Jak myślisz, załatwił cię?

- Nie mam pojęcia. Może nie. Mówili, że ruchy do tyłu mogą być źle widziane.

-  Pomyśl  nad  tym,  Sten.  Ja  mam  zamiar  iść  i  poćwiczyć  mówienie  płynnym  nieprzyjacielskim.  -
Morghhan poczołgał się w tył do stanowiska dowodzenia i czekających zwiadowców.

- Cztery i trzy, i dwa, i jeden - powiedział gdzieś w ciemnościach Lanzotta. - Zaczynamy.

Musiał włączyć program symulacyjny. Wysoki dźwięk w powietrzu...

- Nadchodzi! - ktoś krzyknął i ziemia zakołysała się pod nimi.

Fioletowe  światła  macały  przestrzeń  tuż  nad  ich  głowami.  Sten  miał  nadzieję,  że  prowadząca
"nieprzyjacielski  ogień"  broń  automatyczna  nie  jest  ustawiona  zbyt  nisko  albo  na  .  poruszające  się
cele. Albo na przypadkowy ogień.

Sten  nastawił  swój  nadajnik  na  "wszystkie  kanały"  i  szybko  przedstawił  plan  słuchającym
żołnierzom.

-  Sześć...  tu  jeden  -  dwa.  Mamy  ruch  na  naszym  odcinku.  To  była  Tomiki,  pełniąca  obowiązki
dowódcy drugiego plutonu.

Sten przełączył się na sieć dowodzenia.

- Ustalenia, dwa jeden?

- Próbny atak. Możliwa dywersja. Siła w przybliżeniu dwa plutony. Linia, w odległości stu metrów.

- Dwa jeden... tu sześć. Wstrzymać ogień. Jeden jeden? Coś się u was dzieje?

- Nie. Trzymamy się. To potwierdzone. Mamy zwiadowców na wzgórzu... o cholera!

-  Niestety,  dowódca  pierwszego  plutonu  wystawił  się  na  strzały  i  został  trafiony.  Śmiertelnie  -
wtrącił się Lanzotta. Sten zignorował Lanzottę.

- Jeden - dwa. Obejmij dowodzenie. Ustalenia?

- Potwierdzam. Zwiadowcy. W sile kompanii. Przewidywania: atak. Mamy otwierać ogień?

Sten myślał szybko.

- Nie. Kiedy miną pięćdziesiąt metrów, pewnie otworzą  ogień.  Przewidywanie:  wsparcie  artylerii.
Pierwszy  i  trzeci  oddział  wycofają  się  hałaśliwie  o  dwadzieścia  pięć  metrów.  Drugi  i  czwarty
przyjmą  walkę,  kiedy  tamci  dotrą  do  waszych  pozycji  i  wtedy  pierwszy  i  trzeci  kontratakują.
Prognoza:  następna  dywersja.  Pierwszy  sierżant!  Weź  pluton  rakietowy,  żeby  kryli  tyły  i  przejęli

background image

drugie natarcie. Obejmij punkt dowodzenia, ja przechodzę do trzeciego plutonu.

Wyłączył mikrofon.

- Zwiadowcy naprzód!

Poszli w ciemność. Sten prowadził przez zacieniony zagajnik. Ogień wzmagał się i ziemia drżała pod
nimi.

Sten podskoczył, gdy coś zawyło jak tysiąc syren.

- Wariuję - powiedział do zwiadowcy - to tylko hałas. Idziemy!

Sten wskoczył do okopu dowódcy trzeciego plutonu.

- Co się tu dzieje?

Sten  wstrzymał  oddech,  zamknął  znowu  oczy.  Nasłuchiwał.  Obracał  głową  we  wszystkie  strony.
Zaklął.

- Cholera jasna! Czołgi!

- Nic nie słyszę!

- Usłyszysz. To brzmi jak dwie jednostki. Idą im pomóc.

Włączył radio.

- Rakiety... Potrzebuję oświetlenia. Przygotować się. Powietrze zaszumiało.

- Oddział rakietowy, tu sześć. Czy mnie słyszycie? Zwiadowca zmaterializował się w ciemnościach i
wślizgnął do dziury.

- Wszystkie oddziały. Przygotować się. Szyfr R - siedem.

Komunikator wybrał prosty kod i podłączył do niego przekaźnik kompanii. Kod mógł zostać złamany
w  ciągu  kilku  sekund,  jeśli  nieprzyjaciel  dysponował  analizatorami.  Ale  do  tego  czasu  Sten  miał
możliwość przeprowadzenia swojego planu.

- Dwa jeden. Przesuń swoich ludzi za stanowisko dowodzenia i dołącz do jeden - dwa. Ruszać się!
Dwa. Na komendę zaczynasz frontalny szturm prosto przed siebie.

Sten  odetchnął  głęboko.  To  szkolenie  było  wystarczająco  prawdziwe,  aby  ciarki  przechodziły  od
przygotowywania nawet pozorowanego samobójstwa.

-  Trzy  jeden.  Twoi  ludzie  zatrzymają  czołg  poniżej  waszej  pozycji.  Masz  rozkaz  trzymać  się  nie
zważając na straty. Jeśli nie uda się nam, ty i twoi ludzie przebijecie się pojedynczo.

background image

- Wszystkie oddziały. Kompania dokona frontalnego szturmu naprzeciw dywersji na odcinku drugiego
plutonu.  Jeśli  natarcie  załamie  się,  każdy  żołnierz  radzi  sobie  sam.  Macie  prawidłowe  namiary  na
linie sprzymierzonych. Unikniecie złapania i dołączycie do pułku przed świtem.

- To wszystko. Zatrzymajcie tylko wodę, podstawową broń i dwa magazynki. Wyrzucić całą resztę,
łącznie z radiem. Powodzenia. Ruszać się!

Sten  wyłączył  nadajnik.  Obok  niego  pojawił  się  Lanzotta.  -  Tak  dla  porządku,  rekrucie  kapitanie
Sten. Przy wyłączonym radiu kontrola manewrów nie będzie mogła wyznaczać rannych.

Sten znalazł dość czasu na uśmiech.

- Panie sierżancie, nie przyszło mi to do głowy. - Mówił uczciwie.

Sten obrócił się do oddziału stanowiska dowodzenia.

- Słyszeliście to. Rzucać wszystko i chodu.

- Lanzotta właśnie usunął nasz oddział rakietowy. Powiedział, że wykończyło go przeciwnatarcie.

Sten jęknął.

- Lenden.

- Czego chcesz, Sten?

- Przeleć się trochę, tak z pięć metrów i daj wspomożenie.

- A potem będę martwy?

- A potem będziesz martwy.

- Może nam, trupom, zafundują jazdę z powrotem. - Zwiadowca wyskoczył z dziury, wyjął zza pasa
pilota  i  wcisnął  guzik  uruchamiający  wyrzutnię.  Flara  świsnęła  w  powietrzu.  Uchwycił  go  skaner  i
wyłączył z akcji. Lenden zaklął i poszedł w tył.

Flara  paliła  się,  i  Sten  zauważył  dwa...  pięć...  siedem  czołgów  szturmowych  wspinających  się  na
wzgórze.

- Podpalić je.

Dowódca  plutonu  włączył  odpowiednie  guziki  i  zbiorniki  pod  wysokim  ciśnieniem,  usytuowane  u
podnóży  wzgórza,  ożyły.  Wydobywający  się  z  nich  gaz  zmieszał  się  z  atmosferą,  i  pełniący
obowiązki porucznika podpalił tę mieszaninę.

Kula ognia przetoczyła się przez podstawę wzgórza i trzy z czołgów zapaliły się i eksplodowały.

background image

- Skokami do tyłu. Sześćdziesiąt metrów, przyczaić się i czekać.

Sten wytoczył się z okopu i prześlizgnął w tył, w kierunku stanowiska dowodzenia.

Zanim przypadł do ziemi obok Morghhana, miał już gotowy plan. Cienie przesuwały się przez jego
odcinek  w  kierunku  drugiego  plutonu.  Z  ostatniego  stanowiska  trzeciego  plutonu  podniósł  się  nagle
zwiększony ogień.

Sten z ulgą pozbył się plecaka i siatki łączności, podniósł broń na ramię i ruszył przez ciemność.

W biurze panowała śmiertelna cisza.

Sten patrzył prosto przed siebie.

- Czterech ocalało, rekrucie komendancie kompanii. Ty zostałeś usunięty

- Tak jest, panie sierżancie.

-  Bardzo  mnie  interesuje,  jakie  są  twoje  przewidywania  efektu  takiej  akcji  w  trakcie  prawdziwego
natarcia. Dla reszty pułku.

- Wydaje mi się, że... bardzo złe.

- To oczywiste. Ale nie wiesz, dlaczego. Żołnierze mogą odnosić ciężkie straty i zachowywać pełną
zdolność  bojową  pod  dwoma  warunkami:  po  pierwsze,  owe  straty  muszą  zostać  poniesione  w
krótkim okresie. Powolne dziesiątkowanie zmiecie każdą jednostkę, nieważne jak elitarną. Po drugie:
owe straty muszą zostać uznane za wyczyn. Czy rozumiesz, o co chodzi, Sten?

- Nie bardzo, panie sierżancie.

- Postaram się mówić jaśniej. Używając jako przykładu klęski z ostatniej nocy. Gdybyś utrzymał ten
szczyt wzgórza i zginął do ostatniego, pułk byłby dumny. Ta bitwa przeszłaby do historii i śpiewano
by o niej piosenki. Ludzie poczuliby się podniesieni na duchu faktem, że mieli pośród siebie takich
bohaterów.  Nawet,  jeśli  byliby  cholernie  szczęśliwi,  że  ich  tam,  razem  z  owymi  bohaterami,  nie
wysłano.

- Rozumiem.

- Zamiast tego, twoja jednostka przegrała usiłując ocalić swoją skórę. Owszem, kładzie się ludziom
do  głowy,  że  należy  żyć  po  to,  aby  móc  znowu  walczyć.  Ale  to  nie  jest  ten  rodzaj  podejścia  do
sprawy, dzięki któremu ostatecznie wygrywa się wojny. Niezrozumienie tego jest twoją porażką jako
dowódcy kompanii. Rozumiesz?

Sten milczał.

- Nie powiedziałem, że musisz się z tym zgadzać. Ale czy to rozumiesz?

background image

- Tak jest, panie sierżancie.

- Bardzo dobrze. Ale wezwałem cię i wydałem zakaz opuszczania koszar z innego powodu. Wyniki
twoich testów wskazują na wysoki poziom inteligencji. Wycofałem cię z akcji, ponieważ wykazałeś,
iż nie nadajesz się zupełnie do Gwardii. Nie możesz być gwardzistą. Zostajesz usunięty ze szkolenia
ze skutkiem natychmiastowym.

Sten otworzył usta ze zdziwienia.

-  To  także  wyjaśnię.  Masz  żołnierza.  Bierze  nóż,  czerni  sobie  twarz,  pozostawia  całą  swoją  broń.
Przekrada się przez linie nieprzyjaciela, aż do schronu generała. Zabija go i wraca. Czy ten człowiek
jest bohaterem? W pewnym sensie. Ale nie nadaje się do Gwardii.

Lanzotta westchnął.

-  Gwardia  istnieje  jako  karzące  ramię  Imperatora.  Sposób  na  wysłanie  dużych  sił  w  precyzyjny
sposób w celu wykonania misji. Gwardia walczy i umiera dla Imperatora. Jako walcząca całość, nie
jako jednostki.

Sten zastanawiał się.

-  Jako  gwardzista  masz  zachowywać  się  bohatersko.  W  odpowiedzi  Gwardia  zapewnia  wsparcie.
Moralne i duchowe podczas szkolenia i życia koszarowego, fizyczne w boju. Dla większości z nas
ten układ jest w porządku. Czy nadążasz za mną?

Umysł Stena zajęty był zgadywaniem, co się teraz z nim stanie - trafi do batalionu zaopatrzeniowego?
A może prosto na Vulcan? Sten usiłował skupić się na słowach Lanzotty.

- Będę kontynuował. Gwardzista jest szkolony tak, aby w każdej chwili zastąpić dowódcę. Musi być
w stanie spełniać obowiązki sierżanta swojego plutonu i zakończyć misję, jeśli ów sierżant zostanie
ranny. Sierżant zaś musi umieć pełnić obowiązki dowódcy kompanii. I nie ma znaczenia, jak świetnie
umie  zastosować  taktykę.  Jeśli  nie  rozumie  instynktownie  ludzi,  którymi  dowodzi,  to  jest  mniej  niż
bezużyteczny.  Jest  niebezpieczny.  I  powtarzałem  wam  wciąż  i  wciąż...  moje  zadanie  to  nie
produkowanie mięsa armatniego. To takie wyszkolenie gwardzistów, aby umieli przeżyć.

- Czy to wszystko, panie sierżancie? - spytał Sten beznamiętnie.

- Czterech żywych. Z pięćdziesięciu sześciu ludzi. Tak, Sten. To wszystko.

Sten podniósł rękę do salutowania.

- Nie. Nie przyjmuję salutowania, ani nie oddaję, od wyeliminowanych. Odmaszerować.

Sten zjadł, włożył dres i poszedł do łóżka, cały czas pod grubym pancerzem izolacji. Emocjonalnie
pragnął,  aby  któryś  z  przyjaciół  powiedział  coś.  Chociaż  do  widzenia. Ale  tak  nawet  było  lepiej.
Sten  widział  zbyt  wielu  ludzi  odrzuconych  i  wiedział,  że  każdemu  było  łatwiej,  jeśli  przegrany  po
prostu stawał się niewidzialny.

background image

Zastanawiał  się,  dlaczego  czekają  tak  długo.  Zwykle  zwolniony  znikał  po  godzinie  lub  dwóch  od
chwili  rozmowy.  Domyślał  się,  że  to  z  powodu  powagi  jego  wykroczenia.  Kadra  chciała,  aby
stanowił przez chwilę coś w rodzaju lekcji poglądowej.

To dawało mu czas na poczynienie pewnych własnych planów.

Jeśli  wyślą  go  do  batalionu  zaopatrzeniowego...  wzruszył  ramionami.  To  jedna  rzecz.  Nie
zawdzięczał  już  nic  więcej  Imperium,  a  więc  zdezerteruje,  kiedy  tylko  mu  się  uda.  Może. A  może
łatwiej  będzie  skończyć  służbę  i  przyjąć  przydział  do  Sektora  Pionierów.  Zapewne  nie  mieli  nigdy
dosyć  ludzi  na  pogranicze,  i  każdy,  kto  miał  nawet  częściowe  wyszkolenie  gwardzisty,  mógł  być
poszukiwany.

Ale Vulcan... palce Stena automatycznie dotknęły noża ukrytego w ręce. Jeśli powróci, Kompania go
zabije. Powinien się wynosić, zanim go złapią. Poza tym, zawsze istniała szansa...

Nie za duża, zdecydował, i gapił się tępo w ciemny sufit. Sten poczuł jakiś ruch - jego palce sięgnęły
do pochwy noża - i ramię Carruthers wyciągnęło się po niego.

- Chodź za mną.

Sten, wciąż ubrany, wstał z pryczy. Automatycznie zwinął materac i spakował swój mały dobytek.

Carruthers  wskazała  mu  drzwi.  Sten  poszedł.  Zadziwiony.  Właśnie  zorientował  się,  że  Carruthers
podeszła do niego tak, jakby wiedziała o nożu. Zastanawiał się, dlaczego go nigdy nie zabrali.

Carruthers zatrzymała się obok małego wózka do przewozu broni. Wskazała pojedyncze siedzenie i
Sten wspiął się na nie.

Carruthers wstukała kod miejsca przeznaczenia i pojazd zahuczał. Odeszła na bok. I zasalutowała.

Sten gapił się ze zdziwieniem. Odrzuceni nie salutują, ale Carruthers nadal trzymała rękę. Sten czuł
się zagubiony. Automatycznie oddał honory.

Carruthers odwróciła się i odeszła na bok, a pojazd uniósł się w górę.

Sten popatrzył w przód. Wóz kluczył po terenie szkoleniowym na wysokości paru stóp nad gruntem, a
potem  podniósł  się  na  około  dwudziestu  metrów.  Ekran  rozjarzył  się:  "Miejsce  przeznaczenia  -
obszar  zastrzeżony.  Wymagane  podanie  kodu".  Komputer  zapiszczał,  a  potem  przez  ekran  przebiegł
szereg  cyfr.  Jego  powierzchnia  zbladła  i  pojawił  się  napis:  "Kod  Sekcji  M  przyjęty.  Uwaga.  Na
lądowisku oczekuje eskorta.

Sten był kompletnie ogłupiały.

background image

Rozdział 23

Mahoney  ceremonialnie  dolał  czystego  alkoholu  do  półlitrowego  kufla  piwa.  Wręczył  kufel
Carruthers i odwrócił się do trzech pozostałych osób.

- Czy ktoś chce jeszcze dolewki?

Rykor podniosła ogon i oblała Mahoneya małym wodospadem ze swojego zbiornika.

- Mam taki rozum, który nie potrzebuje więcej podniet, dziękuję - zahuczała.

Lanzotta pokręcił głową.

Mahoney podniósł swój kufel.

- Za przegranego.

Wypili.

- Jak to przyjął, kapralu?

-  Nie  wiem,  panie  pułkowniku.  Dzieciak  jest  lekko  wystraszony.  Chyba  myślał,  że  właśnie  wiezie
swój tyłek z powrotem do przeróbki na to wysypisko śmieci, z którego przyjechał.

- Jest tak głupi?

- Ukrzyżowałem go, panie pułkowniku - powiedział Lanzotta. - Mogę stwierdzić, że w tej chwili nie
popełnił żadnej myśli.

-  Bardzo  prawdopodobne.  Jesteś  świetny  w  powolnym  torturowaniu,  Lan.  -  Mahoney  przerwał  na
chwilę.  -  Rykor,  przykro  mi,  że  cię  nudzę. Ale  muszę  to  im  powiedzieć.  Oczywiście  wszystko  jest
tajne,  przypominanie  o  tym  to  czysta  formalność.  Ale  dopóki  rozmawiamy  w  zamkniętym  gronie,
możemy dać sobie spokój z wojskowym drylem na jakiś czas.

Carruthers usiadła sztywno i schowała nos w kuflu.

- Potrzebuję bardzo szybkiej końcowej oceny. Rykor?

-  Nie  mam  powodów  do  zmiany  mojej  początkowej  oceny.  Wyniki  jego  szkolenia,  zgodnie  z
przewidywaniami,  zbliżały  się  do  rekordowych.  Jego  profil  nie  zmienił  się  zasadniczo.  W  żaden
sposób  Sten  nie  może  stać  się  dobrym  żołnierzem  w  Gwardii.  Jego  niezależność,  instynktowna
niechęć do autorytetów, skłonność do samodzielnych akcji są wyjątkowo wysokie. Dla twoich celów
wydaje  się  idealny.  Szczególne  osobiste  przeżycia,  o  których  dyskutowaliśmy,  kiedy  rozpoczynał
szkolenie,  pozostają  ukryte  tak  samo,  jak  przedtem.  Ale  dzięki  temu,  że  dowiódł  sam  sobie

background image

powodzenia  podczas  treningu  i  przy  kontaktach  z  innymi  ludźmi,  jego  osobowość  wydaje  się  teraz
stabilna.

- Carruthers?

-  Sama  nie  wiem,  jak  to  określić,  sir.  Ale  to  nie  jest  ktoś,  z  kim  chciałabym  pracować.  Nie  jest
tchórzem. Ale też nie ma zbytniej pewności siebie. Na pewno nie w bezpośrednim szturmie.

- Tylko raz "sir"! Brawo. Kup sobie jeszcze jedno piwo. Dla mnie też.

Mahoney przesunął swój kufel.

-  Zapewne  mógłbym  rozwinąć  oświadczenie  Carruthers  powiedział  ostrożnie  Lanzotta  -  ale  nie  ma
potrzeby. Naukowy bełkot nie wyjaśni tego lepiej niż ona.

- No dalej, Lanzotta. Jak rwanie zębów. Wiesz doskonale, o co mi chodzi.

-  Przeniósłbym  Stena  do  Sekcji  Modliszki.  Przypomina  mi  niektórych  młodych  zbójów,  których
usiłowałem dla ciebie utrzymać pod kontrolą.

Carruthers obróciła się, wylewając piwo.

- Pan był w Sekcji Modliszki, sierżancie?

- Był moim bezpośrednim dowódcą - powiedział Mahoney. - I odszedłem. Carruthers, nie masz o tym
żadnego  pojęcia.  Ale  istnieje  cholerna  różnica  pomiędzy  szturmem  wśród  rozgrzanych  walką
żołnierzy  a  podcięciem  gardła  jakiemuś  małemu  dyktatorowi,  gdy  leży  w  łóżku  z  dziewczyną.
Pamiętasz to, pułkowniku?

- Które?

Mahoney  machnął  ręką,  a  Carruthers  podała  sierżantowi  kufel.  Lanzotta  popatrzył  w  bursztynowy
płyn, a potem odniósł naczynie.

- Nie lubiłem tego. Nie byłem w tym dobry.

- Diabła tam nie. Przeżyłeś. To jedyne kryterium. Lanzotta nic na to nie odpowiedział.

Mahoney uśmiechnął się i tkliwie pogłaskał Lanzottę po krótko przyciętych włosach.

-  Wciąż  jeszcze  oddałbym  połowę  drużyny,  gdybyś  tylko  zechciał  wrócić,  przyjacielu.  -  Potem
spojrzał na pozostałych. - Ustalenia?

- Wskazane przeniesienie, Sekcja Psychiatryczna - powiedziała krótko Rykor.

- Przeniesienie wskazane - zgodziła się ostrożnie Carruthers.

background image

-  Weź  go,  Mahoney  -  powiedział  Lanzotta.  Miał  bardzo  zmęczony  głos.  -  Dla  ciebie  będzie
doskonałym zabójcą.

Frazer zszedł z chodnika i pospieszył w kierunku zoo. Denerwował się z powodu spotkania, a kaseta
wideo parzył - e mu kieszeń. Kupił bilet do zoo i powoli minął straż przy wejściu, czekając na dłoń
na ramieniu.

Jego  urzędniczy  zmysł  podpowiadał  mu,  że  nie  ma  się  czym  niepokoić  -  dokładnie  zatarł  ślady  za
sobą.  Frazer  był  specem  od  komputera  i  Imperialnej  Biurokracji.  W  żaden  sposób  nikt  nie  mógł
dowiedzieć się, dlaczego tu jest.

Zatrzymał się przy klatce tygrysa szablastozębego. Odsunął się nieco, gdy bestia zaczęła przechadzać
się  tam  i  z  powrotem.  Jak  wszystkie  istoty  w  tym  zoo,  tygrys  stanowił  część  genetycznej  historii
rodzaju  ludzkiego.  Gdyby  Frater  poszedł  dalej,  mógłby  policzyć  leniwce,  owady  z  wielkimi
skrzydłami  i  olbrzymie,  stałocieplne  gady.  Z  miejsca,  w  którym  stał,  wyczuwał  smród  tych  gadów,
surowego mięsa i poruszonego bagna...

Morderca pojawił się obok niego.

- Masz to?

Frazer kiwnął głową i wręczył mu kasetę. Oczekiwanie przeciągało się.

Morderca powiedział:

- Doskonałe.

- Wybrałem kogoś, kogo aktami można łatwo manipulować - powiedział Frater. - Musisz tylko wejść
w to.

Zabójca uśmiechnął się.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś najlepszy. Masz dryg do komputerów.

Ktoś  wreszcie  poznał  się  na  talencie  Frazera.  Tylko  on  mógł  wejść  w  zbiór  i  wyłuskać  z  niego
potrzebne informacje, nie zostawiając po sobie żadnego śladu.

- A... a pieniądze?

Morderca wręczył mu kawałek papieru. Frater przyjrzał się temu uważnie.

- Czy są nieoznaczone?

- Oczywiście, duma zawodowa i tak dalej. Możesz sprawdzić...

Frazer był zadowolony. Żałował tylko, że Rykor nigdy nie dowie się, jak bardzo jest sprytny.

background image

Morderca objął Frazera jednym ramieniem i odeszli trochę od klatek.

- Zastanawiasz się nad moją lojalnością - zaczął Frazer.

- Właśnie tak - powiedział zabójca.

Ramię opadło niżej, obejmując mocniej. Prawa ręka złapała Frazera za policzki, lewa uderzyła w tył
głowy. Rozległ się głuchy trzask. Frazer opadł na ziemię. Martwy.

Nie było nikogo w pobliżu, gdy morderca ciągnął ciało do tyłu, w kierunku klatek. Podniósł, sprężył
się i ciało Frazera poleciało w dół.

Warczenie i odgłosy pożerania zakończyły sprawę.

background image

Rozdział 24

Mahoney  uznał,  że  Imperator  w  końcu  zwariował.  Kręcił  się  dookoła  wielkiego,  bulgoczącego
garnka napełnionego do połowy dziwnie wyglądającą mieszaniną i mruczał sam do siebie.

- Trochę tego. Trochę tamtego. Odrobina czosnku i malutko tłuszczu. Teraz kminek. Tylko szczypta.
Może nieco więcej. Nie, dużo więcej. - Imperator wreszcie zauważył Mahoneya i uśmiechnął się. -
Przyszedłeś w samą porę - powiedział. Daj mi to pudełko.

Mahoney  wręczył  mu  pięknie  rzeźbioną  drewnianą  szkatułkę.  Imperator  otworzył  ją  i  wyjął  garść
długich,  czerwonawych  rzeczy.  Dla  Mahoneya  wyglądały  one  jak  wysuszone  ekskrementy  jakiejś
istoty pozaziemskiej.

-  Popatrz  na  nie  -  chwalił  się  Imperator.  -  Dziesięć  lat  zajęło  im  wyprodukowanie  tego  w
biolaboratorium.

- Co to jest?

- Papryka, ty głupku. Papryka.

- Aha, och, to wspaniale. Wspaniale.

- Nie wiesz, co to znaczy?

Mahoney musiał wyznać, że nie wie.

- Chili, człowieku. Chili. Jeśli nie masz przyprawy, to nie masz chili.

- To ważne, co?

Imperator nie powiedział ani słowa. Po prostu wrzucił paprykę, nacisnął kilka guzików na pulpicie
kuchenki, zamieszał, potem nabrał na łyżkę dużą ilość mieszaniny i podał ją Mahoneyowi. Patrzył z
uwagą, jak Mahoney próbuje.

background image

- Całkiem niez... - i wtedy go trafiło.

Jego twarz stanęła w ogniu, uszami wypuścił parę i nie mógł złapać oddechu. Szeroko uśmiechnięty
Imperator uderzył go w plecy i podał kufel piwa. Mahoney wysuszył go jednym haustem. Sapnął.

- Wydaje mi się, że jest w sam raz - powiedział Imperator.

- To znaczy, że to ma być właśnie takie?

- Jasne. Ma przypiec ci włosy na tyłku. Inaczej to nie będzie chili. - Imperator nalał dwa piwa, skinął
na Mahoneya i usadowił się na wielkiej, wypchanej kanapie. - W porządku. Zarobiłeś na wypłatę w
tym miesiącu. A co z następnym?

- Chodzi o Thoresena?

- Taa, Thoresena.

- Zero, zero, zero.

- Może powinniśmy zacząć działać bardziej intensywnie.

- Zalecałem to w moim raporcie. Ale to niebezpieczne. Możemy zawalić całą sprawę.

- Jak?

- Lester. Mówi, że teraz jest duży ruch przy Projekcie Brawo. I znalazł drogę. Kłopot w tym, że jeśli
go złapią, stracimy jedynego człowieka, który ma tam dostęp.

Imperator myślał przez chwilę. Potem westchnął.

-  Powiedz  mu,  żeby  ruszał.  -  Opróżnił  swoją  szklankę  i  napełnił  ją  nową  porcją  piwa.  - A  co  z  tą
drugą sprawą?

background image

- Przemyt broni? No cóż, nadal nie mogę tego udowodnić.

- Ale istnieje? To fakt, tak?

- Taa - powiedział Mahoney. - Wiemy na pewno, że cztery planety, wszystkie rzekomo sprzymierzone
z nami, wysyłają . broń na Vulcan.

- Znowu Thoresen. Do diabła z nim. Skończmy tę zabawę. Wyślijmy tam Gwardię. Zdepczmy go.

- No, to chyba nie jest najlepszy pomysł, szefie. To znaczy...

- Wiem, wiem. To kiepski ruch z punktu widzenia dyplomacji. Ale co z naszymi "kumplami" z owych
czterech planet? Nie ma chyba powodu, aby nie zrobić z nimi porządku.

- Zrobione.

Imperator uśmiechnął się. W końcu coś się dzieje.

- Sekcja Modliszki?

- Wysłałem cztery zespoły - powiedział Mahoney. - Gwarantuję, że ta broń się skończy.

- Bez dyplomatycznych reperkusji?

- Nawet szeptu.

Imperator  lubił  to  coraz  bardziej.  Wstał  ze  swojej  kanapy  i  podszedł  do  bulgoczącego  garnka.
Powąchał. Ładnie pachnie. Zaczął wyjmować dwa nakrycia.

- Zjesz ze mną obiad, Mahoney?

background image

Mahoney zerwał się w pośpiechu z kanapy i skierował do drzwi.

- Dziękuję, szefie, każdego wieczoru, tylko nie dziś. Mam...

- Randkę?

- Taa - powiedział Mahoney. - Chociaż nie wiem...

I  poszedł.  Imperator  powrócił  do  swojego  chili.  Zastanawiał  się,  który  dworzanin  zasługuje  na
towarzyszenie mu tego wieczoru.

background image

Rozdział 25

Baron  niecierpliwie  patrzył  na  ekran,  podczas  gdy  rój  Techników  poruszał  się  prędko  dookoła
stanowiska  frachtowca,  wykonując  ostatnie  podłączenia  i  nastawienia.  To  było  to.  Jeszcze  kilka
minut i zobaczy, czy to warte tych wszystkich kredytów i niebezpieczeństwa.

Test Projektu Bravo prowadzony był w odległości lat świetlnych od Vulcana, daleko od normalnych
szlaków  żeglugowych.  Obraz  na  ekranie  Thoresena  zmieniał  się,  podczas  gdy  Technicy  kończyli,
potem odepchnęli się od stanowiska, weszli na prom i zaczęli odsuwać się od starego frachtowca.

Thoresen  odwrócił  się  do  stojącego  obok  Technika,  który  uważnie  obserwował  zmieniające  się  na
jego własnym ekranie figury.

- Gotowe, sir.

Thoresen odetchnął głęboko i kazał rozpocząć.

- Zaczynam odliczanie...

Prom  zatrzymał  się  w  odległości  wielu  kilometrów  od  frachtowca.  Obecni  na  pokładzie  Technicy
zabrali się do pracy, zmieniając programy w swoich komputerach, przygotowując się na ostateczny
sygnał.

Wnętrze  frachtowca  zostało  wypatroszone  i  na  przeciwległych  końcach  zainstalowano  dwa  wielkie
urządzenia  -  w  dawnych  czasach  nazwano  by  je  armatami  -  każde  wycelowane  dokładnie  w
elektryczną lufę drugiej.

Thoresen ledwo słyszał odliczanie. Koncentrował się na dwóch obrazach na ekranie: jednym z nich
była  wielka,  jarząca  się  pustka  wewnątrz  kadłuba  statku,  drugim  przestrzeń  na  zewnątrz,  na
pierwszym  planie  prom.  Technik  dotknął  jego  ramienia.  Wszystko  gotowe.  I  zupełnie
niespodziewanie Baron poczuł się całkowicie odprężony. Posłał Technikowi uśmiech i wprowadził
kod, uruchamiający operację.

"Armaty"  wypaliły  i  dwie  cząsteczki  elementarne  o  identycznych  masach  ruszyły  ku  sobie,

background image

natychmiast  osiągając  prędkość  światła.  I  wyższą.  Ekran  Thoresena  zajaśniał  i  wszystko  się
skończyło - niemal zanim się zaczęło. Po czym ekran znowu powrócił do życia. Nic. Tylko ziejąca
pustka. Ani frachtowca, ani...

- Prom! - wrzasnął Technik. - Nie ma go. Oni wszyscy...

- Do cholery z promem - warknął Thoresen. - Co się stało?

Jego palce śmigały nad klawiaturą, gdy programował powtórkę filmu - tym razem z taką prędkością,
aby mógł prowadzić obserwacje.

Cząsteczki  płynęły  ku  sobie,  zostawiając  długie  ślady.  Przeniknęły  przez  magnetyczny  bąbel,
jaśniejący  we  wnętrzu  kadłuba,  a  potem  spotkały  się...  spotkały...  spotkały...  A  potem  znikły...
pojawiły  się  znowu...  przesunęły  poza  czasem  i  przestrzenią...  dopóki  nie  zostały  zastąpione  przez
jedną,  zupełnie  inną  cząsteczkę.  Thoresen  zaśmiał  się  -  udało  mu  się.  Nagle  magnetyczna  okrywa
zapadła się. Błysnęło jasne światło i kadłub, i prom znikły w ogromnej eksplozji.

Baron odwrócił się do Technika, nadal pozostającego w szoku.

- Chcę, aby zmieniono grafik. Technik gapił się na niego.

- Ale ci ludzie na promie...?

Thoresen zmarszczył brwi, popatrzył na pusty ekran, a potem zrozumiał.

- A, tak. Nieszczęśliwy wypadek. Nie będzie trudno ich zastąpić.

Zaczął wychodzić z laboratorium, ale zatrzymał się na moment.

- Aha, następnym razem powiedzcie załodze, aby odsunęła się trochę dalej od frachtowca. Technicy
są kosztowni.

Lester uśmiechnął się i poklepał Technika po ramieniu. Mężczyzna bulgotał coś jeszcze i łzy płynęły
mu po policzkach. Lester przysunął się nieco, aby posłuchać. Tylko taka paplanina. Nic konkretnego.

background image

To  było  łatwe,  pomyślał.  Łatwiejsze,  niż  się  spodziewał.  Pracował  nad  tym  człowiekiem  od
pewnego  czasu.  Duża  ilość  pieniędzy,  nowa  tożsamość,  rezydencja  opłacona  do  końca  życia  na
jakimś  wspaniałym  świecie.  Technik  z  radością  poszedłby  na  to,  ale  za  bardzo  bał  się  Thoresena,
aby  zrobić  coś  więcej.  Słuchał  Lestera  i  wypijał  jego  drinki.  Aż  pewnego  dnia  załamał  się.
Zadzwonił w stanie bliskim histerii i poprosił, aby Lester pozwolił mu przyjść.

Zaszedł jakiś straszny wypadek, powiedział Lesterowi, ale mimo nacisku potrząsał tylko głową. Nie,
Baron... I Lester wiedział, że ma swoją szansę.

Usiadł, więc koło Technika i przyłożył strzykawkę do jego szyi. W chwilę później mężczyzna zmienił
się w śliniącego się idiotę. Ale ten idiota powiedział wszystko, czego Lester potrzebował. Ułożył go
później wygodnie na łóżku. Będzie spał przez jakiś czas, a potem obudzi się z potężnym kacem. Nie
będzie nic pamiętał.

Teraz Lester musiał skontaktować się z Mahoneyem. To, co miał do powiedzenia o Projekcie Bravo,
gwarantowało rychły koniec kariery Thoresena.

Rozległ  się  głośny  trzask  rozrywanego  plastyku.  Lester  obrócił  się,  a  potem  zamarł  widząc  Barona
wchodzącego przez zrujnowane drzwi. Obok szło dwóch strażników. Thoresen popatrzył na śpiącego
i uśmiechnął się,

- Małe party, Lester?

Lester nic nie odpowiedział. Co mógł zrobić? Thoresen skinął na strażników. Dźwignęli Technika i
wynieśli z pokoju.

- A więc, teraz już wiesz?

- Tak - powiedział Lester.

- Szkoda. Nawet cię lubiłem. - Zrobił krok do przodu, zbliżając się niebezpiecznie do starca, chwycił
go za gardło. Zacisnął. Lester łapał powietrze, czując, jak pęka mu kręgosłup. Minęły minuty, zanim
Baron upuścił ciało Lestera. Odwrócił się, gdy jeden ze strażników wszedł do pokoju.

- Zróbcie to tak, żeby dobrze wyglądało - powiedział. - Nagła choroba, et caetera, et caetera. I nie
przejmujcie się rodziną. Ja się nimi zajmę.

background image
background image

Rozdział 26

Sten gwizdnął bezgłośnie i kopnął drzwi tak, aby się zamknęły. Muchy zaczęły kręcić się już dookoła
odciętej głowy H'mida leżącej na blacie lady.

Sten  schylił  się  i  dotknął  palcami  kałuży  krwi  dookoła  ciała.  Wciąż  trochę  płynna...  nie  więcej  niż
godzina.  Sten  sięgnął  ponad  ramieniem  i  wyjął  mały  kawałek  w  kształcie  litery  W,  który  utkwił
pomiędzy łopatkami.

Okrążył ladę i cicho przebiegł przez schody prowadzące do mieszkania właściciela sklepu. Pustka.
Żadnych śladów przeszukiwania czy rewizji. Źle, bardzo źle. Ostrożnie uchylił jedno okno, a potem
spojrzał przez nie.

O  dwa  dachy  dalej  przyczaiło  się  trzech  Q'riya,  spoglądając  w  dół  na  ulicę.  A  poniżej...  jeszcze
jeden, tuż pod drogą ucieczki Stena. Bardzo źle zamaskowany, wypastowane czubki butów zdradzały
go połyskując spod skraju długich szat.

Próbowali  go  znaleźć  czy  był  już  w  pułapce?  Sten  pomyślał  znowu.  Chcieli  go  złapać.  Sklep
spożywczy po drugiej stronie wąskiej ulicy miał zamknięte okiennice. Nie o tej porze dnia. Wewnątrz
musiał być oddział M'lan, zbójów na usługach szczepu Q'rxya.

Sten  przycisnął  się  do  ściany...  wdech  licząc  do  czterech,  wydech  licząc  do  czterech,  wstrzymać
licząc  do  sześciu.  Dziesięć  razy.  Poziom  adrenaliny  nieco  opadł.  Sten  zaczął  poszukiwać  sposobu
wydostania  się  z  tej  sytuacji.  Z  warsztatu  H'mida  zaczerpnął  garść  bransolet,  do  których  nie
przyłączono  jeszcze  kamieni  i  zdjął  gąsior  z  kwasem  z  półki.  Powrócił  do  okna  i  czekał.  Miał
zapewne około dziesięciu minut, zanim tamci zdecydują, że pora wykurzyć szczura z pułapki.

Poniżej zagrzmiał wóz. Doskonale. Ostrożnie wyrzucił gąsior z kwasem na zewnątrz, w sam środek
wysuszonego  ładunku  ziarna.  Wycelował...  ręka  zadygotała  lekko,  podążając  za  jadącym  prosto
wozem.

Ogień. Gąsior stłukł się. Podniósł się dym i wóz stanął w płomieniach.

Wrzaski. Krzyki... dym powoli wypełniał uliczkę.

background image

Już nic więcej nie był w stanie zrobić.

Sten zatknął końce szaty za mankiety, zrzucił sandały i prześlizgnął się przez okno. Zawisł na rękach,
potem skoczył.

Upadł na dół, przylgnął do ziemi. Okiennica otworzyła się i jakiś ciężar walnął w ścianę tui nad nim.
Sten podniósł się... trzy długie kroki przez ulicę i długi skok przez otwarte okiennice.

Trafił do środka, obrócił się i nastawił broń na ogień ciągły.

Trzech  M'lan  leżało  na  podłodze,  drugi  łapał  powietrze  przez  szeroko  rozcięte  gardło.  Sten
wymierzył drugie uderzenie w środek jego czoła i przesunął się w kierunku tylnych drzwi. Wypadł na
zewnątrz  i  zaklął.  Typowy  labirynt,  strome  schody  wiodły  w  dół,  przez  małe  domlti  Fal'ici.  Sten
przeskoczył  przez  poręcze  i  wślizgnął  się  pośród  zabudowania.  v'  Krzyki,  wrzaski  i  strzały
dochodziły z ulicy.

Sten nie bał się. Fal'ici nie udzielą żadnych informacji, aby pomóc M'lan, nawet trzymani na muszce.

Wyszedł z koszmaru ruder na inną ulicę. Doskonale. Po raz pierwszy miał szczęście. Zastanawiał się.
Panował tłok... łącznie ze wzmocnionym patrolem M'lan. Musieli zostać zaalarmowani. Gdy zobaczą
biegnącą postać, puszczą się w pogoń.

Sten  szarpnął  za  ręczny  wózek,  przeskoczył  przez  dyszel,  potem  obrócił  się  i  podrzucił  wysoko  w
górę jedną z bransolet H'mida. Złoto błysnęło w jasnym słońcu i zapanował natychmiastowy chaos.
Ludzie wybiegali z zaułków, o których istnieniu Sten nawet nie wiedział.

Gdzieś w tym kotłującym się thimie zostali M'lan. Sten, pomyślał, że bardzo możliwe, iż jeden albo
drugi  Fal'ici  mógł  właśnie  oderwać  się  od  złota  i  spróbować  zanurzyć  kilka  centymetrów
wyszlifowanego szkła w gardle żołnierza.

Zwolnił  krok,  opuścił  szatę  i  ostrożnie  odwrócił  się.  Dał  i  monetę  kwiaciarce  i  wyjął  z  jej  wózka
największy kwiat. Schował w nim nos i poszedł do przodu.

Jak... epi? Epi... cholera z tym! Zapyta Doca, gdy powróci do kryjówki.

background image

Godzinę  zabrało  Stenowi  przekonanie  się,  czy  nie  ciągnie  za  sobą  ogona.  Nie  miał  wysokiego
mniemania o inteligencji żołnierzy Q'riya, ale było ich wystarczająco wielu, aby posłać za nim wielu
szpicli.

Był czysty, więc skręcił szybko w bramę skromnego domu, gdzie pracował zespół Sekcji Modliszki,
i wszedł do środka.

Do większego chaosu. Wyposażenie było pakowane dokładnie, ale bardzo, bardzo szybko. Alex stał
przy  drzwiach,  trzymając  odbezpieczony  karabin  gotowy  do  użycia.  Sten  objął  to  wszystko
spojrzeniem.

- Spadamy? - zgadywał.

- Jasne, stary - powiedział Alex. - Ta Vinnettsa chciała nas przekonać, że pogadała sobie z tamtymi
typami, co za nią chodzili.

- I powiedzieli coś?

- A ty byś nie powiedział? Założę się, że odbyli swoją spowiedź przedśmiertną.

- Ktoś odciął H'midowi głowę i zostawił, żebym ją znalazł - zrelacjonował Sten. Podszedł do stołu i
podniósł  szklany  dzbanek.  Kciukiem  odchylił  pokrywkę,  wsadził  dziobek  w  usta  i  przełknął.
Postawił  go  z  powrotem  i  popatrzył  na  wysokiego  na  pół  metra  misia  siedzącego  spokojnie  na
jedynym wygodnym krześle w pokoju. Istota miała niemal dobrotliwy wyraz twarzy.

- Doc?

-  Typowo  ludzkie  -  zamruczał  misio  z  zadowoleniem.  Wy  ludzie  dalej  walczycie  ze  sobą  jak  za
czasów kamienia łupanego. To dowodzi istnienia istoty boskiej. Bylibyście nadal w swojej dżungli,
zbierając owoce palcami u nóg, gdyby nie wmieszał się w to jakiś Bóg, taki czy inny. Z wyjątkowo
paskudnym poczuciem humoru, chciałbym dodać.

Vinnettsa zbiegła po schodach, zwijając po drodze drut od anteny na dachu.

- Chodź tu, Doc. Nie mamy czasu na pieprzenie.

background image

Doc  rozłożył  ręce  w  geście,  którego  nauczył  się  od  ludzi,  zeskoczył  z  krzesła  i  zaczął  pakować
wyposażenie do lekkiego plecaka.

Ida powoli wyłoniła się z szafy, stanowiącej wejście do pokoju łączności. Podniosła na próbę swój
pakunek.

-  Doc  ma  rację.  Nie  możemy  oczekiwać  subtelności  od  kogoś  innego  niż  my  sami.  Teraz,  dlaczego
oni nie wyślą zespołu...

Alex prychnął.

- Dlatego, że nasz Imperator nie lubi, kiedy ktoś kradnie spod niego jakiś świat.

Ida pomyślała chwilę.

- A  jeśli  my  go  ukradniemy,  a  to  myśl  warta  zastanowienia,  to  on  nie  będzie  musiał  się  martwić,
prawda?

Sten rozejrzał się dookoła. Frick i Frack wyfrunęli spod okapu i czekali.

- Czy namierzyli nas?

- Zaprzeczenie - zaskrzeczał Frick. - Przylecieliśmy dziesięć minut temu. Nie widzieliśmy nic.

Może.  Te  dwa  podobne  do  nietoperzy  stworzenia  nie  zajmowały  wysokiej  pozycji  na  liście
superinteligencji.  A  może  Sten  nie  wyartykuował  dostatecznie  wyraźnie  swojego  pytania.  Ale
informacja była prawdopodobnie właściwa.

Zespół mógł już się zwijać. Zaczęli naradę.

- Musimy zwiewać - stwierdził miękko Alex. - Myślicie, że nam się uda?

background image

Jorgensen ziewnął. Rozwalił się obok swojego plecaka, trzymając broń w pogotowiu.

- Jesteście pewni, że nic więcej nie możemy zrobić? Mahoney pourywa nam łby, jeśli nawalimy.

Sten popatrzył na Doca, który poruszał wąsami.

-  Myitkina  -  powiedział  Sten.  To  było  słowo,  które  wprowadzało  Jorgensena  w  trans.  Postawny
blondyn usiadł w bezruchu.

- Możliwości - warknęła Vinnettsa.

- A. Przerwać misję i wycofać się.

B. Kontynuować misję i zakładać niewykrywalność.

C. Rozpocząć alternatywny program.

- Rozwiń to - powiedział Sten.

-  Rozwiązanie  A.  Misja  o  wysokim  priorytecie.  Aktualnie  niewykonalna.  Rozważać  jako
ostateczność. Prawdopodobieństwo przeżycia dziewięćdziesiąt procent, jeśli zakończenie nastąpi w
ciągu pięciu godzin.

- Dalej - powiedziała Vinnettsa.

- Rozwiązanie B. Dane niewystarczające do absolutnej pewności. Wniosek, że lokalny agent załamał
się przy przesłuchaniu. Nie zalecane. Prawdopodobieństwo przeżycia mniej niż dwadzieścia procent.

Członkowie  zespołu  spojrzeli  po  sobie.  Głosowali  w  milczeniu.  Jak  zwykle  nikt  nie  zadał  sobie
trudu, aby zapytać o zdanie Fricka i Fracka.

- Dwa Myitkina. - Jorgensen wyszedł z transu.

background image

- Jaki plan? - zapytał.

- Złodzieje i policjanci - powiedział Alex.

- Nie jest tak źle - stwierdził Jorgensen. - Muszę tylko dużo biegać.

Sten prychnął. Alex klepnął go w plecy, przyjazny gest, który omal nie przerzucił Stena przez ścianę.
Czasami ten okrągły mężczyzna, pochodzący ze świata o ciążeniu trzy razy wyższym od ziemskiego,
zapominał się.

Sten ze świstem wciągnął powietrze do płuc.

-  Sten,  z  ciebie  całkiem  odważny  facet.  Coś  mi  się  przypomina,  jakaś  bajeczka  o  chłopaku,  który
uwalniał tygrysa. Albo coś w tym rodzaju.

Sten powoli skinął głową i zaczął szykować broń.

Przez  pokój  patrzył  na  niego  morderca.  To  musiało  jeszcze  zaczekać  przez  jakiś  czas.  Przyszłość
zabójcy zależała od sukcesu zespołu.

SEKCJA MODLISZKA

OPERACJA BANZI

Nie  dołączać  do  ogólnych  rozkazów  Gwardii;  nie  dołączać  do Archiwów  Imperium;  nie  powielać;
nie rozpowszechniać w żadnej formie. ,Ściśle tajne.

OPIS OPERACJI

1. Sytuacja:

Saxon. Plus minus warunki podobne do Ziemi. Głównie pustynie. Rozwinięta kultura nomadów (zob.
załącznik  A).  Jedyny  port,  główne  miasto  i  kompleks  przemysłowy  Atlan  (zob.  załącznik  B),
usytuowane  w  jednej  z  niewielu  żyznych  dolin  na  Saxon.  Istnienie  wielkiej  rzeki  i  wprowadzenie

background image

hydroelektrowni warunkuje istnienie Atlan. Politykę zagraniczną Sxon kontroluje szczep Q'riya (zob.
załącznik C), uważany gałąź głównej kultury beduińskiej Fal'ici. Przemysł i handel międzyplanetarny
kontrolowany  przez  Q'riya.  W  Atlan  ich  władza  jest  narzucona  przez  prawdopodobnie  sztucznie
utworzoną  semidziedziczną  grupę  znaną  jako  M'lan  (zob.  załącznik  D).  Rządy  Q'riya  nie  rozciągają
się  poza  granice  Atlan.  Wśród  szczepów  nomadów  panuje  anarchia.  Głównym  artykułem
eksportowym  Atlan  jest  broń,  wytworzona  zasadniczo  dzięki  wprowadzeniu...  skasowane  ...
skasowane ... skasowane ... Wywozi się też trochę prymitywnej sztuki, dość nisko ocenianej.

2. Zadanie:

Uniemożliwić wywóz poza planetę aktualnie wytwarzanej roni oraz, w miarę możliwości, znacząco
zredukować lub zniszczyć potencjał produkcyjny.

3. Wykonanie:

Obecny na miejscu zespół powinien ocenić, którą z opcji prowadzenia misji należy wybrać, starając
się  brać  pod  uwagę  głównie  polityczne,  a  tylko  w  miarę  konieczności  militarne  środki.  Nie  wolno
ukazywać  jakiegokolwiek  związku  agentów  z  Imperium.  Należy  podjąć  ostateczne  środki,  aby
zapobiec  ujawnieniu  zaangażowania  Imperium.  Powtarzam:  ostateczne  odki  (zob.  załącznik:
wyposażenie  misji).  Ograniczenia:  utrzymywać  tak  niski  poziom  strat  wśród  Fal'ici,  jak  to  tylko
możliwe.  Dalsze  istnienie  Q'riya  na  obecnej  pozycji  nie  jest  konieczne.  Zmiany  istniejących
stosunków społecznych nie są konieczne.

4. Koordynacja:

Możliwe  jest  niewielkie  wsparcie,  zgodne  z  obowiązującymi  warunkami  Operacji  Banzi  (zob.
wyżej), oraz pomoc przy ewakuacji, to znaczy...

5. Dowództwo:

Operacja Banzi prowadzona będzie pod bezpośrednią kontrolą IXAL, Oddział Modliszki działa pod
kryptonimem...

background image

Rozdział 27

Strażnik  zręcznie  wrzucił  Stena  w  ciemność  celi.  Wylądował  na  kimś,  kto  nie  odezwał  się  wcale.
Sten  okręcił  się  i  zaczął  przepraszać,  potem  wciągnął  nosem  powietrze.  Ze  trzy  dni  już  nie  słyszy,
stwierdził.

Wstał.  Głęboka  cela  była  bardzo  ciemna.  Sten  cały  czas  poruszał  oczami,  oddychał  szybko.  Jego
źrenice rozszerzyły się. Widok nie był wart nawet jednej świecy, zdecydował.

Więzienie zbudowano tak, że doskonale odpowiadało charakterem usposobieniu rasy zamieszkującej
Saxon. Zrób odpowiednio odporną celę i wrzuć do niej wszystkich, których nie lubisz. Dawaj im tyle
jedzenia,  żeby  nie  krzyczeli  z  głodu,  i  zapomnij  o  nich.  Co  się  stanie  w  celi,  nikogo  nie  obchodzi.
Miał nadzieję, że Sa'fail pozostał przy życiu.

Znalazł  ścianę  i  oparł  się  o  nią  plecami.  Czekał.  Do  kitu,  zdecydował.  Około  dziesięciu  minut
minęło, zanim przywódca i jego zbiry zdecydowały się wyłonić z ciemności.

Sten  nie  zadał  sobie  trudu,  aby  pytać  o  cokolwiek.  Kantem  dłoni  uderzył  w  tył  głowy  pierwszego
zbira  i  ciosem  z  boku  powalił  go  na  ziemię,  podczas  gdy  tamten  bulgotał  coś  przez  resztki  krtani.
Drugiego trafił pięścią za uchem, zaraz po tym, jak przeskoczył przez martwe ciało przywódcy.

Drugie  ciało  rzucił  prosto  na  wyciągnięte  ręce  trzeciego  mężczyzny,  a  potem  wykonał  półobrót,
unosząc stopę. Trzeci człowiek postanowił nie wstawać.

- Sa'fail. Z Czarnych Namiotów. Gdzie jest?

Zbir skrzywił się. W oczywisty sposób myślenie nie było jedną z głównych używanych przez niego
technik działania. Sten czekał cierpliwie.

Facet popatrzył na gotowego do uderzenia Stena i powiedział:

- W tym rogu. Te parszywe typy trzymają się razem.

background image

Sten  uśmiechnął  się  w  odpowiedzi  i  wycelował  nogą.  Trzasnęły  chrząstki  i  mężczyzna  zawył,
zwalając  się  na  ziemię.  Sten  przeskoczył  nad  nim.  Zdecydował,  że  nie  musi  go  zabijać.  Ten  zbój
będzie zbyt zajęty krwawieniem przez najbliższą godzinę czy coś koło tego, aby zaatakować od tyłu,
a tyle czasu przynajmniej taką Sten miał szczerą nadzieję - wystarczy na wszystko.

Torował  sobie  drogę  pośród  ciał,  cicho  wywołując  imię  nomada.  I  znalazł  go.  Sa'fail  miał
odpowiednie otoczenie. Sten zmierzył ich spojrzeniem z góry na dół. Nadspodziewanie zdrowi jak na
więzienie.  Zastanawiał  się,  czy  musieli  już  przerabiać  na  kanapki  swoich  towarzyszy  niedoli,  aby
utrzymać się w takim zdrowiu.

Nomada usiadł i pogładził brodę.

- Nie pochodzisz z Ludu - stwierdził jeden z nich, który musiał być porucznikiem Sa'faila.

- Nie, O Bohaterze Pustyni, Mężczyzno, Który Zmusza Nędznych Q'riya do Drżenia - powiedział Sten
płynnie w pustynnym dialekcie. - Ale od dawna podziwiałem ciebie z daleka.

Nomada chrząknął.

- Jestem zaszczycony tym, że twój podziw stał się tak wszechogarniający, iż poczułeś się zmuszony
przyłączyć do mnie tutaj, w tym pałacu.

-  Chociaż  niezwykle  chciałbym  wymieniać  teraz  komplementy,  O  Panie,  Który  Trzęsiesz  Pustynią  -
powiedział Sten to raczej zasugeruję, abyś ty i twoi ludzie przywarli do tej ściany. Macie jeszcze...
pomyślał przez chwilę. - Dość mało czasu zostało.

- A co się stanie? - spytał porucznik.

Bardzo niedługo spora część tego więzienia przestanie istnieć.

Nomadowie zaczęli szumieć, ale po skinięciu Sa'faila zapadła cisza.

- Spodziewam się, że to nie jest dowcip?

- Dla mnie to jeszcze mniej śmieszne niż dla ciebie.

background image

- No cóż, skoro mamy raczej mało czasu na rozważania... Sa'fail myślał przez chwilę. Potem giętko
podniósł się na nogi.

- Powinniśmy zrobić to, co mówi ten cudzoziemiec. Nieważne, co się stanie. Przynajmniej przestanie
być nudno.

Drom pokładał się na Alexa. Mężczyzna cofnął się i wpakował cztery palce w boki bestii. Zwierzę
wciągnęło  powietrze  i  zakołysało  się  na  nogach.  Inni  członkowie  Zespołu  Modliszki  nienawidzili
dromów,  śmierdzących,  kołyszących  się  zwierząt  wierzchowych  na  Saxon.  Nie  przeszkadzały  one
Alexowi. Miał kiedyś pecha i służył podczas ceremonii przyjmowania do Gwardii na Ziemi i poznał
wtedy wielbłądy.

Ale nie żałował akurat tego bydlęcia. Zwierzę miotało się. Chyba już nie pamięta, kiedy ostatnio jadł,
pomyślał,  odsuwając  się  poza  zasięg  zębów  bestii.  Został  złapany  przez  strażników  otaczających
więzienie, z fałszywą przepustką, w szatach handlarza.

Pomyślał  też,  że  trudno  znaleźć  bombę,  kiedy  jest  się  trawionym  w  trzewiach  bestii. A  nie  widać
żadnej broni w tych śmieciach dookoła.

Przycisnął się do ściany i pozwolił, aby przepływały te ostatnie sekundy.

Frick  przysunął  się  bliżej  do  Fracka.  Mogli  rozmawiać,  mogli  porozumiewać  się  telepatycznie,  nic
niezwykłego.  Inni  członkowie  Zespołu  byli  na  miejscach.  Jeden  z  palców  Fricka  dotknął  klawisza
przekaźnika.

- Nic. Nic. - Wyłączył mikrofon i obaj przysunęli się bliżej do murów.

Gdyby któryś z członków zespołu chciał się skontaktować, to mogli spotkać się na zewnątrz. Za kilka
sekund.

Może  kiedy  nadejdzie  zmiana,  pomyślał  morderca.  Potem  odrzucił  tę  możliwość.  Potrzebujemy
każdego pistoletu.

Jorgensen  nerwowo  bawił  się  ładunkiem  w  kształcie  litery  S,  przyczepionym  do  szyi.  Gdyby

background image

wewnętrzne czujniki przestały odbierać oznaki życia, mały wybuch nie pozostawiłby nic, co mogłoby
umożliwić identyfikację żołnierza Sekcji Modliszki albo jego wyposażenia.

O jeden dzień bliżej do farmy, pomyślał smętnie Jorgensen. Ta myśl to jedyny sposób, aby to znieść.
Odwinął koc i wyjął z niego karabin.

Sądzę,  że  zrobiłaś  to  z  rozmysłem  -  sapnął  Doc.  Znasz  antypatię,  jaką  my  z  Altaira  żywimy  w
stosunku do śmierci.

- Nie - stwierdziła Vinnettsa. - Nie zrobiłam tego. Ale to doskonały pomysł.

Doc usiadł w samym wejściu do mauzoleum, trzymając pistolet w małych, tłustych łapach. Vinnettsa
przestała bawić się bronią i pozwoliła, by elastyczna pętla wciągnęła karabin pod ramię.

- Zemsta. Typowe, nieprzyjemne ludzkie zachowanie - powiedaał Doc.

- Wy nigdy tego nie robicie?

- Oczywiście, że nie. Antropomorfizm. Czasami jesteśmy osobiście zmuszani do naprawy tego, co...
wasza nazwa tego to: przeznaczenie, zrobiło.

Vinnettsa zaczęła odpowiadać, ale wtedy właśnie pierwszy wybuch przetoczył się przez cmentarz.

I oboje rzucili się biegiem w kierunku kwater strażników, leżących w tunelu tuż przed nimi.

Tydzień wcześniej przekupiony strażnik zainstalował ładunek wybuchowy w budce strażniczej przy
głównej bramie.

Pierwsze eksplozja była mała. Alex zrobił to z materiału wybuchowego, ukształtował odpowiednią
formę z gliny i włożył w nią tyle szklanych kulek, ile zdołał kupić na bazarze.

Teraz  kulki  wylatywały  w  powietrze,  całkiem  nieźle  unieruchamiając  dziesięciu  strażników
kręcących się przy bramie. Alex ustawił ładunek poniżej linii bioder.

background image

- Im bardziej ich to zaboli i przestraszy, im groźniejsze będą rany, tym lepiej dla nas.

Vinnettsa  ustawiła  zasięg  i  wielkość  ładunku  na  kolbie  wyrzutni  i  podniosła  ją.  Wycelowała.  Gdy
doliczyła  do  pięciu,  usłyszała  wrzask  oficera  prowadzącego  oddziały  szturmowe  przez  tunel  do
więzienia...

Dotknęła przycisku. Rakieta wyleciała, a potem zadziałał ładunek.

Vinnettsa przytuliła się do ziemi, gdy pocisk przeleciał przez solidne cegły i eksplodował w tunelu.

Podniosła  się  na  nogi  i  popatrzyła  na  zapadający  się  dach.  Dodatkowa  dywidenda,  pomyślała.
Skierowała się w stronę pozycji Alexa.

- Gdybym nie był taki głupi, to by mnie tu nie było. Drugi i trzeci ładunek. - Alex uderzył w klawisze
detonatora, ukrytego pod szatą. Dwa następne ładunki dywersyjne wybuchły po przeciwnych stronach
więzienia.

- Gwardia to mój dom, nie chcę nic więcej. Czwarty i piąty ładunek. - Zdetonował je.

- A teraz kolej na nas. - Wcisnął guzik od głównego ładunku. Interesujące.

Drom przestał istnieć. Ściana też.

Fala  uderzeniowa  zmiotła  główny  mur,  wielkie  cegły  przeleciały  przez  niewielką  przestrzeń  i
zgruchotały wewnętrzne ściany więzienia. Runęły mury. Więźniowie jęczeli ze strachu.

Alex podniósł karabin z ziemi. Trzymał go w gotowości do strzału.

Ogłuszeni wybuchem, oślepieni blaskiem dnia więźniowie powoli wychodzili.

-  Dalej,  dalej  -  wrzasnął.  Nie  potrzebowali  długiego  zachęcania.  -  No  chodź  wreszcie,  Sten.  Czas
goni. Nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy.

Sten, starszy brodaty mężczyzna i kilku przyodzianych w strzępy szat nomadów wybiegło na ulicę.

background image

Alex zobaczył oddział strażników idących zza rogu w jego kierunku.

-  Właśnie  tak  myślałem,  że  to  się  przyda  -  zamruczał  i  nacisnął  ostatni  guzik  na  swojej  tablicy.
Ładunek  w  kształcie  węża,  ułożony  przed  chwilą  na  chodniku  wybuchł  niemal  pod  stopami
strażników.

Rzucił broń podbiegającemu Stenowi.

- Może wreszcie pójdziemy? - powiedział. - Zaczyna mnie już nudzić to łażenie dookoła i obijanie
się.

Sten roześmiał się, przykląkł na jedno kolano i strzelił serią w dół ulicy. Potem nomadowie, nadal
zaszokowani, podążyli za dwoma żołnierzami w morderczym biegu.

Doc  zamachał  leniwie  łapą.  Zatrzeszczały  dwa  karabiny.  Czterech  gwardzistów  w  bramie  upadło,
kiedy naboje eksplodowały im w piersi.

Jorgensen i Vinnettsa zajmowali właśnie pozycje strzeleckie, gdy Sten, Alex i nomadowie dobiegli
do nich. Alex kontynuował atak na bramę, odczepił ładunek noszony w torbie. Nachylił się nad nim,
nastawił zegar. Odwrócił się i odszedł na bok.

- Proponuję, żebyście się położyli, bo inaczej pooglądacie sobie swoje własne flaki.

Nomadowie  patrzyli  na  niego  z  kompletnym  brakiem  zrozumienia.  Sten  kiwnął  na  nich  z
wściekłością, i wreszcie przypadli do chodnika obok zespołu.

Następny wybuch i brama rozchyliła się na boki. Kawałki żelaza i drewna waliły dookoła skulonych
żołnierzy.

- Trochę źle wycelowałem - mruczał Alex. - Mogłem lepiej trafić.

Wstali i pobiegli prosto w pustynię.

background image

- Zaczekamy tutaj - rozkazał Sa'fail. - Moi ludzie obserwują miasto. Przyczają się i zobaczą, kto jest
na tyle głupi, aby wyjść z Atlan bez obstawy.

Drużyna  automatycznie  ustaliła  perymetr,  potem  zapadła  za  skałami.  Vinnettsa  wyjęła  manierkę  z
plecaka i puściła ją w obieg. -

Fal'ici mają wobec was dług - powiedział Sa'fail po napiciu się.

Sten  popatrzył  na  Doca.  To  było  jego  pole  działania.  Miś  wszedł  w  środek  i  obrócił  się  o  sto
osiemdziesiąt stopni. Łagodnie poruszał wąsami.

Sten  wręcz  namacalnie  poczuł  odpływ  napięcia. Automatycznie  wszyscy  -  żołnierze  i  nomadowie  -
pomyśleli, że mała istota jest ich najlepszym przyjacielem. Taki był sposób na przeżycie stosowany
przez rasę Doca. Jego gatunek należał do naprawdę zapalonych myśliwych, którzy niemal całkowicie
wyniszczyli  dzikie  zwierzęta  na  swojej  rodzinnej  planecie.  Nienawidzili  wszystkich,  siebie
nawzajem też, z wyjątkiem okresu rui i krótkiego czasu po narodzinach młodych. Ale promieniowali
miłością.  Zaufaniem.  Każdy  człowiek  chciałby  bezustannie  nurzać  się  w  pozytywnych  uczuciach
płynących od tej małej istoty.

- Dlaczego - zapytał raz Sten, tak gdzieś w połowie szkolenia w Sekcji Modliszki - nie nienawidzisz
nas?

-  Ponieważ  -  odpowiedział  Doc  posępnie  -  zostałem  uwarunkowany.  Wszyscy  zostaliśmy
uwarunkowani. Kocham was, bo muszę was kochać. Ale to nie znaczy, że muszę was lubić.

Doc pokłonił się Sa'failowi.

- Uważamy ciebie, Sa'failu, za człowieka honoru, tak jak twoja rasa jest szlachetna.

-  My,  Fa'ici  z  pustyni  właśnie  tacy  jesteśmy.  Ale  te  męty  z  miasta...  -  porucznik  Sa'faila  zdusił
ostatnie słowa w sobie.

- Spodziewam się - wtrącił się Sa'fail - że uwolniliście mnie z jakiegoś powodu.

- Rzeczywiście - zgodził się Doc - chcielibyśmy prosić cię o przysługę.

background image

- Oddamy wam wszystko, co Lud z Czarnych Namiotów posiada. Ale najpierw musimy spłacić swoje
długi w stosunku do Q'riya.

- Możesz się przekonać - powiedział Doc - że w tym samym czasie jesteś w stanie spłacić więcej niż
jeden dług.

Namiot  był  zadymiony,  gorący  i  śmierdzący.  Dlaczego,  zastanawiał  się  Sten,  nomadowie  są
romantyczni  tylko  wtedy,  kiedy  się  ich  nie  wącha?  Tak  na  oko  żaden  ze  starszyzny  nie  miał  więcej
wody do kąpieli niż każdy ze zwykłych członków plemienia.

Uśmiechnął się, gdy zobaczył, jak Sa'fail, siedzący na honorowym miejscu, uroczyście wkłada garść
jedzenia prosto w usta Doca. Będzie miał szczęście, gdy wyjmie wszystkie palce, pomyślał.

Ale jakoś się udało.

Delikatnie  poklepał  siedzącą  obok  Vinnettsę.  Plemię  niechętnie  przyznało  Idzie  i  Vinnettsie  pełny
status, taki jak innym członkom zespołu. Pomogło trochę to, że Vinnettsa została zaskoczona pewnego
wieczoru przez trzech romantycznych nomadów i przy świadkach zabiła ich czterema ciosami.

Alex trącał go.

- Zrób mi ten zaszczyt, skarbie.

Sten otworzył usta, aby zapytać, o co chodzi, i Alex wpakował mu kąsek czegoś. Sten ugryzł go, ale
kubki  smakowe  powiedziały  mu,  że  coś  jest  nie  tak.  Wziął  oddech  i  przełknął.  Jego  żołądek
zaprotestował.

- Co to było?

- Malutka gałka oczna. Jakiegoś pustynnego zwierzaczka.

Sten zdecydował przełknąć ślinę jeszcze parę razy, tylko, aby się upewnić.

background image

Namioty  rozciągały  się  na  mile.  Zespół  Modliszki  i  jego  bagaże  przybyły  do  domu  Sa'faila  i
natychmiast  jeźdźcy  wyruszyli  w  pustynię.  I  zaczęły  przybywać  inne  szczepy.  Całej  niewątpliwej
elokwencji  Sa'faila  wymagało  przekonanie  niezależnych  plemion,  aby  za  nim  poszły,  i  tylko
przeciągające się, głośne uczty utrzymywały całość w komplecie.

Jeszcze jeden dzień, modlił się Sten. Więcej nie trzeba.

On i Vinnettsa siedzieli razem na głazie, wysoko ponad czarnymi namiotami migającymi światełkami
obozowych ognisk. Kilka metrów dalej przechadzał się wartownik.

- Jutro - powiedział, idąc torem swoich myśli - jeśli się uda, a nie jest to za bardzo prawdopodobne,
to co się stanie?

- Wydostaniemy się z tego świata - powiedziała Vinnettsa - i spędzimy tydzień w wannie. Będziemy
sobie myć... myślę, że plecy to dobre miejsce na początek.

Uśmiechnął się, zerknął na wartownika, który patrzył w inną stronę, i pocałował ją.

- A Atlan jest pustynią i Q'riya płoną na wolnym ogniu.

- I tak będzie lepiej?

Sten skinął głową.

- Im gorzej, tym lepiej. Ale powiedz, Sten, kochanie, czy to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie?

Sten rozważył rzecz dokładnie. Potem wstał i pociągnął Vinnettsę do góry.

- Nie. Nie ma.

I zeszli w dół w kierunku swojego namiotu.

Morderca patrzył, jak Sten schodzi ze wzgórza, i zaklął cicho. To było możliwe - teraz, w tej chwili.
I  zerwałoby  negocjacje.  Ale  ten  wartownik.  Nie,  nie  można.  Jutro  musi  jednak  zaistnieć  jakaś

background image

sposobność. Morderca był już zmęczony czekaniem.

Zespół podzielił się do szturmu. Doc, Jorgensen, Frick i Frack dołączyli do nomadów. To nie było
specjalnie wyrafinowane.

Plemiona  zbiegały  w  dół  ze  wzgórz  w  czerni  nocy  tuż  przed  świtem,  niosąc  drabiny  oblężnicze.
Ustawili  się  poniżej  murów,  gotowi  do  ataku.  Strażnicy  nie  byli  w  stanie  pogotowia.  Jedyną
przewagę,  jaką  dysponowali  atakujący,  stanowił  fakt,  że  nikt  tego  nie  próbował  zrobić  za  pamięci
ludzkiej. Co oznacza, powiedział Doc Stenowi, co najmniej dziesięć lat.

Nomadzi zostali wyposażeni w tajną broń - proste łuki z cięciwą ze skóry, które członkowie zespołu
pokazali łucznikom i pomogli przy ich wyrobie około miesiąca przed szturmem. Cięciwy zabrzęczały
i wystrzeliły. Strażnicy upadli. I drabiny zajęły swoje miejsca.

Łucznicy  kontynuowali  ogień  tak  długo,  jak  mogli  -  to  znaczy  aż  do  chwili,  gdy  komuś  udało  się
pomyślnie  dojść  do  drabin  i  uniknąć  śmierci,  a  potem  wrzeszczeć  i  wspinać  się  w  górę  wraz  z
innymi.

Czterech żołnierzy Modliszki trzymało się blisko śa'faila. Byłoby bardzo korzystne - dla nomadów -
gdyby udało mu się przeżyć ten atak. Jak wielu barbarzyńskich przywódców uważał, że jego miejsce
jest trzy metry za pierwszą falą szturmu.

Nastąpiły wrzaski, budynki zaczęły palić się, a dookoła dominował raniący uszy chór zderzających
się mieczy. Cywile hałaśliwie biegali w poszukiwaniu schronienia. I nie znajdowali żadnego.

M'lan  walczyli  do  ostatniego.  Zbyt  głupi  na  to,  aby  zrobić  inaczej  lub,  być  może,  wystarczająco
sprytni, aby zorientować się, że nie mogą liczyć na przebaczenie.

Jorgensen zadrżał, patrząc, jak fale nomadów wpływają do budynków haremu Q'riya.

Doc tarmosił brzeg swojej szaty.

- Jak dzieci - mruczał. - Mają dobrą, zdrową zabawę. Jego wąsy poruszyły się i Jorgensen zapomniał
o przelotnym pragnieniu zgniecenia pod stopą tego podobnego do pandy stworzenia.

background image

I tak szło to dalej, coraz dalej.

Vinnettsa patrzyła w dół doliny na płonące w odległości trzech kilometrów miasto.

- Zapewne to wystarczy. Minie pięć lat, zanim nomadom uda się to wszystko zebrać do kupy.

- Może i tak - stwierdził Sten. - Ale fabryki są zautomatyzowane. Odetniemy moc i kłopot z głowy.

-  Ale  -  wtrącił  Alex  -  nie  chcecie  chyba  pozbawić  mnie  widoku  takiej  wielkiej,  radującej  duszę
eksplozji, prawda? Sten zaśmiał się i poszli popracować w elektrowni na zaporze, która stała u wrót
doliny, źródła energii dla wszystkich tych skomplikowanych fabryk broni rozpościerających się tam,
w dole.

Pod  kierunkiem  Alexa  starannie  umocowali  ładunki,  połączone  lontem  z  zapalnikiem  czasowym.
Postępowali zgodnie z wszelkimi regułami i założyli kompletne zasilanie awaryjne.

- To nam daje dwie korzyści - stwierdził Alex. - Po pierwsze, mamy pewność, po drugie, nie musimy
tego  dźwigać  do  domu.  -  Bez  wysiłku  podniósł  blok  betonu,  który  musiał  ważyć  ze  trzysta
kilogramów, i zaczopował swój ładunek.

- Trzeba teraz to wszystko sprawdzić. Idźcie od tamtej strony, ja zacznę od tej.

Sten i Vinnettsa poszli w dół długim, dającym pogłos betonowym korytarzem.

Sten  pochylił  się  nad  pierwszym  ładunkiem,  sprawdzając  połączenia,  dotykając  delikatnie  spłonki,
przebiegając palcami W poszukiwaniu przerw.

Oddalona o dziesięć metrów Vinnettsa podniosła swój pistolet. Uważnie. W obu rękach. Robota to
robota.

Alex  zaklął.  Staję  się  nieostrożny.  Sten  miał  jego  szczypce  do  drutu.  Okręcił  się  i  pobiegł  lekko  w
dół korytarza. Natrafił na niespodziewany widok. Skamieniał.

V'innettsa celowała, smakując ostatnie sekundy wieńczące dzieło.

background image

Alex,  zupełnie  instynktownie,  obrócił  się.  Zerwał  szeroki  izolator  w  kształcie  dysku  z  jakiejś
maszyny i rzucał go. Izolator obracał się... leciał... wirował... niemal ze zbyt wielką siłą... podczas
gdy Vinnettsa zwiększała nacisk na cyngiel.

Krawędź dysku trafiła ją tuż nad łokciem. Kość pękła i krew trysnęła, gdy izolator odciął jej rękę,
broń, wszystko. Sten wstał, z bronią gotową do strzału, potem zobaczył

Vinnettsę. Jej twarz wykrzywiała się w agonii, ale równocześnie jedną ręką szukała drugiej broni u
pasa, pochwyciła ją... Pierwszy pocisk eksplodował na betonie, i Sten uskoczył na bok.

Bez udziału myśli, tak jak był uczony: prawa ręka w górę, lewa na cynglu; nacisnąć cyngiel; nacisnąć
i cofnąć aż do oporu.

Głowa Vinnettsy eksplodowała różowym strumieniem krwi i mózgu. Jej ciało upadło na podłogę.

Ramię Stena uderzyło w chodnik. Po prostu leżał tam. Alex podszedł, schylając się nad nim.

- Wszystko w porządku, stary?

Sten kiwnął głową. Nie miał jeszcze czasu, aby poczuć cokolwiek.

Alex był zaszokowany.

- Mała musiała oszaleć.

Sten podniósł się na kolana.

- Trafiła cię, Sten?

Sten pokręcił głową. Alex pomógł mu podnieść się na nogi, potem spojrzał na ciało Vinnettsy.

- Nie mamy teraz czasu na żal - powiedział. - Ale zdaje mi się, że później przyjdzie pora na łzy. Była
dobrym kumplem. Przerwał. - Mamy robotę, chłopcze. Jeszcze mamy robotę.

background image

Strzał  Alexa  był  mistrzowski.  Elektrownia  została  strzaskana,  mury  zawaliły  się.  Wielkie  kawały
dachu wpadły do jeziora, i parę ton wody przelało się przez krawędź.

Ale zapora wytrzymała.

Drużyna miała teraz czas na przypilnowanie własnej roboty i na zobaczenie miasta Atlan stojącego w
płomieniach, zanim Imperialny Krążownik wylądował miękko obok nich.

background image

Rozdział 28

Muzeum Sekcji Modliszki było małym, kwadratowym budynkiem z połyskującego czarnego marmuru.
Nie miało żadnych inskrypcji ani oznaczeń.

Sten  powoli  doszedł  do  drzwi.  Położył  palec  na  końcówce  i  poczekał  chwilę,  zanim  komputer
Modliszki przeszukał swoją bazę danych i pozwolił mu wejść. Zrobił krok do środka i rozejrzał się
dookoła.  Drzwi  za  nim  zamknęły  się  cicho.  Bliźniacze  promienie  światła  namierzyły  go,  zbadały
dokładnie i zdecydowały, że może zostać.

Muzeum  stanowił  pojedynczy,  wielki  pokój,  oświetlony  jedynie  lampkami  przy  poszczególnych
gablotach.  Sten  zauważył  Mahoneya  na  drugim  końcu  sali  i  ruszył  w  jego  kierunku,  spoglądając  na
mijane eksponaty. Jakiś kombinezon bojowy. Osmalone dokumenty, starannie oprawione. Wypalone
maszyny.  Noga  czegoś,  co  zapewne  było  olbrzymim  gadem.  Nie  było  żadnych  tabliczek
objaśniających,  skąd  one  pochodziły,  ani  jakie  wydarzenia  upamiętniały.  Tak  naprawdę  jedyna
inskrypcja  widniała  na  ścianie,  przy  której  stał  Mahoney.  Nazwiska,  od  podłogi  do  sufitu,  straty
poniesione przez Sekcję Modliszka, bohaterowie albo przegrani, to zależy od punktu widzenia.

Mahoney westchnął, obracając się do Stena.

-  Cały  czas  szukam  mojego  własnego  nazwiska  na  tej  liście  -  powiedział.  -  Jak  dotąd,  nie  miałem
szczęścia.

-  To  po  to  pan  mnie  wezwał,  pułkowniku?  Żebym  mógł  wyrzeźbić  tu  moje?  Oszczędzić  Modliszce
kłopotu i wydatku?

Mahoney zmarszczył brwi.

- I dlaczego mielibyśmy to robić? Sten wzruszył ramionami.

- Zawaliłem sprawę. Zabiłem Vinnettsę.

-  I  wydaje  ci  się,  że  miałeś  jakiś  wybór?  Że  to  było  zmęczenie  walką?  Że  ona  się  załamała?  Że
powinieneś umieć sobie z tym poradzić?

background image

- Coś w tym rodzaju.

Mahoney zaśmiał się. Krótkim, gorzkim śmiechem.

-  No  cóż,  niechętnie  zburzę  twoje  romantyczne  złudzenia,  Sten.  Ale  Vinnettsa  nie  załamała  się.
Naprawdę próbowała cię zabić.

- Ale dlaczego?

Mahoney poklepał go po ramieniu. Potem sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej piersiówkę. Wręczył
ją Stenowi.

- Pociągnij sobie trochę. Wyłożę ci to jasno.

Sten przełknął kilka dużych łyków. Podał flaszkę Mahoneyowi, ale ten ją odepchnął.

- Zatrzymaj. Będzie ci potrzebna.

- Bardzo proszę o wybaczenie, panie pułkowniku, ale...

- Ona była mordercą, Sten. Bardzo wysoko płatną profesjonalistką.

- Ale przecież została sprawdzona przez służbę bezpieczeństwa Modliszki.

Mahoney pokręcił głową.

-  Nie,  to  Vinnettsa  została  sprawdzona.  Kobieta,  którą  zabiłeś,  nie  była  Vinnettsą.  Zabrało  to  nam
jakiś czas, ale rozpracowaliśmy problem. Prawdziwa Vinnettsa umarła przy wyjeździe. Zdarzyło się
to  na  jednym  z  pionierskich  światów,  więc  nie  dostaliśmy  powiadomienia  natychmiast.  Pewien
urzędnik,  o  nazwisku  Frazer,  przyjął  raport,  a  potem  go  skasował.  Torując  drogę  dla  morderczyni,
aby mogła zająć jej miejsce. - Co się stało z tym Frazerem?

background image

- Zabity. Zapewne morderczyni zacierała ślady.

Sten zastanowił się. To miało sens. Ale i nie miało żadnego sensu.

-  Dlaczego  ktokolwiek  chciałby  zadać  sobie  tyle  trudu  dla  mnie?  To  musiało  kosztować  stosy
kredytów.

- Nie wiemy.

Sten  zastanowił  się  nad  listą  swoich  wrogów,  no  i  znalazł  kilku.  Może  nawet  takich,  co  mogliby
zabić. Ale oni zrobiliby to w barze albo w bocznej uliczce. Pokręcił głową.

- Nie mam pojęcia, kto to może być.

- A ja mam. Vulcan.

- Niemożliwe. No jasne, ścigali mnie. Ale byłem tylko Buntownikiem. Nikim. Nie, nawet te zakute
łby na Vulcanie nie zatrudniłyby mordercy, żeby dopaść kogoś takiego jak ja.

- Ale właśnie oni to zrobili.

- Kto? I dlaczego?

Mahoney skinął w stronę flaszki. Sten podał mu ją, pułkownik pociągnął duży łyk.

- Jest jeden sposób, aby się dowiedzieć - stwierdził.

- Jaki?

- Sonda pamięciowa.

Stenowi przebiegły ciarki po skórze, gdy przypomniał sobie obraz tych po praniu mózgu. I Orona.

background image

- Nie.

- Nie podoba mi się to wcale bardziej niż tobie, synu powiedział Mahoney. - Ale to jedyny sposób.

Sten pokręcił głową.

- Posłuchaj. To ma coś wspólnego z tą misją, na którą wysłałem ciebie i twoich przyjaciół.

- Ale przecież nic nie załatwiliśmy.

- Coś mi się wydaje, że ktoś myśli, że wam się udało.

- Thoresen?

- On sam.

- Ale ja wciąż nie...

- Obiecuję, że nie sięgnę głębiej, niż trzeba. Skoncentruję się na tych ostatnich kilku godzinach, które
spędziłeś na Vulcanie.

Sten wziął flaszkę od Mahoneya. Wypił duży łyk. Myślał. W końcu powiedział:

- Dobra. Wchodzę w to.

Mahoney położył mu rękę na ramieniu, poprowadził w kierunku drzwi.

- Tędy - powiedział. - Samochód czeka.

Sten wynurzał się z otworu w ścianie, z oczami utkwionymi w plecy strażnika...

- Nie - powiedział Mahoney - to nie to.

background image

Sten  leżał  na  stole  operacyjnym.  Do  jego  głowy,  rąk  i  nóg  przyłączono  elektrody,  prowadzące  do
małego, stalowego pudełka. Na pudełku był ekran komputerowy.

Mahoney,  Rykor  i  ubrany  w  biały  fartuch  technik  patrzyli  na  ekran  i  widzieli  Stena,  który  wlókł
strażnika  do  otworu  i  wciągał  go  do  środka.  Rykor  sprawdziła  oznaki  życia  Stena  na  innym
monitorze,  potem  obróciła  się  do  technika.  Nacisnął  klawisze  i  na  ekranie  pojawiło  się  więcej
obrazów.

Sten  i  inni  Buntownicy  stali  w  drzwiach  Thoresena.  Obok  była  Bet.  Wyjęła  z  kieszeni  plastykową
płytkę. Umieściła ją w środku... Bet... Bet... Bet... Be...

- Zaczekaj - warknęła Rykor.

Jej  technik  zatrzymał  sondę.  Obraz  Bet  zamarł  na  ekranie.  Rykor  pochyliła  się  nad  Stenem  i
wstrzyknęła środek uspokajający. Ciało Stena rozluźniło się. Rykor sprawdziła komputer medyczny i
kiwnęła technikowi głową. Można kontynuować.

...I  Sten  wszedł  do  kwatery  Thoresena...  Byli  w  innym  świecie...  egzotyczna,  przyjazna  dżungla...
oprócz... Sten zauważył detektor ruchu... skoczył... trafił nożem.

- Prawie na miejscu - powiedział Mahoney. - Przesuń o parę minut do przodu.

...Papiery,  coraz  to  nowe  papiery  wyciągane  z  sejfu  Thoresena...  I  Oron  miał  to  w  rękach,  cienką,
czerwoną teczkę oznaczoną "Projekt Bravo".

- Stop - powiedział Mahoney. - Zatrzymać.

- Tego właśnie szukałeś? - spytała Rykor.

- Tak.

- I chcesz, żebym ja... my... wyszli?

background image

- Tak.

Rykor dała sygnał technikowi, aby ją wywiózł.

- Patrz na wskaźniki - stwierdziła. - Gdyby nawet mignęły, wyłącz natychmiast sondę.

- Dam sobie radę - powiedział Mahoney.

W końcu Rykor i technik opuścili salę. Mahoney obrósł się do sondy, puścił ją znowu w ruch.

Spojrzenie Orona stało się puste i teczka rozsypała się. Sten niecierpliwie próbował zbierać kartki,
rozsypane po podłodze. Nie czytał tego, co na nich było, ale jego umysł zarejestrował obrazy.

Mahoney  przeklął  sam  siebie,  zatrzymując  obraz  każdej  kartki  papieru.  Jego  palce  ślizgały  się  po
klawiszach  komputera,  gdy  drukował  obraz.  Cholera  jasna  -  to  cały  czas  pozostawało  w  umyśle
Stena!

background image

Rozdział 29

Mahoney stał przed Imperatorem w postawie na baczność.

- AM2 - Imperator szepnął do siebie. - Tak. Tak, to ma sens. Po prostu jest w stanie...

Spojrzał na Mahoneya, milczał przez chwilę, a potem powiedział:

- Spocznij, pułkowniku.

Mahoney stanął na spocznij, zachowując się formalnie.

-  Przytoczyłeś  mi  fakty  -  powiedział  Imperator.  -  Thoresen  zdaje  się  jest  u  progu  sztucznego
wyprodukowania  Antymaterii  Dwa.  To  właśnie  Projekt  Bravo.  Dobrze.  A  teraz,  co  czujesz?
Zgadujesz. Nawet zarysy myśli.

-  Imperium  działa  dzięki  Antymaterii  Dwa.  -  powiedział  Mahoney.  Pan  kontroluje  źródło.  Nikt,
oprócz pana, nie wie, gdzie ono jest. I dlatego...

-  To  ja  jestem  Imperatorem  -  stwierdził  Imperator.  -  Zawdzięczam  to  AM2.  I  dopóki  zachowuję
zdrowie psychiczne, i dopóki jestem... zawsze, zapewniam absolutną stabilność galaktyce.

- A Thoresen myśli, że może pana zastąpić - powiedział Mahoney.

Imperator pokręcił głową.

-  Nie.  Nie  doceniasz  go.  Baron  to  subtelny  człowiek.  Nawet  gdyby  mógł  bez  żadnych  problemów
wytwarzać AM2... a propos, nikt nie wie, jak to robić, nawet ja... to nadal koszt tego byłby znacznie
wyższy, niż to, co ja proponuję.

- A więc na czym polega jego gra? - spytał Mahoney.

background image

- Zapewne szantaż - stwierdził Imperator. - To znacznie tańsze i bardziej owocne. Jeśli ktoś wie, jak
wytwarzać AM~, to ja nie jestem już dłużej potrzebny. Oczywiście, on nie jest na tyle sprytny, aby
zorientować  się,  że  rozpowszechnienie  tej  wiedzy  może  oznaczać  upadek  Imperium.  Czego  nikt  nie
chce,  łącznie  z  Thoresenem. Ale  tymczasem  musimy  przygotować  się  na  to,  że  Thoresen  zażąda  od
nas bardzo wysokiej ceny za coś.

- Za co?

- To nie ma znaczenia - powiedział Imperator. - Liczy się, że powstrzymamy go. Teraz.

Mahoney znowu stanął na baczność.

- Chcę, aby to wszystko działo się dyskretnie - stwierdził Imperator. - A więc, użyj zespołu Sekcji
Modliszki. Po pierwie: wywołać bunt. Po drugie: złapać Thoresena. Żywego,

- Tak jest, sir.

-  Potem,  gdy  na  Vulcanie  będzie  trwał  bunt,  oficjalnie  poczuję  się  zmuszony  do  wysłania  Gwardii
Imperialnej  w  celu  zapewnienia  porządku.  Oczywiście,  już  nie  Thoresen  zostanie  wybrany  do
prowadzenia Kompanii.

Imperator  wziął  drinka,  bawił  się  nim  przez  chwilę,  pociągnął  łyk,  posmakował  i  postawił  z
powrotem. Znowu popatrzył na Mahoneya. Podniósł brew.

Mahoney  zasalutował.  Zawrócił.  Pomaszerował  do  drzwi  i  wyszedł.  Imperator  przyglądał  się
swojemu drinkowi. Tak, dopilnował już wszystkiego. Teraz sprawa należy do Mahoneya.

background image

Rozdział 30

Sten i inni członkowie drużyny zgromadzili się dookoła stołu odpraw. Mahoney przewodniczył.

-  I  tak  -  powiedział  -  biorąc  pod  uwagę  znajomość  Vulcana  posiadaną  przez  Stena,  ten  zespół
stanowi logiczny wybór do celów tego zadania.

- A teraz, jeśli chodzi o samą misję, przedstawię wam czterostopniowy program...

Sten nie zawahał się ani przez chwilę, gdy Mahoney zapytał, czy zgadza się na ochotnika uczestniczyć
w  tym  zadaniu.  Miał  szczególny  powód,  aby  chcieć  tam  pojechać,  nawet  gdyby  inni  członkowie
zespołu odmówili. Musiałby wtedy znaleźć swój własny sposób na dostanie się tam.

Tak. Wyjątkowo szczególny powód. Kiedy Mahoney przeszukiwał jego umysł, nie zauważył pewnej
rzeczy.  W  teczce  Projektu  Bravo.  Co  prawda  nie  było  żadnej  przyczyny,  aby  miał  to  zauważyć.
Zostało  to  oznaczone:  "Obszar  Rekreacyjny  26:  Podsumowanie  akcji".  Dzielnica.  Thoresen  nakazał
ją zniszczyć. I zabić jego rodzinę.

Mahoney skończył. Rozejrzał się po członkach drużyny, zatrzymał spojrzenie na Stenie.

- Jakieś pytania?

- Żadnych pytań, sir - powiedział Sten. - Żadnych.

background image

Rozdział 31

Thoresen był bardzo z siebie zadowolony. Przechadzał się po swoim ogrodzie, przystawał tu i tam,
aby  napawać  się  kwiatami.  Co  prawda  miał  parę  potknięć,  ale  jak  dotąd  wszystko  szło  zgodnie  z
planem. Nie musiał się już więcej przejmować zagrożeniem ze strony Imperatora. Wszelkie możliwe
przecieki zostały zlikwidowane. Włączając nawet tę małą kwestię tego Miga, Stena.

Sten nie żył. Miał co do tego absolutną pewność. Właśnie otrzymał ostateczną informację od swojego
głównego kontaktu na świecie Primy.

- Włamałem się do bazy danych służby bezpieczeństwa Gwardii - raportował Crocker. - To pochodzi
wprost z ich komputera.

- Co to oznacza - spytał Baron - poza tym, że masz zamiar zażądać podwyżki?

- To znaczy, że ten pana Sten jest wyłączony na dobre. Został zabity w jakimś paskudnym wypadku.
Jakaś kobieta zginęła razem z nim.

Thoresen uśmiechnął się. Jak przyjemnie. Nie musi płacić reszty wynagrodzenia należnej mordercy.

- Dobra robota. Powiedz jeszcze, co znalazłeś na temat moich stosunków z Imperatorem?

- Wszystko w porządku - stwierdził Crocker. - Ostatnimi czasy była skarga na Vulcan, z gatunku tych
mniej  ważnych,  i  Imperator  wysłał  osobistą  reprymendę  do  skarżącej  się  partii.  Powiedział,  że  nie
chce, aby taki patriota jak pan był oczerniany.

Thoresen zerwał kwiatek. Powąchał go. W to, to już nie wierzył. Był pewien, że Imperator rozgrywa
jakąś  grę.  Ale  nie  bał  się.  Jedynym  rodzajem  gry,  w  jakim  mógł  uczestniczyć,  było  czekanie.  A
Projekt Bravo był prawie ukończony.

Tak, Baron miał dużo powodów do odczuwania wdzięczności.

background image

Rozdział 32

Zdalnie sterowany holownik podniósł w swoich szczękach wielką bryłę i wsadził ją pomiędzy inne.
Ida zaklęła, usiłując utrzymać kontrolę, pomyliła się i bryła zderzyła się z innymi. Sten i reszta upadli
na siebie, potem zwalili w drugą stronę, gdy rozległ się następny głośny zgrzyt.

- Czy zaczniesz wreszcie kierować tą cholerną rzeczą? wrzasnął na Idę Sten. - Zamienisz nas w mus
sojowy.

-  Próbuję.  Cały  czas  próbuję!  -  odkrzyknęła  Ida.  Wślizgnęła  się  z  powrotem  na  swoje  siedzenie  i
jeszcze raz zaczęła delikatnie naciskać klawisze komputera.

Sten i inni członkowie Zespołu Modliszki siedzieli we wnętrzu bryły. Tak naprawdę był to wielki,
wydrążony kawał rudy przekształcony w mały statek kosmiczny. Poza tym, że oczywiście nie było na
nim  żadnego  silnika.  Pchał  go  holownik.  I  właśnie  dlatego  wszyscy  przeklinali  Idę,  gdy  próbowała
manewrować zdalnie sterowanym robotem ze środka bryły.

- To nie moja wina - broniła się. - Ten cholerny holownik nie ma nawet tyle mózgu, co bakteria.

-  Nie  gadaj  tyle,  tylko  wysil  się  trochę  -  powiedział  Alex.  Przecież  ty  masz  mózg  zupełnie  na
miejscu... Oooch, cholera jasna! Niech cię diabli wezmą, skarbie.

Ida uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi.

- Może lepiej zamkniemy się - stwierdził Sten - i pozwolimy jej prowadzić.

Ida  pieściła  klawisze.  W  końcu  holownik  zaczął  reagować  nieco  łagodniej.  Bryła  obok  przesunęła
się  na  bezpieczny  dystans.  Silniki  robota  zadziałały  i  zaczęli  dryfować  wolno  za  nim,  w  kierunku
Vulcana.

Sten  odkrył  znakomity  sposób  dostania  się  na  planetę.  Vulcan  wysyłał  do  rejonu  kopalń  tylko
bezimienne holowniki, a cała praca wykonywana była przez roboty. Wydrążona bryła obok mieściła
ich wyposażenie.

background image

Zbliżając  się  do  samego  Vulcana  Ida  wcisnęła  odpowiednie  klawisze  na  komputerze,  wyłączając
całkowicie  nadawanie,  aby  ogłupić  czujniki,  a  potem  położyła  palec  na  wargach,  zupełnie
niepotrzebnie  ostrzegając  ich,  aby  byli  cicho.  Kapsuła  służby  bezpieczeństwa  zbadała  ich  ze
wszystkich stron i pozwoliła na przejście.

Żarty, szeptane przekleństwa i holownik zaczął przepychać ich do wielkiego, ziejącego portu. Potem
trzask, i byli już na dole.

- Cholera, Ido - jęknął Jorgensen. - Okaż trochę ludzkich uczuć.

- Na tym właśnie polega problem - powiedział Doc. - Ma ich zbyt wiele.

I ruszyli wzdłuż chodnika w kierunku grzmiących odgłosów zgrzytających, wielkich zębów.

- Tutaj musimy zejść - powiedział Sten. - I to szybko. Opuścili port i wygramolili się na zewnątrz.
Około stu metrów przed nimi czekały olbrzymie szczęki kruszarki. Sten i Ida otworzyli drugą bryłę i
zaczęli wywlekać z niej wyposażenie. Jorgensen poklepał niesiony przez siebie plecak. Siedzący w
środku Frick i Frack piszczeli, aby ich uwolnić.

Zanieśli pakunki na skraj pasa transmisyjnego, potem ześlizgnęli się ich śladem.

- Następnym razem - stwierdziła Ida, gdy wstawiali swoje rzeczy do pojazdu - ty prowadzisz.

- Nie mogę - odpowiedział Sten. - Zdaje się, że złamałaś mi ramię.

Uchylił  się  przed  jej  pięścią  i  wskoczył  do  wozu.  Gdy  wgramolili  się  inni,  Sten  przełączył
sterowanie na ręczne i skierował się w stronę ich kryjówki.

Trafił  na  nią,  kiedy  należał  do  Buntowników.  To  było  coś  lepszego  niż  tylko  schronienie.  To  był
dom, kompletnie wyposażony, z dostępem do jedzenia, picia i niezupełnie publicznego transportu.

- Imperator to betka w porównaniu z nami - gwizdnął Jorgensen.

Nawet Doc patrzył z osłupieniem na odkrycie Stena. Stali w głównej sali balowej czegoś, co kiedyś
stanowiło  luksusowy  statek  pasażerski.  Pochodził  on  z  wczesnych  czasów  podróży

background image

międzygwiezdnych,  kiedy  droga  zajmowała  miesiące  i  konkurujące  ze  sobą  linie  chwaliły  się
obsługą, jaką zapewniają swoim dobrze sytuowanym klientom. Byty tam prywatne przedziały, sale do
gier towarzyskich i kilka takich jak ta, w której stali - z połyskującymi żyrandolami i wypastowaną
podłogą.  W  doskonałej  próżni  Vulcana  wszystko  zachowało  się  dokładnie  w  takim  stanie,  w  jakim
zostawiła to Kompania wieki wcześniej, gdy statek wykorzystywano jako kwatery dla wyższej kadry
nadzorującej  budowę  Vulcana.  Kupiono  go  od  bankrutującej  korporacji,  postawiono  na  miejscu  i
porzucono, gdy Vulcan rozrósł się.

Setki  metrów  wyżej,  blisko  sufitu  sali,  Frick  i  Frack  krążyli  jak  szaleni,  piszcząc  z  zadowolenia  z
powodu odzyskania wolności.

- No cóż - powiedziała Ida - nietoperzom tu się podoba, a więc chyba wszystko w porządku.

Przestała być taka radosna, gdy Sten pokazał jej komputer statku i zagonił do pracy.

- To jest tak cholernie prymitywne - narzekała - że nadaje się tylko do muzeum.

Sten zdążył już na tyle nauczyć się dyplomacji, że wiedział, kiedy ma trzymać gębę na kłódkę. I zanim
wyszedł,  zauważył,  że  Ida  pochyla  się  nad  pulpitem,  przywołując  wszystko  znowu  do  żywa,  i
zaczynając podłączenie aparatury do centralnego komputera Vulcana.

- Moim zdaniem - powiedział Doc - naszym pierwszym problemem jest rekrutowanie.

Ułożył  wygodnie  swoje  krępe  ciało  na  krześle,  stopy  mu  zwisały.  Siedzieli  w  kwaterze  kapitana,
pożerając luksusowe dania wyczarowane przez Idę z komputera.

- To znaczy - powiedział Alex - że nie mogę jeszcze wysadzić wszystkiego w powietrze?

- Cierpliwości, Alex - stwierdził Sten. - Dojdziemy wkrótce do tego. - Odwrócił się do Doca. - Nie
możesz  po  prostu  podejść  do  Miga  i  pokiwać  na  niego  palcem.  Pomyśli,  że  jesteś  szpiegiem
Kompanii i zwieje, gdzie pieprz rośnie.

Jorgensen czknął, potem rzucił Frickowi i Frackowi kilka owoców.

- Daj mi jakieś wejście, a zobaczę, co się da wygrzebać. Sten pokręcił głową.

background image

- Nie. Zaczniemy od Buntowników.

- Z tego, co nam o nich mówiłeś - stwierdziła Ida - spróbują poderżnąć nam gardła.

- Twoje sugestie? - zapytał Doc.

Sten zdziwił się. Doc zawsze stwierdzał fakty. Nigdy nie pytał. A potem zorientował się, że pomimo
odpraw, Doc nadal usiłuje odnaleźć własną drogę wśród zawiłości Vulcana.

- Strzelaj.

- Nie. Nie. Nie chcesz do nich strzelać.

- Mam na myśli... cholera! Zapomnijmy o tym. Idziemy dalej.

- Powinniśmy chyba wymyślić jakąś wspaniałą istotę. Bohatera do naśladowania.

- Nie rozumiem.

- Oczywiście, że nie rozumiesz. Posłuchaj, wytłumaczę ci...

Nie musieli długo czekać na wdrożenie planu Doca. Ida podłączyła się do systemu Kwatery Głównej
Strażników, ustawiła monitor na przekaz danych z tego systemu, a potem poleciła komputerowi statku
obudzić ją w odpowiednim czasie.

Zostali  złapani  w  pułapkę.  Wszystkie  wyjścia  zagrodzono  i  przybywały  posiłki  patroli  strażników.
To  był  wielki  gang  Buntowników,  uzbrojony  w  paralizatory  i  słuchający  rozkazów  z  niemal
wojskową dyscypliną, podczas gdy przywódczyni wyszczekiwała komendy.

- Was trzech, za te skrzynki. Ty i ty, stanąć tutaj.

Rozległ  się  głośny  trzask,  gdy  strażnicy  rozwalili  zamek  zewnętrznych  drzwi.  Przywódczyni

background image

rozejrzała się dookoła. Już więcej nie mogła zrobić. Za parę minut wszyscy zginą. Zajęta stanowisko
za stosem skrzynek i czekała.

Następny,  głośniejszy  trzask  i  główne  drzwi  eksplodowały,  obsypując  wszystko  prysznicem  z
metalowych  drzazg.  Wrzaski  rannych.  Przywódczyni  wyskoczyła,  otwierając  ogień  w  kierunku
umundurowanych postaci w drzwiach. Obok niej rozlegał się nierówny ogień, gdy inni podjęli walkę.
Beznadziejne. Strażnik schował się za wielką, metalową tarczą.

Krzyk ponad nimi.

- W dół!

Przywódczyni  patrzyła,  jak  szczupła  postać  wyskoczyła  z  kanału  na  stos  skrzynek.  Był  za
prowadzącym czołówkę strażnikiem. Podniosła swoją broń. Prawie strzeliła. I znowu ktoś wrzasnął.

- Padnij!

Przytuliła  się  do  ziemi,  gdy  Sten  strzelał  do  strażnika  ze  swojego  karabinu.  Pomiędzy  atakującymi
zaczęła  się  masowa  panika  i  histeria.  Kilku  próbowało  podjąć  walkę.  Sten  posługiwał  się  swoim
karabinem jak wężem, strzelając od lewej do prawej i potem znowu do lewej. I po chwili wszystko
się skończyło, zostało tylko dwudziestu martwych strażników.

Sten  zeskoczył  w  dół  i  podszedł  do  Buntowników.  Zdumieni  wychodzili  z  ukrycia.  Patrzyli  na
idącego Stena. Jeden z chłopców zrobił ostrożny krok do przodu.

- Kto jest waszym przywódcą? - spytał Sten.

- To ja - odezwał się za nim głos.

Odwrócił się i zobaczył kobietę, wychodzącą zza stosu skrzynek. I zamarł.

Bet.

Spadała. I spadała. I spadała. Krzyczała do Stena. Każdy mięsień napięty w oczekiwaniu bólu. Jak
dziecko w obliczu nadchodzącego koszmaru.

background image

I  nagle  miękkość.  Jak  uderzenie  w  miękkie  poduszki,  ale  dalej  spadała.  Poduszki  stwardniały  i
uderzyła...  w  dno?  I  znowu  poleciała  w  górę,  kręcąc  się  dookoła  siebie.  I  znowu  zaczęła  spadać.
Wolniej.

Aż  wreszcie  stwierdziła,  że  wisi  w  powietrzu  nad  wielką  maszyną.  Winda  grawitacyjna  McLeana,
której robotnicy używali do przeciągania ciężkiego sprzętu przez kanały wentylacyjne.

Ostrożnie ześlizgnęła się na dół i spadła na podłogę. Wpatrywała się w ciemność. Nic. Krzyczała do
Stena.  Ponad  nią  słychać  było  jakieś  dźwięki,  potem  promień  światła  zaczął  szperać  w  dole.
Odskoczyła na bok, gdy strażnik strzelił do niej. Wstała i rzuciła się do ucieczki.

Bet wyciągnęła się wygodnie na łóżku. Wtuliła się w Stena.

- Nigdy nie myślałam...

Uciszył ją pocałunkiem. Przygarnął bliżej.

- Po co myśleć? Żyjemy.

Ida  przechadzała  się  tam  i  z  powrotem,  popatrując  co  jakiś  czas  na  drzwi  do  kwatery  Stena.  Była
bardzo zła.

- To po prostu wspaniałe - narzekała do Alexa. - Mrugnęła okiem i już. Członek Sekcji Modliszki.
Jeszcze jeden kochaś.

- Nie masz chyba zbyt romantycznego ducha, co skarbie?

Ida żachnęła się, ale nie raczyła nawet odpowiedzieć.

- Wszyscy przepadamy za Bet - powiedział Alex.

- Jasne - warknęła. - Znamy nawzajem swoje profile psychiczne. Wiem też doskonale, że tęsknisz za
domowymi  daniami  swojej  matki.  Ale  to  nie  znaczy,  że  mam  pozwolić,  aby  twoja  kochana  stara

background image

mamusia przyłączyła się do naszej drużyny.

- Przestań się czepiać mojej matki. Ma takie ramię, że może jednym ruchem zatrzymać czołg.

- Doskonale wiesz, co mam na myśli.

- Tak, wiem. A ty się mylisz. Ta mała nam się bardzo przyda.

- Niby jak?

- Zobaczysz, nie będę sobie zawracał głowy tłumaczeniem. Sten zrobi to za mnie.

Ida znowu prychnęła, potem uśmiechnęła się.

- Do diabła z tym wszystkim. Chodź, napijemy się piwa.

-  Nie  mamy  żadnej  szansy  -  mówiła  Bet.  -  Po  prostu  wydostańmy  się  stąd.  Z  Vulcana.  Tak,  jak
zawsze marzyliśmy.

Sten pokręcił głową.

- Nie mogę. I nawet gdyby inni pozwolili mi, nie chciałbym. Thoresen...

- Do diabła z Thoresenem!

- I to właśnie chcę zrobić.

Bet  zaczęła  mówić  mu,  że  zabicie  Thoresena  -  nawet  jeśli  byłoby  możliwe  -  nie  odda  mu  rodziny.
Ale przecież on o tym wiedział. Westchnęła.

- Jak mogę pomóc?

background image

- Prowadziłaś tę grupę od czasu, kiedy ja... wyjechałem?

Bet skinęła głową.

- Z tego co widziałem, są całkiem nieźli.

-  Nie  tak,  jak  grupa  Grona  -  stwierdziła.  -  Ale  najlepsi  ze  wszystkich.  Jesteśmy  uzbrojeni  i  nie
uciekamy wciąż, tak jak Oron.

- I inne grupy Buntowników cię szanują?

- Tak.

- To dobrze. Chcę, abyś zwołała zebranie.

- Zebranie? Po co?

- Słuchaj uważnie. Powiem ci.

Szefowie  poszczególnych  grup  Buntowników  mierzyli  się  nawzajem  wzrokiem.  Byli  podejrzliwi
nawet  mimo  zapewnień  Bet.  Spotkanie  mogło  okazać  się  pułapką  zastawioną  przez  strażników  lub
próbę przejęcia władzy.

Około piętnastu z nich usiadło dookoła wielkiego stołu, zdobywając się na uprzejmości i usiłując nie
okazywać wrażenia, jakie wywarł na nich wielki bankiet i luksusowa jadalnia.

Miejsce  spotkania  stanowiła  nowa  restauracja,  której  otwarcie  wyznaczono  na  następny  dzień.
Najnowocześniejsze  roboty  kelnerskie  krążyły  po  sali  oferując  Buntownikom  delikatesy
zarezerwowane  zwykle  dla  Execów.  Ida  znalazła  to  miejsce  po  tym,  jak  Sten  powiedział  jej,  że
potrzebuje wywierającego wrażenie pomieszczenia na spotkanie przywódców gangów. Tak, aby móc
im pokazać, jak potężna jest Sekcja Modliszki. Ida najpierw podłączyła się do bazy danych personelu
i nakazała wszystkim potencjalnie zatrudnionym w restauracji pozostanie na aktualnych stanowiskach.
Kilka  następnych  uderzeń  w  klawisze  i  okazało  się,  że  budowa  restauracji  bardzo  się  opóźnia  z
powodu braku materiałów. I tylko dla pewności Sten zatrudnił kilka robotów do powieszenia znaku
przed głównym wejściem: "Niebezpieczeństwo. Nie wchodzić. Brak powietrza".

background image

Bet przewodniczyła przy stole. Obok niej usiadł Sten. Podniosła rękę do góry, aby zwrócić na siebie
uwagę.

- Popatrzcie na nas wszystkich - powiedziała. - Popatrzcie na twarze dookoła stołu.

Zdziwieni rozejrzeli się po sobie.

-  Po  raz  pierwszy  przywódcy  każdej  grupy  zebrali  się  w  jednym  pokoju.  I  co  jeszcze  lepsze,  nikt
nikomu nie podcina gardła.

To prawda, pomyśleli niektórzy z nich. Ale może nie na długo.

-  Pomyślcie,  co  to  oznacza.  Wszyscy  razem.  Reprezentujemy  połączoną  siłę  około  trzystu  czy
czterystu Buntowników.

Poruszenie.

- O co tu chodzi? - warknął Patris, szef jednego z gangów.

-  Normalnie  -  powiedziała  Bet  -  nic.  Wszyscy  przeciwko  strażnikom  oznacza  tylko  nieco  więcej
szumu niż zwykle.

- A więc kto mówi o pójściu przeciwko strażnikom? zapytał herszt imieniem Flynn.

Bet wskazała na Stena.

- On.

Mruczenie przeszło w głośne szemranie.

- To jest Sten. Słyszeliście o nim. Był z Oronem. Coraz głośniejsze pomruki.

background image

- Sten wydostał się poza Vulcan. A teraz wrócił, aby nam pomóc.

Osłupiała cisza. Ale głównie z powodu bezczelności kłamstwa.

- Wszyscy słyszeliście o tym, co przytrafiło się mojej grupie? - powiedziała Bet.

Przytaknęli.

- I słyszeliście o tym, co spotkało tych cholernych strażników, którzy nas prawie mieli?

Powolne potakiwania. Przebłyski zrozumienia, dokąd zmierza jej przemowa.

- Zabił ich Sten - stwierdziła Bet. - Zabił ich wszystkich. Gdyby to, co mówi, było nieprawdą, to jak
zdołałby to zrobić? Jak ja mogłabym siedzieć tutaj i mówić do was?

-  Ona  ma  rację  -  zauważył  Patris.  -  Mój  najlepszy  zwiadowca  widział,  jak  uprzątali  ciała  tych
gadów.

Flynn uśmiechnął się szyderczo.

- A więc on jest bohaterem: Wielka mi rzecz. Czego on chce od nas?

Sten wstał. Natychmiastowa cisza.

- To bardzo proste - powiedział. Mamy zamiar przejąć władzę na Vulcanie.

Wysiłki w celu przejęcia Vulcana zaczęły się serią czegoś, co Doc nazwał "akcją cieni".

- Chcemy, aby wśród Migów wzrosło niezadowolenie powiedział. - W ten sposób uderzymy w czuły
punkt  Kompanii.  Doc  stwierdził,  że  proponowany  przez  niego  sposób  postępowania  jest  jego
najlepszym  jak  dotąd  pomysłem.  Jorgensen  zaś,  że  po  prostu  planują  brudne  sztuczki,  a  to,  co
powiedział  Alex,  absolutnie  nie  nadaje  się  do  powtórzenia.  Tylko  Ida  była  zadowolona.  Odkryła
nieskończone możliwości bogacenia się.

background image

- To musi zaczekać - ostrzegł ją Sten.

- A dlaczego? Ten komputer zaśpiewa dokładnie tak, jak mu zagram.

- A więc znalazłaś Projekt Bravo? Ida westchnęła.

- No, może na trochę inną nutę. Doc popatrzył na nią.

-  Zacznę  od  audycji  radiowych  -  powiedziała  opryskliwie.  Nawet  Doc  pozostawał  pod  wrażeniem
urządzeń, które skonstruowała. Zajmowały cały przedział na pokładzie starego liniowca. Zasadniczo
był to prosty nadajnik radiowy zasilany ze źródła mocy tak potężnego, że mogło wypchnąć Vulcan z
orbity.  Podłączyła  to  do  minikomputera  Modliszki  i  nastawiła  na  monitorowanie  częstotliwości
Kompanii, na której nadawano dla Migów wiadomości i słuchowiska.

-  Włączasz  ten  przycisk  -  powiedziała  -  i  wchodzimy  na  ich  pasmo  nadawania.  Wszystko,  co
mówimy, brzmi tak, jakby szło z ich stacji.

- To znaczy coś takiego, jak: "Thoresen robi to ze zwierzętami"? - spytał Sten.

- Nieco bardziej subtelnie - wtrącił się Doc. - Rzecz polega na tym, aby to zrobić tak, żeby brzmiało
jak tekst aprobowany przez Kompanię.

Brak zrozumienia odbił się na twarzy Stena. Machnął na nich ręką z niechęcią.

-  Nie  szkodzi  -  stwierdził  Doc.  -  Opracuję  to,  co  mamy  zamiar  powiedzieć.  Ty  martw  się  tylko  o
swoją część.

Sten  i  Bet  przechadzali  się  spokojnie  w  pobliżu  fabryki.  Spacerowali  powoli  jak  dwoje  Migów,
którzy właśnie wyszli z fabryki i kierowali się w stronę piwiarni. Kilku robotników wyłoniło się z
bramy zakładu i weszło na chodnik tuż obok nich.

Sten trącił Bet w łokieć.

- Spójrz no tam - powiedział głośno. Czy to nie Obszar Roboczy Dwadzieścia Trzy?

background image

- Tak - odpowiedziała Bet. - Jasne. Słyszałam o tym miejscu.

Sten pokręcał głową.

- Biedne dranie. Na pewno nie chciałbym pracować tutaj. No, cóż. Myślę, że Kompania pracuje nad
szczepionką.

Wielki Mig popatrzył na nich.

- Szczepionka? A na co?

Sten i Bet ostrożnie odwrócili się do niego.

- Och, to ty tu pracujesz?

Mig kiwnął głową.

-  Przykro  mi  -  stwierdziła  Bet.  -  Nie  przejmujcie  się.  Wielki  Mig  i  jego  kumple  przysunęli  się  do
nich.

Nie przejmować się? Czym?

Sten i Bet zaczęli wyglądać na nieco zdenerwowanych.

- Słuchaj - powiedział Sten. - Nie tak blisko, jeśli łaska. Trochę dalej.

-  Co  się  z  wami  dzieje,  ludzie?  Co  rozumiesz  przez  to  "nie  tak  blisko",  co?  Mamy  jakąś  zakaźną
chorobę, czy co?

Bet pociągnęła Stena.

- Chodźmy stąd. Nie chcemy żadnych kłopotów.

background image

Sten zaczął odchodzić, ale stanął.

-  Ktoś  musi  im  to  powiedzieć  -  stwierdził.  Odwrócił  się  do  zdziwionych  Migów.  -  Pracujemy  w
Klinice dla Migów.

- I co?

- A więc mieliśmy kilka naprawdę dziwnych przypadków z tego miejsca.

Wskazał na fabrykę, z której mężczyźni właśnie wyszli.

- Jakie znowu przypadki?

-  Nie  jesteśmy  pewni  -  wtrąciła  się  Bet.  -  To  ma  coś  wspólnego  z  tymi  rozpuszczalnikami,  jakich
używacie.

Migowie zesztywnieli.

- Co jest z nimi nie tak? - spytał wielki mężczyzna.

- Nie umiem powiedzieć. Wydaje się, że to jakiś rodzaj wirusa. Uderza tylko w mężczyzn.

- I co im robi?

Sten wzruszył ramionami.

- Powiedzmy sobie, że nie mieli raczej ostatnio intensywnego życia seksualnego.

- I pewnie nigdy nie będą - wpadła mu w słowo Bet.

Migowie popatrzyli na siebie nawzajem.

background image

Sten złapał Bet za ramię i pociągnął ją za sobą.

- Powodzenia, chłopaki! - wrzasnął przez ramię.

Migowie nawet nie zauważyli, że Sten i Bet przeskakują przez barierkę i zbiegają po innym chodniku.
Już czuli się impotentami do końca swoich dni.

Ida przymilnie mruczała do mikrofonu. Doc siedział obok niej, sprawdzał swoje notatki upewniając
się, że mówi wszystko odpowiednim tonem, robiąc przerwy we właściwych miejscach.

-  Zanim  zaczniemy  naszą  następną  audycję,  drodzy  współpracownicy,  mamy  dla  was  informację.
Pochodzi  ona  z  Kliniki.  Ludzie  tam  są  bardzo  przejęci  plotkami,  jakie  pojawiły  się  ostatnio.
Niemądre  plotki,  naprawdę.  Mają  coś  wspólnego  z  obecnością  wirusów  w  rozpuszczalnikach
używanych w Obszarze Roboczym Dwadzieścia Trzy.

Uśmiechnęła się do Doca.

- Och, przepraszam - miałam na myśli brak zawartości rozpuszczalników w... Nieważne. Te plotki są
absolutnie  bezpodstawne,  jak  nas  poinformowała  Klinika,  i  nie  ma  żadnego  powodu  do  niepokoju.
Jest całkowitą nieprawdą, że obecność wirusów powoduje impotencję u mężczyzn... poprawka: nie
stwierdzono  obecności  wirusów,  ale  gdyby  nawet,  ich  obecność  nie  wpływałaby  na  potencję
mężczyzn.

Płynnie przeszła do następnej części programu.

- No cóż... to chyba wszystko. A teraz, nasze najnowsze odkrycie...

Ida  wcisnęła  przycisk  i  wpuściła  na  antenę  normalną  audycję.  Właśnie  zaczynała  się  piosenka.
Odwróciła się do Doca, cała promieniejąca.

- Jak mi poszło?

-  Zupełnie  zadowalająco.  Właśnie  zastanawiam  się  nad  skutkami  gwałtownej  epidemii  impotencji.
Lubię tych wszystkich biednych, cierpiących Migów.

background image

Na następną zmianę tylko ośmiu Migów zgłosiło się do pracy w tej fabryce. W ciągu piętnastu minut
tych ośmiu także usłyszało o dementującej plotki audycji. Natychmiast opuścili teren zakładu.

Patris, przebrany za strażnika, opierał się niedbale o ścianę. Obserwował Migów bawiących się w
obszarze  rekreacyjnym.  Inny  Buntownik  -  dziewczyna  ubrana  jak  dziwka  -  prowadziła  z  nim
pogawędkę. Udawała, że poluje na niego.

Wysoki, chudy Mig przyciągnął ich uwagę. Zajmował się jednorękim bandytą". Wkładał swoją kartę,
czekał,  aż  zabłysną  koła  i  światła.  Klął,  bo  wciąż  zostawał  z  pustymi  rękami.  A  potem  znowu
wkładał kartę i próbował jeszcze raz.

- Już od godziny stoi przy tym - szepnął Patris do dziewczyny.

Popatrzyła na tego Miga.

- Pewnie zdążył dodać ze sześć miesięcy do swojego kontraktu - powiedziała.

Odwróciła się, prześlizgnęła się obok przewodu wentylacyjnego, potknęła się tuż przy nim.

- Mamy klienta - szepnęła do siedzącego w środku Buntownika. Odgłos kroków, chłopak odszedł.

Całe godziny później Mig dalej stał przy tym automacie. Wewnątrz muru, tuż za maszyną, Buntownik
manipulował  przyciskami  na  pulpicie  kontrolnym  diabelskiego  przyrządu  Idy.  Utrzymywał  Miga  w
zainteresowaniu, karmiąc go kilkoma zwycięstwami. Ale mimo to mężczyzna był wciąż na minusie.

- Cholera jasna! - krzyknął w końcu.

Odwrócił  się  i  odszedł  od  automatu.  Patris  strzepnął  niewidzialny  pyłek  z  munduru  i  podszedł  do
maszyny.  Poczekał,  aż  Mig  spojrzał  na  niego.  Włożył  kartę.  Natychmiast  syreny...  dzwonki...
światełka oszalały.

Przegrany Mig zamarł.

background image

- Kurde - powiedział do innego Miga, stojącego przy nim. - Widziałeś, co ten palant zrobił?

- Tak. Udało mu się. Skasował niezłą forsę.

- Ale ja grałem na tym automacie przez pół dnia! Nie dostałem złamanego kredyta. A potem ten tylko
podszedł i...

Inni  Migowie,  którzy  zgromadzili  się  wokół  słysząc  syrenę  wygrywającej  maszyny,  słuchali  teraz
przegranego  Miga  i  rzucali  paskudne  spojrzenia  na  Patrisa.  Patris  udał  w  końcu,  że  je  zauważa.
Przeszedł przez tłum, wywijając Paralizatorem.

- Rozejść się - komenderował. - Przestać gapić się i spływać.

Gniewny tłum zawahał się.

- Śmierdzące oszustwo i nic więcej! - wrzasnął ktoś z tyłu. Tym kimś była "dziwka" z gangu.

- Powinniście go złapać! - krzyczał ten, który przegrał. On ukradł to, co ja powinienem wygrać!

Więcej gniewnych pomruków. Patris wcisnął guzik wzywający posiłki i cały patrol strażników ruszył
w pośpiechu na ratunek. Chłopak poczekał, aż zbliżyli się do tłumu, a potem zniknął z oczu.

-  Drodzy  współpracownicy  -  mówiła  Ida.  -  Wszyscy  powinniśmy  być  wdzięczni  za  wspaniałe
ośrodki  rekreacyjne  prowadzone  przez  Kompanię,  i  to  niemałym  kosztem,  mogłabym  dodać.  Na
przykład automaty hazardowe, dające nam dobrą, czystą rozrywkę. Statystyki Kompanii dowodzą, że
maszyny te wypłacają więcej kredytów, niż do nich wpływa. Przysunęła mikrofon odrobinę bliżej.

- Ale przecież zawsze ktoś musi przegrać, a potem rozpowszechnia straszliwe plotki. Tak straszliwe,
że aż czuję się zakłopotana powtarzając je... Nie ma cienia prawdy w opowieściach jakoby automaty
zostały tak ustawione, aby wygrane wypłacać wyłącznie wysokim urzędnikom Kompanii. Nie ma ani
źdźbła prawdy. Niektórzy kłamcy posuwają się nawet do tego, aby twierdzić, że maszyny płacą tylko
strażnikom. Czy możecie to sobie wyobrazić! Tym właśnie ludziom zatrudnionym niemałym kosztem
przez Kompanię do...

Jorgensen wpadł na wspaniały pomysł.

background image

- To wszystko waga lekka - powiedział. - Musicie uderzyć tych ludzi tam, gdzie naprawdę zaboli.

- Na przykład - prychnął Doc, nieco urażony.

- Na przykład piwo.

W czasie następnej przerwy pomiędzy zmianami tłumy Migów płynęły do ośrodków rekreacyjnych.
Wkładali swoje karty i zamawiali coś zimnego. Nic. Nawet jednej kropli. Maszyna jedynie połykała
kartę, odejmowała kredyty, a potem gdakała na Miga, aby sobie poszedł.

- Niech mnie cholera weźmie, jeśli odejdę! - wrzasnął wielki Mig. Wsunął swoją kartę znowu. Nadal
nic. Walnął wielką pięścią w maszynę. - Dawaj!

-  Jestem  własnością  Kompanii  -  poinformował  go  automat.  -  Stosowanie  przemocy  wobec  mojej
jednostki powoduje surowe kary.

W  odpowiedzi  Mig  jeszcze  raz  kopnął  w  maszynę.  Rozdzwoniły  się  alarmy  na  posterunkach
strażników.  Ruszyli  na  odsiecz.  Ale  znaleźli  tylko  puste  kopuły.  Puste,  poza  wybebeszonymi
kadłubami automatów, wydających piwo. Wszystkie opróżnione z zawartości i jęczące na podłodze.

Doc pokręcił głową.

-  Nie.  Zbyt  oczywiste.  Za  mało  cienia.  Przestań  mówić  o  piwie,  Ido,  a  zamiast  tego  przejdź  do
sytuacji żywnościowej.

Ida obróciła się do mikrofonu.

- Drodzy pracownicy, Kompania ma przyjemność zapowiedzieć nowy program zdrowotny. Odkryto,
że  wszyscy  mamy  nadwagę.  Dlatego  właśnie,  poczynając  od  następnej  zmiany,  wszystkie  racje
żywnościowe zostaną zredukowane o trzydzieści procent.

Była dobrą aktorką.

background image

- Te trzydzieści... Przepraszam, Pomyliłam się. Ten program nie zostanie wprowadzony aż do... Co?
Niewłaściwy komunikat? Przepraszamy! Ten tekst nie był przeznaczony na antenę!

Stuknięcie mikrofonu. Chwila muzyki.

-  Drodzy  pracownicy,  nie  ma  ani  odrobiny  prawdy  w  pogłoskach,  że  racje  żywnościowe  zostaną
obcięte o trzydzieści procent poczynając od następnej...

Sten ominął pijanego Miga, pociągnął łyk piwa, a potem przepchnął się przez tłum do Bet. Postawił
ich kufle i usadowił się na krześle obok niej.

- Powiem wam coś - stwierdził jeden z Migów do swoich kompanów - oni posuwają się za daleko.
Cholernie  za  daleko.  Sten  mrugnął  do  Bet,  a  ona  uśmiechnęła  się  w  odpowiedzi.  -  Nabierają  nas.
Wtrącają  się  do  naszego  życia  seksualnego,  próbują  coś  mieszać  z  piwem.  A  teraz  mają  zamiar
przedłużyć o rok wszystkie kontrakty.

- Gdzie to słyszałeś?

- Przed chwilą. W radiu mówili.

- Ale przecież ona powiedziała, że to tylko plotki.

- No jasne. Już w to wierzę. Jeśli to plotki, to dlaczego tak usilnie starają się je zdementować?

- On ma rację - wtrącił się Sten.

Mig obrócił się do niego. Popatrzył uważnie, a potem uśmiechnął się i klepnął Stena w ramię.

-  No  pewnie,  że  mam.  W  ten  sposób  zawsze  Kompania  pracuje,  karmi  nas  pogłoskami,  sprawdza
reakcję, a potem okazuje się, że to wszystko prawda.

-  Pamiętacie,  jak  w  zeszłym  roku  -  powiedziała  Bet  -  krążyła  plotka,  że  wszyscy  stracimy  trzy  dni
płatnych wakacji? I co się stało?

background image

- Straciliśmy je - stwierdził smutno Mig.

Jego przyjaciele popijali piwo. Z zastanowieniem. Ze złością.

- Co do cholery - westchnął ktoś. - Czy nie możemy czegoś zrobić, zamiast ciągle narzekać?

Potakiwania.

- Powiem wam coś - stwierdził pierwszy Mig. - Zrobiłbym coś z tym wszystkim, gdybym mógł. Do
diabła, podejmę ryzyko.

Inni Migowie popatrzyli dookoła. Rozmowa wchodziła na niebezpieczne tory. Wymawiali się jeden
po drugim. Zostawiając tylko Stena, Bet i tego odważnego Miga.

- Naprawdę myślisz to, co powiedziałeś?

- A o czym?

- O zrobieniu czegoś z Kompanią. Mig popatrzył na niego podejrzliwie.

- Jesteś szpiegiem?

Zaczął wstawać.

-  No  i  co  z  tego,  jeżeli  nawet  jesteś.  Mam  dosyć.  Nic  nie  sprawi  mi  większej  przyjemności  niż
złamanie ci...

Bet ujęła go za ramię. Łagodnie pociągnęła w dół i postawiła przed nim piwo.

- Jeśli mówisz poważnie - stwierdził Sten - to mam paru ludzi, z którymi chciałbym cię poznać.

- Żeby co? Narzekać jak ci wszyscy? - machnął ręką w kierunku pozostałych ludzi w barze.

background image

- Mamy zamiar zdziałać coś więcej - dodał Sten.

Mig zmierzył go wzrokiem. Potem uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął rękę przez stół.

- Jestem do twojej dyspozycji.

Sten uścisnął jego dłoń.

- Jak na ciebie wołają?

- Mój majster nazywa mnie bardzo różnie. Ale na imię mi Webb.

Wstali i wyszli z baru.

- Wydaje mi się że w końcu złapałam, na czym ta cała rzecz polega - powiedziała Bet do Idy i Doca.

- Akcja cieni? - spytała Ida. Bet kiwnęła głową.

- Nieszczęsne ludzkie istoty - stwierdził Doc - torturują swoje małe móżdżki zastanawiając się nad
rzeczami oczywistymi.

Bet posłała mu spojrzenie, które zabijało wręcz fizycznie. Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

- Zaczekaj - powiedziała Ida. Bet stanęła.

- Doc - stwierdziła Ida. Jesteś istotą, która wszystko widzi, ale czasem nie zauważasz tego, co masz
tuż przed swoją tłustą twarzą.

- Na przykład?

- Na przykład moglibyśmy spróbować dowiedzieć się, co Bet miała na myśli.

background image

Doc  zastanowił  się  nad  tym,  jego  wąsy  poruszały  się.  Potem  skierował  na  Bet  swoje  najcieplejsze
uczucia.

- Mój błąd - powiedział. - Winne są genetyczne tendencje do gryzienia i szarpania.

Uspokojona Bet wróciła i usadowiła się na krześle.

- Myślałam o tym, co byłoby ostateczną akcją cienia. Dla Migów.

- Co? - spytała Ida.

- Coś takiego, jak stara legenda krążąca po Vulcanie od czasów pierwszego Miga.

- Legendy? - wtrącał się Doc. - Lubię legendy. Można z nimi wiele zdziałać.

Bet wzięła głęboki oddech.

-  Historia  opowiada,  że  pewnego  dnia  nastąpi  rewolta  Migów.  Uwieńczona  sukcesem  rewolucja
prowadzona przez kogoś spoza planety, kto kiedyś sam był Migiem.

Doc dalej myślał trochę powoli, przeprosiny nieco go wyczerpały.

Ale Ida pojęła natychmiast.

- Mówisz o Stenie?

- Właśnie tak.

- Aha - stwierdził Doc, w końcu orientując się, o co chodzi. - Mityczny zbawiciel. Sten poprowadzi
szeroką aleją do zbawienia.

- Coś w tym rodzaju - powiedziała Bet.

background image

-  Doskonałe  -  ucieszyła  się  Ida.  -  Szepniemy  tu  i  tam  słówko,  że  zbawiciel  jest  wśród  nas.  -
Popatrzyła na Doca. Czy doszliśmy już do tego punktu?

- Tak - potwierdził Doc. - To w sam raz zaawansowane stadium.

Bet zawahała się.

- Jeden problem.

- Taki jak? - Doc niecierpliwił się, aby przystąpić do pracy.

- Co sam Sten będzie o tym myślał?

Ida wzruszyła ramionami.

- A kogo to obchodzi? Żałuję tylko, że to nie ja. Na powstaniu zawsze można zarobić masę forsy.

Plotka  rozpowszechniała  się  jak  kolonia  bakterii  na  szalce  Petriego.  Na  całym  Vulcanie  Migowie
byli  napięci,  źli,  czekający,  aż  coś  się  zdarzy.  Bez  nacisku  rozterki  zmieniały  się  w  powszechną
akceptację.

-  Widziwe?  -  mówił  stary  Mig  do  swoich  wnuków.  -  To  właśnie  tłumaczyłem  cały  czas  waszemu
ojcu. Istnieje sposób na wydostanie się z Vulcana. I w cholerę z Kompanią.

Jego  syn  i  synowa  zignorowali  przekleństwo.  Przytaknęli,  kiwając  dzieciom  głowami.  Dziadek  ma
rację.

- I jak mówiłem cały czas, to właśnie Mig może wsadzić nasze kontrakty wprost w...

- Tato - ostrzegła synowa.

- Opowiedz nam o nim, dziadku - poprosiło dziecko. Opowiedz nam o Migu.

background image

-  No  cóż,  zacznę  od  tego,  że  jest  dokładnie  taki,  jak  my.  Zwyczajny  robol.  I  kiedyś  udało  mu  się
wydostać z tej planety. Ale nigdy o nas nie zapomniał i...

- Nigdy nie myślałem, że będę mógł usłużyć Zbawicielowi powiedział Alex. Skłonił się uroczyście i
wręczył kufel Stenowi.

- Zamknij się - warknął Sten. Bet zachichotała.

- No cóż, Bet. To wspaniałe, że udało nam się wypełnić tę wielką dziurę w mitologii. Oto ja, służący
w ciemności, wołam do Trójcy, aby czuwała nad moim bezpieczeństwem.

- Trójcy? - spytała Bet.

- Tak. - Alex schylił się, podniósł szamocącego się Stena za biodra. Trzymał go nad głową... potem
posadził  z  powrotem  na  krześle.  -  In  nomine  Bobby'ego  Burnsa,  Johna  Knoxa  i  mojego  wielkiego
pana.

Po  raz  pierwszy  Sten  nie  mógł  znaleźć  przekleństwa  dostatecznie  ordynarnego,  aby  pasowało  do
okazji.

background image

Rozdział 33

- Błagam o wybaczenie, sir - powiedział Doradca - ale pan nie wie, jak jest teraz tam, na zewnątrz.
Kłamstwa. Plotki. Każdy Mig gotów podciąć panu gardło.

- Nonsens - stwierdził Baron. - To stan normalny dla Migów.

Doradca  siedział  w  ogrodzie  Thoresena,  czekając  ze  strachem  na  to,  co  się  stanie.  Ale  nie
spodziewał się takiego podejścia do sprawy. Tego, że będzie siedział sobie trzymając drinka w dłoni
rozmawiając  z  Baronem.  To  nie  zdarzało  się  nigdy,  jeśli  Thoresen  wzywał  pracownika  do  siebie.
Zwłaszcza, gdy Doradca miał taką a nie inną opinię.

- Poprosiłem cię tutaj - powiedział Thoresen - z powodu twojej powszechnie znanej szczerości.

Doradca odetchnął. I rozpromienił się.

- I oczekuję - ciągnął dalej Thoresen - oczywiście, och, rzekomych... niedyskrecji z twojej strony.

Twarz  Doradcy  zachmurzyła  się.  Thoresen  wcale  go  nie  chciał  uhonorować,  to  wszystko  było
ukartowane.

- Dotarły do mnie pewne skargi na ciebie. Podobno nieco zbyt głęboko sięgasz w kredyty Migów.

- Ja nigdy... - zaczął Doradca.

Thoresen podniósł dłoń, uciszając go.

- Ależ tego właśnie od ciebie oczekujemy - powiedział. W taki właśnie sposób zawsze postępowano.
Doradcy mają trochę więcej za swoje lojalne wysiłki, bez wydatków ze strony Kompanii, a kontrakty
ulegają przedłużeniu bez kosztownej roboty księgowych.

Doradca  odprężył  się  nieco.  Opis  Barona  był  dokładny.  Nieformalny  system,  który  sprawdzał  się
przez wieki.

background image

- Moim problemem - powiedział Doradca - są plotki. Przysięgam panu na swoje życie, że nigdy nie
wziąłem tyle, o ile mnie oskarżają.

I znowu Thoresen uciszył go gestem.

-  Oczywiście,  że  nie.  Jesteś  jednym  z  moich  najbardziej  godnych  zaufania,  no,  może  raczej..,
dyskretnych pracowników.

- A więc dlaczego?

- Dlaczego cię wezwałem?

- Tak jest, sir.

Thoresen podniósł się i zaczął przechadzać.

- Tak naprawdę to wzywam kolejno wszystkich moich wyższych urzędników. Migowie znowu burzą
się i narzekają. To samo zdarzyło się za czasów mojego dziadka. I mojego ojca. Tym się nie martwię.
Przejmuję się tylko nadmiernymi reakcjami moich własnych ludzi.

Doradca pomyślał o paskudnych spojrzeniach, jakie zaobserwował ostatnio. To było coś więcej niż
tylko narzekanie. Zawahał się, czy nie wyjawić tego Thoresenowi. Ale potem zdecydował, że lepiej
siedzieć cicho.

-  Tak  jak  już  powiedziałem  -  kontynuował  Thoresen  -  to  po  prostu  cykliczne  zjawisko.  Zwyczajny
cykl. Ale trzeba sobie z nim radzić delikatnie.

- Tak jest, sir.

-  Po  pierwsze,  należy  pamiętać  -  mówił  dalej  Thoresen  aby  ich  zbytnio  nie  przyciskać.  Należy  im
pozwolić na upuszczenie części pary. Ignorować to, co mówią. I znaleźć przywódców. Zajmiemy się
nimi, gdy wszystko ucichnie. - Popatrzył na Doradcę. - Czy zostałem zrozumiany?

background image

- Tak jest, sir.

- To dobrze. Mam zamiar osobiście sprawować nad tym nadzór.

- Tak jest, sir.

- Chcę, aby informacje o wszystkich incydentach, nie ma znaczenia, jak małych, trafiały w moje ręce.

- Tak jest, sir.

- Żadna akcja, nie ma znaczenia jak mała, nie może zostać podjęta bez mojego zezwolenia.

- Tak jest, sir.

- A więc, wszystko już ustalone. A teraz, czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?

Doradca zawahał się, a potem powiedział:

- No, tak. Te audycje w radiu dla Migów. Czy nie były nieco przesadzone?

- To doskonały przykład tego, o czym właśnie mówiłem. Nadmierna reakcja. Ludzie odpowiedzialni
za to, co prawda, wypierali się podawania tych informacji, ale fakty pozostają faktami.

- Jeśli mogę zapytać, to co pan zrobił?

Thoresen uśmiechnął się.

- Zwolniłem ich. I nakazałem, aby wszystkie audycje przechodziły przez moje ręce.

Chwilę trwała niezręczna cisza, dopóki Doradca nie zorientował się, że to już koniec. Wstał, prawie
zgiął się wpół.

background image

- Dziękuję za poświęcenie mi pańskiego cennego czasu, sir.

- Po to właśnie tu jestem - stwierdził uspokajająco Baron. - Aby słuchać moich ludzi.

Patrzył  za  wychodzącym  Doradcą.  Mierzył  go  wzrokiem.  Paskudny  człowiek,  pomyślał,  ale  cenny.
Jeśli  sprawy  pójdą  gorzej,  zawsze  można  rzucić  go  Migom.  Nie.  Niekoniecznie.  No  i  jeszcze  nie
teraz. Po prostu nadmiernie rozdmuchano banalne incydenty. Nic się nie dzieje.

background image

Rozdział 34

Jak  na  osobę,  która  właśnie  dokonała  ważnego  odkrycia,  Ida  wyglądała  dość  ponuro.  Znalazła
Projekt Bravo. Stanowiło to paskudny problem nawet mimo pomocy Stena. Było gdzieś, rzecz jasna,
w  okolicach  Dzielnicy.  Albo  tego,  co  niegdyś  nazywano  Dzielnicą.  Ale  cały  ten  obszar  stanowił
labirynt  korytarzy,  fabryk,  domów.  Oraz  specjalnie  skonstruowanych  komputerowych  pułapek,
opracowanych przez kogoś, kogo genialny umysł Ida doceniała coraz bardziej.

- Zrobiłam to w taki sposób - powiedziała grupie zgromadzonej dookoła jej terminala - że założyłam,
iż Projekt Bravo został oddzielony od reszty Vulcana.

- To oczywiste - stwierdził Sten. Ida popatrzyła na niego.

-  To  znaczy,  że  ludzie  tam  pracujący  muszą  być  objęci  szczególnie  ścisłym  nadzorem.  Ale  to
wyjątkowi ludzie. Nie więźniowie. A więc stwierdziłam, że musieli ich po prostu kupić. Najlepsze
jedzenie. Drinki. Seks. Wiadomo.

Doc uśmiechnął się paskudnym uśmiechem małego, pluszowego, złośliwego misia. Ida miała więcej
rozumu, niż mu się kiedykolwiek zdawało.

- Poszukałam luksusowych jadłodajni. I kto zamawia filmy dla intelektualistów i inne takie rzeczy.

- No i? - spytał Sten.

Ida nacisnęła kilka klawiszy. Na ekranie zakwitł trójwymiarowy model laboratorium Projektu Bravo.
Wszyscy przyglądali mu się w skupieniu.

- Przewidywania - powiedział Jorgensen. - Bezpośredni szturm spowoduje niepotrzebne straty. Przy
użyciu konwencjonalnych środków taktycznych efekt misji wątpliwy.

Doc pokiwał głową. Jego wąsy zadrgały na znak zgody. Inni czekali na dalsze wnioski.

-  W  obecnie  istniejących  warunkach  -  powiedział  -  Jorgensen  ma  rację.  Ale  co  się  stanie,  jeśli

background image

przesuniemy to o stopień wyżej?

Jorgensen zaczął się zastanawiać.

- Czarne operacje... Wzrasta liczba danych... Cel Bravo... Tak... możliwości... ale zbyt liczne, aby je
zanalizować.

Przedyskutowali to.

- Głosuję za tym, abyśmy przeszli na następny poziom powiedział Sten.

- Dlaczego, do jasnej cholery, właśnie ja mam to mówić? szeptał Sten.

Doc  usiłował  nauczyć  się  szyderczego  uśmiechu.  Ale  nie  zdążył  jeszcze  uchwycić  właściwego
wyrazu.

- Zwykły środek nacisku. Bardzo łatwo jest wpływać na was, ludzi.

- Jeśli to takie łatwe, to dlaczego ty nie wleziesz na skrzynki?

-  To  proste  -  stwierdził  Doc  sucho.  -  Jak  to  ty  ciągle  mi  powtarzasz,  kto  uwierzy  pluszowemu
misiowi?

Sten rozejrzał się po innych członkach zespołu.

- Możesz powiedzieć im wszystko, tylko nie prawdę, stary - dodał Alex. - Ludzie nie bardzo lubią,
kiedy im się wali prawdą między oczy.

Bet tylko uśmiechnęła się do niego. Sten wziął głęboki oddech i wdrapał się na szczyt spiętrzonych
desek.

Ponad  czterdziestu  zgromadzonych  w  magazynie  Migów  patrzyło  na  niego.  Za  nimi  grupa
Buntowników z ciekawością mierzyła Stena wzrokiem.

background image

-  Nie  mam  pojęcia,  co  Kompania  o  was  pomyśli  -  powiedział  Sten  -  ale  dla  mnie  jesteście
wystraszeni jak małe króliki!

Tłumek zafalował.

- Mój tato zawsze mówił mi, najważniejszym narzędziem, jakie masz, jest czterokilogramowy młotek.
Używaj go do walenia swojego majstra między oczy raz za razem, tak dla zwrócenia na siebie jego
uwagi.  Patrzę  teraz  na  czterdzieści  siedem  czterokilogramowych  młotków.  Wy  i  wasi  kumple
możecie zwrócić czyjąś uwagę. Zaczynając od następnej zmiany.

Rosło poruszenie wśród ludzi stojących poniżej niego.

- Wszyscy macie pracę, i wy, i wasi koledzy dosyć się już narobiliście. Nie mam zamiaru stać tutaj w
górze i mówić mistrzom, jak nastawiać świdry.

- Pamiętajcie tylko o jednym. Nie ma nas wielu. Jesteśmy w takiej sytuacji jak terminator, któremu
zabrano połowę zestawu narzędzi. Jeśli zbyt wcześnie zużyjemy to, czym dysponujemy, to zostaniemy
z niewykończoną robotą.

Mężczyźni  kiwali  głowami.  Sten  mówił  tak,  że  mogli  go  zrozumieć.  Wąsy  Doca  drżały.  Właściwa
procedura, analizował, nawet jeśli nie rozumiał analogii.

Sten zaczekał, aż umilkły rozmowy. Wzniósł ramię, pół

- Wolny Vulcan.

Skinął na Buntowników, aby zaprowadzili Migów z powrotem przez przewody wentylacyjne na ich
własny teren, i zeskoczył ze skrzynek.

- I jak, Alex?

- Raczej nie jesteś Burnsem... ale to zadziała. Tak, to zadziała.

Mig patrzył sceptycznie na swoją broń. Nie wzbudzała i zbytniego zaufania. Zestaw rurek z ołowiu i
miedzi,  zlutowanych  razem.  Odśrubował  zatyczkę,  wziął  dwie  tabletki  tiosiarczaru  sodu,  które

background image

wypadły mu na dłoń, wsadził broń z powrotem w ubranie i poszedł w dół korytarza.

Oddech...  oddech:..  oddech...  normalnie...  jesteś  w  drodze,  a  aby  poinformować  swojego  majstra  o
małej awarii. Nie ma żadnego pośpiechu...

Dotknął  brzęczyka  przy  drzwiach.  Usłyszał  odgłos  kroków  i  majster  nieoczekiwanie  pojawił  się
przed nim.

Wyglądał  na  zaskoczonego.  Zapytał  o  coś,  czego  Mig  nie  a  dosłyszał  poprzez  ryk  w  uszach,  gdy
wyciągał  broń  i  dotykał  spustu.  Poprzez  wolframowe  druty  popłynął  prąd  elektryczny;  druty
rozjarzyły się i spowodowały utworzenie się azotanu amonowego.

Azotan  wystrzelił  pojemnik  z  kwasem  pruskim,  który  trafił  prosto  w  szyję  mężczyzny.  Majster
zabulgotał i runął do tyłu.

Udało  się.  Mig  rzucił  broń  gazową  na  pierś  martwego  technika  i  odszedł.  Wyjął  z  kieszeni
kombinezonu kapsułkę z azotynem amylu i zgryzł ją - kompletując w ten sposób antidotum na kwas
pruski - otrzepał rękawice i zniknął w głębi korytarza.

Ida leniwie machnęła ręką i pokrywa robota otworzyła się. Popatrzyła do środka, na olbrzymi deser
na tacy.

- Robisz się gruba - powiedział Jorgensen.

- Poprawka. Ja nie robię się gruba. Ja jestem gruba. I mam zamiar jeszcze utyć.

Zaczęła pochłaniać megakaloryczną mieszankę, wpychając ją do ust jedną ręką, a drugą stukając w
klawisze komputera.

- Czy już wymazałaś tamte dane? - spytał Sten.

- Całe godziny temu.

- To co, do cholery, robisz teraz?

background image

- Przypadkowo natrafiłam na zapis środków płynnych Kompanii. I jeżeli uda mi się podłączyć, mogę
przesłać, ile chcę, na jakiś rachunek gdziekolwiek.

- Taki, jak u Wolnych Kupców?

-  To  może...  oops!  -  Jej  dłoń  fruwała  nad  klawiaturą,  gdy  odcinała  dostęp  do  bazy  danych.  -  Te
podejrzliwe dranie założyły ukryty szyfr bezpieczeństwa.

Sten zaczął coś mówić, potem obrócił się. Bet patrzyła na nich z zakłopotaniem.

- Co ona robi?

- Tworzy swój własny fundusz emerytalny - powiedział Sten.

- To zauważyłam - stwierdziła Bet z niesmakiem. - Myślę o tym wymazywaniu.

-  Zaobserwowaliśmy,  że  służba  bezpieczeństwa  Kompanii  prowadzi  listy  osób,  sprawiających
kłopoty.  Migów,  którzy  nie  zostali  jeszcze  poddani  praniu  mózgu  albo  zlikwidowani.  Ida
zlokalizowała te dane i wymazała je.

-  Zrobiłam  coś  jeszcze  lepszego  -  wtrąciła  się  Ida,  wycierając  ręce  w  wyciągnięty  przez  robota
ręcznik.  -  Dodałam  jeszcze  kod  nakazujący  zapominanie,  tak  więc  każdy  następny  dodany  plik
automatycznie nie zostanie zapisany.

Bet wyglądała na zaskoczoną. Ida obróciła się do pulpitu.

- No, spróbujmy jeszcze raz podejść do tych środków płynnych.

- Mówi Wolny Vulcan - szeptał głos z milionów głośników.

Przerażeni  Technicy  służby  bezpieczeństwa  usiłowali  zlokalizować  sygnał  źródłowy.  Ale  dopóki
transmitowano go po kablu do stu różnych miejsc, raptownie zmienianych kilka razy na sekundę, ich
zadanie było beznadziejne.

background image

-  Zaczęło  się.  My,  ludzie  z  Vulcana,  zaczynamy  wreszcie  oddawać  ciosy.  Siedmiu  urzędników
Kompanii  zostało  usuniętych  dzisiaj  z  powodu  swoich  przestępstw  przeciwko  robotnikom,
popełnianych przez tyle lat. To jest początek. Na tym się nie skończy.

Sten rzucił się na krzesło i wziął narkopiwo. Wypił je i sięgnął po następne.

- Jakieś straty?

-  Tylko  jedna.  Oddział  Osiemnasty.  Łącznik  został  po  drodze  zatrzymany  przez  patrol.  Rutynowa
kontrola. Jego zabezpieczenie spanikowało i otworzyło ogień. Zabito wszystkich trzech.

- Potrzebne nam nazwisko tego człowieka - powiedział Doc. - Męczennicy są smarem dla ludzkich
rewolucji.

Sten wsadził nos w swoje piwo. Nie był jeszcze we właściwym nastroju.

- A oto idzie małe dziecko ulicy - powiedział z aprobatą Doc.

Sten, leżący obok misia w kanale powietrznym wysoko ponad Centrum dla Gości, spojrzał uważnie
przez  lornetkę.  W  końcu  znalazł  Buntownika  ubranego  w  kombinezon  Miga,  przedzierającego  się
przez tłum cudzoziemców z innych planet.

- Wykąpałeś go, jak sądzę - stwierdził Doc. - Ma wyglądać jak mały aniołek, którego każdy człowiek
chciałby mieć tylko dla siebie.

Sten obrócił lornetkę na ścigających chłopca czterech Migów w mundurach strażników.

- Zwolnij trochę, mały - zamruczał Sten. - Zaczynasz ich gubić.

Tak jakby go słyszał, chłopak kręcił się bezcelowo przez parę sekund i "strażnicy" zdążyli dojść do
niego. Pałki szokowe podniosły się...

- No, tak - westchnął z zadowoleniem Doc. - Słyszę stąd bolesne krzyki małego. Co się dzieje?

background image

- Mmmm... a oto są.

Żeglarze wylewali się z baru, w którym młody Buntownik pozwolił się złapać.

- Czy są poruszeni do żywego?

Sten przyjrzał się dokładnie twarzom cudzoziemców przez lornetkę.

- Tak.

Żeglarze zgromadzili się dookoła kotłującej się grupy. Jeden z nich wrzasnął coś o zbirach.

- Dawaj, dawaj - szeptał Sten. - Ruszajcie się.

Chłopak był lepszym aktorem niż czwórka dorosłych. Schylił się, ale wykręcił głowę i zatopił zęby
w nodze jednego z mężczyzn. Wielki strażnik wrzasnął i sięgnął swoją wstrząsową pałką.

Tego  tylko  było  trzeba.  Cudzoziemcy  ruszyli  natychmiast,  łapiąc  butelki  i  wybijając  okna.  Czterech
"strażników" złapało chłopca i zaczęło uciekać w stronę wyjścia.

Sten uderzył w jeden z klawiszy komputera obok i dzwonki alarmowe zaczęły brzęczeć.

- Powiedz mi, co się dzieje - niecierpliwił się Doc.

-  Nasi  ludzie  opuścili  kopułę.  W  porządku,  teraz  nadchodzi  oddział  szturmowy  w  szyku
uderzeniowym.

- A co robią żeglarze?

- Atakują.

background image

- Doskonale. A teraz powinniśmy zobaczyć pierwszych dwóch czy trzech prawdziwych strażników.
Ktoś  może  spanikować  i  włączyć  swoją  pałkę  szokową  na  pełną  moc  i...  -  Doc  uśmiechnął  się
anielsko.

- No jasne. Wzięli pierwszego oficera. Cholera!

-  Rozumiem,  że  opowiadasz  mi  o  tym,  że  moralnie  poruszeni  cudzoziemcy,  będący  świadkami
brutalnego  znęcania  się  nad  czarującym  bezbronnym  dzieckiem  oraz  zaatakowani  przez  zbirów,
reagują w najbardziej odpowiedni sposób, jaki jest możliwy.

- Powiedz mi jeszcze jedno, Sten. Czy oni zjadają strażników?

- Oni nie są kanibalami!

-  Szkoda.  To  ten  rodzaj  ludzkiego  zachowania,  jakiego  jeszcze  nie  miałem  okazji  obserwować  na
własne oczy. Możesz kontynuować zadanie.

Sten  wziął  wąż,  przecisnął  go  pomiędzy  kratami  i  skierował  strumień  gazu  powodującego  wymioty
wprost do środka Centrum dla Gości, złapał Doca i szybko uciekli stamtąd.

- Doskonałe, Sten. Doskonale. Wolni Kupcy są niezrównani w szerzeniu plotek. W końcu Kompania
pokazała się w złym świetle. Przy odrobinie szczęścia kilku z tych żeglarzy przestrzeni może okazać
się  moralistami,  w  co  zresztą  szczerze  wątpię,  i  odmówi  wożenia  ładunku.  Zwłaszcza  po  tym,  jak
zastanowi się, dlaczego Kompania nie tylko wplątała ich w rozruchy, ale w dodatku zagazowała.

Sten doszedł do wniosku, że jedyną rzeczą, mogącą uszczęśliwić Doca, jest masakra sierot.

DYREKTYWA KOMPANII - NATYCHMIAST WPROWADZIĆ W ŻYCIE

Z  powodu  złych  wyników,  następujące  kopuły  rekreacyjne,  przeznaczone  dla  robotników  -
Niewykwalifikowanych eMigrantów, maja być natychmiast zamknięte: numery 7, 93, 70.

W  eksplozjach  w  próżni  jest  coś  wspaniałego,  zdecydował  po  raz  setny  Alex,  oglądając,  jak
latarniowiec staje się kulą ognia. Tworzą się niemal idealne okręgi.

background image

Spakował swoje narzędzia i wyszedł z doku załadunkowego.

Cztery  inne  skrzynki,  stojące  obok  tej,  która  właśnie  zniknęła  w  ładowni  cudzoziemskiego  statku,
stanowiły  pułapki  minowe.  Z  pewną  tylko  różnicą.  Jedynie  ktoś  z  doświadczeniem  Alexa  mógł
stwierdzić,  że  nigdy  nie  opuszczą  Vulcana.  Pierwsza  eksplozja  miała  przyciągnąć  uwagę  Wolnych
Kupców,  niszcząc  tylko  robota  -  latarniowca,  następne  miały  zniechęcać  ich  do  przewożenia
ładunków Kompanii.

DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PBRSONELU BEZPIECZEŃSTWA

Niniejszym z efektem natychmiastowym unieważnia się wszystkie Karty Identyfikacyjne wydane dla
personelu pracującego w następujących punktach: Centra dla Gości, Przeładunek Transportu, Oddział
Magazynowy.  Nowe  przepustki  będą  wydawane  indywidualnie.  Dlatego  też  każdy  członek  patrolu
albo funkcjonariusz służby bezpieczeństwa, który przepuści osobę używającą KI starego typu zostanie
ukarany w trybie dyscyplinarnym.

Sekretarka starannie sprawdziła biurko Gaitsena. Świetlne pióro ułożone właściwie, linia tylko dla
Execów gotowa do użycia, krzesło ustawione dokładnie w odległości tylu, ile trzeba centymetrów od
biurka.

Wydajność  to  podstawa,  Stanskill,  powtarzał  caągle  Gaitsen.  Cholerna  szkoda,  pomyślała  sobie
sekretarka,  że  nigdy  nie  stosował  tego  do  siebie  w  łóżku.  Za  bardzo  zajęty  obawą  o  swoje  serce,
zapewne.

Podeszła  do  drzwi,  otworzyła  je  i  rozejrzała  się  dookoła  po  raz  ostatni.  Wszystko  znajome  i  na
swoim miejscu, dokładnie tak, jak Exec tego żądał. Przeszła przez drzwi i tak jak jej powiedziano,
zostawiła  swoje  rzeczy  na  własnym  biurku  w  poczekalni.  Sprawdziła  zegar.  Gaitsen  powinien
właśnie wychodzić z wanny.

Przyklękła przy otworze wentylacyjnym. Czekający niecierpliwie Buntownik otworzył ekran. Kobieta
wpełzła do środka i zniknęła.

Podczas, gdy ostrożnie skręcała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni wewnątrz ciasnego przewodu,
szczerze  żałowała,  że  nie  będzie  mogła  zobaczyć,  jak  Gaitsen  opadnie  ciężko  na  swoje  ulubione
krzesło.

- Alvor?

background image

- Taa? - brodaty szef zespołu popatrzył Stenowi przez ramię.

- Czy to ty likwidowałeś Brauna?

- Nigdy nie słyszałem o tym śmieciu.

Sten  kiwnął  głową  i  przewinął  raport  bezpieczeństwa.  Ktokolwiek  zabił  Brauna  -  niskiego  rangą
Execa z Wydziału Planowania Produkcji - musiał załatwiać jakieś prywatne porachunki. Zastanawiał
się  przez  chwilę.  Nie.  Wolny  Vulcan  nie  ogłosi  tego  zabójstwa  wraz  z  innymi.  To  może  nawet
bardziej zdenerwować Kompanię.

DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PERSONELU BEZPIECZEŃSTWA

Przed  rozpoczęciem  rutynowego  patrolu  należy  uzgodnić  trasę  z  szefem  zmiany  i  sprawdzić  na
wykresie  R79L.  Obszary  zaznaczone  na  niebiesko  muszą  być  patrolowane  wyłącznie  przez  zespoły
czteroosobowe  wyposażone  w  paralizatory.  ROZMOWA  Z  OSOBAMI  POSTRONNYMI  O  TEJ
MODYFIKACJI POSTĘPOWANIA TEST ZABRONIONA.

-  Tu  mówi  Wolny  Vulcan  -  rezonował  głośnik.  -  Chcielibyśmy  wiedzieć,  jak  czujecie  się  wy,
kierownicy i ludzie służby bezpieczeństwa. Tak, jakby pętla zaciskała się wam na szyi?

I kontynuował:

- Mnóstwo różnych rzeczy się zdarzyło, czyż nie? Co się stało z tym patrolem strażników, wysłanym
do  Magazynu Y008?  Nikt  już  o  nim  więcej  nie  słyszał,  prawda? A  Exec  Gaitsen?  To  musiało  być
bardzo nieprzyjemne. Nie za szybko umierał. Może wy, szefowie, którzy używacie swoich sekretarek
jako panienek do zabawy, zastanowicie się przez chwilę nad Gaitsenem. Tak. Pętla istnieje. I staje
się coraz ciaśniejsza, czujecie to?

- Znaleźliście jakiś ślad? - Thoresen zmarszczył brwi.

- Nie, sir. I zdaje mi się, panie Baronie, że nie będziemy w stanie tego zrobić.

Thoresen wyczyścił ekran i połączył się z innym departamentem.

background image

- Semantyka. Tak, panie Baronie?

- Czy wykonaliście analizę tego głosu?

- Tak jest, sir. Bardzo przybliżoną. Nie Mig, nie Tech. Nawet mimo że głos Wolnego Vulcana...

- Powiedziano ci, że masz nie używać tego terminu, Techniku!

- Przepraszam, sir. Przypuszczamy, że ten głos jest syntetyzowany, sir. Przykro mi.

Thoresen wyłączył się, sprawdził godzinę i skierował się do salle d'armes. Zdjął pałasz z wieszaka i
obrócił się do instruktora.

- Zaczynamy - warknął. - I to na poważnie!

Sten  z  powątpiewaniem  patrzył  na  farmę  hydroponiczną.  Wyglądała  dokładnie  tak  samo,  jak  przed
krzątaniną  Alexa.  Roboty  rolnicze  nadal  z  czułością  troszczyły  się  o  produkty  przeznaczone  dla
Execów.

- Jesteś pewien, że to dobrze pójdzie? - zapytał sceptycznie. Alex poklepał go protekcjonalnie.

- Wiem, że nie masz pojęcia, na co patrzysz, stary. Ale lepiej nie ucz ojca dzieci robić.

Sten  poszedł  za  nim  do  punktu  załadunkowego  i  schował  się  do  środka.  Alex  pozwolił  drzwiom
niemal się zamknąć, a potem zablokował je nie domknięte przy użyciu małej, metalowej sztabki.

- A teraz patrz...

Wystrzelił małą flarę bezpieczeństwa, celując w sam środek farmy, i wyciągnął sztabkę. Gdy drzwi
zamykały się, Sten zdążył zauważyć, że cały przedział wypełnił się od podłoża do sufitu zwartą masą
ognia.

background image

-  Musisz  wiedzieć  -  powiedział  Alex,  gdy  podmuch  uderzył  w  drzwi  -  że  to  jest  właśnie  to,  co
nazywamy  eksplozją  pyłową.  Wkładasz  odpowiedni  składnik  do  podajnika  nawozu,  wysuszasz
rozpuszczalnik i pył rozprzestrzenia się po pomieszczeniu. Wystarczy dodać trochę ognia i... - Alex
sapnął z zadowoleniem.

TYLKO DLA PERSONELU KIEROWNICZEGO

Stwierdziliśmy  ostatnio  niezwykle  dużą  liczbę  podań  o  przeniesienie,  wczesne  emerytury  lub
zwolnienie. Jesteśmy bardzo , rozczarowani. Podczas tych niespokojnych chwil Kompania potrzebuje
swoich  najbardziej  wykwalifikowanych  pracowników  skrupulatnie  wypełniających  obowiązki.  Z
tego powodu podobne prośby nie zostaną uwzględnione aż do odwołania.

Thoresen

Webb  poderżnął  od  ucha  do  ucha  gardło  strażnika,  wstał  i  wytarł  ręce.  Podszedł  do  jedynego
ocalałego  członka  dziesięcioosobowego  patrolu,  trzymanego  przy  ścianie  przez  dwóch  potężnych
Migów.

- Puśćcie go, chłopcy.

Zdziwieni Migowie uwolnili strażnika.

-  Zawrzemy  z  tobą  układ  -  powiedział  Webb.  -  Nie  zostaniesz  skasowany,  jak  reszta  tego  śmiecia.
Pozwolimy ci odejść. Dwóch Migów zdziwiło się jeszcze bardziej.

- Pójdziesz sobie po prostu do swoich koszar i powiesz swoim kumplom, co się wam przytrafiło.

Strażnik, niemal sztywny ze strachu, kiwnął głową.

- I następnym razem, kiedy wyślą cię na patrol, lepiej nie szalej dookoła jak jakiś cholerny bohater.
Rób  mało  hałasu.  Nie  bądź  zbyt  ciekawy,  co  też  dzieje  się  w  dole  korytarza  i  nie  patrz  tam.  Nie
chciałbyś chyba wiedzieć, co tam zaszło. Pozwólcie mu iść, chłopcy.

Strażnik popatrzył na oddział Migów i poszedł. Przesuwał się nieśmiało do zakrętu korytarza, obrócił
się i zniknął.

background image

- Myślisz, że zrobi to, co chciałeś, Webb? - zapytał jeden z jego ruda.

- To nie ma znaczenia. Innymi słowy, nie jest już wart nawet splunięcia. I czy nie wydaje ci się, że
bezpieczeństwo zdziwi się nieco, że to on właśnie ocalał i nie ma żadnych obrażeń?

- Dalej nic nie rozumiem.

- I dlatego nie jesteś dowódcą oddziału. Jeszcze. Chodźmy. Musimy posprzątać.

Pięcioosobowy  patrol  zanurkował,  gdy  Frick  i  Frack  szybowali  w  dół  z  wysokich  dźwigarów
magazynu.  Jeden  z  mężczyzn  miał  dość  czasu  na  to,  aby  podnieść  swoją  broń  i  wypalić  kilka  dziur
przez skrzynki, zanim minikapsułki białego fosforu uległy samozapłonowi.

Dwa  stworzenia  odleciały  prędko  w  bok,  z  ciekawością  obserwując  piekło  poniżej,  kiedy  fosfor
przepalał ciało i kości, a potem wylądowały w przewodzie wentylacyjnym wysoko w górze.

- Ty! Co to jest? Brązowe gówno?

- Potrawka z soi - odpowiedział Sten. - Chcesz trochę?

- Nie. Nie potrzebuję żadnych dodatkowych chorób. Sam sobie wezmę. - Tech - medyk nabrał sobie
potrawki z wazy na tacę, a potem przesunął się w kolejce.

Sten,  z  twarzą  starannie  wypraną  z  jakiegokolwiek  wyrazu,  spojrzał  w  dół  kolejki  na  Bet.  Oboje
mieli  na  sobie  białe  fartuchy  i  nie  można  było  odróżnić  ich  od  innych  pracowników  w  jadalni
personelu Żłobka. Część umysłu Stena rozpoczęła odliczanie, podczas gdy inna rejestrowała urywki
rozmów prowadzonych przy stole przez Techników.

-  Cholerne  małe  potworki!  Tatusiu  to,  tatusiu  tamto  i  tatusiu,  ja  muszę  być  dzisiaj  kosmicznym
holownikiem i...

- Gdybyśmy ich nie potrzebowali, Kompania powinna wysłać ich prosto w przestrzeń...

background image

- Opowiadaj im historyjki, głaszcz po głowie, sprzątaj po nich, kiedy nabrudzą. Kompania płaci nam
zdecydowanie za mało.

- Jak idzie z Billym?

-  Ja  i  ten  śmierdziel  dochodzimy  wreszcie  do  porozumienia.  Dałem  mu  oczyszczalnię  ścieków  i
zostawiłem tam na dwie zmiany. Cholerny gówniarz nauczy się wreszcie.

- Tak właściwie, doktorze, to nie ma powodu, aby Kompania utrzymywała nadal te stworzenia tak,
jak  dotychczas.  Jestem  właśnie  w  trakcie  ustalania  programu,  który  pozwoli  na  użycie
kontrolowanych amputacji.

- Hmmm. Interesująca koncepcja. Możemy rozwinąć to w...

Czas.

Sten zatrzasnął zamek swojego karabinu, odbezpieczył go i podniósł do góry, palec tuż przy spuście.
Dwóch wchodzących strażników upadło z dziurami wielkości pięści w piersiach.

- W dół! Wszyscy w dół! - krzyknęła Bet, ludzie popatrzyli na nią, a potem padli, gdy Sten wyjął dwa
granaty ze swojej torby i trafił nimi w środek hallu.

Bet rozrzucała pełną garść pastylek ogniowych po pokoju i oboje położyli się obok reszty.

Mijały  sekundy  i  nastała  ogłupiała  cisza,  a  potem  wrzask  z  drugiej  strony  kolejki.  I
wszechogarniający blask.

Sten  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  Bet.  Śmiała  się.  Skoczył  na  równe  nogi  i  pocdągnął  ją  do  góry.
Potrząsnął  nią.  Wróciła  do  rzeczywistości,  kiedy  popychał  ją  do  zsypu  na  śmieci,  będącego  ich
wyjściem ratunkowym.

Tak naprawdę, to rozumiał ją teraz trochę lepiej.

-  Tu  mówi  Wolny  Vulcan.  Wiemy,  co  znaczy  być  Migiem,  Żyć  pod  butem  Kompanii.  Mieć
świadomość, że nie ma sprawiedliwości ani prawa, oprócz stworzonego przez tych, którzy posiadają

background image

władzę. A teraz sprawiedliwość zawita na Vulcan. Sprawiedliwość dla tych, którzy przez wieki żyli
w terrorze. Migowie. Wiecie, kim są wasi Doradcy, i że komitety zażaleń są czystą kpiną.

Spiker podniósł nieco głos.

-  Koniec  z  tym.  Od  następnej  zmiany  Wolny  Vulcan  zaprowadzi  tu  prawa  przysługujące  każdemu
wolnemu  człowiekowi  w  galaktyce.  Jeśli  twój  majster  zmusza  cię  do  podwójnej  pracy,  jeśli
współpracownik  donosi  szefom,  jeśli  twoi  synowie  i  córki  zostali  ci  odebrani  przez  Kompanię,
położymy  wreszcie  temu  kres.  Teraz.  Wolny  Vulcan  zajmie  się  tymi,  którzy  zrobili  z  was
niewolników.

Głos złagodniał.

-  Jeżeli  masz  jakieś  skargi,  mów  o  tym.  Nie  szkodzi,  że  nie  `~`'  wiesz,  kto  należy  do  Wolnego
Vulcana.  Może  kolega  z  pracy,  inny  robotnik  przy  taśmie,  panienka  lub  chłopak  do  zabawy,  nawet
Tech. Twoje słowa zostaną usłyszane i nasze sądy podejmą pracę. Przynosimy wam sprawiedliwość,
ludzie z Vulcana.

POLITYKA KOMPANII - TYLKO DLA DORADCÓW I KIEROWNICTWA BEZPIECZEŃSTWA

Nagły  brak  zainteresowania  Migów  naszym  programem  zażaleń  został  poddany  mi  pod  uwagę.
Naszym  zdaniem  zaniepokojenie  działalnością  malej  bandy  malkontentów  nazywających  się
"Wolnym Vulcanem" jest nadmierne, ponieważ panujemy nad sytuacją.

Execowie ze Służby Bezpieczeństwa ustalili, że główne obszary, na których występują wspomniane
braki  zainteresowania,  pokrywają  się  z  obszarami,  na  których  zlokalizowano  malkontentów.
Zastosowanie odpowiednich środków, z najsurowszymi włącznie, jest konieczne. Z dużym naciskiem
sugerujemy,  aby  Doradcy  uświadomili  robotnikom,  za  których  dobro  odpowiadają,  fakt,  iż  osoby
zachęcające  do  udziału  w  wymierzaniu  "sprawiedliwości  ",  zapowiadanym  przez  owych
malkontentów, również poniosą konsekwencje swojego postępowania.

Thoresen

- Zastanawiałam się nad tym - wycedziła Ida rozdawszy wszystkim szklanki z alkoholem - że chyba
żadne z nas nie jest człowiekiem, jakim chcieliby nas widzieć nasi rodzice.

background image

-  Niektórzy  z  nas  -  powiedziała  gwałtownie  Bet  -  należą  do  tego  rodzaju  ludzi,  którzy  przede
wszystkim nie chcieliby mieć nic wspólnego z naszymi rodzicami.

- Czy nie jesteś aby odrobinę zgorzkniała, skarbie? spytał Alex.

- Rodzice? - skrzeknął Frick.

- Dlaczego miałaby kolonia, nasza kolonia przejmować się tym? - pisnął potwierdzenie Frack.

- Jeśli wy, ludzie, nie powodujecie bólu u innych osobników swojego gatunku - powiedział Doc - to
nie możecie się doczekać, aby sprawić go sobie, czyż nie?

Sten zainteresował się.

- A jak misiaczki dają sobie radę ze swoim potomstwem, Doc?

- To nie jest istotne. Po pierwsze, podczas procesu zapładniania samiec opróżnia swój członek i po
kopulacji  szybko  ginie.  -  Wąsy  Doca  poruszały  się  szybko.  -  Gdy  małe  zalęgnie  się  w  samicy,  to
egzystuje...  o,  jako  rodzaj  pasożyta  aż  do  porodu.  Moment  narodzin,  oczywiście,  oznacza  także
moment śmierci samicy.

Bet zamrugała.

- To zdecydowanie ogranicza wasze życie seksualne, prawda?

-  Zastanawiałem  się  nad  tym,  dlaczego  ludzki  umysł  nie  znajduje  się  fizjologicznie  poniżej  pępka  -
stwierdził Doc ponieważ większość waszych myśli koncentruje się w tym właśnie rejonie. Ale, żeby
odpowiedzieć  na  to  pytanie,  muszę  wyjaśnić,  że  ci  z  nas,  którzy  w  sposób  właściwy  zajmują  się
aranżowaniem własnej przyszłości, decydują się na sterylizację. Operacja ta przedłuża nasze życie o
prawie sto E - lat.

Sten nie mógł się zdecydować, czy ma się śmiać, czy być zakłopotanym.

-  Mogę  to  sobie  wyobrazić  -  wycedził  Jorgensen.  -  Idziesz  sobie  spokojnie  drogą.  Wyrasta  przed
tobą  farma.  Przeciskasz  się  przez  krzaki,  strzelasz  po  oknach  do  snajperów,  potem  zygzakujesz  do

background image

drzwi, otwierasz kopniakiem, wrzucasz granat, wtaczasz się nie przerywając ognia, w końcu stajesz
na nogi i wołasz "Mamusiu, wróciłem do domu!"

-  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  wy  wszyscy  tak  się  tym  przejmujecie  -  zakończył  sprawę  Alex.  -
Przecież żadne z nas nie wyjdzie żywe z Modliszki. - Dopił swojego drinka i poszedł po następnego,
nie wyglądając na szczególnie zainteresowanego tematem.

Pot ściekał po twarzy Doradcy na jego podarte, brudne szaty.

- Nie ma ani odrobiny prawdy w tych opowieściach. Moja troska o was, Migów...

- Może my i używamy tego słowa - przerwał mu krzepki Mig - ale nie brzmi ono przez to lepiej w
twoich ustach.

-  Bardzo  przepraszam.  Ma  pan  oczywiście  rację.  Ale...  naprawdę,  nigdy  nie  miałem  zamiaru
pozbawić  żadnego...  Robotnika  eMigranta  jego  całkowicie  legalnie  zarobionego  czasu  dla
osiągnięcia swoich osobistych korzyści. To kłamstwo. Opowiastka sklecona przez moich wrogów.

Pięciu przywódcom oddziałów udało się jednocześnie przybrać miny pełne niedowierzania.

Sten zza ekranu osłaniającego wejście do przewodu wentylacyjnego przyglądał się uważnie jednej ze
stron  "sądu",  usytuowanego  w  opuszczonym  magazynie.  Stwierdził,  że  interesujące  jest  to,  że  nie
czuje nienawiści do Doradcy tak intensywnie jak przedtem. Z drugiej strony nie miał żadnej ochoty na
interwencję.

- Możecie sprawdzić moje konto - ciągnął Doradca. - Zawsze byłem znany ze swojej uczciwości.

Gorzki śmiech zagłuszył to, co miał zamiar mówić dalej.

- Nie będziemy już więcej wracać do tego tematu - stwierdził Alvor. - Ale pozostaje nadal otwarta
sprawa  Migów,  którym  wyznaczałeś  zabójcze  dla  nich  stanowiska,  bo  nie  chcieli  dać tego,  czego
żądałeś. Znam też dwóch, może trzech ludzi posłanych przez ciebie na pranie mózgu.

Jeden  z  Migów  z  drugiego  końca  stołu,  który  do  tej  pory  siedział  cicho  wpatrując  się  w  Doradcę,
poderwał się nagle.

background image

- Mam pytanie, chłopaki. Chciałbym je osobiście zadać temu śmierdzielowi. Czego chciałeś od mojej
Janice, że wystraszyła się i uciekła do Buntowników?

Doradca oblizał usta. Mig złapał go za włosy i podniósł z krzesła.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

- To... to było... jakieś nieporozumienie. Niezrozumienie mojego sposobu komunikowania się.

- Komunikowania się. Tak mówisz, hę? Ona miała dziesięć lat.

Sten wstał. Mig trzymający Doradcę cofnął się nieco. Popatrzył na innych przywódców oddziałów.

- Nie potrzebuję już nic więcej. Głosuję: winny. I zgodny chór potwierdził jego wyrok.

- Jednogłośnie - stwierdził Alvor. - Jaka kara?

Sten kopnął ekran i wyszedł na salę.

- Oddajcie go tym, których podobno był przyjacielem. Tam na zewnątrz.

Oczy  Doradcy  rozjarzyły  się. A  potem  zaczął  wrzeszczeć  i  wyrywać  się,  gdy  Migowie  złapali  go,
otworzyli podwójne drzwi i popchnęli: Doradca pół wypadł, pół zatoczył wprost w ręce czekających
na zewnątrz robotników.

Alvor zamknął drzwi. Ale ryk tłumu na zewnątrz dobiegał bardzo wyraźnie.

To był pierwszy.

- To tak, jak popychanie kostek  domina  -  powiedział  Sten.  On  i Alex  kierowali  się  z  powrotem  na
statek. - Jeszcze trzy dni i możemy przestać chować się za krzakami, zacząć rewolucję i przywołać
Gwardię.

background image

- Przestań liczyć swoje kurczaki, jeśli są jeszcze w jajkach.

- A co, do cholery, to ma znaczyć?

Nie wiem. Ale moja babka zwykła tak mówić.

- A nie mógłbyś wyrażać się nieco bardziej zrozumiale?

- Ja mówię właściwie, to twoje uszy źle odbierają.

-  No  jasne.  Ale  zobacz.  Wszystko  już  ustalone.  A,  przygotowaliśmy  ruch  oporu.  B,  zaczynamy
naprawiać to, co złe, i zabijamy każdego Execa, którego możemy dopaść, i każdego Techa, który za
bardzo się mądrzy.

- No. Nie jest tak źle - jak dotąd.

- C, budujemy broń i szkolimy Migów w jej używaniu. D, ustalamy własny, alternatywny rząd, tak jak
uczono nas podczas treningu. W końcu E, za trzy dni strzelimy palcami i rewolucja się rozpocznie.

Alex zdjął swój karabin i zatrzymał się.

- Nie wiesz jednej rzeczy, Sten - powiedział. - Jeśli mężczyzna czy kobieta raz dostaną broń w swoje
ręce,  to  nie  można  przewidzieć,  co  stanie  się  dalej.  Dam  ci  przykład.  Mój  brat.  On  też  należał  do
Modliszki.  Pojechał  na  jeden  przyjemny  barbarzyński  świat,  bo  nasz  nieustraszony  Imperator
zdecydował,  że  powinien  tam  powstać  nowy  rząd.  Chwytasz  to?  No  więc,  przyłączyli  się  do
tamtejszych ludzi, nauczyli ich, jak wstać z kolan i walczyć. Nauczyli ich bycia dumnymi istotami, a
nie pełzającymi robakami.

- Chyba nie łapię - powiedaał Sten.

-  A  więc  wywiesili  zakrwawioną,  czerwoną  flagę  rewolucji  i  zaczęło  się.  Ludzie  zarzynali  się
nawzajem  w  łóżkach.  Mój  brat  trzymał  się  rządu,  który  ustanowili  zamiast  tamtych  starych  kumpli.
Ale  ludzie  tak  pokochali  krew  i  zabijanie,  że  zmienili  i  ten  nowy  rząd  w  bydło  rzeźne,  tak  jak  i
pierwszy. Mój brat wydostał się z tego świata bez jednej ręki. A więc wrócił do hodowania owiec w

background image

Edynburgu, a ja poszedłem na jego miejsce, aby podtrzymywać dobre imię klanu. Mam za sobą już
długą  drogę,  ale  najlepszą,  jaką  umiałem  wybrać.  Kiedy  zawierasz  pakt  z  ogniem,  to  nie  możesz
przewidzieć, co się spali.

Alex założył karabin z powrotem i w ciszy poszli do śluzy powietrznej statku.

Powitał ich dziki wrzask Idy, krzyczącej w osłupieniu:

- Cholera! Cholera! Cholera! - Terminal komputera przeleciał przez pokój i walnął prosto w obraz.

- Co się stało?

- Zupełnie nic. Ale zobacz, co ci twoi cholerni Migowie wyprawiają! - Machnęła ręką w kierunku
ekranów stojących w pokoju. Sten stwierdził, że inni członkowie zespołu i Bet patrzą w milczeniu.

- Wszystkie są nastawione na kanały służby bezpieczeństwa. Patrz na tych głupców!

-  Do  ciężkiej  cholery,  Ido,  powiedz  wreszcie,  co  się  stało!  -  O  ile  zdołaliśmy  ustalić  -  wtrącił  się
Doc - patrol strażników przenosił kilku niepoprawnych Migów na południe, do Sekcji Zewnętrznej.
Jeden z owych Migów w tym transporcie musiał mieć kilku przyjaciół.

Sten popatrzył na ekrany, potem podszedł do podajnika alkoholu i nalał sobie szklankę.

- A więc postanowili uratować go - ciągnęła Ida. - Oczywiście patrol wezwał posiłki, a kumple tego
faceta zrobili to samo. Co wciągnęło większość z naszych oddziałów na południu. Patrz.

Sten  przyjrzał  się  dokładnie  migającym  ekranom.  Od  czasu  do  czasu  rozpoznawał  kolejne  twarze  z
ruchu oporu.

-  No  cóż  -  powiedział  Jorgensen  -  wykopali  całą  swoją  broń  i  wybrali  się  na  polowanie  na
niedźwiedzia.

Ida  uśmiechnęła  się  do  Stena  szyderczo  i  zaczęła  włączać  dźwięk  przy  poszczególnych  ekranach.
Zafascynowany Sten usiadł i patrzył.

background image

Na  jednym  z  ekranów  grupa  wrzeszczących  Migów  atakowała  oddział  strażników  ukryty  za
przewróconym wozem. Paralizatory wystrzeliły i Migowie padli.

Na  innym  monitorze  ujrzał  kobietę,  Miga,  machającą  uciętą  głową  strażnika,  prowadzącą  niewielki
oddział  bojowników  powstania  prosto  na  klin  strażników.  Kamera  błysnęła  i  wyłączyła  się,  ale
wydawało się, że padło więcej członków patrolu niż Migów.

Trzem  ekran  pokazywał  wejście  do  Sekcji  Zewnętrznej.  Śluza  była  barykadowana  i  strażnicy
umacniali blokadę dookoła niej. Migowie strzelali do nich z korytarza i otworów wentylacyjnych.

Sten obrócił się i dopił drinka.

- Cholera. Cholera. Cholera.

- Już to mówiłam - zauważyła Ida. Sten obrócił się do Jorgensena.

- Miytkina.

Oczy Jorgensena stężały. Wpadł w swój trans.

- Zaobserwowane wydarzenia. Prognoza.

- Niemożliwe ustalenie dokładnych wyników. Ale, ogólnie, niepożądane.

- Szczegóły.

-  Jeżeli  rewolucja,  a  szczególnie  sztucznie  wywołana,  tak  jak  ta,  wybuchnie  przed  terminem,
wystąpią następujące problemy: Członkowie ruchu oporu o najsilniejszych motywacjach i najlepiej
wyszkoleni  z  bardzo  wysokim  prawdopodobieństwem  zostaną  wyeliminowani,  ponieważ  będą
atakować  spontanicznie,  a  nie  zgodnie  z  wyznaczonym  planem;  tajni  współpracownicy  zostaną
usunięci,  ponieważ  ujawnienie  się  jest  dla  nich  kwestią  przeżycia;  dopóki  zdolność  bojowa  nie
osiągnie  swojego  apogeum,  prawdopodobieństwo  tego,  że  istniejący  reżim  będzie  w  stanie
zwyciężyć rewolucję jest niemal stuprocentowe. Przykłady...

background image

-  Zawiesić  program  -  przerwał  Sten.  -  Jeśli  wszystko  pryśnie,  to  ile  czasu  zabierze  zebranie  tego
znowu do kupy?

- Frazeologia nietypowa - powiedział Jorgensen - ale zrozumiała. Po zdławieniu rewolucji represje
zostaną  zintensyfikowane;  wywołanie  na  nowo  aktywności  rewolucyjnej  zajmie  dłuższy  okres.
Przewidywana stagnacja: dziesięć do dwudziestu lat.

Sten nie zadał sobie nawet trudu, by zakląć. Po prostu nalał następnego drinka.

- Sten! - wrzasnęła nagle Bet. - Patrz. Na ten ekran.

Sten obrócił się. Potem spojrzał. Ekran, na który wskazywała dziewczyna, ustawiono na wejście do
Sekcji Zewnętrznej.

- Ale - usłyszał głos Doca - oni nie są naszymi ludźmi.

Nie byli. "Oni" stanowili solidny mur utworzony z Migów. Nie uzbrojonych albo niosących pałki czy
zaimprowizowane  maczugi.  Atakowali  wprost  w  skoncentrowanym  ogniu  grup  strażników
zgromadzonych dookoła wejścia. I umierali, fala za falą.

Ale nadal dążyli do przodu, czołgając się przez ciała własnych zmarłych, aby w końcu przewracać
się na obrońców. Nie włączono głosu, ale Sten doskonale sobie to wyobrażał. Zobaczył chłopca - tak
na oko dziesięciolatka - wstającego na nogi. Wymachiwał... Sten przełknął ślinę. Z trudem. Do tego
czegoś nadal przyczepione były resztki munduru strażnika.

Więcej  Migów  pobiegło  do  przodu,  oddziały  uzbrojone  w  stalowe  belki  wyrwane  z  obszarów
roboczych. Walili w drzwi Sekcji Zewnętrznej i drzwi upadły w końcu.

Jorgensen, nadal w transie, mówił monotonnie:

-  Ale  istnieją  jednak  przykłady  spontanicznego  zrywu  zakończonego  sukcesem,  takie  jak  uciskane
rasowo społeczeństwo miasta Johannesburg.

- Dwa Miyitkina - warknął Sten.

background image

- Mam malutką sugestię - powiedział Alex. - Proponuję, abyśmy przyłączyli się do naszych kumpli,
zanim nasza rewolucja skończy się bez nas.

Sten  przeszedł  przez  rozwalone  okno  kapsuły  kontrolnej  w  kopule  rekreacyjnej  i  spojrzał  w  dół  na
tysiące wgapiających się w niego twarzy. Spoconych, zakrwawionych, brudnych i gniewnych.

To  nie  miało  żadnego  sensu.  Z  militarnego  punktu  widzenia.  Jedna  rakieta  mogła  zmieść  nie  tylko
zgromadzoną Sekcję Modliszki, ale też wszystkich robotników z ruchu oporu, których tak pracowicie
szkolili i rekrutowali przez ponad miesiąc.

Chrzanić sens, pomyślał Sten i włączył mikrofon.

- KOBIETY I MĘŻCZYŹNI VULCANA! - jego głos grzmiał i odbijał się echem po całej kopule.

Stwierdził,  że  kamery  służby  bezpieczeństwa  nadal  działają  i  że  widać  go  doskonale.  Zastanawiał
się, czy Thoresen będzie w stanie zidentyfikować go.

-  Wolne  kobiety  i  mężczyźni  Vulcana  -  poprawił  się  natychmiast.  Poczekał,  aż  ucichnie  szum.  -
Przybyliśmy na Vulcan po to, aby pomóc wam walczyć o waszą wolność. Ale nie potrzebowaliście
naszej  pomocy.  Zaatakowaliście  broń  Kompanii  gołymi  rękami.  I  zwyciężyliście.  Ale  Kompania
nadal  istnieje.  y~e  w  Oku.  I  dopóki  nie  będziemy  mogli  uczcić  naszego  zwycięstwa  w  Oku,  to  nie
zdobyliśmy niczego. Nadszedł czas... Teraz właśnie nadszedł dla nas czas, aby wam pomóc. Pomóc
wam uwolnić Vulcan! - Sten wyłączył przycisk mikrofonu i wyszedł z kapsuły.

Alex kiwał głową z aprobatą.

- No cóż, nie jesteś szczególnym orłem, ale poszło ci całkiem nieźle. A teraz, skoro już przeszliśmy
przez te wszystkie formalności, to może wyślemy sygnał i przejdziemy do prawdziwej roboty?

Myor yjhh mmui oert mmcv ccvx awlo...

Mahoney przesunął się na bok i pozwolił Imperatorowi przeczytać zdekodowany przekaz:

Etap pierwszy zakończony. Yulcan ogarnięty rewolucją. Zaczynamy etap drugi.

background image

Imperator odetchnął głęboko.

-  Proszę  uruchomić  Pierwszy  i  Drugi  Szturmowy  Pułk  Gwardii  zgodnie  z  ustaleniami  Operacji
Bravo, Pułkowniku.

background image

Rozdział 35

Baron  wpatrywał  się  w  postać  na  ekranie.  Zamarł.  Nacisnął  klawisze  i  kamera  przesunęła  się  na
Stena.  Thoresen  zatrzymał  obraz.  Przyglądał  się  twarzy.  Nie.  Nie  zna  go.  Wstukał  polecenie,  aby
komputer  przeszukał  swoje  bazy  danych  i  zidentyfikował  tego  człowieka.  Przy  odrobinie  szczęścia
okaże się, że to tylko jakiś zwykły Mig mocny w gębie i słaby na rozumie. Ale nie wiadomo dlaczego
Thoresen nie wierzył, aby tak rzeczywiście było.

Model laboratorium Projektu Bravo wyglądał jak szary, chudy balon, w połowie wypełniony wodą.
Nie było wiele do studiowania; Ida nadal nie potrafiła przeniknąć do danych służby bezpieczeństwa.

Członkowie  drużyny  i  Bet  patrzyli  ponuro  na  model.  Sten,  Alex  i  Jorgensen  po  raz  pierwszy  od
przybycia na Vulcan włożyli kamuflażowe, zmieniające barwę mundury Sekcji Modliszki. Ida i Bet
ubrały się w kombinezony Techów pierwszej i trzeciej kategorii.

Nie było zbyt wiele do powiedzenia. Nałożyli swoje pakunki na ramiona, w ciszy wsiedli do pojazdu
i Sten ruszył, prosto w korytarze ogarniętego szaleństwem Vulcana.

Vulcan  walił  się  szybko,  od  kiedy  Migowie  wyszli  na  ulice.  Obrazy  zaciętych  walk,  grabieży,
porażek strażników przelatywały przez monitor Barona.

Thoresen  wyłączył  ekran.  To  było  beznadziejne.  Nie  mógł  już  zrobić  nic  więcej,  aby  zdławić
rewoltę.  Musiał  po  prostu  pozwolić  jej  samej  się  wypalić,  aby  na  gruzach  spróbować  odbudowali
swoje królestwo.

Zabłysło światełko, zwracając jego uwagę. Thoresen niemal zignorował je. Jeszcze jeden raport od
rozhisteryzowanej straży. Nie, musi na to odpowiedzieć. Włączył komputer.

Serce stanęło mu w piersi. Komputer zidentyfikował przywódcę Migów. Sten. Ale przecież on nie...
Jak.. I Baron wiedział już, że jego świat był bliski końca.

Istniała  tylko  jedna  możliwość:  Sten;  Gwardia;  Projekt  Bravo.  Imperator  wiedział  i  Imperator
odpowiadał za rewoltę Migów. Sten był członkiem Sekcji Modliszki.

background image

Thoresen  desperacko  poszukiwał  jakiegoś  rozwiązania.  Co  się  teraz  stanie?  Jak  miał  na  to
zareagować? To o to szło Imperator szukał pretekstu do lądowania swoich oddziałów. Thoresen miał
wezwać pomoc. Zostałby aresztowany, Projekt Bravo odkryty i wtedy...

Wreszcie znalazł sposób. Pójdzie do laboratorium. Zabierze najbardziej istotne akta. Zniszczy resztę
i ucieknie. Dopóki znał sekret AM2, nadal mógł kpić sobie z Imperatora.

Wstał  i  ruszył  w  kierunku  drzwi.  Zatrzymał  się.  Jeszcze  coś.  Imperator  prawdopodobnie  nakazał
zniszczenie laboratorium. Sten i jego zespół mogli być już w drodze. Pospieszył do komunikatora.

Na ekranie ukazała się wystraszona twarz szefa bezpieczeństwa.

- Sir!

- Potrzebuję tylu ludzi, ilu tylko możesz mi dać. Tutaj. Teraz - warknął Thoresen.

Szef bezpieczeństwa zaczął coś bulgotać.

- Weź się w garść, człowieku.

Szef zesztywniał.

- Tak jest, sir.

Zniknął.  Thoresen  myślał  szybko.  Coś  jeszcze?  Jakieś  inne  przeczucia...?  Uśmiechnął  się  do  siebie
ponuro,  otworzył  szufladę  biurka  i  wyjął  z  niej  małe,  czerwone  pudełko.  Wsadził  je  do  kieszeni  i
wybiegł za drzwi.

background image

Rozdział 36

Frick  i  Frack  krążyły  tam  i  z  powrotem,  wysoko  nad  pokładem  laboratorium  Projektu  Bravo.
Trzymając  się  blisko  sufitu  przeleciały  przez  korytarz  wejściowy,  ponad  oddziałami  służby
bezpieczeństwa.

Ludzkie  oczy  nie  mogły  ich  zobaczyć.  Na  Vulcanie  nie  było  przecież  żadnych  ptaków  ani  nawet
gryzoni. Czego ludzkie oczy nie znają, tego nie widzą.

Dyżurny oficer bezpieczeństwa przyglądał się swoim paznokciom. Do końca tej zmiany miał szansę
obgryźć je do żywego mięsa. I systematycznie ochrzaniać każdego strażnika w promieniu dwudziestu
metrów. Nie było nic do roboty poza poceniem się i liczeniem swoich problemów.

A  miał  ich  wiele.  Pilnowanie  laboratorium,  o  którego  przeznaczeniu  nie  miał  pojęcia.  Plus  ci
cholerni  Migowie,  którzy  zwariowali  -  jego  najlepszy  kumpel  został  znaleziony  z  półmetrowym
szklanym ostrzem w piersi. A teraz powiadomiono go, że Baron Thoresen właśnie tu zmierza.

Ostatnią rzeczą, której potrzebował, był komputer, pokazujący nie wiadomo co. Popatrzył na ekran.
Eksperymentalnie  walnął  go  zaciśniętą  pięścią.  Nic  to  nie  zmieniło.  Nadal  wskazywał,  że  jakieś
obiekty latające znajdują się wewnątrz laboratorium.

Dyżurny oficer zastanawiał się, dlaczego właściwie podjął tę pracę dla Kompanii. Mógł przecież żyć
sobie bardzo wygodnie jako szef tajnej policji na swoim macierzystym świecie. Spojrzał na dwóch
Techów, gramolących się po korytarzu. Co za cholerny czas, pomyślał.

Zażywna kobieta, Tech pierwszej kategorii, wtoczyła się do jego biura. Cholerna radocha, pomyślał
oficer. Muszę skombinować poduszkę. Jeszcze tylko hemoroidy mi potrzebne.

Uśmiechnął się z sympatią do kobiety, Techa trzeciej klasy za Idą. Biedny dzieciak, pomyślał. Założę
się,  że  ta  cholera  pierwszej  kategorii  próbowała  czegoś,  a  jej  asystentka  na  to  nie  poszła,  więc  ta
małpa kazała jej dźwigać pudła z narzędziami.

-  Patrzcie,  co  tu  mamy  -  warknęła  Ida.  -  Komputery  wariują,  a  wszystko,  na  co  ciebie  stać,  to
siedzenie i dłubanie w nosie. - Odwróciła się do Bet. - Mężczyźni!

background image

Dyżurny oficer zdecydował, że zapowiada się wyjątkowo długa zmiana. Usiłował utrzymać formalny
ton.

- Mamy teraz zakaz wstępu dla postronnych - zaczął.

-  Wiem,  co  teraz  macie  -  powiedziała  Ida.  -  A  nas  obowiązują  terminy  -  zmierzyła  dyżurnego
wzrokiem. - Mówiłam ci, mała, że to będzie coś prostego.

- Co masz na myśli? - spytał oficer bezpieczeństwa.

- Ta bransoleta. Trzymasz to o wiele za blisko terminala i dlatego wariuje. To oczywiste.

- Ale przecież zawsze je nosimy. I dotąd nic się nie zdarzało.

- No pewnie. A te cholerne Migi nie podłączały się wcześniej do komputera. I co z tego? Mówisz mi,
że każdy z patrolujących nosi coś takiego?

- Tak.

- Głupi, głupszy, najgłupszy. Zwołaj ich tu.

- Co?

-  Wszystkich,  którzy  są  na  tej  zmianie,  idioto.  Może  jednak  pójdzie  łatwo  i  okaże  się,  że  jedyny
problem stanowi to, że czyjaś bransoleta źle nadaje.

- Nie możemy zawołać wszystkich patrolujących - zaczął dyżurny.

Ida wzruszyła ramionami.

- Świetnie. Ja i ta ślicznotka  pójdziemy  sobie  z  powrotem  i  zdamy  raport,  że  nie  byłyśmy  w  stanie
prawidłowo  ocenić  sytuacji.  Wcześniej  czy  później  ktoś  się  tu  zjawi  i  spróbuje  naprawić  ten
komputer.

background image

Oficer popatrzył na ekran. Latające obiekty nadal tam były. Popatrzył na dziewczynę, która obdarzyła
go  sympatycznym  i  bardzo  ciepłym  uśmiechem.  Zdecydował  się.  Odwrócił  się  do  komunikatora  i
włączył go.

-  Trzecia  zmiana,  w  zwykłym  trybie,  wszyscy  oficerowie  mają  natychmiast  zameldować  się  w
centrali. Powtarzam, wszyscy oficerowie natychmiast do centrali.

Bet  wyciągnęła  dwa  granaty  dezorientujące  ze  swojej  torby  i  wstała.  Oficerowie  bezpieczeństwa
Projektu Bravo tłoczyli się w małym biurze. Ida stała przy drzwiach.

- To wszyscy?

Oficer dyżurny kiwnął głową.

Bet uderzyła w zapalniki i zanurkowała do drzwi. Wylądowała tuż obok Idy.

Oba granaty zdetonowały w purpurowym błysku. Oficerowie bezpieczeństwa upadli na podłogę. Bet
przewróciła  Idę,  a  potem  pomogła  jej  wstać.  Ida  sapała  cicho,  mruczała  coś  w  swoim  ojczystym
języku, a potem ostro gwizdnęła na palcach.

Sten i inni członkowie drużyny ukazali się w pobliżu, biegnąc do obu kobiet.

-  Przypilnujemy  tylnych  drzwi.  Wy  bądźcie  gotowi.  -  Ida  weszła  do  środka  i  podniosła  pokrywkę
pudełka z narzędziami, wyjęła dwa karabiny, odbezpieczyła je i rzuciła jeden Bet, podczas gdy Sten i
inni wbiegli do laboratorium Projektu Bravo.

W  tym  czasie  Ida  obróciła  oficera  dyżurnego  na  plecy.  -  Co  ty  robisz?  -  spytała  Bet  z
zaciekawieniem.

- To prywatna zemsta - odpowiedziała Ida, stawiając stopę dokładnie w pachwinie nieprzytomnego
mężczyzny. - Podejrzewam, że brzydko o mnie myślał.

Podniosła w górę drugą stopę. Bet wstrząsnęła się, odwróciła i popatrzyła na długi, pusty korytarz.

- Czy nie byłoby łatwiej - zasugerował Alex - po prostu wysadzić to wszystko w cholerę?

background image

- Cholera, tak - powiedział Sten. - Ale gdybyśmy to zrobili - machnął ręką w stronę sufitu - to z tych
wszystkich Techów tam na górze zostałaby miazga. - Uśmiechnął się. Sam nie mam pojęcia, dlaczego
o nich myślę.

-  Dlatego  -  stwierdził  Doc  -  że  instrukcje  nakazują  nam  zlikwidowanie  tego  laboratorium  przy
minimalnych stratach w ludziach. - Machnął wąsami w kierunku Alexa. - Zignoruj go. Proste umysły
znajdują proste rozwiązania.

Alex zignorował Doca.

- Zrobię wam śliczne, malutkie zniszczenia, powiedzcie tylko, skąd mam zaczynać.

Sufit  laboratorium  wznosił  się  wysoko  nad  nimi,  Wystarczająco  wysoko,  stwierdził  Sten,  jak  na
podobny  do  hangaru  budynek  mający  własny  mikroklimat.  Frick  i  Frack  krążyli  pomiędzy
światełkami  sufitowymi.  W  centrum  hali  stał  mały  frachtowiec  kosmiczny,  drzwi  do  ładowni  były
otwarte,  Pracowały  tajemnicze  aparaty  ustawione  wokół.  Otwarte  po  bokach  wejścia  odsłaniały
labirynt pomniejszych pracowni.

- Ładujcie w każde miejsce przechowywania informacji zadecydował Sten. - W każdy komputer. I w
każdy element wyposażenia, który nie wygląda znajomo.

-  Doskonale  -  zamruczał  Jorgensen,  zakładając  z  powrotem  plecak.  -  To  znaczy,  że  on  ma  zamiar
strzelać do wszystkiego, co nie wygląda jak owca.

Alex pokiwał palcem.

-  Zwolnijcie  tego  misiaczka,  to  przeciw  jego  naturze. Ale  nie  pozbywajcie  się  człowieka,  którego
stopy nadal tkwią w bruzdach ziemi.

I zabrali się do roboty.

Thoresen,  pomimo  fascynacji  bronią  i  sztukami  wojennymi,  nigdy  nie  uczestniczył  w  bezpośredniej
walce, jednakże zostało mu na tyle rozsądku, gdy wszedł w korytarze prowadzące do Projektu Bravo,
aby  cofnąć  się  i  puścić  przed  sobą  dwa  oddziały  w  sile  pięćdziesięciu  ludzi.  Thoresen  miał

background image

całkowitą świadomość tego, że znajduje się w trudnej sytuacji. Istniało pewne prawdopodobieństwo,
rozważał podążając spokojnie za formacją strażników, że może się spóźnić.

Bet wytarła spocone ręce o plastykową osłonę karabinu.

-  Oddychaj  głęboko  -  powiedziała  uspokajająco  Ida.  Myśl  o  nich  dziesięć  na  raz.  -  Nagle
zorientowała się, co powiedziała, i zachichotała. - Z drugiej strony, czy myślisz, że biała flaga będzie
lepszym wyjściem? Teraz!

Bet  wcisnęła  spust  karabinu  na  maksimum.  Broń  wypluwała  z  siebie  pociski  zawierające  AM2
prosto w nadchodzącą masę strażników.

Wrzaski.  Chaos.  Odbezpieczyła  granat  i  potężnym  wymachem  ramienia  wyrzucała  go  w  dół
korytarza, a potem, gdy zagrzmiała broń, przeczołgała się pod osłonę.

Bet wyrzuciła pusty magazynek ze swojego karabinu i włożyła nowy na miejsce. Zdziwiła się, że nie
jest tak przerażona jak wtedy, gdy patrzyła na nadchodzących strażników.

- Ida!

- Gadaj - stwierdziła otyła kobieta, nie zdejmując wzroku z korytarza. Nacisnęła spust.

-  Gdybym  nadal  była  Buntownikiem  -  zauważyła  Bet  powiedziałabym;  że  nadszedł  czas  zabierać
tyłek.

-  Ale  nie  jesteś.  Należysz  do  potężnej  Sekcji  Modliszki.  A  więc  zrobimy  rzecz  następującą:
zabieramy stąd tyłek!

Ida  przetoczyła  się  przez  drzwi,  palec  nadal  trzymając  na  spuście,  a  potem  przez  wejście  do
pracowni.  Bet  prześlizgnęła  się  za  nią.  Obie  kobiety  odwróciły  się,  strzeliły  w  głąb  korytarza,  a
potem pobiegły w stronę głównego laboratorium.

Alex cichutko śpiewał pod nosem piosenkę ze swoich rodzinnych stron, odwijając drut zapasowego
obwodu detonacyjnego w kierunku głównej hali laboratorium.

background image

Ścisnął drut i włożył do zapalnika. Przejrzał w myślach obwód, spojrzał na Stena. Sten pokazał mu
uniesiony w górę kciuk i Alex zamknął detonator.

- Zrobiliśmy to, co było możliwe w tych warunkach. Jeszcze godzinka i będzie tu trochę za głośno na
drzemkę.

Wtedy Ida i Bet wpadły do pokoju. Ida przyklęknęła przy wejściu i puściła serię w korytarz.

-  Patrol!  -  krzyknęła  Bet.  Przez  drzwi  wpadł  deszcz  odłamków  i  członkowie  drużyny  przypadli  do
podłogi, szukając schronienia. Ida opróżniła magazynek i popełzła w stronę statku.

Drużyna  uformowała  półkole  tuż  obok  frachtowca.  Sten  cofnął  się  za  wielką  maszynę  unikając
bezpośredniego ognia ze strony wpadających do laboratorium ludzi Thoresena.

- Czy możesz zatrzymać ładunki?! - wrzasnął.

Alex ściął kilku strażników i odpowiedział spokojnie, nie odwracając głowy:

- Obawiam się, że okazałem się trochę za sprytny w tym przypadku. W każdym z nich zamontowałem
urządzenie uniemożliwiające rozbrojenie.

- Ile czasu?

- Chyba... - Alex sprawdził swój zegarek - wystarczy.

Myśliwce, krążące przed transportowcami Gwardii, przebijały się pomiędzy dryfującymi satelitami
służby  bezpieczeństwa  Vulcana,  nie  wiedząc  o  tym,  że  w  wyniku  dokonanej  przez  Bet  masakry
pracowników Żłobka większość z nich nie była sterowana.

Statki  wojenne  sunęły  wprost  na  Vulcan.  Przez  poprzednie  miesiące  Thoresen  zdobył  parę
umiarkowanie zakazanych urządzeń antyrakietowych i zainstalował je w wieżyczkach usytuowanych
na  zewnętrznej  pokrywie  Vulcana.  Jednakże  zestawienie  nagłego  ataku  Gwardii  i  kiepskiego
wyszkolenia  załóg  owych  urządzeń  sprawiło,  że  tylko  kilka  z  nich  weszło  do  akcji,  zanim  rakiety
wystrzelone ze statków wojennych zmiotły ich stanowiska.

background image

Oczywiście  nie  używano  normalnych  środków  transportu  do  przewozu  wojska.  Pracowicie
zmodyfikowano  konwencjonalne  frachtowce  zmieniając  dzioby  tak,  że  przypominały  szczęki  do
załadunku  i  wyładunku.  Czujniki  odległości  zabrzęczały,  rakiety  hamujące  zmniejszyły  prędkość
transportowców do kilku kilometrów na godzinę, a potem jeszcze zwolniły. Zacumowali.

Dzioby otworzyły się i ubrani w kombinezony gwardziści wysypali się na zewnątrz. Opór był mały.
Żaden ze strażników w środku nie zorientował się na tyle szybko, co się dzieje, aby zdążyć założyć
kombinezon.

Gwardia  miękko  wślizgnęła  się  w  korytarze,  formując  małe,  samodzielne  oddziały  szturmowe,  i
ruszyła do przodu. Za nimi podążały masery.

Opór,  w  porównaniu  do  tego,  jaki  zwykle  napotykała  Gwardia,  nie  stanowił  żadnego  problemu.
Strażnicy  mogli  myśleć  o  sobie,  że  są  elitą  zabijaków,  ale,  jak  to  sami  prędko  odkryli,  istniała
zasadnicza  różnica  pomiędzy  młóceniem  bezbronnych  robotników  czy  kiepsko  wyposażonych
bojowników ruchu oporu a walką z wyszkolonymi i doświadczonymi żołnierzami.

Najemnicy  to  kiepscy  bohaterowie,  zdecydował  Thoresen,  patrząc  na  to,  jak  oficer  strażników
podrywa  swój  oddział  do  przodu.  Około  połowa  z  nich  skuliła  się  jeszcze  bardziej  za
zaimprowizowaną  barykadą,  jaką  Thoresen  kazał  zbudować  w  samym  wejściu  do  laboratorium.
Druga połowa w końcu stanęła na nogach i ruszyła naprzód.

Źołnierze Modliszki otworzyli ogień przez pokój. Najszybciej poruszający się strażnik pokonał trzy
metry, zanim jego nogi eksplodowały, i padł na ciała poprzednio szturmujących.

Jakaś część umysłu Thoresena wzdrygnęła się przy bilansie. Mieli pięciu ludzi - Baron nie widział
Fricka  i  Fracka  ukrytych  wysoko  nad  nim  na  wsporniku  -  my  zaatakowaliśmy  niemal
siedemdziesięcioma. Oni nie zostali nawet ranni, a my straciliśmy trzydziestu strażników.

Zabuczał  komunikator  przy  jego  pasku.  Podniósł  go.  Słuchał,  a  potem  z  wściekłością  wyłączył
głośnik. Powoli stawał się coraz bledszy, w miarę jak opadał go gniew. Głównie na siebie samego.
Przypuszczał,  że  Imperator  nie  wkroczy  bez  jakiegoś  pretekstu,  ale  spanikowany  Tech  z  centrum
komunikacji powiadomił go, że gwardziści są już w środku. Została wzięta więcej niż trzecia część
Vulcana, wliczając w to obszary ogarnięte powstaniem. Thoresen przeczołgał się do oficera patrolu.

-  Potrzebujemy  więcej  ludzi  -  powiedział.  -  Wezwę  ich  z  biura  bezpieczeństwa.  -  Ściana  nad  jego
głową eksplodowała, gdy wyczołgiwał się z laboratorium na korytarz.

background image

Wstał  i  pobiegł  w  głąb  korytarza  aż  do  końca.  Zatrzymał  się  i  wyjął  małe,  czerwone  pudełko
sterownika z kieszeni, dotknął zamka czułego na odcisk palca i otworzył pokrywkę. Wcisnął .15 na
ekranie  i  zamknął  obwód,  potem  zmusił  się  do  spokoju  i  odszedł  od  laboratorium  Projektu  Bravo.
Czekał na niego samochód. Powiedział:

- Do Oka - i wsiadł.

Za  nim,  pod  podłogą  kabiny  kontrolnej  głównego  laboratorium  zegar  rozpoczął  odliczanie  czasu
pozostałego  do  uruchomienia  należącego  do  Thoresena  Urządzenia  Sądnego  Dnia  pojedynczej
megatonowej głowicy atomowej, która miała zmieść całe laboratorium Projektu i dać Thoresenowi
jego jedyną szansę pozostania przy życiu.

Ida ostrzelała strażników za barykadą i przypadła do ziemi.

- Alex,  czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  jeżeli  zostaniemy  przygwożdżeni  tutaj,  a  twoje  ładunki
wybuchną, to ja już nigdy nie zaproszę cię na drinka?

Alex nie zwrócił na to uwagi. Utkwił wzrok w jednym z instrumentów z wyposażenia sapera.

- Sten. Mamy nieco większy problem niż te ładunki, które ja nastawiłem. Odbieram sygnały, że jakieś
urządzenie nuklearne pracuje w pobliżu.

Sten mrugnął.

- Gdzie? I kto je nastawił?

-  Nie  mam  pojęcia.  Ale  lepiej  je  znaleźć.  Nazywam  się  Kilgour,  a  nie  Poziom  Zero.  -  Nastawił
detektor  na  ustalenie  kierunku  i  zamiótł  czujnikami  pokój.  -  A,  jak  wspaniale.  Nasza  bomba  jest
dokładnie  tu.  -  Machnął  ręką  przez  pięćdziesiąt  metrów  otwartej  przestrzeni  w  kierunku  centrali
kontroli. - To daje nam odrobinę do myślenia - powiedział. - Po pierwsze, jak zdołamy przejść przez
otwartą przestrzeń i przeżyć. A potem będę miał radochę usiłując to rozbroić i nie wiedząc, kiedy ma
wybuchnąć.

- Szybki ogień! - Sten użył starego jak świat okrzyku, drużyna otworzyła ogień celując w barykady.

background image

Alex złapał swój plecak i wstał. Pobiegł zygzakując. Dookoła niego rozpryskiwały się pociski.

- Tutaj!

Jorgensen wychylił się z ukrycia i strzelił do oficera, usiłującego trafić Alexa. Wystawił się tylko na
chwilę,  ale  tamten  puścił  serię.  Pociski  wybuchły  w  połowie  drogi  przez  laboratorium  i  odłamki
rozsypały się wszędzie dookoła.

Ramię  i  bark  Jorgensena  momentalnie  eksplodowały.  Członkowie  Zespołu  Modliszki  na  chwilę
wstrzymali  ogień,  ale  potem  wyszkolenie  zwyciężyło  i  kontynuowali  strzelanie.  Sten  widział,  jak
Alex odrywa szeroki na metr płat podłogi i wślizguje się pod pokład.

- Nasz kolega, prawie. Tak, on... - Frick i Frack zaatakowali spod kopuły. Frack uzbroiła jedną ze
swoich małych bomb i stuliła skrzydła.

Spadając  w  pionowym  nurkowaniu,  ona  i  Frick  nie  mieli  czasu  na  uniki.  Zginęli  natychmiast,  gdy
tylko  ich  małe  ciałka  uderzyły  w  oficera  strażników.  Potem  nadleciały  bomby.  Oficer  stał  się  kulą
ognia, a odłamki poraziły oddział skulony obok niego.

Sten  zobaczył,  jak  Doc  czołga  się  ze  swojej  kryjówki  do  ciała  Jorgensena  i  przesuwa  w  kierunku
karabinu,  należącego  do  zmarłego.  Doc  niespodziewanie  obrócił  broń  ku  barykadzie  i  zachwiał  się
pod miażdżącym - dla niego - ciężarem. Jedną ręką przycisnął spust i przytrzymał, aż do opróżnienia
magazynka. Szok. Doc naprawdę nie...

Sten  przeniósł  wzrok  na  barykadę  i  zmiótł  ramię  strażnika,  który  wystawił  się  na  chwilę.  Gdy
mężczyzna podniósł się wrzeszcząc, Bet dokończyła sprawę.

Alex  klęczał  obok  urządzenia  nuklearnego  pod  płytami  podłogowymi.  Mogę  mieć  tylko  nadzieję,
pomyślał, że amatorzy, którzy to zbudowali, mieli trochę szacunku dla lepszych i zrobili coś, żeby to
można było rozbroić. Mógłbym zbudować lepszą bombę A przy straszliwym kacu i bólu zębów.

Bomba  miała  idiotycznie  prostą  konstrukcję.  Metalowa  piłka  pokryta  czymś,  co  przypominało
wymodelowaną glinę. Z jej powierzchni wystawały małe, kierunkowe ładunki wybuchowe połączone
z odbiornikiem radiowym i czymś, co, jak Alex przypuszczał, było zapalnikiem czasowym.

Zaczął  odczepiać  druty,  ale  zatrzymał  się.  Natknął  się  na  jakieś  dodatkowe  przewody,  których

background image

przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. To pułapki, zdecydował.

Cieniutko,  pomyślał,  będzie  ciężko.  I  zaczął  delikatnie,  po  kolei  wyjmować  ładunki  wybuchowe  z
gniazd.  Zastanawiam  się,  jak  wiele  z  nich  zdołam  wyjąć,  zanim  to  maleństwo  wybuchnie?  Znowu
wytarł pot.

Kierowca pchnął otwarty wóz; on i Thoresen schowali się za jego pokrywami. Wóz pomknął w głąb
korytarza i bojownicy ruchu oporu Migów musieli się cofnąć. Okręcili się i tych kilku, którzy mieli
broń, otworzyło ogień.

O wiele za późno, bo tymczasem wóz skręcił za rogiem korytarza i zniknął z pola widzenia.

Thoresen spojrzał. Tuż przed nim było wejście do Oka. Westchnął z ulgą - nadal pilnował go oddział
strażników.

- Mam to! Mam to!

Sten kątem oka zobaczył, jak okrągła postać Alexa wytacza się spod podłogi i posuwa się skokami
poprzez otwartą przestrzeń. Zanurkował i przeleciał jednym susem ostatnie pięć metrów dzielących
go od schronienia.

- Ta mała bestia nie sprawi nam więcej kłopotu - powiedział.

- No to został jeszcze jeden problem.

- No właśnie - zgodził się Alex. - Zobaczmy, jak możemy uratować nasze tyłki, zanim wylecimy w
powietrze na własnych ładunkach.

Co najmniej piętnastu strażników kryło się w osłupieniu za barykadą.

- Nie wydaje mi się - powiedziała Ida - żeby byli zainteresowani czasowym zawieszeniem broni.

-  Potwierdzam  -  dodał  Doc  ponuro.  -  Przewidywania:  ponieśli  duże  straty,  a  więc  mogą
przypuszczać,  że  blefujemy.  Wystrzelił  jeszcze  kilka  serii  z  karabinu,  który  Sten  przydźwigał  dla
niego na stanowisko. - Kilgour. Zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszystko twoja wina. Teraz nigdy

background image

już nie podejmę swojej własnej praktyki.

- A to jest plus tej sytuacji, którego do tej pory nie brałem pod uwagę - stwierdził Alex. - I tak za
dużo tu krwi dookoła. Bet pokiwała głową z niedowierzaniem.

-  Ida  -  powiedział  nagle  Sten.  -  Chodź  ze  mną.  Alex,  spróbujemy  zrobić  superblef.  Osłaniaj  nas,
dobra?

Ida zerwała się na nogi i oboje zgięli się wpół, wybiegając w kierunku śluzy statku. Zaskoczeni Alex,
Bet i Doc otworzyli osłaniający ogień.

Sten  wypuścił  flarę  w  okno  mostka  frachtowca  i  wsunął  przenośny  komunikator  do  swojego
kombinezonu.

- Myślisz, że w to uwierzą?

Ida bezradnie rozłożyła ręce.

- My nie wierzymy w pieśni śmierci. A więc możemy próbować.

Sten  sprawdził  czas  na  swoim  zegarku.  Do  wybuchu  ładunków Alexa  pozostało  zaledwie  dziesięć
minut. Oboje pospieszyli do śluzy i zaczęli strzelać do strażników. Alex, chwilowo niedostrzegalny,
przesuwał się z boku zaimprowizowanego fortu Sekcji Modliszki w kierunku flanki patrolu.

Strażnik  czekał.  Wcześniej  czy  później  któreś  z  nich  musi  się  pokazać.  Wcześniej  czy  Później...
podskoczył, gdy huknęło coś, co wyglądało jak eksplozja flary na mostku frachtowca. Jakiś chybiony
strzał,  pomyślał.  Potem  zewnętrzne  głośniki  statku  wysunęły  się  ze  swoich  gniazd  i  zatrzeszczały,
budząc się do życia. Zabuczały syreny przechodząc od dźwięków wysokich do niskich i metaliczny
głos oznajmił:

- Dwie minuty do odpalenia, dwie minuty do odpalenia. Wszystkie jednostki: opróżnić pole startowe.
Powtarzam, wszystkie jednostki: opróżnić pole...

Po raz pierwszy strażnik zorientował się, że dysze wylotowe frachtowca znajdują się tuż na wprost
jego stanowiska. Nie miał pojęcia, co robić.

background image

- Musiało trafić w komputer - zamruczał mężczyzna obok niego.

- Co się stanie, jeśli odpali? - zdołał wykrztusić strażnik. - Usmażymy się.

Sten zakaszlał, potem dotknął przycisku na przenośnym komunikatorze. Ida połączyła go bezpośrednio
z systemem radiowym statku. Usiłował mówić jak komputer, o ile było to możliwe.

-  Jeszcze  trzydzieści  sekund,  jeszcze  trzydzieści  sekund.  Przeciążenie.  Jeszcze  trzydzieści  sekund
sprawnego działania komputera. Wszystkie jednostki, trzydzieści sekund poprawnej transmisji. Czas
do odpalenia: piętnaście sekund...

Bliscy paniki strażnicy nie widzieli Alexa przekradającego się przez osłony. A nawet gdyby zwrócili
uwagę  na  niego,  to  zakładając  normalną  ludzką  reakcję  nie  mieliby  czasu  na  powstrzymanie  ataku
tego żołnierza pochodzącego ze świata o dużej sile ciążenia.

Po  przejściu  barykady  Alex  zanurkował.  Pierwszy,  strażnik,  na  którego  się  natknął,  zmarł  z
roztrzaskaną  czaszką,  Alex  pozwolił,  aby  ciało  zamortyzowało  go  podczas  skoku  z  nogami
wyrzuconymi do przodu, kiedy zwalił z nóg dwóch innych ludzi trafiając w ich brzuchy.

Stanął na nogach, jedną ręką obracając dałem drugiego z mężczyzn jak tarczą.

Sten  i  Ida  wstali,  strzelając  z  ręki.  Sten  patrzył,  jak  Alex  miażdży  głowę  następnego  strażnika,  a
potem znika.

Dwoje  żołnierzy  Modliszki  podbiegło  do  barykady.  Wrzaski.  Potem  fisza  i  dwóch  strażników
załamało  się  i  uciekło  do  wyjścia.  Alei  wskoczył  na  szczyt  barykady,  wyrwał  z  niej  trzymetrową
stalową belkę i posługiwał się nią jak włócznią.

Trafiła w dwóch następnych mężczyzn, łamiąc ich kręgosłupy. Doc i Bet przedzierali się przez pokój.

- Sugeruję - zdołał powiedzieć misiek, mijając ich - żebyśmy oszczędzili sobie zwykłych, kretyńskich
ludzkich gratulacji. Mamy cztery minuty.

Czwórka  żołnierzy  Modliszki  i  Bet  ruszyła  sprintem  w  głąb  korytarza.  Podczas  tego  biegu  Sten

background image

walnął w przyciski zamykania drzwi awaryjnych. Miał nadzieję, że to wystarczy.

Ładunki wybuchły dokładnie wtedy, kiedy miały wybuchnąć zgodnie ze słowami Alexa. Sten, Bet i
Alex patrzyli na laboratorium przez okno w głównym korytarzu. Ida trzymała Dora. Światła mrugnęły,
a  potem  jeszcze  raz,  i  jeszcze.  Poczuli  niski  grzmot  przechodzący  przez  płyty  pod  ich  nogami.  A
potem  Projekt  Bravo  wylegał  w  przestrzeń.  Ustawione  ładunki  wybuchały  w  górę  i  w  dół,
rozrywając podłogi i pomieszczenia laboratorium, jakby to była patroszona ryba.

Sten  pomyślał  nagle,  że  tak  musiała  wyglądać  Dzielnica.  Grzmot  potężniał  i  zabuczały  dzwonki
alarmowe.  Z  dna  laboratorium  posypały  się  gruzy  prosto  w  przestrzeń.  Ale  główna  sekcja  i
pomieszczenia Techów pozostały nietknięte.

Ida i Doc popatrzyli na Alexa.

-  Jestem  nieco  niezadowolony  -  powiedział,  niezupełnie  zgodnie  z  prawdą.  -  Nie  liczyłem  na  ten
drugi wybuch. Nie mogę się tym chwalić z całkowicie czystym sumieniem.

I wtedy Bet zorientowała się, że Stena nie ma.

background image

Rozdział 37

Stało  się.  Wszystkie  ślady  Projektu  Bravo  zostały  wyeliminowane  w  wyniku  eksplozji.  Thoresen
poczuł się po raz pierwszy od wielu godzin bezpiecznie.

Nalał  sobie  drinka  dla  uczczenia  tego.  To  dziwne,  pomyślał.  Jego  marzenia  legły  w  gruzach,  a  on
nadal  czuł  się  dumny.  Mimo  wszystko  zwyciężył  Imperatora.  I  nie  musiał  już  nic  więcej  robić,
pozostało  mu  tylko  czekać,  aż  oficerowie  Gwardii  zapukają  do  jego  drzwi,  podziękować  im  za
przybycie na ratunek i oddać się w ich ręce.

I co Imperator może mu zrobić? Postawić przed sądem? A za co? Nie było żadnych dowodów. Poza
tym,  myślał  Thoresen,  Imperator  nie  zechce  przyznać  publicznie,  że  może  istnieć  jakaś  alternatywa
dla jego monopolu na AM2.

Zapewne  Baron  będzie  musiał  pogodzić  się  z  jakąś  pomniejszą  pozycją  w  zarządzie  Kompanii.
Wzruszył ramionami. Może i zabierze to kilka lat, ale dostanie się znowu na szczyt. I wtedy zobaczą.
Oni wszyscy zobaczą.

Nagle  Thoresen  zorientował  się,  że  jest  całkiem  szalony.  Zaśmiał  się.  Cóż  to  za  dziwaczna  rzecz,
móc  powiedzieć  o  sobie  coś  takiego.  Tak,  jakby  się  było  jakąś  inną  osobą  gdzieś  na  zewnątrz,
patrzącą  na  samego  siebie,  notującą  myśli  i  czyny.  I  analizującą  je  jak  jakiś  Tech  bakterie.  Coś
wypełzło z głębi jego umysłu. Czy Sten naprawdę zginął? Ta eksplozja? Nie była dokładnie taka, jak
oczekiwał.  Jakaś  inna.  Thoresen  stwierdził,  że  chciałby,  żeby  Sten  przeżył.  Zakrzywił  palce,
wyobrażając sobie, że zaciska je na miękkim gardle Miga. Sten, pomyślał. Sten. Chodź do mnie.

Rozległ się za nim jakiś dźwięk. Thoresen uśmiechnął się do siebie i odwrócił.

Sten stał w odległości kilku metrów i podchodził cicho. W jego dłoni błyszczał nóż.

- Dziękuję ci - powiedział Thoresen - że przybyłeś na wezwanie.

Sten zawahał się. Zdziwiony.

- Znasz mnie?

background image

- Tak. Gruntownie. Zabiłem twoją rodzinę.

Sten ruszył ku niemu, dłonią uzbrojoną w nóż celując w gardło. Thoresen uchylił się, potykając lekko,
gdy  nóż  dotknął  ramienia  zostawiając  krwawy  ślad.  Kopnął  z  boku  i  poczuł  dreszcz  przyjemności
słysząc głuchy trzask łamanego nadgarstka Stena. Nóż uleciał z ręki i znikł w trawie.

Sten  zignorował  ból,  obrócił  się,  aby  uniknąć  ciosu,  i  uderzył  zdrową  ręką.  Podrapał  twarz
Thoresena.  A  Baron  cofał  się.  Sten  przysiadł,  przewidując  atak.  I  zorientował  się  szybko,  że
Thoresenowi  nie  chodzi  o  niego.  Tuż  za  plecami  Stena,  w  odległości  kilku  metrów  była  kolekcja
broni. Baron zmierzał właśnie tam.

Sten  podbiegł  szybko  do  ściany,  zacisnął  dłonie  na  antycznej  strzelbie,  podczas  gdy  Thoresen
dosięgnął  tego,  co  wybrał,  i  otworzył  ogień.  Chłopak  zanurkował  przy  ziemi,  trzymając  strzelbę  w
górze.  Wypalił.  Poask  trafił  w  oświetlenie  kopuły  nad  ich  głowami.  Ciemność.  Przetaczał  się  z
miejsca na miejsce unikając naboi z AM2 przecinających ciemność, szukających go.

Przeczołgał  się  za  drzewo.  Dookoła  niego  eksplodowały  kawałki  ziemi  i  drewna.  A  potem  cisza.
Sten nasłuchiwał. Dochodziły ciche odgłosy poruszeń przeciwnika w ciemnościach. Pomyślał, że już
podchodzi do niego. Przygotował się na skok. Trzask. Długi zgrzyt. I Thoresen otworzył klatki.

Zza  krat  wybiegły  dwa  tygrysy.  Dwie  wielkie,  zmutowane  szare  bestie  z  Bengalu.  Warczały  cicho.
Wymachiwały  ogonami.  Baron  nacisnął  guzik  kontrolny.  Coś  je  ukłuło  w  obrożach,  obróciły  się  i
oddaliły.

Sten przeciskał się przez krzaki. Gdzie jest Thoresen? Dlaczego nie nadchodzi? Szelest obok niego.
Miękkie  stąpanie.  Sten  obrócił  się,  gdy  tygrys  zaatakował.  Odbił  się.  Potem  wielki  skok,  prosto  na
niego.

Cofnął się, złączył stopy i wyprostował przed sobą wkładając w to całą swoją siłę. Trafił i tygrys
przeleciał  ponad  nim.  Wylądował  wijąc  się.  Usiłował  wstać,  potem  upadł.  Martwy,  jego  szyję
zdruzgotał kopniak Stena.

Sten  wstał,  usiłując  zapomnieć  o  bólu  w  bezużytecznym  nadgarstku.  Mdłości  podchodziły  mu  do
gardła. Teraz. Tutaj! Dźwięk. Thoresen, pomyślał.

background image

Światła kopuły zapaliły się na nowo. Sten zamarł na chwilę, oślepiony blaskiem. Potem zanurkował
w poszukiwaniu schronienia, gdy rozpoczął się znowu ogień z karabinu. Skrył się za jakimś drzewem.
Ile strzałów? Nie słyszał, aby Thoresen załadowywał broń na nowo. Musi mieć już mało amunicji.
Sten rozejrzał się dziko dookoła, szukając jakiejś broni.

Obok stał tygrys, wymachując ogonem. Przygotowywał się do skoku. Potem warknął, aby zatrzymać
go na miejscu. Sten zmusił się do śmiechu, dzikiego, niemal histerycznego chichotu.

- Mam już drugiego, Thoresen! - wrzasnął.

Baron  otworzył  ogień.  Trafił  w  tygrysa  w  chwili,  gdy  ten  skakał  na  Stena.  Zwierzę  obróciło  się  w
locie  i  martwe  zwaliło  na  ziemię.  Thoresen  nadal  strzelał.  I  nagle  rozległ  się  suchy  trzask
opróżnionego magazynka. Wtedy zza krzaków zaatakował Sten.

Thoresen  dostrzegł  go,  szukał  desperacko  drugiego  magazynka.  Nic.  Ruszył  szybko  do  tyłu  -  złapał
pierwszą broń, na jaką natrafił. Ostrze szabli zabłysło, gdy zrywał ją ze ściany i uderzał.

Sten  przypadł  z  bólu  do  ziemi,  gdy  czubek  ostrza  trafił  go  pomiędzy  żebra.  Uchylił  się  przed
następnym ciosem, szukając jakiejś broni. Jakiejkolwiek. Znalazł.

Rapier  zabłysnął,  gdy  Thoresen  uderzył  znowu.  Głośny  brzęk,  kiedy  zetknęły  się  ostrza.  Sten
przesunął lekko nadgarstek, niemal niedostrzegalnie, i szabla Thoresena ześlizgnęła się. Skoczył do
przodu, poczuł lekkie uderzenie w coś miękkiego. Thoresen! A potem rapier prawie wyleciał mu z
dłoni, gdy Baron sparował cios. Sten cofnął się.

Ujął mocniej rapier. Próbował podejść trzymając go we właściwy sposób. Potem pomyślał o nożu,
rozluźnił mięśnie. Thoresen zrobił krok do przodu, uśmiechał się i wymachiwał ostrzem szabli tam i z
powrotem.

Nic z tego, pomyślał Sten. Oręż Thoresena był zbyt mocny i wytrzymały. Jego rapier stanowił tylko
wysmukły kawałek zaostrzonej na końcu stali. Sprężystej stali. Sten nagle zorientował się, że to może
być zaleta. Sprężystość. Nieważne, jak mocno uderzy Thoresen, zawsze zdoła cofnąć swój rapier.

Thoresen uderzył. Ostrza spotkały się. Rapier jak wąż wił się dookoła szabli, używając jej siły do
odparcia  ciosu.  Sten  przesunął  się  do  przodu,  poczuł,  że  czubek  natrafił  na  opór  usłyszał  jęk
ranionego Thoresena.

background image

Sten  cofnął  się  na  chwilę  pod  naporem  ataku.  Pauza.  Baron  stał  przed  nim,  chwiejąc  się  lekko  i
brocząc krwią z kilku ran. Ale najwyraźniej nic poważniejszego mu się nie stało.

Ruszył  do  przodu,  uderzając  mocno.  Sten  usiłował  sparować,  ale  ostrze  rapiera  ześlizgnęło  się  i
poczuł, że szabla zagłębia się w jego ramieniu, a potem odsuwa się, poza zasięg jego broni.

Thoresen  był  już  pewien,  że  zwyciężył.  Sposób,  w  jaki  opadł  rapier  Stena,  upewnił  go,  że  jego
ostatni cios unieszkodliwił używaną do walki rękę.

Zaatakował,  uderzając  w  dół.  Nie  trafił,  gdy  Sten  sparował  cios,  ale  i  pozbawił  się  częściowo
osłony. Thoresen przygotował się do ostatniego pchnięcia.

Wrzasnął głośno, gdy czubek rapiera pogrążył się w jego łokciu. Szabla upadła i Thoresen sięgnął po
nią  w  desperacji,  zaciskając  palce  na  stali.  Odrzucił  broń  od  siebie,  czując,  że  dłoń  zmienia  się  w
siekany befsztyk.

Uderzył  kantem  zdrowej  dłoni,  celując  w  obojczyk  Stena.  Poczuł,  jak  kość  poddaje  się  i  uderzył
ponownie. Ale Sten zablokował uderzenie i cofnął się ze zwisającym ramieniem. Usiłował utrzymać
się na nogach.

Thoresen  wymierzył  następny  cios  i  Sten  poczuł  straszliwy  ból,  gdy  odparł  go  swoim  rannym
ramieniem. Uderzył ręką z całej siły, trzymając palce jak ostrze. Poczuł, że żebra Thoresena trzaskają
jak  suche  drewno.  Odsunął  się  szybko,  aby  uniknąć  kontrataku,  ale  potknął  się  i  przykląkł  na  jedno
kolano. Baron był już na nim, usiłując zacisnąć rękę na szyi Stena.

Sten uderzył z całej siły. Poniżej żeber. Kości znowu pękły. Dalej. I dalej. Miękka wilgotność.

Thoresen wrzasnął z bólu. Sten wyrwał mu serce z piersi.

Thoresen patrzył na Stena. A potem upadł.

Sten popatrzył z osłupieniem na bijące w jego pięści serce. Potem w dół, na ciało Barona. Obrócił
się, i rzucił drgający organ daleko w krzaki, gdzie leżały martwe tygrysy.

Niespodziewanie posłyszał krzyki, spojrzał w tę stronę. Spieszyły ku niemu jakieś mgliste sylwetki.

background image

Usiłował zrobić krok.

Bet złapała go, nim upadł. Złożyła nieprzytomnego na ziemi.

background image

Rozdział 38

Imperator miał kamienną twarz. Zimną. Mahoney stał przed nim, wyprężony na baczność.

- Wszystkie ślady AM2 zniszczone?

- Tak jest, sir!

- Vulcan ma już nowy rząd?

- Tak jest, sir!

- A Thoresen?

- Ummm, nie żyje, sir.

- Rozumiem. Myślałem, że rozkazałem brać go żywcem?

- Tak jest, sir!

- A więc dlaczego nie wykonano moich rozkazów?

- Bez uzasadnienia, sir.

- Bez uzasadnienia? To wszystko, co możesz powiedzieć?

- Tak jest, sir.

Mahoney  stał  nad  Stenem,  który  usiłował  przyjąć  pozycję  "baczność"  najlepiej  jak  umiał.  Bardzo
trudne, jeśli się jest obandażowanym od stóp do głów.

background image

- Właśnie wróciłem od Imperatora.

Sten czekał.

-  Miał  kilka  słów  raczej  przykrego  komentarza.  Zwłaszcza,  żołnierzu,  o  małej  sprawie  złamania
rozkazu. Imperatorskiego rozkazu.

Sten  wyobraził  sobie,  co  zrobił,  westchnął  w  myślach  głęboko  i  przygotował  się  na  najgorsze.
Zapewne egzekucja.

- Masz coś do powiedzenia na swoją obronę, poruczniku?

Sten miał. Ale pomyślał, że nie warto. Po co tracić oddech? Był już skazanym człowiekiem...

- Czekam, poruczniku.

- Umm, przepraszam bardzo, sir - zaskrzeczał Sten. - Ale nazwał mnie pan właśnie porucznikiem.

Mahoney zaśmiał się, a potem usiadł na brzegu szpitalnego łóżka.

- Bezpośredni rozkaz samego Imperatora, stary. - Sięgnął do swojej tuniki i wyciągnął parę małych,
srebrnych pasków. I nóż Stena. Położył je na łóżku.

Sten był pewien, że albo śni, albo Mahoney oszalał. Albo i jedno, i drugie.

- Ale ja myślałem, że ja, to znaczy...

- Zupełnie przypadkiem udało ci się spełnić najgorętsze życzenie szefa - powiedział Mahoney.

- Chciał, żeby Thoresen zginął?

- Nie życzył mu najlepiej. No i to oszczędziło całej masy wyjaśnień.

background image

- Tak, ale ten awans - stwierdził Sten. - Raczej nie jestem typem oficera.

-  Nie  mogę  się  z  tym  nie  zgodzić.  Ale  Imperator  myśli  inaczej.  A  dobry  żołnierz  zawsze  słucha
swojego przełożonego. Czyż nie, poruczniku?

Sten uśmiechnął się.

- Prawie zawsze - powiedział. Mahoney wstał, aby odejść.

- A co z Bet?

- Jeżeli nie masz nic przeciwko - odrzekł Mahoney - to przyłączy się do Zespołu Modliszki.

Sten nie miał żadnych obiekcji.

Wieczny Imperator z namaszczeniem odkurzył butelkę, wyciągnął korek i nalał dwa rzetelne drinki.
Mahoney podniósł jeden. Popatrzył na niego podejrzliwie.

- To znowu szkocka, szefie? - chciał się dowiedzieć.

- Tak. Ale tym razem prawdziwa.

- Skąd?

- Nie powiem.

Mahoney upił łyk. Zakrztusił się.

- Co u...?

Wieczny  Imperator  rozpromienił  się.  Pociągnął  porządnie.  Obracał  płyn  w  ustach,  napawając  się
smakiem.

background image

- Taka, jak trzeba - powiedział. Napełnił znowu szklankę.

- Zrobiłeś wszystko jak należy? W sprawie Stena?

- Tak, jak pan powiedział, szefie.

Imperator pomyślał przez chwilę.

- Daj mi znać, jak on sobie radzi. Myślę, że trzeba mieć na niego oko.

- Jestem tego pewien, szefie. Całkowicie pewien.

Mahoney  zmusił  się  do  wypicia  drinka.  A  potem  wyciągnął  szklankę  po  następną  porcję.  W  tego
rodzaju pracy musi się mieć pewność, że szef jest szczęśliwy.

A Wieczny Imperator nienawidził pić w samotności.

background image

Table of Contents

Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16 .
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38


Document Outline