background image

 
 
 
 

 

Falling down 

 

 

 

by Malutenka86 

 

(beta: brak) 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

          

Rozdział 1 

 

Jestem Elizabeth Green i obecnie przebywam na imprezie, a raczej powinnam 

powiedzieć, że to impreza przebywa u mnie (jeżeli mnie rozumiecie to dobrze, bo 

czasami sama siebie 

nie rozumiem). Tak więc siedzę właśnie sama, bo gdzieś mi 

wcięło  mojego  chłopaka,  chyba  powinnam  go  poszukać,  ale  poczekam  z  tym 
chwilę i powiem wam małe co nieco o sobie.  

Moje imię i nazwisko już znacie, więc dodam, że niedługo skończę siedemnaście 

lat  i  po wakacjach, czyli za dwa dni 

pójdę  do  przedostatniej  klasy  liceum.  Ok., 

przejdźmy  do  wyglądu.  Więc…  jestem  niską,  szczupłą  brunetką  o  niebieskich 
oczach  i  to  by  było  na  tyle.  Mój  charakter  mówi  wiele  do  życzenia,  ponieważ 
odstraszam  ludzi  pyskatym  językiem  i  wybuchami  agresji.  Bardzo  łatwo  mnie 
wkurzyć, bo szybko tracę cierpliwość – to moja trzecia wada, zalet… no cóż: nie 

mam. 

Przeprowadziłam  się  do  Forks  pół  roku  temu  i  zyskałam  paru  znajomych 

chłopaka, którzy o dziwo jeszcze ze mną wytrzymują. Powodem przeprowadzki 

był mój ojciec, a raczej były ojciec. Stracił wszystkie swoje prawa do mnie, gdy 
moja matka się z nim rozwiodła. On jest kryminalistą i mordercą. Jak tylko trafił do 
paki za zabójstwo matka od razu złożyła papiery rozwodowe. To było cztery lata 
temu,  a  rozwód  trwał  rok.  Ojciec  nie  chciał  rozwodu,  ale  na  szczęście  w  końcu 
wygrałyśmy  wolność  i  zakaz  zbliżania  się  do  nas.  Właśnie  pół  roku  temu 
dowiedziałyśmy  się,  że  niedługo  wychodzi  i  postanowiłyśmy  uciec.  Moja  matka 
też nie należy do osób świecących przykładem, bo jest alkoholiczką. Wysłałam ją 
na odwyk na okres wakacji, a sama poszłam na ten czas do pracy abyśmy miały, 

z czego 

żyć. 

Teraz w wielkim skrócie opowiem wam o moich znajomych. Są to: Angela – jest 
cichą i spokojną dziewczyną, tak samo jak Ben – chłopak, który się w niej buja, ale 
jest  zbyt  nieśmiały  żeby  jej  to  powiedzieć,  następnie  jest  Lauren  –  suka jakich 

background image

 

mało,  ale  niestety  muszę  ją  znosić,  teraz  Jessika  –  plotkara, wie wszystko 

o wszystkich, na koniec zostali Mike i Erik – podry

wacze. Mój chłopak ma na imię 

Peter i jest spoko. Nie jest jakoś szczególnie super czarujący, ale jak dla mnie może 
być. Czasami zachowuje się bardzo dziecinnie, jak na przykład w sprawie seksu. 

No, bo

, gdy tylko go posmakował nie może przestać. Byliśmy swoimi pierwszymi 

teraz zachowuje się jak wiecznie narajany pies, co mnie denerwuje, bo uważam, 

że świat nie kręci się tylko wokół tego. Mówiąc o nim, to idę go poszukać. 

Przeszłam  przez  grupę  ludzi  bawiących  się  w  salonie,  dokładnie  się  rozglądając 

i nie 

znalazłam go. Poszłam do kuchni – nie ma. No, to teraz zaczęłam się wkurzać, 

bo  były  trzy  opcje:  pierwsza  –  wyszedł;  druga  –  rzyga  w  łazience;  trzecia  –  śpi 

moim  łóżku  kompletnie  najebany.  Nie  muszę  chyba  mówić,  że  żadna  z  tych 

opcji mi nie odpowiadała. Tak więc poczłapałam na piętro, a następnie w stronę 
łazienki i tam też go nie znalazłam. Została mi sypialnia. 

Niech mi tylko pościel zarzyga. 

Otworzyłam drzwi i co zobaczyłam? 

Zobaczyłam mojego pół nagiego chłopaka mizdrzącego się z jakąś blondynką a la 
lalka Barbie. Tego to już było za wiele. Zaczęłam do nich podchodzić, nie zważając 
czy robię przy tym jakiś hałas, ale oni byli tak zajęci sobą, że nawet nie usłyszeli, 
że ktoś wszedł. Jakie było ich zdziwienie, gdy złapałam Petera za włosy i zaczęłam 

odci

ągać od tej dziwki. 

– 

Co tu się dzieje do jasnej cholery? – Krzyknęłam. 

– Lisa? – 

Spytał głupio Peter. 

– 

Nie  kurwa!  Królewna  Śnieżka  –  wycedziłam  przez  zaciśnięte  zęby,  dalej 

próbując ściągnąć jego cielsko z łóżka. 

– 

Ja… to… to nie tak jak myślisz – zaczął się jąkać. Dureń i on myśli, że ja w to 

uwierzę. Frajer. 

background image

 

– 

A  co  mam  myśleć,  że  czekałeś  tu  na  mnie,  aby  zabawić  się  w  trójkącik?  – 

Zapytałam.  –  Nie  jestem  taka  głupia.  Ubieraj  się  zanim  nie  straciłam  do  końca 
cierpliwości, bo gdy ona się skończy to skopię dupę tobie i tej suce. 

– 

Jak mnie nazwałaś? – Pisnęła blondyna. W ogóle o niej zapomniałam. 

– 

Suką, a co mam przeliterować? Proszę bardzo S-U-K-A. 

– 

To ty jesteś suką. Nie przerywa się ludziom w takich momentach – krzyknęła. 

– 

Że  niby  w  jakich?  –  Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam.  –  Jesteś  w  MOJEJ 

sypialni, w MOIM łóżku, z MOIM chłopakiem, więc kto tu do kurwy nędzy ma 
prawo mieć pretensję, co? 

–  To twoja dziewczyna?  – 

Spytała  Petera,  który  już  miał  odpowiedzieć,  ale  mu 

przerwałam: 

– 

Teraz to już była dziewczyna, więc możesz się z nim pieprzyć, ale nie w moim 

domu. Wypierdalać – powiedziałam i wskazałam drzwi. 

Dziewczyna zaczęła się ubierać, ale do Petera chyba nie dotarło. 

– 

Lisa, daj mi wyjaśnić – błagał. 

– 

Nie ma czego wyjaśniać. Spierdalaj i to już! – Zaczęłam ich wypychać z pokoju, 

następnie przez frontowe drzwi. 

Spojrzałam w stronę gości, którzy patrzyli na mnie jak na wariatkę. 

– 

Koniec przedstawienia, więc albo bawicie się dalej albo dobranoc wszystkim – 

zwróciłam się do nich i poszłam do swojego pokoju. 

Zaczęłam zmieniać pościel, gdy ktoś zapukał do drzwi. 

– 

Proszę – krzyknęłam. 

–  Hej Lisa.  – 

Angela  nieśmiało  weszła  do  pokoju  razem  z  Jessiką.  –  Chcesz 

pogadać? 

background image

 

–  A niby o czym?  – 

Rzuciłam,  lecz  po  chwili  się  opanowałam.  Co  jak  co,  ale 

Angela niczego 

mi  nie  zrobiła,  nie  powinnam  się  tak  do  niej  odzywać.  –  Sorki. 

Jestem jeszcze trochę wzburzona. Siadajcie. 

– 

No więc, co się stało? – Spytała. 

– 

Nakryłam Petera jak obmacywał się z jakąś dziwką w moim łóżku – zaczęłam 

szlochać.  Było  tego  za  wiele,  nawet  jak  dla  mnie.  Angela  objęła  mnie  tylko 
ramieniem i powiedziała: 

– 

Drań. Nie martw się, wszystko się ułoży. 

– 

Wiem, tylko… kurczę sama nie wiem. 

– 

Cii… Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć. Prawda Jess? – Angela spojrzała 

na nią. 

– Jasne. – 

Uśmiechnęła się.  

– 

Dzięki dziewczyny. – Przytuliłam obie. 

– 

Proponuję zmienić temat – pisnęła podniecona Jessika. – Za dwa dni – spojrzała 

na zegarek – przepraszam, jutro 

poznamy rodzinę Cullenów. 

– Chyba ich dzieci – 

sprostowałam. 

– 

Nieważne.  –  Machnęła  ręką.  –  Przeprowadzili  się  tu  miesiąc  temu,  a  ja  ich 

jeszcze nie widziałam! – Naburmuszyła się, na co ja i Angela zachichotałyśmy. – 
Ale, słyszałam od Annie, która słyszała od Katy, która ich podobno widziała, że są 

po prostu boscy.  –  R

ozmarzyła  się.  Ocknęła  się  po  chwili  i  dodała:  –  Chcecie 

poznać jakieś szczegóły o nich? 

Wywróciłam oczami. 

– 

Nie, dzięki. Ja idę spać. Pochwalisz się w poniedziałek. 

Jessika  zrobiła  minę  zbitego  psa,  ale  zgodziła  się  na  ten  układ.  Pożegnałam  się 

nimi i wyprosiłam gości. Była już trzecia nad ranem, a ja musiałam się wyspać 

wysprzątać cały dom przed poniedziałkiem.  

background image

 

Całą  niedzielę  myłam,  szorowałam,  zbierałam  śmieci  itp.,  aż  w  końcu  dom  lśnił 
czystością  i  pachniał  przyzwoicie.  Wieczorem  po  kolacji  i  długiej  kąpieli 
położyłam się do łóżka, przygotowując się psychicznie na spotkanie ze słynnymi 

Cullenami i Peterem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

          

Rozdział 2 

 

Czy macie czasami takie dni, gdy po prostu wiecie, że akurat ten dzień nie będzie 
należał  do  najlepszych?  Ja  właśnie  tak  miałam  jak  tylko  otworzyłam  oczy  w 
poniedziałek. Dopadło mnie uczucie, że powinnam zostać w domu i nie wychodzić. 
Już miałam tak zrobić, ale postanowiłam, że nie będę opuszczać pierwszego dnia 
szkoły  i  uciekać  jak  tchórz  od  wszystkich  kłopotów.  Prędzej  czy  później  będę 
musiała  stawić  im  czoła.  Zwlekłam  się  z  łóżka  i  zrobiłam  wszystkie  poranne 
rytuały. Dziś ubrałam się inaczej niż zwykle, czyli w spódnicę za kolano, bluzkę z 
krótkim rękawem, jeansową kurtkę i balerinki. Zawsze mój ubiór stanowią jeansy, 

bluza z kapturem i 

adidasy,  ale  oto  nadszedł  dzień,  aby  odebrać  moją  matkę  z 

kliniki, więc trzeba jakoś poważniej wyglądać. Oczywiście bez przesady, dlatego 
też nie nałożyłam makijażu i nie ułożyłam włosów. Nigdy tego nie robię, po prostu 
stawiam na naturalność. Uważam, że jeżeli mam się komuś spodobać, to chcę, aby 
od razu zobaczył, jaka jestem naprawdę. Znam dziewczyny, które malują się cały 
czas, a gdy przyjdzie im spać z chłopakiem to nawet nie zmywają makijażu, żeby 
ich adorator się nie wystraszył, gdy otworzy oczy. I serio tak jest. Słyszałam kilka 
przypadków, że parę chłopaków uciekło z krzykiem, gdy zastali swoje dziewczyny 
bez makijażu i w rozciągniętym dresie. Po tym można wywnioskować, jacy ludzie 
są płytcy. Rozumiem,że wygląd się liczy (dla mnie też), ale charakter też powinien 
mieć  znaczenie.  Spotkałam  w  swoim  życiu  sporo  przystojniaków  i  co  z  tego 
wyszło: 

-

„ Nie dotykaj moich włosów! Układałem je godzinę” 

-

„ Nie otworzę Ci tej puszki, bo połamię lub zarysuję paznokcie” 

-

„ Uważaj na koszulę! Była prasowana!” 

Oczyw

iście  nie  wszyscy  są  tacy.  Po  prostu  osoby,  które  tak  mówią  są  u  mnie 

przegrane na całej linii. Można się przejmować wyglądem, ale bez przesady. 
Tak więc spojrzałam jeszcze raz czy miałam wszystko spakowane i wsiadłam do 

swego wiekowego Golfa 3 w kolorze niebieskim. Uwielbiam ten kolor.  

background image

 

Zajechałam  pod  szkołę  dziesięć  minut  wcześniej  niż  zwykle  tylko  po  to,  aby 
uniknąć zbyt wczesnego spotkania z Peterem i nie stać w kolejce po plan zajęć. 
Wysiadłam z samochodu i rozglądnęłam się po parkingu, oprócz mnie przyjechał 
ktoś jeszcze i to na pewno nie był nikt z naszych, bo nikogo nie stać było na takie 
auta. Zaczęłam podejrzewać, że srebrne Volvo i czarny Jeep należą do Cullenów, 
ale ich w pobliżu nie widziałam, tak więc weszłam do sekretariatu i przywitałam 
się: 

Dzień dobry pani Cooper.- Uśmiechnęłam się.- Przyszłam po plan. 

- Witaj Elizabeth.- 

Pani Cooper odwzajemniła uśmiech. Jest starszą, miłą kobietą i 

zawsze ma uśmiech na twarzy.- Poczekaj chwilę, już szukam. 
Zaczęła grzebać w stercie papierów, aż w końcu znalazła. 

Proszę bardzo to plan, a tu masz kartę do podpisania dla nauczycieli.- Podała mi 

papiery. 

Dziękuję.  Do  zobaczenia  później.-  Pomachałam  jej  i  zaczęłam  kierować  się  do 

wyjścia. 
Już miałam otworzyć drzwi, ale ktoś mnie ubiegł. Był to Peter. 

- Lisa.- 

Uśmiechnął się jakby wygrał na loterii.- Poczekaj na mnie chwilę. 

Niedoczekanie

Szybko ruszyłam w kierunku szkoły. Byłam już przed wejściem, gdy Peter zaczął 
mnie wołać, na co ja puściłam się biegiem przed siebie. Oglądnęłam się za siebie, 

aby zobaczy

ć  czy  udało  mi  się  uciec  i  to  był  mój  błąd,  bo  wpadłam  na  kogoś. 

Zapewne  miałabym  spotkanie  z  podłogą,  gdyby  ten  ktoś  mnie  nie  złapał. 
Spojrzałam na mojego wybawiciela i zamarłam. Twarz miał jak anioł, miedziane 
włosy rozczochrane, a jego miodowo- złote oczy wywiercały mi dziurę w głowie. 
Nie ma co Lisa, ty to potrafisz zrobić wspaniałe pierwsze wrażenie. 

- Przepraszam- 

wykrztusiłam i gdy już miałam pewność, że stoję stabilnie chciałam 

odejść,  ale  on  nadal  mnie  trzymał.  Oprócz  jego  wyglądu  poraziła  mnie  jeszcze 
jedna rzecz. Poczułam od niego chłód, ale nie taki, co chodzi o zachowanie, to jego 
ciało.  Ono  było  dosłownie  zimne-  Czy  możesz  mnie  puścić?-  Zrobił  to,  więc 
dodałam jeszcze dziękuję i znów miałam zamiar wiać, ale dopadł mnie Peter. 

background image

 

- Lisa, zaczekaj- 

poprosił. 

- Nie mam czasu- 

bąknęłam i ruszyłam w stronę pierwszej sali. Miałam szczęście, 

że trygonometrii nie mam ze swoim eks. 

 - 

Jest  jeszcze  piętnaście  minut  do  dzwonka.  To  dużo  czasu  na  rozmowę- 

powiedział i złapał mnie rękę. 

W tym oto momencie przegi

ął. Odwróciłam się w jego stronę i syknęłam: 

Sprostuję  to  dla  Ciebie,  bo  widzę,  że  jesteś  tępy  jak  zardzewiały  gwóźdź.  Nie 

mam czasu dla Ciebie 

i  nie  mamy  o  czym  rozmawiać.-  Wyrwałam  się  z  jego 

uścisku i odeszłam. 

 

Lekcje minęły całkiem spokojnie, na przerwach jak tylko mogłam omijałam Petera 
szerokim  łukiem.  Najgorsze  było  przede  mną,  a  mianowicie:  lunch.  Mój  były 
zawsze  siedział  z  naszą  paczką  i  podejrzewam,  że  dziś  też  tak  będzie.  Szłam 
właśnie z Angelą, Benem i Jessiką do stołówki, gdy nagle ta ostatnia zagadała: 

- Jak tam sytuacja z Peterem?- 

Wścibska jak zwykle. 

Jak widać. On próbuje mnie zagadać, a ja go olewam.- Wzruszyłam ramionami. 

Nie tęsknisz za nim?- Drążyła dalej. 

A za kim tu tęsknić, bo za nim to na pewno nie. 

- Jess, daj jej spokój.- 

Uratowana przez Angelę. 

Akurat weszliśmy do stołówki i poszłyśmy po jedzenie. 

Cullenowie  tu  są-  szepnęła  Jessika  i  kiwnęła  głową  w  stronę  stolika  gdzie 

siedzieli. 

Podejrzewam, że teraz opowiesz nam małe co nieco, tak?- Spytałam, na co Jess 

uśmiechnęła się szyderczo. 
No to się zaczyna. 
Usiedliśmy przy stoliku, gdzie siedzieli już Lauren, Mike, Erik i Peter. 

No to zamieniamy się w słuch- zwróciłam się do naszej plotkary. 

Ok. Więc zacznijmy od tego, że wszyscy są adoptowani przez dr. Cullena i jego 

żonę. Ten chłopak co siedzi po lewej to Emmet, obok niego siedzi Rosalie i jej brat 
bliźniak  Jasper.-  Przerwała  swój  wywód,  aby  zaczerpnąć  powietrza  po  czym 

background image

10 

 

kontynuowała.-  Obok  Jaspera  siedzi  Alice  i  Edward.  Muszę  dodać,  że  Emmet  z 
Rosalie i Jasper z Alice są parą.- Na te słowa skrzywiła się. 

-  Co w tym takiego strasznego?- 

Spytałam-  Przecież  są  adoptowani,  mają  prawo 

być ze sobą. 

Wiem, ale to takie dziwne, szczególnie, że razem mieszkają. 

Wywróciłam  oczami  i  zaczęłam  konsumować  swój  obiad,  gdy  nagle  Jessika 
zaczęła skakać na krześle z podekscytowania. Spojrzałam na nią pytająco. 

- Edward, ten najprzystojniejszy

podkreśliła ostatnie słowo- jest sam. 

I niech zgadnę, już próbowałaś poderwać tego biedaka?- Wszyscy oprócz Jessiki 

zachichotali na moje słowa. 

Hej,  chyba  żyjemy  w  wolnym  kraju,  mogę  podrywać,  kogo  mi  się  podoba- 

odpowiedziała zirytowana. 

Taa,  tyle  że  Ty  podrywasz  wszystko  co  się  rusza  i  ma  penisa-  odcięłam  się,  a 

Jessika robiła się coraz bardziej wkurzona- Ok. A chociaż Ci się udało? 

-  Chwilowo 

nie.  Już  do  niego  podeszłam  i  przywitałam  się,  ale  gdy  miałam 

powiedzieć coś więcej zadzwonił dzwonek i… 
Przerwałam jej-… i uratował nieszczęśnika. Sorki Jess się nie obraź, ale popatrz na 

niego. Nie nasza liga. On na pewno nie gustuje w takich jak my, ale jak chcesz to 

próbuj- 

powiedziałam i podniosłam ręce w geście kapitulacji. 

I uwierz, że będę. 

Spoko, ale żebym nie musiała mówić „A nie mówiłam”. Chodźcie na lekcje, nie 

chcę się spóźnić. 

 

Na  następnej  przerwie  Jess  spróbowała  swoich  sił,  ale  marnie  jej  to  wyszło. 
Skończyło się na tym, że odeszła od Edwarda zawstydzona i zła. Niestety znając ją 
to  się  tak  łatwo  nie  podda.  W  końcu  nadeszła  upragniona  ostatnia  lekcja,  czyli 
biologia.  Usiadłam  w  ostatniej  ławce.  Na  moje  nieszczęście  dosiadł  się  do  mnie 

Peter. 

To dla nich się tak ubrałaś?- Spytał. 

- Eee, dla kogo? 

background image

11 

 

Dla  Cullenów.  Nie  udawaj  głupiej,  nigdy  się  tak  nie  ubierasz-  odpowiedział 

zirytowany. 

Po pierwsze: to ty jesteś głupi. Po drugie: nie ubrałam się tak dla nich. Nawet ich 

nie znam. I po trz

ecie:  ubrałam  się  tak,  dlatego,  że  odbieram  po  szkole  matkę  z 

odwyku, więc muszę jakoś wyglądać- syknęłam. 

-  Przepraszam.- 

Spojrzałam na niego jak na durnia.- Jestem po prostu zazdrosny. 

Spotkajmy się i pogadajmy. Proszę. 
W tym momencie w mojej głowie ziścił się szatański plan. 

Dobra. Czekaj na mnie po szkole w naszym miejscu. Tylko się nie spóźnij, nie 

będę długo czekać- wyszeptałam uwodzicielskim tonem i puściłam mu oczko. 
Peter uśmiechnął się szeroko i przytaknął. Biedak, nie wie, co go czeka. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

12 

 

          

Rozdział 3 

 

Całą  biologię siedziałam  i  udoskonalałam  swój plan.  Lecz  nie tylko  on  zaprzątał 
mój  umysł.  Znalazło  się  tam  także  miejsce  dla  Cullenów.  Byli  tacy  różni,  ale 
jednak  coś  ich  łączyło.  Zacznijmy  od  Emmeta.  Jest  chłopakiem  bardzo 

um

ięśnionym, wyglądem przypomina kulturystę i ma krótkie ciemne włosy. Jego 

dziewczyna  z  wyglądu  to  zupełne  przeciwieństwo.  Wysoka  blondynka  o  figurze 
modelki.  Porusza  się  tak,  jakby  chodziła  po  wybiegu.  Na  pewno  jest  świadoma 
swojej  urody,  ponieważ  zawsze  chodzi  z  wysoko  uniesioną  głową,  a  to  według 
mnie świadczy o pewności siebie. Brat Rosalie wyglądem niczym się nie różni od 
swojej siostry. W końcu to bliźniacy, ale z jego twarzy można wyczytać… sama 
nie  wiem…  cierpienie?  Powiedzenie,  że  przeciwieństwa  się  przyciągają  w  ich 
rodzinie jest 100% trafne. Wystarczy spojrzeć na Alice, dziewczynę Jaspera. Ona 
to chodzący wulkan energii, z wyglądu przypominającego małego chochlika z tymi 
jej czarnymi, krótkimi i nastroszonymi włosami oraz drobną posturą.  

Edward. N

o  właśnie…  Edward.  W  porównaniu  do  swoich  braci  jest  najmniej 

umięśniony,  a  jego  włosy  żyją  własnym  życiem.  Zupełne  przeciwieństwo 
rodzeństwa. Z jego twarzy można wyczytać jedynie znudzenie całym otaczającym 
światem. Dostrzegłam tylko dwie rzeczy, które cechują ich wszystkich. Mianowicie 
bladość cery i to, że są niesamowicie piękni. Można by ich porównać do aniołów. Z 
moich krótkich, lecz spostrzegawczych obserwacji doszłam jeszcze do wniosku, że 
ich  grupa  trzyma  się  blisko  siebie  i  nikogo  nie  dopuszczają  do swego grona. 
Ciekawe jak wyglądają ich rodzice i czy też są tacy zamknięci w sobie? 
Moje  rozmyślania  przerwał  dzwonek  kończący  lekcję.  Poszłam  szybko  do 
sekretariatu,  aby  oddać  kartkę  z  podpisami,  a  potem  do  miejsca,  w  którym 
umówiłam się z Peterem. Długo na niego czekać nie musiałam. Był tak napalony, 
że o mały włos nie wywrócił się biegnąc. 

- Jeszcze… raz… przepraszam… kochanie- 

mówił łapiąc powietrze.- Nie wiem, co 

mnie napadło. 

background image

13 

 

Cii, już spokojnie- wyszeptałam mu do ucha, a ręce, które trzymałam na jego szyi 

zaczęłam  powoli  opuszczać  w  dół  jego  klatki  piersiowej.-  Nie  musisz  się 
tłumaczyć. 
Złapałam  krawędź  jego  bluzy  i  zaczęłam  ją  ściągać.  Peter  był  tak  chętny,  że  mi 
pomagał,  aby  to  odbyło  się  szybciej.  Gdy  jego  ręce  zatrzymały  się  na  guzikach 

mojej k

urtki odepchnęłam go mówiąc: 

Najpierw Ty, później zajmiemy się mną. 

Na  jego  szczęście  dziś  było  w  miarę  ciepło  pomimo  pochmurnego  nieba,  więc 
może mocno nie ucierpi za mocno przez to, co zaplanowałam. Zdjęłam koszulkę a 
jego  oddech  zaczął  przyspieszać  i  stawał  się  nieregularny.  Postanowiłam  jeszcze 
bardziej go podjarać. Wzięłam jego sutek w usta i zaczęłam go lekko kąsać. Peter 
sapnął, co oznaczało, że osiągnęłam sukces. Wyciągnęłam z torebki swoją apaszkę, 
a on spojrzał na mnie pytająco. 

Takie małe urozmaicenie- wyjaśniłam i zawiązałam mu ją na oczach. Następnie 

odpięłam i wyszarpałam jego pasek ze spodni. 

Odwróć  się  i  złącz  ręce  za  plecami-  poinstruowałam.  Zrobił,  co  kazałam,  a  ja 

związałam mu ręce owym paskiem. 

- Kotku, co robisz?- 

Wymruczał. 

- Zobaczysz w swoim czasie. 

Ściągnęłam jego spodnie i bokserki do kostek. 

-  Nie jest Ci zimno?- 

Spytałam.  Co  jak  co,  ale  wolałam  się  upewnić,  aż  taka 

nieludzka nie jestem. 

Jest mi gorąco. 

To dobrze, a teraz chodź ze mną. 

- Gdzie? 

Pójdziemy głębiej, stąd ktoś może nas zauważyć. 

Oczywiście to było kłamstwo. Prowadziłam go wprost na szkolny parking, gdzie 
powinno  zostać  parę  uczniów.  Na  moją  prośbę  Jessika  i  reszta  mieli  powiedzieć 
kilku  znajomych  żeby  zostali  dłużej  w  szkole,  aby zobaczyć przedstawienie.  Nie 

background image

14 

 

zawiedli mnie. Zebrało się pół szkoły, może nawet więcej. Wyprowadziłam Petera 
z alejki i od razu po całym parkingu rozległ się śmiech zgromadzonego tłumu. 

Co się dzieje?- Zapytał mój towarzysz zdezorientowany. 

Zachichotałam  i  zdjęłam  mu  z  oczu  apaszkę,  aby  mógł  zobaczyć  powód  tego 
całego rozbawienia. Jego wzrok powędrował po grupie ludzi, a potem spojrzał w 
dół  i  spostrzegł,  że  jest  nagi  i  podniecony.  Oj,  przepraszam.  Był  podniecony, 
ponieważ gdy tylko doszła do niego cała ta sytuacją, od razu mu opadł.  

Czemu to zrobiłaś?- Zawarczał, a jego oczy ciskały gromy w moją stronę. 

-  Jak to, czemu?- 

Zaśmiałam  się  szyderczo.-  Ty  upokorzyłeś  mnie,  dlatego  ja 

upokorzyłam Ciebie- powiedziałam to najspokojniej w świecie. 

Rozwiąż mnie!- Krzyknął i zaczął szarpać rękami za plecami. 

Ja tego na pewno nie zrobię. Poproś kogoś z tu obecnych, może ktoś się nad tobą 

zlituje i Ci pomoże. 

Zapłacisz mi za to! 

Oj  tak,  na  pewno.  Teraz  wybacz,  ale  muszę  lecieć.  Pa.-  Pomachałam  mu  i 

skierowałam  się  do  samochodu.  Gdy  byłam  już  w  środku  doszedł  mnie  jeszcze 

krzyk Petera: 

Czy ktoś mi pomoże do jasnej cholery! 

Zemsta  jest  słodka-  powiedziałam  sama  do  siebie  zanim  ruszyłam  do  Port 

Angeles po swoją mamę. 

 

Po godzinnej jeździe byłam już na miejscu. Weszłam na odwyk i rozejrzałam się po 
ogromnym białym holu, aby znaleźć moja matkę. Stała z grupką ludzi i żegnała się 
z nimi. W końcu mnie zauważyła, uśmiechnęła się i pomachała. Zaraz, zaraz wróć. 
Czy  ona  się  uśmiechała?  Już  tak  dawno  nie  widziałam  jej  uśmiechu,  że 
zapomniałam  jak  wygląda.  A  tu  proszę,  robiła  to  tak  szeroko,  że  przy  okazji 
ukazała  prawie  wszystkie  swoje  zęby.  Na  ten  widok  i  na  mojej  twarzy  zagościł 
banan. Mama skończyła się żegnać i podeszła do mnie. Żadna z nas nie wykonała 
już żadnego gestu. Po prostu stałyśmy tam i patrzyłyśmy na siebie nie wiem nawet 

background image

15 

 

ile.  W  końcu  coś  pękło  i  w  tym  samym  momencie  przytuliłyśmy  się  do  siebie  i 
zaryczałyśmy jak dzieci. 

Tęskniłam- powiedziała mama pomiędzy szlochami. 

Ja za Tobą również.- Uśmiechnęłam się- Głodna? 

Kiwnęła tylko głową. 

To może skoczymy do restauracji? Jest tu taka fajna włoska knajpka i dają tam 

niezłe jedzenie za niewielkie pieniądze. 

Oczywiście- odpowiedziała. 

Wzięłam  jej  malutki  bagaż  i  wrzuciłam  do  bagażnika.  Całą  drogę  do  restauracji 
siedziałyśmy  w  ciszy,  lecz  nie  była  ona  krępująca.  Ta  cisza  pozwalała  nam 
najpierw przywyknąć i oswoić się z naszą obecnością po tych dwóch miesiącach 
rozłąki. 
Weszłyśmy  do  restauracji,  zajęłyśmy  stolik  i  złożyłyśmy  zamówienie.  Pierwsza 
rozmowę zaczęła mama: 

Co się zdarzyło w Forks podczas mojej nieobecności? 

W  sumie  nic  szczególnego.  Mamy  tylko  nowych  mieszkańców.-  Wzruszyłam 

ramionami. 

Och. Opowiedz mi coś o nich. 

Tak  bardzo  to  mi  się  nie  chciało,  ale  skoro  chce  wiedzieć,  no  to  chyba  mogę 
postrzępić sobie trochę język. 

Szczerze, to nie znam ich. Słyszałam tylko jakieś strzępki od Jessiki. Wiem tylko 

tyle, że głowa rodziny jest lekarzem i pracuje w naszym szpitalu. On i jego żona 
przeprowadzili  się  do  Forks  około  miesiąc  temu  razem  z  piątką  swoich 

adoptowanych dzieci-  prz

erwałam,  gdy  zobaczyłam  zszokowany  wzrok  matki  i 

skorzystałam z tej chwilowej ciszy, aby upić łyk coli. 

P…piątką?- Wyjąkała. 

- A co w tym dziwnego?- 

Wywróciłam oczami. 

Nic.  Po  prostu  to  takie  nierealne.  Ja  bym  się  nie  zdecydowała  na  tak  liczną 

rodzinę. 

background image

16 

 

Mają  pieniądze  i  chęci.  Czego  chcieć  więcej?  Poza  tym  dwójka  z  nich  jest  w 

moim wieku, a reszta jest o rok starsza, więc zbytnio się nimi zajmować już nie 

trzeba. 

A wiesz coś na temat ich matki? 

Tylko, że siedzi w domu. 

Może powinnam ją poznać.- Moja matka powiedziała to bardziej do siebie niż do 

mnie. Teraz to ja spojrzałam na nią zszokowana. 

Chyba  żartujesz!  Oni  są  jacyś  dziwni.  Nie  pozwolę  ci  na  to.-  Włączył  się  mój 

mechanizm obronny. 

-

Elizabeth, czyżbyś miała jakieś uprzedzenia? 

- Nie. To zna

czy tak. To znaczy nie wiem. Nie plątaj mnie!- Ostrzegłam. 

Przez  resztę  posiłku  nie  odezwałyśmy  się  do  siebie  ani  słowem.  Tak  samo  w 
drodze  powrotnej  do  domu.  Zanim  tam  dotarłyśmy  nastał  zmrok,  więc 
powiedziałam  tylko  dobranoc  i  poczłapałam  skonana  do  mojej sypialni, aby 
zaczerpnąć trochę snu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

17 

 

          

Rozdział 4 

 

Otworzyłam  oczy  następnego  ranka  i  westchnęłam.  Za  nic  nie  chciało  mi  się 
zwlekać  z  łóżka,  ale  w  końcu  musiałam  podnieść  swoje  szanowne  cztery  litery. 
Poczłapałam na dół i od razu poczułam zapach smażonych jajek na bekonie, które 

uwielbiam. 

- Hej mamo.- 

Przywitałam się.- Co ty tu robisz tak wcześnie na nogach? 

- Hej.- 

Uśmiechnęła się.- A co nie widać, że przygotowuję śniadanie? 

Widać  i  czuć.-  Wciągnęłam  powietrze.-  Nie  musiałaś  tego  robić,  sama  umiem 

sobie przyrządzić posiłek. 

Domyślam się, że tak. W końcu nie przeżyłabyś tych dwóch miesięcy, gdybyś nie 

jadła- zaśmiała się nerwowo. 

- Mamo- 

jęknęłam. 

Wiem,  ale  po  prostu  chcę  Ci  to  wszystko  wynagrodzić.-  Spojrzała  na  mnie  ze 

smutkiem w oczach.- 

Nie byłam dobrą matką. Powinnaś mnie wyrzucić za drzwi, a 

Ty zamiast tego poszłaś do pracy, aby opłacić mój pobyt na odwyku. To nie jest 

fair!- 

Rozpłakała się, więc ją przytuliłam. 

Życie nie jest fair, pamiętasz? Poza tym niczego nie żałuję. Jeżeli trzeba będzie 

zrobię  to  jeszcze  raz.-  Próbowałam  ją  pocieszyć,  w  czym  nie  jestem  najlepsza, 
dlatego dodałam.- Teraz chodź jeść zanim wystygnie. 
Przytaknęła tylko głową i usiadłyśmy do stołu.  

Dziękuję- rzuciła nagle. 

- Za co? 

Za  to,  że  dom  jest  cały.  Sądziłam,  że  rozwalisz  go  organizując  tu  imprezy. 

Najwidoczniej się myliłam.  
Prychnęłam tylko. Gdyby wiedziała, co tu się działo, cofnęłaby te słowa. Dobrze, 
że  nauczyłam  się,  co  nieco  o  majsterkowaniu  i  drobnych  naprawach,  inaczej 
wszystko wyszłoby na jaw. Pożegnałam się i pognałam do szkoły. 

 

background image

18 

 

 

Do  lunchu  czas  mijał  całkiem  spokojnie  i  szybko.  Siedziałam  na  lekcjach  i  jak 

zwykle  udawałam,  że  słucham  nauczyciela.  Jedyne,  co  mnie  zdziwiło  to  brak 
obecności Petera. 
Może po wczorajszym incydencie wstydzi się przyjść do szkoły? 
Wszystko by na to wskazywało, ja też bym się wstydziła. 
W stołówce jak zwykle usiadłam na swoim miejscu i przywitałam się z osobami, 
których jeszcze dziś nie widziałam. 

- Sobota. La Push- 

rzucił hasło Mike. Musiałam wyglądać niezbyt inteligentnie ze 

zdziwieniem i pytaniem malującym się na mojej twarzy, bo mój kolega zwrócił się 

do mnie.- 

To  jest  plaża  w  rezerwacie.  W  weekend  ma  być  dość  ciepło,  dlatego 

jedziemy tam surfować. Wchodzisz w to? 

Spoko, ale od razu mówię, ja nie surfuję. 

No to nie będziesz sama- odezwała się Angela.- Dotrzymam Ci towarzystwa. 

Mięczaki-  wtrąciła  Lauren.  Spiorunowałam  ją  wzrokiem  i  już  miałam  coś 

powiedzieć, gdy ktoś szarpnął moje ramię. Spojrzałam w górę i zobaczyłam blond 
dziwkę, z którą mizdrzył się mój były. 

Co zrobiłaś Peterowi?- Pisnęła, aż mnie zabolały uszy. 

Po pierwsze puść mnie, a po drugie sama go zapytaj. 

Oczywiście nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. 

Ale  ja  się  pytam  Ciebie!-  Krzyknęła,  a  cała  stołówka  zwróciła  wzrok  w  naszą 

stronę, nawet Cullenowie. 
Nie  wytrzymałam.  Nikt  nie  będzie  robić  ze  mnie  pośmiewiska.  Wstałam  i 
spojrzałam na nią zadzierając lekko głowę do góry, bo suka była ciut wyższa ode 
mnie, mnie to jednak nie przerażało. Złapałam ją za rękę, którą nadal trzymała na 

moim 

ramieniu i wykręciła boleśnie, aż blondyna krzyknęła. 

Mówiłam żebyś mnie puściła- warknęłam.- Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że 

jeżeli o coś proszę, to trzeba to zrobić. Rozumiesz?- Kiwnęła głową, że rozumie. 

Dobrze.- 

A  teraz  druga  kwestia,  którą  musimy  obgadać.  Peter  dostał  to,  na  co 

zasłużył i jeżeli nie chcesz do niego dołączyć to radzę Ci trzymać się ode mnie z 

daleka.- 

Puściłam jej rękę.- Teraz spadaj stąd, bo przez Ciebie straciłam apetyt. 

background image

19 

 

Dziewczyna  oddaliła  się  szybkim  tempem.  Ja  zaś  odwróciłam  się  do  swoich 
przyjaciół,  którzy  patrzyli  na  mnie  jakoś  tak  dziwnie.  Wzruszyłam  ramionami  i 
powiedziałam: 

No co? Należało jej się. 

Wzięłam swoje niedokończone jedzenie i wyrzuciłam je, bo naprawdę nie miałam 
teraz  na  nie  ochoty  i  poczłapałam  pod  salę,  w  której  miała  się  odbyć  następna 

lekcja. 

 

Reszta tygodnia minęła bez zarzutów i większych niespodzianek, aż do piątku. Ten 
dzień dłużył się niemiłosiernie, każdy wokół chodził podekscytowany jutrzejszym 
wyjazdem i cały czas o tym gadali. Miałam tego serdecznie dość i cieszyłam się jak 
dziecko, gdy w końcu nadeszła biologia. Stwierdziłam, że już nic strasznego się nie 
zdarzy, więc usiadłam w swojej ławce w miarę zadowolona do czasu, aż odezwał 
się pan Banner. 

Elizabeth  usiądziesz  dziś  z  Edwardem,  ponieważ  pracujemy w parach.- 

Spojrzałam  z  trwogą  na  nauczyciela i nie  ruszyłam  się  z  miejsca.-  No dalej. Nie 
mamy całego dnia, a poza tym Edward nie gryzie. 
Powoli  wstałam  ze  swojego  miejsca  i  poszurałam  nogami  do  ławki,  przy  której 
siedział  Edward.  Wyglądał  jak  z  obrazka,  ale  pomimo  to  czułam  jakiś  niepokój. 
Odetchnęłam głęboko i usiadłam nawet nie mówiąc „Cześć”. Co jak co, ale to facet 
powinien się pierwszy przywitać, nie? W końcu zwrócił się w moją stronę i tylko 
kiwnął głową, ja zrobiłam to samo. 

-  Elizabeth, E

dward.  Oczekuję,  że  będziecie  ze  sobą  współpracować-  zganił  nas 

nauczyciel. 

Oczywiście- odrzekł Edward. 

Jego aksamitny głos mnie oczarował. Cholera, gdybym stała to pewnie padłabym 
na ziemie trupem. Gapiłam się bezwstydnie na niego, dopóki nie spojrzał na mnie. 
Jego  oczy  nie  miały  takiej  samej  barwy,  jaką  widziałam  poprzednio.  Teraz  były 
czarne  jak  węgiel  i  odbijał  się  w  nich  gniew,  dlatego  szybko  odwróciłam  wzrok 
speszona  i  zarumieniłam  się,  a  serce  zaczęło  galopować.  Kurwa!  Ja,  Elizabeth 

background image

20 

 

Green, zarumien

iłam  się!  Takie  rzeczy  zdarzają  się  w  moim  przypadku  bardzo 

rzadko  i  na  pewno  nie  powodu  jakiegoś  faceta.  Lecz  Edward  nie  był  jakiś  tam 
facetem. On był kurwa chodzącym Bogiem. Potrząsnęłam głową, żeby się uspokoić 
i  odgonić  od  siebie  myśli  o  Edwardzie.  Prawie  mi  się  to  udało,  ale  nauczyciel 
położył nam na ławce zdechłą żabę i oświadczył: 

Dzisiaj  robimy  sekcję  zwłok  żaby.-  Wszyscy  jęknęli,  ale  to  nie  złamało  pana 

Bannera.- 

Radzę  się  przyłożyć,  bo  ocena  z  tej  lekcji  będzie  brana  pod  uwagę  na 

koniec semestru. 

Te  słowa  dały  kopa  wszystkim  i  od  razu  zaczęli  się  brać  do  roboty.  A  ja..  Ja 
siedziałam patrząc na żabę przede mną i czułam jak krew schodzi z mojej twarzy, a 
w  żołądku  odbywa  się  niebezpieczny  taniec  mojego  śniadania.  Spojrzałam  na 

Edwarda, który patrzy

ł na mnie intensywnie. 

Chcesz zacząć?- Spytał, podając mi skalpel. 

Wzięłam go i powoli zaczęłam zbliżać ostrze do żaby, ale gdy byłam milimetr od 
niej od razu zamarłam. 

-  Panie Banner. Lisa chyba nie da rady.- 

Usłyszałam  mojego  sąsiada  z  ławki. 

Skierowałam  na  niego  wzrok,  a  on  uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha.  Jego 
najwidoczniej ta cała sytuacja bawiła. 

- Dam- 

syknęłam i przyłożyłam skalpel do skóry, a następnie ją przecięłam. 

I to by było na, tyle, jeżeli chodzi o moje stalowe nerwy. Gdy tylko zobaczyłam 

wn

ętrzności  zemdliło  mnie.  Szybko  wstałam  ze  swojego  miejsca  i  wybiegłam  z 

klasy.  Będąc  na  korytarzu  łapczywie  łapałam  powietrze  w  płuca,  aby  nie 
zwymiotować. Usłyszałam głos nauczyciela mówiący: 

Edwardzie,  idź  zobacz,  co  się  z  nią  dzieje.  Jeżeli  przyjdzie  taka  konieczność 

zaprowadź ją do pielęgniarki. 

- Dobrze. 

No pięknie, jeszcze mi tu brakuje Edwarda Cullena. 

 

 

background image

21 

 

          

Rozdział 5 

 

Chwiejnym jeszcze krokiem usiadłam na ławce i włożyłam głowę między kolana, 
tak jak mnie kiedyś nauczono. 

- Lepiej?- 

Usłyszałam zmysłowy baryton. 

Można tak powiedzieć- odparłam i postanowiłam się przekonać czy jest tak, aby 

na pewno, dlatego podniosłam głowę. Nie było tak źle, ale nie na tyle dobrze, aby 
wstać i spotkać się z biedną żabką.- Daj mi jeszcze minutkę. 

- Kobiety- 

stwierdził Edward i wywrócił oczami. 

Ej, czyżbyś miał jakieś „ale” do płci przeciwnej?- Co jak co, ale nikt mi na dumę 

wjeżdżać nie będzie. Nagle mnie olśniło i po prostu musiałam podzielić się swoim 

odkryciem.- 

Jesteś gejem?!- Gdy spojrzałam na Edwarda po tych słowach od razu 

ich  pożałowałam.  Gdyby  wzrok  mógł  zabijać,  to  leżałabym  właśnie  trupem. 
Wzdrygnęłam się. 

Moja odpowiedź to podwójne nie- wycedził przez zaciśnięte zęby. 

Pomimo tego, że cholernie się go bałam, a serce waliło mi trzy razy szybciej niż 
zwykle postanowiłam się z nim podrażnić. Przecież nic mi nie zrobi. 

Wiesz, mi możesz powiedzieć.- Wstałam czując się już lepiej.- Ja nic nie mam do 

homoseksualistów. 

Edward  zacisnął  ręce  w  pięści,  zamknął  oczy  i  zaczął  oddychać  szybciej.  Nie 
sądziłam, że tak szybko można go wytrącić z równowagi, a jednak. 

Czemu wyciągnęłaś takie wnioski?- Zapytał nagle łapiąc mnie w pułapkę nawet 

nie wiem kiedy. Stałam teraz przyparta do ściany z jego rękoma po obu stronach 
mojej głowy. Gdy mówił, owiał mnie jego słodki, zimny oddech. Czekajcie. Czy 
oddech  nie  powinien  być  ciepły?  Nie  miałam  czasu  się  nad  tym  zastanowić,  bo 
ponowił pytanie.- Pytałem, czemu tak myślisz? 

Tak jakoś wyszło.- Wzruszyłam ramionami. Oczywiście kłamałam. Przecież nie 

powiem mu: „Jesteś przystojny jak cholera, ugania się za tobą cała żeńska część 
szkoły, a ty nic”. 

background image

22 

 

Nigdy więcej tak do mnie nie mów- powiedział i odsunął się ode mnie. 

Nie  martw  się.  Nie  mam  zamiaru  w  ogóle  się  do  ciebie  odzywać-  bąknęłam  i 

poszłam do klasy na spotkanie z żabką. 

Już dobrze Elizabeth?- Doszedł do mnie głos nauczyciela. 

Tak, dziękuję. 

Spojrzałam na zegarek. Zostało 25 minut do końca lekcji. Gdzie ten czas minął? 
Fakt  przy  Edwardzie  traci  się  rachubę  czasu  i  rozsądek.  Wszyscy  już  skończyli 

swoje sekcje, a 

ja  miałam  tylko  nadzieję,  że  nie  zostanę  po  lekcjach.  Wzięłam 

głęboki  oddech  i  zabrałam  się  za  robotę.  Do  dzwonka  między  mną  a  Edwardem 
panowała cisza. Odzywał się do mnie tylko i wyłącznie w spawie naszej pracy, tak 
samo jak ja. Denerwowało mnie to, że ciągnie mnie do niego, a tego nie chciałam. 
Jednocześnie było w nim coś, czego się bałam. Przeczuwałam, iż ma jakąś mroczną 
tajemnicę. Lecz tak mocno jak chciałam ją poznać, to tak samo wolałam tego nie 
robić. Przez niego toczyła się we mnie walka z dwoma przeciwnościami. W końcu 
postanowiłam go ignorować i omijać szerokim łukiem, tak jak i on to robił. Tak 
będzie najlepiej, poza tym nie jest jedynym przystojniakiem w szkole. Na szczęście 
z  sekcją  wyrobiliśmy  się  do  dzwonka  i  dostaliśmy  po  piątce,  a  to  dzięki 
Edwardowi.  Skurczybyk  mądry  jest,  to  musze  przyznać.  W  drodze  na  parking 

dopadli mnie znajomi. 

Jutro spotykamy się o 11 pod sklepem moich rodziców- odezwał się Mike. 

Pytanie,  kto  i  z  kim  jedzie?  Nie  ma  przecież  sensu,  aby  ciągnąć  wszystkie 

samochody- 

dodała Jess. 

Masz  rację-  wtrącił  Ben.-  Ja  proponuję,  aby  Jessika,  Lauren  i  Erik  pojechali  z 

Mike’m, a reszta ze mną. Co wy na to? 

-  Mi pasuje- 

powiedziałam.  Nie  chciałabym  jechać  z  tymi  dwoma  pseudo 

podrywaczami. Wizja przejażdżki z Benem i Angelą była bardziej kusząca. Reszta 
kiwnęła  twierdząco  głowami.-  Skoro  mamy  już  wszystko  ustalone,  to  do  jutra.- 
Pomachałam im i pojechałam do domu. 

 

background image

23 

 

- Hej mamo!- 

Krzyknęłam, gdy weszłam do salonu.- Co na obiad? Jestem strasznie 

głodna. 

- Hej.- Moja rodzicielka wystaw

iła głowę z kuchni.- Na obiad mamy smażoną rybę. 

A skąd u nas ryba w domu?- Zdziwiłam się, przecież nie było jej w zamrażarce, a 

na zakupach tez nie byłyśmy. 

Szeryf  Swan  przywiózł.-  Na  policzki  mamy  wpełzł  rumieniec  i  wydawała  się 

jakaś zdenerwowana, gdy to mówiła. 

Nie denerwuj się, przecież to nic złego, tylko zastanawiam się, co on tu robił. 

No, bo wiesz, dowiedział się, że jestem w domu i postanowił zajechać i sprawdzić 

jak się miewam. 
Dopiero teraz zobaczyłam, iż cała kuchnia z mamą włącznie jest w mące.- To miło 
z jego strony, a teraz wytłumacz, co tu się stało. Czyżby przeszło tędy tornado? 

Piekę ciasto.- Naburmuszyła się. 

Nie mogłaś poczekać? Pojechałybyśmy do sklepu i kupiły gotowe, a tak mamy 

więcej sprzątania. 

Chciałam  sama  coś  upiec.  Byłoby  głupio  gdybym  pojechała  do  Cullenów  z 

gotowym ciastem- 

wytłumaczyła. 

Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? Nie uważam, żeby był to najlepszy pomysł- 

jęknęłam. 

Jeżeli ty mnie nie zawieziesz, to znajdę inny sposób, aby się tam dostać.- Nigdy 

nie słyszałam takiej stanowczości w jej głosie. 

-  Ok.- 

Poddałam  się.  Chyba  robię  to  zbyt  szybko,  powinnam  się  jeszcze 

potargować.  Czego  się  nie  robi  dla  rodziny.-  Tyle,  że  nawet  nie  wiem  gdzie  oni 
mieszkają. 

Ja wiem. Szeryf Swan mi wytłumaczył. 

-  Skoro tak to 

dawaj  tę  rybę  i  chowaj  ciasto.  Przez  ciebie  mam  ochotę  na  coś 

kalorycznego. 

 

Podjechałam  razem  z  mamą  pod  dom  Cullenów.  Nie  zdążyłam  nawet  wejść  i 
rozejrzeć się po ich domostwie, gdy Edward złapał mnie i pociągnął do swojego 

background image

24 

 

pokoju. Szok i zdziwienie to ws

zystko,  co  teraz  czułam.  Przecież  w  szkole 

ignorowaliśmy  się  nawzajem.  Skąd  u  niego  taka  nagła  zmiana  zachowania? 
Miałam  wypowiedzieć  te  pytanie  na  głos,  ale  zostałam  brutalnie  przyciśnięta  do 
ściany  przez  ciało  młodego  Boga.  Był  tak  blisko,  że  jego  zapach  jak  i  obecność 
mąciły  mi  w  głowie.  Przy  nim  mój  mózg  zamieniał  się  w  papkę,  a  zdolność 
mówienia wyłączyła się kompletnie. Patrząc w jego miodowe oczy po prostu się 
rozpływałam. Pragnęłam, aby coś zrobił. Dotknął, pocałował, cokolwiek, aby tylko 
ugasił ten ogień podniecenia, który wypalał mnie od środka. Edward chyba czytał 
w  moich  myślach,  bo  dotknął  swoją  zimną  dłonią  mego  rozgrzanego  policzka. 
Głaskał  go  leniwie  cały  czas  utrzymując  ze  mną  kontakt  wzrokowy.  Powoli, 
nigdzie się nie spiesząc schodził ręką w dół. Przyjemne ciarki przechodziły mnie w 
miejscach, których dotknął. Torturował mnie i dobrze o tym wiedział. Widziałam 
to w jego oczach i w uśmiech, który wpełzł na te idealne wargi. Ręka dotarła do 
tali, a moje myśli krążyły tylko wokół tego, aby mnie pocałował. Przyciągnął moje 
ciało bliżej swojego. 
Pocałuj mnie do jasnej cholery! 
Cały czas powoli zbliżał swoje wargi, z których nie schodził ten krzywy uśmiech, 
do  moich.  Był  już  dosłownie  centymetr  od  celu,  gdy  nagle  usłyszałam  jakieś 
irytujące dzwonienie. Wszystko znikło, a do mnie w jednej sekundzie dotarło, że to 
był tylko sen. Kurwa! Czy ten budzik nie miał, kiedy zadzwonić? Wyłączyłam go, 
chociaż  prawdę  mówiąc  miałam  nieodpartą  ochotę  wyrzucić  go  przez  okno. 
Zwlekłam  się  z  łóżka  i  poczłapałam  do  łazienki.  Otworzyłam  drzwi,  a  mrożący 
krew w żyłach krzyk, który wydobył się z mojego gardła usłyszało zapewne całe 

Forks. 

 

 

 

 

 

background image

25 

 

          

Rozdział 6 

 

- Pomocy! Ratunku!- 

Darłam się na całe gardło.- Mamo, pomóż! 

Usłyszałam  jak  moja  mama  biegnie  po  schodach.  W  myślach  błagałam,  aby  jak 
najszybciej znalazła się koło mnie. 

Córeczko, co się stało?- Wyglądała na tak przerażoną jak ja. 

- Tam.- 

Zdołałam tylko wykrztusić i wskazałam palcem ogromnego pająka. 

To  był  powód  twojego  krzyku?-  Ledwo  spytała,  bo  próbowała  powstrzymać 

śmiech. 

Nie, to ten nagi Święty Mikołaj pod prysznicem- zironizowałam. 

Teraz to już moja rodzicielka nie powstrzymywała się i wybuchnęła śmiechem. 
Tak, tak śmiejcie się z biednej Lisy. 
Czy to naprawdę jest takie śmieszne, że człowiek się czegoś boi? Ok, może lekko 
przegięłam,  ale  ten  pająk  jest  ogromny,  włochaty  i  obrzydliwy.  Skurczybyk 
spojrzał na mnie (chyba, nie jestem pewna, w końcu pająki mają te swoje dziwne 
oczy)  i  się  poruszył.  Czyżby  wiedział,  że  pomyślałam  o  nim  tak  czy  inaczej? 

Rac

zej tak, bo powoli zaczął kroczyć w moją stronę. Odskoczyłam z krzykiem. 

Mamo,  błagam  zrób  coś  z  nim.-  Byłam  już  bliska  histerii.-  Nie wiem zabij, 

wynieś… zjedz? 

-  Lisa!- 

Upomniała  mnie.-  Nawet  w  takim  momencie  masz  ochoty  na  żarty?  A 

może nic z tym nie zrobię i pójdę stąd jak gdyby nigdy nic?- Uniosła na mnie brew. 

- Ok.- 

Podniosłam ręce w geście obronnym.- Tylko pozbądź się go. 

Zaraz przyjdę.- Wywróciła na mnie oczami i poszła na dół. 

Wróciła ze słoikiem w dłoni i jakąś kartką. Już miałam ciętą uwagę na języku, lecz 
powstrzymałam się, wiedząc jak to się skończy. Mama podeszła do tego wybryku 
natury i przykryła go słoikiem. Następnie wsunęła karteczkę pod spód, pająk uciekł 
na  boczną  ściankę  szkła,  więc  mogła  spokojnie  unieść  słoik  i  wynieść  jego 

zawart

ość. Brr. Ciarki przeszły mi po plecach. Podziwiam swoją matkę, ja w życiu 

nie znalazłabym w sobie odwagi, aby zrobić coś takiego.  

background image

26 

 

Podążyłam  za  nią  do  ogrodu  znajdującego  się  na  tyłach  domu.  Musiałam  się 
upewnić, że zostawi pająka, gdzieś poza moim zasięgiem. Nie zniosłabym drugiego 
spotkania z tą kreaturą. Podeszłyśmy, aż na skraj lasu, który otaczał nasz skromny 
domek  i  wtedy  Carmen  wypuściła  to  monstrum.  Jestem  dziś  kreatywna  w 
wymyślaniu  nowych  nazw  na  pająka,  nie  ma  co.  Zachichotałam  sama  do  siebie. 

M

ama spojrzała na mnie jak na wariatkę. Chyba zaczynam nią być. Podoba mi się 

pewien  niebezpieczny  typ  o  imieniu  Edward  i  dostaję  ataku  paniki  na  widok 
zwierzaka.  Ale  czy  pająki  są  w  grupie  zwierząt?  Nie  wiem.  Z  biologii  miałam 
naciągane  trzy.  Czas  wziąć  się  za  naukę.  Kogo  ja  oszukuje!?  Będzie  naprawdę 
dobrze jak zdam do następnej klasy, tak byłam chętna chłonąć wiedzę.  

- Idziesz? 

Tak, za chwilę.- Ale co ja chciałam zrobić? Aaa, już wiem. Zemsta! Tylko, co by 

tu wymyślić? Trybiki w moim mózgu pracowały na zwiększonych obrotach, aż w 
końcu dostałam olśnienia. Poszłam na drugi kraniec ogrodu, ponieważ nie chciałam 
spotkać  Pana  P.  ponownie.  W  nocy  padało,  przez  co  ziemia  była  wilgotna. 
Kucnęłam i zaczęłam grzebać w niej w poszukiwaniu mojej przyjaciółki Pani M. 
Boże, naprawdę wariuję. Dzwońcie po panów w białych kaftanach! 
Gdy już znalazłam Panią M. (czytaj dżdżownicę), po wielu trudach i cierpieniach 
musiałam się zastanowić jak to rozegrać. I wtedy dopadło mnie pewne uczucie, tak 
jakby ktoś mnie obserwował.  
Głupia!  
Przecież w tych lasach żyją dzikie zwierzęta, a ja wystawiłam siebie jak na talerzu. 
Rozejrzałam się ze strachem w oczach po ścianie lasu. Nic nie zauważyłam, ale jak 
dla mnie było zbyt cicho. Wolałam nie wywoływać wilka z lasu i biegiem ruszyłam 
do  domu.  Dopiero,  jak  zamknęłam  za  sobą  drzwi  poczułam  się  bezpieczna.  Z 
planem poszłam na łatwiznę. Podkradłam się do mamy i wyciągnęłam moją nową 
przyjaciółkę  wprost  pod  jej  nos.  Krzyk,  jaki  z  siebie  wydała  dziwnym  trafem 
przypominał mój sprzed paru minut. 

Zabieraj ode mnie to obślizgłe, wijące się coś! 

background image

27 

 

Mamo, wstydź się.- Udałam zniesmaczoną.- Nie boisz się włochatego pająka, a na 

widok dżdżownicy szalejesz ze strachu.- Teraz to się śmiałam. 

Wiesz, że z roku na rok coraz bardziej przypominasz swojego ojca- westchnęła.- 

Zemsta nie prowadzi do niczego dobrego. Pamiętaj te słowa. 

Tego  pierwszego  wcale  nie  musiałaś  mi  mówić-  powiedziałam  przez  łzy  i 

zaczęłam odchodzić. 

- Lisa… 

Szykuj się. Nie mam całego dnia.- przerwałam jej i poszłam do siebie. 

Płakałam dopóki nie zabrakło mi łez. Nie chciałam być porównywana do ojca w 
żaden  sposób.  Nienawidzę  go,  jest  złym  człowiekiem.  Nie  jestem  taka  jak  on  i 
nigdy nie będę. Natura człowieka już niestety jest taka, iż odziedziczasz cechy po 

obojgu rodzicach. Gdybym 

miała  wybór  na  pewno  wybrałabym  wszystko,  co 

związane z moją mamą. Czasu nie da się cofnąć ani wybrać innego rodzica. Ha, 
żeby to w ogóle było możliwe. 

 

Pół godziny później podjechałyśmy pod dom Cullenów. Jedyne słowa, jakie byłam 

w stanie z siebie wydoby

ć brzmiały: 

- Ja pier-do-le. 

Lisa, język.- Zrugała mnie matka. 

- Mam.- 

I na dowód, że mówię prawdę wystawiłam go jej. 

Elizabeth! Czasem ma wrażenie, że masz 10 lat, a nie 17.- Była zła. 

-  Przepraszam, ale popatrz.- 

Wskazałam  na  budynek  przede  mną.-  Co  innego 

można powiedzieć widząc ten dom? 

Ładny, piękny, olśniewający, zdumiewający…- Zaczęła wyliczać. 

Dom Cullenów był naprawdę śliczny. Dwupiętrowy i cały pomalowany na biało. 
Widać  było,  że  ten,  kto  go  remontował  miał  gust.  Prostota  i  elegancja.  Na  dole 
znajdował się wielki garaż. Ciekawe ile mieli samochodów? Sądząc po wielkości 
tego pomieszczenia i liczbie osób, prawdopodobnie było ich ze 3, albo i więcej. Ja 
mogłam  tylko  pomarzyć  o  takich  luksusach.  Taa,  definitywnie  jestem  zazdrosna, 

ale kto by nie 

był? 

background image

28 

 

Ok, rozumiem. Idź już- powiedziałam, a mama spojrzała na mnie zaskoczona. 

Idziemy razem. To by było nie uprzejme z twojej strony, gdybyś nie weszła się 

przywitać.-  Wysiadła z  samochodu i nawet  nie  spojrzała  czy idę  za  nią,  bo  i tak 
wiedziała, że wygrała. Grr. Jestem zbyt uległa. Podeszła do drzwi i zadzwoniła.- 
Rozchmurz  się.  Chyba  nie  chcesz  ich  wystraszyć  taką  miną?-  Walnęłam 
najbardziej szeroki, sztuczny uśmiech na jaki było mnie teraz stać. 
Nikt nie podchodził do drzwi i nie było nawet słychać zbliżających się kroków. Już 
miałam powiedzieć, abyśmy poszły, gdy drzwi otworzyła kobieta, na oko 35 letnia. 
Jej uroda była wręcz identyczna jak u jej dzieci. Blada cera, półdługie orzechowe 
włosy  oraz  te  same  miodowe  oczy.  Gdyby  nie  fakt,  że  wszyscy  są  adoptowani 
dałabym głowę uciąć, że są spokrewnieni. Kobieta uśmiechnęła się ciepło, a radość 
bijąca od niej była wręcz zaraźliwa. 

Dzień dobry. Jestem Carmen Green i przyjechałam się przywitać. To moja córka 

Elizabeth.- 

Mama wskazała na mnie. 

Dzień dobry.- To wszystko na co było mnie stać w tym momencie. 

-  Witam. Wejdzie.- 

Kobieta  otworzyła  szeroko  drzwi  i  przesunęła  się  abyśmy 

mogły wejść- Jestem Esme Cullen. Niestety męża nie ma w domu, jest na dyżurze 
w szpitalu. A dzieci też gdzieś wyszły, wiadomo nastolatki nie usiedzą w miejscu.- 
Mówiąc ostatnie zdanie spojrzała na mnie. 
Rozejrzałam się po pomieszczeniu i teraz to dopiero opadła mi szczęka. Wnętrze 
domu było jeszcze piękniejsze. Jeśli myślałam wcześniej, że to willa, to teraz z ręką 
na  sercu  mogę  powiedzieć  o  nim  jak  o  pałacu.  A  ja  zobaczyłam  tylko  salon,  w 
którym  białe  ściany  idealnie  komponowały  się  z  nowoczesnymi,  ciemnymi 
meblami.  Naprzeciwko  skórzanej  kanapy  stał  ogromny  plazmowy  telewizor. 
Obrazy wiszące na ścianach musiały kosztować fortunę. Mogłabym na nie patrzeć 

bez ustanku.  

Ma Pani bardzo piękny dom- powiedziałam. 

Dziękuję,  ale  proszę  mów  mi  Esme.-  Zaśmiała  się  serdecznie.-  Chcecie  coś  do 

picia? 

background image

29 

 

Nie,  dziękuję.  Przywiozłam  tylko  mamę  i  jadę  spotkać  się  ze  znajomymi.- 

Spojrzałam  przepraszająco.-  Może  innym  razem.  Nie  będzie  przeszkadzać,  jeżeli 
odbiorę ją za jakieś… trzy godziny? 

Ależ oczywiście, że nie. Nie spiesz się kochanie.- Na te słowa zmiękłam. Co ta 

kobieta ma w sobie, iż czuję się przy niej jak w domu? 

Do zobaczenia później. 

 

Od godziny siedziałam na plaży w La Push i gdyby nie towarzystwo Angeli i Bena 
wynudziłabym się śmiertelnie. Niestety przy tej dwójce nieświadomie zakochanych 
w sobie ludzi czułam się jak piąte koło u wozu. Czy oni naprawdę nie widzą jak ich 

do siebie ci

ągnie? Trzeba by było pobawić się w swatkę. Kłopot tkwi w tym, że 

raczej marna ze mnie pomoc w rozwiązywaniu problemów miłosnych.  

Jak się bawisz Lisa?- Spytała mnie Angela. 

Mogłoby  być  lepiej.-  Nagle  pożałowałam  swoich  słow.  Wyszło  na  to,  iż  nie 

odpow

iada  mi  ich  towarzystwo.  Musiałam  się  zreflektować.-  Jest  dobrze  dzięki 

wam, inaczej już bym zasnęła. No, bo popatrzcie na Mike’a, który próbuje zrobić 
coś imponującego, a mu nie wychodzi. Na początku to nawet było śmieszne, ale co 
za dużo to nie zdrowo. 

Taa, tak jest za każdym razem. Pewnie więcej z nami nie pojedziesz.- To było 

raczej stwierdzenie niż pytanie. 

A  co  powiecie  na  to,  żebyśmy  następnym  razem  wyskoczyli  gdzieś  razem  do 

jakiejś knajpki, albo coś?- Kiwnęli głową zgadzając się.- A teraz wybaczcie idę się 
przejść. 
Normalnie  nie  było  zimno,  lecz  bryza  wiejąca  od  strony  oceanu  była  chłodna, 
dlatego  wydawało  się,  że  jest  zimniej  niż  powinno.  Doszłam  do  wniosku,  iż 
mogłam  wziąć  dodatkowy  sweter,  kiedy  przeszły  mnie  ciarki  z  zimna.  Plaża 
kończyła  się  koło  wysokiego  i  stromego  klifu.  Usiadłam  na  kamieniu  i 
wpatrywałam się jak fale odbijają się od skał. Wyglądało to tak, jakby woda chciała 
je zmyć, aby utorować sobie drogę, by płynąć dalej. Rozglądnęłam się dookoła i 
nie widziałam nikogo. Czy to możliwe abym doszła aż tak daleko? Cóż, w sumie 

background image

30 

 

nigdzie  mi  się  nie  spieszy,  a  szum  oceanu  działał  kojąco.  Zamknęłam  oczy  i 
zaczęłam  wsłuchiwać  się  w  spokojną  melodię  fal.  Wiedziałam,  iż  znalazłam 
miejsce gdzie będę mogła uciec, pomyśleć, schować się i nikt mnie nie znajdzie. 

Taka dziewczyna jak ty nie powinna sama chodzić w pobliżu lasu.- Ktoś szepnął 

mi  do  ucha,  a  ja  podskoczyłam  jak  oparzona.-  Przepraszam nie chciałem  cię 
wystraszyć. Jestem Jacob. 
Spojrzałam w górę i zobaczyłam wysokiego chłopaka o urodzie Indianina, długie 
włosy miał związane w kucyk, a ciemnobrązowe oczy patrzyły na mnie ze skruchą. 

Nic  się  nie  stało.  Zamyśliłam  się.-  Posłałam  mu  uśmiech  mówiący,  iż  się  nie 

gniewam.- Jestem Elizabeth, ale mów mi Lisa. 

Więc Lisa, co tu robisz? 

-  Przyjecha

łam  ze  znajomymi,  aby  posurfować.  Znaczy,  oni  surfują,  a  ja 

postanowiłam się przejść. Jeszcze nigdy tu nie byłam. 

- Nowa? 

-  Taa.- 

Wzruszyłam  ramionami  i  nagle  mi  się  coś  przypomniało.-  Czemu 

powiedziałeś, że nie powinnam chodzić sama koło lasu? 

- W tych la

sach kryje się więcej dzikich zwierząt niż może ci się wydawać. Uważaj 

na  siebie,  nie  wiesz,  co  lub  kogo  możesz  tu  spotkać-  powiedział  z  nutą  grozy  i 
tajemniczości, że ciarki przeszły mi po plecach. Co miał na myśli mówiąc „kogo”? 
Już  miałam  zadać  pytanie  na  głos,  gdy  na  jego  twarz  znów  wstąpił  uśmiech  i 
dodał:- Muszę iść. Miło mi było poznać.- Wstał i po prostu odszedł, pozostawiając 
mnie z milionami pytań. 
Spojrzałam na zegarek i zadziwiłam się. Wyszło na to, że siedziałam tu od ponad 
godziny.  Czas  wracać.  Wstałam  i  szybkim  krokiem  skierowałam  się  w  drogę 
powrotną. Byłam już na miejscu i zobaczyłam, że wszyscy na mnie czekają. No, 
prawie wszyscy. Mike jeszcze pływał. 

- Idziemy?- 

Zapytałam. 

- Czekamy jeszcze na Mike’a- 

odparł Erik. 

Nagle Jessika zaczęła krzyczeć: Mike! On się topi! Pomóżcie mu! 
Spojrzałam w stronę, gdzie się znajdował i pomyślałam: 

background image

31 

 

Kurwa! I co teraz? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

32 

 

          

Rozdział 7 

 

Wszyscy staliśmy jak sparaliżowani. Chyba nie docierał do nas fakt, że to się dzieje 
naprawdę. Ocknęłam się dopiero, gdy Jessika zaczęła już naprawdę świrować. 

Ruszcie się. Niech mu ktoś pomoże.- Jej piskliwy głos dostał się do moich uszu. 

Erik rzucił deskę i pobiegł ratować Mike’a. Ja mogłam jedynie stać i modlić się, 
aby oboje wyszli z tego żywi. Pędem rzuciliśmy się w stronę oceanu. Erik tak jak 
Mike zniknął pod taflą wody. Jess trzęsła się ze strachu, Angela wtuliła się w Bena 
a  Lauren  stała  znudzona.  Miałam  ochotę  jej  przywalić.  Może  nie  lubiłam  zbyt 
mocno Mike’a, ale znałam go krócej i martwiłam się o niego bardziej niż ta suka.  
Po chwili spostrzegłam Erika, który ciągnął bezwładne ciało Newtona. Mój oddech 
przyspieszył a strach przelał się nową falą po ciele. Wyciągnął go na brzeg. 

- Nie oddycha- 

powiedział pochylony nad jego ciałem.- Ktoś zna się na pierwszej 

pomocy? 

Właśnie  w  takich  przypadkach  dziękuję  mojej  matce,  za  to,  że  wysłała  mnie  na 
kurs ratownictwa. I choć nie uśmiechało mi się „całowanie” Mike’a, to nie miałam 
wyboru. Ludzkie życie jest ważniejsze niż osobiste niedomówienia. 

- Ja- 

odezwałam się i uklękłam z drugiej strony. 

Najpierw musiałam upewnić się, że nie oddycha. Niestety w tym przypadku Erik 
się  nie  pomylił.  Następnie  sprawdziłam  puls.  Był,  ale  zaczynał  słabnąć. 
Przechyliłam  głowę  Mike’a  do  tylu  i  zaczęłam  reanimację.  Trzydzieści  uciśnięć 
klatki  piersiowej  i  dwa  oddechy  ratownicze.  Różnica  między  manekinem  a 
prawdziwym człowiekiem była kolosalna, ale nie mogłam się poddać. Wykonałam 
te  czynności  jeszcze  trzy  razy,  aż  w  końcu  Mike  zaczął  odksztuszać  wodę  i 
oddychać.  Ulgę  i  szczęście,  które  poczułam  szybko  zamieniły  się  w  gniew, 
ponieważ ten  dureń  przybliżył mnie  do  siebie i pocałował, prawie  wpychając  mi 
język do gardła. Walnęłam go pięścią w żebra, aby się oderwać. 

Umarłem i jestem w niebie. 

background image

33 

 

Ja  bym  powiedziała,  że  nie  umarłeś  i  znalazłeś  się  w  samym  środku  piekła.- 

Walnęłam go w ramię.- Czy ty zdajesz sobie sprawę jak się o ciebie martwiliśmy? 
A ty nawet w obliczu śmierci stroisz sobie żarty!- Krzyczałam. 

- Lisa… 

Nie  mam  ochoty  z  tobą  gadać.-  Odwróciłam  się  w  stronę  Angeli  i Bena.- 

Odwieźcie mnie. 

Ok.  A  wy  zawieźcie  Newtona  do  szpitala,  niech  go  przebadają-  odparł  Ben. 

Ruszyliśmy w stronę samochodu, z oddali było jeszcze słychać podniesiony głos 
Jessiki. Biedny Newton, nie tylko ode mnie mu się oberwało. 
Całą  drogę  pod  sklep  siedzieliśmy  w  ciszy.  Dopiero,  gdy  wysiadałam  Angela 
odezwała się: 

Przykro  mi  z  powodu  Mike’a.  On  już  taki  jest,  po  prostu  trzeba  się  do  tego 

przyzwyczaić.- Widziałam skruchę w jej oczach. 

Nie musisz za niego przepraszać, to on powinien to zrobić. Nie chcę, aby przez 

jego głupotę cierpiał ktoś inny.- Uśmiechnęłam się i zamknęłam drzwi. 

 

Dopiero  pod  domem  Cullenów  zorientowałam  się  jak  wyglądam.  Rozczochrane 
włosy  a  w  nich  pełno  piachu.  Ubranie  wymięte  i  całe  w  błocie.  Dla  zwykłego 

obserwatora ten wi

dok może przywodzić tylko jedno na myśl. Dziki seks na plaży. 

Nie mam ochoty wracać się do domu, aby zmienić ciuchy, więc niech se myślą, co 
chcą.  Przeczesałam  tylko  włosy  palcami  i  zapukałam  do  drzwi.  Z  moim  pechem 
otworzył mi nie kto inny jak… Edward. Zarumieniłam się aż po czubki butów. 

- Eee…- 

Nie ma co, elokwencją to ja nie świecę.- Mógłbyś zawołam moją mamę? 

Wejdź.- Patrzył na mnie z rozbawieniem, lecz dostrzegłam tam jeszcze… troskę? 

Nie, to nie możliwe. Musiało mi się przewidzieć. 

- Nie. To znaczy

, jestem cała w błocie i nie chcę niczego wybrudzić.  

Przeziębisz się.- Złapał mnie za rękę i wciągnął do środka. 

Boże, Lisa, co ci się stało?- Nie ma to jak opiekuńcza mama. 

Nic. Nie martw się o mnie. 

Komuś się wycieczka udała.- Zachichotał Emmet i puścił mi oczko. 

background image

34 

 

Zachowuj  się-  skarciła  go  Esme  i  następnie  zwróciła  się  do  mnie.-  Kochanie, 

opowiedz co się stało. 
Nie wiem co ta kobieta ma w sobie, ale gdy tak do mnie mówiła po całym mym 
ciele  rozlała  się  fala  ciepła.  Trzeba  być  ślepcem,  żeby  nie  zauważyć  jak  bardzo 
kochała swoje dzieci. Gdybym nie miała rodziców, to modliłabym się, aby ktoś taki 
jak  Esme  mnie  adoptował.  Język  mi  się  przy  niej  rozwiązał  i  opowiedziałam  im 
całe zdarzenie.  

- Jestem z ciebie taka dumna córeczko.- 

Mama miała łzy w oczach. 

Spojrzałam  na  Esme.  Uśmiechała  się  ciepło  i  w  jej  oczach  również  mogłam 
dostrzec  dumę.  Kątem  oka  patrzyłam  na  Edwarda.  Opierał  się  nonszalancko  o 
ścianę  i  choć  jego  twarz  wyrażała  maskę  obojętności,  w  oczach  zobaczyłam  to 

samo, co u jego matki. Pomimo 

tego postanowiłam dalej go ignorować. 

Musimy już iść- stwierdziłam. 

Och, faktycznie. Dziękuję za gościnę Esme.  

Carmen, Lisa, jesteście tu zawsze mile widziane. 

Zapamiętam.-  Tak,  moja  mama  nie  odpuści  żadnej  okazji,  aby  poplotkować. 

Wywróciłam oczami i pożegnałam się. 
W domu odbyłam długą kąpiel, zjadłam obiad i położyłam się spać. 

 

Obudziłam się dopiero na drugi dzień. Nie sądziłam, iż można tyle spać a jednak. 
Po  obfitym  śniadaniu,  pojechałam  z  mamą  na  zakupy.  W  sklepie  rozdzieliłyśmy 
się.  Łaziłam  sobie  właśnie  między  półkami,  gdy  usłyszałam  chichot  Carmen. 
Ciekawość,  z  kim  rozmawia  zżerała  od  środka.  Dlatego  też  zakradłam  się  na 
palcach w miejsce, gdzie mogłam wszystko obserwować bez jakiejkolwiek wpadki. 
To, co zobaczyłam przerosło moje wszelkie oczekiwania. Pomiędzy rzędami półek 
stała moja mama i komendant Swan. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie 
fakt, że moja mama jawnie z nim flirtowała. Skutecznie, muszę dodać. Pan Swan 
wpadł jak śliwka w kompot. 

- Carmen?- 

Spytał i nerwowo przestępował z nogi na nogę. 

- Tak?- 

Odparła mrugając zalotnie rzęsami.  

background image

35 

 

Cała ta sytuacja była tak zabawna, że ledwo tłumiłam chichot. 

Czy wybrałabyś się ze mną na kawę?- Zarumienił się nie znanym mi do tej pory 

odcieniem purpury. Nie sądziłam nawet, że faceci potrafią się rumienić. 

Oczywiście.- Próbowała ukryć choć trochę entuzjazmu. Z marnym skutkiem. 

Podjadę po ciebie tak koło 7. 

Będę czekać. 

Rozeszli  się  a  ja  analizowałam  całą  sytuację.  Moja  mama  flirtowała  z 
komendantem policji. Moja mama umówiła się z nim na kawę, o porze tak późnej, 
że  powiedziałabym,  iż  to  raczej  kolacja.  O.  Mój.  Boże.  Postanowiłam  udawać 
jakby cała ta sytuacja nie miała miejsca. W końcu moja mama nie musi wiedzieć, 
że  ją  podsłuchiwałam.  Skończyłyśmy  zakupy  i  wróciłyśmy  do  domu.  Szeroki 
uśmiech  nie  schodził  z  twarzy  Carmen.  Świerzbiło  mnie  niemiłosiernie,  aby 
zapytać, o co chodzi, ale powstrzymywałam się. Dlatego, gdy zadzwonił dzwonek 
do drzwi zerwałam się jak oparzona, aby otworzyć. 

Witam komendancie. W czym mogę pomóc? 

- Ja… ja przy

szedłem do twojej mamy. 

Proszę  wejść.-  Wpuściłam  go  do  środka  i  krzyknęłam  do  Carmen.-  Mamo, 

przyszła twoja randka. 
Cel  zamierzony  i  trafiony.  Szeryf  zarumienił  się  a  mama  potknęła  zbiegając  po 
schodach i obrzuciła mnie morderczym spojrzeniem mówiącym: „Porozmawiamy 
później  młoda  damo”.  Phi,  już  się  boję.  Gdy  wychodzili  życzyłam  im  „miłej 
zabawy”,  przez  co  znów  zostałam  obdarzona  tym  spojrzeniem.  Usiadłam  sobie 
spokojnie  na  kanapie  i  włączyłam  telewizor.  Nagle  zadzwonił  telefon.  Ludzie  to 
mają wyczucie. 

-  Halo.- 

Odebrałam i spotkałam się z ciszą.- Halo!- Znów cisza, którą przerywał 

jedynie  oddech  osoby  po  drugiej  stronie  słuchawki.  Wkurzyłam  się.-  Posłuchaj 
perwercie,  znajdź  sobie  inne  osoby  do  dręczenia,  bo  mnie  to  nie  bawi!- 
Krzyknęłam,  odłożyłam  słuchawkę  trochę  mocniej  niż  powinnam  i  wróciłam  do 
oglądania telewizji. 

 

background image

36 

 

Trzy  tygodnie  później  leżałam  w  łóżku  i  gdybałam  nad  różnymi  sposobami,  aby 
wymigać  się  od  szkoły.  Czemu?  Dziś  są  moje  urodziny,  o  których  wie  każdy  z 
moich znajomych. To nie tak, że ich nie lubię. Po prostu nie znoszę tej całej uwagi 

skupionej na mnie.  

- Wszystkiego najlepszego córeczko!- 

Do pokoju wpadła mama z takim impetem, 

że umarlaka by obudziła. Teraz wiecie, co mam na myśli.- Moje kochanie kończy 
dziś  17  lat.  Boże,  kiedy  to  minęło?  Jesteś  już  o  krok  od  dorosłości.  Na  pewno 
niedługo  wyprowadzisz  się  i  zostawisz  swoją  matkę  samą.-  Gadała  i  gadała. 
Musiałam to przerwać. 

Mamo! Dzięki za życzenia. Nigdzie się nie wybieram i nie jestem jeszcze taka 

stara. Teraz pozwól mi się wyszykować do szkoły. 

- Dobrze.- 

Starła łzy z policzków.- Jak wrócisz czeka cię niespodzianka. 

 

W szkole było cicho. Zbyt cicho jak na mój gust. Do lunchu nikt, ale to nikt nie 
złożył mi życzeń. Były dwie opcje. Pierwsza: zapomnieli. Druga: coś się szykuje. 
Osobiście  stawiam  na  drugą,  bo  pierwsza  jest  mało  prawdopodobna.  Oczywiście 
nie pomyliłam się. Nie zdążyłam nawet usiąść z jedzeniem, gdy wszyscy chórem 
krzyknęli „Sto lat”. Cała stołówka zwróciła się w naszą stronę. Czy oni nie mogli 
tego powiedzieć ciszej? 
Na środku stołu stało przyozdobione ciasto. Usiadłam. 

Przepraszamy, że bez świeczki, ale sama rozumiesz- odezwał się Ben. 

Dzięki. To i tak za dużo. Nie musieliście.  

Musieliśmy,  musieliśmy.  Teraz  prezent  od  nas.-  Jessika  podała  mi  małe 

pudełeczko, owinięte niebieskim papierem. 

Nie przyjmę tego- zaprotestowałam. 

Obrazimy się. 

Chciał, nie chciał, wzięłam prezent i rozpakowałam go. W pudełku znajdował się 
niebieski IPod. Dobrze, że pamiętali, jaki jest mój ulubiony kolor. Różowego bym 
nie zniosła. 

Dzięki.- Tylko tyle zdołałam powiedzieć. 

background image

37 

 

Prowadziliśmy  luźną  konwersację.  Szał  moimi  urodzinami  wyparował.  Jedyny 
namacalny dowód, że je miałam znajdował się teraz szczelnie zamknięty w moim 

plecaku. 

Edward Cullen się na ciebie gapi- wyszeptała w pewnym momencie Jess. 

I co z tego? Ma oczy, to się gapi.- Wzruszyłam ramionami. Nie mogłam dać po 

sobie poznać, że w jakimś stopniu mnie to ruszyło. 

Ale on pożera cię wzrokiem- pisnęła. 

Odwróciłam się w jego stronę i faktycznie patrzył na mnie intensywnie z krzywym 
uśmiechem  na  ustach.  Mierzyliśmy  się  wzorkiem  dopóki  nie  odwrócił  się  do 
rodzeństwa. Moje tętno przyspieszyło, więc wzięłam głęboki oddech. 

A czy ja wyglądam jak przekąska?- Zwróciłam się do Jessiki.  

W  tym  momencie  usłyszałam  głośny  śmiech.  Skierowałam  swój wzrok znów na 
Cullenów.  Okazało  się,  że  to  Emmet.  Rose  walnęła  go  w  tył  głowy.  Reszta 
sztyletowała wzrokiem. Umilkł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez 
chwilę  rozważałam  nawet  opcję,  że  usłyszał,  co  mówię,  ale  to  niemożliwe. 
Odległość,  jaka  nas  dzieliła  była  zbyt  duża.  Nurtowało  mnie  to.  Przecież  gdyby, 
któreś z nich opowiedziałoby kawał, wszyscy by się śmiali, a te ich wściekłe miny 
dały mi do myślenia. 
Do końca lekcji i przez całą drogę do domu głowiłam się i analizowałam, co się 
dziś  wydarzyło.  Żadnych  wniosków,  wiele  pytań  i  ból  głowy.  To  wszystko,  co 
udało mi się zdziałać. Przez rodzinę Cullenów nabawię się zmarszczek i migreny. 

Mamo. Jestem już!- Krzyknęłam w progu.- Szykuj mi tabletkę od bólu głowy. 

Cisza. Dopadło mnie złe przeczucie, ale zignorowałam je. Może się kąpie albo jest 
w ogródku. Weszłam do kuchni i zamarłam. Takiej niespodzianki nigdy bym się 
nie  spodziewała.  Mama  leżała  na  środku  kuchni  w  kałuży  krwi.  Na  ciele  miała 
mnóstwo  ran,  prawdopodobnie  zadanych  nożem.  Wyraz  jej  oczu  był  pusty.  Nie 
żyła. Nikt by tego nie przeżył. Wyglądała jak sito. Krzyk ugrzązł mi w gardle. Nie 
byłam w stanie zrobić niczego, nawet logicznie myśleć. Ktoś podszedł do mnie od 
tyłu, przykładając nóż do gardła. Wiedziałam, że umrę, lecz chciałam wiedzieć z 
czyjej ręki. 

background image

38 

 

Tęskniłem kochanie.- Ten głos rozpoznałabym wszędzie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

39 

 

          

Rozdział 8 

 

Nienawiść  to  mocne  słowo,  lecz  skierowane  w  członka  rodziny  nabiera  zupełnie 

innego znaczenia. Taka racja bytu w ogóle nie powinna mi

eć  miejsca.  Rodzinę 

można  kochać,  szanować  oraz  uwielbiać,  ale  nie  nienawidzić.  Racja,  nie  ma 
ideałów. Ludzie mówią, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach, a i 
tak cię wytną. Gorzej, jeżeli jej członek nie ogranicza się do zdjęcia, tylko pozbywa 
się  ciebie  w  realnym  świecie.  I  teraz  niech  ktoś  mi  powie,  że  moja  nienawiść 
skierowana do ojca, który właśnie zabił swoją żonę, a moją matkę i przykłada mi 
nóż do gardła jest nieuzasadniona.  
Owszem  Bóg  kazał  wybaczać,  lecz  ja  przestałam  w  niego  wierzyć  patrząc  na 
bezwładne ciało matki. Nie modliłam się nawet o szybką śmierć, ponieważ to nie 
miało sensu. 

Wiesz Elizabeth, przez te wszystkie lata w więzieniu cały czas o tobie myślałem. 

Moja jedyna, kochana córeczka. Planowałem, że gdy już wyjdę na wolność wrócę 
po ciebie i oto jestem. Cieszysz się?- Nie czekał aż odpowiem. Dalej ciągnął swój 
wywód, a jego głos przyprawiał mnie o mdłości.- Wszystko powinno pójść gładko, 
lecz  niestety  ona  nie  chciała  mi  cię  oddać.  Dlatego  musiała  zginąć.  Uwierz,  nie 

chcia

łem tego zrobić. Kochałem ją. 

- Nieprawda- 

zaprotestowałam. Skoro i tam mam umrzeć, to mogę powiedzieć, co 

mi leży na wątrobie. 

- Prawda. 

Gdyby tak było, ona by żyła. Ty starałbyś się być lepszym człowiekiem dla siebie 

i dla nas. Nie zrobiłeś tego. Wolałeś uciec się do morderstwa niż przyznać przed 
samym sobą, że jesteś chory.- Zaśmiałam się.  
Oj tak, ta sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej komiczna. Nie zależało mi. 
Niech się dzieje, co chce.  
Odwrócił mnie  do  siebie  przodem  nadal  trzymając nóż  w  pogotowiu.  Widziałam 
złość  w  jego  zimnych,  niebieskich  oczach.  Nic  się  nie  zmienił.  Zestarzał się,  ale 

background image

40 

 

nadal miał ten sam twardy wyraz twarzy. Parę siwych włosów przebijało się przez 
krótkie, brązowe włosy, a na twarzy zaczęły pojawiać się zmarszczki. Jedno było 
pewne. W więzieniu nie próżnował. Mogłam to stwierdzić po barczystej sylwetce. 
Walka z nim, to przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce.  

Zawsze  chciałem  dla  was jak  najlepiej- powiedział  to lodowatym,  wypranym  z 

emocji tonem. 

Myślałeś, że jak będziesz kraść i mordować, my będziemy całować cię w pięty?- 

Prychnęłam.-  Większej  głupoty  nie  słyszałam.  Wolałabym  mieszkać  w  kartonie 
bądź pod mostem, ale mieć ojca z czystym kontem. Ty nim nie jesteś i nigdy nie 
byłeś!- Krzyknęłam. 

Tak mi się odwdzięczasz!- Również krzyknął, po czym uderzył mnie w twarz.- 

Przesiedziałem tyle lat, aby usłyszeć od mojej córki takie rzeczy! Nie różnisz się od 

tej suki!- 

Wskazał na moją matkę i roześmiał się jak szaleniec. 

- Czemu mnie od razu nie zabijesz? 

- Nie wiem. 

Może czekam aż zmienisz zdanie.- Wzruszył ramionami. 

Wolę zginąć, niż na ciebie patrzeć- wysyczałam. 

Spojrzał mi w oczy. Dostrzegłam w nich mieszaninę uczuć. Poczynając od bólu, 
kończąc na szaleństwie. W moich mógł dostrzec strach, to go satysfakcjonowało.  
Zamachnął się, lecz w porę odskoczyłam. Adrenalina dała o sobie znać. Czułam się 
nabuzowana. Gotowa do walki, jeżeli będzie trzeba. Postanowiłam, że nie poddam 
się tak łatwo. Moim priorytetem stało się odejść z honorem. Zrobię, to zarówno dla 

siebie j

ak i dla matki. Ona by tego chciała.  

Podczas  gdy  on  stał  tam  lekko  zdezorientowany,  podeszłam  i  kopnęłam  go  w 
krocze.  Może  to  było  głupie,  ale  w  takich  momentach  człowiek  nie  myśli 
racjonalnie. Zwinął się z bólu, więc miałam nikłą szansę na ucieczkę. 
Oglądaliście  kiedykolwiek  horror?  Jeżeli  tak,  to  zapewne  pamiętacie,  że  ofiary 
morderców zazwyczaj kierują się na górę, barykadując się w pokoju. Jakaś część 
mojego mózgu pracowała chyba inaczej niż ich, dlatego wybiegłam na zewnątrz. 
Fajnie  by  jeszcze  było,  gdybym  mieszkała  w  bardziej  zaludnionej  okolicy,  lecz 
niestety  mój  dom  stał  na  szarym  końcu.  Do  jakiegokolwiek  sąsiada  miałam 

background image

41 

 

kawałek drogi, a i samochody nie przejeżdżały tędy za często. Przecież to Forks, 
nie ma co się dziwić. Zapewne udałoby mi się uciec, ale pech chciał, iż potknęłam 
się. Ironia losu. W innej sytuacji śmiałabym się z tego. Nigdy nie miałam problemu 
z koordynacją, a tu… bęc i leżę. 
Nie  zdążyłam  się  podnieść,  bo  ojciec  już  na  mnie  usiadł.  Zanim  go  z  siebie 
zrzuciłam ranił mnie w ramię. Krzyknęłam. Ból był niesamowity. Zauważyłam, że 
zamierza  się  do poprawki,  gdy usłyszałam  pisk opon.  Srebrne Volvo,  tak  bardzo 
znajome,  zatrzymało  się  na  podjeździe.  Z  auta  wyskoczył  Edward  z  Alice.  Mój 
oprawca zerwał się i pobiegł w stronę lasu. Edward podążył za nim, a mi robiło się 
coraz słabiej. Spojrzałam na swoje ramię. Obficie krwawiło. Nie przejmowałam się 
tym teraz. W tym momencie ważne było, aby nikomu więcej nie stała się krzywda. 

Edward, nie. On ma nóż.- Głos miałam słaby. Nie usłyszał mnie i zginął za ścianą 

lasu. 

Nic mu nie będzie- odezwała się Alice. 

Jej  pewność  siebie  zbiła  mnie  z  tropu.  Stała  teraz  z  komórką  w  dłoni, 
prawdopodobnie dzwoniąc po pomoc. 

Karetka  i  policja  już  jedzie.  Leż  spokojnie  i  oddychaj.  Zaraz  będzie  po 

wszystkim.- Uwierz

yłam jej. 

Leżałam  na  zimnej  trawie  i  starałam  się  z  marnym  skutkiem  nie  odpłynąć. 
Rozbudził mnie wystrzał z pistoletu. 

-  Edward.- 

Zerwałam się do pozycji siedzącej i to był błąd. Od razu zakręciło mi 

się w głowie. 

Mówiłam żebyś leżała.- Dobiegł mnie karcący głos Alice. 

W  tle  słychać  już  było  sygnał  karetki.  Z  lasu  wyłonił  się  mój  wybawca  cały  i 
zdrowy. Ciągnął za sobą wybryk natury, po którym odziedziczyłam DNA. Ulżyło 

mi. 

Zabrano mnie do szpitala mimo moich wszelakich protestów. Miałam zaszczyt być 

opatr

ywana  przez  doktora  Cullena.  Mały  włos  nie  zemdlałam  i  to  nie  z  powodu 

dużej utraty krwi. Uroda Pana Cullena oszołomiła mnie. Wysoki blondyn o złotych 
oczach, w których widać było tyle czułości i współczucia. Rozmiękłam. Esme na 

background image

42 

 

pewno  jest  bardzo  szczęśliwa  ze  swoim  mężem.  Czy  to  złe,  że  byłam  ciut 

zazdrosna? 

Dobrze się czujesz?- Zapytał doktor. 

Można  tak  powiedzieć.-  Do  końca  nie  było  to  prawdą.  Wewnętrznie  byłam 

załamana. Miałam ochotę wrzeszczeć i kopać. Cud, że tego nie zrobiłam. 

Jeżeli będziesz czuć zawroty głowy lub mdłości, natychmiast zgłoś się do mnie.- 

Spojrzał mi w oczy.- Bardzo mi przykro. 

- Wiem. 

Moja  matka  była  częstym  gościem  w  ich  domu.  Ona  i  Esme  bardzo  się 
zaprzyjaźniły. Ciekawa byłam jak to przyjęła. 
Po  założeniu  kilkunastu  szwów,  przyszedł  czas  na  przesłuchanie,  które 
przeprowadził ze mną szeryf Swan. Opowiedziałam mu wszystko najdokładniej jak 
potrafiłam.  Rozpłakałam  się  przy  nim.  Rozmawiałam  z  tyloma  ludźmi,  a  akurat 
teraz musiałam się rozkleić. Szeryf Swan był drugą osobą po mnie, która kochała 
moją matkę. Może trzy tygodnie to za mało dla niektórych, aby się zakochać. Oni 
odstępowali  od  wszelakich  reguł.  Zachowywali  się  jak  para  nastolatków. 
Cieszyłam się ich szczęściem. Niestety widząc łzy w oczach tego człowieka, moje 
własne zaszkliły się i tama puściła, wylewając na twarz morze słonych kropel. Były 
w nich zawarte te uczucia, które w sobie kłębiłam. Ból, żal, rozpacz i gniew. 
Tak. Byłam zła sama na siebie. W kółko powtarzałam w myślach, że gdybym nie 
poszła do szkoły i została z nią, wszystko potoczyłoby się inaczej. Mogłabym ją 
uratować lub zginąć razem z nią ręka w rękę. Szeryf jakby czytając mi w myślach 
powiedział: 

Lisa, to nie twoja wina. Nie mogłaś nic na to poradzić. Nikt nie potrafiłby tego 

przewidzieć. Przestań się obwiniać. Carmen by tego nie chciała.- Złapał moją dłoń 
i  lekko  ścisnął.-  Przysięgam  ci,  iż  nie  spocznę  dopóki  ten  potwór  nie  otrzyma 
należytej mu kary. 

Proszę Pana, ja…- Sama nie wiedziałam, co chciałam powiedzieć. 

Cii. Już jest dobrze. Odwiozę cię do domu. I mów mi Charlie. 

background image

43 

 

Idąc  korytarzem  spotkaliśmy  Edwarda.  Chciał  ze  mną  porozmawiać,  ale  Charlie 
mu nie pozwolił. 

Jest osłabiona i musi odpoczywać. Porozmawiasz z nią kiedy indziej. 

W  drodze  do  domu  oboje  milczeliśmy.  No  bo,  o  czym  można  by  tu  rozmawiać. 
Pożegnaliśmy się i wróciłam do pustego domu. 
Będąc w środku rozwalałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Musiałam wyładować 
całą  złość.  Zżerała  mnie  od  środka.  Tkwiła  we  mnie  jak  ostrze  noża,  które  nie 
chciało wyjść. Dopiero przewracając dom do góry nogami poczułam się lepiej. 
Rozglądnęłam się. Widok nie był napawający optymizmem. Wazony z kwiatami, 
talerze, kubki i inne rzeczy leżały teraz na podłodze rozwalone w drobny mak. Nie 
przejęłam  się  tym.  Najważniejsze  było,  aby  sprzątnąć  krew  pozostałą  w  kuchni. 

Za

jęło  mi  to  dużo  czasu.  Łzy  zamazywały  obraz  i  parę  razy  musiałam  zmienić 

wodę.  W  końcu  udało  się.  Za  oknami  było  już  ciemno.  Śmieszne,  iż  poczułam 
zmęczenie dopiero teraz. 
Wzięłam szybki prysznic, uważając na bandaż. Siadając na łóżku miałam ze sobą 

album 

ze zdjęciami. Na większości z nich śmiałam się szczerze. Czasy, które nigdy 

już nie wrócą. Znowu zaczęłam płakać. 
Wiecie,  co  czuje  człowiek,  tracąc  kogoś,  kogo  właśnie  się  odzyskało?  Pustkę. 
Jedyne  słowo  pasujące  do  mego  stanu  ducha.  Nic.  Otchłań  bez  dna.  Przestałam 
czuć.  Szczęście,  radość  i  nadzieja  stały  się  dla  mnie  obcymi,  nic  nieznaczącymi 
słowami. Zostałam sama. Nie miałam nikogo.  
Może lepiej byłoby zginąć?- Zapytałam samą siebie w myślach. 
W  tym  właśnie  momencie  usłyszałam  kroki  na  schodach.  Czyżby  jednak  śmierć 
była mi dziś pisana? 

 

 

 

 

 

background image

44 

 

          

Rozdział 9 

 

Kroki  z  każdą  chwilą  stawały  się  coraz  głośniejsze.  Na  pewno  nie  była  to  moja 
matka.  Ona  nie  żyje.  Ojciec?  Też  nie.  Jest  w  areszcie,  dobrze  poturbowany  po 
spotkaniu  z  Edwardem.  Chyba,  że  miał  siłę  i  uciekł.  Taka  opcja  też  raczej  nie 
wchodziła w grę. Charlie zapewnił mnie, że jest dobrze strzeżony.  
Niespodziewany  gość  zapukał.  Czy  mordercy  pukają?  Raczej  nie,  dlatego 
krzyknęłam: 

Proszę. 

Jakie było moje zdziwienie, gdy w drzwiach zobaczyłam Esme i doktora Cullena. 

Przepraszamy za najście, ale nikt nie otwierał, więc weszliśmy.- Esme zaczęła się 

tłumaczyć. 

-  Spoko.- 

Wzruszyłam  ramionami.-  Z  tego  wszystkiego  zapomniałam  zamknąć 

drzwi.  

Lisa,  chcieliśmy  z  tobą  porozmawiać-  rzekł  doktor  Cullen  bardzo  poważnym 

tonem. 

Miałam  ochotę  zacytować  królika  Bugsa  i  powiedzieć:  „Co  jest  doktorku?”.  W 
ostatniej chwili się powstrzymałam. 

- O czym? 

Powiem  wprost.  Chcemy  abyś  się  do  nas  wprowadziła.-  Zamrugałam 

zaskoczona.- 

I jeżeli wyrażasz chęć zaadoptujemy cię. 

- Ale… ja… nie wiem. 

-  Kochanie- 

Esme  samym  tym  słowem  mogłaby  mnie  przekonać.-  Pragniemy ci 

pomóc.  Wiesz,  co  się  z  tobą  stanie?-  Kiwnęłam  twierdząco  głową.  Albo  dom 

dziecka albo adopcja. Fajny wybór, nie?- 

Jeżeli trafiłabyś do domu dziecka, to by 

mi 

złamało serce. Polubiłam twoją matkę, a ciebie pokochałam jak własną córkę. 

Twoja zgoda bardzo wiele dla mnie znaczy. Uszczęśliwisz mnie.- Uśmiechnęła się 
ciepło. 

background image

45 

 

Miałam ochotę krzyknąć: Tak! Niestety wyglądałoby to jak czysty akt desperacji, 
dlatego uznałam za stosowne słowa: 

Musze się nad tym zastanowić. Odpowiedź dam jutro. 

Przyjadę z rana.- Wyrwała się. 

- Esme- 

upomniał ją mąż. 

- No, co?- 

Zrobiła minę niewiniątka. 

- Nic. 

To dla mnie naprawdę dużo znaczy Esme i Panie Cullen- wtrąciłam. 

-  Dla nas te

ż,  dlatego  przemyśl  to  dobrze.-  Zaczęli  wychodzić.-  Jeszcze jedno. 

Mów mi Carlisle. Dobranoc. 

- Dobranoc. 

Wyszli, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie. Widać było, iż zależy im na mojej 
zgodzie.  Tylko,  dlaczego  aż  tak  bardzo?  I  czemu  nagle  ludzie  proszą  abym 
zwracała się do nich po imieniu? Dziwne. 
Chcę tego. Wiem, że Esme jest wspaniałą kobietą i dobrze się mną zaopiekuje. Jest 
jedno  „ale”.  Edward.  Nie  chodzi  tu  o  niechęć  do  niego,  a  wręcz  odwrotnie. 
Przyciąga  mnie  coraz  bardziej.  Jego  tajemniczość  nie  jest  już  przerażająca,  a 
podniecająca. Martwiłam się o niego jak o nikogo przedtem. Boże, gdy zobaczyłam 
go, jak wyszedł z lasu miałam nieodpartą potrzebę wtulenia się w niego. Nigdy nie 
czułam  tego  wcześniej  i  wiedziałam,  że  przebywając  blisko  niego  skażę  się  na 
cierpienie, ponieważ on tego nie odwzajemnia.  
Doszłam do wniosku, iż lepsze jest słodkie cierpienie i możność wpatrywania się w 
młodego boga, aniżeli cierpienie i samotność w domu dziecka. Tak więc decyzja 
została podjęta.  

Z czystym sumieniem i zam

kniętymi drzwiami poszłam spać. 

 

Obudził mnie dzwonek do drzwi. Po otwarciu ujrzałam rozpromienioną Esme. 

Dzień  dobry.  Proszę  wejść.-  Zaprosiłam  ją  do  środka,  nie  wiedząc  czy  jeszcze 

śnię czy to jest prawda. 

background image

46 

 

Witaj Liso. Namyśliłaś się? Przepraszam, że tak prosto z mostu, ale nie mogłam 

już wytrzymać. 
Czy mówiłam już, że ta kobieta jest szalona w pozytywnym znaczeniu tego słowa? 
Jeżeli nie, to mówię to teraz.  

Moja  odpowiedź  brzmi:  tak.  Mam  tylko  pytanie.  Co  na  to  twoje  dzieci?- 

Nurtowało mnie to. Zastanawiałam się nad tym. W końcu oni też mają coś w tej 

sprawie do powiedzenia.  

O nich się nie martw.- Widząc moja minę Esme rozwiązał się trochę język.- Ok. 

Zdania  są  podzielone.  Ja,  Carlisle,  Alice  i  Emmet  jesteśmy  za  twoją  adopcją. 
Rosalie i Jasper są przeciwni, a Edward jest neutralny. 

- Neutralny?- 

Wiedziałam, żeby nie oczekiwać cudów, ale sądziłam, iż nie będzie 

zadowolony. 

Z  nim  zawsze  było  najtrudniej-  westchnęła.-  Widzisz on jest raczej typem 

samotnika. Jego adoptowaliśmy jako pierwszego i bardzo ciężko przyjął fakt, że do 
naszej małej rodziny wstąpi Rose. Od początku nie darzyli się sympatią. Później z 
każdym kolejnym członkiem było lepiej.  
Esme  pomogła  mi  spakować  najpotrzebniejsze  rzeczy  i  ruszyłyśmy  w  drogę. 
Stwierdziła, że nie musimy brać od razu wszystkiego. Na moje pytanie, czemu się 
tak spieszy, powiedziała tylko, iż nie chce zostawić mnie samej. 
Jadąc znów do tego domu miałam mieszane uczucia. Strach przeplatał się z euforią. 
Esme co raz klepała mnie pocieszająco po dłoni, mówiąc, że będzie dobrze. 
Będąc  w  środku  zobaczyłam  wszystkich.  Stali  w  salonie  oczekując  mojego 
przyjazdu.  Spojrzałam  na  Rosalie.  Wtulała  się  w  Emmeta  z  surowym  wyrazem 
twarzy.  Miałam  ochotę  skurczyć  się  do  niewidzialnych  rozmiarów  i  uciec  jak 

najdalej. Jasper obejmowa

ł  Alice,  która  miała  wielkiego  banana  na  ustach. 

Przestępowała z nogi na nogę jakby nie mogła ustać w miejscu. Edward stał oparty 
o  ścianę  z  rękoma  skrzyżowanymi  na  piersi.  Jego  twarz  wyrażała  jedynie 
obojętność. Carlisle uśmiechał się i to właśnie on podszedł do mnie pierwszy. 

- Witaj w nowym domu.- 

Przytulił mnie lekko. 

background image

47 

 

Alice  wyrwała  się  Jasperowi  i  podbiegła  do  mnie  rzucając  się  jak  wygłodniałe 
zwierze. Mało brakowało a padłybyśmy jak długie na podłogę. 

Tak  się  cieszę.  Zostaniemy  najlepszymi  przyjaciółkami.-  Szeroki  uśmiech  nie 

schodził jej z twarzy. 
Jej  miejsce  zajął  Emmet,  który  przytulił  mnie  aż  zabrakło  mi  tchu,  a  stopy 
oderwały się od podłoża. 

Mam nadzieję, że wiesz, w co się pakujesz, młoda.- Puścił oczko, wskazując na 

małego chochlika. 

- Jest a

ż tak źle?- Zapytałam. 

-  Gorzej- 

odparł.  Dopiero  teraz  zauważyłam,  że  gdy  się  uśmiechał  miał  w 

policzkach słodkie dołeczki. Wyglądał dzięki nimi jak mały chłopiec. 
Takiego  powitania  się  nie  spodziewałam.  Wzruszyłam  się.  Oczywiście  reszta 
pozostała  na  swoich  miejscach,  ale  i  tak  było  miło.  Blondynka  w  końcu  sobie 
poszła  mamrocząc  coś  pod  nosem,  lecz  nie  zwracałam  na  nią  większej  uwagi. 
Powoli każdy skierował się do swoich pokoi. Zostałam ja i głowy rodziny.  

Pogrzeb i adopcja są w trakcie przygotowań, więc nie musisz się niczym martwić- 

powiedział Carlisle. 

Dziękuję- odparłam przez łzy, które teraz spłynęły mi po policzku. Nikt nigdy nie 

zrobił dla mnie tak wiele.  

Nie ma za co, a teraz leć zobaczyć swój pokój. 

Dwa razy powtarzać mi tego nie trzeba. Poszłam za Esme na ostatnie piętro. Na 
lewo i na prawo były drzwi. Skierowałyśmy się w lewo. 

- To pokój Edwarda.- 

Wyjaśniła wskazując drzwi naprzeciwko. 

Czy mogłam mieć gorszego pecha niż mieszkać naprzeciwko chłopaka, który mi 
się podoba? 

Nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne. 

Weszłam do pokoju i zamurowało mnie. Piękny, przestronny i urządzony jak reszta 
domu.  Prosto  i  ładnie.  Wielkie  łóżko  ze  złotą  pościelą  stało  po  lewej  stronie  i 
zajmowało 1/3 ściany. Naprzeciwko znajdowała się ogromna szafa. Nie wiem, kto 
będzie w niej trzymać ubrania. Jak na moją garderobę była stanowczo za duża. Za 

background image

48 

 

oknem  rozprzestrzeniał  się  las.  Będę  mieć  ładny  widok  z  samego  rana  tuż  po 
przebudzeniu.  Najważniejsze  było  jednak  biurko,  na  którym  stał  mój  własny 

laptop.  

Nie mogę.- Wskazałam sprzęt znajdujący się na biurku. 

Esme machnęła tylko ręką, mówiąc, że to nic takiego. Wchodząc głębiej do tego 
pałacu zauważyłam jeszcze jedne drzwi. Za nimi znajdowała się łazienka. Miałam 
ochotę piszczeć ze szczęścia. Zamiast tego przytuliłam Esem najmocniej jak tylko 
potrafiłam.  

Rozpakuj się. Jak będziesz czegoś potrzebować daj znać, jestem w pobliżu. 

Zajęłam się układaniem wszystkiego na swoje miejsce, a że nie było tego za wiele 
w  miarę  szybko  skończyłam.  Poczułam  ssanie  w  żołądku.  Z  pośpiechu nie 
zdążyłam zjeść śniadania. 
Wyszłam na korytarz. Było cicho i pusto, więc albo śpią albo są zajęci. Nie chcąc 
nikomu przeszkadzać zeszłam na dół na paluszkach. Już prawie byłam w kuchni, 
gdy  usłyszałam  głos  Edwarda  i  kogoś  jeszcze.  Podeszłam  najbliżej  jak  mogłam, 
aby podsłuchać i podglądnąć, co się dzieje. Wiem, wścibska jestem. 

Więc,  macie  nowego  członka  rodziny?-  Spytała  dziewczyna.  Z  tej  odległości 

jedyne,  co  mogłam  o  niej  powiedzieć  to,  to,  że  była  wysoką,  truskawkową 
blondynką. 

- Tak.- 

Słownictwo Edwarda wobec dziewczyn było raczej skąpe. 

I zgodziliście się na to?- Drążyła dalej. 

Esme się uparła. Co mieliśmy zrobić? Wiesz jaka ona jest- odpowiedział Edward. 

Dziewczyna podeszła do niego i przytuliła się. Nie mogłam nic poradzić na lekkie 
ukłucie zazdrości. Na moje szczęście przystojniak nie był z tego gestu zadowolony. 
Odsunął się od niej delikatnie, aby jej nie urazić.- Tanya, rozmawialiśmy już na ten 

temat. 

O  nią  chodzi?-  Niedowierzanie  czuć  było  na  kilometr.-  Edward, ona jest 

człowiekiem. 

Wiem i nie o nią tu chodzi. Dobrze wiesz. 

background image

49 

 

Chyba  nie  wiesz,  skoro  pozwoliłeś  wprowadzić  się  tej  dziewczynie  do  domu 

pełnym wampirów. 
Wampirów?  Te  słowo  huczało  mi  w  głowie.  Nierealne,  przecież  takie  istoty  nie 
istnieją  naprawdę.  W  filmach  czy  książkach owszem, ale nie w prawdziwym 
świecie. Niestety coś mi podpowiadało, że to prawda.  
Wszystkie  elementy  układanki  zaczęły  powoli  składać  się  w  całość.  Blada  cera, 
kolor oczu, chłód skóry i to, że nigdy nie widziałam, aby jedli czy pili. Mimo braku 

pokrewie

ństwa wszyscy byli do siebie podobni. Lecz co ze światłem słonecznym? 

Mity wskazują, że ono je zabija. Tak, tylko owe mity mają różną treść i każde z 
nich wskazuje co innego. W co wierzyć?  
Postanowiłam choć raz zaufać intuicji, która podpowiadała mi:  

Zam

ieszkałam w domu wampirów, żywiących się krwią.  

Jedynym racjonalnym wyjściem z sytuacji była ucieczka. Zerwałam się na nogi i 
zaczęłam biec. Daleko jednak nie dobiegłam, ponieważ para silnych ramion złapała 
mnie w pół i zwróciła ku sobie. Ostatnie, co zobaczyłam, to zdenerwowana twarz 
Edwarda, potem była już tylko ciemność.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

50 

 

          

Rozdział 10 

 

Miałam  dziwny  sen.  Śniło  mi  się,  iż  zamieszkałam  w  domu  z  wampirami.  Moja 
wyobraźnia  z  każdym  dniem  staje  się  coraz  bardziej  rozległa.  Chciałam 

zachi

chotać na irracjonalność moich myśli, gdy usłyszałam rozmowę, która jednak 

wskazywała, że to nie był sen, lecz rzeczywistość. 

Edward, coś ty jej zrobił?- To chyba była Alice. 

- Nic. 

Przyznaj  się  braciszku,  że  nie  mogłeś  wytrzymać  i  w  końcu  postanowiłeś  ją 

zjeść.- Zaśmiał się Emmet. 

Zamknij się.- Po głosie Rose, wywnioskowałam, że jest ostro wkurzona. 

Kto w ogóle wpadł na pomysł, aby wprowadzić ludzką dziewczynę do waszego 

domu?- 

To była Tasha, czy jakoś tak. 

Wiedziałam, iż to się tak skończy.- Znowu odezwała się dziewczyna Emmeta.- 

Jak to się stało Edward, że jej nie wyczułeś? 

Byłem zajęty rozmową. 

To musiała być bardzo wciągająca rozmowa- zironizowała Alice. 

- Zwalcie wszystko na mnie!- 

Krzyknął Edward. 

Przestanie się kłócić!- Uspokoił ich Carlisle.- Lisa już się obudziła. 

Skąd mógł to wiedzieć? Przecież nawet nie poruszyłam powieką. Nie było sensu 
dalej  udawać.  Otworzyłam  oczy  i  wstałam,  ale  chyba  trochę  za  szybko,  bo 
zakręciło  mi  się  w  głowie.  Oparłam  się  o  kanapę  i  spojrzałam  na  każdego  z 
zebranych.  Ich  miny  zdradzały  różne  emocje:  strach,  złość  i  troskę.  Czy  to 
możliwe, aby byli tym, czym są? Czy wampiry potrafią mieć uczucia? 

- To prawda?- 

Spytałam. 

Zależy, o co ci chodzi?- Odbił piłeczkę Carlisle. 

Tak łatwo, to mnie nie zbędzie. Nie jestem aż tak głupia. 

Jesteście wampirami.- Teraz bardziej stwierdziłam niż zapytałam. 

Skąd te przypuszczenia?- Twarz doktora nie zmieniła wyrazu ani trochę. 

background image

51 

 

Usłyszałam.- Wzruszyłam ramionami. 

Niemożliwe. 

Może nie grzeszę inteligencją, ale na słuch nie mogę narzekać. Nie próbujcie mi 

nawet wpierać, że to nieprawda. 

Skoro już wiesz…- Już? Tak łatwo się poddali? Dziwne. 

Nie  opuścisz  nas,  prawda?-  Esme  przerwała  mężowi.  W  jej  oczach  widziałam 

niemą prośbę. Czy chciałam zostać? Ważniejszym pytaniem było, czy oni chcieli 
abym została, czy raczej zjedzą mnie, aby zatrzeć ślady. Jakby czytając w moich 
myślach dodała:- Chcielibyśmy abyś została.- Spojrzała na resztę.- Większość z nas 

chce.- 

Poprawiła się.- Nie musisz się nas obawiać. Nie żywimy się ludzką krwią. 

Nic ci przy nas nie grozi. Zostań. 

Muszę to przemyśleć.- Zaczęłam się podnosić, gdy coś nasunęło mi się na myśl.- 

Jesteście wampirami, ale nie żywicie się ludzką krwią? 

Żywimy się krwią zwierząt, co nie oznacza, że ludzka krew jest nam obojętna. 

Musisz zrozumieć, iż pomimo naszej diety jesteśmy na nią podatni. Pracowaliśmy 
całe lata, aby zbudować w sobie kontrolę nad naszymi drapieżnymi instynktami.- 
tłumaczył Carlisle, a ja słuchałam go jak zaczarowana.- Nie jest to łatwe, ale jak 

widzisz przy 

odrobinie  silnej  woli  i  samozaparciu,  możemy  funkcjonować  jak 

zwykli ludzie. Czy myślisz, że gdybym żywił się ludzką krwią mógłbym pracować 

jako lekarz?- 

Kiwnęłam przecząco głową.- Właśnie. Jest nas niewielu. Praktycznie 

tylko my i rodzina z Denali. Tanya 

jest  z  tejże  rodziny.  Reszta  nie  jest  już  tak 

przyjazna i miejmy nadzieję, że nigdy ich nie spotkasz. 

To dlatego zachowywaliście się tak normalnie gdy byłam ranna. 

Jesteśmy również dobrymi aktorami.- Zaśmiał się doktor.- Muszę przyznać, że z 

tej próby 

moje dzieci wyszły zwycięsko.- W jego głosie brzmiała duma.- Ale staraj 

się nie kaleczyć przy nas. Nie wszyscy mają w sobie jeszcze tyle kontroli. 

Radzę sobie- burknął Jasper. 

Nie mówię, że nie- powiedział Carlisle po czym zwrócił się do mnie.- Jasper jako 

ostatni dołączył do naszej rodziny i jeszcze nad sobą pracuje. 

- Och.- 

To było wszystko co z siebie wydusiłam. 

background image

52 

 

Dobrze się czujesz? Całkiem długo byłaś nieprzytomna. 

Jest ok. Wcześniej miałam lekkie zawroty głowy, ale już przeszły. 

Jeżeli poczujesz się gorzej zgłoś się do mnie.- Kiwnęłam twierdząco głową. 

Ja chyba już pójdę- odezwała się Tanya. W ogóle o niej zapomniałam. 

Wszyscy  poszli  odprowadzić  ją  do  drzwi,  a  ja  poszłam  do  swojego  pokoju. 
Musiałam  to  przemyśleć.  Głowa  rozbolała  mnie  od  natłoku  informacji.  Cała  ta 
sytuacja  była  nierealna,  jakby  wycięta  z  jakiejś  książki,  a  ktoś  postanowił  to 
urzeczywistnić.  Pal  go  licho!  Chciałam  zostać.  Nie  obchodziło  mnie  to  kim,  czy 
czym  są.  Zdążyłam  pokochać  Esme,  a  te  jej  błagalne  spojrzenie…  Miałabym 

wy

rzuty  sumienia,  gdybym  postanowiła  odejść.  Poza  tym  wizja  domu  dziecka 

jakoś nie napawała mnie entuzjazmem. Rodzina? Najpierw trzeba ją mieć. Matka 
nie  żyje,  ojciec  gnije  w  więzieniu.  Nie  mam  nikogo.  Rodzice  mamy  również 
umarli,  gdy  byłam  mała  i  nie  mieli  więcej  potomstwa.  Sytuacja  u  mego  ojca 
przedstawiała  się  gorzej.  Jego  siostra  trafiła  do  psychiatryka  po  tym  jak  jej  brat 
dopuścił się morderstwa, a dziadkowie popełnili samobójstwo, ponieważ nie mogli 
żyć  z  myślą  jaki  jest  ich  syn.  Wychowywałam  się  w  świecie wariatów i 
samobójców, chyba dlatego nie dziwi mnie moje postępowanie. Sama jestem jedną 

z nich. 

Zostaję- pomyślałam i chwilę później drzwi otworzyły się z hukiem.  

Nawet nie wiesz jak się cieszę, że zostajesz.- Alice porwała mnie w objęcia. 

- Dusisz mnie- 

wykrztusiłam, a gdy już puściła zapytałam.- Skąd wiesz? 

A, to ty jeszcze nie wiesz. Każdy z nas ma dar i… 

- Alice!- 

Przerwał jej Edward. 

Ma prawo wiedzieć braciszku.- Jej ton głos był słodki, ale w oczach widziałam 

irytację.- Prędzej czy później i tak by się dowiedziała. 

Policzymy się później- powiedział i już go nie było. 

Jest wkurzony, bo ma dar czytania w myślach…- Spojrzałam na nią zszokowana. 

Niemożliwe.  W  tym  momencie  chcę  zapaść  się  pod  ziemię.-  ale, nie potrafi 
odczytać  twoich.-  Ulga  wypełniła  moje  ciało  w  momencie,  gdy  coś  wleciało  do 
pokoju,  a  Alice  złapała  to  bez  trudu.  Dopiero  po  chwili  zorientowałam  się,  że 

background image

53 

 

owym  przedmiotem  była  poduszka.  Dziewczyna  oparła  się  o  nią  i  kontynuowała 
rozmowę.- Ja mam dar przewidywania przyszłości. Niestety, polega on na tym, iż 
widzę daną przyszłość tylko i wyłącznie wtedy, gdy ktoś podejmie jakąś konkretną 
decyzję. Tak jak na przykład ty. Jasper potrafi kontrolować emocje. Może uspokoić 
cię  w  czasie,  gdy  jesteś  zdenerwowana  albo  coś.  Darem  Emmeta  jest  siła,  zaś 
Rosalie upór. Natomiast Esme ma wielkie serce, a Carlisle współczucie. To by było 
na  tyle.  Przyzwyczaisz  się  i  jestem  pewna,  że  zostaniemy  najlepszymi 
przyjaciółkami.-  Uściskała  mnie  i  wyszła.  Usłyszałam  jeszcze  jak  krzyknęła  do 
swego  brata,  że  rzucanie  poduszką  jest  raczej  słabym  pomysłem,  aby  zrobić  jej 
krzywdę. 
Mieszkanie  tutaj  robi  się  coraz  bardziej  ciekawe.  Wampiry  ze  zdolnościami,  a 
wśród  nich  zwykła  dziewczyna,  która  pomimo  odporności  na  psychiczny  dar 
czytania w myślach jednego z nich, nie jest odporna na jego fizyczne wdzięki. 

 

Ostatni tydzień był katorgą. Pochowałam matkę, a pogoda jakby wiedząc co czuje, 
zbuntowała się i lało jak cholera. Nie przejmowałam się tym. Razem z deszczem 
spływały moje łzy i nikt ich nie widział. Pogrzeb był skromny i nie było nas dużo. 
Tylko  ja,  moja  nowa  rodzina  i  komendant  Swan.  Nikt  mnie  nie  zaczepiał,  nie 
przytulał. Nie potrzebowałam tego. Chciałam być sama i uszanowali moją decyzję. 
Stałam  na  cmentarzu  w  strugach  deszczu,  a  parasolka,  którą  zostawiła  mi  Alice 
spoczywała w mojej dłoni złożona. Dopiero, gdy ubrania przesiąkły już do końca, 
ocknęłam  się  i  postanowiłam  wrócić.  Mój  darmowy  prysznic  skończył  się 
zapaleniem  oskrzeli  i  tygodniem  leżenia  w  łóżku.  Wynudziłabym  się  na  śmierć, 

gdyby nie Emmet i jego charakterystyczne poczucie humoru.  

Teraz będąc w szkole żałuję, iż jednak nie mogłam zostać w domu. Te wszystkie 
współczujące  lub  zawistne  spojrzenia  mnie  przytłaczały.  Nie  miałam  siły  nawet 
walczyć, chociaż słyszałam szepty na swój temat. Nie wszystkie były pochlebne. 
Większość  ludzi  uważała,  że  mojej  matce  należał  się  taki  los,  ponieważ  była 
alkoholiczką. Inni zaś zazdrościli mi, że jestem teraz jedną z Cullenów. Nazwisko 
nic dla mnie nie znaczy. Dalej jestem tą samą osobą, co wcześniej. Może trochę 

background image

54 

 

bard

ziej zamkniętą w sobie, ale nic więcej się we mnie nie zmieniło. Jessika chyba 

jednak uważa inaczej. Będąc w stołówce gęba jej się nie zamykała. 

- Nie siadasz ze swoimi? 

- Nie.- 

Moja odpowiedź była krótka, zwięzła i na temat. 

- Lisa, opowiedz jak to jest z 

nimi mieszkać?- Spytała podniecona. 

Normalnie, a jak ma być? 

Będąc pod jednym dachem z Edwardem nie wytrzymałabym. Rzuciłabym się na 

niego przy pierwszej lepszej okazji.- 

Uśmiechnęłam  się  pod  nosem  na  jej 

oświadczenie,  wiedząc,  iż  obiekt  plotek  wszystko  słyszy.  Zaryzykowałam 
spojrzeniem w jego stronę i jego zdegustowany wyraz twarzy przyprawił mnie o 
głośny  śmiech.  Spiorunował  mnie  wzrokiem  a  ja  powróciłam  do  rozmówczyni, 
która robiła to samo- To nie jest śmieszne. 

Przepraszam, ale on raczej nie byłby z tego zadowolony. Myślę, że jest gejem.- 

Wiedziałam, że oberwie mi się za to, ale nie mogłam się powstrzymać. Pamiętam 
jak  zasugerowałam  mu  swoją  teorię  dawno  temu  i  nigdy  nie  zapomnę  rządzy 

mordu w jego oczach.  

Jakoś ci nie wierzę.- Zbyłam ten fakt wzruszeniem ramion. 

Hej, możemy pogadać?- Powiedział jakiś chłopak kładąc mi rękę na ramieniu. 

Spojrzałam w górę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego uroda. Owszem był 
przystojny,  ale  nie  dorównywał  Edwardowi.  Niebieskie  oczy  patrzyły  na  mnie 

int

ensywnie,  a  blond  włosy  miał  ułożone  na  żel.  Nie  to,  co  Edward.  Jego  włosy 

przywodziły na myśl faceta po całonocnym seksie. Seksownie roztrzepane. 
Cholera,  taki  przystojniak  do  ciebie  zagaduje,  a  ty  porównujesz  go  do  młodego 
boga siedzącego parę stolików dalej. Uspokój się.- 
Skarciłam się w myślach. 

- Tak- 

odparłam. 

Wiem, że ostatnio pochowałaś swoją mamę i w ogóle, ale czy nie chciałabyś się 

ze mną umówić?- Wyrzucił z siebie szybko. 

Nawet nie wiem jak masz na imię.- Nie ma co chłopak nie marnuje czasu. 

- Jestem John.- 

Przedstawił się i wyciągnął rękę, którą uścisnęłam. 

Lisa. Skoro formalności mamy za sobą, to zgadzam się.- Uśmiechnęłam się. 

background image

55 

 

Pogadaliśmy  jeszcze  chwilę  i  uzgodniliśmy,  co  i  jak.  Musiałam  mu  także 
wytłumaczyć jak dojechać do mego domu. Boże, jak to dziwnie brzmi: mój dom, 
który tak do końca nim nie jest. To czy mogę tak w ogóle o nim mówić? 
Reszta  lekcji  minęła  spokojnie  i  o  dziwo  szybko.  Od  kiedy  oficjalnie  zostałam 
adoptowana mój samochód poszedł do kasacji i teraz jeżdżę z Edwardem, Alice i 
Jasperem.  Cisza  w  aucie  była  przytłaczająca  i  dobrze  wiedziałam  czemu.  Nawet 
wiecznie gadatliwa Alice siedziała dziś cicho, a gdy podjechaliśmy pod dom zmyła 
się  szybko  ze  swoim  chłopakiem.  Wysiadłam,  ale  nie  doszłam  daleko,  ponieważ 
zostałam przygwożdżona do Volvo. 

Myślałaś,  że  ci  się  upiecze?-  Wycedził  Edward  przez  zaciśnięte  zęby.  Ledwo 

hamował  złość.  Przyznaję,  powinnam  odpuścić  i  przeprosić,  lecz,  od  kiedy 
zrozumiałam  swoje  uczucia  względem  niego  nie  potrafiłam  tego  zrobić. 
Denerwowanie go stało się moją formą obrony. 

-  Wiesz, nie jestem dobra w pieczeniu ciast.- 

Uśmiechnęłam się słodko. Chłopak 

walnął  pięścią  w  dach  auta  aż  zostało  wgniecenie.-  Co ci ten biedny samochód 
zrobił? 

On nic, ale ty dużo. Czy nie mówiłem tobie abyś nie nazywała mnie gejem? Czy 

to naprawdę jest takie śmieszne, że Jessika Stanley przyczepiła się do mnie jak rzep 

do psiego ogona?- 

Nawet  nie  zauważyłam  kiedy  zaczęliśmy  stykać  się  ciałami. 

Jego ciemniejące z każdą chwilą złote oczy i słodki baryton działał na mnie tak jak 
nie  powinien.  Edward  schylił  się,  aby  powiedzieć  mi  coś  do  ucha.  Zadrżałam  i 
wtedy wyszeptał z nutą grozy.- Nie pójdziesz na tę randkę. 
Wkurzyłam się. 

Nie tobie o tym decydować, czyż nie? Nie jesteś moim ojcem. Mogę umawiać się 

z kim zechcę i kiedy zechcę, a tobie nic do tego. Ja przynajmniej kogoś mam, a ty 
dalej  będziesz  sam-  wycedziłam.  W  jego  oczach  zobaczyłam  ból.  Odeszłam 
szybkim  krokiem  do  domu,  a  w  pokoju  dopadły  mnie  wyrzuty  sumienia  tak 
wielkie, że cały świat przy nich to nic nie warta kropka. 

 

 

background image

56 

 

          

Rozdział 11 

 

Nie będę płakać, nie będę płać, cholera nie mogę płakać- powtarzałam jak mantrę. 
Pomimo powłoki, jaką się otoczyłam, w środku byłam słaba. I właśnie ta słabość 
dała mi się teraz we znaki. Naprawdę nie chciałam go skrzywdzić. W złości ludzie 
mówią wiele rzeczy, a później tego żałują. Ze mną jest podobnie. Wkurzył mnie, 
więc  uderzyłam  w  czuły  punkt.  Świadomie,  czy  nie  świadomie,  teraz  nie  ma  to 
znaczenia. Liczy się tylko obraz Edwarda ze smutnym wzrokiem. 
Przypomniało mi się mądre zdanie: „Zawsze ranimy najbardziej tych, na których 
nam zależy”. 
Ile  w  tym  jednym  zdaniu  może  być  prawdy?  Wiele,  ale jest jedno  „ale”.  Skąd  u 
mnie w ogóle taka myśl, że mi na nim zależy? Banalna odpowiedź: czuję, iż mamy 
ze sobą coś wspólnego.  

Nierealne? A je

dnak. Różnice między nami, można wymieniać i wymieniać. Łączy 

nas  jedynie  poczucie  samotności.  Mimo  tych  wszystkich  otaczających  nas  ludzi, 
czujemy się samotni. Człowiek ma przyjaciół czy rodzinę, jednak brakuje w jego 
świecie  bratniej  duszy.  Kogoś,  kto  zrozumie  nasze  problemy,  troski  czy  radości. 
Taka  osoba  kocha  nas  takimi,  jakimi  jesteśmy  i  nie  próbuje  nas  zmienić.  Nie 

krytykuje, a pomaga.  

Rzadko  można  spotkać  takiego  kogoś.  Widzę,  że  Alice  jest  kimś  takim  dla 
Edwarda, ale on, tak samo jak ja, chce mieć się do kogo przytulić. Chce poczuć 
prawdziwą miłość. 
Moje smętne rozmyślania przerwał ten mały chochlik: 

Słyszałam, że masz randkę. 

- Owszem mam, ale… 

- Nie.- 

Przerwała mi, pewnie wiedząc, co przyszło mi do głowy.- Lepiej wstrzymaj 

się z tym. Edward jest teraz nieco… wzburzony. Pobiegł gdzieś. Nieźle musiałaś 
go wkurzyć, ponieważ przez jego głowę przeszło co najmniej dziesięć sposobów, 
jak cię zabić i zatrzeć ślady. 

background image

57 

 

Ała. 

To  raczej  mało  powiedziane-  stwierdziła.-  Musimy  się  streścić,  jeżeli  chcesz 

zdążyć. Strój, makijaż i włosy.  
Nie ma co, dziewczyna pomyślała o wszystkim. Niestety spoglądając w moją szafę 
nie była zbyt zachwycona. 

- No co?- 

Spytałam, widząc jak mruży oczy. 

- Idziemy na zakupy.- 

To powiedziawszy prawie wyniosła mnie z pokoju. 

- Gdzie idziecie?- 

Zapytała Esme, wychodząc z kuchni. Do moich nozdrzy doszedł 

cudowny zapach pieczonego mięsa.- Przygotowałam obiad dla Lisy. 

- Pieczony kurczak? Uwielbiam.- 

Pognałam do kuchni ile sił w nogach i nałożyłam 

swoją porcję na talerz. 

Skąd wiedziałaś, że to akurat kurczak?- Spytała Esme. 

Każdy by rozpoznał ten zapach.- Wzruszyłam ramionami. 

Jedząc  dochodziły  do  mnie  urywki  ich  rozmowy  typu:  „Dziwne”  lub  „Trzeba 
powiedzieć  dla  Carlisle’a  ”.  Nie  rozumiałam,  co  w  tym  może  być  takiego 
dziwnego. Ludzkość, po to została wyposażona w te wszystkie zmysły, aby z nich 
korzystać. Czyż nie? 
Pochłonęłam  zawartość  całego  talerza,  aż  sama  zdziwiłam  się,  gdzie  zmieściłam 
tyle jedzenia. Esme nie oszczędzała się w kuchni. Zaczęłam zastanawiać się, jak to 
jest  możliwe,  iż  pomimo  tego  całego  wampiryzmu  i  picia  krwi,  ktoś  taki,  jest  w 
stanie przygotować danie lepsze od zawodowego kucharza.  
Niestety  nie  dane  mi  było  się  o  to  zapytać,  bo  już  siedziałam  z  Alice  w 
samochodzie pędząc jak burza w stronę Port Angeles. 

Gdybyśmy  miały  więcej  czasu,  zabrałabym  cię  na  zakupy  do  Seatle.  Jest  tam 

większy wybór. Co cię właściwie podkusiło, aby umówić się z tym chłopakiem? 

-  Nie wiem- 

odparłam.-  Podszedł  do  mnie  i  się  zapytał.  Moja  odpowiedź  była 

raczej  sprawą  impulsu.  Pomyślałam  sobie: „Czemu nie. Co ci szkodzi?’ Chyba 
dlatego się zgodziłam. Nie rozumiem tylko zachowania Edwarda.  

Mojego  brata  nie  sposób  zrozumieć.  A  uwierz,  spędziłam  z  nim  trochę  czasu  i 

czasem żałuję, że nie mam daru czytania w myślach.- Uśmiechnęła się. 

background image

58 

 

- Wiem, i

ż nie przepada za mną, ale jak myślisz… wysłucha choć, co mam mu do 

powiedzenia?- 

Wolałam zapytać. Alice znała Edwarda o wiele dłużej, niż ja. 

Trudno stwierdzić.- I tyle z jej pomocy.- Sądzę, że oboje powinniście się dogadać 

albo spróbować unikać. Innego rozwiązania nie widzę. 
Resztę  drogi  spędziłyśmy  w  ciszy,  co  było  trochę  dziwne  zważając  na 
entuzjastyczne  podejście  do  życia  mojej  towarzyszki.  Nie  wgłębiałam  się  w  jej 
troski.  Uważałam,  że  jeżeli  chciałaby  mi  o  tym  powiedzieć,  zrobiłaby  to.  Nie 
należę do zbyt wścibskich osób, choć nie powiem, iż ciekawość nie zżerała mnie 
od środka. 
Będąc na miejscu dziękowałam Bogu, że mamy ograniczony czas. Latałyśmy od 
sklepu do sklepu, a Alice mruczała pod nosem zirytowana. Po godzinie zakupów i 
dziesięciu pęcherzach na każdej stopie, byłyśmy w domu. Niestety, nie był mi dany 
odpoczynek.  Lokówki,  prostownice  i  inne  diabelstwa  zostawiły  ślad  na  moich 
włosach. Czy było warto tak się męczyć? Spoglądając w lustro, stwierdziłam, że 
tak. Lekko upięte włosy, delikatny makijaż i zwiewna niebieska sukienka zdziałały 
cuda.  Wyglądałam  po  prostu  jak  dziewczyna.  Krucha  i  skromna.  Hmm… 
Zastanawiając  się,  mogłabym  przyzwyczaić  się  do  takiego  widoku.  Tyle,  że  nie 
chcę być postrzegana jako chodzące niewiniątko, skoro nim nie jestem. Czyli, tylko 
okazje zmuszą mnie do tak odświętnego stroju. 

Otworzę!- Krzyknęła podniecona Alice i zbiegła po schodach. 

Wzięłam  głęboki  wdech  i  podążyłam  za  nią.  W  drzwiach  stał  trochę  zmieszany 
John.  Miał  na  sobie  ciemne  jeansy  i  białą  koszulę.  Wyglądał  nieźle,  nawet  nie 
zwróciłam uwagi na jego nażelowane włosy.  

Cześć- odezwał się pierwszy, wręczając mi różę. 

Miłe  uczucie,  szczególnie,  że  to  mój  pierwszy  kwiatek  w  życiu.  Zaczął  dobrze, 
zobaczymy jak dalej potoczy się nasza randka. 

Hej. Dzięki.- Posłałam mu promienny uśmiech, po czym zwróciłam się do Alice.- 

Mogłabyś wsadzić ją do wody? My już pójdziemy.- Dziewczyna puściła mi oczko i 
zaraz jej nie było. 

Ślicznie wyglądasz.- Komplementów nigdy za mało. 

background image

59 

 

Ty również wyglądasz nieźle. Mogę wiedzieć, dokąd mnie zabierasz? 

Myślałem o kinie i kolacji.- Odetchnęłam z ulgą, bo niedawno jadłam i bałam się, 

że pójdziemy coś zjeść. 

- Mi pasuje. 

John naprawdę się postarał. Zabrał mnie na komedię romantyczną i do cudownej 
włoskiej knajpki. Przez dwie godziny seansu zdążyłam zgłodnieć, a że nie jestem 
wybredna, jeśli chodzi o posiłki, to poczułam euforię na myśl o tych daniach. 
W kinie nie mieliśmy okazji porozmawiać, więc postanowiłam zagadać. 

Opowiedz coś o sobie. 

A co chciałabyś wiedzieć?- Odbił piłeczkę. 

-  Zacznijmy od wieku i hobby.- 

Temat  banalny,  ale  mówiący  najwięcej  o 

człowieku. 

Skończyłem osiemnaście lat i jestem w ostatniej klasie. Po szkole zamierzam iść 

do uczelni, która da mi możliwość rozwijania się w dziedzinie sportu. Uwielbiam 

football i gram 

w  naszej  reprezentacyjnej  drużynie…-  I  w  tym  momencie  się 

wyłączyłam. 
Sport nie jest moim „konikiem”. Nie widzę w sporcie nic szlachetnego. Dla mnie 
football  kojarzy  się  ze  zgrają  spoconych  facetów  biegających  za  piłką  i 
podstawiających  se  nogi,  jak  w  przedszkolu.  Choć  jest  na  pewno  mniej 
niebezpieczny od boksu, czy wrestling’u. A może i nie. Jednak niewiedza czasami 

jest dobra. 

Nagle moje myśli zboczyły z toru o sto osiemdziesiąt stopni. Czy Edward wrócił 
do domu? Czy nadal jest na mnie wściekły? Modliłam się w duchu, aby choć mnie 
wysłuchał. Nie musi mi wybaczać. Chcę mieć pewność, że gdy wyrzucę z siebie, 
co mnie trapi, to poczuję się o wiele lepiej. 

- Teraz twoja kolej.- 

Biedny chłopak, nawet nie zauważył mojego odlotu. 

Niedawno  skończyłam  siedemnaście  lat,  a  moją  miłością  są  książki.-  Tak 

uwielbiam  czytać.  Włączam  wtedy  wyobraźnię,  snuję  wizję  tego,  co  czytam,  a 
potem  sprawdzam,  gdzie  jest  granica  pomiędzy  fantazją  a  rzeczywistością.- 
Najbardziej fascynują mnie powieści fantastyczne. 

background image

60 

 

Hmm… Więc jeżeli zgodzisz się na druga randkę, tym razem zabiorę cię na film 

fantasy.- 

John uśmiechnął się. 

- Jestem za.- 

Odwzajemniłam gest.  

Dałam mu drugą szansę, ponieważ, mimo, iż jest fanem footballu, to każdy na nią 
zasługuje i nie mogę go skreślić za taką błahostkę. 
Podsumowując,  randka  nie  była  zła.  John  odwiózł  mnie  do  domu  i  nawet 
odprowadził pod same drzwi. Teraz pozostała kwestia pożegnania. 

Było… miło.- Odwróciłam się w jego stronę. 

- Powtórzymy to?- 

Jego głos i postawa wyrażały zdenerwowanie. 

Chętnie- odparłam, a szeroki uśmiech pojawił się na twarzy chłopaka. 

Blondyn powoli zbliżył się do mnie. Z lekką dozą nieśmiałości musnął moje wargi. 
Odwzajemniłam pocałunek, ale nie pogłębiałam go. Na to trzeba sobie zasłużyć. 

- Do zobaczenia w szkole- 

szepnął, odsuwając się. 

- Pa.- 

Nie był to pocałunek odbierający zdolność mówienia, lecz co więcej mogłam 

powiedzieć. 
John odjechał, a ja weszłam do domu i od razu naskoczyła na mnie Alice. 

- I jak? Opowiadaj.- 

Skakała wokół mnie. 

Nie mów, że nie widziałaś.- Zaśmiałam się.- Było ok. 

Tylko tyle? Wiesz, wizje ludzi są dość niewyraźne.- Naburmuszyła się i dodała 

szeptem:- Jest w swoim pokoju.- 

Spojrzałam na nią z prośbą w oczach.- Nie wiem. 

On musi podjąć decyzję. 
Zanim odeszłam posłała mi pocieszający uśmiech. Sądzę, że jeżeli miałoby się coś 
stać,  to  mogę  liczyć  na  jej  pomoc.  Westchnęłam  i  weszłam  na  górę.  Z  każdym 
krokiem  moje  serce  biło  coraz  szybciej.  Nawet  nie  miałam  przygotowanej 
przemowy.  Będę  improwizować.  Zapukałam  i  nie  czekając  na  zaproszenie 
wparowałam do środka. 

- Czego?- 

Warknął. 

Cóż  za  miłe  powitanie-  zironizował,  ale  w  porę  się  opamiętałam.-  Wiem,  że 

prawdopodobnie nie chcesz mnie słuchać, ale przyszłam przeprosić. 

background image

61 

 

Edward uniósł swoje idealne brwi do góry i założył ręce na klatce piersiowej, która 
była…  naga.  Mój  Boże,  on  był  bez  koszulki.  Jezu,  co  za  mięśnie.  Maryjo 
przenajświętsza, idealnie płaski brzuch i ta charakterystyczna litera v kończąca się 
głęboko w spodniach. Nie wiem, ile razy jeszcze wymieniłam imiona świętych, ale 
było  tego  sporo.  Gapiłam  się  bezwstydnie  na  te  chodzące  cudo  i  odebrało  mi 
mowę. 

-

Więc?- Wampir wyrwał mnie z transu. 

Co? A tak. Przepraszam. Nie chciałam… to znaczy… zrobiłam to nieświadomie 

i… i jest mi przykro- 

jąkałam się. Wzięłam głęboki wdech.- Zrozumiem, jeżeli mi 

nie wyb

aczysz. Chciałam, abyś wiedział. 

Wybaczę.- Spojrzałam z nadzieją w te złote oczy.- Ale na nic więcej nie licz. Nie 

staniemy  się  przyjaciółmi.  Ignorujmy  się  wzajemnie.  Tak  będzie  lepiej  dla 

wszystkich.- 

Zamiast cieszyć się z tego, było mi smutno. Nie sądziłam nawet, że mi 

przebaczy,  lecz  gdzieś  głęboko  w  sercu  miałam  nadzieję  na  polepszenie  naszych 
stosunków.  Myliłam  się.-  Nie  rozumiem  jednego.  Dlaczego,  wiedząc  czym 
jesteśmy, nie uciekłaś z krzykiem? 

- Ufam wam. 

Nam nie powinno się ufać- zripostował. 

Wiesz, czego boję się najbardziej?- Spytałam. 

- Nie. 

Tego, że gdy spadnę, nie będzie w pobliżu nikogo, kto pomógłby mi się podnieść. 

- Nie rozumiem.- 

Po jego minie widziałam, że to prawda. 

Przeraża  mnie  samotność.  Myśl  o  tym,  że  nie  będzie  koło  mnie  kogokolwiek, 

napawa mnie lękiem. Chcę mieć pewność, iż w każdej chwili ktoś wyciągnie do 
mnie  pomocną  dłoń.  Że  jakaś  osoba  o  mnie  myśli.  Bez  siebie  nawzajem,  nie 
jesteśmy nic warci- wyszeptałam i wyszłam. 

 

 

 

background image

62 

 

          

Rozdział 12 

 

Ostatnich parę miesięcy było w miarę normalnych. Szkoła, dom i regularne badania 
Carlisle’a. Choć już na początku stwierdził, że nic mi nie dolega i mam po prostu 
bardziej rozwinięte zmysły, wolał mieć mnie pod stałą obserwacją. Nie miałam nic 
przeciwko,  póki  nie  kuł  mojego  ciała  igłami.  Co  niestety  zdarzało  się  raz  w 
miesiącu,  aby  zrobić  morfologię.  Ble.  Nie  lubię  niczego  związanego  ze 

strzykawkami i pobieraniem.  

Wracając do tematu, prowadziłam zwyczajne życie typowej nastolatki i nadal tak 
jest,  choć  jeden  dzień,  a  raczej  wieczór  sprawił,  że  wzbogaciło  się  ono  o  jedną 
osobę więcej, a o jedną ubyło. 

*** 

Wszystkich  ogarnął  szał  świątecznych  zakupów.  Alice  już  na  początku  grudnia 
planowała,  kupowała  i  wciągała  w  swoje  szaleństwa.  Nie  przeszkadzało  mi  to, 
ponieważ  uwielbiam  święta.  To  jest  ten  czas,  w  którym  każdy  się  jednoczy,  a  o 
dostawaniu prezentów nie wspomnę. Nadal chodziłam z Johnem i było nam razem 
dobrze.  Czy  istniało  między  nami  jakieś  silniejsze  uczucie?  Z  mojej  strony,  nie. 
Wiem,  iż  to  samolubne,  ale  on też nie  powiedział,  że  mnie kocha,  więc wyrzuty 
sumienia równały się zeru.  
Tydzień  przed  Bożym  Narodzeniem  miałam  już  wszystko  pokupowane  dzięki 
małemu  chochlikowi.  Szkoda  tylko,  że  nie  mogłam  sprawić  sobie  nowych  nóg. 
Kino  z  Johnem  było  już  czystym  relaksem  i  izolacją  od  tej  całej  gorączki 
świątecznej. 

-  Idziesz do kina- 

stwierdziła  Alice.  Już  się  nawet  przyzwyczaiłam  do  tego,  iż 

wszystko wie. 

Nie chcę znać tytułu filmu- powiedziałam od razu. 

Wadą  w  całym  tym  jej  przewidywaniu  przyszłości  był  fakt,  że  paplała,  co,  jak  i 

gdz

ie, psując mi niespodzianki. Dlatego obrałam taktykę szybkiego reagowania. 

Jeszcze z tobą nie zerwał?- Zakpiła Rosalie. 

background image

63 

 

Najwidoczniej  nie  jestem  taka  straszna,  na  jaką  wyglądam.-  Uśmiechnęłam  się 

sztucznie. 

- A jak tam sprawy… no wiesz.- 

Emmet poruszył sugestywnie brwiami. 

Przez cały czas pobytu w tym domu, zastanawiam się jak te sprzeczne charaktery 
wytrzymują ze sobą pod jednym dachem. 
Gdybym  powiedziała  coś  w  stylu:  „Nie  twój  interes”,  pomyślałby,  że  ja  i  John 
zachowujemy się jak para niewyżytych króliczków. Musiałam wybrać inną taktykę. 

- Nic nie mów, Em- 

udałam wielki żal.- Wiedziałeś, że nawet w wieku osiemnastu 

lat, można stać się impotentem? Masz wielkie szczęście, że cię to nie dopadło. 

- Nie mówisz serio. 

Jasne, że nie, kochanie- odezwała się Rose.- Ona pewnie czeka aż do ślubu, lecz 

nie chce się przyznać. 

Rozgryzłaś mnie.- Teatralnie westchnęłam. 

Chyba nabrali się na tę teorię, bo nikt się więcej o nic nie zapytał. Dla mnie było 
wszystko  jedno,  co  myślą.  Nie  miałam  zamiaru  zwierzać  się  z  mojego  życia 
seksualnego, nawet, jeżeli takowego nie posiadam. Po całej aferze z Peterem, wolę 
poczekać, niż rzucać się do pierwszego lepszego łóżka. 

Carlisle  ma  dziś  nocny  dyżur  w  szpitalu.  Ja,  Esme,  Jasper,  Emmet  i  Rosalie, 

jedziemy na polowanie- 

wytłumaczyła Alice. 

- A Edward?- 

Zapytałam. 

Był wczoraj. 

Z jednej strony poczułam ulgę, że gdy wrócę do domu, to ktoś w nim będzie. Lecz 
z drugiej czułam zdenerwowanie. Ignorowanie osoby Edwarda przychodziło mi z 
trudem.  Miałam  nieodpartą  chęć  rozmowy  z  nim.  Jemu  wychodziło  to  idealnie. 
Praktycznie spędzałam z nim czas tylko w drodze do szkoły i na lekcji biologii. Ta 
cisza  pomiędzy  nami  przytłaczała.  Ciężko  jest  milczeć,  gdy  chce  się  tyle 
powiedzieć. Byłam już na granicy cierpliwości. Mało brakowało abym wybuchła. 
Jeszcze tego nie zrobiłam, na szczęście. 
Zaplanowałam sobie, że po powrocie z randki od razu zaszyję się u siebie w pokoju 
i nie wyjdę bez konkretnej przyczyny. 

background image

64 

 

John  jak  zwykle  punktualny  zabrał  mnie  tym  razem  na  komedię  romantyczną. 
Mieliśmy  ustalony  grafik.  Raz  horror,  raz  sensacja,  a  innym  razem  zupełnie  coś 
innego.  W  ten  sposób  każdy  miał  to,  czego  chciał,  bez  zbędnych  kłótni.  Rzadko 
kiedy dochodziło do konfrontacji. Potrafiliśmy pójść na kompromis, do czasu. 
Wyszliśmy z sali i natknęliśmy się na Jessikę i innych. Przyznaję się bez bicia, iż 
trochę  ich  ostatnio  zaniedbałam,  ale  jako  dziewczyna  futbolisty  miałam  niestety 
swoje nudne obowiązki.  

Lisa, to ty jeszcze żyjesz?- Spytała Jess z sarkazmem, którego muszę przyznać, 

nauczyła się do perfekcji. 

Jak widać jeszcze oddycham- potwierdziłam. 

Może pójdziemy gdzieś razem?- Mike otoczył mnie ramieniem.  

Jeżeli jego słowa miały drugie dno, to tego nie wyczułam. John chyba jednak tak. 

Nie wiem, czy zauważyłeś geniuszu, ale ona jest ze mną- wycedził. 

Spoko, miałem na myśli całą paczkę- bronił się Mike. 

Nigdy nie widziałam swego chłopaka równie wściekłego, jak był w tym momencie. 
Kazał  dla  Mike’a  zabrać  rękę  ze  mnie.  W  jego  oczach  ujrzałam  furię. 
Zastanawiałam się, jakim prawem się tak złości. Gdy tamci odeszli, spytałam się o 

to. 

Jesteś moja dziewczyną!- Krzyknął. 

Owszem,  ale  nigdy  nie  mówiłam,  że  jestem  twoją  własnością!-  Również 

wybuchłam.- Przecież Mike nie robił nic złego. 

Przystawiał się do ciebie, a ty mu na to pozwalałaś. 

Ta rozmowa zmier

zała do nikąd. Nie było sensu się kłócić, szczególnie o coś tak 

nieistotnego. 

- Wcale nie. Koniec tematu- 

ucięłam. 

Też uważam, że to koniec, ale nas!- Wykrzyczał i poszedł. 

Zostawił mnie samą na pastwę losu. Co za dupek. W każdej sekundzie narastała we 

m

nie złość. Musiałam sobie teraz znaleźć transport do domu. Nie miałam komórki, 

aby  zadzwonić.  Jedyną  szansą było  odnalezienie  Jessiki  i  reszty.  Wyszłam  przed 

background image

65 

 

budynek  i  zauważyłam  samochód  Johna.  Nie  było  go  w  nim,  ale  teraz  nie 
obchodziło mnie gdzie jest i co robi.  
Zaczęłam  krążyć  po  uliczkach  Port  Angeles,  lecz  bez  większego  rezultatu.  Nie 
chciałam zagłębiać się za bardzo, bo nie znałam dobrze tego miasta. Zaglądnęłam 
więc  w  znane  mi  miejsca  i  nic.  Byłam  już  w  skrajnej  desperacji,  aby  zajść  do 
jakiegoś  sklepu  i  zadzwonić  do  Edwarda.  Oczami  wyobraźni  widziałam  jego 
kpiące  spojrzenie.  Chciałam  zawrócić,  ponieważ  aktualnie  przebywałam  na 
obrzeżach miasta, gdy usłyszałam krzyk.  
Nie był to zwykły krzyk, taki, jaki człowiek wydaje z siebie, gdy widzi pająka, albo 
coś  go  wystraszy.  Ten  mroził  krew  w  żyłach  i  przyprawił  mnie  o  nieprzyjemne 
ciarki idące wzdłuż kręgosłupa. Ktoś darł się jakby był zdzierany ze skóry żywcem. 
Chciałam  uciec,  lecz  w  tym  krzyku  brzmiała  znajoma  nuta.  Moje  nogi  zamiast 
stąpać w przeciwnym kierunku, skierowały się do źródła dźwięku. 
Nie  myliłam  się.  Osobą,  która  krzyczała  był  John.  Jego  bezwładne  ciało 
spoczywało w ramionach faceta, który wysysał z niego ostatnie krople życia. Nigdy 
nie widziałam wampira w akcji, aż do teraz. Wiedziałam jedno, że jeżeli przeżyję, 
w co wątpię, to nie chcę więcej nic takiego oglądać.  
Mężczyzna  uniósł  na  mnie  wzrok.  Nie  był  poplamiony  krwią,  wokół  też  jej  nie 
widziałam.  Pomimo  późnej  pory  zauważyłam  jego  oczy.  Czysty  szkarłat  porażał 
swoją intensywnością. Patrząc w nie, miało się wrażenie przytłaczającej z każdej 
strony czerwieni, tak jakbyś tonął, lecz nie w błękitnym oceanie, a morzu krwi. 
Wampir uśmiechnął się. Mój mózg krzyczał: ”Uciekaj”, ciało nie słuchało. Byłam 
jak sarna patrząca w reflektory samochodu i niepotrafiąca się ruszyć. Śmierć śmiała 
mi się w twarz, a ja stałam jak posąg czekając na nią. Właśnie wtedy ktoś stanął 
przede mną. 

- Edward?- 

Wyjąkałam, będąc w szoku. 

- Uciekaj- 

nakazał, ale nie zrobiłam tego. Czułam się jak we śnie. Ciężka i ospała.- 

Powiedziałem, uciekaj!- Krzyknął. 

background image

66 

 

Obudziłam się z transu. Odwróciłam się i pognałam przed siebie, aż znalazłam się 
w przytulnym pomieszczeniu Volvo. Myśli i pytania zbombardowały mój umysł. 
Czy John żyje? Co się teraz tam dzieje? Czy Edward wyjdzie z tego cało? 
Nogi świerzbiły by wysiąść i się dowiedzieć. Ręka sięgnęła klamki w momencie, 
gdy Cullen wsiadł. 

Gdzie się wybierasz? 

Już nigdzie. 

Całą  drogę  do domu przebyliśmy  w  milczeniu.  Bałam  się  odezwać.  Znając  jego, 
był zły i nie chciałam dolewać oliwy do ognia. Będąc na podjeździe nie wysiadł 
razem ze mną. 

Idź do domu. Zaraz przyjdę. 

Nie protestowałam i posłusznie wykonałam polecenie, co jest w moim przypadku 
dość dziwne. Poszłam prosto do swego pokoju i wzięłam prysznic. Dopiero stojąc 

pod strumieniem 

gorącej wody wszystkie wydarzenia wieczoru wróciły do mnie. 

John nie żyje i to moja wina. Gdybym nie pokłóciła się z nim, wrócilibyśmy cali i 
zdrowi  do  domu.  Mogłam  jedynie  płakać,  a  gdy  już  ostatnia  łza  dzisiejszego 
wieczoru spłynęła wraz z wodą, zeszłam na dół. 
Edward siedział przy pianinie i grał. Nie znałam się na muzyce klasycznej, więc nie 
wiedziałam,  co  to  za  utwór.  Przysiadłam  się  do  niego,  a  on  przestał  uderzać 
palcami w klawisze. Chwilę siedzieliśmy w ciszy, musiałam ją przerwać. 

Nie żyje- stwierdziłam. 

- Tak. 

I co teraz? Jak to wszystko wyjaśnić? Byłam z nim, wróciłam z tobą, a jego ciało 

leży  w  jakimś  obskurnym  zakamarku.-  Zaczynałam  popadać  w  panikę,  przecież 
policja będzie węszyć. 

Nie  znajdą  jego  ciała.  Spaliłem  je.-  Spojrzałam  na  niego  z wyrazem szoku i 

niedowierzania.- 

Musiałem.  Nie  mogłem  ryzykować.  Zawsze  się  tak  robi.  Dla 

policji powiesz, że… No właśnie, co się stało? 
Opowiedziałam  mu,  nie  pomijając  niczego.  Ustaliliśmy,  że  mam  powiedzieć 
wszystko  zgodnie  z  prawdą  do  momentu  kłótni  i  rozstania.  Potem  będę  musiała 

background image

67 

 

zmyślić, iż zadzwoniłam po Edwarda i wróciliśmy do domu, nie wiedząc, co się 
stało z Johnem.  

- To moja wina.- 

Znowu o mały włos się nie popłakałam. 

- Nie, nieprawda.- 

Może to głupie, ale uwierzyłam mu. 

Śledziłeś  mnie?-  Te  pytanie  nurtowało  mnie  od  początku,  bo  jakim  innym 

sposobem znalazł się tam tak szybko. 

- Tak- 

odpowiedział.- Musimy cię chronić. Teraz jesteś jedną z nas. 

Czułam, że tak jest. Już nie musiałam się bać. 

Naucz mnie grać- poprosiłam. 

*** 

Edward  nie  tylko  nauczył  mnie  grać,  ale  również  wyjaśnił  cały  ten  wampirzy 
mechanizm. Zrozumiałam, że życie jest ruletką. Na kogo wypadnie, na tego bęc. 
Każdy może kiedyś być w takiej sytuacji i musimy ten fakt zaakceptować. Prawo 

silniejszego. Tak jak 

lew  poluje  na  zebrę,  tak  wampir  poluje  na  człowieka.  Na 

szczęście są Cullenowie. Przy nich czuję się bezpieczna. Sprawa śmierci mojego 
byłego  chłopaka  stanęła  w  martwym  punkcie.  Nie  obwiniałam  się  już  za  śmierć 
Johna, choć dalej czułam, że mogłam coś zrobić, aby temu zapobiec. Było mi źle, 
że  w  ostatnich  chwilach  jego  życia,  kłóciliśmy  się.  Ja  i  Edward  staliśmy  się 
przyjaciółmi, choć nie ukrywam, iż wolałabym coś więcej.  
Wszystko  idzie  do  przodu.  Teraz  każdy  żyje  przyjazdem  córki  szeryfa  Swana, 

niejakiej 

Belli.  I  nie  byłoby  w  tym  nic  szczególnego,  gdyby  nie  to,  że  mam  złe 

przeczucia z tym związane. A może nie będzie tak źle? 

 

 

 

 

 

 

 

background image

68 

 

          

Rozdział 13 

 

Emmet, coś ty taki dzisiaj nabuzowany?- Spytałam. 

Jakby czekając aż zadam te pytanie, chłopak uśmiechnął się i powiedział: 

Zdradzę ci mój sekret, ale musimy się oddalić, aby nikt nas nie słyszał. 

Wskoczyłam  mu  na  plecy  i  pognaliśmy  w  głąb  lasu  na  bezpieczną  odległość. 
Polubiłam ten sposób transportu. Wtedy czuję się wolna, choć wiatr robi z moich 
włosów siano, to i tak warto. 

Mów szybko, nie chcemy się spóźnić do szkoły- ponagliłam. 

Jasper  już  od  ponad  tygodnia  nie  był  na  polowaniu.-  Stwierdził  fakt  dla  mnie 

rzeczywisty. 

No i co z tego? Jeżeli podnieca cię fakt, że jest większa możliwość, iż się na mnie 

rzuci, to jesteś wredny. 

Tobie  nic  nie  zrobi,  ponieważ  się  przyzwyczaił,  ale  wiesz,  w  szkole  jest  pełno 

dzieciaków…- 

Chyba zaczynałam się domyślać, do czego zmierza. 

Zakład?- Chciałam się upewnić. 

Stawiam pięć dolców.- Uniosłam na niego brew.- Dobra, dwadzieścia, że dziś nie 

wytrzyma. 

Miałam ciężki orzech do zgryzienia. Zazwyczaj, gdy zakładałam się z Emmetem, 
wygrywałam, lecz Jasper jest najsłabszym ogniwem w rodzinie, więc moje szanse 
maleją. W ogóle zaczynam się zastanawiać, co on chce osiągnąć poprzez tak długi 
post.  Dopóki  nie  dobiera  się  do  mojej  szyi,  jestem  w  stanie  zaakceptować 

wszystko. 

Ja sądzę, że da radę. Umowa stoi. Em, po co te tajemnice? Jestem pewna, iż Alice 

i tak już o tym wie.- Chłopak tylko wzruszył ramionami.  
Wróciliśmy  do  domu.  Na  podjeździe  już  na  nas  czekali,  oczywiście 
zniecierpliwieni. Rose pogoniła swego męża, aby wsadził swoją szanowną dupę do 
Jeepa  i  odjechali.  Nigdy  nie  zapomnę  mojej  miny,  gdy  dowiedziałam  się,  że  oni 

background image

69 

 

oraz Al z Jasperem, kilkakrotnie brali ślub. Pozory muszą być, ale czy im się to nie 

nudzi? 

Gdzie  byliście?-  Zapytał  Edward,  otwierając  mi  drzwi  jak  na  prawdziwego 

dżentelmena przystało. 

-  Na spacerze- 

odpowiedziałam krótko. Nawet, jeżeli chciał drążyć ten temat, nie 

zrobił tego. 
W  drodze do  szkoły,  Alice  nie  zamykała się  buzia. Najpierw  rozwodziła się  nad 
córką  szeryfa,  która  ma  dziś  dołączyć  do  nas  w  szkole,  aby  swoje  trajkotanie 
zakończyć hasłem: 

- Lisa, w tym tygodniu jedziemy na zakupy. 

- Nie- 

zaoponowałam. Kocham ją jak siostrę, naprawdę. Niestety, wizja zakupów z 

tym wulkanem nieograniczonej energii, nie należy do najprzyjemniejszych. 

- Jeszcze zmienisz zdanie.- 

Uśmiechnęła się chytrze.- I nie próbuj szukać ratunku u 

Edwarda. Już za często ciebie krył. 

Cholerny chochlik

pomyślałam. 

Z  każdym  z  Cullenów  miałam  odmienne  relacje.  Em  i  ja  oddawaliśmy  się 
przyjemnościom takim jakim są zakłady i gry. Stosunki z Rose pozostały na tym 
samym  poziomie,  zresztą  tak  jak  z  Jasperem.  Carlisle  i  Esme,  wspaniale 
wywiązywali  się  z  roli  rodziców.  Z  Alice  mogłam  porozmawiać  o  wszystkim  i 
byłam jej osobistym manekinem. Jednak najlepiej czułam się z Edwardem. Każdą 
wolną  chwilę  spędzaliśmy  razem.  Chronił  mnie  skutecznie  przed  swoja  siostrą  i 
dawał  mi  oparcie.  Choć  bolało  mnie,  że  nie  będzie  z  tego  nic  więcej,  nie 

nar

zekałam.  Brałam  to,  co  było  mi  dane.  Cierpiętnica,  oto,  kim  jestem. 

Masochistka też brzmi dobrze. 
Będąc  już  w  szkole,  każdy  porozchodził  się  w  swoją  stronę.  Ja  miałam  akurat 
znienawidzony przeze mnie angielski. Trzeba zacząć od tego, że nie przepadam za 
żadnym przedmiotem.  
Usiadłam  w  pierwszej  ławce,  jak  zwykle  sama.  Od  czasu  mojego  wstąpienia  do 
rodziny Cullenów i tej całej akcji z zaginieniem Johna, ludzie traktują mnie jakbym 
miała syfilis lub coś w tym rodzaju. Mniejsza o to. Dzieciaki powoli zaczęły się 

background image

70 

 

schodzić  szeptając  i  chichocząc  pod  nosem.  Nie  zwracałam  na  nich  uwagi. 
Obojętność, stało się moim drugim imieniem. Wraz z nauczycielem weszła drobna, 
wystraszona brunetka. Rozejrzała się po klasie swoimi wielkimi brązowymi oczami 
i lekko zarumieniła. Była ładna. Oczywiście nie gustuję w tej samej płci, ale jako 
kobieta,  potrafię  obiektywnie  ocenić  urodę.  Od  nowej  emanowała  subtelność, 
delikatność i niewinność. Zaczęłam jej współczuć. Jeżeli moje przypuszczenia, co 
do jej osoby są słuszne, przez jakiś czas będzie musiała się męczyć z męską jak i 
żeńską  częścią  naszej  szkolnej  populacji.  Oczami  wyobraźni  widziałam  Mike’a 
ostrzącego na nią pazurki, a Jessikę zazdrosną o jej wdzięki. 

- Is

abello, usiądziesz z Elizabeth- powiedział nauczyciel. 

- Bella.- Popraw

iła go i posłusznie usiadła na wskazanym jej miejscu. 

-  Hej, jestem Lisa.- 

Uśmiechnęłam się.- Też nie lubię, gdy zwracają się do mnie 

pełnym imieniem. 

Bella, ale to już wiesz.- Odwzajemniła uśmiech. 

Sytuacja  była  trochę  niezręczna.  Nie  należę  do  osób  łatwo  nawiązujących  nowe 
znajomości. Na szczęście ciszę między nami przerwał pan Wilson. 

Za tydzień na swoim biurku widzę eseje na temat „Rozum i serce – dwa sposoby 

pojmowania  świata.”  Myśl  macie  rozwinąć  w  odniesieniu  do  „Dumy  i 

uprzedzenia”- 

jęknęłam.  Bardziej  od  angielskiego,  nie  lubiłam  czytania  lektur.- 

Pracujecie  w  parach.  Waszymi  partnerami  są  koledzy  bądź  koleżanki  z  ławki. 

Teraz przechodzimy do tematu lekcji. 

Czytałaś?- Spojrzałam na brunetkę z nadzieją. 

Wstyd się przyznać, ale jakieś milion razy.- Jej policzki znów pokrył rumieniec. 

Dzięki  ci  Boże.-  Odetchnęłam  z  ulgą.  Niestety  nie  mogłam  zwalić  na  nią  całej 

pracy.- 

Ja stanęłam w połowie. Dziś przemagluje resztę, aby nie być bezużyteczną i 

jutro mogłybyśmy wziąć się do pracy. Co ty na to? 

- Ok. U ciebie czy u mnie?- 

Zapytała. 

Jeżeli nie masz nic przeciwko, u ciebie. 

Czy pierwsza ławka chciałaby się podzielić z nami jakimiś spostrzeżeniami? 

Obie pokiwałyśmy głową na nie i zajęłyśmy się w końcu lekcją. 

background image

71 

 

Do lunchu nie miałam już lekcji z Bellą. Idąc korytarzem, na każdej przerwie dało 
się  słyszeć  szepty,  w  których  w  kółko  padało  jej  imię.  Jak  zwykle,  z  resztą 
Cullenów szliśmy w stronę stołówki. Wchodziliśmy parami, choć nie wiem, po co. 
Chyba po prostu na pokaz. Ja i Edward zawsze trzymamy się z tyłu. Pośród tłumu 
młodzieży  zauważyłam  stolik,  gdzie  siadałam  jeszcze  przed  paroma  miesiącami. 
Jessika  wzięła  pod  swoje  skrzydła  nową  i  cały  czas  nadawała.  Mike  tak  jak 
myślałam,  ślinił  się.  W  pewnym  momencie  Edward  objął  mnie  w  pasie  i  się 
uśmiechnął. 

Nie żebym narzekała czy coś, ale co to ma być? 

Królowa plotek właśnie opowiada Swan nasz życiorys. Biedulka nie jest pewna, 

czy jesteśmy razem, dlatego postanowiłem się z nią trochę podrażnić- stwierdził. 

Aha, a jeżeli ta dziewczyna jest miłością twojego życia? Będzie myślała, że jesteś 

zajęty  i  w  ogóle-  zagaiłam,  choć  same  myślenie  o  takim  scenariuszu  nie  było 

przyjemne. 

Chłopak schylił się i wyszeptał mi do ucha: 

Mogę cię zapewnić, iż nie jest.- Mimowolnie zadrżałam. Spędziliśmy ze sobą tyle 

czasu 

i dalej reagowałam na niego w taki sam sposób. 

Więc, co teraz myśli Stanley? 

Nie chcesz wiedzieć.- Spojrzałam znacząco w te jego miodowe oczy.- Zastanawia 

się, jak to możliwe, że zwróciłem na ciebie uwagę i takie tam.- Przyzwyczaiłam się 

do takich stw

ierdzeń. 

Przy  stoliku  atmosfera  była  na  swój  sposób  normalna.  Każdy  dłubał  w  jedzeniu, 
pokazując  tym  jakiekolwiek  zainteresowanie  posiłkiem  z  minami  zbitych  psów. 
Także nie chciałam tu być, a już szczególnie jeść tego okropnego żarcia. Strażnicy 

mojej diet

y, mieli odmienne podejście do całej sprawy i nie miałam prawa odejść 

bez  zjedzenia  tego,  co  miałam  na  tacy.  Zajęta  kawałkiem  pizzy  i  jabłkiem,  nie 
zwracałam uwagi na treść rozmowy toczonej pomiędzy zgromadzonymi. Dopiero, 
gdy  nastała  dłuższa  cisza,  postanowiłam  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Edward 
wpatrywał się ze zmarszczonymi brwiami w stolik Stanley, a dokładniej w Bellę. 
Chyba jednak mu się spodobała. 

background image

72 

 

-  Co jest z wami ludzie?- 

Spytał  zirytowany,  bardziej  siebie  niż  kogokolwiek. 

Wiedząc, iż i tak nie uzyska odpowiedzi, kontynuował:- Ta cała Swan… nie słyszę 
jej myśli. 
Więc o to chodziło. Przez chwilę poczułam się lepiej. 

- Tak Edwardzie, nasza rasa wie o tobie wszystko i rozdaje szczepionki przeciwko 

twojemu darowi- 

zironizowałam. 

Chłopak  spiorunował  mnie  wzrokiem.  Zaliczyłam  wtopę  dnia.  Brawa  dla  mnie, 
teraz będzie na mnie zły. Nie dostałam jednak nagany. Wszyscy znów skupili się 
na sobie. Rozejrzałam się. Jasper wyglądał jakby wyrywali mu żywcem żołądek. 
Źle  zrobił  testując  swoją  wytrzymałość.  Po  chwili  usłyszałam  kopnięcie  i 

przeprosiny blondyna. 

Emmet, nie powinieneś do cholery- zganił go młody Cullen.- Lisa ty też?- Nie 

ukrywał tego, jak bardzo się na mnie zawiódł. Właśnie zaliczyłam drugą wtopę. 

-  Sprzedawczyk- 

warknęłam  w  stronę  wielkoluda  i  wyszłam  ze  stołówki  zła  na 

samą siebie. 
Nadeszła  biologia.  Codziennością  stało  się,  iż  siedzę  z  moim  przystojniakiem. 
Teraz bałam się jednak, jaki wykład mi zrobi, za moje postępowanie. Przysiadł się 
do mnie z tym swoim krzywym uśmiechem i już wiedziałam, że wszystkie moje 
grzechy zostały wybaczone. Czyżby był dzień dobroci dla zwierząt? 
Większość zajęła już miejsca, gdy do klasy weszła Bella. Podeszła do pana Banera 
z  kartą,  a  on  kazał  jej  usiąść  w  ostatniej  ławce.  Przeszła  obok  nas  i  wtedy  mina 
Edwarda zmieniła się diametralnie. Oczy stały się czarne i wyrażały głód, złość i 
bezsilność. Przeraziłam się. Chęć mordu wypływała z każdej komórki jego ciała. 
Jedną  ręką  zasłonił  sobie  usta,  a  drugą  przytrzymywał  się  krzesła,  które  pod 
naporem siły zaczęło się kruszyć. 

-  E

dward, uspokój się- syknęłam. Nie pomogło. Pierwszy raz widziałam wampira 

w  takim  stanie.  Nie  wiedziałam  jak  mu  pomóc,  lecz  postanowiłam  spróbować.- 
Proszę  pana,  mój  partner  chyba  źle  się  czuje,  mogę  zaprowadzić  go  do 
pielęgniarki? 

background image

73 

 

Nauczyciel  spojrzał  na  niego  podejrzliwie,  ale  zaraz  przekonał  się,  że  raczej  nie 
blefujemy i pozwolił nam wyjść. Pozwoliłam iść Cullenowi przodem. Wiedziałam, 
iż to na nic. Gdyby chciał, staranowałby mnie lub zaczął ode mnie jako przekąski. 
Na  korytarzu  puścił  się  biegiem,  a  ja  szłam  powoli  w  stronę  parkingu,  gdzie  się 
udał,  dając  mu  czas  na  ochłonięcie.  Siedział  w  aucie  z  twarzą  schowaną  w 
dłoniach. Znów poczułam bezradność. Oparłam się o maskę i czekałam, ponieważ 
nic  innego  nie  mogłam  teraz  począć.  W  końcu  dołączył  do  mnie  po  pięciu 

minutach. 

Co się stało?- Wyszeptałam. Bałam się odpowiedzi, której mi udzieli. 

Nigdy nie zdarzyło mi się, abym spotkał tak apetycznie pachnącego człowieka.- 

Skuliłam  się  w  sobie  na  te  słowa.-  Prawie  całkowicie  ogarnął  mnie  instynkt 
drapieżcy. Chciałem zabić ją i spić jej słodką krew. Nadal tego pragnę. Nie wiem 
czy jestem w stanie tam wrócić. 

Usprawiedliwię  cię,  zostań  tutaj.-  Chciałam  wrócić  do  klasy.  Zostałam 

powstrzymana przez parę silnych zimnych ramion oplątujących mnie w talii. 

Każdy ma swój indywidualny zapach. Wiesz jak ty dla mnie pachniesz?- Zapytał, 

mając  nos  w  moich  włosach.  Pokręciłam  głową.-  Polnymi  kwiatami.  Mam  taką 
polanę, o której ci nie mówiłem. Jak tylko zakwitnie zabiorę cię na nią. Obiecuję. 
Będąc  w  klasie  na  poczekaniu  zmyśliłam  wiarygodne  kłamstwo  i  wróciłam  do 
nauki. Nauczyciel nie robił żadnych problemów. 
Po lekcjach Edward znów był spięty. Nie wiem, co mu się stało zanim doszłam do 
samochodu, a nikt nie był skory do rozmowy ze mną. W drodze do domu wiecznie 
gadająca  Alice  była  cicho.  Nie  podobało  mi  się  to.  Nagle  wypowiedziała  słowa, 
których nie chciałam usłyszeć. 

Nie możesz wyjechać. 

Owszem mogę i zrobię to. 

Patrzyłam  to  na  jedno,  to  na  drugie  i  wściekałam  się  coraz  bardziej.  Volvo 
zatrzymało się na poboczu. Al i Jasper zaczęli wysiadać, ja tkwiłam w miejscu.  

Lisa, idź z nimi- powiedział w końcu zbolałym głosem. 

background image

74 

 

- Nie- 

Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Nie mógł mnie zostawić, nie teraz i 

nigdy.- 

Jadę z tobą- uparłam się. 

Proszę, nie utrudniaj mi tego. Wrócę, nie wiem, kiedy, ale wrócę. A teraz zmykaj 

do domu.- 

Wziął moja twarz w dłonie, otarł łzy i pocałował w czubek głowy. 

Wysiadłam. Odjechał z piskiem opon. Zostawił mnie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

75 

 

          

Rozdział 14 

 

Będąc  już  w  domu  wparowałam  do  swego  pokoju po klucze do samochodu. 
Chciałam być sama daleko stąd. Nie bacząc na nikogo skierowałam się do garażu 
gdzie stał mój nowiutki Volkswagen Polo w niebieskim kolorze. Dostałam go od 
Carlisle’a i Esme na gwiazdkę. Wsiadłam i ruszyłam do celu swojej podróży.  
Byłam  wściekła  i  zraniona.  Najpierw  swój  gniew  skierowałam  w  Bellę,  ale 
zrozumiałam, iż nie mogę jej winić. Nie jest świadoma tego, jak bardzo jej zapach 
wpływa  na  Edwarda.  Poczułam  wyrzuty  sumienia,  więc  ukierunkowałam 

negatywne emocje na Cullena. To t

akże było złe. Jest wampirem. Jego naturą jest 

zabijanie. Niestety nie mogłam mu wybaczyć wyjazdu. Postąpił pochopnie. Mógł 
zostać  tutaj  i  ochłonąć,  a  zamiast  tego  wyjechał  Bóg  wie  gdzie.  W  końcu 
wkurzyłam się na siebie. Jestem egoistką. Nie dopuszczam do siebie myśli, kto co 
przeżywa.  Chcę  mieć  Edwarda  na  wyłączność,  gdzie  on  ma  rodzinę,  która  go 
kocha. Nie zasługuję na takiego przyjaciela.  
Przystanęłam na drodze niedaleko plaży, resztę drogi musiałam przejść pieszo. W 
powietrzu  unosił  się  zapach  soli,  zrobiło  się  chłodno,  lecz  przygotowałam  się  na 
taką możliwość. Opatuliłam się szczelniej kurtką i szłam przed siebie aż znalazłam 
dość  duży  pień.  Przysiadłam  na  nim.  Dało  się  tu  słyszeć  tylko  szum  fal  i  drzew 
kołysanych  przez  wiatr.  Dawno  tu  nie  byłam.  Zapomniałam  jak  cudownie  się 
czułam  ostatnim  razem.  Zaczęłam  się  relaksować.  Moje  myśli  pogalopowały  w 
przyszłość.  Oczami  wyobraźni  widziałam  malutki  domek  tuż  przy  plaży 
pomalowany  na  błękitno,  aby  stopił  się  z  tłem.  Nikt  by  go  nie  zauważył,  a  ja 
mogłabym  żyć  tam  w  ciszy  i  spokoju.  Marzenie  odległe,  może  nawet  nie  do 
spełnienia, lecz nikt mi go nie odbierze. 

Mogę się dosiąść?- No cóż, ale ktoś może takowe przerwać. 

Otworzyłam  jedno  oko  i  zobaczyłam  znajomą  sylwetkę.  Ni  cholery  nie  mogłam 
sobie  przypomnieć  imienia.  Jonathan?  Justin?  Nie.  Nareszcie  mój  ospały  mózg 
zadziałał. 

background image

76 

 

- Siadaj Jacob. 

Zapamiętałaś.- Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby w uśmiechu. Gdyby wiedział… 

Tia, co cię tu sprowadza obłędny rycerzu bez zbroi?- Nie wiem skąd wziął mi się 

ten tekst. 

-  Mies

zkam  niedaleko,  często  tu  przychodzę.-  Wzruszył  ramionami  i  dopiero 

uświadomiłam sobie, że urósł. 

Nieźle cię wyciągnęło. Ćwiczysz?- Nie było innej opcji, takie mięśnie nie mogły 

powstać od tak. 

W  zasadzie  to  nie.  Mam  swój  własny  warsztat  samochodowy,  niektóre  części 

sporo ważą.- Puścił mi oczko. 
Zapadła  między  nami  niezręczna  cisza.  Nie  lubię  takich  sytuacji,  dlatego 
postanowiłam się ewakuować. 

Ja  już  muszę  lecieć.  Mam  do  przeczytania  lekturę.-  Skrzywiłam  się  na 

wspomnienie, co czeka na mnie w domu. 

Spoko, może się jeszcze spotkamy. 

- Na pewno.- 

Pomachałam mu i odeszłam.  

Chcąc,  nie  chcąc  ruszyłam  w  drogę  powrotną.  Ustawiłam  radio  na  jakąś  stację 
rockową.  To  mój  drugi  sposób  na  relaks.  Nie  uśmiechało  mi  się  wracanie  do 

miejsca gdzie nie ma Edwarda. K

urwa!  Stałam  się  strasznie  melodramatyczna. 

Prawdą jest powiedzenie, że miłość zmienia człowieka. Szkoda tylko, iż na gorsze. 
Zrobiłam się zbyt ckliwa, lecz patrząc na ten fakt z innej strony to nawet lepiej. Już 
nie denerwuję tak ludzi.  
Nuciłam  sobie  właśnie  piosenkę  Linkin  Park,  gdy  ni  stąd  ni  zowąd  przed  maską 
samochodu  przebiegło  zwierzę.  Gwałtownie  zahamowałam,  aż  wbiło  mnie  w 
siedzenie. Ogromne, czarne włochate coś zwolniło bieg, aby odwrócić się i pognać 
dalej. Wyglądem przypominało wilka, który albo był w pobliżu Czarnobyla, kiedy 
wybuchła  elektrownia,  albo  amerykańscy  naukowcy  robili  na  nim  eksperymenty. 
Ciarki przeszły mi po plecach. Przecież mogłam zostać zaatakowana. Zginęłabym 
w nowym aucie, z ogromnym poczuciem winy, że jestem taką jędzą. Perspektywa 
nie zbyt przyjemna. Ochłonęłam trochę, ale całą drogę do domu rozglądałam się na 

background image

77 

 

boki w poszukiwaniu innych wybryków natury. Chyba jednak wyczerpałam limit 
pecha na jeden dzień, ponieważ dojechałam bez żadnych komplikacji.  

-  Carlisle!- 

Krzyknęłam  jak  tylko  przekroczyłam  próg.  Nadal  byłam  lekko 

rozhisterowana. 

Co się stało?- Był przy mnie w ciągu sekundy, zresztą tak jak reszta rodziny. 

To… To było włochate… i wielkie. Wyglądem przypominało wilka, tylko ze trzy 

razy większego. 

Wilkołak- stwierdził. Zaczęłam się histerycznie śmiać. Spojrzeli na mnie jak na 

wariatkę. 

Jeszcze powiecie, że istnieją elfy, czarownice i takie tam- zaszydziłam, choć nie 

powinnam. Przecież wampiry istnieją, a nie powinni. 

Tato,  dzwonić  po  panów  z  białymi  kaftanami?-  Spytał  mąż  Rose  wyraźnie 

rozbawiony. 

A ugryź mnie, Emmet

1

-  Od tego jest Edward- 

odciął  się.  Alice  szturchnęła  go  w  ramię  spoglądając 

znacząco. 

syknęłam. 

Czy ja o czymś nie wiem?- Zapytałam patrząc się na tę dwójkę. 

- Nie.- 

Uspokoił mnie chochlik. 

A więc…- Chciałam, aby głowa rodziny skończyła podjęty już wątek. 

La Push zamieszkuje plemię Quiletów. Pochodzi ono od wilków. Kiedyś, gdy tu 

mieszkaliśmy  podczas  polowania  trafiliśmy  na  starszyznę  tegoż  plemienia. 
Ustanowiliśmy wtedy pakt, że żadne z nas nie wejdzie na swój teren. Jeżeli taka 
sytuacja  miałaby  miejsce  oni  mają  prawo  zabić  nas  lub  odwrotnie.  Nie  możemy 
także  rozpowiadać  na  lewo  i  prawo  kim  jesteśmy.  Widzisz,  niektórzy  z  tego 
plemienia  potrafią  przekształcić  się  w  wilkołaki.  Chronią  tym  samym swego 

terytorium i ludzi przed mniej przyjaznymi wampirami.- 

Skończył  swój  wywód 

Carlisle.  

Jacob. On jest wilkołakiem? 

                                                 

1

  Mój ulubiony tekst z Wampirów z Morganville :) 

background image

78 

 

Jego ojciec jest członkiem starszyzny, więc jeżeli jeszcze nie jest, to z pewnością 

wkrótce będzie. 
Przypomniało mi się jeszcze coś: 

Powiedziałeś, że nikomu nie możesz mówić, kim są. Teraz wiem ja. Przeze mnie 

możecie mieć kłopoty. 

Nie przejmuj się tym.- Uśmiechnął się. 

Każdy  rozszedł  się  w  swoją  stronę.  Ja  po  przeczytaniu  lektury  poszłam  od  razu 
spać. 

 

Dzień w szkole dłużył się jak zawsze. Byłam chodzącym zombie. Myślałam, iż po 
tak  ekscytującym  wczorajszym  dniu  i  interesującej  bajce  na  dobranoc  zasnę  w 
tempie ekspresowym. Gówno prawda. Mieliłam się kręcąc z boku na bok, a jak już 
udało mi się wgłębić w krainę snów ten wredny chochlik wyciągnął mnie z łóżka, 
dosłownie. Moje oczy ciskały gromy i mówiły: „Bez kija nie podchodź”. Jedyne o 
czym  marzyłam  to  kawa  i  miałam  nadzieję,  że  Bella  mi  ją  zaserwuje,  inaczej 
będzie kiepsko.  
Wytłumaczyłam Alice, że wezmę dziś swój samochód, ponieważ od razu po szkole 
jadę  pisać  ten  cholerny  esej.  Jeżeli  zajechałabym  najpierw  do  domu  zapewne 
padłabym jak długa w połowie schodów.  
Dostosowałam  prędkość  do  czerwonej  furgonetki  przede  mną.  Nie  miałabym  nic 

przeciwko tak wolnej jazdy, gdyby nie fakt, 

iż  ta  prędkość  mnie  usypiała.  Na 

szczęście dom szeryfa nie znajdował się daleko.  

Chcesz coś do picia?- Spytała brunetka, po tym jak weszłyśmy do środka. 

Kawę, tylko mocną. Miałam ciężką noc. 

Bella zaprowadziła mnie do swojego pokoju, po czym zostawiła, aby przygotować 
kawę.  Rozglądnęłam  się.  Zwykły  pokój  nastolatki.  Trochę  mały  i  zagracony,  ale 
swój. Tęskniłam trochę za takimi normalnymi rzeczami. U Cullenów wszystko jest 
nadzwyczajne.  Moje  oględziny  przerwał  aromat  pobudzającego  napoju. 

Dziewczyna pos

tawiła kubki na blacie biurka i wzięłyśmy się do pracy. Jej wiedza 

na  temat  „Dumy  i  uprzedzenia”  zadziwiła  mnie.  Nie  kłamała,  że  czytała  ją  tyle 

background image

79 

 

razy. Czułam się bezużyteczna. Wtrącałam tylko jakieś bardziej znane mi kwestie 

od czasu do czasu. Nawet nie wi

em,  kiedy  miałyśmy  już  pół  pracy  za  sobą. 

Postanowiłyśmy  przełożyć  resztę  na  inny  dzień.  Były  także  inne  lekcje  do 

zrobienia.  

Chciałam  złożyć  kondolencje.-  Bella  zarumieniła  się,  a  ja  spojrzałam  na  nią 

pytającym wzrokiem.- Słyszałam, że twoja mama nie żyje. 

Jessika 

już wszystko zdążyła wypaplać. Szybka jest- pomyślałam z ironią. 

Dzięki-  odparłam  beznamiętnie.  Nie  lubiłam  wracać  do  tych  spraw.  Nadal  to 

bolało. 

Czy wszyscy Cullenowie są adoptowani? 

- Tak. Czemu pytasz? 

No bo, zauważyłam, że pomiędzy nimi jest duże podobieństwo, a ty…- Urwała i 

zarumieniła się mocniej.- Ty zupełnie się od nich różnisz. 
Jest spostrzegawcza, musiałam przyznać. Niech ją to tylko nie zgubi. 

Na przykład czym? 

Oni są tacy piękni.- Nie uważałam się za piękność, lecz poczułam się urażona.- I 

mroczni.  Zauważyłam  też,  iż  wszyscy  mają  miodowe  oczy  oraz,  że  są  strasznie 
bladzi. Twoje są niebieskie… 

Tu w Forks ciężko trafić na słońce- przerwałam jej. 

Edward i ty jesteście razem? 

Czułam się jak na komisariacie. Serio. Założę się, że brunetka nawet nie zwróciła 
uwagi jak to wygląda.  

Jesteśmy przyjaciółmi.- Niestety, dodałam w myślach. 

Wybacz moją ciekawość, ale wyglądaliście jak para, no i Jessika… 

Stanley,  mówi  rzeczy,  które  ona  uważa  za  słuszne,  a  nie  zawsze  są  zgodne  z 

prawdą.- Znów się wtrąciłam. Spojrzałam na zegarek i dodałam:- Muszę lecieć. 
Zeszłyśmy  na  dół.  W  korytarzu  napotkałyśmy  trzech  mężczyzn.  Od  razu 
rozpoznałam  komendanta,  reszta  była  do  mnie  odwrócona  tyłem.  Jeden  z  nich 
siedział na wózku inwalidzkim. 

- Hej, Charlie.- 

Przywitałam się. Dawno go nie widziałam. 

background image

80 

 

- Lisa.- 

Rozpromienił się na mój widok. Dobrze wiedzieć, że ktoś jeszcze cię lubi.- 

Poznaj proszę Jacoba i jego ojca Billego. 

Dzień dobry.- Podałam rękę mężczyźnie. Wyglądem przypominał syna, tyle, że w 

starszej wersji.- 

Cześć Jake. 

Miałem rację, znów się widzimy.- Wyszczerzył się. 

Dwa razy tego samego dnia, niezły wynik.- Zaśmiałam się. 

To wy się znacie?- Spytała Bella. Zapomniałam o niej.  

Słabo- odparł Black.- Zapoznaliśmy się na plaży. 

- Co 

słychać u Carlisle’a i Esme?- Wtrącił szeryf. 

-  Po staremu.- 

Wzruszyłam ramionami.- Carlisle wciąż pracuje, a Esme wariuje i 

co tydzień przestawia meble w całym domu. Biedulka, nie ma tu za dużo do roboty. 

Właśnie, czemu Edwarda dziś nie było w szkole? 

- Mieszkasz z Cullenami? 

Zapytali  jednocześnie  brunetka  i  Billy.  Te  wszystkie  kłamstwa  zaczynały  mnie 
męczyć,  lecz  nie  miałam  innego  wyboru.  Na  poczekaniu  znalazłam  odpowiednie 
wytłumaczenie. 

Edwarda dopadła grypa żołądkowa- odpowiedziałam  Belli, po czym zwróciłam 

się do starego Blacka:- Tak, zaadoptowali mnie kilka miesięcy temu. 
Nie mogłam nie zauważyć wyrazu szoku, zmartwienia, podejrzliwości i obawy na 
jego  twarzy.  Przyglądał  mi  się  jakby  szukał  jakiś  oznak,  że  jestem  wampirem. 
Konsternacja zniknęła z momentem, gdy doszedł do wniosku, iż moje serce jeszcze 
bije. Jacob patrzył się na swoje buty, lecz gdy w końcu podniósł na mnie wzrok, 
widziałam  te  same  emocje,  co  u  jego  ojca.  Nasza  krótka  znajomość  właśnie  się 
skończyła. Żaden członek plemienia Quiletów nie będzie zadawał się, za znajomą 
wampirów. Nie było mi żal. Może gdybym znała go dłużej, ale w takiej sytuacji 
cieszyłam się, że wszystko wyszło tak szybko. 

- Pozdrów wszystkich- 

powiedział Charlie. 

- Nie ma sprawy.- 

Uśmiechnęłam się blado. 

Bądź ostrożna, dziecko i uważaj na siebie.- Dotarł do mnie głos Billego. 

Pytanie brzmi, kogo mam się strzec: wilkołaków czy wampirów?  

background image

81 

 

          

Rozdział 15 

 

Biegłam przed siebie, a uczucie strachu i przerażenia ani na chwilę nie opuszczało 
mojego ciała. Byłam już zmęczona. Nogi zaczęły mi się plątać i coraz ciężej było 
złapać  oddech  w  płuca.  Wiedziałam,  że  i  tak  nie  ucieknę,  więc  czemu  to  robię? 
Strach  tak  mną  zawładnął,  iż  wyłączyłam  całkowicie  jakiekolwiek  racjonalne 
myślenie. Nic nie miało sensu. Bałam się nie tylko o siebie, a przecież powinnam, 
bo tylko mi groziło niebezpieczeństwo. 
Oni bawili się ze mną w kotka i myszkę. Mogli złapać mnie bez trudu, lecz woleli 
zagrać w tę chorą grę. Słyszałam ich śmiech, dzwonił mi w uszach, przyprawiał o 
gęsią skórkę i mdłości.  
Nie miałam już sił i upadłam zahaczając nogą o wystający korzeń. Wstałam, ale ból 
w kostce skutecznie uniemożliwił mi dalszy bieg. To i tak nie miało sensu. Prędzej 
czy później dopadliby mnie. Skróciłam tym samym swoje cierpienie i upokorzenie. 
Czekałam,  gdy  nagle  koło  mnie  pojawiła  się  Bella.  Spojrzała  na  mnie  z  takim 
samym  przerażeniem,  jaki  ja  odczuwałam.  Jej  ubranie  było  brudne  i  porwane. 
Zdałam sobie sprawę, iż to o nią bałam się wcześniej. Obie byłyśmy powiązane ze 
światem wampirów i teraz przyjdzie nam za to zapłacić. 
Żałowałam tylko jednego. Że nie powiedziałam Edwardowi, co czuję. Było już za 
późno, miałam swoją szansę, którą zmarnowałam. 
Przed  nami  wyłoniły  się  trzy  wampiry  o  szkarłatnych  oczach.  Na  ustach  mieli 
ironiczne  uśmieszki.  Już  się  nie  cackali.  Jeden  z  nich  pojawił  się  przy  mnie  w 
błyskawicznym tempie i zniżył swoją twarz do mojej szyi. Kątem oka widziałam 
Bellę.  Znów  próbowała  uciec,  lecz  postawiła  raptem  dwa  kroki,  zanim  tamta 
dwójka przygwoździła ją do ziemi. Jej krzyk wywiercał mi dziurę w głowie. Mnie 
czekał ten sam los.  

- Smacznego, dupku- 

wysyczałam do tego krwiopijcy. 

background image

82 

 

Mogłam poczuć jak uśmiechnął się przy moim gardle zanim mnie ugryzł. Ból był 
niesamowity.  Czułam  się  jakby  ktoś  polał  mnie  kwasem.  Zaczęłam  krzyczeć. 
Poczułam szarpnięcie.  

- Lisa.- 

Rozpoznałam głos Edwarda i znów ktoś mną potrząsnął.- Lisa, obudź się! 

Otworzyłam  oczy,  lecz  było  tak  ciemno,  że  nic  nie  widziałam.  Silne  ramiona 
owinęły się dookoła mojej talii i przyciągnęły do siebie. Chłód ciała i ten słodki 

zapach 

sprawił, iż automatycznie poczułam się bezpieczna. Istny paradoks. Zabójca 

w moim śnie również był zimny, a bałam się go.  

- Nic ci nie jest?- 

Zapytał Edward z troską. 

- Nie.- 

Głos mi się załamał zdradzając mnie. 

Ty płaczesz.- Odsunął się ode mnie, aby wytrzeć łzy z policzków. 

To  musiało  być  dla  niego  szokiem.  Praktycznie  nigdy  tego  nie  robię.  Ostatnim 
razem, kiedy uroniłam łzę, to był pogrzeb mojej matki. Płacz jest dla mnie oznaką 
słabości, a ja nie chciałam być słaba. 

- Taa.- 

Wywróciłam oczami, chcąc zbagatelizować całą sprawę.- Już jest ok. 

Cullen  spojrzał  na  mnie  wzrokiem  mówiącym  „Nie  wciskaj  mi  kitu”.  Czasami 
zastanawiam się, czy naprawdę nie umie czytać mi w myślach. Stęskniłam się za 
nim przez ten tydzień jak cholera. Właśnie zamierzałam się na niego rzucić, lecz 
mnie wyprzedził. Wtulił się we mnie na tyle, na ile mógł ze swoją siłą. Było mi tak 

dobrze.  

Więc, co ci się śniło?- Ten to nigdy nie odpuszcza. 

Naprawdę nic ważnego. Gdzie byłeś?- Musiałam zmienić temat. 

- W Denali.- 

Westchnął, po czy dodał:- U Tanyi i jej sióstr. 

Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Nie lubię jej za to, że tak lgnie do Edwarda. Choć z 
drugiej strony jej się nie dziwię. On jest jak ciastko z kremem, w które chcę się 
wgryźć.  

Zdobyła  już  twoje  serce?-  Znów  mój  własny  głos  mnie  zdradził  i  można  było 

wyczuć w nim wahanie. 

Przez tyle lat próbowała i myślisz, że teraz jej by się to udało?- Zachichotał. 

A bo ja wiem? Ona jest piękna. Nie rozumiem, dlaczego nie poddałeś się temu. 

background image

83 

 

Złapał  mnie  pod  brodę  i  zmusił  do  spojrzenia  w  oczy.  Jego  mina  była  poważna, 
gdy zaczął mówić: 

Lisa,  wiesz,  że  my  wampiry  zakochujemy  się  tylko  raz  i  to  na  całe  życie?- 

Pokręciłam  przecząco  głową.-  Gdybym  miał  zakochać  się  w  Tanyi  już  bym  to 
zrobił. Poza tym, ona nie jest w moim typie. 

Skoro Edwardowi 

nie podoba się taka śliczna wampirzyca, to, kto może skraść jego 

serce?  Na  pewno  nie  taka  szara  myszka  jak  ja.  Myślenie  o  braku  jakichkolwiek 
szans u tego przystojniaka, niesamowicie mnie przygnębiło. Wiedziałam, że życie 

jest niesprawiedliwe, ale teraz d

ostałam naprawdę porządnego kopniaka w dupę. I 

znów pokazałam swoją samolubność.  

Po  prostu  pragnę,  abyś  był  szczęśliwy-  wypaliłam,  a  wyrzuty  sumienia 

nieznacznie zmalały. 

Jestem,  w  końcu  mam  was.-  Pocałował  mnie  w  czoło.  Ten  mały  gest  wywołał 

wariacje w moim sercu.- 

Wróćmy do ciebie. Co ci się śniło? 

Jęknęłam.  Naprawdę  ostatnią  rzeczą  jakiej  pragnęłam  to  spowiadanie  się  z  tego 
koszmaru. A że mam go praktycznie od wyjazdu Edwarda, nie wspomnę. Znałam 
już  go  na  pamięć.  Mogłam  przywołać  każdy  szczegół.  Treść  zawsze  była  taka 

sama. 

Las, wampiry i śmierć. To tak w wielkim skrócie. Nie musisz się martwić. 

Śniłaś go po raz pierwszy?- Zapytał podejrzliwie. 

- Nie- 

wydukałam. 

Powiedziałaś o tym komuś? 

- Nie- 

powtórzyłam. 

Lisa, nie można tego bagatelizować- zirytował się. 

Przecież to tylko sen. Nie jestem prorokiem, czy czymś takim- zaoponowałam.- 

Jestem  wystarczającym  dziwadłem  i  bez  tego.  Nie  potrzebuję  jasnowidzenia  do 

kompletu.  

Jesteś  wyjątkowa,  tylko  tego  nie  widzisz.  Nie  możemy  zbagatelizować  tej 

sprawy.- 

Edward westchnął i przeczesał włosy palcami.- Idź spać. Jutro szkoła. 

Zostań ze mną- wyszeptałam.  

background image

84 

 

Chłopak  położył  się  i  przytulił  mnie.  Zanim  całkowicie  odpłynęłam  usłyszałam 
jeszcze jak życzy mi słodkich snów. Miałam nadzieję, że przy nim takie będą. 

 

Pobudka gołąbeczki.- Wesoły głos Alice zbudził mnie. 

Al,  mogłabyś  być  bardziej  delikatna-  zrugał  ją  Edward.-  I  zauważ,  że  ja  nie 

sypiam. 

Dziewczyna wzruszyła ramionami, po czym zwróciła się w moją stronę: 

Szykuj się, śniadanie gotowe. 

Wysta

wiłam  jej  język  jak  małe  dziecko.  Oczami  wyobraźni  widziałam  tę  górę 

żarcia, która na mnie czeka. Gdybym nie wiedziała, że Cullenowie żywią się krwią 
zwierząt, pomyślałabym, iż próbują mnie utuczyć. 
Dostałam  strasznego  lenia.  Nie  mogłam  się  ruszyć.  Wolałam  przeleżeć  z  tym 
młodym Bogiem w łóżku cały dzień. Niestety ten głupi esej z angielskiego ciążył 
nade  mną  jak  klątwa  i  tylko  dzięki  niemu  wyszłam  spod  kołdry.  Od  Edwarda 
dostałam  buziaka  w  czoło  na  popęd.  Ten  chłopak  grał  nieczysto,  lecz  nie 
przeszkadzało mi to. Szybki prysznic i już byłam na dole, gdzie jak się nie myliłam 
jedzenia starczyłoby dla całej armii. Żeby nikt nic nie mówił skubnęłam trochę z 
talerza i udałam się do samochodu.  
Jak  tym  razem  zareaguje  Edward  na  Bellę?-  Zastanawiałam  się  w  drodze  do 
szkoły. 
Mojego jakże zajebistego humor nie poprawiał fakt, iż padał śnieg i było zimno. 
Pogoda adekwatna do mego samopoczucia. Mina zrzędła mi jeszcze bardziej, gdy 
zauważyłam, że na parkingu chłopcy urządzili sobie bitwę na śnieżki. Emmeta aż 
korciło, aby do nich dołączyć. Biedne duże dziecko. Spojrzałam na niego po chwili 
i jego uśmiech nie wróżył nic dobrego. 

- Nawet nie próbuj, Em- 

odezwał się mój ochroniarz. 

Potrafisz zawsze schrzanić całą zabawę, Ed.- Misiek przekomarzał się. 

- Nie mów do mnie Ed. 

Zaśmiałam  się  z  komizmu  tej  sytuacji.  Oni  nawet  nie  wiedzieli,  że  swoim 
zachowaniem poprawili mi humor. Wielkolud wyrzucił gałkę z rąk, która poleciała 

background image

85 

 

strasznie daleko i zrobił minę zbitego psa. Zrobiło mi się go żal. Gdybym nie była 
człowiekiem  porzucałabym  się  z  nim.  Chyba  wyczytał  to  z  mojej  miny,  bo 
zmierzwił mi włosy i powiedział: 

Niedługo mała. 

Niestety Edward nie przyjął tego dobrze. Jego twarz wykrzywiła furia. 

Nie myśl o tym. To się nie stanie. 

Przez  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  Rose  wkurzona  odciągnęła  Ema  w  stronę 
szkoły. 
Dopiero  teraz  dotarło  do  mnie,  że  mówili  prawdopodobnie  o  mojej  przemianie. 
Nigdy  nie  myślałam  na  ten  temat.  Nikt  nie  dawał  mi  żadnych  sygnałów,  że 
rozważają  taką  ewentualność.  Alice  by  przecież  coś  wspomniała.  Chyba,  że… 
Edward.  On  na  pewno  zrobiłby  wszystko,  żebym  tylko  pozostała  w  błogiej 
nieświadomości.  Rozejrzałam  się  za  tym  małym  wszechwiedzącym  chochlikiem, 
ale ona już zniknęła z Jasperem w budynku. 

Czy  ja  o  czymś  nie  wiem?-  Spytałam  ostrzej  niż  zamierzałam.  Ryzykowałam, 

ponieważ mój towarzysz nie doszedł jeszcze do siebie. 

- Porozmawiamy potem. 

Potem może być za późno.- Wkurzona ruszyłam na lekcje i mimo, iż Edward nie 

odezwał się już słowem, czułam jego obecność obok. 

 

Na angielskim okropnie się denerwowałam. Nie tym, że esej był do dupy, bo dzięki 
Belli  miał  on  ręce  i  nogi,  ale  faktem,  iż  trzeba  go  przedstawić  na  środku  klasy. 
Bycie wystawioną na publikę nigdy mi się nie podobało, lecz teraz uwierało mnie 
bardziej niż zwykle. Moja partnerka również nie okazywała entuzjazmu.  

Elizabeth i Izabela, zapraszam na środek- powiedział nauczyciel. 

Zgrzytnęłam zębami. Już znudziło mi się poprawianie mojego imienia. Stałam jak 
na  skazaniu  i  modliłam  się  o  jak  najszybszą  egzekucję.  Przynajmniej  raz  ten  na 
górze  wysłuchał  mnie.  Nawet  nie  zauważyłam,  kiedy  pan  Wilson  zachwycony 
naszą pracą kazał nam usiąść i powiedział, że mamy piątki. 

background image

86 

 

Przez  resztę  dnia  chodziłam  z  wielkim  bananem  na  twarzy  i  nawet  Emmet  z 
obsesją  śniegowych  kul  nie  zepsuł  mi  humoru.  Dopiero  biologia  spowodowała 
spięcie wszystkich mięśni w moim ciele. Patrząc na Edwarda jednak nie tylko w 
moim. Wskazówki zegara jakby na złość wolniej przesuwały się na tarczy. Bella 
weszła  chwile  przed  dzwonkiem.  Cullen  zrobił  coś,  czego  się  po  nim  nie 
spodziewałam.  Wziął  moją  dłoń  w  swoją  i  kiedy  dziewczyna  przechodziła  koło 
nas, przytknął ją sobie do nosa i wciągnął mój zapach. Zakręciło mi się w głowie. 
Cała ta sytuacja była w pewnym sensie intymna i słodka. Poczułam się potrzebna. 
Myślałam, że w chwili, gdy Bella usiądzie on mnie puści, lecz nie zrobił tego. W 
jego oczach dostrzegłam nieme przeprosiny za tą sytuację na parkingu i mimo, iż 
mu wybaczyłam, chciałam znać prawdę. Edward o tym wiedział. 
Lekcje  minęły  w  miarę  szybko.  Jako,  że  nie  pogadałam  ze  Swan  po  angielskim 

pos

tanowiłam dorwać ją na parkingu zanim odjedzie.  

Hej,  dzięki  za  ten  esej.  Gdyby  nie  ty  prawdopodobnie  bym  oblała.- 

Uśmiechnęłam się zachodząc jej drogę do drzwi. 

- Nie ma za co.- 

Bella zarumieniła się. 

Naszą jakże wylewną konwersację przerwał krzyk Alice i jadący z dużą prędkością 
van. Kierował się wprost na nas i nie było żadnych szans, żeby uniknąć zderzenia. 
Ze  względu,  iż  brunetka  stała  blisko  końca  maski  samochodu  popchnęłam  ją, 
jednocześnie wypowiadając „nie” do Edwarda. Dla zwykłego obserwatora trwało 
to sekundy, lecz dla mnie było jak w zwolnionym tempie.  
Czy nawet śmierć nie może przyjść szybko i bezboleśnie? 

 

 

 

 

 

 

 

background image

87 

 

          

Rozdział 16 

 

Zamknęłam  oczy.  Całe  życie  powinno  przelecieć  mi  przed  oczami.  Muszę  was 
rozczarować. Ja tego nie miałam. Nie pierwszy raz otarłam się o śmierć i nigdy nie 
miałam  takich  wizji.  Wszędzie  była  ciemność,  śpiew  ptaków  i  pisk  hamującego 
samochodu. Nagle, ni stąd ni zowąd, ktoś złapał mnie w pasie i usłyszałam dźwięk 
wgniatanej blachy. Zero bólu, nie licząc obitego tyłka po spotkaniu z asfaltem. 
Zamrugałam zdezorientowana. Para miodowych oczu patrzyła na mnie ze strachem 
i  złością.  Rozejrzałam  się.  Van  miał  wklęśniecie,  ciężarówka  Swan  także 
ucierpiała. Zaczęły dochodzić do mnie krzyki pełne przerażenia. W tym momencie 
nie obchodziło mnie to, zaślepiła mnie wściekłość. 

Coś. Ty. Zrobił?- Zaakcentowałam każde słowo. 

- Nic ci nie jest?- 

Edward widocznie chciał skierować rozmowę na inne tory. Nie 

ze mną te numery. 

Jestem cała, a teraz odpowiedz na moje pytanie. 

- To, co 

uważałem za słuszne.- Wzruszył ramionami i zaczął odginać blachę. 

Słuszne?- Pisnęłam.- Przez tą akcje… 

Nie dane mi było skończyć. Tłum ludzi przeciskał się, aby zobaczyć czy jesteśmy 
cali. Parę osób dzwoniło albo po karetkę, albo po policję. Wszyscy się nawzajem 
przekrzykiwali. Rozdrażniło mnie to. 

Żyje, jak widać!- Krzyknęłam sfrustrowana i wstałam. 

Mój  bohater  asekurował  mnie.  Kątem  oka  zauważyłam,  że  reszta  Cullenów  ma 
ponure twarze. Nie było dobrze. Skierowałam się do Belli, musiałam wiedzieć, czy 

nią jest ok. 

Gdzie  się  wybierasz?-  Edward  zatrzymał  mnie.-  Właśnie  przeżyłaś  wypadek, 

powinnaś przystopować- spojrzał znacząco. 
Jęknęłam. Ta cała szopka nie wpływała pozytywnie na moje nerwy. 

Co z Bellą?- Przyznaję się bez bicia, że miałam lekkie wyrzuty sumienia. Całkiem 

porządnie ją popchnęłam. 

background image

88 

 

Jest w lekkim szoku, ale resztę stwierdzi lekarz. 

Jak na zawołanie podjechały dwie karetki i radiowóz. Szeryf wybiegł dosłownie z 
samochodu  i  popędził  do  swojej  córki.  Kilku  sanitariuszy  rozproszyło  się.  Jeden 
podszedł do mnie, drugi do Belli, a dwóch pozostałych wyciągnęło z Vana jakiegoś 
chłopaka. Miał rozcięte czoło. Zabrali go od razu do karetki i odjechali. 

Jak się pani czuje?- Spytał młody chłopak w białym kaftanie. 

-  Super.- 

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha na potwierdzenie tych słów.- Mogę 

jechać do domu?- Zalotnie zamachałam rzęsami. 
Pierwszy  raz  robiłam  tę  sztuczkę  i  chyba  wypadłam  całkiem  nieźle,  bo  biedak 
zaczął się łamać. 

- W sumie… 

- Ona pojedzie do szpitala na badania.- 

Edward postawił sprawę jasno, a wściekłość 

wręcz się z niego wylewała. 
Wiedziałam tylko jedno. Jeżeli Edward Cullen tylko w teorii jest martwy, przyszedł 
czas, aby zrealizować jego śmierć w praktyce. I miałam zamiar tego dokonać po 

powrocie do domu. 

Wpakowali mnie do karetki pom

imo  moich  sprzeciwów.  Za  chwilę  dołączyła  do 

mnie  Bella.  Komendant  mówił  coś  tak  chaotycznie  i  szybko,  że  w  ogóle  go  nie 
rozumiałam.  Gdy  zaczerpnął  powietrza,  skorzystałam  ze  swej  szansy  i 
powiedziałam: 

Cześć Charlie. 

Jego mina była bezcenna. Stał z otwartą buzią i szokiem wymalowanym na twarzy. 
Potrząsnął głową i ocknął się. 

- Lisa, co ty tu robisz? 

Miałam  okazje  być  jedną  z  ofiar  wypadku.-  Postanowiłam  wyprzedzić  jego 

pytanie i dodałam:- Ale nic mi nie jest. Wyolbrzymiają.  

To  ty  popchnęłaś  Bellę?  Podobno  ma  zwichnięty  nadgarstek.-  O dziwo nie 

słyszałam wyrzutu w jego głosie, a powinnam dostać niezły opieprz. 

-  Taaak.- 

Przeciągnęłam  samogłoskę.  Wstyd  nie  pozwolił  spojrzeć  mi  prosto  w 

oczy brunetce.- 

Przepraszam, nie chciałam zrobić ci krzywdy. 

background image

89 

 

- Nie 

masz za co przepraszać, dzięki tobie moja córka żyje. Ręką się nie przejmuj. 

Ta dziewczyna od zawsze ma pecha i różne wypadki. 

- Tato- 

jęknęła. 

Właśnie, jakim cudem tobie się udało przeżyć? 

Na szczęście dla mnie, sanitariusze powiedzieli, że czas na nas. 
W szpitalu Carlisle szybko mnie zbadał i pozwolił jechać do domu. Powiedział, że 
jeżeli poczekam chwilę to pojadę z nim. Miał odesłać Edwarda do domu. Gdybym 
musiała z nim wracać rozpętałoby się piekło na Ziemi. 
Na korytarzu spotkałam Bellę. Czekała na założenie gipsu.  

Możemy pogadać?- Zagadała mnie. 

- Jasne. 

Co tam się stało?- Zapytała. 

No wiesz, Van, poślizg, cudowne ocalenie- odpowiedziałam zdawkowo. 

Tyle  wiem,  ale  jakim  cudem  on  znalazł  się  tam  tak  szybko  i  powstrzymał  ten 

samochód. 

Myśl, Lisa, myśl- ganiłam samą siebie. 

Szczerze  to  nie  wiem.  Miałam  zamknięte  oczy.-  Postanowiłam  powiedzieć 

półprawdy. 
Znowu  zostałam  uratowana,  tyle,  że  tym  razem  przez  pielęgniarkę,  która  zabrała 
dziewczynę  na  założenie  gipsu.  Zostałam  sama  z  własnymi  myślami.  W  głowie 
składałam formułkę, jaką zaserwuje mojemu wybawicielowi. Na usta cisnęło mi się 
tyle  pytań.  Nie  byłam  pewna,  czy  uzyskam  na  nie  odpowiedzi.  Wszystko,  co 
chciałam,  to  szczerość  i  pozostawała  nadzieja,  iż  młody  Cullen  się  na  nią 
zdobędzie. Niestety nie mogłam pozbyć się złości i wątpiłam w ochłonięcie zanim 
przekroczę próg domu. 
Razem  z  Carlisle’m  przebyliśmy  drogę  w  milczeniu.  Starałam  się  panować  nad 
swoimi emocjami, ale przypuszczam, że on wiedział, co się szykuje. Doszłam do 
wniosku, iż skoro mnie nie powstrzymuje, to nie ma nic przeciwko. 

background image

90 

 

Gdy  tylko  drzwi  za  nami  się  zamknęły,  doktor  pobiegł  wampirzym  tempem  do 
swego  gabinetu.  Wszędzie  panowała  cisza.  To  ta,  z  serii  „cisza  przed  burzą”. 
Wzięłam wdech i krzyknęłam na całe gardło: 

- Edwardzie Anthony Cullen, natychmiast zbierz swoje cztery litery do salonu! 

Zanim  doszłam  do  kanapy,  on  był  przy  mnie.  Stanęłam  z  nim  twarzą  w  twarz. 
Chciał coś powiedzieć, lecz nie dałam mu dojść do słowa. 

Jak  mogłeś  poświęcić  całą  rodzinę,  aby  mnie  uratować?  Zrobiłeś  największą 

głupotę,  jaką  mogłeś  popełnić.  Prawie  się  zdemaskowałeś.  Bella  próbowała  się 
mnie wypytać, co dokładnie miało miejsce. Szczęśliwie zabrała ją pielęgniarka, ale 
założę  się,  że  z  jej  wścibstwem  będzie  pytać  dalej.  Ona  coś  podejrzewa  i  teraz 

powied

z mi, czy było warto spieprzyć wszystko przeze mnie? 

- Tak- 

odparł. Mnie nie satysfakcjonowała taka odpowiedź. 

Mylisz się, cholernie się mylisz. Zrozum, że prędzej czy później umrę. Nie masz 

na  to  wpływu.  To  już  trzeci  raz  jak  mnie  uratowałeś.  Ile  ich  jeszcze  będzie?  Ile 
osób będzie musiało się dowiedzieć kim jesteście, tylko dlatego, żeby uratować nic 
nie znaczącego człowieka?!- Wybuchłam. 

Jesteś ważna, dobrze o tym wiesz. 

Nie,  nie  wiem.  Wyraźnie  dałam  ci  do  zrozumienia,  iż  masz  mnie  nie  ratować. 

Może chciałam umrzeć?! 

Nie  pozwolę  na  to!-  Zauważyłam,  że  zaczynał  tracić  cierpliwość.  Ja  już  swoją 

straciłam na szkolnym parkingu. 

Czemu obchodzi cię mój marny los? 

Ponieważ cię kocham!- Krzyknął.  

Zamarłam.  On  też.  Chyba  dotarło  do  niego,  co  powiedział,  bo  patrzył  na  mnie 

szeroko otwartymi oczami. 

To  się  nie  dzieje.  Ja  śnię.  Niemożliwością  jest,  aby  odwzajemniał  moje  uczucia. 
Edward mnie kocha, ale jak siostrę. Tego jestem pewna. Nie wyczuwałam żadnych 
sygnałów, które by mówiły, że jest inaczej. Braterska miłość i chęć ochrony jest 
przecież tak samo duża jak ta romantyczna.  

background image

91 

 

Cullen wyczuł moje wahanie. Podszedł do mnie i złapał moją twarz w swe dłonie. 
Zadrżałam. 

Elizabeth, kocham cię całym moim nie bijącym sercem. Sprawiasz, że chcę żyć 

na  tym  świecie,  z  tobą  przy  boku,  na  zawsze.  Słuchasz,  kiedy  mówię. 
Rozśmieszasz mnie. Obudziłaś wszystko, co było uśpione przez te wszystkie lata. 
Chcę abyś była szczęśliwa i przenigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. 
Serce łomotało mi w piersi, a łzy popłynęły po policzkach. To było najpiękniejsze 
wyznanie miłosne, jakie kiedykolwiek słyszałam i nie potrafiłam wydusić z siebie 

nic innego jak: 

Też cię kocham- wyszeptałam. 

Edward  scałował  słone  krople  z  policzków.  Gdy  dotarł  do  ust,  złożył  na  nich 

najbardziej delikatny i c

zuły  pocałunek  w  całym  moim  życiu.  Oddałam  go.  Nie 

obchodziło mnie, że jest wampirem. Nic nie miało znaczenia, tylko on. 

Jestem egoistą.- W pewnym momencie odezwał się, przerywając ciszę. 

Wcale, że nie.- Uniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy, żeby wiedział o 

prawdziwości tych słów. 

Powiedziałem,  że  chcę  abyś  była  szczęśliwa,  ale  na  samą  myśl  o  innym 

mężczyźnie w twoim życiu, budzi się we mnie chęć mordu. Lisa, ja nie mogę ci 
wiele dać. Muszę się kontrolować ze swoją naturą, inaczej dojdzie do tragedii. 
Pokręciłam głową. To, o czym mówił, było niedorzeczne. 

Masz w sobie więcej samozaparcia niż ci się zdaje. Wierzę w ciebie i nie pragnę 

nikogo  innego.  Przyzwyczaj  się  do  tej  myśli.  Teraz,  gdy  już  wiem,  co  do  mnie 
czujesz, nie pozwolę ci odejść- stwierdziłam poważnie. 
Zachichotał i znów przycisnął swoje wargi do moich. 
Niestety  sielanka  nie  trwa  wiecznie.  Prędzej  czy  później  trzeba  stawić  czoła 
rzeczywistości, a ona przyszła prędzej niż sądziłam wraz ze słowami Rose, która 
pojawiła się z nikąd wraz z całą rodziną: 

Trzeba zabić Bellę Swan. 

I wcale nie żartowała. 

 

background image

92 

 

          

Rozdział 17 

 

-  Rosalie, o czym ty do kur…- 

przerwałam,  gdy  zobaczyłam  karcące  spojrzenie 

Edwarda- …kurki wodnej, mówisz? 

Uwierzcie, życie ze stuletnim wampirem gentelmanem, wcale nie jest takie proste. 
Teraz będę musiała powstrzymywać swój cięty język. 

O  tym,  że  nasz  idealny  braciszek  wszystko  spartolił.  Nie  mam  zamiaru 

wyprowadzać się ze względu, iż jakaś głupia śmiertelniczka zobaczyła coś, czego 

nie powinna. 

Tak  złej  blondynki  nie  widziałam  od  czasu  jej  poznania.  Nawet  jak  ja  się 
dowiedziałam przeszło to bez większego szumu.  

- To nie jest wina Edwarda- 

wtrąciła Alice. 

A  czyja?!  Mógł  nic  nie  robić,  ale  nie,  musiał  znów  grać  bohatera.  Na  dodatek 

tylko on potrafił zakochać się w kimś żywym.- Zlustrowała mnie od stóp do głów 
przy tych słowach. 

Sądzę,  iż  powinniśmy  to  dokładnie  omówić-  odparł  Carlisle  opanowanym 

głosem. 
Podziwiałam  go  za  tę  postawę  i  wiedziałam,  że  wymyśli  lepsze  rozwiązanie  niż 

zamordowanie niewinnej osoby. 

Pr

zeszliśmy  do  jadalni,  gdzie  każdy  usiadł,  czekając  na  dalsze  słowa  głowy 

rodziny. Ciszę przerwał Jasper. 

Uważam, że Rose ma rację. 

Spojrzałam na niego niedowierzająco. Choć, czemu się dziwiłam? Nie znałam go 
praktycznie  w  ogóle.  Nikt  nie  opowiadał  jak  dołączył  do  Cullenów,  a  ja  nie 
pytałam.  Ok,  podpytywałam  Edwarda,  lecz  on  powiedział  coś  w  stylu:  „To  jego 
życie.  Jeżeli  chcesz  coś  wiedzieć,  zapytaj  go  osobiście”.  Co  jak  co,  ale  aż  tak 
zdesperowana nie byłam. 

Nie pozwolę na to!- Wybuchłam. 

- A co ty niby zrobisz?- 

Spytała z sarkazmem blondynka. 

background image

93 

 

Już ja zadbam o to, aby włos z jej głowy nie spadł. Nawet, jeżeli oznacza to stanie 

z miotaczem ognia koło jej łóżka i czatowanie na was- wysyczałam wściekła. 

-  Popatrzcie, jaka zadziorna.- 

Zaśmiała  się.-  Masz temperament, ale on ci nie 

pomoże. Jesteś tylko człowiekiem, nic nam nie zrobisz. 

-  Dobra.- 

Założyłam  ręce  na  piersi.-  Zagłosujemy,  kto  jest  za,  a  kto  przeciw 

zabójstwu Belli. 

To jest głupie- wtrącił Jasper. 

A mi się podoba- poparł mnie Emmet. 

Więc głosujmy- powiedział Carlisle.- Opinię Lisy już znamy. Edward? 

Życie.- Uśmiechnęłam się w podziękowaniu do niego. 

Też życie.- Alice podskoczyła na krześle. 

Rose, Jasper, może jednak zmienicie zdanie? 

Oboje pokręcili przecząco głowami. 

- Rozumiem.- Najst

arszy z Cullenów westchnął.- Emmet? 

Chłopak zaczął udawać, że głęboko się zastanawia nad odpowiedzią. Przyznaję, iż 
zirytowało  mnie  czekanie.  Nawet  stukałam  nogą  o  podłogę,  aby  pokazać  swoje 
zniecierpliwienie. Niedźwiedziowi chyba o to chodziło, bo uśmiechnął się jak głupi 

do sera. 

Daliście mi niezły dylemat.- Podrapał się po brodzie i mówił bardzo poważnym 

głosem. Nigdy nie widziałam Ema takiego. Ledwo powstrzymywałam parsknięcie. 

Zabawny widok.- 

Nie chcę podpaść żadnej ze stron, lecz wiem także, iż nie mogę 

być  neutralny.  Kochanie,  wybacz,  ale  tym  razem  wezmę  stronę  mojej  małej 

siostrzyczki. 

Kopara opadła mi do samej ziemi, ponieważ: 
a)  Emmet  pokazał  swoją  druga  stronę  natury,  czyli  bycie  poważnie  myślącym 

wampirem 

b) nazwał mnie małą siostrzyczką. 

Nie r

ozczulę się, nie rozczulę się- powtarzałam jak mantrę. 

- Esme? 

background image

94 

 

Również  uważam,  że  Bella  powinna  żyć.-  Uśmiechnęła  się  do  mnie 

pokrzepiająco. 

Jestem  za  większością-  dodał  Carlisle.  W  Rosalie  zaczęło  się  gotować.- 

Rozumiem  waszą  złość,  ale  nie  możemy  pozwolić,  aby  pewne  działania 
doprowadziły do rozlewu krwi. 

Ja bym to zrobiła bez tego- mruknęła żona Ema. 

Wiem,  do  czego  jesteś  zdolna-  kontynuował.-  Nie  wyprowadzimy  się,  ani  nie 

zabijemy  nikogo,  ponieważ  to  byłoby  podejrzane.  Jedyne,  co  nam  pozostaje  to 
czekać i obserwować. Wsłuchajcie się w rozmowy uczniów, jeżeli Swan coś powie 
na pewno będą o tym plotkować. I żadnego zabijania- powtórzył. 
Rosalie wyleciała z jadalni jak burza. Jasper stał i patrzył na mnie intensywnie. 

Nawet o tym nie myśl- wywarczał Edward do blondyna. 

Przyznaj, że to prawda. Volturi nie cackali by się z nią. A co do naszej Lisy… 

prędzej, czy później dowiedzą się i już dobrze wiesz, czym to się skończy, choć jej 
akurat tego nie życzę. 
Patrzyłam  zdezorientowana  to  na  jednego  to  na  drugiego. O czym oni gadali do 
cholery? Jacy Volturi? Czy ktoś mi w końcu wyjaśni parę spraw? Chciałam zadać 
te pytania na głos, lecz Alice mnie ubiegła. 

-  Lisie nic nie grozi- 

powiedziała pewna siebie, a mój chłopak (trochę dziwnie to 

brzmi), spiął się. 

- Nie zaczynaj znowu Alice- 

wysyczał. 

Pogódź  się  z  tym  braciszku.-  Uśmiechnęła  się.-  A teraz zakupy-  pisnęła  i 

pociągnęła mnie w stronę schodów. 
Poszłam do pokoju się ubrać. Cały czas kołatały mi się w głowie pytania, na które 
najwyraźniej nikt nie chce mi odpowiedzieć. Nie lubiłam, gdy ktoś coś przede mną 
ukrywał.  Nie  byłam  aż  tak  głupia,  żeby  nie  zrozumieć.  Nikomu  także  o  tym  nie 
powiem.  Pozostało  mi  cierpliwie  poczekać  lub  zacząć  ciągnąć  kogoś  za  język.  I 
nagle  te  zakupy  nie  wydały  mi  się  tak  głupim  pomysłem  jak  na  początku.  Będę 
sama  z  tym  chochlikiem  i  wystarczy  tylko  lekko  przycisnąć  odpowiedni  guzik. 
Uśmiechnęłam się chytrze. 

background image

95 

 

Co cię tak bawi?- Podskoczyłam jak oparzona.  

Tak  odpłynęłam,  że  nie  słyszałam,  gdy  w  progu  pojawił  się  mój  ukochany. 

Zaczy

nam stawać się coraz bardziej ckliwa. Podszedł do mnie bliżej i przytulił i 

choć chciałam pozostać w tej pozycji, musiałam go odepchnąć i włączyć mój drugi 

plan, czyli totalnie wielki foch. 

Oj nie, nie, mój Panie. Ze mną nie ma lekko. Coś ukrywasz, a ja nie lubię być 

niewtajemniczona.- 

Założyłam  ręce  na  piersi.  Ten  gest  chyba  stanie  się  moim 

ulubionym. 

-

Są rzeczy, o których lepiej nie wiedzieć. 

Taka odpowiedź mnie nie usatysfakcjonowała. Wydęłam wargi. 

Poddaje się tobie zbyt łatwo- westchnął i krzywy uśmieszek ozdobił te całuśne 

usta.- 

Kochanie, obiecuję, że kiedyś ci wyjaśnię. 

Jeżeli będzie do mnie tak mówił to jestem zgubiona. Zrobię wszystko, co on zechce 
bez  mrugnięcia  okiem.  A  to  tylko  jedno  słowo.  Chciałam  go  pocałować,  ale  ten 

wredny chochlik wpar

ował  do  pokoju.  Przed  wyjściem  zdążyłam  jeszcze 

powiedzieć dla Edwarda, żeby pilnował Belli. 

 

Minęły trzy tygodnie, a ja nic nie wiem. Kurwa. Z dwojga złego przynajmniej Belli 
nie było w szkole z powodu ręki i nikt mnie o nic nie wypytywał. No, prawie nikt. 
Zapomniałam  o  Charliem.  Udało  mi  się  wcisnąć  jakąś  historyjkę,  w  którą  sama 
bym nie uwierzyła, lecz na moje szczęście on uwierzył. 
Alice była nieugięta. Twierdziła, że z chęcią by mi powiedziała, ale potem Edward 
urwałby jej głowę. Czyli wyszło na to, iż muszę zacząć bardziej czarować mego 

Boga. Niestety jest gorszym uparciuchem ode mnie. Nawet teraz. Zabiera mnie 

gdzieś  i  nie  chce  powiedzieć,  bo  to  niespodzianka.  Obiecałam  sobie,  że 

wytrzymam. 

Wyobraźcie  sobie  moje  zdziwienie,  gdy  zamiast  do  samochodu,  kazał  mi  wsiąść 
sobie na plecy. Nie miałam nic przeciwko. Emmet często mnie tak „woził”. Dzisiaj 
nie  poszliśmy  do  szkoły  z  powodu  słońca.  W  sumie  ja  mogłam,  ale  oczywiście 
solidarność to solidarność. No i spędzę cały dzień z Edwardem. 

background image

96 

 

Po krótkim biegu stanęliśmy przed końcem lasu. Tak mi się przynajmniej w tamtej 
chwili  wydawało.  Chłopak  poszedł  przodem,  a  ja  za  nim.  Widok  przede  mną 
wprawił mnie w osłupienie. To była polana, o której mówił mi wcześniej. Piękna, 
olśniewająca i zjawiskowa. Tysiące kwiatów mieniło się w słońcu, a na samym jej 
końcu  dostrzegłam  mały  strumyczek.  Wyglądała  na  nietkniętą,  dziewiczą.  Bałam 
się, iż swoją obecnością zniszczymy coś tak niesamowitego. Jednakże, gdy Edward 
położył  się  na  jej  środku,  podążyłam  za  nim.  Uklęknęłam  i  podziwiałam  jego 
mieniącą  skórę.  Nie  wiem  ile  razy  już  ją  widziałam.  Sto  czy  milion.  Za  każdym 
razem wprawiała mnie w ten sam zachwyt. 

Podoba ci się to, co widzisz?- Spytał nagle wyrywając mnie z transu. 

- Oj tak, bardzo- 

odpowiedziałam, dalej wpatrując się w niego. 

Mówiłem  o  polanie.-  Uśmiechnął  się  zadziornie,  na  co  się  zarumieniłam. 

Cholera.- 

Zawsze się zastanawiałem, czemu rumienisz się tylko przy mnie. Dalej 

tego nie wiem. 

Więc niech to pozostanie moją słodką tajemnicą- odparłam, kręcąc kółka na jego 

um

ięśnionej klacie.  

Przyprowadziłem  cię  tu,  ponieważ  chciałem  dotrzymać  pewnych  obietnic.  Nie 

chcę  abyś  myślała,  że  rzucam  słowa  na  wiatr.-  Zamieniłam  się  w  słuch.  Edward 
przeczesał włosy ręką zanim zaczął:- Alice ma wizję dotyczącą ciebie. Nie jest mi 
łatwo  o  tym  mówić,  dlatego  proszę,  żebyś  nie  przerywała.  W  jej  wizji  jesteś 
wampirzycą.  Nie  wiem  jak  nastąpiła  przemiana,  czy  chciałaś  tego,  czy  raczej 
odbyło się to bez twojej woli. Wiedz jedno, ja na to nie pozwolę. 
Osłupiałam. Drugi raz w ciągu godziny. Niezły rekord. 

- Czemu?- 

Wydukałam. 

Niestety jak zwykle przeszkodził nam telefon. Niech szlag strzeli technologię. 

Porozmawiamy później. Chochlik wzywa- westchnął, gdy się rozłączył, po czym 

wziął mnie na barana. 

Zmieniam zdanie. Niech szlag strzeli Alice. 

Później  tego  dnia  pojechałam  do  Port  Angeles  w  poszukiwaniu  książki.  To  był 
także  pretekst,  aby  pobyć  samej  i  rozładować  złość.  Przez  głupi  obiad  zostałam 

background image

97 

 

ściągnięta do domu. Oczywistym jest, iż Carlisle ma ogromną bibliotekę, ale nie 

jest ona zaopatrzon

a  w  pozycję,  która  aktualnie  wpadła  mi  w  oko,  więc  nie 

musiałam wysilać się z wyjaśnieniami.  
W  księgarni  spotkałam  Bellę.  Niestety  pomieszczenie  było  tak  ciasne,  że  się 
spotkałyśmy. W sumie nie mogłam jej unikać całe życie, lecz jeszcze parę dni by 

nie za

szkodziło. 

- Hej- 

zagadałam.- Jak ręka? 

Cześć. Zdjęli już gips, więc byłam dziś w szkole. Czemu was nie było?- Wścibska 

jak zwykle, ale jakoś nie potrafię jej nie lubić. 

Szkoda  zmarnować  taki  dzień  w  szkole.  Tak  rzadko  świeci  słońce,  że 

postanowiliśmy wybrać się całą rodziną na wycieczkę- wyjaśniłam. 
Znów powiedziałam półprawdy. Czy każda rozmowa z tą dziewczyną będzie tak 
wyglądać?  
Wyszłyśmy  z  księgarni.  Ściemniało  już  od  czasu  mojego  pobytu,  a  że  nie  znam 
tego  miasta  zbyt  dobrze,  nie  czułam  się  z  tym  komfortowo.  Zaczęłam  iść  w 
kierunku, który zdawał się być dobry. 

Jesteś sama?- Dodałam po chwili ciszy. 

Nie.  Przyjechałam  z  Jessiką  i  Angelą.  Chciały  kupić  sobie  sukienki  na  bal. 

Idziesz? 

Wzruszyłam ramionami:- A ty? 

-  Raczej nie. Po pierwsze nie mam partnera, po drugie marny ze mnie tancerz.- 

Zaśmiała się smutno. 

- Masz Jake’a- 

zauważyłam. 

Ostatnio nasze kontakty się ochłodziły- westchnęła.- Nie odbiera telefonów, jego 

ojciec twierdzi, że jest chory, a gdy chcę przyjechać to mi zabrania. Nie wiem, co o 
tym myśleć. 

- Faceci- 

zironizowałam.- Z nimi zawsze są problemy. 

I  jakbym  wykrakała,  ponieważ  dopiero  doszło  do  mnie,  że  się  zgubiłyśmy.  Nie 
pomagał  fakt,  iż  w  naszą  stronę  zmierzała  grupa  mężczyzn  z  piwami  w  ręku  i 

background image

98 

 

byłyśmy na jakimiś zadupiu. Spojrzałam na brunetkę. Bała się i nie byłam w stanie 

pomóc ani sobie, ani jej. 

Hej, laseczki. Zabawimy się?- Spytał jeden z nich, podczas gdy reszta okrążyła 

nas, nie pozostawiając szans na ucieczkę. 
Tak, faceci to kłopoty. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

99 

 

          Rozdzi

ał 18 

 

- Raczej nie- 

odparłam.- Mój chłopak urwie wam jaja, jak się dowie. 

- Taa, jasne.- 

Zaśmiał się typek. 

Nie mogłam nawet przyjrzeć się im dokładnie. Było zbyt ciemno i mieli na sobie 

czapeczki.  

Takie ślicznotki nie powinny chodzić same po ciemnych zaułkach- odezwał się 

drugi facet i wyciągnął w naszą stronę rękę, po której zresztą go trzepnęłam. Wiem, 
że  ryzykowałam,  ale  żaden  oblech  nie  będzie  mnie  dotykał.-  I gdzie ci wasi 
mężczyźni? Czy nie powinni być z wami? 

A czy ja wyglądam jakbym była uwiązana na smyczy?- Warknęłam. 

Te jego filozofowanie stawało się drażniące. Co kogo obchodzi, co robię i z kim? 
Nie  podobało  mi  się  również,  że  krąg,  który  utworzyli  zdawał  się  zacieśniać. 
Śmierdziało  od  nich  alkoholem,  tytoniem  i  potem.  Marzyłam,  aby  na  nich 
zwymiotować. Nic nie poprawiłoby mi humoru jak to.  
Bella ścisnęła moją rękę. Spojrzałam na nią. Brązowe źrenice były rozszerzone ze 
strachu do granic możliwości. Nie wiem, która z nas miała większego pecha, ale 
my dwie razem wzięte byłyśmy silnie działającym magnezem na niego. Poczułam 
determinację, żeby zrobić cokolwiek. Mój mózg nie chciał współpracować, także 
żaden plan nie przychodził mi do głowy.  
Poczułam,  że  ktoś  klepnął  mnie  w  tyłek.  Oczy  przesłoniła  mi  czysta  furia  i  nie 
patrząc  na  nic  obróciłam  się  na  pięcie  i  wymierzyłam  prawy  sierpowy  w  nos 
najbliższego  typka.  Usłyszałam  chrzęst  kości  i  zalała  mnie  fala  dumy.  Nie  na 
długo, ponieważ drugi złapał mnie za włosy i boleśnie pociągnął. Krzyknęłam. 

I  po  co  ci  to  była,  słodka?  Chcieliśmy  po  dobroci,  a  że  chciałaś  na  ostro…- 

Niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu.- A twoja koleżanka również przy 

tym ucierpi. 

background image

100 

 

Jak  zwykle  wszystko  spieprzyłam.  Znów  z  mojej  winy  ucierpi  niewinna  osoba. 
Zamiast trzymać ręce przy sobie, to oczywiście musiałam rozpocząć i tak przegraną 
dla mnie walkę. Powinnam zginąć wtedy, kiedy było mi to pisane. 
Spojrzałam  przepraszająco  w  kierunku  Belli.  Trzymało  ją  dwóch  facetów. 
Szamotała się. 

Przestań się wyrywać, inaczej zaboli bardziej- warknął wyższy, chcąc wymierzyć 

jej policzek. 

I właśnie wtedy jakieś auto wjechało z piskiem opon, oślepiając wszystkich. Przez 
chwilę miałam plamy przed oczami, ale ten samochód poznałabym wszędzie.  

Puśćcie je- rozkazał Edward wysiadając. 

Spoko koleś, nie gorączkuj się tak. Przecież nic złego się nie dzieje. 

Zostałyśmy  wypuszczone.  Szybko  chwyciłam  brunetkę  i  skierowałam  się  do 
Volvo. Co mnie najbardziej zdziwiło to, to że tak łatwo się poddali. Jest pięciu na 
jednego. Może morderczy wyraz twarzy wampira ich wystraszył. 

- Wsiadaj.- 

Otworzyłam drzwi dla dziewczyny, która posłuchała się bez sprzeciwu. 

Edward, chodź- zawołałam. 

Nie posłuchał. Był w transie. Wiem jak się czuł, bo jeszcze parę minut temu sama 
to  przeżyłam.  Gdy  wściekłość  zasłania  ci  oczy  nie  obchodzą  cię  konsekwencje. 
Choć bardzo chciałam aby te dupki poniosły karę nie mogłam pozwolić, aby zostali 
zabici. Wiem, głupie wyrzuty sumienia. 
Każdy kolejny postawiony krok przez Cullena spotykał się z dwoma krokami w tył 
przez całą grupę napastników. 

Hej,  słuchaj  sorki.  Nie  zamierzaliśmy  nikogo  skrzywdzić,  serio-  odezwał  się 

chłopak, który praktycznie nie brał udziału w tej akcji. 
Przypuszczam, iż uważał to za zabawę bądź żart, dopóki nie rozpętało się piekło. 
Nie  mogłam  go  za  bardzo  winić,  choć  nie  poczynił  także  nic,  aby  nam  później 

pomóc.  

Cholera. Zaczynałam mieć rozdwojenie jaźni. W końcu ta milsza strona wygrała. 

-  Edward!- 

Krzyknęłam stanowczo. Obrócił lekko głowę w moją stronę.- Zostaw 

ich. Nie warto. 

background image

101 

 

-  Wsiadaj do samochodu- 

odparł  zimnym  głosem,  od  którego  przebiegły  mnie 

nieprzyjemne ciarki.  

Nie mogłam się poddać. 

Rusz dupę i wracajmy do domu! 

Tak bardzo teraz chciałam, żeby słyszał moje myśli. Wtedy przekazałabym mu, aby 
nie robił nic głupiego, bo była z nami Bella. Ta dziewczyna i tak jest już za bardzo 
ciekawska.  Mogę się  założyć,  że  teraz  również  szykuje  w  głowie  serię pytań,  na 
które nie będę mogła udzielić jej odpowiedzi. 
Edward warknął, dosłownie, na tych typów i ruszył zamaszystym krokiem w stronę 
auta.  Tamci  uciekli.  Zanim  usadowił  się  na  miejscu  kierowcy  spojrzał  na  mnie 
wzrokiem  przepełnionym  gniewem,  strachem  i  troską.  Westchnęłam  i  usiadłam 
obok. Siedzieliśmy chwilę w ciszy póki chłopak jej nie przerwał. 

Dlaczego ty zawsze pakujesz się w kłopoty?- W jego głosie można było wyczuć 

jeszcze odrobinę gniewu, ale większą część zastąpiła dezaprobata. 

- A dlaczego ty zawsze mnie ratujesz?- 

Odbiłam piłeczkę. 

Powinnam  napisać  książkę  pod  tytułem:  „Jak  wkurwić  wampira”.  Akurat  to 
wychodziło mi po mistrzowsku. 

Ile razy mam ci jeszcze powtarzać, Lisa?! Nie pozwolę, aby stała ci się krzywda. 

Zrozum to wreszcie i przestań być tak cholernie dumna! 
Ok,  tego  się  nie  spodziewałam.  Stanowczość,  z  jaką  mówił  obudziła  we  mnie 
podniecenie.  Nie  mogłam  się  do  tego  przyznać.  Cała  ta  sytuacja  i  tak  była 
niezręczna. W ogóle zapomniałam o Belli. Odwróciłam się w jej stronę. Patrzyła na 

nas w szoku.  

Odwieźć cię do domu?- Spytałam. 

W  sumie  umówiłam  się  z  Angelą  i  Jessiką  w  restauracji.  Zapewne  czekają  na 

mnie.- 

Zarumieniła się. 

Spoko, podjedziemy tam. Sama muszę odebrać samochód. 

- Alice 

z Jasperem się nim zajmą- odparł mój chłopak. 

Nie zostawię go tu. Poza tym mogę prowadzić- zaoponowałam. 

background image

102 

 

-  Znowu zaczynasz?- 

Westchnął.-  Nie  bądź  uparta.  Wrócisz  ze  mną,  koniec 

rozmowy. 

Czemu zawsze jego musi być na wierzchu? Co ja mam 10 lat, żeby prowadzić mnie 
za rączkę? Pragnęłam powiedzieć to na głos, powstrzymałam się jednak. Kłótnia 
była ostatnią rzeczą, jaką teraz chciałam. Marzyłam o prysznicu i ciepłym łóżku. 
Edward zanim ruszyliśmy zadzwonił do Alice, aby sprowadziła moje auto. Swan 

przekartkow

ywała zakupioną książkę. 

Kim ty jesteś?- Odezwała się nagle. 

Cullen  tak  samo  jak  ja  spiął  się.  Taka  bezpośredniość  nie  pasowała  do  tej 
nieśmiałej dziewczyny. Zaskoczyła mnie. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

Dużo  o  tym  myślałam,  analizowałam  i  nie  doszłam  do  żaden  konkretnego 

wniosku, lecz czuję, że coś tu nie gra. Dojdę do tego prędzej czy później.- Mówiła 
to z takim przekonaniem oraz zaangażowaniem, iż jej uwierzyłam.  
Podjechaliśmy  akurat  pod  tę  włoską  knajpkę  i  zobaczyłam  wychodzące 

dziewczyny. Zanim Bell

a wysiadła powiedziałam: 

Dla własnego dobra odpuść sobie, inaczej skończy się to tragicznie. 

Nic  nie  odpowiedziała.  Po  prostu  wysiadła.  Zerknęłam  na  Edwarda.  jego  mina 
mówiła  sama  za  siebie.  Nie  jest  dobrze.  Pytanie  brzmi:  Czy  nie  będzie  jeszcze 

gorzej? 

Do domu wróciliśmy w napiętej ciszy. Wiedziałam, co chodzi po głowie wampira, 
ja miałam te same myśli. Nie widziałam sposobu, aby powstrzymać córkę szeryfa. 
W swojej zawziętości górowała nade mną. 
Nie pomógł mi nawet prysznic. Leżąc już w łóżku próbowałam zasnąć z marnym 
skutkiem.  Przewracałam  się  już  któryś  raz  na  kolejny  bok,  gdy  ktoś  zapukał  do 

drzwi. 

Proszę. 

Możemy pogadać?- Mój osobisty Bóg usiadł na brzegu łóżka. 

- Jasne. 

Chciałem przeprosić za wszystko, co dziś powiedziałem. 

background image

103 

 

Zaśmiałam się bez humoru.  

Chyba  mam  deja  vu,  ponieważ  miałam  zrobić  to  samo.  I  przyznać  ci  rację, 

znowu.- 

Poklepałam miejsce koło siebie dając mu do zrozumienia, że chcę, aby się 

położył. Gdy już to zrobił wtuliłam się w niego. Słodki zapach i chłód jego ciała 
działał  jednocześnie  kojąco  i  pobudzająco.  Tęczówki  oczu  hipnotyzowały.  Nie 
mogłam  się  powstrzymać  i  powoli,  sygnalizując,  co  zamierzam  zrobić 
pocałowałam go delikatnie w usta. Odwzajemnił go. Oderwałam się na chwilę by 
dodać:- Mam trudny charakter, ale postaram się go trochę utemperować. 
Pisnęłam  z  zaskoczenia,  gdy  przewrócił  mnie  na  plecy.  Leżałam  pod  nim,  a  on 
opierał większość swojego ciężaru na łokciach. Było mi z tym przyjemnie, nawet 

za bardzo. 

Nie  zmieniaj  się-  wymruczał  mi  do  ucha.-  Jesteś  idealna,  kochanie.-  Składał 

drobne pocałunki na mej twarzy. 
Spojrzał mi w oczy intensywnie. Pogłaskałam go po policzku. Jak mogłam się w 
ogóle z nim kłócić? Moja głupota nie zna granic. 

Kocham cię- wyszeptałam, mając nadzieję, że tymi słowami zrekompensuje, choć 

trochę swoje zachowanie. 

Również cię kocham- powiedział zanim wpił się w moje wargi. 

Ten  pocałunek  był  inny  od  mojego.  Czułam  w  nim  pasję,  namiętność  i  czułość. 
Wczepiłam ręce we włosy Edwarda i mimowolnie jęknęłam. Mogłam tak pozostać 
całą  wieczność  i  jeszcze  dłużej.  Dopiero  teraz  dotarło  to  do  mnie.  Przemiana. 
Wcześniej nie zastanawiałam się nad nią aż tak bardzo. Teraz ta myśl uderzyła we 
mnie  ze  zdwojoną  siłą.  Zapragnęłam  jej.  Wszystko  kręciło  się  wokół  mojego 
wampira. Chciałam być z nim na zawsze, ale wiedziałam, że on nie dopuszcza do 
siebie tej możliwości. To nie był czas ani miejsce na tę rozmowę.  
Chłopak  oderwał  się  ode  mnie  za  szybko  jak  na  mój  gust.  Złote  oczy  zmieniły 
kolor. Patrzyły na mnie dwie czarne otchłanie, w których chciałam zatonąć i nie 

wróc

ić. 

Jutro  idziemy  całą rodziną na  mecz  baseballu.  Wiem,  że  nie  będziesz grać,  ale 

pojedziesz z nami dla towarzystwa?- 

Spytał. 

background image

104 

 

Skrzywiłam się. Czekała na mnie masa prac domowych, które musiałam zrobić. 

Przykro  mi,  nie  mogę.-  Przeczuwając,  co  zaraz  nastąpi  dodałam:-  Ale  ty  jedź. 

Przyda ci się trochę rozrywki. 

Bez ciebie się nigdzie nie ruszam.- Wywróciłam na te stwierdzenie oczami. 

Nie ma mowy. Wrócisz zanim się obejrzysz, a mi przez ten czas przecież nic się 

nie stanie.- 

Westchnął  zrezygnowany,  przez  co  wiedziałam,  że  wygrałam.-  Utul 

mnie. 

Słodkich snów.- Pocałował mnie w czoło, a ja odpłynęłam. 

 

Siedziałam już nieźle wkurzona nad pracą z historii, którą próbowałam zrobić od 
godziny. Po co mi wiedzieć jak było kiedyś? Czy nie liczy się tu i teraz? Rzuciłam 
książką  o  ścianę  wyładowując  na  niej  swoją  frustrację.  Odbiła  się  z  głośnym 
hukiem. Echo odbiło się po pustym domu przypominając, że jestem sama jak palec. 
Wszyscy  wyjechali  ponad  godzinę  temu  obiecując  szybki  powrót.  Teraz 
przeklinałam  siebie.  Mogłam  z  nimi  pojechać  i  olać  szkołę.  Moje  ponure 
przemyślenia przerwało pukanie do drzwi. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam w progu 
Bellę. Wyglądała na zdenerwowaną. 

Cześć, wejdź.- Zaprosiłam ją do środka. 

Jesteś sama?- Pokiwałam twierdząco głową.- To dobrze, bo już wiem, kim oni są 

i chcę, abyś potwierdziła moją teorię.- Uniosłam pytająco brew.- Wampiry. 
Zaśmiałam się nerwowo. Musiałam przyznać, że jest dobra w te klocki. 

Pomyliłaś się.- Przecież nie mogłam potwierdzić. 

Wszyscy  są  bladzi,  mają  te  same  oczy,  chociaż  nie  są  spokrewnieni.  Edward 

zatrzymał tego przeklętego Vana, a wiem, że stał za daleko, aby dobiec na czas- 
wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. 

A zastanowiłaś się, czemu mogą chodzić w dzień i nie spala ich słońce?- Tym 

pytaniem zbiłam ją z pantałyku.  
Zaraz jednak otrząsnęła się i chciała coś powiedzieć, lecz przerwało jej pukanie. 

- Kogo znowu niesie?- 

Spytałam samą siebie. 

background image

105 

 

Otworzyłam drzwi, a szczęka opadła mi chyba aż do podłogi. Oto przede mną stały 
wampiry  z  mojego  koszmaru.  Tylko  różnica  była  taka,  że  teraz  nie  śniłam,  choć 
bardzo bym chciała. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

106 

 

          

Rozdział 19 

 

Definitywnie muszę skończyć znajomości ze Swan. Zawsze jak jesteśmy razem coś 
wokoło się dzieję. To nie może być przypadek.  

A moje sny? W tej rodzini

e Alice jest od przewidywania przyszłości, nie ja. Więc 

dlaczego  stoją  przede  mną  wampiry  z  moich  koszmarów?  Wyglądają  tak  samo. 
Dwóch  mężczyzn  i  kobieta.  Różnili  się  od  siebie,  ale  to,  co  mieli  wspólne  to 
szkarłatne głodne oczy. Wampirzyca miała długie rude włosy i talię modelki. Biła 
od niej pewność siebie. Przypominała mi wredniejszą wersję Rose. Ten, który w 
moim  śnie  zaatakował  Bellę  wyglądał  jak  heavy  metalowiec.  Jego  długie  blond 
włosy związane były w kucyk. Z dziką satysfakcją starłabym ten obleśny uśmiech z 
jego twarzy. Patrzył na swoją zdobycz. Na mnie zaś spoglądał wampir o czarnych 
krótkich  włosach.  Jego  postać  najbardziej  wryła  mi  się  w  pamięć.  Kto  by  nie 
pamiętał swojego mordercy? 

- Witamy- 

odezwał się, cały czas obserwując mnie i każdy mój ruch.- Wyczuliśmy 

wampiry, więc postanowiliśmy zapukać, a tu taka niespodzianka. Jestem Laurent, a 

to jest Victoria i James.- 

Wyciągnął rękę na powitanie. Odrzuciłam odruch, aby go 

w nią trzepnąć, ale również jej nie uściskałam. 
Cała trójka weszła do salonu nawet nie przejmując się zaproszeniem. Kilkuset letni 
żywot raczej nie nauczył ich kultury.  

Nie rób niczego głupiego. Nie rób niczego głupiego- powtarzałam w myślach. 

Szukacie kogoś?- Spytałam. 

Tak  jak  mówiliśmy.  Przechodziliśmy  i  wyczuliśmy  zapach  wampirów. 

Postanowiliśmy się przywitać. Jesteście ich jedzeniem? 
Cholera.  Teraz  to już  na pewno  nie  uda mi  się przekonać brunetki,  że  ubzdurała 
całą tę bajeczkę o istotach nadprzyrodzonych. Choć w sumie i tak prawdopodobnie 

zginiemy. 

-  Raczej nie. Ja tu mie

szkam  a  koleżanka  jest  przejazdem,  więc  jak  pozwolicie 

odprowadzę ją do drzwi. 

background image

107 

 

Wzięłam Bellę pod rękę i skierowałam się do drzwi. Niestety James zastąpił nam 
przejście. Uniósł kosmyk włosów dziewczyny, przytknął do nosa i wziął głęboki 

wdech. 

Taka słodka. Jest moja- powiedział i wyrwał ją z moich rąk.  

Przepraszam,  lecz  nie  jesteście  tu  mile  widziani.  Puść  ją.-  Starałam  się  grać 

nieustraszoną  z  marnym  skutkiem.  Za  bardzo  bałam  się  o  Swan.  Nie 
wybaczyłabym sobie gdyby coś jej się stało. Charlie by się załamał. 

Pachniesz tak samo jak się zachowujesz.- Laurent stanął za mną.- Czyli ostro i 

intensywnie. 

- Do tabasco mi daleko- 

prychnęłam. 

Miałaś  nie  robić  niczego  głupiego-  skarciłam  się  w  myślach.-  A pyskujesz 

wampirowi. 

Czemu oni cię trzymają żywą? Toż to marnotrawstwo- wyszeptał mi do ucha. 

Też  się  nad  tym  zastanawiam  i  jakby  tak  dłużej  pomyśleć,  chyba  lubią  moje 

poczucie humoru. 

Chłopaki, przejdźmy do sedna. Jestem głodna- odezwała się Victoria. Wyglądała 

na znudzoną. 

Kochanie, chodź, podzielę się z tobą. 

James  trzymał  Bellę  w  mocnym  uścisku.  Wampirzyca  podeszła  do  nich  i  wzięła 
rękę dziewczyny, podczas gdy jej kochaś zniżał swoją twarz do szyi. Próbowałam 
wyrwać się swojemu oprawcy, ale to tak jakby walić głową w mur w nadziei, że się 

go przebije.  

Będzie bolało tylko przez chwilę.- Dreszcz strachu przeszedł przez moje ciało.  

W  końcu  nadszedł  ten  dzień.  Nie  mogłam  w  nieskończoność  być  ocalana  przez 
Edwarda i jego rodzinę. Ironia losu. Umrzeć we własnym domu, zamiast gdzieś na 

ulicy. Komizm tej 

sytuacji zapewne rozśmieszyłby mnie, ale poczułam zimne usta 

w miejscu, gdzie znajdowała się moja tętnica. 

- Zostawcie te dziewczyny. 

background image

108 

 

Spojrzałam  na  drzwi  wejściowe.  Na  przedzie  stał  Carlisle  i  trzymał  mego 
ukochanego  za  ramiona.  Za  nimi  stała  reszta.  Cali  byli  umorusani  w  błocie  i 
dzierżyli w dłoniach kije baseballowe.  
Uścisk,  w  którym  trzymał  mnie  wampir  zelżał,  ale  nie  puścił  do  końca. 
Zastanawiałam się, czy on przypadkiem nie używa mnie jako żywej tarczy.  

Więc, to jest wasz dom. Wiedziałem, że mieszkają tu wampiry. 

Tak, a teraz bądźcie tak mili i wyjdźcie.- Głowa rodziny jak zawsze spokojna i 

czujna. 

Nie jesteśmy wrogo nastawieni- bronił się Laurent. 

W takim razie puśćcie je- warknął Edward, nie spuszczając ze mnie wzroku. 

Chcieliśmy się pożywić przed podróżą- odezwała się Victoria. 

Edward przeniósł swoje oczy w stronę tamtej dwójki. Z nerwów prawie udało mu 
się wyrwać z rąk Carlisle’a. Emmet interweniował i szepnął mu coś na ucho. Jeżeli 
dobrze zrozumiałam kazał mu się uspokoić.  

One nie są jedzeniem- wtrąciła Esme. 

Teraz  widzę.-  Zaśmiał  się  James.-  Jesteście  tą  małą  grupką  wampirów,  które 

żywią  się  krwią  zwierząt.  Żałosne.  Powinniście  się  wstydzić.  Naszą  naturą  jest 

zabijanie…- 

zawiesił głos, aby nadać zdaniu dramatyzmu- …nic nie wartych ludzi. 

Skuliłam się w środku. Podobnych słów użyłam przy jednej z kłótni między mną a 
Edwardem.  Byłam,  jestem  i  będę  nic  nie  warta  dla  niego.  Moja  twarz  musiała 
wyrażać myśli, ponieważ mój wampir już się nie hamował. Rzucił się na blondyna 
z dzikim warknięciem. Zaskoczony puścił Bellę. Ja również zostałam uwolniona.  
Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłam mrugnąć okiem. W jednej 
chwili  stałam  po  środku  salonu,  aby  w  następnej  być  przy  ścianie  w  objęciach 
Alice. Esme zajmowała się brunetką, a Rosalie patrzyła jak radzą sobie mężczyźni. 
Trójka nieproszonych gości nie miała żadnych szans. 

Nic ci nie jest? Boże, przepraszam, to moja wina, gdyby wiedziała wcześniej nie 

doszłoby do tego- trajkotał chochlik. 

Jest w porządku. Co z tobą?- Zwróciłam się do Swan. 

- Dobrze- 

wyszeptała nadal w szoku. 

background image

109 

 

Dzielnie  to  zniosła.  Inna  dziewczyna  uciekłaby  stąd  z  krzykiem.  Choć  może 
jeszcze się tak stanie. Trzeba poczekać. 
Spojrzałam  na  grupkę  przede  mną.  Carlisle  gorączkowo  coś  mówił,  po  czym  złe 
wampiry wybiegły z domu. Edward i reszta podeszli do nas. Jasper objął Alice i 
powiedział: 

To nie twoja wina, najmilsza. W ostatniej chwili postanowili tu skręcić.  

Ale wiedziałam, że są w pobliżu. Mogłam coś zrobić- oponowała dziewczyna. 

Al, przestań się obwiniać. Nic złego na szczęście się nie stało. 

-  Ty jak zwykle wszystko bagatelizujesz.- 

Mój  chłopak  przytulił  mnie.  Dziwne 

było, iż nie słyszałam w jego głosie złości. 

Miałam rację, jesteście wampirami- odezwała się Bella bardziej pewnym głosem. 

Wszyscy zwrócili 

głowy w jej stronę. Rose i Jasper mieli miny jakby mieli się na 

nią rzucić. Wyrwałam się z objęć młodego Cullena i zasłoniłam własnym ciałem 
brunetkę. Ten czyn można było zaliczyć albo do odwagi, albo do totalnej głupoty. 
No cóż, ja nigdy najmądrzejsza nie byłam. 

Lisa, odsuń się. Nic jej się nie stanie- zapewnił Carlisle.  

Żona Ema pobiegła prawdopodobnie do garażu, ale Jasper został. 

Mamy obowiązek ją teraz zabić.- Ton jego głosu był zimny i bezwzględny. 

-  Nikomu nie powiem.- 

Bella  splotła  ręce  na  klatce  piersiowej.  Cały  jej  strach 

gdzieś się ulotnił.  

Chodźmy  do  jadalni.  Zaparzę  herbatę  dla  dziewczyn  i  porozmawiamy- 

zaproponowała Esme. 
Skierowaliśmy się w tamtą stronę i usiedliśmy przy stole narad, jak go nazwałam. 

Oni nie odpuszczą. James to tropiciel- odezwał się Edward.  

Po tych słowach każdy się spiął, oprócz mnie i brunetki. 

- Tropiciel?- 

Zapytałam. 

Jego całym życiem jest polowanie. To jest myśliwy, nie zrezygnuje z upatrzonej 

ofiary.- 

Spojrzał znacząco na Bellę.- Będzie ją ścigał dopóki nie zabije. 

- Kurwa- 

przeklęłam. 

- Lisa!- 

Skarciła mnie Esme. 

background image

110 

 

- Przepraszam.- 

Spuściłam głowę.- To jest silniejsze ode mnie i uaktywnia się, gdy 

jestem zdenerwowana.  

- Tobie nic nie grozi- 

pocieszył mnie mój wampir. 

Mnie może nie, ale martwię się o nią. Wszystko przeze mnie. 

- Nie wytrzymam. Najpierw Alice, a teraz ty- 

jęknął Emmet. 

Uspokójcie  się.  Z  każdej  sytuacji  jest  wyjście.-  Najstarszy  z  Cullenów  zabrał 

głos.- Edwardzie, czy wyczytałeś coś z jego myśli? 

Żądza i nieopisane pragnienie zabicia Belli. 

Czy Charlie jest w niebezpieczeństwie?- Spytała dziewczyna. W chwili kryzysu 

bardziej bała się o ojca, niż o siebie. 

Na tę chwilę nie. James czai się w pobliżu i czeka- powiedziała Alice. 

Muszę wrócić do domu.- Swan wstała. 

-  Siadaj- 

rozkazałam.  O  dziwo  posłuchała,  ale  jej  mina  była  bezcenna.-  Trzeba 

obmyślić plan. Nie możemy ryzykować, a pochopne decyzje mogą być tragiczne w 
skutkach. Carlisle na pewno coś wymyśli.- Spojrzałam na niego z prośbą w oczach, 
na co zachichotał i kiwnął głową. 

Nieco spoko

jniejsza  przeszłam  do  mego  planu.  Przeprosiłam  na  chwilę 

zgromadzonych  i  pociągnęłam  Edwarda  do  swego  pokoju  i  zamknęłam  drzwi. 
Chociaż  wiedziałam,  iż  reszta  i  tak  nas  słyszy,  chciałam  mieć,  choć  drobne 
poczucie  prywatności.  Przed  tym,  co  miało  nastąpić  wtuliłam  się  z  całych  sił  w 
jego umięśniony tors. Nawet pod naszymi ubraniami czułam każdą krzywiznę jego 
ciała.  Przy  nim  uczucie  strachu  nie  istniało.  Pocałowałam  go  żarliwie.  To,  o  co 
miałam prosić w stu procentach wyprowadzi z równowagi jego spokojną postawę, 
lecz musiałam zaryzykować. 

Zmień mnie- powiedziałam na wydechu. 

Możesz powtórzyć?- Zapytał pełen niedowierzania. 

Może myślał, że się przesłyszał. Wątpię, aby komuś takiemu jak on, zdarzały się 

takie wypadki. 

Zmień mnie. 

Oszalałaś?- Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. 

background image

111 

 

Tak, chyba tak, jeżeli pragnę być z tobą zawsze i abyś nie musiał mnie chronić. 

Gdybym stała się wampirem mogłabym sama o siebie zadbać. Nie musiałbyś aż tak 
się  o  mnie  martwić  i  ratować  z  każdej  opresji.  Jestem  tobie  oczywiście  za  to 
wdzięczna, ale nie chcę być ciężarem. Nie chcę być nic nie wartym człowiekiem.- 
Ostatnie zdanie wyszeptałam. 
Coś  w  wyrazie  twarzy  Edwarda  zmieniło  się.  Złość  zastąpił  ból.  Znów  byłam 
przyczyną  kłótni,  ale  ja  naprawdę  właśnie  tego  chciałam.  To  nie  był  kaprys 
nastolatki, raczej przemyślana decyzja. 

Nie mogę tego zrobić. Nie pozbawię cię duszy.- Chciałam coś powiedzieć, ale nie 

pozwolił  mi.-  Czy  jesteś  gotowa  zrezygnować  ze  wszystkiego  tylko  dla  mnie? 
Przemiana  wiąże  się  z  ogromnym  bólem.  Cały  czas  po  niej  ten  ból  cię  nie 

opuszcza.- 

Podszedł  do  mnie  i  zaczął  głaskać  po  policzku.-  Jesteś  taka  młoda  i 

pełna  życia.  Mogłabyś  mieć  każdego  i  założyć  z  nim  rodzinę.  Mieć  domek  i 
gromadkę dzieci. Na takie poświęcenie nie jesteś gotowa i nigdy nie będziesz. 
Poczułam narastającą złość. On nie siedział w mojej głowie. Nie mógł decydować 
za mnie. Wzięłam głęboki wdech, aby się uspokoić. Dopiero po nim przemówiłam. 

Jestem świadoma konsekwencji. Nie sądzę, abym była w stanie założyć własną 

rodzinę,  ponieważ  nie  chcę  nikogo  prócz  ciebie.  Czy  na  samą  myśl  o  innym 
mężczyźnie dotykającym mnie, nie czujesz złości?- Widziałam jak się spiął, więc 
byłam  na  dobrej  drodze.-  Twoje  uczucia  dowodzą,  że  posiadasz  duszę.  Nikt  nie 
może ci jej odebrać. Wierzę w to, iż ją masz. Większość facetów na tej planecie nie 
ma  ani  jej,  ani  serca.  Oddałbyś  mnie  w  ręce  takiego  człowieka,  myśląc,  że  tak 
będzie lepiej? 

- Nigdy- 

warknął. 

Przemień mnie. Nie mówię teraz, ale kiedyś. 

Nie doczekałam się odpowiedzi. Edward wyleciał z pokoju jak strzała rzucając mi 
coś w stylu „Nie ruszaj się stąd”, lecz nie miałam zamiaru go słuchać. Pobiegłam 
na dół i wypadłam na zewnątrz, gdzie wszyscy stali w szyku bojowym. Pierwszy 
raz  zobaczyłam  wilkołaka  w  pełnej  krasie.  Był  wielki  i  miał  sierść  rdzawego 

background image

112 

 

koloru. Mimo szoku musiałam przyznać, że na swój sposób urzekł mnie. Niestety, 
raczej nie przyszedł tu w przyjacielskich zamiarach, bo warczał i kłapał zębami. 

Carlisle, podejrzewam, iż on nie jest częścią planu? 

Kiedy Cullen pokręcił przecząco głową, wiedziałam, że mamy przerąbane. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

113 

 

          

Rozdział 20 

 

Black, uspokój się- powiedział Edward. 

- Jacob?- 

Swan i ja zapytałyśmy jednocześnie. 

Wilkołak  warczał  jeszcze  chwilę,  po  czym  zaczął  nabierać  ludzkich  kształtów. 
Cullen miał rację, to był on w całej swojej krasie. Jedyną odzieżą, którą miał na 
sobie  były  podarte  jeansy.  Prezentował  się  całkiem  przyzwoicie.  Opalony  i 
umięśniony  tors  opadał  i  unosił  się  wraz  z  oddechem.  Patrzyłam  na  to  jak 

zahipnotyzowana. 

Nie masz jakiejś koszulki, czy coś?- Spytał mój chłopak zdegustowany. 

Potrząsnęłam  głową  wyrzucając  z  niej  obraz  wpółnagiego  ciała  przede  mną.  Nie 
było to łatwe. 

O przepraszam, zapomniałem wziąć ze sobą bagażu- odparł z sarkazmem i jadem 

Jack. 

- Co tu robisz?- 

Nareszcie się otrząsnęłam. 

Odbijam Bellę. 

Czemu miałbyś to robić? 

Ponieważ jest w domu wampirów, a ja nie pozwolę, aby stała jej się krzywda. 

Swan wyglądała na wkurzoną, ale dopiero jej podniesiony ton utwierdził mnie w 

przekonaniu: 

Teraz się o mnie martwisz?! Chyba trochę na to za późno. Nie przychodziłeś, nie 

dzwoniłeś, a gdy starałam się czegoś dowiedzieć od Billego, zbywał mnie jakimiś 
wymówkami,  że  jesteś  chory.  Nawet  nie  mogłam  przyjechać.  Za  to  ty  widzę, 
czujesz  się  świetnie.  Latasz  sobie  po  całym  lesie  jako  wyrośnięty  wilk  i 
wparowujesz tu od tak sobie jak gdyby nigdy nic. Wiedz jedno, że oni uratowali 
mnie już dużo razy i czuję się przy nich względnie bezpiecznie. 
Każdy  był  zaskoczony  wypowiedzią  Isabelli.  Ja  chyba  najbardziej.  Pierwszy  raz 
widziałam  tę  stronę  dziewczyny.  Nieśmiałość  zastąpiło  pewność  siebie.  Na 

background image

114 

 

dodatek,  nie  przejęła  się  za  bardzo  faktem,  iż  rozmawia  z  kolejną  istotą  świata 

nadprzyrodzonego. 

Czujesz się bezpiecznie wśród krwiopijców?- Jacob zaczął się trząść ze złości. 

Dziewczyny odsuńcie się, znów zmienia się w wilkołaka- ostrzegł nas Carlisle. 

Wrzuć na luz! Twoja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie i twoje fochy nam 

nie pomogą!- Krzyknęłam. 

Więc miałem rację- powiedział opanowując się trochę. 

-  To nic, z czym nie damy sobie rad

y,  ale  jak  chcesz  zabawić  się  w  rycerza, 

znajdziemy ci jakąś rolę. 

Wlazłeś  na  nasz  teren-  warknął  Jasper.-  Złamałeś  pakt  i  mam  już  tobie 

odpowiednią rolę… jako trup. 

Mężczyźni-  powiedziałam  z  niesmakiem.-  Zamiast  walczyć  razem,  wolicie 

pozabijać  siebie  nawzajem.  Proszę  was  bardzo.-  Machnęłam  ręką,  po  czym 
zwróciłam się do starszego Cullena.- Jaki mamy plan? 

Taki, w którym ty nie bierzesz udziału.- Edward przyćmił mój zapał. 

Mogłam się tego spodziewać. On nie pozwoli mi robić niczego, co jest związane z 
niebezpieczeństwem.  Normalnie  ucinali  moje  skrzydła,  zanim  zdążyłyby  się 
rozwinąć.  Teraz  byłam  podwójnie  zmobilizowana  do  przemiany.  Dzięki  niej 
mogłabym pomagać, a nie, zawadzać. 

Na pewno jest coś, co mogę zrobić- oponowałam. 

Będziesz grzecznie siedzieć w domu i czekać na powrót swojego starszego brata.- 

Zachichotał Emmet. 

-  Ha, ha, ha.- 

Zaśmiałam  się  bez  cienia  wesołości.-  Gdzie  się  podziało 

równouprawnienie? 

Istnieje, lecz nie w takich kwestiach. Laurent może i odpuścił, ale gdyby poczuł 

twój zap

ach nie powstrzymałby się.- Jęknęłam niezadowolona. Niestety miał rację. 

Byłabym tylko niepotrzebnym balastem. 

- Dobra- 

zgodziłam się niechętnie. 

Swan,  według  planu  oddała  część  garderoby  Esme  i  Rosalie.  Ta  druga  nie  była 
zadowolona, że musi ubierać się w jej ubrania, ale po kilku warknięciach spełniła 

background image

115 

 

prośbę Carlisle’a. Wampiry podzieliły się na dwie grupy. Alice i Jasper pojechali 
do domu dziewczyny, aby upewnić się, że Charliemu nic nie grozi. Reszta miała 
zmylić Jamesa. Z daleka Esme wyglądała zupełnie jak Bella. Ten dupek powinien 
dać się nabrać. 
Niestety miałam złe przeczucia. Nawet fakt, iż Jacob z nami został nie pocieszała 
mnie.  Denerwowałam  się  bardziej  przez  jego  zachowanie.  Cały  czas  krążył  w 
kółko powtarzając jak mu tu źle. Wspominał też o mdłym zapachu. Starałam się nic 
nie odzywać. Naprawdę. 

Zamknij się albo idź swoje smutki wyżalać na zewnątrz, bo mnie wkurzasz.- W 

końcu pękłam. 
Spojrzenie, jakie mi posłał było jak góra lodowa, o którą rozbił się Titanic, ale nie 
ze mną te numery. Nie wystraszę się przerośniętego kundla. Przechodziłam przez 
gorsze  rzeczy,  więc  pogryzienie  przez  wilkołaka  to  tylko  kropla  w  morzu  mego 

pecha. 

Nic  nie  poradzę,  że  twoje  wampiry  dla  mnie  śmierdzą,  a  ten  dom  jest 

przesiąknięty ich fetorem- odrzekł. 
Och, jaką ja miałam ochotę mu przywalić i pomyśleć, że kiedyś go nawet lubiłam. 
Co było ze mną wtedy nie tak? 

Jack, zachowuj się, nie jesteś u siebie- powiedziała nasza towarzyszka. 

Musiała mieć na niego jakiś zbawienny wpływ, ponieważ uklęknął naprzeciw niej 

ze skrusz

ona miną. Wziął ją za ręce i spojrzał w oczy takim wzrokiem, że… 

O rzesz w mordę. Czy on zamierza jej się oświadczyć? Nie, to nie to. Próbowałam 
wypchnąć z głowy obraz, jak wyciąga z kieszeni swoich podartych spodni etui z 
pierścionkiem  zaręczynowym,  ale  musiałam  przyznać,  że  scena  była  raczej 
niecodzienna. Stałam i się po prostu na nich gapiłam. 

Bello,  posłuchaj,  wiem,  że  dopiero  dowiedziałaś  się,  iż  jestem  wilkołakiem  i 

sytuacja  nie  jest  zbytnio odpowiednia,  lecz  jest  coś  jeszcze,  o  czym  muszę  tobie 

pow

iedzieć.- W tym momencie, chyba powinnam wyjść, niestety nogi odmówiły 

mi  posłuszeństwa.  Black  niezrażony  widownią  kontynuował:-  W naszym 
plemieniu, mężczyźni, którzy są wilkołakami, wpajają się. To znaczy, że zakochują 

background image

116 

 

się w jednej kobiecie, za wszelką cenę starają się ją ochraniać i robić wszystko, aby 
była usatysfakcjonowana. Dla mnie jesteś nią, ty. Kocham cię Isabello Marie Swan. 
Takiego  obrotu  spraw  się  nie  spodziewałam.  Brunetka  chyba  również,  bo  gdy  ją 
pocałował,  z  szoku  miała  otwarte  oczy  oraz  siedziała  nieruchomo.  Dopiero  po 
chwili oprzytomniała i oddała pocałunek. Tym razem się zawstydziłam. To był ich 
pierwszy całus, a ja gapiłam się na nich jak sroka w gnat. Po cichu przeszłam do 
kuchni  dając  im  odrobinę  prywatności.  Momentalnie  zatęskniłam  za  Edwardem. 
Zastanawiałam się, jak dają sobie radę. Czy James dał się zmylić? 
Na  odpowiedź,  jak  zwykle  zresztą,  nie  musiałam  długo  czekać.  Bella  weszła  do 
pomieszczenia  jeszcze  zarumieniona  po  intensywnym  przeżyciach,  ale  również 
spięta. 

Co się stało? 

- Jac

ob, wyczuł wampira i poszedł na zwiad. 

Po  jej  słowach  usłyszałam  świst  powietrza  oraz  poczułam  tę  słodką  woń.  Nie 
należała ona do Edwarda ani żadnego innego Cullena. To mógł być jedynie Laurent 
ze swoim kompanem. Krzyk nie zdążył opuścić moich ust, ponieważ zimna ręka 
skutecznie  zakryła  mi  buzię.  Chwilę  potem  porywacz  wbiegł  do  lasu  ze  mną 
przewieszoną  przez  ramię.  W  tej  samej  pozycji  była  moja  koleżanka.  Drugi  raz 
tego samego dnia. Czy jest sprawiedliwość na tym świecie? Nie dość, że czułam się 

jak worek k

artofli,  to  jeszcze  miałam  mdłości  przez  wampira,  który  mnie  niósł. 

Sama jego obecność przyprawiała mnie o nieprzyjemne ciarki. 
Po  paru  metrach  bądź  kilometrach  szaleńczego  biegu  dołączyła  do  nas  Victoria. 
Teraz  zrozumiałam,  że  to  jej  poszedł  szukać  Jacob.  Mogłam  jedynie  mieć  teraz 
nadzieję, iż nic mu się nie stało. Moje życie to jedne niefortunne zbiegowisko złych 
zdarzeń. Najpierw mama, potem Peter, a teraz Bella ze swoim chłopakiem. Szlag 
by to. Chyba byłoby lepiej gdybym umarła. 

Zgubiłaś go?- Spytał James Victorii. Coś w jej uśmieszku mi nie grało. 

Tak  i  raczej  nas  nie  dogoni  kuśtykając  na  jednej  nodze.  Szkoda,  że  go  nie 

zabiłam- westchnęła. 

- Ty suko- 

warknęłam. 

background image

117 

 

Wszyscy  gwałtownie  się  zatrzymali.  Rudowłosa  wampirzyca  zaczęła  podchodzić 

do mnie jak l

ew  polujący  na  swoją  ofiarę.  Wiedziałam,  że  w  końcu  mój 

niewyparzony jęzor przyczyni się do poważnych problemów, ale nie sądziłam, że 
w sytuacji podbramkowej można być na jeszcze gorszej pozycji. Właśnie się o tym 
przekonałam. Kobieta wykręciła mi rękę tak mocno, że z bólu aż krzyknęłam. 

-  Pyskata gówniara- 

prychnęła.-  Lepiej  zważaj  na  słówka,  ponieważ  tym  razem 

twój chłoptaś cię nie uratuje. 

Tak  czy  siak  zginę,  więc  co  mi  szkodzi  cię  trochę  powkurwiać  zimnokrwista 

kur… 

Nie  dokończyłam.  Leżałam  teraz  na  zimnej  ziemi  i  czułam,  że  wszystkie  moje 
wewnętrzne  organy  zmieniły  swoje  położenie.  Nie  zbyt  przyjemne  uczucie, 
szczególnie, iż nadal dokuczała mi ręka. 
Bella patrzyła na mnie przerażona, ale w jej oczach można było również dostrzec 
coś  na  kształt  podziwu.  Zachichotałam.  Głupoty  nie  powinno  się  podziwiać,  ją 
trzeba potępiać. 

I z czego się śmiejesz idiotko?!- Victoria wrzasnęła. 

Założę się, że nigdy obiad do ciebie nie pyskował. 

Zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze przyspieszam swoją egzekucję. 
Z  drugiej  zaś  strony  opóźniam  ucieczkę,  jednocześnie  dając  czas  Cullenom  na 
dotarcie do nas. Pytanie, co nastąpi szybciej. 

Masz rację. Nikt nie był na tyle dostatecznie głupi żeby to robić, ale też nie miał 

czasu na rozmowę. Ciesz się z tych ostatnich minut życia- powiedziała dobitnie. 

Skoro  tak,  to,  czy  mogę  prosić  o  hamburgera  z  frytkami  i  colą?-  Wszyscy 

spojrzeli na mnie, jak na totalną kretynkę.- No co? Ja będę miała radochę, bo się 
najem, a wy będziecie mieć soczystsze jedzonko. 

- Lisa.- Swan spo

jrzała na mnie błagalnie. 

Niestety ja już postanowiłam. Jeżeli mam umrzeć, to z honorem. Poddać się bez 
walki,  raczej  nie  leży  w  mojej  gestii.  Nigdy  nie  miałam  zamiaru  być  bezbronną 
owieczką. Jedyną sytuacją, w której uciekłam, było spotkanie z moim ojcem. Od 
tamtej pory nie chciałam być potulną ofiarą. 

background image

118 

 

Wiecie,  że  oni  was  znajdą  i  pomszczą  nas.  Moja  śmierć  będzie  niczym  w 

porównaniu  do  waszej.  Nie  spoczną  dopóki  was  nie  dopadną.  Nic  już  wtedy  nie 

poradzicie.- 

Uśmiechnęłam się. 

Jesteś zbyt pewna siebie, jak na człowieka, mała.- Wampirzyca pochyliła się nade 

mną. 
Odezwała  się  we  mnie  ślepa  furia.  Co  ona  sobie  myślała  nazywając  mnie  małą? 
Musi za to zapłacić. 

Jedyna rzecz w tym towarzystwie jaka jest mała, to fiut twojego faceta. 

Nic  więcej  nie  zdążyłam  powiedzieć.  Victoria  podniosła  mnie  do  góry  jak 
szmacianą lalkę. Żaden z obecnych nie wtrącał się w naszą wymianę zdań. Teraz 
też, nikt nic nie robił. Patrzyli jak ich towarzyszka bierze zamach i rzuca mną w 
najbliższe drzewo. Gdy odbiłam się od niego usłyszałam chrzęst łamanej kości. Nie 
byłam  w  stanie  sprecyzować  miejsca  złamania  i  szczerze,  w  tej  chwili  było  to 
nieistotne. Spadałam w dół, aż drugi raz wylądowałam na ziemi. Zanim straciłam 
kontakt ze światem czułam niewyobrażalny ból i chyba… ulgę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

119 

 

          

Rozdział 21 

 

Lisa, obudź się- usłyszałam głos Carlisle’a, ale nie chciałam otwierać oczu. Każda 

część  ciała  pulsowała  niewyobrażalnym  bólem.  Miałam  wrażenie  jakby  ktoś 
rozciągał mi mięśnie.- Wiem, że jest ci ciężko. Morfina zacznie niedługo działać. 
Muszę z tobą porozmawiać do tego czasu. 
Z  trudem  wykonałam  jego  prośbę.  Chciałam  coś  powiedzieć,  lecz  nawet  gardło 
paliło  żywym  ogniem.  Esme  delikatnie  podniosła  moją  głowę  i  przystawiła 
szklankę z wodą abym mogła się napić. 

Co z Bellą?- Zapytałam. 

Cała ty, zamiast martwić się o siebie, przejmujesz się innymi. Jest cała.- Uśmiech 

Cullena  był  pełen  dumy,  ale  też  dezaprobaty.-  Edward  szaleje.  Dobrze,  że  Jacob 
pojechał do domu. Nie wiem, co ten chłopak mógłby zrobić mu w tym stanie. Jak 
się czujesz? Czy masz zawroty głowy, nudności? Coś cię boli? 

Powoli,  doktorku.  Czuję  się  prawdopodobnie  tak  jak  wyglądam.  Na  drugie 

pytanie  odpowiedź  brzmi:  nie.  I  tak,  wszystko  mi  napieprza  jakbym  przebiegła 
przynajmniej tysiąc kilometrów z przeszkodami. 

O dziw

o nikt mnie nie upomniał za język. Jest jakiś plus bycia poszkodowanym. 

Drzwi  do  pokoju  otworzyły  się  z  taką  siłą,  że  w  ścianie  została  dziura.  Edward 
wyglądał jak szaleniec. 

Ty  mnie  wpędzisz  do  grobu,  kobieto.  Ciebie  nawet  na  pięć  minut  nie  można 

zostaw

ić samej. Od dziś nie ruszysz się na metr ode mnie. Będę chodzić za tobą jak 

cień.-  Podszedł  do  łóżka  i  delikatnie  wziął  moją  dłoń.  Chłód  jego  ciała  był 
balsamem  dla  moich  mięśni.-  Nigdy  więcej  tego  nie  rób.-  Jego postawa 
złagodniała. 

- Przepraszam- wyszep

tałam.  

Mój wampir przytknął swoje czoło do mojego. Trwalibyśmy tak dalej, gdyby do 
pokoju nie weszła Alice z grobową miną. 

Wiadomość od Volturich. Wzywają Carlisle’a. 

background image

120 

 

Skądś kojarzyłam tę nazwę, ale teraz nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Jednak 

nie to 

mnie zastanowiło, lecz, dlaczego nagle wszyscy spochmurnieli. 

- Nie jest dobrze- 

wyszeptała Esme. 

Carlisle westchnął. Teraz wyglądał jakby postarzał się o dobre 5 lat. 

Muszę jechać. Dobrze wiecie, że jeżeli ja się tam nie zjawię, oni przybędą do nas, 

a t

o będzie o wiele gorsze. 

Zapomniałeś, że Aro potrafi czytać w myślach. Co zrobimy, kiedy dowie się o 

Lisie?- 

Edward wywarczał. 

Nic nie jest przesądzone. Wyjeżdżam pojutrze, bez dyskusji, a tobie zostawiam 

opiekę nad Lisą- odparł starszy Cullen. 
Czułam  się  nie  widzialna.  Rozmawiali  o  mnie  jakby  nie  było  mnie  w  pokoju. 
Gdyby gardło mnie tak nie bolało, wydarłabym się na nich.  
Mój wampir patrzył na mnie ze smutkiem w swoich oczach, które były ciemne od 
gniewu.  Nie  mogłam  znieść  myśli,  że  to  wszystko  spowodowałam  ja.  Coraz 
bardziej dochodziłam do wniosku, iż jestem dla nich tylko ciężarem. Na każdym 
kroku sprawiałam problemy z moim magnesem na pecha.  

Co się stało z nimi?- Spytałam. 

Nie żyją- odparła Alice siadając delikatnie obok mnie na łóżku. 

- Przepraszam- 

wyszeptałam.- Sprawiam wam same kłopoty. 

Do  pokoju  wparował  Emmet  z  tym  swoim  uśmieszkiem  i  stanął  obok  swojej 

siostry. 

No coś ty, dzięki tobie coś się dzieję- stwierdził. 

Każdy  obecny  w  pokoju  spojrzał  na  niego  z  chęcią  mordu.  Zdezorientowany 

za

mrugał oczami, nie wiedząc co ich tak wkurzyło. 

Ale jakim kosztem, nie uważasz?- Wysyczał Edward. 

Sorki, mała. Nie pomyślałem.- Jego wyraz twarzy wyrażał skruchę. 

W jego ustach słowo „mała” nie brzmiało źle. Raczej sprawiało, iż czułam się jak 
jego młodsza siostra. Zawsze chciałam mieć rodzeństwo, a szczególnie starszego 
brata, który mógłby ochronić mnie i mamę przed ojcem. Z drugiej strony jednak, 
było dobrze tak jak jest. Jedno spieprzone życie mniej. 

background image

121 

 

-  Spoko, Em.- 

Uśmiechnęłam się słabo, po czy zwróciłam się do głowy rodziny.- 

Więc, co mi dolega? 

Masz  złamaną  nogę,  zwichniętą  rękę  i  wstrząs  mózgu.  Poza  tym  wszystko  jest 

dobrze,  ale  będziesz  cała  obolała  przez  najbliższe  dwa  tygodnie-  wytłumaczył.- 
Pamiętaj, że gdybyś poczuła się gorzej, natychmiast masz mnie o tym powiadomić. 
Miałam  chęć  wywrócić  oczami,  lecz  się  powstrzymałam.  Wszyscy  stopniowo 
zaczęli wychodzić z pokoju. Esme podeszła do mnie i pocałowała mnie w czoło. 

Odpoczywaj,  a  ja  przygotuję  ci  twojego  ulubionego  kurczaka.-  I zaraz jej nie 

b

yło. 

Łza  zakręciła  mi  się  w  oku  i  popłynęła  po  policzku.  Nienawidziłam  płakać.  Łzy 
oznaczały słabość, nie chciałam być postrzegana jako krucha istotka niepotrafiąca 
poradzić sobie z problemami. Niestety w domu pełnym wampirów nie byłam nikim 

innym, tylko s

łabym człowiekiem. 

Edward z zatroskaną miną pojawił się obok mnie zanim zdążyłam mrugnąć. 

Boli cię coś? 

Nie mogłam powiedzieć mu prawdy. Zbeształby mnie za takie myśli. Pokręciłam 
przecząco głową, czując się źle, że nie mówię mu o swoich rozterkach. Jednak jego 
marsowa mina podpowiedziała mi, iż on wie, o co tak naprawdę mi chodziło. 
Położył się obok mnie bardzo powoli, aby tylko nie zrobić mi krzywdy. Zimna ręka 
dotknęła  mojej  twarzy  i  znów  poczułam  błogi  chłód,  który  chociaż  trochę 
minimalizował ból. Uśmiechnęłam się dając mu tym znak, że tak jest dobrze. 

O co chodziło z tymi Volturi? 

Chłopak mimowolnie się spiął i zacisnął szczękę, jakbym poruszyła temat dla mnie 
zakazany. Musiał mi odpowiedzieć. Obiecał niczego przede mną nie ukrywać. 

-  Wszystko w sw

oim  czasie.  Teraz  śpij,  musisz  dużo  odpoczywać,  aby  szybciej 

zregenerować siły. 
Zbył mnie. Tak po prostu zbył, wiedząc, że nie będę się kłócić w moim obecnym 
stanie.  Miałam  ochotę  warknąć  we  frustracji.  Zamiast  tego  zamknęłam  oczy  i 
odpłynęłam w sen. 

 

background image

122 

 

Obud

ził mnie zapach jedzenia i szepty. Mogłam rozróżnić głos Edwarda i Esme, 

lecz gdy tylko wyczuli, że już nie śpię zamilkli. 

Bella tu jest. Chciałaby się z tobą zobaczyć- powiedziała Esme. 

Możesz ją przyprowadzić.- Skrzywiłam się próbując się podnieść, ale przecież nie 

mogłam jeść na leżąco. 
Mój chłopak postawił przede mną tackę z jedzeniem. Kochana Esme, pomyślała o 
wszystkim.  Ze  względu  na  moją  lewą  rękę,  która  była  w  bandażu,  podrobiła 
kurczaka tak, że mogłam go zjeść bezproblemowo. Głupio bym się czuła, gdyby 
ktoś musiał mnie karmić. Nie mam w końcu pięciu lat, a parę siniaków nie robi ze 

mnie kaleki. 

Usłyszałam  ciche  pukanie  do  drzwi  i  zaraz  w  środku  pojawiła  się  Swan. 
Wypuściłam westchnienie ulgi widząc ją całą i zdrową na własne oczy. 

- Hej- powiedz

iałam cicho. 

Jak się czujesz?- Spytała. 

Bywało  lepiej,  ale  chyba  najważniejsze  jest,  że  żyję.-  Wzruszyłam  lekko 

ramionami, próbując nie pokazać, iż ten gest wywołał u mnie ból. 

Chciałam ci podziękować.- Zamrugałam oczami zaskoczona jej wypowiedzią.- Za 

uratowanie życia. 

Raczej powinnaś mnie zbesztać za jego narażenie- zaoponowałam. 

Nie widzisz tego? Poświęciłaś się, aby ich spowolnić, dzięki czemu twoja rodzina 

mogła szybciej do nas dotrzeć. 
Nie  patrzyłam  na  to  w  ten  sposób.  Owszem  podczas  droczenia  się  z  Victorią 
myślałam  o  tym,  że  ten  przystanek  może  nam  pomóc,  ale  to  była  tylko  chwila. 
Bardziej  prawdopodobne  było,  że  zginę,  lecz  los  znowu  pokazał  mi,  iż 
najwidoczniej to ma się zdarzyć później. Może nawet w gorszych okolicznościach. 
Naszła mnie smutna prawda. Żeby chronić w jakiś sposób Bellę musiałam urwać z 
nią kontakt. Nie tak zupełnie, bo przecież będziemy się widzieć w szkole, ale lepiej 
by było gdyby na tym obszarze nasza znajomość się kończyła. Polubiłam ją. Jako 
jedyny człowiek wiedziała o świecie nadprzyrodzonym. Ba. Nawet spotykała się z 

background image

123 

 

wilkołakiem,  lecz  to  nie  był  argument.  Jak  wiadomo  wampiry  i  wilkołaki 
nienawidziły się, co też nie oznaczało, że my także musimy. 
Kurczę, cała ta sytuacja jest za bardzo zagmatwana, a ból głowy raczej nie pozwala 
na  zbyt  głębokie  przemyślenia.  Powinnam  jeszcze  z  tym  się  wstrzymać.  Nie 
wygląda na to, żeby w najbliższym czasie miałoby się wydarzyć coś złego. 

Dzięki, chyba- powiedziałam niepewnie. 

Muszę iść. Zdrowiej szybko.- Pożegnała się i wyszła. 

Rozg

lądnęłam  się  bezradnie  po  pokoju  i  stwierdziłam,  ze  Edward  najwidoczniej 

musiał wyjść, kiedy Swan weszła do pokoju. Została sama z czarnymi myślami. 

 

Minęło  kilka  dni,  od  kiedy  Carlisle  wyjechał  i  każdy  chodził,  jak  zombie.  Teraz 
bardziej  niż  kiedykolwiek  wyglądali  jakby  nie  żyli.  Ból  uchodził  ze  mnie 
stopniowo i nie wiem czy to z przyzwyczajenia, czy raczej z nudów, lecz zaczęłam 
już kuśtykać po domu. Siniaki miały ten okropny żółty kolor i tylko czekałam aż 
całkowicie zniknął. Głowa czasami dawała o sobie znać, ale dało się to znieść. 
Denerwowało mnie jednak, że gdy próbowałam wyciągnąć jakieś informacje o tych 
całych  Volturi,  każdy  nagle  znajdował  sobie  jakieś  zajęcie.  Nawet  Em,  a  nie 
czarujmy  się  on  uwielbia  paplać.  Tak  więc,  zostałam  pozostawiona  sama  sobie. 
Jasper miał mnie dość przez moje nastroje. Edward zamienił się w moją osobista 
pielęgniarkę  płci  męskiej.  Chociaż  bardziej  przypominał  seksownego  lekarza. 
Szkoda  tylko,  że  to  Alice  pomagała  mi  się  umyć.  Nie  miałabym  nic  przeciwko, 
gdyby to on mi mył plecy. 
Dziś  jednak  moja  frustracja  sięgnęła  zenitu.  Dorwałam  mojego  wampira,  kiedy 
wszyscy  byli  w  szkole  bądź  na  polowaniu.  Siedział  przy  pianinie,  lecz  nie  grał. 
Patrzył  się  na  ścianę  naprzeciwko  jakby  były  na  niej  napisane  odpowiedzi  na 
nurtujące  go  pytania.  Wciągnął  powietrze  i  zamknął  oczy,  po  czym  otworzył  je 
przewiercając mnie na wylot. 

Lisa, powinnaś leżeć- skarcił mnie. 

Nie potrafię uleżeć, wiedząc, że coś was trapi, lecz nie mając świadomości, czy to 

jest związane ze mną- wyjaśniłam. 

background image

124 

 

-  Jak zwykle niecierpliwa i niezwykle ciekawska.- 

Uśmiechnął się smutno kręcąc 

głową.  Wstał  i  podniósł  mnie.  Pisnęłam  bardziej  z  skoczenia  niż  bólu.- 

Przepraszam. 

Nie, to nie to. Nie spodziewałam się. 

Mówiłem, że musisz się oszczędzać. 

Powoli  wspiął  się  po  schodach  i  zatrzymał  się  przed  gabinetem  Carlisle’a. 
Otworzył  drzwi  i  postawił  mnie  przed  jakimś  obrazem.  Zmarszczyłam  brwi 
skonsternowana, lecz zaraz spojrzałam w stronę drzwi, kiedy usłyszała kroki. Nie 
było nikogo w domu oprócz mnie i Edwarda. Chyba, że… 

Car

lisle stanął w progu z wyraźnym zaskoczeniem malującym się na jego twarzy. 

Po  chwili  zmienił  go  na  bardziej  udręczony.  Chłopak  koło  mnie  spiął  się. 
Wiedziałam, że to, co wyczytał w myślach swojego ojca nie wróżyło nic dobrego.  
Oczekiwanie mnie zabijało, a cisza jeszcze nigdy nie była tak bardzo złowieszcza. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

125 

 

          

Rozdział 22 

 

Mówiłeś jej?- Carlisle kiwnął głową w stronę obrazu. 

Zwróciłam się z powrotem w jego stronę. Coś w nim było znajomego.  

Jeszcze nie. Właśnie miałem taki zamiar- odpowiedział Edward. 

Zmrużyłam oczy, aby wyłapać jak najwięcej szczegółów. Postacie nabrały kształtu 
i nagle zrozumiałam. 

- Carlisle, to ty- 

stwierdziłam. 

Stał bardziej na uboczu, ale nigdy nie pomyliłabym go. Te same rysy i blond włosy 
oraz  ten  ciepły  wzrok.  Nie  pasował  do  osób,  które  go  otaczały.  Od  tamtych 
emanowała  władza  i  mroczna  energia.  Nie  byli  tacy  jak  on,  to  wiedziałam  na 

pewno. 

Tak,  a  ta  trójka  to  właśnie  Volturi.  W  świecie  wampirów  są  jak  królowie.  Są 

najpotężniejsi ze wszystkich. To oni ustalili zasady, których musimy przestrzegać i 
karają  za  nieposłuszeństwo.-  Wyjaśnił  starszy  Cullen.-  Dołączyłem  do  nich 
wkrótce po swojej przemianie, lecz nie podobał mi się ich sposób postępowania. 
Oni  również  nie  akceptowali  moich  poglądów.  Uważali,  że  pomoc ludziom jest 
śmieszna, szczególnie, kiedy robi to wampir. W końcu naszą natura jest zabijanie, 
nie ratowanie życia. Odeszłem. Aro- wskazał na wampira pośrodku- pogodził się z 
tym. Jego bracia, Kajusz i Marek, mieli z tym mały kłopot. 
Spojrzałam  jeszcze  raz  na  nich.  Jak  dla  mnie  byli  przeciwieństwem  wampirów, 
które do tej pory spotkałam. Gdzieś w mojej głowie pojawiła się nawet myśl, że 
chyba tak powinien wyglądać prawdziwy wampir. 

Są  bezwzględni.  Nie  liczą  się  z  nikim.  Już  nie  raz  próbowali  wciągnąć  mnie i 

Alice do swego szeregu- 

wtrącił  Edward.  Spojrzałam  z  przestrachem  na  niego. 

Jeszcze  tego  by  brakowało  żeby  do  nich  dołączył.-  Nie  martw  się.-  Objął  mnie 
uspokajająco ramieniem.- To się nigdy nie stanie. 

background image

126 

 

Wybierają  tylko  najlepszych.  Nie  potrzebują  słabeuszy.  To  dzięki  swoim 

poddanym  mają  aż  taką  władzę.  Chcą  widzieć  Lisę.  Aro  jest  nią  nader 

zainteresowany- 

dodał Carlisle. 

- Po moim trupie- 

warknął młodszy Cullen, aż poczułam wibracje na całym ciele. 

Edward,  dobrze  wiesz  jak  to  się  odbywa.  Nie  możemy  nic  poradzić.-  Wyraz 

twarzy doktora zmartwił mnie. 
Czyżby mogło być aż tak źle? 

Oni ją zabiją!- Krzyknął i spojrzał na mnie ze strachem w oczach. 

Najwidoczniej musiał zapomnieć, że jestem w pokoju i powiedział, coś, czego nie 

powinien. 

W sumie, może śmierć nie byłaby taka zła. Przestałabym być problemem. 

Uspokój się. To nie musi się stać. Pamiętaj, że jest jeszcze opcja zmienienia Lisy 

w wampira. 

Jeżeli  myślałam,  że  Edward  już  wyczerpał  swoją  cierpliwość,  to  się  myliłam. 
Wypuścił  mnie  z  uścisku,  aby  wyżyć  się  na  biednej  ścianie.  Kiedy  się  w  końcu 
uspokoił mogłam dostrzec ogromną dziurę, która przebijała się do pokoju obok. 

Zabiorę ją gdzieś. Ukryję, żeby nie mogli jej znaleźć. 

Pomyśl  logicznie-  wtrąciłam.-  Narazisz  tym  samym  swoją  rodzinę  na 

niebezpi

eczeństwo. Skoro chcą mnie widzieć, pojadę. 

Zwariowałaś!- Krzyknął na mnie. 

Najwidoczniej tak. Skoro jest możliwość przemiany, to może się udać. Tylko, nie 
wiem, czy mój wampir mógłby to znieść. I jestem prawie pewna, że nie. Lecz nie 
miałam  wyjścia.  Nie  mogłam  nikogo  narażać.  Poświęcenie  było  jedynym 
możliwym sposobem. 

- Edward…- 

zaczęłam, ale on wybiegł z pokoju jakby się paliło. 

Musi się uspokoić i wszystko przemyśleć. Daj mu czas- odezwał się Carlisle. 

- Wiem, ale… 

Postąpi słusznie, zobaczysz. Teraz wściekłość zaślepia mu oczy. 

Po tych słowach wyszliśmy z gabinetu, a ja skierowałam się do mojego pokoju. 

background image

127 

 

Czemu  nagle  wszystko  musi  się  psuć?  Kiedy  myślę,  że  nic  nie  może  się  stać, 
problemy rosną jak grzyby po deszczu. Nie chciałam go ranić. Wiem zbyt dobrze, 
że moja przemiana, czy też śmieć, spowodują u niego ból. 
Niestety było już za późno. Pewne decyzje musiały zostać podjęte. 
A może gdybym ich opuściła i sama pojechała do tych Volturi byłoby lepiej? Tak 
szybko  jak  ta  myśl  przyszła  mi  do  głowy,  równie  szybko  się  ulotniła.  To  było 
głupie, szczególnie, że pewnie Alice już widziała, co wykombinowałam. Brakuje 
mi tylko jej wparowującej do mego pokoju i krzyczącej na mnie, jak nierozsądnie 
postępuję. 

Czyś  ty  rozum  postradała?!-  Drzwi  prawie  zostały  wywarzone  przez  tą  mała 

chochlicę. 
A nie mówiłam. Wywołałam wilka z lasu. 

Wrzuć na luz Alice. To była tylko przelotna myśl. Wiesz, że nie mogłabym tak po 

prostu was zostawić.- Uśmiechnęłam się. 

Ja  przez  ciebie  kiedyś  zwariuję.-  Objęła  mnie.-  Edwardem  się  nie  przejmuj. 

Zrozumie. 

Dzięki, a teraz chciałabym się położyć. Trochę boli mi głowa. 

 

Wiecie  jak  to  jest  być  zamknięta  w  jednym  pomieszczeniu  z  wściekłym 
wampirem? Jeżeli nie, to nikomu tego nie życzę. Od trzech tygodni Edward chodził 
jakby  coś  go  ugryzło.  Zaczynałam  mieć  go  szczerze  dość.  Nawet  teraz  lecąc 
samolotem próbował mnie namówić abyśmy zawrócili. Moja decyzja była jednak 
ostateczna  i  nie  zamierzałam  jej  zmieniać.  Próbując  się  wyłączyć  patrzyłam  na 

chmury za oknem. 

Kiedy wylądowaliśmy we Włoszech było prawie ciemno. Żałowałam, że nie mogę 
pozwiedzać. Na parkingu czekało wynajęte auto. Czemu się nie zdziwiłam kiedy 
zobaczyłam najnowszy model Audi? 

Jak podróżować, to z klasą- mruknęłam pod nosem. 

Pierwszy raz od tak długiego czasu zobaczyłam cień uśmiechu na twarzy mojego 
ukochanego.  Jak  zawsze  otworzył  mi  drzwi  i  pomógł  wsiąść.  Prawdopodobnie 

background image

128 

 

gdyby  mógł, nadal nosiłby  mnie  na  rękach  abym  się  nie  forsowała.  Lecz  już nie 
musiał  tego  robić.  Oprócz  ukradkowych  bólów  głowy,  czułam  się  już  dobrze. 

Siniaki 

całkowicie znikły, a złamana noga szybko się zrosła. Ale nie miałam, co się 

dziwić. Każdy rozpieszczał mnie jak tylko mógł. Kuchnia Esme była lekarstwem 
na wszelkie zło. 

Lisa, jak będziemy już na miejscu zrób coś dla mnie. Postaraj się trzymać buzię 

na 

kłódkę. 

No  tak.  Ja  i  mój  niewyparzony  język.  Zanim  wyjechaliśmy  obiecałam  sobie,  że 
będę  cicho  i  nie  dam  się  sprowokować.  Nie  potrzebowałam  więcej  kłopotów. 
Obecne w zupełności mi wystarczyły. 

Możesz na mnie liczyć. 

Zahamował  przed  wielkim  zamkiem  albo  czymś  w  tym  rodzaju.  W  ciemności 
wyglądał strasznie, ale nie miałam zamiaru dać się zastraszyć. 

Bez  względu  na  to,  co  się  stanie,  pamiętaj,  że  cię  kocham.-  Edward  pocałował 

mnie  czule  i  nie  był  to  pocałunek  zwiastujący  pożegnanie.  Była  w  nim  raczej 

obietn

ica, że to dopiero początek. 

Ja też cię kocham- odpowiedziałam i ruszyliśmy do bramy. 

-  Aro nas oczekuje- 

mój  wampir  odezwał  się  do  dwóch  ochroniarzy  pilnujących 

wejścia. 
Brama  się  otworzyła  i  weszliśmy  do  środka.  Miałam  wrażenie,  że  im  głębiej 

wchodzimy

,  tym  robi  się  bardziej  ciemno.  Po  paru  krokach  praktycznie  nic  nie 

widziałam. Dobrze, że miałam przy sobie Edwarda. Zapewne bez niego albo bym 
się zgubiła, albo zaryła twarzą w mur. 
Musiałam zamknąć oczy po wejściu do budynku. Światło oślepiło mnie na dobre 
kilka minut. Nie nawiedziłam tych zmian otoczenia. Przez to znowu zaczęła boleć 
mnie głowa. Nie mogłam jednak pozwolić sobie, aby ktoś to zauważył. 
Za biurkiem siedziała młoda kobieta. Co mnie poraziło to, to, że była człowiekiem 
i  wyglądała  na  całkiem  zadowoloną.  Wzdrygnęłam  się.  Co  innego  mieszkać  w 
domu  wampirów  żywiących  się  krwią  zwierząt,  a  co  innego  w  otoczeniu  tych, 
którzy z chęcią wpiliby się w twoją tętnicę. 

background image

129 

 

Przed windą stała dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście lat. Chyba 
źle to ujęłam. Zatrzymała swój rozwój w tym wieku, byłoby lepszym określeniem. 
Bez  słowa  weszliśmy  do  windy  i  ruszyliśmy.  Czułam,  że  przewierca  mnie 
wzrokiem. Biła od niej nienawiść.  
Kiedy drzwi windy otworzyły się zobaczyłam ogromną salę. Na ścianach wisiały 

obr

azy znanych malarzy, a na jej środku stały trzy krzesła bardziej przypominające 

trony. 

Edwardzie,  Elizabeth,  jak  miło  was  widzieć-  odezwał  się  Aro.  Poznałam  go 

natychmiast. 

Pozostała  dwójka  została  na  swoich  miejscach,  podczas  gdy  on,  wolnym, 

majestatycz

nym krokiem podszedł do nas. 

- Aro- 

odparł chłodno Edward. 

Nie  wiedziałam,  co  mam  zrobić.  Uklęknąć,  a  może  po  prostu  stać  nieruchomo. 
Wybrałam drugą opcję. Była bardziej bezpieczna. 

- Elizabeth…- 

zaczął wampir. 

- Po prostu Lisa.- 

Boże czy ja to powiedziałam? 

Wyglądasz o wiele ładniej, niż we wspomnieniach Carlisle’a. 

A ty o wiele brzydziej, niż na obrazie- pomyślałam.  
I nagle uderzyło mnie, że może Edward nie może czytać moich myśli, ale on to, co 
innego. Nie mogłam mieć pewności jak daleko sięga jego dar. Doktor powiedział 
mi  tylko  o  nim  pobieżnie.  Ulżyło  mi,  kiedy  przypomniałam  sobie,  że  to  działa 

wtedy, kiedy on mnie dotknie. 

Dziękuję- odpowiedziałam. 

Czy mogę?- Wyciągnął w moją stronę rękę. 

Niepewnie  podałam  mu  swoją.  Jednak  potrafię  być  grzeczna,  jeśli  zechcę. 
Czerwone oczy Ara patrzyły na mnie intensywnie hipnotyzując mnie, a chłód jego 
dłoni sprawiał mi niemal ból. Nie wiem ile tak trwaliśmy, ale chyba zobaczył mój 
dyskomfort, bo w końcu mnie puścił. 

Interesujące. Jeszcze nie spotkałem takiej osoby. Zamknięty umysł, nawet jak dla 

mnie.- 

Wampir poklepał się po podbródku. 

background image

130 

 

Zabij ją. Nie ma z niej żadnego pożytku- odezwał się jak mniemam Kajusz. Drugi 

był tak znudzony, że gdyby nie fakt, iż wampiry nie śpią, przypuszczam, że już by 
chrapał. 

Myślę  inaczej.  Wspomnienia  Carlisle  mówią  mi,  że  byłaby  z  niej  dobra 

tropicielka  z  barierą.  Przydałaby  się  w  naszych  szeregach.-  Uśmiechnął  się 

jadowicie.- 

Co o tym myślisz, Liso? 

Dziękuję za propozycję, ale raczej z niej nie skorzystam. 

Aro cmoknął z niezadowoleniem. 

Edwardzie, w takim razie wiesz, co to oznacza. Przemień ją, albo zginie. 

I tyle? Na dodatek tak prosto z mostu? Cullenowie mieli rację. Oni się nie cackają. 

Nie zrobię tego- odezwał się.  

Pozwolisz swojej ukochanej zginąć?- Chora satysfakcja była widoczna na twarzy 

tego sadysty. 

Tego  też  nie powiedziałem-  ale  zanim  Edward  mógł  się  ruszyć,  dwaj strażnicy 

złapali go.  
Szamotał  się  bez  skutku,  a  mi  głowa  pulsowała  coraz  większym  bólem.  Nie 
mogłam  już  dłużej  ukrywać,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Obraz  zaczął 
zamazywać  mi  się  przed  oczami.  Przez  ciemność  przebił  się  krzyk.  Nawet  nie 
zdałam sobie sprawy, że to ja tak krzyczę. Poczułam zimną posadzkę i ręce mnie 
oplatające. Zapach Edwarda doszedł do mnie sprawiając mi ulgę. 

Wszystko będzie dobrze- usłyszałam jego słowa zanim ciemność całkowicie mnie 

pochłonęła.  

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

131 

 

          Epilog 

 

Nie wiem ile trwałam pomiędzy światem rzeczywistym a fikcją.  
Czułam tylko ból i wiedziałam, że na pewno on jest prawdziwy. 
Słyszałam szepty, ale one chyba były wytworem mojej wyobraźni. 
Spalałam się. Ogień chłonął mnie całą, nie pozostawiając żadnej cząstki przy życiu.  
Docierał do serca, kłując jak tysiące igieł. 
Chciałam  żeby  to  się  skończyło.  Żeby  ktoś  to  skończył  i  uwolnił  mnie  z  tego 
płonącego więzienia. 

M

oje modlitwy chyba zostały wysłuchane. Powoli wszystko znikało, kumulując się 

w  sercu.  Ściskając  je  i  zmuszając  do  coraz  wolniejszej  pracy,  aby  w  końcu  się 
zatrzymało. Ostatnie jego bicie oznaczające śmierć. 
Szepty  przeszły  w  głosy,  coraz  wyraźniejsze  i  ostrzejsze.  Światło  raziło  mnie  w 
oczy. Nie sądziłam, że śmierć jest aż tak bolesna.  
Kształty się wyostrzyły i zobaczyłam Edwarda. Dziwne, skoro nie żyję, to, co on tu 

robi? 

Lisa, obudź się. Już dobrze.- Usłyszałam jego kojący głos. 

Zerwałam się i rzuciłam na niego zdezorientowana. Chciałam żeby był prawdziwy. 
Musiałam  to  wiedzieć.  Oplotłam  się  wokół  niego  jak  żmija.  Nie  chciałam  żeby 
odszedł. 
Doszedł mnie chichot. 

- Carlisle?- 

Odwróciłam się do źródła dźwięku i stał tam. 

Lisa, żyjesz. Tylko stałaś się wampirem. 

Patrzyłam się zdezorientowana to na jednego, to na drugiego. Ja wampirem? 

Wyjaśnię ci wszystko, tylko puść mnie, bo zaraz połamiesz mi kości.- Zaśmiał się 

Edward. 

To ja już pójdę.- Carlisle jak powiedział tak zrobił i za chwilę go nie było. 

Wy

puściłam Edwarda i podeszłam do okna. Nie poznawałam tego miejsca. Wokół 

było morze i pełno roślin. 

background image

132 

 

Gdzie jesteśmy?- Spytałam. 

Na wyspie Esme. Przewieźliśmy cię podczas twojej przemiany. 

- Przemiany? 

Tak.  Widzisz,  kiedy  padłaś  na  posadzkę  trzymając  się  za  głowę  i  tak  strasznie 

krzycząc, nie mogłem zrobić nic innego jak tylko cię przemienić. Nie zniósłbym 
myśli, że coś ci się stało. Nie chciałem żeby tak to się skończyło. Wybacz.- Spuścił 
głowę. 
Wszystko mi się przypomniało. Volturi, Aro i cała ta popaprana sytuacja, w której 
się  znaleźliśmy.  Podeszłam  do  mojego  wampira  i  przytuliłam  go,  tym  razem 
ostrożniej. 

Przecież  ja  się  nie  gniewam.  To  jest  to,  czego  chciałam.  Może  nie  w  takich 

okolicznościach,  ale  nie  żałuję.-  Pocałowałam  go,  aby  potwierdzić  moje  słowa. 
Oddał  mój  pocałunek  z  pełną  mocą.  Nie  musiał  się  już  kontrolować  i  to  mi  się 
podobało. Oderwałam się od niego.- Hmm… Mamy na to całą wieczność, ale teraz 
jestem głodna. 

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.- Zaśmiał się i pobiegliśmy w noc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

133 

 

Podziękowania 

 

Chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy czytali te moje wypociny. 
Patrząc  na  nie  z  perspektywy  czasu,  myślę,  że  napisałabym  je  ciut  inaczej  i  nie 
chodzi mi o fabułę. Tego w życiu bym nie zmieniła . Chodzi mi raczej o długość 
rozdziałów, czy też same opisy.  
Nie  mam  jednak  siły  robić  korekty.  Skończyłam  z  Falling  down.  Teraz  chcę  się 
skupić  na  innych  pomysłach  zaśmiecających  moją  głowę.  FD  musi  zostać  takie, 
jakie jest i mam nadzieję, że mi to wybaczycie. 
Ostatnio  cały  czas  zastanawiałam  się  nad  końcówką.  Miałam  zamiar  napisać 
zupełnie  inne  zakończenie,  za  które  zapewne  obcięlibyście  mi  głowę,  a  ja  chcę 
jeszcze trochę pożyć, dlatego właśnie jest tak, a nie inaczej ;) 
Także,  dlatego  tak  długo  zajęło  mi  pisanie  ostatniego  rozdziału.  Wiem,  że  nie 
powala długością, ale sam pomysł rodził się we mnie wielokrotnie, a przecież nie 
mogłam tego ciągnąć w nieskończoność. 
Ważne jest, że zostaliście ze mną do końca. 
To chyba tyle. Miało być krótko, a wyszła mi jakaś wielka mowa . 

Pozdrawiam wszystkich. 

malutenka86 