background image

Zofia Jabłkowska 

ZJAWIAŁ SIĘ ZAWSZE WIECZOREM 

 

Wydawnictwo Morskie Gdańsk 

 

 

 

 

 

background image

 

 

Rozdział

 I 

Babski  wieczór  u  Dominiki  dobiegał  końca.  Zegar  wskazywał  już  bardzo  późną 

godzinę, ale rozbawione panie nie myślały wcale o opuszczeniu gościnnego domu. 

—  Już  dawno nie  stawiałaś nam kabały — przypomniała Ada dopijając herbaty. 

— Przecież dzisiaj jest piątek i aż się prosi... 

—  Dajcie spokój! Jestem trochę zmęczona i do  trzech kabał nie mam już dzisiaj 

siły — broniła się Dominika. — Może innym razem... naprawdę! 

—  Nie  durz  głowy,  tylko  wyciągaj  karty!  —  Olga,  która  wierzyła  święcie  w 

karciane  przepowiednie,  skwapliwie  poparła przyjaciółkę. —  Ale wiesz  co?...  Postaw 
dzisiaj jedną kabałę dla nas wszystkich. To może być ciekawe. 

—  Doskonale!  Rozłóż  tylko  raz  i  zaraz  idziemy.  —  Tenia  likwidowała  ostatnie 

kanapki. — To będzie właściwe zakończenie dzisiejszego wieczoru. 

Dominika,  której  senność  zaczynała  już  porządnie  dokuczać,  wyjęła  z  szuflady 

wysłużoną talię kart i usiadła przy stole. Przyjaciel otoczyły ją ciasnym wianuszkiem. 

—  A więc stawiam tę kabałę dla nas wszystkich — powiedziała bez przekonania. 

— Teraz trzeba intensywnie o czymś myśleć... Już? 

—  Ja  przełożę,  przynajmniej  nie  będzie  oszukaństwa.  —  Olga  z  trwożnym 

szacunkiem  dotykała  mocno  wytartych  karteczek.  —  No,  możesz  zaczynać...  Ja  już 
pomyślałam, co trzeba. 

Karty  układały  się  w  posłuszne  szeregi.  Tenia  tłumiła  ziewanie,  ale  Olga  i  Ada 

obserwowały pilnie układ kolorowych obrazków. 

—  Wiecie co? Tutaj wychodzi mi bardzo dziwna sprawa. — Dominika ożywiła się 

gwałtownie. — Cóż to może znaczyć? 

—  Duże pieniądze? — Olga nieomal dotykała nosem stołu. — No, gadaj wreszcie! 
—  Patrzcie! — Dominice już całkiem minęła senność. — Przecież tutaj wychodzą, 

jak  na  dłoni,  jakieś  wielkie  kłopoty  przez  tego  karowego  waleta...  ależ  tak!  To  mi 
nawet wygląda na czyjąś śmierć... Oczywiście!... Patrzcie: as i dziesiątka treflowa leżą 
obok siebie... Oooo, do licha... Paskudna sprawa! 

—  A nad kim leży ten as? — Oldze z wrażenia zaokrągliły się oczy. — O Bożyczku 

złoty...  przecież  ta  cała  kabała  ma  być  właśnie  dla  nas.  Czy  należy  rozumieć,  że  my 
wszystkie... 

—  Siedź  cicho  i  nie  panikuj  mi  nad  głową!  Ten  as  leży  nad  damą  i  królem 

kierowym  i  tylko  ich  to  dotyczy...  Zaraz,  niech  pomyślę...  Wiecie  co?  O  ile  w  ogóle 
znam  się  na  kartach,  to  niebawem  jakaś  para  małżeńska  zginie  śmiercią  tragiczną 
przez tego młodego człowieka, a dla nas wynikną z tego ogromne kłopoty... Też coś! 

—  Jeżeli  zaraz  nie  popędzę  do  domu,  to  wróżba  na  pewno  się  spełni.  —  Ada 

pośpiesznie  oglądała  się za  torebką.  —  Przypomniało  mi  „się  właśnie,  że  obiecałam 
Tomaszowi kupić na kolację konserwę rybną w pomidorach, a tu minęła północ i nie 
ma ani mnie, ani konserwy. Wyobrażam sobie, jaki jest wściekły! 

—  Możesz być całkiem spokojna! On przecież nie jest młodym blondynem, tylko 

starszym brunetem z wielką łysiną. Pamiętaj też, że musisz jeszcze odprowadzić mnie 
do  domu,  bo  samej  głupio  łazić  po  nocy.  No,  to  już  idziemy.  —  Olga  żegnała 

background image

serdecznie  Dominikę.  —  Zasiedziałyśmy  się  strasznie,  a  jutro,  a  nawet  to  już 
właściwie dzisiaj, trzeba nam rano iść do roboty. Dobranoc! 

Dominika  odprowadziła  przyjaciółki  do  drzwi  wyjściowych  i  wróciła  do  pokoju. 

Karty leżały jeszcze na stole. Usiadła i długo im się przypatrywała. 

—  Wygląda  na  to,  że  wpakujemy  się  niebawem  w  jakąś  paskudną  i  dziwną 

historię —  orzekła  stanowczo po  dokładnym przeanalizowaniu kabały. —  Ani chybi, 
otrze  się  o nas  czyjaś śmierć...  Kim  jest  ten  walet  karowy i co kombinuje?...  Tfu, na 
psa urok! 

Senność  uciekła  od  niej  daleko.  Długo  jeszcze  medytowała  i  tasowała  karty  od 

nowa, ale ten sam niezrozumiały układ powtarzał się niezmiennie. 

—  Zobaczymy, co z tego wyniknie — Dominika zgarnęła karty ze stołu. — Ale czy 

to nie wstyd, aby przejmować się takimi głupstwami? Trzeba iść spać! 

Zajęła  się  żwawo  sprzątaniem  i  nawet  nie  zauważyła,  że  z  głębi  nieoświetlonego 

kąta pokoju  obserwują ją  dyskretnie  czyjeś duże  oczy,  rozjarzone  zielonym i  żółtym 
światłem.  Chwilami  przygasały  sennie,  aby  zaraz  potem  rozbłysnąć  jeszcze 
intensywniej. Były uważne, drapieżne i jakby trochę ironiczne. 

A Dominika spokojnie  szykowała  się do snu.  O  karcianej  przepowiedni  przestała 

już myśleć. 

Dochodziła  północ, ale w mieszkaniu Olgi świeciło się jeszcze światło, jak zresztą 

codziennie od paru tygodni. Przez dość przejrzyste firanki widać było drobną postać, 
schyloną  nad  ogromnymi  papierzyskami  rozłożonymi  na  stole.  Od  czasu  do  czasu 
podnosiła się z trudem, żeby wyprostować obolałe plecy i zaraz szybko powracała do 
przerwanego zajęcia, Minuty płynęły wartko, a zmęczenie za-  

czynało brać górę i  stawało się zupełnie nie do zniesienia. 
Mam już dosyć tej zwariowanej roboty! — zbuntowała się wreszcie Olga, rzucając 

ołówek na stół kreślarski. — Dzieci mnie nie obsiadły, żebym musiała harować tygo-
dniami  po  nocach...  No,  trzeba  jeszcze  przed  snem  odetchnąć  trochę  świeżym 
powietrzem — i usadowiła się przy szeroko otwartym oknie. 

Późny  wieczór był  ciepły  i niósł  zapach kwitnących  jaśminów.  Olga oparła łokcie 

na parapecie, poddając się skwapliwie zasłużonemu relaksowi. W ogrodzie sąsiadów, 
oddzielonym  wysoką  siatką  od  jej  skromnego  ogródka,  było  cicho,  jak  zwykle  o  tej 
porze.  Wszyscy na pewno już tam  spali,  bo  żadne światełko nie  przebijało  się przez 
gęste i poplątane krzewy. Tylko lampa uliczna, stojąca niedaleko, rozjaśniała od góry 
zielony gąszcz. Cóż to za cudowny i spokojny wieczór! 

Wtem  coś  ciemnego  przesunęło  się  zwinnie  wzdłuż  płotu  po  stronie  sąsiadów  i 

rozpłynęło się w mroku nocy. 

—  Oczywiście — westchnęła Olga z żalem. — Jak pech to pech! Człowiek chociaż 

nocą chce trochę odpocząć w ciszy i spokoju, a tutaj jak na złość jakiś przeklęty kocur 
przy łazi czort wie skąd! Zachciało mu się spacerów w ogrodzie Kraftów i oto koniec 
odpoczynku! Pies zaraz go wyczuje i będzie hałas, jak wielkie nieszczęście. Szkoda! 

Miała już odejść od okna, ale przejmująca cisza panowała nadal w ogrodzie. 
—  Czyżby Kapeć stracił zupełnie węch? Toż autentyczny kot maszeruje mu przed 

nosem, a ten śpi... Prawdziwy kapeć! — ucieszyła się szczerze, bo serdecznie nie lubiła 
stróża sąsiada. Pies od wielu lat często nie dawał jej spać swoim nocnym, zawziętym 
szczekaniem. 

—  Ale ten czarny kot to też nic dobrego! — odstukała trwożnie o ramę okienną. 

— Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby się okazał zwiastunem nieszczęścia. 

Olga zabałaganiła rano trochę dłużej, zrezygnowała więc ze śniadania i pobiegła do 

pracy.  Po  drodze  wstąpiła  do  najbliższego  kiosku,  gdzie  kupowała  zawsze  prasę  i 
papierosy. 

—  Czy  pani  już  wie,  co  się  stało  wczoraj  u  Kraftów?  —  zapytała  sprzedawczyni 

konspiracyjnym  szeptem,  kładąc  w  okienku  paczkę  klubowych.  —  Lamentują  tam 
okrutnie od samego rana. 

—  Ale dlaczego?... Czy może ktoś ukradł im Kapcia? — Olga szukała drobnych na 

background image

dnie przepaścistej torby. 

—  Oooo,  to  pani  już  słyszała  —  rozczarowała  się  pani  Krysia.  —  Ale  pojąć  nie 

mogę, komu ten stary pies mógł przeszkadzać. 

—  Kapeć  zginął?  —  Olga  zapomniała  o  pośpiechu.  —  Ale  dlaczego  zaraz 

lament?... Może się jeszcze znajdzie. Jestem gotowa założyć się z panią, że popędził za 
jakimś kotem na drugi koniec miasta. 

—  To by pani przegrała — ucięła z satysfakcją pani Krysia. — Pies nie wróci, bo 

go ktoś  otruł dzisiaj  w nocy.  Płaczą tam nad nim, jakby  się  stało  jakieś wielkie nie-
szczęście, a to przecież tylko zwykły kundel! 

—  Teraz rozumiem, dlaczego było tak cicho... — zamyśliła się Olga. — Widocznie 

Kapeć już nie żył, kiedy ten kot przemknął do ogrodu... Ale ten łajdak, który otruł psa, 
musiał być wtedy gdzieś bardzo blisko, a ja  siedziałam sobie  w oknie  i spokojnie się 
delektowałam pięknem czerwcowej nocy... Okropność! Miałam od razu przeczucie, że 
to  czarne  bydlę  napędzi  nam  jakiejś  biedy,  a  wiadomo,  że  kłopoty  lubią  chodzić 
parami! — I mimo że była już porządnie spóźniona, zwolniła jeszcze kroku. W głowie 
miała chaos i co tu ukrywać — narastający lęk. 

W pracy był akurat dzień na luzie, bo szef szczęśliwie gdzieś się ulotnił. Olga siadła 

w kącie pracowni i patrzyła osowiałym wzrokiem na roześmianych kolegów. 

—  Co ci spadło na nos? — zapytał Zbyszek, szykując sobie solidne śniadanko na 

służbowym stole kreślarskim. — Czy może czarny kot przebiegł ci drogę? 

—  Skąd wiesz?! — krzyknęła zaskoczona Olga. — Przecież ja wam nic... 
—  Znamy  już  na  pamięć  twoje  miny  na  każdą  okoliczność...  Oj,  ty,  ty!  Niby 

mądra,  a  głupia!  —  uświadomił  ją  kolega.  —  Daj  spokój  z  tymi  przesądami,  bo 
spalimy cię na stosie jako czarownicę. Zobaczysz! 

Olga niby coś gniewnie odpowiedziała, ale na sercu trochę jej ulżyło. — Pewnie, że 

jestem głupia — pomyślała. — Do diabła z kotem! 

Tego  dnia  ledwie  zaszczyciła  uwagą  czarnego  kota,  który  znów  zakradł  się  do 

ogrodu  sąsiadów,  i poszła wcześniej  spać,  lecz wkrótce  obudził  ją  zawodzący sygnał 
pogotowia.  Zerwała  się  z  łóżka  i  podbiegła do  okna.  U  sąsiadów  było  słychać  jakieś 
głosy,  a  koło  furtki  stała  karetka,  do  której  I  właśnie  nosze  nakryte  białym 
prześcieradłem. 

Słońce  przypiekało  czystym  żarem.  Temperatura  w  mieszkaniu  przekraczała 

dwadzieścia  osiem  stopni.  Dominika zaciągnęła  zasłony  i  rozwiesiła w  pokoju  kilka 
mokrych prześcieradeł. 

— Diabli nadali takie psie życie! Niedawno był mróz trzydzieści stopni poniżej, a 

teraz mamy dla odmiany to samo, tylko powyżej... I pomyśleć, w szkole wbijano nam 
do głowy, że w Polsce mamy klimat umiarkowany... akurat! — buntowała się, patrząc 
tęsknym wzrokiem na lodówkę. — Tej to dobrze, sama się chłodzi! 

Pokręciła  się  trochę  po mieszkaniu  i  stwierdziwszy  z  czystym  sumieniem,  że  nie 

ma  głowy  do  niczego,  wyciągnęła  się  na  tapczanie  z  syfonem  na  stoliku  i  „Panem 
Wołodyjowskim” przed nosem. 

—  Chociaż  poczytam  sobie  o  ośnieżonych  stepach  —  westchnęła,  przewracając 

znane już na  pamięć stronice. Zanim  jednak dotarła  do  ulubionej  sceny,  gdzie to  w 
głębokim  jarze  Tuhajbejowicz  całował  zawzięcie  Basine  oczęta,  telefon  zadzwonił 
ostro i nagląco, jak na sąd ostateczny. 

—  Trzeba  go  było  wyłączyć!  — Dominika  wracała  niechętnie  z  dalekich  dzikich 

pól do upalnej rzeczywistości. — Nikt nie uszanuje spokoju umęczonego człowieka... 
Kogo też diabli niosą?! 

Niosły  Olgę  i  to  tak  bardzo  podekscytowaną,  że  Dominika  nie  mogła  wcale 

zrozumieć, o czym ona mówi. 

—  Jaki  kot?...  Zwariowałaś?  —  usiłowała  dojść  do  słowa.  —  Dzwoń  zaraz  po 

pogotowie, bo od gorąca dostałaś bzika... Nie przejmuj się, bo podczas upałów to się 
często zdarza... Trzeba tylko... 

—  A  przestań  wreszcie  żarty  sobie  stroić  —  zapiała  po  „wileńsku”  Olga,  której 

background image

zdarzało  się  to  zawsze,  kiedy  była  czymś  specjalnie  przejęta.  —  Zaraz  przyjadę  i 
opowiem ci wszystko z detalami. Łapię taksi i pędzę... Pa! 

—  Jeżeli  Olga  rujnuje  się  na  taksówkę,  to  na  pewno  zdarzyło  się  coś 

nadzwyczajnego  —  ożywiła  się  Dominika  i  już  znacznie  lżejszym  krokiem 
pomaszerowała do kuchni. 

Rzeczywiście,  już  po  kilkunastu  minutach  Olga  wkraczała  do  przedpokoju.  Była 

purpurowa z gorąca i pośpiechu, a jej zaczerwieniony nos zapowiadał coś ekstra. 

—  Siadaj  i  mów!  —  Dominika  zaparzyła  przezornie  dwa  dzbanuszki  kawy  i 

ustawiła  na stole czubaty  talerz ciastek. — Co to znowu za  historia  z  jakimś  kotem? 
Mózg ugotował ci się na słońcu, czy co?... Gadaj wreszcie! 

Olga  wzruszyła  ramionami.  Piła  kawę  skulona  nad  filiżanką  i  wyglądała  jak 

nastroszony ptak. Dominika przyjrzała się jej uważniej i zrozumiała, że naprawdę coś 
nią szarpnęło. Postanowiła zastosować trochę dyplomacji: 

—  Gorąco dzisiaj, nieprawdaż? — zapytała od niechcenia. — Nie mam dosłownie 

odwagi wyjść na dwór... A co robiłaś wczoraj? 

—  Właśnie!  —  Olga  odzyskała  raptem  głos.  —  Od  trzech  tygodni  pracuję  jak 

głupia. 

—  Wiem,  wiem...  Masz  na  tapecie  ten  prześliczny  pałacyk  w  Gutkowie.  — 

Dominika uprzejmie podsunęła jej ciastka. — Czy właśnie ta robota tak cię zmęczyła? 

—  Trochę tak... Ale teraz posłuchaj historii o kocie. To nie są żarty, wierz mi! 
—  Więc mów! Pewno ktoś podrzucił ci kota, no i... 
—  Nie pleć byle czego! — przerwała jej Olga niecierpliwie. — Posłuchaj lepiej, jak 

to się zaczęło. Otóż trzy dni wstecz, kiedy siedziałam wieczorem przy oknie... 

I opowiedziała jej całą historię otrucia Kapcia. 
—  No  i  co  z  tego?  —  Dominika  była  rozczarowana.  —  Nie  pochwalam  wcale 

chuliganów, którzy trują psy, ale nie ma w tym nic sensacyjnego! 

—  Czekaj, to jeszcze nie koniec — Olga nerwowo mieszała cukier w filiżance. — 

Następnego dnia właściciel tego otrutego psa umarł na zawał. 

—  I  co  z  tego?...  Zdarza  się  to  na  co  dzień.  —  Dominika  nie  mogła  jakoś 

wykrzesać  z  siebie najmniejszej  iskierki  zainteresowania.  —  Po  prostu  zwykły  zbieg 
okoliczności. I czym się tu przejmować? Stuknij się w przegrzany łepek! 

—  Może  i  tak...  —  Olga  kruszyła  w  palcach  ciastko  —  ale  zapomniałam  ci 

powiedzieć,  że  tego  wieczoru,  kiedy  umarł  sąsiad,  widziałam  znów  tego  kota.  Biegł 
wzdłuż płotu ogrodu Kraftów. 

—  Dobrze, widziałaś go drugi czy nawet trzeci raz... Ale jaka to znów makabra? 

Przecież nie ma w tym nic dziwnego. Pomyśl sama i przyznasz mi rację. 

—  Kiedy  właśnie  jest  w  tym  wiele  dziwnego  —  upierała  się  Olga.  —  Mieszkam 

wiele  lat  naprzeciw  tego  ogrodu  i  wiem,  że  żaden  kot  nie  mógł  pokazać  tam końca 
nosa, bo pies biegał luzem i każdego rozdarłby na kawałki. A teraz proszę: dwa razy w 
ciągu  dwóch dni  widziałam  tego  cholernego kota, po  czym zawsze ktoś  umierał,  jak 
na zamówienie. Czy to nie jest podejrzane, co? 

—  Istnieje  tylko  jedno  podejrzenie,  że  roztopiła  ci  się  piąta  klepka  —  ziewnęła 

serdecznie Dominika. — Od razu ci to mówiłam, ale... 

Tu  dzwonek  przy  drzwiach  rozdzwonił  się  na  cały  regulator.  Olga,  czując  że 

nadciąga  nowy  słuchacz  dla  jej  „kociej”  sprawy,  podbiegła  truchcikiem  do 
przedpokoju. 

—  Co  tu  się  dzieje? —  grzmiała  już  od  progu dorodna  blondynka,  której  oczy  i 

biust  zdawały  się  wyskakiwać  ochoczo  na  powitanie  domowników.  —  Okna 
zasłonięte, w chacie ciemno i do tego pranie rozwieszone w pokoju, jakby brakowało 
miejsca na dworze! Chore jesteście? — pytała troskliwie,  całując Dominikę, zupełnie 
ogłuszoną witalnością gościa. 

—  Postawcie dobrą  kawę, a  ja  w zamian  opowiem  wam  fantastyczną  historię... 

Kojak przy niej wysiada! — gość rozłożył się wygodnie na kanapie. — Ale  czemu  tak 
na mnie patrzycie?... Może zabrakło wam kawy? 

background image

—  Ado... — wyjąkała Dominika. — Czy ty też widziałaś tego... kota? 
—  Jakiego znów kota? — Ada przybrała pozycję siedzącą. — Zdobyłam szafę, ale 

jaką!!! — Tu podniosła oczy do góry z wyrazem obłędnego szczęścia i zachwytu. 

—  Ach...  szafa!  —  Dominika  szybko  przestawiła  semafor na  tory  zainteresowań 

drugiej przyjaciółki. — Ale po co? Przecież niedawno kupiłaś jakąś ogromną landarę. 
Zakładasz  sklep  ze  starymi  gratami?!  —  By  jednak  nie  zdradzić  się  całkowicie  ze 
swym brakiem entuzjazmu dla tej rewelacji powiedziała niespodziewanie łagodnie: — 
Przepraszam was na chwilę, pójdę zrobić coś do picia. 

Podczas  gdy  pani  domu  krzątała  się  w  kuchni,  Ada  wyśpiewywała  hymny 

pochwalne  na  cześć  swojego  nowego  nabytku,  a  Olga  siedziała  cicho  i  udawała,  że 
słucha.  Naprawdę  jednak  myślami  była  bardzo  daleko  i  dopiero,  kiedy  nadeszła 
Dominika z ogromną tacą, wróciło jej poczucie rzeczywistości. 

—  Teraz  posłuchamy  Olgi  — proponowała  gospodyni,  ·stawiając  na  stole  nową 

porcją aromatycznego płynu. — Jestem niezmiernie ciekawa, co Ada będzie sądzić o 
tej kociej sprawie. 

—  Już drugi raz słyszę dzisiaj o jakimś kocie... Czy to dotyczy twojego Colomba? 
—  Ależ  skąd!  Mój  Colombo  siedzi  teraz  spokojnie  u  sąsiadów  z  góry.  Olga  ma 

zupełnie innego kota. Słuchamy! 

I już drugi raz tego dnia Olga opowiedziała z detalami całą historię. 
—  No i co o tym sądzisz? — zapytała, patrząc niespokojnie na przyjaciółkę. — Czy 

nie  wydaje  ci  się  to  wszystko  trochę  podejrzane?  Zresztą  wiadomo,  że  czarny  kot 
wlecze za sobą jakąś biedę. 

Ada wzruszyła ramionami i odstawiła pustą filiżankę. 
—  Brednie! — zadecydowała. — Czysta głupota i basta! Pies zdechł, bo był stary... 

Mógł  też  zjeść coś zatrutego.  Mało  to  różnego świństwa  rozrzuca  się  teraz dookoła? 
„A  ten  zawał?  No  cóż...  Przecież  codziennie  umiera  z  tego  powodu  mnóstwo  ludzi, 
więc  i  w  tym  nie  ma  nic  tajemniczego.  A  kot?...  Chyba  żartujesz?  Ja  sama  widuję 
codziennie  dziesiątki  kotów,  w  tym  połowa  czarnych  i  żadnej  tragedii  w  związku  z 
tym nie odnotowałam. Jesteś po prostu zmęczona i musisz odpocząć! 

I zaczęła znów opowiadać o swojej szafie: 
—  Wyobraźcie  sobie,  że nabyłam  prawdziwy  skarb!  O,  musiałam  się  porządnie 

nagimnastykować,  aby  ten  okaz  zdobyć...  Pójdziemy  zaraz  do  mnie,  to  same 
zobaczycie!  Pochodzi  z  osiemnastego  wieku  i  cała  jest  pokryta  chińskimi 
malowidłami... Wprost napatrzeć się jej nie można! Trzeba ją tylko nieco oczyścić... 

Wieczór  zaczynał  już  nieść  przyjemnym  chłodem.  Dominika  otworzyła  szeroko 

okna i zrobiło się zaraz miło i rześko. Nagle w oknie mignęło coś ciemnego i wylądo-
wało z wielkim łoskotem na tapczanie.  Olga krzyknęła przeraźliwie i odskoczyła pod 
ścianę, zasłaniając twarz rękami. 

—  Zgłupiałaś?...  Przecież  to  Colombo  wrócił  wreszcie  od  sąsiadów.  Spójrz,  jak 

patrzy na ciebie! Ha ha ha!... Też miałaś czego się przestraszyć! 

Ogromny  bury  kot  wytrzeszczał  przyjaźnie  wielkie  zielone  oczy  w  kierunku 

skulonej w kącie postaci. Przyjaciółki śmiały się serdecznie, a Colombo pomaszerował 
godnie do kuchni, aby tam poszukać sobie dalszego ciągu kolacji. Nie bez powodu był 
taki gruby. 

Zawstydzona Olga pośpiesznie żegnała Dominikę. 
—  Idziesz? — spojrzała zachęcająco na Adę. 
—  Już najwyższy czas — odpowiedziała szczęśliwa właścicielka „cudownej” szafy, 

ubierając  się  pośpiesznie.  —  Mam  jeszcze  dzisiaj  masę  roboty.  No,  to  cześć!  Jutro 
wpadnę. 

Kiedy wychodziły, Colombo siedział na oknie i zawzięcie szorował się łapą, wróżąc 

nieomylnie nadejście nowych gości. 

—  Widzisz? Tak właśnie wyglądają twoje nocne strachy! — Ada serdecznie objęła 

przyjaciółkę. — Odpocznij tylko troclię, a piorunem przyjdziesz do siebie... Ale wiesz, 
pójdziemy  teraz  do  mnie.  Musisz  koniecznie  jeszcze  dzisiaj  obejrzeć  te  prześliczne 

background image

chińskie malowidła. Zobaczysz... oko ci zbieleje! 

„Kocia” sprawa stała się nieważna. 

Rozdział IV 

— Ten kot musiał znów coś nowego zmalować, bo Olga bez powodu nie narobiłaby 

tyle  szumu.  Ona  wprawdzie  lubi  siać  panikę  i  jest  przesądna  ponad  miarę,  jak 
wszyscy  wilniacy,  ale  jeżeli  ściąga  nas  w  taki  upał,  to  musiało  zajść  coś  naprawdę 
ważnego  —  denerwowała  się  Ada,  kursując  od  okna  do  okna.  —  Byłam  właśnie  w 
trakcie  trzeciego  drapania  mojej  nowej  szafy,  kiedy  zadzwoniła.  Była  taka 
zdenerwowana, że początkowo nie mogłam niczego zrozumieć, zwłaszcza że bredziła 
tym  swoim  smorgońskim  żargonem.  Sporo  czasu  minęło,  zanim  pojęłam,  że mamy 
spotkać się u Dominiki dzisiaj o szesnastej. Co jej znów odbiło? 

—  I  ja  niewiele  zrozumiałam  —  wzdychała  Tenia  poprawiając  w  lusterku 

kunsztowną  fryzurę.  —  Gdybym  nie  była  tak  bardzo  ciekawa,  o  co  jej  chodzi,  to 
wolałabym zostać w domu. Mój mąż... 

—  Olga  zawsze  przesadza  —  przerwała  jej  Dominika.  Nie  trzeba  brać  tak 

dosłownie  do  serca  zapowiadanych  przez  nią  sensacji.  Ot,  poplotkujemy  trochę  i 
tyle... Ale uwaga, słyszę, że ktoś idzie. To na pewno ona. Nareszcie! 

Wszystkie  przyjaciółki  wybiegły  na  korytarz.  Dominika  otworzyła  szeroko  drzwi. 

Była  to  rzeczywiście  oczekiwana  koleżanka.  Mimo  upalnego  dnia  była  ubrana  w 
szarobury  płaszcz  nieprzemakalny,  sięgający  do  ziemi.  W  obydwu  rękach  trzymała 
ogromne torby, pod ciężarem których wyraźnie się uginała. 

—  Dlaczego ubrałaś się w ten płaszcz? Przecież jest upał i na niebie nie widać ani 

jednej  chmurki.  —  Dominika  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  —  I  co  tak 
dźwigasz? Pozwól, pomogę ci trochę. 

—  A  idźcie!  Jak  tu  doszłam,  to  i doniosę  na  miejsce.  —  Olga  dyszała  ciężko.  — 

Dobrze, że już jesteście... Mówię wam — bomba! 

—  Założę się, że ta bomba jest futrzana i chyba ty prędzej eksplodujesz z gorąca i 

przemęczenia, niż ona... Po co ci ten płaszcz? — Ada ze zgrozą obserwowała przybyłą. 

—  Dzisiaj rano zapowiadali w radiu  przelotne deszcze  i burze, więc ubrałam się 

stosownie  do  pogody.  —  Olga  z  trudem  uwalniała  się  od  szeleszczącego  okrycia.  — 
Dajcie mi coś pić, bo padnę! 

Weszły  do  pokoju.  Torby  zostały  też  wniesione  i  ustawione  tuż  przy  krześle  ich 

właścicielki. Tajemnicza zawartość budziła ogólną ciekawość. 

—  Zacznij wreszcie mówić, po co ściągnęłaś nas tutaj —niecierpliwiła się Ada. — 

Najpierw  stawiasz  nas  wszystkie  na  nogi,  obiecujesz  sensacje  godne  „Kina  Oko”, 
potem spóźniasz się prawie dwie godziny, a teraz siedzisz nad tymi torbami i sapiesz. 
Gadajże wreszcie! 

—  Teraz  już  mogę  mówić  —  powiedziała  Olga,  odstawiając  pustą  szklankę  po 

herbacie.  —  Otóż  wczoraj  wieczorem  dużo  rozmyślałam  i  postanowiłam  podejść 
naukowo  do  naszego  nowego  problemu.  Poszłam  więc  do  biblioteki  i  rozpoczęłam 
poszukiwania. 

—  Ale czego? — zapytała zdumiona Ada. — Bo jeśli chodzi o moją szafę, to ja już 

sama znalazłam parę  wspaniałych książek z dziedziny historii sztuki. Podobne  szafy 
figurują tam na każdej stronie... Więc jeżeli ty... 

—  Jaka tam szafa! — Olga machnęła pogardliwie ręką. — Ja oczywiście szukałam 

wszystkiego, co dotyczy kotów. 

—  Kotów?! — przyjaciółki osłupiały ze zdumienia. 
—  Właśnie kotów!... Koty w  literaturze,  sztuce,  legendzie  i tak dalej... Sama nie 

wiedziałam, że tyle o nich napisano. 

—  To  w  tych torbach...  —  Ada nie  wierzyła  własnym  uszom.  — To są  książki  o 

background image

kotach?... Wszystkie? 

—  Tak!  Czemu się tak  dziwisz?  Oczywiście, że  jeszcze  ich  nie  przeczytałam,  ale 

to, co zdążyłam przejrzeć, jest po prostu fascynujące... Zaraz się przekonacie. 

—  I po to tutaj nas ściągnęłaś? 
—  Właśnie. Ale spójrzcie — oto pierwsza wspaniała książka: „Koty nasze hobby”, 

autorka: 

Aleksandra 

Konarka-Szubska... 

Druga: 

„Opowiadania 

egipskie”, 

tłumaczenie  i  języka  egipskiego  Tadeusza  Andrzejewskiego,  trzecia  „Z  kraju 
faraonów” Ottona Neuberta... 

—  Zaczekaj!  —  Ada  zerwała  się  z  krzesła.  —  Zanim  przeczytasz  tytuły  tych 

wszystkich  książek,  zapadnie  czarna  noc.  Lepiej  nam  powiedz,  czego  ty  w  nich 
właściwie szukasz? Przecież dotąd nie interesowałaś się kotami. 

Ale od  paru  dni zaczęłam  —  Olga poczerwieniała  ze złości.  —  Wybacz, ale  jak  ty 

opowiadasz  o  swojej  zapchlonej  szafie,  to  ja  ci  nie  przerywam.  Daj  mi  więc  teraz 
przyjść do słowa. 

—  Słuchamy  cię  pilnie  —  Dominika  dała  znak  przyjaciółkom,  żeby  nie  traciły 

cierpliwości. — Cóż takiego tak cię zafascynowało? 

—  Zaraz się dowiecie... Mam tu w ciekawszych miejscach zakładki... Zaraz... Jest! 

Czytam: „Nawet w późniejszych czasach, za panowania Greków  w Egipcie,  byk Apis 
był przedmiotem specjalnego kultu”... Nie, coś mi się pokręciło. To nie o to chodziło... 

—  Ciekawe... — Ada ironicznie zmrużyła oczy. — Czytaj dalej. To  jest naprawdę 

fascynujące! 

—  Czekajcie... Już mam! To będzie tutaj: „W Egipcie istniało mnóstwo bóstw, jak 

— czaple, jaskółki, sępy, gęsi, okonie, węgorze”... Co, u diabła! Znów nie to! 

—  Nie denerwuj się. Powoli dojdziesz do kotów. — Ada bawiła się znakomicie. — 

Czytaj dalej! 

—  Zakładki  mi  się  pomieszały!  —  Olga  porządkowała  gorączkowo  porobione 

notatki.  —  No,  nareszcie!  Słuchajcie:  „Kot,  jako  zwierzę  święte  (ciekawe,  co?),  jest 
specjalnym  rozdziałem  w  historii  starożytnego  Egiptu.  Pierwszym  świętym 
zwierzęciem był dziki kot pustynny, zwany Szan-kot, o krępej budowie ciała, krótkim 
ogonie i stosunkowo dużych uszach, doskonały łowca, silny, zwinny i agresywny. Kot 
ten należał do uosobień słońca, z ośrodkiem kultu w Heliopolis. Na malowidłach jest 
przedstawiony w chwili, kiedy zabija węża — uosobienie zła. Motyw kota zabijającego 
węża”... 

—  Daj  spokój  —  przerwała  jej  Dominika,  która  zaczynała  mieć  już  dosyć  tej 

niecodziennej  lektury.  —  Jeżeli  kiedyś  koty  zabijały  zło,  to  nie  pasuje  to  wcale  do 
twojego  czarnego  kota,  którego  od  kilku  dni  posądzasz  o  zabicie  sąsiada  i  jego 
wiernego Kruczka. 

—  Kapcia!  —  poprawiła  rzeczowo  Olga.  —  I  jest  tu  związek!  Jeżeli  koty  były 

uważane  za  święte  stworzenia,  a  podobno  nawet  dusze  faraonów,  czekając  na 
następne wcielenia, zamieszkiwały w kotach, zatem... 

—  Zatem w moim Colombo siedzi jakiś bardzo gruby i łakomy faraon — wtrąciła 

znów Dominika. — Ale, o ile pamiętam ze szkoły, Egipcjanie nie wierzyli w reinkarna-
cję... Istnieje ona chyba w religii buddyjskiej. 

—  Pewno zakładki znów jej się pomieszały — Ada była bezlitosna. — To są skutki 

przyswajania  niewłaściwej  lektury!  Na  pewno  będzie  lepiej,  jeżeli  jak  najprędzej 
oddasz  te  książki  do  biblioteki  i  nie  będziesz  zaśmiecać  sobie  tym  głowy. 
Przypominam  ci,  że  siedzi  ci  na  karku  termin  oddania  projektu  wystroju  wnętrza 
pałacyku  w Gutkowie,  weź  więc  się  za  to,  z  czego  masz  chleb...  Daj  sobie  spokój  ze 
świętymi kotami, bo jak nam jeszcze trochę poczytasz, to zaczniemy składać pokłony 
przed Colombem i kot pomyśli, że mamy bzika. 

—  Dlaczego  jesteś  taka  uparta?  —  Olga  nie  dała  się  sprowokować  do  kłótni.  — 

Nigdy nie zaszkodzi dowiedzieć się  o ciekawych sprawach, a to są przecież naukowe 
dzieła i  żadnych głupot nie  zawierają. Ależ tak!...  Nie  przerywajcie!  O kotach różnie 
się mówi i trzeba wiedzieć, jak jest naprawdę... Tutaj można wszystko znaleźć. Zaraz 

background image

przeczytam  wam  mały  fragmencik  z  książki  Ottona  Neuberta  „Z  kraju  faraonów”. 
Posłuchajcie:  „Należy  wspomnieć  również  o  grobach  świętych  zwierząt.  A  więc  w 
Sakhara  znajdował  się  cmentarz  dla  kotów,  poświęconych  ich  protektorce  Rechet. 
Gdy zdechł kot,  balsamowano go,  a  jego mumię odnoszono  z  uroczystą procesją na 
cmentarz. Gdy  zdychało jakieś święte zwierzę, ludzie  lamentowali tak, jakby umarło 
ich ukochane dziecko i golili brwi na znak żałoby”... Czy to nie jest fascynujące? 

—  Jak  to  dobrze,  że  Colombo  promieniuje  czerstwym  zdrowiem,  bo  już 

wyobrażam sobie, co się będzie działo, kiedy zechce przenieść się na tamten świat, a 
Olga zarządzi dla niego pogrzeb według egipskich obrzędów! — westchnęła obłudnie 
Ada.  —  Bardzo  wątpię,  czy  z  ogolonymi  brwiami  będzie  nam  do  twarzy,  ale  i  z 
balsamowaniem mogą być trudności, bo o olej jest coraz trudniej. 

—  Skoncentrujcie  się,  zamiast  pleść  byle  co  i  powiedzcie,  co  sądzicie  o  tym 

wszystkim  —  Olga  patrzyła  pytająco  na  przyjaciółki.  —  Dla  mnie  nie  ma  żadnych 
wątpliwości,  że  koty  dysponują  jakąś  tajemniczą,  magiczną  siłą,  z  którą  trzeba  się 
liczyć.  Ja  zresztą  zawsze  w  to  wierzyłam  i  wcale  nie  byłabym  zaskoczona,  gdyby 
czarny kot z ogrodu  Kraftów  okazał się czymś tajemniczym i złowieszczym. Ja mam 
nosa do tych spraw! 

—  Mimo to uważam, że nie  ma  żadnych powodów do niepokoju  — powiedziała 

pojednawczo  Dominika.  —  Bardzo  ładnie  z  twojej  strony,  że  tak  emocjonalnie 
podchodzisz do  tej sprawy,  ale  naprawdę  niepotrzebnie  wkładasz  w to  tyle wysiłku. 
Nie żyjemy przecież w ciemnym średniowieczu. 

—  I  całe  szczęście!  —  zawołała  Ada.  —  Już  sobie  wyobrażam,  co  by  się  wtedy 

wyprawiało! Ówczesna inkwizycja uganiałaby  się za Olgą po  wszystkich kryjówkach, 
które musiałybyśmy ciągle  dla  niej  wyszukiwać, narażając się  na wspólne spłonięcie 
na  stosie...  Dziękuję!  Poza  tym  stanowczo  protestuję,  Olga  zapowiada  wielkie 
rewelacje, blokuje nam całe popołudnie, a potem robi nam obszerny wykład na temat 
obciągania i konserwowania kocich skór... Prędzej porąbię moją ukochaną szafę, niż 
kiedykolwiek  uznam,  że  w  tych  uczonych  wywodach  jest  odrobina  rozsądku.  Nie 
dajmy się zwariować! 

—  Słusznie  —  przytaknęła  z  ulgą  Tenia.  —  Możemy  więc  spokojnie  wracać  do 

domu.  Mój  stary  już  na  pewno  wygłodniał  i  muszę  zrobić  mu  porządną  kolację. 
Idziemy? 

—  I  to  szybko!  Książki  o  kotach  nie  są  jeszcze  wyniesione  i  Olga  może  zacząć 

znów  nas  częstować  ciekawostkami  o  boskości  naszych  mruczących  czworonogów. 
Na dzisiaj mam już tego naprawdę dosyć. 

—  Zaczekaj! Przecież musisz mi pomóc w dostarczeniu tych książek do domu. 
—  Chcesz ciągnąć te torby do siebie? Po co? Stąd masz blisko do biblioteki, a od 

ciebie to kawał drogi. 

—  Wzięłam  je  w tym  celu,  aby przeczytać.  Was może  to  nie interesować,  ale  ja 

mam na ten temat inne zdanie... Bierz tą większą. Ja jestem już zmęczona. 

Ada,  klnąc w duchu ile wlezie, zabrała ciężki bagaż i wszystkie poszły w kierunku 

tramwaju. Dominika odprowadziła je kawałek i wróciła powoli do domu. 

Był już bardzo późny wieczór, kiedy Olga dotarła wreszcie do swojego mieszkania, 

odprowadzona  przez  Adę  do  samych  drzwi.  Wypiła  jeszcze  herbatę  i  skwapliwie 
powędrowała do łazienki, aby zmyć ślady upału i wzruszeń całego dnia. Nie upłynęło 
wiele  czasu,  kiedy  owinięta  w  swoją  flanelową  podomkę,  nazwaną  trochę  złośliwie 
przez przyjaciółki „błękitny szał”, usiadła jak co dzień przy szeroko otwartym oknie. 
Na dworze było cicho, ale duszno i jakoś niespokojnie. 

Nagle  wiatr  uderzył niespodziewanie  w gąszcz  ogrodu.  Rozległ  się  szum i  trzask, 

potem nagła cisza — i znów przejmujący głos wiatru, jakby ktoś wołał i zawodził. 

—  Wymarzona  sceneria  do  angielskiego  kryminału  —  mruknęła  Olga,  której 

coraz  bardziej  zaczął  się  udzielać  nastrój  tej  burzliwej  nocy.  —  Trzeba  iść  spać,  bo 
jutro będę znów... 

Raptem  zamarła  w  całkowitym  bezruchu,  bo  oto  wzdłuż  płotu  biegł  długimi 

background image

susami czarny kot. 

—  Ależ to on!  — Olga żałowała w tej chwili niezmiernie, że nie  ma z nią  żadnej 

przyjaciółki. — A kysz!... przepadnij maro! 

Tymczasem czarny cień rozpłynął się na tle siatki ogrodu. Wiatr szarpał konarami 

drzew  i  kołysał  lampą  ulicznej  latarni.  Narastał  nastrój  nieomal  namacalnej  grozy, 
która czaiła się w ciemnościach i szumie nocy. Olga czuła, że jeszcze chwila, a zacznie 
krzyczeć. Cofnęła się pośpiesznie i zamknęła okno. 

—  Jeżeli  nie  odpocznę,  to  rzeczywiście  dostanę  autentycznego  bzika!  — 

westchnęła,  nakrywając  się  pledem  po  czubek  głowy.  —  Niech  będą  przeklęte 
wszystkie koty całego świata! 

Ale  sen  nie  nadchodził,  a  zza  okna  jęk  wiatru  brzmiał  jeszcze  bardziej złowrogo. 

Noc  zapowiadała  się  ciężko  i  bezsennie.  Nagle  usłyszała  jakiś  dziwny  głos.  Wstała 
więc i na  wpół  przytomna powlokła  się,  aby otworzyć  okno.  Wiatr  ucichł zupełnie i 
nieruchomy ogród drzemał w mroku. 

—  Chyba  tam  ktoś  płacze...  —  nadaremnie  usiłowała  przebić  wzrokiem  ciemną 

ścianę żywopłotu. 

Było rzeczywiście słychać czyjś cichy, żałosny płacz. 
—  Co za przeklęta noc! — Olga przecierała obolałe oczy. 
Wróciła do łóżka i z miejsca zasnęła twardym snem. 
A w ogrodzie sąsiadów płacz nagle ucichł, a cisza, która 
potem zapanowała, niosła  w sobie  jakby  zapowiedź nowego nieszczęścia i  czyjejś 

wielkiej krzywdy. 

Rozdział

 V 

—  Nareszcie jest czym  oddychać!  — cieszyła  się  Dominika,  maszerując rześkim 

krokiem  w  kierunku  domu.  —  Zaraz  biorę  prysznic,  potem  małe  sprzątanie  i 
odpoczynek na całego. Żadne kumy ani telewizja! 

Przyśpieszyła  kroku,  bo  truskawki  w  siatce  zaczęły  niepokojąco  przeciekać.  Była 

już pod drzwiami mieszkania, kiedy zobaczyła, że ktoś siedzi skulony na schodach. 

—  Ach, to ty! — rozpoznała Olgę, która patrzyła na nią bez słowa. — Co tu robisz 

i  dlaczego  siedzisz  na  tych  brudnych  stopniach?  Chodź!  —  Weszły  do  mieszkania. 
Dominika widząc, że jej gość wygląda wyjątkowo kiepsko, zaczęła z miejsca roztaczać 
swoje  „dyplomatyczne”  uroki:  —  Wyglądasz  świetnie!  Od  razu  widać,  że  spałaś 
doskonale. Masz ochotę na truskawki ze śmietaną? 

—  Do  diabła  z  truskawkami!  —  Olga  chwyciła  się  za  głowę,  jakby  chciała 

sprawdzić,  czy  tam  ją  znajdzie.  —  Tylko  bardzo mocna  kawa  może  mnie  uratować. 
Całą noc nie spałam! 

—  Czyżby  znów  jakiś  futrzany  gang  zakłócił  ci  spokój  nocny?...  Siadaj,  zaraz 

wrócę! 

Po drugiej filiżance „szatana” Olga trochę odtajała, tylko włosy sterczały jej nadal 

jak u wystraszonego jeża. 

—  Choć zabij sie, nie poradzę! — demonstrowała kompletne załamanie. — Jeśli 

to potrwa dłużej, to na pewno... 

—  Zacznij  wreszcie  mówić  do  rzeczy!...  Co  się  stało?  —  Dominika  z  rezygnacją 

rozstawała się ze swoimi marzeniami o odpoczynku. 

—  A stało się, stało... I to coś bardzo złego! 
—  Jestem  pewna,  że  twój  kot  znów  pomaszerował  na  nocne  łowy  do  ogrodu 

Kraftów — uśmiechnęła się Dominika. — Ty zawsze coś musisz... 

—  Zaraz  skończą  się  dowcipy...  Otóż  dowiedz  się,  że  dzisiejszej  nocy  umarła 

nagle żona sąsiada. Wesołe, co? 

—  Którego?  —  Dominika  o  mało  nie  udusiła  się  truskawką.  —  Chyba  nie  tego, 

background image

co... No, wiesz! 

—  Właśnie tego! I pomyśleć, że  w ciągu jednego  tygodnia umarły w  tym domu 

dwie osoby, nie licząc Kapcia. 

—  Ooo,  do  diabła!  —  Dominika  po  raz  pierwszy  zaczęła poważnie  myśleć  o  tej 

sprawie. — A czy tego wieczoru widziałaś także kota? 

—  Tak, widziałam. Otóż właśnie, kiedy około północy siedziałam w oknie... 
I tu opisała dokładnie wrażenia ubiegłej nocy. 
—  Czy i teraz nie widzisz w tym nic dziwnego? — zapytała z ożywieniem, widząc 

prawdziwe zainteresowanie przyjaciółki. 

—  No  tak...  —  Dominika  wstała  i  zdecydowanym  krokiem  pomaszerowała  do 

telefonu. Wykręciła numer Ady. Po krótkiej rozmowie wróciła do pokoju. 

—  Ada zaraz przyjdzie — powiedziała, zasiadając do swoich truskawek. — Trzeba 

jeszcze powiadomić Tenią. Przyda się na pewno. 

—  Nic  z  tego  nie  rozumiem!  —  Olga  była  trochę  speszona  tymi  energicznymi 

poczynaniami. — Co chcesz zrobić? 

—  To  się  zobaczy.  Teraz  dopij  kawy  i  zjedz  trochę  truskawek.  Pośpiesz  się, 

dopóki są jeszcze jadalne! 

Nie upłynęło pół godziny, a Ada dzwoniła już do drzwi wejściowych. 
—  Odstawiłaś się jak główny księgowy na wczasach? — podsumowała pani domu 

przybyłą, patrząc z podziwem na jej przepięknie haftowaną bluzkę. 

—  Zgadza  się,  bo  też  nie  za  moje  pieniądze.  Gdyby  nie  nadliczbowe  godziny 

Tomasza, to chodziłabym z pewnością goła. Aaa, dzień dobry, Olga! 

—  Cześć!  Dobrze,  że  przyszłaś!  Dowiesz  się  zaraz  nowych  okropności.  Siadaj  i 

słuchaj! 

—  Pewno ten tajemniczy kot okocił się pod twoim oknem i masz teraz problem, 

co  zrobić  z  kociętami.  Poradzę  ci  z  miejsca:  wybierz  jakieś  atrakcyjne  imiona  i 
urządzaj chrzciny. Zbierzesz sporo prezentów... Ja sama postaram się... 

—  Daj spokój! — Dominika pośpiesznie likwidowała nadciągającą kłótnię. — Nie 

mamy teraz czasu na pustą gadaninę. Trzeba coś postanowić. 

—  Ale o czym? — Ada troskliwie poprawiała w lustrze swój wymyślny turban. — 

Czy mamy wymyślać imiona dla kotków?... Chętnie służę! 

—  Nie błaznuj i siadaj. Wydzwoniłam już Tenię. Zaraz przyjdzie. 
—  Będzie  znów nam  truła  o  swoim  kochanym  mężulku.  Odkąd są  rozwiedzeni, 

pieje wciąż na jego cześć, niczym ogłupiała kura. Dajmy jej spokój! 

Ale Tenia dzwoniła właśnie do drzwi. Ubrana była, jak zwykle, szałowo! 
—  Czy  macie może  ostatni horoskop z „Kulis”? — zapytała, całując w powietrzu 

cały babski majdan. — Chcę zerknąć na „wodnika”, bo to znak mojego starego. 

—  Może i stary, ale już nie twój! — westchnęła Dominika. — Ja na twoim miejscu 

nie  spojrzałabym  więcej  na  takiego  łobuza,  który  po  ośmiu  latach  udanego 
małżeństwa  i  bez  żadnego  logicznego  powodu  rozwodzi  się  z  żoną...  Do  tego  siedzi 
nadal na twoim garnuszku i szarogęsi się w nie swojej chacie. Zapomnij więc, choć na 
chwilę, o swoich sercowych szaleństwach i posłuchaj ciekawszych opowieści. 

I biedna Olga już trzeci raz zaczęła opowiadać historię czarnego kota i wiążącej się 

z jego obecnością tragedii w wilii Kraftów. 

—  No,  teraz  już  stanowczo  mamy  za  dużo  tych  „zbiegów  okoliczności”.  —  Ada 

była wyraźnie zainteresowana całą sprawą. — Trzeba będzie coś z tym zrobić. 

—  Ja  myślę,  że  ten  kot,  to  jest  na  pewno  jakaś  dusza  pokutująca  z  tamtego 

świata!  — Tenia  uwielbiała  niesamowite historie.  —  Ja na  miejscu  Olgi  umarłabym 
chyba ze strachu! 

—  Toteż niewiele jej do tego brakowało. — Dominika gorliwie dolewała kawy. — 

Ale co robić dalej?... Jak sądzicie? 

—  Nie ma sensu zwlekać! — Ada zdjęła turban z głowy. — Trzeba pójść z tym do 

milicji. Niech oni przyjrzą się tej zagadkowej sprawie z bliska. 

—  Tak właśnie myślałam! — ucieszyła  się  Dominika.  — Same na  pewno nic nie 

background image

poradzimy. Kiedy pójdziemy? 

—  Wszystkie?  —  Olga  ze  strachem  spojrzała  na  przyjaciółki.  —  Ja  nie  pójdę. 

Wszystko mi się pokręci i wyjdę na głupią. Idźcie same! 

—  Pójdzie tylko jedna z nas — zadecydowała pośpiesznie Dominika. — Tam nikt 

nie wpuści takiej gromady bab. Niech idzie Ada! 

—  Ja? — Ada z wrażenia rozlała kawę. — Dlaczego właśnie ja? 
—  Masz  dobrą  prezencję,  doskonałą  figurę  i  nikt  inny  nie  potrafi  tak 

przekonywająco reprezentować naszej sprawy. 

Ada wzruszyła ramionami. 
—  Co  ma  moja  figura  do  tajemniczych  zgonów  w  domu  Kraftów!  Tam  trzeba 

uzasadnić, a nie uwodzić! 

—  Każdy  mężczyzna  da  się  łatwo  przekonać,  gdy  będzie  miał  przed  sobą  tak 

atrakcyjną babkę, jak ty! — stwierdziła stanowczo Dominika — a tam pracują przecież 
sami  mężczyźni.  No,  uważam,  że  sprawa  jest  załatwiona  i  nie  trzeba  dalszych 
dyskusji. Idziesz i już! 

—  Ale  jest  już  późne  popołudnie,  a  jutro  pracuję  do  piętnastej...  —  broniła  się 

słabo Ada, całkiem już zresztą przekonana. 

—  Zaczekajcie!  —  Dominika  ruszyła  do  przedpokoju  i  było  słychać,  że  gdzieś 

gorączkowo telefonuje. 

—  Wszystko  w  porządku!  —  wracając  uśmiechnęła  się  do  wpatrzonych  w  nią 

przyjaciółek.  — Tak  szczęśliwie  się  składa,  że  za  pół  godziny przyjdzie  do  komendy 
miejskiej  sam  naczelnik  Wydziału  Kryminalnego.  Możemy  tam  zaraz  pędzić,  a  im 
prędzej, tym lepiej! 

—  Tak ubrane? — Ada była wcieleniem czystego oburzenia. — Do milicji idzie się 

w białej bluzce i granatowej spódniczce... 

—  Może  do  tego  plisowanej!  —  Tenia  szybko  dopijała  kawy.  —  Wyglądasz 

znakomicie i doskonale o tym wiesz! 

—  Tylko ta spódnica jest stanowczo za długa — martwiła się Dominika. — Ale już 

wiem...  Zaraz  będzie  dobrze!  —  Przyklękła  na  dywanie  i  jednym  energicznym 
szerpnięciem rozdarła ją nieomal do kolan. 

—  Co  ty  wyprawiasz?!  —  Ada  patrzyła  osłupiała  na  przepołowiony  ciuch.  — 

Zniszczyłaś mi całą spódnicę! 

—  No,  może  trochę  przesadziłam,  ale  rozporek  musi  zostać. Jest  przecież  teraz 

supermodny! 

Ada,  całkiem  zrezygnowana,  zdjęła  spódnicę  i  przyjaciółki  wzięły  się  żwawo  do 

roboty.  Rozporek został prowizorycznie  obrębiony  (przecież  to tylko na chwilę),  dół 
porządnie  skrócony  (nareszcie  klosz  układa  się  jak  należy),  całość  starannie 
odprasowana (musi robić wrażenie) i po chwili Ada oglądała się już w lustrze w nowej 
kreacji. 

—  Weź  moje  szpilki,  będą  stosowniejsze  do  całości,  a  tutaj  torebka...  — 

Dominika wyciągnęła z szafy błyszczące pantofelki. — Zobacz, czy nie są za małe. 

—  Masz  moją  haftowaną  chusteczkę!  — Tenia  wypruwała  z  siebie  serce.  —  Jak 

będziesz płakać, to ci się przyda! 

—  Dlaczego  mam  płakać?  —  Ada,  zupełnie  ogłupiała,  kręciła  się  posłusznie  w 

rękach  życzliwych  przyjaciółek.  —  To  chyba  raczej  naczelnik  rozpłacze  się  na  mój 
widok. Dajcie mi wreszcie spokój! 

—  Chyba  macie  całkiem  poprzestawiane  klepki!  —  załamała  ręce  Olga,  która 

dotąd  zachowywała  wyniosły  dystans  do  tego,  co  dokoła  niej  się  działo.  —  Mamy 
przecież  w  planie  donieść  milicji,  że  jakaś  podejrzana  śmierć  krąży  w  domu 
spokojnych obywateli, a wy szykujecie się jak na maskaradę! Jak Ada wygląda?... Kto 
będzie  słuchał  i  traktował  poważnie  takiego  koczkodana?...  Zlitujcie  się,  ciężkie 
idiotki! 

—  Sama  byś  tak  chciała  wyglądać!  —  Dominika  dobrotliwie  mitygowała 

rozeźloną przyjaciółkę. — pół godziny już dawno minęło. Idziemy! 

background image

Do komendy miejskiej było niedaleko. Duży szary gmach przylegał jedną ścianą do 

miejskiego parku, którego aleje były gęsto obstawione ławkami. 

—  Tutaj poczekamy. — Dominika oglądała Adę jak matka pannę młodą przed jej 

pójściem do ołtarza. — Bądź spokojna, rzeczowa, a w trudnych momentach oddychaj 
głęboko... To dobrze robi na serce! No, idź już! Pa! 

Usadowiły się rządkiem na ławce i patrzyły ^ troską jak ich delegatka oddala się w 

stronę szarego gmachu. 

—  Myślę, że milicja popędzi zaraz na syrenie do domu

background image

tych Kraftów! — Tenia miała wypieki z emocji. — Jednak nie wierzą, żeby ten czarny 
kot dał się pochwycić choćby najbardziej przystojnemu milicjantowi Peerel. Ze złym 
duchem nie ma żartów! 

—  Milicja nie interesuje się kotami — westchnęła Dominika. — Może Ada potrafi 

jednak  ich  przekonać,  że  te  śmiertelne  wypadki  u  Kraftów  są  tylko  pozornie 
normalne... O tym kocie lepiej wcale nie wspominać! 

—  Jak to? Bez tego wszystko nie ma sensu! — Olga była zdenerwowana jak nigdy 

dotąd.  —  Przecież  to  właśnie  kot  rozpoczął  serię  tych nieszczęść  i  on  musi  być  naj-
ważniejszy! 

—  Dla myszy może tak, ale nie dla milicji! Oni uznają tylko same konkrety! 
—  A czy kot nie był konkretny? Widziałam go na własne oczy aż trzy razy, a zaraz 

potem... 

—  Znamy  już  to  wszystko  na  pamięć  —  uspokajała  rozdygotaną  przyjaciółkę 

Dominika.  —  Ale  po  co  tak  się  denerwować?  Na  razie  nic  jeszcze  nie  wiadomo. 
Początek jest już zrobiony i jak Ada wróci, będziemy wiedziały, czego się trzymać. 

Ale  tak  bardzo  oczekiwana  koleżanka  ciągle  nie  nadchodziła.  Minęła  już  dobra 

godzina, a jej wciąż nie było. 

—  Mówię  wam,  że  za  sam  wygląd  zamknęli  ją  z  miejsca!  —  Olga  kręciła  się 

nieprzytomnie  na  ławce.  —  A  przecież  tłumaczyłam,  prosiłam  i  nie  z  tego...  Teraz 
macie! 

—  Co  mamy?  Siedź  cicho,  bo  wszystkie  gonimy  resztkami  nerwów...  Ale 

patrzcie... Idzie! 

Rzeczywiście,  do  ich  ławki  zbliżała  się  Ada,  ale  jaka!  —  czerwona,  spocona, 

trzymająca mocno w garści rozprutą spódnicę i z trudem utrzymującą równowagę na 
szpilkach,  rozjeżdżających  się  w  głębokim  żwirze.  Dominika  wybiegła  jej  na 
spotkanie. 

—  Do  diabła z waszymi pomysłami!  — jęknęła Ada podchodząc. — I zabierajcie 

zaraz te cholerne szpilki! — Usiadła  ciężko na ławce i wyciągnęła przed siebie z ulgą 
bose  nogi.  —  Dajcie  agrafkę,  żeby  spiąć  spódnicę...  Kroku  więcej  nie  zrobię  w  tej 
rozdartej kiecce! 

—  Może  zaczniesz  już  opowiadać,  jak  tam  było!  —  zdenerwowała  się  Olga.  — 

Czekamy parę godzin, jak na szpilkach, a ona... 

—  Ja też cały czas byłam na szpilkach i to jakich! — Ada oskarżycielskim gestem 

pokazywała obolałe stopy. — Niech je wszystkie... 

—  Dajcie spokój! — Dominika traciła powoli resztki cierpliwości. — A więc, co w 

rezultacie załatwiłaś? Słuchamy pilnie! 

—  Wszystko  wam  opowiem,  ale  w  domu...  Błagam!  Bez  solidnego  kawska  nie 

wykrztuszę ani słowa. Przeżyłam straszne rzeczy! 

—  Idziemy!  —  Olga z  rezygnacją podniosła  się  z  ławki.  —  Może  rzeczywiście  w 

domu będzie najlepiej. 

Zapadł już późny wieczór, kiedy znalazły się znów w mieszkaniu Dominiki. 
—  Czy to zdrowo żłopać tyle kawy na noc? — powątpiewała Tenia, która zawsze 

dbała o higieniczny tryb życia. — Może jednak lepiej mleko... 

—  Wszystko,  co  dobre,  jest  niezdrowe  —  uśmiechnęła  się  zmęczona  już 

Dominika.  —  Twój  stary  też  podobno  był  dobry,  a  na  zdrowie  ci  nie  wyszedł. 
Siadajcie, proszę! 

Ada  jeszcze  w  przedpokoju  zdjęła  spódnicę  i  w  samej  halce  położyła  się  na 

tapczanie. 

—  Siadajcie  koło  mnie,  muszę  nareszcie  wyprostować  nogi.  —  Ułożyła  się 

wygodnie  i  spojrzała  w  stronę  przyjaciółek.  — A  teraz  słuchajcie  uważnie:  początek 
był  najgorszy,  bo  ten  w  okienku  nie  chciał  mnie  wpuścić  —  tu  uśmiechnęła  się  na 
wspomnienie miny dyżurującego milicjanta. — Niecodziennie, widocznie, przychodzą 
do nich wytworne damy!... 

—  Właśnie!  — Olga aż  rozlała  trochę  kawy  na kolana.  -  -  Takie damy  bywają  u 

background image

nich raczej przymusowo i idą z miejsca do ciupy! Przecież mówiłam... 

—  Nie przeszkadzaj i daj mówić innym! — pani domu była wściekła. — Do końca 

życia nie dowiemy się niczego! Ada, powiedz wreszcie, jak milicja zareagowała na tę 
historię... Co powiedział naczelnik? 

—  Jest w szarży kapitana i tak go będę tytułowała... Ale do niego jeszcze daleko! 

— Ada podłożyła sobie poduszkę pod nogi. — Zanim dostałam się do niego, to... 

—  Zlituj się! Opowiadasz jak Rzędzian o gruszkach w „Ogniem i mieczem”. Mów 

najpierw o samych efektach rozmowy, a potem opowiesz szczegóły! 

—  U  mnie  wszystko  jest  ważne! — Ada  była  zachwycona  swoją  rolą.  — Zrozum 

wreszcie, że jeśli nie będę opowiadała po kolei, to niczego nie zrozumiecie. 

—  No  więc  mów,  jak  chcesz,  byle  prędko!  —  błagała  Tenia,  która  już  dawno 

miała być w domu. 

—  Przecież  cały  czas  opowiadam!  No  więc  kiedy  ten  uparty  milicjant  dał  mi 

wreszcie  przepustkę  i wskazał drogę  do  kapitana,  zdążyłam już,  od  tych przeklętych 
szpilek, spuchnąć w kostkach. Kapitan był zajęty, musiałam więc czekać na korytarzu. 
Czułam się okropnie, bo wszyscy przechodzący gapili się na mnie, jakby nigdy kobiet 
nie widzieli. 

—  A  nie  mówiłam!  —  krzyknęła  triumfalnie  Olga,  ale  obrzucona  groźnym 

wzrokiem Dominiki zamilkła natychmiast, a Ada wypiła spokojnie łyk kawy i powoli 
ciągnęła dalej: 

—  Długo to trwało, ale doczekałam się wreszcie, że kapitan wyszedł na korytarz i 

poprosił mnie do swojego pokoju. Z miejsca byłam nim zachwycona! 

—  Taki  przystojny?  —  Tenia  zapomniała  o  powrocie  do  domu.  —  Czy  może 

brunet z niebieskimi oczami, bo mi właśnie w kartach wychodziło... 

—  Najprawdziwszy brunet, o długich trzepoczących rzęsach — uzupełniła trochę 

złośliwie  Ada.  —  Ale  oprócz  doskonałego  wyglądu  był  jeszcze  bardzo  grzeczny  i 
uprzejmy, a u mężczyzny... 

—  Wiemy, wiemy! Ale co dalej? 
—  Przeprosiłam  go  za  zabranie  mu  „cennego  czasu”,  a  potem  opowiedziałam 

całą historią naszej „kociej” sprawy. Z detalami! 

—  A  on  popędził  zaraz  najszybszym  wozem  milicyjnym  do  Kraftów!  —  Tenia 

uzupełniła naprędce przydługą relację Ady. — A co powiedział na temat kota? 

—  Powiedział, że... — tu Ada zająknęła się trochę — że „ta historia jest kawałkiem 

codziennego  życia  i  że  nie  ma  w  tym  żadnej  specjalnej  nieprawidłowości, 
wymagającej interwencji milicji”. 

—  Tylko  tyle?!  —  przyjaciółki  były  więcej  niż  zawiedzione.  —  Czyli  odmówił 

pomocy w tej sprawie. Czy tak? 

—  A odmówił! Nadmienił tylko, że żona pana Krafta popełniła samobójstwo i że 

istnieje  wiarygodny motyw tego desperackiego kroku... Niedawno przecież umarł jej 
mąż. 

—  A więc z wysiłków naszych nici! — Olga była bardzo rozgoryczona. 
—  Jak  to  —  nici?  —  oburzyła  się  Dominika.  —  Teraz  przynajmniej  mamy 

pewność,  że  na  nikogo  nie  możemy  liczyć.  Zgłosiłyśmy  nasze  wątpliwości,  gdzie 
należało, a teraz będziemy spokojnie działać same. 

~  To  znaczy...  —  Ada zapomniała  o  swoich bolących  nogach. —  To  znaczy,  że ta 

sprawa jest nadal aktualna? 

—  Ależ  tak!  —  Dominika  uśmiechnęła  się  na  widok  zdumionych  spojrzeń 

przyjaciółek.  —  Gdyby  nie  ten  kot,  byłabym  nawet  skłonna  uważać  podobnie  jak 
sugerował  Adzie  przystojny  kapitan,  ale  fakt,  że  każdą  śmierć  w  tym  domu 
poprzedzało  zawsze  pojawienie  się  czarnego  kota,  to  —  moim  zdaniem  —  nie  jest 
zwykły przypadek. W tym musi coś być! 

—  Głowę daję, że to jest duch zemsty z tamtego świata! — Tenia oglądała się już 

za torebką, ale brała jeszcze czynny udział w dyskusji. — Chyba pamiętacie, że już to 
wam mówiłam! 

background image

—  Zemsty szukają tylko ludzie, a nie jakieś duchy wcie- 
lone w kocią skórę — powiedziała Dominika. — Czują, że kot jest kluczem do całej 

sprawy...  Olga,  obserwuj  codziennie  ogród  i  patrz  pilnie,  skąd  ten  kot  nadchodzi. 
Dobrze? 

—  Oczywiście! — Olga stała się nagle żwawa i pełna wigoru. — Czyli że mam go 

regularnie śledzić? Możesz na mnie polegać! 

—  Tylko  zawiąż  mu  koniecznie  kokardką  na  ogonie,  aby  ci  się  nie  pomieszał  z 

jakimś  innym  duchem  zemsty!  —  Ada  kończyła  zszywanie  spódnicy.  —  Jednak 
przyznacie, że ja też się na coś przydałam, nieprawdaż? 

—  I  to  bardzo!  —  Dominika  uściskała  serdecznie  przyjaciółką.  —  Ale  powiedz 

nam  teraz  szczerze,  czy  nie  umówiłaś  się  na  randkę  z  tym przystojnym kapitanem, 
co? 

—  To  nie,  ale  kiedy  mnie  żegnał,  to  miał  bardzo  obiecujący  błysk  w  oku... 

Naprawdę! 

—  Na pewno zauważył twoją rozdartą spódnicę! — Olga pośpiesznie podążała w 

stronę przedpokoju. — Ale chwileczkę... Kiedy się znów spotkamy i gdzie? 

—  Na  pogrzebie  pani  Kraftowej  —  zadecydowała  Dominika.  —  Podobno 

morderca  przychodzi  zawsze  na  pogrzeb  swojej  ofiary...  —  tu  urwała  jakby 
zaskoczona własnymi słowami. 

—  A  więc  jednak  uważasz,  że  oni  zostali  zamordowani...  Nonsens!  —  Ada 

zatrzymała się przy drzwiach wejściowych. — Przecież wiadomo, że... 

—  Owszem,  wiadomo.  Ale  trzeba  spojrzeć na tę  sprawę  i  z  tej  strony...  Jeszcze 

jedno:  Olga,  dowiedz  się,  proszę,  kiedy  odbędzie  się  pogrzeb  i  zadzwoń  zaraz  do 
mnie.  Ja  powiadomię  Adę i Tenię.  I przypominam  — pamiętaj o  kocie! Notuj  sobie 
dokładnie,  z  jakiej  strony  nadbiega  i gdzie  znika.  Zapisuj  też  godzinę.  To może  być 
bardzo ważne! 

—  Obiecuję ci, że w celu usprawnienia śledztwa nauczę  ją po drodze chodzić na 

czworakach.  Będzie  to  bardzo  pomocne  w  skutecznym  tropieniu  kocich  śladów.  — 
Ada  wzięła  pojednawczo  pod  rękę  zaperzoną  przyjaciółkę.  —  Idziemy!  Padam  ze 
zmęczenia. 

Po chwili w mieszkaniu Dominiki zrobiło się cicho, tylko góra naczyń świadczyła, 

że było tu wielu gości i długo bawili. 

—  Dlaczego  tak  mnie  intryguje  ten  czarny  kot?  —  Dominika  myła  pośpiesznie 

szklanki.  —  Przecież  pozornie  to  nie  ma  sensu,  ale  przecież  na  świecie  można 
odnotować zjawiska, jakie nie śniły się filozofom. 

Była  zmęczona  i  usnęła  nieomal  natychmiast.  Colombo,  rezygnując  z  nocnego 

spaceru, ułożył się wygodnie przy jej nogach. Dokoła zaległa cisza i tylko było słychać 
szelest liści w alei topolowej. 

Minęła już północ, kiedy na tle ściany domku, tuż pod oknami Dominiki, pokazał 

się nagle niewyraźny zarys jakiejś postaci. Trwała ona nieruchomo, jakby przylepiona 
do muru,  ale nie zakłócona  cisza  ośmieliła intruza.  Powoli, bardzo  ostrożnie,  zaczął 
się  skradać  do  góry,  w  stronę  szeroko  otwartego  okna,  przesłoniętego  tylko 
poruszającą się lekko  firanką.  Kiedy  dosięgał  już  parapetu,  z ciemnej  plamy  pokoju 
wyskoczył nagle z rozmachem wielki, rozwścieczony kot i parskając groźnie, z szeroko 
rozstawionymi  łapami,  zaatakował  błyskawicznie  nieproszonego  gościa. Nikt  by  nie 
poznał łagodnego i leniwego zwykle kota, z którym tak chętnie bawi się Sylwia, mała 
córeczka sąsiadów. Teraz, wyczuwając bezbłędnie niebezpieczeństwo grożące jego pa-
ni,  zamienił  się  raptownie  w  drapieżną  i  krwiożerczą  bestię,  broniącą  pazurami 
dostępu  do  domu.  Nie  baczył  wcale,  że  jego  przeciwnik  jest  o  wiele  mocniejszy. 
Walczył z siłą, o którą nawet sam siebie by nie posądzał. 

Wkrótce  walka  była  skończona.  Colombo  jeszcze  długo  warował  na  trawniku, 

patrząc nieustannie  w kierunku, gdzie w panicznej ucieczce zniknął nocny przybysz. 
Nie  było wcale  trudno zmusić go do odwrotu.  Był najzupełniej zaskoczony i wycofał 
się  w  popłochu,  zwłaszcza  że  pazury  Colomba  zostawiły  na  jego  skórze  głębokie, 

background image

krwawiące ślady. 

Wkrótce  zaczęło  świtać.  Mrok  powoli  ustępował  i  ptaki  rozpoczynały  już  swój 

poranny świergot. Colombo obszedł jeszcze domek dookoła, otrząsnął futro z nocnej 
rosy i wskoczył na parapet okna. Dumny ze swojego wyczynu i ciągle jeszcze napięty, 
siedział tam nieruchomo, niby pogański posążek, odbijający się wyraźną plamą na tle 
białej firanki. Czuwał jeszcze parę godzin, ale kiedy Dominika obudziła się, Colombo 
leżał na tapczanie na swoim miejscu i smacznie chrapał. Był przekonany, że przygoda 
ubiegłej nocy pozostanie jego wyłączną tajemnicą. 

Tego  dnia  Dominika  wstała  z  bólem  głowy.  Spieszyła  się  bardzo,  aby  zdążyć  do 

pracy  i  zostawiła  nawet  nie  posłany  tapczan,  tłumacząc  się  sama  przed  sobą,  że 
szkoda  jej  budzić  Colomba,  który  spał  dzisiaj  wyjątkowo długo  i  tak  twardo, że  nie 
znęcił  go  nawet  zapach  smażonej  w  pośpiechu  jajecznicy.  Dominika  zostawiła  mu 
pokaźną  porcję wędzonego  dorsza  i wybiegła  z  mieszkania. Na ławce  przed domem 
siedziała sąsiadka z pierwszego piętra. Była zajęta, jak zwykle, haftowaniem którejś z 
kolei serwety. 

—  Chyba  dzisiaj  w  nocy  jakiś  złodziej  kręcił  się  koło  naszego  domu  — 

powiedziała  pani  Jola,  odpowiadając  uśmiechem  na  grzeczne  „dzień  dobry” 
Dominiki. — Widziałam go jak na dłoni. 

—  Jak to? — Dominika stanęła jak wryta. — Pani chyba żartuje? 
—  Skąd! Niech pani na chwilę usiądzie. Zaraz wszystko opowiem. 
—  Bardzo  śpieszę  się  do  pracy...  No,  ale  na  minutkę...  Słucham  panią.  Czy  to 

możliwe, żeby... 

—  Przecież  sama  widziałam!  —  pani  Jola  odłożyła  serwetę.  —  Zawsze  pani 

powtarzam, że na parterze nie można zostawiać na noc otwartych okien... Ale pani... 

—  Ale  co  było  z  tym  złodziejem?  —  Dominika  zerkała  nerwowo  na  zegarek.  — 

Może  to  był  raczej  któryś z  naszych  sąsiadów...  Słyszę  przecież  często,  że nawet po 
północy ktoś wbiega po schodach. Dlaczego więc tym razem... 

—  To nie był nikt z naszych. Na pewno! Ale niech pani posłucha: Dzisiaj w nocy 

nie mogłam spać. Wieczorem wzięłam relanium, ale rozbolała mnie tylko głowa i sen 
nie nadchodził. Długo kręciłam się w łóżku  i wreszcie wstałam i poszłam do kuchni, 
żeby napić  się  wody  i zapalić papierosa.  Okno było  otwarte  i usłyszałam nagle  jakiś 
dziwny  głos.  Coś kotłowało  się  pod pani  oknem.  Wyjrzałam  ostrożnie  i  zobaczyłam 
jakiś  cień,  posuwający  się  szybko  wzdłuż  muru.  Za  nim  biegł  Colombo,  parskając  i 
miaucząc przeraźliwie. Co chwila przyskakiwał z pazurami do tego cienia i wyraźnie 
go  atakował.  Po  krótkiej  chwili  wszystko  zniknęło  za  narożnikiem  domu  i  nic  już 
więcej nie widziałam. Nie ulega jednak wątpliwości, że ktoś czatował pod pani oknem 
i Bóg wie, jakie miał zamiary. 

—  A  jak  wyglądał  ten  cień?  —  zapytała  Dominika.  —  Wydaje  mi  się, że  była  to 

zwykła  utarczka  Colomba  z  Maćkiem.  Przecież pani wie,  jak oni  się nie lubią i przy 
każdej okazji wojują ze sobą. 

—  Nic podobnego! — zaprzeczyła stanowczo pani Jola. — Ten cień na murze nie 

był żadnym kotem. Wyglądał raczej na człowieka, uciekającego chyłkiem przy ścianie. 

—  W  nocy  wszystko  wydaje  się  większe  i  inne  —  upierała  się  Dominika.  —  To 

trzeba wziąć pod uwagę. 

—  Owszem, ale wtedy Colombo  też byłby większy. Ta postać na pewno nie była 

kotem.  To  był  jakiś złodziejaszek  i basta! Niech pani  lepiej zamyka  na noc  okna, bo 
może to się źle skończyć! 

—  Czy  pani  jest  naprawdę  całkiem pewna,  że to był  człowiek, a nie jakiś wielki 

kot? — Dominice było trudno w to wszystko uwierzyć. — Przecież Colombo nie atako-
wałby człowieka!... Nigdy tego nie robił i jest taki łagodny... 

—  To dziwne, ale jestem najpewniejsza! Colombo jest wyjątkowo dużym kotem, 

a  przecież przy tamtej postaci był  wielokrotnie  mniejszy...  Chyba  że to  był  jakiś  kot 
potwór, a takie widuje się tylko w filmach. Byłam też bardzo zaskoczona tak dziwną 
odmianą  Colomba.  Przecież on  był zawsze leniwym,  łagodnym i wiecznie zaspanym 

background image

kotem,  a  tej  nocy  zachowywał  się  jak  dzika,  zwinna  puma...  Nie  mogłam  uwierzyć 
własnym oczom! Żaden pies nie  byłby od niego lepszym stróżem. No, ale muszę  już 
iść  do  domu.  Sylwia  śpi,  ale  na  pewno  zaraz  się  obudzi  i  trzeba  szykować  dla  niej 
śniadanie. Do widzenia! 

Dominika podziękowała sąsiadce  i podeszła pod  swoje okna. Na ścieżce, tuż przy 

ścianie  budynku,  zobaczyła  kilkanaście zaschniętych  kropelek  krwi.  Prowadziły  one 
aż do krawężnika. Potem zaczynała się już trawa i ślady się zgubiły. 

—  Ale  co  to?  —  Dominika  ujrzała  w  głębi  trawnika  jakiś  okrągły  brązowy 

przedmiot.  Podniosła  go i osłupiała ze  zdumienia.  Był  to duży kłąb sznurka,  mocno 
zwinięty i nasycony jakimś silnie pachnącym płynem. Ależ tak... to nafta! Skąd się to 
wzięło koło jej  domu? Wczoraj  przechodziła tędy  kilka  razy, a  wieczorem podlewała 
trawnik i niczego nie zauważyła. Ktoś więc zgubił go tutaj ubiegłej nocy... Ale kto? 

W  pierwszej  chwili  miała zamiar  wyrzucić  znaleziony  sznurek  do pojemnika,  ale 

pomyślała  chwilę i zmieniła zamiar.  Pobiegła  z powrotem  do mieszkania,  otworzyła 
drzwiczki od pieca i tam go wrzuciła. Potem zamknęła i zakręciła piec, umyła szybko 
ręce i popędziła do postoju taksówek. Na szczęście stał ich dzisiaj cały rząd. 

Pogrzeb pani Kraftowej był wyznaczony na godzinę piętnastą i Dominika pobiegła 

tam wprost z pracy. Po drodze spotkała Olgę z Adą. Przyjaciółki zdążyły dołączyć do 
orszaku  żałobnego,  kiedy  ten  przekraczał  już  bramę  cmentarza.  Było  tam  zaledwie 
kilka osób, w tym same sąsiadki, a za trumną szła w żałobie tylko jedna kobieta. Nie 
było księdza ani ministrantów, widocznie pogrzeb samobójcy wykluczał ich obecność. 
Jasna główka Teni odbijała się wyraźnie na tle szarej całości. 

—  Czy  to  była  jeszcze młoda  kobieta? —  zapytała cicho  Dominika.  — Ile mogła 

mieć lat? 

—  Trochę  po  pięćdziesiątce.  Bardzo  miła  i  pogodna.  Lubili  ją  wszyscy  — 

informowała szeptem Olga. — Mój Boże, cóż warte jest życie ludzkie! 

—  Ale  dlaczego  popełniła  samobójstwo?  —  Dominika  patrzyła  uporczywie  na 

skromną trumnę, którą stawiano właśnie koło świeżo wykopanego grobu. — Przecież 
coś musiało ją do tego skłonić... 

Odeszła  w  zamyśleniu  w  boczną  alejkę.  Kolorowe  kwiaty  na  grobach 

kontrastowały  z  nastrojem  żałoby  i  smutku,  jaki  tu  niepodzielnie  panował.  Nagle 
zobaczyła  jakąś  kobietę,  która  stała  niedaleko,  obok  wysokiego  pomnika  i  patrzyła 
poprzez krzewy w stronę miejsca, gdzie odbywała się ceremonia pogrzebowa. Była w 
średnim  wieku,  szczupła,  bardzo  jeszcze  przystojna,  ubrana  w  popielaty,  dobrze 
uszyty  kostium.  Dominika,  schowana  za  grubym  pniem  drzewa,  obserwowała  z 
ciekawością jej bladą i ściągniętą twarz, w której paliły się duże czarne oczy. 

—  Wygląda  na  to,  że  ceremonia  ta  nie  jest  jej  obojętna  —  skonstatowała 

zaskoczona Dominika. — Ale może to być zupełnie przypadkowy widz... 

Nagle rozległ się odgłos rzucanych grudek na wieko trumny. Dominika wiedziała, 

że powinna już  odejść, ale nie  mogła oderwać wzroku  od twarzy nieznajomej,  która 
wciąż uporczywie patrzyła w stronę rozkopanej mogiły. Ogromne łzy spływały jej po 
twarzy. Nagle wyprostowała się, dotknęła chusteczką oczu i zniknęła między grobami. 

—  Czyżbym  śniła?  —  Dominika  dopadła  miejsca,  gdzie  przed  chwilą  stała  ta 

kobieta, ale nie było już nikogo. Tylko liście drzew szumiały cicho. 

—  Gdzie  ty  polazłaś?  —  usłyszała  koło  siebie  wściekły  szept  Olgi.  —  Miałaś  w 

naszym  imieniu  rzucić  kwiaty na trumnę,  tymczasem  już prawie  po pogrzebie, a  ty 
paradujesz sobie w najlepsze z bukietem po cmentarzu. Zwariowałaś czy co?! 

—  Cicho! — Dominika wzięła Olgę mocno pod rękę i szybko wracała do miejsca, 

gdzie  zaczęła  już  urastać  mała  górka  ziemi.  Położyła  z  boku  kwiaty  i  podeszła  do 
kobiety w żałobie, aby jej złożyć kondolencje. 

Miały  już  odejść,  kiedy  zobaczyły,  jak  jakiś  młody  wysoki  i  bardzo  piegowaty 

blondyn,  o  prawie  białych  włosach,  składa  również  wyrazy  współczucia  i  znika  tak 
samo szybko, jak się pokazał. 

—  Widocznie jakiś krewny przyjechał w ostatniej chwili — pokiwała głową Olga. 

background image

—  Ci  młodzi  przychodzą  zawsze  za  późno,  chociaż  w  rzeczywistości  mają  mnóstwo 
wolnego czasu. 

—  Zależy kto... Moja córka nigdy go nie miała — westchnęła Dominika. — Już od 

dziecka zawsze się gdzieś śpieszyła. 

—  Jacek  też!  —  potwierdziła  Ada.  —  Ale  czy  oni  nie  psują  sobie  przez  to 

dzieciństwa? 

—  Kto wie... może tak... 
Szły  powoli  do  przystanku.  Rozmowa  się  urwała  i  wszystkie  były  milczące  i 

zamyślone. 

—  Wstąpcie do mnie — prosiła Tenia. — Zaraz będzie autobus. Pogadamy sobie 

tym razem u mnie. 

Bardzo długo czekały i kiedy autobus wreszcie nadjechał, z wielkim trudem udało 

im się wtłoczyć do środka. 

—  Na piechotę byłybyśmy o wiele wcześniej — biadoliła Olga, która nie cierpiała 

tłoku. — Daleko jeszcze? 

—  Zaraz  będziemy  na  miejscu...  Trochę  cierpliwości!  —  pocieszała  ją  Tenia. 

Jesteśmy już za mostem. Jeszcze jeden przystanek i wysiadamy. 

Rzeczywiście, w kwadrans później przyjaciółki wchodziły już do ślicznego ogrodu. 
—  Ależ  zapach!  —  Ada  z  podziwem  spoglądała  na  ogromny  różany  klomb.  — 

Widzę, że żyjesz tu sobie jak Alicja w krainie czarów. 

—  ... tylko zły czarownik, czyli były mężulek, chce ją na siłę zamienić w miotłę — 

Olga była bezlitosna. — No, prowadź na salony, bo padam z nóg! 

W  dużym  jasnym  pokoju  było  chłodno.  Na  okrągłym  stole  śmiał  się  wesołymi 

kolorami  duży  bukiet  kwiatów.  Przyjaciółki  z  przyjemnością  zagłębiły  się  w 
czeluściach przytulnych foteli. Odpoczywały. 

—  A  więc  przystępujemy  do  narady  przy  okrągłym  stole!  —  Ada  z  trudem 

panowała  nad  ogarniającą  ją  sennością.  —  Róbmy  coś,  byle  szybko!  Czuję,  że 
niedługo zacznę chrapać. 

—  Coś  mi  się  wydaje,  że  ta  senność  zaraz  ci  przejdzie.  —  Olga  z  aprobatą 

spoglądała na ogromny placek z czereśniami, który Tenia stawiała właśnie na stole. — 
Ale  czy  to  wypada,  aby  po  takich  smutnych  doznaniach  oddawać  się  rozkoszom 
podniebienia? 

—  To możesz nie jeść. — Dominika skwapliwie podsunęła Teni swój talerzyk. — 

Dziury w niebie nie będzie! 

—  Ale  miałyśmy  przecież  rozmawiać  o  naszej  sprawie.  —  Gospodyni  płonęła 

ciekawością. — Czy zauważyłyście może coś podejrzanego na tym pogrzebie?... Bo ja 
osobiście... 

—  Chwileczkę! — Dominika postanowiła uporządkować dyskusję. — Proponuję, 

aby  każda  z  nas  relacjonowała  po  kolei,  co  ciekawego  zauważyła  dzisiaj  w  czasie 
pogrzebu. Tenia już zaczęła. Słuchamy! 

—  Ja...  —  zająknęła  się  pani  domu,  bardzo  przejęta  swoją  rolą. —  Ja  właściwie 

nic...  Zwróciłam  tylko  uwagę,  że  ta  kobieta  w  żałobie  była  bardzo  przejęta  i 
zrozpaczona...  Myślałam,  że  sama  się  rozpłaczę.  mAle  nie  ma  w    tym  nic 
podejrzanego — pouczała Ada 

skonfundowaną  koleżanką.  —  Gdyby  uśmiechała  się  promiennie  i  wybijała 

hołubce  nad  grobem,  to  wtedy  z  pewnością  oddałabym  ją  do  rąk  własnych  mojego 
przystojnego kapitana jako podejrzaną numer jeden. Ale to nic... Na początek dobre i 
takie uwagi. 

—  Teraz  kolej  na  wielbicielkę  czarnych  kotów.  —  Dominika  spojrzała  z 

uśmiechem  na  Olgę,  która  spokojnie  wykańczała  drugi  kawałek  placka.  —  Co  ty  z 
kolei masz nam do powiedzenia? 

—  Może teraz ja! — Ada pośpiesznie ratowała przyjaciółkę, która oczami dawała 

znaki, że chwilowo nie może mówić. — Ja melduję, szefie, że nic podejrzanego nie za-
uważyłam.  Ciekawi  mnie  tylko  ta  kobieta  w  żałobie,  jedyna  krewna  nieżyjących 

background image

Kraftów. Z niewielkiej  liczby osób na pogrzebie można wnioskować, że  sąsiedzi Olgi 
nie mieli wielu znajomych. Z rodziny też nikt na pogrzeb nie przybył, chyba że tylko 
ten piegowaty blondas, który wpadł widocznie między jednym a drugim pociągiem... 
Czyli w sumie... 

Tu urwała i spojrzała niepewnie na koleżanki. 
—  W  sumie  można  odnotować,  że  nie  utrzymywali  żadnych  kontaktów 

towarzyskich i chyba nie mają w Toruniu bliższej rodziny — rzekła Dominika głęboko 
zamyślona. — Ale kim jest ta pani w żałobie? 

—  To siostra pani Kraft — wyjaśniła Olga, która wreszcie odzyskała głos. — Jest 

to  chyba  osoba  niezamężna,  bo  od  lat  mieszka  u  siostry.  Kraftowie  byli  zawsze 
całkowitymi  odludkami.  Nigdy  nie  widziałam,  żeby  poza  pracownikiem  elektrowni 
ktoś do nich przychodził. Zresztą Kapeć i tak nikogo by nie wpuścił. 

—  To  znaczy,  że  ona  mieszka  teraz  zupełnie  sama  w  tym  domu?  —  zapytała 

Dominika. 

—  Teraz tak! 
—  A czy widziałaś w tych dniach naszego czarnego kota? 
—  Nie! Wytrwale czatowałam, ale go na pewno nie było. 
—  To  nie  przeszkadza,  że  w  każdej  chwili  może  przyjść.  —  Dominika  ku 

zdumieniu  przyjaciółek  zaczęła  się  denerwować. —  Musimy  jak  najprędzej  pójść  do 
niej! 

—  Do kogo? — Olga z wrażenia wzięła trzeci kawałek placka. — Znowu dostajesz 

bzika? Zauważyłam to już na cmentarzu! 

—  A czy wiecie, co ja tam widziałam? — zapytała Dominika cicho, ale za to takim 

tonem,  że  wszystkie  przyjaciółki  jak  na  komendę  przestały  jeść  i  zamarły  w  mil-
czącym oczekiwaniu. 

—  Właściwie, to może być zupełnie bez znaczenia, ale... 
I bez koloryzowania, krótko i zwięźle opowiedziała o 
swoim dzisiejszym spotkaniu z kobietą w popielatym kostiumie. 
—  Może to była sąsiadka, której pani Kraft nie zdążyła oddać stówy, pożyczonej 

do pierwszego — zaczęła po swojemu Ada, ale umilkła natychmiast, widząc poważne 
miny koleżanek. 

—  Mogła  to  być,  oczywiście,  zupełnie  przypadkowo  przebywająca  tam  osoba, 

która  skracała  sobie  drogę  przez  cmentarz albo  odwiedzała  grób  kogoś  bliskiego  — 
przyznała niepewnie Dominika — ale wyraz jej twarzy był stanowczo zastanawiający. 
Nie było to zwykłe przyglądanie się komuś, czy czemuś, z ciekawości. Na pewno nie! 
Przecież widziałam, jak płakała... Ale kto to był? 

—  Trzeba było ją o to zapytać, kiedy stała przed tobą, teraz jest chyba za późno! 

— orzekła z właściwym sobie poczuciem humoru Ada. — Ale Toruń nie jest taki duży, 
może więc ją jeszcze gdzieś spotkamy. 

—  Nie  radziłabym  na  to  liczyć,  bo  przyjdzie  nam  czekać  całe  życie!  —  Olga 

machnęła ręką. — Musimy znaleźć jakiś inny sposób. Trzeba to przemyśleć! 

—  Z  pewnością  przemyślimy,  ale  na  razie  trzeba  nam  pożegnać  gościnną 

gospodynię  i  wędrować  do  chaty.  Po  drodze  odprowadzimy  Olgę.  —  Ada  z 
przerażeniem patrzyła na zegarek. 

—  Dlaczego  wam  się  tak  śpieszy?  —  Tenia  była  rozczarowana.  —  Posiedźcie 

jeszcze! 

—  Tobie  dobrze,  bo nie pracujesz  zawodowo  i  chłopa  też masz  już  z głowy,  my 

zaś  musimy  pędzić  na  godzinę  z  zegarkiem  w  zębach,  a  jeszcze  trzeba  dzisiaj  coś 
przeprać, zrobić kolację i tede! No, cześć! Placek był wspaniały! 

—  Sprawa  się  diabelnie  kotłuje!  —  Olga dreptała  koło  przyjaciółek.  —  Tyle  dni 

już  minęło,  a  my  wciąż  głupie  jak  stołowe nogi.  Wcale  bym  się  nie  zdziwiła,  gdyby 
znów coś nowego się okociło... Tfu! Co ja plotę!... Na psa urok! 

—  To nie jest takie niemądre jak myślisz! — Dominika szła posępnie zamyślona. 

— Trzeba najpóźniej jutro pójść do siostry pani Kraftowej. Musimy ją przestrzec, aby 

background image

była ostrożna, kiedy zobaczy tego paskudnego kota. Czort wie, co się za tym kryje! 

—  Ot, głowa puchnie! — westchnęła Olga. — A czy nie należałoby pójść teraz na 

dłuższy spacer gdzieś nad Wisłę i tam przemyśleć wszystko spokojnie? Trzeba złapać 
trochę powietrza. Pójdziemy? 

—  Pomysł  dobry,  ale  beze  mnie  —  powiedziała  stanowczo  Ada.  —  Jeżeli  mam 

jutro  urwać  się  na  tę  rozmowę  do  domu  Kraftów,  to  muszę  natychmiast  pędzić  do 
siebie. Jak zrobię  kopę pierogów z  kaszą,  a  mój Tomasz z  Jackiem  je uwielbiają, to 
jutro  nawet nie  zauważą,  że  mnie nie ma.  No, to bywajcie  i  dotleniajcie  się  do  syta! 
Do zobaczenia! 

Nadjechała  dziesiątka.  Na  przystanku  czekał  ogromny  tłum  i  Ada  znów  musiała 

pchać  się  siłą  do  środka.  Dominika  z  Olgą  pomachały  w  stronę  przepełnionego 
autobusu  i  poszły  spacerkiem  w  stronę  mostu,  a  potem  stromą  ścieżką  w  dół,  nad 
Wisłę. 

—  Przez  tę  „kocią”  sprawę  chata  mi  brudem  zarośnie!  —  biadoliła  Dominika, 

patrząc z rozpaczą na swój pokoik. — Pędzimy gdzieś stale, zaraz po pracy, a  robota 
domowa leży odłogiem i warczy! 

—  Pociesz się, że dzień w dzień mąż urządza mi kosmiczne awantury na  temat: 

że mnie nigdy nie ma w domu, dziecko płacze głodne, a w lodówce myszy zdychają z 
braku pożywienia — uspokajała Ada przyjaciółkę, poprawiając jednocześnie makijaż. 
—  Musimy  jednak  być  stanowcze  i  zakończyć  tę  historię  jakimś  logicznym 
rozwiązaniem. 

—  A czy mąż sam nie może pójść do sklepu, zamiast biadolić, nie mówiąc już  o 

twoim wyrośniętym dziecku? Naucz ich wreszcie samodzielnego myślenia i działania. 
Przecież masz rozum w głowie! 

—  Ja mam, ale oni nie — i stąd te nieporozumienia. Idziemy wreszcie? Nie strój 

się tak, bo wybieramy się przecież do domu żałoby, a nie na wesele! 

Tymczasem  Olga  już  dobrą  godzinę  siedziała  w  oknie,  oczekując  nadejścia 

przyjaciółek. 

—  Z  nimi  tylko  po  śmierć  się  umawiać!  —  denerwowała  się,  zerkając 

niecierpliwie na zegarek. — Pewno żłopią gdzieś kawę i zapomniały o bożym świecie! 

Ale  oczekiwane  koleżanki  właśnie  nadchodziły  i  machały  do  Olgi  na  znak 

powitania. 

—  Nareszcie  jesteście!  Myślałam,  że  już  się  was  nie  doczekam!  —  całowała 

obydwie po kolei. — A Tenia nie przyjdzie? 

—  Dzisiaj  jest  piątek,  a  ona  w  poniedziałki,  środy  i piątki  ma zaprogramowane 

kłótnie  z  mężem.  Wprawdzie  już dawno  po  rozwodzie, ale stare zwyczaje są  u  nich 
nadal  szanowane.  Będziemy  więc  dzisiaj  tylko  we  trójkę.  —  Ada  rozsiadła  się 
wygodnie przy stole, przysuwając do siebie talerz z czereśniami. 

—  Hola,  mościa  panno!  Czereśnie  poczekają!  Wstawaj,  bo  już  wychodzimy. 

Najwyższy czas! 

Do  sąsiadów  Olgi  wchodziło  się  przez  furtkę,  na  której  groźny  napis  ostrzegał 

intruzów: „Uwaga, zły pies”. 

—  Biedny Kapeć! — westchnęła Olga. — Tylko tyle po nim zostało. 
—  Nie  wiem,  czy  miałabyś  odwagę  tutaj  wchodzić,  gdyby  ten  napis  był  jeszcze 

aktualny. — Ada oglądała  się ciekawie  dookoła. — Patrzcie, jakie piękne kwiaty!... A 
jak wypielęgnowane trawniki! Zaraz widać, że gospodarze mieli dużo wolnego czasu. 

Wchodziły  właśnie  po  schodkach  na  werandę,  otoczoną  drewnianą  balustradką, 

kiedy z mieszkania wyszedł młody człowiek. Szybko minął wchodzące panie i pobiegł 
w stronę furtki. 

—  Ależ  to  ten  sam  piegowaty  blondas,  którego  widziałyśmy  wczoraj  na 

cmentarzu — powiedziała zdumiona Olga. — Więc jednak nie wyjechał. 

—  Widocznie!  —  Dominika  oglądała  z  podziwem  piękny  bluszcz  pokrywający 

ściany werandy. — Wchodzimy? 

—  Jasne! Przecież nie po to przyszłyśmy, żeby kolędować pod drzwiami. Dzwoń, 

background image

bo szkoda czasu! 

Dominika zadzowniła raz i drugi. 
—  Jestem! Już idę! — na progu stanęła ciemno ubrana kobieta. — Przepraszam 

bardzo, ale nie słyszałam od razu dzwonka. 

Podeszła  bliżej  i  nie  okazując  wcale  zdziwienia  na  widok  takiej  liczby  gości, 

wyciągnęła serdecznie rękę na powitanie. 

—  Miło mi, że ktoś zabłądzi do mojej pustelni. Widziałam panie wczoraj... 
Tu urwała, opuściła głowę, ale zaraz wzięła się  w garść i otworzyła szeroko drzwi 

do mieszkania. 

—  Proszę  wejść...  Może  tutaj,  na  prawo...  Siadajcie,  panie!  Zaraz  coś  szybko 

przygotuję do picia. Nie wiedziałam, że... 

-  Pomogę  pani!  —  Dominika  skwapliwie  podążała  za  gościnną  gospodynią.  — 

Uwielbiam kuchenną krzątaninę... Ooo, jak tu ładnie! 

Kuchnia wyglądała rzeczywiście jak królestwo księżniczki Czyściochy: wszystko tu 

było białe, lśniące i ślicznie pachnące. Tuż za oknem kwitł różnokolorowy groszek. 

—  Przecież  w  tej  kuchni  chciałoby  się  siedzieć  całe  życie!  —  zachwycała  się 

Dominika, nalewając wody do błękitnego czajnika. — Pani chyba lubi gotować. 

—  Siostra lubiła... — w głosie kobiety zadrżał smutek. — Teraz nawet herbaty nie 

chce mi się zrobić. Nie mam pojęcia, jak będę tu dalej żyła. 

—  Przekona  się  pani,  że  wszystko  powoli  jakoś  się  ułoży.  Czy  nie  ma  pani  w 

Toruniu żadnych krewnych? 

—  Nici  —  Gospodyni  ostrożnie  nasypy  wała  kawy  do  filiżanek.  —  Nasi  rodzice 

zginęli  w  czasie  wojny,  a  z  bliskiej  rodziny  miałyśmy  tylko  wujka,  ale  on,  zaraz  po 
wojnie, wyjechał do  Kanady i tam pozostał. Nie zapomniał jednak o rodzinie... Cały 
czas utrzymywał z nami kontakt i pomagał nam jak mógł. W tym roku umarł... Teraz, 
po śmierci siostry i szwagra, nie mam już zupełnie nikogo. 

Rozpłakała się, a Dominika milczała, gładząc delikatnie jej rękę. 
—  Cicho... No, już dobrze... — uspokajała rozżaloną. — Wcale pani nie jest sama! 

Teraz,  na  przykład,  są  aż  trzy  baby  w  chacie,  a  w  istocie  miały  być  cztery...  Przed 
chwilą wychodził też od  pani jakiś młodzieniec...  Czy  to pani krewny? Przepraszam, 
że pytam, ale widziałyśmy go wczoraj na cmentarzu. 

—  Nie.  To  zupełnie  obcy  chłopiec.  Interesuje  się  filatelistyką.  Zaczepił  mnie 

kiedyś w sklepie i zapytał, czy mogę mu odstąpić jakieś niepotrzebne znaczki... Ma na 
tym punkcie  bzika, a słyszał od listonosza, że dostajemy listy z Kanady... Był bardzo 
miły  i  tak  mu  na  tych  znaczkach  zależało!...  Dawałam  mu  więc  wszystkie,  jakie 
miałam,  ale  musiałam  robić  to  bardzo  dyskretnie,  bo  mój  szwagier  nie  uznawał 
obcych w domu. Dzisiaj przyszedł po raz pierwszy do domu, pytając, czy nie może mi 
w  czymś  pomóc...  Radził  mi  nawet,  abym  wyjechała  gdzieś  na  urlop,  odpocząć  po 
ostatnich  przejściach.  Obiecywał,  że  będzie  opiekować  się  mieszkaniem  i  podlewać 
kwiaty w domu i na dworze... Byłam szczerze wzruszona, bo teraz rzadko spotyka się 
taką bezinteresowną życzliwość  u młodych ludzi...  A  teraz  odwiedzają mnie  panie... 
Ludzie są tacy dobrzy! 

—  I pojedzie pani? 
—  Nie.  Wolę  pozostać  w  domu.  Może  później.  Jestem  zupełnie  ogłuszona  tą 

tragedią...  Straciłam  w  ciągu  dziesięciu  dni  szwagra  i  jedyną  siostrę...  Nawet  stary 
wierny pies zdechł w tym czasie. 

—  Uwaga — czajnik wymyśla! — Dominika, rada z pretekstu do zmiany nastroju, 

runęła do płyty kuchennej. — Możemy parzyć kawę! 

Po chwili wchodziły do pokoju, niosąc na tacy prześliczne błękitne filiżaneczki. 
—  Cóż  to  za  zastawa! —  zachwycała się  Ada,  lustrując fachowym  okiem kruche 

cacka. — Toż to istne cudo! A ja w tych dniach też znalazłam prześliczną... 

—  Czy  możesz  podać  mi  cukier?  —  Dominika  przezornie  przerwała  Adzie  ciąg 

dalszy. — Pozwól, że zamiast słuchać opowieści o twojej szafie, porozmawiamy sobie 
na inne, ważniejsze tematy. 

background image

—  Mam na imię Klara... — pani domu uśmiechnęła się nieśmiało do swoich gości 

— więc jeżeli to paniom odpowiada, to proszę mówić do mnie po imieniu... 

—  Świetnie!  Ja  jestem  Ada...  —  Ja  Olga.  —  A  ja  mam  na  imię  Dominika!  — 

przyjaciółki na wyścigi uzupełniały prezentację. 

—  Teraz  możemy porozmawiać po  ludzku!  — cieszyła  się  Olga.  — Jesteś równa 

babka i biada temu, kto chciałby cię skrzywdzić! 

—  Jak  Olga  coś  powie,  to  już  koniec!  —  Dominika  była  wściekła.  —  Może 

spróbujmy tych ciastek, wyglądają zachęcająco. 

Po  chwili  wszystkie  gawędziły  o  różnych  małych  babskich  sprawach.  Klara 

rozkręciła się trochę i włączyła czynnie do ogólnej rozmowy. Ale trzeba było zacząć o 
tym najważniejszym... Tylko jak? 

—  Masz  wspaniały  ogród!  —  powiedziała  od  niechcenia  Dominika.  —  Czy 

przychodzą tutaj czasem jakieś zwierzątka... na przykład koty? 

—  Ależ  skąd!  Kotów  u  nas  nigdy  nie  było  —  odpowiedziała  trochę  zdziwiona 

Klara. — Nasz pies wypłoszył je wszystkie za dziesiątą górę. 

—  Ale teraz... W tych dniach... — brnęła dalej Dominika. 
—  Czy nie zauważyłaś wieczorem kota w waszym ogrodzie? 
—  Ależ skąd!... Zresztą ostatnio działo się tu tyle, że... 
—  Oczywiście! — Ada ratowała sytuację. — Ale widzisz... my na pewno wiemy, że 

do  waszego  ogrodu  wchodził  parę  razy  czarny  kot.  Olga  mieszka  naprzeciwko  i 
widziała go doskonale. Właściwie, to nie byłoby w tym nic dziwnego, ale... 

Tu urwała i spojrzała błagalnie na Dominikę. 
—  Może  i  wchodził, nie zauważyłam... —  Klara była  coraz bardziej  speszona. — 

Ale wnioskuję z tego, co mówicie, że którejś z was zginął kot i podejrzewacie, że jest u 
mnie w ogrodzie... Ale ja naprawdę... 

—  Nonsens! —  Dominika zorientowała  się,  że trzeba działać inaczej.  — Musisz, 

Klaro,  wysłuchać  naszej  historii  i  wtedy  zrozumiesz  wszystko.  Olga,  opowiedz 
dokładnie, co widziałaś przez okno. Ale od samego początku i z detalami! 

—  Siódmy raz! — mruknęła Olga, ale zaraz się uśmiechnęła serdecznie do Klary i 

zaczęła  snuć  opowieść.  Przyjaciółki  uzupełniały  ją  gęsto  swoimi  uwagami,  Olga 
protestowała, 

ale 

wreszcie 

dobrnęła 

szczęśliwie 

do 

końca, 

pozwalając 

wspaniałomyślnie Adzie opisać wizytę u przystojnego kapitana. 

—  To byłyście nawet w milicji? — dziwiła się szczerze Klara. — Sądzicie więc, że 

ten kot był zwiastunem tragedii, która rozegrała się w naszym domu? 

—  Na  razie  tak  to  wygląda!  Ale  powiedz,  Klaro,  czy  te  wszystkie  śmiertelne 

wypadki  w  twoim  domu  nie  są  trochę  podejrzane?  Na  przykład:  co  się  stało  z 
Kapciem? 

—  Ktoś go otruł... — Klara zaczęła iść tropem myśli swoich gości. — Myślicie, że 

komuś przeszkadzał? 

—  Właśnie!  Jesteś  bystra  babka!  Jeżeli  ktoś  planował  zrobić  krzywdę  twoim 

najbliższym, to musiał przedtem usunąć psa. Chyba jasne! 

—  No tak... Ale ich nikt nie zamordował. Piotr od wielu lat chorował na serce i po 

prostu umarł na zawał, a siostra... — głos się jej załamał — ona przecież... sama ode-
brała sobie życie... 

—  Ale  dlaczego? — Dominika  objęła ramieniem  Klarę.  ~  Zrozum,  że  chcemy  ci 

tylko pomóc! 

—  Wiem! Ale ja nie widzę żadnej możliwości pomocy... Oni nie żyją, a ja... 
—  Nie  płacz,  musisz  maksymalnie  się  skupić.  Pomyśl,  Klaro,  że  ilekroć  ten 

czarny kot wchodził do waszego ogrodu, tej samej nocy zawsze ktoś u was umierał. W 
tym musi coś być! A poza tym, dlaczego u licha Kapeć został otruty?  Nie wychodził 
przecież poza furtkę i nikomu nie mógł przeszkadzać! 

—  Tego nie wiem! 
—  A skąd wiesz, że był otruty. Może po prostu zdechł! 
—  Nie! Szwagier znał się na tym i mówił, że psa otruto. 

background image

—  No,  więc  sama  widzisz,  że  sprawa  od  samego  początku  jest  podejrzana.  Psa 

usunięto z premedytacją i co do tego nie ma żadnych wątpliwości! 

—  Ale  po  co?  Komu  to  było  potrzebne?  —  Klara  kręciła  głową  z 

niedowierzaniem.  —  Przecież  oni  zmarli  bez  żadnej  ingerencji  z  zewnątrz...  Na 
pewno! 

—  A  skąd  wiesz?  Czy  była  robiona  sekcja,  podczas  której  stwierdzono,  że 

szwagier umarł na serce? 

—  Sekcji nie było. Skąd! Ale jeśli ktoś choruje całe życie na serce i pewnego dnia 

umiera, to można być pewnym, że to zawał! 

—  A u kogo szwagier się leczył? 
—  Właściwie  u  nikogo.  —  Klara  była  wyraźnie  zmieszana.  —  On  nie  uznawał 

lekarzy.  Zawsze  twierdził,  że  więcej  szkodzą  niż  pomagają.  Leków  żadnych  też  nie 
używał, bo uważał to za szkodliwą truciznę. 

—  Więc nie wiemy, co było przyczyną jego śmierci... Ale powiedz jeszcze, Klaro... 

wybacz, że o to pytam... 

—  Słucham... Przecież wiem, że macie jak najlepsze chęci. 
—  Dziękuję  ci, Klaro  — powiedziała  z  ulgą  Dominika.  — To będzie już ostatnie 

pytanie...  Jak  myślisz,  czy  to  możliwe,  aby  twoja  siostra  popełniła  samobójstwo  z 
powodu nagłej śmierci męża? 

—  Nie wiem... — Klara była całkiem przytłoczona. — Pojąć nie mogę, dlaczego to 

zrobiła.  Była  wprawdzie  bardzo przybita  po  śmierci  Piotra,  ale  nic  nie  wskazywało, 
żeby aż tak bardzo się załamała... Byłyśmy bardzo do siebie przywiązane, więc choćby 
ze względu na mnie... powinna... , Urwała wpół słowa i ciemny rumieniec uderzył na 
jej  ;  bladą  twarz.  Ada  spojrzała  wymownie  na  Dominikę  i  obydwie  podniosły  się  z 
miejsc. 

—  Musimy  już  iść.  —  Ada  objęła  serdecznie  ciągle  milczącą  Klarę.  —  Nie  miej 

nam  za  złe  tej  wizyty  i  rozmowy,  ale  weź,  proszę,  pod  uwagę  nasze  intencje. 
Przywiodła  nas  tutaj  szczera  troska  o  ciebie,  a  nie  żadna  chęć  zbierania  tematu  do 
plotek. 

—  Wiem  i  dziękuję!  —  szepnęła  Klara.  —  Bardzo  się  cieszę,  że  was  poznałam. 

Naprawdę. 

—  To  znakomicie!  A  teraz  uważaj:  zamykaj  się  wieczorem  na  cztery  spusty  i 

zamykaj szczelnie okna, a jeżeli zobaczysz czarnego kota koło twojego domu, uciekaj 
zaraz  do  Olgi.  Mieszka  w  tym  małym  piętrowym  domku  po  drugiej  stronie  ulicy. 
Wejście z rogu, dzwonić trzy razy — instruowała Dominika. — I nie lekceważ naszych 
rad! Zdaje mi się, że gdybyśmy przyszły tutaj znacznie wcześniej, może nie doszłoby 
do tych ostatnich tragedii. 

—  Tylko wątpię, czy wtedy ktoś by ci uwierzył i wziął poważnie twoje ostrzeżenie 

— wtrąciła Ada — Nawet teraz brzmi to jak bajka dla grzecznych dzieci. 

—  Możliwe,  że masz  rację!  No, do  widzenia,  Klaro!  Trzymaj się i uszy  do  góry! 

Zajrzymy do ciebie jutro. Chcesz? 

—  Będę czekała i dziękuję wam gorąco za wszystko — całowała serdecznie nowe 

znajome. — Nie zapominajcie o mnie! 

Wyszły na ulicę i chwilę szły w zupełnym milczeniu. 
—  Wstąpicie do mnie? — Olga stanęła przed  swoją furtką. — Pogadamy jeszcze 

trochę. 

—  Dziękuję, ale trzeba pędzić do domu. — Dominika poczuła się raptem bardzo 

zmęczona.  —  Mamy  za  sobą  kawał  dobrej  roboty!  Klara  jest  przemiła!  Aż  strach 
pomyśleć, że jest teraz sama i zupełnie bezbronna... Nie zapominaj o kocie! No więc 
do jutra! Pa! 

Olga patrzyła długo za odchodzącymi przyjaciółkami. 
—  Czuję, że ten kot mógłby mi dzisiaj łapać spokojnie myszy na głowie, a ja i tak 

spałabym  równo!  —  ziewnęła  szeroko.  —  Ale  od  jutra  trzeba  będzie  podejść  do  tej 
sprawy naukowo... Inaczej do niczego logicznego nie dojdziemy! 

background image

I pomaszerowała do mieszkania. Tego dnia sen nadszedł rzeczywiście tak szybko, 

że ledwo zdążyła przyłożyć głowę do poduszki. 

Dominika była właśnie w trakcie sporządzania ogromnego sprawozdania z całego 

półrocza, kiedy zadzwonił telefon. 

—  Słucham!...  Tenia?...  Dzień  dobry!  — ucieszyła  się  Dominika.  —  Co?...  Co  ty 

pleciesz?...  Pożar?...  Jaki  znów  pożar?  Czekaj...  mów  wolniej,  nic  nie  rozumiem... 
Dobrze... Przyjadę do ciebie wprost z pracy... Tak... No, to do zobaczenia! 

Wróciła  do  przerwanej  roboty, ale  już  nie  mogła odzyskać  równowagi.  Wszystko 

szło jej teraz jak z kamienia. Myliła się co chwila i wkrótce było jasne, że już tego dnia 
nic  nie  zrobi.  Oczekiwała  więc  z  niecierpliwością  końca  pracy  i  prawie  pierwsza 
wybiegła z zakładu. Miała nadzieję, że uda jej się jeszcze złapać taksówkę. 

Niestety. Na postoju ogonek oczekujących był kilometrowy jak zwykle o tej porze. 

Pobiegła więc do autobusu, gdzie w ostatniej chwili dołączyła do tłumu wiszącego na 
stopniach.  Kiedy  wysiadała  na  przystanku  koło  Teni,  była  mokra  i  z  trudem  łapała 
oddech. 

Furtka od  ogrodu przyjaciółki  była  gościnnie otwarta,  a ona  sama  opalała się na 

trawniku. Na widok Dominiki zerwała się uradowana. 

—  Jesteś?  Cieszę  się  bardzo,  że  przyjechałaś!  Boże...  jaka  ty  jesteś  spocona  i 

zmęczona! Chodź! Zaprowadzę cię najpierw do łazienki. Chłodna kąpiel doskonale ci 
zrobi. 

—  Z  prawdziwą  przyjemnością,  ale  najpierw  powiedz  mi,  co  się  stało?  — 

Dominika  z  ulgą  weszła  do  cudownie  chłodnego  mieszkania.  —  Niewiele 
zrozumiałam z tego, co przekazałaś mi przez telefon. Co to był za pożar? 

—  Najpierw  relaks,  a  potem  rozmowa  —  zadecydowała  rozpromieniona  pani 

domu. —  Mam dzisiaj doskonały  obiad.  Zanim zdążysz się odświeżyć, będzie czekał 
na ciebie... Jeszcze sekundę, przyniosę ci ręcznik. 

Dominika długo pluskała się w wannie i wkrótce poczuła się jak nowo narodzona. 

Umyła  jeszcze  głowę  i  prawie  zapomniała  o  czekających  ją  sensacjach.  Widok 
nakrytego stołu przypomniał jej, jak bardzo była głodna. 

—  Siadajmy. — Tenia, ubrana w obcisłą zieloną sukienkę, wyglądała prześlicznie. 

— Jedz  chłodnik, a  ja  ci będę opowiadała  o  strasznych  przeżyciach dzisiejszej  nocy. 
Jeszcze robi mi się słabo, kiedy o tym pomyślą. 

—  Ale  wcale  ci  to  nie  przeszkadza,  że  jesteś  roześmiana  I  wyglądasz,  jakbyś 

wygrała główny los na loterii. Nic z tego nie rozumiem! 

—  Posłuchaj,  a  sama  się przekonasz, że  wcale nie  przesadzam... Czy  smakuje  ci 

chłodnik? Mój  mąż  bardzo go lubi,  tylko muszę mu  dolewać więcej  śmietany.  Mało 
kto tak zna się na dobrym jedzeniu, jak on! Zresztą nie tylko na tym, bo... 

—  Wybacz,  ale  opowiedz  mi  najpierw  o  tym  pożarze.  Zaciekawiłaś  mnie 

ogromnie! 

—  Już  opowiadam:  wczoraj  wieczorem  mąż bardzo  długo nie wracał  do  domu. 

Denerwowałam się strasznie, a do tego w telewizji nie było nic ciekawego. Położyłam 
się więc wcześniej do łóżka i robiłam na drutach. Potem zasnęłam. 

—  Która to była godzina? — zapytała Dominika. — Wybacz mi, że ci przerywam, 

ale to może być ważne. 

—  Chyba około północy... Dokładnie nie wiem. 
—  Dobrze. I co było dalej? 
—  Obudził mnie jakiś krzyk. Poznałam głos męża. Zerwałam się z łóżka i od razu 

poczułam zapach dymu. Wybiegłam z sypialni i zobaczyłam, że w pokoju pali się coś 
na podłodze  wysokim i jasnym płomieniem. Mąż pędził właśnie z kuchni, dźwigając 
wiadro. Potrącił mnie  w progu  i chlusnął wodą na ogień, a potem nakrył go pustym 
wiadrem. Był już najwyższy czas, bo płomień zaczął już lizać nogi fortepianu. Gdyby 
mąż wrócił jeszcze później, to mógłby się spalić cały dom. 

—  Łącznie  z  tobą.  —  Dominika  z  wrażenia  zapomniała  o  jedzeniu.  —  Ale  skąd 

wziął się ten pożar?... Czy już znacie jego przyczynę? 

background image

—  Oczywiście!  I  wiesz  co?”.  Ten  ogień  okazał  się  dla  mnie  wprost  zbawienny. 

Gdyby  go,  broń  Boże,  nie  było,  to  skończyłoby  się  to  dla  mnie  tragicznie...  Trudno 
nawet wyobrazić sobie, co to by się działo!... Ty nie znasz jeszcze mojego męża! Brrr! 

—  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  —  Dominika  patrzyła  ze  zdumieniem  na 

rozpromienioną przyjaciółkę. — Pokaż mi miejsce tego pożaru, bo zaczynam odnosić 
wrażenie, że żartujesz sobie ze mnie. 

—  No wiesz... — Tenia była urażona. — No to spójrz! To było właśnie tutaj... czy 

mi teraz wierzysz? 

Podniosła  mały  dywanik,  leżący  koło  fortepianu.  Na  parkiecie  widniała  duża 

czarna  plama  wypalonego  drewna.  Lekki  zapach  spalenizny  był  jeszcze  zupełnie 
wyraźny. Dominika patrzyła na to ze zgrozą. 

—  Ale od czego zapalił się ten parkiet? — zapytała. — Mów wreszcie! Czy rozlałaś 

w tym miejscu jakiś rozpuszczalnik? 

—  Niczego nie rozlałam. — Tenia nakryła plamę dywanikiem i usiadła przy stole. 

—  Jedz  drugie  danie,  bo  wszystko  stygnie.  Zaraz  zrobię  kawy  i  poczęstuję  cię 
doskonałą  szarlotką...  Mój  mąż  uwielbia  ją  i  zawsze  twierdzi,  że  nikt  nie  wypieka 
ciasta tak jak ja. 

—  Nie  tknę  niczego,  dopóki  nie  usłyszę  wszystkiego  do  końca.  —  Dominika 

stanowczo odsunęła talerz. — Co było przyczyną pożaru? 

—  Przecież  mówię...  Jaka  ty  jesteś  nerwowa!...  A  więc,  kiedy  usnęłam,  ktoś 

wszedł  przez  otwarte  okno  do  pokoju  i  wzniecił  ten  pożar  na  parkiecie.  To  był  na 
pewno jakiś chuligan. Mało to ich się kręci wszędzie? 

—  Skąd wiesz? — Dominika zerwała się z miejsca. — Przecież spałaś i nikogo nie 

mogłaś zobaczyć! 

—  Dlaczego  na  mnie  krzyczysz?  —  Tenia  była  znów  urażona.  —  Mówię  ci,  jak 

było.  Ja  nie  widziałam  nikogo,  ale  mąż  wrócił  właśnie  do  domu  i  wchodził  do 
mieszkania  schodami  do  garażu.  Zobaczył  ogień  na  podłodze  i  jakąś  postać 
wyskakującą  przez okno.  Nie  mógł  gonić  za sprawcą,  bo  trzeba  było  najpierw  gasić 
pożar.  Nie  wiemy  więc,  kto  to  był  i  wszystko  dobrze  się  skończyło.  Ten  pożar,  to 
prawdziwe szczęście w nieszczęściu! 

—  Co  ci  odbiło  z  tym  szczęściem?  Czym  tu  się  cieszyć?  Parkiet  wypalony,  cały 

dom  był  narażony  na  całkowite zniszczenie,  a  ty  na  śmierć  w  płomieniach...  Nawet 
nie wiecie, kto to zrobił i dlaczego... Zastanów się! 

—  Jak  ty  nic  nie  rozumiesz...  —  Tenia  nadąsała  się  rozkosznie,  wzruszając 

jednocześnie  opalonymi  ramionami.  —  Czy  możesz  wyobrazić  sobie,  co  to  by  się 
działo, gdyby mój mąż zobaczył kogoś wyskakującego z naszego mieszkania w środku 
nocy, a mnie w łóżku, z dekoltem do pasa?... Co on by sobie o mnie pomyślał?... To, 
że byłam niewinna i nawet nie  widziałam  tego  faceta, nie  miało żadnego  znaczenia. 
Czy  można  wytłumaczyć cokolwiek zazdrosnemu  mężczyźnie?... Teraz rozumiesz, że 
ten  pożar  uwolnił  mnie  od  wszystkich  podejrzeń...  I  nie  tylko!  Mąż  powiedział,  że 
będzie wcześniej  wracać, bo trzeba pilnować domu. Ja wiem, oczywiście, że to nie  o 
dom, ale o mnie chodzi... Czy to nie wspaniałe? No, jednak on mnie kocha nadal i to 
jest najważniejsze... Rozwód pogłębił tylko naszą miłość... Ach! 

Oczy Teni rozbłysły ogromem czułości. Była w tej chwili najzupełniej szczęśliwa. 
—  Taka  ładna  babka,  a  taka  głupia  —  westchnęła  z  prawdziwym  żalem 

Dominika.  —  Wmówiłaś  sobie  wielką  miłość  do  tego  brzuchatego  łysola  i  nic  nie 
potrafi otworzyć ci oczu... No dobrze już... dobrze. Przepraszam cię, że ośmielam się 
naruszyć twoją świętość, ale ja też mogę mieć własne zdanie. Skoro jednak jesteś przy 
temacie  pożaru,  to  powiedz  mi  jeszcze,  w  jaki  sposób  ten  „ktoś”  podpalił  podłogę. 
Tego mi dotąd nie powiedziałaś. Czy może rozlał naftę i podpalił? 

—  Nafta  była,  ale  nie  rozlana.  Wątpię,  czy  mi  uwierzysz,  bo  to  całkiem 

zwariowana  sprawa...  Otóż  ten  nocny  chuligan  wrzucił  do  pokoju  duży  kłębek 
sznurka,  nasyconego  naftą  i  podpalonego...  Też  pomysł!  Dlatego  tak  potwornie  się 
paliło... Ale kiedy mąż... O Boże... Dominika!... Ona mdleje!... Co ci się stało? 

background image

—  Nic... daj mi trochę wody... 
Tenia, oprócz wody, przyniosła także kropelki na serce, które bardzo się przydały. 
—  To  z  tego  upału...  Leż  spokojnie,  a  zaraz  ci  przejdzie.  —  Zrozpaczona  Tenia 

wachlowała przyjaciółkę ostatnim numerem „Kobiety i Życia”. — Już nie  jesteś taka 
blada...  Chwała  Bogu.  Przepraszam  cię,  to  przeze  mnie.  Jak  mogłam  ciągnąć  cię  w 
taki upał.. Już lepiej? 

—  Tak! — Dominika uśmiechnęła się blado do zatroskanej przyjaciółki. — Poleżę 

jeszcze chwilkę i będzie dobrze. Dziękuję ci... 

Tenia wyszła do kuchni odgrzewać obiad, a Dominika rozmyślała gorączkowo. Na 

razie  nie  chciała  rozmawiać z Tenią  o  swoich  podejrzeniach — na  to  było jeszcze za 
wcześnie — ale jednocześnie dobrze zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie 
groziło obecnie wszystkim jej przyjaciółkom... Przecież Teni mało już brakowało... A 
ona?... Gdyby nie Colombo... 

Kiedy  znów  siedziały  przy  stole,  Dominika  próbowała  wyjaśnić  jeszcze  parę 

szczegółów tego dziwnego pożaru: 

—  Czy twój mąż na pewno widział, że ktoś wyskakiwał przez okno? — zapytała od 

niechcenia. — Przecież w nocy niczego dokładnie nie widać. Mógł się pomylić. 

—  Nie  znasz  mojego  męża  —  powiedziała  z  dumą  Tenia.  —  On  ma  znakomity 

wzrok i nigdy — podkreślam — nigdy się nie myli... Najlepszy dowód, że  się ze mną 
ożenił! Możesz być pewna, że widział tego „kogoś”. Skąd zresztą wziąłby się w pokoju 
ten płonący sznurek? 

—  No  tak...  chyba  masz  rację...  —  Dominika  była  bardzo  przygnębiona.  — 

Dziękuję  ci  za  doskonały  obiad.  Teraz  muszę  wracać  do  domu,  bo  czeka  na  mnie 
mnóstwo  roboty...  Ale  słuchaj...  jeszcze  jedno:  czy  zostało  trochę  tego  sznurka  z 
pożaru?...  Przecież  cały  kłębek  nie  zdążył  się  spalić.  Jestem  bardzo  ciekawa,  jak 
wygląda. Gdzie on jest? 

—  Nie wiem — powiedziała zdziwiona Tenia. — Mąż wrzucił go chyba do wiadra i 

wyniósł do piwnicy. Jeżeli chcesz, możemy go tam poszukać. 

—  Doskonale!  —  Dominika  skierowała  się  ochoczo w  stronę  schodów.  —  Może 

zapalisz światło, bo ja nigdy nie mogę tu znaleźć kontaktu. 

Schodziły  ostrożnie  po  dość  stromych  schodach.  Długo  oglądały  się  dookoła,  w 

końcu Tenia zobaczyła w ciemnym kącie poszukiwane wiadro. 

—  O,  jest  chyba  to,  czego  szukamy.  Tak,  tu  jest  właśnie  ten  spalony  sznurek... 

Obejrzyj go, jeśli cię interesuje. 

Dominika  spojrzała i  już nie miała żadnych  wątpliwości.  To był  taki  sam  kłębek, 

jaki znalazła niedawno na swoim trawniku... Tyle że ten był częściowo spalony. 

—  No i co? — Tenia patrzyła z ciekawością na zamyśloną przyjaciółkę. — O czym 

tak dumasz? 

—  Wiesz  co...  Zastanawiam  się  właśnie,  dlaczego  ten  „ktoś”,  nazwijmy  go  dla 

uproszczenia  Iksem,  a  więc  dlaczego  Iks  w  ogóle  wchodził  do  mieszkania?  Mógł 
przecież zapalić sznurek i wrzucić go do pokoju przez otwarte okno. Dla niego byłoby 
tak  bezpieczniej...  Ale  on  był  wewnątrz...  Po  co?  Ryzykował  przecież,  że  ktoś  z 
domowników może się obudzić. Chyba że był pewny, że w domu nie ma nikogo poza 
tobą i może planował rzucić drugi sznurek do sypialni?... Pomyśl, czy to jest możliwe! 

Teni rozbłysły oczy. 
—  Myślisz, że Iks zakradał się do mnie?... Całkiem możliwe! Mógł podpatrzeć, że 

mąż wyjechał... Tak, całkiem prawdopodobne!... Myślisz, że to był jakiś adorator? Ale 
heca! Zaraz powiem mężowi... Niech wie, na jakie niebezpieczeństwa narażają się dla 
mnie mężczyźni. Dziękuję ci, kochana! Bardzo mi pomogłaś! 

—  Lepiej  zatrzymaj  tę  rewelację  dla  siebie.  Jeżeli,  jak  mówiłaś,  twój  mąż  jest 

naprawdę  zazdrosny,  w  takim  razie  po  co  mu  dawać  powody.  Są  to  tylko  moje 
domysły  i na pewno niesłuszne.  Twój  mąż miał rację,  widząc  w  tym  wydarzeniu  po 
prostu chuligański wybryk. 

—  Ja też tak myślałam, ale teraz... 

background image

—  I  miałaś  rację...  —  Dominice  znów  zaczęło  się  robić  słabo.  —  No,  ale  już 

naprawdę uciekam. Bądź zdrowa i trzymaj się zawsze blisko męża. Cześć! 

—  Ja niczego przy nim się nie boję. — Tenia uśmiechała się słodko. — Cieszę się 

bardzo, że teraz będziemy spędzać wieczory razem. To będzie bardzo romantyczne... 
Nie masz pojęcia, jaki on jest dobry i kochany. 

Dominika  jeszcze  raz  ucałowała  przyjaciółkę  i  poszła  powoli  do  przystanku. 

Postanowiła napisać zaraz do córki, aby nieco przyśpieszyła swój powrót z Finlandii, 
gdzie  już  od  paru  miesięcy  przebywała  na  praktyce  studenckiej.  Zaczynała  mieć 
porządnego straciła. 

Nad  „kocią”  sprawą  zawisła  denerwująca  cisza.  Na  próżno  Olga  wysiadywała  w 

oknie nieomal do świtu, bacząc pilnie, czy nie pojawia się ów „duch zemsty”, zgodnie 
z określeniem Teni. Ale nic z tego! 

—  Jak  tak  dalej  pójdzie,  to  zapuszczę  korzenie  na  tym  parapecie!  —  narzekała 

wobec przyjaciółek. — Czy ja nie mam innej, ważniejszej roboty? 

—  Nie wydziwiaj! Punkt obserwacyjny musi być czynny i nie ma na to rady! Czy 

może chcesz, żeby teraz z kolei Klarę spotkało jakieś nieszczęście? 

Ten argument sprawił, że umęczona Olga przestała biadolić. W rzeczywistości była 

bardzo dumna ze swojej roli, która — jej zdaniem — była w całej tej sprawie najważ-
niejsza! 

Ale pod koniec tygodnia zdarzyło się, że zeszła trochę wcześniej z posterunku. Pod 

wieczór zaczął padać deszcz i widoczność spadła prawie do zera. Wiatr uderzał mokrą 
falą w okno i Olga postanowiła pójść wcześniej spać. 

—  Słonia  trudno  zauważyć  w  takiej  szarudze,  a  cóż  dopiero  kota!  — 

usprawiedliwiała  się  sama  przed  sobą.  —  Odpocznę  dzisiaj  odrobinę  dłużej  i  jutro 
będę w lepszej formie. 

Nakryła się pledem powyżej uszu i od razu zapadła w jakieś okropne majaki. Ktoś 

za nią gonił z ogromną  siekierą, potem znów pędziła gdzieś na koniu  i wiedziała, że 
groźni  bandyci  suną  za  nią  w  wielkich  saniach.  Dzwonki  dźwięczały  i  były  coraz 
bliżej...  coraz bliżej... coraz...  Zdawało  się, że  ktoś ją  woła...  wzywa...  Tak, tak,  to  jej 
imię: Olga!... Olga!... Olga! 

Usiadła  raptownie  na łóżku.  U drzwi  wejściowych  szalał dzwonek  i ktoś  ją wołał. 

Co jest u licha? 

Pobiegła do przedpokoju i od razu poznała głos Klary. 
—  Już otwieram... chwileczkę... Co się stało? 
Klara  weszła  do  mieszkania.  Była  tylko  w  nocnej  koszuli  i  lekkim  szalu 

narzuconym na ramiona. Cała ociekała wodą. 

—  Mój  Boże!  —  Olga  była  wstrząśnięta.  —  Chodź  prędko  do  pokoju  i  właź  pod 

pled! Zaraz dam ci suchą bieliznę i gorącą herbatę. Zaziębisz się jak amen w pacierzu! 

Po  chwili  Klara,  ubrana  w  ciepłą  flanelową  koszulę  i  troskliwie  nakryta,  piła 

łapczywie gorący płyn. 

—  Dlaczego uciekałaś w nocy i to  w  taką  okropną  pogodę? Czy  coś się stało?  A 

może widziałaś tego... 

—  Właśnie!  To  było  makabryczne!  Przyznam  ci,  że  dotąd  nie  brałam  zbyt 

poważnie waszych ostrzeżeń odnośnie tego kota, ale teraz... 

Zaczęła rozpaczliwie płakać, kryjąc twarz w poduszce. Olga, nie wiedząc, co robić, 

pobiegła  po  jeszcze  jedną  szklankę  herbaty.  Po  dłuższej  chwili  Klara  uspokoiła  się 
trochę i chętnie wypiła aromatyczny napój. Było jej wciąż jeszcze bardzo zimno. 

—  Niepotrzebnie  tak  bardzo  się  przejmujesz  —  uspokajała  ją  Olga.  —  Może  w 

rzeczywistości  ten  kot  jest  poczciwym  zwierzęciem,  które  przychodzi  do  waszego 
ogrodu  bez żadnych złych zamiarów. Ostrzegłyśmy ciebie tylko na wszelki wypadek, 
bo te wizyty wydawały się nam podejrzane. Możemy się jednak mylić. 

—  Wcale  nie!  —  zaprzeczyła  gorąco  Klara.  —  To  wszystko  okazało  się 

autentyczną  prawdą.  Wasze  podejrzenia  okazały  się  w  pełni  uzasadnione! 
Przekonałam się o tym na własne oczy. 

background image

—  A  jak  to  właściwie  było?  —  Olga,  nie  chcąc  jej  speszyć,  ukrywała  skrzętnie 

palącą  ciekawość.  — Założę  się,  że  ten  kot  łaził  po  trawniku  i  polował  na  ćmy.  One 
często to robią. 

—  Skąd! Było zupełnie inaczej. Przecież sam widok kota, spacerującego grzecznie 

po ogrodzie, nie  wywołałby u mnie takiej paniki. Padał zresztą rzęsisty deszcz i było 
tak  ciemno, że  niczego  nie  można  było dojrzeć.  To  było  całkiem niesamowite!  On... 
on... 

—  No,  wykrztuś  wreszcie!  —  Olga,  której  ciekawość  osiągnęła  już  szczytowy 

pułap, podskakiwała na krześle. 

—  Co on? 
—  ... on wspinał się na okno i sięgał do otwartego lufcika... Wiem, że trudno w to 

uwierzyć, ale tak było! 

—  Przez okno?... To ciekawy kot. Jednak opowiedz mi wszystko po kolei. Może ci 

się tylko wydawało? Sama mówiłaś, że było całkiem ciemno. 

—  Ale latarnia uliczna podświetlała okno i widziałam go jak na dłoni. Posłuchaj, 

jak  to  było:  wieczorem  długo  czytałam.  Kiedy zgasiłam  światło  i  usiłowałam  usnąć, 
rozszalała się burza. Wzrastał wiatr, fale deszczu uderzały o szyby, a grzmoty nasilały 
się z każdą chwilą. Raptem przypomniałam sobie, że zostawiłam w kancelarii otwarty 
lufcik.  Nie  bardzo  chciało  mi  się  wstawać,  ale  bałam  się,  że  deszcz  zaleje  parkiet. 
Narzuciłam  więc  szal  na  ramiona,  wzięłam  dużą,  ciężką  latarkę  i  poszłam.  Nie 
paliłam  światła,  bo  błyskawice  oświetlały  drogą.  Otworzyłam  drzwi  do  kancelarii  i 
kiedy  byłam  już  blisko  okna,  zobaczyłam,  że  coś  czarnego  wspina  się  po  ramie 
okiennej do góry... 

—  Ach! — krzyknęła Olga. — Więc jednak... 
—  Tak. Widziałam wyraźnie czarną głowę i ogromną rękę, czy łapę, sięgającą do 

otworu lufcika... To było okropne! 

—  Oczywiście, że to była łapa... I co zrobiłaś? — Olga była purpurowa z emocji. — 

Przypuszczam, że właśnie wtedy uciekłaś w popłochu, zresztą trudno się dziwić. 

—  To  zrobiłam  trochę  później  —  powiedziała  z  satysfakcją  Klara.  —  Kiedy 

zobaczyłam  tę  czarną  sylwetkę,  wyraźnie  usiłującą  dostać  się  do  środka,  ogarnęła 
mnie  nagle  jakaś  dzika  wściekłość,  która  na  krótką  chwilę  zwyciężyła  strach. 
Pomyślałam  wtedy,  że  może  to  jest  ta  sama  poczwara,  która  w  jakiś  niezrozumiały 
sposób  wniosła  nieszczęście  do  naszego  domu,  a  teraz  znów  skrada  się  pod  osłoną 
nocy,  aby  dokończyć  dzieła.  Postanowiłam,  że  nie  wpuszczę  go  do  domu,  nawet  za 
ceną  życia.  Przyskoczyłam  do  okna  i  z  całej  siły  uderzyłam  moją  latarką  w  czarną 
łapę,  która  sięgała  w  bezbronny  otwór  okna.  Trafiłam!  Rozległ  się  jakiś  dziwny 
skowyt-jęk  i ciemna postać zniknęła,  jakby ją  wiatr zdmuchnął. Zatrzasnęłam wtedy 
lufcik, przemknęłam co tchu do kuchni, a potem tylnymi drzwiami na dwór i na ulicę. 
Dopiero tam ogarnął mnie  strach. Popędziłam jak szalona  w stronę twojego domu i 
zaczęłam dobijać się do drzwi. 

—  Rozumiem. Doskonale zrobiłaś! A która to właściwie godzina? 
—  Minęła północ. 
—  No,  to  ja  idę  do  telefonu,  a  ty  poczekaj!  —  Olga  zerwała  się  z  miejsca.  Leż 

spokojnie i odpoczywaj. Zadzwonię do Ady i Dominiki. 

—  Teraz? Przecież jest już bardzo późno! 
—  Gdzie tam. One nigdy nie idą spać przed północą. To są wypróbowane marki 

nocne.  Urwałyby  mi  głowę.  gdybym  ich  nie  powiadomiła  o  nowych  rozróbach 
naszego kota! 

I pobiegła truchcikiem do telefonu. 
—  Ada?  —  słuchawka podskakiwała  z  przejęcia  i zdenerwowania.  —  Wiesz,  ten 

kot... kot... kot... 

—  Co się dzieje? — zapytała zaniepokojona Ada. — Płyta ci się zacięła na świętą 

noc, czy co? Mówże po ludzku! Co jest z tym kotem? 

—  Przyszedł!... Był!... Klara uciekła, a on wisiał... Jest cała mokra... to jest, była... 

background image

—  Dzwonię  zaraz  do  Dominiki  —  uspokajała  słuchawka.  —  Czy  Klara  jest 

bezpieczna? 

—  Oczywiście! Jest właśnie... to znaczy była... 
—  Zaraz  tam będziemy. Że ty nigdy nie  potrafisz powiedzieć  jednego zdania  po 

ludzku. Cześć! 

W  godzinę później  w  mieszkaniu  Olgi  zakotłowało  się  od  gości.  Dominika  i  Ada 

wynosiły  parasolki  do  łazienki,  a  Olga  biegała  za  nimi,  opowiadając  coś  bez  ładu  i 
składu. 

—  Masz herbatę? — Dominika brała już ster w swoje ręce. — Szykuj wszystko co 

trzeba, a my porozmawiamy sobie z Klarą. 

—  Jestem  cała  i  zdrowa!  Witajcie!  Mam  wyrzuty  sumienia,  że  przeze  mnie 

zrywałyście się w nocy i jechałyście w taką pogodę. 

—  Jak się czujesz? Widzę, że jesteś dzisiaj ubrana w guście Olgi. — Ada patrzyła z 

uśmiechem  na  jej  flanelową  koszulę,  sięgającą  do  ziemi.  —  Każdego  chłopa  można 
wystraszyć takim negliżem. 

—  Nie obmawiajcie mnie, tylko pomóżcie! — Olga wyjrzała z kuchni. — Wszystko 

leci mi z rąk! 

—  Chyba  do  nalewania  herbaty  nie  trzeba  specjalnej  pomocy.  —  Dominika 

usiadła  koło Klary. — Opowiedz nam, kochana,  co się właściwie  stało? Z relacji Olgi 
niczego nie można było zrozumieć. 

—  Nie  bardzo  wiem,  jak  o  tym  mówić  —  Klara  była  bardzo  zmieszana  redą 

bohaterki wieczoru. — Zdaję sobie sprawą, że to wszystko, co przeżyłam, jest nie tylko 
głupie, ale i zupełnie nieprawdopodobne... 

—  Byłybyśmy  zdziwione,  gdyby  było  inaczej  —  uspokajała  Ada.  —  Opowiadaj 

śmiało wszystko po kolei, a my zamieniamy się w wielkie uszy! 

Olga,  chcąc  nie  chcąc,  wycofała  się  do  kuchni,  bo  czajnik  zaczął  już  hałasować. 

Zalewając  wrzątkiem  herbatę  zaczęła  się  gorączkowo  zastanawiać,  co  powie 
przyjaciółkom, kiedy wyjdzie na jaw, że tej nocy zrezygnowała ze swojego dyżuru. — 
Też mnie podkusiło, aby się położyć — martwiła się nie na żarty. — Ale... może im nie 
przyjdzie do głowy, żeby o to zapytać. Daj Boże! 

Niestety,  przyszło!  Kiedy  tylko  weszła  i  postawiła  herbatę  na  stole,  Dominika 

zapytała: 

—  A czy ty też widziałaś kota? 
—  Ja? Skąd! Właśnie wyjątkowo... 
—  Spałaś!! — Ada poczerwieniała z oburzenia. — Przecież miałaś go pilnować jak 

oka  w  głowie!  Gdybyś  go  wcześniej  zauważyła,  Klara  nie  byłaby  narażona  na  taki 
szok. Ładna z ciebie przyjaciółka! Wstyd! 

—  Ależ... Padał deszcz, było całkiem ciemno i tak nic bym nie widziała. A dotąd 

przecież zawsze... codziennie... 

Była  bliska  płaczu  i  nie  wiedziała,  jak  ma  się  bronić  przed  słusznymi  zresztą 

zarzutami. 

—  Dajcie  jej  spokój!  —  Klara  objęła  rozdygotaną  winowajczynię  opiekuńczym 

ramieniem. —  Nie  sądzicie, że  tylko  ja  sama  powinnam  czuwać?  Dlaczego  Olga  ma 
nie dosypiać nocy i... 

—  No, już dobrze! Każdy jest tylko człowiekiem. — Dominika uśmiechnęła się do 

Olgi pojednawczo. — Ale zastanówmy się teraz, co dalej! 

—  Przede wszystkim Klara nie może wracać do domu, aż do wyjaśnienia sprawy. 

Dość już zdarzyło się tam nieszczęść! — Olga spojrzała na nią z wdzięcznością. — Czy 
mam rację? 

—  Na pewno! Ale  będzie  mogła  w naszym towarzystwie  codziennie zaglądać do 

domu. Samej nie wolno tam wchodzić, pamiętaj! Czarny kot znów zaczyna działać... 
Co on teraz nowego kombinuje? 

—  Może  odkrył  w  ogrodzie  wyjątkowo  smaczne  myszy?  —  Ada  zrobiła  oko  do 

Klary, zupełnie przybitej i ogłuszonej takim szumem koło siebie. — Nie  trzeba zaraz 

background image

wpadać w panikę.  Idę  teraz do domu,  bo mnie  mój stary własnoręcznie  udusi  za  te 
nocne włóczęgi. Dobranoc. 

—  Ja chyba zostanę. — Dominice nie chciało się  ruszyć z miejsca. — Jutro rano 

trzeba  obejrzeć  chatę  Klary,  bo  może  kot  coś  nabroił.  Zadzwonię  potem  do  ciebie  z 
pracy. 

Ada  ubrała  się  w  płaszcz  nieprzemakalny  i  nasunąwszy  kaptur  na  czoło  wyszła 

naprzeciw strugom gęstego deszczu. 

—  Pościelę ci  na stole kreślarskim,  zupełnie  dobrze  się  śpi.  — Olga krzątała się 

żwawo po pokoju. 

—  Wszystko  jedno!  Mogę  spać nawet  w  wannie.  Ależ  pogoda!  Ada zmoknie  do 

nitki. 

Po chwili w mieszkaniu  Olgi zgasło światło. Za oknem wiatr mocował się nadal z 

gałęziami drzew, a deszcz zacinał w szyby okien. 

—  Podobno  koty  nie  lubią  wody  —  szepnęła  Olga,  słuchając  deszczu  —  ale,  jak 

widać,  nie  zawsze  się  to  sprawdza.  Nie  może  to-to  siedzieć  na  ciepłym  piecu  i 
mruczeć? Po co łazić po nocy? 

Ale Dominika nic nie odpowiedziała. Spała. 
Następnego dnia  ranek wstał jakby  umyty w słońcu  i gdyby nie kałuże wody nikt 

by nawet nie wiedział, że noc była taka zapłakana. 

—  Zaspałyśmy!  —  Dominika  ubierała  się  pośpiesznie.  —  Muszę  zaraz  pędzić  do 

pracy! Chodźmy  teraz  szybko do  domku  Klary, zobaczyć, co  tam słychać.  Potem  już 
we dwie zjecie śniadanie. Ja bardzo się śpieszę! 

Wyszły na ulicę. Furtka od ogrodu Klary była gościnnie otwarta na oścież. 
—  To mógł zrobić wiatr, ja  ją przecież zamknęłam na klamkę — szepnęła Klara, 

widząc pytające spojrzenia. — Ale mieszkanie zostawiłam otwarte. 

Weszły  od  strony  kuchni.  Ścieżka  tonęła  w  wodzie  i  wszystkie  miały  zupełnie 

przemoczone nogi. Klara otworzyła drzwi i zajrzały ostrożnie do mieszkania. 

—  Zobacz,  czy  wszystko  jest  w  porządku.  —  Dominika  oglądała  się  bacznie 

dookoła. — Uważajcie, bo może tu się ktoś schował. 

—  Trudno  mi  w  to  uwierzyć.  —  Klara,  w  przeciwieństwie  do  pozostałych  pań, 

była bardzo spokojna. — Ale rozejrzeć się nie zaszkodzi. 

Chodziły dłuższą chwilę po całym mieszkaniu. Panowała tam cisza i nie było widać 

żadnych śladów czyjejś obecności. 

—  No,  to  w  porządku.  Możemy  wracać. Pozamykaj wszystko  na mur i  idziemy. 

Po południu wrócimy tu, aby podlać kwiatki. — Dominika patrzyła nerwowo na zega-
rek. 

To wy zamykajcie, a ja zajrzę jeszcze na werandę. Mam ochotę uszczknąć tam parę 

pędów  z  twego  bluszczu.  Pozwolisz?  —  Olga  spojrzała  pytająco  na  Klarę.  —  Pla-
nowałam wprawdzie ukraść je przy jakiejś okazji, bo podobno szczepki wtedy szybciej 
rosną,  ale  ruszyło  mnie  su—  Więc  kradnij,  ile  chcesz.  Ja  pójdę  zakręcić  kurek  od 
wody, bo w kuchni uszczelka nad zlewem jest uszkodzona i woda kapie bez przerwy. 
To nie potrwa długo. 

Klara wychodziła właśnie z piwnicy, kiedy na werandzie rozległ się głuchy łoskot. 
^ — Ani chybi Olga rozbija doniczki i wyrywa  bluszcz z korzeniami. — Dominika 

była wściekła. — Ja tak się śpieszę, a ona... 

Klara pobiegła pierwsza w tamtą stronę i nagle w całym mieszkaniu rozległ się jej 

przeraźliwy  krzyk.  Dominika  w  dwóch  susach  dopadła  drzwi  werandy.  Klara 
odwróciła się i chwyciła ją kurczowo za ramiona... Łkała rozpaczliwie i powiedziała z 
trudem: 

—  Ona... Ona tam leży... Nie żyje! 
—  Kto? —  Dominika  wyrwała  się  z  uścisku  Klary  i  runęła na  ganek.  Po  prawej 

stronie,  tuż  przy  balustradzie  pokrytej  bluszczem,  leżała  Olga.  Twarz  miała 
odwróconą  na  bok  i  prawie  całkiem  zakrytą  zielonymi  pędami,  które  widocznie 
oberwały się podczas upadku. Bezwład leżącego ciała był przerażający. 

background image

—  O Boże! — Dominika dopadła do przyjaciółki. — Wody! Szybko! 
—  Woda  jest  zamknięta...  —  wyszlochała  Klara.  —  Przenieśmy  ją  na  tapczan... 

Może jeszcze żyje... 

Tu  znów napadł  ją  atak  histerycznego płaczu, ale  z  ogromnym  wysiłkiem  starała 

się  opanować.  Teraz  przede  wszystkim  trzeba  było  myśleć  o  ratowaniu  Olgi.  Z 
wielkim trudem przeniosły nieprzytomną do pokoju i ułożyły troskliwie na tapczanie. 
Dominika otworzyła szeroko okno i podwójne drzwi na werandę. 

—  Może masz spirytus albo choćby wodę kolońską? Poszukaj, proszę! Może jest 

tylko nieprzytomna. 

Klara pobiegła do sypialni i przyniosła ogromny flakon perfum. 
—  Mają bardzo intensywny zapach. Spróbuj! 
Nacierały silnie skronie omdlałej, podsuwały flakon do 
nosa, ale to nic nie pomagało. Próba zastosowania sztucznego oddychania też nie 

dawała pozytywnych rezultatów... Chyba więc jednak nie żyje. 

Przerażone  i  zajęte  ratowaniem  nieprzytomnej  Olgi  nie  zauważyły  wcale,  że 

spośród  bluszczu,  oplatającego  ścianę  werandy,  ktoś  je  bacznie  obserwuje.  Zimne, 
błyszczące  punkciki  przyczajonych  oczu  nie  wyrażały  żadnych  przyjaznych  uczuć. 
Wręcz przeciwnie. Były wrogie i gotowe na wszystko. 

A w głębi pokoju panowała tymczasem prawdziwa rozpacz. 
—  Ktoś ją zamordował! — łkała rozpaczliwie Klara. — To na pewno ten przeklęty 

kot!...  Musimy  natychmiast  wezwać  pogotowie!  Może  jeszcze  żyje  i  tylko  lekarz 
potrafi jej pomóc! 

Już miała  pędzić  do  telefonu,  kiedy „zamordowana” poruszyła  się, wymamrotała 

coś niezrozumiale i otworzyła oczy. 

—  Żyjesz?... Ona żyje! — Dominika szalała z radości. — Już ci lepiej? Powiedz! 
—  Przecież  nic  mi  nie  jest  —  mruknęła  Olga.  —  Ale  co  tutaj  tak  potwornie 

śmierdzi?... Chciałyście mnie otruć, czy co? 

—  Nacierałyśmy  ci  skronie  perfumami,  bo  Klara  zamknęła  wodę  —  Dominika 

płakała  z  radości.  —  Ale  jakim  cudem  tak  się  urządziłaś?  Co  się  stało  na  tej 
werandzie?... Widziałaś tam kogoś? 

—  Niczego nie widziałam... (Listki na  werandzie  mocniej zadrżały) Wiem tylko, 

że  szukając  dorodnych  pędów  grzebałam  po  łokcie  w  bluszczu  —  i  dalej  nic  nie 
wiem... Ale dlaczego ja leżę na tapczanie? I czemu jesteście takie zaryczane? Czy coś 
się stało? 

—  Przecież zemdlałaś. Nie pamiętasz? 
—  Nic a nic! 
—  Przypomnij jednak sobie wszystko, co wówczas zaszło... To bardzo ważne! 
—  A idźcie wy! Ja ledwo żyję, a one... Ale zaraz... czekajcie! Coś mi się... 
—  No  właśnie!  —  Dominika  ściskała  mocno  jej  rękę.  —  Jednak  coś  sobie 

przypomniałaś. Mów szybko! 

—  Był jakiś błysk... Ależ tak!... Dużo rozsypanych gwiazd. Wielkich i złotych. 
—  Idiotka! — Dominika potrząsnęła Olgą. — Co ty bredzisz! Opamiętaj się! Jakie 

znów gwiazdy? 

—  A  przestań  ty  mnie  męczyć.  Boli!  —  jęknęła  Olga.  —  Co  mnie  tak  strasznie 

piecze?... Oooo, tutaj! 

Pochyliły  się  nad  nią  i  ze  zgrozą  zobaczyły  na  czubku  jej  głowy  ogromny  guz, 

pęczniejący w oczach. 

—  No, to teraz wszystko jest jasne — odetchnęła Dominika. — Zwaliłaś sobie coś 

na  głowę  i  oto  są  skutki.  Zawsze  wiedziałam,  że  jesteś  nieprzeciętna  łamaga!  Tyle 
nam napędzić strachu... Wstyd! 

—  Choć zabij sie, nieprawda! — Olga usiadła na tapczanie. — Pójdziemy zaraz na 

werandę  i  zobaczycie  same,  że  nie  ma  tam  niczego,  co  mogłoby  nabić  mi  guza. 
Pomóżcie mi tylko wstać! 

—  Przecież wiem z góry, że złotych gwiazd  tam nie znajdziemy. — Dominika ze 

background image

zgrozą przypomniała sobie, jak  bardzo jest już spóźniona do pracy. — Musimy teraz 
iść,  a  po  południu  u  mnie  wszystko  obgadamy.  Olga  musi  jak najprędzej  przyłożyć 
sobie kompres na głowę. Chodźmy! 

—  O  Boże!  —  rozpłakała  się  Klara.  —  To  są  całkiem  niesamowite  sytuacje! 

Przecież  widziałam  na  własne  oczy...  czarnego  kota.  Zdążyłam  uciec,  ale  Olga...  To 
jest też jego robota! On dybie na życie nas wszystkich... Boję się... Bardzo się boję! 

—  Ja powinnam  się  bać,  bo  właśnie mnie  ktoś  zaprawił!  —  Olga  już  wstawała, 

starannie  przygładzając  rozwichrzone  włosy.  —  Nie  trzeba  tak  się  przejmować... 
Jakoś to będzie! 

—  Olga  ma  rację!  —  Dominika  serdecznie  przygarnęła  płaczącą.  —  Przecież  w 

sumie nic się wam nie  stało.  Olga  nabiła sobie  wprawdzie guza,  co  się  często nawet 
dzieciom zdarza... Lecz jaki to może mieć związek z kotem? 

—  Zabierzcie mnie stąd, błagam! Nigdy nie byłam tchórzem, ale teraz naprawdę 

się boję! — Klara nie mogła się uspokoić. 

—  Zamykaj  drzwi  i  wychodzimy!  Jednak  pod  żadnym  pozorem  nie  wracajcie 

tutaj więcej. Na razie odpoczywajcie, a około szesnastej zapraszam do mnie. Musimy 
poważnie  porozmawiać.  —  Dominika  pośpiesznie  wyprowadzała  koleżanki.  — 
Zadzwońcie  do  mnie!  Zupełnie  nie  mam  pojęcia,  jak  usprawiedliwię  dzisiejsze 
spóźnienie... Bywajcie! 

—  Wygląda  na  to,  że  współczesne  koty  nie  łapią  już  myszy,  lecz  biorą  się  za 

chuligaństwo  —  powiedziała  zamyślona  Olga,  otwierając  drzwi  do  mieszkania.  — 
Może  istotnie  on  mnie  tak  urządził...  Wiesz,  teraz  sobie  przypominam,  że  kiedy 
grzebałam  w  bluszczu,  miałam  dziwne  wrażenie,  że  nie  jestem  tam  sama...  Czułam 
nieomal tchnienie czyjegoś oddechu. Może głupie, ale tak było. 

—  Nic już nie rozumiem. — Klara nadal nie mogła opanować nerwowego płaczu. 

— Ktoś czy coś uczepiło się nas nieprzytomnie i w ciągu niecałych dwóch tygodni wy-
kończyło  prawie  wszystkich  domowników.  Przecież,  gdybym  dzisiaj  w  nocy  nie 
uciekła, kto wie, co by się wydarzyło. Ale dlaczego tak się dzieje? Dlaczego? 

—  Najpierw  zjemy  śniadanie,  odpoczniemy,  a  po  południu  pójdziemy  do 

Dominiki, gdzie wszystkie cztery spróbujemy rozsądnie przeanalizować sytuację. Nie 
płacz! Włóż papcie i wyciągnij się na tapczanie.  Pójdę teraz do kuchni. Na głodnego 
nikt jeszcze żadnej mądrości nie wymyślił. 

—  Zaczekaj. — Klara poczuła wyrzuty sumienia. — Ja  tu biadolę i histeryzuję,  a 

ty  masz  przecież  rozbitą  głowę  i  trzeba  ci  zrobić  szybko  opatrunek.  Daj  mi  trochę 
wody utlenionej, kawałek ligniny i bandaż elastyczny. Zobaczysz, zaraz ci ulży. 

Olga chciała protestować, ale doszła do wniosku, że Klara powinna oderwać się od 

swoich ponurych myśli. Usiadła więc posłusznie na krześle i pozwoliła opatrzyć sobie 
głowę. 

—  Wiesz co? To było bardzo silne uderzenie i skutki jego byłyby znacznie gorsze, 

gdybyś  wtedy nie  pochyliła  głowy... To widać  jak na  dłoni  — powiedziała zdziwiona 
Klara. — Niemożliwe, abyś mogła uderzyć się sama, przecież  tam, gdzie leżałaś, całą 
ścianę pokrywa bluszcz... Chyba że w bluszczu... 

Zamilkła i spojrzała niepewnie na przyjaciółką. 
—  Jeżeli  to  był  kot,  musiał  być  naprawdę  wyjątkowo  wielki.  —  Olga  ostrożnie 

dotykała  obandażowanej  głowy.  —  Czy  jest  możliwe,  aby  kocia  łapa  mogła  nabić 
takiego guza. 

—  Chyba nie — powiedziała Klara — ale sama go sobie też nie nabiłaś... Więc jak 

to się stało? Cudów nie ma . Ale posłuchaj... ta kocia łapa, wiesz, ta w lufciku... 

—  Wiem — powiedziała Olga. — Ta, w którą wyrżnęłaś latarką. 
—  Właśnie. Otóż  ta  łapa  była jakaś... nienaturalnie wielka. Przecież wiem, jakie 

kot  ma  łapy,  ale  ona  była  o  wieli'  większa...  Taka  duża  jak  ręka  człowieka,  tyle  że 
czarna.  Nie  umiem  dokładnie  opisać,  ale  w  tym  było  coś  nienormalnego...  I  tego 
właśnie tak bardzo się boję. 

—  Tylko  spokojnie,  a  wszystko z czasem się wyjaśni. Noc  i  strach przerysowują 

background image

wiele  spraw.  No, ale teraz już nieodwołalnie robię śniadanie.  Połóż  się  trochę,  bo  w 
mojej kuchence nie zmieścimy się obydwie. 

Klara  usiadła  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Zaczynała  wierzyć  święcie,  że  jakaś 

tajemnicza  i  okrutna  siła  wtargnęła  do  jej  domu...  Ale  czego  chce?  Przecież  nie  ma 
wątpliwości,  że dzisiejszej nocy znów zaatakowała,  i  gdyby wówczas nie uciekła...  A 
teraz zaczyna mścić się na jej przyjaciółkach. Tak... to jasne! Przecież  Olga sama się 
nie  uderzyła,  więc kto?  Dobrze,  że  tak  się  skończyło, ale  co będzie dalej? — Poczuła 
zimne i gorące dreszcze. 

—  Przyniosłam ci mocnej herbaty z cytryną. — Olga przerwała jej rozmyślania. — 

Wypij, natychmiast poczujesz ulgę. Proszę! 

Klara  wysączyła  wszystko  do  dna  i  poczuła  się  trochę  lepiej.  Zjadła  jeszcze  parę 

kanapek i raptem zaczęła ogarniać ją senność. 

—  Połóż  się  teraz,  a  ja  pozmywam  naczynia.  -  Olga  wyciągnęła  ze  swojej 

przepaścistej  skrzyni  ogromną  poduszkę.  Kładę  ci  na  stoliku  najnowsze  tygodniki. 
Może zechcesz je przejrzeć. 

Klara  położyła się i próbowała czytać, ale wkrótce  głowa  opadła  jej  na poduszkę. 

Zapadła w głęboki sen. Olga nakryła ją troskliwie pledem, zasłoniła okno i wykręciła 
numer Dominiki. 

—  Cześć!...  W  porządku...  Tak,  było  trochę  źle,  ale  dałam  jej  w  herbacie 

podwójne relanium i właśnie śpi jak suseł... Co?... Ależ skąd! Sama wiele razy brałam 
i jakoś żyję... Co?... No, boli mnie i to porządnie... Tak... Klara zrobiła mi kompres i 
wyglądam, jakbym wróciła z wojny trzydziestoletniej... Skąd! Oczywiście, że zdejmę. 
Nie  będę robić z siebie  widowiska... Tak... Przyjdziemy na pewno... Chyba  że będzie 
jeszcze spała... Dobrze. No, to cześć. 

Odłożyła  słuchawkę  i  zamyśliła  się  głęboko.  Cała  ta  sprawa,  już  przedtem 

tajemnicza i cudaczna, stawała się coraz bardziej zawikłana. 

—  Ale  o  tym  potem,  a  teraz  do  roboty!  Kot  mi  jeść  nie  da.  —  Przeciągnęła  się 

ziewając  szeroko,  bo  ostatniej  nocy  znów  się  nie  wyspała.  Rozłożyła  ogromne 
papierzyska  na  stole  kreślarskim,  ale  zamiast  zacząć  dopracowywać  szczegóły 
wystroju  wnętrza pałacyku  w  Gutkowie,  wzięła do ręki  „Opowiadania  egipskie”.  Nie 
zdążyła  jeszcze  dotąd  przebrnąć  szczegółowo  przez  ostatni  rozdział,  pod  tytułem 
„Słoneczne  Oko”,  i  postanowiła  starannie  go  przewertować.  Znała  już  początek 
legendy o Tfene,  ukochanej  córce boga słońca Re, która  pogniewawszy  się  ongiś na 
ojca, uciekła do Nubii, gdzie przybrała postać dzikiej kotki i pędziła samotne życie na 
pustyni. Dominika uznała wprawdzie, że w tej legendzie  nie  można znaleźć żadnych 
powiązań z ich aktualną „kocią” sprawą, ale Olga była uparta i postanowiła przeczytać 
całe opowiadanie do końca. 

Była trochę senna i niezbyt uważnie przerzucała stronice, ale nagle poczuła, że robi 

się  jej  gorąco.  Zatrzymała  się  czujnie  nad  jednym  zdaniem,  którego  treść  dopiero 
teraz do niej dotarła. Czytała: „Na kartach papirusu lejdejskiego Tot — czy raczej jego 
wcielenie  pod  postacią  małego  pawiana  —  prowadzi  uczoną  rozmowę  z  kotką 
nubijską,  obrażoną na cały świat, nienawidzącą świata, prowadzącą krwawe łowy na 
pustyni dalekiego południa”... 

—  Krwawe  łowy?...  —  przerażona  Olga  dotknęła  obandażowanego  guza.  — 

Przecież  to  jasne...  Jeżeli  obrażona  kocica-bogini  lubiła  się  zabawiać  mordowaniem 
niewinnych  ofiar,  to  nie  ma  wątpliwości,  że  ta  historia  pasuje  idealnie  do 
tajemniczych  zgonów  w  domu  Kraftów...  O  Bożyczku  złoty!...  Toż  ona  używa  sobie 
tam  po  swojemu,  a  my  głupie  latamy  z  tym  do  milicji.  Ale  teraz  już  wszystko  jest 
jasne! Zawsze twierdziłam, że trzeba mieć naukowe podejście do problemu... Ale jak 
przekonać o tym Dominikę i Adę?... One nigdy w to nie uwierzą i wyjdą, jak zwykle, 
na głupią... No, ale prawda i tak musi być górą! 

I znów zabrała się do czytania „Opowiadań egipskich” 
A w ogrodzie Kraftów, zaraz po odejściu przyjaciółek, jakiś ciemny cień przemknął 

zwinnie  przez  balustradę  werandy  i  zniknął  w  zielonym  gąszczu  ogrodu.  Na  chwilę 

background image

przycupnął  czujnie  przy  samym  płocie  i  długo  obserwował  ulicę.  W  dogodnym 
momencie  wymknął  się  bezszelestnie  z  ogrodu  i  podążył  żwawo  przed  siebie. 
Zatrzymał się jeszcze naprzeciw okien Olgi i popatrzył w ich kierunku złowróżbnym i 
nienawistnym wzrokiem. Oczy zwęziły mu się w wąskie i okrutne półksiężyce. Potem 
pobiegł dalej, nie oglądając się więcej. 

Rozdział

 IX 

Czekały już przeszło godzinę na przybycie Klary i Olgi. Denerwowały się okropnie, 

bo  dyskusja  zapowiadała  się  wyjątkowo  interesująco,  a  tu  trzeba  było  czekać  na 
skompletowanie babskiego grona. 

—  Nie  ma  sensu  marnować  cennego  czasu  —  niecierpliwiła  się  Ada,  która 

zostawiła  w  domu  rozpoczęte  pranie  i  wściekłego  męża.  —  Opowiedz  nam,  co 
wydarzyło  się  mdzisiejszej  nocy,  a  tymczasem  spóźnialskie  na  pewno  się  zgłoszą. 
Telefon u Olgi od dawna nie odpowiada, co znaczy, że już wyszły. 

—  Jak  chcecie  —  Dominika odeszła  wreszcie od  okna 1 usiadła  na  tapczanie.  — 

Ada wie już prawie wszystko, ale-Tenia o niczym jeszcze nie słyszała. Opowiem więc 
jej  w  skrócie  o naszych  nocnych  i  porannych  przygodach.  Słuchajcie  uważnie:  Otóż 
dzisiejszej nocy ten pechowy kot pojawił się w ogrodzie Kraftów. Klara go zobaczyła, 
kiedy wspinał się po ramie okiennej i chciał wejść do mieszkania przez otwarty lufcik. 

—  Może  był  głodny?  —  wtrąciła  Tenia.  —  Do  mojej  piwnicy  też  włażą  koty, 

szukając  jedzenia.  Wynoszę  im  tam  zawsze  mleko  i  resztki  z  obiadu,  bo  mój  mąż, 
chociaż ma dobre serce, ale nie lubi... 

—  Ja też nie lubię, żeby mi wciąż przerywać — powiedziała surowo Dominika. — 

Nie  zapominaj,  że  uczestniczysz  w  regularnym  śledztwie,  w  którym  kot  jest  podej-
rzany o morderstwo. Nie możemy porównać tej sytuacji z żadną inną. 

—  Ale czy to jest logiczne? — Ada jak zwykle była przekorna. — Przecież człowiek 

to nie mysz! Jak można posądzać kota o zabicie psa?... Koń by się uśmiał!... A potem 
wchodzi w rachubę jeszcze dwoje ludzi... Czy my nie stawiamy rzeczywistości do góry 
nogami? 

—  To nie jest pozbawione sensu, co mówisz — przyznała Dominika — ale nasza 

sprawa jest od początku „odwrócona”. Gdyby nie tragiczne wypadki w domu Kraftów, 
nie  byłoby  w  tym  odrobiny  sensu,  ale  biorąc  to pod  uwagę...  i  jeszcze  inne  ciekawe 
przypadki — dodała po chwili 

westchnieniem  —  ustaliłyśmy,  że  trzeba  wyjaśnić  kocią  sprawę  do  końca.  Z 

pewnością jest w tym coś niezrozumiałego. Zastanówmy się chwilę: koty lubią ciepło i 
nigdy  nie  łazą  po  deszczu.  One  zawsze  unikają  pluchy.  Od  wielu  lat  mam  w  domu 
zwierzątka  i  wiem  to  z  pewnością...  A  tymczasem  ten  kot  łaził  wczoraj  w  strugach 
ulewnego deszczu, a potem usiłował dostać się do mieszkania, gdzie spała bezbronna 
i ostatnia, podkreślam: ostatnia pozostała przy życiu mieszkanka tej pechowej willi... 
Po co tam się pchał? Ja dopatruję się w tym najgorszego! 

—  No,  ale  Klara  uciekła  i  kot  musiał  obyć  się  smakiem.  —  Tenia  ciągle  była 

optymistką. — Przecież nic złego się nie stało. 

—  Czy  to  jeszcze  mało? —  oburzyła  się  Ada.  —  Olga  wyciągnęła nas  z domu po 

północy,  podczas  szalejącej  burzy,  a  Klara  przeżyła  duży  wstrząs  nerwowy,  który 
nigdy bezkarnie nie mija. Już za to samo skóra z tego kota powinna dawno wysychać 
na desce! 

—  A  czy  wiecie,  że  dzisiaj  rano  ktoś  tak  przyłożył  Oldze  po  głowie,  że  straciła 

przytomność? Obydwie z Klarą byłyśmy pewne, że została zabita na amen. 

Zapanowało pełne zdumienia i zgrozy milczenie. 
—  A kto ją tak urządził? — wykrztusiła wreszcie Ada. — Gdzie to się stało? 
—  Oczywiście  w tej przeklętej willi! Poszłyśmy tam rano, aby zobaczyć, czy nikt 

background image

nie zdemolował chałupy. Wszystko było pozornie w porządku, ale Oldze zachciało się 
iść na werandę urwać bluszczu. Poszła tam sama, bo któż spodziewał się czegoś złego 
w biały dzień. Znalazłyśmy ją leżącą tam bez przytomności na podłodze. Miała guza 
większego niż jej-głowa. Byłam pewna, że już po niej! 

—  Ja mam parszywe szczęście! — rozpaczała Ada. — Jak się dzieje coś naprawdę 

ciekawego, to mnie akurat nie ma!... Nie mogłyście zaraz zadzwonić? 

—  Też wymagania! — rozgniewała się Dominika. — Musiałyśmy przecież przede 

wszystkim myśleć o ratowaniu zabitej... 

—  To ona... nie żyje? — Tenia z trudem łapała oddech. — I dopiero teraz nam o 

tym mówisz? 

Rozszlochała się w głos, nie bacząc, że rozmazuje starannie wypracowany makijaż. 

Ada stała jak osłupiała i patrzyła pytająco na przyjaciółkę. 

—  Ależ  jej  nic  się  nie  stało!  —  Dominika  była  wzruszona  i  trochę  zła.  —  Zaraz 

przyszła  do  siebie  i  Klara  zrobiła  jej  opatrunek.  Warto  jednak  podumać,  kto  ją  tak 
urządził... Sama nie nabiła sobie tego guza, na werandzie jest gęsta ściana miękkiego 
bluszczu... Ktoś tam mógł się schować i... 

—  To trzeba koniecznie obejrzeć na miejscu — powiedziała Ada. — Myślę, że nie 

można zbyt pochopnie... 

Tu dzwonek telefonu przerwał rozmowę. 
—  To na pewno Olga! — Dominika pędziła do  przedpokoju. — Tak!... Słucham! 

Skąd  dzwonisz?...  Co?  Ze  szpitala?  Co  tam  robisz?...  Ach  tak...  Tak...  Straszne!... 
Zaraz tam jedziemy!... Dlaczego nie? Rozumiem!... Dobrze, tylko się 

Odłożyła słuchawkę. 
—  Dominika, co się stało? Mów! Zaniemówiłaś czy co? 
—  Klara jest w szpitalu... 
—  Klara?!... Dlaczego? 
—  Chodźmy do pokoju. Muszę usiąść. 
Ada objęła słaniającą się Dominikę i usadowiła wygodnie na tapczanie. 
—  Masz może  jakiś  alkohol?  — zapytała, patrząc  z troską  na  jej  bladą  twarz.  — 

Sądzę, że teraz bardzo by się przydał. 

—  Jest w kredensie na dole... Na prawo. Tak... Z przyjemnością trochę wypiję. — 

Dominika stwierdzała ze zdumieniem, że nie ma siły ruszyć ręką. — Weźcie też słone 
paluszki. Są obok. 

—  Wypij! — Ada przechyliła do jej ust kieliszek ze złocistym płynem. — I do dna! 

Zaraz ci słabość minie. No, na zdrowie Klary! 

—  A mój stary nie poczuje? — Tenia nawet w takiej chwili miała skrupuły. — On 

bardzo nie lubi, kiedy kobieta pije. 

—  Głupota  babska  jest  jak  miłosierdzie  boskie  bez  granic!  —  Ada  wzruszyła 

wymownie ramionami. — Dominika, nalać ci jeszcze jednego? 

—  Dziękuję... Już mi lepiej. Myślałam, że się przewrócę. 
—  Nie  przy  nas,  kochana!  A  teraz  powtórz,  co  mówiła  Olga.  Czy  już  możesz 

mówić? 

—  Ależ tak. Otóż Klara jest w szpitalu. Dwie godziny temu zabrało ją pogotowie. 

Leży w separatce na oddziale wewnętrznym i jest podobno nieprzytomna. Tyle wiem. 
Resztę opowie już sama Olga. 

—  Jednak  nie  miałam  racji  —  szepnęła  Ada  ze  skruchą.  —  I  tym  razem  kot 

przyniósł  nowe  nieszczęście.  Jestem  już  nawet  skłonna  wierzyć  w  czary,  chociaż  w 
dwudziestym wieku to brzmi więcej niż śmiesznie! 

Ale  Olga  dzwoniła  właśnie  do  drzwi.  Nie  zdjęła  płaszcza  w  przedpokoju,  lecz  od 

razu weszła do pokoju. Oczy wszystkich pań skierowały się na jej czubek głowy, gdzie 
pośród  gęstej  szczotki  szpakowatych  włosów  niebieścił  się  pięknie  wyrośnięty  guz, 
namacalny dowód, że jego właścicielka już od rana miała „mocne” wrażenia. 

—  Mój Boże... — westchnęła ciężko Tenia. — Gdyby to mnie spotkało, to mój mąż 

czuwałby przy mnie na kolanach... Że  też wszystkich dookoła spotykają  interesujące 

background image

przygody,  a  ja,  oprócz  rozwodu,  niczego  pasjonującego  nie  przeżyłam...  Czy  to  jest 
sprawiedliwie? 

—  Nie pleć głupstw, tylko przynieś szybko mocnej herbaty! — Dominice ścisnęło 

się  serce  na  widok zmaltretowanej  przyjaciółki.  —  Zdejm  płaszcz  i  siadaj.  Zaraz  się 
czegoś napijesz. 

—  Masz,  łyknij  sobie  trochę  koniaku.  —  Ada  wprost  nie  poznawała  Olgi.  — 

Wyglądasz jak ekshumowany nieboszczyk, któremu wrona zainstalowała gniazdo na 
głowie... Zresztą, to jest nawet bardzo efektowne... 

—  Ada,  daj  spokój!  —  Dominika  była  oburzona.  —  Jak  możesz  być  złośliwa 

wobec chorej koleżanki? Przecież ona ledwo trzyma się na nogach! 

—  Ja, to pestka, ale Klara... — głos Olgi załamał się niebezpiecznie. — Z nią jest 

naprawdę bardzo źle! 

—  Ale  dlaczego?  —  Gospodyni  nalewała  jej  szybko  drugi  kieliszek.  —  Przecież 

dzwoniłaś przed południem, że Klara śpi. Czy potem coś się stało? 

—  Pozornie  niby  nic,  ale  kiedy  około  czternastej  chciałam  ją  obudzić, 

zauważyłam, że jest cała rozpalona. Nie ulegało wątpliwości, że ma wysoką gorączkę. 
Wezwałam  pogotowie  i  kiedy  wreszcie  nadjechało,  z  Klarą  było  już  o  wiele  gorzej. 
Zaczęła płakać, bredzić... Była zupełnie nieprzytomna. Zabrano ją zaraz do szpitala i 
kiedy przywlokłam się za nimi autobusem, leżała w separatce pod kroplówką. 

—  A czy może udało ci się porozmawiać z jej lekarzem? 
—  Oczywiście. Mówił, że rozpoznano zapalenie płuc, a co będzie dalej, to jeszcze 

nie wiadomo. Podobno stan jest ciężki. 

—  Trzeba  natychmiast  dotrzeć  jeszcze  raz  do  tego  lekarza.  On  powinien 

dowiedzieć  się  o  wszystkich  tragediach,  przez  które  przeszła  Klara  w  ostatnich 
tygodniach. To bardzo ważne dla • właściwego ustawienia leczenia. 

—  Dlaczego?  —  zdziwiła  się  Tenia.  —  Nie  chcecie  mu  chyba  opowiadać  o 

czarnym kocie! 

—  O  wszystkim!  Zrozum,  że  kiedy  lekarz  dowie  się  o  okolicznościach 

towarzyszących chorobie, ułatwi mu to odpowiednie  leczenie, a  Klara nic nie powie, 
bo jest nieprzytomna. 

—  Masz rację! — Ada zerwała się z miejsca. — Jeżeli pozwolicie, pojadę zaraz do 

szpitala. Mam tam trochę znajomości i obiecuję, że dotrę gdzie trzeba. Zgoda? 

—  Oczywiście!  Zaraz  odprowadzę  cię  do  tramwaju,  a  Olga  niech  zostanie. 

Odpocznie sobie, napije się kawy i zje coś. — Dominika była już na pełnych obrotach. 

—  Ja  też  idę!  — Tenia  pośpiesznie malowała  usta.  —  Dajcie mi  ze  dwa ziarnka 

kawy, to przegryzę w drodze. Jak mój stary poczuje... 

—   Zatłukę!  -  jęknęła  Ada.  -  Tu  rozgrywa  się  walka na śmierć i życie z mocami 

piekielnymi, a ta wciąż gra tę samą zdartą płytę! W życiu nie widziałam... 

—  Dobrze,  dobrze...  Idziemy!  —  Dominika  chwyciła  garść  kawy  z  kredensu.  — 

Olga, pilnuj, żeby Colombo nie wybiegł za nami! 

—  Idźcie  spokojnie.  On  siedzi  po  uszy  w  misce  z  żarciem!  —  Olga  z  naganą 

spojrzała na ogromnego kota, który wcinał właśnie z apetytem trzecią makrelę. — Nie 
spacery mu w głowie! 

Poszły na skróty wąską ścieżką wydeptaną między trawnikami. Dochodziły już do 

kiosku koło szosy, kiedy Ada zatrzymała się nagle, chwytając Dominikę za rękę. 

—  Patrz!  Oto  twój  szanowny  Colombo  maszeruje  równo  za  nami.  Niby  taki 

gruby, a tak wspaniale umie się skradać. Co teraz zrobimy? On z pewnością nie wróci 
bez ciebie... Ale co ci jest? Dominika!! 

—  Nic... nic. Przepraszam! 
—  Znowu  ci  słabo?  Wracaj  do  domu,  my  pójdziemy  już  dalej  same.  A  może 

odprowadzić cię na miejsce? Jak się czujesz? 

—  Niedobrze! Tenia niech już idzie, bo ma daleko do domu, ale ty, Ada, wróć ze 

mną... Jesteś mi bardzo potrzebna! 

—  Oczywiście! — Ada czuła, że z Dominiką dzieje się coś dziwnego. — Dobranoc, 

background image

Tenia! Pozdrów od nas swojego starego! 

—  Cześć! Kiedy się znów spotkamy? 
—  Jutro u  Olgi, około szesnastej. Pa! — odpowiedziała Dominika, patrząc wciąż 

na przyczajonego w trawie Colomba. Ada wzięła ją mocno pod rękę. 

—  Wymyśliłaś coś nowego, prawda? — zapytała cicho. — Mnie  też kotłują  się  w 

głowie różne fantastyczne pomysły, ale nie umiem tego ułożyć w logiczną całość. No, 
mów 

-  Wiesz,  nie  jestem  pewna,  ale  zdaje  mi  się,  że  rozgryzłam  nareszcie  tajemnicę 

czarnego kota. 

—  Żartujesz!  -  Ada  spojrzała  na  nią  z  prawdziwym  podziwem.  —  Robisz 

paskudną konkurencję naszemu przystojnemu kapitanowi! Chodźmy prędzej! 

Kiedy  wchodziły  do mieszkania,  Olga  właśnie  urzędowała  w  kuchni.  Zdziwiła  się 

bardzo na widok Ady. 

—  Wróciłaś? Czy coś nie w porządku? 
—  Skąd! Zapomniałam kosmetyczki. Przyjdź zaraz do nas! 
Weszły  do  pokoju.  Na  tapczanie  leżał  Colombo  w  całej  okazałości.  Był  odrobinę 

zasapany. Firanka w uchylonym oknie lekko falowała. 

—  Kiedy on wrócił? — zdumiała się Ada. — Przecież szedł za nami. 
—  Ależ  on  nigdzie  nie  wychodził!  —  Olga  przyszła  z  kuchni  i  zasiadała  do 

konsumpcji odsmażonych przed chwilą pierogów. — Może się skusicie? Są świetne! 

—  Dziękuję!  Ale powiedz nam, czy jesteś  całkiem pewna, że po naszym  wyjściu 

Colombo był cały czas w domu? 

—  Mogę  dać  za  to  głowę!  Kiedy  wychodziłyście,  był  w  kuchni  i  obżerał  się  do 

nieprzytomności? A teraz — widzicie! Leży rozłożony  jak placek na patelni. W  życiu 
nie widziałam bardziej leniwego kota! 

—  To znaczy, że jednak niewiele widziałaś! — Ada zrobiła oko do Dominiki. — A 

poza tym radzę ci z serca, abyś tak pochopnie nie szafowała swoją głową, jeżeli ci na 
niej trochę zależy... Oooo, widzisz, o mały włos byłabyś udusiła się pierogiem! 

—  Co, u diabła, mają znaczyć te głupie insynuacje? — wykrztusiła Olga, łapiąc z 

trudnością oddech. — Nie dość, że człowiek biega cały dzień jak głupi... 

—  Przecież  żartujemy!  —  Dominika  ucałowała  serdecznie  wyszarpującą  się 

przyjaciółkę.  —  A  teraz  posłuchaj!  Opowiem  ci,  co  tak  szybko  sprowadziło  nas  z 
powrotem do domu, bo historia Ady o zapomnianej kosmetyczce to zwykła bujda. 

—  A więc jeszcze do tego okłamujecie mnie! A idź ty! Wcale bym się nie zdziwiła, 

gdyby te pierogi były nafaszerowane arszenikiem! Widocznie ten przeklęty kot rzucił 
na was złe czary! 

—  Właśnie!  —  Dominika  na  znak  zgody  chwyciła  pierożek  z  jej  talerza.  — 

Dobrze,  że  wspomniałaś  o  tej  sprawie,  bo  mam  do  zakomunikowania  coś  bardzo 
interesującego. 

—  Nareszcie!  —  Ada,  aż  podskakiwała  z  niecierpliwości.  —  Czuję,  że  to  będzie 

prawdziwa bomba, godna naszego atomowego wieku. No więc? 

—  Otóż  zdaje  mi  się,  że  nareszcie  znalazłam  rozwiązanie  tajemnicy  czarnego 

kota.  —  Dominika  z  apetytem  zajadała  chrupiący  pierożek.  —  Oczywiście  mogę  się 
mylić! 

—  Nie  bardzo  w  to  wierzę,  ale  posłuchać  można.  —  Olga  była  jeszcze  ciągle 

trochę obrażona. — Cóż to za rewelacja? Słuchamy! 

Dominika wstała, podeszła do tapczanu i wzięła Colomba na ręce. 
—  Oto moje rozwiązanie — oznajmiła uroczyście. — To właśnie on podsunął, jak 

na talerzu, całą prawdę. Patrzcie i podziwiajcie! 

—  Ot,  durna!  Ani  chybi  dostała  bzika!  —  Olga  z  prawdziwą  zgrozą  patrzyła  na 

przyjaciółkę,  tańczącą  dookoła  stołu  z  kotem  na  rękach.  —  Zostaw  w  spokoju  tę 
futrzaną  górę  i  siadaj!  Jesteśmy  już  o  wiele  za  duże,  aby  stroić  z  nas  głupie  żarty! 
Jeżeli znalazłaś tylko takie rozwiązanie, to dlaczego Ada tutaj siedzi, skoro już dawno 
powinna być w szpitalu? 

background image

Dominika  położyła  ostrożnie  na  tapczanie  grubachne  kocisko  i  nieco  zdyszana 

usiadła. 

—  A teraz uzasadniam to, co powiedziałam — oznajmiła, patrząc z uśmiechem na 

naburmuszoną  Olgę.  —  Dotąd  wszystkie  uważałyśmy,  że  przyczyną  wszystkich 
tragedii w domu Klary był tylko ten czarny kot, którego na własne oczy widziały Olga 
i Klara. Zgadza się? 

—  Niby tak, ale co to ma do rzeczy? 
—  Czekajcie!  Jak  dotąd  nie  dało  się  logicznie  wytłumaczyć,  w  jaki  sposób  kot 

mógł  spowodować  śmierć  dwóch  osób  plus  otrucie  psa,  chyba  że  sięgniemy  do 
pomocy  czarów,  magii  i  innych,  raczej  wątpliwych  sposobów  wytłumaczenia  jego 
udziału w naszej sprawie. 

—  A więc czary? — Olga ze strachem obejrzała się dookoła. — Czy podejrzewasz, 

że twój Colombo zmienia na noc kolor futra na czarny i... 

—  Nie  pleć!  Żadne  czary  nie  wchodzą  tu  w  rachubę.  Jest  inne  i  proste 

rozwiązanie: to nie kot powodował te wszystkie tragedie. Jest on na pewno zwykłym 
domowym  zwierzątkiem,  bardzo  przywiązanym  do  swojego  właściciela.  On  tylko 
szedł potajemnie za swoim panem, podobnie jak to zrobił dzisiaj Colombo. 

—  Rozumiem!  —  Ada  zerwała  się  z  miejsca.  —  Myślisz,  że  szedł  tylko  czyimś 

tropem... 

—  A my, idąc kocim tropem, będziemy szukać jego właściciela. Proste! 
—  Coś  podobnego... —  Olga  patrzyła  z prawdziwym podziwem na Dominikę. — 

Nigdy by mi to nie przyszło do głowy! Ale nie rozumiem, co ma z tym wspólnego twój 
Colombo! 

—  Prawda,  ty  jeszcze  nie  wiesz  wszystkiego.  Otóż  dzisiaj  wieczorem,  kiedy 

wyszłyśmy  z  domu  i  dochodziłyśmy  do  szosy,  Ada  zauważyła,  że  tuż  za  nami 
maszeruje Colombo... 

—  Wyglądał  przekomicznie!  —  Ada  gładziła  z  uśmiechem  piękne  pręgowane 

futro bohatera wieczoru. A ponieważ chciał pozostać nie zauważony, rozpłaszczał się, 
o  ile  pozwalało  mu  na  to  jego  brzuszysko,  i  tak  szorował  biedny  po  trawie.  Jak  to 
dobrze,  że  go  wtedy  spostrzegłam.  Mogłyśmy  jeszcze  bardzo  długo  błądzić  wśród 
przeróżnych głupich wniosków i domysłów! 

—  Przestańcie  wy  Boga  grzeszyć!...  Toż  ja  widziałam  go  w  kuchni!  —  Olga 

patrzyła na nie z niedowierzaniem. — Jak to się mogło stać? 

—  Najzwyczajniej  w  świecie!  Byłaś  po prostu  zajęta  swoimi  czynnościami  i  nie 

zwróciłaś uwagi, kiedy wyszedł. Okno w pokoju jest zawsze uchylone, więc wymknąć 
się  było  bardzo  łatwo.  Gdy  wracałyśmy  do  domu,  też  byłyśmy  pewne,  że  idzie  za 
nami. I  szedł, ale  w pewnym  momencie  wyprzedził  nas,  czego  żadna  nie  zauważyła. 
Kiedy  weszłyśmy  do  pokoju,  leżał  już  spokojnie  na  tapczanie.  Koty  są  mądre  i 
przebiegłe! 

—  A  więc  sądzisz,  że  czarny  kot  też  tylko  szedł  za  swoim  właścicielem...  Mam 

nadzieję, że on tego nie zauważył! 

—  No, dobrze... Ale w takim razie kto, u diabła, właził do ogrodu Kraftów? 
— Tego nie wiemy... jeszcze! 
—  To znaczy, że znów zaczynamy od zera... Czy to nie •straszne? 
—  Wcale  nie  jest  tak  żle!  Teraz  wiemy  już  wystarczająco  dużo,  aby  rozpocząć 

dalsze  poszukiwania.  Po  pierwsze,  wiemy  na  pewno,  że  ów  „ktoś”  jest  zwykłym 
człowiekiem, a nie duchem. Po drugie, że posiada czarnego kota, który jest do niego 
bardzo przywiązany i łazi za nim po nocach. Nie każdy kot ma na to ochotę! 

—  I  wiemy  jeszcze,  że  z  jakiegoś powodu  nienawidzi  Kraftów.  Przecież  w  ciągu 

paru  tygodni  wykończył  prawie wszystkich  domowników,  z psem  na  czele.  To  musi 
być numer! 

—  Zaraz...  zaraz!  Ale  do  szpitala może wejść  każdy, pod pretekstom  odwiedzin. 

Jeżeli „ktoś”  zechce  dokończyć dzieła,  to  ma otwartą  drogę, a  Klara  jest bezbronna. 
Trzeba otoczyć ją tam bardzo troskliwą opieką. Która z nas ma teraz wolny czas? 

background image

—  Ja  już  skończyłam  swój  projekt  i  jestem  wolna  od  jutra.  —  Olga  skwapliwie 

zgłaszała gotowość pomocy. 

—  Ty  masz  pilnować  wizyt  kota...  To  bardzo  ważne!  —  Ale  może  ty  będziesz 

mogła pójść do szpitala? — Dominika spojrzała pytająco na Adę. 

—  Od jutra biorę urlop — oznajmiła Ada — i od rana będę to wszystko załatwiała. 

Czy spotkanie u Olgi jutro o szesnastej jest nadal aktualne? 

—  Oczywiście!  Trzeba  przecież  dokładnie  ustalić,  co  mamy  robić  dalej. 

Najważniejszą jednak sprawą jest zabezpieczenie Klary. Pamiętaj! 

—  A więc idziemy do domu. Całą noc będę prała, nie wspominając już o tym, co 

mi mój stary szykuje! 

—  Wiesz  co  —  Dominika  odprowadzała  panie  do  przedpokoju  —  opowiedz 

swojemu mężowi o naszej „kociej” sprawie — jeśli temat chwyci, może przestanie cię 
truć, że ciągle wychodzisz. 

—  A jak nie chwyci? — Ada szukała nerwowo w torebce biletu tramwajowego. — 

Przecież  mężczyźni  nie  mają  za  grosz  wyobraźni!  Nawet  ten  kapitan  z  milicji,  niby 
przystojny, a wyobraźnia pod psem! Zresztą, co szkodzi spróbować. Cześć! 

W mieszkaniu Dominiki zaległa nagła cisza. Colombo ziewnął potężnie i wskoczył 

na parapet okienny. Zaczynał się czas jego spacerów i przygód. 

—  Tylko  uważaj...  —  Dominika  przytuliła  twarz  do  ciepłego  futerka  swojego 

ulubieńca.  —  Nie  łaź  za  daleko,  bo  może  to  źle  się  dla  ciebie  skończyć.  Najlepiej 
zostań w domu! 

Ale  Colombo  zeskoczył  już  na  trawnik.  Ciepła  noc  kusiła  go  ciszą  i  przyjazną 

ciemnością.  A  Dominika  leżała  bezsennie  na  tapczanie  i  jeszcze  raz  rozważała 
wszystkie emocje ubiegłego dnia. 

—  Może  teraz  potoczy  się  wszystko  do  przodu...  Istnieje  szansa,  że  czarny  kot 

zaprowadzi  nas  nareszcie  do  sprawcy  wszystkich  tragedii  w  domu  Klary...  Ale 
dlaczego  ów  „ktoś”  tak  bardzo  znienawidził  tych  spokojnych  ludzi...  Co  się  za  tym 
kryje? 

Wzdrygnęła  się  i  naciągnęła  kołdrę  na  czubek  głowy.  Kiedy  już  zasypiała,  coś 

ciemnego  opadło  ciężko  na  jej  tapczan,  a  potem  pomościło  się  trochę  i  ułożyło 
wygodnie  przy  jej  nogach.  Ciche  mruczenie  rozległo  się  wyraźnie  w  ciszy  nocnej  i 
kołysało do snu. 

Widocznie kocie łowy skończyły się wcześniej tej nocy. 

Rozdział

 X 

—  Już  dawno nie było w twoim mieszkaniu takiej gromady bab! — zawołała od 

progu Ada,  wyciągając z torby duży kawałek makowca  w czekoladzie. — Przewiduję, 
że  dzisiejsza  narada  będzie  długa  i  burzliwa,  więc  dla  podtrzymania  kondycji  i 
dowcipu trzeba podjeść coś smacznego. W twoje ręce, Olga! 

—  A ja mam jabłecznik! — chwaliła się Tenia. — Udał mi się jak nigdy! Mój mąż 

zjadł z apetytem połowę, więc macie dowód... 

—  ...  że  jesteś  stuknięta!  —  Ada  uzupełniła  jej  wypowiedź.—  Któż  bowiem, 

posiadając  odrobinę  rozumu,  karmi  takim  ciastem  łobuza,  który  daje  ci  na  żarcie, 
ciuchy, opłaty i fryzjera — goły tysiąc miesięcznie... Ja bym mu dała w zęby! 

—  Po co? I tak wstawiłby sobie zaraz nowe i jeszcze ładniejsze! — Tenia broniła 

dzielnie swoich racji. — Gdzie mam to położyć? 

—  Tutaj,  na  lodówce,  bo  cały  stół  jest  zawalony  zakupami.  Ale  co  się  dzieje  z 

Dominiką? 

—  Zaraz  przyjdzie.  Mogę  się  z  wami  założyć,  że  stoi  teraz  w  kolejce  po  babkę 

włoską. Nieszczęścia chodzą parami! — przewidywała Ada. 

Olga  krzątała  się  jak  w  ukropie.  Stół  kreślarski  został  uprzątnięty  z  wszelakich 

background image

papierzysk i nakryty jakimś cud- -obrusem, odziedziczonym ongiś po babci. Zastawa 
była też w tym stylu. 

—  Jedzenia  mamy  na  okrągły  miesiąc.  Czuję,  że  jeszcze  kilka  takich  narad,  a 

odnośnie  tuszy  pobijemy  Colomba.  Oooo,  Dominika  dzwoni!  —  Ada  już  pędziła  do 
drzwi. 

—  Cześć! Przepraszam za spóźnienie, ale chyba godzinę stałam w kolejce po coś 

słodkiego...  Weźcie  od  razu,  bo  chcę  jeszcze  wyjąć  jabłuszka...  Czemu  się  tak 
śmiejecie? 

—  A  czy  one  były  kiedyś  poważne?  —  Olga  odbierała  z  jej  rąk  potężny  kawał 

babki włoskiej. — Dobrze, że mamy już wszystko gotowe. Czekałyśmy tylko na ciebie. 

—  Właśnie  widzę!  Przy  tak  zastawionym  stole  można  radzić  okrągły  rok  bez 

obawy,  że  ktoś  zgłodnieje  —  stwierdziła  z  przekonaniem  Dominika.  —  A  ludziska 
narzekają, że u nas są trudności z żarciem... Czysta przesada! 

—  Ada, opowiadaj wreszcie, co u Klary!  - Olga nie mogła się doczekać wieści ze 

szpitala. — Czy jest już lepiej? 

—  Tak! Odzyskała przytomność, ale gorączka nadal wysoka. Zmieniła się bardzo, 

jakby jej... ubyło. Biedna Klara! 

—  Czy rozmawiałaś z lekarzem? 
—  Rozmawiałam.  Leczy ją  bardzo  fajna  babka. Opowiedziałam  jej  wszystko, co 

Klara ostatnio przeżyła i wyobraźcie sobie, że przyjęła to bardzo naturalnie. 

—  Co powiedziała o tej historii z kotem? 
—  Uwierzyła i bardzo się tym przejęła. Poszłyśmy zaraz do separatki Klary. Leży 

tam od dzisiaj rano, na dostawionym łóżku, jeszcze jedna pani. Jest zupełnie na cho-
dzie, bo tylko wątroba jej nawala i musi być na  obserwacji. Porozmawiałyśmy z nią, 
wyjaśniłyśmy co i jak, no i obiecała pilnować Klary jak oka w głowie. To bardzo równa 
babka i można śmiało na niej polegać. Poza tym zostało wydane polecenie w dyżurce 
oddziału, aby do Klary absolutnie nikogo nie wpuszczać. 

—  No, a my? Przecież... 
—  Uspokój się. Mam dla nas wszystkich stałe przepustki. Mówiąc krótko: Klara 

jest bezpieczna i nic jej nie grozi! 

—  Ale skąd sit; wzięło u niej zapalenie płuc? — Olga nic mogła tego zrozumieć. — 

Wprawdzie przemokła wtedy do nitki, ale to przecież, lato! 

—  Co z tego! Lał rzęsisty deszcz jak z konewki i wiatr urywał głowię i przeziębiła 

się i basta! Ze zdrowiem nie ma żartów! 

—  A kiedy pójdziemy ją odwiedzić? 
—  Jak  opadnie  gorączka.  Na  razie musi  mieć spokój  i  zaliczać  piguły.  Może  za 

dwa, trzy dni będzie można do niej zajrzeć, ale, broń Boże, nie kupą. Pojedynczo! 

—  No i dobrze! — odetchnęła z ulgą Dominika. — Problem Klary mamy na razie 

rozwiązany!  Doskonale  się  składa,  że  nie  jest  sama  i  ma  dobrą  opiekę  lekarską. 
Możemy  więc przystąpić do dyskusji na  temat aktualnych  spraw.  Czy Tenia  jest  już 
poinformowana na temat wczorajsza sensacji? 

—  Wiem  już  wszystko  i  niezmiernie  żałuję!  Myślałam,  odkryłyśmy  tajemniczą 

sprawę z upiorami, a tymczasem 

—  Nie  martw  się!  I  bez  twoich  wymarzonych  upiorów  będziemy  miały  dość 

roboty!  —  westchnęła  Dominika.  Przejdźmy, więc  do meritum  sprawy:  trzeba  jakoś 
wymyszkować, kto na tym osiedlu ma w domu czarnego kota. Od tego trzeba zacząć. 

—  Zgłupiałaś?!  —  Olga  zerwała  się  z  miejsca.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  co  ty 

wygadujesz?  Tutaj  jest  dzielnica  domków  prywatnych  i  w  każdym  jest  prowadzona 
systematyczna hodowla domowych zwierzaków, w tym psy i koty. Jak można wyłowić 
z tej masy akurat czarne koty? 

—  Siadaj i spróbuj jabłecznika, bo to istny poemat kulinarny! — uspokajała Ada. 

— Ja uważam, że to nie będzie wcale takie trudne. Można załatwić to częściowo przez 
dzieci.  One  przecież  wszystko  wiedzą,  co  się  dzieje  w  okolicy  ich  zamieszkania.  Za 
dobre  cukierki  przyniosą  ci  całą  listę  właścicieli  czarnych  kotów,  wraz  z  ich 

background image

dokładnymi adresami. 

—  Ja tam z dzieciakami pertraktować nie będę — zastrzegła się Olga. — Nie mam 

w tym wprawy. Mogę robie wszystko tylko nie to! 

-  Dobrze,  spróbuj  jednak  porozmawiać  z  ludźmi  dorosłymi,  na  przykład  z 

listonoszem czy panią z kiosku. 

To mogę zrobić, zwłaszcza że pani Krysia wie wszystka o wszystkim i wszystkich. 

Ale sama nie dam rady! 

- Z pewnością! Ja biorę na siebie wywiad wśród milusińskich. Zawsze wierzyłam w 

inteligencję naszej najmłodszej generacji. 

—  Doskonale!  Ja  też  rozejrzę  się  na  swoją  rękę.  —  Dominika  notowała  pilnie 

rozkład  zajęć  babskiej  spółki  wywiadowczej.  —  Ile  to  nam  zabierze  czasu...  Jak 
myślicie? 

—  Najmniej  tydzień,  zwłaszcza  że  już  od  jutra  trzeba  będzie  codziennie 

odwiedzać Klarę. Huk roboty! 

Nagle telefon zadzwonił ostro i nagląco. 
—  Tak, słucham! — Olga dopadła do czarnej skrzynki, zanoszącej się hałasem. — 

Tak, jesteśmy... Dzień dobry!... Co?... Tak, dobrze!... Powtórzę! Zaraz! Do widzenia! 

Klara  odzyskała  przytomność  i  chce  koniecznie  widzieć  którąś  z  nas  — 

relacjonowała Olga, patrząc wokół niespokojnie. — Podobno już od południa wciąż o 
tym mówi i chce, żeby nas powiadomić jak najprędzej. 

—  A kto dzwonił? 
—  Jej sąsiadka z separatki. Co robimy? 
—  Ja  pojadę!  —  Dominika  zerwała  się  z  miejsca.  Wy  kontynuujcie  dalej 

rozpoczętą dyskusję, jak również konsumpcję tej góry ciasta, a ja pędzę! Gdy wrócę ze 
szpitala, natychmiast zadzwonię. 

—  Z Klarą jest chyba  gorzej, jeżeli tak pilnie  wzywa przyjaciółki. — Tenia  miała 

oczy pełne łez. — Może jednak pójdziemy tam wszystkie... Mamy przecież przepustki! 

—  Ale tylko po jednej — przypomniała Ada. — Nie martw się! Dominika załatwi 

wszystko w naszym imieniu jak należy! No, śpiesz się, bo czas ucieka! 

—  Zaczekaj  chwilkę!  Przygotuję  ci  ciasta  dla  Klary. —  Olga  szukała pośpiesznie 

sporej siatki i po chwili Dominika, obładowana słodyczami, podążała w stronę kiosku 
z kwiatami, a potem pędziła do autobusu. Na szczęście zdążyła wskoczyć w ostatniej 
chwili.  W  szpitalu  winda  właśnie  odjeżdżała,  ale  ktoś  ją  zauważył  i  zdążyła  jeszcze 
dołączyć do kompletu. 

Drzwi wejściowe na oddział wewnętrzny były akurat naprzeciw dyżurki. Dominika 

podeszła do młodej osoby w białym fartuchu. 

—  Pani  do  kogo?  —  Siostra  spojrzała  zaskoczona  na  zasapaną  Dominikę.  — 

Przecież dzisiaj nie ma... 

—  Proszę! — Podała jej pośpiesznie przepustkę. — Chcę się widzieć z panią Klarą 

Rudzką. Leży podobno w separatce numer pięć. 

—  Na końcu  korytarza...  — Siostra  uważnie  oglądała  podany papierek.  — Tylko 

proszę nie siedzieć za długo, bo pacjentka jest jeszcze bardzo słaba. 

—  Ale  czy  jest  już  trochę  lepiej?  —  zapytała  cicho  Dominika,  którą od  zapachu 

leków, zaczynało już porządnie kręcić w nosie. 

—  Najgorsze już minęło — pocieszała ją sympatyczna pielęgniarka. — Jest tam z 

nią jeszcze druga, bardzo miła pani. 

—  Wiem i dziękuję! — Dominika szybko podążała w kierunku separatki. Uchyliła 

delikatnie  drzwi,  ale  oto  wyrosła  przed  nią  niespodziewanie  dobrze  zbudowana 
brunetka, okryta błękitną podomką. 

—  Czy pani czegoś sobie życzy? — zagrzmiało jej groźnie nad uchem. — W jakiej 

sprawie... 

—  Przecież otrzymałyśmy przed godziną wiadomość, że Klara... 
—  Ach,  teraz  rozumiem!...  Proszę  bardzo!  Ale  niech  pani  będzie  uprzejma 

pokazać mi przepustkę. Wtedy będzie już zupełna zgoda między nami! 

background image

Dominika  patrzyła  z  prawdziwą  przyjemnością  na  energiczną  kobietę,  która  tak 

dzielnie wywiązywała się z obietnicy pilnowania Klary. 

—  Proszę,  oto  przepustka,  i  pozwoli  pani,  że  się  przedstawię:  Dominika 

Jabłońska... Cieszę się ogromnie, że przyjaciółka ma taką opiekę. 

Podeszła do łóżka, gdzie w białej pościeli leżała Klara. Spała. 
—  Boże,  jaka  ona  mizerna! — wyszeptała  wstrząśnięta Dominika. — Czy aby na 

pewno jest lepiej? 

—  Ależ  tak!  Bardzo  dużo  śpi...  Ale  to  dobrze.  Dominika  usiadła  na  białym 

taboreciku i patrzyła na śpiącą. 

-  Chyba  będę  musiała  ją  obudzić,  bo  nie  wolno  mi  tutaj  długo  siedzieć..  Ale  już 

otwiera oczy... Klaro, to ja, Dominika. 

Chora patrzyła  chwilę trochę nieprzytomnie,  ale potem uśmiechnęła się radośnie 

na jej widok. 

—  Przyszłaś... — szepnęła. — To dobrze... 
—  Przyniosłam ci trochę ciasta. Oto szarlotka, jabłuszka 1 kompot... A kwiaty — 

tu rozejrzała się bezradnie. 

—  Proszę je włożyć do mojego wazonu i postawimy go na stoliku — dyrygowała 

energicznie  sąsiadka  Klary.  —  Teraz  pójdę  trochę  zerknąć  na  telewizję.  Jak  będzie 
pani wychodziła, to proszę mnie zawołać! 

Zostały same. Dominika usiadła przy łóżku Klary i ujęła delikatnie jej rękę. 
—  Chciałaś  mi  o  czymś  powiedzieć,  prawda?  —  zapytała,    nachylając  się  nad 

chorą. 

—  Tak...  —  Klara  mówiła  z  widocznym  wysiłkiem.  —  To  jest  dla  mnie  bardzo 

ważne... 

—  Ale czy nie zaszkodzi ci rozmowa? Może odłożymy ją na dalszy termin. Mamy 

czas... 

—  Nie! Chcę ci teraz o tym powiedzieć... Słuchaj uważnie ! 
—  Tak, kochana... Słucham! 
—  Nie wiem, jak mam zacząć. To wszystko jest takie strasznie skomplikowane... 

ale  spróbuję.  Otóż  wiem,  że  mój  nieżyjący  szwagier  miał  sporo  złota  i  różnych 
kosztowności. Przez wszystkie lata małżeństwa z moją siostrą sprzedawał czasem coś 
z tych rzeczy, ale po jego śmierci chyba sporo jeszcze zostało... Przyszło mi do głowy, 
że  może  właśnie  to  jest  przyczyną  naszych  wszystkich  tragedii...  To  jest  bardzo 
prawdopodobne! 

—  Myślisz,  że  ktoś  chce  je  ukraść?  —  Dominika  wpatrywała  się,  zdumiona,  w 

bladą twarz chorej. — Ale jeżeli nawet jest tak, jak mówisz, to już dawno powinno być 
skradzione. Dom jest pusty, bezbronny, bo nikt go teraz nie pilnuje. 

—  Być może — zgodziła się Klara — ale zajrzyjcie tam, proszę i jeżeli nikt jeszcze 

tego nie ukradł, wyeksponujcie to wszystko w widocznym miejscu i niech zabiera kto 
chce!... Może wtedy zapanuje spokój i będę w tym domu bezpieczna. Początkowo nie 
wierzyłam, żeby ktoś z zewnątrz mógł być przyczyną śmierci moich najbliższych, ale 
kiedy  zobaczyłam  na  własne  oczy  tę  ciemną  postać,  usiłującą  dostać  się  do 
mieszkania  —  zmieniłam  zdanie  i... boję się... strasznie... To nie był żaden  kot, lecz 
człowiek... 

—  Tak  myślisz?  —  Dominice  zaczęło  bić  serce  przyśpieszonym  rytmem.  —  Czy 

kogoś poznałaś?... Przypomnij sobie! 

—  Widziałam dokładnie czarną rękę... To nie była kocia łapa, ale ręka człowieka 

w  czarnej  rękawiczce...  Olga  mówiła,  że  kot,  ale  teraz  wiem,  że  uległam  sugestii. 
Wierz mi! 

—  Masz  rację!  —  powiedziała  cicho  Dominika.  —  My  też  już  wiemy,  że  to  był 

człowiek. 

—  A czego mógł szukać, jak nie kosztowności... Zabierzcie je, proszę! 
—  Ale  gdzie  mamy  szukać  tego  złota?  —  zapytała  Dominika.  —  I  czy  wypada, 

żebyśmy buszowały po twoim mieszkaniu? 

background image

—  Przecież sama  o  to proszę!  Nie  potrzebujecie nawet długo  szukać. W  pokoju 

szwagra jest skrytka  za  obrazem, który wisi nad biurkiem. Moja siostra powiedziała 
mi kiedyś o tym... 

—  Jak to?... Więc on dysponował majątkiem zupełnie sam? 
—  Właśnie... — Klara była już bardzo zmęczona. — Kiedyś ci o tym opowiem, ale 

teraz obiecaj mi, że zrobisz tak, jak cię prosiłam! 

—  Oczywiście! — Dominika  podała  chorej szklankę z herbatą. —  Już nic więcej 

dzisiaj nie mów, ale posłuchaj mnie... Czy możesz? 

—  Tak! — Klara uśmiechnęła się z zachętą. — Słucham! 
—  A  więc  moja  propozycja  jest następująca: poszukamy  i zabierzemy wszystko, 

jak  sobie  życzysz,  ale  nie  jestem  za  tym,  aby  kłaść  to  w  widocznym  miejscu.  Skąd 
mamy pewność, że nie ukradnie tego jakiś przygodny złodziejaszek, który nie ma nic 
wspólnego z całą sprawą, a  my nie  będziemy wiedziały, jak i co się stało. Mam inny 
projekt!  Otóż  zaniesiemy  kosztowności  do  naczelnika  Wydziału  Kryminalnego  i 
powiemy mu, o co chodzi. On już sam zadecyduje, co robić dalej... Może milicja zrobi 
zasadzkę,  czy  coś  takiego,  i  będzie  przynajmniej  wiadomo,  kto  jest  przestępcą.  Czy 
zgadzasz się, Klaro? 

—  Owszem,  ale  czy  milicja  zechce  zajmować  się  takimi  sprawami?  Przecież  już 

raz odmówili. 

—  Ale  teraz  są poważniejsze  poszlaki.  Nawet  te kosztowności  szwagra...  To  jest 

przecież poważny motyw do popełnienia przestępstwa. 

—  Możecie spróbować, ale... 
Dalszą rozmowę przerwała siostra, wkraczając energicznie do pokoju chorych. 
—  Ta rozmowa trwała o wiele za długo! — spojrzała z wyrzutem na szykującą się 

do wyjścia Dominikę. — Chora ma wypieki i jest wyraźnie zmęczona, a przecież... 

—  Już wychodzę! Pa, kochana! Dam ci natychmiast znać, jak załatwimy sprawę. 

Śpij spokojnie! Do widzenia pani! 

Zjechała windą na parter i podeszła do automatu telefonicznego. Wykręciła numer 

Olgi i po chwili umawiała się już z koleżankami na następne spotkanie. 

—  ... tak, czuje się dobrze... Pamiętajcie, że jutro mamy niezwykle ważną sprawę 

do załatwienia  i  czarne  koty trzeba na  razie  zostawić  w spokoju...  Teraz nie  mogę... 
Idę do domu, a o wszystkim opowiem wam jutro!... Tak, u ciebie o szesnastej... Cześć! 

Odłożyła  słuchawkę  i  powoli  pomaszerowała  na  przystanek.  Wieczór  był  ciepły  i 

cichy. Była bardzo zmęczona. 

Rozdział

 XI 

Następnego  dnia  nie  mogły  się doczekać nadejścia Dominiki. Godzina szesnasta, 

przez  nią  samą  wyznaczona,  dawno  już  minęła,  a  dzwonek  u  drzwi  wejściowych 
milczał jak  zaklęty. Dopiero kwadrans po  siedemnastej rozległy  się  od strony .furtki 
szybkie kroki. 

—  Nareszcie! — Ada pędziła do drzwi jak huragan. — Co się z tobą dzieje?... Czy 

może czarny kot przebiegł ci drogę  i bałaś się przejść pierwsza przez ulicę? Przyznaj 
się! 

—  Daj  spokój!  —  Olga  patrzyła  z  niepokojem na mizerną  twarz  przyjaciółki.  — 

Lepiej idź do kuchni i przygotuj coś do picia. 

Weszły do pokoju i Dominika z ulgą zagłębiła się w ogromnym fotelu. 
—  Wybaczcie mi to spóźnienie, ale postanowiłam pójść od jutra na urlop. Zanim 

więc wszystko przekazałam... 

—  Ależ  to  doskonale!  Jesteśmy  więc  wszystkie  wolne  i  możemy  poważnie  brać 

się  za  robotę!  —  cieszyła  się  Ada,  tańcząc  dookoła  stołu  kreślarskiego.  —  Biada  ci, 
czarna siło nieczysta! Zginiesz marnie!! 

background image

—  Babka  włoska  ją  roznosi!  —  orzekła  ze  zgorszeniem  Olga.  —  Może  jednak 

pozwolisz  nam  dojść  do  głosu,  zwłaszcza  że  Dominika  ma  nam  coś  ważnego  do 
powiedzenia. 

—  Owszem,  mam!  Siadajcie  i  słuchajcie  uważnie.  Otóż  idziemy  zaraz  do 

mieszkania Klary... 

—  Rozumiem, kwiatki nie podlewane od trzech dni. Już wkładam pantofle! 
—  Zaczekaj, nic nie rozumiesz! Kwiatki też podlejemy przy okazji, ale jest jeszcze 

inna  ważniejsza  sprawa...  Tylko  błagam:  nie  przerywajcie!  Otóż  dowiedziałam  się 
wczoraj  od  Klary,  że  jej  szwagier  posiadał  sporą  ilość  złota  i  biżuterii.  Trzymał  to 
wszystko w swoim pokoju, w skrytce za obrazem. Musiał to być straszny skąpiec, bo 
nikt z domowników nie  miał do tego dostępu. Od czasu do czasu brał stamtąd jakiś 
drobiazg do sprzedania. 

—  Ja bym takiego męża... — zaczęła Ada, ale zaraz taktownie zamilkła, udając że 

zakrztusiła się fusami od kawy. 

—  Klara  jednak  nie  jest  wcale  zadowolona,  że  ten  skarb  znajduje  się  pod  jej 

dachem  —  ciągnęła  dalej  Dominika  —  i  prosiła  mnie,  żeby  zabrać  to  wszystko  ze 
skrytki i położyć gdzieś w mieszkaniu, na widocznym miejscu. 

—  A  więc  jednak  gorączka  jej  nie  opadła!  —  przestraszyła  się  Ada.  —  Toż  to 

czyste... 

—  Czekaj, daj mi skończyć! Klara uważa, że ktoś obcy wie o tym złocie i chce się 

dobrać do niego... Tym właśnie tłumaczy wszystkie tragedie w swoim domu. 

—  I  pewnie  liczy  na  to,  że  jak  się  rozłoży  ten  skarb  na  stole  i  podświetli  go 

żarówką  dla  lepszego  wglądu,  to  morderca  przybędzie  w  podskokach,  zabierze  go 
grzecznie  —  i nastąpi  spokój  w  chacie...  Bujda! — denerwowała  się  Ada.  — Zresztą, 
jeżeli tak jest istotnie, to złota już dawno nie ma! 

—  Oczywiście! — ucieszyła się Dominika. — Tak właśnie i ja myślałam i nie będę 

wcale zdziwiona, jeśli go tam nie znajdziemy. 

—  Co więc robimy? — Olga stała z jednym sandałkiem w ręce. — Tak czy owak 

trzeba to zabrać, dopóki nie wyręczy nas w tym jakiś złodziejaszek. Idziemy? 

—  Za chwilę. A czy pomyślałyście, co zrobimy z tym złotem, kiedy je znajdziemy? 
—  Co zrobimy? — Olga straciła oddech. — Chyba trzeba będzie gdzieś schować, 

aż Klara wróci ze szpitala... Może u ciebie? 

-  U  mnie?  —  Dominika  szczerze  się  bawiła  wystraszoną  miną  koleżanki.  — 

Zapominasz, że mieszkam sama na parterze i nie mogę zapewnić żadnej ochrony dla 
takiego skarbu. Zresztą, morderca może to wywęszyć i... wiesz! 

- Okropność! - Olga opadła na krzesło, które na szczęście stało za nią. — Najlepiej 

tego nie ruszać! 

—  Ale  Klara  prosiła  nas  akurat  o  coś  odwrotnego  i  trzeba  spełnić  jej  życzenie. 

Idziemy! 

—  A  czy  nie  boisz  się,  że  on  tam  czeka?  —  Olga  zaczynała  mieć  porządnego 

stracha. 

—  Takie  trzy  baby,  jak  my,  dadzą  sobie  gładko  radę  nawet  z  plutonem 

morderców  —  roześmiała  się  beztrosko  Ada.  —  Zresztą  zostań,  jeżeli  się  boisz. 
Pójdziemy same. 

Ale  Olga  pierwsza  wychodziła  z  domu,  tylko  jaskrawe  rumieńce  świadczyły  o 

emocji, jaką przeżywała. 

Furtka do ogrodu Klary była zamknięta i nic nie wskazywało, żeby ktoś otwierał ją 

siłą.  W  ogrodzie  pachniał  słodko  groszek  i  róże.  Było  cicho,  spokojnie  i  pusto.  Wy-
czuwało się, że nie ma tu gospodarzy. 

—  Najpierw podlejemy kwiatki, żeby mieć już z tym spokój — proponowała Ada. 

— W kuchni stoi dzbanek na wodę. Bierzmy się do roboty! 

Wkrótce kwiaty były podlane, zostały tylko paprocie i bluszcz na werandzie. 
—  Tam  wchodzimy  kupą  —  zdecydowała  Dominika.  —  Jeden  wypadek 

najzupełniej nam wystarczy. 

background image

—  Dziwaczysz!  —  Olga  wzruszyła  ramionami,  ale  nie  protestowała  więcej. 

Kończyły robotę bez dalszych komentarzy. 

—  Gdzie jest ten skarb? — Ada odstawiła dzbanek do łazienki. — Zdaje mi się, że 

to są jakieś bajki, ale zajrzeć można. To chyba tutaj. 

Weszły do pokoju, w którym królowało ogromne dębowe biurko. Dwa fotele obite 

skórą,  szafa  z  książkami  -  to  było  całe  wyposażenie  gabinetu  nieżyjącego  już  pana 
domu. Nad biurkiem wisiał duży obraz przedstawiający barwny pejzaż jesienny. 

—  Klara  mówiła,  że  skrytka  jest  za  tym  obrazem  —  rzekła  Dominika.  —  Zaraz 

zobaczymy. 

Zdjęła pantofle i weszła na krzesło, a potem na biurko. 
—  Trzymajcie! — podała ostrożnie obraz. — Spójrzcie... Oto i ona! 
—  No dobrze, ale jak ją otworzymy?... Masz do niej kluczyk? 
—  Skąd! Ale chyba musi być gdzieś tutaj. Trzeba poszukać. 
—  Ładna 

historia! 

Przecież 

może 

być 

schowany 

najbardziej 

nieprawdopodobnym  miejscu.  Wystarczy,  że  jest  wetknięty  za  okładkę  którejś 
książki... Patrzcie, ile tego jest! Możemy szukać okrągły rok... — Olga bezradnie roz-
glądała się dookoła. 

—  Nie  gadaj,  tylko  rusz  głową.  Najpierw  przeszukamy  biurko!  —  Dominika 

energicznie brała się do dzieła. 

W  górnej  szufladzie biurka tkwił  w  zamku  kluczyk,  zawieszony  wraz z  innymi na 

małym kółeczku. 

—  Może jest wśród nich ten od skrytki! — ucieszyła się Ada, chwytając je od ręki. 

— Zaraz spróbujemy! 

Ale ku rozczarowaniu przyjaciółek żaden nie pasował. 
—  Musimy  szukać  dalej.  —  Dominika  zaczęła  przeglądać  zawartość  górnej 

szuflady. — Zajrzyjcie do biblioteki, może tkwi gdzieś na półce. 

—  Czekajcie! — Ada triumfalnie podniosła do góry mały srebrny kluczyk. — Jest! 

Leżał pod tą ogromną lampą. Całkiem niezły schowek! 

—  Znalazłaś, to teraz otwieraj. — Dominika czuła, że policzki zaczynają ją palić. 

— Jeżeli Klara miała rację... 

Kluczyk  lekko  obrócił  się  w  zamku  i  skrytka  była  otwarta.  Stały  tam  dwie  duże 

szkatułki i kilka woreczków zawiązanych sznurkiem. 

—  Oto i skarb! — Ada podawała ostrożnie koleżankom zawartość skrytki. — Ho! 

ho!  Ten Kraft  musiał być  facetem z głową,  skoro potrafił nagromadzić  tyle  dobroci! 
Chyba znakomicie zarabiał... Patrzcie: pierścionki, bransoletki, wi-

background image

siorki!... Złoto i kamienie są też bez pudła! Istny cud, że nikt tego dotąd nie zagarnął! 

—  Rany  boskie!...  W  woreczkach  same  złote  monety!  —  Oldze  całkiem 

zaokrągliły się oczy. — Co my teraz z tym zrobimy? 

—  Chowajcie  wszystko  do  torby  i  idźmy  stąd  jak  najprędzej.  W  domu 

porozmawiamy. 

Zamknęły  pośpiesznie  skrytkę  i  powiesiły  obraz  na  swoim  miejscu.  Wyszły  w 

milczeniu  i  dopiero  w  przedpokoju  Olgi  spojrzały  po  sobie  i  jak  na  komendę 
wybuchnęły głośnym śmiechem. 

—  Ot i mamy za sobą zupełnie nielichy „skok”! — Ada ważyła w ręce ciężką torbę. 

— Mało która banda zawodowych włamywaczy potrafiłaby tyle zagarnąć w tak krót-
kim czasie. Olga, gdzie my to schowamy? 

—  U mnie?... Przecież wam mówiłam, że... 
—  Cicho! Włóż torbę do szafy i siadaj! Mam pewien pomysł. 
—  Teraz cię nawiedził, czy już wczoraj uzgodniłyście go z Klarą? — Ada patrzyła 

bystro na Dominikę. — Lepiej się przyznaj! 

—  Nieistotne  kiedy,  ważne,  że  mam  coś  do  zaproponowania.  Otóż  jutro  rano 

zaniesiemy  cały  ten  złoty  majdan  do  naszego  przystojnego  kapitana,  czyli  do 
Wydziału Spraw Kryminalnych. Opowiemy mu, co i jak, i niech on z kolei trochę się 
tym poopiekuje. Co wy na to? 

—  Jeżeli myślisz, że dam się znowu zrobić na wariatkę — Ada poczerwieniała jak 

burak — to wybij to sobie z głowy. Już miałam dość tych... 

—  Broń  Boże!  Możesz  ubrać  się  na  tę  wizytę  w  szary  worek,  zawiązany 

sznurkiem  pod  szyją!  Teraz  mamy  konkretne  argumenty  i  uzasadnione  powody  do 
odwiedzin.  Ten  znaleziony  skarb  ślicznie  nam  zagra.  Kapitan  zupełnie  zdębieje  — 
cieszyła się Dominika. 

—  Bardzo  dobrze!  —  roześmiała  się  mściwie  Ada.  —  Niech  zobaczy,  jak 

naprawdę  wyglądają  „zwyczajne,  ludzkie  sprawy”...  A  złoto  rozłożymy  mu  przed 
nosem na biurku. Heca będzie nieprzeciętna, zobaczycie! 

—  Ale  ja  was  tylko  odprowadzę  i poczekam w  parku na  ławce — zapowiedziała 

Olga. — Nie  będziemy tam  się  pchały gromadą... Ale dzisiaj nie  zostawiajcie  mnie  z 
taką górą złota. Umrę ze strachu! 

—  Niech zostanie Dominika, ja niestety muszę wracać — westchnęła Ada. — Mój 

mąż gotów pomyśleć, że zeżarł mnie gdzieś ten czarny kot! 

—  To on wie? 
—  Oczywiście! Początkowo trochę mruczał o „głupich babach”, ale potem zmienił 

zdanie i jest teraz bardziej przejęty ode mnie. Jak wrócę do domu, muszę mu złożyć 
dokładne sprawozdanie. 

—  O złocie też? Zgłupiałaś? 
—  Boisz  się,  że  przyjdzie  tu  w  nocy  i  zrabuje  skarb?...  Na  wszelki  wypadek 

przywiążę mu nogę do szafki nocnej. Śpijcie spokojnie! 

Zaczekaj! — Olga zachowywała się jak w gorączce. - Może jednak to złoto schować 

gdzie indziej... W szafie każdy może łatwo znaleźć! 

—  Każdy?  To  znaczy,  —  kto?  Trzeba  uznać,  że  do  odważnych  się  nie  zaliczasz! 

Ale jeśli tak się boisz, włóż złoto pod poduszkę. Tam nikt nie zajrzy. Cześć! Spokojnej 
nocy! O której jutro? 

—  O  dziesiątej — powiedziała  Dominika. — Spotkamy się na  tej naszej ławce  w 

parku. 

—  Będziemy ze złotem paradować po krzakach? — Olga trzęsła się jak w febrze. 

—  Lepiej  przyjdź  tutaj,  bo  ja  czuję,  że  na  pewno  będę  chora,  a  Dominika  sama  nie 
poradzi... 

—  Dobrze,  będę o dziesiątej,  tylko bez dobrej kawy  nie  ruszę  się  stąd nigdzie... 

Aha, zapomniałam! Olga, namaluj jeszcze dzisiaj na płótnie duży transparent. 

—  Jaki?  —  Olga  całkiem  traciła  poczucie  rzeczywistości.  —  Masz  jakiś  nowy 

pomysł? 

background image

—  Właśnie!  Wydrukuj  na  dużym  prześcieradle  wielkimi  literami:  uwaga, 

niesiemy złoto do milicji! Z czymś takim nikt nas nie zaczepi. No to cześć! Do jutra! 

Drzwi  trzasnęły  głośno  i  zaraz  potem  uderzył  w  nie  z  impetem  stary  futrzany 

bambosz. 

—  Jutro się z nią policzę! — Olga sapała ze złości. — Ja jej pokażę transparenty i 

inne głupoty!... Ja... 

—  Uspokój się! — Dominika objęła ją czule. — Po co zaraz tak się irytować. Znasz 

przecież Adę i wiesz, że lubi żartować. Włącz lepiej telewizor, bo zaraz będzie dosko-
nały film. 

—  Film?...  Masz ochotę w  takiej  sytuacji  oglądać telewizję?  A czy przynajmniej 

wiesz, jaki to film, może nie warto włączać. 

—  Zaraz  zobaczę,  mam  przy  sobie  dzisiejszą  gazetę.  Czekaj...  dwudziesta 

piętnaście... Jest! Amerykański: „Gorączka złota”. Oglądamy! 

—  Stanowczo za dużo złota jak na  jeden dzień...  ale jeżeli  chcesz  i  masz  jeszcze 

siłę... 

Dominika  oglądała  więc  film,  a  Olga  miotała  się  po  mieszkaniu  szukając 

bezpiecznego miejsca dla przechowywanego skarbu. Wreszcie zdecydowała, że włoży 
torbę z cenną zawartością do skrzyni na pościel, pod ogromną pierzynę. 

—  No, tutaj już będzie całkiem bezpiecznie! — ucieszyła się i usiadła wreszcie na 

tapczanie, spocona jak mysz, ale o wiele spokojniejsza. 

Film  się  skończył,  kolejno  dość  długo  pluskały  się  w  łazience,  ale  wreszcie 

zagrzebały się w pościeli, dyskutując zawzięcie o wrażeniach ubiegłego dnia. 

—  Chyba  będziemy  już  spały  —  ziewnęła  serdecznie  Dominika.  —  Ale  coś  ci 

jeszcze  powiem.  Słyszałam od  jednego  doświadczonego milicjanta, że  kiedy bandyci 
okradają  mieszkania  spokojnych  obywateli,  to  najpierw  szukają  pieniędzy  i 
kosztowności... no, zgadnij, gdzie? 

—  Skąd mogę wiedzieć! Nie jestem ani milicjantem, ani bandytą! 
—  Więc  ci  zdradzę,  oczywiście  w  największym  zaufaniu:  szukają  najpierw  pod 

pierzyną, w skrzyni na pościel... Aj!! 

Co  się  potem  działo,  trudno  opisać.  Dominika  z  nakrytą  głową  dzielnie 

wytrzymywała  kierowane  w  jej  stronę  uderzenia  poduszek,  papci  i  innych 
przedmiotów. Potem burza uspokoiła się i Olga dała się w końcu przekonać, że były to 
tylko niewinne żarty. 

Kiedy  obydwie  nareszcie  usnęły,  na  dworze  dawno  było  jasno  i  rozlegał  się 

świergot ptaków. 

Rano  Ada  nie  mogła  dostać  się  do  mieszkania  Olgi.  Dzwoniła  bez  przerwy 

kilkanaście minut i nie było słychać najmniejszego odgłosu, świadczącego, że ktoś ma 
zamiar otworzyć drzwi. 

—  Co tam  się  z nimi wyprawia? — denerwowała się  nie  na żarty. —  Czy  ktoś  je 

tam uśpił?... Trzeba będzie forsować zamek. 

Ale  właśnie  coś  zaczłapało  i  drzwi  powoli  się  uchyliły.  W  progu  stanęła  zaspana 

Olga w długiej flanelowej koszuli. 

—  Pali się — mruknęła nieprzytomnie. — Co znaczy ten alarm w środku nocy? 
—  Zwariowałaś?  Dziesiąta  na  zegarze,  a  wy  śpicie  i  do  tego  macie  jeszcze 

pretensję, że was się budzi. Chyba w nocy było dość czasu na odpoczynek! 

—  Do  diabła  z  takim  odpoczynkiem!  —  Dominika  nie  miała  siły  unieść  głowy 

znad  poduszki.  —  Ta  wariatka  biegała  całą  noc  po  mieszkaniu,  szukając  co  chwila 
nowego  miejsca  dla  tego  przeklętego  złota!  Oka  zmrużyć  nie  mogłam!  Daj  jeszcze 
chwileczkę kimnąć, błagam! 

—  Akurat! Musimy zaraz iść, bo potem trzeba pędzić po zakupy. Jutro niedziela, 

a lodówka zieje pustką. Mam zagłodzić rodzinę? 

Po  dobrej  godzinie  trochę  bezładnej  bieganiny  były  gotowe  do  wyjścia.  Skarb 

został zapakowany do dużej skórzanej torby, którą Ada wzięła pod swoją opiekę. Tuż 
za  rogiem  ulicy  udało  się  złapać  taksówkę,  co  znacznie  ułatwiło  szybki  dojazd  na 

background image

miejsce. 

—  Tylko czy kapitan będzie u siebie? — martwiła się Dominika. — Może poszedł 

na jakąś naradę... Co wtedy zrobimy? 

—  Nie martw się! Kapitan czeka na nas już od godziny — Ada skromnie spuściła 

oczy. — Nie wypadało przecież zwalać mu się na głowę bez uprzedzenia. 

Spojrzały po sobie i z trudem stłumiły nagły przypływ wesołości. No cóż, Ada była 

zawsze pełna niespodzianek. 

—  Jesteśmy  na  miejscu  —  odetchnęła  Olga.  —  Teraz  nikt  już  nam  złota  nie 

ukradnie. Idźcie sobie spokojnie, a ja poczekam na was w wiadomym miejscu. 

—  Chodź z nami, nie dziwacz! — Ada chwyciła energicznie przyjaciółkę za rękę. 

— Nikt nie urwie ci tam głowy. No, chodż! 

—  Daj  mi  .spokój!  —  Olga  spojrzała  błagalnie.  —  Ja  naprawdę  nie  chcę  iść  z 

wami. Poczekam sobie na ławce i zapalę papierosa. No, maszerujcie! 

Ada  przycisnęła  mocniej  do  siebie  dość  ciężką  torbę  i  śmiało  weszła  do  szarego 

gmachu. Dominika dzielnie szła za nią, mimo że najchętniej poszłaby w ślady Olgi. 

—  Jak  będą  trudności  przy  wejściu,  zaraz  uciekam  —  szepnęła  do  Ady, 

poprawiając nerwowo włosy. 

Ale  dyżurujący  milicjant  jakby  tylko  czekał  na  przyjście  pań.  Poprosił  tylko  o 

dowody  osobiste,  wypisał  szybko  przepustki  i  nie  pytając  o  nic  więcej  nacisnął 
automat otwierający drzwi do wnętrza gmachu. 

—  Nie zdziwię się wcale, jeżeli na piętrze przywita nas dęta orkiestra regionalna i 

dzieci  z  kwiatami  —  komentowała  pierwsze  wrażenia  Dominika.  —  Widzę,  że  ty 
dzisiaj rano naprawdę nie traciłaś czasu. 

—  Cicho,  to  już  tutaj.  —  Ada  zatrzymała  się  przed  drzwiami  opatrzonymi 

numerem dwadzieścia trzy. Zapukała energicznie i nie  czekając na wezwanie  weszła 
do pokoiku, gdzie za dużą maszyną do pisania królowała ładna brunetka. Dominika 
szła za nią krok w krok. 

—  Dzień  dobry  pani!  My  do  naczelnika...  —  Ada  miała  na  ustach  nieśmiały 

uśmiech. — Czy można? 

—  Proszę,  pan naczelnik  jest wolny. —  Uprzejma sekretarka patrzyła zdziwiona 

na ogromną torbę dźwiganą z widocznym wysiłkiem. 

Ada  zapukała  energicznie  i  pewnym  krokiem  wkroczyła  do  środka.  Zza  biurka 

zerwał się wysoki i rzeczywiście bardzo przystojny mężczyzna. 

—  Witam  serdecznie!  —  uścisnął  mocno  dłonie  obydwu  pań.  —  Proszę  siadać. 

Zaraz będzie kawa. Czy panie palą? 

—  Nie,  panie  kapitanie,  dziękujemy!  —  Ada  miała  lekkie  rumieńce  i  szatański 

błysk w oku. — Nie wiedziałyśmy, że w naszej milicji... 

—  Wiem! — roześmiał się kapitan. — Przeważnie się uważa, że u nas traktuje się 

interesantów jak przestępców... Ale wcale tak nie jest. 

—  Właśnie  to  widzę  i  przypuszczam,  że  raczej  przestępców  traktujecie  jak 

codziennych  interesantów,  i  to  jest  zupełnie  logiczne...  Ale  trzeba  przystąpić  do 
rzeczy, bo pana czas jest cenny, nasz zresztą też! Sądzę, że przypomina pan sobie, że 
interesujemy  się  sprawą  tych  nagłych  zgonów  w  domu  państwa  Kraftów.  I  chociaż 
swojego czasu uznał pan to za zwykłe ludzkie sprawy — podkreśliła z naciskiem — my 
byłyśmy  ciągle  innego  zdania,  jako  że  kobiety  bywają  uparte...  No  i  nadal 
medytujemy nad tą sprawą. 

—  Tak?  —  kapitan  patrzył  z  wyraźną  sympatią  na  zarumienioną  Adę.  —  Czy 

może doszły panie do nowych, bardziej konkretnych wniosków? 

—  Właśnie!  —  Dominika,  w  obawie,  aby  Ada  nie  wygadała  za  dużo,  szybko 

ubiegła  przyjaciółkę.  —  Postanowiłyśmy  zwrócić  się  do  pana  z  prośbą  o  udzielenie 
nam rady w dość kłopotliwej kwestii. Otóż jedyna pozostała przy życiu w tym domu 
osoba leży w szpitalu bardzo chora. 

—  Przepraszam, że pani przerywam, ale czy mogę zapytać, co było przyczyną tej 

choroby? — zainteresował się kapitan, patrząc z uwagą na Dominikę. 

background image

—  To była też zwyczajna ludzka sprawa — Dominika miała przekorne iskierki w 

oczach.  —  Ale  przyzna  pan,  że  jednak  trochę  dziwna...  Otóż  zobaczyła  ona  w  nocy 
czarnego  kota.  Lał  rzęsisty  deszcz,  a  on  zaglądał  przez  okno  i  usiłował  wejść  przez 
otwarty  lufcik  do  mieszkania.  Przestraszyła  się  bardzo  i  w  tych  strugach  deszczu 
uciekła  do  koleżanki,  która  na  szczęście  mieszka  tuż  obok.  Oczywiście  zaziębiła  się 
poważnie i wywiązało się zapalenie płuc. 

—  Kiedy to się stało? 
Parę dni temu. Teraz jest już lepiej, ale właśnie... 
—  Chwileczkę  — przerwał  kapitan. — Nie mogę  pojąć, dlaczego widok kota  tak 

bardzo tę panią przeraził... Przecież nie było w tym nic aż tak strasznego, żeby uciekać 
w deszczu i po nocy. Jak pani myśli? 

—  Ma  pan  rację  —  Dominika  już  wiedziała,  że  jej  rozmówca  nie  da  się  zbyć 

częściowymi  prawdami.  —  To  my  ostrzegłyśmy  Klarę,  żeby  miała  się  na  baczności, 
kiedy zobaczy tego kota. Bałyśmy się, że znów stanie się coś złego. 

—  Teraz rozumiem. Ale chyba tej nocy nic więcej się nie stało?... Podejrzewam, 

że jednak tak... 

—  Owszem... stało się — Dominika trochę się zająknęła. 
—  Słucham panią! Czuję, że to będzie naprawdę interesujące. 
—  Na drugi dzień. Poszłyśmy z Klarą do jej domku, aby sprawdzić, czy wszystko 

jest w porządku.  Pozornie tak było, ale kiedy miałyśmy wychodzić już z mieszkania, 
jedna z koleżanek poszła na chwilę na werandę i... 

—  Proszę  mówić  dalej  —  kapitan  był  wyraźnie  zaciekawiony.  —  Czy  tam  coś 

zobaczyła? 

—  Jeżeli  nawet  tak  było,  nic  z  tego  nie  zapamiętała.  Znalazłyśmy  ją  leżącą  na 

podłodze.  Była  nieprzytomna.  Na  głowie  miała  ślad  silnego  uderzenia...  Wyrósł  jej 
potężny guz. 

—  Czy  też  jest  w  szpitalu?  —  w  głosie  kapitana  zabrzmiała  nutka  prawdziwego 

niepokoju. — To już nie są żarty! 

—  Od  początku  nie  były!  —  podkreśliła  z  satysfakcją  Ada.  —  Z  Olgą  jest  już 

wszystko w porządku. Przyszła szybko do siebie, guz pięknie przyżółkł i już prawie za-
pomniała o tej przygodzie. 

—  No, ale z tego wynika, że nie urządził jej tak kot — Dominika szybko włączyła 

się  do  rozmowy.  —  Rozmyślałyśmy  wiele  i  doszłyśmy  do  wniosku,  że  kot  to  tylko 
trop... 

—  Czego  trop?  —  kapitan  bystro  patrzył  na  przyjaciółki.  —  Widzę,  że  mam  w 

osobach pań niebezpieczną konkurencję. 

—  Raczej  skromne  amatorki  —  zagruchała  słodko  Ada.  —  Jesteśmy  pewne,  że 

zaprowadzi on nas wkrótce do ciekawego rozwiązania. 

—  Mianowicie?  Jak  dotąd  częstują  mnie  panie  samymi  niedomówieniami  — 

kapitan  był  wyraźnie  zaciekawiony.  —  Czy  mógłbym  prosić  o  wszystkie  nowe 
szczegóły dotyczące tej sprawy? No, bo jeżeli mam pomóc... 

—  Przecież  po  to  przyszłyśmy  tutaj.  Właściwie  już  wszystko  pan  wie,  do 

momentu  przygody  Olgi  —  Dominika  referowała  pośpiesznie,  nie  chcąc  dłużej 
nadużywać  cierpliwości  naczelnika.  —  Potem  Klara  rozchorowała  się  i  pogotowie 
zabrało  ją  do  szpitala.  Postarałyśmy  się,  oczywiście,  aby  lekarz  został  dokładnie” 
poinformowany  o  jej  uprzednich  przejściach,  no  i  została  jej  zapewniona  właściwa 
opieka.  Nikt  do  niej  nie  wejdzie  bez  przepustki,  podpisanej  przez  ordynatora.  Ale 
Klara odzyskała już wczoraj przytomność i chciała widzieć się natychmiast z którąś z 
nas.  Poszłam  tam  zaraz  i  okazało  się,  że  ma  do  nas  prośbę,  która  w  efekcie 
przysporzyła  nam  trochę  kłopotu.  Otóż  Klara  poinformowała  nas,  że  w  pokoju 
szwagra  jest  skrytka,  w  której  przechowywał  on  mnóstwo  kosztowności  przez  cały 
okres  małżeństwa.  Podejrzewa,  że  ktoś  wie  o  tym,  chce  zagarnąć  złoto  i  dlatego 
prześladuje  wszystkich mieszkańców  tego domu, łącznie  z nią.  Prosiła  mnie  bardzo, 
aby ten skarb wyjąć ze skrytki i położyć na widocznym miejscu, a wtedy... 

background image

Tu  urwała,  bo  otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  młody  człowiek  w  mundurze,  niosąc 

ostrożnie dużą tacę, znad której unosił się zapach jedyny na świecie. 

—  Oto  i  kawa  — kapitan zręcznie  ustawiał  filiżanki przed  swoimi gośćmi.  — Te 

ciasteczka wyglądają mizernie, ale dadzą się zjeść. Proszę więc się częstować. Ale czy 
możemy przy kawie rozmawiać dalej? 

—  Ależ tak... Zaraz, na czym to skończyłam... 
—  ...  że pani  Klara  chciała,  aby  złoto  szwagra położyć  w  widocznym  miejscu  — 

podpowiedział  kapitan.  — Chodziło  chyba  o  to,  aby za  tę cenę  kupić  sobie  spokój... 
Czy tak? 

—  Właśnie  —  westchnęła  Dominika.  —  Ale  jej  poradziłam,  aby  to  wszystko 

przenieść  tutaj,  do  pana,  bo  będzie  i  bezpieczniej  dla  złota,  i  będzie  mógł  pan 
zarządzić tymi sprawami po swojemu... My się na tym zupełnie nie znamy. 

—  I  znalazł  się  ten  skarb?  —  kapitan  patrzył  odrobinę  niedowierzająco.  — 

Przecież  dom  był  pusty  przez  kilka  dni  i  jeśli  ktoś  chciał  rzeczywiście  to  zabrać,  to 
była wspaniała okazja. 

—  Właśnie!  Ale  mimo  to...  —  Ada  z  prawdziwą  satysfakcją  położyła  na  biurku 

ciężką torbę. — Proszę zobaczyć, ile tego jest! Koleżanka, u której przechowywałyśmy 
to od wczoraj, całą noc nie spała. 

—  Wcale się jej nie dziwię — kapitan ze zdumieniem oglądał piękną biżuterię. 
W  woreczkach  są  również  bardzo  cenne  monety  i  obrączki  —  Ada  skwapliwie 

rozkładała  na  biurku  cały  złoty  ładunek.  —  Ten  szwagier  musiał  być  strasznym 
sknerą, aby uciułać tyle kosztowności. 

—  Zwłaszcza że  nigdzie nie pracował — pokiwał  głową kapitan. — No, ale  co  ja 

mam z tym zrobić? 

—  Niech  to  tutaj  zostanie,  błagam!  —  Dominika  złożyła  ręce.  —  Co  my 

poczniemy z taką górą złota, a u Klary teraz zostać nie może. 

—  Dobrze,  zrobimy  tak:  sporządzi  się  dokładny  spis  wszystkiego  i  na  razie 

zostanie to u nas w depozycie. Stawiam tylko jeden warunek — aż do odwołania nie 
wolno wchodzić do willi pani Klary. Bardzo o to proszę! 

—  Ale tam trzeba podlewać kwiatki — zaprotestowała Ada — i dopóki Klara nie 

wróci... 

—  O  kwiatki  proszę  się nie martwić,  będą  podlane,  ile  trzeba.  A  do  tego domu 

wstęp wzbroniony. Rozumiemy się? 

—  Oczywiście! A co mamy powiedzieć Klarze? 
—  Że  zrobiły  panie  wszystko,  żeby  było  dobrze.  I  jeszcze  jedna  prośba; 

porozmawiajcie  panie  z  chorą  przyjaciółką  na  temat  jej  układów  rodzinnych. 
Interesuje mnie zwłaszcza ten nieżyjący szwagier. To naprawdę bardzo ważne! A tutaj 
mój numer telefonu i proszę dzwonić z nowinami po dwudziestej drugiej. To jest mój 
prywatny telefon i o tej porze przeważnie jestem w domu. 

—  A więc żegnamy pana. — Ada podniosła  się z krzesła. — Czy  to już wszystko, 

co pan chciałby wiedzieć? 

—  No, jeszcze nic nie wiem na temat tego tropu, ale domyślam się, o co chodzi. 

Ten czarny kot szedł za kimś, prawda? 

—  Skąd pan wie? — Ada osłupiała ze zdumienia. — To my tyle czasu błądziłyśmy 

w gąszczu różnych przypuszczeń, a pan... 

—  Na  tym  polega  mój  zawód,  aby  zawsze  szukać  szybkich  rozwiązań.  Zatem 

teraz mają panie zamiar poszukiwać właściciela tego czarnego kota. Bardzo mądrze! 

—  Myśli pan? — ucieszyła się Dominika. — Nie wiemy tylko, czy to nam się uda. 
—  Od  początku  idą  panie  właściwą  drogą.  Przyznam  szczerze,  że  my  też 

przyglądaliśmy  się  tej  sprawie,  bo  rzeczywiście  było  tam  dużo  podejrzanych 
szczegółów,  ale  nie  udało  się  nam  dotąd  dojść  do  jakichś  konkretnych  wniosków. 
Panie  niezmiernie  nam  pomogły.  Jestem  pełen  prawdziwego  podziwu  i  uznania! 
Życzę  powodzenia  i  od  dwudziestej  drugiej  jestem  do  dyspozycji  szanownych  ko-
leżanki. 

background image

Wyszły niezmiernie z siebie zadowolone. 
—  Złoto  mamy  z  głowy  i  możemy  dalej  kontynuować  nasze  poszukiwania!  — 

zachwycała się  Ada.  — Mój mąż nabierze  teraz dla  mnie  większego szacunku. Niech 
nie myśli, że znam się tylko na garach i starociach! 

Olga na ławce kręciła się nieprzytomnie. 
—  Jak  wy  gdzieś  pójdziecie,  to  ślady  po  was  giną!  Jak  długo  w  końcu  można 

czekać?! 

—  Nie marudź, bo już jesteśmy. Namawiałam cię przecież, żebyś szła z nami, ale 

sama nie chciałaś. Chodź, przejdziemy się trochę. 

Poszły  spacerkiem  w  stronę  stawu  z  łabędziami  i  jedna  przez  drugą  opowiadały 

Oldze wrażenia z wizyty u kapitana. 

—  Ale teraz ani słówka nikomu na temat złota... Teni też! Jedno jedyne słówko, 

nieopatrznie rzucone, może mieć fatalne skutki dla całej sprawy. Telefon kapitana też 
musi pozostać wyłącznie do naszej wiadomości... pamiętajcie! — ostrzegała poważnie 
Dominika. 

—  Ja  tam  nie  mam  zamiaru  nigdzie  dzwonić,  zwłaszcza  o  tak  późnej  porze  — 

wzruszyła  wymownie  ramionami  Olga.  —  Wy  obydwie  dacie  mu  wystarczający 
wycisk. 

Nagle z daleka rozległ się głuchy odgłos grzmotów. Zanosiło się na burzę 
—  Okna  otwarte w  mieszkaniu —  chwyciła  się  za głowę  Dominika.  —  Pędzę do 

tramwaju! Wpadnijcie do mnie jutro. Do widzenia! 

—  Dobrze! Dzisiaj po południu idę do szpitala odwiedzić Klarę, a teraz sunę do 

chaty,  bo  nie  wzięłam  parasolki.  Chodż!  —  Ada  ciągnęła  Olgę  za  rękę.  Wiatr  niósł 
suchy piasek i uderzał nim w oczy. Na przystanku tramwajowym czekał tłum. 

Kiedy  Dominika  dobiegła  do  drzwi  mieszkania,  nad  Toruniem  już  rozszalała  się 

burza. Na dworze zrobiło się prawie całkiem ciemno, a oślepiające błyskawice kreśliły 
złote linie na poszarzałym niebie. 

Colombo  siedział  na  parapecie  otwartego  okna  i  głośnym  miauczeniem  witał 

powracającą  panią.  On  też  wolał  nie  być  sam,  kiedy  groźne  grzmoty  przewalały  się 
nad miastem i budziły grozę nawet w jego małym kocim serduszku. 

Do wieczora deszcz lał  bez przerwy  i  Dominika  postanowiła wykorzystać czas na 

małą przepierkę, która powoli zamieniła się w gigant pranie. Dochodziła już północ, 
kiedy  nareszcie  wyszła  z  łazienki.  Była  bardzo  zmęczona  i  szybko  szykowała  się  do 
snu. Pozamykała szczelnie okna, pozostawiając otwarty tylko jeden mały lufcik i to ze 
względu  na  Colomba.  On  musiał  mieć  możność  uprawiania  ciągłej  wędrówki  z 
mieszkania na dwór i odwrotnie. 

Położyła się, czując w kościach dzisiejsze  pranie. Prawie już usypiała, kiedy ostry 

sygnał  telefonu  postawił  ją  na  nogi.  Colombo,  który  siedział  na  parapecie  okna  i 
obserwował aleję topolową,  dał nura na trawnik. On  też nie  lubił niespodziewanych 
hałasów w środku nocy. 

—  To  ja  —  Dominika  usłyszała  w  słuchawce  głos  Ady.  —  Na  pewno  cię 

obudziłam... Przepraszam! 

—  Nie  szkodzi...  Prałam  do  północy  i  właśnie  usypiałam.  Dlaczego  jeszcze  nie 

śpisz? 

—  Położyłam się już dawno, ale miałam hecę z Jackiem i to wybiło mnie całkiem 

ze snu. 

—  Jaką hecę? — Dominika dzielnie walczyła z sennością. — Miał jakieś trudności 

w szkole? 

—  Skąd! Wyobraź sobie, że dzisiaj wieczorem ktoś napadł na niego. 
—  O  Boże! —  Dominika  natychmiast  odzyskała  całkowitą przytomność.  —  I  co 

mu się stało? 

—  Jemu nic, ale nie wiem, co się stało napastnikowi. 
Wiesz,  że  Jacek  już  od  małego  trenował  z  Tomaszem  dżudo,  a  teraz  uczy  się 

boksu... Chłopak dołożył mu, ile wlezie. 

background image

—  Jak to było? Gdzie go napadł? 
—  Na  naszym  podwórku.  Wieczorem  kazałam  Jackowi  wynieść  kubełek  ze 

śmieciami. Zwlekał z tym jak zwykle do ostatniej chwili, bo padał deszcz i nie chciało 
mu  się wychodzić. Dopiero, kiedy wyszłam do łazienki i zobaczyłam, że kubeł nadal 
stoi pełny, popędziłam mu kota. Skutek był natychmiastowy: chwycił z wieszaka mój 
płaszcz nieprzemakalny i wybiegł w podskokach. Dość długo nie wracał i zaczęłam już 
się niepokoić, ale usłyszałam wreszcie, że wchodzi do przedpokoju i zamyka drzwi na 
klucz.  Wstałam  jeszcze  z  łóżka,  aby  mu  przypomnieć,  żeby  nie  zapomniał  wyłączyć 
gazu w łazience, ale kiedy go zobaczyłam — osłupiałam! Był spocony, na twarzy miał 
rozmazaną krew i dyszał ciężko... Mój płaszcz nieprzemakalny, wiesz, ten zielony, był 
cały w strzępach... Zabrakło mi dosłownie tchu. 

—  No i co? — Dominika poczuła mdłą słabość, ale zaraz wzięła się w garść. — Czy 

jest bardzo pobity? 

—  Przecież ci  już mówiłam, że  nie!  Ale  teraz posłuchaj,  jak  to było...  Uśmiejesz 

się do łez: a więc kiedy Jacek pochylił się z wiadrem nad pojemnikiem, coś wskoczyło 
mu na plecy. W pierwszej chwili był trochę zaskoczony, ale natychmiast rzucił wiadro 
i próbował uwolnić się z rąk napastnika. Musiał bardzo się śpieszyć, bo tamten zaczął 
go  dusić.  Jacek  zna  jednak  różne  chwyty,  uwolnił  się  dość  łatwo  i  wtedy  zaczął  się 
rewanż! Zapędził łobuza między pojemniki i sprał go, aż miło!  Tamten próbował się 
bronić  i  był  podobno  bardzo  silny  i  zwinny,  ale  gdzie  mu  tam  do  mojego  Jacka! 
Najwięcej ucierpiał mój płaszcz. Chodziłam w nim wprawdzie już parę lat, ale bardzo 
go lubiłam. Szkoda! 

—  I jak to się skończyło? — zapytała cicho Dominika. 
—  Normalnie.  Kiedy  ten  chuligan  przekonał  się,  że  trafił  na  mocniejszego, 

próbował uciekać.  Jacek przytrzymał go  jednak  tak długo,  aż tamten dostał należną 
mu ilość cięgów i wtedy pozwolił mu uciec. 

—  Czy Jacek czuje się dobrze? 
—  Ależ  tak!  Śpi  już  dawno  jak  suseł...  Mnie  wybiło  to  jednak  ze  snu  i  dlatego 

zadzwoniłam. Przepraszam cię jeszcze raz, że zawracam ci głowę takimi głupstwami i 
do tego w środku nocy. 

—  Bardzo  dobrze  zrobiłaś,  że  mi  o  tym  opowiedziałaś.  Ale  posłuchaj...  Pomyśl 

dobrze i powiedz mi: czy w twoim płaszczu Jacek mógł być trochę do ciebie podobny? 

—  No wiesz... Ty masz pomysły! 
—  Ale  powiedz:  czy  można  było  pomylić  się  w  nocy  i  wziąć  Jacka  za  ciebie? 

Pytam poważnie! 

—  No... chyba tak. On ma też jasną czuprynę i w tym moim obszernym płaszczu 

jesteśmy na pewno podobni... Ale co ty kombinujesz? Myślisz, że ten chuligan chciał 
napaść  na  mnie?...  Nonsens!  Po  co?!  Do  Jacka  mógł  mieć  jakieś,  sobie  tylko 
wiadome, pretensje... Chociaż on twierdził, że nigdy tamtego nie widział. 

—  A widział go wyraźnie? 
—  Właśnie  że  nie.  Miał  chyba  nasunięty  na  twarz  bardzo  wysoki  czarny  golf. 

Jacek mówił, że czuł się w bójce jakoś dziwnie... Tak jakby walczył z cieniem. Głupie, 
ale Jacek tak to odczuwał. Kazałam mu bardzo uważać i wieczorami wracać wcześniej 
do domu. Z kubłami będę teraz chodzić sama. Trudno. 

—  Nie!! — krzyknęła Dominika. — To właśnie ty musisz uważać! Niech twój mąż 

wynosi sam śmiecie... Kobiecie to nawet nie uchodzi. 

—  Widzę,  że  znów  rozdmuchałam  do  białości  twoją  bujną  wyobraźnię...  Daj 

sobie  z  tym  spokój!  Jeśli  chcesz,  zapytaj  naszego  przystojnego  kapitana,  ile  bójek 
odnotowuje codziennie  w  każdej  dzielnicy miasta.  Możesz  spać  spokojnie!  Od  jutra 
biorę  się  solidnie za przeczesywanie  naszych  czarnych  kotów.  Tylko iskry z nich się 
posypią! Zobaczysz! No, to dobrej nocy! 

Dominika  chciała  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  Ada  odłożyła  już  słuchawkę. 

Westchnęła,  pomyślała  chwilę,  a  potem  obeszła  mieszkanie  i  otworzyła  szeroko 
wszystkie okna. 

background image

—  Bez  względu  na  to,  kim  jest  ten  tajemniczy  Iks,  to  sądzę,  że  po  tych  cięgach, 

jakie Jacek mu sprawił, nie będzie już miał siły ani ochoty do dalszych rozrób — po-
myślała z ulgą. — Nareszcie złapię trochę świeżego powietrza. 

Deszcz  na  dworze  padał  nadal.  Colombo  wrócił  do  domu  i  zostawiając  za  sobą 

mokre  ślady  pomaszerował  do  kuchni,  gdzie  spodziewał  się  dostać  jeszcze  coś  do 
jedzenia.  Dominika  zrobiła  sobie  gorącej  herbaty  i  stojąc  w  oknie  porządkowała 
rozwichrzone  myśli.  To  już przestała być zabawa  w  „czarnego  kota”...  Sytuacja  stała 
się  poważna  i  komplikuje  się  nadal  z  godziny  na  godzinę...  Tak...  Nie  było 
wątpliwości,  że  niechcący  zabrnęły  w  jakąś  niesamowitą  sprawę  i  nawet  gdyby 
chciały, nie mogą się już wycofać... Milicja wie o wszystkim i liczy na ich współpracę... 
ale czy naprawdę o wszystkim? Przecież  o napadach na przyjaciółki nie powiedziała 
nikomu ani słówka. Milicji też. Trzeba będzie zadzwonić do kapitana... Ale co mu po-
wie?... Że ktoś napada podstępnie  na wszystkie  osoby, które zaczęły interesować się 
domem Kraftów?... Może to jest ostrzeżenie, żeby przestać?... Głupstwa! Ktoś jednak 
próbuje  wrzucać  przez  okna  płonące  sznurki  i  rzuca  się  po  nocach  na  bezbronne 
kobiety...  Wszyscy  widzą  przy  tym  jakieś  uciekające  cienie,  ale  niczego  nie  da  się 
konkretnie  określić.  Z  kim bił się Jacek? Podobno  coś  wskoczyło  mu na plecy...  Ale 
co? Człowiek?... A może kot?... Miał wrażenie, że bił się z cieniem... Co to znaczy?... 
Do licha, dość tego!! Jeszcze trochę i zwariuję... Trzeba iść spać! 

Położyła się, popiła wodą relanium i wkrótce usnęła. Colombo usiadł w otwartym 

oknie i rozpoczął swój nocny dyżur. W dzień będzie miał dość czasu do spania. 

Rozdział

 XII 

Tydzień zapowiadał się okropnie. Nie dość, że nadal lało nieprzytomnie  i pogoda 

przypominała  raczej  listopad  niż  pełnię  łata,  do  tego  jeszcze  to  dziwne  zachowanie 
przyjaciółek...  Od    trzech  dni  minął  już  wyznaczony  wspólnie  termin  ukończenia 
drugiego  etapu  akcji  pod  zaklepanym  kryptonimem  „koci  trop”,  a  tymczasem 
Dominika  odebrała  od  nich  po  kolei  kilka  telefonów,  w  których  informowały,  że 
„rozpracowują  właśnie coś  ciekawego  i trzeba  jeszcze trochę poczekać”. —  Umówiły 
się  gdzieś beze mnie na  kawę,  czy  jak?! — złościła  się, nie  mogąc zrozumieć  tej  po-
dejrzanej tajemniczości. — Urlop na półmetku, a tu jeszcze wszystko w lesie! Co one 
mają  do  rozpracowywania?  Zdobycie adresów właścicieli  tych  przeklętych kotów, to 
było coś! Wszystkie sklepy ze słodyczami w okolicy przekroczyły plan, tyle cukierków 
szło dziennie dla młodych informatorów. No, ale za to adresów otrzymały mnóstwo. 

—  Czyżby  w  naszej  dzielnicy  było  więcej  czarnych  kotów  niż  mieszkańców?  — 

dziwiła  się Olga  — Jednak czuję,  że ta najmłodsza generacja  porządnie nas nabrała. 
Ja od początku tak mówiłam, ale... 

No i rozbiegły się wszystkie z adresami w zanadrzu i od tego czasu jakby zapadły 

się  pod  ziemię!  Do  Klary,  owszem,  wpadały,  ale  jakoś  ich  nigdzie  nie  można  było 
spotkać...  Tylko  te  głupie  telefony!  —  Kapitan  pomyśli,  że  jesteśmy  naiwne  gęsi, 
którym nie można powierzyć żadnych konkretnych zadań — martwiła się Dominika. 
Niepokoiła  się  tym  bardziej,  że  ona  sama  w  swych  poszukiwaniach  nie  doszła  do 
żadnych pozytywnych  rezultatów. Właściciele  czarnych  kotów  okazywali przeważnie 
bardzo  mało  zainteresowania  swoim  podopiecznym,  nie  wpuszczając  ich  nigdy  do 
mieszkania  i  traktując  na  co  dzień  więcej  niż  kiepsko.  —  Czy  takie  przepędzane  i 
wystraszone  zwierzątko  ma  ochotę  iść  gdzieś  w  nocy  za  swoim  panem?  — 
powątpiewała. — Czy mój Colombo łaziłby tak za mną, gdybym trzymała w piwnicy i 
żałowała  odrobiny  mleka?  Wątpię,  czy  ta  droga  poszukiwań  jest  słuszna...  Trzeba 
będzie szukać innych rozwiązań. 

Tak chętnie pogadałaby sobie na ten temat w gronie przyjaciółek, ale one, jak na 

złość, nie pokazywały się wcale. Postanowiła zatem nie tracić czasu, lecz przystąpić do 

background image

rozmowy z Klarą na temat, który tak bardzo interesował kapitana. 

Do szpitala  dotarła  w odpowiednim momencie,  bo w  telewizji nadawano  właśnie 

jakiś  film  odcinkowy,  który  bardzo  interesował  współlokatorkę  Klary,  mogły  więc 
spokojnie porozmawiać. 

Po  dwudziestej  drugiej  Dominika  usiadła  koło  telefonu  i  wykręciła  numer, 

zerkając na trzymaną w ręku karteczkę. 

—  Tak...  Otmański  przy  telefonie...  Ach,  to  pani,  pani  Dominiko!  Cieszę  się 

bardzo, dobry wieczór! 

—  Dobry to on  nie  jest...  —  westchnęła  Dominika.  —  Aż mi wstyd, że  mam dla 

pana takie skąpe wieści. 

—  Czasem takie są najbardziej treściwe. Słucham pilnie! 
—  A  więc,  co  do  poszukiwań  właściciela  czarnego  kota,  nie  ma  jeszcze  nic 

konkretnego.  Moje  przyjaciółki  nie  stawiły  się  w  umówionym  terminie...  Jestem, 
mówiąc delikatnie, wściekła! 

—  Może  zaistniała  taka  sytuacja,  że  specjalnie  nie  chcą  przyśpieszać.  Czasem 

naprawdę warto poczekać. 

—  Nic  innego  nie  robię.  Ale  żeby  nie  tracić  czasu,  poszłam  dzisiaj  do  Klary 

porozmawiać z nią na temat, który pana interesował. 

—  To ładnie z pani strony. Jestem bardzo ciekawy! 
—  Obawiam  się,  że  pana  rozczaruję...  Otóż  ten  pan  Kraft  pochodzi  podobno  z 

Gdańska.  Siostra Klary  poznała go  w jakimś punkcie  Toto-lotka. Pożyczył  wtedy od 
niej długopis i tak zaczęła się ich znajomość, a potem wielka miłość... Było to w latach 
sześćdziesiątych.  Klara  mieszkała  wtedy  z  mężem  i  siostrą  na  Bydgoskim 
Przedmieściu.  W  tym  czasie  rozpoczęli  tutaj  budowę  własnej  willi.  Pan  Kraft  na-
tychmiast  zaoferował  swoją  pomoc,  co  nie  sprawiało  mu  trudności,  gdyż  wtedy 
nigdzie nie pracował. Wkrótce potem mąż Klary zginął w wypadku samochodowym i 
pan  Kraft  został  opiekunem  obydwu  pań.  Wtedy  był  już  oficjalnym  narzeczonym 
siostry  Klary.  A  potem  wszystko  potoczyło  się  wiadomym  torem:  siostra  poślubiła 
Krafta,  który  ze  względu  na  chore  serce  nadal  nigdzie  nie  pracował.  Willa  była 
ukończona i zamieszkali w niej we troje, gdyż siostry nie chciały się rozstawać, a poza 
tym  stanowiła  ona  ich  wspólną  własność.  Ta  sielanka  trwała  aż  do  niedawnych 
wypadków, zwanych przez nas „kocią” sprawą. 

—  Czy pan Kraft próbował podjąć gdzieś pracę? 
—  Dziwne, ale nie. Podobno stan jego zdrowia na to nie pozwalał. Do zarobków 

żony i szwagierki dokładał się, od czasu do czasu, w postaci tych złotych załączników. 

—  Ale za co postawili taką ładną willę? — dziwił się kapitan. — Wiemy przecież, 

ile to kosztuje! 

—  Na  kupno  placu,  budowę  domu  i  jego  całkowite  wyposażenie  dał  pieniądze 

jakiś krewny z Kanady. Było tego tyle, że wystarczyło na wszystko. 

—  Nawet  na  to,  aby  szwagier  pani  Klary  mógł  oddawać  się  spokojnie 

całkowitemu nieróbstwu — dokończył kapitan. — W tym czasie, kiedy inni, łącznie z 
jego żoną i szwagierką, pracowali ciężko — on sadził kwiatki i żył na koszt kobiet... A 
jak wyrażała się o nim pani Klara? 

—  Nie ukrywała wcale przede mną, że go szczerze nie lubiła. Był podobno bardzo 

przystojny i miły, ale miał też w sobie coś przykrego, co budziło w niej niechęć... Nie 
umiała tego uzasadnić, ale tak było. 

—  Dlaczego? — dziwił się kapitan. — Czy były jakieś określone przyczyny? 
—  Ja też pytałam ją o to. Podobno było w nim coś dziwnego...' Twierdził, że jest 

ciężko chory, ale nigdy nie był u lekarza... Nie życzył też sobie w domu żadnych gości. 
Mówił, że go to męczy i musi mieć zupełny spokój. 

—  Ale jak to się działo, że te dwie, z pewnością inteligentne kobiety pozwoliły aż 

tak  się  terroryzować?  Czy  nie  przyszło  im  nigdy  do  głowy,  żeby  zbuntować  się  czy 
sprzeciwić? 

—  Nie... Widzi pan... żona go kochała. 

background image

—  No  tak...  To  tłumaczy  wszystko.  On  kochał  siebie,  żona  kochała  męża,  pani 

Klara siostrę i tak w imię miłości męczyli się wszyscy. Okropne! 

—  Chwileczkę...  Klara  mi  jeszcze  coś  mówiła...  to  było  o  tych  oczach...  Ale  to 

chyba nie ma żadnego znaczenia. 

—  Nie  rozumiem!  —  głos  kapitana  był  pełen  napięcia.  —  Proszę,  niech  pani 

przypomni sobie najdrobniejsze szczegóły. To może być bardzo ważne! 

—  Postaram  się...  A  więc  mówiła,  że  miał  jakieś  dziwne  oczy...  takie  całkiem 

nieruchome,  bez  cienia  cieplejszego  błysku.  Nawet  kiedy  się  śmiał,  to  oczy 
pozostawały zimne, powiedziała, że... okrutne. Tak dosłownie powiedziała. To zawsze 
działało na nią  wprost paraliżująco i unikała go, o ile  było to możliwe we  wspólnym 
mieszkaniu. 

—  A jak  traktował na  co dzień obydwie  siostry? Z tego, co słyszę od pani, to na 

pewno nie był łatwy. 

—  Oczywiście.  Klara  mówiła,  że  traktował  je  niby  grzecznie  i  milutko,  ale 

jednocześnie z jakąś głupią wyższością, jak gdyby to one były od niego zależne, a nie 
odwrotnie.  Siostra Klary tłumaczyła  go,  twierdząc,  że  to  choroba  nadszarpnęła  jego 
system  nerwowy  i  dlatego  jest  taki...  dziwny.  Ach,  jeszcze  jedno...  On  twierdził,  że 
pisze jakąś ważną pracę naukową. Zamykał się całymi godzinami w swoim gabinecie i 
nie  wolno  mu  było  przeszkadzać.  Zresztą  ten  gabinet  był  i  tak  zawsze  zamknięty, 
nawet gdy wychodził na chwilę do innego pokoju. 

—  A jak tłumaczył posiadanie złota? 
—  Przede wszystkim nikt nie wiedział, że  jest tego tak dużo. Powiedział, że jego 

rodzice  mieli  przed  wojną  trochę  kosztowności,  które,  gdy  zbliżała  się  wrześniowa 
rucha, zakopali w ogrodzie. Rodzice zginęli, dom został spalony, ale złoto pozostało i 
on wykopał je po zakończeniu wojny... To tyle. 

—  No  tak...  Wszystko  pięknie  się  zgadza!  —  w  głosie  kapitana  była  wyraźna 

satysfakcja.  —  Jestem  pani  niezmiernie  wdzięczny,  bo  te  wiadomości  są  dla  nas 
wprost bezcenne. Teraz już prawie wszystko jest jasne. 

—  Co takiego? — Dominika o mało nie  wypuściła słuchawki z ręki. — Co tu jest 

jasne?... Dla mnie wszystko jest ciemne jak noc. 

—  Nic  nie  szkodzi.  Kiedyś  sobie  jeszcze  o  tym  porozmawiamy.  Proszę  dalej 

prowadzić z koleżankami swoje poszukiwania, jednak trzeba zachować maksymalną 
ostrożność.  Mimo  wielu  niejasności  są  panie  na dobrym  tropie  i  czuję,  że  niedługo 
dobrniemy do chwalebnego zakończenia tej „kociej” sprawy. 

—  Jest  pan  niepoprawnym  optymistą,  panie  kapitanie!  Ja  tymczasem  mam 

coraz większe wątpliwości, a co gorsze — stracha! Wstyd mi przyznać się do tego, ale 
tak jest... niestety — w głosie Dominiki brzmiało autentyczne przejęcie. 

—  Pani  żartuje!...  Dlaczego?!  —  kapitan  był  szczerze  zaniepokojony.  — 

Rozumiem:  niecierpliwość,  ciekawość,  zmęczenie  —  ale  strach?  To  nie  jest  w  pani 
guście. 

—  Owszem...  —  Dominika  zaczynała  już  wątpić  w  celowość  dzielenia  się  z 

kapitanem swoimi podejrzeniami. — Może porozmawiamy o tym przy innej okazji. 

—  Takich  rozmów  nie  należy  odkładać  —  kapitan  był  niespodziewanie 

stanowczy. — Stało się jeszcze coś, o czym nie wiem... Prawda? 

—  Właściwie tak... — wykrztusiła Dominika. 
—  Wobec  tego  musimy  natychmiast  porozmawiać!  Proszę  mi  zaufać  i  nie 

protestować! Zaraz będę u pani. Przyrzekam, że dużo czasu nie zabiorę! 

Kapitan  był  wyraźnie  zażenowany  swoją  spóźnioną  wizytą  i  to  właśnie  dodało 

Dominice odwagi. Usadowiła gościa przy stole, a sama poszła zaparzyć herbatę. 

—  A gdzież podziewa  się pani wychowanek, Colombo? — zapytał kapitan, kiedy 

herbata znalazła się już na stole. — Czyżby i jego zatrudniła pani w śledztwie? 

—  Pan zna mojego kota? — Dominikę zatkało ze zdumienia, — Czy może jestem 

śledzona? Dlaczego? 

—  Skąd! Ale pani kot jest tak znany w tej dzielnicy, że nie potrafiłem oprzeć się 

background image

pokusie,  żeby  go  sobie przy  okazji  nie  obejrzeć. Siedział  wtedy  na  parapecie  okna  i 
wyglądał jak autentyczny ryś. Takiego kota jeszcze nie widziałem. 

—  A jaki jest mądry — uzupełniła Dominika. — Przecież to właśnie dzięki niemu 

zrozumiałam rolę czarnego kota w naszej sprawie. 

—  No cóż... Przyznamy mu jakąś specjalną nagrodę po zakończeniu śledztwa. A 

co on lubi? 

—  Wędzone makrele. Tylko muszą być całkiem świeże. 
—  Zapamiętam. Ale teraz do rzeczy: co wydarzyło się nowego?... Proszę nie mieć 

przede mną żadnych tajemnic, bo to tylko może zaszkodzić śledztwu. Co się stało? 

—  Trochę  się  boję, że są  to zbyt błahe sprawy, aby zaprzątać panu nimi głowę... 

Ale już dawno chciałam... — jąkała się Dominika. 

—  W śledztwie nie ma błahych spraw. Słucham panią uważnie. 
—  Już  od  dłuższego  czasu  —  zaczęła  speszona  pani  domu  —  ktoś  uporczywie 

prześladuje  wszystkie  moje  przyjaciółki,  łącznie  ze  mną...  Może  mi  się  tylko  tak 
wydaje, ale... 

Urwała i spojrzała niepewnie na kapitana. Była przekonana, że ten uśmiecha się z 

powątpiewaniem, ale ku jej zdumieniu kapitan słuchał z wielkim napięciem. Ciągnęła 
więc dalej: 

—  To wszystko zaczęło się ode mnie. Którejś nocy — parę tygodni wstecz — ktoś 

usiłował dostać się przez okno do mojego mieszkania. Nie było to trudne, bo, jak pan 
widzi, mieszkam na parterze i do tego okna były szeroko otwarte. Oczywiście spałam 
jak kamień i niczego nie słyszałam, ale czuwał mój Colombo i to on przepędził intru-
za.  Sąsiadka  z  pierwszego piętra  przypadkowo  obserwowała  tę  scenę.  Podobno mój 
poczciwy i tłusty kot zamienił się w dziką bestię. Nazajutrz znalazłam na ścieżce pod 
oknem ślady  krwi...  To  był  skutek ataku  mojego kociego  obrońcy. Ale  to  jeszcze  nie 
wszystko. 

—  Słucham!  — w ręku kapitana  znalazł  się mały czarny  notesik. — To  wszystko 

jest bardzo interesujące... Proszę nie lekceważyć najdrobniejszych szczegółów. A więc 
gdy ten osobnik uciekł... 

—  .... Colombo  wrócił do mieszkania.  Na drugi  dzień  sąsiadka  opowiedziała mi 

swoje  spostrzeżenia,  a  ja  znalazłam  na  trawniku  pod  oknem  kłębek  konopnego 
sznurka, nasyconego naftą... 

—  Czy  może  mi  go  pani  pokazać?  —  kapitan  zerwał  się  z  miejsca.  —  Znając 

trochę panią domyślam się, że jest troskliwie schowany. 

—  Tak. Wrzuciłam go do pieca... Proszę, jest tutaj. 
Kapitan długo oglądał brudny kłębek, pachnący jeszcze 
naftą, a potem, przy pomocy Dominiki, zapakował go starannie. 
—  Dlaczego  pani  zaraz  mnie  nie  powiadomiła?  —  w  głosie  kapitana  brzmiała 

wyraźna  nagana.  —  Przecież  pani  grozi  autentyczne  niebezpieczeństwo.  Ten  „ktoś” 
miał  zamiar  to  zapalić  i  wrzucić  do  pokoju.  Czy  zdaje  sobie  pani  sprawę,  czym  to 
groziło? 

—  Oczywiście  — przyznała  Dominika.  —  Ale  nie  byłam  jeszcze  całkiem  pewna, 

czy  to  jest  naprawdę  coś  poważnego...  Dopiero  gdy  podobne  wypadki  zaczęły 
spotykać również moje przyjaciółki, wtedy... 

W  ręku  kapitana  pojawił  się  znów  czarny  notesik,  a  mars  na  czole  pogłębił  się 

wyraźnie. 

—  Proszę więc opowiadać po kolei i bardzo dokładnie. 
Wprost  pojąć  nie  mogą,  jak  można  z  takimi  wiadomościami  tak  długo zwlekać... 

Słucham! 

Dominika,  szczerze  skruszona,  zaczęła  najpierw  opowiadać  o przygodzie  Olgi  na 

werandzie domu Kraftów: 

—  Miała  taaakiego  guza  na  głowie  —  pokazywała  z  przejęciem,  rozkładając 

szeroko  ręce.  —  Byłyśmy  całkiem  pewne,  że  już  nie  żyje...  Dopiero  te  perfumy 
postawiły ją na nogi. 

background image

—  Jakie  perfumy?  —  zainteresował  się  kapitan,  notując  coś  pilnie  w  swoim 

notesiku.  —  Może  to  był  raczej  amoniak...  Słyszałem,  że  jest  bardzo  przydatny  w 
wypadku omdleń. 

—  Nie  amoniak, lecz  „Antylopa”  —  Dominika całkiem  już  się  rozkręciła  —  Olga 

nie  używa  perfum  i  może  dlatego  reakcja  była  natychmiastowa...  No,  ale  wszystko 
dobrze się skończyło, jednak nie na długo, bo wkrótce... 

I  tutaj  zaczęła  się  długa  opowieść  o  nocnej  przygodzie  Teni.  Kapitan,  coraz 

bardziej zasępiony, zapisywał wszystko w swoim notesiku. 

—  A więc ten „ktoś” powtórzył napad i tym razem o mało nie odniósł sukcesu — 

powiedział, kiedy Dominika wyczerpała temat. — To wielkie szczęście, że paniom do-
tąd nic się nie stało... Jestem naprawdę wstrząśnięty! 

—  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko  —  powiedziała  cicho  Dominika.  Dopiero  teraz 

zaczęła  zdawać  sobie  w  pełni  sprawę  z  niebezpieczeństwa,  z  którym  tak  niebacznie 
igrała. — Parę dni temu ktoś napadł na Adę. 

—  No, ale to chyba też dobrze się skończyło — kapitan tym razem uśmiechnął się 

niespodziewanie. — Pani Ada jest taka bojowa... 

—  Może tak.. — Dominika jakoś nie była już skora do żartów. — Tutaj pomógł jej 

raczej przypadek. Ten „ktoś” — ja go nazwałam Iksem — a więc ten Iks na szczęście 
się pomylił i zamiast Ady zaatakował jej syna. To jeszcze bardzo młody człowiek, ale 
jest  wysoki  i  ma  taką  samą  blond  czuprynę  jak  Ada.  Padał  deszcz,  włożył  więc  jej 
płaszcz  nieprzemakalny.  Wieczorem  podwórko  było  słabo  oświetlone,  można  było 
zatem łatwo się pomylić... Iks wskoczył mu na plecy. Był bardzo zwinny i szybki. 

—  Bardzo  go  pobił?  —  zapytał  z niepokojem  kapitan.  —  Już  sobie  wyobrażam, 

jak to się skończyło! 

—  Na  pewno  zupełnie  inaczej  —  powiedziała  z  satysfakcją  Dominika  i  opisała 

barwnie zdumionemu kapitanowi niespodziewane zakończenie przygody Jacka. 

—  Dobrze,  jeśli  ojciec  uczy  syna  dżudo  i  ten  potrafi  wykorzystać  właściwie  tę 

umiejętność — ucieszył się kapitan. — A więc mamy nareszcie na planie konkretnego 
Iksa.  Nie  ma  on  jakoś  szczęścia  u  pań...  Myśli  pani,  że  jest  to  właściciel  czarnego 
kota? — kapitan był bardzo poruszony. — Ta sprawa jest wyjątkowo trudna. 

—  Sama  nie  wiem,  co  mam  o  tym  myśleć  —  przyznała  szczerze  Dominika.  — 

Podczas tych napadów nikt kota nie  widział... On chyba łazi tylko do willi Kraftów... 
Ale  same  napady  również  są  dziwne:  sąsiadka,  mąż  Teni  i  Jacek  widzieli  jakąś 
sylwetkę,  ale  była  ona  niewyraźna  i  zawsze  przypominała  bardziej  kota  niż 
człowieka... Ja wiem, że trudno panu w to uwierzyć, ale tak było naprawdę. 

—  Pani  myśli,  że  to  kot  napadł  na  Jacka?...  Nonsens!  —  kapitan  spojrzał  z 

wyrzutem  na  Dominikę.  —  Przecież  w  rzeczywistości  sama  pani  w  to  nie  wierzy. 
Trzeba realnie patrzeć na życie! 

—  Ale  na  świecie  dzieje  się  mnóstwo  bardzo  dziwnych  spraw,  wobec  których 

nauka jest  bezsilna  —  upierała  się  Dominika.  — Olga przyniosła niedawno cały stos 
książek, w których poważni naukowcy opisują magiczną siłę różnych zwierząt, w tym 
przede  wszystkim  kotów...  Przecież  koty  były  kiedyś  uważane  za  zwierzęta  święte  i 
oddawano im cześć w świątyniach, a... 

Tu zabrakło jej tchu i argumentów. 
—  Od  początku  świata  ludzie  zawsze  w  coś  wierzyli  i  wynosili  to  na  ołtarze  — 

uśmiechnął się  kapitan. — Ale  przecież pani  sama doszła do  wniosku, że  czarny  kot 
idzie czyimś tropem... Czy zmieniła pani zdanie? 

—  Nie... Ale to wszystko jest takie niesamowite i pogmatwane, że... 
—  To naturalne — pokiwał głową kapitan. — Jeżeli czegoś nie rozumiemy, wtedy 

zawsze  sięgamy  do  czarów  i  magii...  Tam  wszystko  jest  możliwe.  Nie,  pani 
Dominiko!... To nie żaden kot atakował panią i jej przyjaciółki. 

—  Myśli pan... 
—  Myślę i  jestem  tego pewny!  No, ale jeśli  paniom  bardziej  odpowiada  „kocia” 

wersja —  niech i tak będzie.  Prawda  jest tylko jedna,  i  prędzej  czy później wszystko 

background image

stania  się  jasne  i  proste...  No,  nie  będę  pani  zabierać  więcej  czasu.  Dziękuję  za 
doskonałą  herbatę  i  ciekawą  rozmowę.  Jak  się  zdarzy  coś  nowego,  proszę  dzwonić. 
Dobranoc! 

Dominika odprowadziła kapitana do drzwi wyjściowych i kiedy wróciła do pokoju, 

Colombo siedział na tapczanie i patrzył łobuzersko na swoją panią. 

—  Wróciłeś?  —  Dominika  wzięła  go  na  ręce.  —  Widzisz,  i  ty  bierzesz  udział  w 

śledztwie... 

W  tej  chwili  telefon  rozdzwonił  się  na  cały  dom.  Podniosła  szybko  słuchawkę  i 

usłyszała zadyszany głos Olgi: 

—  To  ty?...  Słuchaj...  Mam  go  na  oku...  Próbuje  się  wyrwać,  ale  już  mi  się  nie 

wywinie!... Właśnie dokręcam mu śrubę! 

—  Komu? — Dominika poczuła zimny pot na czole. — Gdzie jesteś, u diabła, i co 

tam wyprawiasz?! Przyjdź zaraz do mnie! 

—  Nie  mogę...  Muszę  go  przygwoździć  na  amen!...  Jak  skończę,  to  zaraz 

wpadnę... Cześć! 

—  Czuję, że pójdę do ciupy za głupoty moich przyjaciółek... Nawet sam kapitan 

mi  nie  pomoże!  —  rozpaczała  Dominika,  ładując  się  pod  kołdrę.  Kiedy  już  prawie 
zasypiała, znów ktoś zadzwonił. 

—  Można zgłupieć! — brnęła nieprzytomnie do przedpokoju. — Słucham! 
—  To ja... Tenia... Już wszystko wiem... Wszystko! 
—  No więc gadaj! — Dominika oprzytomniała zupełnie. — Mów wreszcie! 
—  O  czym  tu  mówić...  Dotąd  łudziłam  się  jeszcze,  że  to  nieszczęście  jakoś  się 

odwróci,  ale  teraz  już  wiem,  że  to  koniec...  Koooniec...  —  tu  żałosny  szloch  stłumił 
dalsze słowa. 

—  Druga wariatka! — Dominika o mało nie wyskoczyła ze skóry. — Czy powiesz 

wreszcie po ludzku, o co chodzi? 

—  Teraz nie jestem zdolna mówić o niczym... Przyjdę jutro, wówczas dowiesz się 

wszystkiego... Moje życie jest skończone... skończone bez nadziei... Uuuu... 

—  Tenia,  zaczekaj!  —  Dominika  potrząsała  słuchawką,  ale  rozmowa  został 

przerwana. 

—  Teraz  już  wiem  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  do  prawdy  prowadzi  zawsze 

ciernista  droga —  stwierdziła  filozoficznie  i  pomaszerowała  do  łóżka.  —  Brakuje  mi 
tylko Ady do kompletu. 

Ale tej nocy już nikt więcej nie dzwonił. Dominika długo nie mogła zasnąć, usiłując 

wyobrazić  sobie,  jakich  to  sensacji  powinna  w  najbliższym  czasie  się  spodziewać. 
Usnęła nad ranem i nie  słyszała  wcale, że na trawniku  pod oknem Colombo walczył 
zawzięcie  z  Maćkiem.  Wszystkich  sąsiadów  postawiło  to  na  nogi,  a  ona  spała  jak 
kamień. 

Rozdział

 XIII 

Od rana lało. Noc była jeszcze wygwieżdżona i bardzo ciepła, ale nad ranem zaczął 

padać deszcz. Kiedy Dominika zwlokła się wreszcie z łóżka, było całkiem szaro i szum 
za oknem przypominał raczej późną jesień. 

—  Ładny  urlop!  —  jęknęła  patrząc  przez  okno  na  zamazany  świat.  —  Nawet  po 

chleb i mleko nie chce się wyjść w taką pogodę! 

Otworzyła lodówkę, z której powiało chłodem i pustką... 
Dwie wędzone makrele stanowiły cały zapas żywności. — No cóż, Colombo ma coś 

na  ząb,  a  ja  mogę  obejść  się  bez  śniadania.  Mam  zresztą  trochę  chleba,  uskubnę 
odrobinę  kociej  ryby  i  jakoś  to  będzie!  —  pocieszała  się.  Naszykowała  dla  Colomba 
śniadanie, dzieląc sprawiedliwie rybę na dwie części. Kot siedział na lodówce i patrzył 
z wyrzutem, jak jego pani zabiera się do nie swojego żarcia. 

background image

—  Nie gap się tak!... To brzydko być zachłannym! — upominała go Dominika. — 

Ale nie martw się... Pójdę po zakupy, jak tylko przestanie padać. Smacznego! 

Colombo  zeskoczył  na  podłogę  i  zabrał  się  do  jedzenia.  Zerkał  bokiem  na  swoją 

panią,  pochłaniającą  skromne  kanapki  i  popijającą  cienką  lurę,  zwaną  herbatą. 
Śniadanie  było  już  skończone,  kiedy  dzwonek  u  drzwi  wejściowych  zapowiadał 
pierwszego gościa. 

—  Nareszcie! — Dominika biegła do drzwi. — Ktoś sobie 
Przekręciła  szybko  klucz  i  w  progu  stanęła  Tenia.  Twarz  miała  zapuchniętą  od 

płaczu, włosy opadały jej żałośnie na oczy. Istny obraz nędzy i rozpaczy! 

—  Wejdź!  —  Dominika  wzięła  z  jej  ręki  ociekający  parasol.  —  Czemu  nie 

zaczekałaś, aż przestanie padać? 

—  Wszystko  mi  jedno.  —  Tenia  natychmiast  zaczęła  płakać.  —  Nawet  nie 

zauważyłam, że pada... 

—  Zrobię ci herbaty, ale nie mam nic do jedzenia. Zaraz pójdę do sklepu. 
—  Nie trzeba... — Tenia, pociągając żałośnie nosem, wyciągnęła z torby ogromną 

szarlotkę. — Piekłam to w nocy, żeby nie zwariować! 

—  Piekłaś  w  nocy?  —  zdumiona  Dominika  odbierała  jej  z  rąk  wspaniale 

pachnące ciasto. 

—  Musiałam!  Ja  zawsze  piekę, kiedy  przeżywam  coś  naprawdę  tragicznego.  To 

mnie ratuje przed popełnieniem głupstwa... 

—  Siadaj!  Woda  kipi,  zaraz  więc  dostaniesz  coś  gorącego.  Chcesz  kawy,  mam 

jeszcze odrobinę. 

—  Niczego nie  chcę!  Wolę  ci najpierw  opowiedzieć,  co  wczoraj przeżyłam...  To 

było chyba gorsze od śmierci!! 

—  Mów, proszę! Umieram z ciekawości! 
—  Początkowo o niczym jeszcze nie wiedziałam — szlochała Tenia. — Zgodnie z 

naszym planem szukałam tych kotów i nic mi z tego nie wychodziło. Po pierwsze koty 
były  bure,  a  poza  tym  ich  właściciele  wcale  nimi  się  nie  zajmują  i  były  to  całkiem 
dzikie zwierzaki... Wreszcie pozostał mi do sprawdzenia tylko jeden domek... O Boże, 
jaka ja jestem nieszczęśliwa!!! 

—  O  co  chodzi?...  Czy  tam  coś  zobaczyłaś?  Nie  rycz,  tylko  opowiadaj!  Co  więc 

znalazłaś w tym ostatnim domku? 

—  Zobaczyłam na podwórku samochód mojego męża... Teraz rozumiesz? 
—  Nie... — przyznała szczerze Dominika. — Co to ma wspólnego z naszą sprawą? 
—  Otóż  ma!  To  właśnie  tam,  u  tej  makolągwy,  mój  stary  spędza  wieczory. 

Nareszcie ich przyłapałam! Długo szukałam, ale wreszcie znalazłam! Uuuu... 

—  Miałaś  szukać  kota!  —  przypomniała  surowo  Dominika.  —  A  poza  tym  co 

obchodzi cię ten człowiek, skoro od dawna macie rozwód? Przyznaję, że wcale ciebie 
nie rozumiem! 

—  Po  pierwsze,  to  nie  jest  żaden  człowiek,  lecz  mój  mąż,  a  po  drugie,  ja  tej 

paskudzie pokażę! — zalała się łzami Tenia. — I co on właściwie w niej widzi?... Jest 
mocno przygruba, prawie  siwa  i chodzi ubrana  jak autentyczna kuchta.  Powinna się 
wstydzić! Ja byłam zawsze ubrana, umalowana, zadbana, a on znalazł sobie taką... 

Dominika  słuchała  jednym  uchem  całej  powodzi  słów  rozżalonej  przyjaciółki,  a 

jednocześnie  zaczęła  sobie  zdawać  sprawę  z  nowej  porażki.  „Kocia”  sprawa  nie 
posunęła się ani o milimetr. 

—  Ale  ty  mnie  wcale  nie  słuchasz!  —  dotarł  do  niej  oburzony  okrzyk  Teni.  — 

Jeżeli to cię nie interesuje, zaraz sobie pójdę! 

—  Ależ  skąd!  — Dominika  momentalnie  wróciła  do  rzeczywistości.  Myślę  tylko 

jednocześnie,  że  nasza  sprawa  nie  posuwa  się  naprzód.  Tyle  miałyśmy  roboty  z 
ustalaniem adresów, a tu, jak dotąd — nici! 

—  Jak  to?  —  oburzyła  się  Tenia.  —  Przecież  dzięki  tym  adresom  dowiedziałam 

się wreszcie, z kim zdradza mnie mój stary! Czy to nie jest ważne? 

—  Ooowszem... ale w niczym nie rozwiązuje sprawy czarnego kota! 

background image

Dzwonek  w  przedpokoju  zapowiedział  hałaśliwie  następnego  gościa.  Do 

mieszkania Dominiki wkroczyła Ada, też jakaś całkiem odmieniona. 

—  Wyglądasz,  jakbyś  wygrała  ważną  bitwę  z  przeważającą  liczbą  wroga  — 

stwierdziła z podziwem pani domu. — Założę się, że masz zaskakujące wiadomości. 

—  Zgadłaś,  mam!  —  Ada  zdjęła  płaszcz  nieprzemakalny  i  zademonstrowała 

triumfalnie  nową bluzkę i bardzo modną  spódnicę,  doskonale  skrojoną i  uszytą  bez 
pudla. Wrażenie było ogromne. 

—  Czy  wybierasz  się  do  kapitana?  —  Dominika  patrzyła  ze  zdumieniem  na 

wystrojoną  przyjaciółkę.  —  Ale  najpierw  zjedz  kawałek  jabłecznika  i  opowiadaj 
wszystko po kolei! 

—  Już  to  robię!  —  Ada  była  tak  bardzo  z  siebie  zadowolona,  że  nawet  nie 

zauważyła, iż Tenia jest paskudnie zapłakana. — W życiu tak się nie ubawiłam! 

—  Opowiedz  więc  najpierw  o  rezultatach  tej  zabawy  —  wtrąciła  szybko 

Dominika, która znała już sposób opowiadania Ady. — Czy może znalazłaś to, czego 
szukamy? 

—  Znalazłam,  ale  niezupełnie...  Czekaj,  dajcie  mi  zacząć  od  początku  i  włóż 

podwójny kawałek szarlotki... Dziękuję... Otóż w czterech domkach adresy okazały się 
całkowitym niewypałem. W dwóch koty były bure, jak twój Colombo, w trzecim nigdy 
nie  było  kota,  bo  jest  tam pies,  który  ich  nie  znosi,  a  w  czwartym  był  kot  i  do  tego 
czarny,  ale dopiero co urodzony  i jeszcze  ślepy. Za  to w piątym  domku  zauważyłam 
wieczorem  jakieś  duże  czarne  zwierzątko,  które  wyglądało  zupełnie  jak  to,  którego 
właśnie  szukamy.  Zasiadłam  więc  przy  furtce  na  czatach,  ale  wkrótce  to  mnie 
znudziło  i  postanowiłam  pod  jakimś  pretekstem  wejść  do  środka...  Doskonała 
szarlotka! 

—  Nie  bałaś  się?...  Przecież  tam  mógł  być  morderca!  —  wzdrygnęła  się  Tenia, 

zapominając na chwilę o swoich tragediach sercowych. 

—  Przecież miałyśmy w planie śledzenie mordercy! — pouczyła ją poważnie Ada. 

—  Oderwałam  sobie  obcas  od  pantofla  i  zadzwoniłam  do  drzwi  wejściowych. 
Otworzył  mi  brunet,  jak  z  filmu:  oczy  czarne  jak  dwa  węgle,  cera  smagła  niczym  u 
araba i... w ogóle — palce lizać! 

—  Ta  ma  szczęście!  —  westchnęła  smętnie  Tenia.  —  Ja  spotykam  tylko  same 

kłopoty! 

—  Miałaś mówić o kocie! — Dominika naprowadzała dyskusję na właściwe tory. 

— Czy zauważyłaś w tym domu czarnego kota? 

—  Na razie zobaczyłam tylko tego bombowego bruneta. Zaprosił mnie do pokoju 

i natychmiast zabrał się do przybijania obcasa. 

—  A ty w tym czasie... 
—  A  ja  w  tym-czasie  podziwiałam  urządzenie  mieszkania.  Takich  antyków  w 

życiu nie widziałam!... Mówię wam, że oko mi zbielało na widok wspaniałych... 

—  Litości! — Dominika chwyciła się za głowę. — Jak zaczniesz na temat staroci, 

to do wieczora nie skończysz... Co z tym kotem?! 

—  Zaraz  będzie  i  o  kocie.  Słuchajcie!  Brunet  postawił  kawę,  koniak  i  słone 

paluszki, a ja zaczęłam nawijać mu bajkę o zaginionym kotku, który gdzieś się podział 
i chyba uciekł do ogrodu. Robiłam przy tym najbardziej niewinną minę, na jaką mnie 
stać... 

—  Wyobrażam sobie — uśmiechnęła się Dominika. — Na pewno oddychałaś przy 

tym głęboko. 

—  Jasne!  Poświęcałam  się  dla  naszej  sprawy  z  całego  serca.  Chyba  ocenicie  to 

należycie! 

—  Jeszcze nie wiemy nic konkretnego... No i co było dalej? 
—  Dalej  podobałam  mu  się  jeszcze  bardziej.  No,  ale  ja  wiedziałam,  po  co 

przyszłam i ciągle wypytywałam go o tego kota... Heca była nieprzeciętna! 

—  I jak to się skończyło? — Dominika była już całkiem zrezygnowana. 
—  Normalnie! Umówiłam się z nim na kawę w „Merkurym”. W dzień był jeszcze 

background image

bardziej przystojny... Wszystkie baby tylko na niego patrzyły! Szkoda bardzo, że was 
przy tym nie było! 

—  Rzeczywiście  szkoda! —  warknęła  wściekła Dominika. —  Kota  oczywiście  nie 

znalazłaś! 

—  Ależ tak, ale to był niestety czarny pudelek i wieczorem trudno było odróżnić.. 

Byłam tak rozczarowana, że Kazio o mało się nie rozpłakał. 

—  Przeszliście na ty... Winszuję! Czasu, jak zwykle, nie traciłaś! 
—  Oczywiście!  —  przyznała  rozpromieniona  Ada.  —  Ale  to  jeszcze  nie  koniec... 

Ponieważ nawiązywałam ciągle do  tego kota, Kazio  zrobił  mi niespodziankę.  Dzisiaj 
rano  jakiś  chłopiec  przyniósł  mi  piękne  róże  i  dość  duże  pudełko  z  powycinanymi 
otworami. Czy wiecie, co w nim było? 

—  Z pewnością serce pana Kazia w garniturze z jarzyn... — Dominika była zła jak 

nigdy. 

—  Pleciesz! W pudełku był mały śliczny kotek. 
—  Co? 
—  Ależ tak!  Miałam z nim  kłopot, bo  moja  Moka  nie  znosi  kotów  i trzeba było 

zaraz  wynieść  go  z  domu.  Dałam  go  w  prezencie  znajomej,  która  jest  nim 
zachwycona. 

—  Ja za to mniej! Czas płynie, urlop ucieka, a my stoimy w miejscu jak głupie... 

Cała nadzieja w Oldze, ale jeśli ona... 

Tu  dzwonek  u  drzwi  przerwał  rozmowę.  —  otwarte!  —  krzyknęła  Dominika  i 

pobiegła w stronę drzwi wejściowych. 

I  wtedy  w  progu  stanęła  Olga.  Oparła  się  ciężko  o  framugę  drzwi  i  patrzyła  bez 

słowa przed siebie, kołysząc się lekko na nogach. W rękach trzymała ogromny bukiet 
pięknych czerwonych goździków. 

—  Co ci się stało?! — Dominika dopadła do niej, chwytając mocno za ramiona. 
—  Eeee... nic... Puść mnie, bo... nie chcę... — tu złapała ją silna czkawka. 
—  Ależ ona  jest  pijana! —  zawołała  osłupiała  Ada.  — Trzeba ją  zaraz  położyć!... 

Coś podobnego!... Przecież nigdy nie piła! 

—  Widocznie dzisiaj zaczęła! — Dominika niczemu już się nie dziwiła. — Chodź, 

zaraz  włożymy  jej  głowę  pod  prysznic  razem  z  tymi  kwiatami,  czkawka  przejdzie 
migiem! 

—  Zgłupiałaś?  —  Ada  zaczęła  ciągnąć  do  siebie  przelewającą  im  się  przez  ręce 

przyjaciółkę.  —  Trzeba  ją  położyć,  bo  na  pewno  źle  się  czuje...  Oooo,  tutaj... 
Ostrożnie!!! Co za piękne kwiaty! 

—  Ot  i  mamy  komplet!  —  załamała  ręce  Dominika.  —  Jedna  zaryczana,  druga 

zakochana,  a trzecia pijana  jak  bela.  Od samego  jej  oddechu można dostać zawrotu 
głowy. Co za wstyd! 

—  Olga  nie  kwiatek,  żeby  ją  wąchać  —  protestowała  Ada,  kładąc  troskliwie  na 

głowę nieszczęsnej kompres z zimnej wody i octu. — Dajcie jej teraz spokój, wyśpi się 
i będzie świeża jak skowronek. 

—  Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby skowronki zalewały się w trupa — wzruszyła 

ramionami Dominika. — Co my teraz powiemy kapitanowi? Skandal i rozpacz! 

—  Na razie szkoda czasu na próżną gadaninę. Idę teraz do domu, bo mam masę 

roboty...  Przyjdę  około  osiemnastej,  Olga  na  pewno  będzie  już  na  chodzie.  Idziesz 
Tenia? Korzystaj, że przestało padać! 

—  Idę! — Tenia ciężko dźwignęła się z krzesła. — Nawet nie miałam dzisiaj okazji 

powiedzieć ci, że szukając kota, znalazłam kociaka mojego starego... Od wczoraj pła-
czę i chyba będzie ze mną koniec! 

—  Coś podobnego! — Ada  objęła zapłakaną przyjaciółkę. — I ty, głupia, dlatego 

rozpaczasz? Puknij się w czółko, dziewucho! Tyle razy ci mówiłam... 

Wyszły,  ale  głos  Ady  długo  jeszcze  było  słychać.  Colombo  powędrował  za  nimi 

kawałek, ale zaraz wrócił, bo było mokro i nieprzyjemnie. 

Dominika zamknęła drzwi na zasuwę i usiadła na tapczanie obok śpiącej Olgi. 

background image

—  Chyba  też  trochę  się  zdrzemnę  —  postanowiła.  —  Przecież  dzisiaj  w  nocy 

prawie wcale nie spałam. 

Po  chwili  już  leżała,  okryta  pledem,  a  Colombo  położył  się  przy  jej  nogach  i 

mruczał zadowolony, że jest cicho i ma swoją panią wyłącznie dla siebie. 

Kiedy Olga ocknęła się z głębokiego snu, nie mogła pojąć w pierwszej chwili, co się 

z nią działo i gdzie się znajduje. 

— Mam chyba w ustach całą Saharę! — jęknęła cicho. — Muszę być bardzo chora... 

Ale... dlaczego? 

Wstała na dziwnie chwiejnych nogach i zanim dotarła do kuchni, wiedziała już, że 

znajduje  się  w  mieszkaniu  Dominiki.  Nastawiła wodę  na  kawę  i  poszła do  łazienki, 
aby  tam  doprowadzić  swój  wygląd  do  jako  takiego  porządku.  Po  wypiciu  dużego 
kubka  mocnej  kawy  prawie  całkiem  przyszła  do  siebie  i  zaczęła  na  paluszkach 
obchodzić mieszkanie. Zobaczyła śpiącą Dominikę, pogłaskała Colomba i wróciła do 
kuchni.  Widok  pustej  lodówki  pobudził  ją  do  energicznego  działania  i  po  chwili 
wychodziła już z mieszkania z dużą torbą w ręku. 

Deszcz przestał  padać  i  zrobiło  się  bardzo  przyjemnie.  — Ciekawa  jestem  na  jak 

długo?  —  westchnęła  Olga  i  odskoczyła  w  bok,  ale  i  tak  strumień-brudne]  wody 
opryskał

background image

-jej jasny prochowiec. — Do diabła z tym chamstwem w samochodach! 

Kiedy  wróciła  z  torbą  wyładowaną  po  brzegi,  Colombo  czekał  już  na  nią  w 

przedpokoju, okazując żywe zainteresowanie treścią zakupów. 

—  Mam  coś  i  dla  ciebie,  ale  nie  plącz  mi  się  pod  nogami!  —  Zasapana  Olga 

rozkładała  zakupy  na  stole.  —  Masz,  obżartuchu!  Wcinaj!  —  i  położyła  mu  na 
talerzyku ogromny kawałek opiekanego dorsza. 

Nagle w oknie mignął jasny kok i zielony płaszczyk. Olga, ile sił w nogach, pobiegła 

do przedpokoju. 

—  Cicho...  Dominika  śpi!  —  informowała  szeptem  Adę.  —  Wejdź  i  zdejm 

pantofle. Papcie znajdziesz w szafce. 

—  Dajcie  spokój!  —  Dominika  stanęła  w  drzwiach.  —  Przecież  dom  to  nie 

muzeum... Przepraszam was, ale w nocy prawie nie spałam, więc teraz mnie złożyło. 

—  Masz przecież urlop  i możesz  spać cały dzień — przypomniała Ada. — Ale co 

to za cudowne zapachy dochodzą z kuchni?... Patrzcie, żarcia wystarczyłoby dla całej 
gromady głodomorów! A skąd ten wspaniały kurczak z rożna? 

—  Akurat  trafiłam!  —  Olga  skrzętnie  unikała  spojrzeń.  —  Przecież  jest  już  po 

południu, a my bez śniadania... Bierzmy się za jedzenie! Umieram z głodu! 

Po  chwili  stół  był  nakryty  i  zastawiony.  Ada,  która  już  jadła  obiad,  dała  też  się 

skusić  i  przez  dłuższą  chwilę  wszystkie  zajmowały  się  tylko  konsumpcją.  Ale  kiedy 
kawa wylądowała na stole, wymowne spojrzenia skierowały się na Olgę. 

—  Chyba masz nam coś do powiedzenia — powiedziała od niechcenia Ada. — A 

może mi się tylko zdaje? 

—  Ooowszem... Ale ostrzegam, że będzie to bardzo zaskakujące. 
—  Zauważyłyśmy  od  razu  —  uśmiechnęła  się  Dominika.  —  A  więc  masz  głos. 

Słuchamy! 

—  Z  tymi  kotami  było  tak,  jak  mówiłam  —  zaczęła  Olga  trochę  niepewnie.  — 

Informacje  od  dzieciaków  okazały  się  naciągane  i  zmyślane,  słowem  cztery  adresy 
przyniosły  całkowite  fiasko!  Nie  było  tam  nigdy  żadnych  kotów,  ale  zanim  to 
stwierdziłam, musiałam się nielicho nagimnastykować, bo... 

—  Jasne! A ten piąty adres? 
—  Piąty  zapowiadał  coś  ekstra!  Jest  tam  duży  kawałek  ogrodu  i  ogromne 

oranżerie...  Otóż  właśnie  w  ich  pobliżu  biegał  kot  i  do  tego  czarny,  choć  raczej 
nieduży, ale tamten od Kraftów też chyba nie był większy... Wszystko wyglądało więc 
bardzo obiecująco. 

—  I co dalej? — ponaglała Dominika, której do serca zaczął wkradać się malutki 

promyk nadziei. 

—  Ze trzy dni krążyłam koło tego płotu  i usiłowałam zobaczyć z bliska kota,  ale 

bez rezultatu! Cały dzień wcale go nie było, dopiero kiedy zapadał wieczór, zjawiał się 
czort  wie  skąd  i  biegał  sobie  między  szklarniami.  Nie  wiedziałam,  co  robić  z  tym 
fantem,  zwłaszcza  że  właściciel  posesji  już  zauważył,  że  kręcę  się  koło  jego  chaty. 
Kiedyś  wieczorem  wyszedł  niespodziewanie  na  ulicę  i  zapytał  mnie  wprost,  czego 
właściwie  szukam...  O  Bożyczku!...  Myślałam,  że  umrę  ze  strachu,  bo  jeżeli  on  był 
właśnie naszym poszukiwanym mordercą, to wiecie, co mi groziło! 

—  No i co mu powiedziałaś? — zawołała przejęta nie na żarty Dominika. 
—  Na  chwilę  mnie  zamurowało,  a  potem  zaczęłam  opowiadać  o  kocie,  którego 

dała  mi ciocia  na  przechowanie  i że  mi  właśnie uciekł...  Wszystko mi  się pokręciło, 
no, ale przecież nie mogłam powiedzieć mu prawdy. 

—  A co on na to? Dał się nabrać na ciocię i jej koci depozyt? — śmiała się Ada. — 

Mój  Kazio  natychmiast  by mnie  rozpracował,  a  przecież  trochę  lepiej potrafię  bujać 
od ciebie. 

—  Nie  pleć,  przecież  było  całkiem  odwrotnie...  Sama  mówiłaś,  że  przysłał  ci 

małego kotka, bo... 

—  Znowu zaczynacie? — Dominika patrzyła z wyrzutem na przyjaciółki. — Co ci 

powiedział ten badylarz? 

background image

—  Powiedział niezbyt grzecznie, że żadnego kota u niego nie ma i że mam pójść 

swoją drogą... Miał przy tym okropną twarz... Uciekałam ile tchu! 

—  No,  ładnie!  —  pokiwała  głową  Ada.  —  Czy  ty  słyszałaś,  żeby  wywiadowca 

uciekał w popłochu? Ładnie się spisałaś, nie ma co! 

—  Czekaj, toż to jeszcze nie koniec! Na drugi dzień znów tam poszłam, ubrałam 

się tylko inaczej. Chciałam, żeby mnie nie rozpoznał. 

—  Czyżby?  —  Ada  bawiła  się  znakomicie.  —  Trzeba  było  przebrać  się  w  skórę 

niedźwiedzia... Kiedyś w cyrku widziałam... 

—  Jeśli  będziesz  przeszkadzać,  nie  powiem  już  ani  słowa!  —  rozgniewała  się 

Olga. — Ty zawsze musisz stroić głupie żarty. Mam tego dosyć! 

—  Jeżeli  tak  dalej  pójdzie,  nie  skończymy  z  tą  sprawą  do  końca  życia  — 

powiedziała zirytowana Dominika. — Mów dalej, Olga! Słuchamy! 

—  A  więc  przebrałam  się,  jak  tylko  umiałam  najlepiej,  ale  kiedy  zaczęłam 

wypatrywać  przy  furtce,  ta  raptem  się  otworzyła  i  ktoś  wciągnął  mnie  jednym 
szarpnięciem za rękę na ścieżkę, a potem do mieszkania... 

—  Cooo?  —  zawołały  z  nieudaną  zgrozą  przyjaciółki.  —  Wciągnięto  cię  siłą  do 

domu?... — Ada dopiero teraz przestała się śmiać. 

—  Właśnie  tak!  Był  to  oczywiście  ten  sam  mężczyzna,  przed  którym 

poprzedniego dnia uciekałam... O Bożyczku złoty... Byłam pewna, że mnie zabije! 

—  No,  ale  jakoś...  —  zaczęła  Ada,  ale  zaraz  umilkła,  kopnięta  w  kostkę  przez 

Dominikę,  a  Olga,  niezmiernie  dumna  z  wrażenia,  jakie  budziła  swoim 
opowiadaniem, ciągnęła dalej: 

—  Kiedy  byłam  już  w  mieszkaniu,  facet  zaczął  krzyczeć:  „Niech  mi  pani  głowy 

więcej nie zawraca i zapisuje... Toż przecież na to wierci się sama tutaj od tygodnia... 
Mam  tego  dosyć!...  Wiedziałem,  że  tak  będzie,  ale  już  mi  wszystko  równo”...  i  tak 
dalej w kółko. Myślałam, że zwariował! 

—  Oooo! — przyjaciółki zerwały się z miejsca. — Przyznał  się do morderstwa?... 

To wspaniale! 

—  Ja też tak myślałam i patrzyłam na niego ze zgrozą, ale on siłą sadzał mnie na 

krześle  i  wykrzykiwał  swoje:  „Postanowiłem  się  przyznać  i  niech  mi  już  dadzą  ten 
cholerny  domiar,  skoro  pani  taka  wścibska...  Dopięła  pani  swego!  Pisz  pani: 
przyznaję się, że połowy moich goździków nie podałem do  Wydziału Finansowego... 
Czort mnie pod- kusił i tak nie podałem!... Teraz zniszczy pani mnie i moją rodzinę, 
ale niech raz będzie z tym koniec!... No, pisz pani, do jasnej cholery!!” Byłam zupełnie 
oszołomiona,  a  potem  zrozumiałam,  że  to  nie  morderstwo,  tylko  jakieś  nadużycie 
finansowe.  Zaczęłam  się  śmiać  jak  głupia,  bo  też  zaraz  pojęłam,  że  na  swojaka 
trafiłam... Rozumiecie, jaka to frajda? Czysty  smorgoniak spod Wilna... Dzieciakami 
my się przez płoty ganiali! Dopiero my padli sobie w objęcia, a wspominali... Poprosił 
zaraz żonę, która w przyległym pokoju zalewała się łzami i wszystko się wyjaśniło! 

—  No, a  ten kot, którego miałaś na  oku? — Dominika nie  wiedziała,  czy ma się 

śmiać, czy płakać. 

—  Ach...  —  Olga  była  wyraźnie  zakłopotana.  —  Wyobraźcie  sobie,  że to  nie  był 

kot... To był oswojony jeż... 

—  Co takiego? Czy jeż jest podobny do kota? Zgłupiałaś? 
—  Wcale  nie!  Wieczorem  wszystko  jest  do  siebie  podobne,  a  jeż  jest  wtedy 

bardzo ruchliwy i z daleka może naprawdę przypominać... 

—  Ależ tak! — poparła koleżankę Ada. — Ja przecież też wzięłam pudla za kota... 

W nocy łatwo się pomylić. 

—  Właśnie! — odetchnęła Olga. — Pomijając tę pomyłkę, chęci przecież miałam 

jak najlepsze. 

—  No i co było potem z tym facetem od goździków? 
—  Był przede wszystkim uszczęśliwiony, że znalazł swojaczkę i zaprosił mnie na 

kolację. Byłam akurat bardzo głodna, więc nie odmówiłam. Jedzenie było znakomite i 
pani  domu  poczęstowała  mnie  winem  z  jabłek  własnej  roboty.  W  smaku 

background image

przypominało zupełnie kompot i piłam go dużo... No, a potem urwał mi się film... 

—  Teraz rozumiem! — pokiwała głową Dominika. 
—  Spałam  oczywiście  u  nich,  bo  nie  było  innego  wyjścia,  ale  rano  czułam  się 

okropnie  i  ten  facet  dał  mi  w  kieliszku  coś  bardzo  mocnego.  Po  tym  poczułam  się 
trochę  lepiej  i  poszłam  do  was.  Żegnali  mnie  niezwykle  serdecznie  i  dali  ogromny 
bukiet kwiatów na drogę... Czy je tutaj przyniosłam? 

—  Owszem,  stoją  w  wazonie  na  kredensie...  No  i  mamy  pełny  obraz  naszych 

poszukiwań, na brak wrażeń nie możemy narzekać! — cieszyła się Ada. 

Rozgorzała dyskusja, która w rezultacie do niczego konkretnego nie doprowadziła. 

Dalsze poszukiwania właściciela czarnego kota okazały się utopią. 

—  Trzeba  będzie  wymyśleć  coś  innego  —  orzekła  Ada,  żegnając  zupełnie 

załamaną Dominikę. — Nie martw się na zapas, bo jutro może przyjść nam do głowy 
jakiś inny, wspaniały pomysł. 

—  Już  to  widzę...  Pomysłów  nam  nigdy  nie  brakuje,  tylko  ich  realizacja  jest 

beznadziejna... Co robić? 

—  Na  wszystko  przychodzi  właściwy  czas,  trzeba  tylko  cierpliwie  czekać! No  to 

cześć! — Ada ciągnęła Olgę za rękę. — Muszę ją osobiście odprowadzić do domu, bo 
znów się gdzieś zapije. 

—  Odczep  się,  dam  sobie  sama  radę!  —  wyrywała  się  Olga,  ale  jakoś  dała  się 

ugadać i wyszły razem, dyskutując żywo. 

Dominika  posiedziała  jeszcze  trochę  na  tapczanie,  gładząc  bezmyślnie  futerko 

łaszącego się Colomba, a potem podeszła do telefonu i wykręciła numer kapitana. 

—  To ja... Dominika. Klęska na całej linii, aż wstyd się przyznać! — I rozpłakała 

się serdecznie do słuchawki. 

Rozdział

 XIV 

Mimo  że  następne  dni  były  piękne  i  słoneczne,  przyjaciółki  chodziły 

zdenerwowane  i  smutne.  Sprawa  utknęła  beznadziejnie  w  miejscu  i  po  prostu  nie 
wiedziały, jak brnąć dalej. Wprawdzie kapitan pocieszał swoje  „współpracowniczki”, 
twierdząc, że wszystko idzie doskonale, ale to ich wcale nie przekonywało. 

—  Jak można iść skutecznie tropem, który się urwał i już właściwie nie istnieje? 

Pozostawało tylko czekać na jakiś przypadek! — wzdychał cały babski majdan wywia-
dowczy. — A że nadzieja, wiadomo, matka głupich... Ach! 

Któregoś dnia kapitan zadzwonił wieczorem do Dominiki i powiadomił ją, że zakaz 

wstępu do domku Klary został cofnięty i panie mogą tam wchodzić jak dawniej. 

—  To dobrze,  bo  Klara wraca niedługo  ze szpitala  — ucieszyła się  Dominika.  — 

Przykro mi tylko niezmiernie, że nasze informacje wprowadziły pana w błąd i zabrały 
niepotrzebnie tyle czasu. 

— 

Wręcz  odwrotnie!  Właśnie  dzięki  tym  informacjom  doszliśmy  do 

bardzo  ciekawych  i  ważnych  rozwiązań.  Jestem  pełen  podziwu  i  wdzięczności  dla 
pań... Naprawdę, pani Dominiko! 

 

—  No  cóż,  pan żartuje — westchnęła  Dominika — ale  to  ładnie, że  próbuje nas 

pan pocieszyć. Dzięki i za to! 

—  Przekona się pani niedługo, że to szczera prawda. Dobranoc! 
Dominika uznała, że skoro Klara ma wrócić, trzeba rozejrzeć się za uzupełnieniem 

dla  niej  zapasów  żywności.  —  Nie  zaszkodzi  kupić  trochę  konserw  i  kompotów,  bo 
ona przecież nie  robiła tego lata żadnych zapasów. Jutro pojadę do naszego nowego 
Super-Samu, może znajdę tam coś smacznego — postanowiła. 

Na drugi dzień poszła po zakupy trochę wcześniej, bo po południu umówiły się na 

spotkanie  u  Ady.  Ludzi  było  niewiele,  a  zaopatrzenie  zupełnie  możliwe,  Dominika 
szalała  więc  między  regałami.  Nagle,  przy  stoisku  z  konserwami  rybnymi zobaczyła 

background image

jakąś kobietę, której twarz nie była jej obca. — Kto to może być? — zastanawiała się, 
obserwując  ukradkiem  nieznajomą.  —  Ależ  tak...  to  ta  pani,  którą  widziałam  na 
cmentarzu w dniu pogrzebu żony Krafta... Ciekawe! — Pojechała szybko z koszykiem 
do kasy, chcąc być pierwsza przy wyjściu ze sklepu. — Że też akurat dzisiaj musiałam 
nakupować tyle różności! — denerwowała się, ładując z trudem wszystko do torby. — 
Akurat teraz... 

Nieznajoma wyszła w chwilę później i Dominika ruszyła zdecydowanie jej śladem. 

Zasapana, spocona, z mocno bijącym sercem, podążała za nią, przezornie zachowując 
sporą  odległość.  —  Już  pół  miasta  przeszłam!  —  dyszała  ciężko.  —  Jeżeli  ona 
zaplanowała sobie dzisiaj dłuższy spacer dla zdrowia, to długo nie pociągnę! 

Ale  oto  znalazły  się  w  dzielnicy  Olgi  i  Klary,  i  nieznajoma  weszła  do  małego 

parterowego  domku. Dominika  podeszła ostrożnie  i zerknęła na numer mieszkania. 
— Brzozowa dwadzieścia  dziewięć...  — powtórzyła kilkakrotnie  pod nosem  i  wróciła 
powoli w stronę mieszkania Olgi. — Żeby tylko była w domu! — modliła się nieomal, 
czując, że siły opuszczają ją zupełnie. 

—  Dominika!  —  Olga  pośpiesznie  otwierała  drzwi.  —  Daj  te  torby...  Co  ty  tam 

masz takiego ciężkiego?... Połóż się zaraz... Co ty z sobą zrobiłaś?! 

—  Daj  mi  z  torebki  tabletkę  —  Dominika  przymknęła  oczy.  —  Dziękuję...  Nie, 

wody nie trzeba! 

Olga usiadła przy przyjaciółce i wachlowała ją rozłożonym „Przekrojem”. 
—  Lepiej ci już? — zapytała po chwili. — Co ci się stało? 
—  Cicho...  —  Dominika  czuła,  że  wracają  jej  siły.  —  Zadzwoń  do  Ady,  aby 

przyszła tutaj... Mam dla was bardzo dobrą wiadomość. 

—  Czy może coś o naszym kocie? 
—  Tak! 
—  Czy tym razem to pewna sprawa? 
—  Mam nadzieję. Pędź do telefonu! 
—  A  więc  znalazła  się  twoja  tajemnicza  nieznajoma!  —  cieszyła  się Ada.  —  Nie 

wiadomo, czy będzie to miało dla nas jakieś znaczenie, ale sprawdzić nie zaszkodzi. 

—  Tylko kapitanowi ani słowa! — zastrzegła stanowczo Dominika. — Jeżeli okaże 

się  to  nowym  niewypałem,  przynajmniej  nie  będziemy  musiały  się  tłumaczyć  jak 
smarkate. Racja? 

—  Racja! — potwierdziła Ada. — Ale co teraz robimy? 
—  Od  jutra  będziemy  obserwowały  jej  dom.  Opisałam  wam dokładnie,  jak  ona 

wygląda, teraz trzeba sprawdzić, czy nie pokaże się tam czarny kot... Ale czekajcie... Z 
ulicy Brzozowej nie miałyśmy przedtem żadnego adresu... 

—  Te  adresy  były  i  tak  do  niczego,  zresztą  zobaczymy.  Musimy  podzielić  się 

dyżurami. Kto chce pilnować rano? 

—  Mogę ja — zgłosiła się Olga. — I tak wcześnie wstaję. A do której godziny? 
—  Jesteśmy trzy, więc chyba po osiem godzin. 
—  No, a Tenia?... Co się z nią dzieje? 
—  Ach,  z  niej  teraz  nic  się  nie  wykrzesze!  —  machnęła  ręką  Ada.  —  Przeżywa 

obecnie  ze  swoim  starym  miodowy  miesiąc!  Piecze,  gotuje,  lata  do  fryzjera, 
kosmetyczki i w ogóle szaleje. Mowy o niej nie ma! 

—  Czy może znów się pobrali? 
—  Skąd! I zresztą po co? I tak mogą odstawiać różne szopy... Czego też ludziska 

nie wyprawiają, żeby się nie nudzić! 

—  Zostałyśmy więc we trzy... Ja będę po Oldze, a potem Dominika. 
—  Ależ nie!  Ja mam  najdalej,  więc  nie  mogę sterczeć  tam do  rana.  Wieczorem 

powinna  czuwać  Olga,  bo  mieszka  niedaleko  i  ma  parę  kroków  do  domu  — 
tłumaczyła Dominika. 

—  Racja!  A  więc  rano  ja,  potem  ty,  a  wieczorem  Olga  —  oczy  Ady błyszczały  z 

emocji. 

- Zgoda. Ale wieczorem powiadomicie mnie, jak wam poszło. Będę bardzo ciekawa 

background image

i niespokojna... Spotkamy się pojutrze u Olgi. 

—  Nie  martw  się!  My już ją  tak  obstawimy, że  okiem nie  mrugnie  — odgrażała 

się Olga. 

—  Tylko ostrożnie, żeby was nie zauważyła — prosiła Dominika. — To jest bardzo 

ważne... Zresztą — same rozumiecie. 

Pogadały  jeszcze  trochę,  uszczęśliwione,  że  znów  zaczyna  się  coś  dziać  i  powoli 

rozeszły się  do  swoich domów.  Zapasy  dla  Klary zostały na razie zmagazynowane  w 
lodówce Olgi. 

Następnego  dnia  o  godzinie  trzynastej  wyłączono  jak  na  złość  prąd  w  dzielnicy 

Fałata i tramwaje stanęły bezradnie. Dominika miała jeszcze kawał drogi do miejsca 
swojego  dyżuru,  a  tutaj  taki  klops!  —  No  cóż,  trzeba  włączyć  nożne  biegi  i  to  te 
najszybsze!  —  Dominika  dopingowała  samą  siebie,  bo  wiedziała,  że  Ada  musi  być 
punktualnie  zmieniona  ze względu  na zamówione pranie.  Szła więc  prędko,  patrząc 
tylko przed siebie. 

—  Dzień dobry dzielnej koleżance! — rozległ się nagle koło niej znajomy głos. — 

A gdzież to podążamy takim wyciągniętym krokiem? 

—  A  to  pan?  —  Dominika,  lekko  zadyszana,  witała  kapitana.  —  Bardzo  się 

śpieszę, a tu prąd wyłączony. Muszę biec, bo jestem umówiona na określoną godzinę. 

—  Wobec  tego  trzeba  koleżance  pośpieszyć  z  pomocą.  Jesteśmy  prawie  przed 

gmachem  komendy,  proszę  więc  chwilkę  poczekać,  a  zaraz znajdziemy  jakiś  środek 
lokomocji... Przynajmniej zdąży pani na spotkanie. 

—  Bardzo jestem panu wdzięczna, ale... jeżeli podjadę pod dom Olgi milicyjnym 

wozem, to  wszyscy sąsiedzi pomyślą  sobie  Bóg  wie  co!  Jestem bardzo  staroświecka, 
prawda? 

—  Pojedziemy  zwykłym  fiatem  i  wysadzę  panią  na  rogu  ulicy,  koło  domu  pani 

Klary. Dobrze? 

—  Jest  pan  bardzo  miły...  Chętnie  skorzystam,  jeżeli  nie  sprawi  to  zbyt  wiele 

kłopotu. 

W parę minut później Dominika pędziła na swój dyżur wtulona w miękkie oparcia 

wozu.  Było  to  jednak  naprawdę  jeszcze  bardzo  daleko,  bo  nawet  z  taką  prędkością 
pokonanie odległości zajęło dość dużo czasu. 

—  Bardzo mi pan pomógł!  — Dominika patrzyła z prawdziwą  wdzięcznością na 

kapitana. — Ada by mi głowę urwała... 

Umilkła nagle i ciemny rumieniec oblał jej twarz. 
—  Brawo!  Widzę,  że  panie  prowadzą  znów  zorganizowaną  akcję  —  kapitan 

obserwował z uśmiechem rumieńce Dominiki. — No cóż, życzę powodzenia! 

Samochód  zatrzymał  się  i  Dominika,  odczekawszy  przezornie,  aż  kapitan 

dostatecznie  się  oddali,  pobiegła  szybko  w  stronę  ulicy  Brzozowej.  Dochodząc  na 
miejsce  zwolniła  kroku  i  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  Ady  nie  ma  Oglądała  się 
ostrożnie dookoła, ale nikogo nie zauważyła. — Co się stało?... Przecież jeszcze nie ma 
czternastej — niepokoiła się nie na żarty.  —  Chociaż...  nigdy nie  wiadomo,  co Adzie 
może przyjść do głowy. 

Poszła w stronę obserwowanego domu. Naprzeciw niego, po drugiej stronie ulicy, 

stała duża ciężarówka i zdumiona Dominika zauważyła w szoferce jasny kok Ady. 

—  Siadaj! — drzwi samochodu otworzyły się błyskawicznie i Dominika wskoczyła 

szybko do środka. — Łazisz jak słoń po pustyni! 

—  Ale czyj to samochód? — Dominika z trudem tłumiła atak śmiechu na widok 

przyjaciółki  ubranej  w  jakąś  przy-  kusą  marynarkę  w  kratę  i  czapkę-oprychówkę, 
spod  której  zwycięsko  wyglądał  jasny  kok.  Całości  dopełniały  duże  samochodowe 
okulary. — Co ty z siebie zrobiłaś? 

—  A jak miałam się ubrać na czaty? Może w wieczorową suknię i etolę z białych 

lisów?  Ale  teraz  słuchaj...  Zaraz wysiadamy,  oczywiście na  lewą  stronę,  i  pójdziemy 
sobie swobodnie przed siebie. Potem pogadamy. 

Dominika  posłusznie  dała  sobą  dyrygować.  Obydwie  szły  powoli  i  pozornie 

background image

zaśmiewały się beztrosko z jakiegoś kawału. 

—  No, teraz spływam, a tobie życzę szczęścia. Z szoferki tej ciężarówki nie radzę 

więcej korzystać, bo kierowca jedzie za chwilę do pracy. 

—  Czy widziałaś coś ciekawego? 
—  Ta  kobieta  wyszła  z  siatką  po  zakupy  i  po  pół  godzinie  wracała...  Cały  czas 

miałam ją na oku. 

—  Kota widziałaś? 
—  Nie, ale to jeszcze nie znaczy, że go nie ma. Teraz ty czuwaj... Cześć! 
—  Czekaj... Czy ty masz zamiar tak ubrana paradować po mieście? 
—  Skąd,  przecież  nie  wpuściliby  mnie  do  pralni.  Przebieram  się  u  Olgi. 

Powodzenia! — Machnęła ręką na pożegnanie i po chwili zniknęła za rogiem ulicy. 

—  Cóż  to za okaz! — westchnęła Dominika. — Jej żywotnością można napędzać 

potężną  elektrownię  pracującą  na  trzy  zmiany!  Takich  kobiet  nie  ma  już  chyba  w 
młodszych generacjach! 

Wróciła  ostrożnie  do  swojego  punktu  obserwacyjnego.  Ciężarówka  jeszcze  tam 

stała, schowała się więc za nią i zerkała ukradkiem na mały schludny domek, tonący 
w powodzi kwiatów. Zapowiadały się długie i męczące w swojej bezczynności godziny. 
— Ale co to? — Dominika nie wierzyła własnym oczom. Na oknie siedział czarny kot i 
zawzięcie szorował się łapą, jak to koty zwykłe czynić po dłuższej drzemce  i obfitym 
śniadanku. — ... Czarny kot!... — Dominice mało oczy nie uciekły w stronę czarnego 
zwierzątka. — To on! Nareszcie go znalazłam! 

—  A pani względem czego tutaj czeka? — jakiś przystojny młody człowiek zjawił 

się  raptem  za  jej  plecami.  —  Do  miasta  chcemy  jechać?...  No,  to  szybko,  bo  jestem 
mocno spóźniony! 

—  Dziękują  panu  —  Dominika  zaprezentowała  swój  najbardziej  sympatyczny 

uśmiech. — Ja czekam tutaj na koleżankę, ale jakoś nie nadchodzi... 

—  A  może  to  mężulek  szanownej  pani  utknął  gdzieś  tutaj  u  jakiejś  laluni?... 

Oooo,  naprzeciw  mieszka  teraz  taka  jedna,  że  oczy  można  zgubić,  chociaż  już  nie 
pierwszej młodości —  tu cmoknął na znak prawdziwego  zachwytu. — Może to  o nią 
się rozchodzi, co? 

—  Mówi pan, że taka ładna? — Dominika skwapliwie podjęła rozmowę. — Czy to 

taka farbowana jasna blondynka? 

—  Jaka  tam  blondynka!...  Czarna,  figura  wszędzie  na  swoim  miejscu.  Idzie, 

jakby  tańczyła... To  jest babka! Ale cóż, ona  woli swojego kota, a na mnie nawet nie 
spojrzy! Lubię chociaż czasem na nią popatrzeć — tu westchnął z prawdziwym żalem. 

—  Wie pan co — Dominika zdecydowała się błyskawicznie — mnie też się zdaje, 

że mój mąż trochę do niej... zagląda — tu zająknęła się,  bo kłamstwo nie  chciało jej 
przejść  przez gardło.  —  Może  więc  spotkamy  się  gdzieś  w  kawiarni  i  pan  mi  o  niej 
opowie... Może nie jest tak, jak myślę, ale żonę zawsze serce boli. 

—  To na pewno nie ona! — tu wielbiciel nieznajomej uderzył się w piersi wielką 

pięścią,  aż  zagrzmiało.  —  Jeszcze nigdy  nie  widziałem,  żeby  do  niej  ktoś  zachodził. 
Nigdy! 

—  Ale  przy...  piwku  możemy  sobie  porozmawiać!  —  Dominika  poświęcała  się 

całkowicie dla dobra sprawy. 

—  Dlaczego  nie...  Ale  ja  dzisiaj  kończę  pracę  dopiero  o  szesnastej  i  mogę  być 

godzinę później w „Hungarii”. Dobrze? 

—  Może być — Dominice w głowie się zakręciło na myśl o tej obskurnej knajpie. 
— No, to spływam... Widzę, że panią dobrze przycisnęło, ale coś mi się zdaje, że nie 

na ten adres... Jak Boga kocham, że nie na ten! 

Samochód  zawarczał,  zakopcił  i  ruszył  do  przodu.  Dominika  została  sama  na 

środku  ulicy. —  Nie  mogę  tak  sterczeć  jak  grusza  na  pustym  polu —  zdecydowała  i 
odruchowo  otworzyła  najbliższą  furtkę.  Weszła  wąską  ścieżką  do  ogrodu.  Koło 
klombu z pięknie  kwitnącą  szałwią stała mała ławeczka  i Dominika  usiadła na niej, 
rozglądając  się,  czy  jakiś  pies  nie  wypadnie  zza  węgła.  Ale  wokół  panowała  cisza  i 

background image

nikogo nie było widać, za to doskonale można było obserwować wiadomy obiekt. 

Na razie nic się nie zmieniło. Kot siedział dalej w oknie jak czarny posążek... Ale w 

pewnym  momencie  obejrzał  się  w  głąb  mieszkania  i  znikł.  Za  chwilę  drzwi  domku 
otworzyły  się  powoli  i  kot  wybiegł  pierwszy,  a  za  nim  wyszła  nieznajoma.  W  dłoni 
trzymała nożyczki — Dominika  widziała to doskonale — i zaczęła ścinać kwiaty. Kot 
biegał  koło  niej  i  łapał  muszki  w  powietrzu,  widać  jednak  było,  że  kręci  się  wciąż 
wokół swojej pani. — To jest to, czego tak długo szukałyśmy... — Dominika z wrażenia 
oddychała  z trudem. — Ale  czy  jest możliwe, żeby ta  kobieta była  zdolna  do  otrucia 
psa i zamordowania z zimną krwią dwóch osób... To niemożliwe! 

Tymczasem nieznajoma miała już  w rękach duży bukiet kwiatów. Posadziła  sobie 

kota na ramieniu i wróciła powoli do mieszkania. — Właściwie nie ma już po co tutaj 
dłużej  siedzieć.  Wiemy  już,  że  tu  mieszka  i  jest  właścicielką  czarnego  kota...  To 
wystarczy!...  Co  robić  dalej,  ustali  się  później  —  postanowiła  Dominika.  —  Może 
podczas spotkania z kierowcą wyjdą jakieś nowe szczegóły... Teraz trzeba szybko stąd 
odejść. 

Wyszła z ogrodu i poszła w kierunku mieszkania Olgi. Kiedy zamykała furtkę, była 

odwrócona  tyłem  do  drogi  i  nie  mogła  zauważyć,  że  w  oknie  domku  nieznajomej 
uchyliła się nieznacznie  firanka  i  czyjeś  bystre  czarne oczy patrzyły  za  nią  uparcie  i 
badawczo. 

—  Gadaj  sobie,  co  chcesz,  a  ja  i  tak  pójdę  na  swój  dyżur!  —  denerwowała  się 

Olga.  —  A  jeśli  zechce  wieczorem  znów  odwiedzić  mieszkanie  Klary,  wówczas 
przynajmniej  będę  pewna,  że  to  ona...  Będzie  można  powiadomić  zaraz  kapitana  i 
nareszcie złapią ją na gorącym uczynku! 

—  Ależ  idź,  jeżeli  tak  chcesz,  tylko  nie  spiesz  się  do  telefonowania  na  milicję. 

Wystarczy, że coś konkretnego zauważysz... Pamiętaj! 

—  Jakoś tam będzie. Szykowałam się od samego rana, to i pójdę. Ale czy kot na 

pewno jest ten sam? 

—  Skąd  mogę  wiedzieć,  skoro  tamtego  nigdy  nie  widziałam.  Raczej  ty  będziesz 

mogła coś powiedzieć na ten temat... Przyznam ci się, że jakoś trudno mi uwierzyć w 
winę  jego  właścicielki.  Ona  wygląda  na  bardzo  miłą  i  kulturalną  panią  i  nie  pasuje 
wcale do roli bezlitosnego mordercy. 

—  Co  ty  wygadujesz!  Zbrodniarze  wojenni  też  byli  bardzo  mili,  przystojni  i 

wykształceni... Byli rycerscy wobec kobiet, znali się na muzyce i płakali ze wzruszenia 
słuchając „Sonaty księżycowej”... Wcale im to jednak nie przeszkadzało, żeby... 

—  Dość!... Wiem! Będę czekała na telefon od ciebie. Zadzwoń rano... i uważaj na 

siebie! 

—  Zadzwonię, ale teraz obejrzyj, w co chcę się przebrać. Zaczekaj chwilę. 
Dominika z ulgą wyciągnęła się na tapczanie. Przymknęła oczy i wróciła myślami 

do małego domku z czarnym kotem w oknie. 

—  No,  jak  ci  się  podobam?  —  głos  Olgi  zagrzmiał  jej  nad  uchem  niby  trąby 

jerychońskie. — Czy nie wyglądam bombowo? 

Dominika  otworzyła  oczy  i  natychmiast  usiadła  na  tapczanie.  Przed  nią  stała 

Olga... w metamorfozie: długie złote loki opadały jej na ramiona, żakiet z koronkami 
(z  kufra  prababci)  wisiał  żałośnie  na  jej  szczupłej  figurce,  a  o  wiele  za  szeroka 
spódnica, nadgryziona przez mole, zwisała nieomal do podłogi. 

—  Co ty z sobą zrobiłaś? — załamała ręce Dominika. — Przecież teraz nikt tak się 

nie  ubiera  i nawet dziecko  natychmiast  cię  zauważy...  Istny  strach na wróble!  Włóż 
ciemną gładką sukienkę i im mniej będziesz rzucała się w oczy, tym lepiej. 

—  Dobrze...  —  Olga  niechętnie  zdejmowała  wiekowe  łaszki.  —  Ale  perukę 

zatrzymam i żadne gadanie nie pomoże. Czuję się w niej znakomicie! 

—  Rób, jak chcesz! — Dominika miała już tego serdecznie dość. — Idę do domu i 

czekam na telefon... Jutro rano przyjdźcie do mnie na generalną naradę. 

—  Przecież muszę trochę się przespać... dyżuruję do rana! 
—  Po co?! Wystarczy, że do wieczora poobserwujesz dom... Właściwie, to w ogóle 

background image

nie... 

—  No dobrze, przyjdę przed południem. 
—  Trzymaj się! 
Zanim  dotarła  do  domu  i  zrobiła  zakupy,  zbliżał  się  wieczór  i  trzeba  było 

natychmiast gonić do „Hungarii”. 

—  Jeśli  mnie  tam  zobaczy  ktoś  ze  znajomych,  będzie 

kompletna 

kompromitacja...  —  łamała  się,  grzebiąc  w  szafie.  —  Chyba  trzeba  włożyć  coś 
niezmiernie skromnego, wtedy pomyślą, że  szukam zapijaczonego męża... Ależ mia-
łam  pomysł  z  tym  spotkaniem  w  knajpie!...  Ada  przynajmniej  umawia  się  w 
„Merkurym”. 

Zdążyła  punktualnie  na  piątą,  ale  jakież  było  jej  zaskoczenie,  kiedy  zamiast 

spodziewanej  „mordowni”  zobaczyła  elegancki  lokal,  urządzony  stylowo  i  z  dużym 
smakiem. Oglądała się za swoim kierowcą, ale nigdzie go nie zauważyła. Usiadła więc 
trochę  speszona  i  zaraz  potem  jakiś  dobrze  ubrany  pan  zerwał  się  od  sąsiedniego 
stolika i podszedł do niej, uśmiechając nią szeroko. 

—  Widzę,  że  wystarczy  byle  garnitur  z  „Domu  Pana”,  p  już  ludzie  nie  poznają. 

Zapraszam panią na obiadek! Dają tu doskonałą polędwicę „po cygańsku”, gotowaną 
w jarzynach, z czerwonym winem... Palce lizać! 

—  Witam pana serdecznie i przepraszam, że od razu nie poznałam! — Dominika 

czuła  się  fatalnie  w  swojej  skromnej  sukience.  —  Nie  wiedziałam,  że  „Hungaria”  to 
taki elegancki lokal. 

—  Do innego bym pani nie zaprosił, bo i sam nie chodzę. Parę lat wstecz strach 

brał  przechodzić  tą  ulicą,  ale  teraz  jest  zupełnie  znośnie.  Ja  lubię  dobrze  zjeść  i 
przychodzę tutaj bardzo często. 

Do  stolika  podszedł  kelner,  ubrany  w  czerwoną  marynarkę  i  z  dużą  czerwoną 

muchą w białe kropki pod brodą. 

—  Co pan  nam  dzisiaj  poleci?  — zapytał  towarzysz Dominiki.  —  Tylko  wybierz 

pan coś dobrego, bo jestem w towarzystwie. 

—  Polecam zupę gulaszową, bo dzisiaj  udała się  wyjątkowo, potem paprykarz  z 

drobiu,  wołowina  „po  węgiersku”,  schab „po debreczyńsku”,  porcolt i wołowina  „po 
cygańsku”. 

—  Namawiam  panią  na  zupę  gulaszową  i  polędwicę  w  jarzynach...  Na  pewno 

będzie pani zadowolona. Zgoda?... No, to dawaj pan dwa razy! 

Kiedy  kelner  odszedł  realizować  zamówienie,  jej  nowy  znajomy  pochylił  się  nad 

stolikiem i zapytał półgłosem: 

—  No  i co  z  pani  ślubnym  szczęściem?...  Prawda,  że  go  tam nie  było?  Oooo,  ja 

mam oko na takie rzeczy! 

—  Rzeczywiście! — przyznała skwapliwie  Dominika.  — Podejrzewałam tę panią 

zupełnie niesłusznie. Ale czy pan już długo ją zna? 

—  Odkąd tutaj przyjechała, czyli od roku. Od razu ją przyuważyłem, ale cóż... 
—  Kupiła ten domek? 
—  Czy  koniecznie  trzeba  kupić,  kiedy  się  mieszka?  Właściciele  wyjechali  do 

dzieci na rok za granicę, a ona sobie w tym czasie mieszka. Mówię pani, że to babka 
na sto dwa! Tylko w filmie można taką znaleźć! 

—  A tego kota... widziałam go w oknie... miała od początku? 
—  Tak, przywiozła go w koszyczku... Nawet pomagałem jej wtedy wnieść bagaże 

do  mieszkania.  Dużo  tego  nie  było...  Ale  to  dziwna  babka.  W  dzień  prawie  nie 
wychodzi, tylko wieczorami. Lubi długo spacerować. 

—  A może pan widział, gdzie specjalnie lubiła chodzić? 
—  Zwyczajnie, jak to na spacer. Raz nawet próbowałem coś do niej zagadać, ale 

powiedziała grzecznie,  że  „przeprasza,  ale  chce  być  sama”...  to  jakby  mi  kto  w  pysk 
strzelił! No i dałem spokój. 

—  A  nie  utrzymywała  bliższej  znajomości  z  żadną  sąsiadką?  Między  kobietami 

często tak bywa. 

background image

—  Bywa,  ale  nie  u  niej!  To  jest  twarda  sztuka  i  do  żadnych  znajomości  się  nie 

pchała... Tylko dom i spacery. Zresztą chyba lada dzień wyjedzie. Szkoda! 

—  Dlaczego? — Dominika o mało nie przewróciła wazonika z kwiatami. — Skąd 

pan wie, że wyjeżdża? 

—  Nie  taka  sztuka  to  wiedzieć,  kiedy  się  jest  sąsiadem.  Minął  rok,  właściciele 

wracają, a umowa była tylko do połowy lipca. Mówię pani, że na pewno wyjeżdża i to 
już lada dzień. Gdyby chciała, zaniósłbym jej walizkę na dworzec. 

—  Myśli pan, że zabierze kota ze sobą? — zapytała zamyślona Dominika 
—  Jak  go  przywiozła,  to  i  zabierze.  Ona  bardzo  lubi  tego  zwierzaka.  Widzę 

nieraz, jak go ciągle nosi i głaszcze... Zamiast z chłopem bawi się z kotem... Ech, kto 
te baby zrozumie! 

Nadszedł  kelner  z  zamówionym  obiadem  i  rozmowa  została  przerwana,  ale 

Dominika  nie  miała  już  ochoty  na  jedzenie.  Chciała  jak  najprędzej  urwać  się  do 
domu, aby spokojnie wszystko przemyśleć. 

—  A czy pan wie, jak ona się nazywa? — zapytała, drobiąc mięso na talerzu. 
—  Wiem,  bo  mam  znajomą  dziewuszkę  w  biurze  meldunkowym.  Nazywa  się 

Zofia Rudnicka... Ładnie, prawda? Pasowałaby jak drut na hrabinę. Takie oczy mogą 
zaprowadzić do piekła... Gdyby tylko chciała... 

—  Widzę, że pan jest zakochany po uszy — uśmiechnęła się Dominika. — Szkoda 

tylko, że bez wzajemności. 

—  Pewnie, że szkoda! Wprawdzie narzekać nie mogę, bo powodzenia u dziewuch 

mi nie brakuje, ale ta, to całkiem co innego... Tylko, że nie dla mnie. — Tu westchnął 
z prawdziwym żalem. 

—  Bardzo miły, rozumny i dobrze ułożony młody człowiek. — Dominika patrzyła 

z sympatią na swojego towarzysza przy stoliku. — Jestem nawet pewna, że jest więcej 
wart  od  Kazia  Ady...  Szkoda  tylko,  że  tak  niefortunnie  ulokował  swoje  uczucie.  — 
Odsiedziała  jeszcze  chwilę  i  pożegnała  się  ze  swoim  nowym  znajomym.  Chciała 
zapłacić za swój obiad, ale usłyszała zaraz wykład na temat „co kobiecie należy się od 
mężczyzny”  —  i  po  chwili  szła  już  do  domu,  usiłując  uporządkować  wszystkie 
uzyskane  wiadomości.  —  Jak  nic  się  nie  dzieje,  to  czysta  próżnia,  a  jak  znów  się 
zacznie,  to  jakby  worek  rozwiązał!  —  wzdychała,  ale  w  gruncie  rzeczy  była 
uszczęśliwiona, że wszystko nareszcie ruszyło z miejsca. — Ale do kapitana jeszcze nie 
zadzwonię... Trzeba czekać, aż się wszystko konkretnie ułoży. 

W  domu Colombo szalał ze  szczęścia na widok swojej pani. Biegał jak  szalony po 

mieszkaniu, a potem łapał ją za nogi i udawał, że gryzie. 

—  Dostajesz bzika! — Dominika targała go za uszy. — Daj mi spokój, bo padam z 

nóg... Zaraz zobaczymy, co mamy dzisiaj w telewizji. 

Było już dobrze po północy, kiedy zadzwoniła Olga. 
—  Cześć! Jestem już w domu! Widziałam kota jak na dłoni... Biegał po ogródku, 

a „ta osoba” siedziała na ławeczce aż do zmroku. Potem poszła do domu i więcej nie 
wychodziła. 

—  Czy na pewno cię nie zauważyła? 
—  Jakim cudem?  Cały czas chodziłam przed  jej domem i udawałam, że czekam 

na kogoś. Skąd mogło jej przyjść do głowy, że to właśnie ją obserwuję... Przysięgam, 
że wcale na mnie nie spojrzała, a jeśli nawet, to całkiem obojętnym wzrokiem. 

—  Przypuśćmy...  A  zatem  przed  południem  spotykamy  się  u  mnie.  Chyba 

zbliżamy się do zakończenia naszej sprawy. 

—  Myślisz? — w głosie Olgi było wiele sceptycyzmu. — Najlepiej nastawmy się na 

nowe fiasko, chociaż niby wszystko się zgadza. 

—  Masz  rację!  A  więc  dobrej  nocy  i  czekam  na  was  z  drugim  śniadaniem. 

Dziękuję za wieści! 

Odłożyła  słuchawkę  i  podeszła  do  okna.  Ogromna  tarcza  księżyca  pulsowała 

chłodnym  światłem.  Narzuciła  szal  i  wyszła  przed  dom.  Usiadła  na  ławce  i 
odpoczywała,  gdy  nagle  coś  ciężkiego  spadło  jej  na  kolana  i  głośne  mruczenie 

background image

opowiadało o radości spotkania swojej pani. 

—  Gdzie  ty łazisz! —  Dominika  postawiła go na  trawniku  i  poszła powoli  przed 

siebie pustą aleją topolową. Colombo biegł przodem, bezpieczny i szczęśliwy. 

Rozdział

 XV 

Nazajutrz  przed  południem  przyjaciółki  stawiły  się  na  spotkanie  wyjątkowo 

punktualnie.  Ada  przyniosła  „do  spróbowania”  całą  blachę  pierogów  z  kaszą, 
upieczonych specjalnie na tę okoliczność, a Olga, wiedząc wcześniej o niespodziance, 
pobiegła rano na rynek i kupiła litr śmie-tany. 

 

—  To  jest  od  „prawdziwej”  krowy  —  zaznaczyła,  stawiając  ostrożnie  butelkę  na 

stole. — Do pierogów z kaszą pasuje tylko dobra śmietana! 

—  Nie  jestem  wprawdzie  pewna,  czy  to  będzie  pasowało  do  naszych  bioder  — 

powiedziała Dominika układając pięknie przyrumienione pierogi na dużym talerzu — 
ale tak pięknie pachną kaszą i grzybami, że nie będę miała siły się oprzeć... Trudno! 

—  Wyobraźcie sobie, że tutaj nie znają wcale tego smakołyku — dziwiła się Olga, 

zabierając się ochoczo do konsumpcji. — Oni uznają tylko placek z kruszonką i zawie-
siste sosy... Jakoś nigdy nie potrafiłam się do tego przekonać. 

—  Pierogi  z  kapustą  też  są  doskonałe,  ale  teraz  nie  ma  jeszcze  dobrej  kiszonej 

kapusty.  Jak  wrócę  zimą  z  Maroka,  zrobię  wam  po  jednej  blaszce  na  głowę  — 
obiecywała. Ada, nalewając sobie duży kubek śmietany. 

—  Z góry się cieszymy, ale teraz może rozpoczniemy dyskusję na wiadomy temat 

— powiedziała Dominika. — Co sądzicie o naszej nowej sytuacji? 

—  Właśnie! Nie  ulega chyba  wątpliwości,  że  znalazłyśmy wreszcie kota razem z 

jego właścicielką — stwierdziła Ada, pociągając łyk śmietany. — Co teraz robić z tym 
fantem? 

—  Ja  proponuję zadzwonić do  kapitana  i  niech  już  on  zajmie  się  tą  panią...  To 

jest  najbardziej  logiczne.  —  Olga  napoczynała  już  drugiego  pieroga.  —  Co  o  tym 
myślicie? 

—  Ja...  chyba  też  tak  uważam  —  Ada  niepewnie  spojrzała  na  Dominikę.  —  Ale 

czy jest aby pewne, że to właśnie ta osoba, której szukamy?... Przecież mogłyśmy się 
pomylić. 

—  Właśnie... Ja  też  tak myślę — ucieszyła się Dominika. — To nie  tylko nię  jest 

pewne, do tego jeszcze... 

—  Widzę, że masz jednak poważne  wątpliwości... Powiedz dlaczego? Tyle  czasu 

szukamy właściciela czarnego kota i właściwie wszystko teraz nam pasuje... O co więc 
ci chodzi? — dziwiła się Olga. 

—  Zakładałyśmy, że kot szedł za mordercą, prawda? 
—  Dotąd tak było, ale widzę, że teraz zmieniłaś zdanie 
—  Nie,  jednak ta nieznajoma nie pasuje mi wcale do roli  mordercy... Wiem, że 

nobliwy  wygląd  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy,  ale  czuję,  że  to  nie  to...  Wyraźnie 
czuję! 

—  Może jednak pozwolisz, że mimo to kapitan sam weźmie się za tę sprawę. On 

nie będzie się kierował wyczuciem, lecz faktami! — upierała się Olga. 

—  A  czy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  w  ten  sposób  można  zrobić  komuś 

niewinnemu  wielką  krzywdę?  —  oburzyła  się  Dominika.  —  Nigdy  na  to  się  nie 
zgodzę!... Nigdy, słyszysz?! 

—  Dlaczego  tak  się  unosisz?  —  Olga  ze  zdumieniem  patrzyła  na  zaperzoną 

przyjaciółkę. — Wobec tego powiedz, co proponujesz! 

—  Ja uważam, że musimy same z nią porozmawiać. Wtedy wiele się wyjaśni. 
—  Ale czy ona nam się do czegoś przyzna? — machnęła ręką Olga. — Kto będzie 

się liczył z gromadą bab? Kapitan lepiej by sobie poradził, to pewne! 

background image

—  Jak  będzie  trzeba,  poprosimy  go,  na  razie  jednak  nie  zawracajmy  głowy 

kapitanowi...  Zaraz  po  obiedzie  musimy  iść  do  niej,  zwłaszcza  że  w  każdej  chwili 
może wyjechać. 

—  Co  ty  pleciesz?  —  Olga  całkiem  zapchała  się  kaszą.  —  Jak  to...  To  ona  chce 

uciekać?! 

—  Ależ  skąd!  Ona  mieszka  tutaj  dopiero  od  roku.  Wynajęła  ten  domek  od 

właścicieli, którzy wyjechali za granicę  i właśnie teraz wracają, pani Zofia może lada 
chwila zwinąć żagle. 

—  Skąd  wiesz, jak jej...  na  imię? —  wykrztusiła zaskoczona  Ada.  — Czy  może  z 

nią rozmawiałaś? 

—  Z  nią  nie,  ale  z  kierowcą  ciężarówki,  w  której  siedziałaś  podczas  swojego 

dyżuru... On wie o niej bardzo wiele! 

—  Skąd wie?... Może cię tylko nabujał?... 
—  Akurat!  Po  prostu  zakochał  się  w  niej  po  uszy  i  w  związku  z  tym  często  ją 

obserwował. Podobno siedziała całymi dniami -w domu, a wieczorami wychodziła na 
spacery. 

—  Na spacery?... — Olga przestała jeść z wrażenia. — Może razem z kotem, co? 
—  Tego mi nie mówił, bo kocha się w pani Zofii, a nie w kocie! 
—  Gdzież, u Boga świętego, wycisnęłaś z niego tyle wiadomości? — Ada płonęła z 

ciekawości. — Przecież nie rozmawialiście tak długo na ulicy i to naprzeciw... 

—  Ależ nie! Poszłam z nim do „Hungarii” na obiad i pogadało się o tym i owym. 
—  W  „Hungarii'  mordują  ludzi  w  biały  dzień!  —  Olga  przerażona  zerwała  się  z 

miejsca. — Nie musiałaś aż tak się poświęcać! 

—  I  znów  się  mylisz,  złotko.  „Hungaria”  to  bardzo  przyzwoity  lokal  i  jeśli  nie 

chcesz czuć się dziko, to idąc tam włóż elegancką sukienkę. — Dominika uśmiechnęła 
się z satysfakcją. — Kiedyś może tak było, ale nie teraz! 

—  I nie wstydziłaś się iść z kierowcą ciężarówki do lokalu? — Olga nie dawała się 

przekonać. — O czym mogliście rozmawiać? 

—  Głupia jesteś, skarbie! Kierowca był ubrany w garnitur szyty na zamówienie u 

dobrego krawca i umiał się zachować bardzo poprawnie... A co do dyskusji, przez cały 
czas opowiadał mi o swojej beznadziejnej miłości do nieznajomej. To bardzo subtelny 
mężczyzna! 

—  Coś  podobnego...  —  Olga  była  zdruzgotana.  —  Kierowca  ciężarówki  w  roli 

zakochanego Romea, a nasza kandydatka na morderczynię okazała się  romantyczną 
Julią... O Bożyczku złoty!... Toż zgłupieć można! Jak nic, pokaże się, że to nie był ten 
kot! Zobaczycie! 

—  Dlatego  szkoda  czasu  na  próżną  gadaninę  i  trzeba  iść  do  tej  pani.  Zawsze 

byłam zdania, że nikogo nie wolno podejrzewać, dopóki nie ma ku temu podstaw! 

—  No, już dobrze — poddała się Olga. — Kiedyż idziemy? 
—  Najlepiej po  obiedzie,  czyli  za trzy godziny.  Spotkamy się u ciebie, bo mamy 

stamtąd najbliżej. 

—  Wiesz  co  —  rzekła  Ada  do  Dominiki,  kiedy  żegnały  się  już  w  przedpokoju  — 

jesteś fajna babka i niech  cię ucałuję! 

—  Co ci się stało? — Dominika była' szczerze zdziwiona. — O co ci znów chodzi? 
—  Kiedyś ci powiem, a na razie pa! 
W  mieszkaniu  Olgi,  zawsze  cichym  i  spokojnym,  rozbrzmiewały,  w  promieniu 

całego  osiedla,  nie  dające  się  z  niczym  porównać  straszne  krzyki.  Dominika  już  z 
daleka  słyszała ten dziwny hałas, ale początkowo nie przyszło  jej nawet do głowy, że 
pochodzi on z mieszkania Olgi, zrozumiała to dopiero, kiedy podeszła bliżej. 

—  Oddaj  to!  —  odróżniła  wyraźnie  głos  Ady,  ustawiony  na  najwyższych 

rejestrach. — Oddaj to zaraz! Słyszysz?!! 

—  Odczep  się!  —  dyszkant  Olgi  był  podobny  w  brzmieniu  do  piania 

zachrypniętego  koguta.  —  Mówię  ci,  odejdź,  bo  zaraz  wystroję  z  ciebie  siekane 
kotlety!!! Czy słyszałaś, co powiedziałam?! Precz!! 

background image

Dominika  runęła  do  drzwi,  które  na  szczęście  były  otwarte  i  nie  trzeba  było  ich 

wyłamywać.  Wpadła  do  środka  z  zamierającym  sercem  i  stanęła  jak  przysłowiowa 
żona  Lota  na  widok  sceny,  jaka  rozgrywała  się  tuż  przed  nią...  Ada,  spocona, 
czerwona,  z  rozpuszczonym  kokiem,  goniła  dookoła  stołu  Olgę,  trzymającą  w  ręku 
duży tasak do rąbania mięsa. Obydwie wykrzykiwały nadal swoje kwestie w stylu, jak 
wyżej. 

—  Co się tutaj dzieje? — Dominika z trudem wydobywała z siebie głos. — Co wy 

wyprawiacie?! — Tu zabrakło jej słów. 

—  Ależ  niech  się  pani  nie  przejmuje!  Jak  widać,  pani  przyjaciółki  bawią  się 

doskonale i nie trzeba im przeszkadzać! — Obok Dominiki stał przystojny kapitan i z 
uśmiechem obserwował całą scenę. 

Żaden strumień zimnej wody nie wywołałby takiego efektu, jak to niespodziewane 

pojawienie się nowego gościa. Ada chwyciła się za głową i runęła do drugiego pokoju, 
a Olga opuściła ręce i nie mogła wykonać żadnego ruchu... Wyglądała jak telewizyjny 
„Upiór z Luwru”. 

Kapitan wyjął jej z ręki tasak i przez chwilę ważył go z powagą w dłoni. 
—  Stanowczo  nie  powinno  się  produkować  takich  ciężkich  przyrządów 

kuchennych  dla  słabych  rączek  niewieścich  —  powiedział  z  galanterią  i  ostrożnie 
położył go na stole. 

—  Proszę nie dziwić się, panie kapitanie — Ada weszła do pokoju, doprowadzona 

już  do  idealnego  porządku  —  ale  koleżanka,  podobnie  jak  my  wszystkie,  goni  już 
resztkami nerwów  i  postanowiła, że  na dzisiejsze  poszukiwanie  tego... kota, weźmie 
dla bezpieczeństwa to narzędzie, ale ja... 

—  I  pani  koleżanka  miała  zamiar  iść  z  tym  tasakiem  przez  miasto?  —  pokręcił 

głową kapitan. — Nie poniosłaby go w ręku daleko, jest strasznie ciężki! 

—  Skąd w ręku! — Ada znów poczerwieniała niebezpiecznie. — Ona schowała go 

za bluzkę i wyglądała, jakby była w żelaznym pancerzu... Chciałam jej to odebrać, bo 
do czego to podobne... i właśnie... 

—  ...  i  właśnie  trafiliśmy  na  tę  niewinną  wymianę  zdań  —  kapitan  walczył 

dzielnie z ogarniającą go wesołością, ale nie wytrzymał i wybuchnął głośnym i bardzo 
zaraźliwym  śmiechem.  Dominika  i  Ada  zaraz  do  niego  dołączyły  i  przez  dłuższą 
chwilę było słychać tylko kaskady niepohamowanego: cha! cha! cha!... 

—  Już  nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  tak  serdecznie  się  uśmiałem  —  kapitan 

ocierał załzawione oczy. — To było wprost niepowtarzalne! 

—  Ja  też!  —  Ada  była  uszczęśliwiona  z  tak  gładkiego  rozwiązania  dość  głupiej 

sytuacji. — Ale gdzie podziała się Olga? 

Zajrzała  do kuchni. Przy stole, z głową  opartą na rękach, siedziała  skulona Olga i 

rozpaczliwie szlochała. 

—  Dlaczego płaczesz?... To była świetna zabawa! — Ada objęła czule przyjaciółkę. 

—  Uspokój  się  idiotko!  —  szepnęła  jej  przenikliwie  w  samo  ucho.  —  ...  No,  już 
dobrze... umyj buzię i chodź do nas — dodała głośno i wróciła do pokoju. 

—  Proszę  chwilkę  poczekać,  zaraz  będzie  kawa.  —  Ada  z  wdziękiem  czyniła 

honory pani domu. — Jak to ładnie, że nas pan odwiedził! 

—  Byłem  po  prostu  w  tej  dzielnicy  i  nie  mogłem  oprzeć  się  pokusie,  aby  nie 

zobaczyć,  jak  się  mają  moje  dzielne  koleżanki  po  fachu,  jednakże...  —  tu  spojrzał 
wymownie na zegarek — już jestem spóźniony, panie zresztą też śpieszą do dalszych 
poszukiwań  tego  pechowego  kota.  Ale...  czy  może  są  jakieś  nowości?  —  zapytał  od 
niechcenia. 

—  Niestety żadnych, ale wciąż szukamy i mamy nadzieję, że zła passa skończy się 

wreszcie  —  Ada  patrzyła  niewinnie  w  czarne  oczy  kapitana.  —  Jak  tylko  czegoś  się 
dowiemy... 

—  Z  góry  dziękuję!  —  kapitan  obcałował  rączki  pań  i  nawet  wszedł  do  kuchni, 

aby  tam  pożegnać  spłakaną  panią  domu...  Szeptał  jej  przy  tym  do  ucha  jakieś, 
widocznie, bardzo miłe słowa, bo twarz Olgi z wolna się wypogodziła. 

background image

Kiedy wyszedł, zapanowała w pokoju przejmująca cisza. Nagle wszystkie runęły do 

okna i patrzyły, jak sprzed domu rusza lśniący czerwony fiat. 

—  Ten sam! — mruknęła Dominika. 
—  Co  tam  marudzisz?  —  Ada  z  troską  w  oczach  odwróciła  się  od  okna.  —  Ale 

chryja!  Wyszłyśmy  w  sumie  na  kretynki  ostatniej  kategorii!  Ale  skąd  on  wiedział, 
gdzie mieszka Olga? , 

—  Po  prostu  ściągnęły  go  tutaj  wasze  wrzaski  —  stwierdziła  Dominika.  —  Było 

was słychać w całym Toruniu! 

—  „Wielkie  rzeczy!  Nie  jesteśmy  żadnymi  zawodowymi  wywiadowcami,  którzy 

muszą stać przed nim na baczność. — Olga całkiem przyszła do siebie. — Zresztą on 
sam mi to powiedział.. Zaraz, jak to było?... Aha! Powiedział, że jesteśmy „najbardziej 
uroczą służbą wywiadowczą”. Tak! 

—  No,  to  w  porządku  i  wracajmy  do  naszych  spraw,  zwłaszcza  że  czas  bardzo 

nagli — denerwowała się Dominika. — Odczekamy jeszcze parę minut i idziemy do tej 
pani. Trzeba się śpieszyć! 

—  Ale co my tej babce powiemy? Trzeba wymyślić jakiś wiarygodny pretekst tej 

wizyty. 

—  Pomyślałam  o  tym.  Powiemy,  że  szukamy  dla  potrzeb  opieki  społecznej 

niepotrzebnych ciuchów, makulatury i leków. To na pewno nie podpadnie — radziła 
Dominika. 

—  A jak da nam parę starych gazet i zatrzaśnie drzwi przed nosem. — Ada była 

przewidująca. — Co wtedy zrobimy? 

—  Chodźmy!  Zobaczymy,  co  z  tej  wizyty  wyniknie.  Jeżeli  nie  uda  nam  się 

dowiedzieć  niczego  konkretnego,  wtedy  będzie  czas  na  dalsze  zastanawianie  się. 
Weźcie  tylko  dużą  torbę  i  włóżcie  do  niej  parę  starych  szmatek.  Nie  możemy 
pozwolić, aby ta wizyta budziła podejrzenia. 

—  Przecież do torby można spokojnie włożyć mój tasak! — ucieszyła się Olga, ale 

zamilkła, kiedy zobaczyła miny przyjaciółek i potulnie wyszła z domu. 

Do ulicy Brzozowej było niezbyt daleko. Dominika oglądała się dyskretnie, czy nie 

widać gdzieś czerwonego fiata, ale niczego nie zauważyła. 

—  To  już  tutaj  —  westchnęła  ^Ada,  którą  dopiero  teraz  zaczął  obłazić  duszący 

lęk. — Jednak, gdyby kapitan był z nami, czułabym się pewniej i... 

—  Cicho! — Dominika przybladła, ale dzielnie szła naprzód. Weszły do ogródka i 

Ada nacisnęła dzwonek przy drzwiach wejściowych. 

Chwilę  panowała  cisza,  ale  zaraz  potem  słychać  było  szybkie  kroki  i  drzwi 

otworzyły  się  szeroko.  Na  progu  stała  wysoka  brunetka,  ubrana  w  granatową 
sukienkę w duże białe grochy. 

—  Przepraszamy  bardzo,  ale  chciałyśmy  z  panią  chwilkę  porozmawiać...  — 

Dominika trochę się zająknęła. — Postaramy się nie zabierać pani dużo czasu. 

—  Proszę  wejść!  —  nieznajoma  nie  okazała  żadnego  zdziwienia  i  poprowadziła 

gościnnie  całą  trójkę  do  dużego  pokoju.  —  Proszę,  niech  panie  siadają,  a  ja  pójdę 
przygotować kawę. 

—  Nie  trzeba!  —  Ada  zatrzymała  „tę  osobę”.  —  Nie  chcemy  sprawiać  pani 

żadnych kłopotów. 

—  Przecież to głupstwo, zaraz wrócę. Przepraszam na chwilkę. 
—  Coś nam  to za  łatwo  idzie! — Olga  ze  strachem patrzyła  w stronę  kuchni. — 

Czort wie, co ona tam robi! 

—  Na pewno kawę, bo aż tutaj dochodzi jej wspaniały zapach. — Ada podeszła do 

dużego kredensu. Stały tam ładnie oprawione fotografie. Z jednej uśmiechał się chło-
piec w  harcerskim mundurku, a  na drugiej  byli chyba  rodzice,  bo kobieta  w długiej 
sukni była bardzo podobna do nieznajomej, no i najładniejsze zdjęcie, przedstawiało 
śliczną dziewczynę z długimi warkoczami. 

—  Patrzcie,  jaka  ładna!  —  Ada  pokazywała  zdjęcie  przyjaciółkom.  —  Zresztą  i 

teraz nic jej... 

background image

—  Jest już kawa, proszę bardzo! — nieznajoma bardzo gościnnie kręciła się koło 

swoich niespodziewanych gości. — Ciastka zupełnie świeże, proszę próbować. 

Zapanowała  chwila  krępującej  ciszy.  Dominika  miała  już  zacząć  pytać  o 

makulaturę,  kiedy  w  drzwiach  od  kuchni  pokazał  się  śliczny  czarny  kotek.  Nie 
okazywał żadnego lęku na widok gości i ufnie wskoczył na kolana swojej pani. 

—  Przecież  to...  ON!!!  —  krzyknęła  triumfalnie  Olga  i  zaraz  umilkła,  patrząc  z 

przerażeniem na przyjaciółki. 

—  Zabiję kretynkę! — mruknęła bezgłośnie Ada i uśmiechnęła się promiennie do 

pani domu. — Ma pani prześlicznego kota... Koleżanka ma też podobnego, tylko jest 
bury i bardzo gruby. Nazywa się Colombo. 

—  Właśnie  —  ucieszyła  się  Dominika.  —  Ja  bardzo  lubię  koty...  Są  takie  miłe  i 

mądre... 

—  Z  pewnością...  — nieznajoma  patrzyła  z  uśmiechem na  całą  trójkę.  —  Myślę 

jednak, że nie przyszły panie do mnie, aby opowiadać o swoim kocie. Panie przecież 
śledzą mnie... Prawda? 

—  Jak  to:  śledzimy...  — Ada  teraz  szczerze  żałowała, że  tasak  pozostał u  Olgi  w 

kuchni. — Co pani ma właściwie na myśli? 

—  To,  co  mówię!  Wczoraj  cały  dzień,  aż  do  północy,  obserwowały  panie  mój 

dom. Najpierw pani — tu spojrzała na Adę — patrzyła na moje mieszkanie, siedząc w 
szoferce  samochodu  ciężarowego...  Nawet  podczas  zakupów  w  sklepie  miała  mnie 
pani  cały  czas  na  oku.  Potem  pilnowała  mnie  druga  pani,  siedząc  na  ławeczce  w 
ogrodzie  sąsiadów,  a  pani...  uśmiechnęła  się  do  Olgi  —  nawet  nie  próbowała  się 
konspirować.  Spacerowała  sobie  spokojnie  przez  całe popołudnie  koło  mojej  furtki, 
licząc zachłannie każdy mój ruch. 

—  A nie mówiłam, że to całkowity debil! — szepnęła wściekła Ada wprost w ucho 

Dominiki. —  Ale  właściwie  dlaczego  miałybyśmy  panią  śledzić?  — zapytała,  patrząc 
na nią z doskonale robionym zdziwieniem. — Pani się chyba myli! 

—  Nie  mylę  się  i  nawet  wiem,  dlaczego  panie  to  robią  —  nieznajoma  nadal 

uśmiechała  się  miło  i  swobodnie,  patrząc  na  zdrętwiałą ze  zdumienia  trójkę.  —  Nie 
wiem,  w  jaki  sposób  to  się  stało,  ale  jakoś  doszły  panie  do  tego,  że  to  właśnie  ja 
chodziłam  do  domu  państwa  Kraftów  i  że  jestem  mimowolnym  sprawcą  tych 
wszystkich śmiertelnych zejść w tym domu... 

—  Mimowolnym...  —  podchwyciła  skwapliwie  Dominika.  —  To znaczy,  że  pani 

nie.. 

—  Nie! Zresztą kiedy wiemy wszystkie, o co chodzi, porozmawiajmy sobie szerzej 

na ten temat. Nie mam zamiaru niczego ukrywać, a nawet jestem rada, że będę mogła 
z kimś o tym porozmawiać... Tyle czasu dusiłam to w sobie! Panie wyglądają na osoby 
rozumne i dobre... Doparzę jeszcze kawy i zacznę snuć swoją historię. Dobrze? 

—  Oczywiście  — Dominika z prawdziwą radością patrzyła na nieznajomą.  — Ja 

nigdy nie mogłam uwierzyć, żeby pani mogła... 

—  Bardzo miło mi to usłyszeć, ale o tym potem... Zaraz 
—  Może lepiej nie pić tej kawy — szepnęła Olga, patrząc za znikającą w drzwiach 

kuchni gospodynią. — Kiedy ona wie teraz o nas wszystko, to może... 

—  Przecież wiedziała o tym już wtedy, gdy parzyła dla nas pierwszą kawę i jakoś 

żyjesz! — Ada patrzyła z politowaniem na wystraszoną Olgę. — Siedź spokojnie i ani 
mru-mru, bo zatłukę! 

—  Oto kawa — nieznajoma wchodziła do pokoju z dużym dzbankiem na tacy. — 

Nie  wiem,  jak  panie,  ale  ja  nie  mogłabym  żyć  chyba  bez  tego  płynu...  To  już  jest 
prawdziwy nałóg. 

—  Zupełnie  jak  my!  —  Dominika  aż  skręcała  się  z  ciekawości.  —  Dziękuję!  To 

prawdziwy szatan! 

—  A  więc  zaczynam  swoją  opowieść...  Będzie  ona  może  trochę  za  długa,  ale 

muszę cofnąć się wiele lat wstecz, żeby panie mogły wszystko właściwie zrozumieć. 

—  Do czasów tych fotografii? — Ada wskazała zdjęcia stojące na kredensie. 

background image

—  Tak.  Były  robione  w  1955  roku.  Mój  brat  miał wtedy dopiero  dwanaście  lat, 

rodzice żyli, a ja nosiłam jeszcze warkocze i miałam osiemnaście lat... W tym właśnie 
roku, zaraz po zdaniu matury poznałam Piotra Krafta. 

—  To ONA!!! — krzyknęła Olga, zrywając się z miejsca, ale Ada jednym chwytem 

przygwoździła ją z powrotem do 

—  Przepraszam  panią  za  koleżankę,  jest  bardzo  nerwowa  i  miewa  często  różne 

halucynacje  —  powiedziała,  przydeptując  jednocześnie  jej  duży  palec  u  nogi.  — 
Prosimy mówić dalej... Słuchamy! 

—  To była miłość od pierwszego wejrzenia — westchnęła smętnie pani  Zofia. — 

On  był  wspaniałym,  przystojnym  mężczyzną,  a  ja  naiwną  nastolatką,  której  bardzo 
łatwo można zawrócić w głowie... 

—  Ale że mężczyzna, wiadomo, świnia, więc trzeba się go pozbyć! — Olga znów 

próbowała wtrącić swoje trzy grosze, usiłując jednocześnie uwolnić nogę spod obcasa 
Ady. — Wcale się pani nie dziwię! 

—  Jak piśniesz jeszcze jedno słówko, pamiętaj, że nie ręczę za siebie! — zasyczała 

Ada,  po czym  uśmiechnęła  się  w  stronę  speszonej  nieco  gospodyni.  —  Nie  ma pani 
pojęcia, jak dobrze to rozumiem! Całe życie byłam zakochana i doskonale wiem co to 
znaczy! Czy Kraft był pani kolegą szkolnym? 

—  Ależ  skąd!  Poznałam go na  basenie.  Bardzo  efektownie  skakał  z trampoliny. 

Zakochałam się z miejsca! 

—  A  potem? —  zapytała  cicho  Dominika.  —  Z  pierwszą  miłością  bywają  często 

wielkie kłopoty. 

—  Właśnie... — potwierdziła pani Zofia — a moja stała się wyjątkowo tragiczna w 

skutkach.  Początkowo  wszystko  układało  się  jak  najlepiej.  Piotr  okazywał  mi  wiele 
serca  i  wkrótce  poprosił  o  moją  rękę.  Rodzice  byli  nim  zachwyceni,  a  ja  zupełnie 
straciłam głowę. To był najszczęśliwszy okres mojego życia! 

—  Czyżby  zakochał  się  potem  w  innej?  —  zapytała  Ada,  która  miała  ogromne 

doświadczenie w sprawach sercowych. — Czy nie lepiej było o tym zapomnieć? 

—  To  wyglądało  całkiem  inaczej...  Piotr  zdobył  nie  tylko  moje  serce,  ale  także 

bezgraniczne  zaufanie  całej  rodziny.  Mieszkaliśmy  wtedy  w  Lublinie,  we  własnym 
domku, który rodzice wybudowali kosztem wielkich wyrzeczeń i ciężkiej pracy całego 
życia. Piotr gorąco nas namawiał, aby sprzedać dom i przenieść się po naszym ślubie 
do  Zakopanego,  gdzie,  jak  twierdził,  trafiało  się  właśnie  bardzo  okazyjne  kupno 
ładnej willi z ogrodem, z pięknym widokiem na góry. Rodzice długo się zastanawiali, 
ale  mój  brat,  który  zawsze  marzył  o  górach,  nalegał  tak  długo,  aż  wreszcie  wyrazili 
zgodę.  Dom  został  korzystnie  sprzedany,  z  tym  że  rodzice  zastrzegli  sobie  prawo 
zamieszkania w nim przez okres najbliższych trzech miesięcy, to znaczy do dnia na-
szego  ślubu  i  załatwienia  formalności  z  zakupem  willi  w  Zakopanem.  Krótko  przed 
ślubem  Piotr  tam  pojechał,  aby  w  imieniu  rodziców  dokonać  wstępnej  transakcji  i 
wpłacić  zaliczkę.  Miał  też  kupić  obrączki  i  parę  kożuchów  dla  znajomych.  Przed 
wyjazdem rodzice wręczyli mu książeczkę PKO, na którą była wpłacona cała suma za 
sprzedany  dom  oraz  wszystkie  ich  oszczędności  i  w  której  to  dokonali  wpisu, 
upoważniającego Piotra do dysponowania całym wkładem... 

—  A gdzie ten pan wówczas pracował? — zapytała Dominika. 
—  W Zakopanem. Był tam zatrudniony jako ratownik w górach i instruktor jazdy 

na nartach. Do Lublina przyjechał na urlop, aby odwiedzić kolegę. 

—  Widziała może pani tego kolegę? 
—  Nie,  bo  podobno  gdzieś  wyjechał.  Piotr  postanowił  na  niego zaczekać  i  przy 

okazji zwiedzić miasto. Wynajął więc pokój w hotelu... Wtedy właśnie poznał mnie... 

—  Dlaczego  nie  pojechał  z  nim  ktoś  z  rodziny?  —  dziwiła  się  Ada.  —  Przecież 

trzeba  było  najpierw  obejrzeć  dom,  porozmawiać  z  właścicielem  i  dopiero 
decydować! 

—  To wszystko mieliśmy zrobić zaraz po ślubie. Zresztą byliśmy całkiem pewni, 

że  Piotr  wszystko  sam  najlepiej  załatwi...  Ten  dom  w  Zakopanem  widzieliśmy  na 

background image

zdjęciach  i  bardzo  nam  się  podobał...  Wtedy  to  wszystko  wyglądało  jakoś  inaczej... 
naturalnie. Nikt nawet nie pomyślał, że... 

—  Że co? — Dominika ujęła serdecznie jej rękę. — On już nie wrócił... Prawda? 
—  Tak — szepnęła pani Zofia. — Nie wrócił. 
—  Jak to?! — Ada zerwała się z krzesła, o mało nie przewracając stołu. — Uciekł z 

pieniędzmi?! 

—  Przecież słyszałaś! — Olga z ogromną satysfakcją pomagała przyjaciółce zająć 

z powrotem miejsce. — Od początku wiedziałam, że Kraft to był podejrzany typ... Ja 
sama bym go... 

—  Uspokój  się!  —  Dominika  spojrzała  ostro  na  koleżankę.  —  Przykro  nam 

bardzo,  że  skłoniłyśmy  panią  do  tak  niemiłych  wspomnień...  Wyobrażam  sobie,  co 
przeżywała pani rodzina. 

—  Wolę tego szczegółowo nie  wspominać — powiedziała cicho pani Zofia.  — Ja 

na  razie  poszłam  zaraz  do  pracy,  dalsza  rodzina  pomogła  nam  zdobyć  tymczasowe 
mieszkanie, bo nasz dom trzeba było opuścić... To był koszmar! 

—  A on nigdy nie dał znaku życia? 
—  Nigdy.  Początkowo  nawet  myśleliśmy,  że  przydarzyło  mu  się  coś  złego... 

Szukaliśmy, pisaliśmy do gazet... Kamień w wodę! 

—  A  willa  w  Zakopanem?...  Może  właśnie  tam  należało  szukać  śladu  —  Ada 

odzyskiwała już dawną werwę. 

—  Pojechałam, ale niczego nie znalazłam. Tego domu w ogóle tam nie było. 
—  A  nie  mogliście  państwo  zgłosić  natychmiast  w  PKO  o  kradzieży  książeczki 

oszczędnościowej i w ten sposób ratować pieniądze? 

—  Kiedy  to  zrobiliśmy,  było  już  za  późno.  Pieniądze  zostały  podjęte  co  do 

grosza... No cóż... miał przecież upoważnienie. 

—  Trzeba  więc było jak najprędzej wyjść za mąż... Jest przecież pani taka ładna 

—Ada  była  szczerze  wzruszona.—  To  byłoby  najlepszym  lekarstwem  dla 
skrzywdzonego serca. 

—  Nie  mogłam  —  pani  Zofia  patrzyła  smutnie  przed  siebie.  —  Przecież  ja  go 

kochałam całym sercem... Jak mogłam myśleć o poślubieniu innego człowieka? 

-  Ależ  to  był  oszust  i  złodziej!  Podstępnie  okradł  pani  rodzinę  z  dorobku  całego 

życia, a panią haniebnie oszukał! — Ada zrobiła się purpurowa. — Komu chciała pani 
być wierna? 

—  Jeżeli  się  kocha,  wierność  obowiązuje  w  każdej  sytuacji!  —  pani  Zofia 

podniosła dumnie głowę. — Poza tym ciągle wierzyłam, że go jeszcze zobaczę... 

—  Dobrze,  że  nie  ma  tutaj  Teni, bo  dopiero miałyby obydwie o czym mówić  — 

mruknęła Ada. — Jak można tak bezkrytycznie tracić głowę dla mężczyzny, który po-
winien do końca życia nie wytykać nosa z ciupy... 

—  Ja bym ich tasakiem...! — pieniła się Olga, ale groźny wzrok Dominiki ostudził 

jej  zapał.  Usiadła  spokojnie  i  patrzyła  z  prawdziwym  współczuciem  na  bladą  twarz 
pani Zofii. 

—  Czy  ułożyła  sobie  pani  jakoś  życie?  —  zapytała  Dominika.  —  Czas  leczy 

przecież największe rany. 

—  Nie  było  to  łatwe  —  westchnęła  pani  Rudnicka  —  ale  trzeba  było  żyć  dalej. 

Dzięki  serdecznej  pomocy  rodziny  mogłam  dalej  się  uczyć,  a  potem  podjąć  pracę 
zawodową.  Od  lat  pracuję  jako  konserwator  zabytków,  miałam  więc  możność 
wędrowania po kraju. Jeździłam i ciągle szukałam... 

—  Jego? — Dominika była szczerze zdziwiona. — Pewno pani chciała pociągnąć 

go do odpowiedzialności! 

—  Wcale nie. Chciałam go tylko... zobaczyć! 
—  ... i odebrać forsę. Bardzo słusznie, tylko słaba nadzieja, żeby chciał oddać. —. 

Olga płonęła z emocji. — Jak go pani znalazła? 

—  Zupełnie  przypadkowo.  Dwa  lata  temu  przyjechałam  do  Torunia  w  jakiejś 

służbowej  sprawie.  Kupując  w  kiosku  papierosy,  koło  teatru,  usłyszałam,  jak  jedna 

background image

pani  mówiła  do  drugiej:  „dawno  już  nie  widziałam  pani,  pani  Kraft”...  To  nazwisko 
uderzyło  we  mnie  jak  pocisk.  Obserwowałam  tę  kobietę  przez  chwilę,  a  następnie 
poszłam za nią. Trwało to długo, bo robiła ogromne zakupy... 

—  Zupełnie jak ja! — całkiem bezwiednie powiedziała 
Dominika, ale zaraz ugryzła się w język i udała, że napadł ją atak kaszlu. 
—  Chodząc za nią zwiedziłam nieomal całe miasto — kontynuowała pani Zofia — 

a  w  ostatniej  chwili  o  mało  mi  nie  przepadła,  bo  niespodziewanie  zatrzymała 
taksówkę  i  odjechała.  Miałam  jednak  szczęście,  bo  zaraz  jechała  następna  i  była 
akurat wolna. Kazałam jechać za tą panią i wysiadłam w moment po niej. Wiedziałam 
już, gdzie mieszka, ale nie miałam żadnej pewności, czy ma to coś wspólnego z moimi 
poszukiwaniami. Zaczęłam ostrożnie obserwować dom i nagle usłyszałam w ogrodzie 
jego  głos...  Chociaż  minęło  już  tyle  lat  —  poznałam  go  natychmiast!  Nie 
potrzebowałam już dłużej szukać. 

—  I  co  pani  wtedy  zrobiła?  —  Dominika  z  zapartym  tchem  wpatrywała  się  w 

posępną twarz pani Zofii. 

—  Wtedy musiałam wracać, ale bardzo szybko postarałam się o bezpłatny roczny 

urlop. Wysłałam też ogłoszenie do gazety toruńskiej, że szukam mieszkania na okres 
jednego roku.  Odkładałam na ten  cel  pieniądze przez wiele  lat,  nie  było  więc z tym 
kłopotu.  Dostałam z  Torunia  parę  ofert,  między  innymi  zgłosili  się  właściciele  tego 
domu...  Odpisałam  natychmiast,  że  reflektuję  i  posłałam  sporą  zaliczkę.  Po  kilku 
dniach byłam już tutaj. 

—  A kot? — Ada była purpurowa z emocji. — Czy jego też pani przywiozła? 
—  Tak. To  jest potomek naszej ukochanej kotki Szarusi, jeszcze z czasów, kiedy 

byliśmy... wszyscy... razem... Teraz wzięłam go ze sobą, żeby nie być całkiem samotną 
w obcym domu. To bardzo kochany kotek i jest do mnie ogromnie przywiązany. 

—  No  i  co  było  dalej?!  —  Ada  kręciła  się  nerwowo  na  krześle.  —  Czy  długo 

czekała pani na spotkanie z tym łajdakiem? 

—  Ooo,  bardzo  długo!  Musiałam  najpierw  zobaczyć  go  z  bliska...  Parę  tygodni 

czekałam  na  taką  okazję.  Początkowo  nie  wiedziałam,  jak  to  zorganizować,  aż 
przyszedł mi do głowy prosty pomysł. Zapisałam się do tej samej biblioteki, do której 
chodziła  często  jego  żona.  Któregoś  popołudnia,  mając  pewność,  że  obydwie  panie 
wyszły  z  domu,  nacisnęłam  dzwonek  zainstalowany  na  furtce,  która  była  zawsze 
zamknięta  na  klucz.  Po  dłuższej  chwili  z  mieszkania  wyszedł  jakiś  mężczyzna, 
podszedł  do  furtki  i  zapytał  przez  płot,  czego  sobie  życzę.  Podałam  mu  książkę  i 
powiedziałam,  że  żona  zapomniała  zabrać  ją  z  biblioteki.  Mruknął  coś  pod  nosem, 
niby  niewyraźne  podziękowanie,  a  ja  przez  ten  czas  patrzyłam  w  twarz  człowieka, 
którego  kochałam  przez  całe  życie  wielką  i  jakże...  żałosną  miłością.  Nareszcie  go 
znalazłam! 

—  Czy był podobny?... Przecież minęło tyle lat — zapytała wzruszona Dominika. 

— Miała pani całkowitą pewność, że to on? 

—  Oczywiście!  Wprawdzie  bardzo  się  zmienił:  utył,  wyłysiał,  ale  oczy,  sposób 

patrzenia, no i sam głos — pozostały bez zmian. 

—  Nie poznał pani? 
—  W  ogóle  nie  zwrócił  na  mnie  uwagi.  Był  jakby  zaspany  i  zły...  Chyba 

przerwałam mu popołudniową drzemkę. 

—  Ale  dlaczego  nie  zmienił  nazwiska?  —  dziwiła  się  Ada.  —  To  było  bardzo 

nierozważne z jego strony. 

—  Widocznie uważał, że dostatecznie zatarł ślad. 
—  I  nie  tylko  ten  jeden  —  Dominika  z  prawdziwym  współczuciem  patrzyła  na 

panią Zofię. — Jestem pewna, że pani dramat nie był jedynym wyczynem w życiu tego 
pana. Założę się, że w ten sam sposób oszukał on wiele dziewcząt, a kiedy zmęczył się 
już takim przestępczym i — co tu ukrywać — niebezpiecznym stylem życia, ożenił się 
z zamożną i cichą  kobietą. Potem żył sobie wygodnie, hodując kwiatki, i nikomu nie 
przyszło  do  głowy,  że  w  tym  przytulnym  domku  mieszka  podły  oszust  matrymo-

background image

nialny... To był naprawdę wstrętny typ! 

—  Ale jaki przy tym uroczy... — pani Zofia miała łzy w oczach. — Gdyby go panie 

znały... 

—  Już my potrafiłybyśmy wystawić mu właściwy rachunek za pani krzywdą!... Ja 

mam w domu duży tasak do mięsa i... 

—  Opamiętaj się! — przerwała Ada te niewczesne pogróżki. — Niech się pani nie 

dziwi koleżance, niedawno ktoś nabił jej guza i dlatego tak bredzi. Proszę opowiadać 
dalej. Jak dostała się pani do jego mieszkania? 

—  O  tym na  razie nie  mogłam  marzyć,  bo  w  ogrodzie  biegał  pies  i  każde  moje 

zbliżenie sygnalizował głośnym ujadaniem. Musiałam go trochę oswoić. 

—  Ale  właściwie  po  co  pani  chciała  zobaczyć  Piotra  Krafta  —  zapytała 

niespokojnie  Dominika,  która  bardzo  nie  chciała,  aby  ta  sympatyczna  pani  okazała 
się  morderczynią.  —  Czy  nie  lepiej  było  raczej  starać  się  zapomnieć,  skoro  nie 
zamierzała pani wnosić przeciw niemu oskarżenia? 

—  Chciałam, ale nie mogłam... Wiedziałam, że dopóki go nie znajdę, nie zaznam 

spokoju... To było silniejsze ode mnie. Spróbujcie mnie zrozumieć! 

—  Ja  na  pani  miejscu  nie  bawiłabym  się  w  takie  ceregiele  —  Ada  wymownie 

wzruszyła  ramionami.  —  Po  co  było  oswajać  psa  i  czekać  miesiącami,  aby  móc 
potajemnie  zobaczyć  tego  starego  oszusta?  Trzeba  było  pójść  do  dobrego  fryzjera, 
potem  do  kosmetyczki,  następnie  włożyć  najlepsze  ciuchy  i  pewnego  popołudnia 
zadzwonić  do  willi  państwa  Kraftów.  Przedstawić  się  pani  domu  jako  dawna 
ukochana narzeczona jej małżonka, a potem Piotra przywitać w stylu: „Jak się masz, 
kochanie?... Mizernie wyglądasz... czy aby zdrowie w porządku? Dobrze, że cię znów 
widzę,  bo  chyba  należy  mi  się  od  ciebie  parę  złotych”  i  tak  dalej...  To  byłaby 
prawdziwa  bomba  i  zemsta na  właściwym  poziomie.  Żona  dałaby  mu  w  kość,  a  on 
zobaczyłby na własne oczy — co stracił!... Co pani o tym sądzi? 

—  Tak  zrobiłaby  na  pewno  kobieta,  którą  roznosiłaby  chęć  zemsty,  ale  ja 

chciałam naprawdę tylko go zobaczyć, usłyszeć, popatrzeć, jak żyje... Porozmawiać... 
To wszystko. 

—  Niech  połknę  żabą,  jeżeli  miłość  nie  jest  czymś  wybitnie  ogłupiającym  — 

mruknęła pod nosem Ada. — Dotąd myślałam, że tylko Tenia uległa temu bakcylowi, 
ale widzę, że są i dalsze groźne przypadki... No i jak działała pani dalej? — zapytała z 
ciekawością. — Podejrzewam, że oswojenie Kapcia nie było łatwe. 

—  Zgadła  pani!  —  skinęła  głową  pani  Zofia.  —  Całymi  miesiącami  podawałam 

mu  przez  płot  różne  smakowite  kąski  i  po  pewnym  czasie  zaczął  je  chętnie 
przyjmować, ale mimo to nie przestawał na mnie szczekać. Obserwowałam więc przez 
żywopłot, jak Piotr podlewa kwiatki,  odpoczywa na ławce,  czyta... To  były dla mnie 
cudowne chwile! Tyle długich lat tęskniłam za nim i oto teraz los podarował mi łaskę 
oglądania go codziennie... 

Urwała nagle i wielkie łzy ukazały się w jej oczach. 
—  Czy  długo  doświadczała  pani  tej  łaski?  —  Ada  była  wściekła.  —  Trzeba 

przyznać,  że  drogo  pani  za  nią  zapłaciła...  Za  te  pieniądze  można  było  zafundować 
sobie piękną podróż dookoła świata... Nie pojmę tego nigdy w życiu! 

—  Ot, durna! — Olga zabrała raptem głos. — Toż ona była zakochana, to i każda 

głupota była tam mądra! Daj jej spokój... Niech mówi dalej. 

—  Cieszę się, że pani mnie rozumie — pani Zofia uśmiechnęła się w jej stronę. — 

Piotr  był  dla mnie  wszystkim i  nigdy nie potrafiłam.  uwolnić  się od niego...  Kochać 
kogoś to jednak wielkie szczęście... 

I dopiero teraz rozpłakała się jak dziecko. 
Przyjaciółki nie wiedziały, co robić. Dominika popędziła do kuchni nastawić wodę 

na nową porcję kawy, Olga buczała na  cały głos, a Ada, korzystając z przerwy w dy-
skusji, poprawiała w lustrze swój seledynowy turban. Po chwili wszystko wróciło do 
normy,  Dominika  przyniosła  z  kuchni  dobrą,  mocną  herbatę  (nie  mogła  znaleźć 
kawy),  Ada  zdjęła  po  namyśle  turban  i  przyczesała  gładko  włosy.  a  pani  Zofia 

background image

uspokoiła się i popijając herbatą ciągnęła dalej swoją opowieść: 

—  Czas płynął wartko. Minęła jesień i zima, a ja codziennie chodziłam pod dom 

Piotra...  Znałam  już  dokładnie  jego  obecne  życie  i  bardzo  serdecznie  mu 
współczułam... On był jednak bardzo biedny! 

—  Co  takiego?  —  przyjaciółkom  jak  na  komendę  zaokrągliły  się  oczy.  — 

Dlaczego?! 

—  To bardzo proste. Pamiętam przecież, jaki to był silny, zdrowy i wysportowany 

mężczyzna. Doskonale pływał, grał w tenisa, znakomicie jeździł na nartach... A teraz? 
Widziałam  go  przygarbionego,  z  przygasłym  wzrokiem,  chorego...  Przecież 
wystarczyło  małe  wzruszenie,  aby  umarł.  To  straszne!  I  pomyśleć,  że  to  ja  byłam 
temu  winna,  ja,  która  go  tak  zawsze  kochałam!  Po  co  tam  poszłam!  Przecież  on 
mógłby żyć do dzisiaj... To przeze mnie, tylko przeze mnie... ach! 

—  Niech pani nie płacze — Dominika znów ujęła jej rękę. — Proszę już więcej nie 

opowiadać, to zbyt dla pani bolesne. No, cicho... cicho! 

—  Ale  ja  chcę  opowiedzieć  wszystko  do  końca...  Może  znajdę  w  tym  ulgę. 

Proszę... 

—  No,  więc  słuchamy!  —  Ada  znów  kręciła  się  na  krześle.  —  Zdecydowała  się 

pani na rozmowę z nim... Tak? 

—  Tak. Kończył się czas mojego urlopu i musiałam wracać do Lublina. Po długim 

namyśle  postanowiłam  z  nim  porozmawiać.  Chciałam  mu  powiedzieć,  że 
przebaczyłam  i  nie  żywię  w  sercu  żadnej  urazy...  To  mogło  być  dla  niego  ważne  i 
cenne. Tak myślałam. 

—  A jak udało się pani to zorganizować? 
—  Nie  chciałam, aby  ktoś  z  domowników dowiedział  się  o  moim  istnieniu.  Nie 

miałam  prawa  wnosić  nieporozumień  do  jego  ułożonego  i  spokojnego  życia...  Ta 
rozmowa miała być pożegnaniem z jedyną miłością mego życia... 

—  Szlag  mnie  trafi,  jak amen w pacierzu! — zaczęła  groźnie Ada, ale Dominika 

dała jej znak, aby siedziała cicho. Pani Zofia po chwili ciągnęła dalej: 

—  Próbowałam  kilka  razy  podejść  do  żywopłotu,  gdzie  uprzednio  zrobiłam  w 

siatce dość duży  otwór, ale pies atakował mnie  zawsze  szczekaniem, musiałam więc 
odejść. Myślałam już, że nigdy nie uda mi się z nim porozmawiać, ale pewnego dnia 
psa  wcale  nie  było  słychać.  Obchodziłam  kilka  razy  cały  ogród,  ale  Kapcia  nie  było 
nigdzie.  Pomyślałam  wtedy,  że  na  pewno  siedzi  w  mieszkaniu  i  jest  to  dla  mnie 
jedyna  okazja.  Cichutko  weszłam  do  ogrodu  i  wtedy  go...  spostrzegłam.  Siedział  na 
ławce, tuż pod  żywopłotem  i  palił papierosa.  Podeszłam  do  niego, ale on  widocznie 
myślał, że to ktoś z domowników, bo nie podnosząc głowy burknął, że chce być sam i 
żebym  sobie  poszła.  Ja  stałam  nadal  i  to  go  chyba  trochę  zdziwiło,  chociaż niczego 
jeszcze  nie  podejrzewał.  Zapytałam  go  wtedy,  czy  mnie  poznaje...  Zerwał  się,  jakby 
chciał  uciekać,  ale  ja  podeszłam  bliżej  i  stanęłam  tuż  przed  nim  tak,  że  nie  mógł 
odejść...  Światło  kołyszącej  się  latarni  ulicznej  padało  mi  na  twarz  i  w  pewnym 
momencie  mnie  poznał...  Zawsze  marzyłam  o  tej  chwili  i  wyobrażałam  sobie,  że 
ucieszy się, może porwie w ramiona... Ale tak się nie stało... Był strasznie przerażony i 
trząsł się jak galareta. Myślał zapewne, że przyszłam, aby się zemścić, co w tej sytuacji 
nie było wcale trudne. Błagał mnie, aby zostawić go w spokoju i nawet wspomniał coś 
o  jakimś  złocie...  To  było  wstrętne!...  Ani  jednego  słowa  skruchy  z  powodu 
wyrządzonej  mi  krzywdy,  ani  cienia  radości,  że  mnie  widzi...  ani  jednego  słowa 
miłości... 

—  Niech pani nie płacze — powiedziała Dominika. — Równie dobrze mogła pani 

oczekiwać od wilka, aby pokochał owcę... 

—  ...  albo  żeby  wieprz  zagrał  na  skrzypcach  —  Olga  zdobyła  się  na  kwieciste 

porównanie. — To było przecież do przewidzenia. 

—  Ale  ja  prawie  trzydzieści  lat  czekałam  na  to  spotkanie  —  wyszlochała  pani 

Zofia.  —  Czy  nie  zasłużyłam  na  jakiś  ludzki  odruch,  płynący  z  serca?...  Przecież 
niczego więcej nie chciałam! 

background image

—  I  jak  rozstaliście  się?  —  Ada  miała  twarde  błyski  w  oczach.  —  Chyba 

powiedziała mu pani wreszcie, co należało! 

—  Cóż  mogłam powiedzieć w takiej sytuacji?... On  trząsł się ze  strachu, a ja nie 

mogłam nawet dojść do słowa. Rozpłakałam się i odeszłam, żałując gorzko, że w ogóle 
doszło do tego spotkania... Przecież ono zabrało mi złudzenie, że mogło być inaczej... 
Ale los zgotował mi jeszcze większą gorycz. On umarł tego samego dnia... Tak bardzo 
przeraził się moim widokiem, że umarł na zawał... Przeze mnie! 

—  Nawet  w  tym  samym  miejscu  go  znaleziono  —  wtrąciła  Dominika.  — 

Widocznie był jednak chory na serce. 

—  Kiedy odchodziłam — jeszcze żył... Może gdybym została... 
—  Nie  ma  czego  żałować...  Stało  się  i  basta!  —  Ada  miała  już  wyraźnie  dość 

łzawych wspomnień o Krafcie. — Sprawiedliwości stało się zadość i nie trzeba więcej 
do tego wracać. A czy pani wie, co się stało z Kapciem? 

—  Nie... Czyżby gdzieś zginął? 
—  Został otruty — powiedziała Dominika — i dlatego nie szczekał tego wieczoru, 

kiedy pani weszła do ogrodu. 

—  Ale  ja  mu  wtedy  niczego nie  dawałam  do  jedzenia.  Po  prostu  go nigdzie  nie 

było. 

—  Otruto go dzień przed śmiercią pana Krafta... Czy pani nie widziała nikogo w 

pobliżu ich domu? 

—  Nie zwracałam na to uwagi... Byłam taka roztrzęsiona i... 
—  Naturalnie... Ale komuś jednak zależało, żeby psa usunąć... Ciekawe! 
—  Pal  licho  Kapcia,  mnie  bardziej  interesuje  sprawa  samobójstwa  pani 

Kraftowej — powiedziała Ada, kręcąc się niecierpliwie na krześle. — Było ono dla nas 
trochę niezrozumiałe. 

—  Tak! — westchnęła pani Zofia. — To ja przyczyniłam się chyba niechcący do jej 

śmierci, chociaż  — Bóg  mi  świadkiem — chciałam jej tylko pomóc... Widziałam,  jak 
bardzo rozpaczała na pogrzebie męża. Współczułam jej i postanowiłam pójść do niej i 
spróbować trochę pocieszyć... Poszłam do niej wieczorem. Przyjęła mnie bardzo miło. 
Siedziałyśmy  długo  na werandzie,  a  ja,  sama  nie  wiem dlaczego,  opowiedziałam  jej 
historię  mojej  dawnej  miłości  do  Piotra,  pomijając  oczywiście  fakt  zagarnięcia 
pieniędzy i naszego spotkania w dniu jego śmierci... Może chciałam jeszcze raz z kimś 
porozmawiać o nim, wspominając tylko najlepsze momenty naszej miłości... Przyjęła 
to naturalnie, prosiła nawet, abym ją jeszcze odwiedziła, kiedy przyjadę do Torunia. 
Odprowadziła mnie do furtki i była całkiem spokojna... Widocznie znów popełniłam 
błąd  i niepotrzebnie  tam  poszłam...  Pojęcia  nie  mam,  dlaczego  zaraz  potem  chciała 
umrzeć...  Coś  musiało  spowodować załamanie...  To  także  leży mi  wielkim  ciężarem 
na sercu! Śmierć szła dwukrotnie po moich śladach... Dlaczego?! 

—  Przypuszczam  jednak,  że  powodem  kryzysu  nie  była  rozmowa  z  panią.  Nie 

powinna  pani  obciążać  się  żadną  winą...  Tu  na  pewno  podziałało  coś  innego  — 
powiedziała zamyślona Dominika. — A czy pani wie, że siostra pani Kraftowej leży w 
szpitalu? Jest bardzo chora. 

—  Co pani mówi! Nic o tym nie wiem. Ja chodzę teraz codziennie na... cmentarz 

— tu zająknęła się, zmieszana — ale do domu Piotra już więcej nie zaglądałam. Byłam 
tylko na pogrzebie jego żony... Strasznie to przeżywałam! Jak czuje się ta pani? 

—  Ma na imię Klara  — powiedziała  Ada  —  i  jest  bardzo miła. Ciężko przeżywa 

śmierć najbliższych, a do tego doszła jeszcze choroba. 

—  Nie  tylko  —  wtrąciła  Dominika.  —  Ona  jest  przekonana,  że  ktoś  poluje  na 

złoto  szwagra  i  przyczynił  się  perfidnie  do  śmierci  obojga...  A  teraz  jej  chce  się 
pozbyć... Biedna! 

—  Jakie  złoto?  —  pani  Zofia  zdziwiła  się  :  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  Piotr 

wprawdzie coś wspominał o złocie... 

—  Czy może pani powtórzyć dokładnie, co mówił? — przerwała jej Dominika. — 

Przepraszam, ale to jest niezmiernie ważne! 

background image

—  Postaram się... Powiedział chyba tak: „dam ci złota 
kosztowności,  ile  chcesz,  tylko  nie  niszcz  mojego  spokojnego  życia”...  Nie 

zwróciłam wtedy na te słowa żadnej uwagi. 

—  A jednak to była prawda. Trzymał w skrytce całą kupę złota i różnej biżuterii. 

Naprawdę duży skarb. 

—  Wprost trudno  uwierzyć.  Skąd  mógł wziąć taką  ilość złota! Czy  aby nie  są  to 

tylko domysły? 

—  Widziałyśmy  ten  złoty  kram na  własne  oczy!  —  zapewniła  ją  Ada.  —  Ale  czy 

naprawdę nie  domyśla się pani,  w  jaki sposób  Kraft  go zdobył?  Niech  pani chwilkę 
rozsądnie pomyśli... Prawda jest widoczna jak na dłoni! 

—  Pani myśli, że on... 
—  Właśnie!  Pani  też  umie  logicznie  myśleć,  kiedy  wyłączy  ten  okropny 

sentymentalizm... Mam wielki szacunek dla każdej prawdziwej miłości, ale musi ona 
mieć przy tym wielkie uszy i oczy. Proszę mi wybaczyć moją brutalną szczerość, ale w 
tej sytuacji jest ona pani bardziej potrzebna, niż głupia delikatność — a więc, między 
innymi, to i za  pani pieniądze nabywał ten figlarny i muskularny  Piotruś owo złoto, 
które  potem  chomikował  skrzętnie,  przeznaczając  je  wyłącznie  na  swoje 
przyjemności. Robiłby to chyba do  końca życia,  ale serduszko nawaliło i trzeba było 
odpocząć i tak ułożyć sobie życie, aby dalej nic nie robić... Gdybym go dostała w swoje 
ręce!!  No,  ale  naiwnych  kobiet  nie  brakuje,  więc  potem  codzienne  potrzeby 
zapewniała mu żona, też za bardzo nafaszerowana sentymentalizmem, a on przycinał 
róże  i  ucinał  sobie  popołudniowe  drzemki...  Do  licha...  jeżeli  w  tym  wszystkim  jest 
odrobina  rozsądku,  niech  Tomasz  jeszcze  dziś  porąbie  moje  ukochane  starocie...  i 
niech mnie... 

I po raz pierwszy w życiu Adzie zabrakło słów. 
—  Proszę  wybaczyć  koleżance,  ale  to  wszystko  szczera  prawda  —  powiedziała 

Dominika,  serdecznie  obejmując  pobladłą  panią  Zofię.  —  Niech  pani  się  postara 
zapomnieć  wreszcie  o  tej  historii  i  zacznie  życie  od nowa.  A  czy nie  chciałaby  pani 
odwiedzić Klary w szpitalu? Proszę opowiedzieć jej szczerze o wszystkim. Może to jej 
jakoś pomoże, kiedy spojrzy inaczej na tragedię swoich najbliższych. Dobrze? 

—  Oczywiście, bardzo chętnie, zrobię to jutro przedpołudniem, bo wieczorem już 

wyjeżdżam. Moi gospodarze wracają jutro w nocy i chcę, żeby zastali dom wyłącznie 
dla siebie. Zresztą... bardzo chcę wyjechać! 

—  Wcale pani się nie dziwię. Jestem pewna, że teraz życie ułoży się pani całkiem 

inaczej... Życzę tego z całego serca! — Dominika ucałowała mocno panią Rudnicką. — 
A dokąd pani jedzie? 

—  Do Lublina. Mam tam mieszkanie, pracę, przyjaciół. Czas wracać! 
—  Czy ulżyło pani po tym... wszystkim? — zapytała serdecznie Ada. 
—  Czy  ja wiem...  Może  tak, ale... gnębią mnie  straszne wyrzuty sumienia,  że to 

przeze mnie... 

—  Znów  pani  zaczyna?  Zupełnie  nieuleczalna!  Pani  chyba  cierpi  na  kompleks 

winy. Trzeba się go pozbyć jak najprędzej! 

—  Postaram się. A gdzie spotkamy się jutro? 
—  Przyjdę po panią o dziewiątej — obiecywała Ada. 
—  Ale  pozwoli  pani  odprowadzić  się  na  dworzec?  —  zapytała  Dominika.  — 

Pomachamy pani chusteczkami na pożegnanie. 

—  Wiem,  że  panie  chcą  mi  zrobić  przyjemność,  ale  muszę  za  to  podziękować. 

Chcę  wyjeżdżać  sama, zagubiona  w  bezimiennym  tłumie...  Jak  tylko  trochę  przyjdę 
do siebie, napiszę. Obiecuję! Proszę mi zostawić adresy. 

—  Dobrze,  ale  teraz  trzeba  się  pożegnać.  Jutro  pani  wyjeżdża  i  będzie  jeszcze 

robota z pąkowaniem — powiedziała Dominika, wstając od stołu. 

—  Jest  tego  niewiele,  ale  rzeczywiście  zrobiło  się  późno...  Mam  jeszcze  jedno 

pytanie. 

—  Tak... — Dominika domyśliła się, o co chodzi i przysunęła się szybko do Olgi. 

background image

— Proszę, słuchamy panią! 

—  W  jaki  sposób  dowiedziałyście  się  panie  o  mojej  historii?...  Przecież  z nikim 

tutaj  nie  rozmawiałam.  Teraz  naprawdę  jestem  rada,  żeście  do  mnie  przyszły  i 
mogłyśmy sobie o tym wszystkim porozmawiać, ale po prostu jestem ciekawa, jak to 
się stało? 

—  Kiedyś  opowiemy  szczegółowo,  ale  teraz...  Widzi  pani...  jedna  z  nas mieszka 

naprzeciw  domu  państwa  Krafów  i  lubi  siedzieć  wieczorem  w  otwartym  oknie... 
Czasem coś zauważy... 

—  Rozumiem i do widzenia. Teraz, kiedy panie wiedzą już wszystko, proszę mnie 

osądzić, jak na  to zasłużyłam. Cieszę  się, że  was poznałam, żałuję  tylko, że  w takich 
przykrych okolicznościach. 

—  Nie szkodzi! Życie jest przed nami i różnie może się jeszcze zdarzyć. Dobranoc 

i do jutra! 

Przyjaciółki  wyszły  z  małego  domku  i  podążyły  szybko  w  stronę  przystanku 

tramwajowego. 

—  Dlaczego  nie  powiedziałaś  jej  o  kocie?  —  dziwiła  się  Olga.  —  Przecież  to 

właśnie on zaprowadził nas na właściwy trop... Nigdy was nie potrafię zrozumieć! 

—  Czyżbyś naprawdę nie wiedziała, że skarżyć jest bardzo brzydko? — Dominika 

spojrzała  przekornie na  przyjaciółkę.  —  Przecież  ona  bardzo  lubi  swego  kota,  po co 
więc ma wiedzieć, że to on ją zdradził. Byłoby jej co najmniej przykro... Rozumiesz? 

—  Chyba tak... — przyznała Olga po namyśle. — Masz rację! 
—  Szkoda  tylko, że  nie  wystąpiłaś z  tym  swoim  tasakiem  do  mięsa —  Ada była 

niemiłosierna. — Pasowałby tam jak ulał! 

—  Daj spokój... Wygłupiłam się, ale skąd mogłam wiedzieć, że... 
—  Dlatego słuchaj, jak dobrze ci się radzi! Oooo, jest już trójka. Pal... Do jutra! 
Po  chwili  Olga  wracała  sama  do  domu.  Nie  mogła  wprost  uwierzyć,  że  kocia 

sprawa  jest  już  chwalebnie  zakończona.  —  A  jednak  miałam  rację,  że  ten  kot  był 
zwiastunem wszystkich nieszczęść... a one nie chciały uwierzyć. Tylko z tym tasakiem 
przesadziłam...  Głupio  wyszło  —  wzdychała,  mocując  się  z  opornym  zamkiem  u 
drzwi. —  Może jednak nie będą mi tego  wypominać do końca  życia —  westchnęła  z 
całego serca. 

W domu pokręciła się trochę po mieszkaniu, a potem usiadła w szeroko otwartym 

oknie.  —  Cisza,  jak  wtedy,  a  przecież  minęło  już  tyle  czasu!...  Ja  bym  tego  Krafta 
udusiła  własnymi  rękami!...  Taki  drań!...  Biedna  Zofia,  ale  może  i  jej  życie  się 
odmieni... — myślała, czując narastającą senność. 

Oparła  głowę  na  parapecie  okna  i  nawet  nie  wiedziała,  kiedy  usnęła.  Dopiero, 

kiedy plecy jej ścierpły i zrobiło się chłodno — podniosła ociężałą głowę. — Ale jestem 
zmęczona!... Nic dziwnego, tyle wzruszeń naraz! 

Pomaszerowała do łóżka. 
Dominika  całą  noc  wierciła  się  na  tapczanie.  Nie  mogła  usnąć.  Czarny  kot  nie 

doprowadził,  wbrew nadziejom, do  wyjaśnienia  przyczyn  tragedii  w domu  Kraftów, 
co dodatkowo sprawę komplikowało. Pozostało wiele pytań bez odpowiedzi. — Czy to 
jest  możliwe  —  myślała  z  powątpiewaniem  —  żeby  Zofia  skradała  się  w  nocy,  aby 
wrzucić  płonący  sznurek  przez  okno?...  Albo  żeby  wskakiwała  Jackowi  na  plecy  i 
usiłowała go pobić... Nonsens!... To musiał być ktoś inny... Ale w takim razie trzeba 
wszystko  zaczynać  od  początku...  Co  powiedzą  jej  przyjaciółki?  One  są  pewne,  że 
sprawa  czarnego kota  jest już ostatecznie  wyjaśniona... A kapitan? — ciarki przeszły 
jej po plecach. — To jest nauczka, że śledztwo nie jest zajęciem dla głupich bab!... Ale 
proszę...  kapitan  twierdził  uparcie,  że  idą  dobrym  tropem...  Guzik!  I  on  się mylił!... 
Mała  pociecha,  ale  zawsze  to  lepsze,  niż  kompletna  kompromitacja...  Tyle  pracy  i 
wysiłku na nic! Co dalej robić?... Co robić?!! 

Tej nocy wcale nie spała. 

background image

Rozdział

 XVI 

Na  oddziale  wewnętrznym  skończyła  się  właśnie  wizyta  lekarska.  W  separatce 

numer  pięć  zakotłowało  się  trochę,  bo  sąsiadka  Klary  została  wypisana  i  pakowała 
dość pokaźną torbę, robiąc przy tym mnóstwo zamieszania. 

—  Co  będzie  teraz  z  panią?  —  martwiła  się  szczerze.  —  Na  pewno  dadzą  teraz 

jakąś inną chorą, ale czy... 

—  To nieważne! — Klara z prawdziwą sympatią patrzyła na swoją dotychczasową 

towarzyszkę niedoli. — Nigdy nie zapomnę pani jej serca i pomocy. Proszę o mnie w 
przyszłości nie zapominać! 

—  Przyrzekam!  Lekarz  mówił,  że  pani  już  niedługo  też  będzie  wypisana,  więc 

głowa do góry! 

—  Wcale  nie  mam  ochoty  wracać  do  domu...  Nie  lubię  go  i  boję  się  myśleć  o 

powrocie. Nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek mogła być tam szczęśliwa... 

Wtem drzwi się uchyliły i ukazała się jasna główka Ady. 
—  Można? — zapytała. — Czy już po wizycie? 
—  Tak, proszę wejść! — pani Wanda ucieszyła się na widok gościa. — Dobrze że 

pani przyszła, bo ja jestem już wypisana i pani Klara zostaje sama. 

—  Szkoda!  —  Ada  serdecznie  witała  obie  panie.  —  Ale  ja  mam  jeszcze  jedną, 

wielką prośbą. 

—  Proszę bardzo, ja zawsze chętnie... 
—  Wiem. Proszę więc panią do świetlicy na małą rozmowę, a do Klary przyjdzie 

teraz z wizytą jedna pani... Czy zgoda? 

—  Jestem już spakowana, możemy więc iść. 
—  Kogo  mi  przyprowadziłaś?  —  Klara  usiadła  na  łóżku.  —  Czy  to  któraś  z 

naszych? 

—  Nie, ale nie mniej miła i godna twojego zaufania. To będzie ciekawa rozmowa. 

Tylko proszę  cię,  przyjmuj  wszystko naturalnie  i nie  przejmuj  się niczym. Wszystko 
jest już w porządku i nikt nie zakłóci twojego spokoju... Pa! Będę obok! 

Wyszły obydwie na korytarz. Koło drzwi stała pani Zofia i na znak Ady weszła do 

separatki.  Pani  Wanda  zaprowadziła gościa  do  szpitalnej  świetlicy,  gdzie  usadowiły 
się w wygodnych fotelach. 

—  Czy  pani  wie,  jaką  wspaniałą  szafę  odkryłam  niedawno?  —  Ada  podjęła 

skwapliwie swój ulubiony temat. — Mówię pani — staroć, palce lizać! 

—  Uwielbiam  starocie!  —  ucieszyła  się  pani  Wanda.  —  Czy  może  mi  pani 

powiedzieć,  gdzie  mogłabym  dostać  starą  wygodną  kanapę,  z  prawdziwą  trawą 
morską? 

Dyskusja  potoczyła  się  gładko  i  chociaż  upłynęła  już  dawno  ustalona  godzina, 

panie  w  najlepsze  rozmawiały  i  zapomniały  o  całym  świecie.  Kiedy  Ada  opisywała 
właśnie swoje  białe  łoże z baldachimem z osiemnastego wieku, pani Zofia stanęła w 
drzwiach świetlicy. 

—  Już? — Ada zerwała się z miejsca. — No, to do widzenia, pani Wando! Czekam 

na panią u siebie. Dziękuję serdecznie za wszystko! 

Wyszły na korytarz i  Ada  skierowała  się  w  stronę  separatki Klary,  ale  pani  Zofia 

chwyciła ją za rękę. 

—  Niech pani teraz tam nie  idzie.  Ona  jest trochę  wzburzona i najlepiej będzie, 

jeżeli zostanie sama. 

—  Dobrze, ale pani Wanda zaraz tam wejdzie. 
—  Trzeba jej powiedzieć, żeby nie wchodziła. Chyba to 
—  Ale czy Klara może być sama? Może lepiej... 
—  Czuje  się  zupełnie  dobrze,  tylko ma trochę spraw  do  przemyślenia.  Pierwsze 

wrażenie zawsze jest mocne. Ta rozmowa była jej naprawdę bardzo potrzebna. 

background image

Kiedy  zjechały  windą  na  dół  i  wyszły  za  bramę  szpitalną,  zobaczyły  Dominikę  i 

Olgę, czekające z ogromnymi bukietami róż w rękach. 

—  To  dla  pani,  Zofio!  —  Dominika  ucałowała  ją  serdecznie.  —  Nigdy  pani  nie 

zapomnimy  i  będziemy  sercem  przy  pani.  Proszę,  to  są  nasze  adresy  i  sprawi  nam 
pani radość, jeżeli zechce z nich skorzystać, a kwiatki są dowodem szczerej sympatii... 

Kwiaty  śmiały  się  żywymi  kolorami  i  pani  Zofia  ledwo  objęła  rękami  ogromny 

bukiet. 

—  Tutaj  was  pożegnam  —  powiedziała,  patrząc  ze  wzruszeniem  na  przyjazne 

twarze. — Mam jeszcze przed odjazdem parę spraw do załatwienia. Bądźcie zdrowe i 
wybaczcie,  że  wniosłam  tu  tyle  zamieszania.  Teraz  wiem,  że  nie  powinnam  tego 
robić... Nigdy nie trzeba gonić za uciekającą miłością... Szkoda że wcześniej tego nie 
wiedziałam. Człowiek ciągle uczy się życia... Wybaczcie i do widzenia! 

Zatrzymała  nadjeżdżającą  taksówkę  i  odjechała,  a  przyjaciółki  patrzyły  długo  za 

znikającym samochodem. 

— Teraz, kiedy Klara zna całą prawdę, nie ma problemu z jej powrotem do domu. 

Jak  to dobrze, że dobrnęłyśmy  jakoś do końca sprawy — cieszyła  się Ada, kiedy szły 
wyciągniętym krokiem w stronę przystanku autobusowego. — Kapitan może się uczyć 
u nas logicznego myślenia i szybkich rozwiązań. Oko mu zbieleje, kiedy się dowie, że 
sprawa tajemniczych zgonów w willi Kraftów jest już zakończona.

background image

— 

O  tym  jeszcze  porozmawiamy,  ale  trzeba  przyznać,  że  wobec  kapitana  nie 

jesteśmy  w  porządku!  —  przypomniała  Dominika.  —  Obiecywałyśmy  być  z  nim 
szczere, a tymczasem... 

—  Co?  —  Olgę  aż  zatkało  z  wrażenia.  —  Chciałabyś  wydać  Zofią?...  Bardzo 

wątpię,  czy  potraktowałby  tę  sprawę  tak  jak  my!  Milicja  ma  nos  nieustannie 
wetknięty w kodeks karny i węszy wszędzie przestępstwa! 

—  Dzisiaj  Zofia  wyjeżdża,  jutro  więc  możemy  mu  już  powiedzieć  całą  prawdę. 

Nie przyznamy się, oczywiście, że mamy jej nazwisko i adres, a bez tego nigdy jej nie 
znajdzie. 

—  Nie doceniacie kapitana! Kiedy już złapie trop... 
—  Trop złapałyśmy my, nie on! — przypomniała Ada z satysfakcją. — Proponuję, 

aby  mówiąc  o  Zofii,  opisać  ją  jako  jasną  blondynkę  o  obfitych  kształtach,  dużym 
biuście i fascynującym uroku. Imię też trzeba zmienić. 

—  Widzę, że chcesz mu podsunąć perfidnie swój rysopis. — Dominika śmiała się 

z miny Ady. — Ale bez żartów! Dzisiaj przyjdźcie do mnie na całe popołudnie. Trzeba 
uczcić  rozwiązanie  tajemnicy  czarnego  kota,  znajdą  się  też  inne,  ważne  sprawy  do 
omówienia. 

—  Tylko bez babki włoskiej! — błagała Ada. — Po tej ostatniej mdli mnie jeszcze 

do dzisiaj. 

—  Dobrze!  Proponuję:  śledzie,  wędzone  ryby  i  ser...  Uwaga!  Nadjeżdża 

jedenastka! 

Przyjęcie u Dominiki rozkręcało się właśnie w najlepsze, kiedy zadzwonił telefon. 
—  Może to dzwoni Zofia z dworca — Dominika chwyciła słuchawkę, połykając w 

pośpiechu resztę kanapki ze śledziem. — Słucham! 

—  Cieszę się, że zastałem panią w domu — głos kapitana był miły, jak zwykle. — 

Czy  pani  pozwoli,  że  złożę  jej  swoje  uszanowanie.  Dużo  czasu  nie  zabiorę, 
przyrzekam! 

—  0...czy...wiście... — Dominika patrzyła przerażonym wzrokiem na Olgę i Adę. 

— Ale czy nie lepiej odłożyć to do jutra? Jest już późno, no i mam właśnie... gości... 

—  Nie  szkodzi!  Z  prawdziwą  przyjemnością  zobaczę  również  pani  przyjaciółki. 

Przecież są to moje dzielne współpracownice. A więc zgoda? 

—  No  cóż...  zgoda...  —  w  głosie  Dominiki  nie  było  ani  cienia  entuzjazmu.  — 

Kiedy pana się spodziewać? 

—  Zaraz  będę.  Ale  chwileczkę...  Mogę  zdradzić  pani  małą  tajemnicę  służbową: 

otóż dzisiaj po południu zatrzymaliśmy panią Zofię Rudnicką. 

—  Co?... Jak?!... Halo!! Haloo! 
Ale kapitan już odłożył słuchawkę. 
—  Zofia aresztowana! — Dominika była blada jak ściana. — Ten wasz przystojny 

kapitan zatrzymał ją dzisiaj po południu. 

—  Jak? Gdzie?! — przyjaciółki patrzyły osłupiałe na milczący już telefon. — Może 

się przesłyszałaś? 

—  Skąd! Przecież powiedział wyraźnie jej imię i nazwisko! 
—  A  nie  mówiłam,  że  milicja  to  tępaki,  nie  wnikające  w  ludzkie  motywy  i 

odczucia!  To  są  bezmyślne  automaty  z  zakodowanymi  w  głowie  paragrafami!...  Co 
robić?! 

—  On tu zaraz przyjedzie, może więc czegoś się dowiemy. 
—  Ja  mu pokażę! — Ada  płonęła oburzeniem. — Niech  go tylko dorwę w swoje 

ręce! 

—  Trzeba  zachować  idealny  spokój,  bo  inaczej  możemy  jej  tylko  zaszkodzić! — 

mitygowała Dominika. — Błagam was: bądźcie grzeczne  i miłe, i ani słówka, że ją  w 
ogóle znamy! Pamiętajcie! 

—  Dobrze,  ale  kiedy  zacznie  opowiadać,  jak  ją  prowadzili  w  kajdanach  do 

ciemnego lochu, nie wytrzymam! — płakała rozpaczliwie Olga. — Żeby go wszyscy... 

Rozległ  się  szum  nadjeżdżającego  samochodu  i  dzwonek  głosił  nadejście 

background image

zapowiedzianego gościa. Dominika pobiegła do drzwi. 

—  Proszą,  niech  pan  wejdzie  —  witała  gościa  uśmiechem,  który  kosztował  ją 

wiele wysiłku. 

—  Witam  śliczne  koleżanki!  —  kapitan,  ze  zwykłą  galanterią,  uśmiechał  się  do 

wszystkich  pań,  których  miny  mogły  wypłoszyć  najbardziej  odważnego.  —  Czy  są 
może dla mnie jakieś nowe i ciekawe wiadomości? 

—  Owszem, mamy! — wycedziła Ada przez zęby, patrząc przy tym tak, jakby nie 

przystojnego mężczyznę  miała przed nosem, lecz najbardziej  obrzydliwą ropuchę. — 
Ale  pan  też  ma  ciekawe  wieści...  Wspomniał  pan  przez  telefon,  że  aresztował  jakąś 
Zofię... nie pamiętam nazwiska... 

—  Panią Zofię Rudnicką — uzupełnił kapitan, nie przestając się uśmiechać. 
—  Właśnie! I widzę, że jest pan z siebie niezmiernie zadowolony! My wprawdzie 

nie znamy w ogóle tej pani, ale jesteśmy ciekawe, jaką też zbrodnię popełniła?... Jak 
można aresztować niewinną i porządną kobietę?! Jak pan mógł?!!... i w ogóle... 

Tu urwała, bo zauważyła, że Dominika daje jej rozpaczliwe znaki. 
—  To niezmiernie szlachetne z pani  strony — kapitan  kpił sobie  wyraźnie  — że 

nawet nie znając tej osoby, staje pani tak zdecydowanie w jej obronie. Wydaje mi się 
to  trochę  dziwne,  gdyż  odwrotnie,  pani  Rudnicka  nie  ukrywała  przede  mną 
znajomości  z  paniami  i  nawet  prosiła,  abym  w  jej  imieniu  przekazał  im  serdeczne 
pozdrowienia. 

—  Biedna  Zofia!  Ona  nawet  w  więzieniu  o  nas  nie  zapomina!  A  dał  jej  pan 

chociaż  garść  słomy,  aby  miała  na  czym  położyć  głowę?  —  Tu  Olga  podniosła  na 
kapitana zalane łzami oczy. — Może pan pozwoli zanieść jej ciepły sweter? 

—  I malutki jasiek pod głowę! — błagała Dominika. 
—  Mam niedużą leciutką pierzynkę... Nawet nikt jej nie zauważy w tym ciemny 

lochu — Ada ocierała oczy. — Przecież może pan to dla nas zrobić!! 

—  Nic nie  rozumiem! — kapitan podniósł ręce na znak, że się poddaje. — Jakie 

więzienie  i jakie znów ciemne lochy?... Wiem, że panie mają bogatą wyobraźnię,  ale 
odnotowuję  jednocześnie  całkowity  jej  brak,  gdy  chodzi  o  sposób  naszego 
postępowania.  Pani  Rudnicka  siedzi  teraz  wygodnie  w  pociągu  ekspresowym, 
podążającym  w  kierunku  Warszawy  i  jedynym  jej  zmartwieniem  jest  obawa,  ozy 
ekspres przyjedzie punktualnie do Warszawy, bo jeżeli się spóźni, to ona nie zdąży na 
pociąg lubelski. Odwiozłem ją osobiście na dworzec i podałem do przedziału walizkę i 
koszyczek... z żywą zawartością. Sądzę, że panie wiedzą, co tam było. 

—  Hurrra!!  —  zawołała  Ada,  ale  gdy  zobaczyła  zdumioną  minę  kapitana,  zaraz 

grzecznie usiadła przy stole. 

—  Przepraszamy  serdecznie,  ale  początkowo  byłyśmy  wściekłe  na  pana  — 

tłumaczyła speszona, ale już szczęśliwa Dominika. 

—  Widziałem! — śmiał się kapitan. — Ale muszę stwierdzić, że nie potrafią panie 

udawać. Nawet łagodna pani Dominika miała w oczach pioruny. 

—  Owszem!  —  przyznała  zarumieniona  z  emocji  Dominika.  —  To  prawda!  Ale 

skoro poznał pan Zofię Rudnicką i zna również jej historię, to chyba pan nas rozumie. 

—  Ależ tak! To jest bardzo miła, ładna i na wskroś uczciwa kobieta. 
—  Dzięki Bogu! — odetchnęła Dominika. — Tak bardzo bałyśmy się, że będzie ją 

pan podejrzewał o najgorsze... Ta sprawa była wyjątkowo skomplikowana, bo tak się 
składało,  że  Zofia  zawsze  przebywała  w  tym  pechowym  domu,  kiedy  ktoś  umierał. 
Początkowo byłyśmy pewne, że sprawcą jest osoba, za którą idzie czarny kot, czyli — 
ona, ale  kiedy  poznałyśmy  ją  i  historię  jej  miłości  do  tego...  Krafta,  to  zmieniłyśmy 
zdanie. Okazało się, że nikt nie zabił państwa Kraftów i w ich śmierci nie ma niczyjej 
winy. 

—  Wręcz  odwrotnie  —  powiedział  spokojnie  kapitan.  —  To  było  morderstwo  z 

premedytacją, a już na pewno w wypadku śmierci Kraftowej. 

—  Jak.” to?! — wszystkie trzy zerwały się z miejsc. — Mor-derstwo? 
—  Najprawdziwsze!  —  potwierdził  kapitan,  uśmiechając  się  nieznacznie  na 

background image

widok  reakcji  amatorskiej  grupy  wywiadowczej.  —  Czy  naprawdę  panie  tego  nie 
podejrzewały? 

—  Nie wiem, jak koleżanki, ale ja cały czas! — potwierdziła  ochoczo Ada. — Ale 

kiedy okazało się, że pani Rudnicka jest niewinna — tu spojrzała niespokojnie na ka-
pitana  —  to  nasza  koncepcja  upadła.  Skąd  więc  teraz  weźmiemy  mordercę?...  Czy 
może  będziemy  musiały  zaczynać  nasze  poszukiwania  od  początku?...  Ja,  bardzo 
chętnie, ale... czy to jest konieczne?... No, ale jeżeli będzie trzeba, to my... 

—  To  jest  całkiem  zbędne  —  kapitan  uśmiechał  się  przyjaźnie  do  Ady.  — 

Morderca jest już dawno ujęty i siedzi w areszcie... oczywiście, dzięki pomocy pań — 
dodał  pośpiesznie  —  za  którą  pozwolę  sobie,  w  imieniu  prawa  i  własnym,  złożyć 
serdeczne dzięki. 

Tu wstał i pochylił się w stronę pań w ceremonialnym ukłonie. 
—  Pan sobie z nas żartuje. — Dominika spojrzała na niego z wyrzutem. — Czy to 

ładnie? 

—  Ależ to  wszystko  jest szczera  prawda!  Przecież  specjalnie  tutaj  przyjechałem, 

aby paniom o tym powiedzieć... Mam tylko przedtem nieśmiałą prośbę... 

—  Ależ  tak,  słuchamy!  —  wszystkie  przyjaciółki  otoczyły  go  skwapliwie, 

oczekując nowych sensacji. 

—  Proszę słuchać uważnie: tak się złożyło, że dzisiaj poza skromnym śniadaniem 

nic jeszcze nie jadłem, a tu, na stole, leżą takie wspaniałe kanapki... Więc, czy mogę... 

W  mieszkaniu  Dominiki  raptownie  narobiło  się  mnóstwo  szumu,  a  po  chwili 

wszyscy  siedzieli  przy  stole,  kapitan  zajadał  z  apetytem,  a  trzy  panie  gorliwie 
obsługiwały swojego wieczornego gościa. 

—  ... Jeszcze jedną kanapeczkę ze śledzikiem... Może dołożyć cebulki?... Ten ser 

jest  doskonały...  Olga,  skocz,  kochana,  do  kuchni,  nastawić  wodę  na  kawę...  Zaraz 
podam  szarlotkę  —  prześcigały  się  nawzajem  w  gościnności,  skręcając  się 
jednocześnie z ciekawości. Ale nie mogły przecież ponaglać głodnego. 

Tymczasem  „głodny”  zajadał,  aż  mu  się  uszy  trzęsły,  wychwalając  jednocześnie 

kulinarny kunszt pani domu i jej koleżanek. Ale kiedy na stole pojawiła się wspaniale 
pachnąca  kawa  i  ogromny  talerz  z  szarlotką,  oczy  wszystkich  pań  skierowały  się  w 
stronę kapitana i przy stole zapanowała wymowna cisza. 

—  Rozumiem — powiedział, odbierając z rąk Dominiki talerzyk z potężną porcją 

ślicznie  pachnącego  ciasta.  —  Teraz  kolej  na  mnie.  Doceniam  cierpliwość  pań  i  nie 
będę  jej  więcej  wystawiać  na  próbę.  Na  początek  skromne  pytanie:  kto  jest 
mordercą?... Dla ułatwienia dodam, że wszystkie panie go znają. 

—  Pan myśli, że to któraś z nas? — przerażona Olga obejrzała się w stronę drzwi. 

— Ostrzegam, że jeśli zechce pan którąś z nas zabrać do  ciupy, to nie pozwolę!... Że 
raczej tasakiem... 

Głośny wybuch śmiechu przerwał dalszy ciąg jej wojowniczego wywodu. 
—  Znów ubawiłem się do łez! — kapitan ucałował z galanterią rękę Olgi. — Pani 

ma niepowtarzalne poczucie humoru. 

—  Niech jej pan wybaczy. — Ada czule pogłaskała koleżankę po głowie. — Odkąd 

nabiła sobie tego guza — całkiem ogłupiała! Mamy nadzieję, że to minie. 

—  To morderca rozbił głowę pani koleżance i tylko szczęśliwy przypadek sprawił, 

że nie skończyło się to tragicznie — powiedział poważnie kapitan. 

—  Nieprawda! — krzyknęła Olga. — Przecież tam nikogo nie było! 
—  Był, tylko go pani nie widziała — kapitan uśmiechnął się do niej .pojednawczo. 

—  Ale  o  tym  będzie  mowa  później,  a  teraz  ponawiam  moje  pytanie:  kto  jest 
mordercą? 

Zapanowała chwila całkowitego milczenia. 
—  Trop  czarnego  kota  zaprowadził  nas  do  pani  Zofii  Rudnickiej  —  zaczęła 

niepewnie  Dominika  —  ale  to  okazało  się  przecież  całkowitym  niewypałem...  Nikt 
poza nią nie wchodzi w rachubę. 

—  A  jednak  jest  inaczej  —  powiedział  kapitan.  —  Morderca  kręcił  się  bardzo 

background image

często  koło  willi  państwa  Kraftów  i  każda  z  pań  na  pewno  go  widziała...  Mimo  to 
pozostawał  poza  wszelkimi  podejrzeniami.  Dlaczego?  Panie  są  przecież  bardzo 
spostrzegawcze i potrafią doskonale wyciągać właściwe wnioski... I nic? 

—  Niech pan od razu powie o kogo chodzi, bo same będziemy zgadywać do rana i 

nic z tego nie wyniknie... Więc kto? — prosiła Ada, patrząc błagalnie w oczy kapitana. 
- Mam nadzieję, że nie podejrzewa pan Klary! 

—  Nie  —  roześmiał  się  kapitan  —  chociaż  właśnie  u  pani  Klary  można  byłoby 

doszukać się wielu całkiem wiarygodnych motywów zbrodni, choćby chęć zagarnięcia 
złota. 

—  Nie lubiła toż szwagra — wtrąciła Dominika. 
—  Przypadała je w spadku piękna willa z ogrodem — dodała Ada. 
—  Albo  nieodwzajemniona  miłość  do  szwagra  —  Olga  demonstrowała 

pomysłowość, ku uciesze przyjaciółek. 

—  To  ostatnie  wcale  nie  jest  pozbawione  sensu —  po-  ,  wiedział  kapitan —  ale 

ponieważ  nikt  z  nas  nie  ma  zamian;  podejrzewać  pani  Klary,  możemy  wrócić  do 
poprzedniego  tematu.  Czy  panie  wiedzą,  co  spowodowało,  że  osoba  mordercy  — 
chociaż  od  samego  początku  rzucała  się  w  oczy  —  pozostawała  jednak  poza 
podejrzeniami?  Otóż  to,  że  panie,  już  od  pierwszego  dnia  naszej  sprawy,  szukały 
czegoś  tajemniczego  i  niesamowitego,  i  bardziej  odpowiadała  im  metafizyka  niż 
logika. Na co zwracały panie największą uwagę? Wyliczam: tajemnicze znaki, zemsta 
z tamtego świata, czarny kot, egipska bogini Rechet, czarna  i biała magia... A w tym 
czasie  morderca,  zwykły  szary  człowiek,  obijał  się  paniom  o  nogi  i  robił  spokojnie 
wszystko, co chciał. Na szczęście milicja nie wierzy w tajemną moc czarnych kotów. 

—  Skończmy  z  kotem  i  przejdźmy  do  mordercy.  Zobaczymy,  czy  nie  kazał  pan 

zamknąć kogoś całkiem niewinnego. Milicja też popełnia błędy. Słuchamy! 

—  Dobrze,  ale  na  początek  opowiem  paniom  niedługą,  ale  za  to  ciekawą 

bajeczkę.  Oto  ona:  Za  domami,  za  osiedlami,  mieszkał  sobie  w  pewnym  toruńskim 
akademiku biedny student, którego odtąd będę nazywać umownie „Lisem”. Lubił on 
się bawić, pić alkohol, palić dobre papierosy, a że rodziców miał biednych i na żadną 
pomoc  finansową  nie  mógł  z  domu  liczyć,  zaczął  zaciągać  długi  u  zamożniejszych 
kolegów,  które  z  czasem  urosły  do  niepokojąco  pokaźnej  sumy.  Początkowo 
próbował,  acz  z  oporami,  dorabiać  sobie  w  studenckim  „Kajtusiu”,  ale  szybko  się 
zniechęcił,  bo  każda  praca  bardzo  go  męczyła  i  wolał  pożyczać  dalej.  Ale  wreszcie 
koledzy zaczęli odmawiać pożyczek, zaczęły się też twarde ponaglania o zwrot długów 
i  atmosfera  koło  „Lisa”  zagęszczała  się  paskudnie.  W  tym  to  właśnie  czasie,  chyba 
około połowy marca, spotkał on pierwszy raz Krafta. 

—  Zaczyna się — sapnęła Olga. — Zaraz będzie o kocie! 
—  Cicho!  —  powiedziała  Dominika  i  znów  wszystkie  oczy  wlepiły  się  jak  na 

komendę w kapitana, który w tym czasie popił łyk kawy i spokojnie ciągnął dalej: 

—  Spotkali  się  przypadkowo  u  jubilera.  Pan  Kraft  sprzedawał  kilka  złotych 

obrączek,  a  „Lis”  obserwował  to  dyskretnie,  udając,  że  ogląda  coś  w  gablocie  i 
przysłuchiwał się pilnie rozmowie jubilera z panem Kraftem, z której jasno wynikało, 
że klient ma w domu jeszcze wiele złotych przedmiotów i w przyszłości przyniesie je 
do  wyceny.  „Lis”  uznał,  że  niepowtarzalna  okazja  sama  pcha  mu  się  do  rąk  i 
postanowił  właściwie  ją  wykorzystać. Nie  spuścił  już  oka z  Krafta,  poszedł  za  nim  i 
ustalił, gdzie mieszka. 

Długo  obserwował  willę  i  postanowił  czekać  cierpliwie  na  odpowiedni  moment, 

aby  zagarnąć  złoto.  Chcąc  mieć  wiarygodne  usprawiedliwienie  dla  swojego 
nieustannego  kręcenia  się  w  tej  dzielnicy,  zawarł  znajomość  z  panią  Klarą,  pod 
pretekstem zainteresowań filatelistycznych... 

—  Toż to piegowaty bielas! — krzyknęła Olga. — Ja od razu mówiłam... 
—  Czy to możliwe? — przyjaciółki patrzyły z niedowierzaniem na kapitana. 
—  Przecież ten młody człowiek składał kondolencje Klarze i chciał opiekować się 

jej  domem  i  ogrodem — gorączkowała  się  Ada. — Czy  pan jest pewny, że nie zaszła 

background image

żadna pomyłka? 

—  Najpewniejszy!  Ten  obiecujący  młodzieniec  ma  na  sumieniu  całą  tragedię  w 

domu państwa Kraftów... To był ten właściwy kot! 

—  Ale w jaki sposób? Jak?! 
—  To  było  bardzo  proste,  zwłaszcza  jeżeli  wyłączy  się  wszystkie  czary,  upiory, 

czarownice i czarne koty — pouczał kapitan. — Specjalnie to podkreślam, aby w przy-
szłości panie nie zawracały sobie głowy niepotrzebnymi głupstwami. Ile czasu zabrał 
paniom ten „tajemniczy, czarny kot”?... Pani Olga pół biblioteki przywlokła do domu i 
wertowała  wszystkie  „niesamowite  opowieści”,  a  w  tym  czasie  mój  „Lis”  wykańczał 
spokojnie po kolei wszystkich mieszkańców willi państwa Kraftów. 

—  To  przewiduje  pan,  że  jeszcze  będziemy  współpracowały  z  panem  w  innych 

sprawach? — Ada miała śliczne rumieńce i błyszczące oczy. — Przecież to właśnie pan 
odkrył prawdziwego sprawcę... My musimy się tylko wstydzić. 

—  Pozwólmy panu mówić  dalej.  Zagadacie  go zupełnie  i nigdy nie  dowiemy  się 

do końca całej prawdy — mitygowała Dominika. — Może dolać kawy? 

—  Dziękuję  i opowiadam dalej:  „Lis”  szybko  się  zorientował,  że dostęp do willi 

jest wprost niemożliwy. Pies pilnował znakomicie domu i ogrodu. Sprawa zaczęła wy-
glądać  beznadziejnie,  ale  znów  przychodzi  mu  z  pomocą  przypadek.  Była  to  pani 
Rudnicka. 

Od razu zauważył, 

że ktoś inny kręci się również koło willi Kraftów. Zaczął więc pilnie obserwować i 

wkrótce  wiedział,  że  owa  tajemnicza  kobieta  interesuje  się  wyłącznie  Piotrem 
Kraftem. Sytuacja ta przeciągała się w nieskończoność, i  „Lis” doszedł do wniosku, że 
trzeba  doprowadzić  do  spotkania  tych  dwojga...  W  tym  kryła  się  dla  niego  jakaś, 
nieokreślona  jeszcze,  szansa  zmiany  sytuacji.  Podjął  więc  decyzję  i  ruszył  do  ataku: 
otruł psa! 

—  A.  to  łajdak! — Ada  nie  wytrzymała.  — Już  tylko za to powinien dostać parę 

lat! 

—  To dopiero początek — powiedział kapitan. — Następnego dnia obserwował w 

ogrodzie całą scenę spotkania pani Rudnickiej z Piotrem Kraftem. Już teraz wiedział, 
że ten ma coś poważnego na sumieniu i postanowił działać natychmiast. Kiedy pani 
Rudnicka  odeszła,  podszedł  do  Krafta,  przerażonego  i  jeszcze  roztrzęsionego  po 
tamtym  spotkaniu,  i  zagroził  mu  denuncjacją.  To  przebrało  miarę  wytrzymałości 
rzeczywiście  chorego na  serce...  Kraft  umarł  na  zawał,  zanim  tamten  zdążył  odejść. 
„Lis” na razie przegrał, ale nie zrezygnował. Czekał na następną okazję. 

—  Coś podobnego! — krzyknęła Dominika. — Przecież wtedy my miałyśmy już tę 

willę na oku. 

—  To ja ją miałam — rzeczowo poprawiła Olga. — Już pierwszej nocy widziałam, 

jak ten kot... 

—  Właśnie!  Pani  tropiła  kota,  a  „Lis”  robił  swoje.  W  willi  Kraftów  zostały  teraz 

tylko dwie kobiety, ale dla „Lisa” było ich o dwie za dużo... Siedziały teraz przeważnie 
w  domu  i  —  co  gorsze,  mogły  sprzedać  złoto,  a  pieniądze  ulokować  gdzieś  poza 
domem. Musiał  się  śpieszyć. Następna okazja  nadeszła dość  szybko. Pani Rudnicka 
złożyła  wizytę  wdowie.  Rozmawiały w  ogrodzie.  „Lis” podsłuchiwał  i  uznał, że  w tej 
sytuacji samobójstwo wdowy byłoby najzupełniej uzasadnione. Wykorzystał moment, 
kiedy  Kraftowa  odprowadzała  do  furtki  panią  Rudnicką  i  wsypał  do  jej  filiżanki  z 
kawą  ogromną  porcją  silnych  środków  nasennych...  Pani  Kraftowa  wróciła  na 
werandę,  siadła  przy  stoliku  i  wzruszona  wspomnieniami  długo  płakała.  Potem 
wypiła kawę i poszła spać. Tej nocy umarła w tym domu druga ofiara. 

—  Ja słyszałam ten płacz — powiedziała cicho Olga. — Przecież gdybym wtedy... 
—  Daj spokój... Skąd mogłyśmy wiedzieć. Ten kot całkiem zamącił nam w głowie 

— próbowała pocieszać zrozpaczoną Ada. — I co było dalej, kapitanie? 

—  Dalej,  już  same  panie  wiedzą.  Została  tylko  pani  Klara.  „Lis”  postanowił 

zakraść się w nocy do pokoju Piotra Krafta i tam zacząć szukać złota. 

—  I to jego widziała Klara na szybie. 

background image

—  Właśnie  jego.  Nasłuchała  się  od  pań  o  tajemniczym  i  krwiożerczym  kocie, 

zdawało się jej więc, że to jest właśnie on. W nocy wszystko jest ciemne, a intruz miał 
na  sobie  czarny  golf  z  bardzo  wysokim  kołnierzem,  naciągniętym  na  twarz,  aż  do 
oczu. To zrobiło mocne wrażenie. 

—  A  czy  on  chciał  wtedy  zabić  Klarę?  —  zapytała  Dominika,  przyciskając  ręką 

szalejące serce. 

—  Twierdził, że wtedy nie... 
—  Wtedy?... Co to znaczy? — zaniepokoiła się nagle Ada. 
—  Zaraz będzie i o tym — kapitan był już wyraźnie zmęczony. — Ale może lepiej 

po  kolei.  Otóż  tej  nocy,  kiedy  pani  Klara  uciekła  z  domu,  „Lis”  przestraszył  się,  że 
może  wezwać  milicję  i  uciekł  do  ogrodu,  skąd  na  ulicę  było  tylko  kilka  kroków. 
Obserwował dom do rana, ale rankiem, uspokojony panującą wokół ciszą, zakradł się 
znów  do  willi,  chcąc  za  wszelką  cenę  rozpocząć  poszukiwania.  No  i  właśnie  wtedy 
nadeszły  panie,  aby  sprawdzić,  czy  w  domu  jest  wszystko  w  porządku.  „Lis”,  który 
właśnie zaczynał buszować w mieszkaniu — uciekł w popłochu na werandę i schował 
się tam pod kożuchem liści. 

—  O Bożyczku złoty... To on mnie wtedy chciał... — Olga zastanawiała się, czy nie 

wypadałoby teraz efektownie zemdleć. — Byłam więc sam na sam z mordercą?!... 

—  Jak  najbardziej  —  potwierdził  kapitan.  —  Gdyby  wtedy  przypadkiem  nie 

pochyliła  pani  głowy,  to  wstrząs  mózgu  byłby  pewny,  albo  jeszcze  gorzej...  No,  ale 
wszystko dobrze się skończyło — dodał szybko, widząc przerażenie wszystkich pań. 

—  Ale  dlaczego  on  się  na  mnie  tak  zawziął,  co?  —  Olga  przybrała  postawę  co 

najmniej Emilii Plater. — Pewno uważał, że jestem dla niego najniebezpieczniejsza... 
Kto wio, może miał rację... 

—  Na pewno — powiedział z uśmiechem kapitan. — Tutaj muszę nadmienić, że 

„Lis”  bardzo  szybko  odkrył,  że  panie  interesują  się  tragedią  w  domu  Kraftów. 
Wyśledził też, że były panie na milicji, postanowił zatem natychmiast przeciwdziałać. 
Tej samej nocy zakradł się pod okna pani Dominiki i usiłował wrzucić do jej pokoju 
kłąb płonącego  sznurka.  No,  ale  Colombo  dał  mu dobrą  nauczkę.  Do dzisiaj  ma na 
twarzy nie zagojone ślady pazurów. 

—  Czy  to prawda? —  Ada spojrzała z  wyrzutem na Dominikę. —  Przecież nigdy 

nam o tym nie mówiłaś! 

—  To ja poradziłem, aby dla dobra śledztwa zatrzymać zdarzenie w tajemnicy — 

kapitan  brał  odważnie  na  siebie  cudze  winy.  —  Tak  wtedy  było  trzeba.  Ale  to  był 
dopiero początek. 

—  Po-czą-tek? — Ada z Olgą jęknęły zgodnie. 
—  Tak.  Zaraz  po  pierwszych  odwiedzinach  pań  u  Klary,  „Lis”  napada  na  dom 

pani Walskiej, aby tam z kolei wrzucić płonący sznurek. Udaje mu się nawet wzniecić 
pożar, ale mąż przybywa na czas i wszystko kończy się na strachu. 

—  Napadł  na  Tenię?  —  Oldze  zaokrągliły  się  oczy  i  nos  jeszcze  mocniej 

poczerwieniał. — Ale dlaczego my nic o tym nie wiemy?... Co jest, u diabła?! 

—  Tak  trzeba  było  —  łagodził  pośpiesznie  kapitan.  —  Pani  Ada  była  też  w 

wielkim niebezpieczeństwie. 

—  To był... on? — Ada mocno przybladła. 
—  Tak, ale i tym razem nie miał szczęścia. Pani syn dał mu dobrą  szkołę!... Ale 

muszę  powiedzieć,  że  właściwie  już  od  pierwszego  dnia  ingerencji  pań  w  sprawę 
tragedii  Kraftów  —  skończyła  się  dla  „Lisa”  dobra  passa.  Teraz  zaczęły  go  spotykać 
same  niepowodzenia.  Na  uczelni  narastały  ogromne  kłopoty  i  to  zatrzymało  go 
właśnie  na  parę  dni  w  akademiku...  Dzięki  temu  mogły  panie  spokojnie  przenieść 
złoto do nas. Nie wiedział o tym, a my mieliśmy możność przygotować zasadzkę. 

—  O Boże! — jęknęła Ada. — Tyle wspaniałych rzeczy się działo, a pan nie pisnął 

ani słówka. Czy tak postępuje prawdziwy mężczyzna? 

—  Tylko wówczas, kiedy pracuje w milicji — powiedział skromnie kapitan. — Za 

to teraz opowiadam wszystko z detalami. 

background image

—  A jak się udała zasadzka? — zapytała Dominika, która nie mogła doczekać się 

ostatecznego rozwiązania. 

—  Wręcz  znakomicie!  Złoto  zostało  przyniesione  z  powrotem  do  willi  i  tak 

schowane,  aby  można  było  je  łatwo  znaleźć.  „Lis”  długo  się  zastanawiał,  zanim 
odważył  się  wejść  do  opuszczonego  domu.  Musiał  też  przedtem  dobrze  się 
zabezpieczyć  przed  ewentualnymi  niespodziankami.  A  czas  naglił...  Taka 
podbramkowa  sytuacja  często  podsuwa  zbrodnicze  pomysły:  anonimowo  posyła 
bombonierkę  z  czekoladkami  do  szpitala,  dla  pani  Klary.  Nie  dociera  ona,  na 
szczęście, do adresatki, tylko do moich rąk. Współtowarzyszka pani Klary z separatki 
numer pięć była bezbłędna! 

—  Te... czekoladki... były — Ada z trudem wydobywała z siebie głos. — Czy on... 

chciał?... 

—  Chciał,  ale  znów  mu  się  nie  udało.  To  był  dla  niego  sygnał  do 

natychmiastowego odwrotu... Wpada teraz w popłoch i wie, że każdej chwili grozi mu 
wsypa. Był nawet moment, że chciał zrezygnować z uczelni, planów zagarnięcia złota i 
uciekać z Torunia. Chciwość jednak zwyciężyła. Pewnej nocy zakradł się do ogrodu, a 
potem  na  werandę.  Znalezienie  złota  nie  zabrało  mu  wiele  czasu,  ale  kiedy  z  nim 
uciekał — my czekaliśmy już w ogrodzie. Był najzupełniej zaskoczony. 

—  Chwileczkę! — Olga zerwała się raptem z miejsca, pobiegła w stronę kuchni i 

zaraz — ku przerażeniu wszystkich — rozległ się tam straszny łoskot rozbijanych na-
czyń. 

—  Zwariowała! — wszyscy runęli w tamtą stronę, ale Olga stanęła już w progu i 

otrzepując ręce uśmiechała się promiennie. 

—  Stłukłam  parę  talerzy  —  oświadczyła  spokojnie.  —  Musiałam  to  zrobić,  bo 

szlag by mnie trafił na miejscu! Teraz jest już wszystko w porządku. Jutro odkupię ci 
te skorupy — zwróciła się w stronę osłupiałej Dominiki. 

—  Znakomicie  pani  zrobiła!  —  kapitan  patrzył  z  podziwem  na  zarumienioną 

Olgę. — To jest naprawdę najlepszy sposób na rozładowanie dręczących nas stresów. 
Chyba tylko kobiety tak potrafią! 

—  Cieszymy się, że pan to rozumie — powiedziała z wielką ulgą Dominika. — Ale 

nie wiemy jeszcze, dlaczego Zofia została zatrzymana przez pana. Skąd pan o niej się 
dowiedział, bo my nigdy... ani jednym słówkiem... 

—  Owszem, muszę przyznać, że  były panie  w tej  kwestii bardzo... dyskretne,  co 

mnie  zresztą  upewniło,  że  coś  ważnego  jest  na  tapecie.  Byłem  bardzo  poważnie 
zaniepokojony,  bo  jeszcze  nie  wiedziałem,  kim  jest  ta  osoba,  którą  tropiły  panie  z 
takim  poświęceniem...  Mógł  to  być  ktoś  bardzo  zdeterminowany  i  trzeba  było  być 
niezmiernie ostrożnym, a  panie nie miały żadnego  doświadczenia  w tych sprawach. 
Posłałem więc natychmiast dyskretną obstawę i moi wywiadowcy łapali się za głowo, 
obserwując metody, jakie panie stosowały. Wprawdzie od razu było wiadome, kto jest 
śledzony  i  dlaczego...  Nie  przeszkadzało  to  jednak  wcale,  że  często  poczynały  sobie 
panie  bardzo  sprytnie.  Tej  rozmowy  z  kierowcą  ciężarówki  w  restauracji  mógł  po-
zazdrościć zawodowy detektyw... Szczerze gratuluję, pani Dominiko! 

—  Chodzi o spotkanie w „Hungarii”? — domyśliła się Olga, ale Ada spojrzała na 

nią wymownie, a kapitan ciągnął dalej: 

—  Pani Rudnicka okazała się uczciwą osobą. Jej adres oraz wszystkie inne dane 

mieliśmy  natychmiast, pozostało  tylko  do  wyjaśnienia  parę  drobnych,  ale  istotnych 
dla  śledztwa  spraw.  Pojechaliśmy  do  niej,  do  domu,  aby  tam  przeprowadzić 
rozmowę, ale sąsiadka powiedziała, że ta pani poszła gdzieś z kwiatami. Pojechaliśmy 
więc na cmentarz, domyślając się, że tam ją znajdziemy. Podeszliśmy cicho i z daleka 
patrzyliśmy,  jak  zbliżała  się  właśnie  do  grobów  państwa  Kraftów  Położyła  ogromny 
bukiet  pięknych  róż  na  obydwu  grobach.  Potem  porozmawialiśmy  trochę  i  jak 
mówiłem... 

—  Posłuchajcie!  —  zawołała  nagle  Olga.  —  Zapomniałyśmy  całkiem  o  naszym 

karowym  walecie...  A  on  przecież  wyszedł! Że  też  wcześniej  nie  przyszło  nam  to do 

background image

głowy! 

Przyjaciółki zaniemówiły z wrażenia. 
—  Rzeczywiście... — wykrztusiła  Ada. — Ta kabała  idealnie nam się sprawdziła: 

para małżeńska zginęła śmiercią tragiczną przez karowego waleta... Fascynujące! 

—  ....  a  my  miałyśmy  w  związku  z  tym  mnóstwo  kłopotów  —  dokończyła 

Dominika. — I jak tu nie wierzyć kabale? 

—  Widzę, że panie nigdy nie nauczą się myśleć realnie — westchnął kapitan. — I 

pomyśleć, że dzieje się to u schyłku dwudziestego wieku. 

—  Ale proszę zwrócić uwagę, że kabała przepowiedziała z detalami cały przebieg 

dramatu,  kiedy  nic  jeszcze  się  nie  działo!  —  tłumaczyła  Ada.  —  Nie  można  tego 
negować,  bo  wszystkie byłyśmy świadkami  tej  karcianej  przepowiedni.  Autentyczna 
sprawa, kapitanie! 

—  A  ja  jestem  pewna,  że  gdyby  milicja  zechciała  uwierzyć  w  czarną  magię,  to 

procent wykrywalności  przestępstw byłby  o  wiele  większy! —  stwierdziła  stanowczo 
Dominika. — Co  my naprawdę  wiemy  o życiu  i  jego dziwnych i niewytłumaczonych 
zjawiskach... Tego nie wolno lekceważyć! 

—  Może... — uśmiechnął się kapitan. — Ale gdybym zaczął od jutra urzędować z 

sową na ramieniu, czarnym kotem pod pachą i kabałą rozłożoną na moim służbowym 
biurku, to moi przełożeni wysłaliby mnie pośpiesznie na długi urlop, a wykrywalność 
przestępstw  nic  by  na  tym  nie  zyskała...  My  musimy  chodzić  twardo  po  ziemi,  a 
paniom zostawiamy  fantastykę  i przesądy, zwłaszcza  że,  jak  widzę,  żadna perswazja 
tu  nie pomoże...  No, ale za parę  godzin  zaczyna się normalny dzień pracy  i  dlatego 
proponuję zakończyć udany wieczór. Jeżeli któraś z pań  wybiera się teraz do domu, 
służę swoim samochodem. 

Ada  i  Olga  skorzystały  chętnie  z  propozycji  kapitana,  bo  pora  była  późna  i 

tramwaje już nie kursowały. Wkrótce w mieszkaniu zapanowała cisza, która dziwnie 
kontrastowała z gwarem, jaki tu przed chwilą rozbrzmiewał. 

—  No tak... Doczekałyśmy się wreszcie wyjaśnienia tajemnicy „kociej” sprawy! — 

westchnęła  z  odrobiną  żalu  Dominika,  robiąc  pośpiesznie  porządek  w  pokoju.  — 
Przynajmniej będę mogła otworzyć spokojnie na noc wszystkie okna! 

Wyszła  do  kuchni,  a  tymczasem  w  głębi  pokoju  rozjarzyły  się znów  w  kącie dwa 

opalizujące  światełka.  Błyszczały  intensywnie  i  były  jakby  niecierpliwe  i  napięte. 
Dominika weszła do pokoju i idąc już w stronę tapczanu obejrzała się przypadkowo w 
tamtym kierunku. Stanęła i uśmiechnęła się czule. 

—  Colombo,  chodź  do  mnie  —  powiedziała.  —  Już  nie  ma  nikogo  i  nie 

potrzebujesz  demonstrować po kątach złych humorów! Zostaliśmy tylko  we  dwoje i 
nikt dzisiaj nie zakłóci nam snu. I przytuliła do siebie mruczącego grubasa.