background image

Isaac Asimov

Pr dy przestrzeni

(The Currents of Space)

IMPERIUM GALAKTYCZNE

Tom2

        Prze

: ZBIGNIEW KRÓLICKI

        wyd oryginalne: 1952
        wyd polskie: 1993

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

PROLOG

Rok wcze niej

        Cz owiek z Ziemi podj  decyzj . D ugo j  rozwa

, ale ju  postanowi .

        Min y tygodnie od chwili, kiedy czu  pod nogami znajomy pok ad swego statku, a
wokó  ch odn , ciemn  opo cz  Kosmosu. Zamierza  przecie  tylko szybko z

 raport

w miejscowym oddziale Mi dzygwiezdnego Biura Kosmoanalizy i jeszcze szybciej
wróci  w przestrze . Tymczasem trzymano go tutaj.
        Prawie jak w wi zieniu.
        Wypi  herbat  i spojrza  na m czyzn  po drugiej stronie sto u.
        - Nie zostan  tu ani chwili d

ej - powiedzia .

        Ten drugi równie  podj  decyzj . D ugo j  rozwa

, ale ju  postanowi .

Potrzebowa  czasu, du o wi cej czasu. Na pierwsze listy nie otrzyma

adnej odpowiedzi.

Równie dobrze móg by je pos

 w  ar gwiazdy - skutek by by ten sam.

        Niczego wi cej nie oczekiwa , albo raczej niczego mniej. To by  jednak dopiero
pierwszy krok.
        Nie ulega o w tpliwo ci,  e podejmuj c nast pne kroki nie mo e pozwoli , aby ten
cz owiek z Ziemi wymkn  mu si  z r k. Pomaca  g adki, czarny pr t w kieszeni.
Powiedzia :
        - Nie rozumiesz, jaka to delikatna sprawa.

        Ziemianin rzek :
        - A có  jest delikatnego w zniszczeniu planety? Chce,  eby  rozpowszechni  te
informacje na Sark;  eby poznali je wszyscy na tej planecie.
        - Nie mo emy tego zrobi . Wiesz,  e wybuch aby panika.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Przedtem mówi

,  e to zrobisz.

        - Przemy la em spraw  i uzna em,  e by oby to nierozs dne.
        Ziemianin zg osi  drug  pretensj .
        - Przedstawiciel MBK nie przyby .
        - Wiem. S  zaj ci opracowywaniem planów przeciwkryzysowych. Jeszcze par  dni.
        - Jeszcze par  dni! Ci gle jeszcze par  dni! S  tak zaj ci,  e nie mog  po wi ci  mi
ani chwili czasu? Nawet nie widzieli moich oblicze .
        - Proponowa em,  e przeka  im twoje obliczenia. Nie chcia

.

        - I nie chc . Mog  oni zjawi  si  tutaj albo ja udam si  do nich. - I doda  ze z

ci : -

Zdaje si ,  e mi nie wierzysz. Nie wierzysz,  e Florina zostanie zniszczona.
        - Wierz  ci.
        - Nie. Wiem,  e nie. Widz  to po tobie. Bawisz si  mn . Nie rozumiesz moich
danych. Nie jeste  kosmoanalitykiem. S dz ,  e nawet nie jeste  tym, za kogo si
podajesz. Kim jeste ?
        - Denerwujesz si .
        - Tak, denerwuj  si . Czy to ci  dziwi? A mo e my lisz sobie: „Biedaczek, Kosmos
rzuci  mu si  na mózg”. S dzisz,  e jestem stukni ty.
        - Bzdura.
        - Na pewno tak uwa asz. Dlatego chc  spotka  si  z tymi z MBK. Oni stwierdz ,
czy jestem szalony czy nie. Znaj  si  na tym.
        Tamten przypomnia  sobie o podj tej decyzji.
        - Nie czujesz si  dobrze - powiedzia . - Pomog  ci.
        - Nie potrzebuj ! - wrzasn  histerycznie Ziemianin. - W

nie zamierzam st d

wyj . Je li chcesz mnie powstrzyma , b dziesz musia  mnie zabi  - ale nie odwa ysz
si . Je li to zrobisz, b dziesz mia  na r kach krew mieszka ców ca ej planety.
        Ten drugi te  zacz  wrzeszcze , przekrzykuj c pierwszego.
        - Nie zabij  ci . Pos uchaj, nie zabij  ci . Nie musz  ci  zabija .
        - Zwi esz mnie. B dziesz mnie tu trzyma . Tak? A co zrobisz, kiedy MBK zacznie
mnie szuka ? Wiesz,  e powinienem regularnie wysy

 im raporty.

        - Biuro wie,  e ze mn  jeste  bezpieczny.
        - Taak? Ciekawe, czy oni w ogóle wiedz ,  e przylecia em na t  planet ? Ciekawe,
czy otrzymali moj  pierwsz  wiadomo ?
        Ziemianinowi kr ci o si  w g owie. Zdr twia y mu r ce i nogi.
        Tamten wsta . Doszed  do wniosku,  e w sam  por  podj  decyzj . Powoli ruszy  w
kierunku Ziemianina wzd

 d ugiego sto u. Powiedzia  uspokajaj co:

        - To dla twojego dobra.
        Wyj  z kieszeni czarny pr t.
        Ziemianin wychrypia :
        - To psychosonda.
        Z trudem wymawia  s owa, a gdy spróbowa  wsta , jego r ce i nogi ledwie drgn y.
Wycedzi  przez zaci ni te skurczem z by:
        - Zosta em odurzony!
        - Tak, zosta

 odurzony! - przyzna  tamten. - Pos uchaj, nie zrobi  ci krzywdy.

Kiedy jeste  taki wzburzony i niespokojny, trudno ci poj , jaka to delikatna sprawa.
Uspokoj  ci  troch . Tylko ci  uspokoj .
        Ziemianin nie móg  ju  mówi . Móg  tylko siedzie  i my le  t po: „Wielki

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Kosmosie! Zosta em odurzony”. Chcia  krzycze , wrzeszcze  i ucieka , lecz nie by  w
stanie.
        Tamten ju  podszed  do niego. Stan , spogl daj c z góry na siedz cego. Ziemianin
odpowiedzia  mu spojrzeniem. Jeszcze móg  porusza  ga kami oczu.
        Psychosonda by a urz dzeniem samoczynnym. Wystarczy o przytkn  j  w
odpowiednie miejsce.
        Ziemianin patrzy  przera ony, a  mi nie poruszaj ce ga kami ocznymi równie  mu
st

y. Nie poczu  delikatnego uk ucia, gdy ostre, cienkie ig y przebi y skór  i dotkn y

szwów ko ci czaszki.
        Krzycza  i krzycza  w ciszy swego umys u. Wo

: „Nie, ty nie rozumiesz. Chodzi o

planet  pe

 ludzi. Czy nie pojmujesz,  e nie mo na ryzykowa

ycia milionów ludzi?”

        S owa tamtego by y ciche i niewyra ne, jakby dobiega y z ko ca d ugiego, kr tego
tunelu.
        - Nic ci si  nie stanie. Za godzin  poczujesz si  dobrze, ca kiem dobrze. B dziesz
si

mia  z tego wszystkiego razem ze mn .

        Ziemianin poczu  lekkie, wibruj ce dotkni cie, a potem ju  nic.
        Ciemno  zg stnia a i poch on a go. I ju  nigdy do ko ca nie ust pi a. Min  rok,
nim rozwia a si  przynajmniej cz ciowo.

1.

Znajda

        Rik od

 pomocnik i zerwa  si  na równe nogi. Dygota  tak,  e musia  oprze  si

o nag , mlecznobia

cian .

        - Pami tam! - wrzasn .
        Popatrzyli na niego i cichy pomruk posilaj cych si  ludzi nagle ucich . Spojrza y
na  oczy tkwi ce w neutralnie czystych i neutralnie ogolonych twarzach, l ni cych i
bladych w sk pym  wietle  ciany. Te oczy nie zdradza y  ywszego zainteresowania,
jedynie odruchow  reakcj  na nag y i niespodziewany krzyk.
        Rik wrzasn  znowu:
        - Pami tam moj  prac . Mia em prac !
        - Sza! - krzykn  kto , a inny g os zawo

: - Siadaj!

        Twarze odwróci y si  i znów rozleg  si  gwar. Rik patrzy  przed siebie nie
widz cym wzrokiem. Us ysza , jak kto  mówi, wzruszaj c ramionami:. „Stukni ty Rik”.
Widzia , jak inny m czyzna rysuje palcem kó ko na czole. Ich reakcja nie mia a  adnego
znaczenia. W ogóle do niego nie dociera a.
        Usiad  powoli. Znów z apa  pomocnik - 

kowaty przyrz d o ostrych brzegach i

ma ych stercz cych z przodu z bach, który równie dobrze s

 do ci cia, nabierania i

nabijania. Wystarczaj cy dla zwyk ego robotnika. Rik obróci  go w d oni i spojrza  na
wybity z ty u numer, nie widz c go. Nie musia . Zna  go na pami . Pozostali te  mieli
numery rejestracyjne, tak jak on, ale mieli tak e nazwiska. On nie. Nazywali go „Rik”,
poniewa  w slangu robotników pracuj cych w fabryce kyrtu oznacza o to kogo  w
rodzaju kretyna. I cz sto mówili na niego „Stukni ty Rik”.
        Mo e teraz przypomni sobie wi cej. Pierwszy raz od chwili kiedy przyszed  do
fabryki, przypomnia  sobie co , co zdarzy o si  przedtem, nim si  tu zjawi . Je li wyt

y

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pami ! Je eli postara si  ze wszystkich si !
        Nagle straci  apetyt; wcale nie czu  g odu. Gwa townym ruchem wbi  pomocnik w
galaretowat  kostk  mi sa i jarzyn, odsun  talerz i utkwi  wzrok w grzbietach swoich

oni. Wczepi  palce we w osy, tarmosz c je i usilnie próbuj c si gn  my

 w ten g sty

mrok, z jakiego przyp yn o wspomnienie - jedno niewyra ne, niejasne wspomnienie.
        Gdy d wi k dzwonka oznajmi  koniec przerwy obiadowej, zala  si

zami.

        Kiedy tego wieczora wychodzi  z fabryki, podesz a do niego Valona March. Z
pocz tku prawie nie zdawa  sobie sprawy z jej obecno ci u swego boku. Zauwa

 j ,

dopiero gdy zrówna a z nim krok. Przystan  i spojrza  na ni . Jej w osy mia y kolor
po redni mi dzy 

ci  a br zem. Nosi a je zaplecione w dwa warkocze, spi te razem

ma ymi namagnesowanymi spinkami z zielonych kamieni. Spinki by y tandetne i
wyblak e. Mia a na sobie prost  bawe nian  sukienk , b

 jedynym odzieniem

potrzebnym w tym klimacie; Rik te  by  tylko w lu nej koszuli bez r kawów i
bawe nianych spodniach.
        - S ysza am,  e co  by o nie tak podczas przerwy - powiedzia a.
        Jak mo na by o oczekiwa , mówi a z wyra nym wiejskim akcentem. J zyk Rika by
pe en mi kkich samog osek i brzmia  lekko nosowo.  miali si  z niego z tego powodu i
przedrze niali jego sposób mówienia, lecz Valona powiedzia a mu,  e to tylko  wiadczy
o ich ignorancji.
        - Nic si  nie sta o, Lona - mrukn  Rik.
        - S ysza am,  e co  sobie przypomnia

, Rik - nalega a Lona. - Czy to prawda?

        Ona te  wo

a na niego Rik. Nie mog a nazywa  go inaczej. Nie pami ta  swego

prawdziwego imienia. Rozpaczliwie próbowa  je sobie przypomnie . Valona stara a si
mu pomóc. Kiedy  zdoby a gdzie  podart  ksi

 adresow  i przeczyta a mu wszystkie

imiona.  adne nie wyda o mu si  znajome. Spojrza  jej prosto w oczy i rzek :
        - B

 musia  odej  z fabryki.

        Valona zmarszczy a brwi. Jej okr

a, szeroka twarz o p askich i wydatnych

ko ciach policzkowych wyra

a niepokój.

        - To chyba nie by oby dobrze.
        - Musz  dowiedzie  si  wi cej o sobie.
        Valona zwil

a wargi.

        - My

,  e nie powiniene .

        Rik odwróci  si . Wiedzia ,  e jej troska jest szczera. To ona za atwi a mu prac  w
fabryce. Nie mia

adnego do wiadczenia z maszynami. A mo e mia , ale nie pami ta .

W ka dym razie to Lona upiera a si ,  e jest zbyt drobny, aby pracowa  fizycznie, i
zgodzili si  przeszkoli  go za darmo. Przedtem, w tych koszmarnych dniach, kiedy z
trudem wydawa  jakie  d wi ki i nie wiedzia , co robi  z po ywieniem, dogl da a go i

ywi a. Utrzyma a go przy  yciu.

        - Musz  - powiedzia .
        - Czy znów masz te bóle g owy, Rik?
        - Nie. Naprawd  co  sobie przypomnia em. Pami tam, co robi em przedtem...
Przedtem!
        Nie wiedzia , co chce jej powiedzie . Odwróci  wzrok. Ciep emu,  agodnemu s

cu

pozosta o co najmniej dwie godziny drogi do linii horyzontu. Monotonne rz dy
robotniczych sypialni, które otacza y fabryk , stanowi y m cz cy widok, ale Rik

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wiedzia ,  e gdy wejd  na szczyt wzniesienia, ujrz  przed sob  pole pi knie wyz ocone
szkar atem zachodu.
        Lubi  patrze  na pola. Od pierwszego spojrzenia ten widok uspokaja  go i koi .
Zanim jeszcze dowiedzia  si ,  e te barwy s  nazywane szkar atem i z otem, nim
powiedziano mu,  e s  takie rzeczy jak kolory, zanim potrafi  wyrazi  zadowolenie
inaczej ni  cichym gulgotem - na widok pól szybciej przechodzi y mu bóle g owy. W
ka dy wolny dzie  Valona po ycza a skuter diamagnetyczny i wywozi a go z wioski.

dzili,  lizgaj c si , stop  nad ziemi  na g adkiej poduszce pola antygrawitacyjnego, a

znale li si  ca e mile od ludzkich osiedli, gdzie tylko wiatr owiewa  mu twarz, nios c
zapach kwitn cego kyrtu.
        Siadali potem przy drodze, otoczeni zapachem i barw , i dzielili si  kostk
od ywcz , grzej c si  w s

cu, póki nie nadesz a pora powrotu.

        Te wspomnienia poruszy y Rika.
        - Chod my na pola. Lona - powiedzia .
        - Ju  pó no.
        - Prosz . Tylko za miasto.
        Pogrzeba a w chudej sakiewce, któr  nosi a za pasem z mi kkiej niebieskiej skóry -
jedynym luksusem, na jaki sobie pozwoli a. Rik chwyci  j  za r

.

        - Chod my pieszo.

        Pó  godziny pó niej zeszli z g ównej drogi na kr te, g adkie szutrowe dró ki. Szli w

bokim milczeniu i Valona poczu a znajome uk ucie l ku. Nie znajdowa a w

ciwych

ów,  eby wyrazi  swoje uczucia, wi c nigdy nie próbowa a.

        Co b dzie, je li j  opu ci? By  ma y, nie wy szy od niej i troch  l ejszy. Pod
wieloma wzgl dami przypomina  bezradne dziecko. Jednak zanim wyczy cili mu umys ,
musia  by  wykszta conym cz owiekiem. Bardzo wa nym cz owiekiem.
        Valona nie odebra a prawie  adnego wykszta cenia; nauczono j  tylko czyta  i pisa
oraz obs ugiwa  maszyny w fabryce, ale wiedzia a,  e nie wszyscy ludzie s  tak
ograniczeni. Na przyk ad Mieszczanin, którego ogromna wiedza by a tak pomocna im
wszystkim. Czasem przybywali tu na inspekcj  Posiadacze. Nigdy nie widzia a  adnego
z bliska, ale raz, w czasie urlopu, odwiedzi a Miasto i widzia a z daleka grupk
niewiarygodnie pi knych istot. Czasami robotnikom pozwalano s ucha , jak rozmawiaj
wykszta ceni ludzie. Mówili inaczej, p ynniej, d

szymi s owami i bardziej mi kko. W

podobny sposób zaczyna  mówi  Rik, w miar  jak wraca a mu pami .
        Jego pierwsze s owa przestraszy y j . To przysz o tak nagle po d ugim skamleniu
wywo anym bólem g owy. Wymówi  je z dziwnym akcentem. I nie pozby  si  go, cho
próbowa a poprawi  jego wymow .
        Ju  wtedy obawia a si ,  e on przypomni sobie zbyt wiele i porzuci j . By a tylko
Valona March. Wo ali na ni  Du a Lona. Nie wysz a za m . I nigdy nie wyjdzie. Taka
wielka dziewucha o du ych stopach i czerwonych od pracy r kach nigdy nie znajdzie

a. Mog a jedynie spogl da  z ponur  uraz  na ch opców, którzy ignorowali j  na

wi tecznych festynach. By a zbyt du a na chichoty i g upie u mieszki.

        Nigdy nie b dzie mia a dziecka, które mog aby przytuli  i pie ci . Inne dziewczyny
rodzi y dzieci, jedna po drugiej, a ona mog a tylko zerka  na czerwone bezw ose g ówki,
zamkni te oczka, bezradnie zaci ni te pi stki, za linione buzie...
        - Teraz twoja kolej, Lona.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Kiedy b dziesz mia a dziecko, Lona?
        Mog a tylko odwróci  si  i odej .
        Rik, kiedy si  pojawi , by  jak dziecko. Musia a go karmi  i poi , wyprowadza  na

ce i koi  do snu, gdy cierpia  na bóle g owy.

        Dzieciaki biega y za ni , wy miewaj c si . „Lona ma ch opaka - krzycza y. - Du a
Lona ma stukni tego ch opaka. Ch opak Lony to czubek”.
        Pó niej, kiedy Rik chodzi  ju  sam (kiedy zacz  stawia  pierwsze kroki, by a tak
dumna, jakby mia  - przypuszczalnie - nie trzydzie ci jeden lat, ale jeden rok) i chodzi
bez opieki po ulicach miasteczka, opada y go gromad , wy miewaj c si  i natrz saj c,

eby zobaczy , jak doros y m czyzna zas ania oczy ze strachu i kuli si , reaguj c tylko

skomleniem. Nieraz wypada a z domu, krzycz c na nie i wymachuj c pot nymi
ku akami.
        Nawet doro li obawiali si  jej pi ci. Kiedy po raz pierwszy przyprowadzi a Rika do
pracy w fabryce, jednym ciosem obali a kierownika swojego dzia u, który za jej plecami
wygadywa  o nich jakie

wi stwa. Rada pracowników ukara a j  za to potr ceniem

tygodniówki i mo e zosta aby pos ana do Miasta pod s d Posiadaczy, gdyby nie
interwencja Mieszczanina i fakt,  e zosta a wyra nie sprowokowana.
        Tak wi c nie chcia a,  eby Rik nadal odzyskiwa  pami . Wiedzia a,  e nie mo e
mu niczego zaofiarowa ; by a samolubna w swoim pragnieniu, aby na zawsze pozosta
taki zagubiony i bezradny. To dlatego,  e nigdy nie mia a nikogo, kto tak ca kowicie
nale

by do niej. I dlatego,  e obawia a si  powrotu do samotno ci.

        - Jeste  pewien,  e co  ci si  przypomnia o, Rik?
        - Tak.
        Przystan li w ród pól, a s

ce u ycza o swego czerwieniej cego blasku

wszystkiemu, co ich otacza o. Niebawem zerwie si

agodny i pachn cy, wieczorny

wietrzyk; kratownica kana ów nawadniaj cych ju  zaczyna a sp ywa  purpur .
        - Mog  wierzy  moim wspomnieniom, kiedy mi wracaj , Lona - powiedzia . -
Wiesz,  e tak. Na przyk ad, nie ty nauczy

 mnie mówi . Sam przypomnia em sobie

owa. Prawda? Prawda?

        - Tak - przyzna a niech tnie.
        - Pami tam nawet to, jak zabiera

 mnie na pola, zanim zacz em mówi . Ci gle

przypominam sobie nowe rzeczy. Wczoraj przypomnia em sobie, jak z apa

 dla mnie

kyrtow  much . Trzyma

 j  w z

onych d oniach i kaza

 mi przy

 oko do

twoich kciuków,  ebym zobaczy , jak  wieci w ciemno ci, purpurowo i pomara czowo.

mia em si  i próbowa em wcisn  r

 mi dzy twoje d onie,  eby j  schwyta , a ona

uciek a i rozp aka em si . Wtedy nie wiedzia em,  e to kyrtow  mucha, ani niczego,
jednak teraz  wietnie to pami tam. Nigdy mi o tym nie opowiada

, prawda, Lona?

        Potrz sn a g ow .
        - Ale tak by o, prawda? Dobrze pami tam.
        - Tak, Rik.
        - A teraz przypomnia em sobie co , co by o przedtem. Musia o by  jakie  przedtem,
Lona.
        Musia o. Kiedy o tym my la a, robi o jej si  ci ko na sercu. Przedtem by o inaczej,
na pewno nie tak jak tu i teraz. Tamto z pewno ci  oznacza o inny  wiat. Wiedzia a to,
gdy  jedynym s owem, jakiego sobie nie przypomnia , by a nazwa „kyrt”. Musia a
nauczy  go, jak nazywa si  najwa niejsza rzecz na ca ej Florinie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Co sobie przypomnia

? - zapyta a.

        W tym momencie podniecenie Rika nagle opad o. Zgarbi  si .
        - Nie widz  w tym wiele sensu, Lona. Po prostu wiem,  e kiedy  pracowa em i
wiem, co robi em. Przynajmniej tak mi si  zdaje.
        - Co robi

?

        - Analizowa em Nico .
        Gwa townie obróci a si  do niego, zagl daj c mu w oczy. Na chwil  po

a mu

 na czole, a  cofn  si , zirytowany. Powiedzia a:

        - Chyba nie masz znów bólu g owy, Rik? Nie bola a ci  od kilku tygodni.
        - Nic mi nie jest. Nie m cz mnie.
        Odwróci a oczy, wi c natychmiast doda :
        - Wcale nie chcia em powiedzie ,  e mnie m czysz, Lono. Po prostu czuj  si
dobrze i nie musisz si  o mnie martwi .
        Poja nia a.
        - Co oznacza s owo „analizowa ”?
        Zna  s owa, których ona nie rozumia a. Z podziwem my la a, jaki musia  by  kiedy
wykszta cony.
        Zastanawia  si  chwil .
        - Oznacza... oznacza „roz

 na cz ci”. Wiesz, jak wtedy gdy rozebrali my

sortownik,  eby sprawdzi , dlaczego daje nierówny promie  skanuj cy.
        - Aha. Rik, ale jak mo na pracowa , je li si  nie analizuje niczego? To nie jest
praca.
        - Nie powiedzia em,  e nie analizowa em niczego. Mówi em o Nico ci. Przez du e
„N”.
        - Czy to nie to samo?
        Zaczyna si , pomy la a. Ju  ma j  za g upi . Nied ugo porzuci j  ze wzgard .
        - Nie. Oczywi cie,  e nie. - Odetchn  g boko. - Obawiam si ,  e nie potrafi  tego
wyt umaczy . Tylko tyle pami tam. Jednak moja praca musia a by  wa na. Tak czuj .
Na pewno nie by em przest pc !
        Valona skrzywi a si . Nie powinna mu by a tego mówi . Uspokaja a si ,  e
ostrzeg a go tylko, dla jego dobra, ale teraz czu a,  e chodzi o jej o to,  eby mocniej
zwi za  go ze sob .
        Zdarzy o si  to, gdy zacz  mówi . To sta o si  tak nagle,  e wystraszy a si . Nawet
nie  mia a wspomnie  o tym Mieszczaninowi. W pierwszy wolny od pracy dzie  podj a
pi  kredytów ze swojej polisy na  ycie - i tak nigdy nie b dzie m czyzny, który
móg by skorzysta  z tych pieni dzy po jej  mierci - i zaprowadzi a Rika do lekarza w
Mie cie. Mia a nazwisko i adres zapisane na skrawku papieru, ale i tak min y dwie
okropne godziny, zanim w ród olbrzymich filarów unosz cych Górne Miasto ku s

cu

odnalaz a drog  do w

ciwego budynku.

        Upar a si ,  e b dzie patrze , a doktor robi  najró niejsze straszne rzeczy dziwnymi
przyrz dami. Kiedy w

 g ow  Rika mi dzy dwie p ytki metalu i sprawi ,  e zacz a

wieci  jak kyrtowa mucha w nocy, Valona skoczy a na równe nogi,  eby go

powstrzyma . Zawo

 dwóch m czyzn, którzy si  wywlekli j  z gabinetu.

        Pó  godziny pó niej lekarz przyszed  do niej, wysoki i chmurny. Czu a si  przy nim
niepewnie; mimo  e prowadzi  gabinet w Dolnym Mie cie, by  Posiadaczem. Ale oczy
mia agodne, a nawet dobre. Wyciera  r ce w ma y r cznik, który cisn  potem do kosza,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

chocia  Lonie wyda  si  ca kiem czysty.
        - Gdzie spotka

 tego m czyzn ? - zapyta .

        Ostro nie poda a mu bli sze szczegó y, ograniczaj c si  do najwa niejszych faktów
i w ogóle nie wspominaj c o Mieszczaninie i stra nikach.
        - A zatem nic o nim nie wiesz?
        Potrz sn a g ow .
        - Nie wiem, kim by  przedtem.
        - Ten cz owiek zosta  poddany dzia aniu psychosondy. Czy wiesz, co to takiego?
        Najpierw potrz sn a g ow , lecz zaraz szepn a suchymi ustami:
        - Czy to co , czego u ywaj  na szale ców, doktorze?
        - I przest pców. W ten sposób zmieniaj  umys y dla dobra ich w

cicieli. Lecz  ich

umys y albo zmieniaj  te cz ci, które ka  im kra  i zabija . Rozumiesz?
        Rozumia a. Poczerwienia a i oznajmi a:
        - Rik nigdy niczego nie ukrad  ani nikogo nie skrzywdzi .
        - Nazywasz go Rik? - Wygl da  na ubawionego. - S uchaj, sk d wiesz, co robi ,
zanim go spotka

? Trudno to wywnioskowa  w obecnym stanie jego mózgu.

Sondowano g boko i mocno. Nie mog  stwierdzi , jaka cz

 jego pami ci zosta a

ca kowicie usuni ta, a jak  utraci  czasowo w wyniku szoku. Chc  powiedzie ,  e z
czasem cz ciowo odzyska pami , podobnie jak mow , jednak nie ca . Powinien zosta
na obserwacji.
        - Nie, nie. Musi zosta  ze mn . Dobrze si  nim opiekuj , doktorze.
        Zmarszczy  brwi, ale przemówi  jeszcze uprzejmiej.
        - Hmm, my la em o tobie, dziewczyno. Mo e nie ca e z o usuni to. Chyba nie
chcesz,  eby ci  kiedy  skrzywdzi ?
        W tym momencie piel gniarka wyprowadzi a Rika. Uspokaja a go  agodnie, jak
przestraszone dziecko. Rik przy

 d

 do czo a i patrzy  pustym wzrokiem, a  jego

spojrzenie pad o na Valon ; wtedy wyci gn  r ce i zawo

 s abym g osem:

        - Lona...!
        Podbieg a do niego i mocno obj a go ramionami. Powiedzia a lekarzowi:
        - On mnie nie skrzywdzi, cho by nie wiem co.
        - Musz  zg osi  ten przypadek - rzek  w zadumie doktor. - Nie wiem, jak uszed
uwagi w adz w takim stanie, w jakim musia  by .
        - Czy to oznacza,  e zabior  go, doktorze?
        - Obawiam si ,  e tak.
        - Prosz , doktorze, niech pan tego nie robi.
        Wyszarpn a z kieszeni chusteczk , w której mia a pi  kredytów z b yszcz cego
stopu.
        - Wszystkie s  pa skie, doktorze. Dobrze si  nim zaopiekuj . On nikogo nie
skrzywdzi.
        Lekarz spojrza  na monety w swojej d oni.
        - Pracujesz w fabryce, prawda?
        Skin a g ow .
        - Ile p ac  ci tygodniowo?
        - Dwa i osiem dziesi tych kredyta.
        Lekko podrzuci  monety, z brz kiem z apa  je w powietrzu i poda  Valonie.
        - Zatrzymaj je, dziewczyno. Nie wezm  ich.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Zdziwiona, przyj a pieni dze.
        - Nie powie pan nikomu, doktorze?
        Ale on powiedzia :
        - Obawiam si ,  e musz . Tak ka e prawo.
        Jak nieprzytomna pojecha a z powrotem do wioski, mocno obejmuj c Rika.
        Nast pnego tygodnia w wiadomo ciach na hiperwideo podano,  e w katastrofie
drogowej spowodowanej chwilow  przerw  promienia no nego zgin  jaki  lekarz.
Nazwisko brzmia o znajomo i w nocy porówna a je z zapisanym na skrawku papieru.
By o takie samo.
        Zasmuci a si , bo by  dobrym cz owiekiem. Jego nazwisko poda  jej dawno temu
inny robotnik, jako lekarza Posiadaczy, który leczy tak e biednych. Zapisa a je na
wszelki wypadek. I kiedy by a w potrzebie, lekarz okaza  jej serce. Jednak rado
górowa a nad smutkiem. Nie zd

 chyba zg osi  przypadku Rika. Przynajmniej nikt nie

przyby  do wioski, by go szuka .
        Pó niej, gdy Rik coraz wi cej rozumia , opowiedzia a mu, co us ysza a od lekarza,
aby pozosta  w wiosce, bezpieczny.

        Rik potrz sn  ni , wyrywaj c z zadumy.
        - Nie s yszysz, co mówi ? - pyta . - Nie mog em by  przest pc , skoro mia em tak
wa

 prac .

        - A mo e co

le zrobi

? - powiedzia a niepewnie. - Nawet je li by

 wa

osob . Nawet Posiadacze...
        - Jestem pewny,  e nie. Nie rozumiesz,  e musz  pozna  prawd ,  eby przekona
innych? Nie ma innego sposobu. Musz  porzuci  fabryk  i wiosk ,  eby dowiedzie  si
wi cej o sobie.
        Poczu a,  e ogarnia j  panika.
        - Rik! To by oby niebezpieczne. Po co? Nawet je li analizowa

 Nico , dlaczego

koniecznie musisz dowiedzie  si  o tym wi cej?
        - Z powodu innych rzeczy, które pami tam.
        - Jakich?
        - Wol  ci nie mówi  - szepn .
        - Musisz komu  powiedzie . Mo esz znów o nich zapomnie .
        Chwyci  j  za r

.

        - Racja. Nie powiesz nikomu, prawda? B dziesz moj  zapasow  pami ci , w razie
gdybym zapomnia .
        - Pewnie, Rik.
        Rik rozejrza  si  wokó .  wiat by  bardzo pi kny. Valona mówi a mu kiedy ,  e w
Górnym Mie cie, a nawet wiele mil nad nim, wisi ogromny napis: „Florina jest
najpi kniejsza ze wszystkich planet Galaktyki”.
        Patrz c dooko a, Rik by  sk onny w to uwierzy .
        - To okropne wspomnienie - powiedzia  - ale je li ju  co  pami tam, to pami tam
dok adnie. Przypomnia em to sobie dzi  po po udniu.
        - Tak?
        Patrzy  na ni  ze zgroz .
        - Wszyscy na tej planecie umr . Wszyscy na Florinie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

2.
Mieszczanin

        Myrlyn Terens w

nie wyjmowa  z pó ki ta

 z ksi

, gdy us ysza  dzwonek do

drzwi. Do  pospolite rysy jego twarzy  ci gn y si  w zadumie, która teraz ust pi a
miejsca zwyk ej skupionej rozwadze. Przyg adzi  r

 rzedniej ce jasne w osy

        o rudawym odcieniu i krzykn : - Chwileczk !
        Od

 film, nacisn  przycisk i doskonale zamaskowany schowek wsun  si  z

powrotem w  cian . Pro ci robotnicy i wie niacy, z którymi mia  do czynienia, byli
dumni z tego,  e cz owiek b

cy jednym z nich - przynajmniej z pochodzenia - ma

filmy. Ten fakt jakby troch  rozja nia  monotonn  pustk  ich w asnych umys ów. A
jednak nie móg  trzyma  filmów na widocznym miejscu.
        Ich widok popsu by wszystko. Móg by skr powa  i tak niezbyt skorych do rozmowy
go ci. Mogli chwali  si  ksi kami swego Mieszczanina, ale gdyby widzieli je na w asne
oczy, Terens wyda by im si  nazbyt podobny do Posiadacza.
        Chodzi o te  oczywi cie o Posiadaczy. Ma o prawdopodobne, aby który  z nich
odwiedzi  go w domu, lecz gdyby tak si  sta o, rz d filmów stoj cych na widocznym
miejscu nie  wiadczy by o roztropno ci. Terens by  Mieszczaninem i zwyczajowo mia
pewne przywileje, ale lepiej zbytnio nie chwali  si  nimi.
        - Id ! - krzykn  znów.
        Podszed  teraz do drzwi, po drodze zapinaj c górny zamek swojej tuniki. Nawet
jego ubranie przypomina o strój Posiadacza. Czasami niemal zapomina ,  e urodzi  si  na
Florinie.
        W progu stan a Valona March. Ugi a kolana i pochyli a g ow  w pe nym
szacunku powitaniu. Terens szeroko otworzy  drzwi.
        - Wejd , Valono. Siadaj. Na pewno ju  po godzinie policyjnej. Mam nadziej ,  e
stra nicy ci  nie widzieli.
        - Nie s dz , Mieszczaninie.
        - No có , miejmy nadziej ,  e si  nie mylisz. Masz kiepsk  opini , wiesz.
        - Tak, Mieszczaninie. Jestem wdzi czna za to, co kiedy  dla mnie zrobi

.

        - Nie ma za co. Prosz , siadaj. Zjad aby  co  lub wypi a?
        Sztywno wyprostowana, usiad a na skraju fotela i potrz sn a g ow .
        - Nie, dzi kuj . Jad am.
        W ród mieszka ców wioski proponowanie go ciowi pocz stunku nale

o do

dobrego tonu. Natomiast przyj cie go uwa ano za nietakt. Wiedzia  o tym i nie nalega .
        - Masz jaki  k opot, Valono? Znów Rik?
        Valona kiwn a g ow , lecz widocznie nie znalaz a s ów, aby to bli ej wyja ni .
        - Co  niedobrze w fabryce? - zapyta  Terens.
        - Nie, Mieszczaninie.
        - Znów ma bóle g owy?
        - Nie, Mieszczaninie.
        Terens zmru

 oczy i patrz c bystro, czeka .

        - Hmm, Valono, chyba nie oczekujesz,  e zgadn , jaki masz k opot, co? No ju ,
mów - inaczej nie zdo am ci pomóc. Bo chyba potrzebujesz pomocy.
        - Tak, Mieszczaninie - powiedzia a i nagle wyrzuci a z siebie: - Jak mam ci

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wyja ni , Mieszczaninie? To wygl da na gadanin  szale ca.
        Terens mia  ochot  poklepa  j  po ramieniu, ale wiedzia ,  e dziewczyna nie lubi
tego. Siedzia a, jak zwykle chowaj c wielkie r ce w r kawach ubrania. Zauwa

,  e

nerwowo zaplata i  ciska krótkie, silne palce.
        - Cokolwiek to jest, ch tnie pos ucham.
        - Pami tasz, Mieszczaninie, jak przysz am do ciebie opowiedzie  o lekarzu z Miasta
i tym, co mówi ?
        - Tak, pami tam. I pami tam,  e wyra nie ci powiedzia em,  eby  ju  nigdy nie
robi a czego  takiego bez porozumienia ze mn . Chyba sobie przypominasz?
        Szeroko otworzy a oczy. Doskonale pami ta a jego gniew.
        - Nigdy nie zrobi abym ju  niczego takiego, Mieszczaninie. Po prostu chc  ci
przypomnie ,  e obieca

 mi zrobi  wszystko,  ebym mog a zatrzyma  Rika.

        - I dotrzymam s owa. No wi c, czy by stra nicy pytali o niego?
        - Nie. Och, Mieszczaninie, my lisz,  e mog  pyta ?
        - Jestem pewien,  e nie.
        Traci  cierpliwo .
        - No, Valono, powiedz wreszcie, o co chodzi.
        Zachmurzy a si .
        - On mówi,  e mnie opu ci. Chc ,  eby  go powstrzyma .
        - Dlaczego chce ci  opu ci ?
        - Mówi,  e przypomina sobie ró ne rzeczy.
        Na twarzy Terensa pojawi o si  zainteresowanie. Pochyli  si  i mia  ochot  z apa
dziewczyn  za r

.

        - Ró ne rzeczy? Jakie?

        Terens pami ta  dzie , gdy znaleziono Rika. Zobaczy  gromad  m odzie y nad
jednym z rowów nawadniaj cych na samym ko cu wioski. Nawo ywali go piskliwie.
        - Mieszczaninie! Mieszczaninie!
        Przybieg  p dem.
        - Co si  sta o, Rasie?
        Kiedy przyby  do miasteczka, postara  si  zapami ta  imiona wszystkich dzieci. To
by o dobrze widziane przez matki i u atwia o  ycie w tych pierwszych miesi cach. Rasie
wygl da , jakby mu si  co  sta o.
        - Patrz tam, Mieszczaninie! - zawo

.

        Pokazywa  na co  bia ego i wij cego si , a to co  to by  Rik. Pozostali ch opcy
niesk adnym chórem wywrzaskiwali wyja nienia. Terens zdo

 zrozumie ,  e bawili si

w jak  gr  wymagaj

 biegania, chowania si  i szukania. Koniecznie musieli

powiedzie  mu, jak nazywa si  ta gra, jak przebiega a, do chwili gdy j  przerwali,
sprzeczaj c si , który z nich i która strona „wygrywa a”. Wszystko to, rzecz jasna, nie
mia o  adnego znaczenia.
        Rasie, czarnow osy dwunastolatek, us ysza  s abe poj kiwania i zbli

 si  ostro nie.

dzi ,  e to jakie  zwierz , mo e polny szczur, na którego mogliby zapolowa . Znalaz

Rika.
        Na twarzach ch opców obrzydzenie i fascynacja walczy y o lepsze. Mieli przed sob
doros ego m czyzn , prawie nagiego, za linionego, cicho j cz cego i p acz cego,
bezradnie grzebi cego r kami i nogami. Z poro ni tej g stym zarostem twarzy

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

spogl da y t po niebieskie oczy. Przez chwil  ich spojrzenie zatrzyma o si  na twarzy
Terensa. M czyzna powoli podniós  r

 i w

 sobie palec do ust.

        Jedno z dzieci za mia o si .
        - Patrz, Mieszczaninie! On ssie palec.
        Ten okrzyk przerazi  le cego. Twarz mu poczerwienia a i  ci gn a si .
Zaskowycza  cicho, bez  ez i nie wyjmuj c palca z ust. Kciuk by  mokry i ró owy w
porównaniu z reszt  brudnej r ki.
        Ten widok wyrwa  Terensa z os upienia.
        - Dobrze, ch opcy - powiedzia  - nie powinni cie biega  tak po polu. Niszczycie
upraw  i wiecie, co b dzie, je li z api  was rolnicy. Id cie st d i nie rozpowiadajcie o
tym. Ty, Rasie, biegnij do pana Jencusa i sprowad  go tutaj.
        Ull Jencus by  w miasteczku kim  w rodzaju lekarza. Przez jaki  czas terminowa  w
gabinecie prawdziwego lekarza w Mie cie, dzi ki czemu zwolniono go z obowi zku
pracy w polu czy w fabryce. Okaza o si  to dobrym posuni ciem. Umia  mierzy
temperatur , podawa  pigu ki, robi  zastrzyki oraz - co najwa niejsze - stwierdzi , czy
jaki  przypadek jest na tyle powa ny, aby wymaga  przekazania do szpitala w Mie cie.
Bez jego pó profesjonalnej pomocy nieszcz liwcy z zapaleniem opon mózgowych lub
zapaleniem wyrostka robaczkowego cierpieliby okropnie, cho  krótko. A tak, nadzorcy
szemrali i niemal jawnie oskar ali Jencusa o pomaganie symulantom.
        Jencus pomóg  Terensowi ulokowa  m czyzn  w przyczepie skutera i staraj c si
nie rzuca  w oczy, zawie li go do miasteczka.
        Razem zmyli z niego grub  skorup  stwardnia ego brudu. Z w osami nic nie da o si
zrobi . Jencus ogoli  m czyzn  i zbada  go najlepiej jak potrafi .
        - Nie widz

adnej infekcji - orzek . - By  od ywiany.  ebra nie stercz . Nie wiem,

co o tym my le . Jak s dzisz, Mieszczaninie, jak on si  tu znalaz ?
        Pyta  tonem, w którym nie by o nadziei,  e od Terensa mo na oczekiwa
odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie. Terens przyjmowa  to z filozoficznym spokojem.
Kiedy wioska traci Mieszczanina, do którego przyzwyczai a si  przez niemal pi dziesi t
lat, nowo przyby y i m odszy nast pca musi przygotowa  si ,  e zostanie powitany
podejrzliwie i nieufnie. Nie by o w tym niczego osobistego.
        - Obawiam si ,  e nie wiem - rzek .
        - Nie umie chodzi , wiesz. Nie potrafi zrobi  kroku. Musiano go tu podrzuci .
Wygl da,  e równie dobrze móg by by  niemowl ciem. Niczego nie umie.
        - Czy to mo e by  skutek jakiej  choroby?
        -  adnej z tych, które znam. Mo e ma jakie  k opoty z g ow , ale o tym nie mam
poj cia. Takie przypadki odsy am do Miasta. Widzia

 go kiedy , Mieszczaninie?

        Terens u miechn  si  i powiedzia agodnie:
        - Jestem tu dopiero od miesi ca.
        Jencus westchn  i wyj  chusteczk .
        - Tak. Stary Mieszczanin by  porz dnym cz owiekiem. Dobrze opiekowa  si  nami,
naprawd . Ja mieszkam tu prawie sze dziesi t lat i nigdy nie widzia em tego faceta.
Musi by  z innego miasteczka.
        Jencus by  pulchny. Wygl da  na kogo , kto urodzi  si  pulchny, a poniewa
wrodzona sk onno  do tycia  czy a si  z brakiem ruchu, nic dziwnego,  e nawet tak
krótk  przemow  przerywa y sapania i daremne próby otarcia b yszcz cego czo a
ogromn  czerwon  chustk .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nie wiem, co powiedzie  stra nikom.
        Stra nicy oczywi cie przyszli. Tego nie da o si  unikn . Ch opcy opowiedzieli
wszystko rodzicom; rodzice sobie nawzajem.  ycie w miasteczku p yn o do
monotonnie. Nawet takie zdarzenie by o warte przekazania ka demu przez ka dego.
Stra nicy po prostu musieli si  o tym dowiedzie .
        Stra nicy byli cz onkami Stra y Flori skiej. Nie pochodzili z Floriny, nie byli tak e
rodakami przyby ych z Sark Posiadaczy. Byli zwyczajnymi najemnikami, za sowit
zap at  utrzymuj cymi porz dek na planecie, co wyklucza o ewentualne  le ulokowane
sympatie do Flori czyków, z którymi nie  czy y ich  adne wi zy krwi.
        Przyszli we dwóch, a z nimi nadzorca z fabryki, którego rozsadza o wprost poczucie

asnej - niewielkiej zreszt  - wa no ci.

        Stra nicy byli znudzeni i oboj tni. Ogl danie jakiego  debila mo e i wchodzi w
zakres ich obowi zków, ale na pewno nie jest zaj ciem ekscytuj cym. Jeden z nich
zwróci  si  do nadzorcy:
        - No, ile czasu zajmie ci identyfikacja? Kim jest ten cz owiek?
        Nadzorca energicznie potrz sn  g ow .
        - Nigdy go nie widzia em, oficerze. On nie jest st d!
        Stra nik zwróci  si  do Jencusa.
        - Mia  jakie  papiery?

        - Nie, prosz  pana. Tylko brudny  achman. Spali em go,  eby zapobiec zarazie.
        - Co mu jest?
        - Ma  le w g owie, o ile mog  stwierdzi .
        W tej chwili Terens wzi  stra ników na bok. Byli znudzeni, wi c dlatego ust pliwi.
Ten, który zadawa  pytania, trzymaj c notes powiedzia :
        - No, dobra, nawet nie warto zapisywa . To nie nasza sprawa. Pozb

cie si  go

jako .
        I poszli.
        Nadzorca zosta . Mia  piegi, rude w osy oraz spore i nastroszone w sy. Od pi ciu  at
by  nadzorc  o niewzruszonych zasadach, co oznacza o,  e ponosi  odpowiedzialno  za

cis e przestrzeganie przepisów w swojej fabryce.

        - Patrzcie tylko - rzuci  gniewnie. - I co tu zrobi  z czym  takim? Te cholerne
nieroby s  tak zaj te gadaniem,  e przesta y pracowa .
        - Wedle mnie, trzeba pos

 go do szpitala w Mie cie - rzek  Jencus, pracowicie

ocieraj c si  chusteczk . - Ja tu nic nie poradz .
        - Szpital w Mie cie! - przerazi  si  nadzorca. - A kto za to zap aci? Kogo na to sta ?
On nie jest jednym z nas, prawda?
        - O ile wiem, to nie - przyzna  Jencus.
        - No wi c czemu my mamy p aci ? Dowiedzcie si , sk d jest. Niech zap aci jego
miasto.
        - A jak mamy si  dowiedzie ? Powiedz nam.
        Nadzorca zamy li  si . Wysun  j zyk i dotkn  nim szorstkiej rudej szczeciny na
górnej wardze.
        - Zatem b dziemy musieli po prostu pozby  si  go. Tak jak powiedzia  stra nik.
        Terens przerwa  mu.
        - Zaraz, zaraz. Co masz na my li?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Przecie  on równie dobrze móg by nie 

. To by oby dla niego lepsze - odpar

nadzorca.
        - Nie wolno zabija

ywego cz owieka.

        - No to mo e ty powiesz mi, co robi .
        - A gdyby zaopiekowa  si  nim kto  z mieszka ców?
        - Któ by zechcia ? Mo e ty?
        Terens zignorowa  bezczelno  tej uwagi.
        - Ja mam co robi .
        - Tak jak ka dy. Nie mog  dopu ci ,  eby kto  zaniedbywa  prac  w fabryce z
powodu opieki nad tym pó

ówkiem.

        Terens westchn  i rzek  bez urazy:
        - S uchaj, nadzorco, b

my rozs dni. Gdyby w tym kwartale nie uda o ci si

wykona  planu, b

 móg  przypuszcza ,  e to dlatego,  e jeden z twoich robotników

opiekowa  si  tym biedakiem, i wstawi  si  za tob  u Posiadaczy. Je li nie - powiem po
prostu,  e nie znam  adnych powodów, dla jakich mia by  go nie wykona .
        Nadzorca spojrza  na niego z ym wzrokiem. Mieszczanin by  tu zaledwie miesi c, a
ju  wtr ca  si  w sprawy ludzi, którzy mieszkali w miasteczku przez ca e  ycie. Ale
jednak mia  papier z podpisami Posiadaczy. Lepiej 

 z nim w zgodzie.

        - Tylko kto go zechce? - Nagle zrodzi o si  w nim potworne przypuszczenie. - Ja nie
mog . Mam troje dzieci i  on .
        - Wcale ci tego nie proponuj .
        Terens spojrza  za okno. Teraz, gdy stra nicy odeszli, wokó  domu Mieszczanina
zebra  si  g sty, poszeptuj cy t um. Przewa nie dzieci, za ma e,  eby pracowa , i rolnicy
z pobliskich farm. By o te  kilku robotników, którzy pracowali na innych zmianach.
        Terens zauwa

 stoj

 z boku dziewczyn . Cz sto widywa  j  w ci gu minionego

miesi ca. Silna, zaradna, ci ko pracuj ca. Wrodzona inteligencja ukryta pod
nieszcz liwym wyrazem twarzy. Gdyby by a m czyzn , mog aby zosta  wybrana na
przysz ego Mieszczanina. By a jednak kobiet , sierot , najwidoczniej niezbyt sk onn  do
romantycznych uniesie . Jednym s owem, samotna kobieta, jak  te  zapewne pozostanie.
        - A ona? - zapyta .
        Nadzorca spojrza  i wrzasn :
        - Do jasnej cholery! Przecie  ona powinna by  w pracy.
        - Dobrze, dobrze - uspokaja  Terens. - Jak ona si  nazywa?
        - Valona March.
        - Racja. Teraz pami tam. Zawo aj j  tu.
        Od tej pory Terens sta  si  nieoficjalnym opiekunem tych dwojga. Robi  co móg ,

eby uzyska  dla niej dodatkowe racje  ywno ci, kupony odzie owe i wszystko, czego

potrzebowa o dwoje doros ych (jedno nie rejestrowane), aby 

 z jednej pensji. Pomóg

jej wywalczy  przeszkolenie Rika w fabryce kyrtu. Jego interwencja zapobieg a
surowszej karze, gdy Valona pok óci a si  z kierownikiem dzia u.  mier  lekarza w
Mie cie sprawi a, i  nie musia  podejmowa  dalszych dzia

, jednak by  na nie

przygotowany. To oczywiste,  e Valona przychodzi a do niego ze wszystkimi k opotami,
wi c teraz czeka , a  odpowie na jego pytanie.

        Valona waha a si  jeszcze, ale w ko cu powiedzia a:
        - On mówi,  e wszyscy na  wiecie umr .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Terens by  wstrz ni ty.
        - Czy powiedzia  dlaczego?

        - Mówi,  e nie wie. Po prostu twierdzi,  e przypomina sobie co , co wiedzia , zanim
sta  si  taki - no, taki jaki jest. Jak powiada, pami ta,  e wykonywa  jak  wa

 prac ,

ale ja nie rozumiem, na czym ona polega a.
        - A jak opisuje to, co robi ?
        - Mówi,  e a... analizowa  Nico , przez du e N.
        Valona przez chwil  czeka a na komentarz, po czym doda a po piesznie:
        - Analizowa  to znaczy rozbiera  co  na cz ci, jak...
        - Wiem, co to znaczy, dziewczyno.
        Valona spogl da a na  niespokojnie.
        - Mieszczaninie, czy wiesz, o co mu chodzi?
        - Mo e.
        - Ale jak kto  mo e robi  co  z Nico ci ?
        Terens wsta . U miechn  si  przelotnie.
        - No, có , Valono, nie wiesz,  e ca a Galaktyka sk ada si  g ównie z Nico ci?
        Valona nie dozna a gwa townego ol nienia, ale przyj a takie wyja nienie.
Mieszczanin by  bardzo wykszta conym cz owiekiem. Poczu a niespodziewane uk ucie
dumy na my l,  e Rik by  wykszta cony jeszcze lepiej.
        - Chod  - Terens wyci gn  do niej r

.

        - Dok d idziemy? - spyta a.
        - Hmm, gdzie jest Rik?
        - W domu - odpar a. -  pi.
        - Dobrze. Odprowadz  ci . Chyba nie chcesz,  eby stra nicy z apali ci  sam  na
ulicy?
        Noc  wioska wygl da a na zupe nie wymar . Wzd

 jedynej uliczki rozdzielaj cej

rz dy robotniczych chat pali y si  m tne  wiat a. Deszcz wisia  w powietrzu, ale tylko
przelotny, ciep y deszczyk, jaki pada  co wieczór. Nie musieli wk ada  p aszczy.
        Valona jeszcze nigdy nie by a tak pó no poza domem w dniu pracy. Kuli a si  ze
strachu s ysz c odg os w asnych kroków i nas uchiwa a, czy nie nadchodz  stra nicy.
        - Nie musisz i  na palcach, Valono - rzek  jej Terens. - Jestem z tob .
        Jego g os zabrzmia  niespodziewanie g

no w ród ciszy i Valona a  podskoczy a.

Pos ucha a go i szybko ruszy a naprzód.
        Chata Valony by a ciemna jak inne; ostro nie weszli do  rodka. Terens urodzi  si  i
wychowa  w takiej samej cha upie i cho  od tego czasu zd

 mieszka  na Sark, a teraz

zajmowa  trzy pokoje z bie

 wod , surowe wyposa enie ubogiego wn trza obudzi o w

nim nostalgiczny smutek. Robotnikom wystarcza  jeden pokój, 

ko, komoda, dwa

krzes a, cementowa posadzka i ubikacja w rogu.
        Kuchnia by a niepotrzebna, gdy  wszystkie posi ki jadano w fabryce, podobnie

azienka, poniewa  tu  za domami wznosi  si  rz d przybudówek i publicznych 

ni. W

umiarkowanym, sta ym klimacie okna nie wymaga y przystosowania do ochrony przed
zimnem i deszczem. We wszystkich czterech  cianach znajdowa y si  otwory okienne z
okiennicami, a okapy nad nimi wystarczaj co zabezpiecza y wn trze przed nocnymi
bezwietrznymi opadami.
        W  wietle ma ej kieszonkowej latarki, któr  trzyma  w r ku, Terens zauwa

,  e w

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

jednym rogu pokoju stoi stary parawan. Przypomnia  sobie,  e zdoby  go dla Valony, gdy
Rik sta  si  w mniejszym stopniu ch opcem, a w wi kszym m czyzn . Zza zas ony
dobiega  regularny oddech  pi cego.
        Terens ruchem g owy wskaza  parawan.
        - Obud  Rika, Valono.
        Dziewczyna zastuka a w parawan.
        - Rik! Rik, dziecino!
        Krzykn  cicho.
        - To ja, Lona - uspokoi a go.
        Weszli za zas on  i Terens skierowa  promie  latarki najpierw na twarz swoj  i
Lony, a potem na Rika. Rik os oni  si  r

 przed  wiat em.

        - O co chodzi?
        Terens przysiad  na skraju 

ka. Zauwa

,  e Rik  pi w 

ku nale cym do

standardowego wyposa enia domku. Zaraz na pocz tku Mieszczanin znalaz  Valonie
stare, troch  ko lawe 

e, które widocznie przydzieli a sobie.

        - Rik - powiedzia . - Valona twierdzi,  e zaczynasz przypomina  sobie ró ne rzeczy.
        - Tak, Mieszczaninie.
        Rik zawsze zachowywa  si  pokornie wobec Mieszczanina, który by
najwa niejszym ze znanych mu ludzi. Nawet g ówny dyrektor fabryki by  uprzejmy dla
Mieszczanina. Rik przekaza  mu strz py wiadomo ci, jakie zdo

 sobie przypomnie .

        - Czy przypomnia

 sobie co  jeszcze, od kiedy opowiedzia

 o tym Valonie?

        - Nic wi cej, Mieszczaninie.
        Terens  ciska  w jednej d oni palce drugiej.
        - No dobrze, Rik.  pij dalej.
        Valona wysz a za nim na próg. Usi owa a powstrzyma  dr enie warg i otar a oczy
wierzchem szorstkiej d oni.
        - Czy on b dzie musia  mnie opu ci ?
        Terens wzi  j  za r

 i rzek  powa nie:

        - Zachowuj si  jak doros a, Valono. Zabior  go st d na krótko, a potem znów
przyprowadz .
        - A pó niej?
        - Nie wiem. Musisz zrozumie , Valono. Teraz najwa niejsz  rzecz  na  wiecie jest
poznanie wszystkich wspomnie  Rika.
        Valona spyta a nagle:
        - Chcesz powiedzie ,  e wszyscy na Florinie mog  umrze , tak jak on twierdzi?
        Terens zacisn  z by.
        - Nie mów o tym nikomu, Valono, bo stra nicy zabior  Rika na zawsze. Mówi
powa nie.
        Odwróci  si  i powoli, w zadumie poszed  do domu, nie zauwa aj c, jak trz

 mu

si  r ce. Daremnie próbowa  zasn ; po godzinie w czy  narkopole. By o jedn  z
pami tek, jakie przywióz  z Sark, wracaj c na Florin , gdzie mia  zosta  Mieszczaninem.
Za

 je na g ow  jak cienk  czarn  czapk . Ustawi  wy cznik na pi  godzin i

wcisn  przycisk.
        Zd

 jeszcze wygodnie u

 si  na 

ku, nim nast pi a opó niona reakcja

centrów  wiadomo ci, która pogr

a go w wolnym od majaków  nie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

3.
Bibliotekarka

        Zostawili skuter diamagnetyczny w schowku przed granic  Miasta. Skutery by y w
Mie cie rzadko ci  i Terens nie chcia  zwraca  na siebie uwagi. Przez chwil  pomy la  ze

ci  o tych w Górnym Mie cie z ich samochodami diamagnetycznymi i  yroskopami

antygrawitacyjnymi. Ale to by o Górne Miasto. Tam wszystko by o inne.
        Rik czeka , a  Terens zamknie schowek i zabezpieczy go odciskiem palca. Mia  na
sobie nowy jednocz ciowy strój i czu  si  troch  dziwnie. Niech tnie poszed  za
Mieszczaninem pod pierwsz  z wysokich, mostopodobnych budowli podtrzymuj cych
Górne Miasto.
        Wszystkie inne miasta na Florinie mia y swoje nazwy, a na to mówiono po prostu
„Miasto”.  yj cy w nim i wokó  niego robotnicy i wie niacy byli przez reszt
mieszka ców planety uwa ani za szcz ciarzy. W Mie cie byli lepsi lekarze i lepsze
szpitale, wi cej fabryk i sklepów z alkoholem, a nawet rzadziej pada  deszcz. Mieszka cy
Miasta nie byli a  tak bardzo zadowoleni.  yli w cieniu Górnego Miasta.
        Górne Miasto dok adnie odpowiada o swojej nazwie, gdy  Miasto dzieli o si  na
dwie cz ci, po

one poni ej i powy ej poziomej p yty  elazobetonu, która spoczywa a

na oko o dwudziestu tysi cach stalowych podpór i mia a siedemdziesi t kilometrów
kwadratowych powierzchni. Ni ej, w cieniu,  yli „tubylcy”. Nad nimi, w s

cu,

Posiadacze. Przebywaj c w Górnym Mie cie trudno by o uwierzy ,  e znajduje si  ono
na Florinie. Mieszka cy sk adali si  g ównie z Sarka czyków i z niewielkiej liczby
stra ników. Byli oni klas  wy sz  w dos ownym znaczeniu tego okre lenia.
        Terens zna  drog . Szed  szybko, unikaj c spojrze  przechodniów, którzy z
mieszanin  zazdro ci i niech ci patrzyli na jego strój Mieszczanina. Rik mia  krótsze
nogi i porusza  si  mniej dostojnie, próbuj c dotrzyma  kroku Terensowi. Niewiele
zapami ta  ze swojego pierwszego pobytu w Mie cie. Teraz wydawa o mu si  zupe nie
inne. Wtedy by o tu pochmurno. Dzi

wieci o s

ce, pra c przez regularne otwory w

elazobetonie nad g ow  i tworz c prostok ty blasku, przy których oddzielaj ca je

przestrze  zdawa a si  jeszcze ciemniejsza. W miarowym, niemal hipnotycznym rytmie
raz po raz nurzali si  w pasmach jasno ci.
        Starsi ludzie siedzieli w wózkach na s

cu, grzej c si  i przesuwaj c wraz z ruchem

plam. Czasem zasypiali i zostawali w cieniu, kiwaj c si  w fotelach, a  budzi o ich
skrzypienie kó  przy zmianie pozycji cia a. Miejscami matki prawie tarasowa y pasma
gromadkami pociech.
        - Teraz wyprostuj si , Rik - rzek  Terens. - Jedziemy na gór .
        Sta  przed konstrukcj  wype niaj

 przestrze  mi dzy czterema kolumnami, od

ziemi po Górne Miasto.
        - Boj  si  - powiedzia  Rik.
        Domy li  si , co to za konstrukcja. To by a winda prowadz ca na górny poziom.
        To by o oczywi cie konieczne. Produkowano na dole, a konsumowano na górze. Do
Dolnego Miasta wysy ano substraty i pó produkty spo ywcze, a do Górnego p yn y
gotowe artyku y i dobre jedzenie. Nadmiar ludno ci wegetowa  na dole; pokojówki,
ogrodnicy, szoferzy i robotnicy budowlani wykorzystywani na górze.
        Terens nie zwraca  uwagi na niepokój Rika. Dziwi  si ,  e i jego serce bije mocniej.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nie ze strachu. Raczej z dzikiej satysfakcji,  e jedzie w gór . Stanie na tym  wi tym

elazobetonie, podepcze go, strz nie na  kurz ze swoich nóg. Jako Mieszczanin, móg  to

uczyni . Rzecz jasna, dla Posiadaczy nadal by  jedynie flori skim tubylcem, ale jako
Mieszczanin, móg  depta  po  elazobetonie, ilekro  mia  na to ochot .
        Na Galaktyk , jak e on ich nienawidzi !
        Stan , zrobi  g boki wdech i przywo

 wind . Nie by o sensu pogr

 si  w

nienawi ci. Tyle lat przebywa  na Sark; na samej Sark, w centrum i kolebce Posiadaczy.
Nauczy  si  znosi  to w milczeniu. Nie powinien teraz zapomina  tego, czego si
nauczy . Szczególnie teraz.
        Us ysza  szmer zatrzymuj cej si  windy i  ciana naprzeciw niego zapad a w
szczelin .
        Tubylec obs uguj cy wind  spojrza  z niesmakiem.
        - Tylko was dwóch.
        - Tylko dwóch - powiedzia  Terens, wchodz c. Rik szed  za nim.
        Windziarz nie zamierza  unie

ciany do poprzedniego po

enia.

        - Wy dwaj mo ecie poczeka  na  adunek, który idzie o drugiej, i pojecha  z nim.
Nie b

 je dzi  tam i z powrotem dla jakich  dwóch facetów.

        Splun  precyzyjnie, dbaj c, by trafi  w cement, a nie w pod og  swojej windy.
        - Gdzie wasze legitymacje pracownicze?
        - Jestem Mieszczaninem - zaprotestowa  Terens. - Nie widzisz po ubraniu?
        - Ubranie nic nie znaczy. Hej, my lisz,  e b

 ryzykowa  utrat  pracy, bo uda o ci

si  ukra  gdzie  uniform? Gdzie wasze legitymacje?
        Terens bez s owa poda  mu standardow  ksi eczk  identyfikacyjn , któr  ka dy
tubylec ma obowi zek stale nosi  przy sobie, a na któr  sk ada y si : numer rejestracyjny,

wiadectwo zatrudnienia, potwierdzenia op aty skarbowej i inne konieczne dokumenty.

Otworzy  ksi eczk  na czerwonej licencji Mieszczanina. Windziarz obejrza  j
pobie nie.
        - No, mo e i to ukrad

, ale to nie moja sprawa. Masz j  i przewioz  ci , chocia

dla mnie Mieszczanin to tylko wymy lna nazwa krajowca. A ten drugi?
        - Jest pod moj  opiek  - rzek  Terens. - Mo e wjecha  ze mn , czy te  zawo amy
stra nika i sprawdzimy przepisy?
        To by a ostatnia rzecz, jakiej móg by  yczy  sobie Terens, lecz zaproponowa  to z
dostateczn  doz  pewno ci siebie, aby poskutkowa o.
        - No dobra! Nie musisz si  z

ci .

         ciana windy podnios a si  i kabina z gwa townym szarpni ciem ruszy a w gór .
Windziarz ze z

ci  mrucza  co  pod nosem.

        Terens u miechn  si  krzywo. To by o niemal normalne. Ludzie pracuj cy
bezpo rednio dla Posiadaczy lubili uto samia  si  z panami i kompensowali sobie w asn
ni szo

ci lejszym przestrzeganiem zasady segregacji, szorstkim i niegrzecznym

traktowaniem innych. Byli „nadlud mi”, do których reszta Flori czyków  ywi a szczer
nienawi , nie os abion , tak jak w przypadku Posiadaczy, przez wpojony szacunek.
        Przebyli zaledwie dziesi  metrów w gór , lecz drzwi otworzy y si  na inny  wiat.
Podobnie jak ojczyste miasta Sarka czyków - Górne Miasto zbudowano ze szczególn
trosk  o dobór barw. Ka da konstrukcja, czy to budynek mieszkalny, czy gmach
publiczny, by a pokryta delikatn  wielobarwn  mozaik , która z bliska zdawa a si
bezsensown  gmatwanin , a z odleg

ci stu metrów przybiera a najró niejsze odcienie,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

w zale no ci od k ta widzenia.
        - Chod , Rik - powiedzia  Terens.
        Rik patrzy  szeroko otwartymi oczami. Nie by o tu niczego  ywego ani rosn cego!
Tylko kamie  i kolory. Nie mia  poj cia,  e domy mog  by  tak wielkie. Nagle w jego
pami ci co  si  poruszy o. Przez sekund  ten gmach wydawa  mu si  znajomy... A potem
wspomnienie znik o.
        Obok mign  samochód.
        - Czy to Posiadacze? - szepn  Rik.
        Zd

yli tylko zauwa

 krótko ostrzy one w osy, obszerne kaftany o szerokich

kawach, w jaskrawych barwach od b kitu do fioletu, spodenki z aksamitu i d ugie

po czochy, b yszcz ce, jakby utkano je z cienkich miedzianych drucików. Nie obdarzyli
Rika i Terensa nawet przelotnym spojrzeniem.
        - M odzi - rzek  Terens. Nie widzia  ich z tak bliska od kiedy opu ci  Sark. Na Sark
byli nie do zniesienia, ale tam przynajmniej byli u siebie. Tu, dziesi  metrów nad
Piek em, anio owie byli nie na miejscu. Znów si  skrzywi , opanowuj c przyp yw
bezp odnej nienawi ci.
        Za nimi sykn  dwuosobowy  lizgacz. Nowy model z wbudowanym uk adem
kontroli powietrza. P yn  g adko pi  centymetrów nad powierzchni , na b yszcz cej

askiej podstawie, podwini tej w gór  dla zmniejszenia oporu powietrza. Mimo to

szybkie rozcinanie przestrzeni dawa o charakterystyczny syk, który oznacza :
„Stra nicy”.
        Obaj byli wysocy, jak wszyscy stra nicy, o szerokich jasnobr zowych twarzach,

askich ko ciach policzkowych, z d ugimi, prostymi, czarnymi w osami. Dla tubylców

wszyscy stra nicy wygl dali tak samo. B yszcz ca czer  ich mundurów, podkre lona
przez o lepiaj co srebrne, strategicznie rozmieszczone sprz czki i ozdobne guziki,
odbiera a indywidualny wyraz twarzy i wzmaga a wra enie podobie stwa.
        Jeden stra nik kierowa  pojazdem. Drugi lekko przeskoczy  przez jego p ytk  burt .
        - Ksi eczka! - powiedzia . Obejrza  j  machinalnie i zaraz odda  Terensowi. - Cel
wizyty?
        - Zamierzam skorzysta  z biblioteki, oficerze. Mam do tego prawo.
        Stra nik zwróci  si  do Rika.
        - A ty?
        - Ja... - zacz  Rik.
        - On mi towarzyszy - wyja ni  Terens.
        - On nie ma przywilejów Mieszczanina - powiedzia  stra nik.
        - Ja za niego odpowiadam.
        Stra nik wzruszy  ramionami.
        - Twoja sprawa. Mieszczanie maj  swoje przywileje, ale nie s  Posiadaczami.
Pami taj o tym, ch opcze.
        - Tak, oficerze. Przy okazji, czy móg by pan wskaza  mi drog  do biblioteki?
        Stra nik wskaza  mu kierunek cienk  luf

mierciono nego miotacza igie . Z

miejsca gdzie stali, biblioteka wygl da a jak plama jasnego cynobru, na wy szych
pi trach przechodz cego w szkar at. W miar  jak podchodzili, szkar at sp ywa  w dó .
        Nagle Rik wyrzuci  z siebie:
        - My

,  e to nie adne.

        Terens rzuci  mu szybkie, zdziwione spojrzenie. Przywyk  do tego wszystkiego na

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Sark, ale i on te  uwa

 Górne Miasto za nieco wulgarne. By o nawet bardziej

sarka skie ni  sama Sark. Na Sark nie ka dy jest arystokrat . S  nawet biedni
Sarka czycy, niektórzy maj  si  niewiele lepiej ni  przeci tni Flori czycy. Tutaj
zamieszkiwa a wy cznie  mietanka spo ecze stwa, co by o wida  po bibliotece.
        Nawet na Sark by o tylko kilka wi kszych od niej; o wiele za du a jak na potrzeby
Górnego Miasta, co  wiadczy o o korzy ciach p yn cych z taniej si y roboczej. Terens
zatrzyma  si  przed  ukowatym podestem prowadz cym do g ównego wej cia. Uk ad
kolorów podestu stwarza  z udzenie stopni, co przydawa o bibliotece aury staro ci,
zazwyczaj towarzysz cej budynkom akademickim. Rzekome stopnie zbi y z tropu Rika,
który si  potkn .
        G ówny hol by  wielki, zimny i prawie pusty. Bibliotekarka za samotnym biurkiem
wygl da a jak ma e, nieco pomarszczone ziarnko groszku w rozd tym str ku. Spojrza a i
unios a si  z krzes a. Terens wyja ni  pospiesznie:
        - Jestem Mieszczaninem. Specjalne przywileje. Odpowiadam za tego tubylca. - W
wyci gni tej r ce trzyma  dokumenty.
        Bibliotekarka usiad a z powrotem i spojrza a surowo. Wyj a z przegródki kawa ek
metalu i podsun a Terensowi. Mieszczanin przycisn  do  prawy kciuk, a ona umie ci a
blaszk  w innej przegródce, gdzie przez moment b ysn o fioletowe  wiate ko.
        - Sala dwie cie czterdzie ci dwa - powiedzia a bibliotekarka.
        - Dzi kuj .

        Pomieszczenia na drugim pi trze cechowa  lodowaty brak jakiejkolwiek
osobowo ci, charakterystyczny dla ka dego ogniwa d ugiego 

cucha. Niektóre

pomieszczenia by y zaj te, o czym  wiadczy y matowe i nieprzejrzyste glasytowe drzwi.
Wi kszo  by a wolna.
        - Dwa-cztery-dwa - rzek  Rik. G os mia  piskliwy.
        - O co chodzi, Rik?
        - Nie wiem. Jestem bardzo podniecony.
        - By

 ju  kiedy  w bibliotece?

        - Nie wiem.
        Terens przy

 kciuk do aluminiowego kr ka, który przed pi cioma minutami

zosta  uaktywniony na jego dotkni cie. Szklane drzwi otworzy y si  na o cie , a potem -
kiedy weszli - zamkn y si  bezg

nie i zmatowia y, jakby zas oni te kotar .

        Pozbawione okien i wszelkich ozdób pomieszczenie mia o oko o dwóch metrów

ugo ci i tyle  szeroko ci. By o o wietlone rozproszon  po wiat  s cz

 si  z sufitu i

napowietrzane. Jedynymi meblami by y si gaj ce od  ciany do  ciany biurko i stoj ca
przy nim wy cie ana, pozbawiona oparcia  awa. Na biurku sta y trzy czytniki. Ich
mlecznobia e przednie  cianki by y ustawione sko nie, pod k tem trzydziestu stopni.
Przed ka dym znajdowa y si  liczne pokr

a kontrolne.

        - Wiesz, co to jest? - Terens usiad  i po

 mi kk , pulchn  d

 na jednym z

czytników.
        Rik te  usiad .
        - Ksi ki? - spyta  skwapliwie.
        - No có  - odpar  niepewnie Terens. - To biblioteka, wi c fakt,  e zgad

, niewiele

znaczy. Umiesz obs

 czytnik?

        - Nie, chyba nie, Mieszczaninie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Jeste  pewien? Pomy l.
        Rik dzielnie spróbowa .
        - Przykro mi, Mieszczaninie.
        - A wi c poka  ci. Spójrz! Po pierwsze, tu widzisz ga

 z napisem „Katalog”, a

wokó  niej litery alfabetu. Poniewa  potrzebujemy encyklopedii, nastawimy ga

 na „E”

i wci niemy.
        Zrobi  to i od razu wydarzy o si  kilka rzeczy. Matowe szk o o

o - pojawi y si  na

nim wiersze pisma.  wiat o padaj ce z sufitu przygas o i czarne litery na 

tym tle sta y

si  lepiej widoczne. Przy ka dym stanowisku wysun a si  g adka p yta, jak j zyk
sterowany promieniem lasera.
        Terens prztykn  prze cznikiem i p yty wsun y si  z powrotem.
        - Nie b dziemy robi  notatek - wyja ni . I doda : - Teraz, obracaj c to pokr

o,

obejrzymy wszystkie has a na „S”.
        Przez ekran przewin a si  d uga lista materia ów, tytu ów, autorów i numerów
katalogowych, zatrzymuj c si  na zwartej kolumnie z numerami tomów encyklopedii.
Nagle Rik powiedzia :
        - Tymi ma ymi przyciskami wybierzesz litery i cyfry w

ciwe dla ksi ki, o któr  ci

chodzi, i zaraz zobaczysz j  na ekranie.
        Terens spojrza  na niego.
        - Sk d wiesz? Pami tasz?
        - Mo e. Nie jestem pewien. Po prostu tak mi si  wydaje.
        - No có . Nazwijmy to inteligentnym domys em.
        Mieszczanin wystuka  kombinacj  cyfr i liter. Szklana tafla przygas a, po czym
znów poja nia a. Oznajmi a: „Encyklopedia Sark, tom 54, Sol - Spec.”
        - S uchaj, Rik - rzek  Terens. - Nie zamierzam ci niczego sugerowa , wi c nie
powiem, o co mi chodzi. Chc  tylko,  eby  przejrza  ten tom i powiedzia , je li co  wyda
ci si  znajome. Rozumiesz?
        - Tak.
        - Dobrze. A teraz nie spiesz si .
        Mija y minuty. Wtem Rik wstrzyma  oddech i za pomoc  pokr te  zacz  przewija
ekran wstecz. Kiedy sko czy , Terens przeczyta  tytu  i u miechn  si  z zadowoleniem.
        - Teraz pami tasz? To nie przypadek? Pami tasz?
        Rik energicznie skin  g ow .
        - Tak, Mieszczaninie. Nagle przypomnia em sobie.
        By o to has o po wi cone kosmoanalizie.
        - Wiem, co tu jest napisane - odezwa  si  Rik. - Zobaczysz, zaraz zobaczysz.
        Mia  k opoty z oddychaniem, a i Terens by  niemal tak samo podekscytowany.
        - No tak - powiedzia  Rik - oni zawsze tak pisz .
        Zacz  czyta  na g os, zacinaj c si , ale ze znacznie wi ksz  wpraw  ni  ta, jak
móg  wynie  z kilku krótkich lekcji udzielonych mu przez Valon . Rik czyta :
        - „Nic dziwnego,  e kosmoanalityk jest introwertykiem i cz sto osobnikiem
nieprzystosowanym. Po wi cenie wi kszo ci doros ego  ycia na samotne badania
straszliwej pustki mi dzy gwiazdami to wi cej, ni  mo na wymaga  od zupe nie
normalnego osobnika. Zapewne dlatego Instytut Kosmoanalizy przyj  za swoj  dewiz
nieco gorzkie stwierdzenie: <<Analizujemy Nico >>„.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Przy ostatnich s owach Rik prawie wrzeszcza . Terens zapyta :
        - Rozumiesz to, co przeczyta

?

        Tamten spojrza  na niego roziskrzonymi oczami.
        - Tu pisz : „Analizujemy Nico ”. Pami ta em to. By em jednym z nich.
        - By

 kosmoanalitykiem?

        - Tak! - zawo

 Rik i doda  nieco ciszej: - Boli mnie g owa.

        - Od przypominania sobie?
        - Chyba tak.
        Podniós  g ow  i zmarszczy  brwi.
        - Musz  przypomnie  sobie wi cej. Niebezpiecze stwo. Potworne
niebezpiecze stwo! Nie wiem, co robi .
        - Biblioteka jest do twojej dyspozycji, Rik.
        Terens obserwowa  go uwa nie i starannie dobiera  s owa.
        - Skorzystaj z katalogu i wyszukaj jakie  teksty z dziedziny kosmoanalizy. Zobacz,
co ci si  przypomni.
        Rik rzuci  si  do czytnika. Dygota . Terens odsun  si , robi c mu miejsce.
        - Mo e „Traktat o kosmoanalizie” Wrijta? - pyta  Rik. - Czy to  le brzmi?
        - Wszystko zale y od ciebie, Rik.
        Rik wystuka  numer katalogowy; ekran rozja ni  si  i znieruchomia . Napis g osi :
„W sprawie tego tytu u prosz  porozumie  si  z kustoszem”.
        Terens wyci gn  r

 i wyczy ci  ekran.

        - Lepiej spróbuj z inn  ksi

.

        - Ale... - Rik zawaha  si , lecz pos ucha  rady. Ponownie przeszuka  katalog i wybra
„Sk ad przestrzeni” Enniga. Na ekranie znowu pojawi  si  komunikat polecaj cy
konsultacj  z kustoszem. - Do licha! - zakl  Terens i ponownie wyczy ci  ekran.
        - Co si  dzieje?
        - Nic. Nic. Nie wpadaj w panik , Rik. Po prostu nie rozumiem, jak...
        Za kratk  z boku czytnika by  umieszczony g

niczek. Obaj czytaj cy zamarli,

ysz c dobiegaj cy z niego cienki, suchy g os bibliotekarki.

        - Pokój dwie cie czterdzie ci dwa! Czy jest kto  w pokoju dwie cie czterdzie ci
dwa?
        - O co chodzi? - spyta  ostro Terens.
        - Jakiej ksi ki potrzebujecie?
        -  adnej. Dzi kujemy za pomoc. Tylko sprawdzamy czytnik.
        Nast pi a krótka przerwa, jakby na narad . Potem g os przemówi  jeszcze
ostrzejszym tonem:
        - Zapisy wskazuj ,  e za dano „Traktatu o kosmoanalizie” Wrijta oraz „Sk adu
przestrzeni” Enniga. Czy to si  zgadza?
        - Wystukali my przypadkowe pozycje katalogu - usi owa  wyja ni  Terens.
        - Czy mog  wiedzie , dlaczego wybrali cie akurat te pozycje? - nalega  nieub agany

os.

        - Mówi ,  e ich nie wybrali my... Przesta ! - To by o skierowane do Rika, który
zacz  j cze .
        Znów nasta a chwila ciszy. Potem g os powiedzia :
        - Je li zejdziecie na dó  i zg osicie si  do mnie, uzyskacie dost p do tych ksi ek. S
na specjalnej li cie i b dziecie musieli wype ni  formularz.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Terens poda  r

 Rikowi.

        - Chod my.
        - Mo e naruszyli my jakie  przepisy? - G os Rika dr

.

        - Nie, Rik. Idziemy.
        - Nie b dziemy wype nia  formularzy?
        - Nie. Sprawdzimy te ksi ki innym razem.
        Terens szed  szybko, ci gn c za sob  Rika. Weszli do g ównego holu. Bibliotekarka
unios a g ow .
        - Tutaj! - zawo

a, wstaj c i wychodz c zza biurka. - Chwileczk . Chwileczk !

        Nie zatrzymali si .
        Przynajmniej dopóki nie ujrzeli przed sob  stra nika.
        - Strasznie wam si  spieszy, ch opcy.
        Dopad a ich nieco zdyszana bibliotekarka.
        - Jeste cie z dwie cie czterdzie ci dwa, prawda?

        - S uchajcie - rzek  stanowczo Terens. - Dlaczego nas zatrzymujecie?
        - Czy nie szukali cie pewnych ksi ek? Chcieliby my je dla was znale .
        - Ju  pó no. Innym razem. Czy nie rozumiesz,  e nie chc  tych ksi ek? Wróc
jutro.
        - Biblioteka - oznajmi a dumnie kobieta - zawsze zaspokaja wymagania
czytelników. Za chwil  otrzymacie swoje ksi ki.
        Na policzkach wykwit y jej rumie ce. Odwróci a si  i wpad a w ma e drzwi, które
otworzy y si  przed ni . Terens powiedzia :
        - Oficerze, je li pan pozwoli...
        Ale stra nik pokaza  mu niewielki, ci ki bicz neuronowy. Bro  mog a pe ni  rol
pa ki albo razi  ofiary na odleg

.

        - Hej, kole , mo e si dziesz spokojnie i zaczekasz, a  pani wróci? To by oby
uprzejmie z twojej strony.
        Stra nik nie by  ju  m ody ani szczup y. Wygl da  na faceta tu  przed emerytur  i
zapewne czeka  na ni  spokojnie, pilnuj c biblioteki, ale by  uzbrojony, a na  niadej
twarzy mia  fa szywy u mieszek.
        Terensowi pot wyst pi  na czo o i zacz  powoli sp ywa  po plecach. Nie doceni
powagi sytuacji. By  pewny,  e wie, co robi. Tymczasem masz. Nie powinien
post powa  tak beztrosko. To przez t  przekl

 ch  przejechania si  po Górnym

Mie cie, kroczenia po korytarzach biblioteki, jakby by  Sarka czykiem...
        Przez jedn  okropn  chwil  mia  ochot  rzuci  si  na stra nika, lecz nagle okaza o
si ,  e ju  nie musi.
        W powietrzu co  mign o. Stra nik zacz  si  odwraca  - troch  za pó no. Zgubi  go
spó niony refleks - skutek podesz ego wieku. Kto  wyrwa  mu z r ki bicz neuronowy i
zanim zd

 zrobi  co  wi cej ni  otworzy  usta do krzyku, zdzieli  go nim w skro .

Upad .
        Rik krzykn  co  z ulg , a Terens zawo

:

        - To Valona! Na wszystkie demony Sark, to Valona!

4.
Buntownik

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Terens niemal natychmiast otrz sn  si  ze zdumienia.
        - Wynosimy si ! Szybko! - powiedzia  i ruszy .
        Przez chwil  mia  ochot  zawlec bezw adne cia o stra nika w cie  stoj cych w
przedsionku kolumn, lecz nie by o na to czasu.
        Wyszli na podest; popo udniowe s

ce czyni o  wiat jasnym i ciep ym. Kolory

Górnego Miasta przybra y wszystkie odcienie pomara czu.
        - Szybciej! - ponagla a niespokojnie Valona, ale Mieszczanin przytrzyma  j  za r

.

miecha  si , mówi  cicho i stanowczo.

        - Nie biegnij. Id  spokojnie za mn . Pilnuj Rika. Nie pozwól mu biec.
        Kilka kroków. Zdawa o si ,  e brn  przez klej. Czy te d wi ki za plecami dochodz
z biblioteki? Wyobra nia? Terens nie  mia  spojrze  za siebie.
        - T dy - rzek . Napis nad wskazanym przez niego podjazdem lekko migota  w
popo udniowym blasku. Nie móg  konkurowa  ze s

cem Floriny. G osi : „Wjazd dla

karetek”.
        Na podjazd, bocznym wej ciem i mi dzy niewiarygodnie bia ymi  cianami. Byli jak
bry y obcej materii w aseptycznym celofanie korytarza.
        W oddali dostrzegli kobiet  w uniformie. Przystan a, zmarszczy a brwi i ruszy a ku
nim. Terens nie czeka . Skr ci , przeszed  bocznym korytarzem, potem jeszcze jednym.
Mijali innych ludzi w uniformach i dobrze rozumia  ich niepewne miny. To przypadek
bez precedensu,  eby tubylcy wa sali si  nie pilnowani po górnych poziomach szpitala.
Co robi ?
        Oczywi cie w ko cu zostan  zatrzymani.
        Dlatego serce zamar o mu w piersi, gdy zobaczy  niepozorne drzwi z napisem: „Do
poziomów ni szych pi ter”. Winda by a na ich poziomie. Wepchn  do niej Rika z
Valona i  agodne szarpni cie, z jakim d wig zacz  opada , by o najmilszym
wspomnieniem tego dnia.
        W Mie cie by y trzy rodzaje budynków. Wi kszo  to budynki dolne, stoj ce w
ca

ci na dole. Domy pracowników, najwy ej trzypi trowe. Sk ady, piekarnie,

oczyszczalnie. Inne to budynki górne: domy Sarka czyków, teatry, biblioteka, stadiony
sportowe. Niektóre by y podwójne, mia y wej cia i poziomy zarówno na górze Miasta,
jak i na dole; na przyk ad posterunki si  porz dkowych i szpitale.
        Dlatego mo na by o wykorzysta  szpital do przej cia z Górnego Miasta do Dolnego,
unikaj c wielkich wind towarowych, powolnych i ze w cibsk  obs ug . Przechodz c t dy
tubylec pope nia  przest pstwo, lecz by  to drobiazg dla kogo , kto mia  na koncie
pobicie stra nika.
        Wyszli na dolny poziom. I tu by y nagie, aseptyczne  ciany, lecz nieco mniej bia e,
jakby rzadziej je czyszczono. Znikn y te  wy cie ane  awki, które sta y rz dami w
korytarzach na górze. Wsz dzie rozchodzi  si  niespokojny gwar poczekalni pe nej
czujnych m czyzn i wystraszonych kobiet. Samotna pos ugaczka próbowa a
uporz dkowa  ten ba agan, z kiepskim rezultatem.
        Warcza a na zaro ni tego starszego m czyzn , który podci ga  i opuszcza  pomi
nogawk  wystrz pionych spodni, odpowiadaj c na pytania monotonnym i
przepraszaj cym tonem.
        - Na co w

ciwie pan si  uskar a? Od jak dawna ma pan te bóle? By  pan ju

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kiedy  w szpitalu? S uchajcie, ludzie, nie mo ecie zawraca  nam g owy ka dym

upstwem. Siadaj pan; doktor obejrzy i przepisze nowe lekarstwa. Nast pny! - krzykn a

piskliwie i mrukn a co  pod nosem, spogl daj c na du y zegar na  cianie.
        Terens, Valona i Rik niepostrze enie przeciskali si  w ród czekaj cych. Valona
szepta a gor czkowo, jakby obecno  flori skich ziomków przywróci a jej zdolno
mówienia.
        - Musia am przyj , Mieszczaninie. Tak si  martwi am o Rika. My la am,  e nie
przyprowadzisz go z powrotem i...
        - Jak dosta

 si  do Górnego Miasta? - rzuci  Terens przez rami , przepychaj c si

przez biernie ust puj cy t um.
        - Posz am za wami i widzia am, jak pojechali cie wind . Kiedy znów zjecha a,
powiedzia am windziarzowi,  e jestem z tob , i zabra  mnie.
        - Tak po prostu.
        - Troch  nim potrz sn am.
        - Na demony Sark! - j kn  Terens.
        - Musia am - wyja ni a przygn biona Valona. - Potem widzia am, jak stra nicy
wskazywali wam jaki  budynek. Zaczeka am, a  odjad , i te  tam posz am. Tyle  e nie
odwa

am si  wej  do  rodka. Nie wiedzia am, co robi , wi c chowa am si , a

zobaczy am, jak wychodzicie i ten stra nik zatrzy...
        - Hej, wy tam!
        Ostry, niecierpliwy g os nale

 do recepcjonistki. Sta a za betonowym biurkiem i

stukaj c metalow  linijk  w blat ucisza a zebranych, wymuszaj c pos uch.
        - Mówi  do was, wy tam, co chcecie wyj . Chod cie no tu. Nie mo ecie odej  bez
badania. Nie b dziecie zwalnia  si  z pracy udaj c chorob . Wraca  mi tu!
        Jednak oni ju  wydostali si  w pó cie  Dolnego Miasta. Wokó  unosi y si  zapachy i

wi ki tego, co Sarka czycy nazywali Dzielnic  Tubylcz , a górny poziom znów sta

si  tylko stropem nad ich g owami. Jednak, cho  Valona i Rik mogli odczuwa  ulg ,
wydostawszy si  z przyt aczaj cego bogactwem otoczenia, niepokój dr cz cy Terensa
nie ust pi . Posun li si  za daleko i dlatego nigdzie nie b

 bezpieczni.

        Zaledwie o tym pomy la , gdy Rik zawo

:

        - Patrzcie!
        Terens poczu ,  e  ciska go w gardle.
        To by  chyba najstraszniejszy widok, jaki mogli ujrze  tubylcy. Jakby gigantyczny
ptak sfrun  przez jeden z otworów wiod cych do Górnego Miasta. Zas oni  s

ce i

pog bi  z owieszczy cie  dolnej dzielnicy. Lecz to nie by  ptak. To by  jeden z
uzbrojonych lataj cych pojazdów patrolowych.
        Tubylcy zacz li krzycze  i ucieka  w pop ochu. Mogli nie mie

adnych

szczególnych powodów do obaw, ale i tak uciekali. Jaki  m czyzna, który sta  akurat na
linii pojazdu, niech tnie odsun  si  na bok. Spieszy  gdzie , zaj ty swoimi sprawami,
gdy znalaz  si  w zasi gu nadlatuj cego cienia. Obejrza  si  z kamiennym spokojem. By

redniego wzrostu, ale o niemal groteskowo szerokich ramionach. Rozci ty od mankietu

po pach  r kaw koszuli ods ania  biceps grubo ci m skiego uda.
        Terens waha  si , a Rik i Valona nie mogli niczego zrobi  bez Mieszczanina.
Zastanawia  si  gor czkowo, nie wiedz c, co pocz . Je li pobiegn , to dok d? Je eli tu
zostan , co zrobi ? Mo e stra nicy szukaj  kogo  innego, ale to ma o prawdopodobne,
zwa ywszy,  e jeden z nich le

 rozci gni ty na pod odze biblioteki.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Barczysty m czyzna zbli

 si  ci kim truchtem. Mijaj c ich, zatrzyma  si  na

chwil , jakby czego  niepewny.
        - Piekarnia Khorova, druga na lewo, za pralni  - odezwa  si  do nich tonem
towarzyskiej pogaw dki. I odwróci  si  na pi cie.
        - Chod cie - rzek  Terens.
        Bieg , ca y spocony ze strachu. Przez wrzask t umu s ysza  rozkazy wyszczekiwane
przez stra ników. Zerkn  przez rami . Pó  tuzina mundurowych wyskoczy o z pojazdu,
rozsypuj c si  w szereg. Wiedzia ,  e nie ma szans. W tym przekl tym stroju
Mieszczanina rzuca  si  w oczy jak filar podtrzymuj cy Górne Miasto.
        Dwaj stra nicy biegli w ich kierunku. Nie wiedzia , czy go widz  czy nie, lecz to nie
mia o  adnego znaczenia. Zderzyli si  z barczystym m czyzn , który dopiero co rzuci
Terensowi kilka s ów. Byli tak blisko,  e s ysza  g

ny ryk nieznajomego i przekle stwa

stra ników. Terens popchn  Valon  i Rika za róg.
        Piekarni  Khorova zdobi  niemal nieczytelny szyld z wymy lnie poskr canego
neonowego plastiku, p kni ty w paru miejscach. Z otwartych drzwi s czy  si
charakterystyczny zapach. Nie pozosta o im nic innego jak wej . Tak te  zrobili.
        Jaki  stary cz owiek spojrza  na nich z zaplecza, gdzie dostrzegli przyprószony m
blask pieców mikrofalowych. Nie zd

 zapyta , czego chc .

        - Barczysty m czyzna... - zacz  Terens.
        Roz

 r ce, ilustruj c s owa gestem, gdy z zewn trz dobieg y ich krzyki:

        - Stra nicy! Stra nicy!
        - T dy! Szybko! - powiedzia  starzec ochryp ym g osem.
        Terens stan  jak wryty.
        - T dy?
        - To atrapa - wyja ni  stary.
        Najpierw Rik, potem Valona, a na ko cu Terens weszli kolejno w otwór pieca.
Us yszeli cichy trzask i tylna  ciana pieca poruszy a si , po czym zako ysa a, zwisaj c na
zawiasach. Pchn li j  i znale li si  w ma ym, ciemnym pokoiku.

        Czekali. Pomieszczenie mia o kiepsk  wentylacj , a zapach pieczywa tylko
wzmaga  g ód. Valona u miecha a si  do Rika, od czasu do czasu odruchowo poklepuj c
jego d

. Rik odpowiada  jej spojrzeniem bez wyrazu. W pewnej chwili przycisn  d

do rozpalonego czo a.
        - Mieszczaninie... - zacz a Valona.
        - Nie teraz, Lona! - sykn . - Prosz !
        Otar  czo o wierzchem d oni i spojrza  na wilgotne palce.
        W zamkni tej przestrzeni kryjówki da  si  s ysze  g

ny szcz k. Terens zastyg .

Pod wiadomie uniós  zaci ni te pi ci.
        Barczysty m czyzna przeciska  swe szerokie ramiona przez otwór. Ledwie
przesz y. Popatrzy  na Terensa i u miechn  si .
        - Daj spokój, cz owieku. Nie b dziemy si  bi .
        Terens spojrza  na swoje pi ci i opu ci  je.
        Barczysty by  teraz w znacznie gorszym stanie ni  wtedy, kiedy ujrzeli go po raz
pierwszy. Koszul  na plecach mia  prawie ca kiem podart , a na jednym policzku  wie y
siniak, krwi cie czerwony. M

czyzna mierzy  ich od góry do do u ma ymi oczkami.

        - Przestali szuka  - rzek . - Je li jeste cie g odni, jedzenie mamy tu niewyszukane,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

lecz jest go pod dostatkiem. Co wy na to?
        Nad Miastem zapad a noc. W Górnym Mie cie pali y si

wiat a rozja niaj ce niebo

na wiele mil, lecz w Dolnym Mie cie panowa y g bokie ciemno ci. Na frontowe okno
piekarni opuszczono rolet , aby ukry

wiat o nieprzepisowo pal ce si  po godzinie

policyjnej.
        Rik poczu  si  lepiej po ciep ym posi ku. Ból g owy zacz  ust powa . Spojrza  na
policzek barczystego.
        - Zranili pana? - zapyta  nie mia o.
        - Lekko - odpar  pytany. - Drobiazg. W moim zawodzie zdarza, si  to codziennie.
        Za mia  si , ukazuj c bia e z by.
        - Musieli przyzna ,  e nie zrobi em nic z ego, tylko sta em im na drodze, gdy gonili
kogo  innego. Naj atwiejszym sposobem usuni cia tubylca z drogi jest...
        Machn  r

, jakby trzyma  w niej niewidoczn  pa

.

        Rik skuli  si  i Valona obj a go niespokojnym, opieku czym gestem.
        Barczysty odchyli  si  na krze le, wysysaj c spomi dzy z bów resztki jedzenia.
        - Jestem Matt Khorov - powiedzia  - ale nazywajcie mnie po prostu Piekarzem. A
wy kim jeste cie?
        Terens wzruszy  ramionami.
        - No có ...
        - Rozumiem twój punkt widzenia - rzek  Piekarz. - Im mniej wiesz, tym lepiej.
Mo e. Mo e. Ale mo ecie mi zaufa . Uratowa em was przed stra nikami, prawda?
        - Tak. Dzi kujemy. - Terens nie zdo

 zmusi  si  do serdeczniejszych s ów. - Sk d

wiedzia

,  e to nas  cigaj ? Tam ucieka o sporo ludzi.

        Tamten u miechn  si .
        - Niczyja twarz nie mia a takiego wyrazu jak wasze. Mo na by je zemle  i zrobi  z
nich kred .
        Terens bez skutku próbowa  si  u miechn .
        - Nie wiem, dlaczego ryzykowa

yciem. W ka dym razie dzi kuj . Wiem,  e

„dzi kuj ” to niewiele, ale w tej chwili nie mog  zrobi  nic innego.
        - Nie musisz robi  niczego. - Piekarz opar  szerokie plecy o  cian . - Cz sto zdarzaj
mi si  takie rzeczy. Nie ma w tym nic, co by si  odnosi o do was. Je li stra nicy kogo
goni , staram si  mu pomóc. Nienawidz  stra ników.
        Valona otworzy a usta.
        - I nie masz k opotów?
        - Pewnie,  e mam. Patrz na to.
        Przy

 d

 do posiniaczonego policzka.

        - Chyba nie s dzicie,  e co  takiego mnie powstrzyma. Po to zbudowa em t  atrap
pieca. Dzi ki niemu stra nicy nie mog  mnie przy apa .
        Valona szeroko otworzy a oczy, patrz c na niego z l kiem i podziwem. Piekarz
powiedzia :
        - A czemu nie? Wiecie, ilu Posiadaczy jest na Florinie? Dziesi  tysi cy. A
stra ników? Mo e dwadzie cia tysi cy. Tymczasem nas, tubylców, mieszka tu pi set
milionów. Gdyby my wszyscy powstali przeciw nim...
        Prztykn  palcami.
        Terens rzek :
        - Stan liby my naprzeciw miotaczy igie  i dzia ek laserowych, Piekarzu.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Taak - odpar  tamten. - Musieliby my zdoby  kilka takich. Wy, Mieszczanie, za

ugo przebywali cie w ród Posiadaczy. Boicie si  ich.

        W ci gu kilku godzin  wiat Valony wywróci  si  do góry nogami. Ten cz owiek
walczy  ze stra nikami i rozmawia  z Mieszczaninem jak równy z równym. Kiedy Rik
poci gn  j  za r kaw, delikatnie rozchyli a jego palce i kaza a mu spa . Ledwie na niego
spojrza a. S ucha a, co mówi tamten cz owiek.
        - Nawet z miotaczami igie  i dzia kami laserowymi - ci gn  barczysty - Posiadacze
mog  utrzyma  Florin  jedynie dzi ki stu tysi com Mieszczan.
        Terens wygl da  na obra onego, lecz Piekarz mówi  dalej:
        - Na przyk ad, spójrz na siebie. Bardzo  adne ciuchy. Czyste. Eleganckie. Za

 si ,

e masz fajn  chat , ksi ki, w asny skuter i gwi

esz na godzin  policyjn . Mo esz

nawet wej  do Górnego Miasta, je li chcesz. Posiadacze nie daliby ci tego bez powodu.
        Terens czu ,  e nie powinien da  si  sprowokowa .
        - W porz dku - powiedzia . - A co wed ug ciebie maj  zrobi  Mieszczanie? Walczy
ze stra nikami? Co by to da o? Przyznaj ,  e w moim miasteczku pilnuj  spokoju i dbam
o wykonanie planów, ale troszcz  si  o nie. Staram si  pomaga  wszystkim, w granicach
dopuszczonych prawem. Czy to ma o? Kiedy ...
        - Ach, kiedy . Kto mo e czeka  na kiedy ? Gdy ty i ja b dziemy martwi, có  nam

dzie za ró nica, kto rz dzi Florin ?  adna.

        - Po pierwsze - rzek  Terens - nienawidz  Posiadaczy bardziej ni  ty. Ale... - Urwa  i
poczerwienia .
        - Mów dalej - roze mia  si  Piekarz. - Powtórz to. Nie wydam ci , nie powiem
nikomu,  e nienawidzisz Posiadaczy. Co zrobili cie,  e  cigaj  was stra nicy?
        Terens milcza .
        - Spróbuj  zgadn  - powiedzia  Piekarz. - Kiedy stra nicy wpadli na mnie, byli

ciekli. Naprawd  w ciekli, nie dlatego,  e jaki  Posiadacz im kaza . Znam ich, wi c

wiem. S dz ,  e tylko jedno mog o ich tak wkurzy . R bn li cie którego  z nich. A mo e
nawet zabili cie go.
        Terens nadal milcza .
        Piekarz przemawia  przyjaznym tonem:
        - M drze trzyma  je yk za z bami, Mieszczaninie, ale czasem nadmierna ostro no
to b d. Potrzebna wam pomoc. Oni wiedz , kim jeste cie.
        - Nie, nie wiedz  - zaprzeczy  Terens.
        - W Górnym Mie cie musieli cie pokazywa  przepustki.
        - A kto powiedzia ,  e byli my w Górnym Mie cie?
        - Tak s dz . Za

 si ,  e byli cie.

        - Ogl dali moj  legitymacj , ale nie tak d ugo,  eby przeczyta  nazwisko.
        - Jednak wystarczaj co d ugo,  eby wiedzie , i  jeste  Mieszczaninem. Wystarczy,

e stwierdz , w którym mie cie nie ma Mieszczanina albo który nie ma alibi na

dzisiejszy dzie . Pewnie na ca ej Florinie ju  urywaj  si  telefony. Chyba jeste cie w
tarapatach.
        - Mo liwe.
        - Wiesz,  e tak. Chcecie pomocy?
        Rozmawiali szeptem. Rik skuli  si  w k cie i zasn . Valona wodzi a wzrokiem od
jednego z mówi cych do drugiego. Terens potrz sn  g ow .
        - Nie, dzi ki. Jako  to za atwi .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Piekarz u miechn  si  szeroko.
        - Ciekawe jak. Nie lekcewa  mnie dlatego,  e nie mam wykszta cenia. Mam inne
zalety. Wiesz co, masz ca  noc do namys u. Mo e dojdziesz do wniosku,  e przyda wam
si  pomoc.

        Valona le

a w ciemno ci, z szeroko otwartymi oczami. Jej pos anie sk ada o si

tylko z rzuconego na pod og  koca, ale by o prawie tak samo wygodne jak to, do którego
przywyk a. Rik spa  g boko na innym kocu, w przeciwleg ym rogu. Zawsze spa  mocno
po dniu pe nym wra

, kiedy przesta a go bole  g owa.

        Mieszczanin podzi kowa  za koc, wywo uj c tym u miech Piekarza (wygl da o na
to,  e  mieje si  ze wszystkiego), zgasi wiat o i powiedzia ,  e mo e siedzie  po
ciemku.
        Valonie ani troch  nie chcia o si  spa . Czy za nie jeszcze kiedykolwiek? Przecie
pobi a stra nika!
        Nieoczekiwanie pomy la a o ojcu i matce.
        Pami ta a ich jak przez mg . W ci gu minionych lat niemal o nich zapomnia a.
Jednak teraz przypomnia a sobie, jak szeptali nocami, gdy s dzili,  e ona  pi.
Wspomina a ludzi, którzy przychodzili po zmroku.
        Pewnej nocy obudzili j  stra nicy i zadawali pytania, których nie rozumia a, ale
stara a si  na nie odpowiedzie . Ju  nigdy nie ujrza a rodziców. Powiedziano jej,  e
odeszli, a nast pnego dnia pos ano j  do pracy, chocia  inne dzieci zaczyna y pracowa
dopiero dwa lata pó niej. Ludzie ogl dali si  za ni , a innym dzieciom nie pozwalano
bawi  si  z ni , nawet po pracy. Nauczy a si  samotno ci. Nauczy a si  nie odzywa .
Dlatego  miali si  z niej i nazywali g upi  Du  Lona.
        Dlaczego dzisiejsza rozmowa przypomnia a jej rodziców?
        - Valono.
        G os rozleg  si  tak blisko,  e oddech mówi cego rozwia  jej w osy, i by  tak cichy,

e ledwie go s ysza a. Zesztywnia a, troch  ze strachu, a troch  ze zmieszania. Jej nagie

cia o by o okryte tylko cienkim prze cierad em.
        - Nic nie mów - powiedzia  Mieszczanin. - Tylko s uchaj. Wychodz . Drzwi nie s
zamkni te. Wróc . S yszysz? Rozumiesz?
        W ciemno ci chwyci a go za r

 i  cisn a.

        - Uwa aj na Rika. Nie spuszczaj go z oka. Poza tym... - urwa  na d

sz  chwil .

Potem doko czy : - Nie ufaj zbytnio Piekarzowi. Nie znam go. Zrozumia

?

        Us ysza a cichy szmer i jeszcze cichsze skrzypni cie; odszed . Podpar a si  na

okciu. Oprócz oddechów Rika i jej teraz nie by o s ycha  niczego.

        Potar a palcami oczy, przyciskaj c ga ki, usi uj c zebra  my li. Dlaczego
Mieszczanin, który wiedzia  wszystko, powiedzia  co  takiego o Piekarzu, który
nienawidzi  stra ników i uratowa  ca  trójk ?
        Tylko jedno przysz o jej do g owy. On tam by . W

nie gdy sprawy przyj y

najgorszy obrót, Piekarz zjawi  si  i odpowiednio zadzia

. Prawie tak, jakby wszystko

zosta o zaaran owane albo jakby Piekarz czeka  na taki rozwój wydarze .
        Potrz sn a g ow . To naprawd  dziwne. Gdyby nie s owa Mieszczanina, taka my l
nigdy nie przysz aby jej do g owy.
        Cisz  przerwa o g

ne i niespodziewane pytanie.

        - Hej? Jeste cie tam jeszcze?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Zamar a, gdy pad  na ni  strumie

wiat a. Powoli rozlu ni a si  i okry a

prze cierad em a  po szyj .  wiat o przesun o si  w bok.
        Nie mia a w tpliwo ci, kim jest mówi cy. Jego barczysta, przysadzista sylwetka
by a dobrze widoczna w przy mionym  wietle odbitym od  cian.
        - Có , my la em,  e pójdziesz z nim - powiedzia  Piekarz.
        - Z kim, prosz  pana? - zapyta a niepewnie.
        - Z Mieszczaninem. Wiesz,  e poszed . Nie tra  czasu na udawanie.
        - On wróci, prosz  pana.
        - Czy powiedzia ,  e wróci? Je li tak, to  le zrobi. Wpadnie w r ce stra ników. Ten
Mieszczanin nie jest zbyt sprytny; gdyby by , wiedzia by,  e celowo zostawi em otwarte
drzwi. Ty te  zamierzasz odej ?
        - Zaczekam na Mieszczanina - odpar a Valona.
        - Jak chcesz. B dziesz d ugo czeka . Mo esz odej , kiedy tylko zechcesz.
        Promie  latarki nagle przesun  si  po pod odze, wydobywaj c z mroku blad ,
wyn dznia  twarz Rika. Powieki  pi cego odruchowo zacisn y si , ale spa  dalej.
        - Je li jednak zechcesz i  - powiedzia  Piekarz z naciskiem - pami taj,  e on zostaje
tu. My

,  e mnie rozumiesz. Je eli zamierzasz odej , drzwi s  otwarte, ale nie dla

niego.
        - Przecie  to tylko biedny, chory ch opak... - zacz a Valona piskliwym,
przestraszonym g osem.
        - Tak? No có , ja zbieram biednych chorych ch opców i ten tu zostaje. Pami taj!
        Strumie

wiat a nie schodzi  z twarzy  pi cego Rika.

5.
Uczony

        Doktor Selim Junz niecierpliwi  si  od roku, ale cz owiek nie przyzwyczaja si  do
niecierpliwo ci. Raczej wprost przeciwnie. Pomimo to ten rok nauczy  go,  e sarka skiej
administracji nie da si  pop dza ; tym bardziej  e sk ada a si  w wi kszo ci z
przeniesionych tu Flori czyków, straszliwie czu ych na punkcie swojej godno ci.
        Kiedy  zapyta  starego Abla, ambasadora Trantora, który mieszka  na Sark tak

ugo,  e prawie zapu ci  tu korzenie, dlaczego Sarka czycy pozwalaj , aby w ich

ministerstwach kierowali ró nymi sprawami ludzie, którymi tak g boko gardz .
        Abel zmru

 oczy, patrz c na niego znad kielicha zielonego wina.

        - Polityka, Junz - powiedzia . - Polityka. Praktyczne zastosowanie genetyki, zgodnie
z sarka sk  logik . Ich  wiat jest ma y i niewiele znacz cy, a oni maj  co  do
powiedzenia tylko dlatego,  e kontroluj  t  kopalni  z ota - Florin . Tak wi c co roku
przeczesuj  pola i wioski Floriny i zabieraj  najzdolniejsz  m odzie  na Sark, na
przeszkolenie.  redniakom ka  wype nia  formularze, przewraca  kartki i podpisywa
papierki, tych za  naprawd  zdolnych odsy aj  na Florin  jako tubylczych zarz dców
miast. Nazywaj  ich Mieszczanami.
        Doktor Junz by  kosmoanalitykiem. Nie widzia  w tym wszystkim g bszego sensu.
Powiedzia  to rozmówcy.
        Abel wyci gn  w jego kierunku gruby palec wskazuj cy i zielony blask s cz cy si
z kielicha dotkn  krzywego paznokcia, t umi c chorobliw , 

toszar  barw .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nie nadajesz si  na administratora - rzek . - Nie pro  mnie o rekomendacj .
Widzisz, najinteligentniejsi obywatele Floriny ca ym sercem popieraj  Sarka czyków,
poniewa  s

c im, maj  si  ca kiem dobrze, natomiast gdyby odwrócili si  od nich, w

najlepszym razie mogliby oczekiwa  powrotu do typowej flori skiej egzystencji, która
nie jest ciekawa, przyjacielu, nie jest ciekawa.
        Jednym haustem wypi  wino i mówi  dalej.
        - Co wi cej, ani Mieszczanom, ani urz dnikom na Sark nie wolno mie  potomstwa,
za to grozi utrata stanowiska. Nawet z Florinkami. Stosunki z kobietami z Sark, rzecz
jasna, nie wchodz  w rachub . W ten sposób najlepsze flori skie geny s  ustawicznie
wycofywane z obiegu, tak  e w ko cu Florina stanie si  planet  drwali i nosicieli wody.
        - Ale nie b

 te  mieli urz dników.

        - To melodia dalekiej przysz

ci.

        Doktor Junz siedzia  teraz w jednej z poczekalni Urz du do Spraw Floriny i
niecierpliwie czeka , a  przepuszcz  go przez kolejne szczeble, podczas gdy flori scy
urz dnicy bez ko ca b dzili w biurokratycznym labiryncie.
        Stan  przed nim Flori czyk, który postarza  si  i pomarszczy  w wieloletniej

bie.

        - Doktor Junz?
        - Tak.
        - Prosz  ze mn .
        Migaj cy numer na ekranie wywo

by go równie skutecznie, a fluoryzuj ce strza ki

w powietrzu mog y go zaprowadzi  do celu, lecz tam, gdzie robotnik jest tani, nie ma
potrzeby nikogo zast powa . Junz nie bez powodu pomy la  „robotnik”. W  adnym z
sarka skich ministerstw nie widzia  kobiet. Florinki zostawiano na ich planecie, oprócz
nielicznych s

cych, którym te  zreszt  nie wolno by o mie  dzieci, miejscowe kobiety

za , jak powiedzia  Abel, nie wchodzi y w rachub .
        Gestem wskazano mu miejsce przed biurkiem asystenta podsekretarza. Zorientowa
si  przeczytawszy tytu

wiec cy si  na blacie biurka.  aden Flori czyk nie móg , rzecz

jasna, by  nikim wi cej ni  asystentem, cho by nie wiem ile nici w adzy trzyma  w
swoich bia ych palcach. Podsekretarz i sekretarz b

 Sarka czykami, ale z kolei Junz

wiedzia ,  e mo e ich spotka  na gruncie towarzyskim, nigdy tu, w ministerstwie.
        Siedzia , zniecierpliwiony, ale bli szy celu. Asystent uwa nie przegl da
dokumenty, przewracaj c ka

 drobno zapisan  stron , tak jakby zawiera a tajemnice

Wszech wiata. By  bardzo m ody, zapewne absolwent tegorocznego kursu, i jak wszyscy
Flori czycy jasnow osy i jasnoskóry.
        Junz poczu  atawistyczn  niech . Sam pochodzi  z planety Libair i - jak ka dy jej
mieszkaniec - mia  skór  z wysok  zawarto ci  pigmentu, ciemnobr zow . Na niewielu

wiatach w Galaktyce spotyka o si  tak kra cowe barwy skóry jak na Libairze czy na

Florinie. Regu  by y raczej odcienie po rednie.
        Niektórzy z radykalnych m odych antropologów przychylali si  do tezy,  e ludzie ze

wiatów takich jak na przyk ad Libair powstali w wyniku niezale nej, konwergentnej

ewolucji. Starsi ze z

ci  odrzucali teori  o odr bnych drogach rozwoju, prowadz cych

do powstania ró nych gatunków mog cych krzy owa  si  ze sob  - co by o powszechne
na wszystkich  wiatach Galaktyki. Upierali si ,  e na swej rodzinnej planecie,
którejkolwiek by przypada  ten zaszczyt, ludzko  by a ju  podzielona na grupy o ró nej

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pigmentacji.
        Taka teoria jedynie odsuwa a problem w czasie i niczego nie wyja nia a, wi c Junz

adnej z nich nie uwa

 za s uszn . Nawet teraz cz sto zastanawia  si  nad tym

problemem. Z niewiadomych powodów na planetach czarnoskórych przetrwa y stare
legendy. Na przyk ad libaira skie mity mówi y o czasach wojen mi dzy lud mi o ró nej
pigmentacji, a pierwsz  koloni  na Libairze mieli za

 br zowoskórzy uciekaj cy po

przegranej bitwie.
        Gdy doktor Junz opu ci  Libair, udaj c si  do Arkturia skiego Instytutu Technologii
Kosmicznej, i kiedy zacz  pracowa  w swoim zawodzie, te dawne legendy zosta y
zapomniane. Raz tylko zastanawia  si  nad nimi powa nie. Zdarzy o si  to na jednym ze
staro ytnych  wiatów w sektorze Centaura, gdzie pe ni  swe obowi zki; jednym z tych

wiatów, których histori  mierzy si  na tysi clecia, a których archaiczne dialekty mo e s

owym zapomnianym i mitycznym j zykiem - angielszczyzn . Tam us ysza  specjalne

owo okre laj ce cz owieka o czarnej skórze.

        Po co u ywa  specjalnego s owa na okre lenie cz owieka o czarnej skórze? Nie ma
specjalnego s owa na cz owieka z niebieskimi oczami, wielkimi uszami czy kr conymi

osami. Nie ma... Suchy g os urz dnika przerwa  te rozwa ania.

        - Z dokumentów wynika,  e by  pan ju  w naszym urz dzie.
        - Istotnie, prosz  pana - odpar  szorstko Junz.
        - Jednak nie ostatnio.
        - Nie, nie ostatnio.
        - Nadal poszukuje pan kosmoanalityka, który znikn ... - urz dnik przerzuci  papiery
- ...oko o jedena cie miesi cy i trzyna cie dni temu.
        - Zgadza si .
        - Od tego czasu - rzek  asystent suchym, beznami tnym g osem, z którego
najwidoczniej wyci ni to ca y sok uczu  - nie znaleziono  adnego  ladu tego cz owieka
ani  adnego dowodu,  e kiedykolwiek by  na terytorium Sark.
        - Nim znikn  - przypomnia  naukowiec - przebywa  w Kosmosie w pobli u Sark.
        Urz dnik podniós  g ow  i przez chwil  spojrzenie jego bladoniebieskich oczu
zogniskowa o si  na twarzy Junza; szybko spu ci  wzrok.
        - To mo liwe, lecz nie ma  adnego dowodu jego obecno ci na Sark.
         adnego dowodu! Doktor Junz zacisn  wargi. To samo od wielu miesi cy
powtarzano mu z rosn cym zniecierpliwieniem w Mi dzygwiezdnym Biurze
Kosmoanalizy.
         adnego dowodu, doktorze Junz. Uwa amy,  e traci pan swój cenny czas, doktorze
Junz. Biuro dopilnuje dalszych poszukiwa , doktorze Junz.
        A naprawd  chcieli w ten sposób powiedzie : „Przesta  marnowa  nasz  fors ,
Junz!”
        Wszystko zacz o si , jak dok adnie okre li  urz dnik, jedena cie miesi cy i
trzyna cie dni temu Mi dzygwiezdnego Czasu Standardowego (urz dnik oczywi cie w
sprawach takiej wagi nie  mia by u

 miejscowej miary czasu). Dwa dni przedtem Junz

wyl dowa  na Sark, aby przeprowadzi  rutynow  inspekcj  pracy biura, która zmieni a
si  w... No w

nie, zamieni a si  w to, czym jest teraz.

        Powita  go miejscowy przedstawiciel MBK, w

y m ody cz owiek, który utrwali

si  w pami ci doktora Junza g ównie dzi ki temu,  e przez ca y czas 

 jaki  elastyczny

produkt sarka skiego przemys u chemicznego.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Kiedy inspekcja dobiega a szcz liwego ko ca, miejscowy agent przypomnia  sobie
co , umie ci  trwa owtyk w okolicy migda ków i powiedzia :
        - Wiadomo  od jednego z pracowników terenowych, doktorze Junz. Pewnie nic
wa nego. Zna pan ich.
        Normalny objaw lekcewa enia: „Zna pan ich”. Doktor Junz spojrza  na niego z
nag  irytacj . Mia  ochot  powiedzie ,  e pi tna cie lat temu on sam by  „pracownikiem
terenowym”, kiedy przypomnia  sobie,  e po trzech miesi cach nie móg  ju  tego znie .
Jednak ta odrobina z

ci sprawi a,  e przeczyta  wiadomo  ze szczególn  uwag .

        Oto jej tre :

        Prosz  utrzymywa  bezpo redni

czno  po kodowanej linii z Kwater  G ówn

MBK w oczekiwaniu na szczegó owe wiadomo ci w sprawie niezwyk ej wagi. Dotyczy
ca ej Galaktyki. L duj  po najkrótszej trajektorii.

        Agent by  ubawiony. Jego szcz ki podj y swój monotonny ruch, gdy mówi :
        - Prosz  to sobie wyobrazi . „Dotyczy ca ej Galaktyki”. To doskona e, nawet jak na
pracownika terenowego. Wywo

em go zaraz po otrzymaniu tej wiadomo ci,  eby

dowiedzie  si  czego  sensownego oprócz tego be kotu. Wci  powtarza ,  e  ycie
ka dej  ywej istoty na Florinie jest w niebezpiecze stwie. No wie pan, pó  miliarda
istnie  na szali. Gada  jak psychopata. Prawd  mówi c, nie mia em ochoty prowadzi  go
po l dowaniu. Co pan proponuje?
        - Czy ma pan zapis waszej rozmowy? - spyta  Junz.
        - Tak, prosz  pana.
        Po kilkuminutowym poszukiwaniu znaleziono zwitek mikrofilmu.
        Junz obejrza  go na czytniku. Zmarszczy  brwi.
        - To kopia, prawda?
        - Orygina  wys

em do sarka skiego Biura Transportu Pozaplanetarnego. S dzi em,

e powinni czeka  na l dowisku z karetk . Na pewno by o z nim kiepsko.

        Doktor Junz mia  ochot  przytakn  m odemu cz owiekowi. Gdy samotni analitycy
kosmicznych otch ani za amuj  si  w czasie pracy, ich psychopatie mog  przybiera
gwa town  form .
        - Zaraz - rzek  nagle. - Mówi pan, jakby on jeszcze nie wyl dowa .
        Agent wygl da  na zdziwionego.
        - Chyba wyl dowa , ale nikt mnie o tym nie zawiadomi .
        - No có , niech pan zadzwoni do transportu i dowie si  szczegó ów. Psychopata czy
nie, wszystko ma by  w raporcie.
        Kosmoanalityk wpad  tam ponownie nast pnego dnia, na krótk  kontrol  tu  przed
opuszczeniem planety. Mia  do za atwienia inne sprawy, na innych  wiatach i spieszy
si . Ju  wychodz c, rzuci  przez rami :
        - A jak tam nasz pracownik terenowy?
        - Ach, tak - odpar  agent. - W

nie chcia em panu powiedzie . W transporcie nic o

nim nie wiedz . Pos

em im wzór energetyczny silników hiperatomowych jego statku, a

oni mówi ,  e nie ma go nigdzie w pobliskiej przestrzeni. Facet musia  zmieni  zdanie i
nie wyl dowa .
        Doktor Junz postanowi  opó ni  swój odlot o dwadzie cia cztery godziny.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nast pnego dnia uda  si  do Biura Transportu Pozaplanetarnego w Sark City, stolicy
planety. Tam po raz pierwszy spotka  flori skich biurokratów, którzy zgodnie potrz sali

owami. Och tak, otrzymali wiadomo  dotycz

 zamierzonego l dowania analityka z

MBK, ale  aden statek nie wyl dowa .
        To wa ne, nalega  Junz. Ten cz owiek by  bardzo chory. Czy nie otrzymali zapisu
jego rozmowy z miejscowym agentem MBK? Szeroko otwierali oczy. Zapis? Nie znalaz
si  nikt, kto potwierdzi by odbiór dokumentu. Przykro im, je li ten cz owiek by  chory,
ale nie wyl dowa  tu  aden statek MBK i  adnego statku MBK nie by o w pobliskiej
przestrzeni.
        Doktor Junz wróci  do hotelu i zacz  rozmy la . Min  kolejny termin planowanego
odlotu. Zadzwoni  do recepcji i poprosi  o przeniesienie do innego pokoju, bardziej
odpowiedniego na d

szy pobyt. Potem zaaran owa  spotkanie z Ludiganem Ablem,

ambasadorem Trantora.
        Nast pny dzie  sp dzi  czytaj c ksi ki o historii Sark, a gdy nadesz a pora
spotkania z Ablem, serce wybija o mu powolny, gniewny werbel. Wiedzia ,  e nie
zrezygnuje tak  atwo.
        Stary ambasador potraktowa  wizyt  jako towarzysk , u cisn  mu d

, przywo

mechanicznego barmana i przez pierwsze dwa drinki nie dopu ci  do jakiejkolwiek
dyskusji na tematy urz dowe. Junz wykorzysta  okazj , spyta  o flori sk  administracj  i
otrzyma  informacj  o praktycznym wykorzystaniu genetyki na Sark. Jego z
spot gowa a si .
        Junz zawsze pami ta  Abla takim, jakim widzia  go tego dnia. G boko osadzone
oczy, przymkni te pod zdumiewaj co bia ymi brwiami, haczykowaty nos nieustannie
wisz cy nad kraw dzi  kielicha, zapadni te policzki podkre laj ce szczup

 twarzy i

cia a oraz s katy paluch zdaj cy si  porusza  w rytmie bezd wi cznej muzyki. Junz
zacz  swoj  opowie , krótk  i zwi

. Abel s ucha  uwa nie, nie przerywaj c. Kiedy

Junz sko czy , stary ambasador delikatnie otar  wargi.
        - No tak. Czy zna pan tego cz owieka, który znikn ?
        - Nie.
        - I nie widzia  go pan?
        - Rzadko si  widuje naszych pracowników terenowych.
        - Czy przedtem miewa  urojenia?

        - Wed ug jego akt w centrali MBK zdarzy o mu si  to po raz pierwszy - je li to by o
urojenie.
        - Je li? - ambasador nie rozwija  tej my li. Powiedzia : - I dlaczego przyszed  pan z
tym do mnie?
        - Potrzebuj  pomocy.
        - Najwidoczniej. Tylko jakiej? Co mog  zrobi ?
        - Zaraz wyja ni . Sarka skie Biuro Transportu Pozaplanetarnego sprawdzi o
poblisk  przestrze  na wzór energetyczny silników statku naszego cz owieka - nigdzie
nie ma ani  ladu. Nie ok amywaliby mnie. Nie mówi ,  e Sarka czycy brzydz  si

amstwem, ale na pewno brzydz  si  niepotrzebnym k amstwem, a musz  wiedzie ,  e

mog  to sprawdzi  w ci gu godziny czy dwóch.
        - Racja. I co?
        - Tylko w dwóch przypadkach nie mo na wykry

ladu wzoru energetycznego.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Kiedy statku nie ma w pobliskiej przestrzeni, poniewa  przeszed  w nadprzestrze  i
znajduje si  w innym rejonie Galaktyki, oraz gdy nie ma go w Kosmosie, gdy
wyl dowa  na planecie. Nie uwierz ,  e nasz cz owiek wykona  skok przez
nadprzestrze . Je li jego twierdzenia o zagro eniu Floriny i ca ej Galaktyki s
urojeniami, nic nie powstrzyma oby go od przybycia na Sark i z

enia raportu. Nie

zmieni by zdania i nie odlecia by. Mam pi tnastoletnie do wiadczenie w takich
sprawach. Je eli za  przypadkiem jego twierdzenia by y prawdziwe i realne, sprawa by a
zbyt powa na, aby móg  zmieni  zdanie i opu ci  poblisk  przestrze .
        Stary Trantorianin podniós  palec i pokiwa  nim lekko.
        - St d wysnu  pan wniosek,  e on jest na Sark.
        - W

nie. I znów mamy dwie mo liwo ci. Pierwsza, je li popad  w jak  psychoz ,

móg  wyl dowa  gdziekolwiek na planecie, poza portem kosmicznym. Mo e b ka  si
po planecie, chory i z zanikiem pami ci. To bardzo ma o prawdopodobne, nawet w
przypadku pracowników terenowych, ale czasem si  zdarza o. W takich przypadkach
napady s  zazwyczaj chwilowe. Gdy mijaj , ofiara najpierw przypomina sobie szczegó y
swojej pracy, zanim wróc  jej osobiste wspomnienia. Mimo wszystko - kosmoanaliza to
zaj cie na ca e  ycie. Dotkni ci amnezj  cz sto zostaj  z apani, gdy wchodz  do
publicznych bibliotek,  eby poszuka  informacji o kosmoanalizie.
        - Rozumiem. A zatem chce pan,  ebym pomóg  panu wymóc na Radzie
Bibliotekarzy zgod  na informowanie pana o takim przypadku.
        - Nie, gdy  nie przewiduj  tu  adnych problemów. Poprosz ,  eby pewne
podstawowe dzie a z dziedziny kosmoanalizy wci gni to na specjaln  list  i aby
ka dego, kto o nie zapyta, a nie zdo a dowie ,  e jest rodowitym Sarka czykiem,
zatrzymano i przes uchano. Zgodz  si , poniewa  b

 wiedzieli albo niektórzy ich

zwierzchnicy b

 wiedzieli,  e ten plan na nic si  nie zda.

        - Dlaczego?
        - Dlatego - Junz mówi  coraz szybciej, dygoc c z w ciek

ci -  e jestem pewien,  e

nasz cz owiek wyl dowa  w kosmoporcie Sark City dok adnie tak, jak zamierza , po
czym - zdrów na umy le czy nie - zosta  uwi ziony lub zabity przez w adze sarka skie.
Ale ja si  tego dowiem.
        Abel odstawi  prawie pusty kielich.
        -  artuje pan? Zabity?
        - Czy wygl dam na  artownisia? A co powiedzia  mi pan pó  godziny temu o
Sarka czykach? Ich  ycie, bogactwo i w adza zale  od zachowania kontroli nad Florin .
Czego dowiedzia em si  przez ostatnie dwadzie cia cztery godziny o ich historii? Tego,

e bogactwem Sark s  pola kyrtu na Florinie. I oto zjawia si  cz owiek, normalny czy nie,

oboj tne, który twierdzi,  e co , co ma znaczenie dla ca ej Galaktyki, zagrozi  yciu
ka dego m czyzny i ka dej kobiety na Florinie. Prosz  spojrze  na zapis ostatniej
rozmowy z naszym cz owiekiem.
        Abel wzi  rolk  filmu, który rzuci  mu Junz, i przyj  podany czytnik. Powoli
przeczyta  wiadomo , mru

c i wyt

aj c bladoniebieskie oczy.

        - Niewiele z tego wynika.
        - Oczywi cie. Wiadomo,  e zagra a jakie  niebezpiecze stwo. I trzeba si

pieszy .

To wszystko. Jednak nie wolno by o posy

 tego Sarka czykom. Nawet gdyby ten

cz owiek myli  si , czy sarka ski rz d pozwoli by mu szerzy  takie ob ka cze pog oski -
je eli by y ob ka cze - po ca ej Galaktyce? Nawet abstrahuj c od paniki, jak  mog y

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wywo

 na Florinie, przeszkadzaj c w produkcji w ókien kyrtu, pozostaje faktem,  e w

ten sposób ujawni by przed ca  Galaktyk  to paskudne bagno, jakim s  stosunki
polityczne mi dzy Sark a Florin . Tymczasem, aby tego unikn , wystarczy o usun
tylko jednego cz owieka, gdy  ja nie mog  podj  dzia ania opieraj c si  tylko na tym
zapisie, o czym oni doskonale wiedz . Czy w takim wypadku Sarka czycy zawahaliby
si  przed morderstwem? Ci eksperymentatorzy genetyczni - jak pan ich przed chwil
przedstawi  - na pewno nie wahaliby si  ani chwili.
        - A czego oczekuje pan ode mnie? Musz  powiedzie ,  e nadal nie jestem pewien. -
Abel nie wygl da  na poruszonego.
        - Niech pan dowie si , czy go zabili - rzek  ponuro Junz. - Musi pan tu mie  swoich
szpiegów. Och, prosz  nie zaprzecza . Wystarczaj co d ugo t uk  si  po Galaktyce,  eby
utraci  z udzenia. Prosz  zg bi  t  tajemnic , podczas gdy ja b

 odwraca  ich uwag

negocjuj c z bibliotekarzami. A kiedy przekona si  pan,  e naprawd  s  mordercami,
chcia bym, aby Trantor zadba  o to,  eby  aden rz d w Galaktyce nie wyobra

 sobie, i

mo e bezkarnie zabija  ludzi MBK.
        Na tym zako czy o si  jego pierwsze spotkanie z Ablem.
        Junz nie pomyli  si  w jednej sprawie. Sarka scy urz dnicy byli ch tni, a nawet
uprzedzaj co grzeczni, gdy chodzi o o wspó prac  z bibliotekami.
        Jednak wydawa o si ,  e pomyli  si  w czym  innym. Mija y miesi ce, a agenci
Abla nigdzie nie mogli znale

ladu zaginionego pracownika MBK,  ywego ani

umar ego.
        Tak by o przez jedena cie miesi cy. Junz ju  by  niemal gotowy zrezygnowa . W
duchu postanowi  poczeka  jeszcze miesi c, nie d

ej. Nagle nast pi  prze om, i to

wcale nie za spraw  Abla, lecz prawie zapomnianego samotnego strzelca, którego Junz
osobi cie zaanga owa . Wp yn  raport z Biblioteki Publicznej Sark i Junz znalaz  si
przed flori skim urz dnikiem w Urz dzie do Spraw Floriny.

        Urz dnik uporz dkowa  spraw  w my lach. Przewróci  ostatni  stron . Podniós

ow .

        - I co mog  dla pana zrobi ?
        Junz poinformowa  go zwi le.
        - Wczoraj, o czwartej dwadzie cia dwie po po udniu zawiadomiono mnie,  e we
flori skiej filii Biblioteki Publicznej w Sark zatrzymano dla mnie cz owieka, który
usi owa  skorzysta  z dwóch podstawowych dzie  z zakresu kosmoanalizy i nie by
rodowitym Sarka czykiem. Od tamtej pory nie mia em  adnych wiadomo ci z biblioteki.
        Mówi  dalej, podnosz c g os, by zakrzycze  urz dnika, który próbowa  co  wtr ci .
        - Telewizyjny biuletyn informacyjny z publicznego przeka nika w hotelu, w którym
rezyduj , pod wczorajsz  dat  i godzin  pi

 zero pi  po po udniu podaje,  e we

flori skiej filii Biblioteki Publicznej w Sark zosta  og uszony cz onek Stra y Flori skiej,
i  e poszukuje si  trojga tubylców podejrzanych o to przest pstwo. Tej wiadomo ci nie
podano w pó niejszych biuletynach. Nie ma w tpliwo ci,  e obie te informacje maj  ze
sob  zwi zek. Jestem przekonany,  e cz owiek, którego szukam, znajduje si  w r kach
Stra y Flori skiej. Prosi em o zezwolenie na przelot na Florin  i odmówiono mi.
Po czy em si  podprzestrzennie z Florin  i za da em, aby przys ano tego cz owieka na
Sark. Nie otrzyma em  adnej odpowiedzi. Przybywam do Urz du do Spraw Floriny
domaga  si  podj cia odpowiednich kroków. Albo ja polec  tam, albo on przyleci tutaj.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Bezduszny g os urz dnika powiedzia :
        - W adze Sark nie mog  przyjmowa  ultimatum oficerów MBK. Zosta em
ostrze ony przez moich zwierzchników,  e zapewne b dzie pan domaga  si  odpowiedzi
w tej sprawie i poinstruowano mnie co do faktów, jakie wolno mi panu wyjawi .
Cz owiek, który usi owa  skorzysta  z zastrze onych dzie , wraz z dwoma innymi
osobami - Mieszczaninem i flori sk  kobiet  - istotnie pope ni  zbrodni , o jakiej pan
wspomnia . Byli  cigani przez stra ników. Jednak e nie zostali schwytani. Junz poczu

bokie rozczarowanie, którego nawet nie próbowa  ukry . - Uciekli?

        - Niezupe nie. Stwierdzono, i  ukryli si  w piekarni niejakiego Matta Khorova.
        - I pozwolono im tam zosta ? - zdumia  si  Junz.
        - Czy ostatnio konferowa  pan z Jego Ekscelencj  Ludiganem Ablem?
        - Co to ma...
        - Poinformowano nas,  e cz sto widywano pana w ambasadzie trantoria skiej.

        - Nie widzia em ambasadora od tygodnia.
        - Proponuj  wi c,  eby si  pan z nim spotka . Nie ruszali my przest pców w
piekarni Khorova z uwagi na dobro naszych mi dzygwiezdnych stosunków z Trantorem.
Poinstruowano mnie, abym panu powiedzia  - je li oka e si  to konieczne -  e Khorov,
co zapewne pana nie zdziwi - przy tych s owach blad  twarz urz dnika wykrzywi
grymas szyderczego u miechu - jest dobrze znany naszemu Ministerstwu
Bezpiecze stwa jako agent Trantora.

6.
Ambasador

        Dziesi  godzin przed rozmow  Junza z urz dnikiem Terens opu ci  piekarni
Khorova.
        Krocz c ostro nie ulicami Miasta, Terens wodzi  d oni  po chropowatych  cianach
robotniczych chat. Panuj ce wokó  g bokie ciemno ci rozja nia  tylko s aby, migotliwy
odblask  wiate  z Górnego Miasta. Jedynymi  wiat ami pochodz cymi z Dolnego Miasta
by y 

tawe b yski latarek stra ników, którzy maszerowali po dwóch i po trzech.

        Dolne Miasto le

o pogr one we  nie jak chory potwór, którego  liskie

wn trzno ci skrywa a b yszcz ca kopu a górnych poziomów. Jego cz

 zapewne t tni a

ukrytym  yciem, tam, gdzie przywo ono i magazynowano produkty, jednak nie tu, nie w
slumsach.
        S ysz c odleg y stukot kroków, Terens skry  si  w zakurzonej uliczce (nawet
conocne flori skie deszcze ledwie dociera y w os oni te miejsca pod  elazobetonem).

wiat a b ysn y, min y go i znikn y sto metrów dalej.

        Stra nicy maszerowali tam i z powrotem przez ca  noc. Wystarczy o,  e tak
chodzili. L k, jaki budzili, pozwala  utrzyma  porz dek niemal bez u ycia si y. W
pozbawionym  wiate  mie cie ciemno  mog a by  os on  dla ca ych rzesz przest pców,
lecz nawet gdyby nie pilnowali go stra nicy, takie niebezpiecze stwo nie istnia o. Sk ady

ywno ci i warsztaty by y dobrze strze one, luksusy Górnego Miasta niedost pne, a

próby wzajemnego okradania si ,  erowania na n dzy innych z góry skazane na
niepowodzenie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        To, co na innych  wiatach uwa ano za przest pstwo, w tych ciemno ciach
praktycznie nie istnia o. Biedni byli pod r

, lecz ju  zostali oskubani do czysta, bogaci

za  byli dos ownie poza zasi giem.
        Terens skrada  si . Gdy przechodzi  pod jednym z otworów w  elbetowej p ycie,
jego twarz b ysn a w mroku jak bia a plama. Mimowolnie spojrza  w gór .
        Poza zasi giem!
        Czy rzeczywi cie nie mo na ich dosi gn ? Ile ju  razy zmieni  si  jego stosunek do
Posiadaczy? B

c dzieckiem, my la  o nich dziecinnie. Stra nicy byli potworami w

czerni i srebrze, przed którymi nale

o ucieka , nawet je li nie zrobi

 niczego z ego.

Posiadacze byli zagadkowymi i bajkowymi supermenami, niezwykle dobrymi,  yj cymi
w raju znanym jako Sark, ustawicznie i cierpliwie zabiegaj cymi o dobro niem drych

czyzn i kobiet Floriny.

        Codziennie powtarza  w szkole: „Niech Duch Galaktyki strze e Posiadaczy, tak jak
oni strzeg  nas”.
        Tak, pomy la  teraz, w

nie. W

nie tak! Niech Duch b dzie dla nich tym, czym

oni s  dla nas. Ni mniej, ni wi cej. Zacisn  pi ci a  do bólu.
        Kiedy mia  dziesi  lat, napisa  wypracowanie o tym, jak wyobra a sobie  ycie na
Sark. Popu ci  wodze twórczej wyobra ni, chc c popisa  si  umiej tno ci  pisania.
Niewiele z tego pami ta , w

ciwie tylko jeden akapit. Opisa  w nim Posiadaczy, jak

zbieraj  si  ka dego ranka w wielkiej sali o  cianach koloru kwiatów kyrtu,
sze ciometrowych olbrzymów, którzy stoj c dostojnie, debatuj  nad grzechami
Flori czyków i z powag  i smutkiem rozwa aj , jak nak oni  ich do cnotliwego  ycia.
        Nauczyciel by  bardzo zadowolony i pod koniec roku, kiedy inni ch opcy nadal
ucz szczali na krótkie lekcje czytania, pisania i moralno ci, on zosta  przeniesiony do
specjalnej klasy, w której uczy  si  matematyki, galaktografii i historii Sark. W wieku
szesnastu lat zabrano go na Sark.
        Wci  pami ta  ten wspania y dzie  i wzdrygn  si  na samo jego wspomnienie. Na
my l o nim czu  dojmuj cy wstyd.
        Teraz zbli

 si  do kra ca miasta. Sporadyczne podmuchy wiatru przynosi y ci ki,

nocny zapach kwiatów kyrtu. Jeszcze kilka minut i znajdzie si  w stosunkowo
bezpiecznym miejscu - w ród pól, po których nie kr

y regularne patrole i gdzie przez

postrz pione chmury znów zobaczy gwiazdy. Tak e t  mocn , jaskrawo

 gwiazd ,

która jest s

cem Sark.

        Przez pó

ycia to by a jego gwiazda. Ta niebywale jasna ma a kulka by a dla niego

czym  wi cej ni  gwiazd . Kiedy ujrza  j  po raz pierwszy, przez luk kosmolotu, mia
ochot  pa  na kolana. Na my l,  e zbli a si  do raju, zapomnia  nawet o parali uj cym

ku pierwszej podró y w przestrzeni kosmicznej.

        Wyl dowa  w tym raju i zosta  doprowadzony do starego Flori czyka, który
dopilnowa ,  eby go wyk pano i odpowiednio odziano. Potem zabrano go do wielkiego
budynku, a po drodze stary przewodnik pok oni  si  jakiej  mijanej postaci.
        - Uk

 si ! - mrukn  gniewnie do m odego Terensa.

        Us ucha , zmieszany.
        - Kto to by ?
        - Posiadacz, ty t py wie niaku.
        - To? Posiadacz?
        Stan  jak wryty, tak  e tamten musia  poci gn  go za r

. Po raz pierwszy ujrza

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Posiadacza. Wcale nie sze ciometrowy, lecz zwyczajny cz owiek. Inni flori scy

odzie cy otrz sn li si  z szoku wywo anego takim rozczarowaniem, a Terens nie. Co

w nim p

o, zmieni o si  na zawsze.

        Podczas ca ego szkolenia i d ugich studiów, z którymi tak dobrze sobie radzi , nigdy
nie zapomnia  o tym,  e Posiadacze s  tylko lud mi.
        Studiowa  dziesi  lat, a kiedy nie uczy  si , nie jad  i nie spa , nauczy  si  by

yteczny. Nauczono go dor cza  przesy ki, opró nia  kosze na  mieci, k ania  si  nisko

przechodz cym Posiadaczom i z szacunkiem odwraca  twarz do  ciany, gdy mija y go
ich kobiety.
        Przez pi  nast pnych lat pracowa  w administracji, jak zwykle przenoszony ze
stanowiska na stanowisko w celu wypróbowania jego zdolno ci w przeró nych
warunkach.
        Kiedy  odwiedzi  go pulchny,  agodny Flori czyk, przyja nie u miechni ty, który
poklepa  go po ramieniu i zapyta , co s dzi o Posiadaczach.
        Terens st umi  w sobie ch  natychmiastowej ucieczki. Przerazi  si ,  e jego my li
mog y w jaki  tajemniczy sposób uzewn trzni  si  w wyrazie twarzy. Potrz sn  g ow  i
wymamrota  stek komuna ów o dobroci Posiadaczy.
        Jednak pulchny tylko wyd  usta i rzek :
        - Chyba tak nie my lisz. Przyjd  dzi  wieczór pod ten adres.
        I wr czy  Terensowi ma y kartonik, który po kilku minutach zw gli  si  i rozsypa  w
proch.
        Terens poszed . Ba  si , ale by  ciekaw. Spotka  tam swoich znajomych, którzy
spogl dali na niego porozumiewawczo, a pó niej, w pracy, patrzyli oboj tnie. S ucha
tego, co mówili, i przekona  si ,  e wielu podziela jego opinie, które traktowa  jako owoc

asnych, i tylko w asnych przemy le .

        Dowiedzia  si ,  e przynajmniej niektórzy Flori czycy uwa aj  Posiadaczy za
wstr tnych wyzyskiwaczy, dla w asnej korzy ci grabi cych Florin  z jej bogactw i
utrzymuj cych biednych tubylców w ciemnocie i ubóstwie. Dowiedzia  si ,  e nadchodzi
czas wielkiego powstania przeciw Sark i ca e bogactwo Floriny przypadnie prawowitym

cicielom.

        W jaki sposób? - pyta  Terens. Zadawa  to pytanie raz po raz. Przecie  Posiadacze i
stra nicy maj  bro .
        Wtedy powiedzieli mu o Trantorze, gigantycznym imperium rozrastaj cym si  w
ostatnich stuleciach tak,  e nale

a do niego ju  po owa zamieszkanych  wiatów

Galaktyki. Trantor, mówili, zniszczy Sark z pomoc  Flori czyków.
        Jednak, mówi  Terens najpierw sobie, a potem innym, je li Trantor jest tak wielki, a
Florina tak ma a, czy Trantor nie zast pi po prostu Sark jako jeszcze pot

niejszy i

bardziej tyra ski w adca? Je li takie by o to jedyne wyj cie, to lepiej ju  znosi  Sark.
Lepsze z o znane ni  nieznane.
        Wy miano go i wyrzucono, gro c utrat

ycia, je li kiedykolwiek powie komu  o

tym, co s ysza .
        A nieco pó niej zauwa

,  e konspiratorzy zacz li znika  jeden po drugim, a

zosta  tylko ten pulchny.
        Czasami widzia  go, jak tu i tam szepcze do ucha jakiemu  nowo przyby emu, ale
Terens nie móg  ostrzec ofiary,  e to jest wystawianie na pokus  i sprawdzanie. Ka dy
musi znale  w asn  drog  - tak jak on.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Przez pewien czas pracowa  w Ministerstwie Bezpiecze stwa, czego dost pi o
niewielu Flori czyków. Trwa o to krótko, poniewa  w adza zwi zana ze stanowiskiem w
bezpiecze stwie by a tak ogromna,  e nikomu nie zezwalano na d

sze piastowanie tam

funkcji.
        Jednak pracuj c tam Terens przekona  si , ku swojemu zdziwieniu,  e istniej
prawdziwe spiski. M czy ni i kobiety na Florinie spotykali si  w tajemnicy i planowali
bunt. Zazwyczaj byli potajemnie op acani przez Trantor. Niektórzy z tych niedosz ych
buntowników naprawd  uwa ali,  e Florina mo e zwyci

 bez niczyjej pomocy.

        Terens zastanawia  si  nad tym. Ma o mówi , pracowa  bez zarzutu, ale my la
swoje. Nienawidzi  Posiadaczy, troch  dlatego,  e nie mieli sze ciu metrów wzrostu,
troch  dlatego,  e nie wolno mu by o patrze  na ich kobiety, a wreszcie dlatego,  e zgi ty
w uk onie s

 kilku z nich i stwierdzi , i  mimo ca ej ich arogancji byli g upcami,

wiedzieli nie wi cej ni  on, a przewa nie byli o wiele mniej inteligentni.
        Co jednak mogli zrobi  Flori czycy? Jaki by  sens wymienia  g upiego Posiadacza
sarka skiego na g upiego dostojnika trantoria skiego? Oczekiwa ,  e flori scy wie niacy
zrobi  co  samodzielnie, by o niebezpieczn  mrzonk . Tak wi c nie by o  adnego
wyj cia.
        Zastanawia  si  nad tym problemem od lat - jako student, urz dnik i jako
Mieszczanin.
        A  nagle ten szczególny splot okoliczno ci w

 nieoczekiwane rozwi zanie w

ce tego niepozornego cz owieka, który kiedy  by  kosmoanalitykiem, a teraz be kota  o

czym , co zagra

o  yciu wszystkich m czyzn i kobiet na Florinie.

        Terens znalaz  si  ju  na polach, gdzie ustawa  nocny deszczyk i gwiazdy l ni y

ród wilgoci chmur. Oddycha  g boko zapachem kyrtu, najwi kszego skarbu i

przekle stwa Floriny.
        Nie mia  z udze . Nie by  ju  Mieszczaninem. Nie by  nawet wolnym flori skim
wie niakiem. By  uciekaj cym przest pc , ukrywaj cym si  zbiegiem.
        A jednak w g owie mia  zam t. Przez ostatnie dwadzie cia cztery godziny mia  w

kach najpot

niejsz  bro  przeciw Sark, o jakiej ktokolwiek móg by marzy . Nie by o

co do tego w tpliwo ci. Wiedzia ,  e to, co Rik sobie przypomnia , rzeczywi cie si
zdarzy o,  e by  kiedy  kosmoanalitykiem,  e umys  Rika by  poddany g bokiemu
dzia aniu psychosondy,  e we wracaj cej mu pami ci kry a si  prawda - straszna i
pot

na.

        Terens by  tego pewien.
        A teraz Rik wpad  w grube  apy cz owieka, który udawa  flori skiego patriot , a
naprawd  by  agentem Trantora.
        Terens czu

ciskaj cy mu gard o gniew. To jasne,  e ten Piekarz jest trantoria skim

agentem. Od pierwszej chwili nie mia  co do tego w tpliwo ci. Kto z mieszka ców
Dolnego Miasta mia by tyle pieni dzy,  eby stawia  atrapy pieców mikrofalowych?
        Nie móg  pozwoli , aby Rik wpad  w sieci Trantora. Nie pozwoli na to. By
przygotowany na podj cie ka dego ryzyka. Co tam ryzyko! Przecie  i tak czeka go kara

mierci.

        Na skraju nieba ujrza  s ab  po wiat . Zaczeka na  wit. Stra nicy z pewno ci  ju
otrzymali jego rysopis, ale mo e up ynie kilka minut zanim go zauwa .
        A w ci gu tych paru minut b dzie ci gle Mieszczaninem. I zd y zrobi  co , o czym
- nawet teraz - nie  mia  d

ej my le .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Dziesi  godzin po rozmowie z urz dnikiem Junz znów odwiedzi  Ludigana Abla.
        Ambasador przywita  Junza ze sw  zwyk  pozorn  serdeczno ci , pod któr
wyczuwa o si  wyra ne i niepokoj ce poczucie winy. W czasie ich pierwszego spotkania
(dawno temu; min  ju  niemal ca y Standardowy Rok) nie zwraca  szczególnej uwagi na
jego opowie  jako tak . Jedyn  trosk  ambasadora by o: „Czy to jako  pomo e, czy
mo e pomóc Trantorowi?”
        Trantor! Zawsze by  dla niego najwa niejszy, ale Abel nie by  g upcem, który by

ywi  kult dla grupki gwiazd czy 

tego emblematu z kosmolotem i s

cem

trantoria skich si  zbrojnych. Krótko mówi c, nie by  patriot  w zwyczajnym znaczeniu
tego s owa i Trantor jako Trantor nic dla niego nie znaczy .
        Abel  ywi  kult dla pokoju; tym bardziej  e starzej c si , coraz bardziej docenia
kieliszek wina, powietrze przesycone perfumami i d wi kami muzyki, popo udniow
drzemk  i spokojne oczekiwanie na  mier . Wyobra

 sobie,  e to samo musi czu

ka dy cz owiek; tymczasem tyle ludzi cierpia o z powodu wojny i zniszczenia. Zamarzali
w kosmicznej pró ni, wyparowywali w b ysku atomowych eksplozji, gin li z g odu na
obleganych i bombardowanych planetach.
        Jak wymusi  pokój? Nie perswazj , to pewne, i nie kszta ceniem. Je li cz owiek nie
jest w stanie spojrze  na zjawisko pokoju i zjawisko wojny tak, aby przed

 pierwsze

nad drugie, to jakie argumenty mog  go przekona ? Có  mo e by  wa niejszym
powodem pot pienia wojny ni  sama wojna? Jakie popisy dialektyki maj  cho  dziesi
cz

 tej si y przekonywania, jak  ma jeden wypatroszony statek ze swym upiornym

adunkiem?

        Tak wi c jest tylko jeden sposób, aby sko czy  ze stosowaniem si y - u

 si y.

        Abel mia  w swoim gabinecie map  Trantora, uj

 tak, aby ukazywa a

zastosowanie tej si y. Mapa by a w kszta cie kryszta owej kuli, w której zawieszono
trójwymiarowy obraz Galaktyki. Jej gwiazdy by y bia ymi kropkami diamentowego py u,
mg awice smugami  wiat a lub czarnej mg y, w pobli u centrum za  znajdowa o si  kilka
czerwonych punkcików, b

cych niegdy  Republik  Trantoria sk .

        W

nie „niegdy ”, pi set lat temu Republika Trantoria sk  sk ada a si  zaledwie z

pi ciu  wiatów.
        To by a mapa historyczna i pokazywa a Republik  w tym stadium tylko wtedy,
kiedy pokr

o ustawione by o na zero. Przestawiaj c pokr

o o jedn  kresk  mo na by o

ogl da  Galaktyk  o pi dziesi t lat starsz , a gwiazdy wokó  Trantora czerwie sze.
        Po dziesi ciu kreskach mija pi set lat i szkar at rozszerza si  jak rosn ca plama
krwi, a  ponad po owa Galaktyki znajduje si  w czerwonej ka

y.

        Ta czerwie  by a czerwona jak krew nie tylko w przeno ni. W miar  jak Republika
Trantoria sk  stawa a si  Konfederacj  Trantoria sk , a potem Imperium
Trantoria skim, jej rozwój znaczy  szlak martwych ludzi, martwych statków i martwych

wiatów. A jednak przez to Trantor rós  w si  i w obr bie tej czerwonej plamy panowa

pokój.
        Teraz Trantor zmierza  do kolejnej przemiany: z Imperium Trantoria skiego w
Imperium Galaktyczne. Czerwie  obejmie wszystkie gwiazdy i wsz dzie zapanuje pokój
- pax Trantorica.
        Abel pragn  tego. Pi set lat temu, przed czterystu, a nawet przed dwustu laty,
buntowa by si  przeciw Trantorowi jako obrzydliwemu gniazdu wstr tnych,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

agresywnych materialistów, którzy gwa

 prawa innych, niezdolni do stworzenia

prawdziwej demokracji we w asnym domu, ch tnie krytykuj  uchybienia innych rz dów,
a ponadto s  bezgranicznie chciwi. Ale ten czas ju  min .
        Ablowi nie chodzi o o Trantor, ale o rezultat, jaki mia  przynie  rozwój Imperium.
St d te  pytanie: „Czy to pomo e pokojowi na Galaktyce?” przyjmowa o posta : „Czy to
pomo e Trantorowi?”
        Ca y k opot,  e w tym szczególnym przypadku nie by  tego pewien. Dla Junza
rozwi zanie by o proste i oczywiste. Trantor musi poprze  MBK i ukara  Sark.
        Mo e to by oby dobre wyj cie, gdyby uda o si  co  udowodni  Sarka czykom. A
mo e nawet wtedy nie. Je li nie uda im si  niczego udowodni  - na pewno nie. W
ka dym razie Trantor nie powinien post powa  pochopnie. Wiadomo,  e w

nie Trantor

skupia ca  w adz  w Galaktyce i nadal istnieje mo liwo ,  e pozosta e,
nietrantoria skie planety mog  zjednoczy  si  przeciw niemu. Trantor zdo

by

zwyci

 w takiej wojnie, ale w obliczu ceny, jak  by za to zap aci , zwyci stwo by oby

tylko mniej przykrym okre leniem kl ski.
        Dlatego w tej ostatniej fazie gry Trantorowi nie wolno wykona

adnego

nieostro nego posuni cia. Tak wi c Abel post powa  z rozmys em, snuj c delikatne sieci
w labiryntach administracji i w ród sarka skich Posiadaczy, wypytuj c z u miechem i
przes uchuj c niczego nie podejrzewaj cych rozmówców. Nie zapomnia  te  obj  Junza
troskliw  opiek  trantoria skich tajnych s

b, aby rozw cieczony uczony w jednej

chwili nie narobi  szkód, których Abel nie zdo

by naprawi  przez rok.

        Abel by  zdumiony nieustaj cym wzburzeniem Libaira czyka. Kiedy  zapyta  go:
        - Dlaczego pan tak troszczy si  o jednego kosmoanalityka?
        Spodziewa  si  wyk adu o jedno ci MBK oraz obowi zku popierania go jako
narz dzia nie tego czy tamtego  wiata, ale ca ej ludzko ci. Nie us ysza  go. Junz
zmarszczy  brwi i powiedzia :
        - Gdy  u  ród a tego wszystkiego le y istota stosunków  cz cych Sark z Florin .
Chc  j  ujawni  i zniszczy .
        Abel poczu  niesmak. Zawsze i wsz dzie te niepotrzebne k opoty z pojedynczymi

wiatami, które przeszkadzaj  ci gle w rozwi zaniu problemu jedno ci galaktycznej.

Jasne,  e tu i ówdzie dochodzi o do niesprawiedliwo ci spo ecznych. Jasne,  e czasem
by y trudne do zniesienia. Jednak jak mo na sobie wyobra

,  e takie nieprawid owo ci

da si  rozwi za  w skali mniejszej ni  galaktyczna? Najpierw trzeba po

 kres

wojnom i wzajemnym animozjom, a wtedy zaj  si  problemami wewn trznymi, których

ówn  przyczyn  jest w ko cu konflikt zewn trzny.

        A Junz nawet nie pochodzi  z Floriny. Nawet nie mia  powodu do takiej
emocjonalnej krótkowzroczno ci.
        - Czym jest dla pana Florin ? - spyta  Abel.
        - Czuj  pewne pokrewie stwo - odpar  po namy le Junz.
        - Przecie  jest pan Libaira czykiem. Przynajmniej takie odnosz  wra enie.
        - Jestem - i na tym polega to pokrewie stwo. Oni i my jeste my skrajno ciami w
Galaktyce przeci tno ci.
        - Skrajno ciami? Nie rozumiem.
        - Chodzi o pigmentacj  skóry - rzek  Junz. - Oni s  niezwykle biali. My niezwykle
czarni. To co  oznacza. Wi e nas ze sob . Stanowi wspólny element. Wydaje mi si , i
nasi przodkowie przez d ugi czas cierpieli, a nawet byli wykluczani ze spo eczno ci z

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

powodu ró nic w kolorze skóry. Jeste my nieszcz liwymi bia ymi i nieszcz liwymi
czarnymi, bra mi w odmienno ci.
        Widz c zdumienie Abla, Junz zamilk . Nigdy wi cej nie poruszali tego tematu.

        A teraz, po roku, bez ostrze enia, bez jakichkolwiek uprzednich oznak, kiedy
wydawa o si ,  e ca a ta nieszcz sna sprawa umrze  mierci  naturaln  i gdy ju  nawet
Junz zdradza  objawy zniech cenia, wybuch a bomba.
        Abel mia  teraz przed sob  innego Junza, którego gniew nie by  skierowany
wy cznie przeciw Sarka czykom, ale i przeciw ambasadorowi.
        - Nie chodzi o to - powiedzia  mi dzy innymi Libaira czyk -  e denerwuj  mnie
pa scy agenci, którzy siedz  mi na karku. Powiedzmy,  e jest pan ostro ny i nie mo e
ufa  nikomu i niczemu. Dobrze, niech tak b dzie. Ale dlaczego nie poinformowano mnie,

e zlokalizowano mojego cz owieka?

        Abel pog adzi  r

 ciep e obicie fotela.

        - To nie s  proste sprawy. Nie s  proste. Poleci em, aby ka de doniesienie o próbie
dotarcia do tekstów z dziedziny kosmoanalizy przez osoby nieupowa nione
przekazywano moim agentom i panu. S dzi em,  e mo e pan potrzebowa  ochrony. Ale
na Florinie...
        Junz rzek  ze z

ci :

        - Tak. Byli my g upcami nie bior c tego pod uwag . Stracili my prawie rok, by si
przekona ,  e nie mo emy znale  go nigdzie na Sark. On musia  by  na Florinie, a my
byli my  lepi. W ka dym razie, teraz go mamy. A raczej pan go ma, wi c chyba b
móg  go zobaczy ?
        Abel nie odpowiedzia  wprost.
        - Mówi pan,  e powiedzieli, i  ten ca y Khorov jest agentem Trantora?
        - A nie jest? Po co mieliby k ama ? A mo e  le ich poinformowano?
        - Nie k amali i nie byli  le poinformowani. Przez dziesi  lat by  naszym agentem i
niepokoi mnie,  e oni o tym wiedzieli. Zaczynam zastanawia  si , co jeszcze o nas
wiedz  i jak nietrwa a mo e by  nasza siatka. Czy  jednak nie zastanawia to pana,
dlaczego tak otwarcie powiedzieli panu,  e on jest jednym z naszych ludzi?
        - Bo to prawda, jak s dz , i  ebym raz na zawsze przesta  niepokoi  ich dalszymi

daniami, które mog yby wywo

 tarcia mi dzy nimi a Trantorem.

        - Prawda to dla dyplomatów towar bez warto ci, a czy mogliby zrobi  co  g upszego
ni  zdradzi  nam, ile o nas wiedz , pozwalaj c w por  zwin  siatk , za ata  dziury i
rozci gn  j  na nowo?
        - Prosz  wi c samemu odpowiedzie  na swoje pytanie.
        - Powiedzia bym,  e ujawnienie wobec pana wiedzy o tym, kim jest Khorov, by o
aktem triumfu z ich strony. Wiedzieli,  e zdradzaj c si  z posiadaniem tej informacji, w
niczym sobie nie pomog  ani nie zaszkodz , gdy  ja ju  od dwunastu godzin wiedzia em,

e zdemaskowali go jako naszego cz owieka.

        - Sk d?
        - Z najlepszych  róde . S uchaj pan! Dwana cie godzin temu Matt Khorov, agent
Trantora, zosta  zabity przez fiori skiego stra nika. Dwoje Flori czyków, których w
owym czasie przetrzymywa , kobieta i m czyzna - prawdopodobnie b

cy

poszukiwanym przez pana pracownikiem terenowym - znikn o bez  ladu. Zapewne

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wpadli w r ce Posiadaczy.
        Junz poderwa  si  z fotela, a z jego ust wydoby  si  nieartyku owany okrzyk. Abel
spokojnie uniós  kieliszek wina i rzek :
        - Oficjalnie nic nie mog  zrobi . Zabity by  Flori czykiem, a nie mamy te

adnych

dowodów,  e nie s  nimi ci dwoje, którzy znikn li. Widzi pan, zostali my sprytnie
wymanewrowani, a teraz jeszcze wykpieni.

7.
Stra nik

        Rik widzia , jak zgin  Piekarz. Zobaczy , jak osuwa si  bez j ku, z piersi
rozszarpan  i zw glon  bezg

nym uderzeniem blastera. Ten widok przys oni  mu

wszystko, co wydarzy o si  wcze niej, i niemal wszystko, co nast pi o potem.
        Niewyra nie pami ta  pojawienie si  stra nika, spokojny, lecz gro ny ruch, jakim
si gn  po bro . Piekarz spojrza  na niego i u

 wargi do ostatniego s owa, którego nie

zd

 wypowiedzie . Potem sta o si , Rikowi zaszumia a w uszach uderzaj ca do g owy

krew i dzikie wrzaski t umu, rozbiegaj cego si  na wszystkie strony jak stado
sp oszonych zwierz t.
        Przez chwil  czu  si  tak, jakby stan jego umys u po kilku godzinach snu wcale si
nie poprawi . Stra nik run  ku niemu, przepychaj c si  przez wrzeszcz cych m czyzn i
kobiety jak przez morze b ota, które trzeba rozgarn . Rik i Lona odwrócili si  i
pozwolili unie  t umowi. Ludzka rzeka mia a wiry i boczne pr dy, skr ca a i drga a, gdy
unosi y si  nad ni  lataj ce pojazdy stra ników. Valona pop dza a Rika naprzód, ku
przedmie ciom Miasta. W tej chwili by  wczorajszym wystraszonym dzieckiem, a nie
prawie doros ym z dzisiejszego ranka.
        Obudzi  si  rano, gdy szarza

wit, którego nie móg  widzie  w pozbawionym okien

pomieszczeniu. Le

 kilka d ugich minut, zbieraj c my li. Co  w jego umy le zagoi o

si  tej nocy; co  zaz bi o si  i sta o ca

ci . To mog o wydarzy  si  w ka dej minucie

tych dwóch dni, jakie up yn y od kiedy zacz  „pami ta ”. Ten proces trwa  przez ca y
poprzedni dzie . Wyprawa do Górnego Miasta i do biblioteki, napad na stra nika i
pó niejsza ucieczka, spotkanie z Piekarzem - to wszystko podzia

o jak katalizator.

Skurczone w ókna jego mózgu, tak d ugo nieczynne, zosta y pochwycone i rozci gni te,
zmuszone do bolesnej aktywno ci, i teraz, po paru godzinach snu, lekko pulsowa y.
        My la  o Kosmosie i gwiazdach, o rozleg ych, bezmiernych obszarach pustki i ciszy.
Wreszcie obróci  g ow  i rzek :
        - Lona.
        Obudzi a si  gwa townie, unosz c na  okciu i zerkaj c na towarzysza. - Rik?
        - Tu jestem, Lono.
        - Dobrze si  czujesz?
        - Jasne.
        Nie potrafi  ukry  wzburzenia.
        - Czuj  si

wietnie, Lono. S uchaj! Pami tam wi cej. By em na statku i dok adnie

wiem, co...
        Ale ona go nie s ucha a. W lizn a si  w swoj  sukienk  i odwrócona plecami do
niego zasun a zamek na przodzie, po czym zacz a nerwowo zapina  pas. Na palcach

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

podesz a do Rika.
        - Nie mia am zamiaru spa . Chcia am czuwa .
        Rikowi udzieli o si  jej zdenerwowanie.
        - Czy co  si  sta o? - zapyta .
        - Cii, nie mów tak g

no. Wszystko w porz dku.

        - Gdzie Mieszczanin?
        - Nie ma go tu. On... musia  i . Dlaczego nie prze pisz si  jeszcze chwil , Rik?
        Odepchn  jej rami .
        - Nic mi nie jest. Nie chc  spa . Chcia em powiedzie  Mieszczaninowi o moim
statku.
        Jednak Mieszczanina nie by o, a Valona nie chcia a s ucha . Rik zrezygnowa  i po
raz pierwszy poczu  prawdziw  z

 do dziewczyny. Traktowa a go jak dziecko, a on

zaczyna  czu  si  m czyzn .
        W pomieszczeniu rozb ys o  wiat o, a z nim pojawi  si  barczysty Piekarz. Rik
zamruga  oczami, troch  wystraszony. Nie sprzeciwia  si , gdy Valona opieku czo obj a
go ramieniem.
        Grube wargi Piekarza rozci gn y si  w u miechu.
        - Wcze nie wstali cie.
        Nie odpowiedzieli.
        - To dobrze. Dzisiaj was przeka .
        Valona poczu a sucho  w ustach.
        - Nie wydasz nas stra nikom?
        Pami ta a, w jaki sposób spogl da  na Rika, kiedy odszed  Mieszczanin. Nadal
patrzy  na Rika; tylko na niego.
        - Nie, nie stra nikom. Powiadomiono w

ciwych ludzi; b dziecie bezpieczni.

        Wyszed  i niebawem wróci  nios c jedzenie, ubrania oraz dwie miski z wod .
Ubrania by y nowe i wygl da y bardzo dziwnie. Patrz c, jak Rik z Valona jedz

niadanie, Piekarz rzek :

        - Dam wam nowe nazwiska i nowe  yciorysy. Macie s ucha  i dobrze sobie
zapami ta . Nie jeste cie Flori czykami, rozumiecie? Jeste cie rodze stwem z planety
Wotex. Przyjechali cie na Florin ...
        Mówi  dalej, podaj c szczegó y, zadaj c pytania, s uchaj c ich odpowiedzi.
        Rik z zadowoleniem powita  mo liwo  wykazania umiej tno ci zapami tywania i
uczenia si , lecz spojrzenie Valony zdradza o niepokój. Piekarz nie móg  tego nie
zauwa

. Powiedzia  jej:

        - Je li sprawisz mi najmniejszy k opot, wy

 go samego, a ciebie zostawi  tutaj.

        Valona kurczowo zacisn a d onie.
        - Nie sprawi  k opotu.
        Pó nym rankiem Piekarz wsta  z krzes a i powiedzia :
        - Chod my!
        Nim wyszli, w

 im do kieszeni na piersiach ma e czarne futeraliki z imitacji

skóry.
        Znalaz szy si  na zewn trz, Rik ze zdumieniem spojrza  na siebie. Nie wiedzia ,  e
ubranie mo e by  tak skomplikowane. Piekarz pomóg  mu je w

, ale kto pomo e je

zdj ? Valona wcale nie wygl da a na dziewczyn  z farmy. Nawet jej nogi pokrywa
cienki materia , a buty mia y wysokie obcasy, tak  e id c, musia a ostro nie stawia

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

stopy.
        Przechodnie przystawali, gapi c si  z rozdziawionymi ustami i pokrzykuj c do
siebie. W wi kszo ci by y to dzieci, kobiety na zakupach i wa saj ce si  nieroby.
Piekarz zdawa  si  ich nie dostrzega . Niós  grub  lask , któr  jakby przypadkiem
zahacza  o nogi tych, którzy podchodzili zbyt blisko.
        Nagle, kiedy uszli nie wi cej ni  sto metrów od piekarni i skr cili w boczn  ulic ,

umek rozpierzchn  si  na boki i Rik dostrzeg  czer  i srebro munduru stra nika.

        Wtedy to si  sta o. Bro , strza  i znów rozpaczliwa ucieczka. Czy by  taki czas,
kiedy niczego si  nie ba , gdy nie unosi  si  nad nim cie  stra nika?
        Znale li si  w jednej z peryferyjnych dzielnic Miasta, n dznej i brudnej. Valona
ci ko dysza a; na jej nowym ubraniu wyst pi y ciemne plamy potu.
        - Nie mog  dalej ucieka  - wysapa  Rik.
        - Musimy.
        - Nie w ten sposób. S uchaj - mocno przytrzyma  jej r

. - Pos uchaj mnie.

        Opu ci y go strach i niepewno .
        - Dlaczego nie zrobi  tego, czego chcia  Piekarz? - zapyta .
        - Sk d wiesz, czego on chcia ? - Valona by a niespokojna.
        - Mieli my udawa ,  e jeste my z innej planety. Da  nam to - rzek  podekscytowany
Rik. Wyci gn  z kieszeni ma y prostok t i obejrza  go ze wszystkich stron, próbuj c
otworzy  jak ksi

.

        Nie zdo

. To by a pojedyncza kartka. Pomaca  kraw dzie i gdy jego palce

zacisn y si  na jednym rogu, us ysza  - a raczej poczu  - jak co  ust pi o i skierowana ku
niemu p aszczyzna sta a si  mlecznobia a. Z trudem rozumia  g sto zapisane s owa,
chocia  starannie czyta  sylaby. W ko cu orzek :
        - To paszport.
        - Co takiego?
        - Co , dzi ki czemu wydostaniemy si  st d. - By  tego pewien. Tak nagle przysz o
mu to do g owy. Jedno s owo, „paszport”. No tak. - Nie rozumiesz? - mówi . - On chcia ,

eby my opu cili Florin . Na statku. Zróbmy to.

        - Nie - powiedzia a. - Dopadli go. Zabili. Nie mo emy, Rik, nie mo emy.
        Mówi  gwa townie, niemal be kocz c.
        - Przecie  to najlepsze, co mo emy zrobi . Nie b

 si  tego spodziewa . I nie

udamy si  na ten statek, którym zamierza  nas wys

 Piekarz. Mog  go pilnowa .

Polecimy innym. Jakimkolwiek innym statkiem.
        Statkiem. Jakimkolwiek statkiem. Te s owa rozbrzmiewa y mu w uszach. Nie
obchodzi o go, czy ten pomys  jest dobry czy nie. Chcia  by  na statku. Chcia  znale  si
w przestrzeni.
        - Prosz , Lono!
        - No dobrze - powiedzia a. - Je li tego naprawd  chcesz. Wiem, gdzie jest
kosmoport. Kiedy by am ma  dziewczynk , chodzili my tam czasami w wolne dni i
patrzyli my z daleka, jak statki wzlatuj  w niebo.
        Znów ruszyli w drog  i tylko jaki  dziwny niepokój daremnie kr

 u progu

wiadomo ci Rika. Jakie  wspomnienie, nie z odleg ej, lecz z bardzo bliskiej przesz

ci;

co , o czym powinien pami ta , lecz nie pami ta  - po prostu nie pami ta . Co ...
        Przeczucie ust pi o pod naporem my li o czekaj cym na nich statku.
        Flori czyk przy bramie mia  dzie  pe en wra

, jednak wra

 prze ywanych na

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

odleg

. Kr

y pog oski o wczorajszym wieczorze, o napadach na stra ników i

mia ych ucieczkach. Do rana plotki uros y do niebywa ych rozmiarów i szeptano ju ,  e

kilku stra ników zabito.
        Stra nik nie odwa

 si  opu ci  swego posterunku, ale wyci ga  szyj , patrz c, jak

odlatuj  kolejne pojazdy z pos pnymi stra nikami, a ochrona kosmoportu staje si  coraz
mniej liczna, prawie znikoma.
         ci gaj  wszystkie si y do Miasta, pomy la , czuj c jednocze nie l k i zadowolenie.
Dlaczego my la  z przyjemno ci ,  e niektórym stra nikom mo e grozi

mier ? Nigdy

nie mia  z nimi k opotów. Przynajmniej powa nych. Mia  dobr  prac . Nie by  zwyk ym

upim wie niakiem.

        Jednak by  zadowolony.
        Prawie nie zwróci  uwagi na przyby  par , zm czon  i spocon  w zagranicznych
ubraniach, które od razu zdradza y cudzoziemców. Kobieta poda a mu paszport.
        Zerkn  na ni , na paszport i list  rezerwacji. Nacisn  odpowiedni guzik; z
urz dzenia wyskoczy y dwie przezroczyste wst gi filmu.
        - No ju  - rzuci  niecierpliwie. - Za

cie je na r ce i ruszajcie.

        - Gdzie stoi nasz statek? - spyta a kobieta uprzejmym szeptem.
        Sprawi a mu przyjemno . Cudzoziemcy niecz sto bywali na flori skim
kosmoporcie. W ostatnich latach przybywali coraz rzadziej. Jednak kiedy przylatywali,
nie byli tacy jak stra nicy czy Posiadacze. Zdawali si  nie wiedzie ,  e jeste  tylko
Flori czykiem, i zwracali si  do ciebie uprzejmie.
        - Znajd  go pa stwo w doku siedemnastym, prosz  pani - powiedzia , czuj c si
wa ny i doceniany. -  ycz  pa stwu przyjemnej podró y na Wotex.
        Wróci  do przerwanego zaj cia: wydzwaniania do znajomych w Mie cie,  eby
dowiedzie  si  czego  nowego, i jeszcze dyskretniejszych prób pods uchiwania
prywatnych rozmów w Górnym Mie cie.
        Min o kilka godzin, zanim przekona  si ,  e pope ni  straszny b d.

        Lona! - powiedzia  Rik. Szarpn  j  za r kaw, wskaza  palcem i szepn : - Ten!
        Valona z pow tpiewaniem spojrza a na wskazany statek. By  o wiele mniejszy od
statku w doku siedemnastym, na który mieli wa ne bilety. Wydawa  si  bardziej
obt uczony. Cztery luki powietrzne zia y czerni , a g ówne wej cie sta o otworem.
Prowadz cy do  pomost wygl da  jak wysuni ty a  do ziemi j zyk.
        - Wietrz  go - wyja ni  Rik. - Zazwyczaj wietrz  statki pasa erskie przed podró ,

eby pozby  si  zapachu wielokrotnie u ywanego tlenu.

        - Sk d o tym wiesz? - zdumia a si  Valona.
        Rik poczu  ogarniaj

 go dum .

        - Po prostu wiem. Widzisz, teraz nikogo tam nie ma. W  rodku nie jest przyjemnie
przy tym przeci gu. - Niespokojnie rozejrza  si  wokó . - Nie wiem tylko, dlaczego nie
ma tu wi cej ludzi. Czy zawsze tak by o, kiedy patrzy

 na odlatuj ce statki?

        Valonie wydawa o si ,  e nie, ale ledwie to pami ta a. Wspomnienia dzieci stwa
zosta y gdzie  daleko.
        Wchodzili po pomo cie na uginaj cych si  nogach, ale nigdzie nie dostrzegli ani

ladu stra ników. Jedyne dostrze one postacie nosi y cywilne ubrania, by y zaj te

asnymi sprawami i widoczne w oddali.

        Gdy weszli do  luzy, t oczone powietrze uderzy o w nich, wydymaj c sukienk

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Valony, tak  e musia a przytrzyma  r kami jej skraj,  eby nie zadar a si  po szyj .
        - Czy tu zawsze tak jest? - spyta a. Jeszcze nigdy nie by a w kosmolocie; nawet jej
si  nie  ni o,  e kiedy  do czego  takiego wsi dzie.
        - Nie. Tylko podczas napowietrzania - uspokoi  j  Rik.
        Z przyjemno ci  kroczy  metalitowymi korytarzami, niecierpliwie zagl daj c do
pustych pomieszcze .
        - Tutaj - powiedzia . Byli w mesie. - Nie tyle chodzi o  ywno  - mówi  szybko - co
o wod . Bez jedzenia mo na d ugo wytrzyma .
        Przetrz sn  szafk  ze starannie pouk adanymi, czystymi naczyniami kuchennymi i
znalaz  du y, zakr cany pojemnik. Rozejrza  si  za kranem z wod , pomrukuj c pod
nosem,  e chyba nie zapomnieli nape ni  zbiorników na wod , po czym na d wi k cicho
pracuj cej pompy i plusk ciekn cej wody u miechn  si  z ulg .
        - Teraz we my troch  konserw. Nie za du o. Nie trzeba,  eby zauwa yli.
        Rik rozpaczliwie usi owa  wymy li  co , co zapobieg oby wykryciu ich obecno ci
przez za og . Znów usi owa  sobie co  przypomnie . Od czasu do czasu natrafia  na luki
my lowe, które omija  tchórzliwie, udaj c,  e nie istniej .
        Znalaz  ma e pomieszczenie przeznaczone na sprz t przeciwpo arowy,
medykamenty i  rodki opatrunkowe oraz urz dzenia spawalnicze.
        - Tu nie zajrz  - powiedzia  bez g bszego przekonania - chyba  e w razie jakiego
wypadku. Boisz si , Lono?
        - Z tob  nie b

 si  ba a, Rik - szepn a pokornie. Dwa dni temu, nie, przed

dwunastoma godzinami, by o odwrotnie. Jednak na pok adzie statku, dzi ki jakiej
przemianie osobowo ci, w któr  nie zamierza a wnika , Rik sta  si  doros ym, a ona
dzieckiem.
        - Nie b dziemy mogli zapali

wiat a - obja nia  - bo zauwa yliby zu ycie energii, a

z toalet mo emy korzysta  tylko wtedy, gdy za oga uda si  na spoczynek.
        Przeci g usta . Ju  nie czuli na twarzach jego zimnego podmuchu, a cichy,
monotonny szum towarzysz cy mu w oddali ucich , pozostawiaj c g uch  cisz .
        - Zaraz wejd  na pok ad - rzek  Rik - a potem znajdziemy si  w Kosmosie.
        Valona nigdy nie widzia a takiej rado ci na twarzy Rika. Wygl da  jak kochanek
wyruszaj cy na spotkanie z umi owan .
        Je li budz c si  dzi  rano Rik czu  si  m czyzn , to teraz by  gigantem, pragn cym
obj  ramionami ca  Galaktyk . Gwiazdy by y kulkami do gry, a mg awice
paj czynami, które nale

o odgarn .

        By  na statku! Wspomnienia nap yn y d ugim strumieniem, wypieraj c inne.
Zapomnia  o polach kyrtu i o Valonie tul cej si  do niego w ciemno ciach. To by y
jedynie ma e przerwy w regularnym wzorze, jaki powoli rozwija  si  w jego pami ci.
        To by  statek!
        Gdyby wcze niej wsadzili go na statek, nie musia by tak d ugo czeka , a  wygoj
mu si  wypalone komórki mózgu.
        - Nie martw si  ju  - odezwa  si  cicho do Valony. - Poczujesz wibracje i us yszysz
ha as, ale to b

 tylko silniki. Zrobisz si  ci sza. To przyspieszenie.

        W j zyku flori skim nie zna  odpowiedniego s owa, wi c pos

 si  innym, które

przysz o mu na my l. Valona nie zrozumia a.
        - Czy to b dzie bola o? - spyta a.
        - B dzie bardzo nieprzyjemne, bo nie mamy ekwipunku przeciwprzeci eniowego,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

aby zmniejszy  ci nienie, ale to nie potrwa d ugo. Sta  pod t

cian , a kiedy poczujesz,

e co  ci  na ni  popycha, rozlu nij si . Widzisz, zaczyna si .

        Wybra  w

ciw

cian  i w miar  jak narasta  szum silników nap dowych, ci enie

zmienia o si  i to, co zdawa o si  pionow

cian , powoli przybiera o pozycj  poziom .

        Valona j kn a g

no, a potem milcza a, ci ko dysz c. Z trudem  apali powietrze,

gdy ich klatki piersiowe, nie os oni te pasami i absorberami hydraulicznymi, usi owa y
odci

 p uca, aby mog y z apa  cho  odrobin  tlenu.

        Rik stara  si  wysapa  kilka s ów, cokolwiek, co dowiod oby Valonie,  e on tu jest, i
zmniejszy o straszliwy l k przed nieznanym, jaki - wiedzia  - musia a teraz odczuwa . To
by  tylko statek, tylko wspania y statek, ale ona nigdy przedtem nie by a na pok adzie
kosmolotu.
        - B dzie jeszcze skok, oczywi cie, kiedy przejdziemy przez nadprzestrze , skracaj c
wi ksz  cz

 drogi w ród gwiazd. Z tym nie b dzie problemu. Nawet nie poczujesz. To

nic w porównaniu z tym. Tylko lekki skurcz w brzuchu i po wszystkim.
        Wypowiada  s owa sylaba po sylabie. Zaj o mu to sporo czasu.
        Powoli ci

cy im na piersi ci ar ust pi , a niewidoczny 

cuch przytrzymuj cy

ich przy  cianie rozlu ni  si  i opad . Zdyszani, osun li si  na pod og . Po chwili Valona
powiedzia a:
        - Jeste  ranny, Rik?
        - Ja, ranny? - uda o mu si  roze mia . Jeszcze nie z apa  tchu, ale roz mieszy a go
my l,  e co  mog o mu si  sta  na statku. - Kiedy  latami mieszka em na statku -
powiedzia . - Nie l dowa em na planetach ca ymi miesi cami.
        - Dlaczego? - spyta a. Podczo ga a si  bli ej i dotkn a r

 jego policzka,

upewniaj c si ,  e tam jest. Obj  j  ramieniem; przytuli a si  do niego w milczeniu,
przyjmuj c pieszczot . - Dlaczego? - powtórzy a.
        Rik nie pami ta . Tak robi ; nienawidzi  l dowania na planetach. Z jakiego  powodu
trzeba by o zosta  w Kosmosie, ale nie pami ta  dlaczego. Znów omin  luk  w pami ci.
        - Pracowa em - powiedzia .
        - Tak - potwierdzi a. - Analizowa

 Nico .

        - Zgadza si  - odpar  zadowolony. - W

nie to robi em. Wiesz, co to znaczy?

        - Nie.
        Nie spodziewa  si ,  e dziewczyna to zrozumie, ale musia  mówi . Musia  pogr
si  we wspomnieniach, delektowa  si  tym,  e za jednym pstrykni ciem my lowego
guziczka mo e przywo

 szczegó y przesz

ci.

        - Widzisz, ka dy materia  w Kosmosie sk ada si  z setek ró nych substancji.
Nazywamy je pierwiastkami.  elazo i mied  to pierwiastki.
        - My la am,  e to metale.
        - Zgadza si , lecz zarazem i pierwiastki. Podobnie jak tlen, azot, w giel i pallad. I
najwa niejsze - wodór i hel. Te s  najprostsze i najbardziej rozpowszechnione.
        - Nigdy o nich nie s ysza am - odpar a rzewnie Valona.
        - Dziewi dziesi t pi  procent Wszech wiata to wodór, a znaczna cz

 reszty to

hel. Tak e w Kosmosie.
        - A kiedy  mówiono mi,  e Kosmos to pustka. To ma znaczy ,  e tam nic nie ma.
To nieprawda?
        - Cz ciowa. Tam prawie nic nie ma. Ale wiesz, ja by em kosmoanalitykiem, to
znaczy,  e kr

em w przestrzeni zbieraj c niezwykle ma e ilo ci pierwiastków i

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

analizuj c je. Mówi em, ile jest wodoru, ile helu, a ile innych pierwiastków.
        - Po co?
        - Hmm, to skomplikowane. Widzisz, rozpowszechnienie pierwiastków w Kosmosie
nie wsz dzie jest jednakowe. W niektórych miejscach jest troch  wi cej helu ni  gdzie
indziej; w innych wi cej sodu; i tak dalej. S  takie obszary, które maj  specjalne
znaczenie dla analityka. Obszary te kr

 po Kosmosie jak pr dy. I tak s  nazywane.

Pr dy przestrzeni. Wa ne jest, aby pozna  ich przebieg, poniewa  to mo e wyja ni , jak
powsta  i rozwija  si  Wszech wiat.
        - Jak mo e wyja ni ?
        - Nikt tego dok adnie nie wie - odpowiedzia  po chwili wahania.
        Pospiesznie mówi  dalej, stropiony tym,  e te niezmierne pok ady wiedzy, w której

awi  si  jego umys , mog y tak  atwo wyczerpa  si , natrafiaj c na napis „nieznane” w

wyniku pytania zadanego przez... przez... Nagle przysz o mu do g owy,  e Valona jest
przecie  tylko zwyczajn  flori sk  wie niaczk .
        - Sprawdzamy te  g sto , no wiesz, grubo , tego kosmicznego gazu we
wszystkich rejonach Galaktyki. W ró nych miejscach jest ona ró na i musimy zna  jej
dok adn  warto , aby za ogi statków mog y oblicza  d ugo  skoków w nadprzestrzeni.
To jak... - jego g os ucich .
        Valona zmartwia a i niespokojnie czeka a, a  podejmie temat, ale Rik milcza . Jej

os zabrzmia  chrapliwie w kompletnej ciemno ci.

        - Rik? Co si  sta o, Rik?
        Nadal cisza. Po omacku chwyci a go za ramiona i potrz sn a.
        - Rik! Rik!
        G os, jakim jej odpowiedzia , by  znów g osem dawnego Rika. S aby, wystraszony,
bez cienia weso

ci i pewno ci siebie.

        - Lona. Pope nili my b d.
        - O co chodzi? Jaki b d?
        Nagle jasno i wyra nie przypomnia a mu si  scena zabicia Piekarza przez stra nika,
jakby przywo ana wyra nym wspomnieniem tylu innych rzeczy.
        - Nie powinni my byli ucieka  - rzek . - Nie powinni my byli wsiada  na ten statek.
        Dr

 jak li  i Valona daremnie próbowa a otrze  mu r

 pot z czo a.

        - Dlaczego? - pyta a. - Dlaczego?
        - Powinni my byli domy li  si ,  e je li Piekarz wyprowadzi  nas za dnia, nie
spodziewa  si

adnych k opotów ze strony stra ników. Pami tasz tego stra nika? Tego,

który zabi  Piekarza?
        - Tak.
        - A widzia

 jego twarz?

        - Nie  mia am spojrze .
        - A ja spojrza em i zauwa

em co  dziwnego, ale nie pomy la em, nie

pomy la em... Lono, to nie by  stra nik. To by  Mieszczanin, Lono. Mieszczanin
przebrany za stra nika.

8.
Dama

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Samia z Fife mia a sto pi dziesi t centymetrów wzrostu, a ka dy centymetr jej
cia a trz

 si  ze wzburzenia. Wa

a czterdzie ci pi  kilogramów i w tej chwili ka dy

kilogram sk ada  si  z tysi ca gramów gniewu.
        Miota a si  od  ciany do  ciany pokoju; ciemne w osy upi a wysoko, na nogach
mia a dodaj ce jej wzrostu szpilki, a szczup y podbródek z wyra nie widoczn  bruzd
dygota  ze z

ci.

        - Och nie - wo

a. - Nie zrobi by mi tego. Nie móg by mi tego zrobi . Kapitanie!

        Jej g os by  przenikliwy i nawyk y do wydawania polece . Kapitan Racety sk oni
si  z szacunkiem.
        - Pani?
        Dla ka dego Flori czyka kapitan Racety by by oczywi cie Posiadaczem. Po prostu.
Dla ka dego Flori czyka wszyscy Sarka czycy byli Posiadaczami. Ale w ród
Sarka czyków byli Posiadacze i prawdziwi Posiadacze. Kapitan nale

 do tych

zwyczajnych. Samia z Fife by a prawdziwym posiadaczem, a raczej 

skim

odpowiednikiem takowego, co wychodzi o na jedno.
        - Pani? - zapyta .
        - Nikt nie b dzie mi tu rozkazywa  - powiedzia a. - Jestem doros a. Jestem pani
samej siebie.  ycz  sobie tu zosta .
        - Pani - odpar  kapitan ostro nie - prosz  zrozumie ,  e nie ja wyda em rozkazy.
Nikt nie pyta  mnie o rad . Jasno i wyra nie powiedziano mi, co mam robi .
        Bez przekonania zacz  szuka  kopii swoich rozkazów. Ju  dwukrotnie usi owa  je
pokaza  pasa erce, ale nie chcia a ich widzie , jakby w ten sposób z czystym sumieniem
mog a uniemo liwia  mu pe nienie jego obowi zków. Powiedzia a jeszcze raz, dok adnie
tak samo jak przedtem:
        - Nie interesuj  mnie pa skie rozkazy.
        Odwróci a si  na pi cie i zacz a szybko odchodzi .
        Poszed  za ni  mówi c  agodnie:
        - Rozkazy zawieraj  polecenia, z których wynika, i  - je li nie zechce pani przyj  -

 musia , prosz  mi wybaczy , nakaza  przeniesienie pani na statek.

        Obróci a si  gwa townie.
        - Nie odwa y si  pan.
        - Kiedy wezm  pod uwag , kim jest ten, kto wyda  mi te rozkazy, odwa  si  na
wszystko.
        Spróbowa a pochlebstwa.
        - Kapitanie, z pewno ci  nie ma  adnego niebezpiecze stwa. To  mieszny, ca kiem
szalony pomys . W Mie cie panuje spokój. Wczoraj po po udniu og uszono w bibliotece
jakiego  stra nika. Có  z tego?!
        - Dzi  rano Flori czycy zabili drugiego stra nika.
        Ta wiadomo  poruszy a j , ale jej oliwkowa skóra pociemnia a, a czarne oczy

ysn y z gniewu.

        - Co to ma wspólnego ze mn ? Ja nie jestem stra nikiem.
        - Pani, statek jest przygotowywany do odlotu. Startuje nied ugo. Musi pani znale
si  na jego pok adzie.
        - A moja praca? Moje badania? Czy pan wie... Nie, nie wie pan.
        Kapitan nie odpowiedzia . Odwróci a si  do niego ty em. B yszcz ca suknia z
miedzianego kyrtu, przetykana mlecznosrebrnymi pasmami, nadawa a nadzwyczajn ,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

ciep  g adko  jej ramionom i szyi. Kapitan Racety spogl da  na ni  z czym  wi cej ni
kurtuazja i pokora nale ne takiej damie. Zastanawia  si , dlaczego taka pon tna i
apetyczna panienka sp dza czas na na ladowaniu pogr onych w ksi gach uczonych

ów.

        Samia dobrze wiedzia a,  e jej rzetelne wykszta cenie czyni o j  przedmiotem

agodnych drwin ze strony ludzi, w których mniemaniu arystokratyczne damy z Sark

mog  tylko najpierw zadawa  szyku, a potem sta  si

ywym inkubatorem dla co

najmniej jednego, ale nie wi cej ni  dwóch przysz ych Posiadaczy z Sark. Ma o j  to
obchodzi o. Kobiety przychodzi y do niej i pyta y:
        - Naprawd  piszesz ksi

, Samia?

        I prosi y,  eby im j  pokaza a, a potem chichota y.
        M czy ni byli jeszcze gorsi, lekko protekcjonalni i wyra nie przekonani,  e
wystarczy jedno spojrzenie czy u cisk, aby wyleczy  j  z tych bzdur i skierowa  jej
uwag  na rzeczy naprawd  wa ne.
        Wszystko zacz o si  tak dawno temu, jak tylko zdo

a si gn  pami ci , gdy

zawsze uwielbia a kyrt, podczas gdy wi kszo  ludzi uwa

a jego istnienie za rzecz

zupe nie naturaln . Kyrt! Król, cesarz, bóg wszelkich materia ów. Nie by o w

ciwej

metafory.
        Pod wzgl dem chemicznym to nic innego jak odmiana celulozy - przysi gali
chemicy. A jednak ze wszystkimi swymi instrumentami i teoriami nigdy nie zdo ali
wyja ni , dlaczego w

nie na Florinie, i tylko na Florinie, na jedynej planecie w

Galaktyce, celuloza przybiera posta  kyrtu. To kwestia stanu fizycznego - mówili. Ale
zapyta  ich, czym stan fizyczny kyrtu ró ni si  od stanu fizycznego zwyczajnej celulozy,
a nabior  wody w usta.
        Po raz pierwszy zetkn a si  z niewiedz  w tym wzgl dzie u swojej opiekunki.
        - Dlaczego to  wieci, nianiu?
        - Bo to kyrt, Miasiaczku.
        - Dlaczego inne rzeczy tak nie  wiec , nianiu?
        - Bo nie s  z kyrtu, Miasiaczku.
        No i masz. Nie dalej jak trzy lata temu powsta a dwutomowa monografia na ten
temat. Samia przeczyta a j  dok adnie, ale wnioski by y mniej wi cej takie jak
wyja nienia niani. Kyrt to kyrt, poniewa  to kyrt. To, co nie jest kyrtem, nie jest kyrtem,
gdy  nie jest kyrtem.
        Kyrt nie  wieci  oczywi cie sam z siebie, ale odpowiednio utkany, b yszcza
metalicznie w s

cu, wieloma kolorami kolejno lub jednocze nie. Inny sposób obróbki

nadawa  nitkom diamentowy po ysk. Bez trudu mo na by o otrzyma  odmian
wytrzymuj

 temperatur  sze ciuset stopni Celsjusza i ca kowicie odporn  na wszelkie

chemikalia. W ókna mo na by o splata  cia niej ni  najdelikatniejsze syntetyki, a
wytrzyma

 mia y te w ókna tak , jakiej nie wykazywa

aden ze znanych gatunków

stali.
        Kyrt mia  wi cej zastosowa  i by  wykorzystywany szerzej ni  jakakolwiek inna
znana cz owiekowi substancja. Gdyby nie by  tak drogi, zast pi by szk o, metal czy
plastik we wszystkich mo liwych ga ziach przemys u. A tak - wykorzystywano go w
precyzyjnym przemy le optycznym, w formach odlewniczych hydrochronów,

ywanych w nap dach hiperatomowych, oraz do wszelkich lekkich, wytrzyma ych

siatek, tam gdzie metal by  zbyt kruchy lub za ci ki, albo i jedno, i drugie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Jednak by  wykorzystywany na niewielk  skal , jako trudno dost pny. Niemal ca e
zbiory kyrtu z Floriny sz y na produkcj  materia u, z którego powstawa y stroje, jakie nie
mia y sobie równych w historii Galaktyki. Florina odziewa a arystokracj  miliona

wiatów i zbierane z jednej planety plony kyrtu musia y by  oszcz dnie rozdzielane.

Mo e dwadzie cia kobiet na  wiecie mog o mie  strój z kyrtu; dwa tysi ce by o sta  na
kamizelk  albo par  r kawiczek. Dwadzie cia milionów patrzy o i zazdro ci o.
        Na milionie  wiatów Galaktyki u ywano w mowie potocznej pewnego wyra enia na
okre lenie snoba. By  to jedyny idiom rozumiany wsz dzie - bez trudu i w

ciwie:

Pomy la by ,  e wyciera nos w kyrt!
        Kiedy Samia by a starsza, posz a do ojca.
        - Czym jest kyrt, tatusiu?
        - Twoim chlebem z mas em, Miasiu.
        - Moim?
        - Nie tylko twoim, Miasiu. To chleb z mas em dla ca ej Sark.
        Oczywi cie!  atwo pozna a przyczyn . Ka dy  wiat w Galaktyce próbowa
uprawia  kyrt na swojej ziemi. Pocz tkowo Sark grozi a kar

mierci ka demu,

tubylcowi czy cudzoziemcowi, schwytanemu na szmuglowaniu nasion kyrtu z planety.
To nie powstrzyma o przemytu i w miar  up ywu stuleci Sarka czycy doznali ol nienia i
znie li zakaz. Ka dy móg  naby  nasiona kyrtu po cenie - na wag  - gotowego stroju.
        Móg  naby , poniewa  okaza o si ,  e kyrt uprawiany gdziekolwiek indziej w
Galaktyce, wsz dzie poza Florina, daje zwyk  celuloz . Bia , p ask , s ab  i
bezu yteczn . Gorsz  ni  bawe na.
        Czy to jest co  w glebie? Jaka  szczególna cecha promieni s

ca Floriny? A mo e

to flora bakteryjna Floriny? Próbowano wszystkiego. Pobierano próbki flori skiej gleby.
Skonstruowano lampy odtwarzaj ce znane widmo promieniowania s

ca Floriny.

Zaka ano ziemie flori skimi bakteriami. A kyrt rós  wsz dzie bia y, p aski, s aby i
bezu yteczny.
        Wiele spraw wymaga o wyja nienia. Trzeba by o skorzysta  z innych  róde , nie
tylko z raportów technicznych, prac naukowych czy ksi ek podró niczych. Od pi ciu lat
Samia marzy a,  e napisze prawdziw  ksi

 o historii kyrtu; o ziemi, która go rodzi, i

ludziach, którzy go uprawiaj .
        To marzenie wywo ywa o drwi ce u mieszki, lecz ona nie rezygnowa a. Upar a si ,

eby polecie  na Florin . Mia a zamiar sp dzi  sezon na polach i kilka miesi cy w

fabrykach. Zamierza a...
        Jakie to ma znaczenie, co mia a zamiar zrobi ? Kazano jej wraca .
        Z impulsywno ci  cechuj

 wszystkie jej dzia ania podj a decyzj . Za atwi to na

Sark. W duchu obieca a sobie,  e najdalej za tydzie  wróci na Florin .
        - Kiedy wyruszamy, panie kapitanie?
        Samia sta a przy luku obserwacyjnym, dopóki Florina by a kul  w przestrzeni. To
by  zielony, wio niany  wiat o znacznie przyjemniejszym klimacie ni  Sark. Nie mog a
doczeka  si , kiedy rozpocznie badania nad tubylcami. Nie lubi a Flori czyków
mieszkaj cych na Sark, md ych facetów, którzy nie  mieli na ni  nawet zerkn , tylko
odwracali si  twarz  do  ciany, jak nakazywa o prawo. Jednak w ich w asnym  wiecie
tubylcy, wed ug corocznych raportów, byli szcz liwi i beztroscy. Nieodpowiedzialni i
dziecinni, ale czaruj cy.
        Kapitan Racety przerwa  te rozwa ania.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Pani, czy zechcesz uda  si  na spoczynek do swojej kajuty?
        Spojrza a na niego, lekko marszcz c brwi.
        - Mo e otrzyma  pan jakie  nowe rozkazy, kapitanie? Czy jestem wi niem?
        - Ale  sk d! To tylko dla pani bezpiecze stwa. Kosmoport by  dziwnie pusty przed
startem. Zdaje si ,  e mia o miejsce nast pne zabójstwo i ochrona portu do czy a do
innych stra ników przetrz saj cych Miasto.
        - A co to ma wspólnego ze mn ?
        - Chodzi tylko o to,  e w tych okoliczno ciach, na które powinienem by
zareagowa  stawiaj c przed statkiem stra nika (bynajmniej nie umniejszam mojej winy),
niepowo ane osoby mog y przedosta  si  na statek.
        - W jakim celu?
        - Trudno powiedzie , ale na pewno niezbyt przyjaznym.
        - Fantazjuje pan, kapitanie.
        - Obawiam si ,  e nie, pani. Nasze energometry by y, rzecz jasna, bezu yteczne w
pobli u s

ca Floriny, ale teraz s  w porz dku i obawiam si ,  e wykryli my nadmierne

promieniowanie cieplne w magazynie awaryjnym.
        - Mówi pan powa nie?
        W ska, pozbawiona wszelkiego wyrazu twarz kapitana przez chwil  patrzy a na ni
beznami tnie.
        - Nat

enie promieniowania odpowiada wywo anemu przez dwie osoby

przeci tnych wymiarów.
        - Albo kto  zapomnia  wy czy  grzejnik.
        - Nie rejestrujemy wyp ywu energii z naszego  ród a zasilania. Jeste my gotowi
zbada  spraw , pani, prosimy tylko, aby  najpierw zechcia a uda  si  do swojej kabiny.
        W milczeniu skin a g ow  i opu ci a pokój. Dwie minuty pó niej kapitan spokojnie
powiedzia  do komunikatora:
        - W amanie do magazynu awaryjnego.

        Gdyby Myrlyn Terens chocia  odrobin  rozlu ni  napi te nerwy, z pewno ci , a
nawet z ulg , wpad by w histeri . Spó ni  si  z powrotem do piekarni. Tamci ju  j
opu cili i tylko szcz liwym zrz dzeniem losu spotka  ich na ulicy. Dalej wydarzenia
potoczy y si  same; Terens nie mia  wyboru i oto Piekarz le

 martwy u jego stóp.

        A co mia  zrobi  pó niej, w tym sk bionym t umie, gdy Rik i Valona znikn li w
ci bie, a latacze stra ników, prawdziwych stra ników, zacz y ko owa  jak s py?
        Szybko opanowa  pierwszy impuls, który kaza  mu pobiec za Rikiem. Nie by oby z
tego nic dobrego. Nigdy ich nie znajdzie, a stra nicy prawie na pewno zauwa  go.
Pospieszy  w innym kierunku, do piekarni.
        Jego jedyn  szans  by a niedoskona

 patroli. Ca e pokolenia stra ników wiod y

na Florinie spokojny  ywot. Od dwóch stuleci nie by o tu próby otwartego buntu.
Instytucja Mieszczan (u miechn  si  przy tym krzywo) dokona a cudów i od czasu jej
wprowadzenia stra nicy pe nili tylko rutynowe patrole. Nie tworzyli sprawnych si
porz dkowych, jakimi musieliby by  w innych okoliczno ciach.
        Dlatego Terens móg  wej  o  wicie na posterunek, gdzie na pewno mieli ju  jego
rysopis, lecz najwidoczniej nikt nie po wi ci  mu wi kszej uwagi. Samotny stra nik na

bie by  oboj tny i ponury. Spyta  Terensa, co go sprowadza, ale ten odpowiedzia  mu

plastikowym kraw dziakiem, wyrwanym ze  ciany jakiej  n dznej budy na przedmie ciu.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        R bn  stra nika w g ow , wzi  jego mundur i bro . Lista jego przest pstw by a ju
tak d uga,  e nawet nie przej  si , odkrywszy,  e zabi , a nie og uszy , ofiar .
        Dalej pozostawa  jednak na wolno ci i zardzewia a machina policyjna na razie
szcz ka a na niego bez skutku.
        By  w piekarni. Starszy wiekiem pomocnik Piekarza, który stoj c w progu daremnie
wyci ga  szyj , chc c ustali  przyczyny ca ego zamieszania, pisn  cienko na widok
straszliwej czerni i srebra, po czym umkn  w g b sklepu.
        Mieszczanin skoczy  za nim, chwyci  w gar  lu ny, um czony ko nierz i przydusi .
        - Dok d poszed  Piekarz?
        Stary rozchyli  usta, ale nie wyda  g osu.
        - Dwie minuty temu zabi em cz owieka - powiedzia  Mieszczanin. - Mog  zaraz
zabi  drugiego.
        - Prosz . Prosz . Nie wiem, prosz  pana.
        - No to umrzesz nie wiedz c.
        - On mi nie powiedzia . Rezerwowa  jakie  bilety.
        - Pods uchiwa

, tak? Co jeszcze pods ucha

?

        - Raz pad o s owo „Wotex”. My

,  e rezerwowa  miejsca na kosmolocie.

        Terens odepchn  go.
        Musia  odczeka . Zaczeka , a  och onie. Ryzykuj c,  e do piekarni zawitaj
prawdziwi stra nicy.
        Ale nie za d ugo. Nie za d ugo. Domy la  si , co uczyni  jego niedawni towarzysze.
Rik, rzecz jasna, by  nieobliczalny, lecz Valona to inteligentna dziewczyna. Po sposobie,
w jaki uciekli, widzia ,  e wzi li go za prawdziwego stra nika i Valona na pewno uzna, i
tylko ucieczka drog  zaplanowan  przez Piekarza zapewni im bezpiecze stwo.
        Piekarz zarezerwowa  dla nich miejsca. Kosmolot czeka. B

 tam.

        A on musi by  tam przed nimi.
        Znalaz  si  w rozpaczliwej sytuacji. Ju  nic nie mia o znaczenia. Je li wypu ci z r k
Rika, a w jego osobie potencjaln  bro  przeciw tyranii Sark, utrata  ycia b dzie przy tym
nic nie znacz

, dziecinn  zgub .

        Dlatego wyszed  z piekarni bez l ku, chocia  by  jasny dzie , cho

cigaj cy musieli

ju  wiedzie ,  e maj  szuka  cz owieka w mundurze stra nika, a w zasi gu wzroku
unosi y si  dwa latacze.

        Terens zna  kosmolot, z którego mieli odlecie . By  tylko jeden taki na planecie. W
Górnym Mie cie znajdowa o si  tuzin ma ych l dowisk dla prywatnych jachtów, a na
ca ej planecie setki przeznaczonych wy cznie dla brzydkich frachtowców, zabieraj cych
gigantyczne bele kyrtu na Sark, a przywo cych stamt d maszyny i artyku y
powszechnego u ytku. Ale by  tylko jeden kosmolot dla zwyk ych podró nych -
biedniejszych Sarka czyków, flori skich urz dników i nielicznych cudzoziemców,
którym uda o si  uzyska  zgod  na zwiedzenie Floriny.
        Stra nik przy bramie portu obserwowa  z  ywym zainteresowaniem nadchodz cego
Terensa. Samotno  zaczyna a mu ci

.

        - Witam pana - powiedzia . W jego g osie brzmia  wspó czuj cy ton. Wszak zabito
stra ników. - Straszne zamieszanie w Mie cie, prawda?
        Terens nie zwróci  uwagi na zach

 do zwierze . Opu ci  wypuk y wizjer he mu i

dopi  kombinezon pod szyj .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Czy dwie osoby - warkn  ostro - m czyzna i kobieta udaj cy si  na Wotex,
wesz y ostatnio na teren portu?
        Wartownik poblad . Zakrztusi  si , ale zaraz odpowiedzia  pokornym tonem:
        - Tak, oficerze. Oko o pó  godziny temu. Mo e mniej.
        Nagle poczerwienia .
        - Czy istnieje jaki  zwi zek mi dzy... Oficerze, ich papiery by y w najlepszym
porz dku. Nie przepu ci bym obcych bez odpowiednich dokumentów.
        Terens zignorowa  jego wyja nienia. Odpowiednie dokumenty! Piekarz zdo
za atwi  je w ci gu nocy. Na Galaktyk , my la , ciekawe, jak g boko trantoria scy
szpiedzy spenetrowali sarka sk  administracj ?
        - Jakie mieli nazwiska?
        - Gareth i Hansa Barne.
        - Czy ich statek odlecia ? Mów szybko!

        - N-nie, prosz  pana.
        - Który dok?
        - Siedemnasty.
        Terens powstrzymywa  si , by nie pobiec, lecz jego chód niewiele ró ni  si  od
biegu. Gdyby w polu widzenia zjawi  si  prawdziwy stra nik, ten szybki, pozbawiony
godno ci trucht by by ostatnim b dem Mieszczanina.
        Przy luku powietrznym statku sta  kosmonauta w mundurze oficera.
        - Czy Gareth i Hansa Barne weszli na pok ad? - spyta  Terens dysz c lekko.
        - Nie, nie weszli - odpar  flegmatycznie tamten. Dla Sarka czyka stra nik by  tylko
jeszcze jednym facetem w mundurze. - Czy ma pan dla nich jak  wiadomo ?
        - Przecie  nie weszli na pok ad! - prychn  niecierpliwie Terens.
        - W

nie to powiedzia em. I nie b dziemy czeka . Odlatujemy zgodnie z planem, z

nimi czy bez nich.
        Terens odwróci  si  i odszed .
        Znów znalaz  si  przy budce wartownika.
        - Czy oni wyszli?
        - Wyszli? Kto?
        - Barne. Ci, którzy lecieli na Wotex. Nie ma ich na pok adzie. Czy wychodzili z
portu?
        - Nie, prosz  pana. Nic mi o tym nie wiadomo.
        - A inne bramy?
        - Tylko t dy mo na wyj .
        - Sprawd , idioto!
        Bliski paniki wartownik podniós  komunikator. Jeszcze nigdy nie rozgniewa  tak

adnego stra nika i obawia  si  najgorszych skutków. Po dwóch minutach od

uchawk .

        - Nikt nie wychodzi , prosz  pana.
        Terens zmierzy  go spojrzeniem. Wystaj ce spod czapki jasne w osy wartownika
by y wilgotne od potu, który perli  si  te  na jego czole i sp ywa  po policzkach.
        - Czy jaki  statek opu ci  port, od kiedy oni tu weszli?
        Wartownik sprawdzi  plan lotów.
        - Jeden - rzek . - Liniowiec Niestrudzony.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        I dorzuci  pospiesznie, chc c udobrucha  rozgniewanego stra nika dodatkowymi
informacjami:
        - Niestrudzony wykonuje dodatkowy kurs na Sark, odwozi pani  Samie z Fife.
        Nie wyja nia ,  e t  „poufn ” informacj  uzyska , pods uchuj c cudze rozmowy.
        Lecz Terens ju  go nie s ucha .
        Odszed  powoli. Wyeliminuj niemo liwe, a to, co pozostanie, cho by
nieprawdopodobne, b dzie prawd . Rik i Valona weszli na teren kosmoportu. Nie zostali
uj ci, bo wartownik na pewno wiedzia by o tym. Nie w drowali sobie po porcie, bo do
tej pory ju  zostaliby schwytani. Nie by o ich na statku, na który mieli bilety. Nie opu cili
portu. Jedynym statkiem, jaki odlecia , by  Niestrudzony. Tak wi c na nim, mo e jako
wi niowie, mo e jako pasa erowie na gap , lecieli Rik i Valona.
        Có  to jednak za ró nica. Je li byli pasa erami na gap , wkrótce b

 wi niami.

Tylko flori ska wie niaczka i facet z wyczyszczonym mózgiem mogli nie wiedzie ,  e
na nowoczesnym kosmolocie nie da si  ukry .
        I ze wszystkich mo liwych kosmolotów wybrali akurat ten, na którym podró owa a
córka Posiadacza Fife.
        Posiadacza Fife!

9.
Posiadacz

        Posiadacz Fife by  najwa niejszym cz owiekiem na Sark i z tej przyczyny nie chcia ,
aby widziano go stoj cego. Podobnie jak jego córka by  niski, lecz w przeciwie stwie do
niej nie tak proporcjonalnie zbudowany, gdy  niski wzrost zawdzi cza  g ównie nogom.
Tors mia  pot

ny i niew tpliwie majestatyczn  g ow , lecz tu ów osadzony by  na

krótkich nó kach, których ruchy by y niezgrabne, kaczkowate.
        Dlatego siedzia  za biurkiem i oprócz córki, s

cych oraz  ony - kiedy jeszcze 

a

- nikt nigdy nie widzia  go w innej pozycji.
        Siedz c, wygl da  na tego, kim by . Wielka g owa o szerokich, niemal bezwargich
ustach, wydatny nos o du ych nozdrzach i wystaj cy podbródek z równ

atwo ci  mog y

przybiera  wyraz  agodny, jak i stanowczy. W osy, zaczesane sztywno do ty u i z
ca kowitym lekcewa eniem obowi zuj cej mody opadaj ce prawie do ramion, mia
kruczoczarne, bez  ladu siwizny. Niebieskawe cienie znaczy y jego podbródek, brod  i
policzki - dwa razy dziennie golone przez flori skiego fryzjera.
        Posiadacz pozowa  i robi  to  wiadomie. Przybra  kamienny wyraz twarzy,
pozwalaj c lu no splecionym d oniom - mocnym, szerokim, o krótkich palcach -
pozosta  na biurku, którego g adki, polerowany blat by  zupe nie pusty. Nie le

 na nim

aden dokument, ozdoba czy komunikator. Ta zamierzona pustka podkre la a obecno

Posiadacza.
        Specjalnym beznami tnym g osem, zarezerwowanym dla urz dze  mechanicznych i
flori skich urz dników, powiedzia  do swojego bladego, bia ego jak rybi brzuch
sekretarza:
        - Spodziewam si ,  e wszyscy przyj li?
        Nie mia  w tpliwo ci, jaka b dzie odpowied .
        Sekretarz odpowiedzia  równie beznami tnym tonem:

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Posiadacz Bort o wiadczy , i  nawa  wcze niej uzgodnionych zaj  nie pozwala
mu przyby  wcze niej jak o trzeciej.
        - I powiedzia

 mu?

        - O wiadczy em,  e charakter tej sprawy czyni wszelk  zw ok  niepo

dan .

        - Z jakim wynikiem?
        - B dzie,  askawy panie. Pozostali zgodzili si  bez zastrze

.

        Fife u miechn  si . Pó  godziny wcze niej czy pó niej - to nie ma  adnego
znaczenia. Chodzi o o zasad , to wszystko. Wielcy Posiadacze byli bardzo dra liwi na
punkcie w asnej niezale no ci; musz  wyleczy  si  z tego.
        Teraz pozosta o mu tylko czeka . Pokój by  du y, miejsca dla wszystkich
przygotowane. Wielki chronometr, zasilany male

 iskierk  radioaktywno ci, który nie

stan  i nie zawiód  od tysi ca lat, wskazywa  drug  dwadzie cia dwie.
        Tyle emocji w ci gu dwóch ostatnich dni! Ten stary chronometr mo e jeszcze sta
si

wiadkiem jedynych w swoim rodzaju wydarze .

        A przecie  ten czasomierz widzia  wiele przez ten tysi c lat. Kiedy odmierza
pierwsze minuty, Sark by a nowym  wiatem r cznie stawianych chat, o s abych
kontaktach z innymi, starszymi  wiatami. Wtedy ten zegar osadzono w ceglanej  cianie
starego budynku, który ju  dawno rozsypa  si  w proch. Miarowe tykanie towarzyszy o
trzem krótkotrwa ym „imperiom”, jakie niezdyscyplinowani 

nierze Sark zdo ali na

szy czy krótszy czas utworzy  z tuzina okolicznych planet. Przez dwa okresy

rozpadu pierwiastków radioaktywnych planet  rz dzi y floty s siednich  wiatów.
        Pi set lat temu wybi  dla Sark godzin , w której mieszka cy jej odkryli,  e gleba
najbli szej planety, Floriny, rodzi skarb nieoszacowanej warto ci. Miarowo odmierza
lata dwóch zwyci skich wojen i chwil  zawarcia pokoju na warunkach zdobywców. Sark
porzuci a swoje imperia, wch on a Florin  i sta a si  pot

 w sposób, jakiego nie zdo

powtórzy  sam Trantor.
        Florin  chcia  sobie podporz dkowa  Trantor i inne pot gi równie . Przez stulecia
Florina by a  wiatem, po który wyci ga y si  chciwe r ce reszty Kosmosu. Jednak to
Sark trzyma a j  w gar ci i pr dzej rozp ta aby wojn  galaktyczn , ni  wypu ci a t
zdobycz z r k.
        Trantor wiedzia  o tym! Trantor wiedzia !
        Bezg

ne tykanie chronometru zdawa o si  odbija  echem w mózgu Posiadacza.

        By a druga dwadzie cia trzy.
        Prawie rok temu spotka o si  tu pi ciu Wielkich Posiadaczy Sark. Zebranie odby o
si  w tej w

nie sali. Tak jak teraz - Posiadacze, rozproszeni po ca ej planecie, ka dy na

swoim kontynencie, zjawili si  pod postaci  trójwymiarowych personifikacji.
        W uproszczeniu - wygl da o to jak trójwymiarowa transmisja telewizyjna na  ywo,
stereo i w kolorze. S

ce do tego urz dzenia znajdowa y si  w ka dym  rednio

zasobnym domu na Sark. Natomiast niezwyk y by  brak jakiegokolwiek odbiornika.
Obecno  czterech Posiadaczy, z wyj tkiem Posiadacza Fife, by a projekcj , lecz tak
realn , jakby stawili si  w sali osobi cie. Ich sylwetki nie prze witywa y i nie migota y, a
jednak wyci gni ta r ka przechodzi a przez nie na wylot.
        Prawdziwe cia o Posiadacza Rune’a siedzia o na antypodach, na jedynym
kontynencie, na którym w tej chwili panowa a noc. Obraz widoczny w biurze Fife’a by
otoczony zimnym, bia ym blaskiem sztucznego o wietlenia, przy mionym tu ja niejszym
dziennym  wiat em.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        W tym jednym pomieszczeniu, cia em czy duchem, obecna by a ca a Sark,
dziwaczna i niezbyt heroiczna reprezentacja planety. Rune by ysy, ró owy i gruby,
natomiast Balie siwy, chudy i pomarszczony. Upudrowany i uró owany Steen u miecha
si  desperackim u miechem cz owieka udaj cego pe ni  si , które go opu ci y, a Bort
wykazywa  pogard  dla wszelkich luksusów, przykro manifestuj

 si  dwudniowym

zarostem i brudnymi paznokciami.
        A jednak byli pi cioma Wielkimi Posiadaczami.
        Znajdowali si  na samym szczycie trójstopniowej drabiny w adzy na Sark.
Najni szym szczeblem by a oczywi cie flori ska administracja, trwaj ca niezmiennie
przez zmienne koleje losu, wyniesienia i upadki poszczególnych rodów
arystokratycznych Sark. To ona oliwi a osie i obraca a ko ami w adzy. Nad ni  byli
szefowie departamentów i ministrowie mianowani przez dziedzicznego (i
nieszkodliwego) Szefa Pa stwa. Podpisy ich oraz Szefa by y potrzebne, aby ustawy
mia y moc prawn , lecz ich faktyczne obowi zki ogranicza y si  do podpisywania
papierów.
        Najwy szy szczebel zajmowa o tych pi ciu ludzi; ka dy, za zgod  pozosta ych
czterech, w ada  jednym kontynentem. Byli g owami rodzin kontroluj cych wi ksz
cz

 handlu kyrtem i zwi zanych z tym przychodów. Pieni dze dawa y w adz  i

dyktowa y polityk  Sark. A oni je mieli. W ród tej pi tki najwi cej mia  Fife.
        Posiadacz Fife spotka  si  z nimi tamtego dnia, prawie przed rokiem, i rzek
pozosta ym w adcom drugiej z kolei najbogatszej planety Galaktyki (po Trantorze, który
w ko cu mia  milion  wiatów do grabienia, a nie dwa):
        - Otrzyma em dziwn  wiadomo .
        Nic nie powiedzieli. Czekali.
        Fife poda  pasek metalitowego filmu sekretarzowi, który podchodzi  do ka dego z
siedz cych, trzymaj c go tak, aby by  dobrze widoczny, i dostatecznie d ugo,  eby mogli
przeczyta .
        Ka demu z czwórki uczestników konferencji zdawa o si , i  tylko on jest realny,
natomiast pozostali, w tym i Fife, s  jedynie cieniami. Metalitowy film tak e by  cieniem.
Mogli tylko siedzie  i obserwowa  promienie  wietlne przelatuj ce ogromne odleg

ci

dziel ce kontynenty: Fife, Balie, Bort, Steen oraz archipelag Rune. S owa, które czytali,
by y cieniem na cieniu.
        Tylko Bort, bezpo redni i nie lubi cy subtelno ci, zapomnia  o tym i si gn  po list.
        Jego r ka wyci gn a si  a  po skraj prostok tnego receptora obrazu i zosta a uci ta.
Rami  ko czy o si  bezkszta tnym kikutem. Fife wiedzia ,  e gdzie  w odleg ym pokoju

ka Borta przesz a przez sfilmowany list i z apa a powietrze. U miechn  si , inni te .

Steen zachichota .
        Bort poczerwienia . Cofn  r

 i jego d

 pojawi a si  znowu. Fife rzek :

        - No có , wszyscy widzieli cie. A teraz, je li nie macie nic przeciw temu,
przeczytam j  na g os, aby cie mogli zastanowi  si  nad jej znaczeniem.
        Wyci gn  r

 nad g ow , a jego sekretarz, przyspieszaj c kroku, zdo

 podsun

film w odpowiednie miejsce, tak  e d

 Fife’a natychmiast zamkn a si  na zwitku.

        Fife czyta  spokojnie, dramatycznie akcentuj c s owa, jakby sam u

 wiadomo

i cieszy  si , mog c j  przekaza .
        - Oto tre : „Jeste  Wielkim Posiadaczem Sark i nie ma nikogo, kto móg by si  z
tob  równa  w adz  i bogactwem. A jednak ta w adza i bogactwo opieraj  si  na

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kruchych podstawach. Mo e uwa asz,  e dostawy kyrtu, jakie p yn  z Floriny, to nie jest
krucha podstawa, ale zadaj sobie pytanie, jak d ugo b dzie istnie  Florina? Zawsze?
        Nie! Florina mo e zosta  zniszczona jutro. A mo e istnie  jeszcze tysi c lat.
Bardziej prawdopodobne,  e zostanie zniszczona jutro. Nie przeze mnie, rzecz jasna, ale
w sposób, jakiego nie mo ecie przewidzie  ani wyliczy . Wyobra  to sobie. Wyobra
sobie,  e twoja pot ga i bogactwo ko cz  si , poniewa  ja domagam si  wi kszej ich
cz ci. B dziesz mia  czas do namys u, ale niezbyt d ugi.
        Spróbuj gra  na zw ok , a wyjawi  ca ej Galaktyce, a szczególnie Florinie, prawd  o
zbli aj cym si  zniszczeniu. Potem nie b dzie ju  kyrtu ani bogactwa, ani w adzy.
Równie  i dla mnie, lecz ja jestem do tego przyzwyczajony. Dla ciebie b dzie to
ogromny problem, gdy  urodzi

 si  bogaty.

        Oddasz mi wi kszo  swoich posiad

ci w sposób, jaki niebawem podyktuj , i

dziesz móg  bezpiecznie cieszy  si  tym, co ci zostanie. Z pewno ci  nie b dzie to

wiele w porównaniu do obecnego stanu, ale wi cej, ni  pozosta oby ci, gdyby  tego nie
zrobi . I nie gard  tym, co ci zostanie. Florina, by  mo e, dotrwa do ko ca twego  ycia i

dziesz 

, je li nie w zbytku, to co najmniej w dostatku.”

        Fife sko czy  czyta . Kilkakrotnie obróci  film w r ku, po czym ostro nie umie ci
go w srebrzystym i przezroczystym pojemniku, w którym drukowane litery zla y si  w
czerwonaw  smug . Powiedzia  normalnym g osem:
        - Zabawny list. Bez podpisu i napisany, jak s yszeli cie, w pompatycznym i
napuszonym stylu. Co o tym s dzicie, Posiadacze?
        Rumiana twarz Rune’a przybra a wyraz dezaprobaty. Rzek :
        - To najwidoczniej dzie o cz owieka o mentalno ci psychopaty. On tworzy powie
historyczn . Szczerze mówi c, Fife, nie uwa am, aby my z powodu takich bzdur mieli
narusza  nasz  tradycyjn  autonomi  kontynentaln . I nie podoba mi si ,  e to wszystko
odbywa si  w obecno ci twojego sekretarza.
        - Mojego sekretarza? Dlatego,  e jest Flori czykiem? Czy obawiasz si ,  e
wstrz nie nim co  takiego jak ten list? Nonsens.
        Nagle porzuci  zabawowy ton i powiedzia  rozkazuj co:
        - Obró  si  do Posiadacza Rune’a.
        Sekretarz wykona  polecenie. Oczy trzyma  dyskretnie spuszczone, a jego blada
twarz by a zupe nie bez wyrazu. Zdawa a si  niemal pozbawiona  ycia.
        - Ten Flori czyk - o wiadczy  Fife, nie zwa aj c na obecno  sekretarza - jest moim
osobistym s ug . Nigdy mnie nie opuszcza, nigdy nie przebywa ze swoimi ziomkami.
Jednak nie dlatego ufam mu bez zastrze

. Patrzcie na niego. Spójrzcie na jego oczy.

Czy nie widzicie,  e zosta  poddany dzia aniu psychosondy? Nie jest zdolny do  adnej
nielojalnej wzgl dem mnie my li. Bez urazy, ale pr dzej zaufa bym jemu ni  któremu  z
was.
        Bort zachichota .
        - Nie mam do ciebie  alu.  aden z nas nie odznacza si  lojalno ci  potraktowanego
psychosond  flori skiego s ugi.
        Teraz Steen zachichota , wij c si  w fotelu, jakby by o mu zbyt gor co.
         aden nie komentowa  faktu stosowania przez Fife’a psychosondy wobec
osobistych s

cych. Fife by by ogromnie zdumiony, gdyby co  powiedzieli, mimo  e

stosowanie psychosondy w innych celach ni  leczenie chorób psychicznych lub usuwanie
przest pczych sk onno ci by o surowo zabronione. Nawet Wielkim Posiadaczom.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        A jednak Fife robi  to, ilekro  uwa

 za konieczne, szczególnie gdy obiekt by

Flori czykiem. U ycie psychosondy wobec Sarka czyka by o znacznie delikatniejsz
spraw . Posiadacz Steen, którego niepokój wywo any wzmiank  o psychosondzie nie
uszed  uwagi Fife’a, s yn  z wykorzystywania Flori czyków obojga p ci do celów nie
maj cych nic wspólnego z sekretarzowaniem.
        - Do rzeczy - Fife z

 grube palce. - Nie zwo

em was, aby czyta  g upie li ciki.

To, mam nadziej , rozumiecie. Jednak obawiam si , i  mamy powa ny problem. Po
pierwsze, zada em sobie pytanie, dlaczego tylko ja? Jasne, jestem najbogatszym z
Posiadaczy, ale kontroluj  tylko jedn  trzeci  obrotu kyrtem. Wspólnie kontrolujemy
wszystko. Równie  atwo zrobi  cztery kopie listu, jak go napisa .
        - Za du o mówisz - mrukn  Bort. - O co ci chodzi?
        Pomarszczone i bezbarwne wargi Balle’a poruszy y si  w jego szarej twarzy.
        - On chce wiedzie , lordzie Bort, czy otrzymali my kopie tego listu.
        - To niech powie jasno.
        - Wydawa o mi si ,  e mówi  wyra nie - rzek  spokojnie Fife. - No?
        Spojrzeli po sobie, podejrzliwie lub wyzywaj co, zale nie od charakteru.
        Pierwszy odezwa  si  Rune. Ró owe czo o mia  mokre od potu; uniós  mi kki
kwadrat kyrtu, aby wytrze  wilgo  z zag bie  mi dzy fa dami t uszczu, biegn cymi
pó koli cie od ucha do ucha.
        - Nie mam poj cia, Fife. Mog  zapyta  moich sekretarzy, którzy - nawiasem
mówi c - wszyscy s  Sarka czykami. Gdyby taki list nawet dotar  do mojego biura,
zosta by uznany za... Jak to si  mówi? Uznany za wyczyn szale ca. Nigdy bym go nie
zobaczy . To pewne. Tylko szczególnej organizacji pracy twojego sekretariatu
zawdzi czasz,  e nie oszcz dzono ci zajmowania si  takim  mieciem.
        Rozejrza  si  wokó  i u miechn , b yskaj c mokrymi dzi

ami, widocznymi nad

sztucznymi z bami z chromowanej stali. Ka dy z b by  g boko wkr cony,
przymocowany do szcz ki i twardszy ni  z b z jakiegokolwiek sztucznego tworzywa.

miech Rune’a by  bardziej przera aj cy ni  grymas w ciek

ci.

        - S dz ,  e to, co powiedzia  Run, móg by powiedzie  ka dy z nas - wzruszy
ramionami Balie.
        - Nigdy nie czytam poczty - zachichota  Steen. - Nigdy. To takie nudne, a dostaj
tego tyle,  e nie mia bym na nic czasu.
        Spojrza  na pozosta ych, jakby chc c ich przekona ,  e mówi prawd .
        - Bzdury - odezwa  si  Bort. - Co si  z wami dzieje? Boicie si  Fife’a? S uchaj, Fife,
ja nie mam  adnego sekretarza, bo nie potrzebuj

adnej pomocy w interesach.

Otrzyma em kopi  tego listu i jestem przekonany,  e pozostali trzej te . Chcesz wiedzie ,
co z nim zrobi em? Wrzuci em go do spalarki. Radz  wam zrobi  to samo. Dajmy temu
spokój. Jestem zm czony.
        Si gn  r

 do prze cznika, aby przerwa  transmisj  i zgasi  obraz swojej osoby w

biurze Fife’a.
        - Chwileczk , Bort - rzuci  ostro Fife. - Zaczekaj, bo jeszcze nie sko czy em. Chyba
nie chcesz,  eby my podj li jakie  decyzje i kroki pod twoj  nieobecno . Na pewno tego
nie chcesz.
        - Poczekajmy - nalega  Rune nieco  agodniejszym tonem, cho  jego skryte w

uszczu oczka wcale nie patrzy y przyja nie. - Zastanawiam si , dlaczego Posiadacz Fife

tak bardzo niepokoi si  takim drobiazgiem.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Hmm - rzek  Balie chrapliwym g osem. - Mo e Fife my li,  e nasz przyjaciel od
listów ma jakie  informacje o trantoria skim ataku na Florin .
        - Phi! - prychn  Fife. - Sk d móg by je mie , kimkolwiek by by ? Zapewniam was,

e nasze s

by wywiadowcze dzia aj  sprawnie. I jak móg by powstrzyma  atak,

otrzymawszy nasze dobra jako  apówk ? Nie, nie. On pisze o zniszczeniu Floriny, jakby
mia  na my li fizyczne unicestwienie, a nie destrukcj  polityczn .
        - To zupe ne szale stwo - rzek  Steen.
        - Tak? - odpar  Fife. - To znaczy,  e nie doceniasz wydarze  ostatnich dwóch
tygodni?
        - Jakich konkretnie? - spyta  Bort.
        - Zdaje si ,  e znikn  jaki  kosmoanalityk. Na pewno s yszeli cie o tym.
        Bort wygl da  na rozgniewanego i niezadowolonego.
        - S ysza em o tym od Abla z Trantoru. I co z tego? Nie mam poj cia o
kosmoanalizie.
        - Ale chyba czyta

 zapis informacji, jakie przekaza  do swojej bazy na Sark, zanim

znikn .
        - Abel pokazywa  mi, ale nie zwróci em uwagi.
        - A wy? - Fife mierzy  ich wyzywaj cym spojrzeniem, jednego po drugim. -
Si gniecie pami ci  wstecz?
        - Ja czyta em - przyzna  Rune. - I przypominam sobie. Oczywi cie! By a tam mowa
o zniszczeniu. O to ci chodzi?
        - S uchajcie - wtr ci  piskliwie Steen. - Tam by o kilka ob ka czych sugestii.
Autentycznie. Mam nadziej ,  e nie b dziemy tego teraz omawia . Z trudem pozby em
si  wtedy Abla, a w

nie nadchodzi a pora obiadu. Okropnie denerwuj ce. Autentycznie.

        - Nic na to nie poradz , Steen - odpar  Fife, nie kryj c zniecierpliwienia. (Co tu
robi  z czym  takim jak Steen?) - Musimy o tym porozmawia . Kosmoanalityk
sygnalizowa  zagro enie dla Floriny. Wkrótce po jego znikni ciu otrzymujemy listy,
które równie  mówi  o zniszczeniu Floriny. Czy to tylko zbieg okoliczno ci?
        - Chcesz powiedzie ,  e to kosmoanalityk nas szanta uje? - szepn  stary Balie.
        - Niepodobna. Po co og asza by to najpierw jawnie, a potem anonimowo?
        - Przekaz - rzek  Balie - by  przeznaczony dla jego biura, a nie dla nas.
        - Mimo wszystko. Szanta ysta stara si  nie rozmawia  z nikim prócz swojej ofiary. -
Wi c?
        - Kosmoanalityk znikn . Za

my,  e by  uczciwy. Jednak nada  niebezpieczn

wiadomo . Teraz znajduje si  w r kach innych, którzy nie s  uczciwi, i to oni nas
szanta uj .
        - Jakich innych?
        Fife pos pnie odchyli  si  w fotelu, ledwie poruszaj c wargami.
        - Pytasz powa nie? Trantora.
        - Trantor! - Steen zadr

. Jego piskliwy g os za ama  si .

        - Czemu nie? Czy jest lepszy sposób przej cia kontroli nad Florin ? A to jest
jednym z g ównych celów ich polityki zagranicznej. I gdyby uda o im si  osi gn  go
bez wojny, tym lepiej dla nich. Je eli wi c ugniemy si  przed tym bezczelnym
ultimatum, Florin  nale y do nich. Zostawi  nam odrobin  - pokaza  dwoma palcami -
ale jak d ugo b dziemy w stanie utrzyma  i to? Z drugiej strony, za

my,  e

zignorujemy ten list - czy mamy zreszt  inne wyj cie? Zaczn  rozsiewa  w ród

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

flori skich wie niaków plotki o rych ym ko cu  wiata. Te pog oski wywo aj  panik ,
która doprowadzi do katastrofy. Jak sk oni  do pracy cz owieka, który jest przekonany,

e jutro nast pi koniec  wiata? Plony zgnij  na polach. Magazyny opustoszej .

        Steen potar  palcem uró owany policzek i dyskretnie zerkn  w lustro stoj ce
opodal, poza zasi giem receptora obrazu.
        - Nie s dz  - powiedzia  -  eby to nam zaszkodzi o. Je li spadnie poda , to przecie
wzrosn  ceny? A kiedy oka e si ,  e Florin  pozosta a na swoim miejscu, to i wie niacy
wróc  do pracy. Ponadto zawsze mo emy zagrozi  ograniczeniem eksportu. Naprawd
nie rozumiem, jak jakikolwiek cywilizowany  wiat móg by si  oby  bez kyrtu. Przecie
to Król Kyrt. S dz ,  e robimy problem z niczego.
        Delikatnie masuj c palcem policzek, przybra  poz  znudzonego  wiatowca. Balie

ucha  wszystkiego z zamkni tymi oczami.

        - Nie mo emy teraz podnie  cen - odezwa  si  po chwili. - Wywindowali my je na
niebotyczny pu ap.
        - W

nie - potwierdzi  Fife. - Zreszt  nie mo emy dopu ci  do powa nych przerw

w dostawach. Trantor tylko czeka na jakie  oznaki niepokojów na Florinie. Gdyby mogli
przedstawi  Galaktyce obraz Sark, która nie potrafi zagwarantowa  dostaw kyrtu,
mogliby najzwyczajniej we Wszech wiecie wkroczy , aby zaprowadzi  swoje porz dki i
zapewni  produkcj . A zachodzi obawa,  e wolne  wiaty Galaktyki przysta yby na to ze
wzgl du na kyrt. Szczególnie gdyby Trantor przyzwoli  na z amanie monopolu,
zwi kszenie produkcji i obni enie cen. Co sta oby si  pó niej, to ca kiem inna historia,
ale na razie uzyska by ich poparcie. To jedyny logiczny sposób, w jaki Trantor móg by
przej  Florin . Gdyby spróbowali si , reszta Galaktyki, poza stref  wp ywów Trantora,
przy czy aby si  do nas.
        - Jaka w tym wszystkim jest rola kosmoanalityka? - zapyta  Rune. - Czy on tu w
ogóle gra jak  rol ? Je li twoja teoria jest s uszna, powinna to wyja nia .
        - My

,  e wyja nia. Ci kosmoanalitycy s  przewa nie niezrównowa eni, a ten

stworzy  - tu palce Fife’a poruszy y si , jakby budowa y jak  dziwn  konstrukcj  -
zwariowan  teori . Niewa ne jak . Trantor tego nie zdradzi, bo Biuro Kosmoanalizy
zdementowa oby j  natychmiast. Jednak chwytaj c tego cz owieka i poznaj c bli sze
szczegó y, uzyskali co , co zapewne uwiarygodni j  w oczach laików. Mog  jej u

,

nada  pozory prawdziwo ci. Biuro jest marionetk  w r kach Trantora i jego ewentualne
zaprzeczenia, kiedy historia zostanie rozpowszechniona jako plotka naukowa, nie b
wystarczaj co stanowcze, aby obali  k amstwo.
        - To wydaje si  nazbyt skomplikowane - stwierdzi  Bort. - Nie mog  pu ci  pary z
ust, ale puszcz  par  z ust. To bzdury.
        - Nie mog  og osi  powa nego komunikatu naukowego ani wmiesza  w to Biura -
odpar  cierpliwie Fife. - Mog  spowodowa  przeciek informacji. Nie rozumiecie?
        - Dlaczego zatem stary Abel marnuje czas szukaj c tego kosmoanalityka?
        - Spodziewasz si ,  e og osi publicznie,  e go ma? To, co Abel robi, a co zdaje si ,

e robi, to dwie ró ne

        - No có  - powiedzia  Rune. - Je li masz racj , to co nam pozostaje?
        - Znamy niebezpiecze stwo, a to bardzo wa ne. Znajdziemy tego kosmoanalityka.
Musimy dobrze pilnowa  wszystkich znanych agentów Trantora, nie przeszkadzaj c im
zarazem. Z ich zachowania mo emy wywnioskowa , jaki b dzie dalszy rozwój
wydarze . Na Florinie musimy zdecydowanie przeciwdzia

 wrogiej propagandzie,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

zapowiadaj cej zniszczenie planety. Wszelkie pog oski musz  spotka  si  ze
zdecydowan  kontrakcj . A przede wszystkim - musimy pozosta  zjednoczeni. Oto

ówny cel naszego spotkania, przynajmniej wed ug mnie: utworzenie wspólnego frontu.

Wszyscy chcemy autonomii kontynentów i jestem pewien,  e nikt bardziej ode mnie nie
nalega na jej utrzymanie. W normalnych warunkach. Te nie s  normalne. Rozumiecie?
        Mniej lub bardziej opornie, gdy  autonomia kontynentalna nie by a czym , z czego
mo na  atwo zrezygnowa , zrozumieli.
        - A zatem - rzek  Fife - zaczekamy na nast pny ruch.

        To by o przed rokiem. Roz czyli si , a potem nast pi a najdziwniejsza i najwi ksza
kl ska, jak  Posiadacz Fife poniós  w swej umiarkowanie d ugiej i co najmniej
umiarkowanie efektownej karierze.
        Nie by o  adnego nast pnego posuni cia.  aden z nich nie otrzyma  nowych listów.
Nie znaleziono kosmoanalityka, a Trantor nadal intensywnie go poszukiwa . Nikt nie
rozsiewa  apokaliptycznych plotek na Florinie, a zbiory i przerób kyrtu przebiega y bez
najmniejszych zak óce .
        Posiadacz Rune co tydzie

czy  si  z Fife’em.

        - Fife? - pyta . - Jest co  nowego?
        Jego t uste cielsko trz

o si  z uciechy, a z gardzieli dobywa  si  cichy chichot.

        Fife przyjmowa  to pos pnie i cierpliwie. A co móg  zrobi ? Raz po raz przesiewa
w my lach fakty. Daremnie. Czego  brakowa o. Zabrak o jakiego  istotnego czynnika.
        A potem wszystko wybuch o naraz i od razu dosta  odpowied ,  e wreszcie ma
odpowied , ale tak , jakiej si  nigdy nie spodziewa .
        Znów zwo

 zebranie. Chronometr pokazywa  teraz drug  dwadzie cia dziewi .

        Zacz li si  pojawia . Pierwszy Bort, z zaci ni tymi ustami, drapi cy szponiastym
paluchem tark  kilkudniowego zarostu. Po nim Steen, z twarz

wie o odmyt  z

makija u, blad  i niezdrow . Balie, oboj tny i zm czony, o zapadni tych policzkach, w
mi kko wy cielonym fotelu, ze szklank  ciep ego mleka pod r

. Na ko cu Rune,

spó niony o dwie minuty, ponury i wilgotnousty, znowu w nocnym o wietleniu. Tym
razem  wiat o przygaszono, tak  e by  tylko niewyra

 sylwetk  siedz

 w sze cianie

czerni, której nie zdo

yby rozproszy  wszystkie lampy Fife’a, cho  mia y moc s

ca

Sark.
        - Posiadacze! - zacz  Fife. - W ubieg ym roku przewidywa em odleg e i
niekonwencjonalne zagro enia. W swoich spekulacjach wpad em w pu apk .
Niebezpiecze stwo istnieje, lecz wcale nie jest odleg e. Jest bliskie, bardzo bliskie. Jeden
z was ju  wie, o czym mówi . Pozostali dowiedz  si  wkrótce.
        - A o czym mówisz? - spyta  krótko Bort.
        - O zdradzie! - wypali  Fife.

10.
Zbieg

        Myrlyn Terens nie by  cz owiekiem czynu. Robi  sobie z tego powodu wymówki, bo
od kiedy opu ci  kosmoport, nie potrafi  zebra  my li.
        Musia  utrzymywa  odpowiednie tempo marszu. Nie za wolno, bo uznaj  go za

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pró niaka. Niezbyt szybko, bo pomy

,  e ucieka. Zdecydowanie, jak szed by stra nik -

pe ni cy swoje obowi zki i w ka dej chwili gotowy wskoczy  do pojazdu.
        Gdyby tylko móg  usi

 w jakim  poje dzie! Niestety, kierowanie pojazdami nie

wchodzi o w zakres edukacji Flori czyka, nawet flori skiego Mieszczanina, tak wi c
próbowa  wymy li  co  w marszu i nie móg . Potrzebowa  ciszy i spokoju.
        Poza tym, ju  ledwie szed . Mo e i nie by  cz owiekiem czynu, ale przez ca y dzie ,
ca  noc i kolejny dzie  zachowywa  si  tak, jakby nim by . Chyba zu

 ju  wszystkie

zapasy energii.
        Nie mia  jednak odwagi stan .
        Gdyby to by a noc, mia by kilka godzin do namys u. Ale by o wczesne popo udnie.
        Gdyby umia  prowadzi  samochód, odjecha by wiele mil od Miasta. Wystarczaj co
daleko,  eby troch  pomy le , zanim podejmie jak  decyzj . Tymczasem by  zdany na

asne nogi.

        Gdyby móg  zastanowi  si  chwil . W

nie. Pomy le . Gdyby móg  wstrzyma  na

moment wszelki ruch, wszelkie dzia anie. Uchwyci  Wszech wiat w krótkim przedziale
czasu, kaza  mu zatrzyma  si , dopóki Mieszczanin nie przemy li sprawy. Musi by
jakie  wyj cie.
        Zanurzy  si  w zbawczym cieniu Dolnego Miasta. Szed  sztywno, tak jak chodzili
stra nicy. Mocno  ciska  paralizator. Ulice by y puste. Tubylcy pochowali si  w swoich
budach. Tym lepiej.
        Starannie wybra  dom. Najlepiej by oby wybra  jeden z lepszych, taki z kolorowych
plastikowych cegie , z polaryzowanymi szybami w oknach. N dzarze s  zawzi ci. Maj
mniej do stracenia. Kto  z „wy szej sfery” zrobi wszystko,  eby pomóc.
        Terens wszed  na dró

 wiod

 do takiego domu. Budynek sta  w pewnym

oddaleniu od ulicy - jeszcze jeden dowód dostatku. Wiedzia ,  e nie b dzie musia  wali
do drzwi, ani wywa

 ich. Id c podjazdem, zauwa

 kogo  przy jednym z okien.

(Do wiadczenia pokole  nauczy y Flori czyka wyczuwa  obecno  stra ników). Drzwi
si  otworz .
        Otworzy y si .
        W progu stan a m oda dziewczyna, o okr

ych z wra enia oczach. Mia a na sobie

zbyt lu

 sukienk  z ozdóbkami,  wiadcz cymi o staraniach rodziców, aby podkre li

swoj  pozycj , za wszelk  cen  odró ni  si  od zwyk ej „flori skiej ho oty”. Dziewczyna
odsun a si , przepuszczaj c Terensa, posapuj c przez lekko rozchylone usta.
        Mieszczanin gestem nakaza  jej zamkn  drzwi.
        - Czy twój ojciec jest w domu, dziewczyno?
        - Tato! - krzykn a i wysapa a: - Tak, prosz  pana.
        „Tato” nadchodzi  z drugiego pokoju z przepraszaj cym wyrazem twarzy. Szed
powoli. Dobrze wiedzia ,  e do drzwi stuka stra nik. Po prostu by o bezpieczniej, aby
otworzy a je dziewczyna. Je li stra nik jest z y, mo e jej nie uderzy.
        - Nazwisko? - spyta  Mieszczanin.
        - Jacof,  askawy panie.
        W jednej z kieszeni munduru Mieszczanin znalaz  cienki notatnik. Otworzy  go,
przerzuci  kilka kartek, postawi  znaczek i rzek :
        - Jacof! Tak! Chc  zobaczy  wszystkich domowników. Szybko!
        Gdyby Terens by  w stanie odczuwa  cokolwiek poza przygn bieniem, mo e
bawi aby go ta sytuacja. Nie by  zupe nie niewra liwy na uroki w adzy.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Weszli. Chuda, zaniepokojona kobieta z dwuletnim dzieckiem na r kach. Potem
dziewczyna, która go wpu ci a, i jej m odszy brat.
        - Czy to wszyscy?
        - Wszyscy, prosz  pana - odpar  pokornie Jacof.
        - Czy mog  zaj  si  dzieckiem? - spyta a niespokojnie kobieta. - To jej pora.

nie k ad am j  spa .

        Pokaza a mu dziecko, jakby ten widok móg  zmi kczy  serce stra nika.
        Mieszczanin nawet nie spojrza . Uwa

,  e tak by si  zachowa  stra nik, a on

przecie  by  stra nikiem. Powiedzia :
        - Po

 dziecko i daj mu co  do ssania,  eby nie p aka o. Teraz ty, Jacof.

        - Tak, prosz  pana.

        - Jeste  odpowiedzialnym ch opcem, prawda?
        Tubylec, niezale nie od wieku, by  zawsze „ch opcem”.
        - Tak, prosz  pana.
        Jacof rozpromieni  si  i lekko wypi  pier .
        - Jestem urz dnikiem w centrum obróbki  ywno ci. Znam matematyk , nawet
dzielenie bez reszty. I logarytmy.
        Tak, pomy la  Mieszczanin, pokazali ci, jak pos ugiwa  si  tablic  logarytmów, i
nauczyli ci , jak wymawia si  to s owo.
        Zna  takich. Facet bardziej cieszy si  swoimi logarytmami ni  Posiadacz nowym
jachtem. Polaryzacyjne szyby w oknach zawdzi cza  logarytmom, a kolorowe ceg y
umiej tno ci dzielenia bez reszty. Pogarda, jak  darzy  nie wykszta conego ziomka, by a
równa tej, jak  przeci tny Posiadacz  ywi  do wszystkich tubylców, a jego nienawi
znacznie g bsza, gdy  musia  mi dzy nimi 

 i w oczach lepszych od siebie uchodzi  za

jednego z nich.
        - Szanujesz prawo, ch opcze, i dobrych Posiadaczy? - rzek  Mieszczanin, udaj c,  e
sprawdza co  w notesie.
        - Mój m  to dobry cz owiek! - wtr ci a g adko kobieta. - Nigdy nie mia

adnych

opotów. On nie zadaje si  z ho ot . I ja te  nie. Tak samo dzieci. My zawsze...

        Terens uciszy  j  machni ciem r ki.
        - Tak, tak. S uchaj, ch opcze, chc ,  eby  usiad  i zrobi , co powiem. Potrzebna mi
lista wszystkich, których znasz w tej dzielnicy. Nazwiska, adresy, czym si  zajmuj  i co
to za jedni. Szczególnie to ostatnie. Je li mieszka tu jeden z tych m cicieli, chc  o tym
wiedzie . Zrobimy tu porz dek. Rozumiesz?
        - Tak, prosz  pana. Przede wszystkim ten Husting. Mieszka tu obok. On...
        - Nie tak, ch opcze. Hej, daj mu kartk  papieru. A ty siadaj tu i wszystko opisz.
Dok adnie. Pisz powoli, bo nie umiem czyta  tubylczych gryzmo ów.
        - Uczono mnie pisa , prosz  pana.
        - Zobaczymy.
        Jacof pochyli  si  nad sto em i zacz  powoli pisa .  ona zagl da a mu przez rami .
Terens zwróci  si  do dziewczyny, która go wpu ci a:
        - Podejd  do okna i daj mi zna , je li zobaczysz innych stra ników. Chc  z nimi
porozmawia . Nie wo aj ich. Po prostu mi powiedz.
        Wreszcie móg  odpr

 si . Zdo

 znale  sobie zaciszn  kryjówk .

        W pokoju panowa a cisza, s ycha  by o tylko cmokanie ss cego dziecka.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Dziewczyna uprzedzi Terensa o nadej ciu nieprzyjació , tak  e b dzie móg  uciec.
        Teraz mo e pomy le .
        Po pierwsze, nie móg  ju  d

ej udawa  stra nika. Niew tpliwie zablokowali

wszystkie mo liwe wyj cia z miasta, a wiedzieli,  e nie mo e pos

 si  doskonalszym

ni  skuter diamagnetyczny  rodkiem transportu. Nie potrwa d ugo, a rozleniwionym
rutyn  stra nikom przyjdzie wreszcie do g owy,  e tylko systematycznie przeszukuj c
miasto, blok po bloku i dom po domu, zdo aj  schwyta  poszukiwanego.
        Kiedy w ko cu na to wpadn , na pewno od przedmie  i b

 posuwa  si  ku

centrum. Je eli tak, ten dom sprawdz  jako jeden z pierwszych, a zatem Terens nie mia
zbyt wiele czasu.
        Do tej pory, mimo rzucaj cej si  w oczy czerni ze srebrem, mundur stra nika by
niezwykle u yteczny. Tubylcy niczego nie podejrzewali. Nie przystawali na widok bladej
cery Flori czyka i nie przygl dali mu si . Wystarcza  im sam mundur.
        Nied ugo  cigaj cym przyjdzie to do g owy. Wpadn  na to, by nada  komunikat
nakazuj cy tubylcom zatrzyma  ka dego stra nika nie posiadaj cego odpowiednich
dokumentów - szczególnie takiego, który ma bia  skór  i jasne w osy. Wszyscy
prawdziwi stra nicy otrzymaj  tymczasowe identyfikatory. Wyznaczy si  nagrod . Mo e
zaledwie jeden tubylec na stu b dzie mia  tyle odwagi, by rzuci  si  na mundur, bez
wzgl du na to, czy i jak podejrzany wyda si  jego w

ciciel. Ale ten jeden zupe nie

wystarczy.
        Tak wi c musia  porzuci  rol  stra nika.
        To jedno. Teraz drugie. Od tej pory nigdzie na Florinie nie b dzie bezpieczny.
Zabójstwo stra nika by o najci sz  zbrodni  i gdyby nawet winowajca zdo

 si  ukry

na pi dziesi t lat, nie zrezygnowaliby z poszukiwa . Dlatego musi opu ci  Florin .
        Ale jak?
        No có , dawa  sobie jeszcze dzie

ycia. Najwy ej. Zak adaj c,  e stra nicy s

niewiarygodnie g upi, a on b dzie mia  niewiarygodne szcz cie.
        Pod pewnym wzgl dem mia  nad nimi przewag . Dwadzie cia cztery godziny  ycia
mo na zaryzykowa . A to oznacza o, i  mo e podj  ryzyko, na jakie nie poszed by

aden zdrowy na umy le cz owiek.

        Wsta .
        Jacof podniós  g ow  znad kartki papieru.
        - Jeszcze nie sko czy em, prosz  pana. Pisz  bardzo starannie.
        - Poka  mi, co napisa

.

        Spojrza  na podany papier i rzek :
        - Wystarczy. Kiedy przyjd  tu inni stra nicy, nie tra  czasu na t umaczenia,  e ju
sporz dzi

 list . B

 si  spieszyli i pewnie wyznacz  ci inne zadanie. Rób, co ka .

Czy ju  id ?
        Dziewczyna przy oknie odpar a:
        - Nie, prosz  pana. Czy mam wyj  na ulic  i sprawdzi ?
        - Nie trzeba. Zobaczmy. Gdzie jest najbli sza winda?
        - Oko o  wier  mili na lewo od wyj cia z domu. Mo e pan...
        - Tak, tak. Wychodz .
        Gdy drzwi windy ze zgrzytem otworzy y si  przed Mieszczaninem, na ulicy
pojawi a si  grupka stra ników. Terens czu , jak  omoce mu serce. Pewnie ju  rozpocz to
systematyczne poszukiwania i depc  mu po pi tach.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        W chwil  pó niej, wci  z sercem w gardle, wysiad  z windy w Górnym Mie cie.
Tu nie b dzie  adnej os ony.  adnych filarów. Ani  elazobetonu os aniaj cego przed
spojrzeniem z góry.
        W jaskrawym blasku budynków czu  si  jak ruchoma czarna kropka. Zdawa o mu
si ,  e jest widoczny z odleg

ci trzech kilometrów i z wysoko ci siedmiu. Mia

wra enie,  e wskazuj  go du e, malowane strza ki.
        Nigdzie nie zauwa

 stra ników. Przechodz cy Posiadacze patrzyli przez niego jak

przez powietrze. O ile u Flori czyka stra nik wzbudza  l k, o tyle u Posiadacza nie budzi

adnych uczu . Je li co  mog o uratowa  Terensa, to tylko to.

        S abo orientowa  si  w topografii Górnego Miasta. Gdzie  w tej dzielnicy by  Park
Miejski. Najlepiej by oby zapyta  o drog , a jeszcze lepiej wej  do pierwszego
wy szego budynku i rozejrze  si  z górnego tarasu. Pierwsze rozwi zanie nie wchodzi o
w rachub .  aden stra nik nie pyta by o drog . Drugie by o zbyt ryzykowne. Wewn trz
budynku rzuca by si  w oczy. I to bardzo.
        W rezultacie poszed  tam, gdzie podpowiada a mu pami , która podsuwa a mu
obraz raz widzianej mapy Górnego Miasta. Uda o si . Pi  minut pó niej natrafi  na park.
        Park Miejski by  sztucznie utworzon  p aszczyzn  zieleni o obszarze czterdziestu
hektarów. Na Sark jedni uwa ali Park Miejski za sielankowo spokojne miejsce, inni - za
aren  nocnych orgii. Na Florinie ci, którzy co  o nim s yszeli, wyobra ali sobie,  e jest
sto razy wi kszy i tysi c razy wspanialszy, ni  by  naprawd .
        Rzeczywisto  by a wystarczaj co przyjemna. W  agodnym klimacie Floriny ogród
by  zielony przez okr

y rok. Mia  rozleg e trawniki, zagajniki oraz kamienne groty. By

tam stawek z ozdobnymi rybkami oraz wi kszy staw, po którym wios owa y dzieci.
Noc , dopóki nie spad y pierwsze krople deszczu, jarzy  si  barwn  iluminacj .
Najgwarniej by o tu mi dzy zmrokiem a deszczem. To by a pora ta ców,
trójwymiarowych pokazów i par b dz cych po kr tych alejkach.
        Terens jeszcze nigdy nie zwiedza  parku. Sztucznie hodowana ziele  wyda a mu si
odra aj ca. Wiedzia ,  e ziemia i ska y pod nogami, woda i drzewa wokó , wszystko
spoczywa na zimnej  elbetowej p ycie. To go denerwowa o. Pomy la  o polach kyrtu,
rozleg ych i p askich, oraz o 

cuchach gór na po udniu. Pogardza  obcymi, którzy

po ród takich wspania

ci musieli budowa  sobie zabawki.

        Przez pó  godziny w óczy  si  bez celu alejkami. To, co zaplanowa , musia  zrobi  w
parku. Nawet tu mog o okaza  si  to niemo liwe. Gdzie indziej niemo liwe.
        Nikt go nie widzia . Nikt nie zauwa

 jego obecno ci. By  tego pewien. Niech

pytaj  Posiadaczy i Posiadaczki, którzy go min li: „Czy wczoraj w parku widzieli cie
stra nika?” Zrobi  wielkie oczy. Równie dobrze mo na by ich pyta , czy przebieg a im
drog  mrówka.
        Park by  cywilizowany. Terens poczu  nag y przyp yw paniki. Wszed  po stopniach

onych w ród g azów i zacz  schodzi  do p ytkiej kotlinki otoczonej ma ymi grotami,

zaprojektowanymi jako schronienie dla par zaskoczonych przez deszcz. (Co zdarza o si
znacznie cz ciej, ni  wynika o z rachunku prawdopodobie stwa).
        A  nagle ujrza  to, czego szuka .
        Cz owiek! A raczej Posiadacz. Przechadza  si  tam i z powrotem. Nerwowo pali
cygaro, wcisn  je do spalarki, gdzie le

o chwil , a potem znik o w nag ym rozb ysku.

Sprawdzi  czas na kieszonkowym zegarku.
        W kotlince nie by o nikogo innego. Wymarzone miejsce na sp dzenie wieczoru i

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

nocy.
        Posiadacz czeka  na kogo . Nie ulega o w tpliwo ci. Terens rozejrza  si  wokó .
Nikt nie szed  za nim po schodach.
        Mo e gdzie  tu s  inne schody. Na pewno s . Nie szkodzi. Nie wolno przegapi
okazji.
        Zszed  na dó , do Posiadacza. Ten zauwa

 go, oczywi cie, dopiero wtedy, gdy

Terens powiedzia :
        - Mo na prosi ?
        Mówi  z szacunkiem, lecz  aden Posiadacz nie przywyk  do tego, by jaki  stra nik
bra  go pod r

, cho by z najwi ksz  estym .

        - O co chodzi, do diab a? - rzek .
        Terens nadal mówi  tonem ponaglaj cym i pe nym szacunku. (Rozmawiaj z nim.
Odwró  jego uwag  cho by na chwile!)
        - T dy,  askawy panie. To ma zwi zek z poszukiwaniami zbieg ego mordercy.
        - O czym ty mówisz?
        - - To zajmie tylko chwil .
        Terens ukradkiem si gn  po bicz neuronowy. Tamten niczego nie poczu .
Paralizator zabucza , a Posiadacz zesztywnia  i run  na ziemi .
        Mieszczanin jeszcze nigdy nie podniós  r ki na Posiadacza. Zdziwi o go
obrzydzenie i poczucie winy, jakie przy tym odczuwa .
        Wokó  nadal by o pusto. Zawlók  zesztywnia e cia o - z którego spogl da y na niego
szkliste, nieruchome oczy - do najbli szej groty. Przeci gn  je na sam koniec.
        Rozebra  Posiadacza, z trudem zdejmuj c ubranie ze zdr twia ych ko czyn.

ci gn  swój zakurzony, przepocony mundur stra nika i w

 bielizn  Posiadacza. Po

raz pierwszy mia  na sobie co  z kyrtu.
        Potem reszta stroju i mycka Posiadacza. Ta ostatnia by a konieczna. Mycki nie by y
szczególnie popularne w ród m odzie y, lecz niektórzy nosili je, a ten Posiadacz na
szcz cie zalicza  si  do nich. Gdyby nie to, jasne w osy Terensa natychmiast by go
zdradzi y. W

 nakrycie g owy, naci gaj c je a  na uszy.

        Zrobi  wi c to, co musia . Nagle poj ,  e zabójstwo stra nika to nie by a jednak
najci sza zbrodnia.
        Nastawi  blaster na najwi ksze ra enie i skierowa  go na nieprzytomnego
Posiadacza. Po dziesi ciu sekundach zosta a tylko zw glona masa. To utrudni
identyfikacj , zbije z tropu  cigaj cych.
        Nast pnie zmieni  mundur stra nika w sypki bia y popió  i wygrzeba  z py u
poczernia e guziki i sprz czki. To równie  opó ni po cig. Mo e tylko o godzin , ale
dobre i to.
        Teraz musia  niezw ocznie st d odej . Przed wyj ciem z groty przystan  i w szy
chwil . Czysta robota. W powietrzu unosi  si  tylko lekki sw d spalonego cia a, ale

agodny wietrzyk rozwieje go za kilka minut.

        Schodz c po schodach min  id

 w przeciwn  stron  dziewczyn . Z

przyzwyczajenia na chwil  spu ci  oczy. By a dam . Podniós  je w sam  por , by
zauwa

,  e jest m oda i do

adna, i bardzo si  spieszy.

        Zacisn  z by. Nie zastanie go, oczywi cie. Spó ni a si , inaczej nie zerka aby tak
na zegarek. Mo e pomy li,  e znudzi  si  czekaniem i poszed . Terens przyspieszy
kroku. Nie chcia , by go dogoni a, zdyszana, pytaj c, czy widzia  tu jakiego  m odzie ca.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Opu ci  park, id c bez celu. Min o kolejne pó  godziny.
        I co dalej? Ju  nie by  stra nikiem, by  Posiadaczem.
        Tylko co dalej?
        Przystan  na placyku z fontann  stoj

 na  rodku trawnika. Do wody dodano

troch  detergentu, tak  e pieni a si  i musowa a wszystkimi barwami t czy.
        Opar  si  o balustrad , plecami do zachodz cego s

ca, i wrzuci  do fontanny

poczernia e kawa ki metalu, jeden po drugim.
        Pomy la  o dziewczynie, która min a go na schodach. By a taka m oda. Potem
przypomnia  sobie Dolne Miasto i  al min .
        Pozby  si  srebrnych resztek i mia  puste r ce. Zacz  powoli przeszukiwa
kieszenie, staraj c si , aby wygl da o to naturalnie.
        Nie znalaz  w nich niczego niezwyk ego. P k magnetycznych kluczy, kilka monet,
identyfikator. (Na Sark! Nosz  je nawet Posiadacze! Tyle  e oni nie musz  pokazywa
ich ka demu napotkanemu stra nikowi.)
        Nazywa  si  teraz Alstare Deamone. Mia  nadziej ,  e nie b dzie musia  pos ugiwa
si  tym nowym nazwiskiem. W Górnym Mie cie 

o tylko dziesi  tysi cy m czyzn,

kobiet i dzieci. Ryzyko napotkania kogo , kto zna  Deamone’a, nie by o wielkie, ale
istnia o.
        Mia  dwadzie cia dziewi  lat. Znów poczu  md

ci na my l o tym, co pozostawi

w grocie, ale opanowa  je. Posiadacz to Posiadacz. Ilu dwudziestodziewi cioletnich
Flori czyków zgin o z ich r k lub z ich polecenia? Ilu?
        Zna  adres, lecz nic mu on nie mówi . Nie zna  tak dobrze Górnego Miasta.
        Prosz ! Kolorowa, pseudotrójwymiarowa podobizna ma ego ch opca, mo e
trzyletniego. Barwy rozb ys y, gdy wyj  zdj cie z przegródki, i powoli zblad y, kiedy

 je z powrotem. Syn? Siostrzeniec? Mia  spotka  si  z dziewczyn , wi c chyba nie

móg  to by  syn?
        A mo e by

onaty? Czy by by o to jedno z tych spotka  nazywanych

„schadzkami”? Czy spotykaliby si  za dnia? Czemu nie, w pewnych okoliczno ciach...
        Terens mia  nadziej ,  e tak by o. Je li dziewczyna spotyka a si  z  onatym

czyzn , nie od razu zg osi jego zagini cie. B dzie s dzi a,  e nie uda o mu si

wyrwa  od  ony. Mieszczanin zyska troch  czasu.
        Nie, nie zyska. Poczu  nag e przygn bienie. Bawi ce si  w chowanego dzieci natkn
si  na szcz tki i podnios  krzyk. Ma najwy ej dwadzie cia cztery godziny.
        Jeszcze raz si gn  do kieszeni. Kopia licencji pilota jachtowego. Od

 j .

Wszyscy bogatsi Sarka czycy mieli jachty i pilotowali je. Tak nakazywa a obowi zuj ca
w tym stuleciu moda. Wreszcie kilka pasków voucherów. Te mog  okaza  si  przydatne.
        U wiadomi  sobie,  e ostatni raz jad  poprzedniego wieczora w piekarni Khorova.
Kiedy poczuje g ód?
        Nagle znów wyj  licencj  pilota. Zaraz, zaraz, przecie  teraz, kiedy w

ciciel nie

yje, nikt nie u ywa jachtu. Jacht nale y do niego. Stoi w hangarze dwudziestym

szóstym, w porcie dziewi tym. No có ...
        Gdzie jest port dziewi ty? Nie mia  poj cia.
        Opar  czo o o ch odn , g adk  balustrad  fontanny. I co teraz? Co teraz?
        Drgn , s ysz c czyj  g os.
        - Halo - rzek  g os. - Czy pan si

le czuje?

        Terens uniós  g ow . Zobaczy  starszego wiekiem Sarka czyka. Pali  d ugiego

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

papierosa z jakich  aromatycznych li ci, u jego nadgarstka zwisa  zielony kamie  na

otej bransolecie. Na twarzy mia  wyraz uprzejmego zainteresowania, co zdziwi o

Terensa, ale przypomnia  sobie po chwili,  e przecie  jest teraz jednym z nich. Wobec
siebie Posiadacze mogli by  ca kiem przyzwoitymi lud mi.
        - Tylko odpoczywam - rzek  Mieszczanin. - Wyszed em na spacer i straci em
poczucie czasu. Obawiam si ,  e zapomnia em o umówionym spotkaniu.
        Ze z

ci  machn  r

. D ugo przestaj c z Sarka czykami, nauczy  si  dobrze

na ladowa  ich akcent i nie pope nia  b du popadaj c w przesad . Przesada zdradzi aby
go szybciej.
        Tamten spyta :
        - Utkn

 tu bez skoczka, co?

        Starszego m czyzn  bawi a g upota m odych.
        - W

nie - przytakn  Terens.

        - We  mój - pad a natychmiastowa propozycja. - Stoi zaparkowany za rogiem.
Nastawisz sterowanie i ode lesz go, kiedy dojedziesz. Nie b dzie mi potrzebny przez
najbli sz  godzin  czy dwie.
        Cudownie! Skoczek by  zwrotny i szybki jak b yskawica, móg  prze cign  i
wymanewrowa  ka dy wóz patrolowy. O tyle jednak nie cudownie,  e Terens
dysponowa  tak  sam  umiej tno ci  latania przy u yciu skoczka jak i bez niego!
        - Z panem a  po Sark - rzek . Zna  to slangowe wyra enie Posiadaczy zast puj ce
„dzi kuj ” i pos

 si  nim. - Chyba pójd  pieszo. Do portu numer dziewi  nie jest

daleko.
        - Nie, niedaleko - przyzna  tamten.
        To niewiele Terensowi mówi o. Spróbowa  jeszcze raz.
        - Oczywi cie, chcia bym pój  jak najkrótsz  drog . Spacer do Autostrady Kyrtu
przyda si  dla zdrowia.
        - Do Autostrady Kyrtu? Dlaczego tam?
        Czy by spojrza  podejrzliwie? Nagle Terensowi przysz o do g owy,  e mo e ubranie
nie le y na nim najlepiej.
        - Chwileczk  - rzek  szybko. - Co  mi si  pokr ci o. Musz  si  rozejrze . - Zacz
spogl da  wokó  niepewnie.
        - Popatrz. Jeste my na ulicy Recket. Musisz tylko przej  przez Triffis i skr ci  w
lewo, a stamt d prosto do portu - obja ni  Posiadacz, odruchowo pokazuj c palcem.
        Terens u miechn  si .
        - Tak, oczywi cie. Musz  przesta  marzy  i zacz  my le . Z panem a  po Sark...
        - Mo esz wzi  mojego skoczka.
        - To mi o z pa skiej strony, ale...
        Terens ju  ruszy , mo e troch  zbyt szybko, machn wszy r

. Posiadacz

odprowadza  go wzrokiem.
        Mo e jutro, kiedy znajd  cia o w grocie i poszukiwania, Posiadacz przypomni sobie
to spotkanie. Zapewne powie: „By  jaki  dziwny, je li wiecie, co mam na my li. Wyra
si  dziwnie i chyba nie wiedzia , gdzie jest. Przysi

bym,  e nigdy nie s ysza  o alei

Triffis”.
        Ale to dopiero jutro.
        Terens poszed  we wskazanym kierunku. Dotar  do  wiec cej tabliczki z napisem
„Aleja Triffis”, niemal niewidocznej na tle jaskrawopomara czowego muru. Skr ci  w

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

lewo.
        W porcie dziewi tym roi o si  od m odzie ców ubranych w jachtowe stroje o
charakterystycznych spiczastych nakryciach g owy i lu nych spodniach. Mieszczanin
mia  wra enie,  e rzuca si  tu w oczy, ale nikt nie zwróci  na niego uwagi. W ich
rozmowach s ysza  terminy, których nie rozumia .
        Znalaz  dok dwudziesty szósty, odczeka  kilka minut, zanim tam wszed . Nie chcia
tego robi  w obecno ci jakiego  Posiadacza, który móg by by  w

cicielem s siedniego

jachtu i znaj c prawdziwego Alstare’a Deamone’a dziwi  si , dlaczego jaki  obcy kr ci
si  ko o jego statku.
        W ko cu, nie widz c nikogo w s siednich dokach, podszed  bli ej. Jacht wystawa  z
hangaru na otwart  przestrze , na której sta y doki. Terens odchyli  g ow ,  eby go
obejrze .
        I co teraz?
        W ci gu ostatnich dwunastu godzin zabi  trzech ludzi. Z flori skiego Mieszczanina
przeobrazi  si  w stra nika, a ze stra nika - w Posiadacza. Przeszed  z Dolnego Miasta do
Górnego, a z Górnego Miasta na kosmodrom. Wszelkie znaki na niebie i ziemi
wskazywa y,  e jest w

cicielem jachtu, statku wystarczaj co szybkiego, aby zabra  go

w bezpieczne miejsce na jakimkolwiek zamieszkanym  wiecie w tym sektorze Galaktyki.
        By  tylko jeden problem.
        Nie umia  pilotowa  jachtu.
        By

miertelnie zm czony i g odny. Dotar  a  tu, a teraz nie móg  ruszy  dalej.

Kosmos by  w zasi gu r ki, a on nie potrafi  do niego dotrze .
        Do tej pory stra nicy musieli doj  do wniosku,  e nie ma go w Dolnym Mie cie.
Jak tylko przyjdzie im do t pych  bów,  e Flori czyk  mia  tam pój , zaczn
przeszukiwa  Górne Miasto. Wtedy odkryj  zw oki i po cig ruszy w innym kierunku.
Zaczn  szuka  fa szywego Posiadacza.
        A on tkwi  tutaj. Wcisn  si  w  lepy zau ek, gdzie przyparty do muru, b dzie móg
tylko s ucha , jak zbli aj  si  s abe odg osy pogoni, a  dopadnie go stado.
        Trzydzie ci sze  godzin temu mia  najwi ksz  okazj  w swoim  yciu. Teraz utraci

, a niebawem straci i  ycie.

11.
Kapitan

        Po raz pierwszy kapitan Racety nie by  w stanie poradzi  sobie z pasa erem. Gdyby
ten pasa er by  jednym z Wielkich Posiadaczy, móg by jeszcze liczy  na wspó prac .
Wielki Posiadacz móg  by  wszechpot

ny na swoim kontynencie, ale wiedzia ,  e na

statku mo e by  tylko jeden dowódca - kapitan.
        Co innego kobieta. Ka da. A kobieta, która jest córk  Wielkiego Posiadacza, to ju
szczyt wszystkiego.
        - Pani - rzek  - jak mog  pozwoli , aby  przes uchiwa a ich osobi cie?
        - A czemu nie, kapitanie? Czy s  uzbrojeni? - odpar a Samia z gro nym b yskiem w
czarnych oczach.
        - Oczywi cie,  e nie. Nie o to chodzi.
        - Wida ,  e to tylko dwoje wystraszonych biedaków. S

miertelnie przera eni.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Przestraszeni ludzie mog  by  bardzo niebezpieczni, pani. Nie mo na liczy  na to,

e b

 rozs dni.

        - Dlaczego wi c ich pan straszy? - Rozz oszczona, j ka a si  lekko. - Postawi  pan
przy biedakach trzech ludzi z blasterami. Nie zapomn  panu tego, kapitanie.
        Na pewno nie zapomni - pomy la  kapitan. Poczu ,  e zaczyna si  waha .
        - A je li si  zgodz ? Czy Wasza Dostojno  mog aby wyja ni  mi, czego chcia aby
si  dowiedzie ?
        - To proste. Ju  mówi am. Chc  z nimi porozmawia . Je eli, jak pan twierdzi, s
Flori czykami, mog  zdoby  niezwykle istotne informacje do mojej ksi ki. Jednak nie
zdo am ich uzyska , je li b

 zbyt wystraszeni, by mówi . Mo e mi si  uda , tylko je li

porozmawiam z nimi sam na sam. Sama, kapitanie! Rozumie pan, co mówi ? Sama!
        - A co powiem pani ojcu, kiedy si  dowie,  e pozwoli em pani przebywa  bez
ochrony w towarzystwie dwojga zdolnych do wszystkiego przest pców?
        - Zdolnych do wszystkiego przest pców! Dwoje biednych g upców, którzy
próbowali uciec z Floriny i nie mieli na tyle rozs dku,  eby nie wsiada  na statek lec cy
na Sark! Poza tym, sk d ojciec mia by dowiedzie  si  o tym?
        - Dowie si , je eli zrobi  pani krzywd .
        - Dlaczego mieliby mnie krzywdzi ?
        Zacisn a pi stki i dygota a ze z

ci. Zebrawszy wszystkie si y, powiedzia a

stanowczo:
        - 

dam, kapitanie.

        - A mo e tak, pani? B

 z pani . Nie b dzie ludzi z blasterami, tylko ja sam, z

broni  ukryt  pod ubraniem. Inaczej - wk ada  w swoje s owa ca  stanowczo , na jak
móg  si  zdoby  - musz  odmówi  spe nienia pani  dania.
        - A wi c dobrze - ust pi a. - Bardzo dobrze. Je li jednak nie zdo am ich nak oni  do
rozmowy z powodu pa skiej obecno ci, osobi cie zatroszcz  si  o to,  eby ju  nigdy nie
dowodzi  pan  adnym statkiem.

        Gdy do aresztu wesz a Samia, Valona pospiesznie zas oni a Rikowi oczy.
        - O co chodzi, dziewczyno? - spyta a ostro Samia, zanim przypomnia a sobie,  e
mia a przemawia  uspokajaj co.
        - On nie jest zbyt bystry, pani - Valona z trudem dobiera a s owa. - Nie wie,  e jeste
dam . Móg by na ciebie spojrze . Zrobi by to, nie maj c zamiaru obrazi  ci , pani.
        - I dobrze - rzek a Samia. - Niech sobie patrzy. Kapitanie - doda a - czy oni musz
zosta  tutaj?
        - Wola aby pani moj  kajut ?
        - Na pewno znalaz by pan jak  mniej ponur  cel .
        - Ta jest ponura dla pani. Dla nich z pewno ci  jest luksusowa. Jest tu bie ca woda.
Zapytaj, pani, czy maj  j  w swojej chacie na Florinie.
        - No có , ka  wyj  swoim ludziom.
        Kapitan skin  g ow . Pos usznie odwrócili si  i wyszli. Ustawi  lekkie aluminiowe
krzes o, które przyniós  ze sob . Samia usiad a.
        - Wsta ! - rzuci  ostro do Rika i Valony.
        - Nie! - przerwa a mu Samia. - Niech siedz . Mia  mi pan nie przeszkadza ,
kapitanie.
        Odwróci a si  do dziewczyny.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - A wi c jeste cie Flori czykami?
        Valona potrz sn a g ow .
        - Jeste my z Wotexa.
        - Nie musisz si  niczego obawia . Nikt ci  nie skrzywdzi.
        - Jeste my z Wotexa.

        - Nie rozumiesz,  e praktycznie ju  przyzna

,  e jeste cie z Floriny? Dlaczego

zas oni

 ch opcu oczy?

        - Nie wolno mu patrze  na dam .
        - Nawet je li jest z Wotexa?
        Valona milcza a.
        Samia pozwoli a jej namy la  si  chwil . Próbowa a u miecha  si  przyja nie.
Potem powiedzia a:
        - Tylko Flori czykom nie wolno patrze  na damy. Widzisz wi c,  e zdradzi

 si ,

 jeste cie Flori czykami.

        - On nie! - wybuchn a Valona.
        - A ty?
        - Ja tak Ale on nie. Nie róbcie mu krzywdy. On naprawd  nie jest Flori czykiem.
Znaleziono go pewnego dnia. Nie wiem, sk d pochodzi, ale na pewno nie z Floriny.
        Nagle sta a si  bardziej rozmowna. Samia spojrza a na ni  ze zdumieniem.
        - No có , porozmawiam z nim. Jak masz na imi , ch opcze?
        Rik gapi  si  na ni  zdziwiony. Czy tak wygl daj  kobiety Posiadaczy? Taka drobna
i przyjazna. I tak  adnie pachnia a. By  rad,  e pozwoli a mu patrze . Samia zapyta a
ponownie:
        - Jak masz na imi , ch opcze?
        Rik wróci  do rzeczywisto ci, ale zakrztusi  si  na pierwszej sylabie.
        - Rik - powiedzia . I zaraz pomy la : Przecie  to nie jest moje imi . Doda  wi c: -
My

,  e mam na imi  Rik.

        - Nie jeste  pewien? Valona zrobi a nieszcz liw  min  i usi owa a co  wtr ci , lecz
Samia uciszy a j  gwa townym ruchem r ki. Rik potrz sn  g ow .
        - Nie wiem.
        - Jeste  Flori czykiem?
        Tego Rik by  pewny.
        - Nie. By em na statku. Przylecia em tu sk

.

        Nie móg  oderwa  oczu od Samii, ale wydawa o mu si ,  e obok niej widzi statek.
Ma y, bardzo przyjazny i przytulny.
        - Przylecia em na Florin  statkiem, a przedtem mieszka em na innej planecie.
        - Jakiej?
        My l zdawa a si  z trudem przedziera  przez zbyt ciasne sploty nerwów. Wreszcie
Rik przypomnia  sobie i z przyjemno ci  us ysza  s owo, które pad o z jego ust, s owo tak
dawno zapomniane.
        - Ziemia! Przyby em z Ziemi!
        - Z Ziemi?
        Rik kiwn  g ow . Samia zwróci a si  do kapitana.
        - Gdzie jest ta planeta?
        Kapitan u miechn  si  krzywo.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nigdy o niej nie s ysza em. Prosz  nie bra  zbyt powa nie tego, co mówi ch opiec,
pani. Tubylcy k ami  jak naj ci. Tacy ju  s . Plecie, co mu  lina na j zyk przyniesie.
        - Wcale nie mówi jak tubylec - odpar a Samia i znów odwróci a si  do Rika. - Gdzie
jest ta Ziemia, Rik?
        - Nnie... - przy

 dr

 d

 do czo a. Potem powiedzia : - W sektorze Syriusza.

        Ton jego g osu zdradza  niepewno .
        Samia spyta a kapitana:
        - Istnieje sektor Syriusza, prawda?
        - Tak. Dziwi  si ,  e on o tym wie. To jednak wcale nie dowodzi,  e jest jaka
Ziemia.
        Rik wtr ci  gwa townie:
        - Jest. Przecie  wam mówi . Tak d ugo nie pami ta em. Teraz nie mog  si  myli .
Na pewno.
        Obróci  si  do Valony, chwytaj c j  mocno za r ce.
        - Lona, powiedz im,  e przyby em z Ziemi. Naprawd . Naprawd .
        Valona spojrza a na niego z niepokojem.
        - Znale li my go pewnego dnia, pani, zupe nie bezradnego. Nie umia  ubra  si ,
mówi  ani chodzi . By  niczym. Od tej pory powoli wraca mu pami . Na razie niewiele
sobie przypomnia .
        Rzuci a szybkie, wystraszone spojrzenie na znudzon  twarz kapitana.
        - On naprawd  mo e pochodzi  z Ziemi, Posiadaczu. Nie przecz . - To by
zwyczajowy zwrot dodawany po ka dym stwierdzeniu, które mog o sta  w sprzeczno ci
ze zdaniem zwierzchnika.
        - Z jego opowie ci wynika,  e móg  przylecie  z Sark, moja pani - mrukn  kapitan.
        - Mo e, ale jest w tym co  dziwnego - upiera a si  Samia, w typowo kobiecy sposób
sk aniaj c si  ku bardziej romantycznej wersji. - Jestem tego pewna... Dlaczego by  taki
bezradny, kiedy go znalaz

, dziewczyno? Czy by  ranny?

        Valona nie odpowiedzia a od razu. Bezradnie zerka a na rozmówców. Najpierw na
Rika, który trzyma  si  za g ow , potem na kapitana, który u miecha  si  bez cienia
weso

ci, a w ko cu na Samie, która oczekiwa a odpowiedzi.

        - Odpowiedz, dziewczyno.
        Valona z ci kim sercem podj a decyzj , lecz w tym miejscu i czasie  adne

amstwa nie mog y ukry  prawdy.

        - Kiedy  bada  go lekarz - powiedzia a. - Mówi ,  e...  e mój Rik...  e u yto wobec
niego psychosondy.
        - Psychosonda! - Samia poczu a dreszcz odrazy. Zerwa a si  z krzes a. Zapiszcza o
na metalowej pod odze. - Chcesz powiedzie ,  e by  psychicznie chory?
        - Nie wiem, co oznacza to s owo, pani - odrzek a pokornie Valona.
        - Nie w taki sposób, o jakim my lisz, pani - wtr ci  zaraz kapitan. - Tubylcy nie
cierpi  na psychozy. Maj  zbyt prymitywne potrzeby. Nigdy w  yciu nie s ysza em, aby
jaki  tubylec mia  psychoz .
        - No wi c...
        - To proste, pani. Je li uwierzymy w t  fantastyczn  histori , jak  opowiada
dziewczyna, mo emy tylko uzna ,  e ten ch opiec by  przest pc , co w pewnym sensie
jest psychoz . Tak s dz . Je li tak, pewnie jeden z tych praktykuj cych w ród tubylców
konowa ów leczy  go, doprowadzi  niemal do  mierci i porzuci  na odludziu, aby unikn

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

dochodzenia i kary.
        - Ale musia  to by  kto , kto dysponuje psychosond  - protestowa a Samia. - Chyba
nie s dzi pan,  e tubylcy umiej  obchodzi  si  z takim sprz tem?
        - Mo e nie. Jednak trudno uwierzy ,  e uprawniony medyk móg  u

 jej tak

niefachowo. Fakt,  e natrafili my na sprzeczno , dowodzi,  e ca a ta historia jest

amstwem. Je li zechcesz skorzysta  z mojej rady, pani, zostawisz te stworzenia pod

nasz  opiek . Sama widzisz,  e nie ma sensu wiele po nich oczekiwa .
        Samia zawaha a si .
        - Mo e ma pan racj .
        Wsta a i niepewnie spojrza a na Rika. Kapitan podszed , podniós  krzese ko i z
je z trzaskiem. Rik zerwa  si  na równe nogi.
        - Czekajcie!
        - Je li pani pozwoli - rzek  kapitan, otwieraj c drzwi przed Sami . - Moi ludzie go
uspokoj .
        Samia zatrzyma a si  w progu.
        - Nie zrobi  mu krzywdy?
        - Nie s dz , aby byli zmuszeni.  atwo go okie znamy.
        - Pani! Pani! - zawo

 Rik. - Mog  tego dowie . Jestem z Ziemi.

        Samia przystan a, niezdecydowana.
        - Wys uchajmy, co ma do powiedzenia.
        - Jak sobie  yczysz, pani - rzek  ch odno kapitan.
        Zawróci a, ale zatrzyma a si  o krok od drzwi.
        Rik zarumieni  si . W ogromnym wysi ku przywo ania przesz

ci wykrzywi  usta

w parodii u miechu.
        - Pami tani Ziemi . By a radioaktywna. Przypominam sobie Zakazane Rejony i

wiec cy noc  niebiesko horyzont. Gleba  wieci a i nic na niej nie ros o. By o tylko kilka

miejsc, gdzie mogli 

 ludzie. Dlatego zosta em kosmoanalitykiem. To dlatego wola em

 w kosmosie. Mój  wiat by  martwy.

        Samia wzruszy a ramionami.
        - Chod my, kapitanie. On majaczy.
        Jednak tym razem kapitan Racety stan  jak wryty, z rozdziawionymi ustami.
        - Radioaktywny  wiat! - wymamrota .
        - Chce pan powiedzie ,  e istnieje co  takiego?
        - Tak. - Popatrzy  na ni  ze zdumieniem. - Tylko sk d on mo e o tym wiedzie ?
        - Jak  wiat mo e by  radioaktywny i zamieszkany?
        - Jest taki. I znajduje si  w sektorze Syriusza. Nie pami tam jego nazwy. Mo e
nazywa si  Ziemia.
        - To jest Ziemia - potwierdzi  Rik dumnie i z przekonaniem. - Najstarsza planeta w
Galaktyce. Planeta, z której wywodzi si  ca a ludzka rasa.
        - W

nie! - odezwa  si  cicho kapitan.

        - Chce pan powiedzie ,  e ludzka rasa wywodzi si  z Ziemi? - spyta a oszo omiona
Samia.

        - Nie, nie - odpar  z roztargnieniem kapitan. - To przes d. Wiem ju , co s ysza em o
tej radioaktywnej planecie. Jej mieszka cy twierdz ,  e jest ojczyzn  Cz owieka.
        - Nie wiedzia am,  e mamy jak  ojczyst  planet .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Pewnie z jakiej  pochodzimy, ale jestem pewien,  e nikt naprawd  nie wie, z
której.
        Podj wszy decyzj , podszed  do Rika.
        - Co jeszcze pami tasz? - Ju  mia  na ustach „ch opcze”, ale powstrzyma  si .
        - G ównie statek - rzek  Rik. - I kosmoanaliz .
        Samia do czy a do kapitana. Stali razem, tu  przed Rikiem, i Samia poczu a
rosn ce zainteresowanie.
        - A zatem to prawda? Jak to si  sta o,  e poddano go dzia aniu psychosondy?
        - No w

nie! - powiedzia  w zadumie kapitan Racety. - Mo e go zapytamy. Hej ty,

tubylcze czy przybyszu - kimkolwiek jeste . Jak to si  sta o,  e u yto wobec ciebie
psychosondy?
        Rik spojrza  niepewnie.
        - Wszyscy to mówicie. Nawet Lona. Nie wiem, co znaczy to s owo.
        - No wi c, kiedy przesta

 pami ta ?

        - Nie jestem pewien - odpar  z rozpacz . - By em na statku.
        - O tym ju  wiemy. Dalej!
        - Nie ma sensu krzycze , kapitanie - powiedzia a Samia. Zupe nie odbierze mu pan
odwag .
        Rik by  ca kowicie poch oni ty zmaganiami z mrokiem spowijaj cym umys . Ten
wysi ek nie pozostawia  miejsca na inne uczucia. Ku w asnemu zdumieniu powiedzia :
        - Nie obawiam si  go, pani. Usi uj  sobie przypomnie . By o niebezpiecze stwo.
Jestem tego pewien. Wielkie niebezpiecze stwo dla Floriny, ale nie pami tam
szczegó ów.
        - Niebezpiecze stwo zagra aj ce planecie? - Samia zerkn a na kapitana.
        - Tak. W pr dach przestrzeni.
        - Jakich pr dach? - zapyta  Racety.
        - Pr dach przestrzeni.
        Kapitan roz

 r ce i opu ci  je bezradnie.

        - To szale stwo.
        - Nie, nie. Niech mówi.
        Samia znowu poczu a przyp yw zainteresowania. Rozchyli a usta, jej czarne oczy
rozb ys y, a na policzkach pokaza y si  do eczki, gdy u miechn a si  do Rika.
        - Co to s  te pr dy przestrzeni?
        - To s  ró ne pierwiastki - odpar  niejasno Rik. Ju  to raz wyja nia . Nie mia  ochoty
znów o tym mówi .
        Gwa townie, niemal niezrozumiale, zacz  opowiada , gnany przez w asne my li.
        - Wys

em wiadomo  do miejscowej placówki biura na Sark. Pami tam to bardzo

dobrze. Musia em zachowa  ostro no . Niebezpiecze stwo grozi o nie tylko Florinie.
Tak. Nie tylko Florinie. Si ga o a  po Mleczn  Drog . Nale

o post powa  ostro nie.

        Zdawa o si ,  e utraci  wszelki kontakt ze s uchaczami, przeniós  si  w  wiat
przesz

ci, który ods ania a mu miejscami podarta kurtyna zapomnienia. Valona

po

a mu r

 na ramieniu i powiedzia a „Nie!”, lecz nawet na to nie zareagowa .

        - Nie wiem, jak - ci gn  bez tchu - moj  wiadomo  przechwyci  kto  z Sark. To
by a jaka  pomy ka. Nie wiem, jak do tego dosz o. - Zmarszczy  brwi. - Jestem pewien,

e wys

em j  do miejscowej placówki biura na zastrze onej d ugo ci fali. My licie,  e

kto  pods uchiwa  w podprzestrzeni?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Nawet nie zdziwi  si ,  e tak  atwo przysz o mu na my l s owo „podprzestrze ”.
Mo e czeka  na odpowied , lecz nadal spogl da  nie widz cymi oczami.
        - W ka dym razie, kiedy wyl dowa em na Sark, czekali na mnie.
        Znowu zapad a cisza, tym razem d uga i pe na namys u. Kapitan, równie
zamy lony, nie usi owa  jej przerwa . Natomiast Samia zapyta a:
        - Kto na ciebie czeka ? Kto?
        - Nie... nie wiem - odpar  Rik. - Nie pami tam. Nikt z biura. To by  kto  z Sark.
Przypominam sobie,  e z nim rozmawia em. Wiedzia  o niebezpiecze stwie. Mówi  o
nim. Jestem pewien. Siedzieli my razem przy stole. Pami tam stó . On siedzia
naprzeciw mnie. Widz  to wyra nie. Rozmawiali my d

sz  chwil . Zdaje si ,  e nie

mia em ochoty zdradzi  mu szczegó ów. Na pewno. Najpierw musia em powiadomi
biuro. A wtedy on...
        - Tak? - zach ca a Samia.
        - On co  zrobi . On... Nie, nic wi cej nie wiem. Nic nie wiem! Ostatnie s owa
wykrzycza , a potem raptownie zamilk . Us yszeli prozaiczne brz czenie komunikatora
na r ce kapitana.
        - O co chodzi? - rzuci  kapitan.
        Odpowiedzia  mu osch y, energiczny g os:
        - Wiadomo  z Sark dla kapitana. 

daj ,  eby odebra  pan osobi cie.

        - Dobrze. Zaraz b

 w kabinie  czno ci.

        Racety obróci  si  do Samii.
        - Pani, pozwol  sobie przypomnie ,  e czas na obiad.
        Domy li  si ,  e dziewczyna ma zamiar wymówi  si  brakiem apetytu, powiedzie ,
aby poszed  i nie martwi  si  o ni . Doda  wi c dyplomatycznie:
        - Czas nakarmi  te stworzenia. Na pewno s  zm czeni i g odni.
        Samia nie mog a zaprzeczy .
        - Musz  jeszcze raz z nimi porozmawia , kapitanie.
        Racety sk oni  si  w milczeniu. Mo e by a to zgoda. A mo e nie.
        Samia by a wzburzona. Badania nad Florin  zaspokaja y jej aspiracje intelektualne.
Jednak TAJEMNICZY PRZYPADEK RA ONEGO PSYCHOSOND  ZIEMIANINA
(w my lach ju  uk ada a tytu ) bardziej do niej przemawia . Budzi  dzik  i nienasycon
ciekawo .
        To by a wielka tajemnica!
        Fascynowa y j  trzy aspekty tej sprawy. Nie zalicza a do nich do  rozs dnego (w
tych okoliczno ciach) pytania, czy opowie  tego cz owieka by a urojeniem lub
zmy leniem, czy te  prawd . Dopuszczaj c mo liwo , i  nie mówi prawdy, popsu aby
ca  przyjemno , a tego Samia nie chcia a.
        Te trzy aspekty sprowadza y si  do odpowiedzi na trzy pytania: Po pierwsze, jakie
niebezpiecze stwo grozi o Florinie, a raczej ca ej Galaktyce? Po drugie, kim by a osoba,
która u

a psychosondy wobec Ziemianina? Po trzecie, dlaczego to zrobi a?

        Postanowi a rozwik

 t  zagadk  dla w asnej satysfakcji. Nikt nie jest a  tak

skromny, by nie uwa

 si  za kompetentnego detektywa-amatora, a Samia na pewno nie

grzeszy a skromno ci .
        Po obiedzie wsta a od sto u najszybciej jak mog a bez obrazy dla wspó biesiadników
i pospieszy a do aresztu.
        - Otwórz drzwi! - poleci a wartownikowi.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Ale ten sta  nadal wypr ony jak struna, z szacunkiem, spogl daj c pustym
wzrokiem przed siebie.
        - Za pozwoleniem Waszej Dostojno ci - powiedzia  - drzwi pozostan  zamkni te.
        Samia prychn a.
        - Jak  miesz?! Je li natychmiast nie otworzysz drzwi, poskar  si  kapitanowi.
        - Za pozwoleniem Waszej Dostojno ci, drzwi pozostan  zamkni te. Tak rozkaza
kapitan.
        Natychmiast pobieg a na pok ad oficerski i jak tornado wpad a do kajuty kapitana.
        - Kapitanie!
        - Pani?
        - Czy poleci  pan nie dopuszcza  mnie do Ziemianina i dziewczyny?
        - Wydaje mi si , pani, i  uzgodnili my,  e rozmowy b

 odbywa  si  tylko w

mojej obecno ci.
        - Owszem - przed obiadem. Jednak sam pan widzia ,  e oni s  nieszkodliwi?
        - Widzia em,  e wygl daj  nieszkodliwie.
        Samia kipia a ze z

ci.

        - W takim razie rozkazuj  panu, aby pan natychmiast poszed  tam ze mn .
        - Nie mog , pani. Sytuacja zmieni a si .

        - Jak to?
        - Oni musz  zosta  przes uchani przez odpowiednie w adze na Sark, a do tego
czasu, jak s dz , nale y ich zostawi  w spokoju.
        Samia zastyg a z otwartymi ze zdumienia ustami, ale zaraz opanowa a si , jak
przysta o na szlachetnie urodzon  dam .
        - Na pewno nie zamierza pan przekaza  ich Urz dowi do Spraw Floriny.
        - Hmm -  agodzi  kapitan - pierwotnie tak w

nie chcia em zrobi . Opu cili bez

pozwolenia swoj  wiosk . Prawd  mówi c, bez zezwolenia opu cili planet . Ponadto
podró uj  na gap  na sarka skim statku.
        - Przez pomy

.

        - Czy by?
        - W ka dym razie, wiedzia  pan o tych przest pstwach, zanim pozwoli  mi pan
porozmawia  z nimi.
        - Jednak dopiero w trakcie rozmowy us ysza em, co ten tak zwany Ziemianin ma do
powiedzenia.
        - Tak zwany. Sam pan mówi ,  e planeta Ziemia istnieje naprawd .
        - Powiedzia em,  e to mo liwe. Pani, czy mog  zapyta , co wed ug ciebie mamy
uczyni  z tymi lud mi?
        - My

,  e opowie  Ziemianina nale y sprawdzi . Mówi o niebezpiecze stwie

zagra aj cym Florinie oraz o kim  na Sark, kto usi owa  ukry  ten fakt przed
odpowiednimi w adzami. S dz ,  e to mo e zainteresowa  mojego ojca. W rzeczy samej,
zamierzam zaprowadzi  go do ojca, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.
        - Ale  to sprytne! - rzek  kapitan.
        - Czy to sarkazm, kapitanie?
        - Prosz  wybaczy , Wasza Dostojno  - Racety poczerwienia . - Mówi em o
naszych wi niach. Czy mog  to wyja ni  nieco obszerniej?
        - Nie wiem, co to dla pana znaczy „nieco obszerniej” - odrzek a ze z

ci  - ale

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

my

,  e pan mo e.

        - Dzi kuj . Po pierwsze, pani, mam nadziej , i  nie minimalizuje pani znaczenia
tych niepokojów na Florinie.
        - Jakich niepokojów?
        - Chyba nie zapomnia

 incydentu w bibliotece, pani.

        - Zabito stra nika! Rzeczywi cie, kapitanie!
        - Drugi zosta  zabity dzi  rano, pani, równie  przez tubylca. Tubylcy na ogó  raczej
nie zabijaj  tam stra ników, a  tu nagle kto  zabija raz i drugi i pozostaje na wolno ci.
Czy dzia a samotnie? Czy to przypadek? A mo e to fragment starannie zaplanowanego
spisku?
        - Najwyra niej wierzy pan w to ostatnie.
        - Tak. Morderca mia  dwoje wspólników. Ich rysopisy odpowiadaj  wygl dowi
naszych gapowiczów.
        - Nic mi pan nie mówi !
        - Nie chcia em denerwowa  Waszej Dostojno ci. Prosz  jednak pami ta ,  e
kilkakrotnie ostrzega em pani ,  e mog  by  niebezpieczni.
        - Dobrze. I co z tego wynika?
        - A co, je li te morderstwa na Florinie pope niono tylko po to,  eby odwróci  uwag
si  porz dkowych od tych dwojga, którzy zakradli si  na nasz statek?
        - To nie ma sensu.
        - Nie ma? Dlaczego oni uciekaj  z Floriny? Nie pytali my ich o to. Za

my,  e

uciekaj  przed stra nikami, gdy  to najlogiczniejsze wyja nienie. Dlaczego szukaj
schronienia w

nie na Sark? Dlaczego uciekaj , w dodatku statkiem wioz cym Wasz

Dostojno ? No i on twierdzi,  e jest kosmoanalitykiem.
        Samia zmarszczy a brwi.
        - Wi c co z tego?
        - Przed rokiem donoszono o zagini ciu jakiego  kosmoanalityka. Nie podano tego
do publicznej wiadomo ci. Wiem o tym, poniewa  mój statek by  jednym z tych, które
poszukiwa y  ladów jego pojazdu w pobliskiej przestrzeni. Ktokolwiek stoi za tymi
niepokojami na Florinie, niew tpliwie s ysza  o zagini ciu kosmoanalityka, co dowodzi,

 dysponuje dobrze zakonspirowan  i bardzo skuteczn  organizacj .

        - A mo e te dwie sprawy - Ziemianin i zaginiony kosmoanalityk - nie maj  ze sob

adnego zwi zku?

        - Niew tpliwie nie maj

cis ego zwi zku, pani. Ale by by to niezwyk y zbieg

okoliczno ci, gdyby nie mia y  adnego zwi zku. Mamy do czynienia z oszustem. Dlatego
twierdzi, i  poddano go dzia aniu psychosondy.
        - Och?
        - Co mo e nas przekona ,  e on nie jest kosmoanalitykiem? Nie wie o Ziemi nic
oprócz tego,  e jest radioaktywna. Nie umie pilotowa  statku. Nie ma poj cia o
kosmoanalizie. I zas ania si  utrat  pami ci. Teraz rozumiesz, pani?
        Samia nie potrafi a znale

adnej odpowiedzi.

        - Tylko po co? - zapyta a.
        - Po to,  eby  zrobi a dok adnie to, co mia

 zamiar uczyni , pani.

        - Rozwik

 zagadk ?

        - Nie, nie. Zabra  tego cz owieka do ojca.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nadal nie widz  w tym sensu.
        - Istnieje kilka mo liwo ci. W najlepszym razie móg by szpiegowa  twego ojca -
pracuj c dla Floriny, a mo e dla Trantora. Wyobra am sobie,  e stary Abel z Trantora
natychmiast rozpozna by w nim Ziemianina, cho by po to,  eby postawi  w trudnej
sytuacji w adze Sark, domagaj c si  wyja nienia tego rzekomego u ycia psychosondy. W
najgorszym - móg by zabi  pani ojca.
        - Kapitanie!
        - Tak, pani?
        - To  mieszne!
        - Mo liwe, pani. Je li tak, to  mieszne jest Ministerstwo Bezpiecze stwa.
Przypominasz sobie,  e tu  przed obiadem wezwano mnie, abym odebra  wiadomo  z
Sark?
        - Tak.
        - Oto ona.
        Samia wzi a cienk , przezroczyst  foli  zapisan  czerwonymi literami.
        „Doniesiono o dwojgu Flori czykach podró uj cych nielegalnie na pa skim statku.
Nale y ich natychmiast schwyta . Jedno z nich mo e podawa  si  za kosmoanalityka nie
pochodz cego z Floriny. Prosz  nie podejmowa

adnych dzia

 w tej sprawie. Ponosi

pan pe

 odpowiedzialno  za bezpiecze stwo tych ludzi. Nale y ich zatrzyma  i

przekaza  bezpiecze stwu.  ci le tajne. Bardzo pilne.”
        Samia by a oszo omiona.
        - Bezpiecze stwo - powiedzia a. - Ministerstwo Bezpiecze stwa.
        -  ci le tajne - rzek  kapitan. - Naruszy em nieco rozkazy mówi c pani o tym, lecz
nie pozostawi a mi pani  adnego wyboru.
        - Co z nimi zrobi ?
        - Nie wiem - odpar  kapitan. - Podejrzany o szpiegostwo zamachowiec nie mo e
oczekiwa

agodnego traktowania. By  mo e, jego opowie  cz ciowo zi ci si  i

naprawd  zostanie potraktowany psychosond .

12.
Detektyw

        Ka dy z czterech Wielkich Posiadaczy na swój sposób spogl da  na Posiadacza
Fife’a. Bort by  z y, Rune ubawiony, Balie rozgniewany, a Steen przestraszony. Pierwszy
przemówi  Rune.
        - Zdrada? - powiedzia . - Chcesz nas przestraszy  tym s owem? Co ono ma
oznacza ? Kto zosta  zdradzony? Ty? Bort? Ja? Przez kogo i jak? Na pomy lno  Sark,
Fife, te konferencje zak ócaj  mi godziny snu.
        - Skutki - rzek  Fife - mog  zak óci  ci sen na d ugi czas. Nie mówi ,  e zdradzono
którego  z nas, Rune. Mówi  o zdradzeniu Sark.
        - Sark? - powiedzia  Bort. - Przecie  Sark to my.
        - Przyznajmy,  e to mit. Powiedzmy,  e to co , w co wierz  zwykli Sarka czycy.
        - Nie rozumiem - j kn  Steen. - Wy, panowie, zawsze lubicie sobie dogryza .
Autentycznie! Chcia bym ju  z tym sko czy .
        - Zgadzam si  ze Steenem - przytakn  Balie. Steen spojrza  z wdzi czno ci .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Mam szczery zamiar - powiedzia  Fife - zaraz wam wszystko wyja ni .

yszeli cie, jak s dz , o ostatnich k opotach na Florinie?

        - Raporty bezpiecze stwa mówi  o kilku zabitych stra nikach - rzek  Rune. - Czy o
tym mówisz?
        - Na Sark! - przerwa  im Bort. - Je li ju  mamy konferowa , porozmawiajmy i o
tym. Zabici stra nicy! Zas

yli,  eby ich zabito! Chcecie powiedzie ,  e tubylec mo e

po prostu podej  do stra nika i zdzieli  go ceg  w  eb? Dlaczego jaki  stra nik pozwala
podej  tubylcowi z ceg  w r ku? Dlaczego nie usma y go z odleg

ci dwudziestu

kroków? Na Sark, pogoni bym ich wszystkich, od rekruta po kapitana, wyla bym gamoni
na twarz. Ca a ta banda obros a t uszczem. Zbyt wygodnie im si  tam  yje. Twierdz ,  e
co pi  lat nale y og asza  na Florinie stan wojenny i wy apywa  wichrzycieli. Wtedy
tubylcy siedzieliby cicho, a nasi ludzie mieliby si  na baczno ci.
        - Sko czy

? - zapyta  Fife.

        - Na razie tak. Ale wróc  jeszcze do tego tematu. Jak wiecie, ja te  mam tam
inwestycje. Mo e nie tak wielkie jak twoje, Fife, ale do  du e,  eby mie  powód do
zmartwienia.
        Fife wzruszy  ramionami.
        - A ty s ysza

 o tych niepokojach? - zwróci  si  do Steena.

        - Tak - zerwa  si  Steen. - To znaczy s ysza em, jak mówi

...

        - Nie czyta

 biuletynów bezpiecze stwa?

        - Hmm, có ... - Steen gwa townie zainteresowa  si  swoimi d ugimi, spiczastymi
paznokciami, starannie pokrytymi miedzianym lakierem. - Nie zawsze mam czas na
czytanie wszystkich komunikatów. Nie wiedzia em,  e powinienem. Prawd  mówi c -
zebra  ca  odwag  i spojrza  prosto w oczy Fife’a - nie wiedzia em,  e chcesz mi mówi ,
co mam robi . Co  podobnego!
        - Nie chc  - rzek  Fife. - Mimo to, skoro cho  jeden z nas nie zna wszystkich
szczegó ów, pozwólcie,  e je przypomn . Mo e zainteresuj  tak e pozosta ych.
        Zadziwiaj ce, w jak niewielu s owach mo na stre ci  wydarzenia czterdziestu o miu
godzin i jak nieciekawe mog  wyda  si  te fakty. A wi c, nieoczekiwana próba dotarcia
do tekstów o kosmoanalizie. Cios w g ow  nadgorliwego stra nika, który dwie godziny
pó niej umar  w wyniku p kni cia podstawy czaszki. Po cig przerwany, gdy zbiegowie
schronili si  w melinie znanego agenta Trantora. Drugi stra nik zabity o  wicie, morderca
ucieka w przebraniu stra nika, a po kilku godzinach ginie trantoria ski agent.
        - Je li chcecie us ysze  najnowsze wie ci - zako czy  Fife - mo ecie dorzuci  do
tego jeszcze jeden drobiazg. Przed paroma godzinami w Parku Miejskim na Florinie
znaleziono cia o, a raczej szcz tki cia a.
        - Czyje? - zapyta  Rune.
        - Chwileczk . Obok niego le

a kupka popio u, która wygl da a na resztki

spalonego odzienia. Wszystkie metalowe cz ci zosta y starannie usuni te, lecz analiza
popio u wykaza a,  e s  to pozosta

ci munduru stra nika.

        - Nasz przyjaciel przebieraniec? - podsun  Balie.
        - Nie mo e by  - odpar  Fife. - Kto zabi by go tak skrycie?
        - Samobójstwo - rzuci  w ciekle Bort. - Jak d ugo ten przekl ty dra  móg by si
wymyka ? S dz ,  e wybra

mier  z w asnej r ki. Je li o mnie idzie, to uwa am,  e

nale

oby sprawdzi , który oddzia  Stra y do tego dopu ci , i wr czy  im

jednostrza owy blaster.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Niemo liwe - powtórzy  Fife. - Gdyby ten cz owiek pope ni  samobójstwo,
musia by najpierw zabi  si , potem zdj  mundur, spali  go na popió , usun  sprz czki
oraz odznak , a nast pnie pozby  si  ich. Albo najpierw zdj  mundur, spali  go, usun
sprz czki oraz odznak , wyj  z groty nago lub w bieli nie, wyrzuci  je, wróci , a potem
zabi  si .
        - Cia o le

o w grocie? - spyta  Bort.

        - Tak. W jednej ze sztucznych grot w parku.
        - Zatem mia  mnóstwo czasu - upiera  si  Bort. Nie lubi  zmienia  zdania. - Móg
najpierw usun  sprz czki i odznak , a potem...
        - Próbowa

 kiedy  usun  odznak  z munduru, który nie zosta  przedtem spalony?

- spyta  sarkastycznie Fife. - I mo esz poda  jaki  motyw, je li by o to cia o
poszukiwanego, który pope ni  samobójstwo? Ponadto, mam tu raport patologów, którzy
badali budow  kostn . To nie jest szkielet stra nika ani Flori czyka. To ko ci
Sarka czyka.
        - Co  takiego! - krzykn  Steen, a Balie szeroko otworzy  oczy; metalowe z by
Rune’a, które, b yskaj c od czasu do czasu, o ywia y czarny prostopad

cian, znikn y,

gdy zacisn  usta. Nawet Bort os upia .
        - Wyobra acie sobie? - spyta  Fife. - Teraz pojmujecie, dlaczego z uniformu
usuni to metalowe cz ci. Ktokolwiek zabi  Sarka czyka, chcia , aby popió  uznano za
resztki sarka skiego stroju, zdj te i spopielone przed zabójstwem, które mogliby my
uzna  za samobójstwo lub wynik prywatnej wa ni, w  aden sposób nie wi

ce si  z

naszym udaj cym stra nika przyjacielem. Nie wiedzia  tylko,  e analiza popio u pozwoli
odró ni  kyrt sarka skiego ubrania od celulitu munduru stra nika, nawet je li sprz czki i
odznaka zostan  usuni te.
        Teraz, maj c zabitego Sarka czyka i spopielony mundur stra nika, mo emy jedynie
uzna , i  gdzie  w Górnym Mie cie  yje Mieszczanin przebrany za Sarka czyka. Nasz
Flori czyk dostatecznie d ugo udawa  stra nika i stwierdziwszy,  e staje si  to zbyt
niebezpieczne, postanowi  zosta  Posiadaczem. I zrobi  to w jedyny sposób, jakim móg
si  pos

.

        - Z apano go? - zapyta  ochryple Bort.
        - Nie.
        - Dlaczego? Na Sark, dlaczego?

        - Zostanie pojmany - rzek  oboj tnie Fife. - Mamy teraz wa niejsze sprawy do
omówienia. Ta zbrodnia to wobec nich drobiazg.
        - Do rzeczy! - za da  natychmiast Rune.
        - Cierpliwo ci! Po pierwsze, chcia bym was zapyta , czy pami tacie tego
kosmoanalityka, który zagin  w zesz ym roku.
        Steen zachichota .
        Bort rzek  z bezgraniczn  pogard :
        - Znowu?
        - Czy by istnia o jakie  powi zanie? - zapyta  Steen. - Czy te  jeszcze raz b dziemy
omawia  t  okropn  afer ? Jestem zm czony.
        Fife nie da  si  sprowokowa .
        - Te gwa towne wydarzenia dnia wczorajszego i przedwczorajszego rozpocz y si
od tego,  e w bibliotece flori skiej kto  za da  dost pu do ksi ek o kosmoanalizie. To

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

dla mnie wystarczaj ce powi zanie. Zobaczmy, czy uda mi si  przekona  o tym i was.
Zaczn  od opisu trzech osób zamieszanych w incydent z ksi kami i prosz , nie
przerywajcie mi przez chwil .
        Najpierw Mieszczanin, najniebezpieczniejszy z tej trójki. Na Sark zebra  doskona e
oceny, jako inteligentny i godny zaufania. Niestety, teraz obróci  swoje zdolno ci przeciw
nam. Niew tpliwie to on jest odpowiedzialny za te cztery morderstwa. Niez y wynik.
Zwa ywszy,  e w ród ofiar s  dwaj stra nicy i Sarka czyk, wprost niewiarygodny jak na
tubylca. I jeszcze go nie schwytano.
        Druga z zamieszanych osób jest tubylcz  kobiet . Niewykszta cona i zupe nie bez
znaczenia. Jednak e przez kilka ostatnich dni drobiazgowo zbadano ka dy szczegó  tej
afery i znamy  yciorys tej dziewczyny. Jej rodzice byli cz onkami „Duszy Kyrtu”, je li
kto  z was pami ta t  podziemn  organizacj , któr  bez trudu zniszczono jakie
dwadzie cia lat temu.
        I tak dochodzimy do trzeciej i najbardziej niezwyk ej osoby. Ten trzeci to zwyk y
robotnik i w dodatku kretyn.
        Bort g

no westchn , a Steen zachichota  piskliwie. Balie nie otworzy  oczu, a

Rune siedzia  nieruchomo w ciemno ci.
        - To nie jest  adna przeno nia ani przesada - ci gn  Fife. - Ludzie z bezpiecze stwa
wychodzili z siebie, ale znaj  tylko fakty z ostatnich dziesi ciu i pó  miesi cy jego  ycia.
Znaleziono go w wiosce nie opodal flori skiej metropolii. Nie umia  chodzi  ani mówi .
Nie potrafi  nawet je .
        Zauwa cie,  e pojawi  si  kilka tygodni po znikni ciu kosmoanalityka. A w
dodatku, w ci gu paru miesi cy nauczy  si  mówi , a nawet podj  prac  w fabryce kyrtu.
Który kretyn uczy by si  tak szybko?
        - Och, doprawdy - zacz  z przekonaniem Steen. - Je li odpowiednio zastosowa
psychosond , mo na wywo

...

        Umilk , a Fife rzek  ironicznie:
        - No tak, nie znam wi kszego autorytetu w tej dziedzinie ni  Steen. Ale i bez jego
fachowej opinii doszed em do takiego samego wniosku. To jedyne mo liwe wyja nienie.
        Psychosonda mog a by  u yta tylko na Sark lub w Górnym Mie cie Floriny. W
ramach rutynowego dochodzenia sprawdzono wszystkich lekarzy w Górnym Mie cie.
Nie znaleziono  adnego  ladu niedozwolonego stosowania psychosondy. Wtedy jeden z
naszych agentów wpad  na pomys ,  eby sprawdzi  kartoteki lekarzy zmar ych potem,
jak pojawi  si  ten kretyn. Osobi cie zadbam o to,  eby ten agent otrzyma  awans.
        W jednym z takich gabinetów znaleziono kart  naszego kretyna. Oko o sze
miesi cy temu przyprowadzi a go na badanie tubylcza kobieta, druga osoba z naszej
trójki. Widocznie zrobi a to w tajemnicy, bo w tym dniu zwolni a si  z pracy podaj c
inny powód. Lekarz zbada  kretyna i stwierdzi  wyra ne  lady stosowania psychosondy.
        Teraz mamy co  ciekawego. Lekarz by  jednym z tych, którzy prowadz  dwa
gabinety - w Górnym i w Dolnym Mie cie. Jeden z tych idealistów, którzy wierz ,  e
tubylcom nale y si  porz dna opieka medyczna. By  metodycznym cz owiekiem i
prowadzi  podwójn  kompletn  kartotek  w obu gabinetach, aby unikn  niepotrzebnych
podró y wind . Ponadto, jak s dz , jego idealizm wyra

 si  w braku podzia u na karty

Sarka czyków i Flori czyków. Jednak karta interesuj cego nas kretyna nie mia a
duplikatu - jako jedyna.
        Dlaczego? Gdyby z jakiego  powodu postanowi  nie zdublowa  w

nie tej karty,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

dlaczego umie ci by j  w gabinecie w Górnym Mie cie, gdzie j  znaleziono? Dlaczego
nie w Dolnym Mie cie, gdzie jej nie by o? W ko cu pacjent by  Flori czykiern. Zosta
przyprowadzony przez Florink . Zbadano go w gabinecie w Dolnym Mie cie. Wszystko
to zosta o wyra nie opisane w historii choroby, któr  znale li my.
        T  zagadk  mo na wyja ni  tylko w jeden sposób. Pacjent by  zarejestrowany w
obu kartotekach, lecz karta w Dolnym Mie cie zosta a zniszczona przez kogo , kto nie
wiedzia ,  e w Górnym Mie cie istnieje drugi egzemplarz. Mo emy to uzna  za pewnik.
        W protokole badania lekarz zanotowa ,  e ten przypadek nale y opisa  w kolejnym
rutynowym sprawozdaniu dla s

b bezpiecze stwa. Zgodnie z przepisami. Ka de u ycie

psychosondy mog o sygnalizowa ,  e mamy do czynienia z przest pc . Nigdy jednak nie
sporz dzi  tego sprawozdania. Nie min  tydzie , jak zgin  w wypadku drogowym.
        Wprost nieprawdopodobne nagromadzenie zbiegów okoliczno ci, nie uwa acie?
        Balie otworzy  oczy.
        - Opowiadasz nam tu jakie  detektywistyczne zagadki.
        - Tak - zawo

 zadowolony Fife. - To detektywistyczna zagadka. I w tej chwili ja

jestem detektywem.
        - A kto jest podejrzanym? - szepn  ze znu eniem Balie.
        - Jeszcze nie teraz. Dajcie mi jeszcze chwil  pobawi  si  w detektywa.
        W obliczu sytuacji, któr  uzna  za najpowa niejszy kryzys w historii Sark, Fife
stwierdzi  nieoczekiwanie,  e wspaniale si  bawi.
        - Podejd my do tej sprawy z ca kiem innej strony - powiedzia . - Zapomnijmy na
chwil  o kretynie i przypomnijmy sobie kosmoanalityka. Po raz pierwszy us yszeli my o
nim, kiedy Biuro Transportu zosta o zawiadomione,  e jego statek niebawem wyl duje.
Zawiadomienie opiera o si  na informacji pochodz cej od niego. Kosmoanalityk nie
przybywa. Nie ma go nigdzie w pobliskiej przestrzeni. Co wi cej, wiadomo  wys ana
przez kosmoanalityka i przekazana do Biura Transportu znikn a. MBK twierdzi o, i
celowo zataili my wiadomo . Bezpiecze stwo uwa

o,  e w biurze wymy lili t

wiadomo  do celów propagandowych. Nigdy nie przysz o mi do g owy,  e i jedni, i
drudzy mylili si . Wiadomo  zosta a przekazana, a nie zatai y jej w adze Sark.
        Za

my istnienie osoby, któr  na razie nazwiemy X. Ten X ma dost p do rejestrów

Biura Transportu. Dowiaduje si  o kosmoanalityku oraz jego informacji, a umie szybko
my le  i dzia

. Wysy a podprzestrzennie wiadomo  na statek kosmoanalityka,

nakazuj c mu wyl dowa  na jakim  ma ym prywatnym l dowisku. Kosmoanalityk
wykonuje polecenie, a X ju  tam na niego czeka. Informacj  z ostrze eniem o gro cym
niebezpiecze stwie zabiera. S  po temu dwa powody. Po pierwsze, usuwaj c dowód,
utrudni ewentualne próby wykrycia. Po drugie, zapewne pos

y si  ni , aby zdoby

zaufanie szalonego kosmoanalityka. Gdyby kosmoanalityk uwa

,  e powinien

rozmawia  tylko ze swoimi zwierzchnikami, X móg  nak oni  go do wyjawienia
wszystkiego dowodz c, i  ju  zna zasadnicze fakty.
        Kosmoanalityk na pewno zacz  mówi . Jakkolwiek niezborna, zwariowana i
nieprawdopodobna mog a by  ta historia, X uzna  j  za wspania y instrument
propagandowy. Wys

 list, szanta uj c nas, Wielkich Posiadaczy. Plan, jaki zamierza

przeprowadzi , w ogólnych zarysach pokrywa  si  z tym, jaki przypisywa em
Trantorowi. Je li nie przystaniemy na jego warunki, zamierza  zak óca  produkcj  kyrtu
pog oskami o zag adzie Floriny, a  spe nimy jego  dania. Jednak wtedy pope ni
pierwszy b d. Co  go przestraszy o. Pó niej zastanowimy si , co. W ka dym razie

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

doszed  do wniosku,  e musi troch  odczeka . Jednak oczekiwanie mia o jedn  powa
wad . X nie wierzy  w histori  kosmoanalityka, lecz niew tpliwie sam kosmoanalityk by
szczerze prze wiadczony o jej prawdziwo ci. X musia  tak pokierowa  sprawami,  eby
tamten zechcia  prze

 „koniec  wiata” na pó niejszy termin. Kosmoanalityk nie

zgodzi by si  na to, dopóki pozostawa  pod wp ywem swojego szale stwa. X móg  go
zabi , lecz kosmoanalityk by  mu potrzebny jako  ród o dalszych informacji (w ko cu X
nie mia  poj cia o kosmoanalizie, a nie móg by skutecznie nas szanta owa  bez  adnych
konkretów), a mo e jako zak adnik w razie niepowodzenia ca ej operacji. W ka dym
razie u

 psychosondy. Potem nie mia  ju  na g owie kosmoanalityka, lecz bezmózgiego

kretyna, który przez pewien czas nie sprawi mu  adnych k opotów. A po pewnym czasie
odzyska zmys y.
        Nast pny krok? Upewni  si ,  e przez rok oczekiwania kosmoanalityk nie zostanie
znaleziony i  adna z licz cych si  osób nie ujrzy go nawet w roli bezmózgiego kretyna.
Dokona  tego z mistrzowsk  prostot . Przewióz  swoj  ofiar  na Florin  i przez blisko
rok kosmoanalityk by  po prostu pó

ówkiem, tubylcem pracuj cym w fabryce kyrtu.

        S dz ,  e w ci gu tego roku X lub jaki  jego zaufany podw adny odwiedzi
miasteczko, w którym umie ci  ofiar ,  eby sprawdzi , czy ta jest zdrowa i ca a. Podczas
jednej z tych wizyt dowiedzia  si  jako ,  e kosmoanalityka zabrano do lekarza, który
potrafi rozpozna  ra enie psychosond . Lekarz zgin  i protokó  badania tak e,
przynajmniej z gabinetu w Dolnym Mie cie. To by  powa ny b d X. Nie przysz o mu do

owy,  e w gabinecie w Górnym Mie cie mo e znajdowa  si  duplikat. A potem

pope ni  nast pny b d. Kretyn zacz  troch  za szybko odzyskiwa  pami , a miejscowy
Mieszczanin by  na tyle bystry, aby spostrzec,  e jego s owa nie s  tylko majaczeniem
szale ca. Mo e dziewczyna opiekuj ca si  kretynem opowiedzia a Mieszczaninowi, co
powiedzia  lekarz. Tylko zgaduj . Oto ca a historia.
        Fife splót  swe mocne d onie i czeka  na reakcj  s uchaczy. Rune zareagowa
pierwszy. Kilka chwil wcze niej w czy

wiat o w swoim prostopad

cianie i teraz

siedzia  w nim, mrugaj c oczami i u miechaj c si . Powiedzia :
        - To do  nudna historia, Fife. Jeszcze chwila i zasn bym.
        - Moim zdaniem - rzek  powoli Balie - stworzy

 konstrukcj  równie fantastyczn

jak ta w zesz ym roku. W dziewi ciu dziesi tych sk ada si  z przypuszcze .
        - Banialuki! - rzek  Bort.
        - A kim jest ten X? - spyta  Steen. - Je li nie wiesz kim jest X, to wszystko nie ma
sensu.
        I ziewn  lekko, zas aniaj c ma e bia e z by zakrzywionym palcem.
        - Przynajmniej jeden z was dostrzega sedno problemu - odezwa  si  Fife. -
To samo  X jest kluczem do ca ej zagadki. Zwa cie, jakimi cechami musi
charakteryzowa  si  X, je eli moja analiza jest trafna.
        Po pierwsze, X ma kontakty w administracji. Jest cz owiekiem, który mo e
zdecydowa  o u yciu psychosondy. I który uwa a,  e mo e dokona  szanta u na wielk
skal . To cz owiek, który bez problemu przewióz  kosmoanalityka z Sark na Florin .
Potrafi  te  zaaran owa

mier  lekarza na Florinie. To nie jest byle kto. Wi cej, to

naprawd  musi by  kto . To musi by  Wielki Posiadacz. Nie uwa acie?
        Bort zerwa  si  na nogi. Jego g owa znikn a na chwil , ale zaraz znów usiad . Steen
wybuchn  wysokim, histerycznym  miechem. Oczy Rune’a, do po owy ukryte w
otaczaj cym je t uszczu, b yszcza y gor czkowo. Balie powoli potrz sn  g ow .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Na Kosmos! Kogo oskar asz, Fife? - wrzasn  Bort.
        - Na razie nikogo. - Fife zachowa  spokój. - Jeszcze nikogo. Spójrzcie na to w ten
sposób. Jest nas pi ciu.  aden inny cz owiek na Sark nie móg  dokona  tego, co zrobi  X.
To mo e by  tylko jeden z nas pi ciu. To mo na uzna  za pewnik. A teraz, który? Zaczn
od siebie - na pewno nie ja.
        - Mamy ci uwierzy  na s owo, tak? - zadrwi  Rune.
        - Nie musicie mi wierzy  na s owo - odpar  Fife. - Jestem jedyny, który nie mia
motywu. Motywem X jest przej cie kontroli nad produkcj  kyrtu. Ja j  kontroluj .

adam jedn  trzeci  wszystkich pól na Florinie. Moje fabryki, wytwórnie i flota

handlowa s  wystarczaj co liczne, abym móg  wysiuda  z interesu ka dego z was -
razem czy osobno - gdybym chcia . Nie musia bym ucieka  si  do skomplikowanego
szanta u.
        S uchajcie mnie! - przekrzykiwa  chór ich wrzasków. - Ka dy poza mn  móg  mie
jaki  motyw. Rune ma najmniejszy kontynent i najskromniejszy stan posiadania. Wiem,

e to mu si  nie podoba. Nie mo e udawa ,  e jest inaczej. Balie pochodzi z najstarszego

rodu. W swoim czasie jego rodzina w ada a ca  Sark. On pewnie o tym pami ta.
Bortowi nie podoba si  to,  e zawsze zostaje przeg osowany na Radzie, w zwi zku z
czym na swoim terytorium nie mo e prowadzi  interesów tak, jak by chcia  - za pomoc
bicza i blastera. Steen ma kosztowne zachcianki i jego finanse s  w op akanym stanie.
Konieczno  powetowania sobie strat to istotny powód. Zatem mamy tu wszystko.
Zazdro . 

dz  w adzy. Chciwo . Presti . A wi c, który z was?

        - A ty nie wiesz? - W starych oczach Balle’a pojawi  si  z

liwy b ysk.

        - To niewa ne. Pos uchajcie. Powiedzia em,  e co  wystraszy o X (nazywajmy go
nadal X) po pierwszych listach, jakie do nas napisa . Czy wiecie co? Nasza pierwsza
konferencja, na której podkre la em konieczno  wspólnego dzia ania. X uczestniczy  w
niej. X by  oczywi cie jednym z nas. Rozumia ,  e zjednoczone dzia ania oznaczaj  jego
kl sk . Liczy ,  e nas pokona, poniewa  wiedzia ,  e sztywne przestrzeganie zasady
autonomii kontynentalnej zapewni mu przewag  do ostatniej chwili. Stwierdzi ,  e
pope ni  b d, wi c postanowi  zaczeka , a  zapomnimy o ca ej sprawie i b dzie móg
podj  dalsze dzia ania.
        Myli si  jednak. Wci  mo emy podj  wspólne dzia ania i je li za

ymy,  e X jest

jednym z nas, pozostaje nam tylko jedno - zerwa  z zasad  autonomii kontynentalnej. To
luksus, na jaki nie mo emy sobie d

ej pozwala , gdy  plany X doprowadz  do naszej

ekonomicznej kl ski albo do interwencji Trantora. Ja jestem jedyn  osob , której mog
ufa , tak wi c od tej pory b

 kierowa  zjednoczon  Sark. Jeste cie ze mn ?

        Zerwali si  z foteli, krzycz c. Bort wymachiwa  pi ciami. Mia  pian  na ustach.
        Nie mogli mu nic zrobi  w sensie fizycznym. Ka dy z nich znajdowa  si  na innym
kontynencie. Fife móg  siedzie  za swoim biurkiem i patrze , jak pieni  si  ze z

ci.

        - Nie macie wyboru - rzek . - W ci gu roku, który up yn  od naszej pierwszej
konferencji, ja te  poczyni em pewne przygotowania. Kiedy wy czterej spokojnie
uczestniczyli cie w naradzie, s uchaj c, jak mówi , lojalni wzgl dem mnie oficerowie
przej li dowodzenie flot .
        - Zdrada! - zawyli.
        - Zdrada zasady autonomii kontynentalnej - odpar  Fife. - Lojalno  wzgl dem Sark.
        Steen nerwowo zaplata  palce; ich rdzawe, miedziane ko ce by y jedyn  barwn
plam  na bia ej jak  ciana skórze.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Przecie  to chodzi o X. Nawet je li X jest jednym z nas, pozostali trzej s
niewinni. Ja nie jestem X - obrzuci  pozosta ych jadowitym spojrzeniem. - To jeden z
nich.
        - Ci z was, którzy s  niewinni, mog  wej  do mojego rz du - je li chc . Nie maj
nic do stracenia.
        - Ale ty nie powiesz, kto jest niewinny - wrzeszcza  Bort. - B dziesz karmi  nas
opowie ciami o X i trzyma  za...
        Zabrak o mu tchu.
        - Nie b

. W ci gu dwudziestu czterech godzin dowiem si , kim jest X. Nie

powiedzia em wam tego. Kosmoanalityk, o którym mówili my, jest teraz w moich

kach.

        Zapad o milczenie. Spogl dali po sobie podejrzliwie i z rezerw . Fife zachichota .
        - Zastanawiacie si , który z was jest X. Jeden z nas to wie, mo ecie by  pewni. A za
dwadzie cia cztery godziny wszyscy b dziemy to wiedzie . Teraz zwa cie, panowie,  e
jeste cie zupe nie bezradni. Okr ty wojenne nale  do mnie. Do widzenia!
        Odprawi  ich gestem.
        Znikn li jeden po drugim, jak gwiazdy w g bi pró ni, zas oni te na ekranie przez
niewidoczny kad ub mijanego wraka.
        Steen wy cza  si  ostatni.
        - Fife - powiedzia  dr cym g osem.
        Fife spojrza  na niego.
        - Tak? Chcesz przyzna  si  teraz, kiedy jeste my sami? Ty jeste  X?
        Twarz Steena wykrzywi  grymas strachu.
        - Nie, nie! Autentycznie. Chcia em tylko zapyta , czy mówi

 powa nie. To

znaczy, o autonomii kontynentalnej i w ogóle. Autentycznie?
        Fife spojrza  na stary chronometr.
        - Do widzenia.
        Steen zaskowycza . Si gn  r

 do wy cznika i równie  znikn .

        Fife siedzia  nieporuszony. Zako czywszy zebranie i maj c najgorsze za sob ,
poczu  g bokie przygn bienie. Niemal pozbawione warg usta by y jak rana w jego
szerokiej twarzy.
        Wszystkie kalkulacje opiera y si  na jednym za

eniu: kosmoanalityk by  szalony,

a niebezpiecze stwo wyimaginowane. Tyle jednak wydarzy o si  w zwi zku z tym
szale cem. Czy Junz z MBK sp dzi by rok na szukaniu wariata? Czy tak uparcie
ugania by si  za mira em?
        Fife nikomu o tym nie mówi . Ledwie  mia  zastanawia  si  nad tym. A je li
kosmoanalityk wcale nie by  szalony? Je eli  wiatu kyrtu grozi zag ada?
        Przed Wielkim Posiadaczem pojawi  si  flori ski sekretarz i rzek  bezbarwnym,
suchym g osem:
        -  askawy panie.
        - O co chodzi?
        - Statek z pa sk  córk  wyl dowa .
        - Czy kosmoanalityk i tubylcza kobieta s  bezpieczni?
        - Tak, prosz  pana.
        - Niech nikt ich nie przes uchuje beze mnie. Maj  ich trzyma  pod kluczem, a
przyb

... Czy s  jakie  wie ci z Floriny?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Tak, prosz  pana. Mieszczanin zosta  schwytany i przewo  go na Sark.

13.
Pilot

        Wraz z pog bianiem si  mroku  wiat a portu coraz bardziej ja nia y. O wietlenie
przez ca y czas nie odbiega o od tego, czego oczekujemy w troch  pochmurne, pó ne
popo udnie. W porcie numer dziewi , tak jak i w innych portach jachtowych Górnego
Miasta, mimo obrotu planety panowa  dzie . Ta jasno  mog a sta  si  nieco zbyt ra ca
w samo po udnie, lecz nic ponad to.
        Markis Genro wiedzia ,  e min  kolejny dzie  standardowy, tylko dlatego,  e id c
do portu zostawi  za plecami kolorowe, nocne  wiat a Miasta. Jaskrawe na tle
ciemniej cego nieba, nie usi owa y zast pi  blasku dnia.
        Genro przystan  przy g ównym wej ciu. Gigantyczna podkowa z trzema tuzinami
hangarów i pi cioma p ytami l dowisk nie robi a na nim wra enia. By a dla niego, tak
samo jak dla ka dego do wiadczonego pilota, chlebem powszednim.
        Wyj  d ugi fioletowy papieros, zawini ty w najcie sz  bibu

 ze srebrzystego

kyrtu, i w

 do ust. Os oni  koniec z

onymi d

mi i patrzy , jak jarzy si

zielonkawym p omieniem, gdy wci ga dym w p uca. Papieros spali  si  powoli, nie
pozostawiaj c popio u. Genro wypu ci  nosem szmaragdowy dym.
        - Wszystko jak co dzie ! - mrukn .
        Cz onek komitetu jachtowego w stroju pilota, jedynie z dyskretnym napisem na
piersi  wiadcz cym o tym,  e jest cz onkiem komitetu, szybko ruszy  na spotkanie Genro,
staraj c si  nie okazywa  po piechu.
        - Cze , Genro! Dlaczego nie mia oby by  jak co dzie ?
        - Cze , Doty. My la em,  e w tym ca ym zamieszaniu jaki  spryciarz móg by
wpa  na pomys  zamkni cia portów. Dzi ki Sark, tak si  nie sta o.
        Cz onek komitetu spos pnia .
        - Jeszcze nie wiadomo, czy do tego nie dojdzie. S ysza

 ostatnie wiadomo ci?

        Genro wyszczerzy  z by w u miechu.
        - Jak odró ni  ostatnie od przedostatnich?
        - No có , s ysza

 o tym tubylcu? Tym mordercy?

        - Chcesz powiedzie ,  e go z apali? Nie s ysza em.
        - Nie, nie z apali go. Ale wiedz ,  e nie ma go w Dolnym Mie cie!
        - Tak? A wi c gdzie jest?
        - No, w Górnym Mie cie. Tutaj.
        - Daj spokój.
        Genro szeroko otworzy  oczy, a potem zmru

 je z niedowierzaniem.

        - Nie, naprawd  - odpar  tamten lekko ura ony. - To pewne. Stra nicy kr

 tam i z

powrotem po Autostradzie Kyrtu. Otoczyli Park Miejski i na G ównej Arenie zrobili
punkt koordynacyjny. To wszystko prawda.
        - No có , mo e. - Genro powiód  oboj tnym spojrzeniem po stoj cych w hangarach
statkach. - Zdaje si ,  e od miesi cy tutaj nie by em. S  jakie  nowe statki?
        - Nie. Chocia  tak, jest P omienna Strza a Hjordesse’a.
        Genro potrz sn  g ow .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Ten widzia em. Ca y chromowany i nic poza tym. Przykro mi to mówi , ale chyba
w ko cu b

 musia  sam zaprojektowa  sobie statek.

        - Sprzedajesz Komet  V?
        - Sprzedaj  albo oddaj  na z om. Mam do  tych nowoczesnych modeli. S  zbyt
zautomatyzowane. Automatyczne uk ady sterowania i komputery nawigacyjne odbieraj
ca  przyjemno .
        - Wiesz co, s ysza em, jak inni te  to mówili - przytakn  cz onek komitetu. -
Powiem ci co . Je eli us ysz ,  e kto  sprzedaje stary model w dobrym stanie, dam ci
zna .
        - Dzi ki. Mog  pokr ci  si  tu chwil ?
        - Oczywi cie. Rób, co chcesz.
        Cz onek komitetu u miechn  si , machn  r

 i odszed .

        Genro zacz  powoln  inspekcj . Na pó  wypalony papieros zwisa  mu z k cika ust.
Genro przystawa  przy ka dym zaj tym hangarze, uwa nie oceniaj c jego zawarto .
        Jego zainteresowanie wzbudzi  hangar dwudziesty szósty. Genro zajrza  za nisk
barierk  i zawo

 uprzejmym tonem:

        - Posiadaczu?
        Gdy nie doczeka  si  odpowiedzi, powtórzy  zawo anie nieco bardziej stanowczo i
mniej uprzejmie.
        Posiadacz, który wy oni  si  z hangaru, nie wygl da  nadzwyczajnie. Po pierwsze,
nie by  w stroju pilota. Po drugie, nie by  ogolony, a paskudnie wygl daj

 myck  mia

ci gni

 na uszy w zupe nie niemodny sposób. Jego zachowanie zdradza o niezwyk

podejrzliwo .
        - Jestem Markis Genro. Czy to pana statek, prosz  pana?
        - Tak - odpar  tamten powoli i z namys em.
        Genro nie zwróci  na to uwagi. Odchyli  g ow  i uwa nie obejrza  lini  kad uba.
Wyj  z ust resztki papierosa i pstrykni ciem wys

 je wysoko w powietrze. Niedopa ek

jeszcze nie zacz  spada , gdy znikn  w krótkim rozb ysku.
        - Mia by pan co  przeciw temu, gdybym wszed ?
        Tamten zawaha  si , po czym odsun  si . Genro wszed .
        - W jakie silniki jest wyposa ona ta jednostka, prosz  pana? - spyta .
        - Dlaczego to pana interesuje?
        Genro by  wysoki, o ciemnej skórze i oczach, w osach k dzierzawych i krótko
przyci tych. Przewy sza  tamtego o pó  g owy, a w u miechu ods ania  równe, bia e

by.

        - Szczerze mówi c - powiedzia  - mam ochot  na nowy statek.
        - Czy to znaczy,  e interesuje pana ten?
        - Nie wiem. Co  podobnego, mo e, o ile cena by aby przyst pna. Czy móg bym
zobaczy  stery i silniki?
        Posiadacz sta  chwil  w milczeniu.
        - Jak pan uwa a, rzecz jasna... - rzek  Genro zimnym tonem i odwróci  si .
        - Mo e sprzedam. - Posiadacz si gn  do kieszeni. - Oto licencja!
        Genro obejrza  j  z obu stron szybkim, wprawnym spojrzeniem. Zwróci  dokument.
        - Pan Deamone?
        Posiadacz kiwn  g ow .
        - Mo e pan wej , je li pan chce.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Genro przelotnie zerkn  na wielki chronometr portowy, którego fosforyzuj ce
wskazówki, b yszcz ce jasno nawet w  wietle dnia, pokazywa y pocz tek drugiej
godziny po zachodzie s

ca.

        - Dzi kuj . Poka e mi pan drog ?
        Posiadacz ponownie pogmera  w kieszeniach i poda  mu p k kluczy.
        - Pan pierwszy, prosz  pana.
        Genro wzi  podany p k. Przejrza  paski, szukaj c kodu oznaczaj cego „statek”.
Tamten nie mia  zamiaru mu pomóc. W ko cu Genro powiedzia :
        - To chyba ten.
        Podszed  krótkim pomostem do balustrady luku i po jego prawej stronie uwa nie
poszukiwa  kluczem otworu zamka.
        - Nie widz ... Ach, tu jest! - rzek , przesuwaj c si  na lewo.
        Powoli, bezg

nie, luk otworzy  si  i Genro wszed  w g sty mrok. Gdy tylko drzwi

zamkn y si  za ich plecami,  luza uruchomi a si  automatycznie. Wewn trzna grod
otwar a si , a w ca ym statku zapali y si  jasne  wiat a.

        Myrlyn Terens nie mia  wyboru. Ju  zapomnia  ten dawno miniony czas, gdy
istnia y takie rzeczy jak „wybór”. Przez trzy d ugie beznadziejne godziny ukrywa  si  w
doku Deamone’a, czekaj c i nie mog c nic zrobi . Jak dot d, nic mu to nie da o. To nie
mo e zako czy  si  niczym innym jak uwi zieniem.
        A teraz pojawi  si  ten facet zainteresowany statkiem. Rozmowa z nim by a
szale stwem. Przy tak bliskim kontakcie Terens nie zdo a d ugo go zwodzi . Jednak nie
mo e równie  pozosta  tutaj.
        Na statku b dzie przynajmniej co  do jedzenia. Dziwne,  e nie pomy la  o tym
wcze niej.
        - Zbli a si  pora obiadu. Ma pan na co  ochot ? - zaproponowa  go ciowi.
        Ten ledwie spojrza  przez rami .
        - Hmm, mo e pó niej. Dzi kuj .
        Terens nie nalega . Pozwoli  mu buszowa  po statku, a sam z ulg  dorwa  si  do
konserwy mi snej i pakowanych w celulit owoców. Popi  chciwie. Na ko cu korytarza,
naprzeciw kuchni, by  prysznic. Terens zamkn  si  tam i wyk pa . Przyjemnie by o
zdj  z g owy ciasn  myck , cho  na chwil . Znalaz  nawet p ytk  komódk , a w niej
odzie  na zmian . Kiedy wróci  Genro, Terens ju  lepiej nad sob  panowa .
        - Czy mia by pan co  przeciw temu, gdybym spróbowa  polata  tym statkiem?
        - Nie mam nic przeciw temu. Umie pan pilotowa  ten model? - spyta  Terens z
doskonale udan  nonszalancj .
        - Tak s dz  - odpar  tamten z leciutkim u mieszkiem. - Pochlebiam sobie,  e
potrafi  pilotowa  ka dy typowy model. Poza tym, pozwoli em sobie zapyta  wie
kontroln  - mówi ,  e maj  woln  p yt  startow . Oto moja licencja pilota, je li chce j
pan obejrze , zanim przejm  stery.
        Terens rzuci  okiem na podany dokument.
        - Stery s  pa skie - powiedzia .

        Statek wytoczy  si  z hangaru jak kosmiczny wieloryb, poruszaj c si  powoli;
diamagnetyczny kad ub unosi  si  trzy cale nad ubit  nawierzchni  l dowiska.
        Terens patrzy , jak Genro precyzyjnie operuje sterami. W jego r kach statek zmieni

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

si  w  yw  istot . Widoczny na ekranie obraz l dowiska przesuwa  si  i zmienia  przy
ka dym dotkni ciu klawiszy kontrolnych.
        Statek znieruchomia , staj c na  rodku p yty startowej. Coraz silniejsze pole
diamagnetyczne wyd

o si  w kierunku dziobu i wyci gn o wy ej. Terens na

szcz cie nie czu  tego, gdy  w sterówce w czy y si  uk ady kompensuj ce zmiany si y
ci enia. Tylne lotki statku majestatycznie wpasowa y si  we w

ciwe zag bienia

niecki startowej. Jacht sta  pionowo, dziobem ku niebu.
        Duralitowa os ona niecki startowej schowa a si , ods aniaj c stumetrow  studni
wy

on  neutralizuj

 os on , przyjmuj

 uderzenie silników hiperatomowych.

        Genro wymienia  tajemnicze informacje z wie  kontroln . W ko cu rzek :
        - Dziesi  sekund do startu.
        Czerwona nitka wznosz ca si  w kwarcowej rurce znaczy a mijaj ce sekundy.
Dotar a do ko ca i silniki pe

 moc  pchn y statek w niebo.

        Terens sta  si  ci szy, poczu , jak przyspieszenie wciska go w fotel. Ogarn  go
strach.
        - I jak si  kieruje? - mrukn .
        Genro zdawa  si  nie zwraca  uwagi na przyspieszenie. Jego g os brzmia  niemal
naturalnie, gdy rzek :
        - Do  dobrze.
        Terens wyci gn  si  w fotelu, usi uj c rozlu ni  mi nie, patrz c jak gwiazdy na
ekranie wizjera staj  si  wyra ne i jasne w miar  zanikania atmosfery. Kyrt okrywaj cy
cia o Mieszczanina by  ch odny i wilgotny.

        Byli ju  w Kosmosie. Genro pilotowa  statek. Terens nie mia  poj cia, co tamten
robi, ale widzia , jak gwiazdy powoli przesuwaj  si  po ekranie, gdy d ugie, w skie palce
pilota dotyka y przycisków pulpitu sterowniczego niczym klawiszy jakiego  instrumentu
muzycznego. W ko cu p aski ekran wype ni a pomara czowa kula.
        - Nie le - stwierdzi  Genro. - Pa ski statek jest nie le utrzymany, Deamone. Jest
ma y, ale ma swoje zalety.
        Terens odpar  ostro nie:
        - Pewnie zechce pan wypróbowa  jego szybko  i zasi g skoku. Je li pan chce,
prosz  bardzo. Nie mam nic przeciw temu.
        Genro skin  g ow .
        - Bardzo dobrze. Dok d proponuje pan lecie ? Mo e... - zawaha  si . - Mo e na
Sark?
        Terens poczu ,  e serce bije mu szybciej. Spodziewa  si  tego. Zaczyna  wierzy ,  e

yje w zaczarowanym  wiecie. Zdarzenia wymusza y na nim pewne dzia ania, nawet bez

jego przyzwolenia. Nietrudno by oby go przekona ,  e to nie wydarzenia, lecz jaki  plan
kierowa  jego krokami. Od dziecka 

 w prze wiadczeniu,  e Posiadacze pod ka dym

wzgl dem góruj  nad tubylcami, a takich przes dów trudno si  pozby . Na Sark by  Rik,
który odzyskiwa  pami . Gra jeszcze si  nie sko czy a.
        - Czemu nie? - odpar  chrapliwie.
        - A zatem na Sark - powiedzia  Genro.
        Planeta szybko znikn a z ekranu i powróci y na  gwiazdy.
        - W jakim czasie zwykle dociera pan na Sark? - spyta  Genro.
        - Nie bi em rekordów - odpar  Terens. - W przeci tnym.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - To znaczy,  e zdarza o si  panu pokonywa  t  tras  w czasie krótszym ni  sze
godzin?
        - Czasami.
        - Ma pan co  przeciw temu,  ebym spróbowa  zmie ci  si  w pi ciu?
        - Absolutnie nic - rzek  Terens.
        Up yn o kilka godzin, zanim znale li si  dostatecznie daleko od zakrzywiaj cej
przestrze  masy gwiazdy, aby móc wykona  skok.
        Terens z trudem walczy  ze zm czeniem. Przez ostatnie trzy noce nie spa  wcale
albo bardzo ma o, a napi cie pot gowa o senno .
        Genro zerkn  na niego z ukosa.
        - Dlaczego nie zdrzemnie si  pan chwil ?
        Terens zmusi  zdr twia e mi nie twarzy do u miechu.
        - To nic - powiedzia . - Drobiazg.
        Ziewn  szeroko i u miechn  si  przepraszaj co. Pilot odwróci  si  z powrotem do
konsoli i oczy Terensa znów zasnu a mg a senno ci.
        Fotele statków kosmicznych z konieczno ci musz  by  wygodne. Musz  chroni
siedz cych przed przyspieszeniem. Nawet wypocz ty cz owiek  atwo i szybko mo e w
nich zasn . Terens, który w tym momencie móg by spa  na t uczonym szkle, nawet nie
zauwa

, kiedy zapad  w sen.

        Spa  kilka godzin; g boko i mocno, jak nigdy w  yciu.
        Nie porusza  si ; nawet nie drgn  i tylko oddycha  miarowo, gdy tamten zdj  mu z

owy myck .

        Terens budzi  si  powoli, mrugaj c oczami. Przez chwil  nie mia  poj cia, gdzie si
znajduje. Wyda o mu si ,  e znowu jest w swoim domku. Kolejno przypomina  sobie
ostatnie wydarzenia. Wreszcie u miechn  si  do Genro, który wci  by  zaj ty przy
pulpicie sterowniczym.
        - Chyba zasn em.
        - Chyba tak. Oto Sark - Genro ruchem g owy wskaza  wielki bia y pó ksi yc na
ekranie.
        - Kiedy l dujemy?
        - Za godzin .
        Terens by  ju  na tyle przytomny,  e wyczu  zmian  w zachowaniu tamtego. Z
przera eniem u wiadomi  sobie, i  stalowoszary przedmiot w r ku Genro to miotacz
igie .
        - Co, na Przestrze ... - zacz , wstaj c z fotela.
        - Siadaj - rozkaza  powa nie Genro. W drugiej r ce trzyma  myck .
        Terens dotkn  r

 g owy i poczu  pod palcami w osy.

        - Tak - rzek  pilot. - To jasne. Jeste  tubylcem.
        Mieszczanin spogl da  na niego bez s owa.
        - Wiedzia em,  e jeste  tubylcem, zanim jeszcze wszed em na statek biednego
Deamone’a.
        Terens czu  sucho  w ustach i pieczenie pod powiekami. Patrzy  na ma ,

mierciono

 luf  broni i czeka  na nag y, bezg

ny b ysk. Dotar  tak daleko, tak

daleko, a teraz mimo wszystko przegra .
        Genro nie spieszy  si . Pewn  r

 trzyma  bro , mówi c powoli i z namys em.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Najwi kszy b d, Mieszczaninie, pope ni

 zak adaj c,  e mo esz w

niesko czono  wymyka  si  zorganizowanym si om porz dkowym. Nawet gdyby tak
by o, nie powiniene  wybiera  na ofiar  biednego Deamone’a.
        - Nie wybra em go - wychrypia  Terens.
        - Zatem mia

 pecha. Alstare Deamone oko o dwunastu godzin temu sta  w Parku

Miejskim, czekaj c na  on . Wybra  to miejsce na spotkanie z czystego sentymentalizmu.
Tam spotkali si  po raz pierwszy i spotykali si  tam w ka

 rocznic

lubu. Nie jest to

szczególnie oryginalny zwyczaj m odych ma

stw, lecz im wydaje si  wa ny.

Deamone nie wiedzia ,  e to odludne miejsce czyni go odpowiednim kandydatem na
ofiar  zabójstwa. Kto przypuszcza by,  e co  takiego mo e zdarzy  si  w Górnym
Mie cie? W normalnych okoliczno ciach morderstwa nie odkryto by przez kilka dni.
Jednak  ona Deamone’a znalaz a si  na miejscu zbrodni ju  w pó  godziny pó niej.
Nieobecno  m a zdziwi a j . Wyja ni a, i  nie by  on typem cz owieka, który
odszed by roze lony takim niewielkim spó nieniem. Cz sto przychodzi a pó niej. Móg
spodziewa  si  tego i tym razem. Dosz a do wniosku,  e m  mo e na ni  czeka  w „ich”
grocie. Deamone oczywi cie czeka  na ni  przed „ich” grot , do niej wi c mordercy by o
najbli ej.  ona Deamone’a wesz a do groty i znalaz a... no, wiesz, co znalaz a.
Zaszokowana i rozhisteryzowana, zdo

a jednak przez miejscowe biuro bezpiecze stwa

przekaza  wiadomo  stra nikom. Jak to jest, Mieszczaninie, gdy kto  z zimn  krwi
zabija cz owieka i zostawia, aby  ona znalaz a go w miejscu, z którym wi

 si

wspomnienia ich najszcz liwszych chwil?
        Terens zakrztusi  si . Czerwona mg a w ciek

ci i rozczarowania przys oni a mu

oczy.
        - Wy, Sarka czycy, zabili cie miliony Flori czyków. Kobiet. Dzieci.
Wzbogacili cie si  na nas. Ten statek... - Gniew odebra  mu g os.
        - Deamone nie by  odpowiedzialny za stan rzeczy, jaki zasta  po urodzeniu - rzek
Genro. - Co by  zrobi , gdyby  urodzi  si  Sarka czykiem? Zrezygnowa by  z wszelkich
dóbr i poszed  pracowa  na polach kyrtu?
        - No ju , strzelaj! - krzykn  Terens, skr caj c si  ze z

ci. - Na co czekasz?

        - Nie ma po piechu. Mamy du o czasu, mog  doko czy  opowie . Nie mieli my
pewno ci co do to samo ci ofiary i mordercy, lecz domy lali my si ,  e byli nimi
Deamone i ty. Fakt, i  w pobli u zw ok znaleziono popió  spalonego munduru stra nika
wskazywa  na to,  e przebra

 si  za Sarka czyka. Wydawa o si  prawdopodobne,  e

skierujesz si  na jacht Deamone’a. Nie jeste my tacy g upi, jak ci si  wydaje,
Mieszczaninie. Sytuacja nadal by a skomplikowana. By

 zdesperowany. Nie mogli my

ci  wytropi . By

 uzbrojony i osaczony, niew tpliwie pope ni by  samobójstwo. A na

to nie mogli my pozwoli . Ci na Sark chc  ci  dosta  ca ego i zdrowego. Z trudem
zdo

em przekona  s

by bezpiecze stwa,  e sam sobie poradz  ze sprowadzeniem ci

na Sark, bez ha asu i zamieszania. Musisz przyzna ,  e w

nie to robi . Prawd  mówi c,

na pocz tku nie wiedzia em, czy jeste  tym, o którego chodzi. Mia

 na sobie zwyk y

strój, co na terenie portu jachtowego nale y do szczególnie z ego tonu. Wydawa o mi si ,

e nikt nie próbowa by udawa  pilota jachtowego bez odpowiedniego stroju. My la em,
e celowo usi ujesz odwróci  uwag  od kogo ,  e starasz si  zosta  aresztowany, podczas

gdy poszukiwany przez nas cz owiek ucieka w innym kierunku. Waha em si  i
sprawdza em ci  na ró ne sposoby. Szuka em dziurki od klucza po niew

ciwej stronie

luku.  aden statek nie ma zamka po prawej stronie. Luk zawsze i niezmiennie otwiera si

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

od lewej. Nie zdziwi a ci  moja pomy ka. Wcale. Potem zapyta em, czy twój statek
dolatywa  z Floriny na Sark w czasie krótszym ni  sze  godzin. Powiedzia

,  e

czasami. To wprost niebywa e. Rekordowy czas przelotu wynosi ponad dziewi  godzin.
        Zdecydowa em,  e nie mo esz by  podstawiony. Twoja ignorancja by a zbyt wielka.
Musia a by  naturalna, a zatem jeste  tym, którego szukali my. Pozosta o mi jedynie
zaczeka , a  za niesz (a twoja twarz zdradza a,  e rozpaczliwie potrzebujesz snu),  eby
rozbroi  ci  i wymierzy  w ciebie luf . Zdj em ci czapk  bardziej z ciekawo ci ni  z
rzeczywistej potrzeby. Chcia em zobaczy , jak sarka ski kostium pasuje do w osów.
        Terens nie spuszcza  oczu z lufy miotacza. Mo e Genro dostrzeg  zaciskaj ce si
szcz ki. Mo e po prostu odgad , o czym Terens my li.
        - Rzecz jasna, nie mog  ci  zabi , nawet gdyby  rzuci  si  na mnie. Nie wolno mi
ci  zabi  nawet w samoobronie. Jednak nie my l,  e to ci daje przewag . Ruszysz si , a
odstrzel  ci nog .
        Terens straci  ch  do walki. Ukry  twarz w d oniach i siedzia  bez ruchu.
        - Czy wiesz, dlaczego ci to mówi ? - powiedzia  Genro  agodnie.
        Terens nie odpowiedzia .
        - Po pierwsze, lubi  patrze , jak cierpisz. Nie lubi  morderców, a szczególnie
tubylców, którzy zabijaj  Sarka czyków. Rozkazano mi dostarczy  ci

ywego, ale nie

powiedziano,  e mam ci zapewni  przyjemn  podró . Po drugie, musisz w pe ni zdawa
sobie spraw  z sytuacji, poniewa  kiedy wyl dujemy na Sark, nast pne posuni cia zale
od ciebie.
        Terens podniós  g ow .
        - Co?
        - S

ba Bezpiecze stwa wie,  e przybywasz. Miejscowy oddzia  na Florinie wys

im wiadomo , gdy tylko ten statek opu ci  atmosfer  planety. Mo esz by  tego pewien.
Powiedzia em,  e musia em przekona  bezpiecze stwo,  e poradz  sobie sam, a fakt,  e
mi si  uda o, ca kowicie zmienia sytuacj .
        - Nie rozumiem. - Terens by  oszo omiony.
        Genro odpar  z kamiennym spokojem:
        - Powiedzia em,  e ci na Sark chc  dosta  ci  ca ego i zdrowego. Nie mia em jednak
na my li tych z bezpiecze stwa, tylko tych z Trantora!

14.
Renegat

        Selim Junz nigdy nie by  flegmatykiem. Rok rozczarowa  wcale tego nie zmieni .
Nie potrafi  spokojnie s czy  wina, podczas gdy gmach jego przekona  chwia  si  w
posadach. Krótko mówi c, nie by  Ludiganem Ablem.
        A kiedy przesta  wykrzykiwa ,  e nic nie upowa nia Sark do porywania i
przetrzymywania pracowników MBK, niezale nie od stanu trantoria skiej siatki
szpiegowskiej, Abel powiedzia :
        - My

,  e lepiej b dzie, je li sp dzi pan noc tutaj, doktorze.

        - Mam ciekawsze rzeczy do zrobienia - odpar  Junz lodowato.
        - Nie w tpi , cz owieku, nie w tpi . Mimo to, skoro moich ludzi zabija si  w bia y
dzie , Sark musi by  naprawd  zuchwa a. Jest bardzo prawdopodobne,  e zanim up ynie

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

noc, mo e przydarzy  si  panu jaki  wypadek. A zatem przeczekajmy t  noc i zobaczmy,
co przyniesie dzie .
        Protesty Junza na nic si  nie zda y. Abel, nie trac c swej ch odnej, niemal niedba ej
pozy cz owieka oboj tnego na wszystko, jakby og uch . Ze stanowcz  kurtuazj  Junz
zosta  odprowadzony do swego pokoju.
        Le c w 

ku, spogl da  na lekko fosforyzuj cy, pokryty freskami sufit (na którym

yszcza a  rednio udana kopia „Bitwy o ksi yce Arktura” Lenhadena) i wiedzia ,  e nie

zdo a zasn . Potem wci gn  w p uca lekki opar somniny i natychmiast zapad  w sen.
Pi  minut pó niej, gdy wentylacja wyssa a z pokoju wszelkie  lady gazu, mia  ju
dawk  wystarczaj

 na osiem godzin zdrowego snu.

        Obudzono go w zimnym pó mroku poranka. Zamruga  oczami i ujrza  Abla.
        - Która godzina? - zapyta .
        - Szósta.
        - Wielki Kosmosie! - Rozejrza  si  wokó  i wysun  ko ciste nogi spod ko dry. -
Wcze nie pan wstaje.
        - Nie spa em.
        - Co?
        - Odczuwam to, prosz  mi wierzy . Nie znosz  ju  antisomniny tak dobrze jak za

odu.

        - Przepraszam na chwil  - wymamrota  Junz.
        Tego ranka jego poranne przygotowania zaj y mu mniej czasu ni  zwykle. Wróci
do pokoju zapinaj c pas i zamek magnetyczny tuniki.
        - No? - zapyta . - Na pewno nie zbudzi by si  pan w  rodku nocy i nie zerwa  mnie z

ka o szóstej, gdyby nie mia  mi pan nic do powiedzenia.

        - Ma pan racj , oczywi cie.
        Abel usiad  na 

ku opuszczonym przez Junza i odchyliwszy g ow  do ty u,

parskn

miechem. Wydawa  piskliwe, ciche d wi ki, pokazuj c mocne, lekko 

te

by, kontrastuj ce z pomarszczonymi dzi

ami.

        - Przepraszam, Junz - powiedzia . - Nie jestem dzi  sob . Ta wymuszona bezsenno
troch  mnie oszo omi a. Jestem bliski nak onienia Trantora,  eby zast pili mnie kim

odszym.

        - Czy by okaza o si ,  e jednak nie maj  kosmoanalityka? - odpar  Junz
sarkastycznie, lecz nie bez cienia nadziei w g osie.
        - Niestety, nie. Przykro mi to mówi , ale maj  go. Obawiam si , i  moja weso
wynika g ównie z faktu,  e nasze siatki s  nie tkni te.
        Junz mia  ochot  powiedzie : „Do diab a z waszymi siatkami”, ale powstrzyma  si .
Abel mówi  dalej:
        - Nie ulega w tpliwo ci,  e wiedz , i  Khorov by  jednym z naszych agentów.
Mogli rozszyfrowa  równie  innych na Florinie. To p otki. Sarka czycy wiedz  o tym i
dlatego ograniczali si  do obserwowania ich.
        - Jednego zabili - przypomnia  Junz.
        - Nie - odpar  Abel. - To jedna z osób towarzysz cych kosmoanalitykowi, ten
przebrany za stra nika, u

 blastera.

        - Nie rozumiem. - Junz otworzy  szeroko oczy.
        - To do  skomplikowana historia. Zechce mi pan towarzyszy  przy  niadaniu?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Musz  natychmiast co  zje .

        Przy kawie Abel stre ci  wydarzenia ostatnich trzydziestu sze ciu godzin. Junz by
zdumiony. Odstawi  nie dopit  fili ank  kawy i ca kiem o niej zapomnia .
        - Nawet je li za

ymy,  e ukryli si  akurat na tym statku, istnieje jeszcze

mo liwo ,  e nie zostali odkryci. Je li wy le pan swoich ludzi,  eby czekali, a  statek
wyl duje...
        - Ba! Wie pan,  e to niemo liwe. Na  adnym nowoczesnym statku nie uda si  ukry
dodatkowego promieniowania cieplnego cia .
        - Mogli je przeoczy . Aparaty s  niezawodne, ale ludzie nie.
        - Czyste chciejstwo. Prosz  pos ucha . W tym samym czasie gdy statek z
kosmoanalitykiem na pok adzie zbli a si  do Sark, z absolutnie wiarygodnego  ród a
otrzymali my informacj ,  e Posiadacz Fife zwo

 konferencj  z udzia em innych

Wielkich Posiadaczy. Te mi dzykontynentalne narady s  tak rzadkie jak gwiazdy w
Galaktyce. Zbieg okoliczno ci?
        - Mi dzykontynentalna narada na temat kosmoanalityka?
        - To rzeczywi cie ma o wa ny temat. My uczynili my go wa nym. MBK
poszukiwa o go przez rok z godnym uwagi uporem.
        - Nie MBK - upiera  si  Junz. - Ja sam. Dzia

em prawie nieoficjalnie.

        - Posiadacze o tym nie wiedz  i nie uwierzyliby, nawet gdybym im powiedzia .
Ponadto, Trantor równie  by  zainteresowany t  spraw .
        - Na moj  pro

.

        - O tym równie  nie maj  poj cia i nigdy w to nie uwierz .
        Junz wsta  i jego fotel automatycznie odsun  si  od sto u.
        Za

ywszy r ce na plecy, Junz zacz  chodzi  po pokoju. Tam i z powrotem. Tam i

z powrotem. Od czasu do czasu zerka  z ukosa na Abla.
        Ten spokojnie zaj  si  drug  fili ank  kawy.
        - Sk d pan o tym wszystkim wie? - zapyta  Junz.
        - O czym?
        - O wszystkim. Jak i kiedy kosmoanalityk ukry  si  na statku. Jak i w jaki sposób
Mieszczanin unikn  po cigu. Czy by mia  pan zamiar mnie zwodzi ?
        - Drogi doktorze Junz.
        - Przyzna  pan,  e pa scy ludzie równie  szukali kosmoanalityka. Zesz ej nocy
postara  si  pan usun  mnie z drogi, niczego nie pozostawiaj c przypadkowi.
        Junz nagle przypomnia  sobie s aby zapach somniny.
        - Sp dzi em noc, doktorze Junz, na rozmowach z kilkoma moimi agentami. To, co
zrobi em i czego si  dowiedzia em, nale y uzna  za  ci le tajne. Musia em usun  pana z
drogi, a jednocze nie zapewni  panu bezpiecze stwo. Tego, co panu powiedzia em,
dowiedzia em si  ostatniej nocy od moich agentów.
        - Aby dowiedzie  si  tego, musia by pan mie  swoich ludzi w samym rz dzie Sark.

        - Oczywi cie.
        Junz obróci  si  na pi cie.
        - No nie!

        - To pana dziwi? Rzecz jasna, Sark s ynie ze stabilnego rz du i lojalno ci swych

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

obywateli. Przyczyna tego jest do  prosta; nawet najbiedniejszy Sarka czyk jest
arystokrat  w porównaniu z Flori czykami i mo e uwa

 si , jakkolwiek mylnie, za

cz onka klasy rz dz cej. Prosz  jednak pami ta , i  Sark nie jest  wiatem miliarderów,
jak s dzi wi kszo  Galaktyki. Po rocznym pobycie tutaj musia  pan sam si  o tym
przekona . Standard  yciowy osiemdziesi ciu procent populacji jest taki sam jak na
innych  wiatach i niewiele wy szy ni  na samej Florinie. Zawsze znajdzie si  paru
Sarka czyków, którzy b

 wystarczaj co rozgniewani na t  nieliczn  grupk

op ywaj

 we wszelkie luksusy, aby mogli pos

 moim celom. Ogromn  s abo ci

sarka skiego rz du jest to,  e od wieków  czyli bunt tylko z Florin . Zapomnieli
pilnowa  swoich obywateli.
        - Ci niezadowoleni Sarka czycy, o ile istniej , nie na wiele mog  si  panu przyda .
        - Pojedynczo - nie. Zbiorowo stanowi  u yteczne narz dzie dla wa niejszych ludzi.
Nawet niektórzy cz onkowie klasy rz dz cej wzi li sobie do serca lekcje ostatnich dwóch
stuleci. S  przekonani,  e Trantor w ko cu zdob dzie w adz  nad ca  Galaktyk  i, jak

dz , maj  racj . Podejrzewaj ,  e mo e to nast pi  jeszcze za ich  ycia, wi c zawczasu

wol  stan  po stronie zdobywców.
        - Wygl da na to - skrzywi  si  Junz -  e mi dzygwiezdna polityka to bardzo brudna
gra.
        - Istotnie, ale okazuj c pogard  dla brudu nie usuwamy go. Ponadto nie wszyscy
uczestnicy tej gry s  godni wzgardy. Niech pan pomy li o idealistach. Albo o tych
nielicznych ludziach w rz dzie Sark s

cych Trantorowi nie dla pieni dzy czy za

obietnice w adzy, tylko z g bokiego przekonania,  e zjednoczony rz d galaktyczny jest
najlepszy dla ludzko ci i  e tylko Trantor mo e go utworzy . Mam takiego cz owieka,
najlepszego w sarka skich s

bach bezpiecze stwa. W

nie leci tu z Mieszczaninem.

        - Powiedzia  pan,  e Mieszczanin zosta  schwytany.
        - Tak, przez bezpiecze stwo. A ten cz owiek pracuje dla S

by Bezpiecze stwa i

dla mnie.
        Abel zastanowi  si  chwil  i poskar

 si .

        - Teraz stanie si  znacznie mniej u yteczny. Kiedy wypu ci z r k Mieszczanina, w
najlepszym razie zostanie zdegradowany, a w najgorszym aresztowany. No có !
        - Co pan teraz zamierza?
        - Nie wiem. Po pierwsze, musimy przej  Mieszczanina. Na razie jestem pewien
tylko tego,  e przyb dzie. Co zdarzy si  pó niej...
        Abel wzruszy  ramionami, a starcza, 

tawa skóra na jego ko ciach policzkowych

napi a si  jak pergamin.
        - Posiadacze równie  b

 czekali na Mieszczanina - doda . - Wydaje im si ,  e go

maj , a dopóki ani oni, ani my nie mamy go w gar ci, nic szczególnego nie mo e si
wydarzy .
        Nie by a to jednak prawda.

         ci le bior c, wszystkim obcym ambasadom w ca ej Galaktyce przys ugiwa o prawo
eksterytorialno ci, obejmuj ce teren, na którym je umieszczono. Zazwyczaj prawo to
pozostawa o w sferze  ycze , chyba  e pot ga rodzimej planety wymusza a jego
respektowanie. W praktyce jedynie Trantor móg  zapewni  niezale no  swoich
placówek.
        Teren ambasady trantoria skiej, obejmuj cy obszar prawie dwóch kilometrów

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kwadratowych, patrolowali ludzie w trantoria skich mundurach, z insygniami.  aden
Sarka czyk nie móg  tu wej  bez zaproszenia, a ju  na pewno nie z broni . Rzecz jasna,
liczebno  i uzbrojenie trantoria skich stra ników pozwoli aby im w razie potrzeby
odpiera  ataki zdeterminowanego sarka skiego regimentu nie d

ej ni  dwie czy trzy

godziny, ale za tym ma ym oddzia kiem sta a ca a pot ga militarna miliona  wiatów.
        Ambasada pozostawa a nienaruszalna.
        Mog a nawet utrzymywa  bezpo redni  komunikacj  z Trantorem, bez potrzeby
korzystania z sarka skich kosmoportów. Z  adowni trantoria skiego statku-matki, który
kr

 w odleg

ci nieco przekraczaj cej stupi dziesi ciokilometrow  „przestrze

planetarn ”, a wi c w „wolnej przestrzeni”, mog y startowa  i l dowa  (pó  szybuj c, pó
lec c) na ma ym l dowisku na terenie ambasady ma e  yroskopowe jednostki
wyposa one w  mig a do podró y w atmosferze z minimalnym zu yciem energii.
         yroskopowa jednostka, która teraz pojawi a si  nad l dowiskiem, ani nie
figurowa a w rozk adzie lotów, ani nie nale

a do Trantora. Skromne si y ambasady

szybko i sprawnie wkroczy y do akcji. Dzia ko ig owe unios o w gór  swój rozd ty ryj.

czono ekrany ochronne.

        Depesze radiowe przelatywa y tam i z powrotem. Impulsy nios y uparte s owa w
gór , a gniewne w dó .
        Porucznik Camrum odwróci  si  od aparatu i powiedzia :
        - Sam nie wiem. Twierdzi,  e za dwie minuty zestrzel  go, je li nie pozwolimy mu
wyl dowa . Prosi o azyl.
        W

nie wszed  kapitan Elyut.

        - No, tak - zauwa

. - A wtedy Sark stwierdzi,  e ingerujemy w ich wewn trzne

sprawy, a je li Trantor postanowi za agodzi  spraw , my obaj b dziemy sko czeni. Kto
to jest?
        - Nie chce powiedzie . - Porucznik mia  zm czony g os. - Mówi,  e musi zobaczy
si  z ambasadorem. Mo e powie mi pan, co mam robi , kapitanie.
        Krótkofalówka zacharcza a i kto , najwidoczniej bliski histerii, zawo

:

        - Jest tam kto ? L duj  i ju . Naprawd ! Mówi  wam, nie mog  ju  d

ej czeka !

        S owa zako czy y si  nieartyku owanym piskiem.
        - Wielki Kosmosie - rzek  kapitan - znam ten g os! Przepu cie go! Na moj
odpowiedzialno !
        Przekazano rozkaz.  yroskopowy stateczek opad  pionowo w dó  szybciej, ni
powinien, co  wiadczy o o tym,  e cz owiek trzymaj cy stery by  niedo wiadczony i
bliski paniki. Lufa dzia a przez ca y czas  ledzi a statek.
        Kapitan po czy  si  z Ablem i w ambasadzie og oszono stan najwy szej gotowo ci.
Eskadra sarka skich statków, przyby a nieca e dziesi  minut po l dowaniu obcej
jednostki, przez dwie godziny gro nie kr

a wokó  ambasady, po czym odlecia a.

        Zasiedli do obiadu - Abel, Junz i nowo przyby y. Z podziwu godnym opanowaniem,
zwa ywszy na okoliczno ci, Abel pe ni  rol  gospodarza. Od kilku godzin mia  na ko cu

zyka pytanie, dlaczego Wielki Posiadacz musi prosi  o azyl. Junz by  mniej cierpliwy.

Sykn  do Abla:
        - Na Kosmos! Co ma pan zamiar z nim zrobi ?
        Abel u miechn  si .
        - Nic. Przynajmniej dopóki nie dowiem si , czy mam Mieszczanina, czy nie. Chc

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wiedzie , co mam w r ku, zanim rzuc  karty na stó . A poniewa  to on przyszed  do
mnie, czekanie bardziej denerwuje jego ni  nas.
        Mia  racj . Posiadacz dwukrotnie rozpocz  szybki monolog i dwukrotnie us ysza
od Abla:
        - Mój drogi Posiadaczu! Powa nym rozmowom nie sprzyja pusty 

dek.

        U miechn  si  uprzejmie i zamówi  obiad.
        Przy winie Posiadacz spróbowa  jeszcze raz.
        - B dziecie chcieli wiedzie , dlaczego opu ci em swój kontynent.
        - Nie przychodzi mi do g owy  aden powód - przyzna  Abel - dla którego Posiadacz
Steen mia by ucieka  przed sarka skimi statkami.
        Steen spogl da  na nich czujnie. Szczup a posta  i chuda, blada twarz zdradza y
napi cie. D ugie w osy mia  starannie zaplecione w warkoczyki spi te ma ymi spinkami,
które przy ka dym ruchu g owy uderza y o siebie z cichym chrz stem, jakby zwracaj c,
uwag  na lekcewa cy stosunek w

ciciela do aktualnej sarka skiej mody, która

nakazywa a strzyc w osy krótko. Skóra i ubranie Posiadacza wydziela y s aby zapach.
        Abel - którego uwagi nie usz o to,  e Junz lekko zacisn  wargi i mimowolnie
dotkn  krótkich, we nistych w osów - pomy la , jak zabawna by aby reakcja
kosmoanalityka, gdyby Steen przyby  wygl daj c jak zwykle - z uró owanymi
policzkami i lakierowanymi paznokciami.
        - Dzi  mieli my konferencj  mi dzykontynentaln  - powiedzia  Steen.
        - Naprawd ? - zdziwi  si  Abel. Wys ucha  sprawozdania z obrad, nawet nie
mrugn wszy okiem.
        - I mamy dwadzie cia cztery godziny - zako czy  Steen z uraz . - Teraz ju  tylko
szesna cie. To nies ychane!
        - I pan jest X! - zawo

 Junz, który w trakcie relacji podnieca  si  coraz bardziej. -

Pan jest X i przyszed  pan tu, poniewa  przy apali pana. No có , to  wietnie. Abel, oto
nasz dowód to samo ci kosmoanalityka. Mo emy go u

 jako monety przetargowej i

odzyska  naszego cz owieka.
        Piskliwy g os Steena z trudem przebi  si  przez dono ny baryton Junza.
        - To nie tak. Nie tak, mówi . Zwariowa  pan. Do  tego! Dajcie mi powiedzie ...
Wasza Wysoko , nie pami tam nazwiska tego cz owieka.
        - Doktor Selim Junz, Posiadaczu.
        - A wi c, doktorze Junz, nigdy w  yciu nie widzia em tego kretyna, kosmoanalityka,
czy jak go tam nazywacie. Autentycznie! Jeszcze nigdy nie s ysza em takich bzdur. Ja na
pewno nie jestem X. Autentycznie! B

 panom wdzi czny, je li przestaniecie

pos ugiwa  si  t  g upi  liter . Chyba nie wierzycie w te melodramatyczne bujdy Fife’a!
        - To dlaczego pan uciek ? - upiera  si  Junz.
        - Na Sark, czy to nie oczywiste? Och, bo si  ud awi . Co  takiego! S uchajcie, czy
nie rozumiecie, co wyczynia Fife?
        - Je li zechce pan wyja ni , Posiadaczu - wtr ci  si  Abel - nie b dziemy przerywa .
        - Dzi ki i za to - powiedzia  Steen i mówi  dalej tonem ura onej niewinno ci. -
Tamci maj  mnie za nic, poniewa  nie widz  sensu zajmowania si  dokumentami,
statystyk  i innymi takimi nudnymi szczegó ami. A w ko cu chcia bym wiedzie , od
czego mamy administracj , je li Wielki Posiadacz nie mo e by  po prostu Wielkim
Posiadaczem? Przecie  to,  e lubi  wygody, wcale nie oznacza,  e jestem pajacem.
Autentycznie! Mo e inni s

lepi, ale ja widz ,  e Fife’a wcale nie obchodzi jaki  tam

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kosmoanalityk. Pewnie sam go wymy li . Fife wpad  na ten pomys  przed rokiem i od tej
pory manipuluje nami. Robi z nas g upców i durniów. Autentycznie! I tamci pozwalaj
sobie na to. Po

owania godni g upcy! To on zaaran owa  t  idiotyczn  histori  z

wariatami i kosmoanalitykami. Wcale nie zdziwi bym si , gdyby tubylec zabijaj cy
tuziny stra ników okaza  si  jednym ze szpiegów Fife’a w rudej peruce na g owie. A je li
naprawd  jest tubylcem, zapewne Fife go wynaj . To do niego podobne. Autentycznie!
On by by zdolny u

 tubylców przeciw swoim rodakom. Taki ju  jest. W ka dym razie

nie ulega w tpliwo ci,  e wykorzystuje to jako pretekst,  eby zrujnowa  nas wszystkich i
sta  si  dyktatorem Sark. Chyba to rozumiecie? Nie ma  adnego X, ale je li nie
powstrzymamy Fife’a, jutro roze le w podprzestrzeni wie ci o spiskach, og osi stan
pogotowia i obwo a si  Przywódc . Od pi ciuset lat na Sark nie mieli my przywódcy, ale
to mu nie przeszkadza. Zawiesi konstytucj  na ko ku. Autentycznie! Tylko ja chc  go
powstrzyma . W

nie dlatego musia em ucieka . Gdybym zosta  na swoim kontynencie,

by bym ju  w areszcie domowym. Kiedy tylko sko czy a si  narada, sprawdzi em mój
prywatny kosmoport. Okaza o si ,  e ju  zaj li go jego ludzie. To by o oczywiste
naruszenie autonomii kontynentalnej. Czyste chamstwo. Autentycznie! Ale Fife, chocia
bezczelny, nie jest zbyt bystry. My la ,  e niektórzy z nas spróbuj  opu ci  planet , wi c
kaza  pilnowa  kosmoportów, ale... - tu Steen u miechn  si  chytrze i wyda  cichy
chichot - ...nie przysz o mu do g owy,  eby obserwowa  lotniska  yroplanów. Pewnie

dzi ,  e na ca ej planecie nie znajdziemy bezpiecznego miejsca. Tymczasem ja

pomy la em o ambasadzie Trantora. Tamci na to nie wpadli. Byli tacy m cz cy.
Szczególnie Bort. Znacie Borta? Jest strasznie nieokrzesany. Po prostu brudny.
Rozmawia ze mn  tak, jakby to,  e jestem czysty i przyjemnie pachn , by o
przest pstwem.
        Przytkn  czubki palców do nosa i pow cha . Abel lekko dotkn  d oni Junza, który
niespokojnie wierci  si  w fotelu. Ambasador powiedzia  do Posiadacza:
        - Zostawi  pan rodzin . Nie s dzi pan,  e Fife mo e j  wykorzysta  przeciw panu?
        - Nie mog em wepchn  wszystkich bliskich do  yroplanu - odpar  tamten i lekko
poczerwienia . - Fife nie odwa y si  ich tkn . Poza tym, jutro b

 z powrotem na moim

kontynencie.
        - W jaki sposób? - zapyta  Abel.
        Steen spojrza  na niego ze zdumieniem. Rozchyli  w skie wargi.
        - Proponuj  przymierze, Wasza Wysoko . Nie mo e pan udawa ,  e Trantor nie
interesuje si  Sark. Mo e pan poinformowa  Fife’a,  e jakakolwiek próba zmiany
konstytucji Sark zmusi Trantor do interwencji.
        - Nie wiem, jak mo na by to zrobi  - odpar  Abel - nawet gdyby mój rz d mnie
popar .
        - Jak mo na tego nie zrobi ? - spyta  ura ony Steen. - Je li Fife przejmie kontrol
nad ca  produkcj  kyrtu, podniesie ceny, za da koncesji na szybkie dostawy i inne
rzeczy.
        - Czy wasza pi tka nie kontroluje cen w ten sam sposób?
        Steen wyci gn  si  w fotelu.
        - No, nie znam wszystkich szczegó ów. Autentycznie. Zaraz zaczniecie mnie pyta  o
liczby. O rany, jeste cie tak samo nieprzyjemni jak Bort.  artuj , oczywi cie - opanowa
si  i zachichota . - Chc  powiedzie ,  e pozbywszy si  Fife, Trantor móg by zawrze  z
nami umow . W zamian za pomoc Trantor uzyska by pewne preferencje, a mo e nawet

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pewien udzia  w zyskach.
        - A jak mieliby my zapobiec, by nasza interwencja nie przerodzi a si  w wojn
galaktyczn ?
        - Och, naprawd , nie rozumiecie? To jasne jak s

ce. Nie byliby cie agresorami.

Zapobiegliby cie wojnie domowej, aby zapewni  ci

 dostaw kyrtu. Ja oznajmi bym,

e poprosi em was o pomoc. Nie by oby mowy o  adnej agresji. Ca a Galaktyka by aby

po waszej stronie. A je eli potem Trantor odniós by jakie  korzy ci, to ju  by aby
oczywi cie sprawa mi dzy nami. Autentycznie!
        Abel splót  s kate palce i przygl da  mu si  uwa nie.
        - To nie do wiary,  e chce pan po czy  si y z Trantorem. U miechni

 twarz

Steena wykrzywi  przelotny grymas nienawi ci.
        - Wol  Trantor ni  Fife’a - powiedzia .
        - Nie chcia bym pana straszy  - ostrzeg  Abel. - Czy nie lepiej jednak poczeka  na
dalszy rozwój wypadków i...
        - Nie, nie! - zawo

 Steen. - Ani dnia. Autentycznie! Je li nie zadzia amy

stanowczo, natychmiast, b dzie za pó no. Kiedy og osi si  Przywódc , nie b dzie móg
wycofa  si , nie trac c twarzy. Je li pomo ecie mi teraz, ludno  Steena poprze mnie, a
pozostali Wielcy Posiadacze przy cz  si  do nas. Je li stracicie cho by dzie , Fife pu ci
w ruch machin  swojej propagandy. Okrzyknie mnie renegatem. Autentycznie! Ja! Ja!
Renegat! Wykorzysta wszelkie uprzedzenia do Trantora, a sami wiecie, bez obrazy,  e
jest ich bez liku.
        - A je li poprosimy go,  eby pozwoli  nam przes ucha  kosmoanalityka?
        - I po co? On gra na dwie strony. Nam powie,  e kretyn z Floriny jest
kosmoanalitykiem, a wam,  e kosmoanalityk to kretyn z Floriny. Nie znacie tego faceta.
On jest straszny!
        Abel zastanawia  si . Mrucza  co  pod nosem, miarowo poruszaj c palcem
wskazuj cym. Potem powiedzia :
        - Wie pan,  e mamy Mieszczanina?
        - Jakiego Mieszczanina?
        - Tego, który zabi  stra ników i Sarka czyka.
        - Ach! No, no! Autentycznie! Czy my licie,  e Fife przejmuje si  tym, skoro
zamierza przej  ca  Sark?
        - Tak my

. Widzi pan, tu nie chodzi jedynie o to,  e mamy Mieszczanina. Istotne

 okoliczno ci jego pojmania. My

, Posiadaczu,  e Fife wys ucha mnie, i wys ucha

bardzo uwa nie.
        Po raz pierwszy od czasu zawarcia znajomo ci z Ablem Junz us ysza  w g osie
starego jak

ywsz  nut , jakby satysfakcji, a mo e nawet triumfu.

15.
Wi zie

        Pani Samia z Fife niezwykle rzadko bywa a sfrustrowana. A tymczasem by a
sfrustrowana ju  od kilku godzin, zjawisko bezprecedensowe, wr cz niewiarygodne.
        W kosmoporcie znów natkn a si  na kapitana Racety. Uprzejmy, niemal us

ny, z

nieszcz liwym wyrazem twarzy, ubolewaj c zapewni ,  e nie ma zamiaru si  spiera , po

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

czym z  elaznym uporem odmawia  spe nienia jej wyra nie stawianych  da .
        W ko cu by a zmuszona zrezygnowa  z  da  i odwo ywa  si  do swoich praw, jak
zwyczajny Sarka czyk.
        - S dz , i  jako obywatelka mam prawo czeka  na ka dy przylatuj cy statek, je li
mam ochot  - powiedzia a z jadowit  ironi .
        Racety odchrz kn  i jego pomarszczona twarz przybra a jeszcze bardziej zbola y
wyraz.
        - W rzeczy samej, pani, wcale nie mamy zamiaru negowa  tych praw. Jednak
otrzymali my wyra ne rozkazy od Posiadacza, ojca pani, aby nie pozwala  pani czeka
tu na statek.
        - A zatem ka e mi pan opu ci  port? - rzek a lodowato Samia.
        - Nie, pani. - Dowódca ch tnie poszed  na kompromis. - Nie mam rozkazu
wyprasza  ci  z portu. Mo esz tu pozosta , je li chcesz. Jednak, z ca ym szacunkiem,
pani, b dziemy musieli powstrzyma  ci , gdyby  próbowa a zbli

 si  do l dowiska.

        Odszed , a Samia siedzia a w  miesznym luksusie swojego prywatnego pojazdu
naziemnego, trzydzie ci metrów za najdalej wysuni

 bram  wjazdow . Czekali i

pilnowali jej. Na pewno nadal j  obserwuj . Je li podjedzie cho by o pó  metra,
rozmy la a ponuro, zapewne odetn  jej zasilanie.
        Zgrzytn a z bami. Ojciec nie powinien tego robi . Zawsze tak by o. Traktowali j
tak, jakby niczego nie rozumia a. A my la a,  e on j  zrozumie.

        Wsta  z fotela na powitanie, czego nigdy nie robi  dla nikogo, odk d umar a Matka.
Obj  j  i mocno u cisn , zapominaj c o pracy. Nawet odes

 swojego sekretarza, bo

wiedzia ,  e ona nie lubi widoku bladej, nieruchomej twarzy tubylca.
        By o prawie jak za dawnych dni, kiedy 

 dziadek, a ojciec nie by  jeszcze Wielkim

Posiadaczem.
        - Mia, dziecino - powiedzia . - liczy em godziny. Nie mia em poj cia,  e podró  z
Floriny trwa tak d ugo. Kiedy us ysza em,  e ci tubylcy ukryli si  na twoim statku, który
wys

em dla twojego bezpiecze stwa, o ma o nie oszala em.

        - Tatusiu! Nie by o powodu do niepokoju.
        - Czy by? Niewiele brakowa o, a by bym wys

 ca  flot ,  eby zabrali ci  i

przywie li pod eskort  wojskow .
        Roze miali si , ubawieni tym pomys em. Min o kilka minut, zanim Samia zdo

a

skierowa  rozmow  na interesuj cy j  temat.
        - Co masz zamiar zrobi  z gapowiczami, tato? - zagadn a z udan  oboj tno ci .
        - Dlaczego pytasz, Mio?

        - Chyba nie s dzisz,  e zamierzaj  ci  zabi  czy co  takiego?
        Fife u miechn  si .
        - Nie powinna  my le  o takich ponurych sprawach.
        - Nie my lisz tak, prawda?
        - Oczywi cie  e nie.

        - To dobrze! Bo ja rozmawia am z nimi, tato, i nie wierz ,  e ci biedni ludzie
mogliby zrobi  komu  krzywd . Nie zwa am na to, co mówi kapitan Racety.
        - Ci „biedni ludzie” naruszyli prawo, Mio.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nie mo esz traktowa  ich jak zwyk ych kryminalistów, tato - zawo

a z rosn cym

kiem.

        - A jak?
        - Ten cz owiek nie jest tubylcem. Pochodzi z planety Ziemia. Zosta  poddany
dzia aniu psychosondy i nie odpowiada za swoje czyny.
        - S

by bezpiecze stwa na pewno wezm  to pod uwag , moja droga. Pozostawmy

to im.
        - Nie, to zbyt wa ne,  eby zostawi  to im. Oni nie zrozumiej . Nikt nie rozumie.
Nikt oprócz mnie!
        - Tylko ty i nikt wi cej, Mio? - zapyta  pob

liwie i odgarn  palcem kosmyk

osów, który opad  jej na czo o.

        - Tylko ja! Ja! - zareagowa a zdecydowanie Samia. - Wszyscy inni my

,  e on

oszala , a ja jestem pewna,  e nie. On mówi,  e Florinie i ca ej Galaktyce grozi jakie
wielkie niebezpiecze stwo. On jest kosmoanalitykiem, a wiesz,  e oni znaj  si  na
kosmologii. Na pewno ma racj !
        - Sk d wiesz,  e on jest kosmoanalitykiem?
        - Tak mówi.
        - A na czym polega to niebezpiecze stwo?
        - On nie wie. Jego umys  zosta  pora ony psychosond . Nie rozumiesz,  e to
najlepszy dowód? Za du o wiedzia . Kto  chcia  utrzyma  to w sekrecie. - Instynktownie

ciszy a g os. Z trudem si  opanowa a, by nie obejrze  si  przez rami . - Nie widzisz,  e

je li jego teoria by aby b dna, nikt nie potraktowa by go psychosond ?
        - Je li tak, to dlaczego nie zabili go? - spyta  Fife i natychmiast tego po

owa . Nie

powinien  artowa  z dziewczyny.
        Samia przez chwil  zastanawia a si , a nie mog c znale  odpowiedzi, powiedzia a:
        - Je li polecisz S

bie Bezpiecze stwa,  eby pozwolili mi z nim porozmawia ,

dowiem si  tego. On mi ufa. Wiem,  e tak jest. Wyci gn  z niego wi cej ni  ci z
bezpiecze stwa. Prosz , tato, ka  S

bie Bezpiecze stwa,  eby pu cili mnie do niego.

To bardzo wa ne, tato.
        Fife lekko  cisn  jej zaci ni te pi stki i u miechn  si .
        - Jeszcze nie, Mio. Jeszcze nie. Za par  godzin b dziemy mieli w r kach tego
trzeciego. Mo e wtedy.
        - Trzeciego? Tubylca, który zabija ?
        - W

nie. Statek, którym leci, wyl duje za nieca  godzin .

        - A do tego czasu nic nie zrobisz tej kobiecie i kosmoanalitykowi?
        - Nic a nic.
        - To dobrze! Pojad  do portu.
        Wsta a.
        - Dok d idziesz, Mia?
        - Do portu, ojcze. Mam wiele pyta  do tego drugiego tubylca. - Roze mia a si . -
Udowodni  ci, tato,  e twoja córka jest niez ym detektywem.
        Ale Fife nie  mia  si  razem z ni .
        - Wola bym,  eby  tego nie robi a.
        - Dlaczego?
        - Jest niezwykle wa ne,  eby sprowadzi  tu tego cz owieka bez rozg osu. Twoja
obecno  w porcie b dzie rzuca  si  w oczy.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - I co z tego?
        - Nie mog  wyja nia  ci spraw wagi pa stwowej, Mio.
        - Pa stwowej, phi!
        Nachyli a si , poca owa a go w czo o i wysz a.
        Teraz siedzia a bezradnie w poje dzie, podczas gdy wysoko w górze szybko
powi ksza a si  plamka, czarna na tle popo udniowego nieba.
        Dziewczyna nacisn a przycisk otwieraj cy schowek z przyborami i wyj a lornetk ,
której zwykle u ywa a do  ledzenia ewolucji jednoosobowych  yroplanów w
stratosferycznej grze w polo. Ale mog a te  pos

 do powa niejszych celów.

Przy

a j  do oczu i opadaj cy punkt przybra  kszta t miniaturowego statku z wyra nie

widoczn  rdzaw  po wiat  silników.
        Przynajmniej zobaczy wysiadaj cych, dowie si  tyle, ile zdo a, a potem jako
za atwi sobie widzenie.

        Ekran wype ni a planeta - po

one w dole kontynent i ocean, cz ciowo zas oni te

warstw  bia ych chmur.
        - Kosmoport nie b dzie silnie strze ony - odezwa  si  Genro rozci gaj c s owa,
gdy  ca  uwag  skupi  na pulpicie sterowniczym. - To te  ja im zasugerowa em.
Powiedzia em,  e wszelkie nadzwyczajne  rodki ostro no ci mog  ostrzec Trantor,  e
co  si  dzieje. Powiedzia em,  e powodzenie operacji zale y od tego, czy Trantor nie
zorientuje si  w por  w sytuacji. No có , niewa ne.
        - Co za ró nica? - Terens ponuro wzruszy  ramionami.
        - Ogromna - dla ciebie. Skorzystam z platformy znajduj cej si  najbli ej Bramy
Wschodniej. Gdy tylko wyl duj , wyjdziesz przez wyj cie awaryjne z ty u. Podejd
szybko, ale nie za szybko, do bramy. Mam papiery, które umo liwi  ci przej cie bez

adnych problemów. A je li nie, decyzja co do dalszych kroków nale y do ciebie. Z tego,

co o tobie wiem, s dz ,  e powinno ci si  uda . Przed bram  b dzie czeka  wóz, który
zabierze ci  do ambasady. To wszystko.
        - A co z tob ?
        Sark powoli zmienia a si  z olbrzymiej kuli jaskrawych br zów, zieleni oraz

kitów zasnutych warstw  bia ych ob oków w co  bardziej  ywego, o powierzchni

poprzecinanej rzekami i pomarszczonej górskimi 

cuchami.

        Genro u miechn  si  ch odno i bez cienia weso

ci.

        - Martw si  o siebie. Gdy przekonaj  si ,  e znikn

, mog  rozstrzela  mnie jako

zdrajc . Je li b

 nieprzytomny i niezdolny do akcji, kiedy mnie znajd , mo e tylko

uznaj  mnie za g upca. Ten ostatni wariant bardziej mi odpowiada, tak wi c poprosz  ci ,

eby , zanim odejdziesz, og uszy  mnie biczem neuronowym.

        - Czy wiesz, jak dzia a bicz neuronowy? - zapyta  Mieszczanin.
        - Doskonale.
        Na skroniach Genro b yszcza y kropelki potu.
        - Sk d wiesz,  e ci  nie zabij ? Przecie  jestem zabójc  Posiadaczy.
        - Wiem. Ale pozbawienie mnie  ycia nie przynios oby ci  adnych korzy ci. Tylko
strat  czasu. Ryzykowa em ju  bardziej.
        Widoczna na ekranie powierzchnia Sark powi ksza a si , jej brzegi rozesz y si
poza kraw dzie monitora,  rodek rós  i pojawia y si  nowe szczegó y. Mo na ju  by o
dojrze  co , co przypomina o kontury sarka skiego miasta.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Mam nadziej  - rzek  Genro -  e nie masz zamiaru dzia

 na w asn  r

. Sark nie

jest po temu odpowiednim miejscem. Musisz wybra : Trantor albo Posiadacze. Pami taj.
        Teraz ju  wyra nie by o wida  miasto, a zielono-br zowa plama na jego peryferiach
rozla a si  i zmieni a w kosmoport. L dowisko powoli unosi o si  ku nim.
        - Je li Trantor nie przejmie ci  w ci gu najbli szej godziny - odezwa  si  znów
Genro - Posiadacze dostan  ci  przed up ywem dnia. Nie wiem, co zrobi  z tob
Trantorianie, ale wiem na pewno, co ci  czeka od Sarka czyków.
        Terens pracowa  w tutejszej administracji. Wiedzia , co stanie si  tu z zabójc
Posiadacza. Port nadal by  widoczny na ekranie, ale Genro ju  nie zwraca  na  uwagi.
Zaj  si  aparatur , lec c po promieniu naprowadzaj cym. Jakie  pó tora kilometra nad
powierzchni  statek powoli obróci  si  w powietrzu, po czym zacz  opada  ruf  w dó .
        Dziewi set metrów nad platform  rykn y silniki. Mimo hydraulicznych
amortyzatorów Terens czu , jak wibruj . Ci ko zapad  w fotel.
        - We  bicz - poleci  Genro. - Szybko. Liczy si  ka da sekunda. Luk awaryjny
zamknie si  za tob . Przez kilka minut b

 zastanawiali si , dlaczego nie otwieram

ównego luku, nast pne pi  minut zabierze im otworzenie go z zewn trz i jeszcze pi

znalezienie mnie. Masz pi tna cie minut,  eby wydosta  si  z portu i wsi

 do wozu.

        Wstrz sy usta y i w g bokiej ciszy Terens u wiadomi  sobie,  e wyl dowali na
Sark.
        W czy y si  zmienne pola diamagnetyczne. Jacht przechyli  si  majestatycznie i
powoli spocz  na boku.
        - Teraz! - zawo

 Genro. Mundur mia  mokry od potu.

        Z zam tem w g owie i  zami w oczach Terens podniós  bicz neuronowy...

        Poczu  zimny powiew sarka skiej jesieni. Sp dzi  w tym ostrym klimacie tyle lat,  e
prawie zapomnia  o  agodnym, wiecznym flori skim czerwcu. Teraz nagle przypomnia
sobie czasy pracy w administracji, jakby nigdy nie opuszcza

wiata Posiadaczy.

        Tyle  e teraz by  zbiegiem oskar onym o najci

sz  zbrodni .

        Szed  w rytmie, który wyznacza y mu uderzenia serca. Pozostawi  za sob  statek, a
w nim Genro, zesztywnia ego w paroksy mie bólu od smagni cia bicza. Luk zamkn  si
cicho, a on ruszy  szerok , brukowan  drog . Wokó  roi o si  od robotników i
mechaników. Ka dy mia  swoj  prac  i w asne k opoty. Nie przystawali,  eby spojrze
komu  w twarz. Nie mieli powodu.
        Czy kto  widzia , jak wysiada  ze statku?
        Mówi  sobie,  e nikt, inaczej ju  s ysza by odg osy pogoni.
        Nieznacznie dotkn  nakrycia g owy. Nadal mia  je naci gni te na uszy, a
przyczepiony do mycki medalion by  g adki w dotyku. Genro powiedzia ,  e dzi ki temu
zidentyfikuj  go. Ludzie Trantora b

 wypatrywa  tego medalionu, b yszcz cego w

cu.

        Móg  go zdj , znikn  w t umie i spróbowa  dosta  si  na inny statek - mo e.
Móg by uciec - mo e.
        Zbyt wiele tych „mo e”! W g bi duszy wiedzia ,  e dotar  do kresu drogi i - jak
stwierdzi  Genro - musi wybiera  mi dzy Trantorem a Posiadaczami. Nienawidzi  i ba
si  Trantora, lecz wiedzia ,  e w  adnym razie nie mo e wybra  Posiadaczy.

        Hej, ty! Ty tam!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Terens zamar . Obejrza  si  przera ony. Trzydzie ci metrów przed nim jest brama.
Je li pobiegnie... Nie wypuszcz  biegn cego cz owieka. Nie odwa y si . Nie wolno mu
biec.
        Z otwartego okna pojazdu, jakiego Terens nie widzia  nigdy w  yciu, nawet w
czasie pi tnastu lat sp dzonych na Sark, wygl da a twarz m odej kobiety. Wóz b yszcza
metalem i skrzy  si  przezroczystym gemmitem.
        - Chod  tu - powiedzia a.
        Nogi same ponios y Terensa do pojazdu. Genro mówi ,  e wóz Trantora b dzie
czeka  przed kosmoportem. A mo e nie? Czy przydzieliliby takie zadanie kobiecie? A

ciwie dziewczynie. Dziewczynie o  niadej, pi knej twarzy.

        - Przylecia

 statkiem, który w

nie wyl dowa , prawda? - spyta a.

        Milcza . Zniecierpliwi a si .
        - Daj spokój, widzia am, jak wysiad

 ze statku!

        Postuka a palcem w lornetk . Widzia  ju  co  takiego.
        - Tak. Tak - wymamrota .
        Przytrzyma a mu otwarte drzwi. W  rodku wóz by  jeszcze bardziej luksusowy.
Siedzenie by o mi kkie, wszystko pachnia o nowo ci , a dziewczyna  liczna.
        - Czy jeste  cz onkiem za ogi? - spyta a.
        Terens uzna ,  e chce go wypróbowa .
        - Wiesz, kim jestem - odpar .
        Odruchowo dotkn  r

 medalionu.

        Wóz cofn  si  i zawróci , nawet najcichszym d wi kiem nie zdradzaj c pracy
uk adu nap dowego.
        Przy bramie Terens wcisn  si  w mi kkie, ch odne, pokryte kyrtem siedzenie wozu,
ale niepotrzebnie si  obawia . Dziewczyna rzuci a kilka stanowczych s ów i przejechali.
Powiedzia a:
        - Ten m czyzna jest ze mn . Ja jestem Samia z Fife.
        Min o kilka sekund, zanim zm czony Terens w pe ni zrozumia  znaczenie tych

ów. Spr

 si  w fotelu, ale wóz ju  p dzi  setk  po drodze szybkiego ruchu.

        Robotnik z obs ugi portu odprowadzi  ich wzrokiem i mrukn  co  w klap  swojej
kurtki. Potem wszed  do budynku i wróci  do pracy. Nadzorca zmarszczy  brwi i
zanotowa  sobie w pami ci,  eby porozmawia  z gór  o tych pó godzinnych przerwach
na papierosa po czonych z wystawaniem na zewn trz.
        Jeden z dwóch m czyzn siedz cych w poje dzie przed portem powiedzia  ze

ci :

        - Wsiad  do wozu z dziewczyn ? Jakiego wozu? Z jak  dziewczyn ?
        Mimo sarka skiego ubioru mówi  z wyra nym akcentem mieszka ca arkturia skich

wiatów Imperium Trantora.

        Jego towarzysz by  Sarka czykiem, dobrze znaj cym miejscowe uk ady. Kiedy
pojazd przejecha  przez bram  i nabieraj c szybko ci zacz  wje

 na drog

szybkiego ruchu, Sarka czyk uniós  si  z fotela i zawo

:

        - To samochód pani Samii! Nie ma drugiego takiego. Na Galaktyk , co mamy
robi ?
        - Za ni ! - rzuci  krótko pierwszy.
        - Ale przecie  pani Samia...

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Dla mnie jest niczym. I dla ciebie te  powinna by  niczym. Je li nie, to co tu
robisz?
        Ich wóz ju  skr ca , wspinaj c si  na szeroki, niemal pusty pas, po którym mog y
porusza  si  tylko najszybsze pojazdy naziemne.
        - Nie dogonimy go! - j kn  Sarka czyk. - Jak nas tylko zauwa y, doda gazu. Mo e
nim wyci gn  dwie cie pi dziesi t.
        - Na razie jedzie setk  - powiedzia  Arkturianin. I po chwili doda : - Nie jad  do
bezpiecze stwa. To pewne. - I po chwili: - Nie kieruj  si  te  do pa acu Fife’a. - I znów
po chwili: - Niech mnie przestrze  poch onie, je li wiem, dok d ona jedzie. Znów
wyje

a z miasta.

        - Sk d wiemy - spyta  Sarka czyk -  e w wozie jest ten, o kogo nam chodzi? A je li
to podst p,  eby odci gn  nas od portu? Ona wcale nie próbuje nas zgubi  i przecie  nie

ywa aby takiego wozu, gdyby chcia a by  nie zauwa ona. Wida  go na dwie mile.

        - Wiem, ale przecie  Fife nie wys

by swojej córki,  eby si  nas pozby . Oddzia

stra ników zrobi by to lepiej.
        - Mo e w  rodku jest kto  inny, nie prawdziwa Samia.
        - Dowiemy si , cz owieku. Zwalniaj . Wyprzed  ich i zatrzymaj si  za zakr tem!

        Chc  z tob  porozmawia  - powiedzia a dziewczyna.
        Terens doszed  do wniosku,  e to nie jest zwyczajna pu apka, jak pocz tkowo
my la . Ta dziewczyna to Samia z Fife. To na pewno ona. Nie wyobra a sobie,  e kto
móg by si  jej sprzeciwi .
        Ani razu si  nie obejrza a,  eby sprawdzi , czy nie s

ledzeni. On trzy razy, kiedy

skr cali, zauwa

 z ty u ten pojazd, który trzyma  si  w jednakowej odleg

ci za nimi.

        To nie by  przypadkowy wóz. Na pewno nie. Mo e to by  Trantor, co by oby dobre.
A mo e to by  Sark, i wtedy pani Samia by aby cennym zak adnikiem.
        - Jestem gotowy - rzek .
        - By

 na statku, który przywióz  tubylca z Floriny? Tego poszukiwanego za

zabójstwa?
        - Ju  mówi em...
        - Bardzo dobrze. Przywioz am ci  tutaj,  eby nikt nam nie przeszkadza . Czy w
czasie podró y na Sark przes uchiwano tubylca?
        Takiej naiwno ci, pomy la  Terens, nie mo na uda . Ona naprawd  nie wie, z kim
ma do czynienia.
        - Tak - odpar  ostro nie.
        - Czy by

 obecny przy przes uchaniu?

        - Tak.
        - Dobrze. Tak my la am. A dlaczego opu ci

 statek?

        To jest pytanie, pomy la  Terens, które powinna  by a zada  na pocz tku.
        - Mia em z

 szczegó owy raport... - zawaha  si .

        - Mojemu ojcu? - podchwyci a natychmiast dziewczyna. - Nie martw si . Obroni
ci . Powiem,  e kaza am ci jecha  ze mn .
        - Doskonale, pani.
        S owo „pani” utkwi o mu g boko w pod wiadomo ci. Ona by a dam ,
najznamienitsz  na tym  wiecie, a on zwyk ym Flori czykiem. Kto , kto mo e zabi
stra nika, mo e powa

 si  te  zabi  Sarka czyka, a kto , kto mo e zabi  Sarka czyka,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

mo e spojrze  w twarz damie.
        Popatrzy  na ni  twardo i badawczo. Uniós  g ow  i spojrza  z góry.
        By a bardzo pi kna.
        Jako najznamienitsza dama w tej krainie, nie mog a by

wiadoma jego rozterek.

        - Chcia abym - powiedzia a -  eby  powtórzy  mi wszystko, co s ysza

 na

przes uchaniu. Chc  wiedzie  wszystko, co wyzna  wam tubylec. To bardzo wa ne. - Czy
mog  zapyta , dlaczego tak interesuje pani  ten tubylec?
        - Nie, nie mo esz - uci a.
        - Jak sobie  yczysz, pani.
        Nie wiedzia , co ma jej powiedzie . Ow adn y nim sprzeczne uczucia. Z jednej
strony pragn , by jak najszybciej dogoni  ich tamten wóz. Z drugiej - chcia  siedzie  tu
bez ko ca i mie  przy sobie twarz i cia o tej pi knej kobiety.
        Flori czycy pracuj cy w administracji oraz pe ni cy funkcje Mieszczan teoretycznie

yli w celibacie. W praktyce wi kszo  obchodzi a to ograniczenie. Terens równie  - na

tyle, na ile mia  odwag  i mo liwo ci. Jego do wiadczenia by y co najmniej ma o
satysfakcjonuj ce.
        Nigdy dot d nie siedzia  tak blisko pi knej dziewczyny, w tak luksusowym wozie, z
daleka od ludzi. Donios

 tego prze ycia przes oni a mu wszystko.

        Czeka a na odpowied , jej ciemne (ach, jak ciemne) oczy b yszcza y ciekawo ci ,
pe ne, czerwone wargi bezwiednie rozchyli y si  w oczekiwaniu, kyrtowy strój
podkre la  powab jej figury. By a zupe nie nie wiadoma,  e kto , ktokolwiek, móg by

ywi  tak  mia e my li wobec Samii z Fife.

        W jednej chwili opu ci o go pragnienie, by po cig si  zbli

.

        Jak b yskawica przez g ow  przelecia a mu my l,  e zabicie Posiadacza nie jest
najci sz  zbrodni .
        Nie zdawa  sobie sprawy z tego, co robi. Mia  tylko  wiadomo ,  e jej drobne cia o
znalaz o si  w jego ramionach; zesztywnia a, krzykn a cicho, lecz on st umi  ten okrzyk,
nakrywaj c jej usta swoimi wargami...

        Poczu  na ramionach czyje  r ce, a na plecach powiew zimnego powietrza, które
wpad o przez otwarte drzwi wozu. Chwyci  za bro , za pó no. Kto  wyrwa  mu j  z r ki.
Samia z trudem  apa a oddech.
        - Widzia

, co on zrobi ? - odezwa  si  Sarka czyk pora ony groz .

        - Nic takiego! - powiedzia  Arkturianin. Schowa  do kieszeni czarn  pa

 i zasun

zamek magnetyczny. - Bierz go!
        Sarka czyk wywlók  Terensa z wozu.
        - A ona mu pozwoli a - mrucza . - Pozwoli a mu!
        - Kim jeste cie? - Samia odzyska a swoj  zwyk  energi . - Czy przys

 was mój

ojciec?
        -  adnych pyta , prosz  - odpar  Arkturianin.
        - Jeste  obcy - stwierdzi a ze z

ci  Samia.

        - Na Sark! - Wzburzony Sarka czyk zacisn  pi ci. - Powinienem mu rozwali

eb!

        - Daj spokój! - Arkturianin chwyci  go za rami  i przytrzyma .
        - Istniej  pewne granice - rzek  tamten. - Mog  pogodzi  si  z tym,  e kto  zabi
Posiadacza. Sam chcia bym paru zabi . Ale sta  tu i patrze , jak tubylec robi to, co on
zrobi , to dla mnie za wiele.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Tubylec? - zawo

a Samia nienaturalnie wysokim g osem.

        Sarka czyk pochyli  si  i zerwa  myck  z g owy Terensa.
        Mieszczanin poblad , lecz nie poruszy  si . Nie odrywa  oczu od dziewczyny, a jego
jasne w osy lekko falowa y na wietrze.
        Samia bez si  cofn a si  najdalej jak mog a w g b wozu, a potem gwa townie
ukry a twarz w d oniach.
        - Co zamierzasz z ni  zrobi ? - spyta  Sarka czyk.
        - Nic.
        - Widzia a nas. Zanim ujedziemy kilometr,  ci gnie nam na kark ca  planet .
        - Czy by  zamierza  zabi  dam  z Fife? - zapyta  zjadliwie Arkturianin.
        - No, nie. Ale mo emy uszkodzi  jej samochód. Zanim dotrze do radiotelefonu,

dziemy daleko.

        - Nie trzeba.
        Arkturianin zajrza  do pojazdu.
        - Pani, nie mam wiele czasu. S yszysz mnie?
        Nie poruszy a si .
        - Lepiej wys uchaj mnie. Przykro mi,  e przerwa em czu  scen , ale dla mnie to
szcz liwa okoliczno . Dzia

em b yskawicznie i uda o mi si  zarejestrowa  t  scen

kamer . Przeka  negatyw w bezpieczne miejsce pi  minut potem, jak st d odjad , a
je li pó niej sprawi mi pani jakie  k opoty, b

 musia  okaza  si  naprawd  niemi y.

Jestem pewien,  e si  rozumiemy.
        Odwróci  si .
        - Ona nic nie powie. Ani s owa. Chod  ze mn , Mieszczaninie.
        Terens nie zdo

 si  odwróci  i spojrze  na blad ,  ci gni

 twarz w oknie.

        Cokolwiek mia o teraz nast pi , dokona  cudu. Przez jedn  wspania  chwil
ca owa  najdumniejsz  dam  Sark, czu  lekki dotyk jej mi kkich, pachn cych ust.

16.
Oskar ony

        Dyplomacja ma swój j zyk i swoje prawa. Stosunki mi dzy przedstawicielami
suwerennych pa stw okre lone protoko em bywaj  napuszone, a czasem wr cz  mieszne.
Wyra enie „nieprzyjemne konsekwencje” oznacza w tym j zyku wojn , a „odpowiednie
uzgodnienia” - poddanie si .
        W miar  mo liwo ci Abel wola  unika  dyplomatycznych dwuznaczno ci.
Po czywszy si  z Fife’em po w skiej, prywatnej wi zce, zachowywa  si  jak zwyczajny
starszy pan gaw dz cy przy kieliszku wina.
        - Trudno ci  z apa , Fife - powiedzia .
        Fife u miechn  si . By  spokojny i odpr ony.
        - Ci ki dzie , Abel.
        - Tak. Co  s ysza em.
        - Steen? - spyta  oboj tnie Posiadacz.
        - Mi dzy innymi. Jest u nas od kilku godzin.
        - Wiem. To po trosze moja wina. Masz zamiar odda  go nam?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Obawiam si ,  e nic z tego.
        - To przest pca.
        Abel zachichota  i obróci  puchar w d oni, obserwuj c leniwie wyp ywaj ce b belki.
        - Mo emy go potraktowa  jako uchod

 politycznego. Na terytorium Trantora

chroni go prawo mi dzygwiezdne.
        - Twój rz d ci  poprze?
        - My

,  e tak, Fife. Pracuj c w Ministerstwie Spraw Zagranicznych od trzydziestu

siedmiu lat, wiem, co Trantor poprze, a czego nie.
        - Mog  sprawi ,  e Sark za da twego odwo ania.
        - I co ci to da? Jestem pokojowo nastawionym facetem, który dobrze  yje ze
wszystkimi. Mój nast pca mo e by  inny.
        Zapad a cisza. Fife wyd  usta.
        - Chyba masz jak  propozycj .
        - Tak. Masz naszego cz owieka.
        - Jakiego cz owieka?
        - Kosmoanalityka. Tubylca z planety Ziemia, która - nawiasem mówi c - jest
cz ci  Imperium Trantora.
        - Steen ci to powiedzia ?
        - Mi dzy innymi.
        - Czy on widzia  tego Ziemianina?
        - Tego nie mówi .
        - No wi c, nie widzia . W tej sytuacji w tpi , aby  móg  ufa  jego s owom.
        Abel odstawi  kieliszek i splót  d onie na brzuchu.
        - Mimo to jestem pewien,  e Ziemianin istnieje. Mówi  ci, Fife, powinni my
dogada  si  w tej sprawie. Ja mam Steena, a ty Ziemianina. A wi c remis. Zanim
przyst pisz do realizacji tego, co zaplanowa

, zanim wyga nie termin twojego

ultimatum i wykonasz swój coup d’etat, dlaczego nie naradzi  si  nad ogóln  sytuacj  w
produkcji kyrtu?
        - Nie widz  potrzeby. To, co dzieje si  teraz na Sark, to sprawa czysto wewn trzna.
Jestem gotów osobi cie zagwarantowa ,  e wydarzenia polityczne w  aden sposób nie
odbij  si  na handlu kyrtem. To, jak s dz , powinno upewni  Trantor,  e jego s uszne
interesy nie ucierpi .
        Abel wypi yk wina i pogr

 si  w zadumie.

        - Zdaje si  - powiedzia  po chwili -  e to jeszcze nie wszystko. Mamy te  drugiego
uchod

 politycznego. Dziwny przypadek. To jeden z waszych flori skich poddanych.

Mieszczanin. Mówi,  e nazywa si  Myrlyn Terens.
        Oczy Posiadacza zab ys y.
        - Tak podejrzewali my. Na Sark, Abel, s  jakie  granice ingerencji Trantora w
wewn trzne sprawy tej planety. Cz owiek, którego porwali cie, jest morderc . Nie
mo ecie zrobi  z niego uchod cy politycznego.
        - A wi c, czy chcesz tego cz owieka?
        - Chodzi ci o wymian ?
        - Nie, o narad , o której mówi em.
        - Za jednego flori skiego morderc ? Nie ma mowy.
        - Jednak sposób, w jaki Mieszczanin zdo

 do nas uciec, jest do  osobliwy. Mo e

zainteresuje ci ,  e...

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Junz kr

 po pokoju, potrz saj c g ow . By a ju  pó na noc. Chcia by si

przespa , ale wiedzia ,  e musia by mie  do tego somnin .
        - Mog em zagrozi  u yciem si y - wywodzi  Abel - tak jak proponowa  Steen. Ale to
nie by oby dobre. Ryzyko du e, a rezultat niepewny. Dopóki jednak Mieszczanin nie
znalaz  si  w naszych r kach, nie widzia em innej mo liwo ci, jak tylko bezczynno
polityczna.
        - Nie - Junz gwa townie potrz sn  g ow . - Co  trzeba by o zrobi . Jednak to
wygl da na szanta .
        - Z punktu widzenia formalnego - mo e. A co wed ug pana powinienem by  zrobi ?
        - Dok adnie to, co pan zrobi . Nie jestem hipokryt , Abel. A raczej staram si  nie
by . Nie b

 pot pia  pa skich metod, skoro zamierzam wykorzysta  rezultaty. Tylko

co z dziewczyn ?
        - Je li Fife dotrzyma umowy, nic jej nie b dzie.
        -  al mi jej. Nie lubi  sarka skiej arystokracji za to, jak post puj  z Florin , ale nie
mog  nie wspó czu  dziewczynie.
        - Jako jednostce, tak. Bo prawdziwa odpowiedzialno  spoczywa na samej Sark.

uchaj, pan, czy ca owa  pan kiedy  dziewczyn  w samochodzie?

        Junz u miechn  si  leciutko k tem ust.
        - Tak.
        - I ja te , chocia  pewnie musz  si gn  pami ci  dalej ni  pan. W tej chwili w takie
rzeczy mo e bawi si  moja najstarsza wnuczka. Czym e jest poca unek ukradziony w
samochodzie, jak nie wyrazem najnaturalniejszego w Galaktyce uczucia? Spróbujmy
spojrze  na to tak. Jest dziewczyna, z wy szych sfer, która zbiegiem okoliczno ci
znalaz a si  w jednym poje dzie z - dajmy na to - przest pc . On wykorzystuje okazj  i
ca uje j . Pod wp ywem impulsu i bez jej zgody. Co ona mo e czu ? Co mo e odczuwa
jej ojciec? Upokorzenie? Mo liwe. Gniew? Oczywi cie. Z

? Niesmak? Uraz ? Zgoda

na wszystko. Ale uwa

 córk  za zha bion ? Nie! Do tego stopnia zha bion ,  e jest

gotowy narazi

ywotne interesy pa stwa, aby zatuszowa  spraw ? Bzdura!

        Tymczasem tak w

nie wygl da sytuacja, a mog o si  to zdarzy  wy cznie na

Sark. Ta Samia nie zrobi a nic z ego; by a tylko uparta i troch  naiwna. Jestem pewien,  e
ju  j  kto  ca owa . I jeszcze nieraz poca uje; mo e to by  ka dy prócz Flori czyka; nikt
nie powie jej z ego s owa. Ale j  poca owa  Flori czyk! To niewa ne,  e ona nie
wiedzia a. Niewa ne,  e on wymusi  ten poca unek. Gdyby my opublikowali zdj cie
Samii w ramionach Flori czyka, uczyniliby my niezno nym  ycie tej dziewczyny i jej
ojca. Widzia em twarz Fife’a, gdy patrzy  na zdj cie. Nie mo na by o pozna ,  e
Mieszczanin jest Flori czykiem. By  w stroju Sarka czyka, a czapka dobrze zakrywa a
mu w osy. Ma jasn  skór , ale to niczego nie dowodzi. Mimo to, Fife wie,  e to nie lada
gratka dla wszystkich zainteresowanych skandalami i sensacyjkami i  e zdj cie zostanie
uznane za niepodwa alny dowód. Wie,  e jego polityczni przeciwnicy wykorzystaj  je
bezlito nie. Mo esz nazywa  to szanta em, Junz, i mo e masz racj , lecz ten szanta  nie
uda by si  na  adnej innej planecie Galaktyki. Ich w asny chory system spo eczny da
nam t  bro  do r ki, a ja u

em jej bez wahania.

        Junz westchn .
        - I na czym stan o?
        - Spotkamy si  jutro w po udnie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Wycofa swoje ultimatum?
        - Oczywi cie. Udam si  do jego biura osobi cie.
        - Czy to konieczne ryzyko?
        - Nie ma  adnego ryzyka. Spotkamy si  przy  wiadkach. Ponadto nie mog  si
doczeka , kiedy ujrzymy tego kosmoanalityka, którego tak d ugo szuka

.

        - Ja te  mam i ? - pyta  niespokojnie Junz.
        - Och, tak. I Mieszczanin. Potrzebujemy go,  eby zidentyfikowa  kosmoanalityka. I
Steen, rzecz jasna. Wszyscy b dziecie tam obecni w postaci trójwymiarowych projekcji.
        - Dzi kuj .
        Ambasador ziewn  i zamruga  za zawionymi oczami.
        - Teraz, je li pan pozwoli, nie spa em dwa dni i jedn  noc, a obawiam si ,  e mój
stary organizm nie zniesie wi cej antisomniny. Musz  przespa  si  troch .

        Ze wzgl du na doskona

 trójwymiarowej projekcji uczestnicy wa nych narad

rzadko spotykali si  twarz  w twarz. Fife odbiera  materialn  obecno  starego
ambasadora jako nieprzyzwoito . Na oliwkowej cerze Posiadacza nie by o wida
rumie ca, ale jego twarz wykrzywia  grymas gniewu.
        Musia  milcze . Nie móg  nic powiedzie . Móg  tylko ponuro spogl da  na
siedz cych przed nim ludzi.
        Abel! Stary ramol w n dznych ciuchach, maj cy poparcie miliona  wiatów.
        Junz! Ciemnoskóry, we nistow osy wichrzyciel, który przez swój upór doprowadzi
do kryzysu.
        Steen! Zdrajca! Boi si  spojrze  mu w oczy!
        Mieszczanin! Jego widok by  najtrudniejszy do zniesienia. Tubylec, który zha bi
swoim dotkni ciem córk  Fife’a, po czym schroni si  za murami ambasady Trantora.
Gdyby by  sam, Fife zgrzyta by z bami i wali by pi ci  w biurko. A tak, cho  z
najwy szym trudem, musi zachowa  kamienn  twarz. Gdyby nie Samia... Odepchn  od
siebie t  my l. Jej upór zawdzi cza  w asnym zaniedbaniom i nie mo e mie  teraz do niej
pretensji. Nie próbowa a usprawiedliwia  si  ani pomniejsza  swojej winy. Opowiedzia a
mu wszystko o swoich próbach odgrywania roli mi dzygwiezdnego szpiega i o tym, jak
fatalnie si  one sko czy y. Zawstydzona i rozgoryczona, liczy a na jego zrozumienie - i
nie zawiedzie si . Nie zawiedzie si , nawet gdyby mia o to oznacza  zniszczenie
budowli, jak  wznosi .
        - Zosta em zmuszony do zwo ania tej narady - zacz . - Nie widz  sensu mówi
wam cokolwiek. Jestem tu, aby s ucha .
        - S dz  - odezwa  si  Abel -  e Steen pierwszy zechce powiedzie  swoje.
        Pogarda w oczach Fife’a ubod a Steena.
        - Zmusi

 mnie do przej cia na stron  Trantora, Fife! - wrzasn . - Pogwa ci

zasad  autonomii kontynentalnej. Chyba nie spodziewa

 si ,  e na to przystan .

Autentycznie!
        Fife nie odpowiedzia , a Abel upomnia  go z wyczuwaln  pogard  w g osie.
        - Do rzeczy, Steen. Mówi

,  e masz co  do powiedzenia. Mów.

        Blado

te policzki Steena poczerwienia y bez u ycia ró u.

        - Powiem, i to zaraz. Nie uwa am si , rzecz jasna, za takiego detektywa, jakim
mieni si  Posiadacz Fife, ale umiem my le . Autentycznie! I zrobi em u ytek z tej
umiej tno ci. Fife opowiedzia  nam wczoraj historyjk  o tajemniczym zdrajcy, którego

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

nazwa  X. Zrozumia em,  e to tylko gadanina,  eby og osi  stan zagro enia. Nie da em
si  zwie  nawet przez minut .
        - Nie ma X? - spyta  cicho Fife. - To dlaczego ty uciek

? Ucieczka to jak

przyznanie si  do winy.
        - Tak my lisz? Autentycznie? - zawo

 Steen. - No có , uciek bym z p on cego

budynku, nawet gdybym to nie ja pod

 ogie .

        - Dalej, Steen - ponagla  Abel.
        Steen obliza  wargi i zacz  uwa nie przygl da  si  swoim paznokciom. Mówi c,

adzi  je lekko.

        - Jednak wtedy przysz o mi do g owy: po co on wymy la tak  skomplikowan
historyjk ? To nie w jego stylu. Autentycznie! Fife tak nie dzia a. Znam go. Wszyscy go
znamy. On nie ma za grosz wyobra ni. Wasza Wysoko . To zwyk y brutal! Prawie tak
niezno ny jak Bort.
        Fife zmarszczy  brwi.
        - Abel, czy on wreszcie co  powie, czy tylko b dzie be kota ?
        - Dalej, Steen - rzek  Abel.
        - Ju , tylko dajcie mi mówi . Po czyjej stronie jeste cie? Powiedzia em sobie (zaraz
po obiedzie), powiedzia em: po co taki cz owiek jak Fife wymy la by tak  bajeczk ?
By a tylko jedna odpowied . Nie móg  tego wymy li . Nie z jego umys em. A zatem to
musi by  prawda. Musi. Poza tym, przecie  stra nicy naprawd  zostali zabici, chocia
Fife z  atwo ci  móg by zaaran owa  te zabójstwa.
        Fife wzruszy  ramionami. Steen mówi  dalej.
        - Tylko kim jest X? Ja nim nie jestem. Autentycznie! Wiem,  e to nie ja! I
przyznaj ,  e on musi by  Wielkim Posiadaczem. A który z Wielkich Posiadaczy wie o
nim najwi cej? Który z Wielkich Posiadaczy od roku usi owa  wykorzysta  histori  z
kosmoanalitykiem, aby wystraszy  pozosta ych i sk oni  do tego, co on nazywa
„zjednoczonym dzia aniem”, a ja nazywam dyktatur  Fife’a? Powiem wam, kim jest X.
        Steen wsta ; jego g owa dotkn a górnej linii receptora i sp aszczy a si . Wyci gn
dr cy palec.
        - To on jest X. Posiadacz Fife. On znalaz  kosmoanalityka. On pozby  si  go, kiedy
zobaczy ,  e nie przej li my si  bajeczkami, jakie us yszeli my na pierwszej konferencji,
a potem znowu go sprowadzi , kiedy ju  przygotowa  przewrót wojskowy.
        Fife ze znu eniem powiedzia  do Abla:
        - Czy on ju  sko czy ? Je li tak, wy czcie go. Normalny cz owiek nie mo e tego

ucha .

        - Czy chcesz jako  skomentowa  jego s owa? - spyta  Abel.
        - Oczywi cie,  e nie. Nie s  warte komentarza. Ten cz owiek jest w desperacji. Nie
wie, co mówi.
        - Nie mo esz tego zignorowa , Fife - zawo

 Steen. Spojrza  na pozosta ych. Oczy

mia  zw one, a twarz blad  i pe

 napi cia. Nie usiad . - S uchajcie. Powiedzia ,  e

jego agenci znale li kartoteki w gabinecie lekarza. Mówi , i  lekarz zgin  w wypadku
potem, jak stwierdzi ,  e kosmoanalityk jest ofiar  u ycia psychosondy.  e zamordowa
go X, aby ukry  to samo  kosmoanalityka. Tak powiedzia . Spytajcie go. Spytajcie, czy
tego nie powiedzia .
        - A je li powiedzia em? - zainteresowa  si  Fife.
        - To zapytajcie go, sk d wzi  kartoteki lekarza, który umar  i zosta  pochowany

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kilka miesi cy temu. A mo e Fife mia  je przez ca y czas?! Autentycznie!
        - Bzdury - rzek  Fife. - Mo emy tak traci  czas w niesko czono . Inny lekarz
przej  praktyk  zabitego i jego kartoteki. Czy kto  s dzi,  e karty pacjentów niszczy si
po  mierci lekarza?
        - Nie, oczywi cie,  e nie - powiedzia  Abel.
        Steen zaj kn  si  i usiad .
        - No i co dalej? - zapyta  Fife. - Czy który  z was ma jeszcze co  do powiedzenia.
Kolejne oskar enia? Dalsze sugestie?
        Mówi  cicho. Ton jego g osu zdradza  rozgoryczenie.
        - No có  - odpar  Abel. - Steen powiedzia  swoje i przejd my do nast pnego punktu.
Junz i ja przybyli my tu w innej sprawie. Chcieliby my zobaczy  kosmoanalityka.
        D onie Fife’a spoczywa y na blacie biurka. Teraz podniós  je i mocno  cisn
kraw

.  ci gn  czarne brwi i powiedzia :

        - Zatrzymali my cz owieka z zaburzeniami umys owymi, który podaje si  za
kosmoanalityka. Ka  go tu sprowadzi !

        Valonie March nigdy, przenigdy nawet nie  ni o si ,  e mog  istnie  takie
wspania

ci. Przez ca y dzie , od kiedy wyl dowali na planecie Sark, wszystko

wydawa o jej si  wprost cudowne. Nawet wi zienne cele, w których umieszczono osobno

 i Rika, zdawa a si  spowija  jaka  aura niezwyk

ci. Woda tryska a z dziury w rurze

za poci ni ciem guzika. Ciep o bucha o ze  ciany, chocia  powietrze na zewn trz by o
ch odniejsze ni  kiedykolwiek na Florinie. I ka dy, kto do niej mówi , mia  na sobie takie
pi kne stroje.
        Przechodzi a przez pokoje, w których by o mnóstwo najró niejszych rzeczy, jakich
jeszcze nigdy nie widzia a. Ten by  wi kszy od innych, ale prawie pusty. By o w nim
jednak wi cej osób. By  powa nie wygl daj cy m czyzna za biurkiem i znacznie
starszy, pomarszczony m czyzna w fotelu, a tak e trzej inni...
        Jednym z nich by  Mieszczanin!
        Rzuci a si  do niego.
        - Mieszczaninie! Mieszczaninie!
        Ale jego tam nie by o! Wsta  i machn  r

.

        - Cofnij si , Lona. Cofnij si !
        Przesz a przez niego. Chcia a chwyci  go za r kaw, ale odsun  si . Skoczy a,
potkn a si  i znowu przesz a przez niego. Na moment zapar o jej dech. Mieszczanin
odwróci  si , ponownie staj c twarz  do dziewczyny, ale Valona patrzy a ju  tylko na
swoje nogi.
        Obie przechodzi y przez masywn  drewnian  por cz fotela, na którym siedzia
Mieszczanin. Widzia a j  wyra nie, jej kolor i kszta t. Otacza a jej nogi, cho  Valona
wcale tego nie czu a. Dziewczyna wyci gn a dr

 d

 i jej palce zapad y si  w

obicie, którego równie  nie poczu a. Dalej widzia a swoj  d

.

        Valona wrzasn a i upad a, zd

ywszy jeszcze zobaczy , jak Mieszczanin

odruchowo wyci ga do niej r ce, przez które przelecia a jak przez powietrze.
        Znów siedzia a na fotelu. Rik mocno trzyma  j  za r

, a starzec o pomarszczonej

twarzy pochyla  si  nad ni .
        - Nie bój si , moja droga - mówi . - To tylko obraz. No wiesz, jak fotografia.
        Valona rozejrza a si . Mieszczanin nadal tam siedzia . Nie patrzy  na ni . Wskaza a

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

palcem.
        - Jego tam nie ma?
        Nieoczekiwanie odezwa  si  Rik.
        - To trójwymiarowa projekcja, Lono. On jest gdzie indziej, ale my mo emy go tu
widzie .
        Valona potrz sn a g ow . Skoro Rik tak twierdzi, to wszystko w porz dku. Jednak
spu ci a wzrok. Nie mia a odwagi patrze  na ludzi, którzy jednocze nie byli tam i nie
byli.

        Abel powiedzia  do Rika:
        - A wi c wiesz, co to jest trójwymiarowa projekcja, m ody cz owieku?
        - Tak, prosz  pana.
        Dla Rika by  to równie  niezwyk y dzie , ale podczas gdy Valona nie mog a
otrz sn  si  ze zdziwienia, jemu wszystko wydawa o si  coraz bardziej zrozumia e i
znajome.
        - Sk d to wiesz?
        - Nie mam poj cia, prosz  pana. Wiedzia em, zanim... zanim zapomnia em.
        Kiedy Valona March rzuci a si  do Mieszczanina, Fife nie ruszy  si  zza biurka.
Teraz powiedzia  kwa no:
        - Przykro mi,  e musia em zak óci  t  narad  sprowadzaj c tu rozhisteryzowan
tubylcz  kobiet . Ten tak zwany kosmoanalityk za da  jej obecno ci.
        - Nie szkodzi - odpar  Abel. - Zauwa

em,  e twój niespe na rozumu Flori czyk

wie co  nieco  o trójwymiarowej projekcji.
        - Pewnie dobrze go przeszkolono - odpar  Fife.

        - Czy by  przes uchiwany po przybyciu na Sark?
        - Oczywi cie.
        - Z jakim wynikiem?
        -  adnych nowych informacji.
        Abel zwróci  si  do Rika.
        - Jak si  nazywasz?

        - Jedyne imi , jakie pami tam, to Rik - odpar  spokojnie zapytany.
        - Czy znasz kogo  spo ród obecnych?
        Rik bez obawy powiód  spojrzeniem po zebranych.
        - Tylko Mieszczanina. I Lon , oczywi cie.
        - To - rzek  Abel wskazuj c Fife’a - jest najwi kszy Posiadacz, jaki kiedykolwiek

 na Sark. Ca y ten  wiat to jego w asno . Co o nim my lisz?

        Rik odpar

mia o:

        - Ja jestem Ziemianinem, Nie jestem jego w asno ci .
        - Nie s dz  - zwróci  si  Abel do Fife’a - aby doros ego Flori czyka mo na by o
nauczy  takiej zuchwa

ci.

        - Nawet psychosond ? - odparowa  pogardliwie Fife.
        - Znasz tego pana? - zapyta  Abel Rika.
        - Nie, prosz  pana.
        - To doktor Selim Junz. Jest wa

 osobisto ci  w Mi dzygwiezdnym Biurze

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Kosmoanalizy.
        Rik uwa nie przyjrza  si  Junzowi.
        - A zatem pewnie jest jednym z moich zwierzchników. Jednak - doda  z
rozczarowaniem w g osie - nie znam go. A mo e po prostu nie pami tam.
        - Nigdy go nie widzia em, Abel - Junz ponuro potrz sn  g ow .
        - To trzeba zapisa  - mrukn  Fife.
        - Teraz s uchaj, Rik - rzek  Abel. - Zamierzam opowiedzie  ci pewn  histori . Chc ,

eby  jej uwa nie wys ucha  i pomy la . My l! Pami taj - my l! Rozumiesz?

        Rik skin  g ow .
        Abel mówi  powoli. Przez d ugie minuty jego g os by  jedynym d wi kiem w
pokoju. Po pewnym czasie Rik zamkn  oczy i z ca ej si y zacisn  powieki. Rozchyli
wargi, przycisn  pi ci do piersi i pochyli  g ow . Wydawa o si ,  e cierpi katusze.
        Abel opowiada , rekonstruuj c minione wydarzenia w taki sposób, w jaki opisa  je
Posiadacz Fife. Opowiedzia  o przes aniu informacji o zagro eniu, o jej przej ciu, o
spotkaniu Rika z X, o psychosondzie, o tym, jak Rika znaleziono na Florinie i zaj to si
nim, o lekarzu, który bada  go i zaraz zmar , o odzyskiwanej pami ci.
        - Oto ca a historia, Rik - zako czy . - Opowiedzia em ci wszystko. Czy co  wydaje
ci si  znajome?
        Powoli, z wysi kiem, Rik powiedzia :
        - Pami tam ostatni  cz

. Wie pan, ostatnie dni. Przypominam sobie tak e co

jeszcze. Mo e tego lekarza, kiedy zacz em mówi ... Pami tam jak przez mg ... Ale to
wszystko.
        - Ale pami tasz i to, co by o wcze niej. Niebezpiecze stwo zagra aj ce Florinie.
        - Tak. Tak. To by a pierwsza rzecz, jak  sobie przypomnia em.
        - I nie pami tasz nic wi cej? Jak wyl dowa

 na Sark i spotka

 tego cz owieka.

        Rik j kn .
        - Nie. Nie mog  sobie przypomnie .
        - Spróbuj! Próbuj!
        Rik podniós  g ow . Jego poblad a twarz by a mokra od potu.
        - Pami tam jakie  s owo.
        - Jakie s owo?
        - Ono nie ma sensu.
        - Mimo to powiedz nam.
        - To by o przy stole. Dawno, dawno temu. Jak za mg . Siedzia em. Wydaje mi si ,

e chyba kto  jeszcze tam siedzia . A potem sta  i patrzy  na mnie. I to s owo.

        Abel by  cierpliwy.
        - Co to za s owo?
        Rik zacisn  pi ci i szepn :
        - Fife!
        Wszyscy oprócz Fife’a zerwali si  na równe nogi.
        - Mówi em wam! - wrzasn  Steen i wybuchn  g

nym, rechotliwym  miechem.

17.
Oskar yciel

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Z trudem opanowuj c w ciek

, Fife rzek :

        - Sko czmy z t  fars .
        Odczeka  chwil , siedz c z kamiennym wyrazem twarzy, a  emocje troch  opad y i
wszyscy zaj li swoje miejsca. Rik pochyli  g ow , mocno zaciskaj c powieki, z trudem
zg biaj c w asne my li. Valona obj a go, przyciskaj c do siebie, delikatnie g adz c po
policzku.
        Abel by  wstrz ni ty.
        - Dlaczego mówisz,  e to jest farsa? - zapyta .
        - A nie jest? Zgodzi em si  na t  narad  tylko ze wzgl du na twoje pogró ki. Mimo
to odmówi bym, gdybym wiedzia , i  ta konferencja ma zmieni  si  w s d nade mn , a
renegaci i mordercy maj  by  oskar ycielami i s dziami.
        Abel zmarszczy  brwi i powiedzia  ch odnym, oficjalnym tonem:
        - To nie jest s d, Posiadaczu. Doktor Junz przyby  tu po osob  nale

 do

personelu MBK, co jest jego prawem i obowi zkiem. Ja jestem tu po to, aby broni
interesów Trantora w tym niespokojnym okresie. Je li o mnie chodzi - nie w tpi ,  e ten
cz owiek, Rik, jest zaginionym kosmoanalitykiem. Mo emy natychmiast zako czy  t
narad , o ile zgodzisz si  wyda  tego m czyzn  doktorowi Junzowi w celu dalszego
przes uchania oraz bada  lekarskich. Rzecz jasna, nadal b dziemy potrzebowali twojej
pomocy, by znale  winnego u ycia psychosondy oraz zapobiec powtórzeniu si  w
przysz

ci takich incydentów, skierowanych przeciw mi dzygwiezdnej placówce

badawczej, która stoi ponad wszelkimi sporami regionalnymi.
        - Co za przemowa! - odpar  Fife. - Jednak co oczywiste, to oczywiste i twoje
zamiary s

atwo czytelne. Co si  stanie, je li oddam tego cz owieka? S dz ,  e MBK

znajdzie dok adnie to, co chce znale . Biuro chce uchodzi  za mi dzygwiezdn
placówk , która nie ma regionalnych powi za , tymczasem czy  nie jest faktem,  e
Trantor finansuje dwie trzecie jego rocznego bud etu? W tpi , czy jakikolwiek rozs dny
obserwator nazwa by je dzi  neutralnym. Jego odkrycia w zwi zku z tym cz owiekiem z
pewno ci  pójd  po my li imperialnych interesów Trantora. A jakie to b

 odkrycia? To

równie  jest jasne. Ten cz owiek powoli odzyska pami . MBK b dzie wydawa
codzienne biuletyny. Fakt po fakcie przypomni sobie coraz wi cej potrzebnych
szczegó ów. Najpierw moje nazwisko. Potem mój wygl d. A pó niej to, co
powiedzia em. Zostan  uznany winnym. Trantor za da odszkodowa  i b dzie zmuszony
czasowo okupowa  Sark, która to okupacja niepostrze enie stanie si  trwa a.
        Ka dy szanta  dzia a do pewnej granicy. Pan, panie ambasadorze, doszed  do tej
granicy. Je li chcecie tego cz owieka, Trantor b dzie musia  wys

 po niego swoj  flot .

        - Nikt nie mówi o u yciu si y - rzek  Abel. - A jednak zauwa

em,  e starannie

omijasz to, co kosmoanalityk powiedzia  na ko cu, i nie zaprzeczasz.
        - Nie powiedzia  niczego, co musia bym zaszczyca  przeczeniem. Przypomina sobie
jedno s owo, a przynajmniej tak twierdzi. I co z tego?
        - Czy to nie ma  adnego znaczenia?
        -  adnego. Nazwisko Fife zna ca a Sark. Nawet je li za

ymy,  e ten tak zwany

kosmoanalityk mówi prawd , mia  rok czasu,  eby us ysze  je na Florinie. Przyby  na
Sark statkiem wioz cym moj  córk  - jeszcze lepsza sposobno , aby us ysze  to
nazwisko. Czy  to nie naturalne,  e po czy  je ze strz pami wspomnie ? A mo e to
wszystko nie jest wcale spontaniczne? To stopniowe odzyskiwanie pami ci mo e by
dobrze wy wiczone.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Abel nie wiedzia , co móg by powiedzie . Spojrza  na pozosta ych. Junz siedzia
ponury, ze zmarszczonymi brwiami, ugniataj c podbródek palcami prawej d oni. Steen

miecha  si  g upkowato i mamrota  co  do siebie. Mieszczanin patrzy  pustym

wzrokiem na swoje kolana. Tylko Rik, wyrwawszy si  z obj  Valony, wsta  z fotela.
        - Pos uchajcie - przemówi . Jego blad  twarz wykrzywia  wyraz bólu, który by  te
widoczny w oczach.
        - Kolejne odkrycie, jak s dz  - rzek  Fife.
        - Pos uchajcie! Siedzieli my przy stole. W herbacie by  narkotyk. K ócili my si .
Nie pami tam, o co. Nie mog em si  ruszy . Mog em tylko siedzie  tam. Nie mog em
mówi . Mog em tylko my le . Wielki Kosmosie, zosta em odurzony. Chcia em krzycze ,
wrzeszcze  i ucieka , ale nie by em w stanie. Potem podszed  tamten, Fife. Przedtem
wrzeszcza  na mnie. Potem ju  nie krzycza . Nie musia . Obszed  stó . Stan  przy mnie,
a raczej nade mn , patrz c na mnie z góry. Nie mog em nic powiedzie . Nie mog em
niczego zrobi . Mog em tylko podnie  na niego wzrok.
        Rik zamilk , ale nie usiad .
        - Czy ten cz owiek to by  Fife? - zapyta  Selim Junz.
        - Pami tam,  e nazywa  si  Fife.

        - No wi c, czy to by  ten m czyzna?
        Rik nie odwróci  si ,  eby spojrze .
        - Nie pami tam, jak wygl da  - odpar .
        - Na pewno nie pami tasz?
        - Stara em si  przypomnie  sobie. - Nagle wybuchn : - Nie wiecie, jak to jest! To
boli! Jak roz arzona ig a. G boko! Tutaj!
        Dotkn  r

 czo a. Junz powiedzia agodnie:

        - Wiem,  e ci ci ko. Jednak musisz jeszcze spróbowa . Rozumiesz? Musisz
spróbowa . Spójrz na tego cz owieka! Odwró  si  i popatrz!
        Rik spojrza  na Posiadacza. Patrzy  przez chwil , a potem odwróci  si .
        - Przypominasz sobie? - spyta  Junz.
        - Nie! Nie!
        Fife u miechn  si  ponuro.
        - Czy by wasz cz owiek zapomnia  swojej kwestii, czy te  historyjka wyda si
bardziej wiarygodna, je li przypomni sobie moj  twarz dopiero nast pnym razem?
        - Nigdy przedtem nie widzia em tego cz owieka - rzuci  Junz z w ciek

ci  - i

nigdy z nim nie rozmawia em. Nie zrobi em nic,  eby pana obci

, i mam do

pa skich bezzasadnych oskar

. Chc  tylko pozna  prawd .

        - To mo e ja zadam mu kilka pyta ?
        - Bardzo prosz .
        - Dzi kuj . Bardzo pan uprzejmy. A teraz ty - Rik, czy jak si  naprawd  nazywasz...
        Znów by  Posiadaczem przemawiaj cym do Flori czyka. Rik spojrza  na niego.
        - Tak, prosz  pana.
        - Pami tasz m czyzn , który podszed  do ciebie z drugiej strony sto u, kiedy
siedzia

, odurzony i bezradny.

        - Tak, prosz  pana.
        - Ostatni  rzecz , jak  pami tasz, jest widok tego m czyzny, który patrzy  na ciebie
z góry.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Tak, prosz  pana.
        - A ty patrzy

 na niego z do u, lub raczej usi owa

 patrzy .

        - Tak, prosz  pana.
        - Usi

.

        Rik usiad  pos usznie.
        Przez chwil  Fife nie porusza  si . Jego bezwargie usta jakby jeszcze bardziej si
zacisn y, a mi nie  uchwy pod sinoczarnym zarostem uwydatni y si . Potem powoli
zsun  si  z fotela.
        Zsun  si ! Jakby opad  na kolana za swoim biurkiem.
        Zaraz wyszed  jednak zza biurka i wszyscy ujrzeli,  e stoi.
        Junz spu ci  g ow . Ten cz owiek, tak pos gowy i pot

ny w swoim fotelu, nagle

zmieni  si  w 

osnego kar a.

        Zdeformowane nogi z trudem nios y pot

ny tors i g ow . Posiadacz poczerwienia

na twarzy, lecz nadal spogl da  wyzywaj co na pozosta ych. Steen zachichota  i ucich ,
gdy poczu  na sobie jego spojrzenie. Inni siedzieli w milczeniu.
        Rik patrzy  na niego szeroko otwartymi oczami. Fife zapyta :
        - Czy to ja by em tym m czyzn , który podszed  do ciebie zza sto u?
        - Nie pami tam jego twarzy, prosz  pana.
        - Nie pyta em, czy pami tasz jego twarz. Ale czy móg by  nie pami ta  tego? -
Ruchem r k zarysowa  w powietrzu kszta t swego cia a. - Czy móg by  zapomnie , jak
wygl dam, jak chodz ?
        - Chyba nie - odpar  udr czony Rik - ale nie jestem pewien.
        - Ty siedzia

, a on sta  i patrzy

 na niego z do u.

        - Tak, prosz  pana.
        - On sta  nad tob  i patrzy  na ciebie z góry, tak powiedzia

.

        - Tak, prosz  pana.
        - Tyle pami tasz? Jeste  tego pewien?
        - Tak, prosz  pana.
        Teraz spotkali si  twarz  w twarz.
        - Czy patrz  na ciebie z góry?
        - Nie, prosz  pana.
        - Czy ty spogl dasz na mnie z do u?
        Siedz cy Rik i stoj cy Fife byli równego wzrostu.
        - Nie, prosz  pana.
        - Czy ja mog em by  tym m czyzn ?
        - Nie, prosz  pana.
        - Jeste  pewny?
        - Tak, prosz  pana.
        - Jednak nadal twierdzisz,  e pami tasz nazwisko Fife?
        - Pami tam - z uporem powtórzy  Rik.
        - A wi c, ktokolwiek to by  - pos

 si  moim nazwiskiem.

        - Mo e... By  mo e.
        Fife odwróci  si , po czym powoli, z godno ci  wróci  za biurko i na fotel.
        - Przez ca e doros e  ycie - powiedzia  - nigdy nie dopu ci em,  eby kto  ujrza  mnie
stoj cego. Czy s  jakie  powody, aby kontynuowa  t  konferencj ?
        Abel by  jednocze nie zafrasowany i rozgniewany. Jak do tej pory, nic nie sz o po

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

jego my li. Fife wymyka  si  z r k, udowadniaj c innym,  e si  myl . Uda o mu si
przedstawi  siebie jako ofiar . Zosta  zmuszony do zwo ania narady szanta em ze strony
Trantora i fa szywie oskar ony, co zaraz wysz o na jaw.
        Fife zadba o to,  eby taka wersja wydarze  rozesz a si  po ca ej Galaktyce, i nie
rozmijaj c si  zbytnio z prawd , uczyni z niej  wietne narz dzie antytrantoria skiej
propagandy.
        Abel musi ratowa , co si  da. Ra ony psychosond  kosmoanalityk b dzie teraz
nieprzydatny dla Trantora. Wszystko, co sobie „przypomni”, nawet je eli b dzie
odpowiada  prawdzie, zostanie zaraz wy miane i o mieszone. Rik zostanie uznany za
narz dzie imperializmu trantoria skiego, w dodatku narz dzie bezu yteczne.
        Zawaha  si , a wtedy przemówi  Junz.
        - Wydaje mi si , i  jest pewien bardzo wa ny powód, aby kontynuowa  t  narad .
Nie ustalili my jeszcze, kto jest odpowiedzialny za u ycie psychosondy. Pan oskar
Posiadacza Steena, a on pana. Zak adaj c,  e  aden nie ma racji i obaj jeste cie niewinni,
nadal nie ulega w tpliwo ci,  e ka dy z was jest przekonany,  e win  ponosi jeden z
Wielkich Posiadaczy. A wi c - który?
        - Czy to wa ne? - spyta  Fife. - Dla was ju  chyba nie. Ta sprawa ju  zosta aby
wyja niona, gdyby nie przeszkadza y nam Trantor i MBK. A ja i tak w ko cu wykryj
zdrajc . Pami tajcie,  e osobnik, który u

 psychosondy, ktokolwiek to jest, najpierw

zamierza  zmonopolizowa  handel kyrtem, a wi c na pewno nie puszcz  mu tego p azem.
Kiedy go zidentyfikujemy i unieszkodliwimy, oddamy wam waszego cz owieka. To
jedyna propozycja, jak  mog  wam z

, i najrozs dniejsza.

        - Co zrobicie z tym okrutnikiem?
        - To sprawa czysto wewn trzna i nie powinna was interesowa .
        - Ale nas interesuje - odpar  energicznie Junz. - Tu nie chodzi jedynie o
kosmoanalityka. W gr  wchodzi co  znacznie wa niejszego i dziwi mnie,  e nikt o tym
jeszcze nie wspomnia . Tego Rika potraktowano psychosond  nie dlatego,  e by
kosmoanalitykiem.
        Abel nie by  pewny intencji Junza, ale popar  go swoim autorytetem.
        - Doktor Junz mówi, rzecz jasna, o niebezpiecze stwie, jakie wed ug
kosmoanalityka zagra a. Florinie.
        Fife wzruszy  ramionami.
        - O ile wiem, przez ca y rok nikt, nie wy czaj c doktora Junza, nie przejmowa  si
tre ci  tego przekazu. Zreszt , ma pan tu swojego cz owieka, doktorze. Prosz  go
zapyta , o co w tym wszystkim chodzi.
        - Przecie  on nie pami ta - odparowa  Junz ze z

ci . - Psychosond  dzia a

szczególnie skutecznie na potencja  intelektualny mózgu. Ten cz owiek mo e nigdy nie
odzyska wiedzy, któr  gromadzi  ca e  ycie.
        - Czyli wszystko przepad o - powiedzia  Fife. - I co mo emy na to poradzi ?
        - Co  mo emy. W tym ca a rzecz. Jest kto , kto wie wszystko. Ten, który u
psychosondy. Mo e nie jest kosmoanalitykiem; mo e nie zna szczegó ów. Ale rozmawia
z Rikiem, kiedy jego umys  by  jeszcze nie naruszony. Zapewne wie do , aby
naprowadzi  nas na w

ciwy trop. Gdyby nie wiedzia , nie odwa

by si  zniszczy

ród a informacji. Mimo to, na wszelki wypadek zapytam. Pami tasz co , Rik?

        - Tylko tyle,  e chodzi o o jakie  niebezpiecze stwo i pr dy przestrzeni - mrukn
Rik.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Nawet je li si  dowiecie - nie rezygnowa  Fife - to co z tego? Czy mo na wierzy
w te szalone teorie, które wci  wymy laj  jacy  stukni ci kosmoanalitycy? Wielu z nich
uwa a,  e poznali tajemnice Wszech wiata, podczas gdy s  tak niepoczytalni,  e z
trudem mog  odcyfrowa  zapisy swoich instrumentów.
        - Mo e i ma pan racj . Czy by obawia  si  pan dopu ci , abym si  o tym przekona ?
        - Jestem przeciwny rozpowszechnianiu katastroficznych wizji, które - prawdziwe
czy nie - mog yby niekorzystnie wp yn  na handel kyrtem. Zgadzasz si  ze mn , Abel?
        Abla a  skr ca o ze z

ci. Fife manewrowa  tak, aby za ka de zak ócenie w

dostawach kyrtu spowodowane przez jego coup obci

 odpowiedzialno ci  Trantor.

Ale Abel by  wytrawnym graczem. Ch odno i bez emocji podj  kart .
        - Nie. Proponuj ,  eby  wys ucha  doktora Junza.
        - Dzi ki - rzek  Junz. - Powiedzia  pan, Posiadaczu Fife,  e kimkolwiek jest
cz owiek z psychosond , to on zapewne spowodowa

mier  lekarza, który bada  Rika.

St d wniosek,  e musia  w jaki  sposób mie  Rika na oku podczas jego pobytu na
Florinie.
        - Mo e...
        - Musz  by  jakie

lady tej obserwacji.

        - Chce pan powiedzie ,  e pana zdaniem tubylcy mogliby si  orientowa , kto ich
obserwowa ?
        - A czemu nie?
        - Nie jest pan Sarka czykiem i dlatego pope nia pan b dy. Zapewniam pana,  e
tubylcy znaj  swoje miejsce. Nie zbli aj  si  do Posiadaczy, a je li ci podchodz  do nich,
tubylcy maj  do  oleju w g owie,  eby wbi  wzrok w ziemi . Oni nie mog  wiedzie ,
kto ich obserwowa .
        Junz zatrz

 si  ze z

ci. Despotyzm Sarka czyków tkwi  w nich tak g boko,  e

mówili o nim otwarcie, nie widz c w tym nic z ego ani wstydliwego.
        - Mo e zwykli tubylcy. Mamy tu jednak cz owieka, który nie jest przeci tnym
tubylcem. My

,  e do  przekonuj co udowodni  nam,  e nie jest pokornym

Flori czykiem. Do tej pory nie zabra  g osu w dyskusji i czas zada  mu kilka pyta .
        - Zeznania tego tubylca s  bezwarto ciowe - rzek  Fife. - Przy okazji jeszcze raz

dam, aby Trantor przekaza  go w

ciwym organom s dowym Sark.

        - Najpierw chc  z nim porozmawia .
        - My

,  e nie zaszkodzi - wtr ci  Abel - je li zadamy mu kilka pyta , Fife. Je li

oka e si  niech tny do wspó pracy albo niewiarygodny, mo e rozwa ymy twoje  danie
ekstradycji.
        Terens, który do tej pory uwa nie ogl da  czubki swoich splecionych palców,
obrzuci  ambasadora przelotnym spojrzeniem. Junz obróci  si  do Mieszczanina.
        - Rik przebywa  w twoim miasteczku od kiedy znaleziono go na Florinie, prawda?
        - Tak.
        - A ty by

 tam przez ca y czas? Chc  przez to powiedzie ,  e nie wyje

 na

ej w interesach, tak?

        - Mieszczanie nie wyje

aj  w interesach. Ich interesem jest ich miasteczko.

        - Dobrze. Teraz odpr  si  i nie b

 taki dra liwy. Wyobra am sobie, i  cz ci

twoich powinno ci by o wiedzie , czy jaki  Posiadacz przyby  do miasteczka.
        - Pewnie. O ile przybywa .
        - A przybywali?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Terens wzruszy  ramionami.
        - Raz czy dwa. Tylko rutynowo, zapewniam pana. Posiadacze nie brudz  sobie r k
kyrtem. Przynajmniej nie przetworzonym kyrtem.
        - 

dam szacunku! - rykn  Fife.

        Terens spojrza  na niego i powiedzia :
        - Mo esz mnie do tego zmusi ?
        Abel przerwa  im g adko:
        - Niech za atwi  to mi dzy sob , Fife. Ty i ja jeste my tylko widzami.
        Junz z przyjemno ci  odnotowa  zuchwalstwo Mieszczanina, ale napomnia  go:
        - Prosz , odpowiadaj na moje pytania bez zb dnych komentarzy, Mieszczaninie. A
teraz powiedz, kim byli Posiadacze, którzy w zesz ym roku odwiedzili twoje miasteczko?
        Terens  achn  si .
        - A sk d mam wiedzie ? Nie mog  odpowiedzie  na to pytanie. Posiadacze to
Posiadacze, a tubylcy to tubylcy. Mog  by  Mieszczaninem, lecz dla nich nadal jestem
tubylcem. Nie witani ich u bram miasta i nie pytam o nazwiska. Dostaj  wiadomo , to
wszystko. Jest zaadresowana „Mieszczanin”. Informuj  mnie,  e takiego to a takiego dnia
przyb dzie inspekcja Posiadaczy i mam poczyni  odpowiednie przygotowania. Musz
wtedy zadba  o to, aby robotnicy w

yli swoje najlepsze ubrania,  eby fabryka by a

wysprz tana i sprawna, dostawy kyrtu rytmiczne, aby wszyscy wygl dali na
zadowolonych,  eby by o czysto w domach i spokojnie na ulicach, mie  pod r

 kilka

tancerek, w razie gdyby Posiadacze chcieli zobaczy  jakie  weso e miejscowe ta ce, i
kilka  adnych dzie...
        - To nas nie obchodzi, Mieszczaninie.
        - Was nie obchodzi. Mnie tak.
        Po do wiadczeniach z Flori czykami pracuj cymi w administracji Sark Junz uzna ,

e Mieszczanin wyró nia si  na ich tle, dzia a jak  yk zimnej wody. W my lach

postanowi ,  e wykorzysta wszelkie wp ywy MBK, aby zapobiec wydaniu go
Posiadaczom.
        Terens mówi  dalej nieco spokojniej.
        - Tak czy inaczej, to nale y do moich obowi zków. Kiedy przybywaj  Posiadacze,
nie zbli am si  do nich. Nie wiem, kim s . Nie rozmawiam z nimi.
        - Czy taka inspekcja mia a miejsce na tydzie  przed  mierci  lekarza? S dz ,  e
wiesz, kiedy to si  sta o.
        - Zdaje si ,  e s ysza em o tym w wiadomo ciach. Nie wydaje mi si ,  eby wtedy
by a jaka  inspekcja. Jednak nie mog  przysi c.

        - Do kogo nale y ziemia w twojej okolicy?
        Terens zacisn  wargi.
        - Do Posiadacza Fife’a.
        Steen z zadziwiaj

 gwa towno ci  przerwa  wymian  pyta  i odpowiedzi.

        - Och, dajcie spokój. Autentycznie! Takie przes uchanie jest po my li Fife’a,
doktorze Junz. Czy nie rozumiecie,  e to do niczego nie prowadzi? Autentycznie!

dzicie,  e Fife chcia by pilnowa  kogo  takiego albo trudzi  si  wycieczkami na

Florin ,  eby go nadzorowa ? A od czego s  stra nicy? Autentycznie!
        - W takiej sytuacji - dowodzi  Junz podniecony - kiedy gospodarka, a mo e i
bezpiecze stwo, ca ego  wiata zale y od zawarto ci umys u jednego cz owieka, to chyba

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

naturalne,  e cz owiek z psychosond  nie powierzy  tej sprawy stra nikom.
        - Mimo  e wymaza  mu pami ? - wtr ci  Fife.
        Abel wyd  usta i zmarszczy  brwi. Widzia ,  e przegrywa ostatnie rozdanie. Junz
spróbowa  jeszcze raz.
        - Czy kr ci  si  tam stale jaki  stra nik lub grupa stra ników?
        - Nie mam poj cia. Dla mnie to tylko mundury.
        Junz niespodziewanie zwróci  si  do Valony. Przed chwil  poblad a jak chusta, a jej
oczy rozszerzy y si  i rozb ys y. Nie usz o to jego uwagi.
        - Co z tob , dziewczyno?
        Bez s owa potrz sn a g ow .
        Abel rozmy la  ponuro. Ju  nic nie mo na zrobi . To koniec.
        Valona jednak wsta a, dr c jak li .
        - Chc  co  powiedzie  - szepn a ochryp ym g osem.
        - Mów, dziewczyno - zach ci  j  Junz. - Co takiego?
        Valona z trudem dobiera a s owa; ka dy rys jej twarzy i nerwowy skurcz palców
zdradza y l k.
        - Jestem tylko wiejsk  dziewczyn . Nie gniewajcie si  na mnie. Chodzi o to,  e
mnie si  wydaje,  e mo e by  tak, tylko tak. Czy mój Rik by  taki wa ny? Chc
powiedzie , czy by  taki wa ny jak mówili cie?
        - My

,  e by  bardzo, bardzo wa ny - powiedzia  Junz  agodnie. - My

,  e nadal

jest wa ny.
        - To znaczy,  e to musi by  tak. Ten, kto zawióz  go na Florin , na pewno nawet na
minut  nie chcia by spu ci  go z oka. Prawda? Chc  powiedzie ,  e Rik móg  zosta
pobity przez nadzorc , ukamienowany przez dzieci albo móg  zachorowa  i umrze . Nie
zostawi by go bezradnego w polu, no nie, gdzie móg  umrze , zanim kto  go znajdzie?
Przecie  nikt nie móg by liczy ,  e szcz cie b dzie mu sprzyja  i kto  si  nim zajmie.
        Przej ta, mówi a ju  p ynnie.
        - Mów dalej. - Junz przygl da  si  jej uwa nie.
        - Bo w

nie by a jedna osoba, która pilnowa a Rika od pocz tku. On znalaz  go w

polu, za atwi ,  e zaopiekowa am si  nim, wyci ga  go z tarapatów i wiedzia  o nim
wszystko. Wiedzia  nawet o lekarzu, bo sama mu powiedzia am. To on! On!
        Podnosz c g os do krzyku, wskaza a palcem Myrlyna Terensa, Mieszczanina.
        Tym razem nawet Fife zapomnia  o swym nadludzkim opanowaniu i opar szy si  na

kach, uniós  swe masywne cia o w fotelu, szybko obracaj c g ow  do Mieszczanina.

18.
Zwyci zcy

        Wszyscy umilkli, jakby odj o im mow . Nawet Rik, z niedowierzaniem w oczach,
tylko gapi  si , najpierw na Valon , a potem na Terensa. Pó niej cisz  przerwa  piskliwy
chichot Steena.
        - Wierz  w to. Autentycznie! Od razu tak mówi em. Powiedzia em,  e Fife op aci
tubylca. Teraz widzicie, co to za cz owiek. Zap aci  tubylcowi,  eby...
        - To n dzne k amstwo.
        Te s owa nie pad y z ust Fife’a, lecz Mieszczanina. Zerwa  si  na równe nogi. W

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

oczach mia  gniewne b yski. Abel, który wygl da  na najmniej poruszonego, zapyta :
        - Co mianowicie?
        Terens patrzy  na niego przez chwil , nie pojmuj c, po czym rzek  zduszonym

osem:

        - To, co powiedzia  Posiadacz. Nie op aca mnie  aden Sarka czyk.
        - A to, co mówi a dziewczyna? Czy to te  k amstwo?
        Terens przejecha  j zykiem po wyschni tych wargach.
        - Nie, mia a racj . To ja u

em psychosondy. Nie patrz tak na mnie, Lono - doda

pospiesznie. - Nie zamierza em zrobi  mu krzywdy. Nie chcia em tego, co si  sta o.
        - To jaka  sztuczka - rzek  Fife. - Nie wiem, co knujesz, Abel, ale niczego nie
dopniesz umieszczaj c t  zbrodni  w repertuarze tego przest pcy. Nie ulega w tpliwo ci,

e tylko Wielki Posiadacz dysponuje po temu odpowiedni  wiedz  i sprz tem. A mo e

tak bardzo chcesz wybieli  swojego Steena,  e zaaran owa

 fa szywe zeznania?

        Terens mocno splót  d onie i nachyli  si  w fotelu.
        - Od Trantora te  nie bra em pieni dzy.
        Fife zignorowa  go.
        Junz oprzytomnia  ostatni. Przez kilka minut nie móg  oswoi  si  z faktem,  e
Mieszczanin w rzeczywisto ci nie znajduje si  w tym pokoju,  e przebywa gdzie  na
terenie ambasady,  e widzi jedynie jego obraz, nie bardziej realny ni  wizerunek
oddalonego o trzydzie ci kilometrów Fife’a. Mia  ochot  podej  do Mieszczanina,

apa  go za rami  i porozmawia  z nim na osobno ci, ale nie móg .

        - Nie ma sensu spiera  si , nim wys uchamy jego wersji - powiedzia . - Niech poda
fakty. Je li to on u

 psychosondy, musimy je pozna . Je eli nie on, zdradz  go

szczegó y.
        - Je li chcecie wiedzie , co si  sta o - zawo

 Terens - powiem wam! Ukrywanie

prawdy w niczym mi ju  nie pomo e.
        I tak albo wygra Sark, albo Trantor, wi c Kosmos z tym. To przynajmniej da mi
szans  ujawnienia paru spraw.
        Pogardliwym gestem wskaza  Fife’a.
        - Oto Wielki Posiadacz. Tylko Wielki Posiadacz, powiada ten Wielki Posiadacz,
dysponuje odpowiedni  wiedz  i sprz tem,  eby to zrobi . I on w to wierzy! Tylko co on
wie? Co wiedz  wszyscy Sarkanczycy? Nie oni rz dz  na tej planecie. Tu rz dz
Flori czycy. Flori ska administracja. Oni odbieraj  papiery, wype niaj  je i wysy aj . A
na Sark rz dz  pisma. Pewnie, wi kszo  nas jest zbyt wystraszona,  eby cho  pisn , ale
czy wiecie, co mogliby my zrobi , gdyby my tylko chcieli, nawet pod nosem naszych
przekl tych Posiadaczy? No có , widzicie, co zrobi em. Rok temu by em przez pewien
czas kontrolerem lotów w kosmoporcie. To by a cz

 szkolenia. Znajdziecie w

dokumentach. B dziecie musieli troch  pokopa ,  eby to sprawdzi , poniewa  formalnie
kontrolerem lotów by  Sarka czyk. On mia  stanowisko, a ja by em od roboty. Moje
nazwisko znajdziecie w specjalnej rubryce zatytu owanej „Personel tubylczy”.  aden
Sarka czyk nie m czy by oczu zagl daniem tam. Kiedy miejscowa placówka MBK
przys

a do portu informacj  kosmoanalityka z sugesti ,  eby podstawi  na l dowisko

ambulans, ja przej em t  wiadomo . Przekaza em dalej tyle, ile uzna em za stosowne.
Zatai em spraw  zagro enia Floriny. Postara em si , aby kosmoanalityk wyl dowa  w
ma ym, podmiejskim porcie. Przysz o mi to z  atwo ci . Mia em w ma ym palcu
wszystkie sznurki i spr

yny rz dz ce Sark. Pami tajcie,  e pracowa em w administracji.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Wielki Posiadacz, gdyby chcia  zrobi  to co ja, nie poradzi by sobie sam, musia by
pos

 si  jakim  Flori czykiem. Ja dokona em tego bez niczyjej pomocy. Tyle co do

wiedzy i sprz tu. Spotka em kosmoanalityka, a potem ukry em go zarówno przed MBK,
jak i Sarka czykarni. Wycisn em z niego tyle, ile mog em, i postanowi em wykorzysta
te informacje dla Floriny, a przeciw Sark.
        - To ty wys

 te listy? - wykrztusi  Fife.

        - Ja wys

em te listy, Wielki Posiadaczu - odpar  ch odno Terens. - My la em,  e

uda mi si  przej  tak  cz

 pól kyrtowych, abym móg  zawrze  umow  z Trantorem na

moich warunkach i wyprze  was z Floriny.
        - By

 szalony.

        - Mo e. Jednak nie uda o mi si . Powiedzia em kosmoanalitykowi,  e jestem
Posiadaczem Fife. Musia em, bo on wiedzia ,  e Fife jest najpot

niejszym cz owiekiem

na planecie, a dopóki uwa

 mnie za niego, mówi  ze mn  otwarcie.  mia  mi si

chcia o, gdy u wiadomi em sobie,  e on my li, i  Fife mia by na wzgl dzie dobro
Floriny. Niestety, kosmoanalityk by  bardziej niecierpliwy ni  ja. Nalega ,  e ka dy
stracony dzie  to zbrodnia, podczas gdy ja wiedzia em,  e mój plan wymaga przede
wszystkim czasu. Coraz trudniej mi by o kontrolowa  go i w ko cu musia em u
psychosondy. Zdoby em j . Widzia em, jak u ywano jej w szpitalach. Zna em
podstawowe zasady jej dzia ania. Niestety, niedostatecznie. Nastawi em sond  tak,  eby
usun a niepokój z wierzchnich warstw umys u. To prosta operacja. Nadal nie wiem, co
si  sta o. S dz ,  e niepokój musia  le

 g biej, o wiele g biej, i sonda automatycznie

ruszy a jego  ladem, wymazuj c przy tym wi kszo

wiadomo ci. Mia em na karku

bezmózgie stworzenie... Przepraszam, Rik.
        Rik, który uwa nie s ucha  Mieszczanina, rzek  ze smutkiem:
        - Nie powiniene  by  tego robi , ale wiem, co czu

.

        - Tak - powiedzia  Terens. - Ty 

 na Florinie. Znasz stra ników, Posiadaczy oraz

ró nic  mi dzy Górnym a Dolnym Miastem.
        Ponownie podj  przerwan  opowie .
        - Tak wi c, mia em teraz na karku zupe nie bezradnego kosmoanalityka. Nie
mog em dopu ci , aby znalaz  go kto , kto móg by odkry  jego to samo . Nie mog em
go zabi . By em pewien,  e odzyska pami  i  e nadal b

 potrzebowa  jego wiedzy, nie

mówi c ju  o tym,  e zabiwszy go nie móg bym liczy  na dobr  wol  Trantora i MBK,
której - wiedzia em - b

 potrzebowa . Ponadto - wtedy jeszcze nie potrafi em zabija .

Zaaran owa em moje przeniesienie na Florin  w charakterze Mieszczanina i zabra em ze
sob  kosmoanalityka, za atwiwszy mu fa szywe papiery. Postara em si ,  eby go
znaleziono, i wybra em mu Valon  na opiekunk . Pó niej wszystko sz o g adko, a  do
czasu wizyty u lekarza. Wtedy musia em wej  do si owni Górnego Miasta. To okaza o
si  mo liwe. In ynierami byli Sarka czycy, ale dozorcami Flori czycy. Na Sark
dostatecznie dobrze pozna em zasady energetyki,  eby wiedzie , jak zrobi  zwarcie. Trzy
dni czeka em na w

ciwy moment. Pó niej zabijanie przychodzi o mi ju

atwo. Nie

wiedzia em tylko,  e lekarz prowadzi  dwie kartoteki, w obu gabinetach. Szkoda,  e nie
wiedzia em.
        Ze swego fotela Terens widzia  chronometr Fife’a.
        - Potem, sto godzin temu - a wydaje si ,  e sto lat - Rik zacz  sobie przypomina .
Teraz wiecie ju  wszystko.
        - Nie - odpar  Junz. - Nie wszystko. Nie wiemy mianowicie, co kosmoanalityk

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

powiedzia  o niebezpiecze stwie zagra aj cym planecie?
        - Czy my licie,  e zrozumia em? Dla mnie to by y - przepraszam, Rik - brednie
szale ca.
        - Nie by y! - wybuchn  Rik. - Nie mog y by .
        - Ten kosmoanalityk przyby  tu statkiem - rzek  Junz. - Gdzie on jest?
        - Ju  dawno poszed  na z om. Wys

em polecenie z omowania. Podpisa  je mój

zwierzchnik. Sarka czyk nigdy nie czyta  adnych dokumentów. Statek z omowano nie
zadaj c pyta .
        - A papiery Rika? Mówi

,  e pokaza  ci jakie  papiery!

        - Oddajcie nam tego cz owieka - powiedzia  nagle Fife - a wycisn  z niego
wszystko, co wie.
        - Nie - rzek  Junz. - Pierwsze przest pstwo pope ni  przeciwko MBK. Porwa
kosmoanalityka i zniszczy  jego umys . Jest nasz.
        - Junz ma racj  - popar  go Abel.
        - S uchajcie - ci gn  Terens. - Nie powiem ani s owa, je li nie uzyskam gwarancji.
Wiem, gdzie s  papiery Rika. Znajduj  si  tam, gdzie nigdy nie znajd  ich  adne s

by,

ani Sark, ani Trantora. Je li chcecie je dosta , musicie uzna  mnie za uchod
politycznego. Cokolwiek uczyni em, zrobi em to z patriotyzmu, dla dobra mojej planety.
Sarka czyk i Trantorianin mo e uwa

 si  za patriot ; dlaczego Flori czyk nie?

        - Ambasador - rzek  Junz - powiedzia ,  e zostaniesz przekazany MBK. Zapewniam
ci ,  e nie b dziesz wydany Sark. Za swój post pek wobec kosmoanalityka odpowiesz
przed s dem. Nie mog  przewidzie  wyniku rozprawy, lecz je li b dziesz z nami
wspó pracowa , zostanie to uznane za okoliczno

agodz

.

        Terens spojrza  badawczo na Junza.
        - Zaryzykuj  i zaufam panu, doktorze... Wed ug kosmoanalityka s

ce Floriny jest

w stadium poprzedzaj cym now .
        - Co?! - Taki lub podobny okrzyk wyrwa  si  z ust wszystkich obecnych oprócz
Valony.
        - Ma niebawem eksplodowa  z hukiem - potwierdzi  beztrosko Terens. - A kiedy to
nast pi, ca a Florina zmieni si  w ob oczek dymu, jak gar  tytoniu.
        - Nie jestem kosmoanalitykiem - rzek  Abel - ale s ysza em,  e nie mo na
przewidzie , kiedy eksploduje gwiazda.
        - To prawda. Przynajmniej do tej pory. Czy Rik wyja ni , na czym opar  swoje
twierdzenie?
        - Pewnie znajdziecie to w jego papierach. Ja pami tam tylko,  e chodzi o o pr d

gla.

        - O co?
        - Wci  powtarza : „W glowy pr d przestrzeni. W glowy pr d przestrzeni”. I
jeszcze: „Efekt katalityczny”. To wszystko.
        Steen zachichota . Fife zmarszczy  brwi. Junz siedzia  przez chwil  z szeroko
otwartymi oczami, a potem mrukn :
        - Przepraszam. Zaraz wracam.
        Wyszed  z prostopad

cianu receptora i znikn . Wróci  po pi tnastu minutach. Ze

zdumieniem rozejrza  si  po pokoju. Zostali w nim tylko Abel i Fife.
        - Gdzie...?
        Abel przerwa  mu.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Czekali my na pana, doktorze Junz. Kosmoanalityk i dziewczyna s  w drodze do
ambasady. Narada zako czona.
        - Zako czona! Wielka Galaktyko, dopiero zacz li my. Musz  wyja ni  wam
mo liwo  powstania nowej.
        Abel niespokojnie kr ci  si  w fotelu.
        - To nie jest potrzebne, doktorze.
        - To jest bardzo potrzebne. Wr cz konieczne. Dajcie mi pi  minut.
        - Niech mówi - zgodzi  si  Fife z u miechem.
        - Zaczn  od pocz tku. Ju  najwcze niejsze prace naukowe cywilizacji galaktycznej
podaj ,  e w procesie nuklearnej przemiany swojego wn trza gwiazda uzyskuje energi .
Na podstawie tego, co wiemy o warunkach panuj cych wewn trz gwiazd, stwierdzono
te ,  e niezb dn  energi  mog  dostarczy  dwa, i tylko dwa rodzaje reakcji. Oba wi
si  z przemian  wodoru w hel. Pierwsza przemiana jest prosta: dwa atomy wodoru i dwa
neutrony  cz  si , tworz c jedn  cz steczk  helu. Druga przebiega po rednio, w kilku
etapach. Ko czy si  przej ciem wodoru w hel, lecz w reakcjach po rednich uczestnicz
cz steczki w gla. Te cz stki w gla nie s  zu ywane, lecz ponownie odszczepiane w
miar  przebiegu reakcji, tak  e drobna ilo  pierwiastka mo e by  wykorzystana
wielokrotnie, s

c do przetworzenia ogromnej ilo ci wodoru w hel. Innymi s owy,

giel dzia a jako katalizator. Wszystko to wiedziano od najdawniejszych czasów,

jeszcze wtedy, gdy ludzka rasa zamieszkiwa a tylko na jednej planecie - o ile
kiedykolwiek tak by o.
        - Je li wszyscy o tym wiemy - powiedzia  Fife - to  miem zauwa

,  e traci pan

czas.
        - Ale to jest wszystko, co wiemy. Nigdy nie stwierdzono, czy w gwiazdach zachodzi
ta pierwsza czy druga reakcja, czy te  obie. Zawsze istnia y trzy szko y, z których ka da
opowiada a si  za inn  teori . Zazwyczaj najwi kszym uznaniem cieszy a si  teza o
bezpo redniej konwersji wodoru w hel, jako najprostsza.
        Teoria Rika chyba jest nast puj ca: Bezpo rednie przej cie wodór-hel jest
normalnym  ród em energii s onecznej, ale w pewnych warunkach wp ywa na ni
katalizator w glowy, przyspieszaj c reakcj , zwi kszaj c wydajno  i ogrzewaj c
gwiazd . W przestrzeni istniej  pr dy. Wszyscy o tym wiecie. Niektóre z nich nios
cz steczki w gla. Gwiazdy przechodz ce przez te pr dy zbieraj  niezliczone ilo ci
atomów. Jednak e ca kowita masa przyci ganych atomów jest wprost mikroskopijna w
porównaniu do masy gwiazdy i nie ma  adnego znaczenia. Z wyj tkiem w gla! Gwiazda,
przechodz c przez pr d zawieraj cy wi ksze ni  gdzie indziej st enia w gla, staje si
niestabilna. Nie wiem, ile lat, wieków czy tysi cleci trzeba, aby atomy w gla przedosta y
si  do wn trza gwiazdy, ale zapewne trwa to bardzo d ugo. Oznacza to,  e taki pr d musi
by  szeroki, a gwiazda musi wej  we  pod ostrym k tem. W ka dym razie, kiedy ilo

gla dyfunduj cego do wn trza gwiazdy przekroczy pewien punkt krytyczny,

promieniowanie gwiazdy ogromnie si  zwi ksza. Zewn trzne warstwy p kaj  w
niewyobra alnej eksplozji i mamy now . Rozumiecie?
        - Czy doszed  pan do tego wszystkiego w dwie minuty - zapyta  Fife - us yszawszy

tne stwierdzenie, jakie wed ug Mieszczanina pad o z ust kosmoanalityka prawie rok

temu?
        - Tak. Tak. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Kosmoanaliza czeka a na t
teori . Gdyby nie wyst pi  z ni  Rik, zrobi by to wkrótce kto  inny. Prawd  mówi c,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

podobne teorie ju  by y wysuwane, ale nigdy nie brano ich powa nie. Powsta y, zanim
rozwin y si  techniki kosmoanalizy, kiedy nikt nie by  w stanie stwierdzi  nag ego
poboru cz steczek w gla przez dan  gwiazd . A teraz wiemy,  e s  pr dy nios ce w giel.
Mo emy kre li  ich przebieg, stwierdzi , jakie gwiazdy przeci y im drog  w ci gu
tysi cy lat, porówna  to z naszymi zapisami powstawania nowych i anomalii
promieniowania. To w

nie zapewne zrobi  Rik. Te obliczenia i wyniki pomiarów

usi owa  pokaza  Mieszczaninowi. Ale w tej chwili nie o to chodzi. Teraz powinni my
zarz dzi  natychmiastow  ewakuacj  Floriny.
        - No w

nie, czeka em, kiedy do tego dojdziemy - rzek  spokojnie Fife.

        - Przykro mi, Junz - powiedzia  Abel - ale to zupe nie niemo liwe.
        - Dlaczego niemo liwe?
        - Kiedy flori skie s

ce eksploduje?

        - Nie wiem. S dz c po tym,  e Rik niepokoi  si  tym ju  przed rokiem,
powiedzia bym,  e mamy ma o czasu.
        - Ale nie mo e pan poda  daty?
        - Oczywi cie,  e nie.
        - Kiedy b dzie pan móg  j  poda ?
        - Trudno powiedzie . Nawet je li dostaniemy obliczenia Rika, b dziemy musieli je
sprawdzi .
        - Czy mo e pan zar czy ,  e teoria kosmoanalityka oka e si  s uszna?
        - Je li o mnie idzie, jestem tego pewny - Junz zmarszczy  brwi - ale  aden uczony
nie mo e z góry r czy  za s uszno  jakiej  teorii.
        - Czyli okazuje si , i

da pan ewakuacji Floriny w oparciu o domys y.

        - S dz ,  e nie powinni my ryzykowa

ycia ca ej populacji planety.

        - Gdyby Florina by a zwyczajn  planet , zgodzi bym si  z panem. Ale Florina
zapewnia Galaktyce dostawy kyrtu. Nie mo emy tego zrobi .
        - Czy tak  umow  zawar  pan z Fife’em w czasie mojej nieobecno ci? - rzuci  ze

ci  Junz.

        Fife przerwa  im wymian  zda :
        - Prosz  pozwoli  mi wyja ni , doktorze Junz. Rz d Sark nigdy nie zgodzi si  na
ewakuacj  Floriny, nawet je li MBK o wiadczy,  e ma dowody na potwierdzenie
pa skiej teorii. Trantor nas nie zmusi, gdy  o ile Galaktyka mog aby poprze  wojn  z
Sark, aby utrzyma  dostawy kyrtu, to nigdy nie zgodzi si , by j  prowadzi  w celu ich
zablokowania.
        - W

nie - przytakn  Abel. - Obawiam si ,  e nasi ludzie nie popr  takiej wojny.

        Junz poczu  gwa towny przyp yw odrazy. Populacja ca ej planety nic nie znaczy
wobec dyktatu korzy ci ekonomicznych.
        - Pos uchajcie - powiedzia . - Tu nie chodzi o jedn  planet , lecz o ca  Galaktyk .
Co roku powstaje w niej oko o dwadzie cia nowych. Prawie dwa tysi ce gwiazd spo ród
galaktycznych stu miliardów zmienia swoje promieniowanie na tyle, aby zamieni  swoje
ewentualnie nadaj ce si  do zamieszkania planety w pustynie. Ludzko  zasiedli a milion
uk adów s onecznych Galaktyki. To oznacza,  e  rednio co pi dziesi t lat na jakiej
zamieszkanej planecie robi si  zbyt gor co, aby 

. Takie przypadki s  znane w historii.

A co pi  tysi cy lat jaka  zamieszkana planeta ma pi dziesi t procent szans na to,  e
nowa zamieni j  w ob ok gazu. Je eli Trantor nic nie zrobi dla Floriny, je li pozwoli jej
wyparowa  razem z mieszka cami, da w ten sposób pozna  wszystkim ludziom w

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Galaktyce,  e kiedy przyjdzie ich kolej, nie mog  oczekiwa  pomocy, gdyby ta pomoc
by a ekonomicznie niewygodna dla paru pot

nych osób. Czy pójdziesz na takie ryzyko,

Abel? Natomiast pomagaj c Florinie udowodnicie,  e Trantor przedk ada
odpowiedzialno  za losy mieszka ców Galaktyki ponad prawa w asno ci. Okazuj c
dobr  wol , Trantor uzyska to, czego nigdy nie uzyska by si .
        Abel pochyli  g ow . Potem potrz sn  ni  ze znu eniem.
        - Nie, Junz. To, co mówisz, przemawia do mnie, ale jest niepraktyczne. Nie mog
liczy  na to,  e emocje wezm  gór  nad przypuszczalnymi skutkami politycznymi
zaniechania produkcji i handlu kyrtem. Prawd  mówi c, my

,  e lepiej by oby unikn

sprawdzania twojej teorii. Podejrzenie,  e mo e by  prawdziwa, narobi oby wiele
szkody.
        - A je li jest prawdziwa?
        - Musimy post powa  tak, jakby my przyj li,  e nie jest. Rozumiem,  e kiedy
wyszed

 przed kilkoma minutami, skontaktowa

 si  z MBK?

        - Tak.
        - Nic nie szkodzi. My

,  e Trantor ma wystarczaj ce wp ywy, aby powstrzyma  te

badania.
        - Obawiam si ,  e nie. Nie te badania. Panowie, niebawem poznamy sekret
uzyskiwania taniego kyrtu. Nim minie rok, monopol na kyrt zostanie z amany, czy
dojdzie do powstania nowej czy nie.
        - O czym pan mówi?
        - Teraz dochodzimy do g ównego punktu narady, Fife. Kyrt ro nie na Florinie jako
jedynej ze wszystkich zamieszkanych planet. Z jego nasion wsz dzie indziej wyrasta
zwyczajna celuloza. Zaryzykuj  twierdzenie, i  Florina jest obecnie prawdopodobnie
jedyn  zamieszkan  planet , która znajduje si  w fazie poprzedzaj cej now  i zapewne
pozostaje w niej, od kiedy wesz a w pr d w glowy - mo e tysi ce lat temu, je li k t
przeci cia by  ma y. Dlatego wydaje si  ca kiem mo liwe,  e kyrt i stadium przed-nowej
id  z sob  w parze.
        - Bzdura - orzek  Fife.
        - Tak? Musi by  jaki  powód tego,  e kyrt na Florinie jest kyrtem, a na innych
planetach nie jest. Naukowcy usi owali na wiele sposobów wyhodowa  kyrt gdzie
indziej, lecz próbowali na  lepo, wi c nigdy im si  nie uda o. Teraz b

 wiedzieli,  e

trzeba uwzgl dni  czynniki wyst puj ce w uk adzie s

ca w fazie poprzedzaj cej now .

        - Ju  próbowano odtworzy  promieniowanie s

ca Floriny - rzuci  pogardliwie

Fife.
        - Owszem, odpowiednimi lampami  ukowymi, odtwarzaj cymi tylko  wiat o
widzialne i ultrafioletowe. A co z promieniowaniem w podczerwieni i dalej? Co z polami
magnetycznymi? Z emisj  elektronów? Z dzia aniem promieniowania kosmicznego? Nie
jestem fizykiem biochemikiem, wi c nie wymieni  tu wszystkich czynników, jakie mog
wchodzi  w gr . Ale teraz fizycy biochemicy na wszystkich planetach Galaktyki wezm
si  za to. Zapewniam was,  e nim minie rok, znajd  rozwi zanie. Teraz ekonomia
opowiada si  za humanizmem. Galaktyka chce taniego kyrtu i je li go otrzyma, albo
przynajmniej b dzie mia a nadziej ,  e wkrótce go otrzyma, zechce ewakuacji Floriny,
nie tylko z humanitarnych pobudek, ale po to, by utrze  nosa nienasyconym
Sarka czykom. - Blef! - warkn  Fife.
        - Ty te  tak uwa asz, Abel? Je li staniecie po stronie Posiadaczy, Galaktyka uzna,  e

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Trantor nie ratowa  kyrtu, lecz monopol na kyrt. Pójdziesz na takie ryzyko?
        - Czy Trantor zaryzykuje wojn ? - pyta  Fife.
        - Wojn ? Po có  wojna?! Posiadaczu, w ci gu roku twoje dobra na Florinie b
bezwarto ciowe, nowa czy nie nowa. Sprzedaj je. Sprzedajcie Florin . Trantor mo e
zap aci .
        - Kupi  ca  planet ? - zastanawia  si  zaskoczony Abel.
        - Dlaczego nie? Trantor ma na to fundusze, a ta inwestycja przyniesie tysi ckrotnie
wi cej warte skutki polityczne w ród mieszka ców Galaktyki. Je eli nie wystarczy im to,

e ocalili cie miliony istnie , powiecie im,  e dostarczycie im tani kyrt. To chyba do .

        - Pomy

 o tym - rzek  Abel.

        Spojrza  na Fife’a. Ten spu ci  wzrok. Po d

szej chwili i on powiedzia :

        - Pomy

 o tym.

        - Nie my lcie zbyt d ugo - za mia  si  Junz. - Wie ci o kyrcie szybko si  rozejd .
Nic ich nie powstrzyma. A wtedy  aden z was nie b dzie mia  ju  swobody dzia ania.
Teraz mo ecie zawrze  umow  na lepszych warunkach.

        Mieszczanin by  za amany.
        - Czy to jest prawda? - powtarza . - Czy to prawda? Koniec z Florin ?
        - Prawda - potwierdzi  Junz.
        Terens roz

 r ce i bezradnie je opu ci .

        - Je li chcecie te papiery Rika, s  wpi te do danych statystycznych w moim
miasteczku. Wybra em stare akta, sprzed stu lat i dawniejsze. Nikt nigdy by do nich nie
zajrza .
        - S uchaj - odezwa  si  Junz. - Jestem pewien,  e mo esz dogada  si  z MBK.
Potrzebujemy kogo  na Florinie, kto zna Flori czyków, kto mo e nam powiedzie , jak
im to wszystko wyt umaczy , jak zorganizowa  ewakuacj  i wybra  najodpowiedniejsze
planety dla uchod ców. Pomo esz nam?
        - Masz na my li,  e w ten sposób wygra bym t  walk ? Nie poniós bym kary za
zabójstwa? Dlaczego nie? - Nagle w oczach Mieszczanina zab ys y  zy. - Ale przecie  i
tak przegra em. Nie mam  wiata, nie mam domu. Wszyscy przegrali my. Flori czycy
stracili swój  wiat, Sarka czycy bogactwa, Trantorianie okazj  do wzbogacenia si . Nie
ma zwyci zców.
        - Chyba - powiedzia agodnie Junz -  e zrozumiesz, i  w nowej Galaktyce -
Galaktyce wolnej od gro by, jak  nios  niestabilne gwiazdy, Galaktyce dost pnego dla
wszystkich kyrtu i o wiele bli szej politycznej jedno ci - b

 jednak zwyci zcy.

Kwadrylion zwyci zców. Mieszka cy Galaktyki, to oni s  zwyci zcami.

EPILOG
Rok pó niej

        Rik! Rik! - Selim Junz spieszy  przez l dowisko do statku, wyci gaj c r ce. - I
Lona! Nigdy bym was nie pozna . Jak si  macie? Jak si  macie?
        - Najlepiej jak mo na. Widz ,  e otrzyma

 nasze listy - rzek  Rik.

        - Oczywi cie. Powiedzcie mi, co o tym wszystkim my licie?
        Szli razem w kierunku biur Junza. Valona powiedzia a ze smutkiem:

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        - Dzi  rano odwiedzili my miasto, gdzie mieszkali my. Pola s  takie puste.
        Ubiera a si  teraz jak obywatelka Imperium, a nie wie niaczka z Floriny.
        - Tak, to musi wydawa  si  niesamowite komu , kto tu mieszka . Wygl da
niesamowicie nawet dla mnie, ale zostan  tu tak d ugo, jak zdo am. Pomiary
promieniowania s

ca Floriny s  niezwykle interesuj ce.

        - Taka ewakuacja w ci gu nieca ego roku! To  wiadczy o wspania ej organizacji.
        - Robimy, co mo emy, Rik. Och, chyba powinienem nazywa  ci  prawdziwym
imieniem.
        - Prosz , nie. Nigdy nie przywykn  do niego. Jestem Rik. To wci  jedyne imi ,
jakie pami tam.
        - Czy ju  postanowi

, czy wrócisz do kosmoanalizy? - spyta  Junz.

        - Postanowi em - Rik potrz sn  g ow  - i odpowied  brzmi „nie”. Ju  nie
przypomn  sobie wszystkiego. Nigdy nie odzyskam tej cz ci pami ci. Ale wcale mnie to
nie martwi. Wróc  na Ziemi ... Nawiasem mówi c, mia em nadziej ,  e zobacz  si  z
Mieszczaninem.
        - Chyba nie. Wzi  dzi  wolne. S dz ,  e nie chce ci  widzie . Pewnie czuje si
winny. Nie  ywisz do niego urazy?
        - Nie - odpar  Rik. - Chcia  dobrze i pod wieloma wzgl dami zmieni  moje  ycie na
lepsze. Przede wszystkim pozna em Lon .
        Obj  j  ramieniem. Valona spojrza a na niego i u miechn a si .
        - Ponadto - ci gn  Rik - wyleczy  mnie z czego . Dowiedzia em si , dlaczego
zosta em kosmoanalitykiem. Wiem, dlaczego jedna trzecia kosmoanalityków pochodzi z
jednej planety - z Ziemi. Ka dy, kto  yje na radioaktywnej planecie, ma sk onno  do

ków i poczucia zagro enia. Jeden nierozwa ny krok mo e oznacza

mier , a naszym

najwi kszym wrogiem jest powierzchnia ojczystej planety. To wyja nia nasz wrodzony
niepokój, doktorze Junz, l k przed planetami. Tylko w przestrzeni jeste my szcz liwi; to
jedyne miejsce, gdzie czujemy si  bezpieczni.
        - I ty ju  tego nie odczuwasz, Rik?
        - W

nie, Nawet nie pami tam,  e kiedy  czu em l k i zagro enie. I tu dochodzimy

do sedna sprawy. Mieszczanin nastawi  psychosond  tak, aby usun a niepokój, ale nie
pomy la  o regulacji intensywno ci. My la ,  e ma do czynienia ze  wie ym i
powierzchownym stanem. Tymczasem napotka  g boki wrodzony niepokój, o którym
nie wiedzia . Usun  wszystko. W pewnym sensie warto by o pozby  si  tego uczucia,
mimo i  razem z nim straci em co  wi cej. Teraz ju  nie musz  ca y czas przebywa  w
Kosmosie. Mog  wróci  na Ziemi . Mog  tam pracowa , a Ziemia potrzebuje r k do
pracy. Zawsze b dzie potrzebowa .
        - Wiesz co - rzek  Junz - dlaczego nie mogliby my zrobi  dla Ziemi tego, co robimy
z Florin ? Ziemianie nie musz

 w l ku i braku poczucia bezpiecze stwa. Galaktyka

jest wielka.
        - Nie - odpar  gwa townie Rik. - To zupe nie inny przypadek. Ziemia ma swoj
przesz

, doktorze Junz. Wielu nie wierzy w to, lecz my, Ziemianie, wiemy,  e z naszej

planety wywodzi si  rasa ludzka.
        - No có , mo e. Nie mam poj cia, czy to prawda czy nie.
        - Prawda. Dlatego tej planety nie mo na porzuci ; nie wolno jej porzuci . Kiedy
zmienimy j ; przywrócimy jej powierzchni  do dawnego stanu. A tymczasem -
zostaniemy tam.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

        Valona powiedzia a  agodnie:
        - Jestem teraz Ziemiank .
        Rik spogl da  na odleg y horyzont. Górne Miasto by o krzykliwe jak zawsze, ale ju
puste.
        - Ilu pozosta o jeszcze na Florinie? - zapyta .
        - Oko o dwudziestu milionów - odpar  Junz. - Idzie nam coraz wolniej. Trzeba
ewakuowa  ich rozwa nie. Pozostali jeszcze przez kilka miesi cy musz  zapewni
normalne  ycie spo eczno ci. Osadnicy dopiero zaczynaj . Wi kszo  ewakuowanych
znajduje si  jeszcze w obozach przej ciowych na najbli szych planetach. To
nieuniknione trudno ci.
        - Kiedy ostatni mieszkaniec opu ci planet ?
        - Tak naprawd  to nigdy.
        - Nie rozumiem.
        - Mieszczanin nieoficjalnie poprosi  o pozwolenie na pozostanie. Otrzyma  je, tak e
nieoficjalnie. To nie zostanie podane do publicznej wiadomo ci.
        - Chce zosta ? - Rik by  zaszokowany. - Na Galaktyk , dlaczego?
        - Nie wiem - rzek  Junz. - Chyba jednak sam sobie odpowiedzia

, mówi c o

Ziemi. On czuje tak samo. Mówi,  e nie mo e znie  my li o skazaniu Floriny na
samotn

mier .

POS OWIE

        „Pr dy przestrzeni” powsta y w 1951 roku i zosta y opublikowane w 1952 roku. W
owym czasie stosunkowo ma o wiedziano o astrofizycznych aspektach powstawania
nowej i moje rozwa ania na temat „pr dów w glowych” by y uzasadnione. Obecnie
astronomowie wiedz  znacznie wi cej. Jest rzecz  pewn ,  e pr dy przestrzeni nie maj
nic wspólnego z powstawaniem nowych. (Aczkolwiek, z kolei, analizy
mi dzygwiezdnych ob oków py u i gazu okaza y si  znacznie bardziej interesuj ce, ni
wyobra

em to sobie w roku 1951). Szkoda, gdy  moje teorie dotycz ce pr dów

przestrzeni by y tak ciekawe (moim zdaniem),  e powinny okaza  si  s uszne... Poniewa
jednak Wszech wiat idzie w asnym torem i nie zamierza zbacza  z niego tylko dlatego,

eby nagrodzi  moj  inwencj  - mog  was jedynie prosi , aby cie, nie zwa aj c na

zastrze enia, jakie mo e budzi  teoria powstawania nowej, czerpali rado  z lektury tej
ksi ki (zak adaj c,  e jest z czego) takiej, jaka jest.

Isaac Asimov

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m