background image

ISAAC ASIMOV 

 
 
 

PRĄDY PRZESTRZENI 

         
         
 
 

background image

PROLOG 
Rok wcześniej 
         
         
        Człowiek z Ziemi podjął decyzję. Długo ją rozważał, ale już postanowił. 
        Minęły  tygodnie  od  chwili,  kiedy  czuł  pod  nogami  znajomy  pokład  swego  statku,  a  wokół 
chłodną, ciemną opończę Kosmosu. Zamierzał przecież tylko szybko złożyć raport w miejscowym 
oddziale  Międzygwiezdnego  Biura  Kosmoanalizy  i  jeszcze  szybciej  wrócić  w  przestrzeń. 
Tymczasem trzymano go tutaj. 
        Prawie jak w więzieniu. 
        Wypił herbatę i spojrzał na mężczyznę po drugiej stronie stołu. 
        - Nie zostanę tu ani chwili dłużej - powiedział. 
         
        Ten drugi również podjął decyzję. Długo ją rozważał, ale już postanowił. Potrzebował czasu, 
dużo więcej  czasu. Na pierwsze listy nie otrzymał  żadnej  odpowiedzi. Równie dobrze mógłby je 
posłać w żar gwiazdy - skutek byłby ten sam. 
        Niczego  więcej  nie  oczekiwał,  albo  raczej  niczego  mniej.  To  był  jednak  dopiero  pierwszy 
krok. 
        Nie ulegało wątpliwości, że podejmując następne kroki nie może pozwolić, aby ten człowiek z 
Ziemi wymknął mu się z rąk. Pomacał gładki, czarny pręt w kieszeni. Powiedział: 
        - Nie rozumiesz, jaka to delikatna sprawa. 
         
        Ziemianin rzekł: 
        - A cóż jest delikatnego w zniszczeniu planety? Chce, żebyś rozpowszechnił te informacje na 
Sark; żeby poznali je wszyscy na tej planecie. 
        - Nie możemy tego zrobić. Wiesz, że wybuchłaby panika. 
        - Przedtem mówiłeś, że to zrobisz. 
        - Przemyślałem sprawę i uznałem, że byłoby to nierozsądne. 
        Ziemianin zgłosił drugą pretensję. 
        - Przedstawiciel MBK nie przybył. 
        - Wiem. Są zajęci opracowywaniem planów przeciwkryzysowych. Jeszcze parę dni. 
        - Jeszcze parę dni! Ciągle jeszcze parę dni! Są tak zajęci, że nie mogą poświęcić mi ani chwili 
czasu? Nawet nie widzieli moich obliczeń. 
        - Proponowałem, że przekażę im twoje obliczenia. Nie chciałeś. 
        - I nie chcę. Mogą oni zjawić się tutaj albo ja udam się do nich.  - I dodał ze złością: - Zdaje 
się, że mi nie wierzysz. Nie wierzysz, że Florina zostanie zniszczona. 
        - Wierzę ci. 
        -  Nie.  Wiem,  że  nie.  Widzę  to  po  tobie.  Bawisz  się  mną.  Nie  rozumiesz  moich  danych.  Nie 
jesteś kosmoanalitykiem. Sądzę, że nawet nie jesteś tym, za kogo się podajesz. Kim jesteś? 
        - Denerwujesz się. 
        - Tak, denerwuję się. Czy to cię dziwi? A może myślisz sobie: „Biedaczek, Kosmos rzucił mu 
się na mózg”. Sądzisz, że jestem stuknięty. 
        - Bzdura. 
        - Na pewno tak uważasz. Dlatego chcę spotkać się z tymi z MBK. Oni stwierdzą, czy jestem 
szalony czy nie. Znają się na tym. 
        Tamten przypomniał sobie o podjętej decyzji. 
        - Nie czujesz się dobrze - powiedział. - Pomogę ci. 
        -  Nie  potrzebuję!  -  wrzasnął  histerycznie  Ziemianin.  -  Właśnie  zamierzam  stąd  wyjść.  Jeśli 
chcesz  mnie  powstrzymać,  będziesz  musiał  mnie  zabić  -  ale  nie  odważysz  się.  Jeśli  to  zrobisz, 
będziesz miał na rękach krew mieszkańców całej planety. 

background image

        Ten drugi też zaczął wrzeszczeć, przekrzykując pierwszego. 
        - Nie zabiję cię. Posłuchaj, nie zabiję cię. Nie muszę cię zabijać. 
        -  Zwiążesz  mnie.  Będziesz  mnie  tu  trzymał.  Tak?  A  co  zrobisz,  kiedy  MBK  zacznie  mnie 
szukać? Wiesz, że powinienem regularnie wysyłać im raporty. 
        - Biuro wie, że ze mną jesteś bezpieczny. 
        -  Taak?  Ciekawe,  czy  oni  w  ogóle  wiedzą,  że  przyleciałem  na  tę  planetę?  Ciekawe,  czy 
otrzymali moją pierwszą wiadomość? 
        Ziemianinowi kręciło się w głowie. Zdrętwiały mu ręce i nogi. 
        Tamten wstał. Doszedł do wniosku, że w samą porę podjął decyzję. Powoli ruszył w kierunku 
Ziemianina wzdłuż długiego stołu. Powiedział uspokajająco: 
        - To dla twojego dobra. 
        Wyjął z kieszeni czarny pręt. 
        Ziemianin wychrypiał: 
        - To psychosonda. 
        Z trudem wymawiał słowa, a gdy spróbował wstać, jego ręce i nogi ledwie drgnęły. Wycedził 
przez zaciśnięte skurczem zęby: 
        - Zostałem odurzony! 
        - Tak, zostałeś odurzony! - przyznał tamten. - Posłuchaj, nie zrobię ci krzywdy. Kiedy jesteś 
taki wzburzony i niespokojny, trudno ci pojąć, jaka to delikatna sprawa. Uspokoję cię trochę. Tylko 
cię uspokoję. 
        Ziemianin  nie  mógł  już  mówić.  Mógł  tylko  siedzieć  i  myśleć  tępo:  „Wielki  Kosmosie! 
Zostałem odurzony”. Chciał krzyczeć, wrzeszczeć i uciekać, lecz nie był w stanie. 
        Tamten  już  podszedł  do  niego.  Stanął,  spoglądając  z  góry  na  siedzącego.  Ziemianin 
odpowiedział mu spojrzeniem. Jeszcze mógł poruszać gałkami oczu. 
        Psychosonda  była  urządzeniem  samoczynnym.  Wystarczyło  przytknąć  ją  w  odpowiednie 
miejsce. 
        Ziemianin  patrzył  przerażony,  aż  mięśnie  poruszające  gałkami  ocznymi  również  mu  stężały. 
Nie  poczuł  delikatnego  ukłucia,  gdy  ostre,  cienkie  igły  przebiły  skórę  i  dotknęły  szwów  kości 
czaszki. 
        Krzyczał  i  krzyczał w ciszy swego umysłu.  Wołał: „Nie, ty nie rozumiesz. Chodzi  o planetę 
pełną ludzi. Czy nie pojmujesz, że nie można ryzykować życia milionów ludzi?” 
        Słowa tamtego były ciche i niewyraźne, jakby dobiegały z końca długiego, krętego tunelu. 
        - Nic ci się nie stanie. Za godzinę poczujesz się dobrze, całkiem dobrze. Będziesz się śmiał z 
tego wszystkiego razem ze mną. 
        Ziemianin poczuł lekkie, wibrujące dotknięcie, a potem już nic. 
        Ciemność  zgęstniała  i  pochłonęła  go.  I  już  nigdy  do  końca  nie  ustąpiła.  Minął  rok,  nim 
rozwiała się przynajmniej częściowo. 
 
1. 
Znajda 
        
        Rik  odłożył  pomocnik  i zerwał  się na równe nogi.  Dygotał tak, że musiał  oprzeć się o nagą, 
mlecznobiałą ścianę. 
        - Pamiętam! - wrzasnął. 
        Popatrzyli  na  niego  i  cichy  pomruk  posilających  się  ludzi  nagle  ucichł.  Spojrzały  nań  oczy 
tkwiące  w  neutralnie  czystych  i  neutralnie  ogolonych  twarzach,  lśniących  i  bladych  w  skąpym 
świetle  ściany.  Te  oczy  nie  zdradzały  żywszego  zainteresowania,  jedynie  odruchową  reakcję  na 
nagły i niespodziewany krzyk. 
        Rik wrzasnął znowu: 
        - Pamiętam moją pracę. Miałem pracę! 

background image

        - Sza! - krzyknął ktoś, a inny głos zawołał: - Siadaj! 
        Twarze  odwróciły  się  i  znów  rozległ  się  gwar.  Rik  patrzył  przed  siebie  nie  widzącym 
wzrokiem.  Usłyszał,  jak  ktoś  mówi,  wzruszając  ramionami:.  „Stuknięty  Rik”.  Widział,  jak  inny 
mężczyzna  rysuje  palcem  kółko  na  czole.  Ich  reakcja  nie  miała  żadnego  znaczenia.  W  ogóle  do 
niego nie docierała. 
        Usiadł  powoli.  Znów  złapał  pomocnik  -  łyżkowaty  przyrząd  o  ostrych  brzegach  i  małych 
sterczących  z  przodu  zębach,  który  równie  dobrze  służył  do  cięcia,  nabierania  i  nabijania. 
Wystarczający dla zwykłego robotnika. Rik obrócił go w dłoni i spojrzał na wybity z tyłu numer, 
nie widząc go. Nie musiał. Znał go na pamięć. Pozostali też mieli numery rejestracyjne, tak jak on, 
ale mieli także nazwiska. On nie. Nazywali go „Rik”, ponieważ w slangu robotników pracujących 
w fabryce kyrtu oznaczało to kogoś w rodzaju kretyna. I często mówili na niego „Stuknięty Rik”. 
        Może  teraz  przypomni  sobie  więcej.  Pierwszy  raz  od  chwili  kiedy  przyszedł  do  fabryki, 
przypomniał  sobie  coś,  co  zdarzyło  się  przedtem,  nim  się  tu  zjawił.  Jeśli  wytęży  pamięć!  Jeżeli 
postara się ze wszystkich sił! 
        Nagle  stracił  apetyt;  wcale  nie  czuł  głodu.  Gwałtownym  ruchem  wbił  pomocnik  w 
galaretowatą  kostkę  mięsa  i  jarzyn,  odsunął  talerz  i  utkwił  wzrok  w  grzbietach  swoich  dłoni. 
Wczepił palce we włosy, tarmosząc je i usilnie próbując sięgnąć myślą w ten gęsty mrok, z jakiego 
przypłynęło wspomnienie - jedno niewyraźne, niejasne wspomnienie. 
        Gdy dźwięk dzwonka oznajmił koniec przerwy obiadowej, zalał się łzami. 
         
        Kiedy  tego  wieczora  wychodził  z  fabryki,  podeszła  do  niego  Valona  March.  Z  początku 
prawie nie zdawał sobie sprawy z jej obecności u swego boku. Zauważył ją, dopiero gdy zrównała 
z nim krok. Przystanął i spojrzał na nią. Jej włosy miały kolor pośredni  między żółcią a brązem. 
Nosiła  je  zaplecione  w  dwa  warkocze,  spięte  razem  małymi  namagnesowanymi  spinkami  z 
zielonych  kamieni.  Spinki  były  tandetne  i  wyblakłe.  Miała  na  sobie  prostą  bawełnianą  sukienkę, 
będącą  jedynym  odzieniem  potrzebnym  w  tym  klimacie;  Rik  też  był  tylko  w  luźnej  koszuli  bez 
rękawów i bawełnianych spodniach. 
        - Słyszałam, że coś było nie tak podczas przerwy - powiedziała. 
        Jak  można  było  oczekiwać,  mówiła  z  wyraźnym  wiejskim  akcentem.  Język  Rika  był  pełen 
miękkich samogłosek i  brzmiał lekko nosowo. Śmiali się z niego z tego powodu i przedrzeźniali 
jego sposób mówienia, lecz Valona powiedziała mu, że to tylko świadczy o ich ignorancji. 
        - Nic się nie stało, Lona - mruknął Rik. 
        - Słyszałam, że coś sobie przypomniałeś, Rik - nalegała Lona. - Czy to prawda? 
        Ona  też  wołała  na  niego  Rik.  Nie  mogła  nazywać  go  inaczej.  Nie  pamiętał  swego 
prawdziwego imienia. Rozpaczliwie próbował je sobie przypomnieć. Valona starała się mu pomóc. 
Kiedyś  zdobyła  gdzieś  podartą  książkę  adresową  i  przeczytała  mu  wszystkie  imiona.  Żadne  nie 
wydało mu się znajome. Spojrzał jej prosto w oczy i rzekł: 
        - Będę musiał odejść z fabryki. 
        Valona  zmarszczyła  brwi.  Jej  okrągła,  szeroka  twarz  o  płaskich  i  wydatnych  kościach 
policzkowych wyrażała niepokój. 
        - To chyba nie byłoby dobrze. 
        - Muszę dowiedzieć się więcej o sobie. 
        Valona zwilżyła wargi. 
        - Myślę, że nie powinieneś. 
        Rik  odwrócił  się.  Wiedział,  że  jej  troska  jest  szczera.  To  ona  załatwiła  mu  pracę  w  fabryce. 
Nie miał żadnego doświadczenia z maszynami. A może miał, ale nie pamiętał. W każdym razie to 
Lona  upierała  się,  że  jest  zbyt  drobny,  aby  pracować  fizycznie,  i  zgodzili  się  przeszkolić  go  za 
darmo.  Przedtem,  w  tych  koszmarnych  dniach,  kiedy  z  trudem  wydawał  jakieś  dźwięki  i  nie 
wiedział, co robić z pożywieniem, doglądała go i żywiła. Utrzymała go przy życiu. 
        - Muszę - powiedział. 

background image

        - Czy znów masz te bóle głowy, Rik? 
        - Nie. Naprawdę coś sobie przypomniałem. Pamiętam, co robiłem przedtem... Przedtem! 
        Nie wiedział, co chce jej powiedzieć. Odwrócił wzrok. Ciepłemu, łagodnemu słońcu pozostało 
co najmniej dwie godziny drogi do linii horyzontu. Monotonne rzędy robotniczych sypialni, które 
otaczały fabrykę, stanowiły męczący widok, ale Rik wiedział, że gdy wejdą na szczyt wzniesienia, 
ujrzą przed sobą pole pięknie wyzłocone szkarłatem zachodu. 
        Lubił patrzeć na pola. Od pierwszego spojrzenia ten widok uspokajał go i koił. Zanim jeszcze 
dowiedział  się,  że  te  barwy  są  nazywane  szkarłatem  i  złotem,  nim  powiedziano  mu,  że  są  takie 
rzeczy jak kolory, zanim potrafił wyrazić zadowolenie inaczej niż cichym gulgotem - na widok pól 
szybciej  przechodziły  mu  bóle  głowy.  W  każdy  wolny  dzień  Valona  pożyczała  skuter 
diamagnetyczny  i  wywoziła  go  z  wioski.  Pędzili,  ślizgając  się,  stopę  nad  ziemią  na  gładkiej 
poduszce pola antygrawitacyjnego, aż znaleźli się całe mile od ludzkich osiedli, gdzie tylko wiatr 
owiewał mu twarz, niosąc zapach kwitnącego kyrtu. 
        Siadali potem przy drodze, otoczeni zapachem i barwą, i dzielili się kostką odżywczą, grzejąc 
się w słońcu, póki nie nadeszła pora powrotu. 
        Te wspomnienia poruszyły Rika. 
        - Chodźmy na pola. Lona - powiedział. 
        - Już późno. 
        - Proszę. Tylko za miasto. 
        Pogrzebała w chudej sakiewce, którą nosiła za pasem z miękkiej niebieskiej skóry - jedynym 
luksusem, na jaki sobie pozwoliła. Rik chwycił ją za rękę. 
        - Chodźmy pieszo. 
         
        Pół godziny później zeszli z głównej drogi na kręte, gładkie szutrowe dróżki. Szli w głębokim 
milczeniu i Valona poczuła znajome ukłucie lęku. Nie znajdowała właściwych słów, żeby wyrazić 
swoje uczucia, więc nigdy nie próbowała. 
        Co  będzie,  jeśli  ją  opuści?  Był  mały,  nie  wyższy  od  niej  i  trochę  lżejszy.  Pod  wieloma 
względami  przypominał  bezradne  dziecko.  Jednak  zanim  wyczyścili  mu  umysł,  musiał  być 
wykształconym człowiekiem. Bardzo ważnym człowiekiem. 
        Valona  nie  odebrała  prawie  żadnego  wykształcenia;  nauczono  ją  tylko  czytać  i  pisać  oraz 
obsługiwać  maszyny  w  fabryce,  ale  wiedziała,  że  nie  wszyscy  ludzie  są  tak  ograniczeni.  Na 
przykład  Mieszczanin,  którego  ogromna  wiedza  była  tak  pomocna  im  wszystkim.  Czasem 
przybywali  tu  na  inspekcję  Posiadacze.  Nigdy  nie  widziała  żadnego  z  bliska,  ale  raz,  w  czasie 
urlopu,  odwiedziła  Miasto  i  widziała  z  daleka  grupkę  niewiarygodnie  pięknych  istot.  Czasami 
robotnikom  pozwalano  słuchać,  jak  rozmawiają  wykształceni  ludzie.  Mówili  inaczej,  płynniej, 
dłuższymi  słowami  i  bardziej  miękko.  W  podobny  sposób  zaczynał  mówić  Rik,  w  miarę  jak 
wracała mu pamięć. 
        Jego pierwsze słowa przestraszyły ją. To przyszło tak nagle po długim skamleniu wywołanym 
bólem  głowy.  Wymówił  je  z  dziwnym  akcentem.  I  nie  pozbył  się  go,  choć  próbowała  poprawić 
jego wymowę. 
        Już  wtedy  obawiała  się,  że  on  przypomni  sobie  zbyt  wiele  i  porzuci  ją.  Była  tylko  Valona 
March. Wołali na nią Duża Lona. Nie wyszła za mąż. I nigdy nie wyjdzie. Taka wielka dziewucha 
o dużych stopach i czerwonych od pracy rękach nigdy nie znajdzie męża. Mogła jedynie spoglądać 
z ponurą urazą na chłopców, którzy ignorowali ją na świątecznych  festynach.  Była zbyt duża na 
chichoty i głupie uśmieszki. 
        Nigdy  nie  będzie  miała  dziecka,  które  mogłaby  przytulić  i  pieścić.  Inne  dziewczyny  rodziły 
dzieci, jedna po drugiej, a ona mogła tylko zerkać na czerwone bezwłose główki, zamknięte oczka, 
bezradnie zaciśnięte piąstki, zaślinione buzie... 
        - Teraz twoja kolej, Lona. 
        - Kiedy będziesz miała dziecko, Lona? 

background image

        Mogła tylko odwrócić się i odejść. 
 
        Rik,  kiedy  się  pojawił,  był  jak  dziecko.  Musiała  go  karmić  i  poić,  wyprowadzać  na  słońce  i 
koić do snu, gdy cierpiał na bóle głowy. 
        Dzieciaki biegały za nią, wyśmiewając się. „Lona ma chłopaka  - krzyczały. - Duża Lona ma 
stukniętego chłopaka. Chłopak Lony to czubek”. 
        Później,  kiedy  Rik  chodził  już  sam  (kiedy  zaczął  stawiać  pierwsze  kroki,  była  tak  dumna, 
jakby  miał  -  przypuszczalnie  -  nie  trzydzieści  jeden  lat,  ale  jeden  rok)  i  chodził  bez  opieki  po 
ulicach  miasteczka,  opadały  go  gromadą,  wyśmiewając  się  i  natrząsając,  żeby  zobaczyć,  jak 
dorosły mężczyzna zasłania oczy ze strachu i kuli się, reagując tylko skomleniem. Nieraz wypadała 
z domu, krzycząc na nie i wymachując potężnymi kułakami. 
        Nawet dorośli obawiali się jej pięści. Kiedy po raz pierwszy przyprowadziła Rika do pracy w 
fabryce, jednym ciosem obaliła kierownika swojego działu, który za jej plecami wygadywał o nich 
jakieś  świństwa.  Rada  pracowników  ukarała  ją  za  to  potrąceniem  tygodniówki  i  może  zostałaby 
posłana  do  Miasta  pod  sąd  Posiadaczy,  gdyby  nie  interwencja  Mieszczanina  i  fakt,  że  została 
wyraźnie sprowokowana. 
        Tak więc nie chciała, żeby Rik nadal odzyskiwał pamięć. Wiedziała, że nie może mu niczego 
zaofiarować;  była  samolubna  w  swoim  pragnieniu,  aby  na  zawsze  pozostał  taki  zagubiony  i 
bezradny. To dlatego, że nigdy nie miała nikogo, kto tak całkowicie należałby do niej. I dlatego, że 
obawiała się powrotu do samotności. 
        - Jesteś pewien, że coś ci się przypomniało, Rik? 
        - Tak. 
        Przystanęli wśród pól, a słońce użyczało swego czerwieniejącego blasku wszystkiemu, co ich 
otaczało.  Niebawem  zerwie  się  łagodny  i  pachnący,  wieczorny  wietrzyk;  kratownica  kanałów 
nawadniających już zaczynała spływać purpurą. 
        - Mogę wierzyć moim wspomnieniom, kiedy mi wracają, Lona - powiedział. - Wiesz, że tak. 
Na przykład, nie ty nauczyłaś mnie mówić. Sam przypomniałem sobie słowa. Prawda? Prawda? 
        - Tak - przyznała niechętnie. 
        -  Pamiętam  nawet  to,  jak  zabierałaś  mnie  na  pola,  zanim  zacząłem  mówić.  Ciągle 
przypominam  sobie  nowe  rzeczy.  Wczoraj  przypomniałem  sobie,  jak  złapałaś  dla  mnie  kyrtową 
muchę. Trzymałaś ją w złożonych dłoniach i kazałaś mi przyłożyć oko do twoich kciuków, żebym 
zobaczył, jak świeci w ciemności, purpurowo i pomarańczowo. Śmiałem się i próbowałem wcisnąć 
rękę  między  twoje  dłonie,  żeby  ją  schwytać,  a  ona  uciekła  i  rozpłakałem  się.  Wtedy  nie 
wiedziałem, że to kyrtową mucha, ani niczego, jednak teraz świetnie to pamiętam. Nigdy mi o tym 
nie opowiadałaś, prawda, Lona? 
        Potrząsnęła głową. 
        - Ale tak było, prawda? Dobrze pamiętam. 
        - Tak, Rik. 
        - A teraz przypomniałem sobie coś, co było przedtem. Musiało być jakieś przedtem, Lona. 
        Musiało. Kiedy o tym myślała, robiło jej się ciężko na sercu. Przedtem było inaczej, na pewno 
nie  tak  jak  tu  i  teraz.  Tamto  z  pewnością  oznaczało  inny  świat.  Wiedziała  to,  gdyż  jedynym 
słowem,  jakiego  sobie  nie  przypomniał,  była  nazwa  „kyrt”.  Musiała  nauczyć  go,  jak  nazywa  się 
najważniejsza rzecz na całej Florinie. 
        - Co sobie przypomniałeś? - zapytała. 
        W tym momencie podniecenie Rika nagle opadło. Zgarbił się. 
        -  Nie  widzę  w  tym  wiele  sensu,  Lona.  Po  prostu  wiem,  że  kiedyś  pracowałem  i  wiem,  co 
robiłem. Przynajmniej tak mi się zdaje. 
        - Co robiłeś? 
        - Analizowałem Nicość. 

background image

        Gwałtownie  obróciła  się  do  niego,  zaglądając  mu  w  oczy.  Na  chwilę  położyła  mu  dłoń  na 
czole, aż cofnął się, zirytowany. Powiedziała: 
        - Chyba nie masz znów bólu głowy, Rik? Nie bolała cię od kilku tygodni. 
        - Nic mi nie jest. Nie męcz mnie. 
        Odwróciła oczy, więc natychmiast dodał: 
        -  Wcale  nie  chciałem  powiedzieć,  że  mnie  męczysz,  Lono.  Po  prostu  czuję  się  dobrze  i  nie 
musisz się o mnie martwić. 
        Pojaśniała. 
        - Co oznacza słowo „analizować”? 
        Znał  słowa,  których  ona  nie  rozumiała.  Z  podziwem  myślała,  jaki  musiał  być  kiedyś 
wykształcony. 
        Zastanawiał się chwilę. 
        - Oznacza... oznacza „rozłożyć na części”. Wiesz, jak wtedy gdy rozebraliśmy sortownik, żeby 
sprawdzić, dlaczego daje nierówny promień skanujący. 
        - Aha. Rik, ale jak można pracować, jeśli się nie analizuje niczego? To nie jest praca. 
        - Nie powiedziałem, że nie analizowałem niczego. Mówiłem o Nicości. Przez duże „N”. 
        - Czy to nie to samo? 
        Zaczyna się, pomyślała. Już ma ją za głupią. Niedługo porzuci ją ze wzgardą. 
        -  Nie.  Oczywiście,  że  nie.  -  Odetchnął  głęboko.  -  Obawiam  się,  że  nie  potrafię  tego 
wytłumaczyć. Tylko tyle pamiętam. Jednak moja praca musiała być ważna. Tak czuję. Na pewno 
nie byłem przestępcą! 
        Valona skrzywiła się. Nie powinna mu była tego mówić. Uspokajała się, że ostrzegła go tylko, 
dla jego dobra, ale teraz czuła, że chodziło jej o to, żeby mocniej związać go ze sobą. 
        Zdarzyło się to, gdy zaczął mówić. To stało się tak nagle, że wystraszyła się. Nawet nie śmiała 
wspomnieć  o  tym  Mieszczaninowi.  W  pierwszy  wolny  od  pracy  dzień  podjęła  pięć  kredytów  ze 
swojej  polisy  na  życie  -  i  tak  nigdy  nie  będzie  mężczyzny,  który  mógłby  skorzystać  z  tych 
pieniędzy  po  jej  śmierci  -  i  zaprowadziła  Rika  do  lekarza  w  Mieście.  Miała  nazwisko  i  adres 
zapisane  na  skrawku  papieru,  ale  i  tak  minęły  dwie  okropne  godziny,  zanim  wśród  olbrzymich 
filarów unoszących Górne Miasto ku słońcu odnalazła drogę do właściwego budynku. 
        Uparła  się,  że  będzie  patrzeć,  a  doktor  robił  najróżniejsze  straszne  rzeczy  dziwnymi 
przyrządami. Kiedy włożył głowę Rika między dwie płytki metalu i sprawił, że zaczęła świecić jak 
kyrtowa  mucha  w  nocy,  Valona  skoczyła  na  równe  nogi,  żeby  go  powstrzymać.  Zawołał  dwóch 
mężczyzn, którzy siłą wywlekli ją z gabinetu. 
        Pół  godziny  później  lekarz  przyszedł  do  niej,  wysoki  i  chmurny.  Czuła  się  przy  nim 
niepewnie;  mimo  że  prowadził  gabinet  w  Dolnym  Mieście,  był  Posiadaczem.  Ale  oczy  miał 
łagodne, a nawet dobre. Wycierał ręce w mały ręcznik, który cisnął potem do kosza, chociaż Lonie 
wydał się całkiem czysty. 
        - Gdzie spotkałaś tego mężczyznę? - zapytał. 
        Ostrożnie podała mu bliższe szczegóły, ograniczając się do najważniejszych faktów i w ogóle 
nie wspominając o Mieszczaninie i strażnikach. 
        - A zatem nic o nim nie wiesz? 
        Potrząsnęła głową. 
        - Nie wiem, kim był przedtem. 
        - Ten człowiek został poddany działaniu psychosondy. Czy wiesz, co to takiego? 
        Najpierw potrząsnęła głową, lecz zaraz szepnęła suchymi ustami: 
        - Czy to coś, czego używają na szaleńców, doktorze? 
        - I przestępców. W ten sposób zmieniają umysły dla dobra ich właścicieli. Leczą ich umysły 
albo zmieniają te części, które każą im kraść i zabijać. Rozumiesz? 
        Rozumiała. Poczerwieniała i oznajmiła: 
        - Rik nigdy niczego nie ukradł ani nikogo nie skrzywdził. 

background image

        -  Nazywasz  go  Rik?  -  Wyglądał  na  ubawionego.  -  Słuchaj,  skąd  wiesz,  co  robił,  zanim  go 
spotkałaś? Trudno to wywnioskować w obecnym stanie jego mózgu. Sondowano głęboko i mocno. 
Nie mogę stwierdzić, jaka część jego pamięci została całkowicie usunięta, a jaką utracił czasowo w 
wyniku  szoku.  Chcę  powiedzieć,  że  z  czasem  częściowo  odzyska  pamięć,  podobnie  jak  mowę, 
jednak nie całą. Powinien zostać na obserwacji. 
        - Nie, nie. Musi zostać ze mną. Dobrze się nim opiekuję, doktorze. 
        Zmarszczył brwi, ale przemówił jeszcze uprzejmiej. 
        -  Hmm,  myślałem  o  tobie,  dziewczyno.  Może  nie  całe  zło  usunięto.  Chyba  nie  chcesz,  żeby 
cię kiedyś skrzywdził? 
        W tym momencie pielęgniarka wyprowadziła Rika. Uspokajała go łagodnie, jak przestraszone 
dziecko.  Rik  przyłożył  dłoń  do  czoła  i  patrzył  pustym  wzrokiem,  aż  jego  spojrzenie  padło  na 
Valonę; wtedy wyciągnął ręce i zawołał słabym głosem: 
        - Lona...! 
        Podbiegła do niego i mocno objęła go ramionami. Powiedziała lekarzowi: 
        - On mnie nie skrzywdzi, choćby nie wiem co. 
        - Muszę zgłosić ten przypadek - rzekł w zadumie doktor. - Nie wiem, jak uszedł uwagi władz 
w takim stanie, w jakim musiał być. 
        - Czy to oznacza, że zabiorą go, doktorze? 
        - Obawiam się, że tak. 
        - Proszę, doktorze, niech pan tego nie robi. 
        Wyszarpnęła z kieszeni chusteczkę, w której miała pięć kredytów z błyszczącego stopu. 
        - Wszystkie są pańskie, doktorze. Dobrze się nim zaopiekuję. On nikogo nie skrzywdzi. 
        Lekarz spojrzał na monety w swojej dłoni. 
        - Pracujesz w fabryce, prawda? 
        Skinęła głową. 
        - Ile płacą ci tygodniowo? 
        - Dwa i osiem dziesiątych kredyta. 
        Lekko podrzucił monety, z brzękiem złapał je w powietrzu i podał Valonie. 
        - Zatrzymaj je, dziewczyno. Nie wezmę ich. 
        Zdziwiona, przyjęła pieniądze. 
        - Nie powie pan nikomu, doktorze? 
        Ale on powiedział: 
        - Obawiam się, że muszę. Tak każe prawo. 
        Jak nieprzytomna pojechała z powrotem do wioski, mocno obejmując Rika. 
        Następnego  tygodnia  w  wiadomościach  na  hiperwideo  podano,  że  w  katastrofie  drogowej 
spowodowanej  chwilową  przerwą  promienia  nośnego  zginął  jakiś  lekarz.  Nazwisko  brzmiało 
znajomo i w nocy porównała je z zapisanym na skrawku papieru. Było takie samo. 
        Zasmuciła  się,  bo  był  dobrym  człowiekiem.  Jego  nazwisko  podał  jej  dawno  temu  inny 
robotnik,  jako lekarza Posiadaczy, który leczy także biednych.  Zapisała je na wszelki wypadek.  I 
kiedy była w potrzebie, lekarz okazał jej serce. Jednak radość górowała nad smutkiem. Nie zdążył 
chyba zgłosić przypadku Rika. Przynajmniej nikt nie przybył do wioski, by go szukać. 
        Później,  gdy  Rik  coraz  więcej  rozumiał,  opowiedziała  mu,  co  usłyszała  od  lekarza,  aby 
pozostał w wiosce, bezpieczny. 
         
        Rik potrząsnął nią, wyrywając z zadumy. 
        -  Nie  słyszysz,  co  mówię?  -  pytał.  -  Nie  mogłem  być  przestępcą,  skoro  miałem  tak  ważną 
pracę. 
        - A może coś źle zrobiłeś? - powiedziała niepewnie. - Nawet jeśli byłeś ważną osobą. Nawet 
Posiadacze... 

background image

        - Jestem pewny, że nie. Nie rozumiesz, że muszę poznać prawdę, żeby przekonać innych? Nie 
ma innego sposobu. Muszę porzucić fabrykę i wioskę, żeby dowiedzieć się więcej o sobie. 
        Poczuła, że ogarnia ją panika. 
        - Rik! To byłoby niebezpieczne. Po co? Nawet jeśli analizowałeś Nicość, dlaczego koniecznie 
musisz dowiedzieć się o tym więcej? 
        - Z powodu innych rzeczy, które pamiętam. 
        - Jakich? 
        - Wolę ci nie mówić - szepnął. 
        - Musisz komuś powiedzieć. Możesz znów o nich zapomnieć. 
        Chwycił ją za rękę. 
        -  Racja.  Nie  powiesz  nikomu,  prawda?  Będziesz  moją  zapasową  pamięcią,  w  razie  gdybym 
zapomniał. 
        - Pewnie, Rik. 
        Rik  rozejrzał  się  wokół.  Świat  był  bardzo  piękny.  Valona  mówiła  mu  kiedyś,  że  w  Górnym 
Mieście, a nawet wiele mil nad nim, wisi ogromny napis: „Florina jest najpiękniejsza ze wszystkich 
planet Galaktyki”. 
        Patrząc dookoła, Rik był skłonny w to uwierzyć. 
        - To okropne wspomnienie - powiedział - ale jeśli już coś pamiętam, to pamiętam dokładnie. 
Przypomniałem to sobie dziś po południu. 
        - Tak? 
        Patrzył na nią ze zgrozą. 
        - Wszyscy na tej planecie umrą. Wszyscy na Florinie. 
 
2. 
Mieszczanin 
         
         
        Myrlyn  Terens  właśnie  wyjmował  z  półki  taśmę  z  książką,  gdy  usłyszał  dzwonek  do  drzwi. 
Dość  pospolite  rysy  jego  twarzy  ściągnęły  się  w  zadumie,  która  teraz  ustąpiła  miejsca  zwykłej 
skupionej rozwadze. Przygładził ręką rzedniejące jasne włosy 
        o rudawym odcieniu i krzyknął: - Chwileczkę! 
        Odłożył film, nacisnął przycisk i doskonale zamaskowany schowek wsunął się z powrotem w 
ścianę. Prości robotnicy i wieśniacy, z którymi miał do czynienia, byli dumni z tego, że człowiek 
będący jednym z nich - przynajmniej z pochodzenia - ma filmy. Ten fakt jakby trochę rozjaśniał 
monotonną  pustkę  ich  własnych  umysłów.  A  jednak  nie  mógł  trzymać  filmów  na  widocznym 
miejscu. 
        Ich  widok  popsułby  wszystko.  Mógłby  skrępować  i  tak  niezbyt  skorych  do  rozmowy  gości. 
Mogli  chwalić  się  książkami  swego  Mieszczanina,  ale  gdyby  widzieli  je  na  własne  oczy,  Terens 
wydałby im się nazbyt podobny do Posiadacza. 
        Chodziło też oczywiście o Posiadaczy. Mało prawdopodobne, aby któryś z nich odwiedził go 
w domu, lecz gdyby tak się stało, rząd filmów stojących na widocznym miejscu nie świadczyłby o 
roztropności.  Terens był Mieszczaninem i  zwyczajowo miał  pewne przywileje, ale lepiej  zbytnio 
nie chwalić się nimi. 
        - Idę! - krzyknął znów. 
        Podszedł teraz do drzwi, po drodze zapinając górny zamek swojej tuniki. Nawet jego ubranie 
przypominało strój Posiadacza. Czasami niemal zapominał, że urodził się na Florinie. 
        W  progu  stanęła  Valona  March.  Ugięła  kolana  i  pochyliła  głowę  w  pełnym  szacunku 
powitaniu. Terens szeroko otworzył drzwi. 
        - Wejdź, Valono. Siadaj. Na pewno już po godzinie policyjnej. Mam nadzieję, że strażnicy cię 
nie widzieli. 

background image

        - Nie sądzę, Mieszczaninie. 
        - No cóż, miejmy nadzieję, że się nie mylisz. Masz kiepską opinię, wiesz. 
        - Tak, Mieszczaninie. Jestem wdzięczna za to, co kiedyś dla mnie zrobiłeś. 
        - Nie ma za co. Proszę, siadaj. Zjadłabyś coś lub wypiła? 
        Sztywno wyprostowana, usiadła na skraju fotela i potrząsnęła głową. 
        - Nie, dziękuję. Jadłam. 
        Wśród  mieszkańców  wioski  proponowanie  gościowi  poczęstunku  należało  do  dobrego  tonu. 
Natomiast przyjęcie go uważano za nietakt. Wiedział o tym i nie nalegał. 
        - Masz jakiś kłopot, Valono? Znów Rik? 
        Valona kiwnęła głową, lecz widocznie nie znalazła słów, aby to bliżej wyjaśnić. 
        - Coś niedobrze w fabryce? - zapytał Terens. 
        - Nie, Mieszczaninie. 
        - Znów ma bóle głowy? 
        - Nie, Mieszczaninie. 
        Terens zmrużył oczy i patrząc bystro, czekał. 
        - Hmm, Valono, chyba nie oczekujesz, że zgadnę, jaki masz kłopot, co? No już, mów - inaczej 
nie zdołam ci pomóc. Bo chyba potrzebujesz pomocy. 
        -  Tak,  Mieszczaninie  -  powiedziała  i  nagle  wyrzuciła  z  siebie:  -  Jak  mam  ci  wyjaśnić, 
Mieszczaninie? To wygląda na gadaninę szaleńca. 
        Terens  miał  ochotę  poklepać  ją  po  ramieniu,  ale  wiedział,  że  dziewczyna  nie  lubi  tego. 
Siedziała, jak zwykle chowając wielkie ręce w rękawach ubrania. Zauważył, że nerwowo zaplata i 
ściska krótkie, silne palce. 
        - Cokolwiek to jest, chętnie posłucham. 
        - Pamiętasz, Mieszczaninie, jak przyszłam do ciebie opowiedzieć o lekarzu z Miasta i tym, co 
mówił? 
        - Tak, pamiętam. I pamiętam, że wyraźnie ci powiedziałem, żebyś już nigdy nie robiła czegoś 
takiego bez porozumienia ze mną. Chyba sobie przypominasz? 
        Szeroko otworzyła oczy. Doskonale pamiętała jego gniew. 
        - Nigdy nie zrobiłabym już niczego takiego, Mieszczaninie. Po prostu chcę ci przypomnieć, że 
obiecałeś mi zrobić wszystko, żebym mogła zatrzymać Rika. 
        - I dotrzymam słowa. No więc, czyżby strażnicy pytali o niego? 
        - Nie. Och, Mieszczaninie, myślisz, że mogą pytać? 
        - Jestem pewien, że nie. 
        Tracił cierpliwość. 
        - No, Valono, powiedz wreszcie, o co chodzi. 
        Zachmurzyła się. 
        - On mówi, że mnie opuści. Chcę, żebyś go powstrzymał. 
        - Dlaczego chce cię opuścić? 
        - Mówi, że przypomina sobie różne rzeczy. 
        Na twarzy Terensa pojawiło się zainteresowanie. Pochylił się i miał ochotę złapać dziewczynę 
za rękę. 
        - Różne rzeczy? Jakie? 
         
        Terens  pamiętał  dzień,  gdy  znaleziono  Rika.  Zobaczył  gromadę  młodzieży  nad  jednym  z 
rowów nawadniających na samym końcu wioski. Nawoływali go piskliwie. 
        - Mieszczaninie! Mieszczaninie! 
        Przybiegł pędem. 
        - Co się stało, Rasie? 

background image

        Kiedy  przybył  do  miasteczka,  postarał  się  zapamiętać  imiona  wszystkich  dzieci.  To  było 
dobrze  widziane  przez  matki  i  ułatwiało  życie  w  tych  pierwszych  miesiącach.  Rasie  wyglądał, 
jakby mu się coś stało. 
        - Patrz tam, Mieszczaninie! - zawołał. 
        Pokazywał na coś białego i wijącego się, a to coś to był Rik.  Pozostali chłopcy nieskładnym 
chórem  wywrzaskiwali  wyjaśnienia.  Terens  zdołał  zrozumieć,  że  bawili  się  w  jakąś  grę 
wymagającą biegania, chowania się i szukania. Koniecznie musieli powiedzieć mu, jak nazywa się 
ta  gra,  jak  przebiegała,  do  chwili  gdy  ją  przerwali,  sprzeczając  się,  który  z  nich  i  która  strona 
„wygrywała”. Wszystko to, rzecz jasna, nie miało żadnego znaczenia. 
        Rasie,  czarnowłosy  dwunastolatek,  usłyszał  słabe  pojękiwania  i  zbliżył  się  ostrożnie.  Sądził, 
że to jakieś zwierzę, może polny szczur, na którego mogliby zapolować. Znalazł Rika. 
        Na  twarzach  chłopców  obrzydzenie  i  fascynacja  walczyły  o  lepsze.  Mieli  przed  sobą 
dorosłego  mężczyznę,  prawie  nagiego,  zaślinionego,  cicho  jęczącego  i  płaczącego,  bezradnie 
grzebiącego  rękami  i  nogami.  Z  porośniętej  gęstym  zarostem  twarzy  spoglądały  tępo  niebieskie 
oczy. Przez chwilę ich spojrzenie zatrzymało się na twarzy Terensa. Mężczyzna powoli podniósł 
rękę i włożył sobie palec do ust. 
        Jedno z dzieci zaśmiało się. 
        - Patrz, Mieszczaninie! On ssie palec. 
        Ten okrzyk przeraził leżącego. Twarz mu poczerwieniała i ściągnęła się. Zaskowyczał cicho, 
bez łez i nie wyjmując palca z ust. Kciuk był mokry i różowy w porównaniu z resztą brudnej ręki. 
        Ten widok wyrwał Terensa z osłupienia. 
        -  Dobrze,  chłopcy  -  powiedział  -  nie  powinniście  biegać  tak  po  polu.  Niszczycie  uprawę  i 
wiecie, co będzie, jeśli złapią was rolnicy. Idźcie stąd i nie rozpowiadajcie o tym. Ty, Rasie, biegnij 
do pana Jencusa i sprowadź go tutaj. 
        Ull Jencus był w miasteczku kimś w rodzaju lekarza. Przez jakiś czas terminował w gabinecie 
prawdziwego  lekarza  w  Mieście,  dzięki  czemu  zwolniono  go  z  obowiązku  pracy  w  polu  czy  w 
fabryce. Okazało się to dobrym posunięciem. Umiał mierzyć temperaturę, podawać pigułki, robić 
zastrzyki  oraz  -  co  najważniejsze  -  stwierdzić,  czy  jakiś  przypadek  jest  na  tyle  poważny,  aby 
wymagał przekazania do szpitala w Mieście. Bez jego półprofesjonalnej pomocy nieszczęśliwcy z 
zapaleniem  opon mózgowych lub  zapaleniem  wyrostka robaczkowego  cierpieliby  okropnie, choć 
krótko. A tak, nadzorcy szemrali i niemal jawnie oskarżali Jencusa o pomaganie symulantom. 
        Jencus pomógł Terensowi ulokować mężczyznę w przyczepie skutera i starając się nie rzucać 
w oczy, zawieźli go do miasteczka. 
        Razem zmyli z niego grubą skorupę stwardniałego brudu. Z włosami nic nie dało się zrobić. 
Jencus ogolił mężczyznę i zbadał go najlepiej jak potrafił. 
        - Nie widzę żadnej infekcji - orzekł. - Był odżywiany. Żebra nie sterczą. Nie wiem, co o tym 
myśleć. Jak sądzisz, Mieszczaninie, jak on się tu znalazł? 
        Pytał  tonem,  w  którym  nie  było  nadziei,  że  od  Terensa  można  oczekiwać  odpowiedzi  na 
jakiekolwiek  pytanie.  Terens  przyjmował  to  z  filozoficznym  spokojem.  Kiedy  wioska  traci 
Mieszczanina, do którego przyzwyczaiła się przez niemal pięćdziesiąt lat, nowo przybyły i młodszy 
następca  musi  przygotować  się,  że  zostanie  powitany  podejrzliwie  i  nieufnie.  Nie  było  w  tym 
niczego osobistego. 
        - Obawiam się, że nie wiem - rzekł. 
        -  Nie  umie  chodzić,  wiesz.  Nie  potrafi  zrobić  kroku.  Musiano  go  tu  podrzucić.  Wygląda,  że 
równie dobrze mógłby być niemowlęciem. Niczego nie umie. 
        - Czy to może być skutek jakiejś choroby? 
        -  Żadnej  z  tych,  które  znam.  Może  ma  jakieś  kłopoty  z  głową,  ale  o  tym  nie  mam  pojęcia. 
Takie przypadki odsyłam do Miasta. Widziałeś go kiedyś, Mieszczaninie? 
        Terens uśmiechnął się i powiedział łagodnie: 
        - Jestem tu dopiero od miesiąca. 

background image

        Jencus westchnął i wyjął chusteczkę. 
        - Tak. Stary Mieszczanin był porządnym człowiekiem. Dobrze opiekował się nami, naprawdę. 
Ja  mieszkam  tu  prawie  sześćdziesiąt  lat  i  nigdy  nie  widziałem  tego  faceta.  Musi  być  z  innego 
miasteczka. 
        Jencus  był  pulchny.  Wyglądał  na  kogoś,  kto  urodził  się  pulchny,  a  ponieważ  wrodzona 
skłonność  do  tycia  łączyła  się  z  brakiem  ruchu,  nic  dziwnego,  że  nawet  taką  krótką  przemowę 
przerywały sapania i daremne próby otarcia błyszczącego czoła ogromną czerwoną chustką. 
        - Nie wiem, co powiedzieć strażnikom. 
        Strażnicy  oczywiście  przyszli.  Tego  nie  dało  się  uniknąć.  Chłopcy  opowiedzieli  wszystko 
rodzicom;  rodzice  sobie  nawzajem.  Życie  w  miasteczku  płynęło  dość  monotonnie.  Nawet  takie 
zdarzenie było  warte przekazania każdemu  przez każdego. Strażnicy po  prostu musieli się o tym 
dowiedzieć. 
        Strażnicy byli członkami Straży Florińskiej. Nie pochodzili z Floriny, nie byli także rodakami 
przybyłych z Sark Posiadaczy.  Byli zwyczajnymi  najemnikami,  za sowitą zapłatę utrzymującymi 
porządek  na  planecie,  co  wykluczało  ewentualne  źle  ulokowane  sympatie  do  Florińczyków,  z 
którymi nie łączyły ich żadne więzy krwi. 
        Przyszli we dwóch, a z nimi nadzorca z fabryki, którego rozsadzało wprost poczucie własnej - 
niewielkiej zresztą - ważności. 
        Strażnicy  byli  znudzeni  i  obojętni.  Oglądanie  jakiegoś  debila  może  i  wchodzi  w  zakres  ich 
obowiązków, ale na pewno nie jest zajęciem ekscytującym. Jeden z nich zwrócił się do nadzorcy: 
        - No, ile czasu zajmie ci identyfikacja? Kim jest ten człowiek? 
        Nadzorca energicznie potrząsnął głową. 
        - Nigdy go nie widziałem, oficerze. On nie jest stąd! 
        Strażnik zwrócił się do Jencusa. 
        - Miał jakieś papiery? 
         
        - Nie, proszę pana. Tylko brudny łachman. Spaliłem go, żeby zapobiec zarazie. 
        - Co mu jest? 
        - Ma źle w głowie, o ile mogę stwierdzić. 
        W  tej  chwili  Terens  wziął  strażników  na  bok.  Byli  znudzeni,  więc  dlatego  ustępliwi.  Ten, 
który zadawał pytania, trzymając notes powiedział: 
        - No, dobra, nawet nie warto zapisywać. To nie nasza sprawa. Pozbądźcie się go jakoś. 
        I poszli. 
        Nadzorca  został.  Miał  piegi,  rude  włosy  oraz  spore  i  nastroszone  wąsy.  Od  pięciu  łat  był 
nadzorcą  o  niewzruszonych  zasadach,  co  oznaczało,  że  ponosił  odpowiedzialność  za  ścisłe 
przestrzeganie przepisów w swojej fabryce. 
        - Patrzcie tylko - rzucił gniewnie. - I co tu zrobić z czymś takim? Te cholerne nieroby są tak 
zajęte gadaniem, że przestały pracować. 
        - Wedle mnie, trzeba posłać go do szpitala w Mieście - rzekł Jencus, pracowicie ocierając się 
chusteczką. - Ja tu nic nie poradzę. 
        - Szpital w Mieście! - przeraził się nadzorca. - A kto za to zapłaci? Kogo na to stać? On nie 
jest jednym z nas, prawda? 
        - O ile wiem, to nie - przyznał Jencus. 
        - No więc czemu my mamy płacić? Dowiedzcie się, skąd jest. Niech zapłaci jego miasto. 
        - A jak mamy się dowiedzieć? Powiedz nam. 
        Nadzorca  zamyślił  się.  Wysunął  język  i  dotknął  nim  szorstkiej  rudej  szczeciny  na  górnej 
wardze. 
        - Zatem będziemy musieli po prostu pozbyć się go. Tak jak powiedział strażnik. 
        Terens przerwał mu. 
        - Zaraz, zaraz. Co masz na myśli? 

background image

        - Przecież on równie dobrze mógłby nie żyć. To byłoby dla niego lepsze - odparł nadzorca. 
        - Nie wolno zabijać żywego człowieka. 
        - No to może ty powiesz mi, co robić. 
        - A gdyby zaopiekował się nim ktoś z mieszkańców? 
        - Któżby zechciał? Może ty? 
        Terens zignorował bezczelność tej uwagi. 
        - Ja mam co robić. 
        - Tak jak każdy. Nie mogę dopuścić, żeby ktoś zaniedbywał pracę w fabryce z powodu opieki 
nad tym półgłówkiem. 
        Terens westchnął i rzekł bez urazy: 
        - Słuchaj, nadzorco, bądźmy rozsądni. Gdyby w tym kwartale nie udało ci się wykonać planu, 
będę  mógł  przypuszczać,  że  to  dlatego,  że  jeden  z  twoich  robotników  opiekował  się  tym 
biedakiem, i wstawię się za tobą u Posiadaczy. Jeśli nie - powiem po prostu, że nie znam żadnych 
powodów, dla jakich miałbyś go nie wykonać. 
        Nadzorca  spojrzał  na  niego  złym  wzrokiem.  Mieszczanin  był  tu  zaledwie  miesiąc,  a  już 
wtrącał się w sprawy ludzi, którzy mieszkali w miasteczku przez całe życie. Ale jednak miał papier 
z podpisami Posiadaczy. Lepiej żyć z nim w zgodzie. 
 
        -  Tylko  kto  go zechce? -  Nagle zrodziło się w nim potworne przypuszczenie.  - Ja nie mogę. 
Mam troje dzieci i żonę. 
        - Wcale ci tego nie proponuję. 
        Terens  spojrzał  za  okno.  Teraz,  gdy  strażnicy  odeszli,  wokół  domu  Mieszczanina  zebrał  się 
gęsty, poszeptujący tłum. Przeważnie dzieci, za małe, żeby pracować, i rolnicy z pobliskich farm. 
Było też kilku robotników, którzy pracowali na innych zmianach. 
        Terens zauważył stojącą z boku dziewczynę. Często widywał ją w ciągu minionego miesiąca. 
Silna,  zaradna,  ciężko  pracująca.  Wrodzona  inteligencja  ukryta  pod  nieszczęśliwym  wyrazem 
twarzy. Gdyby była mężczyzną, mogłaby zostać wybrana na przyszłego Mieszczanina. Była jednak 
kobietą,  sierotą,  najwidoczniej  niezbyt  skłonną  do  romantycznych  uniesień.  Jednym  słowem, 
samotna kobieta, jaką też zapewne pozostanie. 
        - A ona? - zapytał. 
        Nadzorca spojrzał i wrzasnął: 
        - Do jasnej cholery! Przecież ona powinna być w pracy. 
        - Dobrze, dobrze - uspokajał Terens. - Jak ona się nazywa? 
        - Valona March. 
        - Racja. Teraz pamiętam. Zawołaj ją tu. 
        Od  tej  pory  Terens  stał  się  nieoficjalnym  opiekunem  tych  dwojga.  Robił  co  mógł,  żeby 
uzyskać  dla  niej  dodatkowe  racje  żywności,  kupony  odzieżowe  i  wszystko,  czego  potrzebowało 
dwoje  dorosłych  (jedno  nie  rejestrowane),  aby  żyć  z  jednej  pensji.  Pomógł  jej  wywalczyć 
przeszkolenie  Rika  w  fabryce  kyrtu.  Jego  interwencja  zapobiegła  surowszej  karze,  gdy  Valona 
pokłóciła się z kierownikiem działu. Śmierć lekarza w Mieście sprawiła, iż nie musiał podejmować 
dalszych działań, jednak był na nie przygotowany. To oczywiste, że Valona przychodziła do niego 
ze wszystkimi kłopotami, więc teraz czekał, aż odpowie na jego pytanie. 
         
        Valona wahała się jeszcze, ale w końcu powiedziała: 
        - On mówi, że wszyscy na świecie umrą. 
        Terens był wstrząśnięty. 
        - Czy powiedział dlaczego? 
         

background image

        - Mówi, że nie wie. Po prostu twierdzi, że przypomina sobie coś, co wiedział, zanim stał się 
taki  -  no,  taki  jaki  jest.  Jak  powiada,  pamięta,  że  wykonywał  jakąś  ważną  pracę,  ale  ja  nie 
rozumiem, na czym ona polegała. 
        - A jak opisuje to, co robił? 
        - Mówi, że a... analizował Nicość, przez duże N. 
        Valona przez chwilę czekała na komentarz, po czym dodała pośpiesznie: 
        - Analizować to znaczy rozbierać coś na części, jak... 
        - Wiem, co to znaczy, dziewczyno. 
        Valona spoglądała nań niespokojnie. 
        - Mieszczaninie, czy wiesz, o co mu chodzi? 
        - Może. 
        - Ale jak ktoś może robić coś z Nicością? 
        Terens wstał. Uśmiechnął się przelotnie. 
        - No, cóż, Valono, nie wiesz, że cała Galaktyka składa się głównie z Nicości? 
        Valona  nie  doznała  gwałtownego  olśnienia,  ale  przyjęła  takie  wyjaśnienie.  Mieszczanin  był 
bardzo  wykształconym  człowiekiem.  Poczuła  niespodziewane  ukłucie  dumy  na  myśl,  że  Rik  był 
wykształcony jeszcze lepiej. 
        - Chodź - Terens wyciągnął do niej rękę. 
        - Dokąd idziemy? - spytała. 
        - Hmm, gdzie jest Rik? 
        - W domu - odparła. - Śpi. 
        - Dobrze. Odprowadzę cię. Chyba nie chcesz, żeby strażnicy złapali cię samą na ulicy? 
        Nocą  wioska  wyglądała  na  zupełnie  wymarłą.  Wzdłuż  jedynej  uliczki  rozdzielającej  rzędy 
robotniczych chat paliły się mętne światła. Deszcz wisiał w powietrzu, ale tylko przelotny, ciepły 
deszczyk, jaki padał co wieczór. Nie musieli wkładać płaszczy. 
        Valona  jeszcze  nigdy  nie  była  tak  późno  poza  domem  w  dniu  pracy.  Kuliła  się  ze  strachu 
słysząc odgłos własnych kroków i nasłuchiwała, czy nie nadchodzą strażnicy. 
        - Nie musisz iść na palcach, Valono - rzekł jej Terens. - Jestem z tobą. 
        Jego głos zabrzmiał niespodziewanie głośno wśród ciszy i Valona aż podskoczyła. Posłuchała 
go i szybko ruszyła naprzód. 
        Chata Valony była ciemna jak inne; ostrożnie weszli do środka. Terens urodził się i wychował 
w takiej samej chałupie i choć od tego czasu zdążył mieszkać na Sark, a teraz zajmował trzy pokoje 
z  bieżącą  wodą,  surowe  wyposażenie  ubogiego  wnętrza  obudziło  w  nim  nostalgiczny  smutek. 
Robotnikom wystarczał jeden pokój, łóżko, komoda, dwa krzesła, cementowa posadzka i ubikacja 
w rogu. 
        Kuchnia  była  niepotrzebna,  gdyż  wszystkie  posiłki  jadano  w  fabryce,  podobnie  łazienka, 
ponieważ  tuż  za  domami  wznosił  się  rząd  przybudówek  i  publicznych  łaźni.  W  umiarkowanym, 
stałym  klimacie  okna  nie  wymagały  przystosowania  do  ochrony  przed  zimnem  i  deszczem.  We 
wszystkich  czterech  ścianach  znajdowały  się  otwory  okienne  z  okiennicami,  a  okapy  nad  nimi 
wystarczająco zabezpieczały wnętrze przed nocnymi bezwietrznymi opadami. 
        W  świetle  małej  kieszonkowej  latarki,  którą  trzymał  w  ręku,  Terens  zauważył,  że  w  jednym 
rogu pokoju  stoi stary parawan. Przypomniał  sobie, że zdobył  go dla Valony,  gdy Rik  stał się w 
mniejszym  stopniu  chłopcem,  a w większym  mężczyzną.  Zza zasłony dobiegał  regularny oddech 
śpiącego. 
        Terens ruchem głowy wskazał parawan. 
        - Obudź Rika, Valono. 
        Dziewczyna zastukała w parawan. 
        - Rik! Rik, dziecino! 
        Krzyknął cicho. 
        - To ja, Lona - uspokoiła go. 

background image

        Weszli za zasłonę i Terens skierował promień latarki najpierw na twarz swoją i Lony, a potem 
na Rika. Rik osłonił się ręką przed światłem. 
        - O co chodzi? 
        Terens przysiadł na skraju łóżka. Zauważył, że Rik śpi w łóżku należącym do standardowego 
wyposażenia  domku.  Zaraz  na  początku  Mieszczanin  znalazł  Valonie  stare,  trochę  koślawe  łoże, 
które widocznie przydzieliła sobie. 
        - Rik - powiedział. - Valona twierdzi, że zaczynasz przypominać sobie różne rzeczy. 
        - Tak, Mieszczaninie. 
        Rik  zawsze  zachowywał  się  pokornie  wobec  Mieszczanina,  który  był  najważniejszym  ze 
znanych mu ludzi. Nawet główny dyrektor fabryki był uprzejmy dla Mieszczanina. Rik przekazał 
mu strzępy wiadomości, jakie zdołał sobie przypomnieć. 
        - Czy przypomniałeś sobie coś jeszcze, od kiedy opowiedziałeś o tym Valonie? 
        - Nic więcej, Mieszczaninie. 
        Terens ściskał w jednej dłoni palce drugiej. 
        - No dobrze, Rik. Śpij dalej. 
        Valona wyszła za nim na próg. Usiłowała powstrzymać drżenie warg i otarła oczy wierzchem 
szorstkiej dłoni. 
        - Czy on będzie musiał mnie opuścić? 
        Terens wziął ją za rękę i rzekł poważnie: 
        - Zachowuj się jak dorosła, Valono. Zabiorę go stąd na krótko, a potem znów przyprowadzę. 
        - A później? 
        - Nie wiem. Musisz zrozumieć, Valono. Teraz najważniejszą rzeczą na świecie jest poznanie 
wszystkich wspomnień Rika. 
        Valona spytała nagle: 
        - Chcesz powiedzieć, że wszyscy na Florinie mogą umrzeć, tak jak on twierdzi? 
        Terens zacisnął zęby. 
        - Nie mów o tym nikomu, Valono, bo strażnicy zabiorą Rika na zawsze. Mówię poważnie. 
        Odwrócił  się  i  powoli,  w zadumie  poszedł do  domu,  nie zauważając,  jak  trzęsą  mu  się  ręce. 
Daremnie próbował zasnąć; po godzinie włączył narkopole. Było jedną z pamiątek, jakie przywiózł 
z  Sark,  wracając  na  Florinę,  gdzie  miał  zostać  Mieszczaninem.  Założył  je  na  głowę  jak  cienką 
czarną czapkę. Ustawił wyłącznik na pięć godzin i wcisnął przycisk. 
        Zdążył  jeszcze  wygodnie  ułożyć  się  na  łóżku,  nim  nastąpiła  opóźniona  reakcja  centrów 
świadomości, która pogrążyła go w wolnym od majaków śnie. 
 
3. 
Bibliotekarka 
         
         
        Zostawili  skuter  diamagnetyczny  w  schowku  przed  granicą  Miasta.  Skutery  były  w  Mieście 
rzadkością i Terens nie chciał zwracać na siebie uwagi. Przez chwilę pomyślał ze złością o tych w 
Górnym Mieście z ich samochodami diamagnetycznymi i żyroskopami antygrawitacyjnymi. Ale to 
było Górne Miasto. Tam wszystko było inne. 
        Rik  czekał,  aż  Terens  zamknie  schowek  i  zabezpieczy  go  odciskiem  palca.  Miał  na  sobie 
nowy  jednoczęściowy  strój  i  czuł  się  trochę  dziwnie.  Niechętnie  poszedł  za  Mieszczaninem  pod 
pierwszą z wysokich, mostopodobnych budowli podtrzymujących Górne Miasto. 
        Wszystkie inne miasta na Florinie miały swoje nazwy, a na to mówiono po prostu „Miasto”. 
Żyjący w nim i wokół niego robotnicy i wieśniacy byli przez resztę mieszkańców planety uważani 
za  szczęściarzy.  W  Mieście  byli  lepsi  lekarze  i  lepsze  szpitale,  więcej  fabryk  i  sklepów  z 
alkoholem, a nawet rzadziej padał deszcz. Mieszkańcy Miasta nie byli aż tak bardzo zadowoleni. 
Żyli w cieniu Górnego Miasta. 

background image

        Górne Miasto dokładnie odpowiadało swojej nazwie, gdyż Miasto dzieliło się na dwie części, 
położone poniżej i  powyżej  poziomej płyty żelazobetonu,  która spoczywała na około  dwudziestu 
tysiącach stalowych podpór i miała siedemdziesiąt kilometrów kwadratowych powierzchni. Niżej, 
w cieniu, żyli „tubylcy”. Nad nimi, w słońcu, Posiadacze. Przebywając w Górnym Mieście trudno 
było uwierzyć, że znajduje się ono na Florinie. Mieszkańcy składali się głównie z Sarkańczyków i 
z niewielkiej liczby strażników. Byli oni klasą wyższą w dosłownym znaczeniu tego określenia. 
        Terens  znał  drogę.  Szedł  szybko,  unikając  spojrzeń  przechodniów,  którzy  z  mieszaniną 
zazdrości i niechęci patrzyli na jego strój Mieszczanina. Rik miał krótsze nogi i poruszał się mniej 
dostojnie,  próbując  dotrzymać  kroku  Terensowi.  Niewiele  zapamiętał  ze  swojego  pierwszego 
pobytu w Mieście. Teraz wydawało mu się zupełnie inne. Wtedy było tu pochmurno. Dziś świeciło 
słońce, prażąc przez regularne otwory w żelazobetonie nad głową i tworząc prostokąty blasku, przy 
których  oddzielająca  je  przestrzeń  zdawała  się  jeszcze  ciemniejsza.  W  miarowym,  niemal 
hipnotycznym rytmie raz po raz nurzali się w pasmach jasności. 
        Starsi  ludzie  siedzieli  w  wózkach  na  słońcu,  grzejąc  się  i  przesuwając  wraz  z  ruchem  plam. 
Czasem zasypiali i zostawali w cieniu, kiwając się w fotelach, aż budziło ich skrzypienie kół przy 
zmianie pozycji ciała. Miejscami matki prawie tarasowały pasma gromadkami pociech. 
        - Teraz wyprostuj się, Rik - rzekł Terens. - Jedziemy na górę. 
        Stał  przed  konstrukcją  wypełniającą  przestrzeń  między  czterema  kolumnami,  od  ziemi  po 
Górne Miasto. 
        - Boję się - powiedział Rik. 
        Domyślił się, co to za konstrukcja. To była winda prowadząca na górny poziom. 
        To było oczywiście konieczne. Produkowano na dole, a konsumowano na górze. Do Dolnego 
Miasta wysyłano substraty i półprodukty spożywcze, a do Górnego płynęły gotowe artykuły i dobre 
jedzenie.  Nadmiar  ludności  wegetował  na  dole;  pokojówki,  ogrodnicy,  szoferzy  i  robotnicy 
budowlani wykorzystywani na górze. 
        Terens  nie  zwracał  uwagi  na  niepokój  Rika.  Dziwił  się,  że  i  jego  serce  bije  mocniej.  Nie  ze 
strachu.  Raczej  z  dzikiej  satysfakcji,  że  jedzie  w  górę.  Stanie  na  tym  świętym  żelazobetonie, 
podepcze go, strząśnie nań kurz ze swoich nóg. Jako Mieszczanin, mógł to uczynić. Rzecz jasna, 
dla  Posiadaczy  nadal  był  jedynie  florińskim  tubylcem,  ale  jako  Mieszczanin,  mógł  deptać  po 
żelazobetonie, ilekroć miał na to ochotę. 
        Na Galaktykę, jakże on ich nienawidził! 
        Stanął,  zrobił  głęboki  wdech  i  przywołał  windę.  Nie  było  sensu  pogrążać  się  w  nienawiści. 
Tyle lat przebywał na Sark; na samej Sark, w centrum i kolebce Posiadaczy. Nauczył się znosić to 
w milczeniu. Nie powinien teraz zapominać tego, czego się nauczył. Szczególnie teraz. 
        Usłyszał szmer zatrzymującej się windy i ściana naprzeciw niego zapadła w szczelinę. 
        Tubylec obsługujący windę spojrzał z niesmakiem. 
        - Tylko was dwóch. 
        - Tylko dwóch - powiedział Terens, wchodząc. Rik szedł za nim. 
        Windziarz nie zamierzał unieść ściany do poprzedniego położenia. 
        -  Wy  dwaj  możecie  poczekać  na  ładunek,  który  idzie  o  drugiej,  i  pojechać  z  nim.  Nie  będę 
jeździł tam i z powrotem dla jakichś dwóch facetów. 
        Splunął precyzyjnie, dbając, by trafić w cement, a nie w podłogę swojej windy. 
        - Gdzie wasze legitymacje pracownicze? 
        - Jestem Mieszczaninem - zaprotestował Terens. - Nie widzisz po ubraniu? 
        - Ubranie nic nie znaczy. Hej, myślisz, że będę ryzykował utratę pracy, bo udało ci się ukraść 
gdzieś uniform? Gdzie wasze legitymacje? 
        Terens bez słowa podał mu standardową książeczkę identyfikacyjną, którą każdy tubylec ma 
obowiązek  stale  nosić  przy  sobie,  a  na  którą  składały  się:  numer  rejestracyjny,  świadectwo 
zatrudnienia, potwierdzenia opłaty skarbowej i inne konieczne dokumenty. Otworzył książeczkę na 
czerwonej licencji Mieszczanina. Windziarz obejrzał ją pobieżnie. 

background image

        -  No, może i  to  ukradłeś, ale to  nie moja sprawa. Masz ją i  przewiozę cię, chociaż dla mnie 
Mieszczanin to tylko wymyślna nazwa krajowca. A ten drugi? 
        - Jest pod moją opieką - rzekł Terens. - Może wjechać ze mną, czy też zawołamy strażnika i 
sprawdzimy przepisy? 
        To była ostatnia rzecz, jakiej mógłby życzyć sobie Terens, lecz zaproponował to z dostateczną 
dozą pewności siebie, aby poskutkowało. 
        - No dobra! Nie musisz się złościć. 
        Ściana windy podniosła się i kabina z gwałtownym szarpnięciem ruszyła w górę. Windziarz ze 
złością mruczał coś pod nosem. 
        Terens uśmiechnął się krzywo. To było niemal normalne. Ludzie pracujący bezpośrednio dla 
Posiadaczy  lubili  utożsamiać  się  z  panami  i  kompensowali  sobie  własną  niższość  ściślejszym 
przestrzeganiem  zasady  segregacji,  szorstkim  i  niegrzecznym  traktowaniem  innych.  Byli 
„nadludźmi”,  do  których  reszta  Florińczyków  żywiła  szczerą  nienawiść,  nie  osłabioną,  tak  jak  w 
przypadku Posiadaczy, przez wpojony szacunek. 
        Przebyli zaledwie dziesięć metrów w górę, lecz drzwi otworzyły się na inny świat. Podobnie 
jak ojczyste miasta Sarkańczyków - Górne Miasto zbudowano ze szczególną troską o dobór barw. 
Każda  konstrukcja,  czy  to  budynek  mieszkalny,  czy  gmach  publiczny,  była  pokryta  delikatną 
wielobarwną  mozaiką,  która  z  bliska  zdawała  się  bezsensowną  gmatwaniną,  a  z  odległości  stu 
metrów przybierała najróżniejsze odcienie, w zależności od kąta widzenia. 
        - Chodź, Rik - powiedział Terens. 
        Rik  patrzył  szeroko  otwartymi  oczami.  Nie  było  tu  niczego  żywego  ani  rosnącego!  Tylko 
kamień i kolory. Nie miał pojęcia, że domy mogą być tak wielkie. Nagle w jego pamięci coś się 
poruszyło. Przez sekundę ten gmach wydawał mu się znajomy... A potem wspomnienie znikło. 
        Obok mignął samochód. 
        - Czy to Posiadacze? - szepnął Rik. 
        Zdążyli tylko  zauważyć krótko ostrzyżone włosy, obszerne kaftany  o szerokich rękawach, w 
jaskrawych  barwach  od  błękitu  do  fioletu,  spodenki  z  aksamitu  i  długie  pończochy,  błyszczące, 
jakby utkano je z cienkich miedzianych drucików. Nie obdarzyli Rika i Terensa nawet przelotnym 
spojrzeniem. 
        - Młodzi - rzekł Terens. Nie widział ich z tak bliska od kiedy opuścił Sark. Na Sark byli nie do 
zniesienia, ale tam przynajmniej byli u siebie. Tu, dziesięć metrów nad Piekłem, aniołowie byli nie 
na miejscu. Znów się skrzywił, opanowując przypływ bezpłodnej nienawiści. 
        Za  nimi  syknął  dwuosobowy  ślizgacz.  Nowy  model  z  wbudowanym  układem  kontroli 
powietrza. Płynął  gładko pięć centymetrów nad  powierzchnią, na błyszczącej  płaskiej  podstawie, 
podwiniętej  w  górę  dla  zmniejszenia  oporu  powietrza.  Mimo  to  szybkie  rozcinanie  przestrzeni 
dawało charakterystyczny syk, który oznaczał: „Strażnicy”. 
        Obaj  byli  wysocy,  jak  wszyscy  strażnicy,  o  szerokich  jasnobrązowych  twarzach,  płaskich 
kościach policzkowych, z długimi, prostymi, czarnymi włosami. Dla tubylców wszyscy strażnicy 
wyglądali  tak  samo.  Błyszcząca  czerń  ich  mundurów,  podkreślona  przez  oślepiająco  srebrne, 
strategicznie  rozmieszczone  sprzączki  i  ozdobne  guziki,  odbierała  indywidualny  wyraz  twarzy  i 
wzmagała wrażenie podobieństwa. 
        Jeden strażnik kierował pojazdem. Drugi lekko przeskoczył przez jego płytką burtę. 
        - Książeczka! - powiedział. Obejrzał ją machinalnie i zaraz oddał Terensowi. - Cel wizyty? 
        - Zamierzam skorzystać z biblioteki, oficerze. Mam do tego prawo. 
        Strażnik zwrócił się do Rika. 
        - A ty? 
        - Ja... - zaczął Rik. 
        - On mi towarzyszy - wyjaśnił Terens. 
        - On nie ma przywilejów Mieszczanina - powiedział strażnik. 
        - Ja za niego odpowiadam. 

background image

        Strażnik wzruszył ramionami. 
        - Twoja sprawa. Mieszczanie mają swoje przywileje, ale nie są Posiadaczami. Pamiętaj o tym, 
chłopcze. 
        - Tak, oficerze. Przy okazji, czy mógłby pan wskazać mi drogę do biblioteki? 
        Strażnik  wskazał  mu  kierunek  cienką  lufą  śmiercionośnego  miotacza  igieł.  Z  miejsca  gdzie 
stali,  biblioteka  wyglądała  jak  plama  jasnego  cynobru,  na  wyższych  piętrach  przechodzącego  w 
szkarłat. W miarę jak podchodzili, szkarłat spływał w dół. 
        Nagle Rik wyrzucił z siebie: 
        - Myślę, że to nieładne. 
        Terens rzucił mu szybkie, zdziwione spojrzenie. Przywykł do tego wszystkiego na Sark, ale i 
on też uważał Górne Miasto za nieco wulgarne. Było nawet bardziej sarkańskie niż sama Sark. Na 
Sark nie każdy jest arystokratą. Są nawet biedni Sarkańczycy, niektórzy mają się niewiele lepiej niż 
przeciętni Florińczycy. Tutaj zamieszkiwała wyłącznie śmietanka społeczeństwa, co było widać po 
bibliotece. 
        Nawet na Sark było tylko kilka większych od niej; o wiele za duża jak na potrzeby Górnego 
Miasta, co świadczyło o korzyściach płynących z taniej siły roboczej. Terens zatrzymał się przed 
łukowatym  podestem  prowadzącym  do  głównego  wejścia.  Układ  kolorów  podestu  stwarzał 
złudzenie  stopni,  co  przydawało  bibliotece  aury  starości,  zazwyczaj  towarzyszącej  budynkom 
akademickim. Rzekome stopnie zbiły z tropu Rika, który się potknął. 
        Główny hol był wielki, zimny i prawie pusty. Bibliotekarka za samotnym biurkiem wyglądała 
jak małe, nieco pomarszczone ziarnko groszku w rozdętym strąku. Spojrzała i uniosła się z krzesła. 
Terens wyjaśnił pospiesznie: 
        -  Jestem  Mieszczaninem.  Specjalne  przywileje.  Odpowiadam  za  tego  tubylca.  -  W 
wyciągniętej ręce trzymał dokumenty. 
        Bibliotekarka  usiadła  z  powrotem  i  spojrzała  surowo.  Wyjęła  z  przegródki  kawałek  metalu  i 
podsunęła  Terensowi.  Mieszczanin  przycisnął  doń  prawy  kciuk,  a  ona  umieściła  blaszkę  w  innej 
przegródce, gdzie przez moment błysnęło fioletowe światełko. 
        - Sala dwieście czterdzieści dwa - powiedziała bibliotekarka. 
        - Dziękuję. 
         
        Pomieszczenia  na  drugim  piętrze  cechował  lodowaty  brak  jakiejkolwiek  osobowości, 
charakterystyczny  dla  każdego  ogniwa  długiego  łańcucha.  Niektóre  pomieszczenia  były  zajęte,  o 
czym świadczyły matowe i nieprzejrzyste glasytowe drzwi. Większość była wolna. 
        - Dwa-cztery-dwa - rzekł Rik. Głos miał piskliwy. 
        - O co chodzi, Rik? 
        - Nie wiem. Jestem bardzo podniecony. 
        - Byłeś już kiedyś w bibliotece? 
        - Nie wiem. 
        Terens  przyłożył  kciuk  do  aluminiowego  krążka,  który  przed  pięcioma  minutami  został 
uaktywniony na jego dotknięcie. Szklane drzwi otworzyły się na oścież, a potem - kiedy weszli - 
zamknęły się bezgłośnie i zmatowiały, jakby zasłonięte kotarą. 
        Pozbawione  okien  i  wszelkich  ozdób  pomieszczenie  miało  około  dwóch  metrów  długości  i 
tyleż  szerokości.  Było  oświetlone  rozproszoną  poświatą  sączącą  się  z  sufitu  i  napowietrzane. 
Jedynymi  meblami  były  sięgające  od  ściany  do  ściany  biurko  i  stojąca  przy  nim  wyściełana, 
pozbawiona  oparcia  ława.  Na  biurku  stały  trzy  czytniki.  Ich  mlecznobiałe  przednie  ścianki  były 
ustawione  skośnie,  pod  kątem  trzydziestu  stopni.  Przed  każdym  znajdowały  się  liczne  pokrętła 
kontrolne. 
        - Wiesz, co to jest? - Terens usiadł i położył miękką, pulchną dłoń na jednym z czytników. 
        Rik też usiadł. 
        - Książki? - spytał skwapliwie. 

background image

        -  No  cóż  -  odparł niepewnie Terens.  -  To biblioteka, więc fakt, że zgadłeś,  niewiele znaczy. 
Umiesz obsłużyć czytnik? 
        - Nie, chyba nie, Mieszczaninie. 
         
        - Jesteś pewien? Pomyśl. 
        Rik dzielnie spróbował. 
        - Przykro mi, Mieszczaninie. 
        - A więc pokażę ci. Spójrz! Po pierwsze, tu widzisz gałkę z napisem „Katalog”, a wokół niej 
litery alfabetu. Ponieważ potrzebujemy encyklopedii, nastawimy gałkę na „E” i wciśniemy. 
        Zrobił  to  i  od  razu  wydarzyło  się  kilka  rzeczy.  Matowe  szkło  ożyło  -  pojawiły  się  na  nim 
wiersze  pisma.  Światło  padające  z  sufitu  przygasło  i  czarne  litery  na  żółtym  tle  stały  się  lepiej 
widoczne.  Przy  każdym  stanowisku  wysunęła  się  gładka  płyta,  jak  język  sterowany  promieniem 
lasera. 
        Terens prztyknął przełącznikiem i płyty wsunęły się z powrotem. 
        -  Nie  będziemy  robić  notatek  -  wyjaśnił.  I  dodał:  -  Teraz,  obracając  to  pokrętło,  obejrzymy 
wszystkie hasła na „S”. 
        Przez ekran przewinęła się długa lista materiałów, tytułów, autorów i numerów katalogowych, 
zatrzymując się na zwartej kolumnie z numerami tomów encyklopedii. Nagle Rik powiedział: 
        - Tymi małymi przyciskami wybierzesz litery i cyfry właściwe dla książki, o którą ci chodzi, i 
zaraz zobaczysz ją na ekranie. 
        Terens spojrzał na niego. 
        - Skąd wiesz? Pamiętasz? 
        - Może. Nie jestem pewien. Po prostu tak mi się wydaje. 
        - No cóż. Nazwijmy to inteligentnym domysłem. 
        Mieszczanin  wystukał  kombinację  cyfr  i  liter.  Szklana  tafla  przygasła,  po  czym  znów 
pojaśniała. Oznajmiła: „Encyklopedia Sark, tom 54, Sol - Spec.” 
        - Słuchaj, Rik - rzekł Terens. - Nie zamierzam ci niczego sugerować, więc nie powiem, o co 
mi  chodzi.  Chcę  tylko,  żebyś  przejrzał  ten  tom  i  powiedział,  jeśli  coś  wyda  ci  się  znajome. 
Rozumiesz? 
        - Tak. 
        - Dobrze. A teraz nie spiesz się. 
        Mijały  minuty.  Wtem  Rik  wstrzymał  oddech  i  za  pomocą  pokręteł  zaczął  przewijać  ekran 
wstecz. Kiedy skończył, Terens przeczytał tytuł i uśmiechnął się z zadowoleniem. 
        - Teraz pamiętasz? To nie przypadek? Pamiętasz? 
        Rik energicznie skinął głową. 
        - Tak, Mieszczaninie. Nagle przypomniałem sobie. 
        Było to hasło poświęcone kosmoanalizie. 
        - Wiem, co tu jest napisane - odezwał się Rik. - Zobaczysz, zaraz zobaczysz. 
        Miał kłopoty z oddychaniem, a i Terens był niemal tak samo podekscytowany. 
        - No tak - powiedział Rik - oni zawsze tak piszą. 
        Zaczął  czytać  na  głos,  zacinając  się,  ale  ze  znacznie  większą  wprawą  niż  ta,  jaką  mógł 
wynieść z kilku krótkich lekcji udzielonych mu przez Valonę. Rik czytał: 
        -  „Nic  dziwnego,  że  kosmoanalityk  jest  introwertykiem  i  często  osobnikiem 
nieprzystosowanym.  Poświęcenie  większości  dorosłego  życia  na  samotne  badania  straszliwej 
pustki  między  gwiazdami  to  więcej,  niż  można  wymagać  od  zupełnie  normalnego  osobnika. 
Zapewne  dlatego  Instytut  Kosmoanalizy  przyjął  za  swoją  dewizę  nieco  gorzkie  stwierdzenie: 
<<Analizujemy Nicość>>„. 
        Przy ostatnich słowach Rik prawie wrzeszczał. Terens zapytał: 
        - Rozumiesz to, co przeczytałeś? 
        Tamten spojrzał na niego roziskrzonymi oczami. 

background image

        - Tu piszą: „Analizujemy Nicość”. Pamiętałem to. Byłem jednym z nich. 
        - Byłeś kosmoanalitykiem? 
        - Tak! - zawołał Rik i dodał nieco ciszej: - Boli mnie głowa. 
        - Od przypominania sobie? 
        - Chyba tak. 
        Podniósł głowę i zmarszczył brwi. 
        -  Muszę  przypomnieć  sobie  więcej.  Niebezpieczeństwo.  Potworne  niebezpieczeństwo!  Nie 
wiem, co robić. 
        - Biblioteka jest do twojej dyspozycji, Rik. 
        Terens obserwował go uważnie i starannie dobierał słowa. 
        - Skorzystaj z katalogu i wyszukaj jakieś teksty z dziedziny kosmoanalizy. Zobacz, co ci się 
przypomni. 
        Rik rzucił się do czytnika. Dygotał. Terens odsunął się, robiąc mu miejsce. 
        - Może „Traktat o kosmoanalizie” Wrijta? - pytał Rik. - Czy to źle brzmi? 
        - Wszystko zależy od ciebie, Rik. 
        Rik wystukał numer katalogowy; ekran rozjaśnił się i znieruchomiał. Napis głosił: „W sprawie 
tego tytułu proszę porozumieć się z kustoszem”. 
        Terens wyciągnął rękę i wyczyścił ekran. 
        - Lepiej spróbuj z inną książką. 
        - Ale... - Rik zawahał się, lecz posłuchał rady. Ponownie przeszukał katalog i wybrał „Skład 
przestrzeni” Enniga. Na ekranie znowu pojawił się komunikat polecający konsultację z kustoszem. 
- Do licha! - zaklął Terens i ponownie wyczyścił ekran. 
        - Co się dzieje? 
        - Nic. Nic. Nie wpadaj w panikę, Rik. Po prostu nie rozumiem, jak... 
        Za  kratką  z  boku  czytnika  był  umieszczony  głośniczek.  Obaj  czytający  zamarli,  słysząc 
dobiegający z niego cienki, suchy głos bibliotekarki. 
        - Pokój dwieście czterdzieści dwa! Czy jest ktoś w pokoju dwieście czterdzieści dwa? 
        - O co chodzi? - spytał ostro Terens. 
        - Jakiej książki potrzebujecie? 
        - Żadnej. Dziękujemy za pomoc. Tylko sprawdzamy czytnik. 
        Nastąpiła krótka przerwa, jakby na naradę. Potem głos przemówił jeszcze ostrzejszym tonem: 
        - Zapisy wskazują, że zażądano „Traktatu o kosmoanalizie” Wrijta oraz „Składu przestrzeni” 
Enniga. Czy to się zgadza? 
        - Wystukaliśmy przypadkowe pozycje katalogu - usiłował wyjaśnić Terens. 
        - Czy mogę wiedzieć, dlaczego wybraliście akurat te pozycje? - nalegał nieubłagany głos. 
        - Mówię, że ich nie wybraliśmy... Przestań! - To było skierowane do Rika, który zaczął jęczeć. 
        Znów nastała chwila ciszy. Potem głos powiedział: 
        -  Jeśli  zejdziecie  na  dół  i  zgłosicie  się  do  mnie,  uzyskacie  dostęp  do  tych  książek.  Są  na 
specjalnej liście i będziecie musieli wypełnić formularz. 
        Terens podał rękę Rikowi. 
        - Chodźmy. 
        - Może naruszyliśmy jakieś przepisy? - Głos Rika drżał. 
        - Nie, Rik. Idziemy. 
        - Nie będziemy wypełniać formularzy? 
        - Nie. Sprawdzimy te książki innym razem. 
        Terens  szedł  szybko,  ciągnąc  za  sobą  Rika.  Weszli  do  głównego  holu.  Bibliotekarka  uniosła 
głowę. 
        - Tutaj! - zawołała, wstając i wychodząc zza biurka. - Chwileczkę. Chwileczkę! 
        Nie zatrzymali się. 
        Przynajmniej dopóki nie ujrzeli przed sobą strażnika. 

background image

        - Strasznie wam się spieszy, chłopcy. 
        Dopadła ich nieco zdyszana bibliotekarka. 
        - Jesteście z dwieście czterdzieści dwa, prawda? 
         
        - Słuchajcie - rzekł stanowczo Terens. - Dlaczego nas zatrzymujecie? 
        - Czy nie szukaliście pewnych książek? Chcielibyśmy je dla was znaleźć. 
        - Już późno. Innym razem. Czy nie rozumiesz, że nie chcę tych książek? Wrócę jutro. 
        -  Biblioteka  -  oznajmiła  dumnie  kobieta  -  zawsze  zaspokaja  wymagania  czytelników.  Za 
chwilę otrzymacie swoje książki. 
        Na policzkach wykwitły jej rumieńce. Odwróciła się i wpadła w małe drzwi, które otworzyły 
się przed nią. Terens powiedział: 
        - Oficerze, jeśli pan pozwoli... 
        Ale strażnik pokazał mu niewielki, ciężki bicz neuronowy. Broń mogła pełnić rolę pałki albo 
razić ofiary na odległość. 
        -  Hej,  koleś,  może  siądziesz  spokojnie  i  zaczekasz,  aż  pani  wróci?  To  byłoby  uprzejmie  z 
twojej strony. 
        Strażnik  nie  był  już  młody  ani  szczupły.  Wyglądał  na  faceta  tuż  przed  emeryturą  i  zapewne 
czekał na nią spokojnie, pilnując biblioteki, ale był uzbrojony, a na śniadej twarzy miał fałszywy 
uśmieszek. 
        Terensowi  pot  wystąpił  na  czoło  i  zaczął  powoli  spływać  po  plecach.  Nie  docenił  powagi 
sytuacji. Był pewny, że wie, co robi. Tymczasem masz. Nie powinien postępować tak beztrosko. 
To  przez  tę  przeklętą  chęć  przejechania  się  po  Górnym  Mieście,  kroczenia  po  korytarzach 
biblioteki, jakby był Sarkańczykiem... 
        Przez jedną okropną chwilę miał ochotę rzucić się na strażnika, lecz nagle okazało się, że już 
nie musi. 
        W  powietrzu  coś  mignęło.  Strażnik  zaczął  się  odwracać  -  trochę  za  późno.  Zgubił  go 
spóźniony  refleks  -  skutek  podeszłego  wieku.  Ktoś  wyrwał  mu  z  ręki  bicz  neuronowy  i  zanim 
zdążył zrobić coś więcej niż otworzyć usta do krzyku, zdzielił go nim w skroń. Upadł. 
        Rik krzyknął coś z ulgą, a Terens zawołał: 
        - To Valona! Na wszystkie demony Sark, to Valona! 
 
4. 
Buntownik 
         
         
        Terens niemal natychmiast otrząsnął się ze zdumienia. 
        - Wynosimy się! Szybko! - powiedział i ruszył. 
        Przez  chwilę  miał  ochotę  zawlec  bezwładne  ciało  strażnika  w  cień  stojących  w  przedsionku 
kolumn, lecz nie było na to czasu. 
        Wyszli  na  podest;  popołudniowe  słońce  czyniło  świat  jasnym  i  ciepłym.  Kolory  Górnego 
Miasta przybrały wszystkie odcienie pomarańczu. 
        -  Szybciej!  -  ponaglała  niespokojnie  Valona,  ale  Mieszczanin  przytrzymał  ją  za  rękę. 
Uśmiechał się, mówił cicho i stanowczo. 
        - Nie biegnij. Idź spokojnie za mną. Pilnuj Rika. Nie pozwól mu biec. 
        Kilka  kroków.  Zdawało  się,  że  brną  przez  klej.  Czy  te  dźwięki  za  plecami  dochodzą  z 
biblioteki? Wyobraźnia? Terens nie śmiał spojrzeć za siebie. 
        -  Tędy  -  rzekł.  Napis  nad  wskazanym  przez  niego  podjazdem  lekko  migotał  w 
popołudniowym blasku. Nie mógł konkurować ze słońcem Floriny. Głosił: „Wjazd dla karetek”. 
        Na  podjazd,  bocznym  wejściem  i  między  niewiarygodnie  białymi  ścianami.  Byli  jak  bryły 
obcej materii w aseptycznym celofanie korytarza. 

background image

        W  oddali  dostrzegli  kobietę  w  uniformie.  Przystanęła,  zmarszczyła  brwi  i  ruszyła  ku  nim. 
Terens  nie  czekał.  Skręcił,  przeszedł  bocznym  korytarzem,  potem  jeszcze  jednym.  Mijali  innych 
ludzi  w  uniformach  i  dobrze  rozumiał  ich  niepewne  miny.  To  przypadek  bez  precedensu,  żeby 
tubylcy wałęsali się nie pilnowani po górnych poziomach szpitala. Co robić? 
        Oczywiście w końcu zostaną zatrzymani. 
        Dlatego serce zamarło mu w piersi, gdy zobaczył niepozorne drzwi z napisem: „Do poziomów 
niższych  pięter”.  Winda  była  na  ich  poziomie.  Wepchnął  do  niej  Rika  z  Valona  i  łagodne 
szarpnięcie, z jakim dźwig zaczął opadać, było najmilszym wspomnieniem tego dnia. 
        W  Mieście  były  trzy  rodzaje  budynków.  Większość  to  budynki  dolne,  stojące  w  całości  na 
dole.  Domy  pracowników,  najwyżej  trzypiętrowe.  Składy,  piekarnie,  oczyszczalnie.  Inne  to 
budynki  górne:  domy  Sarkańczyków,  teatry,  biblioteka,  stadiony  sportowe.  Niektóre  były 
podwójne, miały wejścia i poziomy zarówno na górze Miasta, jak i na dole; na przykład posterunki 
sił porządkowych i szpitale. 
        Dlatego można było wykorzystać szpital do przejścia z Górnego Miasta do Dolnego, unikając 
wielkich wind towarowych, powolnych i ze wścibską obsługą. Przechodząc tędy tubylec popełniał 
przestępstwo, lecz był to drobiazg dla kogoś, kto miał na koncie pobicie strażnika. 
        Wyszli  na  dolny  poziom.  I  tu  były  nagie,  aseptyczne  ściany,  lecz  nieco  mniej  białe,  jakby 
rzadziej je czyszczono. Zniknęły też wyściełane ławki, które stały rzędami w korytarzach na górze. 
Wszędzie rozchodził się niespokojny gwar poczekalni pełnej czujnych mężczyzn i wystraszonych 
kobiet. Samotna posługaczka próbowała uporządkować ten bałagan, z kiepskim rezultatem. 
        Warczała na zarośniętego starszego mężczyznę, który podciągał i opuszczał pomiętą nogawkę 
wystrzępionych spodni, odpowiadając na pytania monotonnym i przepraszającym tonem. 
        -  Na  co  właściwie  pan  się  uskarża?  Od  jak  dawna  ma  pan  te  bóle?  Był  pan  już  kiedyś  w 
szpitalu?  Słuchajcie,  ludzie,  nie  możecie  zawracać  nam  głowy  każdym  głupstwem.  Siadaj  pan; 
doktor  obejrzy  i  przepisze  nowe  lekarstwa.  Następny!  -  krzyknęła  piskliwie  i  mruknęła  coś  pod 
nosem, spoglądając na duży zegar na ścianie. 
        Terens,  Valona  i  Rik  niepostrzeżenie  przeciskali  się  wśród  czekających.  Valona  szeptała 
gorączkowo, jakby obecność florińskich ziomków przywróciła jej zdolność mówienia. 
        -  Musiałam  przyjść,  Mieszczaninie.  Tak  się  martwiłam  o  Rika.  Myślałam,  że  nie 
przyprowadzisz go z powrotem i... 
        -  Jak  dostałaś  się  do  Górnego  Miasta?  -  rzucił  Terens  przez  ramię,  przepychając  się  przez 
biernie ustępujący tłum. 
        - Poszłam za wami i widziałam, jak pojechaliście windą. Kiedy znów zjechała, powiedziałam 
windziarzowi, że jestem z tobą, i zabrał mnie. 
        - Tak po prostu. 
        - Trochę nim potrząsnęłam. 
        - Na demony Sark! - jęknął Terens. 
        -  Musiałam  -  wyjaśniła  przygnębiona  Valona.  -  Potem  widziałam,  jak  strażnicy  wskazywali 
wam jakiś budynek. Zaczekałam, aż odjadą, i też tam poszłam. Tyle że nie odważyłam się wejść do 
środka.  Nie  wiedziałam,  co  robić,  więc  chowałam  się,  aż  zobaczyłam,  jak  wychodzicie  i  ten 
strażnik zatrzy... 
        - Hej, wy tam! 
        Ostry,  niecierpliwy  głos  należał  do  recepcjonistki.  Stała  za  betonowym  biurkiem  i  stukając 
metalową linijką w blat uciszała zebranych, wymuszając posłuch. 
        - Mówię do was, wy tam, co chcecie wyjść. Chodźcie no tu. Nie możecie odejść bez badania. 
Nie będziecie zwalniać się z pracy udając chorobę. Wracać mi tu! 
        Jednak oni już wydostali się w półcień Dolnego Miasta. Wokół unosiły się zapachy i dźwięki 
tego,  co  Sarkańczycy  nazywali  Dzielnicą  Tubylczą,  a  górny  poziom  znów  stał  się  tylko  stropem 
nad  ich  głowami.  Jednak,  choć  Valona  i  Rik  mogli  odczuwać  ulgę,  wydostawszy  się  z 

background image

przytłaczającego  bogactwem  otoczenia,  niepokój  dręczący  Terensa  nie  ustąpił.  Posunęli  się  za 
daleko i dlatego nigdzie nie będą bezpieczni. 
        Zaledwie o tym pomyślał, gdy Rik zawołał: 
        - Patrzcie! 
        Terens poczuł, że ściska go w gardle. 
        To  był  chyba  najstraszniejszy  widok,  jaki  mogli  ujrzeć  tubylcy.  Jakby  gigantyczny  ptak 
sfrunął  przez  jeden  z  otworów  wiodących  do  Górnego  Miasta.  Zasłonił  słońce  i  pogłębił 
złowieszczy  cień  dolnej  dzielnicy.  Lecz  to  nie  był  ptak.  To  był  jeden  z  uzbrojonych  latających 
pojazdów patrolowych. 
        Tubylcy  zaczęli  krzyczeć  i  uciekać  w  popłochu.  Mogli  nie  mieć  żadnych  szczególnych 
powodów do obaw, ale i tak uciekali. Jakiś mężczyzna, który stał akurat na linii pojazdu, niechętnie 
odsunął  się  na  bok.  Spieszył  gdzieś,  zajęty  swoimi  sprawami,  gdy  znalazł  się  w  zasięgu 
nadlatującego  cienia.  Obejrzał  się  z  kamiennym  spokojem.  Był  średniego  wzrostu,  ale  o  niemal 
groteskowo szerokich ramionach. Rozcięty od mankietu  po pachę rękaw  koszuli odsłaniał  biceps 
grubości męskiego uda. 
        Terens wahał się, a Rik i Valona nie mogli niczego zrobić bez Mieszczanina. Zastanawiał się 
gorączkowo, nie wiedząc, co począć. Jeśli pobiegną, to dokąd? Jeżeli tu zostaną, co zrobią? Może 
strażnicy  szukają  kogoś  innego,  ale  to  mało  prawdopodobne,  zważywszy,  że  jeden  z  nich  leżał 
rozciągnięty na podłodze biblioteki. 
        Barczysty mężczyzna zbliżał się ciężkim truchtem. Mijając ich, zatrzymał się na chwilę, jakby 
czegoś niepewny. 
        -  Piekarnia  Khorova,  druga  na  lewo,  za  pralnią  -  odezwał  się  do  nich  tonem  towarzyskiej 
pogawędki. I odwrócił się na pięcie. 
        - Chodźcie - rzekł Terens. 
        Biegł,  cały  spocony  ze  strachu.  Przez  wrzask  tłumu  słyszał  rozkazy  wyszczekiwane  przez 
strażników. Zerknął przez ramię. Pół tuzina mundurowych wyskoczyło z pojazdu, rozsypując się w 
szereg. Wiedział, że nie ma szans. W tym  przeklętym  stroju  Mieszczanina rzucał  się w oczy jak 
filar podtrzymujący Górne Miasto. 
        Dwaj  strażnicy  biegli  w  ich  kierunku.  Nie  wiedział,  czy  go  widzą  czy  nie,  lecz  to  nie  miało 
żadnego znaczenia. Zderzyli się z barczystym mężczyzną, który dopiero co rzucił Terensowi kilka 
słów.  Byli  tak  blisko,  że  słyszał  głośny  ryk  nieznajomego  i  przekleństwa  strażników.  Terens 
popchnął Valonę i Rika za róg. 
        Piekarnię  Khorova  zdobił  niemal  nieczytelny  szyld  z  wymyślnie  poskręcanego  neonowego 
plastiku, pęknięty w paru miejscach. Z otwartych drzwi sączył się charakterystyczny zapach. Nie 
pozostało im nic innego jak wejść. Tak też zrobili. 
        Jakiś  stary  człowiek  spojrzał  na  nich  z  zaplecza,  gdzie  dostrzegli  przyprószony  mąką  blask 
pieców mikrofalowych. Nie zdążył zapytać, czego chcą. 
        - Barczysty mężczyzna... - zaczął Terens. 
        Rozłożył ręce, ilustrując słowa gestem, gdy z zewnątrz dobiegły ich krzyki: 
        - Strażnicy! Strażnicy! 
        - Tędy! Szybko! - powiedział starzec ochrypłym głosem. 
        Terens stanął jak wryty. 
        - Tędy? 
        - To atrapa - wyjaśnił stary. 
        Najpierw Rik, potem Valona, a na końcu Terens weszli kolejno w otwór pieca. Usłyszeli cichy 
trzask i tylna ściana pieca poruszyła się, po czym zakołysała, zwisając na zawiasach. Pchnęli ją i 
znaleźli się w małym, ciemnym pokoiku. 
         

background image

        Czekali.  Pomieszczenie  miało  kiepską  wentylację,  a  zapach  pieczywa  tylko  wzmagał  głód. 
Valona  uśmiechała  się  do  Rika,  od  czasu  do  czasu  odruchowo  poklepując  jego  dłoń.  Rik 
odpowiadał jej spojrzeniem bez wyrazu. W pewnej chwili przycisnął dłoń do rozpalonego czoła. 
        - Mieszczaninie... - zaczęła Valona. 
        - Nie teraz, Lona! - syknął. - Proszę! 
        Otarł czoło wierzchem dłoni i spojrzał na wilgotne palce. 
        W  zamkniętej  przestrzeni  kryjówki  dał  się  słyszeć  głośny  szczęk.  Terens  zastygł. 
Podświadomie uniósł zaciśnięte pięści. 
        Barczysty  mężczyzna  przeciskał  swe  szerokie  ramiona  przez  otwór.  Ledwie  przeszły. 
Popatrzył na Terensa i uśmiechnął się. 
        - Daj spokój, człowieku. Nie będziemy się bić. 
        Terens spojrzał na swoje pięści i opuścił je. 
        Barczysty  był  teraz  w  znacznie  gorszym  stanie  niż  wtedy,  kiedy  ujrzeli  go  po  raz  pierwszy. 
Koszulę  na  plecach  miał  prawie  całkiem  podartą,  a  na  jednym  policzku  świeży  siniak,  krwiście 
czerwony. Mężczyzna mierzył ich od góry do dołu małymi oczkami. 
        - Przestali szukać - rzekł. - Jeśli jesteście głodni, jedzenie mamy tu niewyszukane, lecz jest go 
pod dostatkiem. Co wy na to? 
        Nad Miastem zapadła noc. W Górnym Mieście paliły się światła rozjaśniające niebo na wiele 
mil, lecz w Dolnym Mieście panowały głębokie ciemności. Na frontowe okno piekarni opuszczono 
roletę, aby ukryć światło nieprzepisowo palące się po godzinie policyjnej. 
        Rik  poczuł  się  lepiej  po  ciepłym  posiłku.  Ból  głowy  zaczął  ustępować.  Spojrzał  na  policzek 
barczystego. 
        - Zranili pana? - zapytał nieśmiało. 
        - Lekko - odparł pytany. - Drobiazg. W moim zawodzie zdarza, się to codziennie. 
        Zaśmiał się, ukazując białe zęby. 
        -  Musieli  przyznać,  że  nie  zrobiłem  nic  złego,  tylko  stałem  im  na  drodze,  gdy  gonili  kogoś 
innego. Najłatwiejszym sposobem usunięcia tubylca z drogi jest... 
        Machnął ręką, jakby trzymał w niej niewidoczną pałkę. 
        Rik skulił się i Valona objęła go niespokojnym, opiekuńczym gestem. 
        Barczysty odchylił się na krześle, wysysając spomiędzy zębów resztki jedzenia. 
        -  Jestem  Matt  Khorov  -  powiedział  -  ale  nazywajcie  mnie  po  prostu  Piekarzem.  A  wy  kim 
jesteście? 
        Terens wzruszył ramionami. 
        - No cóż... 
        - Rozumiem twój punkt widzenia - rzekł Piekarz. - Im mniej wiesz, tym lepiej. Może. Może. 
Ale możecie mi zaufać. Uratowałem was przed strażnikami, prawda? 
        -  Tak.  Dziękujemy.  -  Terens  nie  zdołał  zmusić  się  do  serdeczniejszych  słów.  -  Skąd 
wiedziałeś, że to nas ścigają? Tam uciekało sporo ludzi. 
        Tamten uśmiechnął się. 
        - Niczyja twarz nie miała takiego wyrazu jak wasze. Można by je zemleć i zrobić z nich kredę. 
        Terens bez skutku próbował się uśmiechnąć. 
        - Nie wiem, dlaczego ryzykowałeś życiem. W każdym razie dziękuję. Wiem, że „dziękuję” to 
niewiele, ale w tej chwili nie mogę zrobić nic innego. 
        - Nie musisz robić niczego.  - Piekarz oparł szerokie plecy o ścianę.  - Często zdarzają mi się 
takie rzeczy. Nie ma w tym nic, co by się odnosiło do was. Jeśli strażnicy kogoś gonią, staram się 
mu pomóc. Nienawidzę strażników. 
        Valona otworzyła usta. 
        - I nie masz kłopotów? 
        - Pewnie, że mam. Patrz na to. 
        Przyłożył dłoń do posiniaczonego policzka. 

background image

        -  Chyba  nie  sądzicie,  że  coś  takiego  mnie  powstrzyma.  Po  to  zbudowałem  tę  atrapę  pieca. 
Dzięki niemu strażnicy nie mogą mnie przyłapać. 
        Valona szeroko otworzyła oczy, patrząc na niego z lękiem i podziwem. Piekarz powiedział: 
        - A czemu nie? Wiecie, ilu Posiadaczy jest na Florinie? Dziesięć tysięcy. A strażników? Może 
dwadzieścia tysięcy. Tymczasem nas, tubylców, mieszka tu pięćset milionów. Gdybyśmy wszyscy 
powstali przeciw nim... 
        Prztyknął palcami. 
        Terens rzekł: 
        - Stanęlibyśmy naprzeciw miotaczy igieł i działek laserowych, Piekarzu. 
        -  Taak  -  odparł  tamten.  -  Musielibyśmy  zdobyć  kilka  takich.  Wy,  Mieszczanie,  za  długo 
przebywaliście wśród Posiadaczy. Boicie się ich. 
        W  ciągu  kilku  godzin  świat  Valony  wywrócił  się  do  góry  nogami.  Ten  człowiek  walczył  ze 
strażnikami i rozmawiał z Mieszczaninem jak równy z równym. Kiedy Rik pociągnął ją za rękaw, 
delikatnie  rozchyliła  jego  palce  i  kazała  mu  spać.  Ledwie  na  niego  spojrzała.  Słuchała,  co  mówi 
tamten człowiek. 
        -  Nawet  z  miotaczami  igieł  i  działkami  laserowymi  -  ciągnął  barczysty  -  Posiadacze  mogą 
utrzymać Florinę jedynie dzięki stu tysiącom Mieszczan. 
        Terens wyglądał na obrażonego, lecz Piekarz mówił dalej: 
        - Na przykład, spójrz na siebie. Bardzo ładne ciuchy. Czyste. Eleganckie. Założę się, że masz 
fajną  chatę,  książki,  własny  skuter  i  gwiżdżesz  na  godzinę  policyjną.  Możesz  nawet  wejść  do 
Górnego Miasta, jeśli chcesz. Posiadacze nie daliby ci tego bez powodu. 
        Terens czuł, że nie powinien dać się sprowokować. 
        -  W  porządku  -  powiedział.  -  A  co  według  ciebie  mają  zrobić  Mieszczanie?  Walczyć  ze 
strażnikami? Co by to dało? Przyznaję, że w moim miasteczku pilnuję spokoju i dbam o wykonanie 
planów,  ale  troszczę  się  o  nie.  Staram  się  pomagać  wszystkim,  w  granicach  dopuszczonych 
prawem. Czy to mało? Kiedyś... 
        - Ach, kiedyś. Kto może czekać na kiedyś? Gdy ty i ja będziemy martwi, cóż nam będzie za 
różnica, kto rządzi Floriną? Żadna. 
        -  Po  pierwsze  -  rzekł  Terens  -  nienawidzę  Posiadaczy  bardziej  niż  ty.  Ale...  -  Urwał  i 
poczerwieniał. 
        -  Mów  dalej  -  roześmiał  się  Piekarz.  -  Powtórz  to.  Nie  wydam  cię,  nie  powiem  nikomu,  że 
nienawidzisz Posiadaczy. Co zrobiliście, że ścigają was strażnicy? 
        Terens milczał. 
        -  Spróbuję  zgadnąć  -  powiedział  Piekarz.  -  Kiedy  strażnicy  wpadli  na  mnie,  byli  wściekli. 
Naprawdę wściekli, nie dlatego, że jakiś Posiadacz im kazał. Znam ich, więc wiem. Sądzę, że tylko 
jedno mogło ich tak wkurzyć. Rąbnęliście któregoś z nich. A może nawet zabiliście go. 
        Terens nadal milczał. 
        Piekarz przemawiał przyjaznym tonem: 
        - Mądrze trzymać jeżyk za zębami, Mieszczaninie, ale czasem nadmierna ostrożność to błąd. 
Potrzebna wam pomoc. Oni wiedzą, kim jesteście. 
        - Nie, nie wiedzą - zaprzeczył Terens. 
        - W Górnym Mieście musieliście pokazywać przepustki. 
        - A kto powiedział, że byliśmy w Górnym Mieście? 
        - Tak sądzę. Założę się, że byliście. 
        - Oglądali moją legitymację, ale nie tak długo, żeby przeczytać nazwisko. 
        -  Jednak  wystarczająco  długo,  żeby  wiedzieć,  iż  jesteś  Mieszczaninem.  Wystarczy,  że 
stwierdzą,  w  którym  mieście  nie  ma  Mieszczanina  albo  który  nie  ma  alibi  na  dzisiejszy  dzień. 
Pewnie na całej Florinie już urywają się telefony. Chyba jesteście w tarapatach. 
        - Możliwe. 
        - Wiesz, że tak. Chcecie pomocy? 

background image

        Rozmawiali szeptem. Rik skulił się w kącie i zasnął. Valona wodziła wzrokiem od jednego z 
mówiących do drugiego. Terens potrząsnął głową. 
        - Nie, dzięki. Jakoś to załatwię. 
        Piekarz uśmiechnął się szeroko. 
        -  Ciekawe  jak.  Nie  lekceważ  mnie  dlatego,  że  nie  mam  wykształcenia.  Mam  inne  zalety. 
Wiesz co, masz całą noc do namysłu. Może dojdziesz do wniosku, że przyda wam się pomoc. 
         
        Valona  leżała  w  ciemności,  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Jej  posłanie  składało  się  tylko  z 
rzuconego na podłogę koca, ale było prawie tak samo wygodne jak to, do którego przywykła. Rik 
spał głęboko na innym kocu, w przeciwległym rogu. Zawsze spał mocno po dniu pełnym wrażeń, 
kiedy przestała go boleć głowa. 
        Mieszczanin  podziękował  za  koc,  wywołując  tym  uśmiech  Piekarza  (wyglądało  na  to,  że 
śmieje się ze wszystkiego), zgasił światło i powiedział, że może siedzieć po ciemku. 
        Valonie  ani  trochę  nie  chciało  się  spać.  Czy  zaśnie  jeszcze  kiedykolwiek?  Przecież  pobiła 
strażnika! 
        Nieoczekiwanie pomyślała o ojcu i matce. 
        Pamiętała ich jak przez mgłę. W ciągu minionych lat niemal o nich zapomniała. Jednak teraz 
przypomniała  sobie,  jak  szeptali  nocami,  gdy  sądzili,  że  ona  śpi.  Wspominała  ludzi,  którzy 
przychodzili po zmroku. 
        Pewnej nocy obudzili ją strażnicy i zadawali pytania, których nie rozumiała, ale starała się na 
nie odpowiedzieć. Już nigdy nie ujrzała rodziców. Powiedziano jej, że odeszli, a następnego dnia 
posłano  ją  do  pracy,  chociaż  inne  dzieci  zaczynały  pracować  dopiero  dwa  lata  później.  Ludzie 
oglądali się za nią, a innym dzieciom nie pozwalano bawić się z nią, nawet po pracy. Nauczyła się 
samotności. Nauczyła się nie odzywać. Dlatego śmiali się z niej i nazywali głupią Dużą Lona. 
        Dlaczego dzisiejsza rozmowa przypomniała jej rodziców? 
        - Valono. 
        Głos rozległ się tak blisko, że oddech mówiącego rozwiał jej włosy, i był tak cichy, że ledwie 
go  słyszała.  Zesztywniała,  trochę  ze  strachu,  a  trochę  ze  zmieszania.  Jej  nagie  ciało  było  okryte 
tylko cienkim prześcieradłem. 
        - Nic nie mów - powiedział Mieszczanin. - Tylko słuchaj. Wychodzę. Drzwi nie są zamknięte. 
Wrócę. Słyszysz? Rozumiesz? 
        W ciemności chwyciła go za rękę i ścisnęła. 
        -  Uważaj  na  Rika.  Nie  spuszczaj  go  z  oka.  Poza  tym...  -  urwał  na  dłuższą  chwilę.  Potem 
dokończył: - Nie ufaj zbytnio Piekarzowi. Nie znam go. Zrozumiałaś? 
        Usłyszała cichy szmer i jeszcze cichsze skrzypnięcie; odszedł. Podparła się na łokciu. Oprócz 
oddechów Rika i jej teraz nie było słychać niczego. 
        Potarła palcami oczy, przyciskając gałki, usiłując zebrać myśli. Dlaczego Mieszczanin, który 
wiedział wszystko, powiedział coś takiego o Piekarzu, który nienawidził strażników i uratował całą 
trójkę? 
        Tylko jedno przyszło jej do głowy. On tam był. Właśnie gdy sprawy przyjęły najgorszy obrót, 
Piekarz zjawił się i odpowiednio zadziałał. Prawie tak, jakby wszystko zostało zaaranżowane albo 
jakby Piekarz czekał na taki rozwój wydarzeń. 
        Potrząsnęła głową. To naprawdę dziwne. Gdyby nie słowa Mieszczanina, taka myśl nigdy nie 
przyszłaby jej do głowy. 
        Ciszę przerwało głośne i niespodziewane pytanie. 
        - Hej? Jesteście tam jeszcze? 
        Zamarła, gdy padł na nią strumień światła. Powoli rozluźniła się i okryła prześcieradłem aż po 
szyję. Światło przesunęło się w bok. 
        Nie miała wątpliwości, kim jest mówiący. Jego barczysta, przysadzista sylwetka była dobrze 
widoczna w przyćmionym świetle odbitym od ścian. 

background image

        - Cóż, myślałem, że pójdziesz z nim - powiedział Piekarz. 
        - Z kim, proszę pana? - zapytała niepewnie. 
        - Z Mieszczaninem. Wiesz, że poszedł. Nie trać czasu na udawanie. 
        - On wróci, proszę pana. 
        -  Czy  powiedział,  że  wróci?  Jeśli  tak,  to  źle  zrobi.  Wpadnie  w  ręce  strażników.  Ten 
Mieszczanin nie jest zbyt sprytny; gdyby był, wiedziałby, że celowo zostawiłem otwarte drzwi. Ty 
też zamierzasz odejść? 
        - Zaczekam na Mieszczanina - odparła Valona. 
        - Jak chcesz. Będziesz długo czekać. Możesz odejść, kiedy tylko zechcesz. 
        Promień  latarki  nagle  przesunął  się  po  podłodze,  wydobywając  z  mroku  bladą,  wynędzniałą 
twarz Rika. Powieki śpiącego odruchowo zacisnęły się, ale spał dalej. 
        -  Jeśli  jednak  zechcesz  iść  -  powiedział  Piekarz  z  naciskiem  -  pamiętaj,  że  on  zostaje  tu. 
Myślę, że mnie rozumiesz. Jeżeli zamierzasz odejść, drzwi są otwarte, ale nie dla niego. 
        -  Przecież  to  tylko  biedny,  chory  chłopak...  -  zaczęła  Valona  piskliwym,  przestraszonym 
głosem. 
        - Tak? No cóż, ja zbieram biednych chorych chłopców i ten tu zostaje. Pamiętaj! 
        Strumień światła nie schodził z twarzy śpiącego Rika. 
 
5. 
Uczony 
         
         
        Doktor  Selim  Junz  niecierpliwił  się  od  roku,  ale  człowiek  nie  przyzwyczaja  się  do 
niecierpliwości.  Raczej  wprost  przeciwnie.  Pomimo  to  ten  rok  nauczył  go,  że  sarkańskiej 
administracji nie da się popędzać;  tym  bardziej  że składała się w większości  z przeniesionych tu 
Florińczyków, straszliwie czułych na punkcie swojej godności. 
        Kiedyś  zapytał  starego  Abla,  ambasadora  Trantora,  który  mieszkał  na  Sark  tak  długo,  że 
prawie zapuścił tu korzenie, dlaczego Sarkańczycy pozwalają, aby w ich ministerstwach kierowali 
różnymi sprawami ludzie, którymi tak głęboko gardzą. 
        Abel zmrużył oczy, patrząc na niego znad kielicha zielonego wina. 
        -  Polityka,  Junz  -  powiedział.  -  Polityka.  Praktyczne  zastosowanie  genetyki,  zgodnie  z 
sarkańską  logiką.  Ich  świat  jest  mały  i  niewiele  znaczący,  a  oni  mają  coś  do  powiedzenia  tylko 
dlatego,  że  kontrolują  tę  kopalnię  złota  -  Florinę.  Tak  więc  co  roku  przeczesują  pola  i  wioski 
Floriny i zabierają najzdolniejszą młodzież na Sark, na przeszkolenie. Średniakom każą wypełniać 
formularze,  przewracać  kartki  i  podpisywać  papierki,  tych  zaś  naprawdę  zdolnych  odsyłają  na 
Florinę jako tubylczych zarządców miast. Nazywają ich Mieszczanami. 
        Doktor  Junz  był  kosmoanalitykiem.  Nie  widział  w  tym  wszystkim  głębszego  sensu. 
Powiedział to rozmówcy. 
        Abel wyciągnął w jego kierunku gruby palec wskazujący i zielony blask sączący się z kielicha 
dotknął krzywego paznokcia, tłumiąc chorobliwą, żółtoszarą barwę. 
        -  Nie  nadajesz  się  na  administratora  -  rzekł.  -  Nie  proś  mnie  o  rekomendację.  Widzisz, 
najinteligentniejsi obywatele Floriny całym  sercem  popierają Sarkańczyków, ponieważ służąc im, 
mają  się  całkiem  dobrze,  natomiast  gdyby  odwrócili  się  od  nich,  w  najlepszym  razie  mogliby 
oczekiwać powrotu do typowej florińskiej egzystencji, która nie jest ciekawa, przyjacielu, nie jest 
ciekawa. 
        Jednym haustem wypił wino i mówił dalej. 
        - Co więcej, ani Mieszczanom, ani urzędnikom na Sark nie wolno mieć potomstwa, za to grozi 
utrata stanowiska. Nawet z Florinkami. Stosunki z kobietami z Sark, rzecz jasna, nie wchodzą w 
rachubę.  W  ten  sposób  najlepsze  florińskie  geny  są  ustawicznie  wycofywane  z  obiegu,  tak  że  w 
końcu Florina stanie się planetą drwali i nosicieli wody. 

background image

        - Ale nie będą też mieli urzędników. 
        - To melodia dalekiej przyszłości. 
         
        Doktor  Junz  siedział  teraz  w  jednej  z  poczekalni  Urzędu  do  Spraw  Floriny  i  niecierpliwie 
czekał,  aż  przepuszczą  go  przez  kolejne  szczeble,  podczas  gdy  florińscy  urzędnicy  bez  końca 
błądzili w biurokratycznym labiryncie. 
        Stanął przed nim Florińczyk, który postarzał się i pomarszczył w wieloletniej służbie. 
        - Doktor Junz? 
        - Tak. 
        - Proszę ze mną. 
        Migający  numer  na  ekranie  wywołałby  go  równie  skutecznie,  a  fluoryzujące  strzałki  w 
powietrzu  mogły  go  zaprowadzić  do  celu,  lecz  tam,  gdzie  robotnik  jest  tani,  nie  ma  potrzeby 
nikogo  zastępować.  Junz  nie  bez  powodu  pomyślał  „robotnik”.  W  żadnym  z  sarkańskich 
ministerstw nie widział kobiet. Florinki zostawiano na ich planecie, oprócz nielicznych służących, 
którym  też  zresztą  nie  wolno  było  mieć  dzieci,  miejscowe  kobiety  zaś,  jak  powiedział  Abel,  nie 
wchodziły w rachubę. 
        Gestem  wskazano  mu  miejsce  przed  biurkiem  asystenta  podsekretarza.  Zorientował  się 
przeczytawszy  tytuł  świecący  się  na  blacie  biurka.  Żaden  Florińczyk  nie  mógł,  rzecz  jasna,  być 
nikim więcej niż asystentem, choćby nie wiem ile nici władzy trzymał w swoich białych palcach. 
Podsekretarz  i  sekretarz  będą  Sarkańczykami,  ale  z  kolei  Junz  wiedział,  że  może  ich  spotkać  na 
gruncie towarzyskim, nigdy tu, w ministerstwie. 
        Siedział,  zniecierpliwiony,  ale  bliższy  celu.  Asystent  uważnie  przeglądał  dokumenty, 
przewracając  każdą  drobno  zapisaną  stronę,  tak  jakby  zawierała  tajemnice  Wszechświata.  Był 
bardzo  młody,  zapewne  absolwent  tegorocznego  kursu,  i  jak  wszyscy  Florińczycy  jasnowłosy  i 
jasnoskóry. 
        Junz  poczuł  atawistyczną  niechęć.  Sam  pochodził  z  planety  Libair  i  -  jak  każdy  jej 
mieszkaniec - miał skórę z wysoką zawartością pigmentu, ciemnobrązową. Na niewielu światach w 
Galaktyce  spotykało  się  tak  krańcowe  barwy  skóry  jak  na  Libairze  czy  na  Florinie.  Regułą  były 
raczej odcienie pośrednie. 
        Niektórzy z radykalnych młodych antropologów przychylali się do tezy, że ludzie ze światów 
takich  jak  na  przykład  Libair  powstali  w  wyniku  niezależnej,  konwergentnej  ewolucji.  Starsi  ze 
złością  odrzucali  teorię  o  odrębnych  drogach  rozwoju,  prowadzących  do  powstania  różnych 
gatunków  mogących  krzyżować  się  ze  sobą  -  co  było  powszechne  na  wszystkich  światach 
Galaktyki.  Upierali  się,  że  na  swej  rodzinnej  planecie,  którejkolwiek  by  przypadał  ten  zaszczyt, 
ludzkość była już podzielona na grupy o różnej pigmentacji. 
        Taka teoria jedynie odsuwała problem w czasie i niczego nie wyjaśniała, więc Junz żadnej z 
nich  nie  uważał  za  słuszną.  Nawet  teraz  często  zastanawiał  się  nad  tym  problemem.  Z 
niewiadomych  powodów  na  planetach  czarnoskórych  przetrwały  stare  legendy.  Na  przykład 
libairańskie mity mówiły o czasach wojen między ludźmi o różnej pigmentacji, a pierwszą kolonię 
na Libairze mieli założyć brązowoskórzy uciekający po przegranej bitwie. 
        Gdy  doktor  Junz  opuścił  Libair,  udając  się  do  Arkturiańskiego  Instytutu  Technologii 
Kosmicznej,  i  kiedy zaczął  pracować w swoim  zawodzie, te dawne legendy zostały zapomniane. 
Raz tylko zastanawiał się nad nimi poważnie. Zdarzyło się to na jednym ze starożytnych światów w 
sektorze Centaura, gdzie pełnił swe obowiązki; jednym z tych światów, których historię mierzy się 
na tysiąclecia, a których archaiczne dialekty może są owym zapomnianym i mitycznym językiem - 
angielszczyzną. Tam usłyszał specjalne słowo określające człowieka o czarnej skórze. 
        Po  co  używać  specjalnego  słowa  na  określenie  człowieka  o  czarnej  skórze?  Nie  ma 
specjalnego  słowa  na  człowieka  z  niebieskimi  oczami,  wielkimi  uszami czy  kręconymi  włosami. 
Nie ma... Suchy głos urzędnika przerwał te rozważania. 
        - Z dokumentów wynika, że był pan już w naszym urzędzie. 

background image

        - Istotnie, proszę pana - odparł szorstko Junz. 
        - Jednak nie ostatnio. 
        - Nie, nie ostatnio. 
        - Nadal poszukuje pan kosmoanalityka, który zniknął... - urzędnik przerzucił papiery - ...około 
jedenaście miesięcy i trzynaście dni temu. 
        - Zgadza się. 
        -  Od  tego  czasu  -  rzekł  asystent  suchym,  beznamiętnym  głosem,  z  którego  najwidoczniej 
wyciśnięto cały sok uczuć - nie znaleziono żadnego śladu tego człowieka ani żadnego dowodu, że 
kiedykolwiek był na terytorium Sark. 
        - Nim zniknął - przypomniał naukowiec - przebywał w Kosmosie w pobliżu Sark. 
        Urzędnik podniósł głowę i przez chwilę spojrzenie jego bladoniebieskich oczu zogniskowało 
się na twarzy Junza; szybko spuścił wzrok. 
        - To możliwe, lecz nie ma żadnego dowodu jego obecności na Sark. 
        Żadnego dowodu! Doktor Junz zacisnął wargi. To samo od wielu miesięcy powtarzano mu z 
rosnącym zniecierpliwieniem w Międzygwiezdnym Biurze Kosmoanalizy. 
        Żadnego  dowodu,  doktorze  Junz.  Uważamy,  że  traci  pan  swój  cenny  czas,  doktorze  Junz. 
Biuro dopilnuje dalszych poszukiwań, doktorze Junz. 
        A naprawdę chcieli w ten sposób powiedzieć: „Przestań marnować naszą forsę, Junz!” 
        Wszystko  zaczęło  się,  jak  dokładnie  określił  urzędnik,  jedenaście  miesięcy  i  trzynaście  dni 
temu Międzygwiezdnego Czasu Standardowego (urzędnik oczywiście w sprawach takiej wagi nie 
śmiałby  użyć  miejscowej  miary  czasu).  Dwa  dni  przedtem  Junz  wylądował  na  Sark,  aby 
przeprowadzić rutynową inspekcję pracy biura, która zmieniła się w... No właśnie, zamieniła się w 
to, czym jest teraz. 
        Powitał  go  miejscowy  przedstawiciel  MBK,  wątły  młody  człowiek,  który  utrwalił  się  w 
pamięci  doktora  Junza  głównie  dzięki  temu,  że  przez  cały  czas  żuł  jakiś  elastyczny  produkt 
sarkańskiego przemysłu chemicznego. 
         
        Kiedy  inspekcja  dobiegała  szczęśliwego  końca,  miejscowy  agent  przypomniał  sobie  coś, 
umieścił trwałowtyk w okolicy migdałków i powiedział: 
 
        -  Wiadomość  od  jednego  z  pracowników  terenowych,  doktorze  Junz.  Pewnie  nic  ważnego. 
Zna pan ich. 
        Normalny objaw lekceważenia: „Zna pan ich”. Doktor Junz spojrzał na niego z nagłą irytacją. 
Miał  ochotę  powiedzieć,  że  piętnaście  lat  temu  on  sam  był  „pracownikiem  terenowym”,  kiedy 
przypomniał  sobie,  że  po  trzech  miesiącach  nie  mógł  już  tego  znieść.  Jednak  ta  odrobina  złości 
sprawiła, że przeczytał wiadomość ze szczególną uwagą. 
        Oto jej treść: 
         
        Proszę  utrzymywać  bezpośrednią  łączność  po  kodowanej  linii  z  Kwaterą  Główną  MBK  w 
oczekiwaniu  na  szczegółowe  wiadomości  w  sprawie  niezwykłej  wagi.  Dotyczy  całej  Galaktyki. 
Ląduję po najkrótszej trajektorii. 
         
        Agent był ubawiony. Jego szczęki podjęły swój monotonny ruch, gdy mówił: 
        -  Proszę  to  sobie  wyobrazić.  „Dotyczy  całej  Galaktyki”.  To  doskonałe,  nawet  jak  na 
pracownika terenowego. Wywołałem go zaraz po otrzymaniu tej wiadomości, żeby dowiedzieć się 
czegoś sensownego oprócz tego bełkotu. Wciąż powtarzał, że życie każdej żywej istoty na Florinie 
jest w niebezpieczeństwie. No wie pan, pół miliarda istnień na szali. Gadał jak psychopata. Prawdę 
mówiąc, nie miałem ochoty prowadzić go po lądowaniu. Co pan proponuje? 
        - Czy ma pan zapis waszej rozmowy? - spytał Junz. 
        - Tak, proszę pana. 

background image

        Po kilkuminutowym poszukiwaniu znaleziono zwitek mikrofilmu. 
        Junz obejrzał go na czytniku. Zmarszczył brwi. 
        - To kopia, prawda? 
        -  Oryginał  wysłałem  do  sarkańskiego  Biura  Transportu  Pozaplanetarnego.  Sądziłem,  że 
powinni czekać na lądowisku z karetką. Na pewno było z nim kiepsko. 
        Doktor  Junz  miał  ochotę  przytaknąć  młodemu  człowiekowi.  Gdy  samotni  analitycy 
kosmicznych  otchłani  załamują  się  w  czasie  pracy,  ich  psychopatie  mogą  przybierać  gwałtowną 
formę. 
        - Zaraz - rzekł nagle. - Mówi pan, jakby on jeszcze nie wylądował. 
        Agent wyglądał na zdziwionego. 
        - Chyba wylądował, ale nikt mnie o tym nie zawiadomił. 
        -  No  cóż,  niech  pan  zadzwoni  do  transportu  i  dowie  się  szczegółów.  Psychopata  czy  nie, 
wszystko ma być w raporcie. 
        Kosmoanalityk  wpadł  tam  ponownie  następnego  dnia,  na  krótką  kontrolę  tuż  przed 
opuszczeniem  planety.  Miał  do  załatwienia  inne  sprawy,  na  innych  światach  i  spieszył  się.  Już 
wychodząc, rzucił przez ramię: 
        - A jak tam nasz pracownik terenowy? 
        -  Ach, tak -  odparł agent.  -  Właśnie chciałem  panu powiedzieć. W transporcie nic o nim nie 
wiedzą. Posłałem im wzór energetyczny silników hiperatomowych jego statku, a oni mówią, że nie 
ma go nigdzie w pobliskiej przestrzeni. Facet musiał zmienić zdanie i nie wylądował. 
        Doktor  Junz  postanowił  opóźnić  swój  odlot  o  dwadzieścia  cztery  godziny.  Następnego  dnia 
udał się do Biura Transportu Pozaplanetarnego w Sark City, stolicy planety. Tam po raz pierwszy 
spotkał florińskich biurokratów, którzy zgodnie potrząsali głowami. Och tak, otrzymali wiadomość 
dotyczącą zamierzonego lądowania analityka z MBK, ale żaden statek nie wylądował. 
        To  ważne,  nalegał  Junz.  Ten  człowiek  był  bardzo  chory.  Czy  nie  otrzymali  zapisu  jego 
rozmowy z miejscowym agentem MBK? Szeroko otwierali oczy. Zapis? Nie znalazł się nikt, kto 
potwierdziłby  odbiór  dokumentu.  Przykro  im,  jeśli  ten  człowiek  był  chory,  ale  nie  wylądował  tu 
żaden statek MBK i żadnego statku MBK nie było w pobliskiej przestrzeni. 
        Doktor Junz wrócił do hotelu i zaczął  rozmyślać. Minął kolejny termin planowanego odlotu. 
Zadzwonił  do  recepcji  i  poprosił  o  przeniesienie  do  innego  pokoju,  bardziej  odpowiedniego  na 
dłuższy pobyt. Potem zaaranżował spotkanie z Ludiganem Ablem, ambasadorem Trantora. 
        Następny  dzień  spędził  czytając  książki  o  historii  Sark,  a  gdy  nadeszła  pora  spotkania  z 
Ablem, serce wybijało mu powolny, gniewny werbel. Wiedział, że nie zrezygnuje tak łatwo. 
        Stary  ambasador  potraktował  wizytę  jako  towarzyską,  uścisnął  mu  dłoń,  przywołał 
mechanicznego  barmana  i  przez  pierwsze  dwa  drinki  nie  dopuścił  do  jakiejkolwiek  dyskusji  na 
tematy urzędowe. Junz wykorzystał okazję, spytał o florińską administrację i otrzymał informację o 
praktycznym wykorzystaniu genetyki na Sark. Jego złość spotęgowała się. 
        Junz  zawsze  pamiętał  Abla  takim,  jakim  widział  go  tego  dnia.  Głęboko  osadzone  oczy, 
przymknięte  pod  zdumiewająco  białymi  brwiami,  haczykowaty  nos  nieustannie  wiszący  nad 
krawędzią kielicha, zapadnięte policzki podkreślające szczupłość twarzy i ciała oraz sękaty paluch 
zdający  się  poruszać  w  rytmie  bezdźwięcznej  muzyki.  Junz  zaczął  swoją  opowieść,  krótką  i 
zwięzłą. Abel słuchał uważnie, nie przerywając. Kiedy Junz skończył, stary ambasador delikatnie 
otarł wargi. 
        - No tak. Czy zna pan tego człowieka, który zniknął? 
        - Nie. 
        - I nie widział go pan? 
        - Rzadko się widuje naszych pracowników terenowych. 
        - Czy przedtem miewał urojenia? 
         
        - Według jego akt w centrali MBK zdarzyło mu się to po raz pierwszy - jeśli to było urojenie. 

background image

        -  Jeśli?  -  ambasador  nie  rozwijał  tej  myśli.  Powiedział:  -  I  dlaczego  przyszedł  pan  z  tym  do 
mnie? 
        - Potrzebuję pomocy. 
        - Najwidoczniej. Tylko jakiej? Co mogę zrobić? 
        -  Zaraz  wyjaśnię.  Sarkańskie  Biuro  Transportu  Pozaplanetarnego  sprawdziło  pobliską 
przestrzeń na wzór energetyczny silników statku naszego człowieka - nigdzie nie ma ani śladu. Nie 
okłamywaliby mnie. Nie mówię, że Sarkańczycy brzydzą się kłamstwem, ale na pewno brzydzą się 
niepotrzebnym kłamstwem, a muszą wiedzieć, że mogę to sprawdzić w ciągu godziny czy dwóch. 
        - Racja. I co? 
        - Tylko w dwóch przypadkach nie można wykryć śladu wzoru energetycznego. Kiedy statku 
nie ma w pobliskiej przestrzeni, ponieważ przeszedł w nadprzestrzeń i znajduje się w innym rejonie 
Galaktyki,  oraz  gdy  nie  ma  go  w  Kosmosie,  gdyż  wylądował  na  planecie.  Nie  uwierzę,  że  nasz 
człowiek  wykonał  skok  przez  nadprzestrzeń.  Jeśli  jego  twierdzenia  o  zagrożeniu  Floriny  i  całej 
Galaktyki są urojeniami, nic nie powstrzymałoby go od przybycia na Sark i złożenia raportu. Nie 
zmieniłby  zdania  i  nie  odleciałby.  Mam  piętnastoletnie  doświadczenie  w  takich  sprawach.  Jeżeli 
zaś przypadkiem jego twierdzenia były prawdziwe i realne, sprawa była zbyt poważna, aby mógł 
zmienić zdanie i opuścić pobliską przestrzeń. 
        Stary Trantorianin podniósł palec i pokiwał nim lekko. 
        - Stąd wysnuł pan wniosek, że on jest na Sark. 
        -  Właśnie.  I  znów  mamy  dwie  możliwości.  Pierwsza,  jeśli  popadł  w  jakąś  psychozę,  mógł 
wylądować  gdziekolwiek  na  planecie,  poza  portem  kosmicznym.  Może  błąkać  się  po  planecie, 
chory  i  z  zanikiem  pamięci.  To  bardzo  mało  prawdopodobne,  nawet  w  przypadku  pracowników 
terenowych, ale czasem się zdarzało. W takich przypadkach napady są zazwyczaj chwilowe. Gdy 
mijają,  ofiara  najpierw  przypomina  sobie  szczegóły  swojej  pracy,  zanim  wrócą  jej  osobiste 
wspomnienia.  Mimo  wszystko  -  kosmoanaliza  to  zajęcie  na  całe  życie.  Dotknięci  amnezją  często 
zostają złapani, gdy wchodzą do publicznych bibliotek, żeby poszukać informacji o kosmoanalizie. 
        - Rozumiem. A zatem chce pan, żebym pomógł panu wymóc na Radzie Bibliotekarzy zgodę 
na informowanie pana o takim przypadku. 
        - Nie, gdyż nie przewiduję tu żadnych problemów. Poproszę, żeby pewne podstawowe dzieła 
z dziedziny kosmoanalizy wciągnięto na specjalną listę i aby każdego, kto o nie zapyta, a nie zdoła 
dowieść, że jest rodowitym Sarkańczykiem, zatrzymano i przesłuchano. Zgodzą się, ponieważ będą 
wiedzieli albo niektórzy ich zwierzchnicy będą wiedzieli, że ten plan na nic się nie zda. 
        - Dlaczego? 
        -  Dlatego  -  Junz  mówił  coraz  szybciej,  dygocąc  z  wściekłości  -  że  jestem  pewien,  że  nasz 
człowiek wylądował w kosmoporcie Sark City dokładnie tak, jak zamierzał, po czym  - zdrów na 
umyśle czy nie - został uwięziony lub zabity przez władze sarkańskie. Ale ja się tego dowiem. 
        Abel odstawił prawie pusty kielich. 
        - Żartuje pan? Zabity? 
        - Czy wyglądam na żartownisia? A co powiedział mi pan pół godziny temu o Sarkańczykach? 
Ich życie, bogactwo i władza zależą od zachowania kontroli nad Floriną. Czego dowiedziałem się 
przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny o ich historii? Tego, że bogactwem Sark są pola kyrtu na 
Florinie.  I  oto  zjawia  się  człowiek,  normalny  czy  nie,  obojętne,  który  twierdzi,  że  coś,  co  ma 
znaczenie  dla  całej  Galaktyki,  zagrozi  życiu  każdego  mężczyzny  i  każdej  kobiety  na  Florinie. 
Proszę spojrzeć na zapis ostatniej rozmowy z naszym człowiekiem. 
        Abel  wziął  rolkę  filmu,  który  rzucił  mu  Junz,  i  przyjął  podany  czytnik.  Powoli  przeczytał 
wiadomość, mrużąc i wytężając bladoniebieskie oczy. 
        - Niewiele z tego wynika. 
        -  Oczywiście.  Wiadomo,  że  zagraża  jakieś  niebezpieczeństwo.  I  trzeba  się  śpieszyć.  To 
wszystko. Jednak nie wolno było posyłać tego Sarkańczykom. Nawet gdyby ten człowiek mylił się, 
czy sarkański rząd pozwoliłby mu szerzyć takie obłąkańcze pogłoski - jeżeli były obłąkańcze - po 

background image

całej Galaktyce? Nawet abstrahując od paniki, jaką mogły wywołać na Florinie, przeszkadzając w 
produkcji  włókien  kyrtu,  pozostaje  faktem,  że  w  ten  sposób  ujawniłby  przed  całą  Galaktyką  to 
paskudne  bagno,  jakim  są  stosunki  polityczne  między  Sark  a  Floriną.  Tymczasem,  aby  tego 
uniknąć, wystarczyło usunąć tylko jednego człowieka, gdyż ja nie mogę podjąć działania opierając 
się  tylko  na  tym  zapisie,  o  czym  oni  doskonale  wiedzą.  Czy  w  takim  wypadku  Sarkańczycy 
zawahaliby się przed morderstwem? Ci eksperymentatorzy genetyczni  - jak pan ich przed chwilą 
przedstawił - na pewno nie wahaliby się ani chwili. 
        - A czego oczekuje pan ode mnie? Muszę powiedzieć, że nadal nie jestem pewien. - Abel nie 
wyglądał na poruszonego. 
        - Niech pan dowie się, czy go zabili - rzekł ponuro Junz. - Musi pan tu mieć swoich szpiegów. 
Och, proszę nie zaprzeczać. Wystarczająco długo tłukę się po  Galaktyce, żeby utracić złudzenia. 
Proszę zgłębić tę tajemnicę, podczas gdy ja będę odwracał ich uwagę negocjując z bibliotekarzami. 
A kiedy przekona się pan, że naprawdę są mordercami, chciałbym, aby Trantor zadbał o to, żeby 
żaden rząd w Galaktyce nie wyobrażał sobie, iż może bezkarnie zabijać ludzi MBK. 
        Na tym zakończyło się jego pierwsze spotkanie z Ablem. 
        Junz nie pomylił się w jednej sprawie. Sarkańscy urzędnicy byli chętni, a nawet uprzedzająco 
grzeczni, gdy chodziło o współpracę z bibliotekami. 
        Jednak wydawało się, że pomylił się w czymś innym. Mijały miesiące, a agenci Abla nigdzie 
nie mogli znaleźć śladu zaginionego pracownika MBK, żywego ani umarłego. 
        Tak  było  przez  jedenaście  miesięcy.  Junz  już  był  niemal  gotowy  zrezygnować.  W  duchu 
postanowił poczekać jeszcze miesiąc, nie dłużej. Nagle nastąpił przełom, i to wcale nie za sprawą 
Abla, lecz prawie zapomnianego samotnego strzelca, którego Junz osobiście zaangażował. Wpłynął 
raport z Biblioteki Publicznej Sark i Junz znalazł się przed florińskim urzędnikiem w Urzędzie do 
Spraw Floriny. 
         
        Urzędnik uporządkował sprawę w myślach. Przewrócił ostatnią stronę. Podniósł głowę. 
        - I co mogę dla pana zrobić? 
        Junz poinformował go zwięźle. 
        -  Wczoraj,  o  czwartej  dwadzieścia  dwie  po  południu  zawiadomiono  mnie,  że  we  florińskiej 
filii  Biblioteki  Publicznej  w  Sark  zatrzymano  dla  mnie  człowieka,  który  usiłował  skorzystać  z 
dwóch podstawowych dzieł z zakresu kosmoanalizy i nie był rodowitym Sarkańczykiem. Od tamtej 
pory nie miałem żadnych wiadomości z biblioteki. 
        Mówił dalej, podnosząc głos, by zakrzyczeć urzędnika, który próbował coś wtrącić. 
        - Telewizyjny biuletyn informacyjny z publicznego przekaźnika w hotelu, w którym rezyduję, 
pod wczorajszą datą i godziną piątą zero pięć po południu podaje, że we florińskiej filii Biblioteki 
Publicznej w Sark został ogłuszony członek Straży Florińskiej, i że poszukuje się trojga tubylców 
podejrzanych o to przestępstwo. Tej wiadomości nie podano w późniejszych biuletynach. Nie ma 
wątpliwości, że obie te informacje mają ze sobą związek. Jestem przekonany, że człowiek, którego 
szukam,  znajduje  się  w  rękach  Straży  Florińskiej.  Prosiłem  o  zezwolenie  na  przelot  na  Florinę  i 
odmówiono  mi.  Połączyłem  się  podprzestrzennie  z  Floriną  i  zażądałem,  aby  przysłano  tego 
człowieka na Sark. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Przybywam do Urzędu do Spraw Floriny 
domagać się podjęcia odpowiednich kroków. Albo ja polecę tam, albo on przyleci tutaj. 
        Bezduszny głos urzędnika powiedział: 
        -  Władze  Sark  nie  mogą  przyjmować  ultimatum  oficerów  MBK.  Zostałem  ostrzeżony  przez 
moich  zwierzchników,  że  zapewne  będzie  pan  domagał  się  odpowiedzi  w  tej  sprawie  i 
poinstruowano  mnie  co  do  faktów,  jakie  wolno  mi  panu  wyjawić.  Człowiek,  który  usiłował 
skorzystać  z  zastrzeżonych  dzieł,  wraz  z  dwoma  innymi  osobami  -  Mieszczaninem  i  florińską 
kobietą  -  istotnie  popełnił  zbrodnię,  o  jakiej  pan  wspomniał.  Byli  ścigani  przez  strażników. 
Jednakże nie zostali schwytani. Junz poczuł głębokie rozczarowanie, którego nawet nie próbował 
ukryć. - Uciekli? 

background image

        - Niezupełnie. Stwierdzono, iż ukryli się w piekarni niejakiego Matta Khorova. 
        - I pozwolono im tam zostać? - zdumiał się Junz. 
        - Czy ostatnio konferował pan z Jego Ekscelencją Ludiganem Ablem? 
        - Co to ma... 
        - Poinformowano nas, że często widywano pana w ambasadzie trantoriańskiej. 
         
        - Nie widziałem ambasadora od tygodnia. 
        - Proponuję więc, żeby się pan z nim spotkał. Nie ruszaliśmy przestępców w piekarni Khorova 
z uwagi na dobro naszych międzygwiezdnych stosunków z Trantorem. Poinstruowano mnie, abym 
panu powiedział - jeśli okaże się to konieczne - że Khorov, co zapewne pana nie zdziwi - przy tych 
słowach  bladą  twarz  urzędnika  wykrzywił  grymas  szyderczego  uśmiechu  -  jest  dobrze  znany 
naszemu Ministerstwu Bezpieczeństwa jako agent Trantora. 
 
6. 
Ambasador 
         
         
        Dziesięć godzin przed rozmową Junza z urzędnikiem Terens opuścił piekarnię Khorova. 
        Krocząc  ostrożnie  ulicami  Miasta,  Terens  wodził  dłonią  po  chropowatych  ścianach 
robotniczych  chat.  Panujące  wokół  głębokie  ciemności  rozjaśniał  tylko  słaby,  migotliwy  odblask 
świateł  z  Górnego  Miasta.  Jedynymi  światłami  pochodzącymi  z  Dolnego  Miasta  były  żółtawe 
błyski latarek strażników, którzy maszerowali po dwóch i po trzech. 
        Dolne  Miasto  leżało  pogrążone  we  śnie  jak  chory  potwór,  którego  śliskie  wnętrzności 
skrywała błyszcząca kopuła górnych poziomów. Jego część zapewne tętniła ukrytym życiem, tam, 
gdzie przywożono i magazynowano produkty, jednak nie tu, nie w slumsach. 
        Słysząc  odległy  stukot  kroków,  Terens  skrył  się  w  zakurzonej  uliczce  (nawet  conocne 
florińskie  deszcze  ledwie  docierały  w  osłonięte  miejsca  pod  żelazobetonem).  Światła  błysnęły, 
minęły go i zniknęły sto metrów dalej. 
        Strażnicy  maszerowali  tam  i  z  powrotem  przez  całą  noc.  Wystarczyło,  że  tak  chodzili.  Lęk, 
jaki budzili, pozwalał utrzymać porządek niemal bez użycia siły. W pozbawionym świateł mieście 
ciemność  mogła  być  osłoną  dla  całych  rzesz  przestępców,  lecz  nawet  gdyby  nie  pilnowali  go 
strażnicy, takie niebezpieczeństwo nie istniało. Składy żywności i warsztaty były dobrze strzeżone, 
luksusy  Górnego  Miasta  niedostępne,  a  próby  wzajemnego  okradania  się,  żerowania  na  nędzy 
innych z góry skazane na niepowodzenie. 
        To,  co  na  innych  światach  uważano  za  przestępstwo,  w  tych  ciemnościach  praktycznie  nie 
istniało. Biedni byli pod ręką, lecz już zostali oskubani do czysta, bogaci zaś byli dosłownie poza 
zasięgiem. 
        Terens  skradał się.  Gdy  przechodził pod jednym  z otworów w żelbetowej  płycie, jego twarz 
błysnęła w mroku jak biała plama. Mimowolnie spojrzał w górę. 
        Poza zasięgiem! 
        Czy  rzeczywiście  nie  można  ich  dosięgnąć?  Ile  już  razy  zmienił  się  jego  stosunek  do 
Posiadaczy?  Będąc  dzieckiem,  myślał  o  nich  dziecinnie.  Strażnicy  byli  potworami  w  czerni  i 
srebrze,  przed  którymi  należało  uciekać,  nawet  jeśli  nie  zrobiłeś  niczego  złego.  Posiadacze  byli 
zagadkowymi i bajkowymi supermenami, niezwykle dobrymi, żyjącymi w raju znanym jako Sark, 
ustawicznie i cierpliwie zabiegającymi o dobro niemądrych mężczyzn i kobiet Floriny. 
        Codziennie  powtarzał  w  szkole:  „Niech  Duch  Galaktyki  strzeże  Posiadaczy,  tak  jak  oni 
strzegą nas”. 
        Tak, pomyślał teraz, właśnie. Właśnie tak! Niech Duch będzie dla nich tym, czym oni są dla 
nas. Ni mniej, ni więcej. Zacisnął pięści aż do bólu. 

background image

        Kiedy  miał  dziesięć  lat,  napisał  wypracowanie  o  tym,  jak  wyobraża  sobie  życie  na  Sark. 
Popuścił  wodze  twórczej  wyobraźni,  chcąc  popisać  się  umiejętnością  pisania.  Niewiele  z  tego 
pamiętał, właściwie tylko jeden akapit. Opisał w nim Posiadaczy, jak zbierają się każdego ranka w 
wielkiej  sali  o  ścianach  koloru  kwiatów  kyrtu,  sześciometrowych  olbrzymów,  którzy  stojąc 
dostojnie, debatują nad grzechami Florińczyków i z powagą i smutkiem rozważają, jak nakłonić ich 
do cnotliwego życia. 
        Nauczyciel był bardzo zadowolony i pod koniec roku, kiedy inni chłopcy nadal uczęszczali na 
krótkie lekcje czytania, pisania i moralności, on został przeniesiony do specjalnej klasy, w której 
uczył się matematyki, galaktografii i historii Sark. W wieku szesnastu lat zabrano go na Sark. 
        Wciąż  pamiętał  ten  wspaniały  dzień  i  wzdrygnął  się  na  samo  jego  wspomnienie.  Na  myśl  o 
nim czuł dojmujący wstyd. 
        Teraz  zbliżał  się  do  krańca  miasta.  Sporadyczne  podmuchy  wiatru  przynosiły  ciężki,  nocny 
zapach  kwiatów  kyrtu.  Jeszcze  kilka  minut  i  znajdzie  się  w  stosunkowo  bezpiecznym  miejscu  - 
wśród  pól,  po  których  nie  krążyły  regularne  patrole  i  gdzie  przez  postrzępione  chmury  znów 
zobaczy gwiazdy. Także tę mocną, jaskrawożółtą gwiazdę, która jest słońcem Sark. 
        Przez  pół  życia  to  była  jego  gwiazda.  Ta  niebywale  jasna  mała  kulka  była  dla  niego  czymś 
więcej  niż  gwiazdą.  Kiedy  ujrzał  ją  po  raz  pierwszy,  przez  luk  kosmolotu,  miał  ochotę  paść  na 
kolana. Na myśl, że zbliża się do raju, zapomniał nawet o paraliżującym lęku pierwszej podróży w 
przestrzeni kosmicznej. 
        Wylądował w tym raju i został doprowadzony do starego Florińczyka, który dopilnował, żeby 
go wykąpano i odpowiednio odziano. Potem zabrano go do wielkiego budynku, a po drodze stary 
przewodnik pokłonił się jakiejś mijanej postaci. 
        - Ukłoń się! - mruknął gniewnie do młodego Terensa. 
        Usłuchał, zmieszany. 
        - Kto to był? 
        - Posiadacz, ty tępy wieśniaku. 
        - To? Posiadacz? 
        Stanął  jak  wryty,  tak  że  tamten  musiał  pociągnąć  go  za  rękę.  Po  raz  pierwszy  ujrzał 
Posiadacza.  Wcale  nie  sześciometrowy,  lecz  zwyczajny  człowiek.  Inni  florińscy  młodzieńcy 
otrząsnęli się z szoku wywołanego takim rozczarowaniem, a Terens nie. Coś w nim pękło, zmieniło 
się na zawsze. 
        Podczas  całego  szkolenia  i  długich  studiów,  z  którymi  tak  dobrze  sobie  radził,  nigdy  nie 
zapomniał o tym, że Posiadacze są tylko ludźmi. 
        Studiował  dziesięć  lat,  a  kiedy  nie  uczył  się,  nie  jadł  i  nie  spał,  nauczył  się  być  użyteczny. 
Nauczono  go  doręczać  przesyłki,  opróżniać  kosze  na  śmieci,  kłaniać  się  nisko  przechodzącym 
Posiadaczom i z szacunkiem odwracać twarz do ściany, gdy mijały go ich kobiety. 
        Przez pięć następnych lat pracował w administracji, jak zwykle przenoszony ze stanowiska na 
stanowisko w celu wypróbowania jego zdolności w przeróżnych warunkach. 
        Kiedyś odwiedził go pulchny, łagodny Florińczyk, przyjaźnie uśmiechnięty, który poklepał go 
po ramieniu i zapytał, co sądzi o Posiadaczach. 
        Terens  stłumił  w sobie chęć natychmiastowej  ucieczki.  Przeraził się, że jego myśli mogły  w 
jakiś tajemniczy sposób uzewnętrznić się w wyrazie twarzy. Potrząsnął głową i wymamrotał stek 
komunałów o dobroci Posiadaczy. 
        Jednak pulchny tylko wydął usta i rzekł: 
        - Chyba tak nie myślisz. Przyjdź dziś wieczór pod ten adres. 
        I wręczył Terensowi mały kartonik, który po kilku minutach zwęglił się i rozsypał w proch. 
        Terens poszedł. Bał się, ale był ciekaw. Spotkał tam swoich znajomych, którzy spoglądali na 
niego  porozumiewawczo,  a  później,  w  pracy,  patrzyli  obojętnie.  Słuchał  tego,  co  mówili,  i 
przekonał się, że wielu podziela jego opinie, które traktował jako owoc własnych, i tylko własnych 
przemyśleń. 

background image

        Dowiedział  się,  że  przynajmniej  niektórzy  Florińczycy  uważają  Posiadaczy  za  wstrętnych 
wyzyskiwaczy,  dla  własnej  korzyści  grabiących  Florinę  z  jej  bogactw  i  utrzymujących  biednych 
tubylców w ciemnocie i ubóstwie. Dowiedział się, że nadchodzi czas wielkiego powstania przeciw 
Sark i całe bogactwo Floriny przypadnie prawowitym właścicielom. 
        W jaki sposób? - pytał Terens. Zadawał to pytanie raz po raz. Przecież Posiadacze i strażnicy 
mają broń. 
        Wtedy  powiedzieli  mu  o  Trantorze,  gigantycznym  imperium  rozrastającym  się  w  ostatnich 
stuleciach tak, że należała do niego już połowa zamieszkanych światów Galaktyki. Trantor, mówili, 
zniszczy Sark z pomocą Florińczyków. 
        Jednak, mówił Terens  najpierw sobie, a potem  innym,  jeśli  Trantor  jest  tak wielki, a Florina 
tak  mała,  czy  Trantor  nie  zastąpi  po  prostu  Sark  jako  jeszcze  potężniejszy  i  bardziej  tyrański 
władca? Jeśli takie było to jedyne wyjście, to lepiej już znosić Sark. Lepsze zło znane niż nieznane. 
        Wyśmiano  go  i  wyrzucono,  grożąc  utratą  życia,  jeśli  kiedykolwiek  powie  komuś  o  tym,  co 
słyszał. 
        A nieco później zauważył, że konspiratorzy zaczęli znikać jeden po drugim, aż został tylko ten 
pulchny. 
        Czasami widział go, jak tu i tam szepcze do ucha jakiemuś nowo przybyłemu, ale Terens nie 
mógł ostrzec ofiary, że to jest wystawianie na pokusę i sprawdzanie. Każdy musi znaleźć własną 
drogę - tak jak on. 
        Przez  pewien  czas  pracował  w  Ministerstwie  Bezpieczeństwa,  czego  dostąpiło  niewielu 
Florińczyków. Trwało  to krótko, ponieważ władza związana ze stanowiskiem w bezpieczeństwie 
była tak ogromna, że nikomu nie zezwalano na dłuższe piastowanie tam funkcji. 
        Jednak  pracując  tam  Terens  przekonał  się,  ku  swojemu  zdziwieniu,  że  istnieją  prawdziwe 
spiski. Mężczyźni i kobiety na Florinie spotykali się w tajemnicy i planowali bunt. Zazwyczaj byli 
potajemnie opłacani przez Trantor. Niektórzy z tych niedoszłych buntowników naprawdę uważali, 
że Florina może zwyciężyć bez niczyjej pomocy. 
        Terens  zastanawiał  się  nad  tym.  Mało  mówił,  pracował  bez  zarzutu,  ale  myślał  swoje. 
Nienawidził Posiadaczy, trochę dlatego, że nie mieli sześciu metrów wzrostu, trochę dlatego, że nie 
wolno mu było patrzeć na ich kobiety, a wreszcie dlatego, że zgięty w ukłonie służył kilku z nich i 
stwierdził, iż mimo całej ich arogancji byli głupcami, wiedzieli nie więcej niż on, a przeważnie byli 
o wiele mniej inteligentni. 
        Co  jednak  mogli  zrobić  Florińczycy?  Jaki  był  sens  wymieniać  głupiego  Posiadacza 
sarkańskiego  na  głupiego  dostojnika  trantoriańskiego?  Oczekiwać,  że  florińscy  wieśniacy  zrobią 
coś samodzielnie, było niebezpieczną mrzonką. Tak więc nie było żadnego wyjścia. 
        Zastanawiał się nad tym problemem od lat - jako student, urzędnik i jako Mieszczanin. 
        Aż  nagle  ten  szczególny  splot  okoliczności  włożył  nieoczekiwane  rozwiązanie  w  ręce  tego 
niepozornego  człowieka,  który  kiedyś  był  kosmoanalitykiem,  a  teraz  bełkotał  o  czymś,  co 
zagrażało życiu wszystkich mężczyzn i kobiet na Florinie. 
        Terens znalazł się już na polach, gdzie ustawał nocny deszczyk i gwiazdy lśniły wśród wilgoci 
chmur. Oddychał głęboko zapachem kyrtu, największego skarbu i przekleństwa Floriny. 
        Nie miał złudzeń. Nie był już Mieszczaninem. Nie był nawet wolnym florińskim wieśniakiem. 
Był uciekającym przestępcą, ukrywającym się zbiegiem. 
        A  jednak  w  głowie  miał  zamęt.  Przez  ostatnie  dwadzieścia  cztery  godziny  miał  w  rękach 
najpotężniejszą  broń  przeciw  Sark,  o  jakiej  ktokolwiek  mógłby  marzyć.  Nie  było  co  do  tego 
wątpliwości. Wiedział, że to, co Rik sobie przypomniał, rzeczywiście się zdarzyło, że był kiedyś 
kosmoanalitykiem,  że  umysł  Rika  był  poddany  głębokiemu  działaniu  psychosondy,  że  we 
wracającej mu pamięci kryła się prawda - straszna i potężna. 
        Terens był tego pewien. 
        A teraz Rik wpadł w grube łapy człowieka, który udawał florińskiego patriotę, a naprawdę był 
agentem Trantora. 

background image

        Terens czuł ściskający mu gardło gniew. To jasne, że ten Piekarz jest trantoriańskim agentem. 
Od pierwszej chwili nie miał co do tego wątpliwości. Kto z mieszkańców Dolnego Miasta miałby 
tyle pieniędzy, żeby stawiać atrapy pieców mikrofalowych? 
        Nie mógł pozwolić, aby Rik wpadł w sieci Trantora. Nie pozwoli na to. Był przygotowany na 
podjęcie każdego ryzyka. Co tam ryzyko! Przecież i tak czeka go kara śmierci. 
        Na skraju  nieba ujrzał  słabą poświatę. Zaczeka na świt.  Strażnicy z  pewnością już otrzymali 
jego rysopis, ale może upłynie kilka minut zanim go zauważą. 
        A w ciągu tych paru minut będzie ciągle Mieszczaninem. I zdąży zrobić coś, o czym  - nawet 
teraz - nie śmiał dłużej myśleć. 
         
        Dziesięć godzin po rozmowie z urzędnikiem Junz znów odwiedził Ludigana Abla. 
        Ambasador przywitał  Junza ze swą zwykłą  pozorną serdecznością, pod którą wyczuwało  się 
wyraźne i niepokojące poczucie winy. W czasie ich pierwszego spotkania (dawno temu; minął już 
niemal cały Standardowy Rok) nie zwracał szczególnej uwagi na jego opowieść jako taką. Jedyną 
troską ambasadora było: „Czy to jakoś pomoże, czy może pomóc Trantorowi?” 
        Trantor!  Zawsze był  dla niego najważniejszy,  ale Abel  nie był  głupcem,  który by żywił  kult 
dla grupki  gwiazd czy żółtego emblematu  z kosmolotem  i  słońcem  trantoriańskich sił zbrojnych. 
Krótko mówiąc, nie był patriotą w zwyczajnym znaczeniu tego słowa i Trantor jako Trantor nic dla 
niego nie znaczył. 
        Abel  żywił  kult  dla  pokoju;  tym  bardziej  że  starzejąc  się,  coraz  bardziej  doceniał  kieliszek 
wina,  powietrze  przesycone  perfumami  i  dźwiękami  muzyki,  popołudniową  drzemkę  i  spokojne 
oczekiwanie na śmierć. Wyobrażał sobie, że to samo musi czuć każdy człowiek; tymczasem tyle 
ludzi  cierpiało  z  powodu  wojny  i  zniszczenia.  Zamarzali  w  kosmicznej  próżni,  wyparowywali  w 
błysku atomowych eksplozji, ginęli z głodu na obleganych i bombardowanych planetach. 
        Jak  wymusić  pokój?  Nie  perswazją,  to  pewne,  i  nie  kształceniem.  Jeśli  człowiek  nie  jest  w 
stanie spojrzeć na zjawisko pokoju i zjawisko wojny tak, aby przedłożyć pierwsze nad drugie, to 
jakie argumenty mogą go przekonać? Cóż może być ważniejszym powodem potępienia wojny niż 
sama  wojna?  Jakie  popisy  dialektyki  mają  choć  dziesiątą  część  tej  siły  przekonywania,  jaką  ma 
jeden wypatroszony statek ze swym upiornym ładunkiem? 
        Tak więc jest tylko jeden sposób, aby skończyć ze stosowaniem siły - użyć siły. 
        Abel miał w swoim gabinecie mapę Trantora, ujętą tak, aby ukazywała zastosowanie tej siły. 
Mapa była w kształcie kryształowej kuli, w której zawieszono trójwymiarowy obraz Galaktyki. Jej 
gwiazdy były białymi kropkami diamentowego pyłu, mgławice smugami światła lub czarnej mgły, 
w pobliżu centrum zaś znajdowało się kilka czerwonych punkcików, będących niegdyś Republiką 
Trantoriańską. 
        Właśnie  „niegdyś”,  pięćset  lat  temu  Republika  Trantoriańską  składała  się  zaledwie  z  pięciu 
światów. 
        To była mapa historyczna i pokazywała Republikę w tym stadium tylko wtedy, kiedy pokrętło 
ustawione  było  na  zero.  Przestawiając  pokrętło  o  jedną  kreskę  można  było  oglądać  Galaktykę  o 
pięćdziesiąt lat starszą, a gwiazdy wokół Trantora czerwieńsze. 
        Po  dziesięciu  kreskach  mija  pięćset  lat  i  szkarłat  rozszerza  się  jak  rosnąca  plama  krwi,  aż 
ponad połowa Galaktyki znajduje się w czerwonej kałuży. 
        Ta  czerwień  była  czerwona  jak  krew  nie  tylko  w  przenośni.  W  miarę  jak  Republika 
Trantoriańską  stawała  się  Konfederacją  Trantoriańską,  a  potem  Imperium  Trantoriańskim,  jej 
rozwój znaczył szlak martwych ludzi, martwych statków i martwych światów. A jednak przez to 
Trantor rósł w siłę i w obrębie tej czerwonej plamy panował pokój. 
        Teraz  Trantor  zmierzał  do  kolejnej  przemiany:  z  Imperium  Trantoriańskiego  w  Imperium 
Galaktyczne. Czerwień obejmie wszystkie gwiazdy i wszędzie zapanuje pokój - pax Trantorica. 
        Abel  pragnął  tego.  Pięćset  lat  temu,  przed  czterystu,  a  nawet  przed  dwustu  laty,  buntowałby 
się przeciw Trantorowi jako obrzydliwemu gniazdu wstrętnych, agresywnych materialistów, którzy 

background image

gwałcą prawa innych, niezdolni do stworzenia prawdziwej demokracji we własnym domu, chętnie 
krytykują uchybienia innych rządów, a ponadto są bezgranicznie chciwi. Ale ten czas już minął. 
        Ablowi nie chodziło o Trantor, ale o rezultat, jaki miał przynieść rozwój Imperium. Stąd też 
pytanie:  „Czy  to  pomoże  pokojowi  na  Galaktyce?”  przyjmowało  postać:  „Czy  to  pomoże 
Trantorowi?” 
        Cały  kłopot,  że  w  tym  szczególnym  przypadku  nie  był  tego  pewien.  Dla  Junza  rozwiązanie 
było proste i oczywiste. Trantor musi poprzeć MBK i ukarać Sark. 
        Może to byłoby dobre wyjście, gdyby udało się coś udowodnić Sarkańczykom. A może nawet 
wtedy  nie.  Jeśli  nie  uda  im  się  niczego  udowodnić  -  na  pewno  nie.  W  każdym  razie  Trantor  nie 
powinien postępować pochopnie. Wiadomo, że właśnie Trantor skupia całą władzę w Galaktyce i 
nadal  istnieje  możliwość,  że  pozostałe,  nietrantoriańskie  planety  mogą  zjednoczyć  się  przeciw 
niemu.  Trantor  zdołałby  zwyciężyć  w  takiej  wojnie,  ale  w  obliczu  ceny,  jaką  by  za  to  zapłacił, 
zwycięstwo byłoby tylko mniej przykrym określeniem klęski. 
        Dlatego  w  tej  ostatniej  fazie  gry  Trantorowi  nie  wolno  wykonać  żadnego  nieostrożnego 
posunięcia.  Tak  więc  Abel  postępował  z  rozmysłem,  snując  delikatne  sieci  w  labiryntach 
administracji i wśród sarkańskich Posiadaczy, wypytując z uśmiechem i przesłuchując niczego nie 
podejrzewających  rozmówców.  Nie  zapomniał  też  objąć  Junza  troskliwą  opieką  trantoriańskich 
tajnych  służb,  aby  rozwścieczony  uczony  w  jednej  chwili  nie  narobił  szkód,  których  Abel  nie 
zdołałby naprawić przez rok. 
        Abel był zdumiony nieustającym wzburzeniem Libairańczyka. Kiedyś zapytał go: 
        - Dlaczego pan tak troszczy się o jednego kosmoanalityka? 
        Spodziewał  się  wykładu  o  jedności  MBK  oraz  obowiązku  popierania  go  jako  narzędzia  nie 
tego czy tamtego świata, ale całej ludzkości. Nie usłyszał go. Junz zmarszczył brwi i powiedział: 
        -  Gdyż  u  źródła  tego  wszystkiego  leży  istota  stosunków  łączących  Sark  z  Floriną.  Chcę  ją 
ujawnić i zniszczyć. 
        Abel  poczuł  niesmak.  Zawsze  i  wszędzie  te  niepotrzebne  kłopoty  z  pojedynczymi  światami, 
które  przeszkadzają  ciągle  w  rozwiązaniu  problemu  jedności  galaktycznej.  Jasne,  że  tu  i  ówdzie 
dochodziło do niesprawiedliwości społecznych. Jasne, że czasem były trudne do zniesienia. Jednak 
jak  można  sobie  wyobrażać,  że  takie  nieprawidłowości  da  się  rozwiązać  w  skali  mniejszej  niż 
galaktyczna?  Najpierw  trzeba  położyć  kres  wojnom  i  wzajemnym  animozjom,  a  wtedy  zająć  się 
problemami wewnętrznymi, których główną przyczyną jest w końcu konflikt zewnętrzny. 
        A  Junz  nawet  nie  pochodził  z  Floriny.  Nawet  nie  miał  powodu  do  takiej  emocjonalnej 
krótkowzroczności. 
        - Czym jest dla pana Floriną? - spytał Abel. 
        - Czuję pewne pokrewieństwo - odparł po namyśle Junz. 
        - Przecież jest pan Libairańczykiem. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. 
        -  Jestem  -  i  na tym  polega to  pokrewieństwo. Oni i  my jesteśmy skrajnościami w Galaktyce 
przeciętności. 
        - Skrajnościami? Nie rozumiem. 
        - Chodzi o pigmentację skóry - rzekł Junz. - Oni są niezwykle biali. My niezwykle czarni. To 
coś  oznacza.  Wiąże  nas  ze  sobą.  Stanowi  wspólny  element.  Wydaje  mi  się,  iż  nasi  przodkowie 
przez  długi  czas  cierpieli,  a  nawet  byli  wykluczani  ze  społeczności  z  powodu  różnic  w  kolorze 
skóry. Jesteśmy nieszczęśliwymi białymi i nieszczęśliwymi czarnymi, braćmi w odmienności. 
        Widząc zdumienie Abla, Junz zamilkł. Nigdy więcej nie poruszali tego tematu. 
         
        A teraz, po roku, bez ostrzeżenia, bez jakichkolwiek uprzednich oznak, kiedy wydawało  się, 
że  cała  ta  nieszczęsna  sprawa  umrze  śmiercią  naturalną  i  gdy  już  nawet  Junz  zdradzał  objawy 
zniechęcenia, wybuchła bomba. 
        Abel  miał  teraz  przed  sobą  innego  Junza,  którego  gniew  nie  był  skierowany  wyłącznie 
przeciw Sarkańczykom, ale i przeciw ambasadorowi. 

background image

        -  Nie  chodzi  o  to  -  powiedział  między  innymi  Libairańczyk  -  że  denerwują  mnie  pańscy 
agenci,  którzy  siedzą  mi  na  karku.  Powiedzmy,  że  jest  pan  ostrożny  i  nie  może  ufać  nikomu  i 
niczemu.  Dobrze,  niech  tak  będzie.  Ale  dlaczego  nie  poinformowano  mnie,  że  zlokalizowano 
mojego człowieka? 
        Abel pogładził ręką ciepłe obicie fotela. 
        - To nie są proste sprawy. Nie są proste. Poleciłem, aby każde doniesienie o próbie dotarcia do 
tekstów  z  dziedziny  kosmoanalizy  przez  osoby  nieupoważnione  przekazywano  moim  agentom  i 
panu. Sądziłem, że może pan potrzebować ochrony. Ale na Florinie... 
        Junz rzekł ze złością: 
        - Tak. Byliśmy głupcami nie biorąc tego pod uwagę. Straciliśmy prawie rok, by się przekonać, 
że  nie  możemy  znaleźć  go  nigdzie  na  Sark.  On  musiał  być  na  Florinie,  a  my  byliśmy  ślepi.  W 
każdym razie, teraz go mamy. A raczej pan go ma, więc chyba będę mógł go zobaczyć? 
        Abel nie odpowiedział wprost. 
        - Mówi pan, że powiedzieli, iż ten cały Khorov jest agentem Trantora? 
        - A nie jest? Po co mieliby kłamać? A może źle ich poinformowano? 
        - Nie kłamali i nie byli źle poinformowani. Przez dziesięć lat był naszym agentem i niepokoi 
mnie, że oni o tym wiedzieli. Zaczynam zastanawiać się, co jeszcze o nas wiedzą i jak nietrwała 
może  być  nasza  siatka.  Czyż  jednak  nie  zastanawia  to  pana,  dlaczego  tak  otwarcie  powiedzieli 
panu, że on jest jednym z naszych ludzi? 
        - Bo to prawda, jak sądzę, i żebym raz na zawsze przestał niepokoić ich dalszymi żądaniami, 
które mogłyby wywołać tarcia między nimi a Trantorem. 
        -  Prawda  to  dla  dyplomatów  towar  bez  wartości,  a  czy  mogliby  zrobić  coś  głupszego  niż 
zdradzić nam, ile o nas wiedzą, pozwalając w porę zwinąć siatkę, załatać dziury i rozciągnąć ją na 
nowo? 
        - Proszę więc samemu odpowiedzieć na swoje pytanie. 
 
        -  Powiedziałbym,  że  ujawnienie  wobec  pana  wiedzy  o  tym,  kim  jest  Khorov,  było  aktem 
triumfu z ich strony. Wiedzieli, że zdradzając się z posiadaniem tej informacji, w niczym sobie nie 
pomogą ani nie zaszkodzą, gdyż ja już od dwunastu godzin wiedziałem, że zdemaskowali go jako 
naszego człowieka. 
         
        - Skąd? 
        -  Z  najlepszych  źródeł.  Słuchaj  pan!  Dwanaście  godzin  temu  Matt  Khorov,  agent  Trantora, 
został  zabity  przez  fiorińskiego  strażnika.  Dwoje  Florińczyków,  których  w  owym  czasie 
przetrzymywał,  kobieta  i  mężczyzna  -  prawdopodobnie  będący  poszukiwanym  przez  pana 
pracownikiem terenowym - zniknęło bez śladu. Zapewne wpadli w ręce Posiadaczy. 
        Junz poderwał się z fotela, a z jego ust wydobył się nieartykułowany okrzyk. Abel spokojnie 
uniósł kieliszek wina i rzekł: 
        -  Oficjalnie  nic  nie  mogę  zrobić.  Zabity  był  Florińczykiem,  a  nie  mamy  też  żadnych 
dowodów,  że  nie  są  nimi  ci  dwoje,  którzy  zniknęli.  Widzi  pan,  zostaliśmy  sprytnie 
wymanewrowani, a teraz jeszcze wykpieni. 
 
 
7. 
Strażnik 
         
         
        Rik  widział,  jak  zginął  Piekarz.  Zobaczył,  jak  osuwa  się  bez  jęku,  z  piersią  rozszarpaną  i 
zwęgloną bezgłośnym uderzeniem blastera. Ten widok przysłonił mu wszystko, co wydarzyło się 
wcześniej, i niemal wszystko, co nastąpiło potem. 

background image

        Niewyraźnie pamiętał pojawienie się strażnika, spokojny, lecz groźny ruch, jakim sięgnął po 
broń.  Piekarz  spojrzał  na  niego  i  ułożył  wargi  do  ostatniego  słowa,  którego  nie  zdążył 
wypowiedzieć.  Potem  stało  się,  Rikowi  zaszumiała  w  uszach  uderzająca  do  głowy  krew  i  dzikie 
wrzaski tłumu, rozbiegającego się na wszystkie strony jak stado spłoszonych zwierząt. 
        Przez  chwilę  czuł  się  tak,  jakby  stan  jego  umysłu  po  kilku  godzinach  snu  wcale  się  nie 
poprawił. Strażnik runął ku niemu, przepychając się przez wrzeszczących mężczyzn i kobiety jak 
przez  morze  błota,  które  trzeba  rozgarnąć.  Rik  i  Lona  odwrócili  się  i  pozwolili  unieść  tłumowi. 
Ludzka rzeka miała wiry i boczne prądy, skręcała i drgała, gdy unosiły się nad nią latające pojazdy 
strażników.  Valona  popędzała  Rika  naprzód,  ku  przedmieściom  Miasta.  W  tej  chwili  był 
wczorajszym wystraszonym dzieckiem, a nie prawie dorosłym z dzisiejszego ranka. 
        Obudził  się  rano,  gdy  szarzał  świt,  którego  nie  mógł  widzieć  w  pozbawionym  okien 
pomieszczeniu. Leżał kilka długich minut, zbierając myśli. Coś w jego umyśle zagoiło się tej nocy; 
coś zazębiło się i stało całością. To mogło wydarzyć się w każdej minucie tych dwóch dni, jakie 
upłynęły od kiedy zaczął  „pamiętać”. Ten proces trwał  przez cały poprzedni  dzień. Wyprawa do 
Górnego Miasta i do biblioteki, napad na strażnika i późniejsza ucieczka, spotkanie z Piekarzem - 
to wszystko podziałało jak katalizator. Skurczone włókna jego mózgu, tak długo nieczynne, zostały 
pochwycone  i  rozciągnięte,  zmuszone  do  bolesnej  aktywności,  i  teraz,  po  paru  godzinach  snu, 
lekko pulsowały. 
        Myślał o Kosmosie i gwiazdach, o rozległych, bezmiernych obszarach pustki i ciszy. Wreszcie 
obrócił głowę i rzekł: 
        - Lona. 
        Obudziła się gwałtownie, unosząc na łokciu i zerkając na towarzysza. - Rik? 
        - Tu jestem, Lono. 
        - Dobrze się czujesz? 
        - Jasne. 
        Nie potrafił ukryć wzburzenia. 
        - Czuję się świetnie, Lono. Słuchaj! Pamiętam więcej. Byłem na statku i dokładnie wiem, co... 
        Ale  ona  go  nie  słuchała.  Wśliznęła  się  w  swoją  sukienkę  i  odwrócona  plecami  do  niego 
zasunęła zamek na przodzie, po czym zaczęła nerwowo zapinać pas. Na palcach podeszła do Rika. 
        - Nie miałam zamiaru spać. Chciałam czuwać. 
        Rikowi udzieliło się jej zdenerwowanie. 
        - Czy coś się stało? - zapytał. 
        - Cii, nie mów tak głośno. Wszystko w porządku. 
        - Gdzie Mieszczanin? 
        - Nie ma go tu. On... musiał iść. Dlaczego nie prześpisz się jeszcze chwilę, Rik? 
        Odepchnął jej ramię. 
        - Nic mi nie jest. Nie chcę spać. Chciałem powiedzieć Mieszczaninowi o moim statku. 
        Jednak  Mieszczanina  nie  było,  a  Valona  nie  chciała  słuchać.  Rik  zrezygnował  i  po  raz 
pierwszy poczuł prawdziwą złość do dziewczyny. Traktowała go jak dziecko, a on zaczynał czuć 
się mężczyzną. 
        W  pomieszczeniu  rozbłysło  światło,  a  z  nim  pojawił  się  barczysty  Piekarz.  Rik  zamrugał 
oczami, trochę wystraszony. Nie sprzeciwiał się, gdy Valona opiekuńczo objęła go ramieniem. 
        Grube wargi Piekarza rozciągnęły się w uśmiechu. 
        - Wcześnie wstaliście. 
        Nie odpowiedzieli. 
        - To dobrze. Dzisiaj was przekażę. 
        Valona poczuła suchość w ustach. 
        - Nie wydasz nas strażnikom? 
        Pamiętała,  w  jaki  sposób  spoglądał  na  Rika,  kiedy  odszedł  Mieszczanin.  Nadal  patrzył  na 
Rika; tylko na niego. 

background image

        - Nie, nie strażnikom. Powiadomiono właściwych ludzi; będziecie bezpieczni. 
        Wyszedł  i  niebawem  wrócił  niosąc  jedzenie,  ubrania  oraz  dwie  miski  z  wodą.  Ubrania  były 
nowe i wyglądały bardzo dziwnie. Patrząc, jak Rik z Valona jedzą śniadanie, Piekarz rzekł: 
        - Dam wam nowe nazwiska i nowe życiorysy. Macie słuchać i dobrze sobie zapamiętać. Nie 
jesteście  Florińczykami,  rozumiecie?  Jesteście  rodzeństwem  z  planety  Wotex.  Przyjechaliście  na 
Florinę... 
        Mówił dalej, podając szczegóły, zadając pytania, słuchając ich odpowiedzi. 
        Rik  z  zadowoleniem  powitał  możliwość  wykazania  umiejętności  zapamiętywania  i  uczenia 
się,  lecz  spojrzenie  Valony  zdradzało  niepokój.  Piekarz  nie  mógł  tego  nie  zauważyć.  Powiedział 
jej: 
        - Jeśli sprawisz mi najmniejszy kłopot, wyślę go samego, a ciebie zostawię tutaj. 
        Valona kurczowo zacisnęła dłonie. 
        - Nie sprawię kłopotu. 
        Późnym rankiem Piekarz wstał z krzesła i powiedział: 
        - Chodźmy! 
        Nim wyszli, włożył im do kieszeni na piersiach małe czarne futeraliki z imitacji skóry. 
        Znalazłszy  się  na  zewnątrz,  Rik  ze  zdumieniem  spojrzał  na  siebie.  Nie  wiedział,  że  ubranie 
może  być  tak  skomplikowane.  Piekarz  pomógł  mu  je  włożyć,  ale  kto  pomoże  je  zdjąć?  Valona 
wcale nie wyglądała na dziewczynę z farmy. Nawet jej nogi pokrywał cienki materiał, a buty miały 
wysokie obcasy, tak że idąc, musiała ostrożnie stawiać stopy. 
        Przechodnie  przystawali,  gapiąc  się  z  rozdziawionymi  ustami  i  pokrzykując  do  siebie.  W 
większości były to dzieci, kobiety na zakupach i wałęsające się nieroby. Piekarz zdawał się ich nie 
dostrzegać. Niósł grubą  laskę, którą jakby przypadkiem zahaczał  o nogi  tych, którzy podchodzili 
zbyt blisko. 
        Nagle,  kiedy  uszli  nie  więcej  niż  sto  metrów  od  piekarni  i  skręcili  w  boczną  ulicę,  tłumek 
rozpierzchnął się na boki i Rik dostrzegł czerń i srebro munduru strażnika. 
        Wtedy to się stało. Broń, strzał i znów rozpaczliwa ucieczka. Czy był taki czas, kiedy niczego 
się nie bał, gdy nie unosił się nad nim cień strażnika? 
        Znaleźli  się  w  jednej  z  peryferyjnych  dzielnic  Miasta,  nędznej  i  brudnej.  Valona  ciężko 
dyszała; na jej nowym ubraniu wystąpiły ciemne plamy potu. 
        - Nie mogę dalej uciekać - wysapał Rik. 
        - Musimy. 
        - Nie w ten sposób. Słuchaj - mocno przytrzymał jej rękę. - Posłuchaj mnie. 
        Opuściły go strach i niepewność. 
        - Dlaczego nie zrobić tego, czego chciał Piekarz? - zapytał. 
        - Skąd wiesz, czego on chciał? - Valona była niespokojna. 
        -  Mieliśmy  udawać,  że  jesteśmy  z  innej  planety.  Dał  nam  to  -  rzekł  podekscytowany  Rik. 
Wyciągnął  z  kieszeni  mały  prostokąt  i  obejrzał  go  ze  wszystkich  stron,  próbując  otworzyć  jak 
książkę. 
        Nie zdołał. To była pojedyncza kartka. Pomacał  krawędzie i  gdy jego palce zacisnęły się na 
jednym rogu, usłyszał - a raczej poczuł - jak coś ustąpiło i skierowana ku niemu płaszczyzna stała 
się  mlecznobiała.  Z  trudem  rozumiał  gęsto  zapisane  słowa,  chociaż  starannie  czytał  sylaby.  W 
końcu orzekł: 
        - To paszport. 
        - Co takiego? 
        - Coś, dzięki czemu wydostaniemy się stąd. - Był tego pewien. Tak nagle przyszło mu to do 
głowy. Jedno słowo, „paszport”. No tak. - Nie rozumiesz? - mówił. - On chciał, żebyśmy opuścili 
Florinę. Na statku. Zróbmy to. 
        - Nie - powiedziała. - Dopadli go. Zabili. Nie możemy, Rik, nie możemy. 
        Mówił gwałtownie, niemal bełkocząc. 

background image

        - Przecież to najlepsze, co możemy zrobić. Nie będą się tego spodziewać. I nie udamy się na 
ten  statek,  którym  zamierzał  nas  wysłać  Piekarz.  Mogą  go  pilnować.  Polecimy  innym. 
Jakimkolwiek innym statkiem. 
        Statkiem. Jakimkolwiek statkiem. Te słowa rozbrzmiewały mu w uszach. Nie obchodziło go, 
czy ten pomysł jest dobry czy nie. Chciał być na statku. Chciał znaleźć się w przestrzeni. 
        - Proszę, Lono! 
        - No dobrze - powiedziała. - Jeśli tego naprawdę chcesz. Wiem, gdzie jest kosmoport. Kiedy 
byłam małą dziewczynką, chodziliśmy tam czasami w wolne dni i patrzyliśmy z daleka, jak statki 
wzlatują w niebo. 
        Znów  ruszyli  w  drogę  i  tylko  jakiś  dziwny  niepokój  daremnie  krążył  u  progu  świadomości 
Rika. Jakieś wspomnienie, nie z odległej, lecz z bardzo bliskiej przeszłości; coś, o czym powinien 
pamiętać, lecz nie pamiętał - po prostu nie pamiętał. Coś... 
        Przeczucie ustąpiło pod naporem myśli o czekającym na nich statku. 
        Florińczyk przy bramie miał dzień pełen wrażeń, jednak wrażeń przeżywanych na odległość. 
Krążyły pogłoski o wczorajszym wieczorze, o napadach na strażników i śmiałych ucieczkach. Do 
rana plotki urosły do niebywałych rozmiarów i szeptano już, że kilku strażników zabito. 
        Strażnik nie odważył się opuścić swego posterunku, ale wyciągał szyję, patrząc, jak odlatują 
kolejne  pojazdy  z  posępnymi  strażnikami,  a  ochrona  kosmoportu  staje  się  coraz  mniej  liczna, 
prawie znikoma. 
        Ściągają wszystkie siły do Miasta, pomyślał, czując jednocześnie lęk i zadowolenie. Dlaczego 
myślał  z  przyjemnością,  że  niektórym  strażnikom  może  grozić  śmierć?  Nigdy  nie  miał  z  nimi 
kłopotów. Przynajmniej poważnych. Miał dobrą pracę. Nie był zwykłym głupim wieśniakiem. 
        Jednak był zadowolony. 
        Prawie nie zwrócił uwagi na przybyłą parę, zmęczoną i spoconą w zagranicznych ubraniach, 
które od razu zdradzały cudzoziemców. Kobieta podała mu paszport. 
        Zerknął  na  nią,  na  paszport  i  listę  rezerwacji.  Nacisnął  odpowiedni  guzik;  z  urządzenia 
wyskoczyły dwie przezroczyste wstęgi filmu. 
        - No już - rzucił niecierpliwie. - Załóżcie je na ręce i ruszajcie. 
        - Gdzie stoi nasz statek? - spytała kobieta uprzejmym szeptem. 
        Sprawiła  mu  przyjemność.  Cudzoziemcy  nieczęsto  bywali  na  florińskim  kosmoporcie.  W 
ostatnich  latach  przybywali  coraz  rzadziej. Jednak  kiedy  przylatywali,  nie  byli  tacy  jak  strażnicy 
czy Posiadacze.  Zdawali się nie wiedzieć, że jesteś tylko Florińczykiem, i  zwracali się do ciebie 
uprzejmie. 
        -  Znajdą  go  państwo  w  doku  siedemnastym,  proszę  pani  -  powiedział,  czując  się  ważny  i 
doceniany. - Życzę państwu przyjemnej podróży na Wotex. 
        Wrócił do przerwanego zajęcia: wydzwaniania do znajomych w Mieście, żeby dowiedzieć się 
czegoś  nowego,  i  jeszcze  dyskretniejszych  prób  podsłuchiwania  prywatnych  rozmów  w  Górnym 
Mieście. 
        Minęło kilka godzin, zanim przekonał się, że popełnił straszny błąd. 
         
        Lona! - powiedział Rik. Szarpnął ją za rękaw, wskazał palcem i szepnął: - Ten! 
        Valona  z  powątpiewaniem  spojrzała  na  wskazany  statek.  Był  o  wiele  mniejszy  od  statku  w 
doku  siedemnastym,  na  który  mieli  ważne  bilety.  Wydawał  się  bardziej  obtłuczony.  Cztery  luki 
powietrzne ziały czernią, a główne wejście stało otworem. Prowadzący doń pomost wyglądał jak 
wysunięty aż do ziemi język. 
        -  Wietrzą  go  -  wyjaśnił  Rik.  -  Zazwyczaj  wietrzą  statki  pasażerskie  przed  podróżą,  żeby 
pozbyć się zapachu wielokrotnie używanego tlenu. 
        - Skąd o tym wiesz? - zdumiała się Valona. 
        Rik poczuł ogarniającą go dumę. 

background image

        - Po prostu wiem. Widzisz, teraz nikogo tam nie ma. W środku nie jest przyjemnie przy tym 
przeciągu. - Niespokojnie rozejrzał się wokół. - Nie wiem tylko, dlaczego nie ma tu więcej ludzi. 
Czy zawsze tak było, kiedy patrzyłaś na odlatujące statki? 
        Valonie  wydawało  się,  że  nie,  ale  ledwie  to  pamiętała.  Wspomnienia  dzieciństwa  zostały 
gdzieś daleko. 
        Wchodzili  po  pomoście  na  uginających  się  nogach,  ale  nigdzie  nie  dostrzegli  ani  śladu 
strażników. Jedyne dostrzeżone postacie nosiły cywilne ubrania, były zajęte własnymi sprawami i 
widoczne w oddali. 
        Gdy weszli do śluzy, tłoczone powietrze uderzyło w nich, wydymając sukienkę Valony, tak że 
musiała przytrzymać rękami jej skraj, żeby nie zadarła się po szyję. 
        -  Czy  tu  zawsze  tak  jest?  -  spytała.  Jeszcze  nigdy  nie  była  w  kosmolocie;  nawet  jej  się  nie 
śniło, że kiedyś do czegoś takiego wsiądzie. 
        - Nie. Tylko podczas napowietrzania - uspokoił ją Rik. 
        Z  przyjemnością  kroczył  metalitowymi  korytarzami,  niecierpliwie  zaglądając  do  pustych 
pomieszczeń. 
        - Tutaj - powiedział. Byli w mesie. - Nie tyle chodzi o żywność - mówił szybko - co o wodę. 
Bez jedzenia można długo wytrzymać. 
        Przetrząsnął  szafkę  ze  starannie  poukładanymi,  czystymi  naczyniami  kuchennymi  i  znalazł 
duży, zakręcany pojemnik. Rozejrzał się za kranem z wodą, pomrukując pod nosem, że chyba nie 
zapomnieli  napełnić  zbiorników  na  wodę,  po  czym  na  dźwięk  cicho  pracującej  pompy  i  plusk 
cieknącej wody uśmiechnął się z ulgą. 
        - Teraz weźmy trochę konserw. Nie za dużo. Nie trzeba, żeby zauważyli. 
        Rik  rozpaczliwie  usiłował  wymyślić  coś,  co  zapobiegłoby  wykryciu  ich  obecności  przez 
załogę. Znów usiłował sobie coś przypomnieć. Od czasu do czasu natrafiał na luki myślowe, które 
omijał tchórzliwie, udając, że nie istnieją. 
        Znalazł małe pomieszczenie przeznaczone na sprzęt przeciwpożarowy, medykamenty i środki 
opatrunkowe oraz urządzenia spawalnicze. 
        - Tu nie zajrzą - powiedział bez głębszego przekonania - chyba że w razie jakiegoś wypadku. 
Boisz się, Lono? 
        -  Z  tobą  nie  będę  się  bała,  Rik  -  szepnęła  pokornie.  Dwa  dni  temu,  nie,  przed  dwunastoma 
godzinami,  było  odwrotnie.  Jednak  na  pokładzie  statku,  dzięki  jakiejś  przemianie  osobowości,  w 
którą nie zamierzała wnikać, Rik stał się dorosłym, a ona dzieckiem. 
        - Nie będziemy mogli zapalić światła - objaśniał - bo zauważyliby zużycie energii, a z toalet 
możemy korzystać tylko wtedy, gdy załoga uda się na spoczynek. 
        Przeciąg ustał. Już nie czuli na twarzach jego zimnego podmuchu, a cichy, monotonny szum 
towarzyszący mu w oddali ucichł, pozostawiając głuchą ciszę. 
        - Zaraz wejdą na pokład - rzekł Rik - a potem znajdziemy się w Kosmosie. 
        Valona nigdy nie widziała takiej radości na twarzy Rika. Wyglądał jak kochanek wyruszający 
na spotkanie z umiłowaną. 
        Jeśli  budząc  się  dziś  rano  Rik  czuł  się  mężczyzną,  to  teraz  był  gigantem,  pragnącym  objąć 
ramionami całą Galaktykę. Gwiazdy były kulkami do gry, a mgławice pajęczynami, które należało 
odgarnąć. 
        Był  na  statku!  Wspomnienia  napłynęły  długim  strumieniem,  wypierając  inne.  Zapomniał  o 
polach  kyrtu  i  o  Valonie  tulącej  się  do  niego  w  ciemnościach.  To  były  jedynie  małe  przerwy  w 
regularnym wzorze, jaki powoli rozwijał się w jego pamięci. 
        To był statek! 
        Gdyby  wcześniej  wsadzili  go  na  statek,  nie  musiałby  tak  długo  czekać,  aż  wygoją  mu  się 
wypalone komórki mózgu. 
        - Nie martw się już - odezwał się cicho do Valony. - Poczujesz wibracje i usłyszysz hałas, ale 
to będą tylko silniki. Zrobisz się cięższa. To przyspieszenie. 

background image

        W języku florińskim nie znał odpowiedniego słowa, więc posłużył  się innym, które przyszło 
mu na myśl. Valona nie zrozumiała. 
        - Czy to będzie bolało? - spytała. 
        -  Będzie  bardzo  nieprzyjemne,  bo  nie  mamy  ekwipunku  przeciwprzeciążeniowego,  aby 
zmniejszyć ciśnienie, ale to nie potrwa długo. Stań pod tą ścianą, a kiedy poczujesz, że coś cię na 
nią popycha, rozluźnij się. Widzisz, zaczyna się. 
 
        Wybrał właściwą ścianę i w miarę jak narastał szum silników napędowych, ciążenie zmieniało 
się i to, co zdawało się pionową ścianą, powoli przybierało pozycję poziomą. 
        Valona  jęknęła  głośno,  a  potem  milczała,  ciężko  dysząc.  Z  trudem  łapali  powietrze,  gdy  ich 
klatki piersiowe, nie osłonięte pasami i absorberami hydraulicznymi, usiłowały odciążyć płuca, aby 
mogły złapać choć odrobinę tlenu. 
        Rik  starał  się  wysapać  kilka  słów,  cokolwiek,  co  dowiodłoby  Valonie,  że  on  tu  jest,  i 
zmniejszyło straszliwy lęk przed nieznanym, jaki - wiedział - musiała teraz odczuwać. To był tylko 
statek, tylko wspaniały statek, ale ona nigdy przedtem nie była na pokładzie kosmolotu. 
        - Będzie jeszcze skok, oczywiście, kiedy przejdziemy przez nadprzestrzeń, skracając większą 
część drogi wśród gwiazd. Z tym nie będzie problemu. Nawet nie poczujesz. To nic w porównaniu 
z tym. Tylko lekki skurcz w brzuchu i po wszystkim. 
        Wypowiadał słowa sylaba po sylabie. Zajęło mu to sporo czasu. 
        Powoli  ciążący  im  na  piersi  ciężar  ustąpił,  a  niewidoczny  łańcuch  przytrzymujący  ich  przy 
ścianie rozluźnił się i opadł. Zdyszani, osunęli się na podłogę. Po chwili Valona powiedziała: 
        - Jesteś ranny, Rik? 
        -  Ja,  ranny?  -  udało  mu  się  roześmiać.  Jeszcze  nie  złapał  tchu,  ale  rozśmieszyła  go  myśl,  że 
coś  mogło  mu  się  stać  na  statku.  -  Kiedyś  latami  mieszkałem  na  statku  -  powiedział.  -  Nie 
lądowałem na planetach całymi miesiącami. 
        - Dlaczego? - spytała. Podczołgała się bliżej i dotknęła ręką jego policzka, upewniając się, że 
tam  jest.  Objął  ją  ramieniem;  przytuliła  się  do  niego  w  milczeniu,  przyjmując  pieszczotę.  - 
Dlaczego? - powtórzyła. 
        Rik  nie  pamiętał.  Tak  robił;  nienawidził  lądowania  na  planetach.  Z  jakiegoś  powodu  trzeba 
było zostać w Kosmosie, ale nie pamiętał dlaczego. Znów ominął lukę w pamięci. 
        - Pracowałem - powiedział. 
        - Tak - potwierdziła. - Analizowałeś Nicość. 
        - Zgadza się - odparł zadowolony. - Właśnie to robiłem. Wiesz, co to znaczy? 
        - Nie. 
        Nie  spodziewał  się,  że  dziewczyna  to  zrozumie,  ale  musiał  mówić.  Musiał  pogrążać  się  we 
wspomnieniach,  delektować  się  tym,  że  za  jednym  pstryknięciem  myślowego  guziczka  może 
przywołać szczegóły przeszłości. 
        -  Widzisz,  każdy  materiał  w  Kosmosie  składa  się  z  setek  różnych  substancji.  Nazywamy  je 
pierwiastkami. Żelazo i miedź to pierwiastki. 
        - Myślałam, że to metale. 
        -  Zgadza  się,  lecz  zarazem  i  pierwiastki.  Podobnie  jak  tlen,  azot,  węgiel  i  pallad.  I 
najważniejsze - wodór i hel. Te są najprostsze i najbardziej rozpowszechnione. 
        - Nigdy o nich nie słyszałam - odparła rzewnie Valona. 
        - Dziewięćdziesiąt pięć procent Wszechświata to wodór, a znaczna część reszty to hel. Także 
w Kosmosie. 
        -  A  kiedyś  mówiono  mi,  że  Kosmos  to  pustka.  To  ma  znaczyć,  że  tam  nic  nie  ma.  To 
nieprawda? 
        -  Częściowa.  Tam  prawie  nic  nie  ma.  Ale  wiesz,  ja  byłem  kosmoanalitykiem,  to  znaczy,  że 
krążyłem w przestrzeni zbierając niezwykle małe ilości pierwiastków i analizując je. Mówiłem, ile 
jest wodoru, ile helu, a ile innych pierwiastków. 

background image

        - Po co? 
        -  Hmm,  to  skomplikowane.  Widzisz,  rozpowszechnienie  pierwiastków  w  Kosmosie  nie 
wszędzie  jest  jednakowe.  W  niektórych  miejscach  jest  trochę  więcej  helu  niż  gdzie  indziej;  w 
innych  więcej  sodu;  i  tak  dalej.  Są  takie  obszary,  które  mają  specjalne  znaczenie  dla  analityka. 
Obszary  te  krążą  po  Kosmosie  jak  prądy.  I  tak  są  nazywane.  Prądy  przestrzeni.  Ważne  jest,  aby 
poznać ich przebieg, ponieważ to może wyjaśnić, jak powstał i rozwijał się Wszechświat. 
        - Jak może wyjaśnić? 
        - Nikt tego dokładnie nie wie - odpowiedział po chwili wahania. 
        Pospiesznie mówił dalej, stropiony tym, że te niezmierne pokłady wiedzy, w której pławił się 
jego  umysł,  mogły  tak  łatwo  wyczerpać  się,  natrafiając  na  napis  „nieznane”  w  wyniku  pytania 
zadanego  przez...  przez...  Nagle  przyszło  mu  do  głowy,  że  Valona  jest  przecież  tylko  zwyczajną 
florińską wieśniaczką. 
        - Sprawdzamy też gęstość, no wiesz, grubość, tego kosmicznego gazu we wszystkich rejonach 
Galaktyki.  W  różnych  miejscach  jest  ona  różna  i  musimy  znać  jej  dokładną  wartość,  aby  załogi 
statków mogły obliczać długość skoków w nadprzestrzeni. To jak... - jego głos ucichł. 
        Valona  zmartwiała  i  niespokojnie  czekała,  aż  podejmie  temat,  ale  Rik  milczał.  Jej  głos 
zabrzmiał chrapliwie w kompletnej ciemności. 
        - Rik? Co się stało, Rik? 
        Nadal cisza. Po omacku chwyciła go za ramiona i potrząsnęła. 
        - Rik! Rik! 
        Głos, jakim jej odpowiedział, był znów głosem dawnego Rika. Słaby, wystraszony, bez cienia 
wesołości i pewności siebie. 
        - Lona. Popełniliśmy błąd. 
        - O co chodzi? Jaki błąd? 
        Nagle  jasno  i  wyraźnie  przypomniała  mu  się  scena  zabicia  Piekarza  przez  strażnika,  jakby 
przywołana wyraźnym wspomnieniem tylu innych rzeczy. 
        - Nie powinniśmy byli uciekać - rzekł. - Nie powinniśmy byli wsiadać na ten statek. 
        Drżał jak liść i Valona daremnie próbowała otrzeć mu ręką pot z czoła. 
        - Dlaczego? - pytała. - Dlaczego? 
        - Powinniśmy byli domyślić się, że jeśli Piekarz wyprowadził nas za dnia, nie spodziewał się 
żadnych kłopotów ze strony strażników. Pamiętasz tego strażnika? Tego, który zabił Piekarza? 
        - Tak. 
        - A widziałaś jego twarz? 
        - Nie śmiałam spojrzeć. 
        - A ja spojrzałem i zauważyłem coś dziwnego, ale nie pomyślałem, nie pomyślałem... Lono, to 
nie był strażnik. To był Mieszczanin, Lono. Mieszczanin przebrany za strażnika. 
 
8. 
Dama 
         
         
        Samia z Fife miała sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, a każdy centymetr jej ciała trząsł się 
ze wzburzenia. Ważyła  czterdzieści  pięć kilogramów i  w tej  chwili każdy  kilogram  składał  się z 
tysiąca gramów gniewu. 
        Miotała  się  od  ściany  do  ściany  pokoju;  ciemne  włosy  upięła  wysoko,  na  nogach  miała 
dodające jej wzrostu szpilki, a szczupły podbródek z wyraźnie widoczną bruzdą dygotał ze złości. 
        - Och nie - wołała. - Nie zrobiłby mi tego. Nie mógłby mi tego zrobić. Kapitanie! 
        Jej  głos  był  przenikliwy  i  nawykły  do  wydawania  poleceń.  Kapitan  Racety  skłonił  się  z 
szacunkiem. 
        - Pani? 

background image

        Dla  każdego  Florińczyka  kapitan  Racety  byłby  oczywiście  Posiadaczem.  Po  prostu.  Dla 
każdego  Florińczyka  wszyscy  Sarkańczycy  byli  Posiadaczami.  Ale  wśród  Sarkańczyków  byli 
Posiadacze  i  prawdziwi  Posiadacze.  Kapitan  należał  do  tych  zwyczajnych.  Samia  z  Fife  była 
prawdziwym posiadaczem, a raczej żeńskim odpowiednikiem takowego, co wychodziło na jedno. 
        - Pani? - zapytał. 
        - Nikt nie będzie mi tu rozkazywał - powiedziała. - Jestem dorosła. Jestem panią samej siebie. 
Życzę sobie tu zostać. 
        - Pani - odparł kapitan ostrożnie - proszę zrozumieć, że nie ja wydałem rozkazy. Nikt nie pytał 
mnie o radę. Jasno i wyraźnie powiedziano mi, co mam robić. 
        Bez  przekonania  zaczął  szukać  kopii  swoich  rozkazów.  Już  dwukrotnie  usiłował  je  pokazać 
pasażerce,  ale  nie  chciała  ich  widzieć,  jakby  w  ten  sposób  z  czystym  sumieniem  mogła 
uniemożliwiać  mu  pełnienie  jego  obowiązków.  Powiedziała  jeszcze  raz,  dokładnie  tak  samo  jak 
przedtem: 
        - Nie interesują mnie pańskie rozkazy. 
        Odwróciła się na pięcie i zaczęła szybko odchodzić. 
        Poszedł za nią mówiąc łagodnie: 
        -  Rozkazy  zawierają  polecenia,  z  których  wynika,  iż  -  jeśli  nie  zechce  pani  przyjść  -  będę 
musiał, proszę mi wybaczyć, nakazać przeniesienie pani na statek. 
        Obróciła się gwałtownie. 
        - Nie odważy się pan. 
        - Kiedy wezmę pod uwagę, kim jest ten, kto wydał mi te rozkazy, odważę się na wszystko. 
        Spróbowała pochlebstwa. 
        -  Kapitanie,  z  pewnością  nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa.  To  śmieszny,  całkiem  szalony 
pomysł. W Mieście panuje spokój. Wczoraj po południu ogłuszono w bibliotece jakiegoś strażnika. 
Cóż z tego?! 
        - Dziś rano Florińczycy zabili drugiego strażnika. 
        Ta  wiadomość  poruszyła  ją,  ale  jej  oliwkowa  skóra  pociemniała,  a  czarne  oczy  błysnęły  z 
gniewu. 
        - Co to ma wspólnego ze mną? Ja nie jestem strażnikiem. 
        - Pani, statek jest przygotowywany do odlotu. Startuje niedługo. Musi pani znaleźć się na jego 
pokładzie. 
        - A moja praca? Moje badania? Czy pan wie... Nie, nie wie pan. 
        Kapitan  nie  odpowiedział.  Odwróciła  się  do  niego  tyłem.  Błyszcząca  suknia  z  miedzianego 
kyrtu,  przetykana  mlecznosrebrnymi  pasmami,  nadawała  nadzwyczajną,  ciepłą  gładkość  jej 
ramionom i szyi. Kapitan Racety spoglądał na nią z czymś więcej niż kurtuazja i pokora należne 
takiej  damie.  Zastanawiał  się,  dlaczego  taka  ponętna  i  apetyczna  panienka  spędza  czas  na 
naśladowaniu pogrążonych w księgach uczonych mężów. 
        Samia  dobrze  wiedziała,  że  jej  rzetelne  wykształcenie  czyniło  ją  przedmiotem  łagodnych 
drwin  ze  strony  ludzi,  w  których  mniemaniu  arystokratyczne  damy  z  Sark  mogą  tylko  najpierw 
zadawać szyku, a potem stać się żywym inkubatorem dla co najmniej jednego, ale nie więcej niż 
dwóch przyszłych Posiadaczy z Sark. Mało ją to obchodziło. Kobiety przychodziły do niej i pytały: 
        - Naprawdę piszesz książkę, Samia? 
        I prosiły, żeby im ją pokazała, a potem chichotały. 
        Mężczyźni byli jeszcze gorsi, lekko protekcjonalni i wyraźnie przekonani, że wystarczy jedno 
spojrzenie  czy  uścisk,  aby  wyleczyć  ją  z  tych  bzdur  i  skierować  jej  uwagę  na  rzeczy  naprawdę 
ważne. 
        Wszystko  zaczęło  się  tak  dawno  temu,  jak  tylko  zdołała  sięgnąć  pamięcią,  gdyż  zawsze 
uwielbiała  kyrt,  podczas  gdy  większość  ludzi  uważała  jego  istnienie  za  rzecz  zupełnie  naturalną. 
Kyrt! Król, cesarz, bóg wszelkich materiałów. Nie było właściwej metafory. 

background image

        Pod  względem  chemicznym  to  nic  innego  jak  odmiana  celulozy  -  przysięgali  chemicy.  A 
jednak ze wszystkimi swymi instrumentami i teoriami nigdy nie zdołali wyjaśnić, dlaczego właśnie 
na Florinie, i tylko na Florinie, na jedynej planecie w Galaktyce, celuloza przybiera postać kyrtu. 
To kwestia stanu fizycznego - mówili. Ale zapytać ich, czym stan fizyczny kyrtu różni się od stanu 
fizycznego zwyczajnej celulozy, a nabiorą wody w usta. 
        Po raz pierwszy zetknęła się z niewiedzą w tym względzie u swojej opiekunki. 
        - Dlaczego to świeci, nianiu? 
        - Bo to kyrt, Miasiaczku. 
        - Dlaczego inne rzeczy tak nie świecą, nianiu? 
        - Bo nie są z kyrtu, Miasiaczku. 
        No i masz. Nie dalej jak trzy lata temu powstała dwutomowa monografia na ten temat. Samia 
przeczytała ją dokładnie, ale wnioski były mniej więcej takie jak wyjaśnienia niani. Kyrt to kyrt, 
ponieważ to kyrt. To, co nie jest kyrtem, nie jest kyrtem, gdyż nie jest kyrtem. 
        Kyrt  nie  świecił  oczywiście  sam  z  siebie,  ale  odpowiednio  utkany,  błyszczał  metalicznie  w 
słońcu,  wieloma  kolorami  kolejno  lub  jednocześnie.  Inny  sposób  obróbki  nadawał  nitkom 
diamentowy  połysk.  Bez  trudu  można  było  otrzymać  odmianę  wytrzymującą  temperaturę 
sześciuset  stopni  Celsjusza  i  całkowicie  odporną  na  wszelkie  chemikalia.  Włókna  można  było 
splatać  ciaśniej  niż  najdelikatniejsze  syntetyki,  a  wytrzymałość  miały  te  włókna  taką,  jakiej  nie 
wykazywał żaden ze znanych gatunków stali. 
        Kyrt  miał  więcej  zastosowań  i  był  wykorzystywany  szerzej  niż  jakakolwiek  inna  znana 
człowiekowi substancja. Gdyby nie był tak drogi, zastąpiłby szkło, metal czy plastik we wszystkich 
możliwych  gałęziach  przemysłu.  A  tak  -  wykorzystywano  go  w  precyzyjnym  przemyśle 
optycznym,  w  formach  odlewniczych  hydrochronów,  używanych  w  napędach  hiperatomowych, 
oraz  do  wszelkich  lekkich,  wytrzymałych  siatek,  tam  gdzie  metal  był  zbyt  kruchy  lub  za  ciężki, 
albo i jedno, i drugie. 
        Jednak  był  wykorzystywany  na  niewielką  skalę,  jako  trudno  dostępny.  Niemal  całe  zbiory 
kyrtu  z  Floriny  szły  na  produkcję  materiału,  z  którego  powstawały  stroje,  jakie  nie  miały  sobie 
równych w historii Galaktyki. Florina odziewała arystokrację miliona światów i zbierane z jednej 
planety  plony  kyrtu  musiały  być  oszczędnie  rozdzielane.  Może  dwadzieścia  kobiet  na  świecie 
mogło mieć strój z kyrtu; dwa tysiące było stać na kamizelkę albo parę rękawiczek. Dwadzieścia 
milionów patrzyło i zazdrościło. 
        Na  milionie  światów  Galaktyki  używano  w  mowie  potocznej  pewnego  wyrażenia  na 
określenie snoba. Był to jedyny idiom rozumiany wszędzie - bez trudu i właściwie: Pomyślałbyś, 
że wyciera nos w kyrt! 
        Kiedy Samia była starsza, poszła do ojca. 
        - Czym jest kyrt, tatusiu? 
        - Twoim chlebem z masłem, Miasiu. 
        - Moim? 
        - Nie tylko twoim, Miasiu. To chleb z masłem dla całej Sark. 
        Oczywiście! Łatwo poznała przyczynę. Każdy świat w Galaktyce próbował uprawiać kyrt na 
swojej  ziemi.  Początkowo  Sark  groziła  karą  śmierci  każdemu,  tubylcowi  czy  cudzoziemcowi, 
schwytanemu na szmuglowaniu nasion kyrtu z planety. To nie powstrzymało przemytu  i w miarę 
upływu stuleci Sarkańczycy doznali olśnienia i znieśli zakaz. Każdy mógł nabyć nasiona kyrtu po 
cenie - na wagę - gotowego stroju. 
        Mógł  nabyć,  ponieważ  okazało  się,  że  kyrt  uprawiany  gdziekolwiek  indziej  w  Galaktyce, 
wszędzie  poza  Florina,  daje  zwykłą  celulozę.  Białą,  płaską,  słabą  i  bezużyteczną.  Gorszą  niż 
bawełna. 
        Czy  to  jest  coś  w  glebie?  Jakaś  szczególna  cecha  promieni  słońca  Floriny?  A  może  to  flora 
bakteryjna  Floriny?  Próbowano  wszystkiego.  Pobierano  próbki  florińskiej  gleby.  Skonstruowano 

background image

lampy  odtwarzające  znane  widmo  promieniowania  słońca  Floriny.  Zakażano  ziemie  florińskimi 
bakteriami. A kyrt rósł wszędzie biały, płaski, słaby i bezużyteczny. 
        Wiele  spraw  wymagało  wyjaśnienia.  Trzeba  było  skorzystać  z  innych  źródeł,  nie  tylko  z 
raportów technicznych, prac naukowych czy książek podróżniczych. Od pięciu lat Samia marzyła, 
że  napisze  prawdziwą  książkę  o  historii  kyrtu;  o  ziemi,  która  go  rodzi,  i  ludziach,  którzy  go 
uprawiają. 
        To  marzenie  wywoływało  drwiące  uśmieszki,  lecz  ona  nie  rezygnowała.  Uparła  się,  żeby 
polecieć  na  Florinę.  Miała  zamiar  spędzić  sezon  na  polach  i  kilka  miesięcy  w  fabrykach. 
Zamierzała... 
        Jakie to ma znaczenie, co miała zamiar zrobić? Kazano jej wracać. 
        Z  impulsywnością  cechującą  wszystkie  jej  działania  podjęła  decyzję.  Załatwi  to  na  Sark.  W 
duchu obiecała sobie, że najdalej za tydzień wróci na Florinę. 
        - Kiedy wyruszamy, panie kapitanie? 
        Samia stała przy luku obserwacyjnym, dopóki Florina była kulą w przestrzeni. To był zielony, 
wiośniany  świat  o  znacznie  przyjemniejszym  klimacie  niż  Sark.  Nie  mogła  doczekać  się,  kiedy 
rozpocznie  badania  nad  tubylcami.  Nie  lubiła  Florińczyków  mieszkających  na  Sark,  mdłych 
facetów,  którzy  nie  śmieli  na  nią  nawet  zerknąć,  tylko  odwracali  się  twarzą  do  ściany,  jak 
nakazywało  prawo.  Jednak  w  ich  własnym  świecie  tubylcy,  według  corocznych  raportów,  byli 
szczęśliwi i beztroscy. Nieodpowiedzialni i dziecinni, ale czarujący. 
        Kapitan Racety przerwał te rozważania. 
        - Pani, czy zechcesz udać się na spoczynek do swojej kajuty? 
        Spojrzała na niego, lekko marszcząc brwi. 
        - Może otrzymał pan jakieś nowe rozkazy, kapitanie? Czy jestem więźniem? 
        -  Ależ skąd! To tylko dla pani  bezpieczeństwa. Kosmoport był  dziwnie pusty  przed startem. 
Zdaje  się,  że  miało  miejsce  następne  zabójstwo  i  ochrona  portu  dołączyła  do  innych  strażników 
przetrząsających Miasto. 
        - A co to ma wspólnego ze mną? 
        - Chodzi tylko o to, że w tych okolicznościach, na które powinienem był zareagować stawiając 
przed  statkiem  strażnika  (bynajmniej  nie  umniejszam  mojej  winy),  niepowołane  osoby  mogły 
przedostać się na statek. 
        - W jakim celu? 
        - Trudno powiedzieć, ale na pewno niezbyt przyjaznym. 
        - Fantazjuje pan, kapitanie. 
        -  Obawiam  się,  że  nie,  pani.  Nasze  energometry  były,  rzecz  jasna,  bezużyteczne  w  pobliżu 
słońca Floriny, ale teraz są w porządku i obawiam się, że wykryliśmy nadmierne promieniowanie 
cieplne w magazynie awaryjnym. 
        - Mówi pan poważnie? 
        Wąska,  pozbawiona  wszelkiego  wyrazu  twarz  kapitana  przez  chwilę  patrzyła  na  nią 
beznamiętnie. 
        -  Natężenie  promieniowania  odpowiada  wywołanemu  przez  dwie  osoby  przeciętnych 
wymiarów. 
        - Albo ktoś zapomniał wyłączyć grzejnik. 
        -  Nie  rejestrujemy  wypływu  energii  z  naszego  źródła  zasilania.  Jesteśmy  gotowi  zbadać 
sprawę, pani, prosimy tylko, abyś najpierw zechciała udać się do swojej kabiny. 
        W  milczeniu  skinęła  głową  i  opuściła  pokój.  Dwie  minuty  później  kapitan  spokojnie 
powiedział do komunikatora: 
        - Włamanie do magazynu awaryjnego. 
         
        Gdyby Myrlyn Terens chociaż odrobinę rozluźnił napięte nerwy, z pewnością, a nawet z ulgą, 
wpadłby w histerię. Spóźnił się z powrotem do piekarni. Tamci już ją opuścili i tylko szczęśliwym 

background image

zrządzeniem  losu  spotkał  ich  na  ulicy.  Dalej  wydarzenia  potoczyły  się  same;  Terens  nie  miał 
wyboru i oto Piekarz leżał martwy u jego stóp. 
        A  co  miał  zrobić  później,  w  tym  skłębionym  tłumie,  gdy  Rik  i  Valona  zniknęli  w  ciżbie,  a 
latacze strażników, prawdziwych strażników, zaczęły kołować jak sępy? 
        Szybko opanował pierwszy impuls, który kazał mu pobiec za Rikiem. Nie byłoby z tego nic 
dobrego.  Nigdy  ich  nie  znajdzie,  a  strażnicy  prawie  na  pewno  zauważą  go.  Pospieszył  w  innym 
kierunku, do piekarni. 
        Jego jedyną szansą była niedoskonałość patroli. Całe pokolenia strażników wiodły na Florinie 
spokojny  żywot.  Od  dwóch  stuleci  nie  było  tu  próby  otwartego  buntu.  Instytucja  Mieszczan 
(uśmiechnął się przy tym krzywo) dokonała cudów i od czasu jej wprowadzenia strażnicy pełnili 
tylko rutynowe patrole. Nie tworzyli sprawnych sił porządkowych, jakimi musieliby być w innych 
okolicznościach. 
        Dlatego  Terens  mógł  wejść  o  świcie  na  posterunek,  gdzie  na  pewno  mieli  już  jego  rysopis, 
lecz najwidoczniej nikt nie poświęcił mu większej uwagi. Samotny strażnik na służbie był obojętny 
i ponury. Spytał Terensa, co go sprowadza, ale ten odpowiedział mu plastikowym krawędziakiem, 
wyrwanym ze ściany jakiejś nędznej budy na przedmieściu. 
        Rąbnął  strażnika  w  głowę,  wziął  jego  mundur  i  broń.  Lista  jego  przestępstw  była  już  tak 
długa, że nawet nie przejął się, odkrywszy, że zabił, a nie ogłuszył, ofiarę. 
        Dalej  pozostawał  jednak  na  wolności  i  zardzewiała  machina  policyjna  na  razie  szczękała  na 
niego bez skutku. 
        Był w piekarni. Starszy wiekiem pomocnik Piekarza, który stojąc w progu daremnie wyciągał 
szyję,  chcąc  ustalić  przyczyny  całego  zamieszania,  pisnął  cienko  na  widok  straszliwej  czerni  i 
srebra, po czym umknął w głąb sklepu. 
        Mieszczanin skoczył za nim, chwycił w garść luźny, umączony kołnierz i przydusił. 
        - Dokąd poszedł Piekarz? 
        Stary rozchylił usta, ale nie wydał głosu. 
        -  Dwie  minuty  temu  zabiłem  człowieka  -  powiedział  Mieszczanin.  -  Mogę  zaraz  zabić 
drugiego. 
        - Proszę. Proszę. Nie wiem, proszę pana. 
        - No to umrzesz nie wiedząc. 
        - On mi nie powiedział. Rezerwował jakieś bilety. 
        - Podsłuchiwałeś, tak? Co jeszcze podsłuchałeś? 
        - Raz padło słowo „Wotex”. Myślę, że rezerwował miejsca na kosmolocie. 
        Terens odepchnął go. 
        Musiał  odczekać.  Zaczekać,  aż  ochłonie.  Ryzykując,  że  do  piekarni  zawitają  prawdziwi 
strażnicy. 
        Ale nie za długo. Nie za długo. Domyślał się, co uczynią jego niedawni towarzysze. Rik, rzecz 
jasna,  był  nieobliczalny,  lecz  Valona  to  inteligentna  dziewczyna.  Po  sposobie,  w  jaki  uciekli, 
widział, że wzięli go za prawdziwego strażnika i Valona na pewno uzna, iż tylko ucieczka drogą 
zaplanowaną przez Piekarza zapewni im bezpieczeństwo. 
        Piekarz zarezerwował dla nich miejsca. Kosmolot czeka. Będą tam. 
        A on musi być tam przed nimi. 
        Znalazł się w rozpaczliwej sytuacji. Już nic nie miało znaczenia. Jeśli wypuści z rąk Rika, a w 
jego osobie potencjalną  broń przeciw tyranii Sark, utrata życia będzie przy tym  nic nie znaczącą, 
dziecinną zgubą. 
        Dlatego  wyszedł  z  piekarni  bez  lęku,  chociaż  był  jasny  dzień,  choć  ścigający  musieli  już 
wiedzieć,  że  mają  szukać  człowieka  w  mundurze  strażnika,  a  w  zasięgu  wzroku  unosiły  się  dwa 
latacze. 
         

background image

        Terens znał kosmolot, z którego mieli odlecieć. Był tylko jeden taki na planecie. W Górnym 
Mieście znajdowało  się  tuzin  małych lądowisk  dla prywatnych jachtów,  a na  całej planecie setki 
przeznaczonych  wyłącznie  dla  brzydkich  frachtowców,  zabierających  gigantyczne  bele  kyrtu  na 
Sark,  a  przywożących  stamtąd  maszyny  i  artykuły  powszechnego  użytku.  Ale  był  tylko  jeden 
kosmolot  dla  zwykłych  podróżnych  -  biedniejszych  Sarkańczyków,  florińskich  urzędników  i 
nielicznych cudzoziemców, którym udało się uzyskać zgodę na zwiedzenie Floriny. 
        Strażnik przy bramie portu obserwował z żywym zainteresowaniem nadchodzącego Terensa. 
Samotność zaczynała mu ciążyć. 
        -  Witam  pana  -  powiedział.  W  jego  głosie  brzmiał  współczujący  ton.  Wszak  zabito 
strażników. - Straszne zamieszanie w Mieście, prawda? 
        Terens  nie  zwrócił  uwagi  na  zachętę  do  zwierzeń.  Opuścił  wypukły  wizjer  hełmu  i  dopiął 
kombinezon pod szyją. 
        - Czy dwie osoby - warknął ostro - mężczyzna i kobieta udający się na Wotex, weszły ostatnio 
na teren portu? 
        Wartownik pobladł. Zakrztusił się, ale zaraz odpowiedział pokornym tonem: 
        - Tak, oficerze. Około pół godziny temu. Może mniej. 
        Nagle poczerwieniał. 
        - Czy istnieje jakiś związek między... Oficerze, ich papiery były w najlepszym porządku. Nie 
przepuściłbym obcych bez odpowiednich dokumentów. 
        Terens  zignorował  jego  wyjaśnienia.  Odpowiednie  dokumenty!  Piekarz  zdołał  załatwić  je  w 
ciągu  nocy.  Na  Galaktykę,  myślał,  ciekawe,  jak  głęboko  trantoriańscy  szpiedzy  spenetrowali 
sarkańską administrację? 
        - Jakie mieli nazwiska? 
        - Gareth i Hansa Barne. 
        - Czy ich statek odleciał? Mów szybko! 
         
        - N-nie, proszę pana. 
        - Który dok? 
        - Siedemnasty. 
        Terens powstrzymywał się, by nie pobiec, lecz jego chód niewiele różnił się od biegu. Gdyby 
w  polu  widzenia  zjawił  się  prawdziwy  strażnik,  ten  szybki,  pozbawiony  godności  trucht  byłby 
ostatnim błędem Mieszczanina. 
        Przy luku powietrznym statku stał kosmonauta w mundurze oficera. 
        - Czy Gareth i Hansa Barne weszli na pokład? - spytał Terens dysząc lekko. 
        -  Nie,  nie  weszli  -  odparł  flegmatycznie  tamten.  Dla  Sarkańczyka  strażnik  był  tylko  jeszcze 
jednym facetem w mundurze. - Czy ma pan dla nich jakąś wiadomość? 
        - Przecież nie weszli na pokład! - prychnął niecierpliwie Terens. 
        - Właśnie to powiedziałem. I nie będziemy czekać. Odlatujemy zgodnie z planem, z nimi czy 
bez nich. 
        Terens odwrócił się i odszedł. 
        Znów znalazł się przy budce wartownika. 
        - Czy oni wyszli? 
        - Wyszli? Kto? 
        - Barne. Ci, którzy lecieli na Wotex. Nie ma ich na pokładzie. Czy wychodzili z portu? 
        - Nie, proszę pana. Nic mi o tym nie wiadomo. 
        - A inne bramy? 
        - Tylko tędy można wyjść. 
        - Sprawdź, idioto! 
        Bliski  paniki  wartownik  podniósł  komunikator.  Jeszcze  nigdy  nie  rozgniewał  tak  żadnego 
strażnika i obawiał się najgorszych skutków. Po dwóch minutach odłożył słuchawkę. 

background image

        - Nikt nie wychodził, proszę pana. 
        Terens  zmierzył  go  spojrzeniem.  Wystające  spod  czapki  jasne  włosy  wartownika  były 
wilgotne od potu, który perlił się też na jego czole i spływał po policzkach. 
        - Czy jakiś statek opuścił port, od kiedy oni tu weszli? 
        Wartownik sprawdził plan lotów. 
        - Jeden - rzekł. - Liniowiec Niestrudzony. 
        I  dorzucił  pospiesznie,  chcąc  udobruchać  rozgniewanego  strażnika  dodatkowymi 
informacjami: 
        - Niestrudzony wykonuje dodatkowy kurs na Sark, odwozi panią Samie z Fife. 
        Nie wyjaśniał, że tę „poufną” informację uzyskał, podsłuchując cudze rozmowy. 
        Lecz Terens już go nie słuchał. 
        Odszedł  powoli.  Wyeliminuj  niemożliwe,  a  to,  co  pozostanie,  choćby  nieprawdopodobne, 
będzie prawdą. Rik i Valona weszli na teren kosmoportu. Nie zostali ujęci, bo wartownik na pewno 
wiedziałby o tym. Nie wędrowali sobie po porcie, bo do tej pory już zostaliby schwytani. Nie było 
ich  na  statku,  na  który  mieli  bilety.  Nie  opuścili  portu.  Jedynym  statkiem,  jaki  odleciał,  był 
Niestrudzony. Tak więc na nim, może jako więźniowie, może jako pasażerowie na gapę, lecieli Rik 
i Valona. 
        Cóż  to  jednak  za  różnica.  Jeśli  byli  pasażerami  na  gapę,  wkrótce  będą  więźniami.  Tylko 
florińska wieśniaczka i facet z wyczyszczonym mózgiem mogli nie wiedzieć, że na nowoczesnym 
kosmolocie nie da się ukryć. 
        I  ze  wszystkich  możliwych  kosmolotów  wybrali  akurat  ten,  na  którym  podróżowała  córka 
Posiadacza Fife. 
        Posiadacza Fife! 
 
9. 
Posiadacz 
         
         
        Posiadacz  Fife  był  najważniejszym  człowiekiem  na  Sark  i  z  tej  przyczyny  nie  chciał,  aby 
widziano go stojącego. Podobnie jak jego córka był niski, lecz w przeciwieństwie do niej nie tak 
proporcjonalnie  zbudowany,  gdyż  niski  wzrost  zawdzięczał  głównie  nogom.  Tors  miał  potężny  i 
niewątpliwie  majestatyczną  głowę,  lecz  tułów  osadzony  był  na  krótkich  nóżkach,  których  ruchy 
były niezgrabne, kaczkowate. 
        Dlatego  siedział  za  biurkiem  i  oprócz  córki,  służących  oraz  żony  -  kiedy  jeszcze  żyła  -  nikt 
nigdy nie widział go w innej pozycji. 
        Siedząc,  wyglądał  na  tego,  kim  był.  Wielka  głowa  o  szerokich,  niemal  bezwargich  ustach, 
wydatny  nos  o  dużych  nozdrzach  i  wystający  podbródek  z  równą  łatwością  mogły  przybierać 
wyraz łagodny, jak i stanowczy. Włosy, zaczesane sztywno do tyłu i z całkowitym lekceważeniem 
obowiązującej  mody  opadające  prawie  do  ramion,  miał  kruczoczarne,  bez  śladu  siwizny. 
Niebieskawe  cienie  znaczyły  jego  podbródek,  brodę  i  policzki  -  dwa  razy  dziennie  golone  przez 
florińskiego fryzjera. 
        Posiadacz pozował i robił to świadomie. Przybrał kamienny wyraz twarzy, pozwalając luźno 
splecionym dłoniom - mocnym, szerokim, o krótkich palcach - pozostać na biurku, którego gładki, 
polerowany blat był zupełnie pusty. Nie leżał na nim żaden dokument, ozdoba czy komunikator. Ta 
zamierzona pustka podkreślała obecność Posiadacza. 
        Specjalnym  beznamiętnym  głosem,  zarezerwowanym  dla  urządzeń  mechanicznych  i 
florińskich urzędników, powiedział do swojego bladego, białego jak rybi brzuch sekretarza: 
        - Spodziewam się, że wszyscy przyjęli? 
        Nie miał wątpliwości, jaka będzie odpowiedź. 
        Sekretarz odpowiedział równie beznamiętnym tonem: 

background image

        - Posiadacz Bort oświadczył, iż nawał wcześniej uzgodnionych zajęć nie pozwala mu przybyć 
wcześniej jak o trzeciej. 
        - I powiedziałeś mu? 
        - Oświadczyłem, że charakter tej sprawy czyni wszelką zwłokę niepożądaną. 
        - Z jakim wynikiem? 
        - Będzie, łaskawy panie. Pozostali zgodzili się bez zastrzeżeń. 
        Fife  uśmiechnął  się.  Pół  godziny  wcześniej  czy  później  -  to  nie  ma  żadnego  znaczenia. 
Chodziło  o  zasadę,  to  wszystko.  Wielcy  Posiadacze  byli  bardzo  drażliwi  na  punkcie  własnej 
niezależności; muszą wyleczyć się z tego. 
        Teraz  pozostało  mu  tylko  czekać.  Pokój  był  duży,  miejsca  dla  wszystkich  przygotowane. 
Wielki  chronometr,  zasilany  maleńką  iskierką  radioaktywności,  który  nie  stanął  i  nie  zawiódł  od 
tysiąca lat, wskazywał drugą dwadzieścia dwie. 
        Tyle  emocji  w  ciągu  dwóch  ostatnich  dni!  Ten  stary  chronometr  może  jeszcze  stać  się 
świadkiem jedynych w swoim rodzaju wydarzeń. 
        A  przecież  ten  czasomierz  widział  wiele  przez  ten  tysiąc  lat.  Kiedy  odmierzał  pierwsze 
minuty,  Sark  była  nowym  światem  ręcznie  stawianych  chat,  o  słabych  kontaktach  z  innymi, 
starszymi  światami.  Wtedy  ten  zegar  osadzono  w  ceglanej  ścianie  starego  budynku,  który  już 
dawno  rozsypał  się  w  proch.  Miarowe  tykanie  towarzyszyło  trzem  krótkotrwałym  „imperiom”, 
jakie  niezdyscyplinowani  żołnierze  Sark  zdołali  na  dłuższy  czy  krótszy  czas  utworzyć  z  tuzina 
okolicznych planet. Przez dwa okresy rozpadu pierwiastków radioaktywnych planetą rządziły floty 
sąsiednich światów. 
        Pięćset lat temu wybił dla Sark godzinę, w której mieszkańcy jej odkryli, że gleba najbliższej 
planety, Floriny, rodzi skarb nieoszacowanej wartości. Miarowo odmierzał lata dwóch zwycięskich 
wojen  i  chwilę  zawarcia  pokoju  na  warunkach  zdobywców.  Sark  porzuciła  swoje  imperia, 
wchłonęła Florinę i stała się potęgą w sposób, jakiego nie zdołał powtórzyć sam Trantor. 
        Florinę  chciał  sobie  podporządkować  Trantor  i  inne  potęgi  również.  Przez  stulecia  Florina 
była światem, po który wyciągały się chciwe ręce reszty Kosmosu. Jednak to Sark trzymała ją w 
garści i prędzej rozpętałaby wojnę galaktyczną, niż wypuściła tę zdobycz z rąk. 
        Trantor wiedział o tym! Trantor wiedział! 
        Bezgłośne tykanie chronometru zdawało się odbijać echem w mózgu Posiadacza. 
        Była druga dwadzieścia trzy. 
        Prawie rok temu spotkało się tu  pięciu  Wielkich Posiadaczy Sark.  Zebranie odbyło  się  w tej 
właśnie  sali.  Tak  jak  teraz  -  Posiadacze,  rozproszeni  po  całej  planecie,  każdy  na  swoim 
kontynencie, zjawili się pod postacią trójwymiarowych personifikacji. 
        W uproszczeniu - wyglądało to jak trójwymiarowa transmisja telewizyjna na żywo, stereo i w 
kolorze. Służące do tego urządzenia znajdowały  się w każdym  średnio  zasobnym  domu  na Sark. 
Natomiast  niezwykły  był  brak  jakiegokolwiek  odbiornika.  Obecność  czterech  Posiadaczy,  z 
wyjątkiem Posiadacza Fife, była projekcją, lecz tak realną, jakby stawili  się w sali osobiście. Ich 
sylwetki  nie  prześwitywały  i  nie  migotały,  a  jednak  wyciągnięta  ręka  przechodziła  przez  nie  na 
wylot. 
        Prawdziwe  ciało  Posiadacza  Rune’a  siedziało  na  antypodach,  na  jedynym  kontynencie,  na 
którym w tej chwili panowała noc. Obraz widoczny w biurze Fife’a był otoczony zimnym, białym 
blaskiem sztucznego oświetlenia, przyćmionym tu jaśniejszym dziennym światłem. 
        W  tym  jednym  pomieszczeniu,  ciałem  czy  duchem,  obecna  była  cała  Sark,  dziwaczna  i 
niezbyt  heroiczna  reprezentacja  planety.  Rune  był  łysy,  różowy  i  gruby,  natomiast  Balie  siwy, 
chudy  i  pomarszczony.  Upudrowany  i  uróżowany  Steen  uśmiechał  się  desperackim  uśmiechem 
człowieka  udającego  pełnię  sił,  które  go  opuściły,  a  Bort  wykazywał  pogardę  dla  wszelkich 
luksusów, przykro manifestującą się dwudniowym zarostem i brudnymi paznokciami. 
        A jednak byli pięcioma Wielkimi Posiadaczami. 

background image

        Znajdowali  się  na  samym  szczycie  trójstopniowej  drabiny  władzy  na  Sark.  Najniższym 
szczeblem  była  oczywiście  florińska  administracja,  trwająca  niezmiennie  przez  zmienne  koleje 
losu,  wyniesienia  i  upadki  poszczególnych  rodów  arystokratycznych  Sark.  To  ona  oliwiła  osie  i 
obracała  kołami  władzy.  Nad  nią  byli  szefowie  departamentów  i  ministrowie  mianowani  przez 
dziedzicznego  (i  nieszkodliwego)  Szefa  Państwa.  Podpisy  ich  oraz  Szefa  były  potrzebne,  aby 
ustawy  miały  moc  prawną,  lecz  ich  faktyczne  obowiązki  ograniczały  się  do  podpisywania 
papierów. 
        Najwyższy  szczebel  zajmowało  tych  pięciu  ludzi;  każdy,  za  zgodą  pozostałych  czterech, 
władał jednym kontynentem. Byli głowami rodzin kontrolujących większą część handlu kyrtem i 
związanych z tym przychodów. Pieniądze dawały władzę i dyktowały politykę Sark. A oni je mieli. 
Wśród tej piątki najwięcej miał Fife. 
        Posiadacz  Fife  spotkał  się  z  nimi  tamtego  dnia,  prawie  przed  rokiem,  i  rzekł  pozostałym 
władcom drugiej z kolei najbogatszej planety Galaktyki (po Trantorze, który w końcu miał milion 
światów do grabienia, a nie dwa): 
        - Otrzymałem dziwną wiadomość. 
        Nic nie powiedzieli. Czekali. 
        Fife podał pasek metalitowego filmu sekretarzowi, który podchodził do każdego z siedzących, 
trzymając go tak, aby był dobrze widoczny, i dostatecznie długo, żeby mogli przeczytać. 
        Każdemu  z  czwórki  uczestników  konferencji  zdawało  się,  iż  tylko  on  jest  realny,  natomiast 
pozostali,  w  tym  i  Fife,  są  jedynie  cieniami.  Metalitowy  film  także  był  cieniem.  Mogli  tylko 
siedzieć  i  obserwować  promienie  świetlne  przelatujące  ogromne  odległości  dzielące  kontynenty: 
Fife, Balie, Bort, Steen oraz archipelag Rune. Słowa, które czytali, były cieniem na cieniu. 
        Tylko Bort, bezpośredni i nie lubiący subtelności, zapomniał o tym i sięgnął po list. 
        Jego  ręka  wyciągnęła  się  aż  po  skraj  prostokątnego  receptora  obrazu  i  została  ucięta.  Ramię 
kończyło  się  bezkształtnym  kikutem.  Fife  wiedział,  że  gdzieś  w  odległym  pokoju  ręka  Borta 
przeszła przez sfilmowany list i złapała powietrze. Uśmiechnął się, inni też. Steen zachichotał. 
        Bort poczerwieniał. Cofnął rękę i jego dłoń pojawiła się znowu. Fife rzekł: 
        -  No  cóż,  wszyscy  widzieliście.  A  teraz,  jeśli  nie  macie  nic  przeciw  temu,  przeczytam  ją  na 
głos, abyście mogli zastanowić się nad jej znaczeniem. 
        Wyciągnął  rękę  nad  głowę,  a  jego  sekretarz,  przyspieszając  kroku,  zdołał  podsunąć  film  w 
odpowiednie miejsce, tak że dłoń Fife’a natychmiast zamknęła się na zwitku. 
        Fife czytał  spokojnie, dramatycznie akcentując słowa, jakby sam  ułożył  wiadomość i  cieszył 
się, mogąc ją przekazać. 
        - Oto treść: „Jesteś Wielkim Posiadaczem Sark i nie ma nikogo, kto mógłby się z tobą równać 
władzą i bogactwem. A jednak ta władza i bogactwo opierają się na kruchych podstawach. Może 
uważasz,  że  dostawy  kyrtu,  jakie  płyną  z  Floriny,  to  nie  jest  krucha  podstawa,  ale  zadaj  sobie 
pytanie, jak długo będzie istnieć Florina? Zawsze? 
        Nie!  Florina  może  zostać  zniszczona  jutro.  A  może  istnieć  jeszcze  tysiąc  lat.  Bardziej 
prawdopodobne, że zostanie zniszczona jutro. Nie przeze mnie, rzecz jasna, ale w sposób, jakiego 
nie  możecie  przewidzieć  ani  wyliczyć.  Wyobraź  to  sobie.  Wyobraź  sobie,  że  twoja  potęga  i 
bogactwo  kończą  się,  ponieważ  ja  domagam  się  większej  ich  części.  Będziesz  miał  czas  do 
namysłu, ale niezbyt długi. 
        Spróbuj  grać  na  zwłokę,  a  wyjawię  całej  Galaktyce,  a  szczególnie  Florinie,  prawdę  o 
zbliżającym się zniszczeniu. Potem nie będzie już kyrtu ani bogactwa, ani władzy. Również i dla 
mnie,  lecz  ja  jestem  do  tego  przyzwyczajony.  Dla  ciebie  będzie  to  ogromny  problem,  gdyż 
urodziłeś się bogaty. 
        Oddasz mi większość swoich posiadłości w sposób, jaki niebawem podyktuję, i będziesz mógł 
bezpiecznie  cieszyć  się  tym,  co  ci  zostanie.  Z  pewnością  nie  będzie  to  wiele  w  porównaniu  do 
obecnego  stanu,  ale  więcej,  niż  pozostałoby  ci,  gdybyś  tego  nie  zrobił.  I  nie  gardź  tym,  co  ci 

background image

zostanie. Florina, być może, dotrwa do końca twego życia i będziesz żył, jeśli nie w zbytku, to co 
najmniej w dostatku.” 
        Fife  skończył  czytać.  Kilkakrotnie  obrócił  film  w  ręku,  po  czym  ostrożnie  umieścił  go  w 
srebrzystym  i  przezroczystym  pojemniku,  w  którym  drukowane  litery  zlały  się  w  czerwonawą 
smugę. Powiedział normalnym głosem: 
        -  Zabawny  list.  Bez  podpisu  i  napisany,  jak  słyszeliście,  w  pompatycznym  i  napuszonym 
stylu. Co o tym sądzicie, Posiadacze? 
        Rumiana twarz Rune’a przybrała wyraz dezaprobaty. Rzekł: 
        -  To  najwidoczniej  dzieło  człowieka  o  mentalności  psychopaty.  On  tworzy  powieść 
historyczną.  Szczerze  mówiąc,  Fife,  nie  uważam,  abyśmy  z  powodu  takich  bzdur  mieli  naruszać 
naszą  tradycyjną  autonomię  kontynentalną.  I  nie  podoba  mi  się,  że  to  wszystko  odbywa  się  w 
obecności twojego sekretarza. 
        - Mojego sekretarza? Dlatego, że jest Florińczykiem? Czy obawiasz się, że wstrząśnie nim coś 
takiego jak ten list? Nonsens. 
        Nagle porzucił zabawowy ton i powiedział rozkazująco: 
        - Obróć się do Posiadacza Rune’a. 
        Sekretarz  wykonał  polecenie.  Oczy  trzymał  dyskretnie  spuszczone,  a  jego  blada  twarz  była 
zupełnie bez wyrazu. Zdawała się niemal pozbawiona życia. 
        -  Ten  Florińczyk  -  oświadczył  Fife,  nie  zważając  na  obecność  sekretarza  -  jest  moim 
osobistym sługą. Nigdy mnie nie opuszcza, nigdy nie przebywa ze swoimi ziomkami. Jednak nie 
dlatego ufam  mu  bez zastrzeżeń. Patrzcie na niego. Spójrzcie na jego oczy. Czy nie widzicie, że 
został  poddany  działaniu  psychosondy?  Nie  jest  zdolny  do  żadnej  nielojalnej  względem  mnie 
myśli. Bez urazy, ale prędzej zaufałbym jemu niż któremuś z was. 
        Bort zachichotał. 
        -  Nie  mam  do  ciebie  żalu.  Żaden  z  nas  nie  odznacza  się  lojalnością  potraktowanego 
psychosondą florińskiego sługi. 
        Teraz Steen zachichotał, wijąc się w fotelu, jakby było mu zbyt gorąco. 
        Żaden  nie  komentował  faktu  stosowania  przez  Fife’a  psychosondy  wobec  osobistych 
służących.  Fife  byłby  ogromnie  zdumiony,  gdyby  coś  powiedzieli,  mimo  że  stosowanie 
psychosondy  w  innych  celach  niż  leczenie  chorób  psychicznych  lub  usuwanie  przestępczych 
skłonności było surowo zabronione. Nawet Wielkim Posiadaczom. 
        A jednak Fife robił to, ilekroć uważał za konieczne, szczególnie gdy obiekt był Florińczykiem. 
Użycie  psychosondy  wobec  Sarkańczyka  było  znacznie  delikatniejszą  sprawą.  Posiadacz  Steen, 
którego  niepokój  wywołany  wzmianką  o  psychosondzie  nie  uszedł  uwagi  Fife’a,  słynął  z 
wykorzystywania  Florińczyków  obojga  płci  do  celów  nie  mających  nic  wspólnego  z 
sekretarzowaniem. 
        - Do rzeczy - Fife złożył grube palce. - Nie zwołałem was, aby czytać głupie liściki. To, mam 
nadzieję, rozumiecie. Jednak obawiam się, iż mamy poważny problem. Po pierwsze, zadałem sobie 
pytanie,  dlaczego  tylko  ja?  Jasne,  jestem  najbogatszym  z  Posiadaczy,  ale  kontroluję  tylko  jedną 
trzecią obrotu kyrtem.  Wspólnie kontrolujemy  wszystko. Równie łatwo zrobić cztery kopie listu, 
jak go napisać. 
        - Za dużo mówisz - mruknął Bort. - O co ci chodzi? 
        Pomarszczone i bezbarwne wargi Balle’a poruszyły się w jego szarej twarzy. 
        - On chce wiedzieć, lordzie Bort, czy otrzymaliśmy kopie tego listu. 
        - To niech powie jasno. 
        - Wydawało mi się, że mówię wyraźnie - rzekł spokojnie Fife. - No? 
        Spojrzeli po sobie, podejrzliwie lub wyzywająco, zależnie od charakteru. 
        Pierwszy odezwał się Rune. Różowe czoło miał mokre od potu; uniósł miękki kwadrat kyrtu, 
aby wytrzeć wilgoć z zagłębień między fałdami tłuszczu, biegnącymi półkoliście od ucha do ucha. 

background image

        -  Nie  mam  pojęcia,  Fife.  Mogę  zapytać  moich  sekretarzy,  którzy  -  nawiasem  mówiąc  - 
wszyscy są Sarkańczykami. Gdyby taki list nawet dotarł do mojego biura, zostałby uznany za... Jak 
to  się  mówi?  Uznany  za  wyczyn  szaleńca.  Nigdy  bym  go  nie  zobaczył.  To  pewne.  Tylko 
szczególnej  organizacji  pracy  twojego  sekretariatu  zawdzięczasz,  że  nie  oszczędzono  ci 
zajmowania się takim śmieciem. 
        Rozejrzał się wokół i uśmiechnął, błyskając mokrymi dziąsłami, widocznymi nad sztucznymi 
zębami  z  chromowanej  stali.  Każdy  ząb  był  głęboko  wkręcony,  przymocowany  do  szczęki  i 
twardszy  niż  ząb  z  jakiegokolwiek  sztucznego  tworzywa.  Uśmiech  Rune’a  był  bardziej 
przerażający niż grymas wściekłości. 
        -  Sądzę,  że  to,  co  powiedział  Run,  mógłby  powiedzieć  każdy  z  nas  -  wzruszył  ramionami 
Balie. 
        - Nigdy nie czytam poczty - zachichotał Steen. - Nigdy. To takie nudne, a dostaję tego tyle, że 
nie miałbym na nic czasu. 
        Spojrzał na pozostałych, jakby chcąc ich przekonać, że mówi prawdę. 
        -  Bzdury  -  odezwał  się  Bort.  -  Co się  z  wami  dzieje?  Boicie  się  Fife’a?  Słuchaj,  Fife,  ja  nie 
mam żadnego sekretarza, bo nie potrzebuję żadnej pomocy w interesach. Otrzymałem kopię tego 
listu  i jestem  przekonany, że pozostali  trzej  też. Chcesz wiedzieć, co z nim  zrobiłem? Wrzuciłem 
go do spalarki. Radzę wam zrobić to samo. Dajmy temu spokój. Jestem zmęczony. 
        Sięgnął  ręką  do  przełącznika,  aby  przerwać  transmisję  i  zgasić  obraz  swojej  osoby  w  biurze 
Fife’a. 
        -  Chwileczkę,  Bort  -  rzucił  ostro  Fife.  -  Zaczekaj,  bo  jeszcze  nie  skończyłem.  Chyba  nie 
chcesz, żebyśmy podjęli jakieś decyzje i kroki pod twoją nieobecność. Na pewno tego nie chcesz. 
        - Poczekajmy  - nalegał Rune nieco łagodniejszym tonem, choć jego skryte w tłuszczu oczka 
wcale nie patrzyły przyjaźnie. - Zastanawiam się, dlaczego Posiadacz Fife tak bardzo niepokoi się 
takim drobiazgiem. 
        - Hmm - rzekł Balie chrapliwym głosem. - Może Fife myśli, że nasz przyjaciel od listów ma 
jakieś informacje o trantoriańskim ataku na Florinę. 
        - Phi! - prychnął Fife. - Skąd mógłby je mieć, kimkolwiek by był? Zapewniam was, że nasze 
służby wywiadowcze działają sprawnie. I jak mógłby powstrzymać atak, otrzymawszy nasze dobra 
jako  łapówkę?  Nie,  nie.  On  pisze  o  zniszczeniu  Floriny,  jakby  miał  na  myśli  fizyczne 
unicestwienie, a nie destrukcję polityczną. 
        - To zupełne szaleństwo - rzekł Steen. 
        - Tak? - odparł Fife. - To znaczy, że nie doceniasz wydarzeń ostatnich dwóch tygodni? 
        - Jakich konkretnie? - spytał Bort. 
        - Zdaje się, że zniknął jakiś kosmoanalityk. Na pewno słyszeliście o tym. 
        Bort wyglądał na rozgniewanego i niezadowolonego. 
        - Słyszałem o tym od Abla z Trantoru. I co z tego? Nie mam pojęcia o kosmoanalizie. 
        - Ale chyba czytałeś zapis informacji, jakie przekazał do swojej bazy na Sark, zanim zniknął. 
        - Abel pokazywał mi, ale nie zwróciłem uwagi. 
        -  A  wy?  -  Fife  mierzył  ich  wyzywającym  spojrzeniem,  jednego  po  drugim.  -  Sięgniecie 
pamięcią wstecz? 
        -  Ja  czytałem  -  przyznał  Rune.  -  I  przypominam  sobie.  Oczywiście!  Była  tam  mowa  o 
zniszczeniu. O to ci chodzi? 
        - Słuchajcie - wtrącił piskliwie Steen.  - Tam było kilka obłąkańczych sugestii. Autentycznie. 
Mam nadzieję, że nie będziemy tego teraz omawiać. Z trudem pozbyłem się wtedy Abla, a właśnie 
nadchodziła pora obiadu. Okropnie denerwujące. Autentycznie. 
        - Nic na to nie poradzę, Steen - odparł Fife, nie kryjąc zniecierpliwienia. (Co tu robić z czymś 
takim  jak  Steen?)  -  Musimy  o  tym  porozmawiać.  Kosmoanalityk  sygnalizował  zagrożenie  dla 
Floriny.  Wkrótce  po  jego  zniknięciu  otrzymujemy  listy,  które  również  mówią  o  zniszczeniu 
Floriny. Czy to tylko zbieg okoliczności? 

background image

        - Chcesz powiedzieć, że to kosmoanalityk nas szantażuje? - szepnął stary Balie. 
        - Niepodobna. Po co ogłaszałby to najpierw jawnie, a potem anonimowo? 
        - Przekaz - rzekł Balie - był przeznaczony dla jego biura, a nie dla nas. 
        - Mimo wszystko. Szantażysta stara się nie rozmawiać z nikim prócz swojej ofiary. - Więc? 
        -  Kosmoanalityk zniknął. Załóżmy, że był  uczciwy. Jednak nadał  niebezpieczną wiadomość. 
Teraz znajduje się w rękach innych, którzy nie są uczciwi, i to oni nas szantażują. 
        - Jakich innych? 
        Fife posępnie odchylił się w fotelu, ledwie poruszając wargami. 
        - Pytasz poważnie? Trantora. 
        - Trantor! - Steen zadrżał. Jego piskliwy głos załamał się. 
        -  Czemu  nie?  Czy  jest  lepszy  sposób  przejęcia  kontroli  nad  Floriną?  A  to  jest  jednym  z 
głównych celów ich polityki zagranicznej. I gdyby udało im się osiągnąć go bez wojny, tym lepiej 
dla  nich.  Jeżeli  więc  ugniemy  się  przed  tym  bezczelnym  ultimatum,  Floriną  należy  do  nich. 
Zostawią nam odrobinę - pokazał dwoma palcami - ale jak długo będziemy w stanie utrzymać i to? 
Z  drugiej  strony,  załóżmy,  że  zignorujemy  ten  list  -  czy  mamy  zresztą  inne  wyjście?  Zaczną 
rozsiewać  wśród  florińskich  wieśniaków  plotki  o  rychłym  końcu  świata.  Te  pogłoski  wywołają 
panikę, która doprowadzi do katastrofy. Jak skłonić do pracy człowieka, który jest przekonany, że 
jutro nastąpi koniec świata? Plony zgniją na polach. Magazyny opustoszeją. 
        Steen  potarł  palcem  uróżowany  policzek  i  dyskretnie  zerknął  w  lustro  stojące  opodal,  poza 
zasięgiem receptora obrazu. 
        - Nie sądzę - powiedział - żeby to nam zaszkodziło. Jeśli spadnie podaż, to przecież wzrosną 
ceny? A kiedy okaże się, że Floriną pozostała na swoim miejscu, to i wieśniacy wrócą do pracy. 
Ponadto  zawsze  możemy  zagrozić  ograniczeniem  eksportu.  Naprawdę  nie  rozumiem,  jak 
jakikolwiek  cywilizowany  świat  mógłby  się  obyć  bez  kyrtu.  Przecież  to  Król  Kyrt.  Sądzę,  że 
robimy problem z niczego. 
        Delikatnie  masując  palcem  policzek,  przybrał  pozę  znudzonego  światowca.  Balie  słuchał 
wszystkiego z zamkniętymi oczami. 
        -  Nie  możemy  teraz  podnieść  cen  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Wywindowaliśmy  je  na 
niebotyczny pułap. 
        -  Właśnie  -  potwierdził  Fife.  -  Zresztą  nie  możemy  dopuścić  do  poważnych  przerw  w 
dostawach. Trantor tylko czeka na jakieś oznaki niepokojów na Florinie. Gdyby mogli przedstawić 
Galaktyce obraz Sark, która nie potrafi zagwarantować dostaw kyrtu, mogliby najzwyczajniej we 
Wszechświecie  wkroczyć,  aby  zaprowadzić  swoje  porządki  i  zapewnić  produkcję.  A  zachodzi 
obawa,  że  wolne  światy  Galaktyki  przystałyby  na  to  ze  względu  na  kyrt.  Szczególnie  gdyby 
Trantor przyzwolił na złamanie monopolu, zwiększenie produkcji i obniżenie cen. Co stałoby się 
później, to całkiem inna historia, ale na razie uzyskałby ich poparcie. To jedyny logiczny sposób, w 
jaki Trantor mógłby przejąć Florinę. Gdyby spróbowali siłą, reszta Galaktyki, poza strefą wpływów 
Trantora, przyłączyłaby się do nas. 
        -  Jaka  w  tym  wszystkim  jest  rola  kosmoanalityka?  -  zapytał  Rune.  -  Czy  on  tu  w  ogóle  gra 
jakąś rolę? Jeśli twoja teoria jest słuszna, powinna to wyjaśniać. 
        - Myślę, że wyjaśnia. Ci kosmoanalitycy są przeważnie niezrównoważeni, a ten stworzył  - tu 
palce  Fife’a  poruszyły  się,  jakby  budowały  jakąś  dziwną  konstrukcję  -  zwariowaną  teorię. 
Nieważne jaką. Trantor tego nie zdradzi, bo Biuro Kosmoanalizy zdementowałoby ją natychmiast. 
Jednak  chwytając  tego  człowieka  i  poznając  bliższe  szczegóły,  uzyskali  coś,  co  zapewne 
uwiarygodni  ją  w  oczach  laików.  Mogą  jej  użyć,  nadać  pozory  prawdziwości.  Biuro  jest 
marionetką  w  rękach  Trantora  i  jego  ewentualne  zaprzeczenia,  kiedy  historia  zostanie 
rozpowszechniona jako plotka naukowa, nie będą wystarczająco stanowcze, aby obalić kłamstwo. 
        -  To  wydaje  się  nazbyt  skomplikowane  -  stwierdził  Bort.  -  Nie  mogą  puścić  pary  z  ust,  ale 
puszczą parę z ust. To bzdury. 

background image

        -  Nie  mogą  ogłosić  poważnego  komunikatu  naukowego  ani  wmieszać  w  to  Biura  -  odparł 
cierpliwie Fife. - Mogą spowodować przeciek informacji. Nie rozumiecie? 
        - Dlaczego zatem stary Abel marnuje czas szukając tego kosmoanalityka? 
        - Spodziewasz się, że ogłosi publicznie, że go ma? To, co Abel robi, a co zdaje się, że robi, to 
dwie różne  
        - No cóż - powiedział Rune. - Jeśli masz rację, to co nam pozostaje? 
        -  Znamy  niebezpieczeństwo,  a  to  bardzo  ważne.  Znajdziemy  tego  kosmoanalityka.  Musimy 
dobrze  pilnować  wszystkich  znanych  agentów  Trantora,  nie  przeszkadzając  im  zarazem.  Z  ich 
zachowania  możemy  wywnioskować,  jaki  będzie  dalszy  rozwój  wydarzeń.  Na  Florinie  musimy 
zdecydowanie przeciwdziałać wrogiej propagandzie, zapowiadającej zniszczenie planety. Wszelkie 
pogłoski muszą spotkać  się ze zdecydowaną kontrakcją. A przede wszystkim  - musimy pozostać 
zjednoczeni. Oto główny cel naszego spotkania, przynajmniej według mnie: utworzenie wspólnego 
frontu.  Wszyscy  chcemy  autonomii  kontynentów  i  jestem  pewien,  że  nikt  bardziej  ode  mnie  nie 
nalega na jej utrzymanie. W normalnych warunkach. Te nie są normalne. Rozumiecie? 
        Mniej  lub  bardziej  opornie,  gdyż  autonomia  kontynentalna  nie  była  czymś,  z  czego  można 
łatwo zrezygnować, zrozumieli. 
        - A zatem - rzekł Fife - zaczekamy na następny ruch. 
         
        To  było  przed  rokiem.  Rozłączyli  się,  a  potem  nastąpiła  najdziwniejsza  i  największa  klęska, 
jaką Posiadacz Fife poniósł w swej umiarkowanie długiej i co najmniej umiarkowanie efektownej 
karierze. 
        Nie  było  żadnego  następnego  posunięcia.  Żaden  z  nich  nie  otrzymał  nowych  listów.  Nie 
znaleziono  kosmoanalityka,  a  Trantor  nadal  intensywnie  go  poszukiwał.  Nikt  nie  rozsiewał 
apokaliptycznych  plotek  na  Florinie,  a  zbiory  i  przerób  kyrtu  przebiegały  bez  najmniejszych 
zakłóceń. 
        Posiadacz Rune co tydzień łączył się z Fife’em. 
        - Fife? - pytał. - Jest coś nowego? 
        Jego tłuste cielsko trzęsło się z uciechy, a z gardzieli dobywał się cichy chichot. 
        Fife przyjmował to posępnie i cierpliwie. A co mógł zrobić? Raz po raz przesiewał w myślach 
fakty. Daremnie. Czegoś brakowało. Zabrakło jakiegoś istotnego czynnika. 
        A potem wszystko wybuchło naraz i od razu dostał odpowiedź, że wreszcie ma odpowiedź, ale 
taką, jakiej się nigdy nie spodziewał. 
        Znów zwołał zebranie. Chronometr pokazywał teraz drugą dwadzieścia dziewięć. 
        Zaczęli  się  pojawiać.  Pierwszy  Bort,  z  zaciśniętymi  ustami,  drapiący  szponiastym  paluchem 
tarkę kilkudniowego zarostu. Po nim Steen, z twarzą świeżo odmytą z makijażu, bladą i niezdrową. 
Balie, obojętny i zmęczony, o zapadniętych policzkach, w miękko wyścielonym fotelu, ze szklanką 
ciepłego mleka pod ręką. Na końcu Rune, spóźniony o dwie minuty, ponury i wilgotnousty, znowu 
w  nocnym  oświetleniu.  Tym  razem  światło  przygaszono,  tak  że  był  tylko  niewyraźną  sylwetką 
siedzącą w sześcianie czerni, której nie zdołałyby rozproszyć wszystkie lampy Fife’a, choć miały 
moc słońca Sark. 
        - Posiadacze! - zaczął Fife. - W ubiegłym roku przewidywałem odległe i niekonwencjonalne 
zagrożenia.  W  swoich  spekulacjach  wpadłem  w  pułapkę.  Niebezpieczeństwo  istnieje,  lecz  wcale 
nie  jest  odległe.  Jest  bliskie,  bardzo  bliskie.  Jeden  z  was  już  wie,  o  czym  mówię.  Pozostali 
dowiedzą się wkrótce. 
        - A o czym mówisz? - spytał krótko Bort. 
        - O zdradzie! - wypalił Fife. 
 
10. 
Zbieg 
         

background image

         
        Myrlyn Terens nie był człowiekiem czynu. Robił sobie z tego powodu wymówki, bo od kiedy 
opuścił kosmoport, nie potrafił zebrać myśli. 
        Musiał  utrzymywać  odpowiednie  tempo  marszu.  Nie  za  wolno,  bo  uznają  go  za  próżniaka. 
Niezbyt  szybko,  bo  pomyślą,  że  ucieka.  Zdecydowanie,  jak  szedłby  strażnik  -  pełniący  swoje 
obowiązki i w każdej chwili gotowy wskoczyć do pojazdu. 
        Gdyby tylko mógł  usiąść w jakimś pojeździe! Niestety, kierowanie pojazdami nie wchodziło 
w zakres edukacji Florińczyka, nawet florińskiego Mieszczanina, tak więc próbował wymyślić coś 
w marszu i nie mógł. Potrzebował ciszy i spokoju. 
        Poza tym, już ledwie szedł. Może i nie był człowiekiem czynu, ale przez cały dzień, całą noc i 
kolejny dzień zachowywał się tak, jakby nim był. Chyba zużył już wszystkie zapasy energii. 
        Nie miał jednak odwagi stanąć. 
        Gdyby to była noc, miałby kilka godzin do namysłu. Ale było wczesne popołudnie. 
        Gdyby  umiał  prowadzić  samochód,  odjechałby  wiele  mil  od  Miasta.  Wystarczająco  daleko, 
żeby trochę pomyśleć, zanim podejmie jakąś decyzję. Tymczasem był zdany na własne nogi. 
        Gdyby mógł  zastanowić się chwilę. Właśnie. Pomyśleć. Gdyby mógł  wstrzymać na moment 
wszelki  ruch,  wszelkie  działanie.  Uchwycić  Wszechświat  w  krótkim  przedziale  czasu,  kazać  mu 
zatrzymać się, dopóki Mieszczanin nie przemyśli sprawy. Musi być jakieś wyjście. 
        Zanurzył  się  w zbawczym  cieniu  Dolnego  Miasta. Szedł  sztywno, tak jak chodzili  strażnicy. 
Mocno ściskał paralizator. Ulice były puste. Tubylcy pochowali się w swoich budach. Tym lepiej. 
        Starannie  wybrał  dom.  Najlepiej  byłoby  wybrać  jeden  z  lepszych,  taki  z  kolorowych 
plastikowych cegieł, z polaryzowanymi szybami w oknach. Nędzarze są zawzięci. Mają mniej do 
stracenia. Ktoś z „wyższej sfery” zrobi wszystko, żeby pomóc. 
        Terens  wszedł  na  dróżkę  wiodącą  do  takiego  domu.  Budynek  stał  w  pewnym  oddaleniu  od 
ulicy - jeszcze jeden dowód dostatku. Wiedział, że nie będzie musiał walić do drzwi, ani wyważać 
ich.  Idąc  podjazdem,  zauważył  kogoś  przy  jednym  z  okien.  (Doświadczenia  pokoleń  nauczyły 
Florińczyka wyczuwać obecność strażników). Drzwi się otworzą. 
        Otworzyły się. 
        W progu stanęła młoda dziewczyna, o okrągłych z wrażenia oczach. Miała na sobie zbyt luźną 
sukienkę  z  ozdóbkami,  świadczącymi  o  staraniach  rodziców,  aby  podkreślić  swoją  pozycję,  za 
wszelką  cenę  odróżnić  się  od  zwykłej  „florińskiej  hołoty”.  Dziewczyna  odsunęła  się, 
przepuszczając Terensa, posapując przez lekko rozchylone usta. 
        Mieszczanin gestem nakazał jej zamknąć drzwi. 
        - Czy twój ojciec jest w domu, dziewczyno? 
        - Tato! - krzyknęła i wysapała: - Tak, proszę pana. 
        „Tato”  nadchodził  z  drugiego  pokoju  z  przepraszającym  wyrazem  twarzy.  Szedł  powoli. 
Dobrze  wiedział,  że  do  drzwi  stuka  strażnik.  Po  prostu  było  bezpieczniej,  aby  otworzyła  je 
dziewczyna. Jeśli strażnik jest zły, może jej nie uderzy. 
        - Nazwisko? - spytał Mieszczanin. 
        - Jacof, łaskawy panie. 
        W  jednej  z  kieszeni  munduru  Mieszczanin  znalazł  cienki  notatnik.  Otworzył  go,  przerzucił 
kilka kartek, postawił znaczek i rzekł: 
        - Jacof! Tak! Chcę zobaczyć wszystkich domowników. Szybko! 
        Gdyby Terens był  w stanie odczuwać cokolwiek poza przygnębieniem, może bawiłaby go ta 
sytuacja. Nie był zupełnie niewrażliwy na uroki władzy. 
        Weszli. Chuda, zaniepokojona kobieta z dwuletnim dzieckiem na rękach. Potem dziewczyna, 
która go wpuściła, i jej młodszy brat. 
        - Czy to wszyscy? 
        - Wszyscy, proszę pana - odparł pokornie Jacof. 

background image

        -  Czy  mogę  zająć  się  dzieckiem?  -  spytała  niespokojnie  kobieta.  -  To  jej  pora.  Właśnie 
kładłam ją spać. 
        Pokazała mu dziecko, jakby ten widok mógł zmiękczyć serce strażnika. 
        Mieszczanin  nawet  nie  spojrzał.  Uważał,  że  tak  by  się  zachował  strażnik,  a  on  przecież  był 
strażnikiem. Powiedział: 
        - Połóż dziecko i daj mu coś do ssania, żeby nie płakało. Teraz ty, Jacof. 
        - Tak, proszę pana. 
         
        - Jesteś odpowiedzialnym chłopcem, prawda? 
        Tubylec, niezależnie od wieku, był zawsze „chłopcem”. 
        - Tak, proszę pana. 
        Jacof rozpromienił się i lekko wypiął pierś. 
        -  Jestem  urzędnikiem  w  centrum  obróbki  żywności.  Znam  matematykę,  nawet  dzielenie  bez 
reszty. I logarytmy. 
        Tak, pomyślał Mieszczanin, pokazali ci, jak posługiwać się tablicą logarytmów, i nauczyli cię, 
jak wymawia się to słowo. 
        Znał  takich.  Facet  bardziej  cieszy  się  swoimi  logarytmami  niż  Posiadacz  nowym  jachtem. 
Polaryzacyjne szyby w oknach zawdzięczał logarytmom, a kolorowe cegły umiejętności dzielenia 
bez  reszty.  Pogarda,  jaką  darzył  nie  wykształconego  ziomka,  była  równa  tej,  jaką  przeciętny 
Posiadacz żywił do wszystkich tubylców, a jego nienawiść znacznie głębsza, gdyż musiał między 
nimi żyć i w oczach lepszych od siebie uchodził za jednego z nich. 
        - Szanujesz prawo, chłopcze, i dobrych Posiadaczy? - rzekł Mieszczanin, udając, że sprawdza 
coś w notesie. 
        - Mój mąż to dobry człowiek! - wtrąciła gładko kobieta. - Nigdy nie miał żadnych kłopotów. 
On nie zadaje się z hołotą. I ja też nie. Tak samo dzieci. My zawsze... 
        Terens uciszył ją machnięciem ręki. 
        -  Tak,  tak.  Słuchaj,  chłopcze,  chcę,  żebyś  usiadł  i  zrobił,  co  powiem.  Potrzebna  mi  lista 
wszystkich,  których  znasz  w  tej  dzielnicy.  Nazwiska,  adresy,  czym  się  zajmują  i  co  to  za  jedni. 
Szczególnie to ostatnie. Jeśli mieszka tu jeden z tych mącicieli, chcę o tym wiedzieć. Zrobimy tu 
porządek. Rozumiesz? 
        - Tak, proszę pana. Przede wszystkim ten Husting. Mieszka tu obok. On... 
        -  Nie  tak,  chłopcze.  Hej,  daj  mu  kartkę  papieru.  A  ty  siadaj  tu  i  wszystko  opisz.  Dokładnie. 
Pisz powoli, bo nie umiem czytać tubylczych gryzmołów. 
        - Uczono mnie pisać, proszę pana. 
        - Zobaczymy. 
        Jacof  pochylił  się  nad  stołem  i  zaczął  powoli  pisać.  Żona  zaglądała  mu  przez  ramię.  Terens 
zwrócił się do dziewczyny, która go wpuściła: 
        - Podejdź do okna i daj mi znać, jeśli zobaczysz innych strażników. Chcę z nimi porozmawiać. 
Nie wołaj ich. Po prostu mi powiedz. 
        Wreszcie mógł odprężyć się. Zdołał znaleźć sobie zaciszną kryjówkę. 
        W  pokoju  panowała  cisza,  słychać  było  tylko  cmokanie  ssącego  dziecka.  Dziewczyna 
uprzedzi Terensa o nadejściu nieprzyjaciół, tak że będzie mógł uciec. 
        Teraz może pomyśleć. 
        Po  pierwsze,  nie  mógł  już  dłużej  udawać  strażnika.  Niewątpliwie  zablokowali  wszystkie 
możliwe  wyjścia  z  miasta,  a  wiedzieli,  że  nie  może  posłużyć  się  doskonalszym  niż  skuter 
diamagnetyczny  środkiem  transportu.  Nie  potrwa  długo,  a  rozleniwionym  rutyną  strażnikom 
przyjdzie wreszcie do głowy, że tylko systematycznie przeszukując miasto, blok po bloku i dom po 
domu, zdołają schwytać poszukiwanego. 
        Kiedy w końcu na to wpadną, na pewno od przedmieść i będą posuwać się ku centrum. Jeżeli 
tak, ten dom sprawdzą jako jeden z pierwszych, a zatem Terens nie miał zbyt wiele czasu. 

background image

        Do tej pory, mimo  rzucającej się w oczy czerni ze srebrem, mundur strażnika był niezwykle 
użyteczny. Tubylcy niczego nie podejrzewali. Nie przystawali na widok bladej cery Florińczyka i 
nie przyglądali mu się. Wystarczał im sam mundur. 
        Niedługo ścigającym  przyjdzie  to  do  głowy. Wpadną na to,  by  nadać komunikat  nakazujący 
tubylcom zatrzymać każdego strażnika nie posiadającego odpowiednich dokumentów - szczególnie 
takiego, który ma białą skórę i jasne włosy. Wszyscy prawdziwi strażnicy otrzymają tymczasowe 
identyfikatory.  Wyznaczy  się  nagrodę.  Może  zaledwie  jeden  tubylec  na  stu  będzie  miał  tyle 
odwagi, by rzucić się na mundur, bez względu na to, czy i jak podejrzany wyda się jego właściciel. 
Ale ten jeden zupełnie wystarczy. 
        Tak więc musiał porzucić rolę strażnika. 
        To  jedno.  Teraz  drugie.  Od  tej  pory  nigdzie  na  Florinie  nie  będzie  bezpieczny.  Zabójstwo 
strażnika było najcięższą zbrodnią i gdyby nawet winowajca zdołał się ukryć na pięćdziesiąt lat, nie 
zrezygnowaliby z poszukiwań. Dlatego musi opuścić Florinę. 
        Ale jak? 
        No  cóż,  dawał  sobie  jeszcze  dzień  życia.  Najwyżej.  Zakładając,  że  strażnicy  są 
niewiarygodnie głupi, a on będzie miał niewiarygodne szczęście. 
        Pod  pewnym  względem  miał  nad  nimi  przewagę.  Dwadzieścia  cztery  godziny  życia  można 
zaryzykować.  A  to  oznaczało,  iż  może  podjąć  ryzyko,  na  jakie  nie  poszedłby  żaden  zdrowy  na 
umyśle człowiek. 
        Wstał. 
        Jacof podniósł głowę znad kartki papieru. 
        - Jeszcze nie skończyłem, proszę pana. Piszę bardzo starannie. 
        - Pokaż mi, co napisałeś. 
        Spojrzał na podany papier i rzekł: 
        -  Wystarczy.  Kiedy  przyjdą  tu  inni  strażnicy,  nie  trać  czasu  na  tłumaczenia,  że  już 
sporządziłeś listę. Będą się spieszyli i pewnie wyznaczą ci inne zadanie. Rób, co każą. Czy już idą? 
        Dziewczyna przy oknie odparła: 
        - Nie, proszę pana. Czy mam wyjść na ulicę i sprawdzić? 
        - Nie trzeba. Zobaczmy. Gdzie jest najbliższa winda? 
        - Około ćwierć mili na lewo od wyjścia z domu. Może pan... 
        - Tak, tak. Wychodzę. 
        Gdy  drzwi  windy  ze  zgrzytem  otworzyły  się  przed  Mieszczaninem,  na  ulicy  pojawiła  się 
grupka  strażników.  Terens  czuł,  jak  łomoce  mu  serce.  Pewnie  już  rozpoczęto  systematyczne 
poszukiwania i depcą mu po piętach. 
        W  chwilę  później,  wciąż  z  sercem  w  gardle,  wysiadł  z  windy  w  Górnym  Mieście.  Tu  nie 
będzie żadnej osłony. Żadnych filarów. Ani żelazobetonu osłaniającego przed spojrzeniem z góry. 
        W jaskrawym blasku budynków czuł się jak ruchoma czarna kropka. Zdawało mu się, że jest 
widoczny  z  odległości  trzech  kilometrów  i  z  wysokości  siedmiu.  Miał  wrażenie,  że  wskazują  go 
duże, malowane strzałki. 
        Nigdzie  nie  zauważył  strażników.  Przechodzący  Posiadacze  patrzyli  przez  niego  jak  przez 
powietrze. O ile u Florińczyka strażnik wzbudzał lęk, o tyle u Posiadacza nie budził żadnych uczuć. 
Jeśli coś mogło uratować Terensa, to tylko to. 
        Słabo  orientował  się  w  topografii  Górnego  Miasta.  Gdzieś  w  tej  dzielnicy  był  Park  Miejski. 
Najlepiej  byłoby  zapytać  o  drogę,  a  jeszcze  lepiej  wejść  do  pierwszego  wyższego  budynku  i 
rozejrzeć się z górnego tarasu. Pierwsze rozwiązanie nie wchodziło w rachubę. Żaden strażnik nie 
pytałby o drogę. Drugie było zbyt ryzykowne. Wewnątrz budynku rzucałby się w oczy. I to bardzo. 
        W  rezultacie  poszedł  tam,  gdzie  podpowiadała  mu  pamięć,  która  podsuwała  mu  obraz  raz 
widzianej mapy Górnego Miasta. Udało się. Pięć minut później natrafił na park. 
        Park  Miejski  był  sztucznie  utworzoną  płaszczyzną  zieleni  o  obszarze  czterdziestu  hektarów. 
Na Sark jedni uważali Park Miejski za sielankowo spokojne miejsce, inni - za arenę nocnych orgii. 

background image

Na Florinie ci, którzy coś o nim słyszeli, wyobrażali sobie, że jest sto razy większy i tysiąc razy 
wspanialszy, niż był naprawdę. 
        Rzeczywistość  była  wystarczająco  przyjemna.  W  łagodnym  klimacie  Floriny  ogród  był 
zielony przez okrągły rok. Miał rozległe trawniki, zagajniki oraz kamienne groty. Był tam stawek z 
ozdobnymi  rybkami  oraz  większy  staw,  po  którym  wiosłowały  dzieci.  Nocą,  dopóki  nie  spadły 
pierwsze  krople  deszczu,  jarzył  się  barwną  iluminacją.  Najgwarniej  było  tu  między  zmrokiem  a 
deszczem. To była pora tańców, trójwymiarowych pokazów i par błądzących po krętych alejkach. 
        Terens  jeszcze  nigdy  nie  zwiedzał  parku.  Sztucznie  hodowana  zieleń  wydała  mu  się 
odrażająca. Wiedział, że ziemia i skały pod nogami, woda i drzewa wokół, wszystko spoczywa na 
zimnej żelbetowej płycie. To go denerwowało. Pomyślał o polach kyrtu, rozległych i płaskich, oraz 
o  łańcuchach  gór  na  południu.  Pogardzał  obcymi,  którzy  pośród  takich  wspaniałości  musieli 
budować sobie zabawki. 
        Przez pół  godziny  włóczył  się bez celu  alejkami. To, co zaplanował,  musiał  zrobić w parku. 
Nawet tu mogło okazać się to niemożliwe. Gdzie indziej niemożliwe. 
        Nikt  go  nie  widział.  Nikt  nie  zauważył  jego  obecności.  Był  tego  pewien.  Niech  pytają 
Posiadaczy i Posiadaczki, którzy go minęli: „Czy wczoraj w parku widzieliście strażnika?” Zrobią 
wielkie oczy. Równie dobrze można by ich pytać, czy przebiegła im drogę mrówka. 
        Park był cywilizowany. Terens poczuł nagły przypływ paniki. Wszedł po stopniach ułożonych 
wśród głazów i zaczął schodzić do płytkiej kotlinki otoczonej małymi grotami, zaprojektowanymi 
jako  schronienie  dla  par  zaskoczonych  przez  deszcz.  (Co  zdarzało  się  znacznie  częściej,  niż 
wynikało z rachunku prawdopodobieństwa). 
        Aż nagle ujrzał to, czego szukał. 
 
        Człowiek!  A  raczej  Posiadacz.  Przechadzał  się  tam  i  z  powrotem.  Nerwowo  palił  cygaro, 
wcisnął je do spalarki, gdzie leżało chwilę, a potem znikło w nagłym rozbłysku. Sprawdził czas na 
kieszonkowym zegarku. 
        W kotlince nie było nikogo innego. Wymarzone miejsce na spędzenie wieczoru i nocy. 
        Posiadacz czekał na kogoś. Nie ulegało wątpliwości. Terens rozejrzał się wokół. Nikt nie szedł 
za nim po schodach. 
        Może gdzieś tu są inne schody. Na pewno są. Nie szkodzi. Nie wolno przegapić okazji. 
        Zszedł  na  dół,  do  Posiadacza.  Ten  zauważył  go,  oczywiście,  dopiero  wtedy,  gdy  Terens 
powiedział: 
        - Można prosić? 
        Mówił z szacunkiem, lecz żaden Posiadacz nie przywykł do tego, by jakiś strażnik brał go pod 
rękę, choćby z największą estymą. 
        - O co chodzi, do diabła? - rzekł. 
        Terens nadal mówił tonem ponaglającym i pełnym szacunku. (Rozmawiaj z nim. Odwróć jego 
uwagę choćby na chwile!) 
        - Tędy, łaskawy panie. To ma związek z poszukiwaniami zbiegłego mordercy. 
        - O czym ty mówisz? 
        - - To zajmie tylko chwilę. 
        Terens  ukradkiem  sięgnął  po  bicz  neuronowy.  Tamten  niczego  nie  poczuł.  Paralizator 
zabuczał, a Posiadacz zesztywniał i runął na ziemię. 
        Mieszczanin  jeszcze  nigdy  nie  podniósł  ręki  na  Posiadacza.  Zdziwiło  go  obrzydzenie  i 
poczucie winy, jakie przy tym odczuwał. 
        Wokół nadal było pusto. Zawlókł zesztywniałe ciało - z którego spoglądały na niego szkliste, 
nieruchome oczy - do najbliższej groty. Przeciągnął je na sam koniec. 
        Rozebrał  Posiadacza,  z  trudem  zdejmując  ubranie  ze  zdrętwiałych  kończyn.  Ściągnął  swój 
zakurzony,  przepocony  mundur  strażnika  i  włożył  bieliznę  Posiadacza.  Po  raz  pierwszy  miał  na 
sobie coś z kyrtu. 

background image

        Potem  reszta  stroju  i  mycka  Posiadacza.  Ta  ostatnia  była  konieczna.  Mycki  nie  były 
szczególnie  popularne  wśród  młodzieży,  lecz  niektórzy  nosili  je,  a  ten  Posiadacz  na  szczęście 
zaliczał  się  do  nich.  Gdyby  nie  to,  jasne  włosy  Terensa  natychmiast  by  go  zdradziły.  Włożył 
nakrycie głowy, naciągając je aż na uszy. 
        Zrobił  więc  to,  co  musiał.  Nagle  pojął,  że  zabójstwo  strażnika  to  nie  była  jednak  najcięższa 
zbrodnia. 
        Nastawił  blaster  na  największe  rażenie  i  skierował  go  na  nieprzytomnego  Posiadacza.  Po 
dziesięciu  sekundach  została  tylko  zwęglona  masa.  To  utrudni  identyfikację,  zbije  z  tropu 
ścigających. 
        Następnie  zmienił  mundur  strażnika  w  sypki  biały  popiół  i  wygrzebał  z  pyłu  poczerniałe 
guziki i sprzączki. To również opóźni pościg. Może tylko o godzinę, ale dobre i to. 
        Teraz  musiał  niezwłocznie  stąd  odejść.  Przed  wyjściem  z  groty  przystanął  i  węszył  chwilę. 
Czysta  robota.  W  powietrzu  unosił  się  tylko  lekki  swąd  spalonego  ciała,  ale  łagodny  wietrzyk 
rozwieje go za kilka minut. 
        Schodząc  po  schodach  minął  idącą  w  przeciwną  stronę  dziewczynę.  Z  przyzwyczajenia  na 
chwilę spuścił oczy. Była damą. Podniósł je w samą porę, by zauważyć, że jest młoda i dość ładna, 
i bardzo się spieszy. 
        Zacisnął zęby. Nie zastanie go, oczywiście. Spóźniła się, inaczej nie zerkałaby tak na zegarek. 
Może pomyśli, że znudził się czekaniem i  poszedł.  Terens przyspieszył  kroku. Nie  chciał, by  go 
dogoniła, zdyszana, pytając, czy widział tu jakiegoś młodzieńca. 
        Opuścił park, idąc bez celu. Minęło kolejne pół godziny. 
        I co dalej? Już nie był strażnikiem, był Posiadaczem. 
        Tylko co dalej? 
        Przystanął  na  placyku  z  fontanną  stojącą  na  środku  trawnika.  Do  wody  dodano  trochę 
detergentu, tak że pieniła się i musowała wszystkimi barwami tęczy. 
        Oparł  się  o  balustradę,  plecami  do  zachodzącego  słońca,  i  wrzucił  do  fontanny  poczerniałe 
kawałki metalu, jeden po drugim. 
        Pomyślał o dziewczynie, która minęła go na schodach. Była taka młoda. Potem przypomniał 
sobie Dolne Miasto i żal minął. 
        Pozbył się srebrnych resztek i miał puste ręce. Zaczął powoli przeszukiwać kieszenie, starając 
się, aby wyglądało to naturalnie. 
        Nie  znalazł  w  nich  niczego  niezwykłego.  Pęk  magnetycznych  kluczy,  kilka  monet, 
identyfikator.  (Na  Sark!  Noszą  je  nawet  Posiadacze!  Tyle  że  oni  nie  muszą  pokazywać  ich 
każdemu napotkanemu strażnikowi.) 
        Nazywał  się teraz Alstare Deamone. Miał nadzieję, że nie będzie musiał  posługiwać się tym 
nowym  nazwiskiem.  W  Górnym  Mieście  żyło  tylko  dziesięć  tysięcy  mężczyzn,  kobiet  i  dzieci. 
Ryzyko napotkania kogoś, kto znał Deamone’a, nie było wielkie, ale istniało. 
        Miał dwadzieścia dziewięć lat. Znów poczuł mdłości na myśl o tym, co pozostawił w grocie, 
ale opanował je. Posiadacz to Posiadacz. Ilu dwudziestodziewięcioletnich Florińczyków zginęło z 
ich rąk lub z ich polecenia? Ilu? 
        Znał adres, lecz nic mu on nie mówił. Nie znał tak dobrze Górnego Miasta. 
        Proszę!  Kolorowa,  pseudotrójwymiarowa  podobizna  małego  chłopca,  może  trzyletniego. 
Barwy  rozbłysły,  gdy  wyjął  zdjęcie  z  przegródki,  i  powoli  zbladły,  kiedy  włożył  je  z  powrotem. 
Syn? Siostrzeniec? Miał spotkać się z dziewczyną, więc chyba nie mógł to być syn? 
        A  może  był  żonaty?  Czyżby  było  to  jedno  z  tych  spotkań  nazywanych  „schadzkami”?  Czy 
spotykaliby się za dnia? Czemu nie, w pewnych okolicznościach... 
        Terens miał nadzieję, że tak było. Jeśli dziewczyna spotykała się z żonatym mężczyzną, nie od 
razu  zgłosi  jego  zaginięcie.  Będzie  sądziła,  że  nie  udało  mu  się  wyrwać  od  żony.  Mieszczanin 
zyska trochę czasu. 

background image

        Nie,  nie  zyska.  Poczuł  nagłe  przygnębienie.  Bawiące  się  w  chowanego  dzieci  natkną  się  na 
szczątki i podniosą krzyk. Ma najwyżej dwadzieścia cztery godziny. 
        Jeszcze raz sięgnął do kieszeni. Kopia licencji pilota jachtowego. Odłożył ją. Wszyscy bogatsi 
Sarkańczycy  mieli  jachty  i  pilotowali  je.  Tak  nakazywała  obowiązująca  w  tym  stuleciu  moda. 
Wreszcie kilka pasków voucherów. Te mogą okazać się przydatne. 
        Uświadomił  sobie,  że  ostatni  raz  jadł  poprzedniego  wieczora  w  piekarni  Khorova.  Kiedy 
poczuje głód? 
        Nagle znów wyjął licencję pilota. Zaraz, zaraz, przecież teraz, kiedy właściciel nie żyje, nikt 
nie  używa  jachtu.  Jacht  należy  do  niego.  Stoi  w  hangarze  dwudziestym  szóstym,  w  porcie 
dziewiątym. No cóż... 
        Gdzie jest port dziewiąty? Nie miał pojęcia. 
        Oparł czoło o chłodną, gładką balustradę fontanny. I co teraz? Co teraz? 
        Drgnął, słysząc czyjś głos. 
        - Halo - rzekł głos. - Czy pan się źle czuje? 
        Terens  uniósł  głowę.  Zobaczył  starszego  wiekiem  Sarkańczyka.  Palił  długiego  papierosa  z 
jakichś  aromatycznych  liści,  u  jego  nadgarstka  zwisał  zielony  kamień  na  złotej  bransolecie.  Na 
twarzy  miał  wyraz  uprzejmego  zainteresowania,  co  zdziwiło  Terensa,  ale  przypomniał  sobie  po 
chwili,  że  przecież  jest  teraz  jednym  z  nich.  Wobec  siebie  Posiadacze  mogli  być  całkiem 
przyzwoitymi ludźmi. 
        - Tylko odpoczywam - rzekł Mieszczanin. - Wyszedłem na spacer i straciłem poczucie czasu. 
Obawiam się, że zapomniałem o umówionym spotkaniu. 
        Ze  złością  machnął  ręką.  Długo  przestając  z  Sarkańczykami,  nauczył  się  dobrze  naśladować 
ich akcent i nie popełniał błędu popadając w przesadę. Przesada zdradziłaby go szybciej. 
        Tamten spytał: 
        - Utknąłeś tu bez skoczka, co? 
        Starszego mężczyznę bawiła głupota młodych. 
        - Właśnie - przytaknął Terens. 
        -  Weź  mój  -  padła  natychmiastowa  propozycja.  -  Stoi  zaparkowany  za  rogiem.  Nastawisz 
sterowanie i odeślesz go, kiedy dojedziesz. Nie będzie mi potrzebny przez najbliższą godzinę czy 
dwie. 
        Cudownie! Skoczek był zwrotny i szybki jak błyskawica, mógł prześcignąć i wymanewrować 
każdy wóz patrolowy. O tyle jednak nie cudownie, że Terens dysponował taką samą umiejętnością 
latania przy użyciu skoczka jak i bez niego! 
        - Z panem aż po Sark - rzekł. Znał to slangowe wyrażenie Posiadaczy zastępujące „dziękuję” i 
posłużył się nim. - Chyba pójdę pieszo. Do portu numer dziewięć nie jest daleko. 
        - Nie, niedaleko - przyznał tamten. 
        To niewiele Terensowi mówiło. Spróbował jeszcze raz. 
        -  Oczywiście,  chciałbym  pójść  jak  najkrótszą  drogą.  Spacer  do  Autostrady  Kyrtu  przyda  się 
dla zdrowia. 
        - Do Autostrady Kyrtu? Dlaczego tam? 
        Czyżby spojrzał podejrzliwie? Nagle Terensowi przyszło do głowy, że może ubranie nie leży 
na nim najlepiej. 
        - Chwileczkę - rzekł szybko. - Coś mi się pokręciło. Muszę się rozejrzeć. - Zaczął spoglądać 
wokół niepewnie. 
        -  Popatrz.  Jesteśmy  na  ulicy  Recket.  Musisz  tylko  przejść  przez  Triffis  i  skręcić  w  lewo,  a 
stamtąd prosto do portu - objaśnił Posiadacz, odruchowo pokazując palcem. 
        Terens uśmiechnął się. 
        - Tak, oczywiście. Muszę przestać marzyć i zacząć myśleć. Z panem aż po Sark... 
        - Możesz wziąć mojego skoczka. 
        - To miło z pańskiej strony, ale... 

background image

        Terens  już  ruszył,  może  trochę  zbyt  szybko,  machnąwszy  ręką.  Posiadacz  odprowadzał  go 
wzrokiem. 
        Może  jutro,  kiedy  znajdą  ciało  w  grocie  i  poszukiwania,  Posiadacz  przypomni  sobie  to 
spotkanie. Zapewne powie: „Był jakiś dziwny, jeśli wiecie, co mam na myśli. Wyrażał się dziwnie 
i chyba nie wiedział, gdzie jest. Przysiągłbym, że nigdy nie słyszał o alei Triffis”. 
        Ale to dopiero jutro. 
        Terens  poszedł  we  wskazanym  kierunku.  Dotarł  do  świecącej  tabliczki  z  napisem  „Aleja 
Triffis”, niemal niewidocznej na tle jaskrawopomarańczowego muru. Skręcił w lewo. 
        W  porcie  dziewiątym  roiło  się  od  młodzieńców  ubranych  w  jachtowe  stroje  o 
charakterystycznych  spiczastych  nakryciach  głowy  i  luźnych  spodniach.  Mieszczanin  miał 
wrażenie, że rzuca się tu w oczy, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. W ich rozmowach słyszał 
terminy, których nie rozumiał. 
        Znalazł dok dwudziesty szósty, odczekał kilka minut, zanim tam wszedł. Nie chciał tego robić 
w  obecności  jakiegoś  Posiadacza,  który  mógłby  być  właścicielem  sąsiedniego  jachtu  i  znając 
prawdziwego Alstare’a Deamone’a dziwić się, dlaczego jakiś obcy kręci się koło jego statku. 
        W końcu, nie widząc nikogo w sąsiednich dokach, podszedł bliżej. Jacht wystawał z hangaru 
na otwartą przestrzeń, na której stały doki. Terens odchylił głowę, żeby go obejrzeć. 
        I co teraz? 
        W  ciągu  ostatnich  dwunastu  godzin  zabił  trzech  ludzi.  Z  florińskiego  Mieszczanina 
przeobraził się w strażnika, a ze strażnika - w Posiadacza. Przeszedł z Dolnego Miasta do Górnego, 
a  z  Górnego  Miasta  na  kosmodrom.  Wszelkie  znaki  na  niebie  i  ziemi  wskazywały,  że  jest 
właścicielem  jachtu,  statku  wystarczająco  szybkiego,  aby  zabrać  go  w  bezpieczne  miejsce  na 
jakimkolwiek zamieszkanym świecie w tym sektorze Galaktyki. 
        Był tylko jeden problem. 
        Nie umiał pilotować jachtu. 
        Był śmiertelnie zmęczony i głodny. Dotarł aż tu, a teraz nie mógł ruszyć dalej. Kosmos był w 
zasięgu ręki, a on nie potrafił do niego dotrzeć. 
        Do tej pory  strażnicy  musieli dojść do  wniosku,  że nie ma  go  w Dolnym  Mieście. Jak tylko 
przyjdzie im do tępych łbów, że Florińczyk śmiał tam pójść, zaczną przeszukiwać Górne Miasto. 
Wtedy odkryją zwłoki i pościg ruszy w innym kierunku. Zaczną szukać fałszywego Posiadacza. 
        A  on  tkwił  tutaj.  Wcisnął  się  w  ślepy  zaułek,  gdzie  przyparty  do  muru,  będzie  mógł  tylko 
słuchać, jak zbliżają się słabe odgłosy pogoni, aż dopadnie go stado. 
        Trzydzieści  sześć  godzin  temu  miał  największą  okazję  w  swoim  życiu.  Teraz  utracił  ją,  a 
niebawem straci i życie. 
 
11. 
Kapitan 
         
         
        Po  raz  pierwszy  kapitan  Racety  nie  był  w  stanie  poradzić  sobie  z  pasażerem.  Gdyby  ten 
pasażer był jednym z Wielkich Posiadaczy, mógłby jeszcze liczyć na współpracę. Wielki Posiadacz 
mógł być wszechpotężny na swoim kontynencie, ale wiedział, że na statku może być tylko jeden 
dowódca - kapitan. 
        Co  innego  kobieta.  Każda.  A  kobieta,  która  jest  córką  Wielkiego  Posiadacza,  to  już  szczyt 
wszystkiego. 
        - Pani - rzekł - jak mogę pozwolić, abyś przesłuchiwała ich osobiście? 
        - A czemu nie, kapitanie? Czy są uzbrojeni? - odparła Samia z groźnym błyskiem w czarnych 
oczach. 
        - Oczywiście, że nie. Nie o to chodzi. 
        - Widać, że to tylko dwoje wystraszonych biedaków. Są śmiertelnie przerażeni. 

background image

        - Przestraszeni ludzie mogą być bardzo niebezpieczni, pani. Nie można liczyć na to, że będą 
rozsądni. 
        -  Dlaczego  więc  ich  pan  straszy?  -  Rozzłoszczona,  jąkała  się  lekko.  -  Postawił  pan  przy 
biedakach trzech ludzi z blasterami. Nie zapomnę panu tego, kapitanie. 
        Na pewno nie zapomni - pomyślał kapitan. Poczuł, że zaczyna się wahać. 
        -  A  jeśli  się  zgodzę?  Czy  Wasza  Dostojność  mogłaby  wyjaśnić  mi,  czego  chciałaby  się 
dowiedzieć? 
        -  To  proste.  Już  mówiłam.  Chcę  z  nimi  porozmawiać.  Jeżeli,  jak  pan  twierdzi,  są 
Florińczykami, mogę zdobyć niezwykle istotne informacje do mojej książki. Jednak nie zdołam ich 
uzyskać, jeśli będą zbyt wystraszeni, by mówić. Może mi się udać, tylko jeśli porozmawiam z nimi 
sam na sam. Sama, kapitanie! Rozumie pan, co mówię? Sama! 
        -  A  co  powiem  pani  ojcu,  kiedy  się  dowie,  że  pozwoliłem  pani  przebywać  bez  ochrony  w 
towarzystwie dwojga zdolnych do wszystkiego przestępców? 
        - Zdolnych do wszystkiego przestępców! Dwoje biednych głupców, którzy próbowali uciec z 
Floriny  i  nie  mieli  na  tyle  rozsądku,  żeby  nie  wsiadać  na  statek  lecący  na  Sark!  Poza  tym,  skąd 
ojciec miałby dowiedzieć się o tym? 
        - Dowie się, jeżeli zrobią pani krzywdę. 
        - Dlaczego mieliby mnie krzywdzić? 
        Zacisnęła piąstki i dygotała ze złości. Zebrawszy wszystkie siły, powiedziała stanowczo: 
        - Żądam, kapitanie. 
        - A może tak, pani? Będę z panią. Nie będzie ludzi z blasterami, tylko ja sam, z bronią ukrytą 
pod ubraniem. Inaczej - wkładał w swoje słowa całą stanowczość, na jaką mógł się zdobyć - muszę 
odmówić spełnienia pani żądania. 
        - A więc dobrze - ustąpiła. - Bardzo dobrze. Jeśli jednak nie zdołam ich nakłonić do rozmowy 
z  powodu  pańskiej  obecności,  osobiście  zatroszczę  się  o  to,  żeby  już  nigdy  nie  dowodził  pan 
żadnym statkiem. 
         
        Gdy do aresztu weszła Samia, Valona pospiesznie zasłoniła Rikowi oczy. 
        -  O  co  chodzi,  dziewczyno?  -  spytała  ostro  Samia,  zanim  przypomniała  sobie,  że  miała 
przemawiać uspokajająco. 
        - On nie jest zbyt bystry, pani  - Valona z trudem dobierała słowa. - Nie wie, że jesteś damą. 
Mógłby na ciebie spojrzeć. Zrobiłby to, nie mając zamiaru obrazić cię, pani. 
        -  I  dobrze  -  rzekła  Samia.  -  Niech  sobie  patrzy.  Kapitanie  -  dodała  -  czy  oni  muszą  zostać 
tutaj? 
        - Wolałaby pani moją kajutę? 
        - Na pewno znalazłby pan jakąś mniej ponurą celę. 
        - Ta jest ponura dla pani. Dla nich z pewnością jest luksusowa. Jest tu bieżąca woda. Zapytaj, 
pani, czy mają ją w swojej chacie na Florinie. 
        - No cóż, każ wyjść swoim ludziom. 
        Kapitan  skinął  głową.  Posłusznie  odwrócili  się  i  wyszli.  Ustawił  lekkie  aluminiowe  krzesło, 
które przyniósł ze sobą. Samia usiadła. 
        - Wstać! - rzucił ostro do Rika i Valony. 
        - Nie! - przerwała mu Samia. - Niech siedzą. Miał mi pan nie przeszkadzać, kapitanie. 
        Odwróciła się do dziewczyny. 
        - A więc jesteście Florińczykami? 
        Valona potrząsnęła głową. 
        - Jesteśmy z Wotexa. 
        - Nie musisz się niczego obawiać. Nikt cię nie skrzywdzi. 
        - Jesteśmy z Wotexa. 
         

background image

        -  Nie  rozumiesz,  że  praktycznie  już  przyznałaś,  że  jesteście  z  Floriny?  Dlaczego  zasłoniłaś 
chłopcu oczy? 
        - Nie wolno mu patrzeć na damę. 
        - Nawet jeśli jest z Wotexa? 
        Valona milczała. 
        Samia  pozwoliła  jej  namyślać  się  chwilę.  Próbowała  uśmiechać  się  przyjaźnie.  Potem 
powiedziała: 
        - Tylko Florińczykom nie wolno patrzeć na damy. Widzisz więc, że zdradziłaś się, iż jesteście 
Florińczykami. 
        - On nie! - wybuchnęła Valona. 
        - A ty? 
        - Ja tak Ale on nie. Nie róbcie mu krzywdy. On naprawdę nie jest Florińczykiem. Znaleziono 
go pewnego dnia. Nie wiem, skąd pochodzi, ale na pewno nie z Floriny. 
        Nagle stała się bardziej rozmowna. Samia spojrzała na nią ze zdumieniem. 
        - No cóż, porozmawiam z nim. Jak masz na imię, chłopcze? 
        Rik  gapił  się  na  nią  zdziwiony.  Czy  tak  wyglądają  kobiety  Posiadaczy?  Taka  drobna  i 
przyjazna. I tak ładnie pachniała. Był rad, że pozwoliła mu patrzeć. Samia zapytała ponownie: 
        - Jak masz na imię, chłopcze? 
        Rik wrócił do rzeczywistości, ale zakrztusił się na pierwszej sylabie. 
        - Rik - powiedział. I zaraz pomyślał: Przecież to nie jest moje imię. Dodał więc:  - Myślę, że 
mam na imię Rik. 
        -  Nie  jesteś  pewien?  Valona  zrobiła  nieszczęśliwą  minę  i  usiłowała  coś  wtrącić,  lecz  Samia 
uciszyła ją gwałtownym ruchem ręki. Rik potrząsnął głową. 
        - Nie wiem. 
        - Jesteś Florińczykiem? 
        Tego Rik był pewny. 
        - Nie. Byłem na statku. Przyleciałem tu skądś. 
        Nie  mógł  oderwać  oczu  od  Samii,  ale  wydawało  mu  się,  że  obok  niej  widzi  statek.  Mały, 
bardzo przyjazny i przytulny. 
        - Przyleciałem na Florinę statkiem, a przedtem mieszkałem na innej planecie. 
        - Jakiej? 
        Myśl  zdawała  się  z  trudem  przedzierać  przez  zbyt  ciasne  sploty  nerwów.  Wreszcie  Rik 
przypomniał  sobie  i  z  przyjemnością  usłyszał  słowo,  które  padło  z  jego  ust,  słowo  tak  dawno 
zapomniane. 
        - Ziemia! Przybyłem z Ziemi! 
        - Z Ziemi? 
        Rik kiwnął głową. Samia zwróciła się do kapitana. 
        - Gdzie jest ta planeta? 
        Kapitan uśmiechnął się krzywo. 
        -  Nigdy  o  niej  nie  słyszałem.  Proszę  nie  brać  zbyt  poważnie  tego,  co  mówi  chłopiec,  pani. 
Tubylcy kłamią jak najęci. Tacy już są. Plecie, co mu ślina na język przyniesie. 
 
        -  Wcale nie mówi  jak tubylec  -  odparła Samia i  znów odwróciła się do Rika.  -  Gdzie jest  ta 
Ziemia, Rik? 
        - Nnie... - przyłożył drżącą dłoń do czoła. Potem powiedział: - W sektorze Syriusza. 
        Ton jego głosu zdradzał niepewność. 
        Samia spytała kapitana: 
        - Istnieje sektor Syriusza, prawda? 
        - Tak. Dziwię się, że on o tym wie. To jednak wcale nie dowodzi, że jest jakaś Ziemia. 
        Rik wtrącił gwałtownie: 

background image

        - Jest. Przecież wam mówię. Tak długo nie pamiętałem. Teraz nie mogę się mylić. Na pewno. 
        Obrócił się do Valony, chwytając ją mocno za ręce. 
        - Lona, powiedz im, że przybyłem z Ziemi. Naprawdę. Naprawdę. 
        Valona spojrzała na niego z niepokojem. 
        -  Znaleźliśmy  go  pewnego  dnia,  pani,  zupełnie  bezradnego.  Nie  umiał  ubrać  się,  mówić  ani 
chodzić. Był niczym. Od tej pory powoli wraca mu pamięć. Na razie niewiele sobie przypomniał. 
        Rzuciła szybkie, wystraszone spojrzenie na znudzoną twarz kapitana. 
        - On naprawdę może pochodzić z Ziemi, Posiadaczu. Nie przeczę. - To był zwyczajowy zwrot 
dodawany po każdym stwierdzeniu, które mogło stać w sprzeczności ze zdaniem zwierzchnika. 
        - Z jego opowieści wynika, że mógł przylecieć z Sark, moja pani - mruknął kapitan. 
        - Może, ale jest w tym coś dziwnego - upierała się Samia, w typowo kobiecy sposób skłaniając 
się ku bardziej romantycznej wersji. - Jestem tego pewna... Dlaczego był taki bezradny, kiedy go 
znalazłaś, dziewczyno? Czy był ranny? 
        Valona nie odpowiedziała od razu. Bezradnie zerkała na rozmówców. Najpierw na Rika, który 
trzymał się za głowę, potem na kapitana, który uśmiechał się bez cienia wesołości, a w końcu na 
Samie, która oczekiwała odpowiedzi. 
        - Odpowiedz, dziewczyno. 
        Valona  z  ciężkim  sercem  podjęła  decyzję,  lecz  w  tym  miejscu  i  czasie  żadne  kłamstwa  nie 
mogły ukryć prawdy. 
        -  Kiedyś  badał  go  lekarz  -  powiedziała.  -  Mówił,  że...  że  mój  Rik...  że  użyto  wobec  niego 
psychosondy. 
        -  Psychosonda!  -  Samia  poczuła  dreszcz  odrazy.  Zerwała  się  z  krzesła.  Zapiszczało  na 
metalowej podłodze. - Chcesz powiedzieć, że był psychicznie chory? 
        - Nie wiem, co oznacza to słowo, pani - odrzekła pokornie Valona. 
        -  Nie  w  taki  sposób,  o  jakim  myślisz,  pani  -  wtrącił  zaraz  kapitan.  -  Tubylcy  nie  cierpią  na 
psychozy.  Mają  zbyt  prymitywne  potrzeby.  Nigdy  w  życiu  nie  słyszałem,  aby  jakiś  tubylec  miał 
psychozę. 
        - No więc... 
        -  To  proste,  pani.  Jeśli  uwierzymy  w  tę  fantastyczną  historię,  jaką  opowiada  dziewczyna, 
możemy  tylko  uznać,  że  ten  chłopiec  był  przestępcą,  co  w  pewnym  sensie  jest  psychozą.  Tak 
sądzę.  Jeśli  tak,  pewnie  jeden  z  tych  praktykujących  wśród  tubylców  konowałów  leczył  go, 
doprowadził niemal do śmierci i porzucił na odludziu, aby uniknąć dochodzenia i kary. 
        - Ale musiał to być ktoś, kto dysponuje psychosondą - protestowała Samia. - Chyba nie sądzi 
pan, że tubylcy umieją obchodzić się z takim sprzętem? 
        -  Może  nie.  Jednak  trudno  uwierzyć,  że  uprawniony  medyk  mógł  użyć  jej  tak  niefachowo. 
Fakt,  że  natrafiliśmy  na  sprzeczność,  dowodzi,  że  cała  ta  historia  jest  kłamstwem.  Jeśli zechcesz 
skorzystać z mojej rady, pani, zostawisz te stworzenia pod naszą opieką. Sama widzisz, że nie ma 
sensu wiele po nich oczekiwać. 
        Samia zawahała się. 
        - Może ma pan rację. 
        Wstała  i  niepewnie  spojrzała  na  Rika.  Kapitan  podszedł,  podniósł  krzesełko  i  złożył  je  z 
trzaskiem. Rik zerwał się na równe nogi. 
        - Czekajcie! 
        - Jeśli pani pozwoli - rzekł kapitan, otwierając drzwi przed Samią. - Moi ludzie go uspokoją. 
        Samia zatrzymała się w progu. 
        - Nie zrobią mu krzywdy? 
        - Nie sądzę, aby byli zmuszeni. Łatwo go okiełznamy. 
        - Pani! Pani! - zawołał Rik. - Mogę tego dowieść. Jestem z Ziemi. 
        Samia przystanęła, niezdecydowana. 
        - Wysłuchajmy, co ma do powiedzenia. 

background image

        - Jak sobie życzysz, pani - rzekł chłodno kapitan. 
        Zawróciła, ale zatrzymała się o krok od drzwi. 
        Rik zarumienił się. W ogromnym wysiłku przywołania przeszłości wykrzywił usta w  parodii 
uśmiechu. 
        -  Pamiętani  Ziemię.  Była  radioaktywna.  Przypominam  sobie  Zakazane  Rejony  i  świecący 
nocą niebiesko horyzont. Gleba świeciła i nic na niej nie rosło. Było tylko kilka miejsc, gdzie mogli 
żyć ludzie. Dlatego zostałem kosmoanalitykiem. To dlatego wolałem żyć w kosmosie. Mój świat 
był martwy. 
        Samia wzruszyła ramionami. 
        - Chodźmy, kapitanie. On majaczy. 
        Jednak tym razem kapitan Racety stanął jak wryty, z rozdziawionymi ustami. 
        - Radioaktywny świat! - wymamrotał. 
        - Chce pan powiedzieć, że istnieje coś takiego? 
        - Tak. - Popatrzył na nią ze zdumieniem. - Tylko skąd on może o tym wiedzieć? 
        - Jak świat może być radioaktywny i zamieszkany? 
        -  Jest  taki.  I  znajduje  się  w  sektorze  Syriusza.  Nie  pamiętam  jego  nazwy.  Może  nazywa  się 
Ziemia. 
        - To jest Ziemia - potwierdził Rik dumnie i z przekonaniem. - Najstarsza planeta w Galaktyce. 
Planeta, z której wywodzi się cała ludzka rasa. 
        - Właśnie! - odezwał się cicho kapitan. 
        - Chce pan powiedzieć, że ludzka rasa wywodzi się z Ziemi? - spytała oszołomiona Samia. 
         
        -  Nie,  nie  -  odparł  z  roztargnieniem  kapitan.  -  To  przesąd.  Wiem  już,  co  słyszałem  o  tej 
radioaktywnej planecie. Jej mieszkańcy twierdzą, że jest ojczyzną Człowieka. 
        - Nie wiedziałam, że mamy jakąś ojczystą planetę. 
        - Pewnie z jakiejś pochodzimy, ale jestem pewien, że nikt naprawdę nie wie, z której. 
        Podjąwszy decyzję, podszedł do Rika. 
        - Co jeszcze pamiętasz? - Już miał na ustach „chłopcze”, ale powstrzymał się. 
        - Głównie statek - rzekł Rik. - I kosmoanalizę. 
        Samia  dołączyła  do  kapitana.  Stali  razem,  tuż  przed  Rikiem,  i  Samia  poczuła  rosnące 
zainteresowanie. 
        - A zatem to prawda? Jak to się stało, że poddano go działaniu psychosondy? 
        - No właśnie! - powiedział w zadumie kapitan Racety. - Może go zapytamy. Hej ty, tubylcze 
czy przybyszu - kimkolwiek jesteś. Jak to się stało, że użyto wobec ciebie psychosondy? 
        Rik spojrzał niepewnie. 
        - Wszyscy to mówicie. Nawet Lona. Nie wiem, co znaczy to słowo. 
        - No więc, kiedy przestałeś pamiętać? 
        - Nie jestem pewien - odparł z rozpaczą. - Byłem na statku. 
        - O tym już wiemy. Dalej! 
        - Nie ma sensu krzyczeć, kapitanie - powiedziała Samia. Zupełnie odbierze mu pan odwagę. 
        Rik był całkowicie pochłonięty zmaganiami z mrokiem spowijającym umysł. Ten wysiłek nie 
pozostawiał miejsca na inne uczucia. Ku własnemu zdumieniu powiedział: 
        - Nie obawiam się go, pani. Usiłuję sobie przypomnieć. Było niebezpieczeństwo. Jestem tego 
pewien. Wielkie niebezpieczeństwo dla Floriny, ale nie pamiętam szczegółów. 
        - Niebezpieczeństwo zagrażające planecie? - Samia zerknęła na kapitana. 
        - Tak. W prądach przestrzeni. 
        - Jakich prądach? - zapytał Racety. 
        - Prądach przestrzeni. 
        Kapitan rozłożył ręce i opuścił je bezradnie. 

background image

        - To szaleństwo. 
 
        - Nie, nie. Niech mówi. 
        Samia znowu poczuła przypływ zainteresowania. Rozchyliła usta, jej czarne oczy rozbłysły, a 
na policzkach pokazały się dołeczki, gdy uśmiechnęła się do Rika. 
        - Co to są te prądy przestrzeni? 
        - To są różne pierwiastki - odparł niejasno Rik. Już to raz wyjaśniał. Nie miał ochoty znów o 
tym mówić. 
        Gwałtownie, niemal niezrozumiale, zaczął opowiadać, gnany przez własne myśli. 
        -  Wysłałem  wiadomość  do  miejscowej  placówki  biura  na  Sark.  Pamiętam  to  bardzo  dobrze. 
Musiałem  zachować  ostrożność.  Niebezpieczeństwo  groziło  nie  tylko  Florinie.  Tak.  Nie  tylko 
Florinie. Sięgało aż po Mleczną Drogę. Należało postępować ostrożnie. 
        Zdawało  się,  że  utracił  wszelki  kontakt  ze  słuchaczami,  przeniósł  się  w  świat  przeszłości, 
który odsłaniała mu miejscami podarta kurtyna zapomnienia. Valona położyła mu rękę na ramieniu 
i powiedziała „Nie!”, lecz nawet na to nie zareagował. 
        - Nie wiem, jak - ciągnął bez tchu - moją wiadomość przechwycił ktoś z Sark. To była jakaś 
pomyłka.  Nie wiem,  jak do tego doszło.  -  Zmarszczył  brwi.  - Jestem pewien, że wysłałem ją do 
miejscowej  placówki  biura  na  zastrzeżonej  długości  fali.  Myślicie,  że  ktoś  podsłuchiwał  w 
podprzestrzeni? 
        Nawet nie zdziwił się, że tak łatwo przyszło mu na myśl słowo „podprzestrzeń”. Może czekał 
na odpowiedź, lecz nadal spoglądał nie widzącymi oczami. 
        - W każdym razie, kiedy wylądowałem na Sark, czekali na mnie. 
        Znowu  zapadła  cisza,  tym  razem  długa  i  pełna  namysłu.  Kapitan,  również  zamyślony,  nie 
usiłował jej przerwać. Natomiast Samia zapytała: 
        - Kto na ciebie czekał? Kto? 
        - Nie... nie wiem - odparł Rik. - Nie pamiętam. Nikt z biura. To był ktoś z Sark. Przypominam 
sobie,  że  z  nim  rozmawiałem.  Wiedział  o  niebezpieczeństwie.  Mówił  o  nim.  Jestem  pewien. 
Siedzieliśmy  razem  przy  stole.  Pamiętam  stół.  On  siedział  naprzeciw  mnie.  Widzę  to  wyraźnie. 
Rozmawialiśmy  dłuższą  chwilę.  Zdaje  się,  że  nie  miałem  ochoty  zdradzić  mu  szczegółów.  Na 
pewno. Najpierw musiałem powiadomić biuro. A wtedy on... 
        - Tak? - zachęcała Samia. 
        - On coś zrobił. On... Nie, nic więcej nie wiem. Nic nie wiem! Ostatnie słowa wykrzyczał, a 
potem raptownie zamilkł. Usłyszeli prozaiczne brzęczenie komunikatora na ręce kapitana. 
        - O co chodzi? - rzucił kapitan. 
        Odpowiedział mu oschły, energiczny głos: 
        - Wiadomość z Sark dla kapitana. Żądają, żeby odebrał pan osobiście. 
        - Dobrze. Zaraz będę w kabinie łączności. 
        Racety obrócił się do Samii. 
        - Pani, pozwolę sobie przypomnieć, że czas na obiad. 
        Domyślił  się,  że  dziewczyna  ma  zamiar  wymówić  się  brakiem  apetytu,  powiedzieć,  aby 
poszedł i nie martwił się o nią. Dodał więc dyplomatycznie: 
        - Czas nakarmić te stworzenia. Na pewno są zmęczeni i głodni. 
        Samia nie mogła zaprzeczyć. 
        - Muszę jeszcze raz z nimi porozmawiać, kapitanie. 
        Racety skłonił się w milczeniu. Może była to zgoda. A może nie. 
        Samia  była  wzburzona.  Badania  nad  Floriną  zaspokajały  jej  aspiracje  intelektualne.  Jednak 
TAJEMNICZY  PRZYPADEK  RAŻONEGO  PSYCHOSONDĄ  ZIEMIANINA  (w  myślach  już 
układała tytuł) bardziej do niej przemawiał. Budził dziką i nienasyconą ciekawość. 
        To była wielka tajemnica! 

background image

        Fascynowały  ją  trzy  aspekty  tej  sprawy.  Nie  zaliczała  do  nich  dość  rozsądnego  (w  tych 
okolicznościach)  pytania,  czy  opowieść  tego  człowieka  była  urojeniem  lub  zmyśleniem,  czy  też 
prawdą. Dopuszczając możliwość, iż nie mówi prawdy, popsułaby całą przyjemność, a tego Samia 
nie chciała. 
        Te  trzy  aspekty  sprowadzały  się  do  odpowiedzi  na  trzy  pytania:  Po  pierwsze,  jakie 
niebezpieczeństwo  groziło  Florinie,  a  raczej  całej  Galaktyce?  Po  drugie,  kim  była  osoba,  która 
użyła psychosondy wobec Ziemianina? Po trzecie, dlaczego to zrobiła? 
        Postanowiła rozwikłać tę zagadkę dla własnej satysfakcji. Nikt nie jest aż tak skromny, by nie 
uważać się za kompetentnego detektywa-amatora, a Samia na pewno nie grzeszyła skromnością. 
        Po  obiedzie  wstała  od  stołu  najszybciej  jak  mogła  bez  obrazy  dla  współbiesiadników  i 
pospieszyła do aresztu. 
        - Otwórz drzwi! - poleciła wartownikowi. 
        Ale ten stał  nadal  wyprężony  jak struna, z  szacunkiem, spoglądając pustym  wzrokiem  przed 
siebie. 
        - Za pozwoleniem Waszej Dostojności - powiedział - drzwi pozostaną zamknięte. 
        Samia prychnęła. 
        - Jak śmiesz?! Jeśli natychmiast nie otworzysz drzwi, poskarżę się kapitanowi. 
        - Za pozwoleniem Waszej Dostojności, drzwi pozostaną zamknięte. Tak rozkazał kapitan. 
        Natychmiast pobiegła na pokład oficerski i jak tornado wpadła do kajuty kapitana. 
        - Kapitanie! 
        - Pani? 
        - Czy polecił pan nie dopuszczać mnie do Ziemianina i dziewczyny? 
        -  Wydaje  mi  się,  pani,  iż  uzgodniliśmy,  że  rozmowy  będą  odbywać  się  tylko  w  mojej 
obecności. 
        - Owszem - przed obiadem. Jednak sam pan widział, że oni są nieszkodliwi? 
        - Widziałem, że wyglądają nieszkodliwie. 
        Samia kipiała ze złości. 
        - W takim razie rozkazuję panu, aby pan natychmiast poszedł tam ze mną. 
        - Nie mogę, pani. Sytuacja zmieniła się. 
         
        - Jak to? 
        -  Oni  muszą  zostać  przesłuchani  przez  odpowiednie  władze  na  Sark,  a  do  tego  czasu,  jak 
sądzę, należy ich zostawić w spokoju. 
        Samia  zastygła  z  otwartymi  ze  zdumienia  ustami,  ale  zaraz  opanowała  się,  jak  przystało  na 
szlachetnie urodzoną damę. 
        - Na pewno nie zamierza pan przekazać ich Urzędowi do Spraw Floriny. 
        - Hmm - łagodził kapitan - pierwotnie tak właśnie chciałem zrobić. Opuścili bez pozwolenia 
swoją  wioskę.  Prawdę  mówiąc,  bez  zezwolenia  opuścili  planetę.  Ponadto  podróżują  na  gapę  na 
sarkańskim statku. 
        - Przez pomyłkę. 
        - Czyżby? 
        - W każdym razie, wiedział pan o tych przestępstwach, zanim pozwolił mi pan porozmawiać z 
nimi. 
        -  Jednak  dopiero  w  trakcie  rozmowy  usłyszałem,  co  ten  tak  zwany  Ziemianin  ma  do 
powiedzenia. 
        - Tak zwany. Sam pan mówił, że planeta Ziemia istnieje naprawdę. 
        -  Powiedziałem,  że  to  możliwe.  Pani,  czy  mogę  zapytać,  co  według  ciebie  mamy  uczynić  z 
tymi ludźmi? 
        - Myślę, że opowieść Ziemianina należy sprawdzić. Mówi o niebezpieczeństwie zagrażającym 
Florinie oraz o kimś na Sark, kto usiłował ukryć ten fakt przed odpowiednimi władzami. Sądzę, że 

background image

to  może  zainteresować  mojego  ojca.  W  rzeczy  samej,  zamierzam  zaprowadzić  go  do  ojca,  gdy 
nadejdzie odpowiednia chwila. 
        - Ależ to sprytne! - rzekł kapitan. 
        - Czy to sarkazm, kapitanie? 
        -  Proszę  wybaczyć,  Wasza  Dostojność  -  Racety  poczerwieniał.  -  Mówiłem  o  naszych 
więźniach. Czy mogę to wyjaśnić nieco obszerniej? 
        - Nie wiem, co to dla pana znaczy „nieco obszerniej” - odrzekła ze złością - ale myślę, że pan 
może. 
        -  Dziękuję.  Po  pierwsze,  pani,  mam  nadzieję,  iż  nie  minimalizuje  pani  znaczenia  tych 
niepokojów na Florinie. 
        - Jakich niepokojów? 
        - Chyba nie zapomniałaś incydentu w bibliotece, pani. 
        - Zabito strażnika! Rzeczywiście, kapitanie! 
        -  Drugi  został  zabity  dziś  rano,  pani,  również  przez  tubylca.  Tubylcy  na  ogół  raczej  nie 
zabijają  tam  strażników,  aż  tu  nagle  ktoś  zabija  raz  i  drugi  i  pozostaje  na  wolności.  Czy  działa 
samotnie? Czy to przypadek? A może to fragment starannie zaplanowanego spisku? 
        - Najwyraźniej wierzy pan w to ostatnie. 
        -  Tak.  Morderca  miał  dwoje  wspólników.  Ich  rysopisy  odpowiadają  wyglądowi  naszych 
gapowiczów. 
        - Nic mi pan nie mówił! 
        -  Nie  chciałem  denerwować  Waszej  Dostojności.  Proszę  jednak  pamiętać,  że  kilkakrotnie 
ostrzegałem panią, że mogą być niebezpieczni. 
        - Dobrze. I co z tego wynika? 
        -  A  co,  jeśli  te  morderstwa  na  Florinie  popełniono  tylko  po  to,  żeby  odwrócić  uwagę  sił 
porządkowych od tych dwojga, którzy zakradli się na nasz statek? 
        - To nie ma sensu. 
        -  Nie  ma?  Dlaczego  oni  uciekają  z  Floriny?  Nie  pytaliśmy  ich  o  to.  Załóżmy,  że  uciekają 
przed strażnikami, gdyż to najlogiczniejsze wyjaśnienie. Dlaczego szukają schronienia właśnie na 
Sark? Dlaczego uciekają, w dodatku statkiem wiozącym Waszą Dostojność? No i on twierdzi, że 
jest kosmoanalitykiem. 
        Samia zmarszczyła brwi. 
        - Więc co z tego? 
        -  Przed  rokiem  donoszono  o  zaginięciu  jakiegoś  kosmoanalityka.  Nie  podano  tego  do 
publicznej wiadomości. Wiem o tym, ponieważ mój statek był jednym z tych, które poszukiwały 
śladów  jego  pojazdu  w  pobliskiej  przestrzeni.  Ktokolwiek  stoi  za  tymi  niepokojami  na  Florinie, 
niewątpliwie  słyszał  o  zaginięciu  kosmoanalityka,  co  dowodzi,  iż  dysponuje  dobrze 
zakonspirowaną i bardzo skuteczną organizacją. 
        - A może te dwie sprawy - Ziemianin i zaginiony kosmoanalityk - nie mają ze sobą żadnego 
związku? 
         
        -  Niewątpliwie  nie  mają  ścisłego  związku,  pani.  Ale  byłby  to  niezwykły  zbieg  okoliczności, 
gdyby nie miały żadnego związku. Mamy do czynienia z oszustem. Dlatego twierdzi, iż poddano 
go działaniu psychosondy. 
        - Och? 
        - Co może nas przekonać, że on nie jest kosmoanalitykiem? Nie wie o Ziemi nic oprócz tego, 
że  jest  radioaktywna.  Nie  umie  pilotować  statku.  Nie  ma  pojęcia  o  kosmoanalizie.  I  zasłania  się 
utratą pamięci. Teraz rozumiesz, pani? 
        Samia nie potrafiła znaleźć żadnej odpowiedzi. 
        - Tylko po co? - zapytała. 
        - Po to, żebyś zrobiła dokładnie to, co miałaś zamiar uczynić, pani. 

background image

        - Rozwikłać zagadkę? 
        - Nie, nie. Zabrać tego człowieka do ojca. 
        - Nadal nie widzę w tym sensu. 
        - Istnieje kilka możliwości. W najlepszym razie mógłby szpiegować twego ojca - pracując dla 
Floriny, a może dla Trantora. Wyobrażam sobie, że stary Abel z Trantora natychmiast rozpoznałby 
w  nim  Ziemianina,  choćby  po  to,  żeby  postawić  w  trudnej  sytuacji  władze  Sark,  domagając  się 
wyjaśnienia tego rzekomego użycia psychosondy. W najgorszym - mógłby zabić pani ojca. 
        - Kapitanie! 
        - Tak, pani? 
        - To śmieszne! 
        - Możliwe, pani. Jeśli tak, to śmieszne jest Ministerstwo Bezpieczeństwa. Przypominasz sobie, 
że tuż przed obiadem wezwano mnie, abym odebrał wiadomość z Sark? 
        - Tak. 
        - Oto ona. 
        Samia wzięła cienką, przezroczystą folię zapisaną czerwonymi literami. 
        „Doniesiono  o  dwojgu  Florińczykach  podróżujących  nielegalnie  na  pańskim  statku.  Należy 
ich natychmiast schwytać. Jedno z nich może podawać się za kosmoanalityka nie pochodzącego z 
Floriny.  Proszę  nie  podejmować  żadnych  działań  w  tej  sprawie.  Ponosi  pan  pełną 
odpowiedzialność za bezpieczeństwo tych ludzi. Należy ich zatrzymać i przekazać bezpieczeństwu. 
Ściśle tajne. Bardzo pilne.” 
        Samia była oszołomiona. 
        - Bezpieczeństwo - powiedziała. - Ministerstwo Bezpieczeństwa. 
        -  Ściśle  tajne  -  rzekł  kapitan.  -  Naruszyłem  nieco  rozkazy  mówiąc  pani  o  tym,  lecz  nie 
pozostawiła mi pani żadnego wyboru. 
        - Co z nimi zrobią? 
        -  Nie  wiem  -  odparł  kapitan.  -  Podejrzany  o  szpiegostwo  zamachowiec  nie  może  oczekiwać 
łagodnego  traktowania.  Być  może,  jego  opowieść  częściowo  ziści  się  i  naprawdę  zostanie 
potraktowany psychosondą. 
 
12. 
Detektyw 
         
         
        Każdy  z  czterech  Wielkich  Posiadaczy  na  swój  sposób  spoglądał  na  Posiadacza  Fife’a.  Bort 
był zły, Rune ubawiony, Balie rozgniewany, a Steen przestraszony. Pierwszy przemówił Rune. 
        -  Zdrada?  -  powiedział.  -  Chcesz  nas  przestraszyć  tym  słowem?  Co  ono  ma  oznaczać?  Kto 
został  zdradzony?  Ty?  Bort?  Ja?  Przez  kogo  i  jak?  Na  pomyślność  Sark,  Fife,  te  konferencje 
zakłócają mi godziny snu. 
        - Skutki - rzekł Fife - mogą zakłócić ci sen na długi czas. Nie mówię, że zdradzono któregoś z 
nas, Rune. Mówię o zdradzeniu Sark. 
        - Sark? - powiedział Bort. - Przecież Sark to my. 
        - Przyznajmy, że to mit. Powiedzmy, że to coś, w co wierzą zwykli Sarkańczycy. 
        - Nie rozumiem - jęknął Steen. - Wy, panowie, zawsze lubicie sobie dogryzać. Autentycznie! 
Chciałbym już z tym skończyć. 
        - Zgadzam się ze Steenem - przytaknął Balie. Steen spojrzał z wdzięcznością. 
        -  Mam  szczery  zamiar  -  powiedział  Fife  -  zaraz  wam  wszystko  wyjaśnić.  Słyszeliście,  jak 
sądzę, o ostatnich kłopotach na Florinie? 
        -  Raporty  bezpieczeństwa  mówią  o  kilku  zabitych  strażnikach  -  rzekł  Rune.  -  Czy  o  tym 
mówisz? 

background image

        - Na Sark! - przerwał im Bort. - Jeśli już mamy konferować, porozmawiajmy i o tym. Zabici 
strażnicy!  Zasłużyli, żeby ich zabito! Chcecie powiedzieć, że tubylec może po prostu podejść do 
strażnika i zdzielić go cegłą w łeb? Dlaczego jakiś strażnik pozwala podejść tubylcowi z cegłą w 
ręku?  Dlaczego  nie  usmaży  go  z  odległości  dwudziestu  kroków?  Na  Sark,  pogoniłbym  ich 
wszystkich, od rekruta po kapitana, wylałbym gamoni na twarz. Cała ta banda obrosła tłuszczem. 
Zbyt wygodnie im się tam żyje. Twierdzę, że co pięć lat należy ogłaszać na Florinie stan wojenny i 
wyłapywać wichrzycieli. Wtedy tubylcy siedzieliby cicho, a nasi ludzie mieliby się na baczności. 
        - Skończyłeś? - zapytał Fife. 
        -  Na  razie  tak.  Ale  wrócę  jeszcze  do  tego  tematu.  Jak  wiecie,  ja  też  mam  tam  inwestycje. 
Może nie tak wielkie jak twoje, Fife, ale dość duże, żeby mieć powód do zmartwienia. 
        Fife wzruszył ramionami. 
        - A ty słyszałeś o tych niepokojach? - zwrócił się do Steena. 
        - Tak - zerwał się Steen. - To znaczy słyszałem, jak mówiłeś... 
        - Nie czytałeś biuletynów bezpieczeństwa? 
        - Hmm, cóż... - Steen gwałtownie zainteresował się swoimi długimi, spiczastymi paznokciami, 
starannie  pokrytymi  miedzianym  lakierem.  -  Nie  zawsze  mam  czas  na  czytanie  wszystkich 
komunikatów.  Nie  wiedziałem,  że  powinienem.  Prawdę  mówiąc  -  zebrał  całą  odwagę  i  spojrzał 
prosto w oczy Fife’a - nie wiedziałem, że chcesz mi mówić, co mam robić. Coś podobnego! 
        -  Nie  chcę  -  rzekł  Fife.  -  Mimo  to,  skoro  choć  jeden  z  nas  nie  zna  wszystkich  szczegółów, 
pozwólcie, że je przypomnę. Może zainteresują także pozostałych. 
        Zadziwiające, w jak niewielu słowach można streścić wydarzenia czterdziestu ośmiu godzin i 
jak  nieciekawe  mogą  wydać  się  te  fakty.  A  więc,  nieoczekiwana  próba  dotarcia  do  tekstów  o 
kosmoanalizie. Cios w głowę nadgorliwego strażnika, który dwie godziny później umarł w wyniku 
pęknięcia  podstawy  czaszki.  Pościg  przerwany,  gdy  zbiegowie  schronili  się  w  melinie  znanego 
agenta Trantora. Drugi strażnik zabity o świcie, morderca ucieka w przebraniu strażnika, a po kilku 
godzinach ginie trantoriański agent. 
        - Jeśli chcecie usłyszeć najnowsze wieści - zakończył Fife - możecie dorzucić do tego jeszcze 
jeden drobiazg. Przed paroma godzinami w Parku Miejskim na Florinie znaleziono ciało, a raczej 
szczątki ciała. 
        - Czyje? - zapytał Rune. 
        -  Chwileczkę.  Obok  niego  leżała  kupka  popiołu,  która  wyglądała  na  resztki  spalonego 
odzienia. Wszystkie metalowe części zostały starannie usunięte, lecz analiza popiołu wykazała, że 
są to pozostałości munduru strażnika. 
        - Nasz przyjaciel przebieraniec? - podsunął Balie. 
        - Nie może być - odparł Fife. - Kto zabiłby go tak skrycie? 
        -  Samobójstwo  -  rzucił  wściekle  Bort.  -  Jak  długo  ten  przeklęty  drań  mógłby  się  wymykać? 
Sądzę, że wybrał  śmierć z własnej  ręki.  Jeśli o mnie idzie, to  uważam, że należałoby sprawdzić, 
który oddział Straży do tego dopuścił, i wręczyć im jednostrzałowy blaster. 
        -  Niemożliwe  -  powtórzył  Fife.  -  Gdyby  ten  człowiek  popełnił  samobójstwo,  musiałby 
najpierw  zabić  się,  potem  zdjąć  mundur,  spalić  go  na  popiół,  usunąć  sprzączki  oraz  odznakę,  a 
następnie pozbyć się ich. Albo najpierw zdjąć mundur, spalić go, usunąć sprzączki oraz odznakę, 
wyjść z groty nago lub w bieliźnie, wyrzucić je, wrócić, a potem zabić się. 
        - Ciało leżało w grocie? - spytał Bort. 
        - Tak. W jednej ze sztucznych grot w parku. 
        -  Zatem  miał  mnóstwo  czasu  -  upierał  się  Bort.  Nie  lubił  zmieniać  zdania.  -  Mógł  najpierw 
usunąć sprzączki i odznakę, a potem... 
        - Próbowałeś kiedyś usunąć odznakę z munduru, który nie został przedtem spalony?  - spytał 
sarkastycznie Fife. - I możesz podać jakiś motyw, jeśli było to ciało poszukiwanego, który popełnił 
samobójstwo? Ponadto, mam tu raport patologów, którzy badali budowę kostną. To nie jest szkielet 
strażnika ani Florińczyka. To kości Sarkańczyka. 

background image

        - Coś takiego! - krzyknął Steen, a Balie szeroko otworzył oczy; metalowe zęby Rune’a, które, 
błyskając od czasu do czasu, ożywiały czarny prostopadłościan, zniknęły, gdy zacisnął usta. Nawet 
Bort osłupiał. 
        -  Wyobrażacie  sobie?  -  spytał  Fife.  -  Teraz  pojmujecie,  dlaczego  z  uniformu  usunięto 
metalowe części. Ktokolwiek zabił Sarkańczyka, chciał, aby popiół uznano za resztki sarkańskiego 
stroju, zdjęte i spopielone przed zabójstwem, które moglibyśmy uznać za samobójstwo lub wynik 
prywatnej waśni, w żaden sposób nie wiążące się z naszym udającym strażnika przyjacielem. Nie 
wiedział tylko, że analiza popiołu pozwoli odróżnić kyrt sarkańskiego ubrania od celulitu munduru 
strażnika, nawet jeśli sprzączki i odznaka zostaną usunięte. 
        Teraz, mając zabitego Sarkańczyka i spopielony mundur strażnika, możemy jedynie uznać, iż 
gdzieś  w  Górnym  Mieście  żyje  Mieszczanin  przebrany  za  Sarkańczyka.  Nasz  Florińczyk 
dostatecznie długo udawał strażnika i stwierdziwszy, że staje się to zbyt niebezpieczne, postanowił 
zostać Posiadaczem. I zrobił to w jedyny sposób, jakim mógł się posłużyć. 
        - Złapano go? - zapytał ochryple Bort. 
        - Nie. 
        - Dlaczego? Na Sark, dlaczego? 
         
        - Zostanie pojmany - rzekł obojętnie Fife. - Mamy teraz ważniejsze sprawy do omówienia. Ta 
zbrodnia to wobec nich drobiazg. 
        - Do rzeczy! - zażądał natychmiast Rune. 
        -  Cierpliwości!  Po  pierwsze,  chciałbym  was  zapytać,  czy  pamiętacie  tego  kosmoanalityka, 
który zaginął w zeszłym roku. 
        Steen zachichotał. 
        Bort rzekł z bezgraniczną pogardą: 
        - Znowu? 
        - Czyżby istniało jakieś powiązanie? - zapytał Steen. - Czy też jeszcze raz będziemy omawiać 
tę okropną aferę? Jestem zmęczony. 
        Fife nie dał się sprowokować. 
        - Te gwałtowne wydarzenia dnia wczorajszego i przedwczorajszego rozpoczęły się od tego, że 
w  bibliotece  florińskiej  ktoś  zażądał  dostępu  do  książek  o  kosmoanalizie.  To  dla  mnie 
wystarczające  powiązanie.  Zobaczmy,  czy  uda  mi  się  przekonać  o  tym  i  was.  Zacznę  od  opisu 
trzech osób zamieszanych w incydent z książkami i proszę, nie przerywajcie mi przez chwilę. 
        Najpierw  Mieszczanin,  najniebezpieczniejszy  z  tej  trójki.  Na  Sark  zebrał  doskonałe  oceny, 
jako  inteligentny  i  godny  zaufania.  Niestety,  teraz  obrócił  swoje  zdolności  przeciw  nam. 
Niewątpliwie  to  on  jest  odpowiedzialny  za  te  cztery  morderstwa.  Niezły  wynik.  Zważywszy,  że 
wśród ofiar są dwaj strażnicy i Sarkańczyk, wprost niewiarygodny jak na tubylca. I jeszcze go nie 
schwytano. 
        Druga z zamieszanych osób jest tubylczą kobietą. Niewykształcona i zupełnie bez znaczenia. 
Jednakże przez kilka ostatnich dni drobiazgowo zbadano każdy szczegół tej afery i znamy życiorys 
tej dziewczyny. Jej rodzice byli członkami „Duszy Kyrtu”, jeśli ktoś z was pamięta tę podziemną 
organizację, którą bez trudu zniszczono jakieś dwadzieścia lat temu. 
        I tak dochodzimy do trzeciej i najbardziej niezwykłej osoby. Ten trzeci to zwykły robotnik i w 
dodatku kretyn. 
        Bort głośno westchnął, a Steen zachichotał piskliwie. Balie nie otworzył oczu, a Rune siedział 
nieruchomo w ciemności. 
        -  To  nie  jest  żadna  przenośnia  ani  przesada  -  ciągnął  Fife.  -  Ludzie  z  bezpieczeństwa 
wychodzili  z  siebie,  ale  znają  tylko  fakty  z  ostatnich  dziesięciu  i  pół  miesięcy  jego  życia. 
Znaleziono  go  w  wiosce  nie  opodal  florińskiej  metropolii.  Nie  umiał  chodzić  ani  mówić.  Nie 
potrafił nawet jeść. 

background image

        Zauważcie, że pojawił się kilka tygodni po zniknięciu kosmoanalityka. A w dodatku, w ciągu 
paru miesięcy nauczył się mówić, a nawet podjął pracę w fabryce kyrtu. Który kretyn uczyłby się 
tak szybko? 
        - Och, doprawdy - zaczął z przekonaniem Steen. - Jeśli odpowiednio zastosować psychosondę, 
można wywołać... 
        Umilkł, a Fife rzekł ironicznie: 
        - No tak, nie znam  większego autorytetu w tej dziedzinie niż Steen. Ale i bez jego fachowej 
opinii doszedłem do takiego samego wniosku. To jedyne możliwe wyjaśnienie. 
        Psychosonda  mogła  być  użyta  tylko  na  Sark  lub  w  Górnym  Mieście  Floriny.  W  ramach 
rutynowego  dochodzenia  sprawdzono  wszystkich  lekarzy  w  Górnym  Mieście.  Nie  znaleziono 
żadnego śladu niedozwolonego stosowania psychosondy. Wtedy jeden z naszych agentów wpadł na 
pomysł,  żeby  sprawdzić  kartoteki  lekarzy  zmarłych  potem,  jak  pojawił  się  ten  kretyn.  Osobiście 
zadbam o to, żeby ten agent otrzymał awans. 
        W jednym  z takich gabinetów znaleziono  kartę naszego kretyna. Około  sześć miesięcy temu 
przyprowadziła go na badanie tubylcza kobieta, druga osoba z naszej trójki. Widocznie zrobiła to w 
tajemnicy,  bo  w  tym  dniu  zwolniła  się  z  pracy  podając  inny  powód.  Lekarz  zbadał  kretyna  i 
stwierdził wyraźne ślady stosowania psychosondy. 
        Teraz  mamy  coś  ciekawego.  Lekarz  był  jednym  z  tych,  którzy  prowadzą  dwa  gabinety  -  w 
Górnym  i  w  Dolnym  Mieście.  Jeden  z  tych  idealistów,  którzy  wierzą,  że  tubylcom  należy  się 
porządna  opieka  medyczna.  Był  metodycznym  człowiekiem  i  prowadził  podwójną  kompletną 
kartotekę w obu gabinetach, aby uniknąć niepotrzebnych podróży windą. Ponadto, jak sądzę, jego 
idealizm  wyrażał  się  w  braku  podziału  na  karty  Sarkańczyków  i  Florińczyków.  Jednak  karta 
interesującego nas kretyna nie miała duplikatu - jako jedyna. 
        Dlaczego?  Gdyby  z  jakiegoś  powodu  postanowił  nie  zdublować  właśnie  tej  karty,  dlaczego 
umieściłby  ją  w  gabinecie  w  Górnym  Mieście,  gdzie  ją  znaleziono?  Dlaczego  nie  w  Dolnym 
Mieście,  gdzie  jej  nie  było?  W  końcu  pacjent  był  Florińczykiern.  Został  przyprowadzony  przez 
Florinkę.  Zbadano  go  w  gabinecie  w  Dolnym  Mieście.  Wszystko  to  zostało  wyraźnie  opisane  w 
historii choroby, którą znaleźliśmy. 
        Tę  zagadkę  można  wyjaśnić  tylko  w  jeden  sposób.  Pacjent  był  zarejestrowany  w  obu 
kartotekach, lecz karta w Dolnym Mieście została zniszczona przez kogoś, kto nie wiedział, że w 
Górnym Mieście istnieje drugi egzemplarz. Możemy to uznać za pewnik. 
        W  protokole  badania  lekarz  zanotował,  że  ten  przypadek  należy  opisać  w  kolejnym 
rutynowym  sprawozdaniu  dla  służb  bezpieczeństwa.  Zgodnie  z  przepisami.  Każde  użycie 
psychosondy  mogło  sygnalizować,  że  mamy  do  czynienia  z  przestępcą.  Nigdy  jednak  nie 
sporządził tego sprawozdania. Nie minął tydzień, jak zginął w wypadku drogowym. 
        Wprost nieprawdopodobne nagromadzenie zbiegów okoliczności, nie uważacie? 
        Balie otworzył oczy. 
        - Opowiadasz nam tu jakieś detektywistyczne zagadki. 
        -  Tak  -  zawołał  zadowolony  Fife.  -  To  detektywistyczna  zagadka.  I  w  tej  chwili  ja  jestem 
detektywem. 
        - A kto jest podejrzanym? - szepnął ze znużeniem Balie. 
        - Jeszcze nie teraz. Dajcie mi jeszcze chwilę pobawić się w detektywa. 
        W  obliczu  sytuacji,  którą  uznał  za  najpoważniejszy  kryzys  w  historii  Sark,  Fife  stwierdził 
nieoczekiwanie, że wspaniale się bawi. 
        -  Podejdźmy  do  tej  sprawy  z  całkiem  innej  strony  -  powiedział.  -  Zapomnijmy  na  chwilę  o 
kretynie i przypomnijmy sobie kosmoanalityka. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim, kiedy Biuro 
Transportu zostało zawiadomione, że jego statek niebawem wyląduje. Zawiadomienie opierało się 
na informacji pochodzącej od niego. Kosmoanalityk nie przybywa. Nie ma go nigdzie w pobliskiej 
przestrzeni.  Co  więcej,  wiadomość  wysłana  przez  kosmoanalityka  i  przekazana  do  Biura 
Transportu zniknęła. MBK twierdziło, iż celowo zatailiśmy wiadomość. Bezpieczeństwo uważało, 

background image

że w biurze wymyślili tę wiadomość do celów propagandowych. Nigdy nie przyszło mi do głowy, 
że i jedni, i drudzy mylili się. Wiadomość została przekazana, a nie zataiły jej władze Sark. 
        Załóżmy  istnienie  osoby,  którą  na  razie  nazwiemy  X.  Ten  X  ma  dostęp  do  rejestrów  Biura 
Transportu. Dowiaduje się o kosmoanalityku oraz jego informacji, a umie szybko myśleć i działać. 
Wysyła  podprzestrzennie  wiadomość  na  statek  kosmoanalityka,  nakazując  mu  wylądować  na 
jakimś  małym  prywatnym  lądowisku.  Kosmoanalityk  wykonuje  polecenie,  a  X  już  tam  na  niego 
czeka.  Informację  z  ostrzeżeniem  o  grożącym  niebezpieczeństwie  zabiera.  Są  po  temu  dwa 
powody. Po pierwsze, usuwając dowód, utrudni ewentualne próby wykrycia. Po drugie, zapewne 
posłuży się nią, aby zdobyć zaufanie szalonego kosmoanalityka. Gdyby kosmoanalityk uważał, że 
powinien  rozmawiać  tylko  ze  swoimi  zwierzchnikami,  X  mógł  nakłonić  go  do  wyjawienia 
wszystkiego dowodząc, iż już zna zasadnicze fakty. 
        Kosmoanalityk  na  pewno  zaczął  mówić.  Jakkolwiek  niezborna,  zwariowana  i 
nieprawdopodobna  mogła  być  ta  historia,  X  uznał  ją  za  wspaniały  instrument  propagandowy. 
Wysłał list, szantażując nas, Wielkich Posiadaczy. Plan, jaki zamierzał przeprowadzić, w ogólnych 
zarysach  pokrywał  się  z  tym,  jaki  przypisywałem  Trantorowi.  Jeśli  nie  przystaniemy  na  jego 
warunki,  zamierzał  zakłócać  produkcję  kyrtu  pogłoskami  o  zagładzie  Floriny,  aż  spełnimy  jego 
żądania. Jednak wtedy popełnił pierwszy błąd. Coś go przestraszyło. Później zastanowimy się, co. 
W  każdym  razie  doszedł  do  wniosku,  że  musi  trochę  odczekać.  Jednak  oczekiwanie  miało  jedną 
poważną wadę. X nie wierzył w historię kosmoanalityka, lecz niewątpliwie sam kosmoanalityk był 
szczerze  przeświadczony  o  jej  prawdziwości.  X  musiał  tak  pokierować  sprawami,  żeby  tamten 
zechciał przełożyć „koniec świata” na późniejszy termin. Kosmoanalityk  nie zgodziłby się na to, 
dopóki  pozostawał  pod  wpływem  swojego  szaleństwa.  X  mógł  go  zabić,  lecz  kosmoanalityk  był 
mu potrzebny jako źródło dalszych informacji (w końcu X nie miał pojęcia o kosmoanalizie, a nie 
mógłby  skutecznie  nas  szantażować  bez  żadnych  konkretów),  a  może  jako  zakładnik  w  razie 
niepowodzenia  całej  operacji.  W  każdym  razie  użył  psychosondy.  Potem  nie  miał  już  na  głowie 
kosmoanalityka,  lecz  bezmózgiego  kretyna,  który  przez  pewien  czas  nie  sprawi  mu  żadnych 
kłopotów. A po pewnym czasie odzyska zmysły. 
        Następny krok? Upewnić się, że przez rok oczekiwania kosmoanalityk nie zostanie znaleziony 
i  żadna  z  liczących  się  osób  nie  ujrzy  go  nawet  w  roli  bezmózgiego  kretyna.  Dokonał  tego  z 
mistrzowską prostotą. Przewiózł swoją ofiarę na Florinę i przez blisko rok kosmoanalityk był po 
prostu półgłówkiem, tubylcem pracującym w fabryce kyrtu. 
        Sądzę,  że  w  ciągu  tego  roku  X  lub  jakiś  jego  zaufany  podwładny  odwiedził  miasteczko,  w 
którym  umieścił  ofiarę,  żeby  sprawdzić,  czy  ta  jest  zdrowa  i  cała.  Podczas  jednej  z  tych  wizyt 
dowiedział  się  jakoś,  że  kosmoanalityka  zabrano  do  lekarza,  który  potrafi  rozpoznać  rażenie 
psychosondą. Lekarz zginął i protokół badania także, przynajmniej z gabinetu w Dolnym Mieście. 
To  był  poważny  błąd  X.  Nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  w  gabinecie  w  Górnym  Mieście  może 
znajdować  się  duplikat.  A  potem  popełnił  następny  błąd.  Kretyn  zaczął  trochę  za  szybko 
odzyskiwać pamięć, a miejscowy Mieszczanin był na tyle bystry, aby spostrzec, że jego słowa nie 
są  tylko  majaczeniem  szaleńca.  Może  dziewczyna  opiekująca  się  kretynem  opowiedziała 
Mieszczaninowi, co powiedział lekarz. Tylko zgaduję. Oto cała historia. 
        Fife splótł swe mocne dłonie i czekał na reakcję słuchaczy. Rune zareagował pierwszy. Kilka 
chwil  wcześniej  włączył  światło  w  swoim  prostopadłościanie  i  teraz  siedział  w  nim,  mrugając 
oczami i uśmiechając się. Powiedział: 
        - To dość nudna historia, Fife. Jeszcze chwila i zasnąłbym. 
        -  Moim  zdaniem  -  rzekł  powoli  Balie  -  stworzyłeś  konstrukcję  równie  fantastyczną  jak  ta  w 
zeszłym roku. W dziewięciu dziesiątych składa się z przypuszczeń. 
        - Banialuki! - rzekł Bort. 
        - A kim jest ten X? - spytał Steen. - Jeśli nie wiesz kim jest X, to wszystko nie ma sensu. 
        I ziewnął lekko, zasłaniając małe białe zęby zakrzywionym palcem. 

background image

        - Przynajmniej jeden z was dostrzega sedno problemu - odezwał się Fife. - Tożsamość X jest 
kluczem  do  całej  zagadki.  Zważcie,  jakimi  cechami  musi  charakteryzować  się  X,  jeżeli  moja 
analiza jest trafna. 
        Po  pierwsze,  X  ma  kontakty  w  administracji.  Jest  człowiekiem,  który  może  zdecydować  o 
użyciu psychosondy. I który uważa, że może dokonać szantażu na wielką skalę. To człowiek, który 
bez problemu przewiózł kosmoanalityka z Sark na Florinę. Potrafił też zaaranżować śmierć lekarza 
na  Florinie.  To  nie  jest  byle  kto.  Więcej,  to  naprawdę  musi  być  ktoś.  To  musi  być  Wielki 
Posiadacz. Nie uważacie? 
        Bort  zerwał  się  na  nogi.  Jego  głowa  zniknęła  na  chwilę,  ale  zaraz  znów  usiadł.  Steen 
wybuchnął  wysokim,  histerycznym  śmiechem.  Oczy Rune’a, do połowy  ukryte w otaczającym  je 
tłuszczu, błyszczały gorączkowo. Balie powoli potrząsnął głową. 
        - Na Kosmos! Kogo oskarżasz, Fife? - wrzasnął Bort. 
        - Na razie nikogo. - Fife zachował spokój. - Jeszcze nikogo. Spójrzcie na to w ten sposób. Jest 
nas pięciu. Żaden inny człowiek na Sark nie mógł dokonać tego, co zrobił X. To może być tylko 
jeden z nas pięciu. To można uznać za pewnik. A teraz, który? Zacznę od siebie - na pewno nie ja. 
        - Mamy ci uwierzyć na słowo, tak? - zadrwił Rune. 
        -  Nie  musicie  mi  wierzyć  na  słowo  -  odparł  Fife.  -  Jestem  jedyny,  który  nie  miał  motywu. 
Motywem  X  jest  przejęcie  kontroli  nad  produkcją  kyrtu.  Ja  ją  kontroluję.  Władam  jedną  trzecią 
wszystkich  pól  na  Florinie.  Moje  fabryki,  wytwórnie  i  flota  handlowa  są  wystarczająco  liczne, 
abym  mógł  wysiudać  z  interesu  każdego  z  was  -  razem  czy  osobno  -  gdybym  chciał.  Nie 
musiałbym uciekać się do skomplikowanego szantażu. 
        Słuchajcie  mnie!  -  przekrzykiwał  chór  ich  wrzasków.  -  Każdy  poza  mną  mógł  mieć  jakiś 
motyw. Rune ma najmniejszy kontynent i najskromniejszy stan posiadania. Wiem, że to mu się nie 
podoba.  Nie  może  udawać,  że  jest  inaczej.  Balie  pochodzi  z  najstarszego  rodu.  W  swoim  czasie 
jego  rodzina  władała  całą  Sark.  On  pewnie  o  tym  pamięta.  Bortowi  nie  podoba  się  to,  że zawsze 
zostaje  przegłosowany  na  Radzie,  w  związku  z  czym  na  swoim  terytorium  nie  może  prowadzić 
interesów  tak,  jak  by  chciał  -  za  pomocą  bicza  i  blastera.  Steen  ma  kosztowne  zachcianki  i  jego 
finanse  są  w  opłakanym  stanie.  Konieczność  powetowania  sobie  strat  to  istotny  powód.  Zatem 
mamy tu wszystko. Zazdrość. Żądzę władzy. Chciwość. Prestiż. A więc, który z was? 
        - A ty nie wiesz? - W starych oczach Balle’a pojawił się złośliwy błysk. 
        - To nieważne. Posłuchajcie. Powiedziałem, że coś wystraszyło X (nazywajmy go nadal X) po 
pierwszych  listach,  jakie  do  nas  napisał.  Czy  wiecie  co?  Nasza  pierwsza  konferencja,  na  której 
podkreślałem konieczność wspólnego działania. X uczestniczył w niej. X był oczywiście jednym z 
nas. Rozumiał, że zjednoczone działania oznaczają jego klęskę.  Liczył,  że nas pokona, ponieważ 
wiedział,  że  sztywne  przestrzeganie  zasady  autonomii  kontynentalnej  zapewni  mu  przewagę  do 
ostatniej  chwili.  Stwierdził,  że  popełnił  błąd,  więc  postanowił  zaczekać,  aż  zapomnimy  o  całej 
sprawie i będzie mógł podjąć dalsze działania. 
        Myli się jednak. Wciąż możemy podjąć wspólne działania i jeśli założymy, że X jest jednym z 
nas, pozostaje nam tylko jedno - zerwać z zasadą autonomii kontynentalnej. To luksus, na jaki nie 
możemy sobie dłużej pozwalać, gdyż plany X doprowadzą do naszej ekonomicznej klęski albo do 
interwencji Trantora. Ja jestem jedyną osobą, której mogę ufać, tak więc od tej pory będę kierował 
zjednoczoną Sark. Jesteście ze mną? 
        Zerwali się z foteli, krzycząc. Bort wymachiwał pięściami. Miał pianę na ustach. 
        Nie  mogli  mu  nic  zrobić  w  sensie  fizycznym.  Każdy  z  nich  znajdował  się  na  innym 
kontynencie. Fife mógł siedzieć za swoim biurkiem i patrzeć, jak pienią się ze złości. 
        - Nie macie wyboru - rzekł. - W ciągu roku, który upłynął od naszej pierwszej konferencji, ja 
też  poczyniłem  pewne  przygotowania.  Kiedy  wy  czterej  spokojnie  uczestniczyliście  w  naradzie, 
słuchając, jak mówię, lojalni względem mnie oficerowie przejęli dowodzenie flotą. 
        - Zdrada! - zawyli. 
        - Zdrada zasady autonomii kontynentalnej - odparł Fife. - Lojalność względem Sark. 

background image

        Steen  nerwowo  zaplatał  palce;  ich  rdzawe,  miedziane  końce  były  jedyną  barwną  plamą  na 
białej jak ściana skórze. 
        - Przecież to chodzi o X. Nawet jeśli X jest  jednym z nas, pozostali trzej są niewinni. Ja nie 
jestem X - obrzucił pozostałych jadowitym spojrzeniem. - To jeden z nich. 
        -  Ci  z  was,  którzy  są  niewinni,  mogą  wejść  do  mojego  rządu  -  jeśli  chcą.  Nie  mają  nic  do 
stracenia. 
        - Ale ty nie powiesz, kto jest niewinny - wrzeszczał Bort. - Będziesz karmił nas opowieściami 
o X i trzymał za... 
        Zabrakło mu tchu. 
        -  Nie będę. W ciągu dwudziestu  czterech  godzin  dowiem  się, kim jest  X. Nie powiedziałem 
wam tego. Kosmoanalityk, o którym mówiliśmy, jest teraz w moich rękach. 
        Zapadło milczenie. Spoglądali po sobie podejrzliwie i z rezerwą. Fife zachichotał. 
        -  Zastanawiacie  się,  który  z  was  jest  X.  Jeden  z  nas  to  wie,  możecie  być  pewni.  A  za 
dwadzieścia cztery  godziny wszyscy będziemy to wiedzieć. Teraz zważcie, panowie, że jesteście 
zupełnie bezradni. Okręty wojenne należą do mnie. Do widzenia! 
        Odprawił ich gestem. 
        Zniknęli  jeden  po  drugim,  jak  gwiazdy  w  głębi  próżni,  zasłonięte  na  ekranie  przez 
niewidoczny kadłub mijanego wraka. 
        Steen wyłączał się ostatni. 
        - Fife - powiedział drżącym głosem. 
        Fife spojrzał na niego. 
        - Tak? Chcesz przyznać się teraz, kiedy jesteśmy sami? Ty jesteś X? 
        Twarz Steena wykrzywił grymas strachu. 
        -  Nie,  nie!  Autentycznie.  Chciałem  tylko  zapytać,  czy  mówiłeś  poważnie.  To  znaczy,  o 
autonomii kontynentalnej i w ogóle. Autentycznie? 
        Fife spojrzał na stary chronometr. 
        - Do widzenia. 
        Steen zaskowyczał. Sięgnął ręką do wyłącznika i również zniknął. 
        Fife  siedział  nieporuszony.  Zakończywszy  zebranie  i  mając  najgorsze  za  sobą,  poczuł 
głębokie przygnębienie. Niemal pozbawione warg usta były jak rana w jego szerokiej twarzy. 
        Wszystkie  kalkulacje  opierały  się  na  jednym  założeniu:  kosmoanalityk  był  szalony,  a 
niebezpieczeństwo wyimaginowane. Tyle jednak wydarzyło się w związku z tym szaleńcem. Czy 
Junz z MBK spędziłby rok na szukaniu wariata? Czy tak uparcie uganiałby się za mirażem? 
        Fife nikomu o tym  nie mówił. Ledwie śmiał zastanawiać się nad tym. A jeśli kosmoanalityk 
wcale nie był szalony? Jeżeli światu kyrtu grozi zagłada? 
        Przed  Wielkim  Posiadaczem  pojawił  się  floriński  sekretarz  i  rzekł  bezbarwnym,  suchym 
głosem: 
        - Łaskawy panie. 
        - O co chodzi? 
        - Statek z pańską córką wylądował. 
        - Czy kosmoanalityk i tubylcza kobieta są bezpieczni? 
        - Tak, proszę pana. 
        -  Niech  nikt  ich  nie  przesłuchuje  beze  mnie.  Mają  ich  trzymać  pod  kluczem,  aż  przybędę... 
Czy są jakieś wieści z Floriny? 
        - Tak, proszę pana. Mieszczanin został schwytany i przewożą go na Sark. 
 
13. 
Pilot 
         
         

background image

        Wraz z pogłębianiem się mroku światła portu coraz bardziej jaśniały. Oświetlenie przez cały 
czas nie odbiegało od tego, czego oczekujemy w trochę pochmurne, późne popołudnie. W porcie 
numer  dziewięć,  tak  jak  i  w  innych  portach  jachtowych  Górnego  Miasta,  mimo  obrotu  planety 
panował dzień. Ta jasność mogła stać się nieco zbyt rażąca w samo południe, lecz nic ponad to. 
        Markis Genro wiedział, że minął  kolejny dzień standardowy, tylko  dlatego, że idąc do portu 
zostawił  za  plecami  kolorowe,  nocne  światła  Miasta.  Jaskrawe  na  tle  ciemniejącego  nieba,  nie 
usiłowały zastąpić blasku dnia. 
        Genro przystanął przy głównym wejściu. Gigantyczna podkowa z trzema tuzinami hangarów i 
pięcioma płytami lądowisk nie robiła na nim wrażenia. Była dla niego, tak samo jak dla każdego 
doświadczonego pilota, chlebem powszednim. 
        Wyjął  długi  fioletowy  papieros,  zawinięty  w  najcieńszą  bibułkę  ze  srebrzystego  kyrtu,  i 
włożył do ust. Osłonił koniec złożonymi dłońmi i patrzył, jak jarzy się zielonkawym płomieniem, 
gdy wciąga dym w płuca. Papieros spalił  się powoli,  nie pozostawiając  popiołu. Genro wypuścił 
nosem szmaragdowy dym. 
        - Wszystko jak co dzień! - mruknął. 
        Członek  komitetu  jachtowego  w  stroju  pilota,  jedynie  z  dyskretnym  napisem  na  piersi 
świadczącym o tym, że jest członkiem komitetu, szybko ruszył na spotkanie Genro, starając się nie 
okazywać pośpiechu. 
        - Cześć, Genro! Dlaczego nie miałoby być jak co dzień? 
        -  Cześć,  Doty.  Myślałem,  że  w  tym  całym  zamieszaniu  jakiś  spryciarz  mógłby  wpaść  na 
pomysł zamknięcia portów. Dzięki Sark, tak się nie stało. 
        Członek komitetu sposępniał. 
        - Jeszcze nie wiadomo, czy do tego nie dojdzie. Słyszałeś ostatnie wiadomości? 
        Genro wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
        - Jak odróżnić ostatnie od przedostatnich? 
        - No cóż, słyszałeś o tym tubylcu? Tym mordercy? 
        - Chcesz powiedzieć, że go złapali? Nie słyszałem. 
        - Nie, nie złapali go. Ale wiedzą, że nie ma go w Dolnym Mieście! 
        - Tak? A więc gdzie jest? 
        - No, w Górnym Mieście. Tutaj. 
        - Daj spokój. 
        Genro szeroko otworzył oczy, a potem zmrużył je z niedowierzaniem. 
        - Nie, naprawdę - odparł tamten lekko urażony. - To pewne. Strażnicy krążą tam i z powrotem 
po Autostradzie Kyrtu. Otoczyli Park Miejski i na Głównej Arenie zrobili punkt koordynacyjny. To 
wszystko prawda. 
        - No cóż, może. - Genro powiódł obojętnym spojrzeniem po stojących w hangarach statkach. - 
Zdaje się, że od miesięcy tutaj nie byłem. Są jakieś nowe statki? 
        - Nie. Chociaż tak, jest Płomienna Strzała Hjordesse’a. 
        Genro potrząsnął głową. 
        - Ten widziałem. Cały chromowany i nic poza tym. Przykro mi to mówić, ale chyba w końcu 
będę musiał sam zaprojektować sobie statek. 
        - Sprzedajesz Kometę V? 
        -  Sprzedaję  albo  oddaję  na  złom.  Mam  dość  tych  nowoczesnych  modeli.  Są  zbyt 
zautomatyzowane.  Automatyczne  układy  sterowania  i  komputery  nawigacyjne  odbierają  całą 
przyjemność. 
        - Wiesz co, słyszałem, jak inni też to mówili - przytaknął członek komitetu. - Powiem ci coś. 
Jeżeli usłyszę, że ktoś sprzedaje stary model w dobrym stanie, dam ci znać. 
        - Dzięki. Mogę pokręcić się tu chwilę? 
        - Oczywiście. Rób, co chcesz. 
        Członek komitetu uśmiechnął się, machnął ręką i odszedł. 

background image

        Genro  zaczął  powolną  inspekcję.  Na  pół  wypalony  papieros  zwisał  mu  z  kącika  ust.  Genro 
przystawał przy każdym zajętym hangarze, uważnie oceniając jego zawartość. 
        Jego  zainteresowanie  wzbudził  hangar  dwudziesty  szósty.  Genro  zajrzał  za  niską  barierkę  i 
zawołał uprzejmym tonem: 
        - Posiadaczu? 
        Gdy  nie  doczekał  się  odpowiedzi,  powtórzył  zawołanie  nieco  bardziej  stanowczo  i  mniej 
uprzejmie. 
        Posiadacz, który wyłonił się z hangaru, nie wyglądał  nadzwyczajnie. Po pierwsze, nie był  w 
stroju pilota. Po drugie, nie był ogolony, a paskudnie wyglądającą myckę miał ściągniętą na uszy w 
zupełnie niemodny sposób. Jego zachowanie zdradzało niezwykłą podejrzliwość. 
        - Jestem Markis Genro. Czy to pana statek, proszę pana? 
        - Tak - odparł tamten powoli i z namysłem. 
        Genro nie zwrócił na to uwagi. Odchylił głowę i uważnie obejrzał linię kadłuba. Wyjął z ust 
resztki  papierosa  i  pstryknięciem  wysłał  je  wysoko  w  powietrze.  Niedopałek  jeszcze  nie  zaczął 
spadać, gdy zniknął w krótkim rozbłysku. 
        - Miałby pan coś przeciw temu, gdybym wszedł? 
        Tamten zawahał się, po czym odsunął się. Genro wszedł. 
        - W jakie silniki jest wyposażona ta jednostka, proszę pana? - spytał. 
        - Dlaczego to pana interesuje? 
        Genro  był  wysoki,  o  ciemnej  skórze  i  oczach,  włosach  kędzierzawych  i  krótko  przyciętych. 
Przewyższał tamtego o pół głowy, a w uśmiechu odsłaniał równe, białe zęby. 
        - Szczerze mówiąc - powiedział - mam ochotę na nowy statek. 
        - Czy to znaczy, że interesuje pana ten? 
        -  Nie  wiem.  Coś  podobnego,  może,  o  ile  cena  byłaby  przystępna.  Czy  mógłbym  zobaczyć 
stery i silniki? 
        Posiadacz stał chwilę w milczeniu. 
        - Jak pan uważa, rzecz jasna... - rzekł Genro zimnym tonem i odwrócił się. 
        - Może sprzedam. - Posiadacz sięgnął do kieszeni. - Oto licencja! 
        Genro obejrzał ją z obu stron szybkim, wprawnym spojrzeniem. Zwrócił dokument. 
        - Pan Deamone? 
        Posiadacz kiwnął głową. 
        - Może pan wejść, jeśli pan chce. 
        Genro  przelotnie  zerknął  na  wielki  chronometr  portowy,  którego  fosforyzujące  wskazówki, 
błyszczące jasno nawet w świetle dnia, pokazywały początek drugiej godziny po zachodzie słońca. 
        - Dziękuję. Pokaże mi pan drogę? 
        Posiadacz ponownie pogmerał w kieszeniach i podał mu pęk kluczy. 
        - Pan pierwszy, proszę pana. 
        Genro wziął podany  pęk. Przejrzał  paski,  szukając kodu oznaczającego „statek”. Tamten nie 
miał zamiaru mu pomóc. W końcu Genro powiedział: 
        - To chyba ten. 
        Podszedł krótkim pomostem do balustrady luku i po jego prawej stronie uważnie poszukiwał 
kluczem otworu zamka. 
        - Nie widzę... Ach, tu jest! - rzekł, przesuwając się na lewo. 
        Powoli, bezgłośnie, luk otworzył się i Genro wszedł w gęsty mrok. Gdy tylko drzwi zamknęły 
się za ich plecami, śluza uruchomiła się automatycznie. Wewnętrzna grodź otwarła się, a w całym 
statku zapaliły się jasne światła. 
         
        Myrlyn  Terens  nie  miał  wyboru.  Już  zapomniał  ten  dawno  miniony  czas,  gdy  istniały  takie 
rzeczy  jak  „wybór”.  Przez  trzy  długie  beznadziejne  godziny  ukrywał  się  w  doku  Deamone’a, 

background image

czekając i nie mogąc nic zrobić. Jak dotąd, nic mu to nie dało. To nie może zakończyć się niczym 
innym jak uwięzieniem. 
        A  teraz  pojawił  się  ten  facet  zainteresowany  statkiem.  Rozmowa  z  nim  była  szaleństwem. 
Przy tak bliskim kontakcie Terens nie zdoła długo go zwodzić. Jednak nie może również pozostać 
tutaj. 
        Na statku będzie przynajmniej coś do jedzenia. Dziwne, że nie pomyślał o tym wcześniej. 
        - Zbliża się pora obiadu. Ma pan na coś ochotę? - zaproponował gościowi. 
        Ten ledwie spojrzał przez ramię. 
        - Hmm, może później. Dziękuję. 
        Terens  nie  nalegał.  Pozwolił  mu  buszować  po  statku,  a  sam  z  ulgą  dorwał  się  do  konserwy 
mięsnej  i  pakowanych  w  celulit  owoców.  Popił  chciwie.  Na  końcu  korytarza,  naprzeciw  kuchni, 
był prysznic. Terens zamknął się tam i wykąpał. Przyjemnie było zdjąć z głowy ciasną myckę, choć 
na chwilę. Znalazł nawet płytką komódkę, a w niej odzież na zmianę. Kiedy wrócił Genro, Terens 
już lepiej nad sobą panował. 
        - Czy miałby pan coś przeciw temu, gdybym spróbował polatać tym statkiem? 
        -  Nie  mam  nic  przeciw  temu.  Umie  pan  pilotować  ten  model?  -  spytał  Terens  z  doskonale 
udaną nonszalancją. 
        -  Tak  sądzę  -  odparł  tamten  z  leciutkim  uśmieszkiem.  -  Pochlebiam  sobie,  że  potrafię 
pilotować każdy typowy model. Poza tym, pozwoliłem sobie zapytać wieżę kontrolną - mówią, że 
mają  wolną  płytę  startową.  Oto  moja  licencja  pilota,  jeśli  chce  ją  pan  obejrzeć,  zanim  przejmę 
stery. 
        Terens rzucił okiem na podany dokument. 
        - Stery są pańskie - powiedział. 
         
        Statek  wytoczył  się  z  hangaru  jak  kosmiczny  wieloryb,  poruszając  się  powoli; 
diamagnetyczny kadłub unosił się trzy cale nad ubitą nawierzchnią lądowiska. 
        Terens  patrzył,  jak  Genro  precyzyjnie  operuje  sterami.  W  jego  rękach  statek  zmienił  się  w 
żywą  istotę.  Widoczny  na  ekranie  obraz  lądowiska  przesuwał  się  i  zmieniał  przy  każdym 
dotknięciu klawiszy kontrolnych. 
        Statek znieruchomiał, stając na środku płyty startowej. Coraz silniejsze pole diamagnetyczne 
wydłużyło się w kierunku dziobu i wyciągnęło wyżej. Terens na szczęście nie czuł tego, gdyż w 
sterówce włączyły się układy kompensujące zmiany siły ciążenia. Tylne lotki statku majestatycznie 
wpasowały się we właściwe zagłębienia niecki startowej. Jacht stał pionowo, dziobem ku niebu. 
        Duralitowa  osłona  niecki  startowej  schowała  się,  odsłaniając  stumetrową  studnię  wyłożoną 
neutralizującą osłoną, przyjmującą uderzenie silników hiperatomowych. 
        Genro wymieniał tajemnicze informacje z wieżą kontrolną. W końcu rzekł: 
        - Dziesięć sekund do startu. 
        Czerwona  nitka  wznosząca  się  w  kwarcowej  rurce  znaczyła  mijające  sekundy.  Dotarła  do 
końca i silniki pełną mocą pchnęły statek w niebo. 
        Terens stał się cięższy, poczuł, jak przyspieszenie wciska go w fotel. Ogarnął go strach. 
        - I jak się kieruje? - mruknął. 
        Genro zdawał  się nie zwracać uwagi  na przyspieszenie. Jego głos  brzmiał  niemal  naturalnie, 
gdy rzekł: 
        - Dość dobrze. 
        Terens  wyciągnął  się  w  fotelu,  usiłując  rozluźnić  mięśnie,  patrząc  jak  gwiazdy  na  ekranie 
wizjera stają się wyraźne i jasne w miarę zanikania atmosfery. Kyrt okrywający ciało Mieszczanina 
był chłodny i wilgotny. 
         
        Byli  już  w  Kosmosie.  Genro  pilotował  statek.  Terens  nie  miał  pojęcia,  co  tamten  robi,  ale 
widział, jak gwiazdy powoli  przesuwają się po  ekranie,  gdy długie, wąskie palce pilota dotykały 

background image

przycisków  pulpitu  sterowniczego  niczym  klawiszy  jakiegoś  instrumentu  muzycznego.  W  końcu 
płaski ekran wypełniła pomarańczowa kula. 
        - Nieźle - stwierdził Genro. - Pański statek jest nieźle utrzymany, Deamone. Jest mały, ale ma 
swoje zalety. 
        Terens odparł ostrożnie: 
        - Pewnie zechce pan wypróbować jego szybkość i zasięg skoku. Jeśli pan chce, proszę bardzo. 
Nie mam nic przeciw temu. 
        Genro skinął głową. 
        - Bardzo dobrze. Dokąd proponuje pan lecieć? Może... - zawahał się. - Może na Sark? 
        Terens  poczuł,  że  serce  bije  mu  szybciej.  Spodziewał  się  tego.  Zaczynał  wierzyć,  że  żyje  w 
zaczarowanym  świecie.  Zdarzenia  wymuszały  na  nim  pewne  działania,  nawet  bez  jego 
przyzwolenia. Nietrudno byłoby go przekonać, że to nie wydarzenia, lecz jakiś plan kierował jego 
krokami.  Od  dziecka  żył  w  przeświadczeniu,  że  Posiadacze  pod  każdym  względem  górują  nad 
tubylcami, a takich przesądów trudno się pozbyć. Na Sark był Rik, który odzyskiwał pamięć. Gra 
jeszcze się nie skończyła. 
        - Czemu nie? - odparł chrapliwie. 
        - A zatem na Sark - powiedział Genro. 
        Planeta szybko zniknęła z ekranu i powróciły nań gwiazdy. 
        - W jakim czasie zwykle dociera pan na Sark? - spytał Genro. 
        - Nie biłem rekordów - odparł Terens. - W przeciętnym. 
        - To znaczy, że zdarzało się panu pokonywać tę trasę w czasie krótszym niż sześć godzin? 
        - Czasami. 
        - Ma pan coś przeciw temu, żebym spróbował zmieścić się w pięciu? 
        - Absolutnie nic - rzekł Terens. 
        Upłynęło  kilka  godzin,  zanim  znaleźli  się  dostatecznie  daleko  od  zakrzywiającej  przestrzeń 
masy gwiazdy, aby móc wykonać skok. 
        Terens z trudem walczył ze zmęczeniem. Przez ostatnie trzy noce nie spał wcale albo bardzo 
mało, a napięcie potęgowało senność. 
        Genro zerknął na niego z ukosa. 
        - Dlaczego nie zdrzemnie się pan chwilę? 
        Terens zmusił zdrętwiałe mięśnie twarzy do uśmiechu. 
        - To nic - powiedział. - Drobiazg. 
        Ziewnął szeroko i uśmiechnął się przepraszająco. Pilot odwrócił się z powrotem do konsoli i 
oczy Terensa znów zasnuła mgła senności. 
        Fotele  statków  kosmicznych  z  konieczności  muszą  być  wygodne.  Muszą  chronić  siedzących 
przed  przyspieszeniem.  Nawet  wypoczęty  człowiek  łatwo  i  szybko  może  w  nich  zasnąć.  Terens, 
który w tym momencie mógłby spać na tłuczonym szkle, nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen. 
        Spał kilka godzin; głęboko i mocno, jak nigdy w życiu. 
        Nie  poruszał  się;  nawet  nie  drgnął  i  tylko  oddychał  miarowo,  gdy  tamten  zdjął  mu  z  głowy 
myckę. 
         
        Terens budził się powoli, mrugając oczami. Przez chwilę nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. 
Wydało mu się, że znowu jest w swoim domku. Kolejno przypominał sobie ostatnie wydarzenia. 
Wreszcie uśmiechnął się do Genro, który wciąż był zajęty przy pulpicie sterowniczym. 
        - Chyba zasnąłem. 
        - Chyba tak. Oto Sark - Genro ruchem głowy wskazał wielki biały półksiężyc na ekranie. 
        - Kiedy lądujemy? 
        - Za godzinę. 
        Terens był już na tyle przytomny, że wyczuł zmianę w zachowaniu tamtego. Z przerażeniem 
uświadomił sobie, iż stalowoszary przedmiot w ręku Genro to miotacz igieł. 

background image

        - Co, na Przestrzeń... - zaczął, wstając z fotela. 
        - Siadaj - rozkazał poważnie Genro. W drugiej ręce trzymał myckę. 
        Terens dotknął ręką głowy i poczuł pod palcami włosy. 
        - Tak - rzekł pilot. - To jasne. Jesteś tubylcem. 
        Mieszczanin spoglądał na niego bez słowa. 
        - Wiedziałem, że jesteś tubylcem, zanim jeszcze wszedłem na statek biednego Deamone’a. 
        Terens czuł suchość w ustach i pieczenie pod powiekami. Patrzył na małą, śmiercionośną lufę 
broni  i  czekał  na  nagły,  bezgłośny  błysk.  Dotarł  tak  daleko,  tak  daleko,  a  teraz  mimo  wszystko 
przegrał. 
        Genro nie spieszył się. Pewną ręką trzymał broń, mówiąc powoli i z namysłem. 
        -  Największy  błąd,  Mieszczaninie,  popełniłeś  zakładając,  że  możesz  w  nieskończoność 
wymykać  się  zorganizowanym  siłom  porządkowym.  Nawet  gdyby  tak  było,  nie  powinieneś 
wybierać na ofiarę biednego Deamone’a. 
        - Nie wybrałem go - wychrypiał Terens. 
        - Zatem miałeś pecha. Alstare Deamone około dwunastu godzin temu stał w Parku Miejskim, 
czekając na żonę. Wybrał to miejsce na spotkanie z czystego sentymentalizmu. Tam spotkali się po 
raz pierwszy i spotykali się tam w każdą rocznicę ślubu. Nie jest to szczególnie oryginalny zwyczaj 
młodych małżeństw, lecz im wydaje się ważny. Deamone nie wiedział, że to odludne miejsce czyni 
go  odpowiednim  kandydatem  na  ofiarę  zabójstwa.  Kto  przypuszczałby,  że  coś  takiego  może 
zdarzyć się w Górnym Mieście? W normalnych okolicznościach morderstwa nie odkryto by przez 
kilka  dni.  Jednak  żona  Deamone’a  znalazła  się  na  miejscu  zbrodni  już  w  pół  godziny  później. 
Nieobecność  męża  zdziwiła  ją.  Wyjaśniła,  iż  nie  był  on  typem  człowieka,  który  odszedłby 
rozeźlony takim niewielkim spóźnieniem. Często przychodziła później. Mógł spodziewać się tego i 
tym razem. Doszła do wniosku, że mąż może na nią czekać w „ich” grocie. Deamone oczywiście 
czekał na nią przed „ich” grotą, do niej więc mordercy było najbliżej. Żona Deamone’a weszła do 
groty  i  znalazła...  no,  wiesz,  co  znalazła.  Zaszokowana  i  rozhisteryzowana,  zdołała  jednak  przez 
miejscowe biuro bezpieczeństwa przekazać wiadomość strażnikom. Jak to jest, Mieszczaninie, gdy 
ktoś z zimną krwią zabija człowieka i zostawia, aby żona znalazła go w miejscu, z którym wiążą 
się wspomnienia ich najszczęśliwszych chwil? 
        Terens zakrztusił się. Czerwona mgła wściekłości i rozczarowania przysłoniła mu oczy. 
        -  Wy,  Sarkańczycy,  zabiliście  miliony  Florińczyków.  Kobiet.  Dzieci.  Wzbogaciliście  się  na 
nas. Ten statek... - Gniew odebrał mu głos. 
        - Deamone nie był odpowiedzialny za stan rzeczy, jaki zastał po urodzeniu - rzekł Genro. - Co 
byś  zrobił,  gdybyś  urodził  się  Sarkańczykiem?  Zrezygnowałbyś  z  wszelkich  dóbr  i  poszedł 
pracować na polach kyrtu? 
        - No już, strzelaj! - krzyknął Terens, skręcając się ze złości. - Na co czekasz? 
        -  Nie  ma  pośpiechu.  Mamy  dużo  czasu,  mogę  dokończyć  opowieść.  Nie  mieliśmy  pewności 
co do tożsamości ofiary i mordercy, lecz domyślaliśmy się, że byli nimi Deamone i ty. Fakt, iż w 
pobliżu zwłok znaleziono popiół spalonego munduru strażnika wskazywał na to, że przebrałeś się 
za  Sarkańczyka.  Wydawało  się  prawdopodobne,  że  skierujesz  się  na  jacht  Deamone’a.  Nie 
jesteśmy tacy głupi, jak ci się wydaje, Mieszczaninie. Sytuacja nadal była skomplikowana. Byłeś 
zdesperowany. Nie mogliśmy cię wytropić. Byłeś uzbrojony i osaczony, niewątpliwie popełniłbyś 
samobójstwo.  A  na  to  nie  mogliśmy  pozwolić.  Ci  na  Sark  chcą  cię  dostać  całego  i  zdrowego.  Z 
trudem zdołałem przekonać służby bezpieczeństwa, że sam sobie poradzę ze sprowadzeniem cię na 
Sark, bez hałasu i zamieszania. Musisz przyznać, że właśnie to robię. Prawdę mówiąc, na początku 
nie wiedziałem, czy jesteś tym, o którego chodzi. Miałeś na sobie zwykły strój, co na terenie portu 
jachtowego należy do szczególnie złego tonu.  Wydawało  mi się, że nikt nie próbowałby udawać 
pilota  jachtowego  bez  odpowiedniego  stroju.  Myślałem,  że  celowo  usiłujesz  odwrócić  uwagę  od 
kogoś, że starasz się zostać aresztowany, podczas gdy poszukiwany przez nas człowiek ucieka w 
innym kierunku. Wahałem się i sprawdzałem cię na różne sposoby. Szukałem dziurki od klucza po 

background image

niewłaściwej stronie luku. Żaden statek nie ma zamka po prawej stronie. Luk zawsze i niezmiennie 
otwiera  się  od  lewej.  Nie  zdziwiła  cię  moja  pomyłka.  Wcale.  Potem  zapytałem,  czy  twój  statek 
dolatywał  z  Floriny  na  Sark  w  czasie  krótszym  niż  sześć  godzin.  Powiedziałeś,  że  czasami.  To 
wprost niebywałe. Rekordowy czas przelotu wynosi ponad dziewięć godzin. 
        Zdecydowałem, że nie możesz być podstawiony. Twoja ignorancja była zbyt wielka. Musiała 
być naturalna, a zatem jesteś tym, którego szukaliśmy. Pozostało mi jedynie zaczekać, aż zaśniesz 
(a  twoja  twarz  zdradzała,  że  rozpaczliwie  potrzebujesz  snu),  żeby  rozbroić  cię  i  wymierzyć  w 
ciebie  lufę.  Zdjąłem  ci  czapkę  bardziej  z  ciekawości  niż  z  rzeczywistej  potrzeby.  Chciałem 
zobaczyć, jak sarkański kostium pasuje do włosów. 
        Terens  nie  spuszczał  oczu  z  lufy  miotacza.  Może  Genro  dostrzegł  zaciskające  się  szczęki. 
Może po prostu odgadł, o czym Terens myśli. 
        -  Rzecz jasna, nie  mogę  cię zabić, nawet  gdybyś  rzucił się na mnie. Nie wolno mi  cię zabić 
nawet w samoobronie. Jednak nie myśl, że to ci daje przewagę. Ruszysz się, a odstrzelę ci nogę. 
        Terens stracił chęć do walki. Ukrył twarz w dłoniach i siedział bez ruchu. 
        - Czy wiesz, dlaczego ci to mówię? - powiedział Genro łagodnie. 
        Terens nie odpowiedział. 
        -  Po  pierwsze,  lubię  patrzeć,  jak  cierpisz.  Nie  lubię  morderców,  a  szczególnie  tubylców, 
którzy zabijają Sarkańczyków. Rozkazano mi dostarczyć cię żywego, ale nie powiedziano, że mam 
ci  zapewnić  przyjemną  podróż.  Po  drugie,  musisz  w  pełni  zdawać  sobie  sprawę  z  sytuacji, 
ponieważ kiedy wylądujemy na Sark, następne posunięcia zależą od ciebie. 
        Terens podniósł głowę. 
        - Co? 
        -  Służba  Bezpieczeństwa  wie,  że  przybywasz.  Miejscowy  oddział  na  Florinie  wysłał  im 
wiadomość,  gdy  tylko  ten  statek  opuścił  atmosferę  planety.  Możesz  być  tego  pewien. 
Powiedziałem,  że  musiałem  przekonać  bezpieczeństwo,  że  poradzę  sobie  sam,  a  fakt,  że  mi  się 
udało, całkowicie zmienia sytuację. 
        - Nie rozumiem. - Terens był oszołomiony. 
        Genro odparł z kamiennym spokojem: 
        - Powiedziałem, że ci na Sark chcą dostać cię całego i zdrowego. Nie miałem jednak na myśli 
tych z bezpieczeństwa, tylko tych z Trantora! 
 
14. 
Renegat 
         
         
        Selim Junz nigdy nie był flegmatykiem. Rok rozczarowań wcale tego nie zmienił. Nie potrafił 
spokojnie sączyć wina, podczas gdy gmach jego przekonań chwiał się w posadach. Krótko mówiąc, 
nie był Ludiganem Ablem. 
        A  kiedy  przestał  wykrzykiwać,  że  nic  nie  upoważnia  Sark  do  porywania  i  przetrzymywania 
pracowników MBK, niezależnie od stanu trantoriańskiej siatki szpiegowskiej, Abel powiedział: 
        - Myślę, że lepiej będzie, jeśli spędzi pan noc tutaj, doktorze. 
        - Mam ciekawsze rzeczy do zrobienia - odparł Junz lodowato. 
        - Nie wątpię, człowieku, nie wątpię. Mimo to, skoro moich ludzi zabija się w biały dzień, Sark 
musi być naprawdę zuchwała. Jest bardzo prawdopodobne, że zanim upłynie noc, może przydarzyć 
się panu jakiś wypadek. A zatem przeczekajmy tę noc i zobaczmy, co przyniesie dzień. 
        Protesty  Junza  na  nic  się  nie  zdały.  Abel,  nie  tracąc  swej  chłodnej,  niemal  niedbałej  pozy 
człowieka  obojętnego  na  wszystko,  jakby  ogłuchł.  Ze  stanowczą  kurtuazją  Junz  został 
odprowadzony do swego pokoju. 
        Leżąc  w  łóżku,  spoglądał  na  lekko  fosforyzujący,  pokryty  freskami  sufit  (na  którym 
błyszczała  średnio  udana  kopia  „Bitwy  o  księżyce  Arktura”  Lenhadena)  i  wiedział,  że  nie  zdoła 

background image

zasnąć.  Potem  wciągnął  w  płuca  lekki  opar  somniny  i  natychmiast  zapadł  w  sen.  Pięć  minut 
później, gdy  wentylacja  wyssała z pokoju  wszelkie ślady  gazu, miał  już dawkę wystarczającą na 
osiem godzin zdrowego snu. 
         
        Obudzono go w zimnym półmroku poranka. Zamrugał oczami i ujrzał Abla. 
        - Która godzina? - zapytał. 
        - Szósta. 
        - Wielki Kosmosie! - Rozejrzał się wokół i wysunął kościste nogi spod kołdry. - Wcześnie pan 
wstaje. 
        - Nie spałem. 
        - Co? 
        - Odczuwam to, proszę mi wierzyć. Nie znoszę już antisomniny tak dobrze jak za młodu. 
        - Przepraszam na chwilę - wymamrotał Junz. 
        Tego ranka jego poranne przygotowania zajęły mu mniej czasu niż zwykle. Wrócił do pokoju 
zapinając pas i zamek magnetyczny tuniki. 
        - No? - zapytał. - Na pewno nie zbudziłby się pan w środku nocy i nie zerwał mnie z łóżka o 
szóstej, gdyby nie miał mi pan nic do powiedzenia. 
        - Ma pan rację, oczywiście. 
        Abel  usiadł  na  łóżku  opuszczonym  przez  Junza  i  odchyliwszy  głowę  do  tyłu,  parsknął 
śmiechem. Wydawał piskliwe, ciche dźwięki, pokazując mocne, lekko żółte zęby, kontrastujące z 
pomarszczonymi dziąsłami. 
        -  Przepraszam,  Junz  -  powiedział.  -  Nie  jestem  dziś  sobą.  Ta  wymuszona  bezsenność  trochę 
mnie oszołomiła. Jestem bliski nakłonienia Trantora, żeby zastąpili mnie kimś młodszym. 
        -  Czyżby  okazało  się,  że  jednak  nie  mają  kosmoanalityka?  -  odparł  Junz  sarkastycznie,  lecz 
nie bez cienia nadziei w głosie. 
        -  Niestety,  nie.  Przykro  mi  to  mówić,  ale  mają  go.  Obawiam  się,  iż  moja  wesołość  wynika 
głównie z faktu, że nasze siatki są nie tknięte. 
        Junz  miał  ochotę  powiedzieć:  „Do  diabła  z  waszymi  siatkami”,  ale  powstrzymał  się.  Abel 
mówił dalej: 
        -  Nie  ulega  wątpliwości,  że  wiedzą,  iż  Khorov  był  jednym  z  naszych  agentów.  Mogli 
rozszyfrować  również  innych  na  Florinie.  To  płotki.  Sarkańczycy  wiedzą  o  tym  i  dlatego 
ograniczali się do obserwowania ich. 
        - Jednego zabili - przypomniał Junz. 
        -  Nie  -  odparł  Abel.  -  To  jedna  z  osób  towarzyszących  kosmoanalitykowi,  ten  przebrany  za 
strażnika, użył blastera. 
        - Nie rozumiem. - Junz otworzył szeroko oczy. 
        -  To  dość  skomplikowana  historia.  Zechce  mi  pan  towarzyszyć  przy  śniadaniu?  Muszę 
natychmiast coś zjeść. 
         
        Przy kawie Abel streścił wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu godzin. Junz był zdumiony. 
Odstawił nie dopitą filiżankę kawy i całkiem o niej zapomniał. 
        - Nawet jeśli założymy, że ukryli się akurat na tym statku, istnieje jeszcze możliwość, że nie 
zostali odkryci. Jeśli wyśle pan swoich ludzi, żeby czekali, aż statek wyląduje... 
        -  Ba!  Wie  pan,  że  to  niemożliwe.  Na  żadnym  nowoczesnym  statku  nie  uda  się  ukryć 
dodatkowego promieniowania cieplnego ciał. 
        - Mogli je przeoczyć. Aparaty są niezawodne, ale ludzie nie. 
        - Czyste chciejstwo. Proszę posłuchać. W tym samym czasie gdy statek z kosmoanalitykiem 
na  pokładzie  zbliża  się  do  Sark,  z  absolutnie  wiarygodnego  źródła  otrzymaliśmy  informację,  że 
Posiadacz  Fife  zwołał  konferencję  z  udziałem  innych  Wielkich  Posiadaczy.  Te 
międzykontynentalne narady są tak rzadkie jak gwiazdy w Galaktyce. Zbieg okoliczności? 

background image

        - Międzykontynentalna narada na temat kosmoanalityka? 
        -  To  rzeczywiście  mało  ważny  temat.  My  uczyniliśmy  go  ważnym.  MBK  poszukiwało  go 
przez rok z godnym uwagi uporem. 
        - Nie MBK - upierał się Junz. - Ja sam. Działałem prawie nieoficjalnie. 
        -  Posiadacze  o  tym  nie  wiedzą  i  nie  uwierzyliby,  nawet  gdybym  im  powiedział.  Ponadto, 
Trantor również był zainteresowany tą sprawą. 
        - Na moją prośbę. 
        - O tym również nie mają pojęcia i nigdy w to nie uwierzą. 
        Junz wstał i jego fotel automatycznie odsunął się od stołu. 
        Założywszy  ręce  na  plecy,  Junz  zaczął  chodzić  po  pokoju.  Tam  i  z  powrotem.  Tam  i  z 
powrotem. Od czasu do czasu zerkał z ukosa na Abla. 
        Ten spokojnie zajął się drugą filiżanką kawy. 
        - Skąd pan o tym wszystkim wie? - zapytał Junz. 
        - O czym? 
        - O wszystkim. Jak i kiedy kosmoanalityk ukrył się na statku. Jak i w jaki sposób Mieszczanin 
uniknął pościgu. Czyżby miał pan zamiar mnie zwodzić? 
        - Drogi doktorze Junz. 
        -  Przyznał  pan,  że  pańscy  ludzie  również  szukali  kosmoanalityka.  Zeszłej  nocy  postarał  się 
pan usunąć mnie z drogi, niczego nie pozostawiając przypadkowi. 
        Junz nagle przypomniał sobie słaby zapach somniny. 
        - Spędziłem noc, doktorze Junz, na rozmowach z kilkoma moimi agentami. To, co zrobiłem i 
czego  się  dowiedziałem,  należy  uznać  za  ściśle  tajne.  Musiałem  usunąć  pana  z  drogi,  a 
jednocześnie  zapewnić  panu  bezpieczeństwo.  Tego,  co  panu  powiedziałem,  dowiedziałem  się 
ostatniej nocy od moich agentów. 
        - Aby dowiedzieć się tego, musiałby pan mieć swoich ludzi w samym rządzie Sark. 
         
        - Oczywiście. 
        Junz obrócił się na pięcie. 
        - No nie! 
         
        -  To  pana  dziwi?  Rzecz  jasna,  Sark  słynie  ze  stabilnego  rządu  i  lojalności  swych  obywateli. 
Przyczyna tego jest dość prosta; nawet najbiedniejszy Sarkańczyk jest arystokratą w porównaniu z 
Florińczykami  i  może  uważać  się,  jakkolwiek  mylnie,  za  członka  klasy  rządzącej.  Proszę  jednak 
pamiętać,  iż  Sark  nie  jest  światem  miliarderów,  jak  sądzi  większość  Galaktyki.  Po  rocznym 
pobycie  tutaj  musiał  pan  sam  się  o  tym  przekonać.  Standard  życiowy  osiemdziesięciu  procent 
populacji  jest  taki  sam  jak  na  innych  światach  i  niewiele  wyższy  niż  na  samej  Florinie.  Zawsze 
znajdzie  się  paru  Sarkańczyków,  którzy  będą  wystarczająco  rozgniewani  na  tę  nieliczną  grupkę 
opływającą  we  wszelkie  luksusy,  aby  mogli  posłużyć  moim  celom.  Ogromną  słabością 
sarkańskiego rządu jest to, że od wieków łączyli bunt tylko z Floriną. Zapomnieli pilnować swoich 
obywateli. 
        - Ci niezadowoleni Sarkańczycy, o ile istnieją, nie na wiele mogą się panu przydać. 
        -  Pojedynczo  -  nie.  Zbiorowo  stanowią  użyteczne  narzędzie  dla  ważniejszych  ludzi.  Nawet 
niektórzy  członkowie  klasy  rządzącej  wzięli  sobie  do  serca  lekcje  ostatnich  dwóch  stuleci.  Są 
przekonani,  że  Trantor  w  końcu  zdobędzie  władzę  nad  całą  Galaktyką  i,  jak  sądzę,  mają  rację. 
Podejrzewają,  że  może  to  nastąpić  jeszcze  za  ich  życia,  więc  zawczasu  wolą  stanąć  po  stronie 
zdobywców. 
        - Wygląda na to - skrzywił się Junz - że międzygwiezdna polityka to bardzo brudna gra. 
        - Istotnie, ale okazując pogardę dla brudu nie usuwamy go. Ponadto nie wszyscy uczestnicy tej 
gry są godni wzgardy. Niech pan pomyśli o idealistach. Albo o tych nielicznych ludziach w rządzie 
Sark  służących  Trantorowi  nie  dla  pieniędzy  czy  za  obietnice  władzy,  tylko  z  głębokiego 

background image

przekonania, że zjednoczony rząd galaktyczny jest najlepszy dla ludzkości i że tylko Trantor może 
go  utworzyć.  Mam  takiego  człowieka,  najlepszego  w  sarkańskich  służbach  bezpieczeństwa. 
Właśnie leci tu z Mieszczaninem. 
        - Powiedział pan, że Mieszczanin został schwytany. 
        - Tak, przez bezpieczeństwo. A ten człowiek pracuje dla Służby Bezpieczeństwa i dla mnie. 
        Abel zastanowił się chwilę i poskarżył się. 
        - Teraz stanie się znacznie mniej użyteczny. Kiedy wypuści z rąk Mieszczanina, w najlepszym 
razie zostanie zdegradowany, a w najgorszym aresztowany. No cóż! 
        - Co pan teraz zamierza? 
        - Nie wiem. Po pierwsze, musimy przejąć Mieszczanina. Na razie jestem pewien tylko tego, że 
przybędzie. Co zdarzy się później... 
        Abel wzruszył ramionami, a starcza, żółtawa skóra na jego kościach policzkowych napięła się 
jak pergamin. 
        -  Posiadacze  również  będą  czekali  na  Mieszczanina  -  dodał.  -  Wydaje  im  się,  że  go  mają,  a 
dopóki ani oni, ani my nie mamy go w garści, nic szczególnego nie może się wydarzyć. 
        Nie była to jednak prawda. 
         
        Ściśle  biorąc,  wszystkim  obcym  ambasadom  w  całej  Galaktyce  przysługiwało  prawo 
eksterytorialności, obejmujące teren, na którym je umieszczono. Zazwyczaj prawo to pozostawało 
w  sferze  życzeń,  chyba  że  potęga  rodzimej  planety  wymuszała  jego  respektowanie.  W  praktyce 
jedynie Trantor mógł zapewnić niezależność swoich placówek. 
        Teren ambasady trantoriańskiej, obejmujący obszar prawie dwóch kilometrów kwadratowych, 
patrolowali  ludzie  w  trantoriańskich  mundurach,  z  insygniami.  Żaden  Sarkańczyk  nie  mógł  tu 
wejść  bez  zaproszenia,  a  już  na  pewno  nie  z  bronią.  Rzecz  jasna,  liczebność  i  uzbrojenie 
trantoriańskich  strażników  pozwoliłaby  im  w  razie  potrzeby  odpierać  ataki  zdeterminowanego 
sarkańskiego regimentu nie dłużej niż dwie czy trzy godziny, ale za tym małym oddziałkiem stała 
cała potęga militarna miliona światów. 
        Ambasada pozostawała nienaruszalna. 
        Mogła nawet utrzymywać bezpośrednią komunikację z Trantorem, bez potrzeby korzystania z 
sarkańskich  kosmoportów.  Z  ładowni  trantoriańskiego  statku-matki,  który  krążył  w  odległości 
nieco  przekraczającej  stupięćdziesięciokilometrową  „przestrzeń  planetarną”,  a  więc  w  „wolnej 
przestrzeni”, mogły startować i lądować (pół szybując, pół lecąc) na małym lądowisku na terenie 
ambasady  małe  żyroskopowe  jednostki  wyposażone  w  śmigła  do  podróży  w  atmosferze  z 
minimalnym zużyciem energii. 
        Żyroskopowa  jednostka,  która  teraz  pojawiła  się  nad  lądowiskiem,  ani  nie  figurowała  w 
rozkładzie  lotów,  ani  nie  należała  do  Trantora.  Skromne  siły  ambasady  szybko  i  sprawnie 
wkroczyły do akcji. Działko igłowe uniosło w górę swój rozdęty ryj. Włączono ekrany ochronne. 
        Depesze  radiowe  przelatywały  tam  i  z  powrotem.  Impulsy  niosły  uparte  słowa  w  górę,  a 
gniewne w dół. 
        Porucznik Camrum odwrócił się od aparatu i powiedział: 
        -  Sam  nie  wiem.  Twierdzi,  że  za  dwie  minuty  zestrzelą  go,  jeśli  nie  pozwolimy  mu 
wylądować. Prosi o azyl. 
        Właśnie wszedł kapitan Elyut. 
        -  No,  tak  -  zauważył.  -  A  wtedy  Sark  stwierdzi,  że  ingerujemy  w  ich  wewnętrzne  sprawy,  a 
jeśli Trantor postanowi załagodzić sprawę, my obaj będziemy skończeni. Kto to jest? 
        -  Nie  chce  powiedzieć.  -  Porucznik  miał  zmęczony  głos.  -  Mówi,  że  musi  zobaczyć  się  z 
ambasadorem. Może powie mi pan, co mam robić, kapitanie. 
        Krótkofalówka zacharczała i ktoś, najwidoczniej bliski histerii, zawołał: 
        - Jest tam ktoś? Ląduję i już. Naprawdę! Mówię wam, nie mogę już dłużej czekać! 
        Słowa zakończyły się nieartykułowanym piskiem. 

background image

        -  Wielki  Kosmosie  -  rzekł  kapitan  -  znam  ten  głos!  Przepuśćcie  go!  Na  moją 
odpowiedzialność! 
        Przekazano  rozkaz.  Żyroskopowy  stateczek  opadł  pionowo  w  dół  szybciej,  niż  powinien,  co 
świadczyło o tym, że człowiek trzymający stery był niedoświadczony i bliski paniki. Lufa działa 
przez cały czas śledziła statek. 
        Kapitan połączył się z Ablem i w ambasadzie ogłoszono stan najwyższej gotowości. Eskadra 
sarkańskich  statków,  przybyła  niecałe  dziesięć  minut  po  lądowaniu  obcej  jednostki,  przez  dwie 
godziny groźnie krążyła wokół ambasady, po czym odleciała. 
         
        Zasiedli  do  obiadu  -  Abel,  Junz  i  nowo  przybyły.  Z  podziwu  godnym  opanowaniem, 
zważywszy  na  okoliczności,  Abel  pełnił  rolę  gospodarza.  Od  kilku  godzin  miał  na  końcu  języka 
pytanie, dlaczego Wielki Posiadacz musi prosić o azyl. Junz był mniej cierpliwy. Syknął do Abla: 
        - Na Kosmos! Co ma pan zamiar z nim zrobić? 
        Abel uśmiechnął się. 
        - Nic. Przynajmniej dopóki nie dowiem się, czy mam Mieszczanina, czy nie. Chcę wiedzieć, 
co mam w ręku, zanim rzucę karty na stół. A ponieważ to on przyszedł do mnie, czekanie bardziej 
denerwuje jego niż nas. 
        Miał rację. Posiadacz dwukrotnie rozpoczął szybki monolog i dwukrotnie usłyszał od Abla: 
        - Mój drogi Posiadaczu! Poważnym rozmowom nie sprzyja pusty żołądek. 
        Uśmiechnął się uprzejmie i zamówił obiad. 
        Przy winie Posiadacz spróbował jeszcze raz. 
        - Będziecie chcieli wiedzieć, dlaczego opuściłem swój kontynent. 
        -  Nie  przychodzi  mi  do  głowy  żaden  powód  -  przyznał  Abel  -  dla  którego  Posiadacz  Steen 
miałby uciekać przed sarkańskimi statkami. 
        Steen  spoglądał  na  nich  czujnie.  Szczupła  postać  i  chuda,  blada  twarz  zdradzały  napięcie. 
Długie włosy miał starannie zaplecione w warkoczyki spięte małymi spinkami, które przy każdym 
ruchu  głowy  uderzały  o  siebie  z  cichym  chrzęstem,  jakby  zwracając,  uwagę  na  lekceważący 
stosunek właściciela do aktualnej sarkańskiej mody, która nakazywała strzyc włosy krótko. Skóra i 
ubranie Posiadacza wydzielały słaby zapach. 
        Abel  -  którego  uwagi  nie  uszło  to,  że  Junz  lekko  zacisnął  wargi  i  mimowolnie  dotknął 
krótkich, wełnistych włosów - pomyślał, jak zabawna byłaby reakcja kosmoanalityka, gdyby Steen 
przybył wyglądając jak zwykle - z uróżowanymi policzkami i lakierowanymi paznokciami. 
        - Dziś mieliśmy konferencję międzykontynentalną - powiedział Steen. 
        -  Naprawdę?  -  zdziwił  się  Abel.  Wysłuchał  sprawozdania  z  obrad,  nawet  nie  mrugnąwszy 
okiem. 
        - I mamy dwadzieścia cztery godziny - zakończył Steen z urazą. - Teraz już tylko szesnaście. 
To niesłychane! 
        - I pan jest X! - zawołał Junz, który w trakcie relacji podniecał się coraz bardziej. - Pan jest X i 
przyszedł pan tu, ponieważ przyłapali pana. No cóż, to świetnie. Abel, oto nasz dowód tożsamości 
kosmoanalityka. Możemy go użyć jako monety przetargowej i odzyskać naszego człowieka. 
        Piskliwy głos Steena z trudem przebił się przez donośny baryton Junza. 
        -  To  nie  tak.  Nie  tak,  mówię.  Zwariował  pan.  Dość  tego!  Dajcie  mi  powiedzieć...  Wasza 
Wysokość, nie pamiętam nazwiska tego człowieka. 
        - Doktor Selim Junz, Posiadaczu. 
        - A więc, doktorze Junz, nigdy w życiu nie widziałem tego kretyna, kosmoanalityka, czy jak 
go tam nazywacie. Autentycznie! Jeszcze nigdy nie słyszałem takich bzdur. Ja na pewno nie jestem 
X. Autentycznie! Będę panom wdzięczny, jeśli przestaniecie posługiwać się tą głupią literą. Chyba 
nie wierzycie w te melodramatyczne bujdy Fife’a! 
        - To dlaczego pan uciekł? - upierał się Junz. 

background image

        -  Na  Sark,  czy  to  nie  oczywiste?  Och,  bo  się  udławię.  Coś  takiego!  Słuchajcie,  czy  nie 
rozumiecie, co wyczynia Fife? 
        - Jeśli zechce pan wyjaśnić, Posiadaczu - wtrącił się Abel - nie będziemy przerywać. 
        -  Dzięki i  za to  - powiedział Steen i  mówił dalej tonem urażonej  niewinności.  -  Tamci mają 
mnie za nic, ponieważ nie widzę sensu zajmowania się dokumentami, statystyką i  innymi takimi 
nudnymi szczegółami. A w końcu chciałbym wiedzieć, od czego mamy administrację, jeśli Wielki 
Posiadacz nie może być po prostu Wielkim Posiadaczem? Przecież to, że lubię wygody, wcale nie 
oznacza,  że  jestem  pajacem.  Autentycznie!  Może  inni  są  ślepi,  ale  ja  widzę,  że  Fife’a  wcale  nie 
obchodzi  jakiś  tam  kosmoanalityk.  Pewnie  sam  go  wymyślił.  Fife  wpadł  na  ten  pomysł  przed 
rokiem  i  od  tej  pory  manipuluje  nami.  Robi  z  nas  głupców  i  durniów.  Autentycznie!  I  tamci 
pozwalają  sobie  na  to.  Pożałowania  godni  głupcy!  To  on  zaaranżował  tę  idiotyczną  historię  z 
wariatami  i  kosmoanalitykami.  Wcale  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  tubylec  zabijający  tuziny 
strażników okazał się jednym ze szpiegów Fife’a w rudej peruce na głowie. A jeśli naprawdę jest 
tubylcem,  zapewne  Fife  go wynajął. To do niego podobne. Autentycznie! On byłby zdolny użyć 
tubylców  przeciw  swoim  rodakom.  Taki  już  jest.  W  każdym  razie  nie  ulega  wątpliwości,  że 
wykorzystuje to jako pretekst, żeby zrujnować nas wszystkich i stać się dyktatorem Sark. Chyba to 
rozumiecie? Nie ma żadnego X, ale jeśli nie powstrzymamy Fife’a, jutro roześle w podprzestrzeni 
wieści  o  spiskach,  ogłosi  stan  pogotowia  i  obwoła  się  Przywódcą.  Od  pięciuset  lat  na  Sark  nie 
mieliśmy  przywódcy,  ale  to  mu  nie  przeszkadza.  Zawiesi  konstytucję  na  kołku.  Autentycznie! 
Tylko  ja  chcę  go  powstrzymać.  Właśnie  dlatego  musiałem  uciekać.  Gdybym  został  na  swoim 
kontynencie,  byłbym  już  w  areszcie  domowym.  Kiedy  tylko  skończyła  się  narada,  sprawdziłem 
mój prywatny kosmoport. Okazało się, że już zajęli go jego ludzie. To było oczywiste naruszenie 
autonomii  kontynentalnej.  Czyste  chamstwo.  Autentycznie!  Ale  Fife,  chociaż  bezczelny,  nie  jest 
zbyt  bystry.  Myślał,  że  niektórzy  z  nas  spróbują  opuścić  planetę,  więc  kazał  pilnować 
kosmoportów, ale... - tu Steen uśmiechnął się chytrze i wydał cichy chichot - ...nie przyszło mu do 
głowy, żeby obserwować lotniska żyroplanów. Pewnie sądził, że na całej planecie nie znajdziemy 
bezpiecznego miejsca. Tymczasem ja pomyślałem o ambasadzie Trantora. Tamci na to nie wpadli. 
Byli tacy męczący. Szczególnie Bort. Znacie Borta? Jest strasznie nieokrzesany. Po prostu brudny. 
Rozmawia ze mną tak, jakby to, że jestem czysty i przyjemnie pachnę, było przestępstwem. 
        Przytknął  czubki  palców  do  nosa  i  powąchał.  Abel  lekko  dotknął  dłoni  Junza,  który 
niespokojnie wiercił się w fotelu. Ambasador powiedział do Posiadacza: 
        - Zostawił pan rodzinę. Nie sądzi pan, że Fife może ją wykorzystać przeciw panu? 
        -  Nie  mogłem  wepchnąć  wszystkich  bliskich  do  żyroplanu  -  odparł  tamten  i  lekko 
poczerwieniał.  -  Fife  nie  odważy  się  ich  tknąć.  Poza  tym,  jutro  będę  z  powrotem  na  moim 
kontynencie. 
        - W jaki sposób? - zapytał Abel. 
        Steen spojrzał na niego ze zdumieniem. Rozchylił wąskie wargi. 
        - Proponuję przymierze, Wasza Wysokość. Nie może pan udawać, że Trantor nie interesuje się 
Sark. Może pan poinformować Fife’a, że jakakolwiek próba zmiany konstytucji Sark zmusi Trantor 
do interwencji. 
        - Nie wiem, jak można by to zrobić - odparł Abel - nawet gdyby mój rząd mnie poparł. 
        -  Jak  można  tego  nie  zrobić?  -  spytał  urażony  Steen.  -  Jeśli  Fife  przejmie  kontrolę  nad  całą 
produkcją kyrtu, podniesie ceny, zażąda koncesji na szybkie dostawy i inne rzeczy. 
        - Czy wasza piątka nie kontroluje cen w ten sam sposób? 
        Steen wyciągnął się w fotelu. 
        - No, nie znam wszystkich szczegółów. Autentycznie. Zaraz zaczniecie mnie pytać o liczby. O 
rany, jesteście tak samo nieprzyjemni jak Bort. Żartuję, oczywiście - opanował się i zachichotał. - 
Chcę powiedzieć, że pozbywszy się  Fife, Trantor mógłby zawrzeć z nami umowę. W zamian za 
pomoc Trantor uzyskałby pewne preferencje, a może nawet pewien udział w zyskach. 
        - A jak mielibyśmy zapobiec, by nasza interwencja nie przerodziła się w wojnę galaktyczną? 

background image

        -  Och,  naprawdę,  nie  rozumiecie?  To  jasne  jak  słońce.  Nie  bylibyście  agresorami. 
Zapobieglibyście  wojnie  domowej,  aby  zapewnić  ciągłość  dostaw  kyrtu.  Ja  oznajmiłbym,  że 
poprosiłem  was  o  pomoc.  Nie  byłoby  mowy  o  żadnej  agresji.  Cała  Galaktyka  byłaby  po  waszej 
stronie. A jeżeli potem Trantor odniósłby jakieś korzyści, to już byłaby oczywiście sprawa między 
nami. Autentycznie! 
        Abel splótł sękate palce i przyglądał mu się uważnie. 
        -  To  nie  do  wiary,  że  chce  pan  połączyć  siły  z  Trantorem.  Uśmiechniętą  twarz  Steena 
wykrzywił przelotny grymas nienawiści. 
        - Wolę Trantor niż Fife’a - powiedział. 
        -  Nie  chciałbym  pana  straszyć  -  ostrzegł  Abel.  -  Czy  nie  lepiej  jednak  poczekać  na  dalszy 
rozwój wypadków i... 
        -  Nie,  nie!  -  zawołał  Steen.  -  Ani  dnia.  Autentycznie!  Jeśli  nie  zadziałamy  stanowczo, 
natychmiast, będzie za późno. Kiedy ogłosi się Przywódcą, nie będzie mógł wycofać się, nie tracąc 
twarzy.  Jeśli  pomożecie  mi  teraz,  ludność  Steena  poprze  mnie,  a  pozostali  Wielcy  Posiadacze 
przyłączą się do nas. Jeśli stracicie choćby dzień, Fife puści w ruch machinę swojej propagandy. 
Okrzyknie  mnie  renegatem.  Autentycznie!  Ja!  Ja!  Renegat!  Wykorzysta  wszelkie  uprzedzenia  do 
Trantora, a sami wiecie, bez obrazy, że jest ich bez liku. 
        - A jeśli poprosimy go, żeby pozwolił nam przesłuchać kosmoanalityka? 
        -  I  po  co?  On  gra  na  dwie  strony.  Nam  powie,  że  kretyn  z  Floriny  jest  kosmoanalitykiem,  a 
wam, że kosmoanalityk to kretyn z Floriny. Nie znacie tego faceta. On jest straszny! 
        Abel  zastanawiał  się.  Mruczał  coś  pod  nosem,  miarowo  poruszając  palcem  wskazującym. 
Potem powiedział: 
        - Wie pan, że mamy Mieszczanina? 
        - Jakiego Mieszczanina? 
        - Tego, który zabił strażników i Sarkańczyka. 
        - Ach! No, no! Autentycznie! Czy myślicie, że Fife przejmuje się tym, skoro zamierza przejąć 
całą Sark? 
        -  Tak  myślę.  Widzi  pan,  tu  nie  chodzi  jedynie  o  to,  że  mamy  Mieszczanina.  Istotne  są 
okoliczności  jego  pojmania.  Myślę,  Posiadaczu,  że  Fife  wysłucha  mnie,  i  wysłucha  bardzo 
uważnie. 
        Po raz pierwszy od czasu zawarcia znajomości z Ablem Junz usłyszał w głosie starego jakąś 
żywszą nutę, jakby satysfakcji, a może nawet triumfu. 
 
15. 
Więzień 
         
         
        Pani Samia z Fife niezwykle rzadko bywała sfrustrowana. A tymczasem była sfrustrowana już 
od kilku godzin, zjawisko bezprecedensowe, wręcz niewiarygodne. 
        W  kosmoporcie  znów  natknęła  się  na  kapitana  Racety.  Uprzejmy,  niemal  usłużny,  z 
nieszczęśliwym wyrazem twarzy, ubolewając zapewnił, że nie ma zamiaru się spierać, po czym z 
żelaznym uporem odmawiał spełnienia jej wyraźnie stawianych żądań. 
        W  końcu  była  zmuszona  zrezygnować  z  żądań  i  odwoływać  się  do  swoich  praw,  jak 
zwyczajny Sarkańczyk. 
        - Sądzę, iż jako obywatelka mam prawo czekać na każdy przylatujący statek, jeśli mam ochotę 
- powiedziała z jadowitą ironią. 
        Racety odchrząknął i jego pomarszczona twarz przybrała jeszcze bardziej zbolały wyraz. 
        -  W  rzeczy  samej,  pani,  wcale  nie  mamy  zamiaru  negować  tych  praw.  Jednak  otrzymaliśmy 
wyraźne rozkazy od Posiadacza, ojca pani, aby nie pozwalać pani czekać tu na statek. 
        - A zatem każe mi pan opuścić port? - rzekła lodowato Samia. 

background image

        -  Nie,  pani.  -  Dowódca  chętnie  poszedł  na  kompromis.  -  Nie  mam  rozkazu  wypraszać  cię  z 
portu.  Możesz  tu  pozostać,  jeśli  chcesz.  Jednak,  z  całym  szacunkiem,  pani,  będziemy  musieli 
powstrzymać cię, gdybyś próbowała zbliżyć się do lądowiska. 
        Odszedł, a Samia siedziała w śmiesznym luksusie swojego prywatnego pojazdu naziemnego, 
trzydzieści metrów za najdalej wysuniętą bramą wjazdową. Czekali i pilnowali jej. Na pewno nadal 
ją obserwują. Jeśli podjedzie choćby o pół metra, rozmyślała ponuro, zapewne odetną jej zasilanie. 
        Zgrzytnęła zębami. Ojciec nie powinien tego robić. Zawsze tak było. Traktowali ją tak, jakby 
niczego nie rozumiała. A myślała, że on ją zrozumie. 
         
        Wstał z fotela na powitanie, czego nigdy nie robił dla nikogo, odkąd umarła Matka. Objął ją i 
mocno uścisnął, zapominając o pracy. Nawet odesłał swojego sekretarza, bo wiedział, że ona nie 
lubi widoku bladej, nieruchomej twarzy tubylca. 
        Było  prawie  jak  za  dawnych  dni,  kiedy  żył  dziadek,  a  ojciec  nie  był  jeszcze  Wielkim 
Posiadaczem. 
        - Mia, dziecino - powiedział. - liczyłem godziny. Nie miałem pojęcia, że podróż z Floriny trwa 
tak długo. Kiedy usłyszałem, że ci tubylcy ukryli się na twoim statku, który wysłałem dla twojego 
bezpieczeństwa, o mało nie oszalałem. 
        - Tatusiu! Nie było powodu do niepokoju. 
        - Czyżby? Niewiele brakowało, a byłbym wysłał całą flotę, żeby zabrali cię i przywieźli pod 
eskortą wojskową. 
        Roześmiali się, ubawieni tym pomysłem. Minęło kilka minut, zanim Samia zdołała skierować 
rozmowę na interesujący ją temat. 
        - Co masz zamiar zrobić z gapowiczami, tato? - zagadnęła z udaną obojętnością. 
        - Dlaczego pytasz, Mio? 
         
        - Chyba nie sądzisz, że zamierzają cię zabić czy coś takiego? 
        Fife uśmiechnął się. 
        - Nie powinnaś myśleć o takich ponurych sprawach. 
        - Nie myślisz tak, prawda? 
        - Oczywiście że nie. 
         
        - To dobrze! Bo ja rozmawiałam z nimi, tato, i nie wierzę, że ci biedni ludzie mogliby zrobić 
komuś krzywdę. Nie zważam na to, co mówi kapitan Racety. 
        - Ci „biedni ludzie” naruszyli prawo, Mio. 
        - Nie możesz traktować ich jak zwykłych kryminalistów, tato - zawołała z rosnącym lękiem. 
        - A jak? 
        -  Ten  człowiek  nie  jest  tubylcem.  Pochodzi  z  planety  Ziemia.  Został  poddany  działaniu 
psychosondy i nie odpowiada za swoje czyny. 
        - Służby bezpieczeństwa na pewno wezmą to pod uwagę, moja droga. Pozostawmy to im. 
        - Nie, to zbyt ważne, żeby zostawić to im. Oni nie zrozumieją. Nikt nie rozumie. Nikt oprócz 
mnie! 
        - Tylko ty i nikt więcej, Mio? - zapytał pobłażliwie i odgarnął palcem kosmyk włosów, który 
opadł jej na czoło. 
        - Tylko ja! Ja! - zareagowała zdecydowanie Samia. - Wszyscy inni myślą, że on oszalał, a ja 
jestem  pewna,  że  nie.  On  mówi,  że  Florinie  i  całej  Galaktyce  grozi  jakieś  wielkie 
niebezpieczeństwo. On jest kosmoanalitykiem, a wiesz, że oni znają się na kosmologii. Na pewno 
ma rację! 
        - Skąd wiesz, że on jest kosmoanalitykiem? 
        - Tak mówi. 
        - A na czym polega to niebezpieczeństwo? 

background image

        -  On  nie  wie.  Jego  umysł  został  porażony  psychosondą.  Nie  rozumiesz,  że  to  najlepszy 
dowód?  Za  dużo  wiedział.  Ktoś  chciał  utrzymać  to  w  sekrecie.  -  Instynktownie  ściszyła  głos.  Z 
trudem  się opanowała, by  nie obejrzeć się przez ramię. - Nie widzisz, że jeśli  jego teoria byłaby 
błędna, nikt nie potraktowałby go psychosondą? 
        - Jeśli tak, to dlaczego nie zabili go? - spytał Fife i natychmiast tego pożałował. Nie powinien 
żartować z dziewczyny. 
        Samia przez chwilę zastanawiała się, a nie mogąc znaleźć odpowiedzi, powiedziała: 
        -  Jeśli  polecisz  Służbie  Bezpieczeństwa,  żeby  pozwolili  mi  z  nim  porozmawiać,  dowiem  się 
tego. On mi ufa. Wiem, że tak jest. Wyciągnę z niego więcej niż ci z bezpieczeństwa. Proszę, tato, 
każ Służbie Bezpieczeństwa, żeby puścili mnie do niego. To bardzo ważne, tato. 
        Fife lekko ścisnął jej zaciśnięte piąstki i uśmiechnął się. 
        - Jeszcze nie, Mio. Jeszcze nie. Za parę godzin będziemy mieli w rękach tego trzeciego. Może 
wtedy. 
        - Trzeciego? Tubylca, który zabijał? 
        - Właśnie. Statek, którym leci, wyląduje za niecałą godzinę. 
        - A do tego czasu nic nie zrobisz tej kobiecie i kosmoanalitykowi? 
        - Nic a nic. 
        - To dobrze! Pojadę do portu. 
        Wstała. 
        - Dokąd idziesz, Mia? 
        - Do portu, ojcze. Mam wiele pytań do tego drugiego tubylca. - Roześmiała się. - Udowodnię 
ci, tato, że twoja córka jest niezłym detektywem. 
        Ale Fife nie śmiał się razem z nią. 
        - Wolałbym, żebyś tego nie robiła. 
        - Dlaczego? 
        - Jest niezwykle ważne, żeby sprowadzić tu tego człowieka bez rozgłosu. Twoja obecność w 
porcie będzie rzucać się w oczy. 
        - I co z tego? 
        - Nie mogę wyjaśniać ci spraw wagi państwowej, Mio. 
        - Państwowej, phi! 
        Nachyliła się, pocałowała go w czoło i wyszła. 
        Teraz siedziała bezradnie w pojeździe, podczas gdy wysoko w górze szybko powiększała się 
plamka, czarna na tle popołudniowego nieba. 
        Dziewczyna  nacisnęła  przycisk  otwierający  schowek  z  przyborami  i  wyjęła  lornetkę,  której 
zwykle  używała  do  śledzenia  ewolucji  jednoosobowych  żyroplanów  w  stratosferycznej  grze  w 
polo. Ale mogła też posłużyć do poważniejszych celów. Przyłożyła ją do oczu i opadający punkt 
przybrał kształt miniaturowego statku z wyraźnie widoczną rdzawą poświatą silników. 
        Przynajmniej  zobaczy  wysiadających,  dowie  się  tyle,  ile  zdoła,  a  potem  jakoś  załatwi  sobie 
widzenie. 
         
        Ekran wypełniła planeta - położone w dole kontynent i ocean, częściowo zasłonięte warstwą 
białych chmur. 
        -  Kosmoport  nie  będzie  silnie  strzeżony  -  odezwał  się  Genro  rozciągając  słowa,  gdyż  całą 
uwagę skupił na pulpicie sterowniczym. - To też ja im zasugerowałem. Powiedziałem, że wszelkie 
nadzwyczajne  środki  ostrożności  mogą  ostrzec  Trantor,  że  coś  się  dzieje.  Powiedziałem,  że 
powodzenie  operacji  zależy  od  tego,  czy  Trantor  nie  zorientuje  się  w  porę  w  sytuacji.  No  cóż, 
nieważne. 
        - Co za różnica? - Terens ponuro wzruszył ramionami. 
        - Ogromna - dla ciebie. Skorzystam z platformy znajdującej się najbliżej Bramy Wschodniej. 
Gdy tylko wyląduję, wyjdziesz przez wyjście awaryjne z tyłu. Podejdź szybko, ale nie za szybko, 

background image

do bramy. Mam papiery, które umożliwią ci przejście bez żadnych problemów. A jeśli nie, decyzja 
co do dalszych kroków należy do ciebie. Z tego, co o tobie wiem, sądzę, że powinno ci się udać. 
Przed bramą będzie czekał wóz, który zabierze cię do ambasady. To wszystko. 
        - A co z tobą? 
        Sark  powoli  zmieniała  się  z  olbrzymiej  kuli  jaskrawych  brązów,  zieleni  oraz  błękitów 
zasnutych warstwą białych obłoków w coś bardziej żywego, o powierzchni poprzecinanej rzekami i 
pomarszczonej górskimi łańcuchami. 
        Genro uśmiechnął się chłodno i bez cienia wesołości. 
        -  Martw  się  o  siebie.  Gdy  przekonają  się,  że  zniknąłeś,  mogą  rozstrzelać  mnie  jako  zdrajcę. 
Jeśli  będę  nieprzytomny  i  niezdolny  do  akcji,  kiedy  mnie  znajdą,  może  tylko  uznają  mnie  za 
głupca. Ten ostatni wariant bardziej mi odpowiada, tak więc poproszę cię, żebyś, zanim odejdziesz, 
ogłuszył mnie biczem neuronowym. 
        - Czy wiesz, jak działa bicz neuronowy? - zapytał Mieszczanin. 
        - Doskonale. 
        Na skroniach Genro błyszczały kropelki potu. 
        - Skąd wiesz, że cię nie zabiję? Przecież jestem zabójcą Posiadaczy. 
        -  Wiem.  Ale  pozbawienie  mnie  życia  nie  przyniosłoby  ci  żadnych  korzyści.  Tylko  stratę 
czasu. Ryzykowałem już bardziej. 
        Widoczna  na  ekranie  powierzchnia  Sark  powiększała  się,  jej  brzegi  rozeszły  się  poza 
krawędzie monitora, środek rósł i pojawiały się nowe szczegóły. Można już było dojrzeć coś, co 
przypominało kontury sarkańskiego miasta. 
        - Mam nadzieję - rzekł Genro - że nie masz zamiaru działać na własną rękę. Sark nie jest po 
temu odpowiednim miejscem. Musisz wybrać: Trantor albo Posiadacze. Pamiętaj. 
        Teraz  już  wyraźnie  było  widać  miasto,  a  zielono-brązowa  plama  na  jego  peryferiach  rozlała 
się i zmieniła w kosmoport. Lądowisko powoli unosiło się ku nim. 
        -  Jeśli  Trantor  nie  przejmie  cię  w  ciągu  najbliższej  godziny  -  odezwał  się  znów  Genro  - 
Posiadacze dostaną cię przed upływem dnia. Nie wiem, co zrobią z tobą Trantorianie, ale wiem na 
pewno, co cię czeka od Sarkańczyków. 
        Terens  pracował  w  tutejszej  administracji.  Wiedział,  co  stanie  się  tu  z  zabójcą  Posiadacza. 
Port nadal był widoczny na ekranie, ale Genro już nie zwracał nań uwagi. Zajął się aparaturą, lecąc 
po promieniu naprowadzającym. Jakieś półtora kilometra nad powierzchnią statek powoli obrócił 
się w powietrzu, po czym zaczął opadać rufą w dół. 
        Dziewięćset  metrów  nad  platformą  ryknęły  silniki.  Mimo  hydraulicznych  amortyzatorów 
Terens czuł, jak wibrują. Ciężko zapadł w fotel. 
        - Weź bicz - polecił Genro. - Szybko. Liczy się każda sekunda. Luk awaryjny zamknie się za 
tobą. Przez kilka minut będą zastanawiali się, dlaczego nie otwieram głównego luku, następne pięć 
minut  zabierze  im  otworzenie  go  z  zewnątrz  i  jeszcze  pięć  znalezienie  mnie.  Masz  piętnaście 
minut, żeby wydostać się z portu i wsiąść do wozu. 
        Wstrząsy ustały i w głębokiej ciszy Terens uświadomił sobie, że wylądowali na Sark. 
        Włączyły  się  zmienne  pola  diamagnetyczne.  Jacht  przechylił  się  majestatycznie  i  powoli 
spoczął na boku. 
        - Teraz! - zawołał Genro. Mundur miał mokry od potu. 
        Z zamętem w głowie i łzami w oczach Terens podniósł bicz neuronowy... 
         
        Poczuł zimny powiew sarkańskiej  jesieni.  Spędził w tym  ostrym  klimacie tyle lat, że prawie 
zapomniał o łagodnym, wiecznym florińskim czerwcu. Teraz nagle przypomniał sobie czasy pracy 
w administracji, jakby nigdy nie opuszczał świata Posiadaczy. 
        Tyle że teraz był zbiegiem oskarżonym o najcięższą zbrodnię. 
        Szedł  w  rytmie,  który  wyznaczały  mu  uderzenia  serca.  Pozostawił  za  sobą  statek,  a  w  nim 
Genro,  zesztywniałego  w  paroksyźmie  bólu  od  smagnięcia  bicza.  Luk  zamknął  się  cicho,  a  on 

background image

ruszył szeroką, brukowaną drogą. Wokół roiło się od robotników i mechaników. Każdy miał swoją 
pracę i własne kłopoty. Nie przystawali, żeby spojrzeć komuś w twarz. Nie mieli powodu. 
        Czy ktoś widział, jak wysiadał ze statku? 
        Mówił sobie, że nikt, inaczej już słyszałby odgłosy pogoni. 
        Nieznacznie  dotknął  nakrycia  głowy.  Nadal  miał  je  naciągnięte  na  uszy,  a  przyczepiony  do 
mycki medalion był  gładki w dotyku. Genro powiedział, że dzięki temu zidentyfikują go. Ludzie 
Trantora będą wypatrywać tego medalionu, błyszczącego w słońcu. 
        Mógł go zdjąć, zniknąć w tłumie i spróbować dostać się na inny statek - może. Mógłby uciec - 
może. 
        Zbyt  wiele  tych  „może”!  W  głębi  duszy  wiedział,  że  dotarł  do  kresu  drogi  i  -  jak  stwierdził 
Genro  -  musi  wybierać  między  Trantorem  a  Posiadaczami.  Nienawidził  i  bał  się  Trantora,  lecz 
wiedział, że w żadnym razie nie może wybrać Posiadaczy. 
         
        Hej, ty! Ty tam! 
        Terens  zamarł.  Obejrzał  się  przerażony.  Trzydzieści  metrów  przed  nim  jest  brama.  Jeśli 
pobiegnie... Nie wypuszczą biegnącego człowieka. Nie odważy się. Nie wolno mu biec. 
        Z otwartego okna pojazdu, jakiego Terens nie widział nigdy w życiu, nawet w czasie piętnastu 
lat  spędzonych  na  Sark,  wyglądała  twarz  młodej  kobiety.  Wóz  błyszczał  metalem  i  skrzył  się 
przezroczystym gemmitem. 
        - Chodź tu - powiedziała. 
        Nogi same poniosły Terensa do pojazdu. Genro mówił, że wóz Trantora będzie czekał przed 
kosmoportem.  A może nie? Czy przydzieliliby takie zadanie kobiecie? A właściwie dziewczynie. 
Dziewczynie o śniadej, pięknej twarzy. 
        - Przyleciałeś statkiem, który właśnie wylądował, prawda? - spytała. 
        Milczał. Zniecierpliwiła się. 
        - Daj spokój, widziałam, jak wysiadłeś ze statku! 
        Postukała palcem w lornetkę. Widział już coś takiego. 
        - Tak. Tak - wymamrotał. 
        Przytrzymała  mu  otwarte  drzwi.  W  środku  wóz  był  jeszcze  bardziej  luksusowy.  Siedzenie 
było miękkie, wszystko pachniało nowością, a dziewczyna śliczna. 
        - Czy jesteś członkiem załogi? - spytała. 
        Terens uznał, że chce go wypróbować. 
        - Wiesz, kim jestem - odparł. 
        Odruchowo dotknął ręką medalionu. 
        Wóz  cofnął  się  i  zawrócił,  nawet  najcichszym  dźwiękiem  nie  zdradzając  pracy  układu 
napędowego. 
        Przy  bramie  Terens  wcisnął  się  w  miękkie,  chłodne,  pokryte  kyrtem  siedzenie  wozu,  ale 
niepotrzebnie się obawiał. Dziewczyna rzuciła kilka stanowczych słów i przejechali. Powiedziała: 
        - Ten mężczyzna jest ze mną. Ja jestem Samia z Fife. 
        Minęło kilka sekund, zanim zmęczony Terens w pełni zrozumiał znaczenie tych słów. Sprężył 
się w fotelu, ale wóz już pędził setką po drodze szybkiego ruchu. 
         
        Robotnik  z  obsługi  portu  odprowadził  ich  wzrokiem  i  mruknął  coś  w  klapę  swojej  kurtki. 
Potem  wszedł  do  budynku  i  wrócił  do  pracy.  Nadzorca  zmarszczył  brwi  i  zanotował  sobie  w 
pamięci,  żeby  porozmawiać  z  górą  o  tych  półgodzinnych  przerwach  na  papierosa  połączonych  z 
wystawaniem na zewnątrz. 
        Jeden z dwóch mężczyzn siedzących w pojeździe przed portem powiedział ze złością: 
        - Wsiadł do wozu z dziewczyną? Jakiego wozu? Z jaką dziewczyną? 
        Mimo sarkańskiego ubioru mówił z wyraźnym akcentem mieszkańca arkturiańskich światów 
Imperium Trantora. 

background image

        Jego  towarzysz  był  Sarkańczykiem,  dobrze  znającym  miejscowe  układy.  Kiedy  pojazd 
przejechał  przez  bramę  i  nabierając  szybkości  zaczął  wjeżdżać  na  drogę  szybkiego  ruchu, 
Sarkańczyk uniósł się z fotela i zawołał: 
        - To samochód pani Samii! Nie ma drugiego takiego. Na Galaktykę, co mamy robić? 
        - Za nią! - rzucił krótko pierwszy. 
        - Ale przecież pani Samia... 
        - Dla mnie jest niczym. I dla ciebie też powinna być niczym. Jeśli nie, to co tu robisz? 
        Ich wóz już skręcał, wspinając się na szeroki, niemal pusty pas, po którym mogły poruszać się 
tylko najszybsze pojazdy naziemne. 
        -  Nie  dogonimy  go!  -  jęknął  Sarkańczyk.  -  Jak  nas  tylko  zauważy,  doda  gazu.  Może  nim 
wyciągnąć dwieście pięćdziesiąt. 
        -  Na  razie  jedzie  setką  -  powiedział  Arkturianin.  I  po  chwili  dodał:  -  Nie  jadą  do 
bezpieczeństwa. To pewne. - I po chwili: - Nie kierują się też do pałacu Fife’a. - I znów po chwili: - 
Niech mnie przestrzeń pochłonie, jeśli wiem, dokąd ona jedzie. Znów wyjeżdża z miasta. 
        -  Skąd  wiemy  -  spytał  Sarkańczyk  -  że  w  wozie  jest  ten,  o  kogo  nam  chodzi?  A  jeśli  to 
podstęp, żeby odciągnąć nas od portu? Ona wcale nie próbuje nas zgubić i przecież nie używałaby 
takiego wozu, gdyby chciała być nie zauważona. Widać go na dwie mile. 
        - Wiem, ale przecież Fife nie wysłałby swojej córki, żeby się nas pozbyć. Oddział strażników 
zrobiłby to lepiej. 
        - Może w środku jest ktoś inny, nie prawdziwa Samia. 
        - Dowiemy się, człowieku. Zwalniają. Wyprzedź ich i zatrzymaj się za zakrętem! 
         
        Chcę z tobą porozmawiać - powiedziała dziewczyna. 
        Terens  doszedł  do  wniosku,  że  to  nie  jest  zwyczajna  pułapka,  jak  początkowo  myślał.  Ta 
dziewczyna  to  Samia  z  Fife.  To  na  pewno  ona.  Nie  wyobraża  sobie,  że  ktoś  mógłby  się  jej 
sprzeciwić. 
        Ani razu się nie obejrzała, żeby sprawdzić,  czy nie są śledzeni.  On trzy  razy, kiedy skręcali, 
zauważył z tyłu ten pojazd, który trzymał się w jednakowej odległości za nimi. 
        To nie był przypadkowy wóz. Na pewno nie. Może to był Trantor, co byłoby dobre. A może 
to był Sark, i wtedy pani Samia byłaby cennym zakładnikiem. 
        - Jestem gotowy - rzekł. 
        - Byłeś na statku, który przywiózł tubylca z Floriny? Tego poszukiwanego za zabójstwa? 
        - Już mówiłem... 
        -  Bardzo  dobrze.  Przywiozłam  cię  tutaj,  żeby  nikt  nam  nie  przeszkadzał.  Czy  w  czasie 
podróży na Sark przesłuchiwano tubylca? 
        Takiej  naiwności,  pomyślał  Terens,  nie  można  udać.  Ona  naprawdę  nie  wie,  z  kim  ma  do 
czynienia. 
        - Tak - odparł ostrożnie. 
        - Czy byłeś obecny przy przesłuchaniu? 
        - Tak. 
        - Dobrze. Tak myślałam. A dlaczego opuściłeś statek? 
        To jest pytanie, pomyślał Terens, które powinnaś była zadać na początku. 
        - Miałem złożyć szczegółowy raport... - zawahał się. 
        -  Mojemu  ojcu?  -  podchwyciła  natychmiast  dziewczyna.  -  Nie  martw  się.  Obronię  cię. 
Powiem, że kazałam ci jechać ze mną. 
        - Doskonale, pani. 
        Słowo  „pani”  utkwiło  mu  głęboko  w  podświadomości.  Ona  była  damą,  najznamienitszą  na 
tym świecie, a on zwykłym Florińczykiem. Ktoś, kto może zabić strażnika, może poważyć się też 
zabić Sarkańczyka, a ktoś, kto może zabić Sarkańczyka, może spojrzeć w twarz damie. 
        Popatrzył na nią twardo i badawczo. Uniósł głowę i spojrzał z góry. 

background image

        Była bardzo piękna. 
        Jako najznamienitsza dama w tej krainie, nie mogła być świadoma jego rozterek. 
        -  Chciałabym  -  powiedziała  -  żebyś  powtórzył  mi  wszystko,  co  słyszałeś  na  przesłuchaniu. 
Chcę wiedzieć wszystko, co wyznał wam tubylec. To bardzo ważne. - Czy mogę zapytać, dlaczego 
tak interesuje panią ten tubylec? 
        - Nie, nie możesz - ucięła. 
        - Jak sobie życzysz, pani. 
        Nie  wiedział,  co  ma  jej  powiedzieć.  Owładnęły  nim  sprzeczne  uczucia.  Z  jednej  strony 
pragnął, by jak najszybciej dogonił ich tamten wóz. Z drugiej - chciał siedzieć tu bez końca i mieć 
przy sobie twarz i ciało tej pięknej kobiety. 
        Florińczycy  pracujący  w  administracji  oraz  pełniący  funkcje  Mieszczan  teoretycznie  żyli  w 
celibacie. W praktyce większość obchodziła to ograniczenie. Terens również - na tyle, na ile miał 
odwagę i możliwości. Jego doświadczenia były co najmniej mało satysfakcjonujące. 
        Nigdy dotąd nie siedział tak blisko pięknej dziewczyny, w tak luksusowym wozie, z daleka od 
ludzi. Doniosłość tego przeżycia przesłoniła mu wszystko. 
        Czekała  na  odpowiedź,  jej  ciemne  (ach,  jak  ciemne)  oczy  błyszczały  ciekawością,  pełne, 
czerwone  wargi  bezwiednie  rozchyliły  się  w  oczekiwaniu,  kyrtowy  strój  podkreślał  powab  jej 
figury.  Była  zupełnie  nieświadoma,  że  ktoś,  ktokolwiek,  mógłby  żywić  tak  śmiałe  myśli  wobec 
Samii z Fife. 
        W jednej chwili opuściło go pragnienie, by pościg się zbliżył. 
        Jak  błyskawica  przez  głowę  przeleciała  mu  myśl,  że  zabicie  Posiadacza  nie  jest  najcięższą 
zbrodnią. 
        Nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Miał tylko świadomość, że jej drobne ciało znalazło 
się  w  jego  ramionach;  zesztywniała,  krzyknęła  cicho,  lecz  on  stłumił  ten  okrzyk,  nakrywając  jej 
usta swoimi wargami... 
         
        Poczuł na ramionach czyjeś ręce, a na plecach powiew zimnego powietrza, które wpadło przez 
otwarte drzwi wozu. Chwycił za broń, za późno. Ktoś wyrwał mu ją z ręki. Samia z trudem łapała 
oddech. 
        - Widziałeś, co on zrobił? - odezwał się Sarkańczyk porażony grozą. 
        -  Nic  takiego!  -  powiedział  Arkturianin.  Schował  do  kieszeni  czarną  pałkę  i  zasunął  zamek 
magnetyczny. - Bierz go! 
        Sarkańczyk wywlókł Terensa z wozu. 
        - A ona mu pozwoliła - mruczał. - Pozwoliła mu! 
        - Kim jesteście? - Samia odzyskała swoją zwykłą energię. - Czy przysłał was mój ojciec? 
        - Żadnych pytań, proszę - odparł Arkturianin. 
        - Jesteś obcy - stwierdziła ze złością Samia. 
        - Na Sark! - Wzburzony Sarkańczyk zacisnął pięści. - Powinienem mu rozwalić łeb! 
        - Daj spokój! - Arkturianin chwycił go za ramię i przytrzymał. 
        - Istnieją pewne granice - rzekł tamten. - Mogę pogodzić się z tym, że ktoś zabił Posiadacza. 
Sam  chciałbym  paru zabić. Ale stać tu  i  patrzeć,  jak tubylec robi  to,  co on zrobił,  to  dla mnie za 
wiele. 
        - Tubylec? - zawołała Samia nienaturalnie wysokim głosem. 
        Sarkańczyk pochylił się i zerwał myckę z głowy Terensa. 
        Mieszczanin  pobladł,  lecz  nie  poruszył  się.  Nie  odrywał  oczu  od  dziewczyny,  a  jego  jasne 
włosy lekko falowały na wietrze. 
        Samia bez sił cofnęła się najdalej jak mogła w głąb wozu, a potem gwałtownie ukryła twarz w 
dłoniach. 
        - Co zamierzasz z nią zrobić? - spytał Sarkańczyk. 
        - Nic. 

background image

        - Widziała nas. Zanim ujedziemy kilometr, ściągnie nam na kark całą planetę. 
        - Czyżbyś zamierzał zabić damę z Fife? - zapytał zjadliwie Arkturianin. 
        -  No,  nie.  Ale  możemy  uszkodzić  jej  samochód.  Zanim  dotrze  do  radiotelefonu,  będziemy 
daleko. 
         
        - Nie trzeba. 
        Arkturianin zajrzał do pojazdu. 
        - Pani, nie mam wiele czasu. Słyszysz mnie? 
        Nie poruszyła się. 
        -  Lepiej wysłuchaj  mnie. Przykro mi, że przerwałem czułą  scenę, ale dla mnie to  szczęśliwa 
okoliczność.  Działałem  błyskawicznie  i  udało  mi  się  zarejestrować  tę  scenę  kamerą.  Przekażę 
negatyw w bezpieczne miejsce pięć minut  potem,  jak stąd odjadę, a jeśli później sprawi mi pani 
jakieś kłopoty, będę musiał okazać się naprawdę niemiły. Jestem pewien, że się rozumiemy. 
        Odwrócił się. 
        - Ona nic nie powie. Ani słowa. Chodź ze mną, Mieszczaninie. 
        Terens nie zdołał się odwrócić i spojrzeć na bladą, ściągniętą twarz w oknie. 
        Cokolwiek  miało  teraz  nastąpić,  dokonał  cudu.  Przez  jedną  wspaniałą  chwilę  całował 
najdumniejszą damę Sark, czuł lekki dotyk jej miękkich, pachnących ust. 
 
16. 
Oskarżony 
         
         
        Dyplomacja  ma  swój  język  i  swoje  prawa.  Stosunki  między  przedstawicielami  suwerennych 
państw  określone  protokołem  bywają  napuszone,  a  czasem  wręcz  śmieszne.  Wyrażenie 
„nieprzyjemne  konsekwencje”  oznacza  w  tym  języku  wojnę,  a  „odpowiednie  uzgodnienia”  - 
poddanie się. 
        W miarę możliwości Abel wolał unikać dyplomatycznych dwuznaczności. Połączywszy się z 
Fife’em po wąskiej, prywatnej wiązce, zachowywał się jak zwyczajny starszy pan gawędzący przy 
kieliszku wina. 
        - Trudno cię złapać, Fife - powiedział. 
        Fife uśmiechnął się. Był spokojny i odprężony. 
        - Ciężki dzień, Abel. 
        - Tak. Coś słyszałem. 
        - Steen? - spytał obojętnie Posiadacz. 
        - Między innymi. Jest u nas od kilku godzin. 
        - Wiem. To po trosze moja wina. Masz zamiar oddać go nam? 
        - Obawiam się, że nic z tego. 
        - To przestępca. 
        Abel zachichotał i obrócił puchar w dłoni, obserwując leniwie wypływające bąbelki. 
        -  Możemy  go  potraktować  jako  uchodźcę  politycznego.  Na  terytorium  Trantora  chroni  go 
prawo międzygwiezdne. 
        - Twój rząd cię poprze? 
        - Myślę, że tak, Fife. Pracując w Ministerstwie Spraw Zagranicznych od trzydziestu siedmiu 
lat, wiem, co Trantor poprze, a czego nie. 
        - Mogę sprawić, że Sark zażąda twego odwołania. 
        - I co ci to da? Jestem pokojowo nastawionym facetem, który dobrze żyje ze wszystkimi. Mój 
następca może być inny. 
        Zapadła cisza. Fife wydął usta. 
        - Chyba masz jakąś propozycję. 

background image

        - Tak. Masz naszego człowieka. 
        - Jakiego człowieka? 
        -  Kosmoanalityka.  Tubylca  z  planety  Ziemia,  która  -  nawiasem  mówiąc  -  jest  częścią 
Imperium Trantora. 
        - Steen ci to powiedział? 
        - Między innymi. 
        - Czy on widział tego Ziemianina? 
        - Tego nie mówił. 
        - No więc, nie widział. W tej sytuacji wątpię, abyś mógł ufać jego słowom. 
        Abel odstawił kieliszek i splótł dłonie na brzuchu. 
        - Mimo to jestem pewien, że Ziemianin istnieje. Mówię ci, Fife, powinniśmy dogadać się w tej 
sprawie. Ja mam Steena, a ty Ziemianina. A więc remis. Zanim przystąpisz do realizacji tego, co 
zaplanowałeś,  zanim  wygaśnie  termin  twojego  ultimatum i  wykonasz  swój  coup  d’etat,  dlaczego 
nie naradzić się nad ogólną sytuacją w produkcji kyrtu? 
        -  Nie  widzę  potrzeby.  To,  co  dzieje  się  teraz  na  Sark,  to  sprawa  czysto  wewnętrzna.  Jestem 
gotów osobiście zagwarantować, że wydarzenia polityczne w żaden sposób nie odbiją się na handlu 
kyrtem. To, jak sądzę, powinno upewnić Trantor, że jego słuszne interesy nie ucierpią. 
        Abel wypił łyk wina i pogrążył się w zadumie. 
        - Zdaje się - powiedział po chwili - że to jeszcze nie wszystko. Mamy też drugiego uchodźcę 
politycznego. Dziwny przypadek. To jeden z waszych florińskich poddanych. Mieszczanin. Mówi, 
że nazywa się Myrlyn Terens. 
        Oczy Posiadacza zabłysły. 
        -  Tak  podejrzewaliśmy.  Na  Sark,  Abel,  są  jakieś  granice  ingerencji  Trantora  w  wewnętrzne 
sprawy  tej  planety.  Człowiek,  którego  porwaliście,  jest  mordercą.  Nie  możecie  zrobić  z  niego 
uchodźcy politycznego. 
        - A więc, czy chcesz tego człowieka? 
        - Chodzi ci o wymianę? 
        - Nie, o naradę, o której mówiłem. 
        - Za jednego florińskiego mordercę? Nie ma mowy. 
        -  Jednak  sposób,  w  jaki  Mieszczanin  zdołał  do  nas  uciec,  jest  dość  osobliwy.  Może 
zainteresuje cię, że... 
         
        Junz  krążył  po  pokoju,  potrząsając  głową.  Była  już  późna  noc.  Chciałby  się  przespać,  ale 
wiedział, że musiałby mieć do tego somninę. 
        -  Mogłem  zagrozić  użyciem  siły  -  wywodził  Abel  -  tak  jak  proponował  Steen.  Ale  to  nie 
byłoby  dobre.  Ryzyko  duże,  a  rezultat  niepewny.  Dopóki  jednak  Mieszczanin  nie  znalazł  się  w 
naszych rękach, nie widziałem innej możliwości, jak tylko bezczynność polityczna. 
        -  Nie  -  Junz  gwałtownie  potrząsnął  głową.  -  Coś  trzeba  było  zrobić.  Jednak  to  wygląda  na 
szantaż. 
        - Z punktu widzenia formalnego - może. A co według pana powinienem był zrobić? 
        -  Dokładnie  to,  co  pan  zrobił.  Nie  jestem  hipokrytą,  Abel.  A  raczej  staram  się  nie  być.  Nie 
będę potępiał pańskich metod, skoro zamierzam wykorzystać rezultaty. Tylko co z dziewczyną? 
        - Jeśli Fife dotrzyma umowy, nic jej nie będzie. 
        - Żal mi jej. Nie lubię sarkańskiej arystokracji za to, jak postępują z Floriną, ale nie mogę nie 
współczuć dziewczynie. 
        - Jako jednostce, tak. Bo prawdziwa odpowiedzialność spoczywa na samej Sark. Słuchaj, pan, 
czy całował pan kiedyś dziewczynę w samochodzie? 
        Junz uśmiechnął się leciutko kątem ust. 
        - Tak. 

background image

        -  I ja też, chociaż pewnie muszę sięgnąć pamięcią dalej niż pan. W tej chwili w takie rzeczy 
może bawi się moja najstarsza wnuczka. Czymże jest pocałunek ukradziony  w samochodzie, jak 
nie  wyrazem  najnaturalniejszego  w  Galaktyce  uczucia?  Spróbujmy  spojrzeć  na  to  tak.  Jest 
dziewczyna,  z  wyższych  sfer,  która  zbiegiem  okoliczności  znalazła  się  w  jednym  pojeździe  z  - 
dajmy  na  to  -  przestępcą.  On  wykorzystuje  okazję  i  całuje  ją.  Pod  wpływem  impulsu  i  bez  jej 
zgody.  Co  ona  może  czuć?  Co  może  odczuwać  jej  ojciec?  Upokorzenie?  Możliwe.  Gniew? 
Oczywiście. Złość? Niesmak? Urazę? Zgoda na wszystko. Ale uważać córkę za zhańbioną? Nie! 
Do  tego  stopnia  zhańbioną,  że  jest  gotowy  narazić  żywotne  interesy  państwa,  aby  zatuszować 
sprawę? Bzdura! 
        Tymczasem  tak  właśnie  wygląda  sytuacja,  a  mogło  się  to  zdarzyć  wyłącznie  na  Sark.  Ta 
Samia  nie  zrobiła  nic  złego;  była  tylko  uparta  i  trochę  naiwna.  Jestem  pewien,  że  już  ją  ktoś 
całował. I jeszcze nieraz pocałuje; może to być każdy prócz Florińczyka; nikt nie powie jej złego 
słowa. Ale ją pocałował Florińczyk! To nieważne, że ona nie wiedziała. Nieważne, że on wymusił 
ten  pocałunek.  Gdybyśmy  opublikowali  zdjęcie  Samii  w  ramionach  Florińczyka,  uczynilibyśmy 
nieznośnym życie tej dziewczyny i jej ojca. Widziałem  twarz Fife’a,  gdy patrzył na zdjęcie. Nie 
można było poznać, że Mieszczanin jest Florińczykiem. Był w stroju Sarkańczyka, a czapka dobrze 
zakrywała mu włosy. Ma jasną skórę, ale to niczego nie dowodzi. Mimo to, Fife wie, że to nie lada 
gratka dla wszystkich zainteresowanych skandalami i sensacyjkami i że zdjęcie zostanie uznane za 
niepodważalny  dowód.  Wie,  że  jego  polityczni  przeciwnicy  wykorzystają  je  bezlitośnie.  Możesz 
nazywać  to  szantażem,  Junz,  i  może  masz  rację,  lecz  ten  szantaż  nie  udałby  się  na  żadnej  innej 
planecie Galaktyki. Ich własny chory system społeczny dał nam tę broń do ręki, a ja użyłem jej bez 
wahania. 
        Junz westchnął. 
        - I na czym stanęło? 
        - Spotkamy się jutro w południe. 
        - Wycofa swoje ultimatum? 
        - Oczywiście. Udam się do jego biura osobiście. 
        - Czy to konieczne ryzyko? 
        -  Nie  ma  żadnego  ryzyka.  Spotkamy  się  przy  świadkach.  Ponadto  nie  mogę  się  doczekać, 
kiedy ujrzymy tego kosmoanalityka, którego tak długo szukałeś. 
        - Ja też mam iść? - pytał niespokojnie Junz. 
        -  Och,  tak.  I  Mieszczanin.  Potrzebujemy  go,  żeby  zidentyfikował  kosmoanalityka.  I  Steen, 
rzecz jasna. Wszyscy będziecie tam obecni w postaci trójwymiarowych projekcji. 
        - Dziękuję. 
        Ambasador ziewnął i zamrugał załzawionymi oczami. 
        -  Teraz,  jeśli  pan  pozwoli,  nie  spałem  dwa  dni  i  jedną  noc,  a  obawiam  się,  że  mój  stary 
organizm nie zniesie więcej antisomniny. Muszę przespać się trochę. 
         
        Ze  względu  na  doskonałość  trójwymiarowej  projekcji  uczestnicy  ważnych  narad  rzadko 
spotykali  się  twarzą  w  twarz.  Fife  odbierał  materialną  obecność  starego  ambasadora  jako 
nieprzyzwoitość.  Na  oliwkowej  cerze  Posiadacza  nie  było  widać  rumieńca,  ale  jego  twarz 
wykrzywiał grymas gniewu. 
        Musiał milczeć. Nie mógł nic powiedzieć. Mógł tylko ponuro spoglądać na siedzących przed 
nim ludzi. 
        Abel! Stary ramol w nędznych ciuchach, mający poparcie miliona światów. 
        Junz!  Ciemnoskóry,  wełnistowłosy  wichrzyciel,  który  przez  swój  upór  doprowadził  do 
kryzysu. 
        Steen! Zdrajca! Boi się spojrzeć mu w oczy! 
        Mieszczanin!  Jego  widok  był  najtrudniejszy  do  zniesienia.  Tubylec,  który  zhańbił  swoim 
dotknięciem córkę Fife’a, po czym schroniłsię za murami ambasady Trantora. Gdyby był sam, Fife 

background image

zgrzytałby zębami i waliłby pięścią w biurko. A tak, choć z najwyższym trudem, musi zachować 
kamienną twarz. Gdyby nie Samia... Odepchnął od siebie tę myśl. Jej upór zawdzięczał własnym 
zaniedbaniom  i  nie  może  mieć  teraz  do  niej  pretensji.  Nie  próbowała  usprawiedliwiać  się  ani 
pomniejszać  swojej  winy.  Opowiedziała  mu  wszystko  o  swoich  próbach  odgrywania  roli 
międzygwiezdnego szpiega i  o tym,  jak fatalnie się one skończyły.  Zawstydzona i  rozgoryczona, 
liczyła na jego zrozumienie - i nie zawiedzie się. Nie zawiedzie się, nawet gdyby miało to oznaczać 
zniszczenie budowli, jaką wznosił. 
        -  Zostałem  zmuszony  do  zwołania  tej  narady  -  zaczął.  -  Nie  widzę  sensu  mówić  wam 
cokolwiek. Jestem tu, aby słuchać. 
        - Sądzę - odezwał się Abel - że Steen pierwszy zechce powiedzieć swoje. 
        Pogarda w oczach Fife’a ubodła Steena. 
        -  Zmusiłeś  mnie  do  przejścia  na  stronę  Trantora,  Fife!  -  wrzasnął.  -  Pogwałciłeś  zasadę 
autonomii kontynentalnej. Chyba nie spodziewałeś się, że na to przystanę. Autentycznie! 
        Fife nie odpowiedział, a Abel upomniał go z wyczuwalną pogardą w głosie. 
        - Do rzeczy, Steen. Mówiłeś, że masz coś do powiedzenia. Mów. 
        Bladożółte policzki Steena poczerwieniały bez użycia różu. 
        -  Powiem,  i  to  zaraz.  Nie  uważam  się,  rzecz  jasna,  za  takiego  detektywa,  jakim  mieni  się 
Posiadacz  Fife,  ale  umiem  myśleć.  Autentycznie!  I  zrobiłem  użytek  z  tej  umiejętności.  Fife 
opowiedział nam wczoraj historyjkę o tajemniczym zdrajcy, którego nazwał X. Zrozumiałem, że to 
tylko gadanina, żeby ogłosić stan zagrożenia. Nie dałem się zwieść nawet przez minutę. 
        - Nie ma X? - spytał cicho Fife. - To dlaczego ty uciekłeś? Ucieczka to jak przyznanie się do 
winy. 
        -  Tak  myślisz?  Autentycznie?  -  zawołał  Steen.  -  No  cóż,  uciekłbym  z  płonącego  budynku, 
nawet gdybym to nie ja podłożył ogień. 
        - Dalej, Steen - ponaglał Abel. 
        Steen  oblizał  wargi  i  zaczął  uważnie  przyglądać  się  swoim  paznokciom.  Mówiąc,  gładził  je 
lekko. 
        - Jednak wtedy przyszło mi do głowy: po co on wymyśla taką skomplikowaną historyjkę? To 
nie w jego stylu.  Autentycznie!  Fife tak nie działa. Znam  go. Wszyscy  go znamy. On nie ma za 
grosz wyobraźni. Wasza Wysokość. To zwykły brutal! Prawie tak nieznośny jak Bort. 
        Fife zmarszczył brwi. 
        - Abel, czy on wreszcie coś powie, czy tylko będzie bełkotał? 
        - Dalej, Steen - rzekł Abel. 
        -  Już,  tylko  dajcie  mi  mówić.  Po  czyjej  stronie  jesteście?  Powiedziałem  sobie  (zaraz  po 
obiedzie), powiedziałem: po co taki człowiek jak Fife wymyślałby taką bajeczkę? Była tylko jedna 
odpowiedź.  Nie  mógł  tego  wymyślić.  Nie  z  jego  umysłem.  A  zatem  to  musi  być  prawda.  Musi. 
Poza tym, przecież strażnicy naprawdę zostali zabici, chociaż Fife z łatwością mógłby zaaranżować 
te zabójstwa. 
        Fife wzruszył ramionami. Steen mówił dalej. 
        -  Tylko  kim jest  X? Ja nim nie jestem.  Autentycznie! Wiem,  że to nie ja!  I przyznaję, że on 
musi  być  Wielkim  Posiadaczem.  A  który  z  Wielkich  Posiadaczy  wie  o  nim  najwięcej?  Który  z 
Wielkich Posiadaczy od roku usiłował  wykorzystać historię z kosmoanalitykiem, aby wystraszyć 
pozostałych i skłonić do tego, co on nazywa „zjednoczonym działaniem”, a ja nazywam dyktaturą 
Fife’a? Powiem wam, kim jest X. 
        Steen  wstał;  jego  głowa  dotknęła  górnej  linii  receptora  i  spłaszczyła  się.  Wyciągnął  drżący 
palec. 
        - To on jest X. Posiadacz Fife. On znalazł kosmoanalityka. On pozbył się go, kiedy zobaczył, 
że nie przejęliśmy się bajeczkami, jakie usłyszeliśmy na pierwszej konferencji, a potem znowu go 
sprowadził, kiedy już przygotował przewrót wojskowy. 
        Fife ze znużeniem powiedział do Abla: 

background image

        - Czy on już skończył? Jeśli tak, wyłączcie go. Normalny człowiek nie może tego słuchać. 
        - Czy chcesz jakoś skomentować jego słowa? - spytał Abel. 
        -  Oczywiście,  że  nie.  Nie  są  warte  komentarza.  Ten  człowiek  jest  w  desperacji.  Nie  wie,  co 
mówi. 
        -  Nie  możesz  tego  zignorować,  Fife  -  zawołał  Steen.  Spojrzał  na  pozostałych.  Oczy  miał 
zwężone,  a  twarz  bladą  i  pełną  napięcia.  Nie  usiadł.  -  Słuchajcie.  Powiedział,  że  jego  agenci 
znaleźli kartoteki w gabinecie lekarza. Mówił, iż lekarz zginął w wypadku potem, jak stwierdził, że 
kosmoanalityk  jest  ofiarą  użycia  psychosondy.  Że  zamordował  go  X,  aby  ukryć  tożsamość 
kosmoanalityka. Tak powiedział. Spytajcie go. Spytajcie, czy tego nie powiedział. 
        - A jeśli powiedziałem? - zainteresował się Fife. 
        -  To  zapytajcie  go,  skąd  wziął  kartoteki  lekarza,  który  umarł  i  został  pochowany  kilka 
miesięcy temu. A może Fife miał je przez cały czas?! Autentycznie! 
        -  Bzdury  -  rzekł  Fife.  -  Możemy  tak  tracić  czas  w  nieskończoność.  Inny  lekarz  przejął 
praktykę  zabitego  i  jego  kartoteki.  Czy  ktoś  sądzi,  że  karty  pacjentów  niszczy  się  po  śmierci 
lekarza? 
        - Nie, oczywiście, że nie - powiedział Abel. 
        Steen zająknął się i usiadł. 
        -  No  i  co  dalej?  -  zapytał  Fife.  -  Czy  któryś  z  was  ma  jeszcze  coś  do  powiedzenia.  Kolejne 
oskarżenia? Dalsze sugestie? 
        Mówił cicho. Ton jego głosu zdradzał rozgoryczenie. 
        - No cóż - odparł Abel. - Steen powiedział swoje i przejdźmy do następnego punktu. Junz i ja 
przybyliśmy tu w innej sprawie. Chcielibyśmy zobaczyć kosmoanalityka. 
        Dłonie  Fife’a  spoczywały  na  blacie  biurka.  Teraz  podniósł  je  i  mocno  ścisnął  krawędź. 
Ściągnął czarne brwi i powiedział: 
        - Zatrzymaliśmy człowieka z zaburzeniami umysłowymi, który podaje się za kosmoanalityka. 
Każę go tu sprowadzić! 
         
        Valonie March nigdy, przenigdy nawet nie śniło się, że mogą istnieć takie wspaniałości. Przez 
cały  dzień,  od  kiedy  wylądowali  na  planecie  Sark,  wszystko  wydawało  jej  się  wprost  cudowne. 
Nawet więzienne cele, w których umieszczono osobno ją i Rika, zdawała się spowijać jakaś aura 
niezwykłości. Woda tryskała z dziury w rurze za pociśnięciem guzika. Ciepło buchało ze ściany, 
chociaż powietrze na zewnątrz było chłodniejsze niż kiedykolwiek na Florinie. I każdy, kto do niej 
mówił, miał na sobie takie piękne stroje. 
        Przechodziła  przez  pokoje,  w  których  było  mnóstwo  najróżniejszych  rzeczy,  jakich  jeszcze 
nigdy nie widziała. Ten był większy od innych, ale prawie pusty. Było w nim jednak więcej osób. 
Był poważnie wyglądający mężczyzna za biurkiem i znacznie starszy, pomarszczony mężczyzna w 
fotelu, a także trzej inni... 
        Jednym z nich był Mieszczanin! 
        Rzuciła się do niego. 
        - Mieszczaninie! Mieszczaninie! 
        Ale jego tam nie było! Wstał i machnął ręką. 
        - Cofnij się, Lona. Cofnij się! 
        Przeszła przez niego. Chciała chwycić go za rękaw, ale odsunął się. Skoczyła, potknęła się i 
znowu  przeszła  przez  niego.  Na  moment  zaparło  jej  dech.  Mieszczanin  odwrócił  się,  ponownie 
stając twarzą do dziewczyny, ale Valona patrzyła już tylko na swoje nogi. 
        Obie przechodziły  przez masywną drewnianą poręcz fotela, na którym siedział Mieszczanin. 
Widziała  ją  wyraźnie,  jej  kolor  i  kształt.  Otaczała  jej  nogi,  choć  Valona  wcale  tego  nie  czuła. 
Dziewczyna wyciągnęła drżącą dłoń i jej palce zapadły się w obicie, którego również nie poczuła. 
Dalej widziała swoją dłoń. 

background image

        Valona wrzasnęła i upadła, zdążywszy jeszcze zobaczyć, jak Mieszczanin odruchowo wyciąga 
do niej ręce, przez które przeleciała jak przez powietrze. 
        Znów  siedziała  na  fotelu.  Rik  mocno  trzymał  ją  za  rękę,  a  starzec  o  pomarszczonej  twarzy 
pochylał się nad nią. 
        - Nie bój się, moja droga - mówił. - To tylko obraz. No wiesz, jak fotografia. 
        Valona rozejrzała się. Mieszczanin nadal tam siedział. Nie patrzył na nią. Wskazała palcem. 
        - Jego tam nie ma? 
        Nieoczekiwanie odezwał się Rik. 
        - To trójwymiarowa projekcja, Lono. On jest gdzie indziej, ale my możemy go tu widzieć. 
        Valona potrząsnęła  głową. Skoro Rik  tak twierdzi,  to  wszystko  w porządku. Jednak spuściła 
wzrok. Nie miała odwagi patrzeć na ludzi, którzy jednocześnie byli tam i nie byli. 
         
        Abel powiedział do Rika: 
        - A więc wiesz, co to jest trójwymiarowa projekcja, młody człowieku? 
        - Tak, proszę pana. 
        Dla Rika był to również niezwykły dzień, ale podczas gdy Valona nie mogła otrząsnąć się ze 
zdziwienia, jemu wszystko wydawało się coraz bardziej zrozumiałe i znajome. 
        - Skąd to wiesz? 
        - Nie mam pojęcia, proszę pana. Wiedziałem, zanim... zanim zapomniałem. 
        Kiedy  Valona  March  rzuciła  się  do  Mieszczanina,  Fife  nie  ruszył  się  zza  biurka.  Teraz 
powiedział kwaśno: 
        -  Przykro  mi,  że  musiałem  zakłócić  tę  naradę  sprowadzając  tu  rozhisteryzowaną  tubylczą 
kobietę. Ten tak zwany kosmoanalityk zażądał jej obecności. 
        -  Nie  szkodzi  -  odparł  Abel.  -  Zauważyłem,  że  twój  niespełna  rozumu  Florińczyk  wie  coś 
niecoś o trójwymiarowej projekcji. 
        - Pewnie dobrze go przeszkolono - odparł Fife. 
         
        - Czy był przesłuchiwany po przybyciu na Sark? 
        - Oczywiście. 
        - Z jakim wynikiem? 
        - Żadnych nowych informacji. 
        Abel zwrócił się do Rika. 
        - Jak się nazywasz? 
         
        - Jedyne imię, jakie pamiętam, to Rik - odparł spokojnie zapytany. 
        - Czy znasz kogoś spośród obecnych? 
        Rik bez obawy powiódł spojrzeniem po zebranych. 
        - Tylko Mieszczanina. I Lonę, oczywiście. 
        - To - rzekł Abel wskazując Fife’a - jest największy Posiadacz, jaki kiedykolwiek żył na Sark. 
Cały ten świat to jego własność. Co o nim myślisz? 
        Rik odparł śmiało: 
        - Ja jestem Ziemianinem, Nie jestem jego własnością. 
        -  Nie  sądzę  -  zwrócił  się  Abel  do  Fife’a  -  aby  dorosłego  Florińczyka  można  było  nauczyć 
takiej zuchwałości. 
        - Nawet psychosondą? - odparował pogardliwie Fife. 
        - Znasz tego pana? - zapytał Abel Rika. 
        - Nie, proszę pana. 
        - To doktor Selim Junz. Jest ważną osobistością w Międzygwiezdnym Biurze Kosmoanalizy. 
        Rik uważnie przyjrzał się Junzowi. 

background image

        -  A  zatem  pewnie  jest  jednym  z  moich  zwierzchników.  Jednak  -  dodał  z  rozczarowaniem  w 
głosie - nie znam go. A może po prostu nie pamiętam. 
        - Nigdy go nie widziałem, Abel - Junz ponuro potrząsnął głową. 
 
        - To trzeba zapisać - mruknął Fife. 
        - Teraz słuchaj, Rik - rzekł Abel. - Zamierzam opowiedzieć ci pewną historię. Chcę, żebyś jej 
uważnie wysłuchał i pomyślał. Myśl! Pamiętaj - myśl! Rozumiesz? 
        Rik skinął głową. 
        Abel  mówił  powoli.  Przez  długie  minuty  jego  głos  był  jedynym  dźwiękiem  w  pokoju.  Po 
pewnym czasie Rik zamknął oczy i z całej siły zacisnął powieki. Rozchylił wargi, przycisnął pięści 
do piersi i pochylił głowę. Wydawało się, że cierpi katusze. 
        Abel opowiadał, rekonstruując minione wydarzenia w taki sposób, w jaki opisał je Posiadacz 
Fife.  Opowiedział  o  przesłaniu  informacji  o  zagrożeniu,  o  jej  przejęciu,  o  spotkaniu  Rika  z  X,  o 
psychosondzie, o tym, jak Rika znaleziono na Florinie i zajęto się nim, o lekarzu, który badał go i 
zaraz zmarł, o odzyskiwanej pamięci. 
        -  Oto  cała  historia,  Rik  -  zakończył.  -  Opowiedziałem  ci  wszystko.  Czy  coś  wydaje  ci  się 
znajome? 
        Powoli, z wysiłkiem, Rik powiedział: 
        - Pamiętam ostatnią część. Wie pan, ostatnie dni. Przypominam sobie także coś jeszcze. Może 
tego lekarza, kiedy zacząłem mówić... Pamiętam jak przez mgłę... Ale to wszystko. 
        - Ale pamiętasz i to, co było wcześniej. Niebezpieczeństwo zagrażające Florinie. 
        - Tak. Tak. To była pierwsza rzecz, jaką sobie przypomniałem. 
        - I nie pamiętasz nic więcej? Jak wylądowałeś na Sark i spotkałeś tego człowieka. 
        Rik jęknął. 
        - Nie. Nie mogę sobie przypomnieć. 
        - Spróbuj! Próbuj! 
        Rik podniósł głowę. Jego pobladła twarz była mokra od potu. 
        - Pamiętam jakieś słowo. 
        - Jakie słowo? 
        - Ono nie ma sensu. 
        - Mimo to powiedz nam. 
        - To było przy stole. Dawno, dawno temu. Jak za mgłą. Siedziałem. Wydaje mi się, że chyba 
ktoś jeszcze tam siedział. A potem stał i patrzył na mnie. I to słowo. 
        Abel był cierpliwy. 
        - Co to za słowo? 
        Rik zacisnął pięści i szepnął: 
        - Fife! 
        Wszyscy oprócz Fife’a zerwali się na równe nogi. 
        - Mówiłem wam! - wrzasnął Steen i wybuchnął głośnym, rechotliwym śmiechem. 
 
17. 
Oskarżyciel 
         
         
        Z trudem opanowując wściekłość, Fife rzekł: 
        - Skończmy z tą farsą. 
        Odczekał chwilę, siedząc z kamiennym wyrazem twarzy, aż emocje trochę opadły i wszyscy 
zajęli  swoje  miejsca.  Rik  pochylił  głowę,  mocno  zaciskając  powieki,  z trudem  zgłębiając  własne 
myśli. Valona objęła go, przyciskając do siebie, delikatnie gładząc po policzku. 
        Abel był wstrząśnięty. 

background image

        - Dlaczego mówisz, że to jest farsa? - zapytał. 
        -  A  nie  jest?  Zgodziłem  się  na  tę  naradę  tylko  ze  względu  na  twoje  pogróżki.  Mimo  to 
odmówiłbym,  gdybym  wiedział,  iż  ta  konferencja  ma  zmienić  się  w  sąd  nade  mną,  a  renegaci  i 
mordercy mają być oskarżycielami i sędziami. 
        Abel zmarszczył brwi i powiedział chłodnym, oficjalnym tonem: 
        - To nie jest sąd, Posiadaczu. Doktor Junz przybył tu po osobę należącą do personelu MBK, 
co  jest  jego  prawem  i  obowiązkiem.  Ja  jestem  tu  po  to,  aby  bronić  interesów  Trantora  w  tym 
niespokojnym  okresie.  Jeśli  o  mnie  chodzi  -  nie  wątpię,  że  ten  człowiek,  Rik,  jest  zaginionym 
kosmoanalitykiem.  Możemy  natychmiast  zakończyć  tę  naradę,  o  ile  zgodzisz  się  wydać  tego 
mężczyznę doktorowi Junzowi w celu dalszego przesłuchania oraz badań lekarskich. Rzecz jasna, 
nadal  będziemy  potrzebowali  twojej  pomocy,  by  znaleźć  winnego  użycia  psychosondy  oraz 
zapobiec  powtórzeniu  się  w  przyszłości  takich  incydentów,  skierowanych  przeciw 
międzygwiezdnej placówce badawczej, która stoi ponad wszelkimi sporami regionalnymi. 
        - Co za przemowa! - odparł Fife. - Jednak co oczywiste, to oczywiste i twoje zamiary są łatwo 
czytelne. Co się stanie, jeśli oddam tego człowieka? Sądzę, że MBK znajdzie dokładnie to, co chce 
znaleźć. Biuro chce uchodzić za międzygwiezdną placówkę, która nie ma regionalnych powiązań, 
tymczasem czyż nie jest faktem, że Trantor finansuje dwie trzecie jego rocznego budżetu? Wątpię, 
czy jakikolwiek rozsądny obserwator nazwałby je dziś neutralnym. Jego odkrycia w związku z tym 
człowiekiem  z  pewnością  pójdą  po  myśli  imperialnych  interesów  Trantora.  A  jakie  to  będą 
odkrycia?  To  również  jest  jasne.  Ten  człowiek  powoli  odzyska  pamięć.  MBK  będzie  wydawać 
codzienne  biuletyny.  Fakt  po  fakcie  przypomni  sobie  coraz  więcej  potrzebnych  szczegółów. 
Najpierw  moje  nazwisko.  Potem  mój  wygląd.  A  później  to,  co  powiedziałem.  Zostanę  uznany 
winnym.  Trantor  zażąda  odszkodowań  i  będzie  zmuszony  czasowo  okupować  Sark,  która  to 
okupacja niepostrzeżenie stanie się trwała. 
        Każdy szantaż działa do pewnej granicy. Pan, panie ambasadorze, doszedł do tej granicy. Jeśli 
chcecie tego człowieka, Trantor będzie musiał wysłać po niego swoją flotę. 
        - Nikt nie mówi o użyciu siły - rzekł Abel. - A jednak zauważyłem, że starannie omijasz to, co 
kosmoanalityk powiedział na końcu, i nie zaprzeczasz. 
        -  Nie  powiedział  niczego,  co  musiałbym  zaszczycać  przeczeniem.  Przypomina  sobie  jedno 
słowo, a przynajmniej tak twierdzi. I co z tego? 
        - Czy to nie ma żadnego znaczenia? 
        -  Żadnego.  Nazwisko  Fife  zna  cała  Sark.  Nawet  jeśli  założymy,  że  ten  tak  zwany 
kosmoanalityk  mówi  prawdę,  miał  rok  czasu,  żeby  usłyszeć  je  na  Florinie.  Przybył  na  Sark 
statkiem wiozącym moją córkę - jeszcze lepsza sposobność, aby usłyszeć to nazwisko. Czyż to nie 
naturalne,  że  połączył  je  ze  strzępami  wspomnień?  A  może  to  wszystko  nie  jest  wcale 
spontaniczne? To stopniowe odzyskiwanie pamięci może być dobrze wyćwiczone. 
        Abel  nie  wiedział,  co  mógłby  powiedzieć.  Spojrzał  na  pozostałych.  Junz  siedział  ponury,  ze 
zmarszczonymi  brwiami,  ugniatając  podbródek  palcami  prawej  dłoni.  Steen  uśmiechał  się 
głupkowato  i  mamrotał  coś  do  siebie.  Mieszczanin  patrzył  pustym  wzrokiem  na  swoje  kolana. 
Tylko Rik, wyrwawszy się z objęć Valony, wstał z fotela. 
        - Posłuchajcie - przemówił. Jego bladą twarz wykrzywiał wyraz bólu, który był też widoczny 
w oczach. 
        - Kolejne odkrycie, jak sądzę - rzekł Fife. 
        -  Posłuchajcie!  Siedzieliśmy  przy  stole.  W  herbacie  był  narkotyk.  Kłóciliśmy  się.  Nie 
pamiętam, o co. Nie mogłem się ruszyć. Mogłem tylko siedzieć tam. Nie mogłem mówić. Mogłem 
tylko myśleć. Wielki Kosmosie, zostałem odurzony. Chciałem krzyczeć, wrzeszczeć i uciekać, ale 
nie  byłem  w  stanie.  Potem  podszedł  tamten,  Fife.  Przedtem  wrzeszczał  na  mnie.  Potem  już  nie 
krzyczał. Nie musiał. Obszedł stół. Stanął przy mnie, a raczej nade mną, patrząc na mnie z góry. 
Nie mogłem nic powiedzieć. Nie mogłem niczego zrobić. Mogłem tylko podnieść na niego wzrok. 
        Rik zamilkł, ale nie usiadł. 

background image

        - Czy ten człowiek to był Fife? - zapytał Selim Junz. 
        - Pamiętam, że nazywał się Fife. 
         
        - No więc, czy to był ten mężczyzna? 
        Rik nie odwrócił się, żeby spojrzeć. 
        - Nie pamiętam, jak wyglądał - odparł. 
        - Na pewno nie pamiętasz? 
        - Starałem się przypomnieć sobie.  - Nagle wybuchnął: - Nie wiecie, jak to jest! To boli! Jak 
rozżarzona igła. Głęboko! Tutaj! 
        Dotknął ręką czoła. Junz powiedział łagodnie: 
        -  Wiem,  że  ci  ciężko.  Jednak  musisz  jeszcze  spróbować.  Rozumiesz?  Musisz  spróbować. 
Spójrz na tego człowieka! Odwróć się i popatrz! 
        Rik spojrzał na Posiadacza. Patrzył przez chwilę, a potem odwrócił się. 
        - Przypominasz sobie? - spytał Junz. 
        - Nie! Nie! 
        Fife uśmiechnął się ponuro. 
        -  Czyżby  wasz  człowiek  zapomniał  swojej  kwestii,  czy  też  historyjka  wyda  się  bardziej 
wiarygodna, jeśli przypomni sobie moją twarz dopiero następnym razem? 
        -  Nigdy przedtem nie widziałem  tego człowieka  -  rzucił Junz z wściekłością  -  i  nigdy z nim 
nie  rozmawiałem.  Nie  zrobiłem  nic,  żeby  pana  obciążyć,  i  mam  dość  pańskich  bezzasadnych 
oskarżeń. Chcę tylko poznać prawdę. 
        - To może ja zadam mu kilka pytań? 
        - Bardzo proszę. 
        - Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. A teraz ty - Rik, czy jak się naprawdę nazywasz... 
        Znów był Posiadaczem przemawiającym do Florińczyka. Rik spojrzał na niego. 
        - Tak, proszę pana. 
        -  Pamiętasz  mężczyznę,  który  podszedł  do  ciebie  z  drugiej  strony  stołu,  kiedy  siedziałeś, 
odurzony i bezradny. 
        - Tak, proszę pana. 
        - Ostatnią rzeczą, jaką pamiętasz, jest widok tego mężczyzny, który patrzył na ciebie z góry. 
        - Tak, proszę pana. 
        - A ty patrzyłeś na niego z dołu, lub raczej usiłowałeś patrzyć. 
        - Tak, proszę pana. 
        - Usiądź. 
        Rik usiadł posłusznie. 
        Przez chwilę Fife nie poruszał się. Jego bezwargie usta jakby jeszcze bardziej się zacisnęły, a 
mięśnie żuchwy pod sinoczarnym zarostem uwydatniły się. Potem powoli zsunął się z fotela. 
        Zsunął się! Jakby opadł na kolana za swoim biurkiem. 
        Zaraz wyszedł jednak zza biurka i wszyscy ujrzeli, że stoi. 
        Junz spuścił głowę. Ten człowiek, tak posągowy i potężny w swoim fotelu, nagle zmienił się 
w żałosnego karła. 
        Zdeformowane nogi z trudem niosły potężny tors i głowę. Posiadacz poczerwieniał na twarzy, 
lecz nadal spoglądał wyzywająco na pozostałych. Steen zachichotał i ucichł, gdy poczuł na sobie 
jego spojrzenie. Inni siedzieli w milczeniu. 
        Rik patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Fife zapytał: 
        - Czy to ja byłem tym mężczyzną, który podszedł do ciebie zza stołu? 
        - Nie pamiętam jego twarzy, proszę pana. 
        - Nie pytałem,  czy pamiętasz jego twarz. Ale czy mógłbyś nie pamiętać tego?  - Ruchem rąk 
zarysował w powietrzu kształt swego ciała. - Czy mógłbyś zapomnieć, jak wyglądam, jak chodzę? 
        - Chyba nie - odparł udręczony Rik - ale nie jestem pewien. 

background image

        - Ty siedziałeś, a on stał i patrzyłeś na niego z dołu. 
        - Tak, proszę pana. 
        - On stał nad tobą i patrzył na ciebie z góry, tak powiedziałeś. 
        - Tak, proszę pana. 
        - Tyle pamiętasz? Jesteś tego pewien? 
        - Tak, proszę pana. 
        Teraz spotkali się twarzą w twarz. 
        - Czy patrzę na ciebie z góry? 
        - Nie, proszę pana. 
        - Czy ty spoglądasz na mnie z dołu? 
        Siedzący Rik i stojący Fife byli równego wzrostu. 
        - Nie, proszę pana. 
        - Czy ja mogłem być tym mężczyzną? 
        - Nie, proszę pana. 
        - Jesteś pewny? 
        - Tak, proszę pana. 
        - Jednak nadal twierdzisz, że pamiętasz nazwisko Fife? 
        - Pamiętam - z uporem powtórzył Rik. 
        - A więc, ktokolwiek to był - posłużył się moim nazwiskiem. 
        - Może... Być może. 
        Fife odwrócił się, po czym powoli, z godnością wrócił za biurko i na fotel. 
        -  Przez  całe  dorosłe  życie  -  powiedział  -  nigdy  nie  dopuściłem,  żeby  ktoś  ujrzał  mnie 
stojącego. Czy są jakieś powody, aby kontynuować tę konferencję? 
        Abel był jednocześnie zafrasowany i rozgniewany. Jak do tej pory, nic nie szło po jego myśli. 
Fife wymykał  się z rąk, udowadniając innym,  że się mylą. Udało  mu  się przedstawić siebie jako 
ofiarę. Został zmuszony do zwołania narady szantażem ze strony Trantora i fałszywie oskarżony, 
co zaraz wyszło na jaw. 
        Fife zadba o to, żeby taka wersja wydarzeń rozeszła się po całej Galaktyce, i nie rozmijając się 
zbytnio z prawdą, uczyni z niej świetne narzędzie antytrantoriańskiej propagandy. 
        Abel musi ratować, co się da. Rażony psychosondą kosmoanalityk będzie teraz nieprzydatny 
dla Trantora. Wszystko, co sobie „przypomni”, nawet jeżeli będzie odpowiadać prawdzie, zostanie 
zaraz wyśmiane i ośmieszone. Rik zostanie uznany za narzędzie imperializmu trantoriańskiego, w 
dodatku narzędzie bezużyteczne. 
        Zawahał się, a wtedy przemówił Junz. 
        -  Wydaje  mi  się,  iż  jest  pewien  bardzo  ważny  powód,  aby  kontynuować  tę  naradę.  Nie 
ustaliliśmy  jeszcze,  kto  jest  odpowiedzialny  za  użycie  psychosondy.  Pan  oskarżył  Posiadacza 
Steena,  a  on  pana.  Zakładając,  że  żaden  nie  ma  racji  i  obaj  jesteście  niewinni,  nadal  nie  ulega 
wątpliwości, że każdy z was jest przekonany, że winę ponosi jeden z Wielkich Posiadaczy. A więc 
- który? 
        - Czy to ważne? - spytał Fife. - Dla was już chyba nie. Ta sprawa już zostałaby wyjaśniona, 
gdyby nie przeszkadzały nam Trantor i MBK. A ja i tak w końcu wykryję zdrajcę. Pamiętajcie, że 
osobnik, który użył psychosondy, ktokolwiek to jest, najpierw zamierzał zmonopolizować handel 
kyrtem,  a  więc  na  pewno  nie  puszczę  mu  tego  płazem.  Kiedy  go  zidentyfikujemy  i 
unieszkodliwimy, oddamy wam waszego człowieka. To jedyna propozycja, jaką mogę wam złożyć, 
i najrozsądniejsza. 
        - Co zrobicie z tym okrutnikiem? 
        - To sprawa czysto wewnętrzna i nie powinna was interesować. 
        - Ale nas interesuje  - odparł  energicznie Junz.  - Tu nie chodzi  jedynie o kosmoanalityka.  W 
grę wchodzi coś znacznie ważniejszego i dziwi mnie, że nikt o tym jeszcze nie wspomniał. Tego 
Rika potraktowano psychosondą nie dlatego, że był kosmoanalitykiem. 

background image

        Abel nie był pewny intencji Junza, ale poparł go swoim autorytetem. 
        - Doktor Junz mówi, rzecz jasna, o niebezpieczeństwie, jakie według kosmoanalityka zagraża. 
Florinie. 
        Fife wzruszył ramionami. 
        -  O  ile  wiem,  przez  cały  rok  nikt,  nie  wyłączając  doktora  Junza,  nie  przejmował  się  treścią 
tego  przekazu.  Zresztą,  ma  pan  tu  swojego  człowieka,  doktorze.  Proszę  go  zapytać,  o  co  w  tym 
wszystkim chodzi. 
        -  Przecież  on  nie  pamięta  -  odparował  Junz  ze  złością.  -  Psychosondą  działa  szczególnie 
skutecznie na potencjał intelektualny mózgu. Ten człowiek może nigdy nie odzyska wiedzy, którą 
gromadził całe życie. 
        - Czyli wszystko przepadło - powiedział Fife. - I co możemy na to poradzić? 
        - Coś możemy. W tym cała rzecz. Jest ktoś, kto wie wszystko. Ten, który użył psychosondy. 
Może nie jest kosmoanalitykiem; może nie zna szczegółów. Ale rozmawiał z Rikiem, kiedy jego 
umysł  był  jeszcze  nie  naruszony.  Zapewne  wie  dość,  aby  naprowadzić  nas  na  właściwy  trop. 
Gdyby nie wiedział, nie odważyłby się zniszczyć źródła informacji. Mimo to, na wszelki wypadek 
zapytam. Pamiętasz coś, Rik? 
        - Tylko tyle, że chodziło o jakieś niebezpieczeństwo i prądy przestrzeni - mruknął Rik. 
        -  Nawet  jeśli  się  dowiecie  -  nie  rezygnował  Fife  -  to  co  z  tego?  Czy  można  wierzyć  w  te 
szalone  teorie,  które  wciąż  wymyślają  jacyś  stuknięci  kosmoanalitycy?  Wielu  z  nich  uważa,  że 
poznali tajemnice Wszechświata, podczas gdy są tak niepoczytalni, że z trudem mogą odcyfrować 
zapisy swoich instrumentów. 
        - Może i ma pan rację. Czyżby obawiał się pan dopuścić, abym się o tym przekonał? 
        -  Jestem  przeciwny  rozpowszechnianiu  katastroficznych  wizji,  które  -  prawdziwe  czy  nie  - 
mogłyby niekorzystnie wpłynąć na handel kyrtem. Zgadzasz się ze mną, Abel? 
        Abla aż skręcało ze złości. Fife manewrował tak, aby za każde zakłócenie w dostawach kyrtu 
spowodowane  przez  jego  coup  obciążyć  odpowiedzialnością  Trantor.  Ale  Abel  był  wytrawnym 
graczem. Chłodno i bez emocji podjął kartę. 
        - Nie. Proponuję, żebyś wysłuchał doktora Junza. 
        -  Dzięki  -  rzekł  Junz.  -  Powiedział  pan,  Posiadaczu  Fife,  że  kimkolwiek  jest  człowiek  z 
psychosondą,  to  on  zapewne  spowodował  śmierć  lekarza,  który  badał  Rika.  Stąd  wniosek,  że 
musiał w jakiś sposób mieć Rika na oku podczas jego pobytu na Florinie. 
        - Może... 
        - Muszą być jakieś ślady tej obserwacji. 
        - Chce pan powiedzieć, że pana zdaniem tubylcy mogliby się orientować, kto ich obserwował? 
        - A czemu nie? 
        - Nie jest pan Sarkańczykiem i dlatego popełnia pan błędy. Zapewniam pana, że tubylcy znają 
swoje miejsce. Nie zbliżają się do Posiadaczy, a jeśli ci podchodzą do nich, tubylcy mają dość oleju 
w głowie, żeby wbić wzrok w ziemię. Oni nie mogą wiedzieć, kto ich obserwował. 
        Junz zatrząsł się ze złości. Despotyzm Sarkańczyków tkwił w nich tak głęboko, że mówili  o 
nim otwarcie, nie widząc w tym nic złego ani wstydliwego. 
        -  Może  zwykli  tubylcy.  Mamy  tu  jednak  człowieka,  który  nie  jest  przeciętnym  tubylcem. 
Myślę, że dość przekonująco udowodnił nam, że nie jest pokornym Florińczykiem. Do tej pory nie 
zabrał głosu w dyskusji i czas zadać mu kilka pytań. 
        - Zeznania tego tubylca są bezwartościowe  - rzekł Fife. - Przy okazji jeszcze raz żądam, aby 
Trantor przekazał go właściwym organom sądowym Sark. 
        - Najpierw chcę z nim porozmawiać. 
        -  Myślę,  że  nie  zaszkodzi  -  wtrącił  Abel  -  jeśli  zadamy  mu  kilka  pytań,  Fife.  Jeśli  okaże  się 
niechętny do współpracy albo niewiarygodny, może rozważymy twoje żądanie ekstradycji. 
        Terens,  który  do  tej  pory  uważnie  oglądał  czubki  swoich  splecionych  palców,  obrzucił 
ambasadora przelotnym spojrzeniem. Junz obrócił się do Mieszczanina. 

background image

        - Rik przebywał w twoim miasteczku od kiedy znaleziono go na Florinie, prawda? 
        - Tak. 
        - A ty byłeś tam przez cały czas? Chcę przez to powiedzieć, że nie wyjeżdżałeś na dłużej  w 
interesach, tak? 
        - Mieszczanie nie wyjeżdżają w interesach. Ich interesem jest ich miasteczko. 
        -  Dobrze.  Teraz  odpręż  się  i  nie  bądź  taki  drażliwy.  Wyobrażam  sobie,  iż  częścią  twoich 
powinności było wiedzieć, czy jakiś Posiadacz przybył do miasteczka. 
        - Pewnie. O ile przybywał. 
        - A przybywali? 
        Terens wzruszył ramionami. 
        -  Raz  czy  dwa.  Tylko  rutynowo,  zapewniam  pana.  Posiadacze  nie  brudzą  sobie  rąk  kyrtem. 
Przynajmniej nie przetworzonym kyrtem. 
        - Żądam szacunku! - ryknął Fife. 
        Terens spojrzał na niego i powiedział: 
        - Możesz mnie do tego zmusić? 
        Abel przerwał im gładko: 
        - Niech załatwią to między sobą, Fife. Ty i ja jesteśmy tylko widzami. 
        Junz z przyjemnością odnotował zuchwalstwo Mieszczanina, ale napomniał go: 
        -  Proszę,  odpowiadaj  na  moje  pytania  bez  zbędnych  komentarzy,  Mieszczaninie.  A  teraz 
powiedz, kim byli Posiadacze, którzy w zeszłym roku odwiedzili twoje miasteczko? 
        Terens żachnął się. 
        - A skąd mam wiedzieć? Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Posiadacze to Posiadacze, a 
tubylcy to tubylcy. Mogę być Mieszczaninem, lecz dla nich nadal jestem tubylcem. Nie witani ich 
u  bram  miasta  i  nie  pytam  o  nazwiska.  Dostaję  wiadomość,  to  wszystko.  Jest  zaadresowana 
„Mieszczanin”.  Informują  mnie,  że  takiego  to  a  takiego  dnia  przybędzie  inspekcja  Posiadaczy  i 
mam poczynić odpowiednie przygotowania. Muszę wtedy zadbać o to, aby robotnicy włożyli swoje 
najlepsze  ubrania,  żeby  fabryka  była  wysprzątana  i  sprawna,  dostawy  kyrtu  rytmiczne,  aby 
wszyscy wyglądali na zadowolonych, żeby było czysto w domach i spokojnie na ulicach, mieć pod 
ręką kilka tancerek, w razie gdyby Posiadacze chcieli  zobaczyć jakieś wesołe miejscowe tańce, i 
kilka ładnych dzie... 
        - To nas nie obchodzi, Mieszczaninie. 
        - Was nie obchodzi. Mnie tak. 
        Po  doświadczeniach  z  Florińczykami  pracującymi  w  administracji  Sark  Junz  uznał,  że 
Mieszczanin  wyróżnia  się  na  ich  tle,  działa  jak  łyk  zimnej  wody.  W  myślach  postanowił,  że 
wykorzysta wszelkie wpływy MBK, aby zapobiec wydaniu go Posiadaczom. 
        Terens mówił dalej nieco spokojniej. 
        -  Tak  czy  inaczej,  to  należy  do  moich  obowiązków.  Kiedy  przybywają  Posiadacze,  nie 
zbliżam się do nich. Nie wiem, kim są. Nie rozmawiam z nimi. 
        - Czy taka inspekcja miała miejsce na tydzień przed śmiercią lekarza? Sądzę, że wiesz, kiedy 
to się stało. 
        - Zdaje się, że słyszałem o tym w wiadomościach. Nie wydaje mi się, żeby wtedy była jakaś 
inspekcja. Jednak nie mogę przysiąc. 
         
        - Do kogo należy ziemia w twojej okolicy? 
        Terens zacisnął wargi. 
        - Do Posiadacza Fife’a. 
        Steen z zadziwiającą gwałtownością przerwał wymianę pytań i odpowiedzi. 
        -  Och,  dajcie  spokój.  Autentycznie!  Takie  przesłuchanie  jest  po  myśli  Fife’a,  doktorze  Junz. 
Czy  nie  rozumiecie,  że  to  do  niczego  nie  prowadzi?  Autentycznie!  Sądzicie,  że  Fife  chciałby 

background image

pilnować kogoś takiego albo trudził się wycieczkami na Florinę, żeby go nadzorować? A od czego 
są strażnicy? Autentycznie! 
        - W takiej sytuacji - dowodził Junz podniecony - kiedy gospodarka, a może i bezpieczeństwo, 
całego świata zależy od zawartości umysłu jednego człowieka, to chyba naturalne, że człowiek z 
psychosondą nie powierzył tej sprawy strażnikom. 
        - Mimo że wymazał mu pamięć? - wtrącił Fife. 
        Abel wydął usta i zmarszczył brwi. Widział, że przegrywa ostatnie rozdanie. Junz spróbował 
jeszcze raz. 
        - Czy kręcił się tam stale jakiś strażnik lub grupa strażników? 
        - Nie mam pojęcia. Dla mnie to tylko mundury. 
        Junz  niespodziewanie  zwrócił  się  do  Valony.  Przed  chwilą  pobladła  jak  chusta,  a  jej  oczy 
rozszerzyły się i rozbłysły. Nie uszło to jego uwagi. 
        - Co z tobą, dziewczyno? 
        Bez słowa potrząsnęła głową. 
        Abel rozmyślał ponuro. Już nic nie można zrobić. To koniec. 
        Valona jednak wstała, drżąc jak liść. 
        - Chcę coś powiedzieć - szepnęła ochrypłym głosem. 
        - Mów, dziewczyno - zachęcił ją Junz. - Co takiego? 
        Valona  z  trudem  dobierała  słowa;  każdy  rys  jej  twarzy  i  nerwowy  skurcz  palców  zdradzały 
lęk. 
        -  Jestem  tylko  wiejską  dziewczyną.  Nie  gniewajcie  się  na  mnie.  Chodzi  o  to,  że  mnie  się 
wydaje, że może być tak, tylko tak. Czy mój Rik był taki ważny? Chcę powiedzieć, czy był taki 
ważny jak mówiliście? 
        -  Myślę,  że  był  bardzo,  bardzo  ważny  -  powiedział  Junz  łagodnie.  -  Myślę,  że  nadal  jest 
ważny. 
        - To znaczy, że to musi być tak. Ten, kto zawiózł go na Florinę, na pewno nawet na minutę nie 
chciałby spuścić go z oka. Prawda? Chcę powiedzieć, że Rik mógł zostać pobity przez nadzorcę, 
ukamienowany  przez  dzieci  albo  mógł  zachorować  i  umrzeć.  Nie  zostawiłby  go  bezradnego  w 
polu,  no  nie,  gdzie  mógł  umrzeć,  zanim  ktoś  go  znajdzie?  Przecież  nikt  nie  mógłby  liczyć,  że 
szczęście będzie mu sprzyjać i ktoś się nim zajmie. 
        Przejęta, mówiła już płynnie. 
        - Mów dalej. - Junz przyglądał się jej uważnie. 
        -  Bo  właśnie  była  jedna  osoba,  która  pilnowała  Rika  od  początku.  On  znalazł  go  w  polu, 
załatwił, że zaopiekowałam się nim, wyciągał go z tarapatów i wiedział o nim wszystko. Wiedział 
nawet o lekarzu, bo sama mu powiedziałam. To on! On! 
        Podnosząc głos do krzyku, wskazała palcem Myrlyna Terensa, Mieszczanina. 
        Tym  razem  nawet  Fife zapomniał  o swym  nadludzkim opanowaniu  i  oparłszy się na rękach, 
uniósł swe masywne ciało w fotelu, szybko obracając głowę do Mieszczanina. 
 
18. 
Zwycięzcy 
         
         
        Wszyscy umilkli, jakby odjęło im mowę. Nawet Rik, z niedowierzaniem w oczach, tylko gapił 
się, najpierw na Valonę, a potem na Terensa. Później ciszę przerwał piskliwy chichot Steena. 
        -  Wierzę  w  to.  Autentycznie!  Od  razu  tak  mówiłem.  Powiedziałem,  że  Fife  opłacił  tubylca. 
Teraz widzicie, co to za człowiek. Zapłacić tubylcowi, żeby... 
        - To nędzne kłamstwo. 
        Te słowa nie padły z ust Fife’a, lecz Mieszczanina. Zerwał się na równe nogi. W oczach miał 
gniewne błyski. Abel, który wyglądał na najmniej poruszonego, zapytał: 

background image

        - Co mianowicie? 
        Terens patrzył na niego przez chwilę, nie pojmując, po czym rzekł zduszonym głosem: 
        - To, co powiedział Posiadacz. Nie opłaca mnie żaden Sarkańczyk. 
        - A to, co mówiła dziewczyna? Czy to też kłamstwo? 
 
        Terens przejechał językiem po wyschniętych wargach. 
        -  Nie,  miała  rację.  To  ja  użyłem  psychosondy.  Nie  patrz  tak  na  mnie,  Lono  -  dodał 
pospiesznie. - Nie zamierzałem zrobić mu krzywdy. Nie chciałem tego, co się stało. 
        -  To  jakaś  sztuczka  -  rzekł  Fife.  -  Nie  wiem,  co  knujesz,  Abel,  ale  niczego  nie  dopniesz 
umieszczając  tę  zbrodnię  w  repertuarze  tego  przestępcy.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  tylko  Wielki 
Posiadacz dysponuje po temu odpowiednią wiedzą i sprzętem. A może tak bardzo chcesz wybielić 
swojego Steena, że zaaranżowałeś fałszywe zeznania? 
        Terens mocno splótł dłonie i nachylił się w fotelu. 
        - Od Trantora też nie brałem pieniędzy. 
        Fife zignorował go. 
        Junz oprzytomniał ostatni. Przez kilka minut nie mógł oswoić się z faktem, że Mieszczanin w 
rzeczywistości nie znajduje się w tym pokoju, że przebywa gdzieś na terenie ambasady, że widzi 
jedynie jego obraz, nie bardziej realny niż wizerunek oddalonego o trzydzieści kilometrów Fife’a. 
Miał ochotę podejść do Mieszczanina, złapać go za ramię i porozmawiać z nim na osobności, ale 
nie mógł. 
        - Nie ma sensu spierać się, nim wysłuchamy jego wersji - powiedział. - Niech poda fakty. Jeśli 
to on użył psychosondy, musimy je poznać. Jeżeli nie on, zdradzą go szczegóły. 
        - Jeśli chcecie wiedzieć, co się stało  - zawołał Terens - powiem wam! Ukrywanie prawdy w 
niczym mi już nie pomoże. 
        I  tak  albo  wygra  Sark,  albo  Trantor,  więc  Kosmos  z  tym.  To  przynajmniej  da  mi  szansę 
ujawnienia paru spraw. 
        Pogardliwym gestem wskazał Fife’a. 
        -  Oto  Wielki  Posiadacz.  Tylko  Wielki  Posiadacz,  powiada  ten  Wielki  Posiadacz,  dysponuje 
odpowiednią  wiedzą  i  sprzętem,  żeby  to  zrobić.  I  on  w  to  wierzy!  Tylko  co  on  wie?  Co  wiedzą 
wszyscy  Sarkanczycy?  Nie  oni  rządzą  na  tej  planecie.  Tu  rządzą  Florińczycy.  Florińska 
administracja.  Oni  odbierają  papiery,  wypełniają  je  i  wysyłają.  A  na  Sark  rządzą  pisma. Pewnie, 
większość  nas  jest  zbyt  wystraszona,  żeby  choć  pisnąć,  ale  czy  wiecie,  co  moglibyśmy  zrobić, 
gdybyśmy tylko chcieli, nawet pod nosem naszych przeklętych Posiadaczy? No cóż, widzicie, co 
zrobiłem.  Rok  temu  byłem  przez  pewien  czas  kontrolerem  lotów  w  kosmoporcie.  To  była  część 
szkolenia.  Znajdziecie  w  dokumentach.  Będziecie  musieli  trochę  pokopać,  żeby  to  sprawdzić, 
ponieważ formalnie kontrolerem lotów był Sarkańczyk. On miał stanowisko, a ja byłem od roboty. 
Moje  nazwisko  znajdziecie  w  specjalnej  rubryce  zatytułowanej  „Personel  tubylczy”.  Żaden 
Sarkańczyk  nie  męczyłby  oczu  zaglądaniem  tam.  Kiedy  miejscowa  placówka  MBK  przysłała  do 
portu informację kosmoanalityka z sugestią, żeby podstawić na lądowisko ambulans, ja przejąłem 
tę  wiadomość.  Przekazałem  dalej  tyle,  ile  uznałem  za  stosowne.  Zataiłem  sprawę  zagrożenia 
Floriny. Postarałem się, aby kosmoanalityk wylądował w małym, podmiejskim porcie. Przyszło mi 
to z łatwością. Miałem w małym palcu wszystkie sznurki i sprężyny rządzące Sark. Pamiętajcie, że 
pracowałem w administracji. Wielki Posiadacz, gdyby chciał zrobić to co ja, nie poradziłby sobie 
sam, musiałby posłużyć się jakimś Florińczykiem. Ja dokonałem tego bez niczyjej pomocy. Tyle co 
do wiedzy i sprzętu. Spotkałem kosmoanalityka, a potem ukryłem go zarówno przed MBK, jak i 
Sarkańczykarni. Wycisnąłem z niego tyle, ile mogłem, i postanowiłem wykorzystać te informacje 
dla Floriny, a przeciw Sark. 
        - To ty wysłałeś te listy? - wykrztusił Fife. 

background image

        - Ja wysłałem te listy, Wielki Posiadaczu - odparł chłodno Terens. - Myślałem, że uda mi się 
przejąć taką część pól kyrtowych, abym mógł zawrzeć umowę z Trantorem na moich warunkach i 
wyprzeć was z Floriny. 
        - Byłeś szalony. 
        -  Może.  Jednak  nie  udało  mi  się.  Powiedziałem  kosmoanalitykowi,  że  jestem  Posiadaczem 
Fife. Musiałem, bo on wiedział, że Fife jest najpotężniejszym człowiekiem na planecie, a dopóki 
uważał mnie za niego, mówił ze mną otwarcie. Śmiać mi się chciało, gdy uświadomiłem sobie, że 
on  myśli,  iż  Fife  miałby  na  względzie  dobro  Floriny.  Niestety,  kosmoanalityk  był  bardziej 
niecierpliwy niż ja. Nalegał, że każdy stracony dzień to zbrodnia, podczas gdy ja wiedziałem, że 
mój  plan  wymaga  przede  wszystkim  czasu.  Coraz  trudniej  mi  było  kontrolować  go  i  w  końcu 
musiałem  użyć  psychosondy.  Zdobyłem  ją.  Widziałem,  jak  używano  jej  w  szpitalach.  Znałem 
podstawowe  zasady  jej  działania.  Niestety,  niedostatecznie.  Nastawiłem  sondę  tak,  żeby  usunęła 
niepokój z wierzchnich warstw umysłu. To prosta operacja. Nadal nie wiem, co się stało. Sądzę, że 
niepokój  musiał  leżeć  głębiej,  o  wiele  głębiej,  i  sonda  automatycznie  ruszyła  jego  śladem, 
wymazując  przy  tym  większość  świadomości.  Miałem  na  karku  bezmózgie  stworzenie... 
Przepraszam, Rik. 
        Rik, który uważnie słuchał Mieszczanina, rzekł ze smutkiem: 
        - Nie powinieneś był tego robić, ale wiem, co czułeś. 
        - Tak - powiedział Terens. - Ty żyłeś na Florinie. Znasz strażników, Posiadaczy oraz różnicę 
między Górnym a Dolnym Miastem. 
        Ponownie podjął przerwaną opowieść. 
        -  Tak  więc,  miałem  teraz  na  karku  zupełnie  bezradnego  kosmoanalityka.  Nie  mogłem 
dopuścić, aby znalazł  go ktoś,  kto  mógłby odkryć jego tożsamość. Nie  mogłem  go zabić. Byłem 
pewien,  że  odzyska  pamięć  i  że  nadal  będę  potrzebował  jego  wiedzy,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że 
zabiwszy  go  nie  mógłbym  liczyć  na  dobrą  wolę  Trantora  i  MBK,  której  -  wiedziałem  -  będę 
potrzebować. Ponadto  - wtedy jeszcze nie potrafiłem  zabijać. Zaaranżowałem moje przeniesienie 
na  Florinę  w  charakterze  Mieszczanina  i  zabrałem  ze  sobą  kosmoanalityka,  załatwiwszy  mu 
fałszywe  papiery.  Postarałem  się,  żeby  go  znaleziono,  i  wybrałem  mu  Valonę  na  opiekunkę. 
Później  wszystko  szło  gładko,  aż  do  czasu  wizyty  u  lekarza.  Wtedy  musiałem  wejść  do  siłowni 
Górnego  Miasta.  To  okazało  się  możliwe.  Inżynierami  byli  Sarkańczycy,  ale  dozorcami 
Florińczycy. Na Sark dostatecznie dobrze poznałem zasady energetyki, żeby wiedzieć, jak zrobić 
zwarcie. Trzy dni czekałem na właściwy moment. Później zabijanie przychodziło mi już łatwo. Nie 
wiedziałem  tylko,  że  lekarz  prowadził  dwie  kartoteki,  w  obu  gabinetach.  Szkoda,  że  nie 
wiedziałem. 
        Ze swego fotela Terens widział chronometr Fife’a. 
        -  Potem,  sto  godzin  temu  -  a  wydaje  się,  że  sto  lat  -  Rik  zaczął  sobie  przypominać.  Teraz 
wiecie już wszystko. 
        -  Nie -  odparł Junz.  -  Nie wszystko.  Nie wiemy  mianowicie, co kosmoanalityk powiedział o 
niebezpieczeństwie zagrażającym planecie? 
        - Czy myślicie, że zrozumiałem? Dla mnie to były - przepraszam, Rik - brednie szaleńca. 
        - Nie były! - wybuchnął Rik. - Nie mogły być. 
        - Ten kosmoanalityk przybył tu statkiem - rzekł Junz. - Gdzie on jest? 
        - Już dawno poszedł na złom. Wysłałem polecenie złomowania. Podpisał je mój zwierzchnik. 
Sarkańczyk nigdy nie czyta żadnych dokumentów. Statek złomowano nie zadając pytań. 
        - A papiery Rika? Mówiłeś, że pokazał ci jakieś papiery! 
        - Oddajcie nam tego człowieka - powiedział nagle Fife - a wycisnę z niego wszystko, co wie. 
        - Nie - rzekł Junz. - Pierwsze przestępstwo popełnił przeciwko MBK. Porwał kosmoanalityka 
i zniszczył jego umysł. Jest nasz. 
        - Junz ma rację - poparł go Abel. 

background image

        -  Słuchajcie  -  ciągnął  Terens.  -  Nie  powiem  ani  słowa,  jeśli  nie  uzyskam  gwarancji.  Wiem, 
gdzie  są  papiery  Rika.  Znajdują  się  tam,  gdzie  nigdy  nie  znajdą  ich  żadne  służby,  ani  Sark,  ani 
Trantora.  Jeśli  chcecie  je  dostać,  musicie  uznać  mnie  za  uchodźcę  politycznego.  Cokolwiek 
uczyniłem,  zrobiłem  to  z  patriotyzmu,  dla  dobra  mojej  planety.  Sarkańczyk  i  Trantorianin  może 
uważać się za patriotę; dlaczego Florińczyk nie? 
        - Ambasador - rzekł Junz - powiedział, że zostaniesz przekazany MBK. Zapewniam cię, że nie 
będziesz  wydany  Sark.  Za  swój  postępek  wobec  kosmoanalityka  odpowiesz  przed  sądem.  Nie 
mogę przewidzieć wyniku rozprawy, lecz jeśli będziesz z nami współpracował, zostanie to uznane 
za okoliczność łagodzącą. 
        Terens spojrzał badawczo na Junza. 
        - Zaryzykuję i zaufam panu, doktorze... Według kosmoanalityka słońce Floriny jest w stadium 
poprzedzającym nową. 
        - Co?! - Taki lub podobny okrzyk wyrwał się z ust wszystkich obecnych oprócz Valony. 
        - Ma niebawem eksplodować z hukiem  - potwierdził beztrosko Terens.  - A kiedy to nastąpi, 
cała Florina zmieni się w obłoczek dymu, jak garść tytoniu. 
        - Nie jestem kosmoanalitykiem - rzekł Abel - ale słyszałem, że nie można przewidzieć, kiedy 
eksploduje gwiazda. 
        - To prawda. Przynajmniej do tej pory. Czy Rik wyjaśnił, na czym oparł swoje twierdzenie? 
        - Pewnie znajdziecie to w jego papierach. Ja pamiętam tylko, że chodziło o prąd węgla. 
        - O co? 
        - Wciąż powtarzał: „Węglowy prąd przestrzeni. Węglowy prąd przestrzeni”. I jeszcze: „Efekt 
katalityczny”. To wszystko. 
        Steen  zachichotał.  Fife  zmarszczył  brwi.  Junz  siedział  przez  chwilę  z  szeroko  otwartymi 
oczami, a potem mruknął: 
        - Przepraszam. Zaraz wracam. 
 
        Wyszedł  z  prostopadłościanu  receptora  i  zniknął.  Wrócił  po  piętnastu  minutach.  Ze 
zdumieniem rozejrzał się po pokoju. Zostali w nim tylko Abel i Fife. 
        - Gdzie...? 
        Abel przerwał mu. 
        - Czekaliśmy na pana, doktorze Junz. Kosmoanalityk i dziewczyna są w drodze do ambasady. 
Narada zakończona. 
        -  Zakończona!  Wielka  Galaktyko,  dopiero  zaczęliśmy.  Muszę  wyjaśnić  wam  możliwość 
powstania nowej. 
        Abel niespokojnie kręcił się w fotelu. 
        - To nie jest potrzebne, doktorze. 
        - To jest bardzo potrzebne. Wręcz konieczne. Dajcie mi pięć minut. 
        - Niech mówi - zgodził się Fife z uśmiechem. 
        - Zacznę od początku. Już najwcześniejsze prace naukowe cywilizacji galaktycznej podają, że 
w procesie nuklearnej przemiany swojego wnętrza gwiazda uzyskuje energię. Na podstawie tego, 
co wiemy o warunkach panujących wewnątrz gwiazd, stwierdzono też, że niezbędną energię mogą 
dostarczyć dwa, i  tylko  dwa rodzaje reakcji. Oba wiążą się z przemianą wodoru w hel.  Pierwsza 
przemiana jest prosta: dwa atomy wodoru i dwa neutrony łączą się, tworząc jedną cząsteczkę helu. 
Druga  przebiega  pośrednio,  w  kilku  etapach.  Kończy  się  przejściem  wodoru  w  hel,  lecz  w 
reakcjach  pośrednich  uczestniczą  cząsteczki  węgla.  Te  cząstki  węgla  nie  są  zużywane,  lecz 
ponownie  odszczepiane  w  miarę  przebiegu  reakcji,  tak  że  drobna  ilość  pierwiastka  może  być 
wykorzystana wielokrotnie, służąc do przetworzenia ogromnej ilości wodoru w hel. Innymi słowy, 
węgiel działa jako katalizator. Wszystko to wiedziano od najdawniejszych czasów, jeszcze wtedy, 
gdy ludzka rasa zamieszkiwała tylko na jednej planecie - o ile kiedykolwiek tak było. 
        - Jeśli wszyscy o tym wiemy - powiedział Fife - to śmiem zauważyć, że traci pan czas. 

background image

        -  Ale  to  jest  wszystko,  co  wiemy.  Nigdy  nie  stwierdzono,  czy  w  gwiazdach  zachodzi  ta 
pierwsza czy druga reakcja, czy też obie. Zawsze istniały trzy szkoły, z których każda opowiadała 
się za inną teorią.  Zazwyczaj  największym  uznaniem cieszyła się teza o bezpośredniej konwersji 
wodoru w hel, jako najprostsza. 
        Teoria  Rika  chyba  jest  następująca:  Bezpośrednie  przejście  wodór-hel  jest  normalnym 
źródłem  energii  słonecznej,  ale  w  pewnych  warunkach  wpływa  na  nią  katalizator  węglowy, 
przyspieszając reakcję, zwiększając wydajność i ogrzewając gwiazdę. W przestrzeni istnieją prądy. 
Wszyscy  o  tym  wiecie.  Niektóre  z  nich  niosą  cząsteczki  węgla.  Gwiazdy  przechodzące  przez  te 
prądy  zbierają  niezliczone  ilości  atomów.  Jednakże  całkowita  masa  przyciąganych  atomów  jest 
wprost mikroskopijna w porównaniu do masy gwiazdy i nie ma żadnego znaczenia. Z wyjątkiem 
węgla!  Gwiazda,  przechodząc  przez  prąd  zawierający  większe  niż  gdzie  indziej  stężenia  węgla, 
staje się niestabilna. Nie wiem, ile lat, wieków czy tysiącleci trzeba, aby atomy węgla przedostały 
się  do  wnętrza  gwiazdy,  ale  zapewne  trwa  to  bardzo  długo.  Oznacza  to,  że  taki  prąd  musi  być 
szeroki,  a  gwiazda  musi  wejść  weń  pod  ostrym  kątem.  W  każdym  razie,  kiedy  ilość  węgla 
dyfundującego do wnętrza gwiazdy przekroczy pewien punkt krytyczny, promieniowanie gwiazdy 
ogromnie  się  zwiększa.  Zewnętrzne  warstwy  pękają  w  niewyobrażalnej  eksplozji  i  mamy  nową. 
Rozumiecie? 
        -  Czy  doszedł  pan  do  tego  wszystkiego  w  dwie  minuty  -  zapytał  Fife  -  usłyszawszy  mętne 
stwierdzenie, jakie według Mieszczanina padło z ust kosmoanalityka prawie rok temu? 
        -  Tak.  Tak.  Nie  ma  w  tym  niczego  nadzwyczajnego.  Kosmoanaliza  czekała  na  tę  teorię. 
Gdyby nie wystąpił z nią Rik, zrobiłby to wkrótce ktoś inny. Prawdę mówiąc, podobne teorie już 
były  wysuwane,  ale  nigdy  nie  brano  ich  poważnie.  Powstały,  zanim  rozwinęły  się  techniki 
kosmoanalizy, kiedy nikt nie był w stanie stwierdzić nagłego poboru cząsteczek węgla przez daną 
gwiazdę.  A  teraz  wiemy,  że  są  prądy  niosące  węgiel.  Możemy  kreślić  ich  przebieg,  stwierdzić, 
jakie  gwiazdy  przecięły  im  drogę  w  ciągu  tysięcy  lat,  porównać  to  z  naszymi  zapisami 
powstawania nowych i anomalii promieniowania. To właśnie zapewne zrobił Rik. Te obliczenia i 
wyniki  pomiarów  usiłował  pokazać  Mieszczaninowi.  Ale  w  tej  chwili  nie  o  to  chodzi.  Teraz 
powinniśmy zarządzić natychmiastową ewakuację Floriny. 
        - No właśnie, czekałem, kiedy do tego dojdziemy - rzekł spokojnie Fife. 
        - Przykro mi, Junz - powiedział Abel - ale to zupełnie niemożliwe. 
        - Dlaczego niemożliwe? 
        - Kiedy florińskie słońce eksploduje? 
        -  Nie  wiem.  Sądząc  po  tym,  że  Rik  niepokoił  się  tym  już  przed  rokiem,  powiedziałbym,  że 
mamy mało czasu. 
        - Ale nie może pan podać daty? 
        - Oczywiście, że nie. 
        - Kiedy będzie pan mógł ją podać? 
        - Trudno powiedzieć. Nawet jeśli dostaniemy obliczenia Rika, będziemy musieli je sprawdzić. 
        - Czy może pan zaręczyć, że teoria kosmoanalityka okaże się słuszna? 
        - Jeśli o mnie idzie, jestem tego pewny - Junz zmarszczył brwi - ale żaden uczony nie może z 
góry ręczyć za słuszność jakiejś teorii. 
        - Czyli okazuje się, iż żąda pan ewakuacji Floriny w oparciu o domysły. 
        - Sądzę, że nie powinniśmy ryzykować życia całej populacji planety. 
        -  Gdyby  Florina  była  zwyczajną  planetą,  zgodziłbym  się  z  panem.  Ale  Florina  zapewnia 
Galaktyce dostawy kyrtu. Nie możemy tego zrobić. 
        - Czy taką umowę zawarł pan z Fife’em w czasie mojej nieobecności? - rzucił ze złością Junz. 
        Fife przerwał im wymianę zdań: 
        - Proszę pozwolić mi wyjaśnić, doktorze Junz. Rząd Sark nigdy nie zgodzi się na ewakuację 
Floriny, nawet jeśli MBK oświadczy, że ma dowody na potwierdzenie pańskiej teorii. Trantor nas 

background image

nie zmusi, gdyż o ile Galaktyka mogłaby poprzeć wojnę z Sark, aby utrzymać dostawy kyrtu, to 
nigdy nie zgodzi się, by ją prowadzić w celu ich zablokowania. 
        - Właśnie - przytaknął Abel. - Obawiam się, że nasi ludzie nie poprą takiej wojny. 
        Junz  poczuł  gwałtowny  przypływ  odrazy.  Populacja  całej  planety  nic  nie  znaczy  wobec 
dyktatu korzyści ekonomicznych. 
        -  Posłuchajcie  -  powiedział.  -  Tu nie chodzi  o jedną planetę, lecz o całą Galaktykę. Co roku 
powstaje w niej około dwadzieścia nowych. Prawie dwa tysiące gwiazd spośród galaktycznych stu 
miliardów zmienia swoje promieniowanie na tyle, aby zamienić swoje ewentualnie nadające się do 
zamieszkania planety w pustynie. Ludzkość zasiedliła milion układów słonecznych Galaktyki. To 
oznacza, że średnio co pięćdziesiąt lat na jakiejś zamieszkanej planecie robi się zbyt  gorąco, aby 
żyć.  Takie  przypadki  są  znane  w  historii.  A  co  pięć  tysięcy  lat  jakaś  zamieszkana  planeta  ma 
pięćdziesiąt procent szans na to, że nowa zamieni ją w obłok gazu. Jeżeli Trantor nic nie zrobi dla 
Floriny,  jeśli  pozwoli  jej  wyparować  razem  z  mieszkańcami,  da  w  ten  sposób  poznać  wszystkim 
ludziom w Galaktyce, że kiedy przyjdzie ich kolej, nie mogą oczekiwać pomocy, gdyby ta pomoc 
była  ekonomicznie  niewygodna  dla  paru  potężnych  osób.  Czy  pójdziesz  na  takie  ryzyko,  Abel? 
Natomiast  pomagając  Florinie  udowodnicie,  że  Trantor  przedkłada  odpowiedzialność  za  losy 
mieszkańców  Galaktyki  ponad  prawa  własności.  Okazując  dobrą  wolę,  Trantor  uzyska  to,  czego 
nigdy nie uzyskałby siłą. 
        Abel pochylił głowę. Potem potrząsnął nią ze znużeniem. 
        - Nie, Junz. To, co mówisz, przemawia do mnie, ale jest niepraktyczne. Nie mogę liczyć na to, 
że  emocje  wezmą  górę  nad  przypuszczalnymi  skutkami  politycznymi  zaniechania  produkcji  i 
handlu  kyrtem.  Prawdę  mówiąc,  myślę,  że  lepiej  byłoby  uniknąć  sprawdzania  twojej  teorii. 
Podejrzenie, że może być prawdziwa, narobiłoby wiele szkody. 
        - A jeśli jest prawdziwa? 
        -  Musimy  postępować  tak,  jakbyśmy  przyjęli,  że  nie  jest.  Rozumiem,  że  kiedy  wyszedłeś 
przed kilkoma minutami, skontaktowałeś się z MBK? 
        - Tak. 
        - Nic nie szkodzi. Myślę, że Trantor ma wystarczające wpływy, aby powstrzymać te badania. 
        -  Obawiam  się,  że  nie.  Nie  te  badania.  Panowie,  niebawem  poznamy  sekret  uzyskiwania 
taniego kyrtu. Nim minie rok, monopol na kyrt zostanie złamany, czy dojdzie do powstania nowej 
czy nie. 
        - O czym pan mówi? 
        - Teraz dochodzimy do głównego punktu narady, Fife. Kyrt rośnie na Florinie jako jedynej ze 
wszystkich  zamieszkanych  planet.  Z  jego  nasion  wszędzie  indziej  wyrasta  zwyczajna  celuloza. 
Zaryzykuję twierdzenie, iż Florina jest obecnie prawdopodobnie jedyną zamieszkaną planetą, która 
znajduje  się  w  fazie  poprzedzającej  nową  i  zapewne  pozostaje  w  niej,  od  kiedy  weszła  w  prąd 
węglowy  -  może  tysiące  lat  temu,  jeśli  kąt  przecięcia  był  mały.  Dlatego  wydaje  się  całkiem 
możliwe, że kyrt i stadium przed-nowej idą z sobą w parze. 
        - Bzdura - orzekł Fife. 
        - Tak? Musi być jakiś powód tego, że kyrt na Florinie jest kyrtem, a na innych planetach nie 
jest.  Naukowcy  usiłowali  na  wiele  sposobów  wyhodować  kyrt  gdzie  indziej,  lecz  próbowali  na 
ślepo,  więc  nigdy  im  się  nie  udało.  Teraz  będą  wiedzieli,  że  trzeba  uwzględnić  czynniki 
występujące w układzie słońca w fazie poprzedzającej nową. 
        - Już próbowano odtworzyć promieniowanie słońca Floriny - rzucił pogardliwie Fife. 
        -  Owszem,  odpowiednimi  lampami  łukowymi,  odtwarzającymi  tylko  światło  widzialne  i 
ultrafioletowe. A co z promieniowaniem w podczerwieni i dalej? Co z polami magnetycznymi? Z 
emisją  elektronów?  Z  działaniem  promieniowania  kosmicznego?  Nie  jestem  fizykiem 
biochemikiem, więc nie wymienię tu wszystkich czynników, jakie mogą wchodzić w grę. Ale teraz 
fizycy  biochemicy  na  wszystkich  planetach  Galaktyki  wezmą  się  za  to.  Zapewniam  was,  że  nim 
minie  rok,  znajdą  rozwiązanie.  Teraz  ekonomia  opowiada  się  za  humanizmem.  Galaktyka  chce 

background image

taniego kyrtu i jeśli go otrzyma, albo przynajmniej będzie miała nadzieję, że wkrótce go otrzyma, 
zechce  ewakuacji  Floriny,  nie  tylko  z  humanitarnych  pobudek,  ale  po  to,  by  utrzeć  nosa 
nienasyconym Sarkańczykom. - Blef! - warknął Fife. 
        - Ty też tak uważasz, Abel? Jeśli staniecie po stronie Posiadaczy, Galaktyka uzna, że Trantor 
nie ratował kyrtu, lecz monopol na kyrt. Pójdziesz na takie ryzyko? 
        - Czy Trantor zaryzykuje wojnę? - pytał Fife. 
        -  Wojnę?  Po  cóż  wojna?!  Posiadaczu,  w  ciągu  roku  twoje  dobra  na  Florinie  będą 
bezwartościowe, nowa czy nie nowa. Sprzedaj je. Sprzedajcie Florinę. Trantor może zapłacić. 
        - Kupić całą planetę? - zastanawiał się zaskoczony Abel. 
        -  Dlaczego  nie?  Trantor  ma  na  to  fundusze,  a  ta  inwestycja  przyniesie  tysiąckrotnie  więcej 
warte  skutki  polityczne  wśród  mieszkańców  Galaktyki.  Jeżeli  nie  wystarczy  im  to,  że  ocaliliście 
miliony istnień, powiecie im, że dostarczycie im tani kyrt. To chyba dość. 
        - Pomyślę o tym - rzekł Abel. 
        Spojrzał na Fife’a. Ten spuścił wzrok. Po dłuższej chwili i on powiedział: 
        - Pomyślę o tym. 
        - Nie myślcie zbyt długo - zaśmiał się Junz. - Wieści o kyrcie szybko się rozejdą. Nic ich nie 
powstrzyma. A wtedy żaden z was nie będzie miał już swobody działania. Teraz możecie zawrzeć 
umowę na lepszych warunkach. 
         
        Mieszczanin był załamany. 
        - Czy to jest prawda? - powtarzał. - Czy to prawda? Koniec z Floriną? 
        - Prawda - potwierdził Junz. 
        Terens rozłożył ręce i bezradnie je opuścił. 
        -  Jeśli  chcecie  te  papiery  Rika,  są  wpięte  do  danych  statystycznych  w  moim  miasteczku. 
Wybrałem stare akta, sprzed stu lat i dawniejsze. Nikt nigdy by do nich nie zajrzał. 
        - Słuchaj - odezwał się Junz. - Jestem pewien, że możesz dogadać się z MBK. Potrzebujemy 
kogoś  na  Florinie,  kto  zna  Florińczyków,  kto  może  nam  powiedzieć,  jak  im  to  wszystko 
wytłumaczyć,  jak  zorganizować  ewakuację  i  wybrać  najodpowiedniejsze  planety  dla  uchodźców. 
Pomożesz nam? 
        -  Masz na myśli, że w ten sposób  wygrałbym  tę walkę? Nie poniósłbym  kary za zabójstwa? 
Dlaczego  nie?  -  Nagle  w  oczach  Mieszczanina  zabłysły  łzy.  -  Ale  przecież  i  tak  przegrałem.  Nie 
mam świata, nie mam domu. Wszyscy przegraliśmy. Florińczycy stracili swój świat, Sarkańczycy 
bogactwa, Trantorianie okazję do wzbogacenia się. Nie ma zwycięzców. 
        - Chyba - powiedział łagodnie Junz - że zrozumiesz, iż w nowej Galaktyce - Galaktyce wolnej 
od  groźby,  jaką  niosą  niestabilne  gwiazdy,  Galaktyce  dostępnego  dla  wszystkich  kyrtu  i  o  wiele 
bliższej  politycznej  jedności  -  będą  jednak  zwycięzcy.  Kwadrylion  zwycięzców.  Mieszkańcy 
Galaktyki, to oni są zwycięzcami. 
 
EPILOG 
Rok później 
         
         
        Rik! Rik! - Selim Junz spieszył przez lądowisko do statku, wyciągając ręce.  - I Lona! Nigdy 
bym was nie poznał. Jak się macie? Jak się macie? 
        - Najlepiej jak można. Widzę, że otrzymałeś nasze listy - rzekł Rik. 
        - Oczywiście. Powiedzcie mi, co o tym wszystkim myślicie? 
        Szli razem w kierunku biur Junza. Valona powiedziała ze smutkiem: 
        - Dziś rano odwiedziliśmy miasto, gdzie mieszkaliśmy. Pola są takie puste. 
        Ubierała się teraz jak obywatelka Imperium, a nie wieśniaczka z Floriny. 

background image

        -  Tak,  to  musi  wydawać  się  niesamowite  komuś,  kto  tu  mieszkał.  Wygląda  niesamowicie 
nawet dla mnie, ale zostanę tu tak długo, jak zdołam. Pomiary promieniowania słońca Floriny są 
niezwykle interesujące. 
        - Taka ewakuacja w ciągu niecałego roku! To świadczy o wspaniałej organizacji. 
        - Robimy, co możemy, Rik. Och, chyba powinienem nazywać cię prawdziwym imieniem. 
        -  Proszę,  nie.  Nigdy  nie  przywyknę  do  niego.  Jestem  Rik.  To  wciąż  jedyne  imię,  jakie 
pamiętam. 
        - Czy już postanowiłeś, czy wrócisz do kosmoanalizy? - spytał Junz. 
        -  Postanowiłem  - Rik  potrząsnął  głową  - i odpowiedź brzmi „nie”. Już nie przypomnę sobie 
wszystkiego.  Nigdy  nie  odzyskam  tej  części  pamięci.  Ale  wcale  mnie  to  nie  martwi.  Wrócę  na 
Ziemię... Nawiasem mówiąc, miałem nadzieję, że zobaczę się z Mieszczaninem. 
        -  Chyba nie. Wziął dziś  wolne. Sądzę, że nie chce cię widzieć. Pewnie czuje się winny. Nie 
żywisz do niego urazy? 
        -  Nie  -  odparł  Rik.  -  Chciał  dobrze  i  pod  wieloma  względami  zmienił  moje  życie  na  lepsze. 
Przede wszystkim poznałem Lonę. 
        Objął ją ramieniem. Valona spojrzała na niego i uśmiechnęła się. 
        -  Ponadto  -  ciągnął  Rik  -  wyleczył  mnie  z  czegoś.  Dowiedziałem  się,  dlaczego  zostałem 
kosmoanalitykiem. Wiem, dlaczego jedna trzecia kosmoanalityków pochodzi z jednej  planety  - z 
Ziemi. Każdy, kto żyje na radioaktywnej planecie, ma skłonność do lęków i poczucia zagrożenia. 
Jeden nierozważny krok może oznaczać śmierć, a naszym największym wrogiem jest powierzchnia 
ojczystej planety. To wyjaśnia nasz wrodzony niepokój, doktorze Junz, lęk przed planetami. Tylko 
w przestrzeni jesteśmy szczęśliwi; to jedyne miejsce, gdzie czujemy się bezpieczni. 
        - I ty już tego nie odczuwasz, Rik? 
        - Właśnie, Nawet nie pamiętam, że kiedyś czułem lęk i zagrożenie. I tu dochodzimy do sedna 
sprawy. Mieszczanin nastawił psychosondę tak, aby usunęła niepokój, ale nie pomyślał o regulacji 
intensywności.  Myślał,  że  ma  do  czynienia  ze  świeżym  i  powierzchownym  stanem.  Tymczasem 
napotkał głęboki wrodzony niepokój, o którym nie wiedział. Usunął wszystko. W pewnym sensie 
warto było pozbyć się tego uczucia, mimo iż razem z nim straciłem coś więcej. Teraz już nie muszę 
cały  czas  przebywać  w  Kosmosie.  Mogę  wrócić  na  Ziemię.  Mogę  tam  pracować,  a  Ziemia 
potrzebuje rąk do pracy. Zawsze będzie potrzebować. 
        - Wiesz co - rzekł Junz - dlaczego nie moglibyśmy zrobić dla Ziemi tego, co robimy z Floriną? 
Ziemianie nie muszą żyć w lęku i braku poczucia bezpieczeństwa. Galaktyka jest wielka. 
        -  Nie  -  odparł  gwałtownie  Rik.  -  To  zupełnie  inny  przypadek.  Ziemia  ma  swoją  przeszłość, 
doktorze Junz. Wielu nie wierzy w to, lecz my, Ziemianie, wiemy, że z naszej planety wywodzi się 
rasa ludzka. 
        - No cóż, może. Nie mam pojęcia, czy to prawda czy nie. 
        -  Prawda. Dlatego tej  planety nie można porzucić; nie wolno jej porzucić. Kiedyś  zmienimy 
ją; przywrócimy jej powierzchnię do dawnego stanu. A tymczasem - zostaniemy tam. 
        Valona powiedziała łagodnie: 
        - Jestem teraz Ziemianką. 
        Rik spoglądał na odległy horyzont. Górne Miasto było krzykliwe jak zawsze, ale już puste. 
        - Ilu pozostało jeszcze na Florinie? - zapytał. 
        - Około dwudziestu milionów - odparł Junz. - Idzie nam coraz wolniej. Trzeba ewakuować ich 
rozważnie.  Pozostali  jeszcze  przez  kilka  miesięcy  muszą  zapewnić  normalne  życie  społeczności. 
Osadnicy  dopiero  zaczynają.  Większość  ewakuowanych  znajduje  się  jeszcze  w  obozach 
przejściowych na najbliższych planetach. To nieuniknione trudności. 
        - Kiedy ostatni mieszkaniec opuści planetę? 
        - Tak naprawdę to nigdy. 
        - Nie rozumiem. 

background image

        -  Mieszczanin  nieoficjalnie  poprosił  o  pozwolenie  na  pozostanie.  Otrzymał  je,  także 
nieoficjalnie. To nie zostanie podane do publicznej wiadomości. 
        - Chce zostać? - Rik był zaszokowany. - Na Galaktykę, dlaczego? 
        - Nie wiem - rzekł Junz. - Chyba jednak sam sobie odpowiedziałeś, mówiąc o Ziemi. On czuje 
tak samo. Mówi, że nie może znieść myśli o skazaniu Floriny na samotną śmierć. 
 
POSŁOWIE 
         
         
        „Prądy  przestrzeni”  powstały  w  1951  roku  i  zostały  opublikowane  w  1952  roku.  W  owym 
czasie  stosunkowo  mało  wiedziano  o  astrofizycznych  aspektach  powstawania  nowej  i  moje 
rozważania  na  temat  „prądów  węglowych”  były  uzasadnione.  Obecnie  astronomowie  wiedzą 
znacznie więcej. Jest rzeczą pewną, że prądy przestrzeni nie mają nic wspólnego z powstawaniem 
nowych.  (Aczkolwiek,  z  kolei,  analizy  międzygwiezdnych  obłoków  pyłu  i  gazu  okazały  się 
znacznie bardziej interesujące, niż wyobrażałem to sobie w roku 1951). Szkoda, gdyż moje teorie 
dotyczące prądów przestrzeni były tak ciekawe (moim zdaniem), że powinny okazać się słuszne... 
Ponieważ jednak Wszechświat idzie własnym torem i nie zamierza zbaczać z niego tylko dlatego, 
żeby nagrodzić moją inwencję  - mogę was jedynie prosić, abyście, nie zważając na zastrzeżenia, 
jakie może budzić teoria powstawania nowej, czerpali radość z lektury tej książki (zakładając, że 
jest z czego) takiej, jaka jest. 
 
Isaac Asimov