background image
background image

 

Jennifer Lewis 

 

Taniec z 

nieznajomym 

 

 

Tytuł oryginału: The Heir's Scandalous Arfair 

 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Parna,  gorąca  noc  w  nieznanym  mieście.  Samantha  Hardcastle  miała 

wrażenie, że już od wielu godzin kluczy ulicami, próbując znaleźć powrotną dro-

gę  do  hotelu.  Wyszła  z  niego,  kiedy  słońce  stało  jeszcze  wysoko  na  niebie,  i 

beztrosko zapuściła się w labirynt uliczek Dzielnicy Francuskiej. W świetle dnia 

Nowy Orlean wydawał się niemalże tak oswojony jak Nowy Jork. Ale gdy tylko 

zapadł zmrok, miasto ukazało swoje dzikie, egzotyczne oblicze. Latarnie uliczne 

i  neony  wszelkich  kolorów  i  kształtów  oświetlały  rozbawiony  tłum.  Ludzie 

spacerowali grupami, przystawali przy straganach, żeby kupić przekąski i wielkie 

kufle  piwa.  Muzyka,  śmiechy  i  nawoływania  rozbrzmiewały  w  gorącym 

powietrzu przesyconym wonią grillowanego mięsa i korzennych przypraw. Piwo 

lało się strumieniami, a ci, którzy orzeźwili się już pierwszym kuflem, rozglądali 

się  za  lokalem,  gdzie  grano  do  tańca,  lub  po  prostu  puszczali  się  w  tany  na 

chodnikach, ku uciesze ulicznych grajków. 

Samantha  uparcie  wędrowała  przed  siebie,  choć  nie  było  to  łatwe. 

Roześmiani, zagadani lub zataczający się przechodnie ciągle ją potrącali, tak że z 

trudem  łapała  równowagę,  stąpając  ostrożnie  na  wysokich  szpilkach.  Co  ją 

podkusiło,  żeby  włożyć  na  spacer  po  mieście  dopiero  co  kupione  czerwone 

sandałki  od  Christiana  Louboutina?  Przypominały  raczej  wyrób  jubilerski  niż 

obuwie  i  stanowiły  bez  wątpienia  niezłą  lokatę  kapitału,  ale  zupełnie  nie 

nadawały się do chodzenia po staromiejskim bruku Nowego Orleanu. 

Potknęła  się  o  wystający  kamień  i  zrobiła  kilka  chaotycznych  kroków, 

próbując odzyskać równowagę. Na próżno. Nie przewróciła się tylko dlatego, że 

na jej drodze niespodziewanie stanęła szorstka, ceglana ściana budynku. Wpadła 

na nią z bolesnym impetem, który pozbawił ją tchu. Przygryzła wargę opierając 

dłonie o mur, wciąż jeszcze nagrzany po słonecznym dniu. Kiedy chciała ruszyć 

TL

 R

background image

 

dalej, zorientowała się, że nie może zrobić kroku. Nogi miała jak z waty, głowę 

dziwnie  lekką.  W  dół  pleców  spłynął  jej  nieprzyjemny,  zimny  dreszcz,  budząc 

falę  mdlącej  słabości.  Na  czoło  wystąpiły  jej  krople  potu,  a  przed  oczami 

zatańczyły czarne plamy. 

To  pewnie  z  głodu,  pomyślała  mętnie.  Rano  zdołała  przełknąć  tylko 

filiżankę kawy, nic nie zjadła ani w samolocie, ani w hotelu. A potem wypuściła 

się  samotnie  na  miasto,  mając  na  nogach  idiotyczne  sandałki,  które  nie  były 

przeznaczone  do  chodzenia,  i  ubrana  w  cieniutką  jedwabną  sukienkę  o 

sugestywnym kroju haleczki. Jak dziecko zachwyciła się zabytkową architekturą 

Dzielnicy Francuskiej, kolorowymi elewacjami, balkonami wspartymi na ozdob-

nych  kolumnach,  barwnym  życiem  wypełniającym  ulice.  Zupełnie  zapomniała, 

że jej orientacja w terenie pozostawia wiele do życzenia, i oczywiście zabłądziła. 

Na domiar złego zrobiło jej się słabo. Prawdopodobnie zaraz zemdleje, osunie się 

na  chodnik,  pod  nogi  podchmielonych  przechodniów...  Cóż  za  porażka.  Od 

śmierci męża wszystko, czego się podejmowała, szło na opak. Obawiała się, że 

każdy dzień zbliża ją nieubłaganie do chwili, kiedy osiągnie kres wytrzymałości i 

ostatecznie się załamie. 

–  Hej,  wszystko  w  porządku?  –  usłyszała  tuż  za  sobą  głęboki  głos.  – 

Dobrze się pani czuje? 

–  Tak,  oczywiście,  dziękuję.  –  Odruchowo  ściągnęła  łopatki  i  uniosła 

głowę. Ale nie odważyła się puścić muru. Ulica przed jej oczami wirowała, kolo-

rowe światła rozmywały się, tworząc chaotyczne, zygzakowate linie. 

– Nie wydaje mi się. – W męskim głosie brzmiała troska. – Proszę wejść do 

środka. Powinna pani na chwilę usiąść. 

– Nie, naprawdę nie trzeba... – Przed oczami zamajaczyły jej otwarte drzwi, 

a  za  nimi  wnętrze  wypełnione  ciepłym  światłem.  Poczuła,  jak  silne  ramię 

obejmuje jej talię, i napięła mięśnie w mimowolnym proteście. 

TL

 R

background image

 

–  Nie  ma  się  czego  bać.  To  jest  zwykła  knajpka,  nie  jaskinia  zbójców.  – 

Mężczyzna  łagodnie  poprowadził  ją  do  wejścia.  Samantha  z  westchnieniem 

wsparła  się  na  jego  ramieniu.  Nie  miała  siły  walczyć,  a  wnętrze  lokalu  kusiło 

spokojem, przyjemnym chłodem i melodyjnymi dźwiękami gitary. 

– Proszę, niech pani siada. – Stanowczość w  głosie nieznajomego działała 

na  Samanthę  kojąco.  Z  ulgą  opadła  na  wygodny  fotel  i  rozejrzała  się  dookoła. 

Pomieszczenie  utrzymane  było  w  poetycznym,  odrealnionym  stylu  fin  de 

siecle'u.  Ciepłe  światło  zdawało  się  pieścić  ozdobne,  po  kociemu  miękkie  linie 

gzymsów  i  mebli.  Kolory  i  ornamenty  były  stonowane,  przyjazna  przestrzeń 

zachęcała do relaksu i zabawy. 

– Dziękuję, już mi lepiej. – Samantha uśmiechnęła się z  zażenowaniem. – 

Sama nie wiem, co się ze mną stało. 

–  Teraz  musi  pani  odpocząć  i  się  posilić.  Proszę  tu  poczekać,  przyniosę 

pani coś do zjedzenia. 

– Ależ ja nie... – zaczęła, niezdarnie próbując wstać. Niestety, kolana wciąż 

miała zupełnie miękkie. 

– Owszem, tak – uciął zdecydowanie. 

Zdawało jej się, że słyszy nutę rozbawienia w jego głosie. Może faktycznie 

powinna  coś  zjeść.  Ostatnio  ciągle  zapominała  o  posiłkach.  Od  miesięcy  jadła 

wyłącznie  z  rozsądku.  Żyła  jak  automat  napędzany  poczuciem  obowiązku.  Już 

nawet nie pamiętała, co to znaczy mieć apetyt... na cokolwiek. 

Wtuliła się w miękkie oparcie fotela i zamknęła oczy. Otoczyła ją miła dla 

ucha  muzyka  restauracyjnego  wnętrza.  Przytłumiony  gwar  rozmów,  brzęk 

sztućców  i  kieliszków,  perliste  solo  gitary,  któremu  odpowiadał  tęskny  śpiew 

klarnetu. 

TL

 R

background image

 

–  Proszę.  Filet  z  soli  na  świeżym  szpinaku  i  dziki  ryż.  Pożywny  i 

lekkostrawny posiłek, tak jak zalecił lekarz. – Duża męska dłoń, opalona na złoty 

brąz, postawiła przed nią półmisek, z którego unosił się apetyczny zapach. 

–  Dziękuję.  To  niezwykle  miłe  z  pana  strony.  –  Spojrzała  w  górę  na 

właściciela głębokiego głosu i opalonej dłoni. Przedtem za bardzo kręciło jej się 

w głowie, żeby się mogła przyjrzeć jego twarzy. 

–  Pochlebia  mi  pani.  Tak  naprawdę  wcale  nie  jestem  miły.  –  W  oczach  o 

barwie  ciemnego  miodu  zatańczyły  złociste  iskierki  humoru.  –  Po  prostu  nie 

życzę  sobie,  żeby  ludzie  mdleli  pod  drzwiami  mojego  lokalu.  To  mogłoby 

odstraszyć klientów. 

– A widok słaniających się na nogach kobiet, które wciąga pan do środka, 

jest  na  tyle  intrygujący,  by  przywabić  tłumy?  –  pozwoliła  sobie  na  żartobliwą 

ripostę. 

Odpowiedział  jej  uśmiechem,  którego  serdeczność  ją  zaskoczyła.  Miał 

pociągłą  twarz  o  rysach  tak  harmonijnych,  jakby  wyszły  spod  dłuta  gotyckiego 

mistrza.  Gęste,  lekko  kędzierzawe  włosy  o  głębokiej  barwie  hebanu, 

zmierzwione  nad  wysokim  czołem,  nadawały  mu  wygląd  artysty.  Pod  śmiało 

zarysowanymi  brwiami  ciemne,  mieniące  się  złociście  oczy  patrzyły  na  nią  w 

skupieniu. Był o wiele za bardzo przystojny, by mogła mu zaufać. 

– Czemu pan mi się tak przygląda? – spytała podejrzliwie. 

– Czekam, aż weźmie pani widelec i zacznie jeść. 

Posłusznie nabrała na widelec kawałek ryby i uniosła do ust. Wciąż czując 

na sobie uważne spojrzenie mężczyzny, zmusiła się, by zacząć gryźć. Ryba była 

soczysta  i  cudownie  delikatna,  przyprawiona  lekkim  sosem,  w  którym  można 

było  wyczuć  cierpkość  limonki, pikantny  świeżo  mielony  pieprz  i  rześki, lekko 

korzenny koper. 

TL

 R

background image

 

–  Mmm  –  wymruczała.  –  To  jest  przepyszne.  Nieznajomy  uśmiechnął  się 

szerzej i pokiwał głową, jakby się zgadzał z oczywistą prawdą. 

–  Czego  miałaby  pani  ochotę  się  napić?  –  spytał,  spoglądając  na  nią 

uważnie swoimi ciemnozłotymi tygrysimi oczami. 

Czy jej się zdawało, czy rzeczywiście usłyszała uwodzicielską nutę w jego 

głosie?  Poczuła,  jak  mięśnie  jej  ramion  napinają  się  mimowolnie.  Nie  chciała, 

żeby z nią flirtowano. Myśl, że po raz kolejny wróciła na rynek singli, nie była 

przyjemna. Gorzej – budziła w niej dreszcze przerażenia. 

–  Szklankę  wody,  jeśli  można  prosić  –  odpowiedziała  mu  chłodnym, 

wyniosłym  spojrzeniem,  godnym  zamożnej  nowojorskiej  damy,  którą  podobno 

była. 

Mężczyzna  zniknął  bez  słowa,  a  Samantha  nie  zwlekając,  rzuciła  się  na 

jedzenie. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna. Miała za sobą naprawdę 

długi  i  męczący  dzień.  W  dodatku  niewiele  wskórała.  Przyjechała  do  Nowego 

Orleanu,  żeby  odszukać  człowieka,  który  mógł  być  nieślubnym  synem  jej 

zmarłego  męża.  Niejaki  Louis  DuLac,  prawdopodobnie  owoc  jednego  z 

młodzieńczych romansów Tarranta Hardcastle'a, od miesięcy ignorował jej mejle 

i  telefony.  Postanowiła  więc  pofatygować  się  osobiście  do  jego  rezydencji  przy 

Royal Street, ale nie zastała go, pomimo że próbowała dwukrotnie – po drodze z 

lotniska  i  później,  po  południu.  Za  drugim  razem  zniecierpliwiona  gosposia 

zamknęła  jej  drzwi  przed  nosem  gestem,  którego  nawet  przy  najlepszych 

chęciach  nie  można  było  uznać  za  uprzejmy.  Samantha  nie  przejęła  się  tym 

zbytnio.  Louis  DuLac  był  właścicielem  sieci  luksusowych  restauracji  i  z 

pewnością  nie  miał  czasu,  żeby  przesiadywać  w  domu.  Może  następnego  dnia 

będzie miała więcej szczęścia i zastanie go przy porannej kawie. 

Dźwięk odkorkowywanej butelki wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła głowę 

i  aż  jęknęła  w  duchu,  rozpoznając  pękatą  butlę  o  smukłej  szyjce.  Najwyraźniej 

TL

 R

background image

 

nieznajomy  uznał,  że  stacją  na  to,  żeby  zapłacić  siedemset  dolarów  za  butelkę 

słynnego Krug Clos du Mesnil. 

Pretensje mogła mieć tylko do siebie. Kto jej kazał wychodzić na miasto w 

sandałkach od Louboutina? Równie dobrze mogła napisać sobie na czole, że jest 

nieprzyzwoicie bogata. 

– Naprawdę nie... – Zrobiła dłonią stanowczy gest. 

–  Na  koszt  firmy.  –  Ignorując  jej  protest,  postawił  przed  nią  kieliszek  i 

napełnił go musującym płynem o barwie promieni słońca. 

– Dlaczego...? – Samantha zamrugała, zdumiona. Nie przypominała sobie, 

by  kiedykolwiek  widziała  sommeliera  lekką  ręką  oferującego  za  darmo  butelkę 

Krug. Nawet tak ważnemu klientowi jak Tarrant. 

–  Dlaczego?  –  posłał  jej  intensywne  złociste  spojrzenie.  –  Żeby  coś 

zaradzić na ten smutek, który widzę w pani ślicznych oczach. 

– Nie przyszło panu do głowy, że może mam powód, by się smucić? 

–  Owszem,  przyszło.  –  Zajął  miejsce  naprzeciwko  niej.  –  Czy  jest  pani 

umierająca? – spytał z absolutną powagą. 

– Nie – wyjąkała. – W każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. 

– To wspaniale! – W głosie nieznajomego zabrzmiała wyraźna ulga. – Oto 

wiadomość, za którą warto wypić. 

Uniósł kieliszek, a ona powtórzyła jego gest. Kryształ stuknął o kryształ z 

dźwięczną  czystą  nutą.  Samantha  upiła  łyk  kosztownego  trunku.  Smakował 

rześko i rozkosznie niczym poranne słońce. 

– Co by pan zrobił, gdybym powiedziała, że jestem umierająca? – spytała, 

autentycznie zaciekawiona. 

–  Zasugerowałbym,  żeby  maksymalnie  wykorzystała  pani  każdy  dzień, 

każdą chwilę. Uważam,że to dobra rada, w każdej sytuacji. – Iskierki zamigotały 

w jego oczach. 

TL

 R

background image

 

–  Święta  racja  –  przytaknęła,  uśmiechając  się  do  wspomnień.  Jej  mąż 

Tarrant miał w sobie taką pasję życia, że zadziwił lekarzy, walcząc ze śmiertelną 

chorobą  o  wiele  dłużej,  niż  przewidywały  nawet  najbardziej  optymistyczne 

diagnozy.  Kiedy  odchodził  pokonany,  ale  nie  złamany,  kazał  żonie  obiecać,  że 

będzie czerpała z życia pełnymi garściami. Samantha obiecała, ale jak dotąd, nie 

była w stanie dotrzymać słowa. 

Upiła  kolejny  łyk  musującego  trunku.  Bąbelki  zaszczypały  ją  w  język  i 

połaskotały  w  podniebienie.  Może  kieliszek  szampana  dzielony  z  przystojnym 

nieznajomym gorącą nocą w obcym mieście był dobrym początkiem? 

–  Za  pierwszy  dzień  reszty  życia.  – Unosząc  kieliszek,  spojrzała  prosto  w 

oczy  siedzącego  naprzeciwko  mężczyzny.  Pomyślała  nagle,  że  te  oczy  przy-

pominają  ślepia  tygrysa:  złociste,  czujne  i  skupione  pomimo  pozornego 

rozleniwienia. 

–  Niech  każdy  dzień  będzie  świętem.  –  Zasalutował  jej  kieliszkiem  i 

odpowiedział  spojrzeniem,  a  ona  poczuła  w  głębi  duszy  jakieś  nieśmiałe,  miłe 

drgnienie. Pewnie szampan zaczynał już działać. 

–  Myślę,  że  najwyższy  czas,  żebyśmy  zatańczyli.  –  Nieznajomy  podniósł 

się i wyciągnął do niej rękę. 

Spłoszona,  popatrzyła  ponad  jego  ramieniem  na  scenę,  gdzie  kwartet 

jazzowy  zaczął  właśnie  grać  tęskną,  lecz  zarazem  porywająco  energetyczną 

melodię.  Parkiet  w  jednej chwili  zaroił  się  od tańczących  par.  Samantha wbrew 

sobie  poczuła,  jak  adrenalina  przenika  jej  ciało  dreszczem,  a  krew  zaczyna 

pulsować w rytm muzyki. 

– Och, nie – powiedziała słabo. Nie mogę...  

Była  wdową.  Nie  nosiła  żałoby,  bo  Tarrant  prosił  ją,  żeby  nawet  na  jego 

pogrzeb  nie  wkładała  czarnej  sukni.  Uważał,  że  do  twarzy  jej  tylko  w 

świetlistych,  pastelowych  ubraniach.  Jak  zwykle  zastosowała  się  do  jego 

TL

 R

background image

 

życzenia.  Dziś  też  miała  na  sobie  sukienkę  w  subtelnym  kolorze,  jakim 

zachodzące słońce barwi piasek tropikalnych plaż. Nieznajomy nie mógł się więc 

domyślić, że pochowała męża zaledwie pół roku temu. 

Znacząco spojrzała na swoje sandałki na wysokich szpilkach. Podążył za jej 

spojrzeniem, w lot łapiąc niewypowiedzianą myśl. 

–  Christian  byłby  zdruzgotany,  gdyby  się  dowiedział,  że  jakaś  kobieta 

potraktowała jego dzieło jako pretekst, żeby się wykręcić od tańca. 

– Zna pan Louboutina? – Samantha popatrzyła na niego ze zdumieniem. 

– Poznaliśmy się, kiedy mieszkałem w Paryżu. 

– Niewiele osób potrafiłoby rozpoznać jego styl. 

– Możliwe– przyznał. – Cóż, ja po prostu jestem spostrzegawczy. I potrafię 

docenić piękno. 

Powiedział  to  tonem  swobodnej  pogawędki,  ale  jego  spojrzenie  powoli, 

uważnie  przesunęło  się  po  jej  twarzy,  włosach  i  figurze.  Nie  było  w  nim 

natarczywości,  tylko  otwarcie  wyrażone  uznanie.  Po  raz  pierwszy  od  bardzo, 

bardzo dawna Samantha poczuła się... pożądana. Ze wstydem zwalczyła budzące 

się w niej przyjemne emocje. 

–  Tylko  niech  pan  nie  mówi  Christianowi,  że  tak  znieważyłam  jego 

arcydzieło – uśmiechnęła się, zmieniając temat. 

–  Niestety,  będę  musiał  mu donieść. –  Nieznajomy  pokręcił  głową,  robiąc 

komicznie srogi grymas. 

– Chyba że zgodzi się pani ze mną zatańczyć. Myślę, że tyle przynajmniej 

może  pani  dla  mnie  zrobić  po  tym,  jak  przygarnąłem  panią,  błąkającą  się  po 

ulicy, i nakarmiłem. 

– To brzmi, jakbym była zgubionym pieskiem. 

– Samantha parsknęła śmiechem. 

– Pieskiem  w  pantoflach  od  Louboutina. 

TL

 R

background image

 

–  Uśmiechnął  się  także,  a  potem  zdecydowanie  ujął  jej  dłoń.  Wstała 

odruchowo.  Lata  treningu  na  stanowisku  małżonki  miliardera  zrobiły  swoje. 

Uprzejme, towarzyskie  zachowania i zasady savoir  vivre'u miała opanowane do 

perfekcji, gorzej było z jej asertywnością. 

Muzyka intensywniała, uwodziła południowym, rozkołysanym rytmem. Co 

złego  mogło  być  w  jednym  tańcu?  –  pomyślała  Samantha,  pozwalając  po-

prowadzić się na parkiet. Ostatecznie Tarrant sam jej powiedział, że ma używać 

życia. Spełni tylko życzenie zmarłego męża... 

Nieznajomy  objął  ją  w  talii  i  obrócił  ku  sobie  delikatnym,  ale 

zdecydowanym  gestem.  Położyła  dłoń  na  jego  ramieniu,  dopiero  teraz 

zauważając,jak  bardzo  jest  wysoki.  Musiał  mieć  co  najmniej  metr 

dziewięćdziesiąt wzrostu. Był smukły i gibki, a jego ruchy, płynne i pewne jak u 

dzikiego  kota,  świadczyły  o  drzemiącej  w  nim  sile.  Kiedy  poprowadził  ją  po 

parkiecie, dostosowała kroki do zmysłowego rytmu mambo. Miała wrażenie, że 

muzyka  gęstnieje  wokół  nich  jak  dym,  przesłaniając  cały  świat.  Widziała  tylko 

jego szerokie ramiona, kołnierzyk białej koszuli uszytej z materiału o ciekawym 

dyskretnym wzorze z nieregularnie ułożonych prążków. 

Skupiła  się  na  tym,  by  zachować  prawidłową  postawę  i  nie  pomylić 

kroków.  „Głowa  do  góry,  brzuch  wciągnięty"  –  niemal  słyszała  komendy 

wydawane suchym tonem przez pannę Walentynę, jej dawną nauczycielkę tańca. 

– Ma pan ładną koszulę – zagadnęła. 

Jego tygrysie oczy zwęziły się w wyrazie lekkiej kpiny. 

–  Nie  musi  mnie  pani  zabawiać kurtuazyjną  rozmową.  Wiem,  że  jest  pani 

miłą osobą. 

– Skąd może pan to wiedzieć? – zdumiała się. 

–  Potrafię  odczytywać  ludzkie  charaktery  –  uśmiechnął  się  tajemniczo.  – 

Babcia mnie nauczyła. Miała zwyczaj wróżyć z fusów. Zdradziła mi, że jej sekret 

TL

 R

background image

 

10 

polega na tym, żeby uważnie przyglądać się ludziom, kiedy oni wpatrywali się w 

fusy. 

– Jak to robiła? 

–  Ludzka  twarz  jest  jak  księga.  Każda  zmarszczka,  bruzda  czy  nawet 

dołeczek coś znaczą. Tak zapisują się nasze przeżycia, emocje, usposobienie. 

–  Ojej.  –  Uważne  spojrzenie  nieznajomego  sprawiło,  że  Samantha 

skurczyła  się  w  sobie.  W  wieku  trzydziestu  jeden  lat  nie  miała  złudzeń  co  do 

tego, że temat zmarszczek już niebawem stanie jej się bliski. Uroda, dzięki której 

wygrała  więcej konkursów piękności, niż mogła spamiętać, niedługo przeminie, 

zostawiając ją... z niczym. 

– Ma pani urocze dołeczki w policzkach, które powstały dlatego, że często 

się pani uśmiecha. – Mężczyzna obrócił ją w tańcu, potem przyciągnął do siebie i 

z  bliska  przyjrzał  się  jej  twarzy.  –  Ale  w  kącikach  oczu  nie  zaznaczyły  się 

zmarszczki,  które  pojawiają  się,  kiedy  uśmiech  jest  spontaniczny.  Bywa,  że 

uśmiecha  się  pani,  choć  nie  jest  szczęśliwa.  Robi  to  pani,  żeby  sprawić 

przyjemność innym. 

–  To  prawda  –  powiedziała  cicho.  –  Ktoś  mi  już  mówił,  że  za  bardzo  się 

staram przypodobać ludziom. Jestem zawsze na „tak" – zaśmiała się nerwowo. 

– Ale ma pani silny charakter – ciągnął nieznajomy, nie spuszczając z niej 

uważnego  spojrzenia.  –  Widać  to  po  sposobie,  w  jaki  trzyma  pani  głowę.  Jest 

pani  delikatna,  ale  wytrwała  i  konsekwentna.  Pani  gesty  są  oszczędne, 

precyzyjne i pewne. Przywiązuje pani wielką wagę do wszystkiego, co pani robi. 

Zmarszczyła  brwi,  zastanawiając  się  nad  tym,  co  usłyszała.  Czy 

rzeczywiście  taka  była  prawda  o  niej?  Czy  były  to  tylko  pozory,  wyuczona 

maniera, która pozwoliła jej latami prześlizgiwać się przez życie? 

TL

 R

background image

 

11 

Ostatnio  bardzo  się  starała  dojrzeć.  Wreszcie  dorosnąć.  Wyciągnęła 

wnioski  ze  swoich  nieudanych  małżeństw  i  zrobiła  wszystko,  żeby  uczynić 

ostatnie lata życia Tarranta tak szczęśliwymi, jak tylko było to możliwe. 

– I jest pani bardzo, bardzo smutna – wymruczał, pochylając się i zbliżając 

usta do jej ucha. 

– Dobrze, że nie powiedział pan „żałosna" – usiłowała żartować, ignorując 

ciepło bijące od jego ciała. 

–  Och,  nie  jest  pani  ani  trochę  żałosna.  –  Przesunął  dłonią  wzdłuż  jej 

sztywno  wyprostowanych  pleców.  –  Ale  moja  babcia  powiedziałaby,  że  nie 

powinna pani zapominać o oddychaniu. 

Jak  on  się  miło  uśmiecha,  pomyślała  Samantha.  Serdecznie  i  szczerze, 

jakby  widział  w  niej  człowieka,  a  nie  tylko  blond  lalkę,  po  której  można  się 

spodziewać  wyłącznie  głupkowatych  chichotów  w  odpowiedzi  na  mniej  lub 

bardziej  niewybredne  jednoznaczne  aluzje.  Zbyt  często  spotykała  mężczyzn, 

którzy  traktowali  ją  w  ten  irytujący  sposób.  Wyprowadzanie  ich  z  błędu  było 

nużącym, w większości wypadków beznadziejnym przedsięwzięciem. 

– Proszę, niech pani oddycha. 

Skupiła się na tym, żeby nie pomylić kroków. 

– Przecież oddycham. 

–  Ale  byle  jak.  Za  szybko,  za  płytko.  Jakby  była  pani  ściśnięta 

niewidzialnym  gorsetem.  Zdziwiłaby  się  pani,  jak  wielu  ludzi  nie  zdaje  sobie 

sprawy, że podświadomie przez cały czas wstrzymują oddech. 

–  Wprowadził  ją  w  kolejny,  zawrotny  piruet.  Wirując,  mimowolnie 

wciągnęła głęboki haust powietrza. 

– Właśnie o to mi chodziło – ucieszył się. – Oddychać trzeba tak, jakby się 

chciało wchłonąć całą rzeczywistość. To, co dobre, i to, co złe. 

– To, co złe? – powtórzyła, zdumiona. 

TL

 R

background image

 

12 

– Nie inaczej. Jeśli skupimy się na unikaniu rzeczy nieprzyjemnych, nigdy 

w pełni nie poczujemy smaku tego, co w życiu najlepsze. 

Zastanawiając się nad jego słowami, wykonała kolejną taneczną figurę. 

– Zajmuje się pani tańcem zawodowo? – spytał nagle. 

–  Nie...  –  Poczuła,  że  się  rumieni.  –  Swego  czasu  brałam  udział  w  paru 

konkursach, ale... 

–  To  widać.  Kontroluje  pani  każdy,  najdrobniejszy  ruch.  Pani  taniec  jest 

bezbłędny i bardzo efektowny, jak zresztą cała pani postawa. 

Zwalczyła odruchową chęć, żeby zerknąć w dół i upewnić się, że sukienka 

leży nienagannie. To fakt, stale się kontrolowała. Perfekcyjna prezencja należała 

do  jej  obowiązków  jako  żony  Tarranta  Hardcastle'a.  Jej  dni  mijały  na 

poddawaniu  się  zabiegom  stylistów,  wizażystów,  fryzjerów  i  kosmetyczek, 

którzy  dbali  o  każdy,  najdrobniejszy  detal  jej  wyglądu.  Podczas  licznych 

lunchów,  kolacji  i  rautów  była  wystawiona  na  bezlitosne,  taksujące  spojrzenia 

nowojorskiej  socjety.  Tak  bardzo  przywykła  do  noszenia  kreacji  od 

najsłynniejszych  projektantów,  idealnie  dopracowanych  fryzur  i  starannego 

makijażu, że nie miała pojęcia, jak wyglądałaby bez tego wszystkiego. Może pod 

maską pozorów, którą nosiła od lat, była tylko pustka? 

Dziś  jednak  nie  chciała  o  tym  myśleć.  W  złocistych  oczach  mężczyzny, 

który  prowadził  ją  w  tańcu,  lśniła  akceptacja  i  szczery  podziw.  Zupełnie  nie 

wyglądało na to, by zamierzał doszukiwać się niedociągnięć w jej wyglądzie czy 

potknięć w zachowaniu. Kiedy wprowadził ją w kolejny obrót, splótł palce z jej 

palcami. W jego dużej dłoni jej dłoń sprawiała wrażenie drobnej i dziwnie nagiej, 

bez  okazałego  pierścionka,  który  Tarrant  uroczyście  wsunął  na  jej  palec  przed 

czterema  laty.  Brylant,  umieszczony  w  misternym  koszyku  z  platyny,  na 

obrączce ze złota najczystszej próby  był tak wielki, że gdy  wychodziła z domu, 

musiał  towarzyszyć  jej  uzbrojony  ochroniarz.  Tarrant  nalegał,  żeby  nosiła 

TL

 R

background image

 

13 

pierścionek zawsze, w dzień i w nocy, jako symbol łączącej ich więzi, a ona, jak 

zwykle,  uczyniła  zadość  jego  życzeniom.  Kiedy  owdowiała,  z  pewną  ulgą 

zamknęła kosztowny klejnot w sejfie. 

–  Zamyśliła  się  pani.  –  Głęboki  głos  nieznajomego  przywołał  ją  do 

rzeczywistości. 

–  Wspomnienia.  –  Uśmiechnęła  się,  ale  jej  oczy  pozostały  smutne. 

Małżeństwo z Tarrantem było dla niej azylem, dawało nadzieję na to, że ona też 

ma szansę zbudować udany związek. Nie wiedziała, jak sobie poradzi bez męża. 

–  Wspomnienia  są  ważne,  nie  przeczę  –  powiedział  cicho.  –  Ale  życie 

toczy się tu i teraz. 

Miał  niezaprzeczalnie  rację.  On  sam  z  całą  pewnością  żył  chwilą  obecną. 

Wystarczyło  popatrzeć,  jak  tańczy.  Poruszał  się  płynnie,  jakby  muzyka  pul-

sowała  w  jego  ciele,  wypełniając  go  od  czubka  kształtnej  głowy,  poprzez 

szerokie ramiona, płaski brzuch i wąskie biodra, aż po mocne nogi, obleczone w 

czarne lniane spodnie. Był wspaniale zbudowany choć w żaden sposób tego nie 

podkreślał, musiał być w znakomitej formie. Czuła bijącą od niego siłę. 

Ile  mógł  mieć  lat?  Pewnie  niewiele  ponad  trzydzieści,  a  więc  byli  w 

podobnym  wieku.  Tylko  że  ona  ostatnio  czuła  się  tak,  jakby  miała 

dziewięćdziesiątkę na karku. 

Patrzył  jej  prosto  w  oczy,  nie  próbował  ukradkiem  zaglądać  w  dekolt  jak 

wielu dżentelmenów, często bardzo nobliwych, z którymi zdarzało jej się tańczyć 

na  eleganckich  przyjęciach.  W  jego  wzroku  widziała  inteligencję  i  autentyczne, 

życzliwe zainteresowanie. Czuła, jak nawiązuje się między nimi coraz silniejsza 

nić porozumienia. 

Nawet nie wiem, jak mu na imię, pomyślała. 

TL

 R

background image

 

14 

To było... dziwne. Dotykała go, patrzyła mu w oczy. Piła z nim szampana, 

rozmawiała  i  śmiała  się  z  jego  żartów,  choć  nie  wiedziała  o  nim  zupełnie  nic. 

Cała sytuacja wydawała jej się trochę nierzeczywista. 

Może powinna go zapytać...? 

Nie. Nie chciała niczego zmieniać. Gdyby go spytała, jak się nazywa, sama 

też musiałaby się przedstawić, a wolała, żeby nie wiedział, że ma do czynienia z 

Samanthą  Hardcastle,  żoną  niedawno  zmarłego  Tarranta  Hardcastle'a, 

nowojorskiego  multimilionera.  Może  tutaj,  w  Nowym  Orleanie,  nie  była  tak 

znana,  ale  w  jej  mieście  plotkarskie  pisma  od  miesięcy  prześcigały  się  w 

publikowaniu  mniej  lub  bardziej  wyssanych  z  palca  artykułów,  których  była 

główną  bohaterką.  Obwołano  ją  wesołą  wdówką,  sprytną  kobietką,  która 

poślubiła dwa razy starszego od siebie bogacza, a kiedy ten zmarł, zgarnęła jego 

majątek.  Niektórzy  dziennikarze  dawali  upust  swojemu  zgorszeniu  jej 

wyrachowaniem,  inni  niemal  otwarcie  jej  gratulowali,  jakby  trafiła  szóstkę  w 

totolotka. Nikt nie miał wątpliwości, że była łowczynią fortun, która nie wahała 

się wyjść za mąż dla pieniędzy. 

–  Hej,  czym  się  pani  zadręcza?  –  Obrócił  ją  w  tańcu  tak,  że  oparła  się  o 

jego szeroki tors. – Znów zapomina pani oddychać. 

–  Och,  rzeczywiście.  –  Zaciągnęła  się  głęboko  powietrzem.  Kiedy 

wypuściła je z głośnym westchnieniem ulgi, oboje się zaśmiali. 

Muzycy zmienili tempo. Rozkołysane, miękkie mambo przeszło płynnie w 

gorącą  sambę.  Kilka  par  dłoni  wybijało  na  bongosach  zawrotny,  hipnotyczny 

rytm.  Samantha  poczuła,  jak  muzyka  wypełnia  ją  czystą,  szaloną  energią,  nie 

pozostawiając  miejsca  na  zmartwienia,  obawy  czy  obsesyjną  samokontrolę. 

Wciągnęła  powietrze  głęboko  w  piersi,  odrzuciła  głowę  w  tył,  swobodnie 

zakołysała  biodrami.  Muzyka  tętniła  w  jej  krwi,  a  nogi  poruszały  się  same, 

posłuszne  coraz  szybszemu,  coraz  bardziej  ognistemu  rytmowi.  Uniosła  ręce, 

TL

 R

background image

 

15 

zawirowała, nagle lekka, jakby płynęła nad ziemią unoszona przez huk bębnów, 

oszalały świergot fletów i dziki śpiew gitary. Świat dookoła niej zatracił kontury, 

rozmył  się,  zamienił  w  wir  świetlistych  plam.  Zaśmiała  się  głośno,  radośnie. 

Włosy fruwały złocistymi pasmami wokół jej twarzy. Kiedy muzycy zakończyli 

utwór popisową, ozdobną kodą, padła w ramiona partnera. 

– To było... niesamowite – wydyszała. 

Objął ją ze śmiechem, a gdy zespół zaczął grać tęskną, bluesową melodię, 

posuwiście ruszył po parkiecie, nie wypuszczając jej z ramion. 

– Uwielbiam ten kawałek – wymruczał wprost w jej ucho. Jego niski ciepły 

głos był jak nieuchwytna pieszczota. Poczuła niespodziewany rozkoszny dreszcz 

spływający  w  dół  karku.  –  Kojarzy  mi  się  z  leniwym  popołudniem  na 

rozlewiskach. Słońce złoci spokojną wodę, w której przegląda się jasno–błękitne 

niebo,  żurawie  nawołują  się  melancholijnie  i  gdzieniegdzie  co  jakiś  czas  z 

głośnym pluskiem rzuci się ryba. 

Zasłuchana  w  niespieszny  dialog  gitary  i  harmonijki,  wyobraziła  sobie 

scenę,  którą  tak  sugestywnie  opisał.  Serce  ścisnęło  jej  się  nagłą  tęsknotą  za 

przestrzenią, ciszą, zapachem wody i szerokim horyzontem. 

– Często jeździ pan na rozlewisko? 

– Tak często, jak tylko mogę. 

Objął ją mocniej i przygarnął bliżej  do siebie. Kiedy pochylił twarz ku jej 

twarzy, poczuła na policzku szorstki dotyk jego podbródka. Odetchnęła głęboko, 

zaciągając się męskim, korzennym zapachem. Już prawie zapomniała, czym jest 

bliskość  mężczyzny.  Prawie,  ale  nie  do  końca  –  w  głębi  jej  ciała  obudziło  się 

nieśmiałe  pulsowanie  pożądania.  Jej  skóra  stała  się  nagle  bardzo  wrażliwa  na 

dotyk, zamrowiła tam, gdzie jego duże, silne dłonie obejmowały jej talię. Objęła 

jego kark ramionami i zanim zdołała się powstrzymać, jej palce zaczęły głaskać 

jego  mocne,  szerokie  barki.  Kiedy  nabrała  powietrza,  koniuszki  jej  piersi 

TL

 R

background image

 

16 

musnęły  jego  tors.  Poczuła  gorący  dreszcz,  który  przeniknął  ją  na  wskroś. 

Rozchyliła usta w jakimś niemym, żarliwym  wołaniu. Czuła, że zginie, jeśli nie 

poczuje smaku jego warg. 

Odpowiedział  natychmiast,  przykrywając  ustami  jej  usta.  Jego  wargi  były 

gorące, aksamitne w dotyku i przyjemnie jędrne, Oboje w tym samym momencie 

rozchylili  usta.  Ich  języki  spotkały  się,  musnęły  nieśmiało,  a  potem  splotły  z 

gwałtowną  namiętnością.  Samantha  nie  wiedziała,  jak  długo  trwał  pocałunek  – 

tęskna  muzyka,  przyćmione  światła  i  bliskość  mężczyzny  sprawiły,  że  straciła 

poczucie  rzeczywistości.  Zmysłowe  doznania  otuliły  ją  jak  kokon,  czuła  tylko 

pieszczotę jego warg, subtelną, lecz jednocześnie przeszywającą jej ciało niczym 

rozpalony grot. 

–  Chodź  ze  mną  –  wymruczał  wprost  w  jej  usta.  Nie  odezwała  się,  ale 

zobaczył odpowiedź  w błysku jej oczu, usłyszał ją w nagłym  westchnieniu. Nie 

czekał. Objął ją mocno w talii i poprowadził w głąb sali. 

Co  się  ze  mną  dzieje?  –  pomyślała  gorączkowo  Samantha.  Pod  cienką 

sukienką  jej  ciało,  niczym  wrażliwy  instrument,  wibrowało  zmysłową  energią. 

Nie  wiedziała,  czy  byłaby  w  stanie  iść,  gdyby  ramię  nieznajomego  nie  otaczało 

jej  talii.  Może  uniosłaby  się  w  powietrze,  popłynęła  w  strumieniu  głębokich, 

przydymionych dźwięków saksofonu, który zastąpił harmonijkę? Mijali barwnie 

ubranych,  roześmianych  gości  i  zaaferowanych  kelnerów  w  białych  koszulach  i 

długich  fartuchach,  którzy  roznosili  tace  pełne  kolorowych  drinków.  Samantha 

nie  wiedziała,  dokąd  idą,  i  właściwie  było  jej  to  obojętne.  Nie  zdziwiła  się  w 

ogóle, kiedy otworzył drzwi  wiodące na zaplecze i poprowadził ją przez tonący 

w półmroku korytarz ku wysokim drzwiom z ciemnego drewna. 

–  Tu  będziemy  mieli  trochę  spokoju  –  wymruczał,  przepuszczając  ją  w 

progu. 

TL

 R

background image

 

17 

–  Czy  to  jest  twoje  mieszkanie?  –  spytała,  unosząc  głowę  i  popatrując  na 

niego przez ramię. 

–  Nie,  mieszkam  gdzie  indziej.  Tutaj  urządziłem  biuro  i  nocuję  czasami, 

kiedy mam dużo pracy. 

Samantha rozejrzała się ciekawie. 

Wnętrze  było  przestronne,  urządzone  w  podobnym  stylu  co  sam  bar.  W 

ciepłym  świetle  stojącej  lampy  o  witrażowym  kloszu  miękkie  linie  antycznych 

mebli lśniły ciemnym złotem. 

–  Czy  to  lampa  od  Tiffany'ego?  –  spytała  Samantha,  zapatrzona  w  piękny 

świetlisty wzór ułożony z małych kawałeczków szkła, barwą przypominających 

bursztyny. 

– Tak. Moja mama je kolekcjonowała. 

– I trzyma ją pan tutaj, w otwartym pokoju, bez ochrony? – Zrobiła wielkie 

oczy. – Słyszałam, że takie lampy są warte setki tysięcy dolarów. 

–  Są  cenne,  to  fakt.  Ale  przede  wszystkim  są  piękne.  Pięknem  trzeba  się 

cieszyć, a nie trzymać je pod kluczem. 

–  Coś  mi  się  zdaje,  że  potrafi  się  pan  cieszyć  wieloma  rzeczami  – 

uśmiechnęła się. – Przyjemnie się pan tu urządził. 

–  Te  meble  stały  tu  już  w  tysiąc  dziewięćset  trzydziestym  trzecim  roku, 

kiedy rozwścieczona kochanka podziurawiła kulami pierwszego właściciela tego 

lokalu. 

–  Dlaczego  to  zrobiła?!  –  Samantha  rozejrzała  się  wokół  nieufnie,  jakby 

szukając śladów po strzałach. 

– Bo facet miał czelność przespać się ze swoją żoną – odparł ze śmiertelną 

powagą. 

– To faktycznie mogło rozsierdzić kochankę – zachichotała Samantha. 

– Lubię pani śmiech. – Nie odrywał wzroku od jej ust. 

TL

 R

background image

 

18 

–  Dzięki,  ja  też  go  lubię,  chociaż  ostatnio  nie  miałam  wielu  powodów  do 

radości... 

Odnalazła  spojrzeniem  jego  złociste  oczy  i  nagle  straciła  poczucie 

rzeczywistości. Westchnęła bezwiednie, gdy poczuła, jak wzbiera w niej dawno 

zapomniane,  niecierpliwe  pragnienie,  jak  potężnieje  niczym  niebezpieczny  wir, 

gotów wciągnąć ją w nieznaną głębię. 

Nie  miała  siły  walczyć.  Nie  pamiętała  o  rozsądku,  o  ostrożności,  o 

jakichkolwiek  obawach.  Rozchyliła  usta.  Chciała  dotyku  jego  warg  na  swoich, 

pieszczoty  jego  języka.  Była  głodna,  dojmująco  głodna  pocałunku  tego  obcego 

mężczyzny. 

Nie kazał jej czekać. Przez jeden krótki, pełen napięcia moment mierzył ją 

swoim  tygrysim  spojrzeniem,  którego  zmysłowa  drapieżność  była  odpowiedzią 

na jej żarliwe pragnienie. W następnej chwili znalazł się przy niej i przykrył jej 

usta  swoimi,  tłumiąc  jej  kolejne  westchnienie.  Oplotła  ramionami  jego  szyję  i 

odwzajemniła  pocałunek,  czując,  że  jej  ciało  staje  w  ogniu  niczym  wiązka 

chrustu. 

Louis  DuLac  spotkał  w  życiu  wiele  pięknych  kobiet.  Nieraz  miał  okazję 

gładzić  palcami  gładką  skórę,  zaglądać  głęboko  w  oczy  pociemniałe  z  pragnie-

nia, całować gorące, chętne usta. 

Jednak  to,  co  przeżywał  w  tej  chwili,  było  zupełnie  nowym 

doświadczeniem. 

Nigdy  wcześniej  nie  spotkał  kobiety,  która  potrafiłaby  spojrzeniem 

dosięgnąć  dna  jego  duszy,  z  którą  mógłby  prowadzić  dialog  spojrzeń  i  gestów 

harmonijny jak utwór muzyczny, bez jednej fałszywej nuty. 

Tajemnicza nieznajoma była jasną blondynką o szarobłękitnych oczach, co 

samo w sobie nie czyniło z niej osoby wyróżniającej się w tłumie. Była wysoka, 

ale  tak  szczuplutka,  że  gdyby  przedstawiono  ją  jego  babci,  ta  bezceremonialnie 

TL

 R

background image

 

19 

uszczypnęłaby  ją  w  zbyt  chudy  pośladek,  a  potem,  cmokając  z  dezaprobatą, 

postawiłaby  przed  nią  talerz  pełen  aromatycznej,  pożywnej  strawy  i 

przypilnowała,  by  zjadła  wszystko,  bez  grymaszenia.  Louis  z  pewnym 

rozbawieniem  pomyślał,  że  postąpił  podobnie,  choć  na  szczypanie  oczywiście 

nie mógł sobie pozwolić. Ostatecznie był dżentelmenem. A ona była damą. 

Gdyby nie to, że omal nie zasłabła przed wejściem do jego lokalu, mógłby 

nie  zauważyć  drzemiącej  w  niej  tajemniczej  głębi.  Prawdziwej  natury,  którą 

umiejętnie  ukrywała  pod  osłoną  kosztownej  elegancji  i  lekko  usztywnionego, 

nienagannie  uprzejmego  sposobu  bycia.  Ale  w  chwili,  kiedy  ją  objął  i 

podtrzymał,  a  ona  wsparła  się  na  nim,  bezradna  i  szczerze  wdzięczna,  poczuł 

wyraźnie,  że  przeskoczyła  między  nimi  jakaś  iskra.  Zaintrygowany,  postanowił 

dotrzymać  jej  towarzystwa.  Poprosił  ją  nawet  do  tańca  i  patrzył  urzeczony,  jak 

pod wpływem żywej, zmysłowej muzyki jego tajemnicza nieznajoma uwalnia się 

z  krępującego  ją  niewidzialnego  gorsetu.  Jej  ruchy  straciły  wystudiowaną 

sztuczność, by przemienić się w spontaniczną ekspresję cudownej radości życia. 

A  potem  się  pocałowali  i  wtedy  poczuł,  że  iskra,  która  przeskoczyła  między 

nimi, zamienia się w pożar ogarniający ich oboje z jednakową gwałtownością. 

Widzieli  się  po  raz  pierwszy  w  życiu,  lecz  potrafili  dostroić  się  do  siebie 

niczym zgrani partnerzy. 

A  kiedy  zaprowadził  ją  do  przylegającej  do  biurowego  pomieszczenia 

sypialni, w której królowało wielkie mahoniowe łoże pod baldachimem zdobnym 

w  zawiłe  etniczne  motywy,  odkrył  z  zachwytem,  że  i  tutaj  potrafią  prowadzić 

dialog bez słów, pełen szczerej, nieskrępowanej namiętności. 

– Czemu się uśmiechasz? – spytała, odgarniając włosy z twarzy. Usta miała 

obrzmiałe od pocałunków. 

–  Każdy  by  się  uśmiechał,  gdyby  miał  szczęście  podziwiać  taki  widok  – 

wymruczał  w  odpowiedzi.  Jasnowłosa  leżała  przed  nim  naga  jak  syrena  pośród 

TL

 R

background image

 

20 

wzburzonych,  satynowych  fal  pościeli.  W  przyćmionym,  nastrojowym  świetle 

lampy  o  rubinowym  kloszu  jej  ciało  rysowało  się  zmysłowymi,  pięknymi 

liniami.  Miała  długą  szyję  i  delikatne  ramiona.  Jej  piersi  były  jędrne  i  strome, 

uroczo  dziewczęce,  a  wąska  talia  i  cudownie  zaokrąglone  biodra  emanowały 

hojną kobiecością. Nogi miała długie i bajecznie zgrabne. 

Pochylił  się  nad nią  i pocałował  tam,  gdzie  pod  lewą  piersią  jej serce  biło 

szybko,  mocno.  Pozwolił  dłoni  wędrować  leniwie  w  dół  jej  gładkiego  brzucha, 

ku  miejscu,  gdzie  w  złączeniu  ud  skryta  pod  trójkątem  złotych  kędziorków 

rozkwitała jej kobiecość. 

Rozchylił  palcami  delikatne  płatki  zwilżone  gorącą  rosą  podniecenia  i 

przykrył  ustami  jej  usta.  Poruszyła  biodrami,  otwierając  się  dla  niego,  chłonąc 

jego  pieszczotę.  Smakowała  czystym  pożądaniem.  Jej  ciało  pachniało  słodko  i 

dziko  jak  rozgrzany  słońcem  tajemniczy  ogród.  Wciągnął  tę  woń  głęboko  w 

płuca, czując, że ogarnia go szaleństwo. 

Kiedy wplotła drżące z niecierpliwości palce w jego włosy, przyciągnęła go 

do  siebie  zaborczo  i  zamknęła  jego  biodra  w  gorącym,  aksamitnym  uścisku 

swoich długich nóg, zatracił się w niej bez reszty, czując, że trzyma w ramionach 

tajemnicę. 

Nic  o  niej  nie  wiedział.  Przypuszczał,  że  jest  wolna,  bo  przecież 

spacerowała  sama  po  mieście,  a  jej  szczupłych,  zadbanych  dłoni  nie  zdobiła 

ślubna  obrączka  ani  nawet  żaden  pierścionek.  Jeden  rzut  oka  na  jej  strój 

wystarczył, żeby stwierdzić, że należy do świata wielkich pieniędzy i luksusu, o 

którym  większości  śmiertelników  nawet  się  nie  śniło.  Sandałki  i sukienka  były, 

lekko  licząc,  warte  tyle  co  przyzwoity  rodzinny  samochód.  A  jednocześnie...  w 

jej zachowaniu naprawdę było coś, co upodobniało ją do zbłąkanego szczeniaka, 

złaknionego  ludzkiej  bliskości  i  pozytywnych  emocji.  Choć  potrafiła  panować 

nad  sobą  jak  księżniczka  od  dzieciństwa  trenowana  w  bezbłędnym  stosowaniu 

TL

 R

background image

 

21 

się do zasad etykiety, tylko pozbawiony empatii ślepiec mógłby nie zauważyć, że 

nosi  w  duszy  smutek,  który  wysysa  z  niej  energię  niczym  kosmiczna  czarna 

dziura.  W  łóżku  była  skromna,  wręcz  nieśmiała,  lecz  okazywała  również 

żywiołową, szczerą namiętność. Bardzo, bardzo intrygująca kombinacja. 

Nie powinien był przyprowadzać jej tutaj. 

Była zbyt wrażliwa, zbyt delikatna. W jakiś niebezpieczny sposób skłaniała 

go do myślenia o rzeczach, na które  dotąd w jego życiu nie było miejsca. A on 

nie chciał, żeby ta sytuacja uległa zmianie. Miał niepokojące przeczucie, że jeśli 

dotknie  tajemnic,  które  skrywała,  otworzy  puszkę  Pandory  i  spokojne  życie, 

które tak lubił, pogrąży się w chaosie. Nie był jednak w stanie się cofnąć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

22 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Samantha obudziła się nagle i otworzyła oczy, czując, jak dziwny niepokój 

narasta  w  niej  elektryzującą  falą.  Otaczała  ją  zupełna  ciemność.  Obok niej  ktoś 

oddychał  spokojnie,  miarowo.  Od  śpiącego  promieniowało  ciepło.  Tarrant, 

pomyślała  z  westchnieniem  ulgi,  ale  w  następnej  chwili  niepokój  powrócił 

gwałtownym dreszczem. 

Jej mąż nie żył od pół roku. 

Poderwała  się  błyskawicznie.  Kołdra  zsunęła  się  z  niej  i  poczuła  na 

piersiach powiew chłodnego powietrza. 

Była naga. 

Serce zaczęło niemal boleśnie kołatać w jej piersi, kiedy powróciły do niej 

wspomnienia  ostatnich  godzin.  Nieznajomy  o  złotych  tygrysich  oczach,  w  któ-

rych  widziała  zachwyt  i  drapieżne,  nieskrywane  pożądanie...  jego  piękne, 

zmysłowe  usta  uśmiechające  się  do  niej  triumfująco  i  czule  zarazem...  jego 

męskie,  silne  ramiona  obejmujące  ją  zaborczo,  dłonie  pieszczące  jej  ciało,  jego 

pełna żaru namiętność, która wypełniała ją niewypowiedzianą rozkoszą... 

Uprawiała  seks  z  mężczyzną,  którego  w  ogóle  nie  znała.  Jej  ciało,  wciąż 

miło  zmęczone  i  pulsujące  spełnieniem,  przypominało  jej  dobitnie  o  tym,  co 

zrobiła. 

Musiała zwariować. 

Nieznajomy  poruszył  się  i  wymruczał  coś  przez  sen.  Samanthę  nagle 

ogarnęła  panika.  Nie  byłaby  w  stanie  spojrzeć  mu  w  oczy,  gdyby  się  obudził... 

Musiała  uciekać.  Jak  najszybciej.  Gnana  strachem  i  wyrzutami  sumienia,  cicho 

wymknęła  się  z  łóżka  i  ubrała  błyskawicznie  niczym  strażak  zbudzony  do 

pożaru.  Wygładziła  na  sobie  trochę  pomiętą  sukienkę,  chwyciła  sandałki  i  na 

palcach podeszła do drzwi. Kiedy nacisnęła klamkę, ciężkie skrzydło uchyliło się 

TL

 R

background image

 

23 

z  cichym  skrzypieniem  i  Samantha  poczuła,  jak  pot  występuje  jej  na  czoło. 

Odwróciła  się  gwałtownie,  ale  śpiący  nawet  nie  drgnął.  Osłabła  z  ulgi,  na 

miękkich nogach ruszyła przez cichy, ciemny hol, zostawiając za sobą kochanka 

i  swoją  wstydliwą  chwilę  zapomnienia. Chwilę,  podczas której  po  raz  pierwszy 

od dawna poczuła się jak żywy człowiek. 

Na  szczęście  drzwi  do  baru  też  nie  były  zamknięte.  Z  dziwnym  uczuciem 

żalu  przemknęła  przez  opustoszałe  wnętrze,  które  jeszcze  niedawno  tętniło 

beztroskim  życiem,  a  teraz  było  ciche,  pełne  tajemniczych  cieni.  Czego 

żałowała? Że powrócił jej rozsądek, kładąc kres szaleństwu? Wiedziała przecież, 

że  jej  obowiązkiem  jest  wypełnienie  obietnicy,  którą  złożyła  umierającemu 

mężowi.  Powinna  się  wstydzić,  że  myśli  o  rozrywkach,  zamiast  skoncentrować 

się na zadaniu, jakim było odnalezienie syna Tarranta. 

Gdy  ulicą  przejechał  samochód,  omiatając  światłami  wnętrze  baru, 

zanurkowała  pod  najbliższy  stolik  jak  włamywacz,  który  boi  się  przyłapania  na 

gorącym uczynku. Odważyła się poruszyć, dopiero kiedy warkot silnika ucichł w 

oddali. Wyszła na ulicę, zupełnie wyludnioną o tej wczesnej godzinie, gdy niebo 

na wschodzie dopiero zaczynało szarzeć. Minęła dwie przecznice, zanim włożyła 

sandałki.  Stukot  obcasów  rozległ  się  echem  w  ciszy  przedświtu.  Samantha 

przycisnęła  do  piersi  małą,  absurdalnie  kosztowną  torebkę,  w  której  miała  o 

wiele za dużo pieniędzy jak na samotne spacery nocą po nieznanym mieście. Nie 

wiedziała,  czy  uda  jej  się  bezpiecznie  wrócić  do  hotelu  i  do  swojego  dawnego 

życia.  Może  już  całą  wieczność  będzie  się  błąkać  po  labiryncie  pustych  ulic... 

Pewnie na to właśnie zasługiwała. 

Leniwie dryfując w półśnie, Louis wyciągnął rękę i sięgnął na drugą stronę 

łóżka.  Kiedy  zasypiał,  trzymał  w  ramionach  kobietę...  cudowną  istotę  o  ciele 

stworzonym  do  miłości  i  gorącym  temperamencie.  Teraz,  nie  otwierając  oczu, 

TL

 R

background image

 

24 

szukał  po  omacku  jej  ciepła,  chciał  poczuć  pod  palcami  jej  skórę,  gładką  jak 

najdelikatniejszy jedwab. Znalazł tylko pustkę. 

Niemiłe zaskoczony, uniósł powieki. 

Obok niego nie było nikogo. 

Usiadł na łóżku i potrząsnął głową, przeganiając resztki błogiego, sennego 

nastroju. W jego śnie nieznajoma śmiała się serdecznie, unosząc twarz ku słońcu. 

Jej włosy płynęły w powietrzu, jasne jak światło poranka. 

Szkoda, że to był tylko sen. Jawa okazała się znacznie bardziej prozaiczna. 

Po  jasnowłosej  nie  było  śladu.  Zniknęły  jej  ubrania  i  zabawna,  niepraktyczna 

torebka, którą  powiesiła  na  oparciu  fotela,  zanim  się  dla  niego  rozebrała.  Louis 

opadł na poduszki z westchnieniem rozczarowania i zagapił się w sufit. Nie był 

specjalnie  zdziwiony  tym,  że  nieznajoma  wymknęła  się,  kiedy  spał.  Choć 

obdarzyła go szczerą, hojną namiętnością, nie zdradziła nawet, jak jej na imię. A 

on  nie  spytał,  bo  podejrzewał,  że  i  tak  by  mu  nie  powiedziała.  Poza  tym  jej 

tajemniczość  intrygowała  go.  Noc  spędzona  z  nią  była  jak  spełnienie  marzeń  – 

porozumienie bez słów, gra spojrzeń, wzajemne pożądanie, które narodziło się w 

tańcu,  a  potem,  w  sypialni,  pochłonęło  ich  bez  reszty.  Połączył  ich  wspaniały, 

czysty  seks,  bez  podtekstów,  bez  jakichkolwiek  zobowiązań.  Jego  kochanka 

znikła  bezszelestnie  w  środku  nocy  niczym  płochliwa  elfka.  Nie  oczekiwała 

śniadania do łóżka ani wylewnych pożegnań. 

Prawdopodobnie nigdy więcej jej nie zobaczy. Z jakiegoś powodu, którego 

sam do końca nie rozumiał, ta myśl zupełnie go nie cieszyła. 

Samantha  po  raz  chyba  setny  poprawiła  włosy  i  wygładziła  sukienkę. 

Wreszcie,  zbierając  się  na  odwagę,  nacisnęła  dzwonek  przy  drzwiach 

wejściowych  uroczej,  staroświeckiej  willi  Louisa  DuLaca.  Niski,  przyjemny 

odgłos  gongu  rozległ  się  echem  we  wnętrzu.  Gdzieś  z  głębi  domu  dobiegała 

wesoła, energetyczna muzyka na trąbki i skrzypce. Samantha zamknęła na chwilę 

TL

 R

background image

 

25 

oczy,  zaklinając  los,  żeby  pozwolił  jej  wreszcie  spotkać  Louisa.  Nie  miała 

pojęcia,  jak  ten  mężczyzna  zareaguje  na  wiadomość,  że  jest  prawdopodobnie 

biologicznym synem i jednym ze spadkobierców Tarranta Hardcastle'a. Na razie 

nie  musiała  się  tym  przejmować.  Jeśli  tylko  uda  jej  się  dotrzeć  do  niego  z  tą 

wiadomością i namówić na poddanie się testom DNA, uzna to za swój sukces. 

Mijały sekundy wypełnione niespokojnymi uderzeniami jej serca i muzyką 

płynącą  z  wnętrza  domu;  Czując  narastający  dyskomfort,  jeszcze  raz  nacisnęła 

dzwonek. Tym razem w odpowiedzi na dźwięk gongu wewnątrz dały się słyszeć 

niespieszne kroki. 

–  ...oferta  jest  dość  interesująca,  ale  nieruchomość  wymaga  generalnego 

remontu. Zanim podejmę decyzję, muszę mieć wstępny kosztorys... jeśli udałoby 

się  zakończyć  prace  i  otworzyć  lokal  przed  sezonem,  to...  –  mówił  niski  męski 

głos. 

Samantha  zmarszczyła  brwi.  Ten  głos  wydawał  jej  się  nieuchwytnie 

znajomy. Nie umiała powiedzieć, do kogo należy, ale jego dźwięk przeniknął ją 

nagłym 

dreszczem. 

Jakby 

podświadomość 

instynktownie 

wyczuła 

niebezpieczeństwo. 

Dziwne. 

–  ...tak,  byłbym  wdzięczny,  gdyby  zajął  się  pan  tym,  nie  zwlekając. 

Dziękuję.  –  Głos  umilkł,  kroki  zbliżały  się  bez  pośpiechu.  Sekundę  później 

szczęknął  przekręcany  klucz  i  drzwi  wejściowe  otworzyły  się  na  oścież.  Z 

głuchym okrzykiem zaskoczenia, który musiał zabrzmieć wyjątkowo niemądrze, 

Samantha zrobiła gwałtowny krok w tył. 

W progu stał mężczyzna, któremu przed świtem uciekła z łóżka. 

Nie mogło być mowy o pomyłce. 

TL

 R

background image

 

26 

Promienie  porannego  słońca  oświetlały  jego  twarz,  podkreślając  pięknie 

rzeźbione rysy i budząc istny pożar w jego złotych oczach. Nieznajomy spojrzał 

na nią i uśmiechnął się szeroko. 

–  P...  przepraszam,  pomyliłam  się  –  wyjąkała,  rozglądając  się  dookoła, 

zupełnie zdezorientowana. Musiała trafić pod zły adres. 

– Proszę, wejdź. – Wciąż uśmiechnięty zaprosił ją gestem. 

–  Nie...  –  zrobiła  kolejny  krok  w  tył.  –  Dziękuję,  ule  nie  mogę.  Nie 

chciałam... przeszkadzać. 

Już–już  miała  odwrócić  się  na  pięcie  i  zrejterować,  lecz  w  tym  momencie 

nieznajomy błyskawicznym ruchem złapał ją za nadgarstek. 

–  Niech  ci  się  nie  wydaje,  że  możesz  tak  po  prostu  zadzwonić  do  moich 

drzwi,  a  potem  uciec.  Nie  pozwolę  ci  znowu  zniknąć  bez  wyjaśnienia.  –  Choć 

zrobił groźną minę, w jego oczach czaił się uśmiech. – Skoro tu trafiłaś, zapewne 

wiesz  już,  jak  się  nazywam.  A  ja  w  dalszym  ciągu  nie  wiem  nic  o  tobie. 

Uważam, że powinnaś przynajmniej się przedstawić...  

–  Samantha  Hardcastle  –  powiedziała  odruchowo,  wytrenowanym, 

uprzejmym tonem. 

– Słucham... ? – Ciepły błysk w oczach mężczyzny zgasł. 

–  Samantha  Hardcastle  –  powtórzyła,  choć  była  pewna,  że  usłyszał.  – 

Poszukuję  Louisa  DuLaca,  syna  mojego  męża.  Ale  najwyraźniej  pomyliłam 

adres... 

–  Nie  pomyliłaś  adresu.  –  Złociste  oczy  zwęziły  się  w  szparki.  –  Jestem 

Louis DuLac. 

Samantha  poczuła,  że  uginają  się  pod  nią  kolana.  Gdyby  nie  to,  że 

mężczyzna wciąż trzymał ją za nadgarstek, chybaby się przewróciła. 

– Ale ty nie możesz być... – wyjąkała. – To niemożliwe. 

TL

 R

background image

 

27 

–  Niemożliwe,  ale  prawdziwe  –  uciął.  –  Wejdź  do  środka,  proszę.  Nie 

będziemy przecież rozmawiać w drzwiach. 

Usłuchała.  Bezwolna,  na  miękkich  nogach,  pozwoliła  się  wprowadzić  do 

wysokiego  na  dwie  kondygnacje,  świetlistego  holu.  W  głowie  miała  zupełną 

pustkę. 

– Naprawdę... nazywasz się Louis DuLac? 

– Owszem, od urodzenia. 

– Może to przypadkowa zbieżność nazwisk – wyszeptała, popatrując spod 

rzęs  na  jego  wysoką  sylwetkę,  mocne  ramiona  rysujące  się  pod  ciemnoszarym 

materiałem  koszuli  i  długie  nogi  obleczone  w  sfatygowane  dżinsy.  Zbyt  dobrze 

pamiętała noc w objęciach... swojego pasierba. 

–  Niestety,  nie  może  być  mowy  o  przypadku  –  uśmiechnął  się  krzywo.  – 

Chyba że to inna Samantha Hardcastle od miesięcy do mnie pisze i wydzwania. 

–  Nie,  to  ja.  –  Obróciła  się  gwałtownie  ku  niemu,  zapominając  o 

onieśmieleniu.  –  Możesz  mi  wytłumaczyć,  dlaczego  nie  odpowiadałeś  na  moje 

listy ignorowałeś telefony? 

– Co ty na to, żebyśmy przeszli do gabinetu? 

– Louis swobodnym gestem objął plecy Samanthy. Usiądziemy i spokojnie 

porozmawiamy. 

–  To...  chyba  nie  jest  dobry  pomysł.  –  Zwinnie  wyśliznęła  się  z  jego 

uścisku. 

–  Nie  bój  się.  Przyrzekam,  że  nie  rzucę  się  na  ciebie  i  nie  zedrę  z  ciebie 

ubrania. 

Samantha poczuła, że się czerwieni. Poprzedniego  wieczoru sama pozbyła 

się  ubrania  i  to  z  entuzjazmem  godnym  napalonej  nimfomanki.  Teraz,  jeśli  nie 

chciała  okryć  się  śmiesznością,  nie  powinna  się  zachowywać  jak  zalękniona, 

cnotliwa dziewica. W końcu oboje byli dorośli i potrafili nad sobą panować. 

TL

 R

background image

 

28 

Bez  dalszych  protestów  pozwoliła  się  poprowadzić  przez  hol,  podziwiając 

miłe  dla  oka  zestawienie  białych  ścian  z  lśniącym  ciemnym  drewnem  ram 

okiennych  i  starych  kręconych  schodów  prowadzących  na  piętro.  Gabinet 

urządzony był w podobnym, przyjemnym stylu. Podłoga z szerokich desek ideal-

nie  pasowała  odcieniem  do  zabytkowych  mebli,  nowoczesny  sprzęt,  lekki  i 

elegancki,  w  interesujący  sposób  harmonizował  z  wnętrzem.  Tutaj  również 

podobnie  jak  w  holu,  zrezygnowano  z  bibelotowi  a  ściany  pomalowano  na 

ascetyczną  biel,  aby  nic  niej  zakłócało  gry  światła  wpadającego  przez  wysokie 

okna i wypełniającego wnętrze o łukowato sklepionym stropie. 

–  Siadaj,  proszę.  –  Wskazał  jeden  z  obitych  ciemną  skórą  foteli  stojących 

przy masywnym drewnianym stole. 

Usiadła powoli, wciąż rozglądając się dookoła. 

– Masz przepiękny dom. 

–  Dzięki.  Kiedy  odziedziczyłem  go  po  dziadkach,  był  trochę... 

przykurzony. Odnowiłem wszystko, od zera, pokój po pokoju. – Z wyraźną dumą 

powiódł  wzrokiem  po  ozdobnej  linii  gzymsów  biegnących  wzdłuż  ścian  ponad 

wnękami okien. Sekundę później skupił całą uwagę na Samancie. 

– A teraz chciałbym, żebyś powiedziała mi dokładnie, co cię tu sprowadza 

–  zasugerował,  rozsiadając  się  wygodnie  w  fotelu  po  przeciwnej  stronie  stołu. 

Jego  tajemnicza  jasnowłosa  elfka  była  mu  winna  co  najmniej  wyjaśnienie. 

Najpierw  pojawiła  się  w  jego  barze,  krucha  i  zagubiona,  i  zanim  się  obejrzał, 

omotała go tak, jak żadnej kobiecie dotąd się nie udało. Potem znikła w  środku 

nocy,  bez  pożegnania.  A  teraz  pojawia  się  w  progu  jego  domu  i  podaje  za  tę 

wariatkę, która  od miesięcy  bombardowała  go  absurdalnymi  wiadomościami  na 

temat  marnotrawnego  ojca,  który  pragnie  przytulić  go  do  stęsknionej  piersi. 

Louis nic z tego nie rozumiał. 

TL

 R

background image

 

29 

Posłał  pani  Hardcastle  czujne  spojrzenie.  Siedziała  na  brzeżku  krzesła  i 

obracała  na  palcu  pierścionek  z  kamykiem  wielkości  kostki  cukru.  Jej  idealnie 

wymanikiurowane dłonie drżały lekko. Była wyraźnie zdenerwowana. 

Dobrze jej tak. 

–  Przyjechałam  do  Nowego  Orleanu,  żeby  się  z  tobą  spotkać.  Nie 

wiedziałam,  czy  dostałeś  moją  wiadomość.  Nie  odpowiadałeś  na  listy,  nie 

oddzwaniałeś,  choć  w  komunikacie  na  twojej  poczcie  głosowej  zapewniasz,  że 

zawsze to robisz. 

–  Więc  postanowiłaś  odwiedzić  mnie  osobiście.  I  z  jakiegoś  powodu 

uznałaś,  że  dobrze  będzie  najpierw  się  ze  mną  przespać,  a  dopiero  potem 

przedstawić – rzucił lekko, ale w jego zwężonych oczach była nieufność. 

–  To  nie  tak!  –  Rumieniec  na  jej  szczupłych  policzkach  pogłębił  się 

gwałtownie.  –  Nie  wiedziałam,  kim  jesteś.  I  nie  miałam  w  planach  pójścia  do 

łóżka z kimkolwiek, a już na pewno nie z... 

...z własnym pasierbem, dodała w myślach. 

– Skąd przypuszczenie, że mogę być synem twojego męża? – spytał. 

– Mojego zmarłego męża – poprawiła. – Sześć miesięcy temu pochowałam 

Tarranta. 

Zobaczył wyraźnie, jak jej duże świetliste oczy przygasły, zamglone bólem. 

– Przykro mi – powiedział miękko. 

– Kiedy Tarrant miał już pewność, że nie zdoła pokonać choroby, zapragnął 

odnaleźć dzieci, które spłodził w czasach swojej burzliwej młodości. Mój mąż na 

pewnym  etapie  życia  szczerze  popierał  ideę  wolnej  miłości.  –  Samantha 

uśmiechnęła się z czułością. Lubiła mówić o mężu. Kiedy koncentrowała się na 

spełnianiu  jego  ostatniej  woli,  tęsknota  za  nim  nie  była  aż  tak  bolesna.  – 

Wynajęliśmy  bardzo  energiczną  panią  detektyw.  Niezwykle  szczegółowo 

wypytała  Tarranta  o...  hm,  dawne  historie.  Jakiś  czas  potem  dała  nam  namiary 

TL

 R

background image

 

30 

kilku  osób,  co  do  których  istniało  podejrzenie,  że  mogą  być  owocem  jego  ro-

mansów.  W  ten  sposób  odnaleźliśmy  już  dwóch  synów  Tarranta,  Dominica  i 

Amada. 

– Skąd pomysł, że ja również jestem jego synem? 

– Twoją matką jest Bijou DuLac. 

– Tyle to i ja wiem. 

–  Tarrant  i  Bijou  spotkali  się  zimą  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątego 

siódmego roku. 

– W Paryżu? 

– Nie, w Nowym Jorku. Bijou odbywała tournee po Stanach. Kiedy poznała 

Tarranta,  zmieniła  plany.  Odwołała  część  koncertów,  spędziła  z  nim  cały 

miesiąc.  A  potem,  jakby  nigdy  nic,  wróciła  do  Paryża.  Nasza  pani  detektyw 

ustaliła, że dokładnie osiem miesięcy później Bijou urodziła synka, któremu na-

dała imię Louis... 

Louis  DuLac  poczuł,  że  jakaś  zimna  obręcz  zaciska  się  na  jego  piersi, 

utrudniając oddychanie. Nigdy nie poznał ojca i jak dotąd ten stan rzeczy wcale 

mu nie przeszkadzał. Dlaczego jacyś obcy ludzie uparli się, by badać przez lupę 

jego  życie  i  to  zaczynając  od  intymnych  chwil,  które  dały  mu  początek?  Jaki 

mieli  interes  w  tym,  żeby  raczyć  go  wiadomością,  kim  był  jego  ojciec?  Cóż, 

spóźnili się o jakieś dwadzieścia lat. Gdyby jako mały chłopiec dowiedział się, że 

ojciec  go  szuka,  pewnie  bardzo  by  się  wzruszył.  Teraz  nie  interesowało  go  to. 

Zwłaszcza że ten mężczyzna już nie żył. Zamiast więc myśleć o sprawach, które 

z  niewiadomego  powodu  budziły  jego  rozdrażnienie,  skupił  uwagę  na  siedzącej 

naprzeciwko niego kobiecie. 

Dziś miała na sobie sukienkę w kolorze niedojrzałych bananów, ż wąskim 

dołem  sięgającym  kolan,  zabawnymi  rękawkami  zebranymi  w  bufki i  uroczym, 

TL

 R

background image

 

31 

maleńkim  kołnierzykiem  stójką.  Włosy  zaplotła  w  misterną  koronę  obejmującą 

skronie. Wyglądała nobliwie jak hrabianka i świeżo jak poranek. 

– Nie wiem, czy jestem człowiekiem, za którym się uganiasz, ale cieszę się, 

że twoje poszukiwania sprowadziły  cię tutaj – uśmiechnął się. – Byłem bardzo 

rozczarowany,  kiedy  nad  ranem  przekonałem  się,  że  uciekłaś, a ja nie dostałem 

nawet całusa na pożegnanie. 

Jeśli  Louis  liczył  na  to,  że  jego  tajemnicza  elfka  po  raz  kolejny  spłonie 

uroczym  rumieńcem  i  zatrzepocze  rzęsami,  został  rozczarowany.  Zobaczył,  jak 

blask w jej oczach gaśnie, a usta zaciskają się w wąską linię. 

–  Jestem  zrozpaczona.  –  Głos  jej  wyraźnie  zadrżał.  –Naprawdę  nie  wiem, 

co powiedzieć. To straszne, że między nami doszło do... sytuacji, która nigdy nie 

powinna była mieć miejsca. 

Spuściła  głowę  i  wbiła  wzrok  w  swoje  dłonie  splecione  tak  mocno,  że  aż 

pobielały  jej  palce.  Louis  poczuł  gwałtowną  chęć,  żeby  wziąć  ją  w  ramiona  i 

pocieszyć.  Ale  nie  sądził,  by  jej  się  to  spodobało.  Przecież  przed  chwilą 

powiedziała, że to, co robili ostatniej nocy, było straszne. 

–  Masz  szczęście,  że  nie  należę  do  osób,  które  łatwo  się  obrażają.  – 

Zmarszczył  brwi  w  komicznym  grymasie.  Nie  mógł  jej  przytulić,  ale  bardzo 

chciał, by jej śliczne, wrażliwe usta znów się uśmiechnęły. – Bo po raz pierwszy 

mam  do  czynienia  z  kobietą,  która  o  nocy  w  moim  towarzystwie  mówi  takim 

tonem,  jakby  chodziło  o  pobyt  w  areszcie  po  jakimś  naprawdę  żenującym 

wybryku. 

–  Nie  miałam  pojęcia,  kim  jesteś.  –  Oczy  miała  pełne  łez.  Jego  starania, 

żeby ją rozbawić, w oczywisty sposób spełzły na niczym. 

– Nadal nie masz pojęcia, kim jestem – powiedział lekko. – Do tej pory nie 

mieliśmy  dużo  czasu  na  rozmowy,  ale  możemy  to  nadrobić.  Urodziłem  się  w 

Paryżu,  dorastałem  w  Nowym  Orleanie.  Jestem  właścicielem  sześciu 

TL

 R

background image

 

32 

pięciogwiazdkowych restauracji, a kiedy mam dobry nastrój, lubię sobie pograć 

na  gitarze...  –  urwał,  po  czym  rzucił  jej  bystre  spojrzenie.  –  Ale  twoja  pani 

detektyw już ci to wszystko powiedziała, prawda? 

– Nie powiedziała, że grasz na gitarze. – Samantha spuściła wzrok. 

– Cieszę się, że mogłem cię czymś zaskoczyć. Więc... skoro wiesz o mnie 

wszystko,  na  pewno  zrozumiesz,  że  ja  też  chciałbym  dowiedzieć  się  czegoś  o 

tobie. 

– Słyszałeś o Tarrancie Hardcastle'u? 

– Oczywiście. Byłem w jego restauracji „Pod Księżycem" w Nowym Jorku. 

Muszę przyznać, że to fantastyczne miejsce. Tak mi się spodobało, że wybrałem 

podobną nazwę dla jednej z moich knajp. 

– Wiem. „Złota Pełnia". 

– Faktycznie wiele o mnie wiesz. 

–  Podobno  „Złota  Pełnia"  to  najlepsza  nowoczesna  restauracja  w  Nowym 

Orleanie – powiedziała ostrożnie. 

–  Ależ  skąd!  –  zaprotestował  oburzony,  –  Nie  najlepsza  w  Nowym 

Orleanie, tylko najlepsza na świecie. 

Jasnowłosa wciąż się nie uśmiechała. 

– Jestem... byłam trzecią żoną Tarranta. Kiedy zachorował, stało się jasne, 

że będzie musiał komuś przekazać stery handlowego imperium, które stworzył. 

Ani  jego  córka  z  pierwszego  małżeństwa,  ani  ja  nie  mamy  zadatków  na  rekiny 

finansjery.  Więc  kiedy  Tarrant  powiedział  nam  o  swoim  planie  zorganizowania 

poszukiwań  swoich  biologicznych  dzieci,  obie  zachęciłyśmy  go  do  tego.  No  i 

wyszło  na  jaw,  że  po  tym  świecie  chodzi  prawdopodobnie  trzech  dodatkowych 

spadkobierców jego fortuny... 

– Proszę, proszę. Twój małżonek w latach młodości nie zasypiał gruszek w 

popiele. 

TL

 R

background image

 

33 

– Nie oceniaj go zbyt surowo... 

–  Ależ  ja  go  nie  oceniam.  Sam  przecież  nie  jestem  lepszy.  Tyle  że  ja 

zawsze  pamiętam  o  zabezpieczeniu,  więc  nie  musimy  się  obawiać,  że  ostatniej 

nocy powołaliśmy do istnienia kolejnego... spadkobiercę. 

Kiedy  posiała  mu  zszokowane  spojrzenie,  w  odpowiedzi  uśmiechnął  się  i 

wzruszył ramionami. Chyba wiedziała, skąd się biorą dzieci? 

– Czy twoja matka wyszła za mąż? – spytała po chwili milczenia. 

–  Nie,  nigdy.  Bijou  zwykła  mawiać, że  epoka  niewolnictwa  przeminęła,  a 

ona nie upadła na głowę i nie zamierza dobrowolnie dać się zakuć w kajdany. 

– Brzmi nieźle. – W wielkich szarobłękitnych oczach wreszcie pojawił się 

uśmiech. – Kobieta z charakterem. 

–  O,  tak  –  odpowiedział  jej  uśmiechem.  –  Nauczyła  mnie,  że  nigdy  nie 

należy kierować się w życiu lękiem przed tym, jak ocenią nas inni. 

–  Musiała  być  wspaniałą  matką.  –  W  głosie  Samanthy  był  żar,  który 

zadziwił Louisa. 

– Masz rację, była – przyznał, zamyślony. 

–  Zgodziłbyś  się  zrobić  test  DNA,  żeby  sprawdzić,  czy  jesteś  synem 

Tarranta?  –  Pytanie  zadane  drżącym  głosem  jakby  zawisło  w  próżni.  W 

gabinecie zaległa pełna napięcia cisza. 

–  Nie  wiem,  czy  to  ma  sens  –  odezwał  się  wreszcie  Louis,  powoli 

wymawiając słowa. – Bijou powiedziała mi kiedyś, że jestem owocem miłosnego 

spotkania kontrabasu i saksofonu. 

– Och – wyrwało się Samancie. – Wiesz, że to może być prawda – dodała 

miękko, posyłając mu uważne spojrzenie. 

–  Po  co  miałbym  robić  test?  Nawet  jeśli  Tarrant  Hardcastle  był  moim 

ojcem,  już  nie  żyje.  Nie  jestem  też  specjalnie  zainteresowany  spadkiem,  bo  tak 

TL

 R

background image

 

34 

się składa, że zdążyłem już zarobić więcej pieniędzy, niż mógłbym wydać przez 

całe życie. 

– Zrób test. Mimo wszystko. 

Zobaczył niemą prośbę w jej wzroku i zrozumiał. 

–  Poczułabyś  się  lepiej,  gdyby  się  okazało,  że  nie  jestem  twoim... 

pasierbem. – Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Gała sytuacja była zbyt dziwna, 

żeby  traktować  ją  poważnie.  Dlaczego  jego  domniemany  tatuś  ożenił  się  z 

kobietą, która mogła być jego córką? 

Kiedy żarliwie pokiwała głową, spoważniał. 

– Pomyślę o tym. Najlepiej będzie, jeśli spotkamy się dziś wieczorem, żeby 

omówić szczegóły. Zapraszam cię na kolację. 

Drgnęła, spłoszona. 

– To nie jest dobry pomysł– powiedziała szybko. 

– Obawiasz się, że cię uwiodę? – spytał cicho, pochylając się nad stołem i 

odnajdując drapieżnym złocistym spojrzeniem jej wzrok. 

Pobladła, ale nie spuściła oczu. 

– ...a może boisz się raczej tego, że to ty uwiedziesz mnie? – wymruczał. 

– Proszę cię, po prostu zrób ten test – szepnęła. Wargi drżały jej lekko. 

Louis  poddał  się.  Nie  mógł  jej  odmówić.  Z  jakiejś  nieznanej  sobie 

przyczyny chciał sprawić, żeby jasnowłosa, elegancka i wciąż lekko usztywniona 

Samantha  Hardcastle  poczuła  się  szczęśliwa.  Jeśli  do  szczęścia  potrzebowała 

wyniku  jego  testu  DNA,  był  do  usług.  Ale  nie  zamierzał  tak  po  prostu  odkryć 

kart.  

–  Dobijmy  targu.  –  Wyciągnął  do  niej  dłoń.  –  Ty  przyjmiesz  moje 

zaproszenie  na  kolację,  a  ja  jutro  z  samego  rana  złożę  wizytę  w  laboratorium. 

Stoi? 

TL

 R

background image

 

35 

Popatrzyła  na  niego  bez  słowa,  z  wyraźnym  trudem  przełknęła  ślinę. 

Zacisnęła  palce  na  absurdalnie  wielkim  szmaragdzie  zdobiącym  jej  lewą  dłoń  i 

nagle zerwała się z fotela. 

–  Muszę  już  iść.  Masz  jakiś  numer  telefonu,  pod  którym  jesteś  dostępny? 

Zadzwonię do ciebie... później. 

Nabazgrał  numer  komórki  na  firmowym  papierze  i  podał  jej  przez  stół. 

Patrzył,  jak  chowa  kartkę  do  torebki,  i  czuł,  jak  budzi  się  w  nim  instynkt 

drapieżcy.  Jej  płochliwość  sprawiała,  że  gra  stawała  się  jeszcze  ciekawsza.  Na 

razie pozwoli jej odejść. Łowy dopiero się zaczynały. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

36 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Mimo wciąż dość wczesnej godziny słońce królowało już na niebie niczym 

wielka  ognista  kula,  nasycając  powietrze  żarem,  który  prawie  uniemożliwiał 

oddychanie.  Samantha  energicznie  maszerowała  ulicą,  mijając  kolejne  okazałe 

wille  kryjące  się  wśród  zieleni,  za  ogrodzeniami  z  ozdobnie  kutego  żeliwa. 

Marzyła o tym, by choć na chwilę skryć się w cieniu, ale nie pozwoliła sobie na 

to. Musiała iść dalej. Uciekać. Uciekać od siebie samej. I od Louisa DuLaca. 

Najchętniej  wróciłaby  z  podkulonym  ogonem  do  Nowego  Jorku,  zaszyła 

się  w  domu  Tarranta  i  próbowała  zapomnieć  o  wstydzie.  Ale  tak  postąpić  nie 

mogła.  Nie  dotrzymawszy  słowa  danego  mężowi,  zawiodłaby  wszystkich. 

Dominic,  najstarszy  syn  Tarranta,  był  bardzo  podekscytowany  myślą,  że  może 

mieć  brata,  który  jest  restauratorem  światowej  klasy.  On  sam  posiadał  sieć 

luksusowych  delikatesów,  które  niedawno  włączył  do  imperium  Hardcastle'ów. 

Zaś  jego  przyrodni  brat,  Amado,  był  właścicielem  świetnie  prosperującej 

winnicy produkującej znakomite, szlachetne wina. Już sam fakt, że Louis wybrał 

karierę,  która  mieściła się  w  podobnych  klimatach, był  dla  Samanthy  dowodem 

na  to,  że  i  w  jego  żyłach  płynie  krew  Tarranta,  człowieka,  który  chłonął  życie 

wszystkimi  zmysłami.  Fiona,  córka  Tarranta,  mówiła,  że  podczas  swoich 

wypadów  na  zakupy  do  Mediolanu  zawsze  stołuje  się  w  restauracji  Louisa 

DuLaca. Nikt nie umiał tak jak Louis przemienić w poezję prozaicznej w sumie 

czynności, jaką było przyrządzanie posiłków. Tak więc cała rodzina Tarranta nie 

mogła  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  powita  nowo  odnalezionego  krewniaka.  A 

ona  obiecała,  że  zrobi  wszystko,  żeby  go  przekonać  do  poddania  się  testom  i 

zaakceptowania prawdy o ojcu. 

Zamyślona,  nawet  nie  zauważyła,  kiedy  znalazła  się  na  Royal  Street.  Co 

teraz? Dokąd miała pójść? Rozejrzała się bezradnie dookoła. Wiedziała jedno – 

TL

 R

background image

 

37 

musi choć na chwilę schować się przed piekącym słońcem. Nagle jej wzrok padł 

na  szyld  wiszący  ponad  oszklonymi  drzwiami,  zachęcająco  ocienionymi 

fioletową markizą w pomarańczowe gwiazdki. 

Potrzebujesz porady? Zapytaj Madame Ayidę 

 głosił napis wykonany ozdobnymi, złotymi literami. Wróżby i konsultacje 

duchowe – wyjaśniano drobniejszym pismem w następnej linijce. 

Samantha  zatrzymała  się  w  pół  kroku.  Prawda  była  taka,  że  potrzebowała 

porady. Nie wiedziała, czy powinna zgodzić się na układ, jaki jej zaproponował 

Louis.  Nie  wiedziała,  jak  zniesie  wiadomość,  że  mężczyzna,  któremu  tak 

ochoczo się oddała, w istocie jest jej pasierbem. Może lepiej postąpi, jeśli czym 

prędzej wyjedzie z tego miasta, a rodzinie powie, że nie mogła się porozumieć z 

Louisem? Stanowczo potrzebowała jakiejś sugestii. 

Co jej szkodziło wstąpić do Madame Ayidy? Choćby tylko po to, żeby na 

chwilę usiąść w cienistym saloniku i spokojnie się zastanowić nad całą sytuacją? 

Szybko  przebiegła  przez  ulicę,  ostrożnie  stąpając  po  nierównych 

kamieniach  w  swoich  sandałkach  z  seledynowej,  krokodylej  skóry.  Dziś  też 

włożyła buty na obcasie. Żadnych innych po prostu nie miała. 

Pchnęła  oszklone  drzwi,  budząc  tym  ruchem  kaskadę  srebrzystych 

dzwoneczków.  Madame  Ayida  przyjmowała  w  rozkosznie  chłodnym  wnętrzu, 

pachnącym miętą i jaśminem. 

–  Dzień  dobry!  –  zawołała  Samantha,  przestępując  próg.  Znalazła  się  w 

maleńkim  przedpokoju  odgrodzonym  od  dalszej  części  ciężką  kotarą  tkaną  w 

migotliwe wzory. – Czy... zastałam panią Ayidę? 

–  Madame  Ayida  jest  zawsze  gotowa  pomóc  –  odezwał  się  przytłumiony 

głos zza kotary. 

TL

 R

background image

 

38 

Mój Boże, jakie to wszystko stereotypowe, pomyślała Samantha. Madame 

Ayida pewnie dorabia sobie tu do gaży, jaką dostaje za występy w objazdowym 

cyrku. Skoro jednak już tu weszła, równie dobrze mogła zajrzeć za kotarę. 

Uniosła  suty  materiał  i  spojrzała  prosto  w  czarne  oczy,  lśniące  jak  dwa 

karbunkuły. 

– Proszę, niech pani usiądzie. – Madame  Ayida wykonała szczupłą dłonią 

zapraszający  gest.  Samantha  z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że  „wróżka  i  konsul-

tantka  duchowa"  w  niczym  nie  przypomina  wiedźmy  z  haczykowatym  nosem, 

chytrym uśmieszkiem i szponiastymi palcami zaciśniętymi na kryształowej kuli, 

którą  spodziewała  się  tu  zobaczyć.  Przy  niskim  stole  siedziała  młoda  kobieta  o 

gładkiej  hebanowej  skórze  i  szerokim  uśmiechu.  Na  kształtnej  głowie  zamotała 

jaskrawą pomarańczową chustę. 

–  Sama  nie  wiem,  dlaczego  tu  przyszłam.  –  Samantha  zaśmiała  się 

nerwowo. 

–  To  najzupełniej  normalne  –  padła  spokojna  odpowiedź.  –  Wiele  osób 

odwiedza  mnie  pod  wpływem  impulsu.  Razem  odkryjemy,  co  panią  tu 

sprowadza. 

–  W  jaki  sposób?  –  Samantha  rozejrzała  się,  ale  nigdzie  nie  dostrzegła 

kryształowej kuli ani nawet talii kart tarota. – Czy będzie pani... czytać mi z ręki? 

–  Jeśli  pani  sobie  tego  życzy.  –  Madame  Ayida  uśmiechnęła  się 

enigmatycznie,  ujęła  rękę  Samanthy  i  uniosła,  w  skupieniu  przyglądając  się 

wnętrzu dłoni. Dotyk jej chłodnych gładkich palców był dziwnie krzepiący. 

Zaległa cisza. Samantha zerknęła wyczekująco na wróżkę, ale ta oczy miała 

spuszczone, skryte pod gęstymi rzęsami. 

–  Burzliwe  życie,  nie  zawsze  usłane  różami  –  odezwała  się  wreszcie  ze 

śpiewnym kreolskim akcentem. 

TL

 R

background image

 

39 

– Co racja, to racja – przyznała Samantha, siląc się na lekki ton. – Mam za 

sobą dwa  rozwody,  a  sześć  miesięcy  temu  owdowiałam.  Proszę  mi  powiedzieć, 

że będzie lepiej. 

Madame Ayida podniosła wzrok znad dłoni Samanthy i przez długą chwilę 

patrzyła jej w oczy. 

–  Jesteś  na  rozstajach  –  powiedziała  nagle,  a  w  jej  czarnych  oczach 

zapłonął żar. Chyba nie zauważyła, że zwróciła się do klientki na „ty". – Nawet 

nie  przypuszczasz,  jak  ważna  jest  decyzja,  którą  będziesz  musiała  podjąć  w 

najbliższej przyszłości. Możesz popełnić fatalny błąd. 

Samantha  westchnęła  i  przymknęła  oczy.  Obraz  nagiego  Louisa 

pochylającego  się  nad  nią i przykrywającego  ją  swoim  gorącym  ciałem  pojawił 

się natychmiast. Przed wyrzutami sumienia nie było ucieczki. 

– Myślę, że już popełniłam... ten fatalny błąd. 

– Nie. – Madame Ayida pokręciła głową tak energicznie, że światło lampki 

oliwnej  stojącej  na  stoliku  zamigotało  w  cekinach  zdobiących  jej  chustę.  – 

Dopiero  stanęłaś  na  rozstajnych  drogach.  Jeszcze  nie  podjęłaś  decyzji,  którędy 

pójdziesz.  Jedna  droga  wydaje  się  znajoma  i  bezpieczna.  A  druga  kryje 

tajemnicę. 

Samantha zmarszczyła brwi. Ona nie potrafiła dojrzeć przed sobą znajomej 

drogi. Poprzedniej nocy definitywnie z niej zbłądziła. 

– Żadna z tych dróg nie jest łatwa. – Madame Ayida powiodła szczupłym 

palcem po linii życia na dłoni Samanthy. 

– No jasne. Skąd ja to znam. – Zaśmiała się, ale umilkła raptownie, kiedy 

zobaczyła napięcie w wielkich czarnych oczach Murzynki. 

–  Musisz  iść  za  głosem  serca  –  powiedziała  Madame  Ayida  z  żarem.  – 

Należysz do świata żywych, a nie umarłych. 

TL

 R

background image

 

40 

Czy aby na pewno? – pomyślała Samantha smutno. Od śmierci Tarranta nie 

czuła się specjalnie... żywa. Tkwiła w stanie dziwnego odrętwienia. Jakby gruba 

warstwa lodu pokryła jej duszę, dławiąc emocje, więżąc ją w głuchej samotni, z 

dala  od  wszelkiego  ciepła  i  radości.  Może  właśnie  dlatego  poprzedniego 

wieczoru postąpiła tak bezrefleksyjnie? Wskoczyła do łóżka obcego mężczyzny, 

bo czuła bijące od niego ciepło. Jej skostniałe z zimna serce boleśnie tęskniło za 

ludzkim ciepłem. 

Tego błędu nie wolno jej powtórzyć. Louis DuLac był prawdopodobnie jej 

pasierbem  i  ich  stosunki  musiały  pozostać  poprawne,  ze  względu  na  dobro 

rodziny. Nie mogła sobie pozwolić na to... by się w nim zakochać. Uciekać przed 

nim  jednak  także  nie  mogła.  Postanowiła,  że  przyjmie  jego  zaproszenie  na 

kolację.  Nawet  jeśli  miałaby  na  tym  ucierpieć  jej  duma.  Serce  mówiło  jej 

przecież, że nie może zawieść nowej rodziny, którą zyskała dzięki Tarrantowi. 

–  Dziękuję  –  powiedziała  ze  szczerą  wdzięcznością.  –  Bardzo  mi  pani 

pomogła. 

– Należy się dwadzieścia dolarów – uśmiechnęła się Madame Ayida. 

Samantha zeszła do hotelowego lobby dziesięć minut przed czasem. Louisa 

jeszcze  nie  było,  i  bardzo  dobrze.  Miała  chwilę  czasu,  żeby  usiąść  w  jednym  z 

miękkich foteli z widokiem na wejście i uspokoić serce, które nerwowo kołatało 

w jej piersi. Dlaczego perspektywa spotkania z tym mężczyzną tak ją stresowała? 

Nie  bała  się  przecież,  że  ją  uwiedzie.  Gdy  zadzwoniła  do  niego,  zaznaczyła 

wyraźnie, że spotka się z nim pod jednym warunkiem – między nimi nie mogło 

dojść  do  niczego...  intymnego.  Louis  obiecał  jej  to  uroczyście,  dodając  tonem 

rasowego  dżentelmena,  że  w  ogóle  jej  nie  dotknie,  chyba  że  ona  sobie  tego 

wyraźnie  zażyczy.  Zanosiło  się  więc  na  to,  że  wieczór  spędzą  cnotliwie,  jak 

przystało  na  macochę  i  pasierba.  Lekko  drżącymi  dłońmi  wygładziła  lniane 

rybaczki  w  kolorze  kawy  z  mlekiem.  Zanim  skończyli  rozmowę,  Louis 

TL

 R

background image

 

41 

powiedział  jej,  żeby  na  wieczór  ubrała  się  w  coś  wygodnego,  czego  nie  będzie 

szkoda  pobrudzić.  Nie  zdążyła  zapytać,  co  ma  na  myśli,  bo  pożegnał  się  i 

rozłączył. Samantha przez dłuższą chwilę wpatrywała się w słuchawkę, zupełnie 

zdezorientowana.  Pobrudzić  ubranie?  Nie  pamiętała,  kiedy  po  raz  ostatni robiła 

coś,  co  mogło  pociągnąć  za  sobą  tak  drastyczne  konsekwencje.  Nawet  w 

dzieciństwie  nie  wolno  się  jej  było  brudzić.  Najmniejsza  plamka  na  ubraniu 

traktowana  była  przez  rodziców  jak  ciężki  grzech.  Nic  więc  dziwnego,  że  nie 

miała  w  swojej  garderobie  żadnego  stroju,  który  mogłaby  poświęcić,  tym 

bardziej że zupełnie nie wiedziała, co Louis planuje. Nie pozostało jej nic innego, 

jak  tylko  wybrać  się  na  zakupy,  i  teraz  miała  na  sobie  zupełnie  nowe  ubranie, 

które  według  jej  standardów  było  kwintesencją  wygody  i  praktyczności:  lniany 

komplet  składający  się  ze  spodni  za  kolano  i  dopasowanego  żakietu  oraz  luźną 

ciemnobłękitną koszulę z delikatnego jedwabiu, wykończoną fantazyjną falbaną. 

Skrzyżowała  nogi,  przyglądając  się  nowym  balerinom  z  miękkiej,  naturalnej 

skóry.  Miała  nadzieję,  że  wieczór  przebiegnie  bez  niemiłych  niespodzianek. 

Kiedy  tylko  się  upewni,  że  Louis  zrobił  test,  będzie  mogła  wrócić  do  Nowego 

Jorku. Teraz chodziło tylko o to, żeby nic nie zepsuć. 

–  Witaj,  Sam  –  usłyszała  tuż  nad  sobą  niski  głos  o  ciepłej  barwie.  Zanim 

zdążyła  powiedzieć  sobie  twardo,  że  ma  przed  sobą  człowieka,  do  którego 

powinna żywić wyłącznie przyjacielskie lub co najwyżej matczyne uczucia, serce 

zdążyło  fiknąć  kozła  w  jej  piersi.  Tak  ładnie  zdrobnił  jej  imię.  Nikt  wcześniej 

tego nie robił, nawet rodzice używali pełnej, oficjalnej formy. 

–  Witaj,  Louis.  –  Podniosła  się  z  fotela.  Kiedy  spojrzała  w  jego  złociste 

oczy, jej usta same ułożyły się w uśmiech. 

Podszedł  do  niej  blisko.  Odruchowo  uniosła  twarz,  spodziewając  się 

pocałunku na powitanie. Ale on zatrzymał się nagle, kiedy dzieliło ich zaledwie 

kilka centymetrów. Zupełnie jakby się zderzył z niewidzialną szybą. 

TL

 R

background image

 

42 

– Żadnego dotykania, tak jak sobie życzyłaś – wymruczał, a jego zmysłowe 

wargi rozciągnęły się w wieloznacznym półuśmiechu. 

Fala dławiącej tęsknoty za pocałunkiem, którego nie otrzymała, na moment 

pozbawiła ją tchu. 

– Dokąd mnie zabierasz? – spytała, siląc się na swobodny ton. 

Louis  wyciągnął  do  niej  rękę,  ale  zanim  ich  dłonie  się  spotkały,  opuścił 

ramię tak gwałtownie, jakby właśnie kopnął go prąd. 

–  Chodź,  sama  się  przekonasz  –  rzucił,  po  czym  szarmanckim  gestem 

otworzył przed nią oszklone drzwi. Wyszli na ulicę wypełnioną złocistym świat-

łem późnego popołudnia. 

Po  chwili  sunęli  majestatycznie  przez  ulice  miasta  zabytkowym, 

wypieszczonym jaguarem. Usłyszała dumę w głosie Louisa, kiedy powiedział jej, 

że  wspaniały  kabriolet  z  wykończeniami  z  politurowanego  drewna  i  skórzaną 

tapicerką należał jeszcze do jego dziadka. 

Ruch  był  duży  i  Louis  skupił  się  na  manewrowaniu  ciężkim,  ale 

zaskakująco  zrywnym  wozem.  Samantha  oparła  się  o  bajecznie  wygodny 

zagłówek fotela i zerknęła na swojego kierowcę spod rzęs. Miał na sobie spodnie 

w kolorze khaki i czarną koszulę. Wygodny strój, lecz zarazem na tyle elegancki, 

że nawet w pięciogwiazdkowej restauracji nie stanowiłby dysonansu. Wciąż nie 

potrafiła zgadnąć, co zaplanował na ten wieczór. 

Prowadził  płynnie,  dłonie  miał  pewne  i  spokojne,  a  oczy  w  skupieniu 

wpatrzone  w  drogę.  Przyjrzała  się  uważniej  jego  twarzy.  Na  pierwszy  rzut  oka 

nie  wydawał  się  w  ogóle  podobny  do  Tarranta.  Może...  nie  był  jego  synem? 

Może  był  po  prostu  seksownym  nieznajomym,  którego  spotkała  gorącą  nocą  w 

obcym mieście? Szalona nadzieja zgasła jednak równie szybko, jak się pojawiła. 

Louis miał ten sam mocny zarys szczęki, co Tarrant i podobnie szczupłą twarz o 

wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych. 

TL

 R

background image

 

43 

Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? 

To  fakt,  miał  bardziej  wyraziste  rysy,  usta  trochę  pełniejsze  i  delikatniej 

wyrzeźbione, bardziej skore do uśmiechu. Jego oczy były złociste i lekko skośne 

jak  u  dzikiego  kota,  a  cera  miała  ciepły,  oliwkowy  odcień.  Tarrant  oczy  miał 

jasne,  a  skórę  prawie  białą,  usianą  rudymi  piegami.  Mimo  wszystko 

podobieństwo było wyraźne. 

Jaka  straszna  szkoda,  że  Tarrant  nie  zdążył  poznać  Louisa,  pomyślała 

Samantha z nagłym żalem. Nie dowiedział się, jakiego ma wspaniałego syna. 

– Hej, wszystko w porządku? 

–  Tak.  –  Uśmiechnęła  się,  choć  na  myśl  o  Tarrancie  poczuła,  że  pod 

powiekami wzbierają jej łzy. 

–  Myślałam  właśnie,  jakie  to  okropne,  że  nie  będziesz  miał  okazji poznać 

ojca. 

– Na razie wcale nie wiemy, czy był moim ojcem 

–  zauważył  bez  emocji.  Samantha  poczuła,  że  zazdrości  mu  tego  spokoju. 

Louis DuLac był wcieleniem równowagi duchowej i pewności siebie. Odważnie 

szedł przez  życie i pewnie nawet nie wiedział, że istnieją osoby, które czują się 

zagubione, jeśli nie mogą się wesprzeć na silnym ramieniu kogoś, kto wie lepiej, 

co powinny robić w życiu... Osoby takie jak ona. Zazdrościła Louisowi tej siły, 

której jej samej dotkliwie brakowało. 

– Czy jest coś, czego się boisz? – spytała nagle. 

– Ależ skąd! – Uśmiechnął się zuchowato, ale w jego oczach był ironiczny 

błysk. – Niczego się nie boję. 

–  Nie  wierzę  ci  –  podjęła  jego  grę.  –  Musi być  coś,  co  budzi  w  tobie  lęk. 

Może aligatory? Albo węże? Albo ciemna noc na pustkowiu? 

–  Węże?  Aligatory?  Ciemności?  To  właśnie  lubię  najbardziej  –  pochwalił 

się. 

TL

 R

background image

 

44 

– Skoro niczego się nie boisz, to na pewno nie będziesz miał oporów przed 

zrobieniem testu DNA. 

– Sprytnie mnie podeszłaś – mruknął. 

– Jestem inteligentniejsza, niż wyglądam. 

–  Jeśli  myślisz,  że  wyglądasz  na  głupią,  to  chyba  jednak  się  mylisz.  – 

Zmierzył  ją  szybkim  spojrzeniem.  –  Hej,  dlaczego  nie  ubrałaś  się  w  coś... 

praktycznego, tak jak sugerowałem? 

–  Jak to  nie?  –  zdumiała  się.  –  To  komplet  od  Calvina  Kleina.  Wygodny, 

dobry na każdą okazję. A ja nadal nie wiem, dokąd mnie wieziesz. 

Wyjechali  już  z  centrum  miasta.  Wysoka,  zwarta  zabudowa  ustąpiła 

miejsca  łagodnej  zieleni  ogrodów  i  spokojnym  liniom  dachów  jednorodzinnych 

domków. 

– Chcę ci pokazać moje ulubione miejsce. To ma być niespodzianka, więc 

na  razie  nic  więcej  nie  powiem.  Odpręż  się  i  ciesz  się  słońcem  i  wiatrem  we 

włosach. Po prostu przez chwilę bądź sobą. 

Samantha  stłumiła  westchnienie.  Miała  się  cieszyć  chwilą?  Być  sobą? 

Bardzo  chętnie,  gdyby  tylko  wiedziała,  kim  tak  naprawdę  jest.  Od  dzieciństwa 

każdą  chwilę  poświęcała  staraniom,  żeby  się  dopasować  do  oczekiwań  innych 

ludzi  –  rodziców,  jurorów  konkursów  piękności,  trzech  kolejnych  mężów. 

Wiedziała,  że  nie  wolno  jej  się  garbić,  a  do  zdjęć  powinna  prezentować  lewy, 

bardziej korzystny profil. Wiedziała, że podoba się mężczyznom, kiedy rozpuści 

włosy,  włoży  cienkie  pończochy  i  buty  na  szpilkach.  Ale  gdy  miała  być  sobą  i 

spędzać czas tak, jak lubiła – była zupełnie bezradna. 

Louis  zerknął  spod  oka na  Samanthę.  Posłuszna  jego  poleceniu,  zamknęła 

oczy  i  wystawiła  twarz  ku  słońcu, pozwalając,  by  wiatr przeczesywał  jej  długie 

jasne  włosy.  Jak  zwykle  prezentowała  się  nienagannie,  w  stroju,  który  chyba 

tylko  ona  mogła  uznać  za  swobodny,  i  perfekcyjnie  zrobionym  makijażu.  Po 

TL

 R

background image

 

45 

chwili namysłu zdecydował, że nie powie jej, że jego ulubione miejsce roi się od 

węży  i  aligatorów,  a  prawdziwie  magicznego  charakteru  nabiera  dopiero  po 

zmroku. 

– Już wyglądasz na o wiele bardziej odprężoną – zauważył po chwili. 

– Pięknie tutaj – odpowiedziała miękkim, rozmarzonym tonem, zapatrzona 

w szeroką zieloną linię horyzontu, tonącą w złotej mgiełce pogodnego wieczoru. 

Wyjechali  już  z  miasta;  przed  nimi  rozpościerał  się  bezkres  rozlewiska  Belle 

Chasse. 

Było  tak  ciepło,  że  Samantha  zdjęła  żakiet.  Wiatr  owionął  ją  rozgrzanym 

oddechem, cienka tkanina błękitnej koszuli pieszczotliwie otuliła krągłe piersi. 

Wolno mu było na nią patrzeć, ale nie mógł jej dotknąć. Czuł się trochę jak 

dzieciak w sklepie z zabawkami, który nie ma ani grosza, więc nikt nie pozwala 

mu sięgnąć po leżące na półkach cudowności. 

W każdym razie – jeszcze nie teraz. 

Zaparkował  przed  sporą  drewnianą  szopą,  w  której  trzymał  łódź,  i  posłał 

swojej  pasażerce  niepewne  spojrzenie.  Nagle  przyjazd  tutaj  przestał  mu  się 

wydawać  dobrym  pomysłem.  Co  mu  strzeliło  do  głowy,  żeby  zabierać  zupełnie 

obcą  kobietę  do  tego  miejsca,  które  było  jego  azylem,  schronieniem  przed 

zgiełkiem świata, w którym obracał się na co dzień? Nie było tu nic, co mogłoby 

zainteresować  nawykłą  do  luksusów  bogatą  wdowę  z  Nowego  Jorku.  Szedł  o 

zakład,  że  Samantha  wolny  czas  lubiła  spędzać  na  zakupach albo  na  rautach,  w 

towarzystwie celebrytów. Tutaj nie było ani butików, ani innych wielkomiejskich 

atrakcji.  Właściwie  była  tu  tylko  woda,  trzciny  i  zarośla  na  błotnistym, 

podmokłym  gruncie.  Pewnie  za  chwilę  jego  gość  zacznie  zadawać  mu  pełne 

niepokoju pytania i nerwowo rozglądać się dookoła, a potem zażąda, by wrócili 

do miasta. 

TL

 R

background image

 

46 

–  Gdzie  jesteśmy?  –  Samantha  wysiadła  z  samochodu  i  ostrożnie  przeszła 

kilka  kroków.  Jej  stopy,obute  w  delikatne  balerinki,  zapadały  się  w  gęstą  trawę 

sięgającą pół łydki. 

– Na końcu świata. – Louis uśmiechnął się szeroko. Postanowił, że będzie 

robił dobrą minę do złej gry, jak długo się da. Jasnowłosa pewnie i tak nie zgodzi 

się wsiąść do łódki. Właśnie zaczynała się rozglądać dookoła, a jej szarobłękitne 

oczy ogromniały ze zdumienia. 

Samantha  nie  spodziewała  się,  że  Louis  zabierze  ją  za  miasto,  a  już  na 

pewno  nie  przypuszczała,  że  wylądują  w  okolicy,  gdzie  drewniana  szopa 

stanowiła  jedyny  ślad  cywilizacji.  Jak  okiem  sięgnąć,  wokoło  rozciągały  się 

rozlewiska poprzecinane wąskimi pasami gruntu porośniętego wysokimi złotymi 

trzcinami, soczyście zieloną trawą i gąszczem zarośli. 

–  Tutaj  będziemy  jeść  kolację?  –  spytała,  marszcząc  brwi.  Nie  usłyszał  w 

jej  głosie  paniki  ani  politowania,  więc  zdecydował,  że  spróbuje  przeprowadzić 

swój plan. 

–  To  jeszcze  nie  koniec  naszej  podróży  –  nie  przestawał  się  uśmiechać.  – 

Samochód zostawimy tutaj, ale kolację weźmiemy ze sobą. 

Otworzył bagażnik i wyjął z niego wiklinowy kosz. 

– Piknik! – usłyszał za sobą zaskoczony okrzyk. 

– Jeśli ci to nie odpowiada, możemy oczywiście... – urwał, kiedy zobaczył, 

jak  jej  twarz  rozjaśnia  się  w  entuzjastycznym  uśmiechu,  a  w  oczach  lśni 

prawdziwy zachwyt. 

–  Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  byłam  na  pikniku.  To  musiało  być  w 

zamierzchłych czasach. 

Pewnie  w  równie  zamierzchłych,  co twój  poprzedni  seks,  pomyślał  Louis. 

Ostatniej  nocy  miał  okazję  się  przekonać,  że  pod  pozorami  chłodnego 

opanowania jasnowłosa skrywa głód tak szaleńczy, że skumulowanie go musiało 

TL

 R

background image

 

47 

trwać lata. Być może jej małżeństwo ze świętej pamięci Tarrantem Hardcastle'em 

nigdy nie zostało skonsumowane... 

– Dalej popłyniemy łodzią. – Zmusił się, żeby przestać myśleć o Samancie 

nagiej  i  dzikiej  w  jego  łóżku  i  skupić  się  na  obecnej  chwili.  Otworzył  drzwi 

szopy, ciesząc się dotykiem gładkich desek. Oszlifował je i zaimpregnował, tak 

że  prosta  budowla  wyglądała  teraz  równie  dobrze,  jak  w  czasach,  kiedy  jego 

pradziadek  wzniósł  ją,  by  trzymać  tu  swoją  ulubioną  łódź  do  połowu  krewetek. 

Teraz w szopie stała wypieszczona przez Louisa wierna reprodukcja starej łodzi 

typu  Lafitte  skiff.  Po  otwarciu  szerokich  wrót  od  strony  kanału  wystarczyło 

zepchnąć  ją  po  specjalnych  szynach  na  wodę.  Louis  uwielbiał  moment,  kiedy 

lekka łódź zaczynała majestatycznie sunąć po spokojnej powierzchni rozlewiska, 

a  słońce  przeglądało  się  w  wypolerowanym  drewnie  i  metalowych  częściach 

osprzętu. 

– Masz całe nogawki mokre. – Samantha usadowiła się na rufie i patrzyła, 

jak Louis zamyka szopę, a potem brnie do łodzi po kolana w  wodzie pachnącej 

chłodem i tatarakiem. 

–  Nie  szkodzi.  –  Zaśmiał  się,  zgrabnie  przeskakując  przez  burtę  i  łapiąc 

równowagę  na  szeroko  rozstawionych  nogach.  –  W  tym  upale  to  sama 

przyjemność. 

Może chciałabyś się wykąpać, kiedy odpłyniemy dalej od brzegu? 

Samantha  wychyliła  się  przez  burtę.  W  dole  woda  wydawała  się  ciemna, 

nieprzenikniona.  Tylko  na  grzbietach  drobnych  fal,  którymi  płynąca  łódź 

znaczyła spokojną powierzchnię, tańczyły złote, słoneczne blaski. 

Jak  by  to  było  nie  bać  się  zanurzyć  w  chłodnej  toni?  Pewnymi, 

harmonijnymi ruchami rozgarniać wodę, płynąc szybko, bez wysiłku... wprost w 

słońce. Tak pewnie smakowała  wolność, ale ona się o tym nie przekona. Dotąd 

wchodziła jedynie do basenów, gdzie przejrzysta woda ukazywała gładkie dno z 

TL

 R

background image

 

48 

terakoty. A i tam unikała głębokich miejsc. Nie mogła przecież zrujnować sobie 

fryzury... 

– Dzięki, ale... nie wzięłam kostiumu – wykręciła się gładko. 

Przez  chwilę  płynęli  w  milczeniu.  Louis  włączył  silnik  i  łódź  ruszyła  do 

przodu, jakby ożywiona cichym, miarowym pulsem. 

– Cudownie tu. – Jak dziecko Samantha wystawiła rękę za burtę i zanurzyła 

palce w wodzie. – Dobrze, że są takie miejsca, gdzie można usłyszeć, jak szumią 

trzciny  i  nawołują  się  ptaki.  Wiesz,  mam  wrażenie,  że  gdybym  posłuchała 

uważniej...  zrozumiałabym,  co  chcą  mi  powiedzieć  –  urwała,  a  w  jej  wielkich 

szarobłękitnych  oczach  rozmarzenie  ustąpiło  miejsca  zmieszaniu.  –  Co  ja 

gadam... 

Louis  przyglądał  jej  się  bez  słowa,  czując,  jak  coś  ściska  go  za  gardło. 

Rozumiał, co miała na myśli. 

Sam by lepiej tego nie ujął. Naprawdę nie spodziewał się, że będą odbierać 

na  tych  samych  falach,  choć  może  miał  cień  nadziei,  że  tak  się  właśnie  okaże. 

Chyba dlatego chciał jej pokazać miejsce, które tyle dla niego znaczyło. Mógłby 

dodać, że jego zdaniem ten dziki krajobraz stanowił idealną oprawę, na tle której 

ona lśni jak klejnot. Wiatr zburzył jej gładkie uczesanie i bawił się teraz długimi 

pasmami jej włosów, o ton jaśniejszych niż wysokie, wyzłocone słońcem trzciny. 

Jej oczy miały ten sam kolor co zamglony horyzont, gdzie woda spotykała się z 

niebem. 

– Mogłabyś przygotować nasz piknik? – spytał, nakazując sobie twardo, że 

ma przestać się na nią gapić. 

Sięgnęła  po  duży  wiklinowy  kosz  zabezpieczony  rzemiennymi  paskami. 

Nie  był  może  tak  praktyczny,  jak  nowoczesna  przenośna  lodówka,  ale  za  to 

idealnie pasujący stylem do lekkiej lodzi i ponadczasowej scenerii. 

– Jakie piękne talerze! – wykrzyknęła, kiedy uniosła wieko. – Są ze srebra? 

TL

 R

background image

 

49 

– Mój prapradziadek był rzemieślnikiem, robił takie cacka. Uważam, że są 

świetne na pikniki, bo się nie tłuką. 

Uniosła jeden z talerzy, tak by słońce odbiło się w gładkiej powierzchni, na 

której wygrawerowano finezyjne wzory. 

– Spodobałyby się Tarrantowi – powiedziała z zamyślonym uśmiechem. 

Louis  spiął  się  mimowolnie.  Imię  tamtego  mężczyzny  rozbrzmiało  w  jego 

uszach nieprzyjemnym zgrzytem. 

– Lubił ładne rzeczy? – spytał, siląc się na uśmiech. 

– O, tak. Lubił otaczać się pięknem. 

–  Dlatego  wybrał  ciebie  –  palnął,  zanim  zdążył  pomyśleć.  Jasnowłosa 

zarumieniła się wyraźnie. 

–  Sama  nie  wiem,  dlaczego  mnie  wybrał  –  powiedziała  z  rozbrajającą 

szczerością.  –  Spotkaliśmy  się  w  niezbyt  fortunnych  okolicznościach.  Właśnie 

dostałam posadę  kelnerki.  To  było  pierwsze  przyjęcie,  które  obsługiwałam.  Nie 

miałam  za  grosz  wprawy.  Potknęłam  się  i  rozlałam  wino  na  spodnie  Tarranta. 

Starałam  się  jakoś  osuszyć  je  ligniną,  a  on  zaprosił  mnie  na  kawę.  Byłam  tak 

spanikowana, że nie odważyłam się odmówić. 

– Jak w bajce o Kopciuszku, co? – stwierdził cicho Louis. 

–  Coś  w  tym  rodzaju  –  zaśmiała  się.  –  Nie  miałam  wtedy  grosza  przy 

duszy.  Odeszłam  od  mojego  drugiego  męża  tak, jak  stałam.  Wiedziałam, że  nie 

pozwoliłby mi nic zabrać... 

– To niezbyt miło z jego strony – zauważył ostrożnie Louis. 

–  On  w  ogóle  nie  był  zbyt  miły.  Dlatego  odeszłam.  To  była 

najrozsądniejsza  rzecz,  jaką  zrobiłam  w  życiu.  No,  może  poza  odejściem  od 

mojego pierwszego męża. 

– On też był... niemiły? 

TL

 R

background image

 

50 

–  A  żebyś  wiedział.  Ojej,  czy  to  sałatka  ziemniaczana?  –  Najwyraźniej 

zapominając  o  swoich  małżeńskich  perypetiach,  Samantha  pochyliła  się  nad 

salaterką  i  zaciągnęła  apetycznym  zapachem  tymianku,  cebulki  i  kreolskiej 

musztardy. 

–  Tak,  i  to  nie  byle  jaka.  Zrobiona  według  przepisu  mojej  ciotecznej 

prababki Emmeline. 

– Ależ ty masz dużą rodzinę. 

– Zgadza się. Może dlatego nie spieszy mi się do poszukiwania kolejnych 

krewnych... 

W odpowiedzi wydęła tylko wargi, jakby usłyszała kiepski żart. 

Podała mu talerz, nóż i  widelec, a on w tym samym momencie sięgnął do 

kosza  po  bochenek  chrupiącego  chleba  i  wędzoną  kiełbasę.  Ich  ręce  prawie  się 

dotknęły.  Louisowi zdawało się,  że poczuł, jak otarły się  o siebie  włoski na ich 

przedramionach. Prawie niewyczuwalne muśnięcie, które postawiło jego ciało w 

stan gotowości jak dźgnięcie ostrogą. 

Chciał jej dotykać. Pragnął tej kobiety jak nigdy żadnej innej. 

Prawdziwy pech, że chodziło o jego macochę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

51 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

– Czy wszyscy twoi mężowie byli starsi od ciebie? – zagadnął, żeby zająć 

myśli czymś innym niż gorącymi fantazjami z wdową po swoim nieznanym ojcu 

w roli głównej. 

–  Wszyscy  mężowie?  –  Skrzywiła  się.  –  To  brzmi,  jakbym  była  godną 

następczynią Zsy Zsy Gabor! 

– Och, nie wiem. – Rozsiadł się swobodnie i odciął słuszny kawał kiełbasy. 

–  Myślę,  że  tamta dama  kazała  mężczyznom  czekać  do  ślubu,  zanim  obdarzyła 

ich swoimi wdziękami. 

Uśmiechnęła  się,  zupełnie  jakby  usłyszała  zabawny  żart.  Nie  musiał 

wiedzieć, że ją uraził. Nauczyła się ignorować zaczepki, odkąd miała dwanaście 

lat i matka zaczęła ją wystawiać w lokalnych konkursach piękności. Kandydatki 

do  zaszczytnego  tytułu  Miss  Dożynek  czy  też  Najpiękniejszej  Czytelniczki 

„Wiadomości Gminnych" musiały uśmiechać się uroczo, niezależnie od tego, na 

jak idiotyczne czy upokarzające komentarze pozwalaliby sobie panowie z jury. 

–  W  dzisiejszych  czasach  nie  trzeba  kupować  browaru,  żeby  się  napić 

piwka,  prawda?  –  rzuciła  lekko.  –  Ale  tak  się  składa,  że  wychodząc  za  mojego 

pierwszego męża byłam dziewicą. – Spojrzała prosto w złociste oczy Louisa. –I 

owszem, mój mąż był starszy ode mnie. 

–  Co  poszło  nie  tak  w  waszym  małżeństwie?  –  spytał,  nie  spuszczając 

wzroku. 

–  Naprawdę  chcesz  wiedzieć?  –  Zamilkła  na  chwilę  i  zapatrzyła  się  na 

daleki  horyzont.  –  Wszystko  poszło  nie  tak.  Wyszłam  za  niego,  żeby  uciec  z 

domu, bo moja mama wystawiała mnie na każdym konkursie piękności, jaki się 

odbywał  w  promieniu  tysiąca  kilometrów  od  naszego  miasteczka,  jakbym  była 

jakąś krową czempionką. Marzyły mi się studia, ale wiedziałam, że dopóki mama 

TL

 R

background image

 

52 

będzie mogła reperować domowy budżet, zmuszając mnie do paradowania przed 

podpitą  publicznością  na  festynach,  zrobi  wszystko,  żeby  mnie  zatrzymać. 

Szczerze  mówiąc,  byłam  tak  zdesperowana,  że  pewnie  wyszłabym  za  mąż  za 

samego diabła, gdyby włożył portki i przyszedł mi się oświadczyć. 

– Po ślubie udało ci się pójść na studia?  

Samantha potrząsnęła głową i uśmiechnęła się smutno. 

–  A  skąd...  Mój  mąż  był  szanowanym  obywatelem  miasteczka,  miał 

warsztat samochodowy. Ożenił się ze mną, bo byłam reprezentacyjna. I taką rolę 

miałam odgrywać. Nie życzył sobie, żebym pracowała, ani tym bardziej chodziła 

na studia. Przez dwa lata próbowałam stać się żoną idealną. Robiłam wszystko, 

żeby sprostać jego oczekiwaniom, ale on nigdy nie był zadowolony. Chciał mieć 

lalkę Barbie ubraną w różowe koronki, siedzącą bez ruchu tam, gdzie ją posadził, 

z  szerokim  uśmiechem  i  bezdenną  naiwnością  w  oczach...  Któregoś  dnia 

poczułam, że nie wytrzymam tego ani chwili dłużej. 

– Podziwiam cię, że wytrzymałaś dwa lata. 

–  Sama  nie  wiem,  jak  tego  dokonałam.  Prawie  nigdy  nie  pozwalał  mi 

wychodzić  z  domu,  kontrolował  wszystko,  co  robiłam.  Tak  mi  było  spieszno, 

żeby  się  wyzwolić  spod  kurateli  rodziców  i  wreszcie  odkryć,  kim  naprawdę 

jestem, a trafiłam z deszczu pod rynnę. 

–  Ale  miałaś  dość  przytomności  umysłu,  żeby  się  wycofać  na  z  góry 

upatrzone pozycje. Tylko że twoja wolność nie trwała zbyt długo, prawda? 

W jego pytaniu nie było złośliwości ani plotkarskiego wścibstwa. Zadał je 

tonem  człowieka,  który  szanuje  swojego  rozmówcę  na  tyle,  by  chcieć  go  lepiej 

poznać. 

Samantha  usiadła  po  turecku  i  pociągnęła  łyk  cydru  prosto  z  chłodnej, 

szklanej butelki. 

TL

 R

background image

 

53 

–  Niestety  –  podjęła  po  chwili.  –  Kiedy  rozwód  miałam  już  za  sobą, 

uznałam,  że  jestem  kobietą  doświadczoną,  która  nie  popełni  więcej  tak 

kardynalnego  błędu,  jak  nietrafiona  inwestycja  uczuciowa.  Niedługo  potem 

poznałam  mojego  drugiego  męża.  Wydawał  się  ciepłym,  odpowiedzialnym 

facetem,  marzył  o  założeniu  rodziny.  Ja  też  tego  chciałam,  więc  kiedy  mi  się 

oświadczył,  poczułam  się,  jakbym  wygrała  los  na  loterii.  Zaraz  po  ślubie 

zaczęliśmy się starać o dziecko. Przez kilka pierwszych miesięcy traktowaliśmy 

to jak słodki przywilej młodych małżonków, ale czas mijał, a ja nie zachodziłam 

w  ciążę.  W  końcu  stało  się  jasne,  że  mamy  problem.  Zaczęłam  wędrówkę  po 

lekarzach.  Robiłam  coraz  bardziej  inwazyjne  badania.  Czułam,  że  mąż  obwinia 

mnie  za  naszą  porażkę.  Uważał,  że  problem  nie  dotyczy  jego,  i  nie  poddał  się 

nawet  podstawowym  testom.  Miesiąc  w  miesiąc  chodziliśmy  do  łóżka  jak  na 

komendę, gdy tylko miałam dni płodne. W końcu mąż oświadczył, że rezygnuje 

z dalszych prób. Stracił zainteresowanie... mną... zaczął coraz później wracać do 

domu.  Choć  też  byłam  zmęczona  bezskutecznymi  staraniami  o  dziecko, 

poczułam się odtrącona. Czekałam na niego co wieczór, wystrojona w seksowne 

koronki,  ale  on  nawet  tego  nie  zauważał.  Tłumaczył,  że  jest  wyczerpany  pracą, 

jednak  szybko  odkryłam,  że  nadgodzin  nie  spędza  w  biurze,  tylko  w  motelu,  z 

własną sekretarką. Nie zadali sobie nawet trudu, żeby się specjalnie z tym kryć. 

Następnego dnia spakowałam kilka drobiazgów i odeszłam. 

– Co za dupek. – Louis sięgnął po butelkę z cydrem i uniósł ją w górę jak 

do toastu. – Wypijmy za twoją odzyskaną wolność. 

Kiedy  tylko  wypowiedział  te  słowa,  zrozumiał,  że  popełnił  błąd.  Oczy 

Samanthy w jednej chwili zasnuła mgła smutku. 

– Nie chciałam tej wolności. Tarrant był inny... Bardzo za nim tęsknię. 

– Wybacz moją bezmyślność. Musiałaś bardzo go kochać. 

Zamrugała, zła na siebie, że wzmianka o Tarrancie wciąż wywołuje łzy. 

TL

 R

background image

 

54 

–  Nie  sposób  było  go  nie  kochać.  Tarrant  był  wspaniałym  człowiekiem. 

Miał w sobie prawdziwą pasję życia, wprost kipiał energią. Potrafił zrealizować 

najbardziej szalone wizje. Dotąd nie wiem, co takiego zobaczył akurat we mnie. 

–  Może  zobaczył,  że  potrafisz  kochać  człowieka  za  to,  kim  jest,  a  nie  za 

stan jego konta. 

– Skąd miałby to wiedzieć? Przecież wcale mnie nie znał. 

– Może kierował się intuicją. Albo po prostu chciał cię zaobrączkować, bo 

niezła z ciebie laska. 

Samantha  poczuła,  że  się  czerwieni.  Na  miłość  boską,  przecież  dobrze 

wiedziała, że jest atrakcyjna. Gdyby wyglądała przeciętnie, zamiast do znudzenia 

powtarzać  choreografię  przed  kolejnymi  konkursami  piękności  i  pozwalać,  by 

wizażyści  i  fryzjerzy  godzinami  poddawali  ją  wymyślnym  torturom,  mogłaby 

pójść na  studia, a  potem  znaleźć  fajną  pracę,  jak  zwykła  dziewczyna.  Dlaczego 

więc tak zareagowała na uwagę rzuconą przez Louisa, która w dodatku nawet nie 

brzmiała  jak  komplement?  Starannie  omijając  spojrzeniem  jego  tygrysie  oczy, 

sięgnęła po kawałek chleba. 

Przez  lata  przyzwyczaiła  się  do  tego,  że  jej  obowiązkiem  jest  głównie 

pielęgnowanie urody. Więc kiedy po ślubie Tarrant wynajął dla niej małą armię 

kosmetyczek  i  stylistów,  a  jej  garderobę  zapełnił  niewiarygodnie  kosztownymi 

kreacjami  z  najsłynniejszych  domów  mody,  nie  przyszło  jej  do  głowy 

protestować.  Czuła  się  jak  Kopciuszek  na  balu  i  bardzo  się  starała,  żeby  nie 

rozczarować męża. 

– A jeśli on ożenił się ze mną, bo też chciał mieć żywą lalkę Barbie, którą 

mógłby stroić? – odezwała się z nagłym niepokojem. Jeszcze nigdy nie myślała o 

swoim związku z Tarrantem w taki sposób. 

TL

 R

background image

 

55 

– Coś mi się zdaje, że ty sama nie masz nic przeciwko strojeniu się. – Louis 

popatrzył  na  nią  z  łagodnym  rozbawieniem.  –  Mówiłem  przecież,  żebyś  się 

ubrała swobodnie, a ty wyglądasz, jakbyś właśnie zeszła z wybiegu dla modelek. 

Samantha bezwiednie wygładziła idealnie skrojone lniane spodnie. 

–  Ja...  nie  potrafię  inaczej.  Może  to  uzależnienie.  Musiałabym  chyba 

przejść  odwyk,  żeby  znowu  być  w  stanie  tak  po  prostu  wyjść  na  miasto  we 

wranglerach. 

– Założę się, że  w zwykłych dżinsach wyglądałabyś bosko. Ale jeśli masz 

ochotę  nosić  stroje  od  najlepszych  projektantów,  nawet  kiedy  pracujesz  w 

ogródku  albo  wyprowadzasz  swojego  doga  na  spacer,  to  czemu  nie?  Nie  warto 

trawić życia na próby dopasowania się do oczekiwań innych, lepiej wsłuchać się 

w siebie i robić to, czego się naprawdę pragnie. 

–  Może  mi  nie  uwierzysz,  ale  ja  chyba  nie  bardzo  wiem,  czego  naprawdę 

pragnę.  Od  zawsze  usiłowałam  spełniać  oczekiwania  innych  i  tak  do  tego 

przywykłam, że nie mam pojęcia, co to znaczy być sobą i słuchać siebie. 

Louis odłożył swój talerz na drewnianą ławkę i pochylił się ku Samancie. 

–  Wydaje  mi  się,  że  ciągle  szukasz  kogoś,  kto  by  ci  mówił  jak  żyć. 

Idealnego ojca. 

– Ale ja przecież mam ojca. – Pokręciła głową. 

–  Choć  nie  mogę  powiedzieć,  by  był  idealny.  Po  moim  pierwszym 

rozwodzie  w  ogóle  przestał  się  do  mnie  odzywać.  Zawsze  miałam  wrażenie,  że 

ma  do  mnie  o  coś  pretensje.  W  sumie  dopiero  przy  Tarrancie  poczułam  się... 

akceptowana. 

– Właśnie. Znalazłaś idealnego ojca w jego osobie. 

– Co?! Tarrant był moim mężem, nie ojcem. 

– Tak? Wybacz, że spytam obcesowo, ale... czy uprawiałaś z nim seks? 

TL

 R

background image

 

56 

–  No...  nie,  ale  to  dlatego,  że  był  chory!  Otwarcie  zaproponował  mi  taki 

układ, a ja się zgodziłam. Seks nie wydawał mi się aż tak istotną sprawą, bym nie 

mogła z niego zrezygnować ze względu na Tarranta. 

Louis milczał chwilę. 

–  Jesteś  szczodrą  osobą  o  wielkim  sercu,  Sam  – powiedział  miękko. –  To 

piękna i rzadka cecha. Choć obawiam się, że nie wszyscy potrafią ją docenić. 

Wykrzywiła  wargi,  lecz  zaraz  przywołała  na  twarz  beztroski  uśmiech. 

Louis nie musiał wiedzieć, jak dalece ma rację. Od dnia, w którym została panią 

Tarrantową  Hardcastle,  słyszała  tak  często,  że  jest  łowczynią  fortun,  która 

złapała  nieszczęsnego  chorego  w  swoje  chciwe  szpony,  że  były  chwile,  kiedy 

sama zaczynała w to wierzyć. 

–  Może  przestalibyśmy  już  analizować  moje  trudne  dzieciństwo  i 

pokręcone  życie?  –  rzuciła  lekko,  prostując  się  i  odrzucając  włosy  do  tyłu.  – 

Okoliczności są zbyt przyjemne, żeby poruszać takie ciężkie tematy. 

Rozejrzała się dookoła. Odpłynęli już daleko od stałego lądu. Wszędzie, jak 

okiem  sięgnąć,  rozpościerały  się  mokradła.  Złota  kula  słońca  zniżała  się  ku 

zachodowi,  znacząc  na  spokojnej  kobaltowej  powierzchni  wody  szeroką 

świetlistą  drogę.  Louis  odwrócił  się  na  chwilę  i  ujął  ster,  poprawiając  kurs. 

Słońce zalśniło w jego lekko falujących ciemnych włosach, objęło złotą poświatą 

szerokie  ramiona  i  wysoką  męską  sylwetkę.  Silne  dłonie  o  smukłych  palcach 

spoczywały  pewnie  na  stylizowanym  drewnianym  kole  steru.  Te  same  dłonie 

poprzedniej  nocy  dotykały  jej  nagiego  ciała.  Wspomnienie  tego  dotyku, 

delikatnego, lecz jednocześnie pełnego zniewalającej mocy, sprawiło, że oblał ją 

żar. Nie mogła nic na to poradzić, że ten mężczyzna przyciągał ją jak płomień 

świecy  ćmę.  Odczuwała  to  jeszcze  silniej  teraz,  kiedy  znajdowali  się  poza 

światem,  tylko  oni  dwoje  pod  wysokim  błękitnym  niebem,  w  łodzi,  która 

kołysała się łagodnie na złocistej wodzie, płynąc ku zachodzącemu słońcu... 

TL

 R

background image

 

57 

Samantho, oprzytomniej. Jesteś prawdopodobnie czwartą babką, którą pan 

DuLac zabiera w tym tygodniu na przejażdżkę łodzią. 

– Często robisz takie wypady na mokradła? – spytała. 

–  Tak  często,  jak  tylko  się  da  –  rzucił,  siedząc  wzrokiem  stadko  dzikich 

kaczek,  które  zerwało  się  z  zarośli,  zatoczyło  łuk  w  powietrzu  i  z  chlupotem 

usiadło na wodzie tuż obok łodzi. 

Samantha spodziewała się takiej odpowiedzi, a jednak poczuła zaskakująco 

bolesne ukłucie zazdrości. 

– Ale dotąd zawsze byłem tu sam – podjął Louis. 

– Jesteś pierwszą osobą, którą zabrałem na moją łódź. 

– Naprawdę? – Przeniknął ją dreszcz podekscytowania, jakby znowu miała 

osiem lat i została wybrana na królową kinderbalu. 

–  Naprawdę.  Cenię  sobie  samotność.  To  nie  znaczy,  że  nie  lubię  ludzi. 

Wręcz przeciwnie, uwielbiam kolorowy tłum, gwar i wieczne zamieszanie, jakie 

panuje  w  moich  restauracjach.  Kocham  życie,  które  wybrałem.  Ale  może 

znienawidziłbym  je,  gdybym  nie  mógł  od  czasu  do  czasu  zsiąść  z  tej  karuzeli  i 

pobyć  sam  na  sam  z  naturą.  I  ze  sobą.  –  Zawahał  się,  jakby  nagle  zażenowany 

własną szczerością. 

– Pomyślałem, że może tobie też się tutaj spodoba – dokończył niepewnie. 

Samantha  poczuła,  że  coś  dziwnego  dzieje  się  z  jej  sercem.  Słowa,  które 

właśnie usłyszała, wypełniły je błogością tak wielką, że rwało się, by wyfrunąć z 

jej  piersi  i  śpiewać  do  utraty  tchu  niczym  skowronek  wysoko  na  niebie.  Louis 

zabrał ją w miejsce, które kochał, choć nie mógł niczego oczekiwać w zamian – 

ani  pocałunku,  ani  najbardziej  nawet  zdawkowej  pieszczoty.  Sam  przecież 

obiecał,  że  jej  nie  dotknie,  i  nie  wyglądało  na  to,  by  zamierzał  złamać  dane 

słowo.  A  jednak  to  z  nią  właśnie  chciał  dzielić  doświadczenie,  które  było  dla 

TL

 R

background image

 

58 

niego  tak  ważne.  Z  nią,  jak  z  bliskim  człowiekiem,  a  nie  lalką,  która  służyła 

jedynie do zaspokajania potrzeb – estetycznych i innych... 

Ta świadomość była bardziej przejmująca niż najintymniejszy dotyk. 

Milczała długo, wpatrzona w świetliste refleksy tańczące na wodzie. Słońce 

zniżało  się  powoli  ku  linii  horyzontu,  światło  intensywniało  jak  gęstniejące 

płynne  złoto.  Na  tle  słonecznej  tarczy  przeleciał  klucz  żurawi  –  czarne,  pełne 

gracji sylwetki ptaków majestatycznie żeglujących po niebie. 

– Założę się, że jesteś malarką – głos Louisa wyrwał ją z kontemplacji. 

– Malarką? Dlaczego tak myślisz? 

–  Bo  widzę,  w  jaki  sposób  obserwujesz  rzeczywistość.  W  skupieniu,  tak 

żeby  nie  uronić  żadnego  szczegółu.  Odkąd  wypłynęliśmy,  nie  możesz  oderwać 

wzroku od gry światła na wodzie, od zmieniających się kolorów nieba. Patrzysz 

tak, jakbyś chciała to wszystko zapamiętać, a potem przenieść na płótno. 

Z  wrażenia  zabrakło  jej  tchu.  Louis  DuLac  musiał  chyba  odziedziczyć 

parapsychologiczne zdolności po babci. 

– Wiesz, że nawet trochę malowałam... ale tylko tak, dla siebie. Nie ma się 

czym chwalić. 

– Co malowałaś? 

–  Głównie  krajobrazy.  Przestrzenie,  niebo...  kolory.  Próbowałam  utrwalić 

to,  co  w  przyrodzie  najbardziej  nieuchwytne:  nastroje  zmieniające  się  wraz  z 

porą dnia, barwy światła nasycającego powietrze. Wiem, że to głupie, dziecinne 

zajęcie... 

– Kto ci powiedział, że to jest głupie? Twoi dwaj niezbyt mili mężowie? 

–  Właśnie  oni  –  przytaknęła.  –  Tarrant  zawsze  mówił,  że  powinnam 

malować,  skoro  mam  na  to  ochotę.  Zaproponował  nawet,  że  urządzi  dla  mnie 

pracownię. 

– Ale? – podsunął Louis. 

TL

 R

background image

 

59 

–  Nie  miałam  na  to  czasu.  –  Zrobiła  dłonią  nieokreślony  gest.  –  Jako 

małżonka Tarranta Hardcastle'a miałam zajęcie na cały etat albo i więcej. 

– Rozumiem. – Na jego wargach błąkał się uśmiech. – Aerobik z osobistym 

trenerem,  umówione  spotkanie  u  manikiurzystki,  przymiarka  kreacji  na  bal 

charytatywny, lunch w klubie dla dam, wieczorem uroczysta gala w teatrze... 

–  Otóż  to.  –  Uniosła  podbródek.  Miała  niemiłe  wrażenie,  że  Louis  z  niej 

podkpiwa. 

–  Teraz,  kiedy  sytuacja  się  zmieniła,  na  pewno  znajdziesz  czas,  żeby 

malować. 

– Nie wiem, czy wciąż jeszcze mam na to ochotę. 

– Chyba nie mówisz prawdy. Przyznaj się: przeraża cię myśl, że nie masz 

pojęcia,  dokąd  zaprowadzi  cię  wyobraźnia.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  nie  ma  przy 

tobie nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić. 

– Wcale nie. – Pokręciła głową, trochę zbyt energicznie. – Prawda jest taka, 

że nie wiem, czy mam jeszcze jakąś wyobraźnię. 

–  Ależ  oczywiście,  że  masz  wyobraźnię.  –  Spojrzał  na  nią  przenikliwie 

spod  zmrużonych  powiek.  –  Leży  uśpiona  w  głębi  twojej  duszy.  Każdy  sen, 

każde  marzenie,  każda  fantazja  zapadają  tam  jak  ziarna  w  glebę.  Trzeba  tylko 

odpowiednich  warunków,  żeby  wybujały,  nieskrępowane  i  oryginalne  jak 

egzotyczne kwiaty. 

Patrzyła  na  niego  bez  słowa.  Ukośne  promienie  zachodzącego  słońca 

malowały  ciemnym  złotem  pociągłe,  harmonijne  rysy  jego  szczupłej  twarzy, 

podkreślały pięknie wysklepione kości policzkowe, śmiało zarysowane łuki brwi, 

zdecydowaną linię szczęki. Swobodny strój nie maskował jego smukłej sylwetki 

i pięknej muskulatury. 

–  Jeśli  miałabyś  teraz  przed  sobą  płótno,  sztalugi  i  paletę,  co  byś 

namalowała? – spytał po chwili, odwzajemniając jej spojrzenie. 

TL

 R

background image

 

60 

Och!  Chyba  jej  wyobraźnia  zaczynała  się  przebudzać.  W  najmniej 

odpowiednim momencie. 

Ciebie. Nagiego, potężnego jak starożytny bóg, syn Słońca. 

–  Nie  wiem  –  powiedziała  na  głos,  odwracając  wzrok.  Nie  chciała,  by 

wyczytał w jej oczach prawdę. – Może... ten widok. 

Nietrudno było uwierzyć, że mogłaby mieć ochotę utrwalić na płótnie to, co 

roztaczało  się  przed  ich  oczami.  Słoneczna  tarcza  dotknęła  już  wody.  Ponad 

bezkresem  rozlewiska,  które  przybrało  głęboką  szafirową  barwę,  niebo  płonęło 

wszystkimi odcieniami miedzi i purpury. Zarośla i trzciny na porozrzucanych tu i 

ówdzie  skrawkach  lądu  oraz  stada  ptaków  rysowały  się  na  tle  nieba  czarnym 

koronkowym motywem niczym na japońskiej grafice. 

–  Nigdzie  na  świecie  nie  jest  piękniej.  –  W  głosie  Louisa  brzmiał 

autentyczny zachwyt. 

– Masz rację – przyznała chętnie. – Tu jest... magicznie. 

–  Czujesz  to?  –  Uśmiechnął  się  tajemniczo.  –  Tutaj  wszystko  po  prostu 

pulsuje magią. Na tej ziemi narodziło się voodoo, tu bije źródło jego mocy. Teraz 

ty  też  jesteś  pod  jej  wpływem.  Wypełni  twoją  wyobraźnię  czystym  pięknem, 

zburzy mury, którymi przez lata sama siebie ograniczałaś. 

Samantha wyobraziła sobie, że moczy gruby pędzel w jasnej żółtej farbie i 

atakuje  nim  szarą,  poukładaną  monotonię  swojego  życia.  Wizja  była  tak 

sugestywna, że zaśmiała się głośno, radośnie. 

– Jutro z samego rana kup sobie przybory do malowania. Zacznij od razu. 

–  Nie...  nie  mogę.  –  Śmiech  zamarł  jej  na  wargach.  Poczuła  znajomy, 

nieprzyjemny ucisk w piersi. 

– Dlaczego nie? 

TL

 R

background image

 

61 

–  Jestem  wdową  po  Tarrancie  Hardcastle'u.  Zarządzam  ogromnym 

funduszem  charytatywnym  –  wyrecytowała.  –  Spoczywa  na  mnie  odpowie-

dzialność... 

– Rozumiem i szczerze podziwiam – wpadł jej w słowo. – Ale nie chcesz 

chyba ograniczyć się w życiu do wypełniania obowiązków? Na pewno znajdziesz 

czas, żeby robić to, co kochasz. 

– Tylko że ja nie potrafię. Nie mam żadnych umiejętności. Kiedyś chciałam 

brać lekcje, może nawet studiować malarstwo, ale jakoś nie wyszło. 

–  Zapisz  się  na  kurs,  kiedy  tylko  wrócisz  do  domu.  Zobaczysz,  uda  ci  się 

zrealizować marzenie życia. Zostaniesz malarką. 

– A jeśli... okaże się, że nie mam za grosz talentu? 

–  Po  co  się  martwić  na  zapas?  Takie  myślenie  trzyma  miliony  ludzi  na 

kanapach przed telewizorami. Oglądają prawdziwe życie przez szybkę, ale sami 

nie  mają  odwagi  rozwinąć  skrzydeł.  Nie  możesz  dłużej  robić  sobie  krzywdy, 

zamykając  się  przed  życiem.  Wydaje  mi  się,  że  masz  co  najmniej  dekadę,  jeśli 

nie dwie, do nadrobienia. Na twoim miejscu nie traciłbym ani minuty. 

Samantha  spojrzała  na  ciemniejące  niebo.  Na  zachodzie  świetliste  złoto  i 

gorąca  miedź  ustępowały  miejsca  chłodniejszym,  wrzosowym  i  śliwkowym 

nutom.  Wysoko  nad  ziemią  zaczęły  się  pojawiać  lodowate  iskierki  pierwszych 

gwiazd.  Poczuła  wyraźnie,  jak  otwiera  się  przed  nią  świat  pełen  nowych 

możliwości. Wystarczy, że sięgnie... 

–  Czy  to  może  być  aż  takie  proste?  Wziąć  pędzel  i  zacząć  malować?  – 

odezwała  się  cicho,  niepewnie.  –  A  tak  w  ogóle,  dlaczego  mnie  do  tego 

namawiasz? 

Odpowiedział uśmiechem na jej nieufne spojrzenie. 

– Ktoś musi w końcu wypuścić cię z więzienia. 

TL

 R

background image

 

62 

– Ale ja przecież nie siedzę w żadnym więzieniu. Jestem wolna. Robię to, 

co chcę. 

–  Na  pewno?  A  może  bezwiednie  tęsknisz  do  tego,  by  w  twoim  życiu 

pojawił  się  kolejny  człowiek,  którego  będziesz  mogła  traktować  jak  ojca,  a  on 

powie ci, co masz robić? 

Chciała gorączkowo zaprotestować, ale nagle uświadomiła sobie, że Louis 

może  mieć  rację.  Mężczyźni,  z  którymi  się  dotąd  wiązała,  byli  co  najmniej 

dziesięć lat od niej starsi. Może dlatego takich wybierała, że sama zawsze czuła 

się  starsza  niż  rówieśnicy?  Rodzice  wychowywali  ją  surowo;  kiedy  była 

nastolatką,  nawet  przez  myśl  jej  nie  przeszło,  że  mogłaby  się  buntować  czy 

poddawać  zmiennym  nastrojom.  Dotąd  pamiętała,  jak  pewnego  słonecznego 

popołudnia  włączyła  radio  i  zaczęła  tańczyć  przy  muzyce.  Rozpuściła  włosy, 

zrzuciła  buty  i  wirowała,  śmiejąc  się  z  radości.  I  nagle  zrzuciła  ze  stolika 

kryształowy  wazon...  Za  karę  przez  tydzień  nie  wolno  jej  było  wychodzić  z 

pokoju,  a  do  jedzenia  dostawała  tylko  płatki  śniadaniowe  na  wodzie.  Matka 

powiedziała  jej,  że  powinna  być  zadowolona  –  dzięki  tej  diecie  zeszczupleje  w 

talii przed kolejnym konkursem piękności. 

Samantha  nie  była  pozbawiona  instynktu  samozachowawczego.  Szybko 

nauczyła  się,  niczym  rekrut  w  piechocie,  ani  o  milimetr  nie  przekraczać 

wyznaczonych linii. Nigdy nie zrobiła nic... nierozsądnego. 

Nigdy  nie  spała  z  mężczyzną,  któremu  nie  była  poślubiona.  Dopiero 

ostatniej nocy... 

Łuna  na  niebie  zaczęła  gasnąć  i  kołyszącą  się  na  wodzie  łódkę  otulił 

chłodny półmrok. Louis był tak blisko... niemal czuła bijące od niego ciepło. Jej 

ciało odpowiedziało na tę bliskość gwałtownym, prawie bolesnym pulsowaniem 

rodzącego się pożądania. Pokusa, by zapomnieć o wszystkich postanowieniach i 

rzucić mu się w ramiona, była zbyt silna, by mogła się jej długo opierać. 

TL

 R

background image

 

63 

– Chciałabym wrócić do hotelu – powiedziała z trudem. – Tak szybko, jak 

tylko się da. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

64 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Louis skinął głową i bez słowa zmienił kurs. 

– Dziękuję – uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. 

– Zawsze do usług. 

Nawet  nie  próbował  z  nią  polemizować,  tłumaczyć,  że  wie  lepiej,  co 

powinni  zrobić.  Po  prostu  spełnił  jej  prośbę,  choć  Samantha  była  pewna,  że 

dostosowywanie się do czyichś życzeń nie leżało w jego charakterze. 

Poczuła  się  dziwnie.  Zupełnie  nie  była  przyzwyczajona  do  tego,  by  ktoś 

odnosił  się  z  szacunkiem  do  wyrażonego  przez  nią  zdania.  Ani  jej  rodzice,  ani 

mężowie  nie  interesowali  się  zbytnio  tym,  czego  mogłaby  chcieć.  Sami 

podejmowali decyzje, a jej nie pozostawało nic innego, jak je akceptować. Nawet 

Tarrant, choć okazywał jej wielką czułość, miał zwyczaj ustalać wszystkie reguły 

sam. Ona zaś chętnie się dostosowywała. Miała w tym wprawę, a jego pewność 

siebie budziła w niej poczucie bezpieczeństwa. 

Louis nie był ani trochę mniej pewny siebie niż Tarrant, a jednak pozwolił 

jej dyktować warunki. Nie czuł potrzeby podkreślania swojej dominacji. 

Może  właśnie  dzięki  takiemu  podejściu  udało  mu  się  skłonić  ją  do 

popełnienia  szaleństwa,  jakim  była  wyprawa  na  to  pustkowie?  Dobry  Boże, 

znajdowali  się  wiele  kilometrów  nie  tylko  od  siedzib  ludzkich,  ale  nawet  od 

najbliższej  szosy.  Byli  na  niewielkiej  łódce,  gdzieś  na  środku  rozlewiska,  w 

którym  z  całą  pewnością  roiło  się  od  aligatorów.  W  dodatku  właśnie  zapadała 

noc. Doprawdy, sytuacja była co najmniej... zabawna. 

– Z czego się śmiejesz? – Jego niski ciepły głos dosięgnął jej w półmroku 

jak delikatna pieszczotą. 

– Zastanawiam się, jak ci się udało przekonać mnie do tego. – Potrząsnęła 

głową,  wciąż  chichocząc,  i  zrobiła  szeroki  gest.  Światło  dnia  gasło  szybko  i 

TL

 R

background image

 

65 

krajobraz wokół nich zatracał kontury,  zapadając się w granatową ciemność. W 

kępach  trzcin  coraz  głośniej  grały  cykady.  Co  jakiś  czas  w  wodzie  chlupotały 

niewidzialne stworzenia. 

–  Do  niczego  nie  musiałem  cię  przekonywać.  Miałem  nadzieję,  że  gdy 

tylko zobaczysz rozlewisko, będziesz chciała na nie wypłynąć. Więc pokazałem 

ci je... a ty sama podjęłaś decyzję. 

–  Może  tak  właśnie  było  –  zgodziła  się,  zamyślona.  –  Wygląda  na  to,  że 

wiesz  o  mnie  więcej  niż  ja  sama...  Pewnie  odziedziczyłeś  po  babci  umiejętność 

czytania w myślach. Powiedz, czego chcę teraz? 

–  Teraz?  –  Jego  oczy  zalśniły  w  półmroku.  –  Chciałabyś,  żebyśmy 

pojechali  do  mnie  i  spędzili  jeszcze  jedną  noc  razem.  Chciałabyś  być  naga, 

nieskrępowana, w moich ramionach. Chciałabyś robić to wszystko, co robiliśmy 

poprzedniej nocy, i dużo, dużo więcej... A o świcie moglibyśmy raczyć się kawą 

z mlekiem i pączkami, patrząc, jak słońce wschodzi nad wielką rzeką. 

Samantha objęła się ramionami. W ciszy, jaka zaległa między nimi, słychać 

było tylko szmer silnika łodzi, chlupot wody i nocną pieśń cykad. 

–  Chciałabyś  tego  –  podjął  Louis  po  długiej  chwili  milczenia  –  ale 

postąpisz inaczej. Nie pozwolisz sobie na folgowanie pragnieniom, tylko wrócisz 

prościutko do hotelu. A szkoda, bo ominie nas naprawdę cudowna noc. 

– Twoja umiejętność czytania w moich myślach jest... dość przerażająca. – 

Jej głos drżał wyraźnie, choć starała się mówić lekkim tonem. 

– Nic na to nie poradzę – uśmiechnął się rozbrajająco. – Taki już jestem, że 

wyczuwam  ludzi.  Ale  nie  musisz  się  tym  martwić.  To,  co  wyczuwam  w  tobie, 

bardzo mi się podoba. 

Dlaczego  zrobiło  jej  się  nagle  ciepło  na  sercu?  Świadomość,  że  ten 

właściwie obcy człowiek nie tylko jej pożąda, ale też zwyczajnie ją lubi i szanuje 

TL

 R

background image

 

66 

na  tyle,  by  respektować  jej  decyzje,  była  upajająca  jak  kieliszek  szlachetnego 

koniaku. 

Rozkoszowała  się  tą  myślą,  gdy  nagły  niepokój  przywołał  ją  do 

rzeczywistości. 

– Louis, poddasz się jutro badaniu DNA? Nie rozmyśliłeś się? 

– Oczywiście, że nie. Przecież obiecałem. 

–  Pójdę  z  tobą  do  laboratorium,  dobrze?  Załatwię  przesłanie  wyników  do 

Nowego  Jorku,  żeby  można  było  porównać  z  próbką  DNA  Tarranta...  O  ile  nie 

masz nic przeciwko temu. 

– Najlepiej niech prześlą materiał od razu. Nie mam nic do ukrycia. 

–  Posłuchaj...  –  zająknęła  się.  –  Mogłabym  cię  prosić  o  zachowanie 

dyskrecji w, hm, jednej sprawie? 

– Chodzi o tamtą noc, prawda? – Tygrysie oczy Louisa zalśniły złociście. – 

Cóż... nie mam zwyczaju opowiadać na prawo i lewo o moim  życiu osobistym, 

ale naprawdę nie uważam, żebyśmy się mieli czego wstydzić. 

– Tak, ale Fiona, córka Tarranta... nie zrozumiałaby. 

–  Nie  zrozumiałaby  –  zmarszczył  brwi  Louis  –  że  dwoje  dorosłych  ludzi 

może mieć ochotę spędzić ze sobą noc? 

– Nie wtedy, jeśli tych dwoje dorosłych to jej macocha i przyrodni brat. 

Louis  zaśmiał  się  cicho  i  pokręcił  głową,  jakby  nie  wierzył  własnym 

uszom. 

–  Kochanie,  nie  popełniliśmy  przecież  kazirodztwa!  W  najgorszym 

wypadku jesteśmy spowinowaceni... 

– Nie o to chodzi – wpadła mu w słowo. – Zależy mi na dobrych relacjach z 

Fioną. Kiedy Tarrant ożenił się ze mną, nie przyjęła tego najlepiej. Nie było jej 

łatwo zaakceptować jako macochy kobiety w jej wieku. Długo zabiegałam o jej 

TL

 R

background image

 

67 

przyjaźń.  Nie  chciałabym  tego  zmarnować.  Proszę  cię.  Louis  spojrzał  na  nią  z 

powagą. 

– Będę trzymał buzię na kłódkę – obiecał. – Słowo skauta. 

Powrotna  droga  do  miasta  minęła,  zdaniem  Samanthy,  o  wiele  za  szybko. 

Nie  zdążyła  się  nacieszyć  towarzystwem  Louisa  i  miłą,  lekką  rozmową,  jaką 

prowadzili w samochodzie. Kiedy zaparkował przed hotelem, wysiadł i otworzył 

dla  niej  drzwi  samochodu,  ogarnęło  ją  dojmujące  poczucie  straty.  Już  za  nim 

tęskniła. 

Zrobiła kilka kroków w stronę oświetlonego wejścia do lobby. Otoczyło ją 

chłodne, nocne powietrze. 

– Dobranoc. – Głos zadrżał jej lekko. – Dziękuję za miły wieczór. 

– Też myślę, że to był bardzo miły wieczór. – Louis stanął tuż obok niej. – 

Sądzisz,  że  możemy  sobie  pozwolić  na  całusa  w  policzek,  zanim  się  roz-

staniemy? Tak z czystej przyjaźni. 

Pocałować go? Samantha poczuła, że robi jej się gorąco. Mogłaby dotknąć 

wargami jego policzka... tylko na sekundę. Pozwolić, by przeniknęło ją bijące od 

niego ciepło, zaciągnąć się męskim, korzennym zapachem... 

Co złego mogło być w przyjacielskim pocałunku na dobranoc? 

Bez słowa, bez tchu, uniosła ku niemu twarz, a on pochylił się ku niej w tej 

samej  chwili.  Poczuła  jego  ciepły  oddech  na  swoich  wargach,  szorstki,  męski 

policzek  otarł  się  o  jej  skórę.  Przeszył  ją  dreszcz  tak  silny,  jakby  cała  ziemia 

zadrżała  w  posadach.  Krew  w  jej  żyłach  zamieniła  się  w  huczący  ogień. 

Westchnęła bezgłośnie i przywarła ustami do jego warg. 

Dotyk  był  jak  objawienie.  Doznała  potężnego  wrażenia,  że  właśnie 

odnalazła  coś,  czego  długo,  rozpaczliwie  szukała.  Z  uczuciem  niewysłowionej 

ulgi  pogłębiła  pocałunek,  dziko,  zachłannie.  Oplotła  ramionami  jego  kark, 

TL

 R

background image

 

68 

naparła  piersiami  na  twardy  tors.  Poczuła,  jak  jego  ramiona  otaczają  jej  talię, 

zamykają ją w delikatnym, lecz pewnym uścisku. 

Jego  wargi  pieściły  jej  usta  niespiesznie,  niemal  leniwie,  choć  wyczuwała 

wrzącą w nim namiętność. Nie pozwolił sobie jednak na żaden gwałtowny ruch. 

To ona prowadziła w tym tańcu. 

Kiedy  wreszcie  oderwali  się  od  siebie,  z  trudem  utrzymała  się  na  nogach. 

Jej ciało było nieważkie, miękkie jak wosk. Nie czuła nic poza przeszywającym 

pulsowaniem pragnienia. 

Przez  chwilę  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu.  Powietrze  między  nimi  aż 

drgało od napięcia. 

–  Do  zobaczenia  jutro  w  laboratorium  –  odezwała  się  wreszcie  drżącymi 

wargami. 

–  To  dość  daleko  od  centrum  –  odparł  swobodnie.  –  Wpadnę  po  ciebie  o 

dziewiątej, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Pojedziemy razem. 

–  Świetnie.  Dzięki.  –  Uśmiechając  się  sztucznie,  na  zupełnie  sztywnych 

nogach ruszyła do wejścia. 

Nie odwróciła się ani razu, choć wiedziała, że za nią patrzy. Czuła na karku 

palący dotyk jego spojrzenia. 

Kiedy wreszcie dotarła do swojego apartamentu, zamknęła drzwi, oparła się 

o nie i przez długą chwilę próbowała złapać oddech. Potem zrzuciła buty, wciąż 

drżącymi  rękami  rozebrała  się  do  bielizny  i  ruszyła  do  łazienki,  po  drodze 

nalewając  sobie  kieliszek  czerwonego  wina.  Zanurzyła  się  w  wannie  pełnej 

ciepłej  wody,  nastawiła  skomplikowaną  aparaturę  na  relaksujący  masaż  i 

pociągnęła  łyk  wybornego,  półwytrawnego  trunku.  Jednak  ani  musująca  kąpiel 

pieszcząca  jej  ciało,  ani  smakowity,  owocowy  bukiet  wina  nie  były  w  stanie 

sprawić, by choć na chwilę oderwała myśli od Louisa DuLaca. 

TL

 R

background image

 

69 

Poczekalnia  laboratorium  medycznego  utrzymana  była  w  sterylnych 

odcieniach  bieli,  nierdzewnej  stali  i  matowego  szkła  i  oczywiście  była 

klimatyzowana.  Samantha  nie  wiedziała,  czy  drży  ze  zdenerwowania,  czy  od 

chłodu. 

–  Czym  mogę  służyć?  –  Niziutka,  pękata  pielęgniarka,  której  ogniście 

czerwona,  obfita  czupryna  gryzła  się  niemiłosiernie  z  ostrą  zielenią  sztywno 

wyprasowanego kitla, podniosła się zza biurka w recepcji. 

Samantha wyjaśniła powód wizyty i ze zdumieniem patrzyła, jak na twarzy 

pielęgniarki pojawia się uśmiech pełen współczucia. 

–  Jasne,  kochana.  –  Kobieta  dotknęła  ramienia  Samanthy,  jakby  chciała 

dodać jej otuchy, po czym przeniosła wzrok na Louisa. Jej ciemne oczy błysnęły 

groźnie. 

–  Jeśli  testy  wykażą,  że  jest  pan  ojcem  dziecka,  proszę  płacić  alimenty  w 

terminie, a nie  znajdować  ciągłe  wymówki  jak  ten  łotr,  mój były  mąż  –  powie-

działa srogo. 

– Ale... to nie jest... – zaczęła Samantha i utknęła. 

–  Może  nie  jest,  a  może  jest  –  wpadła  jej  w  słowo  pielęgniarka.  –  Nasze 

testy  wykażą  ze  stuprocentową  wiarygodnością,  czy  ten  pan  jest  ojcem  pani 

dziecka. 

–  Nie.  –  Samantha pokręciła  głową.  – My  chcemy  sprawdzić,  czy  ten  pan 

jest synem mojego męża. 

Pielęgniarka  posłała  jej  zdumione  spojrzenie,  a  potem,  marszcząc  brwi, 

uważnie przyjrzała się Louisowi. 

–  To  skomplikowana  sytuacja  –  wyjąkała  Samantha,  czując,  że  pod 

taksującym spojrzeniem pielęgniarki robi się czerwona jak burak. 

–  Założę  się,  że  skomplikowana  –  mruknęła  kobieta.  –  Proszę  tędy.  Od 

pana pobierzemy próbkę, a pani wypełni stosowne formularze. 

TL

 R

background image

 

70 

Louis  podążał  za  nimi  w  milczeniu.  Nie  zareagował  w  żaden  sposób  na 

wścibskie uwagi pielęgniarki, tylko jego oczy rozbłysły szczerym rozbawieniem. 

Samancie nie było do śmiechu. Niepotrzebnie w ogóle wdawała się w dyskusję z 

tą  kobietą.  Całą  sprawę  należało  utrzymać  w  dyskrecji  –  ostatnią  rzeczą,  jakiej 

potrzebowała,  to  kolejne  doniesienia  w  plotkarskich  pismach  na  temat  jej 

prywatnego  życia.  Pociła  się  ze  strachu  na  samą  myśl  o  tym,  jakie  używanie 

mieliby  dziennikarze,  gdyby  się  dowiedzieli,  że  przyszła  w  towarzystwie 

młodego,  przystojnego  nieznajomego  do  laboratorium  w  celu  przeprowadzenia 

badania DNA. 

Pobranie  próbki  było  prostym  zabiegiem,  wypełnienie  formularzy  zajęło 

tylko  kilka  minut.  Niebawem  wyszli  z  chłodnego  wnętrza  na  rozgrzaną,  zalaną 

słońcem ulicę. 

– Chciałabym zdążyć na najbliższy samolot – powiedziała Samantha, chcąc 

uprzedzić jego ewentualne próby nakłonienia jej, żeby została dłużej. 

Była  niemal  pewna,  że  będzie  usiłował  ją  zatrzymać,  żeby  mogli  spędzić 

kolejny wieczór razem. Niestety, będzie musiała odmówić... 

– Ja też się spieszę – powiedział jednak, rozwiewając jej złudzenia. – Lecę 

dziś do Paryża. W mojej restauracji szykuje się impreza na cztery fajerki. Wiesz, 

damy w brylantowych koliach, góry kawioru, te sprawy. Muszę się tam pojawić, 

bo  pańskie  oko  konia  tuczy.  A  poza  tym  mam  nadzieję  spotkać  kilku  starych 

przyjaciół. 

Zrobiła naprawdę duży wysiłek, żeby zignorować nagły, przeszywający ból 

rozczarowania. 

– Brzmi wspaniale – rzuciła z uśmiechem. – Życzę dobrej zabawy. 

– Dziękuję. – Spojrzał na nią ciepło. 

W  powrotnej  drodze  niewiele  rozmawiali.  Tak  jak  poprzedniego  wieczoru 

odwiózł ją pod drzwi hotelu. 

TL

 R

background image

 

71 

–  Odezwę  się  do  ciebie,  kiedy  nasze  laboratorium  porówna  wyniki  – 

powiedziała, kiedy otworzył przed nią drzwi. 

– W porządku. – Skinął głową. 

Tym  razem  nie  próbował  jej  namówić  na  przyjacielskiego  całusa... 

Samantha  powiedziała  sobie,  że  tak  jest  lepiej,  i  prawie  w  to  uwierzyła. 

Pomachała  Louisowi  na  pożegnanie,  rozciągając  wargi  w  uśmiechu.  Zdawała 

sobie sprawę, że wyszło to okropnie sztywno i nienaturalnie, ale nie było jej stać 

na nic więcej. 

Kiedy szła przez lobby, serce boleśnie tłukło jej się w piersi. Nie wiedziała, 

czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

72 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Telefon  rozdzwonił  się  nagle,  sprawiając,  że  Samantha  dosłownie 

podskoczyła  na  łóżku.  Drżącą  ręką  sięgnęła  po  słuchawkę.  Choć  obudziła  się 

przed  paroma  godzinami,  nadal  tkwiła  w  pościeli,  sparaliżowana  myślą,  że 

wyniki badania DNA były przewidziane na ten dzień. Zaraz usłyszy... wyrok. 

–  Halo?  Samantha?  Zgadnij,  z  czym  dzwonię!  –  W  słuchawce  rozległ  się 

radosny głos Belli, dyrektorki laboratorium należącego do Hardcastle Enterprises 

i żony Dominica. 

– Z czym takim? – wychrypiała Samantha przez ściśnięte gardło. 

– Mamy dopasowanie! – obwieściła Bella entuzjastycznie. – Louis DuLac 

jest  z  całą  pewnością  biologicznym  synem  Tarranta.  Serdecznie  ci  gratuluję. 

Udało ci się znaleźć kolejnego członka rodziny Hardcastle 

–  To...  wspaniale.  –  Samancie  zdawało  się,  że  jej  własny  głos  dochodzi  z 

bardzo daleka. – Jesteś pewna, że wynik jest prawidłowy? 

Wiedziała,  że  to  pytanie  nie  ma  sensu.  Wynik  by  z  całą  pewnością 

prawidłowy.  Ale  w  ciągu  ostatnich  dni  zdołała  już  przekonać  samą  siebie,  że 

Louis nie jest spokrewniony z Tarrantem. Wytłumaczyła sobie, że Bijou, kobieta 

niezależna  i  pełna  temperamentu  artystka,  mogła  poznać  jakiegoś  mężczyznę, 

spędzić z nim szaloną noc... Jej syn prawdopodobnie nie dzielił ani jednego genu 

z  Tarrantem  Hardcastle'em.  Nadzieja,  że  wszystko  jest  jeszcze  przed  nimi, 

zaczęła  kiełkować  w  jej  sercu,  a  teraz  nagle  została  wyrwana  z  korzeniami.  To 

bolało. 

–  Nie  martw  się,  na  pewno  nie  popełniliśmy  błędu.  Sama  kilkakrotnie 

sprawdzałam wyniki. 

–  Świetnie.  Bardzo  się  cieszę  –  Samantha  próbowała  nadać  głosowi 

radosny ton, ale zabrzmiało to raczej rozpaczliwie. 

TL

 R

background image

 

73 

Jej  nadzieje  legły  w  gruzach.  Między  nią  a  Louisem  wszystko  było 

skończone. 

Wszystko?  Wcale  nie.  Owszem,  rozdział,  w  którym  flirtowali  ze  sobą, 

całowali się i tak dalej, został właśnie nieodwracalnie, na głucho, zamknięty. Ale 

otwierał  się  inny  rozdział,  w  którym  ona  wcieli  się  w  rolę  radosnej  i  życzliwej, 

zupełnie niezainteresowanej seksualnie pasierbem macochy. 

Opadła na poduszki. 

–  Dziękuję,  Bella.  Sama  zadzwonię  do  Louisa  DuLaca  i  przekażę  mu  tę 

wspaniałą wiadomość. 

– Louis? Mówi Samantha Hardcastle. 

–  Witaj,  Sam.  –  Louis  uśmiechnął  się  szeroko.  Miło  było  znowu  usłyszeć 

jej  głos,  nawet  jeśli  mówiła  jakimś  dziwnie  bezbarwnym,  oficjalnym  tonem. 

Prawda była taka, że tęsknił za nią jak głupi. 

–  Cieszę  się,  że  cię  zastałam  –  mówiła  dalej  sztywno,  jakby  wygłaszała 

biznesową prezentację, a nie rozmawiała z mężczyzną, w którego ramionach nie 

tak  dawno  wzdychała  z  rozkoszy.  –  Dzwonię,  żeby  ci  powiedzieć,  że  właśnie 

dostałam wiadomość z laboratorium. Jesteś synem Tarranta Hardcastle'a. Nie ma 

co do tego najmniejszych wątpliwości, wyniki badania są jednoznaczne. 

Potok słów urwał się nagle i w słuchawce zaległa głucha cisza. 

Louis chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł odpowiednich słów. 

Syn Tarranta Hardcastle'a. 

A więc – miał ojca. O mało nie parsknął śmiechem, kiedy ta myśl przyszła 

mu  do  głowy.  Oczywiście,  że  miał  ojca,  nie  przyszedł  przecież  na  świat  w 

wyniku cudu. A jednak nigdy dotąd nie myślał o swoim ojcu jak o realnej osobie, 

po  której  dziedziczył  cechy  charakteru  albo  wyglądu,  a  może  nawet  talenty, 

zainteresowania czy sposób bycia. Dowiadując się więcej o mężczyźnie, który go 

spłodził, mógł jeszcze niejednego nauczyć się o sobie. 

TL

 R

background image

 

74 

– Louis? Jesteś tam? 

– Jestem – odparł szybko. – Ja tylko... potrzebowałem chwili, żeby dojść do 

siebie. 

– Rozumiem, oczywiście. Czyż to nie wspaniała wiadomość? – Entuzjazm 

w jej głosie raził sztuczną, fałszywą nutą.  

– Tak, pewnie tak – zgodził się bez przekonania. 

–  Jestem  taka  podekscytowana  –  ciągnęła  tonem,  który  miał  udawać 

radosny,  ale  był  tylko  piskliwy.  Dlaczego  upierała  się,  żeby  odgrywać  rolę,  w 

której  wyraźnie  nie  czuła  się  dobrze?  –  Musisz  jak  najszybciej  przyjechać  do 

Nowego Jorku, poznać rodzinę. Twój brat Dominic czeka na ciebie niecierpliwie, 

podobnie jak twoja siostra Fiona. Amado, twój drugi brat, jest w Argentynie, ale 

twierdzi, że może w każdej chwili przylecieć do Nowego Jorku. Koniecznie chce 

powitać cię w domu. 

–  Mam  dwóch  braci  i  siostrę?  –  Louis  pamiętał  jak  przez  mgłę,  że 

Samantha mówiła mu już o rodzinie Tarranta. Tylko że wtedy to wszystko wyda-

wało mu się nierzeczywiste i  w dodatku niezbyt interesujące. Teraz natomiast... 

poczuł przypływ emocji, o które nigdy by się nie podejrzewał. Miał rodzeństwo. 

Ta  myśl  była  niesamowicie  ekscytująca.  Jakby  dostał  od  losu  nieoczekiwany, 

bezcenny prezent. Nie mógł się doczekać, kiedy go rozpakuje. 

– Chciałbym się z nimi spotkać jak najszybciej – powiedział z  zapałem. – 

Dokąd mam przyjechać? I kiedy? 

– Och, Louis, jestem naprawdę szczęśliwa. – W  głosie Samanthy nie było 

już  sztucznego  rozradowania.  Teraz  mówiła  miękko,  jakby  przez  łzy.  – 

Naprawdę.  Tarrant  byłby  z  ciebie  taki  dumny.  Jaka  szkoda,  że  nigdy  go  nie 

poznasz. 

TL

 R

background image

 

75 

– Wiem, że nie spotkam go osobiście – wpadł jej w słowo. Nie chciał, żeby 

się  martwiła.  Nie  z  jego  powodu.  –  Ale  jestem  pewien,  że  uda  mi  się  całkiem 

nieźle go poznać. 

Już zrobiłem pierwszy krok do tego, by poznać ojca. Przespałem się z jego 

żoną,  pomyślał.  Gorzkie  poczucie  winy  mieszało  się  w  jego  duszy  z  bolesną 

tęsknotą za jasnowłosą elfką, która nagle pojawiła się w jego życiu i oczarowała 

go, tylko po to, by potem na zawsze pozostać poza jego zasięgiem. 

– Posłuchaj, głupio mi o tym wspominać, ale... –odezwała się Samantha po 

chwili milczenia. 

–  Kiedy  przyjadę,  mam  cię  traktować  jak  wdowę  po  moim  ojcu  – 

dokończył za nią. 

–  Dokładnie.  –  W  jej  głosie  zabrzmiała  ulga,  która  tylko  pogłębiła  jego 

tęsknotę. 

Zyskał dwóch braci i siostrę, ale stracił cudowną kochankę.  

–  Nie  masz  się  czym  martwić  –  powiedział  dziarsko.  –  Będę  wcieleniem 

dyskrecji. 

–  Samantho,  co  ci  jest?  –  Dominic  przyglądał  się  uważnie  wdowie  po 

swoim  ojcu.  Jak  zwykle  nienagannie  elegancka  nosiła  tego  dnia  dopasowany 

kostiumik  od  Chanel,  granatowy  i  grzeczny  jak  szkolny  mundurek,  jeśli  nie 

liczyć  głębokiego  dekoltu  i  gęstego  rządka  maleńkich  guziczków  z  opalizującej 

masy perłowej. Oczy pomalowała tak, że wydawał się głęboko błękitne, a jasne 

włosy  zaczesała  w gładki kok. Ktoś, kto nie znał jej dobrze, pomyślałby,  że ma 

przed  sobą  chłodną  i  opanowaną  damę.  On  wiedział,  że  jest  istnym  kłębkiem 

nerwów. 

–  Nic  takiego.  –  Splotła  palce  tak  mocno,  że  aż  pobielały.  –  Po  prostu 

jestem podekscytowana przyjazdem Louisa. 

TL

 R

background image

 

76 

–  Wszyscy  jesteśmy.  –  Najstarszy  syn  Tarranta  posłał  jej  uśmiech  pełen 

zrozumienia. – To wspaniale, że udało ci się odnaleźć brata. 

Samantha  odwzajemniła  uśmiech  zesztywniałymi  wargami.  Ciekawe,  czy 

Dominic byłby dla niej równie miły, gdyby wiedział, że nie tylko odnalazła jego 

brata,  ale  też  się  z  nim  przespała.  Raczej  nie.  Dominic  był  pod  pewnymi 

względami bardzo zasadniczym człowiekiem. 

– O której ma się pojawić nasz nowy braciszek? 

–  Amado  wszedł  do  salonu,  sięgnął  do  srebrnej  patery  stojącej  na 

ozdobnym  stoliku  do  kawy,  oderwał  gałązkę  winogron  i  wsadził  sobie  do  ust 

kilka naraz. 

– Powinien tu być lada chwila. – Samantha strzepnęła niewidzialny pyłek z 

żakietu i przestąpiła z nogi na nogę. 

– Ależ ty masz tremę! Niepotrzebnie. Jestem pewien, że wszystko potoczy 

się  bez  zgrzytów.  –  Dominic  położył  dłonie  na  jej  ramionach,  a  potem  przy-

ciągnął ją do siebie i zamknął w krzepiącym uścisku. 

–  Samantho,  żaden  z  nas  nie  byłby  tu  dzisiaj,  gdyby  nie  ty.  Jesteś 

prawdziwym darem niebios. 

–  Co  ty  opowiadasz.  –  Samantha  z  uczuciem  wdzięczności  wtuliła  się  w 

jego silne ramiona. – To wszystko dzieło Tarranta. 

Nie było łatwo przekonać Dominica i Amada, Żeby zechcieli się uznać za 

prawowitych synów 

Tarranta,  współwłaścicieli  korporacji  Hardcastle  Ale  teraz,  ku  jej  wielkiej 

radości, bracia byli w najlepszej komitywie, a Dominic stał na czele Hardcas the 

Enterprises. 

–  Hm,  faktycznie,  gdyby  nie  Tarrant,  na  pewno  by  nas  tu  nie  było  – 

uśmiechnął się  Amado. – Ale to ty sprawiłaś, że kilkoro  obcych, wrogich sobie 

ludzi zjednoczyło się i stworzyło rodzinę. Jesteś dla nas jak matka, Samantho. 

TL

 R

background image

 

77 

–  Litości.  –  Skrzywiła  się  komicznie.  –  Powiedz  raczej,  że  jestem  jak 

siostra. 

–  Nie  bój  się,  nie  chciałem  powiedzieć,  że  wyglądasz,  jakbyś  miała  co 

najmniej  pięćdziesiątkę  na  karku.  –  Mrugnął  do  niej.  –  Po  prostu  widzę,  jak 

bardzo ci na nas zależy. Tak po matczynemu. 

Samantha  zamrugała,  żeby  powstrzymać  łzy  wzruszenia.  Rzeczywiście, 

kochała tych dwóch przystojnych i zdolnych facetów, jakby byli jej najbliższymi 

krewnymi. Dlaczego nie potrafiła obdarzyć Louisa tym samym bezinteresownym 

przywiązaniem? Czy los naprawdę musiał wszystko tak fatalnie poplątać? 

W holu zabrzmiały szybkie, lekkie krok i w drzwiach salonu stanęła Fiona. 

– Louis DuLac przyjechał. Zaraz tu będzie. 

– Och! – Samantha przycisnęła dłonie do piersi – To... wspaniale. 

Uśmiechnęła  się  do  córki  Tarranta,  ale  rudowłosi  piękność  nie 

odwzajemniła  jej  uśmiechu.  Wydawała  się  bez  reszty  zajęta  swoim  nowym 

turkusowym iPodem. Samancie zrobiło się żal tej młodej kobiety, która wyrosła 

w przekonaniu, że jest jedynym dzieckiem Tarranta, a ostatnio musiała pogodzić 

się  z  faktem,  że  ma  braci,  których  jej  ojciec  postanowił  uznać  za  prawowitych 

spadkobierców  na  równi  z  nią.  Fiona  nie  była  chciwa,  ale  nie  była  też  chyba 

zupełnie wolna od zazdrości... 

Cóż,  dla  Samanthy  sytuacja  też  nie  była  prosta.  A  przecież  powinna  się 

czuć  szczęśliwa  –  nareszcie  zdołała  zgromadzić  dzieci  Tarranta.  Wypełniła 

misję, której podjęła się z miłości do męża. Tylko że... nie czuła satysfakcji ani 

radości.  Każdy  nerw  jej  ciała  dygotał  z  napięcia,  a  zamiast  krwi  w  jej  żyłach 

krążył czysty lęk. 

Czy uda jej się nie zdradzić z tym, co czuła do Louisa? 

Pojawił się w drzwiach dokładnie w chwili, gdy w myślach wymówiła jego 

imię.  Jego  złociste  spojrzenie  odnalazło  jej  oczy,  a  ona  miała  wrażenie,  że 

TL

 R

background image

 

78 

połączył  ich  oślepiający  zygzak  błyskawicy,  a  przez  salon  przetoczył  się  huk 

grzmotu.  Spanikowana,  rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  pozostałych.  Choć 

wydawało się to nieprawdopodobne, chyba nikt niczego nie zauważył. 

–  Witaj!  –  wyskandowała,  modląc  się  w  duchu, by  głos  jej  nie  zdradził. – 

Louis, mam ogromną przyjemność przedstawić ci rodzinę... 

–  Jestem  Dominic.  –  Najstarszy  syn  Tarranta  wyszedł  na  spotkanie  nowo 

przybyłemu i bezceremonialnie zamknął go w mocnym męskim uścisku 

– Bardzo się cieszę, że Samantha odnalazła cię i sprowadziła do domu. 

– Ja też się z tego cieszę – odrzekł Louis. Samantha spuściła wzrok. 

–  I  ja  się  cieszę.  –  Drugi  z  braci  podszedł  do  Louisa  i  błysnął  wesołymi 

czarnymi oczami. Mówił po angielsku płynnie, choć z egzotycznym akcentem 

–  Wyobrażam  sobie,  że  musisz  się  czuć  co  najmniej  dziwnie,  otoczony 

przez tłum krewnych, o których istnieniu nie miałeś pojęcia. Ale nie przejmuj się 

przywykniesz. My z Dominikiem też przez to prze chodziliśmy i jakoś żyjemy. 

– Jeśli mam być szczery, chyba już zaczynam przywykać. – Louis uścisnął 

dłoń  Amada  i  uśmiechnął  się  swobodnie.  –  Na  początku  odnosiłem  się 

sceptycznie  do  całej  sprawy,  ale  Sam  wierzyła  niezachwianie,  że  jestem  synem 

Tarranta  Hardcastle'a  Na  pewno  wiecie,  jak  bardzo  potrafi  być  przekonująca. 

Więc nie mogę powiedzieć, żebym był w szoku, kiedy przyszły wyniki.  

Samantha objęła wzruszonym spojrzeniem trzech mężczyzn, tak różnych, a 

jednocześnie tak niesamowicie do siebie podobnych – krew z krwi jej męża; 

– Jaki wspaniały widok – wyszeptała, przejęta 

– Dałabym wszystko, żeby Tarrant mógł was zobaczyć, wszystkich razem.  

Niestety,  było  to  niemożliwe.  Tym  bardziej  powinna  uhonorować  pamięć 

męża,  dbając,  by  jej  dzieci  żyły  w  zgodzie  i  harmonii.  Zapomni  o  tym, 

kiedykolwiek widziała w Louisie mężczyznę godnego pożądania. Od teraz był jej 

pasierbem, powinowatym i nikim więcej. 

TL

 R

background image

 

79 

–  Jak  zareagowałeś,  kiedy  Samantha  po  raz  pierwszy  powiedziała  ci,  że 

jesteś synem Tarranta? – Fiona pochyliła się ku Louisowi, przekrzykując głośną 

muzykę. 

Przyjęcie  w  restauracji  „Pod  Księżycem"  wydane  przez  Hardcastle'ów  na 

cześć  odnalezionego  brata  okazało  się  imprezą  na  kilkaset  osób.  Całe 

nowojorskie towarzystwo zbiegło się, jakby chodziło o wydarzenie roku. 

Louis  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Uwielbiał  przyjęcia,  z  im  większym 

rozmachem  wyprawione,  tym  lepiej.  Podobała  mu  się  też  rola  marnotrawnego 

syna,  uroczyście  przyjętego  na  łono  rodziny.  Czuł,  że  zaczyna  szczerze  lubić 

poważnego  Dominica  i  trochę  szalonego  Amada.  Tylko  Fiona  nie  odkryła 

jeszcze swoich kart. 

Przyjrzał  się  uważnie  młodej  kobiecie  o  delikatnej  cerze  i  lśniących 

płomiennorudych włosach, która przysiadła obok niego na wysokim stołku baro-

wym. 

–  Czy  byłeś  w  szoku?  –  dokończyła  pytanie,  a  potem  podniosła  do  ust 

kieliszek, posyłając mu czujne spojrzenie ponad krawędzią szkła. 

I to w większym, niż przypuszczasz. 

–  Sam  najpierw  pisała  do  mnie  listy,  w  których  tłumaczyła,  że  mogę  być 

synem  Tarranta,  ale  ignorowałem  je.  Chyba  nie  byłem  jeszcze  gotowy,  żeby 

zaakceptować takie zmiany w życiu. To było niedługo po tym, jak pochowałem 

dziadków  i  potrzebowałem  trochę  samotności.  Ale  kiedy  Sam  pojawiła  się  we 

własnej osobie na moim progu, nie mogłem jej zignorować. 

–  Taaak.  –  Umalowanymi  na  ciemną  czerwień  wargami  pociągnęła  łyk 

wściekle niebieskiego napoju. – Tato też nie mógł jej zignorować, kiedy pojawiła 

się  w  jego  życiu.  Taka  już  jest  nasza  Samantha.  Ale  nie  narzekam  –  dodała 

szybko.  –  Zawsze  mówiłam,  że  skoro  już  muszę  mieć  macochę,  cieszę  się,  że 

TL

 R

background image

 

80 

trafiłam na nią. Mogło być o wiele gorzej. – Zamilkła i napiła się znowu. – A jak 

ty się czujesz ze świadomością, że masz macochę? 

Louis  sięgnął  po  kieliszek  z  winem,  walcząc  z  niemiłym,  dławiącym 

uczuciem gdzieś w okolicy mostka. 

– Nie potrafię myśleć o Sam w ten sposób – powiedział wreszcie. – Jest o 

wiele za młoda, żebym mógł ją uznać za moją macochę. 

– Święte słowa – zachichotała Fiona. – Kiedy wychodziła za tatę, wszyscy 

mówili  to  samo.  Ale cóż,  moja  rodzinka  zawsze  była  trochę  dziwna.  Myślę,  że 

sam się o tym niedługo przekonasz.  

Zbył jej uwagę uśmiechem. Mógł sobie wyobrazić, że wygadana, zadziorna 

Fiona nie ułatwiała życia młodej żonie ojca. Tym bardziej podziwiał Samanthę, 

że tak bardzo zależało jej na utrzymaniu przyjaznych stosunków z pasierbicą. Z 

moją siostrą. Poprawił się w myślach, patrząc w bystre zielone oczy dziewczyny. 

Rozumiał rezerwę Fiony – zmiana statusu z jedynaczki na młodszą siostrzyczkę 

trzech facetów o silnych charakterach nie mogła należeć do łatwych przeżyć. Pod 

jej  niezależną,  trochę  nawet  arogancką  pozą  wyczuwał  skrywaną  wrażliwość. 

Miał ochotę wziąć siostrę w ramiona i serdecznie uściskać. 

– Powiedz lepiej, jak to jest, kiedy nagle trzech starszych braci zwala ci się 

na głowę. – Spojrzał na nią ciepło. 

Rudowłosa skrzywiła lekko usta i zmrużyła oczy. 

–  Zawsze  słyszałam,  że  starsi  bracia  są  cenni,  bo  sprowadzają  do  domu 

przystojnych  kolegów.  Już  nie  mogę  się  doczekać.  –  Teatralnym  gestem 

odgarnęła włosy za ucho i zatrzepotała rzęsami. 

Louis  nie  mógł  się  nie  roześmiać.  Zawtórowały  mu  dwa  męskie  głosy  – 

Dominic i Amado musieli słyszeć koniec ich rozmowy, bo śmiali się serdecznie, 

zajmując wolne miejsca przy stoliku. 

Jego bracia. 

TL

 R

background image

 

81 

Nie  spodziewał  się,  że  nagły  przypływ  emocji  ściśnie  go  za  gardło  tak 

mocno,  że  będzie  musiał  walczyć  o  oddech. Ci  fantastyczni  ludzie  wokół  niego 

to  jego  rodzeństwo.  Choć  znał  ich  zaledwie  od  paru  godzin,  już  wiedział,  że 

łączy go z nimi jakaś zaskakująco głęboka, trudna do opisania więź. Louis nigdy 

nie  był  człowiekiem  ubogim,  ale  teraz,  w  towarzystwie  braci  i  siostry,  czuł  się 

prawdziwym bogaczem. 

–  Widziałaś  Samanthę?  –  zagadnął  Fionę  jakiś czas później.  Szukał  jej  od 

dłuższej chwili, krążąc w barwnym tłumie rozbawionych gości. 

Miał dręczące uczucie, że Sam go unika. Nie pocałowała go na powitanie; 

nawet nie podała mu ręki. Krótko mówiąc, postępowała nieładnie, a on nie miał 

zamiaru dać się zbyć. 

– Samantha? – Fiona odstawiła pusty kieliszek na blat najbliższego stolika. 

– Gdzieś tu się kręci. Zabawia tych wszystkich wapniaków, znajomych taty. 

Mógł się tego spodziewać. Samantha była zapewne gospodynią doskonałą. 

Tym  bardziej  nie  powinna  tak  karygodnie  zaniedbywać  honorowego  gościa 

imprezy.  Ruszył  dalej  przez  tłum  i  w  końcu  ją  dostrzegł:  wysoko  uniesiona 

głowa  o  szlachetnym  kształcie  podkreślonym  misternym  upięciem  blond 

włosów,  smukła  sylwetka  obleczona  w  coś  czarnego,  eleganckiego  i  diabelnie 

seksownego. Stała tyłem do niego, zatopiona w rozmowie z jakąś starszą damą. 

Teraz,  kiedy  był  pewien,  że  mu  nie  ucieknie,  zwolnił  kroku,  żeby  móc  się  do 

woli  napatrzeć  na jasną  skórę  jej  prostych  pleców,  widoczną  w  głębokim aż  po 

talię wycięciu wieczorowej sukni, i zmysłową krągłość pośladków rysujących się 

delikatnie pod cienkim jedwabiem. Louis nie miał pojęcia, jakim sposobem udaje 

jej się poruszać swobodniej w stroju, który przylegał do jej ciała ciasno niczym 

futerał. Wąziutka suknia podkreślała jej wiotką sylwetkę i kobiece krągłości, ale 

musiała  bezlitośnie  krępować  uda.  W  dodatku  jej  bajecznie  zgrabne  nogi  obute 

były w pantofle na zawrotnie wysokim obcasie. Cała Sam. 

TL

 R

background image

 

82 

Podszedł na tyle blisko, że wyraźnie poczuł subtelny zapach jej perfum. 

– Hej, Sam – powiedział miękko, kładąc dłoń na jej nagim ramieniu. 

Drgnęła wyczuwalnie, a potem błyskawicznie obróciła się ku niemu. 

–  Hej,  Louis.  –  Jej  głos  brzmiał  radośnie,  ale  w  oczach  była  panika.  – 

Dobrze się bawisz? 

–  Znakomicie.  –  Uśmiechnął  się  szeroko.  –  Jednego  mi  tylko  brakuje  – 

dodał ciszej, pochylając się ku niej. 

–  Tak?  –  W  jej  wzroku  natychmiast  pojawiła  się  troska.  –  Czego  ci 

brakuje? 

– Ciebie. 

Starsza  dama  zmierzyła  ich  oboje  bystrym  spojrzeniem,  pożegnała  się 

szybko i z godnością pożeglowała w stronę stołów z przystawkami. 

–  Przepraszam,  ale  wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  urządza  się  przyjęcie  – 

tłumaczyła  się  Samantha,  nerwowo  splatając  palce.  –  Jako  gospodyni  mam 

obowiązek zająć się gośćmi. 

– A ja nie jestem gościem? – spytał niewinnie, przekrzywiając głowę. 

– Jesteś, oczywiście – dała się nabrać Samantha. – Poprosiłam Dominica i 

Amada, żeby dotrzymali ci towarzystwa. 

–  I  zrobili  to,  ale  kiedy  pojawiły  się  Bella  i  Susanna,  moje  towarzystwo 

przestało być dla chłopaków aż tak atrakcyjne. W każdym razie tańczyć woleli ze 

swoimi  żonami  niż  ze  mną.  –  Louis  ruchem  głowy  wskazał  parkiet.  Dominic 

tańczył z Bellą , a jego duże, męskie dłonie przesuwały się pieszczotliwie wzdłuż 

jej  bioder.  Amado  i  Susanna,  zapatrzeni  w  siebie,  spleceni  w  romantycznym 

uścisku, zdawali się zupełnie straceni dla świata. 

– Rozumiem, co masz na myśli – zaśmiała się Samantha. 

– No więc, bracia poszli tańczyć, a ja zostałem sam jak palec, bo nie mam 

partnerki. – Zrobił żałosną minę. 

TL

 R

background image

 

83 

Samantha zbladła wyraźnie i cofnęła się o krok. 

– Nie. Nie mogę. Tu są ludzie, którzy znali Tarranta i... 

–  Przecież  nie  proszę  cię,  żebyś  wykonała  striptiz  na  środku  sali!  Zatańcz 

ze mną, z czystej przyjaźni. To naprawdę nic złego. Zobacz, wszyscy naokoło to 

robią. 

Nie poruszyła się, ale jej oczy pociemniały od emocji. Zdawało mu się, że 

widzi w nich tęsknotę. , 

–  Jeden  taniec  nie  powinien  zaszkodzić  –  powiedziała  cicho,  wciąż 

wpatrzona w parkiet. 

–  Och,  mnie  się  wydaje,  że  może  nawet  pomóc.  –  Louis  zmrużył  swoje 

tygrysie  oczy  w  szparki.  Na  jego  usta  wypłynął  lekko  drapieżny  uśmiech. 

Błyskawicznym,  po  kociemu  miękkim  ruchem  objął  Samanthę  w  talii  i 

poprowadził  ją  na  parkiet  akurat  w  chwili,  gdy  orkiestra  zaczęła  grać  pierwsze 

takty tanga. 

Jeśli  myślał,  że  Samantha  w  swoim  wysoce  niepraktycznym  stroju  nie 

będzie w stanie podołać rytmowi tańca, zupełnie jej nie docenił. Mimo sięgającej 

za kolano, wąskiej jak ołówek sukni, mimo wysokich szpilek ruszyła posuwiście 

po  parkiecie,  idealnie  dopasowując  się  do  jego  kroków.  Każda  taneczna  figura, 

którą wykonywała, była perfekcyjna niczym dzieło sztuki. 

Choć  jego  ramię  obejmowało  jej  talię,  a  ich  dłonie  były  splecione,  miał 

wrażenie,  że  Samantha  umyka  przed  jego  dotykiem.  Jej  biodra  poruszały  się 

kusząco  milimetry  od  jego  ciała,  jej  uda  prawie  ocierały  się  o  jego  nogi,  kiedy 

krążyli wokół siebie w coraz bardziej ognistym, pełnym napięcia tańcu. Lecz im 

gwałtowniej nacierał on, tym zręczniej wymykała mu się ona. Tak bardzo chciał 

ją  objąć,  przycisnąć  mocno  do  siebie  jej  drobne,  zwinne  ciało,  że  jego  ramiona 

zaczęły pulsować bólem. 

TL

 R

background image

 

84 

Pragnienie,  które  wypełniało  każdą  komórkę  jego  ciała,  odbijało  się  w  jej 

błyszczących  oczach.  Wiedział,  że  oboje  czują  to  samo.  I  wiedział  też,  że  ona 

prędzej umrze, niż zdradzi się z tym, co się dzieje w jej duszy. 

–  Samantho,  rodzina, którą  stworzyłaś,  to  coś niezmiernie  wartościowego. 

Rozumiem, że chcesz ją chronić. Za wszelką cenę. 

– Ta rodzina to dla mnie najcenniejsza rzecz pod słońcem – powiedziała z 

uczuciem. – Cieszę się, że stałeś się jej częścią. 

– Ja też się z tego cieszę – przyznał szczerze. 

Uśmiechnęła  się  promiennie,  a  w  jej  oczach  błysnęła  duma.  W  następnej 

chwili  posmutniała,  a  Louis  poczuł  się  tak,  jakby  słońce,  którym  dane  mu  było 

cieszyć się przez chwilę, skryło się nagle za ciężką, burzową chmurą. 

– Żałuję tylko, że wszystko między nami zaczęło się tak... niefortunnie. 

Niefortunnie?  On  inaczej  określiłby  początek  ich  znajomości.  Magicznie. 

To było chyba właściwe słowo. 

–  Może  powinnaś  popatrzeć  na  to  w  inny  sposób  –  powiedział  lekko, 

obracając ją w tańcu. – Skąd wiesz, czy nie jest tak, że wszystko, co nas spotyka, 

ma jakiś ukryty sens, którego nie potrafimy od razu dostrzec? 

– Nie mów tak – poprosiła. – Nie lubię myśleć, że jestem igraszką losu. 

Jej  ogromne  oczy,  wciąż  w  niego  wpatrzone,  pociemniały  od 

niewypowiedzianych emocji. 

– Chodź ze mną – usłyszał nagle swoje własne słowa. 

Wziął  ją  za  rękę  i  sprowadził  z  parkietu.  Był  przygotowany  na  to,  że 

Samantha  zaprotestuje,  może  nawet  zażąda,  by  ją  puścił.  Zdziwił  się,  kiedy  tak 

się nie stało. Poszła za nim chętnie, dostrajając się do jego kroków, jakby nadal 

tańczyli, posłuszni rytmowi muzyki, którą słyszeli tylko oni dwoje. Szedł powoli; 

ze wszystkich sił starał się opanować ogarniającą go gorączkę. Nie mógł pomylić 

kroków tego tańca, jeśli nie chciał jej spłoszyć. 

TL

 R

background image

 

85 

W milczeniu pozwoliła zaprowadzić się do holu. Nie zaprotestowała nawet 

wtedy, gdy pociągnął ją delikatnie w stronę windy. Nie odezwała się ani słowem 

przez całą drogę w dół z najwyższego piętra budynku Hardcastle Enterprises, na 

którym  znajdowała  się  restauracja  „Pod  Księżycem".  Słyszał  jej  urywany 

oddech,  widział, jak jej  piersi  falują pod cienkim  materiałem  sukienki.  Spuściła 

oczy.  Jedwabiste  wachlarzyki  rzęs  rzucały  cień  na  jej  jasne  gładkie  policzki. 

Schował  ręce  do  kieszeni  i  zacisnął  pięści  aż  do  bólu.  Nie  mógł  jej  dotknąć. 

Jeszcze  nie  teraz,  nie  tutaj  –  pod  czujnym  okiem  kamery  ochrony  budynku. 

Musiał czekać. 

– Idziemy do mnie. – Kiedy tylko znaleźli się na zewnątrz, otoczeni przez 

mozaikę  nocnych  cieni  i  bursztynowych  świateł  ulicznych  latarni,  Louis  znów 

zamknął jej dłoń w swojej. – Zatrzymałem się w hotelu, dwie ulice stąd. 

Nie  protestowała.  Ruszyli  razem,  w  idealnej  harmonii,  stawiając  kroki  w 

takt  muzyki,  która  szumiała  w  ich  krwi.  Szybkie  staccato  jej  obcasów  wypadło 

nagle  z  rytmu,  kiedy  potknęła  się  o  wystającą  płytę  chodnikową.  Krzyknęła 

głucho, a on instynktownym, błyskawicznym ruchem chwycił ją w ramiona. 

Na  moment  zamarli  oboje,  jak  tancerze  wykonujący  popisową  figurę,  a 

potem  ona  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję,  a  on  zmiażdżył  jej  usta  wargami 

nabrzmiałymi z pożądania. 

Odwzajemniła  pocałunek,  wpijając  się  w  jego  wargi  z  niehamowaną 

gwałtownością.  Zanurzyła  palce  w  jego  włosach,  podczas  gdy  jego  dłonie 

gorączkowo,  zachłannie  przesuwały  się  po  jej  talii,  biodrach  i  pośladkach. 

Uniosła  nogę  i  oplotła  go  nią,  wygięła  się,  napierając  biodrami  na  jego  twarde 

uda. Chciała być bliżej. Jeszcze bliżej. 

Żadne  z  nich  nie  wiedziało,  ile  czasu  minęło,  zanim  wrócili  do 

przytomności. W pewnej chwili po prostu oderwali się od siebie, z trudem łapiąc 

TL

 R

background image

 

86 

oddech,  jak  zapaśnicy  na  ringu.  Ona  zamrugała,  jakby  obudzona  ze  snu.  On 

zdecydowanie wziął ją za rękę. 

– Chodźmy stąd. Im prędzej dotrzemy do hotelu, tym lepiej. 

Bez  słowa,  rozglądając  się  ukradkiem,  przemknęli  przez  hotelowe  lobby  i 

schronili  się  w  windzie.  Ona  cofnęła  się  pod  samą  ścianę  i  stanęła  bez  ruchu, 

wpatrując się w niego. Jemu się zdawało, że jazda windą trwa w nieskończoność. 

Ogień, który płonął w jej ogromnych błękitnych oczach, dosięgał go i sprawiał, 

że jego krew zaczynała wrzeć. 

Wciąż  milcząc,  spokojnym  krokiem  przemierzyli  korytarz.  Louis  czuł 

mrowienie  w  palcach,  kiedy  otwierał  drzwi.  Przepuścił  Samanthę  przodem, 

wszedł do wnętrza i starannie przekręcił klucz w zamku. 

I  nagle  był  przy  niej,  a  ona  wczepiała  się  paznokciami  w  jego  ramiona, 

wspinała się na palce, szukając drżącymi wargami jego warg. Poczuł, jak jej ję-

zyk  wnika  w  jego  usta,  a  dłonie  zręcznie  zdejmują  marynarkę  z  jego  ramion. 

Kiedy  jej  palce  zaczęły  manewrować  przy  guzikach  jego  koszuli,  on  sięgnął  do 

zapięcia  jej  sukienki.  Muzyka  zdyszanych  oddechów  i  szelestu  materiału 

towarzyszyła ich gorączkowym zmaganiom. 

Samantha  zdobyła  przewagę.  Pozbawiła  Louisa  koszuli  i  z  jękiem 

zachwytu przesuwała palcami po jego szerokim torsie, a on wciąż jeszcze męczył 

się  z  haftkami  jej  sukni.  Wreszcie  zapięcie  ustąpiło.  Louis  powolnym  ruchem 

zaczął zsuwać materiał z jej ramion, rozkoszując się do woli widokiem każdego 

kolejnego centymetra jej nagiej skóry. 

Znieruchomiała, 

zaczarowana 

leniwą 

pieszczotą 

jego 

palców, 

przesuwających  się  w  dół  jej  ciała.  Po  chwili  stała  przed  nim  ubrana  tylko  w 

czarną  koronkową  bieliznę  i  szpilki.  Kiedy  sięgnęła  do  paska  jego  spodni, 

wstrzymał oddech. Zalała go fala gorącej gotowości. Musiał być co najmniej tak 

twardy, jak skała, na której wzniesiono Manhattan. 

TL

 R

background image

 

87 

Choć  w  skroniach  huczała  mu  krew,  nie  poddał  się  ślepo  pożądaniu. 

Błysnęła mu pewna myśl, sprawiając, że zmrużył oczy. 

– Posłuchaj, Sam – powiedział, cofając się poza zasięg jej rąk. – Myślę, że 

może istotnie nie powinniśmy się dotykać. 

Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

– Żartujesz? 

– Ani trochę. Kiedy ty narzuciłaś zasadę, że mam trzymać ręce przy sobie, 

zastosowałem się do niej bez dyskusji, prawda? Teraz twoja kolej, żeby przyjąć 

moje warunki. To uczciwy układ, nie sądzisz? 

Przez  chwile  wpatrywała  się  w  niego  w  milczeniu.  Rozchyliła  usta,  a  jej 

piersi  unosiły  się  i  opadały  w  rytm  przyspieszonego  oddechu.  Pod  cienką 

koronką stanika wyraźnie rysowały się twarde sutki. 

– Dlaczego? – wyjąkała. 

– Dla zabawy. – Odsłonił zęby  w bardzo drapieżnym uśmiechu. Bokserki, 

które  miał  na  sobie,  nie  były  w  stanie  ukryć  jego  podniecenia.  –  Połóż  się  na 

łóżku. 

To nie było pytanie ani prośba. Wydał jej polecenie. 

Przez  chwilę  mierzyła  go  spojrzeniem  zmrużonych  oczu,  a  potem 

odwróciła się i przeszła przez pokój wolnym, kocim krokiem, kusząco poruszając 

biodrami.  Czarne  stringi  prowokacyjnie  ukazywały  idealnie  jędrne,  krągłe 

pośladki. 

Pani  Hardcastle  bez  wątpienia  miała  w  sobie  coś  z  dzikiej  kocicy.  Na  co 

dzień  ukrywała  to  skrzętnie  pod  strojami  od  najsłynniejszych  kreatorów  mody, 

ale  on  miał  zamiar  wydobyć  jej  prawdziwą  naturę  na światło  dzienne.  Sprawić, 

by pokazała pazury. 

Patrzył, jak powoli kładzie się na brzuchu, przyczajona, wyczekująca. 

TL

 R

background image

 

88 

– Nie wiem, czy mogę ci zaufać – powiedział z namysłem, podchodząc do 

łóżka i stając nad nią. 

– Obiecuję, że będę posłuszna. – Niewinnie zatrzepotała rzęsami. 

–  Dobrze.  Bo  jeśli  złamiesz  zasady,  będę  miał  prawo  wyciągnąć  wobec 

ciebie konsekwencje. Zgadzasz się z tym? 

– Oczywiście. – Skinęła głową, ale w jej oczach lśniło wyzwanie. 

–  Skoro  nie  możemy  się  dotykać,  skupimy  się  na  innych  zmysłach.  – 

Sięgnął  do  talerza  z  owocami  stojącego  na  stoliku  przy  łóżku  i  wziął  kiść 

winogron. – Najpierw smak. Nakarm mnie, proszę, tymi winogronami. Używając 

ust. Tylko pamiętaj: żadnego dotykania! 

Uklękła  i  wzięła  od  niego  grono,  uważając,  by  nawet  nie  musnąć  jego 

palców.  Louis  położył  się  na  plecach,  układając  głowę  pomiędzy  jej  lekko 

rozwartymi  udami.  Otoczył  go  jej  zapach,  upajające  połączenie  świeżości  i 

gorącej zmysłowości, niczym woń tropikalnego ogrodu po burzy... Pomyślał, że 

musiał  zwariować,  wymyślając  tę  grę.  Marzył  teraz,  by  rozebrać  ją  do  końca, 

zanurzyć twarz w jej cudownej kobiecości. I nie mógł tego zrobić. 

Tymczasem Samantha wydawała się zachwycona zabawą. Wzięła dojrzałe, 

rubinowe winogrono w usta i rozgryzła delikatnie, a potem pochylając się nisko 

nad  nim,  pozwoliła  spłynąć  kroplom  słodkiego  soku  wprost  na  jego  wargi. 

Zbliżyła  jeszcze  bardziej  twarz  do  jego  twarzy  i  włożyła  owoc  wprost  w  jego 

rozchylone  usta.  Nie  poruszył  się,  kiedy  postąpiła  podobnie  z  następnym 

winogronem i z jeszcze jednym. Wyczuwał słodycz jej ust w każdym soczystym 

kęsie. 

– Wybierz, którym  zmysłem zajmiemy się teraz – rzucił chrapliwie, kiedy 

poczuł, że już nie może dłużej znieść tej rozkosznej tortury. 

– Nie wiem... – W jej oczach błyszczało podekscytowanie. – Może słuch? 

TL

 R

background image

 

89 

– Dobrze. – Przekręcił się na bok. – Przysuń się do mnie blisko, ale uważaj. 

Jeśli  mnie  dotkniesz,  poniesiesz  konsekwencje.  A  teraz  opowiem  ci,  co  bym 

chciał z tobą robić, a ty będziesz słuchała bicia mojego serca. 

Podpełzła  do  niego  ostrożnie,  wczepiając  się  w  miękki  materac 

paznokciami  pomalowanymi  na  głęboką  czerwień.  Była  skupiona,  czujna  jak 

kocica  na  polowaniu.  Kiedy  jej  twarz  znalazła  się  o  centymetr  od  jego  piersi, 

zamarła, a potem płynnym ruchem odgarnęła włosy. W bladoróżowym płatku jej 

ucha zamigotał brylant. 

Louis zacisnął zęby. Musiał zmobilizować całą siłę woli, żeby nie dotknąć 

ustami jej ucha i nie zacząć pieścić delikatnej szyi. 

– No dalej – wymruczała jasnowłosa. – Chcę usłyszeć, co dokładnie masz 

ochotę ze mną zrobić. 

–  Chciałbym  dotykać  językiem  twojej  pachnącej  skóry.  Zacząłbym  od 

perłowej  muszli  ucha  i  podążył  mleczną  drogą  szyi.  Potem  sięgnąłbym  zębami 

do  zapięcia  stanika  i  uwolnił  twoje  piersi,  żeby  móc  skosztować  słodkich, 

różowych owoców, które wieńczą kremowe półkule. Poczekałbym, aż jękniesz i 

wyprężysz  się.  Wtedy  sięgnąłbym  językiem  niżej,  rozchylił  nim  płatki  twojego 

ukrytego kwiatu. 

Rozchyliła usta i westchnęła, ale nie dotknęła go. 

– Nie wiedziałam, że serce może bić tak szybko i tak mocno – powiedziała 

cicho. – Mów dalej... 

– Wystarczy. – Przetoczył się po łóżku, odsuwając się od niej. 

–  To  teraz  –  mruknęła,  podnosząc  się  na  kolana  –  zajmiemy  się  węchem. 

Kładź się. Chcę poczuć twój zapach. 

–  Nie  wiem,  czy  to  jest  najlepszy  pomysł  –  uśmiechnął  się  lekko.  – 

Pamiętaj, że mam za sobą długi dzień. 

TL

 R

background image

 

90 

–  Tym  lepiej.  –  Zbliżyła  się  do  niego,  wsparta  na  dłoniach  i  kolanach. 

Pasmo włosów musnęło jego pierś. 

– Dotknęłaś mnie! 

–  To  się nie  liczy.  –  Zdecydowanie  pokręciła  głową,  sprawiając,  że  włosy 

opadły na niego niczym jedwabisty deszcz. – Włosy nie czują dotyku. 

Okrył go złoty półcień, miękkie kosmyki muskały jego twarz i pierś, kiedy 

przesuwała  się  ponad  jego  ciałem.  Leżał  bez  drgnienia,  choć  mięśnie  miał 

napięte  do  granic  wytrzymałości.  I  wtedy  otulił  go  jej  zapach:  subtelna  woń 

francuskich  perfum  połączona  z  sekretną,  zmysłowo  kobiecą  nutą.  Efekt  był 

magiczny.  Louis  poczuł  potężny  dreszcz  zachwytu,  niczym  enolog  otwierający 

butelkę  wina  wartą  tysiące  dolarów,  szef  kuchni,  który  dostał  w  ręce  świeżo 

wykopaną, idealną truflę, lub mistrz szwajcarski, który właśnie opracował nową, 

niezrównaną formułę czekolady. 

Czy  to  jego  ojciec  wybrał  dla  niej  ten  zapach,  który  tak  bezbłędnie 

uzupełniał jej naturalną, intymną woń? 

Ta  myśl  spowodowała,  że  poderwał  się  do  pozycji  siedzącej.  Jej  miękkie 

piersi oparły się o jego tors. 

– Już nie mogę – wychrypiał. – Zginę przez ciebie. 

– Przecież sam chciałeś... 

– Musiałem upaść na głowę. 

Uklękła naprzeciwko niego i zmrużyła oczy, w których lśniła satysfakcja. 

–  Powiedz,  co  mnie  czekało,  jeśli  złamałabym  zasady  gry  –  wymruczała 

gardłowo.  –  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  że  zawiniłeś  i  nie  masz  co  liczyć  na 

taryfę ulgową. 

Nie  mylił  się  co  do  niej.  Pod  warstwą  perfekcyjnej  ogłady  kryła  swoje 

prawdziwe oblicze. Fascynujące, tajemnicze i... dzikie. Jej intensywne spojrzenie 

TL

 R

background image

 

91 

podsycało  ogień  płonący  w  jego  żyłach.  Żadna  kobieta  nie  pociągała  go  tak 

nieodparcie, żadna nie miała nad nim takiej władzy jak ona. 

Żeby  było  śmieszniej,  właśnie  z  nią  łączyły  go  dość  pokrętne  rodzinne 

relacje,  które  wszystko  komplikowały.  Ale  nie  obchodziło  go  to.  Razem 

wyruszyli ku tej przygodzie i dopóki ona miała ochotę iść dalej, on zamierzał jej 

towarzyszyć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TL

 R

background image

 

92 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– No dalej, wyrzuć to z siebie. – Samantha pochyliła się nad Louisem. Jej 

piersi  przysłonięte  delikatną  koronką  zakołysały  się,  przyciągając  jego  wzrok, 

biorąc go w niewolę niczym wahadełko hipnotyzera. Zachwyt i pożądanie w jego 

spojrzeniu  wypełniły  ją  upajającym  poczuciem  mocy.  Jego  oczy  mówiły  jej,  że 

jest piękna. Kobieca. I niezależna. 

– Miałem zamiar przywiązać cię do łóżka. Bardzo delikatnie, rzecz jasna. A 

potem robić z tobą, co mi się podoba. 

–  Brzmi  wspaniale  –  szepnęła.  –  Aż  szkoda,  że  mnie  to  ominie.  Bo  tym 

razem to ja zwiążę ciebie. Tylko czym? – Udając zamyślenie, wsunęła palec do 

ust. 

– Użyj swojego staniczka – podrzucił. 

–  Zgoda,  ale  najpierw  musisz  mi  go  zdjąć.  Zębami,  tak  jak  obiecałeś. 

Zapięcie  jest  z  przodu  –  dodała,  zbliżając  piersi  do  jego  twarzy.  –  Bierz  się  do 

dzieła. 

Louis  przyjrzał  się  finezyjnej  klamerce  ze  skupieniem  włamywacza,  który 

przymierza  się  do  otwarcia  sejfu  pełnego  klejnotów.  Kiedy  jego  gorące  wargi 

dotknęły jej skóry, westchnęła przeciągle. 

Trzy  sekundy  później  klamerka  ustąpiła,  uwalniając  jej  piersi  z  miękkiej 

koronkowej uwięzi. Louis podniósł głowę i posłał jej tryumfujące spojrzenie. 

– Jesteś naprawdę utalentowany... – Zsunęła stanik z ramion i zakręciła nim 

na palcu,  a potem  oparła  dłoń  na  jego  piersi  i  pchnęła  go  na  poduszki.  – Unieś 

ręce  nad  głowę  –  poleciła,  klękając  nad  nim.  Nie  przyszło  mu  do  głowy 

protestować, zbyt był zajęty podziwianiem jej smukłych ud i gładkiego brzucha, 

kiedy pochylona przywiązywała jego nadgarstki do wezgłowia łóżka. 

TL

 R

background image

 

93 

Samantha  opadła  na  pięty  i  objęła  spojrzeniem  leżącego  przed  nią 

mężczyznę.  Był  piękny.  Zachwyt  nad  doskonałością  jego  ciała  przeszył  ją 

dreszczem, poczuła mrowienie w wargach i opuszkach palców. Rozchyliła usta i 

z cichym jękiem sięgnęła do gumki jego bokserek. Chciała podziwiać go całego. 

Kiedy  był  nagi,  przez  chwilę  po  prostu  na  niego  patrzyła.  A  potem  znów 

pochyliła  się  nad  nim,  obejmując  udami  jego  biodra.  Jej  drżące  palce 

obrysowywały jego szerokie, mocne ramiona, a usta pieściły i smakowały skórę 

na jego piersi i brzuchu. 

Przedłużanie  pieszczot  w  nieskończoność,  kiedy  tak  bardzo  pragnęła 

poczuć w sobie jego siłę, miało w sobie coś ż tortury. Ale było też ekscytujące. 

Nagle  błysnęła  jej  myśl,  że  dotąd  chyba  nigdy  nie  robiła;  w  łóżku  nic 

ekscytującego. Przy dwóch pierwszych mężach nabrała przekonania, że seks jest 

męczącym  obowiązkiem  małżeńskim,  coś  jak  prasowanie  koszul.  Dlatego 

zgodziła  się  bez  problemu,  kiedy  Tarrant  zaproponował  jej  białe  małżeństwo. 

Może  jej  nawet  ulżyło,  że  dla  niego  nie  będzie  musiała  robić  ani  jednego,  ani 

drugiego. 

Z Louisem było zupełnie inaczej. 

Nie  musiała  nic  udawać.  Nie  musiała  być  doskonała.  Wystarczyło,  że 

słuchała swoich uczuć. 

–  Przestań,  zamordujesz  mnie  –  wychrypiał  Louis,  kiedy  powiodła  ustami 

w dół jego brzucha, wzdłuż wąskiego szlaku ciemnych włosów. 

–  Masz  pecha.  Jestem  urodzoną  morderczynią  –zachichotała,  przesuwając 

usta  jeszcze  niżej.  Kiedy  objęła  wargami  jego  gorącą,  twardą  męskość  i 

podrażniła językiem wrażliwy czubek, Louis jęknął głucho. 

– Sam... 

Uniosła  się  nad  nim,  upojona  pożądaniem,  gotowa  na  jego  przyjęcie,  i 

opadła  powoli,  bardzo  powoli,  rozkoszując  się  ekstatycznym  uczuciem,  gdy 

TL

 R

background image

 

94 

wdzierał  się  w  nią,  twardy  i  gorący,  milimetr  po  milimetrze.  Zobaczyła,  jak 

napina  mięśnie  ramion  i uwalnia  jednym  szarpnięciem  ręce.  Jego  dłonie  zwarły 

się na jej talii jak klamra. 

– Nie masz pojęcia, jak bardzo tego pragnęłam – wyszeptała drżąco, kiedy 

wbił się w nią gwałtownie, narzucając rytm, wypełniając ją do końca. 

– Mam – wychrypiał. 

A  potem  zamilkli  na  długo,  a  ciszę  przerywały  tylko  ich  westchnienia, 

kiedy zachłannie sycili się sobą, świętowali to, że się odnaleźli. Wielokrotnie tej 

nocy sądzili, że dali już sobie nawzajem  wszystko, lecz zaraz potem odkrywali, 

że  wciąż  jeszcze  mają  się  czym  obdarować.  Jej  wysoki  krzyk  rozkoszy 

punktował każde z tych odkryć. 

– Obsługa hotelowa. – Uprzejmy, lecz donośny głos dobiegający zza drzwi 

apartamentu  wyrwał  Samanthę  ze  snu.  W  jednej  chwili  oprzytomniała  i 

zanurkowała z głową pod kołdrę. Miała nadzieję, że Louis nie wpuści nikogo za 

próg  sypialni.  Poprzedniej  nocy  pozwolili  sobie  na  szaleństwo.  Teraz  należało 

zadbać, by nikt, absolutnie nikt się o tym nie dowiedział. 

Na  szczęście  Louis  był  już  na  nogach  i  pamiętał  o  zamknięciu  drzwi 

oddzielających sypialnię od małego saloniku. Samantha usłyszała, jak rozmawia 

z  kelnerem.  Zabrzęczały  naczynia,  kiedy  nakrywano  do  stołu.  Po  chwili  Louis 

podziękował  kelnerowi,  szczęknęły  zamykane  drzwi  i  w  apartamencie  zapadła 

cisza.  Samantha  wstała  powoli,  owinęła  się  po  szyję  prześcieradłem  i  ostrożnie 

wyjrzała z sypialni. 

Stół  ustawiony  obok  panoramicznego  okna  uginał  się  od  śniadaniowych 

przysmaków.  Był  tam  sok  ze  świeżych  owoców,  miseczki  z  muesli 

przyozdobione  malinami,  gorące  gofry,  konfitury  w  różnych  smakach  i  kosz 

pełen  bułeczek  z  ziarnami.  Spod  srebrnej  pokrywy  dużego  półmiska unosiła  się 

apetyczna woń jajek na bekonie. 

TL

 R

background image

 

95 

Louis,  ubrany  tylko  w  spodnie  od  piżamy,  sięgnął  właśnie  po  dzbanek  i 

napełnił  filiżankę  smoliście  czarnym  płynem.  W  powietrzu  rozszedł  się  boski 

zapach  świeżo  zaparzonej  kawy.  Samantha,  węsząc  jak  pies  gończy,  jednym 

susem znalazła się przy stole. 

–  Witaj.  –  Podniósł  na  nią  swoje  złociste  oczy  i  podał  jej  filiżankę,  którą 

właśnie napełnił. – Spałaś tak smacznie, że nie chciałem cię budzić. 

Niewiele myśląc, usiadła mu na kolanach, a on zdążył pocałować ją w usta, 

zanim wypiła pierwszy łyk kawy. 

–  Mój  Boże,  ależ  to  była  noc...  –  Uśmiechnęła  się  do  niego,  spuszczając 

oczy. 

–  Epokowa  –  zgodził  się.  –  Dlatego  zamówiłem  duże  śniadanie.  Musimy 

jeść, żeby odzyskać siły. 

Samantha napiła  się  kawy  i  ugryzła  solidny  kęs  chrupiącego  gofra.  Wcale 

nie czuła się wyczerpana. Wręcz przeciwnie. Choć mięśnie pobolewały ją trochę, 

przypominając,  że  w  nocy  Louis  przerobił  z  nią  kilka  rozdziałów  Kamasutry,  o 

których  wcześniej  nawet  nie  słyszała,  ogólnie  czuła  się  odprężona  i  pełna 

radosnej energii. Sięgnęła po dużą soczystą malinę i jej spojrzenie padło na stertę 

porannych  gazet  przyniesionych  wraz  ze  śniadaniem.  Przesunęła  „New  York 

Timesa",  chcąc  sprawdzić,  jakie  jeszcze  tytuły  są  do  wyboru,  i  nagle  odniosła 

wrażenie,  że  kęs,  który  właśnie  przełyka,  zamienia  się  w  jej  gardle  w  grudę 

stygnącego betonu. 

Wesoła  wdówka  wyrusza  na  łowy,  krzyczały  wielkie  litery  na  pierwszej 

stronie plotkarskiego pisma. 

Samantha pomyślała mimowolnie, że zdjęcie umieszczone pod spodem jest 

zadziwiająco  dobrej  jakości,  choć  ziarnistość  obrazu  zdradzała,  że  zrobiono  je 

teleobiektywem. 

TL

 R

background image

 

96 

Fotografia  utrzymana  była  w  miłych  dla  oka  odcieniach  sepii,  choć  nie 

wynikało  to  z  artystycznego  zamiaru  fotografa.  Przedstawiała  ulicę  wieczorową 

porą. Cienie rzucane przez niewysokie, gęsto rozgałęzione drzewa przeplatały się 

z  jasnymi  punktami  latarni.  Na  pierwszym  planie,  w  złocistej  plamie  światła, 

stała ubrana na czarno para. Mężczyzna obejmował talię kobiety, a ona oplatała 

ramionami  jego  kark,  wspinając  się  na  palce.  Tonęli  w  bardzo  namiętnym 

pocałunku.  Twarz  kobiety,  zwrócona  ku  górze,  była  centralnym  punktem 

fotografii. Twarz o przymkniętych oczach, wyrażająca czystą rozkosz. Jej twarz. 

Samantha zerwała się na równe nogi. 

– Co się stało? – Louis zerknął na nią znad parującej filiżanki. Ona jednak 

zdawała  się  nie  słyszeć  jego  pytania.  Blada  jak  ściana,  ogromnymi,  pociem-

niałymi oczami wpatrywała się w leżące na stole pismo. – Sam? 

Kiedy  nie  odpowiedziała,  zerwał  się  i  przyskoczył  do  niej.  Podążył 

wzrokiem za jej spojrzeniem; i szybkim ruchem uniósł pismo ze stolika.  

– Co za chamstwo – warknął, kiedy przyjrzał się pierwszej stronie. 

Skronie Samanthy pulsowały rwącym bólem. 

– Powinnam być przyzwyczajona – powiedziała słabo. – Już nieraz pisali o 

mnie  w  brukowcach.  Tylko,  że  dawniej  wszystko  to  były  kłamstwa  i  pomó-

wienia. A teraz mają prawdziwą sensację. 

– Może nie wiedzą, kim jestem. – Louis szybko przebiegł  wzrokiem kilka 

linijek tekstu, które umieszczono pod zdjęciem. – A niech to szlag. 

– Co piszą o tobie? – spytała Samantha bez tchu. 

– Jestem według nich twoim „przystojnym pasierbem". 

Samantha  ukryła  twarz  w  dłoniach  i  trwała  tak  przez  chwilę.  Potem, 

zbierając się na odwagę, sięgnęła po pismo. 

– Nie czytaj tego – powiedział Louis z obrzydzeniem. 

TL

 R

background image

 

97 

–  Muszę  –  syknęła  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Trzeba  ocenić  rozmiar 

katastrofy. 

Wszystko  wskazuje  na  to,  że  wdowa  po  zmarłym  przed  sześcioma 

miesiącami  znanym  biznesmenie  i  miliarderze,  Tarrancie  Hardcastle'u,  nie  jest 

usatysfakcjonowana  wielomilionowym  spadkiem,  który  zostawił  jej  mąż.  Pani 

Hardcastle  chciałaby  dostać  w  swoje  wymanikiurowane  paluszki  również  część 

majątku,  który,  jak  się  dowiedzieliśmy,  ma  zostać  podzielony  pomiędzy  dzieci 

Tarranta.  Łowczyni  fortun  wyruszyła  więc  na  polowanie  i  z  charakterystyczną 

dla siebie wprawą ustrzeliła grubego zwierza. Przystojny i bogaty Louis DuLac 

nie  wydaje  się  mieć  nic  przeciwko  chwilom  namiętności  dzielonym  z  wdową  po 

własnym ojcu... 

– Kto wymyśla te teksty? – wycedziła. – To ja namówiłam Tarranta, żeby 

większość  majątku  zapisał  w  spadku  swoim  dzieciom.  Sama  i  tak  mam  dość 

kłopotu ze wszystkim, co uparł się mi zostawić. 

–  Zazdrośnicy.  –  Louis  skrzywił  się  pogardliwie  i  wyjął  gazetę  z  jej 

drżących  rąk.  –  Jesteś  młoda,  piękna  i  bogata.  To  wystarczy,  żeby  chcieli 

zniszczyć ci życie. 

– Tym razem to moja wina – powiedziała ponuro. – Doigrałam się. 

– Dlatego, że mnie pocałowałaś? 

–  Tu  nie  chodzi  o  ciebie.  Musieli  mnie  śledzić  już  od  jakiegoś  czasu, 

wypatrywać  potknięcia.  Kiedy  Tarrant  umarł  i  rozeszła  się  wieść,  ile 

odziedziczyłam,  złośliwe  artykuły  na  mój  temat  były  w  każdym  plotkarskim 

piśmie.  Żeby  dali  mi  spokój,  stałam  się  wcieleniem  ostrożności.  Nie  robiłam 

absolutnie nic, do czego, mogliby się przyczepić. Aż do wczoraj. Musiałam mieć 

jakieś  zaćmienie  umysłowe.  Całować  się  z  mężczyzną  w  publicznym  miejscu! 

Na środku ulicy!    

TL

 R

background image

 

98 

Ostatnie  słowa  wykrzyczała  z  sypialni.  Cisnęła  prześcieradło  i  zaczęła 

zbierać ubrania niedbale porozrzucane na podłodze. Ręce drżały jej tak bardzo że 

z najwyższym trudem zapięła lekko pomiętą, wieczorową sukienkę.  

Fiona,  Dominic  i  Amado  już  pewnie  widzieli  feralny  artykuł.  Sami  co 

prawda nie kupowali takich szmatławców, ale usłużny personel na pewno zdążył 

im  donieść  o  skandalu.  Twarz  paliła  ją  ze  wstydu  a  wzbierające  łzy  piekły  pod 

powiekami. 

–  Gdybym  tylko  mógł  coś  zrobić...  –  usłyszała  ciepły,  pełen  troski  głos 

Louisa. 

–  Niestety,  nic  nie  możesz  zrobić.  – Nagły  przypływ  złości  sprawił,  że  jej 

odpowiedź zabrzmiała jak warknięcie. – Już za późno na dobre chęci. 

Jeśli Louisowi na niej zależało, nie powinien był dopuścić, by zrobili to, co 

zrobili. W końcu nie tylko ona z nich dwojga była dorosła. 

– Sam, nie denerwuj się tak. Nie stało się przecież nic naprawdę strasznego. 

Nikt  nie  jest  ranny,  nikt  nie  zginął.  Jeśli  spojrzysz  na  całą  sprawę  z  dystansem, 

przekonasz się, że jest tak głupia, że aż śmieszna. 

– Mnie jakoś nie śmieszy fakt, że prasa oczernia mnie dla zysku. Ani to, że 

przez mój błąd ucierpi reputacja całej rodziny! – Głos się jej załamał. Walcząc ze 

łzami, wybiegła na korytarz. 

W  windzie palcami przeczesała  włosy, tak układając fryzurę, by możliwie 

jak  najbardziej  zasłaniała  jej  twarz.  Wyglądała  koszmarnie,  nieumalowana  i 

czerwona  od  powstrzymywanych  łez.  Nie  było  jednak  sensu  płakać  nad 

rozlanym  mlekiem  –  każdy,  kto  ją  rozpozna,  i  tak będzie  wiedział,  skąd wraca. 

Zaczerpnęła  tchu  i  ruszyła,  żeby  stawić  czoło  największemu  upokorzeniu 

swojego życia. 

 

 

TL

 R

background image

 

99 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

–  Jak  mogłaś  zrobić  coś  takiego?!  –  Fiona  wpadła  jak  burza  do  pokoju, 

gdzie Samantha kuliła się na kanapie, odrętwiała z przerażenia. Mimo szczelnie 

zamkniętych  okien  i  zaciągniętych  zasłon  doskonale  słyszała  wrzawę,  którą 

wzniecił tłum dziennikarzy rozłożonych obozem na ulicy niczym wrogie wojsko. 

–  Najpierw  sprowadzasz  tu  Louisa  i ogłaszasz,  że  jest  twoim  pasierbem, synem 

Tarranta, a potem go uwodzisz! Rzuciłaś się na niego w miejscu publicznym, jak 

jakaś niewyżyta nimfomanka! 

Samantha drgnęła, jakby tamta uderzyła ją w twarz. 

–  To  nie  tak  –  wyszeptała  zdrętwiałymi  wargami.  –  Wszystkiemu  winien 

jest przypadek;.. 

– Tere–fere. – Fiona parsknęła gorzkim śmiechem. Emocje sprawiły, że jej 

twarz  była  kredowo–biała,  usiana  czerwonymi  plamami.  –  Spróbuj  wymyślić 

bardziej przekonujące kłamstwo. 

–  Mówię  prawdę.  –  Samantha  zanurzyła  drżące  palce  w  splątanych 

włosach.  –  Spotkałam  go  pierwszego  wieczoru  w  Nowym  Orleanie  przez 

przypadek. Nie miałam pojęcia, kim jest, nie wiedziałam nawet, jak się nazywa. 

–  ...ale  wiedziałaś,  że  chcesz  się  z  nim  przespać,  tak?  –  zgadła  Fiona.  –I 

pomyśleć,  że  jeszcze  niedawno  udzielałaś  mi  macierzyńskich  pouczeń,  napo-

minając,  żebym  ostrożnie  wybierała  partnerów  i  nie  chodziła  do  łóżka  na 

pierwszej randce! 

– Tak mi przykro – jęknęła Samantha ze skruchą. – Wybacz mi, proszę. 

– Za co ty mnie właściwie przepraszasz? Przecież to w ogóle nie jest moja 

sprawa.  –  Fiona  skrzyżowała  ramiona  na  piersi  obleczonej  w  ciemnozieloną 

obcisłą bluzeczkę. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nagle jej wargi zadrżały w 

TL

 R

background image

 

100 

uśmiechu, którego nie mogła opanować. Ku bezbrzeżnemu zdumieniu Samanthy 

zaczęła szaleńczo chichotać. 

– Z czego się śmiejesz? 

– Z... niczego – wydusiła tamta. 

–  Więc  przestań.  –  Samantha  poczuła,  że  też  zaczyna  się  śmiać.  Zupełnie 

nie rozumiała, co się dzieje. 

–  Nie  mogę  –  Fiona  wciąż  chichotała.  –  Wiesz,  wyglądasz...  okropnie!  – 

Przechyliła głowę, jakby chcąc się lepiej przyjrzeć zdumiewającemu zjawisku. – 

Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Widać ci zmarszczki pod oczami, fryzura 

wygląda jak słomiany wiecheć, a nos masz czerwony i błyszczący jak u klauna, 

hi, hi, hi! 

–  Cieszę  się,  że  mogę  dostarczyć  ci  rozrywki  i  podnieść  na  duchu  w  tych 

dramatycznych chwilach. 

–  A  żebyś  wiedziała,  że  podnosisz  mnie  na  duchu  –  wysapała  Fiona, 

ocierając  łzy,  które  śmiech  wycisnął  jej  z  oczu.  –  Jestem  zachwycona.  Zawsze 

czułam  się  przy  tobie  jak  ostatnia  łajza.  Zazdrościłam  ci  idealnej  urody. 

Tymczasem  okazuje  się,  że  bez  makijażu  i  nieuczesana  zupełnie  nie 

przypominasz  królowej  piękności!  Może  gdybyś  tak  pokazała  się  reporterom, 

przestaliby wreszcie na ciebie polować. 

– Paparazzi! – Samantha zbladła. – Urządzą nam wszystkim piekło. Boże, 

gdybym tylko mogła cofnąć czas. 

–  Ale  nie  możesz  –  ucięła  Fiona.  –  Takie  jest  życie,  no  nie?  Szczerze 

mówiąc, to nawet się cieszę, że nie jesteś taka święta i niepokalana, na jaką pozo-

wałaś. Zawsze oddana innym, sumiennie spełniająca swoje obowiązki, wcielenie 

szlachetności  i  opanowania.  Nawet  każdy  włos  na  twojej  głowie  znał  swoje 

miejsce. – Spojrzała na splątaną blond szopę na głowie Samanthy i uniosła brwi. 

TL

 R

background image

 

101 

–  Co  za  ulga  przekonać  się,  że  jednak  jesteś  człowiekiem.  Może  miętówkę?  – 

Pomachała zachęcająco kolorowym pudełeczkiem. 

Ten przyjazny gest wydał się Samancie tak absurdalnie zabawny, że znów 

zaniosła  się  nerwowym  śmiechem.  Chichotała  i  nie  mogła  przestać,  a  łzy, 

ciurkiem  płynęły  jej  po  twarzy.  Nie  wiedziała,  czy  to  efekt  stresu,  czy  raczej 

ogromnej ulgi, że Fiona jej nie potępia.  

–  Naprawdę  myślisz,  że  powinnam  wyjść  przed  dom,  paść  w  ramiona 

pierwszego reportera, który się nawinie, i zacząć zawodzić jak rasowa płaczka? – 

wysapała wreszcie. – Czy to mogłoby pomóc? 

–  Nawet  jeśli  tak,  to  nie  damy  im  tej  satysfakcji.  No,  już,  nie  maż  się  – 

powiedziała  Fiona  szorstko,  dając  Samancie  solidnego  kuksańca.  –  Chodź, 

doprowadzimy  cię  do  porządku.  Najpierw  coś  zjesz,  żebyś  mi  tu  nie  zasłabła, 

potem  weźmiesz  relaksującą  kąpiel,  a  kiedy  zrobisz  sobie  fryzurę  i  makijaż, 

zaraz poczujesz się lepiej. 

–  Dzięki  –  szepnęła  Samantha,  kiedy  Fiona bezceremonialnie  wzięła  ją  za 

łokieć i pociągnęła do jadalni. 

– Nie ma za co – odparła tamta. – W końcu od czego są przyjaciółki? 

Louis  maszerował  Piątą  Aleją  krokiem  szturmowym.  Napędzała  go 

determinacja szumiąca mu w żyłach niczym mocny alkohol. Musiał znaleźć się u 

boku Samanthy. Nie mógł pozwolić, by sama stawiała czoło tym hienom, które 

ją opadły, gdy tylko odważyła się zachować jak normalny człowiek. Jak ktoś, kto 

ma uczucia. Był zachwycony tym, w jaki sposób na jego oczach zmieniała się z 

chłodnej,  beznamiętnej  damy  będącej  bardziej  instytucją  społeczną  niż  żywą 

istotą w kobietę, która nie bała się okazywać uczuć. Czuł się odpowiedzialny za 

namiętność, którą w niej rozbudził, więc kiedy włączył telewizję i zobaczył, jak 

horda reporterów otacza jej dom, wywrzaskując obraźliwe pytania, nie wahał się 

ani sekundy. Musiał być przy niej i chronić ją. 

TL

 R

background image

 

102 

Gdyby  nie  to,  że  starał  się  nie  zwracać  na  siebie  uwagi  przechodniów, 

chyba zacząłby biec. Bo właśnie do niego dotarło, że pragnie być z Samanthą nie 

tylko w tej trudnej dla niej chwili, ale już na zawsze. Uśmiechnął się szeroko sam 

do siebie. Instynkt przemawiał do niego potężnym głosem. Jak w chwilach, kiedy 

wypływał na cichy bezkres rozlewisk i bezbłędnie znajdował drogę w labiryncie 

trzcin  albo  gdy  stawał  przed  zaniedbaną  willą  i  wiedział,  że  stworzy  tu  tętniącą 

życiem restaurację. Teraz podobnie, mimo nieprzyjemnej sytuacji, wspólna przy-

szłość  jego  i  Samanthy  rysowała  się  przed  nim  jasna  i  prosta  niczym  promień 

słońca. Miał niezachwianą pewność, że razem pokonają wszystkie przeciwności. 

Byli dla siebie stworzeni. 

Jego  uśmiech  przygasł  jednak,  kiedy  w  oddali  ukazała  się  kamienica 

Hardcastle'ów.  Niezmordowani  reporterzy  koczowali  na  ulicy  gęstym  tłumem, 

zupełnie jakby  w całym Nowym Jorku nie było nic bardziej godnego uwagi niż 

niedyskrecje  wdowy  po  Tarrancie  Hardcastle'u.  Do  wnętrza  domu  nie  prze-

śliznęłaby się nawet mysz. Louis DuLac uszczęśliwiłby teraz paparazzich, gdyby 

się dostał w pole rażenia ich teleobiektywów. 

Dzięki Bogu, było chyba inne wyjście z sytuacji. Nucąc pod nosem, skręcił 

w  najbliższą  przecznicę,  a  potem  jeszcze  raz.  Mała  klimatyczna  knajpka  znaj-

dująca się prawie dokładnie na tyłach kamienicy Hardcastle'ów, była już otwarta, 

lecz o tej porze jeszcze pusta. 

–  Witaj,  Venetio.  –  Louis  bezceremonialnie  wtargnął  za  bar.  Szczupła 

brunetka  ubrana  w  obcisłe  skórzane  spodnie  i  koszulę  z  fantazyjnym  żabotem, 

zajęta  ustawianiem  kieliszków,  podniosła  głowę  i  z  piskiem  rzuciła  mu  się  na 

szyję. 

– Louis! Kopę lat! 

– Zastałem szefa? 

TL

 R

background image

 

103 

– Nie, znów się gdzieś wypuścił na tej swojej łajbie. Dziś ja pilnuję interesu 

i  dobrze  wiem,  czego  ci  trzeba.  Mamy  naprawdę  nieprzyzwoicie  smaczny 

argentyński stek z pieczonymi ziemniaczkami i... 

– Dzięki, ale niestety nie mogę zatrzymać się na lunch. Mam inną sprawę. 

– Tak? – Oczy brunetki błysnęły ciekawie spod gładkiej grzywki. 

– Czy przez wasze zaplecze można się dostać na tyły kamienic przy Piątej 

Alei? 

–  Chyba  tak.  Jest  tam  jakiś  zaułek,  uczęszczany  głównie  przez  szczury  i 

dachowce. A dlaczego pytasz? 

Louis pochylił się do ucha barmanki. 

– Planuję włamanie. Pomożesz mi? 

Samantha  musnęła  różem  policzki,  odłożyła  gruby  pędzel  na  toaletkę  z 

orzechowego  drewna  i  zerknęła  jeszcze  raz  na  swoje  odbicie  w  kryształowym 

lustrze.  Musiała  przyznać  rację  Fionie.  Istotnie  poczuła  się  o  wiele  lepiej  po 

lekkim  śniadaniu  złożonym  z  kawy  i  tostów,  kąpieli  i  blisko  półgodzinnym 

seansie nakładania makijażu. 

–  Uch  –  stęknęła  Fiona,  rozparta  w  swobodnej  pozie  na  fotelu  po  drugiej 

stronie pokoju. – Znów wyglądasz zjawiskowo. Nienawidzę cię. 

Samantha wykrzywiła się komicznie. 

– Tak lepiej? 

Fiona nie zdążyła  wymyślić żadnej riposty, bo w tej samej chwili rozległo 

się  stukanie  w  szybę.  Obydwie  zerwały  się  na  równe  nogi  i  wlepiły  zdumiony 

wzrok w okno. Za szybą ukazała się znajoma twarz. 

–  Louis!  –  wykrzyknęły  unisono.  Samantha  pierwsza  dopadła  do  okna  i 

otworzyła je na oścież. 

– Przecież to jest czwarte piętro! – wykrzyknęła. 

– Czyś ty zwariował?! 

TL

 R

background image

 

104 

–  Bez  wątpienia.  Pozwolą  panie,  że  wejdę  do  środka?  –  Z  szarmanckim 

uśmiechem Louis podciągnął się na parapet i zeskoczył na podłogę, strząsając z 

siebie całą lawinę ceglanego pyłu i szarego tynku. 

– Jak się panie czują w to piękne przedpołudnie? 

–  Nadspodziewanie  dobrze,  zważywszy  na  okoliczności.  –  Samantha 

splotła ramiona na piersi, żeby opanować nagłą, przemożną chęć rzucenia mu się 

na szyję. – Jakim cudem się tu dostałeś? Ta ściana ma chyba z dziesięć metrów 

wysokości. 

– Powiedziałbym raczej, że piętnaście. Na szczęście architekt lubił gzymsy 

i ozdobne fryzy, a czas zrobił swoje. Niektóre cegły się wykruszyły i dla takiego 

zucha jak ja wspinaczka nie była specjalnie trudna. 

– Skąd wiedziałeś, które okno jest moje? 

– Nie wiedziałem. Lazłem po gzymsie, aż cię zobaczyłem. 

– A ciebie nikt nie widział? Ochrona budynku, paparazzi? 

– Nie. I jedni, i drudzy świetnie się bawią od frontu. 

Samantha  poczuła,  jak  pęcznieją  w  niej  emocje,  które  z  trudem  umiała 

nazwać.  Ogromna  radość,  że  znów  widzi  Louisa.  Ulga,  że  jego  karkołomna 

wspinaczka  po  murze  nie  skończyła  się  tragicznie.  Wzruszenie  na  myśl,  że 

ryzykował życie, żeby do niej dotrzeć. 

– Zobacz, co robisz. Brudzisz mi dywan – powiedziała srogo, ale jej oczy 

się  śmiały.  –  Cały  jesteś  utytłany  w  pyle.  Musisz  natychmiast  zdjąć  ubranie, 

które zupełnie zniszczyłeś, wchodząc na tę nieszczęsną ścianę, i wziąć prysznic, 

zanim rozniesiesz brud po mieszkaniu. 

– Rozebrać się? Cóż za uroczy pomysł. – Louis ochoczo sięgnął do zapięcia 

koszuli. 

–  Skoro  tak,  to  ja  spadam.  –  Fiona  zerwała  się  jak  oparzona  z  fotela.  – 

Bawcie się dobrze, moi drodzy. 

TL

 R

background image

 

105 

W drzwiach obróciła się, posłała im całusa i wyszła, żegnana zażenowanym 

spojrzeniem Samanthy i szerokim uśmiechem Louisa. 

Kiedy  zostali  sami,  Louis  zaczął  spokojnie  rozpinać  guziki  koszuli. 

Samantha  wpatrywała  się  w  niego  bez  słowa,  jak  zahipnotyzowana.  Kiedy 

pozwolił koszuli opaść na podłogę i sięgnął do paska spodni, wstrzymała oddech. 

Był wspaniałym mężczyzną. 

Silnym,  zręcznym  i  odważnym.  Gruba  warstwa  pyłu,  która  pokryła  jego 

twarz  podczas  wspinaczki,  sprawiła,  że  wyglądał  jak  zwycięski  rzymski 

gladiator.  Zakręciło  jej  się  w  głowie,  gdy  zachwyt  i  pożądanie  wypełniły  ją 

gorącą,  potężną  falą.  Zrobiła  krok  ku  niemu  w  tym  samym  momencie,  gdy  on 

wyciągnął do niej ramiona. 

Nagle rozległo się głośne, zdecydowane pukanie do drzwi. 

– Chwileczkę! – zawołała Samantha, zastygając w bezruchu. – Kto tam? 

– Proszę pani, ktoś wtargnął na teren apartamentu. – Rozległ się zza drzwi 

piskliwy  głos  Beatrice,  która  od  czasów  Tarranta  zajmowała  w  rezydencji 

Hardcastle'ów  stanowisko  ochmistrzyni.  –  Włączył  się  alarm.  Czujniki  ruchu 

umieszczone pod oknami musiały coś wychwycić. 

–  Nie  słyszałam  żadnego  alarmu.  –  Samantha  robiła  wszystko,  żeby 

panować  nad  głosem.  Posłała  przerażone  spojrzenie  Louisowi,  błagając  go 

bezgłośnie, żeby się schował do łazienki. 

On  jednak  uznał,  że  to  właśnie  jest  idealny  moment,  żeby  się  pozbyć  nie 

tylko  spodni,  ale  też  i  bokserek.  Dokonawszy  tego,  uśmiechnął  się  szeroko. 

Samantha  pomyślała  w  panice,  że  jeśli  sędziwa  ochmistrzyni  zdecyduje  się 

nacisnąć klamkę i zajrzeć do pokoju, niechybnie przypłaci to zawałem serca. 

– Nie słyszała pani, bo mamy zainstalowany cichy alarm. – Uprzejmy ton 

Beatrice  nie  maskował  zniecierpliwienia.  Samantha  już  wielokrotnie  miała 

wrażenie,  że  ochmistrzyni  po  prostu  nią  gardzi  jako  mało  inteligentną  blond 

TL

 R

background image

 

106 

lalką.  –  Policja  została  już  zawiadomiona.  Przyślą  oddział  z  psami,  żeby 

przeszukali dom i okolice. Prawdopodobnie grasuje tu jakiś paparazzo. 

–  Skoro  to  naprawdę  konieczne,  niech  tak  będzie.  –  Samantha  wydała  z 

siebie  westchnienie  znudzonej,  bogatej  idiotki.  –  Tylko  proszę,  żeby  mi  nie 

przeszkadzano. Zamierzam wziąć prysznic. 

– W takim razie przyniosę pani świeże ręczniki. 

– Nie trzeba. Eee... Ze względu na ochronę środowiska lepiej nie zmieniać 

ich za często. 

Louisowi  wyrwało  się  parsknięcie.  Samantha  spiorunowała  go  wzrokiem, 

przerażona  perspektywą,  że  ochmistrzyni  wtargnie  do  środka.  Na  szczęście, 

Beatrice burknęła tylko „jak pani sobie życzy" i poczłapała korytarzem w swoich 

ortopedycznych butach. 

–  Powinnam  poszczuć  cię  tymi  policyjnymi  psami!  –  wybuchnęła 

Samantha, kiedy kroki ochmistrzyni ucichły w oddali. 

–  Lubię  psy  –  oświadczył  Louis  swobodnie.  –  Ciągle  podróżuję,  więc  nie 

mogę mieć żadnego zwierzaka w domu, niestety. 

–  Może  nadszedł  czas,  żebyś  się  ustatkował  i  kupił  sobie  psa?  –  wyrwało 

się Samancie. 

– Właśnie myślę – Louis posłał jej intensywne, nieodgadnione spojrzenie – 

że mam dość życia na walizkach. 

Zrobił  krok  w  jej  stronę,  a  ona  westchnęła  cicho,  czując,  jak  w  głębi  jej 

ciała  budzi  się  gorące  pulsowanie  pragnienia.  Stał  przed  nią  nagi,  a  ona  była 

ubrana  w  grzeczną  koszulową  bluzkę  zapiętą  pod  szyję  i  spódnicę  do  kolan. 

Dziwna sytuacja. 

– Włączę ci wodę – powiedziała szybko i pobiegła do łazienki. Byle dalej 

od niego. Właściwie sama powinna wskoczyć pod zimny prysznic, może wtedy 

wróciłby  jej  rozsądek.  Oczywiście  ucieczka  do  łazienki  była  kiepskim 

TL

 R

background image

 

107 

pomysłem. Ledwo zdążyła odkręcić absurdalnie wielkie złote kurki w wyłożonej 

białym  marmurem  kabinie  prysznicowej,  by  z  sześciu  koncentrycznie 

ustawionych dysz trysnęła ciepła woda, napełniając przestrzeń kojącym szumem 

i kłębami pary, kiedy Louis pojawił się w drzwiach. 

W następnej chwili była w jego ramionach. Ich usta odnalazły się z niemym 

westchnieniem  ulgi.  Pogłębili  pocałunek,  czując,  że  ich  żarliwa  tęsknota  wciąż 

potężnieje, domagając się zaspokojenia. 

–  Boże,  co  my  robimy?  –  Samantha  ostatkiem  sił  wyrwała  się  z  objęć 

Louisa. 

– To się chyba nazywa całowanie. – Zrobił mądrą minę. 

–  Ktoś  mógłby  zobaczyć.  –  Samantha  z  niepokojem  popatrzyła  na  drzwi 

łazienki. 

–  Przecież  nikt  nie  będzie  się  tu  dobijał,  wiedząc,  że  bierzesz  prysznic.  – 

Położył dłonie na jej ramionach, a ona nie cofnęła się. Powolnym ruchem sięgnął 

do kołnierzyka jej bluzki i zaczął odpinać guziki, jeden po drugim.  

– Chyba masz rację – przyznała chętnie, garnąc się do niego. – Nikt nam tu 

nie przeszkodzi. 

W  tym  momencie  dobiegł  ich  dźwięk  syreny  policyjnej.  Choć  tłumiły  go 

ściany,  Samantha  miała  wrażenie,  że  wypełnia  on  całą  przestrzeń  złowróżbną 

wibracją. Lęk spłynął wzdłuż jej kręgosłupa lodowatym dreszczem. 

– Nie możemy tego zrobić. – Znieruchomiała w jego objęciach. Jej bluzka 

sfrunęła  już  na  podłogę,  a  zręczne  palce  Louisa  manewrowały  przy  zapięciu 

spódnicy. 

– Nie możemy wziąć prysznica? Dlaczego? Kiedy ostatnio sprawdzałem, ta 

czynność nie znajdowała się na liście wykroczeń. 

TL

 R

background image

 

108 

–  Wiesz,  o  co  mi  chodzi.  Musieliśmy  chyba  upaść  na  głowę!  Dom  jest 

otoczony  przez  policję  i hordę  reporterów,  którzy  nie  odpuszczą,  jeśli  zwąchają 

trop. 

– To faktycznie przykre, ale w tej chwili nic nie możemy na to poradzić. A 

mądrość Wschodu uczy nas, że nie należy przejmować się sprawami, na które nie 

mamy wpływu. 

– Mam wrażenie, że ja na nic już nie mam wpływu – wybuchnęła. – Nawet 

własnego  ciała  nie  kontroluję.  Rozsądek  każe  mi  trzymać  się  od  ciebie  na 

przyzwoity dystans, ale ja chciałabym wejść pod ten prysznic i... 

...kochać  się  z  tobą,  dokończyła  w  myślach,  ale  nie  powiedziała  tego  na 

głos. Żadne słowa o miłości nie padły jeszcze między nimi. 

– Nie pozwól, żeby strach zniszczył to, co razem odkryliśmy – powiedział 

Louis żarliwie. 

– A co to takiego? – spytała i natychmiast pożałowała swoich słów. Na co 

liczyła? Że on wyzna jej miłość i będą żyli razem długo i szczęśliwie? Wiedziała 

przecież, że to niemożliwe. 

Ale on nie powiedział ani słowa, tylko otoczył ją ramionami i przycisnął do 

siebie  tak  mocno,  że  nie  mogłaby  uciec,  nawet  gdyby  chciała.  Trwali  tak  przez 

chwilę, wsłuchując się w gwałtowne bicie swoich serc, dostrajając do siebie rytm 

oddechów. Wreszcie Louis wziął ją na ręce i uniósł. Poczuła, jak spódnica zsuwa 

się na podłogę, a w następnej chwili znaleźli się pod strumieniem ciepłej wody, 

niczym  w  tropikalnym  deszczu.  Samantha  pomyślała  przelotnie,  że  jej 

dopracowany  makijaż  został  właśnie  bezpowrotnie  zrujnowany,  a  bielizna  – 

przemoczona.  Z  jakiegoś  powodu  jednak  zupełnie  się  tym  nie  przejęła.  Może 

dlatego,  że  Louis  już  uwolnił  jej  piersi  ze  stanika,  a  teraz  klękał  przed  nią,  by 

zsunąć  jej  majteczki.  Robił  to  nieznośnie  powoli,  błądząc  palcami  po  jej 

TL

 R

background image

 

109 

pośladkach  i  wewnętrznej  stronie  ud.  Odrzuciła  głowę  w  tył  i  jęknęła,  kiedy 

przylgnął zroszonymi ciepłą wodą ustami do jej łona. 

– Weź mnie – powiedziała, pociągając go za ramiona, zmuszając, by wstał. 

Jego  męskość  wyprężona  pożądaniem  wznosiła  się  ku  niej,  dumna  i  groźna  jak 

lanca  wojownika.  Z  westchnieniem  zachwytu  objęła  go  dłonią.  –  Weź  mnie  – 

powtórzyła śmiało, wyraźnie. – Chcę poczuć cię w sobie. Teraz. 

Odpowiedział  jej  całym  sobą,  intensywnością  spojrzenia,  grymasem  ust, 

przyspieszonym oddechem. Przygarnął ją i uniósł, opierając o ścianę kabiny, po 

której  płynęły  strumyki  ciepłej  wody,  i  wypełnił  ją  jednym  powolnym 

pchnięciem.  Gibka  i  zwinna,  oplotła  jego  silne,  muskularne  barki  ramionami, 

ciasno  objęła  jego  szczupłe  biodra  nogami.  Zadrżała  w  ekstazie,  kiedy  jej  ciało 

przyjęło go, otwierając się bez reszty na jego czułą bliskość i moc pożądania. 

Nie musiał używać słów, żeby odpowiedzieć na jej pytanie, czym było to, 

co  razem  odkryli.  Kiedy  zaczął  się  w  niej  poruszać,  odnalazła  ten  sam  rytm  w 

pulsowaniu własnej krwi. Odkryli głęboką ludzką więź łączącą w jedno ich ciała 

i dusze. Samantha nigdy dotąd nie doświadczyła czegoś podobnego. Gdy oddała 

mu  się  bez  reszty,  pozwalając,  by  stał  się  jej  bliższy  niż  ona  sama  –  dopiero 

wtedy poczuła się w pełni sobą. 

Przylgnęła do niego jeszcze mocniej, gdy niosący ich rytm intensywniał, a 

pchnięcia  stawały  się  coraz  bardziej  zdecydowane.  Czuła,  jak  narasta  w  niej 

rozkosz.  Pod  szumiącym  strumieniem  ciepłej  wody  jej  mokre  usta  gorączkowo 

pieściły jego twarz. W pewnym momencie dotarło do niej, że Louis próbuje coś 

powiedzieć. 

– To, co odkryliśmy... – wychrypiał gardłowo, między jednym oddechem a 

drugim  – to,  co  jest między  nami... –  Jakby  słowa  nie  wystarczały,  przykrył  jej 

wargi swoimi, pocałował ją mocno, desperacko. – Sam, wyjdziesz za mnie? 

 

TL

 R

background image

 

110 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

To  było  tak,  jakby  jej  ciało  przeszyło  nagłe,  palące  wyładowanie 

elektryczne.  W  mimowolnej  reakcji  na  szok  Samantha  wyrwała  się  z  objęć 

Louisa i odskoczyła w tył. A potem, niewiele myśląc, chwyciła ręcznik i uciekła 

z łazienki. 

Musiała  się  przesłyszeć.  Widocznie  jej  nerwy  były  w  gorszym  stanie,  niż 

przypuszczała. 

– Sam? – Louis wszedł za nią do pokoju, wciąż nagi i podniecony. Krople 

wody  błyszczały  w  jego  ciemnych  włosach,  spływały  w  dół  posągowego  ciała. 

Samantha  poczuła  ukłucie  tęsknoty  i  jakieś  szalone  pragnienie,  by  nigdy  nie 

obudzić  się  z  cudownego  snu,  w  którym  ten  wspaniały  mężczyzna  prosi  ją  o 

rękę, a ona może po prostu powiedzieć mu "tak" Louis podszedł do niej i ukrył 

twarz w jej mokrych włosach. 

– Zostań moją żoną. 

Prawdopodobnie żartował, choć Samantha słyszała w jego głosie kpiny ani 

ironii, tylko samą szczerość. 

Odsunęła się od niego na odległość ramienia. 

– Nie mówisz tego poważnie. 

– Nigdy w życiu niczego nie mówiłem poważniej. 

– Nie wiem, w co grasz, Louis. – Samantha czuła się zupełnie zagubiona. – 

Ale  na  wszelki  wypadek  wyjaśniam,  że  ja  byłam  już  trzy  razy  mężatką.  Nigdy 

więcej nie zamierzam brać ślubu. 

– Nie możesz robić z góry takich założeń. Nigdy nie mów nigdy. 

–  A  ty  nie  mów  mi,  co  mogę,  a  czego  nie  mogę  robić  –  wybuchnęła.  – 

Zostaw mnie teraz samą, proszę. Potrzebuję spokoju. 

TL

 R

background image

 

111 

Liczyła,  że  będzie  miał  tyle  przyzwoitości,  żeby  spełnić  jej  prośbę. 

Najlepiej, jeśli wyjdzie tą samą drogą, którą przyszedł, zanim wywęszą go psy. 

– Nie. – Louis rozwiał jej nadzieje, mocniej obejmując ją w talii. – Ty już 

zbyt długo byłaś sama. Teraz potrzebujesz być ze mną. Kocham cię, Sam. 

Jego  słowa  wybrzmiały  głośno  i  wyraźnie  w  przeraźliwej  ciszy  jej  myśli. 

Jej ciało przeszył gwałtowny, lodowaty dreszcz lęku. Sytuacja wymknęła jej się 

spod kontroli. Sprawy zaszły stanowczo za daleko. 

– Nie możesz mnie kochać. 

–  Nie  zwykłem  od  nikogo  przyjmować  rozkazów.  –  W  jego  tygrysich 

oczach błysnęło wyzwanie. 

– Sytuacja jest zbyt skomplikowana. 

– Cóż skomplikowanego może być w miłości? – Przesunął opuszką kciuka 

po jej wargach, ścierając z nich kropelki wody. – Kochasz mnie, Sam? 

Odpowiedź była jedna: tak. Kochała go. Jeśli miała słuchać swojego serca... 

jeśli miała wypuścić się na niebezpieczną, nieznaną drogę... powinna powiedzieć 

mu  prawdę.  Ogromnym  wysiłkiem  woli  kazała  sobie  pogrzebać  tę  prawdę, 

przywalić  ją  ciężarem  wszystkich  spoczywających  na  niej  obowiązków.  W  jej 

życiu nie było miejsca na samolubne wybory. 

– Nie – powiedziała stanowczo. 

– Nie wierzę ci. – Louis zmrużył oczy.  

Uciekając  przed  jego  spojrzeniem,  odwróciła  się  i  okryła  ramiona 

ręcznikiem. 

– Nie możemy się pobrać – wyrzuciła z siebie. 

– To jakiś niedorzeczny pomysł! Przecież ledwo się znamy. Nie mówiąc o 

tym, że jesteś moim pasierbem! 

– Nie możemy się pobrać, to trudno. Wobec tego będziemy żyli w grzechu 

– oświadczył, niezrażony. 

TL

 R

background image

 

112 

Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech, żeby stłumić narastający gdzieś 

w głębi niej kolejny wybuch histerycznego śmiechu. 

– Dzieci Tarranta są moimi dziećmi – powiedziała poważnie, posyłając mu 

najbardziej  zdecydowane  spojrzenie,  na  jakie  było  ją  stać.  –  To,  co  się  między 

nami  wydarzyło,  jest  wysoce  niewłaściwe.  Odtąd  zrobię  wszystko,  żeby 

traktować cię tak, jak powinnam, czyli jak syna. 

– Nie można mieć dzieci starszych od siebie; 

– Louis popatrzył na nią osłupiały. 

– A właśnie, że można. 

Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu. 

–  Przykro  mi  to  powiedzieć,  Sam,  ale  chyba  cierpisz  na  urojenia.  To,  co 

mówisz, nie ma najmniejszego sensu. 

– Zostaw mnie i moje urojenia w spokoju! Dobrze mi z nimi. 

–  Nie.  Nie  pozwolę  ci  zniszczyć  sobie  życia.  Sam,  jesteś  stworzona  na 

matkę.  I  nie  myślę  tu  o  roli  dobrej  wróżki,  jaką  spełniasz  wobec  osób,  które 

osiągnęły  pełnoletniość  kilkanaście  lat  wcześniej,  zanim  związałaś  się  z  ich 

ojcem.  Myślę  o  radości,  jaką  przeżyjesz,  gdy  po  raz  pierwszy  przytulisz  swoje 

nowo narodzone dziecko do piersi. O nieprzespanych nocach, gdy szkrab będzie 

ząbkował,  i  o  wszystkich  eleganckich  kolacjach,  które  cię  ominą,  bo  twój 

czterolatek  dostanie  gorączki.  Chcę  z  tobą  założyć  prawdziwą  rodzinę. 

Właściwie to już nie mogę się doczekać... 

Samantha potrząsnęła powoli głową, jakby w nadziei, że ten gest znieczuli 

nagły,  nieznośny  ból  rozrywający  jej  pierś.  Słowa  Louisa  otworzyły  starą  ranę. 

Już  dawno  straciła  nadzieję,  że  będzie  miała  dzieci.  I  prawie  przyzwyczaiła  się 

do ćmiącego, uporczywego uczucia żalu, który ogarniał ją za każdym razem, gdy 

myślała o tym, ile w życiu straciła. 

TL

 R

background image

 

113 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć  Louisowi.  Nagle  poczuła  się  bezradna  i 

zagubiona.  Nie  powinna  była  pozwolić,  by  tak  bardzo  się  do  niej  zbliżył. 

Sprawiał, że stawała się igraszką własnych emocji. 

W  ciszy,  jaka  między  nimi  zapadła,  dobiegające  z  korytarza  pospieszne 

kroki wybrzmiały niczym seria z karabinu maszynowego. 

–  Samantha?  Louis?  –  rozległ  się  zza  drzwi  zdyszany  szept  Fiony.  – 

Właśnie  przyjechali  Dominic  i  Amado.  Próbują  rozpędzić  reporterów.  Za  parę 

minut tu będą. 

–  O  Boże!  –  Samantha  złapała  się  za  głowę.  Ten  gest  sprawił,  że  ręcznik 

okrywający jej ciało opadł na ziemię. – Musimy natychmiast coś ze sobą zrobić! 

Przecież jesteśmy nadzy! 

– Ja w ogóle nic nie słyszałam! – dobiegł ich chichot Fiony. 

Louis spojrzał bezradnie na swoje brudne, podarte ubranie. 

–  Ponieważ  raczej  nie  będzie  mi  do  twarzy  w  twoich  ciuszkach,  muszę 

chyba włożyć to. 

– Nie, poczekaj. – Chwyciła go za rękę i pociągnęła do garderoby. – Tutaj 

są rzeczy Tarranta. Nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Wybierz sobie jakieś. 

Sama szybko splotła włosy  w ciasny warkocz. Na makijaż nie było czasu, 

bluzka i spódnica, które miała na sobie wcześniej, nie nadawały się do włożenia. 

„Założę się, że w zwykłych dżinsach wyglądałabyś bosko". 

Dlaczego właśnie teraz przypomniały jej się słowa Louisa? Nie wiedziała i 

nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Sięgnęła po jedyne dżinsy, jakie miała 

w  szafie  –  prezent  od  Fiony.  Wcisnęła  się  w  nie,  mimowolnie  zauważając,  że 

dopasowany  krój  bardzo  jej  odpowiada.  Na  górę  włożyła  gładki  czarny  golf  i 

boso wypadła z pokoju. 

TL

 R

background image

 

114 

Dominic  i  Amado  właśnie  weszli  do  holu.  Za  oknami  wciąż  nie  milkła 

wrzawa  podnoszona  przez  reporterów  podekscytowanych  pojawieniem  się 

synów Tarranta Hardcastle'a. 

– Samantho! – Dominic ruszył ku niej, kiedy tylko zbiegła do holu, i ujął ją 

za ręce. W jego spojrzeniu była troska. – Wiem, że czujesz się zaszczuta przez te 

hieny, ale teraz, kiedy tu jesteśmy, nic ci nie grozi. Zaraz wyjdziemy razem przed 

dom  i  oświadczysz  publicznie,  że  wszystko,  co  napisano  w  tym  szmatławcu, to 

wierutne  kłamstwa.  Jeśli  ci  bezczelni  dziennikarze  myślą,  że  mogą  bezkarnie 

szkalować  dobre  imię uczciwych  ludzi,  pokazując  spreparowany  fotomontaż,  to 

się mylą. 

– Właśnie. – Amado groźnie błysnął oczami. 

– Powiedz im prosto w oczy, że nie zrobiłaś nic z tego, o co cię pomawiają. 

I że dziś jeszcze pozwiesz do sądu pismo, które opublikowało kłamliwe plotki na 

twój temat. 

–  Nie  mogę  oświadczyć,  że  to  kłamliwe  plotki  –  usłyszała  swój  własny 

głos. 

– Dlaczego? – Dominic zmarszczył brwi. – Co masz na myśli, Samantho? 

Była tylko częściowo świadoma ciszy, jaka zaległa w holu. Walczyła o to, 

żeby  wydobyć z siebie głos, ale usta i krtań miała porażone nagłym paraliżem. 

Nigdy nie uda jej się powiedzieć głośno, że... 

– To zdjęcie nie było fotomontażem. 

–  To  niemożliwe.  –  Dominic  pobladł  gwałtownie  i  cofnął  się  o  krok, 

wypuszczając jej dłonie z krzepiącego uścisku. 

–  Nic nie  rozumiem.  –  Na przystojnej  twarzy  Amada  malował  się  szok.  – 

Wytłumacz nam, co się stało. 

– Louis i ja... my... – zaczęła i urwała bezradnie. 

– My się kochamy. – Głęboki głos rozbrzmiał echem w marmurowym holu. 

TL

 R

background image

 

115 

Samantha  odwróciła  się  i  zobaczyła  Louisa,  jak  schodzi  po  schodach. 

Wysoki i ciemnowłosy, w lnianym garniturze Tarranta wyglądał zjawiskowo. 

Dominic  i  Amado  wymienili  spojrzenia,  a  potem  obydwaj  zwrócili  się  ku 

Samancie  i  bratu.  Spięci  i  czujni,  wyglądali,  jakby  się  szykowali  do  walki  na 

pięści. 

–  Tak  mi  przykro  –  szepnęła  Samantha,  wzrokiem  błagając  ich  o 

przebaczenie.  Obaj  byli  przywiązani  do  tradycji,  czuli  się  w  obowiązku  bronić 

honoru rodziny. Czy z jej winy zwrócą się teraz przeciw własnemu bratu? 

– Samantho, czy to prawda? – spytał Amado poważnie. 

– Spotkaliśmy się przez przypadek, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że to on 

właśnie  jest  synem  Tarranta,  którego  szukam.  Potem,  kiedy  prawda  wyszła  na 

jaw, próbowałam z tym skończyć, ale... 

– Ale zrozumieliśmy, że nie możemy bez siebie żyć – dokończył Louis. 

Samantha  zerknęła  na  Dominica.  Jego  twarz  w  tej  chwili  stanowiłaby 

idealny  model  do  pełnego  dramatyzmu  portretu:  zastygła  w  wyrazie  zgrozy 

maska w stylu Goi, a może El Greca. Poczuła, że robi jej się zimno ze strachu. 

I wtedy Dominic odchylił głowę do tyłu i zaniósł się głośnym, serdecznym 

śmiechem.  Jego  wesołość  musiała  być  zaraźliwa,  bo  dołączył  do  niego  bas 

Amada. Fiona stojąca na półpiętrze zaczęła szaleńczo chichotać, pilnujący drzwi 

lokaj  wydawał  nieprzystojne  sapnięcia,  a  pokojówki,  które  podsłuchiwały  od 

dłuższej  chwili,  kwiczały,  jakby  postradały  zmysły.  Po  chwili  śmiali  się  już 

wszyscy, także Louis. 

– Prasa będzie zachwycona – wysapał Dominic. 

–  Ta  sytuacja  w  ogóle  nie  jest  zabawna.  –  Samantha  bezskutecznie 

próbowała powstrzymać nerwowy chichot. 

TL

 R

background image

 

116 

–  Ależ  jest.  –  Dominic,  zazwyczaj  poważny,  uśmiechał  się  od  ucha  do 

ucha.  –  Zabawna  i  bardzo  wesoła.  Kiedy  wróciłaś  z  Nowego  Orleanu, 

zauważyłem, że promieniejesz. Teraz już wiem dlaczego. 

–  To  się  miało  nie  powtórzyć.  –  Samantha  wykręcała  nerwowo  ręce.  – 

Myślałam, że nikt się nie dowie... 

–  Nonsens  –  wpadł  jej  w  słowo  Amado.  –  Nie  jesteście  przecież 

spokrewnieni. Zresztą to taka nasza rodzinna tradycja, by zakochać się na zabój 

w  osobie,  która  wydaje  się  zupełnie  nieodpowiednia.  Dominic  zakochał  się  w 

Belli,  gdy  szpiegowała  Hardcastle  Enterprises,  chcąc  pozwać  Tarranta.  Ja  sam 

oszalałem  na  punkcie  kobiety,  która  pojawiła  się  w  Argentynie,  żeby  zniszczyć 

moją rodzinę, a teraz obaj jesteśmy bardzo szczęśliwymi żonkosiami. 

– Z szerokim uśmiechem wyciągnął rękę do brata. 

– Witaj w klubie, Louis. 

– Chwileczkę. – Mimo ogólnej radości Samantha czuła, że coś jest bardzo 

nie w porządku. – Czy wszyscy zapomnieliśmy już o Tarrancie? Ze względu na 

pamięć o nim nie mogę... 

– Tata pewnie też ma niezły ubaw, gdziekolwiek teraz jest – odezwała się 

Fiona  miękko.  –  Przecież  powiedział  ci  przed  śmiercią,  że  chce,  żebyś  żyła 

pełnią życia. 

– Ale ja obiecałam mu, że będzie ostatnim... – upierała się Samantha. 

–  A  on  z  kolei  kazał  mi  obiecać,  że  dopilnuję,  by  tak  się  nie  stało.  –  Jej 

pasierbica  uśmiechnęła  się  z  zadowoleniem.  –  Słuchajcie,  co  wy  na  to,  żeby 

sprzedać  prawa  do  opublikowania  historii  o  romansie  Samanthy  i  Louisa 

któremuś  z  tych  frajerskich  piśmideł?  Pieniądze  mogłyby  zasilić  twój  fundusz 

charytatywny, Samantho. 

– To ciekawy pomysł – uśmiechnął się Louis.  

TL

 R

background image

 

117 

Samantha już od dobrej chwili czuła, że narasta w niej potężny bunt. Krew 

huczała jej w uszach, a przed oczami zaczęły wirować białe plamy. 

– Chwileczkę – wykrzyczała łamiącym się głosem. – Dlaczego mówicie o 

moim  życiu  osobistym  tak,  jakby  mnie  tu  w  ogóle  nie  było?  Podczas  całej 

rozmowy nie było mi dane dokończyć nawet jednego zdania. Widocznie was nie 

obchodzi, co mam do powiedzenia na ten temat, trudno. Ale ja będę się trzymać 

moich własnych decyzji. – Obróciła się na pięcie, wyminęła Louisa i ruszyła po 

schodach na górę. Kiedy zniknęła z pola widzenia zgromadzonej w holu rodziny, 

zaczęła  biec.  Po  chwili,  zdyszana,  wypadła  na  taras  znajdujący  się  na  dachu 

kamienicy. 

Zalał  ją  blask  słońca,  a  chłodny  wiatr  kojąco  musnął  twarz.  Nad  nią  było 

niebo,  lekkie,  błękitne.  Potrzebowała  przestrzeni,  ucieczki  od  sprzecznych 

emocji,  które  zdawały  się  ją  dusić  jak  zbyt  ciasne  ściany.  Odetchnęła  głęboko, 

starając się powstrzymać płacz, który wzbierał w jej piersi dławiącym napięciem. 

Jak  to  się  stało,  że  straciła  kontrolę  nad  swoim  życiem?  Po  śmierci  Tarranta 

obiecała  sobie,  że  nie  powtórzy  już  błędów  z  przeszłości.  A  jednak  pozwoliła 

sobie  na  szaleństwo,  a  teraz  nie  panowała  nawet  nad  własnym  ciałem.  Ani  nad 

myślami. 

Nie mogła tak żyć. I nie zamierzała. 

Louis  pchnął drzwi  prowadzące  na  taras  i  osłonił  oczy  przed  słońcem.  Od 

razu  dostrzegł  Samanthę.  Jej  sylwetka  rysowała  się  wdzięczną,  smukłą  linią  na 

tle  nieba.  Jak  zwykle  na  jej  widok  jego  serce  zalała  fala  gorącej  czułości. 

Rozumiał,  że  była  zestresowana  i  rozdrażniona.  Ale  on  ją  obejmie,  przytuli, 

pomoże się uspokoić. A potem... będą żyli długo i szczęśliwie. 

– Idź stąd, Louis. Nie chcę cię widzieć. Z nami koniec! – Jej spięty, wręcz 

wrogi  głos  uderzył  go  jak  celnie  ciśnięty  kamień.  Nie  miał  pojęcia,  co  mógłby 

powiedzieć, więc po prostu zrobił kolejny krok w jej stronę. 

TL

 R

background image

 

118 

–  Nie  podchodź  do  mnie.  Podjęłam  już  decyzję  i  proszę  cię,  żebyś  to 

uszanował. 

–  Podjęłaś  decyzję?  –  wykrzyknął  z  desperacją.  –  Nie  oglądając  się  na 

mnie? Oboje jesteśmy zaangażowani w ten związek. 

–  Nie  –  odparła  zimno.  –  Nie  łączy  nas  żaden  związek.  A  teraz  będę 

wdzięczna, jeśli opuścisz to miejsce. 

Patrzył  na  nią  oszołomiony,  niezdolny  się  poruszyć.  Nie  poznawał  jej. 

Zniknęła  jego  ukochana,  wrażliwa  Sam.  Na  jej  miejsce  pojawiła  się  wyniosła 

dama o zaciśniętych ustach i tępym, jakby martwym spojrzeniu. 

Ofiarował  jej  serce.  Chciał  jej  dać  w  prezencie  całe  swoje  życie.  A  ona 

odtrącała go z pogardą. 

Poczuł  się  tak, jakby  jakaś  lodowata,  stalowa  obręcz  zacisnęła  się  na jego 

piersi,  pogrążając  go  w  bolesnym  letargu.  Nie  mógł  jej  błagać  o  uczucia.  Nie 

potrafił. Bez słowa zastosował się do jej życzenia. 

Nad rozlewiskami powoli zapadał szary zmierzch. Z ciężkiej sinej chmury, 

która zasnuła niebo, padały pierwsze, wielkie krople deszczu. Wpatrzony w jasną 

wstęgę wąskiej szosy, Louis docisnął pedał gazu do oporu. 

Gdyby  ktoś  go  zapytał,  dlaczego  w  ten  deszczowy  wieczór  z  takim 

pośpiechem  wybrał  się  na  mokradła,  nie  umiałby  udzielić  żadnej  logicznej 

odpowiedzi.  Sam  do  końca  nie  rozumiał,  dlaczego  to  robi.  Pytającemu  mógłby 

powiedzieć tylko, że podąża za głosem instynktu. Kiedy tego popołudnia wrócił 

do  domu,  gospodyni  przekazała  mu,  że  w  ciągu  dnia  ktoś  o  niego  pytał.  Jakaś 

kobieta. 

–  Powiedziała,  jak  się  nazywa?    Zostawiła  jakąś  wiadomość?  Jak 

wyglądała?!–  Przez  jego  ciało,  które  od  paru  tygodni  było  jakby  odrętwiałe, 

przepłynął nagle potężny strumień energii. 

TL

 R

background image

 

119 

–  To  była  jakaś  chuda  blondyna  w  dziwacznej,  pstrokatej  kiecce  i  w 

idiotycznych  sandałkach  na  szpilkach.  –  Gospodyni  wzruszyła  ramionami.  – 

Chyba  już  kiedyś  tu  pana  nachodziła.  Szczerze  mówiąc,  sprawiała  wrażenie 

lekko  szalonej,  więc  na  wszelki  wypadek  powiedziałam,  że  pan  wyjechał.  Nie 

przedstawiła się, spytała tylko, gdzie tu można wypożyczyć samochód. 

Lapidarny opis podany przez gospodynię pasował tylko do jednej osoby. 

Samantha. 

Przyjechała,  żeby  się  z  nim  zobaczyć.  I  zniknęła,  przepłoszona  przez 

gospodynię, zanim pojawił się w domu. Teraz jej telefon nie odpowiadał, bo we-

dług  wszelkiego  prawdopodobieństwa  siedziała  w  samolocie  lecącym  z 

powrotem  do  Nowego  Jorku.  A  on  pędził  na  złamanie  karku  ku  rozlewiskom, 

gdyż jakiś tajemniczy głos w głębi duszy mówił mu, że właśnie tam ją znajdzie. 

Kiedy  chodziło  o  Samanthę,  nie  umiał  postępować  racjonalnie.  Wyrzuciła 

go  ze  swojego  życia  i  miał  wszelkie  powody  sądzić,  że  o  nim  zapomniała.  Nie 

odzywała  się  od  tygodni.  A  on  myślał  o  niej  bez  przerwy.  Próbował  leczyć 

tęsknotę,  dając  się  porwać  szalonemu  wirowi  nocnego  życia  jego  ukochanego 

miasta. Tłumaczył sobie, że w końcu mu minie, lecz sam w to nie wierzył. 

Ostatnie 

promienie 

zachodzącego 

słońca 

przebiły 

się 

nagłym, 

dramatycznym  błyskiem  przez  szczelinę  w  ciężkiej  chmurze,  oświetlając 

strumienie  deszczu  padające  na  podmokłe  łąki  i  bezkres  wody,  poprzecinany 

ciągnącymi się aż po horyzont polami trzcin. Z całą pewnością o tej porze i przy 

takiej  pogodzie  nie  było  tu  nikogo.  Dlaczego  więc  czuł  wyraźnie,  że  Samantha 

jest  blisko,  zagubiona  gdzieś  w  tym  rozległym  krajobrazie,  który  tak  pięknie 

uwieczniła  na  serii  wielkich  płócien  wystawionych  ostatnio  przez  jedną  z 

nowojorskich galerii? 

Dowiedział  się  od  Fiony,  że  Samantha  zaczęła  brać  lekcje  malarstwa  i  na 

całe  dnie  zamykała  się  w  pracowni.  Jej  nauczycielka  była  tak  zachwycona 

TL

 R

background image

 

120 

talentem uczennicy, że uparła się urządzić jej wystawę. Jeszcze tego samego dnia 

wsiadł  do  samolotu  i  poleciał  do  Nowego  Jorku.  Samantha  nie  chciała  go 

widzieć,  ale  nie  mogła  mu  zabronić  oglądać  swoich  obrazów.  Dotąd  widział  te 

płótna,  kiedy  tylko  zamknął  oczy  –  śmiałe  i  barwne,  bezbłędnie  oddające 

zamaszystymi  pociągnięciami  pędzla  dziki,  romantyczny  urok  rozlewisk 

Luizjany. 

Kiedy  zaparkował przed szopą, w której trzymał  łódź, deszcz  zamienił się 

w  rzęsistą  ulewę,  a  szarawy  blask  dnia  zgasł  nagle,  pogrążając  świat  w  mroku. 

Wysiadł i zrobił kilka kroków po gruntowej drodze, która dalej zamieniała się w 

wąską ścieżkę biegnącą wzdłuż porośniętego trzcinami brzegu. 

W  ciemności  przed  nim  zamajaczył  błyszczący  kształt  –  ktoś  zaparkował 

tutaj terenowy samochód z logo  wypożyczalni. Poczuł, jak nadzieja wybucha w 

jego piersi niczym oślepiający fajerwerk. 

– Sam! 

Jego  głos  wsiąknął  bez  echa  w  szum  deszczu,  w  mokre  wysokie  trawy. 

Rozejrzał się bezradnie wokoło, nie wiedząc, gdzie jej szukać. Miał nadzieję, że 

nie  odeszła  daleko  –  mokradła  po  zmroku  stawały  się  naprawdę  niebezpieczne. 

Żyły  tu  aligatory,  węże  i  inne  gady.  Można  było  ugrzęznąć  w  ruchomych 

piaskach  albo  utonąć  w  zdradzieckiej  głębi.  Coraz  bardziej  zaniepokojony, 

zawołał ją jeszcze raz. I wtedy, jakby w odpowiedzi, dotarł do niego jej zapach – 

delikatna,  ledwo  wyczuwalna  smużka  słodkiej  woni,  której  nie  pomyliłby  z 

żadną inną na świecie. Na tle aromatów ziół, mokrej ziemi i chłodnej wody ten 

zapach był jak promień światła. Ruszył za nim poprzez mokrą ciemność. 

Louis! 

Kiedy  później  wspominał  ten  moment,  wiedział,  że  nie  mógł  fizycznie 

usłyszeć jej  wołania. Wyczuł jej obecność, jej zagubienie i strach tak wyraźnie, 

jakby jej głos eksplodował mu pod czaszką. 

TL

 R

background image

 

121 

Louis! 

– Idę do ciebie. Sam. Odnajdę cię. Tylko nie przestawaj mnie wołać. 

Louis!  –  jej  głos  wyraźny,  czysty  jak  kryształ  rozbrzmiewał  w  jego 

myślach, wibrował w każdej komórce ciała, napełniając go energią. Wzywała go. 

Musiał  ją  znaleźć.  Zaczął  biec  na  oślep,  za  jej  zapachem  w  stronę,  z  której 

dobiegał  głos.  Nogi  grzęzły  mu  w  gąszczu  mokrych  wysokich  traw,  potoki 

deszczu zalewały oczy. 

–  Louis?  Louis!  Tutaj  jestem!  –  Teraz  rzeczywiście  ją  usłyszał.  Drżący 

głos, z trudem przebijający się przez szum deszczu. 

Pierwsza  błyskawica  rozdarła  niebo,  zalewając  horyzont  kaskadą 

srebrzystego światła. Na jej tle zarysowała się smukła kobieca postać stojąca parę 

metrów od niego, po pas w wysokiej trawie. 

Sam, jego tajemnicza jasnowłosa elfka. 

Serce wierzgnęło mu w piersi i skoczyło ku niej jak źrebak. 

On sam dopadł jej zaledwie sekundę później i zamknął w ramionach. Była 

zupełnie mokra. Deszcz spływał po jej włosach i nagich ramionach, przemoczona 

sukienka  kleiła  się  do  smukłego  ciała.  W  jasnej  twarzy  ciemniały  szeroko 

otwarte, ogromne oczy, przesłonięte rzęsami, na których wisiały krople wody. A 

może to były łzy? 

Wtuliła się  w jego ramiona, wypełniając pustkę, uśmierzając ból tęsknoty. 

Przylgnęła  do  niego  mocno,  a  on  wtulił  twarz  w  jej  włosy  i  tak  trwali  przez 

chwilę,  pozwalając,  by  ich  ciała  przemawiały  do  siebie  ciepłem,  drżeniem, 

szybkimi, mocnymi uderzeniami serc. 

–  Louis  –  wyszeptała  wreszcie.  –  Musiałam  cię  zobaczyć.  Kiedy  twoja 

gospodyni powiedziała, że cię nie ma, coś kazało mi przyjechać nad rozlewisko. 

Miałam nadzieję, że cię tu znajdę. Wiesz, zaczęłam malować... 

– Wiem – szepnął, dotykając wargami jej rozchylonych ust. 

TL

 R

background image

 

122 

–  To  jest  cudowne.  Kiedy  maluję,  czuję  się  tak,  jakbym  dotykała  światła. 

Potrzebowałam tego, żeby przejrzeć na oczy. Żeby zrozumieć, że jesteśmy sobie 

przeznaczeni, ty i ja. Nie wiem, czy mi przebaczysz to, że tak długo pozwalałam, 

by  lęk  wygrywał  we  mnie  z  miłością  do ciebie.  Ale  chciałam ci powiedzieć,  że 

już się niczego nie boję. Kocham cię. 

Chciał  zamknąć  jej  usta  pocałunkiem,  ale  wargi  mu  drżały  od  cichego, 

szczęśliwego śmiechu. 

–  Wiem,  że  mnie  kochasz,  Sam.  Ani  przez  chwilę  nie  uwierzyłem  w  te 

banialuki, które próbowałaś mi wcisnąć w Nowym Jorku. To fakt, ucierpiała tro-

chę  moja  duma,  ale  w  głębi  serca  czułem,  że  będziemy  razem.  –  Zamilkł  na 

chwilę  i  popatrzył  ponad  jej  głową  na  ginący  w  mroku  dziki  krajobraz.  – 

Połączyła  nas  przecież  potężna,  magiczna  siła,  która  tutaj  ma  swoje  źródło. 

Musieliśmy się odnaleźć właśnie w tym miejscu... 

Pocałowała  go  namiętnie  i  uroczyście,  jakby  chciała  w  ten  sposób  złożyć 

hołd tajemniczej mocy, która była wolnością, pięknem i miłością. A on wziął ją 

na  ręce  i  przeniósł  przez  gęste  trawy  jak  przez  próg  prowadzący  ku  nowym 

dniom. Otoczeni szelestem trzcin i pluskiem wody, łagodnie pieszczeni kroplami 

ciepłego deszczu, poczuli, że stają się jednością. Już na zawsze. 

 

 

 

TL

 R


Document Outline