background image

Agnieszka i Andrzej Krzysztof Wróblewscy
 

Zgoda na wyjazd       
 

 

1

background image

 Wstęp

 
„Tylko zanikowi uczuć narodowych przypisać można, że autorzy uparcie odwracając

głowy   od   naszych   niewątpliwych   osiągnięć   dają   się   prowadzić   na   pasku   skrajnie
reakcyjnym siłom rewanżystowskim z Bonn i zohydzają wszystko, co polskie, a pod

niebo wychwalają, co niemieckie....“ — tak zapewne ocenią naszą książkę niezawodni
patrioci, dla których świat dzieli się nie na dobre i złe, tylko na nasze i obce.

To oni właśnie, albo tacy jak oni, są odpowiedzialni za to, co się stało z Mazurami i
Warmiakami. O walce z żywiołem niemieckim w ciągu minionych stuleci pisano dużo i

chętnie. O walce z naporem polonizacji wstydliwie się milczy. A fakty, choć smutne, są
jednoznaczne:   ani   Bismarckowi,   ani   Hitlerowi   nie   udało   się   tak   skutecznie

zgermanizować mieszkańców tej ziemi, jak nam.
Warmiacy i Mazurzy tkwili tu przez parę wieków pod pruską administracją, zachowując

polską mowę, wiarę i nazwiska. Kiedy wreszcie przyszła do nich Polska, zapragnęli ją
opuścić.   Błędy   akcji   polonizacyjnej,   trudności   i   kryzysy,   ą   z   drugiej   strony   sukcesy

alternatywnej   ojczyzny   —   Republiki   Federalnej   Niemiec   —   sprawiły,   że   jedyne,   co
mogliśmy zrobić, to zgodzić się na wyjazd. Dlatego zgoda na wyjazd przewija się jak

lejtmotyw na kartach tej książki, dlatego „Zgoda na wyjazd“ stała się jej tytułem.
Czy mogło być inaczej? Czy ta kraina, która nigdy nie była specjalnie bogata, ale sercu

swoich mieszkańców bliska, mogła ostać się enklawą względnego spokoju? Mazurzy i
Warmiacy zawsze marzyli o autonomii, chcieli pozostać sobą. Mniej dbali o państwo,

któremu podlegali, bardziej o region, który uważali za swoją ojczyznę. Ale zrodzona z
wojny   nienawiść,   powojenne   migracje,   stalinizm   ze   swoją   nieodłączną   nieufnością

względem   wszystkich   i   każdego,   później   centralizm   i   zastój   gospodarczy,   wreszcie
dziesiąta   potęga   gospodarcza   świata   i   brak   sznurka   do   snopowiązałek...   Nie,   karty

historii ułożyły się dla Warmii i Mazur niepomyślnie. Mogło być inaczej, ale nie o wiele.
Kiedy w 1945 roku ta kraina została przyłączona do Polski, mieszkańców polskiego

pochodzenia   było   około   stu   dwudziestu   tysięcy.   Potem   jednak   liczba   chętnych   na
wyjazd wciąż rosła, a granica co pewien czas rozstępowała się; dzisiaj jest ich może

sześć, może osiem tysięcy. Nasza książka jest zapewne ostatnią książką reporterską o

2

background image

tych ludziach. Potem temat przejdzie w ręce historyków.
Próbujemy dociec przyczyn masowych wyjazdów. Główny powód jest przyziemny —

materialny. Różnica poziomów życia w RFN i w Polsce zachęcała do szukania korzeni w
bogatszej ojczyźnie. Tam nęcił dobrobyt, stąd wypychał brak perspektyw. Gdyby nawet

było tu ciężko, ale wciąż lepiej i stabilniej, nie rzuciliby ziemi, skąd ich ród. W końcu i
tam nie jest słodko wysłuchiwać pogardliwie rzucanego pod ich adresem „der Polack“.

Obok przyczyny wyjazdów głównej, tej samej, która i pozostałym rodakom każe szukać
szczęścia na obczyźnie, były też powody specjalnie Mazurów i Warmiaków skłaniające

do opuszczenia PRL: nie dość, że tu jest gorzej, to jeszcze odrębności narodowej nie
potrafią uszanować.

Narodową powinność rozumiemy nie jako podkoloryzowane prawdy na kolor biało-
czerwony,   raczej   jako   podkreślanie   tych   miejsc   i   momentów,   gdzie   szowinistyczne

zaślepienie przyniosło Polsce szkodę. I chociaż Warmiaków czy Mazurów, jak i innych
mniejszości etnicznych, prawie już w Polsce nie ma, ta nauka może się jeszcze przydać:

nieraz sztandar narodowy osłaniał niechlubne manipulacje, lepiej więc zaglądać, co się
kryje pod spodem. Dawni nasi bracia, którzy czuli się zmuszeni do emigracji, są nam

bliżsi niż współobywatele, którzy tamtych do wyjazdu zmusili.
Mazury i ich mieszkańców odwiedzamy od parudziesięciu lat, od kilkunastu spędzamy

wszystkie wakacje i weekendy, na ile benzyna pozwoli, w naszym domku nad jeziorem:
Zbierając materiały do tej książki przez ostatnie dwa lata jeździliśmy więc po miejscach

znajomych. W wędrówkach towarzyszył nam wyżeł Trep, który może uważać się za
trzeciego współautora.

 
styczeń 1988

 
 

3

background image

 Dziki

 
Na Warmii i Mazurach nawet dziki nie są apolityczne.

— Wybiera się pan nas opuścić? — pytaliśmy Gustawa Niwerę, kowala i rolnika ze wsi
Natać Mała. — Dojadła panu Polska i socjalizm?

— Socjalizm nie, ale dziki.
Niwera mieszkał w swoim domu z czerwonej cegły blisko siedemdziesiąt lat — czyżby

przez   ten   czas   dziki   uległy   ewolucji,   stały   się   bardziej   dokuczliwe?   A   może   on
zniedołężniał i  nie  potrafi się  przed  nimi obronić? Ale  na  dziki skarżą  się  wszyscy

rolnicy, starzy i młodzi.
— Póki Łańsk tu rządził, ziemniaka u mnie nie uświadczył, wszystko dziki zjadły —

powiada Gerard Romahn ze wsi Pluski.
Pluski dzieli od Nataci dobre 20 kilometrów, a to samo można usłyszeć w Gągławkach,

w   Chaberkowie,   w   Zgniłosze,   jakby   dziki   panowały   w   całej   południowej   połowie
Olsztyńskiego, tam gdzie rozłożył się Łańsk — Ośrodek Urzędu Rady Ministrów. To

stamtąd   właśnie   dziki   robiły   sobie   wypady   na   okoliczne   pola,   rozzuchwalone
bezkarnością: dla bezpieczeństwa wypoczywających w Łańsku prominentów służbie

leśnej nie wolno było strzelać.
Niemal każdy, z kim rozmawialiśmy, wspominał Łańsk. I niemal każdy się zastrzegał:

rozumiem, że taki ośrodek musi istnieć, ale powinien jakoś ułożyć sobie stosunki z
sąsiadami. Wybaczono by rozległy teren, luksusowe domki, butelki szampana, wartę

przy bramach wjazdowych. Nie wybaczano dzików.
„Jak w latach pięćdziesiątych, tak i dziś z okazji procesu odnowy ochotnie wyciąga się

wobec   społeczności  lokalnych   straszak  separatyzmu   —   mówił   na   zjeździe   Związku
Literatów   w   grudniu   1980   r.   pisarz   mazurski,   Erwin   Kruk.   —   Nie   da   się   ukryć,

separatyzm mazurski kwitnie. Przed dziesięciu laty nad jeziorami Pluszne i Łańskim
zagrodzono niecałe 30 tysięcy hektarów, a pod koniec dekady tych hektarów było już

prawie 70 tysięcy. Drucianymi wysokimi płotami »separatyści mazurscy« odgrodzili się
od ludności... Mam przeto propozycję, aby warmińskie i mazurskie wioski z obu stron

Łańska   zachować   dla   przeszłości   i   pamięci   jako   pomnik   separatyzmu   władz   od

4

background image

rzeczywistości“.
Im bardziej rozszerzał się Łańsk, tym bardziej kurczyły się tereny dookoła i tym bliżej

było dzikom do upraw rolnych.
— Za Niemca był limit, reszta do odstrzału — opowiada Jan Hübsch z Purdki. — Teraz

wychodzi na to, że rolnik musi wyżywić i dziki, i ludzi. Odszkodowanie dają małe, chyba
że się zakontraktuje.

— To niech pan kontraktuje!
— A jak na złość nie zeżrą?

Cień   Łańska   kładzie   się   tak   szeroko,   że   postanowiliśmy   mu   poświęcić   szczególną
uwagę. Wprawdzie od czasu gniewnego przemówienia Erwina Kruka zagrodzony teren

znów   się   skurczył,   ale   separatyzm   nie   zmalał:   do   Ośrodka   wjazdu   broni   żołnierz
wartownik. Wobec tego napisaliśmy list, który w całości przytaczamy:

 
Min. Zdzisław Drozd

Urząd Rady Ministrów
Al. Ujazdowskie 1/3 Warszawa

 
1 lipca 1987

 
Szanowny Panie Ministrze!

 
Wraz   z   żoną   Agnieszką   Wróblewską   z   redakcji   „Przeglądu   Technicznego“

przygotowujemy  książkę  o  Warmiakach   i Mazurach,  którzy  w  większości   opuścili  już
Polskę.

Zbierając materiały do tej książki parokrotnie natrafiliśmy na sprawę Łańska. Według
niektórych   opinii   to   właśnie   rozrost   Łańska   miał   być   powodem   niektórych   decyzji   o

wyjeździe   z   Polski.   Inni   twierdzą   jednak,   że   posługiwano   się   tym   jako   wygodnym
pretekstem.

Nie  chcemy polegać  na  tych,  sprzecznych  zresztą, opiniach i  dlatego chcielibyśmy się
zapoznać ze stanowiskiem URM oraz odwiedzić Ośrodek w Łańsku i zobaczyć, co zostało

ze wsi w zachodniej jego części.

5

background image

Oczekujemy Pańskiej zgody i wskazania, z kim mamy się porozumieć w tej sprawie.
Wydawcą książki jest Państwowe Wydawnictwo „Iskry“.

 
Z pozdrowieniami

 
Andrzej Krzysztof Wróblewski

 
W niecałe dwa tygodnie dostaliśmy odpowiedź, którą również w całości przytaczamy:

 
Urząd Rady Ministrów

Warszawa, 1987-07-09
 

Podsekretarz Stanu 
Zarządzanie 

Miesięcznik kadry kierowniczej 

Redaktor Andrzej Krzyszof Wróblewski 
Warszawa 

W odpowiedzi na Pana list z 1 lipca br. uprzejmie informuję, że materiały dotyczące

Łańska mogą znajdować się w archiwach władz terenowych województwa olsztyńskiego.
Urząd Rady Ministrów nie dysponuje informacjami, które Pana interesują. Ponadto osoby

zatrudnione obecnie w Łańsku nie orientują się w sprawach, które Pan bada.
Wielokrotnie zmieniał się skład osobowy załogi w Ośrodku i obecnie nie pracują w nim

ludzie, którzy byli jego organizatorami i znaliby historię Łańska.
Żałuję, że nie jestem w stanie udzielić Panu pomocy.

 
Łączę pozdrowienia

 
dr Zdzisław Drozd

 

6

background image

Cała ta wymiana pozdrowień i uprzejmości po to, żeby powiedzieć jedno krótkie NIE!
Przytoczyliśmy obydwa listy nie dlatego, żeby zawierały bogatą treść, ale żeby pokazać

czytelnikowi, iż nie mieliśmy innej drogi — musieliśmy sobie radzić sami.
Od początków łańskiego Ośrodka, to znaczy od 1951 roku, jego istnienie wiąże się z

osobą   pułkownika   Doskoczyńskiego   z   ochrony   osobistej   prezydenta   Bieruta;
słyszeliśmy nawet pogłoskę, której trudno dać wiarę, że podczas jakiejś próby zamachu

na Bieruta pułkownik zasłonił go własnym ciałem i poniósł przy okazji niepowetowane
szkody na własnej cielesności. W każdym razie Doskoczyński był długo komendantem

Ośrodka i to komendantem, którego ciężką rękę się czuło: potrafił zapędzić do rąbania
drzewa   nieostrożnego   turystę,   który   wszedł   w   zakazany   las,   potrafił   zastrzelić

chłopskiego psa, który ujadał na dziki, ale potrafił też obdarować zegarkiem gajowego,
który dbał o zwierzynę.

Bo zwierzyna przeznaczona była do odstrzału dla wczasowiczów, których dopiero w
latach osiemdziesiątych zaczynano nazywać prominentami. To z myślą o nich, o ich

polowaniach   rozszerzano   teren.   To   z   myślą   o   nich   dokarmiano   zwierzynę,   żeby
starczyło jej także i na dewizowe polowania, ale to oddzielna, historia i o niej za chwilę.

To z myślą o nich budowano przemyślne parkany, przez które dziki mogły wchodzić do
środka, ale nie wychodziły na zewnątrz; w praktyce jednak nie działało to tak, jak było

pomyślane.
Leśniczówka Lalka, która dała początek łańskiemu Ośrodkowi, była kiedyś ponoć willą

Hindenburga, potem Göringa. Później, już chyba w latach wojny, dobudowano tam dwa
budynki z pruskiego muru. Za polskiej władzy połączono je w podkowę, a oprócz tego

postawiono   wolno   stojące   wille   dla   najważniejszych   gości.   Widzieliśmy   kilka   zdjąć,
które   dają   pojęcie   o   kalibrze   tych   gości.   Gomułka   z   Chruszczowem   na   stanowisku

strzeleckim   albo   Gierek   grający   w   bilard   z   Tito.   Słyszeliśmy   też   o   butelkach
francuskiego wina, które prominenci „znajdowali w swoim pokoju“.

Najgorszy dla okolicznych wsi, ale najlepszy dla dzików okres to lata siedemdziesiąte:
wprawdzie   strzelano   do   nich   gęściej,   ale   co   się   nażyły!   Polowanie  stało   się   niemal

oficjalnie uznaną dworską rozrywką. Jeden z ówczesnych ministrów, zastrzegając sobie
anonimowość, opowiedział nam, że chociaż mdli go na widok krwi — jeździł do Łańska,

kiedy   tylko   mógł   się   załapać,   bo   podczas   polowania   można   było   załatwić   z

7

background image

Jaroszewiczem o wiele więcej niż na posiedzeniach rządu. Dziki i sarny dokarmiano,
żeby były okazałe, tęgie i żeby łatwiej było w nie trafić.

W okresie „rozliczeń“ wysuwano zarzut, że zwierzętom wystawiano jedzenie w takie
miejsca, żeby można było do nich strzelać przez okno, nie wychodząc z pokoju, ale to

nie   wydaje   się   prawdopodobne,   choćby   ze   względów   bezpieczeństwa.
Prawdopodobniejsze, że urządzano safari — polowania z samochodu.

Apetyty myśliwych, a i rosnąca ich liczba (przypomnijmy, że Polska, podówczas potęga
gospodarcza świata, kupiła od Belgów licencję na produkcję broni myśliwskiej, której

specjalnie   zaniżone   w   cenie   egzemplarze   rozdzielał   sam   premier)   domagały   się
rozrostu terytorium Łańska. W stolicy, w województwie, nawet w urzędach gminnych

zaczął kursować złowróżbny twór nowomowy: wieś zanikowa. Wsie miały zanikać, a
ośrodek się rozrastać.

Spójrzcie na mapę. Jeżeli jest dostatecznie stara, zobaczycie 20 kilometrów na południe
od Olsztyna, między jeziorami Łańskim i Płusznem, wsie Orzechowo i Rybaki. W istocie

już   ich   nie   ma   i   nie   dowiemy   się   nigdy,   czy   najpierw   wydano   na   nie   wyrok,   a   w
konsekwencji ich mieszkańcy wyjechali, czy odwrotnie, wieś się wyludniła i dopiero

wtedy stała się „wsią zanikową“.
Gdyby nie Sierpień 1980, zanikowe byłyby jeszcze wsie położone wzdłuż szosy Olsztyn-

Szczytno: Kaborno, Wygoda, Trękus. Naczelnik gminy Purda, do której należą, skarży
się, że chociaż Łańsk zajmował ćwierć terenu, którego jest gospodarzem, nie miał tam

wstępu. Jak ociemniały, rządził czymś, czego nigdy nie widział.
—   W   niedzielę   na   wszystkich   drogach   stały   patrole   wojskowe,   jakby   wojna   była.

Mogłem się tylko domyślać, że Jaroszewicz poluje. Jaroszewicz i Wieczorek trzęśli tu
wszystkim. Ja nic nie miałem do gadania.

Rozrost   Łańska   zaczął   się   wcześniej,   jeszcze   w   latach   sześćdziesiątych.   Ośrodek
potrzebował zaplecza żywnościowego. Postanowiono utworzyć specjalny PGR, który by

zaopatrywał łańskich gości. Wybór padł na wieś Rybaki.
Wtedy jeszcze nie wydawano tak masowo paszportów emigracyjnych jak w następnej

dekadzie, ale kto mieszkał w Rybakach, tego namawiano, żeby złożył podanie. Nikomu
do duszy się nie zajrzy, czy już przedtem chciał z Polski wyjeżdżać, a tu nawijała się

sposobność, czy wahał się, ale jeżeli w ślad za namową mogła przyjść groźba, lepiej

8

background image

wiać, póki puszczają Ktoś powiedział, zanadto złośliwie, że w sto lat po wielkopolskiej
Hakacie Polacy biorą odwet. Zanadto złośliwie, bo odwet na kim — na Niemcach? Nie

na Niemcach, tylko na Warmiakach, którzy musieli zadeklarować, że są Niemcami, jeżeli
chcieli wyjechać.

W Rybakach pobudowano PGR, w którym pracują żołnierze. Dzięki temu nikt im nie
zawraca głowy takimi głupstwami jak rentowność produkcji: siła robocza praktycznie

nie kosztuje. PGR ma grunty rozrzucone w trzech różnych gminach po to, żeby — jak
mówią rolnicy — móc spalić więcej oleju na dojazd, dowóz, przywóz. PGR ma sprzęt, ma

terenowe samochody „Niwa“, ma wapno magnezytowe, wszystko. Jednego tylko nie ma:
przestrzeni. Chciałby więcej i więcej. Dyrektor proponował jednemu z dwóch ostatnich

rolników ze wsi Pluski wykup jego gruntów. Kiedy usłyszał odmowę, powiedział:
— My was i tak wykurzymy.

PGR-owi   nie   były   potrzebne   w   Rybakach   domy   po   tych,   co   wyjechali.   Najczęściej
stosowano metodę łańcuchową: dom opasywano łańcuchem, do którego zaprzęgano

traktor. Zostały podobno domy po Tomaszewskim i po Dotkowskim.
Dom Tomaszewskiego ma swoją historię. Kupił go od rolnika jakiś działacz ZSL, który

wcześniej wiedział, że państwo będzie wykupywało cały teren i że sporo zarobi. Obiecał
przy tym Tomaszewskiemu, że załatwi mu przydział mieszkania w Olsztynie. Potem z

przydziału nic nie wyszło, a w Rybakach płacono odszkodowanie, które trafiło do rąk
zeteselowca.   Tomaszewski   się   wściekał,   ale   prawie   wszystko   było   w   porządku:

eksmitowano go do Stawigudy.
Napór   „polskiej Hakaty“  wytrzymywały  dwa   domy.  W  jednym  mieszkali  Hanowscy,

starsi ludzie, którzy oświadczyli, że się nie ruszą. W drugim — Maryna Bromkowa,
dziennikarka   olsztyńskiej   rozgłośni,   kolekcjonerka   folkloru   mazurskiego   i

warmińskiego. Hanowski był inwalidą, mógł się poruszać tylko na wózku i to jeszcze
bardziej zobowiązywało Bromkową, która miała trabanta, żeby ich nie porzucić.

A jednak złamano ich opór. Zaczęło się od tego, że pozamykano niektóre drogi, tak że
Hanowska   musiała   krowy   na   pastwisko   nie   opodal   gnać   3   kilometry.   Potem

podniesiono im podatki. Wokół obejścia krążyły buldożery, a do tego doszły normalne
kłopoty egzystencji na wsi, gdzie nie ma ani sklepu, ani autobusu, ani telefonu: każde

głupstwo, każdy bochenek chleba wymagał pomocy Bromkowej i nie ona, ale Hanowscy

9

background image

pierwsi nie mogli tego znieść.
Chcieli sprzedać swój kawałek lasu — wyceniono go na grosze. Potem chcieli zamienić

swój dom — oferowano im gorszy w Gągławkach, miejscu też nie lepszym. Wreszcie
złamali się i zrobili to, czego od nich oczekiwano od dawna: złożyli podanie o emigrację.

Dostali paszporty niemal natychmiast.
Przed wyjazdem na zawsze stary Hanowski poprosił Bromkową, żeby go zawiozła do

lasu, gdzie jako młody chłopak chodził z dziewczynami. Patrzał i płakał. Bromkowa
mówi, że i ona płakała. Z żalu i wstydu. To jej kraj wypychał starego inwalidę.

Po dziesięciu latach odwiedziła Hanowskich w Bochum.
— Są szczęśliwi i nie są — opowiada. — Bardzo zewnętrznie przyjęli tę niemieckość.

Ale żyją, nikt im niczego nie wymawia...
W drugiej wsi zanikowej, w Orzechowie, pozostał duży kościół, cmentarz i leśniczówka.

Wszyscy dawniejsi rolnicy wyjechali. Nie zmogły ich dziki, ale administracja.
Z zanikowej wsi Orzechowo do zanikowej wsi Pluski wiedzie zanikowa szosa: przy

obydwu wylotach jest zakaz ruchu, ale my jedziemy. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że
postępujemy tak samo jak rolnik z Plusek, Gerard Romahn, którego władzom nie udało

się wykurzyć.
— Jeździłem tędy i będę jeździł — mówił Romahn strażnikom.

Pluski   też   miały   zaniknąć.   Stawało   się   to   coraz   bardziej   oczywiste,   w   miarę   jak
mieszkańcy   Plusek   łatwiej   niż   inni   dostawali   paszporty.   Kto   wyjechał,   tego   dom

burzono. Romahn się wściekał: był przewodniczącym rady sołeckiej i wiedział najlepiej,
ile wieś ma potrzeb, ile rodzin gnieździ się w ciasnocie, więc burzyć?!!

Zwrócił się z tym do gminy, ale w gminie powiedziano, że to nie oni. Nie oni — więc kto?
Dopiero   w   województwie   wyszło   na   jaw,   że   wsią   Pluski   rządzi   nie   Stawiguda,   nie

Olsztyn,   a   bezpośrednio   Warszawa.   Urząd   gminy   zaczął   sprzedawać   działki   pod
indywidualne budownictwo, a Urząd Rady Ministrów to wstrzymał. Siostra siostrze nie

mogła ziemi przekazać, bo między nimi stał Urząd Rady Ministrów. Długi cień Łańska
kładł   się   coraz   większym   ciężarem   na   życie   Plusek:   rolnictwo   wymaga   oddechu,

wieloletniej perspektywy, podstaw do kosztownych decyzji — a tu lada dzień groziło, że
ich wcielą do Ośrodka.

Rada   sołecka   zwróciła   się   do   olsztyńskiego   sekretarza,   do   Leona   Kłonicy.   Ten

10

background image

powiedział, że sam jest za krótki, ale spróbuje im wyjednać spotkanie w Warszawie.
Pojechali całą grupą do Gierka. Gierek nikomu nie odmawiał. Powiedział, że Pluski nie

zostaną włączone do Łańska, tylko że zbuduje się tam sanatorium dla górników. Na
szczęście   dla   wsi,   choć   na   nieszczęście   dla   kopalń   na   sanatorium   nie   starczyło

pieniędzy.
W każdym razie od czasu tej wizyty w Warszawie, od 1976 roku, cień znikł, Pluski

odetchnęły. Skończyła się groźba Hakaty zmasowanej, zaczęła się Hakata indywidualna.
Kto miał ładny dom, a jeszcze nad samym jeziorem, tego odwiedzał potencjalny kupiec i

obiecywał, że gdyby właściciel decydował się odsprzedać, to paszport da się szybko
załatwić.

Umówiliśmy się z naczelnikiem gminy Stawiguda, Zygfrydem Gładkowskim, z nadzieją,
że się dowiemy, ilu mieszkańców Plusek wypchnęły z Polski dziki, a ilu wczasowicze.

Ale naczelnik pełni swój urząd od niedawna, wiele rzeczy zna tylko ze słyszenia, czyli
tak jak my.

— Widzę po wysokości odszkodowań — powiedział — że teraz dziki już tu nie rządzą.
W   latach   siedemdziesiątych   ogromny   teren   Ośrodka   ogrodzono   parkanem;

przypadkiem   natknęliśmy   się   na   człowieka,   którego   żona   pracowała   w   olszyńskim
„Metalzbycie“   i   od   którego   usłyszeliśmy,   że   cały   przydział   metalowej   siatki   na

województwo   zużywał   właśnie   Łańsk.   Ta   siatka,   jak   powiedział   Erwin   Kruk,
separowała   władze   od   rzeczywistości;   w   intencji   administratorów   Ośrodka   miała

jednak   uwięzić   zwierzynę.   Tam,   gdzie   teren   Ośrodka   przecinały   szosy,   budowano
parkan wzdłuż drogi. Przy drogach dojazdowych, opatrzonych znakiem zakazu wjazdu,

były specjalne kieszenie i coś w rodzaju zapadni: dzik nie mógł wyjść.
Nie mógł przez parkan, to kopał pod parkanem. A gdzie sam na to nie wpadł, podsuwał

mu dobry pomysł rolnik, który chciał dostać obfite odszkodowanie. W kilku miejscach
wykryto, że siatka była przecięta. W jednym, w gminie Purda, nieuczciwego rolnika

postawiono pod sąd: znęcił dziki grochem, ułatwił im wyjście na swoje zachwaszczone,
nie uprawiane pole — po czym od PZU zażądał odszkodowania za zniszczone uprawy

grochu, sześciokrotnie wyższego niż za zboże.
To tylko egzotyczne wyjątki. Proza życia była inna. Ludzie koczowali na polach w nocy.

Palili ogniska, żeby odstraszyć dziki. Ciepło ognia nie ogrzało ojca Gerarda Romahna z

11

background image

Plusek; po jednej takiej nocnej wachcie zaziębił się i umarł. Strzelać do dzików nie było
wolno. Elektrycznego pastucha (drutu pod napięciem, okalającego zasiewy) używać nie

pozwalano. Niektórzy próbowali zostawiać na polu uwiązane psy, ale bywało, że dziki
zjadały psa. We wsi Przykop zdarzyło się nawet, że dzik uwiązł w obroży po psie,

którego zjadł.
Dlatego   o   dzikach   mówiono   przy   każdej   okazji,   na   zebraniach   partyjnych   i   na

imieninach, w kościele i w knajpie. Wytworzyła się specjalna kultura walki z dzikami —
budowano strachy, dźwięczadła, cudaki. — Socjalizm mi tak nie dopiekł — powiedział

Gustaw Niwera — jak dziki. Tyle że gdzie indziej i dziki, i odszkodowania za nie były w
jednym   ręku,   w   nadleśnictwie.   W   Łańsku   inaczej:   dzikami   rządził   Łańsk,   szkody

wypłacali leśnicy.
— Rok przed Sierpniem samo tylko nadleśnictwo Nowe Ramuki wypłaciło za dziki 28

milionów złotych — powiada naczelnik gminy Purda, Stanisław Szozda. — Od tamtej
pory wszystkie ceny poszły w górę, a wysokość odszkodowań przeciwnie: w 1986 roku

było jedynie 6 milionów.
Nie tylko zmniejszono obszar Łańska z powrotem do rozsądnych rozmiarów, ale tereny

oddano w administrację lasów. Fachowcy od leśnictwa ustalają teraz, jaki powinien być
stan   zwierzyny,   i   oni   też   odpowiadają   za   odszkodowania.   Pan   Eugeniusz   Pucek   w

Okręgowym Zarządzie Lasów Państwowych w Olsztynie pokazuje nam, jak z roku na
rok   na   łeb,   na   szyję   spada   tak   zwana   powierzchnia   zredukowana   szkód   w   dwóch

nadleśnictwach,   które   obejmują   teren   Ośrodka   w   Łańsku:   w   1980   roku   —   381
hektarów, później kolejno 275, 214, 201 hektarów i... w 1984 roku znów skok w górę:

465 hektarów.
— Co sią stało?

— Żniwa sią przeciągnęły, zboże było o miesiąc dłużej na polach niż zazwyczaj. To dla
zwierzyny tak silna pokusa, że żadna siatka nie pomoże. Ale już w następnym roku —

151 hektarów. W jeszcze następnym — 139.
Łańsk zszarzał, spokorniał, zamknął się w sobie. Nie chciałby, żeby mu wypominać

dawne grzechy. Nie tylko minister z żalem odmawia nam pomocy. Także Najwyższa
Izba Kontroli skwapliwie  chwyta  się  wymówki.  Zwróciliśmy się  do  NIK  z prośbą  o

wyniki badania, jakie przeprowadzono w Łańsku — kiedyż by indziej? — w 1981 roku.

12

background image

— Bardzo żałuję — odpowiada wicedyrektor delegatury w Olsztynie — ale mieliśmy w
biurze pożar, nasze archiwum to teraz sto worków pomoczonych papierów, bezładnie

upchanych w wypożyczonej piwnicy, a poza tym: czy było rzeczywiście jakieś badanie?
Było, było i akurat w tej sprawie nie ma się czego wstydzić: większość zaleceń NIK

została wcielona w życie ku pożytkowi łańskich sąsiadów. Znamy je z drugiej ręki, więc
znów nie możemy ręczyć za ścisłość. Z ustaleń pokontrolnych, sformułowanych w lipcu

1981   r.,   wynika,   że   wiele   spraw   Ośrodka   Urzędu   Rady   Ministrów   w   Łańsku   było
prawnie nie uregulowanych oraz że OURM miał hamujący wpływ na gospodarkę rolną,

a przez to stymulujący na decyzje o emigracji.
Jeden z punktów zaleceń pokontrolnych brzmi:

„Niezbędne   jest...   zobowiązanie   wojewody   olsztyńskiego   do   dokonania   weryfikacji
wszystkich   transakcji   kupna   —   sprzedaży   na   cele   rekreacyjne   budynków   po

opuszczonych gospodarstwach rolnych pod kątem prawidłowości i zgodności z prawem
zawartych transakcji, rzetelności i prawidłowości dokonanej wyceny tych obiektów i

zasadności stosowanych ulg“.
Ponadto   ustalono,   że   szef   URM,   minister   J.   Wieczorek   oraz   szef   OURM   płk   K.

Doskoczyński robili interesy nielegalne, ale nie dla korzyści własnej; założone przez
nich przedsiębiorstwo „Polskie Bory“ organizowało polowania dewizowe, a sporą część

zysków (kontrolerzy NIK wyliczyli dokładne sumy w dolarach, markach, frankach i
szylingach)   odprowadzano   na   bok   i   finansowano   z   nich   potrzeby   Ośrodka;   między

innymi kupowano zachodni sprzęt, broń, amunicję i samochody,  a nawet paszę dla
zwierzyny!

Dzięki temu zapewne dostojni goście, korzystający z Ośrodka, mogli ukoić patriotyczne
sumienie, jeżeli czasami zapiekło: wprawdzie za sprawą Łańska trochę ludzi wypchnęło

się z Polski, ale też do Łańska przyjeżdżali myśliwi z Republiki Federalnej i jeszcze
zostawiali dewizy, więc w sumie można liczyć, że wychodzi na plus.

 
 

13

background image

 Nienawiść

 
W   styczniowy   poranek  1945   roku  Józef   Sznarbach   z   Majd   szykował   się   świętować

pierwszy dzień wolności: słychać było już nie tylko artylerię, ale karabiny maszynowe.
Rano   żona   wzięła   Walerię   na   strych:   zobacz,   powiedziała,   Rosjanie   idą,   oni   nas

wyswobodzą i będzie wreszcie koniec tej udręki. Waleria pamięta dokładnie, że matka
tak właśnie powiedziała: Rosjanie nas wyswobodzą.

Józef Sznarbach był przed wojną lokalnym działaczem Związku Polaków. Córkę wysłał
aż na Śląsk do liceum w Tarnowskich Górach, żeby mogła zrobić polską maturę. Do ich

domu wciąż zachodził niemiecki tajniak, bo starostwo chciało mieć Sznarbachów na
oku. Kiedy dom się spalił, musieli sami sobie cegłę wypalać, bo niemiecka cegielnia

odmówiła   im   sprzedaży.   Ale   co   mu   mogli   zrobić?   Miał   24   hektary,   był   dobrym
gospodarzem, finansowo niezależnym. Władze sobie, a on sobie.

Sytuacja   się   zmieniła   z   chwilą   wybuchu   wojny.   Sznarbacha   wzięto   do   obozu
koncentracyjnego   jako   wroga   Rzeszy.   System   hitlerowskiej   sprawiedliwości   działał

okrutnie, ale i precyzyjnie: ponieważ niczego mu nie udowodniono, z obozu wkrótce
wrócił i wojnę do końca przeżył spokojnie u siebie w Majdach.

W  pierwszy  dzień  wolności,   i  to   wolności  nie   po   sześciu   latach,   jak  w  wyzwalanej
Polsce, ale po sześciu stuleciach niemieckiego panowania na Warmii, Józef Sznarbach

poszedł do kuma z sąsiedniej wsi wypić za zwycięstwo. Kiedy wracał wesoły przez las,
zatrzymał go radziecki patrol.

— Ty partyzan.
— Ja?! — oburzył się Józef. — Ja tu za Polskę walczyłem!

Weszli do najbliższej chałupy, żołnierze spytali:
— On znakomyj?

Stara  wieśniaczka,  która  później opowiadała  to  wszystko   żonie  i  córce  Sznarbacha,
udawała na wszelki wypadek, że nic nie rozumie. Rosjanie wzięli jeńca i dołączyli do

innych. Pierwszy dzień wolności był dla niego zarazem pierwszym dniem niewoli. Do
domu nigdy już nie wrócił i nie wiadomo nawet, gdzie zginął. Matka Walerii w ciągu

dwóch miesięcy zupełnie osiwiała.

14

background image

Wolność miała dla Warmiaków i Mazurów gorzki smak. Trzeci Front Białoruski dorwał
się   wreszcie   do   ziemi   wroga,   żołnierze,   którzy   napatrzyli   się   na   okrucieństwa

hitlerowskie, musieli nienawiść odreagować. Oficerowie polityczni coś im wprawdzie
tłumaczyli, że tu żyje lud z pochodzenia polski, ale frontowy huk głuszy niuanse, a

obcowanie ze śmiercią sprawia, że życie ludzkie ma obniżoną cenę.
Do tymczasowej polskiej administracji płyną meldunki o gwałtach, o konfiskacie koni,

bydła, zboża. Zwycięscy żołnierze, nie mają oporów. Z jakiejś wsi donoszą, że żołnierze
podpalili stodołę, żeby przy ogniu wysuszyć sobie onuce. Baby uciekają w las przed

wyposzczonymi   wojakami,   piękne   mazurskie   puszcze   są   ich   sojusznikiem.   Marta
Niwerowa przez rok się kryła w lesie po tym, jak gruchnęła wieść, że w sąsiedztwie cała

rota   kozaków   zgwałciła   dziewczynę.   W   Rudzie   Rosjanie   zastrzelili   trzydziestu
mężczyzn. Sądząc, że to partyzanci, a kobietę z dziećmi spalili w chałupie.

Opowiadał młody podówczas oficer radziecki, który szedł z oddziałem drugiego rzutu,
że gdzieś w okolicach Ełku, na dawnej granicy między Polską a Prusami Wschodnimi,

zatknięta   była   tablica   z   ręcznie   wymalowanym   napisem:   „Wot   ana,   praikliataja
Germania“. Czytali to jak sygnał do odwetu. Odwet spadł na spokojny lud wiejski, który

ani do polityki się nie mieszał, ani nie był do niej dopuszczany: w Berlinie mawiano o
mazurskich peryferiach z wyższością i z pogardą. Ale narody odpowiadają za politykę.

swoich rządów, choćby się nawet należało do mniejszości etnicznych.
„Stosunek władz radzieckich do naszych układa się na ogół pomyślnie — pisał płk Jakub

Prawin, pełnomocnik Rządu Tymczasowego RP przy Trzecim Froncie Białoruskim w
jednym   z   raportów.   —   Trwa   jednak   nadal   wywożenie   większych   zakładów

przemysłowych. Na domiar złego linia kolejowa Elbląg — Malbork Kwidzyń wraz z
odgałęzieniami   uległa   rozbiórce...“   I   dalej:   „Do   powiatów   sąsiadujących   z

województwem białostockim i warszawskim napływają szabrownicy wozami, grabią
opuszczone   mienie,   dewastują   domy,   wyjmują   okna,   futryny,   rozbierają   piece...

Zabroniłem wywożenia z okręgu mazurskiego wszelkich nieruchomości (mebli) bez
specjalnego zezwolenia“. (15 października 1945 r.)

Stało się więc to, czego chcieli uniknąć działacze mazurscy, kiedy słali memoriały do
rządu lubelskiego i londyńskiego, prosząc o względy dla swoich. Fryderyk Leyk pisał w

apelu:   „Zwracamy   się   przeto   do   władz   wojskowych,   aby   w   słusznym   gniewie   z

15

background image

największą wyrozumiałością obeszły się z naszymi rodakami z ziemi mazurskiej“.
W   sierpniu   1944   roku,   kiedy   front   zbliżał   się   do   Wisły,   a   w   Warszawie   wybuchło

powstanie   i   kiedy   w   całej   już   wschodniej   Europie   grupy   polityczne   o   orientacji
lewicowej   szykowały   się   do   przejmowania   odpowiedzialności   za   swoje   kraje   —

Związek Mazurów, który powstał na Działdowszczyźnie, czyli na terenie przedwojennej
Polski, wysłał emisariuszy do Lublina, do Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.

Parę miesięcy później przyjął ich osobiście Bolesław Bierut.
W memoriale działacze Związku pisali, że polski chłop przez wieki wydzierał mazurskie

i   warmińskie   piaski   lasom   i   teraz   oczekuje   pomocy   i   ochrony   od   polskiej   władzy.
Nawiązywali do bitwy pod Grunwaldem, do komitetów plebiscytowych, do więźniów

Dachau i Oświęcimia. Sugerowali, aby po wyzwoleniu (które wyraźnie było już tylko
kwestią czasu) wstrzymać ruch graniczny, dopóki nie przeprowadzi się „przebudowy

ustroju   na   tej   ziemi“.   Chodziło   o   ochronę   Warmii   i   Mazur   przed   przygranicznym
żywiołem polskim, przed Kurpiami głównie, którzy już ostrzyli sobie zęby na bogactwo

sąsiadów   zza   miedzy.   Niestety,   obawy   autorów   memoriału   okazały   się   trafne,   ale
przestrogi daremne.

W grudniu 1944 r. obradował na temat Warmii i Mazur PKWN, uchwalono nawet, żeby
zwrócić się do radzieckich sojuszników z prośbą o to, „aby ich wojska nie traktowały

ludności mazurskiej na równi z ludnością niemiecką“.
Nie   na   wiele   się   to   zdało.   Ludzie   chowali   się   po   lasach   przed   żywiołem,   najpierw

wojskowym, potem przed żywiołem szabrowników, którzy nocą ciągnęli z pobliskich
Kurpiów,   roszcząc   sobie   prawo   do   indywidualnego   odwetu.   Jakub   Prawin   pisał   w

raporcie do premiera Osóbki-Morawskiego:
„Tereny na ogół wyludnione. Władze Armii Czerwonej mobilizują mężczyzn w wieku od

18 do 55 lat do batalionów roboczych“.
Alfred   Waschto   powędrował   z   takim   „batalionem“   aż   na   Sybir.   Był   strzelcem

wyborowym w wermachcie, ale że do budownictwa miał złotą rękę, parę lat jakoś tam
przeżył i z polskim transportem wrócił.

— Tam fachowca potrafili uszanować. Ja plenny, a kilkunastu ruskich pod sobą miałem.
Większość jednak, jak Józef Sznarbach, nie wróciła nigdy. Był to drugi, po frontowym,

tak   znaczny   upust   mazurskiej   krwi.   Do   batalionów   mieli   iść   tylko   mężczyźni

16

background image

pochodzenia niemieckiego, ale kto w tym. zamieszaniu rozróżnił Mazura od Niemca?
Na   gospodarstwach   zostały   głównie   kobiety   z   dziećmi   oraz   starcy.   W   Archiwum

Państwowym w Olsztynie przechowały się grube teczki ze skargami:
„Wzięłyśmy trochę pościeli i żywności — piszą na przykład dwie kobiety, z których

jedna   dołącza   stwierdzenie   swojego   polskiego   pochodzenia   —   i   udały   my   się   do
sąsiadów;   gdzie   mieszkamy   do   tego   czasu.   Trzech   żołnierzy   polskich   oraz   trzech

nieznanych   mężczyzn  cywilnych   chciało   nas   osadzić   w   dzielnicy   niemieckiej,   na   co
myśmy się nie zgodziły“.

Ludność   niemiecką   grupowano   w  miejscach   wyodrębnionych,   a   za   Niemców   brano
także tych,  którzy nie potrafili  wykrztusić,  że są Polakami,  albo nie  znali polskiego

języka i na pytanie, kto ty jesteś odpowiadali: Mazur. W obozie pracy przymusowej w
Mikoszowie przebywał w pierwszych, powojennych miesiącach Gerard Skok wraz z

rodziną,   późniejszy   działacz   młodzieżowy   w   Olsztynie,   poseł   na   sejm   z   ziemi
mazurskiej.

Ogólne wytyczne na temat traktowania ludności miejscowej były rozmaicie rozumiane
przez rozmaitych funkcjonariuszy. Tymczasowa administracja, z trudem łatając dziury

w obsadzie aparatu władzy, usiłowała zapanować nad żywiołem chciwości i nienawiści,
ale poza meldunkami niewiele potrafiła wskórać. Jeszcze w 1948  r. na posiedzeniu

wojewódzkiej komisji do spraw autochtonów z udziałem takich działaczy, jak Małłek
czy   Wilamowski,   podejmowano   uchwałę,   „aby   poszła   instrukcja,   że   krzywdzenie

autochtonów jest przestępstwem“.
Instrukcja może i poszła, ale kto ją miał realizować? Na tej ziemi, gdzie spotykali się

prawdziwi działacze i szabrownicy, idealiści i złodzieje? Podziały biegły nieraz poprzez
rodzinę: jeden brat w starostwie, drugi w lesie.

—   Do   milicji   nie   było   sensu   wtedy   chodzić   —   mówi   Waleria   Urbańska   z   domu
Sznarbach, a ona wie najlepiej bo przecież wyszła za milicjanta. — Mundurowi w tym

czasie byli tacy sami, jak inni.
Wiele ta instrukcja nie zdziałała, skoro osiem lat później, kiedy powinna już nastąpić

pełna   normalizacja,   przedstawiciel   Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych   na   naradzie
działaczy miejscowego pochodzenia przyznał:

— Od trzech lat walczymy, żeby wykorzystać konstytucję i wyciągnąć konsekwencje

17

background image

karne   wobec   dyskryminacji   narodowej...   żeby   choć   jedna   rozprawa   z   wyrokiem
skazującym... nie możemy się tego dobić...

Widać  z tego,  że  nie  tylko  mundurowi,  ale także  prokuratorzy,  sędziowie,  wszyscy,
którzy reprezentowali polską władzę, traktowali zasadę równości względem prawa z

przymrużonym okiem.
A oto dokumenty z owych czasów, znalezione w archiwach skargi:

„Funkcjonariusze   MO   w   Biskupcu   wybili   okno   z   krzykiem,   że   tu   się   odbywa   tajne
zebranie Niemców. Kiedy mąż i syn poszli na posterunek meldować o tym zajściu, tamci

z   zemsty   potłukli   dalsze   cztery   szyby,   jeden   kopnął   w   plecy   dziesięcioletnią
dziewczynkę“.

Z innej skargi:
„Milicjant zmuszał mnie do zeznania, że noszę chleb partyzantom niemieckim do lasu.

Pod tym pretekstem odebrano mi gospodarstwo, na którym osiedlił się brat milicjanta.
Kiedy my protestowali, milicjant powiedział: — Jak nas więcej przyjedzie z Polski, to

wam pokażemy“.
Waleria   Sznarbach-Urbańska   mieszkała   wtedy   z   matką,   osiwiałą   po   stracie   męża.

Pamięta,   jak   matkę   bili   szabrownicy,   kiedy   nie   chciała   im   oddać   ostatniej   krowy.
Któregoś dnia rano zaszły do chlewika i znalazły tam łeb od ostatniego prosiaka.

Bywały chlubne wyjątki. Ówczesny prokurator wojskowy, pan Kazimierz Markowski,
aresztował w 1946 r. polskiego oficera, który pomagał szabrownikom przewieźć mienie

zrabowane,   nazywane   elegancko   „poniemieckim“   Szef   powiatowego   UB   w
Bartoszycach, Anatol Nykiel, jeździł aż do województwa, żeby wsadzić za kratki dwóch

„patriotów“, którzy poszli po pijanemu do autochtona i zabrali mu konia. Nie te jednak
przypadki zapadały w pamięć i formowały wyobrażenia o polskiej sprawiedliwości i z

pewnością   nie   one   dominowały,   co   można   wnosić   choćby   z   raportu   wicestarosty
olsztyńskiego, pana Jaskólskiego, do pełnomocnika rządu:

„Zmuszony   byłem   wyjechać  do   wsi   Duży   Kleberg   w  pościg   za   osobami   niesłusznie
przeprowadzającymi   rewizje   i   okradającymi   mieszkańców.   Interweniowałem   u

Komendanta Wojewódzkiego w sprawie zatrzymania żołnierzy zabierających żywność i
mienie mieszkańców. Wydawałem zaświadczenia dowodzące pochodzenia polskiego,

żeby nie rekwirowano koni i inwentarza.“ (maj 1945)

18

background image

Nie   każdy   starosta   skłonny   był   ścigać   prześladowców.   Stanowiska   w   administracji
obsadzano   wtedy   w   pośpiechu,   kadr   kwalifikowanych,   a   co   dopiero   czułych   na

mazurską biedę — nie było. W czerwcu 1946 roku wojewoda olsztyński tak mówił do
zebranych starostów:

„Sołtysi, zwłaszcza rekrutujący się spośród przesiedleńców z województw centralnych,
nie wpływają na polską ludność miejscową, aby o pomoc się zwracała. Stale powtarzają

się przypadki krzywdzenia autochtonów przy rozdziale kart żywnościowych i darów z
UNRRA.   Zdarzają   się   wprost   karygodne   naciski   ze   strony   wójtów   i   sołtysów,   aby

Mazurzy i Warmiacy wynosili się za Odrę“.
Władza   próbowała   narzucać swoją   wolę,   mnożąc  okólniki,   polecenia   i   kontrole,   ale

wobec szczupłości oddanych kadr wyniki musiały być mierne. Latem 1946 na skutek
działania   komisji   specjalnej   urzędu   wojewódzkiego   aresztowano   kilku   wójtów   i

sołtysów   za   działanie   na   szkodę   autochtonów.   Ale   cóż   to   znaczyło   w   morzu
nieprawości, jakie się pokonywały na każdym kroku! Stefan Izdebski pamięta, że kiedy

przyjechał   do   PGR   Mojtyny   w   1947   roku   i   został   tam   kierownikiem,   autochtonom
płacono zbożem i do ręki dawano im po... 5 zł na miesiąc! Wyszukał układ zbiorowy i

zaczął ludziom wypłacać po 17 tysięcy. Dyrektor wezwał go do powiatu i w krzyk:
— Czyś ty chłopie zwariował? Przecież to Niemcy!

— Nie żadni Niemcy, tylko Mazurzy — odparował Stefan, który wkrótce potem ożenił
się   z   miejscową   dziewczyną,   Margaritą,   dziś   jedyną   Mazurką,   jaka   jeszcze   we   wsi

Mojtyny pozostała.
Kiedyś   Izdebski   dał   swojemu   robotnikowi   Mazurowi,   u   którego   bieda   aż   piszczała,

zaliczkowo dwa kwintale zboża. Wyrównanie miało nastąpić pod koniec miesiąca, przy
wypłacie, ale już nazajutrz zjechała komisja ze Szczytna: partia, UB, związki zawodowe.

Sabotaż!   Na   szczęście   znalazł   się   między   nimi   jeden   rozsądny,   a   przy   tym   dosyć
wpływowy, żeby powiedzieć:

— Chodzi do roboty? Chodzi! Więc zboże mu się należy, czy to Mazur, czy Polak.
Autochtonom głód i nędza bardziej dała się we znaki niż osiedleńcom. Byli niby u siebie,

a   jakby   obywatele   drugiej   kategorii.   W   uwagach   spisanych   przez   bezimiennego
inspektora dla Komitetu Narodowego Polskiego po objeździe powiatów czytamy:

„Spotkałem   niewiasty   niosące   ocalałe   ostatnie   talerze   i   szklanki   do   sprzedania

19

background image

komukolwiek,   by   zdobyć   kilka   groszy   na   kupno   lekarstwa.   W   wielu   wypadkach
osadnicy z dawnej Polski prosili Mazurów o przyjęcie ich do domów, a obecnie ci sami

osadnicy wyrzucają właścicieli z ich majątku. Trudno przełamać nieufność Mazurów,
których przyjezdni straszą: — Wysiedlą was pod ruską granicę albo sami wyrżniemy i

ani jeden tutaj nie zostanie“.
Aż do przekazania tych terenów polskiej administracji Warmia i Mazury traktowane

były jako zaplecze żywnościowe dla wycieńczonej długim natarciem Armii Czerwonej.
Latem 1945 było tu jeszcze sporo zakopcowanej żywności, której nie zdołano wywieźć,

ale w roku następnym zawitał już głód, bo zapasy zjedzone, a nowe plony nie dopisały.
Zniszczone   były   też,   bardziej   niż   w   pozostałej   części   kraju,   miasta   i   zakłady

przemysłowe (te ostatnie w 82 procentach). Nie oszczędzano „priakliatoj Germanii“, a i
działające   później grupy  operacyjne  Ministerstwa  Przemysłu  nie  myślały  o  odległej

przyszłości:   dobytek   tutejszy   traktowano   jako   zdobycz   wojenną   i   wieziono   w   głąb
Polski, aby kompletować urządzenia fabryczne dla innych województw.

Z materiałów sporządzanych ówcześnie wynika, że z tego, co zostało na spustoszonej
ziemi   mazurskiej,   autochtonom   przypadało   mniej.   Pogłowie   bydła   na   terenach

słynących z hodowli spadło z pięćdziesięciu sztuk na 100 hektarów użytków rolnych
przed wojną do ledwie dwóch sztuk, a miejscowi nie mieli nawet tych znikomych ilości,

przeciętnie inwentarza mieli oni cztero-, pięciokrotnie mniej niż osiedleńcy, bo to ich
właśnie ograbiono. Szczególnie brutalnie w powiatach Szczytno i Pisz.

„Cóż   pomoże   nawet   piękny   gest   wicewojewody,   pana   Keminiaka   —   czytamy   w
opracowaniu archiwalnym z  1946  roku  —  rozdającego odzież  i  żywność pomiędzy

obrabowanych doszczętnie Mazurów i Warmiaków, skoro zaraz następnej nocy banda
zbójecka   im   to   odbiera   i   ludność   za   pobranie   podarunków   katuje.   Wójt   Mazur   w

gromadzie   Wejsuny   zachował   życie   dzięki   przypadkowej   nieobecności.   Wszystkie
przydzielone ludności mazurskiej konie tam zrabowano, rodzinę wójta — do koszuli.

Żadnemu   osadnikowi   nic   banda   nie   wzięła,   a   śledztwo   w   tym,   jak   i   w   podobnych
wypadkach, pozostało bez wyników... Nierzadkie są zabójstwa tych, którzy dopominają

się o zwrot“.
Szabrownicy   z   Kurpiów   zmontowali   ponoć   specjalną   kolejkę   wąskotorową,   która   z

Myszyńca sięgała aż pod Szczytno, żeby sprawniej wywozić mazurskie bydło, sprzęty,

20

background image

nawet domy rozbierane na części. Aby usprawnić sobie ów szaber, potrafili chwytać się
różnych forteli, choćby takich jak we wsi Ruś. Podszywając się pod oficjalną władzę,

kazali   tam   ludziom   w   ciągu   paru   godzin   zabierać   się:   są   deportowani,   pociąg
podstawiony na stacji odległej kilka kilometrów. Kiedy umęczeni autochtoni wrócili, bo

żadnego pociągu, rzecz jasna, nie było, rodzinne domy zrabowane doszczętnie witały
ich oczodołami pustych okien.

Kto nie ucierpiał od szabru czy gwałtu, to przynajmniej wyzwiska go nie ominęły. —
Najgorsze   było   to   ciągłe:   „fryc“,   „Szwab“,   „hitlerowiec“   —   wspomina   dziś   Marta

Niwerowa. Od kilku lat żyje w RFN i dopiero tam bez zahamowań opowiada, czego się
nasłuchała w swojej rodzinnej wsi.

— Kiedyś nazywano nas „polskie świnie“ — mówi gorzko Waleria Urbańska. — Po
wojnie byliśmy niemieckimi świniami.

Nawet   nauczycielki   czasem   nazywały   dzieci   „szwabskimi“   i   rzadko   stawały   w   ich
obronie,   kiedy   inni   uczniowie   przezywali.   Toteż   autochtoni   nagminnie   odmawiali

wysyłania dzieci do szkół. W zapiskach archiwalnych można wyczytać, że jeszcze w
latach pięćdziesiątych we wsi Lężyna w powiecie reszelskim dzieci bojkotowały szkołę.

Podobnie w Barcicach w powiecie mrągowskim 80 dzieci przerwało naukę.
— Po co mamy posyłać je do polskiej szkoły, skoro nie jesteśmy Polakami? — mówili

rodzice. W powiecie olsztyńskim, w Sząbruku i Kluczniku, dzieci po kryjomu uczyły się
w domach niemieckiego — jak wynikało z notatek służbowych nadsyłanych do KW

PZPR.
Żywioł   nienawiści   wydawał   owoce.   Kiedy   w   tamtych   latach   przedwojenny   działacz

warmiński, Jan Lubomirski, szedł na wieś, aby zbierać pieśni folklorystyczne, musiał z
daleka krzyczeć, że nie jest szabrownikiem.

— Psy na mnie wypuszczali, a w międzyczasie chowali maszynę do szycia czy co im tam
jeszcze po poprzednich „gościach“ zostało.

Lubomirski trzyma się jeszcze dobrze, ale myśli się już plączą i żona musi mu pomagać
przy wspomnieniach.

— A pamiętasz, jak przyjechali z Instytutu Sztuki nagrywać pieśni i ktoś im podłożył
pod koła samochodu kloce z gwoździami?

— A jak poczęstowali obiadem i ust nie można było otworzyć od łoju?

21

background image

Gdzieś za Małszewem wybiegła na niego kobieta z łomem: myślała, że będzie zaganiał
do kołchozu, a on tylko chciał stare pieśni ratować przed zapomnieniem. Kiedy inna

Mazurka   wyłamała   się   z   bojkotu   i   zaprosiła   Lubomirskiego   do   chałupy,   młodzież
urządziła   jej   pod   oknami   kocią   muzykę   —   po   niemiecku.   Czasem   udawało   mu   się

wydobyć nuty, ale były zamazane kopiowym ołówkiem.
— Co tu wiele mówić — konkluduje Lubomirski — czuli się Niemcami.

Autochtoni   zamykali   się   w   sobie.   Typowa   reakcja   obronna.   Nie   chcieli   wydać   ani
maszyny   do   szycia,   ani   nut.   Ani   dobytku   materialnego,   ani   kultury.   Ich   szowinizm

obronny, choć nieraz przekraczał, polskie prawo, był odpowiedzią na szowinizm polski.
Syn działacza polonijnego z czasów plebiscytu, Grabosza, zbierał składki na podziemną

organizację niemiecką. W jednym domu, do którego zaszedł Lubomirski po stare pieśni
mazurskie,   widział   na   stole   „Mein   Kampf“,   w   innym   krzyżyk   —   znak   podziemnej

organizacji. Nad drzwiami święty obraz, a na odwrocie portret Hitlera.
— Jasiu, jakąś ty nam Polskę dał? — pytali Lubomirskiego gorzko w Brunswałdzie, bo

wiedzieli, że całe życie był polonijnym działaczem. W tymże Brunswałdzie milicjantowi
spodobało się jezioro, które dzierżawił Mazur-rybak. Przyszedł wraz z kolegą, popili

zdrowo,   rybaka   związali   drutem   i   utopili   w   jeziorze.   Wdowa   zaraz   wyjechała   i
gospodarkę zostawiła, a milicjant przejął ją wraz z jeziorem.

Jan   Lubomirski   mówi,   że   zniszczył   zapiski   z   wędrówek   po   wsiach   w   pogoni   za
folklorem. Przyszły potem takie czasy, że lepiej było nie trzymać w domu notatek z

nazwiskami.
Zadziwiające, jak terror strachu narzucił na te smutne procesy kurtynę milczenia. O

tym, co się naprawdę dzieje na warmińskiej i mazurskiej wsi, nie wiedziano nie tylko w
Warszawie czy Krakowie, ale nawet w Olsztynie, który właściwie w całości zamieszkany

był przez ludność polską. Sołtys wsi Węgajty, a wcześniej student olsztyńskiej Wyższej
Szkoły Rolniczej, Edward Skuracz, opowiada nam, że do dwudziestego siódmego roku

życia   mieszkał   w   mieście   i   nie   miał   pojęcia,   iż   o   dziesięć   kilometrów   dalej   są
pustoszejące wsie, a w nich ludzie mówiący, myślący i czujący po niemiecku.

— Dopiero kiedy ożeniłem się z Marią...
Maria była Warmiaczką. Jej rodzice sposobili się już do emigracji do RFN. Zaręczyny

córki z Polakiem przyjęli jak klęskę i zapowiedź rozbicia rodziny. Edward doznał więc

22

background image

podwójnej   niechęci   i   zaczął   z   opóźnieniem,   ale   jakby   na   przyspieszonym   kursie,
poznawać skomplikowane sprawy ziemi, na której miał żyć i pracować, sprawy, których

tak naprawdę powinni go nauczyć na uczelni. Była to przecież ziemia jego, ale i jego
teściów. Ziemia, którą miał uprawiać, ale i ziemia, którą powinien rozumieć.

W końcu tak się właśnie stało, jak się teściowie obawiali: oni wyjechali, córka wyszła za
Edwarda i została. Zamiast gnieść się w ciasnym pokoiku w Olsztynie, młodzi przenieśli

się   do  Węgajt,   do  domu  opuszczonego   przez   rodziców  Marii.   Dzisiaj  Edward   lepiej
rozumie, że uczucia jego teściów (jak również tych sąsiadów, którzy jeszcze czekają na

wyjazd) są skutkiem nie tylko różnicy w poziomie życia „tu” a „tam“, ale także uczuć, a i
czynów polskiej większości.

Błąd był pierworodny. Krył się w założeniu, że polonizować trzeba za wszelką cenę, bez
kompromisów.   Miało   nie   być   Mazurów,   Ukraińców   lub   Żydów.   Miało   być   jednolite

społeczeństwo socjalistyczne. Kto się nie zgadzał — nie mieścił się w modelu „nowego
człowieka“.

Karykaturalny   kształt   przybrała   ta   idea   w   akcji   weryfikacyjnej,   o   czym   piszemy
oddzielnie. Za grzech, nawet za przestępstwo poczytywano rozmowy prowadzone po

niemiecku,   śpiewy   niemieckie,   nie   mówiąc   już   o   domaganiu   się   mszy   w   języku
niemieckim   czy,   jeszcze   gorzej,   niemieckiej   szkoły.   Dopiero   w   1958   roku   po   raz

pierwszy na naradzie inteligencji olsztyńskiej działacz mazurski Tadeusz Willan miał
odwagę powiedzieć z trybuny: „Trzeba dać ludziom zupełną wolność w przyznawaniu

się do polskiego cży niemieckiego narodu. Bez tej wolności proces budzenia miłości do
Polski skazany jest na niepowodzenie“.

Niestety zabrakło tej mądrości i długie lata jej brakowało. Wydawało się, że siłą można
ludzi przekonać, a strachem ich przeobrazić. Tymczasem ze stosowania siły i strachu

rodziła się tylko nienawiść.
Jak  należało  postępować?  Z  perspektywy  czasu i  tragicznych  błędów,  które  zostały

popełnione, odpowiedzieć łatwiej: należało te ziemie i tych ludzi przywracać Polsce
stopniowo, nie gwałcąc ich poczucia odrębności i nie wydając ich na łup odwetu.

Wśród wielu koncepcji, które starając się dotrzymać kroku historii kreśliły scenariusz
przyłączenia Warmii i Mazur do Polski, były i takie, które to rozumiały. Na przykład

Instytut   Zachodni,   utworzony   przy   Armii   Krajowej,   przewidywał   na   początek

23

background image

utworzenie trzech stref: pierwsza byłaby najściślej związana z Polską, ale przy dużym
udziale   lokalnych   kadr   w   administracji,   druga,   izolowana,   rządzona   według

odmiennych   już   praw   i   trzecia,   strefa   okupacyjna,   a   nie   organiczna   część   Polski,
całkowicie izolowana. Chodziło przy tym właśnie o ochronę mieszkających tu ludzi, o

powolną dekompresję do nowej rzeczywistości.
Grupa „Piaski“ przy Związku Walki Zbrojnej nie przewidywała, podziału na strefy, ale

oparcie   władzy   na   lokalnej   ludności   polskiego   pochodzenia   —   czyli   bez   masowej
deportacji  autochtonów  za  Odrę   i   Łabę.   „Ta   ludność  nie   posiada   wprawdzie   pełnej

świadomości narodowej, ale posługuje się językiem polskim“ — pisano w jednym z
opracowań. Ich liczebność szacowano na 170 tysięcy aż po zupełnie fantastyczną liczbę

700 tysięcy — zależnie od tego, kto liczył.
O memoriale działaczy mazurskich, którzy chcieli złagodzić uderzenie frontu, była już

mowa.   Do   PKWN   wpłynął   także   memoriał,   którego   winniśmy   się   wstydzić:
szowinizmem mógłby dorównać narodowosocjalistycznym pomysłom Niemców. Jego

autorem   był   niejaki   Mieczysław   Rogalski,   który   w   latach   1932-1939   był   polskim
konsulem   w   Prusach   Wschodnich.   Otóż   zaleca   on,   aby   „z   korzeniami   wyrwać   stąd

wszystkie   niemieckie   naleciałości   i   starannie   przesortować   całą   ludność“.   Tym,   co
zostaną, powiada, trzeba stworzyć dobre warunki, bo „Niemcy budowali im osiedla,

organizowali zabawy i w ogóle ich kupowali. A my potrafimy zapewnić rozkwit Prusom,
zrobić je krajem bogatym i kulturalnym bez obcej pożyczki“.

Niestety,   lata   siedemdziesiąte   pokazały,   że   nawet   z   obcymi   pożyczkami   nie
zapewniliśmy regionowi mazurskiemu rozkwitu.

Związek   Mazurów,   organizacja   działająca   wśród   mazurskiej   ludności
Działdowszczyzny,   w   1943   roku   powołała   do   życia   Mazurski   Instytut   Badawczy,   z

którego materiały przekazano do Biura Ziem Nowych. Były tam między innymi i takie
„światłe“ zalecenia, aby „wszystkie pamiątki panowania Niemców usunąć radykalnie i

bezapelacyjnie.   Nie   wolno   ich   pozostawiać,   nawet   mimo   ich   wartości   artystycznej,
architektonicznej   czy   naukowej.   Zniknąć   musi   dąb   Bismarcka   czy   mauzoleum

Hindenburga“. Szowinistyczne pasje można uzasadnić trwającą wojną. Wojna jednak
minęła, a szkodliwy ten jad przesączył się do uprawianej polityki.

Poległ dąb Bismarcka w Jedwabnie, poległo mauzoleum Hindenburga w Olsztynku. Na

24

background image

terenie starego cmentarza w Olsztynie stoją garaże, w Szczytnie — park. Niezbadane są
związki   między   tymi   i   wieloma   innymi   niemądrymi   posunięciami   a   memoriałami

szowinistów sprzed blisko pół wieku. Szowinizm to nie jest niestety choroba, która
przenosi się wyłącznie przez dotyk; ona krąży w powietrzu jak wirus, gotowa wcisnąć

się wszędzie tam, gdzie głupota, prymitywizm, nie spełnione obietnice, gospodarcze
porażki.

Przyszły lata pięćdziesiąte, a wraz z nimi twardy kurs dla rolnika. Mazurzy i Warmiacy
niemal w dziewięćdziesięciu procentach żyli z ziemi i trzymali się wsi. Odpływ do miast

był w tej grupie etnicznej mniejszy niż w innych rejonach kraju, związki z rolą mniejsze
i gospodarstwa większe: tu niemal każdy był kułakiem. Twardy kurs, czyli zapędzanie

do   spółdzielni,   dostawy   obowiązkowe,   brygady   lekkiej   kawalerii   myszkujące   po
strychach   i   temu   podobne   atrakcje   wzbudzały   nienawiść   do   władzy   wszystkich

rolników   niezależnie   od   ich   pochodzenia   czy   regionu.   Ale   Mazurzy   i   Warmiacy,
zwłaszcza ci zrażeni pierwszymi doznaniami po wyzwoleniu, przyjmowali szykany jak

kolejną dyskryminację. Ponadto oni, inaczej niż chłopi z Kielecczyzny czy Lubelskiego,
mieli w zanadrzu szansę  ucieczki za Odrę.  Przypominano  im przecież  często, że są

„Szwabami“.   Kiedy   polska   rzeczywistość   dopiekała,   to   i   oni   mocniej   zaczynali   się
utożsamiać z tamtą ojczyzną.

W   materiałach   dostępnych   w   archiwach,   w   notatkach,   sprawozdaniach   z   akcji   czy
imprez z lat pięćdziesiątych starannie omija się problem mazurskiej odrębności. Jakby

za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   przestał   istnieć   podział   na   przyjezdnych   i
autochtonów, na swoich i obcych. Nie ma sprawy. Instruktorzy z terenu donoszą o

dobrej   albo   złej   propagandzie   wizualnej   lub   agitacji   wyborczej,   kontrolują
wykorzystanie   świetlic   lub   obiektów   sportowych,   zalecają   eksponowanie   portretów

przodowników w bardziej widocznych miejscach. Jak wszędzie.
„Przesyłamy   wam   wzór   rezolucji   w   sprawie   odpowiedzi   tow.   Stalina   ma   pytania

korespondenta «Prawdy»...“ — do olsztyńskiego KW, podobnie jak do rzeszowskiego
czy do bydgoskiego. Można by sądzić, że zostały już tylko problemy walki klasowej,

narodowościowe   znikły;   jedyne   ślady  znajduje   się   przypadkiem,   jak  na   przykład   w
sprawozdaniu referatu historii partii:

„Trójka   starszych   towarzyszy   przeszukuje   akta   po   b.   gestapo   w   poszukiwaniu

25

background image

materiałów o ruchu robotniczym... Trudności są w tym, że członkowie trójki nie znają
jęz. niemieckiego za wyj. autochtona, którego należy sprawdzić i dać mu kogoś pewnego

do pomocy ze znajomością jęz. niemieckiego...“
Życie biegło  swoim torem.  Każdy incydent,  nawet  odległy od jakichkolwiek kwestii

narodowościowych, obrastał natychmiast otoczką plotek: kto był winien, Mazur czy
Polak, a kto poniósł szkodę, Warmiak czy Kurp?

Pod szkołę w Gietrzwałdzie dotoczył się pijany milicjant i zaczął strzelać na postrach.
Uczniowie go rozbroili, broń oddali na posterunek — można więc sądzić, że incydent,

chociaż nieprzyjemny, został zlikwidowany.
Ale nie na Warmii. Milicjant, kiedy wytrzeźwiał, ułożył inną wersję: poszedł pod szkołę,

ponieważ tam się zbiera młodzież, aby śpiewać niemieckie pieśni. Strzelał, bo uciekali.
Jeżeli śpiewają po niemiecku, ktoś ich musi do tego agitować. Za agitację posadzono

nauczycielkę,   Walerię   Sznarbach   —   jak   już   wiemy   córkę   działacza   polonijnego   i
absolwentkę polskiego liceum.

Dziesiątki ludzi pytaliśmy, jakie doświadczenia miały wpływ na ich decyzje o wyjeździe
lub   o   pozostaniu   w   Polsce.   Z   odpowiedzi   wynika,   że   chociaż   przewlekły   kryzys

ostatnich   lat,   tak   ostro   kontrastujący   z   bogactwem   Republiki   Federalnej,   stoi   na
pierwszym miejscu, to i zdarzenia lat minionych nie poszły w zapomnienie. Rabunki i

strach pierwszych dni wolności, rozkułaczanie i mozolna odbudowa tego, co się jednym
gestem   zburzyło,   a   także   ciągłe   zmiany,   zakręty,   odnowy,   wzmagające   poczucie

niepewności — wszystko to przyczyniło się do wyjazdów.
Wielu   starszych   Mazurów   i   Warmiaków   skłonnych   jest   przyznać,   że   pierwsze   lata

można jeszcze rozgrzeszyć zrozumiałą żądzą zemsty.
— Kiedy pojechałam na  wycieczkę do  Majdanka — wspomina  Edyta Wyrwa,  ongiś

mieszkanka   Mrągowa,   dziś   Sensburga   w   RFN   —   zrozumiałam,   że   szaber,   gwałty,
wyzwiska, nawet zabójstwa, to wszystko blednie wobec obozu, który nam pokazano.

Zaprowadzono nas tam na szczęście po obiedzie, bo do końca dnia nikt nie mógł już
jeść.   Pierwszy   raz   w   życiu   wtedy   zgrzeszyłam:   widać   Boga   nie   ma,   pomyślałam,

przecież by na takie rzeczy nie pozwolił.
Nie wszyscy jeździli do Majdanka i nie każdy umiał krzywdy wybaczyć. Słyszeliśmy

nawet, choć z drugiej ręki, o reakcji odwrotnej: Mazurka, której syn odsługiwał wojsko

26

background image

w kopalni i uległ wypadkowi, miała podobno wykrzykiwać, że za mało jeszcze Hitler
pobudował obozów na tych przeklętych Polaków! Niezależnie od takich przypadków,

zapewne skrajnych, niechęć zbierała się jak woda w naczyniu i potem każda kropla,
nawet mało ważne zdarzenie, mogło je przepełnić i popchnąć do wyjazdu.

Waleria   Sznarbach   nie   wyjechała,   nie   myślała   nawet   o   wyjeździć:   czuła   się   Polką,
chociaż   podczas   trzymiesięcznego   aresztu   strażniczka   kazała   jej   trzymać   w

wyciągniętych w górę rękach cegły i krzyczała:
— Ty szwabskie gówno!

Za którymś razem Waleria nie wytrzymała i odpaliła:
— A ty polskie gówno!

Strażniczka uderzyła ją w twarz. Mocniej niż uderzenie Waleria czuła wstyd: że takie
słowa jej, córce Józefa Sznarbacha, przechodzą przez gardło.

O wypuszczenie Walerii starał się młody milicjant, przysłany tu z centralnej Polski po
służbie w Batalionach Chłopskich.

— Co z ciebie za Polak? — wydziwiał szef powiatowego UB. — Niemka to ma bagnet
pod poduszką. Ja cię z tą Szwabką rozdzielę!

— Melduję, że z milicją ślubu nie brałem — odpowiadał Kazimierz Urbański. — Ona jest
niewinna.

Ostatecznie ślub wziął z Walerią, a z milicją rozwód. Dzisiaj już oboje są zgorzkniałymi
emerytami, tamte lata oddziela nie tylko upływ czasu, ale i zmiana poglądów: nie takiej

Polski Waleria czekała, nie o taką Polskę Kazimierz walczył.
— Nie rozumiałem, co to właściwie za ludzie, ci tutejsi — opowiada nam Urbański. —

Dali mi do pomocy jednego z miejscowych. Kto ty jesteś? Warmiak. Znaczy Polak? Nie,
Warmiak. No to kto, Niemiec? Nie, Warmiak.

Parę   lat   później   zbierano   podpisy   pod   Sztokholmskim   Apelem   Pokoju.   Ostatecznie
pokój to pokój, Sztokholm też nie Moskwa — a Warmiacy jak zające chowali się w żyto,

żeby tylko nie podpisać. Tyle było nienawiści i płynącej z nienawiści nieufności.
Nienawiść, jak wahadło raz puszczone w ruch, wywołuje ruch przeciwny i trudno je

zatrzymać.   Niemcy   mordowali   Polaków,   Polacy   mścili   się   na   Niemcach,   Niemcy
odgrywali na Polakach. Mazurzy i Warmiacy brali ograniczony udział w tej grze, ale

koszty ponosili w pełnym wymiarze.

27

background image

 
 

28

background image

 Weryfikacja

 
Jeszcze   słychać   było   oddalający   się   ku   zachodowi   front,   kiedy   świeżo   uformowana

polska władza zabrała się do segregacji ludności: kto swój, kto obcy. Waleria Urbańska
zgłosiła się na ochotnika pomagać w tej akcji. Ukończyła polskie liceum, jej rodzina

znana   była   z   polskiej   orientacji   —   kto   lepiej   od   niej   mógł   się   nadawać   do   akcji
weryfikacyjnej?

Kiedyś   Warmiacy   i   Mazurzy   byli   po   prostu   indyferentni   i   nikt   ich   nie   zmuszał   do
manifestowania swojej narodowej przynależności. Nawet Hitler, kiedy objął władzę,

skupił się na wychowaniu młodych w niemieckim duchu; starszych zostawił w spokoju.
Sprawy zaostrzyły się po wybuchu wojny, kiedy Polakiem być ani się nie opłacało, ani

nie   było   bezpiecznie.  Po   klęsce   Niemiec  i  po   nadejściu  nowej  władzy  wszystko   się
odwróciło: po polskie obywatelstwo zgłaszali się nawet tacy, którzy wcześniej Polaków

prześladowali. I tutaj doświadczenie i pamięć Walerii Urbańskiej były nieocenione. Po
jej opinii takie podania odrzucano.

W kwietniu 1945 roku ogłoszono w Okręgu Mazurskim, czyli mniej więcej późniejszym
województwie   olsztyńskim,   rejestrację   Polaków   miejscowego   pochodzenia.   Za

podstawę przyjęto: język, nazwisko, działalność i przebieg życia. Dwa miesiące później
pełnomocnik rządu polskiego w Olsztynie, płk Jakub Prawin, powołał Polski Komitet

Narodowościowy,   a   do   udziału   w   nim   zaprosił   działaczy   polonijnych   z   tamtych
terenów: Jerzego Burskiego, Waltera Późnego, Pawła Sowę, księdza Jana Hanowskiego i

Juliusza Malewskiego. Był to rozsądny krok: chodziło o to, żeby Warmiacy i Mazurzy nie
czuli się oceniani przez obcych, ale przez swoich…

Rzecz jednak w tym, że członkowie komitetu mieli do akcji weryfikacji i repolonizacji
wiele zastrzeżeń, których nikt nie chciał słuchać. Nie pierwszy i z pewnością nie ostatni

to raz w polskiej historii uczestnictwem sankcjonowano coś, na co się nie ma wpływu.
Karol Małłek, jeden z tych mazurskich polonusów, mówił później:

— Nie można od człowieka będącego pochodzenia polskiego żądań deklaracji, nie ma
bowiem   różnicy   między   zdeklarowanymi   a   nie   zdeklarowanymi   Warmiakami   i

Mazurami.

29

background image

Wstrzymali   się   od   deklaracji   ludzie   o   zdecydowanej   orientacji   niemieckiej,   ale
wstrzymywali   się   też   dumni,   pryncypialni,   niezależni.   Zgłaszali   się   polonofile   i

indyferentni, ale też oportuniści. Dostawali do podpisu deklarację:
„Przyrzekam uroczyście dochować wierności narodowi i demokratycznemu państwu

polskiemu oraz sumiennie wypełniać swoje obowiązki obywatelskie“.
Kiedy   podpisali,   dostawali   stosowne   zaświadczenie   po   polsku   i   po   rosyjsku.   Tych,

którzy nie mieli zaświadczeń, kierowano do prac przymusowych, i to niekoniecznie
blisko stron rodzinnych.

W teczkach archiwalnych roi sią od skarg tych, których nie zapisano „na Polaka“, o wiele
mniej   zostało   śladów   po   skargach   innych,   mianowicie   tych,   których   do   przyjęcia

obywatelstwa   przymuszano.   „Sukcesy“,   osiągnięte   za   pomocą   przymusu
administracyjnego miały się wkrótce okazać pozorne.

Początkowo planowano akcję weryfikacyjną zakończyć do lipca 1946, ale okazało się, że
liczba   nie   rozpatrzonych   wniosków   wciąż   rosła,   mnożyły   się   też.   kwestie   sporne:

radykałowie   chcieli   hurtem   przyjąć   do   narodu   polskiego   wszystkich   Warmiaków   i
Mazurów, fundamentaliści nalegali na ostrą selekcję. Jedni chcieli się pozbyć elementu

obcego   narodowo,   drudzy   zachować   dla   Polski   jak   najwięcej   obywateli.   Kogo   więc
wysłać do Niemiec, a kogo zachować na miejscu? Kto jest Niemcem, a kto nie jest?

Na zjeździe wójtów starostwa olsztyńskiego w czerwcu 1945 roku mówiono, że komitet
osiedleńczy ma za zadanie stwierdzić, „czy Polak mówiący po niemiecku jest Polakiem i

czy Niemiec mówiący po polsku jest Niemcem“. Na zjeździe starostów zastanawiano się,
co zrobić z Mazurem, który należał do NSDAP? Mówi, że go zmuszono, a i tak pracował

dla   Polski.   Albo   jak   postępować   z   rolnikiem,   który   ma   polskie   nazwisko,   mówi   po
polsku, a na pytanie, kim jest, odpowiada: Niemcem?

Lud   tutejszy   nie   miał   świadomości   narodowej.   Przez   wieki   żyli   pod   niemiecką
administracją, chronili swoją mową i obyczaje. Wiedzieli, że są od Niemców różni; nie

zawsze   wiedzieli,   że   są   podobni   do   Polaków.   W   „Na   tropach   Smętka“   Melchior
Wańkowicz pisze o Mazurach zdziwionych, że mówią tym samym językiem, co jakiś

przybysz z Warszawy. Od Niemców doznawali wielu upokorzeń (choćby pogardliwe
powiedzonko:   „Gdzie   kończy   się   kultura,   tam   zobaczysz   Mazura“).   Ale   władza,

administracja, państwo — były zawsze niemieckie.

30

background image

Nawyk życia pod niemiecką administracją przesądził o wyniku plebiscytu w 1920 roku..
Plebiscyt   był   dla   Polaków   klęską,   jak   się   wtedy   mówiło,   większą   niż   bitwa   pod

Grunwaldem   dla   Niemców.   Ledwie   2   procent   mieszkańców   Prus   Wschodnich
opowiedziało   się   za   tym,   aby  być  w  państwie   polskim.   Ale   co   oni   o   tym  państwie

wiedzieli?   Że   jest   słabe,   że   w   stanie   wojny   —   właśnie   wtedy,   latem,   armia
Tuchaczewskiego   ciągnęła   na   Warszawę.   Propaganda   niemiecka   głosiła   o   nędzy   za

sąsiednią granicą, o analfabetyzmie, braku kolei itp. W dodatku opowiadanie się za
Polską   groziło   represjami.   Po   przegranym   plebiscycie   około   9   tysięcy   Mazurów   i

Warmiaków   musiało   emigrować   do   Polsku   Opowiedzieli   się   za   niemiecką
administracją, zostali jednak polską mniejszością i taką chcieli być. Posyłali dzieci do

polskich szkół, po polsku się modlili. Bronili się przed germanizacją. Przymuszanie ich
teraz, aby deklarowali polskość, było posunięciem szczególnie niezręcznym.

— Tamci nas prześladowali za polskość, ci za niemieckość.
Z przekorą typową dla ludzi pogranicza zacinali się w sobie. Deklaracje podpisywali, a

po domach śpiewali i rozmawiali po niemiecku. Nawet ci, którzy za Niemca posługiwali
się na prywatny użytek tylko językiem polskim.

Żal serce ściska, kiedy człowiek pomyśli, ile mogła Polska zyskać, gdyby wówczas miała
światłą   władzę.   I   zamiast   okólników   to   nakazujących   składać   deklarację,   to

ogłaszających triumf polskości, pozwoliła ludziom żyjącym na tych ziemiach od pokoleń
być po prostu sobą. Jak mogłaby wyglądać ta kraina, gdyby jej pracowitemu ludowi

zagwarantowano bezpieczną i stabilną pracę, niezależnie od tego, kim się w głębi duszy
czują i po jakiemu się chcą modlić. Co komu przyszło z tej zadeklarowanej polskości?

Mazurzy   dobrze   pamiętają,   ilu   ich   ziomków   trzymano   w   piwnicy   tak   długo,   póki
deklaracji nie podpisali.

W grudniu 1980 roku na zjeździe literatów w Warszawie olsztyński pisarz Erwin Kruk
mówił: „Lud mazurski oparł się w swojej większości germanizacji przez wiele wieków,

choć był odcięty od Macierzy i często Ojczyzna na plan dalszy spychała jego interesy, a
metody   wynaradawiania   stosowane   przez   Niemców   były   perfidne   i   bezwzględne.

Jednak galopujące tempo wynaradawiania tego ludu nastąpiło dopiero po wyzwoleniu“.
Trudno pokochać ojczyznę, która zaprezentowała się nie jako wyrozumiała matka, a

jako nietolerancyjna, w dodatku niezbyt praworządna macocha. Jednak niezależnie od

31

background image

miłości człowiek musi dbać o swoje interesy, a dla większości Mazurów i Warmiaków
interes w owym czasie polegał na tym. aby pozostać na swoim.

Podówczas   młody   milicjant,   a   dziś   już   emeryt   Kazimierz   Urbański   wspomina,   jak
przychodzili do niego Warmiacy z prośbą, żeby ich bronił przed samowolą:

— Sołtys ma do nas złość, więc zapisał nas na wyjazd!
Rozmawiamy w Gietrzwałdzie, z którego trzydzieści lat później zapisali się na wyjazd i

wyjechali niemal wszyscy Warmiacy — sześćdziesiąt rodzin.
W   tamtych   pierwszych   latach   zaprowadził   kiedyś   całą   grupę   przymuszanych   do

wyjazdu wprost do wojewody: tak i tak, powiedział, ci ludzie czują się tu u siebie i
nigdzie jechać nie chcą! Wojewoda od ręki wystawił pisemko, że mogą zostać. Ktoś z tej

grupy, opowiada Urbański, chciał mu z wdzięczności ofiarować złoty zegarek.
— Uratowałeś pan nas od poniewierki!

Kto wie, ile wówczas oferowano złotych zegarków za to, żeby nie wyjeżdżać. Kto wie, ile
później oferowano złotych zegarków za to, żeby dostać zgodę na wyjazd.

Strach przed poniewierką nie był urojony. Tuż przed frontem albo tuż za frontem, z
rozkazu niemieckich dowódców albo ze strachu przed radzieckimi żołnierzami uciekało

na   Zachód   tysiące   ludzi.   Wielu   wracało   potem   obdartych,   bez   butów,   głodnych,
obrabowanych na drogach. Opowiadali, że w Niemczech morze ruin i jeść nie ma co. W

ojczystych stronach ziemia, choć zniszczona i splądrowana, wydawała się jeszcze ostoją
dostatku.

W  kwietniu  1946   roku  pełnomocnik   rządu  RP  przekazał  starostom poufny   okólnik
Ministerstwa Ziem Odzyskanych,. w którym zaleca ono zmianę polityki w stosunku do

ludności autochtonicznej. Stwierdza się tam, że ludność Polski zmalała o 12 milionów i
nie   można   sobie   pozwolić   na   utratę   choćby   jednej   kropli   polskiej   krwi   więcej.

Proponuje się bardziej liberalnie rozpatrywać podania autochtonów o przyznawanie
obywatelstwa i „doszukiwać się polskości wszędzie tam, gdzie zdawałaby się ona wielce

problematyczna, a nawet wręcz niemożliwa“. Wydano zalecenie, aby skontrolować całą
ludność   autochtoniczną,   wieś   za   wsią,   osada   za   osadą.   Niemców   umieścić   na

specjalnych   listach   do   wysiedlenia,   wszyscy   pozostali   zaś,   „bez   względu   na   to,   czy
złożyli i otrzymali tymczasowe zaświadczenie o polskim pochodzeniu oraz czy chcą

pozostawać w Polsce, a komisja stwierdzi z brzmienia nazwiska, z pracy w polskiej

32

background image

organizacji, z małżeństwa mieszanego itp. — łączność z narodem polskim, muszą być
bezwzględnie wyłączeni od repatriacji“.

Okólników   poufnych   było   więcej,   nie   do   wszystkich   można   dotrzeć,   ale   sądząc   po
metodach, jakimi repolonizację załatwiano w latach późniejszych, przy puszczamy, że

ton tych okólników też się zmieniał.
Jeszcze w latach czterdziestych w sprawozdaniach urzędu wojewódzkiego można się

doczytać troski o nastroje panujące na mazurskiej wsi. Próbowano tłumaczyć opór ludzi
w stosunku do administracyjnych nakazów. W jednym z takich sprawozdań czytamy:

„Akcja   repolonizacyjna   napotyka   trudności   ze   względu   na   akty   bezprawia,   jakie
powtarzają się ze strony nieuświadomionej części społeczeństwa napływowego bądź

też nawet organów administracji i bezpieczeństwa niższych instancji. Jeszcze większe
przeszkody repolonizacja napotyka tam, gdzie stacjonowały oddziały radzieckie, które

w   stosunku   do   deklarującej   się   ludności   miejscowej   operowały   groźbami,   a
faworyzowały tych, co się jeszcze nie zadeklarowali. Przy tym rozsiewano pogłoski o

zapanowaniu na tych terenach innej władzy niż polska“.
Parę   lat   później   ton   sprawozdań   się   zmieni.   Troskę   zastąpią   krytyczne   oceny   pod

adresem   agitatorów,   którzy   nie   dość   skutecznie   prowadzą   pracę   polityczno-
uświadamiającą.   Nikłe   upartyjnienie   (w   wojewódzkiej   organizacji   PPR   autochtoni

stanowili   zaledwie   dziesiątą   część   procentu,   czyli   kilka   osób!)   też   przypisywano
opieszałości   aparatu   i   wyznaczono   zadania   wzmożonej   rekrutacji.   Wyrozumiałość

zniknie  z  oficjalnych  wypowiedzi,  jej  miejsce  zastąpi potępienie  dla  wroga,  którego
trzeba ścigać z całą bezwzględnością. Posypały się aresztowania. Nie tylko tych, którzy

uparcie   odmawiali   podpisywania   deklaracji   lojalności   czy   śpiewali   po   niemiecku.
Represje   nie   ominęły   i   działaczy   mazurskich,   którzy   nie   mogli   się   pogodzić   z

wulgarnym stylem prowadzonej weryfikacji.
Notabene   w   wiele   lat   później,   przy   okazji   kolejnej   dyskusji   na   temat   „sprawy

mazurskiej“, naiwny autor na łamach „Tygodnika Powszechnego“ napisze, że owszem,
Fryderyk Leyk był prześladowany, ale nie jako Mazur, tylko jako działacz PSL... Przecież

wszyscy oni, działacze mazurscy, jak działacze w innych regionach Polski mieli jakieś
poglądy,   zasady,   stronili   od   oponentów,   a   szukali   sojuszników.   Każdemu   z

represjonowanych   zarzucano   jakiś   grzech   polityczny   —   i   chyba   niebezzasadnie.

33

background image

Zgadzały się bez zastrzeżeń ze zmienną linią polityczną tylko nadęte zera.
W listopadzie 1946 roku, kiedy akcja weryfikacyjna powinna być dawno zakończona,

premier   Osóbka-Morawski   na   zjeździe   autochtonów   w   Warszawie   powiedział   dość
patetycznie: „Kto odpycha Mazurów pruskich od polskości, kto Niemców z nich robi, ten

pracuje dla sprawy niemieckiej, a nie polskiej“. Zdawałoby się, że to dosyć jednoznaczna
dyrektywa polityczna. A w parę lat później prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej

w Olsztynie stwierdza jedynie sucho, że „na odcinku pracy wśród ludności miejscowego
pochodzenia nie wszystkie uchwały Partii i Rządu zostały w pełni zrealizowane“.

Próbowaliśmy ustalić, ilu autochtonów właściwie żyło na Warmii i Mazurach, kiedy ich
ziemie   zostały   przyłączone   do   Polski,   i   ilu   jest   obecnie,   ale   to   zadanie   potrójnie

skomplikowane, bo ani kryteria narodowości nieostre, ani terytorium niejednoznaczne
(część dawnych Prus Wschodnich została wszak wcielona do Związku Radzieckiego),

ani wreszcie metody obliczeń wiarygodne. Jest jeszcze wzgląd czwarty: samo liczenie
zakłada pewną segregację, czyli coś, z czym na kartach tej książki usiłujemy walczyć i co

pachnie dyskryminacją. Musimy jednak podjąć ten niewdzięczny trud, zaczynając od
obliczeń, które dziś wydają się prehistorią, bo z 1910 roku.

Otóż spis niemiecki z owego roku wykazuje 328 tysięcy Polaków w całych Prusach
Wschodnich;   za   Polaka   liczono   tego,   kto   posługuje   się   polską   gwarą   mazurską   i

warmińską.   Rok   później   doliczono   się   o   150   tysięcy   Polaków   więcej,   widocznie
zastosowano inną metodę. Ale po dojściu Hitlera do władzy w latach trzydziestych,

kiedy   lepiej   było   nie   być   Polakiem,   a   służby   statystyczne   zaczęły   działać   według
narodowosocjalistycznej ideologii, liczba ludności polskiej stopniała do 61 tysięcy.

Przed Hitlerem zarobki w Prusach Wschodnich były około 15 procent niższe niż w głębi
Niemiec,   toteż  co  rok  blisko  dwadzieścia  tysięcy  młodych  ludzi  wędrowało  stąd  za

chlebem   do   Westfalii.   Hitler   rozbudował   system   „Osthilfe“,   pomoc   Wschodowi:
obniżono   podatki   w   Prusach   Wschodnich,   a   podwyższono   na   pozostałym   obszarze

Rzeszy, ze stolicy popłynęły obfite subwencje na budowę dróg, na tanie kredyty, na
nowe miejsca pracy — a wraz z nimi wskazówki polityki germanizacyjnej. Żyło się tu

wciąż biedniej niż w Niemczech centralnych, ale bogaciej niż w Polsce, więc większość
Warmiaków   i   Mazurów,   która   w   plebiscycie   1920   roku   głosowała   za   Niemcami,

utwierdzała się, że dobrze wybrali.

34

background image

Wraz   z   pieniędzmi   i   polityką   przysyłano   do   Prus   Wschodnich   kadry:   rdzennie
niemieckich obywateli, żeby pomogli wyrównać różnice rasowe i kulturowe. Miasta

pruskie stawały się coraz bardziej niemieckie, wieś pozostawała warmińska i mazurska.
Dlatego po przejściu frontu miasta pustoszały, wieś trwała. Wieśniacy czuli się u siebie.

W książce „Na tropach Smętka“ Melchior Wańkowicz tak opisuje tutejszy lud wiejski:
„Tu, między deltą Wisły i Niemna a Pojezierzem Pruskim i ścianą lasów, w ciągu długich

wieków przedhistorycznych wyrobiła się rasa ludzka bardzo odrębna i odporna, która
przetrwała do naszych czasów. Więcej niż średniego wzrostu, z rozrosłą piersią, z dużą

głową   na   bardzo   silnym,   prawie   że   stożkowatym   karku   związanym   krzepko   z
muskularnym grzbietem“.

Z   blisko   miliona   w   1939   roku,   ludność   Prus   Wschodnich,   a   ściślej   tej   południowej
części, która miała przypaść Polsce, stopniała do 200 tysięcy pod koniec r. 1945: kto nie

uciekł   na   Zachód,   ten   pojechał   na   Wschód.   Na   100   mężczyzn,   głównie   starców,
inwalidów i dzieci, przypadało 180 kobiet. Zdziesiątkowana społeczność warmińsko-

mazurska potrzebowałaby pół wieku, żeby wrócić do równowagi demograficznej —
gdyby   nie   napływ   repatriantów   i   osadników   zza   dawnej   granicy.   Przez   pierwsze

piętnaście   lat   w   niemal   wszystkich   małżeństwach   „mieszanych“   kobieta   była
autochtonką, mąż przybyszem.

Ilu z tych dwustu tysięcy można uznać za Polaków? Karol Małłek, sam autochton, mówił
o 50 tysiącach. Andrzej Sakson, socjolog, twierdzi, że około 100 tysięcy. Leszek Bełzyt,

historyk — 110 tysięcy. Jeszcze inne źródła sięgają 120 tysięcy.
Był to najwyższy stan polskiego „posiadania“ wśród autochtonów, chociaż statystyki

mówią inaczej: wkrótce zacznie się wielka akcja weryfikacyjna i liczby zaczną rosnąć,
ale wiemy już, co sądzić o ich prawdziwej wartości. Za zwycięskimi statystykami kryły

się   dramatyczne   wydarzenia,   których   smak   częściowo   oddają   comiesięczne   raporty
pełnomocnika   rządu,   pik.   Jakuba   Prawina,   wystukiwane   na   maszynie   bez   polskich

czcionek na odwrocie starych niemieckich formularzy:
„Napływ   podań   o   wyjazd   do   Niemiec   zwiększa   się   zwłaszcza   tam,   gdzie   ludność

kierowana jest do prac przymusowych i gdzie życie polskie słabe“. I dalej: „Do starostw
w terenach zwarcie przez Mazurów i Warmiaków zamieszkałych napływają podania o

przyjęcie w poczet obywateli polskich“ (16 lipca 1945 r.)

35

background image

„Stosunek żołnierzy radzieckich do ludności tubylczej polskiego pochodzenia często jest
niewłaściwy przez traktowanie tej ludności na równi z Niemcami“ (14 września 1945

r.)
„Akcja wysiedlania Niemców ma charakter dobrowolny... Zdarzyło się kilka wypadków,

np.   na   stacji   w   Olsztynie   ograbienia   załadowanych   w   pociągach   Niemców   przez
przejeżdżające oddziały wojsk radzieckich. Władze lokalne miały polecone zwrócenie

szczególnej   uwagi   na   przestrzeganie   poprawnego   stosunku   do   ludności   miejscowej
polskiego pochodzenia, zwłaszcza ze strony organów MO i UBP, które często swym

nieżyczliwym traktowaniem ludności tej na równi z Niemcami sprzyjały wytwarzaniu
sie nastrojów rozgoryczenia“ (15 listopada 1945).

W czasie akcji wysiedlania panowało wiele niejasności, kto Niemiec, a kto Mazur; wielu
urzędników kierowało się własnymi okupacyjnymi urazami. Znana polonijna działaczka

mazurska  Maria  Zientara-Malecka  wraz  z biskupem Bensiem stanęła  pewnego  dnia
1945   roku   na   torach   kolejowych,   aby   wstrzymać  wysyłane  na  Zachód   transporty   i

zapobiec dyskryminacji. Niewiele zdziałała, za to wypomniano jej to kilka lat później,
kiedy usuwano ją z pracy z polskiego kuratorium oświaty. Doczekała się rehabilitacji,

jak wielu dzielnych ludzi tamtego okresu, dopiero po śmierci.
Czy   narodowość   to   urodzenie,   czy   samopoczucie?   Bywało,   że   rdzenni   Mazurzy   i

Warmiacy,   zrażeni   rabunkiem   lub   gwałtem,   zgłaszali   się   na   wyjazd   mówiąc,   że   są
Niemcami. Bywało też, że rodowici Niemcy, którzy zjechali do Prus Wschodnich ledwie

kilka lat wcześniej, deklarowali się jako Polacy, bo chcieli zostać na swoim. Na przykład
w  powiecie Morąg zgłaszali  się  za  Polaków przesiedleni z  Wołynia  Niemcy,  dobrze

władający językiem polskim.
Na ogół w wypadkach wątpliwych wysiedlano. Wprawdzie oficjalna doktryna głosiła, że

to stare polskie ziemie i polska ludność, ale interpretowano ją nader dowolnie. Wielu
polskich komisarzy i pełnomocników sądziło, że Polska jednonarodowa będzie Polską

lepszą. Wierzono naiwnie, że sprawy między Polakami ułożą się same, aby tylko obcych
nie było. Nadchodzące lata miały pokazać, że sprzeczności społeczne i polityczne będą

rozdzierać młode państwo i bez konfliktów narodowych.
Te lata, czyli okres po 1948 roku, zaznaczyły się na Warmii i Mazurach niesławnej

pamięci „wielką weryfikacją“ i wiążą się głównie z osobą Mieczysława Moczara, byłego

36

background image

szefa Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, który został mianowany wojewodą olsztyńskim.
To jemu należy przypisać zasługę, że zweryfikowano 108 tysięcy osób jako Polaków, to

on zwycięsko przeprowadził akcję wypisania i rozdania polskich dowodów osobistych i
to on ma zapewne swój udział w tym, że Warmiacy i Mazurzy zacinali się w sobie i

czekali tylko sposobności, żeby wyjechać. Wiarygodne źródła podają, że o ile w 1948
roku było ich — pozostańmy przy wersji maksymalnej — 120 tysięcy, to w 1956 już

tylko 105 tysięcy (w tym dzieci urodzone po wojnie), w 1970 — 80 tysięcy, żeby po
umowie Gierek-Schmidt w 1975 roku spaść na łeb na szyję do 20 tysięcy! Kilka jeszcze

lat później, w połowie lat osiemdziesiątych, ta liczba spadnie do 6-10 tysięcy.
To   za   czasów   Moczara   właśnie   autochtoni   kryli   się   ponownie   po   lasach,   kiedy   ich

wzywano do podpisywania ankiet na dowody osobiste. Specjalne oddziały Korpusu
Bezpieczeństwa urządzały obławy na opornych. Autochtoni nie chcieli się fotografować

do dowodów, więc dwóch żołnierzy trzymało obywatela pod ręce, a trzeci robił zdjęcie.
Uważny obserwator dostrzegłby może nie tylko zacięte wargi, włosy nie przygładzone,

oczy odwrócone od obiektywu, ale i siniaki.
To   za   czasów  Moczara   kompania   polskich   żołnierzy   zegnała   całą   wieś   nad   jezioro,

wyłuskano jednego krnąbrnego Mazura, trzymano go kilkadziesiąt sekund pod wodą,
po czym pytano: podpiszesz?

To za czasów Moczara lokalni działacze mazurscy byli przesiedlani w środowisko, gdzie
ich nie znano, zwalniani z pracy albo i wędrowali za kratki. To za czasów Moczara

wszechwładni   personalnicy   liczyli   w   sekretnych   kartotekach,   jaki   jest   procent
autochtonów  w   ich   zakładzie   pracy,   i   dbali,   żeby  żaden   się   nie   przedostał   na   zbyt

odpowiedzialne stanowisko.
Autorzy   mogą   mieć   poglądy,   ale   przede   wszystkim   muszą   mieć   uszy.   Chcieliśmy

usłyszeć od Mieczysława  Moczara, czy to, co o nim słyszeliśmy, jest prawdą. Fakty
mogły być wyolbrzymione lub wręcz zmyślone przez jego późniejszych przeciwników

politycznych,   wszak  pod   koniec  lat  sześćdziesiątych   był  jedną   z  czołowych  figur   w
państwie. Słyszeliśmy także, że Moczar miał po latach powiedzieć komuś, że popełnił

sporo błędów, bo Warmiacy podprowadzili go przeciw Mazurom.
Napisaliśmy do Moczara list z prośbą o rozmowę, wyłuszczając nasz zamiar i nie tając

naszego krytycznego stosunku do polskiego szowinizmu, który wydawał się uosabiać.

37

background image

Po   jakimś   czasie   zatelefonowała   jego   żona   mówiąc,   że   mąż   jest   w   szpitalu,   ale   na
rozmowę się zgadza, jak tylko poczuje się lepiej. Niestety, do rozmowy nie doszło; zmarł

wkrótce potem.
Ludzie, którzy mogliby go częściowo choćby w rozmowie wyręczyć, też już albo nie żyją,

albo milczą. A w Archiwum Państwowym w Olsztynie przy teczkach, które mogłyby
opowiedzieć,   jak   naprawdę   przebiegała   owa   wzmożona   repolonizacja,   znajdujemy

adnotacje: „Poufne, nie udostępniać“. Spisujemy więc pospiesznie przynajmniej tytuły
tych teczek: „Akcja weryfikacyjna ludności autochtonicznej“. „Repatriacja Niemców“.

„Wstrzymywanie Niemców-fachowców od repatriacji“. „Repatriacja dzieci niemieckich“.
„Sprawy partii politycznych“. „Sprawy bezpieczeństwa w terenie“. „Sprawy napadów“.

„Sprawy rabunkowe“. „Sprawy graniczne“.
Nie wszystkie materiały dotyczące tego okresu, odległego już o czterdzieści lat, znajdują

się na Zamku. Część nie została nigdy przekazana z Urzędu Spraw Wewnętrznych i
nawet dyrektor Wojewódzkiego Archiwum Państwowego, mgr Józef Judziński, nie wie,

czego dotyczą.
A   w   materiałach   z   lat   pięćdziesiątych   w   archiwum   Komitetu   Wojewódzkiego   PZPR

można   poczytać  o  tym,   jak  harmonijnie   postępuje   praca   polityczna   w  terenie.   Tu  i
ówdzie   są   wprawdzie   niedociągnięcia,   ale   dotyczą   na   ogół   słabej   pracy   punktów

bibliotecznych albo niedostatecznej frekwencji na imprezach artystycznych. Z jakiejś
notatki   dowiadujemy   się,   że   w   kinach   szły   filmy   produkcji   radzieckiej,   polskiej   i

czeskiej,   także   mówiące   o   przebudowie   ustroju   rolnego,   ale   są   wypadki   słabego
uczęszczania   do   kin,   a   w   czasie   wyświetlania   filmu   produkcji   NRD   pt.   »Brunatna

pajęczyna« zdarzało się, że opuszczano widownię.
W   ankiecie   rozpisanej   wśród   nauczycieli   w   1950   roku   wypowiedziało   się   155

nauczycieli   szkół   podstawowych.   Ton   tych   wypowiedzi   jest   „słuszny“,   wyraźnie
podbarwiony   już   stylem   epoki   —   sprawy   należy   widzieć   w   aspekcie   pozytywnym.

Jednak   obok   ogólników   w   rodzaju:   „ustosunkowanie   się   autochtonów   do   Polski
Ludowej jest w znacznej większości gromad życzliwe“, można się dowiedzieć, że „są

jednostki i grupy, które najczęściej z powodów osobistych mówią jeszcze o Niemczech i
do społeczeństwa, i Polski ustosunkowują się negatywnie“.

Z notatki służbowej wynika, że na 8804 uczniów w olsztyńskich szkołach średnich, jest

38

background image

tylko 62 autochtonów i że ich sytuacja materialna jest zła.
Kiedy przyjdzie  okres rozliczeń błędów i wypaczeń,  działacze  mazurscy podsumują

smutny   dorobek   w   kształceniu   autochtonicznej   młodzieży.   W   1956   roku   Bohdan
Wilamowski mówił: „Mamy zaledwie dwunastu Mazurów z wyższym wykształceniem.

Wynika więc, że zaledwie jedna osoba na 10 tysięcy uzyskała dyplom w Polsce Ludowej.
Z tych 12 — 2 ukończyły studia jeszcze na uczelniach niemieckich (około roku 1920), 2

w okresie międzywojennym w Warszawie.
Podobnie ma się sprawa z inteligencją po średnim wykształceniu. Ścisłych danych nie

posiadam, ale według mojego rozeznania jest ich 50-60 osób“.
W 1956 roku wylała się czara goryczy; jak zawsze, kiedy dojrzewała „sprawa polska“,

wynikała z nią razem „sprawa mazurska“. Do sądów sypnęły się, latami odkładane,
sprawy o dyskryminację: w latach 1956-1960 było ich aż siedemdziesiąt, podczas gdy

wcześniej   nie   wpłynęła   żadna.   Ale   charakterystyczne,   że   z   wyjątkiem   trzech,   które
wniósł prokurator, wszystkie były z oskarżenia prywatnego!

Ta liczba byłaby z pewnością większa, gdyby nie tp, że niewielu Warmiaków i Mazurów,
prostych i niezbyt płynnie po polsku umiejących się wysłowić chłopów, decydowało się

włóczyć   żale   po   sądach.   Zresztą   nie   znajdowały   one   należytego   zrozumienia,
rozpatrywano   je   zwykle   jako   niewinne   porachunki   osobiste:   za   wyzwiska   typu

„hitlerowiec“,   „Szwab“   groziło   najwyżej   350   złotych   grzywny.   A   przecież   takie
wyzwiska niweczyły wysiłki pozyskania dla nowej Polski całych grup, całych wsi i osad.

Na   naradzie   inteligencji   miejscowego   pochodzenia   w   1956   roku   po   raz   pierwszy
otwarcie mówiono o błędach i wypaczeniach w stosunku do ludności warmińskiej i

mazurskiej. Walter Późny, po wojnie starosta powiatowy w Szczytnie, w 1950 roku
aresztowany za rzekomy separatyzm, powiedział tam między innymi: „Należę do tych,

którzy właściwe rozwiązanie kwestii mazurskiej widzieli tylko w Polsce socjalistycznej.
Tym bardziej zabolało nas, że właśnie za czasów Polski Ludowej doznaliśmy większej

klęski   niż   podczas   najazdu   hetmana   Gąsiorowskiego,   który,   mszcząc   się   za   zdradę
elektora, brał odwet na ludzie mazurskim. Ponieśliśmy klęskę większą niż za czasów

bytności Napoleona na tych ziemiach, względnie epidemii cholery na Mazurach w XVIII
wieku“.

I dalej:

39

background image

„Dziwią   się   nieraz   ludzie   napływowi,   dlaczego   to   niektórzy   Warmiacy   nie   chcą
przyznawać się do polskości. Mazurzy i Warmiacy nie wchodzili w obręb państwowości

polskiej,   a   więc   nie   mieli   też   poczucia   przynależności   do   narodu   polskiego.   A   my
żądamy dziś, żeby ci ludzie stwierdzali, że są super-Polakami. Żądamy, żeby ten, który

wczoraj jeszcze pod wpływem propagandy niemieckiej wierzył, że jest Niemcem, z dnia
na   dzień   zaczął   wołać:   jestem   Polakiem!   Czas   skończyć   z   pojęciem   repolonizacja.

Naszych ludzi, będących przecież Polakami z pochodzenia, nie trzeba polonizować. Im
trzeba zapewnić uczciwą pracę i ukazać jakąś perspektywę“.

Weryfikacja zakończyła się, zamykając jedną z niechlubnych kart powojennej polityki.
Koncepcja   mechanicznego   oddzielania   Mazurów   od   Niemców   była   oczywistym

szaleństwem. Samo założenie, aby segregować ludzi według ich świadomości, było na
wskroś   nacjonalistyczne.   Nic   dziwnego,   że   plątano   w   powiatach   i   gminach   pojęcie

weryfikacji   z   rehabilitacją,   a   Mazurów   z   volksdeutschami.   Żądając   od   Mazurów   i
Warmiaków,   aby   podczas   weryfikacji   stawali   się   od   razu   Polakami,   można   było

osiągnąć jedynie przeciwny rezultat, i tak właśnie było.
Jeszcze   w   latach   sześćdziesiątych   tworzą   się   nielegalne   organizacje   miejscowej

młodzieży, które starają się utrzymywać kontakt z ziomkostwami w RFN. W 1961 r. w
powiecie Giżycko wykryto taką grupę przechwytując list, w którym młodzi chłopcy

pisali: „Pragniemy walczyć o utrzymanie niemieckości na terenie Prus Wschodnich“. W
powiecie Kętrzyn działała grupa pod nazwą „Front frontu“.

W samym słowie weryfikacja kryła się nieufność do ludności mazurskiej. I coś tu było
na   rzeczy,   jeśli   zważyć,   że   już   w   materiałach   PKWN   można   wyczytać   następującą

wskazówkę na temat Prus Wschodnich: „Musimy pociągnąć do współpracy elementy
miejscowe,   które   jednak   nie   mogą   nigdy   odgrywać   roli   decydującej   i   kierowniczej,

ponieważ: 
1. rozniecają animozje, tworzą koterie, zwalczane są konkurencyjnie przez czynniki

miejscowe. 
2. Nie cieszą się autorytetem, w myśl zasady, nikt nie jest prorokiem między swoimi. 

3. Pozbawione są zwykle, wskutek zżycia się z tą ziemią, obiektywizmu. 
4. Brak im perspektywy ogólnej, jako ludziom zbyt związanym z jedną tylko prowincją“.

Argumentacja   to   żałosna,   ale   widać   podobnymi   przesłankami   kierowano   się   przy

40

background image

obsadzaniu stanowisk w administracji. Na palcach można było liczyć sołtysów Mazurów
czy Warmiaków, nie mówiąc już o innych urzędowych stanowiskach.

Dorobek   procesów   weryfikacyjnych   uzupełnia   gospodarcza   degradacja   ludności
miejscowej w pierwszym powojennym dziesięcioleciu. Było w województwie ponad

300 wypadków pozbawienia majątków na podstawie dekretu z 1948 r. który mówił o
przejmowaniu poniemieckich gospodarstw na rzecz skarbu państwa. Po 1956 r. część

poszkodowanych ubiegała  się o zwrot gospodarstw bądź o  ekwiwalent, ale sprawy
ciągnęły się latami. Z zasady ekwiwalent za utracone mienie wypłacano tylko osobom

zasłużonym dla państwa polskiego. Kiedy ci „niezasłużeni“ składali papiery o wyjazd,
nie mając innego wyjścia, odmawiano im mówiąc, że są Polakami.

— Przecież mamy dokument, że pozbawiono nas własności, bo jesteśmy Niemcami —
skarżyli się.

Posiadacze gospodarstw wywłaszczanych stawali się robotnikami w PGR-ach. Patrzyli
na marnotrawną gospodarkę ziemią i krew się w nich burzyła. W PGR Kraplewo w

powiecie   ostródzkim   dziesięcioletni   las   kazano   zaorać   i   zamienić   w   pole   uprawne.
Kiedy już wykarczowano drzewa i zaorano ziemię, inni fachowcy uznali, że nie nadaje

się ona do uprawy i kazali powtórnie zalesić. Mazurowi o nazwisku Wolf z Olsztynka
odebrano cegielnię pod pretekstem, że glina nie nadaje się do produkcji.

— Ludzie — bronił się Wolf — połowę domów w okolicy z tej cegły zbudowano!
Być   może   „elementom   miejscowym“   brakowało   perspektywy   ogólnej,   ale   posiadali

zdrowy rozsądek, który nie pasował do nowych porządków.
Po   1956   roku,   po   weryfikacji   i   po   zapewnieniach,   że   nigdy   więcej   błędy   się   nie

powtórzą   i   więcej   Warmiaków   ani   Mazurów   nie   utracimy,   powstało   w   Olsztynie
Warmińsko-Mazurskie Towarzystwo Kulturalno-Społeczne. Miało wyrażać prawdziwą

wolę tego ludu, zawiązało się bowiem na zasadach odmiennych, niż zwykło się u nas
powoływać   organizacje   społeczne.   Zlikwidowano   je   ostatecznie   w   1962   roku   pod

pretekstem wadliwej działalności gospodarczej.
Razem z towarzystwem odpływała nadzieja, że uda się naprawić grzechy popełnione w

pierwszym dziesięcioleciu. Nie przymuszano już do deklaracji miłości do Polski, ale też
z   obu   stron   zapanowała   oschłość.   Zdarzały   się   tajemnicze   pożary:   spłonęły

zabudowania kilku mazurskich chłopów, którzy byli ongiś zagorzałymi Polakami — ale

41

background image

czy podpalał ktoś z osadników, czy raczej rdzenni Mazurzy piętnowali kolaboranta, nie
wiadomo, bo sprawców nigdy nie wykryto.

Podania   o   wyjazd   płynęły   nieustającą   strugą,   aż   w   drugiej   połowie   lat
siedemdziesiątych zamieniły się w rwący potok, który „zweryfikował“ autochtoniczną

ludność ostatecznie. Oblicza się, że do RFN wyjechało 115 tysięcy ludzi, do NRD 5500.
Mazury zostały bez Mazurów.

 
 

42

background image

 Działacze

 
Warmiaków i Mazurów, którzy w dawnych Prusach Wschodnich agitowali za Polską,

nazywano   zdrajcami   narodu   niemieckiego,   a   po   dojściu   Hitlera   do   władzy
szykanowano, lżono i bito. Dopiero kiedy odwróciła się karta dziejów i Polska po roku

1945 objęła te ziemie, nadszedł czas nagrody.
Nagroda miała jednakże nader gorzki smak.

Jan   Boenigk,   działacz   oświatowy,   który   zapewnia,   że   jego   nazwisko   pochodzi   od
„Bieniek“, tak pisze w swoich wspomnieniach:

„W   listopadzie   1945   znów   stanąłem   na   powiślańskiej   ziemi...   Praca   dla   ludności
warmińskiej   i   mazurskiej   pochłonęła   mnie   całkowicie,   tak   że   z   szerszym   gronem

dawnych   działaczy   zetknąłem   się   dopiero   latem   1956   roku.   W   sercach   starych
bojowych druhów pałał ten sam żar miłości ojczyzny co przed laty...“

Żar trochę wystygł: jak wynika z innych wspomnień, cele więzienne nie zawsze były
opalane. Wnikliwy czytelnik od razu zapyta, jak to możliwe, żeby na terenie jednego

województwa działacz z działaczem nie mógł się spotkać przez jedenaście lat?
Nie tylko od rządu, ale i od tej ukochanej ludności warmińskiej i mazurskiej doczekał się

Boenigk afrontu. Jego książka nosiła tytuł „Minęły wieki, a myśmy ostali“. Otóż kilka lat
po jej wydaniu na sesji w Ośrodku Badań Naukowych w Olsztynie ktoś zabrał głos i

powiedział:
— Panie Boenigk, panie Malewski, wieki minęły, a wyście ostali na swoich stołkach, a o

sprawie zapomnieliście!
Jak rdza czyha na żelazo, tak działacz polityczny lub społeczny ulega ułudzie, że chociaż

dziś nie tak, to może jutro będzie lepiej? I grzęźnie głębiej, i brnie dalej, i firmuje swoim
coraz bardziej wyleniałym autorytetem rzeczywistość, której jest właściwie przeciwny,

którą chciałby zmienić, ale sił nie starcza.
Tak właśnie było z wieloma działaczami polonijnymi. Przepuszczeni przez wyżymaczkę

stalinowskiego   więzienia,   zrehabilitowani   po   1956   żywią   jeszcze   nadzieję,   że   teraz
wreszcie nastał ich czas, że muszą zostać na stanowiskach, bo gdyby odeszli — przyjdą

inni, na pewno gorsi.

43

background image

Boenigk opisywał czasy niemieckie: na Koziej Górze między Butrynami a Nową Kaletką
założono obóz studentek, które oddziaływały kulturowo-germanizacyjnie na wieś i na

ludność warmińską poprzez rozmowy, śpiewy, ogniska. „W taki to perfidny sposób —
pisze dosłownie autor — studentki niemieckie atakowały polskie serca Warmiaków“.

Nieświadomy czytelnik gotów uwierzyć, że hitleryzm to i była rzeczywiście niewinna
zabawa w śpiewy i ogniska i że to tylko mamy mu do zarzucenia, iż nie polonizował, a

germanizował.
Boenigk w innym miejscu opisuje dzielnego Mazura, Bogumiła Późnego, i jego syna

Waltera. Walter Późny był po wojnie jednym z tych właśnie „bojowych druhów“.
Niektórzy   w   Olsztyńskiem   pamiętają,   że   w   1950   roku   Późny   z   dumą   meldował

prezydentowi   Bierutowi,   że   oto   Szczytno   jest   pierwszym   socjalistycznym   miastem,
ponieważ zlikwidowano ostatniego prywatnego fryzjera. Potem jednak zaczął myśleć

inaczej,   a   co   gorsza   mówić;   został   aresztowany.   Znaleźliśmy   stenogram   jego
wystąpienia na naradzie autochtonów po odwilży październikowej 1956. Powiedział

między innymi:
„Polska   szlachecka   zdradziła   nas,   wyrzekła   się   nas...   Tak   samo   postąpiła   Polska

sanacyjna, Polska Piłsudskiego... To wszystko zmusiło nas, że musieliśmy obrać naszą
własną   drogę,   drogę   radykalizmu,   ludowego   sojuszu   robotniczo-chłopskiego...

Widzieliśmy właściwe rozwiązanie jedynie w Polsce socjalistycznej“.
Można by sądzić, że to zwyczajna w tamtych czasach retoryka. Ale oto po chwili Walter

Późny mówi tak:
„Nie wolno winić ustroju czy władz, lecz zarazem nie wolno nam zapominać o tym, że

władze   składają   się   z   ludzi,   a   ci,   wykorzystując   często   płaszczyk   przynależności
partyjnej czy też mundur, nadawali i nadają jeszcze dzisiaj ton, wydają różne zalecenia,

często inspirują stosunek do naszej ludności. Jest kategoria ludzi, którym się zdaje, że
ziemie   te   będą   na   pewno   nasze,   o   ile   w   jak   najszybszym   czasie   pozbędziemy   się

autochtonów...“
Tutaj Późny dotknął sedna całej nabolałej kwestii warmińsko-mazurskiej. W chwilach

przełomu,   w   czasie   rachunku   sumienia   głośno   rozpamiętywano   popełnione   błędy:
mówiono o ludziach odzyskanych i odpychanych jednocześnie, o nieufności i o polskim

nacjonalizmie, o matce Polsce, która winna być jednakowa dla wszystkich swoich dzieci.

44

background image

Po czym następowała normalizacja — i inicjatywę przejmowali ci, którzy nie mówią, ale
robią. Setki i tysiące drobnych decyzji dryfujących uparcie w tym samym kierunku,

który na następnym zakręcie i przy następnej odnowie będzie znów rozpamiętywany,
analizowany i potępiany.

I oto teraz, blisko pięćdziesiąt lat po wyzwoleniu, Mazury są nasze, ale bez Mazurów.
„Byłem we wsi Burdąg, pytali, kto na tym przysiółku mieszka? To nasz chłop, mówią,

Polak, katolik. A tam dalej? Tu luter, Szwab, hitlerowiec. Dowiaduję się — mówił jeszcze
Późny — że w tym drugim domu mieszkał Tadaj, człowiek, który bił się o socjalizm i o

naszą Polskę Ludową...“
Najprostszy   i   najbardziej   krzywdzący   podział   na   białe   i   czarne,   na   Polaków   i   na

Niemców   był   na   rękę   ciemnym   siłom   po   obydwu   stronach.   Niemieccy   szowiniści
organizowali w imię samoobrony zbrojne oddziały, które w pierwszych latach czasem

prowadziły   działania   zaczepne,   napadały   na   posterunki   polskiej   milicji,   w   paru
wypadkach   nawet   nawiązywały   kontakt   ze   Związkiem   Warmiaków   i   Mazurów,

założonym   w   1948   roku   w   Berlinie   Zachodnim.   Polscy   szowiniści   mieli   wspaniałe
oparcie w coraz wyraźniej się rysującym modelu państwa silnie scentralizowanego: o

wszystkim decyduje Warszawa. W Olsztynie, Szczytnie lub Ostródzie, podobnie jak w
Poznaniu, Radomiu lub Krasnymstawie potrzebni są tylko wykonawcy.

Działacze miejscowi, niezależnie od różnic politycznych, jakie ich dzieliły, w jednym byli
zgodni: chcieli przywrócić Polsce nie tylko te ziemie, ale i tych ludzi. Oni rozumieli,

czego   często   nie   rozumiano   w   Warszawie,   że   rzeczywista,   a   nie   formalna   jedynie
integracja wymaga dłuższego czasu, wymaga uszanowania odrębności cywilizacyjnej i

kulturowej   regionu   warmińsko-mazurskiego,   a   więc   i   większej   autonomii,   a   więc   i
własnych kadr. Stolica miała na to gotową etykietkę: separatyzm mazurski.

Dzisiaj może się to wydawać sztucznie wymyślone, ale wówczas potrzeba regionalnej
autonomii   wyrastała   wprost   z   doświadczeń   dnia   codziennego.   Oto   list   do

wicewojewody, jednego z nielicznych autochtonów, (mówiono o nim, że przed wojną
jako obywatel niemiecki współpracował z polskim wywiadem), pisany w czerwcu 1946

roku:

Do 

45

background image

Pana Sowy w Olsztynie 
Kościuszki 43

Domy i majątki takich ludzi, którzy razem ze mną walczyli, zostały im odebrane, a ich

samych   umieszczono   w   chlewach   lub   podobnych   komorach...   Np.   ksiądz   proboszcz   z
Białut   rozebrał   dom   jednej   Mazurce,   przenosząc   go   sobie   spokojnie   do   Białut   koło

kościoła... W innym wypadku w gminie Lasy, stacja Szomfeld, poczta Geszwałd z okazji
różnych rewizji z majątku Pietrykowskich wszystko wyniesiono, a bydło uprowadzono, zaś

dwa motory elektryczne zabrał 30 pułk w Olsztynie... będzie pan miał okazję starać się o
sformowanie Milicji z samych Mazurów, a potem dopiero będzie można przystąpić do

oddawania domów we właściwe ręce. W innym wypadku ludzie boją się wracać...

Z poważaniem 

Karol Zawiślewski 

Własna   milicja,   własne   władze,   własne   rozumienie   praworządności   może   i   mogły
sprawić to, czego chcieli działacze miejscowego pochodzenia: żeby dokonała się synteza

białka,   żeby   zsiadła   się   bezkształtna   masa   ludzka,   która   nigdy   nie   była   jednolitym
narodem, żeby zapuściła korzenie i trwała, a nie dała się wywiać wiatrom hulającym po

nie uporządkowanej jeszcze Europie.
Tym się kierował Późny, kiedy proponował rozesłanie do terenowych bibliotek książek

choćby po niemiecku, jeśli tak wielu autochtonów nie umie czytać po polsku; niech to
będą niemieckie przekłady Sienkiewicza, niech to będą nawet książki Anny Seghers czy

Stefana Zweiga, byle nie „Mein Kampf“ i literatura nazistowska!
Tym się kierował Willan, kiedy nawoływał do swobody samookreślenia narodowego:

wymuszona   miłość   niewiele   jest   warta,   lepiej   wprowadzić   realistyczną   kategorię
„obywatel polski pochodzenia niemieckiego“, niż siłą nakłaniać do pisania w ankiecie

„narodowość polska“!
Tym   się   kierował   Wilamowski,   kiedy   bił   na   alarm,   że   nawet   nieliczni   absolwenci

studiów wyższych miejscowego pochodzenia są rozsyłani po kraju w imię rzekomej

46

background image

integracji narodowej, zamiast tutaj stanowić zaczyn spoistej lokalnej społeczności.
Może nie należy się dziwić, że ci ludzie i dziesiątki, dziesiątki innych trafiły do więzień.

W   pierwszym   dziesięcioleciu   Polski   Ludowej   nie   trzeba   było   wiele,   żeby   tam
zawędrować. Na Warmii i Mazurach powodów może było jeszcze więcej, bo oprócz tych

samych, co w Polsce centralnej (jak uleganie wrogowi, współpraca z obcym wywiadem,
odchylenie prawicowe, odchylenie lewicowe itd.), był jeszcze separatyzm, szowinizm

lokalny, schlebianie Adenauerowi. Siedzieli po stalinowskich więzieniach komuniści —
czemu by nie działacze polonijni?

W okresie odwilży 1956 roku otworzyły się bramy więzień i pękały wezbrane wrzody
pretensji. Na łamy prasy centralnej wpełzły tytuły w rodzaju „Sprawa mazurska —

nasza!“.   Sądy   zaczęły   pospieszne   procesy   rehabilitacyjne.   Doczekał   się   rehabilitacji
między   innymi   Karol   Małłek,   inny   działacz   mazurski,   któremu   kilka   lat   wcześniej

powiedziano:
— W waszym nazwisku jest o jedno „ł“ za dużo. Radziwiłł też był zdrajcą.

Małłka zdążyliśmy jeszcze poznać pod koniec lat pięćdziesiątych. Chętnie rozmawiał z
rozparzonymi   studentami   z   Warszawy,   ale   tematów   politycznych   unikał,   jakby

rozmówcom pozostawiał wyciąganie wniosków z gorzkich historii, które opowiadał.
Zgorzkniały   i   izolowany   mimo   rehabilitacji,   ostatnie   lata   życia   spędził   pisząc

wspomnienia; ich bohaterowie twierdzą, że sporo poprzekręcał.
Nie   zdążyliśmy   natomiast  poznać  żadnego   z   braci   Leyków.   Emil,   nazywany   czasem

„mazurskim Klossem“, bo krążą o nim legendy, że będąc w wermachcie pracował dla
wywiadu angielskiego, umarł w domu starców pod Olsztynkiem. Kiedy go wypuszczono

z   więzienia   i   mianowano   dyrektorem   Miejskiego   Przedsiębiorstwa   Gospodarki
Komunalnej w Szczytnie, rzucił się na pracę z taką zajadłością, jakby chciał nadrobić

przesiedziany czas. Przy jakiejś okazji, bodaj przy czyszczeniu rur kanalizacji miejskiej,
zaczęto go hamować: cóż to, czy on chce zajeździć swoją załogę na śmierć?

Ludzie   wychowani   przez   pruską   organizację   i   administrację   mieli   inne   niż   Polacy
poczucie obowiązku, inną etykę pracy, inne doświadczenie w obcowaniu z cywilizacją.

Brat Emila, Fryderyk, był prezesem Mazurskiego Związku Ludowego, utworzonego w
1919   r.,   czyli   jeszcze   przed   plebiscytem,   który   przesądził   przynależność   Prus

Wschodnich   do   Niemiec;   w   statucie   MZL   mówi   się   między   innymi,   że:   Mazurzy   są

47

background image

częścią   narodu   polskiego,   —   MZL   uznaje   konieczność   utworzenia   mazurskiego
województwa   z   daleko   idącą   autonomią,   —   językiem   ludu   mazurskiego   jest   język

polski, ale MZL stawia zasadę równouprawnienia języka niemieckiego, którym pewna
część ludności zamieszkującej Mazury bieglej włada niż polskim.

Fryderyk Leyk nigdy nie był ani nie udawał, że był politykiem o orientacji lewicowej.
Kiedy front zbliżał się do granic dawnych Prus Wschodnich, wystosował wraz z innymi

działaczami   memoriał   do   aliantów,   żeby   mieli   względy   dla   ludności   mazurskiej
(piszemy   o   tym   w   innym   miejscu).   Po   wyzwoleniu   został   prezesem   wojewódzkim

Polskiego Stronnictwa Ludowego, okrzyczanego jako bastion reakcji; było jasne, że po
sukcesie lewicy w wyborach 1947 r. i po ucieczce Mikołajczyka z kraju jego rola na

dużej politycznej scenie jest skończona.
Ale pozostawała jeszcze scena mniejsza, lokalna. Leyk wybierał się właśnie na sesję

WRN do Olsztyna, kiedy pod jego dom w Szczytnie zajechała „suka“, milicyjne auto, i
wzięła go na przesłuchanie. Po kilku godzinach powieziono go w stronę Olsztyna, ale

nie   do   więzienia,   tylko   obok,   do   gmachu   województwa.   Wszedł   na   salę,   gdzie
przypinano właśnie ordery zasłużonym działaczom, w tej liczbie i jemu.

— Chciałem głośno wyjaśnić, dlaczego się spóźniłem — opowiedział później Leyk.
Niewiele by mu to pomogło albo zaszkodziło: wkrótce zaczęto go zabierać na dłuższe

wizyty w areszcie.
Leyk nie był nigdy pieszczochem władzy, ale to nie znaczy, że społeczeństwo darzyło go

sympatią.
Kiedy pani Leykowa pojechała odwiedzić rodzinę w RFN, wymalowano jej na oknach

czarną   niezmywalną   farbą   wielkie   swastyki.   Śledztwo   w   tej   sprawie,   jak   opowiada
córka Fryderyka, Lidia, toczyło się uprzejmie, ale niemrawo: milicja chciała, żeby to był

niewinny wybryk chuligański, broń Boże sprawa polityczna. Może i lepiej, że Fryderyk
Leyk nie dożył tego incydentu, który miał miejsce w 1976 r.

We   wspomnieniach   opisał,   jak   tuż   po   wyzwoleniu   zastał   w   swoim   mieszkaniu   w
Poznaniu rodzinę polskiego fryzjera, od której usłyszał:

— Luterski Szwabie, wynoś się do Niemiec, póki nie jesteś sprzątnięty!
Usiłował dochodzić swoich praw do świeżo odzyskanej ojczyzny, poszedł nawet do

sądu i proces wygrał, ale wszystko, co mu się udało od fryzjerostwa wydębić, to był

48

background image

koszyk z talerzami. No, ale to były początki. Swastyki na oknach trzydzieści lat później
stanowią klęskę jego starań o integrację, klęskę jego programu z Mazurskiego Związku

Ludowego: Mazurzy nie zostali uznani za część narodu, województwo nie miało żadnej
autonomii,   język  niemiecki uważany  jest  za wraży.  Gorzkiej ironii całej tej sprawie

przydaje fakt, że niezmywalna farba była zachodnioniemieckiej produkcji: nasze nie są
tak trwałe. Taką samą farbą wymalowano kilkanaście lat wcześniej swastykę i wielkie

„Szwab“ na grobie Michała Kajki, poety mazurskiego, który pisał przed wojną takie
wiersze:

 
Niechaj zabrzmi śmiele

W domu i w kościele
Miły dźwięk naszej mowy,

Aby Boża siła
Lud nasz umocniła

I ożył w nas duch nowy.
 

Galerię działaczy, tak różnych, a tak w gruncie rzeczy do siebie podobnych, można by
ciągnąć jeszcze długo. Może jeszcze opowiemy o Edwardzie Szymańskim, bo tak się

składa,   że   więcej   o   tym   ciekawym   człowieku   wiemy.   Skończył   dwa   fakultety   na
Uniwersytecie w Królewcu, onegdajszej stolicy Prus Wschodnich, która dziś nazywa się

Kaliningrad,   i   napisał   pracę   doktorską   o   ekonomicznym   i   narodowościowym
wyniszczeniu Mazurów przez reżim pruski (ciekawe, czy którakolwiek polska uczelnia

otworzyłaby przewód doktorski na analogiczny temat z naszej hipoteki win?). Co było
do przyjęcia w latach dwudziestych, stało się niemożliwe po dojściu Hitlera do władzy:

Szymański przeniósł się do Polski, ale po 1939 naziści go dopadli i osadzili w Dachau.
Przeżył   obóz   tylko   dzięki   temu,   że   jego   żona,   notabene   Niemka,   dawała   łapówki

kobiecie, której brat był kapo w obozie i od niego zależało, do jakiej pracy więzień
zostanie skierowany.

Kiedy nastała Polska, Szymański miał życiorys wypisz wymaluj na nowe czasy. Nie tylko
był bojownikiem o polskość, nie tylko więźniem obozu koncentracyjnego, ale jeszcze

lewicowcem. Wstąpił do PPR. Został posłem do pierwszego Sejmu Ustawodawczego.

49

background image

Być może mógł był zrobić dużą karierę.
Miał   jednak   istotną   wadę:   kierował   się   własnym   zdaniem.   Równie   dobrze   jak   inni

Mazurzy zdawał sobie sprawę, że jego ziomkom trzeba cierpliwości i pobłażliwości.
Kiedy sprzeczności z centralną polityką narosły, wszechwładny Berman wezwał go do

Warszawy do KC i zażądał legitymacji partyjnej i mandatu poselskiego.
— Legitymację tak, ale mandat...? Nie wyście mnie wybierali i nie wy mnie będziecie

zdejmować!
Zapłacił   za   swoją   zuchwałość.   Dokwaterowano   im   do   mieszkania   jakąś   mocno

„patriotyczną“ polską rodzinę, którą widocznie pouczono, jak ma Szymańskim życie
umilać. Jedyne, czego im oszczędzono i dzięki czemu będziemy mogli dopisać epilog tej

historii,   to   to,   że   pozwolono   synowi   Edwarda   Szymańskiego,   Karolowi,   dokończyć
studia medyczne.

Bo oto co się działo dalej: po 1956 roku niby wszystko się odwróciło, Berman odszedł,
zmieniły się też władze lokalne, Szymański został przewodniczącym komisji do spraw

wyjazdów. Rychło jednak okazało się, że decyzje zapadają gdzie indziej, a komisja ma je
tylko firmować. Rozgoryczony Szymański sam złożył podanie o emigrację i wkrótce

potem wyjechał, osiedlając się w Hesji.
Minęło prawie trzydzieści lat, z doktorem Karolem Szymańskim nawiązał kontakt jego

kolega ze studiów, olsztyński lekarz, który jest i naszym znajomym. Szymański zaprosił
kolegę   i   jego   żonę   na   wspólne   wakacje   w   Schwarzwaldzie   i   od   nich   właśnie

dowiedzieliśmy się, jaką pointę do tej historii dopisało życie.
Starego Szymańskiego nie przyjęto w RFN zbyt wylewnie. Rozgoryczony i schorowany

zmarł   wkrótce.   Zgodnie   z   jego   wolą   syn   kazał   mu   wyryć   na   nagrobku  znak  rodła,
symbol trwania polskich mniejszości rozsianych po świecie z ojczyzną.

Wiele daje do myślenia, że doktor Karol Szymański nie uważa się ani za Polaka, ani za
Niemca, tylko za Europejczyka. Napatrzył się widać dosyć na przykładzie swego ojca,

jakim manipulacjom podlegają patriotyczne uniesienia i jakie szkody potrafią wyrządzić
ci, którzy mają pełną gębę miłości ojczyzny.

Działacze warmińscy i mazurscy czuli się oszukani. Tymczasem po odwilży 1956 roku
znowu byli potrzebni. Młodzieżowy poseł i autochton, Gerard Skok, chodził do swoich

starszych ziomków i przekonywał ich, że trzeba się włączyć do odnowy. Co usłyszał,

50

background image

przytoczymy za reportażem Michała Mońko z „Kultury“ z 21 października 1987:
„Odmówili mi współpracy... Burski, Leyding, Małłek... Mieli nawet pretensję do takich

jak ja.
— To ty, Mazur — mówili — krzywdziłeś Mazurów?!

Skok pytał ich:
— A wy, co? Coście zrobili zaraz po wojnie dla takich jak ja? Siedziałem z rodziną w

obozie, a wy byliście starostami, dyrektorami, wicewojewodami! Ja nie rozumiałem, nie
wiedziałem. A wyście rozumieli! Uczestniczyliście we władzy, w złej władzy!“ Instrukcja

Pełnomocnika   Rządu,   dostępna   wtedy   tylko   wtajemniczonym,   a   dziś   stanowiąca
archiwalny dokument, mówiła: „Pociągnąć do współpracy elementy miejscowe, które

jednak   nie   mogą   nigdy   odgrywać   roli   decydującej   i   kierowniczej“.   Taki   był   sekret
awansu Gerarda Skoka: on sądził, że idzie do góry siłą własnych umiejętności; podczas

gdy w rękach manipulatorów wypełniał jakimś kluczem przewidziany kontyngent: był
reprezentantem młodzieży i zarazem autochtonów. Z obozu pracy wysłano go na kurs,

sprawdził się, został instruktorem zarządu powiatowego ZMP, sprawdził się, przesunął
się oczko wyżej, do wojewódzkiego, znów się sprawdził i tak trafił aż na posła do sejmu.

Posłem  wtedy  łatwo   było   być:   Skok  wcielał   w  życie   uchwały,   rozkułaczał,  krzewił,
agitował,   zakładał,   czasem   tylko   jeździł   do   Warszawy   i   podnosił   rękę,   kiedy   inni

podnosili. Za to trudno było stanąć potem przed ludźmi, którzy go rzekomo na posła
wybrali.   W   starej   gazecie   znaleźliśmy   wystąpienie   Gerarda   Skoka   na

popaździernikowym zebraniu:
„Złym  byłem   synem  swego   ludu,   odwróciłem  się   od   niego   i   dlatego   straciłem  jego

zaufanie. Słusznie nie wybrano mnie do egzekutywy KW, nie chcę iść w poprzek woli
ludzi. Kierować działalnością ludzi może tylko człowiek, który ma ich zaufanie...“

Lud pobłażał jednak synowi marnotrawnemu: Gerard Skok poszedł na studia, potem
był   dyrektorem,   następnie   redaktorem.   Minęły   już   czasy,   kiedy   rewolucja   pożerała

własne dzieci lub trzymała je w więzieniach. Nastał czas inny, czas karuzeli.
Szperając   w   archiwum   KW   partii   w   Olsztynie   znaleźliśmy   niepozorny,   a   ciekawy

dokument: bezimienny donos, choć może przyzwoiciej byłoby powiedzieć „raport“ ze
Szczytna z listopada 1956 roku. Raport jest napisany odręcznie, pospiesznie, jakby jego

autor nie ufał własnej inteligencji i pamięci:

51

background image

„Wypowiedź Leyka na zebraniu wyborczym PKFN w Szczytnie 8 listopada 1956:
Skok   wypowiada   się   w   sejmie   pod   naciskiem   ludzi   nieautochtonów   i   przedstawia

sytuację materialną Polaków miejscowego pochodzenia niesłusznie mówiąc, że im jest
dobrze, gdy jest na odwrót. Sanacja umiała lepiej gospodarzyć niż my“.

O   to   mieli   pretensję   autochtoni:   zamiast   reprezentować   nas   w   stolicy,   działacze
reprezentują stolicę u nas. A niby jak miało być w państwie scentralizowanym do granic

absurdu?   Tylko   że   to,   co   gdzie   indziej   przypisywano   ustrojowi,   tutaj   zyskiwało
dodatkowe zabarwienie narodowościowe.

Rok   po   październiku,   w   1957   odbyła   się   wielka   narada   ludności   miejscowego
pochodzenia. Z perspektywy czasu wiadomo, że żadnym przełomowym wydarzeniem

się   nie   stała   (choć   tak   ją   wtedy   nazywano),   ale   udział   wysokiego   funkcjonariusza
Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych   sprawił,   że   można   było   chociaż   głośno

skonfrontować intencje. Na sali byli wszyscy ważniejsi działacze: Leyk, Późny, Skok,
Willan, Dudzik, Bank. Tuż przed pułkownikiem Broniatowskim z MSW wystąpił Bank i

do pokaźnego zestawu pretensji dużych i małych dosypał jeszcze swoje:
— ...ludność miejscowa, w której sporo półanalfabetów, nie umie dochodzić swoich

praw... niesprawiedliwe wymiary podatków... komu bronić bezbronnej ludności, jeśli
we władzach nie ma naszych przedstawicieli... nastrój rabunkowy minął, ale nie można

powiedzieć,   że   bezpieczeństwo   życia   i   zdrowia   jest   pełne...   dotychczas   władze
bezpieczeństwa były tylko postrachem..., katowanie miejscowej ludności, jakie miało

miejsce podczas weryfikacji, nie wystawiło im chlubnego świadectwa... kiedy spotykam
ob.   Małkowską   z   Olsztyna,   która   jest   zupełnie   łysa   po   przeżyciu   owych   czasów,

przypominają   mi   się   te   czasy   spaczonej   polityki   narodowościowej,   polityki
nacjonalistycznej...   kto   nas   reprezentuje?   karierowicze   lub   półanalfabeci...   ja   sam

usłyszałem w KW: nie chcemy mieć z wami nic wspólnego, jesteście adenauerowcem...
żądamy w powiatach, gdzie większość autochtonów, żeby i przewodniczący PPRN byli

autochtonami... co znaczy jeden Mazur w sejmie... kol. Skok jest w Szczytnie prawie
nieznany... kol. Skok jest gorącym obrońcą „polskiej racji stanu“, która przemilczała zło i

tolerowała nacjonalistyczną politykę...
Płk Broniatowski z MSW nie kłóci się o procenty, nie sięga po demagogię, nie wmawia,

że jest dobrze. Z jego wystąpienia wyziera bezradność wszechpotężnej stolicy: łatwo jej

52

background image

zakazywać, trudniej nakazywać.
— Na Wyższej Szkole Rolniczej w ubiegłym roku było 7 autochtonów, w bieżącym roku

też, my musimy wspólnie z KW z każdym rektorem użerać się, żeby go przekonać, że
trzeba mieć do nich co najmniej taki stosunek, jak do studentów koreańskich, oni też

słabo po polsku...
Trzeba potępiać szykanowanie dzieci w szkole... jedno z najpoważniejszych spaczeń,

jakim była akcja nacisku na przyjmowanie dowodów osobistych... musimy uznać, że są
Niemcy obywatele polscy... myśmy słusznie z pierwotnego projektu dowodu osobistego

wykreślili pozycję narodową, żeby nie było dyskryminacji...
Jeszcze   rok   później,   na   kolejnej   podobnej   naradzie,   Gerard   Skok   przeszedł   do

kontrnatarcia   —   zgodnie   z   ogólnopolskimi   prądami,   według   których   krytykanctwa
zaszło już za daleko, czas mówić o osiągnięciach. Wiele ocen jest krzywdzących, mówił

Skok, bo przecież to nasza poselska interwencja załatwiła pomoc gospodarstwom w
zakupie krów albo zniesienie przepisu, który przeszkadzał w zwracaniu Warmiakom i

Mazurom lasów...
Być może Skok mówił prawdę. Ale była to prawda, która nikogo nie przekonywała.

Zrażeni do autorytarnej i nacjonalistycznej polityki Warszawy autochtoni poczuliby się
lepiej, gdyby im pozwolono na samoorganizację — ale o tym wówczas mowy być nie

mogło, a dzisiaj nie ma już komu się samoorganizować.
Ściślej rzecz biorąc, zawsze jakieś towarzystwo regionalne o charakterze kulturalnym

działało, ale władze trzymały je na krótkiej smyczy. Tuż po wojnie zawiązał się Polski
Związek Zachodni, który stawiał sobie zadanie sprzyjać osadnictwu zorganizowanemu

bez  szkody  dla  autochtonów,  ale   poza   słabo  słyszalnymi  apelami  nie   miał żadnego
wpływu na realne życie. Po październiku założono Warmińsko-Mazurskie Towarzystwo

Kulturalno-Społeczne, które miało integrować, krzewić, pielęgnować itd., ale któremu
rychło wytoczono proces o rzekome nadużycia; emerytowany już dziś adwokat, który

bronił ówczesnego prezesa, powiedział nam, że bez wątpienia chodziło o likwidację.
W to miejsce powstało Stowarzyszenie „Pojezierze“, które miało być przeciwwagą, a

stało   się   kontynuacją   poprzedniego.   Oto   notatka,   znaleziona   w   archiwum   Komitetu
Wojewódzkiego:

53

background image

„Wnioski w sprawie Stowarzyszenia »Pojezierze«. Poufne.
...wartość polityczna wydawanych pozycji nie zawsze była korzystna dla polityki partii.

Np. w czterech tomikach debiutujących poetów dwóch to członkowie PAX, natomiast
Nikodem nie może doczekać się tomiku...

Wojewódzki Zarząd Spraw Wewnętrznych powinien skorygować statut »Pojezierza«,
aby wykluczyć inną niż społeczna działalność Stowarzyszenia (szczególnie wykluczyć

działalność gospodarczą). Jeśli stosunek odpowiedzialnych członków ZG »Pojezierza«
będzie taki, że kierownictwo KW PZPR nie będzie miało gwarancji — Stowarzyszenie

»Pojezierze« powinno zostać rozwiązane.
6. XII. 1960 Wydział Propagandy KW PZPR“.

Odpowiedzialni członkowie ZG stanęli jednak na wysokości zadania, Nikodem doczekał

się tomiku, a stowarzyszenie długiego życia. Ale kiedy nastąpiła kolejna, tym razem
sierpniowa,   odwilż,   na   fali  różnych   postulatów  znów  wypłynęła   sprawa   organizacji

własnej, niezależnej, autentycznej.
„Jest sporo powodów, dla których w kręgu działaczy społecznych i kulturalnych oraz

intelektualistów   pochodzenia   mazurskiego   dojrzewała   od   dłuższego   czasu   myśl   o
zorganizowaniu nowego, odrębnego stowarzyszenia... — zaczyna się deklaracja ideowa,

której zachowały się jedynie nieliczne powielone, egzemplarze — ... Powołaliśmy przeto
do życia organizację pod nazwą Mazurskie Zrzeszenie Kulturalne“.

Autorzy   deklaracji   wymieniają   dziesięć   powodów.   Są   one   inne,   niż   wymienione
wcześniej, po pierwsze bowiem, autorzy są bardziej radykalni i nie proszą, a żądają —

po  drugie, sporo lat minęło i obawy stały się rzeczywistością. Zaczyna się więc od
wyniszczenia   ludności   mazurskiej,   od   polityki   władz   państwowych   w   kwestii

wyjazdów, której nie wahają się nazwać „dwudziestowiecznym handlem ludźmi“ i od
dezintegracji Mazurów, a kończy na błędach w postępowaniu z dziećmi, z kościołami, z

zabytkami kultury. Pięknym, soczystym językiem napisał tą deklarację pisarz mazurski
Erwin Kruk, ale podpisali jako prezes — profesor Bohdan Wilamowski i jako sekretarz

— Wiktor Marek Leyk, bratanek tamtego Leyka.
Zamiast   porodu   nastąpiło   jednak   poronienie.   Wniosek   o   rejestrację   nowego

stowarzyszenia   został   oddalony.   Dyrektor   wydziału   spraw   wewnętrznych   urzędu

54

background image

wojewódzkiego   napisał   z   upoważnienia   wojewody,   że   „analiza   przedłożonych
dokumentów pozwala na stwierdzenie, że działalność projektowanego stowarzyszenia

jest   zbieżna   z   programem   działającego   na   terenie   województwa   stowarzyszenia
»Pojezierze«... Od decyzji niniejszej służy odwołanie do Ministra Spraw Wewnętrznych

w terminie 14 dni...“
Ale czternastu dni już nie było. Pismo województwa nosi datę 30 listopada 1981. Swoje

odwołanie do ministra spraw wewnętrznych organizatorzy piszą 12 grudnia, kiedy to
minister zajęty jest wydawaniem ostatnich rozkazów przed akcją wprowadzenia stanu

wojennego. Napiszą w nim między innymi:
„Nie jest rzeczą Urzędu Wojewódzkiego kierowanie grupy obywateli do działania w

organizacji, która dotąd — zdaniem owej grupy — nie tylko nie działała w sferze ich
zainteresowań,   ale   przez   swą   bezczynność   w   poczynaniach   ku   pełnej   integracji

społeczeństwa   żyjącego   obecnie   na   Warmii   i   Mazurach,   jak   i   zachowania,   i
pielęgnowania   spuścizny   mazurskiej   kultury   materialnej   i   duchowej,   poczyniła

niepowetowane   i   w   dużej   mierze   nieodwracalne   szkody...   decyzja   Urzędu
Wojewódzkiego   w  Olsztynie   jest   jeszcze   jednym,   kolejnym  dowodem  dyskryminacji

autochtonicznej ludności mazurskiej oraz niechęci wobec osób, które problemy Mazur i
Mazurów pragną podejmować“.

Kolejna i tym razem ostateczna odmowa przyszła w styczniu 1982, kiedy było już po
wszystkim. Kolejna i tym razem chyba ostatnia już grupa działaczy mazurskich poszła

w rozsypkę. Profesor Wilamowski umarł, Wiktor Marek Leyk został posłem na sejm,
ksiądz   Otello   zaszył   się   w   Nidzicy,   zgorzkniały   Erwin   Kruk   w   swoim   olsztyńskim

mieszkaniu, socjolog Andrzej Sakson przeniósł się do Poznania. Dostali zgodę na wyjazd
potomkowie   byłych   bojowników   o   polskość,   jak   na   przykład   rodzina   Żurawskich

(dwóch   synów   rozstrzelało   hitlerowskie   gestapo),   z   której   został   jeden   wnuk,   aby
pilnować rodzinnego lasu w Sękinach.

W powielanym biuletynie dyskusyjnym, wydanym w Olsztynie latem 1981 roku, kiedy
pisano, co się chce i jak się chce, znaleźliśmy artykuł młodego Leyka, chrześcijańskiego

posła na sejm. Pisze tak:
„Popatrzmy   na   dwa   życiorysy.   Walter   Późny,   starosta   powiatowy   w   Szczytnie   po

wojnie, został aresztowany w 1950 roku, po kilku latach zostaje posłem na sejm PRL

55

background image

przez  dwie  kadencje,  po   październiku  przez   krótki czas  jest  redaktorem »Warmii   i
Mazur«,  a nawet  w  końcu lat  sześćdziesiątych  wiceprzewodniczącym  Wojewódzkiej

Rady Narodowej, a kiedy przestaje być potrzebny, z dnia na dzień przenosi się go na
emeryturę. Jest to dzisiaj człowiek zawiedziony, zalękniony, podejrzewający w każdej

inicjatywie działania zakulisowe oparte na złych intencjach.
Gerard Skok, niezwykle zdolny młody Mazur, wyciągnięty na firmament we wczesnych

latach pięćdziesiątych, działacz młodzieżowy szczebla centralnego, został posłem na
sejm w wieku 21 lat. Później — normalna do niedawna »katapulta władzy«, pełnił więc

między innymi funkcję dyrektora Wydziału Kultury w Olsztynie, redaktora naczelnego
»Warmii i Mazur«, dyrektora RSW »Prasa« itd. A dzisiaj, kiedy już nie jest potrzebny,

przeżywa   tragedię   swego   życia   wieczorem   w   Domu   Środowisk   Twórczych   nad
szklaneczką i nikt mu nie pomoże, a ma dopiero niecałe 50 lat.

Kiedy po podpisaniu układu Gierek — Schmidt w 1976 roku nastąpił sterowany przez
władze exodus ludności miejscowej do RFN, nagle okazało się, że Polska wraz z tą

ludnością traci także moralne prawo do tych ziem. Szybko więc wymyślono w KW PZPR
akcję pomocy dla działaczy miejscowych. Polegała cna na wręczeniu kilku odznaczeń

starym działaczom oraz poprawieniu im emerytur“.
To samo słyszymy w Ośrodku Badań Naukowych im. Kętrzyńskiego:

— Jest jeszcze trochę starych działaczy, naszych podopiecznych, którym staramy się
załatwić renty...

Jest w tym coś dramatycznego i niestosownego: stara się załatwić renty ludziom, którzy
swoje życie przegrali. Przegrali je zresztą razem z nami wszystkimi.

Namawiano Waltera Późnego, żeby pisał pamiętniki, ale on nie chce.
— Przeżywać te wszystkie bolesne wypadki jeszcze raz?

Nie chce też rozmawiać z reporterami.
— Mazurzy to zamknięty rozdział — powie — albo wyjechali, albo są na cmentarzach.

 
 

56

background image

 Kościoły

 
Zdziwił się mocno i stropił dyżurny milicjant posterunku w Mrągowie, kiedy przyszedł

meldunek, że  we wsi Szestno ukradziono kościół. Zdziwił się, bo takich wypadków
dotychczas nie mieli, a stropił — bo był to rok 1981 i milicja miała zupełnie dosyć

innych zmartwień.
Do Szestna pchnięto radiowóz. Milicjanci stwierdzili, że kościół stoi na swoim miejscu,

nawet odbywa się w nim nabożeństwo. Nie wiedzieli, a może nie chcieli wiedzieć, że to
nabożeństwo właśnie jest formą kradzieży czy ściślej: zaboru. W świątyni dotychczas

ewangelickiej   modlili   się   katolicy.   Jedynym   widomym   znakiem   przestępstwa   były,
wprawione na rozkaz katolickiego wikarego, nowe zamki u drzwi.

Kiedy   my   odwiedzamy   Szestno   sześć   lat   później,   nie   ma   już   potrzeby   okupować
kościoła   tłumem   wiernych;   konsystorz   ewangelicki,   chcąc   nie   chcąc,   musiał   się

pogodzić z faktami dokonanymi. Ale zamki, wprawione wtedy, są na wszelki wypadek
zamknięte. Otwiera nam kościół i z dumą oprowadza pani Makarewicz, która wraz z

matką haftowała sztandary i ornaty; jest osobą zaufaną, jej powierza się klucz.
— Tak, kiedyś był to kościół ewangelicki. Ale ewangelików ubywało, emigrowali do

Niemiec,   a   na   ich   miejsce   przybywało   katolików.   Dawniej   myśmy   jeździli   na
nabożeństwa do Mrągowa, teraz oni. Ale kto to „oni“? Została właściwie tylko jedna

rodzina ewangelicka.
Dopytujemy się o tę jedną rodzinę. Jej przedstawiciel, pan Czarnecki, wypił za dużo i nie

jest w stanie wydobyć z siebie nic ponad:
— ... tak, jestem ewangelikiem, jak Boga kocham, a co?!

Kościół jest wyraźnie zadbany, z zewnątrz zachował neogotycki styl, wewnątrz lekko
przebudowany,   w   dawnej   sionce   urządzono   nowy   ołtarz   —   Matki   Boskiej,   której

ewangelicy   nie   czczą.   Na   zabytkowych   ławach   gdzieniegdzie   zachowało   się   jeszcze
szwabachą wypisane nazwisko fundatora. Jednym słowem, kontynuacja z wyraźnym

zaznaczeniem nowego charakteru świątyni.
Pastor Firla w Mrągowie do dzisiaj jest rozżalony. Owszem, wiernych ubywało, owszem,

kościół był zaniedbany, ale czy trzeba używać takich rozbójniczych metod? Jego samego

57

background image

wprawdzie   nie   zastaliśmy,   ale   ponieważ   w   kościele   ewangelicko-augsburskim
duchowni mają żony, rozmawiamy z panią Firlową:

— To nieprawda, że w Szestnie została tylko jedna rodzina ewangelicka. Jest ich więcej.
I nabożeństwa odbywały się regularnie. Doszły do nas relacje, że tłumowi katolików

przewodził   ksiądz   wikary   z   Mrągowa,   że   wznoszono   okrzyki   „bij   Niemca!“,   że
wtargnięto do kościoła i natychmiast podmieniono zamki. Kiedy mąż tam pojechał, nie

wpuszczono go.
Od wielu znawców spraw mazurskich, nie tylko od pani pastorowej, słyszeliśmy, jak

czułą i jak blisko związaną z poczuciem bezpieczeństwa sprawą jest dla Mazura religia.
Warmiacy  nie  mieli poczucia   zagrożenia,   odkąd  znaleźli  się  w  Polsce.  Warmiacy  to

katolicy i dlatego mniej się bali swojej nowej ojczyzny. Ale Mazurom jeszcze przed
wojną mówiono, co by ich czekało, gdyby dostali się w ręce nietolerancyjnych Polaków.

W przedwojennej konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej była mowa, że prezydentem musi
być rzymski katolik i propaganda niemiecka umiejętnie to wykorzystała.

Historia, choć niezupełnie idąc tym śladem, obawy Mazurów potwierdziła. Wprawdzie
prezydentem   odrodzonej   Rzeczpospolitej   nie   był   katolik,   tylko   komunista,   ale   dla

ewangelików nie oznaczało to wcale lepszego losu. Wojewoda warmińsko-mazurski
Mieczysław   Moczar,   uprzednio   szef   Urzędu   Bezpieczeństwa   w   Łodzi,   a   potem

wiceminister   spraw   wewnętrznych,   sprzyjał,   a   podobno   nawet   zachęcał   do
przejmowania ewangelickich kościołów przez parafie rzymskokatolickie: miało to, jego

zdaniem, przyczynić się do szybszej repolonizacji Mazurów.
Wprawdzie   wicewojewoda   Jerzy   Burski,   jeden   z   nielicznych   autochtonów   w

administracji   polskiej,   nieco   lepiej   czuł   lokalne   subtelności   i   usiłował   skorygować
polecenie   Moczara   mówiąc,   żeby   oddawać   katolikom   kościoły   ewangelickie   w

północnych powiatach województwa, tam gdzie mieszkali Niemcy, a nie na terenach
zamieszkanych przez Mazurów — ale kto by tam zadawał sobie trud rozróżniać, kto

Niemiec, kto Mazur...
Zamiast   sprzyjać   repolonizacji   —   odbieranie   kościołów   sprzyjało,   jak   już   wiemy,

germanizacji.   Podobnie   jak   inne   tuż   powojenne   posunięcie   władz   polskich:   w
protestanckiej Szwecji wydrukowano 50 tysięcy kancjonałów, śpiewników religijnych

w języku polskim z przeznaczeniem dla braci ewangelików na Mazurach. Cały nakład

58

background image

został,   po   przybyciu   do   Polski,   skierowany   na   przemiał.   Rezultat,   jak   się   łatwo
domyśleć, był taki, że Mazurzy korzystali z ocalałych z wojny śpiewników niemieckich.

Przekora   jest   silną   bronią   tych,   co   wysłowić   niekoniecznie   się   potrafią,   ale   swoje
wiedzą.   Jak   drzewa   o   wątłej   koronie,   ale   korzeniami   mocno   wrośnięte   w   ziemię.

Zachowały się w archiwach dokumenty, jak mazurscy parafianie lgnęli do polszczyzny
nawet w okresie Hitlera, kiedy to było co najmniej źle widziane: oto na przykład w 1937

z   Łyny   do   konsystorza   w   Królewcu   wpłynęła   skarga,   że   nowy   ksiądz   nie   umie   po
polsku; wierni prosili biskupa, żeby im chociaż co dwa tygodnie przysłać kaznodzieję,

który by do nich przemawiał w ich języku.
Ksiądz Jerzy Otello, były komandos, działacz mazurski i pastor w Nidzicy, opowiada

nam, że w jego parafii za niemieckich czasów nabożeństwa po polsku odbywały się aż
po   Boże  Narodzenie   1944   roku.  Front  już  się  zbliżał,  Armia   Czerwona   za  progiem,

nadchodziło wyzwolenie dla jednych, a niewola dla drugich — a tu nabożeństwo po
polsku! Trochę to nie licuje z obrazem narodowosocjalistycznego terroru, a już zupełnie

nie z porządkami, jakie wprowadziła w tej mierze Polska.
Polska   od   początku   tępiła   nie   tylko   język,   ale   wszystko,   co   niemieckie.   Może   to

zrozumiałe po sześciu latach okupacyjnej nocy,  ale w skutkach opłakane. Niemcom
zaraz po wyzwoleniu pozwolono wyjechać, a nawet skłaniano do wyjazdu wszelkimi

sposobami. Kto został, znaczy — Polak i powinien mówić, śpiewać, czytać i modlić się
po polsku.

Co bystrzejsi obserwatorzy rychło połapali się, do czego to prowadzi. Oto notatka z
jesieni 1946 r., znaleziona w archiwum komitetu wojewódzkiego partii:

„Brak gruntownego zainteresowania się problemem likwidacji sporów oraz fanatyzm
warstw   repatriantów   w   stosunku   do   ewangelików   Mazurów   doprowadza   do   coraz

wyraźniej rysującej się przepaści między miejscową ludnością polską a napływową.
Następstwa — bierny opór przy nadawaniu obywatelstwa polskiego, deklarowana chęć

przesiedlenia za Odrę i bardzo poważny sygnał nie w referendum ludowym“.
W   niemieckich   Prusach   Wschodnich   można   było   modlić   się   po   polsku,   chodzić   do

polskiej   szkoły   i   prenumerować  polską   gazetę.   Wszelka   myśl,   żeby   analogicznie   na
polskich   Mazurach   i   Warmii   można   było   posługiwać   się   niemieckim,   zakrawa   na

herezję.

59

background image

— Dostawaliśmy coraz to nowe okólniki i rozporządzenia w sprawie języka, między
innymi,   że   nie   wolno   używać   niemieckiego,   z   poleceniem   odczytania   okólnika   w

kościele — opowiada nam ksiądz Otello. — Odczytałem więc, i to w kościele, gdzie i tak
po polsku śpiewali.

— Co?! Nie wolno?! A za Niemca po polsku było wolno!!
Pod tym względem moi parafianie są w stu procentach Polakami: spróbuj im tylko

czegoś zabronić!
I reakcja: właśnie będziemy śpiewać po niemiecku!

Sam   Otello,   gdyby   kierował   się   podobną   przekorą,   byłby   już   daleko   stąd.   Ojca,
uczestnika   kampanii   wrześniowej   w   Wojsku   Polskim   i   potem   żołnierza   AK,

aresztowano   w   1946   r.   za   niepewne   koligacje   z   niemieckością.   Jego   samego
potraktowano jako zdrajcę, kiedy z Westfalii przedarł się do aliantów, potem znów,

kiedy już po wojnie z armii gen. Maczka zgłosił się na powrót do komunistycznej Polski,
trzeci raz, kiedy wstąpił do PPR i czwarty, kiedy go z partii skreślano, bo wstąpił na

studia teologiczne. Jeżeli nie liczyć piątego, w 1953 roku.
Wtedy właśnie na Warmii i Mazurach wszczęto wielką kampanię wydawania dowodów

osobistych.   Miały   one   ostatecznie   przypieczętować   nie   tylko   obywatelstwo,   ale   i
narodowość autochtonów, jako polską oczywiście. W jednej z wiosek pod Biskupcem

opornych zagoniono do budynku szkoły i trzymano póty, póki nie wpiszą w ankiecie
„narodowość polska“. Ksiądz Otello ostro postawił się w ich obronie. Władze zarzuciły

mu zdradę powołania kapłańskiego i mieszanie się do polityki. Po kilku miesiącach
karnego zawieszenia skierowano go do Nidzicy.

W   Nidzicy   był   kościół   ewangelicki,   całkiem   okazały,   ale   w   1946   roku   przejęli   go
katolicy. Ksiądz Otello przejął z kolei to, co oni zostawili — obiekt niewielki i mocno już

przez  te  kilka  lat  nieużywania  zapuszczony.  Katolicki biskup Wojtkowśki,  z  którym
rozmawialiśmy   o   całej   tej   sprawie   przejmowania   kościołów,   powie,   że   „w   Nidzicy

nastąpiła   zamiana“.   Można   to   i   tak   nazwać.   Dopóki   ksiądz   Otello   nie   odbudował
kościółka, nabożeństwa ewangelickie odbywały się na cmentarzu.

Biskup   Julian   Wojtkowski,   wikariusz   generalny   katolickiej   diecezji   warmińskiej   w
Olsztynie,   przyznaje,   że   „Szestno   to   nie  Wersal“.   Stosunki  między   dwiema   bratnimi

religiami chrześcijańskimi dalekie są od ideału. Ale co robić, procesy emigracyjne z

60

background image

jednej,   a   imigracyjne   z   drugiej   strony   sprawiły,   że   coraz   mniej   na   terenie   diecezji
ewangelików,   za   to   coraz   więcej   katolików,   a   i   prawosławnych,   przesiedlonych   z

Bieszczad Ukraińców. Ksiądz biskup boleje nad tym, że Mazurzy wyjechali, ale to fakt i
przejmowanie budynków kościelnych jest nieuchronne. Inna sprawa, że mogłoby się

dokonywać inaczej, przyjaźniej, bardziej kulturalnie.
Z grubej teczki, przygotowanej na naszą wizytę, ksiądz biskup wyciąga liczby, które

rzeczywiście wiele mówią o historii ostatniego półwiecza tych ziem. Otóż na terenie
dawnych   Prus   Wschodnich,   które   zostały   wcielone   do   Polski   (czyli   dzisiejszych

ziemiach województw gdańskiego, elbląskiego, olsztyńskiego i suwalskiego), było 311
kościołów ewangelickich, ale 97 spośród nich to były kościoły ongiś katolickie, tyle że

po reformacji przerobione na protestanckie. Teraz czekała je ponowna przeróbka na
wiarę większości, która te ziemie zasiedlała; katolicy przejęli zrazu 182 kościoły, a po

1971 r. dalsze 48.
W roku 1971 weszła w życie ustawa uwłaszczeniowa, na mocy której Rada Ministrów

przekazała kościołowi w całej Polsce szereg obiektów, dawniej należących do państwa;
był   to   okres   pojednawczej   polityki   w   stosunkach   między   państwem   a   kościołem.

Kościół ewangelicki na Mazurach dostał wtedy 49 budynków; kościołów przybywało, a
wiernych ubywało. Taka sytuacja, zdaniem biskupa Wojtkowskiego, nie mogła trwać.

Coraz więcej obiektów, już to w drodze wykupu, już to dzierżawy przechodziło w ręce
kościoła katolickiego.

— Rozmowy na ten temat toczyły się między biskupem katolickim, księdzem Drzazgą, a
biskupem   ewangelickim,   księdzem   Wantułą,   od   dziesięciu   lat   —   powiada   biskup

Wojtkowski. — No i do czego doszły? Obydwaj biskupi zdążyli już umrzeć, a posunąć się
naprzód   nie   możemy.   Według   prawa   jedna   osoba   prawna   nie   może   oddać   drugiej

swojej własności. Kościoły może i porozumiałyby się w sprawie gospodarki obiektami
sakralnymi, ale zawsze między strony zainteresowane wkraczał urzędowy biurokrata,

aby   wydać   decyzję.   A   urzędnicy   byli   różni.   Wielu   z   nich   uważało,   że   umocnią
socjalistyczne   państwo,   jeśli   nie   pozwolą   katolikom   na   powiększanie   ich   majątku   i

wpływów. Skoro więc nie można było załatwić oficjalnie, załatwiano brutalnie. Dlatego
metoda   faktów   dokonanych   zdobyła   sobie   prawo   obywatelstwa.   Zajęto   kościół   w

Nawiadach, zajęto w Szestnie.

61

background image

W Szestnie już po zmianie zamków zawarto umowę najmu na 10 lat. W Ukcie kościół
katolicki   po   prostu   kupił   obiekt   ewangelicki   za   15   milionów   złotych.   Jeszcze   gdzie

indziej państwo przekazało obiekt w użytkowanie wieczyste.
Może   w   innych   regionach   zawiłe   formuły   prawne,   dotyczące   własności   kościoła   w

socjalistycznym państwie, nie stwarzały takich jak na Mazurach i Warmii paradoksów:,
w 1945 roku własność kościelna, jako własność poniemiecka, została upaństwowiona,

Kościół dzierżawił budynki od państwa za słone opłaty. Ale ludzie, którzy te obiekty
budowali, pozostali obywatelami państwa polskiego. Dochodziło do takich sytuacji, jak

na   przykład   w   Brąswałdzie,   gdzie   tamtejsi   Warmiacy   za   niemieckich   czasów   sami
wypalali cegłę i sami z niej wznosili budynek kościoła, a za polskich czasów państwo

kazało im płacić zań dzierżawę!
Ewangelicy z Szestna, jak również z innych okolicznych wsi będą teraz musieli jeździć

do   Mrągowa.   Zrazu   wprawdzie   w   umowie   najmu   zapisano,   że   nabożeństwa
ewangelickie będą się odbywały raz w tygodniu w tejże świątyni. Potem okazało się, że

wiernych jest za mało na całą salę, więc lepiej w przedsionku. Potem, że właściwie
wygodniej będzie w sali katechetycznej, bo lepiej opalana. Aż wreszcie stanęło na tym,

że pięć kilometrów do Mrągowa to naprawdę nie jest za daleko.
Widać,   że   i   kościół   ewangelicki   w   Mrągowie   nie   jest   przeciążony,   skoro   u   wejścia

widzimy napis w dwóch językach, po polsku i po niemiecku:
„Chcesz z miłymi wrażeniami powrócić z Mrągowa do domu, wstąp do tego kościoła.

Zabytek sakralnej sztuki 18 wieku. Kościół zaprasza cię!“ — i dalej plan nabożeństw na
cały rok w Mrągowie, Nawiadach, Pieckach i Ukcie.

Wizyta na plebanii utwierdza nas, że się nie mylimy, wiernych istotnie niewiele. W 1986
roku udzielono tu siedmiu ślubów, w 1987 do połowy czterech: ten czwarty, który ma

się   odbyć   wkrótce,   będzie   zawarty   między   Małgorzatą   Wendeborn,   panną,
ewangeliczką, rodzice ewangelik Jan i Irena z domu Sadowska, urodzoną 8.06. 1967 r. w

Mrągowie   —   i   Waldemarem   Franzem,   kawalerem,   ewangelikiem,   rodzice   Jacek   i
Krystyna   z   domu   Miller,   urodzonym   2.10.1965   r.   w   Mrągowie.   Pani   pastorowa

informuje nas, że coraz więcej małżeństw mieszanych, ewangelicko-katolickich: ślub
odbywa się czasem w jednym, czasem w drugim kościele.

Wyjeżdżają   wierni,   kończą   się   i   duchowni.   Za   kilka   miesięcy   jej   mąż,   ksiądz   Firla,

62

background image

przechodzi na emeryturę. Ogłoszono wakat, są trzy zgłoszenia nowych kandydatów,
każdy z nich poprowadzi próbne nabożeństwo i parafia dokona spośród nich wyboru.

Nie   opodal   Mrągowa,   w   Pieckach,   odwiedzamy   panią   Krystynę   Cebo;   celem   naszej
wizyty są inne sprawy, opisane w innym rozdziale, ale pod świeżym wrażeniem wizyty

w   Szestnie   i   w   Mrągowie   pytamy   ją,   co   myśli   o   przejmowaniu   obiektów   jednego
kościoła przez drugi.

—   Jestem   wprawdzie   ewangeliczką   —   odpowiada   —   ale   uważam,   że   zabytki   nie
powinny niszczeć. Wolałabym jednak, żeby to się dokonywało w inny sposób.

Zabytki nie powinny niszczeć — to samo jest mocnym argumentem w ustach biskupa
Wojtkowskiego.   Kościół ewangelicki  ma   49  obiektów,   a   zarejestrowanych   wiernych

raptem cztery tysiące, więc oczywiste, że nie jest w stanie tego utrzymać.
Niektóre   kościoły   ewangelickie   przejęli   katolicy.   Niektóre  pozostają   w  użytkowaniu

państwa:   tu   magazyn   nawozów   sztucznych,   ówdzie   sprzętu   radiotelewizyjnego.   W
Dobrym Mieście świątynię, której zabrakło wiernych, przerobiono na dom kultury, ale

widocznie   niebiosa   nie   były   zadowolone   z   takiego   przeznaczenia   swego   dawnego
przybytku, bo wybuchł tam pożar. Po odbudowie urządzono bibliotekę.

Mieliśmy też smutną okazję widzieć, co się dzieje, kiedy nikt nie wyciągnie ręki po
cudzą własność, tylko pozwala jej sczeznąć śmiercią naturalną. We wsi Kobułty koło

Biskupca stoi jeszcze, a przynajmniej stał w czasie naszej wizyty latem 1987 r., kościół
na oko trzystuletni, w którym przyłapaliśmy na gorącym uczynku dziadka z siekierką,

jak. z framugi łupał sobie szczapy na rozpałkę.
— Jeszcze trzy lata temu można to było wyremontować — mówi lekko zaskoczony

dziadek, niepewny, czy my nie z jakiejś inspekcji. — Ale teraz sufit nad nawą się wali,
wczoraj spadła ambona, ławki ktoś wywiózł...

Chcemy wejść na chór, ale dziadek nas przestrzega. Bardziej w trosce o całość nóg niż o
czystość sumienia rezygnujemy: i tak nie zobaczy się nic więcej niż smutny pomnik po

wiernych, którzy wyjechali. Kościół katolicki nie jest tym obiektem zainteresowany, ma
w Kobułtach swoją świątynię.

Zapadają   też   powoli   w   ziemię   ewangelickie   cmentarze.   Cmentarz   przykościelny,
zabytkowy z XVIII wieku, w Jerutkach koło Szczytna od paru lat jest zamknięty. W 1981

roku nawiedziła go hiena cmentarna, właściciel zakładu kamieniarskiego. Wywiózł w

63

background image

nocy wiele płyt nagrobnych i chociaż sprawa trafiła do sądu, płyt nie udało się już
odzyskać — zostały przeszlifowane. Rok później grupa wyrostków porozbijała wiele

grobów,   ot   tak,   dla   zabawy.   Na   porozbijanych   płytach   w   Jerutkach   można   jeszcze
odczytać nazwiska dawnych mieszkańców tej mazurskiej wsi: Tansky, Schiwy, Jarosch,

Krupka.
Oto mamy jeszcze garść powodów, dla których Mazurzy emigrowali. Przybysz zza Buga,

a jeszcze bardziej  z  Kurpiowszczyzny, uważał, że luter to Niemiec. Kiedy katolikom
stwarzano przeszkody w uprawianiu kultu religijnego, protestantom podwójne. Kiedy

katolicy szukali azylu w swoim kościele, protestanci musieli go szukać aż za Łabą.
— Moim zdaniem katolicyzm polski walnie przyczynił się do odepchnięcia Mazurów —

mówi miody poseł ziemi olsztyńskiej, Wiktor Marek Leyk — i to zarówno w czasie,
kiedy sam był przez władze hamowany, jak i w okresie swoich tryumfów. Mazurzy bali

się   jego   agresywności   i   tupetu.   Stosunkowo   niewielu   Mazurów   należało   do
„Solidarności“, która tak bardzo akcentowała swój polski i katolicki charakter, że aż

musiała skłaniać do zastanowienia, czy jest tam miejsce dla innych.
Kiedy   Marek   Leyk   nie   był   jeszcze   posłem,   tylko   uczniem,   gdzieś   u   progu   lat

sześćdziesiątych — pamięta, że każda lekcja religii, religii protestanckiej, rzecz jasna,
była przerywana przez kolegów katolików. Tak było aż do czasu, kiedy wyprowadzono

religię ze szkół w ogóle. Ksiądz Otello z kolei mówi nam, że trudno mu traktować jako
żart, kiedy ksiądz katolicki wzywa swoich uczniów, żeby przyprowadzili na religię także

ewangelickich kolegów.
— Kiedy oni nie chcą przychodzić.

— To ich zwiążcie!
Kościół katolicki miał o wiele więcej wyrozumiałości dla wiernych owieczek z Warmii,

niż zbłąkanych innowierców z Mazur. Wykorzystał to, jak się zdaje, „Pax”. „Pax“ nie
domagał   się   przyspieszonej   narodowej   integracji.   Paksowski   dziennik   „Słowo

Powszechne“   wydawał   cotygodniowy   dodatek   „Słowo   na   Warmii   i   Mazurach“,   w
którym pisano o sprawach ludzi narodowościowego pogranicza. Było wiele artykułów

interwencyjnych, poruszających indywidualne, konkretne sprawy, ale układających się
w szerszą perspektywę walki o rzeczywiste równouprawnienie.

Marek   Leyk,   Mazur   i   ewangelik,   trafił   do   Chrześcijańskiego   Stowarzyszenia

64

background image

Społecznego. Właściwie nie tyle sam trafił, ile zwrócono się do niego, powiatowego
działacza samorządowego, bo miał dobre nazwisko: jego ojciec, a jeszcze bardziej jego

stryj   byli   popularnymi   działaczami   mazurskimi.   W   statucie   ChSS   przewidująco
napisano, że „zrzesza wszystkich chrześcijan“, a nie tylko katolików. To była formuła dla

Mazurów, którzy nie czuli się swojsko ani w polskiej partii, ani w polskim kościele, ani
w   polskiej   „Solidarności“.   Ze   skrzyżowania   tej   formuły   z   lokalną   glebą   wynikła

kandydatura Marka Leyka na posła.
Jeżeli nawet jeden autentycznie mazurski poseł mógłby zwiastować wiosnę — Leyk

uważa, że już jest jesień. Za późno. Można się co najwyżej starać o zapewnienie ludzkich
praw tym nielicznym, którzy pozostali. Siedem ślubów rocznie w Mrągowie. Grupka w

sali katechetycznej w Szestnie. Ksiądz Otello przeglądał niedawno kartotekę swoich
parafian; zostało ich coś koło ośmiu setek. Nie chcąc ich urazić ujemną oceną, mówi

raczej o tych, co wyjechali, że „sami najciekawsi i najwartościowsi“.
Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne przeżywało swoje wielkie i trudne dni, kiedy

z zamożnych gmin ewangelickich z RFN ciągnęły na Mazury ciężkie TIR-y wyładowane
żywnością   dla   mazurskich   braci.   Wtedy   szeregi   stowarzyszenia   zaczęły   gwałtownie

puchnąć.   Żywności   (nie   tylko   zgrzebnej   kaszy,   ale   i   łakomej   kawy)   nie   było   gdzie
składać. Ksiądz Otello odnosi się wyrozumiale do tych, którzy chcieli być bliżej darów,

ale   uważa,   że   wstępowanie   do   ChSS   było   całkiem   niepotrzebne:   on   przynajmniej
żywność, która była w jego dyspozycji, dzielił według sołectw, nie według wyznań.

„Najciekawsi   i   najwartościowsi“,   ci,   co   wyjechali,   ślą   w   swoje   dawne   strony   listy.
Napisała niedawno do księdza Otello jedna była parafianka z Westfalii: „Mam wszystko,

czego mi do życia potrzeba, siedzę w kącie i płaczę“. Co to jest, owo tajemnicze „coś“,
którego tym ludziom zabrakło? Znajomy pejzaż? Czyste powietrze? Swojski bałagan?

Mgła   nad   jeziorem?   Jakiś   nieuchwytny   Smętek,   którego   usiłował   złowić   Melchior
Wańkowicz, za którym i my się uganiamy?

Ksiądz   Otello   był   niedawno   w   Republice   Federalnej,   znajomy   pastor   w   Badenii
przygotował   mu   niespodziankę:   zgromadził   u   siebie   jego   dawniejszych   parafian   z

Nidzicy. Zapewniali, że gdyby tylko mogli — boso, pieszo, choćby jutro pojechaliby z
powrotem. Nie należy tego brać dosłownie i zresztą nie to jest ważne, czy naprawdę

pojechaliby, czy nie. Ważne i bolesne, że — jak mówią i oni sami, i ich nowy pastor —

65

background image

nie są w pełni szczęśliwi. Na nabożeństwach majowych połowa śpiewa po polsku.
 

 

66

background image

 Dacze

 
— Sprzedasz dom gminie, dostaniesz paszport. Nie sprzedasz, nie dostaniesz.

Nikt nie jest w stanie udowodnić, że tak mówiono. A gdyby nawet, że mówiono nie na
żarty. Może zresztą kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, bo po 1976 i tak prawie każdy,

kto chciał, dostawał paszport.
Podobno Kurt Słopianko po przyjeździe do RFN skarżył się tamtejszej telewizji, że go

szantażowano że wymuszono od niego dom i jeszcze łapówkę za paszport. Ale nawet
jeżeli rzeczywiście tak powiedział, to jaka pewność, że nie kłamał?

Wyjechał   niemal   cały   Łajs:   Kurt   Słopianko,   Agnieszka   Brandt,   sołtys   Klopper,   Emil
Mędrycki,   który   czekając   na   paszport   wywiesił   sobie   na   drzwiach   ostentacyjną

wizytówkę „Emil Mendritzky“. Wyjazdy odbywały się według tego samego, co wszędzie,
scenariusza: najpierw złożyli podania o paszport emigracyjny ci, co składali jeszcze w

łatach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ożywieni nową nadzieją po spotkaniu Gierka
ze Schmidtem. Potem dołączyli ci, co nie składali wcześniej, bo nie wierzyli w dobry

skutek, ale mieli już Polski dość i radzi byli wyjechać. Wreszcie i ci, co wcale nie byli
zdecydowani, ale nie wypadało odcinać się od sąsiadów i ziomków.

Kiedy   pierwsi   zaczęli   wyjeżdżać,   podążyli   do   biura   paszportów   i   tacy,   co   wcale
wyjeżdżać nie chcieli. Nie chcieli, ale skoro tamci wyjeżdżając — zostać samemu?!

Wreszcie wyjechali prawie wszyscy. Łajs, wieś kiedyś ludna, ze szkołą, ze sklepem, żył
tylko latem. Zimą była tu Rydelinowa, która rozwiodła się z Warmiakiem i wyszła za

Kurpia, oraz Kramkowscy, którzy zaparli się, że ich ojczyzna tu, gdzie iglaste lasy. Może
czuli, co ich tam czeka i co ich wreszcie dopadło, kiedy się złamali: w kilka miesięcy po

przyjeździe do RFN gajowy Kramkowski, człowiek w lesie urodzony i z lasem zżyty,
umarł na serce w betonowej pustyni Essen.

Kurt   Słopianko,   podówczas   jeszcze   robotnik   leśny,   umówił   się   nawet   z   inżynierem
Kaczorem, że jak będzie wyjeżdżał, sprzeda swój dom nadleśnictwu. Zamieszkałby w

nim też robotnik leśny, który by wypełnił miejsce po Kurcie. Ustalono już cenę — 120
tysięcy   ówczesnych   złotych.   Ale   w   parę   miesięcy   później   zmieszany   Słopianko

przepraszał nadleśniczego, że nie może umowy dotrzymać. Musi sprzedać gminie.

67

background image

W Łajsie, wsi położonej między dwoma jeziorami Kośno i Łajskim, i w pobliżu dalszych
dwóch,   czyli   we   wsi   turystycznie   bardzo   atrakcyjnej,   widać   najjaskrawiej   to,   co   w

innych może ukryte, może złagodzone, rozciągnięte w czasie: ludzie z władz szybko
zorientowali się, że domy po emigrantach mogą być bardzo ciekawą zdobyczą.

Znamy   przypadek   pewnej   osoby,   podówczas   zastępcy   członka   KC   partii,   do   której
olsztyński KW zwrócił się z propozycją: może chce na dogodnych, ratalnych warunkach

i za umiarkowaną cenę kupić mazurski dom po emigrantach?
— Kto miał dojście — podsumował sekretarz partii w gminie Olsztynek — ten się dobił

domu.
Dojście to nie tylko kogoś znać. To także móc coś zaoferować w zamian. Cała Polska

oplątana była (chociaż może czas przeszły nie jest tu na miejscu) siecią wzajemnych
zależności, w których zaciera się granica między publicznym a prywatnym. Wy mnie

mazurski domek, ja wam przydział karetki pogotowia. Wy mnie przesuszone deski, ja
wam kilka etatów, dla szkół.

Opowiadał nam jeden z dobrze wówczas notowanych warszawskich redaktorów, jaki
był zażenowany, kiedy w 1977 roku wożono go po olsztyńskich wsiach, żeby sobie coś

upatrzył;   ludzie   tam   żyli   normalnie,   nawet   się   nie   pakowali.   Władze   wojewódzkie
chciały   pozyskać   jego   i   jemu   podobnych,   żeby   publicystyka   wspierała   później   ich

inwestycyjne aspiracje.
Nikt   z   pytanych   przez   nas   ludzi   nie   twierdził,   że   apetyt   prominentów   na   dacze

wypychał Mazurów i Warmiaków z kraju — choć taki jeden czy drugi przypadek mógł
się zdarzyć. Siostra Walerii Urbańskiej na przykład miała gospodarkę w Majdach, która

to   wieś   znalazła   się   na   terenie   rezerwatu.   Kiedy   wystąpiła   o   zamianę   na   inne
gospodarstwo, usłyszała w odpowiedzi: a może chcesz wyjechać? Napisz podanie, to

wypuścimy.
— I tak ją wypchnęli — mówi dziś Waleria — choć wcale nie myślała o emigracji. A dom

kupił od niej ktoś z Olsztyna za 50 tysięcy złotych.
Rosnąca   kolonizacja   wsi   przybliżała   niejedną   decyzję   o   wyjeździe,   to   pewne.

Rozmawialiśmy   i   w   Polsce,   i   w   Republice   Federalnej   z   ludźmi,   którzy,   jak   umieli,
opisywali,   co   się   działo   w  ich   głowach.   Widzieli   wokół   siebie   coraz   więcej  domów

przerabianych na dacze i słyszeli coraz częściej pytania, czy się aby nie wybierają.

68

background image

Osiedleńcy   zatrudnieni   na   urzędach   wypatrywali   co   lepsze   okazje,   ściągali   wtedy
swoich ziomków. Wieś była niby ta sama, ale coraz bardziej inna. Znajomych coraz

mniej,   obcych   coraz   więcej.   Ubywało   dzieci   —   zamykali   szkoły.   Ubywało   ludzi
jeżdżących do pracy — przestawał kursować autobus. Wczasowicze tego wszystkiego

nie potrzebowali: mieli auta, ich dzieci przyjeżdżały się kąpać, a nie uczyć, sklepu też nie
potrzebowali, przywozili wszystko własne. Niby człowiek mógł przy nich zarobić. Ale to

już nie było normalne życie.
Wczasowicze czy koloniści, jak ich tam zwał, to nie był żywioł agresywny, wrogi, ale w

każdym razie obcy. Można było przy nich zarobić, ale przy okazji nałykać się upokorzeń.
Wczasowicze płacili i wymagali, nie mieli zazwyczaj czasu na towarzyskie pogawędki,

kielicha woleli wypić w swoim gronie. Wpadali w pośpiechu, ledwo się wygramolili z
samochodu i od progu wołali:

— No i co, panie Herman, wykop jeszcze nie zrobiony? Przecież umawialiśmy się! Pani
Trudo, niech pani weźmie męża do galopu! Niech się nie obija, niech, złapie za szpadel!

Miejscowych najbardziej bolały nawet nie gesty i słowa. Najboleśniejsze było to, że przy
ogólnym   braku   materiałów   budowlanych   —   dla   tych   miejskich   zawsze   skądeś   się

znalazły.   Jakaś   ciężarówka,   najczęściej   z   odległą   rejestracją,   czasem   i   wojskową,
przywiozła   cement,   eternit,   szyny   zbrojeniowe.   Skądeś   się   wzięła   grubościówka   do

desek. Nie było do czego jej podłączyć, to i prąd podciągnęli.
Ci, co zostali w Polsce, przywykali do nowego stylu życia.

— Nie wiem, co oni sobie wyobrażają — mówi Rydelinowa z Łajsu, ta, co się rozwiodła
z Warmiakiem i wyszła za Kurpia. — Dawniej, jak pan Karkoszka był w rządzie, drogę

do Nowej Wsi elegancko zimą odśnieżyli, latem utwardzili, a teraz co?!
Przypadek szczególny Łajsu polega na tym, że tutaj od wyjeżdżających trzy domy kupił

urząd gminny, żeby je wkrótce potem odsprzedać: jeden wojewodzie olsztyńskiemu,
drugi   wicepremierowi,   trzeci   wiceprezesowi   Najwyższej   Izby   Kontroli.   Latem   1981

roku Wojewódzki Komitet Kontroli Społecznej, ciało przedtem dające sobą posłusznie
powodować, obudził się z letargu i zaczął badać sprawę tej odsprzedaży.

Kiedy my interesujemy się przejmowaniem domów, pięć lat później, nikt nie wie, nie
widział, nie pamięta.

—   Gdybym   nawet   miał   protokół   ówczesnej   kontroli   —   powiada   jeden   z   członków

69

background image

WKKS — tobym nie pokazał. Chcę spokojnie dożyć emerytury.
Wielokrotnie   spotykaliśmy   się   z   opinią,   że   w   Olsztyńskiem  pogoda   mroźniejsza,   że

odnowa zawitała tu spóźniona, na krótko, i zaraz się cofnęła, że strach usta otworzyć.
Trudno to zweryfikować, ale i trudno mimo uszu puścić.

Z   pytaniem,   czy   wczasowicze   wypychali   autochtonów,   zwróciliśmy   się   do   urzędu
wojewódzkiego, do dyrektora wydziału rolnictwa. Rozmowa telefoniczna była więcej

niż oschła; dyrektor Jan Ciołkowski doradzał nam wszelkie inne kontakty, aby nie z nim.
A jednak to od niego właśnie dowiemy się, jak było w Pluskach, kiedy rządziły nimi

dziki. W pożółkłym egzemplarzu „Prawa i Życia“ z 14 grudnia 1980 roku — rozmawiało
się wtedy szczerzej i śmielej — reporter cytuje słowa ówczesnego naczelnika gminy,

którym był nie kto inny, a właśnie inż. Jan Ciołkowski:
—   Przez   ostatnie   dwa   lata   70-80   procent   terenu   gminy   wyłączono   spod   naszej

administracji!   Nie   miałem   prawa   wydzierżawić   na   własną   rękę   kawałka   ziemi,
musiałem wstrzymać przygotowania pod budownictwo jednorodzinne. Warszawa tak

tu się szarogęsiła, że jak w lesie zamknęli rolnikowi drogę na pola, że niby przejeżdżał
przez ostoję zwierzyny, to nic nie mogłem zrobić.

Z   tymi   domkami   to   powinno   być   tak,   że   jak   ktoś   no   wyjeżdża,   ja   jako   naczelnik
powinienem   złożyć   ofertę   kupna   takiego   obiektu   jednostkom   uspołecznionym   w

gminie. Jeżeli nikt nie zechce z niej skorzystać, właściciel mógłby sprzedać na własną
rękę. Ludzie sprzedają najczęściej sąsiadowi z tej samej wsi lub nowemu gospodarzowi.

W Pluskach było inaczej. Ziemię brały lasy, a domki przydzielała Warszawa.
—   ...skoro   już   mówimy   o   wyjazdach...   Czy   to   prawda,   że   w   pierwszej   kolejności

pozwolenia dostawali ci, którzy mieli atrakcyjniejsze domki?
— Polityka wyjazdów była, jest i będzie prowadzona poza gminą“.

Wskazanie,   komu   należy   sprzedać,   a   i   cena,   jaką   należy   wziąć,   przychodziły   z
Warszawy.   Wśród   nabywców   byli   redaktorzy   ze   stolicy   i   profesorowie   z   Olsztyna,

emerytowany pułkownik pożarnictwa i czynny fotograf, były sekretarz KW partii Leon
Kłonica i jego następca, Edmund Wojnowski. To on właśnie, Wojnowski, i jego domek w

Pluskach   był   obiektem   ataku   przewodniczącego   olsztyńskiej   „Solidarności“
Krupińskiego,   który   sam   miał   domek   w   innej   wsi,   co   stało   się   tematem   głośnego

reportażu telewizyjnego i rozłamu w środowisku dziennikarskim — ale to już inna

70

background image

historia. Oglądaliśmy domek sekretarza i mogliśmy stwierdzić, że istotnie nie jest to
żaden pałac. Czy rachunki były uregulowane, tego nie wiemy.

Z   rady   sołeckiej   i   z   rady   banku   spółdzielczego   dowiedzieliśmy   się,   ile   kto   za   dom
zapłacił i ile dostał ulg i bonifikat; ale nie chcemy z książki robić magla i powielać,

plotek. Przytoczymy tylko jedną opinię:
— Najrzetelniejszy jeszcze był profesor Kowalski, który za budynek i chlewik zapłacił

bankowi spółdzielczemu 164 tysiące złotych. Inni płacili mniej albo o wiele mniej.
Znajdujemy   ludzi   —   anonimowych,   co   prawda   —   którzy   pomagają   nam   odszukać

materiały   WKKS   w   piwnicach   urzędu   wojewódzkiego   pośród   tysięcy   archiwalnych
teczek z aktami. WKKS opierał się na ustaleniach NIK, ale NIK — jak o tym piszemy w

innym rozdziale — zasłoni się pożarem i niepamięcią, czy kiedykolwiek jakieś badania
przeprowadzał.

Oto, co znaleźliśmy w piwnicy:

„INFORMACJA 

o   gospodarce   ziemią   na   terenie   województwa   olsztyńskiego   —   sporządzona   przez
Zespół powołany przez Wojewódzki Komitet Kontroli Społecznej w Olsztynie.

(...)   Od   wyjeżdżających  za  granicę   przejęto   1528   gospodarstw,   z  tego   z   budynkami

1380... Na cele rekreacyjne z przejętych od wyjeżdżających przekazano 43 budynki i 8
ha użytków rolnych. Najwięcej, bo po 12 budynków sprzedano na cele rekreacyjne w

gminach   Purda   i   Stawiguda...   Sprawą   sprzedaży   przejętych   budynków   na   cele
rekreacyjne   zajmowała   się   delegatura   NIK   i   z  jej  materiałów  korzystali  członkowie

zespołu w gminie Jedwabno i Purda...
(...)   W   gminie   Jedwabno   dokonano   sprzedaży   2   budynków   mieszkalnych   i   1

gospodarczego, niezbędnych mieszkańcom tej gminy. Ubiega się tam o mieszkanie 17
rodzin. Mimo tego budynki mieszkalne — nie uwzględniając protestów miejscowych

władz — sprzedano:
1.   Wandzie   Chełchowskiej   z   Olsztyna,   załatwiał   Wincenty   Chełchowski,   ówczesny

sekretarz KW PZPR za akceptacją wojewody.

71

background image

2. Stanisławowi Paszkowskiemu — z Warszawy, również za akceptacją wojewody.
Nabyty przez niego za 61,8 tys. zł dom został po 10 miesiącach sprzedany za 90 tys. zł.

Nowy nabywca płk. Czesław Kowalczyk zatrudniał wojsko do adaptacji budynku...
W gminie Purda dokonano sprzedaży notarialnej 25 budynków. Z tej liczby za zgodą

prezesa Rady Ministrów w 3 przypadkach i za zgodą wojewody w 22 przypadkach....
Nabywcami budynków za zgodą premiera w gminie Purda byli:

 1. Alojzy Karkoszka
2. Sergiusz Rubczewski

 Budynek dla Sergiusza Rubczewskiego został wykupiony od wyjeżdżającej za granicę
za 71 tys. zł, a nabywca zapłacił, za niego 43 tys. zł. W podobny sposób wykupiono

budynek dla Alojzego Karkoszki... 
Olsztyn, 3.09.1981

podpisał Stanisław Skierkowski“

Ze Stanisławem Skierkowskim rozmawiać nie mogliśmy, bo po operacji gardła w ogóle

mówić nie może. Ale na tym nie koniec znalezisk w piwnicy:

„Protokół   nr   3/81   z   posiedzenia   Wojewódzkiego   Komitetu   Kontroli   Społecznej   w
Olsztynie, odbytego w dniu 28. IX. 1981.

(...)   Ob.   Kozakiewicz   zadał   pytanie:   jak   rozumieć  sprawę  wykupu  nieruchomości   w
Łajsach, którą uzasadniano »pilną potrzebą uruchomienia punktu bibliotecznego« — a

w konsekwencji nabył tę nieruchomość ob. Sergiusz Rubczewski. Podobny wypadek
miał   miejsce,   gdzie   wykup   nieruchomości   uzasadniano   »zabezpieczeniem   potrzeb

publicznych mieszkańców wsi«, a nieruchomość wykupił ob. Alojzy Karkoszka.
(...) Ob. Wiktor Leyk ustosunkowując się do informacji w sprawie rozdysponowania

nieruchomości   przejętych   w   latach   1973-1980   od   osób   wyjeżdżających   z   kraju...
problem zagospodarowania ich jest wręcz niekiedy godny potępienia... Na jednym z

posiedzeń   WKKS   wicewojewoda   Kłus   zdecydowanie   protestował,   jakoby   władze
wojewódzkie miały wpływ na sprawę przekazywania gospodarstw po wyjeżdżających

za granicę, a teraz okazuje się, że w samej Purdzie w 22 przypadkach wojewoda wyraził

72

background image

zgodę na zagospodarowanie turystyczne gospodarstw...
Krusiński Leon, przewodniczący GKKS w Purdzie: nie ma wypadków, żeby kogoś siłą

chciano wysłać za granicę, a sami zainteresowani chętnie by dali łapówki, aby otrzymać
zezwolenie na wyjazd...“

Z innych jeszcze źródeł dowiedzieliśmy się, że:

— w gminie Jedwabno zarówno żona ówczesnego sekretarza KW, jak były wiceminister
przemysłu   maszynowego   dostali   ulgi   i   bonifikaty,   przysługujące   rolnikom,   —   za

kupiony od Agnieszki Brandt „dla pilnej potrzeby uruchomienia punktu bibliotecznego“
dom   gmina   zapłaciła   jej   71   080   złotych,   ale   po   zastosowaniu   zniżek,   bonifikat   itd.

sprzedano go wojewodzie Rubczewskiemu za 43 tysiące złotych, — podobnie wykup
domu   od   Kurta   Słopianki   uzasadniono   „zabezpieczeniem   potrzeb   publicznych

mieszkańców   wsi“,   gmina   wyasygnowała   na   to   113   398   zł,   a   Alojzemu   Karkoszce
wyliczono cenę 81 358 zł, — domy te sprzedano na warunkach ratalnych. Oznacza to,

że   ich   nowi   posiadacze   płacić   będą   długie   jeszcze   lata   za  swoją   własność  po   kilka
tysięcy złotych rocznie.

Wprowadzenie stanu wojennego przecięło „rozliczenia“ — można się domyślać, że ku
uldze jednych, a desperacji innych uczestników tej gry. W każdym razie nikt już później

publicznie spraw mazurskich domków nie podnosił.
Są one jednak na tyle bulwersujące, że postanowiliśmy skonfrontować nasze informacje

z naczelnikiem gminy Purda, do której należy Łańsk. Tym bardziej że sam naczelnik, inż.
Stanisław Szozda, pełni swój urząd od samego początku istnienia gminy, od 1975 roku.

Zresztą i Sergiusz Rubczewski jest najstarszym bodaj wojewodą w Polsce i jednym z
nielicznych, którzy przetrwali okres burzy i naporu, a potem stanu wojennego.

Rozmowa   z   naczelnikiem   Szozdą,   mężczyzną   atletycznej   budowy,   zaczyna   się
obiecująco:

— Za wszystko odpowiadam ja. Nikt mi niczego nie kazał ani nie podsuwał. Tylko
proszę mnie nie pytać, czemu sprzedałem dom temu a temu. Pytanie może co najwyżej

brzmieć: dlaczego temu, a nie tamtemu?
Naczelnik stanowczo zaprzecza, jakoby domy w Łajsie sprzedał po cenie niższej, niż

kupił. Ależ skąd! Nie pamięta już szczegółowych liczb, to przecież tyle lat — pamięta

73

background image

jednak, że w sumie za te trzy domy gmina zapłaciła mniej, niż uzyskała za jeden z nich.
Nie   dowierzając   własnym   uszom,   prosimy   o   powtórzenie.   Tak,   mówi   naczelnik,   z

pewnością: każdy z nowych nabywców, każdy!, zapłacił coś ponad 120 tysięcy, a gmina
za wszystkie, trzy domki zapłaciła mniej. Rozumie, co budzi w tej sprawne emocje: że

wszyscy trzej nabywcy to prominenci. Otóż po pierwsze: dlaczego nie, czy oni mają
mniejsze prawa niż inni obywatele? A po drugie: naczelnik brać musiał pod uwagę i to,

żeby   dom   szybko   trafił   w   gospodarskie   ręce.   Inaczej,   nie   zabezpieczony,   zostałby
rozkradziony.

Żeby zabezpieczyć się przed pomówieniem o jakąś prywatę czy sitwę, naczelnik przed
podjęciem   decyzji   o   sprzedaży   domu   wysyłał   oferty   do   wszystkich   ewentualnych

chętnych,   czyli   do   nadleśnictwa,   do   szkoły,   do   GS-u.   Dopiero   kiedy   oni   nie   zgłosili
zainteresowania, sprzedawano na cele rekreacyjne.

Rozmawialiśmy na ten sam temat z kilkoma rolnikami, którzy skarżyli się, że chcieli
powiększyć gospodarstwo, dokupić budynki, ale jakoś zawsze przychodzili za późno.

— Zanim się człowiek obejrzał — mówi na przykład Rydelinowa — tamci już byli, już
skądeś wiedzieli.

Możliwe, że rolnicy nie czytali codziennie tablicy ogłoszeń w urzędzie gminy. Wątpliwe
jednak, czy i wicepremier albo choćby, wojewoda czytali ją częściej.

Rolnikowi zależało na domu wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Na co mu sam
dom? Bywały jednak wypadki, jak na przykład w Krzywejnodze nad jeziorem Kałwia, że

w nieruchomości pozostawionej przez emigrantów najpierw rozbierano zabudowania
gospodarcze, a potem oferowano je rolnikom: skoro nikt nie chciał, dom sprzedano

spokojnie wczasowiczowi.
— Nie tylko to, że rolnik czy leśnik potrzebuje chlewik, kurnik, obórkę — wyjaśnia

naczelnik   Szozda   —   ale   jeszcze   woli   mieszkać   w   dużej   wsi,   gdzie   szkoła,   sklep,
komunikacja. A wczasowicz chce jak najdalej od całej tej cywilizacji. Proszę zobaczyć,

gdzie   w   naszej   gminie   są   domy   rekreacyjne:   w   Łajsie   siedem,   w   Kopankach,
Chaberkowie i Starej Kaletce po sześć, w Kabornie pięć. Ani jednego przy trasie!

Trochę to inaczej wygląda w relacji nadleśniczego z Jedwabna, Józefa Kaczora:
— Ja niczym nie gardziłem, przy trasie czy nie, byle dom się nie walił. Jak był dom, to i

pracownika się zwabiło, nie myślałem więc grymasić. I muszę przyznać, że większość

74

background image

domów po wyjeżdżających, o które się ubiegałem, dostałem. Ale na przykład w Łajsie
nie: jeden był upatrzony dla Karkoszki, drugi dla Bejma.

— A ten trzeci dla wojewody Rubczewskiego?
— Ten leży już na terenie innego nadleśnictwa, Nowe Ramuki. Granica między nami

biegnie środkiem wsi.
Nie jest jasne, na ile naczelnik miał wpływ na decyzję wyjeżdżającego, co ma się stać z

jego domem. Dlaczego Kurt Słopianko nie dotrzymał umowy z nadleśniczym Kaczorem?
Dlaczego Agnieszka Brandt też wolała sprzedać gminie? Dlaczego inaczej się odbywały

te transakcje w latach siedemdziesiątych niż osiemdziesiątych? Według suchej litery
prawa wcześniej emigrant mógł zrobić ze swoim domem, co chciał, mógł go nawet

porzucić.
— Dom po emigrancie w Mierkach chciał kupić prywaciarz, który szlifuje szklanki —

opowiedział nam Piotr Panasiuk, podówczas sekretarz komitetu gminnego partii, który
teoretycznie do poszczególnych decyzji administracyjnych nie powinien się wtrącać. —

Żeby on chociaż pustaki robił, toby gmina miała z niego jakiś pożytek, ale szklanki?!
Nastawiłem odpowiednio komisję rady gminnej i odpadł.

Przepisy dotyczące nieruchomości zmieniły się w 1980 roku. Przedtem emigrant mógł
dom sprzedać albo pozostawić. Wtedy gmina przejmowała go jako mienie porzucone,

ale emigrant dostawał zaświadczenie, na podstawie którego rząd federalny wypłacał
mu odszkodowanie. Zdaje się, że to odszkodowanie potrącano z przyznanych Polsce

kredytów, więc dla naszego rządu to był żaden interes.
Po zmianie przepisów emigrant musi zadysponować swoim mieniem. Może wybrać,

komu je chce sprzedać. Naczelnik ma prawo pierwokupu. Bez jego zgody notariusz nie
spisze aktu kupna-sprzedaży.

Ale naczelnik rzadko z tego prawa korzysta. Inż. Szozda mówi, że na 370 przejętych
gospodarstw kupił tylko dziesięć, może dwanaście. W tej liczbie zapewne owe trzy

domy, niezbędnie potrzebne do zaspokojenia potrzeb kulturalnych wsi, które potem
odsprzedano dygnitarzom.

Czy   namawiano   ludzi   do   wyjazdów?   Naczelnik   Szozda   kategorycznie   zaprzecza.
Podobnie   zresztą   inni   naczelnicy,   z   którymi   rozmawialiśmy:   w   Stawigudzie,   w

Jonkowie.   Wyjazdy,   to   nie   tylko  strata  dla   państwa.   To   także  katastrofa  dla  gminy.

75

background image

Ubywa   przecież   część   żywego   organizmu:   sklepowa,   traktorzysta,   magazynier,
urzędniczka pocztowa. W ciągu trzech najgorszych lat 1978, 1979 i 1980 wyjechała z

gminy Purda ponad połowa jej mieszkańców. Trzeba było na głowie stawać, żeby życie
nie zamarło, żeby w miejsce nieobecnych znaleźć nowych ludzi.

Niektórzy mieszkańcy gminy mówią jednak co innego! Namawiano, namawiano. Nie
sam naczelnik wprawdzie, ale ludzie, o których można sądzić, że mają powiązania z

władzą. Przyjeżdżali z województwa, co już starczy za legitymację i kręcili się wokół
domu, obmierzali, opukiwali ściany. Albo wzywali do biura paszportów do Olsztyna i

pytali:
— No jak, jedziecie?

Naczelnik Szozda mówi, że żadnego wpływu na decyzje o wyjazdach nie miał, nawet na
dobrą sprawę nie wiedział, kto się wybiera. Mógł się tylko domyślać po raptownym

zaniedbaniu gospodarstwa. Formalnie, choć poufnie, on i sekretarz komitetu gminnego
dowiadywali się od władz wojewódzkich na miesiąc przed wyjazdem.

Ale w innym momencie rozmowy, godzinę później, naczelnik powiedział:
—   Pijaków,   nierobów   chętnieśmy   się   pozbywali,   ale   ludzi   wartościowych...   ja   sam

blokowałem wyjazdy, nieformalnie rzecz jasna, ale skutecznie.
Tych z Łajsu nie trzeba było namawiać, a wstrzymywać nikt nie myślał. Sami wyjechali.

W   pozostawionych   domach,   które   przeszły   w   ręce   nowych   właścicieli,   trzeba   było
zrobić porządki.

Do   stolarza   Petera   Hübscha   we   wsi   Purdka   zajechał   samochód   z   województwa.
Urzędnik spytał go:

— Czy wolicie, Hübsch, iść na przeszkolenie do wojska, czy robić przy domku w Łajsie?
Wolał robotę, on z ojcem robili górę, a dół jakaś spółdzielnia pracy. Po jakimś czasie

przyjechał Karkoszka: góra mu się spodobała, dół nie, kazał wszystko na dole zerwać i
zrobić tak jak górę. Kiedy robota była skończona, przyjechał znów jakiś urzędnik z

Olsztyna   i   kazał   Hübschowi   wypisać   rachunek.   Hübsch   wypisał,   a   tamten   zapłacił
gotówką, co do grosza.

Ale   Karkoszki   źle   nie   wspomina.   Kiedy   już   dół   był   zrobiony   tak   samo   jak   góra,
zadowolony Karkoszka dał mu talon na samochód.

Mają dacze i odwrotną stronę medalu.

76

background image

Przy   frontowych   drzwiach   plakietka:   Franz   Bialojahn,   Kahlborn,   Kreis   Allenstein.
Rodzina Białojanów (bo tak się tu o nich mówiło) wyjechała z Kaborna dziewięć lat

temu. Przez te dziewięć lat użytkują dom państwo Koprowie z Warszawy. Wkroczyli
doń w kilka godzin potem, jak Białojanowie zamknęli za sobą drzwi. I całe szczęście. Bo

po trzech dniach nie byłoby wewnątrz żadnego sprzętu, po tygodniu wyjęto by okna.
Pracowicie, jak mrówki obgryzają mięso z kości, ludzie wynieśliby wszystko. A kiedy

sama kość zostanie, ktoś jeszcze siekierą dołoży.
Dom Białojanów liczy ze dwieście lat. Za sienią komora-komin. Przechodzi przez nią

dym z pieców — można tam uwędzić słoninę albo ryby. W izbach warmińskie skrzynie.
Mini-skansen   miejscowego   folkloru.   Dobrze,   że   trafił   w   czułe   ręce.   Pani   Danuta

Łuniewicz-Koper pracowała wówczas w muzeum olsztyńskim. W okresie masowych
wyjazdów historycy sztuki jeździli po wsiach, skupowali do muzeum meble, rzeźby,

obrazy, zegary, niech przynajmniej one zostaną po dawnych mieszkańcach tej ziemi.
Trafiła do Białojanów, kiedy się właśnie pakowali.

Kilkanaście metrów dalej w tym samym Kabornie po warmińskim domu, opuszczonym
osiem lat temu, zostały tylko schody z kamienia. Dom też był zabytkowy, chciał go kupić

piosenkarz   Wojciech   Młynarski   i   dziś   cieszyłby   oko,   a   nie   straszył   chwastami.   Nie
pozwolono, miał być przewieziony do skansenu w Olsztynku. Ponumerowano belki,

żeby go rozłożyć, a następnie złożyć, ale deszcz numerki spłukał, ktoś zapomniał, ktoś
nie dopatrzył, ludzie rozkradli piece i posadzki, wreszcie dom padł.

Domy padają jak ludzie — jedne gwałtownie, inne powoli i przez to jeszcze bardziej
tragicznie.  A  są  inne  —  leczone  i pielęgnowane,  które  z wiekiem  jeszcze  pięknieją,

szlachetnieją, obrastają w tradycję.
Dom po Białojanach, można powiedzieć, miał szczęście. Nim go oskubała pazerność,

trafił pod troskliwą kuratelę. Córka Franciszka Białojana już dwa razy przyjeżdżała z
posłaniem od ojca. Każe on liczyć drzewa na podwórku, pyta, czy stara lipa jeszcze stoi.

Pięć   domów   przeżyło   w   Kabornie   tylko   dzięki   temu,   że   zaczęły   służyć   jako   dacze.
Więcej nie przeżyło albo nie przeżyje, co widać wyraźnie z drogi. Stoją jeszcze czerwone

mury z resztką czerwonych dachówek, deszcz leje się przez puste okna, deski z podłogi
powyrywane albo zgniły jak w domu po Knorrach, gdzie sołtys Wilk zrobił magazyn na

zboże. Rozwalają się pomału zabudowania naprzeciwko Jadwigi Nietupskiej. Ziemię po

77

background image

Warmiakach, którzy tam mieszkali, wziął PGR, w stodole trzymają jakieś maszyny, ale
za daleko im jeździć, więc pewno rozbiorą.

Wyjeździliśmy po Warmii i Mazurach setki kilometrów. Piękno tej ziemi głównie tam
widać,   gdzie   słabsze   zaludnienie,   gdzie   mniej   wyrosło   „daczowisk“,   nijak   nie

przylegających do poprzedniej zabudowy. I właśnie tam, gdzie pusto i pięknie, mija się
domy   opuszczone,   umierające,   niechciane.   Dlaczego   nie   dotarli   tam   przynajmniej

letnicy?   Garną   się   oni   na   koszmarki-daczowiska,   jak   na   przykład   to,   co   wyrosło   w
Dłużku.   Piękną   polanę   gęsto,   jak   psie   grzyby,   obsiadły   tam   wille,   chaty   i   baraczki,

powykręcane w różne strony, bez ładu i składu, jakby dziecko w pośpiechu ustawiało
klocki wyciągane z różnych pudełek. We wsi Giławy gęstym rządkiem stoją dacze w

stylu góralskim, wynajmowane cudzoziemcom przez Orbis. A wkoło pomazurskie domy
straszą przejezdnych oczodołami.

Dzięki   daczom   uratował   się   kawał   pomazurskiej   spuścizny.   Dzięki   inteligentom   z
miasta, którzy zapragnęli lokować tu swoje ambicje, karmić swój snobizm, nie tylko

przetrwały   niektóre   domy   w   oryginalnej   postaci,   ale   zalągł   się   też   w   nich   klimat
towarzyskich i społecznych więzi. Inne to rzecz jasna więzi, niż były na tych wsiach,

kiedy tętniły one życiem prawdziwym. Ale jednak więzi inteligencko-chłopskie, a także
mikroośrodki życia towarzyskiego, coś w rodzaju współczesnych salonów otwartych na

letnie   weekendy.   Takim   spadkobiercą   mazurskim,   który   promieniuje   dziś   kulturą   i
przyciąga   ludzi,   jest   dźwignięty   z   ruin   dom  Maryny   Bromkowej  w  Sąpłatach.   Wieś

wyludniona,   gospodarstwa   wokół   się   rozpadły,   w   lesie   kwitną   jeszcze   zdziczałe
jabłonie, a każde dziecko w okolicy powie, jak trafić do olsztyńskiej pisarki, która na

furtce do pięknie utrzymanej posiadłości wywiesiła tabliczkę: „Zły pies i jeszcze gorsza
gospodyni“.

Gdyby nie letnicy, pomarłyby setki domów z czerwoną dachówką. Tak jak rozleciało się
kilkanaście zabudowań w Pustnikach, bo Mazurzy je opuścili. PGR przejął tam ziemię, a

letnicy jakoś do chałup nie dotarli. Jak poległy dziesiątki domów w Mojtynach, na które
nawet   byli   miejscowi   amatorzy,   ale   PGR-owi,   który   przejął   ziemię,   nie   wolno   było

handlować zabudowaniami, a sam tych zabudowań nie potrzebował. Jak owe piękne
gospodarstwo   w   Małszewie,   którego   po   dwóch   tygodniach   od   wyjazdu   Mazura   nie

opłaciło się nawet remontować.

78

background image

Żywioł rządził na tej ziemi. Żywioł powojennych szabrowników posiał spustoszenie.
Żywioł zawładnął duszami ludzi, kiedy masowo, w popłochu jakby, zabierali się stąd na

zawsze. I żywioł, a nie rozmyślna polityka, sprawił, że czego jednostki nie uratowały,
poszło na zmarnowanie.

Są tacy, którzy przejechawszy przez warmińsko-mazurski kraj po panowaniu owych
żywiołów, do których wypada jeszcze dorzucić brzydotę nowej zabudowy, powiadają,

że musiała tu zadziałać rozmyślna polityka unicestwiania. Ale my, znając mechanizmy, z
których brały się wydarzenia ostatnich dziesięcioleci, uważamy, że żywioł zapanował

nad rozumem. Dyr. Kurlenda z Wydziału Geodezji Urzędu Wojewódzkiego przyznaje, że
kiedy   w   ciągu   2-3   lat   nagle   wyjeżdżało   15-17   tysięcy   ludzi,   porzucając   9   tysięcy

gospodarstw, oni zbaranieli. Nie było komu ponoć oddawać tych domów, zwłaszcza że
to nie był dobry czas dla rolnictwa. Rozleciała się więc Śródka w gminie Gietrzwałd i

Majdy koło Stawigudy i wiele, wiele innych wsi albo kolonii.
Natomiast to, co przeszło na dacze — przetrwało.

 
 

79

background image

Paszporty

 
Paszport   emigracyjny,   o   który   tylu   ludzi   zabiegało,   o   który   składano   podania   po

kilkanaście   razy,   za   który   oferowano   pokaźne   łapówki   w   twardej   walucie   —   ten
paszport Robertowi Biermannowi przywieziono do domu!

Przywieziono mu paszport do domu, a on nie chciał. Namawiano go, a on nie i nie.
Nawet   czarna   wołga,   którą   do   niego   przyjeżdżano,   nie   robiła   na   nim   wrażenia.

Turystyczny, i owszem, wezmę. Ale stałego — za nic!
Powody, dla których Roberta Biermanna tak wyróżniono, są oczywiste. Czarna wołga

nie   musiała   telepać   się   daleko:   dom   Biermanna   leży   na   terenie   administracyjnym
miasta Olsztyn. Dawniej była tu wieś Jaroty, najlepsza pod względem rolniczym wieś

gminy Stawiguda, a Biermann był jednym z najlepszych gospodarzy. W 1980 roku wieś
została wessana do miasta, Jaroty stały się dzielnicą Olsztyna, Biermann mieszczuchem.

Jego gospodarstwo z trzech stron otaczają już bloki mieszkalne. Gdyby wziął paszport
emigracyjny i zabrał się stąd, miasto mogłoby bez przeszkód rozwijać się dalej.

Historia jeszcze kiedyś wymierzy sprawiedliwość architektom i tym, którzy za nimi
stoją.   Olsztyn   mógł   się   rozwijać   w   każdym   kierunku.   Wybrano   południe,   gdzie

najżyźniejsze gleby i gdzie było najlepsze rolnictwo. Reporter „Tygodnika Kulturalnego“
twierdzi, że powód jest taki, jak u nas często: tędy właśnie, przez Jaroty, wyjeżdża się do

Olsztyna z ośrodka wczasowego w Łańsku, jest to zatem „trasa prominencka“. Gdyby
nowe osiedle postawiono od Ostródy, Dobrego Miasta czy Barczewa, byłby z niego tylko

taki pożytek, że mieszkaliby tam ludzie, ale kto by je zobaczył i pochwalił?
Nasze ustawy bronią żyznych gleb, ale dopuszczają tryb wyjątkowy. W marcu 1980

roku (może to pech, że o kilka miesięcy za wcześnie) wojewoda olsztyński Sergiusz
Rubczewski zwrócił się do ministra rolnictwa Leona Kłonicy o zgodę na przeznaczenie

na   cele   nierolnicze   gruntów   ornych   klasy   III   i   IV   we   wsi   Jaroty.   Leon   Kłonica   był
uprzednio I sekretarzem KW partii w Olsztynie i widocznie nijako mu było odmówić

najbliższemu   współpracownikowi.   Zgoda   została   wyrażona,   zamiast   traktorów   na
grunty orne wyjechały koparki.

Pierwsze   pismo   o   „konieczności   przejęcia“   gruntów   przez   miasto   dostał   Robert

80

background image

Biermann   w   listopadzie   1980   roku.   Sześć   lat   walczył   z   naporem   bloków,
podpełzających   coraz   bliżej.   Kiedy   go   odwiedzamy   latem   1987   roku,   musimy

przejeżdżać   przez   prowizoryczne   mostki,   kładki,   ostrożnie,   żeby   nie   wpaść   do
wykopów, które niemal go opasują. Którędy dowoził i wywoził przez te wszystkie lata

plony ze swoich 22 hektarów?
Teraz jest już po wszystkim. Dom zbudowany przed dwudziestu laty, obora, stodoła,

kurnik,   garaż   —   wszystko   to   lada   dzień   pójdzie   pod   młot.   Biermann   dostał
odszkodowanie 4 miliony złotych (choć jego zdaniem taki dom wart co najmniej 11

mln) i kupił już nową gospodarkę pod Barczewem. Kupił ją zresztą od jakiejś miejskiej
przędniczki,   która   przejęła   wcześniej   dom   i   ziemię   po   wyjeżdżających   Mazurach,

utrzymała swoje poprzednie mieszkanie, odczekała przepisowe pięć lat, jakie muszą
upłynąć, żeby móc sprzedać — i za jednym zamachem zarobiła kilka milionów. To tylko

dygresja, na ile różnych sposobów można na emigrantach zarobić.
— Jak było z tym paszportem?

— Zwyczajnie, chcieli się mnie pozbyć, byłoby o 4 miliony taniej i o 2 lata wcześniej. Ale
ja nie myślę ze swojego kraju wyjeżdżać.

Chwała   Bogu,   Biermann,   Mazur   od   pokoleń,   nie   ma   kompleksów   i   nazywa   Polskę
„swoim krajem“. W 1985 roku wybierał się odwiedzić rodzinę w RFN i złożył podanie o

paszport turystyczny. Wtedy właśnie przyjechały czarna wołga z emigracyjnym. Parę
lat temu byłoby to jeszcze bardziej upokarzające: emigrantom dawano nie paszport, a

dokument podróży, który po przekroczeniu granicy tracił ważność i człowiek zostawał
jakby zawieszony w powietrzu.

Robert Biermann z turystycznym paszportem nie tylko wrócił do kraju, ale jeszcze
przywiózł sobie żonę. Poznali się z Marzeną na peronie dworca i w Hanowerze, czekając

na pociąg powrotny do Polski: ona pochodzi z Pomorza, toteż odwiedzała rodzinę w
RFN, też kończyła szkołę rolniczą. Ta sympatyczna para, dzisiaj już z udaną córeczką,

jest jednym z niewielu jaśniejszych punktów naszej opowieści.
Wyobraźmy sobie przez niewinną chwilę, że patrzymy na historię Roberta Biermanna,

tak  jak   nas   uczono   patrzeć  na   historię   Wojciecha   Drzymały:   jako   na   opór   patrioty
przeciw złej administracji, która nie unikając środków brutalnych usiłuje zaprowadzić

swoje porządki. Przecież to niemal lustrzane odbicie! Biermann miał szczęście, że jego

81

background image

walka   przypadła   na   lata   osiemdziesiąte,   kiedy   polskie   władze   znacznie   hardziej
kierowały się prawem, a nie wcześniej.

Wcześniej nie cackano by się z nim tak długo, jak pruskie władze z Drzymałą, który
stawiając swój dom na kółkach, a nie na fundamencie, ominął zakaz.

Wyobraźmy sobie dalej, że nie tylko historia Drzymały czy Ślimaka, ale i inne przypadki,
które   poznaliśmy   w   szkole   wraz   z   interpretacją,   wydarzyły   się   symetrycznie   po

przeciwnej   stronie.   Że  oceniamy   na   przykład   nie   pruskich   nauczycieli,   którzy
przymuszali polskie dzieci we Wrześni do porzucenia ojczystej mowy — ale polskich

pedagogów w pruskich Wejsunach, którzy krzewią narodową kulturę i zaznajamiają
uczniów z jej owocami. Oceny w historii każdego narodu są subiektywne. I nie zrozumie

się ludzi pogranicza, jeśli trzyma się kurczowo jednej tylko prawdy. Nie znajdzie się
gałązki oliwnej, jeżeli gwałt będzie się gwałtem odciskał.

Robert Biermann nie dał sobie wmówić, że jest w Polsce obcy. Wielu innych dało. Ale
prawda jest jeszcze smutniejsza: wielu nie trzeba było wmawiać, bo czuli się obco.

Słyszeliśmy o Warmiakach i Mazurach, którzy podania o paszport emigracyjny składali
po kilkanaście razy. Rekord: siedemnaście.

— Czym się kierują władze, jednym wydając paszporty, innym nie? — pytaliśmy w
Polsce   i   w   RFN,   pytaliśmy   tych,   co   paszporty   dostali,   i   tych,   którym   odmówiono,

pytaliśmy naczelników i sekretarzy.
Chcieliśmy, oczywiście, zapytać o to u źródła, w biurze paszportów. Kiedyś to było nie

do   pomyślenia,   ale   teraz,   w   dobie   jawności,   działania   przy   otwartej   kurtynie,
podmiotowości społeczeństwa i demokratycznego prawa prasowego?!

A jednak i teraz okazało się niewykonalne. Odwiedzaliśmy Wojewódzki Urząd Spraw
Wewnętrznych   w   Olsztynie.   Odwiedzaliśmy   Biuro   Paszportów   MSW   w   Warszawie.

Rozmawialiśmy   z   sekretarkami   szefa   i   jego   zastępcy,   dyrektora   i   naczelnika.   Pani
kapitan, rzecznik wojewódzkiego urzędu, była gotowa nam opowiedzieć o tych, którzy

wyjechali   do   RFN,   a   potem   wrócili   do   Polski.   Ale   o   polityce   paszportowej   nie
dowiedzieliśmy   się   z   kompetentnego   źródła.   Słyszeliśmy   tylko   o   paru   przypadkach

odmowy ojcom, którzy płacą alimenty.
Czytelnik   musi   to   darować   —   nie   tyle   nam,   co   naszym   niedoszłym   informatorom.

Poprzestaniemy na tym, co usłyszeliśmy gdzie indziej.

82

background image

Naprzeciwko Wojewódzkiego Biura Paszportów, od którego nie udało nam się uzyskać
informacji, stoi Dom Polski: kiedyś, za czasów niemieckich, siedziba polskiego banku,

kasy zapomogowej, restauracji i nawet przedszkola — a teraz pomieszczenie redakcji i
Ośrodka Badań Naukowych imienia Kętrzyńskiego. Dom Polski był tak zagrzybiony, że

rozebrano go, odsunięto trochę od ulicy i zbudowano na nowo, ale nie przestaje z tego
błahego powodu być zabytkiem.

Dzieci i wnuki Polaków, którzy trzymali się dawniej Domu Polskiego, teraz kierowali się
raczej na przeciwną stronę ulicy Partyzantów z podaniem o paszport emigracyjny. Już

od połowy lat pięćdziesiątych, już od pierwszych zetknięć z nową ojczyzną i pierwszych
podmuchów odwilży, choć powoli i bez rozgłosu, trwał odpływ Mazurów i Warmiaków

na Zachód. Wśród nich i ci, których Niemcy prześladowali za walkę o polskość.
—  Nie   o   taką   Polskę   walczyłem  —  mówił   podobno   z   goryczą   Fuks,   który   dawniej

mieszkał na samej granicy Prus z Polską i donosił polskiemu wywiadowi o ruchach
przygotowawczych wermachtu.

—   Wszyscy   Niemcy   wyjechali   —   oświadczył   w   1958   roku   jeden   z   „etatowych
Mazurów“, Juliusz Malewski, który miał ponoć 28 różnych funkcji. — Ci co zostali, są

Polakami i nie ma co dzielić włosa na czworo. Wszyscy mają prawa równe. Kto narzeka,
ten sam sobie winien.

Ale rzeczywistość nie chciała dać się zakląć magicznymi formułkami. Zatykano otwór
palcem, a fala emigracji napierała i znajdowała sobie inne ujście. W grudniu 1985 roku

prof.   Jan  Korbel   wygłosił  w  Zielonej  Górze   referat   „Motywy   i  następstwa   »łączenia
rodzin« 1955-1980“, w którego tytule „łączenie rodzin“ ujął w cudzysłów — bo przecież

o normalną emigrację chodziło. Gdyby warunki życia w Polsce stale się poprawiały i
gdyby można wierzyć, że tak będzie zawsze, Warmiacy i Mazurzy mniej doszukiwaliby

się swego niemieckiego pochodzenia.
Podmuchy odwilży sprawiły, że w latach 1957 i 1958 zezwolono na emigrację po około

100   tysięcy   ludzi   ze   Śląska,   Opolszczyzny,   Warmii   i   Mazur   do   obu   części   Niemiec.
Ponieważ jednak władze zorientowały się, że wyjeżdża coraz więcej rdzennej ludności

polskiej — mówił prof. Korbel w 1959 r. wypuszczono tylko 10 tysięcy i uznano akcję za
zakończoną.

Jednakże już w 1960 r. sekretariat KC partii podjął uchwałę, żeby zezwalać na wyjazd

83

background image

osobom w podeszłym wieku, samotnym; rencistom, którzy mają rodziny w RFN oraz
„osobom uciążliwym dla państwa ze względu na ich proniemiecką postawę i działalność

sprzeczną z prawem“. Swoją drogą ciekawa jest ta ostatnia konstrukcja prawna, według
której za działalność sprzeczną z prawem grozi kara w postaci nagrody. Według liczb,

przytaczanych przez profesora, co roku emigrowało nieco mniej albo nieco więcej niż
10 tysięcy ludzi.

Z   notatki   znalezionej   w   zbiorach   archiwalnych,   informującej   o   sytuacji.   ludności
miejscowego   pochodzenia   w   Olsztyńskiem   w   1961   roku,   dowiadujemy   się,   że   w

ostatnim   czasie   ustalono   cztery   wypadki   pobierania   łapówek   przez   ludzi,   którzy
chwalili   się   znajomością   z   pracownikami   biura   paszportów   i   obiecywali   pomoc   w

załatwieniu   wyjazdu.   Także   w   powiecie   Biskupiec   nakryto   grupę   zorganizowaną,
pobierali oni od 5 do 10 tysięcy złotych w zamian za „dojście“ do władz paszportowych.

Prawie nikt z ubiegających się o wyjazd nie przyznawał się do narodowości polskiej,
często podając obywatelstwo polskie jako „chwilowe“. Chodziło zapewne i o to, żeby

łatwiej uzyskać zezwolenie od władz polskich, jak i o renty wojenne, i odszkodowania,
które czekały po tamtej stronie.

Zanim   dojedziemy   do   roku   1970,   który   był   kolejnym   progiem,   możemy   próbować
odgadnąć,   na   ile   falę   emigracji   napędzały   względy   polityczne,   na   ile   ekonomiczne.

Dystans   między   poziomem   życia   w   Polsce   a   w   Republice   Federalnej   rósł.   Ci   sami
Warmiacy i Mazurzy, którzy gotowi byli w roku zakończenia wojny dać strażnikowi

złoty zegarek, żeby ich nie odsyłać do Niemiec — teraz gotowi dać taki sam, żeby im
wydać paszport, pewni, że w Vaterlandzie kupią sobie cztery. Tych, którzy w czasie

wojny   służyli   w   wermachcie,   podówczas   całkiem   jeszcze   młodych,   czekały   w   RFN
sowite renty.

Ale i względy polityczne nie były bez znaczenia. Nikt nie lubi, żeby go siłą naginać do
szablonu.   Niektórzy   działacze   mazurscy   snuli   marzenia   o   neutralnej   i   niezależnej

republice, czymś w rodzaju Szwajcarii północy. Mazurzy chcieli w każdym razie być
sobą   i   wielu   uznało,   że   łatwiej   być   sobą   w   RFN,   gdzie   ludzie   skarżą   się   raczej   na

osamotnienie niż na nadmierną integrację z innymi.
— Nasz styl życia jest przyjemniejszy, bardziej towarzyski, żyje się bardziej wspólnie —

mówi pani Hübschowa, sołtys wsi Purdka. — A tam każdy sobie.

84

background image

„Tam“, czyli w RFN, ale „u nas“ — to w Polsce czy u nas Mazurów? Zapytaliśmy całą
rodzinę Hübschów, czemu zdecydowali się pozostać, chociaż z dwunastu gospodarzy

we wsi mało kto został. Sołtyska mówi o stylu życia. Jej mąż, stolarz, może by i pojechał,
ale jak starego ojca zostawić? A ojciec, też stolarz, zaparł się, że nie. Tutaj szanują go za

jego kunszt. Nogi już słabo trzymają, ale ręce, jak chwyci hebel albo dłuto, potrafią
jeszcze nakazać drzewu się kłaniać.

— Może i głupstwo zrobiłem, że nie wyjechałem — mruczy później na stronie Jan
Hübsch. — Ale teraz już i tak nie ma o czym mówić.

Nam, Polakom, miło słyszeć, że nasz styl życia ktoś ceni, że chce mieszkać z nami, choć
mógłby gdzie indziej, zamożniej. Ale to tylko nieliczni. Chętnych do wyjazdów było

coraz więcej. W grudniu 1970 r. Willy Brandt uznał naszą granicę zachodnią, podpisał
układ   o   normalizacji   z   Gomułką   (oficjalnie   jego   sygnatariuszem   był   premier

Cyrankiewicz) i uzyskał w następnym roku 26 tysięcy imigrantów z Polski.
— Brandt nas sprzedał — powiedziała nazajutrz woźna szkoły w Nowej Kaletce do

kierowniczki,   pani   Zofii   Stadnickiej.   Co   miała   na   myśli?   Czy   to,   że   Brandt   razem   z
ziemiami, które legalnie (a nie tylko faktycznie) niemieckimi być przestały, sprzedał

Polsce i ich mieszkańców? Czy może na odwrót, że otwierając granicę ponownej fali
emigracji do RFN sprzedał ich na wędrówkę i bolesne wrastanie w nową glebę?

Woźna   złożyła   podanie   o   wyjazd   i   rychło   dostała   zgodę,   ale   jej   dwaj   dorastający
synowie nie chcą się ruszyć.

— Nasz ojciec był Polak, a my do Niemiec pójdziem?
Pani Zofia Stadnicka przybyła na Warmię z Lubelskiego, gdzie wszystko było znacznie

prostsze.   Woźnej,   która   pyta   ją   o   radę,   odpowiada   tak:   niech   pani   jedzie,   a   synów
zostawi, oni sami się rozejrzą, jak mi będzie dobrze — to w porządku, a jak źle — to do

pani dołączą. W skrytości ducha uważa, że starych już się nie wyprostuje, a młodych da
się wychować dla Polski. W ramach wychowania obywatelskiego, którego uczyła swoją

młodzież, odbywała wycieczki po Polsce, pokazała im Majdanek i Oświęcim i widziała,
jakie to robiło na nich wstrząsające wrażenie.

Od   wyjazdu   woźnej   minęło   pięć   lat.   W   1975   roku,   przy   okazji   konferencji
bezpieczeństwa europejskiego w Helsinkach, spotkali się następcy Gomułki i Brandta —

Gierek  i   Schmidt.   „W  czasie   spotkania   przywódców  obu  krajów  w   Helsinkach...   dla

85

background image

wyprowadzenia z impasu rozmów dotyczących kredytów dla Polski, wstępnie zawarte
zostały   kompromisowe   porozumienia   —   takim   ezopowym   językiem   posługiwał   się

oficjalny komunikat prasowy. — Odnośnie kwestii humanitarnych postanowiono, że
rząd polski w ciągu najbliższych lat udzieli zezwoleń na wyjazd ponad 100 tysiącom

osób, które się o to ubiegają“.
Spieszyło nam się do pieniędzy. 9 października ministrowie spraw zagranicznych obu

krajów   podpisali   w   Warszawie   pakiet   porozumień,   które   odsuwają   od   siebie   na
bezpieczną odległość dwie sprawy, ale nie pozostawiają wątpliwości co do ich związku:

że z Polski do RFN popłyną ludzie, a z RFN do Polski pieniądze.
Próbka stylu:

dla   uregulowania   wzajemnego   rozliczenia   w   zakresie   zaopatrzenia   emerytalnego   i
wypadkowego...   RFN   wypłaci   PRL   kwotę   1,3   miliarda   DM...“   rząd   RFN   umożliwia

Bankowi Handlowemu S.A. w Warszawie zaciągnięcie w Kreditanstalt für Wiederbau
we Frankfurcie nad Menem kredytu finansowego w wysokości 1 miliarda DM...“

„...min. Stefan Olszowski wyraził gotowość rządu PRL... zwrócenia się do Rady Państwa
PRL o uzyskanie zgody na wyjazd dalszej grupy osób... Strona polska stwierdziła, że... w

ciągu następnych czterech lat ok. 120 tys. do 125 tys. osób otrzyma akceptację swoich
wniosków wyjazdowych...“

Ministrowie uściślili, że rozpatrywane będą także wnioski złożone uprzednio. W ten
właśnie   sposób   autochtoni,   którzy   prosili   o   paszporty   emigracyjne   pięć,   dziesięć   i

piętnaście lat wcześniej, którzy już o swoich podaniach zdążyli zapomnieć — teraz, po
1975, dostawali nagle zgodę na wyjazd.

Ale i bez tamtych wcześniejszych runęła fala podań i w ślad za nią fala wyjazdów.
Obydwaj synowie woźnej z Nowej Kaletki, którzy nie wyjechali w 1971, dołączyli do

matki   po   1975.   Pani   Stadnicka   opowiada,   że   z   płaczem   pomagała   swoim   uczniom
wypełniać formularze paszportowe. Inna nauczycielka, Waleria Urbańska, mówi, że z

Gietrzwałdu w ciągu paru tygodni złożyło papiery 60 rodzin.
— To reakcja łańcuchowa — powiada. — Nawet nie chcą jechać, ale tamci złożyli, i

tamci, i tamci, to co, samemu zostać?
Bydło kupiła od wyjeżdżających po dobrych cenach Spółdzielnia Kółek Rolniczych, po

czym niemal doszczętnie zmarnowała. Ten z kolei popis gospodarności popchnął dalsze

86

background image

cztery rodziny do składania podań o wyjazd.
Nasza narodowa literatura pełna jest opisów Polaków na obczyźnie, usychających z

tęsknoty do swojego kraju. Możemy sobie z łatwością wyobrazić ludzi, którzy usychają
z tęsknoty do Niemiec. Ale tutaj symetria zawodzi: Warmiacy i Mazurzy nie tęsknią do

zadymionych miast Westfalii, do bawarskich gór ani do lasów Schwarzwaldu. Ich serce
jest rozdarte między strony rodzinne, Die Heimat, a ojczyznę-państwo, Das Vaterland —

ojczyznę, która by nie kazała się kochać, ale dawała się kochać.
Nie chcą wyjeżdżać dzieci. Do pani Stadnickiej uciekła i poprosiła, żeby ją ukryć, córka

innej Mazurki, która zbierała sią do RFN. Syn taksówkarza z Olsztyna przyszedł do
swego nauczyciela, czy nie dałoby się jakoś ojcu przeszkodzić. Dzieci nie wyobrażają

sobie   życia   gdzie   indziej.   Ale   rodzice   nie   wyobrażają   sobie   życia   tu.   Ich   nauczono
porządku, a w Polsce bałagan. Ich nauczono pracowitości, a w Polsce z pracą nie bardzo.

Wczoraj kryzys, dzisiaj kryzys, co będzie jutro?
Ale często bywało odwrotnie — starzy chcieli zostać, a młodzi namawiali na wyjazd w

obawie przed służbą wojskową albo z chciwości. Na rodziców czekały tam marki jako
odszkodowanie za wojnę.

— Tata, jedźmy, tam pieniądze stygną! — suszyli ojcu głowę bracia i siostry Pieczewscy.
Horst Pieczewski był sołtysem we wsi Mątki, dobrym i poważanym gospodarzem, wcale

nie wybierał się jechać w nieznane. Ale przed końcem wojny zdążył rok odsłużyć i
potem drugi rok odsiedzieć w alianckiej niewoli, za co przysługiwała mu renta.

Zastajemy go w jego dawnej wsi, gdzie przyjechał do Eweliny, jedynej córki, która nie
chciała jechać. Ewelina nosi dziś nazwisko Chojnacka, ma tu męża, synów, swoje własne

i udane życie.
— Właściwie nie żałuję, że wyjechałem — mówi Horst Pieczewski — wszystko się jakoś

ułożyło. Ale nie żałowałbym też, gdybym został. Warmiak nie jest dziś nigdzie u siebie
w domu tak na sto procent.

— Jakbym był Polakiem, tobym musiał zostać i dobra — mówił swojemu sąsiadowi
Gustaw Niwera, pakując się do wyjazdu — ale jak jestem Mazurem, dlaczego mam tu

tkwić?
Otwarte   drzwi   na   Zachód   sprzyjały,   żeby   myśleć   o   sobie   —   „jestem   Niemcem“.

Wcześniej tak nie było.

87

background image

— Gdzieś tak około 1970 roku przyszedł do mnie mój uczeń Stefan Burkat, spytać, jak
ma postąpić — opowiada nauczycielka olsztyńskiego liceum, Lidia  Juranek. — Miał

jechać do Francji, trzeba było wypełnić formularz paszportowy, rodzice kazali mu w
rubryce „narodowość“ wpisać „niemiecka“, a on nie czuł się Niemcem. Nadto bał się, że

może za karę nie dostać paszportu. Poradziłam mu jednak, żeby wpisał tak, jak chcą
rodzice.

Pani   Juranek   była   właściwą   osobą,   żeby   ją   pytać   o   radę:   kiedy   sama   była   jeszcze
uczennicą, w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki, ktoś z zewnątrz przyszedł z

kierowniczką ma lekcję i spytał:
— Kto tu jest z autochtonów?

Tego słowa nie znała. Owszem, mówiono do niej „Szwabka“, „hitlerówa“, więc teraz
tylko   domyślała   się,   że   „autochtonka“   może   znaczyć   coś   podobnego.   Wstała.   Gość

poszeptał z kierowniczką, potem nauczycielka zaczęła wydziwiać:
—   To   ty   umiesz   po   niemiecku?   Umiesz   czytać?   Dobrze,   zobaczymy.   Przynieś   jakąś

książkę.
Lidia Juranek nie nazywała się jeszcze wtedy Juranek, tylko Leykówna. Jej stryj był

znanym działaczem mazurskim, związanym z rządem polskim podczas wojny: niestety,
nie z tym rządem, co trzeba, tylko z londyńskim. Lidia przyniosła bajki Grimma i czytała

po   niemiecku,   a   potem   tłumaczyła   na   polski.   Nauczycielka   była   wyraźnie
niezadowolona. Wolałaby jasną sytuację: albo Polka, albo Niemka.

— Co było dalej z tym uczniem, ze Stefanem Burkatem?
Burkat wpisał, jak mu poradziła pani Juranek, narodowość niemiecką. Paszport mimo to

dostał, do Francji pojechał, wrócił i tu mógłby nastąpić happy end. Ale ciągnijmy dalej:
zdał   maturę,   upatrzył   sobie   studia   fizyczne   na   uniwersytecie   toruńskim   i   miał   je

właśnie zacząć, kiedy znów przyszedł do swojej nauczycielki załamany: rodzice dostali
zgodę na wyjazd.

Nie chciał jechać, ale musiał. Rodzice nie byli liberalni. Zdarzali się tacy, co zostawiali
synowi albo córce mieszkanie, parę groszy, jesteś dorosły, decyduj o swojej przyszłości

sam. Stary Burkat, zamożny gospodarz, mógłby sobie na to pozwolić, ale nie chciał.
Stefan wyjechał z rodziną.

Początkowo usiłował izolować się od otoczenia, którego nie akceptował: pisał częste

88

background image

listy do swojej nauczycielki, rozpił się, rozbił samochód, pracował u ogrodnika, związał
się z jakąś dziewczyną z Mazur, podobnie jak on wyobcowaną...

Prędzej   czy   później   to   się   jednak   musiało   skończyć.   Pani   Juranek   mówi   nam,   że
podtrzymywała   korespondencję   z   mieszanymi   uczuciami:   z   jednej   strony   Stefan

wyraźnie tego kontaktu potrzebował, z drugiej opóźniało to jego wejście w normalny
świat.   Wreszcie   napisał,   że   wstępuje   do   federalnej   marynarki   wojennej,   gdzie

utrzymywanie   korespondencji   z   Polską   mogłoby   być   źle   widziane.   Widocznie   jego
oficer, podobnie jak nauczycielka Lidii z podstawówki przy czytaniu bajek Grimma,

uznaje tylko jasne sytuacje: albo jesteś Polakiem, albo jesteś Niemcem.
Kiedyś,   w   dawniejszych   stuleciach,   granice   nie   były   tak   ostro   zarysowane   i   w

przyszłości,   miejmy   nadzieję,   nie   będą.   Państwa   dziewiętnastowieczne   walczyły
zawzięcie o każdą piędź ziemi, żeby wyżywić swoje narody i o każdego obywatela, żeby

zrobić   z   niego   żołnierza.   Ale   ponadnarodowy   charakter   współczesnej   technologii   i
znaczny postęp agrotechniki sprawił, że terytorium nie jest już tak ważne ani granice

tak   wysokie:   Republika   Federalna   na   powierzchni   niemal   trzykrotnie   mniejszej   niż
ongiś Trzecia Rzesza żywi tyle samo ludności i jeszcze sporo zostaje nadwyżek!

Hasło   integracji   zachodnioeuropejskiej,   budowę   Europy   Ojczyzn,   wielu   uważa   za
podstęp. Tacy z satysfakcją wydobywają każde potknięcie na trudnej i wyboistej drodze

ku   jedności.   My   mamy   przeciwny   punkt   widzenia   i   chociaż   rozumiemy,   że   Europa
socjalistyczna   nie   może   się   całkiem   integrować   z   kapitalistyczną   —   bardziej   się

obawiamy izolacji naszej ojczyzny od świata niż nadmiernej otwartości.
Co do spraw zaś o wymiarze pojedynczego człowieka — ubolewamy, że w Polsce o

wiele łatwiej zasłużyć na zarzut kosmopolity niż szowinisty. Ubolewamy, że trzeba się
jednoznacznie opowiadać, „narodowo afirmować“ — jak to kiedyś mawiano, wybierać,

odrzucać, kochać albo nienawidzić. Nigdzie jaskrawiej niż na Warmii i Mazurach nie
widać, jak tragiczny jest bilans takich wyborów.

Dawniej było znacznie gorzej. Autochtonów nawet w odwiedziny puszczano tylko w
wyjątkowych wypadkach. Opowiadano nam o takim właśnie wyjątku gdzieś w końcu lat

sześćdziesiątych: mieszkaniec Biskupca dostał paszport na pięć dni, żeby odwiedzić
umierającą matkę w Hamburgu. Agonia matki przeciągnęła się jednak, szóstego dnia ów

Mazur zadzwonił do żony, żeby zawiadomić, że się spóźni.

89

background image

— Możesz w ogóle nie wracać — powiedziała żona. — Zwolnili cię już z pracy.
Trwało następne pięć lat, zanim żona dostała paszport, żeby połączyć się z mężem. I

toby był koniec tej niewesołej historii, gdyby nie drobny epizod, podobno wkrótce po jej
przybyciu   do   Hamburga   zagadnięto   ją   na   ulicy   o   podpis   pod   petycją   w   sprawie

rozbrojenia, celu — zdawałoby się — jednoznacznie szlachetnego.
—   Przyjdźcie   do   mnie,   kiedy   będzie   się   podpisywać   coś   wręcz   przeciwnego   —

powiedziała owa żona. — Ja właśnie stamtąd przyjechałam.
Jak   to   rozumieć?   Czy   jako   niewdzięczność   względem   państwa,   którego   była

obywatelką? Czy jako reakcję na krzywdę, która ją spotkała? A jeżeli to drugie — do
kogo mieć pretensję? Do wykonawców, do autorów ówczesnej polityki czy do rządu

RFN,   że   tak   długo   zwlekał   z   uznaniem   naszej   zachodniej   granicy   i   unormowaniem
stosunków? Czy pojedynczy ludzie muszą cierpieć z powodu uporu polityków?

Brat stryjeczny Lidii Juranek i syn owego działacza mazurskiego Wiktor Marek Leyk
opowiada nam,  że kto  składał podanie o wyjazd  z Polski na  stałe,  dostawał często

pierwszą odpowiedź w formie zwolnienia z pracy. Nie dotyczyło to rolników, rzecz
jasna, bo rolnik jest sam swoim pracodawcą, no i nie robotników, ale inteligentów.

—   Czy   ktoś   się   za   nimi   ujmował?   —   pytamy.   —   Czy   na   przykład   w   sejmie   ktoś
interpelował?

Kto?! Wiktor Marek Leyk jest posłem na sejm, ale dopiero od 1985 roku. Wcześniej nie
było   w   zwyczaju   zadawać   rządowi   kłopotliwych   pytań.   Posłowie   mogli   wprawdzie

działać   po   cichu,   domagając   się   od   konkretnego   urzędu   odpowiedzi   w   konkretnej
sprawie   —   ale   w   Olsztynie   dowiadujemy   się,   że   tamtejsze   biuro   paszportów

odpowiadało posłom z rzadka, niechętnie i zdawkowo, zasłaniając się czasem tajemnicą
służbową.

— Ludziom wydaje się, że poseł wiele może — mówi Wiktor Marek Leyk. — Dopiero
kiedy się posłem zostaje, widać, jaka to przesada.

Krytyka polityki Gierka w sprawie wyjazdów zaczęła się dopiero, kiedy Gierek odszedł,
po kolejnym polskim zakręcie 1980 roku. Na IX zjeździe partii w lipcu 1981 mówiono w

komisji polityki międzynarodowej, że polityka polska względem RFN sprowadzała się
do starań o pieniądze i że autochtonów sprzedawano po cenie „kompromitująco niskiej“

20 tysięcy marek od głowy. Powoływano się na publikację tygodnika „Der Spiegel“, z

90

background image

której   wynikało,   że   gdyby   państwo   polskie   nie   przejęło   na   siebie   ryczałtem
obowiązków   ubezpieczeniowych   za   1,3   miliarda   marek,   niemieckie   instytucje

ubezpieczeniowe musiałyby wypłacić Polakom, wywiezionym do pracy w Niemczech
podczas wojny, co najmniej 8 miliardów marek.

Kilka lat później, dokładnie 26 kwietnia 1984 na plenarnym posiedzeniu sejmu poseł
Edmund   Osmańczyk  wykorzystał  debatę   nad   projektem  ustawy   o  upowszechnieniu

kultury, żeby powiedzieć między innymi:

„Wysoki Sejmie!
W latach siedemdziesiątych zawarliśmy rzekomo humanitarne umowy, w istocie swej

czysto   handlowe,   o   tak   zwanym   łączeniu   rodzin.   Oficjalnie   rzekomo   niemieckich,
faktycznie bardzo polskich, a mało niemieckich. Wiem, co mówię, bo sam wywodzę się z

tej społeczności polskiej...
Na Mazurach opowiedziało się w 1946 roku sto dwadzieścia dwa tysiące Mazurów,

legitymując się polskimi ewangelickimi kancjonałami, drukowanymi w Królewcu lub
Cieszynie, zachowanymi mimo pruskiego terroru. Ilu Mazurów żyje dziś w Polsce? Sześć

tysięcy!   To   znaczy,   że   sto   szesnaście   tysięcy   zostało   odepchniętych,   formalnie
wysiedlonych  jako Niemcy,  z odebraniem im na granicy przyznanych w 1946  roku

dowodów polskiego obywatelstwa. Pamiętam, jak tu, w sejmie, dwaj posłowie: Walter
Późny   z   Olsztyna   i   nieodżałowany,   nieżyjący   już   Ryszard   Hajduk   z   Opola,   zaciskali

gniewnie   pięści,   kiedy   próbowali   wraz   z   kilkoma   innymi   posłami   interweniować.
Daremnie. Nie rozumiano że ta handlowa transakcja odbywa się ze szkodą narodu i

państwa, ze szkodą nas wszystkich i ciężką krzywdą wyrządzaną tym, którzy przez
wieki zachowywali jako skarb największy swoją polską kulturę i polski obyczaj ludowy,

wyniesiony ongiś z kultury przecież Mazowsza. Pruscy im nie dali rady przez 400 lat. A
tu zniknęli z naszego życia w ciągu ilu lat?

Z tej tragedii jeden tylko wniosek: nigdy więcej nie wolno dopuszczać do traktowania
ludzi polskiej kultury, gdziekolwiek żyją, jako nam obcych“.

Wniosek, jaki wyciąga poseł Osmańczyk, nie jest jednoznaczny: dawać paszporty czy

nie?

91

background image

Poseł Osmańczyk jakby przeoczył, że czterdzieści lat polskiej władzy więcej zmieniło w
poczuciu narodowym tych ludzi, niż 400 lat władzy pruskiej. Co to jednak znaczy: „nie

wolno dopuszczać“ do traktowania tych ludzi jako obcych? Czy to znaczy, żeby nie
wydawać im paszportów?

— Moim zdaniem, naszym zdaniem tak, nie wydawać — mówi poseł Marek Leyk. —
Należało dać nam, Mazurom, więcej autonomii, więcej praw do zrzeszania się w związki

kulturalne, ale jednocześnie wprowadzić blokadę wyjazdów. Jeden emigrant pociąga za
sobą drugiego. Tymczasem nasze miejsce jest tu, na naszej mazurskiej ziemi.

Zwolenników zakazu znajdujemy, o dziwo, także wśród tych, którzy wciąż czekają na
wyjazd. We wsi Kaborno odwiedzamy państwa Maliszewskich: córka mieszka w Hesji,

matce wciąż nie dają papierów.
— Mimo że zamierzamy wyjechać, proszę zobaczyć, jakie u nas porządne tynki — mówi

pan Maliszewski. — Dziadów puszczają bez niczego, a nas trzymają.
W małej kuchni rozgardiasz  po  wczorajszych imieninach. Parę  osób  zeszło  się, aby

dopić resztki. Trep wycofuje się na podwórko, nie lubi wąchać alkoholu.
Pani Maliszewska jest Warmiaczką, ale on Polakiem z Warszawskiego, dlaczego więc

chce jechać?
— Pracuję tu trzydzieści lat i ile zarabiam? Ciągle ciężko i ciężko.

I to on właśnie, Polak, który chce emigrować, a nawet niemieckiego nie zna, najbardziej
nieoczekiwanie powiada:

— To po co puszczali? Była duża wieś, była szkoła, kupa ludzi, wesoło i jakoś się żyło.
Teraz zostały, rozpadające się chałupy... Trzeba było nie puszczać!

— Mogliśmy tu wszyscy siedzieć — dodaje jego teściowa, Franciszka Komalewska — i
byłoby dobrze.

Staruszka   urodziła   się   w   Kabornie.   Pamięta,   że   w   domach   mówiono   tu   zawsze   po
polsku. Teraz oni wszyscy — córka, zięć, wnuk i ona mają dołączyć do wnuczki gdzieś

pod Bielefeld. Wcale jej się to nie uśmiecha, ale młodsi nie chcą rezygnować z szansy.
Nie wszyscy jednakowo ją pojmują. Kilka domów za Maliszewskimi Otto Lengowski z

synami, synowymi i wnukami bezskutecznie czekają na zgodę biura paszportów. Jedna
z synowych ma siostrę, sprzedawczynię z olsztyńskiego sklepu, której przydarzyło się

panieńskie dziecko.

92

background image

— A po co ja bym tam jechała? — mówi sprzedawczyni. — Tam pracy nie ma, trzeba się
głowić gdzie, co, jak. A tutaj muszą mi dać urlop wychowawczy, a jak się skończy,

skierują mnie z powrotem do sklepu. Jeśli nie do tego chemicznego, gdzie pracowałam
dotychczas, to do jakiegoś innego. Mnie o to głowa boleć nie musi.

Nie udało nam się rozmawiać z wojewódzkim biurem paszportów, nie wiemy więc, ile
jeszcze osób jak Maliszewscy czy Lengowscy czeka na paszporty emigracyjne. Ale z

pewnością   nie   są   to   przypadki   wyjątkowe   i   egzotyczne.   Co   smutniejsze,   podania   o
wyjazd składają młodzi ludzie, urodzeni na tych ziemiach po wojnie i z niemieckim

pochodzeniem nic nie mający wspólnego. Maliszewski dobrze się ożenił; ci, którzy nie
mają   za   małżonka   Mazura   czy   Warmiaczki,   muszą   kombinować   inaczej.   Komplet

dokumentów, zaświadczających autochtoniczne pochodzenie, kosztuje ponoć 15 tysięcy
marek; za tę cenę dostaje się papiery, stwierdzające, że babka (po kądzieli łatwiej, bo

nazwisko inne) nazywała się Meyk, Gruschetz czy Zeppelin.
Naczelnik   Stawigudy,   Zygfryd   Gładkowski,   oblicza,   że   gdyby   dawano   paszporty

wszystkim, wyjechałoby jeszcze kilkanaście osób. Naczelnik Purdy, Stanisław Szozda,
perswaduje, że w interesie gminy jest zatrzymywać autochtonów, bo o ludzi do pracy

trudno.
Nie chcą o tym słyszeć prawicowi politycy zachodnioniemieccy. Na wiecu Ziomkostwa

Górnoślązaków w Essen wiosną 1986 roku Horst Waffenschmidt, sekretarz stanu w
federalnym ministerstwie spraw wewnętrznych, powiedział:

„Drodzy ziomkowie górnośląscy, właśnie my, żyjący w kraju, gdzie niejedne prawa stały

się już tak oczywiste, że niektórzy już ich nie cenią i nie są gotowi ich bronić, właśnie
my mamy szczególny obowiązek wobec naszych niemieckich ziomków, którzy nadal

żyją na Górnym Śląsku i w innych częściach Niemiec Wschodnich.
Ci   ludzie   mają   prawo   do   naszego   poparcia   i   pomocy...   Do   zagwarantowania   praw

człowieka w odniesieniu do tych Niemców należy także to, że musi istnieć możliwość
legalnego przesiedlenia się do nas, do Republiki Federalnej. PRL wyraziła w 1975 r.

gotowość zezwalania Niemcom na wyjazd bez ograniczeń czasowych i liczebnych. Ta
obietnica musi być i dziś dotrzymana...“

93

background image

Jak wymusić na Polsce ułatwienia w emigracji? Na ten temat wypowiedział się Herbert
Czaja, poseł do Bundestagu, którym w Polsce straszy się małe dzieci:

„Skoro na nic się zdały apele ministra spraw zagranicznych RFN, gdy zawiodła cicha

dyplomacja, powinno się wstrzymywać na razie jakąkolwiek większą pomoc finansową
do czasu, kiedy PRL zdecyduje się wywiązać ze swych zobowiązań prawnych wobec

Niemców i nie-Niemców... Nie powinno się stale płacić i stale pozwalać wodzić się za
nos.   Albo   dotrzymanie   zobowiązań,   albo   niezwłoczne   płacenie   gotówką   w   obrocie

towarowym...“

Pośród przemówień parlamentarnych w sejmie i w Bundestagu, zapewne nieświadoma
ich   tonów   i   niuansów,   jechała   na   Zachód   rodzina   Tamów   z   Świętajna   Naterskiego.

Wiemy   o   tej   podróży   więcej   niż   o   tysiącach   podobnych,   bo   Tamom   towarzyszyła
kamera filmowa w rękach młodego fińskiego reżysera.

Najpierw więc widzimy, jak do Świętajna zjeżdża się na pożegnanie rodzina, śpiewają
po niemiecku, rzeczy poszły przodem, oni ładują się do zamówionej taksówki i jadą do

Warszawy. W pociągu pełni ożywienia, nadal rozmawiają po niemiecku. Tam pytany,
dlaczego zdecydował się wyjechać,  był przecież zamożnym i dobrze prosperującym

rolnikiem,   mówi   o   braku   perspektyw.   Wcześniej   czy   później   wszystko   pójdzie   do
kołchozu. Wyjechaliśmy ze względu na dzieci.

Gdzieś   koło   Poznania   nastrój   euforii   ustępuje   miejsca   lekkiemu   zaniepokojeniu.
Ostatnie kilometry Polski i pierwsze łzy. Po przekroczeniu granicy rodzina bezwiednie

przechodzi na polski.
Ostatnie   sceny   pokazują   Tama   w   tłumie   bezimiennych   robotników   w   jednym   z

westfalskich miast. Jeden więcej, który, jak długo mógł, opierał się wyborowi, czy chce
być Polakiem, czy Niemcem — i który został szarym nikim.

 
 

94

background image

 Po drugiej stronie

 
Pani Marta zwinęła z połowy małżeńskiego łoża prześcieradło Gustawa. On prześpi tę

noc   na   kanapie,   w   pokoju   z   telewizorem.   A   my   długo,   do   pół   świtu   będziemy
rozmawiały o życiu, które zostało nad jeziorem Omulew.

Byli już ostatni w Nataci Małej. Wydawało się, że oni przynajmniej zostaną. Wyjechali
obydwaj bracia Bombulatus, Kurt i Heinz, wyjechała babcia Węckowa, chociaż podczas

wojny przechowywała u siebie grupę desantową, wyjechali nawet Łochowie, których
wstrzymywano długie lata, nie wiadomo po co, zawsze czuli się Niemcami. Z Nataci

Dużej, po drugiej stronię jeziora, też wszystkich wyniosło: Dymski, Luma, Olszewski,
Gaik, Smółka...

Wszyscy wyjechali, a Niwerowie trwali. Gustaw Niwera był sołtysem tej maleńkiej wsi,
ledwie cztery zabudowania gospodarskie i cmentarzyk, na którym ostatnim lokatorem

była jego teściowa! Sołtysowanie traktował z niemiecką powagą: chodził po drodze i na
kij nadziewał porzucone papierki, przechylony płot podparł drągiem. Wpadało się do

jego kuźni podostrzyć siekierę. Nasze dzieci biegały do pani Marty na placki kartoflane.
Sołtys   poradził,   skąd   brać   kamień   na   podmurówkę,   czym   przywieźć   drzewo,   gdzie

szukać grzybów. Jeśli wrastaliśmy w nowe dla nas mazurskie środowisko harmonijnie,
to głównie sołtysowej parze to zawdzięczamy.

Wreszcie i na nich przyszła pora. Wyjechali jesienią 1981, jak kapitan, który ostatni
schodzi z pokładu. Gustaw tłumaczył, że dojadły mu dziki, jego syn Manfred marzył o

samochodzie, ale najbliższe prawdy wydawało się to, co mówiła Marta:
— Ja już jestem zmęczona. Do sklepu do Jabłonki pięć kilometrów i nigdy nie wiadomo,

czy PKS przyjedzie. A jak przyjedzie, czy sklepowa akurat nie wyszła do biura. A jak
nawet nie wyszła, to czy dowieźli chleb. Ustać w kolejce, a nogę mam chorą. To już nie

dla mnie.
Teraz, na niemieckim łóżku pod polską pierzyną, pośrodku nocy, która zbliża, pytam ją,

czy były jeszcze inne powody? Czy czuli się między Polakami nie dość swojsko, nie dość
bezpiecznie?

— Nigdy złego słowa nie usłyszeliśmy w urzędzie ani od inteligencji — mówi. — Co to,

95

background image

to nie. Ale ludzie byli różni. Parę kieliszków wypił i już przez płot leciało: Szwaby, fryce,
Hitler był wasz brat. Kiedy mała Margot leżała w szpitalu i w nocy płakała „oma, oma!“,

bo tak z niemiecka nazywała babcię, żaden lekarz się jej nie sprzeciwił, tylko salowa
powiedziała: „Zamknij mordę, ty Szwabko!“ Do trzyletniego dziecka! Margot musieliśmy

nazwać Małgosia, bo nie zgodzili się w urzędzie zarejestrować takiego imienia. Co im
imię przeszkadzało?!

A inne powody: w tej naszej Polsce nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Ona właśnie
odczuwała to najmocniej w rodzinie. Jedyny syn, Manfred, nie należał do zaradnych i

pracowitych: zmieniał zajęcia, nie skończył szkoły, lubił mówić o samochodzie, który
sobie kupi w Republice Federalnej.

— Many, a kto ci tam da prawo jazdy za pół litra jak tu? — pytała rezolutnie jego żona,
Róża.

Róża   lubiła   towarzystwo   i   najchętniej   przesiadywała   w   pobliskim   ośrodku
wypoczynkowym „Jodełka“, gdzie pobierała ryczałt za sprzątanie domków, a czasem

nawet podobno sprzątała.
Gustaw   obrabiał   pole,   kuł   konie,   coraz   częściej   jednak   musiał   polegiwać   na   ławie.

Nadwerężone służbą frontową, a potem obozem jenieckim siły wyraźnie się kończyły.
Tak więc wszystko było na siwej głowie Marty: opieka nad wnuczkami, ziemniaki dla

świń,   obiad   dla   swoich,   mleko   dla   letników.   Natać   Mała   obrosła   najpierw   kilkoma,
potem kilkunastoma, aż wreszcie kilkudziesięcioma daczami, a z każdej daczy ktoś miał

do sołtysów interes. Choćby do telefonu na korbkę, jedynego w okolicy.
Po roku czy dwóch, jakie minęły od ich wyjazdu, dostaliśmy od Niwerów list. Marta, bo

ona była najbardziej z rodziny elokwentna, pisze o sprawach ważnych i nieważnych;
przytoczymy jej list w całości, żeby wiernie przekazać nastrój:

 
Drodzy Państwo Wroblowscy

 
Otrzymałam was List i bardzo dziękuję ze tak serdeczne List pan do nas napisał zawsze

ciesyłam sie kiedy Pan przychodzył opowiada! my, jak gdze było gdy Pan podróżował, my
też mcglybym wyjechacz na Urlaub do innych Krajów ale nasze lata ne pozwolo nam

siedzenie w Mniskanu, ciesemy sie ze Zdrowie nam sluzy w Natacy było dobrze dopoki

96

background image

można było pracować na wiadomo na co Nikel te Zabudowana kupił z cego on chciał zyc
słysęlym ze Nikle były w N.R.F. u Córki ne dały se słysec choc majo nas Adress, Banule tez

ne piso teraz w Natacy to smutno bo mało Ludzy wsycy u nas odsiedzely, u nas zawsze
było   wesoło   Mąż   tylko   Miodkiem   w   Kowadło   buchnoł   to   już   kilka   Mączyn   było   na

Podwórku teraz ny ma Kowala, teraz Pan Gustaw żyje bez Troskow on chcał by do Natacy
cesto mówi moglim tam zostać ale ja ne teskne za to praco, jak bym mnałam jak tu, to też

było by dobrze, trzeba by drewo sie postarać a tu mam ciepło woda w Krane ciepła i
zimna tak jak u was, ci też nasza studna cysta? wsycy chodzyly po Wodę.

Pan Juchnewic jest na Rence i siedzy w Natacy ne nudzy sie mu lubyl zawsze latać Ze
Oziembło zmarł pisała Pani Ostrowska ale ze Pani Piesakowa o kulach chodzy to smutno

taka   dobra   i   feina   Kobieta   wiem   ze   mniała   Operativ   przeciesz   chodzyla   już   dobrze.
Państwo teraz sami ci tęskno za swoiemi Dziećmi ne mogo na kilka godz was odwiedziec

Joasia wychodzi za Mąz ze by tylko dobrze ile Rozwodow tu gdze my mniskamy ny ma
Niemców mniskajo rożne Ludzie z Śląska z Pomorza z Mazur z Greciy Turki, Italiano i

jakoś zyjo tak jak w Americe a co do nas to jest nam dobrze ny mami za dużo ale doszc
Diecom tez dobrze pracujo majo duże Mnieskane teraz muso na siebie pracować w Natacy

było im lepie bo żyły bes Troskow pomagami im jak mozemi bo nam juz ne trzeba dużo
ciekawa jest im co tam mogo za Plotki o nas chodziec wydaje my sie ze Roza sama

Plotkow   na   robiła   pisze   dużo   do   Polski   początkowo   była   ne   bardzo   zadowolona   ze
wyjechała teraz ne chciała by ze po wrotem, może na przyszły Rok po jadze w odwiedziny

ma swojo Rod. w Polsce, że Pan by chciał dowiedzieć Prawdy jak będzie w Natacy mon
Pan pojechać do Brezna Lynska 7 Kilm. z Jabłonko Pani Pankiewc była u Rozi 5 dni byli i u

nas co Nikle mogo powiediec przecież to jest daleko od nas, tak było by wsycco, na tym
końce moj List, ne wiem jak Pan go roscyta pozdrowy Pan Państwa Górnickich i wsyskich

którzy o nas pitajo zycemy wam zdrowe i wesołe Zycze ze kotkiem i Pieskiem otrzymałam
Karte z Kotkiem bardzo diękuje za scere i dobre serce Panu.

Pozdrawiamy was serdeczne zosance z Bogiem

Martha + Gustaw Niewierra
 

— Jak tam węgorze w Omulewie? — pyta nazajutrz na powitanie Manfred, o którym

97

background image

matka w liście wspomniała tylko tyle, że „dzieci teraz muszą na siebie pracować, a w
Nataci było im lepiej“. Manfred lubił pokłusować z kolegami, do węgorzy ckni mu się

najbardziej. Sołtys w pierwszych słowach pytał o dziki. Siostra Marty o grób matki na
cmentarzyku w Nataci.

Siostra wyemigrowała dwadzieścia lat przed Niwerami.
—   W   naszej   Rudzie   był   kościół,   karczma,   krawiec,   wszystko   z   czerwonej   cegły   i

wszystko już się rozleciało. Wyjechaliśmy, bo wszyscy jechali, strach było zostać. Co noc
śniła mi się Maryja w obłoku, nachyla się i mówi: uciekaj na Zachód, bo tu zginiesz.

Śni nam się na ogół to, o czym myślimy na jawie. Skąd się brał ten strach?
— Może z tego, że my, niewinni, musieliśmy odpowiadać za to, co Niemcy nabroili? —

zastanawia się siostra.
Wielokrotnie to słyszeliśmy. Co my winni? Chłopa biorą do wojska i każą mu strzelać,

baba czeka i pisze listy na front. A przecież każdy naród ponosi odpowiedzialność za
swój rząd, choćby ten rząd nikogo nie pytał o zdanie. U progu drugiej wojny światowej

na wielkim wiecu w Reichspalast w Berlinie Goebbels krzyczał do mikrofonu:
— Chcecie wojny totalnej?

— Jaaaaaa!!!! — ryczał tłum w ekstazie.
Na   pewno   nie   zapraszano   na   wiec   nikogo   z   mazurskich   przysiółków,   a   przecież

bezlitosna logika jest taka, że kiedy szale wojny totalnej przechyliły się na niekorzyść
Trzeciej Rzeszy i front dotoczył się w te okolice, płacić przyszło wszystkim.

Parę dni po przejściu frontu na podwórze sołtysowego domu w Nataci przyszło dwóch
obcych.

— Chcielibyśmy to gospodarstwo.
— My nie wybieramy się nigdzie wyjeżdżać — odpowiedziała szybko Marta, bardziej

chyba z braku wyobraźni niż z odwagi.
Obcy odeszli, ale pozostał strach, że wrócą następni.

Nie czekali długo, jak usłyszeli w pobliskim Pasymiu od jednego Polaka:
— Wyście tyle zabijali, my teraz waszą rodzinę wybijemy.

Na  decyzję  wyjazdu,   powziętą  jesienią  1981,   składają  się   i  te  odległe   wspomnienia
sprzed trzydziestu kilku lat. Marta mówiła nocą, że w urzędzie nigdy nie usłyszała złego

słowa. Ale usłyszała, że trzeba podpisać akt zrzeczenia się narodowości niemieckiej i

98

background image

przyjęcia polskiej.
— To był rok 1946. Czekalim w Pasymiu na przepustkę do Nataci. A tu przynoszą

papier, żeby zapisać się na Polaka. My w płacz. Ale że po piwnicach wtedy ludzi trzymali
i bili, aż do rozumu nie doszli, co było robić, musielim podpisać.

Potem już do piwnic nie zamykali, ale odbierali: zboże, konia, co tylko popadło.
— Jak rozpisali pożyczkę narodową, mama musiała szafę sprzedać, bo nie miała grosza.

Locha zaskarżyli, że nie chce dać zboża i wsadzili go.
Jak   zmieniły   się   czasy!   Po   latach   Loch   się   chwalił,   że   wsadzili   go,   bo   walczył   w

niemieckiej partyzantce przeciw polskiej władzy, — Jak był czyn lipca — przypomina
sobie Marta dalszy ciąg rejestru żalów — z moją nogą wykręconą, co na niej stać nie

mogę, musiałam rów kopać. Trudno, było, minęło. Już naszej ziemi pod nogami nie
mamy. Już nasze dzieci po piasku nad jeziorem nie polatają.

Wspomnienie jeziora obudziło widocznie w Manfredzie żal za węgorzami.
— Można było zostać — mruczy — ale jak jedna sroka ogon zadarła, to wszystkie

uleciały.
Manfred z Różą i dwiema córeczkami mieszkają w tym sennym miasteczku Velbert,

kawałek dalej, w trzech pokojach z wygodami. Meble wzięli na raty, co Marta ma im za
złe, bo trzeba było kupić za grosze używane. O samochodzie mowy na razie nie ma:

Manfred pracuje w fabryce jako sprzątacz, kiedyś ma nadzieję stanąć przy maszynie. W
fabryce przezywali go „der Pollack“, czyli mniej więcej tak samo, jak w Polsce, kiedy

wołali za nim „Szwab“. Wziął więc z domu papiery imigracyjne, w których napisano
czarno na białym, że jest Niemcem, i poszedł z tym do majstra: niech im powie, żeby

przestali. Poskutkowało.
— Manemu się ckni i Gustawowi się ckni, Róża wyrzeka, a ja nawet łzy sie uroniłam —

mówi Marta — tak mi to pijaństwo zbrzydło.
Gustaw lubił w Nataci popić, zresztą pili wszyscy, inaczej nie szło żyć. Butelkami wódki

płaciło się za każdą usługę: przywózka drewna — butelka, koszenie trawy — butelka,
piłowanie — butelka. Kiedy z sąsiadem Banulem, pochodzącym zza dawnej granicy, z

Kurpiowszczyzny, albo z towarzyszem broni z wermachtu Waschto czuli się niedopici,
przychodzili do nas po ratunek.

— Panie Wróblewski, ja byłem strzelcem wyborowym — bełkotał Waschto — muchę

99

background image

bym trafił, ale do pana bym nie strzelił.
Potrafili tak stać na plączących się nogach i opowiadać o frontowych przygodach. O tym,

jak Gustaw Niwera nauczył się po francusku „dwa jajka na miękko“ i ilekroć wychodzili
na przepustkę, to właśnie zamawiał. Albo jak Alfred Waschto zamknął się przed ogniem

artyleryjskim w wiejskim wychodku i wprawnym okiem budowlańca ocenił, czy deski
dziewiętnastomilimetrowe zatrzymają odłamki.

— Panie Wróblewski — rzucali wreszcie pointę, której się nauczyli w niewoli — nie
bojsia gostia siediaszczewo, bojsia gostia stojaszczewo. Pożycz pan pół litra, to sobie

pójdziemy.
Teraz Gustaw nalewa koniak do małych kieliszeczków. Banul by się ze śmiechu nie

pozbierał, gdyby zobaczył takie picie!
— Ani łzy nie uroniłam! — powtarza Marta. — Młyn był kiedyś wszędzie, a potem

szukaj młyna po całym powiecie. Bułki przywozili na wieś nie dopieczone, kiełbasę
burą.

— Ale tutaj puszki z polską szynką kupuję! — mówi przekornie Gustaw. — W Polsce
świnie   nie   stoją   tak   przywiązane   do   koryta,   jak   tu   na   farmie   widziałem.   Biedne

stworzenia, nawet się tego mięsa nie chce do ust wziąć.
Nasz   dawny,   zapracowany   sołtys   siedzi   w   białej   koszuli   i   kamizelce,   w   miękkich

kapciach. Czasem popatrzy w telewizor i powie:
—   Kłócą   się   tu   różne   partie   między   sobą,   ludzie   strajkują,   a   jednak   rozwój   jest   i

dobrobyt.
Czasem przerzuci książkę: jedną ma o okolicach Szczytna, wszystko tam opisane, jaką

kto miał ziemię, co posiali, ile zebrali. Druga nosi tytuł, po niemiecku oczywiście: „Jak
jest w naszych stronach ojczystych dziś“. Ta książka wyszła w roku, kiedy wyjeżdżali z

Nataci,  może  więc  ocenić,   na   ile   prawdziwa.   Opisują   w niej swoje  wrażenia  ludzie,
którzy   wyemigrowali   wcześniej.   Jak   wyglądają   ich   onegdajsze   gospodarstwa,   jak

chwastem pozarastały pola itp.
Gustaw z książką, w kapciach i białej koszuli! Nasz sołtys miał zawsze ręce czarne od

smaru   i   gumiaki   ciężkie   od   błota.   Był   albo   w   gumiakach,   albo   boso.   Pierwszy   raz
zobaczyliśmy go w odświętnym, usztywniającym ubraniu w dniu wyjazdu z Polski, na

Dworcu Gdańskim w Warszawie. Nosił lśniące półbuty, kurtkę z futrzanym kołnierzem,

100

background image

szary sztywny kapelusz, wszystko nowiutkie, prosto z domu towarowego w Olsztynie, a
wyglądał w tym tak nieszczęśliwy i niedopasowany, że było jeszcze smutniej.

Żegnaliśmy ich z żalem. Pożegnania na rampie Dworca Gdańskiego mają swoją gorzką
tradycję. Stąd odjeżdżali w 1968 roku Polacy żydowskiego pochodzenia, którym dano

do zrozumienia, że nie są u siebie. Niesławnej pamięci „kampania antysyjonistyczna“
operowała hasłem.: „Obywatele polscy mają tylko jedną ojczyznę“, co wśród bardziej

politycznie świadomych Mazurów i Warmiaków pachniało jak zapowiedź pogromów.
Nieobliczalna ironia losu postawiła po jednej stronie wczorajszych „Übermenschów“ i

„Untermenschów“:   jedni   i   drudzy   mieli,   zdaniem   polskich   szowinistów,   niedobre
pochodzenie.

Jeden z naszych warszawskich znajomych pobudował sobie domek na Mazurach jeszcze
w   połowie   lat   sześćdziesiątych.   W   1968   wymieniono   go   w   radio   jako   syjonistę,

godzącego w podstawy państwa polskiego. Parę dni później ktoś zastukał do jego drzwi:
ze zdumieniem zobaczył sąsiada Mazura z wielką paczką.

— Przywiozłem panu cielaka — powiedział Mazur. — Słyszałem przez radio, to może
się teraz panu przyda.

Czy ta historia wymaga jeszcze mocniejszej pointy? Wymaga: ów Mazur, stary Denda z
Burdąga,   wielokrotnie   odznaczany   za   zasługi   dla   polskości,   jest   już   w   Republice

Federalnej. A teraz druga, jaśniejsza cześć pointy: rzekomy syjonista, dziś już emeryt,
mieszka w najlepsze nad jeziorem Dłużek. Szkoda, że straciliśmy jednego obywatela, ale

dobrze, że nie straciliśmy dwóch.
A co się dzieje z Alfredem Waschto, owym strzelcem wyborowym, który się chował do

wychodka przed artylerią? Okazuje się, że Waschto nie nacieszył się długo swoją nową-
starą ojczyzną: umarł niespełna rok po przyjeździe do Hesji. Wkrótce potem umarł w

Olsztynie jego wróg i przyjaciel Anatol Nykiel, którego Marta wspominała w swoim
liście. Historia tej pary jest tak tragikomiczna, że zrobimy jeszcze jedną dygresję, żeby ją

opowiedzieć.
Waschto wrócił z radzieckiej niewoli, poszedł do państwowej pracy w budownictwie,

ale szybko się stamtąd zwolnił.
—  Ten  kradnie,   ten  pije,   ten  muru   nie   potrafi   prosto   podciągnąć,   a   potem  za   was

wszystkich Niemiec będzie siedział? Nasiedziałem się już dosyć w Uzbekistanie, Wolał

101

background image

pracować na prywatnym. Zaczął się ruch budowlany, a on umiał wszystko: murarkę,
ciesielkę,   nawet   hydraulikę.   Postawił   w   naszej   modrzewiowej   chacie   kominek,

mogliśmy ocenić jego mistrzostwo.
Anatol   Nykiel,   stolarz   spod   Poznania,   został   skierowany   PPR-owskim   zaciągiem   do

utrwalania   władzy   ludowej   na   Ziemiach   Odzyskanych.   Najpierw   utrwalał   w
Bartoszycach,   potem   w   Nidzicy:   był   zastępcą   komendanta   powiatowego   do   spraw

bezpieczeństwa.
— Trzeba było mieć oko, kto wyjeżdża, kto przyjeżdża, kto z kim utrzymuje kontakty —

wyjaśniał nam swoje zadania.
Kiedy minęły pierwsze powojenne lata, minął Październik i gorzki rachunek sumienia,

minęło jeszcze trochę czasu — zaczęto Warmiaków i Mazurów traktować z większą
ufnością.   Władze   dopytywały   się,   ilu   jest   autochtonów   w   partii,   ilu   w   organizacji

młodzieżowej, w chórach, w klubach, w administracji. Młodego Waschto przyjęto do
szkoły oficerskiej.

Któregoś razu pojechał na przepustkę do domu do rodziców, poszedł się kąpać nad
jezioro Omulew, ubranie ładnie złożył w kostkę — i znikł. Rodzina lamentowała, że

utonął,   ale   lamenty   nie   były   przekonywające.   W   domu   Waschtów   przeprowadzono
rewizję. Nie znaleźli domniemanego dezertera.

W jakiś czas później córka Nykla pojechała w podróż poślubną „Batorym“ na Zachód,
Były to już lata siedemdziesiąte. Z Hamburga zatelefonowała do ojca, że zostają. Ojciec

mógł się przekonać, że nie tylko on ma oko, kto z kim utrzymuje kontakty: zwolniono go
ze służby i przeniesiono na emeryturę. Przypomniał sobie swój dawny zawód, stolarkę,

i zaczął budować domek w Nataci.
Szło mu nieźle, ale nie umiał sobie poradzić z piecem. Zagadał więc do Waschty:

— Panie Alfred, nie pomógłby mi pan?
—   Bardzo   chętnie   —   odpowiedział   Waschto,   który   rozumiał,   że   każdy   musi   swoją

robotę wykonywać i nie miał do Nykla żadnego żalu. Tym bardziej że jego rzekomo
utopiony   syn   po   przejściu   przez   dwie   granice   prosperował   już   od   kilku   lat   pod

Stuttgartem.
Waschto pomagał, Nykiel stawiał, Waschto się rewanżował, Nykiel poprawiał. Coraz

częściej można ich było spotkać razem. Waschto dyrygował, w jakich proporcjach dodać

102

background image

do zaprawy wapiennej cementu, Nykiel pchał taczki. Co pewien czas siadali zgodnie
koło siebie, zakurzyli, Waschto pytał:

— I co tam słychać u córeczki?
— Dziękuję, jakoś sobie radzą. A jak pański syn?

Nie  ma  już  Nykla:  zanim umarł,  do córki  w  Hamburgu dołączyli obydwaj  synowie;
chociaż pochodzenie mieli polskie, prysnęli. Nazywają się tam podobno Nyckel. Nie ma

już   Waschty:   nikt   tak   jak   on   kominka   nie   postawi.   Został   Gustaw   Niwera   w   białej
koszuli i w kapciach. Za służbę w wermachcie i obóz jeniecki dostał odszkodowanie,

kupili lodówkę, telewizor i meble; na meblach polski obrus, cepeliowskie serwetki, w
szafie bielizna, ręczniki, ubranie — wszystko przywiezione.

Marta poprawia tę cepelię i parzy świeżą kawę, bo właśnie przychodzi sąsiad stąd i
stamtąd: tu mieszka dwa piętra wyżej, tam był pod Biskupcem. Niech też opowie, co

pamięta.
Paul Bahl jest tu już ponad dwadzieścia lat: złożył papiery na wyjazd w 1964 r. i od razu

dostał zgodę. Wcześniej, póki matka żyła, nie składał, ona nawet słyszeć nie chciała o
wyjeździe. Pracował w zarządzie dróg publicznych i kierował grupą robotników, wśród

których byli i Warmiacy, i Kurpie, i Ukraińcy. Paul nie mówił po polsku, ale dobrą robotę
od  złej  można  gestykulacją   odróżnić —  a  innymi  sprawami,   polityką   żadną   się  nie

zajmował. Nie przeszkadzało mu pełnić kierowniczej bądź co bądź funkcji. mimo że
miał z wojny jedną nogę drewnianą, co w połączeniu z jego niemieckim przypominało,

po której był stronie. Nie, żadne przykrości go nie spotykały. Czasem nawet w sądzie,
kiedy wzywano go na świadka, zeznawał po niemiecku.

— Dobremu człowiekowi wszędzie dobrze — wtrąca uprzejmie Marta....
— W urzędach bardziej srogo niż w sądzie, tam zakazywali mówić po niemiecku —

ciągnie Paul Bahl — ale co miałem robić? Powiedziałem, że nie umiem, tyle potrafiłem
wydukać. Na to jeden kierownik z centralnej Polski machnął ręką i kazał, żeby mi dali

spokój.
Później swoich stron nie odwiedzał. Może by i był ciekaw, ale z tą nogą trudno się

poruszać. Był za to brat, mówił, że na jego gospodarce jakiś inny Mazur siedzi i całkiem
ładnie prowadzi. No i z Bogiem.

A co z innymi dawnymi sąsiadami, co z tymi, którzy wyjechali wcześniej?

103

background image

Smółka kupił dużą oborę, przerobił ładnie na dom, zawsze był zręczny do ciesielki.
Razem z synem pracują przy budowie dróg. Bombulatusy obydwaj w fabryce. Żona

Heinza jak była flejtuchem w Nataci i dom, co jej leśnictwo odremontowało, zapuściła,
że go następni gospodarze doszorować nie mogli — tak dalej ma brudno w domu,

chociaż za marki sprząta w przedszkolu. Heinz musi sam sobie gotować, bo pracuje na
nocną zmianę. Syn ich rozbił po pijanemu samochód i zabrali mu prawo jazdy.

Trudno   za   tymi   okruchami   doszukać   się   prawd,   które   znamy   z   opracowań
socjologicznych,   przeprowadzonych   na   zlecenie   bońskiego   Ministerstwa   do   Spraw

Młodzieży i Rodziny: jedna trzecia imigrantów niemieckiego pochodzenia (bo tak się tu
nazywa Warmiaków i Mazurów, a także przybyszów z Rumunii, Węgier czy Związku

Radzieckiego)   skarży   się   na   osamotnienie,   nikłe   więzi   międzyludzkie,   obojętność
otoczenia.   Młodzież,   której  Republika   Federalna   może   dać  pieniądze   i  kursy   języka

niemieckiego,  ale  nie  serce   — zaraz   po   lekcji  przechodzi na  język  kraju,   z  którego
przybyła, i trzyma się w swoich grupkach, rzadko nawiązując przyjaźnie z rdzennymi

Niemcami.
— Ludzie tutaj są sobkowaci, zamknięci — mówi Róża Niwerowa, synowa Marty. —

Mają więcej pozy, więcej grymasów. Tam żyliśmy inaczej, prościej.
Ludzie   z   Mazur   kierują   się   głównie   do  Westfalii.   Jak   u  nas   chłopcy   spod   Chełma   i

Przemyśla ciągną na Śląsk, tak w przedwojennej Rzeszy Niemieckiej młodzi Mazurzy i
Warmiacy   szukali   chleba   w   kopalniach   i   stalowniach   Zagłębia   Ruhry.   Po   wojnie

największa   fala   emigracji,   ci,   co   w  popłochu   uciekali  przed   frontem,   tu  znajdowała
przytulisko,   przy   krewnych   i   znajomych.   Naturalną   koleją   rzeczy   do   nich   dołączali

następni emigranci z tych samych stron.
Wokół Dortmundu rozlokował się powiat Nidzica.

Mają tu swoje ziomkostwo. A kto się odbił gdzieś dalej, przyjeżdża chociaż raz na rok,
nawet   z   odległej   Bawarii:   znajomych   spotkać,   plotek   posłuchać,   pośpiewać,

powspominać — jak na odpuście.
Mówiono nam w Polsce, że ziomkostwa są umyślnie podkarmiane przez rząd federalny,

żeby nie wygasł duch rewizjonizmu i odwetu. Mówiono nam w Bonn, że nic podobnego,
rząd federalny szanuje swoje międzynarodowe zobowiązania, a rewanżyzm to wymysł

polskiej   propagandy.   Prawda   leży,   jak   często,   pośrodku,   chociaż   nie   w   pół   drogi:

104

background image

przynależność do ziomkostwa daje pewne przywileje podatkowe, kredytowe, a także
informację, radę, czasem i pomoc nowo przybyłym. Według federalnej wykładni ustaw,

prawo do zachodnioniemieckiego obywatelstwa ma każdy, kto urodził się na dawniej
niemieckich terenach — i to już trudno pogodzić z deklaracjami o przyjaźni z Polską. Z

takiej wykładni korzystały dzieci byłego szefa MO w Nidzicy: tam się urodziły.
Członkowie ziomkostw zbierają też pieniądze na parafie, do których kiedyś należeli, i na

paczki dla sąsiadów, którzy zostali. Podobno imponujący kościół na nowym, wielkim
osiedlu Jaroty w Olsztynie zbudowano głównie za marki, zebrane o tysiąc kilometrów

dalej.
Siostra Gustawa Niwery nigdy się do takich zbiórek nie przyłącza. Kiedy wyjeżdżała z

Janowa,   w   pięćdziesiątych   jeszcze   latach,   wsadzili   ją   do   piwnicy,   obrabowali   ze
wszystkiego, zdarli ostatnią sukienkę. Wyjeżdżała z płaczem, ale nie był to płacz żalu za

ziemią, którą zostawiała. Od tej pory nie chce dać na Polskę ani feniga.
Za to gorliwie uczestniczy w spotkaniach ziomkostw pan Albin Wyrwa.

—  Ja  pochodzę  z Grodna  — mówi  śpiewnie.  — Więcej  nas  było  w Olsztyńskiem  z
Wileńszczyzny. Gdyby pozwolili, to i my byśmy koło ziomków zawiązali.

To on namawiał na wyjazd żonę — Mazurkę. Próbowali wyjechać już w 1963 r.: za Łabą
Edyta miała matkę i rodzeństwo, w Polsce dwie córki — zamężne i dzieciate. Łączenie

rodziny znaczyło tu także dzielenie rodziny, więc nie o familijne względy chodziło.
A   o   jakie?   Przywykło   się   w   oficjalnej   polskiej   publicystyce   używać   pogardliwego

terminu   „volkswagendeutsch“,   co   brzmi   podobnie   do   „volksdeutsch“,   okupacyjnego
kolaboranta   i   zdrajcy,   ale   wskazuje   na   materialistyczną   orientację   życiową.   W

podtekście   pobrzmiewa,   że   „volkswagendeutsch“   gotów   jest   frymarczyć   ojczyzną   w
zamian za samochód.

Nie uważamy, żeby samochód u progu XXI wieku był wygórowanym luksusem i nie
uważamy, żeby rozczarowanie Polaków do własnej ojczyzny dało się sprowadzić tylko

do braku samochodu. Widzimy ze smutkiem, jak wynoszą się w poszukiwaniu lepszego
życia   młodzi   ludzie,   którzy   żadnego   innego   pochodzenia   niż   polskie   nie   mają;   co

dopiero ludzie pogranicza, których drzewo genealogiczne giętkie, którym łatwiej czuć
się Niemcami! Na pewno wyjazdów byłoby mniej, gdyby nie twarda niemiecka marka,

gdyby nie standard życia Republiki Federalnej, tak ostro kontrastujący z naszym.

105

background image

—   Chcieliśmy   sobie   trochę   ulżyć   —   mówi   Albin   Wyrwa.   —   Harowaliśmy   tam
czterdzieści lat i czegośmy się dorobili? Ledwie dwóch pokoików w Mrągowie, a i to

dopiero w ostatnich latach. Tu po roku mamy wszystko to samo, nawet więcej.
Wyrwowie mieszkają bliżej Kolonii, w Sensburgu. W tej okolicy też sporo Mazurów, za

Wuppertalem w sklepach są polskie wędliny i polską mowę słychać tam częściej niż
niemiecką.   Kiedy   dowiedzą   się,   że   jest   spotkanie   mazurskich   ziomków,   lecą

natychmiast.
— Nic politycznego tam nie ma — zapewnia Edyta. — Ciasto się upiecze, powspomina

dawne nasze strony. Nie mamy nic przeciwko ludziom w Polsce. Ludzie są kochani,
cudowni.   Nie   dlatego   uciekliśmy,   że   nam   się   Polska   nie   podoba.   Tylko   standard

chcieliśmy sobie poprawić.
Opowieść, jak do tej ucieczki doszło, bierze początek aż w 1947 roku. Wtedy Albina

Wyrwę   przysłał   w   olsztyńskie   lasy   Państwowy   Urząd   Repatriacyjny.   Kiedy   poznał
Edytę, musieli rozmawiać po niemiecku: ona należy do pokolenia Mazurów, które po

polsku   mówiło   w   dzieciństwie   tylko   szeptem,   w   domu.   Albin   zaś   nauczył   sią
niemieckiego podczas robót przymusowych w Królewcu.

U ojca Edyty pracowały podczas wojny przymusowi robotnicy Polacy, którzy według
hitlerowskich przepisów mieli nosić naszyte na koszuli piętno swojej narodowości.

— U mnie żadnych „P“ nie będzie! — powiedział kategorycznie ojciec, a matka Edyty nie
zgodziła się oddzielnie gotować dla rodziny, oddzielnie dla robotników, Jadali więc przy

wspólnym stole, choć to było zabronione. Matka jeszcze psy spuściła na listonosza,
który donosił.

Od pięćdziesiątych lat Edyta Wyrwowa pracowała w ośrodku wczasowym zakładów
„Ursus“  w   Sorkwitach  jako   szefowa   żywienia.   Z   kierowniczką,   góralką,   świetnie   się

rozumiały, ale kiedy przychodziło jadłospis robić dla killkuset wczasowiczów, a nie było
z czego, głowa pękała.

Albin był kontrolerem w PKS. Zarabiał wprawdzie dwa razy więcej od żony (co nie
znaczy,   że   dużo),   ale   pracował   w   świątek   i   w   piątek,   rankiem   i   wieczorem.   Kiedy

rewizor się upił albo zachorował, trzeba go było nagle zastąpić.
— Panie Wyrwa — dzwonili wtedy — weź pan dodatkowo ten dyżur!

— Dlatego zgody na wyjazd myśmy nie dostawali — mówią teraz. — Najpierw władze

106

background image

paszportowe biorą opinię od kierownika zakładu pracy. Łobuz, leń, partacz ma większą
szansę. Albo właściciel ładnej gospodarki czy domu, który komuś wpadł w oko.

Wyrwów w pracy nie mogli się nachwalić, gospodarstwa ani domu nie mieli, więc po co
ich wypuszczać? Nawet w odwiedziny do RFN mogli jeździć tylko oddzielnie. I dopiero

w 1985, kiedy już obydwoje przeszli na emeryturę, pozwolono im jechać na urlop do
matki razem. I jak stali, z walizkami tylko, postanowili do Mrągowa i do Polski nie

wracać.
— Żadne tło polityczne — zastrzega jeszcze raz Albin, ziomek kolejno z Wileńszczyzny,

z   Olsztyńskiego,   a   teraz   z   Westfalii.   —   Kiedyś   w   pracy   powiedziałem   głośno,   że
gospodarka polska jest do niczego, to kierownik upomniał, żeby siedzieć cicho. Ale tak,

to do polityki się nie mieszałem. Raz po powrocie z odwiedzin pytali, kogo spotykałem,
o czym rozmawiałem, czy oglądałem niemiecką telewizję. To wszystko.

Wyrwowie mają w Sensburgu trzy pokoje, w Mrągowie zostawili dwa. Przydały się, jak
znalazł:   młodsza   córka   czekała   na   mieszkanie   jedenaście   lat,   a   kiedy   wreszcie   się

doczekała,   rozwiodła   się   z   mężem   i   uciekła   do   Mrągowa   właśnie.   Starsza   córka
niedaleko, w Pieckach pod Mrągowem: wybudowali wraz z mężem dom, przy domu

warsztat samochodowy, powodzi im się nieźle.
— A wy nie myślicie o wyjeździe? — pytamy ową starszą córkę, Krystynę Cebo, którą

odwiedzamy w Pieckach.
Nie, jednak nie. Mąż nie jest Mazurem (wprawdzie i ojciec nie), nie zna niemieckiego,

byłoby chyba za ciężko. Niby i tu nielekko, ale wszystkim. Kiedy urodził im się drugi
syn, a o żłobku mowy nie było, Krystyna musiała rzucić pracę i zostać w domu.

Krystyna   częstuje   nas   kawą   i   eleganckimi   czekoladkami.   Oczywiście   stamtąd.   We
wszystkich   domach   powiązanych   rodzinnie   z   RFN   obfitość   kawy   rzuca   się   w   oczy.

Kawa, kolorowe sweterki dla dzieci, modne szorty — to wszystko stamtąd. Trudno
jednak, żeby spod Kolonii dosyłali cement czy siatkę na ogrodzenie. Budowa domu

ciągle utyka, jak jest jedno, to brakuje drugiego.
Rodzice telefonują czasem i pytają: no, jak tam? Ale co można przekazać przez telefon?

Że butla z gazem im nie przysługuje, bo na nieszczęście mają komin, więc zgodnie z
przepisami nie należą do grupy najbardziej potrzebujących? Że części samochodowych

brakuje i robota w warsztacie kuleje?

107

background image

Edyta   Wyrwa   w   Sensburgu   dała   adres   córki   i   koniecznie   namawiała,   żeby   do   niej
zajechać — jakby przez nasz kontakt sama się do Piecek zbliżała. Przyjdzie czas, że

tęsknota za dziećmi bardziej dokuczy, ale wtedy będą mogli już jeździć do Polski bez
obaw. Jako uciekinierzy musieliby się teraz wykupić, wizy kosztowałyby ich po 1200

marek od głowy. To na razie za drogo: Albin ma 1343 marki miesięcznej renty, Edyta
zarabia 870 marek za swoje pół etatu w kuchni domu opieki.

Obok warsztatu samochodowego w Pieckach — warsztat stolarski. Stolarz i sąsiad, pan
Jabczyński, wyjechał przed dwoma laty. Kiedy przyszedł się żegnać, Krystyna spytała:

— Wcale nie widać, żeby pan się cieszył?
— Jakoś tak, nawet nie liczyłem — wymamrotał tamten. — No, trudno, teraz już się

cofnąć   nie   można.   Przynajmniej   paliwa   tam   sobie   kupię   skolko   ugodno,   bez   tych
cholernych kartek.

Warsztat zestawił córce. Czy rodzina Jabczyńskich będzie się w przyszłości dalej łączyła
i dzieliła? Trudno odgadnąć, co przyniosą nadchodzące czasy.

Poznaliśmy córkę państwa Wyrwów, zostali jeszcze rodzice, a ściślej — miejsce, które
rodzice Edyty opuścili. To miejsce, gdzie mazurski „gbur“ (tak nazywano zamożnych

gospodarzy)   siadał   do   stołu   razem   z   polskimi   przymusowymi   robotnikami,   wieś
Mojtyny pod Biskupcem. Gadomski był przodującym rolnikiem, po wojnie co rok gmina

dawała   mu   dyplomy.   Zgodę   na   wyjazd   dostał   za   pierwszym   podejściem.   Kto   to
zrozumie — może sąsiedni PGR miał ochotę na jego zadbane pole? A dlaczego w ogóle

wyjechał?
—  Gadomscy   wyjechali,   bo   była   zła   polityka   naszego   rządu   —   twierdzi   stanowczo

Stefan Izdebski, sołtys z Mojtyn. — Mazur nie miał tu słowa. Niemiec, co tam z nim
gadać, słyszało się w urzędach. I czego te biedne Mazury doczekały? Teraz tam ich

wyzywają od Polaków.
Izdebski był tu od początku, kiedyś kierował PGR-em, wie, co myślano i co mówiono o

Mazurach, wie, ile im płacono, o czym piszemy w innym rozdziale. Sam ożenił się z
autochtonką, która jest dziś ostatnią już Mazurką w Mojtynach. I to ona, Margerita

Izdebska, wsiada z nami do samochodu, żeby pokazać dom po Gadomskich.
Nie tyle dom, co miejsce po domu. Jedziemy wzdłuż czegoś, co mogłoby uchodzić za

wykopaliska:   parę   kamiennych   schodków,   skrawek   metalowej   poręczy,   kępa

108

background image

zdziczałych drzew owocowych. Tu i ówdzie dziura w ziemi, bo nawet cegły, z których
była piwnica, wywieziono. Te zabytki mają po dziesięć, dwadzieścia lat.

— Tutaj było obejście, na które miał apetyt mój zięć z córką — pokazuje nam Izdebska,
ale właściwie niczego nie widać. Póki dom stał, mieszkał tu ktoś z PGR-u. Zdewastował

wszystko i wyniósł się. Nawet i wtedy nie wolno było resztek sprzedać zięciowi. Wolno
było dopuścić do śmierci klinicznej.

Ongiś wzorową gospodarkę Gadomskich oglądamy z drogi. Pegeerowskie pole, chyba
jęczmień, przerastają wysokie trawy. W środku pola kępa drzew. Parzy kępie słup,

który kiedyś doprowadzał prąd do obejścia. Był dojazd od drogi, ale dziś już samochód
się nie przedostanie, nawet dojść pieszo nie da rady, trawa po pas. Tylko Trep, który

chce mieć swój udział w zbieraniu materiału do tej książki, pędzi w naszym imieniu na
przełaj, żeby obwąchać ślady. Wraca wysokimi susami: nawet szczeknąć nie było na

kogo.
Nie wiadomo, co powiedzieć. Czujemy się trochę jak na cmentarzu. Coś przecież umarło.

— Smutne, prawda? — powiada, jakby odgadując nasze myśli, Margarita. — Ale kiedy
pojechaliśmy do RFN odwiedzić rodziną, zrozumiałam, że żyć mogę tylko tutaj. Było mi

tęskno do domu tak bardzo, że nawet, jak po powrocie okazało się, że znów nie ma
eternitu na pokrycie szopy, wcale się nie złościłam.

Według wyznawców teorii o rasie i instynkcie Margarita powinna ciążyć ku Niemcom,
Albin Wyrwa ku Polakom. Tymczasem ona nie mogła się doczekać powrotu do Mojtyn, a

on nie może się nacieszyć swoim nowym życiem w Sensburgu.
— Mnie się to właśnie podoba, że alkohol podają po małym kieliszeczku i ciasta nakroi

się, ile osób przy stole — mówi Wyrwa. — Tam u nas, kto nie wypił, ten był wróg. Zięć
musiał zawsze w bagażniku półlitrówkę wozić, inaczej niczego by nie załatwił. Ludzie w

biurach   tutaj   grzeczni,   pierwsi   się   ukłonią,   powiedzą   „Grüss   Gott“.   A   do   naszych
urzędniczek bez kija ani przystąp.

Chętnie mówi po niemiecku, chociaż jego niemiecki ubogi i kaleki i tym bardziej nie
wiadomo, czy kiedy mówi „bei uns“ ma na myśli „u nas w Polsce“ czy „u nas w RFN“.

Jakby językiem chciał szybciej zniwelować dystans, jaki go dzieli od nowego wcielenia.
Nawet z żoną rozmawia teraz po niemiecku i z szacunkiem wita gościa, zaproszonego

specjalnie dla mnie, pana Wernera Buksę.

109

background image

Teraz   nastąpi   polityczna   część   rozmów,   pan   Buksa   jest   bowiem   przewodniczącym
ziomkostwa Prusaków Wschodnich na całą Westfalię. Twierdzi, że związek ziomkostw z

polityką jest słaby, najwyżej raz do roku, wygłoszą coś na zjazdach...
— Na przykład co? — Na przykład, że ludność wywodząca się z tamtej ziemi ma do niej

prawo...
— Ale te ziemie należą do Polski. Ludność, która z Polski wyjechała, zrzekła się tym

samym praw, czyż nie?
— Dopiero traktat pokojowy mógłby te kwestie uregulować.

Kiedy w latach siedemdziesiątych, po podpisaniu umowy między Brandtem a Gomułką,
przesiedleńcy z terenów przejętych przez Polskę zaczęli wytaczać rządowi federalnemu

procesy   o   zdradę,   ziomkostwa   te   procesy   wspierały.   Ziomkostwo   nazywa   się
„związkiem   wypędzonych“.   Pani   Edyta   tłumaczyła   tę   nazwę   na   polski   łagodniej   —

„przesiedlonych“, jakby chciała ukryć wstydliwie polityczną wymowę organizacji. Jak
można   mówić   o   wypędzaniu,   skoro   niektórzy   kilkanaście   lat   czekali   na   zgodę   na

wyjazd?
— Czy ludzie, którzy wytaczali procesy, chcieliby dostać pieniądze, czy, raczej wrócić w

swoje rodzinne strony?
— Pod pewnymi warunkami mogliby tam żyć znowu — odpowiada ostrożnie Werner

Buksa, który teraz pisze się Buxa. — Emigranci z ostatnich lat nie chcą o tym słyszeć, ale
starsi, ci, co uciekali przed frontem, dlaczego nie? Przekroczyli sześćdziesiątkę, w tym

wieku marzą się powroty do młodości.
Wszystko to razem nie brzmi zbyt przekonywająco.

Byłoby wspaniale, gdyby Europa zbratała się na tyle, żeby ludzie mogli żyć, gdzie im się
podoba, a państwa nie akcentowały swojej władzy specjalnymi wymaganiami. Ale to

odległa   wizja.   Kiedy   więc   pytam   wręcz,   jak   sobie   wyobraża   powrót   Niemców   do
dawnych Prus Wschodnich, pan Buxa odpowiada:

— Prawdę mówiąc, wcale sobie nie wyobrażam. Tylko niech Bóg zachowa, żeby miała
być jakaś wojna!

Właśnie.   Trybunał   międzynarodowy   w   Hadze,   przed   który   trafiły   pozwy   obywateli
Republiki Federalnej przeciw swojemu rządowi, orzekł, że sprawa jest uregulowana

tymczasowo   (dlatego   odszkodowań   za   pozostawioną   ziemię   się   nie   wypłaca)   i   że

110

background image

kropkę nad „i“ postawi dopiero traktat pokojowy. Ale u nas, w Polsce, sprawę uważa się
za   ostatecznie   uregulowaną,   potwierdzoną   układami   z   NRD,   a   potem   z   RFN   i   nie

wymagającą specjalnych komentarzy prawnych.
Kolejny rozmówca Franz Maxim (którego nazwisko przeszło podobną metamorfozę, jak

Buxa, kiedyś jego rodzina pisała się Makszim) mówi, że brzuch go boli, kiedy słucha
tych przywódców ziomkostw. 

— Przemawiają w imieniu tysięcy, a kto za nimi stoi? Ludzie zjeżdżają się na spotkania,
bo chcą być razem, żadne awantury im nie w głowie!

On, Maxim, jeździł na zloty, żeby robić wywiady. Na trzydniowym zlocie przesiedleńców
z okolic Nidzicy przepytał około dwóch tysięcy ludzi. Wywiady służą mu do badań

losów rodzin mazurskich od XVI wieku. Pani Rosa Maxim nazywa to chorobą. Co za
hobby,   cały   jeden   pokój   wyłączony   z   życia!   Na   ścianie   rozpięte   wielkie   drzewo

genealogiczne. Tu gałąź polska, tu niemiecka. W komputerze zakodowanych trzydzieści
tysięcy   rodzin.   Kopiarka   może   każdy   fragment   powielić   i   skonfrontować   z   innymi

danymi. Maxim jest szczęśliwy: żeby tylko doba była dłuższa!
Na   podstawie   próbek   statystycznych   Maxim   twierdzi,   że   wielu   Mazurów   i   w

dawniejszych wiekach przenosiło się z miejsca na miejsce. Tak przynajmniej mówią
rejestry kościelne. Niektórych zmarłych grzebano po polskiej stronie granicy. Związki

Mazurów z obydwoma krajami, narodami i kulturami mają wielowiekową tradycję.
Dzieje swojej rodziny wywiódł Maxim od zwycięskiej wojny Prus z Francją, od 1870

roku. Zwycięzcy nałożyli na pokonanych kontrybucję, 5 milionów franków w złocie,
które   niemal   w   całości   poszły   na   finansowanie   budowy   sieci   kolejowej   i   koszar   w

Prusach   Wschodnich,   dając   początek   ich   rozwojowi   gospodarczemu.   Ojciec   Maxima
miał   podobne   hobby:   zbierał   informacje   o   Mazurach.   Był   żołnierzem   w   pierwszej

wojnie, gorącym niemieckim patriotą. Kiedy Hitler zaczął przekonywać Niemców, że są
nadludźmi, ojciec zerwał z tą częścią rodziny, która uważała się za Polaków.

— Mój dziad z dziadem Małłka razem się modlili. Ojcowie rozeszli się w różne strony. A
synowie znów myślą podobnie.

— Podobnie, to znaczy jak?
— Że ziemia mazurska powinna służyć Mazurom niezależnie od tego, jakiemu państwu

jest poddana.

111

background image

Dlatego   podczas   wizyty   w   Polsce   w   połowie   lat   siedemdziesiątych   Franz   Maxim
namawiał Mazurów, żeby nie wyjeżdżali, żeby zostawali. Ale mało kto chciał go słuchać.

Tłumaczył, że jak wyjadą, będą w nowym, miejscu nikim. Że Republika Federalna to nie
same błyszczące cacka, nowe samochody i papierosy Marlboro.  Ze  ziemia dla Mazura

zawsze była i powinna pozostać świętością.
Spotkał pod Ostródą kolegę, z którym razem chodził kiedyś do szkoły. Kolega ma dobre

gospodarstwo, obok jego syn drugie. O, ich chciałby Franz Maxim postawić za wzór. Nie
narzekają na warunki materialne. Kolega skarżył się natomiast na upadek moralności.

— W szkole tu nie uczą, jak odróżniać dobro od zła. Brak religijnego wychowania, nie
ma miejsca na zasady, uczciwość staniała, mimo że kary są wysokie — mówił.

— Człowieku — odpowiedział mu Maxim — u nas jest tak samo.
Rozmawiam jeszcze z młodymi sąsiadami Maxima, Krystyną i Wolfgangiem, którzy też

odradzali znajomym w Polsce wyjazd. Ale znajomi patrzyli podejrzliwie, jakby doradcy
źle im życzyli.

— Rolnicy nie boją się już tak przyszłości — mówi Krystyna — tylko że jest im ciężko.
Po umowie Gierka ze Schmidtem był strach i wybuchła panika: ten wyjechał, tamten

jedzie, kiedy zostanie nas mała garstka, zabiorą ziemię i zrobią kołchozy.
W rodzinnej wsi Krystyny, w Wymoju, który opuściła kilkanaście lat temu, zostały dwie

warmińskie rodziny z kilkudziesięciu. Jej kuzyn tak się obraził za to, że mu do dowodu
wpisali:  narodowość  polska,   że  kiedy nie   chcieli  mu dać zgody  na  wyjazd   do  RFN,

wyemigrował do NRD. Ale Krystyna nie miała w Polsce złych doświadczeń. Owszem,
pamięta, że matce dość grubiańsko zwracano uwagę w urzędach:

— Niech się pani nauczy lepiej mówić po polsku!
Skończyła w Polsce technikum kolejowe, teraz pracuje przy komputerach, lubi jeździć

na zloty ziomkostw, bo tam się wspomina szkołę, kolegów, przy czym rozmawia się po
polsku, co jest też pewną atrakcją. A polityka? Haseł politycznych nikt nie traktuje serio!

Mąż Krystyny, Niemiec urodzony nad Renem, który na Mazurach był tylko z wizytą,
słucha naszej rozmowy prowadzonej po polsku, prosi, żeby mu tłumaczyć, a potem i on

pragnie coś powiedzieć:
— Młodzi Niemcy nie chcą mieć problemów i trochę ich przeraża fala emigracji, która

płynie   ze   Wschodu.   Gdyby   u   was   w   Polsce   było   więcej   wolności,   toby   Mazurzy   i

112

background image

Warmiacy nie wyjeżdżali. A teraz ani tam nie chcą być, ani tu nie czują się u siebie. Mają
do wyboru dwa państwa, ale nie mają ojczyzny.

Człowiekowi ojczyzna jest potrzebna, jak potrzebny jest dom. Naszych sołtysów, Martę i
Gustawa Niwerów, rozmowa ciągle znosi na mazurski grunt, nawet kiedy zaczyna się od

tematów błahych i odległych:
— Takie tanie winogrona były tu w zeszłym roku, że jadłam i jadłam — powiada Marta.

—  A  w  Jabłonce   też   raz   sprzedawali  —  przypomina   sobie   Gustaw.   —  Stanąłem  w
kolejce, ale do mnie nie doszły.

Człapie w swoich kapciach do kontaktu, zapala światło.
— Żarówki rzadko się przepalają, tylko raz zmieniłem przez cztery lata. A jak się nawet

przepali, to w sklepie idzie dostać.
Po chwili gasi jednak światło i wygląda przez okno.

— Księżyc tak samo tu stoi nad domem, jak tam stał.
 

 

113

background image

 Powroty

 
Już po tygodniu zdał sobie sprawę, że popełnił błąd, że musi wracać. Co go właściwie

tak   zraziło?   Bywał   już   przecież   w   Republice   Federalnej   wcześniej,   nie   jechał   w
nieznane. Tak, ale co innego przyjechać do rodziny, posiedzieć przy stole, porozmawiać

o tym i owym, cały czas mając w zapleczu dom i robotę w Węgajtach, a co innego pojąć
nagle, że przeszłość została odcięta, że tam nie zostało już nic.

Może byłoby inaczej, gdyby dostał stałą pracę. Umie wszystko — i drzwi dopasować, i
motor zreperować. Ale w RFN człowiek po pięćdziesiątce, z zawodu rolnik, w dodatku z

jedną ręką trochę felerną, nie ma czego szukać. Musieli się utrzymywać z 800 marek,
jakie żona zarabiała za sprzątanie w hotelu.

Kiedy człowiek snuje się bezczynnie, przychodzą mu do głowy głupie myśli, że jest już
do niczego.

Zanim poznaliśmy Eryka Selke, człowieka, któremu Polska była potrzebna, żeby mógł
na   powrót   uwierzyć   w   siebie   —   poznaliśmy   Herberta   Pieczkowskiego,   naczelnika

gminy Jonkowo, z której Selke wyjechał i do której wrócił. Pieczkowski jest jedynym już
bodaj   autochtonem   na   takim   stanowisku   w   polskiej   administracji   państwowej   na

Warmii   i Mazurach i  z  tego   powodu  ma   ucho  bardziej wyczulone   na   myśli  swoich
ziomków.   Kiedy   Eryk   Selke   zaszedł   do   urzędu   gminy   odwiedzić   go,   nie   zapytał

wprawdzie wprost (taki, który by wręcz powiedział, że chce wracać do Polski, byłby
poczytywany za nieudacznika), ale kołował, kręcił, przymierzał: co by było, gdyby...

Naczelnik mówi nam, że emigrantów skłonnych wracać nie jest wielu, ale są. Frustruje
ich nie tylko zmiana miejsca, także zmiana zawodu: w Polsce byli rolnikami, tam muszą

żyć w mieście. Ziemia dla Warmiaka i Mazura od pokoleń stanowiła świętość. Tutaj
sami sobie wyznaczali czas i reżim — tam są kółkiem w maszynerii. Podobnie więc jak

Selke podczas odwiedzin w Polsce zachodzą, przywitają się, zażartują na temat powrotu
— ale w żartach Eryka Selke naczelnik czuł podtekst całkiem serio.

Do niektórych urzędów gminnych napływają czasem listy z pytaniami, czy nie dałoby
się   wrócić?   Gminy   nie   odpowiadają.   Bo   co   mają   odpowiedzieć?   Proszę   bardzo,

czekamy? A niby gdzie takiego Warmiaka czy Mazura urządzić? Kiedy wyjechał, był

114

background image

kłopot   z   obsadzeniem   jego   gospodarki.   Teraz   byłby   jeszcze   większy   kłopot   ze
znalezieniem dla niego zastępczej.

Selke pojawił się w Węgajtach bez pisania. Otoczyli go dawni sąsiedzi, którym pomagał i
wśród których był popularny.

— Eryk! Przyjechałeś? Wróciłeś na zawsze? Wracaj, zostań z nami, pomożemy ci stanąć
na nogi!

Chociaż Eryk Selke nie jest specjalnie rozmowny, przyznaje, że wtedy zaczęło mu się
robić   wilgotno   w   oczach.   Właśnie   tego,   ludzkiej   solidarności   i   bezinteresownej

przyjaźni, tam mu brakowało. Poszedł do olsztyńskiego biura paszportów, tego samego,
gdzie składał podanie o wyjazd: teraz chciał złożyć podanie o powrót.

— Panie Selke, trzeba było lepiej się zastanowić, już przepadło.
Podanie na wyjazd złożył w 1980 roku, kiedy wszyscy składali i większość wyjechała.

Zrobił to pod wpływem nalegań rodziny z RFN, która słała zaproszenia. Nie chciał ich
obrazić   po   prostu.   Ale   po   przyjeździe   do   RFN   rodzina   okazała   się   znacznie   mniej

serdeczna niż w listach:
—  Co   będziesz   im   się   tłumaczyć!   —  namawiali   sąsiedzi   z   Węgajt.   —  Przyjeżdżaj   i

koniec!
Łatwo się mówi. Na razie Selke musiał za każdy dzień pobytu w Polsce wymieniać

przymusowo po oficjalnym kursie 30 marek z gwałtownie topniejących oszczędności.
Wrócił   do   żony   załamany.   Rodzina   usiłowała   go   pocieszać:   córka   fryzjerka   i   syn

kierowca   usamodzielnili   się,   daj   spokój   tata,   mówili,   znajdziesz   jakąś   robotę,   nie
zginiesz przecież.

Żadne roboty dorywcze go nie cieszyły. Wbił sobie ten powrót do głowy. Minęło trochę
czasu,   znów   zawitał   w   gminie,   znów   poszedł   do   biura   paszportów   —   i   znów   bez

rezultatu.
Postanowił działać inaczej, jak sam mówi, na chama. Był już rok 1983. Wynajął za 4

tysiące marek wagon kolejowy, zapakował cały dobytek, żonę zostawił na razie w RFN,
sam ruszył do Polski. Wagon zatrzymano na granicy. WUSW w Olsztynie nakazał mu w

ciągu 24 godzin opuścić kraj. Pojechał więc do Warszawy, wprost do sejmu. I tam, ku
swojemu szczęściu, od ręki dostał zgodę na pobyt czasowy.

Teraz poszły w ruch papiery. Warszawa pytała Olsztyn, co robić z tym podróżnikiem ze

115

background image

Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód: może jest szpiegiem, może rewanżystą,
choć z drugiej strony taki powrót jest niewątpliwym atutem propagandowym na rzecz

Polski. A oto notatka informacyjna, sporządzona przez olsztyńskie biuro paszportów:

Z zebranych o Erichu Selke opinii wynika, że był on człowiekiem uczynnym, znany
władzom   gminnym   jako   zaangażowany   społecznik,   nie   mieszający   się   w   sprawy

polityczne. W złożonych dokumentach E. Selke stwierdził, iż Polskę opuścił za namową
ludzi mu bliskich, przez których został oszukany. W RFN czuli się obco, nie posiadali

kontaktów z otoczeniem oraz nie potrafili przełamać bariery obyczajowej...“

Minął jeszcze rok, zanim wreszcie Selke dostał zgodę na powrót: może przebywać w
Polsce na statusie bezpaństwowca. Przez ten rok nie czekał biernie — wziął się ostro do

roboty, żeby ponownie zapuścić korzenie w polski grunt.
Zamieszkał u dawnego kuma w Sękinach, podjął pracę palacza i zaczął rozglądać się za

gospodarką. To, co zostawił, wyjeżdżając trzy lata wcześniej, gmina sprzedała spółce
młodych mieszczuchów — o czym piszemy w innym rozdziale. Naczelnik Pieczkowski

zaproponował mu gospodarkę po ojcu, ale tam też mieszkała rodzina i to z gromadą
dzieci.

— Jakże tak, zaczynać od czyjejś krzywdy?! — powiedział Selke i ojcowizny nie przyjął.
Wypatrzył   za   to   w   sąsiedniej   wsi,   w   Wołownie,   pustą   oborę   po   kółku   rolniczym.

Postanowił tę oborę przerobić na dom.
Kiedy oglądamy to miejsce cztery lata później, trudno uwierzyć, jak kiedyś wyglądało:

Selke pokazuje nam zdjęcia. Rozryty teren, zapadnięty dach. Gnoju było w środku na
trzy sztychy łopatą, wywiózł na pole aż trzydzieści przyczep. Dziś wokół domu piękne

kwiaty,   eleganckie   ogrodzenie,   teren   wymieciony,   bardziej   przypomina   zachodnią
fermę niż niechlujne podwórka naszych wsi.

Siedzimy   w   dostatnio   wyposażonej   kuchni:   ściany   obite   polskimi   deseczkami,   na
podłodze niemieckie tworzywo, podsufitka też że sprowadzonych płyt. Żona została

najpierw tam, żeby trochę zaoszczędzić na rozruch, a on siana sobie nawiózł, przystawił
drabinkę, spać chodził na strych, zjadł co bądź i gorącą herbatą popił. Sąsiedzi nie

zawiedli: przychodzili mu pomagać, jak obiecywali. Po dwóch latach żona przyjechała,

116

background image

żeby zawieszać firanki i posadzić kwiaty, których nasiona przywiozła z sobą. Dzieci
zostały tam, jeśli wracają, to z wizytą. W wyniku akcji „łączenia rodzin“ znów najbliższa

rodzina się podzieliła.
Ongiś   Erich,   a   teraz   Eryk   Selke   robi   wrażenie,   jeśli   tak   się   można   wyrazić,   bardzo

niemieckie:   pracowity,   solidny,   raczej   małomówny.   A   mimo   to,   jak   wynika   z   jego
lakonicznych odpowiedzi, tęsknił nie tylko do łagodnie falujących pól, do lasów pełnych

grzybów, do zadumanych jezior, ale także do polskiego stylu życia. Kuchnię można
wyposażyć, kwiaty można posiać; nie zastąpi się jednak środowiska, którego tam nie

znalazł.   Tego   niespiesznego   wypalenia   papierosa   z   sąsiadem,   porozmawiania   o
wszystkim i niczym, popatrzenia na pole, które jest własne. Ludzie kiepsko wprawdzie

pracują, bałagan i biurokracja, węgiel obiecują, a nie ma, za byle częścią do maszyny
trzeba się nabiegać — ale Eryk Selke już wie, że życie wszędzie ma blaski i cienie. On

woli to.
„Do tych pól malowanych zbożem rozmaiłem, wyzłacanych pszenicą, wysrebrzanych

żytem“ tęsknią Warmiacy i Mazurzy jak Mickiewicz do swojej Nowogródczyzny.
— Nie ma na świecie drugiej ziemi tak pięknej jak nasza — powie z przekonaniem

Edyta Wyrwowa, chociaż w Sensburgu, gdzie teraz mieszka, podobnie jak w Mrągowie,
które opuściła, płaskowyż łagodnie opada ku rzece.

—   No   i   jak   ci   tam   jest?   —   spytała   dawną   sąsiadkę   Kramkowską   Rydelinowa.
Kramkowska zajechała wraz z synami eleganckim oplem, oni zrzucili buty, podwinęli

nogawki i pobiegli nad jezioro, którego nie widzieli dwa lata. Rydelinowa doskonale
zapamiętała kolor auta, kolor siedzeń, wszystko to miało robić wrażenie — i robiło.

—   Dobrze,   prima!   —   odpowiedziała   Kramkowska,   porozmawiały   jeszcze   chwilę   o
wszystkim i niczym, po czym Rydelinowa zapytała:

— A nie wróciłabyś?
Karoseria natychmiast straciła swój blask, kanapy miękkość, Kramkowska hardość:

— W jednej chwili!!!
Do   księdza   Otello   w   Nidzicy   przyszła   kiedyś   parafianka   z   prośbą,   żeby   pomógł

krewnym wrócić z RFN do Polski. Wyjechali pod wpływem babci, która namawiała,
namawiała, dla świętego spokoju złożyli podanie, myśląc, że jakoś to będzie — a nie

jest.   Zwrócili   się   do   władz   polskich,   ale   odpowiedziano   im   odmownie.   Może   więc

117

background image

ksiądz?
I ksiądz Otello wybrał się do znajomego wicewojewody, a ten pokazał mu segregator

pełny analogicznych próśb. Podobne napływają do ambasady polskiej w Kolonii. Skąd
brać  dla tych chętnych mieszkania  i  co  z  nimi robić?  Wśród  autorów podań  sporo

samotnych matek z dziećmi albo takich, którym wszędzie trudno żyć. Czy to oni będą
wyciągać Polskę z dołka, czy raczej ich trzeba będzie ciągnąć?

Pani kapitan Maria Gałuszka, rzecznik prasowy WUSW w Olsztynie, opowiada nam o
pomyłkach. Bo czasem robi się wyjątek od reguły i wydaje zezwolenia na powrót. I oto

wracają pijacy, awanturnicy, procesują się o swoje byłe domy z nowymi lokatorami, to
zniechęca   do   wydawania   zgody   innym.   Może   gdyby   nasze   władze   były   bardziej

elastyczne, a cały system społeczny mniej zbiurokratyzowany, powrotów byłoby więcej.
Ale   nie   chcemy   po   tym   wszystkim,   czegośmy   się   o   losie   Warmiaków   i   Mazurów

dowiedzieli, urządzać meczu na punkty między Polską a RFN. Jakkolwiek by liczyć,
myśmy ten mecz przegrali.

Zamierzaliśmy na tematy, dotyczące politycznego tła mazurskiej tragedii, porozmawiać
z sekretarzem komitetu wojewódzkiego partii w Olsztynie. Nie udało się jakoś. A to

sekretarza nie było, a to był, ale zajęty i w uprzejmej rozmowie na wygodnych fotelach
spławiał nas jego asystent. Przez komitety wojewódzkie przechodziło dawniej wiele

spraw, tu zapadały decyzje, nie tylko te ogólne, ale i indywidualne. Teraz takich spraw
jest mniej, decyzje się zdecentralizowały, komitety przycichły, opustoszały eleganckie

korytarze   z   palmami   —   a   mimo   to   nie   znalazł   się   nikt,   kto   zechciałby   z   nami
porozmawiać.

Wprawdzie   jeden   z   sekretarzy,   po   kolejnych   wizytach   i   telefonach,   zgodził   się
ewentualnie   z   nami   umówić   po   uprzednim   nadesłaniu   mu   pytań   dalekopisem,   ale

zrezygnowaliśmy z tej rozmowy. Jeżeli polityczni gospodarze województwa z takimi
oporami   przystępują   do   tematu,   który   —   wydawałoby   się   —   jest   ich   chlebem

powszednim, nic ciekawego się nie zapowiadało.
Skazani   jesteśmy   znów   na   własne   spekulacje.   Kto   zostaje,   kto   wyjeżdża,   kto   chce

wracać?   Nie   ma   tu   jasnego   wyróżnika   narodowościowego.   Cała   rodzina   Dendów   z
Burdąga,   znana   ze   swojej   polskiej   orientacji   w   okresie   przedwojennym,   wyjechała,

został tylko Herbert, hydraulik.

118

background image

— A pan czemu nie zabrał się z ojcem i braćmi?
— Gdzie, jak nie w Polsce, będę mógł tak mało robić i tak dużo pić?!

Nie wyjechał Denda. Wróciłaby może Kramkowska. Wrócił Szymkus, kierowca, który
lubi   popić.   Kto   został   w   Sękinach?   Kto   w   Nidzicy?   Gdyby   przejrzeć   znane   nam

przypadki,   okaże   się,   że   do   Polski   lgną   słabsi,   potrzebujący   pomocy.   Republika
Federalna, chociaż hojnie wynagradza swoich byłych kombatantów, to kraj dla silnych,

zdrowych, przebojowych.
Przed wojną Mazurzy czy Warmiacy jeździli na zarobek i wracali, wszystko działo się w

obrębie   jednego   państwa.   Nieodwracalna   stała   się   dopiero   migracja   powojenna.
Pierwsza   emigracja   była   skutkiem  strachu   i  głodu.  Pisaliśmy   o  tym  w  poprzednich

rozdziałach.
W panicznym strachu przed frontem i Armią Czerwoną uciekały dziesiątki tysięcy ludzi,

głównie   tych,   którzy   czuli   się   Niemcami.   Obowiązywał   ich   zresztą   wyraźny   rozkaz
niemieckiej administracji o ewakuowaniu się na Zachód. Za nimi ruszyli następni, ci,

których   przeraziły   rabunki   i   bezkarność,   najpierw   wojska,   potem   przybyszów   z
terenów   przygranicznych,   także   niektórych   przedstawicieli   legalnej   władzy.   W

opracowaniu   „Województwo   olsztyńskie   1945-1948”   Danuta   Łaniec   szacuje,   że   z
końcem wojny z tego rejonu uciekło około pół miliona osób.

Część z nich wracała. Były to dramatyczne powroty. Pierwsze powroty Warmiaków i
Mazurów, którzy oderwali się od swojej ziemi. W Niemczech panował wtedy jeszcze

większy głód i zamęt, wracali więc mając w pamięci zostawiony dobytek, zakopcowane
kartofle. W drodze powrotnej tygodniami koczowali, czekając na pociąg, grabiono ich.

Jak wynika z informacji przechowywanych w archiwach, docierali nieraz półnadzy i
bosi do swojej zagrody, która okazywała się już zajęta. Administracja polska stawała

przed dylematem: kogo bronić? Czy prawowitego gospodarza, czy Polaka z Kurpi albo
Wileńszczyzny?

Płk Jakub Prawin, pełnomocnik rządu RP, usiłował regulować konflikty zarządzeniami;
w sprawozdaniu do Warszawy 15 listopada 1945 r. tak pisze na niemieckiej maszynie:

„W   wypadkach   sporow   m.   osadnikami   a   powracającymi   na   swe   gospodarstwa

Mazurami przyjęto nast. wytyczne: Repatrianci i przesiedleńcy, którzy zajęli prawnie

119

background image

opuszczone gospodarstwa, nie beda z nich usuwani, zgłaszającym sie Mazurom beda
przydzielane inne lepsze gospodarstwa. Jeżeli jednak Mazur byl wywłaszczony przez

Niemców za polska przynależność narodowa, to należy mu gospodarstwo zwrocic“.

Jak   te   zalecenia   pogodzić   z   rzeczywistością?   Skąd   wziąć   lepsze,   jeżeli   repatrianci
obejmowali   na   ogół   dobre?   A   w   wypadku   wywłaszczeń   przez   Niemców,   gdzie

przesunąć uprzedniego właściciela? Spory ciągnęły się i przeradzały w długotrwałe
konflikty, które trafiały często do sądów.

W każdym razie fala powrotów, jaka napłynęła tuż po wojnie, nigdy się potem już nie
powtórzyła. Nastąpiły wyjazdy wywołane nie paniką wojenną, a sumą doświadczeń.

Zgoda na wyjazd stała się dobrem wyczekiwanym i nawet jeśli decyzja o wyjeździe
okazywała się pomyłką, wracać chcieli nieliczni.

Fabrykę można odbudować. Linię kolejową położyć na nowo. Dom wyremontować. Nie
można wymazać tego, co osadziło się w ludzkiej pamięci. Po pierwszych, powojennych,

pełnych błędów latach, Warmiacy i Mazurzy nabrali względem nowej władzy sporo
rezerwy.

Ale to wszystko, mówi naczelnik Herbert Pieczkowski, zabliźniłoby się jakoś i zaschło,
gdyby nie lata, które przyszły później.

Lata niepewności na wsi, walki z wyimaginowanym wrogiem klasowym, zakładanie
spółdzielń   produkcyjnych,   dostawy   obowiązkowe,   arogancja   władzy,   podejrzliwość

wobec wszystkich i każdego. Matka Marty Niwerowej z Nataci musiała sprzedać szafę,
żeby wykupić  obligacje dobrowolnej, ale przymusowej pożyczki państwowej. Matka

późniejszej nauczycielki Lidii Leykówny kupowała na targu indyki, żeby dobić do wagi
dostaw obowiązkowych, jakie przypadały na ich chude gospodarstwo. Matka Gerarda

Romahna siedziała 24 godziny za to, że nie odstawiła mleka; wtedy, jak nam opowiadał
Gerard, po raz pierwszy pożałowała, że nie uciekła z sąsiadami do Westfalii.

Minęły spółdzielnie, skończyły się dostawy obowiązkowe, jeszcze Smętek nie opuścił
mazurskiej wsi. Kolejnym prezentem od losu były szkoły zbiorcze, rozwijane kosztem

zamykania   małych   szkół   wiejskich.   Olsztyńskie   jest   najsłabiej   zaludnionym
województwem w kraju i dzieci mają tu do szkół najdalej; teraz musiały nie tylko po

parę kilometrów iść, ale jeszcze wystawać na mrozie, czekając na autobus.

120

background image

— Nasi dziadkowie mieli do szkoły bliżej niż nasze dzieci — słyszymy w Pluskach, gdzie
do 1939 roku była polska szkoła. To samo w innych wsiach, dawniej ludnych, pełnych

życia; teraz ludzie z rodzinami osiedlać się tam nie chcą.
Wreszcie   na   ukoronowanie   wszystkich   gestów   matki   Polski   względem   swoich

pasierbów   przyszła   umowa   Gierka   ze   Schmidtem   z   roku   1975,   którą   naczelnik
Pieczkowski i niejeden spośród naszych rozmówców nazywa „judaszową“. Na pozór

powinni się cieszyć, było to przecież otwarcie drzwi tym, którzy wyjechać chcieli. Ale ci,
co chcieli, pociągnęli za sobą innych, którzy lękali się zostać sami, choć zdecydowani

byli trwać na swojej ziemi.
— Tyle nietaktów porobiono — wzdycha naczelnik. — Pod dom Warmiaka zajeżdżała

czarna wołga, pasażerowie taksowali zabudowania i pytali:
— To kiedy wyjeżdżacie, gospodarzu?

Gospodarz może błędnie odczytywał intencje rządu polskiego, ale wolał nie czekać, aż
wołga przyjedzie ponownie — i składał podanie o wyjazd.

Teraz, po „ostatecznym rozwiązaniu kwestii mazurskiej“, jak ktoś gorzko nazwał ostatni
exodus — powroty są sporadyczne. Trzeba determinacji Eryka Selke, żeby na przekór

wszystkim przeciwnościom załadować dobytek na wagon i tuż przed starością zaczynać
życie od nowa.

Dowiadujemy się o jeszcze jednym przypadku reemigracji, zakończonym happy endem i
spiesznie jedziemy za Barczewo, żeby go obejrzeć.

Po   drodze   mijamy   wciąż   samochody   i   autokary   z   zachodnioniemieckimi   tablicami
rejestracyjnymi: to sezon wizyt, nie sezon powrotów. Przyjeżdżają ci, co mają w Polsce

rodziny, albo ci, co chcą pooddychać leśnym powietrzem, a także ci, którzy w Republice
Federalnej żyją w cieniu i tu chcą się dowartościować, zadać szyku. Opowiadano nam,

jak do wsi Łajs przyjechała jej dawna mieszkanka jaskrawoczerwoną toyotą, otworzyła
drzwi samochodu i siedząc w środku robiła na drutach.

Werner   Buksa,   działacz   ziomkostwa   Prus   Wschodnich   z   Westfalii,   co   roku   pilotuje
wycieczki   autokarowe   w   Olsztyńskie.   Zawsze   jest   komplet.   Jeden   dzień   zazwyczaj

zostawia   się   wycieczkowiczom   wolny,   bez   programu:   wtedy   wynajmują   taksówki,
wypełniają bagażnik kawą, czekoladą, ciuchami i rozjeżdżają się po swoich.

Lepsze   towarzystwo,   które   nie   chce   mieszkać   w   prymitywnej   chałupie,   z   jakiej   się

121

background image

paręnaście   lat   temu   wyrwało,   garnie   się   do   nielicznych,   ale   za   to   elitarnych
pensjonatów — takich jak „Pension »Krystyna«” pod Szczytnem. Ojciec pani Krystyny

lubił, jak ona sama opowiada, piękne konie, piękne auta i piękne kobiety. Po koniach
pozostała stajnia, po autach garaż i obydwa te budynki. adaptowano na apartamenty do

wynajęcia.   Po   kobietach   —   nastrój   wykwintu   i   elegancji.   Mąż   pani   Krystyny   jest
lekarzem w Szczytnie, ale można się domyślać, że oliwkowy mercedes wyrósł raczej z

dochodów pensjonatu niż ze szpitalnej pensyjki.
Krystyna, która z domu jeszcze wyniosła znajomość niemieckiego, mówi, że nie musi

swego pensjonatu reklamować: jedni goście przekazują wiadomość drugim, nie narzeka
na   brak   zainteresowania.   Narzeka   za   to   na   podatki,   które   odbierają   ochotę   do

jakiejkolwiek rozbudowy. Podobno są w województwie olsztyńskim jeszcze dwa czy
trzy podobne prywatne pensjonaty. Dlaczego tak mało? Dlaczego mimo tylu zapewnień

o klimacie odprężenia, mimo zachęt do przedsiębiorczości, mimo namów do wspólnych
przedsięwzięć nie ma. tu inwestycji, które by łączyły piękno mazurskiego krajobrazu z

twardymi markami? Czy brakuje ludzi, którzy chcą i potrafią dobrze zarobić — czy
raczej ktoś we władzach w Olsztynie boi się, że od nadmiaru zachodnioniemieckich

gości ubędzie nam tych ziem?
Niektórzy przybysze z Zachodu próbują poprzez dawnych znajomych zorientować się,

czy   nie   można   by   załatwić   takiej   delikatnej   sprawy:   oni,   obywatele   Republiki
Federalnej,   nie   mogą   mieć  w  Polsce   własności,   ale   chętnie   daliby  pieniądze   komuś

uczciwemu, kto kupiłby na swoje nazwisko domek i potem, po latach, kiedy już przejdą
na emeryturę...

Tam zarabiać, tutaj wydawać. Ten sen, na pozór nieziszczalny, może się w sprzyjających
okolicznościach sprawdzić. Nie za rok ani dwa, ale może wreszcie polska gospodarka

ruszy z miejsca i zdobędzie się na skromny chociaż, ale wymienialny pieniądz, a w ślad
za   tym   i   państwo   nabierze   pewności   siebie,   mniej   ostro   traktować   będzie   sprawy

obywatelstwa, zostawi swoim i obcym więcej swobody w wyborze miejsca do życia. Już
teraz emigranci mają prawo do paszportu konsularnego. W odprężonej i pokojowej

Europie ani Łaba, ani Odra nie musi być granicą najeżoną trudnościami.
Na razie każdy turysta z Republiki Federalnej wymienia w polskim banku po 30 marek

dziennie   i   tylko   działacze   organizacji   polonijnych   mają   zniżkę.   Opowiadano   nam   o

122

background image

przedsiębiorczym Niemcu, ongiś taksówkarzu z Olsztyna, którego matka przed wojną
była rolniczką i po polsku rugała tych, co przechodzili przez jej pole. Któregoś razu

obrugała hitlerowca, który ją za to uderzył w twarz. Teraz syn wystarał się o papiery, że
matka była prześladowana za polskość i wobec tego płaci tylko 15 marek dziennie.

Dla Bialojahnów z Kaborna przymusowa wymiana to poważna pozycja w budżecie; w
Polsce klepali biedę, on był listonoszem, ona coś uchowała przy domu, ale i tam się nie

przelewa:   on   pracuje   jako   niekwalifikowany   u   Boscha,   ona   jest   szwaczką,   razem
wyciągają   3   tysiące   marek   miesięcznie.   Chętnie   przyjeżdżaliby   częściej,   ale   to

kosztowna przyjemność.
Stary Franz Bialojahn, który w Kabornie nazywał się Franciszek Białojan, nie chciał w

ogóle wyjeżdżać do Niemiec, ale młodzi nie dawali mu spokoju: czekała go tam renta
wojskowa i odszkodowanie. Sam się nie wybrał w odwiedziny, polecił córce dokładnie

obejrzeć ogród, o wszystko ją potem odpyta. Córka lubi posiedzieć w domu, w którym
się urodziła, a który ładnie zachowali i utrzymali nowi gospodarze, letnicy z Warszawy.

Lubi kupić w Peweksie karton piwa i rozpić z sąsiadami.
W trakcie ostatniej wizyty ukradziono jej w Olsztynie 1500 marek, to była prawdziwa

przykrość.   Ale   była   i   przyjemność:   wnuk   starego   Franza,   Arwin,   który   wyjechał   z
Kaborna jako dziecko, poczuł się tu swojsko; stał przez godzinę przy płocie i wpatrywał

się w dziadkowe pole. Może obudziła się w nim miłość do ziemi rodzinnej? Na tym
dziadkowym polu spędził noc z poderwaną w Olsztynie dziewczyną.

To samo rodzinne Kaborno odwiedza Leon Zdziarski i odgraża się, że wróci na stałe.
Wciąż mu jednak coś stoi na przeszkodzie i odwleka zamiar: a to z pracy nie może się

zwolnić, a to niech córki skończą szkołę. Dawni sąsiedzi podejrzewają, że szykuje sobie
grunt na wszelki wypadek, gdyby tam noga mu się powinęła.

Być   może   mijamy   się   też   w   drodze   z   Mazurką   Mertynową,   która   lubi   podczas
wakacyjnych odwiedzin obejrzeć swój dawny dom w Węgajtach: interesują ją plany

przebudowy, jaką przedsięwzięli nowi gospodarze, młodzi ludzie z miasta, Łebkowscy.
Oni przywieźli z sobą wyższe wymagania cywilizacyjne i chociaż z pieniędzmi u nich

skąpo, uważają za całkiem naturalne, że w domu będzie woda i centralne ogrzewanie.
To się Mertynowej podoba.

Lubi też pochodzić, pooddychać, pojeść białego wiejskiego sera. Takiego w Kaufhalle nie

123

background image

dostanie. Ale wrócić tu na stałe — za nic. Zawsze ciągnęło ją do życia w mieście, teraz
nareszcie mieszka w blokach, w dużej metropolii.

Nie wróciła Róża Niwerowa, synowa naszego sołtysa z Nataci, choć bardzo tęskni za
Mazurami i nowego życia właściwie nie lubi. Przyjechała z córeczkami na krótką wizytę,

ucałowała matkę, uściskała brata i odjechała z powrotem do Velbert w Westfalii.
Wakacyjne powroty mają rozmaitą barwę. Członkowie orkiestry dętej ze Stawigudy,

wszyscy już po tamtej stronie, zjeżdżają się specjalnie z różnych landów na odpust do
swojej starej parafii, żeby zagrać jak kiedyś. A wizyta rodziny Freiników w Dłużku za

każdym razem przypomina o sekciarstwie niektórych naszych bonzów.
Waldek Freinik należał do Warmiaków, którzy nie mieli zamiaru wyjeżdżać, choć wokół

inni się pakowali. Był brygadzistą przedsiębiorstwa rybackiego ze Swaderek. Kiedy w
pobliskiej gminie zwolniła się posada o stopień wyżej w rybackiej hierarchii, było jakby

oczywiste,   że   to   Freinik   ją   obejmie:   miał   wszelkie   potrzebne   zalety,   był   sumienny,
doświadczony, dobrze dogadywał się z ludźmi, pił tyle, co trzeba, nie za wiele, nie za

mało.
Wszelkie zalety prócz jednej: nie był, zdaniem dyrektora, Polakiem.

— Niemiec? Żaden Niemiec u mnie majstrem nie będzie! — miał podobno powiedzieć.
Freinik rzucił legitymację służbową o ziemię i natychmiast zapisał się na wyjazd. Żona

spod   Chorzeli,   z   Kurpiowszczyzny,   po   niemiecku   ani   słowa,   płakała   jak   bóbr.   Ale
pojechali, stanęli na nogi. Przyjeżdżają co rok na urlop, żona dawno o łzach zapomniała.

Kiedy odwiedzają Dłużek, zatrzymują się u dawnego kumpla, Kurpia z pochodzenia.
Puszki po piwie z Peweksu toczą się po obejściu.

— Powiedzieli, że jestem Niemiec, to jestem Niemiec — kwituje sprawę Waldek Freinik.
Ów   dyrektor   przedsiębiorstwa   uważa   się   zapewne   za   patriotę.   Ciekawe,   jaki   by

przedstawił   rachunek   korzyści,   których   przysporzył   swoją   „patriotyczną“   postawą
ojczyźnie?

Dojeżdżamy wreszcie do Barczewa, dalej boczną szosą i czarną żwirówką na spotkanie
z naszym pozytywnym bohaterem. Mijamy jeden i drugi dom opuszczony, wreszcie

widzimy   porządne   metalowe   ogrodzenie,   solidną   bramę,   przy   furtce   dzwonek
elektryczny, co na wsiach nieczęsto się zdarza.

Naciskamy dzwonek, jak na komendę odzywają się dwa burki, nasz Trep włącza się do

124

background image

psiej pyskówki.   Dopiero  po  paru  minutach  zjawia  się  młody,   ogorzały  blondyn,  ale
wcale nie zaprasza do środka. Przez sztachety, o które Trep się niecierpliwie wspiera,

bo   nie   przywykł,   żeby   trzymano   nas   przed   bramą,   przedstawiamy   się   i   prosimy   o
rozmowę.

— Tu już z telewizji przyjeżdżali — mówi wyraźnie niechętnie gospodarz. — Co miałem
do powiedzenia, powiedziałem.

Robi nam się nieprzyjemnie. Domyślamy się, że w zamian za zezwolenie na powrót do
Polski   Konrad   Liedman   uważał   za   stosowne,   a   może   i   zobowiązał   się   zapłacić

wywiadem. Zapłacił i uznał, że to dość. Zapewniamy gorliwie, że nie przyjeżdżamy po
oświadczyny   miłości   do   Polski.   Wciąż   nieufny   Liedman   otwiera   wreszcie   furtkę   i

prowadzi do domu.
Pierwsza rzecz, jaka nam się rzuca w oczy, to dwa czerwone volkswageny, jeden na

polskich numerach, drugi na niemieckich; jak się potem okaże, ten drugi należy do ojca,
który   tu   co   rok   przyjeżdża   na   urlop.   Zadbane   obejście   i   niezwykłej   urody   dom:

spadzisty, łamany dach kryty kolorowym eternitem. Wnętrze całe drewniane, a wielki
dwupoziomowy i połączony z kuchnią living-room ma przeszkloną ścianę: widać przez

nią szeroko pofałdowane mazurskie pole zakończone ścianą lasu.
Konrad Liedman nadal nie jest skory do rozmowy, na nasze komplementy pod adresem

domu ani potakuje, ani zaprzecza. Żona coś smaży w przyległej kuchni, wyposażonej jak
z   żurnala   i   ani   myśli   przyłączać   się   do   rozmowy.   Pierwszy   i   jedyny   raz   w   trakcie

rozmów   na   mazurskich   szlakach   natrafiliśmy   na   tak   wyraźną   niechęć.   Widać
gospodarze mają całkiem dość propagandy tworzonej wokół ich powrotu.

A oto ich skondensowana historia: wyjechali całą rodziną, kiedy wszyscy wyjeżdżali. Ich
byłe gospodarstwo gmina przydzieliła człowiekowi, który do pracy serca nie ma, pole

zarasta mu chwastami, powoli rozbiera zabudowania; kiedy wyssie z gospodarki, co się
da, porzuci ją i pójdzie na państwowy wikt do PGR-u. Tak czy owak, droga powrotu

Liedmanów na ojcowiznę została odcięta.
Konrad i żona dostali w RFN pracę bez trudu, nie było im źle i o powrocie zrazu nie

myśleli. Źle się jednak czuli w miejskim środowisku i coraz częściej przemyśliwali nad
kupnem gospodarki w Polsce. Wrócili, nawet bez wielkich trudności paszportowych,

przez   rok   się   rozglądali   za   czymś   stosownym,   aż   wreszcie   trafili   na   ten   dom:

125

background image

wybudował   go   producent   pustaków,   człowiek   zamożny,   bywały   w   świecie   —   stąd
nietutejszy styl. Liedmanowie kupili 15 hektarów, owce, maszyny.

— Chciałem być rolnikiem — mówi Konrad Liedman po raz pierwszy coś bardziej
prywatnego. — Tam pracowałem w fabryce, to nie dla mnie. Jak człowiek całe życie

przywykł mieć za oknem szerokie pole i samemu układać sobie czas, nie wdroży się do
tępej roboty przy maszynie. Tam rolnictwa zacząć się nie da, trzeba by być milionerem,

żeby kupić farmę. Więc wróciłem.
Co   na   to   sąsiedzi?   W   porządku.   Może   im   nawet   trochę   schlebiało,   że   emigranci   z

bogatego świata woleli wrócić tu, dzielić wspólne mazurskie życie?
Erich   Selke   wrócił,   bo   wybrał   kraj   i   styl   życia.   Konrad   Liedman   wrócił,   bo   wybrał

zawód. Oba te powroty to jedne z nielicznych jasnych punktów na smętnym obrazie
warmińsko-mazurskiej epopei.

 
 

126

background image

 Ziemia

 
Zostały Mazury bez Mazurów, Warmia bez Warmiaków. Łagodny płaskowyż jak niegdyś

częstuje   oczy   coraz   to   nowymi   widokami,   jeziora   jak   niegdyś   wychylają   się   zza
zwartych ścian lasu, ale ludzi, którzy stanowią organiczny składnik ziemi, już nie ma. Ze

stu kilkudziesięciu tysięcy autochtonów u progu wyzwolenia, jakich się doliczono na
terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego, zostało parę tysięcy niedobitków.

Ksiądz Otello mówi nam, że ma najwyżej ośmiuset parafian w całym rejonie Nidzicy;
nowi osiedleńcy nie kierowali się do kościoła ewangelickiego. Naczelnik w Stawigudzie,

Zygfryd,   Gładkowski,   doliczyłby   się   może   pięciuset   Warmiaków,   w   gminie   liczącej
blisko pięć tysięcy. We wsi Gieląd koło Sorkwit, w tym samym Gielądzie, o którym

mówiono   nam,   że   pozostał   fortecą   tubylców,   znajdzie   się   może   siedmiu   Mazurów;
drugie tyle gospodarstw się rozpadło.

A   co   dopiero   poza   tymi   większymi   skupiskami!   Ze   wsi   Pluski   wyjechało   jakieś
czterdzieści   rodzin,   dwóch   Warmiaków   zostało.   W   Mojtynąch   została   jedna   pani

Izdebska. W Kabornie żyją trzy rodziny warmińskie, w Łajsie jedna, a właściwie połowa,
bo mąż jest z Kurpiowszczyzny. W Pustnikach mieszka ich więcej, samych gospodarzy

czterech, a jeszcze kilku robotników z miejscowego PGR — ale w Dłużku nie został nikt,
w Nataci nikt. Litanię można by ciągnąć długo. Z resztek, które zostały po nieustannie

cieknącym strumyczku i gwałtowniejszych falach odpływu, czyli z tych kilku tysięcy,
wiele czeka jeszcze na numerki na wyjazd, na zgodę władz paszportowych.

Poskładali podania i czekają. Usiłują odgadnąć, jak się w te numerki wygrywa. Czy lepiej
siedzieć cicho i grzecznie, czy raczej naprzykrzać się, rozrabiać. Pani Jadwiga Nietupska

z Kaborna, ale rodem spod Nowogródka, dałaby wszystkim Warmiakom zgodę, niech
jadą choćby dziś: od lat już siedzą jak na walizkach, koło domu chodzić im się nie chce,

gospodarka  zapuszczona.  Nie  ma już  stereotypu  Warmiaka  gospodarnego,  od  kiedy
zaczęły   się   masowe   wyjazdy   i   ci,   którzy   zostali,   zachowują   się   jak   w   poczekalni.

Widywaliśmy obejścia autochtonów bardziej zaniedbane niż domy osiedleńców.
Niech jadą, niech jadą, mówi Nietupska, co było, już nie wróci, nie będzie Kaborno taką

wsią, jaką ją pamięta, kiedy przyjechała z Nowogródczyzny: szkoła, świetlica, śpiewy,

127

background image

wesoło i gospodarnie. Byli rolnicy całą gębą, nawet o swojskich nazwiskach, tak że nie
czuła się tu obco: Mieczkowski, Cedrowski, Zientara, a nawet jak Jaeger, to na imię miał

Franek.   Teraz   Mieczkowscy   i   Cedrowscy   pracują   po   fabrykach   w   RFN,   ich   domy
rozebrane, jak te na kolonii, albo się rozpadły, jak ten naprzeciwko pani Nietupskiej.

Ziemię wziął PGR Klewki. Po przeszłości zostało wspomnienie, które umrze razem z
tymi, co Mieczkowskich i Cedrowskich żegnali.

Pani Nietupska uważa, że, kiedy wyjadą, spotka ich rozczarowanie. Mówi to nie na
podstawie   lektury   polskich   gazet,   które   się   często   podejrzewa   o   stronniczość,   ale

opierając  się   na   własnych,   całkiem  świeżych   obserwacjach:  jej  sąsiadka   z   Kaborna,
wyjeżdżając   do   RFN   dziewięć   lat   temu,   odgrażała   się,   że   ją   zaprosi.   Dobra,   dobra,

myślała Nietupska, teraz tak mówisz, a potem, co z oczu, to z serca. Okazało się jednak,
że razem z sentymentem do rodzinnej wsi przetrwał w tamtej sentyment do sąsiadki.

Nietupska była więc kilka tygodni tam, w tym betonowym świecie, owszem, popatrzeć
jest   na   co,   ale   Arnold   jak   poszedł   do   pracy   w   czwartek   rano,   to   wrócił   w   sobotę

wieczorem.
— Czemu tak długo, Arnold?

— Bo była robota. I to musowo zostać, jak majster mówi, a nie, to jazda, przyjmą innego!
Odwiedziny takie jak Jadwigi Nietupskiej u byłych sąsiadów, a obecnie obywateli RFN,

świadczą o głębszych więzach, zadzierzgniętych przez lata wspólnego życia na tej ziemi.
W   Purdzie   poznajemy   prezesa   kółka   rolniczego,   Stanisława   Cygana,   który   lekko

śpiewnym wschodnim akcentem opowiada nam swoją historię.
— Muszę zdążyć na ślub Arwina. Muszę! Był mi jak brat. Dojeżdżałem do Purdy do

roboty z daleka. Ktoś mi doradził, żeby wynająć pokój na miejscu. Gajewscy to była
tutejsza mazurska rodzina. Najpierw się wahali, wreszcie przyjęli mnie jakby na stancję.

Mówią, że tylko na Wschodzie spotyka się takiej serdeczności ludzi, ale to nieprawda.
Ona mówiła: „Stasiu, i tak piorę, dorzuć swoją koszulę“. Byłem dla nich jak syn, a oni dla

mnie jak ojciec, matka i brat. Arwin był taki siurek, do ramienia mi nie sięgał. Nie mogli
to tutaj żyć spokojnie? Wyjechali w 1978. Przedtem sprzedali mi swój dom za pół ceny.

Kilka lat później stary Gajewski umarł. Teraz Arwin się żeni i zaprasza mnie na ślub.
Paszport już mam, ale bez pomocy nie zdążę z wizą, a muszę być na tym ślubie, muszę!

Bardziej   niż   w   uśmiechy   i   oświadczenia   dyplomatów   wierzymy   w   takie   więzy.

128

background image

Pomogliśmy, na ile to było możliwe, w uzyskaniu wizy i Cygan potoczył się swoim
maluchem na wesele przybranego brata.

Odpłynął Smętek za Odrę i Łabę, ale jeziora trwają. I lasy szumią, jak dawniej szumiały,
a nawet głośniej: porosły tam, gdzie kiedyś były pola i pastwiska;. W czasach, kiedy za

podatki zabierali ludziom ziemię, las podchodził pod same chałupy. Gospodarstwa były
tu ongiś duże, w myśl dekretu o reformie rolnej: na terenach odzyskanych zostawiano

miejscowym do 100 hektarów, podczas gdy w Polsce centralnej parcelowano wszystko
ponad 50 hektarów. Potem posiadaczy okrzyknięto kułakami, przygnieciono podatkami

i tak pola zmieniały się w las.
—   Pamiętam,   że   te   pola,   które   zarosły   dziś   lasami,   nasi   ojcowie   karczowali.   —

opowiadała Marta Niwerowa. — Drzewko po drzewku, żeby tam zboże siać. My, dzieci,
nosiliśmy w wiaderkach piasek na bagna.

Wydzierali naturze ziemię pod uprawę. Teraz natura triumfuje nad nimi. Pod sosnowe
laski   poszły   pola   „kułaków“,   a   także   liczne   pola   uprawne,   będące   do   niedawna

własnością Mazurów i Warmiaków. Wysokość drzewek wskazuje na rok emigracji. W
lasach po  największej fali wyjazdów  z drugiej  połowy lat  siedemdziesiątych  można

zbierać gąski, a nawet prawdziwki. W późniejszych dopisują maślaki. Był las — nie było
nas, będzie las — nie stanie nas.

Kiedy   zaczęła   się   wysoka   fala   wyjazdów,   w   roku   1976,   sytuacja   w   rolnictwie   nie
skłaniała   do  osadnictwa,  kto   mógł,   uciekał  ze  wsi i  z  obsadzeniem mazurskich  czy

warmińskich opuszczonych gospodarstw był prawdziwy problem.
— Chciałem dawać ogłoszenia do gazet, ale nie przyjmowali — skarży się naczelnik

gminy Purda, Stanisław Szozda.
Herbert   Pieczkowski,   naczelnik   Jonkowa,   objął   swój   urząd   później,   kiedy   doszli   do

rozumu i ogłoszenia już przyjmowali. Ale zanim to nastało, zanim władza zrozumiała, że
ziemia   nie   może   leżeć   odłogiem,   musiało   skurczyć   się   pogłowie   bydła,   musieliśmy

głębiej   zabrnąć   w   długi   na   import   zboża,   musiały   jeszcze   bardziej   się   przerzedzić
sklepowe półki i musiały się o korektę polityki rolnej upomnieć załogi robotnicze.

Kiedy po Sierpniu 1980 roku rząd zaczął przestawiać produkcję fabryk mechanicznych
na   widły,   pługi,   brony   i   kiedy   podwyższono   ceny   skupił   płodów   rolnych,   od   razu

znaleźli  się   chętni.  W  Pieckach koło  Mrągowa  było  ich  tylu,  że  ciągnęli  losy,  komu

129

background image

dostanie   się   ziemia.   W   Purdzie,   w  tej   samej   Purdzie,   gdzie   naczelnik  nie   mógł   dać
ogłoszeń i w końcu oddawał ziemię PGR-owi, chociaż ten wcale się nie palił do jej

przejęcia — teraz, przy lepszej koniunkturze, wykrojono na powrót z pegeerowskiej
ziemi czterdzieści pięć gospodarstw i nadano je dotychczasowym robotnikom PGR-u. W

pewnym sensie nastąpiła więc antykolektywizacja, podzwonne dla idei, która nigdy nie
została publicznie ogłoszona, ale która bez wątpienia istniała: żeby okręg mazurski

uczynić poligonem doświadczalnym kolektywizacji.
Zasadą   polityki   rolnej   w   latach   pięćdziesiątych   było   dopiec   kułakowi   tak,   żeby

dobrowolnie   poszedł,   do   spółdzielni.   Słyszeliśmy   o   przypadku   rolnika   ze   wsi
Labuszewo, przed wojną silnego ośrodka polskości, który miał 90 hektarów, ale wobec

braku ludzi, maszyn i sprzętu uprawiać mógł tylko 10; resztę chciał oddać, lecz nie
przyjęto od niego, tylko kazano mu płacić podatki i odstawiać produkty z całości.

Ten sam rolnik kiedyś, za władzy niemieckiej, wieszał sobie nad drzwiami wejściowymi
białego orła i chociaż żandarm co pewien czas mu go strącał, on wieszał znowu. Miał 90

hektarów i dzięki temu był niezależny. Kiedy zaś orzeł biały stał się oficjalnym godłem
państwowym na tych ziemiach, stał się zależny dlatego właśnie, że miał 90 hektarów.

Umarł rozgoryczony i kazał dzieciom umieścić na swoim grobie tabliczkę po niemiecku.
Tabliczka została jednak zdjęta, kiedy w Labuszewie obchodzono uroczyście jubileusz

siedemdziesięciolecia   polskiego   ruchu   ludowego.   Nie   mogliśmy   nawet   ustalić   z
pewnością jego nazwiska, została bezimienna mogiła, bo dzieci też już wyjechały.

Organizatorzy jubileuszu mieli rację. Niemiecki nagrobek polskiego Mazura nie byłby
dźwięcznym   akcentem   obchodów.   Trzeba   spojrzeć   prawdzie   w   oczy:   polityka

gospodarcza Hitlera, program tzw. Osthilfe, w wyniku którego oddłużono majątki w
Prusach Wschodnich i obniżając podatki zachęcono do inwestowania, przyniosła tym

ziemiom ogromny postęp. Nasza zaś polityka gospodarcza, połączona z dyskryminacją
autochtonów,   dała   rezultaty   wątpliwe.   W   latach   1976-1981   co   trzeci   hektar   w

Olsztyńskiem zmieniał właściciela, ogólny areał ziemi uprawnej się skurczył. Musiało
się   to   odbić   negatywnie   na   rolnictwie.   Relacja   cen,   rachunek   opłacalności,   zmiana

gospodarzy — to główne powody kiepskich efektów. Żadnego wpływu na to nie miały
zapędy rewanżystów.

Ziomkostwa   wschodniopruskie,   o   których   szerzej   piszemy   w   innym   rozdziale,

130

background image

przysyłają pod adresem urzędów gminnych w Olsztyńskiem listy pisane na maszynie
poprawną,  acz  przesadnie  urzędową  polszczyzną,  których celem jest  przestraszenie

nowych   mieszkańców   tych   ziem.   Do   koperty   wkładają   ulotkę   z   mapką   o   nazwie
„Wschodnie Niemcy i nasza Ziemia Sudecka, ojczyzna ponad 13 milionów Niemców“, na

której   zakreskowane   są   nie   tylko   Wrocław,   Słupsk   i   Olsztyn,   ale   także   Poznań,
Bydgoszcz i Kłajpeda. Jest to więc wersja dosyć ambitna, bo ignorująca nie tylko wyniki

drugiej, ale i pierwszej wojny światowej, wersja właściwie rozbiorowa.
Oto ciekawsze fragmenty listu; ten akurat nadszedł do Urzędu Gminy Rożnowo, ale

słano i do innych:

„(...) Dotyczy: Kupna lub nabycia ziemi w tak zwanych polskich ziemiach zachodnich, w
niemieckich ziemiach wschodnich.

(...)   Niemcy,   od   roku   1945   z   ziem   wschodnich   wygnani   i   mający   uniemożliwiony
powrót,   chcą   Państwu   zwrócić   uwagę,   że   Polska   Rzeczpospolita   Ludowa   nie   jest

uprawnioną do sprzedaży i do darowizny ziemi lub innych gruntów, które zgodnie z
obowiązującym   prawem   międzynarodowym,   powszechnym   i   jednoznacznym   w

wykładni, są nadal bez zmian własnością wygnanych Niemców.
(...) Prosimy o przyjęcie stanu prawnego do wiadomości i o powiadomienie wszystkich

zainteresowanych,   aby   nie   powstały   rozczarowania   u   tych   osób,   których   to   będzie
dotyczyło.

Każdy,   który  się   teraz  dopuszcza   do   nabycia   ziemi  w  celu  założenia   i  rozszerzenia
gospodarstwa rolnego na terenach, które stoją od 1945 roku pod zarządem Państwa

Polskiego, powinien się z góry z tym liczyć, że on sam lub też jego syn albo wnuk
pewnego   dnia   będzie   musiał   bez   praw   na   odszkodowanie   zwrócić   w   pocie   czoła

urządzane gospodarstwo rolne“.

Chociaż   naszym   zdaniem   w   Polsce   wyolbrzymia   się   często   znaczenie   ziomkostw,
cytowany wyżej list i opisana mapka są faktem. Nadawcy jakby nie zauważyli, że coś się

w Europie zmieniło, i to nieodwracalnie. Te zmiany pchnęły miliony ludzi ze swoich
starych   miejsc   w   całkiem   nowe,   i   nie   była   to   przyjemna   wycieczka   turystyczna.

Opowiadał nam naczelnik gminy Stawiguda, że kiedy jego ojciec opuszczał swoją wieś

131

background image

na Wileńszczyźnie, omal nie dostał pomieszania zmysłów z tęsknoty, którą dopiero
przeczuwał. Możemy więc odnosić się wyrozumiale do tęsknot dawnych mieszkańców

tych ziem, ale nie ma to żadnego wpływu na rzeczywistość. Co więcej — nie ma żadnego
wpływu   na   adresatów   takich   listów.   Nie   spotkaliśmy   wśród   naszych   rozmówców

nikogo, kto w swoich rachubach życiowych brałby pod uwagę przestrogi ziomkostw i
ewentualność powrotu Niemców.

Może teraz wreszcie, po wielu zakrętach i zawirowaniach, nowi lokatorzy tej ziemi
zagrzeją dłużej miejsca i dadzą początek tak potrzebnej ciągłości?

Do Doroty i Krzysztofa Łebkowskich jedziemy zwabieni opowieściami o tym, że młodzi
inteligenci zapuszczają korzenie na warmińskiej wsi. Przy tym nie chodzi o drugie domy

na   lato.   W   krainie   jezior   wielu   przedstawicieli   środowisk   inteligenckich   ma   dziś
posiadłości. Niektórzy spędzają tam nawet sporo czasu, pracują, piszą książki, malują

obrazy. Przerobili po swojemu domy po uchodźcach, nadali tym domom innego blasku.
Albo wybudowali nowe domy w pobliżu lasów i jezior. Przyjeżdżają, dla widoku, dla

relaksu.
Nie o nich chodzi. Chodzi o młodych z miasta, którzy tu, w opuszczonych siedliskach

postanowili znaleźć nowy sposób na życie. Coś im po drodze nie wyszło: albo zawód,
który   obrali,   okazał   się   nieprzydatny,   albo   życie   sią   od   nich   odwróciło.   Gdyby   byli

Mazurami,   może   złożyliby   papiery   na   wyjazd   z   Polski;   ponieważ   Mazurami   nie   są,
wyjeżdżają na Mazury.

Wieś Węgajty, gmina Jonkowo. Za wsią kolonia Godki, pustkowie. Droga robi sią wąska,
polna, z wybojami. Skręcamy do obejścia, przy którym widać roboty budowlane. Pod

gołym   niebem   stoją   kredensy   wyniesione   ze   środka,   na   nich   jakieś   garnki.
Przyjechaliśmy najwyraźniej nie w porę. Z okienka na górze wychylają się dwie głowy.

Państwo Łebkowscy schodzą do nas umazani cementem. Wyłączyli im właśnie światło,
znów parę godzin postoju. I to akurat, kiedy udało się ściągnąć ludzi do roboty!

Wchodzimy po drabince na górę. W dolnych pomieszczeniach zerwane podłogi, stoi
rozrobiony beton i siedzą z papieroskiem ludzie unieruchomieni przez brak prądu. Trep

zostaje zamknięty w samochodzie — po drabinie i tak nie umie chodzić, a gdzieś w dole
krąży strażnik obejścia, mogłoby dojść do starcia. Na stryszku,  który będzie kiedyś

zapewne gustowną mansardą, stoją dwa łóżka, na stole ślady po śniadaniu, którego nie

132

background image

udało się zjeść bez herbaty. Pełna prowizorka. Tylko za oknem spokojnie pofalowane
łąki zamknięte wianuszkiem lasów. Zieleń jest kolorem nadziei. Ale kiedy przestaje się

patrzeć w okno, a zaczyna słuchać gospodarzy, nadzieja umyka.
Krzysztof   Łebkowski,   absolwent   historii   sztuki   Uniwersytetu   Warszawskiego,

przyjechał   do   Olsztyna   wraz   z   grupą   kolegów   w   1977   roku.   Mieli   szczytne   plany
ratowania tego, co było właśnie wtedy przez Warmiaków opuszczane i stworzyli grupę

pod nazwą „Pracownia“. Młodym ludziom nie były znane mechanizmy wojewódzkiej
władzy i na pewno popełnili niejedną niezręczność: czy jednak można mieć im za złe, że

na   przykład   zorganizowali   wyprawę   szlakiem   opuszczonych   domów   i   zaprosili
każdego, komu ta sprawa jest bliska, w tym również decydentów?

Decydenci mogliby zapewne powiedzieć, że budżet wojewódzki jest przeciążony i tak,
że brakuje cementu albo dachówek, że — słowem — akcja jest niepotrzebna. Jednak

niczego nie powiedzieli, bo żaden z nich się nie pofatygował. Za to młodzież, która
wzięła udział w wyprawie, z wrodzoną sobie wrażliwością odniosła się do śmierci,

widocznej gołym okiem, śmierci tworów ludzkiej cywilizacji.
Trzeba było połączyć wrażliwość i zapał z jednej strony, potrzeby i pieniądze z drugiej,

a z trzeciej, ze strony władzy, poprzeć to wszystko projektami i urzędową zgodą. Ale nic
z   tego   nie   wyszło,   wszystko   się   rozbiło   o   chłodną   obojętność   życia   urzędowego.

Zapewne trzeba by jakieś przepisy nagiąć, może nawet lekko przekroczyć, żeby domy
po rolnikach dać nierolnikom (co w innych wypadkach, o których piszemy oddzielnie,

czyniono dosyć ochoczo). Zabrakło indywidualności chcącej, zdolnej i władnej zadziałać
inaczej niż utartym szlakiem.

Tak więc zapał rozpalił się i nie podsycany — wygasł. Pan Krzysztof mieszkał dwa lata
we wsi Plutki. Domy w tej wsi rozpadały się i wreszcie rozpadły, nic na to nie poradzili.

Wokół były błota i błota, błotnista pustynia.
— Wszędzie można żyć, byle nie na Warmii — powiedział wtedy Krzysztof i wrócił do

Warszawy.
Ożenił się z koleżanką ze studiów, Dorotą. Zamieszkali kątem u teściów, urodziła się

córka   Marta,   a   Dorota   kończyła   magisterium.   Życie   u   teściów,   jak   to   u   teściów,   w
dodatku bez perspektyw, bo pracowali tylko dorywczo, nikt nie szukał historyka sztuki.

Zaczęli rozglądać się intensywnie po tak zwanym terenie: może tam? Chcieli wyjechać

133

background image

na wieś, oferować swoje usługi, swoją wiedzę. Mogą uczyć, mogą organizować życie
kulturalne, opiekować się twórcami ludowymi, chronić zabytki. Nie udały się kolejne

podejścia do zdewastowanych dworków, które próbowali ożywić. Czas mijał, urodził się
Maciek, wegetacja kątem stawała się coraz bardziej nieznośna.

I wtedy ktoś przywiózł wiadomość, że zwolniło się duże gospodarstwo po warmińskiej
rodzinie, można by je przejąć w parę osób, zrobić spółkę, zostać rolnikami. Krzysztof

gotów był zapomnieć swoje zaklęcie: wszędzie, tylko nie na Warmii. Spróbują jeszcze
raz.

Było to zadbane gospodarstwo po Eryku Selke, którego losy Czytelnik poznał. Łącznie z
dzierżawą   90   hektarów   ziemi,   zabudowania,   maszyny.   Do   spółki   weszło   pięciu

mężczyzn i trzy kobiety. Dwie osoby kończyły studia rolnicze. Idea, jak każda idea, była
logiczna i piękna. Pracować według możliwości, dzielić według potrzeb. Jednak prędko

okazało się, że niewiele zostawało do dzielenia.
„Komuna”,   w   której   interesy   studentów   dojeżdżających   na   zajęcia   kolidowały   z

potrzebami   rodziny   z   dziećmi   i   aspiracjami   psychologa   nastawionego   na   zarobek,
zaczęła   zdradzać   takie   same   objawy   chorobowe,   jakie   występują   wszędzie,   gdzie

próbuje się człowieka uformować na obraz i podobieństwo ideału. Ci, co pracowali
mniej, chcieli, aby dzielić równo i zarzucali zdradę idei. W dodatku dom nie był aż tak

duży, żeby bezkolizyjnie pomieścić różne obyczaje.
Po   trzech   miesiącach,   które   Dorota   nazywa   surrealistycznym   koszmarem,   zawinęła

dzieci i wróciła do rodziców jak do Kanossy.
— To mogło się udać, gdyby działało na zasadach normalnej, kapitalistycznej spółki —

mówi   Krzysztof.   —   Wyobrażałem   sobie,   że   połączymy   środki,   a   następnie   każdy,
stosownie do wkładu i wysiłku, będzie czerpał zyski.

Wyobrażali   sobie   wszyscy   pięknie.   Marzyli,   że   ziemia   po   Eryku   Selke   przyniesie
bogactwo, za które kupią jacht i objadą świat. Rozchodzili się w znacznie gorszych

nastrojach i w gorszych wzajemnych stosunkach. Na gospodarstwie z całej spółki został
młody inżynier rolnik, Szaniawski.

„Komuna“   się   rozpadła,   ale   jej   przykład   zaowocował.   Do   gminy   Jonkowo   ściągnęli
zwabieni legendą inni młodzi inteligenci. Ładowali w rozpadające się dobra pieniądze,

które zarobili na saksach za granicą. Szaniawski jeździł na Zachód w tym celu i Alster, i

134

background image

Łebkowscy. Osthilfe po nowemu polega na tym, że środki z Zachodu na Wschód płyną
prywatnymi   kanałami.   Z   kolei   Ukraińcy   i   Łemkowie,   przymusowo   przesiedleni   na

północ Olsztyńskiego aż pod granicę — co wycisną z ziemi tu, posyłają w Bieszczady,
gdzie widocznie mają nadzieję wrócić.

Łebkowscy zajęli dom nie opodal stojący. Był rok 1982. Cztery lata wcześniej dom ten
opuścili Warmiacy, Mertynowie. Potem mieszkał tam wraz z rodziną robotnik z kółka

rolniczego. Przez te cztery lata spalił wszystkie drzwi, rozebrał szopę i drewutnię, w
pokoju, którego nie używał, urządził ubikację. W ruinę tę SKR coś nawet inwestował,

robotnik skarżył się na zimno, więc założono mu podwójne okna. Kiedy Łebkowscy
wkroczyli, nawet szyby w tych podwójnych oknach zastali potłuczone. Wynieśli ludzkie

odchody   z   pokoju,   potem   Krzysztof   otynkował,   pomalował.   Doprowadzili   wodę   do
budynku, wstawili meble, lodówkę, pralkę, przywieźli dzieci.

I zaczęło się życie na własnym. Kapitał włożyli w zakup jałówek, nastawili się, wzorem
rolniczej tradycji tych stron, na hodowlę. Pola, na których SKR uprzednio uprawiał

kukurydzę, były tak zasypane herbicydami, że koniczyna nie chciała rosnąć. Zabrali się
też do odkamieniania pól. Pierwszy rok zamknęli zyskiem. Krzysztof zobaczył światło w

końcu tunelu i polubił to zajęcie. Człowiek nabiera serca do roboty, z którą może łączyć
perspektywę. Dorota nawet dzielnie znosiła oddalenie i niewygody.

Zimą odcięci od świata nieraz przez całe tygodnie. Koń, jedyny łącznik ze światem,
zakopał   się   kiedyś   w   śniegu   po   brzuch.   Wichry   wiały,   w   godzinach   szczytu

energetycznego zapadała ciemność. Żywność trzeba było gromadzić jak na wojnę. To
nic, myśleli, dorobimy się po trochu, kupimy samochód, będziemy wolni.

Po pięciu latach farmerskiego życia przyszłość nie rysuje im się wcale radośnie.
— Pieniądz wchodzi w pieniądz — mówi Krzysztof. — Miałem 10 jałówek, było ciężko,

w  następnym  roku   kupiłem  20,   będzie   lżej,   myślałem,   a   okazało   się,   że   wyszliśmy
gorzej. Wydatki rosną nieproporcjonalnie do wpływów.

— Zimno, mokro, krótki okres wegetacji, ziemia V-VI klasy i teraz ten remont, którego
nie   skończymy   przed   zimą   —   Dorota   jest   w   znacznie   gorszym   nastroju   od   męża.

Porwali   się   na   przebudowę   domu,   bo   po   pięciu   latach   prowizorka   dojadła   im   do
żywego. Ale ludzi do roboty ściągnąć nie można, jak się ściągnie, to są pijani, jak są

trzeźwi, to nie ma cementu, jak jest cement, to wyłączają prąd.

135

background image

Do poziomu, który mogliby nazwać normą i czuć się tu dobrze, potrzeba tak wiele
rzeczy!   Dla   miejscowej   ludności   są   awangardą   cywilizacji   —   woda   w   kranie,

zamrażarka. Jednak rozziew między ich potrzebami i oczekiwaniami a rzeczywistością i
perspektywą   jest   tak   wielki,   że   czują   się   załamani.   Co   robić   dalej?   Władowali   tu

wszystkie pieniądze i kawał życia. Teraz jeszcze remont. Zostawić do wszystko? I dokąd
iść, na co liczyć?

— Z samego rolnictwa dziś się nie wyżyje — mówi Ryszard Zwierowicz. — Trzeba
czymś „dotować“ gospodarkę, żeby ją utrzymać.

On   sam,   absolwent   handlu   zagranicznego   z   Warszawy,   przejął   opuszczone
gospodarstwo   w   Sękinach   i   teraz   razem   ze   wspólnikiem   z   Łodzi   uruchamiają   w

przerobionej   stodole   produkcję   końcówek   do   kabli   dla   przemysłu   stoczniowego.   Z
rolnictwa   nie   chce   rezygnować,   nawet   jeśli   interes   dobrze   się   rozwinie:   to   sprawa

honoru — mówi.
Być może Łebkowscy wesprą hodowlę bydła rzemiosłem artystycznym, ktoś tam myśli

dalej wyskakiwać „na saksy“, ktoś inny chce reperować budżet handlem maszynami.
Każde wahnięcie w polityce rolnej na niekorzyść rolnika najsilniej odczuwają tacy jak

oni   —   młodzi   i   na   dorobku.   Rolnik   z   gminy   Jonkowo,   rodem   z   Białostocczyzny,
Bronisław Krasowski, powiedział, że rozumie frustracje tych młodych i wykształconych.

Potrzebują łazienki, samochodu, żeby dojechać do teatru; na to rolnictwem nie zarobią.
On   sam   jest   gospodarzem   zamożnym,   owszem,   ale   siedzi   na   gospodarce   od   lat

trzydziestu.   Jeden   młody   po   technikum   rolniczym,   który   osiadł   niedawno   na   30
hektarach, chce już wszystko sprzedać, ucieka do miasta.

— Maszyny są coraz droższe, ich jakość coraz gorsza — mówi Krasowski. — A bez
maszyn nic nie wskóra, to nie 2-3 hektary pola, które można było kosą kosić. Cały dzień

dziś straciłem, żeby, objechać GS-y i kupić łożysko do śrutownika. Bez śrutownika nie
nakarmię   kilkunastu   świń,   a   łożyska   nie   dostałem.   Młodzi   rezygnują   przy   takich

kłopotach.
Zanosi   się   więc   na   to,   że   ziemia   znów   może   zmieniać   właścicieli,   chociaż   już   bez

narodowościowych   przyczyn.   Może   kredyty   są   za   niskie?   Może   uporu   i   zdolności
brakuje?

Po odpowiedź jedziemy do sąsiedniej wsi Węgajty. Ziemia taka sama, klimat taki sam i

136

background image

władze   gminne   takie   same,   więc   będziemy   mogli   ocenić   historyków   sztuki   przez
porównanie z „prawdziwymi“ rolnikami. Maria i Edward Skuraczowie, sołtysowie, mieli

osiem krów. Zostawili jedną, tyle co na mleko dla własnych dzieci.
Coś się popsuło w tej rolniczej maszynie. Jak mleko za tanie, maleje pogłowie, zabraknie

i wołowiny. Jak zboże za drogie, maleje trzoda. Nieustanna huśtawka opłacalności źle
wpływa na gospodarstwa. A na decyzje rolnika wpływ ma przecież wszystko: ceny,

jakie on płaci i jakie jemu płacą, dostępność środków produkcji i koszty transportu,
atrakcje życia w mieście i poczucie bezpieczeństwa na wsi.

Skuraczowie liczą tak: za żyto dostali 60 tysięcy złotych, z tego połowę trzeba było
zapłacić za wynajęty do zbioru kombajn. Pszenica droższa, 300 tysięcy złotych — ale

leży na polu i moknie. Jak była pogoda, nie było kombajnu. Kiedy wreszcie przyjechał,
zaczęło   lać.   Kiedy   skoszone   zboże   zaczęli  prasować,   zepsuła   się   prasa.   Nim  dostali

złamaną część, zboże zmokło.
Maria Skuraczowa, chociaż pochodzi stąd, z Węgajt, nie pamięta, jak było przed wojną.

Ale są tacy, co pamiętają. Oczywiście nie było takich maszyn. Ale co było, to działało.
Niemiec   jak   powiedział   słowo,   że   maszyny   wyremontowane   albo   magazyn

wyszykowany,   to   choćby   pioruny   biły!   No   i   o   ludzi   do   pracy   było   łatwo.   Dzisiaj
bezrobocia   nie   ma,   to   prawda   i   trzeba   to   zapisać   na   plus.   Ale   każda   moneta   ma   i

odwrotną stronę: ludzie się cenią, rozbisurmanieni, niczego nie można być pewnym.
Maria Skuraczowa z radością wyrwała się ze wsi, kiedy wyszła za mąż za olsztyniaka:

zamieszkali   u   teściów   w   pokoiku.   Ale   kiedy   w   1978   jej   rodzice   zdecydowali   się
wyjechać do RFN i zostawiali ten dom, w którym rozmawiamy, zabudowania, ziemię —

przeprosiła się ze wsią na powrót. Bądź co bądź są u siebie. Mąż, absolwent Akademii
Rolniczo-Technicznej,   prowadzi   gospodarkę   i   dorabia   jako   nauczyciel   w   pobliskiej

szkole podstawowej.
— Czy można stanąć na nogi z samej gospodarki?

— Nam w razie czego rodzina pomoże — mówi Skuraczowa. — Na ubranie się nie
wyda, a to kawa, a to przysmaki dla dzieci podeślą. Rolnik dostaje przydziałowe tylko

1300 kilo węgla. Kiedy zeszłej zimy marzliśmy, poprosiłam mamę i wpłaciła nam marek
na trzy tony.

Nie zetknęliśmy się z objawami zazdrości, choć byłyby całkiem zrozumiałe; przecież

137

background image

większość rolników nie ma do kogo pisać o pomoc. Tyle, że ci, którzy mają do kogo
pisać,  mają   też   dokąd   wyjechać.   Kiedy  przeciwności   ich  zmogą,  składają   podanie  o

wyjazd.
— Inaczej trzeba liczyć gospodarowanie autochtona, który ma jeszcze od niemieckich

czasów maszyny i rodzinę za granicą — powie nam sołtys wsi Pustniki, Erich Neuman,
który sam ma tylko pół hektara, pracuje jako traktorzysta w PGR — a inaczej takiego, co

zdany na własne dwie ręce. Z naszej wsi wyjechało wielu takich, co harowali od świtu
do nocy, a na swoje nie wychodzili.

Przykłady można znaleźć, na wszystko. Bywają zamożni gospodarze napływowi, bywają
lepsi miejscowi. W Pustnikach jeden Mazur ma 40 hektarów i za samo mleko bierze

miesięcznie 100 tysięcy złotych. A obok przybysz z Polski centralnej na takich samych
hektarach powiada, że krów mu hodować nie warto. Obydwaj mają takie samo niebo

nad głową, glebę pod nogami i ceny w mleczarni — ale różne tradycje, różną wpojoną
pracowitość, różne skale wartości.

We wsi Natać przed wojną, kiedy nie było jeszcze elektrycznych dojarek, każdy Mazur
trzymał po piętnaście krów. Dziś Mazurów już nie ma, we wsi są ledwie dwie krowy, do

których setka letników ustawia się w sezonie w kolejkę po mleko.
W rozmowie z Zyglindą Trosin we wsi Gieląd usiłujemy dociec, dlaczego właśnie krowy,

specjalność tych stron, pierwsze padają ofiarą nieopłacalności. Trosinowie mają ledwie
czternaście hektarów, trzymają jedenaście krów, wkrótce sąsiad idzie na rentę, może

dokupią jeszcze jego ziemię i powiększą stado. A obok wielu takich, co hektarów mają
po dwadzieścia, a krów ledwie trzy, cztery.

— Ludzie uciekają od hodowli, bo hodowla to obowiązek — twierdzi Trosinowa. —
Krowa nie wie, co to niedziela czy święto, krowa nie pyta, czy wczoraj była zabawa.

Ludzie porobili się wygodni.
Nie wypadało jakoś spytać Trosinów, czy i ich wspierają rodzice. Ale daje do myślenia

powtarzający się schemat: kiedy praca na roli staje się za ciężka i nazbyt szarpiąca
nerwy dla starych, ci wyjeżdżają, a gospodarkę przejmują młodzi. I wnet okazuje się, że

zamiast ci młodzi, w pełni sił, wspierać starych rodziców na rencie, dzieje się akurat
odwrotnie: skrawki renty podpierają opłacalność gospodarstwa.

Po kilku latach lepszych cen, które przyciągnęły trochę ludzi na wieś, rolnicy znów nie

138

background image

mogą dogonić wydatków. Eryk Selke mówi, że gdyby nie wyszykował sobie sam starej
„Vistuli“,   nie   byłoby   go   stać   na   wynajęcie   kombajnu.   Za   skoszenie   30   hektarów

musiałby zapłacić 300 tysięcy złotych, a za zepsutą „Vistulę“ dał 150 tysięcy i już mu 2
lata służy.

W krajach wysoko rozwiniętych na pracownika w rolnictwie przypada o wiele więcej
inwestycji niż w przemyśle. U nas jest na odwrót, rolą zajmuje się blisko trzecia część

narodu, ale, że słabo uzbrojona, trudno jej wyżywić pozostałe dwie trzecie.
Narzeka nawet tak dobry gospodarz, jak Gerard Romahn z Plusek. Kiedy pytaliśmy, jak

trafić   do   niego,   jedynego   Warmiaka,   jaki   został   we   wsi   spośród   czterdziestu   ongiś
rodzin, powiedziano nam: tam, gdzie na podwórku pełno maszyn.

Trafiliśmy  bez trudu.  Maszyny  stoją  na  podwórzu,  bo  Romahn nie  może  zbudować
garażu: nie o pieniądze chodzi, ale eternitu, dźwigarów, papy nie ma. Na dacze jakoś się

znajdzie, dla rolnika zabraknie. Romahn jest rozgoryczony i na nasze pytanie, czy lubi
być  rolnikiem   (jak  Liedman)   albo   czy   lubi  polskie   obyczaje   (jak  Selke),   odpowiada

sarkastycznie:.
— Jak można lubić rolnictwo w takich warunkach? Za wszystkim się uganiaj. Kupić

cokolwiek trudno, a jak się kupi wirówkę, to raz wiruje, raz nie. Motorower kupiłem,
przy pierwszej jeździe cewka wysiadła. Za litr mleka nawet pół litra piwa nie dostanę.

Nawozy zdrożały o 500 złotych. Kiedyś zawsze się miało rezerwę na książeczce, teraz,
co zarobię, to wydam.

Dlaczego wobec tego nie wyjechał? Tym bardziej że cała jego rodzina, trzech braci, dwie
siostry są już tam.

— Zostałem, bo teściowie nie chcieli jechać. Jakże na starość zostawić ich samych? A
kiedy teściowie zemrą, my już będziemy za starzy.

Teść Romahna to Lengowski, syn sławnego Michała Lengowskiego, którego imię nosi
niejedna ulica w mazurskich i warmińskich miastach. Lengowski był działaczem i poetą,

szczerze mówiąc chyba bardziej działaczem, bo pisał tak oto:

Lecz kiedy plebiscyt wypadł dla nas marnie, 
Wielu z naszych braci do Polski sią garnie.

Wtenczas myśl stanowcza w głowie mi się rodzi, 

139

background image

Nie trza rzucać ziemi, skąd nasz ród pochodzi.

Usłuchał tego wezwania Gerard Romahn, dobry rolnik, przewodniczący rady sołeckiej,
społecznik, pozytywny bohater na tutejszym terenie. Ale jeśli przebierze się miarka,

jeśli do gospodarki trzeba by dopłacać — spakuje manatki i dołączy do rodziny za Łabą.
Tamci rolnictwem się nie zajmują, przeżywają niejedną frustrację, ale jakoś żyją.

Ostatni   mohikanie,   jak   Romahnowie,   Trosinowie   czy   Skuraczowie,   nie   rzucają   już
ojcowizny  tak ochoczo,   jak  ich  sąsiedzi  dziesięć  lat  wcześniej.  Pogodzili  się   jakoś   z

Polską   mimo   wszystkich   jej   wad.   Wiedzą,   doświadczyli   podczas   licznych   wizyt,   że
wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Ale nie zapominają, z jaką zgrozą patrzyli na rozpadające się, rozkradane bezpańskie
domy. Z jaką rozpaczą obserwowali, że ziemia jałowieje, a pola uprawne, ogrody i sady

wchłaniają  w  swoje   posiadanie  ciemne  lasy.   Dla   turystów  może   to   być egzotyczne:
chodzi się po lesie, aż tu nagle zdziczała jabłoń albo krzak bzu wabi niespodziewanym

fioletem. Dla nich jest to tragiczne.
Niegospodarność najbardziej razi gospodarnych. Marnotrawstwo oszczędnych. Bałagan

akuratnych. Kto nie mógł tego wszystkiego znieść — wyjeżdżał.
Została ziemia, która z wolna obrasta nowym obyczajem. PGR-y budują po wsiach bloki

na wzór i podobieństwo miejskich osiedli, żeby w prestiżowych mieszkaniach łatwiej
utrzymać swoich robotników. Żywioł miejski wykupuje stare domy, żeby urządzać w

nich prestiżowe dacze. Czyli każdemu to, czego mu brakowało.
Ma ta ziemia nowych lokatorów. Najbliżej dawnej granicy, dzielącej Polskę od Prus

Wschodnich,   osiedli   przybysze   z   Kurpiowszczyzny:   znali   te   strony   sprzed   wojny,
przychodzili   na   saksy,   wiedzieli   nawet,   gdzie   ziemia   lepsza.   Dalej   nieco,   w   pasie

środkowym,   przesiedleńcy   z   Wileńszczyzny,   którzy   do   nowej   ojczyzny   ciągnęli   na
zachód tak, jak dawni mieszkańcy mazurskiej ziemi. Wreszcie na północy, pod samą

radziecką granicą, zasiedlano przymusowo Ukraińców i Łemków, kiedy nijak nie można
było   zaradzić   popieranym   przez   nich   bandom   w   Bieszczadach.   Do   tych   wszystkich

dołączyli jeszcze, zwabieni pięknem krainy jezior, mieszkańcy miast, którym cywilizacja
się przejadła.

We wsi Jabłonka, tuż przy trakcie, znajduje się mały bar „Sardynka“. Od osiemnastego

140

background image

wieku   prowadził   tu   restaurację   mazurski   ród   Kiperów.   W   drodze   do   Królewca
zatrzymywali się podróżni, ktoś opisał w księgach, jak to u Kiperów można dostać aż 50

wyśmienitych   potraw   z   ryb.   Kiperowie   prowadzili   knajpkę   jeszcze   do   lat
pięćdziesiątych.   Po   zwycięskiej   bitwie   o   handel   lokal   uspołeczniono   i   w   ramach

żywienia zbiorowego podawano kotlet raz. Teraz zmieniają się tu ajenci, bywa lepiej,
bywa gorzej. Knajpka trwa, ale duszę jej odebrano.

Podobnie jak z tej dwóchsetletniej knajpki, tak z całej Warmii i Mazur uleciał duch,
który żył tu ze swoim ludem. Jeziora, ziemia i lasy zostały. Nowi lokatorzy z wolna

napełniają je nową treścią.
 

 
Agnieszka i Andrzej Krzysztof Wróblewscy — małżeńsko-reporterska od 30 lat. „Zgoda na

wyjazd“ to ich czwarta książka. Poprzednio wydali: „Chłopów-robotników“, „Wypłatę za
rozum“, „Dyplom w herbie“. Zaczynali od prasy młodzieżowej. Agnieszka przez kilkanaście

lat była dziennikarką „Sztandaru Młodych“, potem „Kobiety i Życia“, obecnie „Przeglądu
Technicznego“. Andrzej Krzysztof przez wiele lat pracował w „Polityce“ aż do roku 1981,

teraz   w   miesięczniku   „Zarządzanie“.   Małżonkowie   są   laureatami   licznych   nagród
dziennikarskich, m. in. nagrody im. Juliana Bruna przyznanej przez dawne SDP.

 
 

 

141

background image

 

142


Document Outline