background image

Uuk Quality Books

Edmund Niziurski

Osobliwe przypadki Cymeona 

Maksymalnego

background image

Spis treści:

1. Koń
2. Agenda, czyli moje ważne sprawy
3. Giga
4. Koń po raz drugi
5. Jak zostałem puzonistą
6. Spisek Cykanderów
7. Stawka na Konia
8. Jak uciąłem łeb końskiej sprawie
9. Jak trzymać dwie sroki za ogon
10. Bieg na czterysta metrów
11. O szkodliwości kibiców, w rodzaju Tubki, słów kilkoro
12. Kłopoty trenera Mamca
13. Dramat na bieżni
14. Zwycięzcy bywają smutni
15. Bigos dla zwycięzcy
16. Przechodzę przez strefę Medora
17. Dostaję w łeb albumem, czyli trudności rozmowy salonowej z Gigą
18. Tragiczne preludium do imienin Gigi
19. Wracam do sprawy kręcenia
20. Głowa mnie boli od przybytku, czyli za dużo gwiazd
21. Pretensje Nelli
22. Pierwsze emocje i niespodzianki
23. Nocnej awantury ciąg dalszy
24. Wielka gafa!
25. Scenariusze prawdziwe i zmyślone
26. Epilog na deszczu

background image

1. Koń

To mi się zdarzyło od razu w nowej budzie. Od trzech dni, to jest od początku roku 

szkolnego, chodzę do nowej budy, czyli do szkoły nr 3, z racji tego, że mieszkam na Zabuczu. 

Prawie wszyscy z Zabucza zostali umieszczeni w tej okropnej budzie.

Szedłem właśnie do gabinetu lekarskiego po zwolnienie, kiedy ujrzałem naszego fizyka, 

pana Rogera, zwanego Rogerem Fizycznym w odróżnieniu od jego brata, znanego psychiatry w 

naszym mieście. Otóż Roger Fizyczny zbliżał się z przeciwnej strony niosąc na ramieniu szklaną 

rurę od pompy próżniowej. Chciałem zejść mu z drogi, ale on od razu mnie zatrzymał.

— No i cóż, spotykamy się znowu, Ogromski!

— Tak jest, proszę pana.

— Nie masz zbyt zachwyconej miny — zauważył.

— Chory jestem — jęknąłem, skurczyłem się i zgarbiłem, jak mogłem najżałośniej.

— Uprzedzam cię, Ogromski — Roger potrząsnął groźnie rurą od pompy próżniowej — 

nie myśl sobie przypadkiem, że będziesz tu znów dryfował, korzystając z faktu, że nikt cię tu 

jeszcze nie zna! Ja cię znam, Ogromski, to ci powinno wystarczyć.

— Wystarcza mi, proszę pana — zgodziłem się pokornie.

— Ech, gdybyś był mądry, Ogromski — westchnął Roger — to byś wykorzystał okazję.

— Jaką okazję? — nadstawiłem chciwie ucha.

— Masz szansę zacząć na nowo, to jest zupełnie nowa szkoła. Jesteś przesadzony na 

nowy grunt. W nowej szkole każdy jest jakby narodzony na nowo. Najważniejsze, żebyś  się 

poczuł nowo narodzony, Ogromski, bez żadnych starych obciążeń.

— To jest myśl, proszę pana! — przytaknąłem żywo. — Niczego więcej nie pragnę, jak 

narodzić   się   na   nowo.   Tylko...   czy   to   jest   możliwe,   opinia   pójdzie   za   mną   —   jęknąłem 

dramatycznie i pociągnąłem nosem, żeby wzruszyć Rogera.

Roger Fizyczny poprawił rurę na ramieniu i chrząknął:

— Nie pójdzie.

— Pan nic nie powie?

— Nie. Zresztą będziesz miał nowego wychowawcę.

— Kogo?

— Pana magistra Szykonia. Będzie zarazem was uczył polskiego...

— Więc nie pan dyrektor Biegunowicz?

background image

— Nie. Pan magister Szykoń. Ściągnięto go specjalnie z Urzędowa. Jest pełen zapału i 

energii. Pamiętaj, Ogromski, to twoja wielka szansa. Zapamiętaj!

— Zapamiętam, proszę pana!

Roger Fizyczny odszedł, a ja stałem przez chwilę oszołomiony. Szykoń z Urzędowa! Coś 

takiego! A potem przypomniałem sobie, że ten nowy okularnik z B, co ograł mnie w szachy, ten 

grubas, którego nazywają Zezowaty Dodo, podobno też jest z Urzędowa. Pobiegłem więc do 

Doda zasięgnąć bliższych informacji.

Dodo pokiwał głową.

— Jasne, że znam faceta. Będzie was uczyć Koń.

— Koń?!

— Dokładnie magister Szykoń, ale wszyscy nazywają go Koniem.

— Znasz go dobrze?

— Jasne. Uczył nas w Urzędowie.

— Co to za typ?

— Niesamowity.

— Okropny? Drętwy? Nerwowy? Złośliwy? — dopytywałem.

— On? Coś ty?! — żachnął się Dodo.

— No więc, jaki jest? — zdenerwowałem się.

— Koń? O, bracie, uważaj na Konia! On magluje...

— Magluje? W jakim sensie?

— Przewraca na drugą stronę, nicuje, on jest niebezpieczny. To znaczy, niebezpiecznie 

logiczny, zabójczo prosty i zdradziecko rzeczowy, a raczej chciałem powiedzieć na odwrót, to 

znaczy zdradziecko prosty i zabójczo rzeczowy, rozumiesz?

Skinąłem głową, ale szczerze mówiąc, miałem mętlik w głowie.

— Muszę mieć jeszcze dokładny opis postaci, cechy charakteru, skłonności, ewentualnie 

ułomności... — powiedziałem.

— Po co ci to?

— Koń jest moją szansą — odparłem — dlatego chcę dokładnie poznać Konia.

Dodo stropił się.

— Nie wiem, co ci powiedzieć... to jest skomplikowane... Musiałbym się zastanowić.

— Zastanowisz się później — powiedziałem — a teraz pokaż mi, jak on wygląda...

background image

— Nie widzę go tutaj... Musiałbym go poszukać...

— Jak go znajdziesz, to mnie zawołaj, będę w poczekalni u lekarza szkolnego...

— Jesteś chory? — Dodo spojrzał na mnie zaskoczony, ale ja oddaliłem się szybko i 

zniknąłem w drzwiach gabinetu.

W poczekalni siedziało dwu pacjentów: blady jak nać piwniczna, ciemnowłosy, szczupły 

i nieco niższy ode mnie chłopczyna, zupełnie mi nie znany, oraz znany mi z widzenia niejaki 

Hipek   z   czwartej,   jeden   z   licznych   Tubkowskich   zaludniających   naszą   szkołę.   Biedak   był 

gnębiony czkawką, dlatego wolałem zająć miejsce przy tym obcym chłopcu.

Z gabinetu wyszła Biała Niemiłosierna.

— Co ci jest? — zapytała.

— Mam mdłości i dreszcze — odpowiedziałem — prócz tego mam gniecenie, pieczenie i 

wiercenie... i jeszcze mi się troi w oczach...

— Naprawdę ci się troi? — zapytała Biała Niemiłosierna.

— No, nie wiem, może nawet mi się czworzy albo pięciorzy. Faktem jest, że widzę pięciu 

bliźniaków, jeden za drugim na krzesłach i wszyscy mają czkawkę.

— Zmierzysz sobie gorączkę — powiedziała Biała Niemiłosierna. Wsadziła mi pod pachę 

termometr i wróciła do gabinetu.

Natychmiast rozpocząłem intensywne mierzenie, mając na uwadze prawo fizyczne, które 

głosi, że przy tarciu wytwarza się ciepło.

Siedzący obok mnie koleś przyglądał się tym zabiegom z ciekawością i uśmiechnął się do 

mnie przyjaźnie, jak mi się zdawało. Postanowiłem więc zagaić, żeby skrócić nudę oczekiwań...

— Ty — odezwałem się — nie znam cię. Jesteś chyba nowy.

— Pierwszy dzień w waszej szkole — powiedział.

— I od razu gorączka? — mrugnąłem okiem.

—   Gorzej   —   powiedział   —   uczulenie.   Jestem   na   różne   rzeczy   uczulony.   Dostałem 

właśnie zastrzyk próbny i czekam na wynik próby...

— Znam to — mruknąłem — mój ojciec też jest uczulony. To się nazywa alergia. Jak się 

nazywasz?

— Jacek — odparł. — A ty?

— Ja mam imię i nazwisko maksymalne — powiedziałem. — Nazywam się Maksymilian 

Ogromski, ale tu wszyscy mówią na mnie Cymek.

background image

Jacek uśmiechnął się, a potem jakby zastygł w tym uśmiechu i rozbawiony przyglądał mi 

się nachalnie, aż mnie zaczęło to denerwować.

—   Co   tak   bez   przerwy   szczerzysz   zęby?   —   warknąłem.   —   Wesoło   ci?   Jeszcze   nie 

dostałeś po kulach, ale poczekaj, dostaniesz i ty za swoje. — Wyjaśniłem mu dokładnie, jakie 

niebezpieczeństwa czyhają na niego ze strony Rogera Fizycznego, sióstr Burman od chemii i 

biologii,   tudzież   Iwana   Groźnego   od   historii.   —   Lecz   najbardziej   uważaj   na   Konia!   — 

zakończyłem.

— Na Konia? Jakiego Konia?! — zaniepokoił się.

Postanowiłem napędzić fąflowi trochę strachu.

— To nowy magister od polskiego. Niebezpieczny. On magluje, a prócz tego nicuje. Jest 

przy tym zdradziecko logiczny.

— Jak to — zdradziecko? — wykrztusił Jacek. — Dlaczego?

— Dlatego, że jest zabójczo rzeczowy — uciąłem bez namysłu. — To chyba zupełnie 

proste.

— Taaak... zu-zupełnie.

— Widzę, że jesteś trochę zrażony do Konia, ale nie przejmuj się, damy sobie radę z 

Koniem.

— Jak?

— Za bardzo jesteś ciekawy — uśmiechnąłem się z wyższością. — Ja sobie zawsze daję 

radę — rzekłem wyciągając termometr. — Zobacz, czterdzieści stopni gorączki. Z taką gorączką 

od razu dostanę zwolnienie co najmniej na trzy dni.

— Nie lubisz szkoły?

— To nie o to chodzi...

— A o co?

Chciałem powiedzieć, że chodzi o film i o Gigę, ale ugryzłem się w język i powiedziałem 

tylko:

— Chcę nakręcić film. To moja pasja. Akurat jutro będę miał kamerę, bo będę mógł 

pożyczyć od Cześka, bo to jest kamera brata Cześka i ten brat wyjedzie zdawać egzaminy...

— Rozumiem — chrząknął Jacek. — Czy... czy wszystkie role masz obsadzone, może i 

ja...

— Ty? — skrzywiłem się i spojrzałem na niego pogardliwie. — Owszem, potrzebuję 

background image

kogoś do roli sportowca, ale to musi być siłacz i biegacz...

— Ja jestem silny. — Jacek naprężył muskuły.

— Zaraz zobaczymy.  — Podałem mu siłomierz zawieszony na łańcuszku przy wadze 

lekarskiej. — Naciśnij.

Ścisnął, a ja spojrzałem zdumiony. Strzałka skoczyła aż na koniec skali.

— Dobry jesteś — powiedziałem. — Ile masz na czterysta metrów?

— Czasami schodzę poniżej pięćdziesięciu sekund.

Przyglądałem mu się uważnie.

— Nie wyglądasz na takiego zucha. Ty chyba jesteś przerośnięty i starszy ode mnie.

— Trochę — powiedział. — Więc jak, angażujesz mnie?

— Moglibyśmy założyć zespół filmowy... ale pamiętaj, ja będę głównym reżyserem i 

kierownikiem artystycznym.

— A mnie co zostawisz?

—   Ty   mógłbyś   grać,   no   i   pisać   scenariusze,   o   ile   masz   cierpliwość   i   umiesz   klecić 

zdania...

— Spróbuję — powiedział Jacek.

— Podobasz mi się — oświadczyłem.

— Ty też mi się podobasz.

W tym momencie do poczekalni zajrzał zadyszany i jak mysz spocony Dodo.

— Cymek? Jesteś tu?! — rozglądał się po mrocznym pomieszczeniu. Potem zdjął okulary 

i zaczął je przecierać nerwowo.

— O co chodzi? — zapytałem flegmatycznie.

— Uważaj — zasapał Dodo. — Koń się źle poczuł i miał tutaj przyjść... Lepiej pryskaj od 

razu. — Włożył na nos okulary, spojrzał. — O rany! — wrzasnął nagle, złapał się za usta i 

wybiegł przerażony.

Ja też poczułem się dziwnie słabo, chrząknąłem niepewnie:

— Wyjdę na chwilę — bąknąłem.

— Odchodzisz? — Jacek spojrzał na mnie z wyrzutem. — Już ci się nie podobam?

— Podobasz mi się — warknąłem.

— Miałeś mi zrobić gorączkę i pokazać, jak się ujeżdża Konia...

— Potem — wykrztusiłem cofając się do drzwi.

background image

— No to zostaw przynajmniej termometr — powiedział Jacek.

—   Termometr?   A   prawda!   —   Dopiero   teraz   przypomniałem   sobie   o   termometrze. 

Wsunąłem rękę pod pachę, ale termometru tam już nie było,  poczułem natomiast,  że gładki 

przedmiot łaskocząc mnie lekko przesunął mi się po żebrach. Nim zdołałem go złapać, wyleciał 

spod koszulki, stuknął o podłogę i roztrzaskał się na drobne kawałki.

Akurat w tym momencie w drzwiach gabinetu stanęła Biała Niemiłosierna.

— Ogromski, do pani doktor! Gdzie twój termometr?

Przerażony dałem nura za drzwi.

— Ogromski, co ty wyrabiasz? — Biała Niemiłosierna wytrzeszczyła osłupiałe oczy.

— Niech siostra się nie przejmuje — usłyszałem jeszcze głos Jacka. — Zdaje się, że 

kolega Ogromski jest już wyleczony.

To   była   oczywiście   lekka   przesada.   Dopiero   teraz   poczułem   prawdziwą   gorączkę   i 

dreszcze,   zakrztuszenie,   zadławienie   oraz   ogólne   zatkanie.   Półprzytomny   dopadłem   w   kącie 

korytarza Zezowatego Doda.

— Ty łotrze — zasapałem — powiedz, że się pomyliłeś. To nie był Koń!

— To był Koń — jęknął Dodo.

— Taki mały?

— On ma metr sześćdziesiąt dwa.

—   Dlaczego   mi   nie   powiedziałeś,   że   on   jest   nieletni!   Najważniejszej   rzeczy   mi   nie 

powiedziałeś, że to jest nieletni Koń! Niedojrzały!

— On jest pełnoletni i dojrzały — powiedział Dodo. — On ma aż dwadzieścia cztery lata, 

tylko tak młodo wygląda... on prowadzi sportowy tryb życia, może dlatego... gdybyś i ty...

—   Co   ty   mi   tu...   takie   rzeczy...   —   sapałem   z   wściekłością.   —   Przez   ciebie   jestem 

skończony... skompromitowany, ośmieszony... Boże, co za wygłup, co za nieszczęście, co za 

pech! A tak się układało wszystko dobrze... Byłem jak nowo narodzony, zaczynałem na nowo! 

Koń był moją szansą i od razu podpadłem! Co teraz myśli o mnie Koń?

— Nie wyszło ci z Koniem, to fakt — pociągnął nosem Dodo — ale to dopiero trzeci 

dzień szkoły. Masz jeszcze dwieście dziewięćdziesiąt z górą dni...

— Jakich dni!? — jęknąłem. — I co teraz zrobi ze mną Koń?!

— To właśnie będzie ciekawe. — Dodo przecierał okulary.

background image

2. Agenda, czyli moje ważne sprawy

Okropne dni. Żyję w ustawicznym  napięciu jak skazaniec w oczekiwaniu na wyrok i 

kryję się przed panem Szykoniem. Wiem, że lada chwila mogę zostać wezwany na zasadniczą 

rozmowę do gabinetu dyra. Szykoń na pewno pochwalił się dyrowi Biegunowiczowi albo jego 

zastępcy,   panu   Rogerowi,   jak   zręcznie   udało   mu   się   mnie   podejść   w   poczekalni   gabinetu 

lekarskiego, jak skłonił mnie do niebezpiecznych wynurzeń i wywnętrzeń. To fakt, że wyciągnął 

ze mnie różne tajemnice szkolne i opinie, które w żaden sposób nie powinny były dostać się do 

wiadomości grona nauczycielskiego w tej formie. Co ja mówię! W ogóle nie powinny się dostać 

— w żadnej formie! Sytuacja jest beznadziejna. Koń nie przebaczy mi nigdy, że śmiałem go 

wziąć za ucznia i potraktować z góry. Właściwie ogólny ton naszej rozmowy był przyjazny, ale 

nie do przyjęcia dla przeciętnego pedagoga. Wprawdzie mogłem wpaść jeszcze gorzej i nabijać 

się   złośliwie   z   mizernego   wyglądu   Szykonia,   nie   zrobiłem   tego   na   szczęście,   ale   i   tak 

powiedziałem co najmniej cztery razy za dużo. Tak, nie ma się co łudzić, podpadłem Koniowi i 

jestem spalony w tej budzie.

A do tego te fatalne stosunki personalne w samej klasie! Nie mogłem wdepnąć gorzej. 

Kiedy byłem Paskarzem i chodziłem do szkoły nr l, czyli do szkoły Jana Chryzostoma Paska, 

my,  Paskarze, darliśmy ciągle  koty z Cykanderami,  to znaczy z uczniami  szkoły nr 2, czyli 

szkoły Cypriana Kamila Norwida. A teraz okazało się nagle, że prawie cała moja klasa w nowej 

budzie — to właśnie Cykanderzy. Dziewcząt się nie boję, nawet lubię niektóre Cykanderki, ale 

rzecz w tym, że w mojej klasie znalazł się największy, najgorszy, najbardziej zawzięty Cykander, 

z którym nieraz miałem poważnie na pieńku, niejaki Klemens Mężyk czyli Męsio.

Od samego początku czuję w klasie ten opar niechęci, jaki mnie otacza. Na razie jest to 

opar nieuchwytny. Cykanderzy nie stawiają się, nie zaczepiają mnie, nie zauważają, jakbym był 

dla nich powietrzem, ale ja wiem, że to cisza przed burzą. Opar nienawiści musi się w końcu 

skroplić. I rozpęta się burza. Już teraz widzę, jak się zmawiają, jak szepczą po kątach, jak milkną 

nagle, gdy się zbliżam. Nie ulega wątpliwości:  knują. A ten najmniejszy, niejaki Elek Gibas, 

syczy na mój widok. Muszę przyznać, że to syczenie Gibasa bardzo mnie denerwuje.

Najgorsze, że jestem praktycznie sam jak mysz w kosmosie. Nie ma tu nikogo z mojej 

zeszłorocznej   paczki.   Z   poprzedniej   budy   chodzą   tu   ze   mną   tylko   trzy   dziewczyny   i   dwu 

chłopców,   ale   z   tymi   dziewczynami   miałem   w   zeszłym   roku   zadry,   a   ci   chłopcy...   Z   nich 

pociechy nie będzie. Jeden to Tomek Bulwa, biedny, wiecznie zastraszony kujon, którego wielki 

background image

łeb   pracuje   na   zwolnionych   obrotach.   Poczciwy   nawet   chłopczyna,   ale   w   niczym   nie   może 

pomóc. Tak, Bulwa się praktycznie nie liczy. Drugi koleś to Eugeniusz Tubkowski. W jakim 

stopniu   on   jest   eu   —   nie   sprawdziłem,   ale   że   jest   geniusz,   to   na   pewno.   Tubka   jest 

przeciwieństwem Bulwy. Nie przejmuje się szkołą, wszystkie wiadomości ma w małym palcu u 

nogi.   Gdyby   chciał,   mógłby   chyba   zdawać   do   drugiej   klasy   liceum.   Na   przerwach   jest 

niewidoczny. W dni pogodne i ciepłe spaceruje z godnością po ogrodzie szkolnym, samotnie 

zazwyczaj,   czasem   tylko   w   towarzystwie   podobnych   mu   geniuszy   z   ósmej   klasy.   W   dni 

deszczowe i chłodne zaszywa się w bibliotece albo też gromi w świetlicy najwytrawniejszych 

szachistów w partiach symultanicznych, a może takich partii grać naraz dziesięć i przeważnie 

wszystkie  dziesięć  wygrywa,  czasem  tylko  remisuje.   Co do  mnie,  utrzymuję  z  Tubkowskim 

stosunki   poprawne,   ale   raczej   chłodne.   Nie   mamy   żadnych   wspólnych   zainteresowań   ani 

interesów. Tubkowski jest to samowystarczalny geniusz szkolny. Nawet sojusz obronny ze mną 

go nie interesuje. W razie potrzeby korzysta z ochrony swego starszego brata, zwanego Ciężkim 

Tubką. Ten mocno zbudowany brzydal o małych oczkach i kwadratowej twarzy mimo pozorów 

niezaradności i ociężałości ma opinię niebezpiecznego faceta. Widziałem go parę razy w akcji. 

Rzeczywiście jest skuteczny, wysportowany i szybki, przy lada okazji lubi popisywać się swoją 

siłą,   rozsadza   go   bowiem   energia.   Schwytanych   delikwentów   poddaje   mękom   fizycznym   i 

torturom. Wszyscy omijają go z daleka.

Oto jak wygląda w skrócie moja sytuacja — z jakiegokolwiek spojrzeć na nią punktu, 

wygląda okropnie. Nic tu po mnie w tej klasie, trzeba wiać stąd póki czas. „Szczęściem zostały 

skrzydła do odlotu, lećmy i nigdy więcej nie zniżajmy lotu”. Tak powiada Adam Mickiewicz i 

muszę się zastosować do tej rady.

Trzeba   przyznać,   że   ostatni   mój   lot   był   fatalnie   zaniżony.   Zupełnie   niegodny 

Maksymiliana Ogromskiego, zwanego Klawym Cymkiem. „Nie dotrzymujesz kroku, synu — 

powiedział mój dobry ojciec — dałem ci ogromne nazwisko i wielkie, rzekłbym, maksymalne 

imię, a ty jakoś nie nadążasz, nie dotrzymujesz kroku, synu”. Nie da się temu zaprzeczyć. Byłem 

karłem. Pod wspaniałym imieniem i nazwiskiem kryła się nędza duchowa. I tak już od roku... od 

roku z grubym okładem. Cud, że w ogóle przeszedłem do siódmej klasy. Chyba tylko dlatego, że 

wszyscy zajęci byli reorganizacją, siostry Burman chorowały na grypę azjatycką, a pan Roger 

gotował   się   do   objęcia   nowego   stanowiska   w   nowo   zbudowanej   szkole,   biegał   po   mieście 

trzykroć bardziej zaaferowany niż zwykle i trzykroć rzadziej pojawiał się na lekcjach...

background image

Tak jest, fatalnie nisko latałem, a parę dni temu na dodatek miałem przykry falstart. Grunt 

to dobrze wystartować do następnego etapu, a ja wystartowałem nierozważnie, można by rzec 

nieroztropnie czy raczej — delikatnie mówiąc — nieco niefortunnie, by nie rzec niemoralnie: 

wprost od próby oszustwa. Po prostu nie zastanawiałem się wiele.

Zabrałem się do rzeczy jak narwany Fredzio — łapu-capu, po bałaganiarsku. Bo w ogóle 

jestem bałaganiarz nie z tej ziemi i żyję bez planu, a tu trzeba z ołówkiem w ręku jak wujek 

Ciołkosz, który jest planistą Miejskiego Zakładu Pogrzebowego. Wujek twierdzi, że podstawą 

dynamicznego rozwoju jego przedsiębiorstwa jest gospodarka planowa. A ojciec mówi, że u nich 

w wodociągach dlatego jest niskie ciśnienie, bo nie wstawili do planu. Jak się nie wstawi do 

planu, to przepadło. Dlatego ja też muszę wstawić do planu pewne rzeczy, skoro chcę na serio 

zmienić moje życie. To prawda, że podpadłem Koniowi i że jestem spalony w budzie nr 3; jestem 

spalony, ale nie zniszczony. Nic nie jest jeszcze stracone w życiu, skoro można wystartować na 

nowo. Pomyślałem sobie, co mówił Roger Fizyczny o mojej szansie. W nowej szkole będę miał 

nową szansę. Gdyby tak udało mi się przenieść do takiej szkoły, gdzie mnie jeszcze nie znają — 

na przykład do Cykanderów. Tam mógłbym startować od nowa, no i, rzecz jasna, planowo.

Przemyślawszy   te   rzeczy   pobiegłem   natychmiast   do   sklepu   papierniczego   w   rynku   i 

kupiłem oprawny w żółte płótno wielki kalendarz-notes z wytłoczonym napisem:

AGENDA

rok 1973/74”

Następnie w domu po krótkim namyśle zapisałem tam moje najważniejsze sprawy do 

załatwienia w bieżącym sezonie szkolnym:

1. Sprawa nagła — emigracja. Konieczna zmiana klimatu — przenieść się do szkoły C. 

K. Norwida i zostać Cykanderem (niestety!).

2. Nakręcić film (co najmniej średniometrażowy). Termin: 31 grudnia 1973 r. (potem nie 

będzie kamery — brat Cześka przenosi się na stałe do Warszawy i zabiera sprzęt z sobą).

3. Zejść poniżej 50 sekund na 400 metrów. Wymazać ten kompromitujący czas z tabeli 

moich wyników! Termin: 30 listopada (potem będzie za zimno).

4. Zdobyć 3000 zł na kamerę i sprzęt turystyczny (uskładać? zarobić? wygrać?). Termin: 

do końca roku szkolnego.

background image

Przebiegłem jeszcze raz wszystkie punkty uważnym wzrokiem, stwierdziłem, że to są 

moje   najważniejsze   sprawy  i   że   więcej   nie   mam.   Ponadto   stwierdziłem,   że   są   to   wszystkie 

sprawy   niesłychanie   trudne,   postanowiłem   jednak   nie   zrażać   się   trudnościami   i   natychmiast 

energicznie przystąpić do realizacji poszczególnych zadań.

Najpierw zmiana klimatu. W tym celu odbyłem rozmowę z ojcem i zażądałem stanowczo, 

by przeniósł mnie do szkoły C. K. Norwida. Niestety, natrafiłem na równie stanowczy opór. 

Ojciec był zdania, że nie powinienem się nigdzie przenosić, że szkoła, do której obecnie chodzę, 

jest pod każdym względem idealna i wytoczył argumenty geograficzne, polityczne, socjologiczne 

i   okulistyczne.   „Szkoła   nr   3   jest   najbliższa   —   tylko   pięć   minut   do   domu”   —   powiedział 

(argument geograficzny); „będzie lepiej, jak tu zostaniesz, bo tu cię jeszcze nie znają” (argument 

polityczny, oczywiście najzupełniej fałszywy — biedny ojciec nie wie, że i tu zdążyli mnie już 

poznać, zwłaszcza  gruntownie poznał mnie  Szykoń);  „szkoła jest w spokojnej  dzielnicy,  nie 

będziesz   przechodził   przez   Śródmieście,   nie   będziesz   narażony   na   pokusy   i   na   kontakty   z 

elementami zepsutymi” (argument socjologiczny); „będę cię miał na oku” (ojciec chciał przez to 

powiedzieć, że z wysokości swojej wieży ciśnień może mnie mieć w polu swojego widzenia — 

argument okulistyczny).

Wobec wielkości i ciężaru gatunkowego tych różnorakich argumentów zrozumiałem, że 

dalsza dyskusja jest bezcelowa i od razu zwróciłem się do instancji wyższej, to jest do mojej 

dobrej   mamy,   przedstawiając   szczerze,   acz   w   przejaskrawionych   kolorach,   moją   sytuację   w 

szkole   i   aktualny   stan   rzeczy.   Mama   bardzo   się   zmartwiła   tym   aktualnym   stanem   rzeczy, 

powiedziała, że to zupełnie fatalne, bo zdążyła się już zaprzyjaźnić z nowymi koleżankami...

— Mama? Z koleżankami? — zdziwiłem się.

—   Z   koleżankami   z   Komitetu   Rodzicielskiego   —   wyjaśniła   spokojnie   mama   —   z 

przemiłą panią Dodońską (to matka Zezowatego Doda), z przezacną panią Tubkowską (to matka 

wszystkich Tubków) oraz z uroczą panią Gafoniową (chwilowo nie znam tej pani).

Ponadto   mama   oświadczyła,   że   zaangażowała   się   w   planową   pracę   Komitetu 

Rodzicielskiego i wyraziła nadzieję, iż nie będę jej psuł tej pracy i tych przyjaźni.

— Czy... czy mama zaangażowała się daleko? — zapytałem ponuro.

— Całym sercem i kieszenią — odparła mama. Wyjęła z torebki chusteczkę i otarła oczy.

— Kieszenią czy torebką? — zapytałem rzeczowo, wiedząc, że kieszenie mamy są raczej 

puste, w przeciwieństwie do torebki.

background image

— Torebką — wyznała cicho mama.

— Pewnie mama pośpieszyła się niepotrzebnie i zapłaciła składki za cały rok.

— Gorzej — powiedziała mama — ja wzięłam...

— Wzięła mama? — zaniepokoiłem się. — Co mama wzięła?

— Zaliczkę z Komitetu a conto mojego wynagrodzenia.

— Jakiego wynagrodzenia?

— Ach, przecież ty jeszcze nic nie wiesz! — powiedziała mama. — Zapomniałam ci 

powiedzieć, że zgodziłam się prowadzić kuchnię i stołówkę w waszej szkole!

— Ładne rzeczy — jęknąłem. — Musi mama teraz zwrócić tę zaliczkę!

— To byłoby... raczej trudne — chrząknęła mama. — Mamy takie potrzeby i wydatki... a 

twój ojciec, wiesz ile on zarabia w tych wodociągach, więc za tę zaliczkę kupiłam już komplet 

rondli... zawsze marzyłam o rondlach...

— Więc z powodu rondli będę musiał zostać w tej budzie z Koniem?!

— Przebacz mi — powiedziała mama — tak mi przykro, że musisz przeze mnie z tym 

Koniem...   ale   gdybyś   się   przeniósł,   straciłabym   funkcję   w   Komitecie,   no   i   ta   zaliczka... 

rozumiesz sam — łzy pojawiły się w oczach mamy. — Może za parę miesięcy...

Żal mi się jej zrobiło. To prawda, całe życie marzyła o komplecie nowych, lśniących 

rondli... Pocałowałem ją i oświadczyłem:

— Niech się mama nie martwi... jakoś dam sobie radę.

A potem wyciągnąłem moją agendę i z ciężkim sercem przy punkcie l (sprawa nagła — 

emigracja - konieczna zmiana klimatu) dopisałem: na razie niemożliwe z powodu rondli.

background image

3. Giga

To zdarzyło się akurat wtedy, kiedy straciłem nadzieję, że przeniosą mnie do Cykanderów 

i będę mógł w nowej budzie wystartować na nowo. Tego samego dnia, zaraz po owej decydującej 

rozmowie z mamą, nie czując się zdolny do pracy umysłowej udałem się na boisko, aby się 

trochę   odprężyć.   Pomyślałem,   że   skoro   nie   mogę   załatwić   sprawy   zanotowanej   w   punkcie 

pierwszym, to może uda mi się przynajmniej załatwić sprawę nr 3 z mojej nieszczęsnej agendy, 

poćwiczyć biegi średniodystansowe, a kto wie, może zejść nawet poniżej pięćdziesięciu sekund 

na czterysta metrów, bo cały byłem napęczniały złością, a podobno złość czasem dodaje siły...

Niestety, nie ćwiczyłem zbyt długo, bo okazało się, że tegoż popołudnia ma się rozpocząć 

turniej międzyszkolny siatkówki i wypędzono nas z boiska. Nie miałem nic do roboty, więc 

zacząłem przyglądać się występom siatkarzy. I wtedy właśnie zobaczyłem Gigę. Nie widziałem 

jej parę miesięcy i stwierdziłem, że czas działa na korzyść Gigi. Opalona, tryskająca zdrowiem, 

jej niesamowicie jasne włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze niż przedtem na tle ogorzałego 

ciała. Chciałem podejść do niej, ale była w jakimś obcym towarzystwie. Obserwowałem ją za to 

przez cały mecz, nie spuszczałem jej z oka. Następnego dnia znów przyszedłem i znów zamiast 

na dzielnych siatkarzy i siatkarki patrzyłem na Gigę. To spadło na mnie nagle. Byłem odurzony.

Wieczorem   wyciągnąłem   agendę   i   po   namyśle   dopisałem   na   końcu   ważnych   spraw 

sprawę szóstą. Krótko. Po prostu nr 6 - Giga.

Jedno tylko uświadomiłem sobie jasno. Że to jest bardzo trudna sprawa. I nikt mi w tym 

nie pomoże... Toteż zdziwiłem się bardzo, gdy nazajutrz po kolejnym meczu podszedł do mnie 

znany   cyklista   Józef   Mleczko   z   klasy   ósmej,   zwany   także   Włochaczem,   i   powiedział   bez 

ogródek:

— Tobie podoba się Giga.

Myślałem zrazu, że to ordynarna zaczepka albo że facet chce się nabijać ze mnie, jak to 

bywa w zwyczaju niektórych smarkaczy, ale omszała twarz Włochacza była zupełnie poważna.

— Tobie podoba się Giga — powtórzył.

— To co z tego? — zapytałem.

— Giga jest moją siostrą — oświadczył.

— Bredzisz. Ona nie nazywa się Mleczko.

— Giga jest moją cioteczną siostrą — powtórzył nie zmieszany Włochacz.

— Dobra, ale ja wciąż nie rozumiem, co z tego — powiedziałem.

background image

— Potrzebuję dętki — oświadczył cyklista — mogę poznać cię z Gigą, ale potrzebuję 

dętki.

—   Rozumiem   —   spojrzałem   na   niego   z   pogardą   —   proponujesz   mi   interes.   Raczej 

brudny.

— To jest czysty interes — powiedział Mleczko. — No więc?

— Myślisz, że sam nie potrafiłbym się przedstawić Gidze? — Wzruszyłem ramionami. 

— Zresztą my się już znamy.

— Nie zauważyłem, żeby cię uwielbiała.

Zaczerwieniłem się.

— Nie zależy mi na tym — mruknąłem nieszczerze.

Mleczko przyglądał mi się uważnie przez chwilę, pieszcząc sobie mech na twarzy.

— Słuchaj, Giga może chodzić do tej samej szkoły co my... — powiedział wreszcie.

Milczałem.

— Giga może chodzić do tej samej klasy co ty, razem z tobą — oświadczył Mleczko.

—   Ty   nie   wiesz,   dlaczego   przyglądałem   się   Gidze   —   odchrząknąłem   starając   się 

opanować zmieszanie. — Giga jest mi potrzebna do filmu. Kręcę film... Ona ma twarz aktorki.

— Masz w klasie osiemnaście dziewczyn i każda jest przekonana, że ma twarz aktorki — 

zadrwił Mleczko.

— Och, nie chodzi mi o pierwszą lepszą aktorkę — zdenerwowałem się. — Ty tego nie 

rozumiesz, Włochacz, nie jesteś twórcą. W umyśle reżysera powstaje idealny obraz postaci i 

reżyser zaczyna się rozglądać, szukać kogoś, kto najlepiej pasuje do tego obrazu, przymierzać... 

Więc ja też... rozumiesz chyba...

— Rozumiem. Ty też zacząłeś przymierzać i okazało się, że do twojego filmu pasuje 

akurat Giga.

— Właśnie.

— Zdarza się — powiedział Mleczko. — A może obraz Gigi dręczył cię jeszcze przed 

scenariuszem, zanim pomyślałeś o filmie?

Chrząknąłem niewyraźnie.

— Nie masz się czego krępować — powiedział Mleczko. — I to się zdarza. Czasem dla 

jednej aktorki reżyser wymyśla cały film! A zresztą to nieważne. Skoro ci jest obojętne, gdzie 

Giga będzie chodziła, do tej czy innej budy... — Obrócił się na pięcie.

background image

— Zaczekaj — powstrzymałem go nagle — to... to nie jest mi obojętne... rozumiesz... 

skoro ten film... to lepiej, jak będę miał aktorów pod ręką i jak Giga będzie chodzić do naszej 

szkoły...

— Tak myślałem — powiedział Mleczko — ale ja pilnie potrzebuję dętki, a do tego 

chciałbym wypożyczyć wyposażenie obozowe... W niedzielę mamy biwak, przedtem przegląd 

sprzętu... więc gdybyś mógł mi zorganizować przynajmniej plecak i koc, to ja bym...

— Właśnie, jestem ciekaw, co ty byś potrafił w zamian? — zapytałem ostro.

— Potrafiłbym sprowadzić Gigę do twojej szkoły.

— Jak?

— Zamieniłbym się z nią na miejsca. Ja bym poszedł na jej miejsce do Cykanderów, a 

ona na moje miejsce przyszłaby tutaj...

— Myślisz, że zgodziłaby się? — zapytałem nieufnie.

— Moja w tym głowa — uśmiechnął się Mleczko — zresztą dla Gigi byłoby wygodniej, 

mieszka przecież na Zabuczu. Zastanów się. Jutro mi dasz odpowiedź w szkole.

Przez resztę dnia biłem się z myślami. Czułem, że nie powinienem zawierać tej umowy, 

coś w niej było przykrego i niegodnego, czułem, że nie powinienem wplątywać w to Gigi, a 

jednak   pokusa   była   zbyt   silna.   Następnego   dnia   poszedłem   do   Włochacza   i   przyjąłem   jego 

warunki; oprócz dętki, koca i plecaka wycyganił jeszcze ode mnie aparat fotograficzny „Druh” 

— oczywiście wszystko to miała być pożyczka (z wyjątkiem dętki).

— Kiedy załatwisz tę sprawę? — zapytałem.

— To się da zrobić za trzy dni — powiedział — dokładnie w czwartek.

Miotany na przemian nadzieją i niepewnością oczekiwałem niecierpliwie czwartku. Lecz 

nadzieja opuszczała mnie stopniowo. W czwartek rano obudziłem się z przeświadczeniem, że 

byłem beznadziejnie naiwny godząc się na podobną transakcję i że Włochacz zrobił mnie w 

konia.

A jednak...

Nie chciałem wierzyć własnym oczom. Gdy w czwartek rano pojawiłem się w szkole, 

zastałem tam już Gigę, a Mleczko zgodnie z umową „wybył”. Zupełnie niesamowita historia! 

Włochacz musi mieć jakiś tajemny wpływ na Gigę. Patrzyłem na nią jak urzeczony, niestety, nie 

mogłem  podejść bliżej, bo otaczała  ją chyba  z setka koleżanek,  a potem z sali biologicznej 

wyszła pani Burman i zaraz zabrała Gigę do siebie...

background image

Przez całą pierwszą lekcję zastanawiałem się, jaki zrobić następny krok, jak przypomnieć 

się Gidze, jak zagaić rozmowę. Na razie nie pojawiła się w naszej klasie. A więc chyba będzie 

chodzić do B. To utrudnia sprawę, ale z drugiej strony... I nagle uświadomiłem sobie, że wcale 

nie chciałbym, aby Giga chodziła do mojej klasy. Chciałbym, żeby była w mojej szkole, ale nie 

w mojej klasie. I to mnie bardzo zdziwiło. Będę musiał się zastanowić, dlaczego nie chciałbym, 

żeby Giga chodziła do tej samej klasy, co ja.

Ostatecznie   postanowiłem,   że   zaraz   na   następnej   przerwie   zastrzelę   ją   bezpośrednią 

propozycją  filmową.  Coś  w tym  rodzaju: „Giga, organizuję kółko filmowe...”  Nie, to brzmi 

drętwo, lepiej powiedzieć: „Organizuję zespół filmowy, chcę, żebyś zagrała jakąś fajną rolę w 

naszym filmie...” Tak będzie dobrze, tak powinienem powiedzieć.

Gdy jednak wyszedłem na przerwę, okazało się, że do Gigi znów nie ma dostępu. Co 

gorsza,   stwierdziłem   rzecz   niesmaczną   w   najwyższym   stopniu   —   ten   goryl   Ciężki   Tubka 

spacerował   po   korytarzu   z   Gigą!   Łobuz   starał   się   być   na   poziomie,   kroczył   napuszony   z 

godnością, a koło niego Giga, wywołując zrozumiałe poruszenie i rozliczne komentarze w całej 

szkole,   a   zwłaszcza   u   jej   byłych   kolegów   Cykanderów.   Co   mnie   najbardziej   raniło,   to 

zachowanie samej  Gigi. Wyraźnie  dobrze się czuła w towarzystwie  tego goryla  Tubki, a jej 

śmiech perlisty i beztroski dźwięczał obraźliwie w moich uszach.

Tak było przez dwa dni. Trzeciego dnia Giga nagle nie przyszła. Zniknęła „jak sen jaki 

złoty”, równie nagle, jak się pojawiła. Pokazał się za to z powrotem Józef Mleczko. Blady, o 

twarzy wybitnie naznaczonej cierpieniem, w towarzystwie wzburzonego ojca.

I  wtedy  dowiedziałem  się  prawdy.  Wyszło   na  jaw  straszne   oszustwo  Józka  Mleczki. 

Oszust od dawna planował skok do Warszawy, lecz rower mu nawalił, potrzebował nowej dętki, 

a do tego ekwipunku. W tym czasie spotkał mnie na turnieju siatkówki i zauważył, że interesuję 

się Gigą. Uknuł więc w swojej czaszce pewien plan. Zupełnie zresztą prosty. Wiedział, że Giga 

jako filar naukowych kółek międzyszkolnych zaofiarowała wraz z aktywem naukowym swoją 

pomoc siostrom Burman przy urządzaniu pracowni w nowej szkole i że z tej racji została na dwa 

dni, na czwartek i piątek, oddelegowana do naszej budy. Komuś, kto patrzył z zewnątrz i kto nie 

znał sprawy, mogło się wydawać, że Giga została zwyczajnie przeniesiona i że odtąd już będzie 

stale chodzić do szkoły nr 3!

Bystry   Włochacz   od   razu   zorientował   się,   jaką   to   daje   mu   szanse   i   postanowił 

wykorzystać   tę   okazję   do   swojego   małego   oszustwa.   Wmówił   we   mnie,   że   potrafi   załatwić 

background image

przeniesienie   Gigi   do   naszej   szkoły   w   drodze   zamiany   miejsc,   to   znaczy,   że   on   pójdzie   na 

miejsce Gigi do Cykanderów, a Giga zajmie jego miejsce w naszej szkole i na to konto udało mu 

się wyłudzić ode mnie dętkę i ekwipunek... Byłem wtedy zaślepiony, odurzony i półprzytomny. 

Brałem wszystko za dobrą monetę. Zawarłem więc transakcję, Giga zjawiła się w szkole, a tegoż 

samego   dnia   Mleczko   wyruszył   triumfalnie   w   swoją   podróż.   Jak   potem   wyjaśnił,   pragnął 

naocznie sprawdzić stan robót i postępy przy budowie Zamku Królewskiego oraz przeprowadzić 

inspekcję Trasy Łazienkowskiej i uchwycić moment „spinania przęseł mostu”. Wycieczka miała 

być rowerowa i póki jechał rowerem, wszystko było w porządku. Niestety, na czterdziestym 

czwartym kilometrze zaczęły go boleć nogi i zdecydował się zmienić środek lokomocji, innymi 

słowy dalszy ciąg podróży odbyć „za jeden uśmiech”, czyli autostopem. By wytłumaczyć swój 

dziwny ekwipunek i obecność na szosie, opowiadał kierowcom ciężarówki bajeczkę, że wiezie 

harcerski meldunek w sprawie alertu do Kwatery Głównej. Udawało się nadspodziewanie dobrze. 

Drugiego dnia rano już dojeżdżał do Warszawy. A jednak na samym końcu miał pecha. Ostatni 

kierowca, były harcerz, nie tylko odstawił go do Warszawy, ale był w dodatku tak uczynny, że 

postanowił zawieźć biednego Mleczkę do samej Kwatery Głównej. Na próżno Włochacz wił się i 

wykręcał,   kierowca   był   uparty   i   asystował   mu   osobiście   aż   do   gabinetu   samego   Druha 

Naczelnika.

Tu dopiero się wszystko wydało. Jeszcze tego samego dnia Józek musiał wrócić do domu 

pod eskortą...

Oczywiście   oberwał   ode   mnie   za   to   ohydne   oszustwo.   Niestety,   nie   od   razu.   Gdy 

chciałem mu sprawić doraźne manto, zagroził, że opowie wszystko o mnie i o Gidze i jak mnie 

nabrał chytrze... Że jemu i tak nic już nie zaszkodzi. Ohydny szantażysta! Musiałem opuścić 

bezsilnie pięści. Miał rację, jemu nie mogłoby zaszkodzić, ale mnie zaszkodziłoby mocno i Gigę 

wzięto by na języki...

Nie mam więc nawet tej satysfakcji, że dałem Włochaczowi po gębie... Jedyna pociecha, 

że inni po odejściu Gigi też czują się jakby oszukani... Bractwo włóczy się osowiałe... A goryl 

Tubka popadł w ogromne rozdrażnienie i bez powodu zaczął „turbować” Cykanderów. Wszelka 

nieprawość   mnie   oburza,   toteż   interweniowałem   u   Geniusza   Tubkowskiego,   a   Geniusz 

Tubkowski pośpieszył od razu na miejsce i zdołał uśmierzyć gniew ciężkiego brata. Uwolnieni z 

opresji Cykanderzy, rzecz jasna, nie podziękowali ani słowem, to nie leży w ich stylu, łypali 

natomiast na mnie bardzo zdumionym okiem, w którym migotało coś na kształt wdzięczności. 

background image

Faktem jest również, że przestali tego dnia knuć po kątach, a ten okropny Gibas przestał syczeć 

na mój widok.

A na następnej przerwie sam przeżyłem z kolei coś na kształt zdumienia. Zbliżył się do 

mnie znienacka nie kto inny, lecz Męsio, najgorszy z Cykanderów, i zagaił:

— Podobno chcesz prysnąć z tej budy.

— Tak — odparłem coraz bardziej zaskoczony.

— Nie przeniosą cię.

— Dlaczego?

— Nie myśl, że jeśli cię tu wsadzili, to dlatego, że jesteś z Zabucza. Ci ze szkoły nr l 

chcieli się pozbyć kłopotu i dlatego tu cię wsadzili. Jesteś źle notowany — powiedział nie bez 

satysfakcji. — Ja też — dodał z diabelskim uśmiechem. — Dlatego musimy się tutaj smażyć 

razem, no więc, jak ten sam los nas spotkał, to przynajmniej trzymajmy się razem... — wyciągnął 

do mnie kanciastą, niezbyt czystą rękę.

background image

4. Koń po raz drugi

Od   czasu   tej   historii   z   Gigą   moje   stosunki   z   Cykanderami   bardzo   się   poprawiły. 

Najbardziej mi ulżyło, że mały Gibas przestał syczeć na mój widok i choć upłynął już tydzień, 

nie wraca do syczenia. A przecież miałby powód, stwierdziłem bowiem, że jest zazdrosny o 

Męsia. Faktem jest, że Męsio okazuje mi specjalne względy, raz po raz zagaduje do mnie, dzisiaj 

nawet próbował mnie poczęstować papierosem w kiblu, ale odmówiłem.

Kto wie, czy wskutek tych  działań nie stałbym  się po pewnym  czasie Cykanderem... 

Bardzo możliwe, gdyby... gdyby nie rozpętała się znów ta heca z Koniem. Koń stanął między 

nami i okazało się, że ja i Cykanderzy mamy różne poglądy.

Kwestia, kto nas będzie uczył polskiego, wciąż jeszcze nie była wyjaśniona. Nadal na 

lekcjach ojczystego języka zbijaliśmy bąki; w dni pochmurne graliśmy w klasie w szewca i w 

inne   gry   mniej   lub   bardziej   towarzyskie,   a   Męsio,   znany   talent   graficzny,   wprawiał   się   w 

rysowaniu karykatur osobistości szkolnych na tablicy; w dni słoneczne wygrzewaliśmy się w 

łagodnym wrześniowym słonku na dworze, pod oknami naszej klasy i prowadziliśmy dyskusje na 

różne tematy, między innymi, co może oznaczać taka przedłużająca się laba. Męsio był optymistą 

i z tej przedłużającej się laby wyciągał nader pocieszające wnioski.

— To dobry znak, panowie — mówił — być może nasza klasa jest fatalna, być może 

spędzono tu nas, aby poddać specjalnym zabiegom, być może jesteśmy „chłopcami do bicia”, ale 

przynajmniej pod jednym względem trafiliśmy w dziesiątkę: sam Biegus w chwale nóg swoich 

— dyrektorska osoba — będzie naszym wychowawcą i polonistą.

W tym miejscu Męsio przymykał oczy i wystawiając poszarzałą twarz na słońce, oddawał 

się przyjemnym marzeniom.

— Ty, Cymek, nie wiesz, kto to jest Biegus! Nie ma lepszego goga pod słońcem i mózg 

elektronowy   go   nie   wymyśli!   My  znamy   go   jeszcze   z   tamtej   budy...   Biegus   już   wtedy   był 

zalatany. Musisz wiedzieć, że on jest męczennikiem prac społecznych. Nic w naszym mieście nie 

obejdzie się bez Biegusa. On organizuje, rozkręca, rozwija i popycha. I stale biega zadyszany, bo 

na normalny chód dawno już nie ma czasu. Nie ma też czasu na normalne lekcje. W zeszłym 

roku   nie   wiem,   czy   mieliśmy   z   nim   dziesięć...   no   powiedzmy,   dwadzieścia   takich   lekcji... 

Rozumiesz więc, że teraz, kiedy jeszcze został dyrektorem... Tak, bracie, będziemy z nim mieli 

dolce vita, a w dodatku nikt na nas złego słowa nie powie... wiadomo, dyrektorska klasa, pod 

osobistą opieką Biegusa będziemy — włos nam z głowy nie spadnie.

background image

— Nie wiadomo jeszcze, czy to on weźmie naszą klasę — miałem wątpliwości. — To 

wcale nie jest pewne...

— Wiadomo i to jest pewne — twierdził Męsio. — To wynika z logiki. Sprawdziłem. 

Wszyscy   nauczyciele   mają   już   pełny   wymiar   godzin.   Z   wyjątkiem   naszej   klasy   wszystkie 

godziny polskiego zostały obsadzone. Kto więc został dla nas? Tylko jeden Biegus w chwale nóg 

swoich.

— Został jeszcze Koń — zauważyłem spokojnie.

— Koń?

— Magister Szykoń.

— Ten mały? — Męsio skrzywił się lekceważąco.

— Napoleon też był mały i parę innych znakomitości, a narobili dużo zamieszania w 

historii. Mali bywają niebezpieczni — powiedziałem.

— Wiesz coś o nim? — Męsio spojrzał na mnie badawczo.

— Nie, skąd... ja tylko  tak sobie  — przeczyłem  nieszczerze.  Bałem się przyznać  do 

znajomości z Koniem, żeby nie wyszła na jaw ta kompromitująca mnie historia w poczekalni 

lekarskiej. Męsio w żaden sposób nie może się dowiedzieć, jak bardzo się wtedy ośmieszyłem.

Od tej rozmowy upłynęło parę dni i w końcu ja sam zacząłem żywić nieśmiałą nadzieję, 

że ominie mnie wątpliwa przyjemność „końskich lekcji”. Kto wie nawet — myślałem — czy to 

ja sam nie zniechęciłem go wtedy... Nagadałem mu przecież tyle strasznych rzeczy o naszej 

klasie, że mógł się spłoszyć... Bardzo możliwe... Może nie chciał mieć do czynienia z takimi 

typami  jak ja... łobuzami i leniami, a co gorsza — oszustami. Tak, ta rozmowa mogła mieć 

poważne   znaczenie.   Po   prostu   przestraszyłem   Konia.   Przestraszyć   Konia   to   duża   frajda   i 

satysfakcja. Pomyślałem więc z kolei, czy nie warto by było pochwalić się tym przed Męsiem... 

Na szczęście nie zdążyłem, bo wybuchła bomba...

Bomba   wybuchła   dokładnie   w   poniedziałek   siedemnastego   września   o   godzinie 

dziewiątej   minut   czterdzieści.   Mieliśmy   zresztą   szczególnego   pecha.   Tego   dnia   przed   lekcją 

polskiego zabawialiśmy się rysowaniem koni na tablicy. Było tam ich całe mnóstwo: galopujące 

konie,   kłusujące   konie,   konie   stające   dęba   i   różne   końskie   pyski   —   koni   śmiejących   się, 

szczerzących zęby, ziewających... Najbardziej udał się jednak koń Męsia — był to wspaniały koń 

sportowy, biorący w galopie przeszkodę na torze. Oczywiście bractwo pewne, że i tego dnia 

lekcja mu się upiecze, jeszcze pod koniec przerwy wyległo na dwór opalać się na słonku i nawet 

background image

nikt   się   nie   poruszył,   kiedy   dzwonek   na   lekcje   zadźwięczał.   Ja   osobiście   jako   dyżurny 

przebywałem w tym czasie w umywalni i akurat biłem się ścierką z innymi dyżurnymi, gdy nagle 

w drzwiach pojawił się Zezowaty Dodo i krzyknął:

— Uważaj! Koń się kręci!

Od razu pomyślałem o tych koniach na tablicy i że to może być źle zrozumiane przez 

Konia, więc popędziłem ze ścierką do klasy, żeby zetrzeć te konie. Za późno!

Za stołem nauczycielskim siedział już Koń.

— Cóż to za obyczaje?! — skrzywił się. — Już dawno po dzwonku, a nikogo nie ma.

— Myśleliśmy... — zacząłem, ale pan Szykoń mi przerwał.

— Zetrzyj te konie z tablicy.

— Tak jest — rzuciłem się ze ścierką.

— Zostaw tylko tego, co bierze przeszkodę.

— Jak to?!

— On mi się podoba — oświadczył  Szykoń, a potem dodał: — My się chyba skądś 

znamy?

— Nie — zaprzeczyłem gwałtownie. — To znaczy... nie... niezupełnie.

— Ty jesteś tym osobnikiem z poczekalni o maksymalnym nazwisku — powiedział Koń. 

— Zdaje się, że mam przyjemność z Maksymilianem Ogromskim, czyli Cymkiem.

— Przykro mi — wydukałem — ja wtedy nie...

— Stop! — przerwał Koń. — Nie mówmy o przykrościach. Już powiedziałem, że mam 

przyjemność, a nie przykrość spotkać się tutaj... z tobą... Tak sobie zresztą życzyłeś... O ile się 

nie mylę, namawiałeś mnie, żebym wybrał waszą klasę... no i namówiłeś mnie. Opowiedziałeś 

mi tyle interesujących rzeczy, że zdecydowałem się... — uśmiechnął się szyderczo, jak mi się 

zdawało.

Słuchałem przerażony. Jasne, należało się tego spodziewać. Koń zaczyna odgrywać się na 

mnie.

— Więc pan przeze mnie... tutaj — wybełkotałem.

— Tak.

— Niech pan tylko nie mówi o tym głośno w klasie — jęknąłem błagalnie.

— Rozumiem — powiedział Koń. — Zgoda. A teraz bądź łaskaw i sprowadź do klasy 

tych nicponi.

background image

Wybiegłem na korytarz i zawołałem bractwo przez okno. Przybiegli wszyscy. Patrzyli na 

mnie z niepokojem.

— Co się stało?

— Tam jest Koń — pokazałem na drzwi do klasy.

— Koń?! — zdumieli się.

— Czeka na nas.

— Do licha — zdenerwował się Męsio — starłeś chyba to wszystko z tablicy?

— Nie zdążyłem... Zresztą... zresztą on kazał zostawić twojego konia.

— Co on ci zrobił? — zapytał Męsio. — Wyglądasz tak strasznie...

— Dręczył mnie — powiedziałem.

Wystraszony Męsio zajrzał ostrożnie do klasy. Żeby oszczędzić mu męki wahań i skrócić 

jego rozterki wepchnąłem go brutalnie do środka. Za nami wsypała się reszta podnieconej klasy.

Koń odczytał listę uczniów i każdemu przyjrzał się uważnie, potem zamknął dziennik i 

powiedział:

— Słyszałem, że zgromadzono tu same talenty, ale musimy się poznać bliżej... Wiem, że 

umiecie nieźle rysować konie, ale chciałbym się dowiedzieć, co myślicie o różnych rzeczach, na 

przykład o książkach, które czytacie, albo o wierszach... — taką zasunął mowę, ale nikt nie dał 

się złapać. Wszyscy milczeli.

— No więc, kto odpowie? — zachęcał Koń. — A może mam wezwać imiennie?

— Bojarska! — rozległy się głosy. — Tak! Bojarska — od razu zawtórowała cała klasa.

Bojarska była u Cykanderów pokazową uczennicą. W razie czego wszyscy wyręczali się 

Bojarską. Wstała więc Bojarska i mówiła, jak wielkim poetą był Adam Mickiewicz i jak bardzo 

podobał się jej wiersz pt. „Świtezianka”, a potem mówiła jeszcze o innych wierszach i wszystkie 

też jej się bardzo podobały i zachwycała się długo jak należy ich pięknością.

Koń chciał się dowiedzieć, czy ktoś ma w klasie inne zdanie, ale okazało się, że nikt nie 

ma i że wszyscy kochają, rozumieją i podziwiają te same wiersze tak samo jak Bojarska.

—   To   zgoła   wspaniale   —   powiedział   Koń.   —   Widzę,   że   jesteście   znawcami   i 

smakoszami poezji. Wobec tego na jutro zadaję wam wiersz „Męka poety”. Z pewnością was 

zainteresuje i zdołacie go ocenić właściwie.

Wstał i napisał na tablicy taki oto wiersz:

background image

Muzo poezji, unieś moje ciężkie ciało,

aby rozkoszy wzlotu nad poziom doznało!

Niech wzlecę poszturchując oporne obłoki

w świat ułudy bezdennej długi i szeroki!

Podskoczyłem. Na próżno! Coś trzyma za nogę!

A w dodatku tak jakoś nieprzyjemnie skrzeczy.

To pospolitość ziemska. Więc wzlecieć nie mogę

i pytam, co mam robić w takim stanie rzeczy.

Uciąć nogę i wzlecieć — kaleka bez nogi,

czy też zostać, przykuty do nędznej podłogi?

I wiję się schwytany w dylematu kleszcze,

i wiem, że do poezji stąd daleko jeszcze.

—   Przepiszcie   ten   wiersz   —   Koń   wytarł   ręce   z   kredy   —   a   na   jutro   napiszcie 

wypracowanie: Jak oceniam wiersz pt. „Męka poety”.

To powiedziawszy wyszedł z klasy.

— Trochę dziwny facet — zauważył Męsio — ale mogliśmy trafić gorzej. Nie męczy 

gramatyką ani ortografią. W ogóle dobrze poszło. Chyba był zadowolony.

— Tak,  myślałem,  że  będzie   gorzej  —  przyznałem   ostrożnie  —  trochę  ma  hysia   na 

punkcie poezji, ale to chyba niegroźne.

— W każdym razie — westchnął Męsio — on nie umywa się do Biegusa. Dużo bym dał, 

żeby pozbyć się tego Konia. Może jest jakiś sposób?

Na następnej lekcji Koń zapytał, kto chciałby przeczytać wypracowanie o „Męce poety”. 

Klasa jak zwykle wypchnęła Bojarską.

— Dobrze, niech Bojarska przeczyta — zgodził się Koń.

— „Męka poety” to jeden z najwspanialszych wierszy Adama Mickiewicza — zaczęła 

czytać   Bojarska.   —   Najpierw   opisał   genialnie   poeta   wspaniałe   marzenie   o   wzlocie,   a 

najpiękniejszym   obrazem   jest   tam   dla   mnie   szturchanie   obłoków.   Ja   też   —   wyznała   śmiało 

Bojarska   —   pragnęłabym   poszturchać   obłoki   i   wzlecieć   razem   z   poetą.   Niestety,   wzlot   nie 

dochodzi do skutku. Poeta ma ciężkie ciało, a poza tym coś go trzyma za nogę i skrzeczy. Jest to 

pospolitość. Poeta opisał to tak ciekawie i prawdziwie, że jak czytałam, mnie też zaczęło się 

background image

zdawać, że coś mnie trzyma  za nogę. Spojrzałam, ale to nie była  pospolitość, tylko Czaruś. 

Czaruś to nasz mały piesek. Chciał, żeby wypuścić go za drzwi. Najbardziej jednak podobała mi 

się męka poety na końcu wiersza. Jak pięknie, jak wzruszająco pokazał nasz wielki pisarz swoje 

wahanie, czy uciąć sobie nogę. Doskonale go rozumiem. Jest to bardzo prawdziwie opisane. Ja 

też bym się wahała, ponieważ wzlecieć bez nogi już nie tak przyjemnie. To właśnie nazywa się 

problem. Cudowny ten wiersz jest dlatego nie tylko uroczy, ale i problemowy. A teraz po kolei 

ocenię wszystkie zalety wiersza.

Bojarska   odetchnęła   i   przez   dziesięć   minut   oceniała   zalety   wiersza   w   słowach 

najwyższego uznania, a cała klasa słuchała z dumą Bojarskiej, że umie tak szczegółowo oceniać.

Wreszcie  Bojarska zamknęła  zeszyt,  potoczyła  wzrokiem po klasie,  a gdy rozległ  się 

szmer ogólnego uznania, usiadła uśmiechnięta i zadowolona.

Koń milczał przez chwilę jakby zaaferowany, a potem zapytał:

— Czy wszyscy zgadzają się z oceną Bojarskiej, czy może ktoś ma inne zdanie?

Ale nikt nie miał innego zdania i wszyscy się zgadzali.

Koń patrzył na nas drwiącym okiem.

— To dziwne... — powiedział — to dziwne, że nikt nie ma innego zdania. Ciekawe, 

dlaczego na przykład nikt nie zauważył, że ten wiersz jest przede wszystkim śmieszny... I na tym 

polega chyba jego jedyna zaleta.

— Jedyna?! — klasa zakotłowała się.

— W każdym razie nie ma tych zalet, które przypisała mu koleżanka Bojarska. I nie 

wierzę,   abyście  tego   nie  zauważyli.   Tylko  udaliście,   że  nie   widzicie.  Po  prostu  nie   byliście 

szczerzy w ocenie. Chyba zresztą nie pierwszy raz. Ale tym razem wpadliście w pułapkę! Ten 

wiersz jest podrobiony!

— Podrobiony?!

— Niestety, to nie jest wiersz Adama Mickiewicza. Nie twierdziłem nigdy, że jest, po 

prostu dałem wam go do oceny, żeby się przekonać, czy potraficie myśleć samodzielnie i pisać 

naprawdę to, co myślicie...

Bojarska poczerwieniała, a cała klasa milczała, delikatnie mówiąc, zakłopotana. Wreszcie 

Tubkowski zapytał:

— W takim razie, czyj to jest wiersz? Kto go napisał?

— Klasa VIII a.

background image

— Klasa?!

— Mieli wolną godzinę i, jak mi powiedzieli, dla zabawy ułożyli ten wiersz. No cóż, na 

dzisiaj dosyć — powiedział Koń i zebrał się do wyjścia, bo właśnie zabrzmiał dzwonek — jutro 

wrócimy do tych spraw.

— No i macie Konia! — wycedził zdenerwowany Męsio. — Po prostu zrobił nas w 

konia.

— Mówiłem, że on może być niebezpieczny — przypomniałem.

— On mi się nie podoba — powiedział Męsio — przy nim nie będzie życia.

— Nie zgadzam się z tobą — oświadczyłem — dzisiaj było ciekawie i nikt się nie nudził.

— Kiedy dostajesz cios podbródkowy i wynoszą cię z ringu, też jest ciekawie i nikt się 

nie nudzi — zamruczał Męsio — ale ja dziękuję! Do licha, nie o to przecież chodzi — spojrzał na 

mnie ponuro.

background image

5. Jak zostałem puzonistą

Nowy   nauczyciel   polskiego,   pan   Szykoń,   jest   teraz   głównym   tematem   wszystkich 

rozmów   w   szkole,   no   i   oczywiście   —   plotek.   Nasza   klasa   podzieliła   się   na   zwolenników   i 

przeciwników Szykonia, czyli na hippistów i antyhippistów (od słowa greckiego hippos — koń). 

Co   do   mnie,   zrazu   postanowiłem   nie   przyjmować   tej   końskiej   sprawy   do   wiadomości. 

Wprawdzie podczas pierwszej lekcji polskiego wziąłem stronę Konia przeciw Cykanderom, ale 

to nie znaczy, bym został hippistą. Z wiadomych bowiem powodów bynajmniej nie zachwyca 

mnie   perspektywa   całorocznej   zabawy   z   Koniem.   Abym   więc   nie   musiał   brać   udziału   w 

dysputach na przerwach, zaszywałem się w bibliotece szkolnej na drugim piętrze i wygodnie 

rozparty na fotelu studiowałem Wielką Encyklopedię Powszechną. Ale w końcu znalazła mnie 

tam Szyperska, jedna z tych możliwych Cykanderek. Przyszła wymienić książkę i bardzo była 

zaskoczona, że mnie znalazła pogrążonego w studiach encyklopedycznych.

— Dziwnie się zachowujesz — powiedziała z wyraźną pretensją w głosie.

— Dziwnie? — odparłem. — Co w tym dziwnego, że się uczę? Po to chodzę do szkoły.

— Czy nic cię nie obchodzi, że przygotowują akcję przeciw Koniowi?

— Akcję? W jakim sensie?

— Będą starali się zniechęcić Konia. Oni zrobią wszystko, żeby pozbyć się go z klasy.

— Oni? Myślisz o Cykanderach? — spojrzałem podejrzliwie na Szyperską. — Dziwna 

jest twoja mowa. Sama przecież jesteś Cykanderką.

Szyperską zaczerwieniła się.

— Cykanderką? Nie wiem, co to znaczy.

— Nie udawaj. Należysz do Cykanderów jak Męsio i Bojarska.

— Ja... ja nie uznaję takich podziałów — oświadczyła Szyperską.

Zagwizdałem pod nosem.

— Ho, ho! Widzę, że coś się stało! Nie lubisz Bojarskiej? — zapytałem oglądając sobie 

paznokcie.

— To nie ma nic wspólnego z tym, czy lubię Bojarską — powiedziała Szyperską. — Czy 

dlatego, że chodziłam z Cykanderami do jednej klasy, zresztą tylko przez rok, to mam trzymać z 

nimi całe życie, chociaż nie mają racji?

— Uważasz, że nie mają racji? — zapytałem ostrożnie.

— Jasne, że nie. Koń jest uroczy.

background image

— Ciekawe określenie — zauważyłem. — Nigdy bym na to nie wpadł.

— Koń jest mądry i sympatyczny — ciągnęła — i poza tym dowcipny! Nie możemy 

przyglądać się bezczynnie, jak oni będą niszczyć Konia!

— Przesadzasz! Co oni mogą mu zrobić?!

— Nie znasz jeszcze Cykanderów — odparła. — Oni mają bogaty repertuar. Jak chcą, 

mogą   każdemu   obrzydzić   życie!   Nawet   świętego   potrafią   wyprowadzić   z   równowagi! 

Powinieneś im przeszkodzić...

— Ja? — wzruszyłem ramionami. — Dlaczego z tym przychodzisz do mnie?

— Myślałam, że ci zależy...

— Pomyliłaś się — uciąłem — wcale tak bardzo mi nie zależy na Koniu.

Szyperska milczała przez chwilę, nieprzyjemnie zaskoczona.

— Obojętne ci, kto... kto będzie cię rozwijał umysłowo? — wydukała wreszcie. — My... 

myślałam, że masz szerokie poglądy...

Było jej bardzo do twarzy z tą nieszczęśliwą miną. Pomyślałem, że Szyperska jest w 

gruncie rzeczy całkiem miła i ładna, żeby tylko pozbyła się tej okropnej chudości i trupiej cery!

Chrząknąłem:

— Źle mnie zrozumiałaś, Szypsiu. Oczywiście nie jest mi obojętne, z kim spędzę ćwierć 

tysiąca godzin w roku i kto będzie mnie nadziewał mądralizmami. Obawiam się jednak, że Koń 

na dłuższą metę może być męczący. Może rozwijać nas zbyt intensywnie, a czy można na siłę 

rozwijać   kapuściane   głowy?   Poza   tym   może   nas   przekarmiać   tłustymi   pulpetami   wiedzy   i 

twardymi szaszłykami mądrości...

—   Wolisz,   żeby   karmili   cię   sieczką?   —   pociągnęła   nosem   Szyperska.   —   Przecież 

mówiłeś, że z Koniem było ciekawie, że... on jest interesujący...

— Interesujący raz na jakiś czas — wyjaśniłem. — Ale codziennie mieć do czynienia z 

galopującym   Koniem?!   Dziękuję,   Szypsiu.   To   tak,   jakbyś   codziennie   musiała   wchodzić   na 

Giewont. Obrzydnąć może...

Tak mówiłem, ponieważ nie mogłem się przyznać, dlaczego bałem się Konia.

Szyperska popatrzyła na mnie smutno.

— Zawiodłam się na tobie — powiedziała dramatycznym głosem.

—   Przykro   mi   —   odparłem   i   zabrałem   się   ze   zdwojoną   energią   do   studiów 

encyklopedycznych, z powrotem od litery A.

background image

Niestety, gdy Szyperska wyszła, ogarnęła mnie pewna melancholia i po pewnym czasie 

stwierdziłem, że zamiast dziewiczej Artemidy, bogini księżyca i łowów, widzę na ilustracji Nelkę 

Szyperska. Stropiło mnie to nieco, ale nie na długo, bo zaraz pomyślałem sobie, iż może to mieć 

pewne znaczenie praktyczne i że Nelka Szyperska mogłaby zastąpić w moich myślach Gigę, 

chociaż chwilowo. I już nie mogłem pozbyć się tej idei. Tak jest, to byłaby idea! Niepotrzebnie 

rozmawiałem z Nelką tak ostro. Trzeba było powiedzieć, że zastanowię się albo — jeszcze lepiej 

— że musimy dokładnie obgadać tę sprawę, i od razu: „Kiedy masz czas? Może dzisiaj po 

obiedzie?”  I z miejsca  akcja wypływa  na  szerokie wody.  Tak,  głupio postąpiłem,  chociaż  z 

drugiej   strony,   gdybym   nie   zasmucił   Szyperskiej,   czy   dostrzegłbym,   że   jest   jak   Artemida? 

Bardzo wątpliwe. Musiałem najpierw zasmucić Szyperską i dostrzec jej nowy wyraz twarzy. To 

cierpienie tak rzeźbi i tak ładnie wyrzeźbiło Szyperską. Ażeby zasmucić Szyperską, musiałem 

być   okropny.   Takie   jest   życie.   Westchnąłem   ciężko,   ale   w   gruncie   rzeczy   czułem   się 

pokrzepiony.   I   teraz   pomyślałem   sobie:   nie   mam   na   co   narzekać,   w   gruncie   rzeczy   los 

uśmiechnął się do mnie. Poznałem Szyperską. To jest najważniejsze. Wiem teraz, że jest dobrą 

dziewczyną...   a   przy   tym   jest   wrażliwa,   można   by   powiedzieć,   głęboka...   Skoro   oceniła 

właściwie zalety Konia, może i mnie oceniłaby właściwie. Bardzo by mi pomogło, gdybym mógł 

podzielić   się   z   nią   moją   tajemnicą...   to   znaczy   „końską”   tajemnicą,   jak   kiedyś   podpadłem 

Koniowi i jak głupio czuję się w jego obecności... Dotychczas nikt o tym nie ma pojęcia, może 

jeden   Zezowaty   Dodo.   Poczciwy   chłopak   i   niegłupi,   ale   nie   jest   z   naszej   klasy   (no   i   w 

„Encyklopedii” nie zastąpi mi Artemidy). Nelka jest z naszej klasy. Ona zrozumiałaby, w jakiej 

jestem podbramkowej sytuacji. Koniecznie muszę odbyć nową rozmowę z Nellą. Na zupełnie 

innych zasadach i w bardziej kolorowej tonacji. Lecz jak to zaaranżować? Podejść na korytarzu 

szkolnym i powiedzieć: „Przebacz, nie gniewaj się, porozmawiajmy jeszcze raz...” Zaśmiałem się 

gorzko w duchu. Nie widziałem jakoś siebie w takiej sytuacji. To nie dla pana, panie Ogromski, 

zbyt ogromnej trzeba odwagi, a do tego dochodzi ryzyko... Co będzie, jeśli Szyperska zamiast 

rozpromienić się na twój widok, spróbuje się odegrać na tobie, dziewczyny lubią tak robić, kiedy 

czują, że komuś na nich zależy. Podepcze cię jak robaka i jeszcze na twoim trupie zakręci się na 

obcasie. Tak, tu trzeba ogromnej odwagi, panie Ogromski, a tymczasem pan zamiast ogromnej 

odwagi ma ogromne zahamowania i opory, przy których sam Ohm wysiada... sam Ohm, ten od 

elektrycznych oporów z podręcznika fizyki...

Tak jest, nie da się ukryć, opory miałem piekielne i dlatego zdecydowałem, że spotkanie i 

background image

pojednanie z Nellą musi nastąpić na gruncie neutralnym, w sposób przypadkowy niejako i nie 

narażający na szwank mojego męskiego honoru. I od razu zarysował się w mojej głowie pewien 

sposób...

Odszukałem na drugiej przerwie Zezowatego Doda i zapytałem:

— Nazwisko Szyperski — czy coś ci to mówi, Dodo?

Dodo zmarszczył brwi.

— Mówi mi — odparł. — Do naszej klasy chodzi niejaki Kocio Szyperski.

— Potrzebuję informacji — powiedziałem. — Sprawdź, czy ten Kocio jest bratem Nelki 

Szyperskiej z mojej klasy. Jeśli tak, dowiedz się, co robi Nella z wolnym czasem. Gdzie chodzi, 

czym się zajmuje...

Dodo zagwizdał zdumiony i uśmiechnął się swoją krzywą gębą.

— Nie gwiżdż głupio — zdenerwowałem się — i rób, co ci mówię. Szyperska jest mi 

potrzebna do filmu.

— A ja?

— Nie bój się, ty też zagrasz. Właściwą rolę.

— A kiedy będzie ten film?

— Już niedługo. Dlatego właśnie kombinuję z Szyperska.

— Miała być Giga — zauważył Dodo.

— Do jasnej kamery,  przestań się wtrącać do obsady! Rób co mówię — wrzasnąłem 

rozzłoszczony. — No, spływaj szybko!

— Tak jest! — Dodo spłynął.

Wrócił po kilku minutach. Wieści były pomyślne. Nella jest siostrą Kocia Szyperskiego z 

klasy Doda. W poniedziałki, środy i piątki gra w ognisku muzycznym w Domu Kultury.

— Na czym gra? — zapytałem rzeczowo.

— Na skrzypcach.

— Nieźle — mruknąłem zamyślony, bo już wiedziałem, co zrobię.

Ponieważ  była   akurat  środa,  zaraz  po  obiedzie   udałem  się  do Młodzieżowego   Domu 

Kultury. Ognisko muzyczne było w lewym skrzydle. Zastukałem od razu do pokoju z napisem: 

„Kancelaria”. „Zapisy do klas instrumentów przyjmuje mgr A. Cyndelski, starszy instruktor, w 

godz. 16-18”. Szczęście mnie nie opuszczało. Była godzina szesnasta i magister A. Cyndelski był 

na posterunku.

background image

— Dzień dobry — powiedziałem. — Pragnę zapisać się do klasy skrzypiec, proszę pana.

A. Cyndelski obrócił do mnie długą, kozią twarz i zapytał:

— Czy ktoś cię tu skierował, chłopcze?

— Ja sam, proszę pana — oświadczyłem — ja mam skłonności od dziecka...

—   To   ładnie   —   A.   Cyndelski   głaskał   swoją   rzadką,   acz   niewątpliwie   interesującą, 

młodzieżową bródkę. — To bardzo ładnie, że masz skłonności. Niestety nie ma już wolnych 

miejsc w klasie skrzypiec. Zabrakło instrumentów. W ostatnich skrzypcach wczoraj pękła struna 

— zamyślił się melancholijnie — tak jest, pękła struna... Nie chciałbym cię jednak zrażać... skoro 

masz skłonności... może znalazłoby się miejsce w innych klasach... — zaczął wertować spisy. — 

Czy płuca masz zdrowe? — zapytał mnie nagle. — Byłeś prześwietlany?

— Tak, proszę pana.

— Dmuchać umiesz?

— Jasne.

A. Cyndelski wstał i pomacał mi muskuły.

— Możesz grać na tubie — powiedział — masz warunki. Potrzebujemy chłopca do tuby.

— Do tuby?

— To taka duża trąba. Z pewnością marzyłeś nieraz, żeby zagrać na największej trąbie.

— To było wtedy, kiedy byłem bardzo mały — mruknąłem. Przed oczyma stanął mi 

obraz spoconych strażaków uginających się pod ciężarem trąb w majowym słońcu.

— Wolałbym coś mniejszego, proszę pana, na przykład flet albo jakiś klarnet.

— Nie ma fletów i klarnetów, jest tylko tuba — powiedział A. Cyndelski.

— Na tubie niech gra Ciężki Tubka — zdenerwowałem się.

— Tubka? — zainteresował się instruktor.

— Niejaki Tubkowski, pan go zna?

— Owszem, Tubkowski gra u nas na puzonie... zaraz... mamy chyba jeszcze jeden wolny 

puzon — zajrzał do spisu — tak jest...

— Ja... ja nie chcę z Tubkowskim — zaniepokoiłem się.

— Z Tubkowskim? — A. Cyndelski uśmiechnął się pobłażliwie. — Nie ma obawy... 

Tubkowski jest już zaawansowany, a ty będziesz dopiero próbował dmuchać... — podbiegł do 

szafy i wyciągnął wielki, złocisty instrument, wytarł go z kurzu — na pewno ci się spodoba, 

posłuchaj, co za ton! — nadął policzki i zademonstrował, jak się gra na puzonie.

background image

Bardzo mi się podobało, a najwięcej, że była to trąba ruchoma, w czasie gry można było 

skracać   i   wydłużać   rurę.   To   robiło   wrażenie!   No   i   ten   dźwięk,   niski,   nieco   żałosny,   ale 

przyjemny... można nim wypowiedzieć różne cierpienia i skargi...

— Biorę, proszę pana.

—   Wiedziałem,   że   ci   się   spodoba   —   A.   Cyndelski   pogłaskał   zadowolony   swoją 

młodzieżową bródkę.

Porwałem puzon i chciałem od razu wybiec, ale instruktor zatrzymał  mnie, musiałem 

pokazać   legitymację   szkolną,   wypełnić   formularz   i   złożyć   parę   podpisów.   Następnie   A. 

Cyndelski polecił mi udać się do klasy instrumentów dętych, drugie drzwi na prawo, do pana 

profesora Kiryłło.

Ja   jednak   miałem   nieco   inny   pomysł   i   zamiast   udać   się   do   pana   profesora   Kiryłło, 

poszedłem   spiesznie   w   głąb   korytarza,   skąd   dobiegało   mnie   urzekające   łkanie   skrzypiec. 

Nerwowo ściskając puzon w spoconych z emocji rękach, zajrzałem przez dziurkę od klucza. 

Serce zabiło mi mocno. Tak... nie myliłem się. To była Nelka. Ale jaka wspaniała! Stała na 

estradzie z rozpuszczonymi włosami, ubrana w długą, powłóczystą suknię koloru lila. Do licha... 

przedstawienie jakieś czy co? Chyba próba przedstawienia, bo obok Nelli zauważyłem jeszcze 

faceta z rogiem, czyli waltornią, przebranego za Wojskiego z „Pana Tadeusza”, tamten znowu 

przy fortepianie jak Szopen, a tu dziewczyna z wiolonczelą, przebrana za grubą wiejską babę w 

zapasce... Tak, to jest przedstawienie. Dopiero teraz na drzwiach zauważyłem ręcznie wykonany 

afisz:

„OPOWIEŚCI INSTRUMENTÓW”

inscenizacja słowno-muzyczna

a obok wielki napis:

PAMIĘTAJ, JUŻ ZA TYDZIEŃ PREMIERA!

Przez moment zastanawiałem się, co robić, gdy nagle drzwi się otworzyły i ukazała się w 

nich przysadzista niewiasta w średnim wieku, dość tęga, lecz o uduchowionym spojrzeniu.

Spojrzała na mnie, na puzon, który ściskałem dumnie, i rozjaśniła się:

background image

— A, to ty, właź szybko — wciągnęła mnie do środka, nim zdążyłem się zastanowić nad 

sytuacją. — Nareszcie mamy Puzona!

— Jak to, nareszcie? — wykrztusiłem.

— Spodziewaliśmy się ciebie wcześniej... no, ale zjawiłeś się przecież...

Było mi bardzo przyjemnie. To miło być kimś, na kogo się czeka; uśmiechnąłem się do 

Szyperskiej i zatrąbiłem na powitanie. Biedna Nella wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Chciałem 

od razu podejść do niej, ale profesorka pociągnęła mnie do otwartej szafy i wyciągnęła stamtąd 

jakiś okropny kostium... rodzaj zielonego kombinezonu z kapturem i rogami.

— Włóż to! — powiedziała.

— Ale po co?

— Dzisiaj jest próba kostiumowa.

—   Ależ   pani   profesor,   to   nie   jest   strój   dla   Puzona   —   odezwała   się   asystentka   w 

niebieskim fartuchu — to jest strój fauna dla Fletu.

— Dla Fletu? Co ty mówisz, moje dziecko. Gdzie są moje okulary?!

— Pani pożyczyła je Moniuszce.

— A, prawda... Niech mi Moniuszko odda!

Podsunięto jej okulary. Założyła je i obejrzała mnie krytycznie.

— Tak, to nie jest strój dla Puzona! Co jest dla Puzona?

— Puzon ma być w stroju kota.

— Dlaczego kota?! — zapytałem z pewnym niepokojem.

Nikt   jednak   nie   kwapił   się   do   wyjaśnień.   Wszyscy   byli   potwornie   zaaferowani.   Nie 

zważając na moje zastrzeżenia, ubrano mnie w skórę kota.

— Trochę za duży na ciebie ten kostium... ale to nic. Wypchamy ci brzuch papierem. A 

teraz podskocz! Zobaczymy, czy dajesz radę...

W   momencie   gdy   podskakiwałem,   rozwarły   się   gwałtownie   drzwi   i   do   sali   wpadł 

zadyszany Ciężki Tubka z puzonem w futerale.

— A to co znowu? — krzyknęła do niego profesorka. — Nie przeszkadzaj!

— Jak to? Miałem się przecież zgłosić z puzonem do pani profesor Kołatko — sapał 

Tubka.

— Już nie jesteś potrzebny. Mamy Puzona. Poza tym, ty jesteś za duży, nie pasujesz... On 

lepiej pasuje...

background image

— Jak to nie pasuję?!

— Idź, dziecko. — Profesorka Kołatko odpychała delikatnie Ciężkiego Tubkę pałeczką 

dyrygencką. — Powiedziałam, mamy już puzonistę, który będzie przedstawiał Puzona.

— Puzonistę?! Jakiego puzonistę?! — ryknął Tubka. — Ja tu jestem jedynym puzonistą. 

Tylko ja jeden potrafię grać na puzonie.

— Zdaje ci się, dziecko drogie...

— Mnie się zdaje?! — Tubka błysnął oczami, nadął się i zatrąbił na puzonie, poruszając 

wspaniale   i   biegle   rurą   instrumentu.   Niewątpliwie   było   to   trąbienie   na   wysokim   poziomie. 

Równie   nagłe   i   niespodziewane   jak   potężne!   Niestety,   za   blisko   lewego   ucha   pani   profesor 

Kołatko. Nieszczęsna kobieta krzyknęła boleśnie i odskoczyła, ale tak nieszczęśliwie, że uderzyła 

się o pulpit dyrygencki w prawe ucho.

— O Boże, nic nie słyszę! Jestem ogłuszona! — Padła w ramiona asystentki.

Do sali prób wpadł magister A. Cyndelski.

—   Co   się   tu   dzieje?!   —   krzyknął   na   widok   pani   profesor   Kołatko   słaniającej   się   i 

półprzytomnej.

— Zostałam ogłuszona przez tego wielkiego natręta — wskazała na Tubkowskiego — ten 

jego puzon... och... nie będę mogła prowadzić próby... Moje uszy!

— Pani profesor pokaże.

Magister A. Cyndelski obejrzał uszy słaniającej się pani profesor Kołatko.

— Hańba! Jedno ogłuszone, drugie spuchnięte! Jak mogłeś? — krzyknął A. Cyndelski do 

wystraszonego Tubki. — Trzeba uważać, do kogo się trąbi... to znaczy, w kogo się trąbi... co ja 

mówię... chciałem powiedzieć, przy kim się trąbi... A w ogóle, po co trąbiłeś?

— Bo pani profesor Kołatko nie wierzyła, że ja umiem... trąbić.

— To jest skandal! Nie można z wami prowadzić normalnej próby, zawsze jakieś historie. 

I to w domu kultury! Pomóżcie mi wyprowadzić panią profesor Kołatko do apteczki.

Połowa zebranych  rzuciła się ma pomoc  pani profesor Kołatko, natomiast rozjuszony 

Tubka rzucił się do mnie.

— Kto ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś, łobuzie?!

— To... to jakaś pomyłka — jęknąłem.

— Ja ci pokażę! — Tubka z wściekłością złapał mnie za uszy. Pociągnął. Rozległ się 

nieprzyjemny   chrzęst   odrywanych   uszu.   Nella   krzyknęła   przerażona.   Ja   też   krzyknąłem.   Na 

background image

szczęście nie były to moje uszy, ale uszy kota. Dzięki nim ocaliłem życie. Uszy zostały bowiem 

w rękach ogłupiałego Tubki, a mnie udało się wyskoczyć na czas z kociej skóry.

— Co ty wyprawiasz? — krzyknęła do Tubki asystentka. — To nieładnie tak obedrzeć 

kolegę ze skóry... to jest... chciałam powiedzieć z kostiumu... biednego puzonistę...

—   Nieładnie...   puzonistę...   —   sapał   wciąż   zaskoczony   Tubka   —   to   nie   jest   żaden 

puzonista... to jest niejaki Cymek, ten oszust z siódmej... On tu przyszedł za Nelką Szyperską, 

proszę pani. Cały dzień pytał o Szyperską...

W sali zrobiła się cisza. A w tej ciszy słychać było głuche uderzenie. To osłupiała Nella 

wypuściła z rąk futerał ze skrzypcami.

— Słyszałem, jak Dodońskiego pytał — sapał dalej Tubka zadowolony z efektu.

— Masz nader czułe ucho muzyka — powiedziałem głośno. — Gratuluję ci, to rzadki dar 

natury u goryla.

— Nie dość mu,  że kręci się cały dzień koło Szyperskiej  w klasie, to jeszcze tu się 

wkręcił, oszust, i w dodatku mi ubliża.

— Wkręciłeś się? — zapytała mnie asystentka. — Jak mam to rozumieć? Nie należysz do 

zespołu?

—   Ja...   ja   umiem   grać   —   zapewniłem   pośpiesznie,   czując,   że   moje   aukcje   spadają 

gwałtownie. Natężyłem się jak przedtem Tubka. Ująłem rurę puzonu. Pociągnąłem gwałtownie. 

Sukces   był   nader   połowiczny.   Z   instrumentu   wydobył   się   cichy   pomruk   czy   może   raczej 

westchnienie, natomiast sam instrument rozpadł się na dwie części. Może ze zdenerwowania za 

bardzo pociągnąłem, w każdym razie kawałek puzonu został w jednej ręce, a reszta w drugiej.

Stałem zakłopotany i nie bardzo wiedziałem, co mam robić.

— Jak mogłeś! krzyknęła asystentka. Popsułeś instrument!

— Widzi pani, że on nie ma pojęcia o puzonie. To jest przybłęda wśród artystów. — Brać 

go! — krzyknął wielki (cieleśnie) artysta Tubka

I rzucił się na mnie.

Łatwo sobie wyobrazić, co by się ze mną stało, gdyby nie bohaterski czyn Nelli. Widząc, 

co się święci, dopadła do Tubki i zaczęła go tłuc futerałem od skrzypiec jak maczugą.

— Ach, ty gorylu, puść Cymka!

— Jak możesz? — jęknął rozgoryczony Tubka. — Stanąłem w twojej obronie.

— Wcale nie prosiłam cię o to!

background image

— Co ja widzę! Cymek może liczyć na wzajemność. To zdrada! — błyskając złowrogo 

oczami wyrwał futerał z rąk Nelli, ale w tej samej chwili zaplątał się w jej powłóczystą suknię z 

trenem i ku naszemu zdziwieniu wylądował na podłodze.

Zanim się wyplątał z sideł trenu, ja już byłem na korytarzu, za mną wypadła Nella...

— Nie wierz temu, co on mówi — zasapałem czerwony. — Ja... ja tu przyszedłem po 

prostu grać na instrumencie.

— Oczywiście — powiedziała Szyperska — i to jest właśnie wspaniałe — w jej oczach 

zapaliły się wesołe iskierki.

Pomyślałem, że Szyperskiej dobrze jest z nieszczęściem wypisanym na twarzy, ale chyba 

jeszcze lepiej z taką wesołością jak teraz...

— Wspaniałe... — wybełkotałem — co jest właściwie wspaniałe?

— To, że zacząłeś grać na puzonie — odpowiedziała.

— Cieszysz się? — zapytałem nieufnie, patrząc, czy nie nabija się ze mnie.

— Cieszę się, że lubisz muzykę.

— Bardzo lubię — zapewniłem gorąco.

W progu stanął Ciężki Tubka przebrany za kota. Zdrętwieliśmy. Lecz Tubka tego dnia 

miał zdecydowanego pecha. Niemal w tej samej chwili na korytarzu ukazała się pani profesor 

Kołatko z obandażowanym uchem. Klasnęła w ręce. Znowu była w formie.

— Wracamy na scenę, dzieci. A to co znowu? — włożyła okulary i spojrzała krytycznie 

na Tubkę. — Kot bez uszu? I dlaczego taki duży zrobił się kot? Co tu się dzisiaj wyrabia?!

Nella uśmiechnęła się rozbawiona do mnie i powiedziała:

— A ty lepiej uciekaj, Cymek. Jutro się zobaczymy.

Chciałem  uciec,  Bóg mi  świadkiem,  ale  los  chciał  inaczej.  Oto bowiem  z przeciwka 

zbliżał się magister A. Cyndelski z łysym, dostojnym pedagogiem, który niósł pęki nut...

—   To   ten   nowy   kandydat,   o   którym   panu   mówiłem   —   powiedział   A.   Cyndelski 

wskazując na mnie. — Bardzo obiecujący materiał, ma warunki oraz, jak oświadczył, skłonności.

— To pan profesor Kiryłło — zwrócił się z kolei do mnie — oddaję cię w jego ręce.

Kiryłło uśmiechnął się do mnie odsłaniając rząd żółtych zębów. Przez moment wydało mi 

się, że to są zęby drapieżnika, ale to były raczej poczciwe końskie zęby. Westchnąłem ciężko i 

kryjąc za plecami popsuty puzon zniknąłem w sali ćwiczeń.

No cóż, chyba jednak zostanę puzonistą.

background image

6. Spisek Cykanderów

Nie popsułem wczoraj puzonu. Profesor Kiryłło wyjaśnił mi na pierwszej lekcji, że rura 

tego instrumentu składa się z dwu części; można je bez szkody rozłączać i składać. Popsułem 

sobie natomiast zdecydowanie stosunki z Ciężkim Tubką. Goryl ten tropił mnie nazajutrz od 

samego rana i czyhał na sposobność, aby wyładować na mnie swoją złość. Zamiast więc zająć się 

Nelką,   jak   miałem   w   planie,   musiałem   niestety   zająć   się   bezpieczeństwem   własnej   skóry. 

Uznałem, że najmniej narażony na ataki Tubki będę w „pokoju cichej pracy i skupienia”, który 

znajduje się za biblioteką w naszej szkole. Udałem się więc bezzwłocznie do pani bibliotekarki 

Cyborowej i oświadczyłem, że potrzebuję się dzisiaj skupić, ponieważ muszę przygotować się do 

olimpiady historycznej, i że jeśli pozwoli, będę się skupiał na każdej przerwie, aż do odwołania. 

Następnie poprosiłem o albumy z ilustracjami, o książkę o bitwach morskich w czasie II wojny 

światowej i o książkę o historii lotnictwa. Na końcu kazałem się zamknąć na klucz w „pokoju 

cichej pracy i skupienia” aż do dzwonka.

— Pani wie, mogą mnie szukać — powiedziałem. — Niestety, niektórzy moi koledzy nie 

rozumieją potrzeby skupienia. Dlatego, jakby ktoś pytał, niech pani nie mówi, że tu jestem.

Pani Cyborowa spojrzała na mnie z uznaniem.

— Cieszę się, że spoważniałeś, Ogromski — powiedziała. — Nastąpił u ciebie ostatnio 

pozytywny przełom. Wytrwaj w tych dobrych chęciach. Adam Mickiewicz też już spoważniał w 

twoim wieku.

— Myśli pani?

— To jest stwierdzone — orzekła pani Cyborowa i zamknęła mnie w pokoju.

W rezultacie całą pierwszą przerwę spędziłem bezpiecznie i dość przyjemnie, oglądając 

ciekawe ilustracje okrętów i samolotów. Przez okno widziałem Ciężkiego Tubkę, jak miotał się 

po boisku  i  podwórzu  szkolnym  szukając  mnie  daremnie.   Oczywiście  temu   gorylowi  Tubce 

nawet do głowy nie przyszło, że mogę „skupiać się” w „pokoju cichej pracy i skupienia”. Jest na 

to za mało inteligentny.

Równo z dzwonkiem pani Cyborowa wypuściła mnie z dobrowolnej klauzury, a ja od 

razu zbiegłem na dół.

Koło   naszej   klasy,   na   tablicy   ogłoszeń,   Nelka   Szyperska   przypinała   wielki   afisz 

reklamujący   „Opowieści   instrumentów”,   owo   nieszczęsne   widowisko,   z   którym   się   wczoraj 

niechcący zetknąłem.

background image

— Mieliśmy dzisiaj porozmawiać — zacząłem.

— Właśnie szukałam cię — powiedziała Nelka. — Gdzie się podziewałeś? Nawet w 

bibliotece cię nie zastałam.

— Byłem w „pokoju cichej pracy i skupienia” — odparłem poważnie. — Skupiałem się.

— Ty?! — Nelka spojrzała na mnie rozbawiona. Jej zdziwienie dość nieprzyjemnie mnie 

dotknęło.

— Myślisz, że ja nie potrzebuję skupienia? Wszyscy ludzie potrzebują. Nawet najsilniejsi 

i   najmądrzejsi,   zwłaszcza   jak   mają   przejścia.   Ja   też   wczoraj   miałem   przejścia   i   dlatego 

potrzebowałem. Muzyka mnie rozkojarzyła. Straciłem równowagę intelektualną.

— Czy już ją odzyskałeś? — zapytała.

— Oczywiście — odparłem niepewnie, rozglądając się z niepokojem po korytarzu. Na 

szczęście Tubki nie było.

— Wczoraj zachowywałeś się dosyć dziwnie... i... i niezrozumiale... i, jak to powiedzieć, 

jest takie jedno słowo... — niekonsekwentnie.

Zaczerwieniłem się.

— Wcale nie! — zaprzeczyłem. — To tylko tak wyglądało.

— A jednak w szkole byłeś okropny i mówiłeś takie rzeczy o Koniu, a potem w tym 

Emdeku... — Nella wyprostowała ostrożnie róg ogłoszenia. — Muszę to jeszcze raz przypiąć. 

Czy mógłbyś potrzymać? — Wręczyła mi pudełko z pluskiewkami. — I powiedz mi, czy to 

prawda, co mówił o tobie Tubka?

— Uwierzyłaś mu? — zapytałem zmieszany.

— Skąd! Nie uwierzyłam zupełnie. — Teraz z kolei zaczerwieniła się Nella.

— A... a gdyby to była prawda?

— Nie wierzę!

— Dlaczego?

— Bo... bo za bardzo się różnimy, bo... bo nie mamy z sobą nic wspólnego — wyrzucała 

z siebie szybko Nelka — bo... nawet w sprawie Konia... jeśli nie żal ci Konia, jeśli zgadzasz się, 

żeby go wykończyli, to znaczy...

— No dobrze — przerwałem jej nagle — a gdybym zajął się Koniem?

— Naprawdę zająłbyś się? — zapytała zaskoczona. — Przecież mówiłeś, że on cię mało 

obchodzi.

background image

— No... mógłbym to zrobić dla ciebie — powiedziałem oglądając pluskiewki w pudełku.

— Dla mnie?

— Jeśli to ma dla ciebie takie znaczenie, po prostu, żebyś wiedziała, jak dużo mogę dla 

ciebie zrobić.

Nella wbiła nerwowo pluskiewkę w róg afisza. Stwierdziłem z satysfakcją, że była to już 

piąta pluskiewka wbita w ten sam nieszczęsny róg. Zdumiewające roztargnienie jak na rzeczową 

zawsze Nellę!

— Ja wcale nie chcę — powiedziała — żebyś się poświęcał dla mnie. Ty sam powinieneś 

bronić Konia, tak jakbyś bronił swoich własnych spraw... Wiesz, że on jest nadzwyczajny, a 

Mężyk, Bojarska i cała ich paczka chcą mu zrobić świństwo!

— Uważasz,  że  powinienem,  w   imię  obrony  nieszczęsnych   gogów   dręczonych  przez 

okrutną młodzież? Ligi Ochrony Gogów jeszcze nie ma. Gog powinien sam dać sobie radę jako 

fachowiec od młodzieży.

—   Uważam,   że   powinieneś   w   imię   sprawiedliwości...   —   zaczęła   Nelka,   ale   w   tym 

momencie na korytarzu pojawił się Koń z dziennikiem pod pachą; trzeba było przerwać rozmowę 

i udać się do klasy.

Koń   zaczął   lekcję   w   swobodnym   nastroju,   żartując   z   Bojarską   na   temat   maskotki-

małpiszona, którą zawsze trzymała na ławce, a potem wyraził zdziwienie tudzież rozczarowanie, 

że zaprzestaliśmy rysowania koni na tablicy. Z ciekawością oczekiwałem rozwoju wypadków. 

Czy skończy się na pogróżkach Cykanderów, czy też naprawdę coś szykują...

Już   wkrótce   przekonałem   się,   że   Nelka   Szyperska   miała   rację.   Pierwsze   oznaki 

nadciągającej burzy pojawiły się, gdy Koń chciał zabrać się do przepytywania uczniów.

— Może mi powiesz, przyjacielu — zwrócił się do małego Gibasa — co wyniosłeś z 

poprzedniej lekcji?

Gibas   wstał,   podobny   do   nastroszonego   gawrona,   zgarbił   się   i   milczał   z   okiem 

utkwionym nieruchomo w podłogę, jakby tam kryła się odpowiedź. Było jasne, że Gibas nic nie 

wyniósł z poprzedniej lekcji.

— Cóż to, zatkało cię, Gibas?

Gibas milczał i garbił się coraz bardziej.

—   Siadaj!   —   pan   Szykoń   spojrzał   na   Gibasa   z   obrzydzeniem.   —   Nie   jesteś   zbyt 

rozgarnięty. Poza tym mógłbyś czesać włosy i nie garbić się tak ohydnie. Nie dość, że jesteś 

background image

mały, to jeszcze się garbisz! No cóż, może znajdziemy bardziej rozmownych — pan Szykoń 

rozglądał się po klasie. — O, ty, przyjacielu, co konferujesz tak zapalczywie w ostatniej ławce — 

zwrócił się do Męsia — wstań i powiedz, co utkwiło ci w głowie z poprzedniej lekcji.

Męsio wstał ociężale, oparł się dłońmi o pulpit...

— Ja... mnie nic nie utkwiło, proszę pana.

— Bojarska, może ty?!

— Ja nic nie zrozumiałam — oświadczyła uśmiechając się kącikami ust Bojarska.

Ale Koń zdawał się nie dostrzegać tego uśmieszku.

—   Nie   rozumiecie?   —   powiedział   raczej   beztrosko.   —   Nie   ma   wielkiej   tragedii, 

ponieważ właśnie tematem dzisiejszej lekcji będzie sposób właściwego pisania prac z języka 

polskiego. O co tu chodzi, moi drodzy? O trzy rzeczy. Trzeba mieć coś do powiedzenia, trzeba 

chcieć powiedzieć i umieć powiedzieć. Nie wątpię, że młodzież ma dużo rzeczy do powiedzenia, 

a w każdym razie wiele do zapytania. Formułowanie zaś pytań, przedstawianie problemów jest 

też cenną formą wypowiedzi. Rzecz w tym, że jeśli nawet ma się dużo do powiedzenia, to jeszcze 

nie znaczy wcale, że chce się to powiedzieć w klasie. Co innego bowiem zwierzyć się na ucho 

przyjaciółce czy przyjacielowi, co innego Cykanderom z tej samej paczki, a co innego wobec 

całej klasy i, co gorsza, wobec nauczyciela, którego w dodatku tak mało się zna. Ale podejmiemy 

próbę przełamania lodów. Będziemy nagradzać szczere wypowiedzi, byle własne i uzasadnione, 

nie będziemy się natomiast okłamywać i grać przed sobą komedii...

W tym miejscu w klasie podniósł się niespokojny gwar — wszyscy byli zaskoczeni, skąd 

mały pedagog zna układy klasowe i nader ekskluzywną nazwę Cykanderów. Nim jednak zdołali 

oprzytomnieć, już Koń powrócił do naszych wypracowań i zaczął je objeżdżać, demonstrując ich 

nicość. Wyciągnął na światło dzienne nasze błędy, pozy i nieczyste zagrania. „Takie rzeczy nie 

ze mną — mówił. — Nie będzie pływania w mętnej wodzie ani lotów w dętych balonach. Będę 

nakłuwał takie balony!”

Tak mówił Koń i od razu stało się jasne, że trudno będzie z Koniem, że nie będzie można 

słów-pustaków   układać   ani   bujać   w   obłokach.   Po   prostu   Koń   nie   uznaje   takiej   gry,   jaką 

dotychczas uprawialiśmy. Inne ma zasady. Byle czym się go nie omami. To było jasne. Ale czy 

dla Konia z kolei było jasne, że obalał te reguły, do których byliśmy przyzwyczajeni i z którymi 

tak było wygodnie?

Spojrzałem na Męsia. Siedział ponury, brwi marszczył, wargi przygryzał ze złości... Nie 

background image

takiego wymarzył sobie mistrza. A Funia Bojarska ze złości wbijała raz po raz szpilkę w głowę 

pluszowego małpiszona.

Czułem, że w tej chwili cała cykanderska większość naszej klasy nie cierpi Konia i boi się 

jego niezwykłych metod oraz wymagań, a najbardziej, że będzie tak nudzić na każdej lekcji.

Koń   jakby   nie   zdawał   sobie   z   tego   wszystkiego   sprawy.   Beztrosko   przeszedł   do 

omawiania punktu trzeciego swoich „zasad”.

— W zeszycie jednego z waszych kolegów — mówił — przeczytałem takie oto zdanie-

potwora, od którego skóra może ścierpnąć nie tylko nauczycielowi polskiego, redaktorowi czy 

innemu   specjaliście   od   języka,   ale   po   prostu   zwykłemu   czytelnikowi.   Posłuchajcie:   „Gdy 

dynamiczna rozpacz poety, do której popchnęła go Maryla, która była puchem bardzo marnym, 

zaślepionym przez złoto, doprowadziła go do takiego poważnego stanu, że mógł wydać z siebie 

stek nieprzyzwoitych złorzeczeń na los, poeta dzięki sublimacji zamiast steku złorzeczeń wydał 

ten  sławny wiersz,  którego  wielka  wartość,  o  której   mówiliśmy  na  zeszłej  lekcji,  polega  na 

cennych zaletach, które nas wciąż uderzają, chociaż minęło już sto pięćdziesiąt lat od wydarzeń, 

które przypięły poecie postępowe skrzydła do dynamicznego lotu »górnego« ”.

Oto absolutny rekord, moi drodzy! Siedemdziesiąt siedem wyrazów w jednym zdaniu! 

Dziewięć   zdań   podrzędnych   spiętrzonych   jedno   nad   drugim!   Sześć   razy   użyto   zaimka 

względnego „który”! W dodatku obawiam się, że autor tego zdania nie bardzo rozumie chyba 

sens   niektórych   przymiotników.   Czy   puch   może   być   zaślepiony,   czy   skrzydła   mogą   być 

postępowe,   czy   rozpacz   może   być   dynamiczna?   Niezbyt   to   szczęśliwe   sformułowania.   A   w 

ogóle,   przyjacielu   kolego,   za   często   używasz   słowa   dynamiczny.   Skąd   to   u   ciebie?   W   tym 

jednym zdaniu użyłeś go dwa razy. Po co? Jeśli zbyt często używa się jakiegoś przymiotnika, 

traci on na sile i na wartości. Zaś co do całego zdania, to zauważcie, mimo dętego stylu i powagi, 

a   może   właśnie   dzięki   temu,   jest   zabawne,   miejscami   nawet   śmieszne,   po   prostu   taki 

nadmuchany   balon,   w   którym   prócz   powłoki   nie   ma   właściwie   nic.   No   bo   w   końcu   nie 

dowiadujemy   się   najważniejszego:   na   czym   polegają   walory   tego   wiersza,   autor   pisze 

wprawdzie, że „wielka wartość wiersza polega na cennych zaletach”, ale jest to przecież „masło 

maślane”, zwykłe wykpienie się od rzeczowej oceny.

Patrzyłem na Konia z troską. Za dużo mówił i zbyt drętwo. Wszystko chciał załatwić 

jednym   przemówieniem.   Biedny   Koń!   Niezbyt   zręcznie   zabrał   się   do   rzeczy.   Teraz   już 

Cykanderzy na pewno go zjedzą.

background image

Tymczasem   on   naznęcawszy   się   do   syta   nad   nieszczęsnym   zdaniem,   zaczął   z   kolei 

mówić, na czym polega dobry styl. Zacytował naprzód dewizę Juliusza Słowackiego: „chodzi mi 

o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa...” Następnie rozwodził się długo 

nad   „nośnością   zdań”,   jak   to   nazwał.   Żeby   zdania   mogły   unieść   myśl,   muszą   być   dobrze 

zbudowane, muskularne i silne. Jeden trafnie dobrany przymiotnik więcej jest wart niż dziesięć 

źle dobranych. Trzeba wystrzegać się tasiemcowych zdań, wyrażać się krótko i treściwie.

Na zakończenie znów wezwał do odpowiedzi Gibasa:

— Teraz już chyba wszystko zrozumiałeś. Przez godzinę kładłem ci łopatą do głowy.

Gibas wstał, znów zgarbił się i milczał i było jasne, że pompowanie wiedzy w Gibasa nie 

na wiele się zdało.

Koń machnął zrezygnowany ręką.

— Mężyk?

Męsio wstał i patrzył bezczelnie na Konia z szyderczym uśmieszkiem. Programowo nie 

wypowiedział ani jednego słowa.

— Bojarska?

Bojarska wstała ze spuszczoną głową, ale też milczała jak zaklęta.

— Cóż to za niemoc ogólna i solidarna? — zdziwił się nieprzyjemnie Koń. — Może ty mi 

powiesz   wobec   tego   —   zwrócił   się   do   Cykandera,   okularnika   Racucha   —   masz   dosyć 

inteligentną minę.

Ale okularnik Racuch, mimo  nader inteligentnej  miny też nie  wykrztusił  ani jednego 

słowa, uśmiechał się tylko inteligentnie, co jednak, rzecz jasna, nie mogło zadowolić Konia.

— Co wam się stało? — Koń wyszedł zza stolika, oparł się rękoma o pierwszą ławkę. — 

Czy naprawdę nikt nie zrozumiał?

I wtedy od strony ław cykanderskich podniósł się groźny szmer, i rósł, przenosząc się z 

ławki na ławkę, coraz głośniejszy i śmielszy, aż przerodził się w potężną wrzawę.

— Nie rozumiemy! Nie chcemy!

Więc to tak. Teraz już wszystko było jasne. Wiedziałem, że powinienem wystąpić, stanąć 

w obronie prawdy, nawet wbrew całej cykanderskiej zmowie. Już podniosłem się z ławki, gdy 

nagle przyszło mi do głowy: co będzie, jeśli wszyscy stchórzą i nikt mnie nie poprze? Gdyby 

najpierw wystąpiła Szyperska albo Genialny Tubka, wtedy co innego, poparłbym ich gorąco, ale 

samemu występować jako pierwszy? Zawahałem się przez moment i obejrzałem na Szyperską, 

background image

ale Szyperskiej nie dostrzegłem, zasłaniały ją gęby wrzeszczących Cykanderów. A mnie wydało 

się w tym momencie, że to już cała klasa krzyczy przeciw Koniowi. Przeciwstawić się całej 

klasie? Straciłem resztę odwagi.

Byłem ciekaw, co teraz Koń zrobi. Wścieknie się i popędzi do dyra, czy też wyładuje się 

na miejscu? Ale rozczarowałem się. Koń wciąż zachowywał spokój. Zbladł tylko i uniósł brwi, 

jakby niezmiernie zdziwiony, i wodził oczami po klasie, jakby żądając wyjaśnień. Na mnie też 

popatrzył. Ale ja udałem, że nie widzę, i skryłem się za plecami kolegów. Czekałem, aż ktoś 

mnie wyręczy i za mnie odpowie Koniowi. Może Szyperska? Może Tubka? Lecz oni też milczeli 

i teraz już naprawdę tak wyszło, że Koń ma całą klasę przeciw sobie. Tymczasem on wciąż 

przyglądał się nam uważnie.

— Ciekawe — powiedział wreszcie.

W tym momencie zadźwięczał dzwonek.

— Ciekawe — powtórzył Koń, zabrał dziennik i wyszedł z klasy.

Wszyscy poderwali się z miejsc, jakby parzyły ich ławki.

— Biegnij za Koniem, Gibas — rzucił rozkaz Męsio. — Musimy wiedzieć, co teraz 

zrobi!

Gibas wybiegł ochoczo. Za nim chyba pół klasy.

Ja jeden zostałem w ławce. Jakoś mi się nie spieszyło tym razem. Wolałem z nikim nie 

rozmawiać. A już najmniej z Nellą Szyperską. Wyciągnąłem moją żółtą agendę i zamyśliłem się 

ponuro. No cóż, stało się. Od dzisiaj, Maksymilianie Ogromski, nazywasz się Minim. Minimek 

Fajowicz Mikroński. Naprawdę szkoda. Czy już nic nie da się zrobić? Może jest jeszcze jakaś 

maleńka szansa? I dopisałem na końcu nie załatwionych spraw: „Ukręcić łeb końskiej sprawie”. 

Ale jak?

background image

7. Stawka na Konia

— Panowie, zdaje się, że tym razem tośmy zrobili Konia w konia — powiedział Męsio do 

Cykanderów, którzy tłoczyli się na końcu korytarza.

— Tak, Koń został skutecznie spłoszony — roześmiała się Bojarska.

— Myślę, że wycofa się z tej gry — dodał Racuch przecierając nerwowo okulary.

— Panowie, wyrażam wszystkim moje największe uznanie i tobie, pani — skłonił się 

błazeńsko przed Bojarską Męsio. — A także tobie dziękuję, Maksym — odwrócił się do mnie.

— Za co? — mruknąłem.

— Za to, że przestałeś bronić Konia. Mówiłem wam, że Ogromski to fajny chłop.

Zaczerwieniłem się. Chciałem im powiedzieć, że zaszła pomyłka w nazwisku i że od 

kilku minut nazywam się Minim Mikroński, ale wciąż jeszcze byłem zbyt przygnębiony, by brać 

udział w dyskusji.

Męsio trzepnął mnie przyjacielsko w łopatkę.

— Sprawdziłeś się, Cymek. Wiesz, oni się bali — spojrzał na cykanderów — że odetniesz 

się od nas i wszystko  popsujesz. Widzicie,  że się nie odciął.  Jemu  też Koń przestał  się już 

podobać. Ja osobiście dostałem dreszczy od tej końskiej mowy. „Takie rzeczy nie ze mną. Nie 

będziemy się okłamywać!”. Szczera dusza! Czaruś się znalazł! Naciągacz!

— Naciągacz?! — spojrzałem zaskoczony na Męsia.

— Jasne. Chciał nas naciągnąć na szczerość. Ty mu, bracie, powiesz, co myślisz o tym i o 

tamtym, rozpakujesz przed nim swoją walizkę, a on potem będzie cię miał w garści. Przyznaj się, 

otwórz mu serce, pokaż swoje słabe punkty, a on cię przy okazji uderzy w takie bolące miejsce. 

Kiedy raz bolało mnie w sobie, podszedł do mnie Ciężki Tubka i zapytał, co mi jest. No to 

powiedziałem, że mnie w sobie boli. „Gdzie”? zapytał. Wskazałem na żołądek. To łobuz rąbnął 

mnie pięścią w to miejsce i śmiał się, kiedy się zwinąłem. Od tego czasu nie mówię nikomu, 

gdzie mnie boli i nie dam się naciągnąć na żadne Końskie apele i mowy. To są takie zagrania. 

Nawet Cymek się na tym poznał. Wczoraj jeszcze bronił Konia, a dzisiaj już Koń przestał mu się 

podobać!

Pomyślałem, że to ostatni moment, żeby odzyskać szlachetne moje imię i twarz, i że jeśli 

teraz nic nie powiem, to stanę się już zupełnym Cykanderem.

Powiedziałem przez ściśnięte gardło:

— Mylisz się!

background image

— Co takiego?! — Męsio wytrzeszczył oczy.

— Koń wcale mi się nie przestał podobać... W ogóle jak możesz porównywać tego goryla 

Tubkę z Koniem?... — wyrzucałem pośpiesznie potok słów. — A co do naszych wypracowań to 

w dalszym ciągu twierdzę i utrzymuję, że były dęte i nie na poziomie. I ty sam wiesz o tym 

najlepiej, Męsiu, bo to ty właśnie nazywałeś ten styl pisania dętologią i dmuchaniem w bambus... 

Wszyscy pamiętają...

— Człowieku, czy ja mówię, że nie? — zdenerwował się Męsio. — Nie chodzi o to, czy 

Koń ma rację co do wypracowań, czy nie! Po prostu chodzi o to, że to jest niebezpieczny Koń, 

który próbuje nas wziąć do galopu. A ja nie mam ochoty galopować z Koniem!

—   Ty   nie,   ale   są   tacy,   co   uwielbiają   wyścigi,   jazdę   szybką   na   czas   i   skoki   przez 

przeszkody! Co do mnie, ja stawiam na Konia!

Męsia zatkało na moment.

— Stawiasz? W jakim sensie?!

— Ogólnym i szczególnym, ideologicznie i praktycznie.

— Mów konkretnie.

— Konkretnie? Konkretnie to Koń wróci.

— Być może wróci z dyrem — powiedział Męsio, odzyskując pomału równowagę. — 

Proszę bardzo, niech sobie wraca. Ja to wziąłem pod uwagę. Jak przyjdzie z dyrem, powiemy 

dyrowi, że nic nie rozumiemy z jego lekcji, że jest okropny, że krzyczy na lekcjach, że się złości, 

że ze strachu nie możemy  nic wykrztusić  i że nie chcemy Konia. I zobaczycie  — dyrektor 

zabierze   go   wtedy   i   będziemy   mieć   spokój...   —   urwał   nagle,   bo   przez   okno   zauważyliśmy 

wszyscy małego Gibasa.

Wracał zdyszany, z wywieszonym językiem, widocznie z bardzo daleka. Rzuciliśmy się 

ku wyjściu, ciekawi najnowszych wiadomości o Koniu. Ale Gibas wpadł pierwszy w drzwi. Już 

był na korytarzu. Łapał z trudem powietrze.

— Co się stało? — dopytywał Męsio. — Gdzieś ty był?

— Tro... tropiłem Konia, przecież powiedziałeś, żebym biegł za nim.

— Jasne, ale tak daleko?

— On pobiegł aż do lasu — sapał Gibas.

— Co ty pleciesz?! Do lasu? Z dziennikiem?

— No, nie... najpierw wstąpił do pokoju nauczycielskiego i zostawił dziennik, a potem 

background image

poszedł do biblioteki.

— Do naszej biblioteki?

— Tak, widziałem dokładnie, cały czas szedłem za nim. On wziął jedną książkę z działu 

„Psychologia”... przerzucał szybko strony...

— I co?

— Potem rąbnął nią...

— Kogo? Ciebie?

— Nie, no skąd? Nikogo nie rąbnął, tylko rzucił ją ze złością.

— Na ziemię?

— Nie, na stół pani Cyborowej, aż się wzdrygnęła,  a on zapytał,  czy nie ma jakiejś 

lepszej książki, ale pani Cyborowa nie miała, więc wybiegł z biblioteki. Myślałem, że pobiegnie 

do dyra, a on w ogóle... — Gibas wytarł głośno nos.

— Co to znaczy w ogóle?... — denerwował się Męsio.

— W ogóle wybiegł ze szkoły — dokończył Gibas.

— Wybiegł ze szkoły? W jakim tempie?

— W tempie właściwym biegom długodystansowym. Biegłem za nim — sapał Gibas — 

bardzo byłem ciekawy, gdzie tak biegnie.

— Pewnie po papierosy — zauważył Racuch.

— Koń nie pali — powiedziałem.

— Tak, on nie pobiegł po papierosy... tylko do lasu!

Wszyscy spojrzeli na Gibasa zaskoczeni.

— Jak to do lasu? Koń do lasu?

— Skąd wiesz? — zapytałem. — Pobiegłeś za nim do lasu?

— Nie... nie wytrzymałem tempa — wyznał Gibas nieco zakłopotany. — Ale widziałem, 

jak biegł... Wbiegł na drogę do lasu.

Męsio zarżał zwycięsko.

— Panowie! Czy jeszcze nie rozumiecie, o co chodzi?! To jest ucieczka Konia! On już 

nie wróci.

— W ogóle? — zamrugał oczami Gibas. — Myślisz, że zostanie w lesie?

— Głupi jesteś. Nie wróci do szkoły... a w każdym razie nie do naszej klasy. On ma 

zniszczone nerwy. Ten bieg o tym świadczy. Czy normalny gog pobiegłby po takiej hecy na 

background image

lekcji do lasu?

Oczywiście, nikt nie miał pod tym względem żadnej wątpliwości.

—   Powtarzam,   to   jest   ucieczka   Konia   —   zakończył   Męsio.   —   Koń   nie   wytrzymał 

nerwowo i uciekł.

— Bzdura — powiedziałem i spojrzałem na zegarek — po prostu jest godzina dziesiąta 

czterdzieści pięć. — O tej godzinie Koń codziennie trenuje biegi... Poza tym nie pobiegł do lasu, 

lecz na stadion. Jak wiecie, stadion leży przy tej samej drodze. On codziennie wykonuje na 

stadionie co najmniej jedno okrążenie.

— Coś ty?! — bąknął zaskoczony Męsio.

— To prawda — przyznał Racuch. — Ja go widziałem na stadionie. Koń należy do klubu 

„Sparta”, robi tam biegi średnie. Często schodzi poniżej czterdziestu siedmiu sekund!

Wiadomość   zrobiła   duże   wrażenie   na   Cykanderach.   Zresztą   nie   tylko   na   nich. 

Zauważyłem, że od dłuższej chwili naszej dyskusji przysłuchuje się chyba cała klasa. I, co mnie 

bardzo zdopingowało, Nelka Szyperska.

Odchrząknąłem.

—   Panowie,   sami   widzicie,   że   nie   jest   to   zwykły   Koń.   Jest   to   Koń   o   rozmaitych 

wybitnych   właściwościach.   Między   innymi   jest   to   Koń   sportowy   —   powiedziałem.   —   Wy 

traktujecie go jak fuksa, ale ja stawiam na tego Konia... Przykro mi, że muszę ci to oświadczyć, 

Męsiu, ale muszę, chociażby dlatego, żeby cię ostrzec. On wróci i jeszcze raz spróbuje wziąć 

przeszkodę, bo to jest Koń, który lubi brać przeszkody. Radziłbym się zastanowić, co robić, 

kiedy wróci.

—   Tak,   należałoby   się   zastanowić   —   wtrącił   Racuch.   —   Oczywiście   na   wszelki 

wypadek... Zawsze trzeba być przygotowanym na różne możliwości.

— Tu nie ma się co zastanawiać — powiedział Męsio. — Mosty są spalone. Jeśli Koń 

wróci,   w   co   nie   wierzę,   to   nie   będzie   nas   kochał.   Będzie   próbował   się   odegrać   i   mścić... 

Dlatego....

— Nie znasz Konia — przerwałem mu. — Stale przymierzasz go do tego goryla Tubki, a 

to jest Koń szlachetnej krwi. To jest mustang...

— Pegaz — dorzucił Racuch, ale wszyscy tylko roześmieli się, bo nikt nie wiedział, co to 

takiego jest Pegaz.

A Męsio od razu skorzystał z zakłopotania Racucha i przejął inicjatywę.

background image

— Być może jest to Koń wspaniały, ale w tej chwili jest to Koń zraniony. Rzuciliśmy mu 

wyzwanie.   Zraniliśmy   go   śmiertelnie.   On   nam   tego   nie   daruje...   A   ja   nie   mam   ochoty   być 

stratowany przez Konia, i choćby to nawet był mustang, czy też... jak mu tam...

— Pegaz.

— O właśnie. Pegaz. Na szczęście to nam nie grozi, on już do nas nie przyjdzie... mówię 

wam, on był tylko przysłany na próbę. Próba się nie udała. Zabiorą go.

— A jeśli on uzna, że próba jeszcze trwa, no i postanowi odbyć jeszcze jedną lekcję? — 

zapytałem.

—   Wtedy   musimy   dalej   stawiać   opór   —   oświadczył   Męsio.   —   Aż   się   zniechęci 

ostatecznie.   Nie   mamy   innego   wyboru.   U   Konia   jesteśmy   już   spaleni.   Dziecko   wie,   że 

podpadliśmy.

— Za bardzo boisz się Konia — powiedziałem. — Od początku za bardzo się go bałeś i 

dlatego narobiłeś głupstw.

— Ja? Bałem się?!

— Tak. Po prostu wszystko robiłeś ze strachu. Panowie, spójrzcie w lustro — jesteście 

już prawie dorośli, a tak boicie się Konia. To przecież śmieszne...

— Jak tu się nie bać po tym wszystkim? — mruknął Racuch. — Teraz już chyba jest 

powód.

— Nie przesadzaj... bywają gorsze opresje.

— Ale coś trzeba zrobić — mówił zdenerwowany Racuch. — Męsio ma rację, że jeśli 

Koń wróci, to nas stratuje.

— Tak, co robić? — odezwały się głosy.

— Przede wszystkim nie robić burzy w wannie. Nie popadać w panikę, nie wyobrażać 

sobie, że od dmuchania w zupę zrobiły się tajfuny. Może Koń sam nie będzie chciał o tamtej 

lekcji pamiętać... i zacznie z innej beczki.

— A jeśli przyjdzie nastawiony bojowo, znów wróci do tych okropnych zdań i będzie na 

siłę chciał brać przeszkodę? — zapytała Bojarska.

— Wtedy musimy szybko usunąć przeszkodę, zanim oszołomiony Koń zrozumie, co się 

stało, utniemy łeb całej sprawie...

— Ale jak? Potrafisz to zrobić?

— Spróbuję...

background image

— Teraz jesteś dzielny junak, bracie Cymku — zadrwił Męsio — ale dziwnie jakoś nie 

słychać cię na lekcji.

Spojrzałem na niego ciężkim wzrokiem.

— Jutro usłyszysz — powiedziałem.

—   No,   to   będzie   dziejowa   chwila   w   naszej   klasie!   Słyszeliście   wszyscy?   Cymek 

przyrzekł ujarzmić mustanga!

— Hurrra! — krzyknęli Cykanderzy.

Podnieceni   czekającą   ich   jutro   zabawą,   już   na   to   konto   zaczęli   szalone   gonitwy   po 

korytarzu.

Podszedłem do Nelki Szyperskiej.

— No, jak? Jesteś zadowolona?

Nelka patrzyła na mnie oszołomiona.

— Już sama nie wiem, jak to jest. Czasem wydajesz mi się zabawny i dziecinny, jak 

wtedy,  kiedy wlazłeś z puzonem na próbę przedstawienia, a czasem piekielnie inteligentny i 

mądry.

— To naturalna mieszanka — odparłem — jestem i taki, i taki. Tak właśnie jest, kiedy się 

ma   piętnaście   lat.   Czytałem   o   tym   w   jednej   książce,   tam   pisali,   że   na   tym   właśnie   polega 

młodość. Oczywiście ta mieszanka może być w różnych proporcjach. U mnie na przykład w 

ostatnim czasie było trochę za mało mądrości...

— Ależ  skąd  — zaprzeczyła   gwałtownie  Nella  —  właśnie  dzisiaj   przecież   błysnąłeś 

mądrością.

— Gdzie niby?

— No, przede wszystkim w klasie...

Pomyślałem, że nabija się ze mnie i że jest to rodzaj tak zwanej zimnej ironii, spojrzałem 

na nią z ukosa, ale była piekielnie poważna. Tym hardziej zrobiło mi się głupio, ale nie dałem 

tego po sobie poznać.

— Och, przesadzasz! — powiedziałem, robiąc skromną minę.

— Wcale nie! To było takie mądre, że nie od razu się zorientowałam.

— Co na przykład? — byłem bardzo ciekaw.

— No, że odłożyłeś tę rozmowę z Cykanderami do przerwy... Gdybyś wystąpił przeciw 

nim na lekcji... dopiero teraz widzę, jakie to byłoby straszne!

background image

— Myślisz, że dobrze zrobiłem?

—   Pewnie.   Gdybyś   wtedy   wystąpił,   pan   Szykoń   dowiedziałby   się,   że   klasa   jest 

podzielona, że to jest spisek Cykanderów, że oni umyślnie tak wszystko  robią... no i wtedy 

przejechałby się po Cykanderach. Nie mieliby żadnych szans. Byliby zgubieni... nie tylko zresztą 

im by to zaszkodziło. W ogóle atmosfera w klasie byłaby zatruta. Może na zawsze. Oczywiście 

ty   zdobyłbyś   łaski   Konia,   ale   jakim   kosztem?   Po  trupach   Cykanderów...   Ale   ty   nie   mogłeś 

przecież   tak   postąpić.   Ty   chciałeś   dać   im   szansę!   I   dlatego   postanowiłeś   przemówić   im   do 

rozumu   dopiero   po   lekcji.   I   zrobiłeś   to   świetnie.   Dopiero   teraz   zrozumiałam,   że   za   jednym 

zamachem chcesz uratować i Konia, i Cykanderów. To jest mądre i to jest ładne.

Czułem lekki zawrót w głowie. Nie przypuszczałem, że byłem aż taki mądry. A może 

tylko w oczach Nelli, bo Nella... Wcale bym się zresztą tym nie zmartwił. Popatrzyłem na nią 

uważnie. Uśmiechała się do mnie.

— Jesteś naprawdę równy chłopak, Cymek. Gdybym ja choć w części była taka odważna!

Chrząknąłem zakłopotany.

—   Nie   przejmuj   się,   za   to   jesteś   bardzo   przenikliwa   —   powiedziałem   z   odrobiną 

szyderstwa i goryczy.

background image

8. Jak uciąłem łeb końskiej sprawie

W   napięciu   czekaliśmy,   czy   Koń   przyjdzie   na   następną   lekcję.   Nawet   najbardziej 

opieszali i niesforni uczniowie zajęli miejsca w ławkach jeszcze przed dzwonkiem. Wszyscy 

spodziewali się poważnych emocji. Mnie oprócz emocji czekał jeszcze poważny wysiłek — to ja 

przecież według słów Męsia miałem „ujeżdżać mustanga”. Najgorsze, że nie wiedziałem, jak to 

zrobić. Wszystko będzie przecież zależeć od okoliczności.

Minuta biegła za minutą — pan Szykoń się nie zjawiał. W klasie zaczął narastać gwar. 

Mały Gibas wyskoczył nawet z ławki i napisał na tablicy wielkimi literami: Koniec z Koniem.

Chciał   jeszcze   dorysować   przewróconego   na   przeszkodzie   konia,   ale   w   tym   właśnie 

momencie pan Szykoń stanął w progu. Gibas nie zdążył nawet otrzeć rąk z kredy! Zapanowała 

śmiertelna cisza. Wszyscy czekali, co teraz się stanie, ale pan Szykoń nawet nie spojrzał na 

tablicę.

— Czemu sterczysz? — powiedział tylko do Gibasa. — Zmiataj na miejsce.

Gibas czmychnął i schował się za plecami kolegów.

Potoczyłem wzrokiem po klasie. Napotkałem wściekły wzrok Męsia. Uśmiechnąłem się z 

satysfakcją.   Koń   przyszedł,   jak   przepowiadałem.   A   więc   wygrałem   pierwsze   starcie.   Teraz 

mogłem już być pewny, że mam za sobą co najmniej pół klasy i zrobiło mi się raźniej.

Niestety, gdy spojrzałem na Konia, znów poczułem pewien niepokój. To był wprawdzie 

Koń,   ale   już  nieco   inny   Koń.   Poważny,   jakby  skupiony,   a  może   skrępowany  po   prostu.   W 

każdym razie, gdy na moment uniósł głowę znad dziennika, ujrzałem w jego oczach niepewność. 

Sam też od razu poczułem się niepewnie. Przecież od wczoraj stawiałem na Konia.

Niedobrze, pomyślałem, jeśli Męsio zauważy u Konia tę niepewność, od razu pójdzie do 

ataku, tym razem już na całego, i zacznie się okrutna zabawa. Wilki osaczą Konia i rozszarpią w 

drobne kawałki.

Tak jest, łowcy wilków i poskramiacze lwów nie mogą sobie pozwolić na niepewność. 

Lwy to czują i stają się tym bardziej niebezpieczne. Bałem się o Konia. Nie wiedziałem, co zrobi. 

Niepewni poskramiacze lwów mogą ulec paraliżowi, zesztywnieć, stracić głos, szczękać zębami. 

Mogą także przestać panować nad nerwami, niepotrzebnie trzaskać z bicza i strzelać, co jest 

jeszcze   gorsze.   Mogą   także   spróbować   obłaskawić   lwy   pochlebstwami,   rozkaprysić   i 

rozgrymasić, próbować się okupywać lwom kawałkami (cudzego) mięsa, co jest tylko pozornie 

lepsze, a na dłuższą zwłaszcza metę zgubne.

background image

Co zrobi Koń? Na razie starał się panować nad nerwami. Wstał i powiedział spokojnym, 

może tylko znużonym głosem:

— Zdaje się, że to, co mówiłem na poprzedniej lekcji, nie było dostatecznie zrozumiałe. 

Powtórzymy zatem wszystko jeszcze raz...

Patrzyłem z niepokojem na Konia. To był błąd! Nie powinien tak zagaić. Nieostrożny, 

biedny Koń! Sam dobrowolnie wchodził na teren bagnisty i śliski, gdzie już czekały na niego 

wilki   —   Cykanderzy.   Nie   należy   wracać   do   niczego,   co   skończyło   się   nieprzyjemnie,   a 

przynajmniej   na   pozór   zacząć   z   innej   beczki;   powtarzanie   mogło   doprowadzić   tylko   do 

powtórzenia   wczorajszej   przykrości.   Nową   bitwę   należy   wydać   w   innym,   wygodniejszym 

miejscu, w żadnym wypadku na polu niedawnej klęski. Klasa nie znosi powtórek! Jeszcze tego 

tylko brakowało, żeby Koń zaczął nudzić!

Obejrzałem się. Pół klasy patrzyło na mnie. Wiedziałem: chcą, żebym szybko zadziałał w 

tej sytuacji. Ja też patrzyłem na moich stronników, starałem się ich zliczyć, ale tak naprawdę to 

widziałem tylko oczy Nelki.

I  nagle   pomyślałem:  Maksymilianie  Ogromski,  to   jest  moment,  żeby  pokazać,   iż  nie 

darmo nosisz maksymalne imię i nazwisko. Oto masz szansę, żeby odegrać dziejową rolę w 

historii tej okropnej klasy. Decyduj się! Odwróć bieg wydarzeń! Za moment będzie już za późno. 

Wstań i ujmij ster wydarzeń w swoje ręce!

Wstałem.

Zgnębiony Koń, coraz bardziej upodabniający się do chudej smutnej szkapy, nawet nie 

zauważył, że chcę się włączyć i zabrać głos.

— Wróćmy do poprzedniej lekcji — powiedział.

— To nie będzie potrzebne — oświadczyłem możliwie spokojnie, ale głośno i dobitnie.

Klasa zastygła. Poczułem przyjemne podniecenie. Wszyscy patrzyli na mnie. Koń drgnął 

i też obrócił się do mnie.

— Co powiedziałeś?

Widać było, że nie od razu zrozumiał.

— Powtórki nie są konieczne — powtórzyłem — myślę, że wszyscy w klasie zrozumieli.

— Jednak wczoraj... — zaczął Koń.

—   Wczoraj   to   było   zaskoczenie   —   przerwałem   szybko   —   ogólne   zaskoczenie   i 

oszołomienie, proszę pana. Cios podbródkowy, że tak powiem... prawie nokaut, proszę pana... 

background image

musi upłynąć trochę czasu, aby przyjść do siebie.

— Czy to ma znaczyć, że już przyszliście do siebie? — zapytał nieufnie pan Szykoń.

— Właśnie to chciałem powiedzieć. Po prostu wczoraj nas zatkało, może to wyrażenie 

bardziej przemówi do pana. Ja sam byłem zatkany... To wszystko, co pan mówił, było takie inne i 

nowe, nie byliśmy przyzwyczajeni... nie mogłem słowa wykrztusić (jakaż to była prawda). Ale 

zrozumieć, to my zrozumieliśmy.

— Wolałbym jednak przekonać się i upewnić, powtórka wam nie zaszkodzi — chrząknął 

Koń.

Westchnąłem ciężko. Boże, jaki ten Koń uparty! Przeczuwałem, że czeka mnie ciężki 

wysiłek.

— Proszę pana, słowo daję — podjąłem z poświęceniem  — pan może  być  zupełnie 

spokojny. Zresztą u nas jak kto nie rozumie, to my sami wkładamy mu łopatą do głowy. U nas w 

klasie są koledzy, co mają zdrowe makówki. Wystarczy tylko potrząsnąć i sypią się wyjaśnienia, 

fakty i wiadomości. Taki na przykład Mężyk — to intelekt jak brzytwa... on to wszystko, co pan 

nam   mówił,   ma   w   jednym   małym   palcu...   Jak   pan   nie   wierzy,   możemy   na   ten   temat 

podyskutować przy całej klasie, inni na pewno też się włączą... Mężyk poprowadzi tę dyskusję...

Spojrzałem złośliwie na Męsia. Męsio siedział jak przygwożdżony, nie bardzo wiedząc 

chyba, czy ma się wstydzić, czy być dumny... „No wstań teraz — rzuciłem mu wyzywające 

spojrzenie — tłumacz się, że to nieprawda, tłumacz, że niczego nie pojąłeś! Nie, nie zrobisz tego, 

bo jeśli masz trochę oleju w głowie, to rozumiesz, że ja chcę cię wyciągnąć za uszy z tej afery!”

Mój chwyt  okazał się nie najgorszy. Cykanderzy siedzieli zdezorientowani. Część ich 

zapewne   przypuszczała,   że   wszedłem   w   kontakt   z   Męsiem   i   taką   wypracowaliśmy,   tudzież 

uzgodniliśmy, linię działania. Więc oszołomieni Cykanderzy nie ruszą... zostali chyba skutecznie 

zneutralizowani.   Ale   pozostawał   Męsio.   Czy   nie   chwyci   się   jakichś   rozpaczliwych   metod? 

Oczekiwałem w niepewności. On jednak nie odważył się. Nie był aż tak szalony.

— No, pięknie, skoro już rozumiemy się tak dobrze, uznaję problem za zamknięty — 

powiedział zaaferowany i jakby nie przekonany do końca Szykoń — chyba że Mężyk ma jeszcze 

coś do powiedzenia... Wczoraj byłeś niemową, a dzisiaj słyszę, że pomagasz kolegom i jesteś 

kimś w rodzaju autorytetu. Więc jak to jest? Powiedz?

Męsio wstał, łypiąc bezradnie okiem... Poprawił szyję w kołnierzyku.

— Ja... nie mam nic do powiedzenia, to znaczy... nic nowego. To jest tak, jak mówił 

background image

Ogromski... to było oszołomienie, proszę pana...

— Siadaj!

Męsio usiadł szybko.

— Ciekawa klasa — powiedział pan Szykoń odzyskując pewność siebie — co trochę ktoś 

tu   popada   w   oszołomienie.   Wczoraj   wy,   dzisiaj   i   jestem   oszołomiony...   Bo   muszę   wam 

powiedzieć...   właściwie  to  miała   być  moja   ostatnia   lekcja z  wami...  Miałem  dosyć  waszego 

uporczywego oszołomienia i przyszedłem się z wami pożegnać... ale skoro się już rozumiemy...

— A to dopiero heca! — szepnął do mnie Męsio.

— Teraz z kolei ty jesteś oszołomiony, jak widzę — odparłem.

— Niech cię Koń kopnie! — zasapał Męsio.

Przez chwilę jeszcze miałem obawy,  że zbyt  szczere wyznanie Konia może na nowo 

wzbudzić   czy   rozdrażnić   Cykanderów.   Rozglądałem   się,   czy   któryś   z   nich   nie   podejmie 

kontrataku, ale nie, w klasie, o dziwo, panował spokój. Rozluźniony wewnętrznie Koń przeszedł 

do nowego tematu: „Piszę do gazety reportaż z miejscowości, gdzie spędziłem wakacje”. Tu już 

każdy w klasie czuł się na mocniejszym gruncie.

Odetchnąłem.   A   więc   zwycięstwo?   Zwycięstwo   całkowite   i   bezwzględna   kapitulacja 

Cykanderów? Nie chciało mi się wierzyć! Jedno było pewne. Przynajmniej na razie postanowili 

przyjąć moją formułę... Nie wymyślili widać nic lepszego na poczekaniu.

Wracałem ze szkoły razem z Nelką. Kiedyśmy się rozstawali, zapytałem:

— A teraz powiedz mi prawdę, czy wtedy, podczas tej okropnej lekcji, nie uważałaś, że 

jestem tchórzem?

— Co ty?! Przecież już powiedziałam ci... Dlaczego to cię wciąż dręczy?!

— Bo ja sam... muszę ci powiedzieć, ja sam czułem się wtedy jak Minim Mikronowicz.

— Bzdura. Dla mnie byłeś zawsze Maksymilianem Ogromskim.

— Zawsze?

— Tak, nawet jak mówiłam co innego, zawsze wierzyłam w ciebie.

— Dlaczego?

— Nie wiem... tak krótko cię znam, a jednak ci wierzę.

— Jesteś łatwowierna.

— Wcale nie. Nie myśl, że ja każdemu wierzę. Ale myślę, że tobie można... W każdym 

razie ja się nie zawiodłam. Przecież to właśnie ty ukręciłeś w końcu łeb końskiej sprawie.

background image

— Sprawa miałaby łeb, i to bardzo duży, do tej pory, gdyby... gdyby nie ty... Przecież 

wiesz, że ja to wszystko zrobiłem dla ciebie!

— Mówisz serio?

— Tak.

Milczała przez chwilę.

— Jestem bardzo szczęśliwa — odezwała się wreszcie. — Pierwszy raz w życiu ktoś 

zrobił taką trudną rzecz dla mnie. I to właśnie jesteś ty. To strasznie miło mieć kogoś, komu 

można   wierzyć   i   na   kim   można   polegać?   Dlaczego   masz   taką   ponurą   minę?   —   zapytała 

zdziwiona.

— Trudno być zachwyconym w mojej sytuacji. Ja cię robię szczęśliwą, ale ty uwielbiasz 

Konia!

— Co ty gadasz!

— Uwielbiałaś go od samego początku!

— Coś ty... ja go tylko żałowałam.

— Och, nie wypieraj się. Obserwowałem cię całą lekcję. Patrzyłaś w niego jak w obraz.

— Jak w obraz?

—   Zbyt   łatwo   wpadasz   w   zachwyt,   jak   każda   dziewczyna.   Koń,   owszem,   jest   na 

poziomie, ale bez przesady! Dlaczego ty się śmiejesz — wykrztusiłem — co w tym śmiesznego?

Ale ona śmiała się w dalszym ciągu. Ja też uśmiechnąłem się w końcu... bo pomyślałem, 

co sam mówiłem  o młodości jako o piekielnej  mieszance.  Psiakość, znów chyba  coś mi  się 

pomieszało... a może po prostu źle dobrałem proporcje?

background image

9. Jak trzymać dwie sroki za ogon

Wprawdzie   wykreśliłem   nareszcie   z   agendy   sprawę   Konia,   ale   nie   sprawiło   mi   to 

większej ulgi, bo przy okazji stwierdziłem z przykrością, że pozostałe ważne sprawy nie ruszyły 

zupełnie z miejsca. Był już październik, a ja nie nakręciłem ani pół metra filmu, nie przebiegłem 

czterystu metrów w czasie poniżej pięćdziesięciu sekund, w ogóle nawet nie zbliżyłem się do tej 

magicznej   cyfry.   Finansowo   też   stałem   na   progu   bankructwa.   No   i   wreszcie   —   Giga! 

Wiedziałem, że powinienem wykreślić Gigę z agendy i wstawić na jej miejsce Nelkę Szyperską. 

Tak   zrobiłby   człowiek   konsekwentny.   Ja   jednak   stale   zwlekałem.   Wtedy,   gdy   wykreślałem 

sprawę Konia, też postanowiłem za jednym zamachem wykreślić Gigę. Już nawet zamachnąłem 

się piórem... ale na próżno, niestety! Pióro — a ściślej mówiąc mój zielony pisak — jakoś zawisł 

mi w powietrzu... Nie... nie potrafię wykreślić Gigi. Mimo wszystko! Na razie — pomyślałem. 

Potem „czas uleczy wszystko”. Tak przynajmniej mówiła moja biedna mama w krytycznych 

chwilach dziejów naszej rodziny. Niestety, wzdychała przy tym ciężko i te westchnienia mamy 

sprawiały, że zapatrywałem się nieco sceptycznie na lekarskie kwalifikacje czasu. Nie mając 

jednak pod ręką innego środka, postanowiłem poddać się owej problematycznej kuracji.

Oczywiście   jako   człowiek   czynu   zamierzałem   aktywnie   pomagać   i   czasowi   w 

przepędzaniu Gigi z mych myśli i pamięci. Zdawałem sobie sprawę, że jest to operacja długa i 

bolesna. Aby ją skrócić i znieść możliwie bezboleśnie, uznałem za konieczne rzucić się w wir 

czegoś. Czytałem w książkach, że zadurzeni nieszczęśliwie bohaterowie rzucali się w wir zajęć, 

aby zapomnieć... aby otrząsnąć się... więc ja też postanowiłem rzucić się w wir. Ale czego? Z 

początku nie wiedziałem. Idąc w ślad bohaterów należałoby się rzucić w wir pracy, mnie jednak 

specjalnie nie odpowiadał jakoś ten wir. Praca ucznia nie wydała mi się zbyt pasjonująca, w 

każdym razie z pewnością nie tak ciekawa, aby można się było w niej pogrążyć bez reszty i 

zapomnieć o nękających nas troskach. Więc co? Może sport? W końcu wstawiłem przecież do 

agendy ten mój  nieszczęsny bieg  na czterysta  metrów.  Gdyby tak oddać się całkowicie  idei 

poprawienia wyników na tym dystansie? Zejść poniżej owych pięćdziesięciu sekund?! Ćwiczyć i 

ćwiczyć,   trenować   codziennie   ze   stoperem   aż   do   zupełnego   zmęczenia?   Wiedziałem   już   z 

doświadczenia, że gdy się intensywnie trenuje, zapomina się o wszystkich innych sprawach, a po 

treningu człowiek marzy tylko o jednym: żeby napić się czegoś zimnego i odpocząć. Więc i teraz 

może... gdybym podjął na nowo treningi, myślałbym tylko o jakiejś coca-coli, o dobrej kolacji, o 

fotelu, a nie o Gidze...

background image

Po krótkim namyśle zdecydowałem się więc zaktywizować sportowo, zapisałem się do 

klubu do sekcji lekkoatletycznej  i jako obiecujący narybek codziennie ćwiczyłem pod okiem 

trenera biegi średniodystansowe razem z innymi młodzikami. Po dwu tygodniach osiągnąłem 

wymagane minimum i zostałem dopuszczony do Międzyszkolnego Biegu z okazji Święta Wojska 

Polskiego,   który   to   bieg   miał   się   odbyć   dwunastego   października.   Najpierw   stanąłem   do 

eliminacji i wygrałem ją w mojej grupie. W biegu finałowym razem ze mną mieli startować 

zwycięzcy pozostałych  pięciu grup. Znałem wszystkich doskonale z pracy w klubie. Byli  to 

następujący chłopcy:  bracia  Bojek, Ciemski  Tytus,  Opęda Klaudiusz, zwany Klodkiem,  oraz 

Kobylak Stanisław. Wszyscy byli bardzo groźni, może z wyjątkiem Klodka, który zwyciężył 

fuksem, bo wylosował najsłabszą grupę. Od razu więc pomyślałem sobie, że nie mam szans 

liczyć na zwycięstwo, chyba... chyba że zdarzy się jakiś cud. Ale potem przyszło mi na myśl, że 

gdzie   jak   gdzie,   ale   właśnie   w   sporcie   zdarzają   się   różne   cuda   i   nie   powinienem   z   góry 

kapitulować. Najważniejsze to prócz formy fizycznej mieć formę psychiczną. Wiedziałem, że to 

nie zależy tylko ode mnie, ale i od postawy publiczności w czasie zawodów. Gdybym czuł, że 

trzyma  moją stronę, że stawia na mnie... Tak, potrzebowałem dopingu, oparcia duchowego i 

zachęty.   Na   kogo   mogę   liczyć?   Oczywiście   liczyłem   na   moją   klasę,   a   zwłaszcza   na   Nelkę 

Szyperską, bo ważne jest nie tylko, ile osób dopinguje, ale także kto to robi. Tak, w tym biegu 

Nella   by   mi   bardzo   pomogła.   Wystarczyłaby   świadomość,   że   znajduje   się   na   trybunie.   W 

przeddzień zawodów spotkałem ją w szkole.

— Oczywiście jutro spotykamy się na stadionie — powiedziałem. Była raczej zdziwiona.

— Na stadionie? Dlaczego?

— Nie wiesz?

— Skąd mam wiedzieć?!

Zamilkłem, przykro zaskoczony.  Nic   nie   wie! A ja głupi myślałem, że wszyscy żyją 

tymi zawodami. To był pierwszy kubeł zimnej wody na mój rozpalony łeb.

— Będę biegał na czterysta metrów — wyjaśniłem rozdrażniony, jutro są zawody i ja...

— Będziesz brał udział w biegach? — Nelka spojrzała na mnie dziwnie.

— Tak. Trenowałem ciężko przez dwa tygodnie...

— Rozumiem — powiedziała — dlatego nigdzie nie było cię widać. Słuchaj, Cymek, nie 

chcę się wtrącać do twoich spraw, ale pozwól, że jedno ci powiem: za bardzo się rozpraszasz, za 

wiele srok naraz chcesz trzymać za ogon! Boję się, że wszystkie ci uciekną.

background image

Zdenerwowała   mnie.   Zamiast   podziwiać   moje   zdolności,   jakieś   pouczenia...   drętwe 

mowy... Chciałem jej to wygarnąć, ale powiedziałem tylko:

— Po prostu jestem wszechstronny. Powinnaś to docenić. A może nie lubisz sportu?

— Nie lubię przesady. Znikasz po całych dniach. Przestałeś zaglądać do naszego ogniska, 

profesor Kiryłło martwi się, co będzie z twoją grą na puzonie... A ty sobie po prostu biegasz na 

stadionie...

— Miałem w planie ten bieg wcześniej niż puzon!

— To po co zapisałeś się na lekcję puzonu?

Zasapałem gniewnie, ale nie mogłem odpowiedzieć na to pytanie.

— Marnujesz tylko czas! - ciągnęła wzburzona Nelka. — Zastanawiam się, czy naprawdę 

jesteś taki mądry, jak myślałam.

— To zastanawiaj się — odpaliłem — a ja muszę przekroczyć granicę pięćdziesięciu 

sekund!

— Po co?

— Szkoda, że tego nie rozumiesz. Po prostu mam takie ambicje.

— Wolałabym, żebyś się zajął ambicjami filmowymi.

— Filmowymi? Skąd wiesz?

— Dowiedziałam się, że werbujesz aktorów do filmu, który masz kręcić. Czy to prawda?

— Tak — bąknąłem zbity z tropu.

— Ciekawe, że nic mi o tym nie wspomniałeś.

— Nie wspomniałem?

—  Nie.  Tyle   z  sobą  rozmawialiśmy,   a  ty ani  słowa  o  tym   filmie  —  w   głosie  Nelli 

wyczuwałem wyraźną pretensję. — Ukrywałeś to umyślnie przede mną!

— Ależ skąd...

— To dlaczego?...

— Nie myślałem, że cię to interesuje...

— To mnie interesuje! — zaczerwieniła się Nelka.

Chrząknąłem i zapytałem ostrożnie:

— Czy... czy chciałabyś zagrać w tym filmie?

—   Uważasz,   że   się   nie   nadaję?   —   Nella   poprawiła   włosy,   odstąpiła   krok   i 

zademonstrowała   się   w   całej   okazałości   na   tle   szkolnej   tablicy   ogłoszeń,   ze   sztucznym 

background image

uśmiechem przylepionym do jaskrawoczerwonych ust.

Wytrzeszczyłem   oczy.   Dopiero   teraz   zauważyłem,   że   Nelka   ma   „zrobioną”   twarz. 

Podmalowane powieki, dorysowane brwi, uczernione rzęsy i uszminkowane wargi. A do tego ta 

fryzura!

— No więc? — zniecierpliwiła się Nella. — Nadaję się czy nie?

— O... owszem — wykrztusiłem — oczywiście, że się nadajesz, tylko...

— Tylko co?

Ugryzłem   się   w   język.   Nie   mogłem   jej   przecież   powiedzieć,   że   w   tym   momencie 

przypomniała mi się Giga. Westchnąłem ciężko. Nie, tego nie da się ukryć, jednak Szyperska nie 

zastąpi Gigi w filmie.

— Masz jakieś zastrzeżenia — zaniepokoiła się Nella — jakieś opory? — dopytywała. — 

Może chodzi o Gigę?!

— Co? — zdrętwiałem.

— Nie wypieraj się — zasapała Nella. — Ciężki Tubka mi wszystko powiedział. Chciałeś 

wziąć Gigę do filmu!

— No... tak — wyjąkałem — po prostu pasowała mi...

— Ona? A co ze mną?

Poczułem, że się pocę.

—   Och,   to   nie   problem   —   rzekłem   pośpiesznie   —   potrzebuję   paru   aktorek...   w 

scenariuszu będzie kilka ról kobiecych... Więc ty i Giga... obie możecie zagrać — wypaliłem 

wreszcie.

— Obie?! — wykrzyknęła Nelka.

— No, na przykład jako matka i córka.

— Ale kto będzie matką? — zdenerwowała się. — Chyba nie ja!?

Zdałem   sobie   sprawę,   że   wpakowałem   się   na   teren   nader   niebezpieczny   i   śliski, 

wycofałem się więc szybko.

— Możecie być siostrami — zaproponowałem.

— Ja mam być siostrą Gigi, no wiesz... — oburzyła się Nelka. — Nie potrafiłabym z 

Gigą...   nie....   film   z   Gigą   w   ogóle   nie   ma   sensu   —   oświadczyła   stanowczo   —   musisz   ją 

wykluczyć!

— Ależ Nelka, co ty znowu... zrozum!...

background image

— Nie, nie zgadzam się! Nie znoszę Gigi!

—  Nie  bądź   dzieckiem!   —  próbowałem  ją  uspokoić.  —  Jakby niektórzy,  prawdziwi 

aktorzy, tak stawiali sprawę, to by nie powstał nigdy żaden film. Myślisz, że oni zawsze się 

lubią? O, moja droga — czasem nie znoszą się bardziej niż ty z Gigą, a grają zakochanych! Udają 

uczucia takie, jakie są w scenariuszu, a prawdziwe chowają do kieszeni. Na tym właśnie polega 

aktorstwo, proszę ciebie!

— Nienawidzę Gigi! — krzyknęła Nelka. Twarz jej napęczniała od złości.

Spojrzałem na nią z pobłażaniem.

— Musisz panować nad swoim ciałem — powiedziałem — jeśli chcesz być  aktorką. 

Aktorka musi.

Nella opanowała się.

— Myślisz, że potrafię? — zapytała strapiona.

— Na pewno! Ale powinnaś stale o tym pamiętać i nie dać się zaskoczyć przez złość! Po 

prostu musisz trenować.

— Będę — westchnęła Nelka — ale to okropne, że Giga...

— Daj spokój z Gigą — powiedziałem ostro — jeszcze nawet nie wiadomo, czy zgodzi 

się zagrać w moim filmie. Nawet z nią nie rozmawiałem.

— Nie rozmawiałeś?

— Nawet jej nie znam właściwie — mruknąłem cicho.

— Nie znasz?

— Nie. To wszystko tylko plany.

Nelka odetchnęła wyraźnie.

— Czy ona będzie na... na tym wyścigu?

— Na zawodach?

— Tak... na tych, o których mówiłeś.

—   Skąd   mogę   wiedzieć   —   wzruszyłem   ramionami   —   wiem   tylko,   że   zawsze 

interesowała się sportem... Widywałem ją na trybunach.

— Na pewno przyjdzie — przygryzła wargi Nelka. — Ja też przyjdę — oświadczyła 

nagle.

— A to byłoby świetnie — powiedziałem i uśmiechnąłem się pod nosem. Było jasne, że 

Nelka   jest   zazdrosna.   Lecz   nie   miałem   nic   przeciwko   temu.   Przeciwnie,   to   mi   sprawiało 

background image

przyjemność. Więcej, to mi było w tym wypadku na rękę...

background image

10. Bieg na czterysta metrów

To zapowiadało się z początku całkiem nieźle. Kiedy w dniu zawodów zjawiłem się na 

stadionie, jeszcze przed szatnią usłyszałem głośne kichanie. Z ciekawością otworzyłem drzwi. 

Okazało się, że to kichali bracia Bojek. Właśnie z identycznych kieszeni wyciągali identyczne 

chusteczki   koloru   yellow-bahama,   po   czym   z   identycznym   trąbieniem   wytarli   identycznie 

baniaste i czerwone nosy. Prawdopodobnie byli obaj identycznie zakatarzeni. Od razu poczułem 

się raźniej. Taka niedyspozycja w dniu zawodów to jest handicap co się zowie. Przynajmniej z 

braćmi Bojek mi się udało! Szansę mamy teraz wyrównane, a nawet może zdobyłem przewagę. 

Spojrzałem na Ciemskiego Tytusa. Może i jemu też przytrafiła się jakaś przykrość? Niestety, 

Ciemski   Tytus   był   bezwstydnie   zdrowy.   Podskakiwał   w   miejscu   jak   pajac,   demonstrując 

ostentacyjnie   swą   odrażająco   wysoką   formę.   Również   Kobylak   Stanisław   napawał   mnie 

niepokojem. Był spokojny i skupiony. Zawsze bałem się spokojnych i skupionych twardzieli. 

Kobylak Stanisław wygląda mi na takiego twardziela. Podobno obaj, zarówno Ciemski Tytus, jak 

i Kobylak Stanisław, trenowali całe lato na obozie sportowym, podczas gdy ja zbijałem bąki u 

babci   Ciuszyńskiej   w   Pcimiu   nad   Rabą.   Nadto,   jak   słyszałem,   Ciemski   Tytus   i   Kobylak 

Stanisław   poddali   się   specjalnej   diecie   i   prócz   innych   przepisanych   pokarmów   pożerali 

posłusznie   jak   zające   dwie   główki   sałaty   i   potężne   porcje   szpinaku   dziennie.   Ja   osobiście 

unikałem   nadmiaru   zieleniny,   a   zwłaszcza   do   szpinaku   czułem   nieprzezwyciężony   wstręt. 

Zdawałem sobie sprawę, że to wszystko obniża poważnie moją kondycję fizyczną i że w żaden 

sposób nie mogę się równać z takimi asami jak Ciemski Tytus i Kobylak Stanisław.

Z tych przykrych rozmyślań wyrwał mnie donośny dźwięk puzonu. Spojrzałem za okno. 

Oczywiście to był Ciężki Tubka. Nadchodził w otoczeniu mikrusów. Raz po raz dął w srebrzysty 

instrument, budząc podziw malców. W chwilę później pojawił się w progu naszej szatni.

— Cześć, chłopaki. Mam dla was dobrą nowinę — obwieścił zasapany, po czym zatrąbił 

triumfalnie — impreza zapowiada się na medal! Kolosalne zainteresowanie! Włączyli się nawet 

gogowie!

— Co... gogowie? — zaniepokoił się Ciemski Tytus, który zdążył już złapać od początku 

roku   szkolnego   po   parę   łabędzi   z   ważniejszych   przedmiotów   i   był   znany   w   środowiskach 

nauczycielskich   jako   Ciemna   Masa   Tytoidalna.   —   W   jakim   sensie   gogowie?   —   dopytywał 

wyraźnie zdegustowany tą nowiną.

—   W   sensie   przyjemnym   —   oświadczył   Tubka.   —   Postanowili   ufundować   pewne... 

background image

pewne nagrody dla zwycięzcy biegu na czterysta metrów.

— Nagrody? Jakie?

—   Krążą   wieści,   że   zwycięski   uczeń   ma   być   przez   cały   rok   traktowany   ulgowo   w 

pytaniu...

— Nie wierzę... — oświadczył z goryczą Ciemski Tytus.

— Niby jak to ulgowo? Nie będą stawiać łabędzi?

— Podobno zwycięski biegacz ma być podciągany co najmniej o jeden stopień w górę. 

To by cię urządziło, Tytus.

— To są bujdy! Chcesz mnie podnieść na duchu i dlatego tak mówisz. To jest oszukańczy 

doping — rozzłościł się Ciemski. — Zwycięzca tego biegu nie tylko nie będzie podciągany przez 

gogów, ale na pewno im podpadnie. Ja się znam na tym — pociągnął nosem. — Przyuważą go. 

Będą chcieli wiedzieć, co umie zwycięzca. Będą mówić: byłeś silny na bieżni, no to pokaż, czy 

jesteś równie silny z matmy, i będą cię maglować z satysfakcją i zaginać z rozkoszą... Gogowie 

nie znoszą kogoś, kto się wyróżnia na sportowym polu, a w klasie jest klops.

— Głupstwa gadasz. Jakby tak było, to by nie ustanowili specjalnej nagrody rzeczowej za 

ten bieg — zarżał Tubka.

— Co to za nagroda? — Bracia Bojkowie zbliżyli się w identyczny sposób poprawiając 

okulary na identycznie napuchniętych nosach.

— Fantastyczna — powiedział Ciężki Tubka. — Z początku miał być to Puchar Grona 

Nauczycielskiego,  ale  okazało  się,  że  w  żadnym  sklepie   nie  ma   odpowiednio   wspaniałego  i 

wielkiego   kryształowego   pucharu.  Wszędzie  oferowano   gronu  tylko  kieliszki   do  wódki   i  do 

sikacza. Pani Czubało zgodziła się już nabyć zamiast pucharu kieliszek z zielonkawego szkła, 

nawet ładny, za dwanaście złotych, ale pan dyrektor Biegunowicz się sprzeciwił. Powiedział, że 

mogłoby   to   być   źle   zrozumiane.   Ofiarowanie   zwycięskiemu   uczniowi   kieliszka   mogłoby 

wywołać wrażenie, iż grono pedagogiczne zachęca go do picia napojów alkoholowych. I wtedy 

pan Roger Fizyczny zaproponował, żeby wręczyć dyrektora Biegunowicza.

Spojrzeliśmy po sobie.

— Jak to wręczyć? Dyrektora? Co ty?!

— Jako nagrodę dla zwycięzcy — oświadczył spokojnie Tubka.

— Samego Biegunowicza?! Zwariowałeś?!

— No... chciałem powiedzieć posążek dyrektora... to znaczy przedstawiający dyrektora, 

background image

czyli Biegunowicza, ze spiżu.

— Ze spiżu?

—   Czyli   z   brązu.   Konkretnie   miała   to   być   statuetka   biegacza,   którą   na   pewno 

widzieliście...

— Ta co stoi na wystawie w sklepie „Desy”?

— Ta sama! Za sześćset sześćdziesiąt złotych. Słyszeliście pewnie, że jest to dzieło pana 

Fąfary?

— Tego, co robi nagrobki na ulicy Cmentarnej?

— To jego brat. Fąfara, o którym mówię, czyli Fąfara Rączka podupadł ostatnio na skutek 

nałogu pijaństwa i robi już tylko figurki diabełków i aniołków z gipsu w spółdzielni „Kramarz”. 

Kiedyś zapowiadał się na wielkiego artystę i był kolegą dyrektora Biegunowicza, gdy uczył zajęć 

plastycznych w szkole w Lelowie. Wtedy podobno wyrzeźbił tę podobiznę dyrektora.

— Nie jestem pewien, czy statuetka z wystawy „Desy” przedstawia Biegunowicza — 

powiedziałem.

—   Nie   ma   wątpliwości   —   oświadczył   autorytatywnie   Tubka.   —   Biegunowicz   w 

młodości był biegaczem.

— Twarz podobna — powiedział Ciemski. — Ma nawet okulary.

—   Wysuniętą   szczękę   dolną   —   dodał   Tubka.   —   A   w   ogóle   ta   sama   postawa...   ten 

rozbieg... Widziałem, jak Biegunowicz raz śpieszył się na zebranie do Komitetu. Biegł tak samo 

jak ten wyrzeźbiony sportowiec z wyciągniętą szyją podnosząc wysoko kolana. To jest na pewno 

Biegunowicz! I co ważniejsze, w cenie sześciuset sześćdziesięciu złotych. Nierdzewny.

Wiadomość   o   tak   cennej   nagrodzie   zrobiła   na   nas   silne   wrażenie.   Przez   chwilę 

milczeliśmy oszołomieni.

— I... i to będzie na własność? — wykrztusił przejęty Tytus.

— Niezupełnie powiedział Tubka. To ma być nagroda przechodnia. Zwycięski biegacz 

będzie   przechowywał   Biegunowicza,   oczywiście   na   honorowym   miejscu,   aż   do   następnych 

zawodów. Dopiero gdy zwycięży trzy razy z rzędu, otrzyma posążek na własność...

— To mi się mniej podoba — oświadczyłem.

— To może być kłopotliwe — dodał Ciemski Tytus.

Tubka chrząknął.

— To prawda... Rzecz może być kłopotliwa. Podobno brąz użyty do wyrobu posążka nie 

background image

jest najwyższej jakości... pod wpływem powietrza... zwłaszcza zanieczyszczonego powietrza zbyt 

szybko zielenieje, a co gorsza czernieje. Dlatego do nagrody będzie dołączona specjalna pasta i 

flanelka do czyszczenia dyrektora.

Spojrzeliśmy po sobie. Perspektywa czyszczenia dyrektora Biegunowicza przy pomocy 

pasty i flaneli nie bardzo nam się podobała. To mogło być nudne na dłuższą metę.

— E, nabijasz się chyba z nas. — Opęda Klaudiusz spojrzał podejrzliwie na Tubkę.

— Jak słowo... — uderzył się w swą gorliwą pierś Ciężki Tubka. — Słyszałem, grono 

pedagogiczne naradzało się w tej sprawie. Wszyscy byli za tym, żeby ufundować nagrodę w 

postaci biegacza, ale bali się, czy młodzież potrafi uszanować tak cenne trofeum. Szczególnie 

pani  Czubało  wyraziła   wątpliwość,  czy  można  oddawać  bądź  co  bądź  spiżowe  wyobrażenie 

władzy szkolnej we władzę jakiegoś drapichrusta-gołowąsa tylko dlatego, że ma szybkie nogi. 

Tak powiedziała, zapamiętałem dokładnie.

— Drapichrusta? — skrzywił się Ciemski Tytus.

— Drapichrusta-gołowąsa! — odparł Tubka. — I powiedziała jeszcze, że żaden z nas nie 

potrafi przechować posążka przez rok.

— Oburzające! — stwierdził Opęda Klaudiusz. — Taki brak zaufania!

— Wreszcie postanowiono — ciągnął  dalej Tubka — że pan Roger Fizyczny będzie 

osobiście   kontrolował,   czy   statuetka   dyrektora   Biegunowicza   jest   właściwie   przechowywana 

przez ucznia-biegacza.

— Co to znaczy — właściwie? — zaniepokoił się Ciemski Tytus.

— To znaczy — odparł spokojnie Tubka — czy jest ustawiona na honorowym miejscu w 

domu... czyli, jak się wyraziła pani Czubało, odpowiednio eksponowana oraz czy jest odkurzana i 

czyszczona tą flanelką, o której mówiłem...

— Odkurzanie nie będzie łatwe — pociągnął nosem Opęda Klaudiusz. — Nie wiem, czy 

przyjrzeliście się panu Biegunowiczowi na tej wystawie. On jest cały pofałdowany — zauważył 

rzeczowo, i to też była prawda.

Milczeliśmy stropieni, a Ciemski Tytus zaczął podskakiwać jeszcze bardziej nerwowo niż 

przedtem.

— Najbardziej się boję, że przy sposobności pan Roger może oprócz stanu nagrody, 

sprawdzić stan ucznia. Człowiek będzie się bał żyć po swojemu, bo stale będzie myślał, że Roger 

wpadnie do domu, krzyknie, fuknie i zapędzi do odrabiania lekcji. — Ciemski Tytus przebierał 

background image

nogami coraz bardziej nerwowo.

Tubka przypatrywał mu się z niesmakiem.

—   Widzę,   że   zrobiłeś   się   nerwowy   —   zauważył.   —   To   niedobrze.   —   Wyciągnął   z 

kieszeni wymiętoszoną paczkę sportów. — Masz, zapal sobie, stary, to cię uspokoi.

Ciemski Tytus  zawahał się. Niewątpliwie z jednej strony był zaszczycony propozycją 

Tubki,   a   z   drugiej   bał   się...   Wiedział,   że   jako   biegacz...   jako   biegacz,   powinien   stanowczo 

odmówić,   ale   chciał   zagrać   przed   Tubką   dorosłego   wygę,   któremu   jakiś   dymek   nie   może 

zaszkodzić. Nawet przed biegiem na czterysta metrów. Wziął więc papierosa i zapalił z miną 

starego praktyka.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Do licha, nowy handicap. „Pal, kochasiu — pomyślałem 

patrząc z przyjemnością na Ciemskiego Tytusa — zaciągaj się jak najgłębiej, a ciebie też będę 

miał z głowy”.

A potem pomyślałem, że jestem podły. To nie są myśli godne wielkiego sportowca. Ach, 

wiedziałem   dobrze,   co   powinienem   zrobić.   Powinienem   wypędzić   Tubkę   z   szatni,   wyrwać 

mojemu szanownemu partnerowi Ciemskiemu Tytusowi peta z jego głupiej gęby, w każdym 

razie powinienem go ostrzec, czym to grozi, no i powinienem być zmartwiony, że mój szanowny 

partner traci tuż przed biegiem formę, a tymczasem nic z tego. Nie poruszyłem się nawet i wcale 

nie   byłem   zmartwiony.   Tak...   nie   jestem   na   pewno   wielkim   sportowcem,   jestem   nędznym 

drapichrustem — jak by powiedziała pani Czubało — małym graczem, któremu zależy tylko na 

wygranej, a bardzo mało na stylu, w jakim się wygrywa. To smutne. Czy musi tak być?... Może 

by jednak spróbować pokazać, że stać mnie na wielki styl...

Zanim jednak zdążyłem cokolwiek komukolwiek pokazać, w oknie pokazała się Nelka 

Szyperska. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Wybiegłem z szatni.

— Co się stało? — zapytałem.

— Jak się czujesz? — popatrzyła na mnie z niepokojem.

— Doskonale — odparłem zdziwiony.

— Czy... czy bardzo się denerwujesz?

— Trochę.

— A kogo się boisz z partnerów?

— W tej chwili, to już chyba tylko Kobylaka Stanisława.

background image

— Och, Kobylaka... — Nelka zaczerwieniła się i westchnęła ciężko.

— Dlaczego wzdychasz? — zapytałem podejrzliwie.

Nelka spojrzała na mnie dziwnie spłoszonymi oczyma.

— Muszę ci coś wyznać — wykrztusiła.

— Co takiego?

— Całą noc nie mogłam spać i myślałam ciągle o tym... Słuchaj, Cymku, ja... nie mogę 

trzymać twojej strony w tym biegu... ja... ja muszę trzymać stronę Staszka...

— Staszka?

— No, Kobylaka. Obiecałam... przyrzekłam mu, że będę go dopingować.

— Co takiego?! — osłupiałem. — Zdradziłaś mnie?!

— Mu... musiałam. — Nelka miała oczy pełne łez.

— Musiałaś?! No wiesz! — zasapałem wzburzony.

— Kobylak zrobił mi scenę.

— On? Taki spokojny?

— Wcale nie jest taki spokojny, jak ci się zdaje... On jest straszny... — wyznała Nella. — 

Zrobił mi okropną scenę zazdrości. Mówił, że jak on mnie prosił, żebym przyszła na stadion, to 

nigdy nie chciałam, a ty tylko jeden raz mi zaproponowałeś i od razu się zgodziłam, chociaż 

znam cię dopiero od niedawna, a on mnie zna od przedszkola! I powiedział, że jeśli nie będę 

trzymać jego strony w tym biegu i nie będę go dopingować okrzykami „Kobylak!”, to on cię tak 

załatwi,  że nie ukończysz  biegu i że w ogóle odechce ci się być  sportowcem.  Odgrażał się 

strasznie, a w oczach miał złe błyski...

— I ty się zgodziłaś?

— Bałam się, że on ci naprawdę coś zrobi.

— Ohydny terrorysta! Ale ty nie powinnaś się zgodzić — powiedziałem — powinnaś 

mnie tylko ostrzec przed nim. Już ja bym sobie dał z nim radę.

— Och, ty go nie znasz... On jest gotów na wszystko, mógłby ci na przykład nasypać 

czegoś do pantofli... albo schować kostium, albo niby niechcący przytłuc ci nogę... Jak o tym 

pomyślałam... nie... nie mogłam dopuścić żadnego ryzyka.

— Mimo wszystko, nie powinnaś była tego zrobić — rzekłem twardo. — Przyrzekać 

doping takiemu gadowi?! Bardzo liczyłem na to, że usłyszę twój głos na ostatnim wirażu... A tak 

będę zupełnie sam.

background image

— Będę krzyczeć „Kobylak”, ale myślami będę z tobą — oświadczyła Nelka.

— Dziękuję i za to — powiedziałem kwaśno.

— Przebacz mi. — Nelka otarła oczy.

— Przebaczam ci — powiedziałem.

Potem pomyślałem, że jeszcze nie zaczęły się zawody, a już tyle dramatów i emocji. A 

swoją drogą, że taki Kobylak... — Pokręciłem głową i westchnąłem ciężko.

background image

11. O szkodliwości kibiców, w rodzaju Tubki, słów kilkoro

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła szesnasta. Od strony bieżni dochodziły mnie oklaski i 

okrzyki tłumu. Wkrótce dołączył do nich bełkotliwy głos megafonu. To witają sprinterów, którzy 

wyszli   właśnie   na   boisko   i   zostali   przedstawieni   publiczności.   Jeszcze   dwadzieścia   minut   i 

wystartujemy   my   —   czterystumetrowcy.   Pomyślałem,   że   czas   wrócić   do   szatni   i   zacząć 

przebierać się pomału...

Na progu garderoby buchnął we mnie  gryzący obłok dymu  tytoniowego. W głębi, w 

niebieskich oparach majaczyły niewyraźne kształty zawodników. Wśród nich górował kształt 

bardzo   podobny   do   goryla.   Był   to   niewątpliwie   kształt   Tubki.   Zostawiłem   drzwi   otwarte   i 

zacząłem przedzierać się przez zasłony dymne do mojej szafki... Jak się wkrótce zorientowałem, 

w   szatni   wciąż   trwała   dyskusja   na   temat   szans   poszczególnych   zawodników   i   nagród 

przewidzianych dla zwycięzcy.

— Wiedziałem, że tak będzie — usłyszałem głos Tubki. — Nagroda Grona to rzecz 

śliska. Spodziewałem się, że może wam nie przypaść do gustu. Brać nagrodę od nauczycieli 

może być krępujące, to zbyt przypomina naszą szkółkę kochaną, co innego, gdybym  ja... — 

Tubka wypuścił kłąb dymu.

— Gdybyś ty?! Co ty? — rozległy się niespokojne pytania.

— No, gdybym ufundował nagrodę.

— Nagrodę!

— Nie wiem tylko,  czy mi  wypada  — chrząknął z fałszywą  skromnością  Tubka. — 

Wprawdzie   jestem   dość   znany   w   kołach   młodzieży,   zdobyłem   pewien   autorytet   w   kręgach 

artystycznych   oraz   sportowych   i   moja   opinia   się   liczy,   ale   z   drugiej   strony   jestem   tylko 

uczniem... Dlatego chciałbym znać wasze zdanie. Czy to będzie dobrze przyjęte? — Spojrzał na 

nas badawczo małymi, przenikliwymi oczami.

— Och, niepotrzebnie masz skrupuły — powiedziałem głośno — pomysł jest wspaniały. 

To miło z twojej strony, że chciałbyś ufundować mi nagrodę.

— Tobie? — zmarszczył brwi Tubka.

— Oczywiście. Bo to ja wygram ten bieg — rzekłem twardo.

— Ty?! — Ciężki Tubka zaśmiał się nieprzyjemnie. — Gdybym wiedział, że ty wygrasz 

ten bieg, nie fundowałbym żadnej nagrody. Albo... albo ufundowałbym ci nagrodę w postaci 

zgniłego jaja lub medalu ze sparciałego buraka, ale ty nie wygrasz. Dlatego ufunduję wielką, 

background image

cenną nagrodę.

— Jaką? — zapytał Ciemski Tytus i wszyscy zawodnicy spojrzeli na Tubkę ciekawie. 

Nawet Kobylak Stanisław przestał na moment medytować nad swoim pryszczem.

— Właśnie zastanawiam się... jak ją nazwać... — zamruczał zamyślony Tubka.

— To proste — powiedziałem — to się powinno nazywać Nagroda Sportowa Tubki.

— Tak po prostu? — skrzywił się Tubka.

— No więc Nagroda Artystycznej Tubki.

— To już lepiej, ale za mało uroczyście.

— Proponuję: Nagroda Sportowa Wielkiej Tuby! — wykrzyknął Ciemski Tytus.

— Złotej Tuby! — uzupełniłem.

— Wielkiej  Złotej Tuby — zakaszlał krztusząc się dymem  Klodek — to brzmiałoby 

dumnie.

— Może być — zgodził się łaskawie Tubka.

— Ale jak to będzie wyglądać? — zainteresował się Ciemski Tytus.

— Co?

— No, ta nagroda.

— Coś w rodzaju trąbki na postumencie — powiedziałem.

— Tak jest — zaaprobował Tubka. — Z tym,  że zamiast trąby mógłby być puzon... 

ewentualnie nawet ja sam grający na puzonie. Taka mała rzeźba, złocona.

— Ale skąd ty weźmiesz na to forsę? — zreflektował się nagle Ciemski Tytus.

Tubka uśmiechnął się pod nosem. Pytanie nie zmieszało go bynajmniej. Widać było, że 

rzecz przemyślał już przedtem.

— Właśnie rozpocząłem zbiórkę pieniędzy na nagrodę — oświadczył oglądając sobie 

paznokcie. — Myślę, że powinniście pierwsi złożyć pewne datki. Powiedzmy, dychę od łebka. 

To   przecież   w   naszym   interesie.   Zaraz   potem   ogłoszę,   że   zawodnicy   wpłacili   radośnie   na 

Fundusz Nagrody. To zachęci innych do bulenia forsy. To ich zdopinguje i podnieci. Wszyscy 

będą płacić.

W tym momencie pomyślałem, że Ciężki Tubka nie jest taki głupi, na jakiego wygląda. 

Więc po to przylazł do nas i udaje zapalonego kibica! Po prostu chce wyciągnąć od nas grubszą 

gotówkę... i wpadł na taki pomysł! Nieźle! Całkiem inteligentnie jak na Tubkę.

— Genialnie to sobie wykombinowałeś — oświadczyłem głośno — ale ja nie dam ani 

background image

grosza. Byłoby śmieszne, gdybym sam sobie fundował nagrodę... Koszt nagrody musi ponieść 

sam fundator. Inaczej jest to dmuchanie w bambus i nabieranie gości.

—   Nie   słuchajcie   go!   —   zasapał   Tubka.   —   To   jest   aspołeczny   typ!   Niezdolny   do 

współpracy kolektywnej.

A   jednak   ostudziłem   nieco   zapały.   Zbiórka   pieniężna   wśród   zawodników   przyniosła 

zaledwie niecałe pięć złotych i rozczarowała zupełnie Tubkę.

— To skandal! — wykrztusił wściekły. — Widzę, że zaraziło was skąpstwo Cymka. No 

więc  dobrze!   Jak  chcecie.  Dopóki  będziecie  pielęgnować   tę  swoją  chciwość  i   sknerstwo,  to 

pamiętajcie, nędzni dusigrosze, że moja nagroda będzie polegała na uściśnięciu ręki zwycięzcy. 

Niestety — tylko na uściśnięciu ręki — powtórzył z goryczą.

— Nie żartuj! — jęknął Ciemski Tytus. — Mamy się wysilać dla jednego uściśnięcia 

ręki...

— Mogę was uścisnąć dwa razy — rzekł z godnością Tubka.

— Dołożysz jeszcze komplet artystek?

— Artystek? Jakich artystek? — denerwował się Tubka.

— No, przecież masz te albumy filmowe — mruknął Ciemski Tytus.

—   Masz   także   kolorowe   zdjęcia   gwiazd   i   gwiazdorów,   wszyscy   wiedzą,   że   stryjek 

przysyła ci z zagranicy — dodałem.

— Chodzi ci o fotografie astronomiczne?

— Nie udawaj Greka. Chodzi mi  o fotografie aktorów i aktorek, za pomocą  których 

usiłujesz   podrywać   niektóre   dziewczyny.   Gdybyś   zechciał   podarować   zwycięzcy   jakiś   mały 

komplecik... — uśmiechnąłem się niewinnie.

— Tak, jakiś mały komplecik — podchwycił Ciemski Tytus, oblizując się łakomie. — 

Chyba stać cię na to jako działacza sportowego.

— Mogę wam dać trzy sztuki — zasapał rozzłoszczony Tubka. Trzy sztuki, to wszystko!

— Męskie czy żeńskie?

— Jasne, że męskie, dam wam Klossa, Zagłobę i Hamleta.

— Wypchaj się!

— No to trzech facetów z Bonanzy.

— O rany, takie gęby...

— A co byś chciał?

background image

— No... chociaż jedną babkę.

— Jesteś nieletni, Bonanza powinna ci wystarczyć — oświadczył zgorszony Tubka.

Niestety,   widać   było,   że   Ciemskiemu   Tytusowi   nie   wystarcza.   Uznałem   za   stosowne 

interweniować.

— Słuchaj, Tubka — rzekłem siląc się na przyjacielski ton. — Jesteś znany z tego, że 

masz szeroki gest. Uważają cię za mecenasa sportu. Tak napisali w gazetce szkolnej. Czytałeś 

chyba. „Zawody zaszczyci swą obecnością znany mecenas sportu, kolega Tubkowski z ósmej...”

— To były zgrywy redaktorów, oni stale się mnie czepiają... w dziale satyrycznym — 

sapał Tubka.

—   Nie   wyssali   tego   z   palca.   Tak   o   tobie   mówią   zawodnicy:   „mecenas   sportu”.   To 

zobowiązuje. Powinieneś odżałować jakąś fotkę z babką i dołączyć do nagrody.

— Kolorową! — dodał Ciemski Tytus.

Tubka przez chwilę toczył walkę wewnętrzną. Wreszcie oświadczył zbolałym głosem:

— No, dobrze, znajcie mój gest. Dołożę wam Claudię Cardinale na koniu.

— Och, Tubka, jesteś wspaniały! — zawołał Ciemski Tytus.

— Tylko pamiętajcie. Wynik musi być na medal. Claudia zostanie dołączona tylko w 

wypadku, gdy zwycięzca osiągnie wyśrubowany czas... Powiedzmy, poniżej pięćdziesięciu dwu 

sekund. Zgoda?!

— Zgoda.

— No, to zapalimy — Tubka wyciągnął ponownie wymiętą  paczkę sportów i zaczął 

częstować   zawodników.   Mnie   ostentacyjnie   ominął,   natomiast   podszedł   do   leżących   braci 

Bojków.

— Wstawać! Bo jak wam przyleję! — wrzasnął Tubka.

Bracia Bójek unieśli się na kanapce i patrzyli na nas identycznie podpuchłymi oczyma.

Tubka spojrzał na nich ze wstrętem.

— Coście tacy zaślimaczeni?

Bracia Bójek pociągnęli identycznie baniastymi nosami, po czym wyciągnęli z kieszeni 

dwie chusteczki w identycznym kolorze yellow-bahama i wytarli nimi dwa identycznie sine nosy 

w kolorze bleu de Paris.

— Ooobawiamy się, żeee nie jesteśmy w formie — zabeczeli.

— Ja też się obawiam — powiedział Tubka. — Co wam jest?

background image

— Maaamy nieżyt.

— Co to jest?

— Coś w rodzaju kataru — powiedział większy Bojek i kichnął przeraźliwie.

Tubka spojrzał na nich krytycznie.

— Tylko bez takich kawałów!

— Tooo niechcący — wyjaśnił większy Bojek. — Tooo dlatego, że mamy zatkane drogi 

oddechowe — wyjaśnił mniejszy.

— I w ogóle jesteśmy nie-do-tle-nie-ni.

Tubka spojrzał na nich krytycznie.

— Przydałyby się wam inhalacje — oświadczył i podsunął braciom paczkę sportów. — 

Zapalcie sobie, to wam przetka drogi oddechowe, wypuszczajcie tylko dym przez nos!

Bracia Bojek spojrzeli po sobie zaskoczeni.

— Trener Mamiec zabronił... a do tego w naszym stanie...

— Wasz stan was rozgrzesza — uciął Tubka — powiedziałem, że musicie przetkać sobie 

kinole. Nikotyna oczyści wam przewody... No, śmiało, to wam na pewno dobrze zrobi.

Bracia Bojek zapalili, i ostrożnie, żeby się nie zakrztusić, zaczęli sobie czyścić nikotyną 

przewody.

— Zupełnie  nie wiem,  na kogo postawić  w tej sytuacji  — westchnął  zdenerwowany 

Tubka. Wiem tylko jedno.

— Co wiesz?

— Na kogo nie postawić. Na przykład wiem, że na pewno nie postawię na Cymka.

— Dlaczego?

— Cymek nie wygra.

Tubka spojrzał na mnie dziwnie ciężkim wzrokiem.

— Myślisz? — uniósł do góry brwi Opęda Klaudiusz. — A ja myślałem, że on jest 

faworytem.

— Źle myślałeś — uśmiechnął się krzywo Tubka. — Forma Cymka jest nader niepewna. 

Nie wiem nawet, czy ukończy ten bieg.

— Dlaczego nie ma ukończyć?

Ale Tubka nie odpowiadał, tylko wciąż uśmiechał się tajemniczo. Poczułem się dziwnie 

nieswojo... szczerze mówiąc w tym momencie po raz pierwszy zdjął mnie strach, że ten wyścig 

background image

może mieć niespodziewany, dramatyczny przebieg.

Mimo złych przeczuć, jakie mnie ogarnęły, postanowiłem trzymać fason.

—   Panowie   —   powiedziałem   siląc   się   na   niedbały   ton   —   czas   przerwać   dyskusję   i 

kończyć palenie. Zbliża się pora występu. Naprawdę radziłbym się już przebrać.

To mówiąc zdjąłem marynarkę i powiesiłem na krześle.

Ciemski Tytus popatrzył w rozterce na swojego peta. Został mu jeszcze spory kawałek. 

Żal było wyrzucać, zaciągnął się więc spiesznie, a potem nerwowo strzepnął popiół... prosto na 

klapy mojej marynarki.

— Zdmuchnij to łaskawie, Ciemna Maso Tytoidalna — powiedziałem.

Ciemski Tytus nie kwapił się jednak zdmuchnąć łaskawie i udawał niedomogę słuchu. To 

mnie zdenerwowało. Dopadłem do niego i chwyciłem za kołnierz.

— Słyszałeś, co powiedziałem? Zdmuchnij ten popiół, bo inaczej to ja cię dmuchnę w 

twoje tytoidalne ucho.

— Zostaw — odepchnął mnie Tubka. — Uszkodzisz zawodnika!

— Jemu już nic nie zaszkodzi — powiedziałem szyderczo. — Spójrz na niego.

Tubka spojrzał podejrzliwie na Ciemskiego Tytusa.

— Źle się czujesz?

— Nic mi nie jest — bąknął Ciemski Tytus z niewyraźną miną, kończąc palenie.

— Zobacz, zrobił się zielony — powiedziałem do Tubki. — Lepiej wyprowadź go na 

dwór.

Tubka przez chwilę trwał w rozterce.

— Skacz! — rzucił wreszcie do Ciemskiego Tytusa.

— Dlaczego mam skakać? — jęknął Ciemski Tytus.

— Chcę cię sprawdzić — warknął Tubka i odsunął się od niego na wszelki wypadek.

Nieszczęsny faworyt  zaczął podskakiwać ostrożnie i niemrawo, ale mimo to robił się 

coraz bardziej zielony.

Tubka  przypatrywał  mu  się  zatroskany,  a  potem  spojrzał   z  niesmakiem   na  Kobylaka 

Stanisława, który wciąż jeszcze przebywał w stanie skupienia wewnętrznego i z namaszczeniem 

oglądał sobie pryszcze w lusterku.

— Nie wyglądacie zbyt za... zachęcająco.

— Naprawdę, Tubka, powinieneś liczyć tylko na mnie — oświadczyłem z bezczelnym 

background image

uśmiechem.

— Nie denerwuj mnie! — zasapał Tubka.

— Mówię ci, póki czas, postaw na mnie!

—   Idź,   bo   cię   kopnę!   —   zagrzmiał   rozzłoszczony   Tubka,   po   czym   zwrócił   się   do 

Ciemskiego Tytusa i do Kobylaka Stanisława. — Weźcie się w garść! Nie chciałbym być w 

waszej skórze, gdy przegracie! Liczę tylko na was!

— A na mnie? — jęknął żałośnie Opęda Klaudiusz.

— Ty się nie liczysz — powiedział Tubka — i bracia Bojkowie też się nie liczą. Liczę 

tylko na Ciemskiego i Kobylaka oraz na mój puzon oczywiście.

— Na twój puzon? — zapytał Nie Liczący Się Klodek.

— To jest potężny instrument  dopingu — oświadczył  Tubka rozciągając  połyskujące 

złociście rury. — Będę zagrzewał do walki mojego faworyta trąbieniem. Nawet gdy już będzie 

wypompowany i sflaczały, pod wpływem tego głosu nabierze nowych sił i zapału... Czy nie mam 

racji, Ciemski? Ja to już przecież wypróbowałem z tobą na treningach.

— To było oookropne... to znaczy ookropnie skuteczne — przytaknął Tytus.

— Równie dobrze można by posłużyć się ryczącą krową — zauważyłem.

— Na pewno, kiedy się ma dębowe ucho jak ty! — odciął się pogardliwie Tubka. — Na 

szczęście są tacy, co potrafią ocenić szlachetny ton puzonu. Ich poderwę do walki! O tak! — 

Uniósł do góry puzon i zatrąbił głośno, niestety — przez nieuwagę — prosto w ucho Kobylaka 

Stanisława.

Kobylak  Stanisław, który aż do tej  chwili  trwał w stanie głębokiego  skupienia,  teraz 

dopiero   został   wytrącony   z   tego   dostojnego   stanu,   upuścił   lusterko   i   przeszedł   w   stan 

gwałtownego   pobudzenia,   co   wyraziło   się   niezwykłym   skokiem   wzwyż.   Był   to   skok 

zadziwiająco wysoki, tym bardziej zdumiewający, że Kobylak Stanisław skakał bez rozbiegu. 

Skoczyłby zapewne ponad dwa metry i miałby murowane szansę na rekord, niestety szatnia nie 

jest odpowiednim miejscem do bicia rekordów. Kobylakowi Stanisławowi zaszkodził zbyt niski 

pułap,   a   ściśle   mówiąc   belka   stropowa,   o   którą   uderzył   głową.   W   rezultacie   nieszczęsny 

zawodnik przeszedł z kolei ze stanu pobudzenia w stan ogłuszenia, a następnie osłupienia. Opadł 

na podłogę i usiadł zamroczony. Z rozrzuconymi rękami i nogami oraz z przekrzywioną głową 

wyglądał jak porzucony przez dzieci pajac.

— Co mu się stało? — wybełkotał przykro zaskoczony Tubka.

background image

— Obawiam się, że byłeś  zbyt  skuteczny — powiedziałem,  badając głowę Kobylaka 

Stanisława.

Tubka   z   niedowierzaniem   obejrzał   swój   puzon,   jakby   dziwiąc   się,   że   mógł   on 

spowodować   podobnie   żałosne   następstwa,   a   potem   spróbował   podnieść   nieszczęsną   ofiarę 

trąbienia.

— Kobylak, co ty wyrabiasz? Wstawaj! Zaraz zacznie się bieg! Nie zasuwaj głupich 

kawałów! Byłeś moim typem, postawiłem na ciebie!

Niestety, Kobylak Stanisław był zupełnie wiotki i zdawał się nie rozumieć tej mowy. W 

tym momencie do szatni wbiegł jeden z mniejszych Tubkowskich zaludniających naszą szkołę, 

niejaki Kulfon. Był to krępy, mocno zbudowany głowacz. Mimo ciężkiej budowy odznaczał się 

wyjątkową   ruchliwością   i   pełnił   przy   swoim   starszym   bracie   rolę   adiutanta,   wywiadowcy   i 

szpiega.

— Mamiec idzie! — krzyknął podniecony. — A przy nim Koń!

Tubka spojrzał niespokojnie na zamroczonego Kobylaka Stanisława.

— Panowie, usuńmy lepiej to ciało.

— Jak to „usuńmy”? — zdziwił się nieprzyjemnie Nie Liczący Się Klodek. — Kobylak 

chyba nie jest trupem?...

— Chyba nie... i dlatego powietrze dobrze mu zrobi — wyjaśnił Tubka. — Wynieśmy 

Kobylaka na dwór i posadźmy go przed szatnią, bo inaczej będzie na nas, jak Mamiec przyjdzie...

— Jest jeszcze sprawa atmosfery — zauważył Nie Liczący Się Klodek pociągając nosem. 

— Mamiec powiedział, że jak jeszcze raz wywęszy dym w szatni, to podda nas wszystkich 

rewizji, aż znajdzie tego, kto przynosi knoty.

— Zostanę tu i wywietrzę — powiedział Tubka.

—   Wietrzenie   nic   nie   da.   Mamiec   wyczuwa   dym   nawet   po   trzech   godzinach. 

Sprawdziłem — jęknął z głębi szatni zbolałym głosem Ciemski Tytus.

— Powiemy,  że już było nadymione, jak przyszliśmy po sprinterach, grunt, żeby nie 

znalazł knotów. Ale ja już to załatwię — powiedział Tubka. — Wynieście tylko to ciało, a 

wszystko będzie okay! Jazda!

Rzuciliśmy się do Staszka Kobylaka i wynieśliśmy go na dwór. Zostałem chwilę przy 

nim, masując mu guza na głowie. Bałem się, żeby nie miał pękniętej czaszki pod tym guzem albo 

nie dostał jakiegoś wstrząsu mózgu. Wreszcie, żeby się upewnić, nacisnąłem mu palcem ten guz. 

background image

Kobylak   wrzasnął   przeraźliwie.   Jedną   ręką   złapał   się   za   głowę,   a   drugą   rąbnął   mnie   dość 

sprawnie w żebro. To mnie przekonało, że ośrodki mózgowe ma w porządku, i wróciłem do 

szatni.

Tubka wyglądał przez otwarte okno z knotem w ustach.

— Mamca na razie nie widać. Co z Kobylakiem? — zapytał mnie.

— Próbuje przyjść do siebie.

— Myślisz, że zdąży?

— Zależy na co — odparłem. — Na uroczystość ma pewną szansę zdążyć.

— Na jaką uroczystość?

— Jak będziesz wręczał mi nagrodę.

Tubka zasapał z wściekłości.

— Nagrodę dostaniesz już teraz — warknął i zamachnął się pięścią. Chciał mnie ugodzić 

w   szczękę,   ale   odsunąłem   się   błyskawicznie   i   cios   wylądował   —   na   niewinnym   żołądku 

Ciemskiego Tytusa.

Tego było już za wiele na nadwątlone siły faworyta. Jego twarz podejrzanie zielonkawa 

już od pewnego czasu, teraz poszarzała niebezpiecznie, zaokrągliła się nagle i odbiło się na niej 

uczucie rozpaczliwej bezradności.

— Uważaj, Tubka! — krzyknął Nie Liczący Się Klodek.

Tubka odskoczył w ostatnim momencie.

— Piekielna Ciemna Masa! — zaklął. — Wyprowadźcie na dwór tę Masę Tytoidalną!

Nie Liczący Się Klodek wyprowadził haftującego Ciemskiego Tytusa. Rozejrzałem się po 

szatni.  W  ciągu  kilku  minut   sytuacja  zmieniła  się  zdecydowanie.   Praktycznie  tylko   ja  jeden 

zostałem na placu boju.

— No cóż, Tubka, przykro mi — powiedziałem zwycięsko. — Chyba jednak będziesz 

musiał naprawdę postawić na mnie!

background image

12. Kłopoty trenera Mamca

Do  szatni  wbiegli  zdyszani   malcy  w   dresach.  Przynieśli  numery   startowe  i   pledy  do 

okrywania zawodników po biegu. Za malcami  ukazał się wzburzony magister Mamiec, a za 

Mamcem... (tego jeszcze brakowało) nasz polonista, pan Szykoń we własnej osobie. Niby nie 

było w tym nic dziwnego, bo Koń należał do tutejszego klubu i sam uprawiał biegi, a jednak 

dostałem gęsiej skóry. Wciąż jeszcze w drażliwych okolicznościach wolałem nie spotykać się z 

Koniem. A okoliczności były wyjątkowo drażliwe. Magister Mamiec ledwie stanął na progu, 

zagrzmiał gniewnie:

— No proszę! Tego się obawiałem! Wciąż jeszcze nie gotowi! A to co takiego?! — 

zatrzymał się nagle i skrzywił ze wstrętem. — Więc znowu te historie i to przed samym startem! 

Który był tak bezczelny? — patrzył po nas badawczo.

— O co chodzi? — zapytał niewinnie Tubka.

— Nie udawaj Greka! Kopciliście!

— Chłopaki, czy ktoś kopcił?

— Ale skąd!

— Nie róbcie z siebie głupków! — sapał magister Mamiec. — Ja mam węch...

— To nie my... to może sprinterzy, oni tu byli przed nami.

— Nie opowiadaj! Widzę ślady haftowania. Kto haftował?

Milczeliśmy.

— I co robi Kobylak pod oknem?

— Pod oknem?

— Siedzi pod oknem, trzyma się za głowę i nie rozumie, co się do niego mówi, tylko 

oddycha jak ryba...

— Może robi ćwiczenia oddechowe.

— Bez idiotycznych żartów! Coście mu zrobili?

— My nie... Może struł się...

—   Powiedziałem,   bez   wykrętów!   Kobylak   został   uderzony   w   głowę.   Kto   uszkodził 

Kobylaka?

— Przysięgam, że nikt! — walnął się w pierś Tubka. — Nie dotknęliśmy go nawet. 

Wszyscy potwierdzą! Po mojemu to on się struł.

— Struł? Czym mógł się struć?

background image

— Pulpetem w stołówce szkolnej.

— Nie, nie. To nie zatrucie, to jakieś osłupienie!

— Pan magister zje kiedyś siekańca w naszej stołówce, to pan magister też osłupieje jak 

Kobylak... i poczuje ogólną niechęć...

— Ależ tu istne pobojowisko — rozglądał się przerażony Mamiec. — Widzę, że także 

bracia Bojkowie i Klodek. Coś ty im zrobił?

—   Nic,   panie   magistrze.   Bracia   Bojkowie   mają   zatkane   drogi   oddechowe...   a   co   do 

Klodka...

Mamiec machnął zniecierpliwiony ręką.

— Na Klodka i tak nie liczyłem, ale gdzie jest Ciemski? Był w doskonałej formie!

—   Nie   będę   ukrywał   przed   panem   magistrem   —   rzekł   z   grobową   miną   Tubka.   — 

Kazałem go wyprowadzić.

— Coś takiego! Nie wierzę! Ciemskiego?! Dlaczego?

— Niedobrze mu się zrobiło.

— Więc te ślady?... — jęknął Mamiec.

— To właśnie początek jego haftu, panie magistrze.

—   Aha!   —   powiedział   Mamiec.   Nagle   się   zreflektował:   —   Jak   się   wyrażasz?!   — 

krzyknął.

— Przepraszam. Pewnie struł się tym samym pulpetem co Kobylak — oświadczył Tubka.

— Nie wykręcaj kota ogonem — wycedził magister Mamiec. — Dokonałem oględzin 

Kobylaka. Kobylak został pobity, a nie struty! Ma guza na głowie jak kartofel!

— To ja nic nie wiem — mruknął Tubka. — Może Ogromski...

— Ogromski, ty też nic nie wiesz? — zapytał mnie podejrzliwie magister Mamiec.

— Nie tknąłem go, panie magistrze.

— Na pewno?

— Dlaczego miałbym...

— Coś mi się obiło o uszy, że ty i Kobylak... zdaje się, że mieliście na pieńku...

Zaczerwieniłem się.

— Nie jestem jaskiniowcem, żeby rozbijać głowy rywalom.

— I widziano cię poza tym,  jak okładałeś go pięścią, gdy już tam leżał pod oknem. 

Kobylak krzyczał i bronił się rozpaczliwie.

background image

— To kłamstwo — wybuchnąłem — oglądałem mu tylko głowę... i... nacisnąłem mu 

guz...

— Nacisnąłeś guz!?

— Żeby przekonać się, czy Kobylak nie ma uszkodzonej czaszki... i on wrzasnął wtedy. 

To mnie uspokoiło.

— Dosyć tych bredni z naciskaniem guza! — zagrzmiał Mamiec. — Wiem coś o tobie od 

pana Rogera — dodał. — Twoje zachowanie w zeszłym roku było skandaliczne. Pan Roger 

ostrzegał mnie przed tobą. Ma o tobie wyrobione zdanie! Był bardzo niezadowolony, gdy się 

dowiedział, że trenujesz w klubie mimo tak poważnych zaległości w nauce. Chyba będziemy 

musieli się rozstać. Nie mogę trzymać chłopców, którzy demoralizują mi zespół!

Rozżalony przygryzłem wargi. Roger Fizyczny obiecał mi, że nie piśnie ani słowa o tym, 

co było  w  starej  budzie, że będę mógł  zacząć  od początku, a jednak powiedział  Mamcowi. 

Czyżby według niego ta umowa odnosiła się tylko do terenu szkoły, do nauczycieli? To przecież 

nonsens. Tak jakbym się miał zmienić tylko w szkole. A przecież całe moje życie wymagało 

odmiany.  Czy naprawdę nie ma  dla mnie miejsca na stadionie sportowym?  Nie mogłem  się 

zgodzić z panem Rogerem.

— Więc to niby ja mam demoralizować? — Spróbowałem roześmiać się szyderczo, ale 

mi nie wyszło. Zbyt byłem przygnębiony.

— Na to wygląda, niestety — powiedział smutno pan Mamiec.

— To są podejrzenia bez dowodu — zamruczałem.

—   Dowody   zaraz   się   znajdą   —   wycedził   pan   Mamiec.   —   Po   raz   ostatni   pytam   po 

dobroci, kto przyniósł tu knoty? — Rozglądał się podejrzliwie dokoła, ale nikt z nas nie odezwał 

się ani słowem.

— No więc dobrze, sami tego chcieliście — zasapał. — Nie pozostaje mi nic innego, jak 

sprawdzić was metodycznie. Zbiórka! — krzyknął.

Stanęliśmy w szeregu. W drzwiach pojawił się blady jak upiór Ciemski Tytus z błędnym 

wzrokiem.

— Ty też! — warknął Mamiec.

Ciemski Tytus dołączył na chwiejnych nogach.

— Łapki do góry! — krzyknął trener.

Podnieśliśmy posłusznie.

background image

Magister Mamiec obszukał nas dokładnie. Oczywiście bezskutecznie. Zbity z tropu przez 

chwilę medytował w napięciu, wreszcie wzrok jego padł na Tubkę, który ostrożnie wycofywał 

się tyłem, najwidoczniej chcąc dać cichaczem nogę.

— Stój! — krzyknął Mamiec.

Tubka zatrzymał się.

— To ty! — magister wycelował w niego palec.

— Ależ, co pan magister, jestem harcerzem — rzekł ze szlachetnym oburzeniem Tubka.

— Widziałem już harcerzy kurzących jak Etna — zasapał Mamiec i obrócił się do pana 

Szykonia. — Czy chciałby pan się włączyć do śledztwa? To w końcu pańscy uczniowie.

— Nie, dziękuję, to pana rejon — powiedział łagodnie pan Szykoń. — Wystarczy, jak 

siądę   sobie   i   popatrzę...   —   co   rzekłszy   usiadł   rzeczywiście   na   stole   i   popatrzył   na   mnie 

badawczo.

Było to bardzo nieprzyjemne, ale starałem się wytrzymać wzrok Konia. Tubka wypiął z 

godnością pierś, wyprężył się jak żołnierz.

—   Jestem   harcerzem   rasowym...   to   znaczy,   chciałem   powiedzieć,   prawdziwym   — 

oświadczył. — Staram się świecić przykładem, nie dotknęło mnie zepsucie i bimbanie.

— Nie jestem pewien — powiedział magister Mamiec.

— Proszę bardzo, może mnie pan obszukać, czyli zrewidować. — Zrezygnowany Tubka 

podniósł ręce do góry.

—   Niech   pan   szuka   —   zasapał   Tubka   —   a   przekona   się   pan   o   mojej   niewinności 

harcerskiej.

Magister   Mamiec   po   namyśle   spróbował   spenetrować   lewą,   podejrzanie   wypchaną 

kieszeń marynarki Tubki, wsunął tam rękę, ale zaraz, wyciągnął ją z bolesnym sykiem.

— Co ty trzymasz w tej kieszeni?! Jakieś igły? Mogłeś mnie uprzedzić. — Ssał pokłuty 

palec.

—   Przepraszam,   zapomniałem,   to   pewnie   szpileczki   od   tarczy   szkolnej   —   chrząknął 

Tubka.

— Od tarczy? — zmarszczył brwi magister Mamiec.

— Przypinam sobie tarczę, gdy idę do szkoły, a zdejmuję, gdy znów jestem w cywilu, 

proszę pana... dlatego te szpileczki.

— Szpileczki? — jęknął magister. — Ależ tam był szpikulec chyba na pół metra!

background image

— W takim razie uprzejmie przepraszam — rzekł grzecznie Tubka. — Jeśli to była szpila 

większych rozmiarów, to znaczy, że pan magister musiał się natknąć na szpilkę do krawata — 

wyjaśnił  rzeczowo. — Przyniosłem  krawat, żeby go założyć  po biegu, kiedy będę rozdawał 

nagrody...   proszę   pana.   Pan   magister   rozumie,   że   nie   wypada   bez   krawata,   człowiek   musi 

wyglądać odpowiednio w takiej chwili... niestety, poprzednim razem wiatr wpychał mi krawat do 

ust, o mało co się nie udławiłem, dlatego tym razem postanowiłem przymocować go szpilką 

ozdobną do koszuli... — to mówiąc Tubka wyciągnął z kieszeni wielki jak kotlet krawat koloru 

czerwonego   w   zielone   groszki   oraz   srebrzystą   szpilę   z   ozdobną   główką   w   kształcie   trupiej 

czaszki i demonstrował przed oczyma osłupiałego trenera.

— Dosyć tej szopki! Schowaj to! — zasapał wreszcie magister.

— Pan magister zrezygnował z poszukiwań? — zapytał Tubka. — Mam jeszcze drugą 

kieszeń.

— Wiem, ale nie chcę być narażony na obrażenia cielesne — odparł Mamiec.

— Zaręczam, że nic pana magistra tam nie obrazi cieleśnie.

Magister Mamiec ostrożnie zanurzył rękę w drugiej kieszeni Tubki.

W szatni zapanowała pełna napięcia cisza. Mamiec manipulował przez chwilę w kieszeni 

Tubki, nagle znieruchomiał, a potem wyciągnął rękę ze wstrętem przebierając dziwnie palcami. 

Spojrzeliśmy   zdumieni.   Od   kieszeni   Tubki   do   palców   magistra   Mamca   ciągnęły   się   jakieś 

elastyczne, jakby gumowe nici... długie i lepkie.

— Co to za świństwo — krzyknął  magister.  — Kto widział nosić coś podobnego w 

kieszeni!

— To jest guma do żucia, proszę pana — oświadczył spokojnie Tubka.

— Niemożliwe! Taka lepka?

— Jest to guma używana — wyjaśnił Tubka — moje fundusze są ograniczone. Nie stać 

mnie na wyrzucanie gumy po jednorazowym użyciu...

— Dość tego — krzyknął Mamiec wycierając z obrzydzeniem rękę. — Zabraniam ci 

pokazywać się w szatni! Wynoś się, ty łobuzie.

— Protestuję — oświadczył Tubka — spotyka mnie rażąca niesprawiedliwość. Jestem 

znanym sympatykiem sportu i cieszę się zaufaniem w kołach sportowych i kulturalnych szkoły! 

Nie zasługuję na takie traktowanie ze strony przedstawicieli wychowania fizycznego!

— Zasługujesz na pręgierz publiczny... — zasapał Mamiec.

background image

— Przepraszam, na co?

— Na pręgierz i piętnowanie żelazem!

— Żelazem?! To barbarzyństwo! Co za metody i obyczaje! — oburzył się Tubka.

— Łobuzie! Ty mi trujesz nikotyną narybek, moich najlepszych chłopców! Rozpalasz 

ich...

—   Owszem,   ideowo   i   bojowo   —   odparł   Tubka   —   jestem   żarliwym   działaczem 

sportowym.

— Rozpalasz ich tytoniowo! Niszczysz moje młode kadry!

— Wynik rewizji tego nie potwierdził. Jestem niewinny jak święta Agnieszka!

— Precz!

Tubka odmaszerował z godnością.

Magister Mamiec napił się wody z karafki i przetarł sobie przedwcześnie poradlone czoło.

— Jak  ja  się  z wami  męczę!  Jak  ja  się zdzieram   daremnie   — westchnął  ciężko.   — 

Powiedzcie, za co mnie tak ukarano? Za co?

Nie   mogliśmy   udzielić   pożądanej   odpowiedzi   i   przyglądaliśmy   się   bezradnie   mękom 

magistra Mamca. Tymczasem w jego mrocznej duszy narastał bunt.

— Nie dam się wciągnąć w bagno przez upadłą młodzież — oświadczył z godnością. — 

Nie jestem pierwszym lepszym wuefowcem! Byłem trenerem kadry wojewódzkiej! Nie dam się 

zepchnąć na dno! Nie będę z wami pracował. Dobiorę sobie inny zespół. Wy jesteście zupełnie 

zdemoralizowani! Niech was trenują gitowcy! Podaję się do dymisji!

Słuchaliśmy   w   spokoju   tych   gorzkich   wyznań   i   gróźb.   Nie   braliśmy   ich   poważnie. 

Magister   Mamiec   nieraz   już   groził   dymisją.   Wiedzieliśmy,   że   to   tylko   chwilowy   kryzys 

zasłużonego   trenera.   Po   upuszczeniu   pewnej   ilości   goryczy   wewnętrznej   magister   Mamiec 

odzyskiwał na nowo równowagę i zabierał się z powrotem do pracy.

Tak było i tym razem. Wyjęczawszy się i wyżaliwszy, opanował się szybko, znów stał się 

rzeczowy i groźny, a jego gniewny wzrok spoczął na mojej marynarce wiszącej na krześle.

—  Mam!   —   wykrzyknął   nagle.   —  Nie   sprawdziliśmy   jeszcze   tego   ciucha.   Czyja   to 

marynarka?

— To marynarka Ogromskiego — wyjaśnił usłużnie Kulfon.

— No właśnie — rzekł zwycięsko Mamiec. — Ogromski, weź tę marynarkę.

Wziąłem.

background image

— Zbliż się. Zdaje się, że mamy ten dowód...

— Pan magister znów mnie podejrzewa?!

— Bądź łaskaw wywrócić kieszenie tej marynareczki.

Wzruszyłem wzgardliwie ramionami. Z pewną miną wywróciłem na nice lewą kieszeń. 

Wypadła   z   niej   tylko   starannie   złożona,   świeżo   uprasowana   chusteczka   do   nosa,   w   którą 

zaopatrzyła mnie rano moja dobra mama.

— Wywróć prawą! — zakomenderował Mamiec.

Wywróciłem beztrosko... i nagle osłupiałem: z kieszeni wypadły dwie paczki sportów... 

pety rozsypały się po podłodze. Patrzyłem na nie oniemiały. Skąd się tam wzięły?!

— Więc to tak! — krzyknął Mamiec. — Teraz wszystko się zgadza!

— To nie moje — wykrztusiłem wzburzony — pan magister widział, że ta marynarka 

wisiała tutaj, przez dłuższy czas nie miałem jej na sobie, więc każdy mógł...

— Chcesz zwalić na kolegów?

— Ależ oni wszyscy wiedzą, że nie palę... — popatrzyłem po moich partnerach. Niestety, 

żaden z nich mnie nie poparł. Milczeli. Zrozumiałem, że z ich strony nie mogę się spodziewać 

żadnej pomocy. Tchórze!

— Ciemski, czy to papierosy Ogromskiego? — zapytał Mamiec.

— Nie wiem — jęknął Ciemski — wszystkie pudełka są jednakowe.

— Częstował cię?

— Nikt nas nie częstował — łgał Ciemski. — My nie palimy.

— A on sam palił?

— Nie przyglądałem się, może palił, może nie, wchodził, wychodził, nie śledziłem go...

— Bojkowie, Klodek, może wy?...

— My nic nie wiemy.

— A jednak są papierosy. I w twojej kieszeni! — powiedział rozzłoszczony Mamiec do 

mnie. — W świetle tego, co mówił o tobie pan Roger, byłbym krańcowo naiwny, gdybym miał 

jeszcze wątpliwości...

— To nie moje — powtórzyłem, czując, że grzęznę. Oczywiście, nikt mi nie uwierzy.

— Jeszcze odważasz się zaprzeczać? — zasapał Mamiec...

— On mówi prawdę — rozległ się nagle głos pana Szykonia.

Mamiec osłupiał. Ja też.

background image

— Pan go broni?

— Ogromski mówi prawdę — powtórzył Koń.

— Ależ ten łobuz...

— Ręczę za niego. — Koń zeskoczył ze stołu.

— Pan ręczy?

— Tak.

— Skoro tak...

Do szatni wbiegł Trusiak z ósmej i zapiszczał:

— Panie magistrze, pan dyrektor prosi w sprawie nagrody...

— Już lecę — mruknął Mamiec. — Wrócimy jeszcze do tej sprawy. — Spojrzał na mnie 

ciężko. — Na razie najważniejszy jest bieg. Za pięć minut wszyscy na bieżni! Przebrani i gotowi 

do startu!

— Tak jest — odetchnąłem.

Chciałem podejść do Konia i podziękować, ale on już wybiegł spiesznie za trenerem 

Mamcem.

background image

13. Dramat na bieżni

Żarty   się   skończyły.   Zaraz   po   wyjściu   trenera   Mamca   rzuciliśmy   się   do   szafek   z 

kostiumami i pantoflami. Ja też podbiegłem do swojej, otworzyłem ją i... zdrętwiałem. Ani moich 

spodenek, ani koszulki! Wspiąłem się na palce i zajrzałem na najwyższą półkę. Też była pusta. 

Nie   dowierzając,   sięgnąłem   ręką   w   najdalsze   kąty.   Niestety,   namacałem   tylko   śliską 

powierzchnię deski. Coraz bardziej zdumiony kucnąłem i przejrzałem dolne półki. Na ostatniej 

znalazłem   pantofle   i   zmiętą   koszulkę,   spodenek   ani   śladu.   Zdenerwowany   wyciągnąłem 

gwałtownie  szufladę. W szufladzie leżał tylko  jakiś stary trep i to wszystko. Przetrząsnąłem 

jeszcze raz wszelkie zakamarki szafy — bez rezultatu. Zajrzałem pod szafę, tudzież za szafę — 

daremnie, było oczywiste, że spodenki ulotniły się w niepojęty sposób!

A   potem   pomyślałem:   cudów   nie   ma.   Prawa   fizyczne   obowiązują.   Spodenki   nie 

wyparowały. Ktoś musiał je zabrać!

— Kto mi gwizdnął majtasy?! — krzyknąłem wściekły. — Jeśli to dowcip, to ciężki! Ja 

sobie wypraszam podobne zagrywki...

—   Nikt   ci   nie   gwizdnął!   Poszukaj   lepiej   —   jęknął   wciąż   jeszcze   zielony   na   gębie 

Ciemski.

—   Musiał   ktoś   zakasować...   —   krzyknąłem.   —   Albo   wyłożycie   je   zaraz,   albo   będę 

rozstawiał po kątach.

— Coś się tak spienił — zamruczał Nie Liczący Się Klodek. — Nie ma sprawy.

— Nie ma sprawy?! — wrzasnąłem. — To jak mam biegać?

Nikt nie raczył odpowiedzieć na to rzeczowe pytanie, wszyscy przebierali się spiesznie w 

obojętnym milczeniu.

— To się musiało stać wtedy, kiedy nie było mnie w szatni — zasapałem. — Dwa razy 

wychodziłem,  jak wy tu byliście.  Ktoś musiał  zwędzić  mi  wtedy te  rajtuzy.  Widzieliście  na 

pewno. Albo powiecie kto, albo... To będzie dowód, że wy sami — chwyciłem braci Bojków za 

kołnierze. — Wy tu stękaliście cały czas na kanapce... A może to wszystko lipa z tą waszą 

niedyspozycją i nieżytem... zgrywaliście się, żeby uśpić moją czujność!

— No, no, co ty... takie posądzenia? — jęknęli oburzeni bracia w identyczny sposób 

ucierając identycznie napuchłe nosy. — Pewnie sam gdzieś zawieruszyłeś te rajty...

— A w ogóle, czy na pewno miałeś je w szafce? — zapytał Nie Liczący Się Klodek i 

uśmiechnął się szyderczo.

background image

Tak   mi   się   przynajmniej   zdawało.   Ten   jego   uśmiech   najbardziej   mnie   zdenerwował. 

Dopadłem do Klodka i zacząłem mu ściągać jego spodenki. — O rany... co ty!  — krzyczał 

Klodek.

— Albo powiesz, gdzie są moje, albo będziesz paradował na golasa przed trybunami! — 

szarpałem się z Klodkiem.

—   Ratunku,   weźcie   tego   wariata.   Coś   mu   się   pozajączkowało   we   łbie.   Cymek... 

przestań... ja nic nie wiem... jak słowo... Czy widzieliście, żeby Cymek miał jakieś majtasy w 

szafie?

— Nikt nie widział — jęknęli bracia Bojkowie.

—  Ja  mu  tam   nie   zaglądałem   do  szafki  —  powiedział   Ciemski.   —  Czy  ktoś   z  was 

zaglądał?

Oczywiście nikt nie zaglądał i oczywiście nikt nie widział moich spodenek. Wszyscy się 

wyparli.

— Je... jeśli masz podejrzenia, to powiedz po nazwisku — zasapał Klodek — a nie lutuj 

na oślep...

— Właśnie! Powiedz, kogo oskarżasz?! Może mnie? — Ciemski Tytus trzymając się za 

poręcz krzesła ustawił się przede mną bohatersko z ręką niby na sercu, ale w rzeczywistości na 

żołądku i patrzył na mnie z wyrzutem na zieleniejącej twarzy.

Wypuściłem z rąk Nie Liczącego Się Klodka i na wszelki wypadek odsunąłem się od 

niebezpiecznie zieleniejącego Ciemskiego Tytusa.

Poczułem się bezsilny. Oczywiście! Nie mogłem podać żadnego nazwiska. Nikogo nie 

mogłem   oskarżyć   konkretnie.   Nie   miałem   żadnych   dowodów,   chociaż...   chociaż   moje 

podejrzenia kierowały się coraz wyraźniej w stronę pewnego fąfla...

Zanim jednak zdołałem wypowiedzieć, kogo miałem na myśli, do szatni wpadł zziajany 

osobnik o ptasiej twarzy i czerwonych odstających uszach, w którym to osobniku rozpoznałem 

niejakiego Szczypasa Henryka, Cykandera i kolegę Gigi, zwanego także Kancerą. Serce zabiło 

mi mocno. Czyżby Giga nareszcie raczyła zauważyć moje występy na stadionie i przez Henryka 

przesyłała   mi   słowa   otuchy   i   zachęty?   Bardzo   potrzebowałem   tych   słów   w   tragicznych 

okolicznościach, w jakich się znalazłem przed startem.

— Ty jesteś Cymek z nowej budy, filmowiec, biegacz i korbalon? — zapytał zdyszany 

Henio.

background image

— Można uznać — powiedziałem.

— Poza tym grasz na puzonie.

— Chwilowo w charakterze nogi. W puzonie jestem fajans-boj.

— Ty masz na pieńku z Tubką.

— Na dużym pniu dębowym.

Szczypas pokiwał głową ze znacznym zrozumieniem.

— Zatem, czy tobie, koleś, nie zginęły spodnie?

— Zginęły mi majty sportowe — wybełkotałem zdumiony — jakiś łobuz mi gwizdnął.

— To Tubka — powiedział Szczypas.

— Tak myślałem... ale ty skąd wiesz?...

— Widziałem... i domyśliłem się...

— Widziałeś, jak je wynosił?

— Widziałem, jak je zawieszał.

— Co ty?! Gdzie?

— Na tyczce.

— Na jakiej tyczce? — przeraziłem się.

— Do skoku.

— Do skoku?

— Do skoku o tyczce.

Wybiegłem z szatni. Za mną Szczypas.

— Patrz, tam! — krzyknął. — Na prawo!

Istotnie,   przy   bocznych   trybunach   na   prawo   zauważyłem   wbitą   w   ziemię,   chyba 

sześciometrową, tyczkę; na jej szczycie powiewały jak czerwona flaga moje... lekkoatletyczne 

spodenki...

—  Nie  do  wiary!  Obłęd!   —  wykrztusiłem.   —  I  one  po  prostu  tak   wiszą?   Dlaczego 

pozwoliliście?! Dlaczego nikt ich nie zdjął!

— Wszyscy myśleli, że to normalny maszt z chorągiewką przy trybunie... — wyjaśnił 

Szczypas. — Tylko mnie coś tknęło, kiedy zobaczyłem, że to Tubka przy tym majstruje...

— Jesteś genialny! — powiedziałem.

— Od razu pomyślałem, że to może być głupi kawał Tubki! Na twoje konto w dodatku... 

Bo ja stawiałem na ciebie i byłem czuły na takie zagrania.

background image

— Och, stary, uratowałeś mnie — dopadłem do tyczki, zwaliłem ją z pomocą Szczypasa i 

zdarłem z niej moje czerwone spodenki.

— A to co takiego!? — Rozległy się wzburzone głosy na trybunie. — Patrzcie! Wyrwali 

maszt! Chuligani! Trzymajcie ich! Zerwali flagę! Milicja!

Tego jeszcze brakowało! Biorą nas za oprychów. Niestety, nie było czasu na tłumaczenia. 

Spiker zapowiadał już start do biegu na czterysta metrów. Porwaliśmy więc spodenki i w nogi. 

Za nami rozległy się milicyjne gwizdki. Obejrzałem się. Dwu funkcjonariuszy pędziło za nami. A 

to dopiero heca! Rzeczywiście biorą nas za przestępców.

Wpadliśmy zdyszani do szatni. Nie było tu już nikogo. Naciągnąłem szybko spodenki i 

koszulkę.   Wkładałem   właśnie   pantofle,   gdy   otworzyły   się   drzwi   i   stanął   w   nich   milicjant. 

Spojrzał na mnie zbity nieco z tropu.

— Nie widzieliście tu dwu łobuzów z flagą? — zapytał.

— Nie, nikogo z flagą — odparłem.

— Ja ciebie chyba widziałem — powiedział do mnie milicjant.

— Jasne — odparłem — jestem czołowym biegaczem na dystansie czterystu metrów. 

Przepraszam, ale już muszę na start — wybiegłem z szatni.

Ledwie jednak zrobiłem kilka kroków, gdy nagle poczułem,  że te przeklęte  spodenki 

zsuwają się ze mnie. W ostatniej chwili złapałem je w garść.

— Co się stało? — zapytał mnie w biegu Szczypas.

— Guma mi pękła w majtasach!

— Tego jeszcze brakowało.

— Nieszczęścia chodzą stadami — westchnąłem. — Taki niefart!

— Nie załamuj się — zasapał Szczypas — trzymaj! — wręczył mi w biegu agrafkę. — 

Zepniesz i będzie cacy. Grunt, że zdążyłeś, bracie.

Istotnie   zdążyłem.   Mimo   wszystko.   Wszyscy   moi   rywale,   bracia   Bojek,   Kobylak 

Stanisław, Ciemna Masa Tytoidalna i Nie Liczący Się Klodek byli już na swoich miejscach. 

Patrzyli   teraz   na   mnie   rozczarowani.   Już   mieli   nadzieję,   łotry,   że   się   spóźnię   na   start,   a   ja 

zdążyłem,   co   więcej,   zdążyłem   jeszcze   ściągnąć   u   góry  materiał   nieszczęsnych   pantalonów, 

zmarszczyć i spiąć agrafką, tak że już nie spadały.

Odetchnąłem i potoczyłem  dumnym  okiem po trybunach.  Najpierw poszukałem Gigi. 

Jest! Tam gdzie zwykle. Sektor nr 3 blisko trybuny honorowej. Roześmiana i ożywiona potrząsa 

background image

złotymi i różowymi włosami. Nie, do licha, coś mi się pomyliło. To różowe to oczywiście nie 

włosy, to chusteczka, którą powiewa. Wpatrywałem się. Giga jest piękna! Złociste blaski biją od 

niej! Tych blasków jednak coś za wiele. Przymrużyłem oczy. A niech to łysi strzygą! To puzon 

Tubki tak błyszczy! Łobuz! Już tam wachluje przy niej!

Odwróciłem się zdegustowany i chciałem poszukać Nelki, ale w tym momencie wypalił 

pistolet startowy. Przez to zezowanie na trybuny zagapiłem się, przez ułamek sekundy może, ale 

wystarczyło. Wszyscy poderwali się przede mną i odskoczyli od razu daleko. Nie, to na szczęście 

złudzenie. Biegnę po ostatnim torze i nie wziąłem pod uwagę wyrównania. Za wirażem ich 

dojdę! W gruncie rzeczy powinienem być zadowolony. Ostatni tor to najlepsza pozycja. Jestem w 

sytuacji ścigającego — wszystkich widzę przed sobą. To ułatwia walkę. Przyspieszyłem kroku i 

jeszcze przed wirażem zauważyłem, że łatwo uzyskuję przewagę. Ciemski był bez formy. Za 

dużo przed biegiem „strzelał w płucko”. Nie zdążył przewietrzyć baloników... Zatykało go. To 

było do przewidzenia. Bracia Bojek też mieli kanały zatkane, a Klodek? Klodek oczywiście się 

nie  liczył.   Za  wirażem   miałem   już  wszystkich   z głowy,   wszystkich,   z wyjątkiem  Kobylaka. 

Oszołomienie przeszło mu widać, a ruch na świeżym powietrzu otrzeźwił go do reszty, bo fąfel 

zasuwał zdrowo tuż za moimi plecami; słyszałem wyraźnie jego oddech głęboki i rytmiczny. To 

było dość denerwujące. Postanowiłem uwolnić się od asysty Kobylaka, wykończyć go nagłym 

zrywem. Zaczerpnąłem powietrza. Szarpnąłem się do przodu... W tym samym momencie coś 

mnie potwornie ukłuło w brzuch. Omal nie krzyknąłem z bólu i zwolniłem instynktownie... To z 

pewnością ta przeklęta agrafka! Musiała się odpiąć nagle i wbić ostrym końcem w moją skórę. 

Jednocześnie poczułem, że spodenki spadają ze mnie. Czy jest sens biec dalej w tym stanie 

rzeczy? To był moment, gdy chciałem wycofać się z biegu.

Kobylak natychmiast skorzystał z mojego załamania i odsadził się ode mnie co najmniej 

na pięć metrów. Jest teraz bohaterem bieżni. Na trybunach skandują: „Kobylak, Kobylak!” A 

najbardziej przygnębia mnie fakt, że i Nelka tak krzyczy. Zostaję coraz bardziej w tyle. Lada 

moment wyprzedzą mnie „strzeleni w płucko” z Ciemną Masą Tytoidalną na czele, bracia Bojek, 

a nawet Nie Liczący Się Klodek... Kompromitacja! Ale czy można wygrać bieg na czterysta 

metrów, kiedy się musi trzymać majtki w garści? Nie, tego jeszcze nikt nie dokonał... przede mną 

— dodałem w duchu — bo ja mam właśnie zamiar dokonać tego wyczynu. Co prawda na razie 

wcale się na to nie zanosi, choć biegnę dalej sapiąc wściekle. Muszę wyglądać bardzo zabawnie, 

bo przez stadion raz po raz przelewa się fala śmiechu. Ale ma to tę dobrą stronę, że publiczność 

background image

zajęta   moją   osobą   przestaje   interesować   się   Kobylakiem.   Już   nikt   nie   skanduje   „Kobylak!”, 

zamiast tego z trybun, gdzie siedzi Giga, rozlega się donośny szyderczy dźwięk puzonu, a potem 

słyszę głos Tubki: „Cymek! Cymek!”

Zrozumiałem od razu, dlaczego ten goryl  Tubka tak mnie namiętnie dopinguje. Chce 

mieć   tani   ubaw,   łobuz,   moim   kosztem.   Liczy   na   to,   że   w   porywie   walki   zapomnę   o   tych 

nieszczęsnych   majtkach   i   urządzę   niezapomniane   widowisko   publiczności   —   coś   w   rodzaju 

strikingu... „Nie! Niedoczekanie twoje — odpowiedziałem w myśli Tubce. — Nie opadną mi 

pantalony, za to tobie opadnie szczęka, przyjacielu, ze zdziwienia, gdy mimo wszystko wygram! 

A więc, naprzód, Cymeonie Maksymalny!”

Tymczasem   w   ślad   za   głosem   puzonu   i   okrzykami   Tubki   rozległ   się   okrzyk   Gigi: 

„Ogrom, Ogrom! Trzymaj się!” Ogrom — dawne, zapomniane już przezwisko. Kiedyś nazywano 

mnie Ogromem, nie Cymkiem. Jeśli tak zawołała Giga, to chce mi pomóc. Na pewno nie wie 

nawet   o   moim   osobliwym   przypadku   i   nie   czeka   na   ubaw   jak   Tubka.   Ona   czeka   na   moje 

zwycięstwo! Ścisnąłem mocniej spodenki w garści i znów przyspieszyłem kroku. Przez stadion 

przeszedł jakiś dziwny głos — ni to pomruk, ni głębokie westchnienie... A potem?... Nie, nie 

mylę się chyba! W ślad za Gigą wszyscy skandują: „Ogrom, Ogrom! Naprzód, naprzód!” Więc 

jeszcze jeden zryw! To nic, że powietrze zalewa płuca i żar zalewa żyły. Zwyciężę albo padnę 

trupem! Już widzę przed swoim nosem pięty Kobylaka... Doszedłem go! Już połowa dystansu! 

Teraz utrzymać tempo za wszelką cenę! Atak! Nie będę czekał na ostatnie metry. Rozstrzygnę 

bieg już teraz. Wydałem dziki, nieartykułowany ryk, który miał być okrzykiem bojowym. Ten 

ryk okazał się zgubny dla Kobylaka Stanisława. Jego ucho nadwerężone przez puzon musiało 

ucierpieć  w tym  momencie.  Może ta nadmierna  wrażliwość akustyczna  zgubiła Kobylaka,  a 

może odezwał mu się ponownie ból głowy. W każdym razie zwolnił w tym momencie, obejrzał 

się i stracił rytm. Wyprzedziłem go w następnej sekundzie. Widząc to stadion zamarł, a potem 

zaczął z kolei dopingować Kobylaka, jednak ja nie oddałem prowadzenia. Mógł cały stadion 

wrzeszczeć, ja słyszałem już tylko głos Gigi. A Giga wołała: „Ogrom!”

Już taśma mety! Przerywam. Dopiero teraz Kobylak.

Zwycięstwo! Stadion szaleje.

background image

14. Zwycięzcy bywają smutni

Jak było do przewidzenia, przynajmniej na parę minut stałem się bohaterem stadionu. 

Pierwsi podbiegli do mnie chłopcy z mojej klasy. „Brawo, Cymek! To był bieg! Dałeś łupnia 

frajerom, pokazałeś im styl!” Otaczali mnie coraz ciaśniej, mówili coś gorączkowo jeden przez 

drugiego, rzucali pytania, ale ja nie słuchałem. Nie słuchałem i nie odpowiadałem, stałem przez 

chwilę półprzytomny, a potem odsunąłem ich gwałtownie i zacząłem iść jak zahipnotyzowany w 

stronę trybuny, udzie siedziała Giga. Przedzierałem się uparcie przez zapory kibiców, używając 

w miarę potrzeby łokci i pięści, aż nagle poczułem czyjąś ciężką łapę na ramieniu. Wyrósł przede 

mną trener Mamiec.

— No, udało ci się, Ogromski — zachrypiał. — Ale mówiąc między nami, to pobiegłeś 

okropnie! Ten twój styl — jęknął. — Fatalne, że to ty musiałeś zwyciężyć. Przez ciebie jestem 

skompromitowany przed magistrem Zamszatym i przed całą dyrekcją. To skandal, żeby przez 

cały bieg trzymać się za majtki! Czy ty wiesz, jak wyglądałeś! Cały stadion pękał ze śmiechu, a 

ty nic... Kto to widział, tak trzymać się za spodenki!

— Chciały mi opaść, panie magistrze — wyjaśniłem.

— Nie pleć! Jak to opaść?

— Proszę — zademonstrowałem — pan widzi, że opadają. Ktoś mi przeciął złośliwie 

gumę. To był zamach...

— Co ty mi opowiadasz?!

—   Szczypas   świadkiem...   pan   wie,   gdzie   my   je   znaleźliśmy?   Na   tyczce.   Najpierw 

schowali, a potem zawiesili na tyczce do skoku...

— Kto?

Ale ja zamiast odpowiedzieć, rzuciłem się w prawo, bo właśnie Giga schodziła z trybuny. 

Za nią Tubka... Wciąż ten Tubka! Co ona widzi w tym gorylu? Przez moment myślałem, że idzie 

do   mnie,   w   swojej   głębokiej   naiwności   myślałem,   że   chce   mi   pogratulować   zwycięstwa, 

tymczasem ona ruszyła w przeciwną stronę, do wyjścia. Nie rozumiałem w pierwszej chwili... 

Dlaczego?   Przecież   przed   dwiema   minutami   wołała   jeszcze   „Ogrom!”,   dopingowała   mnie 

zawzięcie... I nagle zdałem sobie sprawę, że nie istnieję dla niej. Nie istnieję jako prywatna 

osoba. Po prostu byłem częścią widowiska, jednym z wielu zawodników, może tylko bardziej 

śmiesznym   od   innych.   Dostarczałem   przez   te   pięćdziesiąt   sekund   sportowych   emocji   —   to 

wszystko.

background image

Z wyciągniętą szyją, z zadartą głową patrzyłem za Gigą, aż zniknęła w tłumie.

— Cymek, gdzieś ty się podział, szukają cię! — usłyszałem znajomy głos; dopadł do 

mnie zdyszany Szczypas. — Coś się zagapił jak wołek, nie zadzieraj tak głowy, bo pomyślą, że 

jesteś zarozumiały... Trzymaj fason, patrzą na ciebie!

Wzdrygnąłem   się.   Coraz   więcej   ludzi   opuszczało   stadion.   Przez   bieżnię,   przez   puste 

trybuny   wiał   zimny   wiatr.   Północne   chmury   przewalały   się   po   ciemnogranatowym   niebie. 

Dreszcz mnie przeszedł.

— Wychodzą... — wybełkotałem — wszyscy wychodzą... to koniec.

— Wychodzą tylko na przerwę — powiedział Szczypas. — Wychodzą się rozruszać, bo 

zmarzli... ty też skostniejesz zaraz, jak się nie ubierzesz. Wkładaj dres! — krzyknął i zaczął mnie 

ubierać przemocą, jak ubiera się niesforne dziecko. — Słowo daję, dziwnie reagujesz, stary — 

zrzędził. — Wygląda, jakbyś nie był zadowolony. Nie rozumiem dlaczego... Czy chodzi ci o 

czas? Czas masz niezły? 51,2 w tych warunkach to jest coś... To nawet jest doskonały czas jak 

na...

— Jak na kretyna, który chciał traktować biegi jako zabieg leczniczy — zaśmiałem się 

gorzko. — Do diabła z taką terapią! Byłem naiwnym szczeniakiem!

— Ty... ty naprawdę dziwnie reagujesz jak na zwycięzcę. — Szczypas spojrzał na mnie z 

niepokojem.

— Jak na zwycięzcę?! — wykrzyknąłem szyderczo.

— To twój dzień  — zamruczał  Szczypas  naciągając mi  dres  na głowę. — To dzień 

twojego zwycięstwa.

— To dzień klęski.

— Co ty bredzisz?

W   tym   momencie   usłyszałem   dźwięk   puzonu.   To   oni!   Giga   i   Tubka!   Niemożliwe. 

Czyżby rzeczywiście nie opuścili stadionu? Czyżby wracali...

— Słyszałeś? — zapytałem Szczypasa.

— To puzon Tubki — odparł Szczypas. — Pęta się tu z Gigą. Powiedziałbym mu, co 

myślę o tym zagraniu z twoimi spodenkami, ale nie chcę przy Gidze.

— Znasz Gigę? — zapytałem.

— Jasne — odparł. — A ty? — zainteresował się nagle.

— Ja? O... oczywiście, że znam.

background image

— Czy jesteś z nią w dobrych stosunkach?

— Jak najlepszych.

— Dyplomatycznych czy koleżeńskich? — dopytywał Szczypas.

— Koleżeńskich — zełgałem czerwieniąc się.

— To świetnie — powiedział Szczypas.

— Dlaczego świetnie? — zapytałem podejrzliwie.

Szczypas chrząknął.

— Mam do ciebie prośbę. Czy zrobiłbyś coś dla mnie?

— Co takiego?

— Pestka... właściwie głupstwo, chcę, żebyś oddał jej książkę. Pożyczyłem kiedyś od niej 

taki album z aktorami filmowymi, już długo trzymam, muszę oddać...

— Nie możesz sam?

— Nie... nie! — Szczypas wzdrygnął się dziwnie.

— Czemu?

— Głupio mi... widzisz, ja... zerwałem z Gigą stosunki.

— Koleżeńskie czy dyplomatyczne?

—   I   koleżeńskie,   i   dyplomatyczne   —   oświadczył   z   goryczą   Szczypas.   —   Obrażony 

jestem.

— Za co? Co się stało?

— Mam powód — mruknął niechętnie.

— Jaki? — naciskałem zaintrygowany.

— Możesz się łatwo domyślić. — Szczypas splunął z obrzydzeniem.

— Tubka?

— Zgadłeś. Po tej zdradzie nie mogę na nią patrzeć — wyznał. — Nie chciałbym się z nią 

widzieć... to byłaby zbyt wielka przykrość dla mnie... przeklęty Tubka!...

Jakby   w   odpowiedzi   w   oddali   rozległ   się   szyderczy   głos   puzonu.   Bolesny   skurcz 

wykrzywił twarz Szczypasa.

— Chyba rozumiesz — wybełkotał. — Dlatego byłbym ci wdzięczny, gdybyś oddał jej w 

moim imieniu tę książkę... no... jak będziesz miał czas... przy jakiejś sposobności.

Słuchałem   zamyślony   tej   niespodziewanej   propozycji.   A   potem   pomyślałem   nagle: 

„Jestem głupi osioł bez refleksu! Jak mogłem nie zorientować się od razu! Jak mogłem uznać 

background image

dzień dzisiejszy za fatalny! Za dzień klęski! Jak mogłem tak upaść na duchu! To jest wspaniały 

dzień! Przecież Szczypas proponuje mi kapitalną rzecz. Będę miał powód, żeby odwiedzić Gigę. 

Ta książka będzie powodem”.

To wszystko pojąłem w jednej chwili, a potem powiedziałem umyślnie obojętnym tonem, 

żeby nie wzbudzać podejrzliwości Szczypasa:

— Skoro tak ci zależy,  zrobię to dla ciebie, stary. Gdzie ona mieszka? — zapytałem 

rzeczowo.

— Nie wiesz?

— Nie interesują mnie pielesze gąsek. Nie jestem ptakiem domowym — rzekłem siląc się 

na chłodny ton.

— Ona mieszka na Pierwszego Maja szesnaście — wyjaśnił Szczypas. — Taka chata 

piętrowa z czerwonym dachem, podobna do ula. Za zielonym parkanem w ogrodzie. Musiałeś 

widzieć tę chatę.

— To ta?! — wykrztusiłem. — Ależ tam jest ten pies.

— Tak, tam jest ten pies — potwierdził ponuro Szczypas — buldog, wstrętna morda, 

wabi się Medor.

— Gryzie?

— Nie... to znaczy w miarę.

— Bojowy?

— Niespecjalnie... tylko...

— Tylko co?

— Nie lubi spokojnych gości.

— Jak to? Spokojni go drażnią?

— Tak. Wydają mu się podejrzani. Kąsa spokojnych.

— Co ty gadasz?

— Taki dziwny pies. Drażnią go ponuracy.

— To co mam robić, żeby nie kąsał? — zaniepokoiłem się.

— Najlepiej podskakiwać i podśpiewywać, jak wchodzisz... ewentualnie podrygiwać i 

pogwizdywać, to go rozwesela.

— Po jakie licho trzymają tam to okropne bydlę?

—   To   złośliwość   ciotki   Teresy,   która   zajmuje   się   domem   Gigi.   Okropna   Ksantypa. 

background image

Poważnie stuknięta. Niestety, cały Ul jest pod jej władzą. Najgorsze, że ubzdurała sobie jakieś 

straszne niebezpieczeństwo wiszące rzekomo nad Gigą. Uważa, że Giga ma za dużo kolegów i 

odstrasza ich tym psem!

— Niesamowita kobieta.

— Tak, ona jest niesamowita.

— Ale chyba jest tam jakiś dzwonek przy furtce i Giga może powstrzymać to bydlę.

— Nie ma dzwonka. Furtka zamyka się tylko na klamkę, każdy sam sobie otwiera. Z 

powodu Medora czują się zupełnie bezpieczni. — Szczypas patrzył krytycznie na mój dres. — I 

pamiętaj,   żebyś   zmienił   szaty,   jak   będziesz   się   tam   wybierał...   Żadnych   czerni,   granatów, 

szarości,   beżów   i   zgnilizn!   Medor   toleruje   tylko   jaskrawe   kolory,   był   wychowany   wśród 

kolorowych sukien kobiecych. Ciotka Teresa nosi tylko materie o barwie gorącej żółci.

— Do diabła! Czy mam ubrać się na żółto?... — jęknąłem.

— Byłoby pożądane. Ewentualnie włóż coś czerwonego.

— Oszalałeś?!

— Cynobry  i  pomarańcze   też  wpływają  korzystnie  na  Medora.  Ale  zapomniałbym  o 

najważniejszym... Najważniejszy jest zapach!

— Zapach?

— Zapach, czyli odór.

— Co ty?!

— To prawo zoologii! Pies ma krótki wzrok i słuch też nienadzwyczajny, za to węch 

znakomity. W swych sympatiach i antypatiach kieruje się przeto przede wszystkim węchem; to 

elementarna prawda o psach, nie muszę ci chyba powtarzać... Stąd twój zapach będzie miał dla 

Medora istotne znaczenie.

— A jaki zapach on lubi?

Szczypas chrząknął nieco zakłopotany.

— Pod tym względem Medor jest trochę nietypowy.  Jeśli chodzi o obcych, to znosi, 

niestety, tylko zapach kapuśniaku lub bigosu.

— Nabijasz się ze mnie.

—  Słowo  daję.  To   stwierdzone  doświadczalnie  i  ma   uzasadnienie   biograficzne.  Otóż 

zapach kapuśniaku kojarzy się Medorowi z kucharką, która go karmiła w PGR. Musisz wiedzieć, 

że   Medor   wychował   się   w   PGR   Barany   Wielkie,   który   specjalizuje   się   w   uprawie   roślin 

background image

kapuścianych,   wiesz,   kalafiory,   kalarepy,   brukselki,   jarmuże,   no   i   różne   odmiany   kapusty, 

właściwej   oczywiście.   Stąd   bigosy  i   kapuśniaki   były   tam   na   porządku   dziennym.   Wszystko 

dookoła przeniknięte było odorem kapusty, nie mówiąc już o tym, że Medor karmiony był za 

młodu niemal wyłącznie bigosem. Stąd jego zamiłowania... Wyjaśniłem ci chyba dokładnie.

— Tak... bardzo dokładnie, ale nie wyobrażam sobie...

—  Chyba  że   wolisz   się  nasmarować   cebulą   —  przerwał   mi  Szczypas   —  cebulą   lub 

czosnkiem. Ten zapach też jest uznawany przez Medora, ponieważ w okresie dzieciństwa jego 

buda znajdowała się pod spichrzem z cebulą.

— Daj spokój...

— Zostańmy więc przy kapuśniaku; wobec twojej niechęci do cebuli pozostaje ci tylko 

kapuśniak, ewentualnie bigos.

— Skąd ja wezmę?...

— Z domu. Nie gotuje się u was bigosu?

— Raczej rzadko. Ja nie przepadam, a ojciec ciężko trawi.

— No, ale raz możecie się poświęcić i ugotować.

— To prawda, możemy — westchnąłem. — Czy radzisz mi wziąć do miseczki?

— Do miseczki? To niewygodne.

— Mógłbym zaraz za furtką dać Medorowi ten bigos do zjedzenia.

— Ani się waż! — wykrzyknął Szczypas. — Gdyby ciotka Teresa zauważyła, że dajesz 

coś   psu,   wygnałaby   cię   z   Ula.   Zresztą   Medor   i   tak   by   od   ciebie   nie   przyjął,   a   ty   byłbyś 

pozbawiony zapachu. Medor jest nauczony nie przyjmować od obcych jadła.

— To co mam zrobić w końcu z tym bigosem?! — wybuchnąłem.

— Nosić przy sobie.

— W kieszeni?

—   W   kieszeni,   w   torebce,   w   teczce,   jak   chcesz,   byle   odór   wydostawał   się   dość 

swobodnie.

Uczułem nagle zniechęcenie. Odwiedzenie Gigi przechodziło chyba moje możliwości, 

chciałem   o   tym   powiedzieć   Szczypasowi,   ale   w   tym   momencie   zobaczyłem   przed   sobą 

wzburzonego magistra Mamca. Za nim stał kierownik Ośrodka Sportowego, magister Zamszaty, 

posiniały na twarzy albo z gniewu, albo z zimna. Obaj patrzyli na mnie surowo.

— Ogromski, ty szaleńcze, co ty wyprawiasz? — zapytał Mamiec. — Gdzieś pędzisz, 

background image

znikasz z pola widzenia, a tu trzeba rozpocząć dekorację biegaczy... Wyjątkowo trudny zawodnik 

— zwrócił się do kierownika Zamszatego. — Patologiczne odchylenia, zaburzenia pokwitania, 

nieskoordynowany,   nieobliczalny,   nierówny.   Za   co   mnie   tak   ukarano   tym   cymbałem?   Tylu 

trenowałem normalnych chłopców, dlaczego on właśnie zwyciężył? — biadolił. — Zupełnie nie 

rozumiem, dlaczego on zwyciężył! Marsz na podium, ty fuksie!

Nie było możliwości ucieczki. Zapędzono mnie na podium zwycięzców. Orkiestra grała 

fanfary... Przez megafon zapowiadano moje maksymalne imię i nazwisko. Tłum bił brawo. W 

ostatniej chwili na podium przedarł się zasapany Tubka ciągnąc za sobą Gigę. Chciał ustawić się 

obok notablów, ale magister Mamiec zagrodził mu drogę.

— Tubkowski? Co to znowu?! Jeszcze tu ciebie brakowało! Zmiataj!

— Jak to, panie magistrze... mam przecież wręczać nagrody.

— Ty? Kto tak powiedział?! Bezczelny jesteś! Nagrody wręczy pan magister Zamszaty, 

jako kierownik Ośrodka...

— Lecz ja w imieniu młodzieży...

— To nie jest przewidziane...

— Mam chyba prawo wręczyć moją nagrodę Złotej Tubki.

— Głupie żarty!

— Panie magistrze, ja poważnie...

— Spłyń, łobuzie!

Trener Mamiec jedną ręką odepchnął Tubkę, a drugą wepchnął mnie na podium.

Przystąpiono   do   dekoracji.   Dostałem   medal   na   wstążce,   ponadto   brązową   figurkę 

biegacza; rzeczywiście był podobny do dyrektora Biegunowicza. Zanim zdołałem zeskoczyć z 

podium, przedarł się do mnie Tubka.

— Trzymaj, stary — wręczył mi kartkę papieru złożoną podwójnie. — Nie stawiałem na 

ciebie, ale jestem uczciwy. Oto nagroda.

— Widzę papier, a nie nagrodę — zauważyłem cierpko.

Tubka chrząknął. W oczach miał wyraz zasadniczej niemocy.

— Przykro mi. Z powodów finansowych, to znaczy trudności walutowych, wręczam ci na 

razie tylko dyplom honorowy. — Po czym wspiąwszy się na palce, zbliżył się do mojego ucha i 

szepnął poufnie: — To jest upoważnienie do zamówienia Złotej Tuby na postumencie według 

załączonego rysunku w firmie jubilersko-grawerskiej Zygmunta Koszałka w rynku.

background image

— Zamówienia? — spojrzałem na niego rozczarowany.

— No i opłacenia oczywiście.

— Jak to?! Ja mam płacić? — oburzyłem się.

— A kto? Sądzę, że ty jesteś najbardziej zainteresowany.

— Wypchaj się z taką nagrodą!

— Czemu  się łamiesz,  stary — próbował mnie  ułagodzić  Tubka. — Wyłożysz  forsę 

chwilowo.

— Co to znaczy — chwilowo?

—   Aż   zbiorę   odpowiednie   fundusze.   Potem   się   rozliczymy.   A   może   masz   złom 

mosiężny? Dalibyśmy przetopić.

— Nie.

— To nic. Może uda mi się zdobyć jakąś rzecz mosiężną.

—   Chodź   już,   zimno   mi   —   powiedziała   zniecierpliwiona   Giga.   Odciągnęła   Tubkę   i 

odeszli.   Na   mnie   nawet   nie   spojrzała.   Zdaje   się,   że   moje   zwycięstwo   w   ogóle   niewiele   ją 

obchodziło. I pomyślałem,  że Giga odwiedza stadion w zupełnie innych, specjalnych  celach, 

które nie mają nic wspólnego ze sportem. Przypuszczalnie traktuje tutejsze widowiska jak rewie 

mody,  przychodzi  tu   sama  występować,  po  prostu  pokazywać   siebie,   błyszczeć.   Zawody  na 

stadionie są tylko oprawą dla występów Gigi.

Zrobiło mi się łyso i znów odechciało mi się żyć, nie mówiąc już o bieganiu. Jeśli jako 

laureat, zdobywca medalu, dwu nagród i mistrz stadionu nie zrobiłem wrażenia na Gidze, to już 

nie zrobię chyba nigdy! Schodziłem zamyślony posępnie z podium. Zapadał zmierzch. Niskie 

jesienne chmury zakryły już niebo nad miastem. I to niebo było czarne. Na tablicy wyników 

jaskrawym światłem zabłysła cyfra 51,2. To mój wynik. Spiker coś mówił o rekordzie stadionu 

młodzików.   Zerwały   się   nowe   okrzyki   i   brawa.   Ale   mnie   złościły   te   wiwaty.   Chciałem 

powiedzieć im wszystkim, że ten mój bieg i wszystkie moje biegi to fatalna pomyłka! Chciałem 

powiedzieć   im   wszystkim,   że   nie   zależy   mi   na   tym   zwycięstwie   i   na   wyniku,   i   nawet   na 

rekordzie. Co mi z tego, kiedy Giga gwiżdże na mnie, a ja nie mogę się wyzwolić z uczucia, 

które mnie niszczy.

Czy można jeszcze coś zrobić w takiej sytuacji? Pomyślałem o propozycji Szczypasa. 

Skoro nie mogę zapomnieć o Gidze, pozostaje mi już tylko jedno; muszę podjąć tę próbę, przed 

którą chciałem uciec... Muszę zmierzyć się z Gigą, nawet... jeśli na drodze stoi Tubka i Medor.

background image

15. Bigos dla zwycięzcy

Wiadomość o moim zwycięstwie przeniknęła do pieleszy domowych dopiero wieczorem. 

Wtedy bowiem zadzwoniła do mamy pani Tubkowska w sprawie stołówki szkolnej. Przy okazji 

opowiedziała też mamie, jak świetnie spisałem się na stadionie, a na zakończenie zapytała, czy 

przypadkiem nie przyniosłem do domu moździerza. Mama zaniemówiła z wrażenia. Chyba nie 

tyle zdziwiło ją moje zwycięstwo w biegu na czterysta metrów, co ten moździerz...

— O jakim moździerzu pani mówi? — wykrztusiła wreszcie.

— O moim moździerzu kuchennym — odparła pani Tubkowska — pokazywałam go 

kiedyś pani, kochanie.

— Chodzi o ten wspaniały moździerz mosiężny z tłuczkiem?

— O ten właśnie, proszę pani — potwierdziła zbolałym  głosem pani Tubkowska. — 

Pytam   panią,  kochanie,   bo mój   Jurek  dręczył   mnie   od tygodnia,   żebym  mu  podarowała  ten 

moździerz. Chciał go wręczyć jako nagrodę temu chłopcu, który zwycięży w biegu na czterysta 

metrów...

— Moździerz?! — wykrzyknęła mama. — Co za pomysł!

— Takie tym chłopakom przychodzą pomysły do głowy!

— Dać taki cenny moździerz! — oburzała się moja mama. — Rozumiem pani irytację, 

moja droga, to zapewne stary zabytek rodzinny, urocza pamiątka przedwojenna.

— Był  w naszej rodzinie od pięciu pokoleń — oznajmiła  pani Tubkowska. — Moja 

mama przekazała mi go na łożu śmierci.

— Pani oczywiście odmówiła Jurkowi...

— Odmówiłam stanowczo. Mimo to moździerz znikł.

— Znikł, co też pani mówi, moja droga?

— A tak. Znikł, kochana. Dzisiaj chciałam tłuc migdały, patrzę, a moździerza nie ma!

— Pani myśli, że Jurek go wyniósł?

— Przychodzą mi do głowy różne podejrzenia... Kto wie, czy Jurek nie ofiarował go 

zwycięzcy tego biegu. Pani zna Jurka, on ma takie dobre serce i taki szeroki gest... tylko by 

rozdawał wszystko i rozdawał... on tak łatwo się wzrusza, wszystko zrobiłby dla kolegów... anioł 

miłosierdzia...

— Tak... możliwe — bąknęła bez przekonania moja mama, bo jakoś nie mogła sobie 

wyobrazić Ciężkiego Tubki w roli anioła.

background image

— Dlatego pomyślałam — ciągnęła pani Tubkowska — że skoro pani Maksymek wygrał 

ten bieg, to mógł dostać od mojego Jurka ten moździerz...

—   Niech   pani   będzie   spokojna,   zaraz   sprawdzę,   a   potem   zadzwonię   do   pani   — 

powiedziała moja mama trochę podenerwowana i odłożyła słuchawkę. — Cymku, chodź tutaj 

zaraz, chciałam z tobą porozmawiać.

— Słucham, mamo. — Zbliżyłem się, udając, że nic nie słyszałem z tej rozmowy.

—   Nic   mi   nie   powiedziałeś   —   rzekła   z   pretensją   mama.   —   Jak   mogłeś   nic   nie 

powiedzieć... swojej matce?

— O czym, mamo?

— O tym, co było na stadionie, że biegłeś na czterdzieści metrów...

— Na czterysta, mamo...

— Wszystko jedno, w każdym razie biegłeś i zwyciężyłeś, i cały stadion cię oklaskiwał, a 

ja o tym nic nie wiedziałam.

— Mama się przecież nigdy nie interesowała biegami...

— Ale skoro ty biegłeś, to co innego... Powinieneś przynajmniej powiedzieć, uprzedzić... 

a ty ani słowa! Dlaczego?

Chrząknąłem zakłopotany.

— Nie powiedziałem, bo... bo bałem się, że mama mi nie pozwoli...

— Ależ, co ty?! — oburzyła się mama.

— No, nie wiem — mruknąłem — teraz, jak wygrałem, to mama jest dumna i mama się 

zgadza, ale czy przedtem mama by się zgodziła?... Mama mówiła, że najpierw muszę odrobić 

zaległości w nauce, a potem mama mówiła, żebym się nie przemęczał na boisku, bo mogę sobie 

zaszkodzić i dostać powiększenia serca, bo jestem za młody i za słaby...

—   Kto   wie,   czy   sobie   nie   zaszkodziłeś   —   powiedziała   mama   patrząc   na   mnie   z 

niepokojem. — Jutro pójdziemy cię zbadać i prześwietlić.

— O rany, co też mama... — przestraszyłem się.

— Takie wyścigi są niezdrowe! Czterysta metrów z wywieszonym językiem!

— Wcale nie miałem wywieszonego...

— Wypruwać z siebie wszystkie siły i zamęczać swoje serduszko — biadoliła mama. — 

Ty masz za małe serce na takie biegi...

— Niech mama już przestanie, słowo daję, nie wiem, czy mama jest w końcu zadowolona 

background image

z tego, że biegłem, czy też przeciwnie...

—   Sama   nie   wiem...   To   wszystko   takie   okropne...   Ale   skoro   już   biegłeś,   to   mogłeś 

zaprosić rodziców... Mamy tak mało radości, a ty zupełnie zapominasz o nas... w ogóle nic nie 

znaczymy dla ciebie... tak jakby nas nie było... na starość pewnie wyrzucisz nas z domu. — 

Mama otarła kąt oka chusteczką.

— Niech mama nie mówi takich rzeczy — zdenerwowałem się. — Sprawa jest prosta. 

Mamie   żal   i   mnie   też   żal.   Czy  mama   myśli,   że   mnie   było   przyjemnie   na   stadionie?   To   są 

straszne, dramatyczne przeżycia, a ja byłem sam. Nie było żadnej delegacji domowej, ani mama, 

ani ojciec, ani Seweryna, ani Marcelina. Czy ja w ogóle mam siostry? Czasem wątpię. Przykra 

rzecz... Ale myślę, że teraz mama zacznie chodzić na zawody i w ogóle zajmie się sportem. 

Mama jeszcze sama mogłaby biegać.

— Myślisz, że mogłabym? — zainteresowała się mama.

— Jasne. Mama ma niezłą formę. Myślę, że miałaby mama lepszy czas niż pani Dydo od 

wuefu dla dziewczyn.

Mama uspokoiła się wyraźnie i odprężyła.

— O co to ja chciałam cię zapytać?...

— Pewnie o ten moździerz.

— A właśnie... ale skąd ty wiesz?

— No bo jeśli pani Tubkowska... ona ostatnio wciąż o moździerzu... ale nie rozumiem, co 

to ma wspólnego ze mną.

— Dostałeś podobno nagrodę za bieg?

— Tak, medal na wstążce i postać biegacza.

— Z mosiądzu?

— Nie, z brązu. Stop miedzi i cyny.

— A nie dostałeś przypadkiem moździerza?

— A... więc o to chodzi! — roześmiałem się.

— Tak, chodzi o ten moździerz.

— Do strzelania na wojnie?

— Nie. Do tłuczenia w kuchni.

— Nie interesuje mnie.

— Jurek Tubkowski nie wręczył ci przypadkiem?

background image

— On? Taka kutwa i dusigrosz? Co za pomysł, mamo!

— Bo właśnie pani Tubkowska dzwoniła, że zniknął jej z kuchni moździerz — wyjaśniła 

mama i opowiedziała mi dokładnie całą rozmowę telefoniczną z matką Tubki.

— Nie sądzę, żeby Tubka gwizdnął ten instrument kuchenny — powiedziałem. — Po co 

byłby mu potrzebny moździerz? — zastanawiałem się głośno. — Miała być przecież Nagroda 

Złotej Tubki, a nie moździerz... chociaż moździerz też jest z mosiądzu i nadaje się jako surowiec 

wtórny...

— Surowiec wtórny?! — zaniepokoiła się mama. — Co ci chodzi po głowie?!

— Tubka mógł wpaść na pomysł, żeby przetopić ten moździerz.

— Przetopić?! O Boże! — wykrzyknęła przestraszona mama.

— Przetopić i uformować z niego tubkę, ewentualnie puzon na postumencie... oczywiście 

miniaturę puzonu... mógł w tym celu wejść w porozumienie z Zygmuntem Koszałką w rynku — 

zakład jubilersko-grawerski i wytwórnia sztucznej biżuterii...

— Biedna pani Tubkowska — załamała ręce mama.

— Ale mimo to wątpię, by Tubka naprawdę wziął ten moździerz — ciągnąłem. — Gdyby 

miał   zamiar   przetopić   go   na   nagrodę   dla   mnie,   to   by   nie   omieszkał   się   tym   przede   mną 

pochwalić. Powiedziałby: „Cierpliwości, Cymeonie, twoja nagroda już się pitrasi w tyglu mistrza 

Koszałki”, a on zamiast tego powiedział, żebym sam sobie zamówił nagrodę. Wręczył mi tylko 

dyplom i rysunki.

— Uspokoiłeś mnie — powiedziała mama — będę teraz mogła z kolei uspokoić biedną 

koleżankę Tubkowską.

— Niech ją mama uspokoi, ale to w końcu przykre — dodałem z niejaką goryczą — że 

matka   Tubki   myśli   tylko   o   moździerzu.   W   końcu   Tubka   miał   dobry   pomysł   z   tą   nagrodą. 

Młodzież ma tak mało nagród. Zamiast drżeć o ten moździerz, pani Tubkowska powinna była 

pomóc Jurkowi Tubce w ufundowaniu jakiejś nagrody... ale rodzice zupełnie o to nie dbają, żeby 

pomagać dzieciom w takich sprawach... Mama też. — Spojrzałem z wyrzutem na moją biedną 

mamę. — Mama też mi nic nie ufundowała... tak jakbym codziennie odnosił takie zwycięstwa. A 

to się zdarza rodzicom raz na całe życie, że ich dziecko wygra bieg na czterysta metrów na 

prawdziwym stadionie, najwyżej raz, bo większość rodziców w ogóle nigdy nie ma takiej szansy. 

Ale mama tego nie docenia...

— Nie mów tak. Doceniam — szepnęła mama. — Wiesz, że chętnie ufundowałabym ci 

background image

nagrodę ze szczerego złota, ale nie stać nas na to. Póki twój ojciec będzie się trzymał kurczowo 

tej nędznej posady w wodociągach, na nic nie będzie nas stać — westchnęła ciężko.

— To prawda, wodnisto nam — przytaknąłem skwapliwie.

— Czy można  utyć  na wodzie? — zadała  dramatyczne  pytanie  mama.  — Czy woda 

ubierze człowieka? — spojrzała krytycznie w lustro na swoje szaty i rozpoczęła znane mi dobrze 

narzekania na niezaradność ojca, który z wysokości swoich wież ciśnień, z mylącej perspektywy 

pomp i filtrów nie jest w stanie ocenić całej nędzy naszego położenia i „nikczemności naszej 

kondycji”, jakby powiedział poeta klasyczny.

— Rozumiem to wszystko, mamo — powiedziałem przerywając te jałowe żale — nie 

liczyłem   na   złoty   puchar,   liczyłem   natomiast,   że   w   ramach   naszej   kondycji   mama   coś 

wykombinuje... to znaczy, że moje zwycięstwo znajdzie przynajmniej odbicie w naszym menu 

domowym. O ile mi wiadomo, od początku historii zwycięzców odpowiednio karmi się i poi.

— Nie zdążyłam nic przygotować — rzekła zakłopotana mama. — Twoje zwycięstwo 

było tak nagłe, nie zapowiedziane i niespodziewane, lecz jeśli chcesz, jutro mogę przygotować 

obiad specjalny i ugotować, co tylko zechcesz, Cymku. Co byś chciał?

Nie myślałem zbyt długo. Od razu wziąłem pod uwagę Gigę i Medora.

— Przede wszystkim bigos, mamo — wypaliłem.

— Bigos? — zdumiała się moja biedna mama. — Co ty mówisz?! Od dziecka przecież 

nie znosiłeś bigosu.

— Wyrosłem z lat dziecinnych, mamo — odpowiedziałem poważnie. — Gusty i smaki 

zmieniają się u człowieka  co siedem lat. Właśnie w tej chwili przechodzę  taką zmianę  jako 

mężczyzna czternastoletni. Dlatego, jeśli mama chce mi sprawić przyjemność, to niech mama 

nagotuje na jutro bigosu. Poza tym może być tort, galaretka pomarańczowa, ewentualnie budyń; 

o lodach nie śmiem marzyć.

— I to wszystko do bigosu?! — wykrztusiła moja mama.

— Kto nie chce, niech nie je — oświadczyłem — nie zmarnuje się.

Jeszcze tego wieczoru drażniący odór gotowanej kapusty napełnił nasze małe mieszkanie. 

Mama wychodziła z założenia, że bigos musi się pitrasić przynajmniej dwa dni.

Nazajutrz spotkałem się pod szkołą ze Szczypasem. Szczypas wręczył mi album pt. „Sto 

gwiazd współczesnego filmu”, żebym zwrócił go Gidze. W tym momencie zdjęły mnie ostatnie 

wątpliwości.

background image

—   Nie   wiem...   jak   Giga   to   przyjmie...   —   rzekłem   zakłopotany.   —   Gotowa   sobie 

pomyśleć... — zaczerwieniłem się — właściwie nie mam powodu, żeby oddawać za ciebie...

— Możesz powiedzieć, że spuchła mi twarz po wizycie u dentysty i wstydzę się pokazać, 

dlatego prosiłem cię o tę przysługę — odparł beztrosko Szczypas.

— A dlaczego mnie?... I dlaczego się zgodziłem? Och, nie jest taka naiwna. Domyśli się, 

że to pretekst.

— Spokojna głowa... Wymyślimy lepszy powód tej wizyty... Już mam! Powiesz, że ja ci 

pożyczyłem tę książkę, że miałeś oddać ją zaraz, ale nie mogłeś się oderwać, że trzy razy ją 

przeczytałeś, bo była ci potrzebna do filmu, który kręcisz... Teraz będzie zupełnie zrozumiałe, że 

skoro czytałeś sam tę książkę i tak długo ją przetrzymałeś, to ją teraz sam odnosisz Gidze z 

przeprosinami w moim imieniu.

— Tak, to jest powód, ale Giga może się złościć na mnie, że tak długo trzymałem.

— Och, skrzywi się najwyżej, zniesiesz chyba dla mnie to skrzywienie...

— No, dobra — powiedziałem — zniosę jakoś.

—   Naprawdę,   stary   —   Szczypas   pociągnął   nosem   —   robisz   dla   mnie   wielką   rzecz. 

Zdejmujesz mi balast z serca i wyjmujesz kamień z wątroby.

Chrząknąłem niewyraźnie.

— Głupstwo i pestka! Cieszę się, że mogę ci się odwdzięczyć, stary — powiedziałem i 

rozstaliśmy się obaj wzruszeni naszą głęboką przyjaźnią.

Ale   mój   dobry   nastrój   popsuł   od   razu   Męsio.   Ledwie   Szczypas   zniknął,   wódz 

Cykanderów podszedł do mnie z nader ponurą miną.

— Co ty masz z tym Szczypasem? — zapytał skrzywiony.

— Nic takiego.

— On lepi się do ciebie — powiedział Męsio.

— Przesadzasz.

—   Widziałem   na   stadionie   wczoraj,   a   dzisiaj   znowu   się   przypętał.   Uważaj,   to 

niebezpieczny typ. Brat-łata, odmiana lepka. Przylepiają mu się różne rzeczy.

— Coś ty! Nie zauważyłem...

— Ostrożnie z nim! Facet żyje z podejrzanych transakcji.

— Do licha, z jakich transakcji?!

— Na przykład pożycza i zapomina oddawać.

background image

— Nie bardzo się zgadza — powiedziałem. — Na razie to on mi oddał przysługę i ja 

jestem jego dłużnikiem.

— A ta książka, ten album? — Męsio wskazał na dzieło, które trzymałem w ręku. — Ile 

mu za to dałeś? Na pewno zdarł z ciebie skórę. Widziałem, ja ubijaliście ten handel.

— Źle widziałeś! — zasapałem wściekły. — Nie było żadnego handlu, po prostu mi 

wręczył...

—   Wręczył!   Po   prostu   wręczył!   —   Męsio   zarechotał   szyderczo.   —   No   to   jeszcze 

zobaczysz! To metoda Szczypasa! Najpierw okazuje ci uczucia koleżeńskie, pożycza to i owo, 

zrobi jakąś przysługę,  omota  ofiarę  pochlebstwem,  a kiedy twoja uwaga i czujność osłabną, 

wtedy sam prosi cię niby o niewinną pożyczkę czy przysługę... A jeśli się zgodzisz, to wpadasz, 

stary, w okropnie stęchłą marmoladę i grzęźniesz jak głupia mucha.

Zdegustowany do głębi zostawiłem chichoczącego Męsia i odszedłem szybko, ściskając 

pod pachą album.

background image

16. Przechodzę przez strefę Medora

Obiad na cześć mojego zwycięstwa udał się znakomicie, to znaczy każdy miał to, co mu 

najbardziej odpowiadało: — ja — tort i galaretkę, reszta rodziny — bigos. Oczywiście nałożyłem 

też sobie kopiastą porcję tego specjału, ale jej nie tknąłem.

— Nie smakuje ci? — zmartwiła się mama.

— Jest wyśmienity — powiedziałem.

— To dlaczego nie jesz?

—   Bo   zabieram   z   sobą.   Urządzimy   degustację   zbiorową.   Porównamy   z   nędznymi 

bigosami, które pitrasi pani Tubkowska, pani Julicka i pani Gafońska. To w ramach konkursu 

kulinarnego, który organizuje Koło Przyjaciół Zwierząt.

— Koło Przyjaciół Zwierząt? — zdziwiła się mama.

—   Mama   na   pewno   wygra   —   dodałem   pośpiesznie   i,   żeby   nie   przedłużać   tej 

niebezpiecznej rozmowy, połknąłem resztę galaretki, zastrzegłem, że reszta tortu należy do mnie, 

porwałem talerz z bigosem i wycofałem się z pokoju.

— Nie podoba mi się ta historia — powiedziała mama.

— Niech się mama nie denerwuje — rzuciłem w progu. — Mama na pewno wygra.

Ale   nie   zdołałem   rozproszyć   wątpliwości   mamy.   Czułem   na   sobie   jej   niespokojne 

spojrzenie, gdy w kuchni przekładałem bigos do słoika, a słoik umieszczałem w mojej sportowej 

torbie. Na szczęście nie pytała o nic więcej.

Z kolei należało rozwiązać sprawę odzieży ochronnej, czyli przynajmniej spodni pod gust 

Medora.   Pomny,   że   bestia   przywykła   do   gorących   barw,   postanowiłem   zaopatrzyć   się   w 

odpowiedni kostium u moich sióstr. Seweryna była dla mnie zawsze przyjaźniej usposobiona i 

najchętniej   pożyczyłbym   coś   od   Seweryny,   niestety,   z   niezrozumiałych   dla   mnie   przyczyn 

uwielbiała raczej mniej krzykliwe kolory. Jej smutne czernie, szarości i mdłe beże z pewnością 

naraziłyby mnie na zęby Medora. Udałem się więc do Marceliny. Była wprawdzie nieznośna, 

interesowna i złośliwa, lecz posiadała sporą kolekcję odzieży w nader jaskrawych barwach.

— Słuchaj, stara — powiedziałem wchodząc do jej pokoju ze sztucznym uśmiechem na 

twarzy. — Potrzebuję kolorowego ciucha... najbardziej by mnie chyba urządziły pomarańczowe 

spodnie... masz coś takiego w szafie?

—   Oszalałeś?   —   zdumiała   się   Marcelina.   —   Pomarańczowe   spodnie?   Po   co?   Nie 

będziesz chyba ich nosił?

background image

— Potrzebne mi są w charakterze kostiumu — odparłem.

— Do czego?

— Do filmu. Chyba wiesz, że kręcę film.

— Och, ten twój film! — skrzywiła się Marcelina. — Już drugi rok słyszę o tym filmie.

— Będzie na pewno kręcony. Jeszcze w tym tygodniu zrobię próbne zdjęcia. Kolorową 

taśmą.  Powinnaś ze mną współpracować — powiedziałem.  — Mówiliśmy już kiedyś  na ten 

temat.

— Owszem, mówiliśmy.

— Miałaś zająć się kostiumami i dekoracjami. Zgadza, się?

— Zgadza.

— Daj więc teraz te spodnie. To będzie twój wkład.

— Z przyjemnością — powiedziała Marcelina.

— No, więc daj! — Otworzyłem szafę.

— Chwileczkę — powstrzymała mnie. — Najpierw podpiszesz zobowiązanie.

— Jakie zobowiązanie?

— Że tego, co obiecałeś, dotrzymasz.

— Ja ci coś obiecałem? — udałem zanik pamięci.

— Jak to? Nie pamiętasz? Obiecałeś mi główną rolę w tym filmie.

— Jesteś pewna?

— Najzupełniej.

— Skoro tak... no to proszę  bardzo — chrząknąłem.  — Mogę cię  zaangażować...  w 

porządku, jeśli chcesz... załatwione. A teraz bądź łaskawa te spodnie...

— Podpiszesz zobowiązanie — powtórzyła twardo Marcela.

— Co ty?! — uniosłem się honorem. — Nie dowierzasz mi?

— Nie. Wiem, że chcesz wpakować do głównej roli niejaką Szyperską.

— Kto ci powiedział?!

— Och, wszyscy już o tym mówią. Szyperska chwali się od pewnego czasu, rozpowiada 

na prawo i lewo... A mnie pytają, czy to prawda. I robią różne złośliwe uwagi. Nie mogę już 

znosić   tych   uwag   i   pytań.   „Cóż   to,   Marcelko,   zrezygnowałaś   z   tej   roli,   a   może   Cymek 

zrezygnował z ciebie? Podobno znalazł nową gwiazdę!” i od razu chichoty. „Czy to prawda, że 

zakochał się w Szyperskiej?”

background image

Poczerwieniałem.

— Nie słuchaj tych wstrętnych dziewczyn! To wszystko przez zazdrość...

— Więc nie zakochałeś się w Szyperskiej?

—   To...   to   bardzo   skomplikowana   sprawa   —   odparłem   zakłopotany   —   potem   ci 

wyjaśnię. W każdym razie masz u mnie rolę zapewnioną.

— Główną?

—   Tak.   Pod   warunkiem,   że   oddasz   mi   swoje   ciuchy   do   dyspozycji   i   dołożysz   się 

finansowo.   Potrzebuję   tysiąc   metrów   taśmy...   Liczę,   że   to   załatwisz.   Kolorowej   taśmy   — 

dodałem.

— Dostaniesz kostiumy i taśmę, ale teraz siadaj i pisz: „Oświadczam, że główną rolę w 

moim filmie zagra moja droga siostra Marcelina Ogromska... z uwagi na swój talent...”

— Ja to mam pisać? — przerwałem.

— Czy nie wierzysz w mój talent?

— Oczywiście, wierzę.

— No, to pisz: „...z uwagi na swój talent i szczególną fotogeniczność”. Data. Podpis.

Postawiłem datę i podpisałem.

Marcelina   wręczyła   mi   pomarańczowe   spodnie.   Zapakowałem   je   do   sportowej   torby, 

gdzie już znajdował się słój bigosu, wcisnąłem na końcu ów album, który miałem oddać Gidze, i 

pogwizdując   wesoło,   ruszyłem   w   kierunku   ulicy   Pierwszego   Maja.   Wkrótce   zza   drzew 

pyszniących się o tej porze wspaniałymi kolorami żółci i czerwieni, wyłonił się jeszcze bardziej 

czerwony dach „Ula” — rodowej siedziby Julickich. Już z daleka usłyszałem ujadanie Medora, w 

bardzo niskiej tonacji, podobnej do pomruków nadciągającej burzy, uznałem więc, że pora jest 

wdziać  strój ochronny.  Udałem się więc w pobliskie  zarośla  koło przerwanej  budowy i tam 

naciągnąłem na moje dżinsy te okropne, pomarańczowe spodnie. Najbardziej bałem się, czy nie 

będą  za  długie,  ponieważ  wtedy mogłem   zaplątać  się  w  nie  i  skompromitować   przed  Gigą. 

Okazało się jednak, że raczej były za krótkie. I pomyślałem z satysfakcją, że jednak mam dłuższe 

nogi niż „gwiazda filmowa”, ten biedny pulpet Marcela. Natomiast zgodnie z przewidywaniem 

okazało się, że te „pantelejmony” są niesamowicie bufiaste i obszerne. Zachodziła obawa, że 

zsuną się ze mnie. Dla pewności porobiłem w pasie zakładki, spiąłem je agrafkami, które zawsze 

nosiłem w kieszeni, a w końcu mocno zacisnąłem pas. Wiedziałem, że wyglądam jak pajac, ale 

liczyłem na to, że po szczęśliwym przejściu przez strefę Medora, uda mi się ściągnąć z siebie te 

background image

spodnie, zanim jeszcze zobaczy mnie Giga.

Medor zauważył mnie jeszcze przed furtką i podbiegł szczekając głośno. Zawahałem się. 

Bydlę   miało   ze   sto   kilo   wagi   i   mordę,   którą   mogła   wymyślić   tylko   chora   wyobraźnia 

abstrakcjonisty. Drżącą nieco ręką wysunąłem naprzód torbę. Medor zatrzymał się i węszył przez 

chwilę.   Potem,   jak   mi   się   wydawało,   zapatrzył   się   mętnym   wzrokiem   w   moje   radosne 

„pantelejmony” i wydał zadowolony pomruk, a potem zaskomlił tęsknie.

Przemogłem lęk i szybko przeniknąłem przez furtkę.

Medor ocierając się o moje nogi i poszczekując radośnie towarzyszył mi aż do samego 

„Ula”; po drodze obwąchiwał namiętnie moją torbę. Bałem się, by nie złapał jej zębami i nie 

wyszarpnął z rąk, był jednak na to, jak się okazało, zbyt dobrze wychowanym psem.

Niestety, jego głośne i pełne zachwytu poszczekiwanie doprowadziło do przedwczesnego 

ukazania   się   Gigi.   Nim   zdołałem   uwolnić   się   od   natręctw   Medora,   już   stanęła   w   drzwiach 

swojego „Ula”, zaskoczona niesamowicie. Przejechała po mnie wzrokiem od dołu do góry i z 

powrotem. Była zbyt dobrze wychowaną dziewczyną, by powiedzieć cokolwiek na temat mojego 

stroju, ale w jej oczach dostrzegłem błysk niechęci, by nie powiedzieć wstrętu. Zrozumiałem od 

razu, że zrobiłem fatalne wrażenie i że nie mam u Gigi żadnych szans. Najchętniej uciekłbym, 

gdzie pieprz rośnie, ale nogi miałem jak sparaliżowane. Pomyślałem, że moja ucieczka w tych 

warunkach byłaby jeszcze bardziej komiczna i postanowiłem odegrać moją nieszczęsną role do 

końca. Do tragicznego końca, dodałem w duchu, bo wiedziałem, że wszystko musi się skończyć 

tragicznie.

— Myślałam, że to ktoś znajomy — powiedziała Giga jakby usprawiedliwiając swoje 

wyjście. — Medor w ten sposób wita tylko przyjaciół...

— Jestem przyjacielem — udało mi się wykrztusić przez ściśnięte gardło.

— Coś się Medorowi pomyliło — powiedziała chłodno Giga — on zwykle nie wpuszcza 

obcych. — Spojrzała na psa niezadowolona.

Medor lizał łapczywie moją torbę, łasząc się i skomląc tęsknie.

— On cię naprawdę lubi! — zauważyła zdezorientowana Giga.

— Mądry pies — powiedziałem — zna się na ludziach.

— Raczej  na zapachach.  — Giga zmarszczyła  brwi. — Co ty właściwie  masz  w tej 

torbie?...

— Nic takiego...

background image

— Pokaż. — Nie czekając zajrzała do torby i cofnęła się z nieprzyjemnym grymasem 

twarzy.

— Co ty? Nosisz w słoiku bigos? — popatrzyła na mnie z wyraźnym niesmakiem.

— Czasem bywam głodny — wyjaśniłem. — Więc noszę i jem po drodze.

— Cudak z ciebie. I te spodnie!... Ty jesteś naprawdę jakiś nie...

— Nienormalny — chciałaś powiedzieć? To prawda. Artyści rzadko bywają normalni...

— Jesteś artystą? — zakpiła Giga. — Cyrkowym?

— Myślałem, że mnie znasz.

— Oczywiście, że cię znam. Ty jesteś ten Mycek.

Poczerwieniałem.

— Jestem Cymek — sprostowałem zimno.

—   Cymek?   —   roześmiała   się   nie   wiadomo   dlaczego.   —   Niech   będzie.   To   przecież 

wszystko jedno.

— Zaręczam ci, że to nie wszystko jedno — wycedziłem.

— Obraziłam cię? — stropiła się Giga. — Och, przebacz mi, nie wiedziałam, że jesteś tak 

przywiązany do imienia.

— Przebaczam ci — powiedziałem pośpiesznie.

— Nie myśl, że mylę cię z kim innym. Pamiętam doskonale. Ty jesteś tym chłopakiem, 

co wygrał wczoraj bieg na dwieście metrów.

— Na czterysta — sprostowałem.

—   Możliwe   —   powiedziała   Giga.   —   Przez   Tubkę   wszystko   mi   się   poplątało. 

Przeszkadzał mi się skupić, stale coś plótł albo trąbił... Powiedz, dlaczego wszyscy przeszkadzają 

mi się skupić?

— Nie wiem... może dlatego, że za bardzo ich interesujesz... to znaczy... pociągasz...

— Pociągam? W jakim sensie?

— To... trudno w paru słowach wytłumaczyć... — wykrztusiłem. — W każdym razie nie 

powinnaś chodzić z tym gorylem.

— O kim ty mówisz?

— Nie wiesz?

— O Boże... czy myślisz o Jurku Tubkowskim?...

— A o kim?

background image

— Kto mu wymyślił takie okropne przezwisko?!

— My, w klasie.

— To brzydko... Goryl! Jak można tak mówić o koledze?

— On jest goryl — powtórzyłem z przekonaniem.

Giga milczała przez chwilę.

— Dlaczego wy się tak nie lubicie? — szepnęła wreszcie. — Tubka też cię nie lubi. 

Żebyś wiedział, co on opowiada o tobie!

Poczerwieniałem z gniewu.

— To wszystko kłamstwo! Wszystko! — wykrzyknąłem.

— Przecież jeszcze nie wiesz, co opowiadał.

— Ale wiem, co mi zrobił! To mi wystarcza! Nigdy byś się nie domyśliła!

— Wiem, że na zawodach trzymał twoją stronę. Dopingował cię głośno...

— O tak, bardzo głośno! — rzekłem z goryczą.

— Ależ on naprawdę chciał, żebyś biegł jak najprędzej!

Zaśmiałem się gorzko.

— Oczywiście, chciał, ale nie wiesz dlaczego!

— Chciał, żebyś wygrał.

— Nie. Tam wcale nie o to chodziło...

— A o co?

—   To   się   nie   nadaje   do   opowiedzenia...   —   zaczerwieniłem   się.   —   Może   kiedyś   ci 

powiem...

— Kiedy?

— No... kiedy poznamy się bliżej... Na razie, póki jesteś w rękach Tubki...

— Ja! W rękach Tubki? — oburzyła się Giga. — Co ty sobie wyobrażasz?!

— Wyobrażam sobie, że to jest zaślepienie... Ale ja postaram się, żebyś zrozumiała, kim 

jest naprawdę Tubka.

Giga   milczała   przez   chwilę.   Widziałem,   że   jest   wściekła   na   mnie...   ale   nie   mogłem 

opanować goryczy. Byłem przekonany, że na tym skończy się moja pierwsza i ostatnia wizyta u 

Gigi. Za chwilę Giga wybuchnie i wyrzuci mnie z „Ula”... Tak... na to się zanosi. Już podniosła 

rękę i wyciągnęła ją w stronę furtki. Zamarłem... Ale ona powiedziała tylko:

— Zamknij furtkę, bo Medor przestraszy kogoś na ulicy... i... chodź. Porozmawiamy 

background image

spokojnie w domu.

background image

17. Dostaję w łeb albumem, czyli trudności rozmowy 
salonowej z Gigą

Giga zaprowadziła mnie do wielkiego pokoju, gdzie stało dużo starych mebli i kazała mi 

usiąść na wielkiej, pluszowej kanapie. Sama usiadła naprzeciw w głębokim skórzanym fotelu.

— Dlaczego ty prześladujesz Tubkę? — zapytała.

Zatkało mnie kompletnie.

— Ja? Tubkę? Czy w ogóle można prześladować kogoś tak silnego jak Tubka?

— Można. Ty go dręczysz, jak by to powiedzieć — Giga zapatrzyła się w okno — ty go 

dręczysz moralnie.

— Nie bardzo rozumiem...

— Przez ciebie przeżył wstyd i upokorzenie w klubie. Przez ciebie o mało co nie wyleciał 

z zespołu artystycznego. Podobno udawałeś puzonistę i podstępnie przeniknąłeś na próbę, żeby 

podrywać tę okropną Nelkę Szyperską.

Zaczerwieniłem się.

— Ja ci to wytłumaczę...

— Ale po co? — wzruszyła ramionami Giga. — Ja uwielbiam takie zgrywy. Tylko potem 

powinieneś  wyjaśnić  wszystkim,  że to były  po prostu żarty.  I uspokoić Tubkę. On jest taki 

wrażliwy.

— To nie były żarty — mruknąłem ponuro. — To... to był po prostu nieszczęśliwy zbieg 

okoliczności. Nie chciałem nic złego zrobić Tubce... Widzę, że nie wierzysz mi...

— Ależ wierzę. Jurek Tubka to pechowy chłopak... Zawsze wdepnie w jakąś hecę... Tym 

bardziej powinieneś dla niego być wyrozumiały i miły.

— No wiesz?! — wykrzyknąłem wzburzony. — Widzę, że zupełnie nie zdajesz sobie 

sprawy, kim jest Tubka. On jest groźny.

— Jurek?! Groźny?! — Giga roześmiała się serdecznie. — Nigdy by mi nie przyszło do 

głowy! Według mnie jest po prostu zabawny!

— Zabawny!?

— I... jak by ci to powiedzieć... prostoduszny.

—   Prostoduszny,   Tubka?!   —   oburzyłem   się.   —   Pierwszy   raz   słyszę.   Może   jeszcze 

powiesz, że go lubisz?

— Owszem. Lubię go — powiedziała Giga.

background image

— Za co?!

— Nie wiem dokładnie... Po prostu lubi się kogoś albo nie. Nie zastanawiałam się nad 

tym... — zamyśliła się Giga. — Może dlatego go lubię, że potrafi marzyć.

— Wszyscy umiemy marzyć — mruknąłem. — Co za sztuka!

—   Zależy   jeszcze,   o   czym.   Jurek   nie   marzy   o   niebieskich   migdałach   ani   nawet   o 

samochodach i podróżach...

— Pewnie marzy, żeby wszystkimi rządzić i żeby wszyscy go się bali.

— Nie.

— Żeby zostać sławnym puzonistą.

— Śmieszny jesteś — powiedziała Giga.

— Co za gapa ze mnie! — wykrzyknąłem. — Oczywiście marzy o tobie!

— Mylisz się — zaczerwieniła się Giga. — Po prostu jesteśmy przyjaciółmi.

— No więc nie wiem, o czym marzy ten piekielny Tubka! — zdenerwowałem się.

— Nie zgadniesz. Jego marzenie jest bardzo skromne. On marzy po prostu o dobrym 

koledze.

Umilkłem zaskoczony.

— On wie, że nikt go nie lubi. Wszyscy koledzy albo się go boją, albo nabijają się z niego 

— ciągnęła Giga. — Jest bardzo osamotniony, potrzebuje przyjaźni, zrozumienia...

—   O   Boże,   kiedy   tak   mówisz,   można   by   pomyśleć,   że   jest   małym,   nieszczęśliwym 

chłopczykiem — rzekłem rozdrażniony.

— On jest biedny i nieszczęśliwy...

— Tylko że wali każdego, kto mu się nawinie pod rękę!

Giga chrząknęła zakłopotana.

— To prawda, że często bywa rozdrażniony, bo wie, że za jego plecami śmiejecie się z 

niego... a gdy się nadarzy okazja, dokuczacie mu i prowokujecie go!

— Jeszcze trochę, a zacznę litować się nad Tubką! — zaszydziłem.

— Nie chodzi o litość. Chodzi po prostu o to, żebyś traktował go normalnie. Powinieneś 

wznieść się ponad małe zatargi, głupie uprzedzenia i urazy. Powinieneś zaprzyjaźnić się z Tubką.

Oniemiałem.

— Ja?! Z Tubką?! — wykrzyknąłem po chwili.

—  Właśnie   ty.  Ze   wszystkich   kolegów  najczęściej  mówi   o  tobie.   W  gruncie   rzeczy, 

background image

gdzieś na dnie serca pragnie twojej przyjaźni...

— Tubka nie ma serca — powiedziałem. — A ty powinnaś zostać adwokatem. Masz do 

tego talent...

Ale Giga nie zauważyła mojej gorzkiej ironii i mówiła dalej z przejęciem:

— On jest bardzo oddany przyjaciołom. Pomyśl, gdybyście działali ręka w rękę... gdybyś 

mógł zawsze liczyć na pomoc Tubki, bylibyście niezwyciężeni... Ile ważnych rzeczy moglibyście 

zrobić!

— To byłoby rzeczywiście piękne, ale to nie jest możliwe — powiedziałem.

— Spróbuję was pogodzić — oświadczyła Giga. — Nie masz chyba nic przeciwko?

Zastanowiłem się przez moment.

— Osobiście byś nas godziła? — zapytałem.

— Jasne. Jak sobie wyobrażasz inaczej?

Pomyślałem, że w tej sytuacji godzenie mnie z Tubką mogłoby być przyjemne i trwać 

dłuższy czas, a więc miałbym pretekst odwiedzać Gigę.

— No, to zgadzam się — powiedziałem skwapliwie. — Kiedy zaczniesz nas godzić?

— Mam na imię Jadwiga, jak wiesz. Jutro obchodzę imieniny. Przyjdź — zaproponowała. 

— Będzie też Jurek..

— Przyjdę.

— Przyjdź najlepiej już o godzinie czwartej. Chciałabym pogodzić was, zanim zejdą się 

goście... Potem już nie będzie czasu. Będę musiała zająć się całym przyjęciem. Chciałabym, żeby 

to były wspaniałe imieniny. W tym roku zaproszę tylko młodzież na poziomie. A właśnie, dobrze 

że jesteś, poradzisz mi, czy zaprosić także brata Jurka, tego Gienia Tubkowskiego. On chodzi do 

twojej klasy... Wiesz, ja chciałabym otaczać się intelektualistami i artystami...

—   Zupełnie   słusznie   —   powiedziałem.   „Ale   bardzo   ciekawi   są   także   filmowcy”   — 

pomyślałem o sobie.

— Czy ten Gienio Tubkowski naprawdę jest taki zdolny? — zapytała z ciekawością.

— On jest piekielnie zdolny — odparłem. — On po prostu siedzi w książkach. To jego 

hobby.

— To znaczy lubi pożyczać? — zmarszczyła brwi Giga.

— No... oczywiście.

— A czy oddaje? Niektórzy hobbiści są lepcy — powiedziała Giga. — Żeby tylko nie był 

background image

podobny do Kancery.

— Do Kancery? Kto to?

— To znaczy do Szczypasa.

Drgnąłem.

— Miałaś kłopoty ze Szczypasem?

— Właśnie. Z początku też wydawał się inteligentny, oblatany i oczytany, rozprawiał o 

lekturach, o filmach, o teatrze... A potem naciągnął mnie na książkę.

— Naciągnął? Jak to?

— Pożyczyłam  mu  książkę-album „Sto gwiazd współczesnego filmu”  pół roku temu, 

jeszcze przed wakacjami, i od tej pory jakoś go nie widuję. Po prostu mnie unika... w ogóle się 

nie pokazuje.

Uznałem, że nadeszła chwila ujawnienia formalnego powodu mojej wizyty.

— Nie gniewaj się na niego — próbowałem bronić Szczypasa - to wszystko przeze mnie. 

Właśnie przyszedłem oddać tę książkę. — Sięgnąłem do teczki.

— Nie pożyczałam tobie... — powiedziała Giga.

—   Ale   pożyczyłaś   Szczypasowi   i   on   prosił,   żebym   ci   oddał   i   przeprosił   za   zwłokę. 

Zobaczyłem kiedyś u niego tę książkę i wziąłem do czytania.

— Ach, to ty... Więc to przez ciebie wszystko — spojrzała na mnie wzburzona.

— Czy... bardzo się gniewasz?

— Przez ciebie nie miałam z czego przygotować się do quizu i ominęła mnie murowana 

nagroda... A tak chciałam wystąpić w telewizji — otarła oczy. — Straciłam taką okazję. Kto wie, 

czy nie zostałabym na stałe zaangażowana. Może nawet dostałabym jakąś rolę w filmie. Kto 

widział trzymać książkę pół roku!

— Ja... nie trzymałem jej pół roku — wykrztusiłem.

— Kłamiesz! Kiedy raz przypomniałam Szczypasowi o tej książce, usprawiedliwiał się, 

że pożyczył ją jakiemuś Myckowi, który zajmuje się filmem. A to było pół roku temu.

— Ja nie jestem Mycek, jestem Cymek.

— Możliwe. Ale to na pewno byłeś ty. Tubka mi mówił, że ty udajesz filmowca i nawet 

ostrzegał mnie przed tobą. Że też od razu nie przypomniałam sobie! Gdzie jest ten album?

Otworzyłem   zakłopotany   teczkę.   Ostry   zapach   bigosu   rozszedł   się   po   pokoju. 

Wyciągnąłem album i podałem Gidze.

background image

—   Ach   ty   flejtuchu!   Obrzydliwe!   Trzymać   taki   album   z   bigosem!   —   wykrzyknęła 

krzywiąc się z obrzydzeniem.

— On... on był zawinięty. Izolowany — próbowałem się usprawiedliwiać.

—   Izolowany?!   —   Giga   powąchała   album.   —   To   okropne!   Gregory   Peck   pachnący 

kapustą! Jak mogłeś — spojrzała na mnie z autentycznymi łzami w oczach.

Zrozumiałem, że przy pomocy bigosu dokonałem poważnej profanacji Gregory Pecka, 

nie mówiąc już o innych gwiazdach...

—   Jeśli   ktoś   nie   potrafi   szanować   książki,   nie   powinien   jej   dotykać!   Naprawdę   nie 

przypuszczałam, że ty...

— Ja naprawdę szanuję książki — powiedziałem. — Ja... ja szanuję i bardzo lubię... 

Pasjonują mnie... ta też była fantastyczna! Nie mogłem się od niej oderwać...

— Właśnie widzę — zmarszczyła brwi Giga przeglądając album. — Ale w końcu się 

oderwałeś...

— No... oderwałem się.

— Razem z moimi fotosami!

— Jak to? — wybełkotałem zdumiony.

— Tu brakuje kilku kartek — wykrzyknęła. — Został wyrwany Fijewski, Olbrychski i 

Pieczka! A tu Śląska i Lucyna Winnicka!... I jeszcze tam... O Boże! Jak śmiesz pokazywać się mi 

na oczy z taką książką? Myślałeś, że nie zauważę?

Zrozumiałem wszystko w jednej chwili. Oto dlaczego Szczypas nie chciał sam oddać tej 

książki... Zatrzęsłem się z oburzenia. A to łobuz, perfidny drań! Żeby tak wrobić mnie z tą 

książką. A ja sam... jeszcze się mu podstawiałem... Męsio słusznie ostrzegał mnie przed tym 

typem!

— Wysłuchaj mnie, Giga — jęknąłem — ja ci wytłumaczę.

— Ty bezczelny smarkaczu! — krzyknęła zrozpaczona. — Co tu jest to tłumaczenia?!

— Posłuchaj...

Ale ona mnie nie słuchała. W nagłym porywie gniewu rąbnęła mnie w łeb albumem. Miał 

bardzo twarde okładki. Zobaczyłem przed oczami gwiazdy... raczej niezupełnie filmowe... jakieś 

takie gorące, żółte i czerwone kropki... a potem pociemniało mi w głowie.

Oszołomiony usiadłem na podłodze.

—   O   Boże,   co   ja   ci   zrobiłam?!   —   przestraszyła   się   Giga.   Uklękła   przede   mną 

background image

roztrzęsiona   i   obejrzała   ślad   uderzenia...   Potem   pobiegła   do   łazienki.   Wróciła   z   mokrym 

ręcznikiem i okręciła mi głowę... Zrobiło mi się lepiej... Przestało mnie trochę łupać w czaszce.

Weszła babcia Julicka z filiżanką w ręku. Uśmiechnęła się do nas.

— Bawicie się, dzieci?

— Tak, babciu — wybełkotała Giga.

— W Arabów? Ten ręcznik jest źle zwinięty i za mały na turban — przyniosę wam 

większy — próbowała poprawić mi mój opatrunek. — Co to? Dlaczego taki mokry? Boli cię 

głowa, dziecko?

— Cymkowi zrobiło się niedobrze — powiedziała Giga.

— Jaka słaba jest dzisiaj młodzież — westchnęła babcia — ale to nic, dam ci, dziecko, 

ziółek. Wypij — podsunęła mi pod nos filiżankę... Zrobiło mi się jeszcze bardziej „niedobrze”.

— Nie... dziękuję... już mi przechodzi.

— Nie krępuj się. Naparzę sobie świeżych...

Zapach był niesamowity. Zakręciło mi się w nosie. Zerwałem się z podłogi przerażony...

— Ja... już sobie pójdę — wybełkotałem i rzuciłem się do drzwi.

—  Mówiłam,   że   ziółka   mu   pomogą   —  powiedziała   zadowolona   babcia.   —   Od  razu 

postawiły go na nogi.

background image

18. Tragiczne preludium do imienin Gigi

Już teraz wiem, czemu tylu  ludzi, zwłaszcza wybitnych,  pisze dzienniki i pamiętniki. 

Pisanie pomaga w ocenie sytuacji. Można wtedy przyjrzeć się jeszcze raz swoim czynom, ale już 

chłodnym,   krytycznym   okiem.   Poza   tym   można   uporządkować   rozwichrzone   myśli.   Jak 

wiadomo,   człowiekowi   różne   myśli   chodzą   po   głowie,   czasem   genialne,   a   czasem   zupełnie 

głupie. Jaka jest ich prawdziwa wartość, można poznać dopiero wtedy, kiedy się je wypowie 

głośno albo napisze. Bo wtedy muszą zostać sformułowane  i uporządkowane. A więc myśli 

sprawdzają się w słowach. Te myśli, których nie potrafimy wypowiedzieć, nie liczą się... po 

prostu nie istnieją w rzeczywistości.

Po owych nader przykrych perypetiach podczas pierwszej wizyty u Gigi doszedłem do 

wniosku, że moje myśli także wymagają szybkiego sformułowania i uporządkowania, a czyny — 

oceny. Miałem bowiem zupełny mętlik w czaszce, a tylko jedna myśl dominowała tam całkiem 

jasno: udusić Szczypasa. Łaknąłem jego krwi i dyszałem zemstą.

Tak jest... to nie żarty! Szczypasowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Na szczęście 

postanowiłem przed wykonaniem wyroku na Szczypasie zanotować wydarzenia w agendzie i 

przelać swoją żółć na papier... Kiedy zaś zabrałem się do pisania, szalone myśli opuściły mnie 

wkrótce i doszedłem do wniosku, iż moja złość na Szczypasa była przesadna. Szczypas  jest 

fajans, to fakt, chciał mnie zrobić w konia z tą książką, ale faktem jest również, że pomógł mi 

wtedy na stadionie i że starał się w końcu oddać Gidze pożyczoną książkę, co więcej, uprzedził 

mnie, że bardzo długo ją trzymał...

Co prawda, mógł mnie także uprzedzić, że album uległ dewastacji i że wypadło z niego 

parę kartek, no, ale to już za duże wymagania jak na takiego fajansa. W każdym razie nie jest 

zupełnie denny. Jakby był zupełnie denny, to by go ani grzało, ani ziębiło, co się stanie z tą 

książką... Więc nie zwalajmy całej winy na Szczypasa. Spójrzmy prawdzie w oczy. To ja sam 

rwałem się do złożenia wizyty Gidze, to ja sam podstawiłem łeb pod prysznic.

Wszystko   dlatego,   że   niepotrzebnie   wstawiłem   fabułę.   Gdybym   na   samym   początku 

powiedział Gidze, że spełniłem tylko rolę posłańca, nie mogłaby mieć do mnie pretensji... Ale ja 

zgodziłem się wstawić fabułę Gidze, no więc nie powinienem się dziwić, że wpadłem i dostałem 

tym albumem po głowie. A w dodatku nie umiałem się zachować potem. Uciekłem jak tchórz 

ostatni... tak, to była haniebna, szczenięca ucieczka. Myślałem o tym wszystkim rozgoryczony i 

w rezultacie zamiast być zły na Szczypasa, poczułem głęboką niechęć do siebie.

background image

Dlaczego  tak często  jestem niezadowolony z  siebie?  Czy dlatego,  że  mam  pecha, że 

rzadko coś mi się udaje, że nie mogę zrealizować moich planów i zapanować nad sytuacją? Nie, 

chyba   nie   dlatego.   Nad   sytuacją   trudno   jest   czasami   zapanować,   czasami   jest   to   w   ogóle 

niemożliwe, ale, do licha, zawsze można zapanować nad sobą! To jest istotny powód mojego 

niezadowolenia. Podczas wizyty u Gigi nie potrafiłem zapanować nad sobą...

Szkoda. Kiedy teraz rozważyłem rzecz na zimno, doszedłem do wniosku, że moja sprawa 

nie wyglądała wtedy wcale tak tragicznie, jak by się mogło zdawać. Rękoczyn Gigi miał dobre 

skutki. Teraz ja stałem się z kolei ofiarą jej popędliwości i rachunki zostały wyrównane, co 

więcej, zaistniałe okoliczności sprzyjały zacieśnieniu więzów... Gdybym nie uciekł tak głupio... 

Zamiast uciekać, powinienem poddać się wszelkim zabiegom, udać ogłuszonego, wzruszyć Gigę, 

niewątpliwie   stałbym  się   obiektem  czułości.  Co  prawda...  ta  okropna  babcia  Julicka  i   te  jej 

ziółka... a jednak powinienem był znieść... należało znieść wszystko, byle zostać przy Gidze choć 

pół godziny dłużej.

Na szczęście jeszcze nic straconego. Już jutro będę miał  szansę naprawić wszystko  i 

zatrzeć   niekorzystne   wrażenie,   jakie   zrobiłem   na   Gidze...   Zostałem   przecież   zaproszony   na 

imieniny... Co więcej, Giga pozwoliła mi przyjść wcześniej, bo ma mnie godzić z Tubką! A 

zatem będzie sposobność porozmawiać w cztery oczy i zatrzeć niekorzystne wrażenie...

Aby   zatarcie   było   kompletne   i   jak   najbardziej   skuteczne,   postanowiłem   zjawić   się   z 

prezentem imieninowym.  Doszedłem do wniosku, że wspaniały tort najlepiej załatwi sprawę. 

Jeszcze tego wieczoru udałem się do Śródmieścia, by dokonać odpowiedniego zakupu. Tort musi 

być imponujący, taki, jakiego Giga nigdy jeszcze nie miała, o średnicy co najmniej pół metra. 

Widziałem   taki   na   wystawie   najbardziej   znakomitej   firmy   cukierniczej   w   naszym   mieście 

(Kazimierz Piepke i synowie. Rok założenia — 1888). Aby sfinansować zakup, wyciągnąłem z 

PKO   połowę   moich   oszczędności   przeznaczonych   na   nakręcenie   filmu.   Miałem   wprawdzie 

chwilę wątpliwości, ale potem pomyślałem: „Obłożę kosztami filmu aktorów i aktorki. Skoro 

chcą   mieć   przyjemność   występowania   w   filmie,   niech   płacą”.   Uspokoiwszy   w   ten   sposób 

wyrzuty   sumienia,   podjąłem   z   książeczki   dwieście   pięćdziesiąt   złotych   i   z  miną   nadzianego 

klienta wkroczyłem do sklepu znakomitego Kazimierza Piepke.

— Chciałbym kupić ten tort z wystawy — powiedziałem.

Znakomity Piepke nie zdradził jednak ożywienia, które powinno cechować kupca po tak 

ponętnej ofercie. Flegmatycznie wyganiał miotełką zabłąkaną muchę z sernika.

background image

— Chciałbym nabyć ten tort z wystawy — powtórzyłem głośno.

—   To   kosztuje   dwieście   złotych   —   rzekł   mistrz,   mierząc   mnie   przenikliwym 

spojrzeniem, podobnym do spojrzenia fakira.

— Jestem przygotowany — odpowiedziałem wytrzymując śmiało to spojrzenie.

— Niestety,  tort na wystawie  jest zamówiony dla pani dyrektor  Okisło-Bandurnej — 

rzekł mistrz cukierniczy.

— Ja muszę mieć koniecznie taki tort. Czy mógłby pan zrobić podobny? — wyciągnąłem 

dwieście złotych i położyłem na ladzie.

— Niech pan zgłosi się jutro — powiedział znakomity Piepke chowając walutę. — Jutro 

o dwunastej w południe.

Nazajutrz w niedzielne południe odebrałem tort, prócz tego nabyłem jeszcze dwadzieścia 

pączków i z dwoma potężnymi pakunkami zjawiłem się za kwadrans czwarta u Gigi.

Dzięki daninie w postaci bigosu (w kubku po maśle roślinnym) udało mi się szczęśliwie 

przekroczyć  strefę Medora i przeniknąć do przedpokoju. Tu usłyszałem  podniecone głosy w 

kuchni, a następnie okrzyk przerażenia i wołanie:

— Ratunku! Na pomoc!

Pośpieszyłem  do kuchni. Ale w  kuchni już nikogo nie było,  roznosił  się tylko  nader 

przykry zapach. Jak mogłem się zorientować, pochodził on z parującego, świeżo wyjętego z 

pieca ciasta. Nim mogłem zastanowić się nad tym dziwnym zjawiskiem, usłyszałem przerażony 

głos   Gigi   z   sąsiedniego   pokoju.   Wpadłem   zaniepokojony   i   ujrzałem   tragiczną   scenę.   Giga 

podtrzymywała   słaniającą   się   ciotkę   Teresę,   której   ciałem   raz   po   raz   wstrząsały   potężne 

spazmy...

— Co się stało?! — wykrzyknąłem.

— Ciocia Teresa ma atak. Nie wyszło jej ciasto... Och, Cymek, rób coś...

— Co mam robić?!

— Potrzymaj ciocię... pobiegnę po pastylkę! Ciocia musi zażyć pastylkę...

Rzuciłem paczkę z pączkami na krzesło. Tort położyłem na drugim... i pośpieszyłem do 

ciotki.

Giga wybiegła.

Starałem się utrzymać ciotkę w pozycji pionowej, ale nie było to łatwe. Leciała mi przez 

ręce.

background image

— Niech pani nie płacze — próbowałem ją uspokoić — z powodu ciasta nie należy się 

łamać...

Ciotka jednak łamała się uparcie i było to dla mnie nader wyczerpujące, zważywszy jej 

wzrost i wagę.

Na szczęście wróciła Giga i uwolniła mnie od ciotki.

—   Jak   widzisz,   mamy   pewne   kłopoty   —   próbowała   mi   wyjaśnić   sytuację.   — 

Obchodzimy imieniny dwupoziomowo... to znaczy na dole i na górze. Bo ciocia Teresa obchodzi 

imieniny w tym samym dniu, co ja. W dodatku kuchnia jest jedna i jeszcze babcia się wtrąca.

Z sąsiedniego pokoju dochodził wesoły głos babci:

Jam myślała, że to maki,

że ogniste lecą ptaki,

a to ułani! Ułani!...

— Słyszysz? — zapytała Giga.

— Słyszę. Czy przeszkadza wam ten miły śpiew? — powiedziałem.

— Och, nie chodzi o śpiew, chodzi o to, że babcia narobiła bigosu.

— Czy gotuje niesmacznie?

— Nie chodzi o bigos do jedzenia. Chodzi o to, że babcia przeszkadza. Po prostu nie 

można jej wypędzić z kuchni.

— Och, ciasta, moje ciasta — jęczała ciotka Teresa — ten dziwny zapach, ta gorycz... 

zupełnie nie rozumiem, co się z nimi stało.

— Za to ja rozumiem  doskonale — powiedziała zdenerwowana Giga. — To babcia! 

Musiała coś domieszać!

Strzeż się tego, co na przedzie

Tam na karym koniu jedzie

Oficyjera... oficyjera...

Strzeż się, strzeż!

— śpiewała babcia.

background image

— Stale mamy z nią kłopoty — ciągnęła Giga. — Bo leczy się na własną rękę... Na 

pewno domieszała przez pomyłkę czegoś do naszych ciast! Mam strasznego pecha. Akurat na 

imieniny taka okropna historia.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Kto jak kto, ja wiedziałem dobrze, co znaczy pech... 

Tak... jedyna pociecha w tym, że kłopoty nie oszczędzają nikogo.

Drzwi otworzyły się i na progu stanęła babcia zaróżowiona i podejrzanie podniecona...

— Czy babcia czuje ten zapach? — zapytała Giga. — Niech babcia się przyzna, co babcia 

zrobiła z tym ciastem...

— Ależ nic... wszystko zgodnie z przepisem... o co ci chodzi, dziecko? — powiedziała 

babcia i zanuciła ponownie pieśń o ułanach. Giga spojrzała na nią podejrzliwie.

— Babcia musiała coś wypić!

— Wypiłam tylko ziółka.

— Naprawdę?

— Tylko ziółka gerontologiczne — powtórzyła babcia. — Dlatego czuję się odmłodzona.

— Coś mi się zdaje, że za bardzo. Niech babcia sobie przypomni, co takiego babcia 

wypiła... a co wlała do ciasta... czy przypadkiem nie te ziółka gerontologiczne.

— Ależ nie! Pamiętam doskonale, studziły się w zielonym garnuszku. Wypiłam tylko te 

ziółka — powiedziała babcia. I cofnęła się do swojego pokoju.

— O Boże! — jęknęła ciotka — przecież w zielonym garnuszku miałam tę przyprawę do 

ciasta... to wino z korzeniami.

— Zatem wszystko jest jasne — powiedziała Giga. — Babcia wypiła wino, a ziółka wlała 

do ciasta.

— Trzymajcie mnie! — wykrzyknęła ciotka Teresa. — To ponad moje siły — osunęła się 

na krzesło. — O Boże... zmarnować takie ciasto! Co damy teraz gościom?!

W drzwiach stanęła babcia Julicka z gitarą ozdobioną różowymi wstążkami.

— Będziemy śpiewać w takt gitary — oświadczyła. — I ty, Tereso, będziesz śpiewać z 

nami. Miałaś kiedyś piękny głos.

— Kto pozwolił wujence wziąć gitarę? Wujenka wie, że nie wolno jej ruszać! To gitara 

Jerzego! — rozgniewała się ciotka Teresa, a jej twarz stała się bardziej żółta od sukni.

— Najwyższy czas, żebyś przestała, moja duszko, zatruwać się wspomnieniami i wróciła 

do   życia.   Jerzy   sam   byłby   bardzo   zadowolony,   gdyby   wiedział,   że   jego   gitara   wciąż   służy 

background image

młodzieży. Kto widział, wciąż myśleć o tamtej tragicznej śmierci, zamieniać dom w klasztor... w 

jakiś okropny grobowiec! Przez ciebie Giga stała się nienormalna...

— Co takiego?! Nie, tego już za wiele! — Rozzłoszczona ciotka zerwała się z krzesła i 

pobiegła odebrać babci Julickiej instrument.

Skorzystałem   z   okazji   i   natychmiast   porwałem   paczkę   z   pączkami   z   krzesła.   Z 

niepokojem rozwinąłem  papier... No tak... jeden rzut oka wystarczył  — nie można  się było 

niczego innego spodziewać! Wszystkie pączki zostały dokładnie spłaszczone. A gdzie tort?

Nim jednak zdążyłem odszukać paczkę z tortem, do pokoju ponownie wkroczyła babcia 

Julicka, taszcząc dwa olbrzymie, tekturowe, płaskie pudła...

— Nie uciekajcie — zatrzymała Gigę — przyniosłam pchełki i wyścigi samochodowe... 

Nauczę was w to grać...

— Potem, babciu...

— Nie zabieraj mi chłopca — powiedziała babcia. — Mam do ciebie sprawę — zwróciła 

się do mnie — muszę z tobą pomówić na temat Gigi... Wyglądasz na rozsądnego chłopczyka...

— Wolałbym...

— Siadaj!

— Przepraszam, ale najpierw chciałbym pokazać niespodziankę Gidze... — Chciałem się 

wymknąć, ale babcia chwyciła mnie już swoją kościstą ręką.

— Siadaj! — rzekła głosem nie znoszącym sprzeciwu i pchnęła mnie z całej siły na 

krzesło.

Usiadłem. Mimo tego brutalnego pchnięcia moje zetknięcie z krzesłem było wyjątkowo 

łagodne, by nie powiedzieć przyjemne. Siedzenie krzesła było idealnie miękkie... dopiero po 

chwili zorientowałem się, że — zbyt miękkie. Oblał mnie zimny pot... Czyżbym miał aż takiego 

pecha! Przerażony pomacałem ręką. Tak... nie mogłem już mieć wątpliwości. Rzeczywistość 

była ponura. Pasmo moich nieszczęść trwało. Siedziałem na torcie.

Odlepiłem się ostrożnie, wsunąłem krzesło z nieszczęsnym rozpapranym tortem pod stół i 

cofając się tyłem próbowałem wymknąć się z pokoju.

— Co ci się stało? — zapytała z niepokojem Giga.

— Niestety... muszę wyjść.

— Wyjść?

— Wrócę za... za pół godziny.

background image

— On pewnie znów źle się poczuł — powiedziała babcia wyraźnie zdegustowana. — To 

naprawdę chorowity chłopiec, Gigo.

— Dziwnie się zachowujesz — zauważyła Giga. — Powiedz, co ci się właściwie stało?

— Lepiej nie pytaj! — wykrztusiłem z nieszczęśliwą miną i wybiegłem z mieszkania.

Na ulicy zobaczyłem wystrojonego Jurka Tubkę. Zasuwał z bukietem imieninowym pod 

pachą.

—   Wiesz,   już   skombinowałem   moździerz   mosiężny.   Przetopimy   go   na   nagrodę   — 

zawołał z daleka na mój widok. — Dokąd uciekasz?! — dodał zaskoczony. — Przecież Giga ma 

nas dzisiaj godzić...

— Musimy przełożyć to... to godzenie — zasapałem.

— Przełożyć godzenie? — Tubce zrobiło się wyraźnie przykro. — A może ty w ogóle 

zrezygnowałeś z godzenia się ze mną? — zapytał podejrzliwie. — Może odechciało ci się?

— Nie, skądże — zaprzeczyłem. — Nie odechciało mi się, tylko...

— Tylko co?

— Nie wiem, jak ci powiedzieć... siła wyższa... po prostu... no... źle się poczułem.

— Ty coś kręcisz — zadyszał Tubka. — Mętna sprawa. Nie podoba mi się to. Może znów 

zrobiłeś jakiś kawał Gidze? Chyba nie zrobię błędu, jak cię trzepnę na wszelki wypadek...

— Daj spokój — przeraziłem się — przecież mamy się godzić.

— Sam mówiłeś, że to odłożone.

— Tylko na razie.

— Więc ja na razie cię trzepnę — zamierzył się pięścią.

— Ach, ty gorylu! — wykrzyknąłem rozzłoszczony.

— Co powiedziałeś?! — Tubka dopadł do mnie.

— Uważaj, połamiesz kwiaty — mruknąłem.

Tubka dopiero teraz przypomniał sobie, że w ręce trzyma kwiaty. Ochłonął, opanował się, 

zaklął tylko pod nosem i ruszył w stronę domu Gigi... Wielki, elegancki, pachnący...

Westchnąłem ciężko i powlokłem się w przeciwną stronę.

background image

19. Wracam do sprawy kręcenia

Na   imieniny   Gigi   już   nie   poszedłem.   Zanim   dobrnąłem   do   domu   i   przebrałem   się, 

upłynęła prawie godzina. Pomyślałem, że o tej porze u Gigi jest już pełno gości i że nie czułbym 

się między nimi dobrze. Nie znam nikogo spośród przyjaciół Gigi, z wyjątkiem Tubki. Lecz 

Tubkę lepiej omijać z daleka. Wprawdzie Giga obiecała nas pogodzić, ale nie jestem aż tak 

naiwny, żeby za bardzo w to wierzyć, zresztą do godzenia trzeba mieć czas, a czas przeznaczony 

przez Gigę na to godzenie już minął. W tej chwili imieniny są w pełnym toku i nie ma zupełnie 

warunków na poważną rozmowę. Giga zajęta jest swymi obowiązkami gospodyni i bawi gości. 

Zapewne grucha w najlepsze z Tubką. Mam za słabe nerwy, żeby na to patrzeć! I nie uśmiecha 

mi się wcale być w cieniu Tubki! Tak. Zdecydowanie nie ma sensu wracać na te imieniny... 

Zadzwonię lepiej i przeproszę...

Zadzwoniłem więc do Gigi, że strasznie żałuję, ale nie będę mógł przyjść.

— Chyba już wiesz, co się stało? — zakończyłem.

— To nie jest żaden powód — oświadczyła Giga. — Chyba że masz już dosyć naszego 

zwariowanego   domu   i   mnie...   Pewnie   mi   jeszcze   nie   przebaczyłeś   mojego   wczorajszego 

rękoczynu...

— Ależ, co ty! — wykrztusiłem. — Wierzę, że mogłaś się zdenerwować, gdy zobaczyłaś 

zniszczoną   książkę...   Ale   to   nie   moja   wina!   Przysięgam,   to   nie   ja   wydarłem   te   ilustracje... 

Dostałem już w takim stanie od Szczypasa... i rozumiem teraz dobrze, dlaczego nie chciał się 

fatygować osobiście i prosił mnie o tę przysługę. Chyba mnie nie podejrzewasz?...

— Oczywiście, że nie. I dziękuję za tort...

— Och... tort! — jęknąłem zawstydzony.

— Strasznie mi przykro, że zniszczyłeś sobie spodnie...

— Najbardziej szkoda samego tortu.

— Tak, bardzo mi żal, był wspaniały — westchnęła Giga. — Nigdy jeszcze takiego nie 

miałam.

— Głupi pech!

— To przez babcię — rzekła Giga — ale co robić? Wszyscy będziemy kiedyś starzy... 

Teraz za to przynajmniej wiesz, że moje życie wcale nie jest łatwe.

— Nie narzekaj — mruknąłem babcia Julicka nie jest taka okropna... według mnie, jest 

całkiem miła.

background image

— Cieszę się, że tak myślisz. Czy już przebrałeś się?

— Oczywiście.

— No to czekam...

—  Nie...   przepraszam   cię,   Giga,   ale   dzisiaj   już   nie   mam   nastroju...   Zresztą,   mówiąc 

szczerze, nie bawią mnie takie oficjalne przyjęcia. Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo w 

bardziej kameralnym gronie, mianowicie przy kręceniu filmu. Chcę ci zaproponować rolę...

— Ro-lę? Jaką?

— Oczywiście główną. Dawno już miałem to w planie. Zanim się poznaliśmy osobiście.

— Żartujesz...

— Słowo!

— Teraz rozumiem, dlaczego chciałeś mnie poznać. Po prostu polowałeś na aktorkę...

— Jeśli wolisz takie wyjaśnienie... proszę bardzo, nie mam nic przeciwko.

— Bardzo mi  to odpowiada. Różnie próbowano mnie  podrywać,  ale jeszcze nikt nie 

wpadł na taki sposób.

— Giga, ja poważnie... Zaczynamy kręcić.

— Kiedy?

— Chciałbym już zacząć w najbliższą sobotę. Wszystko zależy od tego, czy uzyskam 

bazę u ciotki. To idealne miejsce do kręcenia plenerów. Czy miałabyś wolny czas w sobotę i 

ewentualnie w niedzielę? Wykombinuj coś...

— Spróbuję. Ale muszę wiedzieć najpóźniej w środę, czy to sprawa pewna. Zadzwoń!

— Zadzwonię na pewno. Cześć.

— Cześć i wypij przynajmniej szklankę wody za moje zdrowie — powiedziała Giga.

Odłożyłem   słuchawkę   i   pomyślałem:   „Dobra   myśl   przyszła   mi   do   głowy   podczas 

rozmowy z Gigą. Dosyć już marudzenia i zabaw towarzyskich, dosyć sentymentalnych zagrywek 

i szczebiotów pod znakiem Amora. Za bardzo zawróciły mi w głowie dziewczyny. Obsunąłeś się, 

Maksymilianie   Ogromski.   Należy   wrócić   na   pierwszą   linię.   Inaczej   czeka   cię   upadek.   Jeśli 

chcesz dokonać wielkiej rzeczy i zapisać się złotymi głoskami w historii, wracaj na pierwszą 

linię...”

Postanowiłem więc wrócić zdecydowanie na pierwszą linię i zacząć realizować zadania, 

które nakreśliłem sobie w agendzie... Przede wszystkim należy zrealizować ów film, o którym 

myślałem   od   dawna,   pod   groźbą   wiecznej   niesławy   powinienem   natychmiast   przystąpić   do 

background image

dzieła! Zamiast więc na imieniny Gigi pojechałem do Cześka, którego brat miał kamerę filmową 

i poprosiłem o pożyczenie  mi kamery na sobotę i niedzielę.  Pojechałem na nowym  rowerze 

pożyczonym  na tydzień  od Zezowatego  Doda  i wiozłem  z sobą mały magnetofon  kasetowy 

pożyczony od mojej siostry Seweryny. Zarówno rower, jak i magnetofon zrobiły duże wrażenie 

na Cześku. Zauważyłem przeto głośno, że mógłbym mu zostawić magnetofon, aby nagrał sobie 

dźwięk   do   swoich   filmów,   czyli   zrobił   „postsynchrony”.   Mógłbym...   gdyby   Czesiek   w   tym 

samym   czasie   skombinował   mi   kamerę...   Dodałem   przy   tym,   że   rower   wyrabia   łydki,   a 

wyrobione   łydki   są   ozdobą   mężczyzny,   wyrażając   przy   tym   zaskoczenie   z   powodu   nader 

skromnego wyglądu łydek Cześka... Były to argumenty ważkie i propozycje nie do odparcia. W 

rezultacie kwadrans później wracałem do domu bez roweru i magnetofonu, za to z kamerą w 

żółtawym futerale, przewieszoną niedbale przez ramię.

Kolejne kroki skierowałem do mojej znakomitej siostry Marceliny.

— Marcelino, czas nadszedł — powiedziałem demonstrując kamerę. — Pamiętasz, co 

obiecałaś: kostiumy i taśmę w zamian za rolę...

— Główną rolę — poprawiła Marcelina.

— Główną?! — udałem zaskoczenie.

— Tak obiecałeś.

— No cóż... skoro obiecałem... niech będzie główna, ale pamiętaj, finansujesz ten film. 

Na początek nabędziesz sześć taśm odwracalnych ośmiomilimetrowych i kolorowych, zechciej 

zanotować.

— Ile to będzie kosztować?

— Pół patyka.

— O Boże! — przestraszyła się Marcelina. — Nie wiem, jak zniosę taki wydatek!

—   Zniesiesz   ochoczo   i   z   uśmiechem,   jeśli   pomyślisz,   że   na   każdym   z   tych   filmów 

uwieczni się twoja znakomita twarz. Wiem, że chcesz iść do szkoły teatralnej. Wystarczy, jak 

przed egzaminem zaprezentujesz te filmy, a egzamin masz z głowy. Profesorowie z wrażenia 

pospadają z krzeseł.

Nie   wiem,   czy   przekonałem   pod   tym   względem   Marcelinę.   Odeszła   mrucząc,   ale 

nazajutrz wręczyła mi sześć kolorowych filmów marki „Orwo”.

Z kolei należało sobie zapewnić bazę produkcyjną. W tym celu pojechałem nazajutrz do 

ciotki Matyldy. Wróciłem dosyć późno i w doskonałym humorze. Oświadczyłem, że jestem już 

background image

po kolacji.

Mama popatrzyła na mnie podejrzliwie.

— Znów jakieś imieniny? Prowadzisz ostatnio zbyt towarzyski tryb życia.

—   Skończyłem   już   z   tym,   mamo.   Byłem   w   podróży   służbowej,   jeśli   tak   można 

powiedzieć.

— Służbowej?

— Przygotowywałem bazę dla mojego filmu...

— Och... słyszę o tym filmie od roku — powiedziała mama. — Ten film to świetny 

parawan dla twoich ciemnych sprawek...

— Ciemnych sprawek, co też mama — oburzyłem się. — To naprawdę była sprawa bazy!

— Doskonale karmią widać w tej bazie.

—   Żeby   mama   wiedziała.   Kolacja   była   —   palce   lizać.   Prócz   mięs,   jakichś 

nadzwyczajnych ptaków i sałatek, ciastka, kremy, budynie i galarety, nie mówiąc o napojach 

pienistych.

— A więc jednak trafiłeś na jakąś uroczystość, imieniny, chrzciny czy stypę?

— Mama myśli, że jak dobra kolacja, to od razu imieniny lub jakieś święto — rzekłem 

nie bez goryczy. — Mama nie może sobie wyobrazić, że są jeszcze gospodynie, które dbają o 

żołądek młodzieży. Otóż musi mama wiedzieć, że zostałem poczęstowany normalną powszednią 

kolacją przez szlachetną osobę, która doskonale rozumie, że żołądek młodzieży ma taki sam 

spust w dzień powszedni jak w święto...

— Któż to był tą szlachetną osobą?

— Ciotka Matylda.

— Ach tak - zaśmiała się mama usiłując ukryć irytację. — Pewnie znów szykuje na ciebie 

jakiś zamach,  wiórkowanie podłóg, malowanie  czy utykanie  okien na zimę?  Te kolacyjki  to 

najzwyklejsze przekupstwo...

—   Cóż   też   mama!   Wszystkie   prace,   które   wykonuję   u   ciotki,   to   prace   czysto 

bezinteresowne!

— Ciekawe, że nie palisz się do wykonywania bezinteresownych prac w domu, a mnie 

ręce czasem odpadają.

Chrząknąłem.

— Chętnie pomogę i w domu, ale przypominam, że mama prócz mnie ma jeszcze dwie 

background image

córki, praktyka w domowym gospodarstwie bardzo by im się przydała... Inna rzecz, że mnie nikt 

nie pomaga — rzekłem teatralnym głosem. — Samotnie się borykam. Kogo obchodzi, że kręcę 

film? Jedna tylko ciotka wykazała zrozumienie. Dzięki niej będę mógł kręcić plenery w sobotę i 

niedzielę. Oddała całe mieszkanie do dyspozycji naszej ekipy.

— Co takiego?!

— Przecież mówię. Ciocia Matylda zgodziła się zostać bazą... to znaczy, żeby jej dom we 

Wrzoskach był bazą...

— Nieszczęsna  Matylda!  — wykrzyknęła  mama.  — Zawsze była  lekkomyślna...  Nie 

zdaje sobie sprawy, co zrobiła! O, nieszczęsna.

— Jak mama może tak mówić! Ciocia Matylda interesuje się sztuką filmową i jest bardzo 

szczęśliwa, że może wnieść swój wkład do kręcenia.

— Bokiem jej wyjdzie to kręcenie — oświadczyła mama. — Pamiętam, co przeżyłam, 

kiedy miałeś manię teatralną i cały dom zamieniałeś na teatr... Biedaczka Matylda nie pozna 

swojego mieszkania...

— Może mama być spokojna. Kręcić będziemy na dworze, chodzi nam tylko o bazę 

zaopatrzeniową i noclegową...

Ale mama nie słuchała moich rzeczowych wyjaśnień i biadoliła dalej:

— Nieszczęsny wujek Błażej! Oczywiście nic nie wie i o wszystkim dowie się ostatni. 

Kiedy wypędzą go z łóżka i każą zostać statystą.

— To prawda, że nie wie — przyznałem. — Nie był obecny przy omawianiu sprawy... a 

co do roli filmowej, to istotnie przewidujemy rolę dla wujka. On ma taką niesamowitą twarz...

— Pojadę z wami na to kręcenie — zdecydowała mama. — Wy tam gotowiście roznieść 

cały dom...

— Tego się właśnie obawiałem. Mamie nie można nic powiedzieć.

— Pomogę wam... będę czuwać... Nie rozumiesz mnie...

—   Rozumiem.   Mama   chce   reżyserować...   Mama   nie   zrobi   tego...   Jeśli   mama   chce 

reżyserować, to w innym filmie. Mogę nawet napisać dla mamy scenariusz, ale nie może być 

dwu reżyserów naraz... Zresztą w sobotę mama urządza zabawę na rzecz zwierząt z ramienia 

Towarzystwa Ochrony Przyrody... a w niedzielę, o ile się nie mylę, jest mama zaproszona przez 

kynologów na wystawę psów... mama będzie zajęta.

— Już zdążyłeś sprawdzić! Jesteś okropny!

background image

— Tylko przezorny. Mama zawsze mówiła, że należy działać opatrznie i przewidywać z 

góry wszelkie zagrożenia...

— Najlepiej, jak zabiorę cię w niedzielę na tę wystawę i nakręcisz film o psach...

— Mama chyba żartuje — przestraszyłem się. — Przecież mama wyraźnie zgodziła się 

na filmy fabularne. Kiedy miałem manię instrumentalną, mama powiedziała, że zgodzi się na 

każdą inną, byle nie tak głośną.

—  Och,   to   było   straszne!   —   Mama   jeszcze   teraz   zadrżała   na   wspomnienie   seansów 

„mocnego uderzenia”, które aplikowałem jej codziennie w domu.

— No więc widzi mama — ciągnąłem — wyleczyłem się z tej manii. Zrobiłem wielkie 

poświęcenie, żeby mama nie wpadła w chorobę nerwową i przerzuciłem się do filmu... Ale jeśli 

mama boi się kręcenia i woli, żebym znów ćwiczył instrumentalnie, to proszę bardzo. Właśnie 

zapisałem się do klasy puzonu i pan profesor Kiryłło zachęca mnie, abym codziennie ćwiczył w 

domu. Mama porozmawia z panem profesorem Kiryłło. Klasa puzonu w emdeku.

— Nie, nie — zatrzepotała rękami przerażona mama. — Wszystko, tylko nie puzon w 

domu! Lepsze już kręcenie.

— Ja też tak myślę. Zatem nic mi nie pozostaje innego, jak kręcić film. I naprawdę mi 

przykro, że mama rzuca mi kłody...

— Ależ ja ci nie rzucam kłód, tylko...

— Mama napisze do pani Klementyny Olbrychskiej, czy rzucała takie kłody Danielowi, 

jak był w moim wieku, i mama zobaczy, jak matki dbają o rozwój artystyczny dziecka... A w 

ogóle to głowa mnie rozbolała od tej rozmowy. To straszne, co musi przejść młody artysta w 

wieku szkolnym... Gdybym normalnie zbijał bąki na rogu ulicy Balonowej, to mama nie miałaby 

do mnie pretensji, a jak chcę pracować artystycznie, od razu podejrzenia, niepokoje i rzucanie 

kłód   pod   nogi...   Że   ja   muszę   tracić   tyle   energii   na   jałowe   boje   z   opieką   domową,   zamiast 

wyładować tę energię w twórczości filmowej...

— Dosyć już! — przerwała mama. — Jedno jest pewne, że nikt ciebie nie przegada. Nie 

wiem, czy powinieneś zostać filmowcem, ale na pewno masz szansę zostać adwokatem.

Tego dnia szedłem na zasłużony odpoczynek nocny z uczuciem, że nie zmarnowałem 

dnia. Wszystkie sprawy układały się pomyślnie, nawet rozmowa z mamą zakończyła się pełnym 

sukcesem. Moje marzenia o filmie zaczynały nareszcie przybierać realne kształty.  Właściwie 

najważniejsze rzeczy były już załatwione. Dopiero potem pomyślałem, że przeoczyłem jeden 

background image

„drobiazg”: scenariusz. Bagatelka!

background image

20. Głowa mnie boli od przybytku, czyli za dużo gwiazd

Zanim   usnąłem,   myślałem   o   filmie.   Wierzyłem,   że   w   nocy   przyśni   mi   się   gotowy 

scenariusz. Rano wystarczy go tylko zapisać. Nieraz przecież miałem już cudowne filmowe sny! 

Dlaczego nie miałby przyśnić mi się teraz, gdy tak go potrzebuję i tak myślę o nim intensywnie 

przed zaśnięciem? Ach, gdyby stworzyć nową metodę pracy artystycznej! W nocy podczas snu 

układamy   scenariusze,   a   w   dzień   według   nich   kręcimy   filmy!   Zaprzęgnąć   sen   do   pracy 

koncepcyjnej,   to   byłby   pomysł!   To   byłby   prawdziwy   przełom   w   dziejach   sztuki!   Co   za 

oszczędność   czasu!   Wydajność   twórców   zwiększyłaby   się   dwukrotnie.   Wiadomo,   że   artysta 

wciąż walczy z czasem. Życie jest krótkie. Iluż geniuszy nie mogło stworzyć arcydzieł z powodu 

braku czasu. Co najmniej połowę czasu zabiera twórcy obmyślenie kształtu dzieła, gdyby więc 

można załatwić to we śnie, można by pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę...

Z  tą  myślą   usnąłem  wreszcie...  Scenariusz   przyśnił   mi   się  znakomity...   byłem   o tym 

przekonany.  Niestety,  zostały  mi   z  niego  tylko   strzępy...   Chyba   musiały  wystąpić  usterki  w 

nagrywaniu na taśmę pamięci, a może taśma była za mało czuła. W każdym razie coś u mnie 

jeszcze szwankuje w zapisie. Będę musiał pracować nad tym i nauczyć się zapisywać w mózgu 

sny.

To były wskazania na przyszłość. Na razie jednak byłem bez scenariusza i usiłowałem 

gorączkowo wymyślić go podczas lekcji polskiego w klasie.

Podziwiałem Konia. Od razu to zauważył. Co więcej, okazało się, że wszystko zapamiętał 

i od razu skojarzył poprawnie.

— Co się dzisiaj z tobą wyrabia? — powiedział. — Zupełnie nie uważasz. Na pewno 

myślisz o filmie. Masz kłopoty z obsadą czy ze scenariuszem?... Jeśli brakuje ci scenariusza, to 

mogę służyć pomocą. Mam gotowy. „Historia wielkości i upadku Maksyma Ogromskiego, czyli 

jak   nie   zostałem   filmowcem   z   powodu   bomby   z   polskiego”.   A   może   wolisz   tytuł:   „Jak 

zaszkodziły mi przydawki”?

Śmiech przetoczył się przez klasę.

Spojrzałem z pretensją na Konia. Przynajmniej dziś mógł mnie zostawić w spokoju. Być 

może   swoim   szyderstwem   niweczy   genialne   dzieło.   Czyż   to   nie   hańba,   że   zamiast   tworzyć 

scenariusz, zmuszony jestem skupić się na nędznych przydawkach? Co prawda, jeszcze cztery 

dni do rozpoczęcia zdjęć... ale będę miał przez ten czas mnóstwo innej roboty... Trudno. Nie będę 

się tym przejmował. Zresztą i tak ostateczny kształt scenariusza powstaje na planie. Grunt, że 

background image

mam tytuł, nawet dwa tytuły: „Ostatni dzień wakacji” i „Rapsodia jesienna na puzon z perkusją”. 

Oczywiście ten ostatni tytuł zawiera w sobie głęboką ironię. To wcale nie będzie film muzyczny. 

Ale oczywiście będzie ilustrowany muzyką...

Tak,   w   ostateczności   scenariusz   wymyślę   na   planie,   natomiast   należałoby   jak 

najwcześniej skompletować obsadę aktorską.

A więc problem brzmi: kogo zaangażować do filmu? Nie ulega wątpliwości, że powinna 

w nim zagrać Giga. Z drugiej strony, jak wiadomo, zaprzedałem się mojej znakomitej siostrze 

Marcelinie. To nie żarty. Ona finansuje przecież wszystko. Jak to się mówi — siedzę u niej w 

kieszeni. Marcelina na pewno zażąda zgodnie z umową głównej roli. Co gorsza, główną rolę 

obiecałem także Nelce Szyperskiej. Niech to diabli! Zakląłem pod nosem. Nadmiar gwiazd! I co 

teraz zrobić z tym fantem? Giga i Nella nie cierpią się nawzajem. Wykluczone, żeby mogły 

wystąpić jednocześnie. Jedna nie ustąpi drugiej... A więc co? Zerwać z Nelką? Nie, o tym nie 

może być mowy! To prawda, że na samym początku była Giga, a Nelka miała ją chwilowo tylko 

zastąpić, ale potem okazała się nagle ważną osobą w moim życiu. Nie moja wina, pomyślałem, 

że spodobała mi się także Nelka. Była taka różna... taka zupełnie inna od Gigi! Nie, nie mogę 

sobie   wyobrazić   zerwania   z   Nelką.   Zbyt   już   się   zaprzyjaźniliśmy.   Nie   mogę   jej   zdradzić. 

Dlaczego te okropne dziewczyny nie potrafią zrozumieć, że można przyjaźnić  się z dwiema 

naraz?

A potem pomyślałem smętnie, że jak dotąd spotkały mnie same nieprzyjemne rzeczy z 

Gigą.   Czyżby   Giga   przynosiła   mi   pecha?   Może   to   jest   dziewczyna   fatalna   mego   życia? 

Oczywiście,   to   bzdurna   myśl,   ale   fakt   pozostaje   faktem.   Jakoś   mi   się   nie   wiedzie   w   życiu 

towarzyskim. Dlatego szukam pocieszenia u Szyperskiej. I byłbym nieszczęśliwy, gdybyśmy się 

pokłócili.  Dlatego obie muszą  zagrać  główne role w filmie.  Sposób jest tylko  jeden. Muszę 

nakręcić dwa różne filmy. Jeden z Gigą, drugi z Nelką Szyperską. Giga wystąpi w pierwszym 

filmie. Nelka w drugim... Na razie nie będę jej o niczym wspominał. Zaproszę ją do bazy na 

którąś tam kolejną niedzielę, najlepiej, jak spadnie pierwszy śnieg... Biały śnieg, nagie drzewa... 

smutne   stada   kraczących   gawronów   i   przestrzeń...   dużo   przestrzeni.   To   nawet   pasuje   do 

Szyperskiej. Kłopot będzie tylko z moją znakomitą siostrą Marcelą. Przed nią nie da się nic 

ukryć... Zresztą jest mi potrzebna ze swoją kasą.

Kłopot, prawdziwy kłopot... Że też musiałem tak się zaplątać.

Z chłopakami pójdzie chyba lepiej... Zaangażuję Zezowatego Doda, chłopak na medal i 

background image

przyjaciel,   a   przy   tym   —   co   za   fenomenalna   twarz.   Ale   przydałby   się   jakiś   przystojniak. 

Najbardziej by się nadawał Geniusz Tubkowski. Inteligentna blada gęba, długie rzęsy,  ładny 

uśmiech. Zadzwoniłem do niego natychmiast. Niestety, odmówił. W sobotę i niedzielę będzie w 

Warszawie. Zdecydował się wziąć udział w eliminacjach do telewizyjnej Wielkiej Gry. Będzie 

odpowiadał   z   historii   ruchów   rewolucyjnych.   Kogo   wziąć   zamiast   niego?   Nadawałby   się 

oczywiście Męsio. Jest także zdolny i ma fotogeniczną, sympatyczną gębę. Ale bałem się Męsia. 

Mógłby zrobić zbyt duże wrażenie na dziewczynach. Jest zbyt sprytny i wygadany, poza tym 

chciałby rządzić... a na pewno by się wtrącał. Nie, lepiej trzymać z daleka Męsia Cykandera od 

tych   rzeczy.   Już   lepiej   wziąć   Kobylaka.   Szyperska   ma   wprawdzie   dla   niego   niezrozumiałe 

względy,  ale typ  w zasadzie jest nieszkodliwy,  więcej myśli,  niż mówi. Spokojny koleś. To 

niewątpliwie poważna zaleta.

Ustaliwszy z grubsza skład ekipy filmowej, zadzwoniłem do Gigi.

—   Cześć,   Giga   —   powiedziałem   —   no   więc   widzisz,   że   jestem   szybki.   Wszystko 

załatwione. W sobotę zaczynamy kręcić.

— Ty naprawdę poważnie?... — zapytała zaskoczona.

— Nie wierzyłaś? — roześmiałem się.

— Nawet teraz niezupełnie wierzę.

— Nie znasz mnie jeszcze — powiedziałem. — Jestem konsekwentny i efektywny.

Słowa te zrobiły duże wrażenia na Gidze. Nie odważyła się już poddawać w wątpliwość 

realizacji filmu. Zapytała tylko:

— A zatem w sobotę?

— Tak. We Wrzoskach. Tam założyłem bazę.

— Byłam tam kiedyś w lesie... To piękna okolica.

— Wymarzone plenery jesienne — powiedziałem. — Modlę się tylko, żeby do soboty 

wiatr nie strącił reszty złotych liści.

— Kto tam będzie prócz nas? — zapytała Giga.

— Nie wiem jeszcze dokładnie... Przyjadę z asystentem Dodońskim... poza tym zaproszę 

kilku aktorów.

— Jakich? Ja muszę wiedzieć.

— Czy ci nie wszystko jedno, z kim będziesz grać? Najważniejsze, żeby facet był zdolny.

— Nie... Nie mam ochoty grać z pierwszym lepszym... Źle bym się czuła... Na przykład 

background image

wykluczone, żebym mogła zagrać z Kancerą...

— Jeśli ci na tym zależy... proszę bardzo — wzruszyłem ramionami — powiedz, z kim 

chciałabyś zagrać, a ja postaram się go ściągnąć...

— Chciałabym zagrać z Jurkiem Tubkowskim — oświadczyła Giga.

Znieruchomiałem zaskoczony.

— Co takiego? Chciałabyś z Jurkiem Tubką?!

— On musi być!

— Daj spokój, zastanów się! — mówiłem zdegustowany. — Wiesz, w jakich okropnych 

jesteśmy stosunkach. Nie możesz mi tego zrobić...

— Nie szkodzi — powiedziała Giga. — To właśnie będzie okazja, żebyście się pogodzili.

— Błagam cię — jęknąłem.

— Nie.

— On nie nadaje się.

— Nadaje się doskonale. Ma cierpiącą, uduchowioną twarz...

— Uduchowioną twarz! Ależ to jest twarz goryla!

— No wiesz! — oburzyła się Giga. — Owszem, Jurek ma mocno zarysowane rysy, ale to 

podkreśla tylko jego męską urodę... Przyznasz chyba, że ma bardzo charakterystyczny wyraz.

— Owszem, w sam raz do dreszczowca albo do komedii kryminalnej... Ale ja nie mam 

zamiaru kręcić dreszczowca ani komedii kryminalnej. To ma być dramat psychologiczny.

— Jurek to świetnie zagra.

— Nie.

— To mój  warunek — rzekła  zimno  Giga. — Albo zaangażujesz nas oboje, albo  ja 

zrezygnuję.

Zawahałem   się.   Jeszcze   Tubki   tu   brakowało!   Popsuje   całą   przyjemność.   Nie   miałem 

jednak wyboru, skoro Giga tak postawiła sprawę.

—   Dobra,   zrobię   to   dla   ciebie,   niech   będzie,   jak   chcesz   —   rzekłem   sapiąc   ze 

zdenerwowania.

—   Jesteś   okropnie   miły   —   ucieszyła   się   Giga.   —   Wiedziałam,   że   się   zgodzisz. 

Zobaczysz, nie pożałujesz. Będziesz zadowolony z Jurka.

Milczałem.

— Przyjdę po ciebie o trzynastej w sobotę — powiedziałem po chwili.

background image

— Tak wcześnie?!

— Mamy PKS o trzynastej dwadzieścia.

—  Nic   z   tego   —  powiedziała   Giga  —   będę   mogła   wyjechać   dopiero   o  czwartej   po 

południu. O drugiej umówiona jestem z krawcową, a potem mam anglika.

— Za późno, nie zdążymy nic nakręcić. O pół do piątej już zaczyna się ściemniać...

—   Zostanie   nam   cała   niedziela.   Możemy   zacząć   z   samego   rana.   A   więc   jesteśmy 

umówieni.   Przyjadę   koło   pół   do   piątej.   Wytłumacz   tylko   dokładnie,   gdzie   to   jest.   Tatuś 

podwiezie mnie samochodem.

— To jest kolonia kolejowa pod lasem. Ostatni dom. Ulica Opatowska 77. Moja ciotka 

nazywa się Materska. Baza jest u mojej ciotki.

— Załatwione. Przywiozę pieczone kurczaki i sernik. Tym razem cioci Teresie ciasto na 

pewno się uda...

— Nie potrzebujesz nic przywozić. Papu mamy na miejscu. Giga, to jest baza z pełnym 

wiktem.   I   luksusowe   sypialnie.   Wszystko   będzie   zorganizowane   na   medal.   Wystarczy,   jak 

przywieziesz dobry humor.

— Przywiozę dobry humor i Tubkę — powiedziała Giga. — Cześć!

— Cześć! — powiedziałem z pewnym chłodem. Z powodu Tubki. Tubka to był bolesny 

cierń w tej całej imprezie.

Mimo   tego   bolesnego   ciernia   byłem   jednak   szczęśliwy.   Jeszcze   tydzień   temu   Giga 

wydawała mi się nieosiągalna jak gwiazda na niebie. A teraz rozmawiam z gwiazdą jak ze starą 

koleżanką. Jednak sprawy ruszyły wyraźnie z miejsca.

background image

21. Pretensje Nelli

Nazajutrz w szkole przekonałem się, że sprawy nie tylko ruszyły z miejsca, ale ruszyły 

niebezpiecznym  galopem. Tak szybko,  że od razu dotarły do wiadomości  Nelki Szyperskiej. 

Podeszła do mnie na pierwszej przerwie z ponurą miną i obrazą wypisaną na czole. Poczułem, że 

burza wisi w powietrzu.

— Dawno się nie widzieliśmy — powiedziała.

Chrząknąłem.

— Jak to, przecież widzimy się codziennie w klasie...

— Klasa się nie liczy.

— A co się liczy?

— Z kim spotykasz się po lekcjach?

— Ostatnio z nikim. Jestem piekielnie zajęty.

— Gigą?

Zaczerwieniłem się.

— Więc jednak kłamałeś wtedy — przymrużyła oczy Nelka. — Film to był pretekst! Od 

początku chciałeś poznać Gigę, no i dopiąłeś swego! Wsadziła cię do swojej menażerii tak jak 

tego goryla Tubkę.

— Do menażerii?

—   Przepraszam,   do   swojej   gwardii   przybocznej.   Teraz   biegasz   do   niej   na   każde 

zawołanie.

— Kto ci powiedział?!

— Od czasu meczu byłeś u niej dwa razy! — ciągnęła rozżalona Nelka.

—   Masz   doskonały   wywiad...   —   zasapałem.   —   Zaraz   ci   wszystko   wytłumaczę. 

Posłuchaj. Właśnie chciałem z tobą pomówić.

—   Pomówić?   —   Nelka   wzruszyła   ramionami.   —   Po   tym,   co   się   stało?   O   czym 

mielibyśmy mówić? Chyba nie mamy sobie już nic do powiedzenia.

— Nie bądź śmieszna. Owszem, byłem u Gigi, bo Szczypas mnie prosił, żebym oddał 

Gidze książkę... — Opowiedziałem ze szczegółami, na jakie mnie naraził przykrości.

— Wystarczyło, że wspomniał o Gidze, a ty poleciałeś od razu jak na skrzydłach. I nawet 

nie zląkłeś się Medora. — Szyperska wciąż była rozżalona na mnie.

— Musiałem spłacić Szczypasowi dług wdzięczności. Podczas tego pamiętnego biegu 

background image

wybawił mnie z ciężkiej opresji...

— Ale nikt ci nie kazał na drugi dzień biec z tortem! Z takim tortem! Kosztował chyba 

majątek, a ty mówiłeś, że nie masz pieniędzy...

— Dostaniesz jeszcze większy!

Szyperska przygryzła wargi. Widać było, że Szyperskiej wcale nie chodzi o to, żeby ona 

dostała jeszcze większe torty. Szyperskiej chodzi o to, że w ogóle śmiałem podarować tort Gidze.

— Tort nie jest ważny... — powiedziałem. — Tak się złożyło, że akurat były imieniny 

Gigi...

— Tak się ładnie złożyło...

— Ale ja wcale nie z powodu Gigi... Po prostu miałem spotkać się w jej domu z Tubką.

— Ty z Tubką? Cóż to za nowe wykręty?

— Żadne wykręty. Giga zgodziła się pogodzić mnie z Tubką.

— Tak ci bardzo na tym zależało?

— Oczywiście. Stale mam tego goryla na karku. Żyć w ciągłym zagrożeniu, to nie jest 

wcale przyjemne.

— Ja bym też was mogła pogodzić — odpaliła Nelka. — Ciekawe, że nie zwróciłeś się do 

mnie.

— Do Gigi też się nie zwracałem. To od niej wyszła propozycja... Ale skoro już o tym 

mowa... i ty chcesz zamiast Gigi, to proszę bardzo, pogódź nas, jeśli potrafisz.

— Czy tę kamerę też pożyczyłeś po to, żeby filmować Gigę, jak was godzi?... A może to 

godzenie należy do scenariusza filmu, o którym wspomniałeś.

— Co ty wygadujesz? Kto ci powiedział o tej kamerze?

— Właśnie Tubka.

— Ohydny krąg plotkarski.

— Więc to nieprawda?

— Co?

— No to, co opowiada Jurek. Że specjalnie dla niego i dla Gigi napisałeś scenariusz...

— Bzdura! Nie napisałem w ogóle żadnego scenariusza.

— I nie zaangażowałeś ich?

— No... w pewnym sensie — zająknąłem się głupio. — Już ci mówiłem, że do filmu 

potrzeba wiele postaci... ale ty nie potrzebujesz się martwić — dodałem pośpiesznie.

background image

— Na pewno?

— Na pewno.

Szyperska odetchnęła.

— A ja myślałam, że zapomniałeś, co mi przyrzekłeś.

— Jak mogłaś tak pomyśleć? — rzekłem silnie wzburzony. — To mnie obraża. Ja nigdy 

nie zapominam o moich przyrzeczeniach.

— A więc będę grała w tym filmie?

— Oczywiście.

— I dostanę główną rolę?

Umilkłem na chwilę.

— Już zawahałeś się — zauważyła podejrzliwie. — Ty coś knujesz.

— Ależ nie... Oczywiście, że dostaniesz główną rolę.

— W tym filmie, który zaczynasz kręcić? W tym najbliższym?

Zakląłem w duchu. Czy mogę teraz powiedzieć: „Nie, dziewczyno, nie w tym filmie, ale 

dopiero w następnym, w którąś tam kolejną niedzielę, gdy spadnie pierwszy śnieg”? Nie, nie 

mogę. Nie przejdzie mi to przez gardło.

—  Zaniemówiłeś...   Dlaczego   nic  nie   mówisz?  —  zaniepokoiła  się  Nelka.   —  Ty  coś 

ukrywasz przede mną. Może nie chcesz, żebym wystąpiła przed kamerą?... Coś mi się zdaje...

— Źle ci się zdaje — zasapałem.

— Gdybyś naprawdę chciał, to byś mnie o tym zawiadomił, wiedziałabym wcześniej od 

innych... że zaczynasz kręcić... a tymczasem dowiaduję się ostatnia.

Wzruszyłem ramionami.

— Po prostu chodzę z tobą do jednej klasy — powiedziałem — więc uważałem, że nie 

ma   problemu.  I  starałem   się zawiadomić   najpierw   tych,  z  którymi  nie  mam   bezpośredniego 

kontaktu. Bałaś się, że cię w ogóle nie zawiadomię?

— Tak — wyznała Nelka.

Roześmiałem się sztucznie.

— Niepotrzebnie  się bałaś. Ja mam  wszystko  z góry zaplanowane.  Nakręcenie  filmu 

należy do moich zadań na ten rok. Skoro zanotowałem, że masz tam grać główną rolę, to choćby 

ziemia się trzęsła, muszę wykonać zadanie.

— Z żelazną konsekwencją — dopowiedziała Nelka.

background image

Spojrzałem na nią kątem oka, czy nie drwi sobie ze mnie.

— Nie wiem, czy z żelazną - mruknąłem — po prostu z taką, na jaką mnie stać. W 

każdym razie się staram.

— To właśnie u ciebie lubię — powiedziała Nelka. — Masz silną wolę.

— Nabijasz się ze mnie.

— Na pewno masz silniejszą wolę niż inni chłopcy, których znam — powtórzyła. — W 

każdym razie wiesz, czego chcesz, nakreślasz sobie jakieś cele... realizujesz je... próbujesz jakoś 

układać sobie życie. — Wyciągnęła z torby pomarańczę i podzieliła na dwie części. — Poczęstuj 

się.

Jedząc soczysty owoc, myślałem, że w oczach Nelki przedstawiam się zawsze lepszy, niż 

jestem w rzeczywistości. Z wyjątkiem momentów, kiedy jest zazdrosna. O czym to świadczy? To 

może świadczyć tylko o jednym... Spojrzałem na nią uważnie i powiedziałem głośno:

— Za dobrze o mnie myślisz... ale jestem ci za to wdzięczny. To mnie krzepi.

— Śmiejesz się ze mnie. Wiem, że w gruncie rzeczy, to jesteś zły na mnie...

— Za co, u licha?!

— Za moją nieufność i za te oskarżenia... — zaczerwieniła się Nelka — ale przebacz mi! 

To wszystko dlatego, że tak bardzo mi zależało na tej roli... Nie masz pojęcia jak bardzo! Ta rola 

ma dla mnie podwójne znaczenie.

— Podwójne? Jak to?

— Najpierw dlatego, że będę grać... To było moje marzenie. Pasjonuje mnie teatr i film... 

ale nie to jest najważniejsze. Najwięcej dla mnie znaczy, że właśnie mnie wybrałeś do głównej 

roli... sam ten fakt... Bo wcale nie uważam, że mam najlepsze warunki... I łatwo znalazłbyś inną, 

zdolniejszą... A ty wybrałeś mnie. To o czymś świadczy.

Chrząknąłem.

— Oczywiście.

— Na pewno jestem głupia, ale to mi sprawia największą radość... może wcale nie jest tak 

jak myślę, może za dużo sobie wyobrażam... — urwała i spojrzała na mnie z taką niepewnością 

w oczach i z takim niepokojem, że zrobiło mi się całkiem łyso. Do licha, umiała mnie wzruszyć...

— Wyobrażasz sobie dokładnie, tak jak jest — zamruczałem. — Krótko mówiąc za-fas-

cy-no-wa-łaś mnie do tego stopnia, że wymyśliłem specjalny scenariusz dla ciebie...

— Naprawdę specjalnie dla mnie? — rozjaśniła się.

background image

— Tak — bąknąłem — to znaczy... nie jest zupełnie gotowy, dopniemy go na planie... ale 

mam pomysł i tytuł.

— Jak się nazywa?

— „Ostatni dzień wakacji.”

— Wspaniale! I gdzie będziemy kręcić?

Wyjaśniłem w paru słowach.

—   Nie   wiem,   czy   tam   kiedyś   byłaś...   Fantastyczny   las.   Zwłaszcza   o   tej   porze   cały 

kolorowy... no i sama baza...

— Czy na pewno?

— Baza jest zagwarantowana  w ramach  współpracy z ciotką  — cały dom do naszej 

dyspozycji   i   stara   Michałowa   na   dodatek.   Ciotka   Matylda   niedawno   została   babką   i   dzisiaj 

wyjeżdża   do   Lublina   pomóc   córce   w   prowadzeniu   domu,   no   i   zobaczyć   wnuka!   A   dom 

przekazała mnie...

— Masz dobrą ciotkę — powiedziała Nelka.

— Jasne. Ciotka mnie lubi.

— Ale czy wie, że sprowadzisz tam całą ekipę?

— Oczywiście.

— Nie miała żadnych zastrzeżeń?

— Skądże! Była zachwycona.

Nelka spojrzała na mnie podejrzliwie.

— A czy powiedziałeś jej, z ilu osób składać się będzie ta ekipa?

— Tak jest. Powiedziałem, że dom nawiedzi wataha w sile sześciu lub siedmiu ludzi.

— Masz bardzo dobrą ciotkę — rzekła z przekonaniem Nelka.

— Jasne. Ciotka Matylda jest nadzwyczajna. Od dawna współpracujemy — wyjaśniłem. 

— Ciotka   uważa,   że  jestem  jedynym   mężczyzną  do  rzeczy w  całej  rodzinie.   Ilekroć  jest  w 

kropce, zwraca się do mnie. Jestem pogotowiem technicznym dla ciotki. Nie zawsze wszystko 

potrafię sam, czasem muszę sprowadzać kolegów z technikum, ale zawsze coś wykombinuję... W 

tym roku odwaliłem wyjątkowy kawał roboty, było wielkie malowanie w lecie... wszystkie okna i 

drzwi... sama zobaczysz, to moje dzieło. We wrześniu zbierałem owoce. Ciotka nie może się 

wspinać   po   drabinach...   a   wujek   jest   stale   zajęty...   wraca   bardzo   późno   ze   służby;   ostatnio 

likwidowałem przecieki w kranach i uszczelniałem okna na zimę... Teraz widzisz „szaleństwo” 

background image

mojej ciotki trochę w innym świetle — uśmiechnąłem się.

— No, skoro tak...

—   Możesz   być   spokojna...   A   zatem   pamiętaj,   w   sobotę   o   trzynastej   dwadzieścia 

spotykamy się... na dworcu PKS. Autobus jedzie dziesięć minut... To tylko siedem kilometrów. 

Już o pół do trzeciej możemy zacząć zdjęcia.

— To niemożliwe — powiedziała Nelka. — Nie będę miała przy kim zostawić moich 

małych braci. Mama wróci dopiero o drugiej z pracy...

— No to zdążysz jeszcze na następny pekaes. Będzie o czternastej trzydzieści.

— Chyba jednak nie da rady — zaczęła zakłopotana Nelka. — Wątpię, czy mama zgodzi 

się, żebym została tam na noc... Wolałabym przyjechać wcześnie rano w niedzielę...

Milczałem przez chwilę. Jeszcze jedna komplikacja — pomyślałem. Ale potem przyszło 

mi do głowy, że właściwie wszystko się dobrze składa. W sobotę będę mógł pracować z Gigą, a 

rano  w   niedzielę   nakręcić  z  nią   plenerowe   sceny.   Pierwszy  autobus   z  miasta  przyjeżdża   do 

Wrzosek w niedzielę dopiero o jedenastej. Do tej pory Giga już będzie zmęczona i zabiorę się do 

kręcenia scen z Nelką... — uśmiechnąłem się zadowolony. — Kto wie, czy w tym układzie nie 

uda mi  się wyjść  obronną ręką z tej „opozycji gwiazd” i uniknąć kosmicznej  burzy.  Gdyby 

jeszcze coś zrobić z moją kochaną siostrą Marcelą...

— Dobrze — powiedziałem do Nelki — musimy uszanować wolę mamy. Przyjedź w 

niedzielę. Jakoś to wszystko ułożę... Będziemy kręcić podczas twojej nieobecności inne sceny.

— Z Gigą?

Rozłożyłem bezradnie ręce.

— No, to mi tylko pozostaje.

Nelka przygryzła wargi i odeszła zasępiona.

background image

22. Pierwsze emocje i niespodzianki

Mama do ostatka odradzała mi wyjazd do Wrzosek.

— To nic, że ciotka Matylda cię zaprosiła — tłumaczyła mi. — Po prostu krępowała się 

odmówić po tym, co zrobiłeś dla niej, ale to będzie nadużycie gościnności. Zwalać wujkowi na 

głowę siedem osób... W dodatku on jeszcze o niczym nie wie.

—   Niech   mama   będzie   spokojna.   Wuj   Błażej   na   pewno   będzie   zadowolony   — 

oświadczyłem beztrosko. — Mam dla niego rolę w filmie... Nie każdy się nadaje... Na przykład 

mamy bym nie zaangażował...

Mamie zrobiło się przykro.

— Nie zaangażowałbyś mnie? Dlaczego? — zapytała nieprzyjemnie dotknięta.

— Mama jest za ładna do filmu. Ostatnio ładne twarze nie są modne. Co innego wujek...

— Ależ on...

— Nic nie szkodzi, mamo...

— Biedna Matylda! — westchnęła mama. — Twarz wujka Błażeja nie nadawała się do 

fotografii rodzinnej nawet po retuszach. Małe dzieci zawsze uciekały na jego widok...

— Ma za to doskonałe wyniki jako rewizor kolejowy — powiedziałem. — Robi raczej 

niezapomniane wrażenie na pasażerach, zwłaszcza tych bez biletu. Ale, moim zdaniem, właściwe 

miejsce   wujka   Błażeja   jest   w   filmie.   Należy   żałować,   że   taka   twarz   marnuje   się 

bezproduktywnie... Ja wujka jeszcze wylansuję, zobaczy mama... ulizani przystojniacy, gładysze 

i pięknisie nie mają obecnie żadnych szans, poszukuje się twarzy z charakterem, a największe 

kariery robią stuprocentowi brzydale.

— Ale taka brzydota jak u wujka... o, biedna Matylda...

— Brzydotę życia sztuka zmienia w piękno — oświadczyłem. — To jest duża szansa dla 

wujka Błażeja.

— Czy on już wie o tym twoim pomyśle?

— Nie wie, ale to nie szkodzi. Będzie bardziej naturalny. Nie zdąży wystudiować póz i 

min. Dlatego pożądane jest, by ta szczęśliwa wiadomość spadła na niego znienacka.

— Nie zgodzi się.

—   To   jest   uzgodnione   z   ciotką.   Otrzymałem   jej   pozwolenie,   poza   tym   omówiliśmy 

wszystkie techniczne szczegóły związane z rolą wujka...

— Ciekawam, jaką przewidziałeś dla niego rolę.

background image

— Charakterystyczną. Będzie grał rolę przestępcy.

— Zmiłuj się... wujek to poczciwa dusza.

— Mama zupełnie nie zna się na filmie. Właśnie chodzi o to, żeby zaskakiwać. Poczciwa 

twarz u przestępcy — to robi prawdziwe wrażenie.

— Ależ on nie potrafi tego zagrać...

— Najważniejsza jest twarz. Reszta to ręka reżysera i praca kamery... Byle tylko wujek 

był mi posłuszny, zrobię z niego rasowego przestępcę... — powiedziałem i pożegnałem się z 

mamą. W drzwiach odwróciłem się jeszcze.

— Zaangażuję do filmu także starą Michałową.

— Nie radzę ci próbować — ostrzegła mnie mama. — Dostaniesz od niej ścierką.

Pod   kasami   biletowymi   czekała   na   mnie   moja   siostra   Marcela   i   Zezowaty   Dodo. 

Kobylaka nie było. Dodo oświadczył, że Kobylak przyjedzie razem z Nelką Szyperską.

Podczas jazdy autobusem zastanawiałem się, jak nas przyjmie Michałowa. Wiedziałem, 

że nie znosiła gości w domu, cóż dopiero mówić o tabunie obcej młodzieży... Czy więc nie 

przyjmie   nas   rzeczywiście   ścierką?   Dlatego   byłem   dość   zaskoczony,   gdy   zauważyłem   starą 

Michałową bez ścierki, witającą nas na progu domu z wykrzywioną twarzą, co miało oznaczać 

uprzejmy uśmiech. Powód tej uprzejmości wyjaśnił się rychło. Gdy Michałowa posadziła nas 

przy stole i wniosła obiad, nie wycofała się do kuchni, lecz przypatrywała się zadowolona, jak 

wsuwamy, początkowo w milczeniu, a potem zagaiła:

— No, to teraz raźniej...

— Raźniej? — zdumiałem się. — Michałowa czuła się samotna?

— Pani wyjechała, pan wraca ze służby w nocy, a nasz dom pod samym lasem... Bałam 

się... A ty się nie bałeś tu przyjechać? — zapytała mnie nagle.

— Czego miałbym się bać? — zamruczałem z gębą pełną mięsiwa.

— No... wampira.

O mało się nie zakrztusiłem.

— Kogo?

— Grasuje tutaj wampir, znaczy Kubuś.

— Ładnie się nazywa — powiedziałem beztrosko, połykając marynowaną śliwkę. — Ale 

dlaczego Kubuś?

— Raz gonił dzieci w lesie... i wołał: „Dlaczego uciekacie? Nie bójcie się Kubusia”. 

background image

Dzieci to zapamiętały i opowiedziały. Niektórzy nazywają go także Puchacz, bo pojawia się na 

ścieżce w nocy, a niektórzy nazywają go Punktualny, bo udaje, że śpieszy się na pociąg, zaczepia 

ludzi i pyta o godzinę. To jego zwykłe zagranie...

— I dawno on tu tak grasuje? Nic przedtem o nim nie słyszałem.

— Zaczęło się chyba dwa tygodnie temu. Sąsiad, niejaki Masztalerz, wracał o północy z 

imienin przez las na skróty i został zaczepiony przez nieznanego osobnika, który spytał go o 

godzinę, a następnie wyrwał mu zegarek i zaczął go dusić... Nieszczęśliwego znalazła niejaka 

Karasiowa,   która   wybrała   się   rano   na   grzyby...   bo   u   nas   było   w   tym   roku   moc   grzybów... 

osobliwie   gąski   i   kurki.   Masztalerz   znajdował   się   w   opłakanym   stanie,   na   pół   rozebrany   i 

skostniały...   Do   dzisiejszego   dnia   jest   w   szpitalu...   Inna   rzecz,   że   przeprowadza   tam   także 

leczenie odwykowe.

— Znaczy... wracał z tych imienin dobrze zaprawiony.

— To fakt, zaprzeczać nie będę. Alkohol miał w tym swój udział... Ale faktem jest także, 

że od tamtego czasu nikt nie chodzi tą ścieżką przez las, czy kto trzeźwy, czy nie... Tym bardziej 

że od paru dni Kubuś znów się pojawił. Co noc teraz zaczepia... osobliwie dziewczyny.

— Michałowa go widziała?

— A dajże spokój, umarłabym ze strachu... Cała kolonia teraz żyje nerwami... Człowiek 

boi się drugiego człowieka.

—   Czy   był   trup?   —   zapytała   moja   znakomita   siostra   Marcelina   z   właściwą   jej 

rzeczowością.

— Chwalić Boga, jak dotąd nie było — odpowiedziała Michałowa — ale Kubuś wielu już 

gonił... Milicja ma zeznania. Na piśmie. My jesteśmy najbardziej narażeni... bo ostatni dom pod 

lasem. Już trzecią noc oka nie mogę zmrużyć. Nasz pies bez przerwy szczeka... Kubuś na pewno 

gdzieś tu się czai. — Michałowa spojrzała ponuro w ciemną ścianę drzew za oknem.

— Nie szkodzi — powiedziałem. — To nam nawet odpowiada. Będziemy mieli spokój 

przy kręceniu filmu... Ludzie nie będą się pętać... A z Kubusiem damy sobie radę.

— Oj, dziecko, dziecko — westchnęła pobłażliwie Michałowa. — Chojrak jesteś, dopóki 

nie zobaczysz Kubusia na ścieżce... Ale zachowaj cię Bóg, żebyś wieczorem wychodził z domu. 

Zamykam drzwi na zasuwę i nikogo nie wypuszczam.

— Jak nie było trupa, to ja w nic nie wierzę — odpowiedziała Marcelina. — To wszystko 

mogą być plotki. Musi być trup.

background image

Tym sceptycznym akcentem zakończyliśmy wspaniały deser i udaliśmy się do naszych 

pokoi. Michałowa wyjaśniła, że przygotowała dla dziewczyn dwa pokoje na dole, a dla męskiej 

części ekipy dwa pokoje na górze i jedno łóżko na poddaszu.

Wsadziłem Doda do jednego pokoju, sam ulokowałem się w drugim na piętrze. Tubkę 

postanowiłem zakwaterować na samej górze, na facjatce. Uznałem, że tak będzie najbezpieczniej. 

Gdy   tylko   rozpakowaliśmy   się,   zabraliśmy   się   natychmiast   do   pracy.   Marcela   zaczęła 

przygotowywać kostiumy, a ja z Dodem postanowiłem obejrzeć teren zdjęć i wybrać najbardziej 

ciekawe miejsca...

Ledwie jednak zeszliśmy na dół, czekała nas niespodzianka.

Przyjechała Giga z Tubką. Wesoła i rozgadana, rozglądała się po bazie.

— Świetne miejsce... I ten las. Cudo!

— Tam jest wampir — powiedziałem.

— Nadzwyczajne! Uwielbiam wampiry. Kiedy pracuje?

— Po zmierzchu na ścieżce w lesie.

—   Ostatnio   koło   jedenastej   wieczorem   —   zauważył   Dodo   —   pani   Michałowa   mi 

powiedziała. On ma pseudonim Kubuś.

— Świetnie. Wybieramy się dziś na spotkanie z Kubusiem! — zdecydowała Giga. — A 

to   co   takiego?   —   zastygła   nagle   patrząc   w   stronę   furtki.   —   Patrzcie,   co   za   niespodzianka. 

Piekielnie lubisz robić przyjaciołom niespodzianki, Cymek — rzekła do mnie, mrużąc oczy.

Spojrzałem zdumiony... Do licha, ktoś maszerował drogą. Czyżby Kubuś? Nie, zza drzew 

wyłoniły się dwie osoby. Serce załomotało mi nerwowo w piersiach... Do diabła, tego się nie 

spodziewałem... Po chwili skrzypnęła furtka i na ścieżce ukazała się Nelka z Kobylakiem, który 

taszczył dwie wypchane torby.

Bałem się, że burza wybuchnie natychmiast i dojdzie do ostrej wymiany zdań, ale nic 

takiego na szczęście się nie stało. Nelka i Giga przywitały się kulturalnie, aczkolwiek nader 

powściągliwie i ozięble.

— Więc jednak zdecydowałaś się? — zasapałem odprowadzając Nelkę do jej pokoju. — 

Mama ci pozwoliła? — wciąż jeszcze nie mogłem ochłonąć z wrażenia.

— Nie rozmawiałam z nią na ten temat.

— Nie rozmawiałaś?

— Tak się szczęśliwie złożyło, że mama była zaproszona na uroczysty obiad... z okazji 

background image

czyjegoś awansu czy rocznicy... Zostawiłam więc jej tylko kartkę, że jadę kręcić film z ekipą do 

Wrzosek i być może będę tam nocować, więc żeby się nie martwiła... Nie spodziewałeś się, jak 

widzę, nie wydajesz się specjalnie zachwycony — popatrzyła na mnie podejrzliwie.

— Ależ jestem... — wykrztusiłem — to doskonale, że urwałaś się tak szybko... To jest 

twój pokój — wprowadziłem ją do sypialni ciotki. Giga będzie spać obok w salonie razem z moją 

siostrą Marcelą. — Zaraz dostaniesz coś do zjedzenia. Rozpakuj się, rozgość...

— Czy będziemy jeszcze dzisiaj kręcić?

Chrząknąłem zaaferowany.

— Tylko parę scen z Gigą...

— Z Gigą?

—   No,   tak   przecież   ustaliliśmy...   parę   mniej   ważnych   scen   z   Gigą   —   mówiłem 

pośpiesznie. — Właściwe zdjęcia zaczniemy dopiero jutro... Niestety, zaraz się ściemni... Dziś 

omówimy tylko  scenariusz i zapoznam was z rolami...  Pójdziemy spać wcześnie, bo jutro o 

szóstej robię pobudkę.

Niestety, nie było mowy, żebym mógł wieczorem omówić scenariusz. Ledwie bowiem 

zrobiło się ciemno, Giga od razu zaproponowała:

— Robimy wyprawę na wampira! Kto idzie ze mną?

Projekt wywołał entuzjazm Tubki. Znacznie mniejszy u pozostałych członków ekipy, ale 

poszliśmy wszyscy. Niestety, wampira nie spotkaliśmy. Mimo to, a może dzięki temu, wszyscy 

byli zadowoleni i humory dopisywały. Odbyliśmy wielokilometrowy spacer błyskając latarkami i 

czyniąc taki harmider, że wampir, jeśli był, zaszył się w największy gąszcz.

— Za wcześnie się wybraliśmy — oświadczyła Giga, ziewając potężnie. — Powtórzymy 

eksperyment jutro o północy.

Odurzeni leśnym powietrzem, senni i głodni zarazem, wróciliśmy do domu i posiliwszy 

się solidnie przy stole, poszliśmy spać, choć nie było jeszcze dziewiątej.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym, co mnie jutro czeka. Martwiły mnie 

wrogie stosunki panujące między dziewczynami. Wprawdzie dziś odbyło się bez scysji, ale nie 

miałem złudzeń. Była to cisza przed burzą. Bomba wybuchnie na pewno, gdy jutro przystąpię do 

zdjęć. Dlatego bałem się jutrzejszego dnia. Zastanawiałem się, jak ratować zespół, jak uchronić 

go przed rozłamem, ale nic skutecznego nie mogłem wymyślić. Pozostawało tylko nawoływanie 

do zgody i apel do wyższych uczuć.

background image

Potem myślałem o scenariuszu i przyszło mi do głowy, że najlepiej będzie, jak zacznę 

realizować jednocześnie dwa scenariusze. W jednym w roli głównej wystąpi Giga, a w drugim 

Nelka.  Z   moją   siostrą   Marcelą   jakoś  sobie  poradzę...  już  nawet  zaczął   mi  się   zarysowywać 

pewien plan... A jeśli chodzi o ten drugi scenariusz, włączę tam wątek wampira. Oczywiście do 

tej roli świetnie by się nadawał Tubka. Czy jednak się zgodzi? Bardzo, wątpliwe.

I oświadczył: po pierwsze, że chce wystąpić wraz z Gigą w filmie psychologicznym, a po 

drugie, że chce grać rolę pozytywnego młodego człowieka.

—   I   nie   proponuj   mi   żadnych   „czarnych   charakterów”,   żadnych   ról   „goryli”   i 

kryminalistów — zaznaczył. — Wystarczy, że jestem czarnym charakterem w życiu... wiem, że 

uważają mnie za takiego.

— Przesadzasz — powiedziałem.

— Wcale nie. Przyznaj się, że ty sam uważasz mnie za goryla.

Nie mogłem zaprzeczyć.

Potem pomyślałem, że każdy ma swojego robaka, co go gryzie. Nawet Tubka. I to mnie 

pocieszyło. Uspokoiłem się i sam nie wiem, kiedy zasnąłem. To wyglądało jak dalszy ciąg moich 

myśli o scenariuszu, ale to już nie był scenariusz, to był sen. Nie bardzo zresztą oryginalny. Śnił 

mi się wampir. Najpierw powiało chłodem lodowatym w pokoju, ktoś wszedł do pokoju, gdy 

leżałem w łóżku. Wszedł przez okno. I usiadł na mojej pościeli. Czoło miał nisko zarośnięte 

szczeciniastym  włosem,  oczka małe,  z ust sterczały mu  zwierzęce  kły...  Położył  mi  rękę na 

ustach, żebym nie mógł krzyczeć. A kiedy próbowałem się wyrwać, usiadł okrakiem na mojej 

piersi. Nie poddawałem się jednak. Potwornym wysiłkiem udało mi się go zepchnąć z siebie. 

Potem zacząłem okładać go pięściami. Czułem, że przewaga moja rośnie...

— Och, daj już spokój, oszalałeś! — usłyszałem wreszcie błagalny jęk. To już nie był 

sen. To był głos Zezowatego Doda. Kulił się na moim łóżku, a ja biłem w niego jak w bęben.

— Skąd się tu wziąłeś? — wykrzyknąłem.

— Ba... bałem się.

— Ty, takie stare chłopisko?! Kogo się bałeś?

— Obudziły mnie kroki w drugim pokoju — tłumaczył wystraszony Dodo — drzwi były 

uchylone... zobaczyłem włamywacza. Świecił i przeszukiwał gorączkowo szuflady... W biurku... 

w szafie... w kredensie.

— Co ty opowiadasz?

background image

— Był w płaszczu nieprzemakalnym... niestety, stał tyłem, nie widziałem jego twarzy... 

zresztą i tak bym jej nie dostrzegł w tej ciemności... Chciałem zapalić światło, ale okazało się, że 

światło wysiadło.

— Niemożliwe.

— Sprawdź sam.

Przekręciłem   wyłącznik.   Rzeczywiście.   Światła   nie   było.   Nie   podobało   mi   się   to 

wszystko.

— Czy... ten włamywacz jeszcze jest? — zapytałem niepewnym głosem.

— Chyba tak... nie wiem, czy znalazł, czego szukał, w tych szufladach, ale w pewnej 

chwili przerwał poszukiwania, zatrzasnął szuflady i wyszedł z pokoju... słyszałem, jak schodził 

na dół po schodach...

— I przybiegłeś wtedy do mnie.

— Nie... nie od razu. Najpierw wyjrzałem z pokoju na klatkę schodową... żeby upewnić 

się, czy on poszedł... i wtedy zobaczyłem Jurka Tubkę.

— Jurka Tubkę?

— Tak, schodził w szlafroku po schodach świecąc sobie latarką. Zapytał mnie, czy nie ma 

u nas wolnego koca, bo strasznie zmarzł na tej facjacie. Powiedziałem, że nam też nie było za 

ciepło. Więc on powiedział, że weźmie z dołu z wieszaka swój płaszcz i będzie spał w płaszczu... 

Wtedy ja powiedziałem mu, żeby uważał, bo na dole jest włamywacz... Ale on roześmiał się 

tylko i powiedział, żebym poszedł spać... Więc pobiegłem do ciebie... Nie wiem, czy dobrze 

zrobiłem... Bo jeśli mi nie wierzysz...

— Dobrze zrobiłeś... — zacząłem i nagle znieruchomiałem z wrażenia. Na dole rozległ 

się ciężki łomot, jakby uderzenie pałą, a potem głuchy odgłos walącego się ciała. Po chwili 

usłyszałem tupot kroków i zdławiony okrzyk Tubki... Tak... to był na pewno okrzyk Tubki.

background image

23. Nocnej awantury ciąg dalszy

Wciągnąłem   pośpiesznie   spodnie   i   włożyłem   buty...   Rzuciłem   się   do   okna.   Byłem 

przekonany, że zbieg będzie uciekał przez podwórze. Zsunę się wtedy po rynnie i odetnę mu 

drogę... A nawet, jeśli będzie szybszy i zdąży przeskoczyć płot, nie stracę tropu i rzucę się za nim 

w   pogoń.   Ale   włamywacz   miał   inny   plan.   Wcale   nie   kwapił   się   do   odwrotu.   Po   minucie 

wyczekiwania wypadłem na klatkę schodową. Panowała tu zupełna cisza. Zszedłem na dół.

— Kto tam?! — usłyszałem w ciemności głos Tubki. Błysnął latarką.

— To ja, Cymek. Co się tu wyrabia, u licha?!

— Ktoś wdarł się do domu i rozrabia — powiedział Tubka. — Może to on...

— Kto?

— No... ten wampir... ten Kubuś.

— Wariat! Uwierzyłeś w wampira?

— Po tym, co tu widziałem... we wszystko gotów jestem uwierzyć.

— Widziałeś go?

— Tak jak ciebie widzę. Walczyłem z nim.

— Jak wyglądał?

— W płaszczu nieprzemakalnym... wygolona maska z wielkim nosem... Odrażająca gęba, 

będę ją pamiętał do końca życia.

— Co robił?

— Myszkował po kuchni. Zaskoczyłem go. Krzyknąłem: „Ręce do góry!” W odpowiedzi 

strzyknął we mnie czymś białym i lepkim.

— Strzyknął? W jakim sensie?

— Wydawało mi się, że wypluł jakby z siebie...

— Bzdura!

— W każdym razie oślepił mnie jakąś masą... to było słodkawe i lepkie, miało zapach 

migdałów...

— Zapach migdałów? — zaniepokoił  się Dodo i poprawił okulary.  — To może być 

preparat cyjankowy. Cyjanek tak właśnie pachnie. To najgorsza trucizna! Jak się czujesz?

— Nieszczególnie — powiedział zmaltretowany Tubka. — Myślisz, że mogę być zatruty?

— Chyba nie za dużo liznąłeś tego?

— Tylko trochę...

background image

— Na wszelki wypadek zadzwońmy po pogotowie — powiedział Dodo — i na milicję 

oczywiście też.

— Tu nie ma telefonu — uciąłem dyskusję. — Możemy liczyć tylko na siebie.

— W takim razie ustalamy najpierw, co stało się z włamywaczem — mruknął Dodo. — 

Referuj dalej, Tubka!

— No więc, kiedy stałem oślepiony, on natarł na mnie. Zdaje się, że dostałem czymś w 

głowę...   jakąś   maczugą   czy   pałą...   to   było   w   każdym   razie   ciężkie   i   grube...   Trochę   mnie 

zamroczyło. Wtedy on skorzystał z tego i próbował wydostać się z kuchni. Ale gdy przemykał się 

koło mnie, udało mi się schwytać go za nogę. Upadł. Przez chwilę kotłowaliśmy się na podłodze. 

Wreszcie uderzył mnie tą pałą po rękach... rozluźniłem uchwyt... Byłem w trudnej sytuacji... 

Krzyknąłem   wtedy:   „Chłopaki,   na   pomoc!   Łapcie   go!”.   Ten   okrzyk   musiał   go   spłoszyć. 

Zrozumiał, że jest tu nas cała paczka i uciekł na górę. Otarłem twarz... wciąż jeszcze byłem na 

pół oślepiony, ale próbowałem go gonić... Miałem pecha... pomyliłem drzwi. Zaplątałem się w 

jakieś   sznury,   chyba   przewody   od   stojącej   lampy...   Wreszcie   wydostałem   się   na   schody, 

popędziłem na górę. Zaryglował się w pierwszym pokoju... tym balkonowym, wiecie... Wróciłem 

na dół... To wszystko... Cholernie łupie mnie czaszka... — Tubka skrzywił się boleśnie.

— Pokaż. — Dodo obejrzał mu głowę. — Rzeczywiście poważnie cię rąbnął... Masz guza 

jak pomidor...

— Słuchajcie — powiedziałem. — Zapomnieliście, że do drugiego pokoju, w którym śpi 

Kobylak, wiedzie tylko jedna droga... Właśnie przez pokój balkonowy...

— W którym zaryglował się włamywacz — dodał Dodo.

— Z tego wynika, że Kobylak jest w rękach włamywacza — mruknął ponuro Tubka.

— Niepokoi mnie, że nie daje żadnego znaku życia — powiedziałem — nie jest przecież 

żaden ułomek, powinien walczyć.

— A przynajmniej krzyczeć — dodał Dodo.

— Tak jest, powinien przynajmniej krzyczeć... wzywać pomocy,  jęczeć... Tymczasem 

zupełna cisza...

— No, nie taka zupełna — zauważył Dodo. — Słyszę jakieś szelesty... Cicho...

Nasłuchiwaliśmy przez chwilę.

— Ktoś skrada się korytarzem — szepnął Tubka.

— Kto tam? Stój! — krzyknąłem i poświeciłem latarką.

background image

W snopie światła ujrzeliśmy Gigę. Biegła do nas w czerwonym szlafroczku zadyszana i 

przestraszona. Oczy miała wielkie jak spodeczki.

— O Boże, więc was też zbudził? Widzieliście go? — szeptała podniecona.

— Tak. Przetrząsał szuflady w balkonowym pokoju — powiedział Dodo — widziałem go 

przez uchylone drzwi. Ledwie mu się wymknąłem. Ale Kobylak został... Nie daje znaku życia. 

Nie wiadomo, czy żyje... — bełkotał bezładnie Dodo.

— Nie wiadomo też, czy żyje Szyperska — powiedziała Giga.

— Co ty opowiadasz?! — zdenerwowałem się.

— Nie ma jej w pokoju. Zniknęła...

— Jesteś pewna? Skąd wiesz? Zaglądałaś do niej?

— Tak.

— Po co? — zmarszczyłem brwi.

— Po prostu zbudził mnie jej krzyk...

— Krzyk?

—   Nie   mogłam   prawie   nic   zrozumieć,   co   krzyczała,   ale   to   był   krzyk   mordowanego 

człowieka... Jedno słowo zrozumiałam wyraźnie. Parę razy powtórzyła moje imię. Było jasne, że 

wzywa   mnie   na   pomoc.   Powiem   szczerze...   Bałam   się   ruszyć   z   miejsca.   Siedziałam   jak 

sparaliżowana.   Potem   jednak   wzięłam   się   w   garść.   Pomyślałam,   że   to   wstyd   być   takim 

tchórzem... Ktoś walczy o życie, a ja siedzę bezczynnie. Uzbroiłam się więc w moją parasolkę i 

ostrożnie,   na   palcach   podeszłam   do   drzwi   pokoju,   gdzie   spała   Szyperska,   uchyliłam   je   jak 

mogłam najciszej i... i stanęłam jak wryta. Na stołku przy łóżku Nelki paliła się świeczka, ale 

samo   łóżko   było   puste...   Nagle   usłyszałam   jakiś   łomot   w   kuchni   i   krzyki.   Nasłuchiwałam 

zdrętwiała z przerażenia. Potem... otworzyły się drzwi od strony korytarza... Myślałam, że to 

Szyperska wraca, tymczasem na progu stanął on! Miał maskę na twarzy. To znaczy wydawało mi 

się że to chyba maska, bo gdy przyjrzałam się uważniej, doszłam do wniosku, że on miał taką 

okropną cerę, gliniastą, z potwornymi wrzodami... Chciałam uciekać, ale nie mogłam zrobić ani 

kroku... Tymczasem on sapiąc ciężko zbliżał się powoli do mnie... Już chciał rzucić się na mnie, 

gdy przypomniałam sobie, że nie jestem przecież bezbronna, bo trzymam w ręku tę parasolkę... 

Zamachnęłam się, ale zamiast w niego trafiłam w lampę na komódce. Lampa przewróciła się z 

brzękiem. To go zatrzymało na chwilę... Skorzystałam z jego oszołomienia, uciekłam do swojego 

pokoju i zamknęłam się na klucz... Marcela też się już zbudziła. Opowiedziałam jej, co mi się 

background image

przydarzyło...   Nasłuchiwałyśmy   niespokojnie,   co   będzie   dalej.   Potem   usłyszałyśmy   znajome 

głosy i Marcela namówiła mnie, żebym wyjrzała na korytarz... No i zobaczyłam was...

— Coś tu się nie zgadza — zauważyłem.

—  Nie   zgadzają   się   wrzody  —   stwierdził   Zezowaty   Dodo.  —   Włamywacz   nie   miał 

wrzodów.

— A może ty walczyłaś z lampą na komódce i tylko ci się zdawało...

— No, wiesz — oburzyła się Giga — widziałam go wyraźnie...

— W takim razie widziałaś  Tubkę... — powiedziałem.  — Po starciu w kuchni wlazł 

omyłkowo do jakiegoś pokoju z upaćkaną twarzą... To jego musiałaś zaatakować parasolem...

— Tubka nic nie wspomniał, że to Giga... mówił, że sam zaplątał się w przewody lampy 

— zauważył Dodo.

—   Tubka   umyślnie   zmienił   ten   przykry   szczegół...   —   powiedziałem.   —   To   nie   jest 

przyjemne   być   atakowanym   parasolem   przez   miłą   sercu   osobę,   w   dodatku   bez   powodu. 

Ponieważ nie wierzę, by Tubka chciał w tym momencie „rzucić się” na Gigę. To już fantazja 

Gigi. Strach ma wielkie oczy.

— O Boże, Jurek, więc to byłeś ty?! — wykrzyknęła Giga.

Tubka sapał ciężko.

— Przebacz, tak mi przykro...

— Przebaczam ci — powiedział wspaniałomyślnie Tubka.

— Może tego guza wtedy sobie nabiłeś — przymrużyłem oczy. — Do licha, może tu w 

ogóle nie ma włamywacza...

— Jest! — usłyszeliśmy głos z ciemności.

Skierowałem latarkę w tamtą stronę. Zbliżała się do nas podniecona Marcela.

— Jest tu włamywacz albo wampir — oznajmiła.

— Widziałaś go?

— Widziałam  trupa — oświadczyła  poważnie. — To zmienia  zupełnie  sytuację.  Nie 

wierzyłam w tego wampira. Słyszeliście sami. Pytałam o trupa. No i... jest trup.

— Nie żartuj, nie czas na bzdurne żarty — zdenerwowałem się.

— Ja wiem, że to głupio brzmi, ale nic na to nie poradzę.

— Jest trup? — podniecony Dodo nerwowo poprawił okulary.

— Jest i, żeby wyglądało jeszcze bzdurniej, leży w szafie.

background image

— Trup w szafie? — oniemiał Dodo.

— Tak, na końcu korytarza — oznajmiła z kamienną twarzą Marcela.

Ruszyliśmy bezzwłocznie sprawdzić tę makabryczną nowinę.

— Czy... czy już wiesz... czyj to trup? — zapytałem ostrożnie Marcelę.

— Nelki Szyperskiej — odparła Marcela.

— Nie! Nie może być — wykrzyknąłem przerażony i rzuciłem się biegiem do szafy... 

Przed samą szafą omal nie wyłożyłem się jak długi... z powodu poślizgu. Pośliznąłem się na 

jakiejś mokrej plamie na podłodze. Poświeciłem latarką. Zastygła czerwona ciecz... wypływała 

wąską strużką z szafy. Krew! Przeniosłem wzrok na szafę. Była czarna, rzeźbiona, jakiś antyk 

chyba. Między nie domkniętymi drzwiami coś tkwiło... białego... Wzdrygnąłem się. To nie było 

złudzenie. Z szafy sterczała ludzka noga. Dotknąłem jej. Była zimna.

— Już sztywnieje — oświadczyła Marcela. — Zgon musiał nastąpić kilka godzin temu.

Tubka   otworzył   szafę.   Nelka   leżała   wciśnięta   między   starą   odzież;   z   rozrzuconymi 

włosami, rękami rozpostartymi, z zastygłą, jakby wymodelowaną w białym marmurze twarzą. 

Oczy   miała   zamknięte.   „Jest   piękniejsza   niż   wtedy,   gdy   była   żywa...”   —   pomyślałem   i 

pomyślałem jeszcze, że żywa Nelka nigdy nie wydawała mi się piękna. Dopiero teraz...

— Pomóżcie mi ją wyciągnąć — mruknął Tubka.

— Zostaw — powiedziała Marcela — nie wolno niczego ruszać, póki nie przyjedzie 

milicja. Musimy ją zostawić tak jak jest... inaczej moglibyśmy mieć kłopoty.

— Tak, mogłoby być na nas — powiedział podniecony Dodo. — Zdaje się, że ostatnio 

pokłóciłeś się z Nelką — obrócił się do Jurka Tubki.

— No to co?

— Mogliby ci próbować przylepić to morderstwo — powiedział Dodo — masz motyw. I 

Giga też ma. I ty też masz — wskazał palcem na Marcelę.

— Ja?

— Mogłaś jej zazdrościć głównej roli w tym filmie.

— Uważaj, Dodo, bo cię strzelę — rzekła ostro Marcela. — Nie lubię takich żartów...

— Ja przecież nic... ja tylko was uprzedzam... możecie być w to wplątani...

—  Przestań   —   spojrzałem   z  wyrzutem   na   Doda   i   przymknąłem   przygnębiony   szafę. 

Czułem, że ogarnia mnie rozpacz... To przeze mnie wszystko... przez ten film przeklęty!

— Kiedy ją znalazłaś? — Tubka indagował Marcelę.

background image

— Przed chwilą...  Chciałam  iść do łazienki  i zabłądziłam,  z powodu tych  ciemności 

zabrnęłam   aż   na   koniec   korytarza...   Pamiętam,   zawadziłam   o   coś...   Wyobraźcie   sobie   moje 

przerażenie, gdy stwierdziłam, że to była ludzka sztywna noga!

—  Teraz   już   nie   ma   wątpliwości   —   zamruczał   Tubka.   —   Nie   było   przesady  z   tym 

wampirem... Facet jest cholernie niebezpieczny. Nie mogę sobie darować, że pozwoliłem mu się 

wymknąć... Ale rozgrywka nie skończona... póki tam jeszcze siedzi na górze, mam szansę.

—   Ty   może   tak...   ale   jaką   ma   szansę   Kobylak?   —   wtrąciłem.   —   W   tej   chwili 

najważniejszą sprawą jest ratowanie Kobylaka... Dosyć tego gadania. Musimy coś postanowić.

— Żeby coś postanowić, musimy najpierw zbadać sytuację. Istotne jest, czy Kobylak 

jeszcze żyje, czy już nie — mruczał Tubka. — Mógłbym próbować wyważyć drzwi, ale jeśli 

Kobylak jeszcze żyje, ten zwyrodnialec gotów go wtedy ukatrupić. Może zrobić z Kobylaka 

zakładnika. Tego się właśnie boję.

— Najlepiej pędzić po milicję — zaproponowała Marcela.

— Milicja jest siedem kilometrów stąd — powiedziałem. — Zeszłaby cała godzina... co 

ja mówię, dwie godziny, zanim mogliby nam pomóc... A do tego czasu... Strach pomyśleć... 

Musimy działać sami...

—   Pójdę   na   górę   —   zdecydował   Tubka.   —   Spróbuję   nawiązać   z   nim   kontakt...   i 

dowiedzieć   się,   czego   chce...   Nastraszę   go   przy   sposobności...   Może   zgodzi   się   wypuścić 

Kobylaka.

— Pójdę z tobą — powiedziałem.

— I ja — rzekł Dodo.

W rezultacie poszliśmy wszyscy.

Przez dłuższą chwilę nasłuchiwaliśmy przy drzwiach. W pokoju panowała zupełna cisza.

— Boję się — powiedział Dodo. — Ta cisza nie wróży nic dobrego...

— Może drań uciekł przez balkon...

— To karkołomne przedsięwzięcie — mruknąłem. — Gładka ściana, nie ma nawet rynny 

w pobliżu, takiej jak przy moim pokoju.

— Cicho... słyszę go! Pokasłuje — szepnął Tubka. — Tak, to on.

— Ale dlaczego nie słychać zupełnie Kobylaka?

— Prawdopodobnie już nie żyje.

— Może jest tylko zakneblowany — powiedziałem.

background image

—   Przynieś   noże   z   kuchni   —   mruknął   Tubka   do   Doda   —   wybierz   największe   i 

najdłuższe. Musimy być przygotowani na wszystko — wyjaśnił.

Wzdrygnąłem się. Pomyślałem, że zaczyna się największa przygoda mojego życia... Ale 

ledwie się zaczęła, już miałem jej dość. Nie taką sobie zaplanowałem tu przygodę.

background image

24. Wielka gafa!

Zezowaty Dodo wrócił z trzema nożami. Tubka wybrał dla siebie największy,  niemal 

rzeźniczy nóż — wąski i długi. Dodo zatrzymał  dla siebie nóż-piłę. Mnie przypadł tępy nóż 

stołowy.  Wyglądał  dość niewinnie, a mimo  to poczułem się raczej niewyraźnie. Tym  razem 

bowiem, po raz pierwszy w życiu, nie miał mi służyć do obiadu, lecz do obrony. Tubka spojrzał 

nań krytycznie.

— Nie było lepszego? — zapytał Doda.

— Tylko te dwa — odparł Dodo. — Trzeciego kuchennego już nie było.

— Trzymaj! — Tubka wręczył mi swój. — Ja ostatecznie mogę bez, bo znam dżudo, ale 

taka faja jak ty...

Spojrzałem na rzeźniczy nóż, który trzymałem w ręku. Głupia sytuacja. Nigdy jeszcze nie 

walczyłem na noże.

— Jak ty trzymasz ten nóż! — zdenerwował się Tubka. — Nie będziesz nim, do licha, 

krajał kurczaka... Nóż do walki trzyma się tak — zademonstrował.

— Nie miałem dotąd okazji... — chrząknąłem — i raczej tego nie lubię...

— Ja też nie — rzekł Tubka — ale pamiętaj, że to jest niebezpieczny facet, który nie 

przebiera w środkach, a ty co... chcesz na niego z gołymi rękami? Chodzi o Kobylaka.

To prawda, chodzi o Kobylaka. Wziąłem się w garść.

— Zagajaj — powiedział Tubka.

— Może ty...

— Nie, ty zagaisz lepiej.

Zastukałem energicznie do drzwi. Odpowiedziało mi milczenie.

— Nie ma pan żadnych szans! — zawołałem. — Jest pan otoczony. Mamy przewagę 

liczebną. Niech pan nie przeciąga struny.

Spojrzałem na Tubkę. Pokiwał głową.

— Zagajaj dalej, dobrze ci idzie — szepnął.

— Czy pan chce rozlewu krwi? Jesteśmy uzbrojeni. Zdolni do wszystkiego — ciągnąłem. 

— Puścimy jednak pana wolno, jeśli pan spełni jeden warunek.

Tym razem poskutkowało. Z pokoju doszedł nas słaby głos.

— Czego chcecie?

— Niech pan wypuści naszego kolegę Kobylaka.

background image

— Tylko ja tutaj jestem — odpowiedział głos.

Na moment poczułem skurcz serca.

— Nie chce pan chyba powiedzieć, że pan go już załatwił?

— Nie ma tutaj nikogo.

— Do kogo ta mowa?  Tam został nasz kolega. Spał w drugim pokoju — zagrzmiał 

Tubka.

— Nie zaglądałem do drugiego pokoju — odpowiedział głos.

Spojrzeliśmy po sobie zbici z tropu.

—   Może   niepotrzebnie   zdekonspirowaliśmy   Kobylaka   —   mruknąłem   zaaferowany.   - 

Kobylak mógł się ukryć w drugim pokoju... i siedzieć tam cały czas bezpiecznie, a teraz...

— Trudno, stało się — szepnął Tubka, a głośno zawołał: — Jeśli pan tam nie zaglądał, 

niech pan zajrzy, do licha! Ale to jest ostatnia chwila pańskiego życia, jeśli chłopakowi coś się 

stanie!

— O Matko Miłosierna! — jęknął opryszek.

Poruszyłem się niespokojnie. Nóż z brzękiem upadł mi na podłogę.

— Co ci się stało? — zapytał z niepokojem Tubka.

— Niech to diabli... zdaje się, że poznaję ten głos... o, niech to diabli... lepszy ubaw...

— Ubaw?!

— Do licha, schowaj te noże... to mój wujek.

— Co takiego?

— Zaatakowałeś w kuchni wuja Błażeja.

— Niemożliwe... przecież Dodo...

— Zaatakowałeś gospodarza domu. Co za gafa!

Tubka bawił się nożem.

—   No,   nie   wiem,   czy   taka   gafa...   wujek   nie   wujek,   w   każdym   razie   zamordował 

Szyperską.

— Idioto, schowaj ten nóż! — rozzłościłem się. — Jak śmiesz podejrzewać wujka!

— Wszystko wskazuje na to, że twój wujek jest wampirem — rzekł spokojnie Tubka.

— Nie unoś się... Zrozum, zdarzają się takie wypadki, że człowiek wiedzie podwójne 

życie... zwłaszcza, gdy jest stuknięty.

— Mój wujek nie jest stuknięty. Jest rewizorem.

background image

— Pamiętaj, że Szyperska nie żyje... Ktoś ją zabił. Jeśli nie on, no to kto? No to kto w 

takim razie? Stara Michałowa czy ktoś z nas?

Powiało grozą.

— Najbardziej podejrzana jest Giga — powiedział Dodo. — Wiemy, że była w pokoju 

Szyperskiej, tam zastał ją Tubka...

— Zajrzała zobaczyć, co się dzieje. Szyperską krzyczała.

— Tak twierdzi Giga, ale oprócz niej nikt nie słyszał krzyku Szyperskiej... Poza tym Giga 

nie znosi Szyperskiej i trudno uwierzyć, że chciała jej śpieszyć na pomoc...

— Może tobie trudno — zapiał Tubka. — Ja ją znam i mnie bardzo łatwo w to uwierzyć. 

Giga mogła nie lubić Szyperskiej, ale nie odmówiłaby jej pomocy w potrzebie. Taka jest właśnie 

Giga!

— W takim razie sam się wkopujesz, Tubka... Bo ty jesteś kolejny na liście...

— Ja?

— Już powiedziałem  ci, że miałeś  motyw,  a oprócz tego nie masz  alibi. Przeciwnie, 

widziałem cię, jak schodziłeś w nocy na dół.

— Szedłem po płaszcz, mówiłem ci, że zmarzłem...

— Czy uwierzą? Uznają to za wykręty...

— Idź do diabła i zabierz lepiej te noże... — krzyknął Tubka. — Słyszałeś, co mówię? 

Zjeżdżaj!

Przerażony Dodo porwał noże i zbiegł na dół. Wrócił po chwili podniecony.

— Co, znowu tutaj? Spływaj! — Tubka chciał go przegonić.

— Ma... mam nie... niesamowitą wiadomość — wykrztusił Dodo.

— Co się znowu stało? — zapytałem. — Mam nadzieję, że nie nowy trup.

— Prze... przeciwnie... Szyperska poruszyła nogą — oznajmił Dodo.

— Co ty, wygłupiasz się?!

— Widziałem na własne oczy. Ona spała w szafie.

— Spała w szafie? Dlaczego?

— Nie wiem... możemy ją spytać... na razie jest zajęta. Wyciera syrop wiśniowy... W tej 

szafie   stały   jakieś   butelki   z   sokami   i   jedna   się   potłukła...   Wszystko   zapaprane...   A   myśmy 

myśleli, że to krew... Teraz sprząta, Giga i Marcela jej pomagają, bo ona jest bardzo słaba, czymś 

się struła... Ale wszystkie są w dobrym humorze, bo już im powiedziałem, że wampirem jest 

background image

wujek.

W pokoju znów rozległy się kroki. Przyłożyłem ucho do drzwi.

— Niesamowita historia — rozległ się drżący głos wujka. — Tam naprawdę śpi jakiś 

chłopiec...

— Śpi? — zdziwiłem się.

— Śpi spokojnie, wydając lekki pomruk jak kot — powiedział wujek. Nader spokojny sen 

jak na opryszka...

Pomyślałem,   że   Kobylak   ma   nerwy.   A   jednak   nie   zazdrościłem   mu.   Przespał 

najciekawsze wydarzenia tej nocy.

Przez drzwi słychać było głośne sapanie wujka. Był czymś wyraźnie wzburzony.

—   To   skandal!   —   wybuchnął   wreszcie.   —   To   już   zupełny   upadek   obyczajów,   nie 

mówiąc   o   naruszeniu   podstawowych   zasad   higieny,   przyprowadzać   z   sobą   na   nocną   robotę 

nieletnich  jak ten  chłopiec.  Widać  po jego śnie, że  to niewinne  dziecko  jeszcze,  a  panowie 

brutalnie pchają go na drogę przestępstwa... Nawet jeśli dopuścimy, że zachodzi konieczność 

praktyki  i wdrożenia do zawodu od najmłodszych  lat... to przecież,  na miłość  boską, nie w 

godzinach nocnych. Widzę po tym chłopcu, że jego organizm potrzebuje o tej porze snu...

— Chwileczkę, proszę pana — Tubka usiłował przerwać ten potok wymowy, nadaremnie 

jednak, ponieważ w wujka Błażeja wstąpił duch apostolski. Uzdrawianie obyczajów, naprawa 

stosunków społecznych i dbałość o poziom moralny młodzieży to były życiowe pasje wujka.

—   Muszę   nadto   zwrócić   panom   uwagę,   skoro   mam   rzadką   okazję   rozmawiać   z 

przedstawicielami   tak   oryginalnego,   acz   starego   zawodu,   że   zdumiewa   mnie   upadek   etyki 

profesjonalnej w waszych szeregach, panowie. To ładnie, że wznieśliście się na wyższy poziom 

kultury osobistej i wyjeżdżacie na delegacje z mydłem, szczoteczką do zębów itp. przyborami 

toaletowymi,  tudzież bielizną nocną w neseserach, ale zakładać kwatery i nocować w domu, 

który się właśnie plądruje, to już bezczelność. Tego nie robili szanujący się włamywacze. Stąd 

mój apel! Zabierajcie, co macie zabrać, i cześć! Zniosę brak tego czy owego przedmiotu, ale nie 

zniosę waszego towarzystwa! To już za wiele mieć was koło siebie w kuchni, w wannie i w 

łóżku!   To   jakieś   nowe,   niesłychane   metody   rabunku!   Wypraszam   sobie   w   imieniu 

zainteresowanych obywateli!

— Doskonale, wujku, podpisuję się pod tym apelem, ale tu zaszła jakaś pomyłka... Do 

kogo właściwie wujek wygłasza ten apel?

background image

— Wujek? Co takiego? Wiem, że mam wielu krewnych w różnych zawodach, ale w 

takim?... Kto mnie nazywa wujkiem? — denerwował się Błażej.

— Powtarzam, do kogo wujek wygłasza ten apel?

— Do włamywaczy całego świata.

—   Pomyłka   w   adresie.   My   gościmy   tu   na   zaproszenie   ciotki   Matyldy.   Czyżby   nie 

uprzedziła wujka?

— Biedna Matylda... Wiem, że jest bardzo gościnna, ale żeby aż tak... To już jakieś 

zaburzenia umysłowe! Zapraszać na weekend przestępców!

— Dopiero, jak zrobię nudny film, pozwolę wujkowi nazwać się przestępcą.

— Film... zaraz... coś mi świta... i głos jakby znajomy. Czy ty, przyjacielu, nie jesteś 

czasem   tym  najbardziej  postrzelonym   maniakiem   ze  wszystkich  nienormalnych  siostrzeńców 

mojej biednej Matyldy?

Chrząknąłem urażony.

— Nie wiem naprawdę, kogo wuj ma na myśli.

— Mam na myśli oczywiście Cymeona Maksymalnego, czyli Cymka Ogromskiego. On 

właśnie ma bzika na punkcie filmu.

— Ja protestuję przeciwko tym sformułowaniom — oświadczyłem — i przypominam 

wujkowi, że wujek wciąż jeszcze jest zamknięty w tym pokoju...

— Sam się zamknąłem i wyjdę, gdy będę chciał — oświadczył z godnością wuj Błażej.

— Wyjście jest tylko jedno i prowadzi do naszej ekipy — powiedziałem surowo.

— Nie rozumiem.

— Wuj został skierowany do pracy w naszej ekipie przez ciotkę Matyldę.

— Nic o tym nie wiem.

—  Pewnie  nie   otworzył  wuj  listu   zawierającego   dwanaście   zleceń   cioci  dla   wuja  do 

wykonania podczas jej nieobecności. Zlecenie ostatnie, zlecenie numer dwanaście, przewiduje 

udział wujka w realizacji obecnego filmu w charakterze aktora, z uwagi na walory wewnętrzne i 

zewnętrzne wujka. List znajduje się na biurku pod przyciskiem.

Przez chwilę trwała po drugiej stronie cisza.

Wreszcie   rozległ   się   zgrzyt   klucza   w   zamku.   Drzwi   otworzyły   się   i   stanął   w   nich 

zrezygnowany wujek Błażej. W ręce trzymał wałek kuchenny do ciasta.

— Strasznie mi przykro. Zdaje się, że kogoś rąbnąłem tym wałkiem.

background image

—   Mnie   —   powiedział   Tubka.   —   Ale   to   my   przepraszamy...   Zaszło   żałosne 

nieporozumienie...

—   Nie...   nie...   to   ja   jestem   gapa...   Nie   zauważyłem   tego   listu...   w   dodatku   przed 

wyjazdem   ciotka   wspominała   o   waszym   przyjeździe,   ale   wypadło   mi   z   głowy...   Jestem 

przepracowany... ostatnio zastępuję chorego kolegę... gonię resztkami nerwów...

—   Zatem   dobranoc,   wujku.   Jutro   przy   śniadaniu   spróbujemy   odtworzyć   historię   tej 

niesamowitej nocy — ziewnąłem.

— Wyjaśnić niektóre ciemne punkty — powiedział Tubka. — Postanowiłem analizować 

skrupulatnie   wszystkie   moje   niepowodzenia,   rozczarowania   i   wpadki.   Może   wreszcie 

zrozumiem, skąd się bierze mój systematyczny pech — westchnął ciężko.

background image

25. Scenariusze prawdziwe i zmyślone

Nazajutrz   po   śniadaniu   poprosiłem   najbardziej   „tragicznych”   bohaterów   tej 

niezapomnianej nocy, to znaczy wuja Błażeja i Nelkę Szyperską, aby opowiedzieli nam swoje 

przygody. Postanowiłem zanotować je skrupulatnie jako dokumentację do przyszłego filmu. Gdy 

ktoś   będzie   mi   zarzucał,   że   jestem   niepoważny   i   że   moje   scenariusze   nie   mają   związku   z 

rzeczywistością, pokażę te zeznania wujka i Nelli, dołączę moje zmyślone nowele filmowe i każę 

zgadywać, które z tych utworów zawierają opisy prawdziwych zdarzeń, a które są płodem mojej 

wyobraźni... I mogę się założyć, okaże się wtedy, że jestem jednak „poważniejszy” niż życie. Bo 

życie lubi drwić sobie z nas na każdym kroku. A oto teksty obu zeznań.

Zeznanie wuja Błażeja

Jak wam już wspomniałem,  tego dnia byłem  wyjątkowo  zmęczony i senny.  Jesienny 

szczyt  przeładunków na kolei. Od dwu dni i dwu nocy nie zmrużyłem oka. Do tego kolega 

zachorował i musiałem zastępować go w pracy. Chodziłem jak zamroczony i czułem, że łapie 

mnie grypa. Z pewnością miałem gorączkę, dręczyło mnie pragnienie. Wróciłem o jedenastej 

wieczorem. W domu panowała idealna cisza i nie zauważyłem nic podejrzanego. Tylko światło 

wysiadło. Ale nie chciało mi się zmieniać korków. Moim marzeniem było jak najszybciej zażyć 

polopirynę, ugasić byle czym pragnienie i położyć się spać. Nie zdejmując płaszcza poczłapałem 

do mojego pokoju na piętrze. Wiedziałem, że w którejś szufladzie mam parę tabletek leku... 

Dlaczego   nie   zdjąłem   płaszcza?   Ponieważ   przechodząc   przez   podwórze   zauważyłem,   że 

Michałowa zostawiła na noc bieliznę na sznurze i zapomniała sprzątnąć. Michałowa stała się 

ostatnio roztargniona. Starość czy też skutki myślenia o wampirze?... Z początku miałem zamiar 

nie mieszać się do takiej babskiej rzeczy jak pranie i suszenie bielizny,  ale gdy chciałem w 

przedpokoju   ściągnąć   płaszcz,   zauważyłem,   że   jest   wilgotny.   Zaczynała   się   mżawka. 

Pomyślałem wtedy, że jednak należałoby sprzątnąć tę bieliznę, bo inaczej rano trzeba ją będzie 

znowu wyżymać. Postanowiłem przeto, że skoczę tylko na górę, zażyję polopirynę i napiję się 

czegoś, no i zaraz wezmę się za tę bieliznę... Uznałem, że nie warto w tej sytuacji zdejmować 

płaszcza...   Skąd   mogłem   przypuszczać,   że   to   będzie   miało   takie   ogromne   znaczenie?   Czy 

zgadzam   się,   że   mógł   w   waszych   oczach   wyglądać   podejrzanie   osobnik   w   płaszczu, 

przeszukujący gorączkowo wszystkie szuflady w pokoju? Tak. Zgadzam się. Na pewno mógł 

background image

kojarzyć się ze złodziejem, a nawet włamywaczem...

Co było dalej? Znalazłem w końcu tę polopirynę i zszedłem na dół napić się czegoś w 

kuchni. Tam właśnie zaskoczył  mnie Jurek. Krzyknął do mnie: „Ręce do góry!” Oczywiście 

wziąłem go za bandytę... Pomyślałem nawet, że to może być ten opryszek grasujący w okolicy, 

którego   nazywają   wampirem   czy   też   Kubusiem.   Nie   miałem   jednak   zamiaru   kapitulować... 

Zrobiłem nagły unik na wypadek, gdyby miał prawdziwą broń przy sobie. Sam byłem wprawdzie 

bez oręża, ale nawinął mi się pod rękę garnek z budyniem czy kremem. Nie namyślając się wiele, 

nabrałem garść tej masy i cisnąłem nią w napastnika. Korzystając z jego zaskoczenia porwałem 

wałek do ciasta i z pomocą tego wałka utorowałem sobie drogę do pokoju. Tam zamknąłem się 

na klucz i zacząłem medytować nad sytuacją... To wszystko. Dalszy ciąg już znacie. Dlaczego 

nie   wydostałem   się   od   razu   z   domu?   Mógłbym   wtedy  zaalarmować   sąsiadów   albo   wezwać 

milicję. Owszem, w pierwszej chwili miałem nawet zamiar wybiec z domu, ale potem, gdy Jurek 

zaczął wzywać kolegów na pomoc, zrozumiałem, że jest tutaj cała banda i że drzwi na pewno są 

pilnowane.   Kiedy   w   dodatku   usłyszałem   czyjeś   kroki   w   korytarzu   i   zamajaczyła   mi   jakaś 

sylwetka   w   ciemności,   pomyślałem,   że   droga   na   dwór   jest   odcięta.   Bałem   się   ryzykować 

przedarcia się przebojem i poszukałem schronienia na górze. Oczywiście teraz już wiem, że ta 

postać w korytarzu, której się przestraszyłem, to była Nella Szyperska.

Zeznanie Nelli Szyperskiej

Miałam okropny sen, ledwie zasnęłam tej nocy. Czy o wampirze? Nie, to nie był sen o 

wampirze.  Wolałabym   nie  mówić,   co  mi   się śniło...  To  było   zbyt  straszne  i  przykre...   Tak. 

Krzyczałam   przez   sen.   Pamiętam...   Nalegacie,   żeby   powiedzieć   jednak   coś   o   tym   śnie, 

przynajmniej ogólnie. No więc ogólnie to śniło mi się kręcenie filmu... Nie mogę powiedzieć, kto 

mi się śnił i co się ze mną stało... Ten sen był tak okropny, że obudziłam się. Potem nie mogłam 

zasnąć. Bałam  się. Naprawdę się bałam.  Na stoliku nocnym  zauważyłam  parę flakoników  z 

bardzo   wyraźnymi   wielkimi   napisami,   naklejonymi   zapewne   przez   ciotkę,   żeby   mogła   je 

przeczytać bez okularów. Te napisy brzmiały: na serce, na wątrobę, na żołądek, na uspokojenie. 

Zażyłam więc tabletkę na uspokojenie. Kiedy po pięciu minutach nie uspokoiłam się, wzięłam 

jeszcze jedną... Tak, teraz wiem, że wzięłam za dużą dawkę i że taka dawka działa nasennie. 

Potem poszłam do łazienki i żeby rozluźnić nerwy, wzięłam zimny prysznic. Zimny prysznic 

background image

zawsze dobrze mi robi.

Kiedy byłam w łazience, usłyszałam jakiś dziwny hałas. Zarzuciłam szybko szlafrok na 

siebie i zaniepokojona wyszłam na korytarz. Wtedy usłyszałam jakby odgłosy szorowania czy też 

szamotania oraz ciężki łomot w kuchni. Od razu pomyślałam o włamywaczu. Wiedziałam, że o 

tej   porze   Michałowa   śpi   kamiennym   snem.   Chwaliła   się   bowiem   przede   mną,   że   ma   taki 

cudowny środek, po którym śpi jak zabita, a ponadto używa specjalnych koreczków do zatykania 

uszu. Więc od razu pomyślałam, że to nie może być Michałowa... A kiedy potem usłyszałam 

krzyk   i   głuche   uderzenie,   nie   miałam   już   wątpliwości.   Chciałam   pobiec   na   górę   i   obudzić 

chłopców,  ale  w   tym  momencie  z  kuchni  wypadł  zadyszany   człowiek  w   czarnym   płaszczu. 

Drogę   miałam   odciętą.   Zatrzymałam   się   przerażona.   On   też   się   zatrzymał...   Musiał   mnie 

zauważyć... Nasłuchiwał... Chciałam krzyczeć, wzywać pomocy, ale głos uwiązł mi w gardle. 

Zauważyłam obok mnie szafę... jej drzwi były uchylone. Wsunęłam się pośpiesznie do niej... 

Niestety była pełna starej odzieży i w dodatku jakieś butelki stały na dole. Chyba nawet parę się 

przewróciło. Ale byłam tak przerażona, że nie zwróciłam na to specjalnej uwagi. Starałam się 

siedzieć   jak   najciszej...   Przywarłam   do   jakiegoś   futra...   Czułam,   jak   ogarnia   mnie   spokój   i 

głęboka   senność...   Nie   wiem,   jak   długo   spałam,   strasznie   ścierpła   mi   noga   z   powodu 

niewygodnej pozycji. Dlatego ocknęłam się w końcu i zobaczyłam ze zdumieniem, że wciąż 

siedzę w szafie. A potem zobaczyłam Gigę i Marcelę, jak pochylały się nade mną ciekawie. 

Wstałam, ale strasznie kręciło mi się w głowie... To wszystko, co zapamiętałam z tej nocy.

Bardzo mi przykro, że wzięliście mnie za trupa i tyle najedliście się strachu przeze mnie. 

Ale czy to tylko moja wina? Tak, teraz już wiem, że ten człowiek, którego się przestraszyłam, to 

był pan Błażej, wujek Cymka. Ale wtedy skąd mogłam wiedzieć?

*   *   *

W ten sposób wszystkie zagadki tej piekielnej nocy zostały wyjaśnione.

Zaraz po śniadaniu poprosiłem całą ekipę, aby zebrała się pod domem, gdyż  musimy 

omówić plan pracy i zapoznać się ze scenariuszem filmu. Okazało się jednak, że z dziewcząt 

tylko jedna Giga była gotowa. Szyperska wciąż nie mogła jeszcze przyjść do siebie po tych 

pastylkach. Znów ogarnęła ją senność i poszła wziąć trzeźwiący natrysk. A moja siostra Marcela 

zamknęła się w pokoju i przymierzała kostiumy przed lustrem.

Nie narzekałem specjalnie z tego powodu. Nareszcie będę miał sposobność pomówić w 

background image

cztery oczy z Gigą. Może wyrazi zgodę na kompromisowy podział ról w filmie?

—  Chodź,  Giga,  zapoznam   cię  ze   scenariuszami   —  powiedziałem.   —  Przejdźmy   do 

altany.

— To ile w końcu masz tych scenariuszy?

— Dwa.

— Jak się nazywają?

— Jeden: „Ostatni dzień wakacji”, a drugi: „Rapsodia jesienna na puzon i perkusję”.

Usiedliśmy w altanie.

— Który z nich jest ciekawszy? — zapytała Giga.

— Oba są ciekawe... Ale ja wolę „Rapsodię”.

— Dlaczego?

— Bo ty będziesz tam grała główną rolę.

Niestety,   okazało   się,   że   nie   znam   Gigi   i   popełniłem   błąd.   Właśnie   dlatego,   że 

zaproponowałem jej „Rapsodię”, zaczęła zdradzać olbrzymie zainteresowanie „Ostatnim dniem 

wakacji”! Gdybym to przewidział... Niestety.

— Opowiedz mi najpierw o tym „Ostatnim dniu wakacji” — zaproponowała niewinnie.

— Wolałbym najpierw o „Rapsodii”.

I znów popełniłem błąd. Giga spojrzała na mnie teraz już całkiem podejrzliwie.

— Dlaczego nie chcesz, żebym poznała „Ostatni dzień”?

— Ależ chcę — zaśmiałem się sztucznie — po prostu wydawało mi się, że lepiej będzie, 

jak poznasz „Rapsodię”, ale to dla mnie wszystko jedno.

— Jeśli wszystko jedno, to zacznijmy o „Ostatnim dniu”. O czym to jest właściwie? O 

czym i o kim?...

—   No,   o   nas...   o   naszych   sprawach...   Wiesz,   jak   się   spędza   wakacje...   przeważnie 

głupio... dni przeciekają przez palce, ani się spostrzeżemy — już koniec. I wtedy żal. Uczucie 

niedosytu   i   niezadowolenia,   że   nie   wykorzystaliśmy   ich   jak   należy...   Ale   przecież   czasami 

zostaje nam jedna pociecha. Poznaliśmy kogoś, zawarliśmy znajomość wakacyjną. Czy skończy 

się razem z wakacjami, czy przetrwa?

— Pasjonujący temat!

— Takie właśnie pytanie zadaje sobie bohaterka mojego filmu, Kornelia.

— Kornelia? — skrzywiła się Giga. — Dlaczego Kornelia?

background image

— Nie wiem... tak mi się napisało...

— Po prostu myślałeś o Szyperskiej, przyznaj się — naciskała Giga. — Szyperska ma na 

imię Kornelia.

— Naprawdę nie wiem... może podświadomie... możliwe, że widziałem ją w tej roli...

— Ach tak... rozumiem wszystko. — Giga ściągnęła gniewnie brwi.

— Nic nie rozumiesz. To było jeszcze wtedy, kiedy nie znałem ciebie... w ogóle nie 

myślałem, że może cię zainteresować ten pomysł.

— Przecież mówiłeś, że zabrałeś się do filmu z myślą o mnie.

Zaczerwieniłem się.

— Nie do tego... Z myślą o tobie zabrałem się do „Rapsodii jesiennej”. Naprawdę mi 

przykro,   że   nie   doceniasz   tego   filmu.   „Rapsodia”   to   wielki   film,   z   rozmachem...   Zdobędzie 

szeroką   publiczność,   to   będzie   przebój.   „Ostatni   dzień   wakacji”   to   film   skromny,   raczej 

kameralny... studyjny.

— Wcale mi nie zależy na szerokiej publiczności — oświadczyła Giga. — Ja wolę filmy 

studyjne.

Zaniemówiłem na chwilę.

— Żartujesz chyba...

—   Jak   ty   mnie   zupełnie   nie   znasz   —   westchnęła   ciężko   Giga.   —   Mnie   się   podoba 

„Ostatni dzień wakacji”... ja go czuję...

— Przecież jeszcze nie wiesz dokładnie, o co chodzi.

— No to opowiadaj szybko.

— Treść w skrócie jest taka — zacząłem zrezygnowany. — Kornelia i Paweł poznali się 

na   wakacjach,   ale   z   początku   mało   sobie   obiecywali   po   tej   znajomości...   Udawali   oboje 

twardych, nieprzemakalnych i bali się zdradzać swoje prawdziwe uczucia, żeby nie narazić się na 

śmieszność i nie paść ofiarą drwin. Sami zresztą nabijali się z tych rzeczy, bo tego wymagał ich 

styl... Zresztą nie wierzyli w bezinteresowne uczucia. Nie pochodzili ze szczęśliwych rodzin. 

Obydwoje doznali już upokorzeń i rozczarowań. Dlatego wydawało im się niepojęte, że można 

żyć dla kogoś i kochać kogoś więcej niż siebie, że istnieje prawdziwa przyjaźń i miłość, że jeden 

człowiek może naprawdę interesować drugiego człowieka dłużej niż pół godziny. I nawet, gdy 

zaczęli podejrzewać, że nie są sobie nawzajem obojętni, dalej kryli swoje prawdziwe myśli za 

parawanem słów, bali się, że okazując prawdziwe uczucia zostaną wykorzystani — padną ofiarą 

background image

cudzych wyrachowanych egoizmów. Bo przecież taka dotąd była ich dewiza: „Biada temu, kto 

kocha. Jest bezbronny jak żółw bez skorupy. Należy zawsze nosić twardą skorupę...”

— Och, wspaniale mówisz o tym wszystkim, Cymek — rzekła poruszona Giga. — Jak ty 

umiesz to świetnie wyrazić. To samo kiedyś  czułam... A ty? Czy przeżywałeś to kiedyś? — 

zapytała.

Zmieszałem się.

— Potem ci powiem, a teraz nie zjeżdżajmy z tematu. Dokończmy o filmie.

— Już wiem, co będzie dalej — powiedziała Giga. — Przyszedł ostatni dzień wakacji i 

wtedy nagle Kornelia i Paweł zlękli się, że już nigdy się więcej nie zobaczą. Zrozumieli, że cały 

czas zgrywali się, że nie byli sobą... Po prostu byli nieprawdziwi i teraz chcą to naprawić. Ale 

czy   zdążą   powiedzieć   sobie   wszystko?   W   ostatni   dzień   wakacji   jest   tyle   innych   spraw   do 

załatwienia.  Ciągle ktoś  im przeszkadza.  I rodzice  każą się już pakować, i trzeba  wskoczyć 

jeszcze na pocztę i do urzędu, i trzeba zrobić zakupy, i przygotować się do podróży, a jeszcze 

nachodzą ich natrętni koledzy i koleżanki, i całe korowody znajomych.

— Doskonale, Giga — pochwaliłem — zdaje się, czujesz te rzeczy.

Giga rozpromieniła się.

— To fantastyczny pomysł. Bardzo życiowy. Można popłakać się i pośmiać zarazem. 

Muszę to zagrać — oświadczyła z zapałem. — Chcę mieć rolę Kornelii...

—   Cymek   już   ustalił,   kto   będzie   grał   Kornelię   —   powiedziała   głośno   Szyperska 

wchodząc do altany. — To jest scenariusz specjalnie napisany dla mnie. Dlaczego, Cymeonie, 

nie powiedziałeś tego wyraźnie Gidze?

—   Spokojnie,   dziewczyny   —   próbowałem   zdławić   konflikt   w   zarodku   —   wszystko 

ustalimy sobie spokojnie i bez nerwów... Ale pozwólcie, że najpierw przedstawię wam drugi 

scenariusz pod tytułem „Rapsodia jesienna na puzon i perkusję”. Omówimy go z grubsza!

Ledwie jednak zacząłem opowiadać, do altany weszła moja znakomita siostra Marcela, 

chrupiąc z apetytem jabłko.

— Będziemy musieli zrobić sztuczne liście — powiedziała — po tej okropnej nocy już 

prawie nic nie zostało na drzewach. Trzymają się jeszcze na dębach, ale nie takie czerwone jak 

trzeba. W sadzie widziałam wprawdzie fantastyczne kolorowe jabłka, musimy jednak dorobić 

trochę liści. Na szczęście przywiozłam żółty i czerwony papier... Ale przydałoby się także babie 

lato. Wiedziałam, że nie będzie już prawdziwego, i zabrałam także dużo białej przędzy... Musisz 

background image

tylko kazać Dodowi, Cymku, żeby ją zaczął puszczać, jak będę na planie. Koniecznie chcę mieć 

dużo babiego lata. No to chyba możemy już zaczynać — rozejrzała się — jesteśmy w komplecie. 

Ale dlaczego nie kazałeś się jeszcze przebrać Gidze? Jak ona wygląda w tych szortach? Mam dla 

niej znakomite maxi...

—   Zaraz...   zaraz,   droga   Marcelo,   o   kostiumach   potem,   jak   już   ustalimy   ogólną 

koncepcję...

— Właśnie! Jaka będzie ogólna koncepcja?

—   Kręcimy   jednocześnie   dwa   filmy   —   powiedziałem.   —   Póki   jesteśmy   tutaj,   chcę 

zrealizować możliwie wszystkie plenery.

— Ale najpierw „Ostatni dzień wakacji” — nalegała Giga.

— Może być — zgodziła się łaskawie Marcela. — Ale o co właściwie tam chodzi?

— To jest problem marnowania wakacji...

—   Marnowania   wakacji?   Ja   nigdy   nie   marnuję   wakacji   —   oświadczyła   Marcela.   — 

Wydaje mi się, że to jest problem dęty i wydumany.

— Zależy, co kto uważa za marnowanie — powiedziała Nelka.

— Wakacje powinny być czynne — rzekła Marcela.

— Trzeba wiedzieć, co się chce od wakacji — powiedziałem — co zobaczyć, co poznać, 

co zdobyć...

— Co czy kogo? — zażartowała Giga.

— Zależy od możliwości — wycedziła Marcela, ziewając.

— Moja bohaterka postanowiła przede wszystkim...

— Zrzucić parę kilo wagi — dokończyła Giga patrząc wymownie na Marcelę.

Marcela   poczerwieniała.   Giga   trafiła   celnie   w   jej   najczulszy   punkt.   Pomyślałem,   że 

mogłaby darować sobie tę uwagę.

—   Słuchajcie,   dziewczyny,   bez   komentarzy,   dobrze?   Pozwólcie   mi   referować...   — 

zasapałem. — A więc bohaterka mojego filmu postanowiła nauczyć się...

— Podrywać na wakacjach — wycedziła Nelka patrząc jak bazyliszek na rozbawioną 

Gigę. — Zwłaszcza podczas  kręcenia filmu jest to umiejętność  cenna, bo można za jednym 

zamachem poderwać reżysera i rolę.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zmarszczyła brwi Giga.

— Mogę ci wyjaśnić w cztery oczy.

background image

— Nelka, prosiłem, żeby nie przerywać. Mamy mało czasu, a mnóstwo roboty, proszę 

państwa... Moja bohaterka...

— Skończ już z tą nudną bohaterką — skrzywiła się Marcela.

— Już kończę. Moja bohaterka...

— Postanowiła przede wszystkim uchronić brata przed klapą i kompromitacją — wtrąciła 

zdenerwowana Marcela.

— Co takiego?!

— Widzę przecież, że koniecznie chcesz się wplątać w beznadziejną aferę. W twojej 

sytuacji nie nakręcisz żadnego filmu.

— Dlaczego?

— Za dużo tutaj widzę gwiazd. Będzie zbyt gorąco. Gwiazdy powinny być z daleka jedna 

od drugiej...

— Ależ...

— Powtarzam, za dużo gwiazd! — skrzywiła się Marcela.

— Rzeczywiście za dużo — rzekła z dziwnym uśmiechem Giga. — Uważaj, Marcelo, 

gwiazdy czasem spadają, i to szybko!

— Myślisz o sobie czy o Nelce? Bo jeśli chodzi o mnie, możesz być spokojna. To ja 

realizuję ten film.

— Ty? Co to znaczy?

— Po prostu jestem producentem. Wiesz, co to znaczy pro-du-cent?

— To taki, co daje forsę i angażuje.

— Więc już wiesz.

— Chcesz powiedzieć, że to ty mnie zaangażowałaś? — oburzyła się Giga. — Cymek, co 

ona wygaduje?

Chrząknąłem zakłopotany. Po co Marcela wdaje się w takie dyskusje?

— Przepraszam, ale muszę pomówić z siostrą — rzekłem ostro. — Przerywamy dyskusję. 

Chodź, Marcelo — wyciągnąłem mojego „producenta” z altany.

— Zdaje się, że za dużo powiedziałam — stropiła się Marcela. Spodziewała się ostrej 

nagany z mojej strony, ale ja powiedziałem tylko:

— Widzę, że chcesz być reżyserem.

— Mam takie prawo jak ty.

background image

— Niezupełnie. Nawet producent nie może zastępować reżysera na planie. Funkcje są 

podzielone.

— W każdym razie mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie, co myślę o scenariuszach i 

obsadzie.

—   Oczywiście,   ale   najlepiej   mnie   na   ucho   —   powiedziałem.   —   Twoje   krytyki   źle 

wpływają na zespół.

— No więc mówię ci na ucho: one są okropne, a scenariusz do kitu.

Zniosłem z kamiennym spokojem tę ocenę. A potem pomyślałem, że trzeba coś zrobić z 

Marcelą.

— Masz rację — rzekłem patrząc w ziemię — mnie też się one nie podobają.

— Dziewczyny czy scenariusze?

Chrząknąłem.

— Na razie mówmy o scenariuszach.

— Tylko szybko, zimno mi i spać mi się chce. Od razu wiedziałam, że nic z tego nie 

wyjdzie. Wycofaj się z tego.

Zastanawiałem się przez chwilę, a potem powiedziałem:

— Masz rację, przekonałaś mnie. Nie będę kręcił.

Marcela przestała ziewać i spojrzała na mnie zaskoczona.

background image

26. Epilog na deszczu

— A więc zwijamy manatki — powiedziała Marcela.

— Jak najszybciej — dodałem spokojnie.

— Wyleczyłeś się z filmowej manii?

— O nie, to tylko posunięcie taktyczne — odparłem z przekonaniem.

— Taktyczne? Jak mam to rozumieć?

— Nakręcę film, jak będę miał scenariusz z prawdziwego zdarzenia — uśmiechnąłem się. 

— Liczę na ciebie w tym względzie.

— Na mnie? — zdziwiła się Marcela.

— Że napiszesz.

— Scenariusz?

— Właśnie.

— Naprawdę chciałbyś mieć mój scenariusz? — ożywiła się.

Chrząknąłem z pewnym zakłopotaniem.

— No, cóż... jesteś okropna, to fakt, ale jesteś piekielnie zdolna, wierzę, że napiszesz coś 

z sensem.

Uśmiechnęła się pod nosem.

— Dobrze, że przynajmniej widzisz u mnie jedną dobrą stronę.

— Staram się być obiektywny — rzekłem skromnie. — A więc? Myślę, że przyjmujesz 

moją propozycję. Na kiedy mogłabyś napisać?

— No... na koniec listopada na pewno.

—   Zgoda   —   rzekłem   szybko   —   oczywiście   tym   razem   będziesz   mogła   sama 

zaproponować obsadę.

— Sama? — Jej zainteresowanie wzrastało. Stwierdziłem to z satysfakcją.

— A nawet mogłabyś sama reżyserować — dodałem życzliwie.

— A ty?

— Zadowoliłbym się tylko stanowiskiem operatora.

Marcela zastanawiała się chwilę.

— Wiesz, przekonałeś mnie. Chyba wezmę się także za reżyserię.

— Brawo! W takim razie z tobą wszystko załatwione. Ale z nimi?

— O kim myślisz?

background image

— No, o reszcie ekipy. Będą wściekli, że ich tu sprowadziłem na próżno... Jak im to 

powiedzieć?... Jak im to wytłumaczyć?...

— Przejmujesz się? — wzruszyła ramionami.

— Tak, trochę. Ostatecznie nie chcę wyjść na idiotę. No i opinia się liczy... Mogą nam 

potem bruździć... A Tubka... Tubka, gdy mu to powiem, może być niebezpieczny...

— No to wykombinuj coś.

—   Właśnie   kombinuję...   —   rzekłem   marszcząc   brwi   —   i   chyba   już   coś   mam   — 

wycedziłem zamyślony.

— Co?

— Niewinną sztuczkę.

— Jaką?

— Zostanę tu jeszcze z godzinę i udam, że ich filmuję.

— Będziesz ich filmował?

— Oczywiście pustą kamerą, bez taśmy. Ale nikt przecież nie pozna. Tylko, pamiętaj, ani 

słowa. Przyrzeknij, że się nie wygadasz! I żadnych porozumiewawczych uśmieszków.

— Jasne — moja dobra siostra zaśmiała się diabelsko. — Ale ja nie muszę się chyba w to 

bawić? — spojrzała na zegarek. — Taka jestem po tej nocy rozbita i śpiąca. Dochodzi pierwsza. 

Zdążę jeszcze na obiad, powinien być zaraz autobus.

— Na pewno zdążysz.

— No to cześć. Pędzę pakować się.

— Cześć.

Odeszła pośpiesznie. Patrzyłem z uśmiechem, jak znika w drzwiach domu i nie chciałem 

wierzyć, że kłopot z Marcelą mam z głowy!

Wróciłem zadowolony do altany. „Zdumiewające — myślałem — że dała się tak łatwo 

nabrać!”

— Załatwione — powiedziałem do zaskoczonych dziewczyn, zacierając ręce. — Marcela 

nie będzie występować w filmie.

— Nie będzie? — wytrzeszczyła oczy Giga.

— Spławiłem ją. Wyjeżdża. Pakuje się właśnie.

— Jak ty to załatwiłeś? — szepnęła z podziwem Nelka.

— Pokłóciliście się? — Giga spojrzała na mnie przymrużonymi oczyma.

background image

—   Ależ   skąd,   wprost   przeciwnie...   —   urwałem,   bo   właśnie   na   progu   pojawiła   się 

Marcela, w płaszczu z podniesionym kapturem, z torbą i parasolem w ręce.

— Nie będziecie mieli pogody. Mgła coraz gęstsza... O, już pada! — rozłożyła okropny 

parasol taty, wielki i czarny.

— Kamera, Dodo! — zawołałem.

Dodo wręczył mi kamerę. Marcela pomachała nam parasolem i uśmiechnięta ruszyła do 

furtki. Patrzyłem z ulgą na parasol znikający w gęstych szarych oparach unoszących się nad łąką 

i nad drogą i z zapartym tchem kręciłem tę piękną scenę rozstania.

— Naprawdę jesteś genialny — roześmiała się Giga. Uśmiechnąłem się skromnie.

—   Wracajmy   do   naszej   roboty   —   powiedziałem   —   deszcz   trochę   siąpi,   ale   to   nic 

strasznego, każda pogoda ma swoje uroki. Zwłaszcza w przyjemnym towarzystwie.

— Więc jak teraz wygląda sytuacja? — zapytała Giga.

— Znacznie lepiej. Będziemy kręcić sceny plenerowe jednocześnie do dwu filmów. Raz z 

tobą, raz z Nelką...

— Lubisz dublety — rzekła Giga i uśmiech zgasł na jej twarzy. — Dwie sroki w garści... 

to ci odpowiada najbardziej.

— Nie stawiaj tego w ten sposób — zniecierpliwiłem się.

— Mam tylko jeszcze jedno pytanie, gdybyśmy mogli nakręcić tylko jeden jedyny film, 

kogo byś wybrał do głównej roli?

Spojrzałem na nią ciężko.

— Nie bądź czerstwa — warknąłem. — Nie odpowiem na to pytanie.

— Czemu?

— Jest denne.

—  Wobec   tego  bez   pytań  —  rzekła  na   pozór  swobodnym  głosem,  ale   w   oczach   jej 

pojawił się dziwny błysk. — Wyjaśnijmy od razu sytuację, bez żadnych niedomówień. Chcę grać 

w „Ostatnim dniu wakacji”.

— Już to mówiłaś.

— Więc zdecyduj się, tylko bez kitowania. Sprawa wygląda tak: albo dostanę tę rolę, albo 

wyjeżdżam natychmiast.

Czułem, że krew mi uderza do głowy.

— Przecież wytłumaczyłem ci — zasapałem — to miała grać Nelka.

background image

— Odsuniesz Nelkę — powiedziała zimno Giga.

Wszyscy   patrzyli   na   mnie.   Zapanowała   głęboka   cisza,   słychać   było   tylko   szelest 

drobniutkich  kropelek  deszczu.  Rzuciłem  okiem na Nelkę.  Wstała.  Z niepokojem  w  oczach, 

bliska płaczu. I też patrzyła na mnie.

Wziąłem  się w garść. Flegmatycznie  podniosłem kamerę  i zacząłem  filmować  scenę. 

Wydawała mi się dobrze wyreżyserowana. Z nerwem i napięciem.

— Co ty wyrabiasz? — zdenerwowała się Giga.

— Kręcę. Wyglądasz świetnie w tej autentycznej złości.

— Przestań.

Opuściłem kamerę.

— Słyszałeś, co powiedziałam na temat roli? — zasapała Giga.

— Nie dosłyszałem. Powtórz, z łaski swojej.

Giga poczerwieniała ze złości.

— Odsuniesz Nelkę. Nie chcę jej tutaj widzieć.

— Tego nie zrobię — powiedziałem.

W   altanie   zapanowało   poruszenie.   Nella   jakby   nie   zrozumiała   w   pierwszej   chwili, 

patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

—  Nikogo   nie   będę   odsuwał   od   gry  —   powiedziałem.   —   Jesteśmy   tu   kolegami,   na 

równych prawach... Zresztą ja zaproponowałem tę zabawę i ja decyduję.

— W takim razie cześć, mały oszuście! — Giga wstała z podniesioną głową i patrzyła na 

mnie z pogardliwym uśmiechem.

Na moment pociemniało mi w czaszce. Zrozumiałem, że tracę chyba na zawsze Gigę. 

Trudno. Tak widać musi być. Ale dlaczego nazwała mnie oszustem?

— Zdaje się, że mamy autobus za pół godziny — usłyszałem, jak mówiła do Tubki. — Ty 

oczywiście jedziesz ze mną.

Tubka poruszył się niespokojnie.

— Jedziesz czy nie?! — zasapała.

— Tak, to znaczy chciałbym jeszcze... — wił się Tubka.

— Bez dyskusji.

— Jadę.

Giga ruszyła w stronę domu. W pierwszej chwili chciałem biec za nią i zatrzymać ją, za 

background image

wszelką cenę... Ale opanowałem się i nie drgnąłem nawet... „Tak musi być — pomyślałem. — 

Tak musi być...”

I tę scenę też nakręciłem w krótkich ujęciach. Obawiam się jednak, że ręka mi drżała i 

obraz będzie skakał po ekranie.

Tubka dopadł do mnie wzburzony. Myślałem, że dopuści się zniewagi, i cofnąłem się na 

wszelki wypadek, ale on powiedział tylko bulgoczącym głosem:

— Zatrzymaj ją. Zacietrzewiła się niepotrzebnie.

— Ja jej nie wyrzucam... Ale jak stawia denne żądania...

— Zrobiłeś jej kawał — powiedział Tubka. — Była przekonana, że będzie tu tylko jedna.

— Głupia koza, nie zna się na filmie — zasapałem. — Ekipa to jeden zespół. To zawsze 

jest parę główek. Mnie potrzebne są aktorki dobre i różne, jak powiedział jeden poeta.

— Ale ta Szyperska...

— Umyślnie tak je dobrałem, żeby mogły zagrać prawdziwiej, na zasadzie kontrastu. 

Kontrast to jedno z prawideł sztuki, stary, znasz się chyba na tym, sam przecież jesteś artystą.

Tubka chrząknął mile połechtany.

— Ona ze swoją naturą nie ma co robić w filmie — powiedziałem smutno. — W filmie 

stale się będzie spotykać z rywalkami.

— Nie tylko w filmie — powiedział Tubka.

Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się.

— Nie tylko w filmie — powtórzyłem.

— Szkoda, że ci nie wyszło, Cymek — mruknął Tubka.

— Smarkate... nie dorosły do filmu — przygryzłem wargi.

— No i znów nie mogliśmy się pogodzić. Szkoda. Myślałem, że tym razem będzie dobra 

okazja, żeby się pogodzić... — powiedział Tubka.

— Ja też tak myślałem.

— To wszystko przez mojego pecha — mówił rozgoryczony Tubka. — Czasem myślę, że 

jestem najbardziej pechowym człowiekiem na świecie.

— W takim razie jest dwu najbardziej pechowych, bo ja też to samo myślę o sobie.

— Ty przynajmniej ustanowiłeś rekord w biegu.

— A ty jesteś w dobrych stosunkach z Gigą.

Tubka pokręcił głową.

background image

— Nie. Mnie nikt nie lubi. Rozumiesz? Nikt.

— Przecież Giga... Giga naprawdę cię lubi.

— Nie jestem taki naiwny, jak myślisz. Ja wiem... to nie jest żadne prawdziwe uczucie... 

Giga lubi także Medora, Giga lubi różne rzeczy... Nie, to nie jest to...

— A co?

Nie odpowiedział. Machnął ręką i odszedł. Popatrzyłem na jego ciężką sylwetkę... Dziś 

wydawał się wyjątkowo ociężały i zmęczony. Czy polubię kiedyś Tubkę? Czy zaprzyjaźnię się z 

nim, czy mógłbym?... Nie znalazłem na te pytania odpowiedzi.

Potem wróciłem do Nelki Szyperskiej.

— Nie przejmujmy się — powiedziałem. — Damy sobie radę bez nich. Przystąpimy teraz 

spokojnie do pracy.

Niestety, nie mogliśmy przystąpić spokojnie do pracy. Najpierw czekaliśmy, aż deszcz 

przestanie padać. Deszcz nie chciał przestać padać, zmieniłem więc scenariusz i powiedziałem:

—   Trudno.   „Ostatni   dzień   wakacji”   będzie   dniem   deszczowym.   Będziemy   kręcić   na 

deszczu. To nam daje nawet nowe możliwości. Deszcz i mgła pasują do smutnych rozstań.

Nelka Szyperska uśmiechnęła się do mnie.

Wyciągnąłem do niej rękę i wybiegliśmy w deszcz i mgłę.

Nie przypuszczałem, że już za chwilę czeka nas jeszcze jedno, co gorsza, rzeczywiste, 

rozstanie. Ledwie bowiem rozstawiłem na deszczu aktorów, jakaś ciemna postać wynurzyła się z 

mgły. Podniosłem kamerę do oczu. Przez moment myślałem, że to Giga wraca. Powrót Gigi, to 

byłaby wspaniała scena. Oto jak życie pisze swój scenariusz.

Ale to nie była Giga. To była pani Szyperska, matka Nelli.

Nelka zastygła jak posąg rozpaczy.

— Jak mogłaś! — wybuchnęła mama Szyperska; nie traciła czasu i z miejsca przystąpiła 

do ostrego ataku.

— Zostawiłam kartkę... wyjaśniłam.... — wykrztusiła Nelka.

— Noc poza domem! Tego jeszcze nie było! I to w jakimś podejrzanym towarzystwie — 

rozejrzała się dookoła. — O, nie, moja panno! Nigdy się na to nie zgodzę! Przyjechałabym 

jeszcze wczoraj, ale wróciłam z przyjęcia o dwunastej w nocy... Myślałam, że śpisz w swoim 

pokoju. Ani mi  przez  myśl  nie przeszło,  że ciebie  w ogóle nie ma  w domu...  Ładnie  sobie 

zaczynasz w tej nowej szkole. Mówili, ostrzegali, że tam najgorszy element... No i proszę... już 

background image

cię zarazili... Zabieraj się natychmiast, gdzie twoje rzeczy? Porozmawiamy w domu!

— Mamo, proszę cię — jęknęła Nelka, bardziej upokorzona niż wystraszona.

— Proszę pani — wtrąciłem głuchym głosem — niech pani pozwoli jej zostać. Nelce tu 

nie stanie się nic złego... My tu po prostu kręcimy film...

— Że kręcicie, to fakt, a co kręcicie, nie chcę nawet wiedzieć... Nelka nie będzie się w to 

bawić. — Pani Szyperska potrząsnęła różowym parasolem. — Deprawujcie się sami. To nie jest 

towarzystwo dla mojej córki. Nie życzę sobie!

— Mamo... posłuchaj...

— Nie... Nie dam cię wciągnąć do jakichś spelunek i melin!

— Dom mojej ciotki to nie jest spelunka! — wykrzyknąłem oburzony, ale pani Szyperska 

mnie nie słuchała.

— Zabieraj rzeczy! Gdzie są? — nacierała na Nelkę.

— W pokoju...

— No, to prowadź mnie! Idziemy!

Chciałem jeszcze interweniować, prosić, ale zrozumiałem, że sprawa jest przegrana. Pani 

Szyperska należy do rodzaju „szlachetnych i nieugiętych”. Czułem, że powinienem sfilmować tę 

całą scenę interwencji opieki domowej i egzekwowania praw rodzicielskich; była wyjątkowo 

wyrazista i plastyczna, ale byłem zbyt wstrząśnięty osobiście.

— Kręć — powiedziałem do Zezowatego Doda.

Dodo pochwycił kamerę. I sfilmował tę smutną scenę — jeszcze jedną scenę rozstania. 

Udała   się   wyjątkowo.   Nelka   wyprowadzona   przez   matkę   i   trzymana   krótko   pod   rękę,   a 

jednocześnie osłaniana troskliwie parasolem jak cenny schwytany zbieg, przedefilowała przed 

nami   rzucając   nam   pożegnalne   spojrzenia   zapłakanymi   oczami.   Ale   kiedy   znalazła   się 

naprzeciwko mnie, wyprostowała głowę niemal dumnie. Zdobyła się na ten gest i na uśmiech... 

Był   to   uśmiech   przeproszenia...   Zrobiło   mi   się   nagle   duszno   i   złociście...   Bo   wszystko 

rozgrywało się w złocistej scenerii. Słońce przebijało się przez chmury... acz z trudem, i mokre 

liście   błyszczały...   Ale   mnie   było   duszno...   jakby   mało   powietrza   było   dookoła   i   wszystko 

zamieniało się w smutną, dławiącą mgłę...

Nie zdobyłem się na ani jedno słowo. Pomachałem tylko Nelce ręką. A Dodo wciąż kręcił 

zajadle.

— Polecę za nimi — powiedział Kobylak — może wytłumaczę... Pani Szyperska mnie 

background image

zna... jak będę przy Nelce... nie będzie tak na nią krzyczeć...

—   Leć   —   powiedziałem.   Wiedziałem,   że   nic   nie   wytłumaczy,   ale   nie   był   mi   już 

potrzebny... Wiedziałem już, że nie nakręcę mojego filmu... Nie będzie ani „Ostatniego dnia 

wakacji”, ani „Rapsodii jesiennej na puzon i perkusję”. Czy tak być musi, że nigdy nie można 

zrealizować swoich najważniejszych marzeń? Nie... nie pogodzę się z tym nigdy...

Dodo spojrzał na mnie z niepokojem. Moja twarz musiała go przestraszyć, bo powiedział:

— Nie przejmuj się, mamy parę doskonałych scen.

— Tak. Mamy — powtórzyłem. I pomyślałem, że jednak nie wszystko poszło na marne i 

coś mi się przecież udało... Dodo ma rację... To powinny być bardzo dobre sceny. Mało ich, nie 

mają nic wspólnego ze scenariuszem, ale do licha, są za to prawdziwe... Przez dwa miesiące 

życie nie przeciekło mi jak woda przez palce... Coś mi się udało zatrzymać z niego. Coś zostanie, 

zapisane na zawsze w agendzie. Nie wszystko się będzie liczyć... Nie wykonałem wszystkich 

planów, a jednak coś mi się chyba udało. I coś przechowam w pamięci. Co? I co będzie się 

liczyć? Parę rozmów z Nelką? Koń? Może Tubka? I parę uśmiechów Gigi? Czy to dużo, czy 

mało?

Ściemniało się powoli. Czas było wracać. Dodo zniknął już w domu. Chłód mnie ogarnął. 

Od zachodu szły chmury, ciężkie, zimowe... Jesień kończyła się definitywnie. Padał deszcz ze 

śniegiem.

— Czy może mi pan powiedzieć, która godzina?

Drgnąłem i podniosłem oczy.  Przede mną  stał facet o ostrych  rysach  i przenikliwym 

wzroku, z wypchaną czarną teczką. Zrobiło mi się wybitnie nieswojo... przez moment miałem 

ochotę dać nogę... ale stłumiłem strach.

— Jest za dwadzieścia piąta — powiedziałem nader swobodnym tonem.

— Dziękuję — mruknął facet — wie pan, jacyś dziwni ludzie w tej okolicy. Kiedy pytam 

o czas, wszyscy uciekają. Pan jest pierwszym normalnym człowiekiem, którego tu spotykam.

— Normalnym? — roześmiałem się nerwowo. — Jest pan pewien?

Facet przyjrzał mi się bacznie.

— Nie, nie jestem pewien — powiedział i ruszył dalej.

Szalona myśl strzeliła mi do głowy.

— Proszę pana! — pobiegłem za nim.

Stanął.

background image

— Pan często chodzi tędy?

— Co dzień.

— W nocy też?

— Tak. Czasem wracam zupełnie nad ranem.

—   Aha,   to   pan   jest   tym...   tym   —   Kubusiem,   tym   wampirem   —   powiedziałem   z 

bezpiecznej odległości.

— Wampirem? — powtórzył młody człowiek raczej zdegustowany.

— Tu był napad. Wieczorem w lesie. I ten opryszek spytał najpierw ofiarę o godzinę.

— To nie ja!

— Być może, ale pan też chodzi wieczorem po lesie...

— Moja praca tego wymaga.

— Poza tym za często pan pyta o godzinę.

— Bo się boję spóźnić do roboty, a potem na pociąg.

— Dlaczego nie nosi pan zegarka?

— Ukradli mi na stacji. Kupię sobie nowy, jak mi zapłacą za tę cholerną robotę.

— Za... za jaką robotę? — wstrzymałem oddech.

—   Prowadzę   tu   studia   ekologiczne.   Ostatnio   badam   życie   ptaków   nocnych.   Dlatego 

wracam późno.

— To ciekawe — powiedziałem.

— Widział pan kiedy żywą sowę? — zapytał.

— Nie.

— Pokażę panu! — zaproponował nagle.

Zawahałem się.

— Nie boi się pan chyba?

Ruszyłem z niepewną miną.

Szliśmy coraz głębiej w las. Serce mi biło mocno. Myślałem: tak się boję, a idę za nim. 

Co mnie ciągnie w ten las? Tak się boję, a idę...